background image

WILLIAM S. BURROUGHS 

 

 

 

NAGI LUNCH 

background image

 

WSTĘP 

 

CHOROBA I DELIRIUM: ŚWIADECTWO 

 

 

Wyzdrowiałem w wieku czterdziestu pięciu lat: ocknąłem się jak ze snu, spokojny i 

zdrowy na ciele i umyśle, jeśli nie liczyć nadwerężonej wątroby i trupiego wychudzenia, 

powszechnego u tych, co przeżyli... Większość ocalałych ma bardzo mętne pojęcie, co się z 

nimi działo. Ja, zdaje się (dokładnie tego nie pamiętam), prowadziłem w delirium 

szczegółowe notatki, które opublikowałem później pod tytułem “Nagi lunch". Sens tytułu, 

podsuniętego przez Jacka Kerouaca, pojąłem dopiero niedawno, już po wyzdrowieniu. 

Znaczy on dokładnie to, co znaczy: NAGI LUNCH — chwila, gdy siedzący przy stole 

zastygają nad tym, co mają na widelcach. Choroba to narkomania: byłem narkomanem 

piętnaście lat. Mam tu na myśli uzależnienie od opiatów (poczynając od opium, a kończąc na 

syntetykach w rodzaju Demerolu czy Palfium). Stosowałem wszystko — morfinę, heroinę, 

Dilaudid, Eukodal, Pantopon, Diokodid, Diosan, opium, Demerol, Dolofen, Palfium — 

wprowadzając je do swojego organizmu na wszelkie możliwe sposoby: doustnie, dożylnie, 

domięśniowo, doodbytniczo. Igła wcale nie jest najważniejsza. Czy łykasz narkotyki, czyje 

wąchasz, czy wsadzasz je sobie w tyłek, skutek jest zawsze taki sam: uzależnienie. Mówiąc o 

narkotykach, nie mam na myśli keifu, marihuany, pochodnych haszyszu, meskaliny, 

Bannisteria caapi, LSD-6, świętych grzybków czy innych halucynogenów... Brak dowodów, 

że nadużywanie halucynogenów prowadzi do zależności fizycznej. Działają one zupełnie 

inaczej niż pochodne morfiny. To, że nie rozróżnia się tych dwóch klas narkotyków, jest 

pożałowania godnym skutkiem nadgorliwości państwowych służb do walki z narkotykami w 

USA i innych krajach. 

W ciągu piętnastu lat uzależnienia dobrze poznałem działanie wirusa maku. Tworzy 

on piramidy, których wyższe poziomy pożerają niższe (to nie przypadek, że szefowie tego 

interesu są zawsze grubi, a narkomani chudzi). Istnieje wiele piramid uzależnienia 

pasożytujących na narodach świata, wszystkie oparte na podstawowych zasadach monopolu: 

 

 

 

background image

1. Nigdy nie dawaj niczego za darmo. 

2. Nigdy nie dawaj więcej, niż musisz  

   (staraj się zawsze, żeby kupujący był głodny, i każ mu czekać) 

3. Zawsze wszystko odbierz, jeśli tylko możesz. 

 

Dealerzy zawsze wszystko odbierają. Narkoman potrzebuje coraz więcej i więcej 

maku, by utrzymać ludzką postać... by wykupić się małpie. 

Mak to archetyp monopolu i opętania. Narkoman może się bronić, ale nogi i tak 

poniosą go tropem maku, aż wróci do nałogu. Mak można dzielić na dawki: daje się 

dokładnie zważyć. Im więcej maku bierzesz, tym mniej go masz; im więcej go masz, tym 

więcej bierzesz. Halucynogeny uchodzą za święte wśród ludów, które się nimi posługują — 

istnieją kulty peyotlu i banisterii, kulty haszyszu i kulty świętych grzybów meksykańskich, 

pozwalających ujrzeć Boga — ale nikt nigdy nie twierdził, że mak jest święty. Nie istnieją , 

kulty opium. Opium jest wulgarne i wymierne jak forsa. Słyszałem,  że w Indiach istniał 

niegdyś  łagodny narkotyk nie wywołujący uzależnienia. Nazywał się soma i przedstawiano 

go w postaci pięknej błękitnej fali. Jeśli soma kiedykolwiek istniała, wnet pojawili się 

dealerzy, którzy zamknęli ją w ampułkach, zmonopolizowali i zaczęli sprzedawać jako 

pospolity stary mak. 

Opiaty to produkt idealny... najwyższa forma towaru. Nie potrzebują reklamy. Klient 

będzie się czołgać w rynsztoku i żebrać, żeby kupić... Handlarz maku nie sprzedaje produktu 

konsumentowi, tylko konsumenta produktowi. Nie ulepsza i nie upraszcza produktu. 

Degraduje i upraszcza klienta. Płaci swoim pomocnikom makiem. 

Wirus maku pozwala zrozumieć istotę “zła": algebrę głodu. Istota zła tkwi w głodzie 

totalnym. Narkoman to człowiek odczuwający totalny głód narkotyku. W pewnych 

warunkach głód nie zna absolutnie żadnych granic ani nie podlega żadnej kontroli. Motto 

głodu totalnego brzmi: “Nie będziesz?" Ależ będziesz. Będziesz kłamał, oszukiwał, donosił 

na przyjaciół, kradł, zrobisz wszystko, by zaspokoić głód. Bo znajdziesz się w stanie totalnej 

choroby, totalnego opętania, i nie będziesz mógł postępować inaczej. Narkomani to chorzy 

ludzie, którzy nie mogą postępować inaczej. Wściekły pies nie może nie kąsać. Kaznodziejski 

ton niczemu nie służy, chyba że chcemy tworzyć pożywkę dla wirusa maku. A mak to wielki 

biznes. Przypominam sobie rozmowę z pewnym Amerykaninem, który pracował w Meksyku 

w Komitecie do Walki z Ospą. Sześćset dolarów miesięcznie plus zwrot kosztów. 

 

 

background image

— Jak długo będzie jeszcze trwać epidemia? — spytałem. 

— Dopóki uda się ją podtrzymać... Tak... Może później wybuchnie w Kolumbii? — 

dodał w rozmarzeniu. 

Aby zmienić lub zniszczyć piramidę liczb, trzeba zmienić albo usunąć liczbę w 

najniższym rzędzie. Aby zniszczyć piramidę maku, należy zacząć od najniższego poziomu — 

narkomana na ulicy — i przestać walczyć z wiatrakami, polując na tak zwanych szefów, 

których w każdej chwili mogą zastąpić inni. Jedynym constans w równaniu maku jest 

narkoman na ulicy, który musi brać,  żeby  żyć. Kiedy nie będzie narkomanów kupujących 

narkotyki, skończy się handel narkotykami. Dopóki istnieje głód maku, dopóty ktoś go będzie 

zaspokajał. 

Narkomanów można wyleczyć albo poddać kwarantannie jak chorych na tyfus — to 

znaczy racjonować im morfinę pod nadzorem lekarskim. Kiedy to się stanie, piramidy 

narkotykowe  świata runą. O ile wiem, jedynym krajem stosującym ową metodę walki z 

narkomanią jest Anglia. W Wielkiej Brytanii jest około pięciuset narkomanów poddanych 

kwarantannie. Gdy minie pokolenie, gdy narkomani poddani kwarantannie wymrą i 

naukowcy wynajdą  środki przeciwbólowe nie oparte na morfinie, wirus maku stanie się 

czymś w rodzaju wietrznej ospy: zamkniętym rozdziałem, ciekawostką medyczną. 

Istnieje już szczepionka, która może relegować wirusa maku w odległą przeszłość. 

Jest to kuracja apomorfinowa wynaleziona przez lekarza angielskiego, którego nazwiska nie 

mogę tymczasem ujawnić, gdyż czekam na zgodę na wykorzystanie fragmentów jego książki 

opisującej trzydziestoletnie doświadczenia w leczeniu narkomanów i alkoholików. 

Apomorfina to pochodna morfiny powstająca przez podgrzewanie morfiny z kwasem solnym, 

odkryta dawno temu i nie mająca żadnych właściwości narkotycznych ani przeciwbólowych. 

Przez długie lata stosowano ją jedynie w zatruciach jako środek wymiotny. Działa ona 

bezpośrednio na tyło mózgowie. Odnalazłem tę szczepionkę na końcu drogi, w fazie 

terminalnej. 

Mieszkałem w nędznej klitce w tubylczej dzielnicy Tangeru. Nie kąpałem się od roku, 

nie zmieniałem odzieży ani nie zdejmowałem jej, chyba żeby wbić igłę w szare, drewniane, 

włókniste ciało, co powtarzało się co godzina. Nigdy nie porządkowałem ani nie odkurzałem 

pokoju. Puste pudełka po ampułkach i śmieci sięgały aż do sufitu. Już dawno wyłączono 

elektryczność i wodę, bo nie płaciłem rachunków. Nie robiłem absolutnie nic. Mogłem 

wpatrywać się przez osiem godzin w czubek własnego buta. Podrywałem się do działania 

tylko wtedy, gdy pojawił się głód morfiny. Kiedy odwiedzał mnie przyjaciel — a zdarzało się 

to nieczęsto, bo kto miał mnie odwiedzać? — siedziałem apatycznie, nie troszcząc się, czy 

background image

wkracza w moje pole widzenia, czy je opuszcza — szary ekran stawał się coraz bledszy i 

coraz bardziej pusty. Gdyby padł nagle trupem, siedziałbym bez ruchu wpatrując się w 

czubek buta i czekając, aż  będę mógł przejrzeć mu kieszenie. Nie będziesz? Ale przecież 

nigdy nie miałem dość morfiny — nikt nigdy nie ma dość morfiny. Dwa gramy dziennie i 

ciągle było mi za mało. Czekałem godzinami przed apteką. Handel morfiną opiera się na 

zwłoce. Dealer zawsze się spóźnia. To nie przypadek. W świecie maku nie ma przypadków. 

Narkoman uczy się bez przerwy, co się stanie, jeśli nie zaliczy swojej działki morfiny. Szykuj 

forsę albo zdychaj. I nagle dawki zaczęły rosnąć. Trzy, cztery gramy dziennie. I ciągle było 

mi mało. A na dodatek nie miałem pieniędzy. 

Stałem na ulicy z ostatnim czekiem w ręku i zdałem sobie sprawę, że to mój ostatni 

czek. Poleciałem najbliższym samolotem do Londynu. 

Lekarz wyjaśnił mi, że Apomorfina działa na tyło mózgowie, regulując metabolizm i 

niszcząc enzymatyczne mechanizmy uzależnienia. Po czterech, pięciu dniach, gdy przemiana 

materii wraca do normy, można odstawić apomorfinę i stosować ją jedynie w razie powrotu 

do nałogu. (Nikt nie odurza się apomorfiną. Nie odnotowano ani jednego przypadku 

uzależnienia od apomorfiny). Zgodziłem się na terapię w klinice. Przez pierwszą dobę 

zachowywałem się jak chory umysłowo, podobnie jak wielu narkomanów przeżywających 

ostry zespół odwykowy. Po dwudziestu czterech godzinach podawania Apomorfiny delirium 

minęło. Lekarz pokazał mi historię choroby. Otrzymywałem mikroskopijne dawki morfiny, 

które w żaden sposób nie tłumaczyły braku ostrzejszych objawów głodu, jak kurcze nóg i 

żołądka, gorączka czy mój własny szczególny symptom, tak zwane “zimne palenie" — 

uczucie,  że po skórze biegają tysiące mrówek. Każdy narkoman ma własne indywidualne 

objawy, które nie dają się przewidzieć. Brak gwałtownych symptomów głodu mogła 

wytłumaczyć jedynie apomorfina. 

Przekonałem się, że kuracja apomorfinowa jest naprawdę skuteczna. Po ośmiu dniach 

opuściłem klinikę; jadłem i spałem normalnie. Przez dwa lata nie brałem narkotyków — 

ostatni raz miałem tak długą przerwę przed dwunastu laty. Wskutek choroby i bólu wróciłem 

do nałogu na kilka miesięcy. Kolejna kuracja umożliwiła mi napisanie tego tekstu. 

Kuracja apomorfinowa różni się jakościowo od innych metod. Wypróbowałem je 

wszystkie. Nagłe odstawienie, stopniowe odstawianie, kortyzon, środki antyhistaminowe, 

trankwilizatory, terapia snem, tolserol, rezerpina. Żadna z owych kuracji nie zakończyła się 

powodzeniem: wracałem do nałogu przy pierwszej sposobności. Mogę definitywnie 

stwierdzić, że dopóki nie poddałem się kuracji apomorfinowej, nie byłem nigdy wyleczony 

pod względem metabolicznym. Przytłaczające statystyki ośrodka w Lexington, świadczące o 

background image

częstym powrocie do nałogu, doprowadziły lekarzy do przeświadczenia,  że narkomania z 

natury jest nieuleczalna. W Lexington stosuje się kurację polegającą na zastąpieniu morfiny 

dolofiną; nigdy nie używano tam apomorfiny. W istocie rzeczy kuracji tej z reguły się nie 

docenia. Nie prowadzi się  żadnych badań nad pochodnymi apomorfiny lub preparatami 

syntetycznymi. Nie ulega wątpliwości,  że można wyprodukować substancje działające 

pięćdziesiąt razy silniej od apomorfiny i wyeliminować efekty uboczne w postaci wymiotów. 

Apomorfina to regulator fizyczny i psychiczny, który można odstawić, gdy tylko 

spełni swoje zadanie. Świat zalewają  środki uspokajające i stymulujące, a ten unikatowy 

specyfik nie wzbudza większego zainteresowania. Żadna z wielkich firm farmaceutycznych 

nie prowadzi nad nim badań. Sądzę,  że badania naukowe nad syntezą apomorfiny i jej 

pochodnymi otworzą w medycynie nowe horyzonty, wykraczające daleko poza problem 

narkomanii. 

Hałaśliwa grupka przeciwników szczepień ochronnych zwalczała gwałtownie 

szczepienia przeciwko ospie wietrznej. Niewątpliwie ludzie niezrównoważeni psychicznie lub 

mający w tym osobisty interes podniosą krzyk protestu, gdy odbierze im się przemocą wirusa 

narkotyków. Narkotyki to wielki biznes: kręci się wokół niego mnóstwo maniaków i 

manipulatorów. Nie powinno im się pozwalać na wtrącanie się do pracy lekarzy. Wirus 

narkotyczny to w tej chwili światowy problem zdrowotny numer jeden. 

Ponieważ “Nagi lunch" traktuje o problemach zdrowia i choroby, jest z konieczności 

brutalny, obsceniczny i niesmaczny. Chorobie towarzyszą często odrażające objawy, 

niestrawne dla słabszych żołądków. 

Niektóre partie książki, określane jako pornograficzne, są w istocie pamfletem 

przeciwko karze śmierci na kształt “A Modest Proposal" Jonathana Swifta. Mają za zadanie 

pokazać,  że kara śmierci to lubieżny, barbarzyński, niesmaczny anachronizm. Jak zawsze 

lunch jest nagi. Skoro kraje cywilizowane chcą wrócić do obrzędów druidów, którzy wieszali 

ofiary w świętych gajach, albo karmić swoich bogów ludzką krwią, niech widzą, co naprawdę 

jedzą i piją. Niech zobaczą, co się znajduje na końcu długiej gazetowej łyżki. 

Piszę to w chwili, gdy prawie skończyłem dalszy ciąg “Nagiego lunchu". 

Matematyczną ekstrapolację algebry głodu poza wirus narkotyczny. Istnieje wiele rodzajów 

uzależnień i wszystkie podlegają pewnym ogólnym prawidłom. Jak powiedział Heisenberg: 

“Nie jest to może najlepszy z możliwych światów, lecz zapewne najprostszy". Jeśli się go r o 

z u m i e. 

background image

 

POSTSCRIPTUM... NIE BĘDZIESZ? 

 

A mówiąc w swoim imieniu — jeśli człowiek mówi inaczej, równie dobrze może 

zacząć szukać swego protoplazmatycznego tatusia albo komórki macierzystej — nie chcę już 

słuchać tych starych ćpuńskich bałachów. Mówiono to już miliony razy i nie ma sensu 

cokolwiek powtarzać, bo w świecie ćpunów nic się nigdy nie dzieje. Jedynym pretekstem dla 

tego nużącego konania jest KOP, gdy obwód maku zostaje przerwany przez brak forsy i skóra 

zdycha od przedawkowania czasu. Narkoman na głodzie nie ma wyboru i musi tylko wąchać i 

słuchać... Uważaj na samochody... 

Ćpuni zawsze narzekają na zimno, stawiają kołnierze czarnych płaszczy i chwytają się 

za zwiędłe szyje. To zwykłe oszustwo. Narkoman nie chce, żeby mu było ciepło, chce czuć 

zimno, potrzebuje zimna jak towaru: nie na zewnątrz, ale w środku,  żeby siedzieć z 

kręgosłupem sztywnym jak zamarznięty podnośnik hydrauliczny, z metabolizmem 

zbliżającym się do zera absolutnego. Narkomanom w fazie terminalnej zanika zupełnie 

perystaltyka jelit i defekacja jest możliwa tylko po interwencji chirurgicznej... Tak oto 

wygląda życie w Lodowym Pałacu. Po co się ruszać i tracić CZAS? 

Miejsce dla jeszcze jednej, sir. 

Niektórzy dostają kopy termodynamiczne. Wymyślili termodynamikę... Nie będziesz? 

I to jest rzecz wiadoma jak to, że lubię wiedzieć, co jem, i vice versa, mutatis 

mutandis, jak tam pasuje. Restauracja “Nagi Lunch"... Wchodźcie bez wahania... Dla starych i 

młodych, dla ludzi i zwierząt. Najlepiej wziąć trochę wężowego sadła, naoliwić tryby i puścić 

w ruch wesołą maszynkę. Po czyjej jesteście stronie? Hydrauliki? A może chcecie się 

rozejrzeć z Uczciwym Billem? 

Więc tak wygląda światowy problem zdrowotny, o którym pisałem we wstępie. Droga 

przed nami, moi przyjaciele. Czy ktoś coś mówi o brzytwie i oszuście, co wymyślił Billa? Nie 

będziesz? Brzytwa należała do gościa nazwiskiem Ockham i wcale się nią nie pokaleczył. 

Ludwig Wittgenstein, “Tractatus Logico-Philoso-phicus": “Jeśli twierdzenie jest 

niepotrzebne, nic nie znaczy". 

A co jest bardziej niepotrzebne niż mak, jak się go nie potrzebuje? 

Odpowiedź: Ćpuny, kiedy nie ćpają. 

Mówię wam, chłopcy, słyszałem kilka nudnych gadek, ale żadna inna GRUPA 

ZAWODOWA nie potrafi nawet się zbliżyć do termodynamicznego narkomańskiego 

background image

SPOWOLNIENIA.  Ćpuny uzależnione od heroiny nie mówią niczego ciekawego. Ale 

palacze opium są aktywniejsi, bo ciągle mają namiot i lampę... i może narządy, niczym gady 

w stanie hibernacji, utrzymujące temperaturę na poziomie rozmowy: Jak nisko upadły inne 

ćpuny, gdy tymczasem my mamy namiot i lampę, namiot i lampę; tu jest miło i ciepło, miło i 

ciepło, a NA DWORZE JEST ZIMNO... Chłopcy z pompkami nie przeżyją dwóch lat, nawet 

pół roku, zeszli zupełnie na psy. Ale MY nigdy nie zwiększamy DAWKI... nigdy — nigdy, 

tylko tego wieczoru, bo to SPECJALNA OKAZJA, a chłopcy z pompkami zdychają z 

zimna... Nigdy, nigdy, nigdy nie będziemy jeść... Przepraszani na chwilę: pojadę na 

wycieczkę do KIESZONOWEGO ŹRÓDŁA ŻYWYCH KROPEL. Kulki opium wepchnięte 

palcem do tyłka, hemoroidy i gówno. 

Miejsce dla jeszcze jednej, sir. 

Cóż, gdy ruszy ta płyta w miliardowym roku świetlnym i nigdy taśma się nie zmieni, 

my, normalni ludzie, ostro się za ćpunów weźmiemy. 

Jedyny sposób zabezpieczenia się przed tą straszliwą groźbą to zamieszkać z 

Charybdą... Dobre traktowanie, synu... Cukierki i papierosy. 

Przeżyłem piętnaście lat pod tym namiotem. Wchodziłem, wychodziłem, wchodziłem, 

wychodziłem, wchodziłem, WYCHODZIŁEM. Wreszcie wylazłem na dobre. Więc słuchajcie 

wujaszka Billa Burroughsa, co wynalazł arytmometr z podnośnikiem hydraulicznym — 

można szarpać dźwignię we wszystkie strony, a dla danych współrzędnych wynik jest zawsze 

taki sam. Wcześnie pobierałem nauki... Nie będziesz? 

Makowe dzieci wszystkich krajów, łączcie się! Nie mamy nic do stracenia prócz 

dealerów. A ONI są nam NIEPOTRZEBNI. 

Spójrzcie, SPÓJRZCIE na makową drogę, nim nią pójdziecie do FATALNEGO 

KOŃCA... 

Mądre słowo. 

 

William S. Burroughs 

background image

 

 

REFLEKSJE O ŚWIADECTWIE 

 

Kiedy twierdzę,  że nie pamiętam pisania “Nagiego lunchu", jest to oczywiście 

metafora; istnieją różne sfery pamięci. Morfina jest środkiem przeciwbólowym, zagłusza 

również ból i przyjemność  płynące ze świadomości. Czasami narkoman świetnie pamięta 

fakty, lecz jego pamięć emocjonalna jest fragmentaryczna, a w przypadku ciężkiego 

uzależnienia wręcz zerowa. 

Kiedy piszę: “Wirus narkomanii to najważniejszy problem zdrowotny współczesnego 

świata", mam na myśli nie tylko negatywny wpływ morfiny na zdrowie jednostki (przy 

ostrożnym dawkowaniu bywa on minimalny), lecz także histeryczne reakcje społeczeństw 

nastawionych przez środki masowego przekazu i służby państwowe zwalczające handel 

narkotykami. 

Problem narkomanii w swojej obecnej formie powstał w USA ; z uchwaleniem w 

tysiąc dziewięćset czternastym roku Ustawy antynarkotykowej Harrisona. Histeria 

skierowana przeciwko narkotykom objęła obecnie cały świat i jest śmiertelnym zagrożeniem 

swobód jednostki i praworządnego wymiaru sprawiedliwości. 

 

William S. Burroughs Październik 1991 

background image

 

Czuję,  że się zbliżają, szykują, rozstawiają kapusiów po peronach jak diabelskie 

pionki, mruczą nad łyżką i pompką, które wyrzucam na stacji metra Washington Square. 

Przeskakuje bramkę, zbiegam dwa piętra w dół  żelaznymi schodami i łapię pociąg do 

centrum... Drzwi przytrzymuje mi młody, przystojny goguś jak z reklamy pasty do zębów — 

krótkie włosy, renomowany uniwersytet, niezła robota w biurze. Najwyraźniej uważa mnie za 

egzotyczny okaz robaka. Znacie takich fagasów — spoufalają się z barmanami i 

taksówkarzami, świetnie się znają na futbolu, zaraz przechodzą z wami na “ty" i klepią was 

po ramieniu. Prawdziwy dupek. I nagle na peronie pojawia się tajniak z brygady 

antynarkotykowej w białym trenczu. (Wyobrażacie sobie śledzenie kogoś w białym trenczu? 

— chyba próbuje udawać pedała). Już słyszę, jak mówi, trzymając w lewej ręce mój aparat, a 

w prawej spluwę: 

— Chyba coś ci wypadło, kolego. Ale pociąg już odjeżdża. 

— Siemasz, bucu! — ryczę do tajniaka, pokazując mu wała. 

Patrzę frajerowi w oczy, zauważam bielutkie zęby, opaleniznę z Florydy, elegancką 

koszulę i garnitur oraz rekwizyt w postaci ilustrowanego tygodnika.  

— Czytam tylko felieton!... 

Dupek chce się spoufalić... Mówi, że od czasu do czasu podpala trawkę i mają zawsze 

pod ręką dla kumpli z branży. 

— Dzięki, synu — mówię. — Jesteś w porządku. Rozpromienia się głupkowato jak 

podświetlona szafa grająca po wrzuceniu monety. 

— Zakapował mnie jeden taki — mówię ponuro. Przysuwam się bliżej i kładę swoje 

brudne  ćpuńskie paluchy na jego czyściutkim garniturku. — Jesteśmy braćmi, stary: 

połączyła nas ta sama brudna igła. Pora, żeby dostał gorącego kopa

1

, mówię ci w zaufaniu. 

— Widziałeś kiedyś gorącego kopa, synu? Załatwiliśmy raz gościa w Filadelfii. 

Założyliśmy w jego pokoju lustro weneckie i kazaliśmy sobie płacić dziesiątkę za wstęp. Nie 

zdążył nawet wyciągnąć igły. Żaden nie zdąży, jak szpryca jest w porządku. Tak ich właśnie 

znajdują, z pompką pełną zakrzepłej krwi zwisającą z sinego ramienia. Wyraz jego oczu, jak 

poczuł, co jest grane... O, synu, to było coś... 

Pamiętam, jak chodziłem z Czajnikiem, najlepszym fachowcem w branży. W 

Chicago... Skubaliśmy pedziów w parku Lincolna. Pewnego wieczoru Czajnik przy łazi do 

roboty w kowbojskich butach, w czarnej kamizelce z wielką gwiazdą szeryfa i lassem 

background image

przewieszonym przez ramię. “Co z tobą? — pytam. — Mózg ci się zlasował?" 

Patrzy na mnie i mówi: “Do roboty, chłopie". Wyciąga stary zardzewiały rewolwer, a 

ja zwiewam przez park, słysząc kule gwiżdżące dokoła mnie. Nim go gliny dopadły, załatwił 

trzech pedałów. Och, zapracował na swoją ksywkę... Zauważyłeś, jak często skubacze 

przejmują słowa od gejów? Na przykład “pobór", jak się chce powiedzieć, że się robi w tym 

samym fachu? 

“Bierz ją!"  

“Bierz tego ćpunaka!" 

“Smutny Bóbr uwodzi go za szybko!" 

Pantofel (zdobył  tę ksywkę, skubiąc fetyszystów w sklepach z butami) mówi: “Daj 

frajerowi towaru, a wróci, błagając o jeszcze". 

Jak Pantofel widzi frajera, zaczyna ciężko dyszeć. Puchnie mu twarz, a wargi robią się 

sine jak u podnieconego Eskimosa. Później powoli, powolutku idzie na gościa i obmacuje go 

długimi przegniłymi palcami. 

 

Froin wygląda jak wiejski chłopaczek, uczciwość  płonie mu na twarzy jak błękitny 

neon. Zszedł prosto z okładki ilustrowanego tygodnika i zamarynował się w towarze. Frajerzy 

nigdy mu się nie narowią, a ludzie zawsze mają dla niego drzazgę. Pewnego dnia Błękitny 

Chłopiec zaczyna schodzić na psy; nawet szpitalny sanitariusz wyrzygałby się na jego widok. 

Wariuje w końcu, biega po pustych barach i stacjach metra, wrzeszcząc: “Wróć, chłopcze! 

Wróć!" Podąża za swoim chłopcem do East River, wśród prezerwatyw, skórek od 

pomarańczy, gazet unoszonych przez wiatr, ku czarnej rzece, na której dnie spoczywają 

gangsterzy zalani cementem i sprasowane pistolety, których nie zbadają już eksperci od 

balistyki. 

“Co za model! Muszę o nim opowiedzieć chłopakom w klubie!" — myśli goguś. To 

kolekcjoner modeli, więc wycyganiam od niego dziesiątkę i umawiam się z nim, żeby mu 

sprzedać trochę “trawki", jak ją nazywa. “Wcisnę mu kocimiętkę" — myślę. (Przypis: Palona 

kocimiętka pachnie jak marihuana. Często sprzedaje się ją naiwniakom).  

— Cóż, wzywają mnie obowiązki — mówię, klepiąc się przedramieniu. — “Sądź 

sprawiedliwie, a jak nie możesz, kieruj się swoim widzimisię", jak powiedział jeden sędzia 

drugiego. 

Włażę do baru i zastaję tam Billa Gainsa, okutanego w cudzy płaszcz; wygląda jak 

1

 Gorący kop to działka zatrutego towaru sprzedawana narkomanowi, którego chce się 

zlikwidować. Często podawana kapusiom. Zwykle strychnina, smakująca i wyglądająca jak 

background image

chory na reumatyzm bankier z tysiąc dziewięćset dziesiątego roku. Stary Bart, obdarty i nie 

rzucający się w oczy, ugniata brudnymi paluchami makowe ciasto. 

Bili zajmował się paroma moimi klientami z przedmieść, a Bart znał kilku 

zabytkowych gości z epoki palenia chmielu: widmowych odźwiernych, szarych jak popiół, 

fantazmatycznych dozorców zamiatających starczymi dłońmi zakurzone przedsionki, 

kaszlących i plujących o świcie chorym na mak, emerytowanych paserów w teatralnych 

hotelikach, Pantoponową Różę, starą burdelmamę z Peorii, stoickich chińskich kelnerów 

nigdy nie okazujących cierpienia. Odszukiwał ich, powolny i cierpliwy, i wsączał w ich 

bezkrwiste ramiona kilka godzin ciepła. 

Raz zrobiłem z nim małą rundkę. Starzy ludzie jedzą bez odrobiny poczucia wstydu; 

człowiekowi chce się rzygać, jak na nich patrzy. Stare ćpuny zachowują się tak samo. Piszczą 

i skomlą na widok towaru. Po brodach cieknie im ślina, burczy im w brzuchu, aż człowiek 

spodziewa się,  że za chwilę zmienią się w wielką amebę i pochłoną towar. Doprawdy, 

niesmaczne. 

“Cóż, moi chłopcy będą kiedyś tacy sami — pomyślałem filozoficznie. — Czy życie 

nie jest dziwne?" 

Wracam do centrum przez stację Sheridan Square, na wypadek gdyby tajniak 

przyczaił się w schowku na szczotki. 

Nie mogło to trwać długo. Wiedziałem, że depcą mi po piętach, że uprawiają swoją 

złą gliniarską magię,  że zamykają moje laleczki w Leavenworth. “Nie ma sensu wbijać w 

niego igieł, Mikę". 

Słyszałem, że za pomocą lalki złapali Chapina. W piwnicy komisariatu siedział stary 

gliniarz i dzień w dzień wieszał lalkę przedstawiającą Chapina. A kiedy Chapin zadyndał w 

Connecticut, znaleźli tego starego eunucha ze złamanym karkiem. 

Spadł ze schodów — mówili. Znacie te gliniarskie bałachy. 

Mak otacza magia, zaklęcia, przesądy. W Mexico City trafiłem na dealera zupełnie na 

ślepo. “Następna ulica w prawo... teraz w lewo, teraz znowu w prawo". Był na miejscu: 

bezzębna twarz starej baby i puste oczy. 

Ten dealer nuci melodyjkę, którą podchwytuje każdy, kto go mija. Jest taki szary, 

widmowy i anonimowy, że klienci go nie widzą i myślą,  że to oni sami. Podśpiewują 

“Smiles", “I'm in the Mood for Love", “They Say We're Too Young to Go Steady" albo inną 

piosenkę przypadającą na dany dzień. Czasami biegnie za nim z pięćdziesięciu 

szczuropodobnych piszczących  ćpunów, a dealer to facet siedzący na plecionym foteliku i 

autentyczny towar 

background image

karmiący  łabędzie, tłusta ciota spacerująca z chartem afgańskim, stary pijak sikający pod 

latarnią, radykalny student żydowski rozdający ulotki na Washington Sąuare, chirurg drzew, 

dezynsektor, reklamowy goguś  będący po imieniu z barmanem. Światowa organizacja 

ćpunów, nastrojonych na zgniłą nutę maku, dygocących rankiem z zimna w umeblowanych 

pokojach. (Starzy narkomani wdychający czarny dym na tyłach chińskich pralni i Mała 

Melancholiczka zdychająca z przedawkowania czasu albo odstawienia oddechu). W Jemenie, 

Paryżu, Nowym Orleanie, Mexico City, Istambule

2

 — trzęsąc się na głodzie, obrzucają się 

ćpuńskimi wyzwiskami, których nikt nigdy nie słyszał, a dealer wychylił się z 

przejeżdżającego walca parowego...   

Żywi i martwi, wieszaku, w ciągu i znowu na wieszaku, idą na ślepo za towarem, a 

dealer je kurczaka po chińsku przy Dolores Street, wygoniony z Placu Giełdowego przez 

wyjącą watahę ludzi

3

.  

Stary Chińczyk nabiera wody z rzeki do zardzewiałe puszki, zmywa czarną smołę

4

.  

Cóż, gliniarze mają moją łyżkę i pompkę: tropią mnie telepatycznie, używając do tego 

Ślepego Willy'ego. Willy ma krągłe usta okolone wrażliwymi, sterczącymi czarnymi 

włoskami. Jest ślepy po postrzale w oczy, ma nos i podniebienie wyżarte od hery i wyczuwa 

towar na odległość. Podąża moim tropem przez całe miasto, a gliniarze wpadają do jakiegoś 

pokoju, z którego akurat się wyprowadziłem. 

— W porządku, Lee! Wyłaź! Wiemy, że tam jesteś!... 

Willy jest podniecony i słychać go stale w mroku (funkcjonuje tylko nocą): skomli, 

wydymając  żarłoczne wargi. Jak robią nalot, traci panowanie nad sobą i wygryza dziurę w 

drzwiach. Gdyby gliniarze go nie powstrzymywali, wysysałby soki z każdego ćpuna, którego 

załatwił. 

Wszyscy wiedzieli, że napuścili na mnie Ślepego. A gdyby moi młodzi klienci 

pojawili się kiedykolwiek w sądzie (“Zmuszał nas do okropnych czynów lubieżnych w 

zamian za towar"), pożegnałbym się na zawsze z miastem. 

Więc robimy zapas hery, kupujemy używanego studebakera i jedziemy na zachód. 

Czajnik skończył jako schizol: 

— Stałem poza sobą, próbując podtrzymać siebie widmowymi palcami... Jestem 

widmem i marzę o tym, o czym marzy każde widmo: o ciele. Długo płynąłem przez bez-

wonne aleje przestrzeni, gdzie nie ma życia, tylko brak koloru i brak zapachu śmierci... Nikt 

2

 W Istambule burzy się w tej chwili slumsy narkomanów. Jest tam więcej uzależnionych od

 

heroiny niż w

 

Nowym Jorku

 

3

 

Ludzie to w nowoorleańskim slangu gliny narkotyków

 

4

 

Smoła to popiół po wypalonym opium

 

background image

nie może go poczuć przez różowe jelita pokryte krystaliczną koronką, przez gówno czasu i 

krwiste filtry ciała. 

Stał w mrocznej sali rozpraw, z twarzą rozdzieraną przez larwalne żądze mrowiące się 

w ektoplazmatycznym ciele narkomana (dziesięć dni na głodzie do pierwszej rozprawy), 

ciele, co zanika po pierwszym cichym dotknięciu hery. 

Widziałem  to  na  własne oczy. Stracił pięć kilogramów w dziesięć minut, stojąc ze 

strzykawką w jednej ręce i podtrzymując spodnie drugą. Wokół jego niknącego ciała płonęła 

zimna  żółta aureola, w pokoju hotelowym w Nowym Jorku... Nocny stolik zaśmiecony 

pudełkami-cukierków, kaskady niedopałków wylewające się z trzech popielniczek, mozaika 

bezsennych nocy i wilczych głodów ćpuna kurującego swoje delikatne ciało. 

Sąd federalny skazuje Czajnika na mocy Ustawy o linczu i wysyła do specjalnego 

federalnego zakładu psychiatrycznego dla widm: precyzyjna, prozaiczna wymowa 

przedmiotów... miednica... drzwi... ustęp... kraty... oto one... to właśnie to... same linie 

proste... nic poza... ślepa uliczka... i ślepa uliczka w każdej twarzy... 

Zmiany fizyczne były z początku powolne, później nagle przyśpieszyły: odpadanie 

wiotkich tkanek, zanik ludzkich rysów... W krainie całkowitej ciemności usta i oczy stają się 

jednym organem, który kłapie przezroczystymi zębami...  Żaden organ nie ma stałej funkcji 

ani miejsca... Wszędzie kiełkują narządy płciowe... Odbytnice otwierają się i zamykają... Całe 

ciało zmienia barwę i gęstość... 

 

Froin staje się niebezpieczny wskutek swoich ataków. Tuż Filadelfią zaczął się ścigać 

z samochodem policyjnym: liarze tylko zerknęli na jego gębę i natychmiast nas zwinęli. 

Siedemdziesiąt dwie godziny w celi z pięcioma ćpunami na głodzie. Nie chciałem pokazywać 

im swoich zapasów; Znaleźliśmy się w oddzielnej celi dopiero po długich korowodach z 

klawiszem, który wziął kupę szmalu. Zapobiegliwi narkomani, nazywani wiewiórkami, 

gromadzą zapasy na wypadek zwinięcia przez gliny. Ja przed każdą szprycą strząsam kilka 

kropel towaru do kieszeni kamizelki i podszewka jest sztywna od hery. W bucie mam 

plastikową pompkę, a w pasku od spodni agrafkę. Wiecie, to się zwykle opisuje: “Chwyciła 

zardzewiałą agrafkę pokrytą zakrzepłą krwią, wydłubała wielką dziurę w udzie i wbiła w nią 

strzykawkę. Ale potworny głód spowodował, że trzęsły jej się ręce i strzykawka pękła jej w 

nodze (głód owada na pustyni). Co ją to obchodzi? Nie zadaje sobie trudu wyjąć z rany 

odłamków szkła i patrzy na swoje zakrwawione udo pustymi oczyma rzeźnika. Co ją 

obchodzi bomba atomowa, pluskwy, czynsz, fundusz inwestycyjny pragnący posiąść z 

powrotem jej kryminogenne ciało... Słodkich snów, Pantoponowa Różo. 

background image

W rzeczywistości trzeba chwycić skórę palcami i przekłuć prędko igłą. Potem wbija 

się pompkę nad dziurą, a nie pod nią, i wstrzykuje powoli roztwór, żeby nie tryskał na boki... 

Kiedy chwyciłem skórę Froina, uniosła się sztywno jak wosk i zastygła, a z dziury wypłynęła 

kropla ropy. Nigdy nie dotykałem żywego ciała tak chłodnego jak ciało Froina w Filadelfii... 

Postanowiłem się od niego odczepić, nawet gdybym musiał urządzić duszonkę. (To 

wiejski zwyczaj angielski mający na celu eliminację starców przykutych do łóżka. Rodzina, 

której się to przytrafiło, urządza tak zwaną duszonkę: staruszka przykrywa się poduszkami, a 

potem wszyscy siadają na nich i gawędzą). Froin staje się powoli ciężarem i powinien trafić 

między drzewa. (Zwyczaj afrykański. Starców wyprowadza się tam do dżungli i zostawia). 

Ataki Froina stają się coraz częstsze. Gliniarze, portierzy, sekretarki warczą na jego 

widok. Jasnowłosy Bóg stał się pariasem, wcieleniem ohydy. Skubacze się nie zmieniają, 

tylko pękają, wybuchają — eksplozje materii w chłodnej przestrzeni międzygwiezdnej — 

odpływają jako kosmiczny pył, pozostawiając puste ciała. Męskie prostytutki świata, nie 

potrafiące poderwać tylko jednego klienta: siebie. Zostawiłem Froina stojącego na rogu: 

slumsy z czerwonej cegły, płaty kopciu wirujące na niebie. “Idę obrobić jednego frajera. 

Niedługo wrócę z dobrym towarem... Nie, zaczekaj tutaj — nie chcę,  żeby cię widział". 

Czekaj na mnie na tym rogu, czekaj w nieskończoność. Żegnaj, Froinie, żegnaj, synu... Dokąd 

idą, gdy odchodzą, pozostawiając za sobą puste ciało? 

Chicago: niewidzialna hierarchia odmóżdżonych makaroniarzy, zapach zwiędłych 

gangsterów, trupioblade widma przy North i Halstead, Cicero, Park Lincolna, dealerzy snów, 

przeszłość nawiedzająca teraźniejszość, stęchła magia szaf grających i moteli. 

Do wnętrza kontynentu: anteny telewizyjne na bezsensownym niebie. Ludzie 

cmokający nad dziecinnymi łóżeczkami w domach odpornych na życie. Tylko młodzi są w 

miarę, a nie są zbyt długo młodzi. (W barach East Saint Louis leży martwa granica, dni 

przejażdżek łodzią). Illinois i Missouri, miazmaty budowniczych kopców, pokorne modły do 

Źródła Pożywienia, okrutne i odrażające obrzędy, wstrętny kult Boga Stonogi sięgający od 

Moundville do księżycowych pustyń na wybrzeżach Peru. 

Ameryka nie jest młoda: była stara, zdeprawowana i zła jeszcze przed pionierami, 

przed Indianami. Zło tylko czekało. I zawsze gliniarze: grzeczni policjanci stanowi, 

wykształceni w college'u, uprzejmie proszący o dokumenty, elektroniczne oczy taksujące 

samochód i bagaż, odzież i twarz; wrzeszczące fiuty z wielkich miast, prowincjonalni 

szeryfowie mówiący cichym tonem z czymś czarnym i groźnym w starych oczach barwy 

spłowiałej flanelowej koszuli... 

I zawsze kłopoty z autami: w Saint Louis przehandlowaliśmy studebakera model 

background image

tysiąc dziewięćset czterdzieści dwa (miał wadę konstrukcyjną, podobnie jak Froin) za starą 

limuzynę Packarda. Zagrzała jej się chłodnica i ledwie dojechaliśmy do Kansas City. Potem 

kupiliśmy forda, ale strasznie żarł benzynę, więc zamieniliśmy go na dżipa, który z kolei nie 

wytrzymał tempa (dżipy są do niczego na autostradzie), aż w końcu wróciliśmy do starego 

forda V-8. Nie ma lepszego wozu, żeby gdzieś dojechać, choć żre benzynę Jak cholera. 

Amerykańska nuda, najgorsza nuda na świecie, gorsza niż w Andach, w wysokich 

górskich miasteczkach, zimny wiatr wiejący ze szczytów, powietrze rzadkie jak śmierć, 

miasta nad rzekami w Ekwadorze, malaria szara jak towar pod czarnym stetsonem, strzelby 

ładowane od przodu, sępy na grząskich ulicach — gorsza od nudy, gdy schodzisz z promu do 

Malmö w Szwecji i już po chwili masz dość: odwrócone oczy przechodniów i cmentarz w 

środku miasta (w Szwecji miasta buduje się wokół cmentarzy) i nic do roboty po południu, 

ani baru, ani kina, więc wypaliłem ostatnią porcję herbaty z Tangeru i powiedziałem: “K. E., 

natychmiast wracamy na prom". 

Ale nie ma gorszej nudy niż w Stanach. Nie wiadomo, skąd się bierze. Jeden z barów 

na końcu podejrzanej ulicy — każda ulica ma własny bar, aptekę, sklep z alkoholem. 

Wchodzisz do środka i nuda wali cię po gębie. Tylko skąd się bierze? Co jest jej źródłem? 

Nie barman, nie klienci, nie stołki pokryte kremowym plastikiem, nie przyćmiony 

neon. Nawet nie telewizor. 

A nałóg narastał wraz z nudą: braliśmy coraz więcej, żeby wytrzymać. A na dodatek 

kończył nam się towar. W końcu utknęliśmy w nędznym miasteczku, pijąc syrop od kaszlu. 

Wyrzygaliśmy syrop i jechaliśmy coraz dalej — zimny wiosenny wiatr świszczał wokół 

naszych spoconych, dygocących ciał: kiedy kończy się towar, zawsze pojawia się zimno... 

Naprzód przez nagi pejzaż, zdechłe pancerniki na szosie, sępy nad bagnami, karpy cyprysów. 

Motele ze ścianami z dykty, piece gazowe, cienkie różowe koce. 

Wędrowni skubacze i ćpuni wykończyli kruków Teksasu... 

Nikt zdrowy na umyśle nie zaryzykowałby wpadki w Luizjanie. Stanowa ustawa o 

zwalczaniu narkomanii. 

Wreszcie przyjechaliśmy do Houston, gdzie znałem aptekarza. Nie byłem tam od 

pięciu lat, ale popatrzył na mnie, ocenił szybko sytuację, kiwnął głową i powiedział: 

— Poczekaj za ladą... 

Usiadłem i wypiłem filiżankę kawy. Po chwili aptekarz wrócił, usiadł koło mnie i 

spytał: 

— Czego chcesz? 

- Litr nalewki opiumowej i sto tabletek Nembutalu. 

background image

Kiwnął głową. 

— Przyjdź za pół godziny. Wreszcie wręczył mi paczkę i rzekł: 

— Piętnaście dolarów... Uważaj na siebie... Wstrzykiwanie nalewki opiumowej to 

ciężka sprawa: najpierw trzeba odparować alkohol, wytrącić kamforę i odciągnąć pompką 

brązowy płyn. Na dodatek musisz trafić prosto w kanał, bo inaczej robi się wrzód, a zresztą 

zwykle i tak się robi. Najlepiej jest pić... Więc przelewamy opium do starej butelki i ruszamy 

do Nowego Orleanu. Mijamy fosforyczne jeziora, pomarańczowe pochodnie płonącego gazu, 

bagna, wysypiska śmieci, aligatory pełzające po potłuczonych butelkach i blaszanych 

puszkach, neonowe arabeski moteli, alfonsów obrzucających wyzwiskami przejeżdżające 

samochody... 

Nowy Orlean to umarłe muzeum. Obchodzimy Plac Giełdowy i natychmiast 

znajdujemy dealera. To niewielka dziura i gliny dobrze wiedzą, kto handluje, więc dealer 

kładzie na nich laskę i sprzedaje wszystkim, jak leci. Robimy zapas hery i przeskakujemy do 

Meksyku. Lakę Charles, kraina martwych szaf grających, południowy kraniec Teksasu, 

szeryfowie nienawidzący czarnuchów taksują nas wzrokiem i sprawdzają papiery wozu. Po 

przetoczeniu granicy meksykańskiej coś opada z człowieka: pejzaż uderza cię prosto między 

oczy: pustynie, góry, sępy kołujące wysoko na niebie. Inne latają tak blisko, że słychać lichy 

szelest skrzydeł. Kiedy coś zauważą, nurkują w dół (druzgocąco błękitnego nieba... 

Jechaliśmy przez całą noc, dotarliśmy o świcie do ciepłej mglistej doliny: ujadające psy i 

szum płynącej wody. 

— Thomas i Charlie — powiedziałem. 

— Co takiego? 

— Tak się nazywa to miasteczko. Poziom morza. Wjeżdżamy stąd na trzy tysiące 

metrów. 

Wziąłem w kanał i poszedłem spać na tylnym siedzeniu. Była dobrym kierowcą: 

zauważyłem to, jak tylko dotknęła kierownicy. 

W Mexico City Lupita siedzi niczym Matka Ziemia Azteków i rozdaje papierki z 

towarem. 

— Handel to większy nałóg niż branie — mówi Lupita. Nieuzależnieni dealerzy 

wpadają w nałóg ocieractwa, podobnie jak gliniarze. Na przykład Bradley Kupiec. Najlepszy 

agent wydziału do walki z narkotykami. Każdy wziąłby go za ćpuna. Może podejść do 

dealera i natychmiast go załatwić. Jest taki widmowy, szary i anonimowy, że dealer później 

go nie pamięta. Więc Bradley załatwia jednego po drugim... 

Cóż, Bradley wygląda coraz bardziej jak ćpun. Nie może pić. Nie może jeść. 

background image

Wypadają mu zęby. (Kobiety w ciąży tracą zęby, karmiąc cudze dziecko, a ćpuny tracą żółte 

kły, karmiąc małpę). Cały czas ssie cukierki. 

— Doprawdy, czuję niesmak, gdy patrzę na Bradleya, jak ssie te okropne cukierki — 

mówi jeden z gliniarzy. 

Bradley robi się szarozielony. Jego organizm produkuje własny towar czy coś w tym 

stylu. Można powiedzieć, że nosi w sobie własnego dealera. 

— Mam ich wszystkich w dupie — mówi. — Jestem jedynym samowystarczalnym 

facetem w mieście. 

Po jakimś czasie czuje w kościach czarny wicher. Łapie młodego ćpuna i wręcza mu 

papier. 

— W porządku — mówi chłopiec. — Czego chcesz? 

— Po prostu poocierać się o ciebie i zaspokoić. 

— Och... Cóż, dobra... Ale nie możesz tego zrobić jak człowiek? 

Później chłopak siedzi z dwoma kolesiami. 

— Najbardziej niesmaczna rzecz, jaką kiedykolwiek przeżyłem — powiada. — 

Zmienił się w kupę galarety i otoczył mnie ze wszystkich stron. Na koniec pozieleniał i 

domyśliłem się,  że ma orgazm... O mało się nie porzygałem...  Śmierdział jak stara zgniła 

marchew. 

— Łatwo go zaliczyłeś. Chłopiec wzdycha z rezygnacją. 

— Tak, chyba można się przyzwyczaić do wszystkiego. Umówiłem się z nim na jutro. 

Bradley jest w coraz gorszym stanie. Musi się  ładować co pół godziny. Łazi po 

komisariatach i przekupuje klawiszy, żeby go wpuszczali do cel pełnych ćpunów. Dochodzi 

do tego, że nic go nie może zaspokoić. W końcu wzywa go nadinspektor: 

— Bradley, krążą o panu pewne pogłoski... dla pańskiego własnego dobra mam 

nadzieję, że to tylko pogłoski... tak niewiarygodnie obrzydliwe, że... Żona Cezara... hm... Cóż, 

wydział musi być poza wszelkimi podejrzeniami... a już na pewno takimi podejrzeniami. 

Przynosi pan wstyd całej naszej profesji. Jestem gotów przyjąć pańską natychmiastową 

dymisję. 

Bradley rzuca się na podłogę i czołga w stronę nadinspektora. 

— Nie, szefie, nie... Wydział to całe moje życie!... Całuje nadinspektora w rękę, 

wpychając sobie jego palce ust (nadinspektor czuje bezzębne dziąsła), i skarży się, stracił 

zęby “fsłuspie". 

— Błagam, szefie, będę wycierał panu tyłek, mył pańskie brudne kondomy, czyścił 

buty własnym nosem... 

background image

— To doprawdy niesmaczne! Nie ma pan dumy? Budzi pan we mnie wstręt. Jest w 

panu coś, hm, zgniłego, i śmierdzi pan jak pryzma kompostu. — Nadinspektor unosi do 

twarzy perfumowaną chusteczkę. — Proszę natychmiast opuścić ten gabinet. 

Zrobię wszystko, szefie, wszystko! — Na zużytej, zielonkawej twarzy Bradleya 

pojawia się straszliwy uśmiech. — jestem ciągle młody, szefie, i silny, jak się rozgrzeję. 

Nadinspektor wymiotuje w chusteczkę i wskazuje wiotką dłonią drzwi. Bradley wstaje 

i patrzy na szefa z rozmarzeniem. Jego ciało zaczyna się wyginać, płynie do przodu... 

— Nie! NIE!!! — wrzeszczy nadinspektor. 

— Mniam, mniam, mniam... 

Po godzinie znajdują Bradleya drzemiącego w fotelu nadinspektora, który zniknął bez 

śladu. Sędzia: 

— Wszystko wskazuje na to, że w jakiś niewiarygodny sposób... eee... zasymilował 

pan nadinspektora. Niestety, nie ma na to żadnych dowodów. Zaleciłbym umieszczenie pana 

w specjalnym zakładzie, ale nie znam miejsca odpowiedniego dla człowieka pańskiego 

pokroju. Dlatego muszę wypuścić pana na wolność. 

— Powinno się go trzymać w akwarium — mówi policjant, który dokonał 

aresztowania. 

Bradley sieje trwogę w całym mieście. Znikają  ćpuny i agenci. Przypomina 

nietoperza-wampira: wydziela wilgotną zieloną mgłę, która znieczula ofiary i czyni je 

bezsilnymi. Załatwiwszy kogoś, kryje się gdzieś na kilka dni jak nażarty boa dusiciel. W 

końcu przyłapują go, gdy trawi szefa biura do walki z narkotykami, i niszczą miotaczami 

płomieni. Komisja dochodzeniowa wydaje werdykt, że było to uzasadnione, gdyż Bradley 

przestał być człowiekiem i stanowił zagrożenie dla całej branży narkotykowej. 

W Meksyku trzeba znaleźć miejscowego ćpuna mającego prawo kupić legalnie co 

miesiąc pewną ilość towaru. Naszym dealerem okazał się Stary Ike, który spędził większość 

życia w Stanach. 

— Podróżowałem z Irene Kelly, fajną babką. W Butte w stanie Montana dostała świra 

od kokainy i zaczęła biegać po hotelu wrzeszcząc, że chińscy policjanci gonią ją z tasakami 

do mięsa. Znałem raz gliniarza z Chicago, co wąchał kokainę. On też zwariował i zaczął 

ryczeć,  że gonią go federalni. Wypadł na podwórko i wsadził  łeb do kubła od śmieci. “Co 

robisz?" — pytam, a on na to: “Spadaj, bo cię kropnę. Dobrze się schowałem". 

Bierzemy teraz kokę. Wal prosto w kanał, synu. Czujesz ją, czystą i zimną, a potem 

czysta rozkosz płynąca przez mózg, gdy zapalają się połączenia kokainowe. Twoja głowa 

eksploduje. Po dziesięciu minutach potrzebujesz następnej szprycy... pójdziesz po nią na 

background image

piechotę na drugi koniec miasta. Ale jak nie możesz zdobyć koki, jesz, śpisz i zapominasz o 

wszystkim. 

To głód samego mózgu, bez czucia i bez ciała, widmowy głód, zgniła ektoplazma 

wypluta przez starego ćpuna kaszlącego o świcie. 

Pewnego ranka budzisz się, bierzesz i czujesz robaczki pod skórą. Drzwi blokują 

gliniarze z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego, faceci z czarnymi wąsami, wykrzywionymi 

twarzami i odznakami z błękitnej emalii i złota. Gramolą się przez okna... Przez pokój 

maszerują  ćpuny,  śpiewając muzułmańską pieśń pogrzebową, niosą ciało Billa Gainsa ze 

stygmatami płonącymi widmowym błękitnym ogniem. Paranoidalni detektywi wąchają twój 

nocnik. 

Świr kokainowy... Usiądź wygodnie, odpręż się i strzel sobie porządną działkę 

dobrego maku. 

W Cuernavaca, a może Taxco? Jane spotkała alfonsa grającego na trąbce i utonęła w 

kłębach dymu herbacianego. Alfons był artystą i filozofem — degradował kobiety, zmuszając 

je do przyjmowania swoich teorii. Nieustannie je wykładał... a potem odpytywał dziewczynki 

i groził,  że odejdzie, jeśli nie przytoczą z pamięci ostatniego wygłoszonego przezeń steku 

bzdur. 

— Posłuchaj, mała: chcę cię czegoś nauczyć. Jeśli cię to nie interesuje, to nie moja 

sprawa. 

Był rytualnym palaczem herbaty, bardzo purytańsko nastawionym do opiatów, jak 

niektórzy herbaciarze. Twierdził,  że herbata pozwala mu nawiązać kontakt z wyższymi, 

uduchowionymi sferami bytu. Wiedział absolutnie wszystko: jaki rodzaj bielizny jest zdrowy, 

kiedy pić wodę, jak podcierać tyłek. Miał czerwoną lśniącą gębę, wielki spłaszczony nochal i 

małe czerwone oczka, które zapalały się, gdy patrzył na dziewczynkę, i gasły, kiedy patrzył 

na cokolwiek innego. Był bardzo szeroki w barach; wydawał się prawie garbaty. Zachowywał 

się, jakby inni mężczyźni nie istnieli; zwracał się do kelnerów w restauracjach za 

pośrednictwem kobiet. Żaden mężczyzna nie wdarł się nigdy do jego tajemnego sanktuarium. 

Alfons przyniósł cybuchy z herbatą. Zaciągnąłem się trzy razy, a Jane spojrzała na 

niego i zamarła. Zerwałem się na równe nogi, wrzasnąłem: “Boję się!" i wybiegłem z domu. 

Wypiłem piwo w małej restauracyjce — ozdobny szynkwas, wyniki ligi piłkarskiej, plakaty 

korridy — i złapałem autobus do miasta. 

W rok później usłyszałem w Tangerze, że Jane nie żyje. 

background image

 

 

BENWAY 

 

Zostałem asystentem doktora Benwaya z firmy Islam S. A. 

Doktora Benwaya wysłano jako doradcę do Freelandii, republiki wolnej miłości i łaźni 

publicznych. Mieszkańcy są uprzejmi, uczynni, uczciwi, tolerancyjni i nade wszystko czyści. 

Jednakże obecność Benwaya wskazuje, że nie wszystko jest tam w porządku: Benway to 

manipulator i koordynator systemów znaków, ekspert w dziedzinie przesłuchań, prania 

mózgów i warunkowania. Nie widziałem Benwaya od czasu jego pośpiesznego wyjazdu z 

Annexii, gdzie doprowadził kraj do totalnej demoralizacji. Pierwszą decyzją Benwaya była 

likwidacja obozów koncentracyjnych oraz zakaz masowych aresztowań i tortur, chyba że z 

rzadka, w pewnych szczególnych okolicznościach. 

— Nie znoszę brutalności — mawiał. — Jest nieskuteczna. Jednakże długotrwałe złe 

traktowanie, jeśli stosować je zręcznie, wywołuje lęk i poczucie winy. Należy pamiętać o 

kilku naczelnych zasadach. Obiekt nie może uważać  złego traktowania za antyhumanitarny 

atak na swoją indywidualną tożsamość. Musi czuć, że zasłużył na wszystko, co go spotyka, 

bo dopuścił się czegoś strasznego (choć bliżej nie sprecyzowanego). Nagi przymus należy 

zamaskować arbitralną, skomplikowaną biurokracją, aby obiekt nie miał bezpośredniego 

kontaktu z przeciwnikiem. 

Obywatele Annexii musieli stale nosić przy sobie całą teczkę dokumentów. Obywatela 

można było zatrzymać na ulicy o każdej porze dnia i nocy; inspektorzy, występujący po 

cywilnemu, w rozmaitych mundurach, często w kostiumie kąpielowym albo piżamie, 

niekiedy nago, tylko z identyfikatorem przyczepionym do lewego sutka, sprawdzali 

poszczególne dokumenty i stemplowali je. W trakcie późniejszej kontroli obywatel musiał 

okazywać prawidłowo wbite stemple z ostatniej inspekcji. Jeżeli inspektor zatrzymał większą 

grupę ludzi, sprawdzał i stemplował tylko kilku jej członków. Pozostali trafiali później do 

aresztu, gdyż nie mieli ostemplowanych dokumentów. Areszt nazywano “zatrzymaniem 

tymczasowym"; więzień mógł wyjść na wolność dopiero wtedy, gdy jego zeznanie 

wyjaśniające, podpisane, uwierzytelnione i prawidłowo ostemplowane, zostało przyjęte przez 

wicedyrektora Departamentu Wyjaśnień. Ponieważ dygnitarz ów pojawiał się w biurze bardzo 

rzadko, a zeznanie wyjaśniające należało dostarczyć osobiście, aresztowani spędzali tygodnie 

i miesiące w nie ogrzewanych poczekalniach pozbawionych krzeseł i toalet. 

background image

Dokumenty wypisywane kiepskim atramentem blakły, upodabniając się do starych 

kwitów z lombardu. Nieustannie trzeba było wyrabiać nowe. Obywatele biegali jak szaleni z 

jednego urzędu do drugiego, usiłując dotrzymać nierealnych terminów. 

Z miasta usunięto ławki, wyłączono fontanny, zniszczono kwiaty i drzewa. Na dachu 

każdego bloku mieszkalnego (wszyscy mieszkali w blokach) umieszczono wielkie dzwonki 

elektryczne, które wydzwaniały kwadranse. Ich wibracje wyrzucały ludzi z łóżek. Przez całą 

noc po niebie błądziły światła reflektorów (nikt nie miał prawa instalować abażurów, zasłon, 

okiennic ani żaluzji). 

Nikt na nikogo nie patrzył z powodu surowego zakazu czynienia komukolwiek 

dwuznacznych propozycji seksualnych. Zamknięto kawiarnie i bary. Alkohol można było 

nabyć tylko za specjalnym zezwoleniem; trunek uzyskany w ten sposób nie mógł zostać 

sprzedany, podarowany ani w żaden sposób przekazany komukolwiek innemu, przy czym 

obecność drugiej osoby w pomieszczeniu stanowiła dowód spisku mającego na celu 

nielegalny obrót alkoholem. 

Nikomu nie pozwalano ryglować drzwi, a policja dysponowała kluczami do 

wszystkich mieszkań w mieście. Policjanci wpadali do mieszkania w towarzystwie telepaty i 

zaczynali rewizję. 

Telepata wskazywał policjantom to, co człowiek starał się ukryć: tubkę wazeliny, 

gruszkę do lewatywy, chusteczkę pokrytą spermą, broń, nielegalnie zdobyty alkohol. 

Podejrzanych poddawano wyjątkowo upokarzającym przeszukaniem, którym towarzyszyły 

ironiczne, uwłaczające uwagi. Mężczyzn rozbierano do naga i smarowano im odbytnice 

wazeliną; wielu okazywało się utajonymi homoseksualistami. Policjanci przyczepiali się do 

pierwszego lepszego przedmiotu, na przykład wycieraczki do stalówek. 

— Do czego to niby służy? 

— Wycieram tym stalówki. 

— Aha, wycierasz stalówki. 

— Wszystko jasne... 

— To chyba wystarczy. Idziemy. 

Po kilku miesiącach obywatele chowali się po kątach jak znerwicowane koty. 

Policja Annexii tropiła również agentów, sabotażystów i dysydentów politycznych. 

Oto poglądy Benwaya na temat przesłuchiwania podejrzanych: 

— Na ogół unikam tortur — mobilizują one opór — ale groźba ich zastosowania 

bywa użyteczna, gdyż wywołuje u obiektu pożądane poczucie beznadziejności i wdzięczności 

wobec  śledczego, który unika takich środków. Tortury można stosować z korzyścią, gdy 

background image

obiekt przyjmuje je jako zasłużoną karę. Opracowałem kilka procedur dyscyplinarnych tego 

typu. Jedna z nich to tak zwana “tablica rozdzielcza". W zębach obiektu mocuje się wiertła 

elektryczne, które mogą być w każdej chwili włączone; w odpowiedzi na dzwonki i światełka 

obiekt ma naciskać przełączniki na tablicy rozdzielczej. Za każdym razem gdy popełnia błąd, 

wiertła włączają się na dwadzieścia sekund. Sygnały stopniowo przyśpieszają, aż obiekt 

przestaje sobie radzić. Po półgodzinie przy tablicy załamuje się niczym przeciążony 

komputer. 

Badanie komputerów rzuca więcej światła na funkcjonowanie mózgu niż introspekcja. 

Ludzie Zachodu eksternalizują samych siebie w formie urządzeń technicznych. Ładowałeś 

kiedyś kokainę prosto w kanał? To czysta rozkosz, której doświadcza się mózgiem, 

bezpośrednia stymulacja ośrodków przyjemności. Przyjemność morfiny odczuwa się 

trzewiami. Po szprycy wsłuchujesz się w siebie. Ale kokaina to elektryczność przepuszczona 

przez mózg, potrzeba bez ciała i bez uczuć. Mózg naładowany kokainą to zwariowana szafa 

grająca błyskająca błękitnymi i różowymi światełkami w elektrycznym orgazmie. Komputer 

mógłby odczuwać przyjemność z kokainy, pierwsze ohydne mrowienie owadziego życia. 

Głód kokainy trwa tylko kilka godzin, dopóki utrzymuje się pobudzenie drażnionych przez 

nią nerwów. Oczywiście taki sam efekt mógłby wywołać przepływający przez nie prąd 

elektryczny... 

Po pewnym czasie nerwy się zużywają, podobnie jak żyły, i narkoman musi znaleźć 

nowe.  Żyły powoli się regenerują; zręcznie je zmieniając,  ćpun może sobie jakoś poradzić. 

Ale komórki mózgowe niestety się nie regenerują i jak się skończą,  ćpun jest naprawdę w 

pieprzonej sytuacji. 

Tłum nagich idiotów sięgający aż do widnokręgu: kucają w skwarze na starych 

kościach, ekskrementach, zardzewiałym  żelastwie. Kompletna cisza — zniszczono ich 

ośrodki mowy — słychać tylko syk iskier i przypalanego mięsa, gdy przykładają sobie 

elektrody do kręgosłupów. W nieruchomym powietrzu wisi biały dym. Grupka dzieci 

przywiązała idiotę drutem kolczastym do słupa, rozpaliła mu ognisko między nogami i patrzy 

ze zwierzęcą ciekawością na płomienie liżące go po udach. Owadzie podrygi ciała w ogniu. 

Wróćmy do tematu. Dopóki nie uzyskamy głębszej wiedzy o elektronice, 

podstawowym narzędziem sędziego śledczego pozostają narkotyki. Barbiturany są naturalnie 

bezużyteczne. Każdy, kogo można złamać takimi środkami, ulegnie również dziecinnym 

metodom stosowanym w amerykańskich komisariatach policji. Skopolamina ułatwia 

przełamanie oporu, ale niszczy pamięć: agent może chcieć wyjawić swoje tajemnice, lecz nie 

potrafi ich sobie przypomnieć albo miesza rzeczywistość z fikcją. Niezłe rezultaty dają 

background image

meskalina, harmalina, LSD-6, bufotenina i muskaryna. Bulbokapnina wywołuje stan podobny 

do katatonii... Obserwowano przypadki automatycznego posłuszeństwa. Bulbokapnina to 

depresor tyłomózgowia: prawdopodobnie inaktywuje ośrodki ruchowe w podwzgórzu. Inne 

narkotyki wywołujące eksperymentalną schizofrenię — meskalina, harmalina, LSD-6 — są 

stymulatorami tyłomózgowia. W schizofrenii tyłomózgowie jest na przemian pobudzane i 

pozbawiane bodźców. Po katatonii następuje często okres pobudzenia i aktywności 

motorycznej, kiedy wariat biega po oddziale, sprawiając kłopoty personelowi. Otępiali 

schizofrenicy nie chcą się w ogóle ruszać i spędzają czas leżąc w łóżku. Za przyczynę 

schizofrenii uważa się często zaburzenia mechanizmów regulacyjnych zlokalizowanych w 

podwzgórzu (myślenie przyczynowo-skutkowe kiepsko opisuje procesy metaboliczne — 

ograniczenia istniejącego języka). Automatyczne posłuszeństwo najskuteczniej wywołuje się 

za pomocą bulbokapniny podawanej na przemian z LSD-6 i wzmocnionej kurarą. 

Istnieją inne metody. U badanego można wywołać głęboką depresję, podając mu przez 

kilka dni duże dawki amfetaminy. Można wywołać psychozę, podając duże dawki kokainy 

lub Demerolu albo odstawiając nagle barbiturany. Obiekt można uzależnić od 

dihydroksyheroiny, a później nagle ją odstawić (ta pochodna morfiny jest pięciokrotnie 

silniejsza od heroiny, toteż objawy głodu są również ostrzejsze). 

Istnieją różnorakie “metody psychologiczne", na przykład przymusowa psychoanaliza. 

Badanego zmusza się do wolnych skojarzeń przez godzinę dziennie (jeśli czas nie odgrywa 

roli). “Nie bądź taki negatywny, chłopcze. Tatuś był brzydki? Pobawmy się w tablicę 

rozdzielczą". 

Przypadek pewnej agentki, która zapomniała swojej prawdziwej tożsamości i 

uwierzyła w fikcyjną — przebywa ona ciągle w Annexii — podsunął mi inną sztuczkę. Agent 

powinien zaprzeczać, że jest agentem, i upierać się przy swojej legendzie. Więc dlaczego nie 

posłużyć się psychologicznym dżu-dżitsu i nie wziąć tego za dobrą monetę? Czemu nie 

sugerować,  że fikcyjna tożsamość jest prawdziwa i że nie ma żadnej innej? Autentyczna 

tożsamość agenta staje się wówczas częścią jego podświadomości, czyli nie podlega 

świadomej kontroli i można ją odkryć w stanie hipnozy. Normalnego heteroseksualnego 

mężczyznę można uczynić w ten sposób pedałem... wzmocnić latentne skłonności 

homoseksualne, pozbawić kobiet i poddać stymulacji homoseksualnej. Później narkotyki, 

hipnoza i... 

Benway skinął wymownie dłonią. 

— Badanych można poddawać upokorzeniom seksualnym. Nagość, stymulacja 

afrodyzjakami, nieustanny nadzór, by nie dopuścić do masturbacji (w razie erekcji podczas 

background image

snu włącza się automat, który wyrzuca badanego z łóżka do basenu z lodowatą wodą, co 

redukuje do minimum liczbę polucji). Można zahipnotyzować księdza i powiedzieć,  że 

zjednoczy się wkrótce z Barankiem — a później wprowadzić mu do odbytu penis starego 

tryka. Śledczy uzyskuje w ten sposób kontrolę hipnotyczną — badany przybiegnie do nogi na 

jedno gwizdnięcie, będzie srał na podłogę, jeśli się powie: “Sezamie, otwórz się!" Naturalnie 

upokorzenia seksualne zupełnie nie działają na jawnych homoseksualistów. Pamiętam 

jednego chłopca, którego uwarunkowałem, by robił kupę na mój widok. Później myłem mu 

tyłek i przelatywałem go. Doprawdy, smakowite. Był zresztą  ślicznym chłopcem. Czasami 

wybuchał  płaczem, bo nie mógł powstrzymać ejakulacji, jak go pieprzyłem. Cóż, wyraźnie 

widać, że istnieją niezliczone możliwości, niczym kręte ścieżki w wielkim pięknym ogrodzie. 

Badałem te sprawy bardzo pobieżnie na życzenie bonzów partyjnych. Cóż, son cosas de la 

vida. 

Docieram do Freelandii, czystej i nudnej, mój Boże. Benway kieruje Centralnym 

Ośrodkiem Warunkowania. Pytam o kogoś. 

— El Hassein został latahem, eksperymentując z automatycznym posłuszeństwem. 

Męczennik nauki... 

(Latahowie występują w Azji Południowo-Wschodniej. Chociaż zdrowi na umyśle, 

imitują każdy ruch przechodnia na ulicy, gdy przyciągnie się ich uwagę pstrykając palcami 

lub wydając głośny okrzyk. Postać mimowolnej hipnozy. Niekiedy ranią się, próbując 

naśladować ruchy kilku ludzi naraz). 

— Przerwij mi, jeśli usłyszysz atomowy sekret... 

Twarz Benwaya zachowuje swoją formę, choć może lada chwila ulec niewymownemu 

rozszczepieniu lub metamorfozie. Przypomina trochę rozmazaną fotografię. 

— Chodź — mówi Benway. — Oprowadzę cię po ośrodku. 

Idziemy długim białym korytarzem. Głos Benwaya przenika do mojej świadomości z 

nieokreślonego miejsca... bezcielesny, niekiedy głośny i wyraźny, niekiedy ledwie słyszalny, 

niczym muzyka zagłuszana przez wiatr... 

— Izolowane społeczności, jak tubylcy z Archipelagu Bismarcka. Nie istnieje w nich 

jawny homoseksualizm. Przeklęty matriarchat. Wszystkie matriarchaty są anty 

homoseksualne, konformistyczne i nudne. Jeśli znajdziesz się w społeczności opartej na 

matriarchacie, idź do najbliższej granicy, ale nie biegnij. Jak zaczniesz biec, prawdopodobnie 

zastrzeli cię jakiś sfrustrowany gliniarz, latentny pedał. Czy warto tworzyć przyczółki 

homogeniczności w ruinach takich jak Europa Zachodnia czy USA? Kolejny pieprzony 

matriarchat, pomimo Margaret Mead... Same kłopoty. Walka na skalpele z kolegą w sali 

background image

operacyjnej. Moja asystentka pawianica skoczyła na pacjenta i rozszarpała go na strzępy. 

Podczas bójki pawiany atakują zawsze najsłabszego. Całkiem słusznie. Nie wolno nigdy 

zapominać o naszym wspaniałym małpim rodowodzie. Moim przeciwnikiem był doktor 

Browbeck. Emerytowany specjalista od aborcji i handlarz narkotyków (ukończył kurs 

weterynaryjny), powołany z powrotem do służby wskutek braku personelu. Cóż, doktorek 

spędził cały ranek w kuchni szpitalnej, podszczypując pielęgniarki i wdychając gaz świetlny, 

a tuż przed zabiegiem wziął ukradkiem dla kurażu podwójną działkę gałki muszkatołowej. 

W Anglii, a zwłaszcza w Edynburgu ludzie odurzają się gazem świetlnym 

przepuszczonym przez mleko w proszku. Wyprzedają się ze wszystkiego, żeby płacić 

rachunki za gaz, a jak przychodzi wreszcie inkasent, by go zamknąć, wrzeszczą na całe 

miasto. Człowiek mający ochotę na gaz mówi:  

"Czuję na plecach ten stary piec". 

Gałka muszkatołowa. Cytuję z artykułu autora w “Brytyjskim Przeglądzie 

Narkotycznym" [por. Dodatek]: 

“Skazańcy i marynarze odurzają się niekiedy gałką muszkatołową, łykając ją z wodą. 

Sensacje są dość podobne jak po marihuanie, choć towarzyszą im ból głowy i nudności. 

Indianie południowoamerykańscy stosują kilka narkotyków z rodziny gałki muszkatołowej. 

Zwykle wąchają sproszkowaną roślinę. Czarownicy zażywający gałkę muszkatołową wpadają 

w trans pozwalający przepowiadać przyszłość". 

— Miałem kaca po yage i nie chciałem słuchać idiotyzmów Browbecka. Na początku 

powiedział,  że powinienem ciąć na plecach, a nie na brzuchu, bo rozlanie się  pęcherzyka 

żółciowego zepsuje mięso. Myślał,  że patroszy kurczaka. Kazałem mu iść do kuchni i 

wsadzić z powrotem łeb do pieca, a on miał czelność odepchnąć moją rękę, co doprowadziło 

do przecięcia tętnicy udowej pacjenta. Tryskająca krew oślepiła anestezjologa, który 

wrzeszcząc wybiegł z sali operacyjnej. Browbeck usiłował kopnąć mnie w podbrzusze, ale 

wykastrowałem go skalpelem. Czołgał się po podłodze, dźgając mnie w nogi. Yioletta — 

moja asystentka pawianica, jedyna kobieta, na jakiej mi kiedykolwiek zależało — dostała 

prawdziwego szału. Wszedłem na stół operacyjny i już miałem skoczyć obiema nogami na 

Browbecka, gdy wpadli policjanci. 

Cóż, bójka w sali operacyjnej, “nieprawdopodobne wydarzenie", jak określił to 

dyrektor. Zupełnie mnie to wykończyło. Atakowano mnie ze wszystkich stron. Ukrzyżowanie 

— oto jedyne właściwe słowo. Oczywiście popełniłem w życiu kilka głupot, ale kto ich nie 

popełnia? Kiedyś ja i anestezjolog wypiliśmy cały eter i pacjent wstał ze stołu; innym razem 

oskarżono mnie o kradzież kokainy i uzupełnienie braku proszkiem do mycia ustępów. Tak 

background image

naprawdę zrobiła to Yioletta. Oczywiście musiałem ją osłaniać... 

Na koniec wylali nas ze szpitala. Yioletta nie była naturalnie prawdziwą lekarką, 

podobnie jak Browbeck; zakwestionowano nawet mój dyplom. Ale Yioletta znała się na 

medycynie lepiej niż stu profesorów. Miała niesłychaną intuicję i poczucie obowiązku. 

Siedziałem bezczynnie w swoim mieszkaniu, bez dyplomu. Czy powinienem zmienić 

fach? Nie, mam medycynę we krwi. Utrzymałem pewność  ręki, dokonując aborcji po 

zaniżonych cenach w toaletach na stacjach metra. Upadłem tak nisko, że zaczepiałem 

ciężarne kobiety na ulicach. Kompletny zanik etyki. Wreszcie spotkałem wspaniałego faceta, 

Placentę Juana, który dorobił się na młodych cielętach podczas wojny. Cielę może zostać 

zarżnięte, dopiero gdy osiągnie wiek sześciu tygodni. Wcześniej grożą za to wysokie 

grzywny. Cóż, Juanito miał flotyllę frachtowców pływających pod banderą abisyńską dla 

uniknięcia kłopotów. Dał mi posadę lekarza okrętowego na pokładzie “Filariasis", 

najbrudniejszej  łajby, jaka żeglowała kiedykolwiek po morzach. Jedną  ręką operowałem, 

drugą odganiałem szczury, a z sufitu spadały pluskwy i skorpiony. 

Po co komu homogeniczność? Można ją osiągnąć, ale to kosztuje. Wyszło mi to 

bokiem... Oto jesteśmy... Ulica Nudy. 

Benway kiwa dłonią i otwierają się drzwi. Przechodzimy przez próg i drzwi się 

zamykają. Długa, nieskazitelnie czysta sala: nierdzewna stal, lśniące białe kafelki, łóżka pod 

jedną ścianą. Nikt nie pali, nikt nie czyta, nikt nie rozmawia. 

— Chodź i przypatrz im się — mówi Benway. — Nie krępuj się. 

Podchodzę i staję naprzeciw mężczyzny siedzącego na łóżku. Patrzę mu w oczy. Są 

kompletnie puste. 

— NUM — mówi Benway. — Nieodwracalne uszkodzenie mózgu. Nadmiar 

wolności, można powiedzieć... Ciężar dla naszego ośrodka. 

Przesuwa ręką przed oczami mężczyzny. 

— Tak, ciągle mają odruchy. Popatrz. Wyciąga z kieszeni tabliczkę czekolady, 

rozwija z cynfolii odsuwa mężczyźnie pod nos. Mężczyzna wącha. Zaczyna poruszać 

szczękami i wykonywać ruchy chwytne. Ślina cieknie mu z ust i wisi na podbródku. Burczy 

mu w brzuchu. Cały zaczyna się wić. Benway robi krok do tyłu i unosi czekoladę. Mężczyzna 

pada na kolana, odrzuca głowę do tyłu i szczeka. Benway rzuca czekoladę. Mężczyzna usiłuje 

chwycić ją zębami, pudłuje, chodzi na czworakach, wydając skomlące dźwięki. Wczołguje się 

pod łóżko, odnajduje czekoladę i wpycha sobie obiema rękami do ust. 

— Boże! Ci kretyni nie mają cienia wstydu! Benway wzywa sanitariusza, który siedzi 

na końcu sali, czytając tom dramatów J. M. Barriego. 

background image

— Zabierz stąd tych kretynów. Są tylko ciężarem. Odstraszają turystów. 

— Co z nimi zrobić? 

— Skąd u licha mam wiedzieć? Jestem naukowcem, zajmuję się czystą nauką. Po 

prostu zabierz ich stąd. Nie mogę na nich patrzeć. Są ohydni. 

— Ale jak to załatwić? 

— Drogą  służbową. Zatelefonuj do koordynatora okręgowego czy jak się teraz 

nazywa... co tydzień nowy tytuł. Wątpię, czy w ogóle istnieje. 

Doktor Benway przystaje koło drzwi i ogląda się na mężczyznę z uszkodzeniem 

mózgu. 

— Jedna z naszych porażek — mówi. — Cóż, wypadek przy pracy. 

— Czy kiedykolwiek dochodzą do siebie? 

— Nigdy, ach, nigdy nie dochodzą do siebie! — nuci cicho Benway. — Następny 

oddział jest bardzo interesujący. 

Pacjenci stoją grupkami, rozmawiając i plując na podłogę. W powietrzu wisi szara 

mgiełka morfiny. 

— Widok, od którego serce rośnie — mówi Benway. — To narkomani czekający na 

dealera. Pół roku temu wszyscy byli schizofrenikami. Niektórzy spędzili wiele lat w łóżkach. 

Popatrz tylko na nich. 

W całej swojej praktyce nie widziałem nigdy narkomana będącego jednocześnie 

schizofrenikiem, a narkomani należą zwykle do typu schizoidalnego. Jak się chce kogoś 

wyleczyć, trzeba się dowiedzieć, kto jest zdrowy. Więc kto nie ma schizofrenii? Ćpuny. 

Nawiasem mówiąc, w Boliwii istnieje pewien górski obszar, gdzie nie występują psychozy. 

Chciałbym tam pojechać, nim mieszkańcy się zdegenerują: dokona tego nauka czytania i 

pisania, reklamy, telewizja, bary. Chętnie zbadałbym ich metabolizm: dieta, narkotyki, 

alkohol, seks i tak dalej. Kogo obchodzi, co myślą? Pewnie te same nonsensy co inni. 

Dlaczego narkomani nie chorują na schizofrenię? Jeszcze nie wiem. Schizofrenik 

może ignorować  głód i zagłodzić się na śmierć, jak się go nie karmi. Narkoman nie może 

ignorować głodu heroiny. Nałóg zmusza do kontaktów z ludźmi. 

Ale to tylko jeden punkt widzenia. Meskalina, LSD-6, rozłożona adrenalina, 

harmalina wywołują zaburzenia podobne do schizofrenii, więc schizofrenia to 

prawdopodobnie psychoza metaboliczna. Schizofrenicy produkują własny narkotyk, mają w 

sobie dealera, można powiedzieć. (Zainteresowanych czytelników odsyłam do Dodatku). 

W terminalnej schizofrenii tyłomózgowie ulega trwałemu zahamowaniu, a 

przodomózgowie prawie nie działa, gdyż przodomózgowie aktywizuje się w odpowiedzi na 

background image

stymulację płynącą z tyłomózgowia. 

Morfina działa na tyłomózgowie podobnie jak schizofrenia. (Proszę zwrócić uwagę na 

podobieństwo między objawami głodu a odurzeniem yage czy LSD-6). Ostatecznym 

skutkiem zażywania morfiny, a zwłaszcza dużych dawek heroiny jest trwałe zahamowanie 

tyłomózgowia i stan podobny do terminalnej schizofrenii: całkowity zanik uczuć, autyzm, 

otępienie. Narkoman może osiem godzin gapić się w ścianę. Jest świadomy otoczenia, ale nie 

budzi ono w nim żadnych emocji ani w ogóle go nie interesuje. Przypominanie sobie okresu 

ciężkiej narkomanii jest jak odtwarzanie wstecz taśmy magnetofonowej z zapisem wydarzeń 

doświadczanych jedynie przez przodomózgowie. Prozaiczne konstatacje faktów. “Poszedłem 

do sklepu i kupiłem kilo cukru. Wróciłem do domu i zjadłem pół pudełka. Strzeliłem sobie 

dwieście miligramów". W owych wspomnieniach uderza zupełny brak nostalgii. Jednakże 

kiedy tylko zmniejszają się dawki morfiny, w organizmie pojawia się substancja stymulująca. 

Jeśli przyjemność to rozładowanie napięcia, morfina rozładowuje napięcie związane z 

życiem. Odłącza podwzgórze, ośrodek energii psychicznej i libido. 

Niektórzy z moich uczonych kolegów (bezimienne dupki) sugerują,  że morfina 

stymuluje bezpośrednio ośrodek orgazmu w mózgu. Sądzę, że w istocie rzeczy zaburza cykl 

polegający na narastaniu i rozładowywaniu napięcia.  Ćpun nie potrzebuje orgazmu. 

Narkoman nie odczuwa nudy, świadczącej zawsze o nie rozładowanym napięciu. Może się 

gapić przez osiem godzin na własny but. Jedyną rzeczą, która podrywa go do działania, jest 

głód narkotyczny. 

Na dalekim krańcu sali sanitariusz unosi metalową  żaluzję i chrząka jak wieprz. 

Narkomani biegną w jego stronę, śliniąc się i mlaskając. 

— Mądry facet — mówi Benway. — Żadnego szacunku dla godności ludzkiej. Teraz 

pokażę panu oddział dla lekkich zboczeńców i kryminalistów. Tak, kryminaliści są u nas 

uznawani za zboczeńców. Nie walczą z prawami Freelandii. Chcą po prostu obejść kilka 

paragrafów. Odrażające, lecz niezbyt groźne. Korytarzem prosto... Ominiemy oddziały 

dwadzieścia trzy, osiemdziesiąt sześć, pięćdziesiąt siedem i dziewięćdziesiąt siedem... oraz 

laboratorium. 

— Czy homoseksualiści są również uznawani za zboczeńców? 

— Nie. Proszę pamiętać o Archipelagu Bismarcka. Nie ma tam jawnego 

homoseksualizmu. Dobrze funkcjonujące państwo policyjne nie potrzebuje policji. 

Homoseksualizm po prostu nie przychodzi nikomu do głowy... W matriarchacie 

homoseksualizm to przestępstwo polityczne. Żadna społeczność nie toleruje otwartego 

odrzucenia swoich podstawowych praw. Nie żyjemy w matriarchacie, inszallah. Zna pan 

background image

eksperymenty ze szczurami, które poddawano elektrowstrząsom i oblewano zimną wodą, gdy 

zbliżały się do samic? Wszystkie stały się pedałami. Właśnie taka jest etiologia 

homoseksualizmu. Kiedy pracowałem krótko jako psychoanalityk, jeden z pacjentów zaczął 

szaleć z miotaczem płomieni, dwóch popełniło samobójstwa, a jeden zdechł na kozetce jak 

szczur tropikalny (szczury tropikalne zdychają, gdy nagle znajdą się w sytuacji bez wyjścia). 

Rodzina zaczęła się mnie czepiać, a ja powiadam: “Cóż, wypadek przy pracy. Wynieście stąd 

tego sztywniaka. Źle działa na moich żywych pacjentów". Zauważyłem, że wszyscy pacjenci 

homoseksualiści objawiają silne podświadome ciągotki heteroseksualne, a wszyscy pacjenci 

heteroseksualni podświadome ciągotki homoseksualne. Kręci się od tego w głowie, nie? 

— I co z tego wynika? 

— Wynika? Nic. To po prostu luźne spostrzeżenie. Jemy lunch w gabinecie Benwaya, 

gdy nagle dzwoni telefon. 

— Co takiego?... Potworne! Fantastyczne!... Kontynuujcie i czekajcie. Odkłada 

słuchawkę. 

— Natychmiast przyjmuję posadę w Islam S.A. Zdaje się, że komputer oszalał, grając 

w sześciowymiarowe szachy z technikiem, i uwolnił wszystkich pacjentów. Musimy się 

wycofać na dach. Wygląda na to, że czeka nas ewakuacja helikopterem. 

 

Z dachu Ośrodka Warunkowania rozciąga się straszliwy widok. Przed kawiarniami 

stoją pacjenci z nieodwracalnym uszkodzeniem mózgu, nici śliny wiszą im na podbródkach, 

w brzuchach burczy; inni ejakulują na widok kobiet. Latahowie z małpim uporem naśladują 

przechodniów. Narkomani splądrowali apteki i szprycują się na każdym rogu... W parku w 

malowniczych pozach stoją katatonicy... Ulicami biegają pobudzeni schizofrenicy, wydając 

nieartykułowane, nieludzkie okrzyki. Grupa częściowo uwarunkowanych pacjentów otoczyła 

wycieczkę  złożoną z homoseksualistów: na twarzach pacjentów błąkają się odrażające, 

dwuznaczne uśmiechy. 

— Czego chcecie? — warczy jeden z pedałów. 

— Zrozumieć was. 

Grupa wyjących simopatów huśta się na żyrandolach, balkonach i gałęziach drzew, 

srając i sikając na przechodniów. (Simopata — zapomniałem fachowej nazwy choroby — to 

osoba przekonana, że jest małpą. Szczególnie często zdarza się to poborowym, ale przechodzi 

im, gdy tylko wyjdą z wojska). Po ulicach biegają furiaci, szablami ucinając ludziom głowy; 

na ich nieobecnych twarzach igra rozmarzony uśmiech... Maniacy seksualni trzymają się za 

penisy i krzykiem błagają turystów o pomoc... Arabscy demonstranci wrzeszczą i wyją, 

background image

kastrując, patrosząc, ciskając butelki z benzyną... Chłopcy robią taneczne striptizy z jelitami, 

kobiety wpychają w siebie ucięte genitalia, rzucają się na wybranych mężczyzn... Fanatycy 

religijni przemawiają do tłumu z helikopterów, ciskając w dół deszcz kamiennych tablic 

zapisanych bezsensownymi przesłaniami... Ludzie przebrani za lamparty rozdzierają innych 

na strzępy stalowymi szponami, rycząc i chrząkając... Członkowie Towarzystwa 

Kanibalistycznego Kwakiutlów odgryzają nosy i uszy... 

Koprofag prosi o talerz, sra na niego, zjada gówno i krzyczy: “Mniam-mniam! 

Pycha!" 

Batalion rozszalałych nudziarzy włóczy się po ulicach i foyer hotelowych w 

poszukiwaniu ofiar. Intelektualny awangardzista (“Jedynymi tekstami godnymi uwagi są 

czasopisma naukowe") dał komuś zastrzyk z bulbokapniny i ma zamiar przeczytać mu artykuł 

na temat wykorzystania neohemoglobiny w leczeniu granulomy rozsianej. (Artykuł to 

oczywiście bełkot, który spreparował i wydrukował). 

Jego pierwsze słowa: “Jestem waszym autorytetem, do czego predysponuje mnie 

inteligencja". Złowieszcze słowa, mój chłopcze... Kiedy je usłyszysz, natychmiast uciekaj. 

Anglik z kolonii, wspomagany przez pięciu młodych policjantów, więzi kogoś w 

barze klubu: “Zna pan Mozambik?" — pyta i rozpoczyna nie kończącą się opowieść o swojej 

jej malarii. “Więc lekarz powiedział mi tak: «Mogę panu doradzić tylko jedno: wyjechać stąd. 

Inaczej — pochowam pana». Prowadził również przedsiębiorstwo pogrzebowe. Dorabiał 

trochę na boku, od czasu do czasu grzebiąc któregoś ze swoich pacjentów". Po trzecim dżinie 

przerzuca się na dyzenterię. “Zdumiewająca biegunka. Jasnożółta, o zmiennej konsystencji". 

Podróżnik w korkowym hełmie trafił kogoś z dmuchawki. Ciernie, którymi strzela, są 

zatrute kurarą. Robi ofierze sztuczne oddychanie. (Kurarą paraliżuje płuca. Nie ma innego 

działania toksycznego i ściśle biorąc nie jest trucizną. Jeśli zastosuje się sztuczne oddychanie, 

ofiara nie umrze. Kurarą jest błyskawicznie wydalana przez nerki). 

— Był to rok zarazy bydlęcej, gdy wszystko wymarło, nawet hieny... Zostałem sam na 

pustkowiu, zupełnie bez towaru. Kiedy zrzucono mi go na spadochronie, czułem 

niewysłowioną wdzięczność... Jeszcze nigdy nikomu tego nie opowiadałem... 

Jego głos odbija się echem w ogromnym pustym foyer hotelowym. Secesja: czerwony 

aksamit, plastikowe palmy, złocenia i rzeźby. 

— Jako jedyny biały zostałem przyjęty do osławionego Stowarzyszenia Aguti i 

uczestniczyłem w jego straszliwych obrzędach. Członkowie Stowarzyszenia Aguti wyszli na 

ulicę, by odbyć rytuał Chimu. (Peruwiańscy Indianie Chimu oddawali się chętnie pederastii i 

urządzali krwawe walki z maczugami, kończące się niekiedy kilkuset ofiarami śmiertelnymi). 

background image

Młodzież, szydząc z siebie i okładając się nawzajem maczugami, wymaszerowuje na pole. 

Zaczyna się bitwa. 

Drogi czytelniku, ohyda tego widoku nie da się opisać! Kim jest ten skulony sikający 

tchórz, złośliwy niczym mandryl, stale zmieniający panów? Kto sra na pokonanego 

przeciwnika, który konając zjada gówno i krzyczy z rozkoszy? Kto wiesza biernego 

homoseksualistę i łapie jego spermę ustami niczym wściekły pies? Łagodny czytelniku, 

chętnie bym ci tego oszczędził, ale moje pióro jest obdarzone własną wolą. O Chryste, co za 

widok! Czy język lub pióro może opisać te bezeceństwa? Bestialski młody chuligan wyłupił 

swojemu koledze oko i pieprzy go w mózg. “Ma uwiąd mózgu i jest suchy jak cipa starej 

baby". 

— Pieprzę  tę starą cipę, jak w krzyżówce, co mi wynika, jak mi wynika? Już, mój 

stary, czy jeszcze nie? Nie mogę cię wypieprzyć, Jack, bo zostaniesz niedługo moim ojcem i 

lepiej by ci było poderżnąć gardło i wypieprzyć moją matkę, niż wypieprzyć ojca albo vice 

versa, mutatis mutandis i podciąć gardło matce, świętej cipie, choć to najlepszy sposób, żeby 

zamknąć jej gębę. Chodzi o to, że gość nie wie, że ma dać dupy “wielkiemu białemu 

tatusiowi" czy przelecieć staruchę. Dajcie mi dwie cipy i stalowego fiuta, trzymajcie swoje 

brudne paluchy z dala od mojego słodkiego tyłka. Czy myślicie,  że jestem pawianem, 

uchodźcą z Gibraltaru? Mężczyznę i kobietę wykastrował. Kto nie rozróżnia płci? Poderżnę ci 

gardło, ty biały skurwysynu. Stań otwarcie jak mój wnuk i spotkaj się ze swoją nie narodzoną 

matką w wątpliwej walce. Zamęt spieprzy mu arcydzieło. Poderżnąłem dozorcy gardło 

całkiem przez pomyłkę, był takim paskudnym starym fiutem. W pierdlu wszystkie fiuty są 

takie same. 

Wróćmy na pole poległych. Młodzieniec odbywa stosunek płciowy z kolegą, a 

tymczasem kolejny młodzieniec kastruje pierwszego, jednakże natura nie znosi próżni i drugi 

młodzieniec ejakuluje do Czarnej Laguny, gdzie niecierpliwe piranie rozrywają na strzępy 

jeszcze nie narodzone dziecko, którego narodziny — w świetle pewnych dobrze 

udokumentowanych faktów — są mało prawdopodobne. 

Kolejny nudziarz nosi walizkę pełną nagród i medali, pucharów i proporczyków: 

— Zdobyłem tę nagrodę w konkursie na najzmyślniejsze akcesorium seksualne. Było 

to w Jokohamie. (Trzymajcie go, jest w desperacji!) Cesarz wręczył mi nagrodę osobiście i 

miał łzy w oczach, a pozostali uczestnicy ceremonii wykastrowali się nożami do harakiri. Ten 

proporczyk wygrałem podczas konkursu na największego podleca podczas mityngu 

Anonimowych Ćpunów w Teheranie. 

— Zastrzelił fagasa mojej żony kamieniem nerkowym wielkim jak brylant Hope. Daję 

background image

jej pół tabletki Yagantiny i mówię: “Nie spodziewaj się zbyt wielkiej ulgi..." “Zamknij się 

już... Chcę się rozkoszować lekarstwem". 

— Ukradł kulkę opium z tyłka mojej babki. Hipochondryk łapie przechodnia na lasso, 

zakłada mu kaftan bezpieczeństwa i zaczyna gadać o swoich wrzodach: 

— Paskudna, cuchnąca ropa... Poczekaj, aż zobaczysz. Rozbiera się, pokazuje blizny 

pooperacyjne i chwyta palec opierającej się ofiary: 

— Czujesz w moim kroczu tę opuchliznę? Cierpię na limfogranulomę... A teraz chcę, 

żebyś dokonał palpacji moich hemoroidów. 

Mowa o limfogranulomie, zwanej “bubą", wirusowej chorobie wenerycznej pospolitej 

w Etiopii. “Nie bez kozery nazywają nas brudnymi Etiopczykami" — śmieje się etiopski 

najemnik, jadowity jak królewska kobra, uprawiający stosunek pederastyczny z faraonem. 

Starożytne papirusy egipskie zawsze nazywają ich brudnymi Etiopczykami. 

Zaczęło się w Addis Abebie, ale mamy dwudziesty wiek i globalną wioskę. Buby 

puchną w Szanghaju i na Bahamach, w Nowym Orleanie i Helsinkach, w Seattle i w 

Kapsztadzie. Ale nie masz jak ojczyzna i choroba wyraźnie upodobała sobie Murzynów, co 

jest świetnym argumentem dla rasistów. Ale podobno czarownicy Mau Mau z kultów voodoo 

szykują już specjalną chorobę weneryczną dla białych. Zresztą biali wcale nie są odporni: 

pięciu marynarzy brytyjskich zaraziło się w Zanzibarze, a w okręgu Dead Coon w stanie 

Arkansas (“Najczarniejsza ziemia, najbielsi ludzie w USA — czarnuchu, niech nie padnie tu 

na ciebie promień słońca") koroner dostał buby z przodu i z tyłu. Kiedy choroba wyszła na 

jaw, czujni sąsiedzi spalili go żywcem w wychodku. “Posłuchaj, Ciem, myśl o sobie jak o 

krowie z pryszczycą albo kogucie chorym na zarazę". “Nie podchodźcie za blisko, chłopcy. 

Jego jelita mogą wybuchnąć w ogniu". Jednym słowem, bakterie buby przenoszą się łatwo z 

miejsca na miejsce, w odróżnieniu od pewnych nieszczęśliwych wirusów, trawiących 

bezczynnie czas w brzuchu kleszcza albo w ślinie zdychającego szakala, który wyje do 

księżyca na pustyni. Po infekcji pierwotnej choroba atakuje gruczoły chłonne krocza, które 

puchną i pękają, po czym przez miesiące i lata sączy się z nich cuchnąca wydzielina złożona z 

krwi, ropy i limfy. Częstym powikłaniem jest słoniowacizna genitaliów; odnotowano również 

przypadki gangreny, w której zalecano amputację pacjenta od pasa w dół. U kobiet dochodzi 

zazwyczaj do infekcji wtórnej odbytu. Mężczyźni uprawiający bierne stosunki pederastyczne 

z zainfekowanymi partnerami pawianami mogą także się zarazić. Po początkowej opuchliźnie 

i wycieku ropnym — mogą one pozostać nie zauważone — rozwija się zwężenie odbytu 

wymagające interwencji chirurgicznej, chyba że nieszczęsny pacjent pierdzi i sra przez usta, 

co prowadzi do zgniłego oddechu i niepopularności wśród wszystkich egzemplarzy homo 

background image

sapiens, niezależnie od płci, wieku i stanu. Pewnego ślepego pedała opuścił nawet jego pies 

przewodnik. Do niedawna nie było żadnej skutecznej metody leczenia. “Leczenie objawowe" 

— w żargonie lekarskim oznacza to, że choroba jest nieuleczalna. Obecnie w wielu 

przypadkach uzyskuje się poprawę po zastosowaniu końskich dawek aureomycyny, 

teramycyny i innych antybiotyków. Mimo to znaczny odsetek chorych jest oporny na 

wszelkie kuracje... A więc, chłopcy, gdy czujecie na jajach czyjś gorący język, który wnika 

wam do tyłka jak płomień palnika acetylenowego — wedle słów I. B. Watsona: “Myślcie!" 

Przestańcie dyszeć i dokonajcie palpacji, a jeśli wyczujecie bubę, otoczcie się murem chłodu i 

powiedzcie lodowatym tonem: “Myślisz,  że chcę się zarazić twoją okropną chorobą?! 

Bynajmniej!" 

Chuligańscy fanatycy rock and rolla szturmują ulice wielkich miast. Wpadają do 

Luwru i oblewają kwasem twarz Mony Lizy. Otwierają ogrody zoologiczne, domy wariatów, 

więzienia, przebijają młotami pneumatycznymi rury wodociągowe, rąbią podłogi w toaletach 

samolotów pasażerskich, strzelają do latarni morskich, podpiłowują liny wind, aż zostaje 

tylko cienki drucik, zamieniają wodociągi z kanalizacją, wrzucają do basenów rekiny, 

płaszczki, węgorze elektryczne i candiru (candiru to niewielka rybka o grubości sześciu 

milimetrów i długości pięciu centymetrów, zamieszkująca niektóre rzeki w Amazonii; wbija 

się ona w penis, odbytnicę albo babską cipę faute de mieux i więźnie tam dzięki kolczastym 

skrzelom, choć nie wiadomo, w jakim celu, bo nikt jeszcze się nie odważył zbadać cyklu 

życiowego candiru in situ), w marynarskich strojach zatapiają “Queen Mary" w Zatoce 

Nowojorskiej, porywają samoloty i autokary, wpadają w białych kitlach do szpitali z piłami, 

toporami i skalpelami metrowej długości, odłączają chorym respiratory i naśladują ich 

duszenie się, tarzając się po podłodze z oczami w słup, robią zastrzyki pompkami od 

rowerów, odłączają sztuczne nerki, przepiłowują kobietę na pół ogromną piłą, wpędzają do 

gmachu giełdy ogromne stado świń, srają na podłogę ONZ i podcierają się traktatami, 

paktami, sojuszami, samolotami, samochodami, konno, na wielbłądach, słomach, traktorach, 

rowerach i walcach parowych, pieszo, na nartach, sankach, o kulach i na szczudłach turyści 

szturmują granice, żądając azylu politycznego z powodu “potwornych warunków panujących 

we Freelandii", a Izba Handlowa na próżno usiłuje zdusić sprawę w zarodku: “Spokojnie. To 

tylko kilku szaleńców, którzy się wyrwali z szalonego kraju". 

background image

 

 

JOSELITO 

 

Joselito, pisujący kiepskie wiersze o tematyce społecznej, zaczyna kaszleć. Niemiecki 

lekarz zbadał chłopca, dotykając jego żeber smukłymi, delikatnymi palcami. Lekarz był także 

skrzypkiem, matematykiem, mistrzem szachowym i doktorem prawa międzynarodowego z 

prawem występowania w toaletach Hagi. Obrzucił brązową pierś Joselito twardym, 

nieobecnym wzrokiem. Popatrzył na Carla i uśmiechnął się — porozumiewawczy uśmiech 

wykształconego mężczyzny — po czym uniósł brwi, mówiąc bez słów: To głupi chłop, więc 

ukryjmy to przed nim, bo inaczej zesra się ze strachu. Koch, paskudne słowo, prawda? 

— Catarro de los pulmones — rzekł na głos. 

Carl rozmawiał z doktorem przed domem, w wąskim krużganku. Deszcz padający na 

ulicę ochlapywał mu nogi, a w oczach doktora odbijały się schody, ganki, murawy, podjazdy, 

korytarze i ulice świata... duszne niemieckie alkowy, regały do sufitu, złowróżbna woń uremii 

sącząca się spod drzwi, podmiejskie trawniki przy dźwiękach zraszacza w spokojnej dżungli 

pod cichymi skrzydłami moskitów. (Uwaga: To nie figura retoryczna. Moskity są 

rzeczywiście ciche). Dyskretne sanatorium w Kensington, puszyste dywany, fotel obity 

brokatem i filiżanka herbaty, nowoczesny szwedzki salon z hiacyntami w żółtej czarze, a na 

zewnątrz porcelanowo błękitne północne niebo i płynące obłoki pod kiepską akwarelą 

umierającego studenta medycyny. 

— Chyba schnaps, Frau Underschnitt. 

Doktor rozmawiał przez telefon, patrząc na szachownicę. 

— Dość poważne zmiany... nawet bez badania fluoroskopowego. — Podnosi skoczka, 

a następnie odstawia go z namysłem na to samo miejsce. — Tak... oba płuca... bez cienia 

wątpliwości. — Odkłada słuchawkę i zwraca się w stronę Carla. — Zauważyłem,  że 

zdumiewająco szybko goją im się rany i rzadko dochodzi do zakażenia. Nasza domena to 

płuca: zapalenie i oczywiście nasz stary wierny przyjaciel. — Doktor chwyta Carla za fiuta, 

podskakuje  śmiejąc się ochrypłym chłopskim  śmiechem i ciągnie gładko w swojej dziwnie 

pozbawionej akcentu, bezcielesnej angielszczyźnie: — Nasz stary przyjaciel prątek Kocha. — 

Trzaska obcasami i kłania się. — Inaczej chłopi mnożyliby się jak króliki, nie? — Chichoce 

jak hiena, zbliżając twarz do twarzy Carla, który cofa się ku szarej ścianie deszczu. 

— Jest jakieś miejsce, gdzie można by go wyleczyć? 

background image

— Zdaje się,  że w stolicy okręgu jest sanatorium. — Doktor przeciąga lubieżnie 

słowa. — Napiszę panu adres. 

— Chemioterapia? 

Głos Carla brzmi głucho i ciężko w wilgotnym powietrzu. 

— Kto wie? To głupi chłop, a najgorsi są ci, co liznęli trochę nauki. Nie powinno im 

się pozwalać uczyć się czytać, a także uczyć się mówić. Nie ma potrzeby zabraniać im 

myślenia: zadbała o to sama Natura. 

Oto adres — szepce doktor, nie otwierając ust. 

Upuszcza na dłoń Carla papierową kulkę. Jego palce, lśniące od brudu, dotykają 

rękawa gościa. 

— Jest jeszcze kwestia mojego honorarium. Carl wsuwa mu złożony banknot... i 

doktor rozpływa się w szarym zmierzchu, niechlujnym i lękliwym jak stary ćpun. Carl spotkał 

się z Joselito w wielkim, czystym, jasno oświetlonym pokoju, z osobną  łazienką i 

cementowym balkonem. W chłodnym, pustym pokoju nie ma o czym rozmawiać: hiacynty 

wodne rosnące w żółtej czarze, porcelanowo błękitne niebo, płynące obłoki, strach zapalający 

się i gasnący w oczach. Kiedy się uśmiechał, strach odlatywał strzępami jasności, krył się w 

wysokich chłodnych rogach pokoju. Co mogłem powiedzieć, czując wokół  śmierć, widząc 

ulotne obrazy pojawiające się przed zaśnięciem? 

— Wyślą mnie jutro do nowego sanatorium. Przyjedź mnie odwiedzić. Będę tam sam. 

Rozkaszlał się i zażył tabletkę kodeiny. 

— Wiem, doktorze, to znaczy, dowiedziałem się, czytałem i słyszałem — nie jestem 

fachowcem ani go nie udaję — że leczenie sanatoryjne w dużej mierze zastąpiono, a 

przynajmniej uzupełniono chemioterapią. Czy wyrażam się  ściśle? Proszę mi powiedzieć z 

całą otwartością, jak człowiek człowiekowi, jakie jest pańskie zdanie o zaletach i wadach 

leczenia sanatoryjnego i chemioterapii? Czy jest pan zwolennikiem którejś z owych metod? 

Brązowa indiańska twarz lekarza jest beznamiętna jak twarz dealera. 

— Pełna nowoczesność, jak pan widzi. — Wyciąga siną dłoń, świadczącą o chorobie 

układu krążenia. — Łazienka... bieżąca woda... kwiaty... wszystko. — Kończy z triumfalnym 

uśmiechem: — Napiszę panu list. 

— List? Do sanatorium? 

Doktor mówi z krainy czarnych skał i wielkich fosforyzujących brunatnych lagun. 

— Umeblowanie... nowoczesne i wygodne. Naturalnie też pan tak uważa. 

Carl nie zauważył sanatorium, zamaskowanego fałszywą fasadą z zielonej sztukaterii. 

Na szczycie widać skomplikowany neon, martwy i złowieszczy na tle nieba, czekający na 

background image

zmrok. Sanatorium wzniesiono na wielkim wapiennym wzgórzu porośniętym drzewami 

owocowymi i winoroślą. W powietrzu czuć było ciężką woń kwiatów. 

Commandante siedział przy długim stole pod ścianą winorośli. Nie robił absolutnie 

nic. Wziął od Carla list i przeczytał go, poruszając bezgłośnie wargami. Nadział list na 

gwóźdź nad ustępem i zaczął pisać w księdze pełnej liczb. Pisał i pisał. 

W głowie Carla eksplodowały cicho ułamki obrazów. Nagle ujrzał samego siebie 

siedzącego w jadalni. Przedawkowanie heroiny. Potrząsnęła nim gospodyni, która podsuwała 

mu pod nos filiżankę gorącej kawy. 

Przed domem handluje stary ćpun przebrany za świętego Mikołaja. 

— Walczcie z gruźlicą, chłopcy! — szepce bezcielesnym głosem narkomana. Chór 

Armii Zbawienia złożony z homoseksualistycznych trenerów piłkarskich  śpiewa: “In the 

Sweet Bye and Bye". 

Carl wraca na ziemię: wizja urywa się. 

— Oczywiście mógłbym go przekupić. 

Commandante stuka w stół palcem i nuci “Corning Through the Rye". Daleko, później 

blisko, niczym syrena przeciw-mgielna na ułamek sekundy przed straszliwym zderzeniem. 

Carl wyciąga z kieszeni banknot... Commandante stoi koło ogromnej ściany szafek i 

skrytek. Patrzy na Carla chorymi, umierającymi oczyma, w których odbija się twarz śmierci. 

Wciąż czuć zapach kwiatów, a banknot wystaje do połowy z kieszeni. Carlowi robi się nagle 

słabo, wstrzymuje oddech, zastyga mu krew w żyłach. Jest w wielkim stożku lecącym spiralą 

w dół ku czarnej otchłani. 

— Chemioterapia? 

Krzyk wydobywający się z jego ciała płynie przez puste szatnie i koszary, stęchłe 

hotele w uzdrowiskach, widmowe, rozkasłane korytarze sanatoriów przeciwgruźliczych, 

mruczące, szare domy dla starców, wielkie, zakurzone magazyny, zrujnowane portyki i 

brudne arabeski, żelazne pisuary przeżarte przez mocz miliona krasnoludków, opuszczone, 

zarośnięte zielskiem wychodki z zapachem rozkładających się gówien, melancholijny 

drewniany fallus na grobie umierającego narodu, rozlewiska brunatnej rzeki z dryfującymi 

drzewami. W gałęziach kryją się zielone węże, smutnookie lemury obserwują brzeg, a w 

powietrzu słychać szelest sępich skrzydeł. Na drodze leżą podarte prezerwatywy i puste 

pojemniki po heroinie. 

— Moje meble. 

Twarz Commandante płonie niczym stopiony metal. Jego oczy gasną. W pokoju czuć 

powiew ozonu. 

background image

— Wszystko nowoczesne, znakomite... 

Kiwa idiotycznie głową i z ust cieknie mu ślina. O nogawkę spodni Carla ociera się 

żółty kocur i wybiega na betonowy balkon. Po niebie płyną obłoki. 

— Mógłbym wycofać swój depozyt. Otworzyć gdzieś niewielki interes. Kiwa głową i 

uśmiecha się jak nakręcana zabawka. 

— Joselito!!! 

Chłopcy unoszą głowy znad gry w kulki, znad kapsli i świecidełek, a imię odbija się 

echem po ulicy i powoli cichnie. 

— Joselito!... Paco!... Pepel. Enrique!... 

W ciepłym nocnym powietrzu rozlegają się melancholijne chłopięce okrzyki. Neon 

porusza się niczym drapieżnik i wybucha błękitnym płomieniem. 

background image

 

 

CZARNE MIĘSO 

 

— Jesteśmy kumplami, co? 

Młody pucybut uśmiechnął się uwodzicielsko i spojrzał  Żeglarzowi prosto w oczy, 

oczy martwe, podwodne, pozbawione ciepła,  żądzy, nienawiści czy innych emocji, jakich 

chłopiec sam doświadczył albo widział u znajomych ludzi, oczy zimne i napięte, bezosobowe 

i drapieżne. 

Żeglarz pochylił się i dotknął palcem przedramienia chłopca. 

— Gdybym miał takie żyły, synu, nieźle bym się zabawił! — odezwał się martwym 

szeptem narkomana. 

Roześmiał się czarnym owadzim śmiechem, który zdawał się  służyć orientacji w 

przestrzeni niczym pisk nietoperza. Zaśmiał się trzy razy. Umilkł i znieruchomiał, wsłuchując 

się w siebie. Jego anteny radarowe odebrały niemy sygnał maku. Wygładziły mu się 

zmarszczki na twarzy: żółtej, woskowej, ze sterczącymi kośćmi policzkowymi. Odczekał pół 

papierosa. Potrafił czekać. Ale w jego oczach płonął odrażający suchy głód. Odwrócił powoli 

głowę w stronę  mężczyzny, który wszedł przed chwilą do kawiarni. Gruby siedział przy 

stoliku, omiatając salę pustym wzrokiem kameleona. Spojrzawszy na Żeglarza skinął leciutko 

głową. Mógł to zauważyć tylko głodny ćpun. 

Żeglarz wręczył chłopcu monetę. Podszedł chwiejnie do stolika Grubego i usiadł. 

Długo milczeli. Kawiarnia znajdowała się w kamiennej rampie na dnie głębokiego wąwozu z 

białych cegieł. Wokół majaczyły twarze Miasta, nieme jak ryby, splamione ohydnymi 

nałogami i owadzimi żądzami. Oświetlona kawiarnia była dzwonem nurkowym z przerwaną 

liną, osiadłym w czarnej głębi oceanu. 

Żeglarz polerował sobie paznokcie na klapach kraciastej marynarki i pogwizdywał 

przez lśniące żółte zęby. 

Kiedy się poruszał, jego odzież wydzielała zgniły odór, stęchłą woń pustej szatni. 

Patrzył na swoje paznokcie z fosforyczną intensywnością. 

— W porządku, Gruby. Mogę dostarczyć dwadzieścia. Naturalnie potrzebuję zaliczki. 

— Z góry? 

— Nie noszę w kieszeni dwudziestu jajek. Zwykły rosół w galarecie. Wystarczy 

potrząsnąć. — Żeglarz patrzył na swoje paznokcie, jakby studiował mapę. — Wiesz, że 

background image

zawsze wszystko gra. 

— Załatw trzydzieści. Jutro o tej porze dostaniesz dziesięć tubek zaliczki. 

— Potrzebuję jednej teraz, Gruby. 

— Idź na spacer, to ją dostaniesz. 

Żeglarz popłynął w stronę placu. Ulicznik zakrył mu twarz gazetą i podał pióro. 

Żeglarz kroczył dalej. Wyciągnął pióro i złamał w grubych różowych palcach. Wyciągnął 

ołowianą tubkę i odciął koniec niewielkim nożykiem. Z tubki wypłynęła czarna mgła i 

zawisła w powietrzu niczym gotujące się futro. Twarz Żeglarza rozmyła się. Jego falujące 

wargi popłynęły do przodu i ssały czarny dym, drżąc z naddźwiękowej rozkoszy, po czym 

eksplodowały falami czerni i różu. Twarz staje się z powrotem nieznośnie ostra i wyraźna; 

płonie w niej żółte piętno morfiny: rozdzierający krzyk miliona ćpunów. 

— Starczy na miesiąc — zdecydował, spojrzawszy w niewidzialne lustro. 

Ulice Miasta biegną w dół w głębokich wąwozach w stronę ogromnego, mrocznego 

placu w kształcie nerki. W murach znajdują się otwory prowadzące do mieszkań i kawiarni — 

niektóre sięgają zaledwie kilka metrów w głąb, inne to istne labirynty sal i korytarzy. 

Na wszystkich poziomach krzyżują się mosty, kładki, kolejki linowe. Przechodniów 

potrącają w milczeniu młodzi katatonicy, przebrani w kobiece suknie uszyte z worków i 

zbutwiałych szmat, z twarzami umalowanymi jaskrawo i wulgarnie, by ukryć  ślady bicza i 

arabeski otwartych, ropiejących blizn. 

Dealerzy Czarnego Mięsa, czyli gigantycznych stonóg morskich dochodzących do 

dwóch metrów długości i łowionych wśród czarnych kamieni na dnie fosforycznych 

brunatnych lagun, sprzedają sparaliżowane skorupiaki w zakamuflowanych zakątkach placu, 

widocznych jedynie dla zjadaczy mięsa. 

Osobnicy o rzadkich, niewyobrażalnych zawodach, gwarzący po etrusku, narkomani 

uzależnieni od jeszcze nie zsyntetyzowanych narkotyków, czarnorynkowi handlarze z okresu 

trzeciej wojny światowej, poborcy podatków od wrażliwości telepatycznej, osteopaci ducha, 

detektywi prowadzący  śledztwa w sprawie przestępstw ujawnionych przez ślepych 

paranoidalnych szachistów, doręczyciele fragmentarycznych nakazów aresztowania spisanych 

hebefreniczną stenografią i zawierających oskarżenia o niewyobrażalne okaleczenia ducha, 

urzędnicy nie istniejących jeszcze państw policyjnych, dealerzy rozkosznych snów i 

wspomnień wypróbowanych na wyczulonych komórkach głodu morfinowego i 

przehandlowanych za surowce woli, miłośnicy ciężkiego fluidu zapieczętowanego w 

przejrzystym bursztynie marzeń. 

 

background image

Przy placu znajduje się Kawiarnia Spotkań, labirynt kuchni, restauracji, gabinetów 

sypialnych, niebezpiecznych żelaznych balkonów i suteren połączonych z podziemnymi 

łaźniami. 

Na stołkach barowych pokrytych białą satyną siedzą nadzy mugwumpowie i ssą przez 

alabastrowe słomki barwne, przejrzyste syropy. Mugwumpowie nie mają wątrób i żywią się 

wyłącznie cukrem. Wąskie, fioletowobłękitne wargi zakrywają dzioby z czarnej kości; są one 

ostre jak brzytwa i mugwumpowie często rozszarpują się wzajemnie w walce o klientów. Ich 

penisy wydzielają w stanie erekcji fluid, który wywołuje uzależnienie i przedłuża  życie, 

spowalniając metabolizm. (Wszystkie środki przedłużające życie wywołują uzależnienie, tym 

silniejsze, im skuteczniej przedłużają życie). Osobnicy uzależnieni od fluidów mugwumpów 

to gady. Kilku z nich płynie nad krzesłami, poruszając giętkimi kośćmi obleczonymi w 

różową skórę. Za uszami mają wachlarze zielonych chrząstek porośniętych sterczącymi 

włoskami, którymi absorbują fluid. Wachlarze, poruszające się od czasu do czasu, jakby 

muskały je niewidzialne prądy powietrza, służą także do porozumiewania się, choć ich mowę 

rozumieją tylko gady. 

Podczas Biennale Paniki, gdy Miasto szturmuje brutalna Policja Snów, 

mugwumpowie chronią się w najgłębszych zakamarkach murów i trwają całymi tygodniami 

w letargu. Panuje wtedy szary terror, a gady biegają coraz szybciej i szybciej, przelatują obok 

siebie z prędkością naddźwiękową, a ich elastyczne czaszki wyginają się w czarnych 

wichrach owadziej męki. 

Policjanci snów zmieniają się w krople zgniłej ektoplazmy, które stary kaszlący i 

plujący ćpun zmiata o świcie do rynsztoka. Mugwump przybywa z alabastrowymi naczyniami 

fluidu i gady uspokajają się. 

Powietrze jest znów nieruchome i czyste jak gliceryna. 

Żeglarz zauważył gada. Usiadł obok i zamówił zielony syrop. Gad miał małe, krągłe 

usta porośnięte brązową szczeciną i puste zielone oczy, prawie zasłonięte cienką membraną 

powiek. Obecność Żeglarza dotarła do niego dopiero po godzinie. 

— Jest coś dla Grubego? — spytał  Żeglarz, a jego oddech poruszył  włoski na 

wachlarzu gada. 

Podniesienie trzech różowych przezroczystych palców porośniętych czarnym futrem 

zajęło gadowi dwie godziny. 

Kilku zjadaczy mięsa leżało wśród wymiocin, nie mając siły się poruszyć. (Czarne 

Mięso to rodzaj udoskonalonego sera, tak pysznego i wywołującego mdłości,  że zjadacze 

jedzą, wymiotują, znów jedzą, dopóki nie opadną z sił). 

background image

Do kawiarni wślizgnął się wymalowany młodzieniec i chwycił jeden z wielkich 

czarnych szponów wydzielających słodki, mdlący zapach. 

background image

 

SZPITAL 

 

Zapiski z detoksykacji. Paranoja wczesnego głodu... Wszechobecny smutek... Ciało 

martwe, ciastowate, bezbarwne. 

Koszmary głodowe. Kawiarnia z lustrami na ścianach. Pusto... Czekam na coś... W 

bocznych drzwiach pojawia się mężczyzna... Smukły, niski Arab ubrany w brązową dżelabę, 

z szarą brodą i szarą twarzą... Trzymam w ręku dzban wrzącego kwasu... Czując napad 

przemożnego głodu, chlustam mu nim w twarz... 

Wszyscy wyglądają jak narkomani... 

Krótki spacer w ogrodzie szpitala... Pod moją nieobecność ktoś  używał moich 

nożyczek: są poplamione jakąś lepką rdzawą mazią... Niewątpliwie jakaś baba przycinała 

sobie podpaskę... 

Na schodach tłoczą się koszmarni Europejczycy, zatrzymują pielęgniarkę, gdy ja 

czekam na lekarstwo, wylewają szczyny do umywalki, w której się myję, siedzą godzinami w 

toalecie — prawdopodobnie szukają palcem brylantów schowanych w tyłku... 

W istocie rzeczy do sali obok wprowadził się cały klan Europejczyków... Jakaś 

staruszka czeka na operację, a jej córka kładzie się na łóżku obok, żeby stara rura miała dobrą 

opiekę. Dziwni goście, przypuszczalnie krewni... Jeden z nich nosi zamiast okularów lupy 

używane przez jubilerów do badania kamieni... Chyba były szlifierz diamentów... człowiek, 

co zniszczył diament Throckmorton i wyleciał z pracy... Grupa jubilerów w białych 

fartuchach stoi, spoglądając z podziwem na mistrza... Najdrobniejszy błąd może spowodować 

zniszczenie kamienia i dlatego sprowadzili eksperta specjalnie z Amsterdamu... Mistrz 

kołysze się, pijany w sztok, i ogromnym młotem pneumatycznym miażdży diament na 

proszek... 

Nie znam tych facetów... Dealerzy morfiny z Aleppo?... Dostawcy cieląt z Buenos 

Aires? Przemytnicy diamentów z Johannesburga?... Handlarze niewolników z Somalii? Co 

najmniej kooperanci... 

Ciągłe sny o morfinie: szukam pola maku... Podejrzane typy w czarnych stetsonach 

kierują mnie do bliskowschodniej kawiarni... Jeden z kelnerów handluje jugosłowiańskim 

opium... 

Kupuję działkę heroiny od malajskiej lesbijki w białym trenczu... Zaszywam się w 

tybetańskim dziale muzeum. Lesba usiłuje ukraść mi herę... 

background image

Szukam miejsca, żeby się naćpać... 

Punkt krytyczny to nie wczesna faza ostrego głodu, tylko chwila, gdy organizm jest 

bliski uwolnienia się od morfiny... Koszmarna panika komórek, życie zawieszone między 

dwoma sposobami istnienia... Potrzeba morfiny nabiera wówczas wręcz halucynogennej siły: 

człowiek przypadkiem natyka się na narkotyki... Spotykasz starego ćpuna, owrzodziałego 

sanitariusza, kruka handlującego receptami... 

Strażnik w mundurze z ludzkiej skóry: czarna kurtka z dziwacznymi guzikami ze 

spróchniałych  żółtych zębów, elastyczna rdzawa koszula, spodnie w kolorze opalenizny 

nordyckiego nastolatka, sandały ze zgrubiałej skóry stóp malajskiego farmera, 

popielatobrązowa apaszka na szyi. (Kolor popielatobrązowy to szarość pod brązową skórą. 

Popielatobrązowi bywają Mulaci, jakby barwy się oddzieliły niczym oliwa od wody...) 

Strażnik to elegant, bo nie ma nic do roboty i przeznacza całą swoją gażę na odzież: 

przebiera się trzy razy dziennie przed ogromnym lustrem. Ma przystojną 

południowoamerykańską twarz z cienkim wąsikiem, małe czarne oczka, puste, pazerne, 

owadzie oczy bez powiek. 

Kiedy docieram do granicy, strażnik wybiega z chaty z ramą lustra na szyi. Usiłuje ją 

zdjąć... Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by ktokolwiek przekroczył granicę... Zaniemówił... 

Otwiera usta, bezgłośnie poruszając językiem. Pusta młoda twarz i otwarte usta z drgającym 

językiem są niewiarygodnie ohydne. Strażnik unosi rękę. Całym jego ciałem wstrząsają 

drgawki. Podchodzę i odpinam łańcuch wiszący w poprzek drogi. Upada z metalicznym 

brzękiem na kocie łby. Przechodzę na drugą stronę. Strażnik stoi z tyłu we mgle, spoglądając 

za mną. Później wiesza łańcuch na dawnym miejscu, wraca do chaty i zaczyna się szarpać za 

wąsik. 

Przynoszą tak zwany lunch... Jajko ugotowane na twardo... Po zdjęciu skorupki 

ukazuje się coś, czego jeszcze nie widziałem... Małe,  żółtobrązowe jajeczko, może złożone 

przez dziobaka. Prawie całe wnętrze pomarańczy wypełniała olbrzymia glista... Dostała się 

tam zaraz na początku... W Egipcie występuje czerw, który zagnieżdża się w nerce i rośnie do 

ogromnych rozmiarów. W końcu nerka staje się tylko skorupką otaczającą czerwia. Odważni 

smakosze przedkładają czerwie nad wszelkie inne potrawy. Są ponoć niewiarygodnie 

smakowite... Na handlu czerwiami zbił fortunę koroner z Interzone znany jako Ahmed 

Patolog. 

Naprzeciwko mojego okna jest szkoła; podglądam chłopców przez lornetkę polową... 

Są tak blisko, że mam wrażenie,  że mógłbym ich dotknąć... Noszą szorty... W chłodny 

wiosenny ranek widzę na ich nogach gęsią skórkę... Płynę przez lornetkę na drugą stronę 

background image

ulicy, duch w porannym słońcu, rozdarty bezcielesnym pożądaniem. 

Czy opowiadałem wam kiedyś, jak ja i Marv zapłaciliśmy dwóm chłopcom arabskim 

sześćdziesiąt centów za pieprzenie się na naszych oczach? 

— Myślisz, że to zrobią? — pytam Marva. 

— Chyba tak. Są głodni — odpowiada. 

— Bardzo dobrze — mówię. 

Czuję się trochę jak lubieżny staruch, ale son cosas de la vida, jak powiedział Sobera 

de la Flor, gdy policjanci aresztowali go za to, że rozwalił pewną cipę, zawiózł jej trupa do 

Bar o Motel i przeleciał... 

— Nie chciała dawać — rzekł. — Miałem tego dość. 

(Sobera de la Flor był meksykańskim kryminalistą skazanym za kilka bezsensownych 

morderstw). 

 

Ubikacja jest zamknięta od trzech godzin... Chyba zmienili ją na salę operacyjną... 

PIELĘGNIARKA: Nie czuję tętna, doktorze. 

DOKTOR BENWAY: Chyba blok serca... 

PIELĘGNIARKA: Adrenalina, doktorze? 

DOKTOR BENWAY: Zużył ją nocny portier; ciągle się nią szprycuje. (Rozgląda się i 

bierze gumową przepychaczkę do zlewów... Zbliża się do pacjentki..) Proszę otworzyć klatkę 

piersiową, doktorze Limpf. (Zwraca się do swojego przerażonego asystenta...) Wykonam 

masaż serca. 

(Doktor Limpf wzrusza ramionami i rozpoczyna cięcie. Doktor Benway myje 

przepychaczkę, zanurzając ją w klozecie i spuszczając wodę...) 

PIELĘGNIARKA: Nie powinniśmy jej wysterylizować, doktorze? 

DOKTOR BENWAY: Bardzo możliwe, ale nie ma czasu. (Siada na przepychaczce 

odwróconej do góry nogami i patrzy na asystenta). Wy, młodzi, nie potraficie wyciąć 

pieprzyka bez elektrycznego skalpela z automatycznym drenowaniem i szyciem... Niedługo 

zaczniemy operować przyciskając guziki. Chirurgia przestaje być sztuką... Cała wiedza i 

doświadczenie... Czy opowiadałem wam kiedyś, jak usunąłem wyrostek za pomocą 

zardzewiałej puszki po sardynkach? A raz nie miałem w ogóle narzędzi i usunąłem guz 

macicy własnymi zębami. Było to w górnym Effendi, no i... 

DOKTOR LIMPF: Klatka piersiowa otwarta, doktorze. 

(Doktor Benway wsadza przepychaczkę w otwartą klatkę piersiową i zaczyna poruszać 

w górę i w dół. Lekarzy, pielęgniarkę i ściany zalewa krew... Przepychaczka wydaje okropne 

background image

mlaszczące odgłosy). 

PIELĘGNIARKA. Chyba nie żyje, doktorze. 

DOKTOR BENWAY: Cóż, wypadek przy pracy. (Przechodzi przez salę ku szafce na 

leki). Jakiś zasrany ćpun rozcieńczył moją kokainę proszkiem do szorowania ustępów! 

Siostro! Proszę posłać chłopca po nową porcję! 

Doktor Benway operuje w sali pełnej studentów: 

— A teraz, chłopcy, zobaczycie operację, która nie zdarza się często, zresztą nie bez 

powodu... Nie ma absolutnie żadnej wartości medycznej. Nikt nie wie, jaki był pierwotnie jej 

cel ani czy w ogóle miała jakiś cel. Osobiście sądzę, że od początku była to sztuka dla sztuki. 

Podobnie jak toreador dzięki swoim umiejętnościom i zręczności unika niebezpieczeństwa, 

które sam sprowokował, podczas tej operacji chirurg celowo naraża pacjenta na 

niebezpieczeństwo, a później, z niewiarygodną szybkością i zręcznością w ostatnim ułamku 

sekundy ratuje mu życie... Czy widzieliście kiedyś popis chirurgiczny doktora Tetrazzini? 

Celowo użyłem słowa “popis", bo jego operacje były prawdziwymi popisami. Od drzwi 

rzucał w pacjenta skalpelem, a potem tanecznym krokiem wkraczał na salę. Był 

niewiarygodnie szybki. “Nie daję im czasu umrzeć" — mawiał. Nowotwory doprowadzały go 

do szału. “Pieprzone zbuntowane komórki!" — ryczał, atakując guz niczym nożownik. 

(Z widowni zeskakuje na dół młody człowiek, wyciąga skalpel i zbliża się do pacjenta). 

DOKTOR BENWAY: Espontaneo! Powstrzymajcie go, bo wypatroszy mi pacjenta! 

(Espontaneo to termin z korridy. Oznacza on widza, który zeskakuje na arenę, 

wyciąga ukrytą muletę i kilkakrotnie atakuje byka, po czym odciąga go służba porządkowa). 

(Sanitariusze szamocą się z espontaneo i wyrzucają go w końcu z sali. Anestezjolog 

wykorzystuje zamieszanie i wyrywa pacjentowi duży złoty ząb...) 

Mijam pokój numer dziesięć, skąd wczoraj mnie przenieśli... Chyba poród... Miednice 

pełne krwi, waty i nie zidentyfikowanych kobiecych wydzielin: wystarczyłoby tego, by 

zanieczyścić kontynent... Jeśli ktoś przyjdzie mnie odwiedzić w starej sali, pomyśli,  że 

urodziłem potwora, a Departament Stanu próbuje to zatuszować... 

Muzyka z “I Am an American"... Starszy mężczyzna w prążkowanych spodniach i 

surducie dyplomaty stoi na podium owiniętym amerykańską flagą. Strupieszały tenor w 

gorsecie śpiewa hymn przy akompaniamencie orkiestry symfonicznej. Sepleni lekko... 

DYPLOMATA  (czytając z wielkiego zwoju taśmy telegraficznej, która wydłuża się 

coraz bardziej i oplątuje mu stopy): Kategorycznie zaprzeczamy, by jakikolwiek mężczyzna 

będący obywatelem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej... 

TENOR: Oh thay can you thee... 

background image

Głos mu się łamie i przechodzi w falset. 

W pokoju kontrolnym technik miesza dwuwęglan sodu i beka, osłaniając usta ręką. 

— Ten przeklęty tenor to zupełne gówno! — mruczy kwaśno. — Mikę! — Znów beka 

donośnie. — Zdejmij tego starego fiuta z wizji i daj mu zakaz wstępu. Jest już załatwiony... 

Zamiast niego niech śpiewa Liz, ta kulturystka po zmianie płci... To przynajmniej zawodowy 

tenor... Kostium! Skąd mam, kurwa, wiedzieć?! Nie jestem żadnym zasranym 

kostiumologiem!... Co takiego?! Cały dział kostiumów zlikwidowano z powodu podejrzeń o 

to,  że spenetrowały go obce wywiady?! Czy jestem ośmiornicą?! Pomyślmy... A może coś 

indiańskiego? Pocahontas albo Hajawata?... Nie, to się nie nadaje. Niektórzy goście mówią, 

żeby oddać Indianom, co im się należy... Mundur z wojny secesyjnej, kurtka z Północy i 

portki z Południa, by pokazać,  że zapanował pokój? Nie, to też do chrzanu... Już wiem: 

umieśćcie ją w jakimś pomniku, żeby nikt nie musiał na nią patrzeć... 

Lesbijka, ukryta w Łuku Triumfalnym z papier-mâché, nabiera powietrza w płuca i 

wydaje z siebie gromkie beknięcie. 

— Oh say that Star Spangled Banner yet wave... 

W  Łuku Triumfalnym pojawia się wielka szczelina. Dyplomata przykłada dłoń do 

czoła... 

DYPLOMATA: By jakikolwiek mężczyzna będący obywatelem Stanów 

Zjednoczonych Ameryki Północnej urodził na terenie Interzone albo w jakimkolwiek innym 

kraju... 

— O'er the land of the FREEEEEEEEEEE...  

Dyplomata porusza ustami, ale nikt nie słyszy jego słów. Technik zasłania sobie uszy. 

— Matko Boska! — krzyczy. Talerz zaczyna wibrować niczym żydowska harfa, nagle 

wylatuje mu z ust... Zirytowany technik chce go chwycić, pudłuje i zakrywa ręką usta. 

Łuk Triumfalny pada z trzaskiem i ukazuje się lesbijka; stoi na piedestale, ubrana 

tylko w kostium z lamparciej skóry... Uśmiecha się  głupkowato i napina potężne mięśnie. 

Technik chodzi na czworakach po podłodze reżyserki szukając talerza i wykrzykuje 

niezrozumiałe rozkazy: “Sdjońdź-jozwizji!" 

DYPLOMATA  (ocierając pot z czoła): Jakąkolwiek istotę pozbawioną cech 

ludzkich... 

— And the Home of the brave

Dyplomata szarzeje na twarzy. Chwieje się, potyka o taśmę, opiera się o barierkę, a z 

jego oczu, nosa i warg cieknie krew. Umiera z powodu krwotoku mózgu. 

DYPLOMATA  (ledwo słyszalnym szeptem): Departament Stanu zaprzecza... 

background image

Nieamerykański... Został zniszczony... Nigdy nie istniał... 

W reżyserce wybuchają tablice rozdzielcze... Wszędzie dochodzi do krótkich spięć. 

Technik, nagi, poparzony, słania się na nogach niczym uczestnik Götterdämmerung i krzyczy: 

“Sdjońdźjozwizji!" (Ostatni wybuch zmienia go w zwęgloną plamę na podłodze). 

 

Gave proof throught the night 

That ourflag was still there... 

background image

ZAPISKI ĆPUNA 

 

Co dwie godziny strzelam sobie Eukodal, wpychając igłę prosto w kanał: mam tam 

otwartą ranę, przypominającą czerwone rozdziawione usta, spuchnięte i lubieżne. Po każdej 

szprycy wypływa z nich powoli kropelka krwi i ropy... 

Eukodal to pochodna kodeiny — dihydroksykodeina. 

Eukodal przypomina bardziej kokainę niż morfinę... Jak się strzela kokainę w kanał, 

ma się w głowie czystą rozkosz... Po dziesięciu minutach potrzeba następnej szprycy... 

Rozkosz morfiny odczuwa się trzewiami... Po strzale człowiek wsłuchuje się we własne 

ciało... Dożylna kokaina to elektryczność przepuszczona przez mózg, bezpośrednia 

stymulacja ośrodków przyjemności... Kokaina nie wywołuje objawów głodu. To potrzeba 

mózgu — bez ciała, bez uczucia. Widmo głodu. Głód kokainy trwa zaledwie kilka godzin, 

dopóki utrzymuje się stymulacja drażnionych przez nią nerwów. Później o wszystkim się 

zapomina. Eukodal to jakby połączenie morfiny i kokainy. Zawsze ktoś wynajdzie jakieś 

świństwo. Eukodal, podobnie jak morfina, jest sześciokrotnie silniejszy od kodeiny. Heroina 

jest sześciokrotnie silniejsza od morfiny. Dihydroksyheroina powinna być sześć razy 

silniejsza od heroiny. Niewykluczone, że można zsyntetyzować tak silny narkotyk, że jeden 

zastrzyk wywoływałby uzależnienie na całe życie. 

background image

ZAPISKÓW ĆPUNA CIĄG DALSZY 

 

Biorąc igłę, odruchowo sięgam lewą ręką po opaskę uciskową. To znak, że trafię w 

jedyną nadającą się do użytku żyłę w lewym ramieniu. (Opaskę zakłada się zazwyczaj na tę 

właśnie rękę, którą się po nią sięga). Igła wchodzi w żyłę na granicy zrostu. Macam dokoła. 

Nagle do strzykawki tryska kolumna krwi, przypominająca przez chwilę czerwony sznurek. 

Ciało wie, w które kanały można trafić, i przekazuje tę wiedzę spontanicznymi 

ruchami w trakcie przygotowań do zastrzyku... Niekiedy igła zachowuje się niczym różdżka 

poszukiwacza wody. Czasami muszę czekać na znak. Ale jak już nadejdzie, zawsze trafiam 

na krew. 

Na dnie pompki rozkwitła czerwona orchidea. Zawahał się sekundę, po czym nacisnął 

tłoczek i patrzył, jak ciecz znika w żyle, jakby wsysana przez złaknioną krew. W strzykawce 

pozostała lśniąca, cienka warstewka krwi; biały papierowy kołnierz nasiąknął krwią jak 

bandaż. Wyciągnął rękę i napełnił pompkę wodą. Kiedy wyrzucił ją ze strzykawki, trafił go w 

brzuch, miękki słodki cios. 

Popatrzcie na moje zaświnione spodnie, nie zmieniane od miesięcy... Mijają dni, 

nawleczone na długą krwawą nić w strzykawce... Zapominam o seksie, o ostrych 

przyjemnościach ciała: szare makowe widmo. Hiszpańscy chłopcy nazywają mnie El Hombre 

Invisible — Niewidzialny Człowiek. 

 

Co rano dwadzieścia pompek. Morfina pozbawia człowieka tłuszczu, pozostawiając 

same mięśnie. Narkoman potrzebuje mniej tkanek... Czy dałoby się wyodrębnić z morfiny 

molekułę usuwającą tłuszcz? 

Coraz więcej zakłóceń w aptece, trzaski jak w słuchawce telefonu... Strawiłem cały 

dzień, żeby zarobić na dwa pudełka Eukodalu... 

Kończą mi się żyły i pieniądze... 

Biorę dalej. Zeszłej nocy obudziłem się, czując, że ktoś ściska mnie za rękę. Była to 

moja druga ręka... Zasypiam czytając i słowa nabierają zaszyfrowanych znaczeń... Mam 

obsesję szyfrów... Człowiek zaraża się serią chorób, które stają się zaszyfrowaną 

wiadomością... 

Szprycuję się przed D. L. Szukam żyły w swojej brudnej nagiej stopie... Narkomani 

nie znają wstydu... Są odporni na wstręt innych. Wątpię, czy można czuć wstyd przy 

nieobecności libido... Wstyd ćpuna zanika wraz z ograniczeniem stosunków towarzyskich, 

background image

które także zależą od libido... Narkoman traktuje swoje ciało jako instrument do 

absorbowania substancji, którą  żyje; ocenia własne tkanki zimnymi dłońmi handlarza koni. 

“Tu nie ma sensu strzelać". Nad zniszczoną żyłą mrugają martwe rybie oczy. 

Zażywam nową pigułkę nasenną o nazwie Soneryl... Nie wywołuje ona senności... Nie 

ma fazy przejściowej między snem a jawą, wpadasz nagle w sam środek snu... Byłem przez 

dwa lata w obozie pracy i cierpiałem na charłactwo... 

Prezydent to ćpun, ale nie może brać otwarcie ze względu na swoją pozycję, więc 

załatwia to przeze mnie... Od czasu do czasu nawiązujemy kontakt i ładuję mu baterie. 

Postronnemu obserwatorowi mogłoby się to wydać praktykami homoseksualnymi, ale 

przyjemność nie ma charakteru erotycznego, a do orgazmu dochodzi w chwili, gdy się 

rozłączamy i ładowanie baterii się kończy. Stykamy się penisami w stanie erekcji — 

stosowaliśmy ową metodę na początku, lecz punkty styczności zużywają się tak samo jak 

żyły. Teraz muszę czasem wsunąć penis pod jego lewą powiekę. Oczywiście mogę także 

ładować mu baterie osmotycznie, co jest odpowiednikiem zastrzyku podskórnego, ale jest to 

przyznaniem się do klęski. Metoda osmotyczna wprawia prezydenta w wielotygodniowy zły 

humor, co może  łatwo doprowadzić do zagłady atomowej. Prezydent płaci wysoką cenę za 

swój ukryty nałóg. Jest bezbronny i zależny jak nie narodzone dziecko. Narkoman ukryty 

cierpi na subiektywne koszmary i dręczy go nieme szaleństwo protoplazmy, odrażający ból 

kości. Napięcie narasta i jego ciałem targa w końcu czysta energia: przypomina to konwulsje 

człowieka porażonego przez prąd elektryczny. Jeśli odebrać narkomanowi ukrytemu 

możliwość  ładowania baterii, dostaje on tak gwałtownych drgawek, że ciało odpada mu od 

kości i umiera jako szkielet usiłujący popędzić prosto na najbliższy cmentarz. 

Stosunki między NU (narkomanem ukrytym) a ŁB (ładowaczem baterii) są tak 

napięte,  że obaj mogą znieść swoje towarzystwo tylko na krótko — to znaczy, poza 

momentami ładowania baterii, gdy ładowanie odsuwa w cień wszelki kontakt osobisty. 

Czytam gazetę... Coś na temat zabójstw trzech osób przy rue de la Merde w Paryżu: 

“Porachunki..." Obsuwam się... “Policja zidentyfikowała sprawcę... Pepe El Culito... Mały 

Dupek, czułe zdrobnienie". Czy naprawdę to napisano?... Usiłuję skupić wzrok na słowach... 

Oddzielają się, tworząc bezsensowną mozaikę... 

background image

IDŹ DO DOMU ŁAZARZU!

 

Grzebiąc w spłowiałej taśmie na pograniczu poranka, w sennej szarej krainie pełnej 

ziewnięć i pustych odorów, Lee zauważył, że młody ćpun stojący w jego pokoju o dziesiątej 

rano wrócił z dwumiesięcznego obozu płetwonurków na Korsyce i przestał brać... “Przyszedł 

się pochwalić swoim nowym ciałem" — zdecydował Lee, wstrząsany poranną narkomańską 

febrą.   Wiedział, co widzi — o tak, dziękuję, Miguelu — trzy miesiące wcześniej, siedząc w 

Metropolu nad zakalcowatą żółtą ekierką, którą w dwie godziny później otruł się kot, doszedł 

do wniosku, że zobaczenie się z Miguelem o dziesiątej rano nie wymaga nieznośnego 

naprawiania błędu (“Co to za pieprzona farma?!"), co pociągałoby za sobą także fotografię 

Miguela w postaci ogromnego zwierzęcia na szczycie walizki. 

— Wyglądasz cudownie — powiedział Lee, wycierając brudną serwetką bardziej 

oczywiste oznaki niesmaku. Widział w twarzy Miguela szary szlam morfiny i patrzył na 

wyświechtane ubranie: wyglądało na to, że jego właściciel krążył latami po zaułkach czasu i 

nie miał przestrzeni, by się wyczyścić... 

— Poza tym do chwili, gdy mogłem naprawić błąd... Idź do domu, Łazarzu... Zapiać 

dealerowi i idź do domu... Po co mam widzieć twoje pożyczone mięso? 

— Cóż, lepiej, że nie bierzesz... Poczęstuj się. Miguel pływał po pokoju, przebijając 

ryby dłonią... 

— Pod wodą w ogóle się o tym nie myśli. 

— Wyszło ci na zdrowie — powiedział Lee, z rozmarzeniem gładząc bliznę po igle na 

wierzchu dłoni Miguela, podążając powolnymi okrężnymi ruchami wzdłuż  gładkich 

fioletowych zgrubień na ciele... 

Miguel podrapał się po wierzchu dłoni... Wyjrzał przez okno... Poruszył się lekko, 

czując elektryczny dreszcz głodu... Lee siedział i czekał. 

— Jeden krótki strzał jeszcze nikomu nie zaszkodził, synu. 

— Wiem, co robię. 

— Zawsze się wie. 

Miguel wyciągnął pilnik do paznokci. 

— To zbyt męczące — powiedział Lee z zamkniętymi oczyma. 

— Ach, dzięki, było cudownie. 

Spodnie Miguela opadły na kolana. Stał w zdefasonowanym płaszczu ciała, które 

zmieniło barwę z "brunatnej na zieloną, aż wreszcie stało się bezbarwne i zaczęło kapać na 

podłogę. 

background image

Oczy Lee poruszyły się w cieście twarzy... lekki, chłodny, szary błysk. 

— Posprzątaj — rozkazał. — Dość tego brudu. 

— Jasne, jasne... — Miguel przelał się na śmietniczkę. 

Lee schował paczuszkę heroiny. 

Lee brał od trzech dni, oczywiście z pewnymi... hm... przerwami, aby podsycić ogień, 

który płonął w jego żółtoróżowobrunatnym galaretowatym ciele. Z początku ciało było po 

prostu miękkie, tak miękkie, że drobinki kurzu, przeciągi i szeleszczące płaszcze przecinały je 

do kości, choć bezpośredni kontakt z drzwiami lub fotelami nie sprawiał bólu. W tym 

miękkim, niepewnym ciele nie goiła się żadna rana... Wokół nagich kości owijały się długie 

białe macki pleśni. Stęchła woń zwiędłych jąder przypominała szarą mgiełkę... 

Podczas pierwszego poważnego zakażenia z termometru wystrzeliła kulka wrzącej 

rtęci: pielęgniarka, ugodzona w głowę, padła trupem z nieartykułowanym wrzaskiem. Doktor 

spojrzał na Lee i zatrzasnął stalowe okiennice życia. Nakazał natychmiast usunąć ze szpitala 

płonące łóżko i leżącego na nim pacjenta. 

— Chyba wytwarza własną penicylinę! — warknął. 

Ale infekcja wypaliła zgniliznę... Lee stał się półprzeźroczysty... nie niewidzialny, 

lecz trudny do zauważenia. Jego obecność nie zwracała szczególnej uwagi... Ludzie 

postrzegali go jako odbicie, cień: “Gra świateł albo neon". 

Lee poczuł pierwsze objawy zimnego palenia. Łagodnie wypchnął ducha Miguela do 

hallu. 

— Jezu! — zawołał Miguel. — Muszę iść! — Wybiegł. 

Z rozjarzonego rdzenia mózgu Lee strzeliły różowe błyskawice histaminy i 

wylądowały na bolesnych obrzeżach. (Żelazne  ściany pokoju, pokryte wrzodami kraterów, 

były niepalne). Strzelił sobie długo przed czasem. 

Postanowił odwiedzić kumpla, N.G. Joego, który przeszedł na wieszak po bang-utot

5

 

w Honolulu. 

5

 Bang-utot znaczy dosłownie: “wstawać i jęczeć"... Śmierć podczas koszmaru sennego... Przytrafia się to 

mężczyznom z Azji Południowo-Wschodniej... W Manili notuje się około dwunastu przypadków bang-utot 
rocznie. Jeden z ludzi, którzy wyzdrowieli, twierdził, że na jego piersi siedział mały człowieczek, który 
próbował go udusić. Ofiary często przeczuwają własną śmierć i wyrażają lęk, że ich penisy wnikną w głąb ciała. 
Czasami trzymają je kurczowo, błagając histerycznie, by do tego nie dopuszczono. Za szczególnie niebezpieczne 
uważa się erekcje występujące we śnie... Ktoś wymyślił specjalne urządzenie zapobiegające erekcji we śnie, lecz 
i tak zmarł na bang-utot. Najdokładniejsze sekcje zwłok ofiar bang-utot nie doprowadziły do wykrycia 
organicznej przyczyny zgonu. Często widoczne są cechy uduszenia [czym spowodowanego?], czasem stwierdza 
się nieznaczne krwawienia z trzustki i z płuc, zbyt nikłe jak na przyczynę zgonu i o niejasnej etiologii. Autor 
podejrzewa, że zgon wywołuje nieprawidłowe ukierunkowanie energii seksualnej prowadzące do erekcji płuc i 
uduszenia... [Por. artykuł doktora Nilsa Larsena “Mężczyźni dotknięci śmiertelnym snem" w “Saturday Evening 
Post" z 3 XII 1955 roku, a także artykuł Erle'a Stanleya Gardnera w “True Magazine"].

 

background image

N.G. żył w ciągłym strachu przed erekcją, więc brał coraz więcej

6

.  

Elektroda przymocowana do jąder zaświeciła krótko. 

N.G. obudził się, czując swąd palonego mięsa, i sięgnął po strzykawkę. Przyjął 

pozycję  płodową i wbił igłę w kręgosłup. Wyciągnął igłę z westchnieniem rozkoszy i zdał 

sobie sprawę, że w pokoju jest Lee. Z prawego oka Lee wypełznął długi ślimak bez skorupy i 

napisał na ścianie fosforyzującą wydzieliną: “W Mieście jest Żeglarz i kupuje CZAS". 

Czekam na otwarcie apteki o dziewiątej rano. Dwóch arabskich chłopców toczy 

pojemniki na śmieci ku wysokiej ciężkiej drewnianej bramie w białej ścianie. Jeden pochyla 

się, wypinając szczupły, młodzieńczy tyłek. Spogląda na mnie pustym, spokojnym wzrokiem 

zwierzęcia. Budzę się wstrząśnięty, jakbym nie przyszedł na popołudniową randkę, choć się z 

nim umówiłem. 

— Spodziewam się dodatkowych równań — mówi inspektor do reportera 

przeprowadzającego wywiad. — Inaczej pojawią się... — Unosi nogę w typowym nordyckim 

geście. — Inaczej pojawią się niewiadome. Ale może wystarczy nam komór 

dekompresyjnych. 

Inspektor rozpina rozporek i zaczyna szukać mend, smarując się maścią z małego 

glinianego naczyńka. Najwyraźniej wywiad dobiegł końca. 

— Nie idziesz? — woła. — Cóż, jak powiedział jeden sędzia do drugiego: “Sądź 

sprawiedliwie, a jak nie możesz, kieruj się swoim widzimisię". Przykro mi, ale nie mogę się z 

panem pożegnać. — Unosi prawą dłoń pokrytą śmierdzącą żółtą maścią. 

Reporter pędzi do przodu i ściska obiema rękami dłoń inspektora. 

— Bardzo się cieszę,  że pana poznałem, inspektorze, niewymownie się cieszę! — 

woła, po czym zdejmuje rękawiczki, zwija w kulę i ciska do kosza na śmieci. — Zwrot 

kosztów — dodaje z uśmiechem. 

6

 

Powszechnie wiadomo — i jest to nudny, oklepany banał — że ćpun, który przestał brać z

 

powodu choroby,

 

po wyzdrowieniu bierze coraz więcej i więcej

 

background image

 

 

STRYSZEK HASSANA 

 

Złoto i czerwony aksamit. Rokokowy bar z różową muszlą koncertową. W powietrzu 

unosi się słodki mdlący zapach, coś w rodzaju sfermentowanego miodu. Mężczyźni i kobiety 

w strojach wieczorowych sączą kolorowe syropy przez alabastrowe rurki. Na stołku barowym 

pokrytym różowym jedwabiem siedzi nagi bliskowschodni mugwump i wylizuje długim 

czarnym językiem ciepły miód z kryształowego pucharu. Ma kształtne, pięknie uformowane 

genitalia: obrzezany fiut, czarne lśniące włosy łonowe. Jego cienkie, sine wargi przypominają 

napletek, a w pustych oczach widać owadzi spokój. Nie ma wątroby i żywi się wyłącznie 

słodyczami. Kładzie na leżance smukłego jasnowłosego chłopca i rozbiera go fachowo. 

— Wstań i odwróć się — rozkazuje telepatycznymi piktogramami. Wiąże chłopcu 

ręce na plecach czerwonym jedwabnym sznurem. — Dziś wieczorem idziemy na całość. 

— Nie, nie! — krzyczy chłopiec. 

— Tak, tak. 

Fiuty ejakulują w niemym TAK. Mugwump rozsuwa jedwabną kurtynę, za którą 

widać szubienicę z drzewa tekowego na tle podświetlonej czerwonej kotary. Szubienica stoi 

na platformie ozdobionej azteckimi mozaikami. 

Chłopiec pada na kolana, jęcząc: “AAAAAAAA!...", srając i sikając ze strachu. Czuje 

ciepłe gówno między swoimi udami. Jego wargi i gardło wypełnia wielka fala ciepłej krwi. 

Kurczy się, przyjmuje pozycję płodową, a na jego twarz strzyka sperma. Mugwump zanurza 

dłoń w alabastrowej czarze z ciepłą perfumowaną wodą, w zadumie myje mu tyłek i fiuta, po 

czym wyciera go miękkim błękitnym ręcznikiem. Ciało chłopca owiewa ciepły wiatr, igrając 

jego włosami. Mugwump wsuwa chłopcu rękę pod pierś i stawia go na nogi. Wykręca mu 

ramiona do tyłu i prowadzi po schodkach. Staje przed nim, trzymając w dłoniach pętlę. 

Chłopiec spogląda w oczy mugwumpa, puste niczym zwierciadło z obsydianu, kałuże 

czarnej posoki, dziury w ścianie wychodka, przez które widać Ostatnią Erekcję. 

Stary wychudzony śmieciarz, z twarzą  żółtą jak chińska kość  słoniowa, dmie w 

pogięty miedziany róg, budząc hiszpańskiego alfonsa ze stojącym fiutem. W kurzu, gównie, 

wśród zdechłych kotów wlecze się kurwa, niosąc usunięte płody, dziurawe prezerwatywy, 

zakrwawione podpaski, gówna owinięte w kolorowe komiksy. 

Ogromna niema zatoka. Fosforyczny blask wody. Na zadymionym horyzoncie płoną 

background image

pochodnie gazu. Smród nafty i śmieci. W czarnej wodzie pływają chore rekiny, bekają siarką 

ze zgniłych wątrób, nie zwracając uwagi na zakrwawionego, zmiażdżonego Ikara. Nagi 

Mister America, płonący z samouwielbienia, krzyczy: “W moim tyłku jest ładniej niż w 

Luwrze! Pierdzę ambrozją i sram czystym złotem! Z fiuta tryskają mi diamenty w porannym 

słońcu!" Skacze z bezokiej latarni morskiej, onanizuje się przed czarnym lustrem, płynie wraz 

z zaszyfrowanymi prezerwatywami i mozaiką tysiąca gazet przez zatopione miasto z 

czerwonej cegły, aż wreszcie ląduje w czarnym szlamie wśród blaszanych puszek, butelek po 

piwie, zacementowanych gangsterów i zmiażdżonych, bezużytecznych pistoletów, których 

nie mogą już zbadać eksperci od balistyki. Czeka ze skamieniałymi lędźwiami na powolny 

striptiz erozji. 

Mugwump zakłada chłopcu pętlę na szyję i zaciska pieszczotliwie węzeł za lewym 

uchem. Chłopiec ma skurczony penis i napięte jądra. Patrzy prosto przed siebie i oddycha 

głęboko. Mugwump okrąża go, pieszcząc mu genitalia szyderczymi hieroglifami. Staje za nim 

i wsadza mu fiuta w tyłek. Kręci powoli biodrami. 

Goście trącają się łokciami i chichocą. 

Raptem mugwump spycha chłopca w przepaść, wyciągając z niego fiuta. Kładzie mu 

dłonie na biodrach, unosi stylizowane hieroglify rąk i łamie ofierze kark. Ciałem chłopca 

wstrząsa dreszcz. Jego penis unosi się, a wraz z nim miednica, i natychmiast dochodzi do 

wytrysku. 

Pod powiekami eksplodują zielone iskry. Po kręgosłupie spływa do lędźwi słodki ból 

podobny do bólu zęba. Całym ciałem szarpie spazm rozkoszy. W chwili ostatniego skurczu na 

tle czerwonej kotary przelatuje kropla spermy, przywodząca na myśl spadającą gwiazdę. 

Chłopiec spada z cichym plaśnięciem przez labirynt tanich zaułków i sprośnych 

fotografii. 

Z tyłka wylatuje mu twarde małe gówienko. Jego smukłym ciałem wstrząsają 

pierdnięcia. Nad wielką rzeką w dżungli wybuchają zielone sztuczne ognie. Słyszy cichy 

warkot motorówki o zmroku... Pod niemymi skrzydłami nioski ta. 

Mugwump znów wkłada fiuta w tyłek chłopca, który wije się niczym ryba przebita 

ościeniem. Mugwump kołysze się  płynnie w obie strony. Z rozchylonych warg konającego 

chłopca cieknie na podbródek krew. Nasycony mugwump odsuwa się z wilgotnym 

mlaśnięciem. 

 

Klitka bez okien z niebieskimi ścianami. Brudna różowa zasłona zamiast drzwi. Po 

ścianach pełzają czerwone pluskwy, zbierają się po kątach. Na środku pokoju siedzi nagi 

background image

chłopiec i gra na dwustrunnym ouad. Drugi leży na łóżku, pali keif i wydmuchuje kółka z 

dymu, usiłując trafić w swojego stojącego fiuta. Stawiają tarota o to, kto kogo przeleci. 

Oszukują. Walczą. Staczają się na podłogę, warczą i plują niczym młode zwierzęta. 

Przegrany siedzi na podłodze, wsparłszy podbródek na kolanach, liże rozciętą wargę. 

Zwycięzca zwija się w kłębek na łóżku i udaje, że  śpi. Jak tylko zbliża się doń pierwszy 

chłopiec, usiłuje go kopnąć. Ali chwyta go za kostkę i obejmuje łydkę ramieniem. Chłopiec 

wierzga desperacko, usiłując kopnąć Alego w twarz. Ali chwyta drugą kostkę i przewraca 

chłopca na brzuch. Pluje sobie na fiuta i wsuwa go w tyłek chłopca. Ich usta wgryzają się w 

siebie, aż pojawia się krew. Ostra stęchła woń odbytnicy. Nimum wchodzi w ciało jak klin, 

długie gorące skurcze w trakcie ejakulacji. (Autor zaobserwował, że fiuty Arabów są często 

szerokie i mają kształt klina). 

Satyr i nagi grecki chłopiec tańczą podwodny balet w akwalungach w gigantycznej 

wazie z przezroczystego alabastru. Satyr chwyta chłopca i odwraca go tyłem. Poruszają się 

gwałtownie. Chłopiec wypuszcza z ust strumień srebrzystych bąbelków. Biała sperma tryska 

do zielonej wody i krąży leniwie wokół splecionych ciał. 

Murzyn kładzie na hamaku prześlicznego młodego Chińczyka. Unosi mu nogi, opiera 

je sobie na barkach, wsuwa fiuta do jego jędrnej pupy i kołysze łagodnie hamakiem. Chłopiec 

krzyczy — dziwny, wysoki lament nieznośnej rozkoszy. 

Jawajski tancerz zajmuje miejsce na ozdobnym kręconym fotelu i sadza rytualnie na 

swoim fiucie amerykańskiego chłopca — rude włosy, jasnozielone oczy. Chłopiec siedzi 

twarzą do tancerza, który wprawia fotel w ruch wirowy. “Aaaaaaaaaa!" — krzyczy chłopiec, 

gdy jego sperma tryska na chudą brunatną pierś tancerza. Jedna z kropel trafia Jawajczyka w 

kącik warg. Chłopiec wpycha mu ją palcem do ust i śmieje się: “To jest prawdziwe ssanie!" 

Dwie Arabki ze zwierzęcymi twarzami ściągnęły szorty z młodego jasnowłosego 

Francuza. Pieprzą go czerwonymi gumowymi penisami. Chłopiec warczy, gryzie i kopie, aż 

wreszcie wybucha płaczem, gdy jego fiut się unosi i dochodzi do wytrysku. 

Twarz Hassana puchnie od krwi. Jego wargi stają się sine. Zdejmuje ubranie z 

banknotów i ciska do otwartego skarbca, który zamyka się bezszelestnie. 

— Pełna wolność, chłopcy! — krzyczy, imitując teksański akcent. Tańczy w stetsonie 

i kowbojskich butach taniec fluidystów, po czym kończy groteskowym kankanem do melodii 

“She Started a Heat Wave". 

— Wszystko dozwolone! Nie ma zamkniętych dziur! 

Pary latające na sztucznych skrzydłach kopulują w powietrzu, skrzecząc jak sroki. 

Aerialiści onanizują się nawzajem pod sufitem. 

background image

Ekwilibryści zręcznie się odsysają, balansując na tyczkach i trapezach wiszących 

wysoko w górze. Ciepły wiatr przynosi zapach mglistej dżungli. 

Z  świetlików w dachu spadają setki chłopców, dygocąc i wierzgając nogami na 

końcach lin. Wiszą na różnych poziomach, niektórzy pod sufitem, inni kilka centymetrów nad 

podłogą. Prześliczni Balijczycy i Malajowie, Indianie meksykańscy z gniewnymi, 

niewinnymi twarzami i jasno-czerwonymi dziąsłami, Murzyni (z pozłacanymi zębami, 

paznokciami u rąk i nóg i włosami  łonowymi), gładcy, porcelanowi Japończycy, weneccy 

młodzieńcy z tycjanowskimi fryzurami, Amerykanie z jasnymi i kruczymi kędziorami 

opadającymi na czoło (goście odsuwają je czule), ponurzy jasnowłosi Polaczkowie ze 

zwierzęcymi brązowymi oczyma, arabscy i hiszpańscy ulicznicy, różowi, delikatni Austriacy 

z puszystym meszkiem włosów  łonowych, cynicznie uśmiechnięci Niemcy, których jasne 

oczy krzyczą: “Heil Hitler!", gdy otwiera się pod nimi zapadnia. Solubisi srają ze strachu i 

skomlą. 

Ordynarny bogacz w otoczeniu gromadki uśmiechniętych jasnowłosych kochanków 

żuje hawańskie cygaro na plaży na Florydzie. 

— Miał lataha przywiezionego z Indochin. Postanowił go powiesić i przesłać 

kumplom film na gwiazdkę. Więc umocował dwa sznury, jeden rozciągliwy, drugi 

autentyczny. Ale latah wstał w nocy i podmienił sznury. Nadszedł ranek. Facet włożył sobie 

na szyję jedną  pętlę, a latah, jak to latahowie, drugą. Kiedy zapadnie się otworzyły, gość 

powiesił się naprawdę, a latah na rozciągniętej gumie naśladował każdą konwulsję i spazm. 

Tak to już bywa. 

— Ten sprytny młody latah ma niezłe oko. Pracuje w mojej fabryce przy wysyłce 

towarów. 

Azteccy kapłani zdejmują błękitną pierzastą szatę z nagiego młodzieńca. Kładą go na 

wznak na wapiennym ołtarzu, po czym zakładają mu na głowę czaszkę z kryształu górskiego, 

mocując półkule z tyłu i z przodu kryształowymi  śrubami. Na czaszkę spada wodospad, 

łamiąc chłopcu kark. Ejakuluje on w tęczy na tle zachodzącego słońca. 

Powietrze wypełnia ostry zapach nasienia. Goście gładzą wstrząsanych drgawkami 

chłopców, ssą ich fiuty, wiszą im na tyłkach niczym wampiry. 

Nadzy ratownicy niosą żelazne płuca pełne sparaliżowanych młodzieńców. 

Z ogromnych pasztetów wypełzają  ślepi chłopcy, z gumowej cipy wyskakują 

zdemenciali schizofrenicy, z czarnego stawu wychodzą młodzi ludzie cierpiący na straszliwe 

choroby skórne (leniwe ryby ogryzają żółte bobki unoszące się na powierzchni). 

Mężczyzna w białej muszce i koszuli z gorsem, od pasa w dół nie ma na sobie nic 

background image

prócz czarnych podwiązek, rozmawia uprzejmie z królową pszczół. (Królowe pszczół to 

staruchy, które otaczają się  młodymi chłopcami, tworząc rój. Jest to złowroga praktyka 

meksykańska). 

— A gdzie posąg? 

Mówi tylko połowa twarzy, drugą wykrzywia Tortura Miliona Luster. Dziko się 

masturbuje. Królowa pszczół prowadzi dalej rozmowę, niczego nie zauważając. 

Kozetki, fotele, cała podłoga zaczyna wibrować, a goście zmieniają się w rozmazane 

szare duchy krzyczące z bólu. 

Dwóch chłopców onanizuje się pod wiaduktem kolejowym. Nadjeżdża pociąg, a 

łoskot przenika ich ciała i wywołuje ejakulację. W dali cichnie gwizd lokomotywy. Kumkają 

żaby. Chłopcy zmywają nasienie z chudych brązowych podbrzuszy. 

Przedział kolejowy: dwóch wygłodzonych  ćpunów jadących do Lexington zdziera z 

siebie spodnie, dygocąc z pożądania. Pierwszy namydla sobie fiuta i okrężnymi ruchami 

wpycha drugiemu w tyłek. “Jeeeeeeeezu!" Obaj natychmiast mają wytrysk. Odsuwają się od 

siebie i wciągają spodnie. 

— Stary kruk z Marshall prosi o nalewkę i oliwę. 

— Obolałe, krwawiące hemoroidy staruchy wrzeszczą za czarnym gównem... 

Doktorze, przypuśćmy,  że to twoja matka, że wije się ohydnie, gwałcona przez pijawki... 

Wyłącz te biodra, matko, budzisz we mnie niesmak. 

— Zatrzymujemy się tutaj. 

Pociąg pędzi z rykiem przez zadymioną czerwcową noc, W dali lśnią neony. 

Obrazy mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt, zwierząt, ryb, ptaków, salę przenika 

rytm kopulującego wszechświata, wielki melancholijny przypływ  życia. Drżący, 

bezdźwięczny szum głębokiego lasu — nagła cisza miast, gdy ćpun wali sobie w kanał. 

Chwila bezruchu i zdziwienia. Molekuły cholesterolu odrywające się od ścian żył.  

— To twoja robota, A. J. ! — wrzeszczy Hassan.  

Zepsułeś mi przyjęcie!  

A. J. spogląda na niego z twarzą odległą jak wapień.  

— Dupa do góry, fluidy styczny dupku! 

Do środka wpada horda Amerykanek oszalałych z żądzy. Wilgotne cipy z farm, ranch, 

fabryk, burdeli, klubów, kamienic, willi, moteli, jachtów i koktajlbarów zdzierają z siebie 

ubrania do konnej jazdy, kostiumy narciarskie, suknie wieczorowe, dżinsy, spódnice-spodnie, 

trykoty, kostiumy kąpielowe i kimona. Krzyczą i wyją, skaczą na gości niczym wściekłe suki. 

Szarpią powieszonych chłopców, krzycząc: “Czarodzieju! Skurwysynu! Ruchaj mnie! 

background image

Ruchaj! Ruchaj!" 

Goście uciekają z krzykiem, kluczą między powieszonymi chłopcami, przewracają 

żelazne płuca. 

A. J.: Wezwijcie moją gwardię szwajcarską! Brońcie mnie przed tymi lisicami! Pan 

Hyslop, sekretarz A. J., unosi głowę znad komiksu. 

— Gwardia szwajcarska uległa fluidyzacji! 

(Fluidyzacja polega na rozpadzie białek, które zmieniają się w ciecz absorbowaną 

przez cudzą protoplazmę. W tym przypadku absorbentem był zapewne Hassan, sławny 

fluidyzator). 

A. J.: Pieprzone skurwysyny! Czym jest człowiek bez swojej gwardii szwajcarskiej?! 

Stańmy plecami do ściany, dżentelmeni! Stawką  są nasze fiuty! Odeprzeć abordaż, panie 

Hyslop, i rozdać załodze broń krótką! 

A. J. wyciąga z rozmachem kordelas i zaczyna ścinać głowy Amerykankom. Śpiewa 

soczystym barytonem: 

 

Piętnastu żeglarzy poszło na sprawunki! 

Pijmy rum! Jo-ho-ho! 

Resztą zajęli się diabli i trunki! 

Pijmy rum! Jo-ho-ho! 

 

Pan Hyslop, znudzony i zrezygnowany: 

— O Boże! Znowu zaczyna! 

Apatycznie powiewa piracką flagą z trupią czaszką. 

A. J. otoczony przez przeważające siły, odrzuca głowę do tyłu i chrząka jak wieprz. 

Natychmiast przybywa mu na pomoc tysiąc Eskimosów w stanie rui, z nabrzmiałymi 

twarzami, z płonącymi, przekrwionymi oczyma, z sinymi wargami. Chrząkając i popiskując 

rzucają się na Amerykanki. 

(Eskimosi przechodzą w lecie okres rui, gdy oddają się zbiorowym orgiom. Puchną im 

wówczas twarze i sinieją wargi). 

Ze ściany wyrasta głowa faceta z półmetrowym cygarem w zębach. 

— Zakładacie cyrk? 

Hassan załamuje ręce. 

— Jatka! Odrażająca jatka! Na Allacha, nigdy nie działem czegoś równie ohydnego! 

Patrzy na A. J., który siedzi na skrzynce z papugą na ramieniu, z czarną opaską na 

background image

oku, i popija rum z kufla, obserwując horyzont przez ogromny mosiężny teleskop. 

HASSAN: Wynoś się i nigdy nie zaciemniaj mojego stryszka, ty faktualistyczna 

świnio! 

background image

 

KAMPUS UNIWERSYTETU INTERZONE 

 

Osły, wielbłądy, lamy, riksze, chłopcy pchający z wysiłkiem wozy z towarami i 

wybałuszający oczy pulsujące czerwono ze zwierzęcą nienawiścią. Między katedrą a 

studentami chodzą stada owiec, kóz i długorogich wołów. Studenci siedzą na zardzewiałych 

parkowych  ławkach, wapiennych głazach, leżakach, skrzynkach, żelaznych beczkach po 

benzynie, pieńkach, brudnych skórzanych pufach, spleśniałych materacach gimnastycznych. 

Noszą levisy, dżelaby, pantalony, piją wódkę z glinianych czarek i kawę z blaszanek, palą 

marihuanę w skrętach z papieru pakowego i losów loteryjnych... szprycują się za pomocą 

agrafek i pompek, czytają programy wyścigów konnych, komiksy, kodeksy Majów... 

(Na rowerze nadjeżdża profesor, ciągnąc za sobą bycze łby nawleczone na sznur. 

Wchodzi na katedrę, trzymając się za krzyż. Nad jego głową wisi na dźwigu rycząca krowa). 

PROFESOR: Pieprzyła mnie zeszłej nocy armia sułtana. Nabawiłem się dyskopatii w 

służbie Królowej Cioty... Nie mogę się uwolnić od tej starej rury. Potrzebuję neuroelektryka, 

aby odłączył jej po kolei synapsy, i chirurga, który wyprułby jej flaki... 

(Spogląda na bycze łby, nucąc melodie z lat dwudziestych). 

Mam napad chandry, chłopcy... Chodźcie ulicami, jedząc różową watę cukrową... 

Łaskoczcie się, podglądając dziewczyny... Bijcie konia w diabelskim kole, strzykając spermą 

na czerwony księżyc wschodzący nad dymiącą stalownią po drugiej stronie rzeki. Przed 

starym sądem wisi na drzewie Murzyn... Piszczące kobiety łapią jego spermę  zębami 

łonowymi... 

(Mąż spogląda nań zmrużonymi oczyma koloru spłowiałej flanelowej koszuli... 

“Podejrzewam, że to czarnuch, doktorze". 

Doktor wzrusza ramionami. 

— To stara zabawa żołnierska, synu. Łapanie fasoli... Teraz, gdy już rozumiesz...) 

Doktor Parker strzela sobie heroinę na zapleczu apteki: dwieście miligramów. 

— Zawsze jest wiosna — mruczy. 

Zboczeniec Benson, nazywany Ręce, siedzi w szkolnej ubikacji: typowa querencia

(Querencia to termin z korridy... Byk staje w wybranym miejscu areny, a toreador musi się 

zbliżyć albo wywabić go na środek: jedno z dwojga). Szeryf A. Q. Larsen mawia: “Musimy 

go wywabić z querencji..." Stara Mama Lottie spała dziesięć lat z martwą zapeklowaną córką 

i obudziła się drżąc z zimna we wschodnim Teksasie... Sępy nad czarnymi bagnami i karpy 

background image

cyprysów... 

 

A teraz, dżentelmeni (ufam, że nie ma tu żadnych transwestytów, che, che), jesteście 

dżentelmenami na mocy ustawy Kongresu, pod warunkiem że można ponad wszelką 

wątpliwość ustalić waszą płeć. A więc, dżentelmeni, prezentujemy broń krótką. Powszechnie 

wiadomo, że broń musi być zawsze nasmarowana i gotowa do akcji od przodu i od tyłu. 

STUDENCI: Słuchajcie! Słuchajcie!  (Leniwie rozpinają rozporki. Jeden ma wielką 

erekcję). 

PROFESOR: A teraz, panowie, na czym to ja skończyłem? 

Ach, prawda, Mama Lottie... Obudziła się dygocąc w łagodnym różowym  świetle 

poranku, różowym jak świeczki na torcie urodzinowym małej dziewczynki, różowym jak 

wata cukrowa, różowym jak morska muszla, różowym jak fiut pulsujący w czerwonym 

świetle... Mama Lottie... Hmmmmmmmm... Jeśli nie przestanie być taka rozlazła, ulegnie 

starości i dołączy do córki w formalinie. 

Pieśń o Starym Żeglarzu Coleridge'a... Chciałbym zwrócić panów uwagę na 

symboliczny walor samego Starego Żeglarza. 

STUDENCI: Samego — mówi. 

Chce w ten sposób zwrócić uwagę na własną mało apetyczną osobę. 

To bardzo ładnie z pańskiej strony, profesorze. 

Stu młodocianych przestępców... Szczęk otwieranych noży sprężynowych. 

PROFESOR: O, krucafiks! (Rozpaczliwie usiłuje się przebrać za starą kobietę w 

wysokich czarnych szpilkach i z parasolką...) Gdyby nie lumbago, które nie pozwala mi się 

zgiąć, odwróciłbym się i nadstawił swoją  słodką pupkę jak pawian... Kiedy słabszy pawian 

zostanie zaatakowany przez silniejszego, albo a) nadstawia tyłek, panowie, by odbyć bierny 

stosunek homoseksualny (che, che), albo b) jeśli jest bardziej ekstrawertyczny i dobrze 

przystosowany, atakuje jeszcze słabszego pawiana, o ile zdoła takiego znaleźć. 

Złachmaniała deklamatorka w pogniecionym stroju z tysiąc dziewięćset dwudziestego 

roku wlecze się ponurą  oświetloną neonami ulicą w Chicago... W powietrzu wisi martwy 

ciężar przeszłości. Deklamatorka (puszkowany tenor): Znajdź najsłabszego pawiana! 

Saloon na Dzikim Zachodzie: Pawian pedał ubrany w błękitną sukienkę małej 

dziewczynki śpiewa zrezygnowanym tonem na nutę ,"Alice Blue Gown": Jestem najsłabszym 

pawianem. 

Profesora oddziela od młodzieży pociąg towarowy... Kiedy odjeżdża, mają obwisłe 

brzuchy i odpowiedzialne posady... 

background image

STUDENCI: Chcemy Lottie! 

PROFESOR: To było w innym kraju, dżentelmeni... Jak już mówiłem, gdy jedna z 

moich osobowości rozszczepiennych tak brutalnie mi przeszkodziła... Natrętne małe bestie... 

Wyobraźmy sobie Starego Żeglarza bez kurary, lassa, bulbokapniny czy kaftana 

bezpieczeństwa, a jednak zdolnego zainteresować publiczność... Na czym polega ta 

zagadkowa sztuczka? Che, che! W odróżnieniu od zwykłych artystów nie zatrzymywał byle 

kogo, by go zanudzać i dręczyć... Zatrzymywał tych, co nie mieli wyboru i musieli słuchać 

dzięki już istniejącej relacji między  Żeglarzem (jakkolwiek starym) a tym, no, Gościem 

Weselnym... 

To, co Żeglarz mówi naprawdę, nie ma znaczenia... Może mówić od rzeczy, kląć, 

bredzić jak zdemenciały staruch... Ale z Gościem Weselnym dzieje się to samo co w trakcie 

psychoanalizy. Jeśli wolno mi uczynić małą dygresję... Mój znajomy psychoanalityk mówi 

przez cały czas do pacjentów, którzy cierpliwie go słuchają albo nie... Snuje wspomnienia... 

Opowiada sprośne kawały (z brodą), dochodzi do szczytów idiotyzmu, o jakich prezesowi 

sądu nawet się nie śniło... Udowadnia w ten sposób, że na poziomie słownym nie da się 

niczego osiągnąć... Doszedł do tej metody zauważywszy, że słuchacz — psychoanalityk — 

nie czyta w myślach pacjenta... To pacjent — mówiący — czyta w myślach psychoanalityka... 

Pacjent ma nadnaturalną  świadomość jego snów i zamiarów, gdy tymczasem analityk 

porozumiewa się z pacjentem wyłącznie przodomózgowiem... Metodą tą posługuje się wielu 

agentów: są nadętymi nudziarzami i kiepskimi słuchaczami... 

Panowie, rzucę wam perłę: Mówiąc można zdobyć więcej informacji o drugiej osobie 

niż słuchając. 

Wieprze pędzą do przodu, a profesor wypełnia koryto perłami... 

— Nie jestem godzien jeść nóg tego kolosa — mój najtłustszy wieprz. 

— I tak są gliniane. 

background image

  

DOROCZNE PRZYJĘCIE A.J. 

A. J. zwraca się w stronę gości. 

— Cipy, fiuty, biseksy, jako międzynarodowy impresario filmów pornograficznych 

telewizji kablowej przedstawiam wam Wielkiego Slashtubitcha!. 

Wskazuje czerwoną aksamitną kurtynę wysokości dwudziestu metrów. Kurtyna 

rozsuwa się przy akompaniamencie gromu i ukazuje się Wielki Slashtubitch. Ma ogromną, 

nieruchomą twarz kojarzącą się z urną pogrzebową Chimu. Nosi frak, błękitną pelerynę i 

monokl. Wielkie szare oczy z maciupeńkimi czarnymi źrenicami, które wydają się wypluwać 

igiełki. (Jego spojrzenie może wytrzymać jedynie koordynator faktualistów). Kiedy się 

rozgniewa, strzela monoklem przez pokój. Niejeden nieszczęsny aktor poznał lodowate 

niezadowolenie Slashtubitcha: “Wynoś się z mojego atelier, ty oszuście! Chciałeś mi wcisnąć 

lipny orgazm?! WIELKIEMU SLASHTUBITCHOWI?! Znaczysz dla mnie mniej niż palec u 

nogi! Idiota! Bezmyślny dureń! Bezczelny łotr! Idź sprzedawaj swoją dupę gdzie indziej i 

wiedz, że praca dla Slashtubitcha wymaga szczerości i oddania! Żadnych nędznych sztuczek, 

fałszywych jęków, gumowych bobków, flakoników mleka ukrytych w uchu i zastrzyków z 

johimbiny!" (Johimbina, otrzymywana z kory drzewa rosnącego w Afryce Środkowej, to 

najbezpieczniejszy i najbardziej skuteczny afrodyzjak. Działa rozszerzające na naczynia 

krwionośne, zwłaszcza w okolicach genitaliów). 

Slashtubitch strzela monoklem. Odpływa on poza pole widzenia i wraca jak bumerang 

do jego oka. Slashtubitch robi piruet i znika w błękitnej mgle, zimnej jak skroplone 

powietrze... Cięcie... 

Na ekranie. Rudy, zielonooki chłopiec, biała skóra z nielicznymi piegami... Całuje 

chudą brunetkę w spodniach. Stroje i fryzury nawiązują do egzystencjalistycznych barów w 

wielkich miastach. Siedzą na niskim łóżku przykrytym białym jedwabiem. Dziewczyna 

rozpina chłopcu spodnie i wyjmuje delikatnie jego fiuta, małego i bardzo twardego, z lśniącą 

perłową kropelką na czubku. Pieści łagodnie napletek. 

— Rozbierz się, Johnny. 

Chłopiec zdejmuje prędko ubranie i staje nagi z pulsującym fiutem. Brunetka nakazuje 

mu gestem, by się odwrócił, i chłopiec robi piruet z ręką na biodrze, parodiując modelkę. 

Dziewczyna zdejmuje koszulę. Ma małe sterczące piersi ze stwardniałymi sutkami. Ściąga 

majteczki. Jej włosy  łonowe są czarne i lśniące. Chłopiec siada koło niej i sięga ku jej 

piersiom. Dziewczyna chwyta go za rękę. 

background image

— Chcę cię ruchać, kochanie — szepce. 

— Nie, nie teraz. 

— Proszę! 

— No dobrze. Pójdę umyć sobie tyłek. 

— Nie, sama go umyję. 

— E, wcale nie jest brudny! 

— Ależ jest! No chodź, Johnny. Prowadzi go do łazienki. 

— W porządku, stań na czworakach. 

Chłopiec klęka i opiera podbródek na macie na podłodze. 

— Allach — mówi. Ogląda się i uśmiecha do dziewczyny. Myje mu ona pupę 

mydłem i gorącą wodą, a później wsadza palec do środka. 

— Boli? 

— Nieeeeeeeeee. 

— Chodź, maleńki.  

Dziewczyna prowadzi go do sypialni. Chłopiec kładzie się na wznak i zarzuca nogi do 

tyłu, chwytając je pod kolanami. Dziewczyna klęka i gładzi jego uda i jądra, przesuwa palce 

wzdłuż krocza. Rozsuwa pośladki, pochyla się i zaczyna lizać odbytnicę, kręcąc powoli 

głową. Liże coraz głębiej i głębiej. Chłopiec zamyka oczy i wije się. Dziewczyna liże go po 

kroczu. Małe, twarde jądra... Na czubku obrzezanego fiuta lśni perłowa kropelka. Usta 

dziewczyny obejmują czubek fiuta. Ssie rytmicznie, zatrzymując się u góry i kręcąc głową. 

Bawi się  łagodnie jego jądrami, wsuwa środkowy i wskazujący palec w głąb odbytnicy. 

Kiedy przesuwa usta w dół, szyderczo łaskocze chłopca w prostatę. Chłopiec uśmiecha się i 

pierdzi. Dziewczyna ssie jego fiuta w szaleńczym tempie. Ciało chłopca zaczyna się kurczyć: 

każdy następny skurcz trwa nieco dłużej. “liiiiiiiiiii!" — krzyczy chłopiec z napiętymi 

mięśniami, gdy z jego fiuta tryska gorąca sperma. Dziewczyna łyka ją łapczywie. Chłopiec 

opuszcza nogi na łóżko. Przeciąga się i ziewa. 

Mary przypina gumowy penis.  

— Stalowy Dan Trzy z Jokohamy — mówi, gładząc goj Przez pokój tryska białe 

mleko. 

— Niech mleko będzie pasteryzowane. Nie chcę, żebyś mnie zaraziła jakąś okropną 

krowią chorobą, na przykład pryszczycą... 

— W Chicago, kiedy byłam Liz Transwestytą, zajmowałam się dezynsekcją. 

Zalecałam się do ładnych chłopców, bo czułam dreszczyk emocji, gdy mnie bito jako 

mężczyznę. Później złapałam jednego z nich, obezwładniłam nadźwiękowym judo, którego 

background image

nauczyłam się od starego mnicha zen lesbizmu. Związałam chłopaka, zdarłam z niego 

brzytwą ubranie i wyruchałam stalowym Danem Jeden. Tak się cieszył,  że go nie 

wykastrowałam, że piszczał z rozkoszy. 

Stalowego Dana Jeden zmiażdżyła ciota z Madras. Najmocniejszy uchwyt waginalny, 

jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Mogła sprasować  ołowianą rurkę. Była to zresztą jej 

ulubiona sztuczka. 

— A Stalowy Dań Dwa? 

— Pożarty przez wygłodzone candiru w Baboonsasshole. I nie mów tym razem 

“liiiiiiiiiiiii..." 

— Dlaczego nie? To prawdziwie chłopięce. 

— Burdelmama pomaca ci jaja, bosonogi chłopcze. Johnny spogląda na sufit z rękoma 

pod głową i pulsującym fiutem. 

— Więc co mam robić? Nie mogę srać z tym sztucznym kutasem. Ciekawe, czy 

można jednocześnie śmiać się i mieć orgazm? Pamiętam, podczas wojny w Kairze, ja i mój 

kumpel Lu, dżentelmeni na mocy ustawy Kongresu... nic innego nie mogłoby nas zrobić 

dżentelmenami... zaczęliśmy tak się  śmiać w Jockey Clubie, żeśmy się zupełnie obsikali, a 

kelner powiedział: “Wynoście się stąd, przeklęte  ćpuny!" Cóż, skoro mogę szczać ze 

śmiechu, mogę chyba także ejakulować ze śmiechu. Więc powiedz coś naprawdę śmiesznego, 

jak będę się zbliżał do orgazmu. Poznasz to po lekkim drżeniu prostaty... 

Mary nastawiła płytę, metaliczny kokainowy bebop. Smaruje się, unosi nogi chłopca i 

wsuwa mu fiuta w tyłek, kręcąc biodrami. Porusza się powoli i trze stwardniałymi sutkami o 

pierś chłopca. Całuje go w szyję, podbródek i oczy. Johnny wsuwa dłonie pod jej pośladki i 

wciska ją głębiej w siebie. Mary obraca się coraz szybciej i szybciej. Johnny dygoce i wije się 

w konwulsjach. “Szybciej! — mówi Mary. — Mleko stygnie". Johnny nie słyszy. Mary całuje 

go w usta. Ich twarze się zlewają. Sperma Johnny'ego trafia Mary w pierś — lekkie, gorące 

liźnięcia. 

W drzwiach stoi Mark. Ma na sobie czarny golf. Chłodna, przystojna, narcystyczna 

twarz. Zielone oczy i czarne włosy. Spogląda szyderczo na Johnny'ego, z głową przechyloną 

na bok, z rękami w kieszeniach marynarki — taneczna gracja oprycha. Kiwa rozkazująco 

głową i Johnny idzie do sypialni. Podąża za nim naga Mary. “W porządku, chłopcy — mówi, 

siadając na różowej jedwabnej sofie. — Do roboty!" 

Mark rozbiera się powoli, kręcąc biodrami. Wije się w szyderczym tańcu brzucha: 

zdejmuje golf i obnaża piękny biały tors. Johnny, ze skamieniałą twarzą, z przyśpieszonym 

oddechem, z wyschniętymi wargami, bierze jego ubranie i rzuca na podłogę. Mark zdejmuje 

background image

szorty. Stoi nagi, z uniesionym fiutem i mierzy Johnny'ego wzrokiem od stóp do głów. 

Uśmiecha się i oblizuje wargi. 

Mark klęka na jedno kolano i zarzuca sobie Johnny'ego na plecy. Wstaje i ciska go 

dwa metry na łóżko. Johnny pada na wznak i podskakuje. Mark podbiega, chwyta kostki 

Johnny'ego i unosi mu wysoko nogi. Szczerzy zęby w uśmiechu. 

— W porządku, Johnny. — Powoli i spokojnie, niczym dobrze naoliwiona maszyna, 

wpycha fiuta w tyłek Johnny'ego. Chłopiec wzdycha głęboko, wijąc się z rozkoszy. Mark 

wkłada mu ręce pod łopatki i nabija głęboko na penis, który schował się cały.  Świszczę 

głośno przez zęby. Johnny krzyczy jak ptak. Mark całuje Johnny'ego w usta, bez uśmiechu, z 

twarzą niewinną i czystą, gdy wstrzykuje gorącą spermę w drżące ciało chłopca. 

Przenika go łoskot pędzącego pociągu, gwizd lokomotywy... syrena okrętowa, syrena 

przeciwmgielna, sztuczne ognie rozbłyskujące nad gładkimi lagunami... labirynt sprośnych 

fotografii... nad zatoką powitalny wystrzał armatni... w białym korytarzu szpitalnym rozlega 

się krzyk, leci wzdłuż pylnej drogi między palmami, gwiżdże nad pustynią  jak    pocisk  (w 

suchym powietrzu szeleszczą skrzydła sępów); tysiące chłopców ejakulują jednocześnie w 

przybudówkach, ponurych toaletach internatów, strychach, suterenach, ambonach 

myśliwskich, diabelskich młynach, opuszczonych domach, wapiennych jaskiniach, łodziach 

wiosłowych, garażach, stodołach, w glinianych ścianach zrujnowanych, wietrznych 

przedmieść (zapach wysuszonych ekskrementów)... czarny pył owiewający chude miedziane 

ciała... poszarpane majtki opuszczone do popękanych nagich stóp broczących krwią... 

(miejsce, gdzie sępy walczą o rybie łby)... koło lagun w dżungli, drapieżne ryby atakują białą 

spermę unoszącą się na czarnej wodzie, pchły piaskowe gryzą miedzianoskóry tyłek, wyjąc 

jak wiatr w koronach drzew (kraina wielkich brunatnych rzek, którymi płyną wyrwane z 

korzeniami drzewa, zielone węże wśród gałęzi, zadumane lemury obserwują brzeg smutnymi 

oczyma), czerwony samolot kreśli arabeski na błękitnym niebie, atak grzechotnika, kobra 

unosi się, otwiera kaptur, pluje białym jadem, perły i odłamki opali spadają cichym deszczem 

w powietrzu czystym jak gliceryna. Czas trzęsie się jak popsuta maszyna do pisania, chłopcy 

się starzeją, młodzieńcze biodra drżące od spazmów rozkoszy wiotczeją i flaczeją. W szopie, 

na  ławce, w parku, przy kamiennym murze w hiszpańskim słońcu, na zarwanym łóżku w 

pokoju umeblowanym (slumsy z czerwonej cegły w czystym świetle zimowego słońca), drżąc 

i podrygując w brudnej bieliźnie, szukając głodnej  żyły o świcie, bełkocąc i plując  śliną w 

arabskiej kafejce — Arabowie szepcą: “Medżub" i odsuwają się. (Medżub to rodzaj 

muzułmańskiego fanatyka religijnego: często cierpią oni na padaczkę). “Muzułmanie mają 

krew i spermę... Patrzcie, patrzcie, krew Chrystusa płynie po spermamencie!" — wyje 

background image

medżub... Wstaje krzycząc i z penisa tryska mu czarna krew: Ostatnia Erekcja, biały posąg, 

który przekroczył Wielką Granicę, przekroczył niewinny i spokojny jak chłopiec 

przechodzący przez ogrodzenie, by łowić ryby w zakazanym stawie. Po chwili złowił 

wielkiego suma... Z małej czarnej chatki wybiegł przeklinając starzec z widłami, a chłopiec 

uciekł ze śmiechem przez pola Missouri... Znalazł piękny różowy grot strzały i schował do 

kieszeni, biegnąc z młodzieńczą gracją... kości i mięśnie... (kości  łączą się z ziemią, leży 

martwy ze strzelbą u boku koło drewnianego płotu, krew wsiąka w zimowe rżyska Georgii...) 

Sum płynie za nim... Chłopiec podbiega do płotu i przerzuca suma na zakrwawioną trawę... 

Sum wije się i piszczy... Chłopiec przeskakuje przez płot. Chwyta suma i biegnie czerwoną 

glinianą drogą w szpalerze dębów zrzucających czerwonobrązowe liście w jesiennym wietrze, 

zielonych, pokrytych rosą w lecie o poranku, czarnych na tle przejrzystego zimowego nieba... 

Starzec miota za nim przekleństwa... Z ust wylatują mu zęby i gwiżdżą nad głową, chłopca, 

który szarpie się do przodu ze ścięgnami napiętymi na szyi jak stalowe druty, nad płotem 

tryska czarna krew i chłopiec pada na trawę jak bezcielesna mumia. Między ;żebrami 

wyrastają mu ciernie, w chacie pękają szyby, zakurzone odłamki szkła w czarnym kicie... po 

podłodze -biegają szczury i w letnie popołudnia chłopcy biją konia w ciemnej stęchłej 

sypialni, jedząc jagody wyrastające z jego ciała, ćmy z gęstym fioletowym sokiem... 

Stary ćpun znalazł żyłę... krew rozkwita w pompce niczym chiński kwiat... ładuje herę 

w kanał i w jego zniszczonej twarzy lśni niewinnie chłopiec, który bił konia pięćdziesiąt lat 

temu, a wychodek wypełnia się słodką orzechową wonią młodzieńczej żądzy... ? 

Ile lat nawleczonych na igłę krwi? Siedział z dłońmi na kolanach, patrząc na zimowy 

świt pustym wzrokiem maku. Stara ciota wierci się na kamiennej ławce w parku Chapultepec, 

gdy obok przechodzą indiańscy chłopcy obejmując się za szyje albo w talii, i wysila konające 

ciało, by dosięgnąć młodych pośladków i ud, jędrnych jąder i ejakulujących fiutów.  

Mark i Johnny siedzą naprzeciwko siebie na fotelu wibracyjnym, Johnny nadziany na 

fiuta Marka. 

— Gotowe, Johnny?  

— Włączaj. 

Mark wciska guzik i fotel zaczyna wibrować... Marie przekrzywia głowę, spoglądając 

na Johnny'ego z nieobecną twarzą, z oczyma chłodnymi i szyderczymi... Johnny krzyczy i 

jęczy... Jego twarz rozpada się, jakby roztopiona od środka... Krzyczy jak mandragora, mdleje 

w chwili wytrysku, opada bezwładnie na pierś Marka jak drzemiący anioł, Mark w 

zamyśleniu klepie Johnny'ego po plecach... Sala podobna do gimnastycznej... Podłoga 

wyłożona gumową pianką przykrytą białym jedwabiem... Jedna ze ścian jest ze szkła... 

background image

Wschodzące słońce wypełnia salę różową poświatą. Mary i Mark wprowadzają Johnny'ego z 

rękoma związanymi na plecach. Johnny spostrzega szubienicę i chwieje się na nogach z 

głośnym jękiem: “Ooooooooch". Opuszcza głowę i uginają się pod nim kolana. Tryska 

sperma, lecąc  łukiem przed jego twarzą. Mark i Mary robią się nagle niecierpliwi i 

podnieceni... Wpychają Johnny'ego na szafot, pokryty spleśniałymi pasami do 

podtrzymywania jąder i przepoconymi koszulami. Mark poprawia pętlę. 

— No, jazda!  Zaczyna spychać Johnny'ego z szafotu.  Mary: 

— Nie, ja to zrobię.  Kładzie dłonie na pośladkach Johnny'ego, opiera mu czoło na 

piersi i uśmiecha się do niego. Wreszcie cofa się i spada wraz z nim w pustkę... Jego twarz 

puchnie od krwi... Mark przysuwa się i zręcznie łamie Johnny'emu kark... Odgłos pękającej 

gałęzi owiniętej mokrym ręcznikiem. Ciałem Johnny'ego wstrząsa dreszcz... Jedna z jego nóg 

dygoce jak zraniony ptak... Mark naśladuje konwulsje Johnny'ego, zamyka oczy i wysuwa 

język... Penis Johnny'ego unosi się i Mary wsadza go do swojej cipy, wijąc się w płynnym 

tańcu brzucha, jęcząc z rozkoszy... Oblewa się potem, a na twarz opadają jej wilgotne 

pasemka włosów. 

— Odetnij go, Mark! — krzyczy. Mark wyciąga scyzoryk, przecina linę i kładzie 

Johnny'ego na wznak. Mary leży na nim... Odgryza mu wargi, nos, wysysa oczy... Odrywa 

wielkie kawałki policzków... Wreszcie rzuca się na jego penis... Mark zbliża się do niej, a ona 

unosi wzrok znad nagryzionych genitaliów Johnny'ego. Twarz ma zakrwawioną, 

fosforyzujące oczy... Mark kopnięciem przewraca ją na plecy... Skacze na nią i pieprzy jak 

szalony... Turlają się po całej sali, skaczą wysoko w powietrze niczym ryby na patelni... 

— Pozwól mi się powiesić, Mark... Pozwól mi się powiesić... Proszę, Mark, pozwól 

mi się powiesić! 

— Jasne, mała. 

Stawia ją brutalnie na nogi i wykręca jej ręce do tyłu. 

— Nie, Mark! Nie! Nie! Nie! — krzyczy Mary, sikając i srając ze strachu. Mark 

ciągnie ją ku szafotowi. Pozostawia ją związaną na stosie używanych kondomów, przeciąga 

linę przez salę, po czym wraca, niosąc pętlę na srebrnej tacy. Stawia Mary na nogi i zaciska 

pętlę. Wsadza w nią fiuta, tańczy wokół szafotu i rzuca się w próżnię, “liiiiiiii!" — krzyczy, 

potrącając Johnny'ego. Mary pęka kręgosłup. Jej ciałem wstrząsa potężny dreszcz. Johnny 

spada na podłogę i stoi czujny niczym młode zwierzę. 

Skacze wokół pokoju. Z krzykiem tęsknoty, od której pęka z hukiem szklana ściana, 

rzuca się w pustkę. Leci tysiąc metrów w dół, bijąc konia, otoczony kroplami spermy... 

Wrzeszczy wśród druzgocąco błękitnego nieba, gdy wschodzące słońce pali jego ciało jak 

background image

benzyna; mija wielkie dęby i cyprysy, po czym roztrzaskuje się wśród czerwonych bryzgów 

na zrujnowanym placu wyłożonym wapiennymi płytami. Między kamieniami rosną chwasty i 

pnącza, a w białym wapieniu tkwią zardzewiałe żelazne bolce o grubości metra, brązowe jak 

gówno... 

Johnny polewa Mary benzyną z obscenicznej wazy Chimu z białego jadeitu... 

Namaszcza własne ciało... Obejmują sięf padają na podłogę i turlają pod wielkie szkło 

powiększające w dachu... Wybuchają płomieniem z krzykiem, od którego pęka szklana tafla, 

staczają się w pustkę, pieprzą się i krzyczą w locie, wybuchają krwią, ogniem i kopciem 

osiadającym na brązowych kamieniach pod pustynnym niebem. Johnny skacze w męce po 

pokoju. Z okrzykiem, od którego pęka szkło, staje z rozkrzyżowanymi rękoma przed 

wschodzącym słońcem, a z jego fiuta tryska krew... Biały marmurowy bóg zmienia się w 

konwulsjach w starego medżuba wijącego się w gównie i odpadkach pod glinianą ścianą w 

blasku słońca, które rani i garbuje skórę... Jest chłopcem  śpiącym pod murem meczetu, 

ejakuluje w tysiące cip, różowych i gładkich niczym muszle, czując rozkoszne łaskotanie 

włosów łonowych wślizgujących się do penisa. 

John i Mary w pokoju hotelowym (muzyka z “East Saint Louis Toodleoo"). Ciepły 

wiosenny wiatr powiewa spłowiałymi różowymi zasłonami w otwartym oknie... Na pustych 

parkingach kumkają żaby... wokół rośnie kukurydza, a chłopcy łapią niewielkie zielone węże 

pod popękanymi wapiennymi stelarni poplamionymi gównem i oplecionymi zardzewiałym 

drutem kolczastym... 

 

Błyska i gaśnie neon — zielony chlorofil, fiolet, pomarańcz. 

 

Johnny wyciąga pincetą candiru z cipki Mary... i wrzuca do butelki mescalu, gdzie 

zmienia się ona w glistę... Daje jej natrysk z tropikalnego zmiękczacza kości, a jej zęby 

pochwowe wypływają z krwią i cystami... Jej cipka jest świeża i czysta jak wiosenna trawa... 

Johnny liże ją, na początku powoli, a później z narastającym podnieceniem rozchyla wargi 

sromowe i wsuwa język do środka, czując ostre, łaskoczące włosy... Mary leży na wznak z 

rozrzuconymi ramionami i sterczącymi piersiami, przebita gwoździami neonów... Johnny 

pełznie ku jej głowie, a na czubku jego fiuta lśni opałowa kropelka. Przebija fiutem włosy 

łonowe i wpycha go aż do końca, wessany przez głodne ciało... Jego twarz puchnie od krwi, 

pod powiekami wybuchają zielone fajerwerki i leci w przepaść przez krzyczące dziewczęta... 

Wilgotne włosy na jądrach wysychają w ciepłym wiosennym wietrze. Stroma dolina 

w dżungli, pnącza wspinają się ku oknu. Johnny'emu puchnie penis i wyrastają z niego 

background image

wielkie pąki. Z cipki Mary wychodzi długi korzeń powietrzny i szuka ziemi. Ciała rozkładają 

się wśród zielonych eksplozji. Kamienna chata popada w ruinę. Chłopiec to wapienny posąg; 

z jego fiuta wyrasta roślina, usta ma lekko rozchylone jak ćpun po strzale. 

 

Beagle zawinął herę w bilet loteryjny. 

— Ostatnia szpryca — jutro leczenie. 

Daleka droga. Częste erekcje i upadki. 

Długo wędrowaliśmy przez góry do oazy palm daktylowych, gdzie arabscy chłopcy 

srają do studni i tańczą rock and roiła na piaskach nadmorskich, jedząc hot dogi i wypluwając 

samorodki złotych zębów. 

Bezzębni, z żebrami jak tarka, na której można by uprać brudne ubranie, wyszli 

dygocąc z katamarana na Wyspie Wielkanocnej i ruszyli ku brzegowi na nogach sztywnych 

jak szczudła... Kiwali głowami na wystawach... Sprzedali smukłe ciało za tłuszcz braku 

głodu... 

Palmy daktylowe uschły, studnię wypełniły wysuszone ekskrementy i mozaika tysiąca 

gazet: 

“Rosja zaprzecza... Minister spraw wewnętrznych jest głęboko zaniepokojony... O 

dwunastej zero dwa otwarto zapadnię. O wpół do pierwszej lekarz wyszedł na ostrygi. Wrócił 

o drugiej i dobrodusznie poklepał powieszonego po plecach. 

— Co takiego!? Jeszcze pan żyje?! Muszę pana pociągnąć za nogi! Cha-cha! Nie 

mogę pozwolić, żeby się pan dusił w tym tempie: dostałbym naganę od prezydenta. Gdyby 

karawan zabrał pana żywego, byłaby to prawdziwa hańba. Jaja by mi odpadły ze wstydu; 

zostałbym uznany za dupę wołową. Raz! Dwa! Trzy! Ciągniemy!" 

Szybowiec zniża lot, cichy niczym erekcja, cichy jak pokryte smalcem szkło stłuczone 

przez młodego złodzieja o rękach starej kobiety i pustych oczach ćpuna.-.. Włamywacz 

wchodzi bezszelestnie do domu, stąpając po naoliwionych kryształach, w kuchni tyka głośno 

zegar, gorący przeciąg rozwiewa mu włosy, jego głowa eksploduje, trafiona grubym śrutem... 

Stary człowiek wyrzuca ze strzelby czerwoną łuskę i wykonuje piruet. 

— Do kroćset, to nic wielkiego... Nabój w lufie... Pieniądze w banku... Jeden strzał 

prosto w głowę i padł w sprośnej pozycji... Słyszysz mnie, chłopcze? 

Sam byłem kiedyś młody i słyszałem syreni śpiew łatwych pieniędzy, kobiet i jędrnej 

chłopięcej pupy. Nie podniecaj mnie, na litość boską, bo opowiem historię, od której fiut ci 

stanie, tęskniąc za różową  młodą cipką albo śliczną melodią wygrywaną na twoim fiucie 

przez chłopięcy tyłek... W jądrach zbierają się ostre diamenty, nieubłagane jak kamienie 

background image

nerkowe... Przepraszam, że musiałem cię zabić... Stara Szara Kobyła nie jest już taka jak 

dawniej... Stary lew z dziurami w zębach potrzebuje pasty “Amident", by mieć  świeży 

oddech... Stare lwy lubią pożerać chłopców... Czy można je za to winić? Chłopcy w szpitalu 

Świętego Jerzego są tacy słodcy, tacy zimni, tacy piękni... Nie dostawaj rigor mortis, synu. 

Okaż trochę szacunku staremu fiutowi... Sam możesz się kiedyś stać nudną starą pierdołą... 

Ach, chyba nie... Podobnie jak bosonogi bezwstydny kochanek Housmana, nastąpiłeś zimną 

stopą na silos przemian... Ale nie można zabijać chłopców z Shropshire... Wieszano go tak 

często,  że się opiera jak gonokok wykastrowany przez penicylinę, nabiera ohydnej siły i 

rozmnaża w postępie geometrycznym... Więc głosujmy za uniewinnieniem i połóżmy kres 

tym bestialskim pokazom, za które szeryf każe sobie płacić po funcie. 

Szeryf: Ludzie, spuszczę mu gacie za jednego funta! Zbliżcie się! To poważny 

eksperyment naukowy dotyczący lokalizacji centrum życia. Jego fiut ma ćwierć metra 

długości, panie i panowie, możecie sami go zmierzyć! Tylko jeden funt albo trzy dolary za 

zobaczenie młodego chłopca osiągającego trzykrotnie orgazm — nigdy nie zniżam się do 

wieszania eunuchów — zupełnie wbrew własnej woli! Kiedy pęknie mu stos pacierzowy, na 

pewno obryzga was spermą! 

Chłopiec stoi na zapadni, przestępując z nogi na nogę. 

— Boże! Ile trzeba znieść w tym biznesie! Na pewno jakiś wstrętny staruch za chwilę 

się podnieci! 

Zapadnia się otwiera, lina śpiewa jak wiatr w drutach telegraficznych, kręgosłup pęka 

wydając głośny czysty ton chińskiego gongu. 

Chłopiec odcina się nożem sprężynowym i goni wrzeszczącego pedała. Pedał wpada 

przez szklane drzwi do kina porno i rypie Murzyna szczerzącego zęby. Cięcie.  

(Mary, Johnny i Mark kłaniają się z pętlami na szyjach. Nie są tak młodzi jak na 

filmach pornograficznych... Wyglądają na zmęczonych i przygnębionych). 

background image

 

SESJA MIĘDZYNARODOWEGO KONGRESU   

TECHNOPSYCHIATRYCZNEGO 

 

Doktor Schafer, znany jako Mały Lobotomista wstaje i patrzy na uczestników 

kongresu lodowatym, błękitnym wzrokiem. 

— Panowie, ludzki system nerwowy można zredukować,, do stosu pacierzowego. 

Mózg podzieli los zanikających gruczołów, zębów mądrości, wyrostka robaczkowego... 

Przedstawiam panom swoje arcydzieło: “Amerykanina uwolnionego od lęku". 

Grzmią trąby: Dwóch murzyńskich tragarzy wnosi nagiego Amerykanina i ciska na 

podium ze zwierzęcą brutalnością... Amerykanin wije się... Jego ciało zmienia się w lepką, 

przezroczystą galaretę, a po chwili z zielonej mgły wyłania się monstrualna czarna stonoga. 

Salę wypełniają fale smrodu, rozdzierającego płuca i wywołującego torsje... Schafer załamuje 

ręce i szlocha: 

— Clarence! Jak mogłeś mi to zrobić?! Niewdzięcznicy! Przeklęci niewdzięcznicy!... 

Przerażeni uczestnicy kongresu pomrukują: 

— Obawiam się, że tym razem Schafer trochę przeholował... 

— Ostrzegałem... 

— Schafer to błyskotliwy facet, alej 

— Zrobi wszystko dla reklamy... 

— Panowie, to potworne, nieprawe dziecię zboczonego umysłu doktora Schafera nie 

może ujrzeć światła dziennego... Wypełnimy bez wahania swoją powinność... 

— To dziecię już ujrzało światło dzienne — mówi jeden z murzyńskich tragarzy. 

— Trzeba wyplenić wszystko, co nieamerykańskie — mówi gruby, podobny do żaby 

lekarz z Południa, popijając wódkę z glinianej czary. Zbliża się chwiejnym krokiem, po czym 

staje jak wryty, przerażony ogromnymi rozmiarami i groźnym wyglądem stonogi. 

— Dawać benzynę! — ryczy. — Spalimy to draństwo jak czarnucha! 

— Ja nie zamierzam przykładać do tęga ręki — odzywa się młody lekarz zażywający 

LSD-25. — Pierwszy lepszy prokurator z łatwością... 

Cięcie. Na ekranie pojawia się sala sądowa. 

PROKURATOR: Czcigodni przysięgli! Ci pseudouczeni twierdzą, że niewinna istota 

ludzka, którą tak lekkomyślnie zamordowali, zmieniła się nagle w ogromną czarną stonogę i 

że musieli zniszczyć owo monstrum, by nie zdążyło się rozmnożyć... Czyż mamy słuchać w 

background image

milczeniu tych bredni?! Czyż mamy dać wiarę tym obrzydliwym łgarstwom? Gdzież się 

podziała owa zdumiewająca stonoga?! 

“Zniszczyliśmy ją" — mają czelność odpowiadać... Chciałbym przypomnieć, 

czcigodni hermafrodyci przysięgli, iż ten potwór (wskazuje doktora Schafera) nie pierwszy 

już raz staje przed sądem pod zarzutem niewyobrażalnej zbrodni: gwałtu na mózgu... Czyli 

mówiąc prostą angielszczyzną (bije pięścią w barierkę lawy przysięgłych i podnosi głos), 

przymusowej lobotomii!... 

(Przysięgli wstrzymują oddech... Jeden umiera na zawał... Trzech wije się na podłodze 

w paroksyzmach orgazmu... Prokurator ciągnie dramatycznie:) 

To on, on, nikt inny, doprowadził całe regiony naszego pięknego kraju do 

kompletnego zidiocenia... To właśnie on wypełnił ogromne magazyny bezradnymi matołami, 

którzy nie są w stanie się o siebie troszczyć... Ten cyniczny pseudo naukowiec nazywa ich 

szyderczo “trutniami"... Panowie przysięgli, lekkomyślne zabójstwo Clarence'a Cowiego nie 

może pozostać nie ukarane — owa potworna zbrodnia woła o pomstę do nieba, woła o 

sprawiedliwość! 

Stonoga biega wokół, podniecona. 

— O kurwa, ta gnida jest głodna! — krzyczy jeden z tragarzy. 

— Ja się stąd zmywam! 

Uczestnicy kongresu wpadają w panikę. Szturmują wyjścia, krzycząc i rozpychając się 

łokciami... 

background image

 

RYNEK 

 

Panorama stolicy Interzone. Pierwsze takty “East Saint Louis Toodleoo"... czasem 

głośne i wyraźne, później ciche i niedosłyszalne jak muzyka na wietrze... 

Pokój drży i wibruje. W twoim ciele płynie krew wielu ras: Murzynów, 

Polinezyjczyków, Mongołów, pustynnych nomadów, bliskowschodnich poliglotów, Indian — 

ras, które jeszcze się nie narodziły. Migracje, niewiarygodne 

wędrówki przez pustynie, dżungle i góry (stupor i śmierć w odległej górskiej dolinie, 

gdzie z genitaliów wyrastają rośliny, a ogromne skorupiaki rozmnażają się w ciele i 

wychodzą na zewnątrz), podróż katamaranem przez Pacyfik na Wyspę Wielkanocną. Miasto 

Uniwersalne, gdzie na ogromnym niemym rynku wystawiono na sprzedaż wszystkie ludzkie 

możliwości. 

Minarety, palmy, góry, dżungle... Leniwa rzeka pełna złowrogich ryb, ogromne 

zaniedbane parki, gdzie chłopcy leżący w trawie grają w tajemnicze gry. W mieście nie ma 

zamkniętych drzwi. W każdej chwili ktoś może wejść do twojego pokoju. Szefem policji jest 

Chińczyk dłubiący w zębach i słuchający donosów wariata. Od czasu do czasu wyjmuje z ust 

wykałaczkę i spogląda na jej koniec. W drzwiach siedzą hipsterzy z gładkimi miedzianymi 

twarzami, bawiąc się ludzkimi głowami na złotych łańcuchach. Ich puste twarze są owadzio 

spokojne. 

Za nimi w otwartych drzwiach widać stoły, przepierzenia, szynkwasy, kuchnie, łaźnie, 

kopulujące pary na mosiężnych  łożach, tysiące skrzyżowanych hamaków, narkomanów 

szykujących się do strzału, palaczy opium i haszyszu, ludzi siedzących, gadających, tonących 

w dymie i parze. 

Karciane stoły, gdzie gra się o niewiarygodne stawki. Od czasu do czasu któryś z 

graczy zrywa się z rozpaczliwym okrzykiem, przegrawszy młodość albo stawszy się latahem 

przeciwnika. Ale bywają stawki wyższe niż  młodość lub stanie się latahem, stawki znane 

tylko dwu graczom na świecie. 

Wszystkie domy w Mieście są połączone. Domy z darni — w drzwiach mrugają w 

dymie wysocy Mongołowie górscy; domy z bambusa, lepianki, domy z czerwonej cegły, 

domy polinezyjskie i maoryskie, drewniane domy o długości trzydziestu metrów, gdzie 

mieszka całe plemię, domy na drzewach i łodziach, domy z kartonów i blachy falistej, w 

których siedzą starcy odziani w przegniłe szmaty i gotują mięso z puszek, wielkie zardzewiałe 

background image

żelazne rusztowania wznoszące się sześćset metrów nad bagnami i wysypiskami śmieci, 

niebezpieczne wielopoziomowe konstrukcje, hamaki kołyszące się nad przepaścią. 

Ku nieznanym krainom wyruszają ekspedycje w nieznanych celach. Na tratwach ze 

starych skrzynek związanych przegniłymi linami nadpływają obcy, wypełzają z dżungli z 

oczami zapuchniętymi od ugryzień owadów, schodzą z gór na popękanych krwawiących 

stopach ku brudnym przedmieściom, gdzie rzędy ludzi oddają kał pod ścianami lepianek, a 

sępy biją się o rybie głowy. Lądują w parkach na połamanych spadochronach... Pijany 

policjant odprowadza ich do wielkiego szaletu, by się zameldowali... Wypełnione formularze 

wiesza na gwoździach i używa jako papieru toaletowego. 

Nad Miastem unoszą się zapachy kuchenne wszystkich krajów, mgiełka opium i 

haszyszu, czerwony dym yage, zapach dżungli, słonej wody, gnijącej rzeki, wyschniętych 

ekskrementów, potu i genitaliów. 

Piskliwe flety górskie, dżez, bebop, jednostrunne instrumenty mongolskie, cygańskie 

dzwonki, afrykańskie bębny, arabskie kobzy... 

W Mieście dochodzi okresowo do rozruchów i sępy pożerają na ulicach nie 

pogrzebane trupy. Albinosi mrugają na słońcu. Chłopcy siedzący na drzewach onanizują się 

leniwie. Ludzie zżerani przez nieznane choroby obserwują przechodniów złymi, mądrymi 

oczyma. 

W Rynku znajduje się Kawiarnia Spotkań. Ludzie o tajemniczych, niewyobrażalnych 

zawodach, gwarzący po etrusku, narkomani uzależnieni od jeszcze nie zsyntetyzowanych 

narkotyków, dealerzy zupy harmalinowej, wyciągu z morfiny zmieniającego ludzi w 

warzywa, płynów do wyrobu latahów i tytoniowych leków zapewniających długowieczność, 

czarnorynkowi handlarze z okresu trzeciej wojny światowej, poborcy podatków od 

wrażliwości telepatycznej, osteopaci ducha, detektywi prowadzący  śledztwa w sprawie 

przestępstw ujawnionych przez ślepych paranoidalnych szachistów, doręczyciele 

fragmentarycznych nakazów aresztowania spisanych hebefreniczną stenografią i 

zawierających oskarżenia o niewyobrażalne okaleczenia ducha, widmowi biurokraci, 

urzędnicy nie istniejących jeszcze państw policyjnych, karlica lesbijka, która doprowadziła do 

perfekcji stosowanie bangutot, śmiertelnej erekcji płuc atakującej  śpiącego wroga, 

sprzedawcy zbiorników genitalnych i maszyn relaksujących, dealerzy rozkosznych snów i 

wspomnień wypróbowanych na wyczulonych komórkach głodu morfinowego i 

przehandlowanych za surowce woli, lekarze wyćwiczeni w leczeniu chorób drzemiących w 

czarnym pyle zburzonych miast, złośliwiejących w białej krwi niewidomych glist pełznących 

powoli ku powierzchni skóry, chorób dna oceanu i stratosfery, chorób laboratorium i wojny 

background image

nuklearnej... Miejsce, gdzie nieznana przeszłość i nadchodząca przyszłość spotykają się w 

niemej wibracji... Byty larwalne czekające na Żywego... 

(Opis Miasta i Kawiarni Spotkań powstał w stanie odurzenia yage... Yage, 

ayuahuasca, pilde, natima to indiańskie nazwy Bannisteria caapi, szybko rosnącego pnącza 

występującego w Amazonii. Por. uwagi o yage w Dodatku). 

background image

 

ZAPISKI PO YAGE 

Obrazy spadają powoli jak ciche płatki śniegu... Spokój... Przestaję się bronić... Jestem 

otwarty na wszystko... Strach nie wchodzi w rachubę... Przepływa przeze mnie przepiękny 

błękitny potok... Widzę archaiczną roześmianą twarz podobną do maski polinezyjskiej... 

Sino-błękitna twarz nakrapiana złotem... 

Pokój wygląda jak bliskowschodni burdel z niebieskimi ścianami i secesyjnymi 

lampami w czerwonych abażurach... Czuję, jak zmieniam się w Murzynkę, jak czerń 

wypełnia po cichu moje ciało... Ataki pożądania... Moje 

nogi nabierają krągłych polinezyjskich kształtów... Wszystko drży od ukradkowego 

życia... Pokój jest Bliskim Wschodem, Afryką, Polinezją, znajomym miejscem, którego nie 

mogę sobie przypomnieć... Yage to podróż w czasoprzestrzeni... Pokój drży i wibruje... W 

moim ciele płynie krew wielu ras: Murzynów, Polinezyjczyków, Mongołów, pustynnych 

nomadów, bliskowschodnich poliglotów, Indian — ras, które jeszcze się nie narodziły... 

Migracje, niewiarygodne wędrówki przez pustynie, dżungle i góry (stupor i śmierć w odległej 

górskiej dolinie, gdzie z genitaliów wyrastają rośliny, a ogromne skorupiaki rozmnażają się w 

ciele i wychodzą na zewnątrz), podróż katamaranem przez Pacyfik na Wyspę Wielkanocną... 

(Przychodzi mi do głowy, że początkowe mdłości po yage to choroba lokomocyjna w 

pierwszej fazie odlotu...) 

“Czarownicy posługują się yage, by przepowiadać przyszłość, odszukiwać zgubione 

lub skradzione przedmioty, diagnozować i leczyć choroby, wykrywać sprawców 

przestępstw". Indianie (kaftan bezpieczeństwa dla Herr Boasa — dowcip zawodowy: nic tak 

nie wkurza antropologa jak człowiek prymitywny) nie uważają  śmierci za przypadek, nie 

zdają sobie sprawy z własnych skłonności autodestrukcyjnych i nazywają je pogardliwie 

“naszymi nagimi kuzynami", a może czują również, że owymi impulsami manipulują obce, 

złowrogie siły, toteż każdy zgon uważany jest za morderstwo. Czarownik zażywa yage i 

odkrywa tożsamość zabójcy. Łatwo się domyślić,  że deliberacje czarowników w trakcie 

czynności śledczych mogły niekiedy niepokoić ich pobratymców. 

— Miejmy nadzieję, że stary Ksiuptutol nie zwariuje i nie wskaże któregoś z naszych, 

chłopcy. 

— Strzel sobie kurary i odpręż się... Wszystko załatwione... 

— A jak odbije mu szajba? Bierze natimę od dwudziestu lat i śni na jawie... Wierz mi, 

szefie, ten towar to prawdziwa trucizna... Mózg się od tego lasuje... 

background image

— Ogłosimy, że Ksiuptutol utracił zdolność sprawowania urzędu... 

Ksiuptutol wychodzi chwiejnym krokiem z dżungli i mówi, że mordercami są Indianie 

z Tzipine, co nikogo nie dziwi... Wierzcie staremu Brujo, kochani, Indianie nie lubią 

niespodzianek... 

Przez Rynek przechodzi kondukt pogrzebowy. Czarna trumna ze srebrnymi 

inskrypcjami niesiona przez czterech tragarzy. Procesja żałobników  śpiewających pieśń 

pogrzebową... Ciem i Jody stają koło trumny, z której wylatuje trup wieprza... Jest ubrany w 

dżelabę, z pyska sterczy mu fajka z keifem, w racicy trzyma plik sprośnych fotografii, na szyi 

wisi mezuza... Napis na trumnie: “Najszlachetniejszy z Arabów". 

Śpiewają ohydną parodię arabskiej pieśni pogrzebowej. Jody potrafi naśladować 

Chińczyka — robi to wstrząsające wrażenie. Doprowadził kiedyś do pogromu cudzoziemców 

w Szanghaju; zginęło trzy tysiące osób. 

— Wstań, Gertie, okaż szacunek miejscowym żółtkom. 

— Chyba rzeczywiście powinienem. 

— Mój drogi, pracuję nad cudownym wynalazkiem... chłopcem, który znika, gdy 

osiągasz orgazm, i pozostawia po sobie woń palonych liści i odgłos odjeżdżającego pociągu. 

— Uprawiałeś kiedyś seks w stanie nieważkości? Sperma pływa w powietrzu jak 

ektoplazma, a wszystkim gościom płci  żeńskiej grozi niepokalane, a przynajmniej 

niebezpośrednie poczęcie... Przypomina mi to anegdotę o moim starym przyjacielu, jednym z 

najprzystojniejszych i najbardziej zwariowanych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem, 

absolutnie zepsutym przez bogactwo. Chodził na przyjęcia z gruszką do lewatywy i 

wstrzykiwał spermę znajomym kobietom. Wygrał bez trudu wszystkie procesy o ustalenie 

ojcostwa. Oczywiście nigdy nie używał własnej spermy. 

Cięcie. Na ekranie pojawia się sala sądowa. Adwokat A. J.: 

— Niepodważalne badania wykazały,  że mój klient nie miał  żadnego... eee... 

osobistego kontaktu z czarującą powódką... Być może próbuje ona naśladować niepokalane 

poczęcie Dziewicy Maryi, przypisując mojemu klientowi rolę Ducha Świętego... Przypomina 

mi to proces sądowy, jaki miał miejsce w piętnastowiecznej Holandii: młoda kobieta 

oskarżyła starszego, powszechnie szanowanego czarnoksiężnika, że stworzył sukkuba, który 

poznał ją cieleśnie, co zakończyło się poczęciem. Czarownika uznano winnym współudziału i 

skazano na stos. Jednakże, czcigodni przysięgli, w naszej oświeconej epoce nie wierzymy już 

w takie legendy, a młode kobiety przypisujące swój błogosławiony stan atencjom sukkubów 

są uznawane za romantyczki, a w bardziej potocznej angielszczyźnie — przeklęte kłam-

czuchy, cne, che, che... 

background image

 

A teraz godzina proroków: 

— Miliony zmarły na bagnach. Tylko jeden wybuch. 

— Aye, aye, kapitanie! — odparł wbijając oczy w pokład. — Kto włoży dziś 

łańcuchy? Trzeba zachować ostrożność w czasie żeglugi pod wiatr; podróż z wiatrem nic nie 

dała... W tym roku w piekle najmodniejsze są senority i zmęczyła mnie długa wspinaczka do 

pulsującego Wezuwiusza obcych fiutów. 

Potrzebuję Orient Expressu, by stąd wyjechać... Jest tu wiele kopalni... Codziennie 

kopią trochę dla zabicia czasu... 

Widmowy Jack: gorący szept w kościanym uchu... 

Strzelając osiągnij wolność. 

— Chrystus?! — szydzi złośliwy, pedałowaty święty, wyjmując ciasto z alabastrowej 

czary... — Myślisz,  że poniżyłbym się do tego stopnia, by czynić cuda?! To doprawdy 

niesmaczne... 

— Chodźcie, markizy i markizowie, i przyprowadźcie małe markiziątka. Pokaz dla 

młodych i starych, dla ludzi i zwierząt... Jedyny prawowity Syn Człowieczy jedną  ręką 

wyleczy chłopca z rzeżączki — tylko dotykiem, ludzie! — a drugą stworzy marihuanę, 

chodząc po wodzie i sikając winem z tyłka... A teraz trzymajcie się z dala, ludzie, bo 

elektryczna moc tego gościa może was napromieniować!... 

— Znałem go, kochanie... Pamiętam, jak robiliśmy raz w Sodomie (wyjątkowo podła 

dziura) wysokiej klasy pokaz erotyczny... Tylko i wyłącznie z głodu... Cóż, nagle przychodzi 

ten przeklęty Filistyn i nazywa mnie pedałem. A ja mu na to: “Pracuję trzy tysiące lat w 

show-biznesie i zawsze jestem czysty. Poza tym nie muszę słuchać takich pierdoł". Przyszedł 

później do mojej garderoby i przeprosił... Okazał się wielkim uzdrowicielem. A także 

ślicznym facetem... 

— Budda? Sławny  ćpun metaboliczny... Produkował  własny towar, kapujesz? W 

Indiach, gdzie nie mają poczucia czasu, dealer spóźnia się często cały miesiąc... Zaraz, zaraz, 

czy to drugi, czy trzeci monsun? Mam spotkanie w Keczupore. 

— Te wszystkie ćpuny siedzące po turecku, plujące na ziemię i czekające na dealera. 

— Nie muszę wcale brać — mówi Budda. — Na Boga, moje ciało samo produkuje 

towar. 

— Nie możesz tego robić, stary. Załatwią cię. 

— Nie załatwią. Mam sposób, kapujesz? Jestem teraz pieprzonym świętym. 

— Jezu, szefie, jesteś genialny... 

background image

— Niektórzy naprawdę wariują, gdy wymyślą Nową Religię. Brak im klasy... Poza 

tym łatwo mogą ich zlinczować, bo kto chce mieć do czynienia z lepszym od siebie? Po co 

męczyć ludzi? Więc musimy to rozegrać na chłodno, kapujesz, na chłodno... Trzeba pozwolić 

ludziom wybrać. Nie będziemy nikogo zmuszać, jak różni idioci, co pozostaną na zawsze 

bezimienni. Oczyśćmy jaskinię do bitwy. Zmetabolizuję trochę towaru i wygłoszę Kazanie 

Ogniste. 

— Mahomet?! Kpisz sobie?! Wymyśliła go Izba Handlowa Mekki! Pisał to wszystko 

egipski specjalista od reklamy. 

— Jeszcze jednego, GUS. Potem, na Allacha, pójdę do domu i otrzymam surę... 

Zaczekaj, aż rano ogłoszę ją na bazarze. Zniszczę tych dupków z Konsorcjum Idoli. 

Barman spogląda znad programu wyścigów wielbłądów. 

— Tak, będą płonąć wielkim płomieniem. 

— Cóż... uf... tak. A teraz podpiszę ci weksel, GUS. 

— Słynie pan w Mekce z weksli, panie Mahomet. Nie chcę o tym słyszeć. 

— No cóż, GUS, są dwa rodzaje reklamy: pozytywna i negatywna. Chciałbyś się stać 

czarnym charakterem? Mogę otrzymać surę o barmanach, co nie udzielają kredytu ludziom w 

potrzebie. 

— I będą  płonąć wielkim płomieniem. Sprzedana Arabia. — Barman przeskakuje 

przez szynkwas. — Dłużej tego nie zniosę, Ahmedzie. Zabieraj swoje sury i wynoś się. 

Osobiście ci w tym pomogę. I nie przychodź tu więcej. 

— Załatwię cię, ty niewierny skurwysynu! Zamknę twoją budę! Osuszę Półwysep 

Arabski, na Allacha! 

— To już kontynent... 

— Daj sobie spokój z Konfucjuszem. Lao-tsy? Już go skreślili... I dość tych lipnych 

świętych z żałosnymi minami, jakiś stary zdemenciały fiut ma nam mówić, czym jest 

mądrość? “Trzy tysiące lat w show-biznesie i zawsze jestem czysty..." 

— Po pierwsze, każde zdarzenie jest związane z męskimi prostytutkami i ludźmi, 

którzy bezczeszczą bogów handlu, grając w piłkę na ulicach. Aż tu nagle z domu wyłazi jakiś 

stary pierdoła, by uraczyć nas swoim kretynizmem. Czy nigdy nie uwolnimy się od 

siwowłosych wariatów, którzy siedzą na każdym szczycie górskim w Tybecie, wyłażą z chaty 

nad Amazonką, napadają na ludzi w ogrodzie botanicznym? “Czekam na ciebie, mój synu — 

mówi i zwiewa z silosem pełnym zboża. — Życie to szkoła, gdzie każdy uczeń uczy się innej 

lekcji. A teraz, gdy otworzę me usta..." 

— Bardzo się tego boję... 

background image

— Zaprawdę, nic nie powstrzyma przypływu... 

— Nie mogę powstrzymać tego gościa. Sauve qui petit

— Kiedy opuszczam mędrca, nie czuję się w ogóle jak człowiek. Zmienia moje 

organy w płynne gówno. 

— Mam wyłączność, więc czemu nie zwiać z żywym słowem? Słowa nie można 

wyrazić bezpośrednio... Można je tylko zasugerować mozaiką zestawień niczym rzeczy 

porzucone w szufladzie hotelowej, zdefiniować za pomocą zaprzeczeń i braków. 

— Chyba zrobię sobie zakładkę brzuszną. Może jestem stary, lecz ciągle ponętny. 

Zakładka brzuszna to operacja chirurgiczna mająca na celu usunięcie tłuszczu. W 

ścianie jamy brzusznej robi się zakładkę, tworząc gorset cielesny, który niekiedy pęka, tak że 

straszliwie stare bebechy wylewają się na podłogę... Oczywiście najgroźniejsze są modele 

wyjątkowo szczupłe. Niektóre z nich nazywa się nawet jednodniowymi. 

— Najniebezpieczniejsze miejsce dla człowieka noszącego gorset cielesny to łóżko — 

stwierdza brutalnie doktor Rinderpest. 

Ulubiona piosenka gorseciarzy nosi tytuł “Ulotne młodzieńcze uroki". Partner 

gorseciarza może rzeczywiście znaleźć się w “wodnistym, chłodnym objęciu". 

 

Biała sala muzealna pełna zalanych słońcem nagich różowych posągów wysokich na 

dwadzieścia metrów. Zmieszane głosy nastolatków... 

Srebrna barierka... trzystumetrowa przepaść, przestrzeń zalana słońcem. Zielone 

poletko kapusty i sałaty. Opalonych na brąz młodzieńców z motykami podglądają zza kanału 

ściekowego stare cioty. 

— Och, kochanie, ciekawe, czy nawożą to poletko ludzkim nawozem... Może 

niedługo to zrobią? 

Otwiera lornetkę teatralną wyłożoną macicą perłową — w słońcu lśni aztecka 

mozaika. 

Greccy młodzieńcy maszerują  gęsiego z alabastrowymi czarami pełnymi gówna i 

opróżniają je do dołu w ziemi. 

Zakurzone topole kołyszą się w popołudniowym wietrze wśród ceglanych gmachów 

na Plaża de Toros. 

Drewniane kabiny wokół gorącego  źródła... zrujnowane ściany w zagajniku... ławki 

wygładzone przez milion masturbujących się chłopców. 

Greccy chłopcy, biali jak marmur, pieprzą się jak psy w portyku wielkiej złotej 

świątyni... nagi mugwump gra na lutni. 

background image

Idąc w czerwonym swetrze wzdłuż torów spotkałem Sammy'ego, syna dozorcy 

przystani, i dwóch Meksykanów. 

— Hej, chudzielcu, wyruchać cię? 

— Eee... aha. 

Meksykanin stawia Sammy'ego na czworakach na wytartym sienniku... Wokół tańczy 

murzyński chłopiec, wybijając rytm... Na jego różowego fiuta pada promyk słońca. 

Bolesny różowy wstyd na tle pastelowobłękitnego widnokręgu, gdzie ogromne 

żelazne płaskowyże zderzają się z druzgocącym niebem. 

— Wszystko w porządku! — krzyczy Bóg przez zardzewiały ładunek trzech tysięcy 

lat... 

Świeci zimowy księżyc. Szklarnię rozbija grad kryształowych czaszek. 

Amerykanka pozostawiła za sobą powiew trucizny na przyjęciu w Saint Louis. 

Staw pokryty zieloną rzęsą w zapuszczonym ogrodzie. Z wody powoli wynurza się 

ogromna żaba grająca na klawikordzie. 

Do baru wpada solubis i zaczyna czyścić buty świętego  łojem z własnego nosa... 

Święty kopie go złośliwie w usta. 

Solubis krzyczy, odwraca się i sra świętemu na spodnie. Wybiega pędem na ulicę. 

Odprowadza go zamyślone spojrzenie alfonsa... Święty woła kierownika: 

— Jezu, Al, co za spelunkę prowadzisz! Moje nowiutkie ineksprymable! 

— Przepraszam, święty. Wymknął mi się. 

(Solubisi to najniższa kasta arabska, słynąca z podłości. Ekskluzywne kawiarnie mają 

własnych solubisów, którzy ruchają gości podczas posiłków — w ławach są w tym celu 

specjalne otwory. Ludzie marzący o totalnym upokorzeniu i poniżeniu — w dzisiejszych 

czasach jest takich bardzo wielu — pozwalają się gwałcić analnie bandzie solubisów... 

Słyszałem,  że to coś wyjątkowego... Solubisi często stają się bogaci, aroganccy i tracą 

przyrodzoną podłość. Skąd się wzięli? Może to upadła kasta kapłańska? W pewnym sensie 

istotnie pełnią funkcję kapłanów, gdyż skupiają w sobie wszystkie ludzkie podłości). 

A. J. przechodzi przez rynek w czarnej pelerynie, z sępem na ramieniu. Staje koło 

stolika. 

— Fantastyczna historia o piętnastolatku z Los Angeles. Ojciec doszedł do wniosku, 

że powinien zerżnąć po raz pierwszy jakąś babę. Chłopiec leży na trawniku czytając komiks, 

a ojciec wychodzi z domu i powiada: “Masz dwadzieścia dolarów, synu. Chcę, żebyś poszedł 

do dobrej kurwy i zerżnął jej dupę". Jadą do burdelu, a ojciec mówi: “W porządku, synu. 

Reszta należy do ciebie. Zadzwoń do drzwi, a jak otworzy je kobieta, wyciągnij dwadzieścia 

background image

dolarów i powiedz, że chcesz jej zerżnąć dupę". “W porządku, tato". Po kwadransie chłopiec 

wychodzi. “No i jak, synu, zerżnąłeś jej dupę?" “Tak. Ta rura otworzyła drzwi, a ja 

powiedziałem,  że chcę jej zerżnąć dupę, i wcisnąłem do łapy dwudziestaka. Poszliśmy do 

mieszkania; rozebrała się. Otworzyłem nóż sprężynowy i zerżnąłem jej kawał dupy, a ona 

zaczęła wyć jak krowa. Musiałem ją uciszyć raz na zawsze". 

Pozostają tylko śmiejące się kości, wzgórza, poranny wiatr i daleki gwizd pociągu. 

Nigdy nie zapominamy o potrzebach naszych wyborców, skoro mieszkają w naszym mózgu. 

Kto potrafiłby rozwiązać umowę na dzierżawę synaps? 

Kolejny odcinek przygód Glema Snide'a: 

— Wchodzę do baru, a przy szynkwasie siedzi ta dziwka. “O Boże, chyba gdzieś ją 

już widziałem" — myślę. Więc z początku nie zwracam na nią uwagi, a później widzę,  że 

pociera udami, zakłada sobie nogi na głowę, pochyla ją i masturbuje się penisem sterczącym z 

nosa. Nie mogłem pozostać na to obojętny. 

Iris — pół Chinka, pół Murzynka uzależniona od dihydroksyheroiny — szprycuje się 

co kwadrans, pozostawiając w ciele igły i pompki. Igły rdzewieją, a tu i ówdzie zarastają 

gładką zielonobrązową  błoną. Na stole stoi samowar i dziesięciokilowy worek brązowego 

cukru. Nikt nigdy nie widział, by Iris jadła coś innego. Tylko przed strzałem słyszy, co się do 

niej mówi, i sama zaczyna mówić. Beznamiętnie wygłasza jakąś uwagę na temat własnej 

osoby: 

— Zacisnęła mi się odbytnica. 

— Z mojej cipy wypływa okropny zielony sok. Iris to jeden z tworów Benwaya. 

— Człowiek może się odżywiać wyłącznie cukrem, do licha... Wiem, że niektórzy z 

moich uczonych kolegów, usiłujący pomniejszyć znaczenie mojego genialnego osiągnięcia, 

utrzymują, iż potajemnie dodaję do cukru Iris witaminy i białka... Wzywam owych 

bezimiennych dupków, aby wypełzli ze swoich latryn i przeprowadzili na miejscu analizę 

chemiczną jej cukru i herbaty. Iris to zdrowa amerykańska cipa. Kategorycznie zaprzeczam, 

że odżywia się spermą. Korzystając z okazji stwierdzam, że jestem powszechnie szanowanym 

naukowcem, a nie szarlatanem, wariatem ani fałszywym cudotwórcą. Nigdy nie twierdziłem, 

że Iris może zaspokajać swoje potrzeby wyłącznie drogą fotosyntezy... 

Nie twierdziłem, że może wdychać dwutlenek węgla i wydychać tlen. Owszem, kusiło 

mnie, by przeprowadzić taki eksperyment, lecz zrezygnowałem z niego z przyczyn 

etycznych... Krótko mówiąc, odrażające oszczerstwa moich niegodnych oponentów obrócą 

się przeciwko nim samym. 

 

background image

ZWYKLI LUDZIE 

 

(Przyjęcie Partii Narodowej na tarasie wychodzącym na rynek. Cygara, szkocka, 

dyskretne beknięcia... Wśród gości krąży lider partyjny w dżelabie, paląc cygaro i popijając 

whisky. Nosi kosztowne angielskie buty, krzykliwe skarpetki z podwiązkami i ma muskularne, 

owłosione nogi. Kojarzy się z dobrze prosperującym gangsterem). 

 

LIDER PARTYJNY (wyciągając teatralnie rękę): Spójrz w dół. Co widzisz? 

PORUCZNIK: Hm? Cóż, rynek. 

LIDER PARTYJNY: Nie, nie rynek. Widzisz ludzi. Zwykłych ludzi zajmujących się 

zwykłymi codziennymi sprawami. Właśnie tego nam trzeba... 

(Przez barierkę wdrapuje się na taras ulicznik). 

PORUCZNIK: Nie, nie chcemy kupić używanych prezerwatyw! Zjeżdżaj! 

LIDER PARTYJNY: Zaczekaj! Wejdź, mój chłopcze! Usiądź... Poczęstuj się 

cygarem... Napij się.  (Krąży wokół chłopca niczym podniecony kocur). Co sądzisz o 

Francuzach? 

CHŁOPIEC: Eee?... 

LIDER PARTYJNY: O Francuzach. Przeklętych kolonialistach wysysających z ciebie 

soki żywotne. 

CHŁOPIEC: Wysysanie ze mnie soków żywotnych kosztuje dwieście franków, proszę 

pana. Nie obniżyłem stawek od pomoru bydła, gdy umarli wszyscy turyści, nawet 

Skandynawowie. 

LIDER PARTYJNY: Widzisz? To prosty nieokrzesany ulicznik. 

PORUCZNIK: Na pewno przeciągniemy go na naszą stronę, szefie. 

LIDER PARTYJNY: Posłuchaj, chłopcze: Francuzi ograbili cię z twojego 

dziedzictwa, rozumiesz? 

CHŁOPIEC: Ma pan na myśli towarzystwo ubezpieczeniowe?... Kieruje nim 

bezzębny egipski eunuch. Uważają,  że budzi mniejszą niechęć, bo zawsze ściąga najpierw 

gacie i pokazuje, jak wygląda. “Jestem tylko biednym starym eunuchem — mówi. — 

Niestety, muszę panią pozbawić tej sztucznej nerki. To dla mnie bardzo przykry obowiązek... 

Odłączcie ją, chłopcy. — Uśmiecha się bezzębnymi dziąsłami. — Nie bez kozery nazywają 

mnie Nellie Poborca". 

Więc odłączyli moją matkę, starą krowę. Spuchła i zrobiła się czarna; cały bazar 

background image

zaczął  śmierdzieć szczyną. Sąsiedzi poskarżyli się  władzom sanitarnym, a mój ojciec 

powiada: “To wola Allacha. Nie będzie dłużej szczała moją forsą". 

Choroby budzą we mnie niesmak. Kiedy jakiś facet zaczyna opowiadać o swoim raku 

prostaty albo zgniłej wydzielinie z tyłka, odpowiadam: “Myśli pan, że interesują mnie pańskie 

choroby? Bynajmniej!" 

LIDER PARTYJNY: W porządku. Ucisz się już... Ale nienawidzisz Francuzów, 

prawda? 

CHŁOPIEC: Nienawidzę wszystkich, proszę pana. Doktor Benway mówi, że to 

kwestia metabolizmu, że mam to we krwi... Szczególnie często cierpią na to Arabowie i 

Amerykanie... Doktor Benway przygotowuje szczepionkę przeciw tej chorobie. 

LIDER PARTYJNY: Benway to agent zachodniego imperializmu. 

PORUCZNIK l: Rozpasany francuski Żyd... 

PORUCZNIK 2: Kurojajowy, czarnodupy, komunistyczny Żydomurzyn. 

LIDER PARTYJNY: Zamknij się, głupcze! 

PORUCZNIK 2: Przepraszam, szefie. Długo stacjonowałem na prowincji. 

LIDER PARTYJNY: Dajcie spokój Benwayowi. (Na stronie) Ciekawe, czy to 

przejdzie? Nie wiadomo, do jakiego stopnia są prymitywni... (Głośno)  Mówiąc w zaufaniu, 

Benway para się czarną magią. 

PORUCZNIK l: Ma własnego dżinna. 

CHŁOPIEC: Aaaach... mam zaraz randkę z eleganckim klientem z Ameryki. Gość 

klasa, mówię panom. 

LIDER PARTYJNY: Nie wstydzisz się sprzedawać swój tyłek niewiernym 

imperialistom? 

CHŁOPIEC: To zależy od punktu widzenia. Bawcie się dobrze. 

LIDER PARTYJNY: I ty też. (Chłopiec schodzi z tarasu).  

Są beznadziejni, powiadam wam, beznadziejni. 

PORUCZNIK 1: Co z tą szczepionką? 

LIDER PARTYJNY: Nie wiem, ale brzmi to groźnie. Lepiej poszukajmy Benwaya 

telepatronem. Nie wolno mu ufać. Jest zdolny prawie do wszystkiego... Może zmienić 

masakrę w orgię seksualną... 

PORUCZNIK 1: Albo Żart. 

LIDER PARTYJNY: Właśnie. Sprytny gość. Żadnych zasad... 

AMERYKAŃSKA GOSPODYNI DOMOWA (otwierając pudełko płatków 

owsianych): Powinno mieć fotokomórkę i otwierać się automatycznie na mój widok... Później 

background image

robot wrzucałby płatki do wody... Od czwartku robot zrobił się niegrzeczny, stale się do mnie 

dobiera, a wcale go na to nie programowałam... Kubeł na śmieci warczy na mnie, a ten 

okropny stary mikser wciąż próbuje mi zaglądać po sukienkę... Jestem przeziębiona i jelita mi 

się skurczyły... Zaprogramuję robota, żeby zrobił mi głęboką lewatywę. 

AKWIZYTOR  (coś pośredniego między agresywnym latahem a bojaźliwym telepaty 

sta):  Pamiętam, jak podróżowałem z K. E., genialnym wynalazcą wielofunkcyjnych 

gadgetów. 

— Pomyśl tylko! — woła. — Maszyna do produkcji masła w twoim własnym domu! 

— Dostaję zawrotów głowy na samą myśl, K. E. 

— Za pięć, dziesięć, może dwadzieścia lat... Ale to nieuniknione. 

— Zaczekam, K. E. Zaczekam, choćby nie wiem jak długo. Jak tylko się pojawi, 

natychmiast ją kupię. 

To właśnie K. E. wynalazł uniwersalny zestaw dla salonów masażu, zakładów 

fryzjerskich i łaźni tureckich, który może aplikować lewatywy, robić masaże erotyczne, myć 

włosy, a jednocześnie obcinać klientom paznokcie u nóg i wyciskać  wągry. A także 

podręczny zestaw dla lekarzy, którym można wyciąć wyrostek, zszyć przepuklinę, wyrwać 

ząb mądrości, usunąć hemoroidy i dokonać obrzezania. Cóż, K. E. był takim fantastycznym 

akwizytorem, że gdy kończyły mu się zestawy fryzjerskie, sprzedawał zamiast nich lekarskie 

i ludzie budzili się u fryzjera z wyciętymi hemoroidami... 

— Jezu, Homer, co za spelunkę prowadzisz? Czuję się, jakby mnie ktoś wyruchał. 

— Cóż, bardzo przepraszam, ale zrobiliśmy panu gratis lewatywę z okazji Święta 

Dziękczynienia. K. E. musiał mi znowu sprzedać nie ten zestaw... 

 

MĘSKA PROSTYTUTKA: Na co człowiek się naraża w tym fachu! Boże! Nie 

uwierzylibyście, jakie propozycje dostaję... Chcą się bawić w lataha, mieszać z moją 

protoplazmą, robić kopie, ssać moje organy, zamienić się na pamięć i zostawić mi stare 

wspomnienia... 

Pieprzę tego faceta i myślę: “Nareszcie ktoś normalny", aż wreszcie osiąga orgazm i 

zmienia się w jakiegoś potwornego kraba... “Nie zamierzam tego dłużej znosić, Jack —  

mówię. — Możesz to robić u Walgreena". Niektórzy ludzie  nie mają za grosz klasy. Inny 

okropny staruch po prostu siedzi, nadaje telepatycznie i zżera bieliznę. Makabra. 

 

Cioty wpadają w sowiecką siatkę, gdzie Kozacy wieszają partyzantów przy dzikim 

zawodzeniu kobz, a chłopcy maszerują Piątą Aleją na spotkanie z Jimmym Walkoverem z 

background image

Kluczami Królestwa bez żadnych warunków wstępnych... 

Czemuś, ach, czemuś taki smutny, piękny pedale? Zapach zdechłych pijawek w 

zardzewiałej blaszanej puszce. Ssą żywą ranę, ciało i krew Jezusa sparaliżowanego od pasa w 

dół. 

Chłopcy, oddajcie testy swojemu słodkiemu tatusiowi, który zdał egzamin trzy lata 

przed wami i zna wszystkie odpowiedzi. 

Przemytnicy cieląt odbierają poród krowy. Farmer udaje bóle porodowe, tarza się z 

krzykiem w ekskrementach. Weterynarz zmaga się z krowim szkieletem. Przemytnicy 

zabijają się nawzajem z pistoletów maszynowych, gonią się  wśród maszyn rolniczych, 

silosów, pojemników, stryszków z sianem i żłobów w ogromnej czerwonej stodole. Rodzi się 

cielę. Rankiem giną moce śmierci. Parobek klęka z czcią — w promieniach wschodzącego 

słońca widać pulsującą żyłę na jego szyi. 

Na schodach sądu siedzą  ćpuny, czekając na dealera. Biali w czarnych stetsonach i 

spłowiałych levisach przywiązują do latarni ulicznej czarnego chłopca, polewają benzyną i 

podpalają... Narkomani podbiegają i wciągają do spragnionych płuc swąd spalonego mięsa... 

Co za rozkosz... 

PREZES SĄDU: Więc siedzę sobie przed sklepem Jeda w Pizdoliździe, a w levisach 

staje mi fiut, pulsując w słońcu... Nagle mija mnie stary Scranton, fajny chłop, nie ma w tej 

dolinie lepszego. Wypada mu odbytnica i jak chce, by go wyruchać, podaje ci dupę ma 

metrowym jelicie... Czasami wyrzuca ją z siebie na sto metrów, aż do piwiarni Roya, i jelito 

pełznie wokół, szukając po omacku kutasa jak ślepa glista... Więc stary Scranton wyczuł 

mojego stojącego fiuta, zatrzymuje się jak pies, co zwęszył ślad, i mówi do mnie: “Obciągnę 

ci go, Lukę". 

 

Browbeck i Young Seward walczą nożycami do kastrowania knurów. Biegają wśród 

stodół, klatek i stajni... Rżące konie obnażają wielkie żółte zęby, ryczą krowy, wyją psy, 

kopulujące koty kwilą jak niemowlęta, wielkie knury z nastroszonymi szczecinami krzyczą 

głośno: “Hura! Hura!" 

Browbeck pada pod ciosem miecza Sewarda i przytrzymuje dłonią  błękitnawe jelito 

wylewające się z długiej rany. Seward obcina Browbeckowi fiuta i unosi z triumfem w 

promieniach wschodzącego słońca... 

Browbeck krzyczy... hamulce pociągu metra plują iskrami... 

— Odsuńcie się od toru, ludzie... odsuńcie się od tonuj!' 

— Podobno ktoś go popchnął. 

background image

— Chodził zygzakiem, jakby źle widział. 

— Za dużo wiatru w oczy. 

Mary Lesbijka leży na podłodze pubu na zakrwawionych podpaskach... Dwustukilowy 

pedał miażdży ją nogami, śpiewając ohydnym falsetem: 

 

Podeptał grona gniewu, patrząc na nie krzywo!  

Miecza swego uwolnil błyskawicę straszliwą! 

 

Wyciąga pozłacany drewniany miecz i przecina powietrze. Spada z niego gorset i leci 

ze świstem w stronę tarczy do strzałek wiszącej na ścianie. 

Szpada starego toreadora trafia w kość, wylatuje ze świstem w powietrze i przyszpila 

dzielnego espontaneo do ściany areny. 

Elegancki pedzio przyjeżdża z Teksasu do Nowego Jorku. Jest taki ładniutki,  że 

natychmiast podrywa go starucha mająca hopla na punkcie młodych pedziów, bezzębna 

wampirzyca, zbyt powolna i słaba, by polować na inną zwierzynę. Takie stare, nadżarte przez 

mole tygrysice zawsze kończą na pedziach... Więc ten gość, cwany i zręczny, zaczął wyrabiać 

elegancką biżuterię. Każda bogata stara rura z Nowego Jorku chce mieć jego naszyjnik i 

pedzio zgarnia kupę szmalu, ale brakuje mu czasu na seks i martwi się o swoją opinię... 

Zaczyna wobec tego grać na wyścigach, bo hazard rzekomo ma w sobie coś męskiego, i chce 

się pokazać na torze... Mało który pedzio gra na wyścigach, a ci, co grają, tracą mnóstwo 

forsy, bo są kiepskimi hazardzistami. Przy złej passie spłukują się, a gdy zaczynają 

wygrywać, są niezdecydowani... To zresztą stały model ich życia... Każde dziecko zna 

podstawowe prawo hazardu: wygrane i przegrane przychodzą seriami. Kiedy wygrywasz, 

rzucaj się  głową do przodu, a jak zaczynasz tracić, zwijaj interes. (Znałem raz pedzia, co 

przegrał absolutnie cały swój kapitał, ale nie od razu, o nie! Nasz Gertie był inny... tracił po 

dwudziestaku...) 

Więc ten pedzio przegrywa, przegrywa i znowu przegrywa. Pewnego dnia, gdy ma 

oprawić drogi kamień, doznaje olśnienia. “No tak, wstawię go później". Słynne ostatnie 

słowa. I przez całą zimę brylanty, szmaragdy, perły, rubiny i gwiaździste szafiry jeden po 

drugim trafiają do lombardu, a ich miejsce zajmują imitacje... 

Wreszcie na premierze w Metropolitan Opera House pojawia się stara wiedźma w 

brylantowej tiarze. Podchodzi do niej druga kurwa i mówi: 

— Och, Miggles, jakaś ty sprytna, że zostawiasz autentyki w domu... To szaleństwo 

nosić je i kusić los. 

background image

— Mylisz się, moja droga. To prawdziwe brylanty. 

— Ależ skąd, Miggles... Zapytaj swojego jubilera... Zapytaj kogokolwiek... Cha! Cha! 

Cha! 

Stare wiedźmy zwołują czym prędzej sabat (“Lucy Bradshinkel, przyjrzyj się swoim 

szmaragdom!") i oglądają precjoza, jakby odkryły u siebie trąd. 

— Mój krwisty rubin!... 

— Moje czarne upale! — Ta stara dziwka wychodziła za tylu Chińczyków i 

makaroniarzy, że oduczyła się poprawnej wymowy. 

— Mój gwiaździsty szafir! — krzyczy poule de luxe. — Och, to okropne!...  

— Przecież to biżuteria od Woolwortha!...      

— Widzę tylko jedno wyjście. Dzwonię na policję! — mówi jedna ze staruch, po 

czym człapie w pantoflach na płaskich obcasach i wzywa gliniarzy. 

Cóż, pedzio dostaje dwa lata i spotyka w kiciu młodą męską prostytutkę. Zakochują 

się w sobie, a przynajmniej coś w tym stylu, a później wychodzą razem i wynajmują 

mieszkanie na Lower East Side... Znajdują sobie uczciwą robotę i po raz pierwszy w życiu są 

szczęśliwi. 

Na scenę wkraczają siły zła... Lucy Bradshinkel odwiedza Brada i mówi, że wszystko 

mu wybacza. Wierzy w niego i chce mu urządzić pracownię. Naturalnie będzie się musiał 

przeprowadzić w okolice Sześćdziesiątej Ulicy. 

— To mieszkanie jest okropne, kochany, a twój przyjaciel... 

Okazuje się,  że jakiś mafios chce zaangażować Jima na szofera. Załatwiła to Lucy, 

kapujesz? Jim nawet nigdy go nie widział. 

Czy Jim wróci do przestępstwa? Czy Brad ulegnie zalotom starego wampa, oszalałej 

nimfomanki?... Na szczęście siły zła zostają rozgromione i z groźnym warczeniem schodzą za 

sceny. 

— Boss nie będzie zbyt zadowolony. 

— Nie mam pojęcia, dlaczego kiedykolwiek traciłam na ciebie czas, ty tani wulgarny 

pedale. 

Chłopcy stoją przy oknie, obejmując się ramionami i spoglądając na Most 

Brooklyński. Ciepły wiosenny wiatr rozwiewa czarne kędziory Jima i śliczne ufarbowane 

henną włosy Brada. 

— Co mamy dziś na kolację, Brad? 

— Wyjdź do drugiego pokoju i zaczekaj — mówi Brad, żartobliwie wypychając Jima 

z kuchni i wkładając fartuch. 

background image

Na kolację jest pizda Lucy Bradshinkel saignant duszona w podpaskach papillon

Chłopcy jedzą, patrząc sobie w oczy szczęśliwym wzrokiem. Po ich podbródkach spływa 

krew. 

 

Niechaj przez miasto przeleci świt błękitny jak płomień... Na podwórkach nie ma 

owoców, a cmentarne doły rodzą zakapturzonych umarłych... 

— Którędy do Tipperary, paniusiu? 

— Przez wzgórza, do dalekiego Blue Glass... Przez łąkę do zamarzniętego stawu, 

gdzie skute lodem złote rybki czekają na wiosenne roztopy. 

Wrzeszcząca czaszka toczy się po schodach i odgryza fiuta niewiernemu mężowi, 

który wykorzystuje ból ucha żony, by popełnić cudzołóstwo. Młody szczur lądowy wkłada 

zydwestkę i tłucze żonę na śmierć pod prysznicem. 

 

BENWAY: Nie bierz tego tak poważnie, synu... Jeder macht eine kleine Dummerheit. 

Każdy może zrobić głupstwo. 

SCHAFER: Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że... eeeee... jest w tym coś złego. 

BENWAY: Bzdury, synu... Jesteśmy naukowcami... Czystymi naukowcami. 

Prowadzimy niezależne badania i nikt nie zdoła nas powstrzymać, a już na pewno nie jacyś 

koszmarni bonzowie partyjni. 

SCHAFER: Tak, naturalnie... a jednak... Nie mogę zapomnieć o tym smrodzie... 

BENWAY  (z irytacją):  Żaden z nas nie może... Tylko raz czułem coś równie 

ohydnego... Zaraz, zaraz, co to było? Ach, prawda: wstrzyknąłem pacjentowi kurarę podczas 

ostrego ataku manii i podłączyłem go do respiratora. Nie był w stanie znaleźć ujścia dla 

aktywności motorycznej i zdechł niczym szczur tropikalny. Interesująca przyczyna zgonu, 

prawda? 

(Schafer nie słucha). 

SCHAFER  (impulsywnie): Chyba wrócę do tradycyjnych ; operacji chirurgicznych. 

Ciało ludzkie jest skandalicznie nieefektywne. Zamiast ust i odbytu mógłby istnieć jeden 

otwór do przyjmowania pokarmów i wydalania ich. Zaszyjemy nos i usta, odetniemy żołądek, 

uformujemy otwór oddechowy w klatce piersiowej, gdzie zresztą od razu mógłby być... 

BENWAY: Dlaczego nie wielofunkcyjna kropla protoplazmy? Opowiadałem ci 

kiedyś o człowieku, który nauczył się mówić tyłkiem? Poruszał brzuchem, pierdząc słowami. 

Nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszałem. 

To gadanie przez tyłek robiło niesamowite wrażenie. Słuchając go, człowiek czuł 

background image

lekkie mrowienie w jelitach, jakby musiał za chwilę iść do sracza. Był to głęboki, zastygły 

dźwięk, wibrujące tony, które zdawały się wręcz pachnieć. 

Facet występował w cyrku jako brzuchomówca. Robił fantastyczne numery, mówię ci. 

Zapomniałem, co gadał, ale było to naprawdę zabawne. “Och, jesteś tam ciągle, stary?" 

“Jestem, ale zaraz wychodzę". 

Po pewnym czasie dupa zaczęła gadać sama z siebie. Gość stawał na scenie i 

dowcipkował z nią, a wszyscy ryczeli ze śmiechu. 

Później wyrosły jej małe zakrzywione ząbki i zaczęła nimi jeść. Facet uznał to z 

początku za zabawne i zrobił z tego nowy numer, ale dupa przegryzała się przez spodnie i 

zaczynała gadać na ulicy; krzyczała,  że  żąda równych praw. Poza tym upijała się i 

lamentowała,  że nikt jej nie kocha i że chce być całowana tak samo jak usta. Na koniec 

mówiła dzień i noc bez przerwy; facet wrzeszczał,  żeby się zamkną walił w nią pięścią, 

wsadzał w nią świeczki, lecz nic nie pomagało, dupa powtarzała: “To ty się zamknij. Już cię 

nie potrzebuję. Mogę mówić, gadać i srać". 

Od tamtej pory facet budził się rano z przezroczystą  błoną na wargach. Było to tak 

zwane dzikie mięso. Facet zrywał je z ust, a kawałki błony przyklejały mu się do rąk i 

wrastały w ciało. W końcu usta zasklepiły się i głowa na pewno by odpadła (wiesz, że wśród 

Murzynów istnieje choroba objawiająca się odpadaniem małych palców u nóg?), gdyby nie 

oczy, rozumiesz? Dupa nie mogła tylko jednego: patrzeć. Potrzebowała ich. Ale nerwy z 

czasem uległy atrofii, tak że mózg nie mógł już wydawać poleceń ciału. Tkwił w czaszce jak 

w więzieniu, odcięty. Przez jakiś czas w oczach malowało się nieme, bezradne cierpienie, ale 

wreszcie mózg musiał również obumrzeć, bo oczy zgasły i były martwe jak u kraba. 

Seks omija cenzurę i przeciska się między ustawami, bo w popularnych piosenkach i 

podrzędnych filmach istnieją zawsze szczeliny, którymi sączy się pierwotna amerykańska 

zgnilizna. Z pękających wrzodów wypływa ropa z komórkami dzikiego mięsa i wrastają one 

w przypadkowych miejscach w ciało i dają początek odrażającym przypadkowym istotom. 

Niektóre składają się wyłącznie z ciał jamistych zdolnych do erekcji, inne to wnętrzności 

ledwo pokryte skórą, grona trzech, czterech oczu, skrzyżowane usta i tyłki, ludzkie członki 

połączone w przypadkowy sposób. 

Ostatecznym rezultatem jest zawsze rak. Demokracja to nowotwór złośliwy, dający 

przerzuty w postaci urzędów. Urząd zapuszcza korzenie, złośliwieje niczym Agencja do 

Walki z Narkotykami, rozrasta się i rozrasta, tworząc coraz więcej własnych kopii, aż 

wreszcie dławi organizm macierzysty. Urzędy nie mogą istnieć bez organizmu macierzystego, 

gdyż  są formami pasożytniczymi. (Jednakże spółdzielnie mogą istnieć bez państwa. Oto 

background image

właściwa droga. Należy tworzyć niezależne jednostki organizacyjne, które zaspokajają 

potrzeby zrzeszonych w nich ludzi. Urzędy działają na innej zasadzie: stwarzają potrzeby, by 

usprawiedliwić  własne istnienie). Biurokracja to odmiana raka, odwrót od naturalnego 

kierunku ewolucji w stronę nieograniczonych możliwości, indywidualizmu i spontaniczności: 

zostają one zniszczone przez pasożytniczego wirusa. 

(Wirusy uważa się za zdegenerowaną mutację bardziej samowystarczalnych istot 

żywych. Może kiedyś były one zdolne do samodzielnego życia, lecz obecnie są czymś 

pośrednim między materią  żywą a martwą. Wirusy mogą  żyć tylko w ciele gospodarza, 

pasożytując na nim, co stanowi wyrzeczenie się  życia, powrót ku materii nieorganicznej, 

martwej). 

Kiedy państwo się rozpada, urzędy umierają. Są równie bezbronne i niezdolne do 

samodzielnego  życia jak tasiemce poza ciałem nosiciela albo wirusy, co zabiły swego 

gospodarza. 

— Widziałem raz w Timbuktu arabskiego chłopca, który potrafił grać tyłkiem na 

flecie; podobno był niezrównany w łóżku. Potrafił zagrać melodyjkę na fiucie, uciskając 

najbardziej wrażliwe miejsca, naturalnie zawsze różne. Każdy kochanek miał własną idealną 

piosenkę, doprowadzającą go do orgazmu. Chłopiec znakomicie improwizował coraz to nowe 

melodie, pełne kontrapunktów, pozornych dysonansów i oszałamiających, słodkich treli. 

“Fats" Terminal zorganizował bandę pawianów na motocyklach. 

W barze pedałów zebrali się na śniadanie Huntsmeni. Przechadzają się z kretyńskim 

narcyzmem na twarzach, w czarnych skórzanych kurtkach i pasach nabijanych ćwiekami, 

napinając mięśnie, by cioty mogły je pomacać. Wszyscy noszą w spodniach ogromne 

fałszywe genitalia. Od czasu do czasu któryś z nich obala ciotę na podłogę i szcza na nią. 

Piją poncz “Victory", złożony z opium, hiszpańskiej muchy, ciemnego rumu i 

napoleona.  Źródłem ponczu jest wielka złota rzeźba przedstawiająca wyszczerzonego, 

skulonego pawiana, który usiłuje wyrwać włócznię tkwiącą w boku. Kiedy chwyci się małpę 

za jaja, z jej fiuta tryska poncz. Od czasu do czasu z tyłka pawiana wylatują ciepłe przekąski; 

towarzyszy temu pierdzący dźwięk. Kiedy to się dzieje, Huntsmeni wybuchają zwierzęcym 

śmiechem, a cioty piszczą i dygocą. 

Mistrzem Huntsmenów jest kapitan Eyerhard, którego wyrzucono z Sześćdziesiątego 

Dziewiątego Regimentu Królowej za to, że zachował woreczek podtrzymujący jądra podczas 

gry w rozbieranego pokera. Motocykle podskakują i przewracają się. Plujące, wrzeszczące, 

srające pawiany walczą z Huntsmenami. Puste motory kręcą się w kurzu niczym okaleczone 

owady, atakując pawiany i Huntsmenów. 

background image

Lider partyjny jedzie triumfalnie wśród krzyczących tłumów. Czcigodny starzec sra na 

jego widok i usiłuje się rzucić pod koła limuzyny. 

LIDER PARTYJNY: Nie rzucaj się pod koła mojego nowiutkiego wozu. To buick 

roadmaster convertible z białymi oponami, automatycznie opuszczanymi szybami i 

wszystkimi bajerami... To tania arabska sztuczka: skierujemy cię do Ministerstwa Rolnictwa, 

by użyto cię jako nawozu... 

Napełniono balie, a prześcieradła odesłano do pralni, by usunąć krwawe plamy — 

Immanuel przepowiada Drugie Przyjście... 

Po drugiej stronie rzeki stoi chłopiec z dupką jak różyczka. Niestety, nie umiem 

pływać i straciłem swoją Clementine. 

Narkoman siedzi z igłą wcelowaną w przekaz krwi, skubacz maca frajera zgniłymi 

palcami... 

Godzina doktora Bergera... Na ekranie pojawia się laboratorium. 

TECHNIK: Posłuchaj, powtórzę wszystko powoli. “Tak". (Kiwa głową), l powiedz to 

z uśmiechem... z uśmiechem! (Obnaża sztuczne zęby w odrażającej parodii reklamy pasty do 

zębów). “Lubimy szarlotkę i lubimy siebie nawzajem. To proste jak drut". I niech to brzmi 

prosto, po wiejsku. Wyglądaj jak wół, dobrze?... Chcesz iść znowu na tablic? rozdzielczą? A 

może pobawimy się wiadrem?  

BADANY (wyleczony kryminalista psychopata): Nie!., Nie!... Jak wół? 

TECHNIK: Nie, jak krowa. 

BADANY (z krowią głową): Muuuuu! Muuuuu! 

TECHNIK (żachnąwszy się): Nie przesadzaj! Po prostu wyglądaj jak prosty, wiejski 

chłopiec! 

BADANY: Pedzio frajer? 

TECHNIK: Nie, niezupełnie pedzio frajer. Byłbyś trochę za sprytny. Wyglądaj jak 

gość po lekkim wstrząsie mózgu... Znasz ten typ. Z wyciętym nadajnikiem i odbiornikiem 

telepatycznym. Trochę jak żołnierz... Kamera! 

BADANY: Tak, lubimy szarlotkę... 

(Przeciągle i głośno burczy mu w brzuchu. Na jego podbródku wiszą nitki śliny... 

Doktor Berger unosi wzrok znad notatek. Jest w ciemnych okularach, bo światło razi go w 

oczy. Wygląda trochę jak żydowska sowa). 

DOKTOR BERGER: Uważam, że się nie nadaje... Proszę dopilnować, żeby się zgłosił 

do działu likwidacji. 

TECHNIK: Moglibyśmy wyciąć burczenie ze ścieżki dźwiękowej, wsadzić mu dren 

background image

do gęby i... 

DOKTOR BERGER: Nie, nie nadaje się...  (Spogląda na badanego z niesmakiem, 

jakby popełnił on jakieś straszliwe faux-pas: na przykład szukał krabów w czyimś salonie). 

TECHNIK (zrezygnowany i zirytowany): Wprowadzić wyleczonego pedała. 

(Wprowadzają wyleczonego homoseksualistę, który idzie na sztywnych nogach. Siada 

przed kamerą i usiłuje zająć wygodną pozycję. Jego mięśnie poruszają się osobno jak odnóża 

poszatkowanego owada). 

HOMOSEKSUALISTA (kiwa głową i uśmiecha się): Tak. Lubimy szarlotkę i lubimy 

siebie nawzajem. To proste jak drut. (Kiwa głową i uśmiecha się, kiwa głową i uśmiecha 

się...) 

TECHNIK  (wrzeszczy): Cięcie!...  (Pielęgniarze wyprowadzają wyleczonego 

homoseksualistę, który ciągle kiwa głową i uśmiecha się). Puśćcie to jeszcze raz. 

DORADCA ARTYSTYCZNY (kręcąc głową): Czegoś  tu  brakuje.  Mówiąc 

konkretnie, brakuje zdrowia. 

BERGER (zrywa się na równe nogi): Niesłychane! To wcielenie zdrowia!... 

DORADCA ARTYSTYCZNY (urażony): Cóż, cieszę się, że ma pan inny pogląd na 

tę kwestię... Skoro może pan prowadzić te badania samodzielnie, nie rozumiem, dlaczego w 

ogóle potrzebuje pan doradcy artystycznego. (Wychodzi z dłonią na biodrze, nucąc cicho:) 

Będę tu, gdy znikniesz... 

TECHNIK: Przyślijcie wyleczonego pisarza... Coooo?! Buddyzm?!... Och, nie może 

mówić?... Od tego powinniście zacząć.  (Zwraca się do Bergera). Pisarz nie może mówić... 

Nadmiar wolności, można rzec. Naturalnie możemy podłożyć dubbing... 

BERGER (ostro): Nie, nie nadaje się... Weźcie kogoś innego. 

TECHNIK: Ci chłopcy to moi ulubieńcy. Przepracowałem z nimi sto godzin 

nadliczbowych, czego mi jak dotąd nie zrekompensowano... 

BERGER: Proszę złożyć podanie w trzech egzemplarzach... Formularz sześć tysięcy 

dziewięćdziesiąt. 

TECHNIK: Każe mi pan złożyć podanie? Proszę posłuchać, doktorze, powiedział pan 

kiedyś coś takiego: “Jeśli ktoś nazywa homoseksualistów zdrowymi, równie dobrze może 

twierdzić, że zdrowy jest pacjent umierający na marskość wątroby". Pamięta pan? 

BERGER (szczerząc złośliwie zęby): O tak, świetnie to ująłem. Naturalnie nic udaję, 

że jestem pisarzem! (Wypluwa to słowo z taką nienawiścią,  że Technik odsuwa się z 

przerażeniem...) 

TECHNIK  (na stronie): Nie mogę znieść jego smrodu. Cuchnie jak zgniła hodowla 

background image

kopii... jak pierdzenie mięsożernej rośliny... jak dupa Schafera. (Parodiując styl 

amerykański): Dziwny wąż... Rzecz w tym, doktorze, że nie rozumiem, jak można być 

zdrowym bez mózgu... Przecież żadnego pacjenta nie można uznać za zdrowego in absentia, 

prawda? 

BERGER (zrywając się na równe nogi): Jestem zdrowy! Całkowicie zdrowy! Uleczę 

cały świat! 

(Technik spogląda nań kwaśno. Miesza dwuwęglan sodu, wypija i czka dyskretnie w 

rękę). 

TECHNIK: Od dwudziestu lat cierpię na niestrawność. 

Kochaś Lu, wasz odmóżdżony tatuś, powiada: “Uwielbiam ryby... Między nami 

mówiąc, dziewczęta, używam Stalowego Dana z Jokohamy... Danny nigdy was nie 

zawiedzie, wierzcie mi. Poza tym jest bardziej higieniczny: pozwala uniknąć ohydnych 

kontaktów, które grożą paraliżem od pasa w dół. Kobiety wydzielają trujące soki..." 

Powiedziałem mu tak: “Doktorze Berger, niech pan nie myśli,  że wciśnie mi pan te 

swoje stare odmóżdżone piękności. Jestem najstarszym pedałem w Pawianowie..." 

 

Zapluta dzielnica burdeli, gdzie stare kurwy, chore na trypra, przegniłe do cna, 

zarażają mego nie zaspokojonego kusia. Kto zastrzelił kusia-dupusia?... Wróbel siada na mym 

wiernym rewolwerze, a na jego dziobie zbiera się kropelka krwi... 

Lord Jim pożółkł jak biały dym na błękitnym niebie, po drugiej stronie rzeki trzepocą 

na wietrze koszule na tle wapiennego urwiska, Mary, a świat  łamie się na dwie części jak 

Dillinger. Woń neonów i zwiędłych gangsterów; kryminalista planuje skok na płatną toaletę, 

wąchając amoniak w klubie. — Numer — mówi. — Wykręcę ten rumen, to znaczy 

numer. 

 

LIDER PARTYJNY (mieszając kolejną szkocką): Następne zamieszki będą 

przypominać mecz piłkarski. Sprowadziliśmy z Indochin tysiące tłustych latahów... 

Potrzebujemy tylko przywódcy... 

(Rozgląda się). 

PORUCZNIK: Szefie, nie możemy po prostu puścić ich w ruch, żeby naśladowali się 

nawzajem jak w reakcji łańcuchowej? 

DEKLAMATORKA (na rynku): Co robi latah, jak jest sam? 

LIDER PARTYJNY: To problem czysto akademicki. Musimy się skonsultować z 

Benwayem. Osobiście uważam, że ktoś powinien nadzorować całą operację. 

background image

— Nie wiem — odpowiedział z braku właściwych punktów rankingowych, by dostać 

posadę. 

— Nie są zdolni do uczuć — stwierdza doktor Benway, tnąc pacjenta skalpelem. — 

To tylko odruchy... Niezła rozrywka. 

— Już jako niemowlęta uczą się mówić: “Tak". 

— Najlepsze są małe kłopoty, jak powiedział jeden pedofil do drugiego. 

— Kochanie, kiedy sobowtóry zaczynają przymierzać twoje ubrania i kopać cię pod 

stołem, sytuacja staje się naprawdę groźna... 

Zrozpaczona ciota usiłuje zedrzeć sportową marynarkę z odchodzącego chłopca. 

— Moja kaszmirowa marynarka za dwieście dolarów!... — piszczy. 

— Ma romans z latahem, chce dominować absolutnie, głupek... Latah naśladuje 

wszystkie jego manieryzmy i po prostu wysysa z niego całą osobowość jak okropna pijawka... 

“Nauczyłeś mnie wszystkiego, czym jesteś... Potrzebuję nowego przyjaciela". A biedny Bubu 

nie może odpowiedzieć, bo nie ma już osobowości. 

ĆPUN: Więc siedzimy w tej potwornej dziurze i chlamy syrop przeciwkaszlowy. 

PROFESOR: Koprofagia, panowie, to jedna z najtańszych form rozpusty... 

— Występuję od dwudziestu lat w filmach pornograficznych i jeszcze nigdy nie 

upadłem tak nisko, by udawać orgazm. 

—  Żadna narkomanka nie zadusiła jeszcze swojego dziecka... Kobiety są do kitu, 

synu. 

— Ta cała oświata seksualna... Równie dobrze mógłbym zanieść ubranie do pralni... 

— Nagle przestaje mnie całować i pyta: “Masz zapasowy but?" 

— Opowiedziała mi, jak czterdziestu Arabów wciągnęło ją do meczetu i zgwałciło po 

kolei... W porządku, teraz ty, Ali. Doprawdy, kociaki, najbardziej niesmaczna opowieść, jaką 

kiedykolwiek słyszałem. Niedługo przedtem zgwałciła mnie banda szalejących nudziarzy. 

Przed kawiarnią Sargasso siedzi grupka skwaszonych nacjonalistów, gwiżdżąc na 

widok przechodzących ciot i trajkocąc po arabsku... Ulicą nadchodzą Ciem i Jody, ubrani jak 

burżuje na plakacie komunistycznym. 

CLEM: Przybyliśmy pasożytować na waszym zacofaniu. 

JODY: Innymi słowy, żerować na waszej nędzy. 

NACJONALISTA: Świnie! Łajdaki! Psie syny! Nie wiecie, że mój lud jest głodny?! 

CLEM: Niezmiernie mnie to cieszy. 

Nacjonalista pada martwy, zatruty nienawiścią... Na scenę wpada doktor Benway. 

 

background image

— Odsuńcie się! Zróbcie mi miejsce! — Pobiera próbkę krwi. — To wszystko, co 

mogę zrobić. Cóż, pora na mnie. 

Na ojczystych wysypiskach śmieci płonie podróżna pedalska choinka, a chłopcy biją 

konia w szkolnej toalecie — ileż, ach, ileż  młodzieńczych orgazmów na tym starym 

dębowym sedesie... 

Zaśnij w dolinie Czerwonej Rzeki, gdzie wiszą pajęczyny, gdzie czarne okna i 

chłopięce kości... 

Dwóch murzyńskich pedałów wrzeszczy na siebie. 

PEDAŁ PIERWSZY: Zamknij dziób, ty granulomo!... Wszyscy nazywają cię 

“Ohydny Lu!" 

DEKLAMATORKA: Dzieweczka ze słodkim tyłkiem. 

PEDAŁ DRUGI: Miau! Miau! (Wkłada lamparcią skórę i stalowe szpony). 

PEDAŁ PIERWSZY: Och, och, dama z towarzystwa! (Ucieka z krzykiem przez rynek, 

ścigany przez ryczącego transwestytę...) 

Ciem podstawia nogę sparaliżowanemu kalece i odbiera mu kule... Parodiuje jego 

spazmy i drżączkę... 

W dali odgłosy zamieszek — tysiące rozhisteryzowanych Pomorzan. 

Żaluzje spadają jak gilotyny. Panika wsysa kelnerów do kawiarni, a drinki i tace 

pozostają zawieszone w powietrzu. 

CHÓR PEDAŁÓW: Zgwałcą nas wszystkich, wiem, wiem! (Pedały biegną do apteki 

po wazelinę). 

LIDER PARTYJNY (unosząc dramatycznie dłoń): Oto głos ludu! 

Przekupień Pearson biegnie po świeżo skoszonym trawniku, ścigany przez 

gangsterskiego komendanta Karmy. Chowa się wśród węży na pustym parkingu, aż wreszcie 

zostaje wytropiony przez psa... 

Na rynku nie ma nikogo prócz starego pijaka, który śpi z głową w pisuarze. Wpadają 

demonstranci, wrzeszcząc: “Śmierć Francuzom!" i rozdzierają pijaka na strzępy. 

SALYADOR HASSAN (wijąc się przy dziurce od klucza)

Popatrzcie tylko na ich twarze: ta piękna zlewająca się protoplazma!... 

Tańczy taniec fluidystów. 

Po podłodze tarza się skomląc pedał i doznaje orgazmu. 

— O Boże, jakie to podniecające! Jak milion pulsujących kutasików! 

BENWAY: Chętnie bym im zrobił analizę krwi. 

Grubas z siwą brodą i szarą twarzą, ubrany w podniszczoną brązową dżelabę, nuci nie 

background image

otwierając ust:  

— Och, laleczki, piękne laleczki...  

Z okolicznych ulic wpadają na rynek oddziały policjantów o wąskich wargach, 

wydatnych nosach i chłodnych szarych oczach. Okładają demonstrantów pałami i kopią z 

zimną, metodyczną brutalnością. 

Aresztowani demonstranci odjeżdżają ciężarówkami. Unoszą się żaluzje i mieszkańcy 

Interzone wychodzą na plac pokryty zębami, sandałami i kałużami krwi. 

Skrzynka zaginionego marynarza jest w ambasadzie, a wicekonsul przekazuje jego 

matce złe wieści. 

Nie ma... ranek... świt...  n'existe plus... Gdybym wiedział, tobym pani powiedział... 

Tak czy owak, dotarł do Wschodniego Skrzydła... Wyszedł przez niewidzialne drzwi... Nie 

tutaj.... Może go pani szukać... Niedobrze... No bueno... Psyjć f piontek...

7

7

 

Stare ćpuny, weterani o twarzach pooranych przez szary makowy wiatr, jeszcze to pamiętają... W latach 

dwudziestych wielu chińskich dealerów uznało Zachód za tak mało wiarygodny, nieuczciwy i zły, że 
postanowili zwinąć interes, więc gdy przychodził do nich zachodni narkoman, mówili: “Nie ma towar... Psyjć f 
piontek...

 

background image

 

ISLAM S.A. I PARTIE INTERZONE 

 

Pracowałem w firmie Islam S.A., finansowanej przez A. J., sławnego handlarza 

seksem. A. J. wywołał niegdyś międzynarodowy skandal towarzyski — przybył na bal księcia 

de Yentre przebrany za wielką prezerwatywę z dewizą: No pasaran! 

— Trochę w złym guście, synu — zauważył książę. 

— Brakuje wazeliny, prawda? — odparował A. J. 

Miał na myśli skandal wazelinowy, który był wówczas jeszcze w stanie 

embrionalnym. A. J., którego riposty odnoszą się często do przyszłości, jest mistrzem 

ukrytych aluzji: ich znaczenie wychodzi na jaw dopiero po pewnym czasie. 

W działalności Islamu S.A. uczestniczy także Salvador Hassan O'Leary, król 

przemytu cieląt. Filia jego przedsiębiorstwa wyasygnowała bliżej nie określone kwoty, a 

jedna z osobowości wtórnych Hassana współpracuje z Islamem w charakterze doradcy, nie 

utożsamiając się jednak z jego polityką, metodami ani celami. Nie można również nie 

wspomnieć o Ciemię i Jodym, Sporyszowych Braciach, którzy zdziesiątkowali republikę 

Hassana zatrutą pszenicą, o Ahmedzie Patologu i Halu Żółtaczce, hurtowniku owoców i 

warzyw. 

Szeregowymi członkami spółki są mułłowie, mufti, husejnowie, kadi, glaoisi, 

szejkowie, sułtanowie i derwisze — uczestniczą oni w normalnych zebraniach, na których 

przywódcy rozsądnie się nie pokazują. Chociaż delegatów poddaje się przy wejściu rewizji, 

zebrania kończą się zawsze masakrą. Mówców oblewa się często benzyną i podpala, a 

nieokrzesani pustynni szejkowie likwidują swoich przeciwników za pomocą karabinów 

maszynowych przemyślnie ukrytych w brzuchach oswojonych owieczek. Na salę obrad 

wślizgują się narodowi męczennicy z granatami schowanymi w tyłkach i nagle wybuchają, co 

pociąga za sobą liczne ofiary... Prezydent Ra powalił raz na ziemię premiera brytyjskiego i 

zgwałcił pederastycznie, co transmitowano na żywo w telewizji do wszystkich krajów 

arabskich. W Sztokholmie słyszano dzikie okrzyki radości. W Interzone istnieje prawo 

zabraniające organizacji zebrań Islamu S.A. bliżej niż osiem kilometrów od granicy miasta. 

 

A. J., pochodzący w istocie z Bliskiego Wschodu, upodobnił się niegdyś do 

angielskiego dżentelmena. Po upadku Imperium Brytyjskiego stracił jednak brytyjski akcent, 

a po drugiej wojnie światowej Kongres przyznał mu obywatelstwo amerykańskie. A. J. to 

background image

agent, podobnie jak ja, lecz nikt nie zdołał odkryć, dla kogo pracuje. Krążą pogłoski,  że 

reprezentuje trust gigantycznych owadów z innej galaktyki... Uważam, że jest zwolennikiem 

faktualizmu (podobnie jak ja); naturalnie mógłby być również agentem fluidystów (program 

fluidystów sprowadza się do tego, by wszyscy ludzie zlali się w jedną protoplazmatyczną 

amebę). W tej branży nigdy nie można być niczego pewnym. 

Legenda A. J.? Międzynarodowy playboy i nieszkodliwy kawalarz. To właśnie A. J. 

wpuścił piranie do basenu lady Sutton-Smith, a podczas przyjęcia wydanego przez ambasadę 

amerykańską z okazji Święta Niepodległości dolał do ponczu mieszaninę yage, haszyszu i 

johimbiny, co doprowadziło do orgii. Kilka znanych osobistości — naturalnie Amerykanów 

— zmarło później ze wstydu. Śmierć ze wstydu to zjawisko znane tylko wśród indiańskiego 

plemienia Kwakiutlów i Amerykanów — inni mówią po prostu: Zut alors albo: Son cosas de 

la vida, albo: “Wyruchał mnie Allach Wszechmogący..." 

Kiedy członkowie Towarzystwa Przeciwników Fluoru z Cincinnati spotkali się, aby 

uczcić zwycięstwo czystą źródlaną wodą, natychmiast wypadły im wszystkie zęby.  

— Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, bracia i siostry z Towarzystwa Przeciwników 

Fluoru, odnieśliśmy dziś wspaniały triumf... Precz z ohydnym zagranicznym fluorem! 

Uczyńmy ten piękny kraj równie czystym jak jędrna pupa młodego chłopca!... A teraz 

zaintonujmy nasz hymn: “Stare dębowe wiadro"! 

Studnię  oświetlają barwne neonowe światła mieniące się ohydnie jak szafa grająca. 

Przeciwnicy fluoru maszerują  gęsiego koło studni i każdy nabiera kubek wody ze starego 

dębowego wiadra... 

Stare dębowe wiadro, stare dębowe wiadro... 

Staredzebowefiadzo... 

A. J. zakaził wodę wyciągiem z południowoamerykańskiej winorośli, która wywołuje 

paradontozę. 

(O winorośli tej opowiedział mi stary niemiecki poszukiwacz złota umierający na 

uremię w Pasto w Kolumbii. Występuje ona jakoby w okolicach Putumayo. Nigdy jej nie 

znalazłem. Zresztą niezbyt się starałem... Ten sam Niemiec mówił mi o wielkim koniku 

polnym o nazwie xiucutil: “Jest tak silnym afrodyzjakiem, że człowiek umiera, jeśli 

natychmiast po zetknięciu z nim nie przeleci kobiety. Widziałem Indian, którzy na widok 

xiucutila biegali w kółko i bili konia". Niestety, sam nie natknąłem się nigdy na xiucutila...) 

Pewnego wieczoru w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, podczas premiery, A. J., 

zabezpieczony sprayem odstraszającym owady, wypuścił na widownię rój xiucutilów. 

Pani Yandrebligh, rozgniótłszy xiucutila: “Och... och... Ooooooooooooch!!!" Wrzaski, 

background image

brzęk tłuczonego szkła, odgłos dartych ubrań. Wznoszący się chór pisków, jęków, skomleń i 

okrzyków... Woń spermy, wilgotnych cip, potu i stęchły zapach penetrowanych odbytów... 

Podłogę zaścielają brylanty, futra, suknie wieczorowe, orchidee, garnitury i bielizna, na 

których kłębi się oszalały tłum nagich ciał. 

A. J. zarezerwował kiedyś na rok naprzód stolik w restauracji Chez Robert. Robert to 

tęgi smakosz czuwający nad najlepszą kuchnią  świata. Jego spojrzenie jest tak szydercze i 

pogardliwe,  że niejeden gość chcąc mu się przypodobać, jął tarzać się w drgawkach na 

podłodze. 

A. J. przybywa do restauracji wraz z sześcioma Indianami z Boliwii, którzy między 

daniami  żują liście koki. Kiedy Robert pochyla się majestatycznie nad ich stolikiem, A. J. 

unosi wzrok i woła: “Hej, chłopcze, przynieś mi trochę keczupu!" 

(Inna wersja: A. J. wyciąga z kieszeni butelkę keczupu i bryzga nim po sali). 

Trzydziestu smakoszy natychmiast przestaje jeść. Słychać nawet skwierczenie sufletu. 

Robert ryczy gniewnie jak zraniony słoń, biegnie do kuchni i uzbraja się w tasak do mięsa. 

Kelner warczy groźnie, a jego twarz przybiera dziwny fioletowy odcień... Rozbija butelkę 

szampana “Brut", rocznik tysiąc dziewięćset dwadzieścia sześć... Pierre, szef sali, chwyta 

długi nóż rzeźniczy. Wszyscy trzej ścigają A. J. po restauracji, rycząc z wściekłości... 

Przewracają stoły, zrzucają na podłogę butelki drogich win i wspaniałe potrawy... Słychać 

gromkie okrzyki: “Zlinczować go!" Stary smakosz z oszalałymi, przekrwionymi oczyma 

mandryla sporządza katowską  pętlę z czerwonego aksamitnego sznura od kotary... A. J., 

wzięty w dwa ognie i zagrożony co najmniej poćwiartowaniem, zgrywa swoją kartę atutową... 

Odrzuca głowę do tyłu i chrząka jak świnia, po czym do restauracji wpada setka 

wygłodzonych wieprzy, które zaczynają pożerać potrawy. Robert, tknięty apopleksją, pada na 

podłogę niczym ścięte drzewo; wieprze rozrywają go na strzępy. “Szkoda, że nie mogą 

docenić jego smaku" — mówi A. J. 

Z miejscowego zakładu psychiatrycznego wychodzi brat Roberta, Paul; przejmuje 

restaurację i nastawia ją na tak zwaną “kuchnię transcendentalną"... Jakość potraw stopniowo 

spada, aż wreszcie w lokalu podaje się najgorsze świństwa, choć klienci nie protestują, 

sterroryzowani reputacją Chez Robert. 

Przykładowe menu: 

Zupa z wielbłądziej szczyny z gotowanymi glistami 

Filet ze zgniłej płaszczki z wodą kolońską i pokrzywami 

Supreme de Boeuf w oleju rycynowym z pikantnym sosem ze zbuków i pluskiew 

Limburger flamboyant w moczu diabetyka i wydzielinie sromowej kokoty... 

background image

Klienci spokojnie wymierają na botulizm... Później w restauracji pojawia się A. J. 

wraz ze świtą Arabów, uchodźców z Bliskiego Wschodu. Próbuje potraw i krzyczy: 

— Boże, co za świństwo! Ugotujcie tego mądralę w jego własnej urynie! 

Tak oto powstała legenda A. J., czarującego kawalarza i ekscentryka... Cięcie... Na 

ekranie pojawia się panorama Wenecji... Śpiewający gondolierzy i gołębie na placu Świętego 

Marka. 

Istnieje stara wenecka anegdota o moście  Świętego Marka. Grupa weneckich 

marynarzy wróciła z rejsu dookoła  świata: wszyscy stali się pedałami, toteż oczekujące na 

nich kobiety musiały przejść przez most z cyckami na wierzchu, żeby obudzić ich uśpione 

żądze. Batalion szturmowy na most Świętego Marka, biegiem! 

— To operacja WNW, wszystko na wierzchu, dziewczęta! Jeśli nie podziałają na nich 

wasze cycki, pokażcie tym pedałom cipy! 

— Och, Gertie, to prawda! Wszystko prawda! Jakie one stare i pomarszczone! 

— Nie mogę tego znieść! 

— Wstrętne babska! 

Paul mówił mądrzej, bo znał się na mężczyznach śpiących z mężczyznami, robiących 

rzeczy nieprzyzwoite. Nieprzyzwoite — oto właściwe słowo. Kto chce się natknąć na fiuta, 

gdy ma ochotę zerżnąć cipę? Nagle pojawia się facet i robi mu z tyłkiem coś 

nieprzyzwoitego. 

A. J. biega po placu Świętego Marka, tnąc gołębie kordelasem. 

— Dranie! Skurwysyny! — krzyczy. Wchodzi na pokład statku, monstrualnej 

pozłacanej różowobłękitnej galery z żaglami z fioletowego aksamitu. Ma na sobie 

fantastyczny mundur admiralski z epoletami, baretkami i medalami, brudny, podarty i źle 

zapięty... Podchodzi do ogromnej greckiej urny zwieńczonej złotym posążkiem chłopca z 

erekcją. Łapie chłopca za jaja i z fiuta posążka tryska strumień szampana. A. J. ociera usta i 

rozgląda się. 

— Gdzie moi Nubijczycy, do cholery?! — ryczy. Sekretarz unosi wzrok znad 

komiksu.         

— Pieprzą się... Latają za dziwkami.         

— Co za sukinsyny! Co począć bez Nubijczyków? 

— Może wynająć gondolę? 

— Gondolę?! — wrzeszczy A. J. — Wydaje się par będę pływał gondolą? Zrefować 

grotżagiel i przygotować wiosła, panie Hysiop... Poradzimy sobie sami. 

 

background image

Hyslop wzrusza z rezygnacją ramionami. Naciska palcem guziki na pulpicie 

kontrolnym... Opadają żagle i z kadłuba wysuwają się wiosła. 

— I włącz perfumy, dobrze? Kanał śmierdzi jak ściek. 

— Gardenia? Drzewo sandałowe? 

—— Nie. Ambrozja. Hyslop naciska kolejny guzik i statek spowija gęsty obłok 

perfum. A. J. kaszle gwałtownie... 

— Włącz wentylatory! — krzyczy. — Duszę się!... Hyslop kaszle dyskretnie w 

chusteczkę. Naciska guzik. 

Rozlega się warkot wentylatorów, które oczyszczają powietrze. A. J. staje na rufie 

przy sterze. 

— Pełny ciąg! — Pokład zaczyna dygotać. — Avanti, do licha! — krzyczy A. J. i 

statek odpływa z ogromną szybkością. Wywraca gondole pełne turystów, cudem unika 

zderzenia z jachtem motorowym, płynie slalomem od jednego brzegu kanału do drugiego (na 

brzeg wylewa się ogromna fala, topiąc przechodniów), druzgoce flotyllę zacumowanych 

gondoli, aż wreszcie odbija się od nabrzeża i wypływa wirując na środek kanału... Z dziury w 

kadłubie! tryska dwumetrowa fontanna wody. 

— Marynarze do pomp, panie Hyslop! Toniemy!... Statek kołysze się gwałtownie i A. 

J. wypada za burtę. 

— Opuścić statek, do licha! Wszyscy na brzeg! Ekran blednie przy dźwiękach muzyki 

mambo. 

 

Uroczyste otwarcie “Escuela Amigo", szkoły dla młodocianych przestępców z 

Ameryki  Łacińskiej ufundowanej przez A. J. Na widowni siedzą członkowie ciała 

profesorskiego i dziennikarze. A. J. wchodzi na mównicę udekorowaną flagami 

amerykańskimi. 

A. J.: Zacytujmy nieśmiertelne słowa ojca Flanagana: “Nie ma złych chłopców..." 

Gdzie rzeźba, do licha?! 

TECHNIK: Mam ją przywieźć? 

A. J.: A jak sądzisz? Mam ją odsłonić in absentia

TECHNIK: W porządku, w porządku... Zaraz wracam. 

Ciągniona przez traktor rzeźba wjeżdża na scenę i staje przed mównicą. A. J. naciska 

guzik. Pod sceną zaczynają ogłuszająco wyć turbiny. Wiatr zwiewa z rzeźby czerwoną 

aksamitną zasłonę, która opada na członków ciała profesorskiego w pierwszym rzędzie... 

Między widzami przelatują  kłęby kurzu i śmieci. Wycie powoli cichnie. Profesorowie 

background image

wyplątują się spod zasłony... Wszyscy spoglądają z zapartym tchem na rzeźbę. 

OJCIEC GONZALES: Matko Boża! 

DZIENNIKARZ “TIME": Nie wierzę!.. 

“DAILY NEWS": Przecież to pedał!...   

Chłopcy gwiżdżą. 

Kiedy kurz opada, ukazuje się monumentalna rzeźba z lśniącego różowego marmuru. 

Nagi chłopiec pochyla się nad śpiącym towarzyszem, najwyraźniej zamierzając obudzić go 

fiutem. Trzyma go prawą  ręką, a lewą sięga po przepaskę na biodrach śpiącego. Widać 

sugestywnie wypięte pośladki. Obaj chłopcy mają kwiaty za uszami i identyczny wyraz 

twarzy, senny a zarazem okrutny, niewinny i zepsuty. Rzeźba stoi na wapiennym 

postumencie, na którym widnieje dewiza szkoły: “Z nim i dla niego". 

A. J. rozbija butelkę szampana na wypiętych pośladkach młodzieńca. 

— Pamiętajcie, chłopcy, oto źródło szampana!...    

background image

MANHATTAŃSKA SERENADA

 

 

A. J. i jego świta wchodzą do nocnego lokalu w Nowym Jorku. A. J., w kraciastych 

spodniach i kaszmirowej marynarce, prowadzi pawiana na złotym łańcuchu. 

KIEROWNIK: Chwileczkę! Chwileczkę! Co to takiego? 

A. J.: Mój ilyryjski pudelek. Przesympatyczne zwierzątko, obecnie bardzo modne. 

Doda klasy pańskiej spelunce. 

KIEROWNIK: Wygląda zupełnie jak pawian. Proszę zostawić go na zewnątrz. 

CZŁONEK ŚWITY: Nie wie pan, kto to jest? To A. J., ostatni z wielkich utracjuszy. 

KIEROWNIK: Niech zabiera swojego pawiana i niech utracjuszy się gdzie indziej. 

A. J. zatrzymuje się przed innym klubem i zagląda do środka. 

A. J.: Eleganckie pedały i stare cipy. Do licha, znaleźliśmy właściwe miejsce! Avanti, 

ragazzi! 

Wbija w podłogę  złoty gwóźdź, uwiązuje pawiana, po czym prowadzi wytworną 

konwersację ze swoją świt 

— Fantastyczne!... 

— Niewiarygodne!... 

— Cudowne!... 

A. J. wkłada do ust długą cygarniczkę z nieprzyzwoicie elastycznego materiału, która 

kołysze się i faluje niczym glista. 

A. J.: Więc leżę płasko na brzuchu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów... 

Kilku pedałów siedzących w pobliżu unosi głowy niczym zwierzęta, które zwietrzyły 

niebezpieczeństwo. A. J. zrywa się na równe nogi z nieartykułowanym okrzykiem. 

— Ty czerwonodupcu! — wrzeszczy. — Ja cię nauczę srać na podłogę!... 

Wyciąga z parasola bat i wali pawiana w tyłek. Małpa wrzeszczy i wyrywa złoty 

gwóźdź. Wskakuje na sąsiedni stolik i włazi na starą kobietę, która pada na zawał. 

A. J.: Przepraszam, szanowna pani. Dyscyplina przede wszystkim. 

Biczuje wściekle pawiana, który lata po całej sali, piszcząc, warcząc i srając ze 

strachu. Małpa skacze na gości, biega po szynkwasie, wiesza się na kotarach i żyrandolach... 

A. J.: Będziesz srał we właściwym miejscu albo już nigdy się nie wysrasz! 

CZŁONEK  ŚWITY: Wstydź się! Jak możesz drażnić  A.  J.  po  tym,  co  dla  ciebie 

zrobił? 

A. J.: Niewdzięcznicy! Wszystko niewdzięcznicy! Wyrwałem go ze szponów starej 

background image

cioty! 

Oczywiście nikt nie wierzy w legendę A. J. Sam A. J. twierdzi, że jest “niezależny", 

co oznacza w istocie: “Pilnuj własnego nosa..." Nie istnieją już ludzie niezależni... W 

Interzone roi się od wariatów różnego autoramentu, ale nie ma nikogo, kto zachowywałby 

neutralność. 

Hassan to zwolennik fluidyzmu; krążą pogłoski, że jest także tajnym telepatystą. 

— Do diabła, chłopcy — mówi z rozbrajającym uśmiechem. — Jestem po prostu starym 

nowotworem złośliwym i muszę się rozrastać. 

Ma pustą, woskową twarz, mówi z teksańskim akcentem z okolic Dallas i nosi 

kowbojskie buty, szerokoskrzydły kapelusz, nieodłączne ciemne okulary oraz dobrze 

skrojony garnitur z banknotów o wysokich nominałach. (Banknoty : te są legalnym środkiem 

płatniczym, ale staną się zbywalne dopiero po pewnym terminie... Ich wartość nominalna 

dochodzi do miliona klamów). 

— Czuję, jak się na mnie rozmnażają — mówi nieśmiało Hassan. — To trochę tak, 

cóż, jakbym był samicą skorpiona noszącą na ciele swoje potomstwo... Do licha, mam na-

dzieję, że was nie zanudzam...  

Salvador, znany wśród przyjaciół jako Sally — zawsze trzyma pod ręką kilku 

“przyjaciół", płacąc im od godziny — wyleczył się na handlu cielętami podczas drugiej wojny 

światowej. (Wyleczyć się to znaczy zbić majątek.; Wyrażenie używane przez nafciarzy z 

Teksasu). Jego fotografia, przechowywana w archiwum Departamentu Zdrowej Żywności i 

Narkotyków, przedstawia mężczyznę uderzająco podobnego do mumii: twarz Hassana, 

gładka, nalana i pozbawiona porów, wygląda jak impregnowana parafiną. Jedno oko jest 

ołowianoszare i wyłupiaste, pokryte nieprzejrzystymi plamkami, drugie zaś czarne i lśniące 

jak u owada. 

Jego oczy są zazwyczaj ukryte za ciemnymi okularami. Wygląda groźnie i tajemniczo 

— nikt nie rozumie jego gestów i aluzji — i przywodzi na myśl agenta bliżej nie określonego 

reżimu policyjnego. 

W chwilach podniecenia Salvador mówi łamaną angielszczyzną z wyraźnym włoskim 

akcentem. Czyta i mówi biegle po etrusku. 

Brygada kontrolerów podatkowych poświęciła wiele lat na kompilację dossier 

międzynarodowych interesów Sala... Działa on na całym  świecie, oplótłszy go pajęczyną 

fikcyjnych spółek zarejestrowanych pod jego niezliczonymi pseudonimami. Posługuje się 

dwudziestoma trzema paszportami i był czterdzieści dziewięć razy deportowany — w tej 

chwili toczą się procedury deportacyjne na Kubie, w Hondurasie, Honkongu i Jokohamie. 

background image

Salvador Hassan O'Leary, alias Pantoflarz, alias Krzywy Marv, alias Leary 

Weterynarz, alias Cielęcy Pete, alias Placenta Juan, alias Wazelinowy Ahmed, alias El 

Chinche, alias El Culito i tak dalej, i tak dalej przez piętnaście bitych stron maszynopisu, 

wszedł po raz pierwszy w konflikt z prawem w Nowym Jorku, gdy podróżował z osobnikiem 

znanym brooklyńskiej policji jako Blubber Wilson, który wyłudzał pieniądze od fetyszystów 

w sklepach z butami, udając policjanta. Hassana oskarżono o podstępne oszustwo i 

podawanie się za oficera policji. Ale znał już podstawową regułę tego fachu: przede 

wszystkim pozbyć się blaszki. Jak określa to Czajnik: “Jeśli znajdziesz się w kotle, synu, 

pozbądź się blaszki, choćbyś miał  ją połknąć". Hassan uniknął aresztowania z fałszywą 

odznaką policyjną i złożył zeznania obciążające Wilsona, którego skazano na bezterminowy 

pobyt w więzieniu (w stanie Nowy Jork oznacza, to trzy lata na Riker's Island). Śledztwo w 

sprawie Hassana umorzono. “Zawsze miałem szczęście do przyzwoitych gliniarzy" — mawia 

Hassan. I rzeczywiście, spotykał ich po każdej wpadce. Jego dossier zawiera trzy strony 

pseudonimów  świadczących o skłonności do współpracy z przedstawicielami prawa i 

porządku: Gliniarski Kochaś, Kapuś Marv, Gruchająca Hebe, Ali Szpicel, Sal Kapusta, 

Skomlący Kapeć, Wazelinowy Sopran, Opera z Bronxu, Kumpel Glin, Automatyczna 

Sekretarka, Piszczący Syryjczyk, Gruchający Fiut, Muzyczny Pedał, Krzywy Ryj, Bajeczny 

Kapo, Leary Kapiszon, Śpiewający Judasz, Gert Donos. 

Prowadził sex-shop w Jokohamie, był dealerem opium w Bejrucie i alfonsem w 

Panamie. Podczas drugiej wojny światowej handlował nabiałem w Holandii i fałszował masło 

starym smarem do łożysk. Później opanował rynek wazeliny w Afryce Południowej, aż 

wreszcie zbił fortunę na cielętach.  Świetnie prosperował, zalewając  światowy rynek 

fałszowanymi medykamentami i tanimi podróbkami najrozmaitszych towarów. Nieskuteczny 

odstraszacz rekinów, rozcieńczone antybiotyki, skasowane spadochrony, sfermentowana 

surowica przeciwko jadowi węży, przeterminowane szczepionki, dziurawe szalupy 

ratunkowe. 

 

Ciem i Jody, dwaj emerytowani aktorzy wodewilowi, dorabiają jako rosyjscy agenci, 

których zadanie polega na tym, by kompromitować USA na arenie międzynarodowej. Kiedy 

aresztowano ich w Indonezji za pederastię, Ciem powiedział sędziemu śledczemu: 

— Nie jestem pedałem. Przecież to tylko żółtki. Ubrani w czarne stetsony i czerwone 

szelki pojawili się w Liberii. 

— Więc zastrzeliłem tego starego czarnucha, a on upadł na bok i zaczął wierzgać 

nogą. 

background image

— Świetnie, ale czy kiedykolwiek spaliłeś czarnucha? Obchodzą Bidonville, kopcąc 

wielkie cygara: 

— Trzeba tu ściągnąć parę buldożerów, Jody. Oczyścić to gówno. 

Podążają za nimi ponure tłumy w nadziei ujrzenia jakiegoś niezwykłego 

amerykańskiego barbarzyństwa. 

— Trzydzieści lat w show-biznesie i jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego... 

Muszę kupić Bidonville, strzelić sobie hery, wyszczać się na Czarny Kamień, wezwać 

wiernych na modlitwę, ubrany w świńską skórę, odwołać program pomocy gospodarczej, 

dając jednocześnie komuś dupy... Co, czy jestem już ośmiornicą? —: skarży się Ciem. 

Zamierzają porwać helikopterem Czarny Kamień i zastąpić go zagrodą dla świń, które 

witałyby pielgrzymów głośnym chrumkaniem. 

— Będziemy je uczyć kwiczeć: “Hura! Hura! Hura! Niestety, tego nie da się zrobić.  

— Ali Wong Chapultepec z Panamy załatwił nam ładunek pszenicy. Pewien fiński 

szyper wyciągnął kopyta w miejscowym burdelu i zostawił pszenicę szefowej... Jego ostatnie 

słowa brzmiały: “Byłaś dla mnie jak matka". Więc kupiliśmy towar w dobrej wierze... 

Daliśmy starej dziesięć gramów hery. 

— I to pierwszorzędnej. Z Aleppo.  

— Z minimalną ilością mleka w proszku.         

— Kto zagląda darowanemu koniowi w tyłek?      

— Czy to prawda, że na przyjęciu u Hassana podaliście! Arabom kuskus z tej 

pszenicy?  

— Zgadza się. Wypalili tyle marihuany, że zaczęli wariować w środku przyjęcia... My 

piliśmy tylko mleko... Wrzody! żołądka, rozumiesz.  

— Jasne.  

— Zaczęli biegać jak wariaci, krzycząc, że się palą, i większość umarła nazajutrz rano.  

— A reszta w dzień później.  

— Nic dziwnego, skoro oddawali się rozpuście. 

— Robili się czarni i odpadały im nogi: wyglądało to bardzo zabawnie.  

— Straszliwe rezultaty uzależnienia od marihuany.  

— Ja to samo pomyślałem.  

— Więc zaczęliśmy handlować bezpośrednio ze starym sułtanem, znanym latahem. 

Potem wszystko szło już jak po maśle, można rzec. 

— Wprost trudno uwierzyć,  że kilku rozgoryczonych osobników ścigało nas aż do 

łodzi. 

background image

— Choć przeszkadzał im nieco brak nóg. 

— I liczne zaburzenia mózgowe. 

(Sporysz to chorobotwórczy grzybek rosnący na pszenicy. Mieszkańców 

średniowiecznej Europy okresowo dziesiątkowały epidemie choroby wywoływanej przez 

sporysz, zwanej ogniem świętego Antoniego. U ofiar często rozwijała się gangrena: ich nogi 

czerniały i odpadały). 

Clem i Jody sprzedali siłom powietrznym Ekwadoru transport skasowanych 

spadochronów. Manewry: chłopcy lecą w dół na spadochronach przypominających podarte 

kondomy... młoda krew ochlapuje brzuchatych generałów... Daleki grzmot: Clem i Jody 

odlatują odrzutowcem nad Andami... 

 

Dokładne cele firmy Islam S.A. są niejasne. Każdy zaangażowany w jej działalność 

ma inny punkt widzenia i zamierza nabić wspólników w butelkę. 

A. J. uprawia propagandę na rzecz zniszczenia Izraela: 

— Panuje tak wielka niechęć do Zachodu, że coraz trudniej uwodzić  młodych 

Arabów... Sytuacja staje się doprawdy nieznośna... Izrael to przeszkoda w obopólnym 

porozumieniu... 

Typowa zasłona dymna wykorzystywana przez A. J. 

Ciem i Jody twierdzą, że chcą zniszczyć bliskowschodnie pola naftowe, aby podnieść 

wartość swojego majątku w Wenezueli. 

Ciem pisze piosenkę do melodii “Crawdad" (Big Bili Broonzy): 

 

Co zrobisz, jak wyschnie ropa?  

Zdychającym Arabom dam kopa, 

 

Salvador operuje na międzynarodowym rynku finansowym, aby zamaskować, 

przynajmniej przed szeregowymi członkami, swoją działalność na rzecz fluidyzmu... Ale po 

yage zdradza się przed przyjaciółmi. 

— Islam to galareta — mówi, tańcząc taniec fluidystów... Później, nie mogąc nad sobą 

zapanować, śpiewa ohydnym falsetem: 

 

Trzęsie się na krawędzi, 

Jedno pchnięcie i zleci. 

Hej, Maw, szykuj moją woalkę.  

background image

 

— Wynajęli  Żyda z Brooklynu, by się podawał za nowe wcielenie Mahometa... W 

istocie rzeczy urodził go święty z Mekki, a doktor Benway dokonał cesarskiego cięcia... 

— Jeśli Ahmed nie wyjdzie, sami go wyciągniemy...  Łatwowierni Arabowie bez 

zastrzeżeń akceptują podstawionego osobnika. 

— Fajni goście z tych Arabów... — mówi Ciem. — Mili naiwniacy... 

Oszust wygłasza przez radio codzienne pogadanki: 

— Witajcie, drodzy radiosłuchacze! Mówi Ahmed, wasz prorok... Wygłoszę dziś surę 

o potrzebie higieny i świeżego oddechu... Przyjaciele, ssijcie cukierki chlorofilowe Jody'ego... 

 

A teraz słówko o partiach politycznych Interzone... 

Oczywiste jest, że fluidyści to, z wyjątkiem jednego, kompletni idioci, choć kto jest 

czyim idiotą, okaże się dopiero po ostatecznej absorbcji... Fluidyści chętnie oddają się 

rozmaitym perwersjom, zwłaszcza praktykom sadomasochistycznym. 

Fluidyści wiedzą z reguły, o co toczy się gra, natomiast telepatyści słyną z ignorancji 

na temat natury telepatyzmu, a także z barbarzyństwa, hipokryzji i panicznego lęku przed 

rzeczywistością... Tylko interwencja faktualistów powstrzymała telepatystów przed 

umieszczeniem Einsteina w zakładzie psychiatrycznym. Można powiedzieć, że tylko nieliczni 

telepatyści wiedzą, co robią; są to najniebezpieczniejsi i najbardziej zdeprawowani ludzie na 

świecie... Techniki telepatyczne były z początku prymitywne... Cięcie. Na ekranie Krajowy 

Kongres Elektroniczny w Chicago. 

Uczestnicy kongresu wkładają  płaszcze... Ktoś przemawia bezbarwnym tonem 

sprzedawczyni w sklepie: 

— Na koniec chciałbym państwa ostrzec... Logiczną konsekwencją badań 

encefalograficznych jest biokontrola, to znaczy sterowanie ruchami, procesami myślowymi, 

reakcjami emocjonalnymi i percepcją zmysłową za pomocą sygnałów elektrycznych 

wprowadzonych bezpośrednio do systemu nerwowego badanego. 

— Głośniej! Zabawniej! — Uczestnicy kongresu wychodzą w kłębach kurzu. 

— Tuż po narodzinach neurochirurg instaluje w mózgu miniaturowy odbiornik 

radiowy, który pozwala władzom sterować obywatelem za pomocą odpowiednich 

nadajników. 

W ogromnej pustej sali opada kurz; czuć zapach rozgrzanego żelaza i pary, w dali 

syczy chłodnica... Mówca przekłada notatki i zdmuchuje z nich pył... 

— Pierwowzorem aparatu biokontrolnego jest telepatia... Badanego można na nią 

background image

uwrażliwić narkotykami lub w inny sposób, bez wszczepiania jakichkolwiek odbiorników. 

Ostatecznie wszyscy telepatyści będą wyłącznie nadawać... Zastanawiali się państwo kiedyś 

nad kodeksami Majów? Wyobrażam to sobie tak: kapłani, stanowiący jeden procent ludności, 

panowali nad pospólstwem za pomocą telepatii... Musieli przez cały czas nadawać, bo gdyby 

cokolwiek odbierali, znaczyłoby to, że wpływa na nich ktoś mający własne życie psychiczne. 

Telepatysta nieustannie nadaje, lecz nie może się odświeżyć przez kontakt z innymi. Prędzej 

czy później zaczyna mu brakować emocji, które mógłby przesyłać. Emocje nie rodzą się w 

pustce. Telepatysta to najbardziej samotny człowiek na świecie. Poza tym w danym czasie i 

miejscu może istnieć tylko jeden telepatysta... W końcu ekran ciemnieje... Telepatysta 

zmienia się w ogromną stonogę... Ludzie palą ją na stosie i wybierają w wolnych wyborach 

nowego telepatystę... Majów ograniczała izolacja... Teraz jeden telepatysta może sprawować 

władzę nad całą planetą... Władza nie służy nigdy żadnym celom praktycznym... Jest 

narkotykiem, jak morfina... Im więcej jej się ma, tym więcej się potrzebuje... 

 

Pośrednie miejsce zajmują kopiści, będący w istocie partią umiarkowaną... Ich nazwa 

pochodzi stąd, że odcinają sobie niewielkie kawałki ciała i hodują z nich własne kopie. Gdyby 

proces kopiowania nie został zatrzymany, w końcu na planecie pozostałaby tylko jedna istota 

powielona miliony razy... Czy ciała te byłyby naprawdę niezależne i czy rozwinęłyby się u 

nich cechy indywidualne? Wątpię. Kopie muszą się od czasu do czasu odświeżać przez 

kontakt z komórką macierzystą. Jest to jeden z artykułów wiary kopistów, którzy żyją w 

strachu przed buntem kopii... Niektórzy kopiści sądzą, że procesem tym można sterować, by 

nie powstał monopol jednej kopii. “Wyhodujmy po prostu kilka nowych kopii, by nie czuć się 

samotnie w podróży... lecz surowo kontrolujmy liczbę kopii niepożądanych" — mówią. 

Niepożądana staje się w końcu każda kopia prócz własnej. Naturalnie jeśli na danym obszarze 

pojawia się nagle mnóstwo identycznych kopii jakiejś osoby, wszyscy wiedzą, co się święci. 

Pozostali obywatele mogą wówczas ogłosić tak zwany “szluppit" (masowe wyniszczanie 

wszystkich kopii, które dają się rozpoznać). Aby uniknąć eksterminacji swoich kopii, ludzie 

poddają je często operacjom plastycznym i charakteryzacji. Kopie identyczne ośmielają się 

hodować tylko najbardziej rozpasani i bezwstydni osobnicy. 

Matołkowaty albinos, produkt wielopokoleniowej selekcji genów recesywnych 

(maleńkie bezzębne usta porośnięte czarnymi włoskami, ciało kraba, szpony zamiast ramion, 

oczy na szypułkach), wyprodukował aż dwadzieścia tysięcy swoich identycznych kopii. 

— Moje kopie są wszędzie jak okiem sięgnąć  aż po horyzont — mówił dziwnym 

owadzim głosem, czołgając się wokół tarasu. — Nie muszę ich hodować w szambie, a później 

background image

przebierać za hydraulików albo kierowców... Ich olśniewającej urody nie szpeci chirurgia 

plastyczna ani wulgarna charakteryzacja. Stoją dumnie w świetle słońca, prezentując światu 

piękno swoich ciał, lic i dusz. Uczyniłem je na swój obraz i podobieństwo, po czym rzekłem: 

“Idźcie i rozmnażajcie się, albowiem to wy posiądziecie ziemię". 

Kiedy chciano wysterylizować hodowlę kopii szejka Aracknida, wezwano 

zawodowego czarownika... Już miał zadąć w trąby, gdy nagle wtrącił się Benway: 

— Nie męcz się. One wszystkie umrą na ataksję Friedricha. Studiowałem neurologię u 

profesora Fingerbottoma w Wiedniu... Wspaniały starzec... znał każdy nerw w ludzkim ciele. 

Źle skończył... Jego wypadająca odbytnica okręciła się wokół tylnej ośki limuzyny księcia de 

Yentre. Na siedzeniu z żyrafiej skóry pozostało tylko puste ciało... Rozległo się okropne 

mlaśnięcie, a ciśnienie wessało nawet oczy i mózg... Duć de Yentre mówi, że zapamięta to 

straszliwe mlaśnięcie na zawsze i zabierze do swojego mauzoleum. 

Ponieważ nie istnieją pewne sposoby identyfikacji zamaskowanej kopii (chociaż 

każdy kopista twierdzi, że ma własną niezawodną metodę), kopiści są histerycznie 

podejrzliwi. Jeśli ktoś wyraża liberalne poglądy, natychmiast słyszy stek wyzwisk: 

— Ty śmierdząca kopio wybielonego czarnucha!... 

W barach nieustannie dochodzi do bójek. Pewne okolice uległy prawie całkowitemu 

wyludnieniu wskutek lęku przed kopiami Murzynów, często jasnowłosymi i błękitnookimi. 

Wszyscy kopiści mają ukryte lub jawne skłonności homoseksualne. Zdeprawowane stare 

cioty straszą chłopców: “Jak się prześpisz z dziewczyną, twoje kopie nie będą chciały 

rosnąć". Powszechne są próby rzucania czarów na cudzą hodowlę kopii. Wszędzie słychać 

okrzyki: “Niech twoja hodowla zgnije!...", po czym następują odgłosy bijatyki... Kopiści 

oddają się masowo czarnej magii i znają niezliczone metody niszczenia komórki 

macierzystej, zwanej także protoplazmatycznym tatusiem, przez torturowanie lub zabicie 

schwytanej kopii... Władze zrezygnowały w końcu z próby ograniczenia zabójstw lub 

nielegalnej produkcji kopii. Jednakże przed wyborami przeprowadza się pokazowe akcje w 

górskich regionach Interzone, gdzie niszczy się ich ogromne hodowle. 

Uprawianie seksu z kopią jest surowo zabronione i powszechnie praktykowane. 

Istnieją bary o złej sławie, gdzie bezwstydni homoseksualiści otwarcie mizdrzą się do swoich 

kopii. Ochroniarze hotelowi wsadzają głowy do numerów i pytają: “Czy nie śpi pan z kopią?" 

Nad barami, w których gromadzą się wulgarne kopie prostytutek, wiszą szyldy: “Tu 

nie daje się d..." Można powiedzieć,  że przeciętny kopista żyje miotany strachem i 

wściekłością, nie mogąc osiągnąć ani obłudnego samozadowolenia telepatystów, ani 

amoralnej beztroski fluidystów... Jednakże fluidyści, telepatyści i kopiści nie są w istocie 

background image

odrębnymi partiami: zdarza się,  że jedna i ta sama osoba należy do dwóch, a nawet trzech 

ugrupowań.  

Faktualiści to przeciwnicy fluidystów, kopistów, a zwłaszcza telepatystów. 

Biuletyn Komitetu Koordynacyjnego Faktualistów na temat kopii: 

“Należy stanowczo odrzucić idiotyczny pomysł zalania planety tak zwanymi 

«pożądanymi kopiami». Wysoce wątpliwe, czy kopie mogą być w ogóle pożądane, albowiem 

istoty te są próbą ingerencji w naturalne procesy przemian. Nawet najinteligentniejsze i 

genetycznie udoskonalone kopie stanowią ogromne zagrożenie dla życia na całej planecie..." 

Biuletyn faktualistów, wersja wstępna, hasło “fluidyzacja": 

“Nie odrzucamy naszego protoplazmatycznego pochodzenia, lecz staramy się 

zachować elastyczność i nie wpaść! w bagno fluidyzmu..." 

Biuletyn faktualistów, wersja próbna i niekompletna: 

“Stanowczo stwierdzamy, że nie sprzeciwiamy się badaniom nad telepatią. Telepatia, 

prawidłowo stosowana i pojmowana, może stanowić doskonałą obronę przed 

zorganizowanym przymusem i tyranią ze strony grup nacisku lub pojedynczych maniaków 

władzy. Sprzeciwiamy się jednak wykorzystywaniu jej w celu kontrolowania, zmuszania, 

poniżania, eksploatowania czy niszczenia indywidualności innych istot żywych. Telepatia nie 

może być nigdy procesem jednokierunkowym. Próby emitowania jednostronnych transmisji 

telepatycznych są bezwzględnym złem..." 

Biuletyn faktualistów, wersja ostateczna: “Telepatystę można definiować tylko przez 

negację. To obszar niskiego ciśnienia, ssąca pustka. Istota całkowicie anonimowa, 

pozbawiona oblicza, bezbarwna. Prawdopodobnie rodzi się z oczami pokrytymi 

nieprzejrzystą błoną. Zawsze wie, dokąd zdąża., podobnie jak wirus. Nie potrzebuje oczu. 

— Czy może istnieć więcej niż jeden telepatysta? 

— O tak, ale to nie może trwać  długo. Niektórzy ludzie sądzą, iż przekazują 

telepatycznie treści umoralniające, lecz nie zdają sobie sprawy, że sama transmisja 

telepatyczna jest złem. Naukowcy mówią: «Telepatia przypomina energię atomową... Trzeba 

ją tylko okiełznać». Koniec jest następujący: chory na niestrawność technik wypija 

dwuwęglan sodu i naciska guzik, który zmienia Ziemię w kosmiczny pył. («Moje beknięcie 

będzie słyszalne na Jowiszu!») 

Artyści mylą telepatię z tworzeniem. «Nowy środek wyrazu!» — krzyczą, choć ich 

sztuka staje się sterylna... Filozofowie debatują o metodach i celach nie wiedząc, że telepatia 

służy tylko telepatii, podobnie jak morfina. Spróbujcie brać morfinę w jakimś celu... 

Niektórzy uzależnieni od coca-coli lub aspiryny mówią o złowrogim pięknie telepatii. Ale 

background image

nikt nie mówi zbyt długo. Telepatyści nie mówią". 

Telepatysta nie jest istotą ludzką... To ludzki wirus. (Wszystkie wirusy to 

zdegenerowane komórki pasożytujące na komórkach macierzystych; na przykład 

zdegenerowane komórki wątroby wywołują  żółtaczkę i tak dalej. Każdy gatunek ma 

własnego wirusa: zdegenerowany obraz samego siebie). 

Roztrzaskany obraz człowieka przesuwa się komórka po komórce... Nędza, nienawiść, 

wojna, skorumpowana policja, biurokracja, szaleństwo — to wszystko symptomy działania 

ludzkiego wirusa. 

Ludzkie wirusy można w tej chwili izolować i unieszkodliwiać. 

background image

PREZES SĄDU 

 

Biuro prezesa sądu mieści się w ogromnym gmachu z czerwonej cegły. Rozstrzyga się 

tam sprawy cywilne, przeciągając postępowanie tak długo, dopóki strony nie umrą lub nie 

wycofają pozwu. Źródło owych opóźnień to gigantyczne archiwa, w których panuje 

kompletny bałagan: akta może odnaleźć jedynie prezes sądu i sztab jego pomocników, a 

poszukiwania trwają często całe lata. W istocie rzeczy prezes ciągle szuka akt procesu o 

odszkodowanie, który zakończył się ugodą w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku. Duża część 

gmachu popadła w ruinę, a w pozostałych często dochodzi do zawałów. Bardziej 

niebezpieczne zadania prezes powierza swoim asystentom, z których wielu straciło życie w 

służbie. W tysiąc dziewięćset dwunastym roku dwustu siedmiu z nich zginęło wskutek zawału 

skrzydła północno - południowo - wschodniego. 

Kiedy mieszkaniec Interzone zostaje pozwany do sądu, jego adwokaci czynią starania, 

by sprawę przekazano pod jurysdykcję prezesa. Powód traci wówczas wszelkie szansę na 

zwycięstwo, toteż na wokandę wchodzą jedynie sprawy wytaczane przez dziwaków i 

paranoików, którym zależy na rozgłosie. Rzadko udaje im się go zyskać, gdyż reporterzy 

pojawiają się w sądzie wyłącznie w sezonie ogórkowym. 

Sąd znajduje się w miasteczku Pigeon Hole poza terenem metropolii. Mieszkańcy 

miasteczka, otoczonego przez lasy i bagna, są takimi idiotami i barbarzyńcami,  że władze 

umieściły ich w rezerwacie otoczonym radioaktywnym żelaznym ogrodzeniem. W odwecie 

mieszkańcy Pigeon Hole wypisują na murach hasła: “Nie pokazujcie się tu, miastowe dupki!" 

Robią to zresztą zupełnie niepotrzebnie, gdyż żaden mieszkaniec miasta nie przybyłby za nic 

w świecie do Pigeon Hole, chyba że w pilnej sprawie. 

Lee ma pilną sprawę. Musi złożyć zaprzysiężone oświadczenie, że choruje na dżumę; 

pozwoli mu to uniknąć eksmisji z domu, w którym mieszka od dziesięciu lat, nie płacąc 

czynszu. Żyje w ciągłej kwarantannie. Pakuje do walizki niezliczone zeznania, oświadczenia, 

prośby i świadectwa, po czym łapie autobus do granicy. Miejski celnik przepuszcza go bez 

kontroli. “Mam nadzieję, że w tej walizce masz bombę atomową". 

 

Lee połyka garść tabletek uspokajających i wchodzi do szopy, w której mieści się 

komora celna Pigeon Hole. Celnicy przeglądają jego papiery przez trzy godziny, zaglądając 

przy tym do zakurzonych regulaminów i odczytując niezrozumiałe ustępy kończące się 

zdaniami w rodzaju: “W związku z powyższym podlega karze więzienia i grzywny na mocy 

background image

artykułu sześćset sześćdziesiąt sześć". Spoglądają znacząco na Lee. 

Oglądają jego papiery pod szkłem powiększającym. 

— Czasem usiłują w nich przemycać sprośne wierszyki. 

— Może zamierzasz sprzedawać te dokumenty jako papier toaletowy. To do twojego 

osobistego użytku? 

— Tak. 

— Mówi, że tak. 

— Masz na to jakiś dowód? 

— Mogę przedłożyć zaprzysiężone zeznanie. 

— Mądrala. Rozbierz się. 

— Tak. Może ma sprośne tatuaże. Obmacują go i sondują tyłek, szukając dowodów 

pederastii. Przepłukują włosy i posyłają wodę do analizy. 

— Może ukrył narkotyki we włosach? 

Na koniec rekwirują walizkę i Lee wychodzi z szopy uginając się pod ciężarem 

dwudziestopięciokilogramowego worka pełnego dokumentów. 

Na zbutwiałych drewnianych schodach sądu siedzi kilkunastu archiwistów. Patrzą 

bladoniebieskimi oczyma na zbliżającego się Lee, obracając powoli głowy na 

pomarszczonych brudnych szyjach, gdy wchodzi po stopniach i przekracza próg. W środku 

unoszą się  kłęby kurzu, a z sufitu spadają kawałki tynku. Lee wspina się po schodach 

grożących zawaleniem — przeznaczono je do kasacji w tysiąc dziewięćset dwudziestym 

dziewiątym roku. Jeden ze stopni pęka z trzaskiem i ostre drewniane drzazgi ranią Lee w 

łydkę. W końcu dociera do windy malarskiej przyczepionej wytartymi linami do belki prawie 

niewidocznej w kurzu, po czym wchodzi ostrożnie do kabiny diabelskiego młyna. Jego ciężar 

wprawia w ruch maszynerię hydrauliczną (odgłosy płynącej wody). Kabina porusza się 

gładko i cicho, aż zatrzymuje się koło zardzewiałego  żelaznego balkonu, przetartego jak 

podeszwa starego buta. Lee idzie długim korytarzem, mijając niezliczone drzwi, w większości 

zabite deskami. W jednym z gabinetów, z mosiężną tabliczką BLISKOWSCHODNIE 

ROZKOSZE, widać mugwumpa łapiącego termity długim czarnym językiem. Drzwi gabinetu 

prezesa sądu są otwarte. Prezes siedzi za biurkiem, czytając dokumenty, otoczony przez 

sześciu asystentów. Lee s! w progu. Prezes nie przestaje mówić, nie unosząc oczu. 

PREZES: Wpadłem któregoś dnia na Teda Spigota... Fajny facet, trudno o drugiego 

takiego w Interzone... Pamiętam, że był piątek, bo żona miała akurat bóle miesiączkowe, a ja 

poszedłem do apteki Parkera przy Dalton Street, naprzeciwko Salonu Masażu Etycznego Ma 

Greena, gdzie kiedyś była stajnia Jeda... Cóż, Jed, zaraz sobie przypomnę jego nazwisko, 

background image

nosił przepaskę na lewym oku, a jego żona pochodziła ze Wschodu, chyba z Algieru, i po 

śmierci Jeda znów wyszła za mąż za jednego z Hootów, Cierna Hoota, jeśli dobrze pamiętam, 

też fajnego gościa, trudno o drugiego takiego, który miał wówczas pięćdziesiąt cztery, 

pięćdziesiąt pięć lat. 

— Moja żona ma bóle miesiączkowe — mówię do Parkera. — Sprzedaj mi butelkę 

nalewki opiumowej. 

— Musisz się wpisać do księgi, Arch - odpowiada -  Nazwisko, adres i data zakupu. 

Tak mówi prawo. 

— Jaki dziś dzień? — pytam. 

— Piątek, dwunasty. 

— Chyba już pora — mówię. 

— Był tu rano jakiś facet — mówi Parker. — Z miasta. Elegant. Miał receptę na 

dziesięć deko morfiny... Śmieszna recepta na kawałku papieru toaletowego... Od razu mu 

powiedziałem: “Podejrzewam, że jest pan narkomanem, proszę pana". 

— Paznokcie od nóg wrastają mi w ciało. Cierpię męki — mówi. 

— Cóż — ja na to — trzeba zachować ostrożność. Ale jeśli jest pan naprawdę chory i 

dostał pan receptę od dyplomowanego lekarza, chętnie pana obsłużę. 

— Ten kruk rzeczywiście ma dyplom — mówi. 

— Cóż, chyba się pomyliłem: dałem mu zamiast morfiny słoik proszku do 

czyszczenia klozetów... Musiał dostać niezłego kopa. 

— Na pewno dobrze oczyściło mu krew.  

— Wiesz, to samo przyszło mi do głowy. Lepsze niż siarka i melasa... A teraz, Arch, 

nie myśl, że jestem wścibski, ale nie powinno się mieć sekretów przed Bogiem i aptekarzem, 

zawsze to powtarzam... Ciągle ruchasz Starą Siwą Kobyłę? 

— Ależ, Parker... Wiesz, że jestem żonaty; niedawno wybrano mnie także diakonem. 

Nie dobierałem się nikomu do tyłka od młodości. 

— To były czasy, Archie... Pamiętasz, jak wziąłem musztardę zamiast gęsiego 

smalcu? Zawsze myliłem słoiki. Słyszeli twoje krzyki w całym Cipolizowie. Piszczałeś jak 

wykastrowany chomik. 

— Mylisz się, Parker. To ja wziąłem musztardę i musiałem czekać, aż przestaniesz 

ryczeć. 

— Pobożne życzenia, Arch. Czytałem o tym kiedyś w magazynie wydawanym w tej 

zielonej budce za stacją kolejową... Cóż, Arch, wracając do tego, o czym rozmawialiśmy, źle 

mnie zrozumiałeś... Mówiąc o Starej Siwej Kobyle, miałem na myśli twoją  żonę... Z tymi 

background image

wszystkimi wrzodami, kataraktami, odmrożeniami, hemoroidami i pryszczycą nie jest już 

taka jak dawniej. 

— Tak, Liz jest rzeczywiście chorowita. Po dwunastym poronieniu kompletnie 

zapadła na zdrowiu... Dziwna sprawa, Parker. Doktor Ferris powiedział mi wprost: “Nie 

powinieneś się z nią zadawać". I popatrzył na mnie przeciągle, aż dostałem gęsiej skórki... 

Cóż, masz rację, Parker. Liz nie jest już taka jak dawniej. A twoje lekarstwa wcale jej nie 

pomagają. Odkąd zaczęła używać kropli do oczu, które sprzedałeś jej w zeszłym miesiącu, 

nie odróżnia już dnia od nocy... Rzeczywiście, nie rucham już Liz, tej starej krowy, nie teraz, 

gdy mam tę  śliczną piętnastoletnią małą... Znasz tę czarną, co pracowała kiedyś w Salonie 

Wybielania Skóry i Prostowania Włosów Marylou? 

— Ładujesz tego czarnego kurczaka, Arch? Ładujesz tę cipkę? 

— Ładuję, Parker, ładuję. Cóż, pora na mnie. Muszę wracać do swojej starej. 

— Założę się, że najpierw trzeba ją smarować... 

— Jasne, jest sucha jak pieprz... Cóż, dzięki za nalewkę. 

— Dzięki,  że wpadłeś, Archie... Che, che, che... Hej, Archy, przyjdź kiedyś 

wieczorem, jak ci będzie smutno, to napijemy się razem johimbiny. 

— Przyjdę, Parker, na pewno. Zabawimy się jak za dawnych czasów. 

Wróciłem do domu, zagrzałem wody, zmieszałem nalewkę z goździkami, cynamonem 

i sasafrasem, po czym dałem to wypić Liz, której naprawdę trochę ulżyło. Tak czy owak,  

przestała mi dokuczać... Później poszedłem znowu do Parkera, po kondom... a jak 

wychodziłem, wpadłem prosto na Roya Bane, fajnego chłopa, trudno o drugiego takiego w 

Interzone. Roy mówi do mnie: 

— Widzisz tego starego czarnucha na pustym parkingu, Arch? Przychodzi tu co 

wieczór tak punktualnie, że można regulować zegarek. Widzisz go za tymi pokrzywami? 

Codziennie o wpół do dziewiątej wieczór bije w krzakach konia watą szklaną... Nazywają go 

Czarnuch Kaznodzieja. 

W ten sposób zorientowałem się mniej więcej, która jest godzina, a po jakichś 

dwudziestu minutach zacząłem czuć działanie hiszpańskiej muchy, którą zażyłem w aptece 

Parkera. Szedłem właśnie drogą do miasteczka czarnuchów i dotarłem do zakrętu koło 

Grennel Bóg... W budzie na zakręcie mieszkał kiedyś stary czarnuch... Spalili go w 

Cipolizowie... Dostał pryszczycy i oślepł... A ta biała dziewczyna z Texarkany zaczęła 

skrzeczeć: 

— Roy, ten stary czarnuch lubieżnie na mnie patrzy. Do licha, dostaję od tego gęsiej 

skórki! 

background image

— Nie martw się, słodziutka. Spalimy go. 

— Zróbcie to powoli, kochany. Rozbolała mnie przez niego głowa. Więc spalili 

czarnucha, a facet wrócił z żoną do Texarkany, nie płacąc za benzynę. Stara Lou, która 

prowadzi stację benzynową, mówiła o tym przez całą jesień: 

— Ci miastowi przyjeżdżają tutaj, palą czarnucha i nawet nie raczą zapłacić za 

benzynę. 

Cóż, budę rozebrał Chester Hoot i odbudował na tyłach swojego domu w Bied Yalley. 

Pokrył okna czarnym płótnem i nie wypada nawet mówić, co tam robi... Chester bywa 

naprawdę dziwny... Więc na tym zakręcie, gdzie stała kiedyś buda czarnucha, niedaleko domu 

starego Brooksa, zalewanego każdej wiosny przez powódź... tylko dom nie należał wtedy do 

Brooksa... mieszkał tam niejaki Scranton. W tysiąc dziewięćset dziewiętnastym szukali tam 

wody... Chyba znacie faceta, który to robił... Gość nazwiskiem Hump Clarence, dorabiał 

sobie różdżkarstwem... Fajny facet, trudno o drugiego takiego w Interzone... Więc to na tym 

zakręcie zobaczyłem nagle Teda Spigota, jak się pieprzył z kundlem... 

Lee odchrząknął. Prezes spojrzał nań znad okularów. 

PREZES: Jeśli wysłuchasz do końca tego, co chcę powiedzieć, zajmę się twoją 

sprawą, młody człowieku. 

Zaczai opowiadać anegdotkę o czarnuchu, który zaraził się wścieklizną od krowy. 

PREZES: Ojciec mówi do mnie: “Skończ robotę, synu, i chodźmy zobaczyć tego 

szalejącego czarnucha..." Przykuli go łańcuchem do łóżka; ryczał jak krowa... Szybko mi się 

znudziło. Cóż, proszę wybaczyć, ale mam interesik w wychodku, che, che, che... 

Lee słuchał z przerażeniem. Prezes spędzał niekiedy w wychodku długie tygodnie, 

żywiąc się skorpionami i studiując Montgomery Ward. Jego asystenci wyważali kilkakrotnie 

drzwi i wynosili go stamtąd w stanie kompletnego wyczerpania. Lee postanowił zgrać swój 

ostatni atut. 

LEE: Panie Anker, zwracam się do pana jak jeden członek Klubu Płetwali do 

drugiego. 

Wyciągnął legitymację klubu, pamiątkę z młodości, a prezes spojrzał na nią 

podejrzliwie. 

PREZES: Nie wyglądasz jak prawdziwy płetwal... Co sądzisz o gudłajach? 

LEE: Panie Anker, sam pan wie, że każdy żydzior marzy tylko o tym, by przelecieć 

chrześcijańską dziewczynę... Niedługo utniemy im całą resztę... 

PREZES: Cóż, gadasz rozsądnie jak na miastowego... Dowiedzcie się, czego chce, i 

zajmijcie się nim... Dobry z niego chłopak. 

background image
background image

 

INTERZONE 

 

Jedyny rodowity mieszkaniec Interzone, który nie jest pedałem, to szofer Andrew 

Keifa. Keif traktuje to jako użyteczny pretekst, by móc zerwać stosunki z każdym, z kim nie 

ma ochoty się widywać: “Zeszłego wieczoru próbowałeś uwieść Aracknida. Nie pokazuj się 

więcej w moim domu". Mieszkańcom Interzone zawsze urywa się wieczorem film i nikt 

nigdy nie może być pewien, że nie usiłował uwieść mało apetycznego Aracknida. 

Aracknid to kiepski szofer, ledwo umie prowadzić. Pewnego razu przejechał ciężarną 

góralkę z ładunkiem węgla drzewnego na plecach; poroniła na ulicy zakrwawione niemowlę. 

Keif siedział na krawężniku, mieszając krew patykiem, gdy tymczasem policjanci 

przesłuchiwali Aracknida i w końcu aresztowali góralkę za naruszanie przepisów sanitarnych. 

Aracknid jest ponurym, nieapetycznym młodzieńcem o pociągłej sinawej twarzy. Ma 

krogulczy nos i wielkie żółte zęby. Każdy może bez trudu znaleźć atrakcyjnego szofera, lecz 

Aracknida mógł znaleźć tylko Andrew Keif, błyskotliwy, dekadencki młody powieściopisarz 

mieszkający w przebudowanym pisuarze w dzielnicy domów publicznych. 

Interzone to jeden ogromny budynek. Ściany pokoi wykonano z rozciągliwego 

materiału, a gdy w pomieszczeniu znajduje się zbyt wielu ludzi, ktoś przelatuje z plaśnięciem 

przez  ścianę prosto do następnego pomieszczenia, następnego  łóżka, gdyż pokojami są 

zwykle łóżka, w których prowadzi się interesy. Cała Interzone brzęczy cicho jak ogromny ul 

w rytm seksu i handlu. 

— Dwie trzecie procenta. Nie ustąpię, choćbym pękł! 

— Ale gdzie są faktury, kochasiu? 

— Na pewno nie tam, gdzie ich szukasz. To byłoby zbyt oczywiste. 

— Kontener levisów z wszytymi fałszywymi genitaliami. Madę in Hollywood. 

— Hollywood w Syjamie. 

— Cóż, styl jest amerykański. 

— Jaka prowizja?... Prowizja... Prowizja... 

— Tak, złociutki,  ładunek wazeliny z oryginalnych odpadków wielorybich z 

południowego Atlantyku, przechodzący obecnie kwarantannę w Tierra del Fuego. Prowizja, 

mój drogi?! Jeśli zrobimy ten interes, będziemy się tarzać w szmalu! (Odpadki wielorybie to 

materiał gromadzący się w trakcie szlachtowania złowionego wieloryba. Ohydna substancja 

cuchnąca na milę rybami. Nikt jeszcze nie znalazł dla niej żadnego zastosowania). 

background image

Handlem wazeliną ma się zająć Interzone Imports S.A., firma prowadzona przez 

Mandego i Leifa, którzy specjalizują się w farmaceutykach i prowadzą całodobową poradnię 

wenerologiczną (wykryli jak dotąd sześć nowych chorób wenerycznych). 

Marvie i Leif rzucają się w wir interesów. Wynajmują greckiego agenta okrętowego i 

przekupują grupę celników. Jednakże wnet zaczynają się kłócić i w końcu donoszą na siebie 

do ambasady, skąd zostają odesłani do Wydziału Nic Nas To Nie Obchodzi, po czym 

wylatują tylnymi drzwiami na pokryty łajnem pusty parking, gdzie sępy walczą o rybie 

głowy. Histerycznie grożą sobie pięściami. 

— Chcesz mnie okraść z prowizji! 

— Prowizji?! A kto wyniuchał ten genialny interes?! 

— Ale to ja mam fakturę! 

— Łajdaku! Nigdy nie zobaczysz faktury, jeśli ja się na to nie zgodzę! 

— Cóż, pocałujmy się i pogódźmy. Nie jestem podły ani nikczemny. 

Ściskają sobie bez entuzjazmu ręce i całują się w policzki. Realizacja umowy ciągnie 

się miesiącami. Angażują ekspedytora. Na koniec Marvie otrzymuje czek na czterdzieści dwa 

kurdy turkiestańskie, które mają nadejść przelewem przez Amsterdam z anonimowego banku 

w Ameryce Łacińskiej: zajmie to mniej więcej jedenaście miesięcy. 

Wreszcie możemy się odprężyć w kafejce. Marvie pokazuje mi kserokopię czeku. 

Naturalnie nie nosi przy sobie oryginału, aby jakiś zawistnik nie opluł podpisu zmywaczem 

atramentu ani nie uszkodził w inny sposób. 

Namawiamy go, by uczcił sukces, stawiając wszystkim kolejkę, ale on śmieje się 

jowialnie i mówi: 

— W istocie rzeczy nie stać mnie na drinka. Wydałem już całą sumę na lekarstwo na 

rzeżączkę Alego. Ma ją znowu z przodu i z tyłu. O mało nie wyrzuciłem go przez ścianę do 

następnego łóżka, ale wszyscy wiecie, jaki jestem sentymentalny. 

Marvie kupuje sobie jednak szklankę piwa, wyciągnąwszy z rozporka poczerniałą 

monetę. 

— Reszty nie trzeba. 

Kelner kładzie monetę na śmietniczce, pluje na stół i odchodzi. 

— Dupek! Zazdrości mi zarobku! 

Marvie przebywa w Interzone “od zeszłego roku", jak to określa. Jest na emeryturze 

— poprzednio pracował “dla dobra służby" na jakimś trudnym do określenia stanowisku w 

Departamencie Stanu. Był kiedyś bardzo przystojnym, 

krótko ostrzyżonym chłopcem, lecz obecnie ma nalaną, tęgą twarz i dwa podbródki. 

background image

Przytył także w biodrach.  

Pechowy Leif jest wysokim, chudym Norwegiem z przepaską na oku i uniżonym 

uśmiechem zastygłym na twarzy. Jego życie to pasmo nieudanych przedsięwzięć. Splajtował 

jako hodowca żab, szynszyli, syjamskich ryb bojowych i perłopławów. Usiłował bez 

powodzenia promować dwuosobowe trumny Gniazdko Kochanków, zmonopolizować rynek 

prezerwatyw w okresie niedoboru gumy, prowadzić pocztowy burdel wysyłkowy i 

opatentować penicylinę. Przegrał ogromne sumy w kasynach europejskich i na wyścigach 

konnych w USA, stosując rujnujące systemy zakładów. Porażkom w interesach towarzyszył 

straszliwy pech w życiu osobistym. Banda rozbestwionych marynarzy amerykańskich wybiła 

mu w Brooklynie przednie zęby. Wypił kiedyś w Panamie litr nalewki opiumowej i zemdlał 

w parku, po czym sępy wydziobały mu oko. Przez pięć dni tkwił uwięziony w windzie, 

cierpiąc męki głodu narkotycznego, i przeżył atak biegunki, płynąc statkiem ukryty w 

schowku na szczotki. Kiedyś zachorował w Kairze na zapalenie otrzewnej; szpital okazał się 

tak przepełniony,  że Leifa umieszczono w toalecie. Grecki chirurg zaszył w nim podczas 

operacji  żywą małpę, po czym nieszczęsnego pacjenta zgwałcili zbiorowo arabscy 

sanitariusze, a jeden z posługaczy ukradł mu penicylinę, zastępując ją proszkiem do 

szorowania klozetów. Pewnego razu dostał syfa w tyłku i angielski lekarz wyleczył go 

lewatywą z wrzącego kwasu siarkowego; kiedy indziej lekarz niemiecki, zwolennik tak 

zwanej “medycyny technicznej", usunął mu wyrostek robaczkowy zardzewiałym 

otwieraczem do konserw i nożycami do cięcia blachy (uważał teorię bakteryjnego 

pochodzenia chorób za absurd). Zadowolony z sukcesu, wyciął Leifowi prawie wszystkie 

narządy wewnętrzne. “Ciało ludzkie jest pełne niepotrzebnych części. Po co od razu dwie 

nerki? Wystarczy jedna... Organy nie powinny być tak ściśnięte. Potrzebują Lebensraumu, 

podobnie jak Vaterland". 

Ekspedytor nie otrzymał jak dotąd wynagrodzenia, a Manie musiał zwodzić go jeszcze 

przez jedenaście miesięcy, aż do realizacji czeku. Ekspedytor przyszedł podobno na świat na 

promie kursującym między Interzone a Wyspą. Zajmował się przyśpieszaniem dostaw 

towarów. Nikt nie wiedział na pewno, czyjego usługi mają jakąkolwiek wartość, a samo 

wymienienie jego nazwiska zawsze doprowadzało do kłótni. Rozmówcy dzielili się 

natychmiast na jego zwolenników i przeciwników: pierwsi twierdzili, że im pomógł, drudzy 

zaś, iż okazał się kompletnie bezużyteczny. 

Wyspa, leżąca tuż koło Interzone, jest bazą brytyjskiej piechoty i marynarki wojennej. 

Anglia dzierżawi wyspę za darmo, formalnie odnawiając dzierżawę na początku każdego 

roku. Na miejskim wysypisku śmieci zbiera się wówczas cała ludność Wyspy — obecność 

background image

jest obowiązkowa. Prezydent Wyspy czołga się przez śmieci ku gubernatorowi brytyjskiemu, 

odzianemu w nieskazitelny mundur wojskowy, po czym wręcza mu akt przedłużenia 

dzierżawy, podpisany przez wszystkich mieszkańców. Gubernator przyjmuje dokument i 

chowa do kieszeni. 

— Więc zdecydowaliście się pozwolić nam pozostać na następny rok? To miło z 

waszej strony. I wszyscy są z tego zadowoleni?... Czy jest ktoś niezadowolony? 

Żołnierze w dżipach celują w tłum z karabinów maszynowych, przesuwając powoli 

lufy tam i z powrotem. 

— Wszyscy zadowoleni? Świetnie. — Uśmiecha się jowialnie do klęczącego 

prezydenta. — Zatrzymam wasz dokument na wypadek, gdybyście się rozmyślili. Cha! Cha! 

Cha! — Jego głośny, metaliczny śmiech dudni nad wysypiskiem śmieci, a tłum wtóruje pod 

lufami karabinów. 

Na Wyspie skrupulatnie przestrzega się reguł demokracji. Istnieje dwuizbowy 

parlament, nieustannie debatujący na temat wywozu śmieci i inspekcji wychodków, jedynych 

spraw, nad którymi ma jurysdykcję. Przez krótki okres w połowie dziewiętnastego wieku 

parlament sprawował kontrolę nad Ministerstwem Hodowli Pawianów, jednakże przywilej 

ten cofnięto ze względu na ciągłą absencję senatorów. 

Pawiany sprowadzili z Trypolisu na wyspę piraci w siedemnastym wieku. Istnieje 

legenda, że jeśli pawiany opuszczą Wyspę, padnie ona łupem najeźdźców. Tożsamość owych 

najeźdźców pozostaje całkowitą tajemnicą, jednakże zabicie pawiana jest przestępstwem 

karanym śmiercią, choć złośliwe małpy dręczą mieszkańców w niemożliwy sposób. Od czasu 

do czasu któryś z wyspiarzy dostaje amoku, zabija kilkanaście pawianów, po czym popełnia 

samobójstwo. 

Prezydentem wybiera się zawsze jakiegoś szczególnie niepopularnego i 

znienawidzonego osobnika. Prezydentura to największe nieszczęście i hańba, jakie może 

spotkać mieszkańca Wyspy. Prezydenci są narażeni na takie upokorzeni że tylko nieliczni 

sprawują urząd przez całą pięcioletnią kadencję; zwykle umierają po roku czy dwóch, 

kompletnie załamani. Ekspedytor był prezydentem przez całe pięć lat. Później zmienił 

nazwisko i poddał się operacji plastycznej, aby zapomnieć o hańbie. 

— Tak, naturalnie, że panu zapłacimy... — tłumaczył ekspedytorowi Marvie. — 

Proszę spokojnie czekać. Może to trochę potrwać... 

— Spokojnie czekać?! Niech pan posłucha... 

— Tak, wiem, bank zamierza odebrać sztuczną nerkę pańskiej żony, bo nie płaci pan 

rat... Odłączą pańską babkę od płucoserca. 

background image

— To doprawdy niesmaczne, chłopcze... Szczerze mówiąc, żałuję, że w ogóle się tym 

zająłem. Ten cholerny smalec ma w sobie za dużo kwasu siarkowego. W zeszłym tygodniu 

odwiedziłem skład celny, wsadziłem do beczki kij od szczotki i smalec natychmiast go zżarł. 

Poza tym straszliwie śmierdzi. Powinien się pan wybrać na spacer koło portu. 

— Nawet nie zamierzam! — zaskrzeczał Marvie. W Interzone nie wolno nawet 

zbliżać się do tego, czym się handluje. Rodzą się wówczas podejrzenia, że jest się detalistą, 

czyli w istocie pospolitym kramarzem. Duża ilość towarów w Interzone jest sprzedawana 

przez handlarzy ulicznych. 

— Dlaczego mówi mi pan to wszystko? To obrzydliwe! Niech się o to martwią 

detaliści! 

— Och, wam nie robi to żadnej różnicy, możecie zawsze dać nogę... Aleja muszę dbać 

o opinię... Będzie z tego afera. 

— Sugeruje pan, że ta transakcja jest nielegalna? 

— Nie nielegalna, tylko podejrzana. Bardzo podejrzana. 

— Wracaj na Wyspę! Sprzedawałeś kiedyś swój tyłek w pisuarach za pięć peset! 

— I nie było wielu chętnych — wtrącił Leif. 

Ekspedytor nie mógł znieść aluzji do swojego wyspiarskiego pochodzenia. Wstał, 

umiejętnie naśladując obrażonego angielskiego dżentelmena i szykując się do druzgocącej 

riposty, lecz zamiast tego na jego wargach pojawił się uśmiech skopanego kundla. W świetle 

łukowym nienawiści objawiło się jego oblicze sprzed operacji plastycznej... Zaczai miotać 

przekleństwa ohydnym gardłowym narzeczem wyspiarzy. 

Wyspiarze udają,  że nie rozumieją tego języka, lub w żywe oczy zaprzeczają jego 

istnieniu. 

— Jesteśmy Brytyjczykami — twierdzą. — Nie mówimy żadnym przeklętym 

narzeczem. 

Ekspedytor zaczyna bryzgać kropelkami śliny i wydziela falę smrodu, która otacza go 

niczym zielonkawa mgiełka. Marvie i Leif odsuwają się, dygocąc ze strachu. 

— Zwariował! — woła Marvie. — Zabierajmy się stąd! Dają nurka w mgłę, która wisi 

zimą nad Interzone niczym opary łaźni tureckiej. 

background image

EGZAMIN 

 

Carl Peterson znalazł w swojej skrytce kartę pocztową Iz nakazem stawienia się o 

dziesiątej u doktora Benwaya j w Ministerstwie Higieny Psychicznej i Profilaktyki... 

“Czego, do licha, mogą ode mnie chcieć? — pomyślał z irytacją. — To chyba jakaś 

pomyłka". Wiedział jednak, że ministerstwo nie popełnia pomyłek... Z pewnością nie |myli 

ludzi... 

Carlowi nie przyszłoby nawet do głowy się nie stawić, j choć nie grozi za to żadna 

kara... Freelandia to państwo dobrobytu... Jeśli obywatel czegokolwiek potrzebuje, od worka 

mąki poczynając, a na partnerze erotycznym kończąc, odpowiednie ministerstwo natychmiast 

zaspokaja jego zachciankę. Groźba zawarta w tej wszechogarniającej usłużności tłamsi 

wszelkie myśli o buncie... 

Carl przeszedł przez plac ratuszowy... W lśniących kaskadach wody pławiły się 

gigantyczne posągi nagich mężczyzn z mosiężnymi genitaliami... Na niebie widać było 

kopułę ratusza. 

Spojrzał na amerykańskiego homoseksualistę, który spuścił wzrok i zajął się regulacją 

obiektywu swojej leiki... 

Carl wkroczył w stalowy emaliowany labirynt ministerstwa, podszedł do okienka 

informacji... i pokazał wezwanie. 

— Piąte piętro... pokój dwadzieścia sześć. W pokoju numer dwadzieścia sześć 

powitała go pielęgniarka, która spojrzała nań zimnymi podwodnymi oczyma. 

— Doktor Benway oczekuje pana — rzekła z uśmiechem. — Proszę wejść. 

“Jakby nie miał nic lepszego do roboty, tylko czekać na mnie" — pomyślał Carl. 

W gabinecie, wypełnionym mlecznobiałą poświatą, panowała absolutna cisza. 

Doktor uścisnął dłoń Carla, spoglądając na jego pierś... 

“Już go gdzieś widziałem — pomyślał Carl. — Tylko gdzie?" 

Usiadł i skrzyżował nogi. Zerknął na popielniczkę na biurku i zapalił papierosa... 

Patrzył na doktora nieruchomym pytającym wzrokiem, w którym krył się cień bezczelności. 

Doktor wydawał się zawstydzony... Wiercił się... pokasływał... przekładał papiery... 

— Hmmmm... — mruknął w końcu. — Pan Carl Peterson, jak sądzę... — 

Profesorskim gestem zsunął okulary na czubek nosa... Carl skinął w milczeniu głową... 

Doktor nie patrzył na niego, lecz jednak zauważył ten ruch... Nasunął palcem okulary na 

właściwe miejsce, po czym otworzył teczkę leżącą na białym emaliowanym blacie biurka. 

background image

— Mmmmmmmm. Carl Peterson — powtórzył pieszczotliwym tonem, zacisnął wargi 

i pokiwał głową. — Wie pan, oczywiście, że próbujemy — odezwał się nagle. — Wszyscy 

próbujemy, choć nie zawsze nam się udaje. — Umilkł i przyłożył dłoń do czoła. — Usiłujemy 

przystosować państwo do potrzeb obywateli: uczynić je tylko narzędziem! — Jego głos 

zabrzmiał niespodziewanie głęboko i donośnie, a Carl wzdrygnął się. — Uważamy to za 

jedyną funkcję państwa. Nasza wiedza... naturalnie niepełna... — Machnął pogardliwie 

dłonią... — Weźmy na przykład... kwestię, hm, dewiacji seksualnych. — Zaczął się huśtać na 

fotelu i Carl poczuł się nagle nieswojo. — Uważamy to za nieszczęście... chorobę nie 

różniącą się zbytnio od, powiedzmy, gruźlicy... Tak, gruźlicy — powtórzył z naciskiem, jakby 

Carl próbował oponować. — Z drugiej strony każda choroba nakłada pewne zobowiązania na 

władze odpowiedzialne za zdrowie publiczne, choć należy przy tym minimalizować 

ewentualne przykrości nieszczęsnego osobnika, który bez własnej winy uległ infekcji... 

Oczywiście mam na myśli minimalizację przykrości pozwalających skutecznie zabezpieczyć 

zdrowych obywateli... Przymusowe szczepienia ochronne przeciw ospie nie uchodzą za nic 

zdrożnego... Podobnie jak kwarantanna chorób zakaźnych... Z pewnością przyzna pan, iż 

osoby zarażone tak zwaną  les malades gallants, che, che, che, powinny być kierowane na 

przymusowe leczenie. — Doktor chichotał i huśtał się w fotelu niczym mechaniczna 

zabawka... Carl zorientował się, że Benway oczekuje jakiegoś komentarza. 

— Brzmi to rozsądnie — rzekł. 

Doktor przestał się śmiać. Nagle znieruchomiał. 

— Wróćmy teraz do kwestii, hm, dewiacji seksualnych. Szczerze mówiąc, nie 

rozumiemy do końca, dlaczego niektórzy ludzie wolą seksualne towarzystwo przedstawicieli 

własnej płci. Wiemy jednak, iż zjawisko to jest dość pospolite i że w pewnych 

okolicznościach przysparza naszemu resortowi sporych kłopotów. 

Benway po raz pierwszy spojrzał na Carla. W jego oczach nie było ciepła ani 

nienawiści, ani żadnych uczuć znanych Carlowi z doświadczenia: były to oczy chłodne i 

pełne napięcia, drapieżne i nieludzkie. Carl miał przez chwilę wrażenie,  że znalazł się w 

podwodnej grocie, odcięty od źródeł ciepła i pewności. Jego obraz samego siebie — 

spokojnego, słuchającego z lekką pogardą wykładu Benway a — przyblakł, jakby 

mlecznobiała poświata wysysała z niego siły żywotne. 

— Leczenie owych chorób jest w chwili obecnej, hm, objawowe. 

Benway odchylił się nagle do tyłu i wybuchnął metalicznym śmiechem. Carl patrzył 

nań z przerażeniem. “To wariat" — pomyślał. Twarz doktora stała się nagle nieprzenikniona 

jak u pokerzysty. Carl poczuł nagle dziwny ucisk w brzuchu, jakby jechał szybkobieżną 

background image

windą. 

Doktor spojrzał na teczkę leżącą na biurku i odezwał się nieco protekcjonalnym 

tonem: 

— Proszę się nie obawiać, młody człowieku. To tylko żart zawodowy. Kiedy lekarze 

określają leczenie jako objawowe, znaczy to, że choroba jest nieuleczalna i można tylko ulżyć 

cierpieniom pacjenta. Zresztą to właśnie staramy się robić. — Carl znów poczuł chłodne 

muśnięcie spojrzenia doktora. — Próbujemy przywrócić homoseksualistom poczucie własnej 

wartości i naturalnie zapewniamy stosowne ujście energii seksualnej z osobnikami o 

podobnych skłonnościach. Izolacja nie bywa wskazana, gdyż homoseksualizm jest równie 

mało zakaźny jak rak. Rak, moja pierwsza miłość... — Doktor umilkł. Wydawało się,  że 

wyszedł przez niewidzialne drzwi, pozostawiając przy biurku puste ciało. — Cóż, może się 

pan dziwi, dlaczego w ogóle zajmujemy się tą sprawą? — spytał nagle rześkim głosem i na 

jego wargach pojawił się  uśmiech jasny i chłodny niczym śnieg w blasku słońca. Carl 

wzruszył ramionami. 

— To nie moja sprawa... Zastanawiam się tylko, dlaczego mnie tu wezwano i 

dlaczego mówi mi pan te... te... 

— Nonsensy? 

Carl mimo woli się zarumienił, a doktor odchylił się do tyłu i złączył koniuszki 

palców. 

— Młodzi zawsze się śpieszą — rzekł mentorskim tonem. — Pewnego dnia nauczy 

się pan, co znaczy cierpliwość. Nie, Carl... Wolno mi się tak do pana zwracać?... Nie unikam 

odpowiedzi na pańskie pytanie. W razie podejrzenia gruźlicy właściwy wydział ministerstwa 

może poprosić chorego, a nawet zażądać od niego, by się poddał badaniu fluoroskopowemu. 

To rutynowa procedura, rozumie pan. Większość takich badań daje wynik ujemny. Można 

powiedzieć, że wezwaliśmy pana, by poddał się pan swego rodzaju fluoroskopii psychicznej. 

Muszę dodać,  że po naszej rozmowie jestem względnie pewny, że rezultat okaże się 

negatywny... 

— Przecież to śmiechu warte. Zawsze interesowałem się tylko dziewczętami. Mam w 

tej chwili narzeczoną i zamierzam się ożenić.  

— Tak, Carl, wiem. I właśnie dlatego jest pan tutaj. Badanie krwi przed zawarciem 

małżeństwa, to przecież rozsądne, prawda? 

— Proszę, doktorze, niech pan mówi bez ogródek. Doktor wydawał się nie słyszeć. 

Wstał z krzesła i zaczai chodzić po gabinecie, mówiąc leniwym, cichym głosem: 

— Zdradzę ci w największej tajemnicy, drogi chłopcze,  że mamy dowody działania 

background image

czynnika dziedzicznego. Wpływy  środowiskowe. Wielu ukrytych lub jawnych 

homoseksualistów zawiera niestety związki małżeńskie. Kończą się one często... Urazy 

dzieciństwa... — Doktor mówił i mówił bez końca. Mówił o schizofrenii, raku, obciążeniu 

dziedzicznym. 

Carl zdrzemnął się na chwilę. Otwierał zielone drzwi. Poczuł nagle ohydny smród i 

zbudził się nagle. Głos doktora był dziwnie jednostajny i martwy; kojarzył się z szeptem 

narkomana: 

— Test Kleiberga-Stanisławskiego na kłaczkowanie nasienia... Użyteczne narzędzie 

diagnostyczne... Wskazuje przynajmniej na brak potencjalnych skłonności... W pewnych 

przypadkach, na tle całości obrazu... — Głos doktora stał się nagle piskliwy i donośny. — 

Pielęgniarka pobierze, hm, próbkę. 

— Proszę tu. — Pielęgniarka otworzyła drzwi do pustej małej salki o białych 

ścianach. Wręczyła Carlowi słoiczek. — Jak będzie pan gotów, proszę zawołać. 

Carl zawstydził się, jakby własna matka ofiarowała mu chusteczkę z wyhaftowanym 

nieprzyzwoitym napisem. Ejakulował do słoiczka, brutalnie pieprząc pielęgniarkę opartą o 

ścianę z przejrzystych cegiełek. 

“Stara szklana cipa" — pomyślał szyderczo i zobaczył w świetle zorzy polarnej cipę 

pełną odłamków kolorowego szkła. 

Umył penis i zapiął rozporek. 

Coś obserwowało każdą jego myśl z zimną, cyniczną nienawiścią,  śledząc skurcze 

moszny i odbytnicy. Znajdował się w pokoju wypełnionym zielonkawą poświatą. 

Umeblowanie składało się z łoża małżeńskiego i czarnej szafy z wielkim lustrem. Nie 

widział  własnej twarzy. W czarnym fotelu klubowym siedział człowiek w białej koszuli i 

brudnym papierowym krawacie. Miał opuchniętą, nalaną twarz i gorączkowo płonące oczy. 

— Coś nie w porządku? — spytała obojętnie pielęgniarka. Podała Carlowi szklankę 

wody i z wyniosłą pogardą obserwowała, jak pije. Odwróciła się i z wyraźnym niesmakiem 

wzięła do ręki słoiczek. — Czeka pan jeszcze na coś? — spytała nagle ostrym tonem. Ostatni 

raz zwracano się w ten sposób do Carla w dzieciństwie. 

— Nie, dlaczego? 

— Wobec tego może pan już  iść — rzekła i zajęła się  słoiczkiem. Z cichym 

okrzykiem obrzydzenia otarła z ręki kroplę spermy. 

Carl podszedł do drzwi. 

— Czy mam wyznaczony termin następnej wizyty? Spojrzała nań z dezaprobatą i 

zdziwieniem. 

background image

— Otrzyma pan wezwanie, rzecz jasna. 

Stojąc w progu małej salki patrzyła, jak Carl przechodzi przez poczekalnię i otwiera 

drzwi. Odwrócił się i zawadiacko pomachał jej ręką. Nie poruszyła się ani nie zmieniła 

wyrazu twarzy. Kiedy schodził po schodach z policzkami płonącymi ze wstydu, na jego 

wargach błąkał się fałszywy uśmiech. Homoseksualista spojrzał nań i uniósł znacząco brew. 

— Coś nie tak? 

Carl pobiegł do parku i usiadł na pustej ławce koło brązowego fauna z cymbałami. 

— Opowiedz mi o wszystkim, mały. Od razu poczujesz się lepiej — rzekł 

Amerykanin, pochyliwszy się nad Carlem: jego aparat fotograficzny kołysał się przed twarzą 

młodego człowieka niczym olbrzymia kobieca pierś. 

— Spierdalaj! 

W zwierzęcych brązowych oczach pedała kryło się coś podłego i wstrętnego. -II;, 

— Och, na twoim miejscu bym nie przeklinał, dziubdziusiu. Też jesteś na haku. 

Widziałem, jak wychodziłeś z instytutu. 

— Co przez to rozumiesz? - spytał ostro Carl. 

— Och, nic. Zupełnie nic.  

 

— No cóż, Carl — zaczął doktor, uśmiechając się i patrząc na usta młodego 

człowieka. — Mam dla ciebie dobrą wiadomość. — Podniósł z biurka arkusik błękitnego 

papieru i demonstracyjnie skupił na nim wzrok. — Twój test... test Robinsona-Kleiberga na 

kłaczkowanie nasienia... 

— Zdawało mi się,  że to test Blomberga-Stanisławskiego — przerwał Carl. Doktor 

zachichotał. 

— Och, skądże znowu... Wyprzedzasz mnie, młody człowieku. Chyba źle mnie 

zrozumiałeś. Test Blomberga-Stanisławskiego to zupełnie inna para kaloszy. Mam szczerą 

nadzieję, że okaże się niepotrzebny... — Znów zachichotał. — Jednakże tymczasem wyniki 

testu KS wydają się... — Przyglądał się arkusikowi, trzymając go na odległość ramienia — 

...wydają się najzupełniej ujemne. Więc może nie będziemy już dłużej sprawiać ci przykrości. 

A więc... — Złożył starannie arkusik i schował do teczki. Przerzucił znajdujące się w niej 

dokumenty. Na koniec zmarszczył brwi i zacisnął wargi. Zamknął teczkę, położył na niej dłoń 

i pochylił się do przodu. — Kiedy służyłeś w wojsku, Carl... musiały być... w istocie na 

pewno były długie okresy, gdy byłeś pozbawiony, hm, przyjemności obcowania z płcią 

piękną. Podczas owych bez wątpienia przykrych i trudnych okresów miałeś na pewno zdjęcia 

ładnych dziewcząt, prawda? A może nawet cały ich harem? Che, che, che... 

background image

Carl spojrzał na doktora z wyraźnym niesmakiem. 

— Tak, oczywiście — odpowiedział. — Wszyscy mieliśmy takie zdjęcia. 

— A teraz, Carl, chciałbym ci pokazać kilka takich zdjęć. — Benway wyjął z szuflady 

kopertę. — Wybierz, proszę, dziewczynę, pierwszą lepszą dziewczynę! 

Carl wyciągnął zdrętwiałe palce i dotknął jednej z podobizn. Doktor schował 

fotografię z powrotem do pliku zdjęć, potasował je z wprawą zawodowego szulera i znów 

rozłożył przed Carlem. 

— Jest tutaj? 

Carl pokręcił przecząco głową. 

— Naturalnie, że nie. Jest tam, gdzie jej miejsce. A gdzie jest miejsce kobiety?! — 

Benway otworzył teczkę i wyciągnął fotografię dziewczyny przyczepioną do testu 

Rorschacha. — Czy to ona? i Carl skinął głową w milczeniu. 

 — Masz dobry gust, chłopcze. Mówiąc w największej tajemnicy, niektóre z owych 

dziewcząt to w istocie chłopcy... — Zręcznymi palcami szulera zaczął przekładać fotografie, 

jakby grał w trzy karty. — Pedały, prawda? — Jego brwi poruszały się w górę i w dół z 

niewiarygodną szybkością. Carl nie dostrzegł w zdjęciach niczego niezwykłego. Twarz 

doktora po drugiej stronie biurka była absolutnie nieruchoma i pozbawiona wyrazu. Carl 

znów poczuł lekkie ściskanie w brzuchu i genitaliach, jakby znajdował się w szybkobieżnej 

windzie. 

— Pokonujesz nasz mały tor przeszkód w imponującym stylu, Carl... Chyba myślisz, 

że to trochę niemądre, co? 

— Prawdę mówiąc... tak. 

— Jesteś szczery... To dobrze... A teraz, Carl... — Przeciągnął pieszczotliwie imię 

młodego człowieka niczym stary pedał zamierzający poczęstować cię papierosem marki “Old 

Gold". 

Gliniarze mają swoje sztuczki. 

— Dlaczego nie zaproponujesz czegoś porucznikowi? — pyta, kiwając głową w 

stronę swojego rozjarzonego super-ego, które nazywa zawsze porucznikiem. — Porucznik 

jest właśnie taki: grasz z nim uczciwie, to on także gra z tobą uczciwie... Potraktujemy cię 

łagodnie... Jeśli nam pomożesz. 

W jego słowach otwiera się panorama kafeterii, rogów ulic i barów. Narkomani 

odwracają wzrok, ładując sobie w kanał. 

— Pedał się myli. 

Obżarty barbituranami pedał rozwalił się w klubowym fotelu z wyciągniętym 

background image

językiem. 

Wstaje w transie i wiesza się, nie zmieniając wyrazu twarzy ani nie chowając języka. 

Rucha go w tyłek. 

— Znasz Marty'ego Steela? — Ruchnięcie. 

— Tak. 

— Możesz od niego kupić? — Ruchnięcie. Ruchnięcie 

— Kiepska sprawa. 

— Ale możesz, co? — Ruchnięcie, ruchnięcie. — Sprzedał ci w zeszłym tygodniu. — 

Ruchnięcie... ruchnięcie ruchnięcie... — Możesz od niego kupić na przykład dzisiaj. — 

Spokój. 

— Nie! Nie! Tylko nie to!! 

— Posłuchaj: będziesz grzeczny... — trzy złośliwe ruchnięcia — ...albo wyrucha cię 

porucznik. Co wolisz? — Unosi pytająco brew. 

— A więc, Carl, czy mógłbyś mi powiedzieć, ile razy i w jakich okolicznościach 

oddawałeś się praktykom homoseksualnym? — Głos Benwaya cichnie. — Jeśli nigdy tego 

nie robiłeś, uznam cię za dość nietypowego młodego człowieka. — Unosi upominające palec. 

— Tak czy owak... — Puka w teczkę i uśmiecha się obleśnie. Carl spostrzega, że teczka ma 

piętnaście centymetrów grubości. Wygląda, jakby znacznie pogrubiała, odkąd wszedł do 

gabinetu. 

— Cóż, w czasie służby wojskowej... pedały robiły mi propozycje i czasami... jak 

byłem zupełnie spłukany... 

— Ależ oczywiście, Carl! — uśmiecha się serdecznie doktor. — Na twoim miejscu 

zrobiłbym to samo, nie wstydzę się tego powiedzieć, che, che, che... Cóż, pomińmy te 

najzupełniej zrozumiałe sposoby, hm, polepszenia stanu swojego portfela. A czy istniały 

również sytuacje, gdy czynniki ekonomiczne nie odgrywały żadnej roli? — Palec pukający w 

teczkę pachnie chlorem i stęchlizną, kojarzącą się z nie mytymi jądrami. 

W mózgu Carla eksplodowały zielone sztuczne ognie. Ujrzał chude, opalone ciało 

zbliżającego się Hansa, poczuł czyjś przyśpieszony oddech. Sztuczne ognie zgasły. Zadygotał 

z odrazy i zerwał się na równe nogi, trzęsąc się z wściekłości. 

— Co pan tam pisze? — spytał ostro. 

— Często zapadasz w ten sposób w drzemkę w środku 

rozmowy?... 

— Nie spałem.  

— Doprawdy? 

background image

— Po prostu cała ta sytuacja jest zupełnie nierealna... Wychodzę. Mam to w nosie. Nie 

może mnie pan zmusić do pozostania. 

Ruszył w stronę drzwi. Szedł i szedł, jego nogi stały się ciężkie jak ołów, a drzwi były 

coraz dalej. 

— Dokąd idziesz, Carl? — spytał doktor głosem dobiegającym z wielkiej odległości. 

— Wychodzę... przez drzwi... 

— Zielone drzwi, Carl? 

Doktor mówił ledwo słyszalnym szeptem. Gabinet eksplodował w przestrzeni. 

background image

 

CZY WIDZIAŁEŚ PANTOPONOWĄ RÓŻĘ? 

 

Trzymaj się z dala od Queen's Plaza, synu... Pełno tam pedałów chcących uwieść 

młodego  ćpuna... Za wiele poziomów... Ze schowka na miotły bucha żar... Płonące lwy 

atakują biedną pijaczkę... Dostaje kopa gratis od nowojorskich ćpunów... 

Pedale, Kapusiu, Irlandczyku, Żeglarzu, strzeżcie się... Popatrzcie wzdłuż tej drogi, 

nim nią pójdziecie... Żeglarz i Irlandczyk powiesili się w katakumbach... Kapuś zmarł z 

przedawkowania, a Pedał zwariował... 

Obok przejeżdża metro z czarnym żelaznym rykiem... 

— Queen's Plaża to złe miejsce... Za wiele poziomów i schowków... 

— Czy widziałeś Pantoponową Różę? — spytał stary ćpun, włożył czarny płaszcz i 

poszedł na plac... W bramach przy Market Street wszystkie rodzaje masturbacji i perwersji. 

Szczególnie potrzebują tego młodzi chłopcy. 

Do rzeki stacza się zabetonowany gangster... Załatwili go w łaźni... Czy to Wiśniowy 

Gio, czy Gillig z Westminster Place? Tylko martwe palce mówią Braille'em... 

Missisipi toczy cichą uliczką wielkie wapienne głazy... 

— Rył go w gil! — wrzasnął Kapitan. 

Odległe burczenie w brzuchu... Z zorzy polarnej spadają zatrute gołębie... Fontanny są 

puste: ...Mosiężne posągi kroczą przez głodne place i zaułki Miasta... 

Szukanie żyły o świcie chorym na mak... 

Tylko syrop od kaszlu... 

Tysiące narkomanów szturmuje krystaliczne kliniki kręgosłupa, gotuje Szare Damy... 

W wapiennej jaskini człowiek z głową meduzy powiedział do celnika: “Bądź 

ostrożny"... Ręka zastygła centymetr od tyłka... 

Po stacji metra biegną krzycząc dekoratorzy, biją kasjerów... 

— Wielokrotne złamanie — rzekł gruby lekarz. — Jestem specjalistą... 

W bramach śliskich od plwociny Kocha szaleje ostentacyjna konsumpcja... 

Stonoga trze pyskiem o zardzewiałe  żelazne drzwi przeżarte przez mocz miliona 

wróżek... 

To nie bogactwo doznań, ale zgniły proch, żyła potarta używaną watą... 

background image

KOKAINOWE ROBACZKI 

 

Szary pilśniowy kapelusz i czarny płaszcz  Żeglarza skręcają się od głodu. W 

porannym słońcu widać jego sylwetkę w pomarańczowej aureoli morfiny. Pod filiżanką kawy 

leży papierowa serwetka — znak tych, co przesiadują w kafejkach, restauracjach, barach i 

poczekalniach świata. Ćpun, nawet taki jak Żeglarz, żyje w czasie narkotyku, a gdy wkracza 

w czas innych, musi czekać, jak wszyscy petenci. (Ile kaw na godzinę?) 

Do środka wszedł chłopiec i usiadł przy barze, czekając na głodzie. Żeglarz zadygotał. 

Jego twarz zmętniała, otoczona brązową mgiełką, a dłonie poruszały się po stole czytając 

Braille'a chłopca. Patrzył na kędziory kasztanowych włosów na jego szyi.   

Chłopiec poruszył się i podrapał po karku.  

—   Coś mnie ugryzło, Joe. Co za spelunkę prowadzisz? 

— Kokainowe robaczki, synu — odpowiedział Joe, unosząc jaja ku światłu.  

— Podróżowałem z Irenę Kelly, zabawną babką. W Butte w Montanie dostała kokainowych 

robaczków i biegała po hotelu wrzeszcząc, że chińscy policjanci gonią ją z tasakami do mięsa. 

Znałem gliniarza w Chicago, który wąchał kokę w postaci kryształów, błękitnych kryształów. 

Zwariował i zaczął wrzeszczeć, że gonią go agenci FBI, po czym wybiegł na ulicę i wsadził 

głowę do kubła na śmieci. 

“Co robisz?" — spytałem, a on odpowiedział: “Odejdź, bo cię zastrzelę! Dobrze się 

schowałem!" Wszyscy stawimy się na apel w niebie, prawda? 

Joe spojrzał na Żeglarza i rozłożył ręce, wzruszając ramionami. Ii 

— Straciłeś dealera, synu — odezwał się  Żeglarz, rozdzielając słowa chłodnymi 

palcami. 

Chłopiec spłoszył się. Jego twarz pokryta czarnymi bliznami ćpania zachowała dziki, 

niewinny wyraz: nieśmiałe zwierzęta wyglądające zza szarych arabesek trwogi. 

— Nie kapuję, Jack. 

Obraz Żeglarza wyostrzył się nagle. Odwinął klapę marynarki, pokazując zaśniedziałą 

igłę do zastrzyków. 

— Dla dobra służby przeszedłem na emeryturę... Usiądź i poczęstuj się jagodzianką... 

Twoja małpa je uwielbia... Ma po nich miękkie, lśniące futro... 

Chłopiec poczuł dotknięcie na ramieniu i nagle coś wciągnęło go za przepierzenie, aż 

wylądował na krześle z cichym plaśnięciem. Spojrzał w oczy Żeglarza: zielony wszechświat z 

chłodnymi czarnymi prądami. 

background image

— Jest pan agentem? 

— Wolę określenie wektor. — Dźwięczny basowy śmiech zawibrował w ciele 

chłopca. 

— Mam chleb, człowieku, rozumiesz? 

— Nie chcę twojej forsy, tylko czasu. 

— Nie kapuję. 

Żeglarz trzymał w dłoniach coś różowego; nagle rozmazał się jak otoczony gorącym 

powietrzem. 

— Załadujesz sobie? 

— Tak. 

— Pojedziemy metrem. Mają własną straż, nie noszą kopyt, tylko gumy. Pamiętam, 

jak Pedał i ja poszliśmy raz na Queen's Plaża. Trzymaj się z dala od Queen's Plaża, synu... 

okropne miejsce... wszędzie gliny. Za wiele poziomów. Ze schowka na szczotki bucha żar... 

Płonące lwy atakują biedną pijaczkę, dostaje kopa gratis od nowojorskich ćpunów... A więc, 

Pedale, Kapusiu, Irlandczyku, Żeglarzu, strzeżcie się... Popatrzcie wzdłuż tej drogi, zanim na 

nią wstąpicie... 

Obok przejeżdża metro z czarnym żelaznym rykiem.  

background image

DEZYNSEKTOR ODWALA KAWAŁ DOBREJ ROBOTY 

 

Żeglarz musnął delikatnie dębowe drzwi, pozostawiając na nich lekkie fosforyczne 

smugi śluzu. Wsunął w nie rękę po łokieć, odciągnął wewnętrzny rygiel i stanął z boku, by 

przepuścić chłopca. 

Pusty pokój wypełnił się ciężkim, bezbarwnym odorem śmierci. 

— Zapadnia nie była wietrzona, odkąd dezynsektor wytruł dymem kokainowe 

robaczki — wyjaśnił przepraszająco Żeglarz. 

Wyostrzone zmysły chłopca badają otoczenie. Wynajęte mieszkanie przy torach 

wibrujące niemym ruchem. W kuchni wzdłuż jednej ściany metalowe koryto (to metal, 

prawda?), połączone ze swego rodzaju akwarium lub zbiornikiem wypełnionym 

przezroczystym zielonym płynem. Podłogę zaśmiecają spleśniałe przedmioty: pas elastyczny 

do podtrzymywania jakiegoś delikatnego organu w kształcie płaskiego wachlarza, 

skomplikowane gorsety, duże jarzmo w kształcie litery U z porowatego różowego kamienia, 

niewielkie ołowiane cylindry otwarte na jednym końcu. 

Prądy ruchu dwóch ciał zmąciły zastałe jeziora zapachów: zwiędła chłopięca woń 

zakurzonych szatni, chlorowana woda w basenie, zaschnięta sperma. W powietrzu krążą inne 

aromaty, dotykając nieznanych drzwi. 

Żeglarz sięgnął pod stolik, wyjął niewielką paczuszkę, po czym szybko zdarł z niej 

papier pakowy. Wśród brudnych naczyń na stole położył pompkę, igłę i łyżeczkę. Ale wąsy 

karaluchów nie sięgały ku okruchom ciemności. 

— Dezynsektor odwala kawał dobrej roboty — rzekł. — Czasem aż za dobrej. 

Sięgnął do kwadratowej blaszanej puszki i wyjął  płaską paczuszkę w czerwono-

złotym chińskim papierze. 

“Jak opakowanie petard" — pomyślał chłopiec. W wieku czternastu lat stracił dwa 

palce... wypadek podczas pokazu sztucznych ogni... później w szpitalu, pierwsze ciche 

dotknięcie morfiny. 

— Sztuczne ognie są tutaj, synu — powiedział Żeglarz i dotknął dłonią tyłu głowy. 

Uśmiechnął się i otworzył paczuszkę. 

— Czysta, stuprocentowa hera. Prawie nikt nie przeżył. I wszystko należy do ciebie. 

— Więc czego ode mnie chcesz? 

— Czasu. 

— Nie kapuję. 

background image

— Mam coś, czego potrzebujesz — ciągnął Żeglarz, dotykając dłonią paczki. Wyszedł 

do pokoju od frontu i jego głos stał się odległy i niewyraźny: — Ty masz coś, czego ja 

potrzebuję... pięć minut... godzina... dwie... cztery... osiem... Może wyprzedzam sam siebie... 

Codziennie trochę  śmierci.., To wymaga czasu... — Wrócił do kuchni i mówił dalej 

wyraźnym, czystym głosem: — Pięć lat działka. Nie kupisz tego taniej na ulicy. — Przyłożył 

palec do grzbietu nosa chłopca. — Dokładnie pośrodku. 

— Nie wiem, o czym pan mówi. 

— Zrozumiesz, dziecino... w swoim czasie. 

— W porządku. Więc co mam robić? 

— Zgadzasz się? 

— Tak, owszem... — Zerknął na paczkę. — Niech będzie. 

Chłopiec dostał  gęsiej skórki. Żeglarz przyłożył  dłoń do jego czoła i wyciągnął 

różowe przejrzyste jajo z zamkniętym, pulsującym okiem. We wnętrzu wrzała czarniawa 

substancja. 

Żeglarz pieścił jajo nagimi, nieludzkimi dłońmi — były ciemnoróżowe,  żylaste, z 

długimi białymi mackami wyrastającymi z czubków palców. Chłopiec poczuł nagle strach 

przed  śmiercią; przestał oddychać i krew ścięła mu się w żyłach. Oparł się o ścianę, która 

ugięła się lekko. Wreszcie przyszedł do siebie. Żeglarz gotował towar. 

— Wszyscy stawimy się na apel w niebie, prawda? — spytał, dotykając żyły chłopca i 

masując gęsią skórkę miękkim palcem starej kobiety. Wbił igłę w ciało. Na dnie pompki 

rozkwitła czerwona orchidea. Nacisnął  tłoczek i patrzył, jak roztwór wnika w żyłę, w 

milczeniu wsysany przez spragnioną krew. 

— Jezu, fantastycznie! — westchnął chłopiec. Zapalił papierosa i rozejrzał się po 

kuchni, wstrząsany drgawkami hipoglikemii. — A ty nie bierzesz? — spytał. 

— Tego gówna? Ćpanie to ulica jednokierunkowa. Nie ma powrotu. Nigdy nie można 

się cofnąć. 

 

Nazywają mnie dezynsektorem. Zajmowałem się kiedyś truciem karaluchów i 

patrzyłem na ich taniec brzucha w żółtym środku owadobójczym (“Trudno go teraz dostać, 

paniusiu... Wojna. Dam pani trochę... Dwa dolary"). Grube pluskwy spadające z różowych 

tapet w nędznych hotelikach przy North Clark i zatruty szczur, który pożarł kilka niemowląt. 

Nie będziesz?  

 

 

background image

Moje obecne zadanie: odnaleźć  żywych i dokonać ich eksterminacji. Zniszczyć nie 

ciała, tylko “matryce" — no właśnie, przecież nie jesteście w stanie tego zrozumieć. Mamy 

bardzo nielicznych. Ale nawet jeden może przewrócić tacę z jedzeniem. Źródłem 

niebezpieczeństwa, jak zawsze, są agenci i przechodzący na stronę przeciwnika: A. J., 

Czajnik, Czarny Pancernik (nie kąpał się od czasu epidemii w Argentynie w tysiąc 

dziewięćset trzydziestym piątym roku, pamiętacie?), Lee, Żeglarz i Benway. I wiem, że 

gdzieś w mroku czai się agent, który depce mi po piętach. Bo wszyscy agenci przechodzą w 

końcu na stronę przeciwnika,, a opozycjoniści zdradzają...  

background image

 

ALGEBRA GŁODU 

 

Fats przybył z miejskiej wieży ciśnień, skąd tryskają strumienie żywych form, po 

czym ulegają natychmiast pożarach a to, co je pożera, kryje się w czarnej mgiełce czasu... 

Tylko nieliczne docierają do Queen's Plaża i wypływają wezbraną rzeką, broniąc się 

przed zniszczeniem zatrutą  śliną, czarnym zgniłym mięsem, pleśnią i zielonym smrodem, 

który rozdziera płuca i wywołuje torsje... 

Fats miał obnażone nerwy i czuł  śmiertelne spazmy miliona chłodnych kopów... 

Nauczył się algebry głodu i przeżył... 

Pewnego piątku Fats poszedł na Queen's Plaża: szara, przezroczysta małpa z 

fioletowymi dłońmi i okrągłym pyskiem piskorza porośniętym szarą szczeciną, szukająca 

blizn morfiny... 

Przechodzący bogacz popatrzył nań ze zgrozą i Fats jął się tarzać po ziemi, sikając i 

srając ze strachu. Wreszcie zaczai jeść  własne gówno, a nieznajomy, poruszony owym 

hołdem złożonym mocy jego spojrzenia, wyrzucił z brzękiem monetę z piątkowej laski 

(piątek to święto muzułmańskie, gdy bogacze rozdają jałmużnę). 

Fats nauczył się służyć Czarnemu Mięsu i wyhodował tłuste akwarium ciała... 

Jego puste oczy na szypułkach omiatały powierzchnię świata... Krążyły wokół niego 

szare, przezroczyste małpy, ssąc towar i przekazując go Fatsowi, który rósł i rósł, wypełniając 

bulwary, restauracje i poczekalnie świata szarym szlamem morfiny. 

Biuletyny sztabu partii pisane obscenicznymi szaradami przez hebefreników, latahów 

i małpy, szyfr pierdzący solubisów, Murzyni błyskiem złotych zębów przekazuj ą j 

informacje w alfabecie Morse'a, otwierając i zamykając usta, arabscy demonstranci wysyłają 

sygnały dymne oblewając eunuchów benzyną na wysypisku śmieci i podpalając ich 

(eunuchowie dają najlepszy dym, czarny i gęsty jak gówno), mozaika melodii, garbaty żebrak 

gra na fletni Pana, zimne wiatry wieją z pocztówkowego Chimborazi, flety ramadanu, dźwięk 

pianina w szumie wiatru na ulicy, zniekształcone rozmowy radiowe policjantów, ulotki 

reklamowe towarzyszące walkom ulicznym wołają o pomoc. 

Dwóch agentów rozpoznało się przez wybór praktyk seksualnych, pieprząc tajemnice 

atomowe od przodu i od tyłu szyfrem tak skomplikowanym, że tylko dwaj fizycy świata 

udają,  że go rozumieją, a jeden kategorycznie zaprzecza drugiemu. Później agent kupujący 

tajemnice zostanie powieszony za zbrodnicze posiadanie systemu nerwowego i przekaże 

background image

zdobyte wiadomości, przesyłając je w konwulsjach orgazmu za pośrednictwem elektrod 

przyczepionych do penisa. 

Rytm oddechowy starego zawałowca, taniec brzucha, warkot motorówki na gładkiej 

wodzie. Kelner strząsa kropelkę martini na mężczyznę w szarym flanelowym garniturze, 

który sięga rozpaczliwie po rewolwer, wiedząc, że go rozpoznano. Narkomani wyłażą przez 

okno toalety w barze, gdy obok przejeżdża z łoskotem pociąg. Gimp, zrobiony na kowboja w 

Waldorfie, rodzi stado szczurów. (Zrobić na kowboja: W nowojorskim slangu przestępczym 

oznacza to absolutny wyrok śmierci. Szczur to szczur to szczur to szczur. Kapuś). Głupawe 

dziewice patrzą na angielskiego pułkownika, który galopuje niosąc na lancy kwiczące pe-kari. 

Elegancki pedał patronuje barowi w sąsiedztwie, aby otrzymywać biuletyn od martwej matki 

żyjącej w synapsach. Chłopcy bijący konia w szkolnej toalecie wiedzą o sobie nawzajem, że 

są agentami z galaktyki X, idą do podejrzanej spelunki, gdzie siedzą obszarpani i źli, pijąc 

ocet winny i jedząc cytryny, by skonfundować saksofonistę, przystojnego Araba w błękitnych 

okularach, podejrzanego, że jest nieprzyjacielskim telepatystą. Światowa organizacja ćpunów, 

nastrojonych na nutę zgniłej spermy... podwiązujących  żyły w wynajętych pokojach... 

dygocących o poranku... (Starzy narkomani ciągnący czarny dym na zapleczu chińskiej 

pralni. Mała Melancholiczka umiera z przedawkowania czasu albo odstawienia oddechu, w 

Arabii, Paryżu, Mexico City, Nowym; Jorku, Nowym Orleanie...) Żywi i martwi... w ciągu, 

na wieszaku, w ciągu i znowu na wieszaku... łapią radarowy sygnał maku... a dealer je 

podroby przy Dolores Street... ładujący w kanał w Bickfords... ścigani po Placu Giełdowym 

przez wyjącą watahę ludzi. Malarie świata ukryte w rozdygotanej protoplazmie. Strach 

pieczętuje gówniany przekaz pismem klinowym. Chichocący demonstranci kopulują przy. 

okrzykach płonącego czarnucha. Samotni bibliotekarze łączą się w duchowym pocałunku 

zgniłych oddechów. Masz grypę,; bracie? Ból gardła, jakby je przewiał gorący popołudniowy 

wiatr? Witaj w Międzynarodowej Loży Syfilisu; pierwsze ciche dotknięcie szankra uczyni cię 

członkiem rzeczywistym. Bezgłośny szum lasu akumulatorów orgazmu, nagła cisza miast,; 

gdy ćpun ładuje sobie w kanał. Nad światem wybuchają sztuczne ognie orgazmu. Nałogowy 

palacz herbaty zrywa się wrzeszcząc: “Boję się!" i wybiega w meksykańską ciemność. Kat sra 

ze strachu na widok skazanego na śmierć. Oprawca krzyczy do ucha nieugiętej ofiary. 

Nożownicy biją się, pływając w adrenalinie. Rak stoi u drzwi ze śpiewającą depeszą. 

background image

 

HAUSER I O'BRIEN 

 

Kiedy wpadli o ósmej rano do mojego pokoju, wiedziałem, że to moja ostatnia, jedyna 

szansa. Ale oni o tym nie wiedzieli, bo niby skąd? Po prostu rutynowe aresztowanie. Jednakże 

nie okazało się wcale rutynowe. 

Do Hausera podczas śniadania zadzwonił porucznik: 

— Weź O'Briena i zwińcie faceta nazwiskiem Lee, William Lee. Zróbcie to w drodze 

do centrum. Mieszka w hotelu Lamprey przy Sto Trzeciej Ulicy koło Broadwayu. 

— Wiem, gdzie to jest. I kojarzę tego gościa. 

— Dobrze. Pokój sześćset sześć. Po prostu go aresztujcie i nie zawracajcie sobie 

głowy rewizją. Zabierzcie tylko wszystkie książki, listy, rękopisy, wszystkie papiery, jasne? 

— Jasne. Ale głównie książki, tak? 

— Po prostu je przywieźcie — uciął porucznik i rozłączył się. 

Hauser i O'Brien. Pracowali w miejskiej brygadzie antynarkotykowej od dwudziestu 

lat. Weterani tak samo jak ja. Ćpałem wtedy od szesnastu. Wcale przyzwoici jak na 

policjantów. Przynajmniej O'Brien. O'Brien odgrywał rolę dobrego gliniarza, a Hauser złego. 

Zespół kabaretowy. Hauser na powitanie walił człowieka w mordę — po prostu, żeby 

przełamać lody. Później O'Brien częstował delikwenta papierosem marki “Old Gold" — 

pasowały one do niego w jakiś sposób — i zaczynał opowiadać różne uspokajające bajeczki. 

Niezły gość i nie chciałem tego robić, ale nie miałem wyjścia. 

Podwiązywałem sobie akurat żyłę do porannego zastrzyku, gdy weszli do pokoju, 

otworzywszy drzwi specjalnym wytrychem, który działa nawet wtedy, kiedy klucz tkwi w 

zamku. Przede mną leżała na stole paczka towaru, strzykawka, spirytus, wata i szklanka 

wody. 

— No, no! — powiedział O'Brien. — Dawnośmy się nie widzieli, co? 

— Włóż  płaszcz, Lee — rzekł Hauser, wyciągnąwszy rewolwer. Podczas 

aresztowania zawsze wyciągał rewolwer z przyczyn psychologicznych: żeby nie dopuścić do 

szaleńczej próby ucieczki. 

— Mogę sobie jeszcze przedtem strzelić, chłopcy? — spytałem. — Macie tu i tak 

mnóstwo dowodów... 

Zastanawiałem się, jak się dostać do walizki, gdy! mi odmówili. Nie była zamknięta, 

lecz Hauser trzymał w ręce broń. 

background image

— Chce sobie strzelić — powiedział Hauser. 

— Wiesz, że nie wolno nam na to pozwolić, Bili — odezwał się O'Brien słodkim 

głosem dobrego gliniarza, przeciągając moje imię z oleistym, lubieżnym namysłem. 

Znaczyło to naturalnie: “A czym nam się zrewanżujesz, Bili?" Popatrzył na mnie i 

uśmiechnął się odrażającym, nagim uśmiechem starego umalowanego zboczeńca. 

— Mógłbym wam wystawić Marty'ego Steela — rzekłem. 

Wiedziałem,  że piekielnie chcą dostać Marty'ego. Był dealerem od pięciu lat, a nie 

mogli się do niego dobrać. Marty, długoletni weteran, bardzo uważał, komu sprzedaje. Musiał 

znać kogoś  długo i bardzo dobrze, zanim wziął od niego pieniądze. Nikt nie może 

powiedzieć, że przeze mnie trafił do pierdla. Mam świetną opinię, ale Marty nic mi nigdy nie 

sprzedał, bo nie znał mnie dostatecznie długo. Taki był ostrożny. 

— Marty'ego? — prychnął O'Brien. — Możesz od niego kupić? 

— Jasne. 

Mieli pewne podejrzenia. Nie można być gliniarzem przez całe  życie, nie stając się 

chorobliwie podejrzliwym. 

— W porządku — rzekł na koniec Hauser. — Ale radzę ci, żebyś to załatwił, Lee. 

— Załatwię. Jestem wam bardzo wdzięczny, naprawdę. 

Podwiązałem ramię trzęsącymi się rękoma: typowy narkoman. 

“Po prostu stary ćpun, chłopcy, wrak człowieka". Właśnie takie starałem się robić 

wrażenie. Jak się spodziewałem, Hauser odwrócił wzrok, gdy zacząłem szukać żyły: jest to 

cholernie brzydki widok. 

O'Brien siedział na oparciu fotela, paląc old golda i spoglądając z rozmarzeniem przez 

okno, jakby się zastanawiał, co zrobi po przejściu na emeryturę. 

Od razu trafiłem w żyłę. Do wnętrza strzykawki trysnął  wąski strumyczek krwi, 

przywodzący na myśl czerwony sznurek. Nacisnąłem tłoczek i czułem herę wnikającą do 

krwiobiegu, by nasycić milion wygłodzonych komórek, by dać siłę osłabionym mięśniom. 

Policjanci obserwowali mnie. Napełniłem strzykawkę spirytusem. 

Hauser podrzucał policyjnego colta z krótką lufą i rozglądał się po pokoju. Miał 

wspaniałe, intuicyjne wyczucie niebezpieczeństwa. Lewą  ręką uchylił drzwi garderoby i 

zajrzał do środka. Ogarnęły mnie mdłości. “Jeśli teraz otworzy walizkę, jestem skończony" 

— pomyślałem. 

Hauser zwrócił się gwałtownie w moją stronę. 

— Skończyłeś?! — warknął. — I lepiej nie próbuj nam wciskać  żadnego gówna z 

Martym! — Jego słowa zabrzmiały tak brzydko, że aż się sam zdziwił. 

background image

Podniosłem strzykawkę pełną spirytusu i dotknąłem igły, by się upewnić,  że siedzi 

ciasno. 

— Jeszcze sekundkę — powiedziałem. 

Wypuściłem ze strzykawki cienki strumyczek spirytusu, trafiając Hausera prosto w 

oczy. Ryknął z bólu i uniósł lewą  rękę do twarzy, jakby próbował zedrzeć niewidzialny 

bandaż, tymczasem ja przyklęknąłem i sięgnąłem do walizki. Otworzyłem ją i chwyciłem 

lewą  ręką kolbę pistoletu — jestem praworęczny, ale strzelam lewą  ręką. W tejże chwili 

Hauser dał ognia i pocisk trafił z trzaskiem w ścianę za moimi plecami. Uniosłem broń i 

wpakowałem szybko dwie kule w brzuch Hausera tuż pod kamizelkę, gdzie widać było 

skrawek białej koszuli. Hauser chrząknął przeciągle i zgiął się wpół. O'Brien, zesztywniały ze 

strachu, usiłował wyrwać rewolwer spod pachy, lecz ja objąwszy mocno palcami prawej ręki 

nadgarstek lewej, by nie poderwać broni w chwili naciskania spustu, strzeliłem mu prosto w 

środek czoła, tuż poniżej linii siwych włosów. Kiedy widziałem go ostatnio piętnaście lat 

temu — przyszedł wtedy aresztować mnie po raz pierwszy — był tak samo siwy jak teraz. 

Runął z fotela twarzą do ziemi. Natychmiast zgarnąłem do teczki swoje notatki, herę i 

pudełko pocisków, wsunąłem pistolet za pasek od spodni i wyszedłem na korytarz, wkładając 

jednocześnie marynarkę. 

Słyszałem recepcjonistę i boya hotelowego wbiegających po schodach. Zjechałem 

windą na dół i wyszedłem przez pusty hol na ulicę. 

Był piękny jesienny dzień. Wiedziałem, że nie mam wielkich szans, ale nawet nikłe 

szansę są lepsze niż żadne, lepsze niż rola królika doświadczalnego podczas eksperymentów z 

ST (6) czy innymi podobnie oznaczonymi substancjami. 

Musiałem szybko zrobić zapas towaru. Policja weźmie wkrótce pod obserwację nie 

tylko porty lotnicze, dworce kolejowe i autobusowe, lecz także wszystkie rejony handlu 

narkotykami. Pojechałem taksówką na Washington Square, wysiadłem i poszedłem Czwartą 

Ulicą, aż zobaczyłem na rogu Nicka. Zawsze można znaleźć dealera. Wyrasta jak spod ziemi, 

gdy tylko człowiek potrzebuje towaru. 

— Posłuchaj, Nick — powiedziałem. — Wynoszę się z miasta. Muszę kupić zapas 

hery. Możesz załatwić to natychmiast? 

Szliśmy Czwartą Ulicą. Głos Nicka zdawał się dobiegać z wielkiej odległości. 

— Tak, chyba tak. Ale muszę pojechać na przedmieścia. 

— Możemy wziąć taksówkę. 

— W porządku, ale nie zaprowadzę cię do tego gościa, rozumiesz? 

— Rozumiem. Jedźmy. Pojechaliśmy taksówką na północ. 

background image

— Ostatnio dostajemy bardzo dziwny towar — mówił Nick monotonnym, martwym 

głosem. — Nie to, że słaby... Sam nie wiem... Po prostu inny. Może dodają do niego jakiegoś 

syntetycznego gówna?... Barbituranów czy czegoś w tym rodzaju... 

— Co?! Już?! 

— Hm? Ale ja załatwię ci naprawdę dobrą herę, najlepszą na rynku... To tutaj.  

— Postaraj się szybko z tym uwinąć — powiedziałem. 

— Potrwa to z dziesięć minut, chyba że skończył mu się towar i musi po niego 

pojechać... Lepiej idź do kawiarni i wypij filiżankę kawy... To niebezpieczna okolica. 

Usiadłem przy barze i zamówiłem kawę oraz kawałek zakalcowatego duńskiego 

ciasta. Popiłem je kawą, modląc się, by przynajmniej tym razem (Błagam cię, Boże!) dealer 

miał towar pod ręką, a nie musiał jechać po niego do East Orange czy Greenpoint. 

Cóż, Nick wrócił i stanął za moimi plecami. Spojrzałem na niego, bojąc się pytać. “To 

zabawne — pomyślałem — mam może jedną szansę na sto, by przeżyć najbliższe 

dwadzieścia cztery godziny (postanowiłem nie dać się wziąć  żywcem, by spędzić kilka 

najbliższych miesięcy w poczekalni śmierci), a tu martwię się o towar". Lecz zostało mi 

zaledwie pięć zastrzyków, a bez hery byłbym uziemiony... Nick skinął głową. 

— Nie tutaj — powiedziałem. — Daj mi w taksówce. 

Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do centrum. Wyciągnąłem rękę i odebrałem 

paczuszkę, po czym wsunąłem Nickowi do ręki banknot pięćdziesięciodolarowy. Zerknął na 

niego i uśmiechnął się. 

— Dzięki... Spłacę teraz długi... 

Usiadłem wygodnie, puszczając wodze myślom, lecz nie wytężając zbytnio mózgu, bo 

wtedy zaczyna źle funkcjonować, jak przeciążona maszyna... A nie mogłem sobie pozwolić 

na błąd. Amerykanie żyją w śmiertelnym lęku przed utratą panowania nad sytuacją, gdy nie 

mają wpływu na toczące się wypadki. Wolelibyśmy już pełzać na brzuchu i żreć gówno. 

Jeśli nauczysz się czekać spokojnie na odpowiedź, twój umysł sam odpowie na 

większość pytań. Zachowujesz się jak komputer: wprowadzasz pytanie, siedzisz i czekasz... t 

Ja szukałem pseudonimu. Mój umysł sortował najróżniejsze ksywki, odrzucając 

natychmiast nieodpowiednie: Kapuś, Patelnia, Rudy. Dyskwalifikowałem je po kolei, 

zawężałem pole poszukiwań, odsiewałem, szukając imienia, odpowiedzi. 

— Wiesz, czasami każe mi czekać trzy godziny. Kiedy indziej załatwia sprawę 

natychmiast. 

Nick  śmiał się ironicznie od czasu do czasu. Rodzaj przeprosin za posługiwanie się 

mową w telepatycznymi świecie narkomana, gdzie słowami wyraża się tylko kaf1 tegorie 

background image

ilościowe: Ile dolarów? Ile towaru? Handel narkotykami nie zna ustalonych harmonogramów. 

Nikt ich nie dotrzymuje, chyba że przez przypadek. Narkoman żyje w czasie narkotyku. Jego 

ciało to zegar, a morfina przepływa przez nie jak piasek przez klepsydrę. Czas ma znaczenie 

tylko w odniesieniu do głodu. Kiedy narkoman wnika w czas innych, musi czekać, podobnie 

jak wszyscy out-siderzy, wszyscy petenci, chyba że wraca do czasu poza narkotycznego. 

— Co mam powiedzieć? Wie, że zaczekam — zaśmiał się Nick. 

Spędziłem noc w łaźni tureckiej (homoseksualizm to najlepsza legenda dla agenta), 

gdzie złośliwy włoski łaziebny podgląda gości noktowizorem, doprowadzając ich do szału. 

— Hej, wy tam, w rogu! Widzę was! — krzyczy, po czym włącza reflektor; 

niejednego pedała wyniesiono po czymś takim w kaftanie bezpieczeństwa... 

Leżałem w otwartej kabinie spoglądając w sufit... i słuchałem zwierzęcych odgłosów 

przypadkowej żądzy... 

— Odpierdol się! 

— Włóż dwie pary okularów, to może coś zobaczysz! 

Wyszedłem w precyzyjnym świetle poranka i kupiłem gazetę... Nic... Zadzwoniłem z 

automatu telefonicznego w drogerii i poprosiłem o połączenie z wydziałem 

antynarkotykowym. 

— Porucznik Gonzales... Kto mówi? 

— Chciałbym rozmawiać z O'Brienem. Trzaski, spękane druty, przerwane połącz* 

- W wydziale nie pracuje nikt o takim m lam przyjemność? 

— Wobec tego chciałbym mówić z Hauserem. 

— Proszę posłuchać, w wydziale nie ma żadnego Hausera| ani O'Briena... Czego 

właściwie pan chce?  

— To ważne... Mam informacje na temat dużego transportu heroiny... Chcę 

rozmawiać z Hauserem albo z O'Brienem... Nie współpracuję z nikim innym... 

— Proszę poczekać... Połączę pana z Alcybiadesem. Zacząłem się zastanawiać, czy w 

wydziale pozostał jakikolwiek rodowity Amerykanin. 

— Chciałbym rozmawiać z Hauserem albo O'Brienem. 

— Ile razy mam panu powtarzać, że w naszym wydziale nie ma żadnego Hausera ani 

O'Briena... Jak się pan nazywa? 

Odłożyłem słuchawkę i odjechałem taksówką... Nagle zdałem sobie sprawę z tego, co 

się stało... Opuściłem czasoprzestrzeń jak węgorz, gdy przestaje jeść, płynąc ku Morzu 

Sargassowemu... Byłem zamknięty... Nigdy więcej nie odzyskam klucza, punktu przecięcia... 

Nie groził mi już pościg... odszedł wraz z Hauserem i O'Brienem do narkomańskiej 

background image

przeszłości, gdzie heroina kosztuje dwadzieścia osiem dolarów za uncję i w chińskiej pralni 

przy Sioux Falls można kupić smołę po opium... Po tamtej stronie zwierciadła  świata, w 

przeszłości z Hauserem i O'Brienem... wśród jeszcze nie istniejących biurokracji 

telepatycznych, monopoli czasu, narkotyków władzy, narkomanów ciężkiej wody: 

— Myślałem o tym trzysta lat temu. 

— Twój plan był wówczas niemożliwy do zrealizowania, a w tej chwili jest 

bezużyteczny... Jak latające machiny Leonarda da Vinci... 

background image

 

ZWIĘDŁY WSTĘP 

 

NIE BĘDZIESZ? 

 

Po co ta góra papieru, góra śmieci? Może po to, by oszczędzić czytelnikowi nagłych 

przeskoków w przestrzeni? Kupujesz bilet, zamawiasz taksówkę, wsiadasz do samolotu. 

Wolno nam zerknąć do przytulnej jaskini, gdy stewardesa pochyla się nad nami, by mamrotać 

o gumie do żucia, Dramaminie, a nawet Nembutalu. 

— Mów opiumowe, słodka, to cię usłyszę. 

Nie jestem American Express. Jeśli jeden z moich ludzi pojawi się w Nowym Jorku w 

cywilnym ubraniu, a później w Timbuktu, uwodząc chłopca o oczach gazeli, można przyjąć, 

że dotarł tam zwykłym środkiem transportu... 

Lee agent (podwójny — poczwórny — ósemkowy — szesnastkowy) leczy się z 

nałogu... Podróż w czasie i przestrzeni równie znajoma jak rogi ulic dla ćpuna... Kuracje 

przeszłe i przyszłe nasycają jego widmowe ciało obrazami wibrującymi w niemym wietrze 

przyśpieszonego czasu... Strzel sobie... Strzel sobie cokolwiek... 

Człowiek tarzający się po podłodze celi, gryzący pięści... 

— Chcesz sobie strzelić hery, Bili? Cha! Cha! Cha! 

Próbne wrażenia, które rozpuszczają się w świetle... strzępy zgniłej ektoplazmy 

zmiatane przez starego narkomana kaszlącego i plującego o poranku... 

Stare  żółtobrązowe fotografie, popękane jak błoto w słońcu: Panama... Bili Gains 

usiłujący wyłudzić nalewkę opiumową od chińskiego aptekarza. 

— Mam sforę psów wyścigowych... charty rodowodowe... Wszystkie chore na 

dyzenterię... tropiki... sraczka... moje pieski zdychają!... — wrzasnął... W jego oczach 

zapłonął  błękitny ogień... Płomień zgasł... Zapach stopionego metalu. — Podaję  ją 

zakraplaczem do oczu... 

Nie będziesz?... Bóle miesiączkowe... moja żona... podpaski... stara matka... 

hemoroidy... bolesne... krwawiące... — Skinął  głową w stronę lady... Aptekarz wyjął z ust 

wykałaczkę, spojrzał na nią i pokręcił głową... 

Gains i Lee spalili Republikę Panamy... Rozłączyli się z głośnym mlaśnięciem... Ciała 

narkomanów często się ze sobą zlewają... Gains wrócił do Mexico City... Rozpaczliwy trupi 

uśmiech chronicznego braku morfiny pokrytego kodeiną albo barbituranami... dziurki 

background image

wypalone w szlafroku... plamy po kawie na podłodze... dymiący prymus... Wybuch 

pomarańczowego płomienia... 

Ambasada nie chciała podać  żadnych szczegółów, oprócz miejsca pogrzebu na 

cmentarzu amerykańskim... 

Lee wraca do seksu, bólu i yage, gorzkiego pnącza Amazonii... 

Pamiętam, jak raz przedawkowałem sproszkowane cannabis... Wróciłem do willi na 

przedmieściach Tangeru, rozejrzałem się po salonie i nagle przestałem wiedzieć, gdzie 

jestem. Może otworzyłem złe drzwi i lada chwila wypadnie właściciel, który zacznie 

krzyczeć: 

— Co tu robisz?! Kim jesteś?! 

Nie wiedziałem, co robię ani kim jestem. Postanowiłem rozegrać to spokojnie, by 

odzyskać orientację przed pojawieniem się właściciela... Zamiast krzyczeć: “Gdzie jestem?" 

rozejrzałem się spokojnie dokoła, by ustalić coś w przybliżeniu... Nie byłem tam na początku. 

Nie będę na końcu... Wiedza o tym, co się dzieje, może być jedynie powierzchowna i 

względna... Cóż wiem o tym młodym  ćpunie, cierpiącym na żółtaczkę i żywiącym się 

surowym opium? Usiłowałem mu powiedzieć: “Pewnego dnia obudzisz się bez wątroby"; 

chciałem go nauczyć przerabiać opium, żeby nie było trucizną. Ale miał szkliste oczy i nie 

chciał niczego wiedzieć. Większość narkomanów nie chce niczego wiedzieć... i nie można im 

niczego wytłumaczyć... Palacz chce 

tylko palić... Narkoman chce tylko brać... Wyłącznie strzykawka, inne drogi to 

złudzenie... 

Cóż, pewnie siedzi w swojej hiszpańskiej willi na przedmieściach Tangeru, jedząc 

surowe opium, wszystko naraz ze strachu, że może coś stracić... 

Pisarz może pisać tylko o jednej rzeczy: o wrażeniach zmysłowych w chwili pisania... 

Jestem instrumentem notującym wrażenia... Nie narzucam nikomu fabuły, anegdoty, 

ciągłości... Jeśli udało mi się zanotować bezpośrednio pewne procesy psychiczne, spełniłem 

swoją rolę... Nie dostarczam rozrywki... 

Nazywają to “opętaniem"... Czasem jakaś istota wchodzi w obce ciało — drżący zarys 

w żółtopomarańczowej galarecie — i dłonie wypruwają wnętrzności z przechodzącej kurwy 

albo duszą dziecko sąsiada w nadziei złagodzenia chronicznego braku mieszkań. Jestem 

zwykle tam, ale od czasu do czasu odlatuję... Nie! Nigdy nie jestem tutaj! Nigdy nie mam 

całkowitej kontroli, ale niekiedy mogę powstrzymać nieprzemyślane ruchy... Zajmuję się 

głównie patrolowaniem... Mimo najsurowszych środków bezpieczeństwa jestem zawsze na 

zewnątrz, wydając rozkazy, i wewnątrz kaftana galarety, która poddaje się i rozciąga, 

background image

wyprzedzając każdy ruch, myśl, impuls, kontrolowana przez istoty z innej planety... 

Pisarze mówią o słodkim, mdlącym zapachu śmierci, lecz każdy ćpun wie, że śmierć 

nie ma zapachu... zapachu, który przerywa oddech i zatrzymuje krążenie krwi... Śmierć jest 

bezwonna... Nikt nie może czuć jej odoru przez różowe skręty ciała i jego czarne, krwiste 

filtry... Woń śmierci to kompletny brak zapachu... Brak zapachu zwraca uwagę, bo wszystko, 

co żyje, wydziela jakąś woń... Brak zapachu jest równie niepokojący jak absolutna ciemność, 

cisza, utrata orientacji w czasie i przestrzeni... 

W okresie odstawienia narkotyków zawsze się śmierdzi... Narkoman będący w ciągu 

tak pachnie śmiercią, że nie można z nim wytrzymać... Ale jeśli przewietrzyć jego dom, znów 

pojawia się zapach i ciało zaczyna oddychać... To samo dotyczy nocnych zabaw, które 

rozprzestrzeniają się gwałtownie jak pożar lasu... 

Kuracja jest zawsze taka sama: Uciekaj! Skacz! 

Jeden z moich przyjaciół ocknął się nagi na pierwszym piętrze hotelu w Marrakeszu... 

(Jego matka, pochodząca z Teksasu, ubierała go w dzieciństwie w dziewczęce fatałaszki... 

Brutalna, lecz skuteczna terapia przeciwko niemowlęcej protoplazmie...) W pokoju byli poza 

nim trzej Arabowie z nożami w rękach... obserwowali go... błysk metalu i lśnienie ciemnych 

oczu... fragmenty mordu opadające powoli na dno jak odłupane kawałki opalu w glicerynie... 

Miał całą sekundę na decyzję: wyskoczył przez okno na hałaśliwą ulicę, lecąc w dół jak 

spadająca gwiazda, otoczony odłamkami szkła migocącymi w słońcu... Skręcił kostkę i 

zwichnął sobie bark... Owinięty w przejrzystą zasłonę okienną, podpierając się szyną, 

pokuśtykał na komisariat policji. 

Czajnik, Froim, Lee Agent, A. J., Ciem i Jody — Sporyszowi Bracia — Hassan 

O'Leary, Żeglarz, Dezynsektor, Andrew Keif, Fats Terminal, doktor Benway, Fingers Schafer 

prędzej czy później powiedzą to samo tymi samymi słowami, zajmą ten sam punkt 

czasoprzestrzeni. Posługując się tym samym aparatem wokalnym staną się jedną osobą — 

wyjątkowo niezręczny sposób wyrażenia rozpoznania: Ćpun nagi w słońcu... 

Pisarz czyta jak zwykle do lustra... Sprawdza, by się upewnić, że zbrodnia odrębnej 

fabuły nie powtórzy się, nie może się powtórzyć... 

Czym jest ta zbrodnia, wie każdy, kto kiedykolwiek patrzył w lustro: utrata kontroli, 

gdy odbicie przestaje słuchać rozkazów... Za późno, by zadzwonić na policję... 

Osobiście pragnę zakończyć swoją działalność, bo nie mogę  dłużej sprzedawać 

surowców śmierci... Pański przypadek jest beznadziejny i hałaśliwy... 

— W obecnym stanie wiedzy obrona nie ma sensu stwierdził obrońca, unosząc wzrok 

znad mikroskopu elektronowego... 

background image

Róbcie interesy z Walgreenem. 

Kradnijcie wszystko, co tylko zobaczycie. 

Nie czujemy się odpowiedzialni. 

Nie wiem, jak zwrócić to białemu czytelnikowi.      

Możesz o tym pisać, krzyczeć, mruczeć... malować.. grać... srać... dopóki tego nie 

robisz. 

Senatorzy zrywają się z miejsc i żądają kary śmierci z niezłomnym przekonaniem 

wirusa głodu... Śmierć narkomanom, śmierć pedałom, śmierć psychopatom, którzy obrażają 

zastraszone, niezgrabne ciało zwierzęcą niewinnością swoich zgrabnych ruchów... 

Nad ziemią wieje czarny wicher śmierci, czując smród zbrodni odrębnego  życia: 

kosiarki ciał zastygłych z przerażenia pod ogromną krzywą Gaussa... 

Klocki narodów znikają w ludobójczej grze w warcaby... Uczestniczy dowolna liczba 

graczy... 

Prasa liberalna, mniej liberalna i reakcyjna wyraża głośno aprobatę: “Przede 

wszystkim należy zniszczyć mit istnienia na innych poziomach..." Dziennikarze napomykają 

niejasno o nieubłaganej rzeczywistości... Krowach chorych na pryszczycę... profilaktyce... 

Politycy świata desperacko przecinają linie komunikacyjne... 

Planeta płynie ku przypadkowemu owadziemu przeznaczeniu... 

Termodynamika zwyciężyła, czołgając się do mety... Chrystus krwawił... Czas się 

wyczerpał... 

Możecie wejść w “Nagi lunch" w każdym punkcie przecięcia... Napisałem wiele 

wstępów. Więdną one i odpadają jak mały palec u nogi u Murzynów z Afryki Zachodniej, 

aportowany przez charta afgańskiego i złożony u stóp blondynki na tarasie klubu...  

“Nagi lunch" to plan techniczny, instrukcja obsługi... Czarne owadzie żądze w 

ogromnych pejzażach z innych planet... Abstrakcyjne pojęcia, nagie jak algebra, zawężające 

się do czarnego gówna albo pary starzejących się ciot... 

Instrukcja obsługi poszerza obszar doświadczenia, uchylając drzwi na końcu długiego 

korytarza... Drzwi, które otwierają się tylko w ciszy... “Nagi lunch" wymaga od czytelnika 

ciszy. Inaczej mierzy on tylko własne tętno... 

Robert Christie, duszący kobiety na masową skalę, zadyndał w tysiąc dziewięćset 

pięćdziesiątym trzecim. 

Kuba Rozpruwacz, mistrz lancetu lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, 

nigdy nie został schwytany... Napisał list do prasy. 

“Następnym razem przyślę ucho... po prostu dla żartu... Nie będziesz?" 

background image

— Ach, ostrożnie! Znowu lecą! — zawołał stary pedał, gdy przerwał mu się pas 

elastyczny i jądra upadły mu na podłogę... — Zatrzymaj je, James, ty stary kretynie! Nie stój 

tak! Nie pozwól, żeby jaja twojego pana wpadły do kominka! 

Dekoratorzy biegną krzycząc przez stację metra, biją kasjerów... 

Dostałem Dilaudid, biedaczysko (Dilaudid to pochodna morfiny). 

Szeryf w czarnej kamizelce pisze wyrok śmierci: “Jak każe prawo i wydział 

narkotyków..." 

Naruszenie artykułu trzysta trzydziestego czwartego Ustawy o zdrowiu publicznym... 

Oszukańcze doprowadzenie do orgazmu... 

Johnny na czworakach; Mary ssie jego penis, przesuwa palec po wewnętrznej stronie 

ud i po jądrach... 

Nad połamanym krzesłem i przez okno szopy na narzędzia pobielanej wapnem w 

zimnym wiosennym wietrze na wapiennym urwisku nad rzeką... księżycowy dym wisi na 

porcelanowym błękitnym niebie... nad długą smugą spermy na zakurzonej podłodze... 

Motel... motel... motel... poskręcane neonowe arabeski... samotność  jęczy nad 

kontynentem jak syreny przeciwmgielne nad nieruchomą gładką rzeką podczas przypływu. 

Wyciśnięta cytryna zaraza bydlęca ładuje tyłek nożem wyciętym z kawałka haszu do 

rury — bul, bul, bul — wskazuje, co było niegdyś mną... 

— Rzeka podana, milordzie. 

Martwe liście wypełniają fontannę, geranium i mięta rozlewają się na trawniku... 

Starzejący się playboy wkłada kapelusz, wpycha wrzeszczącą  żonę do maszyny do 

mielenia makulatury... Na ścianę tryska gówno i krew zmieszana z włosami. Jest rok tysiąc 

dziewięćset sześćdziesiąty trzeci. 

— Tak, chłopcy, w sześćdziesiątym trzecim gówno naprawdę trafiło w wentylator — 

zaczął stary pierdoła, który zanudzi was na śmierć w każdym punkcie czasoprzestrzeni. 

— Zdarzyło się to dwa lata przed epidemią ludzkiej pryszczycy; bakterie, wylęgłe w 

boliwijskim wychodku, rozprzestrzeniły się przez futro szynszyli, które odliczono od podatku 

dochodowego w Kansas City... Liz przypisała sobie niepokalane poczęcie i urodziła przez 

pępek wielką małpę... Podobno był to dowcip lekarza: małpa cały czas siedziała mu na 

ramieniu... 

Ja, William Seward, wódz tego zwariowanego metra, pokonam potwora z Loch Ness i 

zabiję Białego Wieloryba. Zmuszę szatana do posłuszeństwa i okiełznam drugorzędne 

demony. Uwolnię wasze baseny od candiru. Wydam bullę na temat kontroli niepokalanych 

poczęć... 

background image

— Im częściej coś się zdarza, tym jest cudowniejsze — rzekł pretensjonalny młody 

Norweg, siedząc na trapezie i odrabiając masońską pracę domową. 

—  Żydzi nie wierzą w Chrystusa, Ciem... Marzą tylko o tym, żeby przelecieć 

chrześcijańską dziewczynę... 

Nastoletnie anioły śpiewają na ścianach wychodków świata. 

— Chodź walić konia... 

— Gimpy wciska mleko w proszku... - Johhny, powieszony w pięćdziesiątym drugim. 

(Strupieszały tenor w gorsecie śpiewa arię pedała...) 

W tym uczciwym okręgu nie rodzą się muły na zakapturzonych umarłych... 

Naruszenie artykułu trzysta trzydziestego czwartego Ustawy o zdrowiu publicznym... 

Więc gdzie rzeźba i procent? Kto wie? Nie mam słowa... W domu, w mojej saszetce... 

Król szaleje z miotaczem płomieni, a morderca królów, torturowany przez tysiąc włóczęgów, 

sra na wapiennym podwórcu. 

Młody Dillinger wyszedł z domu i nigdy nie oglądał się za siebie. 

— Nigdy nie oglądaj się za siebie, synu... Zmienisz się 3w lizawkę dla starych krów... 

Policyjna kula w zaułku... Połamane skrzydła Ikara, krzyki płonącego chłopca 

wdychane przez starego ćpuna... oczy puste jak ogromna równina (szelest sępich skrzydeł w 

suchym powietrzu). 

Krab, stary dziekan hien cmentarnych, wyrusza na nocną wyprawę... Stalowymi 

szczypcami wyrywa trupom złote zęby i koronki... Jeśli trup próbuje się bronić, Krab cofa się, 

szczękając wojowniczo szczypcami. 

Włamywacz wyruchany w więzieniu i wyrzucony z cmentarza za niepłacenie czynszu 

wchodzi bełkocąc do baru dla pedałów ze spleśniałym kwitem z lombardu, by odebrać czarne 

jaja Miasta Namiotów, gdzie akwizytorzy eunuchy śpiewają pieśń IBM. 

Kraby harcujące w lesie... uprawiają przez całą noc zapasy z aniołem, a później, 

wrzucone do wodospadu odwagi, wracają do rdzawej wapiennej jaskini. 

Nad słonymi bagnami, gdzie nie rośnie nic, nawet mandragora, tryska czarny głód... 

Rozkład losowy... Kilka kurczaków... Jedyny sposób 

— Witaj, Cash! 

— Na pewno jest? 

— Naturalnie... Chodź. 

Nocny pociąg do Chicago... W poczekalni spotykam dziewczynę i widzę,  że to 

ćpunka. 

— Chodź, mały. 

background image

— A może najpierw strzał? 

— Nie, bo nic z tego nie wyjdzie. 

Trzy razy... przebudzenie z dreszczem w ciepłym wiosennym wietrze wiejącym przez 

okno... piekące oczy... 

Wstaje naga z łóżka... Wyciąga towar ze schowka w lampie. Gotuje... 

— Odwróć się... Strzelę ci w tyłek. 

Wbija głęboko igłę, wyciąga, masuje pośladek... 

Zlizuje z palca kropelkę krwi. 

Przewracam się na bok, rozpuszczając się w szarym szlamie hery. 

W dolinie koki i niewinności smutnoocy młodzieńcy lamentują po utracie 

Danny'ego... 

Wąchaliśmy przez całą noc i kochaliśmy się cztery razy... palce na czarnej tablicy... 

skrobanie białych kości. Powrót z rejsu, powrót do hery... ą Straganiarz wierci się 

niespokojnie: |j — Zajmij się tym, dobrze, synu? Muszę złapać małpę. >S Słowo dzieli się na 

części, które istnieją w całości, jednakże części można brać w dowolnym porządku, od przodu 

i od tyłu, z prawej i z lewej, jak podczas stosunku seksualnego. Ta książka rozsypuje się we 

wszystkich kierunkach: kalejdoskop pejzaży, kakofonia melodii i ulicznych hałasów, 

pierdnięcia i wrzaski demonstrantów, zatrzaskiwane stalowe żaluzje, krzyki bólu i żałości, 

kwilenie kopulujących kotów, ryk byka ze złamanym karkiem, bełkot indiańskiego 

czarownika w transie, krzyk mandragory, westchnienie orgazmu, cisza heroiny jak brzask w 

złaknionych komórkach, Radio Kair ryczące jak banda szaleńców, flety ramadanu wachlujące 

chorego  ćpuna jak łagodne palce chłopca w szarym pociągu metra szukające zielonej 

pajęczyny... 

Oto objawienie i proroctwo, które mogę odebrać moim odbiornikiem radiowym z 

tysiąc dziewięćset dwudziestego roku z anteną ze spermy... Miły czytelniku, widzimy Boga 

przez odbyt w błysku orgazmu... Przekształcamy własne ciało przez jego bramy... Droga 

wyjścia jest drogą wejścia... 

Ja, William Seward, legendę bohaterską opowiem... Moje serce wikinga płynie wielką 

brunatną rzeką w dżungli, gdzie o zmroku słychać warkot motorówki, a woda niesie pnie' 

drzew z ogromnymi wężami oplecionymi wokół konarów i smutnookimi lemurami 

obserwującymi brzeg — przez równiny Missouri (chłopiec znajduje różowy grot strzały), 

wzdłuż dalekich gwizdów pociągów. Później serce wraca do mnie głodne jak ulicznik, który 

handluje tyłkiem danym od Boga... Miły czytelniku, Słowo skoczy na ciebie jak lampart z 

żelaznymi szponami, odetnie ci palce rąk i nóg niczym oportunistyczny krab ziemny, powiesi 

background image

cię i zbierze twoją spermę jak zbadany pies, owinie ci się wokół ud jak jadowity wąż, 

wstrzyknie ci zgniłą ektoplazmę... Dlaczego pies jest zbadany? 

Któregoś dnia wrócę z długiej podróży od ust do tyłka, przez dni naszych lat, i 

zobaczę małego Araba z czarnym pieskiem chodzącym na tylnych łapkach... Do chłopca 

zacznie się  łasić duży kundel i chłopiec go odepchnie, a kundel kłapnie zębami i warknie, 

jakby umiał mówić po ludzku: “Zbrodnia przeciwko naturze!" 

Toteż nazywam kundla zbadanym... Nawiasem mówiąc, trzeba mieć worek soli, by 

przełknąć niezbadany Orient... Wasz reporter ładuje sobie codziennie ampułkę morfiny i 

siedzi przez osiem godzin niezbadany jak kupa łajna. 

— O czym myślisz? — pyta nieśmiały amerykański turysta. 

— Morfina działa depresyjnie na moje podwzgórze, siedzibę libido i emocji, a 

ponieważ przodomózgowie funkcjonuje tylko pobudzane przez tyłomózgowie, w moim 

mózgu nie dzieje się właściwie nic. Zdaję sobie sprawę z twojej obecności, ale nie ma ona dla 

mnie  żadnego znaczenia uczuciowego, gdyż dealer odłączył mi życie "uczuciowe za długi, 

toteż w ogóle mnie nie interesujesz... Przychodź albo odchodź, sraj albo bij konia od przodu 

albo od tyłu — pasuje to zresztą do pedała — lecz trupów i narkomanów nic to nie 

obchodzi... Są niezbadani. 

 — Którędy do toalety? — spytałem blond hostessy.  

— Prosto, proszę pana... Miejsce dla jeszcze jednej. 

— Widziałeś Pantoponową Różę? — spytałem starego ćpuna w czarnym garniturze. 

Szeryf z Teksasu zabił weterynarza, doktora Browbecka, zamieszanego w przemyt 

heroiny... Koń chory na pryszczycę potrzebuje widoku heroiny dla złagodzenia bólu, a reszta 

heroiny galopuje przez prerie i rży na Washington Sąuare... Wpadają ćpuni krzycząc: “Heja! 

Heja! Ho!" 

— Ale gdzie jest posąg? — zaskrzeczał w herbaciarni pełnej ozdób z bambusa. W 

Calle Juarez w Meksyku... Zagubiony w gwałcie... Cipa zdziera z ciebie spodnie i gwałci cię 

posągowo, bracie... 

Tu Chicago... proszę wejść... tu Chicago... proszę wejść... Dlaczego, jak myślicie, 

noszę gumę? Puyo to bardzo wilgotne miejsce, czytelniku... 

— Zdejmij! Zdejmij! 

Stary pedał spotyka samego siebie w nastolatku, dostaje kopa od fantomu... Przy 

Market Street Museum odchodzą wszystkie rodzaje masturbacji i perwersji... Szczególnie 

potrzebują tego młodzi chłopcy... 

 

background image

Dojrzałe  śliwki gotowe do zjedzenia, zagubione w okrawkach rozkoszy i płonących 

zwojach... Czytaj przerzuty ślepymi palcami. Skamieniały przekaz artretyzmu... “Handel to 

gorszy nałóg niż branie". — Lola La Chata, Meksyk. 

Wysysają trwogę ze zrostów po igłach, podwodny krzyk z odrętwiałymi nerwami, 

pulsujące ugryzienia wścieklizny... 

— Jeśli Bóg stworzył coś dobrego, zatrzymał to dla siebie — mawiał  Żeglarz po 

dwudziestu pastylkach luminalu. 

(Fragmenty mordu opadają powoli na dno jak odłupane kawałki opala w glicerynie). 

Obserwował cię, nucąc bez końca: “Johnny's So Long At The Fair". 

Dorabia jako dealer, by podtrzymać nałóg... 

— Dobrze wykorzystaj ten alkohol! — powiedziałem, stawiając z trzaskiem na stole 

lampkę spirytusową. 

— Nie możesz czekać... Głodne ćpuny stale osmalają mi łyżeczki zapałkami... Mogę 

za to dostać wyrok bezterminowy... 

— Myślałem, że odchodzisz... Kiepsko byś się czuł, gdybyś spieprzył kurację.  

— Trzeba mieć jaja, by rzucić nałóg, synu. 

Szukał  żył w roztapiającym się ciele. Klepsydra maku przesypuje do nerek ostatnie 

czarne ziarenka... 

— Obszar kompletnie zakażony — mruknął, poprawiając krawat. 

— Czcili śmierć — rzekła stara kobieta, unosząc wzrok znad kodeksów Majów. — 

Śmierć stanowiła  źródło ognia i mowy... Śmierć zmieniała się w nasiona kukurydzy. 

Nadeszły dni Ouab  

bolesne wichry nienawiści i klęski  

   czarny strzał. 

— Zabierz stąd te przeklęte sprośne fotografie! — powiedziałem. Stary narkoman 

rozwalił się na krześle, na-szprycowany i obżarty luminalem... hańba dla krwi. 

— Jedziesz na barbituranach? 

Kiedy uniósł  dłoń w narkomańskim geście, zapachniało wokół niego podłą sherry i 

zgniłą  wątrobą... Woń chilli, mokrych płaszczy, zwiędłych jąder... Spojrzał na mnie przez 

niepewne, ektoplazmatyczne ciało kuracji... od odstawienia przybyło piętnaście kilogramów... 

miękki różowy kit, który niknie przy pierwszym cichym dotknięciu hery... Widziałem, jak to 

się dzieje... pięć kilogramów stracone w pięć minut... stał ze strzykawką w ręku... 

podtrzymywał dłonią spodnie. 

 

background image

Ostry odór metalu przeżartego kwasem. 

Idziemy po wysypisku śmieci ku niebu... rozrzucone ogniska... w nieruchomym 

powietrzu wisi ciężki, czarny dym... plamiąc białe wstęgi neonów... Obok mnie kroczy D. L., 

odbicie moich bezzębnych dziąseł i łysej czaszki... ciało wiszące na zgniłych fosforyzujących 

kościach, przeżartych przez powolne zimne ognie... Niesie otwarte naczynie pełne benzyny i 

otacza go jej zapach... Przechodząc przez grzbiet zardzewiałego  żelaznego wzgórza 

spotykamy grupkę tubylców... płaskie dwuwymiarowe twarze ryb ścierwojadów... ^ — Oblej 

ich benzyną i podpal... 

background image

SZYBKO... 

 

Biały błysk... nieartykułowane owadzie krzyki.. 

Obudziłem się z metalicznym smakiem w ustach, powstawszy z martwych   

bezbarwny zapach śmierci  

narodziny zwiędłej szarej małpy  

poamputacyjne bóle fantomowe... 

— Taksówkarze czekają na pasażerów — powiedział Eduardo i zmarł z 

przedawkowania w Madrycie... 

Pociągi prochów pędzące przez różowe konwulsje spuchniętego ciała... błyskają 

światła orgazmu... zastygłe postacie na fotografiach... smukłe ramię wyciągnięte, by zapalić 

papierosa... 

Stał w słomianym kapeluszu z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku. Miękkie 

kłamliwe słowa spadające jak martwe ptaki na ciemną ulicę... 

— Nie... Już nie... Nic więcej... 

Wezbrane morze młotów pneumatycznych w liliowym zmierzchu zabarwionym 

zgniłym metalicznym zapachem kanalizacji... twarze młodych robotników rozmazane w 

żółtych aureolach karbidówek... widać popękane rury... 

— Odbudowują Miasto. 

Lee z roztargnieniem skinął głową. 

— Tak... Zawsze... 

Nie znamy drogi do Zachodniego Skrzydła... 

Gdybym wiedział, chętnie bym wam powiedział... 

— Niedobrze... no bueno... załatwia się... 

— Nie ma towar... Psyjć f piontek. 

 

Tanger, 1959 

background image

 

DODATEK 

"Brytyjski Przegląd Narkotyczny"                                                       Rocznik 53, nr 2 l 

 

 

LIST MISTRZA NARKOMANII 

 

Trzeci sierpnia 1956,  

Wenecja 

 

Szanowny Panie Doktorze! 

Dziękuję za Pański list. Załączam artykuł na temat skutków różnych narkotyków, 

jakie zażywałem. Nie wiem, czy uzna go Pan za godny druku. Nic mam nic przeciwko 

opublikowaniu go pod własnym nazwiskiem. 

Nie nadużywam alkoholu. Nie odczuwam potrzeby narkotyzowania się. Czuję się 

świetnie. Proszę przekazać moje pozdrowienia panu N. Korzystam codziennie z jego systemu 

ćwiczeń fizycznych, co daje znakomite rezultaty. 

Myślę o napisaniu książki o narkotykach, jeśli zdołam znaleźć odpowiedniego 

współpracownika, który zająłby się stroną techniczną. 

 

Z poważaniem WILLIAM BURROUGHS 

 

Przyjmowanie opium bądź jego pochodnych prowadzi do trudnego do zdefiniowania 

stanu określanego mianem “nałogu". (Potocznie słowo to odnosi się do wielu w miarę 

nieszkodliwych rzeczy. Mówimy o nałogowym jedzeniu cukierków, piciu kawy, paleniu 

tytoniu, oglądaniu telewizji, czytaniu powieści detektywistycznych, rozwiązywaniu 

krzyżówek). Termin ten, nadużyty w ten sposób, traci pożądaną precyzję znaczeniową. 

Przyjmowanie morfiny prowadzi do fizycznego uzależnienia od morfiny. Morfina staje się dla 

organizmu niezbędna jak woda i narkoman może umrzeć, jeśli nagle pozbawi się go 

narkotyku. Chory na cukrzycę umiera bez insuliny, lecz nie jest od niej uzależniony. Jego 

potrzeba insuliny nie powstała wskutek przyjmowania insuliny. Cukrzyk potrzebuje insuliny, 

by utrzymać normalny metabolizm. Narkoman potrzebuje morfiny, aby utrzymać metabolizm 

oparty na morfinie i uniknąć piekielnie bolesnego powrotu do normalnej przemiany materii. 

background image

Zażywałem tak zwane narkotyki przez dwadzieścia pięć lat. Niektóre z nich wywołują 

uzależnienie, większość nie. 

 

Opiaty. — Dwanaście lat paliłem opium i przyjmowałem je doustnie (zastrzyki 

podskórne z opium wywołują wrzody, a wstrzyknięcia dożylne są bolesne i mogą być 

niebezpieczne). Przyjmowałem również heroinę: podskórnie, dożylnie, domięśniowo i 

węchowo (gdy zabrakło igieł), a także morfinę, Dilaudid, Pantopon, Eukodal, Paracodin, 

dioninę, kodeinę, Demerol i Metadon. Wszystkie owe środki w różnym stopniu uzależniają. 

Droga podania narkotyku nie ma większego znaczenia. Opium można palić, wąchać, 

wstrzykiwać, przyjmować doustnie lub doodbytniczo, lecz ostateczny rezultat jest zawsze taki 

sam: uzależnienie. Nałóg palenia opium równie trudno przezwyciężyć jak uzależnienie od 

zastrzyków dożylnych. Przekonanie, iż nałóg wstrzykiwania morfiny jest szczególnie 

szkodliwy, bierze się z irracjonalnego lęku przed igłami (“zastrzyki wprowadzają truciznę 

bezpośrednio do krwiobiegu" —jakby substancje wchłaniane przez żołądek, płuca czy błonę 

śluzową nie trafiały do krwiobiegu). Demerol jest narkotykiem wyraźnie słabszym od 

morfiny. Daje mniejszą satysfakcję i jest mniej skuteczny jako środek przeciwbólowy. 

Chociaż nałóg przyjmowania Demerolu łatwiej przezwyciężyć, Demerol jest z pewnością 

bardziej szkodliwy, zwłaszcza dla układu nerwowego. Brałem kiedyś Demerol przez trzy 

miesiące i pojawiły się u mnie liczne groźne symptomy: drżenie rąk (po zażyciu morfiny ręce 

są zawsze pewne), postępująca utrata koordynacji ruchowej, skurcze mięśni, obsesje 

paranoidalne, lęk przez chorobą psychiczną. W końcu mój organizm przestał tolerować 

Demerol — niewątpliwie zadziałał tu instynkt samozachowawczy — i przerzuciłem się na 

Metadon. Wszystkie opisane objawy natychmiast znikły. Mogę jeszcze dodać,  że Demerol 

działa równie zapierające jak morfina, silniej zmniejsza apetyt i popęd płciowy, lecz nie 

wywołuje zwężenia  źrenic. W ciągu lat robiłem sobie tysiące zastrzyków nie 

wysterylizowanymi, w istocie rzeczy brudnymi igłami, lecz do infekcji doszło dopiero po 

Demerolu. Pojawiły się wówczas wrzody, z których jeden należało oczyścić chirurgicznie. 

Krótko mówiąc: Demerol wydaje mi się niebezpieczniejszy od morfiny. Metadon jest silnym 

narkotykiem, skutecznym środkiem przeciwbólowym i wywołuje równie silny nałóg jak 

morfina. 

Początkowo brałem morfinę jako antidotum na ostry ból. Każda pochodna morfiny 

skutecznie  łagodząca ból likwiduje także symptomy głodu narkotycznego. Płynie stąd 

oczywisty wniosek: każda pochodna morfiny łagodząca ból wywołuje uzależnienie, a im 

skuteczniej  łagodzi ból, tym łatwiej się od niej uzależnić. Przeciwbólowe i uzależniające 

background image

działanie morfiny opiera się prawdopodobnie na tych samych procesach metabolicznych. 

Morfina nie wywołująca nałogu jest czymś w rodzaju współczesnego kamienia 

filozoficznego. Z drugiej strony apomorfina może się okazać wyjątkowo skuteczna w 

łagodzeniu objawów głodu. Ale nie należy się spodziewać,  że będzie również  środkiem 

przeciwbólowym. 

Morfinizm jest zjawiskiem dobrze znanym i nie ma potrzeby go tu opisywać. Wydaje 

się jednak, że kilku kwestiom nie poświęcono dostatecznej uwagi. Zauważono, iż morfina jest 

nie do pogodzenia z alkoholem, jednakże o ile mi wiadomo, nikt jak dotąd tego nie wyjaśnił. 

Jeśli morfinista pije alkohol, nie doświadcza przy tym żadnej przyjemności. Odczuwa 

stopniowo narastający niepokój i musi zrobić sobie kolejny zastrzyk. Prawdopodobnie jest to 

skutkiem przeciążenia wątroby. Piłem raz alkohol po inwazji żółtaczki (nie brałem wówczas 

morfiny) i czułem to samo. W pierwszym przypadku wątroba jest częściowo niesprawna 

wskutek żółtaczki, w drugim zajęta, i to dosłownie, przeróbką morfiny. Ani w jednym, ani w 

drugim nie może przetwarzać alkoholu. Jeśli alkoholik uzależnia się od morfiny, morfina 

całkowicie zastępuje alkohol. Znałem kilkunastu alkoholików, którzy zaczęli brać morfinę. 

Tolerowali natychmiast duże dawki (pięćdziesiąt miligramów w zastrzyku) i wkrótce 

przestawali pić alkohol. Proces odwrotny nie zachodzi nigdy. Morfinista, gdy bierze morfinę 

albo gdy znajdzie się w fazie głodu, nie znosi alkoholu. Tolerancja na alkohol to pewny znak 

wyleczenia. Alkohol nigdy nie może być substytutem morfiny. Oczywiście wyleczony 

narkoman może zacząć pić i popaść w alkoholizm. 

W okresie głodu narkoman ma wyostrzoną  świadomość otoczenia. Wrażenia 

zmysłowe są tak silne, że pojawiają się halucynacje. Znajome przedmioty zdają się  żyć 

własnym ukradkowym życiem. Narkoman jest bombardowany przez doznania, zarówno 

fizyczne, jak i psychiczne. Niekiedy przeżywa stany ekstazy, jednakże ogólnie cierpi 

straszliwy ból. (Być może przeżycia te są bolesne z powodu ich natężenia. Przyjemność 

zmienia się w ból, gdy osiągnie pewien poziom intensywności). 

Zauważyłem dwa charakterystyczne wczesne objawy głodu narkotycznego:  

1.  Wszystko staje się groźne. 

2.  Pojawia się lekka paranoja. 

  

Lekarze i pielęgniarki wydają się straszliwymi potworami. Podczas kilku kuracji 

doznawałem wrażenia,  że otaczają mnie niebezpieczni wariaci. Rozmawiałem z pacjentem 

doktora Denta uzależnionym od petydyny, świeżo po odtruciu. Przyznał się do identycznych 

przeżyć i dodał,  że przez pierwszą dobę lekarze i pielęgniarki wydawali się “brutalni i 

background image

odrażający". Czuł ponadto głęboką melancholię. Inni narkomani opisywali mi swoje 

przeżycia tak samo. Psychologiczna przyczyna paranoi w okresie głodu jest oczywista: może 

tu również wchodzić w grę wspólna geneza metaboliczna. Istnieje uderzające podobieństwo 

między objawami głodu morfiny a objawami odurzenia innymi narkotykami. Haszysz, 

Bannisteria caapi (harmalina), peyotl (meskalina) wywołują stany nadwrażliwości zmysłowej, 

którym towarzyszą halucynacje. Często pojawiają się motywy paranoidalne. Szczególnie 

podobny do głodu jest stan po zażyciu banisterii. Wszystko wydaje się groźne. Paranoja nasila 

się zwłaszcza w razie przedawkowania. Po banisterii byłem przekonany, że czarownik 

indiański i jego pomocnik uknuli spisek, by mnie zamordować. Skutki różnych narkotyków 

mają swoje odzwierciedlenie w stanach metabolicznych organizmu. 

W Stanach Zjednoczonych dealerzy stale zmniejszają narkomanom dawki heroiny, 

coraz bardziej rozcieńczając towar mlekiem w proszku, cukrem i barbituranami. W rezultacie 

wielu narkomanów chcących się poddać terapii jest uzależnionych dość lekko i można ich 

odtruć w krótkim czasie (siedem do ośmiu dni). Szybko przychodzą do siebie, nie biorąc 

żadnych leków. Chwilową ulgę przynoszą  środki uspokajające lub antyhistaminowe, 

zwłaszcza wstrzykiwane. Narkoman czuje się lepiej ze świadomością, że w jego krwiobiegu 

znajduje się jakaś obca substancja. Posługiwano się w tym celu Tolserolem, Thoraziną i 

podobnymi jej tranquilizerami, barbituranami, chloralem, paraldehydem, środkami 

antyhistaminowymi, kortyzonem, rezerpiną, a nawet elektrowstrząsami (czy nie pora na 

lobotomię?). Rezultaty określano zazwyczaj jako “zachęcające", choć z moich doświadczeń 

wynika, iż należy się do nich odnosić bardzo sceptycznie. Oczywiście objawy głodu trzeba 

jakoś  łagodzić i nadają się do tego wszystkie wymienione lekarstwa (może z wyjątkiem 

najczęściej używanych barbituranów), jednakże nie stanowią one rzeczywistego rozwiązania 

problemu głodu. Objawy głodu narkotycznego zależą w dużym stopniu od indywidualnego 

metabolizmu i konstytucji fizycznej. Ludzie podatni na katar sienny i astmę cierpią podczas 

głodu na objawy alergiczne: katar, kichanie, łzawienie oczu, duszność. W takich przypadkach 

dużą ulgę może przynieść kortyzon i środki antyhistaminowe. Wymioty można 

prawdopodobnie łagodzić środkami przeciwwymiotnymi, jak torazyna. 

Przeszedłem dziesięć kuracji, podczas których stosowano wszystkie wspomniane leki. 

Szybkie zmniejszanie dawek, powolne zmniejszanie dawek, przedłużony sen, apomorfina, 

środki antyhistaminowe, bezużyteczna francuska metoda z zastosowaniem substancji zwanej 

amorfiną, wszystko oprócz elektrowstrząsów. (Chętnie poznałbym rezultaty eksperymentów z 

elektrowstrząsami na kimś innym). Powodzenie każdej kuracji zależy od głębokości i czasu 

trwania nałogu, fazy głodu (środki skuteczne przy lekkim głodzie mogą mieć katastrofalne 

background image

skutki w fazie ostrej), indywidualnych objawów, stanu zdrowia, wieku itd. W pewnym 

okresie dana kuracja może być zupełnie nieskuteczna, a kiedy indziej może zakończyć się 

sukcesem. Albo to, co nie pomaga jednemu narkomanowi, może pomóc drugiemu. Nie 

roszczę sobie pretensji do wydawania ostatecznych sądów; mogę tylko opisać własne reakcje 

na różne leki i metody. 

Kuracje oparte na zmniejszaniu dawek. — Najpospolitsza forma uleczenia; nie 

odkryto jak dotąd lepszego sposobu zwalczania ostrego uzależnienia. Pacjent otrzymuje 

pewną ilość morfiny, jednakże jej dawki należy jak najszybciej zmniejszyć. Poddawałem się 

kuracjom polegającym na powolnym zmniejszaniu dawek: zwykle kończyło się to 

zniechęceniem i powrotem do nałogu. Bardzo stopniowe odstawianie morfiny może trwać 

wiecznie. Większość narkomanów chcących się poddać kuracji zna z własnego 

doświadczenia objawy głodu. Spodziewa się nieprzyjemnych przeżyć i jest gotowa je znieść. 

Ale jeśli głód trwa dwa miesiące zamiast dziesięciu dni, narkoman może tego nie wytrzymać. 

Wolę pacjenta łamie nie natężenie bólu, tylko czas jego trwania. Jeśli narkoman bierze stale 

małe dawki pochodnych morfiny, aby przeciwdziałać bezsenności, nudzie czy niepokojowi 

wywołanemu głodem, nigdy nie przestanie odczuwać  głodu i prawie na pewno wróci do 

nałogu. Przedłużony sen. — W teorii brzmi to nieźle. Człowiek budzi się zdrowy z długiego 

snu. Ogromne dawki chloralu, barbituranów, Thoraziny wprowadzały mnie w koszmarny stan 

półświadomości. Odstawienie środków nasennych po pięciu dniach wywoływało gwałtowny 

szok. Nakładały się na niego objawy ostrego głodu morfiny. Czułem się potwornie. Żadna z 

kuracji, jakie kiedykolwiek przechodziłem, nie była równie bolesna. Podczas głodu dochodzi 

zawsze do głębokich zaburzeń rytmu snu i czuwania, a dalsze zaburzenie go środkami 

nasennymi wydaje się,  łagodnie mówiąc, niewskazane. Odstawienie morfiny jest 

wystarczająco przykre, by dodawać do niego jeszcze odstawienie barbituranów. Po dwóch 

tygodniach spędzonych w szpitalu (pięciodniowy sen i dziesięciodniowy “odpoczynek") 

byłem tak słaby,  że zemdlałem, usiłując wejść po niewielkiej pochyłości. Uważam, 

przedłużony sen za najgorszą z możliwych metod leczenia narkomanii. 

 

Środki antyhistaminowe. — Stosowanie środków antyhistaminowych opiera się na 

alergicznej teorii głodu. Nagłe odstawienie morfiny wywołuje nadprodukcję histaminy, co 

prowadzi do objawów alergicznych. (We wstrząsie wywołanym urazem lub ostrym bólem w 

krwiobiegu pojawiają się duże ilości histaminy. Podczas ostrego bólu, podobnie jak w stanie 

uzależnienia, organizm łatwo toleruje toksyczne dawki morfiny. Króliki, mające wysoki 

poziom histaminy we krwi, są niezwykle odporne na morfinę). Moje własne doświadczenia ze 

background image

środkami antyhistaminowymi nie są jednoznaczne. Poddałem się raz kuracji opartej na 

środkach antyhistaminowych i zakończyła się ona sukcesem. Jednakże byłem dość lekko 

uzależniony i w chwili rozpoczęcia kuracji nie brałem morfiny od siedemdziesięciu dwóch 

godzin. Potem często zażywałem środki antyhistaminowe, by przeciwdziałać objawom głodu, 

lecz rezultaty okazały się rozczarowujące.  Środki antyhistaminowe nasilały depresję i 

drażliwość (nie miałem typowych objawów alergicznych). 

 

Apomorfina. — Apomorfina to z pewnością najlepsza znana mi metoda leczenia 

narkomanii. Nie eliminuje całkowicie objawów głodu, lecz łagodzi je, tak że dają się znieść. 

Apomorfina likwiduje objawy ostre w rodzaju kurczów żołądka i nóg, drgawek i napadów 

pobudzenia. Kuracja oparta na apomorfinie jest znacznie mniej przykra niż powolne 

zmniejszanie dawek, a wyleczenie jest szybsze i znacznie pełniejsze. Mam wrażenie, że nie 

uwolniłem się nigdy całkowicie od głodu morfiny, dopóki nie poddałem się kuracji 

apomorfiną. Być może psychologiczny głód morfiny utrzymujący się po zakończeniu kuracji 

nie jest w istocie psychologiczny, tylko metaboliczny. Silniej działające pochodne 

apomorfiny mogą się okazać skuteczne w leczeniu wszelkich form uzależnień. 

 

Kortyzon. — Kortyzon, zwłaszcza wstrzyknięty dożylnie, przynosi pewną ulgę. 

 

Thorazina. — Łagodzi nieco głód, choć w małym stopniu. Nieprzyjemną stroną  są 

działania uboczne w postaci depresji, zaburzeń widzenia i niestrawności. 

 

Rezerpina. — Nigdy nie zauważyłem żadnych efektów, oprócz lekkiej depresji. 

 

Tolserol. — Nikłe rezultaty. 

 

Barbiturany. — Barbiturany przepisuje się często w celu zwalczenia bezsenności. W 

istocie rzeczy zaburzają one fizjologiczne mechanizmy snu, przedłużają okres głodu i mogą 

sprowokować powrót do nałogu. Wyleczony narkoman czuje pokusę zażycia wraz z 

Nembutalem niewielkiej ilości kodeiny albo nalewki opiumowej. (Bardzo niewielkie ilości 

pochodnych morfiny, zupełnie nieszkodliwe dla normalnego człowieka, natychmiast 

powodują powrót do nałogu). Moje własne doświadczenia potwierdzają opinię doktora Denta, 

że barbiturany są niewskazane. 

 

background image

Chloral i paraldehyd. — Prawdopodobnie lepsze od barbituranów, jeśli potrzebny jest 

środek uspokajający, jednakże obie substancje działają wymiotnie. 

 

W okresach głodu zażywałem także z własnej inicjatywy następujące  środki 

odurzające: 

 

Alkohol. — Absolutnie zabroniony w każdej fazie. Spożycie alkoholu natychmiast 

zaostrza głód i skłania do sięgania po morfinę. Alkohol można pić dopiero wtedy, gdy 

metabolizm powróci do normy. W przypadku silnego uzależnienia następuje to zwykle po 

miesiącu. 

 

Amfetamina. — Na pewien czas osłabia depresję w późnym okresie głodu, ma 

katastrofalne skutki w fazie ostrej i jest ogólnie niewskazana, bo wywołuje lęk, który 

narkoman łagodzi morfiną. 

 

Kokaina. — To samo odnosi się do kokainy. 

 

Cannabis indica (marihuana). — W stanie lekkiego głodu zmniejsza depresję i 

wzmaga apetyt, w fazie ostrej ma katastrofalne skutki. (Paliłem raz marihuanę na głodzie z 

koszmarnymi rezultatami). Cannabis wyostrza wrażliwość zmysłową. Jeśli ktoś czuje się 

kiepsko, będzie czuł się po niej jeszcze gorzej. Stanowczo odradzam. 

 

Peyotl, Bannisteria caapi. — Nie odważyłem się na eksperyment. Myśl o zażyciu yage 

w ostrej fazie głodu wywołuje zawrót głowy. Słyszałem o człowieku, który odurzył się 

peyotlem pod koniec detoksykacji, stracił jakoby wszelką ochotę na morfinę i w końcu zatruł 

się śmiertelnie peyotlem. 

W przypadkach głębokiego uzależnienia wyraźne objawy fizyczne głodu utrzymują 

się przynajmniej przez miesiąc. 

Nigdy nie widziałem chorego psychicznie morfinisty ani o takim nie słyszałem. 

Narkomani są w gruncie rzeczy przeraźliwie zdrowi psychicznie. Być może istnieje 

mataboliczna niezgodność między schizofrenią a uzależnieniem od narkotyków. Z drugiej 

strony głód morfiny często wywołuje reakcje psychotyczne — zazwyczaj lekką paranoję. 

Interesujące, że w leczeniu schizofrenii stosuje się te same środki co przy detoksykacji: środki 

antyhistaminowe, i trankwilizatory, apomorfinę, elektrowstrząsy. 

background image

Sir Charles Sherington definiuje ból jako “psychologiczny odpowiednik odruchów 

obronnych". 

Autonomiczny układ nerwowy reaguje na bodźce wewnętrzne i zewnętrzne, 

rozprężając się w odpowiedzi na bodźce odbierane jako przyjemne — seks, jedzenie, miłe 

kontakty towarzyskie — i kurcząc wskutek bólu, lęku, strachu, niewygody, nudy. Morfina 

zaburza cały ten mechanizm. Popęd płciowy zanika, perystaltyka jelit ustaje, źrenice przestają 

reagować na światło. Organizm nie reaguje na ból ani przyjemność. Zaczyna funkcjonować 

wedle zegara morfinowego. Narkoman jest odporny na nudę. Może gapić się godzinami w 

czubek buta albo po prostu leżeć w łóżku. Nie potrzebuje seksu, kontaktów towarzyskich, 

pracy, rozrywek, ćwiczeń, niczego oprócz morfiny. Morfina łagodzi ból, upodabniając 

człowieka do rośliny. (Rośliny, w większości nieruchome i niezdolne do odruchów 

obronnych, nie znają pojęcia bólu).  

Naukowcy poszukują nie uzależniającego narkotyku, który? uśmierza ból, nie 

wywołując przyjemności, a narkomani pragną — albo myślą,  że pragną — euforii bez 

uzależnienia. Sądzę,  że obu tych zjawisk nie można rozdzielać: każdy skuteczny środek 

przeciwbólowy musi obniżać popęd płciowy, wywoływać euforię i uzależnienie. Idealny 

środek przeciwbólowy prawdopodobnie wywołałby uzależnienie już po pierwszym zażyciu. 

(Gdyby ktoś chciał zsyntetyzować taki środek, dobrym punktem wyjścia mogłaby być 

dihydroksyheroina). 

Narkoman żyje w krainie, gdzie nie ma bólu, seksu ani czasu. ,| Powrót do normalnego 

rytmu biologicznego wywołuje objawy głodu. Wątpię, czy odstawienie narkotyku może się w 

ogóle odbyć m bezboleśnie, choć ból da się nieco złagodzić. 

 

Kokaina. — Kokaina to najsilniej euforyzujący  środek, jaki zażywałem. Euforia 

koncentruje się w mózgu. Być może kokaina działa bezpośrednio na połączenia nerwowe 

sterujące przyjemnością. Podejrzewam, że przepuszczenie przez nie prądu elektrycznego 

wywołałoby ten sam efekt. Najbardziej euforyzujące są zastrzyki dożylne, a przyjemność trwa 

zaledwie pięć do sześciu minut. Zastrzyki podskórne i wąchanie nie działają tak skutecznie. 

Kokainiści często nie śpią przez całą noc, wstrzykując sobie w jednominutowych 

odstępach na przemian kokainę i heroinę. (Nie znałem nigdy nałogowego kokainisty nie 

uzależnionego od morfiny). 

Potrzeba zażycia kokainy bywa bardzo intensywna. Spędzałem całe dni chodząc od 

apteki do apteki i realizując recepty na kokainę. Można gwałtownie pożądać kokainy, lecz nie 

towarzyszy temu głód mataboliczny. Jeśli człowiek nie może zdobyć kokainy, kładzie się 

background image

spać, śpi, wstaje i zapomina o niej. Rozmawiałem l z ludźmi, którzy brali kokainę przez całe 

lata, po czym nagle odcięto im źródło dostaw. Żaden z nich nie doświadczał głodu. W istocie 

trudno sobie wyobrazić, by stymulator przodomózgowia mógł prowadzić do uzależnienia. 

Uzależnienie to domena środków uspokajających. 

Nadużywanie kokainy prowadzi do drażliwości, depresji, niekiedy psychozy 

narkotycznej z halucynacjami paranoidalnymi. Drażliwości i depresji wywołanej przez 

kokainę nie da się łagodzić podwyższeniem dawek. Skutecznie czyni to tylko morfina. Jeśli 

morfinista zażywa kokainę, prowadzi to zawsze do zwiększenia dawek morfiny i częstości 

zastrzyków. 

 

Cannabis indica (haszysz, marihuana). — Istnieją barwne opisy działania tego 

narkotyku: zaburzenia percepcji przestrzeni i czasu, nadwrażliwość zmysłów, gonitwa myśli, 

napady  śmiechu, błaznowanie. Marihuana wyostrza percepcję, a rezultat nie zawsze jest 

przyjemny. Przykrość staje się tragedią, depresja zmienia się w rozpacz, lęk w panikę. 

Wspominałem już o swoich straszliwych doświadczeniach z marihuaną w ostrej fazie głodu 

morfinowego. Poczęstowałem raz marihuaną człowieka, który lekko się czymś niepokoił. 

Wypaliwszy połowę papierosa, zerwał się nagle na równe nogi, krzyknął: “Boję się!" i 

wybiegł z domu. 

Marihuana wywołuje również zaburzenia orientacji uczuciowej. Człowiek nie wie, czy 

coś lubi; nie może się zdecydować, czy doznanie jest przyjemne czy nieprzyjemne.  

Ludzie bardzo różnie reagują na marihuanę. Niektórzy palą  ją nieustannie, inni od 

czasu do czasu, jeszcze inni zupełnie jej nie znoszą. Jest szczególnie niepopularna wśród 

zatwardziałych morfinistów, którzy odnoszą się do niej z purytańską zgrozą. 

W Stanach Zjednoczonych znacznie wyolbrzymia się szkodliwość marihuany. 

Naszym narodowym środkiem odurzającym jest alkohol, a inne narkotyki budzą w nas 

zabobonny lęk. Ktokolwiek się nimi truje, zasługuje na kompletną ruinę umysłową i fizyczną. 

Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć, nie zważając na fakty. Marihuana nie wywołuje 

uzależnienia. Nie znam dowodów na to, że umiarkowane palenie marihuany jest szkodliwe, 

choć jej nadużywanie może prowadzić do psychozy narkotycznej. 

 

Barbiturany. — Barbiturany z pewnością wywołują uzależnienie, jeśli zażywa się je w 

dużych dawkach (uzależnienie wywołuje dawka dzienna w wysokości grama). Głód 

barbituranów jest groźniejszy niż głód morfiny, gdyż towarzyszą mu halucynacje z atakami 

typu padaczkowego. Barbituromani często ranią się, padając na betonowe podłogi (w 

background image

miejscach, gdzie są betonowe podłogi, trudno zwykle zdobyć narkotyki). Morfiniści często 

zażywają barbiturany, aby wzmocnić działanie małych dawek morfiny. Niektórzy uzależniają 

się również od barbituranów. 

Zażywałem co wieczór przez cztery miesiące po dwie kapsułki Nembutalu (razem 

dwieście miligramów), a po odstawieniu nie miałem żadnych objawów głodu. Uzależnienie 

od barbituranów to kwestia ilości. Prawdopodobnie nie jest to uzależnienie fizyczne jak w 

przypadku morfiny, tylko mechaniczna reakcja na nadmierną depresję przodomózgowia. 

Człowiek uzależniony od barbituranów to obraz nędzy i rozpaczy. Traci koordynację 

ruchową, jąka się, spada ze stołków barowych, zasypia w środku zdania, jedzenie wypada mu 

z ust. Ma zamęt w głowie, jest kłótliwy i otępiały. Prawie zawsze bierze inne środki 

odurzające: alkohol, amfetaminę, morfinę, marihuanę. Barbituromani są pariasami wśród 

narkomanów: “Tableciarze. Nie mają żadnej godności". Następny krok w dół to gaz świetlny 

albo wąchanie amoniaku w kuble. 

Mam wrażenie, że barbiturany prowadzą do najgorszej możliwej formy uzależnienia, 

odrażającej, dającej złe rokowanie, opornej na terapię. 

 

Amfetamina. — Stymulator mózgowy, podobnie jak kokaina. Duże dawki wywołują 

przewlekłą bezsenność i euforię, po czym następuje głęboka depresja. Amfetamina wzmaga 

lęk, wywołuje zaparcie i utratę łaknienia. 

Znam tylko jeden przypadek, gdy po odstawieniu amfetaminy wystąpiły objawy 

głodu. Moja znajoma pochłaniała przez pół roku niewiarygodne ilości amfetaminy, po czym 

wpadła w stan psychotyczny i trafiła na dziesięć dni do szpitala. Wciąż brała amfetaminę, lecz 

nagle odcięto jej źródło dostaw. Głód objawił się czymś w rodzaju ataku astmy: nie mogła 

złapać tchu i posiniała. Podałem jej środek antyhistaminowy (Thepherene), który przyniósł 

natychmiastową ulgę. Symptomy więcej się nie pojawiły. 

 

Peyotl (meskalina). — Jest to niewątpliwie  środek stymulujący. Rozszerza źrenice, 

wywołuje bezsenność oraz gwałtowne mdłości. Jeżeli człowiek nie zwymiotuje peyotlu 

wkrótce po zażyciu go, doznaje przeżyć podobnych jak po paleniu marihuany. Zwiększa się 

wrażliwość zmysłowa, zwłaszcza na kolory. Pojawia się również szczególny stan psychiczny 

polegający na utożsamieniu z rośliną. Wszystko wygląda niczym kaktus peyotlu. Łatwo 

zrozumieć, dlaczego Indianie uważają peyotl za ducha mieszkającego w kaktusie. 

Przedawkowanie może prowadzić do paraliżu układu oddechowego i śmierci. Znam 

jeden taki przypadek. Peyotl nie wywołuje uzależnienia. 

background image

Bannisteria caapi (harmalina, banisteryna, telepatyna). — Bannisteria caapi to szybko 

rosnące pnącze. Substancja aktywna znajduje się prawdopodobnie w świeżych pędach, 

zwłaszcza w korze. Na jedną osobę potrzeba pięciu pędów, długości dwudziestu centymetrów 

każdy. Pędy rozgniata się i gotuje przez dwie lub trzy godziny wraz z liśćmi krzewu o nazwie 

botanicznej Palicourea sp. rubiacea. 

Yage albo ayuahuaska (najpospolitsze nazwy indiańskie banisterii) to halucynogen 

powodujący głębokie zaburzenia percepcji. Przedawkowanie może doprowadzić do drgawek. 

Antidotum są barbiturany albo inne środki uspokajające o działaniu przeciw drgawkowym. 

Każda osoba zażywająca yage po raz pierwszy powinna mieć pod ręką środek uspokajający 

na wypadek przedawkowania. 

Yage odurzają się czarownicy indiańscy, którzy traktują halucynacje jako prorocze 

wizje przyszłości. Używają oni także yage do leczenia różnorakich chorób. Banisteryna 

obniża temperaturę i ma skutkiem tego pewne zastosowanie w leczeniu febry. Jest ponadto 

silnym  środkiem odrobaczającym. Działa znieczulająco i jest stosowana w bolesnych 

obrzędach inicjacyjnych, których uczestników chłoszcze się lub wystawia na ukąszenia 

mrówek. 

O ile wiem, działanie narkotyczne wykazują jedynie świeżo ścięte pędy. Nie udało mi 

się nigdy odkryć żadnej metody ekstrahowania i przechowywania czynnika aktywnego. Próby 

z preparowaniem nalewek lub suszeniem pędów zakończyły się fiaskiem. Farmakologia yage 

wymaga badań laboratoryjnych. Ponieważ już prymitywny wywar jest potężnym 

halucynogenem, czysta substancja mogłaby działać w sposób jeszcze bardziej spektakularny. 

Z pewnością sprawa ta wymaga dalszych badań.

8

Nie zaobserwowałem  żadnych negatywnych działań ubocznych yage. Czarownicy 

zażywający je stale ze względów zawodowych cieszą się dobrym zdrowiem. Wkrótce rozwija 

się tolerancja, tak że można pić wywar nie odczuwając mdłości ani innych przykrych doznań. 

Yage to niezwykły narkotyk, przypominający nieco haszysz. Oba dają zmianę 

perspektywy, rozszerzenie świadomości poza normalne doznania. Jednakże yage wywołuje 

głębsze zaburzenia percepcji, którym towarzyszą halucynacje. Szczególnie charakterystyczne 

są błękitne błyski przed oczyma. 

Yage służy do różnych celów. Wielu Indian i białych traktuje je po prostu jako jeszcze 

jeden środek odurzający podobny do alkoholu. Bywa również stosowane podczas obrzędów i 

ma znaczenie rytualne. Młodzi Indianie Jivaro zażywają yage, aby nawiązać  łączność z 

8

 

Po opublikowaniu tej książki odkryłem, że alkaloidy banisterii są blisko spokrewnione z LSD-6, stosowanym 

do wywoływania psychoz eksperymentalnych. Myślę, że to samo odnosi się do LSD-25.

 

background image

duchami przodków i poznać własną przyszłość. Yage stosuje się również w trakcie obrzędów 

inicjacyjnych, wykorzystując jego działanie znieczulające. Czarownicy przyjmują yage, aby 

przewidywać przyszłość, odnajdywać przedmioty zgubione lub skradzione, odkryć sprawcę 

przestępstwa, leczyć choroby.  

Alkaloid występujący w banisterii wyodrębniono w tysiąc dziewięćset dwudziestym 

trzecim roku. Dokonał tego Fisher Cardenas, który nazwał go telepatyną lub banisteryną. 

Rumf dowiódł, że telepatyna nie różni się od harminy, alkaloidu Perganum harmala

Jest oczywiste, że Bannisteria caapi nie wywołuje uzależnienia. 

 

Gałka muszkatołowa. Skazańcy i marynarze odurzają się niekiedy gałką 

muszkatołową,  łykając ją z wodą. Sensacje są dość podobne jak po marihuanie, choć 

towarzyszą im ból głowy i nudności. Nawet jeśli można się uzależnić od gałki 

muszkatołowej, z pewnością wcześniej następuje śmierć. Sam zażyłem gałkę tylko raz. 

Indianie południowoamerykańscy stosują kilka narkotyków z rodziny gałki 

muszkatołowej. Zwykle wąchają sproszkowaną roślinę. Czarownicy zażywający gałkę 

muszkatołową wpadają w trans pozwalający przepowiadać przyszłość. Jeden z moich 

przyjaciół chorował ciężko przez trzy dni po eksperymencie z narkotykiem należącym do 

rodziny gałki muszkatołowej. 

 

Datura-skopolamina. — Morfiniści często zażywają morfinę w połączeniu ze 

skopolaminą.  

Zdobyłem kiedyś kilkanaście ampułek, z których każda zawierała dziesięć 

miligramów morfiny oraz pięć tysięcznych grama skopolaminy. Uważając pięć tysięcznych 

grama za ilość niewartą wzmianki, wstrzyknąłem sobie za jednym zamachem sześć ampułek. 

W rezultacie przeżyłem kilkugodzinny stan psychotyczny; na szczęście w porę związał mnie 

mój gospodarz. Nazajutrz rano nic nie pamiętałem. 

Narkotykami z grupy datury odurzają się Indianie południowoamerykańscy i 

meksykańscy. Często dochodzi przy tym do wypadków śmiertelnych. 

Rosjanie posługują się skopolaminą w trakcie przesłuchań, osiągając wątpliwe 

rezultaty. Więzień chce wyjawić swoje sekrety, lecz nie może ich sobie przypomnieć. Często 

miesza mu się fikcyjna i rzeczywista tożsamość. Jak rozumiem, doskonałe rezultaty w 

wydobywaniu informacji z przesłuchiwanych daje meskalina. 

 

 

background image

Uzależnienie od morfiny to schorzenie fizyczne wywołane przyjmowaniem morfiny. 

Moim zdaniem psychoterapia jest nie tylko bezużyteczna, lecz także niewskazana. 

Statystycznie rzecz biorąc, narkomanami bywają zwykle ludzie mający dostęp do morfiny: 

lekarze, pielęgniarki, osoby związane z czarnym rynkiem. W Persji, gdzie opium jest 

sprzedawane bez żadnych ograniczeń, uzależnione jest siedemdziesiąt procent dorosłych. Czy 

wobec tego należy poddać psychoanalizie kilka milionów Persów i ustalić, jakie głębokie 

konflikty wewnętrzne skłoniły ich do nadużywania opium? Chyba nie. Z moich doświadczeń 

wynika,  że narkomani nie są w większości neurotykami i nie wymagają psychoterapii. 

Kuracja apomorfinowa i dostęp do apomorfiny w razie powrotu do nałogu dałyby z 

pewnością wyższy procent całkowitych wyleczeń niż jakikolwiek program “edukacji 

psychologicznej".