background image

GRAHAM GREENE

Moc i chwała

(Przełożył Bolesław Taborski )

background image

Dla Gervase 

background image

Krąg się zacisnął;

bystra chartów siła

i śmierć z godziną

każdą bliżej była.

(Dryden)

background image

Przedmowa 

Kiedy  po  latach   wojny  zaczęliśmy   wydawać   najlepsze  powieści   z  literatur   zachodnich, 

olśniły nas wielkie nazwiska Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Sartre'a. Stwarzało to pozór, że 

stykamy   się   z   niezwykle   wyśrubowaną   przeciętną   obowiązującego   poziomu   w   literaturze 

światowej,   a   nie   z   jej   szczytowymi   osiągnięciami   z   lat   kilkunastu.   Dopiero   dzisiejsze 

współzawodnictwo między wydawnictwami polującymi  na głośne, nagradzane pozycje pozwala 

odróżnić sezonowe rewelacje beletrystyczne od prawdziwej literatury, którą wyznacza najbardziej 

bezlitosny sędzia - czas. 

Do książek, które zwycięsko wytrzymały tę próbę, należy bez wątpienia “Moc i chwała” 

Grahama Greene'a. Ta właśnie powieść ustaliła  jego pozycję w czołówce literatury światowej, 

utorowała drogę powodzenia, sukcesów wydawniczych dla “Sedna sprawy”, “W Brighton” czy 

“Trądu”. O “Mocy i chwale” tak pisze autor:

“Książka ta daje mi największą satysfakcję ze wszystkich moich książek; nie mówi to dużo, 

ale napawa mnie smutkiem, gdy pomyślę, że napisałem ją przed dwudziestu laty. Czekała prawie 

dziesięć lat na powodzenie. Pierwsze wydanie w Anglii miało 3500 egzemplarzy i ukazało się na 

miesiąc przed hitlerowską inwazją na Holandię. W Stanach Zjednoczonych wydano ją pod trudnym 

i wprowadzającym w błąd tytułem “Ścieżki labiryntu” (ponieważ mego własnego już ktoś użył), a 

sprzedano,   zdaje   się,   dwa   tysiące   egzemplarzy.   Jej   powojenny   sukces   we   Francji,   który 

zawdzięczam szlachetnemu wstępowi Francois Mauriaca, stworzył niebezpieczeństwo na dwóch 

frontach: Hollywoodu i Watykanu. John Ford wyprodukował pobożny film, w którym ksiądz stał 

się   uosobieniem   szlachetności,   a   porucznika   zrobiono   łajdakiem;   powodzenie   powieści   we 

francuskich   kołach   katolickich   spowodowało   reakcję,   w   wyniku   której   francuscy   biskupi 

dwukrotnie odwoływali się do Rzymu.”

Tyle   autor.   Jego   powieść   była   wynikiem   wyprawy   do   Meksyku   w   latach   1937   -   38. 

Greene'a, wychowanego wśród protestantów, zawsze uderzały - zresztą lubiane i przez katolików - 

anegdoty, przykłady z życia, pomawiania i oskarżania księży o pijaństwo i sprawy z kobietami. 

Obyczaje księży Południowej Ameryki nie odbiegają zbytnio od bujnych, prawie awanturniczych 

żywotów   kleru   włoskiego   w   okresie   Renesansu.   Greene   w   czasie   podróży   obserwuje   ślady 

niedawnego rozgromienia Kościoła meksykańskiego - który wyparty z powierzchni życia, na pozór 

przestaje istnieć. Pisarz uczestniczył w mszach odprawianych po domach, w ukryciu, gdzie zamiast 

dzwonka ministrant stukał palcem w podłogę. Pisarz rozmawia z wiernymi, tropi ślady nielicznych 

księży,   przekazywanych   z   rąk   do   rąk,   mimo   że   pomoc   im   okazywana   grozi   rozstrzelaniem. 

Mieszanina   najżarliwszej   wiary   i   ciemnego   przywiązania,   odruchów   niezwykłej   szlachetności, 

background image

nawet bohaterstwa - i chciwości, nienawiści, zdrady. Greene'a wciąga wzajemna zależność dwu 

przeciwstawnych sił, starcie dwu racji, które, jak z ówczesnego układu wynikało, musiały być w 

konflikcie.   Z   jednej   strony   ksiądz   -   pijaczyna,   ojciec   kilkuletniego   dziecka,   słaby,   świadomy 

własnej marności - a z drugiej porucznik “czerwonych koszul”, który go ściga w imię dekretu. 

Wydaje   się,   że   Autor   wyidealizował   swego   oficera   policji   -   tak   bywało   i   w   “Spokojnym 

Amerykaninie”, i w “Sednie sprawy” - przydał przedstawicielom władzy coś z godności filozofów, 

każąc im błysnąć spekulacjami myślowymi,  czasem w formie aforyzmów. W Meksyku sprawy 

były   jednak   o   wiele   prostsze:   nienawiść   eksplodowała   buntem   uciskanych,   dla   pistoleros 

najprostszym załatwieniem konfliktu był celny strzał z rewolweru; nie dyskutować, tylko zabić. 

Mury starych świątyń próbowano rozsadzić dynamitem, żeby zbiegli duchowni nie mieli do czego 

powracać. Wypędzić księży lub ich wytępić, albo zmusić, by się zaparli sakramentu, raz na zawsze 

skończyć z religią. Minęło kilkanaście lat. Dziś wiemy, że w Meksyku znaleziono modus vivendi. 

Kościół przyjął nowe formy działalności duszpasterskiej, wierni praktykują swobodnie, choć prądy 

antyklerykalne są nadal silne, głównie wpływowej masonerii. W tej świetnej powieści interesuje 

Greene'a jedynie dramatyczna sytuacja, to, co nazwałbym wielkimi łowami, grą pełną śmiertelnego 

ryzyka. Autor nie próbuje nam wyjaśnić, jak do tego doszło, jak powstały tak silne społeczne prądy 

wrogości,   nienawiści,   które   doprowadziły   do   czasowego   rozproszenia   kleru   meksykańskiego. 

Jednak   polski   czytelnik   musi   sobie   zadać   takie   pytanie.   Żeby   na   nie   odpowiedzieć,   przyjdzie 

głęboko sięgnąć w przeszłość: nie ma skutków bez przyczyn.  Pamiętamy,  że Meksyk  w ciągu 

wieków był kolonią hiszpańską, zdobytą podbojem pełnym okrucieństwa, wyrafinowanych zdrad, 

nikczemności. Chciwość i złoto były motorem działania konkwistadorów. Dlatego zrozpaczeni, 

mordowani   Indianie   pochwyconym   Hiszpanom   roztopione   złoto   wlewali   do   gardła,   by   ich 

ostatecznie  nasycić.   Cortez   kazał   żywcem   piec  ostatniego   władcę  zagarniętego  państwa,  by w 

mękach wydał sekret, gdzie ukrył swoje skarby. Żołnierze hiszpańscy pędzili z sobą jeńców, którzy 

stanowili kolejno pokarm dla psów. Każdy z gubernatorów pragnął jak najszybciej zbić fortunę i 

wrócić   do   zamorskiej   ojczyzny.   Administracja   się   zmieniała,   wspierające   ją   duchowieństwo 

budowało   ziemską   potęgę   Kościoła,   dziedziczyło   skarby,   trwało,   gromadząc   olbrzymie   dobra, 

głównie   ziemię.   Statystyka,   odkąd   zaczęła   istnieć,   podaje   przerażające   liczby,   pełne   groźnej 

wymowy, 80% ziemi było w posiadaniu 2% ludności, stwarzając warunki, w których 90% chłopów 

pracowało jako siła najemna, niewolniczo uzależniona od obszarnika. Najpotężniejszym - niestety - 

był kler meksykański. Nędza i ciemnota idą w parze; do roku 1910 Meksyk miał 78% analfabetów 

i dziś jeszcze daleko do pełnego nauczania. Należy jednak być sprawiedliwym, pamiętając o tym, 

że walkę o wyzwolenie narodu, zbrojne działania przeciw Hiszpanom, wsparte także radykalizmem 

społecznym,   rozpoczęli   dwaj   księża:   Hidalgo   i   Morelos,   obaj   za   to,   niestety,   potępiani   przez 

background image

episkopat i skazani na śmierć. W historii Meksyku duchowieństwo wyższe zazwyczaj popierało 

konserwatywne   ugrupowania,   odmawiając   pomocy   -   nie   tylko   moralnego   poparcia,   ale   nawet 

cząstki   swoich   skarbów   nagromadzonych   w   ciągu   wieków   na   dozbrojenie   armii,   na   cele 

zabezpieczające   niepodległość   atakowanego   kraju.   Dochodziło   do   rażących   i   budzących 

powszechny   niepokój   sojuszów   między   biskupami   meksykańskimi   a   interwentami   z   wojsk 

francuskich czy meksykańskich. Naród meksykański jest w swej większości katolicki nie tylko z 

imienia;   jest   głęboko   przywiązany   do   praktyk   religijnych.   A   jednak   na   drodze   politycznych   i 

ekonomicznych przeobrażeń, zwłaszcza w czasie walki o wolność, często szukał potencjonalnego 

wroga   wśród   upartego,   zachowawczego   duchowieństwa,   ludzi   przeważnie   cudzoziemskiego 

pochodzenia,   nie   związanych   z   interesami   kraju.   Czy   sprawa   konfiskaty   ziemi   kościelnej, 

ogromnych   majątków,   ograniczenie   przywilejów   podatkowych,   rozbicie   owego   państwa   w 

państwie - nie prowadziły do konfliktu? Nowe ustawy odcinały księży od wszelkiego wpływu na 

życie polityczne. Zażądano, by opuścili kraj wszyscy duchowni obcego pochodzenia, a było ich 

ponad 40%. Księża, rodowici Meksykanie, byli zobowiązani złożyć  przysięgę lojalności wobec 

rządu. Wtedy doszło do najostrzejszych spięć, do rozlewu krwi. Chłopi chętnie brali kościelną 

ziemię, mimo że grożono im z ambon ogniem piekielnym. Natomiast burzenie samych kościołów, 

przeznaczonych przez władze stanowe na rozbiórkę, uważali już za zamach na swoją własność. 

Przodkowie ich wznieśli te mury,  generacje zdobiły wnętrza,  nakładały wzorzyste  sukienki na 

figury świętych, wieszały wota, żebrały odmiany losu ciężkiego jak kamień. Byli przywiązani do 

obrzędów; chrzty, śluby, pogrzeby stawały się najważniejszymi wydarzeniami w ich życiu. Ziemia 

to inna sprawa, ziemię brali bez oporów, bez konfliktu w sumieniu, zbyt wiele się na tych zagonach 

natrudzili, ziemia wchłonęła ich pot i łzy, uważali, że im się należy, natomiast Kościoła często 

bronili, a księdza ukrywali, uważając go za szafarza łaski i sakramentów, niezbędnego pośrednika 

między   nimi   a   Bogiem.   Rząd   Callesa   przystąpił   do   wypędzania   księży   jako   inspiratorów 

meksykańskiej Wandei, widząc w nich ostoję zachowawczej, feudalnej formacji. Meksyk pamiętał, 

czego doświadczył od okupantów, dlatego otworzył gościnnie granice wszystkim prześladowanym, 

zwłaszcza z Hiszpanii i Południowej Ameryki. Zjechali tu tępieni przez reakcyjne rządy nie tylko 

socjaliści i komuniści, ale i uczestnicy nieudanych przewrotów, walczący z różnymi dyktaturami, 

despotami,   zamachowcy   i   anarchiści.   Właśnie   anarchiści,   przywdziawszy   czerwone   koszule, 

załatwiali stare porachunki z księżmi, zaczęte jeszcze w Hiszpanii. Polowanie, któremu każe nam 

towarzyszyć Greene, jest pościgiem nie tylko za księdzem, ale i za wrogiem państwa, który w 

końcu szuka azylu w Stanach Zjednoczonych, u niedawnego zaborcy Teksasu i Kalifornii, u tych, 

co drapieżnym  kapitałem  próbowali  spętać  młodą  republikę.  Tło dramatu  księdza  wymyka  się 

obserwacji   wielkiego   pisarza;   jego   interesuje   psychologia.   Jest   to   zresztą   jego   prawo.   Ksiądz 

background image

błąkający się po indiańskich wioskach, ukrywany przez chłopów, udzielający sakramentu chrztu i 

małżeństwa, odprawiający Mszę pod strażą - bohaterstwem okupuje własne tchórzostwo i płynący 

z trwogi alkoholizm, zwykłe człowiecze słabości. W Stanach, przekroczywszy granicę, jest tylko 

złym księdzem. W Meksyku jest kandydatem na męczennika za wiarę. Jeśli wraca z samobójczym 

uporem, przeczuwając zasadzkę, w której przynętą jest konający, dusza do ocalenia, czyni to i 

dlatego, żeby ratować własną godność, samym sobą nie gardzić. Graham Greene nie zamierzał 

dochodzić   przyczyn   pozasłużbowej   zaciekłości   pościgu,   nie   analizuje   podłoża   historycznego   i 

ekonomicznego,   na   którym   wyrosła   zajadłość   porucznika   -   anarchisty.   Może   to   utrudniłoby 

wartościowanie postaw? Bo czyż  ksiądz pijaczyna, a zarazem męczennik, wierny posłannictwu 

kapłańskiemu,   nie   spłaca   cząstki   długu   za   wieki   krzywdy,   wyzysku   i   poniżenia   bezrolnych 

chłopów?   O   tym   warto   pamiętać,   to   warto   wiedzieć,   zanim   się   zacznie   czytać   tę   chyba 

najwybitniejszą powieść Autora, który jest katolikiem nie z urodzenia czy tradycji, ale z wyboru. 

(Wojciech Żukrowski) 

background image

Część pierwsza 

background image

Rozdział I

Port 

Tench wyszedł z domu na upalne słońce meksykańskie i biały pył drogi, aby dowiedzieć się 

o swoją butlę z eterem. Z dachu kilka sępów spoglądało z niemrawą obojętnością: nie był jeszcze 

padliną. Wątłe uczucie buntu zrodziło się w sercu Tencha. Połamanymi paznokciami wyrwał grudę 

ziemi z drogi i słabym  ruchem rzucił ją w ich stronę. Jeden z sępów uniósł się i poszybował 

poprzez miasto, ponad malutkim rynkiem, ponad popiersiem byłego prezydenta, byłego generała, 

byłego człowieka, ponad dwoma straganami, na których sprzedawano wodę mineralną, w stronę 

rzeki i morza. I tak nic tam nie znajdzie: w tamtej stronie rekiny opiekowały się padliną. Tench 

szedł dalej przez rynek. Powiedział: “Buenos dias” człowiekowi ze strzelbą, który oparty o ścianę 

siedział w małym skrawku cienia. Ale to nie była Anglia. Człowiek nie odezwał się ani słowem, 

tylko spoglądał niechętnie na Tencha, jak gdyby nigdy nie miał do czynienia z tym cudzoziemcem, 

jak gdyby to nie Tenchowi zawdzięczał dwa trzonowe złote zęby. Pocąc się Tench przeszedł w 

kierunku wybrzeża koło urzędu skarbowego, który kiedyś był kościołem. Nagle w połowie drogi 

zrozumiał, po co wyszedł z domu... Po szklankę wody mineralnej? Tylko to można było dostać w 

tym kraju, gdzie obowiązywała prohibicja; było jeszcze monopolowe piwo, ale zbyt drogie, żeby je 

pić bez specjalnej okazji. Tencha chwyciły okropne mdłości. Nie, chyba to było coś innego, nie 

woda mineralna. Oczywiście, butla z eterem... Statek był już w porcie. Słyszał triumfalny świst 

jego syreny, gdy po lunchu leżał w łóżku. Minął zakład fryzjerski, dwa gabinety dentystyczne i 

wyszedł na brzeg rzeki pomiędzy składem a urzędem celnym. Rzeka toczyła się ciężko pomiędzy 

plantacjami bananów prosto do morza. “Generał Obregon” był przycumowany do brzegu i właśnie 

wyładowywano piwo. Ze sto skrzyń leżało już na wybrzeżu. Tench stał w cieniu urzędu celnego i 

myślał: Po co ja tu przyszedłem? Upał wyssał z niego pamięć. Zebrał ślinę i splunął ponuro w 

kierunku słońca. Potem usiadł na skrzyni i czekał. Nic nie ma do roboty. Nikt nie przyjdzie do 

niego przed piątą. “Generał Obregon” - statek długości około trzydziestu metrów, miał kawałek 

uszkodzonej   balustrady,   jedną   łódź   ratunkową,   dzwon   wiszący   na   sparciałym   sznurze,   lampę 

naftową u dziobu. Wyglądało na to, że mógłby przetrwać ze dwa lub trzy lata na Atlantyku, jeśli 

nie natrafi na północny wiatr w zatoce. Ten by go oczywiście 

wykończył.   Nie   miało   to   jednak   żadnego   znaczenia:   każdy,   kupując   bilet,   był 

automatycznie ubezpieczony. Pomiędzy związanymi indykami z pół tuzina pasażerów opierało się 

o balustradę i gapiło na port: na skład towarowy, na pustą, rozpaloną ulicę, na zakłady dentystów i 

fryzjerów. Tench usłyszał tuż za sobą skrzyp kabury rewolweru i odwrócił głowę. Urzędnik celny 

patrzył na niego ze złością i powiedział coś, czego Tench nie dosłyszał. - Co proszę? - spytał. - 

background image

Moje zęby - powiedział niewyraźnie celnik. - Ach tak, pańskie zęby - rzekł Tench. Ten człowiek w 

ogóle nie miał zębów. To był powód, dla którego nie mógł wyraźnie mówić. Tench usunął mu 

wszystkie. Brały go nudności. Coś mu dolegało... robaki, dyzenteria... 

- Szczęka już prawie gotowa. Dziś będzie - obiecywał machinalnie. Oczywiście, było to 

zupełnie niemożliwe; lecz tak właśnie odkładając wszystko na potem, tu się żyło. Celnik zadowolił 

się obietnicą. Może zapomni o tym, a zresztą, co może zrobić? Przecież zapłacił z góry. To był dla 

Tencha cały świat: upał i zapominanie o wszystkim, odkładanie do jutra, a gdy tylko możliwe - 

gotówka na stół; właściwie za co? Wpatrywał się w dal, w wolno płynącą rzekę. Przy jej ujściu 

płetwa   rekina   poruszała   się   jak   peryskop.   Z   biegiem   lat   kilka   statków   osiadło   na   mieliźnie. 

Podpierały teraz brzeg, a ich kominy pochylone były jak armaty, wymierzone w jakiś odległy cel 

poprzez   drzewa   bananowe   i   moczary.   Tench   myślał:   Butla   z   eterem,   prawie   zapomniałem.   Z 

otwartymi   ustami   zaczął   smętnie   liczyć   butelki   Cerveza   Moctezuma.   Sto   czterdzieści   skrzyń. 

Dwanaście razy sto czterdzieści. Gęsta ślina zbierała mu się w ustach. Dwanaście czwórek to jest 

czterdzieści osiem. Powiedział głośno po angielsku: “Mój Boże, ależ piękna!” - Tysiąc dwieście, 

tysiąc sześćset osiemdziesiąt. Splunął patrząc z nieokreślonym zainteresowaniem na dziewczynę, 

stojącą na dziobie “Generała Obregona”. Drobna, szczupła. Tutejsze kobiety przeważnie były takie 

grube. Oczywiście, piwne oczy i nieunikniony błysk złotego zęba, ale taka świeża, młoda... Tysiąc 

sześćset osiemdziesiąt butelek, po pezie za butelkę. Ktoś szepnął po angielsku:

- Co pan powiedział?

Tench  odwrócił  się. - Pan jest Anglikiem - zapytał  zdumiony,  lecz  na widok okrągłej, 

zapadłej   twarzy   pokrytej   trzydniowym   zarostem,   zmienił   swe   pytanie:   -   Czy   mówi   pan   po 

angielsku?

Tak, mężczyzna odpowiedział, że mówi po angielsku. Stał wyprostowany w cieniu. Był to 

niski człowiek, ubrany w ciemne miejskie ubranie, dobrze już znoszone, a w ręku miał niedużą 

teczkę.   Pod   pachą   trzymał   jakąś   powieść:   widać   było   fragment   krzykliwie   kolorowej   sceny 

miłosnej na okładce. - Przepraszam - powiedział - myślałem, że to do mnie odezwał się pan przed 

chwilą. - Miał wyłupiaste oczy i sprawiał wrażenie człowieka dziwnie wesołego, jak gdyby dopiero 

co oblewał urodziny... w samotności. Tench splunął. - Co ja takiego mówiłem? - Nie mógł sobie 

przypomnieć ani słowa. - Powiedział pan: “Mój Boże, ależ piękna”. - Co ja mogłem mieć na myśli? 

- Patrzył w górę na bezlitosne niebo. Sęp wisiał tam jak obserwator. - Co? Och, przypuszczam, że 

po prostu tę dziewczynę. Nieczęsto się tu widuje taki ładny okaz. Najwyżej jedną lub dwie na rok 

godne uwagi. - Ona jest bardzo młoda. - Och, ja nie mam żadnych zamiarów - mówił ospale Tench. 

- Wolno człowiekowi patrzeć. Mieszkam samotnie od piętnastu lat. - Tutaj?

-   Niedaleko.   Zamilkli   obaj.   Czas   mijał.   Cień   urzędu   celnego   przesunął   się   o   kilka 

background image

centymetrów w stronę rzeki. Sęp poruszył się nieznacznie jak czarna wskazówka zegara. - Pan 

przyjechał tym statkiem? - zapytał Tench. - Nie. - Odjeżdża pan nim?

Mały   człowieczek   zdawał   się   wykręcać   od   dania   odpowiedzi,   ale   w   końcu,   jak   gdyby 

czując, że trzeba dać jakieś wyjaśnienie, rzekł:

- Ja się tylko przyglądam. Zapewne niedługo odpływa?

- Za parę godzin, do Vera Cruz - odpowiedział Tench. - Bez przystawania po drodze?

- Gdzież mógłby stawać? - Po czym zapytał: - Skąd pan się tu wziął?

Obcy odparł wymijająco:

- Przyjechałem łódką. - Ma pan plantację?

- Nie. - Miło jest usłyszeć swój język - zauważył Tench. - Pan nauczył się angielskiego w 

Stanach?

Tamten przytaknął. Nie był zbyt rozmowny. - Ach - mówił Tench - co ja bym dał za to, 

żeby  tam   być   teraz.   Nie   ma   pan   czasem   coś   do  picia   w   tej   swojej   teczce?   -   dodał   po  cichu 

niespokojnym   głosem.   -   Niektórzy   ludzie   tam   u   was...   sam   znałem   paru...   trochę   w   celach 

leczniczych. - Tylko lekarstwa - powiedział tamten. - Pan jest lekarzem?

Krwią nabiegłe oczy zerkały chytrze ukosem na Tencha. - Pan by mnie pewnie nazwał... 

szarlatanem?

- A, cudowne leki? Każdy żyje, jak może - zauważył Tench. - Czy pan dziś odpływa?

- Nie, ja tu przyszedłem po... po... och, i tak wszystko jedno, po co. - Położył rękę na 

żołądku i powiedział: - Czy nie ma pan jakiegoś lekarstwa na... och, cholera, nie wiem, co mi jest. 

Po prostu ten przeklęty kraj. Ale z tego mnie ani pan, ani nikt nie wykuruje. - Pan chce wrócić do 

domu?

- Do domu? - mówił Tench. - Tu jest mój dom. Wie pan, jaki jest kurs peza w mieście 

Meksyku? Cztery za dolara. Cztery. O Boże. Ora pro nobis. - Pan jest katolikiem?

- Nie, nie. To tylko takie wyrażenie. Nie wierzę w takie rzeczy. Zresztą jest zbyt gorąco - 

dodał bez sensu. - Muszę gdzieś usiąść. - Niech pan zajdzie do mnie - powiedział Tench. - Mam 

zapasowy hamak. Do odejścia statku jeszcze kupa czasu, jeśli pan chce oglądać to widowisko. - 

Chciałem się zobaczyć z pewnym człowiekiem nazwiskiem Lopez - powiedział obcy. - Och, on już 

dawno jest rozstrzelany - stwierdził Tench. - Nie żyje?

- Pan wie, jak to jest w tych okolicach. Czy to pana znajomy?

- Nie, nie - zaprzeczył pośpiesznie. - Tylko znajomy znajomego. - Cóż, tak to już jest tutaj - 

ciągnął   Tench.   Zebrał   powtórnie   ślinę   i   strzyknął   ją   w   ostre   światło   słoneczne.   -   Podobno 

pomagał...   hm,   ludziom   niepożądanym...   no,   wyjeżdżać   stąd.   Jego   dziewczyna   żyje   teraz   z 

naczelnikiem policji. - Jego dziewczyna? Pan ma na myśli córkę?

background image

- Nie był żonaty. Mam na myśli dziewczynę, z którą żył. Tench był przez chwilę zdziwiony 

wyrazem   twarzy   obcego.   -   Pan   wie,   jak   to   jest   -   powtórzył.   Spojrzał   w   kierunku   “Generała 

Obregona”. - Niezły kąsek z niej. Oczywiście za dwa lata będzie jak wszystkie inne: gruba i durna. 

O Boże, jakbym chciał się czegoś napić. Ora pro nobis. - Mam trochę wódki - odezwał się obcy. 

Tench spojrzał na niego przenikliwie. - Gdzie?

Człowiek   o   zapadłej   twarzy   przyłożył   rękę   do   uda,   jak   gdyby   wskazywał   źródło   swej 

nerwowej wesołości. Tench chwycił go za przegub ręki. - Ostrożnie - powiedział. - Nie tutaj. - 

Spojrzał na dywan cienia: na pustej pace siedział wartownik i spał, obok niego leżał karabin. - 

Niech pan przyjdzie do mnie. - Chciałem zobaczyć odjazd statku - odparł niechętnie człowieczek. - 

Och, jeszcze jest parę godzin do odjazdu. - Parę godzin? Na pewno? Bardzo tu gorąco na słońcu. - 

Niech pan lepiej idzie ze mną do domu. Dom... wyrażenia tego używano tu na określenie czterech 

ścian, w których się sypiało. Domu nie było nigdy. Szli przez mały, wypalony słońcem rynek, 

gdzie   martwy   generał   zieleniał   od   wilgoci,   a   pod   palmami   rozstawiono   stragany   z   napojami 

gazowanymi. Dom leżał jak widokówka na stosie innych pocztówek. Gdyby potasował wszystkie, 

mógłby zobaczyć Nottingham, miejsce urodzenia na trasie londyńskiego metro, jakiś odosobniony 

okres   w   Southend.   Ojciec   jego   także   był   dentystą.   Pierwszym   wspomnieniem   Tencha   było 

znalezienie w koszu na śmieci wyrzuconego odlewu: chropawe, bezzębne, rozdziawione usta z 

gliny, niby wykopalisko gdzieś z Dorset - szczątki neandertalczyka lub Pithecantropusa. To była 

jego ulubiona zabawka. Próbowano go kusić mechanicznymi zabawkami, ale los chciał inaczej. 

Jest zawsze taki moment w dzieciństwie, gdy drzwi się otwierają i wpuszczają przyszłość. Upalny 

mokry  port rzeczny i sępy leżały  w koszu do śmieci,  a  on je sobie wybrał.  Powinniśmy  być 

wdzięczni, że nie możemy widzieć okropności i poniżeń leżących wokół naszego dzieciństwa, w 

szafach, na półkach z książkami, wszędzie. Nie było bruku: w porze deszczowej wioska (jaką w 

gruncie rzeczy była ta miejscowość) zapadała się w błoto. Teraz ziemia była twarda pod stopami 

jak kamień. Obaj mężczyźni mijali w milczeniu zakłady fryzjerów i dentystów. Sępy na dachach 

wydawały się zadowolone jak ptactwo domowe: szukały pasożytów pod szerokimi zakurzonymi 

skrzydłami. - Przepraszam - odezwał się Tench, zatrzymawszy się przed wielkim, jednopiętrowym 

drewnianym barakiem z werandą, na której kołysał się hamak. Barak był trochę większy niż inne 

budy na wąskiej uliczce, która kończyła się bagnem dwieście metrów dalej. - Może pan chciałby 

się rozejrzeć? - mówił nerwowo. - Nie chcę się chwalić, ale ja tu jestem najlepszym dentystą. W 

porównaniu z innymi to nie jest takie złe miejsce. - Duma chwiała się w jego głosie jak roślina o 

płytkich korzeniach. Zamknąwszy drzwi za sobą, wprowadził gościa do środka, do jadalni, gdzie 

po obu stronach pustego stołu stały dwa krzesła na biegunach. Była tam też lampa naftowa, kilka 

starych   amerykańskich   gazet,   szafa.   -   Zaraz   przyniosę   szklanki   -   powiedział   -   ale   najpierw 

background image

chciałbym  panu pokazać... pan jest wykształconym  człowiekiem... - Gabinet dentystyczny miał 

okno   wychodzące   na   podwórze,   po   którym   łaziło   z   niemrawą   godnością   kilka   indyków.   W 

gabinecie stała nożna maszyna do wiercenia zębów, fotel dentystyczny kryty jaskrawo czerwonym 

pluszem i oszklona szafka, a w niej stłoczone zakurzone instrumenty. W kubku kleszcze, w rogu 

pęknięta lampka spirytusowa, a wszędzie na półkach walały się tampony waty. - Bardzo tu ładnie - 

zauważył obcy. - Nieźle jak na to miasto, prawda? - powiedział Tench. - Nie wyobraża pan sobie, 

jakie mam tu trudności. Ta maszyna - ciągnął z goryczą - jest japońskiej produkcji. Mam ją tylko 

miesiąc i już się psuje. Ale nie stać mnie na amerykańskie maszyny. - Piękne okno - powiedział 

obcy. W okno wprawiony był witraż: Madonna spoglądała przez moskitierę na indyki chodzące po 

podwórzu. - Dostałem to, gdy plądrowano kościół. Nie wypadało, żeby gabinet dentystyczny nie 

miał   witraża.   Cywilizacja   tego   wymaga.   W   domu,   to   znaczy   w   Anglii,   był   zwykle   Wesoły 

Kawaler, sam nie wiem dlaczego, albo też Róża Tudorów. No, ale tu nie było wyboru. - Otworzył 

inne drzwi. - Moja pracownia. - Przedmiotem, który najbardziej rzucał się w oczy, było łóżko z 

zawieszoną nad nim moskitierą. - Pan rozumie - rzekł Tench - strasznie tu ciasno. - Z jednej strony 

stolarskiego warsztatu stał dzbanek, miednica i mydelniczka; z drugiej pompka, taca z piaskiem, 

obcążki i mały piecyk. - Robię odlewy z gipsu - mówił Tench. - Inaczej tu nie można. - Podniósł 

odlew dolnej szczęki. Nie zawsze potrafię je odlać dokładnie. Oczywiście, pacjenci narzekają. - 

Położył   odlew   i   wskazał   inny   przedmiot   na   warsztacie,   rzecz   o   włóknistym   i   flakowatym 

wyglądzie,   z   dwoma   małymi   pęcherzykami   z   gumy.   -   Rozszczep   podniebienia   -   objaśnił.   - 

Pierwszy raz próbuję to usunąć. Foremka Kingsleya. Wątpię, czy dam sobie z tym radę. No, ale 

trzeba próbować iść z postępem czasu. - Opadła mu dolna warga; powróciło bezmyślne spojrzenie. 

Upał w pokoiku obezwładniał. Stał jak człowiek zagubiony w jaskini wśród skamielin i narzędzi z 

epoki, o której wie bardzo niewiele. - Może usiedlibyśmy... - zaproponował obcy. Tench wpatrywał 

się w niego wzrokiem bez wyrazu. - Moglibyśmy otworzyć wódkę. - Ach racja, wódka. Tench 

wyjął dwa kieliszki z szafki pod warsztatem i obtarł z kurzu. Następnie wyszli i usiedli w kszesłach 

na biegunach we frontowym pokoju. Tench nalewał. - Z wodą? - spytał obcy. - Nie można ufać tej 

wodzie. Zaszkodziło mi, o tu. - Położył rękę na żołądku i pociągnął długi łyk. - Pan sam zbyt 

dobrze nie wygląda - powiedział Tench. Spojrzał na niego uważnie. - Pańskie zęby. - Brakowało 

jednego kła, a przednie zęby były żółte od kamienia i psuły się. Dodał: - Musi pan o nich pomyśleć. 

- Co mi z tego przyjdzie? - powiedział obcy. Trzymał ostrożnie odrobinę wódki w kieliszku, jak 

gdyby to było zwierzę, któremu dał schronienie, ale nie ufał. Wychudły i zaniedbany, miał wygląd 

kogoś, kto się nie liczył, kogo w dodatku trapiła choroba lub niepokój. Siedział na samym brzeżku 

krzesła, trzymając na kolanach teczkę i odsuwając wódkę, jakby wstydził się swojej skłonności do 

alkoholu. - Niech pan pije - zachęcał go Tench (nie była to przecież jego wódka). - Dobrze to panu 

background image

zrobi. - Ciemne ubranie i pochyłe ramiona gościa niepokojąco przypominały mu trumnę, a w jego 

gnijącej jamie ustnej śmierć przyczaiła się już teraz. Tench nalał sobie drugi kieliszek i mówił 

dalej: - Człowiek czuje się tu bardzo samotnie i przyjemnie jest pogadać sobie po angielsku, nawet 

z   cudzoziemcem.   Może   pan   by   chciał   obejrzeć   zdjęcie   moich   dzieci.   -   Wyciągnął   z   portfelu 

pożółkłą fotografię i podał mu. Dwoje małych dzieci w ogródku wydzierało sobie ucho konewki. - 

Oczywiście to było szesnaście lat temu - wyjaśnił. - Teraz to już mężczyźni. - Jeden umarł. - Och - 

odrzekł tamten łagodnie - ale w chrześcijańskim kraju. - Łyknął nieco wódki i niezbyt mądrze 

uśmiechnął się do Tencha. - Tak, niewątpliwie - odparł Tench ze zdziwieniem. Odchrząknął i 

dodał: - Nie wydaje mi się jednak, żeby to miało jakieś znaczenie. - Zamilkł, bo myśli jego znów 

gdzieś   się   rozpłynęły,   szczęka   opadła.   Wyglądał   szaro   i   bezmyślnie,   aż   wreszcie   ból   żołądka 

przywrócił   mu   świadomość   i   skłonił   do   sięgnięcia   po   kieliszek.   -   Zaraz,   zaraz,   o   czym   to 

mówiliśmy? O dzieciach... racja. O dzieciach. Ciekawe, jakie to rzeczy zostają w pamięci. Wie pan, 

że pamiętam tę konewkę lepiej niż dzieci. Była zielona i kosztowała trzy szylingi jedenaście i trzy 

czwarte pensa. Mógłbym wskazać sklep, gdzie ją kupiłem. Ale co do dzieci - zamyślił się nad 

kieliszkiem - nie mogę przypomnieć sobie prawie nic prócz ich płaczu. - Dostaje pan listy?

- Przestałem pisać przed przyjazdem tutaj. Bo i po co? I tak nie mogłem posyłać pieniędzy. 

Nie zdziwiłbym się, gdyby żona wyszła znów za mąż. Jej matce tylko w to graj. Stara, zgorzkniała 

suka. Nigdy mnie nie lubiła. Obcy odezwał się cicho:

- To straszne. Tench spojrzał ze zdziwieniem na swego towarzysza. Tamten tkwił w krześle 

jak czarny znak zapytania, gotów do odejścia, gotów do pozostania. Ze swoją trzydniową, siwą 

brodą wyglądał nieporządnie i robił wrażenie człowieka słabego, kogoś, komu można było nakazać 

wszystko. Wyjaśnił: 

- W ogóle świat, wie pan, i to, co się na nim dzieje... 

- Niech pan wypije wódkę. Pił małymi  łykami, jakby sobie folgował. - Pan pamięta to 

miasto z czasów przed... przed przyjściem Czerwonych Koszul?

- Owszem. - Jak szczęśliwe było ono wtedy!

- Czyżby? Nie zauważyłem. - Wtedy przynajmniej ludzie mieli... Boga. - W stanie zębów 

nie ma żadnej różnicy - rzekł Tench. Znów nalał sobie wódki nieznajomego. - To zawsze było 

okropne   miejsce.   Samotne.   Mój   Boże,   ludzie   w   Anglii   powiedzieliby,   że   tu   romantycznie. 

Myślałem sobie, że pięć lat tu spędzę, a potem wyjadę. Było mnóstwo roboty. Złote zęby. Ale 

później pez spadł. A teraz nie mogę się stąd wydostać. Jednak wyjadę kiedyś. Wycofam się z 

interesu. Wrócę do kraju. Będę żył,  jak przystało na dżentelmena. - Zatoczył  ręką po pustym, 

nędznym   pokoju.   -   Zapomnę   o   tym   wszystkim.   Och,   już   niedługo   tego,   jestem   optymistą   - 

zakończył. 

background image

Obcy nagle spytał:

- Jak długo jedzie do Vera Cruz?

- Kto?

- Statek. Tench zasępił się:

-   W   czterdzieści   godzin   od   tej   chwili   bylibyśmy   na   miejscu.   Jest   tam   dobry   hotel 

“Diligencia”. Także dansingi. Wesołe miasto. - Wydaje się blisko - rzekł obcy. - A ile kosztowałby 

bilet?

- Musiałby się pan spytać Lopeza - odparł Tench. - On ma agencję. - Przecież Lopez... 

- Ach racja, zapomniałem. Rozstrzelany. Ktoś zapukał do drzwi. Obcy schował teczkę pod 

krzesło, a Tench ostrożnie podszedł do okna. - Ostrożność nigdy nie zawadzi - stwierdził. - Każdy 

dentysta, który jest coś wart, ma wrogów. Słaby głos odezwał się błagalnie: “Swój” - i Tench 

otworzył   drzwi.   Słońce   wpadło   natychmiast   do   środka   jak   rozżarzona   do   białości   sztaba.   W 

drzwiach stał chłopiec i pytał o doktora. Miał wielki kapelusz i głupie piwne oczy. Za nim dwa 

muły grzebały kopytami i sapały na gorącej, ubitej drodze. Tench powiedział, że nie jest lekarzem, 

lecz   dentystą.   Odwróciwszy   się   zobaczył   swego   gościa,   skulonego   w   krześle   na   biegunach, 

wpatrującego się jakby błagalnie, prosząco... Chłopiec mówił, że jest jakiś nowy lekarz w mieście. 

Stary lekarz miał febrę i nie chciał przyjść. Matka chłopca była chora. Tench począł sobie coś 

niejasno przypominać. Odezwał się z miną odkrywcy:

- Przecież pan jest lekarzem?

- Nie, nie. Ja muszę złapać ten statek. - Mnie się zdawało, że pan powiedział... 

- Zmieniłem zdanie. - Ach, jeszcze kupa czasu do odjazdu - odparł Tench. - Nigdy nie 

odjeżdżają   punktualnie.   -   Spytał   chłopca,   jak   daleko.   Chłopiec   odpowiedział,   że   przeszło 

dwadzieścia kilometrów. - Za daleko - rzekł Tench. - Idź sobie. Poszukaj kogo innego. Jak to 

wieści się roznoszą - powiedział do gościa. - Chyba wszyscy wiedzą, że pan jest w mieście. - Ja 

bym nie potrafił pomóc - szepnął obcy niespokojnie. Zdawał się pokornie pytać Tencha o radę. - 

Idź sobie - powtórzył Tench. Chłopiec nie ruszył się. Stał w ostrych promieniach słońca patrząc z 

niezmierną cierpliwością i powtarzając, że matka jego jest umierająca. Piwne oczy nie wyrażały 

żadnego uczucia. Stwierdzał fakt. Człowiek się rodzi, jego rodzice umierają, sam się starzeje i 

umiera. - Jeśli jest umierająca - powiedział Tench - lekarz nie ma po co do niej chodzić. Ale obcy 

wstał, jak gdyby wbrew swojej woli nie mógł się oprzeć wezwaniu. Rzekł ze smutkiem:

- Zawsze ta sama historia. Tak jak teraz. - Będzie się pan musiał zwijać, żeby zdążyć na 

statek. - Nie zdążę - powiedział. - Tak już mi przeznaczone, żebym nie zdążył. - Był gniewny. - 

Niech mi pan odda wódkę. - Pociągnął długi łyk patrząc na nieczułe dziecko, na rozpaloną ulicę i 

niebo, nakrapiane ruchomymi plamkami sępów jak gdyby wysypką od niestrawności. - Ale jeśli 

background image

ona umiera... - zaczął Tench. - Znam tych ludzi. Ona tak samo umiera, jak ja w tej chwili. - Pan jej 

nic nie będzie mógł pomóc. Chłopiec obserwował ich, jakby go to nic nie obchodziło. Rozmowa 

tocząca się w obcym języku była czymś abstrakcyjnym: on do tego nie należał, po prostu zaczeka 

tutaj, aż doktor przyjdzie. - Pan nic nie wie - powiedział gwałtownie obcy. - Każdy mi to stale 

powtarza:  “Ty nic  nie pomożesz”.  - Wódka  działała  na niego. Z  niezmierną  goryczą  dodał: - 

Słyszę, jak to wszyscy mówią. - W każdym razie - odezwał się Tench - za dwa lub trzy tygodnie 

będzie   drugi   statek.   Pan   jest   szczęśliwy,   pan   może   stąd   wyjechać.   Pan   nie   ma   tu   kapitału.   - 

Pomyślał o swoim kapitale: japońska wiertarka do zębów, fotel dentystyczny, lampka spirytusowa, 

obcążki i mały piecyk na złote plomby. Jest związany materialnie z tym krajem. - Vamos - rzucił 

mężczyzna dziecku, a potem odwrócił się do Tencha i wyraził mu wdzięczność za odpoczynek z 

dala od słońca. Odznaczał się swoistą, skarlałą godnością, do której Tench był przyzwyczajony. 

Była to godność ludzi bojących się odrobiny bólu, a jednak siadających z determinacją w jego 

fotelu. Być może nie lubił podróżować na mule. Pożegnał go w sposób staroświecki: - Będę się 

modlił za pana. - Było mi przyjemnie pana gościć - odpowiedział Tench. Mężczyzna dosiadł muła, 

a   chłopiec,   bardzo   powoli,   w   jaskrawym   blasku   słońca   pojechał   przodem   w   kierunku   bagien, 

wnętrza   kraju.  To stamtąd  właśnie  wyłonił  się  ów  człowiek   tego  rana,  by obejrzeć  “Generała 

Obregona”. Teraz powracał. Lekko kiwał się w siodle pod wpływem wódki. Przy końcu ulicy był 

już tylko malutką zawiedzioną istotą. Dobrze było porozmawiać z obcym - myślał Tench wracając 

do swego pokoju i zamykając za sobą drzwi na klucz (nigdy nie wiadomo, co się może przytrafić). 

Samotność i pustka czekały tam na niego. Lecz był tak do nich przyzwyczajony, jak do odbicia 

własnej twarzy w lustrze. Usiadł w krześle na biegunach i bujał się w przód i w tył, wytwarzając 

lekki przewiew w ociężałym  powietrzu. Wąska kolumna mrówek sunęła przez pokój ku małej 

plamie na podłodze, gdzie obcy rozlał trochę wódki. Kręciły się po niej, po czym zwartym szykiem 

maszerowały ku przeciwległej ścianie i znikały. W oddali, na rzece, “Generał Obergon” zagwizdał 

dwukrotnie, Tench nie wiedział dlaczego. Obcy zostawił książkę. Leżała pod krzesłem, na którym 

siedział:   na   okładce   płacząca   kobieta   w   sukni   z   czasów   Edwarda   VII   klęczała   na   dywanie, 

obejmując buty jakiegoś mężczyzny - brązowe, błyszczące,  o ostrych  szpicach. Miał sterczące 

wąsiki i stał nad nią w pogardliwej pozie. Książka nosiła tytuł: “La eterna martyr”. Po pewnej 

chwili Tench podniósł ją z podłogi. Gdy ją otworzył, był zaskoczony. To, co było w środku, nie 

było właściwą treścią książki. Była to łacina. Tench zamyślił się. Zamknął książkę i zaniósł ją do 

swej pracowni. Nie mógł co prawda jej spalić, ale wolał schować, gdyż nie był pewny; a właściwie 

był pewny, co w niej jest. Włożył ją do piecyka, w którym przetapiał złoto. Później, z bezmyślnie 

otwartymi   ustami,   stanął   przy   warsztacie   stolarskim.   Przypomniał   sobie,   po   co   chodził   na 

wybrzeże: po butlę z eterem, którą “Generał Obregon” powinien był przywieźć tu, w dół rzeki. 

background image

Znów dobiegł go ryk syreny znad rzeki. Tench wybiegł na słońce bez kapelusza. Sam mówił, że 

statek nie odpłynie do następnego rana, ale tym ludziom nie można było wierzyć, gdy chodziło o 

niestosowanie się do rozkładu jazdy. No i oczywiście: gdy wychodził na brzeg pomiędzy komorą 

celną i składem, “Generał Obregon” był już oddalony o trzy metry, prując leniwą rzekę w stronę 

morza. Tench zaczął krzyczeć w kierunku statku, lecz na nic to się nie zdało. Na wybrzeżu nie było 

śladu butli. Zawołał raz jeszcze i przestał o tym  myśleć. Ostatecznie nie było to takie ważne. 

Odrobina   dodatkowego   bólu   niewiele   znaczyła   wśród   ogromu   opuszczenia.   Nad   “Generałem 

Obregonem” zaczął wiać lekki wietrzyk. Plantacje bananów rozpościerały się po obu stronach, parę 

anten radiowych  tkwiło na wzniesieniu.  Port został w tyle.  Gdyby spojrzeć wstecz, można  by 

powiedzieć, że w ogóle nie istniał. Szeroki Atlantyk otwierał się przed parowcem. Wielkie, siwe, 

walcowate   fale   unosiły   dziób   statku,   a   powiązane   indyki   przewracały   się   po   pokładzie.   W 

maleńkiej nadbudówce na pokładzie stał kapitan z wykałaczką we włosach. Ziemia cofała się w 

takt   wolnego,   miarowego   kołysania.   Niespodzianie   zapadł   zmrok,   a   na   niebie   zawisły   nisko 

świecące,   jaskrawe   gwiazdy.   Na   dziobie   zapalono   lampę   naftową,   a   dziewczyna,   którą   Tench 

zauważył   z   brzegu,   zaczęła   łagodnie   śpiewać   melancholijną   i   sentymentalną   piosenkę   o   róży, 

splamionej krwią prawdziwej miłości. Jakieś ogromne poczucie swobody i przestrzeni ogarnęło 

zatokę,   gdy   niska,   tropikalna   linia   wybrzeża   została   pochowana   w   ciemności   jak   mumia   w 

grobowcu. “Jestem szczęśliwa” - powiedziała do siebie młoda dziewczyna, nie zastanawiając się, 

dlaczego jest szczęśliwa. Daleko w tyle, w głębi ciemności muły wlokły się naprzód. Działanie 

wódki już dawno ustało. Jadąc bagnistym traktem, który, gdy przyjdą deszcze, stanie się zupełnie 

nie   do   przebycia,   mężczyzna   unosił   w   swym   mózgu   dźwięk   syreny   “Generała   Obregona”. 

Wiedział, co to znaczyło: statek odpłynął według rozkładu jazdy, a on został opuszczony. Mimo 

woli poczuł, że nienawidzi dziecka jadącego przed nim i chorej kobiety. Był niegodny tego, co 

niósł. Ogarniał go zewsząd zapach wilgoci. Wyglądało, jakby ta część świata nigdy nie została 

osuszona w płomieniach, gdy świat wirował w przestrzeni; wchłonęła tylko mgłę i chmury tych 

okropnych   okolic.   Zaczął   się   modlić,   podskakując   w   górę   i   w   dół   w   takt   wielkich   kroków 

kołyszącego się i ślizgającego muła ze znakowanym ozorem. Niech mnie złapią prędko... Niech 

mnie złapią. Próbował uciec, ale był - jak król pewnego szczepu w Afryce Zachodniej - swego ludu 

niewolnikiem, któremu nie wolno się nawet położyć, żeby pomyślne wiatry nie przestały wiać. 

background image

Rozdział II 

Stolica 

Oddział policji powracał do koszar. Szli nierówno, z karabinami zarzuconymi  byle jak; 

strzępy   nitek   zwisały   z   miejsc   po   guzikach,   owijacze   zsuwały   się   na   kostki,   drobni   ludzie   o 

czarnych  skrytych  oczach  Indian. Mały rynek  na szczycie  wzgórza  był  oświetlony żarówkami 

związanymi   po   trzy   i   połączonymi   przez   wiszące   luźno   w   górze   druty.   Urząd   skarbowy, 

Presidencia,   zakład   dentystyczny,   więzienie   -   niski,   biały   budynek   z   kolumnadą,   datujący   się 

sprzed trzystu lat, a za nim ulica idąca stromo w dół i tylna ściana zrujnowanego kościoła. Którędy 

bądź się szło, dochodziło się w końcu do wody i rzeki. Z różowych klasycznych fasad opadał tynk i 

ukazywał stwardniałe gliniaste błoto, które powoli znów stawało się błotem. Na rynku trwała w 

najlepsze wieczorna parada: kobiety przechadzały się w jedną strronę, mężczyźni w drugą. Młodzi 

ludzie w czerwonych koszulach kręcili się hałaśliwie przy straganach z napojami gazowanymi. 

Porucznik kroczył na czele swych ludzi z miną wyrażającą gorzki niesmak. Wyglądał, jakby został 

przykuty do nich wbrew swej woli, blizna na szczęce mogła być pozostałością jakiejś ucieczki. 

Jego sztylpy i kabura pistoletu wyczyszczone były do połysku; wszystkie guziki miał nienagannie 

przyszyte.  Ostry,  zakrzywiony nos  wystawał  z chudej  twarzy tancerza.  Jego schludność na tle 

nędznego miasteczka sprawiała wrażenie nadmiernej ambicji. Skisły zapach dochodził znad rzeki, a 

pod namiotami swych poszarpanych czarnych skrzydeł usadowiły się na dachach sępy. Od czasu 

do czasu wynurzała się mała, niedorozwinięta głowa i poruszały się szpony. Dokładnie o dziewiątej 

trzydzieści pogasły wszystkie światła na rynku. Wartownik niezgrabnie sprezentował broń i oddział 

wmaszerował do koszar. Nie czekając na rozkaz, zawiesili karabiny koło pokoju oficerskiego i 

rozeszli się po dziedzińcu, do hamaków i latryn. Niektórzy ściągnęli z nóg buty i położyli się. Tynk 

odpadał   z   glinianych,   bielonych   ścian,   na   których   pokolenia   policjantów   gryzmoliły   rozmaite 

napisy.  Kilku  wieśniaków   czekało  na  ławce,  z  rękami   opuszczonymi  między  kolana.  Nikt  nie 

zwracał na nich uwagi. W umywalni biło się dwóch ludzi. - Gdzie jest Jefe? - zapytał porucznik. 

Nikt nie wiedział. Może gra w bilard gdzieś w mieście? Porucznik usiadł przy stole naczelnika z 

widomą   irytacją;   z   tyłu,   za   jego   głową   narysowane   były   ołówkiem   na   bielonej   ścianie   dwa 

splecione serca. - W porządku - powiedział - na co czekacie? Wprowadźcie więźniów. - Weszli 

kłaniając   się,   z   kapeluszami   w   ręku,   jeden   za   drugim.   “Taki   a   taki   upił   się   i   zachowywał 

nieporządnie.” - “Pięć pezów grzywny.” - “Ale ja nie mogę zapłacić, ekscelencjo.” - “Więc niech 

wyczyści latrynę i cele.” - “Taki a taki uszkodził afisz wyborczy.” - “Pięć pezów grzywny.” - “Taki 

a taki przyłapany na noszeniu świętego medalika pod koszulą.” - “Pięć pezów grzywny.”

Przesłuchanie   dobiegało   końca.   Nie   było   nic   ważnego.   Przez   otwarte   drzwi   wpadły 

background image

brzęcząc moskity. Słychać było, jak wartownik na zewnątrz prezentuje broń. Do środka wszedł 

gwałtownie   naczelnik   policji.   Był   to   człowiek   we   flanelowym   białym   ubraniu   i   kapeluszu   z 

szerokim rondem, otyły, z różową, nalaną twarzą. Miał na sobie pas z nabojami i wielki pistolet, 

obijający się o uda. Trzymał chusteczkę przy ustach. Był przygnębiony. - Znów boli mnie ząb - 

rzekł. - Tak mnie boli. - Nie mam nic do zameldowania - powiedział porucznik z pogardą w głosie. 

- Gubernator znowu na mnie wsiadł dzisiaj - żalił się naczelnik. - Wódka?

- Nie, ksiądz. - Ostatni został rozstrzelany ładnych parę tygodni temu. - On jest innego 

zdania. - Całe nieszczęście - powiedział porucznik - że nie mamy fotografii. - Rzucił okiem na 

ścianę, na podobiznę Jamesa Calvera, poszukiwanego w Stanach Zjednoczonych za rabunek banku 

i   zabójstwo:   zacięta,   nieregularna   twarz,   zdjęta   z   dwóch   stron;   opis   rozesłany   po   wszystkich 

posterunkach Ameryki Środkowej, niskie czoło i fanatyczne oczy człowieka, myślącego tylko o 

jednym. Spojrzał na nią z żalem: było tak mało prawdopodobne, żeby w ogóle dotarł na południe, 

złapią go w jakiejś spelunce na granicy, w Juarez lub Piedras Negras czy w Nogales. - On mówi, że 

mamy - żalił się naczelnik. - Mój ząb, och mój ząb. - Usiłował znaleźć coś w kieszeni na biodrze, 

ale przeszkadzała mu kabura. Porucznik niecierpliwie stukał błyszczącym  butem. - Patrz pan - 

powiedział   naczelnik.   Spore   grono   osób   za   stołem,   młode   dziewczęta   w   białym   muślinie, 

zakłopotane starsze kobiety z potarganymi włosami, za nimi kilku mężczyzn patrzących nieśmiało. 

Wszystkie twarze składały się z małych punktów. Była to wycięta z gazety fotografia, zrobiona 

przed laty, z okazji pierwszej komunii. Między kobietami siedział zupełnie młody mężczyzna w 

sutannie. Można było sobie wyobrazić, jak był przez nie rozpieszczany drobnymi względami w 

dusznej   atmosferze   intymności   i   szacunku.   Siedział   tak   pulchny,   z   wytrzeszczonymi   oczyma, 

rzucając od czasu do czasu niewinne, kobiece dowcipy. - Była zrobiona kupę lat temu. - Wygląda 

jak oni wszyscy - powiedział porucznik. Fotografia była niewyraźna i poplamiona, ale można było 

odtworzyć sobie z niej gładko ogolone upudrowane i zbyt nalane, jak na młody wiek, oblicze. Zbyt 

wcześnie w życiu  został  obdarzony dobrami  tego świata:  szacunkiem otoczenia,  zapewnionym 

bytem.   Frazesy   religijne   na   języku,   dowcipy   dla   ułatwienia   sobie   sprawy,   gotowość   do 

przyjmowania hołdów ze strony innych ludzi... szczęśliwy człowiek. Wrodzona nienawiść, jaką 

pies odczuwa do drugiego psa, zrodziła się we wnętrznościach porucznika. - Rozstrzelaliśmy go 

chyba ze sześć razy - powiedział. - Gubernator otrzymał wiadomość, że usiłował uciec w zeszłym 

tygodniu do Vera Cruz. - Co robią Czerwone Koszule, że pozwolili mu do nas się przedostać?

- Och, wymknął się im oczywiście. I tak dobrze, że nie złapał statku. - Co się z nim stało?

- Znaleziono jego muła. Gubernator mówi, że musi go mieć w tym miesiącu. Zanim deszcze 

się zaczną. - Gdzie była jego parafia?

-   Concepcion   i   okoliczne   wioski.   Ale   wyjechał   stamtąd   trzy   lata   temu.   -   Co   o   nim 

background image

wiadomo?

- Może uchodzić  za gringo. Spędził  sześć lat  w jakimś  amerykańskim  seminarium.  Co 

jeszcze? Urodził się w Carmen, syn sklepikarza. Ale nic nam z tego. - Oni wszyscy wydają mi się 

podobni - powiedział porucznik. Gdy patrzył na białe muślinowe sukienki, ogarniało go uczucie, 

które można było niemal nazwać zgrozą. Przypomniał sobie zapach kadzidła w kościołach swego 

dzieciństwa, świece, koronki na komżach, zadufałość i ogromne żądania stawiane ze stopni ołtarza 

przez ludzi, którzy nie wiedzieli w ogóle, co to jest ofiara. Starzy wieśniacy klęczeli tam przed 

świętymi obrazami z rękami wyciągniętymi na kształt krzyża; zmęczeni długą, całodniową pracą na 

plantacjach, zmuszali się do dalszych umartwień. A ksiądz chodził w koło z woreczkiem, zbierając 

ich centy, wymyślając im za drobne, pokrzepiające grzechy, a sam nie poświęcał nic, tylko nieco 

seksualnego zadowolenia. A to było łatwe - myślał porucznik - łatwe. On sam nie potrzebował 

kobiet.   -   Złapiemy   go   -   powiedział.   -   To   tylko   kwestia   czasu.   -   Mój   ząb!   -   zawodził   znów 

naczelnik. - Zatruwa mi całe życie. Najdłuższa przerwa w bólu dzisiaj trwała dwadzieścia pięć 

minut. - Musi pan zmienić dentystę. - Wszyscy tacy sami. Porucznik wziął fotografię i przypiął ją 

na   ścianie.   James   Caver,   włamywacz   i   zabójca,   patrzył   ostrym   profilem   w   stronę   ludzi 

zgromadzonych po pierwszej komunii. - Ten przynajmniej jest mężczyzną - stwierdził porucznik z 

uznaniem. - Kto?

-   Gringo.   -   Czy   pan  słyszał,   co   on   zrobił   w   Huston.   Nawiał   z   dziesięcioma   tysiącami 

dolarów. Zastrzelił dwóch tajniaków - powiedział naczelnik. - Tajniaków?

- To zaszczyt, w pewnym sensie, mieć do czynienia z takimi ludźmi. - Trzepnął ze złością 

moskita. - Taki człowiek - rzekł porucznik - nie czyni specjalnej szkody. Paru zabitych. Wszyscy 

musimy umrzeć. Pieniądze ktoś musi wydać. Więcej dobrego robimy, gdy łapiemy jednego z tych. 

Gdy tak stał w bielonym pokoiku, w swych błyszczących butach, pełen jadu, biła z niego godność 

człowieka   idei.   Było   coś   bezinteresownego   w   jego   ambicji.   Jego   pragnienie   złapania 

wymuskanego, szacownego gościa z przyjęcia po pierwszej komunii było pewnego rodzaju cnotą. 

Naczelnik odezwał się smutnie:

- On musi być diablo przebiegły, jeśli przetrwał przez tyle lat. - Każdy mógłby to zrobić - 

rzekł porucznik. - My właściwie nie zajmowaliśmy się nimi, chyba że sami leźli nam w ręce. 

Mógłbym zaręczyć, że sprowadzę tego człowieka w ciągu miesiąca, jeśli... 

- Jeśli co?

- Jeśli miałbym władzę. - Łatwo tak mówić - powiedział naczelnik. - Co by pan zrobił. - 

Nasza   prowincja   nie   jest   duża.   Na   północy   graniczy   z   górami,   na   południu   z   morzem. 

Przeszukałbym ją tak, jak się przeszukuje ulicę, dom po domu. - Och, to się tylko wydaje łatwe - 

jęczał niewyraźnie naczelnik z chustką przy ustach. Porucznik powiedział nagle:

background image

- Wie pan, co ja bym zrobił? Wziąłbym po jednym mężczyźnie z każdej wioski w prowincji 

jako zakładnika. Jeśli mieszkańcy nie wydadzą tego człowieka, kiedy się u nich zjawi - zakładnicy 

zostaną rozstrzelani; wtedy wzięlibyśmy następnych. - Wielu z nich zginęłoby w takim razie. - 

Czyż nie warto? - spytał porucznik z jakimś radosnym podnieceniem. - Uwolnić się od tych ludzi 

na zawsze!

- Wie pan - przyznał naczelnik - to, co pan powiedział, nie jest wcale takie głupie! 

Porucznik szedł do domu przez miasto o pozamykanych okiennicach. Spędził tu całe życie: 

Związek Robotników i Chłopów mieścił się kiedyś w jego szkole. Sam przyczynił się do zatarcia 

tego niefortunnego wspomnienia; miasto się zmieniło: cementowy plac zabaw na wzgórzu koło 

cmentarza, gdzie żelazne huśtawki stały niczym szubienice w księżycowej poświacie, był miejscem 

po katedrze. Nowe dzieci będą miały nowe wspomnienia. Nic już nie będzie wyglądało jak za 

dawnych   czasów.   Było   coś   z   księdza   w   jego   zawziętym,   uważnym   kroku;   coś   z   teologa, 

lustrującego   błędy   przeszłości   po   to,   by   znowu   je   zniszczyć.   Doszedł   do   swego   mieszkania. 

Wszystkie domy były jednopiętrowe, bielone, zbudowane wokół niewielkich patio ze studnią i 

paroma kwiatami. Okna od ulicy miały kraty. W pokoju porucznika było łóżko, zrobione ze starych 

pak przykrytych słomianą matą, na nim poduszka i prześcieradło. Na ścianie wisiała fotografia 

prezydenta i kalendarz, na kamiennej posadzce stał stół i krzesło na biegunach. W blasku świecy 

pokój wyglądał nieprzytulnie, jak więzienie lub cela klasztorna. Porucznik usiadł na łóżku i zaczął 

ściągać buty. Była to godzina modlitwy. Czarne żuki z chrzęstem obijały się o ściany. Przeszło 

tuzin   ich,   z   uszkodzonymi   skrzydłami,   łaziło   po   kamiennych   płytach   podłogi.   Do   pasji 

doprowadzała go myśl, że wciąż jeszcze byli w jego okręgu ludzie, którzy wierzyli w kochającego i 

miłosiernego Boga. Są mistycy, którzy rzekomo bezpośrednio obcowali z Bogiem. On także był 

mistykiem,   a   wszystko,   czego   doznał,   to   była   próżnia   -   całkowita   pewność,   że   świat   stygnie, 

umiera, że ludzie przeszli ewolucję, że wywodzą się od zwierząt, nie wiadomo po co. Był tego 

pewien. Leżał na łóżku w koszuli i bryczesach, zdmuchnął świecę. Upał czyhał w pokoju jak wróg. 

Wbrew świadectwu zmysłów wierzył jednak w puste zimne przestrzenie eteru. Gdzieś grało radio - 

muzyka z miasta Meksyku czy nawet z Londynu lub Nowego Jorku przesączała się w jego nastrój 

opuszczenia. Miał uczucie dziwnej słabości: oto jego własny kraj, który pragnąłby otoczyć murem 

ze stali i usunąć to wszstko, co go tak bolało, gdy był  dzieckiem  biedaków. Chciał wszystko 

zniszczyć, wszystko zacząć od początku, bez żadnych wspomnień. Dla niego życie zaczęło się pięć 

lat   temu.   Porucznik   leżał   na   plecach,   z   oczyma   otwartymi,   a   żuki   z   hukiem   waliły   o   sufit. 

Przypomniał sobie księdza, którego Czerwone Koszule rozstrzelały pod murem cmentarnym na 

wzgórzu - jeszcze jeden tłusty,  niski człowiek o wytrzeszczonych  oczach. Był  monsignorem  i 

myślał, że to go uchroni, żywił coś w rodzaju pogardy dla niższego duchowieństwa i bez przerwy 

background image

opowiadał   im   o   swoim   wysokim   stanowisku.   Dopiero   na   samym   końcu   przypomniał   sobie   o 

modlitwach. Ukląkł, a oni dali mu trochę czasu na odmówienie aktu skruchy. Porucznik był tego 

tylko świadkiem, niezainteresowanym bezpośrednio. W sumie rozstrzelali pięciu księży - dwaj lub 

trzej uciekli, biskup schronił się w mieście Meksyku, a jeden podporządkował się rozporządzeniu, 

że   wszyscy   księża   muszą   się   ożenić.   Mieszkał   teraz   blisko   rzeki   ze   swoją   gospodynią.   To 

oczywiście   było   najlepsze   wyjście   z   sytuacji   -   zostawić   żyjącego   świadka   słabości   ich   wiary. 

Wykazywało to fałsz, jaki uprawiali od lat. Przecież gdyby naprawdę wierzyli w niebo albo piekło, 

nie zważaliby na tę odrobinę cierpienia w zamian za niezmierzone... Porucznik leżący na swoim 

twardym łóżku w wilgotnej parnej ciemności nie miał wcale współczucia dla słabości ciała. 

W jednym z bocznych pokojów Academia Commercial kobieta czytała coś swojej rodzinie. 

Dwie   małe   dziewczynki   w   wieku   lat   sześciu   i   dziesięciu   siedziały   na   krawędzi   łóżka,   a 

czternastoletni  chłopiec  opierał   się  o ścianę  z  wyrazem  ogromnego   znudzenia.  “Młody Juan  - 

czytała matka - znany był od najwcześniejszych lat ze swej pokory i pobożności. Inni chłopcy 

mogli być grubiańscy i mściwi, młody Juan wypełniał przykazanie Zbawiciela i nadstawiał drugi 

policzek. Pewnego dnia ojciec posądził go o kłamstwo i zbił. Później dowiedział się, że syn mówił 

prawdę i przeprosił Juana. Ale Juan powiedział mu: - Drogi ojcze, tak jak Ojciec nasz Niebieski ma 

prawo chłostać nas, kiedy sobie życzy... “

Chłopiec   otarł   niecierpliwie   twarz   o   bieloną   ścianę,   a   łagodny   głos   brzęczał   dalej. 

Dziewczynki siedziały patrząc z napięciem paciorkami oczu i wchłaniały ckliwą pobożność. “Nie 

myślcie jednak, że młody Juan nie śmiał się i nie bawił jak inne dzieci, chociaż zdarzało się, że 

opuszczał po kryjomu grono rozbawionych towarzyszy i z książką ilustrowaną świętymi obrazkami 

szedł do ojcowskiej obory.”

Chłopiec rozgniótł żuka bosą nogą i myślał markotny, że jednak wszystko ma swój koniec: 

któregoś dnia dojdą do ostatniego rozdziału i młody Juan zginie pod ścianą z okrzykiem: “Viva el 

Christo Rey”. Ale wtedy przypuszczalnie będzie już następna książka: przemycano je co miesiąc z 

miasta   Meksyku.   Gdybyż   tylko   celnicy   wiedzieli,   gdzie   ich   szukać.   “Nie,   młody   Juan   był 

prawdziwym chłopcem meksykańskim, a choć bardziej myślący od swych kolegów, był jednak 

także pierwszy, gdy chodziło o przedstawienia teatralne. Któregoś roku jego klasa wystawiła przed 

biskupem   krótką   sztukę   o   prześladowaniach   pierwszych   chrześcijan.   Nikt   nie   był   bardziej 

ubawiony niż Juan, gdy wybrano  go do odegrania  roli Nerona. Z jakim wyczuciem  komizmu 

zagrało tę rolę dziecko, które u progu wieku męskiego miało być zgładzone przez władcę bardziej 

okrutnego od Nerona. Jego kolega szkolny, później ojciec Miguel Cerra, jezuita, pisze: “Nikt z nas, 

którzy tam byliśmy, nigdy nie zapomni tego dnia... “”

Jedna   z   małych   dziewczynek   oblizała   ukradkiem   wargi.   To   dopiero   życie.   “Kurtyna 

background image

podniosła   się,   ukazując   Juana   ubranego   w   najlepszy   płaszcz   kąpielowy   matki,   z   wąsami 

nasmarowanymi węglem i koroną zrobioną z blaszanego pudła na biszkopty. Nawet dobrotliwy 

staruszek,   biskup,   uśmiechnął   się,   gdy   Juan   wielkimi   krokami   wyszedł   na   przód   skleconej 

domowym sposobem scenki i zaczął deklamować... “

Chłopiec zdusił ziewnięcie o bieloną ścianę. Znużonym głosem spytał:

- Czy on naprawdę jest świętym?

- Będzie niedługo, jeśli Ojciec święty zechce. - A czy oni wszyscy są tacy?

- Kto?

- Męczennicy. - Tak. Wszyscy. - Nawet padre Jose?

- Nie wspominaj go - powiedziała matka. - Jak śmiesz? To podły człowiek, zdrajca Bożej 

sprawy. - Powiedział mi, że jest większym męczennikiem niż ci inni. - Tyle razy ci mówiłam, 

żebyś z nim nie rozmawiał. Moje dziecko, och, moje drogie dziecko... 

- A ten drugi, ten, który przyszedł do nas?

- Nie, on nie jest... ściśle biorąc... taki jak Juan. - Czy on też jest podły?

Najmniejsza dziewczynka powiedziała nagle:

- Taki dziwny zapach szedł od niego. Matka czytała dalej:

“Czy młody Juan miał tej nocy przeczucie, że za parę lat i on także zostanie zaliczony w 

poczet męczenników? Tego nie wiemy,  ale ojciec Miguel Cerra mówi, że tego wieczoru Juan 

spędził więcej czasu niż zwykle na kolanach, a kiedy koledzy w klasie dokuczali mu trochę, jak to 

jest w zwyczaju chłopców... “

Głos czytał dalej i dalej, poważnie, z przejęciem. Małe dziewczynki słuchały w napięciu, 

układając sobie w myśli krótkie pobożne sentencje, aby zadziwić rodziców, podczas gdy chłopiec 

ziewał w ścianę. Wszystko jednak ma swój koniec. Zaraz po zakończeniu lektury matka poszła do 

męża. - Tak się martwię chłopcem - powiedziała. - Dlaczego nie dziewczynkami? Wszędzie są 

powody do zmartwień. - Z nich już są dwie małe święte. Ale chłopiec... on zadaje takie pytania... o 

tym księdzu - pijaczynie. Szkoda, żeśmy go w ogóle przyjmowali. - Gdybyśmy tego nie zrobili, 

złapano   by   go,   a   wtedy   byłby   jednym   z   twoich   męczenników.   Napisano   by   o   nim   książkę   i 

czytałabyś ją dzieciom. - O tym człowieku... nigdy. - O cóż zresztą chodzi - rzekł mąż - przecież on 

działa nadal. Nie wierzę we wszystko, co w tych książkach piszą. Wszyscy jesteśmy ludźmi. - 

Wiesz, co dziś słyszałam? Pewna biedna kobieta zaniosła mu syna do ochrzczenia. Chciała go 

nazwać Pedro... ale ksiądz był tak pijany, że w ogóle nie zwrócił uwagi i nazwał chłopca Brigitta. 

Brigitta!

- No cóż, przecież to imię dobrej świętej. - Są chwile - mówiła matka - kiedy tracę wszelką 

cierpliwość do ciebie. A teraz znów chłopiec rozmawiał z padre Jose. - Nasze miasto jest małe - 

background image

powiedział mąż. - I nie łudźmy się. Zostaliśmy opuszczeni. Musimy radzić sobie, jak umiemy. A 

jeśli chodzi o Kościół... Kościół to jest padre Jose i ten ksiądz-pijak... nie wiem o innych. Jeśli 

Kościół nam nie odpowiada, no to musimy się go wyrzec. Patrzył na nią wyrozumiale. Był bardziej 

wykształcony niż żona: umiał pisać na maszynie i znał zasady księgowości, raz był w mieście 

Meksyku, znał się na mapie. Wiedział, jak bardzo byli opuszczeni: dziesięć godzin w dół rzeki do 

portu, czterdzieści dwie godziny zatoką do Vera Cruz. To był jedyny sposób wydostania się stąd. 

Na północy bagna i rzeki kończące się górami, które oddzielały ich od sąsiedniej prowincji, a po 

drugiej stronie nie było dróg, tylko ścieżki dla mułów, i od czasu do czasu samolot-gruchot, na 

który trudno było liczyć, wioski indiańskie i lepianki pastuchów, o niecałe czterysta kilometrów 

dalej - Pacyfik. - Raczej wolałabym zginąć. - Ach, oczywiście - odparł. - To się rozumie samo 

przez się, ale tymczasem musimy żyć dalej. 

Stary człowiek siedział na skrzyni w małym, suchym patio. Był bardzo gruby i miał krótki 

oddech; dyszał, jakby po wielkim wysiłku podczas upału. Kiedyś zajmował się nieco astronomią i 

teraz patrząc w nocy na niebo, usiłował rozróżnić poszczególne konstelacje. Miał na sobie tylko 

koszulę i spodnie, był bosy, ale w postawie jego było coś, co wyraźnie znamionowało duchownego. 

Czterdzieści   lat  kapłaństwa  wyryło   na  nim  swe  piętno.  Nad  miastem   panowała  zupełna   cisza: 

wszyscy   spali.   Jarzące   światy   leżały   tam   w   przestrzeni   jak   obietnica,   że   Ziemia   nie   jest 

wszechświatem.   Gdzieś   Chrystus   może   nie   umarł.   Nie   mógł   uwierzyć,   żeby   dla   obserwatora 

stamtąd   ten   świat   mógł   świecić   jasnym   blaskiem.   Nie,   raczej   toczy   się   ciężko   w   przestrzeni, 

zatopiony we mgle niby płonący i porzucony okręt. Całą ziemię spowił jego grzech. Z jedynego 

pokoju, jaki posiadał, kobiecy głos zawołał: “Jose, Jose!” - Na ten dźwięk skulił się niby galernik. 

Oczy porzuciły niebo i konstelacje, uleciały w górę. Po patio pełzały żuki. “Jose, Jose!” - Myślał z 

zazdrością o ludziach, którzy zginęli; wszystko się skończyło tak szybko. Wzięto ich na cmentarz i 

rozstrzelano pod ścianą: w ciągu dwóch minut zgasło w nich życie. I to nazywano męczeństwem. 

Tutaj   życie   wlokło   się   i   wlokło.   Miał   tylko   sześćdziesiąt   dwa   lata.   Mógł   dożyć   do 

dziewięćdziesięciu.   Dwadzieścia   osiem   lat,   taki   sam   niezmierzony   okres   upłynął   między 

urodzeniem a pierwszą parafią, całe jego dzieciństwo i młodość, i seminarium zawierały się w tym. 

- Jose, chodź spać. Wzdrygnął się; wiedział, że był błaznem. Żeniący się stary człowiek był już 

wystarczająco groteskowy, a cóż dopiero stary ksiądz... Patrzył na siebie, jakby był kimś stojącym 

na uboczu i powątpiewał w to, czy nadaje się nawet do piekła. Był po prostu tłustym, niedołężnym 

starcem, z którego drwiono i szydzono, gdy kładł się do łóżka. Lecz nagle przypomniał sobie dar, 

którym  został obdarzony i którego nikt nie mógł mu odebrać. To właśnie czyniło go godnym 

potępienia - władza, jaką wciąż posiadał, przemiany opłatka w Ciało i Krew Boga. Był chodzącym 

świętokradztwem.   Gdziekolwiek   szedł,   cokolwiek   czynił,   plugawił   Boga.   Pewien   zwariowany 

background image

katolik - renegat, napompowany poglądami gubernatora, wtargnął kiedyś do kościoła (w czasach, 

kiedy jeszcze były kościoły) i porwał Hostię. Pluł na nią, deptał ją, a później ludzie złapali go i 

powiesili na dzwonnicy, jak zwykle robili w Wielki Czwartek z kukłą Judasza. To nie był taki zły 

człowiek - myślał padre Jose - jemu będzie wybaczone, to był po prostu polityk. Ale on sam był 

gorszy niż tamten: był jak nieprzyzwoity obraz stale gorszący dzieci. 

Siedział na skrzyni i odbijało mu się. Gazy. - Jose! Co tam wyprawiasz? Chodź zaraz do 

łóżka. Nie miał absolutnie nic do roboty. Nie było brewiarza, ani mszy, ani spowiedzi, nie było 

sensu się modlić; modlitwa wymagała działania, a on nie miał zamiaru działać. Żył już dwa lata w 

ciągłym stanie śmiertelnego grzechu i nie było nikogo, kto by mógł wysłuchać jego spowiedzi. Nie 

miał nic do roboty, jak tylko siedzieć i jeść, jeść o wiele za dużo: karmiła go i tuczyła, i hodowała, 

jakby   był   pokazowym   wieprzem.   “Jose!”   -   Zaczął   czkać   nerwowo   na   myśl   ujrzenia   po   raz 

siedemset   trzydziesty   ósmy   swej   surowej   gospodyni,   swej   żony.   Leży   tam   w   wielkim, 

bezwstydnym łożu, zajmującym pół pokoju, pod namiotem-moskitierą, jak kościsty cień, z ostrą 

brodą, krótkim, siwym warkoczem, w absurdalnym czepku. Wyobrażała sobie, że ma pozycję do 

utrzymania, ona, małżonka jedynego żonatego księdza na rządowej pensji. Była dumna z tego. - 

Jose. - Ja mam czk... już idę, kochanie - powiedział i podniósł się z paki. Ktoś gdzieś wybuchnął 

śmiechem.   Podniósł   różowe   oczka   prosięcia   świadomego   rzeźni.   Wysoki   głosik   dziecinny 

powiedział:  “Jose”.  -  Zaskoczony,   rozejrzał   się  po  patio.   Przez  zakratowane  okno  troje  dzieci 

obserwowało go z wielką powagą. Odwrócił się i zrobił parę kroków w kierunku swoich drzwi, 

poruszając się bardzo powoli z powodu tuszy. - Jose - któreś znowu pisnęło. - Jose!

Spojrzał przez ramię i ujrzał na twarzach dzieci wyraz dzikiej radości. Jego różowe oczka 

nie okazały gniewu. Nie miał prawa się gniewać. Wykrzywił usta we wstydliwym, nieokreślonym 

uśmiechu. Jak gdyby owa oznaka słabości dała im upoważnienie, którego potrzebowały, pisnęły 

otwarcie w jego stronę:

- Jose, Jose! Chodź do łóżka, Jose! - Ich cienkie, bezwstydne głosy napełniały patio, a on 

uśmiechał się upokorzony i czynił nieporadne gesty, prosząc o ciszę. Nie było już nigdzie szacunku 

dla niego, ani w domu, ani w mieście, ani na całej opuszczonej planecie. 

background image

Rozdział III

Rzeka 

Kapitan Fellows podśpiewywał sobie głośno w takt motorka pykającego na dziobie czółna. 

Jego duża opalona twarz wyglądała jak mapa górskich okolic: płaty różnych odcieni brązu i dwa 

niebieskie jeziora oczu. Tak płynąc komponował zupełnie fałszywym głosem swoje piosenki. “Do 

domu marsz, do domu marsz, tam żarcia pełną michę masz. Cholerne miasto z dala omiń, bo jadło 

dobre tylko w domu.” Z głównego nurtu rzeki skręcił w dopływ. Na piaszczystym brzegu leżało 

parę krokodyli. “Węgorze, ach węgorze, wąsatych waszych gąb nie znoszę. Wąsatych waszych gąb 

nie znoszę.” Czuł się szczęśliwym człowiekiem. Plantacje bananów zachodziły na oba brzegi. Jego 

śpiew głośno rozbrzmiewał w ostrym słońcu i wraz z terkotem motoru był jedynym odgłosem, jaki 

dał się słyszeć. Był zupełnie sam. Unosiła go wielka fala chłopięcej radości: spełniał pracę męską i 

to w samym sercu pustkowia, nie czuł się za nikogo odpowiedzialny. W jednym tylko jeszcze kraju 

czuł   się  równie   szczęśliwy:   we  Francji,  podczas   wojny,   w   spustoszonym   krajobrazie   okopów. 

Dopływ,   którym   płynął,   zwężał   się   i   kręcił   coraz   bardziej,   przechodząc   w   teren   bagnisty   i 

zarośnięty. Na niebie zawisł rozpostarty sęp. Kapitan Fellows otworzył blaszane pudełko i zjadł 

kanapkę:   jedzenie   nigdzie   tak   nie   smakuje   jak  na   świeżym   powietrzu.   Gdy  przepływał   blisko 

brzegu, nagle zagadała do niego małpa. Kapitan Fellows czuł się szczęśliwy w jedności z naturą: 

przepełniała go świadomość pokrewieństwa z całym światem; czuł się wszędzie jak u siebie w 

domu. Chytra szelma - pomyślał. - Chytra szelma. Znowu zaczął śpiewać, czyjeś słowa pomieszały 

mu się w jego przyjaznej, lecz słabej pamięci. “Nie masz nic ponad takie życie, chleb maczam 

sobie w rzece, pod szerokim i gwiaździstym niebem płynę, łowca wrócił w dom swój z morza.” 

Plantacje skończyły się, a w dużym oddaleniu widać było góry, których ciężkie czarne kształty 

rysowały   się  nisko   na   tle   nieba.   Kilka   domków   wynurzyło   się   z  błota.   Był   w   domu.   Ledwie 

dostrzegalna chmura zmąciła jego radosny nastrój. Pomyślał: Mimo wszystko człowiek lubi, żeby 

go witano. Skierował się w stronę swojego bungalow, wyróżniającego się spośród innych domków, 

stojących   nad  brzegiem,   dachówkami,  masztem  flagowym  bez  flagi   i tabliczką   na  drzwiach  z 

napisem:

“Środkowoamerykańskie   Towarzystwo   Eksportu   Bananów”.   Dwa   hamaki   rozpięto   na 

werandzie, ale na dworze nie było nikogo. Kapitan Fellows wiedział, gdzie może znaleźć żonę, ale 

nie jej wyglądał. Wpadł gwałtownie do środka i krzyknął:

- Tata przyjechał! - Przestraszona, wychudła twarz zerknęła na niego spoza moskitiery. Jego 

buty zmąciły spokój tego miejsca. Pani Fellows skryła się w głębi białego muślinowego namiotu. - 

Cieszysz się, że wróciłem, Trix? - spytał. Szybko przybrała minę bojaźliwie powitalną. Wyglądało 

background image

to jak rysunkowa sztuczka na tablicy. - Jak się cieszę, że jestem w domu - powiedział kapitan 

Fellows   z   przekonaniem.   Był   o   tym   przeświadczony,   że   istotnie   doznawał   właściwych   uczuć 

miłości   i   radości,   smutku   i   nienawiści.   Był   zawsze   człowiekiem   na   swoim   miejscu,   gdy 

przychodziła chwila działania. - Jak tam idzie w biurze?

- Wspaniale - odparł Fellows - wspaniale. - Miałam wczoraj trochę febry. - Ach, musi się 

tobą ktoś zająć. Wszystko będzie dobrze teraz, gdy jestem z powrotem - powiedział niewyraźnie. 

Beztrosko odbiegł od rozmowy na temat febry, klaszcząc w ręce i śmiejąc się tubalnie, gdy ona 

drżała w swym namiocie. - Gdzie jest Coral?

- Rozmawia z policjantem - odparła pani Fellows. - Myślałem, że wyjdzie mi naprzeciw - 

zauważył, kręcąc się bez celu po małej alkowie pełnej prawideł do butów, gdy nagle słowa żony 

dotarły do jego świadomości. - Z policjantem? Jakim policjantem?

- Zjawił się wczoraj i Coral pozwoliła mu spać na werandzie. Mówiła, że on kogoś szuka. - 

Niesłychane. Tutaj?

- To nie jest zwykły policjant. To oficer. Coral mówi, że zostawił swoich ludzi we wsi. - 

Lepiej, żebyś się nie kładła. Widzisz, na te typy trzeba mieć oko. Coral to przecież jeszcze dziecko 

- dodał bez przekonania. - Mówię ci, że miałam febrę - biadała pani Fellows. - Byłam taka okropnie 

chora. - Nic ci nie będzie. Po prostu za dużo słońca. Zobaczysz. Teraz, kiedy ja przyjechałem... 

- Miałam taki ból głowy. Nie mogłam czytać ani szyć. A potem ten człowiek... 

Strach czaił się za jej plecami. Zamierała z wysiłku, by się nie odwrócić. Nadawała swej 

obawie   takie   kształty,   by   mogła   jej   spojrzeć   w   oczy:   postać   febry,   szczurów,   bezrobocia. 

Prawdziwy powód - śmierć na obczyźnie, zbliżająca się z każdym rokiem - stanowił tabu. Wszyscy 

spakują się i wyjadą, tylko ona zostanie sama na zapomnianym cmentarzu, w wielkim grobowcu 

wzniesionym wysoko nad powierzchnią ziemi. - Chyba powinienem pójść się z nim zobaczyć - 

zauważył. Usiadł na łóżku i położył jej rękę na ramieniu. Jednak mieli ze sobą coś wspólnego: 

nieufność. Powiedział z roztargnieniem: - Ten tubylec, sekretarz szefa, wyjechał. - Dokąd?

- Na Zachód. - Poczuł, jak jej ramię zesztywniało. Z wysiłkiem odsunęła się od niego pod 

ścianę. Dotknął tabu. Więź była przerwana, nie wiedział dlaczego. 

- Boli cię głowa, kochanie?

- Poszedłbyś lepiej zobaczyć się z tym człowiekiem. - Ach tak, tak. Już wychodzę. - Ale nie 

ruszył   się   z   miejsca   -   dziecko   przyszło   do   niego.   Stała   w   drzwiach,   obserwując   ich   z   miną 

wyrażającą   poczucie   ogromnej   odpowiedzialności.   Pod   jej   poważnym   spojrzeniem   stał   się 

chłopcem,   któremu   nie   można   ufać,   a   jego   żona   cieniem,   który   niemal   można   było   rozwiać 

dmuchnięciem - odrobiną wystraszonego powietrza. Była bardzo młoda. Miała około trzynastu lat; 

a w tym wieku człowiek nie boi się wielu rzeczy, takich jak starość i śmierć, i tego, co może się 

background image

przytrafić: ukąszenia węża i febry, i szczurów, i smrodu. Życie nie wzięło jej jeszcze w swoje 

obroty.   Miała   pozornie   wygląd   kogoś,   kogo   nic   złego   nie   może   spotkać.   Ale   już   była   jakby 

zredukowana   do   najmniejszych   rozmiarów:   wszystko   w   niej   było,   ale   zaznaczone   drobnymi 

liniami. Słońce tak robiło z dziećmi: zmniejszało je do szkieletu. Złota bransoletka na kościstym 

przegubie była jak kłódka na płóciennych drzwiach, które można rozbić pięścią. Odezwała się:

- Powiedziałam policjantowi, że przyjechałeś. - Aha, dobrze - rzekł kapitan Fellows. - Nie 

uściskasz starego ojca?

Przeszła z powagą przez pokój i złożyła przelotny pocałunek na jego czole. Wyczuł, że 

zrobiła to mechanicznie. Miała inne sprawy na głowie. - Powiedziałam kucharce, że mama nie 

wstanie do kolacji. - Myślę, że powinnaś zdobyć się na ten wysiłek, moja droga - stwierdził kapitan 

Fellows. - Dlaczego?

- Ach, właściwie... 

- Chcę porozmawiać z tobą w cztery oczy - powiedziała Coral. Pani Fellows poruszyła się 

pod moskitierą, chcąc się upewnić, że Coral ostatecznie przyspieszy ich wyjście z pokoju. Zdrowy 

rozsądek był przerażającą cechą, której sama nigdy nie posiadała. To właśnie zdrowy rozsądek 

mówił:   “Umarli   nie   słyszą”   albo   “Ona   nie   może   nic   wiedzieć”,   czy   też   “Blaszane   kwiaty   są 

praktyczniejsze”. - Nie rozumiem - powiedział kapitan Fellows z niepokojem - dlaczego matka nie 

ma słyszeć. - Ona by tam nie chciała pójść. To by ją tylko przestraszyło. Był już przyzwyczajony 

do   tego,   że   Coral   miała   odpowiedź   na   wszystko.   Nigdy   nie   mówiła   bez   namysłu.   Była 

przygotowana, ale czasami odpowiedzi, jakie przygotowała, wydawały się niesamowite... Były one 

oparte na jedynym życiu, jakie pamięta, życiu tutaj. Moczary, sępy, brak towarzystwa dzieci, z 

wyjątkiem kilkorga we wsi, które miały brzuchy rozdęte przez robaki i jak zwierzęta żywiły się 

odpadkami na brzegu rzeki. Mówi się, że dziecko zbliża rodziców. On z pewnością czuł wielką 

niechęć, by powierzyć się Coral. Jej odpowiedzi mogły go zawieść nie wiadomo dokąd. Wyczuł 

przez siatkę skrycie wysuniętą rękę żony: ich dwoje łączyło to, że byli dorosłymi. To dziecko było 

kimś obcym w ich domu. Powiedział gwałtownie:

- Przerażasz nas, moja droga. - Myślę, tatusiu - mówiła dziewczynka ostrożnie - że ty się 

nie przestraszysz. Powiedział niezdecydowanie, ściskając żonę za rękę: - Cóż, moja droga, nasza 

córka, zdaje się, zdecydowała... 

- Najpierw musisz zobaczyć się z policjantem. Chcę, żeby sobie poszedł. Nie lubię go. - W 

takim razie, oczywiście, musi sobie pójść - stwierdził kapitan Fellows, śmiejąc się nieszczerze, bez 

przekonania. - Powiedziałam mu to. Mówiłam też, że nie mogliśmy odmówić mu hamaka na noc, 

skoro zjawił się tak późno. Ale teraz musi sobie pójść. - A on ciebie nie posłuchał?

- Powiedział, że chce mówić z tobą. - Nie wiedział, z kim ma do czynienia - mówił kapitan 

background image

Fellows. Ironia była jego jedyną bronią, ale nie umiała jej ocenić. Nie rozumiała niczego, co nie 

było proste jak alfabet lub data historyczna. Puścił rękę żony i niechętnie pozwolił się wyprowadzić 

na popołudniowe słońce. Oficer policji stał przed werandą - nieruchoma, oliwkowa postać. Nie 

ruszył  się ani o krok, żeby przywitać  się z kapitanem  Fellows. - O  co chodzi,  poruczniku?  - 

szorstko zapytał kapitan. Przyszło mu na myśl, że Coral ma więcej cech wspólnych z policjantem 

niż z nim. - Poszukuję pewnego człowieka - powiedział porucznik. - Doniesiono nam, że znajduje 

się  w tej  okolicy.  - Niemożliwe,  żeby tutaj  był.  - Pańska córka  mówi  to  samo.  - Ona wie. - 

Poszukiwany jest pod zarzutem poważnego przestępstwa. - Morderstwo?

- Nie, zdrada. - Ach, zdrada - powtórzył  kapitan Fellows i stracił całe zainteresowanie. 

Wszędzie było tyle zdrady, co drobnych kradzieży w koszarach. - To jest ksiądz. Mam nadzieję, że 

w razie zobaczenia go zgłosi pan to natychmiast. - Porucznik zawahał się. - Pan jest cudzoziemcem 

żyjącym pod opieką naszego prawa. Oczekujemy od pana należytego odwdzięczenia się za naszą 

gościnność. Pan nie jest katolikiem?

- Nie. - W takim razie mogę liczyć na to, że pan zamelduje? - spytał porucznik. - Tak sądzę. 

Porucznik   stał   w   słońcu   jak   mały,   ciemny,   groźny  znak   zapytania.   Jego   postawa   zdawała   się 

wskazywać, że nie życzyłby sobie korzystać nawet z cienia, zaofiarowanego przez cudzoziemca. 

Ale skorzystał z hamaka. Musiał to traktować jako rekwizycję - pomyślał kapitan Fellows. - Może 

napije się pan wody sodowej?

- Nie, nie, dziękuję. - Cóż - powiedział kapitan Fellows - nie mogę  poczęstować pana 

niczym innym, prawda? Picie alkoholu to zdrada. Porucznik nagle wykręcił się na pięcie, jakby nie 

mógł już dłużej ścierpieć ich widoku, i szybkim krokiem odszedł ścieżką prowadzącą do wioski. 

Sztylpy i kabura pistoletu błyszczały w słońcu. Gdy odszedł na pewną odległość, zobaczyli, jak 

przystanął i splunął. Nie był nieuprzejmy: powstrzymywał się aż do chwili, kiedy sądził, że już na 

niego nie patrzą, zanim dał upust swej nienawiści i pogardzie dla innego stylu życia, dla wygody, 

bezpieczeństwa, tolerancji i gnuśnego zadowolenia. - Nie chciałbym  go mieć za przeciwnika - 

stwierdził kapitan  Fellows. - Jasne, że nam nie ufa. - Oni nikomu nie ufają. - Zdaje mi się - 

powiedziała Coral - że zwęszył coś. - Oni wszędzie coś węszą. - Kiedy, widzisz, nie pozwoliłam 

mu zrobić rewizji. - A dlaczegóż to? - spytał kapitan Fellows, po czym jego niezbyt ścisły umysł 

odszedł od tego pytania. - A jak go powstrzymałaś?

- Powiedziałam, że poszczuję go psami... i że poskarżę się naszemu posłowi. On nie miał 

żadnego prawa... 

- Och, prawa - rzekł kapitan Fellows. - Ich prawem jest pistolet. Nic by się nie stało, gdybyś 

mu   pozwoliła   szukać.   -  Dałam   mu   słowo.   -  Była   tak   nieugięta   jak   porucznik;   mała   i   czarna, 

zupełnie   nie   na   miejscu   wśród   bananowych   gajów.   W   swej   prostocie   nie   zważała   na   niego. 

background image

Przyszłość, pełna kompromisów, trosk i wstydu, leżała na zewnątrz. Brama, która ją kiedyś miała 

tam wpuścić, była zamknięta. Ale w każdej chwili teraz jakieś słowo, gest, mało ważna czynność 

mogły   otworzyć   przed   nią   sezam...   do   czego?   Kapitan   Fellows   uległ   obawie:   był   świadomy 

istnienia nieokiełznanej miłości, która pozbawiła go autorytetu. Nie można mieć władzy nad tym, 

co się kocha. Patrzy się, jak ów obiekt miłości pędzi niebacznie w stronę zerwanego mostu, wyrwy 

na drodze, koszmaru siedemdziesięciu lat do przeżycia. Zamknął oczy... był szczęśliwy... i zanucił 

jakąś melodię. - Nie chciałam zabić takiego człowieka - powiedziała Coral - i jeszcze żeby mnie 

przyłapali... na kłamstwie. - Na kłamstwie? Boże święty - rzekł kapitan Fellows. - Nie chcesz przez 

to powiedzieć, że on tu jest. - Oczywiście, że jest tutaj - odparła Coral. - Gdzie?

- W wielkiej  szopie - wyjaśniła  łagodnie.  - Nie mogliśmy pozwolić na to, żeby został 

złapany. - Czy matka wie o tym?

Odpowiedziała z miażdżącą szczerością:

-  O  nie.  Jej   nie  mogłam   zaufać.  Była  niezależna   od nich  obojga.  Oni  razem  stanowili 

cząstkę przeszłości. Za czterdzieści lat będą równie martwi jak pies, który zdechł w zeszłym roku. - 

No to zaprowadź mnie tam - powiedział. Szedł powoli. Szczęście opuściło go szybciej i bardziej 

dokładnie niż człowieka stale nieszczęśliwego, taki biedak jest zawsze gotów na wszystko. Gdy 

szła przed nim, a jej dwa cienkie warkocze błyszczały w słońcu, po raz pierwszy przyszło mu na 

myśl, że doszła już do wieku, w którym dziewczęta meksykańskie były gotowe na przyjęcie swego 

pierwszego   mężczyzny.   Jak   to   się   stanie?   Cofnął   się   przed   problemami,   z   którymi   nigdy   nie 

ośmielił  się stanąć oko w oko. Gdy przechodzili  pod oknem sypialni,  rzucił  okiem na chudy, 

zwinięty kościsty kształt, leżący samotnie pod moskitierą. Litując się nad sobą samym, tęsknie 

przypomniał sobie, jak szczęśliwy był na rzece, gdy spełniał męską pracę i nie musiał myśleć o 

innych ludziach. Gdybym się nigdy nie był ożenił... 

Jak dziecko zawodził pod adresem bezlitosnych, dziecinnych pleców:

- Nie wolno nam się mieszać do polityki. - To nie jest polityka - powiedziała łagodnie. - Ja 

się znam na polityce. Przerabiam teraz z matką ustawę o reformie z 1832 roku. - Wyjęła klucz z 

kieszeni, otworzyła  wielką szopę, w której magazynowano banany przed wysłaniem ich w dół 

rzeki, do portu. Po żarze słonecznym na zewnątrz było tu bardzo ciemno. Coś się szarpnęło w 

kącie. Kapitan Fellows podniósł latarkę elektryczną i oświecił nią kogoś w podartym ciemnym 

ubraniu. Niski człowiek zmrużył oczy przed światłem. Był nie ogolony. - Que es usted? - zapytał 

kapitan Fellows. - Mówię po angielsku. - Przyciskał do boku niedużą teczkę, jak gdyby czekając na 

pociąg, na który w żadnym wypadku nie powinien się spóźnić. - Pan nie ma prawa być tutaj. - Nie 

mam - potwierdził tamten. - Nie chcemy mieć z tym nic wspólnego - powiedział kapitan Fellows. - 

Jesteśmy cudzoziemcami. - Oczywiście. Pójdę sobie - odparł. Stał z głową pochyloną lekko jak 

background image

żołnierz wysłuchujący rozkazu oficera. Kapitan Fellows złagodniał nieco:

- Niech pan lepiej poczeka, aż się ściemni. Przecież nie chce pan być złapany. - Nie. - 

Głodny pan jest?

- Trochę.  To nieważne.  - Z jakąś  odrażającą  pokorą powiedział:  - Gdyby pan zechciał 

wyświadczyć mi pewną przysługę... 

- Co takiego?

- Odrobinę wódki. - I tak już wystarczająco łamię prawo dla pana - odparł kapitan Fellows. 

Wielkimi krokami wyszedł z szopy, czując się dwukrotnie wyższy, gdy zostawił małą, schyloną 

postać w ciemności między bananami. Coral zamknęła drzwi na kłódkę i wyszła za nim. - Co za 

religia - mówił Fellows. - Żebrać o wódkę. Wstydu nie ma. - Sam ją nieraz pijesz. - Moja droga, 

gdy będziesz starsza, zrozumiesz, jaka jest różnica pomiędzy wypiciem kropli wódki po obiedzie, a 

no... odczuwaniem potrzeby picia. - Czy mogę zanieść mu trochę piwa?

- Ty w żadnym wypadku nic mu nie zaniesiesz. - Służbie nie można ufać. - Widzisz, w jaką 

kabałę nas wpakowałaś. Był bezsilny i wściekły. Sztywnym krokiem wrócił do domu i wszedł do 

sypialni,   kręcąc   się   bez   celu   wśród   porozrzucanych   prawideł   do   butów.   Pani   Fellows   spała 

niespokojnie, śniąc o ślubie. Raz odezwała się na głos:

- Moja kolej. Uwaga, kolej. - Co takiego? - spytał opryskliwie. - Co takiego?

Ciemność zapadła jak kurtyna: w jednej chwili było słońce, w następnej zniknęło. Pani 

Fellows zbudziła się - nadchodziła jeszcze jedna noc. - Mówiłeś coś, kochanie?

- To ty mówiłaś - odparł. - Coś o kolei. - Musiało mi się coś śnić. - Jeszcze dużo czasu 

upłynie, zanim będą mieli tutaj koleje - powiedział z odcieniem smętnej satysfakcji. Podszedł i 

usiadł na łóżku trzymając się z dala od okna. Nie widzieć, nie myśleć. Świerszcze zaczęły cykać, a 

na zewnątrz moskitiery robaczki świętojańskie unosiły się jak lampiony.  Położył  swoją ciężką, 

energiczną   rękę   na   ramieniu   postaci   pod   prześcieradłem,   jakby   dla   dodania   sobie   otuchy,   i 

powiedział:

- Życie tu nie jest takie złe, Trixy. No nie? Prawda, że nie jest złe?

Wyczuł, że zesztywniała. Słowo “życie” było tabu, bo przypominało o śmierci. Odwróciła 

się twarzą do ściany,  a potem bez nadziei z powrotem. Zwrot “odwrócić się do ściany”  także 

stanowił tabu. Leżała porażona trwogą, a granice jej strachu powiększały się coraz bardziej, aż 

ogarnęły   wszystkie   jej   sprawy   i   cały   świat   rzeczy   nieożywionych.   To   było   jak   zaraza.   Na 

cokolwiek   spojrzała   przez   dłuższą   chwilę,   zaraz   miała   wrażenie,   że   ta   rzecz   także   przenosi 

zarazki... Nawet słowo “prześcieradło”. Zrzuciła z siebie prześcieradło i powiedziała:

-   Jest   tak   gorąco,   tak   gorąco.   On,   który   zazwyczaj   był   szczęśliwy,   i   ona,   zawsze 

nieszczęśliwa, patrzyli nieufnie, jak noc staje się coraz ciemniejsza. Byli towarzyszami odciętymi 

background image

od całego świata. Sens miało tylko to, co się działo w ich sercach. Byli jak dzieci wiezione w 

zamkniętej karecie przez ogromne przestrzenie w zupełnej niewiedzy swego przeznaczenia. Z jakąś 

rozpaczliwą   wesołością  zaczął   nucić   piosenkę  z  czasów   wojny.   Nie  chciał  słyszeć   kroków  na 

zewnątrz, na podwórzu, zmierzających w kierunku szopy. 

Coral położyła udka kurczęcia i placki na ziemi i otworzyła drzwi. Pod pachą niosła butelkę 

Cerveza   Moctezuma.   W   ciemnościach   znów   słychać   było   ten   sam   szelest:   poruszenie   się 

zalęknionego człowieka. - To ja - powiedziała, żeby go uspokoić, ale nie zaświeciła latarki. Dodała: 

- Mam tu butelkę piwa i trochę jedzenia. - Dziękuję, dziękuję. - Policjanci odeszli z wioski - na 

południe. Ksiądz niech lepiej idzie na północ. Nic nie odpowiedział. Z zimną ciekawością dziecka 

spytała:

- Co oni by księdzu zrobili, gdyby księdza znaleźli?

- Zastrzeliliby mnie. - Ksiądz się na pewno bardzo boi? - powiedziała z zainteresowaniem. 

Po omacku przeszedł przez szopę w kierunku drzwi i bladego światła gwiazd. - Tak, boję się - rzekł 

i potknął się o wiązkę bananów. - Nie może ksiądz stąd uciec?

- Próbowałem. Miesiąc temu. Statek odjeżdżał, a ja właśnie zostałem wezwany. - Ktoś 

księdza potrzebował?

- Nie potrzebowała mnie - stwierdził z goryczą. Z pewnym trudem widziała jego twarz 

teraz, gdy świat pędził wśród gwiazd. Jej ojciec powiedziałby, że jest to twarz, której nie można 

ufać. - Widzisz, jaki niegodny jestem - dodał. - Mówić w ten sposób. - Czego niegodny?

Przytulił do siebie swoją małą teczkę i spytał:

- Czy mogłabyś mi powiedzieć, jaki miesiąc jest teraz? Wciąż luty?

- Nie. Siódmy marca. - Nieczęsto spotykam ludzi, którzy znają się na tym. To znaczy, że 

jeszcze miesiąc... sześć tygodni... do pory deszczowej. - Wyjaśnił: - Gdy deszcze przyjdą, będę 

względnie   bezpieczny.   Widzisz,   policji  trudno się  wtedy  poruszać.  - Deszcze  są  najlepsze   dla 

księdza?   -   spytała.   Pałała   chęcią   wiedzy.   Bill   o   reformie   wyborczej,   wzgórze   Senlac   i   trochę 

francuszczyzny   leżało   w   jej   mózgu   jak   skarb.   Oczekiwała   odpowiedzi   na   każde   pytanie   i 

wchłaniała ją chciwie. - Och, nie, nie. Deszcze oznaczają jeszcze sześć miesięcy takiego życia jak 

teraz. - Rozdarł udko kurczęcia. Czuła jego oddech. Był nieprzyjemny jak zapach czegoś, co leżało 

zbyt długo na słońcu. - Raczej wolę, żeby mnie złapali. - A nie może ksiądz po prostu sam się im 

poddać? - zadała logiczne pytanie. Jego odpowiedzi były tak proste i zrozumiałe jak jej pytania. - 

Ale ból. Wybrać ból samemu... nie, to niemożliwe. Poza tym moim obowiązkiem jest nie dać się 

złapać. Widzisz, mojego biskupa tutaj nie ma. - Miał jakieś dziwne skrupuły. - To jest moja parafia. 

- Znalazł placek i zaczął go jeść chciwie. - To jest problem - stwierdziła uroczyście. Słyszała 

bulgotanie,  gdy pił z butelki. - Staram się przypomnieć  sobie, jak szczęśliwy byłem  kiedyś.  - 

background image

Robaczek świętojański jak latarka oświetlił jego twarz trampa i zgasł. Czy kiedykolwiek mógł 

jeszcze   być   szczęśliwy?   Mówił:   -   W   mieście   Meksyku   odprawia   się   teraz   błogosławieństwo. 

Biskup tam jest... Myślisz, że on mnie pamięta?... Oni nawet nie wiedzą, że ja żyję. - Oczywiście 

mógłby  ksiądz...  się  zaprzeć   - powiedziała.   - Nie  rozumiem.   - Zaprzeć  się  wiary  - wyjaśniła, 

używając słów ze swego podręcznika historii Europy. - To jest niemożliwe. Nie mam wyjścia. 

Jestem księdzem. To nie jest w mojej mocy. Dziecko słuchało uważnie. - Zupełnie jak znamię od 

urodzenia - stwierdziła. Słyszała, jak zawzięcie pociągał z butelki. Dodała: - Myślę, że mogłabym 

znaleźć   u   ojca   wódkę.   -   O   nie,   nie   trzeba   kraść.   -   Wysączył   piwo;   długi,   szklany   odgłos   w 

ciemności. Wypił chyba do ostatniej kropli. - Muszę iść. I to zaraz - powiedział. - Ksiądz może 

zawsze tu wrócić. - Ojciec panienki nie byłby zachwycony. - Nie potrzebuje wiedzieć o tym - 

rzekła. - Ja bym się księdzem zajmowała. Mój pokój jest tuż, naprzeciw tych drzwi. Po prostu 

zapukałby ksiądz do mojego okna. - A może - ciągnęła z powagą - lepiej byłoby mieć szyfr, bo, 

proszę księdza, kto inny też mógłby pukać. - Chyba nie mężczyzna? - spytał ze zgrozą. - Nie. Ale 

nigdy nie wiadomo. Jakiś inny zbieg przed prawem. - Przecież to jest mało prawdopodobne? - 

powiedział ze zdumieniem. Odparła wyniośle:

- Takie rzeczy się zdarzają. - Czy już się zdarzały?

- Nie, ale sądzę, że się jeszcze zdarzą. Chcę być przygotowana. Musi ksiądz stukać trzy 

razy. Dwa razy długo i raz krótko. Zachichotał nagle jak dzieciak. - Jak się stuka długo?

- Tak. - Ach, masz na myśli głośne stukanie?

- Nazywam to długim stukaniem... jak u Morse'a. Poczuł się całkiem bezradny. - Jesteś 

bardzo dobra. Będziesz się za mnie modliła?

- Och, ja nie wierzę w to - odparła. - Nie wierzysz w modlitwę?

- Widzi ksiądz, ja nie wierzę w Boga. Straciłam wiarę, gdy miałam dziesięć lat. - Oj, oj! To 

ja   będę   się   modlił   za   panienkę.   -   Proszę   bardzo,   jeśli   sobie   ksiądz   życzy   -   powiedziała 

protekcjonalnie. - Jak ksiądz tu przyjdzie drugi raz, to nauczę go alfabetu Morse'a, na pewno się 

przyda. - Po co?

-   Gdyby   się   ksiądz   ukrywał   na   plantacji,   mogłabym   lusterkiem   przekazywać   księdzu 

wiadomości o ruchach nieprzyjaciela. Słuchał z powagą. - Ale czy nie zobaczyliby ciebie?

-   Och,   znalazłabym   jakieś   wytłumaczenie.   -   Szła   logicznie   naprzód,   krok   za   krokiem, 

eliminując  wszelkie  przeszkody.  -  Do widzenia,   moje  dziecko   - powiedział.  Zawahał   się przy 

drzwiach.   -   Może...   modlitwa   ciebie   nie   interesuje.   Może   chciałabyś...   znam   dobrą   sztuczkę 

magiczną. - Ja lubię sztuki. - To jest sztuczka karciana. Masz karty?

- Nie. - No to nic z tego - westchnął i zachichotał. Jego oddech czuć było piwem. - Więc 

jednak będę musiał się modlić za ciebie. - Ksiądz nie wygląda na kogoś, kto się boi. - Butelka piwa 

background image

- mówił - czyni cuda z tchórzliwym człowiekiem. Ba, z odrobiną wódki oparłbym się... diabłu. - 

Potknął się na progu. - Do widzenia - powiedziała. - Mam nadzieję, że im ksiądz ucieknie. - Lekkie 

westchnienie dobiegło z ciemności. Dodała cicho: - Jeśli księdza zabiją, nie przebaczę im... nigdy. - 

Była gotowa na przyjęcie bez chwili namysłu każdej odpowiedzialności, nawet zemsty. To było jej 

życie. 

Na polanie stało pół tuzina szałasów z trzciny oblepionej gliną. Dwa były zrujnowane. Parę 

świń ryło dokoła, a stara kobieta przenosiła żarzący się węgiel z szałasu do szałasu, w każdym z 

nich rozpalając mały ogień na środku podłogi, żeby napełnić izbę dymem  i odpędzić moskity. 

Kobiety zamieszkiwały dwa szałasy, świnie trzeci. W ostatnim, nie zrujnowanym szałasie, gdzie 

złożona była kukurydza, mieszkał starzec i chłopiec oraz całe plemię szczurów. Stary człowiek stał 

na   polanie   i   patrzył   na   obnoszony   wokół   ogień,   migotający   w   ciemności   niby   jakiś   rytuał 

powtarzany o tej samej godzinie przez całe życie. Jego siwe włosy, biała, krótko przystrzyżona 

broda i brązowe ręce, kruche jak zeszłoroczne  liście, przywodziły na myśl  jakąś przeogromną 

niezniszczalność. Żył na krawędzi minimum egzystencji, więc nic już nie mogło go zmienić. Był 

stary od lat. Obcy wszedł na polanę. Na nogach miał coś, co było kiedyś czarnymi spiczastymi 

półbucikami.   Tylko   wierzchy   zostały,   tak   że   praktycznie   rzecz   biorąc   był   bosy.   Buty   były 

symboliczne jak osnute pajęczyną chorągwie w kościołach. Miał na sobie koszulę i parę czarnych, 

podartych  spodni, a niósł teczkę, jak gdyby jechał gdzieś z miesięcznym  biletem.  On również 

osiągnął  prawie stan niezniszczalności,  ale  znać na nim było  szczerby czasu. Zniszczone  buty 

znamionowały odmienną przeszłość, linie na twarzy wyrażały nadzieję, a zarazem i obawę przed 

przyszłością. Starucha z żarem przystanęła między dwoma szałasami i obserwowała go. Wyszedł 

na polanę mając oczy spuszczone ku ziemi, a ramiona zgarbione, jak gdyby czuł się obnażony 

wobec ludzi. Starzec podszedł, by go powitać, wziął rękę obcego i pocałował ją. - Czy możecie dać 

mi hamak na noc?

- Aj, proszę księdza, po hamak ksiądz musi iść do miasta. Tu ksiądz musi wziąć, co się 

nadarzy. - Nic nie szkodzi. Byle się gdzieś przespać. Czy możecie dać mi... trochę spirytusu?

- Kawę, proszę księdza. Nic innego nie mamy. - Coś do zjedzenia. - Nie mamy jedzenia. - 

Mówi się trudno. Chłopiec wyszedł z szałasu patrząc na nich uważnie, kobiety też. Wyglądało to 

jak walka byków: zwierz był zmęczony, więc czekali na następne jego posunięcie. Nie odznaczali 

się twardym sercem. Mieli przed sobą rzadki widok kogoś, kto był w gorszym położeniu niż oni 

sami. Ksiądz kulejąc poszedł w kierunku szałasu. W środku było się oświetlonym tylko do kolan. 

Na podłodze nie było płomienia, jedynie wolno wypalający się żar. Miejsce wypełniała do połowy 

sterta kukurydzy. Szczury szeleściły wśród suchych liści. Na kupce ziemi przykrytej słomianą matą 

zrobiono barłóg, a dwie skrzynie stanowiły stół. Obcy położył się, starzec zamknął drzwi. - Czy tu 

background image

jest bezpiecznie?

- Chłopiec będzie pilnował. On wie. - Czy spodziewaliście się mnie?

- Nie, proszę księdza. Ale już pięć lat, odkąd widzieliśmy u nas księdza... kiedyś musiał 

jakiś przyjść. Zasnął niespokojnym snem, a starzec przycupnął na podłodze i dmuchał w ogień. 

Ktoś zapukał do drzwi i ksiądz zerwał się. - Nic się nie stało - powiedział starzec. - To tylko kawa 

dla księdza. - Podał mu ją. Szara, kukurydziana kawa dymiła w blaszanym naczyniu, ale ksiądz był 

zbyt  zmęczony,  by ją pić. Leżał na boku zupełnie bez ruchu. Spod kukurydzy obserwował go 

szczur. - Wczoraj byli tu żołnierze - powiedział starzec. Dmuchnął na ogień, dym podniósł się i 

napełnił szałas. Ksiądz zaczął kaszleć, a szczur szybko, jak cień ręki, wsunął się w stertę. - Proszę 

księdza, chłopiec nie był chrzczony. Ostatni ksiądz, jaki tu był, chciał dwa pezy. Ja miałem tylko 

peza. A dziś mam tylko pięćdziesiąt centavos. - Jutro - powiedział ksiądz znużony. - Czy ksiądz 

odprawi Mszę rano?

- Tak, tak. - A spowiedź, proszę księdza? Czy ksiądz wysłucha naszej spowiedzi?

- Tak, ale najpierw pozwólcie mi się wyspać. - Odwrócił się na plecy i zamknął oczy przed 

dymem. - My nie mamy pieniędzy, żeby dać księdzu. Ten drugi ksiądz, padre Jose... 

- Dajcie mi zamiast tego coś z ubrania - powiedział niecierpliwie. - Ale my mamy tylko to, 

co na sobie. - Weźcie moje w zamian. Starzec zamruczał do siebie z powątpiewaniem, zerkając 

ukosem na czarny, podarty materiał, słabo widoczny w blasku ognia. - Jeśli ksiądz koniecznie chce 

- powiedział. Przez kilka minut dmuchał w milczeniu na ogień. Ksiądz znów zamknął oczy. - Po 

pięciu latach jest tyle rzeczy do wyspowiadania. Ksiądz usiadł szybko. - Co się stało? - zapytał. - 

Księdzu się coś przyśniło. Chłopiec da nam znać, jeśliby żołnierze nadchodzili. Ja tylko mówiłem... 

- Nie możecie dać mi spać w spokoju przez pięć minut? - Znów się położył. Gdzieś, w 

jednym z szałasów, jakaś kobieta śpiewała: “Poszłam na pole i znalazłam różę”. Starzec odezwał 

się cicho:

-   Szkoda   by   było,   gdyby   żołnierze   przyszli,   zanim   zdążymy...   taki   ciężar   na   biednych 

duszach, ojcze... 

Ksiądz usiadł prosto, opierając się o ścianę i rzekł z pasją:

- Dobrze. Zaczynajcie. Wyspowiadam was. - Szczury szurały w kukurydzy.  - No już - 

mówił - nie traćcie czasu. Prędzej. Kiedy ostatni raz... - Starzec ukląkł koło ognia, a po drugiej 

stronie polany kobieta śpiewała: “Poszłam na pole, a róża uwiędła”. - Pięć lat temu... - urwał i 

dmuchnął w ogień. - Trudno sobie przypomnieć, proszę księdza - powiedział. - Grzeszyłeś, synu, 

przeciw czystości?

Ksiądz  oparł  się  o  ścianę  i  podkurczył  nogi   pod  siebie,  a   szczury,  przyzwyczajone   do 

głosów, znów ruszały się w kukurydzy. Starzec z trudnością przypominał sobie swoje grzechy, 

background image

dmuchając w ogień. - Uczyń akt skruchy - powiedział ksiądz - i odmów... odmów... czy macie 

różaniec? To odmów część radosną różańca. - Zamknęły mu się oczy, wargi i język potknęły się na 

absolucji, nie skończyły... wstrząsnął się znów obudzony. - Czy mogę przyprowadzić kobietę? - 

spytał starzec. - Już pięć lat... 

- O, niech przyjdą. Niech przyjdą wszyscy! - zawołał ksiądz z gniewem. - Jestem waszym 

sługą. Zakrył  oczy ręką i zaczął płakać. Starzec otworzył  drzwi. Na zewnątrz, pod ogromnym 

sklepieniem   gwiaździstego,   słabo   oświetlonego   nieba,   nie   było   zupełnie   ciemno.   Poszedł   do 

szałasów kobiet i zapukał. - Chodźcie - powiedział - musicie się wyspowiadać. Grzeczność dla 

księdza tego wymaga. - Utyskiwały, że są zmęczone... że rano będzie najlepiej. - Chcecie, żeby się 

obraził? - odparł. - Wy myślicie, że po co on tu przyszedł? To bardzo świątobliwy ksiądz. Siedzi 

tam w swoim szałasie i płacze nad naszymi grzechami. Popędził je ku wyjściu. Jedna za drugą 

polazły przez  polanę  w stronę jego szałasu, a starzec  wyszedł  na ścieżkę idącą ku rzece, aby 

zastąpić chłopca, który wypatrywał, czy brodem nie nadchodzą żołnierze.  

background image

Rozdział IV

Widzowie 

Lata całe upłynęły od chwili, kiedy Tench napisał ostatni list. Siedział teraz przy warsztacie 

i ssał skuwkę pióra. Odczuwał jakiś niewytłumaczony impuls, by wysłać ten przypadkowy list na 

ostatni adres w Southend. Skąd można było wiedzieć, kto tam jeszcze żyje? Usiłował zacząć. Było 

to jak przełamywanie pierwszych lodów na przyjęciu, gdzie się nikogo nie znało. Zaczął pisać na 

kopercie: “W. Pani Henrykowa Tench, u pani Marsdyke, 3 The Avenue Westcliff”. To był dom jej 

matki, władczej, wtrącającej się we wszystko baby, która nakłoniła go do otworzenia gabinetu w 

Southend w tym pechowym okresie. “Proszę przesłać za adresatem” - napisał. Nie zrobiłaby tego, 

gdyby wiedziała, że to jego list, ale do tego czasu prawdopodobnie zapomniała, jaki ma charakter 

pisma. Ssał zabrudzoną atramentem skuwkę. Co tu pisać dalej? Szłoby mu łatwiej, gdyby miał coś 

innego na celu niż nieokreślone pragnienie zakomunikowania... komuś... że jeszcze żył. Mogło się 

to okazać kłopotliwe, jeśli wyszła powtórnie za mąż, ale w takim razie nie wahałby się podrzeć 

listu. Napisał: “Droga Sylwio” - wielkim, wyraźnym,  niewprawnym pismem, przysłuchując się 

pomrukowi stojącego na ławce piecyka. Robił stop ze złota, bo nie było tu składów, gdzie mógłby 

kupować materiał w stanie gotowym. Poza tym sklepy nie uznawały czternastokaratowego złota 

dla wyrobów dentystycznych, a nie stać go było na lepszy materiał. Kłopot był w tym, że nigdy nic 

się   tu   nie   zdarzało.   Jego   życie   było   tak   trzeźwe,   poważne,   porządne,   że   zaspokoiłoby   nawet 

wymogi pani Marsdyke. Spojrzał na tygielek: złoto właśnie miało połączyć się ze stopem, więc 

wrzucił łyżeczkę węgla drzewnego, aby zabezpieczyć mieszankę przed powietrzem; ujął na nowo 

pióro i siedział bezmyślnie nad papierem. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć żony, pamiętał 

tylko kapelusze, jakie nosiła. Wyobrażał sobie jej zdziwienie, gdy otrzyma wiadomość od niego po 

tak długim czasie. Od śmierci synka wymienili po jednym liście. Lata właściwie nic nie znaczyły 

dla  niego.  Pędziły  dość szybko,   nie  zmieniając   żadnego  przyzwyczajenia.   Zamierzał   wyjechać 

sześć lat temu, ale kurs peza z nastaniem rewolucji spadł, więc przyjechał na południe. Miał teraz 

więcej   pieniędzy   zaoszczędzonych,   ale   przed   miesiącem   pez   znów   spadł;   znów   gdzieś   jakaś 

rewolucja. Nie mógł nic zrobić, tylko czekać... Skuwka powędrowała ponownie między zęby, a 

pamięć roztopiła się w gorącym pokoiku. Po co w ogóle pisać? Nie mógł sobie teraz przypomnieć, 

co nasunęło mu ten dziwaczny pomysł. Ktoś zapukał do drzwi wejściowych, więc zostawił list na 

ławce. Nagłówek “Droga Sylwio” rzucał się w oczy: wielki, wyraźny i beznadziejny. Na wybrzeżu 

bił dzwon okrętowy:  “Generał Obregon” wrócił z Vera Cruz. Z głębin pamięci  wynurzyło  się 

wspomnienie niby coś żywego i bolesnego, krążąc po frontowym pokoiku między krzesłami na 

biegunach... Ciekawe popołudnie, co też się z nim mogło stać, gdy... i wspomnienie zamarło lub 

background image

uciekło. Tench był przyzwyczajony do bólu: to był jego zawód. Czekał ostrożnie, aż ręka uderzyła 

powtórnie w drzwi i jakiś głos odezwał się: “Con amistad” (nie można było przecież nikomu ufać), 

po czym dopiero odsunął zasuwy i otworzył drzwi, żeby wpuścić pacjenta. 

Przez wielką klasyczną bramę, na której czarnymi literami napisane było słowo “Silencio”, 

ojciec Jose wszedł do Ogrodu Boga, jak ludzie nazywali to miejsce. Miał wrażenie, że jest w 

osiedlu mieszkaniowym, gdzie nikt nie zwraca uwagi na architekturę sąsiednich domów. Wielkie 

kamienne   grobowce   były   dowolnej   wysokości   i   kształtu.   Gdzieniegdzie   na   dachu   stał   anioł   z 

omszałymi skrzydłami. Czasem przez oszklone okienko można było dojrzeć zardzewiałe metalowe 

kwiaty. Zupełnie jakby człowiek zaglądał do kuchni domu, którego mieszkańcy wyprowadzili się 

zapomniawszy wyczyścić wazony. Panowała tu zupełna swoboda. Można było chodzić, gdzie się 

tylko chciało, i oglądać, co się tylko chciało. Życie stąd odeszło zupełnie. Z powodu swej tuszy 

kroczył bardzo powoli między grobami. Mógł tu być samotny, bo nie było dzieci w pobliżu, i mógł 

wzbudzić w sobie wątłe uczucie tęsknoty, co było przecież lepsze niż brak jakichkolwiek uczuć. 

Niektórych   z   tych   ludzi   sam   pogrzebał.   Jego   małe   zaczerwienione   oczy   lustrowały   cmentarz. 

Obchodząc ogromną, szarą masę grobowca Lopezów, rodziny kupców, którzy przed pięćdziesięciu 

laty byli właścicielami jedynego hotelu w mieście, stwierdził, że nie jest sam. Obok muru na skraju 

cmentarza kopano grób. Dwaj ludzie pracowali w pośpiechu. Obok stała kobieta i starzec. U ich 

stóp znajdowała się trumna dziecka. Wykopanie dostatecznie głębokiego dołu w gąbczastej glebie 

trwało bardzo krótko. Trochę wody zebrało się już na dnie. To był powód, dla którego każdy, kogo 

było   stać,   leżał   nad   ziemią.   Nagle   wszyscy   zatrzymali   się   spoglądając   na   padre   Jose,   który 

przemykał bokiem z powrotem ku grobowcowi Lopezów, czując się tu intruzem. Dzień był jasny, 

upalny, wokół nic nie znamionowało cierpienia. Na jakimś dachu za cmentarzem siedział sęp. Ktoś 

powiedział:

- Proszę księdza. Padre Jose podniósł błagalnie rękę, jak gdyby usiłując dać do zrozumienia, 

że go nie ma, że odszedł, że zniknął. - Padre Jose - odezwał się starzec. Wszyscy obserwowali go 

chciwie. Byli całkiem zrezygnowani, zanim się zjawił, ale teraz ogarnął ich niepokój, pragnęli... 

Skulił się i starał się im umknąć. - Padre Jose - powtórzył starzec. - Modlitwę?

Uśmiechali się do niego, czekali. Byli zupełnie przyzwyczajeni do faktu, że ludzie umierali, 

ale   nagle   wśród   grobowców   ujrzeli   niespodziewanie   nadzieję   szczęścia.   Mogliby   się   potem 

chwalić,   że   przynajmniej   jedno   z   ich   rodziny   poszło   do   ziemi   z   przepisową   modlitwą.   - 

Niemożliwe - odparł padre Jose. - Wczoraj było święto jej patrona - rzekła kobieta, jakby to miało 

jakie znaczenie. - Skończyła pięć lat. - Była jedną z tych gadatliwych kobiet, które pokazują obcym 

fotografie swych dzieci, ale teraz miała do pokazania tylko trumnę. - Bardzo mi przykro. Starzec 

odsunął nogą trumnę  na bok, aby łatwiej  przystąpić  do księdza.  Była  mała  i lekka, jakby nie 

background image

zawierała nic prócz kości. - Nie całe nabożeństwo, proszę księdza, tylko modlitwę. Ona była... 

niewinna - powiedział. Słowo to brzmiało w kamiennym miasteczku dziwnie, archaicznie, było 

przestarzałe  jak grobowiec  Lopezów, właściwe jedynie  tu, na cmentarzu.  - To jest zabronione 

prawem. - Na imię jej było Anita - ciągnęła kobieta. - Byłam chora, kiedy ją miałam - wyjaśniła, 

jak gdyby chcąc przeprosić za wątłość dziecka, które było powodem tego całego kłopotu. - Ale 

prawo... 

Starzec przyłożył palec do ust. - Ksiądz nam może ufać. Chodzi tylko o krótką modlitwę. 

Jestem jej dziadkiem. To jest jej matka, jej ojciec, jej wujek. Może nam ksiądz ufać. Ale w tym był 

cały kłopot: nie mógł ufać nikomu. Jak tylko przyjdą do domu, jedno z nich z pewnością zacznie 

się chwalić. Przez cały czas cofał się, splatając pulchne palce, potrząsając głową, i niemal wpadł na 

grobowiec   Lopezów.   Bał   się,   a   jednak   dziwna   duma   wzbierała   mu   w   gardle,   bo   znów   był 

traktowany jak ksiądz, z szacunkiem. - Gdybym tylko mógł, moje dzieci... - powiedział. Nagle i 

niespodziewanie udręka pojawiła się na cmentarzu. Byli przyzwyczajeni do tracenia dzieci, ale nie 

do faktu, który świat zna tak dobrze, do nadziei, która się kończy. Kobieta zaczęła płakać, sucho, 

bez łez, wydając przytłumiony odgłos, jak zwierzę usiłujące wydostać się z pułapki. Starzec upadł 

na kolana z wyciągniętymi rękoma. - Padre Jose - błagał - nie ma nikogo innego... 

Wyglądał, jakby prosił o cud. Padre Jose poczuł nagle ogromną pokusę podjęcia ryzyka i 

odmówienia modlitwy nad grobem. Poczuł szaloną chęć wypełnienia swego obowiązku i nakreślił 

znak krzyża w powietrzu, po czym obawa wróciła jak narkotyk. Pogarda i bezpieczeństwo czekały 

na niego koło wybrzeża. Chciał się stąd wydostać. Zrozpaczony upadł na kolana i błagał:

- Dajcie mi spokój. Jestem niegodny. Czy nie widzicie? Jestem tchórzem. Dwaj starcy, obaj 

na  kolanach,   patrzeli   na  siebie  poprzez  groby.   Trumienka   odsunięta  była  na  bok jak pretekst. 

Absurdalny widok. Wiedział, że to był absurd: całe życie spędził na obserwowaniu samego siebie i 

dzięki temu widział siebie bez osłonek. Był tłusty, brzydki, stary i upokorzony, jak gdyby cały 

kuszący chór anielski wycofał się w milczeniu i pozostawił tylko głosy dzieci, krzyczących w 

patio: “Chodź do łóżka, Jose, chodź do łóżka” - bardziej piskliwie i głośno niż kiedykolwiek. 

Wiedział, że był w szponach niewybaczalnego grzechu - rozpaczy. 

“Nadszedł w końcu błogosławiony dzień - czytała  na głos matka - gdy nowicjat Juana 

dobiegł końca. Och, jakże radosny był to dzień dla jego matki i sióstr! Ale także nieco smutny, bo 

ciało nie zawsze jest mocne, więc musieli przez chwilę opłakiwać w sercach stratę ukochanego 

syna i starszego brata. Ach, gdyby wiedzieli, że tego dnia zyskują sobie świętego w niebie do 

wstawiania się za nimi!”

Młodsza dziewczynka, siedząca w łóżku, spytała:

- Czy my mamy świętego?

background image

- Oczywiście. - Dlaczego oni chcieli mieć innego świętego?

Matka czytała dalej:

“Następnego   dnia   cała   rodzina   przyjęła   komunię   z   rąk   syna   i   brata.   Potem   czule   się 

pożegnali - nie wiedząc, że na zawsze - z nowym żołnierzem Chrystusa i wrócili do swych domów 

w   Morelos.   Już   wówczas   chmury   zaczęły   się   gromadzić   na   niebie,   a   prezydent   Calles 

przygotowywał antykatolickie prawa w pałacu w Chapultepec. Diabeł był gotów do napaści na 

biedny Meksyk”. - Prędko się zacznie strzelanina? - spytał chłopiec kręcąc się niecierpliwie przy 

ścianie. Matka czytała uparcie dalej:

“W tajemnicy przed wszystkimi, z wyjątkiem spowiednika, Juan przygotowywał  się na 

nadchodzące   złe   dni   przez   praktykowanie   najsurowszych   umartwień.   Jego   towarzysze   nie 

podejrzewali   niczego,   bo   zawsze   był   sercem   i   duszą   każdej   wesołej   rozmowy,   a   w   święto 

założyciela zakonu to on właśnie... “

- Wiem, wiem - powiedział chłopiec - grał na scenie. 

Dziewczynki   otworzyły   zdumione   oczy.   -   A   dlaczegóż   by   nie,   Luis?   -   spytała   matka, 

przerywając czytanie z palcem na zakazanej książce. Wpatrywał się w nią z niechęcią. - Dlaczegóż 

by nie, Luis? - powtórzyła. Poczekała chwilę i czytała dalej. Dziewczynki obserwowały brata ze 

zgrozą i podziwem. “To jemu właśnie zezwolono na wystawienie małej jednoaktówki o... “

- Wiem, wiem - przerwał chłopiec - o katakumbach. Matka zaciskając usta czytała dalej:

“...   o   prześladowaniach   pierwszych   chrześcijan.   Może   pamiętał   tamto   wydarzenie   w 

dzieciństwie, gdy grał Nerona przed dobrym staruszkiem biskupem, ale tym razem nalegał, by dano 

mu komiczną rolę rzymskiego handlarza rybami... “

- Nie wierzę w to nic a nic - powiedział chłopiec z zawziętą pasją - ani słowa. - Jak śmiesz!

-   Nikt   nie   mógł   być   takim   durniem.   Dziewczynki   siedziały   bez   ruchu   wpatrując   się 

wielkimi, piwnymi oczyma, w których malowała się pobożność. - Idź do ojca. - Gdziekolwiek, byle 

uwolnić się od tego... od tego... - mówił chłopiec. - Powiedz mu to, co mnie powiedziałeś. - Od 

tego... 

- Za drzwi!

Trzasnął drzwiami za sobą. Ojciec stał przy zakratowanym oknie w hallu i wyglądał na 

dwór.   Żuki   rozbijały   się   o   lampę   naftową   i   pełzały   z   połamanymi   skrzydłami   po   kamiennej 

podłodze. Chłopiec odezwał się:

- Matka powiedziała mi, żebym tobie powiedział, że ja jej powiedziałem, że nie wierzę w tę 

książkę, którą czyta... 

- Jaką książkę?

- Świętą książkę. - Ach, tę - odparł ze smutkiem. Nikt nie przechodził ulicą, nic się nie 

background image

działo; było po wpół do dziewiątej i wszystkie światła zostały pogaszone. - Musisz być pobłażliwy. 

Widzisz, dla nas wszystko wydaje się skończone. Ta książka jest... jak nasze własne dzieciństwo. - 

Kiedy ona jest taka głupia. - Ty nie pamiętasz czasów, kiedy tu był kościół. Ja byłem kiepskim 

katolikiem, ale to oznaczało... no, muzykę, światła, miejsce, gdzie można było posiedzieć z dala od 

upału... a twoja matka, no, zawsze miała coś do roboty. Gdybyśmy mieli teatr, w ogóle coś zamiast 

tego, nie czulibyśmy się tacy... opuszczeni. - Ale ten Juan - powiedział chłopiec. - Taki z niego 

półgłówek. - Przecież on został zabity, prawda?

- Ach, ale również Villa, Obregon, Madero. - Kto ci o nich mówił?

-  Wszyscy  się  w  nich  bawimy.  Wczoraj  ja byłem   Madero. Zastrzelili  mnie   na  placu... 

Usiłowanie ucieczki.  - Gdzieś  w ciemnościach  nocy bił  bęben. Stęchły zapach rzeki napełniał 

pokój: był on tak znajomy jak smak sadzy w wielkich miastach. - Losowaliśmy. Ja byłem Madero. 

Pedro musiał zostać Huertą. Uciekał do Vera Cruz rzeką. Manuel gonił go... on był  Carranzą. 

Ojciec strzepnął żuka z koszuli, wyglądając na ulicę. Odgłos maszerujących  stóp zbliżył  się. - 

Matka pewnie się gniewa - powiedział. - Ale ty nie - zauważył  chłopiec. - Cóż by mi z tego 

przyszło? To nie twoja wina. Zostaliśmy opuszczeni. Właśnie żołnierze wracali do koszar, byli 

teraz na wzgórzu, blisko miejsca, gdzie kiedyś stała katedra. Mimo rytmu bębna maszerowali nie w 

nogę i wyglądali na niedożywionych,  jeszcze się wiele nie dorobili na wojnie. Sennie przeszli 

ciemną  ulicą,  a chłopiec  patrzył  za nimi  podnieconymi  i pełnymi  nadziei  oczyma,  dopóki nie 

zniknęli z pola widzenia. 

Pani Fellows kiwała się w krześle na biegunach w tył i naprzód, w tył i naprzód. “A więc 

lord Palmerston powiedział, że jeśli rząd grecki nie da zadośćuczynienia Don Pacifico... “

- Kochanie, mam taki ból głowy. Myślę, że musimy skończyć na dzisiaj - powiedziała. - 

Dobrze, mnie też trochę głowa boli. - Mam nadzieję, że tobie prędko przejdzie. Może odłożysz 

książki?

Nędzne książeczki zostały przesłane pocztą przez firmę na Paternoster Row, nazywającą się 

“Prywatne Kursy Korespondencyjne”. Cała ta edukacja zaczynała się “Przyjemnymi czytankami” i 

rozwijała metodycznie aż po ustawę wyborczą lorda Palmerstona i poematy Wiktora Hugo. Co pół 

roku   przysyłane   były   pytania   egzaminacyjne,   a   wówczas   pani   Fellows   mozolnie   sprawdzała 

odpowiedzi   i   stawiała   stopnie.   Następnie   odsyłała   je   na   Paternoster   Row,   gdzie   po   wielu 

tygodniach wciągano je do akt. Pewnego razu, z powodu strzelaniny w Zapata, zapomniała spełnić 

swój obowiązek, otrzymała  wtedy drukowany świstek, zaczynający się od słów: “Szanowna(y) 

Pani(e)! Z przykrością stwierdzamy... “ Kłopot był w tym, że o lata całe wyprzedziły program, tak 

mało było innych książek do czytania, więc zadania egzaminacyjne były o lata spóźnione. Od czasu 

do czasu firma przysyłała świadectwa z wypukłymi literami do oprawiania w ramki, stwierdzające, 

background image

że   panna   Coral   Fellows   przeszła   z   wyróżnieniem   jako   trzecia   uczennica   do   drugiej   klasy, 

podstemplowane   gumową   pieczęcią:   “Mgr   Henry   Beckley   -   Dyrektor   Prywatnych   Kursów 

Korespondencyjnych”.  Czasem przychodziły jeszcze listy prywatne  pisane na maszynie,  z tym 

samym zamazanym niebieskim podpisem: “Droga Uczennico! Wydaje mi się, że w tym tygodniu 

powinnaś   zwrócić   szczególną   uwagę   na...   “   Listy   były   zawsze   o   sześć   tygodni   spóźnione.   - 

Kochanie - powiedziała pani Fellows - bądź tak dobra, idź do kucharki i zadysponuj lunch. Tylko 

dla siebie. Ja nie mogę nic jeść, a ojciec jest na plantacji. - Mamo - zapytało dziecko - czy ty 

wierzysz, że jest Bóg?

Pytanie przeraziło panią Fellows. Zakołysała się gwałtownie w przód i w tył i odparła:

- Oczywiście. - Mam na myśli dziewicze macierzyństwo Matki Boskiej... i tak dalej. - Moja 

droga, cóż za dziwne pytanie. Z kim rozmawiałaś o tym?

-   Och,   po   prostu   tak   sobie   o   tym   myślałam.   Coral   nie   czekała   na   dalszą   odpowiedź. 

Wiedziała dobrze, że żadnej nie będzie. Wszak do niej należało zawsze podejmowanie decyzji. 

Mgr Henry Beckley pisał o tych sprawach w jednej z pierwszych lekcji. Nie trudniej w to było 

wówczas   uwierzyć   niż   w   krasnoludki,   ale   w   wieku   lat   dziesięciu   odrzuciła   oba   te   wierzenia 

bezlitośnie. Zaczynała wtedy algebrę. - Chyba ojciec nie... 

- Och, nie. Włożyła hełm korkowy i wyszła na przedpołudniowy upał poszukać kucharki. 

Wyglądała jeszcze bardziej krucho i nieustraszenie niż zwykle. Po wydaniu dyspozycji udała się do 

magazynu obejrzeć skóry aligatorów, rozwieszone na ścianie, a potem do stajni, żeby sprawdzić, 

czy mułom nic nie brakuje. Niosła swe obowiązki przez rozpalone podwórze ostrożnie, niby kruche 

naczynia. Nie było pytania, na które nie miałaby gotowej odpowiedzi. Sępy poruszyły się niedbale, 

gdy nadchodziła.  Wróciła do domu,  do matki.  - Dziś czwartek - powiedziała.  - Rzeczywiście, 

kochanie?

- Czy ojciec nie kazał znieść bananów na brzeg?

- Nie wiem, kochanie. Żwawo wróciła na podwórze i zadzwoniła. Zjawił się Indianin. Nie, 

banany były  jeszcze  w magazynie.  Nie wydano  żadnych  rozkazów. - Znieście  je natychmiast, 

szybko. Statek zaraz przyjeżdża. Chwyciła księgę magazynową ojca i liczyła wiązki, w miarę jak 

były wynoszone. Wiązka miała sto lub więcej bananów i warta była parę pensów. Opróżnienie 

magazynu zajęło ponad dwie godziny. Ktoś to musiał zrobić, a ojciec już raz kiedyś zapomniał o 

dniu wysyłki. Po upływie pół godziny poczuła się zmęczona, zazwyczaj nie odczuwała zmęczenia 

w dzień, o tak wczesnej porze. Oparła się o ścianę i oparzyła sobie łopatki. Nie miała pretensji o to, 

że musiała tu sterczeć i doglądać wszystkiego. Słowo “bawić się” nic dla niej nie znaczyło. Jej całe 

życie   było   dorosłe.   Jedna   z   pierwszych   czytanek   Henry   Beckleya   zawierała   obrazek 

przedstawiający podwieczorek lalki. Był on niezrozumiały jak ceremonia, której się nie uczyła. Nie 

background image

widziała sensu w udawaniu... Czterysta pięćdziesiąt sześć. Czterysta pięćdziesiąt siedem... Ciała 

robotników bez przerwy spływały potem jak pod natryskiem. Poczuła nagle okropny ból brzucha. 

Przeoczyła wiązkę i starała się poprawić rachunek. Poczucie odpowiedzialności po raz pierwszy 

zaczęło sprawiać wrażenie ciężaru dźwiganego przez zbyt wiele lat. Pięćset dwadzieścia pięć. To 

był jakiś inny ból (nie robaki tym razem), ale nie przeraziła się. Jej ciało jakby spodziewało się 

bólu, jakby dorosło do niego, tak jak umysł dorasta do utraty dziecinnej tkliwości. Nie można było 

określić   tego   jako   wysączanie   się   z   niej   dzieciństwa.   Dzieciństwo   było   czymś,   czego   nigdy 

właściwie nie była świadoma. - Czy to ostatnia? - spytała. - Tak, senorita. - Na pewno?

- Tak, senorita. Ale musiała przekonać się naocznie. Nigdy przedtem nie zdarzyło jej się 

wykonywać jakiejś pracy z niechęcią. Jeśliby ona czegoś nie zrobiła, nikt by tego nie zrobił. Ale 

dziś   chciała   położyć   się  spać.   Jeśli   wszystkie   banany  nie   zostały   wysłane,   była   to  wina   ojca. 

Zastanawiała się, czy ma gorączkę, tak zimno było jej w nogi, chociaż stała na rozpalonej ziemi. 

Trudno - myślała. Cierpliwie weszła do stodoły, znalazła latarkę i zaświeciła ją. Tak, wydawało się 

tu   dosyć   pusto,   ale   nigdy   nie   zostawiała   pracy   nie   dokończonej.   Podeszła   do   tylnej   ściany, 

trzymając latarkę przed sobą. Pusta butelka potoczyła się jej spod nóg. Skierowała na nią światło: 

Creveza Moctezuma. Latarka oświetliła ścianę, nisko nad ziemią było coś nagryzmolone kredą. 

Podeszła bliżej, w promieniu światła nachylało się mnóstwo małych  krzyżyków.  Musiał chyba 

położyć się między bananami i mechanicznie próbował odpędzić strach przez pisanie czegoś, a to 

było wszystko, co mu przychodziło na myśl. Dziecko stało ogarnięte kobiecym bólem i spoglądało 

na krzyżyki. Straszna świadomość czegoś nowego otaczała ją tego ranka; jak gdyby w tym dniu 

wszystko godne było zapamiętania. 

Porucznik znalazł naczelnika policji w barze, przy partii bilardu. Naczelnik miał całą twarz 

obwiązaną chustką, gdyż zdawało mu się, że to pomaga na ból zęba. W chwili gdy porucznik 

pchnął drzwi, naczelnik właśnie pocierał kij kredą, gotując się do trudnego pchnięcia. Z tyłu, na 

półkach, były tylko butelki z napojami gazowanymi i żółty płyn, zwany Sidral, bezalkoholowy pod 

gwarancją. Porucznik stanął w drzwiach ze zgorszoną miną. Sytuacja była upokarzająca. Pragnął 

usunąć z tego stanu wszystko, co mogłoby dać cudzoziemcom powód do drwin. - Czy mógłbym 

porozmawiać z panem? - spytał. Jefe wzdrygnął się szarpnięty nagłym bólem i z niezwykłą ochotą 

podszedł do drzwi. Porucznik rzucił okiem na wynik gry, znaczony pierścieniami nanizanymi na 

sznur   rozwieszony   przez   pokój   -   naczelnik   przegrywał.   -   Wracam...   chwilka   -   powiedział 

niewyraźnie naczelnik i wyjaśnił porucznikowi: - Nie chcę otwierać ust. Gdy pchnęli drzwi, ktoś 

podniósł kij i ukradkiem przesunął do tyłu jeden z pierścieni naczelnika. Szli obok siebie ulicą: 

jeden tłusty, drugi szczupły. Była niedziela i wszystkie sklepy zamknięte zostały w południe. Była 

to   jedyna   pozostałość   z   dawnych   czasów.   Nigdzie   nie   biły   dzwony.   -   Widział   się   pan   z 

background image

gubernatorem? - spytał porucznik. - Może pan robić wszystko - odparł naczelnik - wszystko. - Daje 

nam wolną rękę?

- Pod pewnymi warunkami. - Skrzywił się. - Jakimi?

- Pan będzie... odpowiedzialny... jeśli... nie zostanie schwytany przed... porą deszczową. - 

Jeśli tylko za to będę odpowiedzialny... - rzekł porucznik, chmurząc się. - Chciał pan. Ma pan. - 

Jestem zadowolony z tego. - Porucznikowi zdawało się, że cały świat, o który mu chodziło, leżał 

teraz u jego stóp. Minęli nową halę, zbudowaną dla Związku Robotników i Chłopów. Przez okna 

mogli   dojrzeć   wielkie   wyzywające   malowidła   ścienne,   na   jednym   ksiądz   pieścił   kobietę   w 

konfensjonale,   na   drugim   inny   upijał   się   mszalnym   winem.   Porucznik   powiedział:   -   Niedługo 

będzie to niepotrzebne. - Patrzył na obrazy okiem cudzoziemca, wydawały mu się barbarzyńskie. - 

Dlaczego? One są... zabawne. - Pewnego dnia ludzie zapomną, że tu kiedykolwiek był kościół. 

Naczelnik nic nie odpowiedział. Porucznik wiedział, co myśli: że robi wiele hałasu o nic. Odezwał 

się ostro:

- A więc jakie są rozkazy dla mnie. - Rozkazy?

-   Pan   jest   moim   zwierzchnikiem.   Jefe   milczał.   Obserwował   nieznacznie   porucznika 

małymi, przebiegłymi oczkami. Wreszcie rzekł:

- Pan wie, że ja panu ufam. Niech pan robi, co pan uważa za stosowne. - Zechce pan dać mi 

to na piśmie?

- Och, to zbyteczne. Znamy się przecież. Przez całą drogę walczyli ostrożnie o przewagę. - 

Czy gubernator nie dał panu nic na piśmie? - spytał porucznik. - Nie. Powiedział, że się przecież 

znamy. Porucznik ustąpił, ponieważ on był tym, któremu rzeczywiście zależało na sprawie. Własna 

przyszłość go nie obchodziła. - Wezmę zakładników z każdej wsi - powiedział. 

- Wobec tego on nie będzie się zatrzymywał we wsiach. - Czy pan sobie wyobraża, że oni 

nie wiedzą, gdzie on przebywa? - spytał porucznik z goryczą. - Musi mieć z nimi jakiś kontakt... w 

przeciwnym razie, co z niego za pożytek?

- Jak pan uważa - odrzekł Jefe. - I będę rozstrzeliwał tak często, jak zajdzie potrzeba. - 

Trochę krwi nigdy nikomu nie zaszkodziło - stwierdził naczelnik w formie żartu. - Gdzie pan 

zacznie?

-   Chyba   od   jego   parafii,   Concepcion,   a   potem...   może...   od   jego   rodzinnej   wioski.   - 

Dlaczego tam?

- Może myśli, że tam jest bezpieczny. - Wodził zamyślonym wzrokiem po opuszczonych 

żaluzjach sklepów. - To jest warte paru egzekucji, ale czy pańskim zdaniem on mnie poprze, jeżeli 

szum się zrobi w Meksyku?

-   To   raczej   wątpliwe   -   powiedział   naczelnik   -   ale   to   właśnie...   -   Zatrzymało   go   nagłe 

background image

szarpnięcie bólu. - To jest to, czego chciałem - dokończył za niego porucznik. Poszedł dalej sam w 

stronę komisariatu, a naczelnik wrócił do bilardu. Po ulicy kręciło się niewiele osób. Było zbyt 

gorąco. Gdybyśmy tylko mieli dobrą fotografię - myślał. Chciał znać rysy twarzy nieprzyjaciela. 

Rój dzieci objął rynek w posiadanie. Bawiły się w jakąś tajemniczą i zawiłą grę, chodząc od ławki 

do ławki. Pusta butelka po oranżadzie poleciała w górę i rozbiła się u nóg porucznika. Przyłożył 

rękę do kabury i odwrócił się. Dostrzegł przerażenie na twarzy jednego z chłopców. - Ty rzuciłeś tę 

butelkę? - Ciemne, piwne oczy patrzyły na niego ponuro. - Po co to zrobiłeś?

- To była bomba. - Rzuciłeś ją na mnie? A więc?

- Na gringo. Wargi porucznika  skrzywiły się w sztucznym  uśmiechu.  - To dobrze, ale 

musisz lepiej celować. - Kopnął pękniętą butelkę na ulicę i usiłował znaleźć słowa, którymi mógłby 

dać tym dzieciom do zrozumienia, że byli po tej samej stronie. - Przypuszczam - powiedział - że 

gringo był jednym z tych bogatych jankesów, którzy myślą... - Nagle zauważył wyraz oddania na 

twarzy chłopca. Trzeba było czymś się odwzajemnić i porucznik zdał sobie sprawę, że w sercu jego 

wzbiera jakaś smutna i nie dająca się zaspokoić miłość. - Chodź tutaj. - Chłopiec zbliżył  się, 

podczas   gdy   jego   towarzysze   stali   bojaźliwym   półkolem   i   przypatrywali   się   z   bezpiecznej 

odległości. - Jak ci na imię?

- Luis. - A więc - zaczął porucznik, szukając odpowiednich słów - musisz się nauczyć 

dobrze celować. - Bardzo bym chciał - powiedział chłopiec z entuzjazmem. Patrzył chciwie na 

kaburę. - Chciałbyś obejrzeć mój pistolet? - spytał porucznik. Wyciągnął broń z kabury i trzymał 

przed sobą. Dzieci zbliżyły się ostrożnie. - To jest bezpiecznik. Podnieś go. Teraz jest gotowy do 

strzału. - Czy jest naładowany? - spytał Luis. - Zawsze jest naładowany. - Jak się on nazywa? - 

spytał Luis. - Colt 38. - Ile kul?

- Sześć. - Czy pan kogoś nim zabił?

- Jeszcze nie - oparł porucznik. Stali zaciekawieni z zapartym  tchem. Trzymał  dłoń na 

kaburze i obserwował piwne, bystre, cierpliwe oczy: to dla nich walczył. Usunie z dzieciństwa tych 

chłopców całą nędzę, jaka była jego udziałem. Usunie biedę, przesądy i korupcję. Zasługiwali na 

prawdę, na wiedzę o pustym wszechświecie i stygnącej ziemi. Zasługiwali na prawo do szczęścia 

takiego, jakie sobie wybiorą. Dla nich gotów był na dokonanie masakry. Najpierw Kościół, potem 

cudzoziemiec, wreszcie politycy.  Nawet jego własny naczelnik będzie musiał zniknąć pewnego 

dnia. Chciał zacząć świat na nowo z nimi, na pustkowiu. - Ach... chciałbym... chciałbym... - bąkał 

Luis, jakby jego ambicja była zbyt ogromna, by ją określić słowami. Porucznik wyciągnął rękę 

gestem pełnym uczucia, ruchem, z którym nie wiedział, co ma począć. Uszczypnął chłopca w ucho 

i zobaczył, jak ten skrzywił się z bólu. Rozbiegli się na wszystkie strony niby ptaki. Poszedł dalej 

sam przez rynek do komisariatu - drobna postać, symbol nienawiści, unoszący swój sekret miłości. 

background image

Na ścianie biura gangster wciąż uparcie patrzył profilem w kierunku grupy po pierwszej komunii. 

Ktoś   zakreślił   atramentowym   kółkiem   głowę   księdza,   aby   oddzielić   ją   od   twarzy   dziewcząt   i 

kobiet. Wyszczerzone zęby wystawały z obrębu aureoli. Porucznik zawołał z pasją w stronę patio:

-   Jest   tam   kto?   -   Potem   usiadł   przy   biurku,   zza   ściany   słychać   było   szuranie   kolbami 

karabinów po podłodze. 

background image

Część druga 

background image

Rozdział I 

W pewnej chwili muł nagle położył się pod księdzem. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż 

jechali przez las prawie od dwunastu godzin. Posuwali się przedtem w kierunku zachodnim, ale 

gdy   doszły   ich   wieści   o   żołnierzach,   zawrócili   na   wschód.   W   tamtej   stronie   jednak   działały 

Czerwone   Koszule,   więc   skierowali   się   na   północ,   brnąc   przez   moczary,   nurzając   się   w 

mahoniowych ciemnościach. Obaj byli teraz zupełnie wyczerpani i muł po prostu usiadł. Ksiądz 

zlazł   z   niego   i   zaczął   się   śmiać.   Czuł   się   szczęśliwy.   Jednym   z   dziwnych   odkryć,   do   jakich 

człowiek  dochodzi,  jest  to, że  cokolwiek by się  przydarzyło,  życie  nie jest pozbawione  chwil 

radosnych. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Nawet w niebezpieczeństwie i nędzy 

kołysze się wahadło losu. Ostrożnie wyszedł z obrębu drzew na bagnistą polanę. Cała prowincja 

wyglądała tak samo: rzeka, bagna i lasy. Ukląkł w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca 

i  obmył  twarz  w brunatnej  kałuży,  która  - niczym  polewane  naczynie  z  gliny - odbijała  jego 

okrągłą, nie ogoloną i wychudłą twarz. Uśmiechnął się na tak nieoczekiwany widok, nieśmiałym, 

wymijającym, nie budzącym zaufania uśmiechem człowieka przyłapanego na gorącym uczynku. W 

dawnych czasach często ćwiczył jakąś pozę długo przed lustrem i poznał swą twarz tak dobrze jak 

aktor. Był to rodzaj pokory; jego naturalny wyraz twarzy nie wydawał się odpowiedni. Miał twarz 

pajaca,   nadającego   się   do   opowiadania   niezbyt   śmiesznych   dowcipów   kobietom,   ale 

nieodpowiednią   przy   ołtarzu.   Usiłował   zmienić   wyraz   twarzy.   I   rzeczywiście   -   myślał   - 

rzeczywiście   udało   mi   się   to,   nigdy   mnie   teraz   nie   rozpoznają.   Powód,   dla   którego   czuł   się 

szczęśliwy, wrócił do jego świadomości jak smak alkoholu, obiecując chwilową ulgę od strachu, 

samotności  i wielu  innych  rzeczy.  Fakt, że wszędzie  byli  żołnierze,  pchał  go właśnie do tego 

miejsca, gdzie najbardziej chciał się znajdować. Przez sześć lat je omijał, ale teraz to nie była jego 

wina... jego obowiązkiem było udać się tam... nie mogło być to poczytywanie mu za grzech. Wrócił 

do muła i lekko go kopnął. - Wstań, mule, wstań. Niski, mizerny człowiek w podartym chłopskim 

odzieniu po raz pierwszy od wielu lat udający się do domu jak każdy zwykły śmiertelnik. Zresztą 

nawet gdyby mógł udać się na południe i ominąć wioskę, jego obecna droga byłaby tylko jeszcze 

jedną kapitulacją. Ubiegłe lata roiły się od podobnych kapitulacji. Najpierw zarzucił święta oraz 

dnie postu ścisłego i zwykłego. Następnie przestał się troszczyć o odmawianie brewiarza, chyba 

tylko przypadkowo, aż wreszcie w ogóle zgubił go w porcie, w czasie jednej z ponawianych co 

jakiś   czas   prób   ucieczki.   Potem   porzucił   relikwie   ołtarzowe,   bo   noszenie   ich   było   zbyt 

niebezpieczne.   Nie   powinien   był   odprawiać   bez   nich   mszy.   Przypuszczalnie   groziło   mu 

zawieszenie w czynnościach kapłańskich, ale kary kościelne wydawały mu się nierealne w kraju, w 

którym istniała jedna tylko kara świecka: śmierć. Rutyna jego życia była jak pęknięta tama, przez 

background image

którą sączyło  się zapomnienie, po kolei unosząc wszystko. Pięć lat przedtem uległ rozpaczy - 

grzechowi, za który nie było przebaczenia. Teraz powracał na miejsce tego aktu rozpaczy z dziwnie 

lekkim sercem. Przezwyciężył bowiem także i rozpacz. Wiedział o tym, że był złym księdzem. 

Nazywano go przecież księdzem - pijaczyną. Ale wszystkie klęski znikły mu z pola widzenia i z 

myśli. Nagromadziły się za to gdzieś w podświadomości - rumowisko jego klęsk. Pewnego dnia - 

myślał - zadławią całkowicie źródło łaski. Dopóki to się nie stanie, prowadził nadal swą pracę, 

znaczoną okresami strachu i znużenia, wstydliwym uczuciem lekkości w sercu. Muł przeszedł z 

pluskiem polankę i znaleźli się znów w lesie. To, że nie był już dłużej pogrążony w rozpaczy, nie 

znaczyło oczywiście, iż nie był potępiony. Po prostu po pewnym czasie zagadka stała się zbyt 

zawiła, by jej dociekać; oto człowiek potępiony wkładał ludziom w usta Boga; dziwny zaiste sługa 

diabła. Jego umysł był pełen uproszczonej mitologii: Michał odziany w zbroję zabijał smoka, anieli 

z rozwianymi włosami spadali w przestrzeń na kształt komet, ponieważ, jak powiedział jeden z 

Ojców Kościoła, byli  zazdrośni o to, co Bóg zamierzał dać ludziom:  ów ogromny dar życia  - 

ziemskiego życia. Widać już było ślady działalności ludzkiej: pnie drzew i popiół na ogniu, tam 

gdzie teren był oczyszczony pod uprawę. Przestał bić zwierzę. Czuł się dziwnie onieśmielony... 

Jakaś   kobieta   wyszła   z   szałasu   i   patrzyła,   jak   wlókł   się   ścieżką   na   swym   zmęczonym   mule. 

Malutka wioska, nie więcej niż dwa tuziny szałasów, zgrupowanych wokół zakurzonego placu, 

była zbudowana według szablonu. Ale był to szablon bliski jego sercu. Czuł się tu bezpieczny, 

pewien był dobrego przyjęcia. W tym miejscu była przynajmniej jedna istota ludzka, której mógł 

ufać, że nie wyda go przed policją. Gdy był całkiem blisko, muł znowu usiadł. Tym razem musiał 

zsunąć się na ziemię, żeby uniknąć przygniecenia. Podniósł się. Kobieta patrzyła na niego jak na 

wroga. - A, Maria - odezwał się - jak się miewasz?

-  A   toć   to  ksiądz!  -  zawołała.   Nie  patrzył  wprost   na  nią.   Jego  oczy  były  przebiegłe  i 

ostrożne. - Nie poznałaś mnie?

- Ksiądz się zmienił. - Oglądała go od stóp do głów z odcieniem pogardy. - Kiedy ksiądz 

dostał ubranie?

- Tydzień temu. - Co ksiądz zrobił ze swoim?

- Dałem je w zamian. - Po co? Przecież to było dobre ubranie. - Było bardzo podarte i... 

wyróżniało się. - Zreperowałabym je i ukryła gdzieś. Co za marnotrawstwo. Ksiądz wygląda jak 

zwykły chłop. Uśmiechnął się patrząc w ziemię, a kobieta łajała go jak gospodyni. Zupełnie jak za 

dawnych lat, kiedy było i prezbiterium, i zebrania Dzieci Maryi, i różne bractwa, i plotki parafialne, 

z wyjątkiem oczywiście tej... Nie patrząc na nią odezwał się łagodnie, z tym samym zakłopotanym 

uśmiechem:

- Jak się miewa Brigitta? - Serce zabiło mu niespokojnie na dźwięk tego imienia: grzech 

background image

może mieć olbrzymie następstwa. Sześć lat minęło od czasu, gdy ostatni raz był... w domu. - Tak 

dobrze jak my wszyscy. A cóż ksiądz sobie myślał?

Był zadowolony z wiadomości, ale zadowolenie łączyło się z jego grzechem. Nie powinien 

odczuwać   zadowolenia   z   czegokolwiek   związanego   z   tamtą   przeszłością.   Mechanicznie 

odpowiedział:

- To dobrze - podczas gdy serce biło mu utajoną, przerażającą miłością. - Jestem bardzo 

zmęczony - dodał - policja kręciła się w pobliżu Zapata... 

- Dlaczego ksiądz nie poszedł w stronę Monte Cristo?

Podniósł   niespokojnie   wzrok.   Nie   było   to   przyjęcie,   jakiego   oczekiwał.   Niewielka 

gromadka   ludzi   zebrała   się   pomiędzy   szałasami   i   obserwowała   go   z   bezpiecznej   odległości. 

Znajdowała   się   tam   mała   zniszczona   estrada   dla   orkiestry   i   jedna   jedyna   budka   z   napojami 

gazowanymi.   Ludzie   powynosili   na   wieczór   krzesła   na   zewnątrz.   Nikt   nie   podszedł,   żeby 

pocałować go w rękę i poprosić o błogosławieństwo. Wyglądało to, jakby przez swój grzech zstąpił 

na płaszczyznę ludzkich konfliktów, żeby poznać inne jeszcze rzeczy poza rozpaczą i miłością, a 

mianowicie to, że człowiek może być źle widziany nawet w miejscu, które uważa za dom. - Były 

tam Czerwone Koszule - odrzekł. - Cóż, nie możemy księdza wypędzić. Niech ksiądz idzie za mną 

- powiedziała kobieta. Kroczył za nią potulnie, potknąwszy się raz w swych długich spodniach 

peona. Znikł mu z twarzy wyraz szczęścia, a uśmiech pozostał niby rozbitek z zatopionego okrętu. 

Nie opodal stało siedmiu lub ośmiu mężczyzn, dwie kobiety i z pół tuzina dzieci. Przyszedł do nich 

jak żebrak.   Nie mógł   opędzić  się  wspomnieniom  ostatniego   pobytu   tutaj...  To podniecenie,   te 

tykwy ze spirytusem wyjęte ze schowków w ziemi... Jego wina była jeszcze świeża, a mimo to 

przyjęto go tak gościnnie, jakby wracał do ich ponurego więzienia jako jeden z nich - emigrant, 

który się dorobił, powracający do swej rodzinnej miejscowości. - To jest ksiądz - powiedziała 

kobieta. Może po prostu nie poznali mnie - pomyślał i czekał na ich powitanie. Jeden za drugim 

wysuwali się, całowali go w rękę, a później cofali się obserwując go. - Cieszę się, że was widzę... - 

powiedział. Zamierzał dodać “moje dzieci”, ale przyszło mu na myśl, że tylko człowiek bezdzietny 

ma   prawo   nazywać   obcych   swymi   dziećmi.   Prawdziwe   dzieci   popychane   przez   rodziców 

podchodziły teraz po kolei i całowały go w rękę. Były zbyt małe, żeby pamiętać dawne czasy, gdy 

księża   ubierali   się   na   czarno,   nosili   koloratki   i   mieli   miękkie,   arystokratyczne,   protekcjonalne 

dłonie. Widział, że dzieci były zdziwione oznakami szacunku wobec chłopa takiego samego jak ich 

rodzice. Nie patrzył na nie wprost, ale mimo to przypatrywał im się uważnie. Dwoje z nich to były 

dziewuszki. Jedna - chude, wątłe dziecko, lat może pięć, sześć, siedem - któż to mógł dociec? - i 

druga, której głód nadał wyraz złośliwości i chytrości ponad jej wiek. Patrzyły na niego oczy nie 

dziecka,   lecz   kobiety.   Widział,   jak   bez   słowa   ludzie   rozproszyli   się.   To   byli   obcy.   Jeden   z 

background image

mężczyzn zapytał:

- Czy ksiądz tu długo zostanie?

- Myślałem,  że może... mógłbym  odpocząć... kilka dni. - Czy ksiądz nie mógłby pójść 

troszkę dalej na północ, do Pueblito?

- Byliśmy w drodze dwanaście godzin, ja i muł. Kobieta nagle wstawiła się za nim, mówiąc 

gniewnie:

- Oczywiście, że zostanie u nas na noc. Choć tyle możemy zrobić. - Odprawię za was mszę 

rano - powiedział. Wyglądało to, jakby ofiarowywał im łapówkę, ale skradzionymi pieniędzmi. 

Można było tak sądzić z ich zażenowania i niechęci. - Jeśli ksiądz nie ma nic naprzeciw, to bardzo 

wcześnie... może w nocy - ktoś wtrącił. - Co się z wami wszystkimi stało? - spytał. - Dlaczego się 

tak boicie. - To ksiądz nie słyszał?

- Co miałem słyszeć?

- Biorą teraz zakładników... ze wszystkich wiosek, gdzie myślą, że ksiądz był. A jeśli ludzie 

nie   mówią...   rozstrzeliwują...   a   potem   biorą   nowego   zakładnika.   Tak   było   w   Concepcion.   - 

Concepcion? - Jedna z powiek zaczęła mu drgać nerwowo. W taki oto pospolity sposób ciało 

wyraża niepokój lub rozpacz. Spytał: - Kogo? - Patrzyli na niego tępo. Z pasją powtórzył: - Kogo 

zamordowali?

- Pedra  Montez.  Wydał  odgłos  podobny do skowytu  psa, absurdalny skrót bólu. Ni to 

młoda,   ni   to   stara   dziewczynka   wybuchnęła   śmiechem.   -   Dlaczego   nie   złapią   mnie?   Głupcy! 

Dlaczego nie złapią mnie?

Dziewczynka   znów   się   roześmiała.   Patrzył   na   nią   niewidzącymi   oczyma,   jakby  słyszał 

dźwięk, a nie mógł dojrzeć twarzy. Poczucie szczęścia znów zamarło w mgnieniu oka. Był jak 

kobieta z martwo urodzonym dzieckiem: pogrzebać je prędko, zapomnieć i zacząć na nowo. Może 

następne będzie żyło. - Więc widzi ksiądz - mówił jeden z mężczyzn - dlaczego... 

Czuł się jak winowajca stojący przed sędziami. - Woleliście, żebym raczej był jak... padre 

Jose w stolicy... Słyszeliście o nim?

Odrzekli bez przekonania:

- Pewnie, że nie chcielibyśmy, proszę księdza. - Ale co ja mówię? Tu nie o to chodzi, co wy 

chcecie albo co ja chcę. Teraz się prześpię... - ciągnął dalej autorytatywnie. - Możecie mnie zbudzić 

godzinę  przed  świtem...  Pół godziny na wysłuchanie  waszej  spowiedzi...  Potem msza,  i pójdę 

sobie. Ale dokąd? Dla każdej wioski w całej prowincji stanowi teraz groźne niebezpieczeństwo. - 

Tędy,   proszę   księdza   -   powiedziała   kobieta.   Wszedł   za   nią   do   małego   pokoiku,   którego   całe 

umeblowanie składało się ze skrzyń: krzesło, łóżko zbite z desek przykrytych słomianą matą, paka, 

na której  rozłożono  kawał płótna, a na nim postawiono lampkę  olejną. - Nie chciałbym  zająć 

background image

niczyjego miejsca - zauważył. - Ja tu mieszkam. Spojrzał na nią niepewnie. - Gdzie wy będziecie 

spali?

Obawiał   się   jakichś   roszczeń.   Obserwował   ją   skrycie.   Czy   to   właśnie   było   istotą 

małżeństwa:   wymówki,   podejrzliwość   i   uczucie   skrępowania?   Gdy   ludzie   spowiadali   mu   się 

mówiąc o swych namiętnościach, czy tylko to mieli na myśli: twarde łóżko i krzątającą się kobietę, 

i niemówienie o przeszłości?... 

- Kiedy ksiądz pójdzie?

Światło przygasło za lasem i drzewa rzucały długi cień na drzwi. Położył się na łóżku, a 

kobieta krzątała się gdzieś niewidoczna. Słyszał, jak grzebała w popiele. Nie mógł spać. Czy więc 

ucieczka stała się jego obowiązkiem? Kilka razy usiłował uciec, ale zawsze stawało mu coś na 

przeszkodzie... Teraz chcieli, żeby odszedł. Nikt go nie zatrzyma mówiąc, że jakaś kobieta jest 

chora lub mężczyzna umierający. Teraz sam był chorobą. - Maria - powiedział. - Maria, co ty 

robisz?

- Schowałam trochę wódki dla księdza. Jeśli odjadę - myślał  - spotkam innych  księży, 

wyspowiadam się, będę żałował i odpuszczone będą mi grzechy. Życie wieczne zacznie się dla 

mnie na nowo. Kościół naucza, że pierwszym  obowiązkiem każdego człowieka jest zbawienie 

własnej duszy. Proste określenia piekła i nieba przelatywały mu przez mózg. Życie bez książek, 

bez kontaktów z ludźmi wykształconymi wyzuło jego pamięć ze wszystkich oprócz najprostszego 

zarysu tajemnicy. - Mam - rzekła kobieta. Niosła małą flaszeczkę od lekarstwa napełnioną wódką. 

Gdyby ich opuścił, byliby bezpieczni i wolni od złego przykładu, jaki dawał. On był jedynym 

księdzem,   jakiego   dzieci   mogły   pamiętać:   właśnie   on   będzie   jedynym   źródłem   wyobrażeń   o 

wierze. Ale i od niego także ludzie przyjmowali Boga. Jeśli odejdzie, będzie to wyglądało, jak 

gdyby   na   całej   przestrzeni   między   morzem   a   górami   Bóg   przestał   istnieć.   Czyż   nie   jest   jego 

obowiązkiem zostać, nawet jeśli nim pogardzają, nawet jeśli z jego powodu zostaną zamordowani? 

Nawet jeśli zgorszą się jego przykładem? Był wstrząśnięty ogromem problemu. Leżąc zakrył oczy 

rękami. Nigdzie, w całym tym rozległym, bagnistym kraju nie było ani jednego człowieka, którego 

mógłby się poradzić. Podniósł spirytus do ust. - A Brigitta?... Czy... jest zdrowa? - spytał nieśmiało. 

-   Widział   ją   ksiądz   dopiero   co.   -   Nie.   -   Nie   mógł   uwierzyć,   że   jej   nie   poznał.   Byłoby   to 

lekceważeniem śmiertelnego grzechu. Nie można popełnić takiego grzechu, a potem nawet nie 

poznać... 

- Tak, ona tam była. - Maria podeszła do drzwi i zawołała: - Brigitta, Brigitta! - A ksiądz 

odwrócił się na bok i patrzył, jak małe, złośliwe dziecko, które naśmiewało się z niego, przyszło z 

zewnątrz, ze świata strachu i żądzy... - Przyjdź porozmawiać z księdzem - powiedziała Maria. - No, 

już. Usiłował schować butelkę, ale nie było gdzie... starając się ją ukryć w rękach, przypatrywał się 

background image

dziewczynce, wstrząśnięty przypływem miłości

- Ona zna katechizm - odezwała się Maria - ale nie chce go powiedzieć... 

Dziecko   stało   wpatrując   się   w   niego   przenikliwie   i   z   pogardą.   Nie   było   miłości   w   jej 

poczęciu. Tylko strach i rozpacz i pół butelki wódki i uczucie samotności popchnęło go do czynu, 

który napełniał go przerażeniem. Wynikiem była ta nieśmiała, wstydliwa, obezwładniająca miłość. 

- Dlaczego? Dlaczego nie chcesz powiedzieć? - spytał, rzucając ukradkiem przelotne spojrzenia i 

unikając   jej   wzroku.   Czuł,   że   serce   wali   mu   nierówno   w   piersi,   niby   stara   pompa   parowa, 

wzbierając   nieodpartym   pragnieniem   uchronienia   jej   od...   wszystkiego.   -   A   po   co   miałabym 

powiedzieć?

- Bóg tak chce. - Skąd ksiądz wie?

Zdawał   sobie   sprawę   z   ogromnego   ciężaru   odpowiedzialności,   którego   nie   dało   się 

oddzielić   od   miłości.   Tak   muszą   czuć   wszyscy   rodzice   -   myślał.   Tak   idą   przez   życie   ludzie: 

odczyniając uroki, modląc się o uniknięcie bólu, bojąc się... To coś, czego my, księża, unikamy 

znikomym kosztem przez poświęcenie nieważnego odruchu ciała. Oczywiście przez lata całe był 

odpowiedzialny za dusze, ale to było co innego... lżejsza rzecz. Można było liczyć na pobłażliwość 

Boga, ale nie można było mieć zaufania do ospy, głodu, ludzi... 

- Moja droga - powiedział ściskając mocniej butelkę z wódką. Podczas swojej ostatniej 

wizyty  ochrzcił ją. Z pomarszczoną starą twarzą wyglądała  jak szmaciana  lalka. Robiła wtedy 

wrażenie, że nie będzie długo żyła... Nie odczuwał nic prócz żalu. Trudno było nawet czuć wstyd, 

skoro nikt go nie winił. On był jedynym księdzem, jakiego większość z nich znała. Był dla nich 

wzorem kapłana, nawet dla kobiet. - Czy jesteś gringo?

- Jaki znów gringo?

- Głupie stworzenie - rzekła kobieta. - Ona tak mówi, bo policja szukała jakiegoś człowieka. 

Zdziwił się, gdy usłyszał, że poszukiwano jeszcze kogoś oprócz niego. - Co on zrobił? 

- To jankes. Zamordował kogoś tam na północy. - Dlaczego miałby tutaj być?

- Myślą, że on się przedziera do plantacji chcieli w Quintana Roo. Było to miejsce, w 

którym lądowało wielu zbrodniarzy w Meksyku. Można było tam pracować na plantacji, nieźle 

zarabiać i nikt się nie wtrącał. - Czy ty jesteś gringo? - spytało powtórnie dziecko. - Czy wyglądam 

na mordercę?

- A bo ja wiem?

Gdyby wydostał się z kraju, także i ją musiałby porzucić. Pokornie zwrócił się do kobiety:

- Czy nie mógłbym tu zostać parę dni?

-  To   zbyt  niebezpieczne,   proszę   księdza.   W  oczach   dziecka  zauważył  wyraz,  który  go 

przeraził.   Znów   odniósł   wrażenie,   że   stała   przed   nim   przedwcześnie   dorosła   kobieta,   która 

background image

wiedziała zbyt wiele i miała jakieś własne plany. Miał uczucie, jak gdyby jego grzech śmiertelny 

spoglądał na niego bez skruchy. Usiłował nawiązać jakiś kontakt z dzieckiem, nie z kobietą w niej. 

- Moja droga, powiedz mi, jakie znasz gry, w co się bawisz... 

Dziecko zachichotało. Odwrócił szybko twarz i patrzył w górę na sufit, po którym poruszał 

się   pająk.   Przypomniał   sobie   przysłowie   -   wychynęło   ku   niemu   z   zakamarków   własnego 

dzieciństwa.   Jego   ojciec   powtarzał   je   nieraz:   “Najlepiej   pachnie   chleb,   najlepiej   smakuje   sól, 

najlepiej kocha dziecko”. Dzieciństwo miał szczęśliwe, mimo że bał się zbyt wielu rzeczy, a biedy 

nienawidził   jak   zbrodni.   Wierzył,   że   gdy   zostanie   księdzem,   będzie   bogaty   i   ważny.   To   się 

nazywało   posiadaniem   powołania.   Pomyślał,   że   człowiek   przebywa   niezmierzoną   drogę:   od 

pierwszego bąka, jakim się bawił, do tego łóżka, na którym leżał z butelką wódki w garści. A dla 

Boga była to tylko chwila. Chichot dziecka i pierwszy grzech śmiertelny dzieliła chwila krótsza niż 

dwa   mrugnięcia   okiem.   Wyciągnął   rękę,   jak   gdyby   mógł   ją   siłą   wydrzeć...   czemuś.   Ale   był 

bezsilny. Mężczyzna lub kobieta, którzy mieli dopełnić jej zepsucia, może się jeszcze nie urodzili. 

Jakże więc mógł jej bronić przed czymś, co nie istniało?

Wyrwała się z zasięgu jego ręki i pokazała mu język. - Ty mała diablico, ty - powiedziała 

kobieta i podniosła rękę. - Nie - zaprotestował ksiądz. - Nie. - Z trudem usiadł. - Nie waż się... 

- Przecież jestem jej matką. - Nie mamy prawa - rzekł, po czym zwrócił się do dziecka: - 

Gdybyś tylko miała karty, mógłbym ci pokazać parę sztuczek. Mogłabyś nauczyć swe koleżanki... - 

Nigdy   nie   wiedział,   jak   mówić   do   dziecka,   chyba   tylko   z   kazalnicy.   Spoglądała   na   niego 

bezczelnie. - Czy wiesz - spytał - jak się posyła wiadomości przez stukanie: długo, krótko, długo?

- A cóż to znowu, proszę księdza? - krzyknęła kobieta. - To taka gra, w którą dzieci się 

bawią. Ja ją znam. Czy masz jakich przyjaciół? - zwrócił się do małej. Dziecko znów zaśmiało się 

znacząco.   Jej   siedmioletnie   ciało   przypominało   karła;   kryło   w   sobie   wstrętną   dojrzałość.   - 

Wynocha   stąd   -   krzyknęła   kobieta   -   wynocha,   bo   zaraz   ci   tu   pokażę...   Zrobiła   jeszcze   jeden 

bezczelny złośliwy gest i zniknęła, dla niego może bezpowrotnie. Nie zawsze człowiek żegna się z 

tymi, których kocha, na łożu śmierci, w stosownej chwili, wśród zapachu kadzidła. Powiedział: - 

Ciekawe, czego my możemy ją nauczyć... - Pomyślał, że gdy umrze, ona będzie żyła. Widok, jak 

stopniowo upodabnia się ona do niego w ciągu lat upodlenia, dzieląc jego słabość niczym gruźlicę, 

mógłby się stać dla niego piekłem. Wyciągnął się na łóżku i odwrócił głowę od niknącego światła. 

Zdawał się spać, ale w rzeczywistości był daleki od tego. Kobieta krzątała się po izbie, a gdy słońce 

zaszło, pojawiły się moskity, tnąc powietrze do celu po najkrótszej linii, jak noże rzucone przez 

marynarzy. - Mam opuścić siatkę, proszę księdza?

- Nie, to nieważne. W ciągu ostatnich dziesięciu lat miał ataki febry tyle razy, że stracił 

rachubę. Przestał się tym przejmować. Febra zjawiała się i przechodziła nic nie zmieniając - była 

background image

częścią  jego otoczenia.  Wkrótce kobieta wyszła z szałasu i słyszał  jej głos, jak plotkowała na 

zewnątrz. Odporność Marii zdumiała go, ale sprawiła pewną ulgę. Siedem lat temu byli jeden raz 

przez pięć minut kochankami, jeśli można tak określić stosunek, w którym nigdy nie nazwała go po 

imieniu. Dla niej było to po prostu oderwane zdarzenie, draśnięcie, które goi się kompletnie na 

zdrowym ciele. Nawet pyszniła się tym, że należała do księdza. Tylko on sam nosił w sercu ranę 

tak głęboką, jak gdyby opłakiwał śmierć całego świata. 

Ciemno było jeszcze, żadnych oznak świtu. Może ze dwa tuziny ludzi siedziało na ziemi w 

największym   szałasie   i   słuchało   kazania.   Nie   mógł   dojrzeć   ich   wyraźnie.   Świece   stojące   na 

skrzyniach bardzo dymiły. Drzwi były zamknięte i nie było żadnego podmuchu. Stojąc pomiędzy 

nimi a świecami, w obszarpanych chłopskich spodniach i podartej koszuli, mówił im o niebie. 

Chrząkali i kręcili się niespokojnie. Wiedział, że pragnęli, aby msza się jak najprędzej skończyła. 

Zbudzili go bardzo wcześnie, ponieważ rozeszły się pogłoski, że policja w pobliżu... 

- Jeden z Ojców Kościoła powiada, że radość jest zawsze zależna od bólu - mówił. - Ból 

jest częścią radości. Gdy jesteśmy głodni, myślimy, z jaką przyjemnością będziemy w końcu jedli. 

Gdy jesteśmy spragnieni... - zatrzymał się nagle, wpatrując się w ciemny kąt i oczekując okrutnego 

śmiechu, który jednak nie nastąpił. Ciągnął: - Wyrzekamy się różnych rzeczy po to, żeby się więcej 

nimi   cieszyć.   Słyszeliście   o   bogatych   ludziach   z   północy,   którzy   jedzą   solone   potrawy,   żeby 

wywołać pragnienie  i pić napój zwany cocktailem.  Także przed małżeństwem jest długi okres 

narzeczeństwa... - znów zatrzymał się. Czuł na języku ciężar własnej niegodności. Jedna ze świec 

wygięła się pod wpływem nocnego upału, przenikliwie pachniał gorący wosk. Ludzie w cieniu 

kręcili się na twardej podłodze. Zapach niemytych ludzkich ciał mieszał się z zapachem wosku. 

Krzyczał uparcie, z pasją: - Dlatego właśnie mówię wam, że niebo jest tutaj. Życie tu jest częścią 

nieba, tak jak ból jest cząstką przyjemności. Módlcie się o to, żebyście więcej i więcej cierpieli. 

Nigdy nie miejcie cierpienia dosyć. Policja, która was śledzi, żołnierze zbierający podatki, Jefe, 

który was każe bić, bo jesteście zbyt biedni, żeby zapłacić, ospa i febra, głód... wszystko to jest 

cząstką nieba... przygotowaniem. Kto wie, może bez tych cierpień nie cieszylibyście się tak bardzo 

niebem,  może  niebo nie byłoby kompletne.  A niebo...  cóż to jest niebo?  - Literackie  frazesy, 

pamiątka surowych, spokojnych dni spędzonych w seminarium, dni, które wydawały mu się teraz 

jakby z innego zupełnie życia, mieszały się na języku: nazwy drogich kamieni, złote Jeruzalem. 

Ale ci ludzie nigdy złota nie widzieli. Potykając się na niektórych słowach ciągnął dalej:

- Niebo jest tam, gdzie nie ma Jefe, gdzie nie ma niesprawiedliwych praw, gdzie nie ma 

podatków ani żołnierzy, ani głodu. Wasze dzieci nie umierają w niebie. - Drzwi otworzyły się i 

jakiś człowiek wśliznął się do środka. Szeptano coś poza kręgiem świec. - Nie będziecie tam nigdy 

odczuwali strachu czy niebezpieczeństwa. Nie ma tam Czerwonych Koszul. Nikt się nie starzeje. 

background image

Nigdy nie ma nieurodzaju. Och, łatwo jest wymienić te wszystkie rzeczy, których w niebie nie ma. 

Za   to   jest   tam   Bóg.   Trudno   Go   opisać.   Nasz   język   przeznaczony   jest   do   wyrażania   tego,   co 

poznajemy   zmysłami.   Mówimy   “światło”,   ale   myślimy   tylko   o   słońcu,   mówimy   “miłość”...   - 

Trudno   się   było   skupić,   policja   była   niedaleko.   Człowiek   prawdopodobnie   przyniósł   jakieś 

wiadomości. - To może oznacza dziecko... 

Drzwi znów się otworzyły,  ujrzał jeszcze jeden dzień szarzejący na dworze niby łupek. 

Jakiś głos szepnął do niego nagląco:

- Proszę księdza. - Słucham. - Policja blisko, są półtora kilometra stąd, idą przez las. Był 

przyzwyczajony   do   tego:   do   słów,   które   nie   dosięgały   celu,   do   spiesznego   kończenia,   do 

oczekiwanego bólu, który wciskał się pomiędzy niego a jego wiarę. Ciągnął z uporem:

- A nade wszystko zapamiętajcie sobie, że niebo jest tutaj. - Czy byli konno, czy pieszo? 

Jeśli szli pieszo, to miał jeszcze dwadzieścia minut, żeby skończyć mszę i ukryć się. - Teraz tutaj, 

w tej chwili, wasz strach i mój strach są częścią nieba, gdzie nie będzie strachu już nigdy i na wieki 

wieków. Amen. Odwrócił się do nich tyłem i zaczął bardzo szybko recytować credo. Był czas, 

kiedy zbliżał się do kanonu mszy świętej z iście fizyczną obawą - gdy po raz pierwszy przyjął 

Ciało   i   Krew   Boga   w   stanie   grzechu   śmiertelnego.   Ale   później   życie   zrodziło   swoje 

usprawiedliwienie. Po pewnym czasie nie miało już wielkiego znaczenia to, czy był potępiony, czy 

też nie, jeśli tylko ci inni ludzie... 

Ucałował wierzch skrzyni i odwrócił się z błogosławieństwem... w słabym świetle dojrzał z 

trudem dwóch ludzi klęczących  z ramionami wyciągniętymi  w kształcie krzyża.  Zostaną w tej 

pozycji aż do końca konsekracji: jeszcze jedno umartwienie wyciśnięte z ich surowego i bolesnego 

życia. Czuł się upokorzony bólem, jaki zwykli ludzie brali na siebie dobrowolnie, jego ból był mu 

narzucony. “Panie umiłowałem okazałość domu Twego... “ Świece dymiły, a ludzie kręcili się na 

klęczkach. Znowu poczuł absurdalny przypływ szczęścia i znów wrócił niepokój. Wyglądało to, 

jak gdyby pozwolono mu patrzeć z zewnątrz na mieszkańców niebios. W niebie muszą być takie 

właśnie wystraszone i posłuszne, pomarszczone z głodu twarze. Przez parę sekund czuł ogromne 

zadowolenie, że mógł teraz bez hipokryzji mówić do nich o cierpieniu. Wymuskanemu i dobrze 

odżywionemu księdzu trudno jest wychwalać ubóstwo. Rozpoczął memento za żywych: długa lista 

apostołów   i   męczenników   odbijała   się   jak   kroki   idących   -   Korneliusz,   Cyprian,   Wawrzyniec, 

Chryzogon - wkrótce policjanci dojdą do polanki, gdzie muł usiadł pod nim i gdzie sam obmył się 

w   kałuży.   Łacińskie   słowa   zlewały   się   razem,   z   takim   pośpiechem   je   wymawiał.   Wyczuwał 

niecierpliwość wokół siebie. Rozpoczął konsekrację Hostii. (Opłatki już dawno mu się skończyły; 

był to po prostu kawałek chleba upieczonego przez Marię.) Niecierpliwość nagle znikła. Z biegiem 

czasu wszystko stało się rutyną, z wyjątkiem tego: “Qui pridie quam pateretur accepit panem in 

background image

sanctus ac venerabiles manus suas... “

Bez względu na to, kto szedł leśną ścieżką tam na zewnątrz, tutaj wszystko zastygło bez 

ruchu. “Hoc est enim Corpus Meum.” Słyszał dobywające się westchnienia: po raz pierwszy od 

sześciu   lat   Bóg   żywy   był   wśród   nich.   Gdy   podniósł   Hostię,   mógł   sobie   wyobrazić   twarze 

podnoszące się w ślad za nią niby wygłodniałe psy. Zaczął konsekrować wino w obtłuczonym 

kubku - jeszcze jedna kapitulacja więcej. Przez dwa lata nosił z sobą kielich. Raz przypłaciłby to 

życiem,   gdyby   policjant,   który   otworzył   jego   teczkę,   nie   był   katolikiem.   Jeśli   ktoś   odkrył   to 

zaniedbanie,   przypuszczalnie   policjant   został   rozstrzelany.   Nie   wiedział.   Tak   to   krążył   sobie, 

przysparzając Bóg wie jakich męczenników, w Cocnepción czy gdzie indziej, podczas gdy sam nie 

miał  dość łaski, żeby umrzeć.  Konsekracja odbyła  się w milczeniu,  nie było  dzwonka. Ukląkł 

wyczerpany obok skrzyni, bez modlitwy. Ktoś otworzył drzwi i jakiś głos szepnął nagląco: “Są 

tutaj”. Więc nie mogli przyjść pieszo - pomyślał niepewnie. Gdzieś w absolutnej ciszy świtu zarżał 

koń, nie dalej jak o pół kilometra. Wstał. Maria stała tuż obok. - Obrus, niech ksiądz da mi obrus. - 

Z pośpiechem włożył Hostię w usta i wypił wino: trzeba było zapobiec profanacji. Momentalnie 

ściągnęła płótno ze skrzyń i przycięła knoty świec, żeby nie zostawić zapachu... Izba była już pusta, 

tylko właściciel czekał przy wejściu, żeby pocałować go w rękę. W drzwiach zarysował się słabo 

obraz wsi, zapiał kogut. Maria odezwała się:

- Niech ksiądz idzie prędko do szałasu. - Chyba lepiej pójdę sobie. - Nie miał żadnego 

planu. - Żeby mnie nie znaleźli tutaj. - Wioska jest otoczona. Czyżby to wreszcie był koniec? 

Gdzieś przyczaił się strach gotów do skoku na niego: wiedział o tym,  ale jeszcze się nie bał. 

Dreptał przez wioskę za kobietą do jej szałasu, odmawiając mechanicznie  po drodze akt żalu. 

Zastanawiał się, kiedy opanuje go strach. Bał się już dawno. Bał się też, gdy ukryty w szopie 

między bananami, słuchał, jak dziewczynka spiera się z oficerem policji; to było zaledwie parę 

tygodni temu. Bez wątpienia wkrótce znów zacznie się bać. Nie było widać policjantów, tylko 

szary poranek, budzące się kurczaki i indyki z furkotem sfruwające z drzew, na których spędziły 

noc.  Znów  zapiał  kogut. Jeśli  byli  tak  ostrożni,  to  znaczy,  że muszą  wiedzieć  ponad wszelką 

wątpliwość o jego pobycie tutaj. To był koniec. Maria pociągnęła go. - Niech ksiądz wchodzi. 

Prędko. Do łóżka. - Widocznie miała jakiś pomysł. Kobiety były zawsze przeraźliwie praktyczne, 

budowały natychmiast nowe plany na ruinach starych. Ale po co to wszystko? - Chcę powąchać 

księdza oddech. O Jezu, każdy może poczuć... wino... skąd byśmy tu wzięli wino?

Znów zniknęła w środku, swoim krzątaniem się burząc spokój i milczenie świtu. Nagle z 

lasu, o sto metrów przed nimi wyjechał oficer. W zupełnej ciszy można było słyszeć, jak skrzypi 

kabura jego pistoletu, gdy odwrócił się i kiwnął ręką. Ze wszystkich stron polanki pojawili się 

policjanci. Musieli maszerować bardzo szybko, bo tylko oficer miał konia. Z karabinami w ręku 

background image

zbliżali się do szałasów - przesadny i całkiem absurdalny pokaz siły. Za jednym z nich ciągnął się 

owijacz, pewno zaczepił nim o coś w lesie. Nastąpił na niego i przewrócił się, pas z nabojami 

zabrzęczał głośno uderzając o nasadę lufy. Porucznik na koniu rozejrzał się, zgorzkniały i gniewny 

spojrzał   na milczące  szałasy.  Kobieta  wciągnęła  księdza  do  środka szałasu.  -  Niech  ksiądz   to 

ugryzie. Szybko. Nie ma czasu... - Odwrócił się tyłem do zbliżających się policjantów i wszedł do 

ciemnej izby. Maria w ręku trzymała małą surową cebulę. Niech ksiądz ją ugryzie - powtórzyła. 

Ugryzł i łzy nabiegły mu do oczu. - Lepiej teraz? - spytała. Słyszał zbliżający się między szałasami 

stukot ostrożnych  końskich kopyt. - Okropne - odpowiedział chichocząc. - Niech ksiądz mi to 

odda. - Ukryła cebulę gdzieś w sukni, w sposób znany wszystkim kobietom. - Gdzie moja teczka? - 

spytał. - Mniejsza o teczkę. Niech ksiądz włazi do łóżka. Ale zanim zdołał się poruszyć, w poprzek 

drzwi   stanął   koń.   Mogli   dojrzeć   nogę   w   butach   z   cholewami,   obramowanych   szkarłatem. 

Połyskiwały   mosiężne   okucia.   Dłoń   w   rękawiczce   spoczywała   na   wysokiej   kuli   siodła.   Maria 

położyła księdzu rękę na ramieniu. Była to największa oznaka czułości, na jaką sobie pozwolili 

kiedykolwiek, czułość między nimi była tabu. Jakiś głos krzyknął:

- Wychodzić stąd wszyscy!  - Koń tupnął i uniósł się mały słup kurzu. - Powiedziałem 

wychodzić!

Gdzieś padł strzał. Ksiądz wyszedł z szałasu. Świtało naprawdę. Lekkie kolorowe pióra 

rozrzucone były po niebie. Jakiś policjant trzymał karabin skierowany w górę. U otworu lufy unosił 

się balonik szarego dymu. Czy tak miała się zacząć męka?

Ze wszystkich szałasów wynurzali się niechętnie wieśniacy. Najpierw dzieci, które były 

ciekawe i nie bały się. Mężczyźni  i kobiety zawczasu przybrali miny ludzi potępionych  przez 

władze:   władze  miały  zawsze  rację. Nikt  z  nich  nie  patrzył   na księdza.   Czekali   ze  wzrokiem 

wbitym w ziemię. Tylko dzieci obserwowały konia, jak gdyby był najważniejszą istotą w tym 

zgromadzeniu. - Przeszukać szałasy - rozkazał porucznik. Czas wlókł się nieznośnie. Nawet dym 

po wystrzale wydawał się tkwić w powietrzu niezwykle długo. Parę świń wyszło chrząkając z 

szałasu,   a   zły   indor   kroczył   z   godnością   w   środku   koliska,   strosząc   swoje   zakurzone   pióra   i 

potrząsając   długą   różową   błoną   u   dzioba.   Jakiś   żołnierz   podszedł   do   porucznika   i   niedbale 

zasalutował. - Są tu wszyscy. - Nie znaleźliście nic podejrzanego?

- Nie. - To sprawdźcie jeszcze raz. Znowu czas zatrzymał się jak zepsuty zegar. Porucznik 

wyciągnął papierośnicę, zawahał się i schował ją. Powtórnie zjawił się policjant i zameldował:

-   Nic.   -   Słuchać,   co   mówię   -   szczeknął   porucznik.   -   Uwaga,   wszyscy!   -   Pierścień 

policjantów   zacisnął   się,   zbijając   wieśniaków   w   małą   grupkę   tuż   przed   porucznikiem.   Tylko 

dzieciom pozostawiono swobodę. Ksiądz ujrzał, że Brigitta stoi obok konia porucznika: tuż przy 

jego bucie. Wyciągnęła rękę i dotknęła cholewy. Porucznik powiedział: - Poszukuję dwóch ludzi. 

background image

Jeden z nich to gringo, jankes i morderca. Widzę wyraźnie, że nie ma go wśród was. Za jego 

złapanie wyznaczono pięćset pezów nagrody. Miejcie oczy otwarte. - Zatrzymał się i przebiegł ich 

twarze wzrokiem. Ksiądz poczuł, że jego spojrzenie spoczęło na nim i wbił oczy w ziemię jak inni. 

- Ten drugi - mówił porucznik - to ksiądz. - Podniósł głos. - Wiecie, co to znaczy: to zdrajca 

republiki. Każdy, kto go przechowuje, jest także zdrajcą. - Zdawał się rozgniewany ich bezruchem. 

- Jesteście głupcami, jeśli wciąż wierzycie w to, co mówią klechy. Chcą tylko waszych pieniędzy. 

Czy Bóg dla was coś kiedyś zrobił? Czy macie dosyć jedzenia? Czy wasze dzieci mają dosyć 

jedzenia? Zamiast o jedzeniu, księża mówią o niebie. Och, wszystko będzie wspaniałe po śmierci, 

powiadają. A  ja wam mówię:  wszystko  będzie  dobrze  po ich  śmierci,  i musicie  mi  pomóc.  - 

Dziewczynka   trzymała   rękę  na  jego  bucie.  Patrzył   na nią  z  jakąś  niejasną  czułością.   Dodał  z 

przekonaniem: - To dziecko jest więcej warte niż papież w Rzymie. - Policjanci stali oparci o 

karabiny, jeden z nich ziewnął. Indyk sycząc zawrócił w kierunku szałasu. Porucznik mówił: - 

Powiedzcie mi, czy widzieliście tego klechę. Wyznaczono siedemset pezów nagrody... 

Nikt się nie odezwał. Porucznik gwałtownie szarpnął lejce i dodał:

- Wiemy, że jest w tej okolicy. Może nie wiecie, co się stało z pewnym człowiekiem w 

Concepcion. - Jedna kobieta zaczęła płakać. - Podchodzić do mnie... po kolei... i mówić mi swoje 

nazwiska. Nie, nie kobiety, mężczyźni. Ustawili się rzędem, a on zadawał im pytania. - Jak się 

nazywacie? Czym się zajmujecie? Jesteście żonaci? Gdzie jest wasza żona? Czy słyszeliście coś o 

tym księdzu?

Już tylko jeden człowiek stał między księdzem a końskim łbem. Ksiądz odmawiał po cichu 

akt żalu, ale tylko na wpół myśląc o tym: “... grzechy moje, bo one ukrzyżowały Zbawiciela, który 

nas   umiłował...   ale   nade   wszystko   ponieważ   obraziły...   “   Był   sam   przed   porucznikiem. 

“Postanawiam   nigdy  więcej  Cię  nie  obrażać...   “  Musiał  się  przygotować,  a  był  to  akt  równie 

formalny, jak sporządzenie testamentu i zapewne równie bezwartościowy. - Nazywacie się?

Przyszło mu na myśl nazwisko tamtego człowieka z Concepcion:

- Montez. - Czy widzieliście kiedyś tego księdza?

- Nie. - Czym się zajmujecie?

- Mam trochę ziemi. - Jesteście żonaci?

- Tak. - Która z nich jest waszą żoną?

Maria nagle wybuchła:

- To ja. Dlaczego pan zadaje tyle pytań? Czy pan myśli, że on wygląda jak ksiądz?

Porucznik przypatrywał się czemuś na kuli siodła. Świstek ten wyglądał na starą fotografię. 

- Pokażcie mi swoje ręce - powiedział. Ksiądz wyciągnął je. Były twarde jak u parobka. Nagle 

porucznik wychylił  się z siodła i powąchał jego oddech. Wśród wieśniaków panowała zupełna 

background image

cisza; niebezpieczna cisza, gdyż zdawała się sprawiać na poruczniku wrażenie obawy... Popatrzył 

znów na zapadłą, szorstką twarz, a później na fotografię. - W porządku. Następny - powiedział, a 

gdy   ksiądz   odszedł   na   bok,   dodał:   -   Czekajcie.   Położył   rękę   na   głowie   Brigitty   i   delikatnie 

pociągnął za jej czarne sztywne włosy:

- Spójrz. Ty znasz wszystkich w tej wiosce, prawda?

- Tak - odparła. - A więc, kto to jest ten człowiek? Jak się nazywa?

- Nie wiem - powiedziało dziecko. Porucznik złapał oddech. - Nie wiesz, jak się nazywa? - 

spytał. - Czy on nie jest stąd?

- Toć to dziecko! - krzyknęła Maria - nie wie, jak się sama nazywa. Niech się pan spyta, kto 

jest jej ojcem. - Kto jest twoim ojcem?

Dziecko   spojrzało   na   porucznika,   a   potem   zwróciło   znające   prawdę   oczy   na   księdza... 

“Żałuję i proszę o przebaczenie za wszystkie grzechy” - powtarzał w myśli, splatając palce na 

szczęście. Dziecko powiedziało:

- To on. Ten tam. - W porządku - odparł porucznik. - Następny. Śledztwo toczyło się dalej: 

nazwisko?   praca?   żonaty?   Tymczasem   słońce   ukazało   się   ponad   lasem.   Ksiądz   stał   z   rękoma 

złożonymi.  Znów śmierć  się odwlekła. Czuł ogromną  pokusę, by stanąć przed porucznikiem i 

wyznać: “Ja jestem tym, kogo szukacie”. Czy zastrzelą go od razu? Kusiła go złudna obietnica 

spokoju. Daleko na niebie sęp obserwował scenę, Muszą wyglądać z takiej wysokości jak dwie 

grupy mięsożernych zwierząt, które w każdej chwili mogą rozpocząć walkę, więc czekał w górze 

na padlinę: mała czarna plamka. Śmierć nie oznaczała końca bólu, wiara w spokój była czymś w 

rodzaju herezji. Ostatni człowiek złożył zeznanie. Porucznik odezwał się:

- Więc nikt nie chce mi pomóc?

Stali w milczeniu obok zniszczonej estrady dla orkiestry. Mówił dalej:

- Słyszeliście, co się stało w Concepcion? Wziąłem tam zakładnika... a gdy stwierdziłem, że 

klecha   był   w   tamtej   okolicy,   postawiłem   tego   człowieka   pod   pierwszym   z   brzegu   drzewem. 

Wykryłem to, bo wszędzie jest ktoś, kto zmieni zdanie i powie. Może ktoś w Concepcion kochał 

żonę tego człowieka i chciał się go pozbyć. To nie moja sprawa badać powody. Wiem tylko, że 

później znaleźliśmy wino w Concepcion... Może jest ktoś w wiosce, kto chce zdobyć wasz kawałek 

gruntu albo krowę. Dużo lepiej zrobicie, jeśli powiecie teraz. Bo także i stąd wezmę zakładnika. - 

Zatrzymał się, a potem dodał: - Nawet nie potrzebujecie mówić, jeśli on jest wśród was. Po prostu 

spójrzcie na niego. Nikt nie będzie wiedział, że to wyście go wydali. On sam tego nie będzie 

wiedział, jeśli obawiacie się jego przekleństwa. Teraz... to wasza ostatnia szansa. Ksiądz patrzył w 

ziemię: nie chciał utrudniać sprawy temu, kto go wyda. - Dobrze - powiedział porucznik. - Wobec 

tego wybiorę zakładnika. Sami chcieliście tego. Siedział na koniu, przypatrując się im. Jeden z 

background image

policjantów oparł karabin o drewniane podwyższenie i poprawiał sobie owijacz. Wieśniacy wciąż 

patrzyli w ziemię, każdy z nich bał się napotkać jego wzrok. Wybuchnął nagle:

- Dlaczego mi nie ufacie? Ja nie chcę śmierci żadnego z was. Czyż nie możecie zrozumieć, 

że dla mnie jesteście daleko więcej warci niż on? Ja wam chcę dać... - rękoma wykonał gest, który 

nie zdał się na nic, gdyż nikt go nie widział - wszystko. - Zduszonym głosem dodał: - Wy, ej, wy 

tam. Biorę was. Jakaś kobieta krzyknęła:

- To mój chłopiec. To Miguel. Pan nie może wziąć mojego chłopca. - Każdy mężczyzna 

tutaj jest czyimś mężem lub synem, wiem o tym - powiedział ponuro. Ksiądz stał w milczeniu z 

zaciśniętymi rękoma, aż zbielały mu stawy na wierzchu dłoni... Mógł wyczuć, jak wokół niego 

podnosi się nienawiść. Bo on nie był niczyim mężem czy synem. - Panie poruczniku... 

- Czego chcecie?

- Ja już robię się zbyt stary do pracy w polu. Niech pan mnie weźmie. Stado świń wypadło 

zza szałasu, nie zwracając uwagi na nikogo. Żołnierz skończył poprawiać owijacz i wyprostował 

się.   Słońce   ukazało   się   zza   lasu   mrugając   na   butelkach   w   kiosku   z   lemoniadą.   Porucznik 

powiedział:

- Biorę zakładnika, a nie lenia na bezpłatny wikt i mieszkanie. Jeśli nie nadajecie się do 

pracy   w   polu,   nie   nadajecie   się   na   zakładnika.   -   Potem   wydał   rozkaz:   -   Zwiążcie   ręce   temu 

człowiekowi  i  bierzcie  go. W  oka mgnieniu  policjanci  opuścili  wieś, zabierając  ze  sobą  kilka 

kurczaków, indyka i człowieka imieniem Miguel. Ksiądz odezwał się głośno:

- Zrobiłem, co mogłem. - I dodał: - To do was należało mnie wydać. Co ja miałem zrobić 

według was? Moim obowiązkiem jest nie dać się złapać. 

Jeden z mężczyzn odparł:

- W porządku, proszę księdza. - Tylko niech ksiądz będzie ostrożny... i nie zostawia wina... 

tak jak ksiądz zrobił w Concepcion. Inny rzekł:

- Nie ma ksiądz co tu siedzieć. Złapią księdza w końcu. Zapamiętali sobie księdza twarz. 

Lepiej niech ksiądz idzie na północ, w góry. Przez granicę. - Tam jest pięknie w tym kraju za 

granicą - mówiła jakaś kobieta. - Jeszcze mają tam kościoły. Nikomu nie wolno do nich chodzić 

oczywiście, ale są. Ba, słyszałam, że w miastach nawet są księża. Mój kuzyn był raz za górami w 

Las Casas i wysłuchał mszy w jednym domu; był tam i ołtarz jak trzeba, i ksiądz był ubrany jak za 

dawnych czasów. Tam księdzu będzie dobrze. Ksiądz poszedł za Marią do szałasu. Butelka z 

wódką leżała na stole. Dotknął jej palcami: nie zostało wiele. Spytał:

- Moja teczka, Mario? Gdzie moja teczka?

- Zbyt niebezpiecznie będzie ją teraz nosić - odparła Maria. - Więc jak mam nosić wino?

- Nie ma wina. - Jak to?

background image

- Nie chcę sprowadzać nieszczęścia na księdza i na innych. Stłukłam butelkę. Nawet jeśli to 

sprowadzi przekleństwo... 

Powiedział łagodnie i smutno:

- Nie bądź przesądna. To było po prostu... wino. Nie ma nic świętego w winie. Tylko trudno 

je tu dostać. Dlatego właśnie trzymałem zapas w Concepcion. Ale znaleźli je. - Niech teraz ksiądz 

pójdzie...   w   ogóle   stąd   pójdzie.   Ksiądz   się   już   tu   nikomu   na   nic   nie   przyda   -   powiedziała 

zapalczywie. - Czy ksiądz nie rozumie? Nie chcemy księdza tu więcej. - O tak, rozumiem - rzekł. - 

Ale tu nie o to chodzi, czego wy chcecie albo czego ja chcę... 

- Ja się znam na tym - mówiła gwałtownie. - Chodziłam do szkoły. Nie jestem taka ciemna 

jak inni. Ja wiem, że ksiądz jest złym księdzem. Wtedy, kiedy byliśmy razem... założyłabym się, że 

to nie był jedyny raz. Słyszałam coś niecoś o księdzu. Czy ksiądz myśli, że Bóg chce, aby taki 

ksiądz-pijaczyna został tu i ginął za Niego? - Stał cierpliwie przed nią i słuchał, tak jak stał przed 

porucznikiem.   Nie   zdawał   sobie   sprawy,   żeby   zdolna   była   do   takich   myśli.   Mówiła   dalej:   - 

Przypuśćmy, że ksiądz zginie. Ksiądz będzie męczennikiem, no nie? I co to będzie za męczennik z 

księdza? Taki, że ludzie będą szydzili tylko. Nigdy mu nie przyszło na myśl, że ktoś może go 

kiedyś  uważać za męczennika. - To trudno, bardzo trudno - powiedział. - Pomyślę o tym. Nie 

chciałbym, żeby szydzono z Kościoła. - Więc niech ksiądz myśli o tym za granicą... 

- Ale... 

- Kiedy zdarzyło się, ksiądz wie co, byłam dumna. Myślałam, że wrócą dawne dobre czasy. 

Nie każda zostaje księżą kobietą. A dziecko... Myślałam, że ksiądz będzie mógł zrobić wiele dla 

niej. Ale tyle, co ksiądz zrobił dobrego, to i złodziej mógłby zrobić... 

- Było wielu dobrych złodziei - odparł niepewnie. - Na miłość Boską, nich ksiądz weźmie tę 

wódkę i idzie sobie. - Jeszcze jedno - mówił. - W mojej teczce... było coś... 

- Niech ksiądz sam to sobie znajdzie na śmietnisku. Ja tego więcej nie dotknę. - A dziecko... 

- rzekł. - Dobra z ciebie kobieta, Mario. To znaczy, chciałem powiedzieć, że... postarasz się dobrze 

ją wychować... po chrześcijańsku. - Z niej nigdy nic dobrego nie będzie. Przecież widzi to ksiądz 

sam. - Ona nie może być znów taka zła... w jej wieku - błagał. - Pójdzie dalej tą drogą, na jaką 

weszła. - Następna msza, jaką odprawię, będzie za nią. Nie słuchała nawet. - Ona jest zła na wskroś 

- powiedziała. Zdawał sobie sprawę z tego, że pomiędzy łóżkiem a drzwiami kona wiara. Już 

niedługo msza nie będzie dla nikogo znaczyła więcej niż czarny kot przechodzący przez drogę. 

Narażał życie ich wszystkich dla rzeczy takich jak sól rozsypana na sprzeczkę czy splunięcie na 

urok. - Mój muł... - zaczął. - Właśnie dają mu kukurydzę - powiedziała i dodała: - Lepiej niech 

ksiądz idzie na północ. Już nie ma szans dostania się na południe. - Myślałem, że może Carmen... 

- Będą tam pilnowali. - No, trudno... Może kiedyś... gdy sprawy będą lepiej wyglądały... - 

background image

Nakreślił znak krzyża  i pobłogosławił ją, ale ona stała przed nim niecierpliwie,  pragnąc, żeby 

odszedł już stąd na zawsze. - A więc do widzenia, Mario. - Do widzenia. Zgarbiony przeszedł plac. 

Czuł, że każdy mieszkaniec tej wioski obserwuje go z zadowoleniem. Był sprawcą ich nieszczęść, 

ale z niejasnych i zabobonnych przyczyn woleli nie wydawać go policji. Zazdrościł nieznanemu 

jankesowi,   którego   nie   wahaliby   się   wpędzić   w   pułapkę,   a   który   w   każdym   razie   nie   musiał 

dźwigać   ciężaru   wdzięczności   względem   nich.   Poniżej   zbocza   ubitego   kopytami   mułów   i 

poszarpanego korzeniami  drzew płynęła rzeka. Była głęboka na jakieś pół metra i zaśmiecona 

pustymi  puszkami i potłuczonymi  butelkami. Pod przyczepioną do drzewa tabliczką z napisem 

“Zabrania się wyrzucać śmieci... “ nagromadzone były wszystkie odpadki z całej wsi i stopniowo 

osuwały się do rzeki. Zostaną zmyte, gdy przyjdą deszcze. Postawił stopę między starymi puszkami 

a gnijącymi jarzynami i sięgnął po teczkę. Westchnął: była to całkiem dobra teczka, jeszcze jedna 

pamiątka   po   spokojnej   przeszłości...   Niedługo   będzie   trudno   przypomnieć   sobie,   że   życie 

kiedykolwiek było inne. Zamek był oderwany. Pomacał wewnątrz jedwabnej podszewki... 

Papiery były na miejscu. Ociągając się upuścił teczkę. Wraz z nią porzucał wśród puszek 

całą swoją ważną i godną młodość. Teczkę otrzymał od swych parafian w Concepcion w piątą 

rocznicę  święceń... Ktoś poruszył  się za drzewem. Cofnął stopę spomiędzy odpadków. Muchy 

brzęczały   nad   ziemią.   Ukrył   papiery   w   dłoni   i   obszedł   pień   drzewa,   żeby   zobaczyć,   kto   go 

podpatruje. Na korzeniu siedziała dziewczynka uderzając piętami o korę. Oczy miała szczelnie 

zamknięte. - Moja droga, czy ktoś ci coś zrobił?... - spytał. Oczy otwarły się momentalnie. Były 

zaczerwienione i gniewne i miały wyraz absurdalnej dumy. - Ty... ty... 

- Ja?

Podszedł do niej zachowując ogromną ostrożność, jak gdyby była zwierzęciem, które mu 

nie ufało. Zrobiło mu się słabo od rozpierającej go tęsknoty. - Moja droga, dlaczego ja?... 

Odparła z pasją:

- Śmieją się ze mnie. - Z mojego powodu?

- Wszyscy inni mają ojców... którzy pracują. - Ja też pracuję. - Ty przecież jesteś księdzem?

- Tak. - Pedro mówi, że ty nie jesteś mężczyzną. Nie nadajesz się dla kobiet. - Dodała: - Nie 

wiem, co on przez to rozumie. - Przypuszczam, że on sam nie wie. - Och tak, on wie - powiedziała. 

- On ma dziesięć lat. A ja też chcę wiedzieć. Ty stąd odchodzisz, prawda?

- Tak. Znów był przerażony jej dojrzałością, gdy uśmiechnęła się jednym z bogatej skali 

swych uśmiechów. Rzekła kusząc go:

-   Powiedz   mi...   -   Siedziała   tak   na   pniu   drzewa   obok   śmietniska,   sprawiając   wrażenie 

opuszczonej. Świat był już w jej sercu, jak mała plamka zepsucia w owocu. Była bez opieki: nie 

miała wdzięku czy uroku, który by się wstawiał za nią. Serce księdza było wstrząśnięte pewnością 

background image

straty. - Moja droga, uważaj... 

- Na co? Dlaczego stąd odjeżdżasz?

Podszedł nieco bliżej, myślał: Chyba wolno pocałować własną córkę. Ale ona wyrwała mu 

się. - Nie dotykaj mnie - pisnęła starczym głosem i zaczęła chichotać. Wszystkie dzieci rodziły się 

z pewną wiedzą o miłości - myślał. - Wysysały ją z mlekiem matki. Ale od rodziców i przyjaciół 

zależał rodzaj miłości, jaką znały: zbawczą czy zgubną. Pożądanie było także rodzajem miłości. 

Zdawał sobie sprawę, że jego córka uwięziona jest w swym życiu niby mucha w bursztynie. Oto 

ręka Marii wzniesiona do bicia, zepsuty przedwcześnie Pedro rozmawia z nią o zmroku, policja 

przeszukuje las, wszędzie gwałt. Modlił się w milczeniu: “O Boże, daj mi śmierć wszystko jedno 

jaką,   bez   żalu,   w   stanie   grzechu,   tylko   zbaw   to   dziecko”.   Sam   był   pono   człowiekiem 

przeznaczonym do zbawiania dusz. Wydawało się to rzeczą całkiem prostą kiedyś, gdy wygłaszał 

kazania na błogosławieństwie, zakładał bractwa, popijał kawę ze starszymi paniami w pokojach o 

zakratowanych   oknach,   błogosławił   nowe   domy   ofiarując   odrobinę   kadzidła,   nosił   czarne 

rękawiczki...  to  było   tak  łatwe  jak oszczędzanie   pieniędzy.  Teraz  to  było   nieosiągalną   sztuką. 

Zdawał sobie sprawę z tego, że zupełnie nie dorasta do swego zadania. Ukląkł i przyciągnął ją do 

siebie, a ona chichotała i szamotała się, by się uwolnić. - Kocham cię. Jestem twoim ojcem i 

kocham cię. Staraj się to zrozumieć. Trzymaj ją mocno za przegub ręki. Nagle uspokoiła się i stała 

patrząc na niego. Powiedział: - Oddałbym za ciebie swoje życie, to głupstwo, swoją duszę... moja 

droga, moja kochana, staraj się zrozumieć, że ty jesteś... taka ważna. - Zawsze wiedział, że w tym 

leżała różnica pomiędzy wiarą jego a ich - politycznych przywódców ludu, którzy troszczyli się 

tylko o takie rzeczy, jak państwo, republika. To dziecko było ważniejsze niż cały kontynent. Mówił 

dalej: - Musisz dbać o siebie, bo jesteś taka... potrzebna. Prezydent tam w stolicy chodzi otoczony 

ludźmi uzbrojonymi w karabiny... ale ty, moje dziecko, masz wszystkich aniołków w niebie... - 

patrzyła na niego ciemnymi nierozumiejącymi oczami. Czuł, że zjawił się za późno. Powiedział: - 

Do widzenia,  kochana - i niezręcznie  pocałował  ją. Niemądry,  ślepo kochający,  starzejący się 

człowiek. Gdy tylko ją puścił i zaczął powrotną wędrówkę na plac, czuł, jak za jego zgarbionymi 

plecami   nikczemny  świat  podkrada  się  do dziecka,  by  je  zniszczyć...   Muł  stał  osiodłany koło 

kiosku z napojami gazowanymi. Jakiś mężczyzna odezwał się:

- Lepiej nich ksiądz idzie na północ - i stał kiwając ręką. Nie powinien mieć ludzkich uczuć, 

a raczej powinien kochać każdą duszę, tak jakby była jego dzieckiem. Opiekuńczymi instynktami 

trzeba ogarnąć cały świat... ale czuł, że są bolesne i przywiązane niby kulawe zwierzę do pnia 

drzewa. Skierował muła na południe. 

Jechał dokładnie śladem policji. Jeśli tylko będzie podróżował powoli i nie minie żadnego 

włóczęgi, droga wydawała się dość bezpieczna. Najbardziej potrzebował teraz wina, a musiało to 

background image

być wino z winogron. Bez niego był bezużyteczny. Równie dobrze mógłby uciec na północ, w 

góry, do bezpiecznego kraju poza nimi, gdzie najgorszą rzeczą, jaka mogła mu się przydarzyć, była 

grzywna   i   kilka   dni   więzienia,   gdyby   nie   mógł   jej   zapłacić.   Lecz   nie   był   jeszcze   gotów   na 

ostateczną kapitulację, każdą małą kapitulację musiał opłacać dalszą wytrwałością, a teraz czuł 

potrzebę   wykupienia   w   jakiś   sposób   swego   dziecka.   Zostanie   jeszcze   miesiąc,   jeszcze   rok... 

Kiwając się miarowo na mule usiłował przekupić Boga obietnicami stałości... Muł zarył się nagle 

kopytami i stanął w miejscu - mały zielony wąż uniósł się na ścieżce, po czym z sykiem zniknął w 

trawie niby płomień zapałki. Muł ruszył dalej. Gdy zbliżał się do jakiejś wioski, zatrzymywał muła 

i podchodził pieszo, tak blisko, jak się dało: mogli się tam zatrzymać policjanci. Potem przejeżdżał 

szybko,   nie   mówiąc   do   nikogo   nic   poza   “Buenos   dias”,   a   gdy   był   znów   na   leśnej   ścieżce, 

odnajdywał ślad konia porucznika. Nie miał teraz żadnego jasnego planu. Chciał po prostu oddalić 

się jak najbardziej od wsi, w której spędził noc. W jednej ręce wciąż trzymał zmiętą kulę papieru. 

Ktoś przyczepił mu do siodła wiązkę może pięćdziesięciu bananów, obok machete i torebkę, która 

zawierała jego zapas świec. Co jakiś czas zjadał banana. Były dojrzałe, brązowe i wodniste, o 

smaku mydła. Zostawiały mu nad ustami plamę na kształt wąsów. Po sześciu godzinach podróży 

przybył do La Candelaria, nędznej wioski o blaszanych dachach, rozciągającej się wzdłuż jednego 

z dopływów rzeki Grijalva. Wjechał ostrożnie na zakurzoną ulicę. Było wczesne popołudnie. Na 

dachach siedziały sępy, kryjąc swe małe łebki przed słońcem, w wąskim cieniu rzucanym przez 

domy leżało w hamakach paru ludzi. W ociężałej atmosferze dnia muł wlókł się bardzo powoli. 

Ksiądz pochylił się ku przodowi na kulę siodła. Muł sam stanął obok hamaka. Leżał w nim jakiś 

człowiek w poprzek, z jedną nogą zwieszoną, żeby utrzymać hamak w ruchu - w górę i w dół, w 

górę i w dół - i wytwarzać powiew. Ksiądz pozdrowił go:

- Buenas tardes. - Człowiek otworzył  oczy i przypatrywał mu się. - Jak daleko jest do 

Carmen?

- Dwanaście kilometrów. - Czy mogę dostać się czółnem przez rzekę?

- Tak. - Gdzie?

Człowiek machnął ospale ręką, jak gdyby chciał powiedzieć: wszędzie, ale nie tutaj. Miał 

tylko dwa zęby: żółte kły, wystające po obu stronach ust, jak zęby dawno wymarłych zwierząt, 

które można czasem znaleźć w ziemi. - Co robiła tutaj policja? - spytał ksiądz. Chmara much 

spadła na szyję muła. Uderzył w nie kijem: uniosły się ociężale, zostawiając kropelkę krwi, po 

czym   znów   opadły   na   twardą   szarą   skórę.   Muł   zdawał   się   nic   nie   czuć   i   stał   w   słońcu   ze 

zwieszonym   łbem.   -   Szukacie   kogoś?   -   spytał   człowiek.   -   Słyszałem   -   odrzekł   ksiądz   -   że 

ogłoszono nagrodę... za gringo. Człowiek bez przerwy się huśtał. - Lepiej być żywym i biednym 

niż bogatym i umarłym - powiedział. - Czy mogę ich dogonić, jeśli pójdę w kierunku Carmen?

background image

- Oni nie idą do Carmen. - Nie?

-   Idą   do   miasta.   Ksiądz   ruszył   w   dalszą   drogę.   Dwadzieścia   metrów   dalej   znów   się 

zatrzymał, tym razem przy straganie z lemoniadą i spytał obsługującego chłopca:

- Czy znajdę tu łódkę, żeby przeprawić się przez rzekę?

- Kiedy nie ma łódki. - Nie ma łódki?

-   Ktoś   ją   ukradł.   -   Proszę   o   sidral.   -   Wypił   żółty,   musujący,   syntetyczny   płyn,   który 

pozostawił mu uczucie większego pragnienia, niż miał przedtem. - A jak można się przedostać na 

drugą stronę?

- Po co pan chce się tam dostać

- Jadę do Carmen. Jak się policja przedostała?

- Przepłynęli. - Mula, mula - powiedział ksiądz, przynaglając muła do drogi. Przejechał 

obok nieuniknionej estrady dla orkiestry i pomnika w pretensjonalnym stylu, przedstawiającego 

kobietę w todze, z wieńcem w dłoni. Część piedestału ukruszyła się i leżała na środku drogi, muł 

obszedł odłamek dokoła. Ksiądz spojrzał za siebie. Daleko w tyle Metys siedział wyprostowany w 

hamaku i przypatrywał mu się. Muł skręcił w dół, na stromą ścieżkę wiodącą ku rzece. Ksiądz 

znów  się obejrzał.  Mieszaniec  wciąż  był  w  hamaku,  ale  spuścił  obie nogi  na ziemię.  Zwykły 

niepokój   kazał   księdzu   uderzyć   muła:   “Mula,   mula”   -   ale   muł   bez   pośpiechu   zsuwał   się   po 

stromiźnie, w dół ku rzece. Gdy znaleźli się na brzegu, muł odmówił wejścia do wody; ksiądz 

rozszczepił zębami koniec kija i ukłuł ostrym końcem bok zwierzęcia. Ociągając się muł wszedł w 

rzekę,   woda   podniosła   się   najpierw   do   strzemion,   później   do   kolan.   Muł   zaczął   płynąć, 

rozpłaszczony jak aligator, tak że widać mu było tylko ślepia i nozdrza. Ktoś krzyknął z brzegu. 

Ksiądz obejrzał się: na brzegu rzeki stał Metys i wołał, lecz za słabo - nie słychać było głosu. 

Wyglądał, jak gdyby miał jakąś tajemnicę do powiedzenia, której nie powinien usłyszeć nikt prócz 

księdza. Kiwał na niego, wzywając do powrotu, ale muł wygramolił się już z wody na wysoki 

brzeg. Ksiądz nie zwracał uwagi na wołania; niepokój rozsadzał mu czaszkę. Przynaglał muła do 

drogi poprzez zielony półmrok bananowego gaju i nie oglądał się za siebie. W ciągu wszystkich 

tych lat były dwa miejsca, do których zawsze mógł wrócić i bezpiecznie odpocząć w ukryciu: jedno 

to Concepcion, jego dawna parafia, która teraz była dla niego zamknięta; drugie to Carmen, gdzie 

się urodził i gdzie byli pochowani jego rodzice. Wyobrażał sobie, że może będzie i trzecie, ale teraz 

już nigdy tam nie wróci... Skierował łeb muła w stronę Carmen i znów objął ich las. Idąc w tym 

tempie  przybędą tam w nocy,  czego właśnie pragnął. Bez bicia  muł  szedł nader opieszale,  ze 

zwieszonym łbem, pachnąc trochę krwią. Pochylony do przodu na wysokim siodle, ksiądz zasnął. 

Śniło mu się, że mała dziewczynka w sztywnej sukience z białego muślinu recytowała katechizm. 

Gdzieś   opodal   siedział   biskup   i   grupa   Dzieci   Maryi,   starszawe   kobiety   o   szarych,   twardych, 

background image

pobożnych   twarzach,   z   przypiętymi   do   bluzek   bladoniebieskimi   wstążkami.   Biskup   pochwalił: 

“Znakomicie... znakomicie” i klaskał w ręce - klap, klap. Jakiś mężczyzna we fraku powiedział: 

“Brakuje  pięćset  pezów   na  nowe  organy.  Proponujemy   urządzić  specjalny  koncert,   na  którym 

mamy nadzieję... “ Przypomniał sobie w przerażającym olśnieniu, że nie powinien w ogóle się tam 

znajdować... był w złej parafii... powinien właśnie prowadzić rekolekcje w Concepcion. Montez 

pojawił   się   za   dzieckiem   w   białym   muślinie,   gestykulując,   przypominając   mu...   Co   się   stało 

Montezowi?   Miał   zaschłą   ranę   na   czole.   Z   okropną   pewnością   czuł,   że   dziecku   grozi 

niebezpieczeństwo. Powiedział: “Moja droga, moja droga” i obudził się: wolny, kołyszący chód 

muła i odgłos kroków wróciły mu przytomność. Obejrzał się: Metys szedł za nim, ociekając wodą; 

musiał przepłynąć rzekę. Gdy wyszczerzył zęby, przymilając się, dwa kły wystawały mu nad dolną 

wargą. - Czego chcecie? - spytał ostro ksiądz. - Pan mi nie powiedział, że jedzie do Carmen. - A po 

co miałem powiedzieć?

- Widzi pan, ja też chcę iść do Carmen, a lepiej podróżować w towarzystwie. - Miał na 

sobie koszulę, parę białych spodni i pantofle gimnastyczne, przez jeden z nich widać było wielki 

palec u nogi, pulchny i żółty jak robak, żyjący pod ziemią. Podrapał się pod pachami i podszedł 

poufale do strzemienia księdza, mówiąc: - Czy nie uraziłem pana?

- Dlaczego nazywacie mnie “pan”?

- Każdy może  poznać, że pan jest człowiekiem wykształconym.  - Las  jest otwarty dla 

wszystkich - powiedział ksiądz. - Pan dobrze zna Carmen? - spytał człowiek. - Niezbyt dobrze. 

mam tam paru przyjaciół. - Pan zapewne jedzie tam za interesem?

Ksiądz nic nie odpowiedział. Czuł na nodze lekki, błagalny dotyk ręki Metysa. Człowiek 

znów zaczął:

- Osiem kilometrów stąd, niedaleko drogi, jest folwark. Dobrze byłoby tam stanąć na noc. - 

Spieszę się - odparł ksiądz. - Ale co panu przyjdzie ze zjawienia się w Carmen o pierwszej czy 

drugiej  nad ranem?  Moglibyśmy  przespać się na folwarku i przyjść  tam,  zanim słońce będzie 

wysoko. - Zrobię, jak mi się będzie podobało. - Oczywiście, proszę pana, oczywiście. - Obcy 

milczał przez chwilę, po czym powiedział: - Nie jest dobrze podróżować w nocy bez broni. Co 

innego człowiek jak ja... 

- Jestem biednym człowiekiem - rzekł ksiądz. - Widzicie to sami. Nie ma z czego mnie 

obrabować. - Ale poza tym jest gringo. Mówią, że to dzika bestia, prawdziwy pistolero. Podchodzi 

do człowieka i mówi w swoim języku: “Stop! Wskaż mi drogę do takiego a takiego miejsca”, a 

jeśli się nie rozumie, co on mówi, a jeszcze zrobi jakiś ruch, od razu strzela. Ale może senor zna 

amerykański?

- Oczywiście, że nie. Skąd miałbym  znać? Ja, biedny człowiek. Ale nie wierzę w byle 

background image

bajdę. - Pan jest z daleka?

Ksiądz zawahał się chwilę:

-   Concepcion.   -   Tam   już   nie   mógł   więcej   zaszkodzić.   Metys   wydawał   się   na   razie 

zadowolony. Szedł obok muła z ręką na strzemieniu. Co jakiś czas spluwał. Spoglądając w dół 

ksiądz mógł widzieć jego wielki palec sunący po ziemi jak liszka. Prawdopodobnie człowiek ten 

był niegroźny. To tylko warunki życia przyczyniały się do powstawania podejrzliwości. Nastał 

zmierzch i prawie natychmiast zrobiło się ciemno. Muł poruszał się jeszcze wolniej. Dokoła nich 

wybuchł gwar jak w teatrze, gdzie z opuszczeniem kurtyny rozpoczyna się wrzawa za kulisami i na 

korytarzach. Jakieś nieznane stwory - może jaguary - ryczały w gęstwinie, małpy szeleściły na 

wyższych gałęziach, a moskity brzęczały wokół jak maszyny do szycia. - Chce się pić po takim 

marszu - powiedział człowiek. - Może pan ma przypadkiem jakiś napitek, proszę pana?

- Nie. - Jeśli pan chce być w Carmen przed trzecią, musi pan bić muła. Może ja wezmę 

kijaszek?

- Nie, nie, niech sobie idzie, jak chce. Wszystko mi jedno... - powiedział śpiącym głosem. - 

Pan mówi jak ksiądz. Szybko wróciła mu przytomność, ale nie mógł nic dojrzeć pod wielkimi 

ciemnymi  drzewami. - Cóż za bzdury pleciecie. - Ja jestem bardzo dobry chrześcijanin - rzekł 

człowiek, głaszcząc stopę księdza. - Nie przeczę. Chciałbym móc powiedzieć to samo o sobie. - 

Ach, pan powinien umieć poznać, komu można zawierzyć. - Splunął przyjaźnie. - Nie mam nikomu 

nic do zawierzenia - odparł ksiądz. - Chyba te spodnie, ale są bardzo podarte. I tego muła. Widzicie 

sami, że to nie jest dobry muł. Przez chwilę panowała cisza. Mieszaniec jakby rozważał ostatnie 

słowa księdza, po czym ciągnął:

- To nie byłby zły muł, gdyby go pan dobrze traktował. Ja wiem najlepiej, jak się obchodzić 

z mułami. Wyraźnie widać, że jest zmęczony. Ksiądz spojrzał na szary, kiwający się, durny łeb. - 

Tak myślicie?

- Ile pan wczoraj przejechał?

- Może ze czterdzieści kilometrów. - Nawet muł musi odpoczywać. Ksiądz wyjął bose nogi 

ze strzemion i zlazł na ziemię. Przez niecałą minutę muł szedł nieco szybciej, po czym jeszcze 

bardziej zwolnił tempo. Gałęzie i korzenie na leśnej ścieżce pocięły księdzu nogi, tak że już po 

pięciu minutach zaczął krwawić. Na próżno starał się nie kuleć. Mieszaniec zawołał:

- Jakie pan ma delikatne nogi! Powinien pan nosić buty. Z uporem powtórzył:

- Jestem biednym człowiekiem. - Tak pan nigdy nie zajdzie do Carmen. Miejże rozum, 

człowieku. Jeśli pan nie chce zboczyć z drogi do folwarku, to niecałe dwa kilometry stąd jest mały 

szałas.   Możemy   tam   się   przespać   parę   godzin,   a   i   tak   będziemy   w   Carmen   o   świcie.   -   Coś 

zaszeleściło w trawie obok ścieżki. Ksiądz pomyślał, że to węże, a on ma gołe nogi. Moskity, niby 

background image

małe lekarskie strzykawki napełnione trucizną, mierzące w żyły, kłuły go w przeguby rąk. Czasem 

świetlista bańka robaczka świętojańskiego zbliżała się do twarzy Metysa, to zapalając się, to gasnąc 

jak latarka elektryczna. Mieszaniec mówił dalej z wyrzutem: - Pan mi nie ufa. Dlatego właśnie, że 

jestem   człowiekiem,   który   chętnie   wyświadcza   dobre   uczynki   obcym,   dlatego   że   staram   się 

postępować po chrześcijańsku, pan mi nie ufa. - Robił wrażenie, jakby sztucznie starał się wywołać 

w sobie wybuch złości. - Gdybym chciał pana obrabować - dodał - czyż nie mógłbym już był tego 

zrobić? Przecież pan jest stary. - Nie tak bardzo znów stary - odparł łagodnie ksiądz. Jego sumienie 

zaczęło  z  przyzwyczajenia   pracować:  było  jak automat,  który  przyjmuje   każdą  monetę,   nawet 

blaszkę oszusta. Słowa pyszne, pożądliwe, zazdrosne, tchórzliwe, niewdzięczne - wszystkie one 

wywoływały odpowiedni oddźwięk. Wszystkie stosowały się do niego. - Straciłem wiele godzin 

prowadząc pana do Carmen - powiedział mieszaniec. - Nie chcę żadnego wynagrodzenia, bo jestem 

dobrym chrześcijaninem. Prawdopodobnie straciłem przez to sporo grosza w domu, ale mniejsza o 

to... 

- Jeśli się nie mylę, mówiliście, że macie coś do załatwienia w Carmen - odparł łagodnie 

ksiądz.   -   Kiedy   to   powiedziałem?   -   Tak,   widocznie   nie   pamiętał...   może   sam   był   także 

niesprawiedliwy... - Dlaczego miałbym mówić nieprawdę? Nie, straciłem cały dzień, żeby panu się 

przysłużyć, a pan nie zwraca uwagi na to, że przewodnik jest zmęczony... 

- Nie potrzebowałem przewodnika - protestował słabo. - Tak pan mówi, kiedy droga jest 

prosta, ale gdyby nie ja, już dawno by pan wybrał złą ścieżkę. Sam pan powiedział, że nie zna 

dobrze Carmen. Dlatego poszedłem z panem. - Oczywiście, że staniemy na odpoczynek, skoro 

jesteście zmęczeni - powiedział ksiądz. Czuł się zawstydzony swoim brakiem zaufania, ale mimo 

to   podejrzenie   zostało   jak   narośl,   którą   tylko   nożem   można   wyciąć.   Po   upływie   pół   godziny 

przybyli na małą polanę do szałasu z gliny i gałęzi. Musiał go sklecić jakiś chłop, którego wypędził 

zewsząd napierający las - niepohamowana siła natury, której nie zdołał powstrzymać ani siekierą, 

ani ogniem. Sczerniała ziemia nosiła jeszcze na sobie ślady zmagań mających na celu usunięcie 

gąszczu, zdobycie mizernego, niewystarczającego zbioru. - Ja zajmę się mułem. Niech pan wejdzie 

do środka, położy się i odpocznie - powiedział Metys. - Ale to przecież wy jesteście zmęczeni. - Ja 

zmęczony? - zdziwił się Metys. - Skąd panu to przyszło do głowy? Ja się nigdy nie męczę. Z 

ciężkim sercem ksiądz zdjął torbę umocowaną przy siodle, pchnął drzwi i wszedł do środka w 

zupełną ciemność. Zaświecił zapałkę: nie było mebli, tylko wzniesienie z ubitej ziemi i słomiana 

mata, zbyt podarta, żeby opłacało się ją stąd zabierać. Zapalił świecę i wytopionym z niej woskiem 

przylepił ją do podłogi, po czym usiadł i czekał. Tamten długo nie wracał. W zaciśniętej ręce 

ksiądz wciąż jeszcze trzymał kulkę papieru, ocaloną z teczki. Trzeba zachować przy sobie jakieś 

sentymentalne pamiątki, jeśli ma się w ogóle żyć. Argument niebezpieczeństwa stosuje się tylko do 

background image

tych, co żyją bezpiecznie. Zastanawiał się, czy Metys ukradł jego muła i wyrzucał sobie własną 

nieuniknioną podejrzliwość. Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Metys - dwa żółte kły i paznokcie 

drapiące pod pachą. Usiadł na ziemi opierając się o drzwi i powiedział:

- Niech pan śpi. Pan jest zmęczony.  Obudzę pana, kiedy będziemy mieli ruszać. - Nie 

jestem bardzo śpiący. - Niech pan zdmuchnie świecę. Będzie się panu lepiej spało. - Nie lubię 

ciemności - powiedział ksiądz. Bał się. - A może ksiądz odmówi wieczorną modlitwę?

- Dlaczego mnie tak tytułujecie? - spytał ostro, patrząc ponad widoczną w ciemnościach 

podłogę   w   kierunku   miejsca,   gdzie   przy   drzwiach   siedział   Metys.   -   Och,   oczywiście,   że   się 

domyśliłem. Ale ksiądz się nie potrzebuje mnie bać. Jestem dobrym chrześcijaninem. - Jesteście w 

błędzie.   -   Mógłbym   łatwo   się   przekonać,   nieprawdaż?   -   odparł   mieszaniec.   -   Wystarczyłoby, 

gdybym   powiedział:   niech   ksiądz   wysłucha   mojej   spowiedzi.   Ksiądz   nie   mógłby   odmówić 

człowiekowi z ciężkim grzechem na sumieniu. Ksiądz nie odpowiedział nic, czekając na to żądanie 

spowiedzi.   Ręka   trzymająca   papiery   drżała   nerwowo.   -   Och,   ksiądz   nie   potrzebuje   się   mnie 

obawiać - ciągnął ostrożnie Metys. - Ja bym księdza nie wydał. Jestem chrześcijaninem. Tylko 

myślałem, że modlitwa... by się przydała... 

- Nie trzeba być księdzem, żeby umieć się modlić. - Zaczął mówić: - “Pater noster qui es in 

coelis... - a moskity zlatywały się z brzęczeniem do płomienia świecy. Był zdecydowany nie spać. 

Metys   miał   jakiś   plan.   Nawet   sumienie   przestało   oskarżać   księdza   o   brak   miłości.   Wiedział. 

Znajdował się w obecności Judasza. Oparł głowę o ścianę i na pół przymknął oczy. Przypomniał 

sobie Wielki Tydzień w dawnych  czasach, gdy wypchany Judasz był  wieszany na dzwonnicy. 

Chłopcy robili zgiełk puszkami i grzechotkami, a wysoko nad drzwiami huśtała się kukła. Starzy, 

stateczni   parafianie   wysuwali   czasem   sprzeciwy.   Mówili,   że   to   bluźnierstwo   bawić   się   kukłą 

człowieka, który wydał Zbawiciela. Ale ksiądz nic nie odpowiadał i pozwalał na kontynuowanie 

tego zwyczaju. Wydawało mu się słuszne, że zdrajca świata był przedmiotem pośmiewiska. W 

przeciwnym razie można go było zbyt łatwo idealizować robiąc z niego człowieka, który walczył z 

Bogiem, Prometeusza, szlachetną ofiarę beznadziejnej walki. - Pan nie śpi? - rozległ się szept od 

drzwi. Ksiądz nagle parsknął śmiechem, jak gdyby także i ten człowiek był absurdem: kukłą o 

wypchanych słomą nogach, malowanej twarzy, w starym słomianym kapeluszu, która miała być 

wkrótce spalona na placu, wśród politycznych przemówień i sztucznych ogni. - Pan nie może spać?

- Śniło mi się coś - szepnął ksiądz. Otworzył oczy i zobaczył, że człowiek przy drzwiach 

trząsł się: dwa ostre kły podskakiwały w górę i w dół na dolnej wardze. - Jesteście chorzy?

- Trochę gorączki - powiedział tamten. - Pan ma jakieś lekarstwo?

-   Nie.   Drzwi   zaskrzypiały,   gdy   plecami   Metysa   wstrząsnął   dreszcz.   -   to   przez   to,   że 

przepłynąłem rzekę... 

background image

Osunął   się   niżej   na   podłogę   i   przymknął   oczy.   Po   ziemnym   barłogu   łaziły   moskity   z 

opalonymi skrzydłami. ksiądz myślał: Nie powinienem spać, to zbyt niebezpieczne. Muszę uważać 

na niego. Rozwarł pięść i wygładził papier. Był tam słabo widoczny napis ołówkiem: poszczególne 

słowa, początek i koniec jakichś zdań, cyfry. Teraz, gdy nie miał już swojej teczki, był to jedyny 

dowód, jaki mu pozostał, że życie kiedyś było inne. Nosił go z sobą jak talizman, bo jeśli życie 

dawniej tak wyglądało, może jeszcze znów takie będzie. W gorącym powietrzu bagnistej równiny 

płomień świecy palił się drgającym punkcikiem dymu. Ksiądz przysunął do niego papier i wyczytał 

słowa:   “Bractwo   Ołtarzowe,   Bractwo   Przenajświętszego   Sakramentu,   Dzieci   Maryi”,   po   czym 

spojrzał znów w górę i w ciemnościach zobaczył  żółte, malaryczne oczy Metysa wpatrzone w 

niego. Chrystus nie zastałby Judasza śpiącego w ogrodzie, Judasz mógł czuwać dłużej niż godzinę. 

- Co to za papier... proszę księdza? - spytał tamten kusząco, drżąc przy drzwiach. - Nie nazywajcie 

mnie księdzem. To jest lista nasion, które mam kupić w Carmen. - Pan umie pisać?

- Umiem czytać. Spojrzał znów na papier i zauważył wyblakły napis ołówkiem. Był to jakiś 

nieortodoksyjny dowcip, coś o “jednej naturze”. Robił aluzję do swej tuszy i dobrego obiadu, jaki 

właśnie zjadł. Parafianom nie bardzo odpowiadało jego poczucie humoru. 

Był to obiad wydany w Concepcion dla uczczenia dziesięciolecia rocznicy jego święceń. 

Siedział na środkowym miejscu przy stole z... kto był po jego prawicy? Podano dwanaście dań... 

powiedział też coś o dwunastu apostołach; nie uważali tego za dowcip w najlepszym guście. Był 

jeszcze   całkiem   młody   i   jakiś   diablik   kusił   go   do   przekomarzania   się   z   tymi   wszystkimi 

pobożnymi, podtatusiałymi  i szacownymi  osobami z Concepcion, które go otaczały,  ozdobione 

wstęgami   swoich   bractw   i   odznakami.   Wypił   troszeczkę   za   wiele:   w   owych   dniach   nie   był 

przyzwyczajony   do   alkoholu.   Nagle   przypomniało   mu   się,   kto   siedział   po   jego   prawej   ręce: 

Montez,   ojciec   człowieka,   którego   rozstrzelano.   Montez   wygłosił   dłuższe   przemówienie.   Zdał 

sprawozdanie   z   działalności   Bractwa   Ołtarzowego   w   zeszłym   roku:   saldo   w   kasie   wynosiło 

dwadzieścia dwa pezy. Zanotował je do dyskusji, po prostu “B. O. 22”. Montezowi bardzo zależało 

na stworzeniu filii Stowarzyszenia Świętego Wincentego a Paulo. Jakaś kobieta skarżyła się, że w 

Concepcion sprzedawane były złe książki, sprowadzane ze stolicy na mule; jej dziecku wpadła w 

ręce jedna z tych książek, zatytułowana: “Mąż na jedną noc”. W swoim przemówieniu przyrzekł, 

że napisze w tej sprawie do gubernatora. Gdy tylko  to powiedział, miejscowy fotograf zapalił 

magnezję, mógł więc pamiętać siebie w tej chwili, jak gdyby był kimś obcym, kto przyciągnięty 

wrzawą radosnej odświętnej i dziwnej uroczystości, przyglądał się temu na uboczu, z zazdrością, i 

może   nieco   ubawiony   obserwował   tłustego,   młodego   księdza,   który   stał   wyciągnąwszy   dłoń 

władczym   ruchem,   podczas   gdy   język   bawił   się   z   satysfakcją   słowem   “gubernator”.   Wargi 

otaczających go ludzi były rozwarte jak u ryb, a twarze świeciły bielą magnezji, pozbawione rysów 

background image

i znamion indywidualności. Ta chwila poczucia władzy przywróciła mu nagle powagę. Przestał 

zachowywać się poufale i wszyscy odetchnęli. Powiedział:

“Jakkolwiek saldo dwudziestu dwóch pezów w księgach Bractwa Ołtarzowego jest zupełnie 

rewolucyjnym wydarzeniem w Concepcion, nie jest to jedyny powód, dla którego możemy sobie 

pogratulować ostatniego roku. Liczba członków Dzieci Maryi zwiększyła się o dziewięć osób, a 

Bractwo Przenajświętszego Sakramentu przyczyniło się do tego, że nasze doroczne rekolekcje były 

zeszłej jesieni bardziej udane niż zwykle. Ale nie powinniśmy spoczywać na laurach. Przyznam 

się, że mam pewne plany, które mogą was, drodzy moi, nieco zdziwić. Wiem, że uważacie mnie za 

człowieka   o   nadmiernych   ambicjach.   Otóż   pragnę,   by   Concepcion   miało   lepszą   szkołę,   co 

oczywiście oznacza także lepszą plebanię. Jesteśmy dużą parafią i ksiądz ma tu ważną pozycję do 

utrzymania. Nie myślę o sobie, ale o Kościele. I nie zatrzymamy się na tym, jakkolwiek należy się 

obawiać, że nawet w miejscowości tak dużej jak Cocepción zdobycie na to pieniędzy zajmie wiele 

lat”. Gdy to mówił, widział przed sobą całe życie w pogodnych barwach. Był ambitny. Dlaczego 

pewnego   dnia   nie   miałby   się   znaleźć   w   stolicy   prowincji   na   jakiejś   funkcji   przy   katedrze, 

zostawiwszy komu innemu do spłacania długi w Concepcion? Energicznego księdza poznawano 

zwykle po jego długach. Ciągnął wymachując swą pulchną i wymowną ręką: “Oczywiście naszemu 

drogiemu Kościołowi zagraża tu, w Meksyku, wiele niebezpieczeństw. W naszej prowincji mamy 

wyjątkowe  szczęście.  Na północy niektórzy ludzie  postradali  życie  i my również  musimy  być 

gotowi - tu odświeżył zaschłe usta łykiem wina - na najgorsze. Czuwajcie i módlcie się - mówił 

dalej niepewnie - czuwajcie i módlcie się. Diabeł jako lew ryczący... “ Dzieci Maryi wpatrywały się 

w   niego   z   lekka   otwartymi   ustami,   a   bladoniebieskie   wstążki   przecinały   ukośnie   ich   ciemne, 

odświętne bluzki. Mówił długo, rozkoszując się dźwiękiem własnego głosu. Skrytykował pomysł 

Monteza w sprawie Stowarzyszenia Świętego Wincentego a Paulo, bo trzeba było pilnować, żeby 

świecy  ludzie   nie  zagalopowywali   się zbyt  daleko.   Następnie   opowiedział   uroczą  historyjkę   o 

śmierci pewnej dziewczynki. Umierała na gruźlicę w wieku jedenastu lat, niezachwiana w wierze; 

nagle spytała, kto stoi przy jej łóżku, a gdy jej powiedziano: “To ksiądz X. Y.”, odparła: “Nie, nie. 

Ja   znam   księdza   X.   Y.   Myślę   o   tym   panu   w   złotej   koronie”.   Któraś   z   członkiń   Bractwa 

Przenajświętszego Sakramentu płakała. Wszyscy czuli się bardzo szczęśliwi. To była prawdziwa 

historia,   tylko   nie  mógł  sobie  przypomnieć,   gdzie  ją słyszał.  Może  kiedyś   wyczytał  w  jakiejś 

książce. Ktoś napełnił znów jego szklankę. Odetchnął głęboko i powiedział: “Moje dzieci... “ 

... a gdy Metys poruszył się i chrząknął przy drzwiach, otworzył oczy i dawne życie zostało 

zdarte jak nalepka. Ubrany w podarte spodnie peona leżał w ciemnym  dusznym szałasie, a na 

głowę jego była naznaczona cena. Cały świat się zmienił: nigdzie nie było kościoła; nigdzie nie 

było brata - księdza, z wyjątkiem wyrzutka padre Jose w stolicy. Leżał wsłuchując się w ciężki 

background image

oddech mieszańca i zastanawiał się, dlaczego nie poszedł śladem ojca Jose i nie zastosował się do 

nowych   praw.   Byłem   zbyt   ambitny   -   myślał.   Oto   powód.   Może   padre   Jose   jest   lepszym 

człowiekiem: był tak pokorny, że potrafił znieść każdą ilość drwin. W najlepszych czasach nigdy 

nie uważał się za godnego kapłaństwa. Kiedyś za dawnych dobrych czasów, kiedy rządził jeszcze 

stary gubernator, odbywała się w stolicy konferencja duchowieństwa parafialnego. Pamiętał, jak 

padre  Jose wchodził  ukradkiem pod koniec  każdego  zebrania  i  siedział  na wpół niewidoczny, 

przykucnięty w tylnym  rzędzie, nigdy nie zabierając głosu. Nie dlatego - żeby - jak niektórzy 

bardziej   intelektualnie   nastawieni   księża   -   był   zbyt   skrupulatny:   po   prostu   napełniało   go 

przytłaczające poczucie obecności Boga. W czasie podniesienia można było widzieć, że drżą mu 

ręce. Nie był jak święty Tomasz, który musiał dotknąć ręką rany, by uwierzyć. W czasie każdej 

mszy rany krwawiły dla niego na nowo. Pewnego razu padre Jose zwierzył mu się w przypływie 

zaufania: “Za każdym razem... tak się boję”. Jego ojciec był peonem. Ale z nim rzecz miała się 

inaczej: on był ambitny. Podobnie jak padre Jose nie był intelektualistą, ale jego ojciec miał sklepik 

i dlatego on sam znał wartość salda w kwocie dwudziestu dwu pezów: wiedział też, jak się załatwia 

formalności hipoteczne. Nie zamierzał pozostać przez całe życie proboszczem niewielkiej parafii. 

Jego ambicje wracały teraz do niego z lekkim posmakiem komizmu. W świetle płomienia świecy 

parsknął cichym śmiechem. Metys otworzył oczy i spytał:

- Pan jeszcze nie śpi?

- Śpijcie sami - powiedział ksiądz ocierając rękawem spoconą twarz. - Tak mi zimno. - To 

tylko febra. Może chcecie tę koszulę. Nie jest nadzwyczajna, ale zawsze coś. - Nie, nie. Nie chcę 

nic od pana. Pan mi nie ufa. Tak, gdyby był pokorny jak padre Jose, mógłby żyć teraz w stolicy z 

Marią na pensji państwowej. To pycha, diabelska pycha kazała mu leżeć tutaj i ofiarować koszulę 

człowiekowi,   który   chciał   go   wydać.   Nawet   jego   usiłowania   ucieczki   były   robione   bez 

przekonania,  z powodu pychy - grzechu, przez który upadli aniołowie. Gdy pozostał jedynym 

księdzem w prowincji, jego pycha jeszcze bardziej wzrosła. Wyobrażał sobie, że jest dzielnym 

bojownikiem, który roznosi Boga z narażeniem własnego życia, a pewnego dnia otrzyma nagrodę... 

Modlił się w półmroku: “O Boże, przebacz. Jestem pysznym, pożądliwym, chciwym człowiekiem. 

Zanadto lubowałem się we władzy. Ci ludzie to męczennicy, osłaniają mnie własnym życiem. Oni 

zasługują na to, by męczennik nimi się zajmował, a nie głupiec taki jak ja, którego pociąga tyle 

grzechów. Może lepiej, jeśli ucieknę, jeśli powiem światu, jak tutaj jest. Może zostanie przysłany 

tu jakiś dobry człowiek płonący miłością... “ Jak zwykle jego spowiedź przed sobą samym zmalała 

do praktycznego zagadnienia: co mam zrobić?

Przy drzwiach Metys spał niespokojnie. Jak mało miał powodów do tego, by się pysznić. 

Tego roku odprawił tylko cztery msze i wysłuchał może ze stu spowiedzi. Wydawało mu się, że 

background image

nieuk z pierwszego lepszego seminarium tyle  samo mógłby zdziałać... lub więcej. Zachowując 

wszelką ostrożność podniósł się i zaczął iść na palcach bosych nóg przez izbę. Musi dostać się do 

Carmen i znów odejść stamtąd i to szybko, przed tym  człowiekiem... Otwarte usta ukazywały 

blade, twarde, bezzębne dziąsła; chrząkał i rzucał się we śnie, potem przewrócił się na podłogę i 

leżał bez ruchu. Sprawiał wrażenie człowieka opuszczonego, który zrezygnował z dalszej walki i 

leżał powalony jakąś mocą... Ksiądz miał jeszcze tylko przejść ponad jego nogami i pchnąć drzwi, 

które otwierały się na zewnątrz. Przekroczył jedną nogą ciało Metysa, gdy ręka tamtego chwyciła 

go za kostkę. - Dokąd pan idzie? - Metys wpatrywał się w niego. - Za potrzebą - odparł ksiądz. 

Ręka wciąż trzymała go za kostkę. - Dlaczego pan nie może zrobić tego tutaj? - skomlał. - Kto ojcu 

broni? Pan jest ojcem, nieprawdaż?

- Mam dziecko - powiedział ksiądz - jeśli o to wam chodzi. - Ksiądz wie, o co mi chodzi. 

Ksiądz zna się na Bogu. - Rozpalona ręka wciąż trzymała go. - Może ksiądz ma Go tu... w kieszeni. 

Ksiądz nosi Go z sobą, no nie? Na wypadek, jeśli ktoś jest chory. Dlaczego ksiądz mi Go nie da? A 

może ksiądz myśli, że On by nie chciał mieć ze mną nic do czynienia... gdyby wiedział?

- Bredzicie w gorączce. Ale człowiek mówił bez przerwy. Księdzu przyszło na myśl źródło 

naftowe, na które poszukiwacze natrafili niedaleko Concepcion. teren widocznie nie był na tyle 

bogaty, żeby warto go było eksploatować, ale przez czterdzieści osiem godzin widać było na tle 

nieba czarną fontannę tryskającą z bagnistej, bezużytecznej ziemi - zmarnowało się wtedy jakieś 

dwieście tysięcy litrów na godzinę. Było to jak instynkt religijny człowieka, wybuchający nagle w 

górę w postaci czarnej kolumny gniewu i nieczystości, płynących na marne. - Powiedzieć księdzu, 

co ja zrobiłem? Ksiądz ma obowiązek tego wysłuchać. Brałem pieniądze od kobiet, żeby robić, 

ksiądz wie co, i dawałem pieniądze chłopcom... 

- Nie chcę tego słuchać. - To księdza obowiązek. - Jesteście w błędzie. - O nie, ja mam 

rację. Ksiądz mnie nie nabierze. Niech ksiądz słucha. Dawałem pieniądze chłopcom... Ksiądz wie, 

o co mi chodzi. I jadłem mięso w piątki. - Okropna mieszanina zwierzeń ordynarnych, trywialnych 

i groteskowych płynęła spomiędzy dwóch żółtych kłów, a ręka obejmująca kostkę księdza trzęsła 

się i trzęsła od febry. - Kłamałem, nie pościłem w czasie Wielkiego Postu, nie wiem, od ilu lat. 

Kiedyś miałem dwie kobiety... powiem księdzu, co zrobiłem... 

Miał ogromne poczucie własnej ważności, nie był zdolny do wyobrażenia sobie świata, w 

którym miałby tylko typową rolę, świata zdradliwego, gwałtownego i pożądliwego, w którym jego 

bezwstyd był nic nie znaczącym drobiazgiem. Jakże często ksiądz słyszał to samo na spowiedzi. 

Ludzie byli  tak ograniczeni: brakło im pomysłowości nawet na wynalezienie jakiegoś  nowego 

występku; tyle i zwierzęta wiedziały. To za ten świat umarł Chrystus. Im więcej zła się widziało i 

słyszało koło siebie, tym większa chwała łączyła się z tą śmiercią. Zginąć za to, co dobre czy 

background image

piękne - za dom, dzieci lub cywilizację - to było bardzo łatwe. Ale tylko Bóg mógł się zdobyć na 

śmierć za ludzi letnich i zepsutych. Spytał:

- Czemu mi to wszystko mówicie?

Tamten leżał wyczerpany i milczał. Zaczynał ociekać potem, jego ręka rozluźniła chwyt. 

Ksiądz pchnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Panowała zupełna ciemność. Jak znaleźć muła? Stał 

nasłuchując. Coś wyło i to niezbyt daleko. Bał się. Za nim w szałasie paliła się świeca i dochodził 

stamtąd jakiś dziwny, bulgoczący odgłos: Metys płakał. Znów przyszedł mu na myśl teren naftowy, 

małe czarne kałuże i bańki wydymające się powoli, pękające i znów zaczynające się wydymać. 

Ksiądz zaświecił zapałkę i szedł prosto przed siebie: jeden, dwa, trzy kroki i... wpadł na drzewo. W 

tej nieprzeniknionej ciemności zapałka nie miała większego znaczenia niż robaczek świętojański. 

Szepnął:   “Mula,   mula”.   Bał   się   krzyknąć,   żeby   Metys   go   nie   usłyszał.   Poza   tym   było   mało 

prawdopodobne, żeby głupie zwierzę dało mu jakąś odpowiedź. Nienawidził je: kołyszącej się 

głowy,   spłaszczonej   jak   mandarynka,   żującego,   łapczywego   pyska,   zapachu   krwi   i   odchodów. 

Zaświecił drugą zapałkę i znów zaczął iść, po paru krokach znów natrafił na drzewo. Z szałasu 

wciąż wydobywały się bulgoczące dźwięki. Musi dostać się do Carmen i wyjechać stamtąd, zanim 

ten człowiek będzie miał możność zawiadomić policję. Zaczął znów przemierzać polankę: raz, 

dwa, trzy, cztery i... drzewo. Coś poruszyło się pod jego nogą i pomyślał o skorpionach. Raz, dwa, 

trzy... i nagle dobiegł go z ciemności groteskowy ryk muła; był głodny lub może zwęszył jakieś 

zwierzę. Muł był spętany kilka metrów za szałasem. Światło świecy znikło mu z oczu. Zapałki 

kończyły się, ale po dwóch dalszych próbach znalazł muła. Mieszaniec rozsiodłał go i ukrył siodło. 

Ksiądz   nie   mógł   tracić   więcej   czasu   na   szukanie.   Wsiadł   na   muła   i   wtedy   zrozumiał,   że 

niemożliwością   jest   zrobienie   jednego   kroku   bez   założenia   mułowi   na   szyję   kawałka   sznura. 

Próbował ciągnąć  go za uszy,  ale  nie było  w nich  więcej  czucia  niż  w  klamkach  drzwi. Stał 

nieruchomo jak konny posąg. Ksiądz zaświecił zapałkę i przysunął płomień do boku muła, który 

nagle   wyrzucił   w   górę   kopyta,   tak   że   ksiądz   upuścił   zapałkę.   Muł   znów   stał   bez   ruchu,   ze 

zwieszonym   posępnie   łbem   i   wielkim   przedpotopowym   zadem.   Głos   z   szałasu   odezwał   się 

oskarżająco:

- Ksiądz zostawia mnie tutaj, żebym zginął. - Nonsens - powiedział ksiądz. - Śpieszy mi się. 

Będziecie się dobrze czuli rano, ale ja nie mogę czekać na was. W ciemności dało się słyszeć jakieś 

szamotanie. Ksiądz poczuł rękę, która chwyciła go za bosą nogę. - Niech mnie ksiądz nie zostawia 

samego - mówił głos. - Błagam księdza jako... chrześcijanina. - Nic wam się tu nie stanie. - Skąd 

można mieć pewność, skoro gringo gdzieś tu się włóczy?

- Nie wiem nic o gringo. Nie spotkałem nikogo, kto go widział. Poza tym on jest tylko 

takim samym człowiekiem... 

background image

- Nie chcę być sam. Mam przeczucie... 

-   Niech   będzie   -   rzekł   ksiądz   ze   znużeniem   -   poszukajcie   siodła.   Gdy   osiodłał   muła, 

wyruszyli w dalszą drogę. Metys znów trzymał za strzemię. Milczeli. Co pewien czas mieszaniec 

potykał się. Zaczynał się szary, fałszywy świt. Mała iskra okrutnej satysfakcji żarzyła się gdzieś na 

dnie umysłu księdza: to był Judasz chory i chwiejny, i przerażony w ciemności. Wystarczyłoby 

tylko popędzić muła uderzeniem, żeby zostawić go samego w lesie. W pewnej chwili końcem kija 

zmusił   muła   do   mozolnego   kłusa,   ale   poczuł   szarpnięcie:   ręka   Metysa   szarpała   za   strzemię, 

hamując go. Usłyszał jęk, który brzmiał jak: “O Matko Boska”. Pozwolił mułowi zwolnić kroku. 

Modlił się w milczeniu: “Boże, zmiłuj się nade mną”. Chrystus umarł także i za tego człowieka. 

Jakże więc mógł sądzić, że ze swą pychą i żądzą, i tchórzostwem był bardziej godzien tej śmierci 

niż ów mieszaniec? Ten człowiek zamierzał zdradzić go za pieniądze, które były mu potrzebne, a 

on sam dlaczego zdradził Boga? Nawet nie dla prawdziwej namiętności. Spytał:

- Źle się czujecie? - Nie było odpowiedzi. Zsiadł z muła i powiedział: - Siadajcie. Ja się 

przejdę   kawałek   na   piechotę.   -   Nic   mi   nie   jest   -   odparł   Metys   głosem,   w   którym   brzmiała 

nienawiść. - Lepiej wsiądźcie. - Księdzu się zdaje, że jest bardzo szlachetny. Że pomaga swoim 

nieprzyjaciołom. To po chrześcijańsku, prawda?

- Czy wy jesteście moim nieprzyjacielem?

- Ksiądz tak myśli. Ksiądz myśli, że ja lecę na siedemset pezów. Tyle wynosi nagroda. 

Ksiądz myśli, że biednego człowieka jak ja nie stać na to, żeby nie donieść policji... 

-   Bredzicie   w   gorączce.   Tamten   odpowiedział   cichym   głosem,   w   którym   przebijała 

chytrość:

- Oczywiście, ksiądz ma rację. - Radzę wam wsiąść. - Metys omal nie upadł. Ksiądz musiał 

go podeprzeć. Zwieszał się bezwładnie z muła, z ustami prawie na wysokości twarzy księdza, który 

czuł jego nieprzyjemny oddech. - Ubogi człowiek nie ma wyboru, proszę księdza - odezwał się 

Metys. - Gdybym był bogatym człowiekiem... tylko trochę bogatym... byłbym dobry. Nagle, bez 

żadnego powodu, przyszły księdzu na myśl Dzieci Maryi objadające się ciastkami. Zachichotał i 

rzekł:

- Wątpię, czy to byłaby dobroć... 

- Co ksiądz powiedział? Ksiądz mi nie ufa - mówił dalej powoli - a że jestem biedny, ksiądz 

mi nie ufa... - Opadł na kulę siodła trzęsąc się i oddychając ciężko. Ksiądz podtrzymywał go jedną 

ręką i powoli posuwali się w stronę Carmen. To nie miało sensu: nie mógł tam się teraz zatrzymać. 

Nie było rzeczą wskazaną nawet wchodzić do wsi. Bo jeśli to się rozniesie, ktoś przypłaci życiem: 

wezmą   zakładnika.   Gdzieś   daleko   zapiał   kogut.   Z   gąbczastego   gruntu   podniosła   się   mgła   na 

wysokość kolan. Pomyślał o wybuchach magnezji pomiędzy stołami na kozłach, wśród gołych 

background image

ścian sali parafialnej. O której godzinie piały koguty? Jednym z najdziwniejszych fenomenów na 

świecie był teraz zupełny brak zegarów. Można było chodzić cały rok i nie słyszeć, jak bije zegar. 

Zegary były związane z kościołami. Jako jedyna miara czasu zostały więc tylko szare, powolne 

świtania i śpiesznie zapadające noce. Zwisający z siodła mieszaniec powoli stał się widoczny. Żółte 

kły sterczały z otwartych ust. Ksiądz pomyślał, że ten człowiek rzeczywiście zasługiwał na swą 

nagrodę: siedemset pezów to nie było znów tak wiele, ale przypuszczalnie mógł żyć za to przez 

cały rok w tej zakurzonej, beznadziejnej wsi. Znów zachichotał. Nigdy nie potrafił brać powikłań 

losu zupełnie serio. A było rzeczą całkiem możliwą, że rok bez kłopotów może ocalić duszę tego 

człowieka.   Wystarczyło   tylko   spojrzeć   na   odwrotną   stronę   każdej   sytuacji,   żeby   natychmiast 

wyłoniły się te drobne, absurdalne sprzeczności. Uległ kiedyś rozpaczy... a powstała z tego ludzka 

dusza i miłość... nie najlepsza miłość, ale zawsze miłość. Metys rzekł nagle:

- To los tak chciał. Kiedyś jasnowidz mi powiedział... nagroda... 

Przytrzymał mieszańca mocno w siodle i szedł dalej. Jego stopy krwawiły, ale niedługo 

stwardnieją. Dziwna cisza opadła na las i stopiła się we mgle rozsnutej nad ziemią. Noc była 

hałaśliwa,   ale   teraz   wszędzie   panował   spokój,   jakby   zawieszenie   broni,   gdy   działa   obu   stron 

milczą. Można było pomyśleć, że cały świat wsłuchuje się w coś, czego nigdy przedtem nie słyszał: 

w spokój. Doszły go słowa:

- Ksiądz jest tym księdzem, co?

- Tak. - Miał wrażenie, jak gdyby obaj wyszli z przeciwległych okopów i spotkali się na 

ziemi   niczyjej,   pomiędzy   drutami,   żeby   zawrzeć   braterstwo.   Pamiętał   opowiadanie   z   wojny 

europejskiej: jak podczas ostatnich lat pod wpływem impulsu żołnierze wrogich armii spotykali się 

czasem pomiędzy liniami. “Ty naprawdę jesteś Niemcem?” - mogli spytać z niedowierzaniem na 

widok twarzy podobnej do własnej, albo: “Ty jesteś Anglikiem?” - Tak - powtórzył, a muł wlókł 

się dalej. Zdarzało się w dawnych czasach, gdy uczył katechizmu, że indiańskie dziecko o czarnych 

jak guziczki oczach pytało go: “Jaki jest ten Pan Bóg?” Dawał gładką odpowiedź, przyrównując 

Go do ojca i matki lub czasem do brata i siostry, usiłując wyobrazić Boga w postaci wszystkich 

uczuć i stosunków ludzkich połączonych w ogromnej, a jednak osobowej miłości... Ale centralnym 

punktem jego własnej wiary była przemożna tajemnica, że stworzeni jesteśmy na obraz Boży. Bóg 

był ojcem, ale był także policjantem, zbrodniarzem, kapłanem, szaleńcem i sędzią. Coś podobnego 

do Boga zwisało z szubienicy lub skręcało się w dziwacznych pozach pod kulami na dziedzińcu 

więziennym,   albo   też   przeginało   się   jak   spółkujący   wielbąłd.   Siadywał   w   konfensjonale, 

wysłuchując skomplikowanych relacji o pomysłowych zboczeniach, jakie potrafił wymyślić obraz 

Boży.  Także i teraz obraz Boży podskakiwał w górę i w dół na grzbiecie muła, a żółte zęby 

sterczały mu nad dolną wargą. Obraz Boży wreszcie zdobył się na ów rozpaczliwy odruch buntu z 

background image

Marią w szałasie wśród szczurów. Czasem pewnie dla żołnierza pociechą jest fakt, że obie strony 

dokonują takich samych okrucieństw: nikt nigdy nie jest sam. - Czujecie się lepiej teraz? - spytał. - 

Nie zimno wam, co? Ani nie gorąco? - Położył rękę na ramieniu obrazu Bożego z uczuciem jakby 

wymuszonej tkliwości. Człowiek milczał i tylko zsuwał się z grzbietu muła to w jedną stronę, to w 

drugą.   -   Już   niedaleko   -   powiedział   ksiądz   zachęcająco.   Musiał   się   teraz   zdecydować.   Obraz 

Carmen był w jego pamięci wyraźniejszy niż jakiejkolwiek innej wsi czy miasta w prowincji. 

Długa, trawiasta pochyłość rozciągała się od rzeki do cmentarza, który znajdował się na niewielkim 

wzgórku, wysokim może na kilka metrów, gdzie byli pochowani jego rodzice. Ściana cmentarza 

zawaliła   się.   Parę   krzyży   zostało   połamanych   przez   gorliwców.   Jakiś   anioł   stracił   jedno   ze 

skrzydeł,  a nie uszkodzone jeszcze  nagrobki pochylone  pod kątem ostrym  tonęły w wysokiej, 

bagiennej trawie. Posąg Matki Boskiej stracił uszy i ręce i stał niby jakaś pogańska Wenus nad 

grobem   bogatego,   a   zapomnianego   dziś   handlarza   drzewem.   Dziwny   był   ten   szał   oszpecenia, 

zwłaszcza że - rzecz jasna - nigdy nie dało się oszpecić całkowicie tych pomników. Gdyby Bóg 

wyglądał jak ropucha, można byłoby oczyścić kulę ziemską z ropuch. Ale gdy Bóg wyglądał jak 

człowiek, nie wystarczało zadowolić się kamiennymi figurami, trzeba było zabić wśród grobów 

siebie samego. - Czujecie się dość mocni teraz, żeby się utrzymać? - spytał i usunął rękę. Ścieżka 

rozdzielała się. Jedna droga prowadziła do Carmen, druga na zachód. Uderzając po zadzie muła 

popchnął go na drogę wiodącą do Carmen. - Będziecie tam za dwie godziny - rzekł i stał patrząc, 

jak muł idzie w stronę jego rodzinnej wioski z donosicielem przewieszonym przez siodło. Metys 

zrobił wysiłek, żeby usiąść. - Dokąd ksiądz idzie?

-   Jesteście   moim   świadkiem,   że   nie   byłem   w   Carmen   -   powiedział   ksiądz.   -   A   jeśli 

powołacie   się   tam   na   mnie,   dadzą   wam   jeść.   -   Dlaczego...   dlaczego...   -   mieszaniec   usiłował 

wykręcić w tył łeb muła, ale nie miał dość siły na to. Muł szedł wciąż naprzód. Ksiądz wołał za 

nim:

- Pamiętajcie! Nie byłem w Carmen... 

Ale dokąd mógł teraz pójść? Powstało w nim przeświadczenie, że było tylko jedno miejsce 

w całym kraju, dokąd mógł pójść bez obawy, że narazi niewinnego człowieka na wzięcie jako 

zakładnika. Ale nie mógł tam pójść tak ubrany... Metys trzymał się mocno kuli siodła i przewracał 

błagalnie żółtymi oczyma. - Przecież ksiądz mnie tu nie zostawi samego. Ale ksiądz zostawiał za 

sobą na leśnej ścieżce coś więcej niż Metysa. Pomiędzy nim a miejscem jego urodzenia stał jak 

bariera   muł   potrząsając   swym   durnym   łbem.   Czuł   się   jak   człowiek   bez   paszportu,   którego 

wyrzucają z każdego kraju. Mieszaniec wołał za nim:

-   I   ty   nazywasz   siebie   chrześcijaninem!   -   Udało   mu   się   jakoś   wyprostować.   Zaczął 

wymyślać   potokiem   bezsensownych,   nieprzyzwoitych   słów,   które   niknęły   w   lesie   jak   słabe 

background image

uderzenie młotka. Dodał ciszej: - Jeśli zobaczę cię kiedyś, nie możesz mnie winić o to, że... - 

Oczywiście   miał   wystarczający   powód,   żeby   się   złościć:   stracił   siedemset   pezów.   -   Ja   nie 

zapominam twarzy, którą raz widziałem! - krzyknął jeszcze bezsilnie. 

background image

Część druga (c.d.) 

background image

Rozdział II 

Młodzi mężczyźni i kobiety spacerowali dookoła placu w upalną, naelektryzowaną noc. 

Mężczyźni krążyli w jedną stronę, dziewczęta w drugą, nie odzywając się do siebie ani słowem. Na 

niebie, w północnej stronie, zamigotała błyskawica. Wyglądało to jak jakaś religijna uroczystość, 

której sens zatracił się zupełnie, ale na którą wciąż jeszcze stroili się w swoje najlepsze ubrania. 

Czasem   grupa   starszych   kobiet   dołączała   się   do   procesji   z   nieco   większym   podnieceniem   i 

śmiechem, jak gdyby zachowały jeszcze pamięć o tym, czym była ta uroczystość, zanim zagubiono 

wszystkie księgi. Człowiek z rewolwerem na biodrze spoglądał ze stopni urzędu skarbowego, a 

niski, chudy żołnierz siedział przy drzwiach więzienia z karabinem między kolanami. Cienie palm 

mierzyły w niego jak las szabel. W oknie dentysty paliło się światło ukazując obrotowe krzesło, 

poduszki z czerwonego pluszu, szklankę do płukania zębów na małym stojaku i dziecinną szafkę 

pełną   przyrządów.   Za   odrutowanymi   siatką   oknami   prywatnych   domów   babcie   kiwały   się   do 

przodu i do tyłu w krzesłach na biegunach, pośród rodzinnych fotografii. Nic nie miały do roboty, 

nic nie miały do powiedzenia, były za ciepło ubrane i pociły się nieco. Oto było stołeczne miasto 

prowincji. Człowiek w wytartym drelichu obserwował to wszystko, siedząc na ławce. Wracając do 

koszar oddział uzbrojonych policjantów przeszedł obok, maszerując nierówno i trzymając karabiny 

byle jak. Plaza była oświetlona na każdym rogu pękiem trzech żarówek, połączonych brzydkimi 

drutami, które zwisały nisko. Jakiś żebrak posuwał się od ławki do ławki, nigdzie nie otrzymując 

jałmużny. Usiadł obok człowieka w drelichu i zaczął długą perorę. W jego zachowaniu było coś z 

poufałości   i   coś   z   groźby.   Ulice   rozchodziły   się   ku   rzece,   ku   portowi   i   bagnistej   równinie. 

Powiedział, że ma żonę i gromadkę dzieci, które w ciągu ostatnich paru tygodni niewiele jadły. 

Nagle przerwał i dotknął palcami ubrania tamtego. - Ile to kosztowało? - spytał. - Zdziwilibyście 

się,  gdybym   wam  powiedział,   jak  mało.  Wtem  zegar  wybił   wpół  do  dziesiątej  i  momentalnie 

wszystkie światła pogasły. Żebrak zauważył: - To może człowieka doprowadzić do rozpaczy. - 

Rozglądał się to w tę stronę, to w drugą, w miarę jak parada spacerowiczów odpływała w dół. 

Człowiek w drelichu wstał. Żebrak wstał także i powlókł się za nim na skraj placu kłapiąc po bruku 

bosymi nogami. Powiedział: - Parę pezów nic by dla pana nie znaczyło... 

- Ach, gdybyście wiedzieli, ile by to dla mnie znaczyło. Żebrak speszył się i rzekł:

- Człowiek w moim położeniu czasem sobie myśli, że za parę pezów zrobiłby wszystko. - 

Teraz, gdy światła pogasły w całym mieście, stali poufale w cieniu. - Czy może pan mieć mi to za 

złe? - zapytał. - Nie, nie. Daleki jestem od tego. Wszystko, co mówił, zdawało się wzmagać irytację 

żebraka:

- Czasami czuję, że byłbym w stanie zabić... - mówił żebrak. - To oczywiście byłby bardzo 

background image

zły postępek. - Źle bym postąpił, gdybym chwycił człowieka za gardło?

- No, człowiek umierający z głodu ma prawo się bronić, to prawda. - Żebrak obserwował z 

pasją swego towarzysza, rozprawiającego tak, jak gdyby rozważał jakąś akademicką kwestię. - 

Oczywiście   ze   mną   nie   opłacałoby   się   ryzykować.   Cały   mój   majątek   na   tym   świecie   wynosi 

dokładnie piętnaście pezów i siedemdziesiąt pięć centavos. Sam nie jadłem od czterdziestu ośmiu 

godzin. Matko Święta - powiedział żebrak. - Pan jest twardy jak kamień. Czy pan jest bez serca? - 

Człowiek  w  drelichowym  ubraniu  nagle zachichotał.  Żebrak znów  się  odezwał:  - Pan kłamie. 

Dlaczego pan nie jadł... jeśli pan ma piętnaście pezów. - Otóż widzicie, chcę wydać to na napitek. - 

Co za napitek?

- Taki napitek, którego obcy przybysz nie wie, gdzie szukać w tym mieście. - Pan ma na 

myśli alkohol?

- Tak... wino. Żebrak podszedł bardzo blisko, jego noga dotknęła nogi tamtego. Położył mu 

dłoń na rękawie. Ktoś mógłby pomyśleć, że są dobrymi przyjaciółmi lub nawet braćmi, stojącymi 

razem poufale w ciemności. Nawet światła w domach już gasły, a taksówki, które w dzień czekały 

w   połowie   wzgórza   na   nigdy   nie   zjawiających   się   pasażerów,   rozjeżdżały   się.   Tylne   światło 

zamigotało i znikło obok koszar policji. Żebrak powiedział:

- Człowieku, oto twój szczęśliwy dzień. Ile mi dasz?

- Za napitek?

- Za zaprowadzenie cię do kogoś, kto da ci trochę wódki... prawdziwej, wyśmienitej wódki 

z Vera Cruz. - Z moim gardłem wolę jednak wino - wyjaśnił człowiek w drelichu. - Pulque albo 

mescal, on ma wszystko. - Wino?

- Wino z pigwy. - Dam wszystko, co posiadam - przysięgał tamten uroczyście i ściśle - to 

znaczy   wszystko   z   wyjątkiem   kilku   centavos   za   trochę   prawdziwego,   autentycznego   wina   z 

winogron.   Gdzieś   u   stóp   wzgórza,   nad   rzeką   bił   bęben:   raz   -   dwa,   raz   -   dwa   i   słychać   było 

nierówny odgłos maszerujących stóp. Żołnierze albo policjanci szli na spoczynek do koszar. - Ile?

-   No,   dam   wam   piętnaście   pezów,   a   wy   przyniesiecie   mi   wino   za   tyle   pieniędzy,   ile 

zechcecie wydać. - Chodź ze mną. Zaczęli schodzić ze wzgórza. Na rogu, w miejscu gdzie jedna 

ulica szła w górę w kierunku koszar obok apteki, a druga w dół do hotelu, wybrzeża i magazynu 

Amerykańskiej Spółki Importu Bananów, człowiek w drelichu zatrzymał  się. Maszerowali tam 

policjanci z niedbale przewieszonymi karabinami. “Czekajcie chwilę.” Wśród policjantów szedł 

Metys o dwóch zwierzęcych kłach wystających nad wargą. Człowiek w drelichu patrzył za nim, 

dopóki nie przeszedł.  W pewnej chwili Metys  odwrócił  głowę i oczy ich  się spotkały.  Potem 

policjanci skręcili w bok i wyszli na plac. - Chodźmy. Prędko. - Nie będą nas zaczepiać. Polują na 

grubszą zwierzynę - powiedział żebrak. - Jak myślicie, dlaczego ten człowiek szedł z nimi?

background image

- Któż to wie? Może zakładnik. - Gdyby był zakładnikiem, związaliby mu ręce, prawda?

- Skąd ja mogę wiedzieć? - Odznaczał się wojowniczą nie - zależnością, jaką spotyka się w 

krajach, gdzie żebranie jest prawem biednego. 

- Chcesz alkoholu czy nie? - spytał. - Chcę wina. - Nie wiem, co akurat ma. Musisz wziąć, 

co się nadarzy. - Prowadził go w stronę rzeki. Zauważył jeszcze: - Nie wiem nawet, czy jest w 

mieście. Chmary wyrojonych żuków pokryły bruk, pękały pod stopami jak purchawki. Od rzeki 

dochodził   skisły   zapach   gnijących   roślin.   Białe   popiersie   jakiegoś   generała   błyszczało   w 

miniaturowym   parku   składającym   się   z   rozpalonych   chodników   i   kurzu.   Elektryczne   dynamo 

pulsowało na parterze jedynego hotelu. Szerokie drewniane schody rojące się od żuków wiodły na 

pierwsze piętro. - Zrobiłem, co mogłem - stwierdził żebrak. - Nikt nie mógłby zrobić więcej. Z 

jakiegoś pokoju na pierwszym piętrze wyszedł mężczyzna ubrany we frakowe ciemne spodnie i 

białą obcisłą kamizelkę, przez ramię przewiesił ręcznik. Miał krótką szpakowatą, arystokratyczną 

bródkę i nosił zarówno szelki, jak i pasek. Gdzieś w oddali bulgotała woda w rurze, a żuki uderzały 

o gołą żarówkę. Żebrak mówił coś nalegającym tonem. Raz w czasie rozmowy światło całkiem 

zgasło, a potem znów zamigotało, lecz słabo. Wylot schodów był zawalony plecionymi krzesłami 

na biegunach, a na dużej tablicy wypisane były kredą nazwiska gości, tylko trzy na dwadzieścia 

pokoi. Żebrak zwrócił się znów do swego towarzysza:

- Tego pana nie ma w hotelu - powiedział. - Dyrektor tak mówi. - Czy poczekamy na niego?

-   Czas   nie   odgrywa   dla   mnie   roli.   Weszli   do   dużej,   skąpo   umeblowanej   sypialni   z 

kafelkową posadzką. Małe, czarne żelazne łóżko wyglądało jak rzecz pozostawiona przez kogoś 

przypadkiem przy wyprowadzce. Usiedli na nim obok siebie i czekali, a przez dziury w drucianej 

moskitierze wpadały żuki. - To bardzo ważny człowiek - mówił żebrak. - To kuzyn gubernatora. 

On   może   wszystko   załatwić,   absolutnie   wszystko.   Ale   oczywiście   trzeba   być   przedstawionym 

przez kogoś, komu ufa. - A wam ufa?

- Kiedyś pracowałem u niego. Musi mi ufać - dodał szczerze. - Czy gubernator wie o tym?

- Oczywiście, że nie. Gubernator to surowy człowiek. Od czasu do czasu słychać było 

bulgot w rurach wodociągowych. - A dlaczegóż miałby ufać mnie?

- Ach, każdy może poznać amatora alkoholu. Pan przyjdzie znowu po więcej. On sprzedaje 

dobre gatunki. Lepiej niech pan mi da piętnaście pezów. - Przeliczył je starannie dwa razy, po 

czym powiedział: - Dostanę dla pana butelkę najlepszej wódki Vera Cruz. Zobaczy pan, czy nie 

dostanę.   -   Światło   zgasło   i   siedzieli   w   ciemności.   Łóżko   zaskrzypiało,   gdy   jeden   z   nich   się 

poruszył. - Nie chcę wódki - odezwał się głos. - W każdym razie niezbyt dużo. - Więc co pan chce?

- Powiedziałem wam: wina. - Wino drogie. - Nic nie szkodzi. Chcę wina albo w ogóle nic. - 

Wina z pigwy?

background image

-   Nie,   nie.   Francuskiego   wina.   -   Czasem   ma   kalifornijskie   wino.   -   Też   może   być.   - 

Oczywiście on sam dostaje je za darmo. Od celników. 

Na dole zaczęło znów pulsować dynamo i zabłysło drżące światło. Drzwi otwarły się i 

dyrektor skinął na żebraka. Nastąpiła długa rozmowa. Człowiek w drelichu oparł się o łóżko. Jego 

podbródek był w paru miejscach pocięty wskutek zbyt dokładnego golenia. Twarz miał wpadniętą i 

niezdrową,   sprawiającą   wrażenie,   że   kiedyś   był   pulchny  i   okrągły,   ale   wychudł.   Wyglądał   na 

człowieka interesów, który przechodzi ciężki okres. Żebrak wrócił i powiedział:

- Ten pan jest zajęty, ale zaraz wróci. Dyrektor posłał po niego chłopaka. - Gdzie on jest? 

- Nie można mu przeszkadzać. Gra w bilard z naczelnikiem policji. - Podszedł z powrotem 

do łóżka, rozgniatając bosą stopą dwa żuki. - To jest pierwszorzędny hotel - dodał. - A gdzie pan 

się zatrzymał? Pan jest tu obcy, prawda?

- Och, ja tylko przejazdem. - Ten pan jest bardzo wpływowy. Byłoby dobrze zafundować 

mu kieliszek. Przecież nie weźmie pan chyba wszystkiego ze sobą. Może pan równie dobrze pić tu, 

jak gdzie indziej. - Chciałbym zachować trochę... i wziąć ze sobą do domu. 

- To wszystko jedno. Ja mówię, że dom jest tam, gdzie jest krzesło i szklanka. - A jednak... 

Światło znów zgasło, a na horyzoncie błyskawica wydęła się jak kurtyna. Przez moskiterię 

doszedł odgłos niedalekiego grzmotu, podobny do hałasu, jaki się słyszy z drugiego końca miasta 

podczas niedzielnej walki byków. - Czym się pan zajmuje? - spytał poufnie żebrak. - Och, łapię, co 

się da i gdzie się da. Siedzieli razem w milczeniu, wsłuchani w odgłos kroków na drewnianych 

schodach. Drzwi otworzyły się, ale nie mogli nic dojrzeć. Jakiś głos zaklął z rezygnacją i spytał:

- Kto tu jest? - Następnie rozbłysła zapałka, ukazując wielką siną szczękę, i zgasła. Dynamo 

zaczęło pracować i światło znów się zapaliło. Przybysz odezwał się znużonym głosem: - Ach, to 

wy. - Tak, ja. Był to niski mężczyzna o zbyt wielkiej, nalanej twarzy, ubrany w obcisły popielaty 

garnitur.   Kamizelkę   rozpierał   mu   zatknięty   pod  nią   rewolwer.   -   Nie  mam   nic   dla   was.  Nic   - 

powiedział.  Żebrak przeszedł pokój i zaczął usilnie  przekonywać  go mówiąc  bardzo cicho. W 

pewnej   chwili   łagodnie   ścisnął   palcami   bosej   stopy   wyczyszczony   do   połysku   but   tamtego. 

Mężczyzna   westchnął,   wydął   policzki   i   obserwował   uważnie   łóżko,   jakby   się   obawiał,   że 

zamierzają je ukraść. Zwrócił się ostro do człowieka w drelichowym ubraniu:

- A więc wy chcecie wódki Vera Cruz, proszę, proszę! To jest nielegalne. - Nie chcę wódki, 

nie o wódkę mi chodzi. - Piwo wam nie wystarczy?

Kapryśnie i rozkazująco stanął na środku pokoju, skrzypiąc butami: on, kuzyn gubernatora. 

-   Mógłbym   kazać   was   aresztować   -   zagroził.   Człowiek   w   drelichu   skurczył   się   w   uniżonym 

ukłonie:

- Oczywiście, ekscelencjo... 

background image

- Czy myślicie, że nie mam nic lepszego do roboty, niż gasić pragnienie każdego żebraka, 

który ma na to ochotę?

-   Nigdy   nie   ośmieliłbym   się   trudzić   ekscelencji,   gdyby   ten   człowiek   nie...   -   Kuzyn 

gubernatora splunął na posadzkę. - Ale jeśli ekscelencja woli, żebym sobie poszedł... 

Tamten powiedział ostro:

- Mam miękkie serce. Zawsze staram się dobrze czynić bliźnim... jeśli tylko to jest w mojej 

mocy   i   nikomu   nie   szkodzi.   Mam   stanowisko,   rozumiecie.   Te   trunki   znalazły   się   w   moim 

posiadaniu   całkiem   legalnie.   -   Oczywiście.   -   I   muszę   zażądać   od   was   zwrotu   kosztów.   - 

Oczywiście.  -  W  przeciwnym  razie   byłbym  zrujnowany.  -  Ostrożnie,   jakby  uwierały  go buty, 

podszedł do łóżka i zaczął  je rozbierać.  - Jesteście  dyskretni?  - spytał  przez ramię.  - Potrafię 

dotrzymać sekretu. - Nie mam nic przeciwko temu, żebyście mówili... odpowiednim ludziom. - W 

materacu   była   duża   dziura;   wyciągnął   z   niej   garść   słomy   i   zanurzył   w   niej   na   powrót   rękę. 

Człowiek w drelichu patrzył z udaną obojętnością w stronę parku, ciemnych błotnistych brzegów i 

okrętowych masztów. Błysnęło, zbliżała się burza. - Widzicie - mówił kuzyn gubernatora - mogę 

wam to dać. Pierwszorzędny gatunek. - Ale właściwie ja nie chciałem wódki. - Musicie brać, co 

jest. - W takim razie chyba poproszę o zwrot moich piętnastu pezów. Kuzyn gubernatora krzyknął 

ostro:

- Piętnaście pezów!?

Żebrak zaczął szybko wyjaśniać, że tamten pan chciał kupić oprócz wódki trochę wina. 

Gwałtownym szeptem zaczęli kłócić się przy łóżku o cenę. Kuzyn gubernatora powiedział: 

- Wino bardzo trudno dostać. Mogę wam dać dwie butelki wódki. - Jedna wódki i jedna... 

-  To  jest  najlepsza   wódka  Vera  Cruz. -  Ale  ja  jestem  amatorem   wina... pan  sobie  nie 

wyobraża, jak bardzo chcę wina... 

- Wino jest bardzo drogie. Ile jeszcze możecie dopłacić?

- Mam jeszcze w ogóle tylko siedemdziesiąt pięć centavos. - Mogę wam dać jeszcze butelkę 

tequila. - Nie, nie. - Więc dajcie jeszcze pięćdziesiąt centavos... To będzie duża butelka. - Zaczął na 

nowo grzebać w materacu i wyciągać słomę. Żebrak mrugnął na człowieka w drelichu, zrobił gest 

wyciągania korka i napełniania szklanki. - Macie - powiedział kuzyn gubernatora. - Bierzecie czy 

nie?

- Ależ tak, biorę. Kuzyn gubernatora nagle pozbył  się swej opryskliwości, zatarł ręce i 

powiedział:

- Duszna noc. Myślę, że deszcze zaczną się wcześnie w tym roku. - Może ekscelencja 

zechce zaszczycić mnie wypiciem kieliszka wódki, aby uczcić toastem naszą transakcję. - Hm, 

hm... może... - Żebrak otworzył drzwi i głośno kazał przynieść kieliszki. - Już bardzo dawno - rzekł 

background image

kuzyn   gubernatora   -   nie   piłem   wina.   Może   lepiej   wzniesiemy   toast   winem.   -   Oczywiście   - 

powiedział człowiek w drelichu - jeśli ekscelencja sobie życzy. - Obserwował wyciąganie korka 

spojrzeniem pełnym bolesnego niepokoju. - Jeśli ekscelencja mi wybaczy - dodał - ja chyba napiję 

się wódki. - Uśmiechnął się niepewnie, z wysiłkiem obserwując, jak opada poziom wina. Wznieśli 

toast siedząc we trójkę na łóżku. Żebrak pił wódkę. - Kuzyn gubernatora rzekł:

- Jestem dumny z tego wina. To dobre wino. Najlepsze kalifornijskie. - Żebrak mrugnął i 

skinął, a człowiek w drelichu powiedział:

- Jeszcze jeden kieliszek, ekscelencjo... czy też mogę poczęstować pana wódką?

- To dobra wódka... ale chyba napiję się jeszcze kieliszek wina. - Napełnili kieliszki. - 

Trochę tego wina wezmę ze sobą... dla mojej matki. Ona bardzo lubi wino - powiedział człowiek w 

drelichu. - I słusznie - zauważył kuzyn gubernatora wypróżniając kieliszek. - Więc macie matkę? - 

spytał.   -   Wszyscy   chyba   mamy.   -   To   wielkie   szczęście.   Moja   matka   nie   żyje.   -   Jego   ręka 

powędrowała   w   stronę   butelki   i   chwyciła   ją.   -   Czasem   tęsknię   do   niej.   Nazywałem   ją   swoją 

przyjaciółką. - Przechylił butelkę. - Czy można?

- Oczywiście, ekscelencjo - odparł tamten tracąc nadzieję i pociągnął długi łyk wódki. - Ja 

też mam matkę - powiedział żebrak. - Cóż to kogo obchodzi? - zauważył ostro kuzyn gubernatora. 

Przechylił się w tył i łóżko zatrzeszczało. Powiedział: - Nieraz myślałem, że matka jest lepszym 

przyjacielem od ojca. Jej wpływ daje człowiekowi spokój, dobroć, miłość... Zawsze w rocznicę 

śmierci idę na jej grób... z kwiatami. Człowiek w drelichu wstrzymał z ogładą czkawkę i rzekł:

- Ach, gdybym ja także mógł... 

- Ale mówiliście, że wasza matka żyje?

- Myślałem, że pan mówił o swojej babce. - Skądże znowu? Nie pamiętam swojej babki. - 

Ja także. - A ja pamiętam - powiedział żebrak. - Za dużo gadasz - rzekł kuzyn gubernatora. - Może 

mógłbym  go posłać, żeby zapakował  to wino... Ze względu na ekscelencję, nie powinien być 

widziany... 

- Czekajcie, czekajcie. Nie ma gwałtu. Jesteście bardzo miłym gościem. Wszystko w tym 

pokoju jest do waszej dyspozycji. Kieliszek wina?

- Wódki raczej... 

- Więc za waszym pozwoleniem... - Przechylił butelkę, trochę z niej wylało się na pościel. - 

O czym to mówiliśmy

- O naszych babkach. - Chyba nie o tym. Nawet nie mogę sobie przypomnieć swojej babki. 

Najwcześniejszą rzeczą, jaką mogę sobie przypomnieć... 

Drzwi się otworzyły. Dyrektor hotelu powiedział:

- Naczelnik policji wchodzi na górę. - Doskonale. Wprowadźcie go tu. - Na pewno?

background image

- Oczywiście. To porządny chłop. - Zwrócił się do swych towarzyszy: - Ale przy bilardzie 

nie   można   mu   ufać.   W   drzwiach   ukazał   się   wielki,   tęgi   mężczyzna   w   podkoszulku,   białych 

spodniach, z rewolwerem w kaburze. Kuzyn gubernatora rzekł:

- Wejdź, wejdź. Jak twój ból zęba? Rozmawialiśmy o naszych babkach. - Zwrócił się ostro 

do   żebraka:   -   Zróbcie   miejsce   dla   Jefe.   Jefe   stał   w   drzwiach,   przypatrując   się   im   z   pewnym 

zambarasowaniem. - No, no... - zauważył. - Mamy tu małe prywatne zebranie. Przyłączysz się do 

nas? Zrobisz nam zaszczyt. Twarz Jefe rozjaśniła się na widok wina. - Oczywiście. Odrobina piwa 

nigdy nie zaszkodzi. - Właśnie. Dajcie Jefe kieliszek piwa. - Żebrak napełnił własny kieliszek 

winem i podał go. Jefe usiadł  na łóżku i wysączył  kieliszek,  po czym  chwycił  sam butelkę  i 

powiedział:

-   Dobre   piwo.   Bardzo   dobre   piwo.   Czy   to   jest   jedyna   butelka   -   Człowiek   w   drelichu 

obserwował go przejęty niepokojem. - Niestety, jedyna. - Salud!

- Więc o czym mówiliśmy? - spytał kuzyn gubernatora. - O pierwszej rzeczy, jaką pan 

może   sobie   przypomnieć.   -   Pierwszą   rzeczą,   jaką   mogę   sobie   przypomnieć...   -   zaczął   Jefe   z 

rozwagą - ... ale ten pan nie pije. - Napiję się troszeczkę wódki!

- Salud!

- Salud!

- Pierwszą rzeczą, jaką mogę sobie przypomnieć dokładnie, jest moja pierwsza komunia. 

Ach, to drżenie duszy, moi rodzice wokół mnie... 

- A iluż to pan ma rodziców?

-   Dwoje,   oczywiście.   -   Nie   mogli   być   wokół   pana...   musiałoby   być   ich   przynajmniej 

czworo... ha, ha. - Salud!

- Salud!

- Nie, ale jak mówiłem... życie jest pełne ironii. Miałem bolesny obowiązek asystowania 

przy   egzekucji   staruszka   księdza,   który   mi   tej   komunii   udzielił.   Nie   wstydzę   się   wyznać,   że 

płakałem. Cała pociecha w tym, że prawdopodobnie jest świętym i że modli się za nas. Nie każdy 

zasługuje sobie na to, żeby święty się za niego modlił. - Dziwny sposób... 

- Ale bo też życie jest tajemnicze. - Salud!

Człowiek w drelichu spytał:

- Kieliszek wódki, Jefe?

- W tej butelce jest tak niewiele, że mogę równie dobrze... 

- Zależało mi bardzo na tym, żeby wziąć trochę dla matki. - Och, taka kropelka. Tyle jej 

zanieść,  to byłaby dla niej zniewaga. Zostały męty.  - Przechylił  butelkę  nad swoją szklanką  i 

zachichotał: - Jeśli można mówić, że piwo ma męty. - Wtem zatrzymał się, wciąż trzymając butelkę 

background image

nad szklanką i powiedział zdumiony: - Cóż to, człowieku? Wy płaczecie?

Wszyscy   trzej   obserwowali   z   lekko   otwartymi   ustami   człowieka   w   drelichu,   który 

powiedział:

- To wódka tak na mnie działa. Wybaczcie mi, panowie. Upijam się bardzo łatwo i wtedy 

widzę... 

- Co widzicie?

- Och, sam nie wiem. Chyba, jak cała nadzieja wycieka ze świata. - Hombre, jesteście 

poetą. - Poeta - powiedział żebrak - jest duszą swego kraju. Błyskawica przesłoniła okno białą 

zasłoną, a nad ich głowami uderzył piorun. Jedyna żarówka zamigotała i przygasła pod sufitem. - 

To jest zły omen dla moich ludzi - rzekł Jefe rozgniatając nogą żuka, który zbliżył się zanadto. - 

Dlaczego zły omen?

- To, że deszcze tak wcześnie przyszły. Otóż, widzicie, oni polują. - Na gringo?

- Ten się prawie nie liczy, ale gubernator dowiedział się, że został jeszcze jakiś ksiądz, a 

wiecie,   jak   on   się   na   to   zapatruje.   Jeśli   o   mnie   chodzi,   ja   bym   zostawił   biedaka   w   spokoju. 

Zdechłby z głodu czy febry albo dałby za wygraną. I tak nie ma z niego ani pożytku, ani szkody. 

Cóż, do niedawna nikt nawet nie zauważył, że on tutaj był. - Będziecie musieli się spieszyć. - Ach, 

praktycznie rzecz biorąc, on nie ma szans. Chyba że przedostanie się za granicę. Mamy ze sobą 

człowieka, który go zna, rozmawiał z nim, spędził z nim noc. Mówmy o czymś innym. Któż tam by 

chciał być policjantem?

- Gdzie on jest, według pana?

- Zdziwilibyście się, gdybym wam powiedział. - Jak to?

- On jest tu... to znaczy w tym mieście. Doszliśmy do takiego wniosku drogą dedukcji. 

Odkąd   bowiem   zaczęliśmy   brać   zakładników   ze   wsi,   nie   ma   on   właściwie   innego   miejsca... 

Wyrzucą go zewsząd, nikt go nie zechce przyjąć. Wypuściliśmy za nim tego człowieka, o którym 

wam wspomniałem. Prędzej czy później wpadnie na niego, a wtedy... 

- Czy musieliście rozstrzelać wielu zakładników? - spytał człowiek w drelichu. - Jeszcze 

nie. Może trzech czy czterech. No, resztka piwa idzie. Salud! - Odstawił kieliszek z żalem. - Może 

teraz mógłbym napić się trochę waszej, powiedzmy, lemoniady?

- Tak. Oczywiście. - Czy myśmy się kiedyś przedtem spotkali? Wasza twarz jakoś... 

- Nie wydaje mi się, bym miał ten zaszczyt. - Oto jeszcze jedna tajemnica - powiedział Jefe, 

wyciągając długą, tłustą nogę i łagodnie spychając żebraka na skraj łóżka. - Kiedy człowiekowi się 

wydaje, że widział już przedtem niektórych ludzi i miejsca. Czy to było we śnie, czy w przeszłym 

życiu? Kiedyś słyszałem, jak jeden doktor tłumaczył, że jest to sprawa akomodacji wizji. Ale to był 

jankes,   a   więc   materialista.   -   Pamiętam,   jak   kiedyś...   -   zaczął   kuzyn   gubernatora.   Błyskawica 

background image

strzeliła  nad  portem  i   piorun  zahuczał  na   dachu.  To   była  atmosfera  całej   prowincji:   burza  na 

zewnątrz i leniwie ciągnąca się rozmowa. Słowa takie, jak “tajemnica”, “dusza” i “źródło życia” 

powtarzały się ustawicznie, gdy siedzieli na łóżku rozmawiając i nie mieli nic do roboty, nic w co 

by mogli wierzyć. - Wydaje mi się, że może lepiej pójdę - rzekł człowiek w drelichu. - Dokąd?

- Och... do przyjaciół - powiedział wymijająco, zakreślając szerokimi rękami cały świat 

fikcyjnych przyjaźni. - No, to chyba weźcie wasz trunek ze sobą - powiedział kuzyn gubernatora. - 

Ostatecznie zapłaciliście za niego. 

- Dziękuję ekscelencjo. - podniósł butelkę wódki. Zostało w niej płynu może na trzy palce. 

Butelka   od   wina   była   oczywiście   całkiem   pusta.   -   Schowajcie   ją,   schowajcie   ją,   człowieku   - 

powiedział   żywo   kuzyn   gubernatora.   -   Och,   oczywiście,   ekscelencjo,   będę   ostrożny.   -   Nie 

potrzebujecie nazywać mnie ekscelencją - powiedział Jefe. Ryknął śmiechem i zrzucił żebraka z 

łóżka na podłogę. - Nie, nie, to znaczy... - Ksiądz ostrożnie wysunął się z pokoju, pod czerwonymi, 

napuchłymi powiekami widać było ślady łez. Z hallu usłyszał, że rozmowa potoczyła się dalej. 

“Tajemnica”, “dusza” i tym podobne słowa płynęły znowu, bez końca i celu. 

Żuki   poznikały,   widocznie   zmył   je   deszcz,   spływający   pionowo   z   nieubłaganą 

regularnością,   jakby   wbijał   gwoździe   w   wieko   trumny.   Ale   powietrze   nie   stało   się   czystsze. 

Ubranie przesiąknięte było potem i deszczem. Ksiądz stał parę sekund w bramie hotelu. Z tyłu 

głucho   warczało   dynamo.   Potem   przebiegł   kilka   metrów   do   następnej   bramy   i   przystanął, 

spoglądając poprzez popiersie generała na przywiązane żaglówki i starą barkę z kominem. Nie 

wiedział, dokąd iść. W swoich planach nie uwzględnił deszczu: myślał, że będzie mógł się gdzieś 

skulić i przespać na ławce albo nad rzeką. Kilku żołnierzy szło ubitą ulicą w stronę wybrzeża 

kłócąc się o coś gwałtownie. Nie zwracali uwagi na deszcz, jakby go nie czuli, jak gdyby w ogóle 

było   tak   źle,   że   deszcz   był   drobiazgiem,   którym   nie   należy   się   przejmować...   Ksiądz   pchnął 

drewniane drzwi, przy których stał - były to drzwi gospody sięgające mu tylko do kolan - i wszedł 

uciekając   przed   deszczem.   Zobaczył   sterty   butelek   z   napojami   gazowanymi   i   stół   bilardowy. 

Wyniki gry zaznaczono pierścieniami na sznurku. Było tam trzech czy czterech ludzi; ktoś położył 

kaburę   rewolweru   na   kontuarze.   Ksiądz   szedł   zbyt   szybko   i   potrącił   łokieć   człowieka,   który 

właśnie miał zagrać. Tamten odwrócił się z wściekłością. - Matko święta... 

To był Czerwona Koszula. Czy człowiek nigdzie, nawet na chwilę, nie był bezpieczny? 

Ksiądz   przeprosił   pokornie,   wycofując   się   bokiem   w   kierunku   drzwi,   ale   znów   zbyt   szybko 

zaczepił kieszenią o ścianę i butelka z wódką brzęknęła. Kilka złośliwych twarzy patrzyło na niego 

z rozbawieniem. Był tu obcy, więc użyją sobie jego kosztem. - Co tam macie w kieszeni? - spytał 

Czerwona Koszula. Był  to młodzieniec  nie mający jeszcze dwudziestu lat,  o złotych  zębach i 

drwiących, zarozumiałych ustach. - Lemoniadę - odparł ksiądz. - Po co nosicie z sobą lemoniadę?

background image

-   Popijam   nią   wieczorem...   chininę.   Czerwona   Koszula   nadął   się   i   trącił   jego   kieszeń 

grubszym końcem kija bilardowego. - Lemoniada, tak?

- Tak, lemoniada. - Zobaczymy tę lemoniadę. - Obrócił się z pychą do innych i powiedział: 

- Już ja wywącham przemytnika na jakieś dziesięć kroków. - Wsadził rękę do kieszeni księdza i 

wyciągnął do połowy butelkę z wódką. - Proszę - powiedział. - Nie mówiłem... 

Ksiądz rzucił się do drzwi i wypadł na deszcz. Jakiś głos krzyknął: “Łapaj go!” - Bawili się 

za wszystkie czasy. Biegł ulicą pod górę w stronę rynku, skręcił w lewo, a potem w prawo. Miał 

szczęście, że na ulicach było ciemno, a księżyc ukrył się za chmurami. Trzymając się z dala od 

oświetlonych okien był prawie niewidoczny. Słyszał, jak się nawoływali. Nie ustawali w pościgu: 

to było lepsze niż bilard. Gdzieś ktoś zagwizdał; policja dołączyła się do zabawy. W tym to mieście 

chciał się urządzić, gdyby po opuszczeniu Concepcion, pozostawiając tam długi godne księdza, 

dostał wyższe stanowisko w hierarchii kościelnej. Gdy tak kluczył to tu, to tam, myślał o katedrze, 

o Montezie i o kanoniku, którego kiedyś znał. Coś ukrytego bardzo głęboko, chęć ucieczki, ukazała 

mu   na   chwilę   przeraźliwy   komizm   całej   sytuacji.   Zachichotał,   odetchnął   głęboko   i   znów 

zachichotał. Słyszał, jak się nawoływali i gwizdali w ciemności. Deszcz wciąż padał, spływał i 

chlupotał o cementową posadzkę bezużytecznego frontonu, który kiedyś był katedrą - słońce paliło 

tu zbyt mocno, żeby grać w pelotę, a na brzegu stało kilka żelaznych huśtawek przypominających 

szubienice.   Biegł   na   powrót   w   dół,   miał   pewien   plan.   Krzyki   zbliżyły   się;   od   strony   rzeki 

nadchodziła  nowa  grupa  ludzi,  którzy metodycznie   prowadzili  pościg.  Z  ich  powolności  mógł 

odgadnąć, że byli to policjanci, oficjalni myśliwi. Znajdował się więc pomiędzy dwiema grupami: 

amatorów i zawodowców. Ale drzwi były znajome, pchnął je, zamknął za sobą i szybko wszedł do 

patio. Stał w ciemności i oddychał ciężko, nasłuchując zbliżających się ulicą kroków; deszcz wciąż 

padał. Wtem zorientował się, że ktoś obserwuje go z okna; mała ciemna, zwiędła twarz, podobna 

do zasuszonych głów kupowanych przez turystów. Zbliżył się do kraty i spytał:

- Padre Jose?

- To tam. - Druga twarz ukazała się za pierwszą, niepewnie oświetlona blaskiem świecy, 

potem   trzecia.   Twarze   wyskakiwały   niczym   grzyby   po   deszczu.   Mógł   wyczuć,   jak   go 

obserwowano, gdy szedł z chlupotem przez patio i zastukał do drzwi. Upłynęło parę sekund, zanim 

rozpoznał padre Jose. Był w komicznie wydymającej się koszuli, w ręku trzymał lampę. Ostatni raz 

widział go na konferencji, gdy siedząc w ostatnim rzędzie obgryzał paznokcie z obawy, że ktoś go 

może zauważyć. Bał się zupełnie niepotrzebnie. Nikt z zajętych ważnymi sprawami katedralnych 

księży nie  znał   nawet  jego  nazwiska.  Dziwnie  było   pomyśleć,   że  teraz  zdobył   swoistą  sławę, 

większą niż oni. - Jose - odezwał się łagodnie, mrugając na niego z pluskającej ciemności. - Kim 

pan jest?

background image

-   Ksiądz   mnie   nie   pamięta?   Oczywiście   to   było   wiele   lat   temu...   Nie   pamięta   ksiądz 

konferencji w katedrze?... 

- O Boże - powiedział padre Jose. - Szukają mnie. Myślałem, że może ksiądz mógłby... 

tylko na tę noc... 

- Idźcie stąd, idźcie stąd. - Oni nie wiedzą, kim jestem. Myślą, że jestem przemytnikiem... 

ale w komisariacie poznają. - Nie mówcie tak głośno. Moja żona... 

-   Niech   mi   ksiądz   tylko   wskaże   jakiś   kącik   -   szepnął.   Znów   zaczął   odczuwać   strach. 

Przypuszczalnie wódka przestała działać. W tym gorącym, wilgotnym klimacie nikt nie mógł być 

długo pijany: alkohol wyparowywał pod pachami, spływał z czoła. A może po prostu wracało do 

niego pragnienie życia - powracające co jakiś czas - byle jakiego życia. W świetle lampy twarz 

padre Jose wykrzywiona była nienawiścią. - Dlaczego przyszliście do mnie? Dlaczego myślicie, 

że...  ?  Jeśli  nie  pójdziecie  sobie,  to  zawołam   policję.  Wiecie,   co za  człowiek  ze  mnie.  Prosił 

łagodnie:

- Jesteś  dobrym  człowiekiem,  Jose. Zawsze to  wiedziałem.  - Jeśli  nie  pójdziecie,  będę 

krzyczał. Starał się przypomnieć sobie, z jakiego powodu tamten mógł go nienawidzić. Z ulicy 

dochodziły głosy; jakieś kłótnie, pukanie. Czyżby przetrząsali domy?

- Jeśli kiedyś obraziłem cię, Jose, wybacz mi. Byłem zarozumiały, pyszny, wyniosły, w 

ogóle byłem złym księdzem. W swoim sercu zawsze wiedziałem, że ty jesteś lepszym człowiekiem 

ode mnie. - Idźcie - piszczał Jose - idźcie sobie. Nie potrzeba mi tu męczenników. Ja już nie należę 

do was. Zostawcie mnie w spokoju. Dobrze mi tak, jak jest. - Usiłował zebrać swój jad w ślinę i 

splunął słabo w twarz tamtemu. Nawet go nie dosięgnął: ślina opadła bezwładnie. Dodał: - Idź i 

zdechnij prędko. To najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić. - Zatrzasnął drzwi. W tej samej chwili 

otwarły się drzwi patio i weszli policjanci. Na mgnienie oka dojrzał ojca Jose spoglądającego przez 

okno,  ale  zaraz  objęła  go  ogromna   postać  w  białej   koszuli  nocnej   i  odciągnęła   stamtąd,  niby 

opiekuńczy duch usuwający dawnego księdza z pola okropnych ludzkich walk. Jakiś głos odezwał 

się:

- To on. - Był to młody człowiek, Czerwona Koszula. Ksiądz rozwarł dłoń i upuścił kulkę 

papieru   pod   ścianą   domu   padre   Jose.   Było   to   jak   ostateczna   rezygnacja   z   całej   przeszłości. 

Wiedział, że był to początek końca; po tylu latach. Gdy wyjmowali mu z kieszeni butelkę z wódką, 

zaczął odmawiać w myśli akt żalu, ale nie mógł się skupić. Na tym polegał fałsz skruchy na łożu 

śmierci; pokuta była owocem długiej zaprawy i dyscypliny, sam strach tu nie wystarczał. Usiłował 

myśleć o swoim dziecku ze wstydem, ale mógł tylko myśleć o niej z czymś w rodzaju zagłodzonej 

miłości   -   co   się   z   nią   stanie?   A   sam   grzech   był   tak   dawny,   że   brzydota   wyblakła   niczym 

staroświecki obraz i pozostawiła po sobie coś na kształt wdzięku. Chłopak w czerwonej koszuli 

background image

rozbił butelkę o bruk i dokoła nich rozszedł się zapach alkoholu, niezbyt mocny, bo w butelce nie 

było wiele. Potem zabrali go ze sobą. Teraz, kiedy go już złapali, odnosili się do niego przyjaźnie i 

- z wyjątkiem Czerwonej Koszuli, któremu zepsuł ruch bilardowy - żartowali z jego nieudanej 

ucieczki.   Nie   mógł   znaleźć   żadnej   odpowiedzi   na   ich   dowcipy.   Instynkt   samozachowawczy 

przeszywał jego mózg niczym jakaś przerażająca obsesja. Kiedy odkryją, kim jest rzeczywiście? 

Kiedy spotka Metysa albo porucznika, który go już przesłuchiwał? Szli powoli, gromadą, w górę, 

na rynek.  Przed wejściem  do koszar kolba jakiegoś  karabinu uderzyła  o ziemię.  Mała lampka 

kopciła na tle brudnej, bielonej ściany. Na dziedzińcu kiwały się hamaki, okręcone wokół śpiących 

ciał jak siatki, w których  wiąże się drób. - Możecie usiąść - powiedział jeden z policjantów i 

popchnął  go  przyjaznym   ruchem  w  stronę  ławki.   Wszystko  teraz  wydawało  się   nieodwołalne. 

Wartownik   przechadzał   się   przed   drzwiami,   a   na   dziedzińcu   wśród   hamaków   słychać   było 

nieprzerwany pomruk snu. Ktoś odezwał się do niego. Gapił się bezradnie. - Co?

Policjanci i Czerwona Koszula zdawali się spierać o to, czy kogoś należy obudzić. - Ależ to 

jego obowiązek - powtarzał Czerwona Koszula. Miał przednie zęby jak królik. - Doniosę o tym 

gubernatorowi - dodał. - Przyznajecie się do winy, nieprawdaż? - zapytał jakiś policjant. - Tak - 

powiedział ksiądz. - Proszę. Czego więcej wam trzeba? Za to jest kara pięć pezów. Po co kogoś 

budzić. - A kto weźmie te pięć pezów, co?

- To nie wasza sprawa. Ksiądz odezwał się nagle:

- Nikt ich nie weźmie. - Nikt?

- Wszystko, co mam, to dwadzieścia pięć centavos. Drzwi pokoju w głębi otworzyły się i 

wszedł porucznik. - O co, na Boga, jest ten cały hałas? - spytał. Policjanci stanęli nierówno, z 

ociąganiem,  na baczność. - Złapałem człowieka, który miał przy sobie alkohol - odpowiedział 

Czerwona Koszula. Ksiądz słuchał z oczyma spuszczonymi na ziemię... “dlatego, że ukrzyżowały... 

ukrzyżowały... ukrzyżowały... “ Żal utknął beznadziejnie na słowach formułki. Nie odczuwał nic 

poza strachem. - A więc - spytał porucznik - co to was obchodzi? Łapiemy ich na tuziny. - Czy 

mamy go wprowadzić? - spytał jeden z policjantów. Porucznik rzucił okiem na skuloną, służalczą 

postać na ławce. - Wstańcie - rzekł. Ksiądz wstał. Teraz - myślał - teraz... Podniósł oczy. Porucznik 

spoglądał gdzie indziej, na zewnątrz, gdzie niezgrabnie łaził wartownik tam i z powrotem. Na 

ciemnej, stężałej twarzy porucznika rysował się niepokój i zmęczenie. - On nie ma pieniędzy - 

powiedział jeden z policjantów. - Matko Boska - żachnął się porucznik - czy nigdy was nie nauczę? 

- Przeszedł dwa kroki w kierunku wartownika i rzekł: - Zrewidujcie go. Jeśli nie ma pieniędzy, 

wsadźcie go do celi. Przydzielcie mu jakąś pracę... - Wyszedł na zewnątrz i w pewnej chwili 

podniósłszy otwartą dłoń uderzył wartownika w ucho. - Wy śpicie. Maszerujcie tak, jakbyście mieli 

nieco   dumy...   dumy   -   powtórzył.   Przy   bielonej   ścianie   kopciła   mała   acetylenowa   lampa,   a   z 

background image

dziedzińca dochodził zapach moczu. Policjanci leżeli w hamakach okręceni siatką, bezpieczni. - 

Mamy zapisać jego nazwisko? - spytał  sierżant. - Tak, oczywiście - powiedział  porucznik nie 

patrząc na niego, szybkim i nerwowym krokiem przeszedł obok lampy z powrotem na dziedziniec. 

Stał tam z odkrytą głową i rozglądał się; deszcz padał na jego elegancki mundur. Wyglądał na 

człowieka,   któremu   coś   bardzo   leży   na   sercu,   jak   gdyby   znajdował   się   pod   wpływem   jakiejś 

utajonej pasji, która przerwała rutynę jego życia. Wrócił do izby. Chwili nie mógł ustać spokojnie. 

Sierżant wepchnął księdza do pokoju w głębi. Na ścianie, z której płatami odpadał tynk, wisiał 

jaskrawy, firmowy kalendarz; Metyska o ciemnej skórze, w kostiumie kąpielowym, reklamowała 

jakiś   napój   gazowany.   Ktoś   napisał   ołówkiem,   zgrabnym,   kaligraficznym   pismem   tani, 

zarozumiały frazes,  że człowiek  nie  ma  nic  do stracenia  oprócz  kajdan.  - Nazwisko?  - spytał 

sierżant. Zanim zdążył się zastanowić, odpowiedział:

- Montez. - Skąd?

Wymienił pierwszą lepszą wioskę. Zabsorbowała go jego własna fotografia. Siedział na niej 

wśród nakrochmalonych, białych sukienek dziewcząt, które przystąpiły do pierwszej komunii. Ktoś 

zakreślił kółko wokół jego twarzy, żeby ją wyróżnić. Na ścianie była także inna podobizna: jankesa 

z San Antonio w Texasie, poszukiwanego za morderstwo i rabunek banku. - Przypuszczam - mówił 

ostrożnie sierżant - że kupiliście trunek od kogoś obcego... 

- Tak. - Którego nie moglibyście poznać?

- Nie. 

- To rozumiem - rzekł z aprobatą sierżant. Jasne było, że nie chciał wszczynać sprawy. 

Wziął księdza całkiem poufale pod ramię, wyprowadził na zewnątrz i dalej przez podwórze. Niósł 

ze sobą wielki klucz, podobny do tych, jakich używano jako symbolu w biblijnych  sztukach i 

bajkach.   Kilku   ludzi   poruszyło   się   w   hamakach:   tu   zwisała   jakaś   nie   ogolona   szczęka   niby 

niesprzedane resztki na ladzie u rzeźnika, tam wielkie, rozdarte ucho, nagie udo, pokryte ciemnym 

włosem. Zastanawiał się, kiedy też ukaże się twarz Metysa, uradowanego, że go poznał. Sierżant 

otworzył małe zakratowane drzwi, kopnął kogoś rozwalonego przy wejściu i powiedział:

- To wszystko dobrzy ludzie, wszystko dobrzy ludzie tutaj - i wciąż kopaniem torował sobie 

drogę. Okropny smród unosił się w powietrzu. W zupełnej ciemności ktoś płakał. Ksiądz zatrzymał 

się na progu usiłując dojrzeć cokolwiek. Nieprzenikniona ciemność zdawała się poruszać i falować. 

- Tak mi sucho w gardle - powiedział. - Czy mógłbym dostać wody? - Smród zatykał mu nos i 

zebrało mu się na wymioty. - Jutro rano - odparł sierżant. - Jesteście dość pijani na dzisiaj - i 

położywszy  wielką,  wyrozumiałą  łapę   na plecach  księdza  wepchnął   go do  środka  i  zatrzasnął 

drzwi. Ksiądz nadepnął na jakąś dłoń, na czyjeś ramię i przyciskając twarz do kraty zaprotestował 

w bezsilnym przerażeniu. - Tu nie ma miejsca. Nic nie widzę. Co to za ludzie?

background image

Na zewnątrz, już między hamakami, sierżant wybuchnął śmiechem:

- Hombre - powiedział - hombre, czyście nigdy nie byli w więzieniu? 

background image

Rozdział III 

- Macie papierosa? - odezwał się jakiś głos w pobliżu jego stopy.  Szybko  cofnął się i 

nadepnął na czyjąś rękę. Znowu jakiś głos odezwał się rozkazująco:

- Woda, prędko - jak gdyby mówiący myślał, że zaskoczy przybysza i zmusi go do podania 

mu jej. - Macie papierosa?

- Nie. - Słabym głosem dodał: - W ogóle nic nie mam. - Zdawało mu się, że wrogość 

ogarnia go zewsząd jak dym. Znów się poruszył. Ktoś powiedział:

- Uważajcie na wiadro. To stamtąd pochodził ten smród. Ksiądz stał zupełnie bez ruchu i 

czekał, aż oczy przyzwyczają się do ciemności. Na zewnątrz deszcz ustawał. Padał nieregularnie, a 

burza oddaliła się. Można było teraz doliczyć do sześćdziesięciu między błyskawicą a grzmotem. 

Zgodnie z przesądem oznaczało to sześćdziesiąt kilometrów. Wpół drogi do morza albo wpół drogi 

do gór. Macał stopą koło siebie, starając się znaleźć skrawek miejsca, żeby usiąść. Ale zdawało mu 

się, że wcale nie ma miejsca. W świetle błyskawic dostrzegł hamaki na skraju dziedzińca. - Macie 

coś do jedzenia? - spytał jakiś głos, a kiedy nie odpowiadał, znów: - Macie coś do jedzenia?

- Nie. - Macie jakieś pieniądze? - spytał inny głos. - Nie. Wtem z odległości mniej niż 

dwóch metrów dobiegł go słaby krzyk kobiety. Ktoś zmęczonym głosem powiedział: “Nie możecie 

tam być cicho?” Wśród ukradkowych poruszeń dobiegły go znowu stłumione jęki, które nie ból 

wyrażały. Ze zgrozą pojął, że rozkosz istniała nawet tu, w tłoku i ciemności. Znowu wysunął nogę i 

cal po calu zaczął torować sobie drogę, aby oddalić się od kraty. Oprócz ludzkich głosów słychać 

było   inny   nieustanny   hałas,   przypominający   małą   maszynę,   elektryczny   motorek   pracujący   z 

równomierną szybkością. Głośniejszy niż ludzki oddech, wypełniał całą ciszę, jaka była w celi. To 

moskity. Odszedł od kraty może dwa, trzy kroki. Zaczął rozróżniać głowy, widocznie przejaśniało 

się.   Głowy   zwisały   wokół   niego   jak   dynie.   -   Kto   wy   jesteście?   -   spytał   jakiś   głos.   Nie 

odpowiedział, czuł rosnącą panikę. Nagle znalazł się przy tylnej ścianie. Dotykał ręką mokrego 

kamienia. Cela miała najwyżej cztery metry szerokości. Stwierdził, że z trudem może usiąść, pod 

warunkiem, że podwinie nogi pod siebie. Jakiś starzec leżał oparty o jego ramię. Ksiądz mógł się 

domyślić jego wieku po tym, że miał kości lekkie jak piórko i nierówny, niespokojny oddech. Był 

to   ktoś   bliski   narodzenia   lub   śmierci,   a   trudno   było   wyobrazić   sobie,   że   dziecko   mogło   się 

znajdować w takim miejscu. Starzec nagle spytał:

- Czy to ty, Katarzyno? - i wypuścił oddech w długim, cierpliwym westchnieniu, jak gdyby 

czekał już długo i mógł sobie pozwolić na długie czekanie. Ksiądz rzekł:

- Nie. To nie Katarzyna. - Gdy to powiedział, zapadła nagle cisza; wszyscy nasłuchiwali, 

jak gdyby powiedział  coś  ważnego. Potem znów  zaczęły się odgłosy i ruch. Ale dźwięk jego 

background image

własnego głosu, poczucie nawiązania kontaktu z bliźnim uspokoiło go. - Oczywiście, że to nie 

Katarzyna - powiedział starzec. - Nie przypuszczałem nawet, że to ona. Ona nigdy nie przyjdzie. - 

Czy to wasza żona?

- Co wy znów wygadujecie! Nie mam żony. - Katarzyna?

- To moja córka. - Wszyscy słuchali, z wyjątkiem dwojga niewidocznych ludzi, których 

obchodziła tylko własna, pokątna rozkosz. - Może nie chcą jej pozwolić, by tu przyszła?

- Ona nawet nie spróbuje - oświadczył  starczy,  pozbawiony nadziei głos z całkowitym 

przekonaniem. Księdza zaczęły boleć podkurczone nogi. - Jeśli was kocha... - powiedział. Gdzieś 

za zbitą masą ciemnych kształtów kobieta znów krzyknęła; był to ów końcowy okrzyk protestu, 

oddania i rozkoszy. - To wina księży - powiedział starzec. - Księży?

- Księży. - Dlaczego księży?

- Bo księży. Jakiś niski głos w pobliżu kolan księdza odezwał się:

- Ten stary to wariat. Nie ma sensu się go pytać. - Czy to ty, Katarzyno? Właściwie nie 

wierzę, że to ty. Ot, tak się tylko pytam. - No, ja mam na co się skarżyć - mówił dalej głos. - 

Człowiek musi bronić swego honoru. Zgodzicie się z tym, prawda?

- Nie znam się na honorze. - Byłem w barze, kiedy nagle ten człowiek, o którym wam 

mówię, podchodzi do mnie i mówi: “Twoja matka to kurwa”. Nic nie mogłem mu zrobić, bo miał 

broń. Musiałem cierpliwie czekać. Wychlał zbyt wiele piwa - wiedziałem, że tak będzie - i kiedy 

zataczając się wyszedł, poszedłem za nim. Miałem butelkę, rozbiłem ją o mur. Rozumiecie? Nie 

miałem przecież pistoletu ze sobą. Jego rodzina ma protekcję u naczelnika, inaczej nie siedziałbym 

tutaj. - To straszna rzecz zabić człowieka. - Mówicie jak ksiądz. - To wina księży - odezwał się 

starzec. - Macie rację. - O co jemu chodzi?

- A cóż to ma za znaczenie, o co chodzi takiemu staruchowi? Chcę teraz wam opowiedzieć 

co innego... 

Jakiś kobiecy głos powiedział:

- Zabrali mu dziecko. - Dlaczego?

- Bo było bękartem. Postąpili całkiem legalnie. Na słowo “bękart” serce zabiło mu boleśnie, 

jak człowiekowi zakochanemu, gdy ktoś obcy wymieni kwiat, którego nazwa jest także imieniem 

kobiety. Bękart... Słowo to napełniło go smutnym poczuciem szczęścia. Zbliżyło do niego jego 

własne   dziecko.   Widział,   jak   mała   stoi   pod   drzewem   koło   śmietnika,   bez   opieki.   Powtórzył: 

“Bękart” - jak gdyby wymawiał jej imię: z obojętnością, którą maskował czułość. - Mówili, że nie 

nadawał się na ojca. Ale gdy księża uciekli, musiała wrócić do niego. Bo gdzież by się podziała? - 

Wyglądało to na szczęśliwe zakończenie, ale kobieta dodała: - Oczywiście nienawidziła go. Księża 

ją przecież wychowali. Mógł sobie wyobrazić małe, zaciśnięte usta dobrze wychowanej mieszczki. 

background image

Co ona tu robiła?

- Za co jest w więzieniu?

- Za to, że miał krucyfiks. Z wiadra śmierdziało coraz silniej. Noc stała wokół nich jak 

ściana, przez którą nie przenikał najmniejszy powiew. Słyszał, jak ktoś oddawał mocz, bębniąc po 

blaszanych brzegach wiadra. - Nie mieli prawa - powiedział. - Oczywiście, że zrobili słusznie. To 

był śmiertelny grzech. - Nie mieli prawa uczyć jej, żeby go nienawidziła. - Oni wiedzieli, do czego 

mają  prawo.  -  Jeśli   zrobili   taką   rzecz,   byli  złymi   księżmi.   Grzech  należał   do  przeszłości.   Ich 

obowiązkiem było uczyć... no, miłości. - Wy nie wiecie, co jest słuszne. Księża wiedzą. Po chwili 

wahania powiedział bardzo wyraźnie:

-   Ja   jestem   księdzem.   To   był   chyba   koniec.   Nie   trzeba   było   już   dłużej   mieć   nadziei. 

Dziesięcioletnie polowanie wreszcie było skończone. Wokół niego zapadło milczenie. To miejsce 

było jak świat: przepełnione żądzą, zbrodnią i nieszczęśliwą miłością, biło smrodem w niebo. Ale 

zrozumiał, że mimo wszystko można było znaleźć tutaj spokój, jeśli wiedziało się na pewno, że 

zostało mało czasu. - Wy, księdzem? - spytała wreszcie kobieta. - Tak. - Czy oni wiedzą?

- Jeszcze nie. Mógł wyczuć rękę macającą jego rękaw. Jakiś głos powiedział:

- Ksiądz nie powinien był nam tego mówić. Tu rozmaici ludzie siedzą. Mordercy... 

Głos, który opisał mu swoją zbrodnię rzekł:

-   Nie   macie   prawa   mnie   znieważać.   Dlatego,   że   zabiłem   człowieka,   to   nie   znaczy...   - 

Zaczęto wszędzie szeptać. Głos mówił dalej z goryczą: - Nie jestem donosicielem tylko dlatego, że 

kiedyś jakiś człowiek mi powiedział: “Twoja matka jest kurwą”... 

Ksiądz przerwał mu:

- Nie ma potrzeby, żeby ktoś doniósł o mnie. To byłby grzech. Jak się rozjaśni, sami mnie 

poznają. - Zastrzelą księdza - powiedziała kobieta. - Tak. - Czy ksiądz się boi?

- Tak. Oczywiście. Nowy głos odezwał się z kąta, z którego dochodziły przedtem odgłosy 

rozkoszy:

- Mężczyzna nie boi się takiej rzeczy - mówił twardym i upartym tonem. - Nie? - spytał 

ksiądz. - Odrobina bólu. Cóż myślicie? I tak to musi kiedyś przyjść. - Wszystko jedno - rzekł 

ksiądz. - Ja się boję. - Ból zęba jest gorszy. - Nie możemy wszyscy być mężni. - Wy, wierzący, 

jesteście wszyscy tacy sami - powiedział głos pogardliwie. - Chrześcijaństwo robi z was tchórzy. - 

Tak. Może macie rację. Otóż widzicie, ja jestem złym księdzem i złym człowiekiem. Umrzeć w 

stanie  grzechu ciężkiego  - zaśmiał  się z zażenowaniem  - to zmusza  człowieka  do myślenia.  - 

Proszę, zupełnie to samo, co powiedziałem. Wiara w Boga robi z ludzi tchórzy. - W głosie brzmiał 

odcień triumfu, jak gdyby coś udowodnił. - A więc? - spytał ksiądz. - Lepiej nie wierzyć... i być 

dzielnym mężczyzną. - Aha... rozumiem. Oczywiście, gdybyśmy wierzyli, że gubernator albo Jefe 

background image

nie   istnieją,   jeśli   moglibyśmy   się   umówić,   że   to   więzienie   wcale   nie   jest   więzieniem,   tylko 

ogrodem, jacy moglibyśmy być wtedy dzielni!

- No, to byłaby po prostu głupota. - Ale gdybyśmy stwierdzili, że więzienie jest więzieniem, 

a gubernator, tam na rynku, istnieje bez żadnych wątpliwości, no, wtedy niewiele znaczyłoby, że 

byliśmy dzielni przez godzinę czy dwie. - Nikt nie mógłby twierdzić, że to więzienie nie jest 

więzieniem. - Nie? Tak uważacie? Widać, że nie słuchacie tego, co mówią politycy. - Nogi bolały 

go bardzo.  Zdrętwiały mu  stopy,  ale nie  mógł  rozprężyć  muskułów,  żeby im  ulżyć.  Nie było 

jeszcze północy. Godziny ciemności przed nim wyciągały się w nieskończoność. Kobieta nagle 

powiedziała:

- Pomyślcie tylko. Mamy męczennika tutaj... 

Ksiądz zachichotał, nie mógł się powstrzymać. - Nie wydaje mi się, żeby męczennicy byli 

tacy jak ja. - Nagle spoważniał, bo przypomniały mu się słowa Marii... Nie należy ośmieszać 

Kościoła. Powiedział więc: - Męczennicy to ludzie święci. Nie należy myśleć, że ponieważ ktoś 

umiera, to od razu... nie. Mówię wam, że jestem w stanie grzechu śmiertelnego. Zrobiłem rzeczy, o 

których nie mógłbym wam tutaj mówić. Mógłbym tylko wyszeptać je w konfensjonale. - Wszyscy 

słuchali uważnie tego, co mówił, jak gdyby zwracał się do nich w kościele. Zastanawiał się, gdzie 

też mógł siedzieć nieunikniony Judasz, ale nie czuł obecności Judasza, tak jak czuł ją wtedy w 

leśnym  szałasie. Poczuł jakąś ogromną  i nie dającą się wyjaśnić  miłość do mieszkańców  tego 

więzienia. Przyszło mu na myśl zdanie: “Bóg tak umiłował świat... “ Mówił dalej: - Moje dzieci, 

nigdy nie powinniście myśleć, że święci męczennicy są podobni do mnie. Wy macie dla mnie 

nazwę. Och, słyszałem ją od was już przedtem. Nazwaliście mnie księdzem - pijaczyną. Jestem tu 

teraz dlatego, że znaleziono u mnie w kieszeni butelkę wódki. - Usiłował ruszyć stopami. Skurcz 

minął, były teraz martwe, bez czucia. Ach, niech tak zostaną. Nie będzie ich musiał już często 

używać. Starzec mruczał coś, a myśli księdza powędrowały z powrotem do Brigitty. Wiedza o 

świecie ukryta była w niej jak ciemna plamka na kliszy rentgena, która wiadomo, co oznacza. 

Zastygłym w piersi uczuciem pragnął ją ocalić, ale znał opinię lekarza - choroba była nieuleczalna. 

Głos kobiety odezwał się błagalnie:

- Odrobina wódki, proszę księdza, nie jest przecież grzechem. Zastanawiał się, skąd ona się 

tu wzięła. Prawdopodobnie za posiadanie w domu świętego obrazu. Miała nużący, żarliwy głos 

dewotki. Były to kobiety tak niemądrze przywiązane do swoich świętych obrazów. Dlaczego ich 

nie paliły? Obraz nie był potrzebny do... 

Powiedział surowo:

- Och, to, że jestem pijakiem, to nie wszystko. - Los pobożnych kobiet zawsze go martwił, 

podobnie   jak   politycy   żyły   one   złudzeniem.   Bał   się   o   nie.   Tak   często   umierały   w   stanie 

background image

bezgranicznego zadowolenia z siebie. Było jego obowiązkiem, kiedy tylko się dało, pozbawiać je 

sentymentalnych pojęć o tym, co jest dobre... Twardo dodał: - Mam dziecko. Jakże zacna była ta 

kobieta!   Słychać   było   w   mrocznej   celi,   jak   jej   głos   go   usprawiedliwia.   Nie   mógł   słyszeć,   co 

mówiła,   ale   było   to   coś   o   dobrym   łotrze.   -   Moja   droga,   łotr   żałował.   Ja   nie   żałowałem.   - 

Przypomniał sobie chwilę, gdy jego dziecko wchodziło do szałasu, promień słońca padał na nią z 

tyłu, a jej spojrzenie było ciemne, złośliwe, wiedzące. - Nie wiem, jak żałować. - To była prawda, 

utracił zdolność żalu. Nie mógł powiedzieć sobie, że chciałby, aby jego grzech nigdy nie zaistniał, 

to   grzech   ten   wydawał   mu   się   teraz   tak   mało   znaczący,   a   kochał   jego   owoc.   Potrzebował 

spowiednika, który z wolna skierowałby jego umysł na utarte drogi wiodące do zgrozy, cierpienia i 

żalu.   Kobieta   zamilkła.   Pomyślał,   że   może   mimo   wszystko   był   dla   niej   zbyt   ostry.   Jeśli 

przekonanie, że był męczennikiem, utwierdzało ją w wierze... Ale odrzucił tę myśl. Obowiązywała 

go prawda. Przesunął się na pośladkach o parę centymetrów i spytał:

- O której robi się jasno?

- O czwartej... piątej... - odpowiedział jakiś mężczyzna. - Skąd możemy wiedzieć, proszę 

księdza? Nie mamy zegarków. - Długo tu jesteście?

- Trzy tygodnie. - Cały dzień was tu trzymają?

-   O   nie.   Wypuszczają   nas   do   sprzątania   dziedzińca.   Pomyślał   sobie,   że   właśnie   wtedy 

zostanie rozpoznany, a może wcześniej, bo przecież ktoś z tych ludzi na pewno go wyda. Po chwili 

namysłu oświadczył:

- Wyznaczyli na mnie nagrodę. Pięćset czy sześćset pezów, nie jestem pewien. - Potem 

znów umilkł. Nie mógł namawiać nikogo, żeby doniósł, byłoby to kuszeniem do grzechu. Ale z 

drugiej strony, jeśli znajdował się tu donosiciel, nie byłoby powodu, żeby nieszczęsne stworzenie 

miało być pozbawione tej zapłaty. Popełnić tak odrażający grzech, zwykłe morderstwo, i nie mieć 

wynagrodzenia na tym świecie... to byłoby niesprawiedliwe - myślał. - Nikt z nas nie chce ich 

judaszowych srebrników - odezwał się ktoś. Znów poczuł jakąś niezwykłą miłość. Był po prostu 

przestępcą  w gromadzie  przestępców... miał  wrażenie  solidarności z ludźmi,  jakiego nigdy nie 

zaznał w dawnych czasach, kiedy parafianie całowali jego czarną bawełnianą rękawiczkę. Dobiegł 

go histeryczny głos pobożnej kobiety:

-   To   bardzo   niemądre   tak   im   mówić.   Ksiądz   nie   wie,   co   za   ludzie   tu   są.   Złodzieje, 

mordercy... 

- A wy - spytał jakiś gniewny głos - za co wy tu siedzicie?

- Za to, że miałam dobre książki w domu - oświadczyła z nieznośną dumą. Nie potrafił więc 

zachwiać jej zadowolenia z siebie. - Są wszędzie. Zarówno tu, jak i gdzie indziej - rzekł. - Dobre 

książki?

background image

Roześmiał się. - Nie, nie. Złodzieje mordercy... Och, moje dziecko, gdybyś miała więcej 

doświadczenia, wiedziałabyś, że są rzeczy jeszcze gorsze. Starzec zdawał się niespokojnie spać z 

głową zwieszoną na ramię księdza, który próbował się poruszyć. Bogiem a prawdą nigdy nie było 

łatwo poruszać się w tej celi, ale trudność ta zdawała się zwiększać, w miarę jak z posuwaniem się 

nocy sztywniały członki. Nie mógł teraz poruszyć ramionami bez obudzenia starca na nową noc 

udręki.   Cóż   -   myślał   -   to   moi   bracia   go   obrabowali;   sprawiedliwość   wymaga,   żeby   mi   było 

troszeczkę   niewygodnie...   Siedział   więc   milczący   i   sztywny   pod   mokrą   ścianą,   bez   czucia   w 

nogach   aż   po   biodra,   niczym   trędowaty.   Moskity   wciąż   brzęczały.   Nie   było   co   się   bronić 

uderzeniem w powietrze. Wypełniały całe to miejsce, jak gdyby stanowiły jego nieodłączną część. 

Jeszcze ktoś inny oprócz starca zasnął i chrapał tonem dziwnie zadowolonym, jakby dobrze sobie 

podjadł i popił na obfitej kolacji, a teraz uciął drzemkę... Ksiądz starał się obliczyć godzinę. Ile 

czasu minęło od chwili, kiedy spotkał żebraka na rynku? Przypuszczalnie było dopiero po północy. 

Jeszcze całe godziny musi tu spędzić. To oczywiście był koniec, ale jednocześnie należało być 

przygotowanym na wszystko, nawet na ucieczkę. Jeśli Bóg chciał, żeby uciekł, mógł porwać go 

sprzed luf plutonu egzekucyjnego. Ale Bóg był  miłosierny.  Był  chyba  tylko jeden powód, dla 

którego Bóg mógł mu odmówić swojego spokoju - jeśli w ogóle istniał spokój - mógł jeszcze się 

przydać   na   to,   żeby   zbawić   jakąś   duszę,   swoją   lub   czyjąś   inną.   Ale   cóż   dobrego   mógł   teraz 

zdziałać? Byli na jego tropie. Nie ważył się wejść do żadnej wsi z obawy, żeby ktoś nie przypłacił 

tego życiem, ktoś - może człowiek w stanie grzechu śmiertelnego i nie żałujący za grzechy. Trudno 

powiedzieć, ile dusz mogłoby być zgubionych, tylko dlatego, że był uparty i dumny, że nie chciał 

uznać się za pokonanego. Nie mógł nawet już dłużej odprawiać mszy, bo nie miał wina, które 

pochłonęła spragniona gardziel naczelnika policji. Wszystko było przerażająco skomplikowane. 

Wciąż jeszcze bał się śmierci. Z nastaniem poranka będzie jeszcze bardziej bał się śmierci, ale już 

zaczęła go ona pociągać swoją prostotą. Pobożna kobieta coś do niego szeptała. Musiała widać 

jakoś utorować sobie drogę bliżej niego. - Może ksiądz wysłucha mojej spowiedzi?

- Tutaj? Moje drogie dziecko, to zupełnie niemożliwe. Gdzież byłaby tajemnica?

- Ale już tak długo nie... 

- Odmów akt żalu za grzechy. Musisz zaufać Bogu, moja droga, że uwzględni... 

- Nie miałabym nic przeciw cierpieniu... 

- A więc jesteś tutaj. - To nic nie jest. Rano moja siostra przyniesie pieniądze na zapłacenie 

kary.   Gdzieś   przy   przeciwległej   ścianie   rozkosz   zaczęła   się   na   nowo.   Nie   było   co   do   tego 

wątpliwości. Ruchy, zadyszany oddech, a potem krzyk. Pobożna kobieta rzekła na głos z pasją;

- Czemu nie przestaną? Bestie, zwierzęta!

- Cóż przyjdzie z odmawiania aktu żalu w takim stanie umysłu?

background image

- Ale ta ohyda... 

- Nie wierz temu. To niebezpieczne. Bo nagle odkrywamy, że w naszych grzechach jest tyle 

piękna. - Piękna - powiedziała z niesmakiem. - Tutaj. W tej celi. Z obcymi ludźmi dokoła. - Tak 

wiele piękna. Święci mówią o pięknie cierpienia. Cóż, ty i ja nie jesteśmy świętymi. Cierpienie 

wydaje się nam po prostu ohydne. Tak samo smród, tłok i ból. A dla nich tam w rogu tamto jest 

piękne. Trzeba wiele posiąść wiedzy,  żeby patrzeć na świat oczyma  świętego. Święty wyrabia 

sobie   subtelny   smak,   jeśli   chodzi   o   piękno,   i   może   patrzeć   z   góry   na   biedne,   nieświadome 

podniebienia takich jak oni. Ale nas nie stać na to. - To jest grzech śmiertelny. - Nie wiemy tego. 

Możliwe. Ale widzisz, ja jestem złym księdzem. Ja wiem... z doświadczenia... ile piękna szatan 

zabrał z sobą, gdy upadał. Nikt nigdy nie powiedział, że upadłe anioły były brzydkie. O nie, one 

były tak samo zwinne i lekkie, i... 

Znów dał się słyszeć okrzyk, wyrażający rozkosz nie do zniesienia. Kobieta powiedziała:

- Niech ksiądz ich powstrzyma. To skandal. Poczuł, jak jej palce chwytają, wczepiają się w 

jego kolano. - Jesteśmy wszyscy wspólnie więźniami - rzekł. - Ja w tej chwili pragnę wody bardziej 

niż czegokolwiek, bardziej niż Boga. To też jest grzech. - Teraz widzę - rzekła kobieta - że ksiądz 

jest   złym   księdzem.   Nie   chciałam   temu   wierzyć.   Teraz   wierzę.   Ksiądz   sympatyzuje   z   tymi 

bydlętami. Gdyby biskup księdza słyszał... 

- Ach, on jest daleko. - Pomyślał o staruszku przebywającym teraz w stolicy. Mieszka w 

jednym   z   tych   brzydkich   wygodnych   domów,   zapełnionych   posągami   i   świętymi   obrazami   i 

odprawia   mszę   w   niedzielę   przy   jednym   z   katedralnych   ołtarzy.   -   Jak   się   stąd   wydostanę,   to 

napiszę... 

Nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Ona w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, że 

coś się na świecie zmieniło. - Jeśli otrzyma ten list, bardzo go zaciekawi wiadomość, że... jeszcze 

żyję. - Znów spoważniał. Trudniej było czuć litość dla niej niż dla Metysa, który przed tygodniem 

deptał mu w lesie po piętach. Ale bo też jej sprawa może gorzej się przedstawiała. Metys miał tyle 

na   swoje   usprawiedliwienie:   biedę,   febrę   i   niezliczone   upokorzenia.   -   Staraj   się   nie   gniewać. 

Zamiast tego módl się za mnie - powiedział ksiądz. - Im prędzej księdza zabiją, tym lepiej. Nie 

mógł jej dojrzeć w ciemności, ale pamiętał wiele twarzy z dawnych czasów, które pasowały do jej 

głosu. Wystarczyło, by sobie dokładnie wyobrazić mężczyznę czy kobietę, a zaraz budził się w nim 

odruch litości... to była cecha, jaką odznaczał się obraz Boży... Kiedy się zobaczyło zmarszczki w 

kątach oczu, kształt ust i układ włosów, nie można było nienawidzić. Nienawiść była tylko brakiem 

wyobraźni. Znów zaczął czuć ogromną odpowiedzialność za tę pobożną kobietę. - Ksiądz i padre 

Jose - rzekła. - Przez takich jak wy ludzie szydzą... z prawdziwej religii. A jednak miała na swoje 

usprawiedliwienie tyle, co Metys. Wyobraził sobie salon, w którym pędziła życie, w fotelu na 

background image

biegunach, wśród fotografii rodzinnych, nie zadając się z nikim. Łagodnie spytał:

- Nie jesteś zamężna, prawda?

- Po co ksiądz chce to wiedzieć?

- I nigdy nie miałaś powołania?

- Nie chcieli wierzyć, że je mam - odparła z goryczą. Pomyślał: Biedna kobieta nie miała 

nic, w ogóle nic. Gdyby tylko można było znaleźć właściwe słowo... Pochylił się w tył bez nadziei, 

poruszając się ostrożnie, żeby nie zbudzić starca. Ale właściwe słowa nie przychodziły na myśl. Z 

ludźmi tej kategorii, co ona, brak mu było teraz kontaktu bardziej niż kiedykolwiek. W dawnych 

czasach wiedziałby, co jej powiedzieć; nie czułby w ogóle litości i prawie bezmyślnie wyklepałby 

taki   czy   inny   banał.   Teraz   czuł   się   bezużyteczny.   Był   przestępcą   i   powinien   mówić   tylko   do 

przestępców. Znów postąpił źle, starając się przełamać jej zadowolenie z siebie. Równie dobrze 

mógł był pozwolić jej na to, żeby nadal uważała go za męczennika. Zamknął oczy i natychmiast 

zaczęło mu się śnić. Ścigano go. Stał przy drzwiach i walił w nie, prosząc o wpuszczenie, ale nikt 

nie   odpowiadał.   Było   jakieś   słowo,   jakieś   hasło,   które   by   go   ocaliło,   ale   nie   pamiętał,   jakie. 

Próbował rozpaczliwie brać pierwsze z brzegu słowa: ser i dziecko, Kalifornia, ekscelencja, mleko, 

Vera Cruz. Stracił czucie w nogach i ukląkł przy drzwiach. Wtedy poznał, dlaczego chciał wejść do 

środka. Wcale go nie ścigano, to była pomyłka. Jego dziecko leżało obok i straszliwie krwawiło, a 

to   był   dom   lekarza.   Walił   w   drzwi   i   krzyczał:   “Nawet   jeśli   nie   mogę   sobie   przypomnieć 

właściwego słowa, czy jesteście bez serca?” Dziewczynka była umierająca i patrzyła  na niego 

rozumnym  wzrokiem starzejącej  się kobiety.  Powiedziała  do niego:  “Ty zwierzę”.  Zbudził  się 

płacząc. Nie spał chyba dłużej niż parę sekund, bo kobieta wciąż mówiła o powołaniu, którego nie 

chciały uznać zakonnice. - Cierpiałaś wtedy, prawda? - zauważył. - Cierpieć w taki sposób może to 

było lepsze niż wstąpić do zakonu i być szczęśliwą. Natychmiast po wypowiedzeniu tych słów 

pomyślał: Głupia uwaga, cóż ona w ogóle znaczy? Dlaczego nie umiem powiedzieć jej nic takiego, 

co by mogła zapamiętać? Dał za wygraną. To miejsce było bardzo podobne do reszty świata: ludzie 

czepiali się każdej okazji, by zdobyć rozkosz czy nadąć się pychą - nie przeszkadzały im brzydota i 

niewygoda otoczenia. Nie było czasu na zadanie sobie trudu i każdy marzył o ucieczce. Nie spał 

już więcej; na nowo targował się z Bogiem. Jeśli tym razem ucieknie z więzienia, to ucieknie w 

ogóle. Pójdzie na północ, przez granicę. Ucieczka była czymś tak nieprawdopodobnym, że jeśliby 

się   udała,   byłaby   znakiem   Bożym,   wskazówką,   że   jego   przykład   nie   był   dobry,   że   właściwie 

spowiadając od czasu do czasu wyrządził wiele zła. Starzec poruszył  się, oparty wciąż o jego 

ramię, a wokół nich stała noc. Ciemność była wciąż jednakowa, a nie było zegarków, nie było 

niczego,   co   wskazywałoby,   że   czas   mija.   Jedynym   rytmem   znaczącym   noc   było   ciurkanie 

oddawanego moczu. 

background image

Nagle zdał sobie sprawę z tego, że widzi jedną twarz, potem drugą. Już niemal zapomniał, 

że   jeszcze   nastanie   dzień,   tak   jak   zapomina   się,   że   nadejdzie   kiedyś   śmierć.   Tak   to   wraz   ze 

zgrzytem hamulców czy gwizdkiem człowiek nagle uświadamia sobie, że czas się posuwa i w 

pewnej   chwili   kończy.   Wszystkie   głosy   powoli   stały   się   twarzami.   Nie   było   niespodzianek. 

Konfesjonał uczy księży rozpoznawać kształt głosu: zwisającą wargę czy rozlazły podbródek i 

fałszywą   szczerość   zbyt   prosto   patrzących   oczu.   O   parę   kroków   od   siebie   zobaczył   pobożną 

kobietę, śpiącą niespokojnie. Jej wąskie usta były otwarte i ukazywały mocne zęby sterczące jak 

nagrobki. Dalej starzec. W kącie leżał mędrek ze swą kobietą niedbale rozłożoną na jego kolanach. 

Teraz, kiedy dzień wreszcie nadszedł, tylko ksiądz nie spał i mały indiański chłopiec, który siedział 

przycupnięty przy drzwiach ze skrzyżowanymi nogami i z miną tak zaciekawioną, jak gdyby nigdy 

przedtem   nie   przebywał   w   równie   miłym   towarzystwie.   Na   dziedzińcu   widać   już   było   biel 

przeciwległej ściany. Ksiądz zaczął oficjalnie żegnać się ze światem; nie był w stanie zrobić tego z 

przejęciem. Jego moralne zepsucie było mniej oczywiste dla jego zmysłów niż śmierć. Jedna kula - 

myślał - prawie na pewno przeszyje serce; w plutonie musi być choć jeden celny strzelec. Życie 

ujdzie w “ułamku sekundy” - tak się to określało - ale przez całą noc rozumiał coraz bardziej, że 

czas   zależy   od   zegarów   i   zmiany   światła.   Nie   było   zegarów,   a   światło   nie   zmieni   się.   Nikt 

właściwie nie wie, jak długo może trwać sekunda bólu. Może trwać przez cały czyściec... lub 

zawsze. Ni stąd, ni zowąd, przyszedł mu na myśl pewien człowiek, którego spowiadał. Umierał na 

raka. Jego krewni musieli owinąć twarze, tak przerażający był smród gnijących wnętrzności. To nie 

był święty. W życiu nie było nic równie ohydnego jak śmierć. Jakiś głos na dziedzińcu krzyknął: 

“Montez!” Usiadł na swych zmartwiałych nogach. Myślał automatycznie. To ubranie nie zda się 

już na długo. Było poplamine i zapaskudzone zetknięciem z podłogą celi i współtowarzyszami 

niedoli. Kupił je z wielkim ryzykiem w magazynie nad rzeką, udając, że jest dobrym wieśniakiem z 

pretensjami   powyżej   swego   stanu.   Wtem   przypomniał   sobie,   że   nie   na   długo   będzie   mu   ono 

potrzebne. Dziwnie wstrząsnęła nim ta myśl: tak jak gdyby zamykał drzwi swego domu po raz 

ostatni. Głos powtórzył niecierpliwie: “Montez”. Przypomniał sobie, że chwilowo tak się nazywa. 

Oderwał wzrok od swego zniszczonego ubrania i zobaczył sierżanta otwierającego celę. - Chodźcie 

tu, Montez. - Łagodnie oparł głowę starca o wilgotną ścianę i usiłował wstać, ale nogi ugięły się 

pod nim jak ciasto. - Cóż wy chcecie spać całą noc? - gderał opryskliwie sierżant. Był czymś 

zirytowany, bo nie odnosił się tak przyjaźnie jak poprzedniego wieczoru. Kopnął jakiegoś śpiącego 

i zaczął walić w drzwi celi: - Jazda! Wszyscy wstawać, wychodzić na dziedziniec! - Tylko mały 

Indianin   posłuchał   i   wysunął   się   chyłkiem.   Miał   wciąż   dziwnie   zadowoloną   minę.   Sierżant 

narzekał: - Brudne psy. Cóż oni chcą, żebyśmy ich jeszcze myli?  Wy,  Montez, chodźcie tu. - 

Czucie w nogach powracało z bólem. Udało mu się dotrzeć do drzwi. Dziedziniec budził się ospale 

background image

do   życia.   Pod   jednym   kranem   stała   kolejka   ludzi   myjących   sobie   twarze.   Jakiś   człowiek   w 

podkoszulku i kalesonach siedział na ziemi, obejmując karabin. - Wychodzić na dziedziniec i myć 

się! - ryczał na więźniów sierżant, ale gdy ksiądz wyszedł, chwycił go: - Wy nie, Montez. - Ja nie?

-   Mamy   dla   ciebie   co   innego   do   roboty.   Ksiądz   stał   wyczekująco,   podczas   gdy   inni 

więźniowie wychodzili na dziedziniec. Mijali go jeden po drugim. Nie patrzył im w twarz, lecz na 

nogi. Nikt nie odezwał się ani słowem. Stopy kobiety w czarnych trzewikach na niskim obcasie, 

wlokąc się, przeszły obok niego. Szepnął bez podnoszenia wzroku:

- Módl się za mnie. - Coście tam powiedzieli, Montez?

Nie mógł zdobyć się na żadne kłamstwo. Czuł, że w ciągu tych dziesięciu lat jak gdyby 

wyczerpał cały swój zapas wykrętów. Trzewiki przystanęły. Głos kobiecy rzekł:

- On żebrał. - Dodała okrutnie: - Powinien był mieć więcej rozsądku. Nic nie mam do dania. 

- Potem wyszła na swych płaskich stopach na dziedziniec. - Wyspaliście się dobrze, Montez? - 

dokuczał mu sierżant. - Niespecjalnie. - Cóż chcecie? - mówił sierżant. - To wam da nauczkę, 

żebyście się zanadto w wódce nie lubowali, no nie?

- Tak. - Zastanawiał się, jak długo jeszcze potrwają te wstępne formalności. - A więc skoro 

wydajecie wszystkie pieniądze na wódkę, musicie odpracować wasz nocleg. Wynieście wiadra z 

cel i uważajcie, żeby nic nie wylać. To miejsce i tak już dosyć śmierdzi. - Gdzie mam zanieść?

Sierżant wskazał na drzwi wychodków za kranem. - Zgłoście się do mnie, jak skończycie - 

powiedział i wrócił na dziedziniec rycząc po drodze rozkazy. Ksiądz schylił się i chwycił wiadro. 

Było pełne i bardzo ciężkie. Pochylony pod ciężarem zaczął iść przez dziedziniec. Pot zalewał mu 

oczy. Otarł je i w kolejce do mycia zobaczył jedną po drugiej znajome twarze... zakładników. Stał 

tam Miguel, którego wzięto na jego oczach. Przypomniał sobie krzyk  matki, zmęczony gniew 

porucznika i wschodzące słońce. Oni go także zobaczyli. Postawił ciężkie wiadro i patrzył na nich. 

Gdyby udał, że ich nie poznaje, byłoby to jak wskazówka, jak domaganie się, jak żądanie, aby 

cierpieli dalej i pozwolili mu uciec. Miguela zbito. Miał ranę pod okiem. Bzykały koło niej muchy, 

tak jak bzykały wokół otwartego boku muła. Kolejka posunęła się dalej. Minęli go ze wzrokiem 

wbitym w ziemię, a ich miejsce zajęli obcy. Modlił się w milczeniu: “O Boże, przyślij im kogoś, 

kto  bardziej  zasługuje  na to,  żeby dla  niego  cierpieli”.  Wydawało  mu  się  przeklętą  ironią,   że 

poświęcają się dla księdza - pijaka, który ma bękarta. Żołnierz wciąż siedział w kalesonach, z 

karabinem między kolanami, i obgryzał paznokcie. Ksiądz poczuł się dziwnie opuszczony, dlatego 

właśnie, że zakładnicy nie okazali, iż go poznają. Wychodek był to po prostu dół kloaczny, z 

dwiema  deskami  w  poprzek, na których  można  było  stanąć.  Wypróżnił  wiadro i  wrócił  przez 

dziedziniec do cel. Było ich sześć. Brał wiadra jedno po drugim. Raz musiał przystanąć, gdyż 

zebrało   mu   się   na   wymioty:   plusk,   plusk,   tam   i   z   powrotem   przez   dziedziniec.   Przyszedł   do 

background image

ostatniej celi. Nie była pusta. W tyle przy ścianie leżał człowiek. Poranne słońce właśnie dosięgło 

jego   nóg.   Muchy   unosiły   się   bzykając   nad   kupą   wymiotów   na   podłodze.   Oczy   otwarły   się   i 

obserwowały księdza pochylającego się nad wiadrem. Dwa kły sterczały... 

Ksiądz poruszał się szybko i obryzgał podłogę. Metys odezwał się swoim, zanadto dobrze 

znanym, gderliwym tonem:

-   Czekajcie   no.   Nie   wolno   wam   tego   tutaj   robić.   -   Wyjaśnił   z   dumą:   -   Ja   nie   jestem 

więźniem. Jestem gościem. - Ksiądz wykonał przepraszający gest, bo obawiał się mówić, i znów 

się ruszył. - Stójcie. Chodźcie no tutaj - rozkazująco powiedział Metys. Ksiądz stał uparcie koło 

drzwi na pół odwrócony. - Chodźcie tutaj - powtórzył Metys. - Jesteście więźniem, prawda? A ja 

jestem gościem... gubernatora. Czy chcecie, żebym zawołał policjanta? Jeśli nie, to róbcie, co wam 

każę, i chodźcie tutaj. Wyglądało na to, że Bóg zdecydował się... wreszcie. Podszedł z wiadrem w 

ręku i stanął obok wielkiej, płaskiej bosej stopy. Metys spojrzał na niego z ciemnego kąta, po czym 

spytał ostro i niespokojnie:

- Co wy tu robicie?

- Sprzątam. - Nie o to mi chodzi. - Zostałem złapany z butelką wódki - powiedział ksiądz 

starając się nadać głosowi ton prostacki. - Ja was znam - powiedział Metys. - Nie mogłem oczom 

uwierzyć, ale kiedyście się odezwali... 

- Nie wydaje mi się... 

- Ten księży głos - rzekł mieszaniec z niesmakiem. Był jak pies innej rasy, mimo woli 

nastroszył się. Wielki, tłusty palec u nogi poruszał się wrogo. Ksiądz postawił wiadro. Opierał się, 

ale bez nadziei na powodzenie. - jesteście pijani. - Piwo, piwo - mówił Metys. - Nic tylko piwo. 

Obiecali mi co najlepsze, ale nie można im ufać. Czy ja nie wiem, że Jefe trzyma pod kluczem 

zapas koniaku?!

- Muszę wypróżnić wiadro. - Jeśli się stąd ruszycie, będę krzyczał. Muszę myśleć o tylu 

rzeczach - żalił się z goryczą Metys. Ksiądz czekał, nie mógł zrobić nic innego. Był zdany na łaskę 

tego człowieka. Głupie wrażenie, bo te malaryczne oczy nie wiedziały, co to łaska. W każdym razie 

oszczędził sobie upokorzenia, jakim byłoby błaganie go. - Jak widzicie, jest mi tu wygodnie - 

wyjaśnił starannie Metys. Żółte palce jego nóg skuliły się z zadowoleniem koło rzygowin. - Dobre 

żarcie, piwo, towarzystwo, no i ten dach nie przecieka. Nie mówcie, co się potem stanie, sam 

wiem: kopną mnie i wyrzucą stąd jak psa, jak psa. - Jego głos nabrzmiał piskliwym oburzeniem. - 

Chciałbym wiedzieć, za co was tu zamknęli. Według mnie, to jest świństwo. Przecież to ja mam 

was znaleźć, no nie? Kto dostanie nagrodę, jeśli już was mają? Nie zdziwiłbym się, gdyby Jefe albo 

ten skurwysyn sierżant. - Zafrasowany snuł ponure myśli. - Nie można dziś nikomu ufać. - No i 

oczywiście jest jeszcze Czerwona Koszula - zauważył ksiądz. - Czerwona Koszula?

background image

- Właściwie to on mnie złapał. - Rany boskie - rzekł Metys - oni wszyscy mają wpływy u 

gubernatora. - Podniósł błagalny wzrok i dodał: - Ksiądz jest wykształconym człowiekiem. Niech 

ksiądz mi coś poradzi. - To byłoby morderstwo - rzekł ksiądz - grzech śmiertelny. - nie o to mi 

chodzi. Mam na myśli nagrodę. Widzi ksiądz, tak długo, jak oni nie wiedzą, mam zapewnione, no... 

wygodne życie tutaj. Człowiek zasługuje na parę tygodni urlopu. A ksiądz i tak nie może uciec, 

prawda? Byłoby lepiej złapać księdza poza więzieniem. Gdzieś w mieście. To znaczy, że nikt inny 

nie   mógłby   rościć...   -   Dodał   z   pasją:   -   Biedny   człowiek   musi   myśleć   o   tylu   rzeczach.   - 

Przypuszczam, że dano by wam coś niecoś nawet i tutaj - rzekł ksiądz. - Coś niecoś - powtórzył 

Metys, dźwignął się i oparł o ścianę. - Dlaczego nie miałbym dostać wszystkiego?

- Co się tu dzieje? - zapytał sierżant. Stał w progu na słońcu i zaglądał do środka. - Chciał, 

żebym sprzątnął jego wymioty. Powiedziałem, że pan mi nie kazał - powiedział ksiądz powoli. - 

Ach, on jest gościem - rzekł sierżant. - Ma być traktowany odpowiednio. Zróbcie, jak wam każe. 

Metys uśmiechnął się sztucznie i spytał:

- A może by tak flaszeczkę piwa, panie sierżancie?

- Jeszcze nie - odparł sierżant. - Musicie najpierw rozejrzeć się po mieście. Ksiądz ujął 

wiadro i wrócił na dziedziniec, a oni spierali się dalej. Miał wrażenie, jak gdyby wymierzono mu w 

plecy   pistolet.   Wszedł   do   wychodka   i   wypróżnił   wiadro,   po   czym   wyszedł   z   powrotem   na 

dziedziniec:   pistolet   był   teraz   wymierzony   w   pierś.   Stali   obaj   w   drzwiach   celi   i   rozmawiali. 

Przeszedł przez dziedziniec. Przypatrywali mu się, gdy wrócił. Sierżant mówił do Metysa:

- Powiadacie, że wątroba wam dolega i że nie widzicie dziś dobrze. Więc sprzątnijcie sami 

wasze wymioty. Jeśli wy nie spełniacie swoich obowiązków... 

Za   plecami   sierżanta   Metys   mrugnął   na   księdza   chytrze,   co   bynajmniej   nie   podziałało 

uspokajająco. Teraz, gdy pierwszy strach minął, czuł tylko żal. Bóg zdecydował. Musiał żyć dalej, 

podejmować decyzje, działać, według własnego uznania planować... 

Sprzątanie   cel,   polegające   na   wylaniu   wiadra   wody  na   podłogę   każdej   celi,   zajęło   mu 

jeszcze pół godziny. Patrzył, jak pobożna kobieta znika - miał wrażenie, że na zawsze - w bramie, 

gdzie jej siostra czekała z grzywną. Obie były owinięte czarnymi szalami i wyglądały jak twarde i 

suche przedmioty, które kupuje się na wyprzedaży. Potem zameldował się znów u sierżanta, który 

obejrzał cele, skrytykował jego pracę i kazał mu rozlać więcej wody, aż nagle, znudzony tym 

wszystkim, powiedział mu, że może iść do Jefe z prośbą o zwolnienie. Czekał więc godzinę na 

ławce koło drzwi do pokoju Jefe, obserwując wartownika, który chodził leniwie tam i z powrotem 

w upalnym słońcu. A kiedy wreszcie policjant wprowadził go, nie Jefe, lecz porucznik siedział 

przy biurku. Ksiądz stanął niedaleko własnej fotografii na ścianie i czekał. Raz zerknął prędko i 

nerwowo na pomięty wycinek ze starej gazety i pomyślał z ulgą, że nie jest tak bardzo podobny do 

background image

tego   zdjęcia.   Jakiż   nieznośny   musiał   być   w   tamtych   czasach,   a   przecież   wtedy   był   jeszcze 

względnie niewinny.  To była  inna zagadka: czasem zdawało mu się, że powszednie grzechy - 

niecierpliwość, drobne kłamstwa, pycha, zaniedbana okazja - odcinają człowieka od łaski bardziej 

dokładnie niż najgorsze ze wszystkich grzechów. Wtedy, gdy był niewinny, nie odczuwał miłości 

do nikogo. Teraz, gdy był zepsuty, nauczył się... 

- A więc? - spytał porucznik nie odrywając oczu od papierów. - Sprzątnął dokładnie cele? - 

Po   czym   mówił   dalej:   -   Powiedzcie   sierżantowi,   że   chcę   tu   widzieć   dwa   tuziny   żołnierzy   z 

należycie wyczyszczonymi karabinami nie dalej jak za dwie minuty. - Spojrzał z roztargnieniem na 

księdza i spytał: - Na co wy czekacie?

- Czekam, aż wasza ekscelencja pozwoli mi odejść. - Nie jestem ekscelencją. Nauczcie się 

nazywać rzeczy po imieniu. - Dodał ostro: - Byliście tu już kiedyś?

- Nie, nigdy. - Nazywacie się Montez. Zdaje mi się, że ostatnio spotykam zbyt wielu ludzi o 

tym nazwisku. Wasi krewni? - Siedział przypatrując mu się uważnie, jak gdyby zaczynał sobie coś 

przypominać. Ksiądz powiedział z pośpiechem:

- Mój kuzyn został rozstrzelany w Concepcion. - To nie była moja wina. - Miałem na myśli 

tylko... że byliśmy bardzo podobni. Nasi ojcowie byli bliźniakami. Mniej niż pół godziny różnicy 

było między nimi. Zdawało mi się, że wasza ekscelencja miał na myśli... 

- O ile sobie przypominam, wyglądał zupełnie inaczej. Wysoki, chudy człowiek... wąski w 

ramionach... 

Ksiądz wtrącił prędko:

-   Może   rodzinne   podobieństwo.   -   No,   ale   ja   go   tylko   raz   widziałem.   -   Porucznik 

zachowywał się niemal tak, jakby miał coś na sumieniu, gdy tak siedział zamyślony, przesuwając 

niespokojnie po papierze swoje ciemne, indiańskie ręce. - Dokąd idziecie? - spytał. - Bóg to wie. - 

Wy, ludzie, jesteście wszyscy tacy sami. Nigdy nie nauczycie się prawdy... że Bóg nic nie wie. - 

Jakiś żyjący okruch przeleciał po papierze niby odrobina sadzy. Porucznik przycisnął go palcem i 

spytał: - Nie mieliście pieniędzy na zapłacenie kary? - Przypatrywał się innej plamce, która ukazała 

się spomiędzy stron szukając schronienia. W tym upale życie krzewiło się bujnie. - Nie. - Z czego 

będziecie żyli?

- Może dostanę jakąś pracę... 

- Starzejecie się, będzie wam coraz trudniej znaleźć pracę. - Nagle włożył rękę do kieszeni, 

wyjął   pięciopezową   monetę:   -   Macie.   A   teraz   jazda   stąd,   i   żebym   was   więcej   nie   widział. 

Pamiętajcie. Ksiądz trzymał w zaciśniętej pięści monetę, cenę mszy. Ze zdumieniem powiedział:

- Pan jest dobrym człowiekiem. 

background image

Rozdział IV 

Było jeszcze bardzo wcześnie rano, gdy przepłynął rzekę i ociekając wodą wyszedł na drugi 

brzeg. Nie przypuszczał, by ktoś mógł się kręcić w pobliżu. Bungalow, szopa kryta blachą, maszt 

na flagę. Zawsze zdawało mu się, że Anglicy o zachodzie słońca opuszczają flagę i śpiewają: “God 

Save the King”. Ostrożnie okrążył szopę. Drzwi ustąpiły pod naciskiem. Stał w ciemnym wnętrzu, 

gdzie już był kiedyś poprzednio. Ile tygodni temu? Nie miał pojęcia. Pamiętał tylko, że było to na 

długo przed porą deszczową. Deszcze zaczynały się właśnie teraz. Za tydzień tylko samolot będzie 

w stanie przedostać się przez góry.  Macał wokół siebie nogą. Był  tak głodny,  że nawet kilka 

bananów bardzo by się przydało; nie miał nic w ustach od dwóch dni; ale bananów tu nie było, ani 

jednego. Widocznie zjawił się w dniu, w którym zbiór wysłano w dół rzeki. Stał tuż przy drzwiach, 

usiłując przypomnieć  sobie, co mówiła  mu  dziewczynka,  alfabet  Morse'a, jej  okno. Gdzieś  za 

śmiertelnie białym, zakurzonym podwórzem druciana moskitiera błyszczała w słońcu. Przyszła mu 

nagle na myśl pusta spiżarnia. Zaczął niespokojnie nasłuchiwać. Nie dolatywał najmniejszy odgłos. 

Dzień tutaj jeszcze się nie zaczął pierwszym sennym człapaniem butów po cementowej posadzce, 

drapiącymi pazurami przeciągającego się psa, pukaniem do drzwi. Nie było słychać nic, w ogóle 

nic. Która to mogła być godzina? Od ilu godzin było już jasno? Trudno dociec. Czas był elastyczny 

i napięty do ostateczności. Przypuśćmy, że mimo wszystko nie jest bardzo wcześnie... może szósta, 

siódma...  Zrozumiał, jak bardzo liczył  na to dziecko. Ona była  jedyną istotą, która mogła mu 

pomóc bez narażania siebie. Jeśli nie przedostanie się przez góry w ciągu kilku dni, znajdzie się w 

pułapce.   Mógłby   wówczas   równie   dobrze   oddać   się   w   ręce   policji,   bo   jak   przeżyłby   porę 

deszczową, gdy nikt nie odważy się dać mu żywności czy udzielić schronienia? Byłoby lepiej, 

szybciej, gdyby przed tygodniem rozpoznano go na posterunku policji. O wiele mniej kłopotu. 

Wtem usłyszał jakiś hałas. Nadzieja wracała jakby na próbę. Słychać było drapanie i skowyt. To 

właśnie   rozumiało   się   pod   słowem   “świt”   -   odgłos   życia.   Zgłodniały   czekał   przy   drzwiach.   I 

zobaczył:   przez   podwórze   wlókł   się   kundel;   brzydka   suka   ze   zwieszonymi   uszami,   skomląc 

ciągnęła   za   sobą   skaleczoną   czy   złamaną   nogę.   Miała   chyba   przetrącony   grzbiet.   Szła   bardzo 

powoli. Jej wystające żebra przywodziły na myśl eksponat w muzeum przyrodniczym. Jasne było, 

że nie jadła nic od wielu, wielu dni, że ją zostawiono. W przeciwieństwie do niego, zachowała coś 

w rodzaju nadziei. Nadzieja jest instynktem, który tylko człowiek swym rozumem potrafi zabić. 

Zwierzę   nigdy   nie   zna   rozpaczy.   Patrząc,   jak   idzie   pokaleczona,   odnosił   wrażenie,   że   to   się 

zdarzało  co dzień, że obserwował jedno z regularnych  zjawisk nowego dnia, takich  jak śpiew 

ptaków w najszczęśliwszych okolicach. Dowlokła się do drzwi werandy i leżąc rozciągnięta jak 

orzeł w herbie zaczęła drapać jedną łapą. Trzymała nos przy szparze. Mogło się wydawać, że 

background image

wdycha zatęchłe powietrze pustych  pokoi; potem zaskowyczała niecierpliwie i zaczęła machać 

ogonem, jak gdyby słyszała, że coś się w środku rusza. Wreszcie zaczęła wyć. Ksiądz nie mógł 

dłużej wytrzymać. Wiedział już, co to znaczy. Lepiej więc sprawdzić własnymi oczami. Wyszedł 

na podwórze, a suka odwróciła się niezdarnie - parodia psa podwórzowego - i zaczęła na niego 

szczekać. Nie chciała byle kogo. Chciała tego, do czego była przyzwyczajona: chciała powrotu 

dawnego życia. Zajrzał przez okno, może to był pokój dziewczynki? Zabrano stąd wszystko z 

wyjątkiem rzeczy niużytecznych i połamanych. Widział tekturowe pudło pełne podartego papieru i 

małe krzesło bez nogi. W bieloną ścianę, w miejcsu gdzie wisiało może lustro lub obraz, wbity był 

wielki   gwóźdź.   Leżała   tam   również   złamana   łyżka   od   butów.  Suka   warcząc   wlokła   się   przez 

werandę. Instynkt jest jak poczucie obowiązku: można go łatwo pomieszać z wiernością. Pozbył 

się zwierzęcia po prostu wychodząc na słońce. Pies nie mógł obrócić się tak szybko, żeby za nim 

nadążyć. Ksiądz pchnął drzwi, które momentalnie ustąpiły; nikt nie zadał sobie trudu zamknięcia 

ich na klucz. Na ścianie wisiała jakaś stara skóra aligatora, źle obciągnięta i niedołężnie suszona. 

Usłyszał sapanie, więc odwrócił się. Suka przełożyła  dwie łapy przez próg, ale teraz, gdy już 

znajdował się w domu, nie zwracała na niego uwagi. Obejmowała dom w posiadanie, była tu panią, 

a   poza   tym   czuła   całe   mnóstwo   rozmaitych   zapachów,   które   ją   interesowały.   Wlokła   się   po 

podłodze   węsząc   głośno   wilgotnym   nosem.   Ksiądz   otworzył   drzwi   na   lewo;   może   to   była 

sypialnia? W rogu leżał stos starych butelek od lekarstw. W niektórych  z nich została jeszcze 

odrobina zabarwionego płynu. Były tam lekarstwa od bólu głowy, od bólu żołądka, lekarstwa do 

zażycia przed posiłkiem i do zażycia po posiłku. Ktoś musiał być bardzo chory, skoro potrzebował 

ich   aż   tyle.   Leżała   też   połamana   klamerka   i   pasmo   wyczesanych   siwiejących   blond   włosów. 

Pomyślał z ulgą: To jej matka, to tylko jej matka. Zajrzał do innego pokoju, który wychodził na 

powoli płynącą i pustą rzekę, widoczną przez okno zasłonięte moskitierą. Musiał to być salonik, bo 

został w nim stół, składany stolik do kart z dykty, kupiony za parę szylingów, którego nie opłacało 

im się zabierać ze sobą, gdziekolwiek jechali. Zastanawiał się, czy to matka była umierająca? A 

może ukończyli  już tegoroczne zbiory i wyjechali do stolicy,  gdzie był  szpital. Z tego pokoju 

przeszedł do następnego; był to pokój, który widział z zewnątrz, pokój dziewczynki. Ze smutnym 

zaciekawieniem przerzucił zawartość kosza do śmieci. Miał uczucie, jak gdyby porządkował rzeczy 

po   śmierci   i   zastanawiał   się,   co   jest   zbyt   bolesną   pamiątką.   Czytał:   “Bezpośrednią   przyczyną 

amerykańskiej wojny o niepodległość była tak zwana “herbatka bostońska””. Musiała to chyba być 

część   wypracowania,   napisanego   starannie,   wielkimi   literami.   “Ale   faktyczną   sporną   kwestią 

(słowo to zostało napisane z błędem, wykreślone i napisane na nowo) było, czy wolno nakładać 

podatki na ludzi, nie mających reprezentacji w parlamencie.” Musiał znaleźć brulion, tyle tam było 

poprawek. Podniósł jakiś inny, pierwszy z brzegu świstek. Chodziło o ludzi zwanych wigami i 

background image

torysami. Nie znał tych słów. Coś przypominającego ścierkę do kurzu trzepocząc sfrunęło z dachu 

na podwórze - sęp. Ksiądz czytał  dalej: “Jeśli pięciu ludziom zajęło trzy dni skoszenie łąki o 

powierzchni czterech i jedna czwarta akra, jaką przestrzeń skosiłoby dwóch ludzi w ciągu jednego 

dnia?” Pytanie było równo podkreślone linijką, a pod nią zaczynały się obliczenia, beznadziejna 

plątanina cyfr, które się nie zgadzały. Po zmiętym, odrzuconym na bok papierze można się było 

domyślić   upału   i   irytacji.   Wyobrażał   ją   sobie   bardzo   wyraźnie,   w   chwili   gdy   zdecydowanie 

uwolniła się od tego zadania: ostre regularne rysy i dwa cienkie warkocze. Przypomniał sobie jej 

gotowość do ślubowania wieczystej nienawiści wszystkim, którzy go skrzywdzą, i przypomniał 

sobie swoje własne dziecko, kuszące go na śmietnisku. Zamknął starannie drzwi za sobą, jak gdyby 

chciał zapobiec ucieczce. Słyszał, jak gdzieś warczała suka, i poszedł za nią do izby, która kiedyś 

była kuchnią. Leżała zastygła nad kością i szczerzyła swoje stare zęby. Twarz jakiegoś Indianina 

ukazała się za siatką okienną, niby szmata powieszona do suszenia, ciemna, uwiędła i nieapetyczna. 

Pożądliwym wzrokiem wpatrywał się w kość. Spojrzał na przechodzącego przez kuchnię księdza i 

natychmiast zniknął, jak gdyby nigdy go tam nie było, zostawiając dom w takim opuszczeniu jak 

poprzednio. Ksiądz także wpatrywał się w kość. Było na niej wciąż jeszcze dużo mięsa. Niewielka 

chmurka   much   wisiała   nad   gnatem,   o   kilka   centymetrów   od   pyska   suki.   Teraz,   gdy   Indianin 

zniknął,  suka miała  oczy wlepione  w księdza. Wszyscy byli  tu konkurentami.  Ksiądz postąpił 

naprzód krok czy dwa i tupnął dwukrotnie. - A pójdziesz stąd! - krzyknął i machnął rękami, ale 

kundel nie ruszył się, a tylko rozpłaszczył nad kością i skupiając w żółtych oczach całą siłę, jaka 

została  w  połamanym  ciele, warczał przez zęby.  Wyglądało  to jak nienawiść na łożu śmierci. 

Ksiądz podszedł ostrożnie. Nie przyzwyczaił się jeszcze do faktu, że suka nie mogła skoczyć. Psa 

kojarzy się z ruchem, ale to stworzenie, niczym człowiek - kaleka, potrafiło tylko myśleć. Z oczu 

zwierzęcia można było  wyczytać  myśli - głód, nadzieję i nienawiść. Ksiądz wyciągnął rękę w 

stronę kości i muchy z brzęczeniem uniosły się w górę. Zwierzę zamilkło i patrzyło uważnie. - 

Spokojnie,   spokojnie   -   powiedział   ksiądz   przymilając   się   chytrze   i   wabiąc   drobnymi   gestami. 

Zwierzę   uparcie  wpatrywało  się  w  niego.  Nagle  ksiądz  odwrócił   się i  odszedł,  tak  jak gdyby 

rezygnował z kości. Mruczał cicho pod nosem jakieś zdanie z mszy, demonstracyjnie nie zwracając 

na kość uwagi. Potem szybko odwrócił się. Nie udało się. Suka obserwowała go, wykręcając szyję, 

aby   nadążyć   za   jego   przemyślnymi   ruchami.   Przez   chwilę   był   wściekły,   że   jakiś   kundel   z 

przetrąconym grzbietem ukradł mu jedyne pożywienie! Zaczął przeklinać, używając popularnych 

określeń, podchwyconych podczas wiejskich zabaw. W innych okolicznościach byłby zdumiony, 

że tak łatwo przychodziły mu na język. Oto była ludzka godność: sprzeczać się z psem o kość. Na 

dźwięk jego śmiechu suka postawiła uszy, których koniuszki drgały niespokojnie. Ale nie czuł 

litości. Jej życie było bez znaczenia wobec ludzkiego życia. Rozejrzał się za czymś, aby rzucić, ale 

background image

pokój   był   ogołocony   prawie   ze   wszystkiego   poza   tą   kością.   Kto   wie,   może   zostawiono   ją 

naumyślnie dla kundla. Przyszło mu na myśl, że to dziewczynka pamiętała o tym przed wyjazdem 

z chorą matką i głupim ojcem. Miał wrażenie, że zawsze tylko ona musiała myśleć za wszystkich. 

Nie mógł znaleźć nic lepszego do tego celu niż pogięty, druciany koszyk, którego używano do 

jarzyn. Podszedł znów do suki i lekko uderzył ją w pysk. Chwyciła za drut starymi, połamanymi 

zębami i nie ruszyła się z miejsca. Uderzył ją powtórnie, tym razem mocniej. Chwyciła za drut tak 

mocno, że musiał go jej wyrwać. Uderzył ją kilkakrotnie, aż wreszcie zrozumiał, że suka może się 

ruszyć jedynie z największym wysiłkiem. Nie była w stanie uciec od ciosów ani puścić kości. 

Mogła jedynie cierpieć. W przerwach pomiędzy ciosami świeciły jej żółte przerażone i złe ślepia. 

Wtedy zmienił metodę. Użył kosza do jarzyn jako czegoś w rrodzaju kagańca, przytrzymując nim 

zęby suki, a jednocześnie schylił się i porwał kość. Szarpnęła jedną łapą i ustąpiła. Opuścił drut i 

odskoczył w tył. Zwierzę próbowało bez powodzenia iść za nim, po czym opadło na podłogę. 

Ksiądz   zwyciężył.   Miał   kość.   Suka   nie   usiłowała   już   nawet   warczeć.   Ksiądz   oderwał   kawał 

surowego mięsa zębami i zaczął żuć. Nigdy jeszcze jedzenie tak mu nie smakowało. Teraz, gdy 

przez chwilę czuł się szczęśliwy, zaczął odczuwać litość. Myślał: Zjem tylko tyle, a ona niech ma 

następny kawałek. Mdłości odczuwane od kilku godzin opuściły go i pozostawiły po sobie potężny 

głód. Jadł dalej, a suka mu się przypatrywała. Po skończonej walce, zdawała się nie mieć do niego 

pretensji. Zaczęła uderzać ogonem o podłogę z nadzieją, pytająco. Ksiądz doszedł do miejsca, które 

zaznaczył, ale w tej samej chwili wydało mu się, że jego poprzedni głód był urojony. To, co teraz 

odczuwał, to był głód. Potrzeby człowieka są większe niż psa. Zostawi mu ten strzęp mięsa przy 

stawie. Ale kiedy moment ów przyszedł, zjadł także i to. Ostatecznie pies ma zęby, więc zje samą 

kość. Rzucił ją koło pyska suki i wyszedł z kuchni. Jeszcze raz przemierzył puste pokoje. Złamana 

łyżka do butów, butelki od lekarstw, wypracowanie na temat amerykańskiej wojny o niepodległość. 

Nie było nic, co mogłoby mu wyjśnić, dlaczego stąd wyjechali. Wyszedł na werandę i przez dziurę 

w deskach zobaczył, że na ziemię upadła książka i leżała między nie otynkowanymi słupami z 

cegły, na których stał dom, odizolowany w ten sposób od mrówczych szlaków. Od wielu miesięcy 

ksiądz nie widział żadnej książki. Leżała tam i pleśniała prawie jak obietnica lepszej przyszłości; 

obietnica życia w spokojnych domach, w których będą odbiorniki radiowe i półki z książkami, i 

łóżka zaścielone na noc i obrusy przy posiłkach. Przyklęknął na ziemi i sięgnął po nią. Nagle pojął, 

że gdy skończy się ta długa walka, gdy przekroczy góry i granicę prowincji, może znów jeszcze 

będzie mógł się cieszyć życiem. Była to angielska książka, ale z lat, które spędził w amerykańskim 

seminarium, pamiętał angielski na tyle, że bez specjalnej trudności mógł ją czytać. Nawet gdyby 

nie   zrozumiał   ani   słowa,   zawsze   to   była   książka.   Nosiła   tytuł:   “Klejnoty   w   pięciu   słowach. 

Skarbiec   angielskiej   poezji”.   Na   czystej   kartce   za   okładką   nalepione   było   drukowane 

background image

zaświadczenie: “Przyznane... - po czym następowało nazwisko Coral Fellows wypisane ręcznie - za 

postępy w wypracowaniach z języka angielskiego na poziomie klasy trzeciej”. Był tam też jakiś 

zawiły herb, który zdaje się zawierał gryfa i liść dębowy, a także motto łacińskie: “Virtus laudata 

crescit” i podpis odbity gumową pieczątką: “Mgr Henry Beckley, Kierownik Prywatnych Kursów 

Korespondencyjnych”.   Ksiądz   usiadł   na   schodkach   werandy.   Wszędzie   panowała   cisza.   Na 

opuszczonej plantacji bananowej nie było śladu życia, poza sępem, który jeszcze nie stracił nadziei. 

Indianin mógł być przywidzeniem. Po posiłku chwilka lektury - pomyślał ksiądz z melancholijnym 

humorem i otworzył książkę na chybił trafił. A więc dziewczynce było na imię Coral. Myślał o 

sklepach   w   Vera   Cruz   pełnych   korali,   twardych,   kruchych   kamieni,   które   z   jakiegoś   powodu 

uważano za nader odpowiednie dla małych dziewcząt po pierwszej komunii. Czytał: 

Z bagien, gdzie łyski żyją i czaple,

W nagłym porywie wychynę;

żarzę się najpierw pośród paproci

i z błyskiem sunę w dolinę. 

Był to bardzo niejasny wiersz Tennysona, pełen słów, które wyglądały jak esperanto. Więc 

taka jest angielska poezja - myślał. Dziwne. Odrobina poezji, jaką znał, miała za przedmiot głównie 

mękę, żal i nadzieję. Wiersz kończył się filozoficzną nutą: “ludzie przychodzą, ludzie odchodzą. 

Ale ja żyję na wieki”. Banał i fałsz słów “na wieki” zgorszyły go nieco, taki wiersz nie powinien 

znajdować się w rękach dziecka. Sęp - zakurzony i samotny kształt - rozglądając się opadł na 

podwórze. Co jakiś czas unosił się leniwie z ziemi i opadał o dwadzieścia metrów dalej. Ksiądz 

czytał: 

“Wróć tu! Ach, wróć tu! - wołał w żałości,

gdzie toń się burzy wezbrana - 

a góralowi twemu przebaczę,

córko ma, córko kochana.”

To zrobiło na nim większe wrażenie, ale jak i tamto nie nadawało się chyba dla dzieci. W 

słowach pisanych obcym językiem wyczuwał ton prawdziwej namiętności. Samotny i osaczony 

powtarzał sobie ostatni wiersz: “Córko ma, córko kochana”. Te słowa zdawały się zawierać cały 

żal, tęsknotę i nieszczęśliwą miłość, jaką sam odczuwał. 

Najdziwniejszą rzeczą było to, że w ową gorącą noc, spędzoną w natłoku celi, z głową 

starca na swoim ramieniu, wkroczył do kraju opuszczenia, jak gdyby umarł, a teraz wędrował po 

jakiejś otchłani, bo nie był ani dostatecznie dobry, ani dostatecznie zły... Życie już nie istniało... 

Nie chodziło tu tylko o plantację bananową. Teraz, gdy burza nadeszła i gdy rozpaczliwie szukał 

background image

schronienia, dobrze wiedział, co znajdzie - nic. 

Szałasy ukazywały się w świetle błyskawic, chwiały się przez chwilę i z powrotem znikały 

w napełnionej grzmotami  ciemności. Deszcz jeszcze nie padał. Nadciągał od zatoki Campeche 

wielkimi płachtami, ogarniając cały kraj nieubłaganym pochodem. Zdawało mu się, że słyszy go w 

przerwach pomiędzy grzmotami - ogromny szum sunący na przełaj ku górom, które były już tak 

blisko, nie dalej niż trzydzieści kilometrów. Doszedł do pierwszego szałasu. Drzwi były otwarte i, 

gdy zamigotała błyskawica, stwierdził, że tak jak przypuszczał, nie było tam nikogo. Jedynie kupa 

kukurydzy,  w której coś szarego ruszało się niewyraźnie: może szczur. Pobiegł do następnego 

szałasu, ale i tam było to samo - kukurydza i nic poza tym, jak gdyby wszelkie życie ludzkie cofało 

się przed nim, jak gdyby Ktoś postanowił, że odtąd ma być sam, zupełnie sam. Deszcz właśnie 

dosięgnął polany. Wyszedł z lasu i sunął niby gęsty, biały dym, zupełnie jak nieprzyjaciel starannie 

pokrywający   cały   teren   chmurą   gazu,   żeby   nikt   nie   uszedł.   Deszcz   rozprzestrzenił   się   i   trwał 

niezbyt   długo,   jak   gdyby   nieprzyjaciel   miał   w   ręku   stoper   i   znał   co   do   sekundy   granice 

wytrzymałości płuc. Dach przez chwilę powstrzymywał deszcz, potem zaczął przeciekać. Gałęzie 

ugięły się pod naporem wody i rozsunęły. Przez pół tuzina dziur deszcz spływał czarnymi strugami. 

Potem ulewa ustała i tylko kapało z dachu. Deszcz oddalił się, osłoniony na flankach błyskawicami 

niczym ogniem zaporowym. W ciągu paru minut dosięgnie gór. Jeszcze kilka takich burz, a będą 

nie do przebycia. Był bardzo zmęczony po całodziennym marszu. Znalazł suche miejsce i usiadł. 

W świetle błyskawicy mógł objąć wzrokiem polanę. Wszędzie dokoła słychać było łagodny odgłos 

kapiących kropel. Panował niemal spokój, ale niezupełnie. Spokój wymagał towarzystwa ludzi. 

Jego samotność była jak groźba rzeczy, które miały nadejść. Wtem - bez żadnego widocznego 

powodu - przypomniał sobie deszczowy dzień w amerykańskim seminarium: okna biblioteczne 

zamglone   oparem   kaloryferów,   wysokie   półki   statecznych   książek   i   pewien   młody   człowiek   - 

cudzoziemiec z Tuscon - rysujący palcem swoje inicjały na szybie. To był spokój. Patrzył na to 

teraz z zewnątrz, bez wiary, że go jeszcze kiedykolwiek odnajdzie. Stworzył sobie swój własny 

świat: puste, rozwalone szałasy, oddalająca się burza i powracający strach. Strach, bo jednak mimo 

wszystko nie był samotny. Na zewnątrz ktoś ostrożnie się ruszał. Co chwila szedł parę kroków i 

stawał. Pogrążony w apatii ksiądz czekał, krople z dachu nieustannie kapały. Pomyślał o Metysie 

węszącym po mieście w poszukiwaniu naprawdę murowanej okazji, by go wydać. Jakaś twarz 

spojrzała na niego przez drzwi szałasu i szybko się cofnęła: twarz starej kobiety, choć z Indiankami 

nigdy na pewno nie wiadomo: równie dobrze mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia lat. Wstał i 

wyszedł na zewnątrz. Uciekła przed nim w ciężkiej workowatej spódnicy, a jej czarne warkocze 

podskakiwały   niezgrabnie.   Widocznie   jego   samotność   miała   być   zakłócona   tylko   przez   te 

nieuchwytne twarze, przez te istoty wynurzające się jak gdyby z epoki kamiennej i uciekające przy 

background image

pierwszym  spotkaniu.  Ogarnęła  go niechęć  i gniew. Ta nie ucieknie.  Pogonił  ją przez polanę, 

rozpryskując kałuże, ale że zaczęła biec wcześniej i nie wstydziła się swego strachu, dopadła lasu 

przed nim. Szukanie jej tam nie miało sensu. Wrócił do najbliższego szałasu. Nie był to ten sam, w 

którym schronił się poprzednio, ale tak samo był pusty. Co się stało tym ludziom? Dobrze wiedział, 

że te mniej lub więcej dzikie obozowiska były tylko tymczasowe. Indianie zazwyczaj uprawiali 

mały skrawek ziemi, a gdy wyjałowili na pewien czas glebę, po prostu przenosili się gdzie indziej. 

W ogóle nie znali się na płodozmianie, ale przenosząc się zabierali ze sobą kukurydzę. To, co 

widział, wyglądało raczej na ucieczkę przed przemocą lub zarazą. Słyszał o takich ucieczkach w 

wypadku choroby, a oczywiście najgorsze było to, że wszędzie, gdzie szli, przenosili z sobą zarazę. 

Czasem   ulegali   panice,   niczym   muchy   na   szybie,   ale   uciekali   dyskretnie,   ukrywając   to   przed 

wszystkimi i tłumiąc swój niepokój. Odwrócił się znów markotnie, żeby spojrzeć na polanę, i 

zobaczył, że Indianka skrada się z powrotem ku szałasowi, w którym schronił się na czas deszczu. 

Zawołał  na nią ostro i znów  niezgrabnym  biegiem uciekła  w  stronę lasu. Jej  niezdarne  ruchy 

przypominały mu ptaka, który udaje, że ma złamane skrzydło... Nie ruszył  się z miejsca. Nim 

dotarła   do  drzew,   stanęła   patrząc   na  niego.   Zaczął   iść  powoli   w   stronę   szałasu.   Odwrócił   się 

nieoczekiwanie. Szła za nim w pewnej odległości, nie spuszczając go z oka. Znów przypominała 

mu   zaniepokojone   zwierzę   czy   ptaka.   Szedł   dalej,   prosto   w   kierunku   szałasu.   Gdzieś   daleko 

błyskawica przecięła niebo, ale grzmot ledwo dał się słyszeć. Niebo przejaśniało się nad głową i 

księżyc wyszedł zza chmur. Nagle usłyszał jakiś dziwny, jakby sztuczny krzyk. Gdy odwrócił się, 

zobaczył, że kobieta biegnie z powrotem w stronę lasu. W pewnej chwili potknęła się, wyrzuciła w 

górę ramiona i upadła na ziemię, niby ptak składający siebie na ofiarę. 

Był teraz zupełnie pewien, że w szałasie znajdowało się coś cennego: może ukryła to w 

kukurydzy.   Wszedł,   nie   zwracając   na   nią   uwagi.   Ponieważ   przestało   się   już   błyskać,   nic   nie 

widział. Macał rękami podłogę, aż natrafił na kupę kukurydzy. Kroki skradające się na zewnątrz 

podeszły bliżej. Zaczął szperać w kukurydzy - może była tam schowana żywność? Suchy szelest 

liści   mieszał   się   z   kapaniem   kropel   i   ostrożnymi   krokami,   składając   się   na   nikły   odgłos 

przypominający domową krzątaninę. Wtem dłoń jego spoczęła na jakiejś twarzy. Nie mogło go to 

już   przerazić.   Dotykał   ludzkiego   ciała.   Przesunął   po   nim   palce:   było   to   ciało   dziecka,   leżące 

zupełnie spokojnie pod jego ręką. Blask księżyca ukazywał niewyraźny zarys głowy stojącej w 

drzwiach kobiety. Z pewnością targał nią niepokój, ale nie można było tego wyczytać z jej twarzy. 

Pomyślał: Muszę je wynieść na dwór, gdzie będę mógł coś zobaczyć... 

Był  to chłopczyk  może trzyletni.  Miał pomarszczoną,  kulistą główkę z kępką czarnych 

włosów. Był nieprzytomny, ale żył. Ksiądz mógł wyczuć słabiutkie bicie serca w jego piersi. Znów 

przyszła mu na myśl zaraza, ale gdy ujął jego rękę, stwierdził, że dziecko nie ociekało potem, lecz 

background image

krwią. Przejęła go zgroza i obrzydzenie: wszędzie gwałt, czyż nie było końca gwałtowi? Zwrócił 

się do kobiety z ostrym zapytaniem:

- Co się stało? - Czyżby w całej tej prowincji człowiek był wydany człowiekowi na łup?

Kobieta klęczała o dwa czy trzy kroki, patrząc mu na ręce. Umiała trochę po hiszpańsku, 

bowiem odparła: “Americano”. Dziecko miało na sobie brązowy kaftanik. Odwinął go aż po szyję. 

Chłopczyk był postrzelony w trzech miejscach. Życie wyciekało z niego z każdą chwilą. Właściwie 

nic tu już nie było do zrobienia, ale trzeba było spróbować... 

- Wody - powiedział do kobiety - wody. Nie wyglądało na to, że rozumie, o co mu chodzi. 

Przykucnięta obserwowała go bacznie. Jak łatwo o pomyłkę uważając, że człowiek odczuwa ból 

tylko wówczas, gdy wyraża go oczyma. Kiedy dotknął drobnego ciałka, zauważył, że poruszyła się 

w biodrach, sprężona i gotowa rzucić się na niego z zębami jak zwierzę, gdyby malec choć pisnął. 

Zaczął mówić powoli i łagodnie, nie mając pojęcia, ile z tego kobieta rozumie:

- Musimy mieć  wodę, żeby go umyć.  Nie masz  powodu bać się mnie.  Nie zrobię mu 

krzywdy. - Zdjął koszulę i zaczął drzeć na paski. Było to okropnie niehigieniczne, ale cóż innego 

mógł zrobić? Oprócz modlitwy, oczywiście, ale człowiek nie modli się o życie, o to życie. Znowu 

powtórzył:   -   Wody.   -   Tym   razem   kobieta   chyba   zrozumiała.   Rozejrzała   się   bezradnie   po 

deszczowych kałużach. To jest jedyna woda tutaj - pomyślał. - Cóż, ziemia jest tak czysta jak 

każde inne naczynie. Namoczył kawałek koszuli i pochylił się nad dzieckiem. Słyszał, jak kobieta 

przypełzła bliżej; była w tym zbliżeniu groźba. Próbował raz jeszcze ją uspokoić. - Nie masz co się 

mnie bać. Jestem księdzem. Słowo “ksiądz” zrozumiała. Pochyliła się, chwyciła rękę, w której 

trzymał mokry skrawek koszuli, i ucałowała ją. W tej samej chwili, gdy jej wargi dotykały jego 

ręki,   twarz   dziecka   skrzywiła   się,   oczy   otwarły   się   i   spojrzały   na   nich,   a   drobnym   ciałkiem 

wstrząsnął potworny paroksyzm bólu. Patrzyli, jak gałki oczne przekręcają się ku górze i nagle 

niby kulki przy dziecinnej grze, zamierają w bezruchu, żółte i brzydkie brzydotą śmierci. Kobieta 

puściła jego rękę, pobiegła do kałuży, nabrała wody w złożone ręce. - Nie potrzeba nam już teraz - 

rzekł ksiądz, podnosząc się z mokrą szmatą w rękach. Kobieta rozwarła palce i woda rozlała się na 

ziemię. - Ojcze - odezwała się błagalnie, a on ze znużeniem opadł na kolana i zaczął modlitwę. 

Modlitwy takie jak ta nie miały już dla niego znaczenia. Hostia to co innego: włożyć ją w usta 

umierającego człowieka znaczyło włożyć Boga. To był fakt - coś, czego można było dotknąć, ale to 

tutaj   nie   było   niczym   więcej   jak   pobożnym   życzeniem.   Dlaczego   Ktoś   miał   wysłuchać   jego 

modlitw? Grzech był przeszkodą nie pozwalającą im ulecieć. Czuł, że jego modlitwy uciskają go 

jak niestrawiony posiłek. Gdy skończył, podniósł zwłoki i zaniósł je z powrotem do szałasu niczym 

jakiś  mebel.  Wynoszenie  ich  na zewnątrz  wydawało  mu  się  teraz  stratą  czasu, zupełnie  jak z 

krzesłem,  które wyniesiono  do ogrodu i zaraz wniesiono z powrotem do domu,  bo trawa jest 

background image

mokra. Kobieta szła za nim potulnie. Nie chciała zdaje się dotknąć ciała, przyglądała się tylko, jak 

składa je znowu w ciemności na kukurydzy. Usiadł na ziemi i rzekł powoli:

- Trzeba będzie je pogrzebać. Zrozumiała to i skinęła głową. - Gdzie jest twój mąż? Czy ci 

pomoże? - spytał. Zaczęła mówić szybko. Przypuszczalnie mówiła narzeczem Camacho, bo poza 

paru hiszpańskimi słowami nie mógł nic zrozumieć. Słowo “Americano” znów się powtórzyło; 

przypomniał sobie poszukiwanego człowieka, którego podobizna sąsiadowała na ścianie z jego 

własną. - Czy on to zrobił?

Potrząsnęła   głową.   Co  się   więc   stało?   -   zastanawiał   się.   Może   zbieg   ukrył   się   tutaj,   a 

żołnierze   strzelali   do   szałasów?   To   było   prawdopodobne.   Nagle   przykuło   jego   uwagę   to,   że 

wymówiła nazwę plantacji bananowej. Ale tam nikt nie umarł, ani nie było śladów gwałtu, chyba 

że cisza i opuszczenie były tymi śladami. Przypuszczał, że matka zachorowała, ale mogło zdarzyć 

się coś gorszego. Wyobraził sobie, że może durny kapitan Fellows zdjął sztucer i operując nim 

niezgrabnie wyszedł naprzeciw człowiekowi, którego głównym talentem było szybkie dobywanie 

broni lub strzelanie bezpośrednio z kieszeni. Biedna mała... kto wie, jaką odpowiedzialność była 

może zmuszona wziąć na siebie. Otrząsnął się z tej myśli i zapytał:

- Masz łopatę? - Nie zrozumiała go i musiał jej na migi pokazywać kopanie. Nowy grzmot 

przetoczył   się   pomiędzy   nimi.   Nadchodziła   druga   burza,   jak   gdyby   nieprzyjaciel   odkrył,   że 

pierwszy ogień zaporowy zostawił mimo wszystko paru niedobitków przy życiu. Ten ich zmiażdży. 

Znów usłyszał ogromne tchnienie deszczu, odległego o wiele kilometrów. W pewnej chwili zdał 

sobie sprawę, że kobieta wymówiła słowo “kościół”. Jej znajomość hiszpańskiego ograniczała się 

do poszczególnych słów. Zastanawiał się, co przez to rozumiała. Wtem deszcz dopadł ich. Stanął 

jak ściana pomiędzy nim a ucieczką, spiętrzył  się niby wał i ogrodził ich ze wszystkich stron. 

Zapadła   zupełna   ciemność,   przerywana   tylko   błyskawicami.   Dach   nie   mógł   wytrzymać   takiej 

ulewy - przeciekał na całej powierzchni. Suche liście kukurydzy, na których leżało zmarłe dziecko, 

trzaskały jak płonący chrust. Ksiądz trząsł się z zimna. Prawdopodobnie zbliżał się atak febry. 

Musi się stąd wydostać, zanim utraci w ogóle zdolność poruszania się. Kobieta, której teraz nie 

mógł dojrzeć, powtórzyła znowu błagalnie słowo: “Iglesia”. Przyszło mu na myśl, że ona chce 

pochować dziecko w pobliżu kościoła lub też tylko zanieść je przed ołtarz, aby dotknęła je stopa 

Chrystusa. Cóż za fantastyczny pomysł. Skorzystał z długiego błysku niebieskiego światła, żeby 

gestami rąk dać do zrozumienia, iż to jest niemożliwe. - Żołnierze - rzekł, a ona natychmiast 

odparła:

- Americano. To słowo wciąż pojawiało się, jak gdyby miało wiele znaczeń i zależnie od 

akcentu, z jakim się je wymawia, oznaczało wyjaśnienie, ostrzeżenie lub groźbę. Może chciała 

powiedzieć, że wszyscy żołnierze byli zajęci pościgiem. Ale nawet w tym wypadku deszcz psuł 

background image

wszystko.   Do   granicy   mieli   jeszcze   trzydzieści   kilometrów,   a   ścieżki   górskie   były   po   burzy 

prawdopodobnie nie do przebycia. Jeśli zaś chodzi o kościół... nie miał najmniejszego pojęcia, 

gdzie mógł być kościół. Od lat w ogóle nie widział śladu kościoła i trudno było uwierzyć, że wciąż 

jeszcze   istnieją,   zaledwie   o   parę   dni   drogi.   W   świetle   nowej   błyskawicy   zobaczył   kobietę, 

przyglądającą mu się z kamienną cierpliwością. 

Od trzydziestu godzin mieli do jedzenia tylko cukier: duże brązowe bryły wielkości głowy 

dziecka.   Nie   spotkali   nikogo   i   nie   zamienili   ani   jednego   słowa.   Po   co   mieliby   mówić,   skoro 

jedynymi niemal słowami, jakie oboje znali, były “Iglesia” i “Americano”? Kobieta szła w trop za 

nim z martwym dzieckiem uwiązanym na plecach. Zdawało się, że w ogóle nie podlega zmęczeniu. 

Dzień i noc w marszu wyprowadziły ich z bagien do podnóża gór. Spali o kilkanaście metrów 

ponad nurtem leniwej zielonej rzeki, schowani pod wystającą skałą, gdzie ziemia była  sucha - 

wszędzie indziej zalegało głębokie błoto. Kobieta siedziała z podkurczonymi nogami i spuszczoną 

głową. Nie zdradzała żadnego uczucia, ale położyła ciało dziecka za sobą, jak cenny przedmiot, 

którego trzeba strzec przed włóczęgami. Szli kierując się słońcem, dopóki nie wskazała im drogi 

porośnięta   lasem   czarna   ściana   gór.   Mogło   się   zdawać,   że   są   jedynymi   istotami   ocalonymi   z 

umierającego świata i że noszą na sobie widoczne ślady tego umierania. Czasem zastanawiał się, 

czy jest bezpieczny, ale gdy nie ma widzialnych granic między jedną prowincją a drugą, gdy nie 

ma   kontroli   paszportów   ani   biur   celnych,   niebezpieczeństwo   zdaje   się   wędrować   razem   z 

człowiekiem,   podnosząc   swe   ciężkie   stopy   w   takt   jego   kroków.   Posuwali   się   bardzo   powoli 

naprzód. Ścieżka wznosiła się stromo może na jakieś sto pięćdziesiąt metrów, a potem opadała. 

Błoto czyniło marsz jeszcze trudniejszym. W pewnym miejscu ścieżka zatoczyła ogromny łuk, tak 

że po trzech godzinach powrócili do punktu położonego o niecałe sto metrów dalej od miejsca, z 

którego wyszli. O zachodzie słońca drugiego dnia wyszli na szeroki płaskowyż, porośnięty krótką 

trawą. Na tle nieba czernił się dziwaczny las krzyży, pochylonych pod rozmaitymi kątami. Niektóre 

z   nich   były   wysokie   na   sześć   metrów,   inne   nie   dochodziły   do   trzech.   Wyglądały   jak   drzewa 

pozostawione   na   wysiew.   Ksiądz   zatrzymał   się   i   patrzył   na   nie.   Były   to   pierwsze   symbole 

chrześcijańskie, wystawione publicznie, jeśli ten pusty płaskowyż w górach można było nazwać 

miejscem publicznym. Żaden ksiądz nie brał chyba udziału w budowie tej dziwnej grupy surowych 

krzyży. Były dziełem Indian i nie miały nic wspólnego ze schludnością mszalnych szat i starannie 

opracowanymi   symbolami   liturgiki.   Sprawiały   wrażenie   drogi   na   przełaj   do   ciemnego   i 

magicznego serca wiary, w głąb nocy, w której otworzą się groby, a umarli zaczną chodzić. Coś 

poruszyło się za jego plecami, odwrócił się. Kobieta upadła na kolana i wlokła się w stronę krzyży 

po okrutnej ziemi. Gdy zbliżyła się do największego krzyża, zdjęła dziecko z ramion i zbliżyła do 

drzewa, najpierw jego twarz, a potem biodra. Następnie przeżegnała się, nie tak jak to czynią 

background image

normalnie   katolicy,   ale   w   dziwny   i   skomplikowany   sposób,   obejmujący   nos   i   uszy.   Czy 

spodziewała się cudu? A jeśli tak, dlaczego miałby jej być odmówiony? - myślał ksiądz. Wiara, 

mówiło się, przenosi góry, a tu była wiara: wiara w ślinę, która uzdrowiła ślepca, i w głos, który 

wskrzeszał umarłych. Wzeszła gwiazda wieczorna. Wisiała nisko nad samą krawędzią płaskowyżu; 

zdawałoby się, że można po nią sięgnąć. Powiał łagodny, gorący wiatr. Ksiądz przyłapał się na 

tym, że patrzy na dziecko, oczekując jakiegoś znaku życia. Gdy ciało nie poruszyło się, doznał 

uczucia, jakby Bóg pominął ważną okazję. Kobieta usiadła, wyjęła z zawiniątka bryłę  cukru i 

zaczęła jeść, a dziecko leżało spokojnie u stóp krzyża. Ostatecznie dlaczego mielibyśmy wymagać 

od Boga, by karał niewinnego dalszym życiem?

-   Vamos   -   rzekł   ksiądz,   ale   kobieta   skrobała   cukier   ostrymi,   przednimi   zębami,   nie 

zwracając   na   niego   uwagi.   Spojrzał   na   niebo   i   zobaczył,   że   czarne   chmury   zatarły   gwiazdę 

wieczorną. - Vamos. - Na płaskowyżu nie było nigdzie żadnego schronienia. Kobieta nie ruszyła 

się.   Jej   grubo  ciosana   twarz   o  płaskim   nosie,   ujęta   w   czarne   warkocze,   była   zupełnie   bierna. 

Zdawało się, że spełniła swój obowiązek i może się teraz udać na wieczny spoczynek. Księdza 

nagle przeniknął dreszcz. Ból, który uciskał mu czoło przez cały dzień niczym obręcz sztywnego 

kapelusza, wżarł się głębiej. Pomyślał: Muszę znaleźć jakieś schronienie. Pierwszą powinnością 

człowieka jest troska o samego siebie. Nawet Kościół uczy czegoś w tym rodzaju. Całe niebo 

pociemniało.   Krzyże   sterczały  w  górę  jak  suche,  brzydkie   kaktusy.  Ruszył  w  stronę  krawędzi 

płaskowyżu. Raz, zanim ścieżka zaczęła schodzić w dół, obejrzał się. Kobieta wciąż gryzła bryłę 

cukru. Przypomniał sobie, że była to cała żywność, jaką mieli. 

Droga była bardzo stroma, tak stroma, że musiał się odwrócić i schodzić tyłem. Po obu 

stronach drzewa wyrastały prostopadle z szarej skały, a o jakieś dwieście metrów poniżej ścieżka 

znów zaczynała wspinać się w górę. Ociekał potem i czuł dotkliwe pragnienie. Gdy zaczął padać 

deszcz,   w   pierwszej   chwili   odczuł   jakby   ulgę.   Zatrzymał   się   tam,   gdzie   był,   skulony   pod 

ogromnym   głazem.   Nie   było   żadnego   schronienia   bliżej   niż   na   dnie   barranca,   a   dotarcie   tam 

wydawało mu się bezcelowym  wysiłkiem.  Dreszcze wstrząsały nim teraz prawie bez przerwy. 

Zdawało mu się, że bólu nie odczuwa już wewnątrz głowy; ból stał się czymś zewnętrznym, niemal 

wszystkim - hałasem, myślą, zapachem. Zmysły mieszały się ze sobą. W pewnej chwili ból był jak 

natrętny głos, tłumaczący mu, że wszedł na złą ścieżkę. Przypomniał sobie widzianą kiedyś mapę 

dwu sąsiednich prowincji. Prowincja, z której uciekał, była usiana wioskami; na gorącej bagnistej 

ziemi ludzie mnożyli się jak moskity. Ale w drugiej prowincji, w północno-zachodnim rogu mapy, 

nie było prawie nic poza czystym, białym papierem. Jesteś teraz na tym pustym papierze - mówił 

mu ból. Ale jest ścieżka - spierał się znużony. Ach, ścieżka - mówił ból - ścieżka może biec i sto 

kilometrów, zanim w ogóle gdzieś dotrze. Wiesz, że nie wytrzymasz takiej odległości. Wszystko 

background image

dokoła to tylko biały papier. Innym razem ból był jakąś twarzą. Był przekonany, że Amerykanin 

mu się przygląda. Miał skórę całą w kropki, jak na fotografii w gazecie. Widocznie szedł za nimi 

cały czas, bo chciał zabić matkę, tak jak zabił dziecko. Był pod tym względem sentymentalny. 

Trzeba   było   koniecznie   coś   przedsięwziąć.   Deszcz   był   jak   kurtyna,   za   którą   niemal   wszystko 

mogło się zdarzyć. Pomyślał: Nie powinienem był jej zostawić samej. Boże, przebacz mi. Nie mam 

poczucia   odpowiedzialności.   Czegóż   można   się   spodziewać   po   księdzu   -   pijaczynie?   Wstał   z 

trudem i zaczął wspinać się znowu na płaskowyż. Dręczyły go myśli. Nie chodziło tylko o kobietę. 

Był odpowiedzialny także za Amerykanina. Dwie twarze - jego własna i bandyty - wisiały razem 

na ścianie w koszarach policji, niby podobizny dwóch braci w galerii rodzinnych portretów. Nie 

wystawia się swego brata na pokusy. Miotany febrą, ociekając potem i deszczem wydostał się na 

krawędź   płaskowyżu.   Nie   było   tam   nikogo,   martwe   dziecko   nie   było   przecież   kimś.   Ot, 

niepotrzebny   przedmiot,   porzucony   u   stóp   jednego   z   krzyży.   Matka   poszła   do   domu.   Zrobiła 

bowiem to, co chciała zrobić. Zdumienie jakby wydobyło go na chwilę z gorączki, która jednak 

wkrótce znów go ogarnęła. Wszystko, co pozostało, to niewielka grudka cukru leżąca przy ustach 

dziecka. Może na wypadek, gdyby zdarzył się cud, a może jako pokarm dla ducha? Ksiądz schylił 

się z niejasnym poczuciem wstydu i wziął ją. Nieżywe dziecko nie mogło warknąć na niego jak 

przetrącony   pies.   Lecz   kimże   on   był,   aby   nie   wierzyć   w   cuda?   Deszcz   znowu   spływał 

strumieniami. Ksiądz zawahał się, a potem włożył cukier do ust. Jeśli Bóg zechce wrócić życie, czy 

nie może dać także pożywienia?

Gdy tylko zaczął jeść, febra wróciła. Cukier uwiązł mu w gardle. Czuł straszne pragnienie. 

Zginając   się   do   ziemi   usiłował   zlizać   nieco   wody   z   wklęsłości   gruntu,   a   nawet   ssał   własne 

przemoczone   spodnie.   Dziecko   leżało   na   ulewnym   deszczu   niczym   ciemna   kupka   bydlęcego 

nawozu.  Ksiądz   ruszył  znowu  na  skraj  płaskowyżu   i  w  dół  zboczem   barranca.  Czuł  się  teraz 

osamotniony.   Nawet   twarz   zniknęła.   Brnął   sam   przez   pustą,   białą   kartę,   z   każdym   krokiem 

zagłębiając   się   coraz   bardziej   w   opuszczony   kraj.   Gdzieś,   w   którejś   stronie,   były   oczywiście 

miasta. Gdyby iść dość daleko, dotarłoby się do wybrzeża Pacyfiku, linii kolejowej do Guatemali. 

Są tam szosy i samochody. Pociągu nie widział już od dziesięciu lat. Wyobrażał sobie czarną linię, 

biegnącą na mapie wzdłuż wybrzeża i widział sto, dwieście kilometrów nieznanego kraju. Oto 

dokąd zaszedł: uciekł od ludzi zbyt daleko. Teraz zabija go natura. Mimo to szedł dalej. Nie było 

sensu wracać do opuszczonej wioski, do plantacji bananowej, zdychającego kundla i złamanej łyżki 

do butów. Nie można było zrobić nic innego, jak tylko stawiać naprzód jedną nogę, a potem drugą; 

pełznąć w dół, a potem w górę. Gdy deszcz minął, ze szczytu barranca nie było widać nic poza 

ogromną, poszarpaną masą ziemi, lasu i gór, spowitych w szarą, mokrą zasłonę. Spojrzał raz i 

szybko odwrócił oczy. Był to zbyt doskonały obraz rozpaczy. Minęło chyba wiele godzin, zanim 

background image

przestał się wspinać. Zapadł wieczór; w lesie niewidoczne małpy harcowały niezgrabnie i zuchwale 

po drzewach, jakieś stworzenia - prawdopodobnie węże - syczały w trawie jak płomienie zapałek. 

Nie bał się ich. Były przejawem życia, a on czuł, że życie cały czas cofa się przed nim. Nie tylko 

ludzie, nawet zwierzęta i gady uciekały. Wkrótce zostanie sam, sam tylko z własnym oddechem. 

Zaczął  recytować  po cichu:  “Panie,  umiłowałem  okazałość  domu  Twego”,  a zapach  mokrych, 

gnijących  liści, upalna noc i ciemność  obudziły w nim przekonanie,  że znajduje się w szybie 

kopalni i schodzi w głąb ziemi, aby pogrzebać samego siebie. Wkrótce znajdzie swój grób. Kiedy 

zbliżył się do niego człowiek uzbrojony w karabin, nie zareagował najmniejszym gestem. Człowiek 

podszedł   ostrożnie,   trudno   było   oczekiwać,   że   spotka   kogoś   pod   ziemią.   Trzymając   broń   w 

pogotowiu spytał:

- Kto wy jesteście?

Po   raz   pierwszy   od   dziesięciu   lat   ksiądz   powiedział   swoje   nazwisko   obcemu,   bo   był 

zmęczony i dalsze czepianie się życia wydawało mu się bezcelowe. - Ksiądz? - spytał tamten ze 

zdumieniem. - Skąd ksiądz się tutaj wziął?

Gorączka   znów   ustąpiła,   przywracając   odrobinę   poczucia   rzeczywistości.   -   Nic   się   nie 

bójcie. Nie zrobię wam żadnego kłopotu. Idę dalej. Zebrał całą pozostałą energię i zaczął iść. 

Zdziwiona   twarz   przeniknęła   poprzez   jego   gorączkę   i   cofnęła   się.   -   Nie   będzie   już   więcej 

zakładników   -   upewniał   na   głos   sam   siebie.   Kroki   podążały   za   nim.   Był   jak   niebezpieczny 

człowiek, którego lepiej wyprowadzić za granicę posiadłości, zanim się wróci do domu. Powtórzył 

głośno: - Nic się nie bójcie. Nie zostanę tutaj. Nic nie chcę. - Ojcze... - odezwał się głos z pokorą i 

niepokojem. - Już stąd idę. - Usiłował biec i nagle znalazł się poza lasem, a tu w górze, na skraju 

lasu  stał duży,  bielony budynek.  Koszary?  Może  tam  byli  żołnierze?  Powiedział:  - Jeśli  mnie 

zauważono, oddam się w ich ręce. Zapewniam was, że nikt tu nie będzie miał przykrości z mojego 

powodu. - Ojcze... 

Głowa bolała go nieznośnie. Potknął się i oparł się ręką o ścianę. Czuł się niezmiernie 

znużony. - Koszary? - spytał. - Ojcze - rzekł głos, zdziwiony i zatroskany. - To nasz kościół. - 

Kościół? - Ksiądz z niedowierzaniem przesunął ręką po ścianie, jak ślepiec usiłujący rozpoznać 

jakiś dom, ale był zbyt zmęczony, by czuć cokolwiek. Słyszał, jak człowiek z karabinem, którego 

nie mógł dojrzeć, coś tam bełkocze:

- Taki zaszczyt, ojcze. Trzeba uderzyć w dzwon... - Ale ksiądz zwalił się na mokrą trawę i 

opierając   głowę   o   ścianę   zasnął,   czując   za   plecami   swój   dom.   Sen   jego   był   pełen   radosnego 

dźwięku dzwonów. 

background image

Część trzecia 

background image

Rozdział I 

Kobieta  w  średnim wieku  siedziała  na  werandzie  i cerowała  skarpetki.  Na nosie  miała 

binokle i dla wygody zrzuciła z nóg buciki. Jej brat, pan Lehr, czytał jakieś nowojorskie pismo 

ilustrowane, sprzed trzech tygodni co prawda, ale to nie miało właściwie znaczenia. Cała ta scena 

tchnęła spokojem. - Proszę brać wodę samemu, ile razy ksiądz zechce - powiedziała panna Lehr. W 

chłodnym kącie stał wielki gliniany dzban wraz z czerpakiem i szklanym kubkiem. - To państwo 

nie muszą gotować wody? - spytał ksiądz. - Och nie, nasza woda jest świeża i czysta - rzekła 

sztywno panna Lehr, jak gdyby nie mogła ręczyć za żadną inną wodę. - Najlepsza woda w całej 

prowincji - stwierdził jej brat. Błyszczące kartki magazynu przewracały się z chrzęstem. Pokryte 

były   fotografiami   senatorów   i   posłów:   wielkie,   gładko   ogolone   szczęki,   podobne   do   szczęk 

brytanów. Za płotem ogrodu rozciągało się pastwisko - łagodnie i falisto wznoszące się w stronę 

najbliższego pasma gór, a przy bramie co dzień zakwitały i więdły kwiaty na drzewie tulipanowym. 

- Ksiądz naprawdę lepiej wygląda - powiedziała panna Lehr. Oboje mówili po angielsku gardłowo i 

z   lekkim   amerykańskim   akcentem.   Pan   Lehr   opuścił   Niemcy   jeszcze   będąc   chłopcem,   żeby 

uniknąć służby wojskowej. Miał przebiegłą i pooraną zmarszczkami twarz idealisty. Należało być 

przebiegłym w tym kraju, jeśli chciało się zachować w ogóle jakieś ideały. Był chytry w obronie 

wygodnego życia. - Och, potrzeba mu było tylko parę dni odpoczynku - rzekł Lehr. Nie odczuwał 

on   żadnej   ciekawości   w   stosunku   do   człowieka,   którego   w   stanie   zupełnego   wycieńczenia 

przywiózł mu przed trzema dniami na mule ekonom. Wiedział tylko to, co powiedział ksiądz. Była 

bowiem jeszcze jedna rzecz, której ten kraj uczył: nigdy nie zadawać pytań ani nie robić żadnych 

przypuszczeń. - Wkrótce będę mógł iść dalej - zauważył ksiądz. - Nie ma pośpiechu - rzekła panna 

Lehr, oglądając skarpetkę brata i szukając w niej dziur. - Taki spokój tutaj. - Och, mieliśmy trochę 

kłopotów - powiedział Lehr. Odwrócił kartkę i dodał: - Ten senator Hiram Long... powinno się go 

powstrzymać. Znieważanie obcych krajów nie jest rzeczą dobrą. - Czy nie usiłowali zabrać panu 

ziemi?

Twarz idealisty zwróciła się ku niemu z wyrazem niewinnej chytrości:

- Och, dałem im tyle, ile chcieli; pięćset akrów jałowego gruntu. Zaoszczędziłem sobie 

wiele na podatkach. Nigdy nic tam nie chciało rosnąć. - Skinął głową w stronę słupków werandy. - 

To był ostatni prawdziwy kłopot. Widzi ksiądz te dziury od kul? To ludzie Villi. Ksiądz znowu 

wstał i napił się jeszcze wody. Nie był bardzo spragniony; czynił to w poczuciu, że może sobie 

pozwolić na ten luksus. - Ile czasu zajmie mi droga do Las Casas? - spytał. - Ze cztery dni - rzekł 

Lehr. - Nie w takim stanie - stwierdziła panna Lehr. - Sześć dni co najmniej. - Jakże to dziwne 

będzie mi się wydawało - mówił ksiądz. - Miasto z kościołami, z uniwersytetem... 

background image

- Oczywiście, proszę księdza - powiedział Lehr. - Moja siostra i ja jesteśmy luteranami i nie 

sympatyzujemy z waszym Kościołem. Wydaje mi się, że za dużo jest u was zbytku, podczas gdy 

ludzie przymierają głodem. - To nie jest wina księdza, kochanie - zauważyła panna Lehr. - Zbytku? 

- spytał ksiądz. Stał obok glinianego dzbana, trzymając w ręku szklankę i spoglądając na rozległe, 

spokojne, trawiaste zbocza, usiłował zebrać swe myśli. - Pan sądzi... - Może Lehr miał rację. Jemu 

samemu życie układało się kiedyś bardzo łatwo, a oto teraz znów przyzwyczajał się do nieróbstwa. 

- Te wszystkie złocenia w kościołach. - To często jest tylko farba, wie pan. - Ton księdza był 

pojednawczy. Myślał: Tak, trzy dni minęły, a ja nie zrobiłem nic, w ogóle nic. Spojrzał na swoje 

stopy elegancko obute w trzewiki pana Lehra i nogi odziane w jego spodnie. Lehr powiedział do 

siostry:

- Ksiądz się nie obrazi, jeśli będę mówił szczerze. Wszyscy jesteśmy chrześcijanami. - 

Oczywiście, chętnie posłucham... 

- Mnie się zdaje, że wy robicie zbyt wiele krzyku wokół rzeczy nieistotnych. - Tak? Co pan 

ma na myśli?

- Post... ryba w piątek... 

Tak. Niby mgliste wspomnienie z dziecinnych lat przypomniał sobie, że kiedyś przestrzegał 

tych przepisów. - Ale przecież pan, panie Lehr, jest Niemcem - powiedział. - To wielki, militarny 

naród. - Nigdy nie byłem żołnierzem. Jestem przeciwny... 

- Tak, oczywiście, ale jednak pan rozumie... dyscyplina jest konieczna. Musztra może nie 

być przydatna w bitwie, ale kształci charakter. Inaczej ma pan ludzi... no, takich jak ja. - Spojrzał z 

nagłą nienawiścią na swoje buty; wyglądały jak oznaka dezertera. - Takich jak ja - powtórzył z 

pasją. Nastała chwila wielkiego zakłopotania. - Ależ, proszę księdza... - zaczęła panna Lehr. Jednak 

Lehr uprzedził ją i złożył ilustrowane pismo pełne wygolonych polityków. Z gardłową precyzją 

odezwał się swym niemiecko - amerykańskim akcentem:

- Myślę, że już czas na kąpiel. Ksiądz też idzie? - Ksiądz posłusznie udał się za nim do ich 

wspólnej sypialni. Zdjął z siebie ubranie pana Lehra, włożył płaszcz nieprzemakalny pana Lehra i 

boso poszedł za panem Lehrem przez werandę, a potem przez pole. Poprzedniego dnia spytał z 

niepokojem:

- Czy nie ma tu węży? - Na co Lehr mruknął pogardliwie, że jeśliby nawet były jakieś 

węże, to prędko by zeszły mu z drogi. Lehr i jego siostra postanowili sobie, że zwalczą dzikość 

tych   okolic   po   prostu   ignorując   wszystko,   co   stało   w   sprzeczności   z   typowym   niemiecko   - 

amerykańskim gospodarstwem. W swoim rodzaju był to tryb życia godny podziwu. U podnóża 

pola mały, płytki strumyk płynął po brązowych kamykach. Lehr zdjął szlafrok i położył się płasko 

na   wznak.   Nawet   w   chudych,   starzejących   się   nogach   i   zwiotczałych   mięśniach   było   coś   z 

background image

prostolinijnego idealisty. Malutkie rybki igrały na wysokości jego piersi i pyszczkami dotykały 

jego sutek nie wywołując najmniejszego poruszenia wody. Był to szkielet młodzieńca, który był 

tak przeciwny militaryzmowi, że uciekł ze swej ojczyzny. Po chwili Lehr usiadł i zaczął starannie 

namydlać swe szczupłe uda. Potem ksiądz wziął mydło i zrobił to samo. Czuł, że tego się po nim 

spodziewano, ale nie mógł obronić się przed myślą, że była to strata czasu. Pot czyścił człowieka 

tak samo dokładnie jak woda. Ale Lehr należał do rasy, która wymyśliła przysłowie, że czystość 

jest siostrą bogobojności: czystość fizyczna, nie moralna. Gdy cienie wydłużyły się, a on leżał w 

chłodnym strumyku, miał mimo wszystko poczucie ogromnego zbytku. Pomyślał o celi więziennej, 

o starcu i pobożnej kobiecie, o Metysie leżącym w poprzek drzwi szałasu, o zmarłym dziecku i 

opuszczonej plantacji bananowej. Pomyślał ze wstydem o córce, którą zostawił obok śmietniska na 

pastwę wiedzy i niewiedzy. Nie miał prawa do tego luksusu. Lehr spytał:

- Czy można prosić o mydło? - Przewrócił się na brzuch i zaczął mydlić plecy. - Chyba 

powinienem panu powiedzieć... - zaczął ksiądz - jutro odprawię mszę we wsi. Czy woli pan, żebym 

opuścił pański dom? Nie chcę, żeby pan miał przeze mnie kłopoty. Lehr mył się rozpryskując wodę 

z  powagą.  - Och, oni mi  nic nie  zrobią.  Ale ksiądz niech  lepiej  będzie  ostrożny.  Ksiądz wie 

naturalnie, że to jest nielegalne. - Tak. Wiem o tym. - Pewnego znajomego księdza skazali na 

czterysta pezów grzywny. Nie mógł zapłacić i posłali go na tydzień do więzienia. Czemu ksiądz się 

uśmiecha?

- Tylko dlatego, że tu wydaje się tak... spokojnie. Tydzień więzienia!

- No, ja wciąż słyszę, że wam się to wszystko zwraca, kiedy zbieracie na tacę. Czy ksiądz 

chce mydło?

- Nie, dziękuję. Skończyłem. - Więc lepiej wycierajmy się. Panna Lehr lubi się kąpać przed 

zachodem słońca. Gdy wracali jeden za drugim do bungalow, spotkali wielką otyłą pannę Lehr, 

której   tusza   była   w   szlafroku   bardziej   widoczna   niż   zwykle.   Spytała   mechanicznie,   jak   zegar 

bardzo łagodnie wybijający godziny:

- Woda dzisiaj przyjemna?

Brat odpowiedział tak samo, jak odpowiadał chyba już z tysiąc razy:

- Przyjemnie chłodna, kochanie. - Potoczyła się dalej w rannych pantoflach przez trawę, 

lekko przygarbiona z powodu krótkiego wzroku. Lehr zamknął drzwi do sypialni i powiedział:

- Może ksiądz będzie łaskaw zostać tutaj, dopóki panna Lehr nie wróci. Ksiądz rozumie... 

od frontu domu można widzieć strumień. Wysoki, kościsty i nieco sztywny, zaczął się ubierać. 

Dwa   łóżka   z   mosiężnymi   gałkami,   jedno   krzesło   i   szafa   stały   w   pokoju,   który   przypominał 

klasztorną celę, nie było w nim tylko krzyża, nie było “rzeczy nieistotnych”, jakby to określił sam 

Lerh. Ale była Biblia. W czarnym pokrowcu leżała na podłodze obok jednego z łóżek. Gdy ksiądz 

background image

skończył się ubierać, otworzył ją. Na kartce okładki znajdowała się etykietka stwierdzająca, że 

książka  została  dostarczona  przez  “Towarzystwo  Biblijne”.  Tekst  reklamowy  głosił:  “Biblia  w 

każdym   hotelowym   pokoju.   Zdobywajmy   Ludzi   Handlu   dla   Chrystusa.   Dobra   nowina”. 

Następowała lista tekstów. Ksiądz przeczytał niektóre z nich ze zdumieniem: 

Jeśliś w kłopocie, czytaj - Psalm 34

Jeśli interesy źle idą - Psalm 37

Jeśli bardzo dobrze się wiedzie - List I do Koryntian, 10, 2

Jeśliś pokonany i ponownie w grzech wpadasz - Jakub I, Ozeasz 14, 4 - 9

Jeśliś grzechem znużony - Psalm 51, Łukasz 18, 9 - 14

Jeśli pragniesz pokoju, władzy i obfitości - Jan 14

Jeśliś samotny i zniechęcony - Psalm 23 i 27

Jeśli tracisz zaufanie do ludzi - List I do Koryntian, 13

Jeśli snów błogich pragniesz - Psalm 121 

Mimo woli zdumiał się, skąd ta książka o brzydkich czcionkach i uproszczonych radach 

wzięła się na tej hacjendzie w południowym Meksyku. Lehr odwrócił się do lustra, trzymając w 

ręku dużą twardą szczotkę do włosów, wyjaśnił dokładnie:

- Moja siostra kiedyś miała hotel dla komiwojażerów. Sprzedała go, żeby zamieszkać ze 

mną po śmierci mojej żony i przywiozła ze sobą jedną z tych hotelowych Biblii. Księdzu trudno to 

pojąć. Wy nie chcecie, żeby ludzie czytali Biblię. - Zajmował ciągle postawę defensywną, gdy 

chodziło o jego religię. Sprawiało to wrażenie, że jest ciągle świadom jakiegoś tarcia, podobnego 

do uczucia, jakie sprawia nie dopasowany but. - Czy pańska żona jest tu pochowana? - spytał 

ksiądz. - Tak, na łące - odparł ostro Lehr. - Stał ze szczotką w ręku, przysłuchując się cichym 

krokom na zewnątrz. - To panna Lehr wraca z kąpieli - powiedział. - Możemy teraz wyjść. 

Ksiądz  dojechał   do  kościoła,   po  czym   zsiadł  ze   starego  konia,   należącego   do  Lehra,   i 

zarzucił lejce na krzak. Była to jego pierwsza wizyta we wsi od owej nocy, gdy osłabł pod ścianą. 

Pod   nim,   w   świetle   zmierzchu,   rozciągała   się   wioska.   Domki   kryte   blachą   i   lepianki   stały 

naprzeciw   siebie   przy   jedynej   szerokiej,   zarośniętej   trawą   ulicy.   Paliło   się   kilka   lamp,   a   po 

najuboższych szałasach roznoszono ogień. Kroczył powoli, w poczuciu spokoju i bezpieczeństwa. 

Pierwszy człowiek, jakiego spotkał, zdjął kapelusz, przyklęknął i ucałował rękę księdza. - Jak się 

nazywacie? - spytał ksiądz. - Pedro, proszę księdza. - Dobranoc, Pedro. - Czy będzie rano msza, 

proszę księdza?

- Tak. Będzie msza. Minął wiejską szkołę. Na stopniu siedział nauczyciel, pulchny młody 

człowiek   o   ciemnobrązowych   oczach   patrzących   zza   rogowych   okularów.   Gdy   zobaczył 

przechodzącego   księdza,   demonstracyjnie   odwrócił   wzrok.   Jako   prawomyślny   obywatel   nie 

background image

zamierzał pozdrawiać przestępców. W sposób pedantyczny i przesadny zaczął mówić coś o klasie 

dla małych dzieci do kogoś stojącego za nim. Jakaś kobieta pocałowała księdza w rękę. Dziwne 

wydawało się uczucie, że się jest znowu potrzebnym, że się nie jest roznosicielem śmierci. - Czy 

ksiądz wysłucha naszej spowiedzi? - spytała. - Tak, tak - odparł. - W stodole senor Lehra. Przed 

mszą. Będę tam o piątej. Jak tylko się rozjaśni. 

- Ale nas jest tak wiele, proszę księdza... 

- No to dziś wieczorem także... o ósmej. - I tyle dzieci jest do ochrzczenia. Przez trzy lata 

nie było u nas księdza. - Będę tu jeszcze przez dwa dni. - Ile trzeba będzie płacić, proszę księdza?

- No... dwa pezy to normalna opłata. - Pomyślał: Muszę wynająć dwa muły i przewodnika. 

Podróż do Las Casas będzie mnie kosztowała pięćdziesiąt pezów. Pięć pezów za mszę... zostaje 

czterdzieści pięć. - My tutaj jesteśmy bardzo biedni, proszę księdza - targowała się z nim łagodnie. 

- Ja sama mam czworo dzieci. Osiem pezów to dużo pieniędzy.  - Czworo dzieci to też dużo, 

zważywszy, że ksiądz był tutaj zaledwie trzy lata temu. Wyczuwał, jak w głosie jego brzmi na 

nowo władczy ton z dawnych proboszczowskich czasów. Zupełnie, jak gdyby ostatnie lata były 

snem, a on nigdy nie opuszczał Bractw, Dzieci Maryi i codziennej mszy. Ostro rzucił pytanie:

- Ile dzieci tu jest... nie ochrzczonych?

- Może ze sto, proszę księdza. Zrobił w myśli rachunek. A więc nie potrzebował zjawiać się 

w   Las   Casas   jak   żebrak;   mógł   sobie   kupić   przyzwoite   ubranie,   znaleźć   porządne   mieszkanie, 

urządzić się... 

- Musicie dać po półtora peza na głowę - powiedział. 

- Jednego peza, ojcze. Jesteśmy bardzo biedni. - Półtora peza. - Głos sprzed lat szepnął mu z 

przekonaniem w ucho: Nie cenią tego, za co nie muszą płacić. Powiedział to stary ksiądz, po 

którym obejmował parafię w Concepcion. Wyjaśnił mu: “Będą ci zawsze mówili, że są biedni, że 

przymierają głodem, ale zawsze mają gdzieś zagrzebany zapas pieniędzy w garnku”. Ksiądz dodał: 

- Przynieście pieniądze... i dzieci... do stodoły senor Lehra jutro o drugiej po południu. - Tak, 

proszę   księdza   -   odparła.   Wydawała   się   całkiem   zadowolona.   Udało   jej   się   obniżyć   cenę   o 

pięćdziesiąt centavos na głowę. Ksiądz poszedł dalej. Powiedzmy, że będzie sto dzieci - myślał. - 

Razem z jutrzejszą mszą  oznacza  to sto sześćdziesiąt  pezów. Może uda mi  się dostać muły i 

przewodnika za czterdzieści pezów. Lehr da mi żywność na sześć dni. Zostanie mi sto dwadzieścia 

pezów. Po latach nędzy wydawało mu się to majątkiem. Idąc w górę ulicą wyczuwał wszędzie 

szacunek. Ludzie zdejmowali kapelusze, gdy ich mijał, zupełnie jak gdyby wróciły dawne czasy 

przed prześladowaniami. Czuł, że dawne życie krzepnie wokół niego jak kamienny gorset, który 

zmusza go do trzymania głowy prosto, każe mu iść w pewien określony sposób, a nawet dyktuje 

mu, co ma mówić. Ktoś zawołał:

background image

- Proszę księdza!

Był   to   właściciel   gospody,   ogromny   człowiek   z   trzema   “zawodowymi”   podbródkami. 

Mimo wielkiego upału nosił kamizelkę z łańcuszkiem od zegarka. - Co proszę? - spytał ksiądz. Za 

głową tamtego stały butelki z wodą mineralną, piwem, wódką... Z pełnej kurzu ulicy ksiądz wszedł 

do   wnętrza   gorącego   od   zapalonej   lampy.   -   Co   proszę?   -   spytał   powtórnie   swym   świeżo 

odzyskanym, dawnym tonem, w którym przebijało poczucie władzy i niecierpliwość. - Myślałem, 

że może księdzu potrzeba nieco mszalnego wina. - Możliwe... ale musiałby mi pan dać na kredyt. - 

Kredytem zawsze chętnie księżom służę. Sam jestem człowiekiem religijnym. To w ogóle religijna 

miejscowość. Z pewnością ksiądz będzie chrzcił. - Chciwie wysunął się naprzód w sposób uniżony, 

a zarazem bezczelny, jak gdyby obaj byli ludźmi myślącymi podobnie, ludźmi wykształconymi. - 

Może... 

Uśmiechnął się znacząco. Ludzie tacy jak my - zdawał się mówić - nie potrzebują wyjawiać 

wszystkiego; my odgadujemy nawzajem swoje myśli. - Za dawnych czasów, kiedy kościół był 

otwarty - powiedział - byłem skarbnikiem Bractwa Przenajświętszego Sakramentu. O, ja jestem 

dobrym katolikiem, proszę księdza. Ludzie tu są oczywiście bardzo ciemni. - Po czym spytał: - 

Może ksiądz zechce zaszczycić mnie wypiciem kieliszka koniaku? - Na swój sposób był całkiem 

szczery. Ksiądz odpowiedział z wahaniem:

- To uprzejmie z pana strony... 

Dwa pełne kieliszki stały już przygotowane. Przyszło mu na myśl, że ostatni raz pił siedząc 

po ciemku  na  łóżku i  słuchając  tego,  co mówił  naczelnik  policji,  a kiedy zapaliło  się  świało, 

zobaczył, że reszta wina została wysączona... Pamięć była jak ręka zdejmująca z niego sztywny 

gorset - obnażała go całkowicie. Poczuł, że od zapachu alkoholu zrobiło mu się sucho w ustach. 

Pomyślał:   Cóż  za  kabotyn   ze  mnie.  Nie  powinienem  być  tu  wśród  porządnych  ludzi.   Obrócił 

kieliszek w ręku i wszystkie inne kieliszki zaczęły się kręcić w jego pamięci. Przypomniał sobie 

dentystę,   opowiadającego   mu   o   swych   dzieciach,   i   Marię,   wygrzebującą   butelkę   wódki,   którą 

chowała dla niego - dla księdza - pijaczyny. Niechętnie pociągnął z kieliszka. - To dobry koniak, 

proszę księdza. - Tak, dobry koniak. - Mógłbym dać księdzu tuzin butelek za sześćdziesiąt pezów. - 

Skąd ja wezmę sześćdziesiąt pezów? - Pomyślał, że w pewnym sensie było lepiej tam za granicą. 

Strach i śmierć nie były najgorszymi rzeczami. Czasem błędem jest żyć dalej. - Na księdzu nie chcę 

zarobić. Pięćdziesiąt pezów. - Pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt - i tak nie kupię. - Proszzę, niech 

ksiądz jeszcze wypije kieliszek. To dobry koniak. - Przechylił się zachęcająco przez ladę i spytał: - 

A może pół tuzina, za dwadzieścia cztery pezy? - Chytrze dodał: - Przecież będą chrzty, proszę 

księdza. To straszne, jak łatwo zapominało się i wracało do dawnych błędów. Ciągle brzmiał mu w 

uszach jego własny głos na ulicy, mówiący akcentem z Concepcion, którego nie zmienił śmiertelny 

background image

grzech i brak skruchy, i dezercja. Jego własne zepsucie zaprawiło koniak smakiem pleśni. Bóg 

mógł wybaczyć tchórzostwo i namiętność, ale czy możliwe, żeby wybaczył przemianę pobożności 

w   rutynę?   Przypomniał   sobie,   jak   nie   można   było   wyrwać   kobiety   w   więzieniu   z   jej   głupiej 

zarozumiałości: miał wrażenie, że jest taki sam jak ona. Przełknął koniak niby własne potępienie. 

Metys i jemu podobni mogli być zbawieni. Zbawienie mogło przeszyć serce złego człowieka jak 

błyskawica,   ale   rutyna   pobożności   wykluczała   wszystko,   co   nie   było   wieczornym   pacierzem, 

zebraniem Bractwa i dotykiem pokornych warg na jego urękawiczonej dłoni. - Las Casas to piękne 

miasto,  proszę księdza.  Mówią, że można  tam codziennie  słuchać mszy.  To też była  pobożna 

osoba. Mnóstwo ich kręciło się po świecie. Nalał jeszcze trochę alkoholu księdzu, ale odmierzając 

ostrożnie - nie za wiele. Znów odezwał się:

- Kiedy ksiądz tam będzie, niech ksiądz zajrzy do mojego przyjaciela na ulicy Gaudalupe. 

To   dobry   człowiek.   On   ma   tam   gospodę   tuż   przy   kościele.   Jest   także   skarbnikiem   Bractwa 

Przenajświętszego Sakramentu, zupełnie tak samo jak ja tutaj za dobrych czasów. On tanio sprzeda 

wszystko, czego ksiądz będzie sobie życzył. No, a teraz, jak ksiądz się zapatruje na parę buteleczek 

na drogę?

Ksiądz   pił.   Dlaczego   miałby   nie   pić?   Teraz   to   też   była   rutyna   -   jak   pobożność   i 

proboszczowski ton głosu. Powiedział:

-   Wezmę   trzy   butelki.   Za   jedenaście   pezów.   Niech   pan   trzyma   je   na   razie   u   siebie.   - 

Wypróżnił kieliszek i wyszedł na ulicę. W oknach widać było palące się lampy, a między nimi 

rozciągała   się   szeroka   jak   preria   ulica.   Potknął   się   na   jakiejś   dziurze   i   poczuł,   że   ktoś   go 

podtrzymuje. - Ach, Pedro. Tak się nazywacie, prawda? Dziękuję wam, Pedro. - Do usług, proszę 

księdza. Kościół stał w ciemności podobny do bloku lodu, roztapiającego się pod wpływem upału. 

Dach był zapadnięty w jednym miejscu, a gzyms nad drzwiami rozsypywał się. Ksiądz spojrzał 

szybko, z ukosa, na Pedra, wstrzymując oddech, żeby nie było czuć alkoholu, ale mógł dojrzeć 

tylko zarysy twarzy. Z uczuciem chytrości - jak gdyby oszukiwał jakiegoś chciwego kusiciela we 

własnym sercu - rzekł:

- Pedro, powiedzcie ludziom, że chcę tylko po jednym pezie za chrzest... - Wciąż jeszcze 

wystarczy mu na wódkę, nawet gdyby miał zjawić się w Las Casas jak żebrak. Chyba przez dwie 

sekundy panowało milczenie, po czym przebiegły chłopski głos zaczął swoją odpowiedź:

- My jesteśmy biedni, proszę księdza. Jeden pez, to mnóstwo pieniędzy. Ja na przykład 

mam troje dzieci. Niech ksiądz policzy po siedemdziesiąt centavos. 

Panna Lehr wyciągnęła przed siebie stopy w wygodnych pantoflach. Z ciemności panującej 

na zewnątrz wpadały na werandę żuki. - Kiedyś w Pittsburgu... - zaczęła. Jej brat spał ze starą 

gazetą na kolanach, właśnie nadeszła poczta. Ksiądz wydobył z siebie cichy chichot, który miał 

background image

wyrażać życzliwość, jak za dawnych czasów. Próba się nie udała. Panna Lehr zatrzymała się i 

pociągnęła nosem. - To ciekawe. Zdawało mi się, że czuję... alkohol. Ksiądz wstrzymał oddech i 

rozsiadł   się   głębiej   w   krześle   na   biegunach.   Jak   tu   spokojnie,   jak   bezpiecznie   -   pomyślał. 

Przypomniał sobie, że ludzie z miasta nie mogą spać na wsi z powodu ciszy. Cisza może uderzać 

jak hałas o bębenki uszu. - Co ja mówiłam, proszę księdza?

- Kiedyś w Pittsburgu... 

- Oczywiście. W Pitsburgu... czekałam na pociąg. Otóż widzi ksiądz, nie miałam nic do 

czytania. Książki są takie drogie. Więc pomyślałam sobie, że kupię gazetę, wszystko jedno jaką, 

wiadomości   są   takie   same.   Ale   kiedy   ją   otworzyłam...   Gazeta   nazywała   się   “Wiadomości 

Policyjne” czy coś takiego. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że tak okropne rzeczy są drukowane. 

Oczywiście nie przeczytałam więcej niż parę linijek. To była chyba najokropniejsza rzecz, jaka mi 

się w życiu zdarzyła. Po prostu... przejrzałam. - Tak. - Nigdy o tym nie powiedziałam bratu. Chyba 

zmieniłby swoją opinię o mnie, gdyby wiedział. - Przecież nie było nic złego w... 

- Ale w ogóle wiedzieć o tym!

Gdzieś daleko krzyknął jakiś ptak. Lampa na stole zaczęła kopcić; panna Lehr pochyliła się 

i   przykręciła   knot.   Miał   wrażenie,   jak   gdyby   na   przestrzeni   wielu   kilometrów   przyciemniono 

jedyne światło. Smak koniaku wrócił mu do ust niczym zapach eteru, przypominający człowiekowi 

o niedawnej operacji, zanim miał czas przyzwyczaić się do życia, a przywiązany był jeszcze do 

innego rodzaju bytu. Czuł się nadal nieswojo w tym głębokim spokoju. Powiedział sobie, że z 

biegiem czasu wszystko będzie dobrze, że przestanie, że tym razem zamówił tylko trzy butelki. To 

będą ostatnie butelki, jakie w ogóle wypije; tam już więcej pić nie będzie. Wiedział, że kłamie. Pan 

Lehr obudził się i rzekł:

- A więc jak mówiłem... 

- Nic nie mówiłeś, kochanie. Spałeś. - O nie, mówiliśmy o tym draniu Hooverze. - Nie 

wydaje mi się, kochanie. Już od dawna nie mówiłeś o nim. 

- No - powiedział pan Lehr - ciężki dzień mieliśmy. Ksiądz też jest chyba zmęczony... po 

tych   wszystkich   spowiedziach   -   dodał   z   lekkim   niesmakiem.   Od   ósmej   do   dziesiątej   płynął 

nieprzerwany   strumień   penitentów.   Dwie   godziny   najgorszego   zła,   jakie   ta   mała   miejscowość 

zdołała wyprodukować przez trzy lata. Nie było tego wiele. Miasto spisałoby się lepiej. A może 

nie?   Człowiek   niewiele   potrafi   zdziałać.   Pijaństwo,   cudzołóstwo,   nieczystość.   Czując   smak 

koniaku w ustach ksiądz siedział w krześle na biegunach w przegrodzie stajni, nie patrząc w twarz 

człowieka klęczącego z boku. Inni ludzie czekali klęcząc w sąsiedniej pustej przegrodzie. Stajnia 

pana Lehra opróżniła się w ostatnich latach. Pozostał tylko jeden dychawiczny koń, który sapał w 

ciemności, podczas gdy postękujące głosy wyliczały grzechy. - Ile razy?

background image

- Dwanaście, ojcze. Może więcej. - A koń znów sapał. Poczucie niewinności łączące się z 

grzechem   jest   zdumiewające.   Tylko   twardy   i   ostrożny   człowiek,   a   także   święty,   jest   go 

pozbawiony. Ci ludzie wychodzili ze stajni czyści. On jeden zostawał bez skruchy, spowiedzi i 

rozgrzeszenia. Pragnął powiedzieć temu człowiekowi: “Miłość nie jest grzechem, ale trzeba kochać 

w   świetle   i   radości;   jest   grzechem   tylko   wtedy,   gdy   ją   trzeba   ukrywać   i   gdy   się   jest 

nieszczęśliwym... może być większym cierpieniem niż cokolwiek innego, z wyjątkiem utraty Boga. 

Taka miłość jest utratą Boga. Nie potrzeba ci pokuty, moje dziecko, już dość wycierpiałeś”. A 

innemu: “Żądza nie jest najgorszą rzeczą. Żądzy musimy unikać właśnie dlatego, że w każdej 

chwili, każdego dnia, może się ona przekształcić w miłość. A kiedy kochamy nasz grzech, wtedy 

rzeczywiście   nieodwołalnie   jesteśmy   zgubieni”.   Ale   powróciła   rutyna   konfesjonału,   jak   gdyby 

znowu znajdował się w małym, dusznym, drewnianym pudełku, w którym ludzie grzebią swoje 

nieczystości razem ze swoim księdzem. Mówił:

- Grzech śmiertelny... niebezpieczeństwo... wola poprawy - jak gdyby te słowa w ogóle coś 

znaczyły. Dodał: - Odmów trzy Ojcze nasz i trzy Zdrowaśki. Szeptał znużony:

- Picie to tylko początek... - Wiedział, że nie potrafi nawet przytoczyć żadnego przykładu, 

potępiającego ten banalny nałóg, chyba że ukaże siebie samego w tej stajni cuchnącego wódką. 

Szybko zadał pokutę, ostro, mechanicznie. Człowiek odejdzie mówiąc: “To zły ksiądz”, nie czując 

zachęty ani zainteresowania... 

- Te przykazania zostały stworzone dla człowieka - powiedział - Kościół nie wymaga... jeśli 

nie możesz pościć, jedz - i tyle. Penitenci wiercili się niespokojnie w sąsiedniej przegrodzie stajni, 

koń rżał, a stara kobieta wciąż plotła i plotła o dniach, kiedy nie zachowała postu i o skracanych 

pacierzach wieczornych. Wtem, zupełnie nieoczekiwanie, z dziwnym uczuciem tęsknoty pomyślał 

o zakładnikach na dziedzińcu więziennym, czekających w kolejce do kranu i nie patrzących na 

niego. Pomyślał o cierpieniach znoszonych wszędzie cierpliwie po drugiej stronie gór. Przerwał 

kobiecie z wściekłością:

- Dlaczego nie spowiadasz mi się, jak należy? Nie obchodzi mnie, ile ryb kupujesz albo że 

jesteś śpiąca wieczorem... Przypomnij sobie swoje rzeczywiste grzechy. - Ale ja jestem porządna 

kobieta, proszę księdza - pisnęła ze zdumieniem. - To po co zajmujesz tu czas i miejsce tym 

nieporządnym ludziom? Czy kochasz kogokolwiek oprócz siebie samej?

-  Kocham  Boga,  proszę  księdza  -  odparła  wyniośle.  Rzucił   na nią   przelotnie   okiem  w 

świetle palącej się na podłodze świecy. Twarde, stare rodzynki oczu pod czarnym szalem... jeszcze 

jedna z tych pobożnych... jak on sam. - Skąd wiesz? Nie ma różnicy między kochaniem Boga a 

kochaniem człowieka... czy dziecka. Miłość oznacza pragnienie przebywania z Nim, blisko Niego. 

- Zrobił bezradny gest rękami. - Miłość to pragnienie obrony Go przed tobą samą. Po odejściu 

background image

ostatniego   penitenta   przeszedł   przez   dziedziniec,   wracając   do   bungalow.   Widział,   jak   przy 

zapalonej lampie panna Lehr robi na drutach i czuł w obejściu zapach trawy, mokrej po pierwszych 

deszczach. Człowiek mógłby tu być szczęśliwy, gdyby nie był przywiązany do strachu i cierpienia. 

Nieszczęście, podobnie jak pobożność, może stać się przyzwyczajeniem. Może jego obowiązkiem 

jest przełamać je i odkryć spokój. Zazdrościł tym wszystkim ludziom, którzy wyspowiadali mu się 

i otrzymali absolucję. Za sześć dni, mówił sobie, w Las Casas i ja także... Ale nie mógł uwierzyć, 

że ktoś gdzieś, kiedyś  zdejmie mu ciężar z serca. Nawet, gdy pił, czuł się związany ze swoim 

grzechem przez miłość. Łatwiej było uwolnić się od nienawiści. - Niech ksiądz siada - rzekła panna 

Lehr. - Ksiądz musi być zmęczony. Oczywiście ja nigdy nie byłam zwolenniczką spowiedzi. Pan 

Lehr również nie. - Nie?

- Nie wiem, jak ksiądz może wytrzymać siedząc tam i słuchając tych wszystkich okropnych 

rzeczy... Pamiętam, że kiedyś w Pittsburgu... 

W  ciągu  nocy sprowadzono  dwa  muły,  żeby mógł  wyruszyć   natychmiast   po mszy,  po 

drugiej   mszy,   jaką   odprawił   w   stodole   pana   Lehra.   Jego   przewodnik   spał   przypuszczalnie   z 

mułami;   chudy,   nerwowy   chłopak,   nigdy   jeszcze   nie   był   w   Las   Casas.   Drogę   znał   tylko   z 

opowiadań.   Panna   Lehr   postanowiła   poprzedniego   wieczoru,   że   sama   zbudzi   księdza,   chociaż 

zwykle  nie spał już przed świtem. Leżąc  w łóżku, słyszał budzik dzwoniący w innym  pokoju 

zupełnie jak telefon. Wkrótce usłyszał człapanie pantofli panny Lehr w korytarzu i pukanie do 

drzwi. Pan Lehr spał nadal niewzruszenie leżąc na plecach, szczupły i sztywny jak biskup na płycie 

grobowca. Ksiądz spał w ubraniu, więc otworzył drzwi, zanim panna Lehr zdążyła odejść. Pękata 

postać w siatce na włosach wydała lekki pisk konsternacji. - Przepraszam. - Och, nie ma za co. Jak 

długo potrwa msza, proszę księdza?

- Będzie bardzo wielu ludzi do komunii. Może ze trzy kwadranse. - Przygotuję księdzu 

kawę i kanapki. - Proszę się nie trudzić. - Ach, nie możemy księdza wysłać na czczo. Poszła za nim 

do drzwi, trzymając się nieco z tyłu, żeby nic ani nikt jej nie dostrzegł na tym szerokim, pustym 

porannym świecie. Szare światło rozchodziło się nad pastwiskami. Przy bramie drzewo tulipanowe 

rozkwitało jak co dzień. Bardzo daleko, za strumykiem, gdzie się kąpał, ludzie szli z wioski w 

stronę stodoły pana Lehra. Z tej odległości byli zbyt drobni, by wydawać się ludźmi. Czuł wokół 

siebie nadzieję szczęścia, w którym weźmie udział, coś podobnego do nastroju dzieci w kinie czy 

na rodeo. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo mógłby być  szczęśliwy,  gdyby  zostawił  za 

górami   tylko   trochę   niemiłych   wspomnień.   Człowiek   zawsze   powinien   przekładać   spokój   nad 

gwałt, a on zmierzał przecież ku spokojowi. - Pani była bardzo dobra dla mnie. Jakże dziwne 

wydawało mu się na początku, że traktowano go jak gościa, nie jak zbrodniarza czy złego księdza. 

To byli heretycy. Nigdy nie przyszło im do głowy, że nie był porządnym człowiekiem; nie mieli 

background image

wścibskiej przenikliwości braci katolików. - Było nam przyjemnie, że mogliśmy księdza gościć u 

siebie. Ale ksiądz będzie zadowolony z odjazdu. Las Casas to piękne miasto. Bardzo moralne 

miejsce, jak pan Lehr zwykł mówić. Jeśli ksiądz spotka ojca Quintanę, niech go ksiądz od nas 

pozdrowi. Był u nas trzy lata temu. Dzwon zaczął bić. Był to dzwon, który został spuszczony z 

wieży kościelnej  i zawieszony przed stodołą pana Lehra. Słuchając jego dźwięku odnosiło się 

wrażenie, że jest to niedziela jak wszędzie indziej. - Chciałabym móc czasem pójść do kościoła - 

rzekła panna Lehr. - Dlaczegóżby nie?

- Panu Lehrowi to by się nie podobało. On jest bardzo surowy. Ale to tak rzadko się zdarza 

teraz.   Następne   nabożeństwo   będzie   znowu   za   trzy   lata.   -   Ja   tu   wrócę   wcześniej.   -   O   nie   - 

zaprzeczyła panna Lehr. - Droga jest ciężka, a Las Casas to piękne miasto. Elektryczne światło na 

ulicach, dwa hotele. Ksiądz Quintana obiecał, że wróci... ale chrześcijanie są wszędzie, prawda? Po 

co miałby tu wracać? Zresztą tak źle nam się tu nie powodzi. Grupka Indian przeszła koło bramy. 

Dzikie, drobne stworzenia z epoki kamiennej. Mężczyźni, ubrani w krótkie kaftany, szli trzymając 

długie kije. Kobiety o czarnych warkoczach i tępych twarzach niosły na plecach dzieci. - Indianie 

dowiedzieli się, że ksiądz tu jest. Nie zdziwiłabym się, gdyby przeszli sto kilometrów, żeby się 

tutaj dostać - zauważyła panna Lehr. Zatrzymali się przy bramie wpatrzeni w niego. Gdy spojrzał 

na nich, uklękli i przeżegnali się. Dziwnie skomplikowana mozaika ruchów obejmowała dotknięcie 

nosa, uszu i brody. - Mój brat tak się gniewa, gdy widzi, jak ktoś klęka przed księdzem, ale ja nie 

uważam, żeby w tym było coś złego - powiedziała panna Lehr. Za rogiem domu muły grzebały 

kopytami. Przewodnik musiał je tam przyprowadzić, żeby im dać kukurydzy. Muły jadły wolno, 

więc trzeba było dać im paszę zawczasu. Była już pora na odprawienie mszy i odjazd. Czuł zapach 

wczesnego poranka. Świat był jeszcze świeży i zielony, a w dole, we wsi szczekało parę psów. 

Budzik cykał w ręku panny Lehr. - Muszę już iść - powiedział ksiądz. Czuł dziwną niechęć do 

pożegnania się z panną Lehr, z domem i jej bratem śpiącym w drugim pokoju. Odczuwał jakby 

tkliwość   pomieszaną  z  uczuciem  zależności.   Człowiek   budzący  się   po  niebezpiecznej  operacji 

przywiązuje szczególną wagę do pierwszej twarzy, jaką widzi, gdy narkoza przestaje działać. Nie 

miał szat liturgicznych, ale msze w tej wsi były bardziej zbliżone do dawnych proboszczowskich 

czasów niż te, które odprawił w ciągu ostatnich ośmiu lat. Nie było obawy,  że msza zostanie 

przerwana,   nie   było   pośpiechu   w   rozdawaniu   komunii   z   powodu   zbliżającej   się   policji.   Z 

zamkniętego   kościoła   przyniesiono   nawet   relikwie   ołtarzowe.   Ale   ponieważ   panował   tu   taki 

spokój,   tym   bardziej   zdawał   sobie   sprawę   ze   swej   niegodności,   gdy   przygotowywał   się   do 

przyjęcia Eucharystii. “Przyjęcie Ciała Twojego, Panie Jezu Chryste, które ja, niegodny, odważam 

się spożywać, niechaj mi nie będzie na sąd i potępienie.” Człowiek cnotliwy może niemal przestać 

wierzyć w piekło, ale on nosił piekło z sobą. Czasem śnił o nim po nocach. “Domine, non sum 

background image

dignus... Domine, non sum dignus... “ Zło jak malaria krążyło w jego żyłach. Przypomniał sobie 

sen, jaki miał kiedyś, o wielkiej, pokrytej trawą arenie, z rzędem posągów świętych po brzegach. 

Ale święci byli żywi, zwracali oczy to w tę, to w tamtą stronę i czekali na coś. On również czekał, 

w strasznym napięciu. Brodate Piotry i Pawły, z Bibliami przyciśniętymi do piersi, obserwowały 

jakieś wejście z tyłu za nim, którego nie mógł dojrzeć. Tak sobie można wyobrazić grozę zbliżenia 

się dzikiej bestii. Potem zaczęła grać marimba, dźwięcznym i wciąż powtarzającym się tonem; 

nagle eksplodował jakiś fajerwerek, a na arenę tanecznym krokiem wszedł Chrystus. Tańczył i 

przybierał   różne   pozy.   Miał   krwawiącą,   umalowaną   twarz,   wykrzywioną   zapraszającym 

uśmiechem jak twarz prostytutki. Ksiądz zbudził się z uczuciem bezgranicznej rozpaczy, jaką mógł 

odczuwać   człowiek,   który   stwierdził,   że   jedyne   pieniądze,   jakie   posiada,   są   fałszywe.   “...   i 

widzieliśmy chwałę Jego, chwałę Jednorodzonego od Ojca, pełnego łaski i prawdy.” Msza była 

skończona. Za trzy dni - mówił sobie - będę w Las Casas. Wyspowiadam się i grzechy będą mi 

odpuszczone.   Automatycznie,   z   uczuciem   bolesnej   miłości   wróciło   mu   na   myśl   dziecko   na 

śmietnisku. Cóż za pożytek ze spowiedzi, jeśli kocha się skutki swego postępku?

Ludzie przyklękli, gdy przechodził przez stodołę. Zobaczył grupkę Indian, kobiety, których 

dzieci   ochrzcił,   Pedra.   A   i   właściciel   gospody   był   tam   również,   klęczał   z   twarzą   ukrytą   w 

pulchnych   dłoniach,   z   których   zwisał   różaniec.   Wyglądał   na   dobrego   człowieka.   Może   i   był 

dobrym człowiekiem. Może - myślał ksiądz, straciłem zdolność osądzania ludzi... może ta kobieta 

w więzieniu była tam najlepszą istotą. W świetle wczesnego dnia rżał koń, uwiązany do drzewa. 

Cała świeżość poranna wlewała się przez otwarte drzwi. Przy mułach stali dwaj ludzie. Przewodnik 

poprawiał strzemię, a obok niego stał Metys, drapiąc się pod pachą i oczekując na jego przyjście z 

niepewnym   przepraszającym   uśmiechem.   Tkwił   tam   jak   niezbyt   silny   ból,   przypominający 

człowiekowi o jego chorobie, lub może jak nieoczekiwane wspomnienie, które dowodzi, że miłość 

mimo wszystko jeszcze nie umarła. - No proszę - rzekł ksiądz - was się tutaj nie spodziewałem. - 

Nie, proszę księdza. Oczywiście, że nie. - Podrapał się i uśmiechnął. - Sprowadziliście żołnierzy ze 

sobą?

- Cóż znowu ksiądz wygaduje - zaprotestował ze słabym uśmiechem. Z tyłu za nim ksiądz 

widział  poprzez dziedziniec  w otwartych  drzwiach  pannę Lehr, jak przygotowywała  dla niego 

kanapki. Była już ubrana, ale wciąż miała na włosach siatkę. Zawijała starannie kawałki chleba w 

pergaminowy papier, a jej stateczne ruchy wyglądały dziwnie nierealnie. Realny był Metys. - Co za 

podstęp szykujecie mi teraz? - spytał ksiądz. Może przekupił przewodnika, żeby przeprowadził go 

z   powrotem  przez   granicę?  Mógł  się  po  nim  wszystkiego  spodziewać.   -  Ksiądz  nie   powinien 

mówić takich rzeczy. Panna Lehr zniknęła z pola widzenia bezdźwięcznie, jak sen. - Dlaczego?

- Jestem tu, proszę księdza - zdawał się nabierać długiego oddechu, zanim wypowiedział 

background image

nieoczekiwane   i   bombastyczne   stwierdzenie   -   z   misją   miłosierdzia.   Przewodnik   skończył 

oporządzać   jednego   muła   i   zabrał   się   do   drugiego,   skracając   i   tak   już   krótkie   meksykańskie 

strzemiona. Ksiądz zaśmiał się nerwowo:

- Z misją miłosierdzia?

-   Otóż   ksiądz   jest   jedynym   księdzem   po   tej   stronie   Las   Casas,   a   ten   człowiek   jest 

umierający... 

- Jaki człowiek?

- Jankes. - O kim wy mówicie?

- To ten, którego policja poszukuje. Obrabował bank. Ksiądz wie, kogo mam na myśli. - On 

i   tak   by   mnie   nie   chciał   -   powiedział   niecierpliwie   ksiądz,   przypominając   sobie   fotografię, 

przypatrującą się na odrapanej ścianie grupie po pierwszej komunii. 

- Ależ on jest dobrym katolikiem, proszę księdza. - Drapał się pod pachą i nie patrzył na 

księdza. - On jest umierający, a żaden z nas nie chciałby mieć na swym sumieniu tego, co ten 

człowiek... 

- Możemy się uważać za szczęściarzy, jeśli nie mamy gorszych sumień. - Co ksiądz przez 

to rozumie?

- On tylko zabijał i rabował. Ale nie zdradzał swych przyjaciół. - Matko Święta, ja nigdy... 

- Obaj czyniliśmy to - rzekł ksiądz, po czym zwrócił się do przewodnika: - Muły gotowe?

- Tak, proszę księdza. - Zatem ruszamy. - Zapomniał zupełnie o pannie Lehr. Dłoń tamtego 

świata sięgnęła przez granicę, więc znów był w atmosferze ucieczki. - Dokąd ksiądz jedzie? - 

spytał  Metys.  - Do Las  Casas. - Sztywno  wdrapał  się na  muła.  Metys  trzymał  jego strzemię. 

Przywiodło mu to na myśl ich pierwsze spotkanie. I wtedy była  ta sama mieszanina pretensji, 

błagania, obelżywości. - Piękny kapłan z księdza - podniósł swoje lamenty. - Biskup powinien się o 

tym dowiedzieć. Umierający chce się wyspowiadać, ale że księdzu śpieszy się do miasta... 

- Dlaczego uważacie mnie za takiego durnia? - rzekł ksiądz. - Wiem, po coście tu przyszli. 

Wy jedni możecie mnie poznać, a oni nie mogą przyjść po mnie do tego stanu. A jeśli się was teraz 

spytam, gdzie jest ten Amerykanin, wy mi powiecie - ręczę za to, nie potrzebujecie mówić - że jest 

on tuż po drugiej stronie granicy. - O nie. Tu się ksiądz pomylił. On jest po tej stronie. - Kilometr 

czy dwa nie robią różnicy. Nie ma tu nikogo, kto by wniósł o to skargę... 

- To jest okropne, że ksiądz nigdy mi nie wierzy - mówił Metys. - Tylko dlatego, że raz... 

no, przyznaję... 

Ksiądz kopnął muła, żeby ruszyć go z miejsca. Opuścili zagrodę pana Lehra i skierowali się 

na południe. Metys biegł truchcikiem przy jego strzemieniu. - Pamiętam - zauważył ksiądz - jak 

kiedyś powiedzieliście mi, że nigdy nie zapomnicie mojej twarzy. - I nie zapomniałem - przerwał 

background image

triumfująco Metys. - Inaczej bym tutaj nie był, prawda? Niech ksiądz słucha. Ja przyznaję się do 

wielu rzeczy. Ksiądz nie ma pojęcia, jaką pokusę stanowi nagroda dla tak biednego człowieka jak 

ja. A kiedy ksiądz mi nie ufał, pomyślałem sobie, no, że jeśli tak, to ja księdzu pokażę. Ale jestem 

przecież dobrym katolikiem, proszę księdza, i kiedy umierający człowiek chce pociechy... 

Wdrapali się na długie zbocze będące pastwiskiem pana Lehra, które wiodło do następnego 

pasma   wzgórz.   O   godzinie   szóstej   rano,   na  wysokości   tysiąca   metrów   powietrze   było   jeszcze 

chłodne. Tam w górze będzie wieczorem bardzo zimno. Mieli się wdrapać na wysokość dwóch 

tysięcy metrów. - Dlaczegóż to miałbym dać się złapać na twój haczyk? To byłoby za głupie - 

powiedział ksiądz niespokojnie. - Niech ksiądz patrzy. - Metys podniósł w górę kawałek papieru. 

Znajomy charakter pisma zwrócił uwagę księdza: wielkie, staranne pismo dziecka. Papier musiał 

być używany do pakowania jedzenia; był pobrudzony i tłusty. Czytał: “Książę duński zastanawia 

się, czy ma się zabić czy nie; czy jest lepiej cierpieć dalej i żywić wszystkie te wątpliwości co do 

ojca, czy też jednym ciosem... “

- Nie to, proszę księdza. Druga strona. To nic nie jest. Ksiądz odwrócił papier i odczytał 

parę słów napisanych po angielsku tępym ołówkiem: “Na miłość boską, niech ksiądz... “ Muł, nie 

bity, zaczął stąpać bardzo wolno i ociężale. Ksiądz nie usiłował go popędzać. Ten świstek papieru 

nie pozostawiał żadnej wątpliwości. Czuł, że pułapka zamyka się znowu, nieodwołalnie. - Skąd to 

znalazło się w twoich rękach?

- To było tak, proszę księdza. Gdy go postrzelili, byłem z policją, w wiosce po drugiej 

stronie.   Podniósł   dziecko,   żeby   mu   służyło   za   osłonę,   ale   oczywiście   żołnierzy   nic   to   nie 

obchodziło. To było tylko indiańskie dziecko. Obu postrzelono, ale on uciekł. - Więc jak?... 

- To było tak, proszę księdza. - Plótł jak papuga. bał się porucznika, który był wściekły z 

powodu  ucieczki   księdza.  Tak   się  bał,   że  postanowił   prześliznąć  się   przez  granicę,   poza  jego 

zasięg. Okazja nadarzyła się w nocy. Po drodze natknął się na Amerykanina. Przypuszczalnie było 

to po tej samej stronie granicy, ale któż mógł wiedzieć, gdzie kończy się jeden stan, a zaczyna 

drugi. Amerykanin był postrzelony w brzuch... 

- Więc jak mógł im uciec?

- O proszę księdza, ten człowiek ma nadludzką siłę. Był umierający, chciał księdza... 

- Jak on wam o tym powiedział?

- To można było w dwóch słowach powiedzieć, proszę księdza. Żeby dowieść prawdy tej 

historii bandyta znalazł w sobie na tyle siły, żeby napisać parę słów, a więc... historia ta zawierała 

tyle dziur co sito. Ale kartka istniała naprawdę, jak kamień milowy, który nie mógł ujść uwadze. 

Metys znowu był urażony:

Ksiądz mi nie ufa. - Tak, nie ufam wam. - Ksiądz myśli, że ja kłamię. - Większość tego, co 

background image

mówicie, to kłamstwa. Zatrzymał muła i siedział zamyślony z twarzą zwróconą na południe. Był 

całkiem pewien, że to była pułapka, przypuszczalnie obmyślona przez Metysa, który chciał dostać 

nagrodę. Ale prawdą było  również, że tam znajdował się umierający.  Pomyślał o opuszczonej 

plantacji bananowej, gdzie coś się wydarzyło i gdzie indiańskie dziecko leżało martwe na stosie 

kukurydzy. Nie ulegało wątpliwości, że go potrzebowano. Człowiek tyle mający na sumieniu... 

Najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że czuł się zupełnie dobrze i wesoło. W spokój nigdy 

właściwie nie wierzył.  Marzył  o nim tak często po drugiej stronie, że teraz spokój nie więcej 

oznaczał dla niego niż marzenie. Zaczął gwizdać jakąś melodię, którą gdzieś posłyszał. “Znalazłem 

różę na mym polu.” Czas, żeby się zbudził. To rzeczywiście nie byłby dobry sen... ta spowiedź w 

Las Casas, na której musiałby wyznać, poza wszystkim innym, że odmówił spowiedzi człowiekowi 

umierającemu w stanie śmiertelnego grzechu. - Czy ten człowiek jeszcze będzie żył? - spytał. - Tak 

mi się wydaje, proszę księdza - skwapliwie podchwycił Metys. - Jak to daleko stąd?

- Cztery... pięć godzin, proszę księdza. - Możecie jechać na zmianę na drugim mule. Ksiądz 

zawrócił muła z powrotem i zawołał na przewodnika. Człowiek zsiadł i stał bez ruchu, słuchając 

objaśnień. Jedyną uwagę zrobił Metysowi, wskazując na siodło. - Uważajcie na torbę przy siodle. 

Tam jest koniak księdza. Jechali stępa z powrotem. Panna Lehr była przy bramie i powiedziała:

- Ksiądz zapomniał wziąć kanapki. - Ach, tak, dziękuję pani. - Rzucił szybkie spojrzenie na 

to, co go otaczało. To wszystko straciło już dla niego znaczenie. - Pan Lehr jeszcze śpi? - zapytał. - 

Czy mam go zbudzić?

- Nie, nie. Ale może zechce mu pani podziękować za jego gościnność. - Dobrze. A może za 

parę lat ujrzymy księdza znowu? Tak jak ksiądz obiecał? - Patrzyła z ciekawością na Metysa, który 

również wlepił w nią żółte, bezczelne oczy. - Możliwe - odparł ksiądz i odwrócił się uśmiechając 

się do siebie ukradkiem. - A zatem do widzenia księdzu. Lepiej niech ksiądz rusza, prawda? Słońce 

już się podnosi coraz wyżej. - Do widzenia, droga pani. - Metys uderzył biczem muła niecierpliwie, 

który szybko ruszył z miejsca. - Nie w tę stronę, człowieku! - zawołała panna Lehr. - Mam jeszcze 

jedną wizytę w okolicy - odparł ksiądz i trzęsąc się w niewygodnym kłusie pojechał za Metysem w 

stronę wsi. Minęli bielony kościół; on także był częścią snu. W realnym życiu nie ma kościołów. 

Otwarła się przed nim długa, brudna wiejska ulica. Nauczyciel  stał w drzwiach. Pozdrowił go 

ironicznie, patrząc niechętnie zza rogowych okularów. - Więc ksiądz odjeżdża z łupami?

Ksiądz zatrzymał muła. Zwrócił się do Metysa:

- Rzeczywiście... zapomniałem... 

- Nieźle ksiądz zarobił na chrztach - powiedział nauczyciel. - Opłaciło się czekać parę lat, 

no nie?

- Jedźmy, proszę księdza - przynaglał Metys. - Niech ksiądz go nie słucha. To zły człowiek. 

background image

- Pan zna tutejszych ludzi lepiej niż ktokolwiek inny - rzekł ksiądz. - Jeśli zostawię jakiś dar, czy 

zechce go pan obrócić na rzeczy nie przynoszące szkody... to znaczy na jedzenie, koce... nie na 

książki?

- Jedzenia im bardziej potrzeba niż książek. - Mam tu czterdzieści pięć pezów... 

- Co ksiądz robi? - jęknął Metys. - Chcemy oszukać sumienie? - spytał nauczyciel. - Tak. - 

Wszystko   jedno.   Oczywiście   przyjmuję   z   podziękowaniem.   Przyjemnie   widzieć   księdza   z 

sumieniem. Jest to nowy etap w ewolucji - powiedział. Okulary błyszczały mu w słońcu. Pulchny, 

pełen goryczy człowiek, wygnaniec stojący przed swoim krytym blachą barakiem. Minęli ostatnie 

domy, cmentarz i zaczęli piąć się w górę. - Po co, proszę księdza, po co? - protestował Metys. - To 

nie jest zły człowiek, robi, co może, a ja nie będę już potrzebował pieniędzy, nieprawdaż? - spytał 

ksiądz. Przez dłuższą chwilę jechali bez słowa. Słońce zaczęło oślepiać, a muły wspinały się z 

wysiłkiem po stromej, skalistej ścieżce. Ksiądz znów zagwizdał “Znalazłem różę”, jedyną melodię, 

jaką znał. W pewnej chwili Metys zaczął się na coś żalić:

- Z księdzem jest taki kłopot, że... - ale przestał, zanim sformułował swój zarzut, bo nie miał 

właściwie powodu do żalenia się, skoro stale jechali na północ w stronę granicy. - Jesteście głodni? 

-   spytał   w   końcu   ksiądz.   Metys   zamruczał   coś   gniewnie   czy   drwiąco.   -   Weźcie   kanapkę   - 

powiedział ksiądz otwierając paczkę panny Lehr. 

background image

Rozdział II 

- To tam - odezwał się Metys z odcieniem triumfu w głosie, jak gdyby przez całe siedem 

ostatnich   godzin   był   niesłusznie   posądzony   o   kłamstwo.   Wskazał   poprzez   wąwóz   na   grupę 

indiańskich szałasów, oblepiających skalny cypel, sterczący nad przepaścią. Było do nich może ze 

dwieście metrów, ale dojście zajęłoby co najmniej godzinę ze trzysta metrów krętego schodzenia i 

tyleż  wspinania się. Ksiądz siedział na swym mule rozglądając się z uwagą, nie mógł dojrzeć 

żadnego podejrzanego ruchu. Nawet punkt obserwacyjny - mała platforma ułożona z gałęzi na 

kopcu   powyżej  szałasów  -  był  pusty.  -  Zdaje   się,  że  tam  nie   ma  nikogo   -  powiedział.  Znów 

oddychał atmosferą pustkowia. - No, przecież ksiądz chyba nie myślał, że tu będzie ktoś, oprócz 

niego - rzekł Metys. - On tam jest. Zaraz ksiądz zobaczy. - Gdzie są Indianie?

- Znów ksiądz zaczyna - żalił się Metys. - Podejrzenia, wciąż te podejrzenia. Skąd ja mam 

wiedzieć, gdzie są Indianie? Czy nie powiedziałem księdzu, że on jest zupełnie sam? - Ksiądz 

zsiadł z muła. - Co ksiądz teraz wyrabia?  - krzyknął Metys  rozpaczliwie. - Nie będziemy już 

potrzebowali mułów. Można je odesłać z powrotem. 

- Nie będziemy potrzebowali? A jak ksiądz się stąd wydostanie?

- To - rzekł ksiądz - już nie moje zmartwienie. - Odliczył czterdzieści pezów i zwrócił się 

do mulnika: - Wynająłem was do Las Casas. No, udało wam się, macie tu zapłatę za sześć dni. - To 

ksiądz mnie już więcej nie potrzebuje?

- Nie. I lepiej zmykajcie stąd, gdzie pieprz rośnie. Nie możemy iść tak daleko na piechotę, 

proszę księdza - powiedział gwałtownie mieszaniec. - Przecież ten człowiek umiera. - Zajdziemy 

tam   równie   szybko   na   naszych   własnych   nogach.   No,   przyjacielu,   zabieraj   się   stąd.   -   Metys 

odprowadził muły wzrokiem pełnym żałosnej chciwości. Stąpały powoli wąską, kamienistą drogą, 

wreszcie zniknęły za załomem skały i odgłos ich kopyt rozpłynął się w ciszy. - No, nie zwlekajmy 

dłużej   -   powiedział   żywo   ksiądz   i   z   woreczkiem   przewieszonym   przez   ramię   zaczął   schodzić 

ścieżką w dół. Czuł za sobą ciężki i zadyszany oddech Metysa. Prawdopodobnie wypił w stolicy 

zbyt dużo piwa. Z dziwnym wzruszeniem zmieszanym z pogardą ksiądz rozpamiętywał, jak wiele 

przytrafiło się im obu od chwili, gdy spotkali się po raz pierwszy w wiosce, której nazwy nawet nie 

znał. Metys leżał tam w upalne południe kołysząc swój hamak bosą żółtą stopą. Gdyby w tym 

momencie spał, to wszystko by się nie zdarzyło. Biedny człowiek miał rzeczywiście strasznego 

pecha, że został obarczony tak ogromnym grzechem. Ksiądz szybko obejrzał się i zobaczył wielkie 

palce  wysuwające  się z brudnych  tenisówek.  Metys  schodził  mrucząc  wciąż  pod nosem.  Jego 

wieczne narzekanie nie pomagało mu w oddychaniu. Biedaczysko - myślał ksiądz - naprawdę nie 

jest taki zły... 

background image

On też nie miał dość sił na tę podróż. Gdy ksiądz był już na dnie barranca, Metys znajdował 

się o pięćdziesiąt metrów z tyłu. Ksiądz usiadł na jakimś głazie i wytarł czoło, a Metys rozpoczął 

swe lamenty, zanim jeszcze dotarł do niego. - Nie ma co aż tak bardzo się spieszyć. - Wyglądało, 

jak gdyby w miarę zbliżania się do miejsca zdrady, wzrastał jego żal do ofiary. - Nie mówiliście, że 

umiera? - spytał ksiądz. - Tak, tak, umiera, pewno. Ale to może długo potrwać. - Im dłużej, tym 

lepeij dla nas wszystkich - rzekł ksiądz. - Może macie rację. Zrobię tu odpoczynek. Lecz Metys jak 

przekorne dziecko chciał, żeby zaraz ruszać. - Ksiądz nie ma miary w niczym; albo by biegł, albo 

siedział w miejscu. - Nic się wam nie podoba, co ja robię - przekomarzał się z nim ksiądz, po czym 

spytał ostro i przebiegle: - Przypuszczam, że oni pozwolą mi go zobaczyć?

- Oczywiście - powiedział mieszaniec i natychmiast się poprawił: - Oni, oni? Kogóż to 

znów ksiądz ma na myśli? Najpierw ksiądz narzeka, że tu pusto, a potem gada, że jacyś “oni” tu są. 

- Ze łzami w oczach mówił dalej: - Może z księdza i dobry człowiek, może nawet święty, czy ja 

wiem?   Ale   dlaczego   ksiądz   nie   mówi   otwarcie,   tak   żeby   można   go   zrozumieć.   Już   to   samo 

wystarczy, żeby człowiek stał się złym katolikiem. - Nie ma co dźwigać dalej tego worka, jest 

ciężki - powiedział ksiądz. - Jak się napijemy trochę, to nam obu dobrze zrobi. Obaj potrzebujemy 

odwagi, nie uważasz?

- Ksiądz ma coś do wypicia? - spytał Metys z przejęciem i patrzył, jak ksiądz wyjmuje 

butelkę. Nie spuszczał oczu, gdy ksiądz pił. Oba kły wystawały łakomie, drgając lekko nad dolną 

wargą. Wreszcie i on przytknął usta do butelki. - To jest chyba nielegalne po tej stronie granicy - 

powiedział ksiądz chichocząc - jeśli jesteśmy po tej stronie. - Pociągnął raz jeszcze i oddał butelkę 

Metysowi. Wkrótce była pusta. Rzucił ją w kierunku skały. Rozprysła się jak szrapnel. 

Metys zląkł się:

- Ostrożnie. Ludzie mogą myśleć, że ksiądz ma broń. - Reszta nie będzie nam potrzebna - 

rzekł ksiądz. - Znaczy, że ksiądz ma więcej?

- Jeszcze dwie butelki, ale nie możemy pić więcej na tym upale. Lepiej zostawmy to tutaj. - 

Czemu ksiądz nie powiedział, że to ciężkie? Poniosę księdzu. Ksiądz tylko słówko powie, a ja z 

chęcią... tylko, że ksiądz o nic nie prosi. Ruszyli znów pod górę z lekkim brzękiem butelek. Słońce 

padało pionowo na tę dziwną parę. Wejście na szczyt barranca zajęło im prawie godzinę. Potem 

wieża obserwacyjna rozwarła się ponad ich ścieżką niby szczęka, a powyżej na skałach ukazały się 

dachy szałasów. Indianie nie budują swych osiedli na szlakach mułów, wolą mieszkać na uboczu i 

obserwować przejeżdżających. Ksiądz był ciekaw, kiedy ukażą się policjanci, którzy musieli być 

gdzieś   bardzo   starannie   ukryci.   -   Tędy,   proszę   księdza.   -   Metys   prowadził,   wdrapując   się   po 

skałach na mały upłaz. Wyglądał zaniepokojony, nieomal zdziwiony, że nic się dotąd nie działo. 

Szałasów było około tuzina, stały ciche jak groby na tle pochmurnego nieba. Zanosiło się na burzę. 

background image

Ksiądz poczuł nerwową niecierpliwość; wszedł do pułapki, oni zaś mogliby przynajmniej zamknąć 

ją szybko i raz skończyć to wszystko. Zastanawiał się, czy nagle nie strzelą do niego z jednego z 

szałasów. Doszedł do samego krańca czasu: wkrótce nie będzie “jutra” ani “dzisiaj”, tylko istnienie 

trwające wieki. Zaczął żałować, że nie wypił więcej alkoholu. Ochrypłym z niepewności głosem 

spytał:

- No, jesteśmy na miejscu. Gdzie jest ten jankes?

- Ach tak, jankes - wzdrygnął  się Metys,  jak gdyby  na chwilę  zapomniał  o pretekście 

podróży.  Stał gapiąc się na szałasy i zastanawiał się. - Był, o, tam, kiedym  go zostawił. - No 

przecież sam nie mógł się ruszyć stąd?

Gdyby nie widział tamtego listu - a przede wszystkim zabitego dziecka - wątpiłby nawet w 

to, że ów Amerykanin istnieje. Począł iść prze polankę w kierunku szałasu. Czy zastrzelą go, zanim 

dosięgnie wejścia? Miał wrażenie, jakby szedł z zawiązanymi oczyma po kładce, nie wiedząc, w 

którym miejscu potknie się i spadnie w wieczność. Czknął i splótł ręce z tyłu, aby powstrzymać ich 

drżenie. W pewnym sensie był zadowolony z opuszczenia domu panny Lehr, gdyż nigdy jakoś 

naprawdę nie wierzył, że powróci jeszcze do pracy parafialnej, codziennego odprawiania mszy i 

starannych pozorów pobożności. Mimo wszystko lepiej być nieco pijanym idąc na śmierć. Doszedł 

do drzwi - ani żywego ducha. Wtem jakiś głos powiedział:

- Proszę księdza. Rozejrzał się dokoła. Metys stał na polance z wykrzywioną twarzą, oba 

kły drgały. Wyglądał na przerażonego. - Co się stało?

- Nic, proszę księdza. - Dlaczego mnie wołaliście?

- Ja nic nie mówiłem - skłamał. Ksiądz odwrócił się i wszedł do środka. Amerykanin był 

tam   rzeczywiście.   Czy   jeszcze   żył,   to   inna   sprawa.   Leżał   na   słomianej   macie   z   zamkniętymi 

oczyma i otwartymi ustami, złożywszy ręce na brzuchu jak dziecko, które cierpi na ból żołądka. 

Ból zmienia twarz - możliwe też, że popełnianie zbrodni nakłada własną maskę jak polityka lub 

pobożność.   Wglądał   inaczej   niż   na   afiszu   na   ścianie   posterunku   policji.   Tamten   był   twardym 

aroganckim człowiekiem, który osiągnął to, co zamierzał. Teraz była to po prostu twarz trampa. 

Ból odkrył nerwy i nadał twarzy wyraz pozornej inteligencji. Ksiądz ukląkł i przyłożył ucho do ust 

leżącego, usiłując dosłyszeć oddech. Poczuł ciężki, nieprzyjemny zapach - mieszaninę wymiotów, 

dymu z papierosów i odoru wódki. Trzeba by czegoś więcej niż kilku lilii, by ukryć ten rozkład. 

Bardzo słaby głos zaszeptał mu w ucho po angielsku:

- Niech ksiądz stąd zwiewa. Na zewnątrz w przyćmionym przez burzę świetle stał Metys 

patrząc w kierunku szałasu. Widać było, że trzęsą mu się nieco kolana. - A więc żyjesz? - mówił 

ksiądz szybko. - Spiesz się. Nie masz wiele czasu. - Niech ksiądz stąd zwiewa. - Czy nie chciałeś, 

żebym przyszedł? Jesteś katolikiem? 

background image

-  Niech  ksiądz   zwiewa  - głos   znowu zaszeptał,  jak gdyby   to  były  jedyne   słowa,  jakie 

zapamiętał z wyuczonej dość dawno lekcji. - Powiedz mi - rzekł ksiądz. - Ile lat temu byłeś ostatni 

raz u spowiedzi?

Powieki uniosły się i zdumione oczy spojrzały na niego. Leżący mężczyzna powiedział 

zmieszanym głosem:

- Chyba z dziesięć lat. Ale co ksiądz tu w ogóle robi?

- Prosiłeś o księdza. Ho, ho, dziesięć lat to kawał czasu. - Ksiądz musi stąd zwiewać - 

powiedział   mężczyzna.   Przypomniał   sobie   lekcję.   Gdy   leżał   tak   wyciągnięty   na   macie,   cała 

żywotność, jaka jeszcze w nim była, zebrała się w mózgu: był jak zmiażdżony z jednego końca 

płaz. Powiedział dziwnym głosem: - Ten sukinsyn... 

Ksiądz rzekł z pasją:

- Co to jest za spowiedź? To ja odbywam pięciogodzinną podróż... i wszystko, co mogę z 

ciebie  wydobyć,  to przekleństwa. - Wydawało  mu się straszną niesprawiedliwością, że wraz z 

niebezpieczeństwem wracała jego bezużyteczność - nic nie mógł uczynić dla takiego człowieka. - 

Niech ksiądz słucha... 

- Słucham. - Niech ksiądz stąd zaraz zwiewa. Ja nie wiedziałem... 

- Nie po to przybyłem  taki szmat drogi, żeby gadać o sobie - powiedział ksiądz. - Im 

prędzej się wyspowiadasz, tym prędzej będę mógł stąd pójść. - Niech się ksiądz mną nie kłopocze. 

Ja   jestem   skończony.   -   To   znaczy   potępiony?   -   spytał   gniewnie   ksiądz.   -   Jasne.   Potępiony   - 

odpowiedział mężczyzna zlizując krew z warg. - Słuchaj - rzekł ksiądz pochylając się bliżej nad 

zatęchłym i ckliwym odorem - przyszedłem tu, żeby wysłuchać twojej spowiedzi. Czy chcesz się 

spowiadać?

- Nie. - Czy chciałeś wtedy, kiedy pisałeś ten list?

- Może. - Ja wiem, co ty chcesz mi powiedzieć. Ja wiem to, rozumiesz? Daj temu spokój. 

Pamiętaj, że umrzesz. Nie licz zanadto na miłosierdzie Boże. Bóg dał ci tę okazję. Może ci już 

drugiej nie dać. Jakie to życie prowadziłeś przez te wszystkie lata? Czy wydaje ci się ono teraz tak 

wspaniałe? Zabiłeś wielu ludzi - to właściwie wszystko. Każdy może robić to przez jakiś czas, a 

później jego zabijają. Tak jak ciebie zabito. Nic nie pozostaje prócz bólu. - Proszę księdza... 

- Tak? - Ksiądz westchnął niecierpliwie  i pochylił  się jeszcze niżej. Przez chwilę miał 

nadzieję, że wreszcie wzbudził u tego człowieka choć słaby odruch żalu. - Niech ksiądz weźmie 

mój pistolet. Słyszy ksiądz? Jest tu pod pachą. - Nie potrzebuję pistoletu. - Ależ tak, potrzebuje 

ksiądz. - Leżący poruszył jedną z rąk złożonych na brzuchu - zaczęła pełznąć powoli do góry. Ile 

trudu go to kosztowało. Już samo patrzenie na to było nie do zniesienia. 

Ksiądz rzekł ostro:

background image

- Leż spokojnie. Broni tam nie ma. - Widział pustą kaburę pod pachą bandyty - był to 

pierwszy określony znak, że oni i Metys nie byli sami. - Sukinsyny - powiedział leżący i jego ręka 

opadła ciężko tam, gdzie akurat się znalazła, nad sercem. Leżał w pozie wstydliwej kobiety z 

posągu: jedna ręka na piersi, druga na brzuchu. W szałasie było bardzo gorąco. Wisiało nad nimi 

ciężkie   niebo,   nabrzmiałe   zbliżającą   się   burzą.   -   Niech   ksiądz   słucha...   -   Ksiądz   siedział 

zrezygnowany u jego boku. Nic nie zdoła zesłać spokoju na tę niespokojną głowę. Może kiedyś, 

przed wielu godzinami, gdy pisał ten list - ale okazja jak przyszła, tak i przeszła. Szeptał teraz coś o 

jakimś nożu. Była taka legenda, w którą wierzyło wielu zbrodniarzy, że oczy zmarłego zachowują 

obraz tego, co widziały po raz ostatni przed śmiercią. Chrześcijanin mógł wierzyć, że tak było i z 

duszą: rozgrzeszenie i spokój w ostatniej chwili, po życiu spędzonym na popełnianiu najgorszych 

zbrodni.   Czasem   znów   pobożny   człowiek   umierał   nagłą   śmiercią   w   domu   publicznym   bez 

odpuszczenia win i cnotliwe, jak się zdawało, życie kończyło się wieczystym piętnem nieczystości. 

Słyszał nieraz, jak ludzie mówili, że skrucha na łożu śmierci jest czymś niesprawiedliwym, jak 

gdyby to było łatwo zerwać z całym poprzednim życiem, bez względu na to, czy było złe, czy 

dobre. Można zarówno powątpiewać o wartości cnotliwego życia, które się kończy w upadku, jak i 

grzesznego o dobrym zakończeniu. Ksiądz uczynił jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek. - Kiedyś 

byłeś wierzący - powiedział. - Zrozum, to jest twoja ostatnia szansa. Szansa ostatniej godziny. Jak 

łotra ukrzyżowanego z Chrystusem. Mordowałeś ludzi, dzieci może - dodał przypomniawszy sobie 

ową drobną czarną kupkę pod krzyżem. - Ale to nie musi być koniecznie tak ważne. To są tylko 

sprawy tego życia, tak krótkiego, które trwa zaledwie parę lat i już się kończy. Możesz to wszystko 

tutaj zostawić, tak, w tym  szałasie, i uwolniony wejść do wiecznego życia. - Poczuł smutek i 

tęsknotę na wspomnienie tego życia, którego sam nie mógł dostąpić... tęsknotę za takimi słowami, 

jak pokój, chwała, miłość. - Niech ksiądz mnie zostawi i myśli o sobie - głos odezwał się nagląco: - 

Niech ksiądz weźmie mój nóż... - Ręka rozpoczęła na nowo swoją powolną wędrówkę - tym razem 

w kierunku biodra. Kolana przygięły się, jakby chciał przewrócić się na bok i nagle ustał wysiłek, 

oddech, wszystko. Ksiądz pośpiesznie odmawiał słowa warunkowego rozgrzeszenia, na wypadek 

gdyby zbrodniarz żałował za grzechy, choćby na jedną sekundę, zanim dusza opuściła ciało. Ale 

było bardziej prawdopodobne, że odszedł w zaświaty wciąż szukając swego noża, chcąc innego 

człowieka pchnąć na drogę gwałtu. Ksiądz modlił się: “Boże miłosierny,  zważ, że przecież on 

myślał o mnie, że to dla mnie chciał... “, ale modlił się bez przekonania. W najlepszym  razie 

chodziło  tu o jednego przestępcę, który pragnął  pomóc  w ucieczce  drugiemu.  Z jakiejkolwiek 

patrzeć na to strony, każdy z nich obu niewiele był wart. 

background image

Rozdział III 

Jakiś głos spytał:

- No, skończyliście już?

Ksiądz wstał i zrobił drobny, lękliwy gest potwierdzenia. W ciemnej, eleganckiej postaci 

stojącej w drzwiach poznał oficera policji, który dał mu w więzieniu pieniądze. Światło burzy 

odbijało się w jego sztylpach. Opierał jedną rękę na pistolecie i krzywił się cierpko na widok 

martwego   bandyty.   -   Nie   spodziewaliście   się   mnie   zobaczyć   -   odezwał   się.   -   Ależ   tak. 

Spodziewałem się - odparł ksiądz. - Muszę podziękować panu... 

- Podziękować? Za co?

- Za to, że pozwolił mi pan z nim zostać. - Nie jestem barbarzyńcą - powiedział oficer. - 

Proszę, może zechcecie teraz wyjść ze mną. Nie ma sensu uciekać. Zobaczcie sami - dodał. Ksiądz 

wyszedł z szałasu i zobaczył, że otacza go tuzin uzbrojonych ludzi. - Mam już dosyć uciekania - 

powiedział.  Metys  gdzieś zniknął. Na niebie gromadziły się ciężkie  chmury na kształt  gór, co 

sprawiło,   że   prawdziwe   góry   pod   nimi   wyglądały   jak   małe   jaskrawe   zabawki.   Westchnął   i 

roześmiał się nerwowo. - Ileż kłopotu miałem z przedostaniem się przez te góry, a teraz... jestem tu 

znów. - Nigdy nie sądziłem, że wrócicie. - Ach, panie poruczniku, pan wie, jak to jest. Nawet 

tchórz   ma   poczucie   obowiązku.   - Chłodny,   świeży  wiatr,  jaki  wieje czasem  przed  nadejściem 

burzy, musnął jego twarz. Ze źle udaną swobodą zapytał: - Czy rozstrzela mnie pan teraz?

Porucznik znowu powiedział ostro:

- Nie jestem barbarzyńcą. Będziecie sądzeni... sprawiedliwie. - Za co?

- Za zdradę. - Mam więc wracać taki kawał drogi?

- Tak. Chyba, że zechcecie uciekać. - Trzymał rękę na pistolecie, jakby nie ufał księdzu ani 

na jotę. - Mógłbym przysiąc, że już gdzieś... 

- Och tak - przerwał ksiądz. - Widział mnie pan dwa razy. Gdy zabierał pan zakładnika z 

mojej wsi... zapytał pan moją córeczkę: “Kto to jest?” Ona odpowiedziała: “Mój ojciec” i pan 

pozwolił mi zostać. - Nagle góry przestały istnieć. Wyglądało to, jak gdyby ktoś chlusnął im wodą 

w oczy. - Prędko - mówił porucznik - do tego szałasu. Przynieście nam parę skrzyń, żebyśmy mogli 

usiąść - polecił jednemu ze swych ludzi. Gdy ogarnęła ich burza, weszli do szałasu, gdzie leżał 

trup. Żołnierz ociekając deszczem wniósł dwie skrzynie. - Świece - rozkazał porucznik. Usiadł na 

jednej ze skrzyń, wyjął pistolet i powiedział: - Siadajcie tam, z dala od drzwi, żebym mógł was 

widzieć. - Żołnierz zapalił świecę i stopionym  z niej woskiem przylepił ją do twardej polepy. 

Ksiądz usiadł blisko Amerykanina. Zastygły w ruchu, którym usiłował wydostać nóż, sprawiał 

wrażenie,   jakby   chciał   dosięgnąć   swego   towarzysza,   żeby   zamienić   parę   słów   na   osobności... 

background image

Wyglądali jak ludzie tego samego gatunku; obaj brudni i nie ogoleni. Porucznik zdawał się należeć 

do całkiem innej kategorii. Spytał z pogardą: - Więc macie dziecko?

- Tak - odparł ksiądz. - Wy... ksiądz?

- Niech pan nie sądzi, że wszyscy księża są tacy, jak ja. - Patrzył, jak światło świecy mruga 

na błyszczących guzikach. Dodał: - Są dobrzy księża i są źli. Ja jestem po prostu złym księdzem. - 

Więc może oddamy waszemu Kościołowi przysługę... 

- Możliwe. Porucznik spojrzał na niego ostro, jak gdyby sądził, że zakpiono z niego, po 

czym powiedział:

- Mówiliście mi, że widziałem was dwa razy. - Tak, byłem w więzieniu. A pan dał mi 

pieniądze.   -   Przypominam   sobie.   -   Dodał   z   pasją:   -   Cóż   za   okropna   ironia   losu.   Mieć   was   i 

wypuścić. Ba, straciliśmy dwóch ludzi szukając was. Żyliby dzisiaj... - Świeca skwierczała, gdy 

krople deszczu przeciekały przez dach. - Ten Amerykanin nie był wart dwóch istnień ludzkich. On 

był właściwie nieszkodliwy. Deszcz padał bez przerwy. Siedzieli w milczeniu. Nagle porucznik 

powiedział:

- Nie wkładajcie ręki do kieszeni. - Szukałem tylko talii kart. Myślałem, że to pomoże nam 

spędzić czas. - Nie gram w karty - odparł porucznik ostro. - Nie, nie o grę mi chodzi. Chciałem 

tylko pokazać panu parę sztuczek. Czy mogę?

- W porządku, jeśli chcecie. Pan Lehr dał mu starą talię kart. Ksiądz powiedział:

- Widzi pan, tu są trzy kraty. As, król i walet. Teraz - rozłożył je wachlarzem na polepie - 

proszę   mi   powiedzieć,   która   z   nich   to   as.   -   Ta   oczywiście   -   powiedział   niechętnie   i   bez 

zainteresowania   porucznik.  - Myli  się  pan  - stwierdził   ksiądz,  odwracając  ją.  - To  jest  walet. 

Porucznik rzekł pogardliwie:

- Gra dla szulerów... albo dla dzieci. - A oto inna sztuczka - mówił ksiądz - zwana “Chodź 

tu, walecie”. Dzielę talię na trzy części, o tak. Teraz biorę waleta kier i wkładam go w środkową 

część, o tak. Teraz pukam we wszystkie trzy kupki. - Gdy to mówił, pojaśniała mu twarz. Od tak 

dawna już nie miał w ręku kart. Zapomniał o burzy, o zmarłym i o upartej, nieprzyjaznej twarzy 

naprzeciw. - Teraz mówię “chodź tu, walecie” - podzielił kupkę kart z lewej na połowę i pokazał 

waleta. - I oto on. 

- Na pewno są dwa walety. - Niech pan sam zobaczy. - Porucznik pochylił się niechętnie do 

przodu i przejrzał środkową kupkę. - Pewnie opowiadacie Indianom, że to jest cud Boży. - O nie - 

zaśmiał się ksiądz. - Nauczyłem się tego od Indianina. Był on najbogatszym człowiekiem we wsi. 

Dziwi to pana? Z taką zręcznością w palcach! Nie. Te sztuczki pokazywałem  na parafialnych 

zabawach,   urządzanych   przez   różne   bractwa,   wie   pan.   Twarz   porucznika   przybrała   wyraz 

fizycznego wprost obrzydzenia. - Pamiętam te bractwa. - Gdy pan był chłopcem?

background image

- Byłem wystarczająco dorosły, żeby widzieć... 

- Co?

- Jakie to były oszustwa - wybuchnął z pasją. Rękę wciąż trzymał na pistolecie, jak gdyby 

przeszła mu przez głowę myśl, że najlepiej byłoby od razu skończyć z tą bestią w ludzkim ciele 

tarez, w tej chwili, na zawsze. - Cóż to był za fałsz, co za hipokryzja. Wszystko sprzedać i rozdać 

biednym. Taka była nauka, prawda? Ale starczyło, żeby senora Taka - Owaka, pani aptekarzowa 

powiedziała, że dana rodzina właściwie nie zasługuje na pomoc, to senor Ten - Tamten dochodził 

do  wniosku,  że  niech  przymierają  głodem,  bo  na  nic  innego   nie  zasługują,  a   zresztą   i  tak  są 

socjalistami. A wy - ksiądz - uważaliście jedynie na to, kto odbył wielkanocną spowiedź i złożył 

wielkanocną ofiarę. - Podniósł głos. Jakiś policjant zaniepokojony zajrzał do szałasu i wycofał się z 

powrotem w potokach deszczu. - Kościół był  biedny, ksiądz był biedny,  więc każdy powinien 

wszystko  sprzedać  i dać Kościołowi. - Pan ma  zupełną  słuszność - powiedział  ksiądz  i dodał 

szybko:   -   Ale   równocześnie   pan   się   myli.   -   Co   przez   to   rozumiecie?   -   spytał   porucznik   z 

wściekłością. - Mam słuszność? Nie chcecie się nawet bronić?

-   Gdy   pan   mi   dał   pieniądze   w   więzieniu,   od   razu   wiedziałem,   że   jest   pan   dobrym 

człowiekiem. - Słucham was tylko dlatego, że jesteście zgubieni, bez nadziei. Żadnej. Cokolwiek 

powiecie, nic nie zmieni tego faktu. - Naturalnie. Nie zamierzał złościć oficera policji, ale przez 

ostatnie osiem lat miał bardzo mało okazji do rozmów z kimkolwiek poza paru wieśniakami i 

Indianami. Teraz coś w jego tonie rozwścieczyło porucznika. - Jesteście niebezpieczni, dlatego was 

zabijamy. Zrozumcie, że nie mam osobiście nic przeciwko wam jako człowiekowi. - Oczywiście. 

Pan walczy z Bogiem. Ja należę do tych ludzi, których pan codziennie zamyka... i którym daje pan 

pieniądze. - Nie, ja nie walczę z fikcją. - Ale ja nie jestem wart, żeby ze mną walczyć, czyż nie tak? 

Tak pan powiedział. Jestem kłamcą i pijakiem. Ten tu człowiek był bardziej godzien kuli ode mnie. 

- Chodzi o wasze poglądy.  - Porucznik pocił się trochę w gorącym,  parnym  powietrzu.  - Wy 

wszyscy   jesteście   tacy   sprytni.   Co   w   Meksyku   zrobiliście   dla   nas?   Czy   kiedykolwiek 

powiedzieliście dziedzicowi, żeby nie bił swojego parobka? O tak, ja wiem, może w konfesjonale, 

ale waszym obowiązkiem jest zapomnieć o tym natychmiast, czy nie tak? Wyjdziecie z kościoła i 

zjecie z nim kolacyjkę, bo jest waszym obowiązkiem nie wiedzieć, że morduje chłopów. To już 

sprawa skończona, zostawiona w pudle konfesjonału. - Niech pan mówi dalej - powiedział ksiądz. 

Siedział na skrzyni z rękami na kolanach i z pochyloną głową. Mimo wysiłków nie mógł skupić 

uwagi na tym, co mówił porucznik. Myślał: Do stolicy jest czterdzieści osiem godzin. Dziś jest 

niedziela. W środę może nie będę już żył.  Jako zdradę odczuwał fakt, że bardziej obawiał się 

cierpienia, jakie sprawią kule przeszywające jego ciało, niż tego, co nastąpi potem. - Ha, my także 

mamy  ide - mówił  porucznik.  - Nie dawać już więcej pieniędzy na odprawienie  modłów, nie 

background image

wydawać   pieniędzy   na   budowę   gmachów   do   odprawiania   tych   modłów.   Zamiast   tego   damy 

ludziom jedzenie, nauczymy ich czytać, damy im książki. Dołożymy starań, żeby nie cierpieli. - 

Ale jeżeli oni chcą cierpieć... 

- Mężczyzna może chcieć zgwałcić kobietę. Czy mamy pozwolić na to, dlatego, że on chce 

tego? Cierpienie jest złem. - A pan cierpi stale - zauważył  ksiądz, przypatrując się zasępionej 

twarzy, widocznej za płomieniem świecy. Dodał: - Jak to pięknie brzmi, prawda? Czy Jefe też tak 

uważa? 

- Och, my mamy też swoje parszywe owce. 

- A co potem? To znaczy, gdy każdy już będzie miał w bród jedzenia i będzie mógł czytać 

dobre książki... książki, które pozwolicie mu czytać? 

- Nic. Śmierć jest faktem. Nie usiłujemy zmienić faktów. - Zgadzamy się pod wieloma 

względami   -   stwierdził   ksiądz,   leniwie   rozkładając   karty.   -   My   też   mamy   fakty,   których   nie 

usiłujemy zmieniać: że świat jest nieszczęśliwy, czy się jest bogatym, czy biednym; chyba, że się 

jest świętym, ale tych nie ma wielu. Nie warto kłopotać się zanadto odrobiną bólu tutaj. W jedno 

wierzymy obaj: że za sto lat wszyscy będziemy w grobie. - Chciał potasować karty, ale pozaginały 

się, gdyż drżały mu ręce. - A jednak przejmujecie się teraz odrobiną bólu - powiedział złośliwie 

porucznik, patrząc na jego palce. - Ależ ja nie jestem świętym - odparł ksiądz. - Nie jestem nawet 

odważny. - Spojrzał w górę niespokojnie. Przejaśniało się. Świeca nie była już potrzebna. Wkrótce 

będzie dostatecznie jasno, by zacząć długą podróż powrotną. Poczuł chęć do dalszej rozmowy, do 

odłożenia choćby na parę minut decyzji wyruszenia. - Jest jeszcze jedna różnica między nami - 

powiedział. - Praca nad osiągnięciem pana celów ma tylko wtedy sens, jeśli ludzie pracujący nad 

tym będą dobrzy i uczciwi. A nie zawsze będą dobrzy ludzie w pańskiej partii. Wtedy znowu 

będzie pan miał starą nędzę, bogacenie się bez skrupułów. Natomiast to, że ja jestem tchórzem i w 

ogóle niegodnym człowiekiem, jest bez znaczenia. Mimo wszystko mogę wkładać Boga w usta 

ludziom i odpuszczać im grzechy w imieniu Boga. I gdyby nawet wszyscy księża byli do mnie 

podobni, nic by to nie zmieniło. - Jednej rzeczy nie rozumiem - rzekł porucznik. - Dlaczego wy 

akurat zostaliście, gdy wszyscy inni uciekli?

- Nie wszyscy uciekli - zauważył ksiądz. - Ale dlaczego wyście zostali?

- Kiedyś sam sobie zadałem to pytanie - mówił ksiądz. - Otóż faktem jest, że człowiek nie 

staje nagle przed wyborem jednej z dwu dróg postępowania: dobrej i złej, ale dostaje się w pułapkę. 

W   pierwszym  roku  po  prostu  uważałem,  że   nie  ma  żadnego   powodu  do  ucieczki.  Kościoły  i 

przedtem bywały palone. Pan wie, jak często. To jeszcze wiele nie znaczy. Postanowiłem zaczekać 

do następnego miesiąca i zobaczyć, czy sytuacja nie ulegnie poprawie. Potem, ach, pan nie ma 

pojęcia, jak szybko czas może lecieć. - Było już teraz całkiem jasno. Popołudniowy deszcz minął, 

background image

Życie musiało się toczyć dalej. Jakiś policjant przeszedł mimo wejścia do szałasu i spojrzał na obu 

z ciekawością. - Niech pan sobie wyobrazi, w pewnej chwili spostrzegłem, że jestem jedynym 

księdzem w promieniu wielu mil. Dekret, który nakazał księżom się ożenić, wykończył  ich w 

pewnym sensie. Wynieśli się. I mieli pełne prawo to zrobić. Zwłaszcza był jeden ksiądz, który 

nigdy   mnie   nie   lubił.   Miałem   zbyt   ostry   język,   proszę   pana.   Ten   ksiądz   powiedział,   całkiem 

słusznie, że ja mam słaby charakter. On uciekł. Pan się będzie śmiał ze mnie, ale czułem się tak, jak 

za czasów szkolnych, gdy wyrzucono ze szkoły nauczyciela - brutala, którego bałem się przez całe 

lata. Był za stary, żeby uczyć. Widzi pan, nie potrzebowałem się więcej liczyć z cudzą opinią. 

Ludźmi się nie przejmowałem, bo mnie lubili. - Uśmiechnął się słabo, ukosem, w stronę skulonego 

jankesa. - Mówcie dalej - rzekł posępnie porucznik. - Jeśli będę mówił w tym tempie, będzie pan 

wiedział wszystko o mnie, zanim dojedziemy do więzienia - zauważył ksiądz śmiejąc się nerwowo. 

- Tym lepiej. To znaczy, dobrze jest poznać wroga. - Tamten ksiądz miał rację. Gdy on odszedł, 

wtedy właśnie zacząłem schodzić na psy. Jedno następowało po drugim. Zacząłem zaniedbywać 

swoje   obowiązki.   Zacząłem   pić.   Myślę,   że   byłoby   lepiej,   gdybym   ja   także   uciekł.   Bo   moim 

motorem działania przez cały czas była nie miłość Boga, lecz pycha. - Pulchny człowieczek w 

starych łachach pana Lehra siedział pochylony na skrzyni i mówił: - Przez pychę upadli aniołowie. 

Pycha   jest   najgorsza   ze   wszystkiego.   Myślałem   sobie,   jaki   to   dzielny   człowiek   ze   mnie,   że 

zostałem, gdy inni uciekli. A wtedy pomyślałem, że jestem tak wielki, iż mogę ustalać sobie swoje 

własne przepisy. Zarzuciłem post i codzienną mszę. Zaniedbywałem modlitwę... a pewnego dnia, 

będąc pijany i samotny... pan wie, jak to jest, zrobiłem dziecko. Wszystko pochodziło z pychy. 

Pyszniłem się, że zostałem. Byłem bezużyteczny, ale zostałem. No, w każdym razie niewiele ze 

mnie było pożytku. Doszedłem do tego, że nie udzielałem nawet stu komunii miesięcznie. Gdybym 

uciekł, ze dwanaście razy więcej ludzi otrzymałoby Boga z moich rąk. Błędem jest myśleć, że jeśli 

jakaś rzecz jest trudna czy niebezpieczna, to... - dokończył  zdania rozłożeniem rąk. Porucznik 

powiedział tonem, w którym przebijała wściekłość:

- No, teraz zostaniecie męczennikiem... macie tę satysfakcję. - O nie, męczennicy nie są 

tacy jak ja. Oni nie myślą cały czas, że gdyby wypili więcej wódki, nie baliby się tak bardzo. 

Porucznik zwrócił się ostro do człowieka stojącego przy wejściu:

- Co tam znowu? Po co się tu pętacie?

-   Burza   przeszła,   panie   poruczniku.   Chcieliśmy   wiedzieć,   kiedy   ruszamy.   -   Ruszamy 

natychmiast. Wstał, schował pistolet do kabury i rozkazał:

- Przygotujcie konia dla więźnia. I każcie paru ludziom wykopać szybko grób dla jankesa. 

Ksiądz włożył karty do kieszeni i wstał:

- Pan słuchał mnie bardzo cierpliwie... 

background image

- Nie boję się poglądów innych ludzi - odparł porucznik. Na zewnątrz ziemia parowała po 

deszczu. Mgła sięgała prawie kolan. Konie stały gotowe. Ksiądz dosiadł jednego z nich, ale zanim 

mieli możność ruszyć, odwrócił się na dźwięk jękliwej i jednocześnie obrażonej skargi, którą tak 

często słyszał:

- Proszę księdza. - Był to Metys. - No, no, znowu wy - powiedział ksiądz. - Ach, ja wiem, 

co ksiądz myśli - mówił Metys. - Ksiądz nie ma wiele wyrozumiałości. Ksiądz cały czas myślał, że 

ja go wydam. - Idźcie sobie. Zrobiliście swoje - powiedział ostro porucznik. - Czy mogę z nim 

zamienić słówko, panie poruczniku? - poprosił ksiądz. - Ksiądz jest dobrym człowiekiem - szybko 

wtrącił Metys. - Ale ksiądz jak najgorzej myśli o ludziach. Ja tylko chciałem księdza prosić o 

błogosławieństwo.   To   wszystko.   -   Co   wam   z   tego   przyjdzie?   Błogosławieństwa   nie   możecie 

sprzedać - powiedział ksiądz. - Bo już się nie zobaczymy. A nie chciałem, żeby ksiądz odszedł 

myśląc źle... 

- Jacy wy jesteście zabobonni - odparł ksiądz. - Myślicie, że moje błogosławieństwo zasłoni 

Bogu oczy. Ja nie mogę sprawić tego, żeby On o wszystkim nie wiedział. Lepiej idźcie do domu i 

módlcie się. A jeśli obdarzy was łaską żalu za to, co zrobiliście, to wtedy rozdajcie pieniądze... 

-   Jakie   pieniądze,   proszę   księdza?   -   Metys   gniewnie   pociągnął   jego   strzemię.   -   Jakie 

pieniądze? Znowu ksiądz zaczyna... 

Ksiądz   westchnął.   Czuł   się   wyczerpany   swymi   przejściami.   Strach   może   być   bardziej 

męczący niż długa, monotonna jazda. - Będę się modlił za was - powiedział i uderzył konia, żeby 

zrównać się z porucznikiem. - A ja będę się modlił za księdza - oświadczył łaskawie Metys. W 

pewnej   chwili,   gdy   koń   przystanął   uważnie   przed   rozpoczęciem   stromego   zejścia   wśród   skał, 

ksiądz spojrzał za siebie. Metys stał sam między szałasami. Przez nieco rozchylone usta widać było 

dwa długie kły. Wyglądał, jakby został przyłapany w trakcie wykrzykiwania jakichś skarg albo 

pretensji, na przykład, że był dobrym katolikiem. Jedną ręką drapał się pod pachą. Ksiądz kiwnął 

mu ręką. Nie czuł urazy, bo nie oczekiwał już niczego od żadnej istoty ludzkiej, a miał w każdym 

razie powód, żeby być zadowolony: ta żółta twarz, której nie można było ufać, nie będzie obecna 

“przy śmierci”. 

- Jesteście człowiekiem wykształconym - powiedział porucznik. Leżał w poprzek wejścia 

do szałasu z głową na zwiniętej pelerynie, z pistoletem u boku. Była noc, ale żaden z nich obu nie 

mógł   spać.   Ksiądz   jęczał   cicho   przy   każdym   poruszeniu,   tak   był   sztywny   i   zdrętwiały. 

Porucznikowi  śpieszyło  się  do  domu,  byli   więc  na koniach   do północy.  Zjechali   już  z  gór w 

bagnistą równinę. Wkrótce cały stan będzie pocięty bagnami. Deszcze zaczęły się na dobre. - 

Skądże znowu?! Mój ojciec był sklepikarzem. - Mam na myśli to, że byliście za granicą. Umiecie 

mówić jak Amerykanin. Skończyliście szkoły. - Tak. - Ja musiałem przemyśleć wszystko sam. Ale 

background image

są rzeczy, o których nie potrzeba uczyć się w szkole, żeby je znać. Jak to, na przykład, że są bogaci 

i   biedni.   -   Dodał   po   cichu:   -   Rozstrzelałem   przez   was   trzech   zakładników.   Biedni   ludzie. 

Znienawidziłem was przez to. - Tak - przyznał ksiądz i usiłował wstać, aby rozruszać zdrętwiałe 

prawe udo. Porucznik szybko usiadł z bronią w ręku. - Co wy robicie?

- Nic, po prostu zdrętwiałem. To wszystko. - Położył  się znowu z jękiem. - Ci ludzie, 

których zastrzeliłem, to byli moi rodacy. Chciałem im dać cały świat. - Ha, kto wie? Może właśnie 

dał im pan. Porucznik nagle splunął ze złością, jakby coś nieczystego dostało mu się na język i 

powiedział:

- Wy zawsze macie odpowiedzi, które nic nie znaczą. - Nigdy nie byłem mocny w nauce - 

mówił ksiądz. - Nie mam pamięci. Ale jedna rzecz zawsze była dla mnie zagadką, jeśli chodzi o 

ludzi takich jak pan. Pan nienawidzi bogatych i kocha biednych. Czy tak?

- Tak. - Otóż gdybym ja na przykład was nienawidził, nie chciałbym wychowywać swego 

dziecka na człowieka takiego jak wy. To nie miałoby sensu. - Ach, zniekształcacie... 

- Może. Nigdy nie mogłem pojąć należycie waszych idei. My zawsze mówiliśmy, że biedni 

są błogosławieni, a bogatym będzie trudno dostać się do nieba. Dlaczego mielibyśmy i to także 

utrudniać biednym? O, ja wiem, że winniśmy biednym dawać jałmużnę i dbać o to, żeby nie byli 

głodni... głód może zmuszać człowieka do czynienia zła w takim samym stopniu jak pieniądz. Ale 

dlaczego   mielibyśmy   dawać   biednym   władzę?   Lepiej,   żeby   zmarli   w   błocie   i   zbudzili   się   w 

niebie...   Oczywiście,  bylebyśmy  nie  wpychali   ich  twarzą  w  to  błoto.  -  Wasze  wywody  są mi 

wstrętne - powiedział porucznik. - Nie potrzebuję argumentów. Jeśli tacy ludzie jak wy widzą, że 

ktoś cierpi, to tylko gadają i gadają. Powiadacie: A może ból to bobra rzecz, a może dzięki bólowi 

będzie mu się kiedyś lepiej działo. Ja natomiast daję głos memu sercu. - Lufą pistoletu. - Tak. Lufą 

pistoletu. - Ach, może kiedyś, gdy będzie pan w moim wieku, będzie pan wiedział, że serce to 

bestia,   której   nie   można   ufać.   Rozum   też,   ale   on   przynajmniej   nie   mówi   o   miłości.   Miłość. 

Dziewczyna się topi, ktoś dusi jakieś dziecko, a serce wciąż mówi miłość, miłość. Przez chwilę 

leżeli spokojnie. Ksiądz pomyślał, że porucznik zasnął, ale tamten znów się odezwał:

- Wy nigdy nie mówicie uczciwie. Do mnie gadacie jedno, a komu innemu powiadacie 

“Bóg jest miłością”. Ale ponieważ myślicie, że takich powiedzeń bym nie strawił, więc mówicie 

mi co innego; takie rzeczy, z którymi według was się godzę. - Ach, to jest zupełnie co innego - 

odparł ksiądz. - Bóg jest miłością! Nie przeczę, że serce ludzkie posiada cząstkę tej miłości, ale cóż 

to za cząstka! Malutka szklaneczka miłości zmieszana z garem brudnej wody. Nie potrafilibyśmy 

nawet rozpoznać takiej miłości. Moglibyśmy ją wziąć za nienawiść. Miłość Boga mogłaby nas 

przerazić. Ona to zapaliła krzak na pustyni, nieprawdaż? i otwarła groby, i kazała umarłym chodzić 

w ciemności. O, człowiek taki jak ja uciekałby daleko, gdyby tę miłość poczuł w pobliżu. - Nie 

background image

dowierzacie Mu zbytnio, prawda? Wasz Bóg nie wydaje mi się wdzięczny. Gdyby jakiś człowiek 

służył mi tak wiernie, jak wy Jemu służyliście, podałbym go do awansu, postarałbym się o dobrą 

emeryturę dla niego... gdyby miał raka i wił się w boleściach, strzeliłbym mu w łeb. - Niech pan 

słucha - powiedział gorąco ksiądz, pochylając się w ciemność do przodu, żeby przesunąć ciężar na 

zdrętwiałą nogę. - Nie jestem tak nieuczciwy, jak sobie pan wyobraża. Jak pan myśli, dlaczego 

mówię ludziom z ambony, że są narażeni na potępienie, jeśli śmierć zaskoczy ich znienacka? Nie 

opowiadam im bajek, w które sam nie wierzę. Ja nic nie wiem o miłosierdziu Bożym. Nie wiem, 

jak okropne wydaje się Jemu serce ludzkie. Ale to wiem, że jeśli jeden człowiek w tym kraju był 

kiedykolwiek potępiony, to ja również będę potępiony. - Dodał powoli: - Nie chciałbym,  żeby 

miało być inaczej. Ja po prostu chcę sprawiedliwości, to wszystko. 

- Będziemy na miejscu przed zmierzchem - powiedział porucznik. Sześciu ludzi jechało z 

przodu i sześciu z tyłu. Czasem, gdy przekraczali pas lasu, pomiędzy widłami rzeki, musieli jechać 

jeden za drugim. Porucznik nie odzywał się wcale, a kiedy żołnierze zaczęli w pewnej chwili 

śpiewać piosenkę o tłustym sklepikarzu i jego kobiecie, brutalnie kazał im być cicho. Nie był to 

triumfalny   pochód.   Ksiądz   jechał   ze   słabym   grymasem   uśmiechu   przylepionym   do   warg; 

wyglądało, jakby włożył na twarz maskę, żeby spokojnie myśleć, bez zwracania niczyjej uwagi. 

Przeważnie myślał o bólu. - Pewnie wypatrujecie cudu - powiedział porucznik, patrząc na niego z 

ukosa. - Przepraszam, co pan powiedział?

- Mówiłem, że pewnie wypatrujecie cudu. - Nie. - Wierzycie w cudy, co?

- Tak, ale nie dla mnie. Nie jestem już nikomu na nic potrzebny, więc po co Bóg miałby 

utrzymywać mnie przy życiu?

- Jestem zdziwiony, że człowiek taki jak wy może wierzyć w podobne rzeczy. Indianie to 

co innego. Ba, gdy widzą po raz pierwszy światło elektryczne, uważają to za cud. - Pozwalam sobie 

zauważyć, że gdyby widział pan po raz pierwszy człowieka wskrzeszonego, to również może by 

pan tak sądził. - Zachichotał  bez przekonania  za maską  martwego śmiechu.  - O, to śmieszne, 

nieprawdaż? Nie o to chodzi, że cuda się nie zdarzają... ale po prostu o to, że ludzie nazywają je 

inaczej. Niech pan sobie wyobrazi lekarzy dokoła zmarłego. Nie oddycha już, pulsu nie ma, serce 

nie bije, jest martwy. Potem ktoś wraca mu życie, a oni, lekarze... jak to się mówi?... Wstrzymują 

się z opinią. Nie powiedzą, że to cud, bo nie lubią tego słowa. A potem takie zdarzenie powtarza się 

wiele,   wiele   razy...   bo   Bóg   jest   na   ziemi...   a   oni   mówią:   to   nie   są   cuda,   to   my   po   prostu 

powiększyliśmy  naszą wiedzę o istocie  życia.  Teraz wiemy,  że można  być  żywym  bez pulsu, 

oddechu i bicia serca. I wynajdują nowe słowo na określenie tego stanu życia i mówią, że nauka 

udowodniła, iż nie ma cudów. - Znów zachichotał. - Zawsze są mądrzejsi. Wyjechali z leśnego 

traktu na bity gościniec. Porucznik ukłuł konia ostrogą i cała kawalkada ruszyła kłusem. Już prawie 

background image

dojeżdżali. Porucznik zamruczał nieśmiało:

- Niezły z was człowiek. Jeśli mógłbym wam w czymkolwiek się przysłużyć... 

- Gdyby pan zechciał dać mi pozwolenie na spowiedź... 

Pierwsze   domy   ukazały   się   na   horyzoncie,   małe   lepianki,   chylące   się   ku   ruinie,   parę 

klasycznych filarków, po prostu glina pokryta wapnem. Na rumowisku bawiło się brudne dziecko. 

Porucznik powiedział:

- Ale nie ma księdza. - Padre Jose. - Ach, padre Jose - rzekł porucznik pogardliwie - on jest 

nic   nie   wart.   -   Dla   mnie   wystarczy.   Jest   mało   prawdopodobne,   żebym   tu   znalazł   świętego. 

Porucznik   jechał  przez  chwilę   w   milczeniu.   Przejeżdżali   koło  cmentarza,  pełnego   połamanych 

aniołków, i minęli wielki portyk z czarnymi literami “Silencio”. Powiedział wreszcie:

- Zgoda. Możecie go mieć. - Nie patrzył na cmentarz, gdy przejeżdżali. Była tam ściana, 

przy której rozstrzeliwano więźniów. Droga opadała ostrym zakrętem ku rzece. Na prawo, tam 

gdzie kiedyś była katedra, żelazne huśtawki stały samotnie w popołudniowym upale. Wszędzie 

panowała atmosfera opuszczenia bardziej intensywna tu niż w górach, bo kiedyś życie tętniło tu tak 

mocno. Porucznik myślał: Nie ma pulsu, nie ma oddechu, serce bije, ale życie wciąż istnieje... tylko 

znaleźć na to nazwę. Mały chłopiec patrzył na nich, gdy go mijali i zawołał do porucznika:

- Panie poruczniku, ma go pan?

A porucznik jakby we mgle przypomniał sobie twarz... Kiedyś widział chłopca na rynku... 

potłuczona butelka. Usiłował się uśmiechnąć, ale był to tylko dziwny, gorzki grymas, bez triumfu 

czy choćby nadziei. To było wszystko, z czym musiał zaczynać na nowo. 

background image

Rozdział IV

Porucznik zaczekał, aż się ściemniło, a potem poszedł sam. Byłoby niebezpiecznie posyłać 

kogoś, bo wiadomość, że padre Jose otrzymał  pozwolenie na spełnienie obrzędu religijnego w 

więzieniu, obiegłaby w oka mgnieniu całe miasto. Lepiej było, żeby nawet Jefe nie wiedział. Nie 

można   ufać   zwierzchnikom,   gdy   ma   się   więcej   szczęścia   od   nich.   Wiedział,   że   Jefe   nie   jest 

zadowolony z tego, że przyprowadził księdza. Ucieczka byłaby z jego punktu widzenia lepszym 

rozwiązaniem. 

Gdy znalazł się w patio, czuł, że obserwuje go tuzin oczu. Dzieci zbiły się w gromadkę, 

gotowe do szyderczych  przezywań padre Jose, gdyby się pojawił. Żałował teraz danej księdzu 

obietnicy,   ale   był   zdecydowany   dotrzymać   słowa,   bo   nie   mógł   dopuścić,   by   ten   stary,   pełen 

zepsucia,   tyranizowany   przez   Boga   świat   zatriumfował   wykazując   wyższość   poprzez   swoją 

odwagę, prawdę czy sprawiedliwość... 

Nikt nie odpowiedział mu na pukanie. Stał po ciemku w patio, jak gdyby przyszedł po 

prośbie. Potem znów zapukał. Jakiś głos zawołał:

- Chwileczkę, chwileczkę. Padre Jose przyłożył twarz do krat okiennych i spytał: 

- Kto tam? - zdawał się szukać czegoś na ziemi. - Porucznik policji. - Och - pisnął ksiądz 

Jose. - Przepraszam, moje spodnie, tak ciemno. - Zdawał się podnosić coś do góry; w pewnej 

chwili dał się słyszeć ostry trzask, jakby pasek lub szelki nie wytrzymały. Po drugiej stronie patio 

dzieci zaczęły piszczeć:

- Padre Jose, padre Jose. Podchodząc do drzwi nie patrzył na nie, tylko mruczał pobłażliwie 

pod nosem:

- Ach, te urwisy. - Chcę, żebyście poszli ze mną na posterunek - powiedział porucznik. - 

Ale ja nic nie zrobiłem,  nic. Byłem  taki ostrożny.  - Padre Jose - piszczały dzieci. Proszącym 

głosem mówił:

- Jeśli coś w sprawie pogrzebu, to źle pana poinformowano. Ja nawet nie chciałem odmówić 

modlitwy. - Padre Jose, padre Jose. Porucznik odwrócił się i wielkimi krokami wyszedł na środek 

patio. Z wściekłością krzyknął w stronę twarzy przylepionych do kraty:

- Spokój tam! Idźcie spać! No już, słyszycie?

Po kolei znikały z pola widzenia, ale gdy tylko porucznik się odwrócił, wróciły znowu i 

gapiły się dalej. - Nikt nie może sobie dać rady z tymi dzieciakami - powiedział padre Jose. Jakiś 

głos kobiecy spytał:

- Gdzie jesteś, Jose?

- Tutaj, kochanie. To policja. Wielka kobieta w białej nocnej koszuli podeszła do nich 

background image

zamaszystym krokiem. Było zaledwie parę minut po siódmej. Porucznik pomyślał, że może kobieta 

stale chodzi w tej koszuli, że żyje w łóżku. - Wasz mąż - powiedział z satysfakcją podkreślając te 

słowa - wasz mąż jest potrzebny na posterunku. - Kto tak powiedział?

- Ja. - Ale on nic nie zrobił. - Właśnie mówiłem, kochanie, że... 

- Cicho. Zostaw to mnie... 

-   Przestańcie   oboje   jazgotać   -  rzekł   porucznik.   -   Jesteście   potrzebni   na   posterunku,   bo 

pewien człowiek chce się z wami widzieć... ksiądz. Chce się wyspowiadać. - U mnie. - Tak. Nie ma 

nikogo innego. - Biedny człowiek - powiedział padre Jose. Jego różowe oczki przebiegały po patio. 

- Biedny człowiek. - Poruszył się niespokojnie i zerknął ukradkiem na niebo, po którym wirowały 

konstelacje. - Nie pójdziesz - powiedziała kobieta. - To się sprzeciwia prawu, nieprawdaż? - spytał 

padre Jose. - Nie potrzebujecie się o to obawiać. - Aha, nie potrzebujemy - zauważyła kobieta. - Już 

przejrzałam   pański   plan.   Nie   chcecie   zostawić   mojego   męża   w   spokoju.   Chcecie   go   złapać 

podstępem. Wiem, jak robicie. Podstawiacie ludzi, żeby go prosili o modlitwy. A on ma dobre 

serce. Ale proszę pamiętać, że on jest na rządowej pensji. Porucznik powiedział powoli:

-   Ten   ksiądz...   pracował   w   ukryciu   lata   całe...   dla   waszego   Kościoła.   Złapaliśmy   go   i 

oczywiście będzie jutro rozstrzelany. Nie jest to zły człowiek i powiedziałem mu, że może was 

zobaczyć.   Wyobraża   sobie,   że   to   mu   przyniesie   ulgę.   -   Znam   go   -   przerwała   kobieta.   -   To 

skończony pijak. - Biedny człowiek - rzekł padre Jose. - Chciał się kiedyś tu ukryć. - Obiecuję 

wam, że nikt się o tym nie dowie - powiedział porucznik. - Nikt się nie dowie? - zachichotała 

kobieta. - Także coś. Całe miasto będzie wiedziało. Niech pan patrzy na te dzieci. Jose nigdy nie 

ma od nich spokoju. Nie będzie temu końca... Każdy będzie chciał się spowiadać, gubernator się 

dowie o tym i wstrzyma pensję. - A może, kochanie - zaczął Jose - to jest mój obowiązek... 

- Nie jesteś już księdzem - stwierdziła kobieta. - Jesteś moim mężem. - Użyła ordynarnego 

słowa. - To jest teraz twój obowiązek. Porucznik przysłuchiwał się im z kwaśną satysfakcją, miał 

wrażenie, że odkrywa zamierzchłe wierzenia. Wreszcie rzekł: 

- Nie mogę czekać, aż się skończycie kłócić. Idziecie ze mną?

- nie może ciebie zmusić - powiedziała kobieta. - Kochanie, ja tylko dlatego, że... no... 

jestem   księdzem.   -   Księdzem   -   zachichotała   kobieta.   -   Ty   księdzem.   -   Zaniosła   się   głośnym 

śmiechem, który po trochu udzielił się i dzieciom w oknie. Padre Jose przyłożył palce do swych 

różowych oczu gestem bólu i powiedział:

- kochanie... - A śmiech wciąż się rozlegał. - Idziecie?

Padre Jose wykonał zdesperowany ruch, jakby chciał powiedzieć, że jedna więcej klęska w 

takim życiu jak jego nie robi wiele różnicy. - Nie wydaje mi się, żeby to było... możliwe - rzekł. - 

Dobrze   -  odparł   porucznik.   Gwałtownie   odwrócił   się,   stracił   już  dosyć   czasu   na   miłosierdzie. 

background image

Usłyszał błagalny głos padre Jose:

-   Proszę   mu   powiedzieć,   że   się   będę   modlił.   -   Dzieci   nabrały   pewności.   Jedno   z   nich 

krzyknęło przenikliwie:

- Chodź do łóżka, Jose!

Porucznik   roześmiał   się.   Jego   słaby   i   nieprzekonywujący   śmiech   powiększył   ogólną 

wesołość, jaka wybuchła wokół padre Jose i unosiła się w górę aż po ustawione w karnym ordynku 

konstelacje, które kiedyś znał z nazwy. 

Porucznik otworzył  drzwi celi. W środku było  bardzo ciemno.  Drzwi zamknął za sobą 

starannie na klucz, a rękę trzymał na pistolecie. - Nie przyjdzie - powiedział. W ciemnościach 

ksiądz był małą, skuloną postacią. Przycupnął na ziemi jak dziecko, które się bawi. - To znaczy... 

nie przyjdzie dzisiaj? - spytał. - To znaczy... w ogóle nie przyjdzie. Przez chwilę panowała cisza, 

jeśli można było mówić o ciszy w miejscu, gdzie stale brzęczały moskity i z trzaskiem rozbijały się 

o ścianę żuki. W końcu ksiądz odezwał się:

- Bał się chyba... 

- Żona nie pozwoliła mu przyjść. - Biedny człowiek. - Usiłował się roześmiać, ale zrobił to 

bez przekonania, i dźwięk, jaki z siebie wydobył,  był  tylko nędzną imitacją wesołości. Głowa 

opadła   mu   na   kolana.   Wyglądał,   jak   gdyby   zrezygnował   ze   wszystkiego   i   sam   również   był 

całkowicie opuszczony. - Lepiej, jeśli powiem wam wszystko - powiedział porucznik. - Byliście 

sądzeni i zostaliście uznani winnym. - Czy nie mogłem być obecny na własnym procesie?

- Nie zrobiłoby to żadnej różnicy. - Tak, to racja. - Zamilkł, zastanawiając się, co począć, i 

po chwili spytał z udaną beztroską: - A kiedy, jeśli wolno spytać?... 

- Jutro. - Szybkość i zwięzłość odpowiedzi zbiła go z tropu. Zwiesił znowu głowę i zdawał 

się,   o   ile   można   to   było   dostrzec   w   ciemnościach,   obgryzać   paznokcie.   -   Niedobrze   jest   być 

samemu w taką noc. Jeśli wolelibyście być przeniesieni do wspólnej celi... 

- Nie, nie. Wolę być sam. Mam mnóstwo roboty. - Głos mu się załamał, jak gdyby był 

poważnie przeziębiony.  - Tyle  spraw muszę  przemyśleć. - Chciałbym  wam w czymś  pomóc  - 

powiedział porucznik. - Przyniosłem wam trochę koniaku. - Wbrew przepisom?

- Tak. - To bardzo uprzejmie z pana strony. - Wziął małą flaszeczkę. - Będąc na moim 

miejscu pan by chyba tego nie potrzebował. Ale ja zawsze bałem się bólu. - Wszyscy musimy 

kiedyś umrzeć - zauważył porucznik. - A kiedy, to nie ma większego znaczenia. 

- Pan jest dobrym człowiekiem. Pan nie potrzebuje się niczego obawiać. 

- Macie takie dziwne pomysły - poskarżył się porucznik. - Czasem odnoszę wrażenie, że 

chcecie mnie po prostu przekonać. - Przekonać? O czym?

- Och, może, żebym wam dał uciec... albo żebym uwierzył w święty Kościół Katolicki, w 

background image

świętych obcowanie... jak to tam dalej idzie?

- W grzechów odpuszczenie. - Wy w to nie bardzo wierzycie, prawda?

- Ależ tak, wierzę - powiedział z uporem człowieczek. - Więc dlaczego martwicie się?

-  Otóż   widzi  pan,  nie   jestem  ignorantem.   Wiedziałem  cały  czas,  co   robię.  I  nie   mogę 

rozgrzeszyć siebie samego. - Przyjście ojca Jose miałoby takie znaczenie?

Czekał przez dłuższą chwilę na odpowiedź, a gdy ją otrzymał, nie zrozumiał jej. - Inny 

człowiek... to ułatwia... 

- Czy mogę w czymkolwiek wam jeszcze pomóc?

- Nie, w niczym. Porucznik otworzył drzwi, kładąc znów mechanicznie rękę na pistolecie. 

Czuł   się   markotny,   jak   gdyby   nie   pozostało   mu   już   nic   do   roboty   teraz,   gdy   ostatni   ksiądz 

znajdował się  pod kluczem.  Sprężyna  jego działania  była  złamana.  Myślał  teraz  o tygodniach 

spędzonych na uganianiu się za księdzem jak o szczęśliwych czasach, które minęły bezpowrotnie. 

Poczuł się bez celu, jakby świat zastygł nagle w martwocie. Z gorzką dobrocią powiedział:

- Starajcie się zasnąć. - Nie mógł wcale się zdobyć na nienawiść do tego wynędzniałego 

człowieczka. Już zamykał drzwi, gdy usłyszał zalękniony głos:

- Panie poruczniku... 

- Tak. - Pan widział, jak rozstrzeliwano ludzi. Takich jak ja. - Tak. - Czy ból... długo trwa?

- Nie, nie, sekundę - powiedział szorstko, zamknął drzwi i zaczął iść z powrotem przez 

bielony dziedziniec. Wszedł do biura. Podobizny księdza i bandyty wciąż były przypięte na ściany. 

Zdarł je, bo nie były już potrzebne. Potem usiadł przy biurku, oparł głowę na rękach i zasnął 

zupełnie wyczerpany. Nie mógł sobie później przypomnieć nic z tego, co mu się śniło, z wyjątkiem 

śmiechu, bezustannego śmiechu i długiego korytarza, z którego nie było wyjścia. 

Ksiądz   siedział   na   podłodze,   trzymając   w   rękach   butelkę   koniaku,   w   pewnej   chwili 

wyciągnął  korek i przyłożył  ją do ust. Alkohol nie wywarł  na nim żadnego  wrażenia;  równie 

dobrze mogłaby to być woda. Postawił butelkę na ziemi i szeptem zaczął coś w rodzaju spowiedzi 

generalnej. Powiedział: “Popełniłem grzech nieczystości.” Formułka ta nic nie znaczyła; wyglądała 

jak zdanie z gazety i nie mogła wzbudzić w nim skruchy. Znów zaczął: “Spałem z kobietą” i 

usiłował wyobrazić sobie, że drugi ksiądz pyta go: “Ile razy?  Czy była zamężna?” “Nie.” Nie 

myśląc o tym, co robi, znów się napił. W chwili gdy dotknął językiem płynu, przyszła mu na myśl 

córka, tak jak wyłoniła się z oślepiającego żaru: smutna, nieszczęśliwa, omroczona przedwczesną 

wiedzą. “O Boże, pomagaj jej - powiedział. - Niech ja będę potępiony, zasługuję na to, ale ona 

niech żyje na wieki.” To była miłość, jaką powinien był czuć dla każdej duszy na świecie. Cała 

obawa i pragnienie zbawienia skupiły się niesłusznie na tym jednym dziecku. Zaczął płakać. Miał 

uczucie, jakby musiał bezsilnie patrzeć z brzegu na nią, gdy ona topi się powoli, ponieważ on 

background image

zapomniał   pływać.   Pomyślał   sobie,   że   taką   miłość   powinien   był   czuć   zawsze   do   wszystkich. 

Usiłował odwrócić myśl  ku Metysowi, ku porucznikowi, nawet ku dentyście, z którym  kiedyś 

siedział   parę   minut,   ku   dziecku   na   plantacji   bananowej.   Przywoływał   długo   szereg   twarzy 

dobijających się do jego uwagi jak do ciężkich drzwi, które nie chcą ustąpić. Bo oni wszyscy także 

byli w niebezpieczeństwie. “Pomóż im, Boże” - modlił się, ale w chwili modlitwy znów myśl 

wróciła do stojącej obok śmietniska dziewczynki i wiedział, że tylko za nią się modli. Jeszcze jedna 

klęska. Po chwili znowu zaczął: “Byłem pijany... nie wiem, ile razy. Zaniedbywałem wszystkie 

obowiązki. Grzeszyłem brakiem miłości... “ Słowa znowu stawały się konwencjonalne, wyprute z 

treści. Nie miał spowiednika, który odwróciłby jego umysł od formułki do faktu. Pociągnął jeszcze 

łyk koniaku i podniósł się, czuł ból zdrętwiałych mięśni. Podszedł do drzwi i wyjrzał przez kraty na 

widoczny   w   świetle   księżyca   rozgrzany   dziedziniec.   Widział   policjantów   w   hamakach,   z 

wyjątkiem  jednego,  który nie  mógł  zasnąć  i leniwie  bujał się  w górę, w  dół, w  górę, w  dół. 

Wszędzie panowała dziwna cisza, nawet w innych celach. Sprawiało to wrażenie, jak gdyby cały 

świat taktownie się odwrócił, żeby uniknąć patrzenia na jego śmierć. Poszedł po omacku wzdłuż 

ściany   do   najdalszego   rogu   i   usiadł   z   butelką   między   kolanami.   Gdybym   tylko   nie   był 

bezużyteczny, zupełnie bezużyteczny - pomyślał. Te osiem ciężkich, beznadziejnych lat wydawały 

mu   się   tylko   karykaturą   służby   kapłańskiej:   kilka   komunii,   parę   spowiedzi   i   bezustannie   zły 

przykład. Myślał: Gdybym miał choć jedną duszę do ofiarowania, żeby móc powiedzieć: “Patrz, co 

ja zrobiłem”. Ludzie umierali za niego. Zasługiwali na świętego. Gdy myślał o nich, czuł posmak 

goryczy, że też Bóg nie uznał za stosowne zesłać im świętego. Padre Jose i ja - myślał. - Padre Jose 

i ja. Znowu pociągnął z butelki. Przyszły mu na myśl zimne twarze świętych, które go odpychały. 

Ponieawż był sam, noc mijała wolniej niż w czasie poprzedniego pobytu w więzieniu. Trochę snu 

zaznał tylko dzięki koniakowi, który skończył pić około drugiej nad ranem. Mdliło go ze strachu, 

bolał   żołądek,  alkohol   wysuszył   mu   usta.  Zaczął   mówić   do siebie,  bo  nie  mógł  znieść  dłużej 

milczenia. W swej niedoli żalił się: “Wszystko to pięknie... dla świętych”. A potem: “Skąd on wie, 

że to tylko trwa sekundę? Jak długa jest sekunda?” Zaczął płakać, lekko uderzając głową o ścianę. 

Ojcu Jose dali szansę, ale jemu nigdy. Może im się to wszystko pomyliło... po prostu dlatego, że 

tak długo im się wymykał. Może naprawdę myśleli, że odrzuci warunki, które przyjął padre Jose, 

że nie będzie się chciał ożenić, że jest dumny.  Może, jeśli sam to zaproponuje, jeszcze ujdzie 

losowi. Nadzieja uspokoiła go na chwilę i zasnął z głową opartą o ścianę. Miał dziwny sen. Śniło 

mu się, że siedział przy kawiarnianym stoliku przed głównym ołtarzem katedry. Przed nim stało 

sześć dań, które jadł z apetytem. Pachniało kadzidłem i panował dziwnie podniosły nastrój. Dania 

te - jak zwykle jedzenie w snach - nie miały specjalnego smaku, ale czuł, że gdy je zje, podadzą mu 

potrawę najlepszą ze wszystkich. Przed ołtarzem ksiądz odprawiał mszę, ale nie zwracał na niego 

background image

uwagi. Nabożeństwo zdawało się go już nie obchodzić. W końcu wszystkie sześć talerzy było 

pustych. Ktoś niewidoczny zadzwonił na Sanctus i celebrans ukląkł przed podniesieniem Hostii. 

Ale on nadal siedział, nie zwracając uwagi na Boga nad ołtarzem, jak gdyby to był Bóg dla innych 

ludzi,   a   nie   dla   niego.   Wtem   kieliszek   stojący   obok   jego   talerza   zaczął   się   napełniać   winem. 

Spojrzał w górę i zobaczył, że obsługuje go dziewczynka z plantacji bananowej. “Wzięłam to z 

pokoju ojca” - powiedziała. “Nie ukradłaś?”

“Niezupełnie” - odparła swym starannym, precyzyjnym głosem. “To bardzo ładnie z twojej 

strony - odpowiedział. - Zapomniałem szyfru... Jak on się nazywa?”

“Morse.”

“Tak. Właśnie Morse. Trzy długie stuknięcia i jedno krótkie.” Natychmiast rozpoczęły się 

stukania. Stukał ksiądz przy ołtarzu, stukało całe niewidzialne zgromadzenie wiernych wzdłuż naw. 

Trzy długie  i jedno krótkie.  “Co to jest?” - spytał.  “Wiadomości”  - powiedziała  dziewczynka 

wpatrując   się   w   niego   surowym   spojrzeniem,   w   którym   przebijało   zainteresowanie   i   poczucie 

odpowiedzialności. Świtało już, gdy się ocknął. Obudził się z ogromnym uczuciem nadziei, która 

opuściła go momentalnie i całkowicie na widok więziennego dziedzińca. Był to ranek jego śmierci. 

Przycupnął na ziemi, z pustą butelką po koniaku w ręku, usiłując przypomnieć sobie akt żalu. “O 

Boże, żałuję i proszę o zmiłowanie za wszystkie moje grzechy...  Ukrzyżowany...  zasługuję na 

wszystkie twe okropne kary.” Mieszały mu się myśli, umysł był gdzie indziej. Nie zawsze o dobrą 

śmierć człowiek się modli. Na ścianie celi zauważył własny cień, który miał wygląd dziwaczny i 

groteskowo   nieważny.   Jakim   głupcem   był,   uważając,   że   jest   dość   silny,   aby   zostać,   gdy   inni 

uciekli. Jaki marny ze mnie człowiek - myślał - i jaki bezużyteczny. Nie robiłem nigdy nic dla 

nikogo. Równie dobrze mógłbym nigdy nie żyć. Jego rodzice nie żyli... wkrótce zginie po nim 

nawet  pamięć...  może  mimo  wszystko  nie był  naprawdę godzien  piekła.  Łzy spływały  mu  po 

twarzy. W tej chwili nie obawiał się potępienia... nawet obawa przed bólem ustąpiła na dalszy plan. 

Czuł się tylko ogromnie zawiedziony, że musi iść do Boga z próżnymi rękami, że w ogóle nic nie 

zdziałał. W tej chwili wydawało mu się, że całkiem łatwo można było zostać świętym. Wymagało 

to tylko odrobiny kontroli nad samym sobą i nieco odwagi. Czuł się jak ktoś, kto utracił szczęście 

tylko   dlatego,   że   spóźnił   się   o   parę   sekund   na   wyznaczone   miejsce.   Wiedział   teraz,   że   w 

ostatecznym rachunku jedna tylko rzecz się liczy - świętość... 

background image

Część czwarta 

Pani Fellows leżała w nagrzanym pokoju hotelowym i słuchała, jak na rzece gwiżdże syrena 

statku. Nie widziała nic, bo na oczach i na czole miała chusteczkę zwilżoną wodą kolońską. - 

Kochanie,  kochanie!  -  zawołała  głośno.  Ale   nikt  jej  nie   odpowiadał.   Czuła   się  przedwcześnie 

pogrzebana w tym wielkim mosiężnym grobowcu rodzinnym, zupełnie sama na dwóch poduszkach 

pod   baldachimem.   -   Kochanie!   -   krzyknęła   znów   rozdzierająco   i   czekała.   -   Tak,   Trixy?   - 

powiedział kapitan Fellows. - Spałem i coś mi się śniło... 

- Nalej jeszcze trochę wody kolońskiej na tę chusteczkę, kochanie. Głowa mi pęka. - Tak, 

Trixy.   Wziął   chusteczkę.   Wyglądał   staro,   jak   człowiek   zmęczony,   znudzony,   pozbawiony 

ulubionego zajęcia. Podszedł do toaletki i zmoczył płótno. - Nie za dużo, kochanie. Kto wie, kiedy 

będziemy   mogli   dostać   więcej.   -   Nie   odpowiedział,   więc   spytała   ostro:   -   Słyszałeś,   co 

powiedziałam, kochanie, czy nie?

-   Tak.   -   Jesteś   taki   małomówny   ostatnio.   Nie   rozumiesz,   co   to   znaczy   być   chorym   i 

samotnym. - No cóż - powiedział kapitan Fellows - wiesz, jak jest. - Ale zgodziliśmy się, kochanie, 

że lepiej jest w ogóle nic nie mówić; nigdy,  prawda? Nie powinniśmy być  w takim ponurym 

nastroju. - Tak. - Jakoś musimy żyć. - Tak. Podszedł do łóżka i położył chusteczkę na oczach żony. 

Potem usiadł na łóżku, wsunął rękę pod siatkę i poszukał jej ręki. Sprawiali dziwaczne wrażenie 

dzieci   zagubionych   w   obcym   mieście,   pozbawionych   opieki   dorosłych.   -   Czy   masz   bilety?   - 

spytała. 

- Tak, kochanie. - Muszę później wstać i spakować rzeczy, ale tak mnie boli głowa. Czy 

kazałeś im zabrać skrzynki?

- Zapomniałem. - A jednak musisz starać się myśleć o naszych sprawach - rzekła posępnie i 

bez przekonania. - Nie ma nikogo innego. - Zamilkli oboje na dźwięk słów, których powinni byli 

unikać. On odezwał się nagle:

- Jest duże poruszenie w mieście. - Chyba nie rewolucja?

- Ach, nie. Złapali księdza i mają go, biedaka, dziś rano rozstrzelać. Mimo woli myślę, czy 

to ten człowiek, którego Coral... który się u nas schronił. - Wątpię. - Tak, to chyba nie ten. - Tylu 

jest tych księży. Puścił jej rękę, podszedł do okna i wyjrzał. Łódki na rzece, mały kamienisty ogród 

publiczny z popiersiem generała i wszędzie sępy. - Dobrze, że wracamy do kraju. Czasami myślę, 

że przyjdzie mi umrzeć tutaj. - Skądże znowu, kochanie. - Cóż, ludzie umierają. - Tak - odparł 

posępnie. - No, kochanie - rzekła ostro pani Fellows - pamiętaj, co obiecałeś. - Westchnęła ciężko: 

- Moja biedna głowa. - Może chcesz aspiryny?

- Nie wiem, gdzie ją położyłam. Niczego tu nie można znaleźć. - Czy mam pójść i kupić?

background image

- Nie, kochanie, nie mogłabym znieść samotności tutaj. - Z dramatycznym  ożywieniem 

mówiła dalej: - Przypuszczam, że będę się czuła dobrze, gdy wrócimy do kraju. Będę wtedy miała 

dobrego lekarza. Czasami myślę, że to jest coś więcej niż ból głowy. Czy mówiłam ci, że miałam 

list od Nory?

- Nie. - Podaj mi okulary, to ci przeczytam... to, co się do nas odnosi. - Są na twoim łóżku. - 

Ach, prawda. Jedna z żaglówek odbiła od brzegu i zaczęła spływać z prądem szerokiej, leniwej 

rzeki ku morzu. Pani Fellows czytała z satysfakcją. - “Kochana Trix! Ileż ty się nacierpiałaś. Ten 

łajdak... “ urwała  nagle.  - Aha, potem pisze dalej: “Oczywiście  Ty i Karol musicie  się u nas 

zatrzymać   jakiś   czas,   dopóki   nie   znajdziecie   mieszkania.   Jeśli   odpowiada   wam   domek 

dwurodzinny... “

Kapitan Fellows przerwał nagle ostro:

- Ja nie wracam. - “Czynsz wynosi tylko pięćdziesiąt sześć funtów rocznie bez podatków i 

jest łazienka dla służącej.”

- Ja tu zostaję. - “Piec do gotowania i ogrzewania.” Co takiego mówiłeś, kochanie?

- Ja nie wracam. - Tyle razy mówiliśmy o tym. Wiesz, że dalszy pobyt tutaj zabiłby mnie. - 

Ty nie musisz zostawać. - Ależ nie mogłabym wracać sama - powiedziała pani Fellows. - Co by 

sobie Nora pomyślała? Poza tym... ach, to byłby absurd. - Tutaj człowiek może coś robić. - Zbierać 

banany - rzekła pani Fellows i parsknęła słabym, zimnym śmiechem. - A i do tego zbytnio się nie 

nadawałeś. Z pasją skierował się w stronę łóżka. - Tobie wszystko jedno, prawda? - zauważył. - 

Uciec stąd i zostawić ją samą... 

- To nie była moja wina. Gdybyś siedział w domu... - Zwinięta pod moskitierą zaniosła się 

płaczem. - Nigdy nie wrócę żywa do kraju. Znużonym ruchem pochylił się nad łóżkiem i znowu 

wziął jej rękę. Nic tu nie można było poradzić. Oboje zostali opuszczeni. Musieli trzymać  się 

razem. - Ty mnie nie opuścisz, kochanie, prawda? - spytała. W pokoju unosił się zapach wody 

kolońskiej. - Nie opuszczę cię, moja droga. - Zdajesz sobie sprawę, jakie to absurdalne?

- Tak. Przez dłuższą chwilę siedzieli milcząc. Na zewnątrz poranne słońce podnosiło się 

coraz wyżej na niebie i pokój stał się gorący nie do wytrzymania. W końcu pani Fellows przerwała 

panującą ciszę:

- Ciekawa jestem, kochanie... 

- Czego?

- O czym myślisz?

- Myślałem właśnie o tym księdzu. Dziwny człowiek. Pijak. Ciekaw jestem, czy to ten sam. 

- Jeśli to ten sam, przypuszczam, że ma to, na co zasłużył. - Ale najdziwniejsze jest to, że... ona od 

tego czasu zachowywała się tak... jak gdyby wyjawił jej coś... 

background image

- Kochanie - z agresywną słodyczą powtórzyła pani Fellows z głębi łóżka - pamiętaj, coś 

obiecał. - Tak. Przepraszam. Staram się, ale to wciąż wraca mi na myśl. - Mamy siebie, kochanie - 

powiedziała  pani Fellows. List od Nory zaszeleścił,  gdy głowę owiniętą  chustką odwróciła od 

rażącego światła, które wpadało przez okno. 

Tench pochylił się nad emaliowaną miednicą i mył  ręce różowym mydłem.  Powiedział 

swoją kiepską hiszpańszczyzną:

- Niech się pan nie boi. Jak będzie bolało, to proszę mi od razu powiedzieć. Pokój Jefe 

został   zamieniony   na   coś   w   rodzaju   tymczasowego   gabinetu   dentystycznego.   Wymagało   to 

znacznego wydatku, bo trzeba było w związku z tym przenieść nie tylko samego Tencha, ale także 

jego szafkę, fotel i tajemnicze skrzynie, które zdawały się zawierać niewiele oprócz słomy, ale było 

rzeczą mało prawdopodobną, żeby wróciły puste. - Od miesięcy całych cierpię - mówił naczelnik. - 

Nie może pan sobie wyobrazić, co ta za ból... 

- Źle, że wcześniej mnie pan nie sprowadził. Pańska jama ustna jest w bardzo złym stanie. 

Ma pan szczęście, że uniknął pan ropienia. Skończył mycie i nagle stanął z ręcznikiem w dłoniach, 

zatopiony we własnych myślach. - Co się stało? - spytał naczelnik. Tench ocknął się gwałtownie, 

podszedł do szafki i zaczął układać igły i świderki w mały metaliczny szereg - zapowiedź bólu. 

Naczelnik obserwował go z obawą i rzekł: - Jak panu ręka drży. Czy pan na pewno dobrze dziś się 

czuje?

- Cierpię na niestrawność - odparł Tench. - Czasem lata mi przed oczyma tyle ciemnych 

plam, że wydaje mi się, jakbym nosił zasłonę. - Założył świderek i wykręcił ramię maszyny. - 

Teraz proszę otworzyć usta bardzo szeroko. - Zaczął pakować w usta Jefe kawałki ligniny. - Raz 

tylko widziałem jamę ustną tak zaniedbaną jak pańska. Jefe usiłował coś odpowiedzieć. Jedynie 

dentysta mógł zrozumieć stłumione i niespokojne pytanie. - To nie był pacjent. Przypuszczam, że 

ktoś go wyleczył. Wy leczycie mnóstwo ludzi tutaj... kulami, nieprawdaż?

W trakcie czyszczenia zęba starał się podtrzymywać nieprzerwany potok rozmowy. Tak się 

to   robiło   w   Southend.   -   Dziwna   rzecz   przydarzyła   mi   się   tuż   przed   podróżą   w   górę   rzeki   - 

powiedział. - Dostałem list od żony. Nie miałem wiadomości od niej... od dwudziestu lat. A tu 

nagle jak grom z jasnego nieba... - Pochylił się bliżej i z pasją grzebał instrumentem w zębie. 

Naczelnik   bił   rękami   powietrze   i   chrząkał.   -   Proszę   wypłukać   usta   -   powiedział   Tench   i   z 

zawziętością zaczął nastawiać maszynę. - O czym to ja mówiłem? A, o żonie, prawda? Zdaje się, 

że ona wynalazła sobie jakąś religię. Jakąś sektę... w Oxfordzie. Co ona może robić w Oxfordzie? 

Napisała, że mi przebaczyła i że chce ulegalizować naszą sytuację. To znaczy rozwód. Ona mnie 

przebaczyła. - Tench rozejrzał się w zamyśleniu po ohydnym pokoiku, trzymając rękę na maszynie. 

Zebrało mu się na wymioty. Drugą rękę położył na żołądku i mocno przycisnął w poszukiwaniu 

background image

źródła   nieokreślonego   bólu,   który   prawie   zawsze   odczuwał   w   tym   miejscu.   Wyczerpany   Jefe 

rozwalił się na fotelu z szeroko otwartymi ustami. - Pojawia się i przechodzi - powiedział Tench, 

zupełnie gubiąc wątek myśli. - Oczywiście to nic nie jest. Po prostu niestrawność. Ale aż mnie 

zatyka. - Patrzył ponuro w usta pacjenta, jak gdyby w próchniejących zębach ukryta była wizja 

przyszłości. Potem wielkim wysiłkiem woli pochylił się do przodu, przekręcił ramię maszyny i 

nacisnął pedał. Słychać było brzęk i zgrzyt, brzęk i zgrzyt. Jefe cały zesztywniał i wpił się w poręcz 

fotela, podczas gdy stopa Tencha chodziła w górę i w dół, w górę i w dół. Jefe wydawał dziwne 

odgłosy machając rękami. - Trzymać się mocno - powiedział Tench - trzymać się mocno. Jeszcze 

tylko jeden malutki kącik. Prawie skończone. O, już mamy. Gotowe. - Zatrzymał się gwałtownie i 

krzyknął. - Boże litościwy, a to co jest? - Zostawił naczelnika i podszedł do okna. Na dole, na 

dziedzińcu oddział policji oparł właśnie broń o ziemię. Z ręką na żołądku Tench zawołał: - Chyba 

nie nowa rewolucja?

Jefe wyprostował się i wypluł tampon. - Oczywiście, że nie - zaprzeczył. - Mają rozstrzelać 

jednego człowieka. - Za co?

- Za zdradę. - Myślałem, że zwykle robicie to tam, na cmentarzu - powiedział Tench. Jakaś 

dziwna siła przykuwała go do okna. To było coś, czego jeszcze nie widział. Wraz z sępami patrzył 

na mały dziedziniec o białych murach. - Tym razem lepiej było tam tego nie robić. Mogłaby być 

demonstracja.   Ludzie   są   tak   ciemni.   Jakiś   niski   człowiek   wyszedł   z   bocznych   drzwi. 

Podtrzymywało go dwóch policjantów. Można było zauważyć, że stara się, jak może, tylko że 

niezupełnie panuje nad swymi nogami. Przepchali go przez dziedziniec pod przeciwległą ścianę. 

Jakiś oficer zawiązał mu oczy chusteczką. Tench pomyślał: Ależ ja go znam. O Boże, trzeba coś 

zrobić.   Miał   wrażenie,   że   patrzy   na   egzekucję   sąsiada.   -   Na   co   pan   czeka?   -   zapytał   Jefe.   - 

Powietrze  dostaje mi  się do zęba. Oczywiście,  nie można  było  nic zrobić. Wszystko  stało się 

bardzo szybko. Zgodnie z przyjętą rutyną. Oficer odszedł na bok, karabiny podniesiono w górę, a 

niski człowiek zaczął nagle rzucać konwulsyjnie rękami. Usiłował coś powiedzieć. Jakie to były 

słowa, które wszyscy zwykle wymawiali? To też była rutyna, ale może jego usta były zbyt suche, 

bo nic z nich nie wyszło poza słowem, które brzmiało jak “wybacz”. Trzask karabinów wstrząsnął 

Tenchem: zdawał się wibrować w jego wnętrznościach. Zrobiło mu się niedobrze i zamknął oczy. 

Potem padł pojedynczy strzał. Gdy otworzył oczy, zobaczył, jak oficer wpycha pistolet do kabury, 

a niski człowiek był  już tylko  bezkształtną  masą przy ścianie,  czymś  nieważnym,  co należało 

uprzątnąć. Wkrótce podeszło dwóch ludzi o koślawych nogach. To była arena, a byk martwy i nie 

było już więcej na co czekać. - Och, jak mnie boli, jak boli - jęczał Jefe z głębi fotela. - Prędko - 

błagał   Tencha,   ale   ten   stał   przy  oknie   pogrążony   w   myślach,   jedną   ręką   odruchowo  szukając 

ukrytego w żołądku źródła bólu. Przypomniał sobie, jak to ów niski człowiek z goryczą i bez 

background image

nadziei wstał z krzesła i wyszedł z miasta za dzieckiem w to oślepiające popołudnie. Przypomniał 

sobie zieloną konewkę, fotografię swoich dzieci i odlew, jaki robił na rozszczepione podniebienie. - 

Plomba - prosił Jefe, a oczy Tencha przeniosły się na złoto leżące na szklanym talerzyku. Waluta... 

będzie nalegał na to, żeby otrzymać obcą walutę, tym razem był zdecydowany wyjechać, wyjechać 

na   dobre.   Na   dziedzińcu   wszystko   uprzątnięto.   Jakiś   człowiek   rozrzucał   piasek   łopatą   w   taki 

sposób, jakby napełniał grób. Ale grobu nie było, nikogo nie było. Przerażające uczucie samotności 

owładnęło Tenchem, powodując kurcz żołądka, który go zgiął wpół. Ten mały człowiek mówił po 

angielsku i słyszał o jego dzieciach. Tench poczuł się zupełnie opuszczony. 

“A teraz - głos kobiety zabrzmiał triumfalnie i obie dziewczynki o paciorkowych oczach 

wstrzymały oddech - nadszedł wielki dzień próby.” Nawet chłopiec wykazywał zainteresowanie, 

stojąc przy oknie i wyglądając na ulicę opuszczoną z nastaniem godziny policyjnej. To był ostatni 

rozdział, a w ostatnim rozdziale działy się zwykle rzeczy gwałtowne. Może całe życie takie było: 

nuda, a potem przy końcu podmuch heroizmu. “Gdy naczelnik policji wszedł do celi Juana, znalazł 

go   na   kolanach,   modlącego   się.   Juan   w   ogóle   nie   spał   tej   nocy,   ale   spędził   ją   całą   na 

przygotowaniach   do   męczeństwa.   Był   zupełnie   spokojny   i   szczęśliwy.   Z   uśmiechem   spytał 

naczelnika policji, czy przyszedł, by zaprowadzić go na bankiet. Nawet ten zły człowiek, który 

prześladował tylu niewinnych ludzi, był wyraźnie wzruszony.”

Żeby już wreszcie nastąpiła egzekucja - myślał chłopiec. Egzekucja zawsze go podniecała i 

zawsze z niecierpliwością czekał na coup de grace. “Wyprowadzono go na dziedziniec więzienny. 

Nie było potrzeby wiązania rąk, zajętych przesuwaniem ziarenek różańca. Czy podczas krótkiego 

przemarszu z celi do ściany egzekucji młody Juan wrócił myślą do tych niewielu szczęśliwych lat, 

które   przeżył   tak   mężnie?   Czy   przypomniał   sobie   dni   w   seminarium,   łagodne   napomnienia 

zwierzchników, twórczą dyscyplinę, a także płoche dni, gdy grał Nerona przed starym biskupem? 

Nero był tutaj przy nim, a on stał w rzymskim amfiteatrze.”

Głos matki ochrypł nieco. Przekartkowała szybko pozostałe do przeczytania strony. Nie 

warto było się teraz zatrzymywać, więc czytała dalej, coraz to szybciej. “Doszedłszy do ściany Juan 

odwrócił się i zaczął się modlić - nie za siebie, ale za swych nieprzyjaciół, za oddział biednych, 

niewinnych żołnierzy indiańskich, którzy stali naprzeciw, a nawet za samego naczelnika policji. 

Wzniósł krucyfiks różańca i modlił się o to, żeby Bóg im przebaczył, żeby ich oświecił w ich 

niewiedzy i doprowadził w końcu do swego Królestwa Wiekuistego, tak jak przyprowadził tam 

prześladowcę Szawła.”

- Czy mieli broń naładowaną? - spytał chłopiec. - Jak to “czy mieli broń naładowaną?”

- Dlaczego nie strzelili, by zmusić go do milczenia?

- Bo Bóg chciał inaczej. - Zakaszlała i czytała dalej: - “Oficer wydał rozkaz: “Prezentuj 

background image

broń!” W tej samej chwili uśmiech wyrażający niepojęte uwielbienie i szczęście opromienił twarz 

Juana. Wydawało się, że ujrzał ramiona Boga otwarte na jego przyjęcie. Zawsze mówił matce i 

siostrom, że ma przeczucie, iż będzie w niebie przed nimi. Z przekornym uśmiechem zwracał się 

do matki, dobrej, ale zanadto troszczącej się o drobiazgi gospodyni: “Już ja wszystko przygotuję na 

twoje   przyjęcie”.   Chwila   nadeszła,   oficer   rozkazał:   “Ognia”   i...   “   -   Czytała   za   szybko,   bo 

dziewczynki powinny były już pójść spać i teraz przeszkodził jej atak czkawki. - “Ognia i... “” - 

powtórzyła.  Dziewczynki siedziały cicho jedna przy drugiej. Były bardzo bliskie zaśnięcia. Ta 

część książki nigdy nie obchodziła ich zbytnio. Znosiły ją ze względu na przedstawienie teatralne i 

pierwszą komunię, oraz siostrę, która została zakonnicą i wzruszająco żegnała się z rodziną w 

rozdziale trzecim. “Ognia - zaczęła znowu matka - i Juan wznosząc obie ręce nad głową zawołał 

mocnym, dzielnym głosem w stronę żołnierzy i wymierzonych karabinów: “Niech żyje Chrystus 

Król!” W następnej chwili padł przedziurawiony tuzinem kul, a oficer, pochylając się nad jego 

ciałem, przyłożył rewolwer do ucha Juana i wypalił.”

Długie   westchnienie   dało   się   słyszeć   od   okna.   “Drugi   strzał   nie   był   potrzebny.   Dusza 

młodego bohatera opuściła już swą ziemską powłokę, a szczęśliwy uśmiech na martwej twarzy 

mówił nawet tym prostym ludziom, gdzie teraz znajduje się Juan. Jeden z żołnierzy obecnych przy 

egzekucji był tak wzruszony postawą męczennika, że potajemnie umoczył chusteczkę w jego krwi, 

a chusteczka ta, pocięta na setkę relikwii, znalazła drogę do wielu pobożnych domów.”

- A teraz - dodała szybko matka klaszcząc w ręce - do łóżka. - A ten, którego rozstrzelali 

dzisiaj? - spytał chłopiec. - Czy on też był bohaterem?

- Tak. - Czy to ten, który się wtedy u nas zatrzymał?

-   Tak.   On   jest   jednym   z   męczenników   Kościoła.   -   Dziwnie   od   niego   pachniało   - 

powiedziała młodsza dziewczynka. - Nie wolno ci tak nigdy więcej mówić - rzekła matka. - On 

może zostać świętym. - Czy mamy się do niego modlić?

Matka zawahała się. - To nie zaszkodzi. Oczywiście, zanim będziemy wiedzieli, że jest 

świętym, będą musiały zdarzyć się cuda... 

- Czy on krzyknął: “Niech żyje Chrystus Król!”? - spytał chłopiec. - Tak. On był jednym z 

bohaterów świętej wiary. - A chusteczka umoczona we krwi? - pytał dalej chłopiec. - Czy ktoś to 

zrobił?

Matka rzekła z powagą:

- Mam powody do przypuszczenia... senora Jiminez powiedziała mi... Wydaje mi się, że 

jeśli wasz ojciec da mi trochę pieniędzy, będę mogła nabyć relikwię. - To za nią trzeba płacić?

- Jak inaczej można to załatwić? Nie starczy dla wszystkich. - Tak. Przycupnął przy oknie 

wyglądając  na zewnątrz, a za plecami  dochodziły do niego przytłumione  odgłosy - jego małe 

background image

siostrzyczki udawały się na spoczynek. To mu przypominało: mieli bohatera w domu, chociaż 

tylko  przez dwadzieścia  cztery godziny.  I był  to ostatni. Nie było  już więcej księży,  nie było 

bohaterów. Z niechęcią wsłuchiwał się w odgłosy stóp w podkutych butach, przesuwających się 

chodnikiem. Codzienne życie toczyło się obok niego. Zszedł z krzesła przy oknie i wziął świecę. 

Zapata,   Villa,   Madero   i   inni,   wszyscy   nie   żyli.   I   zabili   ich   podobni   do   tego,   który   właśnie 

przechodził pod oknem. Miał uczucie, że go okłamano. Porucznik szedł chodnikiem. Było coś 

rześkiego i upartego w jego chodzie, jakby z każdym krokiem zdawał się mówić: “Co zrobiłem - to 

zrobiłem”. Spojrzał na chłopca ze świecą i jego twarz wydała mu się znajoma. Tak wiele jeszcze 

chciałbym zrobić dla niego i dla innych, tak wiele; życie nigdy już nie będzie tak wyglądało dla 

nich, jak wyglądało dla mnie - powtarzał sobie, ale dynamiczna miłość, która zwykle kierowała 

cynglem jego pistoletu, wydawała mu się dzisiaj bezsilna i martwa. Oczywiście, ten zryw powróci - 

myślał. Ta miłość, jak miłość do kobiety, rozwijała się cyklicznie. Zaspokoił ją tego ranka. To 

wszystko.   Czuł   się   nasycony.   Uśmiechnął   się   boleśnie   do   dziecka   stojącego   przy   oknie   i 

powiedział: 

-   Buenas   noches.   Chłopiec   patrzył   na   kaburę   jego   rewolweru,   co   przypomniało 

porucznikowi zdarzenie na placu, kiedy pozwolił jednemu z dzieci, może temu chłopcu, dotknąć 

pistoletu. Znowu się uśmiechnął i dotknął broni na znak, że pamięta. Chłopiec zmarszczył  się 

splunął przez kraty, tak celnie, że kropelka śliny upadła na kolbę pistoletu. 

Chłopiec idąc spać poszedł przez patio. Dzielił z ojcem żelazne łóżko w małym ciemnym 

pokoiku. Sam leżał przy ścianie, a ojciec od strony zewnętrznej, tak żeby mógł położyć się nie 

budząc   syna.   Chłopiec   zdjął   trzewiki   i   wciąż   nachmurzony   rozbierał   się   przy   świetle   świecy. 

Słyszał   szept   modlitwy   w   drugim   pokoju.   Czuł   się   oszukany   i   rozczarowany,   bo   czegoś   mu 

brakowało. Leżąc na plecach patrzył w sufit i wydawało mu się, że na świecie nie ma nic oprócz 

sklepu, czytającej matki i głupich zabaw na placu. Ale bardzo prędko zasnął. Śniło mu się, że 

ksiądz, którego dziś rozstrzelano, jest znowu w ich domu, w ubraniu danym mu kiedyś przez ojca, 

że jego wyciągnięte, sztywne ciało czeka na pogrzeb. Chłopiec siedział przy jego wezgłowiu, a 

matka czytała z bardzo grubej książki o tym, jak ksiądz grał przed biskupem rolę Juliusza Cezara. 

U jej stóp stał kosz z rybami. Ryby były zawinięte w chusteczkę i krwawiły. Był bardzo znudzony i 

bardzo zmęczony, a ktoś na korytarzu wbijał gwoździe w trumnę. Nagle zmarły ksiądz mrugnął na 

niego. Ni stąd, ni zowąd mrugnęła powieka - nie mylił się. 

Zbudził się. Ktoś kołatał do drzwi wejściowych. Ojca nie było w łóżku, a w drugim pokoju 

panowała zupełna cisza. Musiało chyba minąć kilka godzin. Leżał nasłuchując. Bał się. Po krótkiej 

przerwie pukanie zaczęło się na nowo, a w całym domu nikt się nie ruszał. Niechętnie spuścił nogi 

na   ziemię.   Może   po   prostu   ojciec   zapomniał   klucza?   Zapalił   świecę,   owinął   się   kocem   i   stał 

background image

nasłuchując. Może matka usłyszy i otworzy, ale wiedział dobrze, że to był jego obowiązek. Był w 

tej   chwili   jedynym   mężczyzną   w   domu.   Powoli   szedł   przez   patio   kierując   się   ku   drzwiom 

wejściowym.   Może   porucznik   chce   zemścić   się   za   to,   że   na   niego   napluł...   Otworzył   ciężkie 

żelazne drzwi. Na ulicy stał obcy człowiek, wysoki, blady, chudy, o zaciętych ustach. W ręku 

trzymał   małą   walizkę.   Wymienił   nazwisko   jego   matki   i   spytał,   czy   to   jest   jej   dom.   -   Tak   - 

powiedział chłopiec - ale ona śpi. - Usiłował zamknąć drzwi, ale przeszkodził mu w tym wysunięty 

spiczasty but. Obcy rzekł:

-   Dopiero   co   wysiadłem   na   ląd.   Przypłynąłem   dziś   rzeką.   Myślałem,   że   może...   Mam 

polecenie dla senory od jej dobrej przyjaciółki. - Ona śpi - powtórzył chłopiec. - Bądź tak dobry i 

zechciej mnie wpuścić do środka - powiedział obcy z dziwnym, płochliwym uśmiechem i nagle 

zniżając głos, dodał: - Jestem księdzem. - Pan? - zawołał chłopiec. - Tak - powiedział łagodnie. - 

Jestem   ksiądz...   -   Ale   zanim   zdążył   wymienić   nazwisko,   chłopiec   otworzył   drzwi   na   oścież   i 

przypadł do jego ręki.