background image

Alexander McCall Smith

Moralność dla 

pięknych dziewcząt

Morality for Beautiful Girls

Przełożył: Tomasz Biedroń

Wydanie oryginalne: 2001

Wydanie polskie: 2005

background image

Rozdział pierwszy

Świat widziany oczyma innej osoby

Mma   Ramotswe,  córka   świętej  pamięci  Obeda  Ramotswe   z  Mochudi  pod  Gaborone, 

stolicą Botswany, była oficjalną narzeczoną pana J.L.B. Matekoniego, syna świętej pamięci 
Pumphamilitsego   Matekoniego   z   Tlokweng,   rolnika,   a   później   wysokiego   urzędnika 
kolejowego.   Wszyscy   uważali,   że   to   znakomicie   dobrana   para   -   ona,   założycielka   i 
właścicielka   Kobiecej   Agencji   Detektywistycznej   Nr   1,   jedynej   w   Botswanie   agencji 
detektywistycznej   zajmującej   się   sprawami   także   kobiet,   on,   właściciel   Tlokweng   Road 
Speedy Motors i w powszechnej opinii jeden z najlepszych mechaników samochodowych w 
Botswanie.   Zawsze  jest  dobrze,  mówili  ludzie,   jak każde  z  małżonków  prowadzi  osobną 
działalność. Tradycyjne małżeństwa, w których mężczyzna podejmuje wszystkie decyzje i 
zarządza większością majątku, przeznaczone sadła kobiet, które pragną poświęcić się w życiu 
gotowaniu i wychowywaniu dzieci. Czasy się jednak zmieniły i dla wykształconych kobiet, 
które chcą coś w życiu osiągnąć, lepszym wyjściem jest mieć jakieś zajęcie.

Istniało   wiele   przykładów   takich   małżeństw,   między   innymi   mmy   Maketetse,   która 

otworzyła fabryczkę specjalizującą się w produkcji szortów khaki dla chłopców. Zaczynała 
od ciasnej i dusznej izdebki na tyłach swojego domu, potem jednak zatrudniła do krojenia i 
szycia   swoje   kuzynki   i   stworzyła   jedno   z   najlepiej   funkcjonujących   przedsiębiorstw   w 
Botswanie, eksportujące swoje wyroby do Namibii mimo ostrej konkurencji ze strony dużych 
firm odzieżowych z Przylądka. Wyszła za pana Cedrica Maketetse, który miał dwa sklepy z 
napojami w Gaborone, a ostatnio zakupił trzeci we Francistown. W stołecznej gazecie ukazał 
się   trochę   krępujący   artykuł   na   ich   temat,   zatytułowany  Producentce   szortów   życzymy 
wszelkiej  pomyślności  na nowej drodze szycia z  lokalnym  potentatem  od napojów
. Oboje 
należeli   do  Izby  Handlowej   i  dla  nikogo   nie  ulegało   wątpliwości,  że   pan  Maketetse  jest 
niezmiernie dumny z sukcesów biznesowych swojej żony.

Oczywiście kobieta, której powiodło się w interesach, musi uważać na mężczyzn, którzy 

szukają wygodnego życia u boku bogatej małżonki. Było wiele takich przypadków i mma 
Ramotswe zauważyła, że tego rodzaju związki prawie zawsze kończą się fatalnie: mężczyzna 

background image

albo   przepija   czy   przegrywa   dochody   swojej   żony,   albo   próbuje   zarządzać   firmą, 
doprowadzając ją do ruiny. Mężczyźni są dobrzy w interesach, uważała mma Ramotswe, ale 
kobiety nie ustępują im pod tym względem. Są z natury oszczędniejsze. Jakże inaczej, skoro 
dysponując skąpymi środkami finansowymi, muszą czymś napchać wiecznie głodne brzuchy 
dzieci. Dzieci jedzą tak dużo, że ile by się nagotowało dyni czy owsianki, ich brzuchy nigdy 
się nie zapełnią. Mężczyźni zaś najszczęśliwsi są wtedy, kiedy pochłaniają całe góry drogiego 
mięsa. Można się zniechęcić do życia.

- To będzie dobre małżeństwo - mówili ludzie, usłyszawszy o jej zaręczynach z panem 

J.L.B. Matekonim. - On jest odpowiedzialnym mężczyzną, a ona bardzo dobrą kobietą. Czeka 
ich szczęśliwa przyszłość - każde prowadzi swoją firmę i razem piją herbatę.

Mma   Ramotswe   znała   tę   powszechną   opinię   i   podzielała   ją.   Po   katastrofalnym 

małżeństwie z Note Mokotim, trębaczem jazzowym i nieuleczalnym babiarzem, postanowiła 
już nigdy nie wychodzić za mąż, chociaż składano jej liczne propozycje. Odrzuciła zresztą 
pierwsze   oświadczyny   pana   J.L.B.   Matekoniego,   lecz   pół   roku   później   zmieniła   zdanie. 
Zrozumiała, że w odniesieniu do kandydata na męża należy sobie postawić bardzo proste 
pytanie. Pytanie, które może sobie zadać każda kobieta - a w każdym razie taka, która miała 
dobrego   ojca   -   i   na   które   każda   kobieta   instynktownie   zna   odpowiedź.   Mma   Ramotswe 
sformułowała je i nie miała żadnych wątpliwości, jak należy na nie odpowiedzieć.

„Co pomyślałby o nim mój tata?”, powiedziała do siebie po przyjęciu oświadczyn pana 

J.L.B. Matekoniego - trochę tak, jak człowiek, który zastanawia się za skrzyżowaniem, czy 
dobrze skręcił. Dokładnie pamiętała, gdzie to było: pewnego wieczoru spacerowała w pobliżu 
zapory jedną z tych ścieżek, które błąkają się pośród akacji. Nagle przystanęła i spojrzała na 
niebo,   na   ten   rozwodniony,   sprany   błękit,   który   krótko   przed   zachodem   słońca   zasnuły 
miedziane   smugi.   Wokół   panowała   cisza,   mma   Ramotswe   była   zupełnie   sama.   Mimo   to 
wypowiedziała to pytanie na głos, jakby ktoś mógł ją usłyszeć.

Spojrzała na niebo, jakby oczekiwała, że tam znajdzie odpowiedź. Znała ją jednak bez 

patrzenia do góry. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że Obed Ramotswe, który poznał w 
swoim życiu najróżniejszego sortu mężczyzn z wszystkimi ich słabościami, zaakceptowałby 
pana J.L.B. Matekoniego. A skoro tak, to czego się bać? Jej przyszły mąż będzie dla niej 
dobry.

Obecnie mma Ramotswe siedziała w biurze Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 

wraz ze swoją asystentką, mmą Makutsi, najlepszą absolwentką studium dla sekretarek ze 
swojego rocznika, i rozmyślała o decyzjach, których wymagał od niej zbliżający się ślub z 
panem   J.L.B.   Matekonim.   Narzucało   się,   rzecz   jasna,   pytanie,   gdzie   będą   mieszkali.   To 
jednak szybko się rozstrzygnęło. Dom pana J.L.B. Matekoniego, choć atrakcyjnie położony w 
pobliżu   starego   lotniska   i   całkiem   ładny,   z   werandą   w   stylu   kolonialnym   i   błyszczącym 
blaszanym dachem, gorzej się nadawał na małżeńskie gniazdo niż jej dom przy Zebra Drive. 

background image

Jego ogródek, a właściwie podwórko było maleńkie, ona zaś miała cały rząd papai, kilka 
cienistych   akacji   i   dystyngowaną   grządkę   melonów.   Co   się   natomiast   tyczy   wnętrza,   to 
spartańskie korytarze i nieużywane pokoje u pana J.L.B. Matekoniego miały niewiele atutów, 
zwłaszcza w porównaniu z jej domem. Serce by jej pękło, gdyby musiała się rozstać ze swoim 
salonem, z puszystym dywanem na posadzce z polerowanego czerwonego betonu, z gzymsem 
kominka, na którym stała pamiątkowa plakietka na cześć sir Sereste Khamy, naczelnika ludu 
Bamgwato, męża opatrznościowego i pierwszego prezydenta Botswany, oraz ze stojącą w 
kącie maszyną do szycia na pedały, wciąż chodzącą jak złoto.

Nie musiała uciekać się do długich perswazji. Decyzja na rzecz Zebra Drive w ogóle nie 

została ujęta w słowa. Po tym, jak pan J.L.B. Matekoni dał się przekonać mmie Potokwani, 
kierowniczce farmy dla sierot, żeby wziął pod swoją opiekę osieroconego chłopca i jego 
kaleką siostrę, dzieci wprowadziły się do niej i natychmiast bardzo dobrze się tam poczuły. W 
naturalny sposób uznali zatem, że w stosownej porze cała  rodzina zamieszka  przy Zebra 
Drive. Na razie pan J.L.B. Matekoni mieszkał w swoim domu, ale przy Zebra Drive jadał 
wieczorny posiłek.

Z tym nie było problemów. Pozostała kwestia organizacji pracy. Siedząc za biurkiem i 

patrząc, jak mma Makutsi porządkuje dokumenty, mma Ramotswe uświadomiła sobie, jak 
trudne czeka ją zadanie. Decyzja nie była łatwa, ale podjęła ją i teraz musiała wcielić ją w 
czyn. W końcu na tym polega robienie interesów.

Do   elementarnych   zasad   prowadzenia   przedsiębiorstwa   należy   unikanie   dublowania 

zasobów.   Po   ślubie   z   panem   J.L.B.   Matekonim   mieliby   dwie   firmy   z   dwoma   biurami. 
Chodziło   oczywiście   o   zupełnie   różne   branże,   ale   Tlokweng   Road   Speedy   Motors 
dysponowało   sporą   powierzchnią   biurową   i   przeniesienie   tam   siedziby   agencji 
detektywistycznej   byłoby   najzupełniej   sensowne.   Mma   Ramotswe   dokonała   szczegółowej 
inspekcji   zakładu   pana   J.L.B.   Matekoniego   i   zasięgnęła   porady   lokalnego   przedsiębiorcy 
budowlanego.

- Nie będzie problemu - powiedział, obejrzawszy warsztat i biuro. - Można wstawić nowe 

drzwi   po   tamtej   stronie.   Wtedy   pani   klienci   nie   będą   się   stykali   z   tą   całą   papraniną   w 
warsztacie.

Po połączeniu biur mma Ramotswe mogłaby swoje wynająć i nareszcie wyjść na plus. 

Przykra prawda była taka, że Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1 generowała zbyt niskie 
przychody.  Klientów nie brakowało - nie w tym  rzecz. Działalność detektywistyczna  jest 
ogromnie   czasochłonna   i   gdyby   mma   Ramotswe   żądała   realistycznej   stawki   godzinowej, 
ludzi  po  prostu  nie  byłoby  stać  na  jej  usługi.  Dwieście  puli  za  rozwiązanie  zagadki   czy 
znalezienie zaginionej osoby - tyle mogli zapłacić i na ogół było to warte wysiłku, ale kilka 
tysięcy puli za tę samą pracę to zupełnie inna rozmowa - człowiek od razu nabiera większej 
chęci do życia.

Mma Ramotswe mniej więcej wychodziłaby na swoje, gdyby nie pensja mmy Makutsi. 

background image

Pierwotnie zatrudniła ją jako sekretarkę, bo firma, która chce być traktowana poważnie, musi 
mieć   sekretarkę,   ale   szybko   odkryła   schowany   za   tymi   grubymi   okularami   talent.   Mma 
Makutsi   została   awansowana   na   prestiżowe   stanowisko   asystentki   detektywa.   Mma 
Ramotswe   czuła   się   jednak   zobowiązana   podnieść   jej   pensję,   zwiększając   ujemne   saldo 
bieżące agencji.

Omówiła   sprawę   z   panem   J.L.B.   Matekonim,   który   przyznał   jej   rację:   nie   miała 

większego wyboru.

-   Jeśli   nadal   będziesz   tak   funkcjonowała,   to   splajtujesz   -   powiedział   z   powagą.   - 

Widziałem firmy,  którym  to się zdarzyło. Przyślą ci człowieka, który nazywa  się syndyk 
masy upadłościowej. On jest jak sęp - krąży i krąży. Bankructwo firmy to straszna rzecz.

Mma Ramotswe cmoknęła językiem.
- Chcę tego uniknąć. To byłby bardzo smutny koniec mojej działalności.
Wymienili ponure spojrzenia.
-   Będziesz   musiała   ją   zwolnić   -   zawyrokował   pan   J.L.B.   Matekoni.   -   Mnie   też   się 

zdarzało, że musiałem zwolnić mechanika. Ciężka decyzja, ale tak to już w życiu bywa.

- Tak bardzo się ucieszyła, kiedy ją awansowałam. Nie mogę jej nagle powiedzieć, że nie 

jest już detektywem. Nie ma w Gaborone nikogo. Jej rodzina mieszka w Bobonong. Z tego, 
co wiem, są bardzo biedni.

Pan J.L.B. Matekoni pokręcił głową.
- Biednych  ludzi  jest mnóstwo. Wielu bardzo cierpi.  Ale żaden interes  nie działa  na 

powietrze. Każdy o tym wie. Musisz zsumować przychody i odjąć od nich wydatki. Różnica 
to jest twój zysk. W twoim wypadku tę liczbę poprzedza znak minus. Nie możesz...

- Nie mogę... - przerwała mu mma Ramotswe - ...nie mogę jej teraz zwolnić. Jest dla mnie 

jak córka. Bardzo chce być detektywem i ciężko pracuje.

Pan J.L.B. Matekoni  spuścił  wzrok na  swoje stopy.  Podejrzewał,  że mma  Ramotswe 

oczekuje od niego jakiejś propozycji, ale jakiej? Że da jej pieniądze? Że będzie regulował 
rachunki   Kobiecej   Agencji   Detektywistycznej   Nr   1,   chociaż   jednoznacznie   mu 
zakomunikowała, że on ma nadal prowadzić warsztat, podczas gdy ona będzie się zajmowała 
swoimi klientami i ich problemami?

- Nie chcę, żebyś płacił moje rachunki - powiedziała mma Ramotswe ze stanowczością, 

która budziła w nim zarazem strach i podziw.

- Naturalnie, że nie - pospieszył z odpowiedzią. - Nawet nie przeszło mi to przez myśl.
- Z  drugiej  strony - podjęła  mma  Ramotswe  - potrzebna  ci  w warsztacie  sekretarka. 

Ciągle   masz   bałagan   w   papierach,   prawda?   Nie   zapisujesz,   ile   płacisz   tym   swoim 
darmozjadom. Podejrzewam, że udzielasz im też pożyczek. Notujesz to?

Pan   J.L.B.   Matekoni   nie   wiedział,   gdzie   się   podziać   ze   spojrzeniem.   Skąd   się 

dowiedziała, że terminatorzy są mu winni sześćset puli każdy i nie zanosi się na to, żeby 
kiedykolwiek mieli możliwość spłacić dług?

background image

- Chcesz, żeby pracowała  dla mnie?  - spytał  zaskoczony.  - A co z jej  stanowiskiem 

detektywa?

Mma Ramotswe nie odpowiedziała od razu. Nie przemyślała wcześniej sprawy, ale teraz 

zaczął się wykluwać pewien plan. Gdyby przenieśli biuro agencji do warsztatu, mma Makutsi 
mogłaby zachować posadę asystentki detektywa, a jednocześnie wziąć na siebie obowiązki 
biurowe   w   warsztacie.   Pan   J.L.B.   Matekoni   płaciłby   jej   pensję,   co   oznaczałoby   znaczne 
zmniejszenie obciążeń agencji. W połączeniu z czynszem za zwolniony budynek ogromnie 
poprawiłoby to sytuację finansową firmy.

Wyłuszczyła   swój   plan   panu   J.L.B.   Matekoniemu.   Chociaż   często   kwestionował 

przydatność mmy Makutsi, dostrzegał zalety propozycji mmy Ramotswe - zwłaszcza tę, że 
uszczęśliwiłoby to jego przyszłą żonę. A w końcu na tym najbardziej mu zależało.

Mma Ramotswe przełknęła ślinę.
- Mma Makutsi - zagaiła. - Rozmyślałam o przyszłości.
Mma Makutsi, która skończyła robić porządek w dokumentach, zaparzyła im obu herbatę 

z czerwonokrzewu i zasiadła wygodnie do półgodzinnej przerwy, którą zwyczajowo sobie 
robiła około jedenastej. Zaczęła czytać czasopismo - stary egzemplarz „National Geographic” 
- pożyczone od kuzyna nauczyciela.

-   O   przyszłości?   Tak,   to   zawsze   ciekawe.   Ale   moim   zdaniem   nie   tak   ciekawe   jak 

przeszłość. Jest tutaj bardzo dobry artykuł, mma Ramotswe. Pożyczę pani, jak przeczytam. O 
naszych przodkach ze wschodniej Afryki. Piszą tutaj o doktorze Leakeyu. To bardzo znany 
spec od kości.

- Spec od kości? - zdziwiła się mma Ramotswe.
Mma Makutsi z reguły doskonale się wysławiała - zarówno po angielsku, jak w setswana 

- ale zdarzało jej się posługiwać osobliwymi wyrażeniami. Co to jest spec od kości? Kojarzy 
się to z czarownikiem, ale chyba doktor Leakey nie jest czarownikiem?

- Tak - odparła mma Makutsi - wie wszystko na temat starych kości. Wykopuje je z ziemi 

i opowiada nam o naszej przeszłości. Niech pani spojrzy.

Obróciła w stronę mmy Ramotswe zdjęcie na rozkładówce. Mma Ramotswe zmrużyła 

oczy. Jej wzrok nie był już taki jak dawniej i miała obawy, że prędzej czy później będzie 
musiała pójść w ślady mmy Makutsi i założyć okulary z grubymi szkłami.

- Czy to jest doktor Leakey?
Mma Makutsi skinęła głową.
- Tak, mma, to on. Czaszka, którą trzyma w dłoni, należała do jednego z pierwszych 

ludzi. Ten człowiek żył bardzo dawno temu i jest bardzo stary.

W mmie Ramotswe rozbudziła się ciekawość.
- Kim był ten bardzo stary człowiek?
- Piszą tutaj, że to człowiek, który żył, kiedy na świecie było jeszcze bardzo mało ludzi. 

background image

Wszyscy mieszkaliśmy wtedy we wschodniej Afryce.

- Wszyscy?
- Tak, wszyscy. Mój lud. Pani lud. Wszyscy. Wszyscy wywodzimy się od tej samej małej 

grupy przodków. Doktor Leakey to udowodnił.

Mma Ramotswe zamyśliła się.
- Czyli w jakimś sensie wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami?
- Tak. Jesteśmy wszyscy takimi samymi ludźmi. Eskimosi, Rosjanie, Nigeryjczycy. Ta 

sama krew. To samo DNA.

- DNA? Co to takiego?
- To jest coś, czego użył Bóg, jak stwarzał ludzi - wyjaśniła mma Makutsi. - Wszyscy 

jesteśmy zrobieni z DNA i wody.

Mma Ramotswe zastanowiła się nad tym, co wynikało z tych rewelacji. Nie miała zdania 

na temat Eskimosów i Rosjan, ale Nigeryjczycy to zupełnie inna historia. Mma Makutsi miała 
jednak rację: jeśli powszechne braterstwo - i „siostrzaństwo” - nie ma być pustym dźwiękiem, 
musi obejmować również Nigeryjczyków.

- Gdyby ludzie wiedzieli, że wszyscy jesteśmy jedną rodziną, to byliby dla siebie lepsi, 

nie sądzi pani?

Mma Makutsi odłożyła czasopismo.
- Na pewno. Gdyby o tym wiedzieli, to byłoby im bardzo trudno krzywdzić innych. Może 

nawet chętniej by im pomagali.

Mma Ramotswe milczała. Teraz jeszcze trudniej było jej przedstawić mmie Makutsi swój 

plan, ale podjęli wraz z panem J.L.B. Matekonim decyzję i nie pozostawało nic innego, jak 
przekazać złą wiadomość.

- To wszystko bardzo ciekawe - stwierdziła, siląc się na stanowczy ton. - Muszę poczytać 

o doktorze Leakeyu w wolnej chwili. Teraz jestem za bardzo zajęta rozmyślaniami o tym, jak 
nie   dopuścić   do   upadku   firmy.   Bilans   nie   przedstawia   się   najkorzystniej.   Wydatki 
przewyższają wpływy.

Urwała i obserwowała reakcję mmy Makutsi. Trudno było zgadnąć, co ona myśli za tymi 

okularami.

- Muszę więc przedsięwziąć jakieś kroki - ciągnęła. - Jeśli nic nie zrobię, to nałożą na nas 

zarząd   komisaryczny   albo   bank   zajmie   nam   biuro.   Tak   się   dzieje   z   firmami,   które   nie 
przynoszą zysków. To bardzo niedobra sytuacja.

Mma Makutsi wpatrywała się w biurko. Potem podniosła wzrok na mmę Ramotswe i w 

jej okularach odbiły się gałęzie akacji za oknem. Mmę Ramotswe mocno to zdeprymowało - 
poczuła się tak, jakby patrzyła na świat oczyma innej osoby. Kiedy to sobie pomyślała, mma 
Makutsi poruszyła głową i jej pracodawczyni zobaczyła odbicie swojej czerwonej sukienki.

- Staram się, jak mogę - powiedziała cicho mma Makutsi. - Mam nadzieję, że da mi pani 

szansę. Bardzo się cieszę, że pracuję jako asystentka detektywa. Nie chcę do końca życia być 

background image

sekretarką.

Umilkła i spojrzała na mmę Ramotswe. Jak to jest, pomyślała mma Ramotswe, być mmą 

Makutsi, absolwentką studium sekretarskiego z najlepszym wynikiem na roku, która nie ma 
jednak nikogo oprócz rodziny w dalekim Bobonong? Wiedziała, że mma Makutsi posyła im 
pieniądze, bo podpatrzyła kiedyś na poczcie, jak wypełnia przekaz pocztowy na sto puli. Na 
pewno napisała im o swoim awansie i byli dumni, że ich krewna tak doskonale sobie radzi w 
Gaborone. Tymczasem prawda była taka, że mma Ramotswe trzymała ją na tym stanowisku z 
pobudek   charytatywnych   i   w   gruncie   rzeczy   to   ona   wspierała   finansowo   tę   rodzinę   z 
Bobonong.

Przeniosła   spojrzenie   na   biurko   mmy   Makutsi   i   na   wciąż   rozłożone   zdjęcie   doktora 

Leakeya   z   czaszką   w   dłoni.   Doktor   Leakey   patrzył   prosto   na   nią.   Co   będzie   z   tą   pani 
asystentką, mma Ramotswe?, zdawał się mówić.

Przełknęła ślinę.
- Niech się pani nie martwi,  dalej  będzie pani asystentką  detektywa.  Dołożymy  pani 

jednak trochę obowiązków, kiedy przeniesiemy się do Tlokweng Road Speedy Motors. Pan 
J.L.B.   Matekoni   potrzebuje   pomocy   przy   papierkowej   robocie.   Będzie   pani   w   połowie 
sekretarką, a w połowie asystentką detektywa. - Urwała, po czym dodała pospiesznie: - Ale 
może się pani przedstawiać jako asystentka detektywa. Taki będzie pani oficjalny tytuł.

Przez   resztę   dnia   mma   Makutsi   była   bardziej   milcząca   niż   zazwyczaj.   Bez   słowa 

zaparzyła mmie Ramotswe popołudniową herbatę, ale pod koniec dnia sprawiała wrażenie 
pogodzonej z losem.

- Podejrzewam, że w biurze pana J.L.B. Matekoniego panuje spory bałagan - powiedziała. 

- Nie  wyobrażam  sobie,  żeby porządnie   prowadził   papiery.  Mężczyźni  nie  lubią   się tym 
zajmować.

Mmie Ramotswe spadł kamień z serca, kiedy usłyszała tę zmianę tonu.
- Tak, ma tam straszny bajzel. Będzie pani bardzo wdzięczny, jeśli zrobi pani porządek.
-   Nauczyli   nas   tego   w   studium.   Któregoś   dnia   zostałyśmy   wysłane   do   potwornie 

zapuszczonego biura i musiałyśmy to wszystko odgruzować. Było nas cztery - ja i trzy ładne 
dziewczyny. Ja wykonałam całą robotę, a te ładne flirtowały z mężczyznami z biura.

- Ach! - westchnęła mma Ramotswe. - Mogę to sobie wyobrazić.
- Pracowałam do ósmej wieczorem. Te ładne o piątej poszły z mężczyznami do knajpy i 

zostawiły mnie samą. Następnego dnia szef studium powiedział, że doskonale się spisałyśmy 
i wszystkie dostaniemy najwyższą ocenę. Pozostałe dziewczyny  były bardzo zadowolone. 
Powiedziały, że chociaż porządkowaniem papierów zajmowałam się głównie ja, one wzięły 
na siebie trudniejszą część zadania,  czyli  odciągnięcie  mężczyzn,  żeby nie przeszkadzali. 
Szczerze tak uważały.

Mma Ramotswe pokręciła głową.
- Próżniaki z tych dziewcząt. Dzisiaj w Botswanie jest takich mnóstwo. Ale przynajmniej 

background image

wie pani, że odniosła pani sukces. Jest pani asystentką detektywa, a one? Dam sobie głowę 
uciąć, że nikim.

Mma Makutsi zdjęła swoje duże okulary i zaczęła starannie czyścić chusteczką soczewki.
- Dwie z nich wyszły za bardzo bogatych  ludzi - powiedziała. - Mają duże domy w 

pobliżu   Sun   Hotel.   Widziałam,   jak   paradują   w   drogich   okularach   przeciwsłonecznych. 
Trzecia   wyjechała   do   Afryki   Południowej   i   została   modelką.   Widziałam   jej   zdjęcie   w 
kolorowym magazynie, dla którego pracuje jej mąż fotograf. On też zarabia kupę pieniędzy i 
jest z nim bardzo szczęśliwa. Nazywają go Polaroid Khumalo. Bardzo przystojny i bardzo 
znany.

Założyła okulary z powrotem na nos i spojrzała na mmę Ramotswe.
- Któregoś dnia pani też znajdzie sobie męża - odrzekła mma Ramotswe. - I ten człowiek 

będzie mógł o sobie powiedzieć, że wygrał los na loterii.

Mma Makutsi pokręciła głową.
- Nie sądzę, żebym  wyszła  za mąż.  W Botswanie  brakuje mężczyzn.  To znany fakt. 

Wszyscy mężczyźni są już żonaci, nie ostał się ani jeden wolny.

-  Nie musi pani wychodzić  za mąż  - pocieszała  ją mma  Ramotswe. - Niezamężnym 

kobietom bardzo dobrze się teraz żyje. Ja jestem niezamężna.

- Ale niedługo pani poślubi pana J.L.B. Matekoniego. I przestanie pani być niezamężna. 

Mogłaby pani...

- Nie musiałam się na to decydować. Byłam zadowolona ze swojego życia. Świat by się 

nie zawalił, gdyby tak pozostało.

Urwała.   Zauważyła,   że   mma   Makutsi   znowu   zdjęła   okulary   i   zabrała   się   do   ich 

czyszczenia, bo zaparowały.

Mma Ramotswe zamyśliła się. Nigdy nie umiała siedzieć z założonymi rękami, patrząc na 

czyjeś nieszczęście. To niewygodna cecha charakteru u prywatnego detektywa, bo z pracą 
mmy Ramotswe wiązało się wiele nieszczęścia, ale nie umiała zakuć serca w pancerz, chociaż 
bardzo się starała.

- Aha, jeszcze  jedna rzecz.  Zapomniałam  pani  powiedzieć,  że  pani nowe stanowisko 

nazywa   się   kierownik   administracyjny   Tlokweng   Road   Speedy   Motors.   Nie   będzie   pani 
zwykłą sekretarką.

Mma Makutsi podniosła z uśmiechem głowę.
- Cudownie - powiedziała. - Jest pani dla mnie bardzo dobra, mma.
- I pensja wzrośnie - dodała mma Ramotswe, odrzucając precz rozsądek. - Niewiele, ale 

zawsze. Będzie pani mogła więcej posyłać rodzinie w Bobonong.

Mma  Makutsi sprawiała  wrażenie  niemało ucieszonej tą informacją i ze wzmożonym 

zapałem   wykonywała   ostatnie   tego   dnia   obowiązki,   czyli   przepisanie   na   maszynie   kilku 
listów ręcznie przygotowanych przez szefową. To mma Ramotswe miała teraz ponurą minę. 
To wszystko wina doktora Leakeya, pomyślała. Gdyby nie pojawił się w rozmowie, mma 

background image

Ramotswe pewnie byłaby bardziej stanowcza. A tak nie dość, że ponownie awansowała mmę 
Makutsi, to jeszcze bez konsultacji z panem J.L.B. Matekonim dała jej podwyżkę. Naturalnie 
trzeba mu będzie o tym powiedzieć, ale może jeszcze nie teraz... Należy zawsze wybrać 
odpowiedni moment na przekazanie niepomyślnej wiadomości. Mężczyźni od czasu do czasu 
obnażają swoje słabe strony i kobieta, która umie poczekać na tę chwilę, pokona facetów w 
ich własnej grze. Kiedy nadejdzie ten moment, dziecinnie łatwo się nimi manipuluje. Ale 
trzeba umieć czekać.

background image

Rozdział drugi

Chłopiec, który przyszedł w nocy

Obozowali pośród bagien Okawango, w pobliżu Maun, osłonięci wysokimi  drzewami 

mopane. Na północy, zaledwie pół mili dalej, ciągnęło się jezioro, wstęga błękitu otoczona 
brązami i zieleniami buszu. Trawa sawanny była gęsta i bujna, zwierzęta miały gdzie się 
ukryć. Jeśli ktoś chciał zobaczyć słonia, musiał być czujny, bo obfita roślinność utrudniała 
rozpoznanie   nawet   ich   zwalistych   szarych   kształtów,   które   poruszały   się   powoli   przez 
żerowisko.

Obóz, zgrupowanie pięciu czy sześciu dużych namiotów ustawionych w półkole, należał 

do   mężczyzny   o   przydomku   rra   Pula,   pan   deszcz.   Wiązało   się   to   z   przekonaniem, 
wielokrotnie potwierdzonym empirycznie, że jego obecność ściąga pilnie potrzebne opady. 
Rra  Pula  nie  miał  nic  przeciwko   upowszechnianiu  się  tego  przekonania.   Deszcz   oznacza 
uśmiech losu, stąd okrzyk „Pula! Pula! Pula!”, kiedy ludzie radują się z pomyślności losu lub 
pragną ją sprowadzić. Rra Pula był człowiekiem o pociągłej twarzy i skórzastej, cętkowanej 
cerze białej osoby, która spędziła całe swoje życie pod afrykańskim słońcem. Piegi i plamy 
słońca zlały się w jedno, był zatem cały brązowy - jak białe ciasto włożone do piekarnika.

- Powoli się do nas upodabnia - powiedział jeden z jego podwładnych, kiedy siedzieli 

którejś nocy przy ognisku. - Kiedyś się zbudzi i będzie z niego Motswana - z takim samym 
kolorem skóry jak my.

-   Nie   wystarczy   zmienić   kolor   skóry,   żeby   stać   się   Motswana   -   zaoponował   inny.   - 

Motswana jest się w środku. Zulus od zewnątrz jest taki jak my,  ale w środku pozostaje 
Zulusem. Z Zulusa Motswana też nie można zrobić. Są po prostu inni.

Wokół ogniska zapadła cisza, bo wszyscy rozmyślali nad tą kwestią.
- Mnóstwo różnych rzeczy robi człowieka tym, kim jest - powiedział w końcu jeden z 

tropicieli. - Ale najważniejsze jest łono matki. To, skąd bierzesz mleko, czyni cię Motswana 
albo Zulusem. Mleko Motswana, dziecko Motswana. Mleko zuluskie, dziecko zuluskie.

- Mleka nie bierze się z łona - oznajmił jeden z młodszych. - To tak nie działa.
Starszy człowiek zmiażdżył go wzrokiem.

background image

- To co się je przez pierwsze dziewięć  miesięcy,  panie Mądralo?  Panie Akademiku? 

Chcesz powiedzieć, że pije się krew matki? Tak?

Młodszy pokręcił głową.
- Nie jestem pewien, co się je, ale mleka nie ma, dopóki człowiek się nie urodzi. Tego 

jestem całkiem pewien.

Starszy zrobił wzgardliwą minę.
- Guzik wiesz. Nie masz dzieci, prawda? Co ty się na tym znasz? Człowiek bez dzieci 

mówi o dzieciach tak, jakby miał ich całą kupę. Ja mam piątkę dzieci. Piątkę. - Rozpostarł 
palce jednej dłoni. - Piątkę - powtórzył. - Wszystkie pięć z mleka matki.

Umilkli. Przy innym ognisku, na krzesłach, a nie na kłodach, siedzieli rra Pula i jego 

dwoje klientów. Niezrozumiały pomnik ich głosów docierał do tropicieli, ale teraz ucichł. 
Nagle rra Pula wstał.

- Coś tam jest - powiedział. - Może szakal. Czasem podchodzą całkiem blisko ognia. Inne 

zwierzęta trzymają się na dystans.

Jeden z klientów, mężczyzna w średnim wieku, który miał na głowie miękki kapelusz ze 

spuszczonym rondem, również wstał i wbił wzrok w ciemności.

- Czy lampart podszedłby tak blisko? - spytał.
- Nigdy - odparł rra Pula. - To bardzo płochliwe stworzenia.
Kobieta siedząca na składanym płóciennym stołku gwałtownie przekręciła głowę.
- Na pewno coś tam jest - powiedziała. - Posłuchajcie.
Rra Pula postawił na ziemi kubek, który trzymał w dłoni, i zawołał do swoich ludzi:
- Simon! Motopi! Niech któryś przyniesie mi latarkę! Migiem!
Młodszy z mężczyzn wstał i szybkim krokiem poszedł do namiotu z ekwipunkiem. Idąc 

w stronę pracodawcy, również usłyszał hałas i włączył silną latarkę, by omieść snopem jej 
światła krąg ciemności wokół obozu. Ujrzeli kontury krzewów i drzewek, dziwnie płaskie w 
sondującym świetle latarki.

- Czy to nie spłoszy zwierząt? - spytała kobieta.
- Całkiem możliwe - odparł rra Pula - ale nie życzymy sobie żadnych niespodzianek, 

prawda?

Światło zatoczyło koło i na krótko powędrowało do góry, by oświetlić listowie karłowatej 

akacji. Potem osunęło się ku korzeniom drzewa i wtedy zobaczyli.

- To jest dziecko - powiedział zdumiony mężczyzna w miękkim kapeluszu. - Dziecko? 

Tutaj?

Chłopczyk  był  na   czworakach.   Złapany  przez   latarkę   zachowywał   się  jak  zwierzę  w 

świetle reflektorów samochodu - sparaliżowany niezdecydowaniem.

- Motopi! - zawołał rra Pula. - Przyprowadź tu chłopca!
Mężczyzna z latarką szybko ruszył po trawie, kierując snop światła na małą postać. Kiedy 

był   już   blisko,   dziecko   nagle   pobiegło   do  tyłu,   ale   potknęło   się   o   coś   i   upadło.   Motopi 

background image

wyciągnął   ramiona,  upuszczając   przy  tym  latarkę,   która  uderzyła   z  łoskotem   o  kamień   i 
zgasła. Motopi trzymał już jednak chłopca, który wyrywał się i wierzgał nogami.

- Nie bij się ze mną, mały - powiedział w języku setswana. - Nic ci nie zrobię. Nic ci nie 

zrobię.

Chłopak wierzgnął ponownie i trafił mężczyznę z brzuch.
- Nie wolno! - potrząsnął chłopakiem i trzymając go jedną ręką, trzepnął go mocno w 

ramię. - Masz! To jest kara za kopanie wujka! Uważaj, bo znowu dostaniesz!

Zaskoczone tym klapsem dziecko przestało stawiać opór i zwiotczało.
- A poza tym - mruknął Motopi pod nosem, idąc w stronę ogniska rry Puli - śmierdzisz.
Postawił   chłopaka   na   ziemi   koło   stolika   z   lampą   naftową,   ale   dalej   trzymał   go   za 

nadgarstek, żeby nie uciekł albo nie próbował kopnąć któregoś z białych.

- Więc to jest nasz mały szakal - powiedział rra Pula, przyglądając się chłopcu.
- Jest nagusieńki - stwierdziła kobieta. - Nie ma nic na sobie.
- Ile on ma lat? - spytał któryś z mężczyzn. - Na oko najwyżej sześć albo siedem.
Rra Pula podniósł lampę naftową i przybliżył do dziecka. Światło ślizgało się po skórze, 

pokrytej maleńkimi bliznami i zadrapaniami, jakby ktoś przeciągnął chłopca przez kolczasty 
krzew. Brzuch  był  zapadnięty,  żebra   sterczały,   pupa była  ściągnięta   i koścista,  a  wzdłuż 
podbicia jednej stopy biegła otwarta rana, z białą obwódką wokół czarnego centrum.

Chłopak podniósł oczy ku lampie i skulił się pod tymi oględzinami.
- Spróbuj w kalanga - powiedział rra Pula do Motopiego. - Spróbuj w kalanga, a potem w 

herero. Może on jest Herero. Albo Mosarwa. Trochę znasz te języki, Motopi. Sprawdź, czy 
uda ci się coś z niego wydobyć.

Motopi   przykucnął,   żeby   znaleźć   się   twarzą   w   twarz   z   dzieckiem.   Zaczął   mówić   w 

jednym   języku,   starannie   artykułując   słowa,   a   potem,   nie   uzyskawszy   żadnej   reakcji, 
przerzucił się na inny. Chłopiec nadal milczał jak zaklęty.

- Chyba nie umie mówić - stwierdził Motopi. - Wydaje mi się, że nie rozumie, co do 

niego mówię.

Kobieta zbliżyła się i wyciągnęła rękę, żeby dotknąć chłopaka w ramię.
- Biedactwo - rozczuliła się. - Wyglądasz, jakbyś...
Krzyknęła i szarpnęła ramieniem do tyłu. Chłopak ją ugryzł.
Motopi chwycił chłopaka za prawe ramię, postawił na nogi i wymierzył mu siarczysty 

policzek.

- Nie wolno! - krzyknął. - Niegrzeczne dziecko!
Oburzona kobieta odepchnęła go.
- Niech go pan nie bije! Nie widzi pan, że jest wystraszony? Nie chciał mi zrobić nic 

złego. Popełniłam błąd, że go dotknęłam.

- Nie można pozwolić, żeby dziecko gryzło ludzi, mma - odparł spokojnie Motopi. - Nie 

podoba nam się to.

background image

Kobieta zawiązała sobie dłoń chusteczką, ale przesączyła się przez nią plama krwi.
- Dam pani na to penicyliny - powiedział rra Pula. - Ugryzienie człowieka może być 

niebezpieczne.

Spojrzeli na chłopca, który się położył, jakby zamierzał spać, ale spoglądał na nich.
- Dziecko ma dziwny zapach - stwierdził Motopi. - Zauważyłeś to, rra Pula?
Rra Pula pociągnął nosem.
- Tak. Może to rana. Ropieje.
- Nie - zaoponował Motopi. - Mam bardzo dobry węch. Czuję ranę, ale jest jeszcze jakiś 

inny zapach. Taki, którego normalnie nie czuć od dziecka.

- Rozpoznajesz go?
Motopi skinął głową.
- Tak. To jest zapach lwa. Nic innego tak nie pachnie, tylko lew.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Potem rra Pula zaśmiał się i powiedział:
- Mydło i woda temu zaradzą. I damy mu coś na tę ranę. Proszek siarkowy powinien ją 

wysuszyć.

Motopi delikatnie  podniósł chłopca, który łypał  na niego i kulił  się w sobie, ale  nie 

stawiał oporu.

- Umyj go i zabierz do swojego namiotu - rozkazał rra Pula. - Nie pozwól mu uciec.
Klienci wrócili na miejsca przy ognisku. Kobieta rzuciła spojrzenie mężczyźnie, który 

uniósł brew i wzruszył ramionami.

- Skąd, u licha, on się wziął? - spytała rry Puli, który grzebał w ogniu przyczerniałym 

patykiem.

- Pewnie z którejś z okolicznych wiosek. Najbliższa leży około dwudziestu mil w tamtą 

stronę. To pewnie pastuch, który się zgubił i zawędrował w busz. To się czasem zdarza.

- Ale dlaczego nie ma nic na sobie?
Rra Pula wzruszył ramionami.
- Pastuszkowie czasem noszą tylko przepaski na biodrach. Może kolczasty krzew ją z 

niego zdarł. A może gdzieś ją zostawił. - Rra Pula spojrzał na kobietę. - W Afryce to jest na 
porządku dziennym. Mnóstwo dzieci się gubi, a potem znajduje. Nic im się nie dzieje. Chyba 
nie martwi się pani o niego?

Kobieta zmarszczyła brwi.
- Oczywiście, że się martwię. Najróżniejsze rzeczy mogły mu się przydarzyć. Mogły go 

zaatakować dzikie zwierzęta. Mógł go porwać lew. I tak dalej.

- Tak - odparł rra Pula. - Zgadza się. Ale nic się nie stało. Jutro zabierzemy go na policję 

do Maun. Oni się nim zajmą. Dowiedzą się, skąd jest, i zawiozą go do domu.

Kobieta nadal sprawiała wrażenie zatroskanej.
- Dlaczego pana człowiek powiedział, że chłopiec pachnie jak lew? Czy to nie jest trochę 

dziwne, żeby mówić takie rzeczy?

background image

Rra Pula parsknął śmiechem.
- Tutaj ludzie gadają różne dziwne rzeczy. Widzą świat inaczej. Motopi to bardzo dobry 

tropiciel, ale tak mówi o zwierzętach, jakby to byli ludzie. Twierdzi, że z nim rozmawiają. Że 
potrafi wyczuć zapach strachu zwierzęcia. Takie rzeczy gada.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, po czym kobieta oznajmiła, że idzie spać. Powiedzieli 

sobie nawzajem dobranoc, po czym rra Pula i biały mężczyzna siedzieli przy ognisku jeszcze 
przez pół godziny. Mówili bardzo niewiele, patrzyli, jak drwa powoli dogasają, a iskry lecą 
ku niebu. Motopi leżał w wejściu do swojego namiotu, żeby chłopak nie mógł wydostać się 
na zewnątrz, nie trącając go. Było jednak mało prawdopodobne, aby podjął taką próbę, bo 
przyprowadzony   do   namiotu   prawie   natychmiast   zasnął.   Motopi   obserwował   go   jednym 
okiem spod ciężko opadającej powieki. Przykryty lekką derką chłopak oddychał głęboko. 
Łapczywie pożarł kawałek mięsa, który mu dali, i wychłeptał duży kubek wody, zagarniając 
ją językiem jak zwierzę u wodopoju. Nadal roztaczał ten dziwny zapach, który Motopiemu 
nieodparcie kojarzył się z lwem. Ale czemu dziecko miałoby pachnieć lwem?

background image

Rozdział trzeci

Problemy z warsztatem

Po drodze do Tlokweng Road Speedy Motors mma Ramotswe postanowiła wyznać panu 

J.L.B.   Matekoniemu   wszystko   jak   na   spowiedzi.   Wiedziała,   że   przekroczyła   swoje 
uprawnienia,   awansując   mmę   Makutsi   na   stanowisko   kierownika   administracyjnego 
warsztatu. Ona sama miałaby do niego wielkie pretensje, gdyby spróbował awansować jej 
personel.   Zrozumiała,   że   musi   mu   dokładnie   wyjaśnić,   jak   do   tego   doszło.   Pan   J.L.B. 
Matekoni był dobrym człowiekiem i chociaż zawsze uważał, że mma Makutsi jest luksusem, 
na   który   mma   Ramotswe   nie   bardzo   może   sobie   pozwolić,   nie   miała   wątpliwości,   że 
zrozumie, jakie to ważne dla mmy Makutsi, aby zajmować określone stanowisko. W końcu 
jakie to ma znaczenie, że mma Makutsi będzie się nazywała kierownikiem administracyjnym, 
jeśli tylko będzie sumiennie wykonywała wyznaczone jej obowiązki? Pozostawał problem 
podwyżki. Mma Ramotswe wiedziała, że z tego już tak łatwo się nie wytłumaczy.

Późnym   popołudniem   mma   Ramotswe   jechała   do   Tlokweng   Road   Speedy   Motors 

maleńką białą furgonetką, którą pan J.L.B. Matekoni niedawno wyremontował. Auto jeździło 
jak złoto, odkąd pan J.L.B. Matekoni podłubał po godzinach w jego silniku. Wymienił wiele 
części   na   nowe,   sprowadzone   zza   granicy.   Nowy   był   na   przykład   rozrusznik   i   hamulce. 
Wystarczyło, że mma Ramotswe dotknęła pedału hamulca, żeby furgonetka stanęła jak wryta. 
Dawniej, zanim pan J.L.B. Matekoni rozbudził w sobie zainteresowanie jej samochodem, 
mma Ramotswe musiała kilka razy energicznie nacisnąć na pedał, żeby furgonetka zaczęła 
zwalniać.

-   Myślę,   że   już   nigdy   nie   wjadę   nikomu   w   kuper   -   powiedziała   mma   Ramotswe   z 

wdzięcznością  po wypróbowaniu  nowych  hamulców. - Będę się mogła  zatrzymać  wtedy, 
kiedy będę chciała.

Pan J.L.B. Matekoni spojrzał na nią z przerażoną miną.
- To bardzo ważne, żeby mieć dobre hamulce. Nie możesz dopuścić do tego, żeby znowu 

tak się popsuły. Jak zaczną nawalać, to od razu daj mi znać.

- Dobrze - obiecała mma Ramotswe.

background image

Nieszczególnie   interesowała   się   samochodami,   chociaż   darzyła   serdecznym   uczuciem 

swoją maleńką białą furgonetkę, która tak wiernie jej służyła. Nie mogła zrozumieć, czemu 
ludzie umierają z tęsknoty za mercedesem, skoro jest tyle innych samochodów, które potrafią 
człowieka   bezpiecznie   przewieźć   z   miejsca   na   miejsce   i   nie   kosztują   przy   tym   fortuny. 
Zainteresowanie samochodami miała za typowo męskie zjawisko. Daje się ono zauważyć już 
u   małych   chłopców,   którzy   robią   autka   z   drutu,   i   do   końca   życia   nie   zanika.   Dlaczego 
mężczyźni uważają, że samochody są takie ciekawe? Samochód to przecież maszyna. Można 
by oczekiwać, że mężczyźni będą się interesowali pralkami czy żelazkami, a tymczasem nic z 
tego. Słyszał kto kiedyś, żeby grupka mężczyzn stała na ulicy i dyskutowała o pralkach?

Mma Ramotswe zajechała pod Tlokweng Road Speedy Motors i wysiadła z maleńkiej 

białej furgonetki. W biurze nikogo nie zobaczyła, co oznaczało, że pan J.L.B. Matekoni albo 
leży pod samochodem w warsztacie, albo usiłuje wyłożyć swoim opornym uczniom jakąś 
skomplikowaną kwestię z zakresu mechaniki pojazdowej. Zwierzył się mmie Ramotswe, że 
ma   poważne   wątpliwości,   czy   z   tych   chłopaków   można   coś   wykrzesać,   i   szczerze   mu 
współczuła.   Niełatwo   jest   przekonać   młodych   ludzi   o   konieczności   pracy.   Oczekują,   że 
wszystko zostanie im podane na talerzu. Nie rozumieją, że wszystko, co Botswana ma im do 
zaoferowania   -   czyli   bardzo   wiele   -   zostało   osiągnięte   ciężką   pracą   i   wyrzeczeniami. 
Botswana nigdy nie pożyczała pieniędzy i nie ugrzęzła w długach, jak to się zdarzyło wielu 
innym państwom afrykańskim. Botswańczycy oszczędzają i oszczędzają, a pieniądze wydają 
bardzo   roztropnie.   Każdy   publiczny   grosz,   każde  thebe  jest   rozliczane.   Nic   nie   idzie   do 
prywatnych   kieszeni   polityków.   Możemy   być   dumni   z   naszego   kraju,   pomyślała   mma 
Ramotswe. Ja jestem dumna. Jestem dumna z prezydenta Seretse Khamy, który z obszaru 
zaniedbywanego   przez   Brytyjczyków   stworzył   nowe   państwo.   Zbytnio   nas   nie   cenili, 
pomyślała, ale teraz wiedzą, na co nas stać. Podziwiają nas za to. Przeczytała, co powiedział 
ambasador   amerykański:   „Gratulujemy   mieszkańcom   Botswany   ich   dokonań”.   Słowa   te 
napełniły ją dumą. Wiedziała, że mieszkańcy tych dalekich i dosyć przerażających krajów 
mają bardzo dobrą opinię o Botswanie.

Dobrze jest być Afrykaninem. W Afryce dzieją się rzeczy straszne, które budzą wstyd i 

rozpacz, ale Afryka nie ogranicza się do tego. Chociaż mieszkańcy Afryki doznają wielkich 
cierpień,  chociaż  żołnierze  - a raczej  mali  chłopcy z karabinami  - przysparzają jej  wiele 
okrucieństwa i zamętu, w Afryce jest mnóstwo rzeczy, które napawają dumą. Na przykład 
dobroć, zdolność do uśmiechania się, sztuka i muzyka.

Podeszła do drzwi warsztatu. Wewnątrz były dwa samochody, jeden na podnośniku, drugi 

pod ścianą, z akumulatorem podłączonym do małego prostownika, który stał przy kole. Na 
podłodze leżało kilka części - rura wydechowa i jakieś inne, których nie rozpoznawała - a pod 
autem na podnośniku stała otwarta skrzynka z narzędziami. Ale pana J.L.B. Matekoniego - 
ani śladu.

Dopiero  kiedy jeden z terminatorów  wstał,  mma  Ramotswe  zauważyła  ich obecność. 

background image

Siedzieli na podłodze oparci plecami o puszkę po oleju i grali w tradycyjną grę kamykami. 
Teraz jeden z nich, wyższy chłopak, którego imię ciągle wylatywało jej z głowy, wstał i 
wytarł ręce w brudny kombinezon.

- Dzień dobry, mma. Nie ma go. Znaczy szefa. Poszedł do domu.
Obdarzył ją uśmiechem, który uznała za nieco obraźliwy. Wyobrażała sobie, że chłopak 

tak samo uśmiecha się do dziewczyny na tańcach. Wiedziała, co z nich za jedni. Pan J.L.B. 
Matekoni powiedział jej, że mają w głowie wyłącznie dziewczyny, i potrafiła w to uwierzyć. 
Zasmucało ją to, że nie brakowało dziewcząt zainteresowanych  tymi  młodzieńcami  z ich 
gęsto wypomadowanymi włosami i lśniącymi białymi zębami.

- Dlaczego poszedł do domu tak wcześnie? - spytała. - Skończyła się robota? Dlatego 

zbijacie bąki?

Pomocnik uśmiechnął się z miną człowieka, który coś wie.
Chętnie   by   się   dowiedziała,   o   co   chodzi.   A   może   zagrało   po   prostu   jego   poczucie 

wyższości, protekcjonalność, którą przypuszczalnie okazywał wszystkim kobietom?

- Nie - odparł, zerkając na kolegę. - Jeszcze dużo nam zostało do fajrantu. Musimy się 

zająć tym pojazdem.

Od niechcenia pokazał na samochód na podnośniku.
Teraz podniósł się drugi terminator. Coś jadł i miał cienką mączną kreskę wokół ust. Jak 

by to się spodobało dziewczynom?, pomyślała złośliwie mma Ramotswe. Wyobraziła sobie, 
że   chłopak   zaczyna   emablować   jakąś   pannę,   nieświadomy,   że   ma   usta   oblepione   mąką. 
Normalnie   był   całkiem   przystojny,   ale   z   białą   smugą   ust   wzbudziłby   raczej   śmiech   niż 
przyspieszone bicie serca.

- Szefa często ostatnio nie ma - powiedział drugi terminator. - Czasem wychodzi o drugiej 

i zostawia całą robotę nam.

- Ale jest problem - dorzucił pierwszy. - Znamy się dobrze na autach, ale nie nauczyliśmy 

się jeszcze wszystkiego, rozumie pani?

Mma Ramotswe spojrzała na samochód, który stał na podnośniku. Było to francuskie 

kombi, bardzo popularne na niektórych obszarach Afryki.

- Na przykład ten - powiedział pierwszy terminator. - Z rury wydechowej leci mu para. 

Wielka chmura. To znaczy, że uszczelka strzeliła i płyn chłodzący dostaje się do cylindra. I 
robi się para. Syczy.

- To czemu nie naprawicie? - spytała mma Ramotswe. - Pan J.L.B. Matekoni nie może 

cały czas prowadzić was za rękę, prawda?

Młodszy z uczniów zrobił minę.
- Pani się wydaje, że to takie proste, co? Próbowała pani kiedyś zdemontować głowicę 

cylindra w peugeocie?

Mma Ramotswe wykonała uspokajający gest.
- Nie chciałam was krytykować. Czemu nie poprosicie pana J.L.B. Matekoniego, żeby 

background image

wam pokazał?

Starszy terminator wyglądał na poirytowanego.
- Łatwo się mówi, mma, ale problem w tym, że on nie chce nam pokazać. A potem idzie 

do domu i my musimy się tłumaczyć przed klientami. Nie są zadowoleni. Mówią: Gdzie mój 
samochód?   Jak   ja   mam   się   poruszać,   skoro   naprawa   mojego   auta   trwa   całe   dnie?   Mam 
chodzić pieszo, jakbym nie miał samochodu? Tak mówią, mma.

Mma Ramotswe przez chwilę milczała. Wydawało jej się mało prawdopodobne, aby pan 

J.L.B. Matekoni, zawsze taki sumienny, dopuszczał do takich sytuacji. Wyrobił sobie renomę 
człowieka, który dobrze i szybko naprawia samochody. Jeśli ktoś nie był zadowolony, miał 
prawo przywieźć auto jeszcze raz, a pan J.L.B. Matekoni usuwał usterkę za darmo w ramach 
reklamacji.   Zawsze   tak   funkcjonował,   nie   umiała   więc   sobie   wyobrazić,   że   zostawiłby 
samochód na podnośniku pod opieką tych dwóch uczniów, którzy najwyraźniej słabo się znali 
na silnikach i z pewnością usiłowaliby pójść na skróty.

Postanowiła trochę przycisnąć starszego terminatora.
- Chcesz powiedzieć - zaatakowała go zniżonym głosem - że pan J.L.B. Matekoni nie 

przejmuje się tymi samochodami?

Uczeń bezczelnie wbił w nią spojrzenie. Gdyby miał choć odrobinę dobrych manier, nie 

patrzyłby mi w oczy, pomyślała. Spuściłby wzrok, jak przystoi młodzieńcowi w obecności 
starszej osoby.

- Tak - odparł terminator. - Wydaje się, że jakieś dziesięć dni temu pan J.L.B. Matekoni 

stracił   zainteresowanie   warsztatem.  Wczoraj  mi  powiedział,   że  chyba   pojedzie   do  swojej 
wioski i zostawi warsztat pod moją opieką. Powiedział, żebym starał się, jak umiem.

Mmie   Ramotswe  zaparło  dech.   Czuła,   że  młodzieniec   mówi   prawdę,  w   którą  trudno 

jednak było uwierzyć.

- I jeszcze jedno - dodał pomocnik, wycierając ręce w szmatę. - Od dwóch miesięcy nie 

płaci dostawcom części zamiennych. Jeden z nich dzwonił parę dni temu, kiedy pan J.L.B. 
Matekoni wyszedł wcześniej, i ja odebrałem, prawda, Siletsi? - Drugi terminator potwierdził 
ruchem głowy. - Powiedział, że jak do dziesięciu dni nie zapłacimy, to wstrzymają dostawy. 
Prosili, żebym to przekazał panu J.L.B. Matekoniemu i powiedział mu, żeby pozbierał się do 
kupy. Tak mi kazali. Ja - zmyć głowę szefowi. Tak mi powiedzieli.

- I zrobiłeś to?
- Tak. Możemy porozmawiać  w cztery oczy,  szefie? Tak mu mówię. I wszystko mu 

wygarnąłem.

Mma   Ramotswe   obserwowała   jego   minę.   Było   widoczne,   że   napawa   się   rolą 

zatroskanego pracownika, której, jak podejrzewała, nie miał okazji wcześniej odgrywać.

- No i? Jak zareagował na twoją poradę?
Terminator prychnął i wytarł nos dłonią.
- Powiedział, że spróbuje coś zrobić. Tak powiedział. Ale wie pani, co ja myślę? Chce 

background image

pani wiedzieć, co moim zdaniem się dzieje, mma? - Patrzyła na niego z wyczekującą miną. - 
Myślę,   że   panu   J.L.B.   Matekoniemu   przestało   zależeć   na   warsztacie.   Myślę,   że   go   to 
zmęczyło. Chce go przekazać nam, a potem wrócić w rodzinne strony i uprawiać arbuzy. On 
się zestarzał, mma. Po prostu go to zmęczyło.

Mma Ramotswe wstrzymała oddech. Bezczelność tej hipotezy zdumiała ją: żeby ten... ten 

darmozjad, znany głównie jako podrywacz dziewczyn przechodzących koło warsztatu, ten 
sam terminator, którego pan J.L.B. Matekoni złapał kiedyś  na tym,  jak przymierzał się z 
młotkiem do silnika, teraz mówił, że pan J.L.B. Matekoni chce przejść w stan spoczynku!

Zabrało jej prawie minutę, zanim na tyle się pozbierała, żeby odpowiedzieć.
- Jesteś wyjątkowo bezczelnym młodym człowiekiem. Pan J.L.B. Matekoni nie stracił 

zainteresowania  warsztatem.  Nie jest starcem.  Ledwo przekroczył  czterdziestkę.  Wam się 
może   wydaje,   że   to   jest   dużo,   ale   żaden   z   niego   starzec.   I   absolutnie   nie   zamierza 
przekazywać wam warsztatu. To byłby koniec firmy. Zrozumiałeś?

Starszy   z   terminatorów   poszukał   oczami   wsparcia   kolegi,   ale   tamten   wbił   wzrok   w 

ziemię.

- Zrozumiałem, mma. Przepraszam.
-   Jest   za   co.   I   mam   dla   ciebie   wiadomość.   Pan   J.L.B.   Matekoni   właśnie   zatrudnił 

kierownika administracyjnego. Ta osoba niedługo przyjdzie do pracy i na waszym miejscu 
bardzo bym się pilnowała.

Jej słowa wywarły pożądany efekt na starszym z terminatorów, który upuścił tłustą od 

smaru szmatę i spojrzał na kolegę.

- Kiedy ten pan zaczyna? - spytał nerwowo.
- W przyszłym tygodniu - odparła mma Ramotswe. - Nie pan, tylko pani.
- Pani? Kobieta?
- Tak - powiedziała  mma  Ramotswe  i odwróciła  się do wyjścia.  - Nazywa  się mma 

Makutsi i bardzo surowo traktuje terminatorów. Koniec ze zbijaniem bąków i graniem w 
kamyki. Zrozumiano? - Obaj uczniowie skinęli ponuro głowami. - W takim razie zabierajcie 
się do tego samochodu. Wrócę za parę godzin i sprawdzę, jak wam idzie.

Podeszła do furgonetki i usiadła za kierownicą. Udało jej się zdobyć na zdecydowany ton, 

kiedy   wydawała   terminatorom   polecenia,   ale   w   środku  czuła   się   nad  wyraz   strapiona.   Z 
doświadczenia wiedziała, że kiedy ludzie zaczynają się zachowywać niezgodnie ze swoim 
charakterem, oznacza to, że coś jest nie tak. Pan J.L.B. Matekoni był człowiekiem na wskroś 
sumiennym, a na wskroś sumienni ludzie nie wystawiają klientów do wiatru, chyba że mają 
jakiś bardzo ważny powód. Jaki to może być powód? Coś związanego ze zbliżającym się 
ślubem? Odmieniło mu się? Wybrał kawalerską wolność?

Mma   Makutsi   zamknęła   drzwi   -   Kobiecej   Agencji   Detektywistycznej   Nr   1.   Mma 

Ramotswe poszła do warsztatu, żeby porozmawiać z panem J.L.B. Matekonim, zostawiając ją 

background image

z listami do przepisania i zaniesienia na pocztę. Mma Makutsi tak bardzo się ucieszyła z 
awansu   i   podwyżki,   że   spełniłaby   każdą   prośbę   swojej   chlebodawczyni.   Był   czwartek, 
następnego dnia wypłata, nawet jeśli na razie w dawnej wysokości. Mma Makutsi zamierzała 
uczcić to z wyprzedzeniem - może kupić sobie pączka po drodze do domu. Droga do pracy i z 
powrotem prowadziła obok budki z pączkami i innymi smażonymi smakołykami - kuszącym 
zapachom trudno się było oprzeć. Ale skąd wziąć na to pieniądze? Duży smażony pączek 
kosztował dwie pule, była to zatem kosztowna zachcianka, zwłaszcza jeśli się pomyślało, ile 
wyniesie wieczorny posiłek. Życie w Gaborone było drogie. Wszystko kosztowało dwa razy 
więcej niż w domu. Na wsi za dziesięć puli można było trochę pożyć. W Gaborone banknot 
dziesięciopulowy rozpuszczał się w palcach.

Mma   Makutsi   wynajmowała   izbę   w   szopie   za   domem   przy   Lobatse   Road. 

Rozchwierutana szopa, która składała się z dwóch izb, przylegała do tylnego ogrodzenia i 
miała   okna   wychodzące   na   krętą   dróżkę   uczęszczaną   przez   wychudłe   psy.   Zwierzęta 
formalnie należały do mieszkańców domów, ale najwyraźniej wolały przebywać we własnym 
gronie i szwendały się po dwa albo trzy. Zapewne ktoś je regularnie karmił, ale i tak żebra im 
sterczały i nie pomagało nawet to, że wiecznie grzebały w śmieciach w poszukiwaniu resztek. 
Jeśli mma  Makutsi zostawiła drzwi otwarte, czasami  któryś  z czworonogów wchodził do 
środka i mierzył ją tęsknym, wygłodniałym wzrokiem, dopóki go nie wykopsała. Odbierała to 
jako jeszcze większy afront od doznawanego w pracy, gdzie do biura właziły kury i dziobały 
między jej stopami.

Kupiła w budce pączka, zjadła na miejscu i oblizała palce z cukru. Zaspokoiwszy nieco 

głód, ruszyła w drogę powrotną. Mogła pojechać busem - był to tani środek transportu - ale 
lubiła spacery w wieczornym chłodzie i zazwyczaj nie spieszyło jej się do domu. Ciekawe, 
czy mój brat miał dobry dzień, pomyślała, czy kaszel go nie zmęczył. Chociaż był bardzo 
słaby, od kilku dni czuł się całkiem znośnie i zdołała przespać spokojnie kilka nocy z rzędu.

Zamieszkał z nią dwa miesiące wcześniej, po długiej podróży autobusem z domu. Wyszła 

po niego na dworzec autobusowy, który znajduje się obok kolejowego. W pierwszej chwili go 
nie poznała. Podczas poprzedniej wizyty był dobrze zbudowanym, a nawet trochę spasionym 
młodym człowiekiem. Teraz wysiadł z autobusu zgarbiony chudzielec, któremu koszula luźno 
powiewała na klatce piersiowej. Kiedy zdała sobie sprawę, że to on, podbiegła i chwyciła go 
za rękę. To również był dla niej szok - skóra gorąca, sucha, spękana. Mma Makutsi wzięła od 
niego walizkę, chociaż chciał ją nieść sam, i zataszczyła do busa, który kursował po Lobatse 
Road.

Brat rozgościł się u niej; sypiał na macie, którą mu rozłożyła po drugiej stronie pokoju. 

Przeciągnęła od ściany do ściany drut i powiesiła na nim zasłonę, żeby czuł się trochę mniej 
skrępowany i mógł sobie powiedzieć, że ma osobne pomieszczenie. Mimo to słyszała każdy 
jego charczący wdech i często ją budziło jego mamrotanie przez sen.

- Dobra z ciebie siostra, że mnie do siebie wzięłaś - powiedział. - To wielkie szczęście 

background image

mieć taką siostrę.

Protestowała oczywiście, że to żaden kłopot i że brat może u niej mieszkać, póki nie 

wyzdrowieje i nie znajdzie pracy w Gaborone, ale wiedziała, że to nigdy nie nastąpi. On z 
pewnością też o tym wiedział, ale nie rozmawiali ani o tym, ani o okrutnej chorobie, która 
powoli pozbawiała go życia, tak jak susza pozbawia krajobraz soczystych kolorów.

Teraz miała dla niego dobrą wiadomość. Zawsze był bardzo zainteresowany nowinami z 

pracy i szczegółowo wypytywał ją o wydarzenia dnia. Nie poznał mmy Ramotswe - mma 
Makutsi nie chciała, żeby szefowa wiedziała o chorobie jej brata - ale wyrobił sobie pogląd na 
jej temat i zawsze o nią pytał.

- Może kiedyś ją poznam i będę mógł jej podziękować za to, co zrobiła dla mojej siostry. 

Bez niej nigdy byś nie została asystentką detektywa.

- To dobra kobieta.
-   Wiem   o   tym.   Mam   przed   oczami   tę   miłą,   uśmiechniętą   kobietę   z   pucołowatymi 

policzkami. Widzę, jak pije z tobą herbatę. Na samą myśl robi mi się raźniej na duszy.

Mma Makutsi żałowała, że nie pomyślała o kupieniu mu pączka, ale często nie miał 

apetytu i pieniądze by się zmarnowały. Mówił, że boli go w ustach i kaszel utrudnia mu 
połykanie.   Często   zjadał   tylko   kilka   łyżek   zupy   ugotowanej   przez   nią   na   kuchence 
parafinowej, lecz nawet tę odrobinę czasem zwracał.

Kiedy wróciła do domu, w izbie był jeszcze ktoś inny. Usłyszała obcy głos i w pierwszej 

chwili zmartwiała ze strachu, że pod jej nieobecność zdarzyło się coś złego, ale kiedy weszła 
do środka, zobaczyła, że zasłona jest odsunięta i na składanym krzesełku obok posłania brata 
siedzi jakaś kobieta. Na dźwięk otwierania drzwi kobieta wstała i obróciła się twarzą do mmy 
Makutsi.

- Jestem pielęgniarką z anglikańskiego hospicjum - powiedziała. - Przyszłam z wizytą do 

pani brata. Nazywam się siostra Baleje.

Pielęgniarka miała sympatyczny uśmiech i mma Makutsi natychmiast zapalała do niej 

sympatią.

- Bardzo zacnie z pani strony, że go pani odwiedza. Ten list napisałam tylko po to, żeby 

dać znać, że mój brat jest chory.

Pielęgniarka skinęła głową.
- Słusznie pani postąpiła. Możemy czasami do niego zajrzeć. Możemy przynieść jedzenie, 

jeśli potrzebujecie. Możemy trochę pomóc, chociaż nasze możliwości są ograniczone. Mamy 
także lekarstwa. Nie są zbyt silne, ale mogą nieco złagodzić dolegliwości.

Mma Makutsi podziękowała jej i spojrzała na brata.
- Najbardziej dokucza mu kaszel. To jest najgorsze.
- Tak, nie jest lekko - potwierdziła pielęgniarka.
Ponownie usiadła na stołeczku i wzięła brata mmy Makutsi za rękę.
- Musi pan pić więcej wody, Richard. Nie może pan dopuścić do odwodnienia.

background image

Otworzył oczy i spojrzał na nią, ale nic nie powiedział. Nie był pewien, skąd się tam 

wzięła. Sądził, że to znajoma albo sąsiadka siostry.

Pielęgniarka pokazała mmie Makutsi gestem, żeby usiadła obok nich na podłodze. Potem, 

nadal trzymając Richarda za rękę, drugą delikatnie dotknęła jego policzka.

- Panie Jezu, który niesiesz ulgę w cierpieniu, pochyl się nad tym biednym człowiekiem i 

okaż mu miłosierdzie. Uczyń jego dni radosnymi. Niech będzie szczęśliwy i ucieszy serce 
jego siostry, która opiekuje się nim w chorobie. I niech w jego sercu zagości spokój.

Mma Makutsi zamknęła oczy, położyła dłoń na ramieniu pielęgniarki i siedziały tak w 

milczeniu.

background image

Rozdział czwarty

Wizyta u doktora Moffata

Kiedy mma  Makutsi siedziała  u wezgłowia brata, mma  Ramotswe zajechała maleńką 

białą furgonetką pod bramę  domu pana J.L.B. Matekoniego.  Jej narzeczony był  u siebie. 
Zielona   furgonetka,   którą   zawsze   jeździł   (mimo   że   był   właścicielem   znacznie   lepszego 
pojazdu,   który   stał   w   warsztacie),   parkowała   pod   drzwiami   uchylonymi   do   połowy   ze 
względu   na   upał.   Zostawiła   furgonetkę   na   ulicy,   żeby   zaoszczędzić   sobie   otwierania   i 
zamykania bramy, po czym podeszła do domu obok kilku nędznych roślinek, które pan J.L.B. 
Matekoni nazywał swoim ogrodem.

- Ko! Ko! - zawołała od drzwi. - Jesteś tam, panie J.L.B. Matekoni?
- Jestem - dobiegł ją głos z salonu. - Jestem w domu, mma Ramotswe.
Natychmiast po wejściu do środka zauważyła, że podłoga w przedpokoju jest zakurzona i 

zaniedbana. Odkąd wiecznie nadąsana i antypatyczna sprzątaczka pana J.L.B. Matekoniego, 
Florence, poszła do więzienia za nielegalne posiadanie broni, dom stawał się coraz bardziej 
zapuszczony.  Kilkakroć przypominała panu J.L.B. Matekoniemu, żeby zatrudnił kogoś na 
miejsce Florence, przynajmniej do ślubu, on zaś jej to obiecywał. Nie podjął jednak żadnych 
działań i mma Ramotswe w końcu postanowiła przywieźć kiedyś do niego swoją sprzątaczkę, 
żeby zrobiła generalne porządki.

- Mężczyźni będą żyli w bałaganie, jeśli ich nie przypilnować - powiedziała kiedyś do 

znajomej. - Nie umieją utrzymać porządku w domu ani w obejściu. Po prostu nie wiedzą, jak 
się to robi.

Przeszła do salonu. Kiedy pojawiła się w drzwiach, pan J.L.B. Matekoni, który leżał 

wyciągnięty   na   swojej   niewygodnej   sofie,   wstał   i   starał   się   nie   wyglądać   na   tak   bardzo 
rozmamłanego.

- Dobrze cię widzieć, mma Ramotswe. Od kilku dni się nie widzieliśmy.
- To prawda. Może dlatego, że byłeś tak bardzo zajęty.
- Tak - odparł i ponownie usiadł. - Jestem bardzo zajęty. Mam dużo pracy.
Milczała,   bacznie   go   obserwując.   Coś   było   z   nim   nie   tak.   Jej   podejrzenia   się 

background image

potwierdzały.

- W warsztacie jest duży ruch? - spytała.
Wzruszył ramionami.
- W warsztacie zawsze jest duży ruch. Cały czas. Ludzie przywożą swoje samochody i 

mówią: zrób to, zrób tamto. Myślą, że mam dziesięć par rąk.

- Jak to, nie chcesz, żeby przyprowadzali swoje auta do warsztatu? - spytała życzliwym 

tonem. - Czy nie od tego są warsztaty?

Pan J.L.B. Matekoni obrzucił ją przelotnym spojrzeniem i wzruszył ramionami.
- Może, ale jest za dużo do roboty.
Mma Ramotswe rozejrzała się po pokoju. Na podłodze zobaczyła stos gazet, a na stole 

stertę listów, które wyglądały na nieotwarte.

-   Pojechałam   do   warsztatu.   Sądziłam,   że   cię   tam   zastanę,   ale   powiedzieli   mi,   że 

wyszedłeś wcześniej. Powiedzieli, że ostatnio często wychodzisz wcześniej.

Pan J.L.B. Matekoni zerknął na nią, po czym przeniósł spojrzenie na podłogę.
- Ciężko mi tam siedzieć cały dzień, kiedy jest tyle pracy. Prędzej czy później będzie to 

zrobione. W końcu są ci dwaj chłopcy. Oni mogą się tym zająć.

- Ci dwaj chłopcy? - żachnęła się mma Ramotswe. - Twoi terminatorzy? Przecież ciągłe 

powtarzasz, że do niczego się nie nadają. Jak możesz teraz mówić, że sami wszystko zrobią? - 
Pan J.L.B. Matekoni milczał. - No to jak, panie J.L.B. Matekoni? Jaka jest twoja odpowiedź?

- Dadzą sobie radę - odparł dziwnie bezbarwnym głosem. - Trzeba im tylko pozwolić 

rozwinąć skrzydła.

Mma Ramotswe wstała. Nie było sensu z nim dyskutować, kiedy był w takim nastroju. 

Może był chory? Słyszała, że złożony grypą człowiek potrafi na parę tygodni zapaść w letarg. 
Może takie było wyjaśnienie jego nietypowego zachowania. Jeśli tak, to należało zaczekać, aż 
wydobrzeje.

- Rozmawiałam z mma Makutsi - powiedziała, szykując się do wyjścia. - Myślę, że w 

ciągu   kilku   dni   może   zacząć   pracować   w   warsztacie.   Nadałam   jej   tytuł   kierownika 
administracyjnego.

Jego odpowiedź zaskoczyła mmę Ramotswe.
-   Kierownik   administracyjny,   kierownik,   dyrektor   generalny,   minister   warsztatów 

samochodowych, jak sobie życzysz. To przecież nie ma znaczenia, prawda?

Mmie   Ramotswe   nie   przyszła   do  głowy  żadna   stosowna   odpowiedź.   Pożegnała   się  i 

ruszyła ku drzwiom.

- Aha, tak przy okazji - zatrzymał ją pan J.L.B. Matekoni. - Chyba pojadę na jakiś czas na 

wieś. Chcę zobaczyć, jak idą prace polowe. Może zostanę tam chwilę.

Mma Ramotswe wybałuszyła oczy.
- A co z warsztatem?
Pan J.L.B. Matekoni westchnął.

background image

- Ty się nim zajmij. Ty i twoja sekretarka, kierownik administracyjny. Daj jej wolną rękę. 

Poradzi sobie.

Mma Ramotswe zacisnęła usta!
- Dobrze. Przypilnujemy ci warsztatu, dopóki nie poczujesz się lepiej.
- Nic mi nie jest - zaprotestował pan J.L.B. Matekoni. - Nie martw się o mnie. Nic mi nie 

jest.

Nie pojechała na Zebra Drive, chociaż wiedziała, że przybrane dzieci na nią czekają. 

Motholeli dziewczynka, na pewno przygotowała już wieczorny posiłek. Mimo że poruszała 
się na wózku, nie wymagała szczególnego nadzoru ani pomocy. A chłopak, Puso, stworzenie 
dosyć łobuzerskie, przypuszczalnie zużył już prawie całe dzienne zasoby energii i był gotów 
wziąć kąpiel i położyć się do łóżka.

Zamiast pojechać do domu, skręciła w lewo w Kudu Road i podjechała pod dom przy Odi 

Way, gdzie mieszkał jej przyjaciel doktor Moffat. Kierował on kiedyś szpitalem w Mochudi, 
gdzie   opiekował   się   jej   ojcem,   i   zawsze   był   gotów   jej   wysłuchać,   kiedy   miała   kłopoty. 
Rozmawiała z nim o swoim mężu Note, zanim zwierzyła się komukolwiek innemu, i doktor 
Moffat   powiedział  jej,  najdelikatniej  jak umiał,  że  z  jego doświadczenia   wynika,   iż  tacy 
ludzie nigdy się nie zmieniają.

Był oczywiście człowiekiem niezmiernie zapracowanym, więc nie chciała zabierać mu 

czasu, ale może potrafiłby jej wyjaśnić, co jest nie tak z panem J.L.B. Matekonim. Czy po 
ludziach krąży jakaś dziwna choroba, która wywołuje w nich zmęczenie i apatię? Jeśli tak, to 
jak długo to potrwa?

Doktor Moffat właśnie wrócił do domu. Przywitał się z mmą Ramotswe w drzwiach i 

zaprosił ją do swojego gabinetu.

- Martwię się o pana J.L.B. Matekoniego - wyjaśniła. - Mogę panu o nim opowiedzieć?
Skinął głową. Słuchał przez kilka minut, po czym jej przerwał.
- Chyba wiem, o co chodzi. Jest taka dolegliwość, która nazywa się depresja. Choroba jak 

każda inna, i to całkiem rozpowszechniona. Wygląda mi na to, że pan J.L.B. Matekoni jest w 
depresji.

- Czy to można wyleczyć?
- Zazwyczaj  bez większych  problemów.  Pod warunkiem że to rzeczywiście  depresja. 

Dysponujemy dzisiaj bardzo dobrymi środkami przeciwdepresyjnymi. Jeśli wszystko pójdzie 
dobrze, a nie widzę powodu, żeby nie poszło, poczuje się znacznie lepiej po jakichś trzech 
tygodniach. Te pigułki nie działają od razu.

- Powiem mu, żeby się do pana natychmiast zgłosił.
-  Pacjenci z depresją często uważają, że nic im nie dolega - odparł doktor Moffat z 

powątpiewającą   miną.   -   Może   nie   przyjść.   Nie   wystarczy,   że   ja   pani   powiem,   o   co 
przypuszczalnie chodzi. To on musi chcieć się leczyć.

background image

- Przyprowadzę go do pana, może pan być tego pewien. Dopilnuję, żeby się wyleczył.
- Niech pani będzie ostrożna - powiedział lekarz z uśmiechem. - To są trudne sytuacje.

background image

Rozdział piąty

Człowiek z rządu

Następnego dnia mma Ramotswe zjawiła się w Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 

przed   mmą   Makutsi.   Z   reguły   to   mma   Makutsi,   przybywszy   pierwsza,   otwierała   pocztę 
tudzież zaparzała herbatę, zanim mma Ramotswe zajeżdżała maleńką białą furgonetką. Mmę 
Ramotswe czekał jednak trudny dzień i chciała sporządzić listę rzeczy do zrobienia.

- Bardzo wcześnie pani przyjechała, mma - powiedziała mma Makutsi. - Czy coś się 

stało?

Mma Ramotswe pogrążyła się w zadumie. Istotnie stało się bardzo wiele, ale nie chciała 

zasmucać ramy Makutsi, więc postanowiła robić dobrą minę do złej gry.

- Nie, nie. Ale musimy zacząć się przygotowywać do przeprowadzki. Poza tym będzie 

pani musiała zabrać się do porządkowania spraw warsztatu. Pan J.L.B. Matekoni nie czuje się 
najlepiej   i   prawdopodobnie   na   jakiś   czas   wyjedzie.   To   oznacza,   że   będzie   pani   nie 
kierownikiem administracyjnym,  tylko p.o. dyrektora zakładu. Od dzisiaj taki przysługuje 
pani tytuł.

Mma Makutsi promieniała.
-   Będę   się   starała   jak   najlepiej   sprawdzić   w   roli   p.o.   dyrektora.   Przyrzekam,   że   nie 

sprawię pani zawodu.

- Oczywiście, że nie sprawi mi pani zawodu. Jestem pewna, że doskonale wywiąże się 

pani ze swego zadania.

Przez następną godzinę pracowały w przyjaznym milczeniu. Mma Ramotswe wykreśliła 

kilka pozycji  ze swojej  listy,  a kilka dodała. Wczesny ranek to najlepszy czas  na pracę, 
zwłaszcza w porze gorącej. W upalnych miesiącach, przed nadejściem deszczów, temperatura 
tak bardzo wzrasta, że niebo rozpala się do białości. W chłodzie poranka, kiedy słońce ledwo 
ogrzewa skórę i powietrze wciąż jest rześkie, wydaje się, że nie ma rzeczy niemożliwych. 
Później, w skwarze i duchocie, na ciało i umysł spływa odrętwienie. Rano łatwo się myśli - i 
sporządza   listy   rzeczy   do   zrobienia.   Po   południu   człowiek   myśli   tylko   o   końcu   dnia   i 
ochłodzeniu,   jakie   on   ze   sobą   przyniesie.   To   jedyna   wada   Botswany,   uważała   mma 

background image

Ramotswe. Wiedziała, że to idealny kraj - wszyscy Batswana o tym wiedzieli - ale byłby 
jeszcze   bardziej   idealny,   gdyby   dało   się   obniżyć   temperaturę   w   trzech   najgorętszych 
miesiącach.

O   dziewiątej   mma   Makutsi   zaparzyła   kubek   herbaty   z   czerwonokrzewu   dla   mmy 

Ramotswe   i  zwykłej   dla  siebie.  Mma  Makutsi  próbowała  się  przyzwyczaić   do herbaty z 
czerwonokrzewu i dzielnie ją piła przez pierwsze kilka miesięcy pracy w agencji, ale w końcu 
przyznała, że ten smak jej nie odpowiada. Od tej pory były dwa czajniczki, jeden dla niej i 
jeden dla mmy Ramotswe.

- Jest za mocna - powiedziała. - I moim zdaniem trąci szczurami.
- Nieprawda - zaprotestowała mma Ramotswe. - Rooibos jest dla smakoszy herbaty, a 

zwykła dla każdego.

Na czas picia herbaty praca stawała w miejscu. Przerwę na herbatę od niepamiętnych 

czasów przeznaczało się na wymianę  plotek, poważne tematy zostawiając na boku. Mma 
Makutsi spytała o pana J.L.B. Matekoniego i mma  Ramotswe zdała jej krótką relację ze 
swojej nieudanej wizyty u niego.

- Wydawało się, że nic go nie interesuje. Gdybym mu powiedziała, że jego dom płonie, 

przypuszczalnie niezbyt by się tym przejął. Coś niezwykłego.

-   Widywałam   już   takich   ludzi.   Moją   kuzynkę   umieszczono   w   szpitalu   w   Lobatse   i 

odwiedziłam  ją tam. Mnóstwo ludzi siedziało i gapiło się w niebo. Byli  też tacy,  którzy 
krzyczeli na gości, wywrzaskiwali dziwne rzeczy, zupełnie bez sensu.

Mma Ramotswe zmarszczyła brwi.
- Pani chodzi o szpital wariatów. Pan J.L.B. Matekoni nie jest wariatem.
- Oczywiście, że nie - zmitygowała się pospiesznie mma Makutsi. - On nigdy by nie 

zwariował. Oczywiście, że nie.

Mma Ramotswe wypiła łyk herbaty.
- Ale muszę posłać go do lekarza. Słyszałam, że taki stan można leczyć. To się nazywa 

depresja. Są na to pigułki.

- To dobrze. Pan J.L.B. Matekoni poczuje się lepiej. Jestem tego pewna.
Mma Ramotswe podała jej kubek do ponownego napełnienia.
- A co u pani rodziny w Bobonong? Wszyscy zdrowi?
Mma Makutsi nalała jej do kubka mocno naciągniętej czerwonej herbaty.
- Tak, dziękuję, mma.
Mma Ramotswe westchnęła.
- Myślę, że w Bobonong żyje się łatwiej niż w Gaborone. Tutaj musimy się przejmować 

tymi wszystkimi problemami, a w Bobonong nic nie ma, tylko kupa kamieni. - Zreflektowała 
się. - Oczywiście to bardzo przyjemna miejscowość. Bardzo ładna.

Mma Makutsi parsknęła śmiechem.
- Może pani być  szczera. Bobonong nie jest dla wszystkich, ja się nie obrażam.  Nie 

background image

chciałabym tam wracać, kiedy już zobaczyłam, jak wygląda życie w Gaborone.

-   Zmarnowałaby   się  tam   pani.   Na  co   komu   dyplom   studium   sekretarskiego   w   takim 

Bobonong? Mrówki by go zjadły.

Mma Makutsi rzuciła okiem na oprawiony w ramki dyplom, który wisiał na ścianie.
- Musimy pamiętać o jego zabraniu, kiedy będziemy się przeprowadzały. Nie chciałabym 

go tutaj zostawiać.

- Oczywiście, że nie - odparła mma Ramotswe, która nie miała żadnego dyplomu. - Jest 

ważny dla klientów, zwiększa ich zaufanie do firmy.

- Dziękuję pani.
Przerwa na herbatę dobiegła końca. Mma Makutsi poszła umyć kubki pod rurą z tyłu 

budynku. Tuż po jej powrocie zjawił się klient. Był to pierwszy interesant w tym tygodniu i 
żadna z nich nie była przygotowana na wizytę wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny, 
który zapukał do drzwi i zgodnie z dobrym obyczajem botswańskim zaczekał, aż zostanie 
zaproszony do środka. Zupełnie zaskoczył je również fakt, że klient zajechał pod agencję 
rządowym mercedesem, z szoferem w liberii na wyposażeniu.

- Wie pani, kim jestem, mma? - spytał, przyjąwszy zaproszenie do zajęcia miejsca na 

krześle po drugiej strome biurka mmy Ramotswe.

- Oczywiście, że wiem, rra - odparła uprzejmie. - Ma pan coś wspólnego z rządem. Jest 

pan człowiekiem z rządu. Widziałam pana wiele razy w gazetach.

Człowiek z rządu machnął dłonią ze zniecierpliwieniem.
- Tak, to też. Ale czy wie pani, kim jestem poza tym?
Mma Makutsi chrząknęła uprzejmie i człowiek z rządu przekręcił głowę w jej stronę.
- To moja asystentka - wyjaśniła mma Ramotswe. - Ona dużo wie.
- Jest pan również powinowatym wodza plemienia - powiedziała mma Makutsi. - Pana 

ojciec jest kuzynem jego rodziny. Wiem o tym, bo pochodzę z tych samych stron.

Człowiek z rządu uśmiechnął się.
- Ma pani dobre informacje.
- A pańska małżonka - podjęła mma Makutsi - jest spokrewniona z królem Lesotho, 

prawda? Jej zdjęcie też widziałam.

Człowiek z rządu świsnął przez zęby z podziwu.
- Czapki z głów! Widzę, że trafiłem we właściwe miejsce. Wy chyba wszystko wiecie.
Mma Ramotswe skinęła głową do mmy Makutsi i uśmiechnęła się.
- To nasza rola wiedzieć jak najwięcej - powiedziała. - Prywatny detektyw, który nic nie 

wie, byłby bezużyteczny. Zajmujemy się informacjami, na tym polega nasza praca. Tak jak 
pańska praca polega na wydawaniu poleceń pracownikom administracji.

- Ja nie tylko wydaję polecenia. - Człowiek z rządu najwyraźniej poczuł się dotknięty. - 

Muszę też formułować politykę. Muszę podejmować decyzje.

background image

-   Oczywiście   -   przytaknęła   pospiesznie   mma   Ramotswe.   -   To   z   pewnością   bardzo 

odpowiedzialna praca być człowiekiem z rządu.

Człowiek z rządu skinął głową.
-  Nie  jest  lekko  - przyznał.   - I  nie  ułatwia   to sprawy,  jeśli  ma   się  na głowie   jakieś 

zmartwienia. Co noc budzę się o drugiej, trzeciej, i te kłopoty każą mi usiąść na łóżku. Nie 
wysypiam się i kiedy rano przychodzi do podejmowania decyzji, huczy mi w głowie i nie 
potrafię myśleć. Tak to już jest, kiedy człowiek się martwi.

Mma Ramotswe wiedziała, że zaraz przejdą do rzeczy. Było łatwiej, kiedy klient mógł 

dotrzeć do przyczyny swojej wizyty okrężną drogą, zamiast od razu chwytać byka za rogi. Ta 
metoda wydawała się mniej obcesowa.

- Możemy pomóc na zmartwienia - powiedziała. - Czasem umiemy sprawić, żeby całkiem 

znikły.

- Tak słyszałem - odrzekł człowiek z rządu. - Ludzie mówią, że czyni pani cuda. Takie 

krążą o pani słuchy.

- Bardzo pan miły, rra.
Urwała,   rozważając   w   myślach   różne   możliwości.   Chodziło   zapewne   o   niewierność, 

najczęstszy problem klientów, którzy się do niej zgłaszali, zwłaszcza jeśli - jak w przypadku 
człowieka z rządu - z racji wykonywanej pracy mało bywali w domu. A może o sprawy 
polityczne,   co   stanowiłoby   dla   niej   nowe   wyzwanie.   Nic   nie   wiedziała   na   temat 
funkcjonowania partii politycznych, poza tym że nieustannie się tam intryguje. Przeczytała 
wszystko   na   temat   amerykańskich   prezydentów   i   ich   kłopotów   z   różnymi   skandalami, 
dotyczącymi kobiet, włamywaczy i tak dalej. Czy takie rzeczy mogły się dziać w Botswanie? 
Wykluczone. A jeśli nawet, to ona nie chciałaby się w to angażować. Nie wyobrażała sobie, 
że   miałaby   spotykać   się   z   informatorami   w   ciemnych   zaułkach   w   środku   nocy   albo 
rozmawiać   szeptem   z   dziennikarzami   po   knajpach.   Z   drugiej   strony  może   mma   Makutsi 
ucieszyłaby się z takiej okazji?

Człowiek z rządu uniósł dłoń, jakby prosił o ciszę. Był to władczy gest, ale czegóż innego 

oczekiwać od latorośli wpływowego rodu?

- Rozumiem, że rozmawiamy poufnie - powiedział, łypiąc na mmę Makutsi.
- Moja asystentka umie dotrzymać tajemnicy - uspokajała go mma Ramotswe. - Może pan 

liczyć na jej dyskrecję.

Człowiek z rządu zmrużył oczy.
- Mam nadzieję. Wiem, jakie są kobiety. Lubią paplać.
Mma Ramotswe otworzyła szerzej oczy z oburzenia.
-   Mogę   pana   zapewnić,   rra   -   powiedziała   lodowatym   tonem   -   że   Kobieca   Agencja 

Detektywistyczna   Nr   1   ściśle   przestrzega   zasad   poufności.   Rygorystycznie   się   tego 
trzymamy. I dotyczy to nie tylko mnie, ale również tej pani, mmy Makutsi. Jeśli ma pan co do 
tego wątpliwości, to radziłabym udać się do innej agencji. Nie będę miała o to pretensji. I 

background image

jeszcze jedna rzecz, rra. W tym kraju rzeczywiście sporo się papla, ale w mojej ocenie robią 
to głównie mężczyźni. Większość kobiet nie ma na to czasu.

Splotła dłonie na blacie biurka. Wyraziła swoje zdanie i nie byłaby zdziwiona, gdyby 

człowiek z rządu wstał i wyszedł. Osoby na takim stanowisku raczej nie są przyzwyczajone 
do tego, żeby odnosić się do nich w taki sposób, więc przypuszczalnie mocno go to uraziło.

Przez dłuższą chwilę człowiek z rządu wpatrywał się w mmę Ramotswe bez słowa.
- No tak - odezwał się w końcu. - Ma pani całkowitą słuszność. Przepraszam za sugestię, 

że nie umiałaby pani dotrzymać tajemnicy. - Potem odwrócił się w stronę mmy Makutsi. - 
Panią też przepraszam, mma. To nie było uprzejme z mojej strony.

Mma Ramotswe poczuła, że napięcie odpływa.
- Świetnie - powiedziała. - A teraz może nam pan opowie o tych swoich zmartwieniach. 

Moja asystentka nastawi wodę na herbatę. Woli pan z czerwonokrzewu czy zwykłą?

- Z czerwonokrzewu - odparł człowiek z rządu. - Moim zdaniem pomaga na kłopoty.

- Ponieważ wiecie, kim jestem - powiedział - nie muszę  zaczynać  od początku, a w 

każdym   razie   nie   od   samego   początku.   Wiecie,   że   jestem   synem   ważnego   człowieka. 
Pierworodnym synem, co oznacza, że stanę na czele rodu, kiedy Bóg wezwie mojego ojca do 
siebie. Ale mam nadzieję, że nieprędko to nastąpi.

Mam  dwóch braci.   Jeden z  nich  ma  nie  całkiem   poukładane  w  głowie.   Z nikim  nie 

rozmawia. Od małego z nikim nie rozmawiał i niczym się nie interesował. Wysłaliśmy go 
więc na tereny wypasowe i jest szczęśliwy. Mieszka tam cały czas i nie ma z nim kłopotów. 
Siedzi i liczy bydło, a jak kończy, to zaczyna od nowa. Nie oczekuje od życia niczego innego, 
chociaż ma już trzydzieści osiem lat.

Mój drugi brat jest znacznie młodszy ode mnie. Ja mam pięćdziesiąt cztery lata, a on 

dwadzieścia sześć. Przyszedł na świat z innej matki. Mój ojciec jest staroświecki i ma dwie 
żony. Mojego brata urodziła młodsza z nich. Jest też dziewięć sióstr z obu matek. Wiele z 
nich   powychodziło   za   mąż   i   mają   dzieci,   jesteśmy   więc   liczną   rodziną,   ale   dorosłych   i 
zdrowych na umyśle mężczyzn jest tylko dwóch, ja i mój dwudziestosześcioletni brat. Na 
imię ma Mogadi.

Bardzo   lubię   mojego   brata.   Ponieważ   jestem   od   niego   dużo   starszy,   bardzo   dobrze 

pamiętam go jako dzidziusia. Kiedy trochę podrósł, nauczyłem go wielu rzeczy. Pokazałem 
mu, jak się znajduje robaki mopane. Pokazałem mu, jak się łapie latające mrówki, kiedy 
wychodzą ze swoich nor na początku pory deszczowej. Powiedziałem mu, co w buszu jest 
jadalne, a co niejadalne.

Pewnego dnia uratował mi życie. Byliśmy na jednym z pastwisk, gdzie ojciec trzyma 

część swoich stad. Jest tam bardzo sucho, ale mój ojciec zainstalował wiatrak, który pompuje 
wodę   dla   bydła.   Głęboko   pod   ziemią   jest   mnóstwo   bardzo   smacznej   wody.   Ludzie   z 
plemienia Basarwa lubili przychodzić i pić tę wodę podczas swoich wędrówek. Wykonywali 

background image

dla mojego ojca jakieś prace w zamian za mleko krowie, a jak im się poszczęściło, to także za 
odrobinę mięsa. Lubili ojca, bo ich nie bił, w przeciwieństwie do niektórych ludzi, co traktują 
ich sjambokami. Nigdy nie mogłem pogodzić się z tym, że tych ludzi się bije.

Zabrałem   mojego   brata   na   spotkanie   z   Basarwa,   którzy   obozowali   pod   drzewem 

niedaleko od nas. Mieli proce ze skóry strusia i chciałem ich poprosić o jedną dla mojego 
brata. Wziąłem trochę mięsa na wymianę. Liczyłem na to, że może dadzą nam również strusie 
jajo.

Właśnie spadły pierwsze deszcze, więc urosła świeża trawa i kwiaty. Wie pani, mma, jak 

tam   jest   po   pierwszych   deszczach.   Ziemia   mięknie   i   nagle   wszystko   porastają   kwiaty. 
Wygląda to przepięknie i na chwilę człowiek zapomina, jak bardzo było  gorąco, sucho i 
ciężko. Szliśmy ścieżką wydeptaną przez krowy, ja przodem, brat tuż za mną. Wlókł za sobą 
długi kij. Byłem bardzo szczęśliwy, że tam jestem z moim braciszkiem, i cieszyłem się na 
widok   świeżej   trawy,   którą   znowu   miało   się   utuczyć   bydło.   Nagle   zawołał   do   mnie   i 
przystanąłem. W trawie obok nas syczał wąż, z uniesionym łbem i otwartą paszczą. Był to 
duży wąż, mniej więcej tak długi, jak ja jestem wysoki, i dźwignął nad ziemię odcinek ciała 
długości ramienia. Od razu wiedziałem, jaki to gatunek, i serce we mnie zamarło.

Zastygłem, bo wiedziałem, że przy najmniejszym ruchu wąż może się na mnie rzucić, a 

był tylko kawałek ode mnie. Patrzył na mnie tymi wściekłymi oczami mamby i pomyślałem, 
że zaraz mnie ukąsi, a ja nie mogę temu zapobiec.

Nagle   usłyszałem   jakieś   szurnięcie   i   zobaczyłem,   że   mój   brat,   który   miał   wtedy 

jedenaście   albo   dwanaście   lat,   przesuwa   koniec   kija   po   ziemi   w   stronę   węża.   Mamba 
poruszyła łbem i zanim się zorientowaliśmy, zaatakowała koniec kija. To dało mi czas, żeby 
się obrócić, złapać mojego brata i pobiec ścieżką. Wąż zniknął. Ugryzł kij i być może złamał 
sobie ząb jadowy. W każdym razie nie ścigał nas.

Brat   uratował   mi   życie.   Na   pewno   pani   wie,   mma,   co   oznacza   ukąszenie   mamby. 

Człowiek   nie   ma   żadnych   szans.   Od   tego   dnia   wiedziałem,   że   zawdzięczam   swojemu 
braciszkowi życie. To było  jakieś czternaście lat temu. Teraz rzadko chodzimy razem po 
buszu,   ale   nadal   bardzo   kocham   mojego   brata.   I   dlatego   byłem   nieszczęśliwy,   kiedy 
przyjechał do Gaborone z wiadomością, że zamierza się ożenić z dziewczyną z Mahalapye 
poznaną tutaj na studiach. Znam jej ojca, który jest urzędnikiem w jednym z ministerstw. 
Widuję go siedzącego pod drzewem z innymi  urzędnikami w porze lunchu, zawsze mnie 
pozdrawia, jak obok niego przejeżdżam. Z początku też do niego machałem, ale teraz już nie 
zadaję   sobie   trudu.   Mam   pozdrawiać   jakiegoś   urzędnika   tylko   dlatego,   że   jego   córka 
zbałamuciła mojego brata? Brat mieszka teraz na naszej farmie na pomoc od Pilane. Zarządza 
nią bardzo dobrze i ojciec jest z niego zadowolony. Do tego stopnia, że przepisał farmę na 
niego. Tym samym mój brat jest bogatym człowiekiem. Nie jestem zawistny, bo mam inną 
farmę, która też należała do ojca. Mogadi ożenił się z tą dziewczyną trzy miesiące temu i 
wprowadziła się do niego. Moi rodzice też tam mieszkają, a ciotki spędzają na farmie znaczną 

background image

część roku. Dom jest bardzo duży i starcza miejsca dla wszystkich.

Matka nie chciała, żeby mój brat żenił się z tą dziewczyną. Powiedziała, że nie będzie z 

niej dobrej żony i że sprowadzi na rodzinę nieszczęście. Ja też uważałem, że to nie jest dobry 
pomysł, ale ja znałem powody, dla których dziewczyna chciała wyjść za mojego brata. Nie 
sądzę, żeby to miało cokolwiek wspólnego z miłością. Podejrzewam, że namówił ją do tego 
jej ojciec, bo mój brat pochodzi z bogatej i wpływowej rodziny. Nigdy nie zapomnę tego, jak 
jej ojciec rozglądał się po domu, kiedy przyszedł porozmawiać z moim ojcem o weselu. Oczy 
pałały mu chciwością i widziałem, że podlicza wartość wszystkiego. Spytał nawet mojego 
brata, ile ma krów - sam pewnie nie ma ani jednej sztuki!

Zaakceptowałem decyzję mojego brata, chociaż uważałem ją za błędną, i starałem się 

traktować jego żonę jak najuprzejmiej. Nie przyszło mi to jednak łatwo, bo widziałem, że cały 
czas nastawia mojego brata przeciwko jego rodzinie. Nie mam wątpliwości, że chce wysiudać 
moich rodziców z domu. Zraziła też do siebie moje ciotki. Jest tak, jakby do domu wleciała 
osa, która ciągle bzy czy i próbuje ukąsić domowników.

Już samo to daje powód do zmartwienia, ale potem zdarzyło się coś, co jeszcze bardziej 

mnie zaniepokoiło. Kilka tygodni temu odwiedziłem brata. Zostałem poinformowany, że nie 
czuje się dobrze. Poszedłem do jego pokoju i zobaczyłem, że leży w łóżku, trzymając się za 
brzuch. Powiedział, że coś mu zaszkodziło, może zepsute mięso.

Spytałem, czy był u lekarza, a on odpowiedział, że nie jest z nim aż tak źle. Uważał, że 

szybko wyzdrowieje, chociaż w tej chwili czuł się fatalnie. Poszedłem porozmawiać z matką, 
która siedziała sama na werandzie.

Dała mi znak, żebym usiadł obok niej, i sprawdziwszy, że w pobliżu nie ma nikogo, 

podzieliła się ze mną swoimi podejrzeniami.

„Ta nowa żona próbuje otruć twojego brata”, stwierdziła. „Widziałam ją, jak wchodziła 

do kuchni, zanim podano posiłek. Powiedziałam mu, żeby nie jadł mięsa do końca, bo moim 
zdaniem jest zepsute. Gdybym go nie ostrzegła, zjadłby całą porcję i umarł. Ona próbuje go 
otruć”.

Spytałem, czemu miałaby to robić. „Dopiero co wyszła za sympatycznego i bogatego 

mężczyznę. Dlaczego miałaby chcieć tak szybko się go pozbyć?”

Moja matka roześmiała się. „Bo jako wdowa byłaby znacznie bogatsza niż jako żona. 

Jeśli on umrze, zanim urodzą im się dzieci, cały majątek przejdzie na nią. Tak zapisał w 
testamencie. Farma, dom, wszystko. A kiedy będzie już to miała, może wyrzucić nas i ciotki. 
Ale najpierw musi go zabić”.

W pierwszej chwili wydało mi się to śmieszne, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, 

tym większego nabierałem przekonania, że żona mojego brata istotnie ma bardzo rozsądny 
motyw. Nie mogłem omówić tego z bratem, bo on nie chce słyszeć złego słowa na temat 
swojej żony, więc pomyślałem, że może poproszę kogoś z zewnątrz, żeby przyjrzał się tej 
sprawie. Mma Ramotswe przerwała mu ruchem ręki. - Od takich rzeczy jest policja, rra. To 

background image

oni się zajmują trucicielami  i tym  podobnymi.  My nie jesteśmy tego typu detektywami  - 
pomagamy   ludziom   w   rozwiązywaniu   problemów   życiowych.   Nie   jesteśmy   od   ścigania 
zbrodni.

Mma Ramotswe zauważyła,  że mma  Makutsi ma  zdruzgotaną minę.  Szefowa agencji 

wiedziała, że jej asystentka hołduje innym wyobrażeniom na temat ich roli. Taka jest różnica 
między kobietą bez mała czterdziestoletnią i dwudziestoośmioletnią, pomyślała. Jak ktoś ma 
prawie czterdzieści lat - a jeśli ktoś jest pedantyczny, to pełne czterdzieści - to nie szuka 
mocnych wrażeń. Jak ktoś ma dwadzieścia osiem lat, ugania się za nimi na całego. Rzecz 
jasna, mma Ramotswe doskonale to rozumiała. Wychodząc za Note Mokotiego, całą duszą 
pragnęła   blasku,   jaki   łączył   się   z   byciem   żoną   znanego   muzyka,   człowieka,   za   którym 
obracały   się   wszystkie   głowy,   mężczyzny,   którego   głos   wibrował   jazzowymi   nutami 
wydobywanymi   przezeń   ze   srebrnej   trąbki   Selmera.   Kiedy   małżeństwo   rozpadło   się   po 
rozpaczliwie  krótkim czasie, zostawiwszy po sobie na pamiątkę  jedynie  maleńki,  smutny 
kamień   na   grobie   przedwcześnie   urodzonego   dziecka,   pragnęła   życia   ustabilizowanego   i 
uporządkowanego. Z pewnością nie szukała mocnych wrażeń. Zresztą Clovis Andersen, autor 
katechizmu jej zawodu, książki zatytułowanej  Zasady prowadzenia prywatnych dochodzeń
ostrzegał   wyraźnie,   na   drugiej,   a   może   nawet   pierwszej   stronie,   że   osoby,   które   zostają 
prywatnymi   detektywami   w   poszukiwaniu   pełnego   wrażeń   życia,   mają   z   gruntu   błędne 
wyobrażenie o charakterze tej pracy. „Naszym zadaniem - napisał w akapicie, który utkwił 
mmie Ramotswe w pamięci i który przytoczyła w pełnym brzmieniu mmie Makutsi, kiedy ją 
zatrudniała - jest pomoc ludziom potrzebującym w rozwiązywaniu ich problemów życiowych. 
Nasze powołanie  odznacza się niewielkim  dramatyzmem.  Jest to raczej proces  cierpliwej 
obserwacji, dedukcji i analizy. Jesteśmy czujnymi obserwatorami, patrzymy i przekazujemy 
informacje. W naszej pracy nie ma nic romantycznego, toteż ci, którzy potrzebują w życiu 
romantyzmu, powinni w tym momencie zamknąć ten podręcznik i zająć się czymś innym”.

Oczy   mmy   Makutsi   zasnuła   mgiełka,   kiedy   mma   Ramotswe   jej   to   zacytowała. 

Najwyraźniej patrzyła na pracę detektywistyczną zupełnie inaczej. Teraz, kiedy zasiadł przed 
nimi   sam   człowiek   z  rządu,   aby  opowiedzieć   o  rodzinnych   intrygach   i   przypuszczalnym 
trucicielstwie, nareszcie miała poczucie, że czeka je fascynujące śledztwo. A tymczasem mma 
Ramotswe chciała dać mu kosza!

Człowiek   z rządu  badał   mmę  Ramotswe  wzrokiem.  Jej  wtrącenie  się  zezłościło   go i 

można było odnieść wrażenie, że z trudem hamuje gniew. Mma Makutsi zauważyła, że górna 
warga mu drży.

- Nie mogę iść na policję - odparł, siląc się na normalny ton. - Co miałbym powiedzieć? 

Policja nawet ode mnie zażądałaby jakichś dowodów. Tłumaczyliby się, że przecież nie mogą 
wejść do tego domu i aresztować kobiety, która wszystkiego by się zaparła, a jej mąż by 
powiedział: „Ta kobieta nic nie zrobiła. Co wam strzeliło do głowy?”

Urwał   i   spojrzał   na   mmę   Ramotswe   takim   wzrokiem,   jakby   przedstawił   miażdżący 

background image

argument.

- I co? - spytał po chwili. - Skoro nie mogę iść na policję, jest to zadanie dla prywatnego 

detektywa. Od tego jesteście, prawda?

Mma   Ramotswe   odwzajemniła   spojrzenie,   co   już   stanowiło   jakąś   odpowiedź.   W 

tradycyjnym społeczeństwie kobiecie nie wolno było tak niezmąconym wzrokiem patrzeć w 
oczy mężczyźnie jego rangi. Byłoby to nadzwyczaj obcesowe. Ale czasy się zmieniły, mma 
Ramotswe  była  obywatelką  nowoczesnej  Republiki Botswany,  której konstytucja  stała na 
straży godności wszystkich obywateli, w tym detektywów płci niewieściej. Konstytucja ta 
obowiązywała   nieprzerwanie   od   tego   pamiętnego   dnia   w   1966   roku,   kiedy   na   stadionie 
spuszczono   flagę   brytyjską   i   do   wtóru   wiwatów   tłumu   wciągnięto   na   maszt   ten   piękny 
niebieski   sztandar.   Był   to   absolutny   rekord   Afryki.   A   właścicielka   agencji,   Precious 
Ramotswe,   była   w   końcu   córką   świętej   pamięci   Obeda   Ramotswe,   człowieka,   który   nie 
ustępował   godnością   i   walorami   charakteru   nikomu,   nawet   przedstawicielom   rodów 
naczelników plemiennych. Aż do dnia swojej śmierci miał prawo patrzeć w oczy każdemu i 
przekazał jej to prawo w spadku.

- To ja decyduję, czy wezmę daną sprawę, rra - powiedziała. - Nie mogę pomóc każdemu. 

Staram się pomagać jak najlepiej, ale kiedy nie mogę się podjąć jakiejś sprawy, to mówię, że 
bardzo   mi   przykro,   ale   nic   się   nie   da   zrobić.   Takie   mamy   zasady   w   Kobiecej   Agencji 
Detektywistycznej Nr 1. W pana przypadku po prostu nie widzę, w jaki sposób miałybyśmy 
uzyskać   niezbędne   informacje.   To   jest   problem   rodzinny.   Nie   wyobrażam   sobie,   w   jaki 
sposób obca osoba miałaby się czegoś dowiedzieć.

Człowiek z rządu milczał. Zerknął na mmę Makutsi, która spuściła jednak wzrok.
- Rozumiem - rzekł po dłuższej chwili. - Sądzę, że nie chce mi pani pomóc, mma. Cóż, 

bardzo mnie to smuci. - Urwał. - Czy ma pani pozwolenie na tę działalność, mma?

Mma Ramotswe wstrzymała oddech.
-   Pozwolenie?   Czy   jest   ustawa,   która   wymaga   od   prywatnego   detektywa   uzyskania 

pozwolenia?

Człowiek z rządu uśmiechnął się, ale wzrok miał zimny.
- Przypuszczalnie nie. Nie sprawdzałem tego. Ale mogłaby być. Regulacja, rozumie pani? 

Musimy regulować działalność gospodarczą. Dlatego wymagamy uzyskania licencji od ludzi, 
którzy   chcą   być   domokrążcami   czy   sprzedawcami   towarów   mieszanych,   i   możemy   je 
odebrać,   jeśli   okażą   się   niezdatni   do   wykonywania   tych   zawodów.   Wie   pani,   jak   to 
funkcjonuje.

Ustami swojej córki, swojej Precious, przemówił Obed Ramotswe.
- Nie słyszę tego, co pan mówi, rra. Nie słyszę tego.
Mma Makutsi nagle zaczęła głośno szeleścić papierami.
- Oczywiście ma pani słuszność, mma - powiedziała. - Nie można po prostu iść do tej 

kobiety i spytać, czy planuje zamordować męża. To by nic nie dało.

background image

- Właśnie - odparła mma Ramotswe. - I dlatego jesteśmy bezradne.
- Mam jednak pewien pomysł - dodała szybko mma Makutsi. - Chyba wiem, co można 

zrobić.

Człowiek z rządu obrócił się twarzą w stronę mmy Makutsi.
- Co to za pomysł, mma?
Mma Makutsi przełknęła ślinę. Żar inspiracji był tak silny, że zdawało się, iż jej okulary 

świecą.

- Trzeba dostać się do domu i posłuchać, o czym ci ludzie mówią. Trzeba obserwować 

kobietę, która planuje taką zbrodnię. Trzeba zaglądnąć jej do serca.

- Tak, tego od was oczekuję - powiedział człowiek z rządu. - Zaglądnijcie w to serce i 

znajdźcie to zło. A potem oświećcie to zło latarką i powiedzcie mojemu bratu: „Niech pan 
spojrzy! Niech pan spojrzy na to złe serce pana żony! Widzi pan, jak ona knuje? Cały czas 
nikczemnie knuje!”

- To nie takie proste - zaoponowała mma Ramotswe. - Życie nie jest takie proste.
- Bardzo panią proszę, mma, wysłuchajmy tej mądrej kobiety w okularach. Na pewno ma 

dla nas znakomite propozycje.

Mma Makutsi poprawiła okulary i podjęła:
- W domu jest służba, prawda?
- Pięć osób - odparł człowiek z rządu. - Plus ci, którzy pracują poza domem. I ludzie 

zajmujący się bydłem. Są też dawni służący ojca. Nie mogą już pracować, ale siedzą przed 
domem na słońcu i ojciec dobrze ich karmi. Są bardzo grubi.

- Nic nie ujdzie uwagi służby domowej - powiedziała mma Makutsi. - Pokojówka zagląda 

w łoże małżonków, prawda? Kucharz zagląda w ich żołądki. Służący są zawsze na miejscu i 
patrzą, patrzą, patrzą. Rozmawiają z innymi służącymi. Służący wszystko wiedzą.

- Czyli pojedzie tam pani i porozmawia ze służbą? - spytał człowiek z rządu. - Ale czy oni 

zechcą pani coś powiedzieć? Będą się bali, że stracą pracę. Będą milczeli albo mówili, że nie 
dzieje się nic ciekawego.

- Ale mma Ramotswe umie rozmawiać z ludźmi - skontrowała mma Makutsi. - Ludzie się 

przed nią otwierają. Widziałam ją w akcji. Nie mógłby pan załatwić, żeby się zatrzymała na 
kilka dni w domu pana ojca?

- Oczywiście, że mógłbym.  Powiem rodzicom, że pewna kobieta, wobec której mam 

polityczny dług, musi na kilka dni zniknąć z Gaborone, bo ma tutaj kłopoty. Na pewno ją 
przyjmą.

Mma Ramotswe łypnęła na mmę Makutsi. Nie było rolą jej asystentki wysuwać takie 

sugestie, zwłaszcza wciągające ją w sprawy, którymi nie miała ochoty się zająć. Zamierzała 
pomówić z nią o tym, ale nie chciała jej zawstydzać przy tym despotycznym i pełnym pychy 
człowieku. Postanowiła  wziąć  sprawę, ale nie dlatego,  że zadziałała  cienko zawoalowana 
groźba - energicznie się jej przeciwstawiła, twierdząc, że nic nie słyszy - lecz dlatego, że 

background image

podsunięto jej sposób na jej rozwiązanie.

-   Dobrze,   weźmiemy   to,   rra.   Ale   nie   z   powodu   tego,   co   pan   do   mnie   powiedział, 

zwłaszcza tych słów, których nie słyszałam. - Zawiesiła znacząco głos. - Jednak ja sama na 
miejscu zdecyduję, co mam robić. Panu nie wolno się do tego mieszać.

Człowiek z rządu skinął głową zachwycony.
- Oczywiście, mma. Nie mam nic przeciwko temu. I przepraszam za te rzeczy, których 

nie należało  mówić.  Musi pani zrozumieć,  że mój  brat jest dla mnie  bardzo ważny.  Nie 
powiedziałbym tego wszystkiego, gdybym się o niego nie bał.

Mma Ramotswe zlustrowała go wzrokiem. Wierzyła, że naprawdę kocha swojego brata. 

Z pewnością boleśnie przeżył fakt jego ożenku z kobietą, która budziła w nim taką nieufność.

- Już zapomniałam, co zostało powiedziane, rra - uspokoiła go mma Ramotswe. - Niech 

się pan tym nie przejmuje.

Człowiek z rządu wstał.
- Zacznie pani jutro? Wszystko załatwię.
- Nie, za kilka dni. Mam jeszcze wiele do zrobienia w Gaborone. Ale proszę się nie 

martwić, zrobię wszystko, co będę mogła, dla pańskiego brata. Kiedy już weźmiemy jakąś 
sprawę, traktujemy ją poważnie. To mogę panu przyrzec.

Człowiek z rządu pochylił się nad biurkiem i ujął ją za obie dłonie.
- Bardzo dobra z pani kobieta, mma. Wszystko, co o pani mówią to prawda. - Odwrócił 

się do mmy Makutsi. - A pani jest bardzo mądra, mma. Jeśli znudzi się pani kiedyś praca 
detektywistyczna, to niech pani przyjdzie pracować dla rządu. Rząd potrzebuje takich kobiet 
jak pani. Większość kobiet, które u nas pracują jest do niczego. Nic tylko siedzą i malują 
sobie paznokcie. Widziałem to na własne oczy. Myślę, że pani by się nie obijała.

Mma   Ramotswe   zamierzała   coś   powiedzieć,   ale   człowiek   z   rządu   wyszedł   z   biura. 

Zobaczyły przez okno, że kierowca otwiera mu drzwi, a potem zamyka je za nim.

- Gdybym poszła pracować w rządzie, co oczywiście nie wchodzi w rachubę, to ile czasu 

by upłynęło, zanim bym dostała taki samochód z kierowcą?

Mma Ramotswe parsknęła śmiechem.
- Niech pani nie wierzy w każde jego słowo. Tacy ludzie składają najrozmaitsze obietnice 

bez pokrycia. To człowiek głupi i próżny.

- Ale czy mówił prawdę o żonie swojego brata? - spytała mma Makutsi zaniepokojona.
- Raczej tak. Nie sądzę, żeby to zmyślił. Ale niech pani pamięta o tym, co powiedział 

Clovis Andersen. Każda historia ma dwie strony. Na razie poznałyśmy tylko jedną.

Życie się komplikuje, pomyślała mma Ramotswe. Właśnie wzięła przypuszczalnie bardzo 

trudną sprawę, która wymagała od niej wyjazdu z Gaborone. Sytuację dodatkowo utrudniał 
problem z panem J.L.B. Matekonim i Tlokweng Road Speedy Motors. Do tego jeszcze dzieci. 
Teraz, kiedy już się zadomowiły przy Zebra Drive, należało zapewnić im jakiś program dnia. 

background image

Rose, gosposia, mogła ją w tym wspomóc, ale mma Ramotswe nie mogła zrzucać na nią 
wszystkiego.

Na   czele   listy,   którą   sporządziła   tego   ranka,   znajdowało   się   przygotowanie   biura   do 

przeprowadzki.   Teraz   uznała,   że   na   pierwsze   miejsce   należy   przesunąć   warsztat,   a   biuro 
umieścić na drugim. Potem szły dzieci. Wpisała SZKOŁA i numer telefonu pod spodem. 
Następny   punkt:   WEZWAĆ   CZŁOWIEKA   DO   NAPRAWIENIA   LODÓWKI.   Potem: 
ZABRAĆ   SYNA   ROSE   DO   LEKARZA   Z   POWODU   ASTMY,   a   na   końcu:   PODJĄĆ 
JAKIEŚ DZIAŁANIA W SPRAWIE ZŁEJ ŻONY.

- Mma Makutsi - powiedziała. - Chyba zawiozę panią teraz do warsztatu. Nie możemy 

zostawić   pana   J.L.B.   Matekoniego   na   lodzie,   nawet   jeśli   zachowuje   się   ostatnio   trochę 
dziwnie. Od dzisiaj zacznie pani pełnić obowiązki dyrektora. Zawiozę panią furgonetką.

Mma Makutsi skinęła głową.
- Jestem gotowa, mma. Jestem gotowa do dyrektorowania.

background image

Rozdział szósty

Pod nową dyrekcją

Firma Tlokweng Road Speedy Motors należała do kompleksu trzech budynków, razem ze 

sklepem   wielobranżowym,   prowadzącym   tanią   odzież,   parafinę,   syrop   i   wszelkie   inne 
możliwe towary, oraz składem budowlanym handlującym drewnem i blachą falistą na dachy. 
Warsztat   znajdował   się   na   wschodnim   końcu   kompleksu.   Wokół   rosło   kilka   kolczastych 
krzewów,   a   z   przodu   była   stara   pompa   benzynowa.   Panu   J.L.B.   Matekoniemu   obiecano 
lepszy dystrybutor, ale szefowie firmy paliwowej nie chcieli dopuścić do tego, żeby robił 
konkurencję ich nowocześniejszym stacjom benzynowym, i obietnica wypadła im z pamięci. 
Nadal   dostarczali   mu   benzynę,   do   czego   zobowiązywała   ich   umowa,   ale   robili   to   bez 
entuzjazmu i lubili zapominać o terminach dostaw. W rezultacie zbiorniki z benzyną często 
stały puste.

Nie miało to jednak większego znaczenia. Klienci nie przyjeżdżali do Tlokweng Road 

Speedy Motors po benzynę, lecz po to, żeby pan J.L.B. Matekoni naprawił im samochód. Byli 
to ludzie, którzy umieli odróżnić dobrego mechanika od takiego, który tylko naprawia auta. 
Dobry   mechanik   rozumie   samochody.   Potrafi   zdiagnozować   usterkę   na   ucho,   tak   jak 
doświadczony lekarz potrafi po jednym spojrzeniu rozpoznać dolegliwość.

- Silniki mówią - tłumaczył terminatorom. - Słuchajcie ich. Mówią wam, co im dolega. 

Wystarczy tylko nastawić uszy.

Uczniowie oczywiście nie zrozumieli, o co mu chodzi. Mieli zupełnie inne spojrzenie na 

technikę i nie pojmowali, że silniki mają nastroje i uczucia, że silnik może czuć się spięty czy 
zestresowany albo odprężony i spokojny. Zatrudnianie terminatorów było aktem miłosierdzia 
ze strony pana J.L.B. Matekoniego, który dążył do tego, żeby po przejściu jego pokolenia na 
emeryturę Botswana dysponowała dostateczną liczbą porządnie wyszkolonych mechaników.

- Afryka do niczego nie dojdzie bez mechaników - oznajmił kiedyś mmie Ramotswe. - 

Mechanicy to kamień węgielny budynku. Wyżej są lekarze, pielęgniarki, nauczyciele, ale bez 
mechaników cała konstrukcja by się zawaliła. Dlatego tak ważne jest uczenie młodych ludzi 
na mechaników.

background image

Kiedy mma Ramotswe i mma Makutsi podjechały pod Tlokweng Road Speedy Motors, 

zobaczyły jednego z uczniów za kierownicą auta, które drugi terminator pchał powoli do 
warsztatu. Na ich widok pchacz porzucił swoją robotę, żeby na nie spojrzeć, i samochód 
zaczął się cofać.

Mma Ramotswe zaparkowała maleńką białą furgonetkę pod drzewem i razem z mmą 

Makutsi podeszły do drzwi biura.

- Dzień dobry, bomma - powiedział wyższy z uczniów. - Ma pani zepsute zawieszenie, 

mma Ramotswe. Jest pani na nie za ciężka. Niech pani zobaczy, jak furgonetka siada po 
jednej stronie. Jak pani chce, to pani naprawimy.

- Mojemu autu nic nie dolega - odpaliła mma Ramotswe. - Pan J.L.B. Matekoni osobiście 

zajmuje się tą furgonetką. Nigdy nic nie mówił o zawieszeniu.

- Ale on ostatnio w ogóle nic nie mówi. Zrobił się bardzo milczący.
Mma Makutsi zatrzymała się i spojrzała na chłopca.
- Jestem mma  Makutsi, p.o. dyrektora firmy - powiedziała, mierząc go wzrokiem zza 

swoich dużych okularów. - Chcesz porozmawiać o zawieszeniu, to przyjdź do mnie do biura. 
A na razie mi powiedz, czyj to samochód i co z nim robicie.

Terminator spojrzał przez ramię, szukając wsparcia u kolegi.
- To jest samochód kobiety, która mieszka za komisariatem policji. Myślę, że jest damą 

lekkich obyczajów. - Roześmiał się. - Używa tego auta do podrywania mężczyzn, a teraz nie 
chce jej zapalić, więc nici z roboty. Ha, ha!

Mma Makutsi zawrzała gniewem.
- Nie chce zapalić, tak?
- Właśnie. Więc Charlie i ja musieliśmy je przyholować. Teraz wtaczamy je do warsztatu, 

żeby   rzucić   okiem   na   silnik.   Myślę,   że   szykuje   się   grubsza   robota.   Może   trzeba   będzie 
wymienić aparat zapłonowy, a to kosztuje mnóstwo pieniędzy, więc dobrze, że ta kobieta nie 
narzeka na brak klientów. Ha, ha!

Mma Makutsi zsunęła okulary na czubek nosa i spojrzała znad nich na chłopaka.
- A co z akumulatorem? Może siadł akumulator. Próbowaliście zapalić na pych?
Uczeń przestał się śmiać.
- Albo podłączyć inny akumulator? - spytała mma Ramotswe.
Uczeń pokręcił głową.
- To stary samochód. Na pewno coś innego nawaliło.
-   Bzdura   -   orzekła   mma   Makutsi.   -   Podnieście   maskę.   Jest   w   warsztacie   dobry 

akumulator? Podłączcie kable i spróbujcie.

Pomocnik spojrzał na kolegę, który wzruszył ramionami.
- Szybciej - zniecierpliwiła się mma Makutsi. - Mam w biurze mnóstwo do zrobienia. 

Pospieszcie się!

Mma Ramotswe bez słowa patrzyła razem z mma Makutsi, jak terminatorzy wtaczają 

background image

auto do warsztatu i podłączają nowo naładowany akumulator. Potem jeden z nich z nadąsaną 
miną usiadł za kierownicą i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zapalił za pierwszym razem.

-   Naładujcie   stary   akumulator   -   poleciła   mma   Makutsi.   -   Potem   wymieńcie   olej   i 

odwieźcie auto tej kobiecie. Przeproście, że to tak długo trwało, i powiedzcie, że w ramach 
rekompensaty za darmo wymieniliśmy olej. - Odwróciła się do mmy Ramotswe, która stała 
obok niej uśmiechnięta. - Lojalność klienta to bardzo ważna rzecz. Jeśli zrobić dla niego coś 
ekstra, pozostanie wierny firmie. To jest podstawowa zasada w interesach.

- Absolutnie podstawowa - zgodziła się z nią mma Ramotswe.
Jej wątpliwości co do tego, czy mma Makutsi zdoła pokierować warsztatem, zaczynały 

się rozwiewać.

- Zna się pani na samochodach? - spytała od niechcenia swoją asystentkę, kiedy zaczęły 

odgruzowywać biurko pana J.L.B. Matekoniego.

- Nie bardzo - odparła mma Makutsi. - Ale dobrze się znam na maszynach do pisania, a 

wszystkie maszyny są do siebie bardzo podobne, nie uważa pani?

Pierwszym  zadaniem  było  ustalenie,  które  samochody czekają  na naprawę i  w jakiej 

kolejności.  Charlie,  starszy z  uczniów, został  wezwany do biura  i poproszony o podanie 
wszystkich   otrzymanych   zleceń.   Wyszło   na   jaw,   że   na   tyłach   warsztatu   parkuje   osiem 
samochodów czekających na części zamienne. Niektóre z tych części zamówiono, innych nie. 
Sporządziwszy listę, mma Makutsi zadzwoniła po kolei do wszystkich dostawców.

- Pan J.L.B. Matekoni jest bardzo niezadowolony - mówiła ostrym tonem. - Nie będziemy 

w stanie zapłacić za stare zamówienia, jeśli uniemożliwicie nam dalsze naprawy. Rozumie 
pan?

Padły obietnice, które w większości zostały dotrzymane. Kilka godzin później pojawiły 

się części zamienne, przywiezione przez samych dostawców. Zostały porządnie oznakowane - 
jak twierdzili terminatorzy,  rzecz bezprecedensowa - i ułożone na stole roboczym według 
kolejności   zleceń.   Dwaj   uczniowie,   których   działania   koordynowała   mma   Makutsi, 
pracowicie wymieniali części, testowali  silniki i w końcu oddawali każdy pojazd do p.o. 
dyrektora do sprawdzenia. Mma Makutsi pytała ich, co zostało zrobione, czasem dokonywała 
inspekcji wykonanej pracy, a potem, jako że nie umiała prowadzić, oddawała samochód mmie 
Ramotswe na jazdę próbną. Na koniec informowała właściciela telefonicznie, że auto jest do 
odebrania. Wyjaśniała, że w ramach rekompensaty za opóźnienie rachunek zostanie obniżony 
o   połowę.   Udobruchało   to   wszystkich   właścicieli   oprócz   jednego,   który   oznajmił,   że   w 
przyszłości uda się gdzie indziej.

-   W   takim   razie   nie   skorzysta   pan   z   naszej   oferty   darmowych   usług   -   powiedziała 

spokojnie mma Makutsi. - Szkoda.

Rozmówca zmienił zdanie. Do końca dnia firma Tlokweng Road Speedy Motors zwróciła 

sześć samochodów właścicielom, którzy najwyraźniej wybaczyli zwłokę.

- To był dobry pierwszy dzień - powiedziała mma Makutsi, razem z mma Ramotswe 

background image

obserwując wykończonych terminatorów, którzy wracali piechotą do swoich domów. - Ci 
chłopcy bardzo ciężko pracowali. Dałam każdemu z nich po pięćdziesiąt puli premii. Byli 
bardzo szczęśliwi i jestem pewna, że staną się lepszymi pracownikami. Zobaczy pani.

Mma Ramotswe zadumała się.
- Chyba ma pani rację, mma. Jest pani znakomitą szefową.
- Dziękuję pani. Ale teraz musimy wracać do domów, bo jutro mamy bardzo wiele do 

zrobienia.

Mma Ramotswe odwiozła swoją asystentkę maleńką białą furgonetką. Na ulicach roiło 

się od ludzi wracających z pracy. Przeładowane busy przechylały się niebezpiecznie na jedną 
stronę,  rowery  wiozły pasażerów   na  bagażnikach,   a wiele   osób  szło  pieszo,  wymachując 
ramionami, pogwizdując, rozmyślając, snując marzenia. Mma Ramotswe dobrze znała drogę, 
bo już wiele razy odwoziła mmę Makutsi do domu. Mijała znajome rudery z gromadkami 
wgapionych, ciekawskich dzieci, jakie zamieszkują tego rodzaju dzielnice. Wysadziła swoją 
asystentkę   przed   bramą   frontową   i   patrzyła,   jak   mma   Makutsi   idzie   do   swojej   szopy   za 
domem. Wydawało jej się, że dostrzega w drzwiach czyjąś postać, może cień, ale potem mma 
Makutsi odwróciła się, i nie chcąc wyjść na podglądaczkę, pani detektyw musiała odjechać.

background image

Rozdział siódmy

Potrójne życie pewnej dziewczyny

Nie każdy ma gosposię, ale jeśli ktoś dobrze zarabia i mieszka w tak dużym domu jak 

mma Ramotswe, to nie zatrudniając gosposi - a nawet kilkorga służby - daje świadectwo 
egoizmu.  Mma  Ramotswe wiedziała,  że w niektórych  krajach ludzie nie mają służących, 
nawet jeśli stać ich na to z nawiązką. Nie mogła tego zrozumieć. Jeśli ludzie będący w stanie 
dać pracę służącym nie robią tego, to co mają począć służący?

W Botswanie w każdym domu takim jak ten przy Zebra Drive - czy nawet w każdym 

domu z więcej niż dwiema sypialniami - pracuje służący. Istnieją przepisy regulujące płace 
służby domowej, ale często nie są przestrzegane. Niektórzy traktują swoich służących bardzo 
źle, marnie ich opłacają i żądają tyrania od rana do nocy. Mma Ramotswe podejrzewała, że 
tacy ludzie stanowią większość. Wyzysk ten jest botswańską mroczną tajemnicą, o której nikt 
nie chce rozmawiać. A już na pewno nikt nie lubi mówić o tym, jak w przeszłości traktowano 
członków ludu Masarwa - w gruncie rzeczy jak niewolników - i jeśli ktoś o tym wspomni, 
ludzie z zakłopotaną miną zmieniają temat. Ale takie rzeczy się zdarzały i gdzieniegdzie nadal 
się zdarzają. Oczywiście nie tylko w Botswanie, lecz w całej Afryce. Niewolnictwo było 
wielką krzywdą  wyrządzoną Afryce,  ale nie brakowało gorliwych  afrykańskich  handlarzy 
niewolnikami,   którzy   sprzedawali   swoich   pobratymców,   a   ponadto   do   tej   pory   ogromne 
rzesze Afrykanów pracują za głodowe zarobki w warunkach, które trudno nazwać inaczej niż 
niewolnictwem. Do tych cichych, słabych ludzi zalicza się służba domowa.

Mma   Ramotswe   nie   mogła   wyjść   ze   zdumienia,   że   ludzie   potrafią   tak   bezdusznie 

traktować   swoją   służbę.   Była   kiedyś   w   domu   u   przyjaciółki,   która   jako   coś   zupełnie 
naturalnego podała fakt, że jej gosposia ma pięć dni urlopu w roku, i to bezpłatnego. Znajoma 
przechwalała się, że obcięła gosposi pensję, bo uznała ją za leniwą.

- Czemu od ciebie nie odejdzie, skoro jej coś takiego zrobiłaś? - spytała mma Ramotswe.
Przyjaciółka wybuchła śmiechem.
-   Dokąd   ma   odejść?   Mnóstwo   ludzi   czyha   na   jej   posadę   i   ona   o   tym   wie.   Wie,   że 

mogłabym zatrudnić kogoś na jej miejsce za połowę jej pensji.

background image

Mma Ramotswe nic na to nie odpowiedziała, ale w tym momencie milcząco zerwała 

znajomość. Historia ta dała jej do myślenia. Czy można przyjaźnić się z osobą, która źle 
postępuje? A może przyjaciółmi złych ludzi zostają zawsze inni źli ludzie, bo tylko źli ludzie 
mogą mieć ze sobą dostatecznie dużo wspólnego, żeby się zaprzyjaźnić? Mma Ramotswe 
pomyślała   o   powszechnie   znanych   złoczyńcach.   Na   przykład   o   Idi   Aminie   czy   Henriku 
Verwoerdzie.   Idi   Amin   nie   był   oczywiście   całkiem   normalny.   Może   nie   był   złym 
człowiekiem w takim samym znaczeniu jak Verwoerd, który sprawiał wrażenie zdrowego na 
umyśle, ale serce miał z lodu. Czy ktoś kochał pana Verwoerda? Czy ktoś trzymał go za rękę? 
Mma Ramotswe uznała, że tak. Ludzie przyszli na jego pogrzeb i płakali zupełnie jak na 
pogrzebach   dobrych   ludzi.   Pan   Verwoerd   miał   rodzinę,   która   być   może   nie   składała   się 
wyłącznie ze złych ludzi. Teraz, kiedy za granicą z RPA wszystko się zmieniło, ludzie ci 
musieli jakoś dalej żyć. Może zrozumieli, jakich krzywd się dopuścili, a nawet jeśli nie, to 
większość im wybaczyła. W sercach zwykłych Afrykańczyków z reguły nie ma miejsca na 
nienawiść. Afrykańczycy bywają głupi, podobnie jak mieszkańcy wszystkich kontynentów, 
ale nie chowają uraz, co pokazał światu Nelson Mandela. I Seretse Khama, pomyślała mma 
Ramotswe. Poza Botswaną nikt już o nim nie pamięta, a przecież był to jeden z wybitnych 
Afrykańczyków. Uścisnął dłoń jej ojcu, Obedowi Ramotswe, kiedy odwiedził Mochudi, żeby 
porozmawiać   ze   zwykłymi   obywatelami.   Ona,   Precious   Ramotswe,   wówczas   młoda 
dziewczyna, widziała, jak wysiada z samochodu i otaczają go ludzie, a pośród nich jej ojciec, 
ze   sfatygowanym   kapeluszem   w   dłoni.   Kiedy   Khama   uścisnął   dłoń   jej   ojca,   serce   mmy 
Ramotswe napęczniało dumą. Przypominała sobie tę sytuację za każdym razem, gdy spojrzała 
na fotografię męża opatrznościowego, stojącą na gzymsie kominka.

Przyjaciółka mmy Ramotswe, która źle traktowała swoją gosposię, nie zasługiwała na 

miano  łajdaczki. Była  dobra dla swojej rodziny i zawsze życzliwie odnosiła się do mmy 
Ramotswe, ale co się tyczy gosposi - mma Ramotswe poznała tę sympatyczną i pracowitą 
kobietę z Molepolole - najwyraźniej lekceważyła jej uczucia. Mma Ramotswe pomyślała, że 
takie zachowanie bierze się z ignorancji, z nieumiejętności zrozumienia nadziei i aspiracji 
innych. A zrozumienie uczuć innych, uważała mma  Ramotswe, leży u podstaw wszelkiej 
moralności. Jeśli wiesz, co czuje inna osoba, jeśli umiesz postawić się na jej miejscu, to nie 
zadasz jej dodatkowego bólu, bo wtedy w jakimś sensie raniłbyś samego siebie.

Mma Ramotswe miała świadomość, że wokół moralności toczą się zażarte spory, ale dla 

niej sprawa była całkiem prosta. Po pierwsze, jest tradycyjna moralność botswańska, w każdej 
sytuacji słuszna. Kto jej przestrzega, ten nie zgrzeszy i nie ma powodów do zmartwienia. Są 
też, rzecz jasna, inne systemy moralne. Na przykład Dekalog, którego nauczyła się przed laty 
na   pamięć   w   szkółce   niedzielnej   w   Mochudi.   Ta   moralność   również   bezwzględnie 
obowiązuje.   Te   kodeksy   moralne   przypominają   botswański   kodeks   karny,   bo   należy   ich 
przestrzegać w całej rozciągłości. Nie można wcielać się w rolę Sądu Najwyższego i samemu 
rozstrzygać, które przepisy będzie się honorowało, a których nie. Kodeksów moralnych nie 

background image

można traktować wybiórczo, nie można też ich kwestionować. Nie można mówić, że będzie 
się przestrzegało tego zakazu, ale tamtego już nie, zależnie od tego, jak komu pasuje. „Nie 
będę kradł - skądże znowu - ale cudzołóstwo to inna para kaloszy: inni ludzie grzeszą, kiedy 
cudzołożą, ale ja nie”.

Moralność jest dla każdego, pomyślała mma Ramotswe, a to oznacza, że nie można jej 

tworzyć na podstawie poglądów jednej osoby. Stąd właśnie bierze się słabość nowoczesnej 
moralności, z jej naciskiem na rolę jednostki oraz indywidualnych rozstrzygnięć. Jeśli dać 
ludziom możliwość wypracowania sobie własnej moralności, to stworzą system, który będzie 
dla   nich   jak  najmniej   uciążliwy  i   w   większości   sytuacji   będzie   im   pozwalał   postępować 
według   własnego   widzimisię.   Mma   Ramotswe   uważała   to   za   zwykły   egoizm,   wbrew 
wszystkim szumnym nazwom, jakimi opatrywane są te systemy.

Mma Ramotswe słuchała kiedyś  w BBC World Service audycji, która wprawiła ją w 

osłupienie.   Chodziło   o   filozofów,   którzy   nazywali   się   egzystencjalistami   i,   o   ile   mma 
Ramotswe dobrze zrozumiała, mieszkali we Francji. Francuzi ci twierdzili, że należy tak żyć, 
aby mieć poczucie, że żyje się naprawdę, a kto żyje naprawdę, ten postępuje słusznie. Mma 
Ramotswe   słuchała   tego   ze   zdumieniem.   Nie   trzeba   jechać   do   Francji,   żeby   spotkać 
egzystencjalistów,   pomyślała.   Wielu   z   nich   żyje   tutaj,   w   Botswanie.   Na   przykład   Note 
Mokoti. Wyszła kiedyś za egzystencjalistę, sama o tym nie wiedząc. Note, temu samolubowi, 
który   nigdy   nie   zrobił   nic   dla   drugiego   -   nawet   dla   swojej   żony   -   spodobaliby   się 
egzystencjaliści, a on im. Z pewnością bardzo egzystencjalistycznie jest chodzić co wieczór 
do knajpy, zostawiając w domu ciężarną żonę, a szczytem egzystencjalizmu jest zabawianie 
się z poznanymi w knajpach dziewczynami, młodymi egzystencjalistkami. Egzystencjaliści 
mają klawe życie, czego nie można powiedzieć o nieegzystencjalistach, którzy ich otaczają.

Mma   Ramotswe   nie   traktowała   swojej   gosposi   Rose   według   zasad   egzystencjalizmu. 

Rose pracowała u niej od dnia, kiedy pani detektyw przeprowadziła się na Zebra Drive. Mma 
Ramotswe   zauważyła,   że   istnieje   sieć   bezrobotnych,   wśród   której   szybko   rozchodzi   się 
wiadomość, że ktoś przenosi się do nowego domu i może potrzebować służącej. Rose zjawiła 
się w domu godzinę po mmie Ramotswe.

- Będzie pani potrzebowała gosposi, mma - powiedziała. - Jestem bardzo dobrą gosposią. 

Będę ciężko pracowała i nigdy nie sprawię pani kłopotu. Mogę zacząć od razu.

Mma   Ramotswe   natychmiast   dokonała   oceny.   Miała   przed   sobą   budzącą   zaufanie, 

schludną kobietę około trzydziestki. Zobaczyła jednak także, że osoba ta jest matką i jedno z 
jej  dzieci  stoi za  bramą,  kukając  do środka. Zadała  sobie pytanie,  co matka  powiedziała 
wcześniej dziecku: „Jeśli ta kobieta weźmie mnie na gosposię, dziś wieczór będziemy mieli 
co jeść. Nie traćmy nadziei. Zaczekaj tutaj i stań na palcach”. Stań na palcach znaczy w 
setswana to samo, co wśród białych trzymaj kciuki.

Mma Ramotswe zerknęła ku bramie i zobaczyła, że dziewczynka istotnie stoi na palcach. 

background image

Wiedziała, że jest tylko jedna odpowiedź.

Spojrzała na tę kobietę.
- Tak, potrzebuję gosposi i dam pani tę pracę, mma.
Kobieta  klasnęła  z wdzięczności  w dłonie  i pomachała  dziecku.  To wielki przywilej, 

pomyślała mma Ramotswe, móc kogoś tak uszczęśliwić jednym wypowiedzianym zdaniem.

Rose bardzo szybko udowodniła, że mma Ramotswe podjęła słuszną decyzję. Poprzedni 

właściciele, bałaganiarze, zostawili dom przy Zebra Drive w stanie skrajnego zapuszczenia. 
W każdym kącie zalegał kurz. Przez trzy dni Rose zamiatała, froterowała i czyściła, aż w 
całym domu pachniało pastą do podłogi, a każda powierzchnia lśniła. Ponadto gosposia mmy 
Ramotswe   znała  się  na  gotowaniu  i  fantastycznie  prasowała.  Mma   Ramotswe   dobrze  się 
ubierała, ale często brakowało jej energii, żeby wyprasować sobie bluzki tak pięknie, jakby 
sobie tego życzyła. Rose robiła to z pasją, która wkrótce znalazła odzwierciedlenie w ostrych 
kantach i wielkich połaciach materiału bez jednej zmarszczki.

Rose zamieszkała w domku dla służby na tylnym  podwórzu. Składał się on z dwóch 

pokojów z prysznicem i toaletą oraz krytym gankiem, na którym można było rozpalić ogień 
do gotowania. Rose spała w jednym pokoju, a dwójka jej małych dzieci w drugim. Były też 
starsze dzieci, w tym stolarz, który zarabiał dobre pieniądze. Mimo to z trudem starczało im 
na życie, zwłaszcza że młodszy syn chorował na astmę i trzeba mu było kupować drogie 
inhalatory.

Kiedy mma Ramotswe wróciła do domu po odwiezieniu mmy Makutsi, zastała Rose w 

kuchni  na  szorowaniu  okopconego  garnka.  Spytała   uprzejmie,   jak minął   gosposi  dzień,  i 
usłyszała, że bardzo dobrze.

- Pomogłam Motholeli wziąć kąpiel, a teraz czyta coś braciszkowi w salonie. Biegał cały 

dzień   i   jest   bardzo   zmęczony.   Szybko   zaśnie.   Tylko   myśl   o   jedzeniu   go   przed   tym 
powstrzymuje.

Mma   Ramotswe   podziękowała   jej   z   uśmiechem.   Minął   miesiąc,   odkąd   pan   J.L.B. 

Matekoni przywiózł dzieci z sierocińca, lecz mma Ramotswe nie zdążyła się jeszcze całkiem 
przyzwyczaić do ich obecności. To był jego pomysł - którego zresztą z nią nie skonsultował, 
zanim wziął na siebie rolę przybranego ojca - ale zaakceptowała sytuację i dzieci szybko 
zdobyły   jej   serce.   Motholeli,   która   jeździła   na   wózku   inwalidzkim,   pomagała   w   domu   i 
wykazała   zainteresowanie   naprawianiem   samochodów   -   budząc   zachwyt   pana   J.L.B. 
Matekoniego.   Jej   młodszego   brata   trudniej   było   zgłębić.   Był   żywotnym   dzieckiem   i 
odpowiadał  uprzejmie,  kiedy się do niego coś mówiło,  ale wolał przebywać sam albo w 
towarzystwie siostry niż z innymi dziećmi. Motholeli znalazła już kilka koleżanek, chłopiec 
zaś jakby stronił od zawierania przyjaźni.

Dziewczynka   zaczęła   chodzić   do   pobliskiej   szkoły   średniej   i   dobrze   się   tam   czuła. 

Każdego ranka pod bramę przychodziły dwie koleżanki z klasy do pchania wózka.

background image

Mma Ramotswe była pełna podziwu.
- Nauczyciele wam kazali? - spytała jednej z nich.
- Nie, mma. Przyjaźnimy się z Motholeli i dlatego to robimy.
- Dobre z was dziewczynki. Wyrośniecie na dobre kobiety. Brawo.
Chłopcu znaleziono miejsce w pobliskiej szkole podstawowej, ale mma Ramotswe liczyła 

na to, że pan J.L.B. Matekoni pośle go do Thornhill. Nauka w tej prywatnej szkole sporo 
kosztowała i teraz pani detektyw zadawała sobie pytanie, czy to będzie możliwe. Kolejna 
sprawa do załatwienia, oprócz warsztatu, uczniów, domu pana J.L.B. Matekoniego i dzieci. 
No i ślubu - którego termin pozostawał nie ustalony - lecz mma Ramotswe w tej chwili nie 
miała odwagi o tym myśleć.

Przeszła do salonu i zobaczyła, że Motholeli czyta coś chłopcu, który siedzi obok wózka.
- Widzę, że czytasz braciszkowi historię. Czy to jest ładna historia?
Motholeli obejrzała się i uśmiechnęła.
- To nie jest historia, mma. A w każdym razie nie taka prawdziwa z książki. Napisałam ją 

w szkole, a teraz mu ją czytam.

Mma Ramotswe przysiadła na podłokietniku sofy.
- Mogłabyś zacząć od początku? Chciałabym ją usłyszeć.

„Na imię mi Motholeli i skończyłam  trzynaście lat. Mam siedmioletniego brata. Moi 

rodzice nie żyją.  Bardzo mi  z tego powodu smutno,  ale  cieszę  się, że ja żyję  i że mam 
swojego braciszka.

Jestem dziewczynką, która miała trzy życia. Pierwsze życie było wtedy, jak mieszkałam z 

mamą i ciotkami, i wujkami na bagnach Makadikadi w pobliżu Nata. To było dawno i byłam 
bardzo  mała.  Moje plemię  to  byli  Buszmeni,   którzy  przenosili  się  z  miejsca   na miejsce. 
Umieli znajdować sobie w buszu jedzenie, wykopując korzonki. Byli bardzo mądrzy, ale nikt 
ich nie lubił.

Mama   dała   mi   bransoletkę   ze   skóry   strusia   z   powszywanymi   kawałkami   skorupy 

strusiego jaja. Nadal ją mam. To jedyna rzecz, która została mi po matce.

Po śmierci mamy uratowałam mojego braciszka, którego zakopali w piasku razem z nią. 

Nie   był   głęboko,   więc   zgarnęłam   mu   piasek   z   buzi   i   zobaczyłam,   że   jeszcze   oddycha. 
Wzięłam go na ręce i pobiegłam przez busz, aż znalazłam jakąś drogę. Ktoś jechał ciężarówką 
i jak mnie zobaczył, to się zatrzymał i zabrał mnie do Francistown. Nie pamiętam, co tam się 
działo,   ale   w   końcu   oddali   mnie   kobiecie,   która   powiedziała,   że   mogę   mieszkać   na   jej 
podwórzu. Mieli małą szopę, w której było bardzo gorąco, jak słońce na nią świeciło, za to w 
nocy robiło się tam chłodno. Spałam tam ze swoim maleńkim braciszkiem.

Karmiłam   go   jedzeniem,   które   dawali   mi   w   domu.   Robiłam   różne   rzeczy   dla   tych 

dobrych ludzi. Prałam im ubrania i wieszałam na sznurze. Myłam też garnki, bo nie mieli 
służącej. Na podwórzu mieszkał także pies. Któregoś dnia ugryzł mnie mocno w stopę. Mąż 

background image

kobiety bardzo się na niego zezłościł i stłukł go kijem. Od tego bicia, że był niedobry, pies 
zdechł.

Potem ciężko zachorowałam i kobieta zabrała mnie do szpitala. Wbijali we mnie igły i 

wzięli mi trochę krwi. Ale nic nie pomagało i po jakimś czasie nie mogłam więcej chodzić. 
Dali   mi   kule,   ale   nie   bardzo   umiałam   ich   używać.   Potem   znaleźli   dla   mnie   wózek,   co 
znaczyło, że mogłam wrócić do domu. Ale kobieta powiedziała, że dziewczynka na wózku 
nie może mieszkać na jej podwórzu, bo źle by to wyglądało i ludzie by mówili: »Trzymacie 
na podwórzu dziewczynkę na wózku? To bardzo okrutne«.

Potem przyjechał pan z farmy dla sierot. Była z nim pani z rządu, która powiedziała mi, 

że mam wielkie szczęście, bo to bardzo piękna farma dla sierot. Że mogę zabrać braciszka i że 
będziemy   tam   bardzo   szczęśliwi.   Ale   muszę   zawsze   pamiętać,   żeby   kochać   Jezusa. 
Powiedziałam, że jestem gotowa kochać Jezusa i mojemu braciszkowi też każę go kochać.

To był  koniec mojego pierwszego życia. Drugie życie  zaczęło się w dniu, w którym 

przybyłam na farmę dla sierot. Przyjechaliśmy z Francistown ciężarówką, było mi bardzo 
gorąco i niewygodnie z tyłu. Nie mogłam wysiąść, bo kierowca ciężarówki nie umiał się 
obchodzić z dziewczynką na wózku. Kiedy przyjechaliśmy na farmę dla sierot, miałam mokrą 
sukienkę i bardzo się wstydziłam, zwłaszcza że wszystkie inne sieroty stały i na nas patrzyły. 
Jedna z pań powiedziała dzieciom, żeby przestały się gapić i poszły się pobawić, ale one 
odeszły tylko kawałek i patrzyły na mnie zza drzew.

Wszystkie sieroty mieszkały w domach. W każdym domu było około dziesięciu sierot i 

opiekunka. Opiekunka mojego domu była dobrą kobietą. Dała mi nowe ubranie i szafę na 
moje rzeczy. Nigdy wcześniej nie miałam szafy i byłam z niej bardzo dumna. Dostałam też 
specjalne spinki do włosów. Nigdy nie miałam takich pięknych rzeczy i trzymałam je pod 
poduszką, gdzie były bezpieczne. Czasami budziłam się w nocy i myślałam, jakie miałam 
wielkie   szczęście.   Ale   czasami   płakałam,   bo   myślałam   o   swoim   pierwszym   życiu   i 
zastanawiałam się, gdzie są teraz moi wujkowie i ciotki. Widziałam z łóżka gwiazdy, przez 
szparę   między   zasłonami,   i   myślałam:   gdyby   spojrzeli   do   góry,   to   zobaczyliby   te   same 
gwiazdy i patrzylibyśmy na nie w tym samym czasie. Ale nie byłam pewna, czy o mnie 
pamiętają, bo byłam tylko małą dziewczyną i uciekłam od nich.

Byłam bardzo szczęśliwa na farmie dla sierot. Ciężko pracowałam i mma Potokwani, 

kierowniczka, powiedziała któregoś dnia, że może nam się poszczęści i ona znajdzie dla nas 
nowych  rodziców. Nie wierzyłam  w to za bardzo, bo nikt  by nie chciał  dziewczynki  na 
wózku, skoro było  mnóstwo pierwszorzędnych  sierot, które umiały chodzić  i też  szukały 
domu.

Ale pani Potokwani miała rację. Nie sądziłam, że to pan J.L.B. Matekoni nas weźmie, ale 

bardzo się ucieszyłam, jak powiedział, że możemy u niego zamieszkać. Tak zaczęło się moje 
trzecie życie.

Kiedy odchodziliśmy z farmy dla sierot, upiekli dla nas specjalne ciasto, które zjedliśmy 

background image

razem z opiekunką naszego domu.  Powiedziała,  że zawsze jest jej bardzo smutno,  kiedy 
któraś z sierot odchodzi, czuje się wtedy tak, jakby odchodził członek rodziny. Ale bardzo 
dobrze zna pana J.L.B. Matekoniego i powiedziała mi, że to jeden z najlepszych ludzi w 
Botswanie. Będę u niego bardzo szczęśliwa, dodała.

Pojechaliśmy z braciszkiem do jego domu i wkrótce poznaliśmy jego przyjaciółkę, mmę 

Ramotswe, która wychodzi za mąż za pana J.L.B. Matekoniego. Powiedziała, że będzie moją 
nową matką, i zabrała nas do swojego domu, który lepiej nadaje się dla dzieci niż dom pana 
J.L.B. Matekoniego. Mam tu bardzo ładny pokój i dostałam dużo ubrań. Bardzo się cieszę, że 
w Botswanie są tacy ludzie. Miałam w życiu wiele szczęścia i z całego serca dziękuję mmie 
Ramotswe i panu J.L.B. Matekoniemu.

Jak dorosnę, chciałabym zostać mechanikiem. Będę pomagała panu J.L.B. Matekoniemu 

w warsztacie, a wieczorami będę naprawiała ubrania mmy Ramotswe i gotowała jej kolację. 
Bardzo bym chciała, żeby na starość mogli być ze mnie dumni i powiedzieć, że byłam bardzo 
dobrą córką i dobrą obywatelką Botswany.

Taka   jest   historia   mojego   życia.   Jestem   zwyczajną   dziewczynką   z   Botswany,   ale   to 

wielkie szczęście mieć trzy życia. Większość ludzi ma tylko jedno życie.

Ta historia jest prawdziwa. Nic nie zmyśliłam. Wszystko to stało się naprawdę”.

Kiedy   Motholeli   doczytała   do   końca,   zapadła   cisza.   Chłopczyk   spojrzał   na   siostrę   z 

uśmiechem. Pomyślał: szczęściarz ze mnie, że mam taką mądrą siostrę. Mam nadzieję, że 
Bóg   odda   jej   kiedyś   nogi.   Mma   Ramotswe   położyła   dziewczynce   dłoń   na   ramieniu   i 
pomyślała: będę się opiekowała tym dzieckiem. Jestem teraz jej matką. Rose, która słuchała z 
korytarza, spuściła wzrok na swoje buty i pomyślała: jak ona to dziwnie wyraziła - trzy życia!

background image

Rozdział ósmy

Niedobór serotoniny

Nazajutrz rano mma Ramotswe najpierw zadzwoniła do pana J.L.B. Matekoniego. Często 

rozmawiali ze sobą przez telefon wcześnie rano - a w każdym razie odkąd się zaręczyli - ale z 
reguły  dzwonił   pan  J.L.B.  Matekoni.  Dawał  mmie  Ramotswe   czas  na   wypicie  herbaty  z 
czerwonokrzewu,   co   najchętniej   robiła   w   ogrodzie,   po   czym   wykręcał   numer   do   niej   i 
meldował się dosyć oficjalnie: „Mówi pan J.L.B. Matekoni, mma. Dobrze spałaś?”

Telefon dzwonił ponad minutę, zanim pan J.L.B. Matekoni podniósł słuchawkę.
- Pan J.L.B. Matekoni? To ja. Jak się miewasz? Dobrze spałeś?
Mma Ramotswe poznała po jego zdezorientowanym głosie, że go obudziła.
- O! Tak. Już się obudziłem. To ja.
Mma Ramotswe powtórzyła formalne pozdrowienie. To ważne, by spytać rozmówcę, czy 

dobrze spał - należy podtrzymywać tę starą tradycję.

- Dobrze spałeś, rra?
- Raczej nie - odparł pan J.L.B. Matekoni matowym tonem. - Spędziłem całą noc na 

rozmyślaniach i się nie wyspałem. Zasnąłem, dopiero kiedy wszyscy inni się budzili. Jestem 
potwornie zmęczony.

- To niedobrze. Przykro mi, że cię obudziłam. Wracaj do łóżka i wyśpij się. Nie można 

żyć bez snu.

- Wiem o tym - odparł pan J.L.B. Matekoni z rozdrażnieniem. - Ostatnimi czasy ciągle 

próbuję spać, ale mi się to nie udaje. Mam wrażenie, że w moim pokoju mieszka jakieś 
dziwne zwierzę, które nie chce, żebym spał, i stale mnie trąca.

- Zwierzę? Jakie zwierzę?
-   Nie   ma   żadnego   zwierzęcia.   W   każdym   razie   jak   zapalę   światło.   Tak   tylko   sobie 

powiedziałem. Tak naprawdę nie ma żadnego zwierzęcia.

- Dobrze się czujesz, rra? - spytała mma Ramotswe po chwili milczenia. - Może jesteś 

chory.

- Nie jestem chory - żachnął się pan J.L.B. Matekoni. - Serce bije, płuca wypełniają się 

background image

powietrzem.   Po   prostu   mam   dosyć   tych   wszystkich   problemów.   Boję   się,   że   wszystko 
wyjdzie na jaw. I będę skończony.

Mma Ramotswe zmarszczyła brwi.
- Co wyjdzie na jaw? Co się dzieje?
- Wiesz, o czym mówię - odparł pan J.L.B. Matekoni zniżonym głosem. - Bardzo dobrze 

wiesz.

- O niczym nie wiem, rra. Oprócz tego, że mówisz bardzo dziwne rzeczy.
- Ha! Nie wypieraj się, mma, bardzo dobrze wiesz, o co mi chodzi. Zrobiłem w życiu 

kilka   strasznych   rzeczy,   które   teraz   się   wydadzą   i   zostanę   aresztowany.   Ukarzą   mnie   i 
będziesz się za mnie śmiertelnie wstydziła, mma. Możesz mi wierzyć.

Mma Ramotswe usiłowała milcząco uporać się z tym, co usłyszała. Czy to możliwe, że 

pan J.L.B. Matekoni popełnił jakąś zbrodnię, którą przed nią ukrywał? A teraz wyszła na 
światło dzienne? Nie do pomyślenia! Ten szlachetny człowiek nie potrafiłby się dopuścić 
żadnej nikczemności. Z drugiej strony nawet szlachetni ludzie miewają mroczne tajemnice. 
Słyszała,  że każdy popełnia  w życiu  co najmniej  jedną rzecz, której  się wstydzi.  Biskup 
Makhulu wygłosił kiedyś odczyt na ten temat w Klubie Kobiecym. Powiedział, że nie spotkał 
ani jednej osoby, nawet wśród duchownych, która nie miałaby na swoim koncie jakiegoś 
zawstydzającego czynu. Nawet święci mieli coś na sumieniu. Święty Franciszek, być może, 
nadepnął na gołębia - nie, to niemożliwe, ale może zrobił coś, czego później żałował. Co się 
tyczy  mmy Ramotswe, to chętnie  zmieniłaby parę rzeczy w swoim życiorysie.  W wieku 
sześciu lat oblała syropem najlepszą sukienkę koleżanki, bo sama takiej nie miała. Czasem 
widywała   tę   osobę,   która   mieszkała   teraz   w   Gaborone   i   była   żoną   pracownika   sortowni 
diamentów. Mma Ramotswe zadawała sobie czasem pytanie, czy powinna przyznać się po z 
górą trzydziestu latach do winy, ale nie umiała się na to zdobyć. Za każdym razem, gdy ta 
kobieta   przyjaźnie   ją   pozdrawiała,   mmie   Ramotswe   przypominał   się   jej   postępek:   kiedy 
koleżanka zostawiła któregoś dnia sukienkę w klasie, mała Precious wzięła puszkę z syropem 
i wylała go na różowy materiał. Wiedziała, że któregoś dnia trzeba będzie się przyznać. Może 
powinna poprosić biskupa Makhulu, żeby napisał w jej imieniu list. „Jedna z moich owieczek 
pragnie uzyskać Pani przebaczenie, mma. Bardzo jej ciąży krzywda, którą Pani przed laty 
wyrządziła. Czy pamięta Pani swoją ulubioną różową sukienkę...”

Jeśli   pan   J.L.B.   Matekoni   dopuścił   się   czegoś   podobnego   -   na   przykład   oblał   kogoś 

olejem   silnikowym   -   to   nie   miał   powodów   do   zmartwienia.   Niewiele   jest   krzywd,   poza 
morderstwem, których nie dałoby się naprawić. Wiele z nich jest bardziej błahych, niż się 
wydaje   ich   sprawcy,   i   można   z   czystym   sumieniem   odłożyć   je   do   lamusa.   A   nawet 
poważniejsze mogą zostać wybaczone, jeśli się do nich przyznać. Należało uspokoić pana 
J.L.B. Matekoniego. Łatwo jest zrobić z igły widły, jeśli ktoś się czymś zamartwia przez całą 
noc.

- Każdy zrobił w życiu coś złego, rra. Ty, ja, mma Makutsi, nawet papież. Nikt nie jest 

background image

doskonały. Ludzie się tacy nie rodzą. Nie wolno ci się tym przejmować. Powiedz mi, o co 
chodzi. Na pewno zrobi ci się lżej na sercu.

- Och, nie mogę, mma. Nawet nie śmiem o tym myśleć. Byłabyś potwornie zaszokowana 

i   nie   chciałabyś   mieć   ze   mną   nic   wspólnego.   Widzisz,   nie   jestem   ciebie   godzien.   Nie 
zasługuję na taką dobrą kobietę jak ty.

Mma Ramotswe zaczynała wpadać w złość.
- Głupstwa opowiadasz. Oczywiście, że na mnie zasługujesz. Jestem zupełnie zwyczajną 

osobą, a ty niezwykle prawym człowiekiem. Jesteś bardzo dobrym mechanikiem i ludzie cię 
cenią. Dokąd wysoki komisarz zawozi swoje auto do przeglądu? Do ciebie. Do kogo zwraca 
się farma  dla sierot,  kiedy musi  coś  naprawić?  Do ciebie.  Jesteś  właścicielem  świetnego 
warsztatu i czuję się zaszczycona, że wychodzę za ciebie za mąż. I nie próbuj mi wmawiać, że 
jest inaczej.

Jej słowa zostały skwitowane milczeniem. A potem:
-   Ale   ty   nie   wiesz,   jaki   ze   mnie   zły   człowiek.   Nigdy   ci   nie   powiedziałem   o   tych 

wszystkich łajdactwach.

- To mi powiedz. Powiedz mi teraz. Jestem silna, zniosę to.
- Och, nie mogę tego zrobić, mma. Przeżyłabyś szok.
Mma Ramotswe zdała sobie sprawę, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi, i zmieniła 

taktykę.

- A skoro już mowa o warsztacie: nie było cię wczoraj ani przedwczoraj. Mma Makutsi 

kieruje nim za ciebie, ale to nie może trwać wiecznie.

-   Bardzo   się   cieszę,   że   mma   Makutsi   mnie   zastępuje   -   odparł   pan   J.L.B.   Matekoni 

bezbarwnym tonem. - Czuję się trochę osłabiony. Chyba powinienem zostać w domu. Mma 
Makutsi poradzi sobie ze wszystkim. Podziękuj jej ode mnie.

Mma wzięła głęboki wdech.
-   Nie   jesteś   zdrowy,   panie   J.L.B.   Matekoni.   Mogę   cię   umówić   na   wizytę   u   lekarza. 

Rozmawiałam   z   doktorem   Moffatem.   Powiedział,   że   cię   przyjmie.   Uważa,   że   to   dobry 
pomysł.

- Nic  mi  nie nawala - odparł pan J.L.B. Matekoni. - Nie muszę  chodzić do doktora 

Moffata. Co on może dla mnie zrobić? Nic.

Rozmowa ta mocno zaniepokoiła mmę Ramotswe, która po rozłączeniu się przez kilka 

minut w zdenerwowaniu przemierzała kuchnię. Nie ulegało dla niej wątpliwości, że doktor 
Moffat miał rację: pan J.L.B. Matekoni zachorował na depresję, jak nazwał to lekarz. Teraz 
jednak   bardziej   martwiły   ją   te   straszne   rzeczy   z   jego   przeszłości.   Nie   znała   mniej 
prawdopodobnego kandydata na mordercę niż pan J.L.B. Matekoni, ale gdyby się okazało, że 
jednak? Czy wpłynęłoby to na jej uczucia do niego, gdyby się dowiedziała, że kogoś zabił, 
czy też powiedziałaby sobie, że to nie jego wina, że działał w obronie własnej, gdy stuknął 

background image

ofiarę w czaszkę kluczem francuskim? Tak zawsze robią żony i dziewczyny morderców. No i 
oczywiście matki. Wszystkie matki morderców twierdzą, że ich synowie nie są tacy źli, jak 
ludzie mówią. Oczywiście dla matki mężczyzna do końca życia pozostaje małym chłopcem, a 
mali chłopcy są prawnie niezdolni do popełnienia morderstwa.

Note Mokoti miał zadatki na mordercę. Bez problemu potrafiłby z zimną krwią zabić 

człowieka, ponieważ był pozbawiony uczuć. Łatwo było sobie wyobrazić, że Note zadźgał 
kogoś na śmierć, a potem poszedł sobie tak spokojnie, jakby uścisnął ofierze dłoń. Kiedy bił 
ramę Ramotswe, a robił to wielokrotnie, zanim ją zostawił, nie okazywał emocji. Pewnego 
razu, kiedy rozciął jej łuk brwiowy, przyjrzał się swemu dziełu jak lekarz oglądający ranę.

- Będziesz musiała pójść z tym do szpitala - stwierdził beznamiętnym głosem. - Paskudna 

rana. Na przyszłość musisz bardziej uważać.

W całej historii z Note była wdzięczna za jedną rzecz - że jej tata jeszcze żył, kiedy 

rozstała się z mężem. Przynajmniej zdążył się ucieszyć, że jego córka już nie przebywa pod 
jednym dachem z tym człowiekiem, nawet jeśli przez prawie dwa lata cierpiał razem z nią. 
Kiedy   pojechała   do   niego   i   powiedziała,   że   Note   zniknął,   nie   wypominał   jej,   jaka   była 
nierozsądna, wychodząc  za takiego  typa,  choć być  może  tak sobie pomyślał.  Jak zawsze 
zachował się niezwykle wielkodusznie, powiedział tylko, żeby zamieszkała z powrotem u 
niego, że będzie się nią opiekował i że ma nadzieję, iż życie będzie teraz dla nich łaskawsze.

Jednakże Note Mokoti i pan J.L.B. Matekoni to byli dwaj zupełnie różni ludzie. Zbrodnie 

popełniał Note, nie pan J.L.B. Matekoni. Ale czemu twierdził, że zrobił coś strasznego, skoro 
tak nie było? To pozostało dla niej zagadką i jak zawsze w takich sytuacjach udała się tam, 
gdzie w razie wątpliwości można było uzyskać informacje: do Botswana Book Centre.

Zjadła szybko śniadanie i zostawiła dzieci pod opieką Rose. Chętnie poświęciłaby im 

trochę czasu, ale jej życie było w tej chwili zbyt skomplikowane. Pana J.L.B. Matekoniego 
przeniosła na pierwsze miejsce listy, na dalszych znalazły się: warsztat, śledztwo w sprawie 
brata człowieka z rządu i przeprowadzka do nowego biura. Przytłaczająca lista: każdy punkt 
był pilny, a przecież doba zawsze ma tylko dwadzieścia cztery godziny.

Pojechała   do   centrum,   do   którego   miała   niedaleko,   i   znalazła   dla   maleńkiej   białej 

furgonetki dobre miejsce do parkowania za budynkiem Standard Bank. Potem, pozdrowiwszy 
parę znajomych twarzy na placu, skierowała się ku Botswana Book Centre.

Był to jej ulubiony sklep w mieście. Z reguły przeznaczała dobrą godzinę na zakup nawet 

jednej książki, dzięki czemu miała możliwość poszperać wśród regałów. Jednakże tego ranka 
miała wyraźnie wytyczony cel, toteż oparła się umizgom magazynów ilustrowanych, które 
wabiły ją zdjęciami upiększonych domów i eleganckich sukienek.

- Chciałabym porozmawiać z kierownikiem - powiedziała do osoby z personelu.
- A ja nie mogę pani pomóc? - spytała młoda ekspedientka. Mma Ramotswe nie ustąpiła. 

Ekspedientka   była   uprzejma,   ale   zbyt   młoda,   a   mma   Ramotswe   chciała   pomówić   z 
człowiekiem, który zna się na książkach.

background image

- Nie, chcę porozmawiać z kierownikiem, mma. To ważna sprawa.
Wezwano kierownika, który grzecznie przywitał się z mma Ramotswe.
- Miło panią widzieć. Przyszła pani tutaj w roli detektywa?
Mma Ramotswe roześmiała się.
- Nie, rra. Szukam książki, która by mi  pomogła rozwiązać pewien bardzo delikatny 

problem. Czy mogę liczyć na pańską dyskrecję?

- Oczywiście, mma. Nie spotka pani księgarza, który rozpowiada, jakie książki czytają 

jego klienci. Rygorystycznie tego przestrzegamy.

- Doskonale. Szukam książki o chorobie, która nazywa się depresja. Słyszał pan o takiej 

książce?

Kierownik skinął głową.
- Proszę się nie martwić, mma. Nie tylko słyszałem, ale mam ją na półce. Bardzo mi 

przykro, mma - dodał po chwili przerwy. - Depresja to nieprzyjemna choroba.

Mma Ramotswe spojrzała przez ramię.
- Nie chodzi o mnie, tylko o pana J.L.B. Matekoniego. Myślę, że jest w depresji.
Z miną wyrażającą współczucie kierownik zaprowadził ją do półki w rogu i wyjął cienką 

książkę w czerwonej okładce.

- To bardzo dobra książka o depresji - powiedział, wręczywszy ją mmie Ramotswe. - Jak 

można przeczytać na okładce, wielu ludziom pomogła w uporaniu się z tą chorobą. Bardzo mi 
przykro z powodu pana J.L.B. Matekoniego. Mam nadzieję, że dzięki tej książce poczuje się 
lepiej.

- Bardzo mi pan pomógł, rra. Dziękuję panu. Nasz kraj ma wielkie szczęście, że prowadzi 

pan tę znakomitą księgarnię. Dziękuję serdecznie.

Zapłaciła i wróciła do maleńkiej białej furgonetki, kartkując po drodze książkę. Wpadło 

jej w oko pewne zdanie i zatrzymała się, żeby je przeczytać. „Charakterystycznym objawem 
depresji  jest poczucie,  że zrobiło  się coś  strasznego,  na przykład  zaciągnęło  dług nie do 
spłacenia albo popełniło przestępstwo. Towarzyszy temu zazwyczaj poczucie braku własnej 
wartości.   Występek   z   reguły   jest   oczywiście   wyimaginowany,   ale   żadne   argumenty   nie 
przekonają o tym chorego”.

Mma Ramotswe przeczytała to zdanie ponownie i nastrój niezmiernie jej się poprawił. Po 

książce o depresji raczej nie oczekuje się takiego działania, ale tym razem tak właśnie było. 
Pan J.L.B. Matekoni nie zrobił, rzecz jasna, nic strasznego. Doskonale wiedziała, że jest to 
człowiek   o   nieposzlakowanej   opinii.   Teraz   należało   tylko   zaciągnąć   go   do   lekarza,   żeby 
poddał się leczeniu. Zamknęła książkę i przestudiowała notę na tylnej okładce. „Ta z gruntu 
uleczalna choroba...” To jeszcze bardziej ją pocieszyło. Wiedziała, co trzeba zrobić, i lista, 
która   rano   wydawała   się   jej   taka   długa   i   skomplikowana,   teraz   jej   już   tak   bardzo   nie 
przerażała.

background image

Z Botswana Book Centre pani detektyw  pojechała prosto do Tlokweng Road Speedy 

Motors. Ku swojej wielkiej uldze zobaczyła, że drzwi warsztatu są otwarte i przed biurem stoi 
mma Makutsi z filiżanką herbaty w ręku. Dwaj uczniowie siedzieli na puszkach po oleju, 
jeden palił papierosa, a drugi pił coś zimnego z puszki.

- Dosyć wcześnie na przerwę - powiedziała mma Ramotswe, zerkając na terminatorów.
- Och, mma, zasłużyliśmy sobie na przerwę - odparła mma Makutsi. - Jesteśmy tu już 

dwie i pół godziny. Wszyscy przyszliśmy o szóstej i bardzo ciężko pracowaliśmy.

- Tak, strasznie ciężko - potwierdził jeden z uczniów. - Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. 

Niech jej pani powie, mma. Niech jej pani powie, co pani zrobiła!

- P.o. dyrektora jest mechanikiem numer jeden - wtrącił się drugi uczeń. - Chyba nawet 

lepszym od szefa.

Mma Makutsi parsknęła śmiechem.
- Za bardzo się przyzwyczailiście schlebiać kobietom, chłopcy. Na mnie to nie działa. 

Jestem tutaj jako p.o. dyrektora, a nie jako kobieta.

- Kiedy to prawda, mma - upierał się starszy uczeń. - Skoro pani nie chce powiedzieć, to 

ja powiem. Mieliśmy auto, które stało u nas od kilku dni. Należy do przełożonej pielęgniarek 
w Princess Marina Hospital. To bardzo mocna kobieta i nie chciałbym być zmuszony z nią 
zatańczyć. Ja cię kręcę!

- Ta kobieta w życiu by z tobą nie zatańczyła - zgasiła go mma Makutsi. - Czemu miałaby 

tańczyć   z   usmarowanym   olejem   chłopakiem,   skoro   może   tańczyć   z   chirurgami   i   im 
podobnymi?

Uczeń zbył tę obelgę śmiechem.
- W każdym razie przywiozła swój samochód i powiedziała, że czasem staje na środku 

ulicy i mija trochę czasu, zanim znowu ruszy. A po chwili znów staje. Obejrzeliśmy silnik. 
Zapalił od pierwszego razu. Pojechałem na stare lotnisko, a potem przejechałem się kawałek 
Lobatse   Road.   I   nic.   Ani   razu   nie   zgasł.   Ale   ta   kobieta   mówiła,   że   ciągle   jej   stawał. 
Wymieniłem świece i pojechałem jeszcze raz. Auto zatrzymało się na rondzie koło klubu 
golfowego. Po prostu stanęło. Potem ruszyło. I zdarzyła się dziwna rzecz, o której mówiła 
nam   kobieta:   jak   auto   stanęło,   uruchomiły   się   wycieraczki,   chociaż   nawet   nie   tknąłem 
dźwigienki.

Dzisiaj rano powiedziałem do mmy Makutsi: „To bardzo dziwny samochód, mma. Staje, 

a potem rusza”.

Mma Makutsi przyszła obejrzeć auto. Zajrzała do silnika i zobaczyła, że świece są nowe, 

akumulator też. Potem otworzyła  drzwi, wsiadła i zrobiła taką minę, z nosem do góry. I 
powiedziała: „W tym aucie śmierdzi myszami. Mówię wam, czuć tu myszy”.

Rozejrzała się po kabinie. Zaglądnęła pod siedzenie, ale nic nie znalazła. Potem kuknęła 

pod deskę rozdzielczą i zawołała do mnie i mojego kolegi: „Tu jest gniazdo myszy! Zjadły 
izolację tych kabelków - popatrzcie!”

background image

Okazało się, że to są kabelki od stacyjki. Dwa z nich się stykały albo prawie stykały - 

właśnie  tam,  gdzie   myszy  przegryzły   izolację.  Silnik   myślał,  że  stacyjka   jest  wyłączona, 
kiedy   kabelki   się   zetknęły,   za   to   włączały   się   wycieraczki.   A   więc   usterka   została 
zlokalizowana. Myszy zdążyły uciec z auta. Mma Makutsi wyjęła ich gniazdo i wyrzuciła. 
Potem owinęła kabelki taśmą izolacyjną i samochód jest naprawiony. Problem z myszami 
zniknął, bo ta kobieta jest świetnym detektywem.

- Detektywem-mechanikiem - dodał drugi uczeń. - Mężczyzna byłby przy niej niezwykle 

szczęśliwy, ale wypompowany!

- Cicho bądź! - skarciła go mma Makutsi żartobliwie. - Wracajcie do pracy, chłopaki. 

Jestem   p.o.   dyrektora,   a   niejedną   z   dziewczyn,   które   podrywacie   w   knajpach.   Marsz   do 
roboty!

Mma Ramotswe zaśmiała się.
- Z pewnością ma pani talent do wykrywania różnych rzeczy. Może zawody detektywa i 

mechanika nie różnią się tak bardzo.

Poszły do biura. Mma Ramotswe od razu zauważyła, że mma Makutsi okiełznała bałagan. 

Na biurku pana J.L.B. Matekoniego wciąż było mnóstwo papierów, ale posortowanych w 
kupki: rachunki do wysłania, rachunki do zapłacenia i tak dalej. Katalogi części zamiennych 
znalazły swoje miejsce na szafce z dokumentami, a instrukcje obsługi na półce za biurkiem. O 
jedną ze ścian opierała się błyszcząca biała tablica, którą mma Makutsi podzieliła na dwie 
kolumny: AUTA PRZYJĘTE i AUTA DO WYDANIA.

- Nauczyli nas w studium sekretarskim, że ważne jest mieć jakiś system - powiedziała 

mma Makutsi. - Jeśli ktoś ma system, który mu podpowiada, gdzie się znajduje, to nigdy się 
nie zgubi.

- To prawda - zgodziła się z nią mma Ramotswe. - Widać, że znali się na zarządzaniu 

firmą.

Mma Makutsi promieniała.
- Jeszcze jedna rzecz - powiedziała. - Myślę, że byłoby dobrze, gdybym prowadziła dla 

pani listę.

- Listę?
- Tak - odparła mma Makutsi, wręczając jej czerwoną teczkę. - Przygotowałam listę, 

którą   będę   codziennie   aktualizowała.   Jak   pani   zobaczy,   podzieliłam   ją   na   trzy   rubryki: 
PILNE, NIE TAKIE PILNE i KIEDYŚ W PRZYSZŁOŚCI.

Mma Ramotswe westchnęła. Nie potrzebowała kolejnej listy, ale nie chciała robić mmie 

Makutsi przykrości.

- Dziękuję, mma - powiedziała, otwierając teczkę. - Widzę, że już pani coś powpisywała.
- Tak. Dzwoniła pani Potokwani z farmy dla sierot. Chciała rozmawiać z panem J.L.B. 

Matekonim, ale powiedziałam, że go nie ma. Ona na to, że właściwie to chciała skontaktować 
się z panią i czy mogłaby pani do niej zadzwonić. Jak pani widzi, wpisałam to w rubryce NIE 

background image

TAKIE PILNE.

- Zatelefonuję do niej. Na pewno chodzi o dzieci. Lepiej zadzwonię od razu.
Mma Makutsi wróciła do warsztatu i mma Ramotswe usłyszała, że jej asystentka wydaje 

polecenia terminatorom. Podniosła słuchawkę - pokrytą, jak zauważyła, lepkimi odciskami 
palców - i wykręciła numer zanotowany przez mmę Makutsi. Czekając, aż ktoś odbierze, 
postawiła dużego czerwonego ptaszka obok jedynej pozycji na liście.

Odebrała mma Potokwani.
- Bardzo miło, że pani dzwoni, mma Ramotswe. Mam nadzieję, że z dziećmi wszystko w 

porządku?

- Doskonale się zadomowiły - odparła mma Ramotswe.
- Świetnie. Mma Ramotswe, czy mogłabym panią o coś prosić?
Mma   Ramotswe   wiedziała,   że   tak   funkcjonuje   farma   dla   sierot.   Stale   potrzebowała 

pomocy i oczywiście wszyscy chcieli pomóc. Nikt nie umiał odmówić mmie Potokwani.

- Pomogę pani, mma. Proszę mi tylko powiedzieć, o co chodzi.
- Chciałabym, żeby przyjechała pani do mnie na herbatę. Dzisiaj po południu, jeśli to 

możliwe. Jest coś, co powinna pani zobaczyć.

- Nie może mi pani powiedzieć, co to jest?
- Nie, mma. Trudno to opisać przez telefon. Lepiej niech pani sama zobaczy.

background image

Rozdział dziewiąty

Na farmie dla sierot

Na   farmę   dla   sierot   jechało   się   z   miasta   jakieś   dwadzieścia   minut.   Mma   Ramotswe 

bywała tam już wcześniej, choć nie tak często jak pan J.L.B. Matekoni, który regularnie 
jeździł naprawiać różne stale się psujące urządzenia mechaniczne. Nieustannych zabiegów 
wymagała   na   przykład   pompa   głębinowa,   jak   również   hamulce   minubusa.   Pan   J.L.B. 
Matekoni nie żałował im swego czasu i ludzie z fermy dobrze o nim myśleli, tak jak wszyscy.

Mma Ramotswe lubiła mmę Potokwani, której była dalekim krewnym od strony matki. 

Wiele osób w Botswanie łączą więzy rodzinne, toteż cudzoziemcy muszą bardzo się pilnować 
z krytycznymi  uwagami na temat kogokolwiek, bo może się okazać, że mówią o dalekim 
kuzynie rozmówcy.

Kiedy   mma   Ramotswe   przybyła   na   miejsce,   mma   Potokwani   stała   przed   biurem   i 

rozmawiała z jednym z pracowników. Skierowała maleńką białą furgonetkę na parking dla 
odwiedzających pod cienistym jaśminowcem i zaprosiła swojego gościa do środka.

- Strasznie ostatnio gorąco, mma Ramotswe - powiedziała. - Ale mam w biurze mocny 

wentylator. Jak go włączę na maksimum, to wywiewa ludzi z pokoju. Bardzo użyteczna broń.

- Mam nadzieję, że ze mną pani tego nie zrobi - odparła mma Ramotswe.
Wyobraziła sobie, że trzepocząc ubraniem, zostaje wydmuchnięta pod niebo, skąd ogląda 

drzewa, dróżki i bydło patrzące na nią do góry w osłupieniu.

- Oczywiście,  że nie  - powiedziała  mma  Potokwani. - Pani należy do gości, których 

chętnie przyjmuję. Nie lubię natomiast takich, co się wtrącają. Próbują mi powiedzieć, jak się 
powinno zarządzać farmą. Miewamy tu takich. Wszędzie wtykają swój nos. Myślą, że znają 
się na sierotach, ale to nieprawda. Najlepiej znają się na sierotach te panie.

Pokazała   za   okno   na   dwie   opiekunki   domów.   Te   krzepkie   kobiety   w   niebieskich 

fartuchach   prowadziły   na   spacer   dwójkę   pędraków,   mocno   trzymając   dzieci   za   rączki   i 
wspierając je w niepewnych jeszcze krokach.

- Tak - podjęła mma Potokwani - te panie się znają. Umieją się zająć każdym dzieckiem. 

Wyjątkowo  smutnym,  które ciągle  płacze  za zmarłą  matką. Wyjątkowo  niedobrym,  które 

background image

nauczono kraść. Wyjątkowo bezczelnym, któremu nie wpojono szacunku do starszych i które 
używa brzydkich słów. Te panie umieją się z takimi obchodzić.

-   To   bardzo   dobre   kobiety   -   zawyrokowała   mma   Ramotswe.   -   Dwie   sieroty,   które 

wzięliśmy z panem J.L.B. Matekonim, mówią, że były tutaj bardzo szczęśliwe. Nie dalej jak 
wczoraj Motholeli przeczytała mi swoje zadanie domowe: historię swojego życia. Wspomina 
w niej o pani.

- Cieszę się, że była tu szczęśliwa. To niezwykle dzielna dziewczynka. Ale nie zaprosiłam 

pani tutaj, żeby rozmawiać  o tych  dzieciach,  mma. Chciałam  pani opowiedzieć  o bardzo 
dziwnej rzeczy, która się tutaj wydarzyła. To takie dziwne, że nawet opiekunki domów nie 
potrafią z tym dojść do ładu. Dlatego pomyślałam, że zapytam panią. Zadzwoniłam do pana 
J.L.B. Matekoniego, żeby poprosić o pani numer.

Nalała mmie Ramotswe herbatę i zaczęła kroić ciasto owocowe, które stało koło tacy.
- To ciasto upiekły nasze starsze dziewczyny - wyjaśniła. - Uczymy je gotować.
Mma  Ramotswe  wzięła   duży kawałek   ciasta  i  przyjrzała  się  soczystym   owocom.   Co 

najmniej siedemset kalorii, pomyślała, ale co tam. Była tradycyjnie zbudowaną kobietą i nie 
musiała się przejmować takimi sprawami.

- Wie pani, że bierzemy najróżniejsze dzieci - ciągnęła mma Potokwani. - Z reguły są 

tutaj przywożone, kiedy umiera matka i nikt nie wie, kto jest ojcem. Babcia często nie daje 
sobie rady, bo jest za bardzo chora albo biedna, a oprócz niej dzieci nie mają nikogo. Czasami 
przywożą   je   ludzie   z   opieki   społecznej,   czasami   policja.   Czasami   są   po   prostu   gdzieś 
zostawiane i zwykli obywatele się z nami kontaktują.

- Dzieci mają szczęście, że tutaj trafiają - powiedziała mma Ramotswe.
- Tak. I cokolwiek im się przydarzyło, z reguły my o tym wiemy. Nic nas nie potrafi 

zaszokować. Ale od czasu do czasu trafiają się bardzo nietypowe przypadki i nie wiemy, co 
robić.

- I teraz macie takie dziecko?
- Właśnie. Jak pani zje ciasto, to pokażę pani chłopca bez imienia. Jeśli nie mają imion, to 

im je nadajemy. Dostają dobre botswańskie imiona. Ale zazwyczaj chodzi o niemowlęta. Inne 
dzieci mówią nam, jak mają na imię. Ten chłopiec nam nie powiedział. Wygląda wręcz na to, 
że w ogóle nie nauczył się mówić. Postanowiliśmy więc dać mu na imię Mataila.

Mma Ramotswe dokończyła ciasto i dopiła herbatę. Potem poszła z mmą Potokwani do 

domu stojącego na skraju grupy budynków, w których mieszkały sieroty. Rosła tam fasola, a 
maleńkie   podwórko   było   starannie   zamiecione.   Ta   opiekunka   umie   prowadzić   dom, 
pomyślała mma Ramotswe. W takim razie jak to możliwe, że nie daje sobie rady z małym 
chłopcem?

Opiekunka domu, mma Kerileng, była w kuchni. Wytarłszy ręce w fartuch, przywitała się 

serdecznie   z   mma   Ramotswe   i   zaprosiła   obie   kobiety   do   salonu.   Pokój   był   pogodnie 
przystrojony. Obrazki namalowane przez dzieci wisiały przypięte do dużej tablicy. W kącie 

background image

stało pudło pełne zabawek.

Mma Kerileng zaczekała, aż jej goście usiądą, po czym opuściła się na jeden z pękatych 

foteli ustawionych wokół niskiego stolika na środku pokoju.

- Słyszałam o pani, mma - powiedziała do mmy Ramotswe. - Widziałam pani zdjęcie w 

gazecie. I oczywiście znam pana J.L.B. Matekoniego, który przyjeżdża tutaj i naprawia te 
ciągle psujące się maszyny. Ma pani szczęście, że wychodzi pani za mężczyznę, który potrafi 
wszystko naprawić. Większość mężczyzn umie tylko psuć.

Mma Ramotswe przyjęła ten komplement skinieniem głowy.
- To dobry człowiek - odrzekła. - Ostatnio nie czuje się najlepiej, ale mam nadzieję, że 

szybko wyzdrowieje.

- Ja też mam taką nadzieję - stwierdziła mma Kerileng.
Spojrzała wyczekująco na mmę Potokwani.
- Chciałam, żeby mma Ramotswe zobaczyła Matailę - powiedziała kierowniczka farmy 

dla sierot. - Może udzieli nam dobrej rady. Jak on się dzisiaj miewa?

- Tak samo jak wczoraj - odparła mma Kerileng. - I przedwczoraj. Żadnej zmiany.
Mma Potokwani westchnęła.
- Jest bardzo smutny - wyjaśniła. - Śpi teraz? Możemy do niego iść?
- Myślę, że już się obudził - powiedziała opiekunka domu. - W każdym razie sprawdźmy.
Wstała   z   krzesła   i   poprowadziła   je   korytarzem   z   wyfroterowaną   na   wysoki   połysk 

podłogą. Mma Ramotswe zauważyła z aprobatą, że w domu jest bardzo czysto. Wiedziała, że 
mma Kerileng to bardzo pracowita kobieta. W całym kraju kobiety pracują bez końca i rzadko 
spotyka   je   za   to   słowo   pochwały.   Politycy   bezczelnie   przypisują   sobie   całą   zasługę 
zbudowania Botswany, zawłaszczając ciężką pracę takich kobiet jak mma Kerileng.

Stanęły   pod   drzwiami   na   końcu   korytarza   i   mma   Kerileng   wyjęła   klucz   z   kieszeni 

fartucha.

- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zamknęłam dziecko w pokoju - powiedziała. - Sądzę 

nawet, że nigdy wcześniej nie musiałam tego robić.

Uwaga ta wprawiła mmę Potokwani w zakłopotanie.
- Nie da się inaczej. Uciekłby do buszu.
- Oczywiście - potwierdziła mma Kerileng. - Ale to takie smutne.
Pchnęła drzwi pokoju, w którym był tylko materac. Zamiast szyby w oknie była krata 

antywłamaniowa. Na materacu, z rozsuniętymi na boki nogami, siedział pięcio-, sześcioletni 
chłopiec, nagusieńki.

Chłopiec spojrzał na wchodzące kobiety i w jego oczach mignął lęk, jak u wystraszonego 

zwierzęcia, ale po chwili w jego wzroku zagościła pustka.

- Jak się dzisiaj czujesz, Mataila? - spytała mma Potokwani, mówiąc bardzo powoli w 

języku setswana. - Ta pani nazywa się mma Ramotswe. Ramotswe. Widzisz ją?

Chłopiec podniósł na nią wzrok i opuścił z powrotem na podłogę, kiedy kobieta umilkła.

background image

- Chyba nic nie rozumie - powiedziała mma Potokwani. - Ale i tak do niego mówimy.
- Próbowałyście innych języków? - spytała mma Ramotswe.
Mma Potokwani skinęła głową.
-   Wszystkich,   które   przyszły   nam   do   głowy.   Sprowadziliśmy   człowieka   z   filologii 

afrykańskiej z uniwersytetu. Mówił do Mataili rzadziej używanymi językami, na wypadek, 
gdyby  się  okazało,   że  przywędrował   z Zambii.  Próbowaliśmy  herero.  Próbowaliśmy  san, 
chociaż widać po nim, że nie jest Mosarwa. I nic, żadnego skutku.

Mma Ramotswe podeszła krok bliżej. Chłopiec uniósł nieznacznie głowę, ale nic poza 

tym. Zbliżyła się jeszcze o krok.

- Niech pani uważa: gryzie - ostrzegła ją mma Potokwani. - Nie zawsze, ale dosyć często.
Mma   Ramotswe   stanęła   w   miejscu.   Gryzienie   należy   w   Botswanie   do 

rozpowszechnionych metod walki, mma Ramotswe nie była więc zaskoczona spotkaniem z 
dzieckiem, które gryzie. Gazety pisały ostatnio o ataku z użyciem zębów w Mmegi. Kelner 
pogryzł klienta po kłótni na temat za małej reszty i sprawa skończyła się przed sądem w 
Lobatse.   Kelner   został   skazany   na   miesiąc   więzienia   i   bezzwłocznie   ugryzł   konwojenta. 
Kolejny   przykład   krótkowzroczności   ludzi   agresywnych:   drugie   ugryzienie   kosztowało 
kelnera dalsze trzy miesiące więzienia.

- Mataila? - odezwała się mma Ramotswe, lecz chłopiec nie zareagował. - Mataila?
Wyciągnęła ku niemu rękę, gotowa szybko ją cofnąć w razie potrzeby.
Chłopiec zawarczał. Nie ma na to innego słowa, pomyślała. Było to warknięcie, niski, 

charczący dźwięk, który zdawał się wychodzić z klatki piersiowej.

- Słyszała pani? - spytała mma Potokwani. - Coś niezwykłego, prawda? Pewnie się pani 

zastanawia,  dlaczego jest goły:  bo podarł zębami  ubranie, które  mu dałyśmy,  i rzucił  na 
ziemię. Dostał od nas dwie pary szortów i obie potraktował tak samo. - Teraz mma Potokwani 
podeszła bliżej. - Wstań i wyjdź na dwór, Mataila. Mma Kerileng zabierze cię na świeże 
powietrze.

Ostrożnie chwyciła chłopca za ramię. Głowa obróciła się i mma Ramotswe sądziła, że 

chłopak zamierza ugryźć kierowniczkę, ale on wstał potulnie i pozwolił się wyprowadzić z 
pokoju.

Na zewnątrz mma Kerileng wzięła chłopca za rękę i poszła z nim ku kępie drzew koło 

ogrodzenia farmy.  Chłopiec  poruszał się dosyć  dziwnie, to było  coś pomiędzy chodem a 
biegiem, jakby szykował się do skoku.

- Taki jest nasz Mataila - powiedziała mma Potokwani, kiedy obserwowały, jak mma 

Kerileng oddala się ze swoim podopiecznym. - Co pani o tym sądzi?

Mma Ramotswe skrzywiła się.
- Przedziwna sprawa. Temu dziecku musiało się przydarzyć coś strasznego.
- Bez wątpienia. Powiedziałam to lekarzowi, który go badał, a on na to, że może tak, 

może nie. Stwierdził, że zdarzają się takie dzieci. Odludki, które nie uczą się mówić.

background image

Mma Ramotswe zobaczyła, że mma Kerileng na chwilę puszcza rękę dziecka.
- Nie można z niego spuszczać oka - powiedziała mma Potokwani - bo inaczej ucieka w 

krzaki i się chowa. W zeszłym tygodniu zniknął na cztery godziny. W końcu go znaleziono 
koło stawów ściekowych. On chyba nie zdaje sobie sprawy, że gołe dziecko, które szybko 
biegnie, zwraca na siebie uwagę.

Mma Potokwani i mma Ramotswe ruszyły razem w stronę biura. Panią detektyw ogarnęło 

przygnębienie.   Od   czego   zacząć   z   takim   dzieckiem?   Łatwo   jest   spełniać   potrzeby 
sympatycznych  sierot, takich jak dzieci,  które zamieszkały przy Zebra Drive. Jest jednak 
mnóstwo innych dzieci, w ten czy inny sposób upośledzonych, które wymagają cierpliwości i 
wyrozumiałości. Pomyślała o swoim życiu, z tymi wszystkimi listami i obowiązkami, i zadała 
sobie   pytanie,   czy   znalazłaby   czas   na   to,   żeby   być   matką   takiego   dziecka.   Chyba   mma 
Potokwani nie zamierza dorzucić jej i panu J.L.B. Matekoniemu tego chłopca? Wiedziała, że 
kierowniczka   ma   opinię   energicznej   kobiety   o   ogromnej   sile   perswazji   -   co   rzecz   jasna 
czyniło z niej znakomitą rzeczniczkę sierot. Mma Ramotswe nie wyobrażała sobie jednak, 
żeby mma Potokwani usiłowała zrzucić na nich taki ciężar.

- Jestem zajętą kobietą - zaczęła mówić, kiedy były już blisko biura. - Przykro mi, ale nie 

mogę wziąć...

Minęła je grupka dzieci, które uprzejmie pozdrowiły kierowniczkę. Jedno z nich trzymało 

na   rękach   małe,   niedożywione   szczenię.   Jedna   sierota   pomaga   innej,   pomyślała   mma 
Ramotswe.

- Uważaj z tym psem - powiedziała mma Potokwani. - Stale wam powtarzam, żebyście 

nie brali na ręce tych przybłędów, ale wy nie słuchacie... - Odwróciła się do pani detektyw. - 
Ależ mma Ramotswe! Chyba pani nie sądzi... Nie oczekiwałam od pani, że weźmie pani 
chłopca! My sami ledwo sobie z nim radzimy, przy całej pomocy, jaką uzyskujemy.

- Rzeczywiście obawiałam się tego. Jestem zawsze gotowa pomóc, ale są granice tego, co 

mogę zrobić.

Mma Potokwani zaśmiała się i uspokajająco dotknęła ramienia swego gościa.
- Ależ oczywiście. Już pani nam bardzo pomogła, biorąc te dwie sieroty. Chciałam tylko 

poprosić panią o radę. Uchodzi pani za osobę, która doskonale umie znajdywać zaginionych. 
Mogłaby nam pani doradzić, jak możemy się czegoś dowiedzieć o tym chłopcu? Gdybyśmy 
coś wiedzieli o jego przeszłości, gdybyśmy wiedzieli, skąd pochodzi, to może łatwiej byłoby 
nam dotrzeć do niego.

Mma Ramotswe pokręciła głową.
- To będzie bardzo trudne. Musielibyście porozmawiać z ludźmi w pobliżu miejsca, gdzie 

został znaleziony. Sądzę, że oni nie chcą mówić, bo inaczej już by coś powiedzieli.

- Ma pani rację - stwierdziła ze smutkiem mma Potokwani. - Policja zadawała wiele pytań 

w okolicy Maun. Rozpytywała się we wszystkich tamtejszych wioskach i nikt nie słyszał o 
tym dziecku. Policjanci pokazywali zdjęcie chłopca i ludzie mówili, że nic o nim nie wiedzą.

background image

Mma Ramotswe nie była zaskoczona. Gdyby ktoś chciał to dziecko, to by się zgłosił. 

Milczenie   oznaczało,   że   dziecko   przypuszczalnie   zostało   celowo   porzucone.   Mogły   też 
wchodzić w grę czary. Jeśli czarownik powiedział, że dziecko jest opętane albo że to tokolosi
duch, to nic nie można było dla niego zrobić. Prawdopodobnie miało szczęście, że jeszcze 
żyło. Takie dzieci często spotyka inny los.

Stały teraz obok maleńkiej białej furgonetki. Drzewo zrzuciło gałązkę na dach pojazdu i 

mma   Ramotswe   podniosła   ją.   To   drzewo   miało   takie   delikatne   liście   -   setki   listeczków 
przymocowanych   do  łodygi,  całość  podobna  do  misternego   ażuru  pajęczyny.  Za  plecami 
dwójki   kobiet   rozległ   się   śpiew   dzieci.   Mma   Ramotswe,   która   pamiętała   tę   piosenkę   z 
własnego dzieciństwa, uśmiechnęła się.

Krowy wracają do domu, raz, dwa, trzy,
Krowy wracają do domu, ta duża, ta mała, ta z jednym rogiem,
Mieszkam z krowami, raz, dwa, trzy,
O matko, czuwaj nade mną.

Zerknęła na twarz mmy Potokwani, twarz, która każdym rysem i każdym drgnieniem 

mówiła: jestem kierowniczką farmy dla sierot.

- Nadal śpiewają tę piosenkę - powiedziała mma Ramotswe.
- Ja też ją śpiewam - odparła z uśmiechem mma Potokwani. - Nigdy się nie zapomina 

piosenek z dzieciństwa, prawda?

- Proszę mi powiedzieć, co mówiono o tym chłopcu. Czy ludzie, którzy go przywieźli, 

coś powiedzieli?

Mma Potokwani zastanowiła się chwilę.
- Powiedzieli policji, że znaleźli go w nocy, że bardzo trudno było go okiełznać i że 

dziwnie pachniał.

- To znaczy?
Mma Potokwani machnęła lekceważąco ręką.
- Zdaniem jednego z tych ludzi pachniał lwem. Policjant zapamiętał to sobie, bo to bardzo 

dziwne stwierdzenie. Zawarł te słowa w raporcie, który do nas dotarł, kiedy administracja 
plemienna przysłała nam chłopca.

- Lwem? - upewniła się mma Ramotswe.
- Tak. Śmieszne.
Po   chwili   milczenia   mma   Ramotswe   wsiadła   do   maleńkiej   białej   furgonetki   i 

podziękowała mmie Potokwani za gościnność.

- Pomyślę o tym chłopcu - obiecała. - Może coś przyjdzie mi do głowy.
Pomachały sobie i mma Ramotswe odjechała w kurzu drogą przez bramę sierocińca z 

dużym szyldem: „Tu mieszkają dzieci”.

background image

Jechała   powoli,   bo   na   drodze   były   osły,   krowy   i   pasący   je   chłopcy.   Niektórzy 

pastuszkowie   mieli   zaledwie   sześć   czy   siedem   lat,   jak   ten   biedny,   milczący   chłopiec   w 
pokoiku z zakratowanym oknem.

Co by się stało, gdyby pastuszek zaginął? Gdyby zgubił się w buszu daleko od terenów 

wypasowych? Straciłby życie czy jego losy potoczyłyby się inaczej?

background image

Rozdział dziesiąty

Opowieść urzędnika

Mma   Ramotswe   miała   świadomość,   że   należy   coś   zrobić   z   Kobiecą   Agencją 

Detektywistyczną Nr 1. Przeniesienie rzeczy ze starego biura do nowej siedziby na tyłach 
Tlokweng Road Speedy Motors nie zajęło wiele czasu. Było tego niezbyt dużo: jasna szafka 
na dokumenty z zawartością, kilka metalowych tac na jeszcze niezarchiwizowane papiery, 
stary   czajniczek   plus   dwa   obtłuczone   kubki   i   oczywiście   stara   maszyna   do   pisania   - 
podarował   ją   mmie   Ramotswe   pan   J.L.B.   Matekoni   i   teraz   wracała   do   domu.   Dwaj 
terminatorzy zapakowali to wszystko do przestrzeni bagażowej maleńkiej białej furgonetki, 
poskarżywszy się pro forma, że to nie należy do ich obowiązków. Wyglądało na to, że zrobią 
wszystko, co każe im mma  Makutsi - wystarczyło,  że gwizdnęła  z biura, a jeden z nich 
przybiegał się dowiedzieć, czego szefowa sobie życzy.

Posłuszeństwo to zaskoczyło mmę Ramotswe, która zadawała sobie pytanie, skąd bierze 

się   władza   mmy   Makutsi   nad   dwoma   młodzianami.   Mma   Makutsi   nie   była   piękna   w 
obiegowym sensie tego słowa. Skórę miała zbyt ciemną, jak na współczesne gusta, i krem 
rozjaśniający zostawił po sobie plamy. Włosy splatała w warkoczyki, ale wprost przedziwną 
metodą! No i wreszcie nosiła okulary z tak grubymi szkłami, że w ocenie mmy Ramotswe 
powinny wystarczyć dla dwóch osób. A przecież ta kobieta, która nie przeszłaby kwalifikacji 
do   żadnego   konkursu   piękności,   komenderowała   tymi   znanymi   bawidamkami,   którzy 
niewolniczo jej słuchali. To była wielka zagadka.

Nie   można   było,   rzecz   jasna,   wykluczyć,   że   kryje   się   za   tym   coś   więcej   niż 

powierzchowność.   Mma   Makutsi   nie   porażała   urodą,   ale   miała   silną   osobowość   i   może 
chłopcy to dostrzegali. Królowe piękności często są bez charakteru i mężczyźni z pewnością 
szybko   się  nimi   nudzą.  W   tych  okropnych   konkursach   -  Miss  Lovers  Special  albo  Miss 
Przemysłu Hodowlanego - startują dziewczyny z kompletnym sianem w głowie. Potem te 
bezmózgie panny wypowiadają się na wszelkie możliwe tematy, a ich poglądy często są brane 
poważnie. Dla mmy Ramotswe było to niepojęte zjawisko.

Wiedziała,   że   dwaj   uczniowie   śledzą   konkursy   piękności,   bo   słyszała,   jak   o   tym 

background image

rozmawiają.   Teraz   jednak   najwyraźniej   interesowało   ich   głównie   to,   żeby   zaimponować 
mmie   Makutsi   i   przypochlebić   się   jej.   Jeden   próbował   ją   nawet   pocałować   i   został   z 
oburzeniem odepchnięty.

- Odkąd to mechanik całuje dyrektora? - spytała mma Makutsi. - Wracaj do pracy, zanim 

przetrzepię ci kijem ten twój nieużyty tyłek!

Terminatorzy   migiem   uporali   się   z   przeprowadzką   -   w   pół   godziny   zapakowali   całą 

zawartość biura  do maleńkiej  białej  furgonetki. Potem jeden z nich wsiadł  do tyłu,  żeby 
przytrzymywać  szafkę na dokumenty,  i Kobieca Agencja Detektywistyczna  Nr 1, wraz z 
pomalowanym   szyldem,   przejechała   pod   nową   siedzibę.   Była   to   smutna   chwila.   Mma 
Ramotswe   i   mma   Makutsi   miały   łzy   w   oczach,   kiedy   po   raz   ostatni   zamykały   drzwi 
wejściowe.

-   To   tylko   przeprowadzka,   mma   -   powiedziała   mma   Makutsi,   usiłując   pocieszyć 

chlebodawczynię. - Przecież nie zwijamy interesu.

- Wiem o tym - odparła mma Ramotswe, podziwiając, być może po raz ostatni, widok 

sprzed budynku, nad dachami domów i wierzchołkami akacji. - Byłam tu bardzo szczęśliwa.

Tak,   firma   nadal   działa,   ale   ledwo   ledwo,   pomyślała   mma   Ramotswe.   W   ostatnim 

okresie, przy całym tym zamieszaniu i z wieloma listami rzeczy do zrobienia, mma Ramotswe 
poświęciła zbyt mało czasu sprawom agencji. Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie poświęciła 
im czasu.  Było  tylko  jedno zaległe  zlecenie,  nic  innego nie  wpłynęło,  chociaż  nie miała 
wątpliwości, że wpłynie. Od człowieka z rządu zamierzała zażądać godziwego honorarium, 
ale to wymagało skutecznego przeprowadzenia śledztwa. Miała prawo wysłać mu rachunek, 
nawet gdyby niczego się nie dowiedziała, ale zawsze czuła się nieswojo, prosząc o zapłatę w 
sytuacji, gdy nie umiała pomóc klientowi. Może w przypadku człowieka z rządu należało 
odrzucić precz skrupuły. Tego zamożnego człowieka stać było na zapłacenie. Jakie to musi 
być   łatwe,   pomyślała,   obsługiwać   wyłącznie   bogatych   klientów,   prowadzić   Agencję 
Detektywistyczną Nr 1 dla Krezusów - żądanie honorarium nie przysparza wtedy żadnych 
rozterek moralnych. Jej firma funkcjonowała jednak głównie w innym segmencie rynku i 
mma Ramotswe nie miała pewności, czy jest z tego zadowolona. Lubiła pomagać wszystkim, 
niezależnie od ich sytuacji majątkowej. Często jej się zdarzało dofinansować śledztwo, bo po 
prostu  nie umiała  odmówić  człowiekowi  w potrzebie.  Do tego  jestem powołana,  mówiła 
sobie.   Muszę   pomagać   każdemu,   kto   poprosi   mnie   o   pomoc.   Taki   spoczywa   na   mnie 
obowiązek:   pomagać   ludziom   w   rozwiązywaniu   problemów   życiowych.   Oczywiście   nie 
można brać na siebie wszystkiego. W Afryce mnóstwo ludzi potrzebuje pomocy i muszą być 
jakieś granice. Nie sposób pomóc wszystkim, ale trzeba pomóc przynajmniej tym, których 
spotykamy na swojej drodze. To pozwala uporać się z cierpieniem, które staje nam przed 
oczyma. To jest nasze cierpienie. Inni niech zajmą się cierpieniem, z którym oni się stykają.

Ale co zrobić z bieżącymi problemami firmy? Mma Ramotswe uznała, że trzeba dokonać 

background image

przeszeregowań na liście i postawić na pierwszym miejscu człowieka z rządu. To oznaczało 
natychmiastowe zainicjowanie śledztwa. Od kogóż lepiej zacząć jak nie od ojca podejrzanej? 
Za tym wyborem przemawiało kilka przesłanek. Przede wszystkim mma Ramotswe sądziła, 
że jeśli rzeczywiście istnieje spisek przeciwko życiu brata człowieka z rządu, to nie stoi za 
nim   żona   tegoż   brata,   lecz   jej   ojciec.   Mma   Ramotswe   była   przekonana,   że   ludzie 
dopuszczający się poważnych występków  rzadko działają wyłącznie z własnej inicjatywy. 
Zazwyczaj bierze w tym udział jeszcze ktoś inny, ktoś, kto czerpie korzyści ze zbrodni, albo 
ktoś   wciągnięty   w   nią   przez   sprawcę   dla   wsparcia   moralnego.   W   tym   przypadku 
narzucającym się kandydatem był ojciec tej kobiety. Skoro, jak sugerował człowiek z rządu, 
osobnik ten robił wielką sprawę z awansu społecznego wiążącego się z małżeństwem swej 
córki, to zapewne był człowiekiem o ogromnych aspiracjach. To oznaczało, że pozbycie się 
zięcia byłoby mu na rękę, bo za pośrednictwem córki mógłby wtedy położyć łapę na znacznej 
części   majątku   jego   rodziny.   Im   dłużej   mma   Ramotswe   się   nad   tym   zastanawiała,   tym 
bardziej wzrastało w niej przekonanie, że pomysłodawcą trucicielskiej próby zamachu jest 
rządowy biurokrata.

Wyobrażała sobie, jak człowiek ten siedzi za swoim biureczkiem i rozmyśla o otaczającej 

go władzy i prestiżu, w którym  miał tak niewielki udział. Jakie to musi być  bolesne dla 
człowieka jego pokroju, kiedy szwagier jego rodzonej córki mija go bez pozdrowienia w 
swojej  limuzynie.  Jakie to  musi  być  trudne  nie spotykać  się z wyrazami  szacunku,  co z 
pewnością   by   mu   się   nie   przytrafiło,   gdyby   więcej   ludzi   wiedziało   o   jego   rodzinnych 
koneksjach. Gdyby zdobył pieniądze i bydło - albo jego córka, co na jedno wychodziło - to 
mógłby   zrezygnować   z   poniżającej   pracy   urzędniczej   i   wieść   życie   bogatego   farmera. 
Człowiek, który musiał ścibolić grosz do grosza, żeby było go stać na doroczny wyjazd do 
Francistown,   jadłby   codziennie   mięso,   a   w   piątki   piłby   z   kolegami   piwo   Lion,   hojnie 
stawiając wszystkim po kilka kolejek. Na przeszkodzie stało tylko jedno małe, bijące serce. 
Gdyby to serce zatrzymać, życie urzędnika uległoby całkowitemu przeobrażeniu.

Człowiek z rządu podał mmie Ramotswe nazwisko panieńskie żony brata i powiedział, że 

jej ojciec lubi spędzać przerwę obiadową pod drzewem koło budynku ministerstwa. Nazwisko 
i drzewo: więcej informacji nie potrzebowała.

- Pani ma dużo roboty w warsztacie - powiedziała do mmy Makutsi, gdy siedziały obie w 

nowym biurze. - Ja zaczynam nowe śledztwo. Wracam do pracy detektywa.

- Dobrze - odparła mma Makutsi. - Prowadzenie warsztatu to wymagająca praca. Nadal 

będę bardzo zajęta.

- Cieszę się, że terminatorzy są tacy pilni. Jedzą pani z ręki.
Mma Makutsi zaśmiała się konspiracyjnie.
- To  głupkowaci młodzieńcy,  ale  my,  kobiety,  umiemy  sobie  radzić  z głupkowatymi 

młodzieńcami.

- Właśnie widzę - stwierdziła mma Ramotswe. - Na pewno miała pani wielu chłopaków, 

background image

mma. Ci dwaj wyraźnie panią lubią.

Mma Makutsi pokręciła głową.
- Nie miałam prawie żadnych chłopaków. Nie mogę zrozumieć, czemu ci chłopcy tak 

mnie traktują, skoro w Gaborone jest tyle ładnych dziewcząt.

- Nie docenia się pani. Widać, że pociąga pani mężczyzn.
- Tak pani uważa? - spytała mma Makutsi, promieniejąc z radości.
- Tak. Niektóre kobiety im są starsze, tym bardziej działają na mężczyzn. Wiele razy to 

zaobserwowałam. Młode królowe piękności z wiekiem stają się coraz mniej atrakcyjne, a 
kobiety mniej powalające - odwrotnie. Bardzo ciekawe zjawisko.

Mma Makutsi zamyśliła się. Poprawiła okulary i ukradkowo spojrzała na swoje odbicie w 

szybie,   co   nie   uszło   uwagi   mmy   Ramotswe.   Ta   ostatnia   nie   była   pewna,   czy   jej   słowa 
odpowiadają  prawdzie,   ale  warto  było   je  powiedzieć,  jeśli  miały  podnieść  mmy   Makutsi 
samoocenę.   Adoracja   tych   nicponiów   raczej   nie   mogła   jej   zaszkodzić,   byle   asystentka 
detektywa z żadnym się nie wiązała, a dla mmy Ramotswe nie ulegało wątpliwości, że to 
zagrożenie jest niewielkie - przynajmniej na razie.

Zostawiła mmę Makutsi w biurze i odjechała maleńką białą furgonetką. Było wpół do 

pierwszej. Jeśli dodać do tego dziesięć minut jazdy, to miała czas na to, żeby znaleźć miejsce 
do parkowania i udać się pod ministerstwo na poszukiwania pana Kgosi Sipoleli, urzędnika 
ministerialnego i - jeśli intuicja jej nie zawodziła - człowieka o morderczych zamiarach.

Zaparkowała furgonetkę pod kościołem katolickim, ponieważ w mieście panował duży 

ruch i bliżej nie dało się nic znaleźć. Musiała przejść kawałek pieszo, co jej nie przeszkadzało, 
bo   spodziewała   się,   że   spotka   kogoś   znajomego,   a   zostało   jej   jeszcze   kilka   minut   na 
pogawędkę.

Nie zawiodła się. Ledwo wyszła zza rogu, kiedy wpadła na mmę Glorię Bopedi, matkę 

Chemby Bopedi, koleżanki szkolnej z Mochudi. Chemba wyszła za Pilota Matanyani, który 
ostatnio   został   dyrektorem   szkoły   w   Selibi-Pikwe.   Miała   siedmioro   dzieci,   z   których 
najstarsze niedawno zdobyło sprinterskie mistrzostwo Botswany w kategorii do lat piętnastu.

- Czy to pani rodzony wnuk, mma? - spytała mma Ramotswe.
Staruszka uśmiechnęła się od ucha do ucha. Zostało jej niewiele zębów, zauważyła mma 

Ramotswe   i   uznała,   że   wyglądałaby   korzystniej,   gdyby   je   do   końca   usunąć   i   wstawić 
sztuczne.

-  Och, ten  to  jest  szybki!   - powiedziała   mma  Bopedi.  -  Ale straszny z  niego  łobuz. 

Nauczył się szybko biegać, żeby uciekać przed karą.

-   W   każdym   razie   coś   dobrego   z   tego   wynikło.   Może   kiedyś   będzie   reprezentował 

Botswanę na Olimpiadzie i pokaże światu, że nie wszyscy szybcy biegacze są z Kenii.

Znowu złapała się na mówieniu rzeczy, w które nie wierzyła. Prawda jest bowiem taka, 

że wszyscy najlepsi biegacze pochodzą z Kenii, bo ludzie są tam bardzo wysocy i mają długie 
nogi, idealnie nadające się do biegania. Tymczasem Batswana nie są zbyt wysocy. Mężczyźni 

background image

z   reguły   mają   krępą   budowę,   co   dobrze   predysponuje   ich   do   hodowli   bydła,   ale   nie   do 
lekkoatletyki. Zresztą Afryka Południowa wydaje niewielu dobrych biegaczy, chociaż wśród 
Zulusów i Suazi zdarzają się rodzynki, jak na przykład fantastyczny biegacz ze Suazilandu 
Richard „Concorde” Mavuso.

Całkiem dobrymi sportowcami są oczywiście Burowie. Z ich szeregów wywodzą się ci 

zwaliści mężczyźni z grubymi udami i karkami, na podobieństwo bydła rasy brahman. Nieźle 
grają w rugby, chociaż nie grzeszą inteligencją. Mma Ramotswe wolała mężczyzn z ludu 
Motswana, nie tak masywnych jak burscy rugbiści i nie tak śmigłych jak kenijscy biegacze, 
ale przynajmniej bystrych i godnych zaufania.

- Pani też tak uważa, mma? - spytała mmę Bopedi.
- Co uważam? - zdziwiła się staruszka.
Mma Ramotswe zdała sobie sprawę, że zapomniała o rozmówczyni, pogrążywszy się w 

rozmyślaniach, i przeprosiła ją.

- Tak sobie dumałam o naszych mężczyznach.
Mma Bopedi uniosła brew.
- Naprawdę? Prawdę rzekłszy,  mnie też się zdarza podumać o mężczyznach. Niezbyt 

często, ale czasami. Wie pani, jak to jest.

Mma Ramotswe pożegnała się z mma Bopedi i ruszyła w dalszą drogę. Pod optykiem 

trafiła na pana Motheti Pilaia, który stał bez ruchu i patrzył w niebo.

- Dumela, rra - pozdrowiła go uprzejmie. - Jak się pan miewa?
Pan Pilai spuścił wzrok.
- Mma Ramotswe. Mogę na panią popatrzeć? Właśnie sprawiłem sobie nowe okulary i po 

raz pierwszy od lat widzę świat wyraźnie. Och, cudowna sprawa! Już zapomniałem, jak to jest 
wszystko rozpoznawać. I oto widzę panią! Przepięknie pani wygląda, bardzo pani gruba.

- Dziękuję, rra.
Zsunął okulary na koniec nosa.
- Żona stale mi powtarzała, że muszę mieć nowe okulary, ale ja bałem się tutaj przyjść. 

Nie lubię tej maszyny, którą optyk świeci w oczy. Ani tej, która dmucha powietrzem w gałkę 
oczną. Więc ciągle to odkładałem. Kompletna głupota.

- Niczego nie należy odkładać - stwierdziła sentencjonalnie mma Ramotswe, myśląc o 

tym, że odłożyła dochodzenie w sprawie brata człowieka z rządu.

- Och, wiem o tym - odparł pan Pilai. - Niestety, człowiek nie zawsze postępuje zgodnie 

ze zdrowym rozsądkiem.

- To rzeczywiście niezrozumiałe. Ale ma pan rację. Tak jakby mieszkały w nas dwie 

osoby. Jedna mówi: zrób to. Druga mówi: nie rób tego. Oba te głosy mieszkają w jednym 
człowieku.

Pan Pilai wybałuszył na nią oczy.
- Bardzo dzisiaj gorąco.

background image

Zgodziła   się   z   nim   i   poszli   każde   w   swoją   stronę.   Postanowiła   więcej   się   nie 

zatrzymywać. Była prawie pierwsza, a mma Ramotswe chciała zostawić sobie dostatecznie 
dużo czasu na znalezienie pana Sipoleli i odbycie z nim rozmowy, która miała zapoczątkować 
śledztwo.

Z identyfikacją drzewa nie było kłopotu, stało bowiem niedaleko głównego wejścia do 

ministerstwa. Była to duża akacja, której korona rzucała rozległy krąg cienia. W pobliżu pnia 
leżało kilka strategicznie umieszczonych kamieni - wygodnych siedzisk dla każdego, kto miał 
ochotę   odpocząć,   obserwując   życie   codzienne   Gaborone.   Kiedy   za   pięć   pierwsza   mma 
Ramotswe dotarła pod ministerstwo, siedziska były wolne.

Wybrała największy kamień i usadowiła się na nim. Przyniosła ze sobą duży termos z 

herbatą, dwa aluminiowe kubki i cztery grube kanapki z peklowaną wołowiną. Wyjęła jeden 
kubek i nalała do niego herbaty z czerwonokrzewu. Potem oparła się o pień drzewa i czekała. 
Przyjemnie  było  siedzieć w cieniu z kubkiem herbaty i patrzeć  na przechodniów  tudzież 
przejeżdżające   samochody.   Nikt   nie   zwracał   na   nią   najmniejszej   uwagi,   był   to   bowiem 
zupełnie normalny widok: słusznej tuszy kobieta siedząca pod drzewem.

Mniej więcej dziesięć po pierwszej, kiedy mma Ramotswe skończyła herbatę i właśnie 

miała się zdrzemnąć, z budynku ministerstwa wyłonił się jakiś mężczyzna i ruszył w stronę 
drzewa. Kiedy był już blisko, mma Ramotswe otrząsnęła się z odrętwienia. Była teraz na 
służbie i należało maksymalnie wykorzystać możliwość porozmawiania z panem Sipoleli, 
jeśli to istotnie on do niej podchodził.

Człowiek ten miał na sobie starannie odprasowane niebieskie spodnie, białą koszulę z 

krótkimi rękawami i ciemnobrązowy krawat - typowy strój biurokraty niższej rangi. Jakby na 
potwierdzenie tej diagnozy z kieszeni koszuli wystawał rząd długopisów. Bez wątpienia było 
to   umundurowanie   młodszego   urzędnika,   nawet   jeśli   miał   je   na   sobie   człowiek   pod 
pięćdziesiątkę. A zatem mężczyzna ten zatrzymał się na wczesnym etapie kariery.

Podszedł do drzewa bardzo ostrożnie. Spoglądał na mmę Ramotswe z taką miną, jakby 

chciał coś powiedzieć, ale nie mógł się na to zdobyć.

- Dzień  dobry,  rra - odezwała  się do niego  z uśmiechem.  - Gorąco  dzisiaj, prawda? 

Dlatego siedzę pod tym drzewem. To dobre miejsce, żeby trochę odpocząć od upału.

Mężczyzna skinął głową.
- Tak. Ja zwykle tutaj siedzę.
Mma Ramotswe udała zaskoczoną.
- O! Mam nadzieję, że nie zajęłam panu kamienia. Był wolny, więc usiadłam.
Machnął ze zniecierpliwieniem dłonią.
- Tak się składa, że to rzeczywiście jest mój kamień, ale to publiczne miejsce, więc chyba 

każdy może na nim usiąść.

Mma Ramotswe podniosła się.
- Ależ, rra, chętnie panu ustąpię miejsca, a sama usiądę tam.

background image

- Nie, mma  - zaprotestował  pospiesznie,  zmieniając  ton. - Niech  sobie  pani  nie robi 

kłopotu. Ja tam usiądę.

- Nie, proszę siadać tutaj, to pana kamień. Nie zajęłabym go, gdybym wiedziała, że jest 

dla kogoś zarezerwowany. Ten też jest wygodny. Proszę usiąść na swoim kamieniu.

-   Nie   -   odparł   stanowczo.   -   Niech   pani   wraca   tam,   gdzie   pani   była,   mma.   Ja   mogę 

codziennie siedzieć na tym kamieniu, a pani nie. Usiądę tutaj.

Mma Ramotswe, po pozorowanym wahaniu, wróciła na swoje pierwotne miejsce, a pan 

Sipoleli usadowił się gdzie indziej.

- Piję herbatę, rra. Ale dla pana też wystarczy. Proszę pozwolić się poczęstować, skoro 

już siedzę na pana kamieniu.

Pan Sipoleli uśmiechnął się.
- Bardzo pani miła, mma. Uwielbiam pić herbatę. W biurze ciągle piję herbatę. Jestem 

urzędnikiem rządowym.

- Tak. To dobra praca. Na pewno jest pan bardzo ważny.
Pan Sipoleli parsknął śmiechem.
- Nie, w ogóle nie jestem ważny. Jestem urzędnikiem niższego szczebla. Ale i tak mi się 

poszczęściło.   Na   stanowiskach   równorzędnych   z   moim   zatrudniani   są   ludzie   z   wyższym 
wykształceniem, a ja mam tylko Cambridge Certificate. Uważam, że jak na to, to daleko 
zaszedłem.

Mma   Ramotswe   słuchała   go,   nalewając   herbatę.   Była   zaskoczona   tym,   co   usłyszała. 

Spodziewała   się   innego   człowieka,   drobnego   urzędnika,   któremu   zajmowana   pozycja 
uderzyła do głowy i który mierzy jeszcze wyżej. A tymczasem sprawiał wrażenie całkiem 
zadowolonego z tego, co w życiu osiągnął.

- Nie ma pan szans na awans, rra? Nie mógłby pan zajść jeszcze wyżej?
Pan Sipoleli starannie rozważył to pytanie.
- Pewnie tak - odpowiedział po zastanowieniu. - Szkopuł w tym, że musiałbym długo 

nadskakiwać zwierzchnikom. Prawić im pochlebstwa i obsmarowywać podwładnych. A nie 
mam   na   to   ochoty.   Nie   jestem   ambitnym   człowiekiem.   Jestem   zadowolony   ze   swojego 
miejsca w życiu. Naprawdę.

Mmie Ramotswe zadrżała ręka, kiedy podawała panu Sipoleli herbatę. Spodziewała się 

czegoś zupełnie innego. Nagle przypomniała sobie radę Clovisa Andersena: „Nie zakładaj 
niczego z góry.  Nie decyduj  przed faktem, co jest co i kto jest kto, bo możesz trafić na 
fałszywy trop”.

Postanowiła poczęstować pana Sipoleli jedną z kanapek, które wyjęła z plastikowej torby. 

Ucieszył się, ale wziął najmniejszego sandwicza. Kolejny dowód na to, że miała do czynienia 
ze skromną osobą. Pan Sipoleli z jej wyobrażeń bez wahania wziąłby największą kanapkę.

- Ma pan rodzinę w Gaborone, rra? - spytała niewinnie.
Pan Sipoleli przełknął peklowaną wołowinę, zanim odpowiedział.

background image

- Mam trzy córki. Dwie są pielęgniarkami, jedna w Princess Marina Hospital, druga w 

Molepolole.   Moja   pierworodna   bardzo   dobrze   się   uczyła   i   studiowała   na   uniwersytecie. 
Jesteśmy z niej bardzo dumni.

- Mieszka w Gaborone? - spytała mma Ramotswe, podając mu drugą kanapkę.
-   Nie,   gdzie   indziej.   Wyszła   za   młodego   człowieka,   którego   poznała   na   studiach. 

Mieszkają poza miastem, w tamtą stronę.

- A pana zięć? Czym się zajmuje? Jest dla niej dobry?
- Tak, to bardzo dobry człowiek. Są ze sobą bardzo szczęśliwi. Liczę na to, że będą mieli 

dużo dzieci. Już nie mogę się doczekać, kiedy zostanę dziadkiem.

Mma Ramotswe powiedziała po namyśle:
- Kiedy człowiek prowadzi swoje dzieci do ołtarza, to najprzyjemniejsza musi być myśl, 

że będą się nim opiekowały na starość.

- Pewnie tak - odparł pan Sipoleli z uśmiechem - ale ja i moja żona mamy, inne plany. 

Zamierzamy wrócić do Mahalapye. Mamy tam trochę bydła - nie za wiele - i kawałek ziemi. 
Będziemy tam szczęśliwi. Niczego więcej nie pragniemy.

Mma Ramotswe umilkła. Wyglądało na to, że ten z gruntu dobry człowiek mówi prawdę. 

Bardzo  się  wstydziła   swojej   absurdalnej  hipotezy,   że  to  on uknuł  spisek mający na  celu 
zamordowanie zięcia. Dla ukrycia zakłopotania poczęstowała go kolejnym kubkiem herbaty, 
który z wdzięcznością od niej przyjął. Po piętnastu minutach dalszej rozmowy o sprawach 
bieżących wstała, otrzepała spódnicę i podziękowała mu za spędzenie z nią swojej przerwy 
obiadowej. Dowiedziała się tego, czego chciała się dowiedzieć, przynajmniej na jego temat. 
Spotkanie z ojcem wzbudziło w niej jednak podejrzenia także co do założeń, które przyjęła w 
stosunku do jego córki. Jeśli córka choć trochę wdała się w ojca, to nie mogła być trucicielką. 
Ten dobry,  skromny człowiek raczej nie wychowałby córki na morderczynię.  Ale czy na 
pewno?   Z   lędźwi   dobrych   ojców   wychodzą   czasem   złe   dzieci.   Nie   trzeba   wielkiego 
doświadczenia życiowego, żeby to sobie uzmysłowić. Prawdopodobieństwo czegoś takiego 
jest jednak niewielkie, w związku z czym mma Ramotswe powiedziała sobie, że do drugiego 
etapu śledztwa musi przystąpić z mniejszym bagażem uprzedzeń niż do pierwszego.

Dostałam nauczkę, pomyślała, wracając do maleńkiej białej furgonetki. Była tak głęboko 

pogrążona w myślach, że nie zauważyła pana Pilaia, który nadal stał pod sklepem optyka i 
patrzył na gałęzie drzewa nad głową.

- Myślałem o tym, co pani powiedziała, mma - zaczepił ją, kiedy go mijała. - To jest 

fascynujące zagadnienie.

- Tak - odparła mma Ramotswe, nieco zbita z pantałyku. - Obawiam się, że nie wiem, 

jaka jest odpowiedź. Po prostu nie wiem.

Pan Pilai pokręcił głową.
- W takim razie musimy jeszcze trochę się nad tym pogłowić.
- Tak, ma pan rację.

background image

Rozdział jedenasty

Mma Potokwani spełnia prośbę mmy Ramotswe

Człowiek   z   rządu   podał   mmie   Ramotswe   numer   telefonu,   pod   który   mogła   zawsze 

zadzwonić, z pominięciem jego sekretarek i asystentów. Po południu wypróbowała go po raz 
pierwszy i natychmiast połączyła się ze swoim klientem. Sprawiał wrażenie ucieszonego i 
wyraził zadowolenie z faktu, że śledztwo ruszyło z miejsca.

- Chciałabym w przyszłym tygodniu pojechać do waszego domu na wsi. Skontaktował się 

pan z ojcem?

- Tak - odparł człowiek z rządu. - Powiedziałem mu, że przyjedzie pani na odpoczynek. 

Powiedziałem,   że   wywalczyła   pani   dla   mnie   sporo   głosów   kobiet   i   muszę   się   pani 
odwdzięczyć. Przyjmą panią po królewsku.

Uzgodnili szczegóły i mma Ramotswe otrzymała wskazówki, jak dotrzeć na farmę, która 

znajdowała się niedaleko od drogi do Francistown, na pomoc od Pilane.

- Jestem pewien, że znajdzie pani dowody na zbrodnicze zamiary mojej szwagierki - 

powiedział człowiek z rządu. - Potem będziemy mogli uratować mojego brata.

Mma Ramotswe nie chciała się do niczego zobowiązywać.
- Zobaczymy. Nie mogę panu nic zagwarantować. Przekonam się na miejscu, co tam jest 

grane.

- Oczywiście, mma - rzucił pospiesznie człowiek z rządu - ale bezgranicznie wierzę w 

pani zdolność do rozszyfrowania sytuacji. Wiem, że znajdzie pani dowody przeciwko tej 
łajdaczce. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie będzie za późno.

Po   tej   rozmowie   mma   Ramotswe   siedziała   za   biurkiem   i   wpatrywała   się   w   ścianę. 

Właśnie przeznaczyła cały tydzień na to zadanie, co oznaczało, że dalsze pozycje z jej listy 
musiały zaczekać. Pozytywne było to, że na razie nie musiała się przejmować warsztatem ani 
ewentualnymi zgłoszeniami do agencji. Zostawiała wszystko w kompetentnych rękach mmy 
Makutsi, a gdyby jej asystentka, co ostatnio coraz częściej się zdarzało, akurat leżała pod 
samochodem, to telefon odebraliby terminatorzy, którzy zostali odpowiednio przeszkoleni.

Ale co z panem J.L.B. Matekonim? To była jedyna naprawdę trudna sprawa, której mma 

background image

Ramotswe nie tknęła. Uzmysłowiła sobie, że musi jak najszybciej podjąć jakieś działania. 
Przeczytała   książkę   o   depresji   i   nabrała   więcej   wiary   w   to,   że   potrafi   zaradzić   jej 
zagadkowym objawom. Ale przy tej chorobie zawsze istniało niebezpieczeństwo, że pacjent 
dopuści   się   czegoś   nierozsądnego   -   książka   nie   pozostawiała   w   tej   kwestii   żadnych 
wątpliwości - i mma Ramotswe drżała na myśl, że niska samoocena i obrzydzenie do samego 
siebie pchną pana J.L.B. Matekoniego do jakichś  desperackich kroków. Należało w jakiś 
sposób zaciągnąć go do doktora Moffata, żeby można było rozpocząć leczenie. Lecz kiedy 
kazała mu udać się do lekarza, stanowczo odmówił. Podejrzewała, że druga próba spotkałaby 
się z taką samą reakcją.

A   może   dałoby   się   go  nakłonić   do  brania   tabletek   jakimś   podstępem?   Wolałaby   nie 

uciekać się do takich metod, ale uważała, że kiedy ktoś ma tego typu zaburzenia, należy 
zastosować wszelkie dostępne środki, żeby mu pomóc. To jest tak, jakby jakaś zła istota 
wzięła   człowieka   na   zakładnika.   Mma   Ramotswe   była   zdania,   że   jeśli   złą   istotę   można 
pokonać   tylko   podstępem,   to   nie   wolno   się   wahać.   Uważała   to   za   całkowicie   zgodne   z 
tradycyjną moralnością botswańską i w ogóle z każdą moralnością.

A gdyby domieszała mu tabletek do jedzenia? To by poskutkowało, gdyby regularnie 

jadał   posiłki,   ale  tak  nie   było.   Przestał   przychodzić  do  niej  na  kolację   i  wyglądałoby   to 
podejrzanie, gdyby nagle ona zaczęła do niego przychodzić i mu gotować. Sądziła zresztą, że 
pan J.L.B. Matekoni nie je zbyt dużo - autorzy książki ostrzegali, że depresja często wywołuje 
taki skutek - bo na oko sporo stracił na wadze. A zatem nawet gdyby przemogła w sobie 
skrupuły, nie byłaby w stanie podać mu w ten sposób medykamentów.

Westchnęła. Nie miała w zwyczaju siedzieć i gapić się w ścianę, toteż przeszło jej przez 

głowę, że może ona również wpada w depresję. Myśl ta szybko  się jednak ulotniła. Nie 
wchodziło   w   rachubę,   żeby   mma   Ramotswe   zachorowała.   Wszystko   spoczywało   na   jej 
barkach: warsztat, agencja, dzieci, pan J.L.B. Matekoni, mma Makutsi - już nie wspominając 
o rodzinie mmy Makutsi w Bobonong. Nie miała czasu na chorowanie. Wstała, wygładziła 
sukienkę i podeszła do aparatu telefonicznego. Wyjęła notesik z numerami. Potokwani, Silvia. 
Kierowniczka. Farma dla sierot.

Mma   Potokwani   rozmawiała   z   potencjalną   przybraną   matką,   kiedy   przybyła   mma 

Ramotswe. Siedząc w poczekalni, pani detektyw obserwowała małego, jasnego gekona, który 
czaił   się   na   suficie   na   muchę.   I   gekon,   i   mucha   wisieli   do   góry   nogami,   gekon   dzięki 
maleńkim przyssawkom, mucha dzięki przyczepności łapek. Nagle gekon śmignął do przodu, 
ale był za wolny dla muchy, która wykonała w powietrzu taniec zwycięstwa, zanim usiadła na 
parapecie.

Mma   Ramotswe   zajęła   się   czasopismami,   które   zalegały   stolik.   Była   tam   również 

broszura rządowa ze zdjęciami wysokich urzędników. Znała wielu spośród tych ludzi, a o 
niektórych wiedziała więcej, niż się publikuje w broszurach rządowych. Zobaczyła między 

background image

innymi   twarz   człowieka   z   rządu,   dumnie   uśmiechniętego   do   obiektywu,   mimo   że,   jak 
wiedziała, zżerały go obawy o los młodszego brata i dręczyły myśli o spisku na jego życie.

- Mma Ramotswe?
Mma   Potokwani   odprowadziła   przybraną   matkę   do   wyjścia   i   teraz   stała   nad   mma 

Ramotswe.

- Przepraszam, że kazałam pani tak długo czekać, ale chyba udało mi się znaleźć dom dla 

bardzo trudnego dziecka. Musiałam się upewnić, że ta kobieta nadaje się na matkę.

Weszły do pokoju kierowniczki, gdzie stał talerzyk z okruszkami po świeżo zjedzonym 

kawałku ciasta.

- Przyszła  pani w  sprawie chłopca?  - spytała  mma  Potokwani. - Na pewno coś  pani 

wymyśliła.

Mma Ramotswe pokręciła głową.
-   Niestety,   nie   miałam   czasu   się   nad   nim   zastanowić.   Byłam   bardzo   zajęta   innymi 

sprawami.

- Stale jest pani zapracowana - odparła mma Potokwani z uśmiechem.
- Przyszłam poprosić panią o przysługę.
- Och, zwykle jest na odwrót! - rozpromieniła się mma Potokwani. - Tak się cieszę, że 

tym razem ja mogę komuś pomóc.

- Pan J.L.B. Matekoni  jest  chory - wyjaśniła  mma  Ramotswe.  - Myślę,  że  cierpi  na 

chorobę, która nazywa się depresja.

- O, znam się na tym. W końcu byłam kiedyś  pielęgniarką. Przez rok pracowałam w 

szpitalu psychiatrycznym w Lobatse. Widziałam, co wyprawia z człowiekiem ta choroba. Ale 
dzisiaj przynajmniej można ją leczyć. Z depresji się wychodzi.

- Tak, czytałam o tym. Ale trzeba brać lekarstwa. Pan J.L.B. Matekoni nie chce nawet 

pójść do lekarza. Mówi, że jest zdrowy.

- Nonsens. Musi natychmiast iść do lekarza. Niech mu pani to powie.
- Próbowałam, ale twierdzi, że nic mu nie dolega. Potrzebuję kogoś, kto zaciągnie go do 

lekarza. Kogoś...

- Kogoś takiego jak ja?
- Właśnie. Zawsze robił wszystko, o co go pani poprosiła. Nie śmiałby pani odmówić.
- Ale będzie musiał brać lekarstwa. Nie mogę nad nim stać i patrzeć mu na ręce.
- No tak - odparła mma Ramotswe z namysłem - ale gdyby sprowadziłaby go pani tutaj, 

mogłaby go pani pielęgnować. Dopilnowałaby pani, żeby brał lekarstwa i wyzdrowiał.

- Sprowadzić go na farmę dla sierot?
- Tak. Niech tu mieszka, dopóki nie wydobrzeje.
Mma Potokwani postukała w blat biurka.
- A jeśli nie będzie chciał?
- Nie miałby odwagi się pani sprzeciwić, mma.

background image

- A. Czyli taka ze mnie sztuka?
- Trochę - odparła życzliwie mma Ramotswe. - Ale tylko na mężczyzn tak pani działa. 

Mężczyźni czują respekt dla osób na kierowniczych stanowiskach.

- Pan J.L.B. Matekoni zawsze był dobrym duchem farmy dla sierot - powiedziała mma 

Potokwani po chwili zastanowienia. - Bardzo wiele dla nas zrobił. Załatwię to dla pani, mma. 
Kiedy mam się z nim zobaczyć?

- Dzisiaj, jeśli to możliwe. Niech pani go zabierze do doktora Moffata, a potem sprowadzi 

tutaj.

- Doskonale. - Mma Potokwani zapaliła się do tego zadania. - Dowiem się, co to za cyrki. 

Nie chce iść do lekarza? Nonsens! Załatwię dla pani tę sprawę. Proszę mi zaufać.

Mma Potokwani odprowadziła mmę Ramotswe do samochodu.
- Nie zapomni pani o chłopcu? - spytała. - Zastanowi się pani nad nim?
- Proszę się nie martwić, mma - odparła pani detektyw. - Zdjęła mi pani z serca wielki 

ciężar. Spróbuję odwdzięczyć się pani tym samym.

Doktor Moffat przyjął pana J.L.B. Matekoniego w gabinecie na końcu werandy, a pani 

Potokwani piła w tym czasie herbatę z panią Moffat w kuchni. Żona lekarza, bibliotekarka, 
dużo wiedziała, toteż mma  Potokwani czasami zasięgała u niej informacji. Był  wieczór i 
owady, które zdołały przeniknąć przez moskitiery w oknach gabinetu pana doktora, krążyły 
jak pijane wokół żarówki lampy na biurku, rzucały się na metalowy abażur i odlatywały 
oparzone. Na biurku leżały słuchawki i ciśnieniomierz, z gruszką zwisającą poza krawędź 
blatu. Jedną ze ścian zdobiła stara rycina dziewiętnastowiecznej misji nad rzeką Kuruman.

- Dawno pana nie widziałem, rra - powiedział doktor Moffat. - Mój samochód jeździ bez 

zarzutu.

Pan J.L.B. Matekoni usiłował się uśmiechnąć, ale był to dla niego zbyt wielki wysiłek.
- Nie czuję...
Urwał. Doktor Moffat odczekał chwilę, ale dalszego ciągu nie było.
- Nie czuje się pan najlepiej?
Pan J.L.B. Matekoni skinął głową.
- Jestem bardzo zmęczony. Nie mogę spać.
- To niedobrze. Brak snu źle wpływa na samopoczucie. Dręczy pana coś konkretnego? 

Ma pan jakieś zmartwienia?

Pan J.L.B. Matekoni zamyślił się. Szczęka mu chodziła, jakby próbował wyartykułować 

jakieś trudne słowa.

- Martwię się - powiedział w końcu - że moje grzechy z przeszłości wyjdą na jaw i będę 

skompromitowany. Ukamienują mnie. To będzie koniec.

- Co to za grzechy? Wie pan, że to pozostanie między nami.
-   To   są   sprawy   z   dawnych   czasów.   Bardzo   złe   rzeczy.   Nikomu   nie   mogę   o   nich 

background image

powiedzieć, nawet panu.

- Choćby z grubsza?
- Też nie.
Doktor Moffat przyjrzał się panu J.L.B. Matekoniemu. Zauważył, że kołnierzyk jest źle 

zapięty,   sznurówki   urwane,   oczy   nabiegłe   lękiem   -   i   więcej   nie   było   mu   potrzeba   do 
postawienia diagnozy.

-  Dam   panu  lekarstwa,   po  których  poczuje  się  pan   lepiej.  Pani   Potokwani   mówi,  że 

zaopiekuje się panem, dopóki pan nie wyzdrowieje. - Pan J.L.B. Matekoni skinął tępo głową. 
- Będzie pan brał to lekarstwo? Daje mi pan słowo?

Spojrzenie pana J.L.B. Matekoniego pozostało utkwione w podłodze.
- Moje słowo nie jest nic warte.
- Przemawia przez pana choroba. Pańskie słowo jest warte góry złota.
Pani Potokwani zaprowadziła go do swojego samochodu i otworzyła mu drzwi od strony 

pasażera.   Odwróciła   się   do   państwa   Moffatów,   którzy   stali   w   furtce,   i   pomachała   im. 
Odwzajemnili ten gest i wrócili do domu. Kierowniczka farmy dla sierot ruszyła w drogę 
powrotną,   która   wiodła   obok   Tlokweng   Road   Speedy   Motors.   Właściciel   i   założyciel 
warsztatu,  opuszczonego i pogrążonego w ciemnościach,  nie zaszczycił  go nawet jednym 
spojrzeniem.

background image

Rozdział dwunasty

Sprawy rodzinne

Wyjechała w chłodzie poranka, chociaż podróż miała zająć niewiele ponad godzinę. Rose 

przygotowała śniadanie, które pani detektyw zjadła razem z dziećmi na werandzie domu przy 
Zebra Drive. Wokół panowała cisza, bo przed siódmą, kiedy to ludzie zaczynali wyruszać do 
pracy, na ich ulicy nie było prawie żadnego ruchu. Przeszło kilka osób - wysoki mężczyzna w 
obdartych portkach, jedzący zwęgloną kolbę kukurydzy, kobieta ze śpiącym niemowlęciem 
przytroczonym   szalem   do   pleców   -   i   przemknął   jeden   z   żółtych   psów   sąsiada,   chudy   i 
niedożywiony,   zaabsorbowany   jakimiś   tajemniczymi   psimi   sprawami.   Mma   Ramotswe 
tolerowała psy, ale cuchnące żółte stworzenia, które mieszkały obok, budziły w niej silną 
odrazę. Ich nocny skowyt zakłócał jej sen - obszczekiwały cienie, księżyc, podmuchy wiatru - 
i była pewna, że odstraszają od jej ogrodu ptaki, które lubiła. W każdym domu przy Zebra 
Drive mieszkały psy - wydawało się, że mma Ramotswe jest jedyną antykynologiczną czarną 
owcą - które czasami przełamywały w sobie odruchową wrogość i przechadzały się ulicą 
całymi sforami, goniąc za samochodami i strasząc rowerzystów.

Mma Ramotswe nalała herbaty z czerwonokrzewu sobie i Motholeli. Puso nie przemógł 

się do herbaty i otrzymał szklankę ciepłego mleka, do którego mma Ramotswe szczodrze 
wsypała mu dwie łyżeczki cukru. Był łasy na słodycze, być może dlatego, że siostra karmiła 
go   nimi,   kiedy   się   nim   opiekowała   na   tym   podwórzu   we   Francistown.   Mma   Ramotswe 
zamierzała go przestawić na zdrowszą dietę, ale to wymagało cierpliwości. Rose ugotowała 
owsiankę, którą rozlała do misek i okrasiła strużkami melasy, a na talerzu leżały kawałki 
papai. Zdrowe śniadanie dla dziecka, pomyślała mma Ramotswe. Co jadłyby te dzieci, gdyby 
zostały wśród swoich? Ci ludzie żywią się byle czym - korzonkami wygrzebanymi z ziemi, 
robakami,   ptasimi   jajami.   Umieją   jednak   doskonale   polować,   więc   czasami   raczą   się   też 
mięsem strusia i antylopy dujker, na które miastowych rzadko stać.

Przypomniała sobie, jak kiedyś, podczas podróży na północ, stanęła z boku drogi, żeby 

napić   się   herbaty   z   termosu.   Koło   miejsca   postojowego   stał   znak,   który   informował,   że 
podróżny właśnie przekracza Zwrotnik Koziorożca. Sądziła, że jest sama, toteż zaskoczyło ją, 

background image

kiedy zza drzewa wyłonił się Mosarwa bądź Buszmen, jak ich dawniej nazywano. Miał na 
sobie kusy skórzany kaftan i niósł skórzaną torbę. Podszedł do niej, wydając z siebie świsty 
charakterystyczne dla swojego dziwacznego języka. W pierwszej chwili wystraszyła się. Była 
od niego wprawdzie dwa razy większa, ale ci ludzie używali zatrutych strzał i byli z natury 
bardzo szybcy.

Wstała niepewnie, gotowa porzucić termos i schronić się w maleńkiej białej furgonetce, 

lecz on pokazał prosząco na swoje usta. Sądząc, że go zrozumiała, mma Ramotswe podała mu 
kubek, jemu jednak chodziło o jedzenie, a nie picie. Mma Ramotswe miała ze sobą tylko dwie 
kanapki z jajkiem, które wziął od niej łapczywie i błyskawicznie pochłonął. Kiedy skończył, 
oblizał palce i odwrócił się. Patrzyła, jak znika w buszu, zlewając się z nim równie naturalnie 
jak dzikie zwierzę. Zadała sobie pytanie, czy kanapka z jajkiem przypadła mu do gustu i czy 
smakowała lepiej niż dary Kalahari, gryzonie i bulwy.

Dzieci należały niegdyś do tego świata, ale nie było powrotu. Nie było powrotu do tego 

życia,   ponieważ   to,   co   kiedyś   wydawało   się   oczywiste,   teraz   byłoby   potwornie   trudne   i 
umiejętność przetrwania zanikła. Ich miejsce było teraz przy Rose i mmie Ramotswe, w domu 
na Zebra Drive.

- Wyjeżdżam na kilka dni - wyjaśniła im przy śniadaniu. - Rose się wami zaopiekuje. 

Wszystko będzie dobrze.

- Nie przejmuj się, mma - powiedziała Motholeli. - Pomogę jej.
Mma Ramotswe uśmiechnęła się do niej zachęcająco. Wychowała swojego braciszka i 

miała we krwi pomaganie młodszym od siebie. Będzie z niej wspaniała matka, pomyślała 
mma Ramotswe, ale potem się zreflektowała: czy można być matką na wózku? Chyba nie da 
się wydać na świat dziecka, jeśli ktoś nie może chodzić, a nawet jeśli, to czy znajdzie się 
chętny do poślubienia inwalidki? To niesprawiedliwe, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: 
tej dziewczynce zawsze będzie w życiu ciężko. Oczywiście istnieją mężczyźni o dobrych 
sercach, pomyślała mma Ramotswe, dla których nie grałoby to roli i którzy chcieliby wziąć za 
żonę to szlachetne, dzielne stworzenie, ale to bardzo rzadki gatunek. Nie przychodziło jej do 
głowy zbyt wielu takich. Chociaż gdyby się trochę zastanowić? Był oczywiście pan J.L.B. 
Matekoni, bardzo dobry człowiek - nawet jeśli chwilowo trochę dziwnie się zachowujący - 
był biskup, kiedyś był sir Seretse Khama, mąż opatrznościowy i wódz naczelny. A doktor 
Merriweather, ordynator szkockiego szpitala w Molepolole, czy to nie dobry człowiek? Byli 
też inni, mniej znani. Na przykład pan Potolani, który pomagał biednym i rozdawał większość 
pieniędzy, które przynosiły mu jego sklepy, czy człowiek, który naprawiał mmie Ramotswe 
dach   i   za   darmo   zreperował   rower   Rose,   kiedy   zobaczył,   że   jest   popsuty.   Istnieje   wielu 
dobrych mężczyzn, pomyślała, i może w przyszłości któryś trafi się Motholeli. Czemu z góry 
to wykluczać?

Oczywiście pod warunkiem, że chciałaby mieć męża. Kobieta może być szczęśliwa bez 

męża, przynajmniej do pewnego stopnia. Ona sama czuła się dobrze jako rozwódka, chociaż 

background image

w sumie wolałaby mieć męża. Cieszyła się z tego, że będzie mogła dopilnować, aby pan 
J.L.B. Matekoni odpowiednio się odżywiał. Cieszyła się z tego, że w razie nocnych hałasów - 
ostatnio coraz częstszych - to pan J.L.B. Matekoni będzie wstawał, żeby sprawdzić ich źródło. 
Musimy   mieć   kogoś   w   życiu,   pomyślała   mma   Ramotswe.   Potrzebujemy   osoby,   z   której 
zrobimy naszego małego boga na ziemi, zgodnie z przysłowiem ludu Kgatla. Czy będzie to 
małżonek, dziecko, rodzic czy ktokolwiek inny, musi istnieć ktoś, kto nadaje naszemu życiu 
sens. Ona miała kiedyś  tatę, świętej pamięci Obeda Ramotswe, górnika, hodowcę bydła i 
dżentelmena. Z przyjemnością się dla niego poświęcała, póki żył, a teraz z przyjemnością 
pielęgnowała jego pamięć. Ale pamięć o ojcu nie wystarczy.

Naturalnie są ludzie, którzy uważają, że małżeństwo jest zbędne. W jakimś sensie mają 

rację. I bez małżeństwa można mieć kogoś w życiu, ale nie ma się wtedy gwarancji trwałości. 
Małżeństwo też  tego  nie zapewnia,  ale  przynajmniej  mężczyzna  i kobieta  wyrażają  wolę 
wspólnego życia aż do śmierci. A jeśli się nie uda, to mogą chociaż powiedzieć, że próbowali. 
Mma   Ramotswe   nie   miała   cierpliwości   do   ludzi   szkalujących   instytucję   małżeństwa.   W 
dawnych   czasach   małżeństwo   było   dla   kobiet   pułapką,   bo   mężczyznom   przysługiwała 
większość   praw,   a   kobietom   większość   obowiązków.   Takie   było   małżeństwo   plemienne, 
chociaż starsze kobiety cieszyły się szacunkiem i wysoką pozycją społeczną, zwłaszcza jeśli 
urodziły synów. Mma Ramotswe nie była zwolenniczką dawnych obyczajów i uważała, że 
nowoczesna koncepcja małżeństwa, jako równoprawnego związku, jest dla kobiet znacznie 
korzystniejsza. Zdaniem mmy Ramotswe kobiety popełniły wielki błąd, dając się zbałamucić 
do utraty wiary w małżeństwo. Niektóre kobiety sądziły,  że przyniesie to wyzwolenie od 
tyranii mężczyzn, i w jakimś sensie przyniosło, ale przy okazji usankcjonowało egoistyczne 
zapędy mężczyzn. Kiedy mężczyzna słyszy, że jeśli pobędzie jakiś czas z kobietą, a potem 
zamieni ją na młodszą, nikt nie uzna tego za naganne - nie popełnił cudzołóstwa, więc co w 
tym nagannego? - jest to muzyka dla jego uszu.

- Kto w dzisiejszych czasach cierpi? - mma  Ramotswe spytała kiedyś  mmę Makutsi, 

kiedy   siedziały   w   biurze   i   czekały   na   klientów.   -   Czy   nie   kobiety,   których   mężczyźni 
porzucili je dla młodszych? Czy nie tak jest? Mężczyzna kończy czterdzieści pięć lat i uznaje, 
że już ma dosyć, więc ucieka z młodszą kobietą.

- Ma pani rację, mma - stwierdziła mma Makutsi. - Cierpią botswańskie kobiety,  nie 

mężczyźni. Mężczyźni są bardzo zadowoleni. Widziałam to na własne oczy. Widziałam to w 
studium sekretarskim. - Mma Ramotswe czekała na szczegóły. - W studium uczyło się wiele 
pięknych   dziewczyn.   Osiągały   najgorsze   wyniki,   pięćdziesiąt   procent   albo   trochę   więcej. 
Trzy,  cztery razy w  tygodniu  chodziły wieczorem  się zabawić  i wiele  z nich  poznawało 
starszych mężczyzn, którzy mieli więcej pieniędzy i lepsze samochody niż młodzi. Moim 
koleżankom nie przeszkadzało, że ci mężczyźni są żonaci. Chodziły z nimi potańczyć  do 
knajpy. A co się potem działo, mma?

Pani detektyw pokręciła głową.

background image

- Wyobrażam sobie.
Mma Makutsi zdjęła okulary i wyczyściła je bluzką.
- Mówiły tym facetom, żeby odeszli od żon. A oni uznawali to za dobry pomysł i tak 

właśnie robili. A potem było wiele nieszczęśliwych  kobiet, które nie miały szans znaleźć 
sobie nowego mężczyzny, bo mężczyźni latają za młodymi, pięknymi dziewczynami, starsze 
ich nie interesują. Takie rzeczy widziałam, mma. Mogłabym pani podać listę nazwisk. Całą 
listę.

- Nie trzeba. Sama mam bardzo długą listę nieszczęśliwych kobiet. Bardzo długą.
- A ilu nieszczęśliwych mężczyzn pani zna? - dociekała mma Makutsi. - Ilu zna pani 

mężczyzn, którzy siedzą w domu i zastanawiają się, co zrobić po odejściu żony do młodszego 
mężczyzny? Ilu, mma?

- Żadnego. Ani jednego.
- Widzi pani? Dałyśmy się oszukać. Chłopy nas oszukały, mma. A my wlazłyśmy jak 

krowy w zastawioną przez nich pułapkę.

Odprawiwszy  dzieci   do   szkoły,   mma   Ramotswe   spakowała   swoją  brązową   walizkę   i 

wyjechała poza miasto. Minęła browary i nowe fabryki, minęła nowe przedmieście domów z 
żużlobetonu, przejechała wiaduktem nad linią kolejową Francistown-Bulawajo i znalazła się 
na drodze, która miała ją zaprowadzić do feralnego domostwa. Spadły pierwsze deszcze i 
spieczony brunatny veld zaczął się zielenić, dostarczając soczystej trawy bydłu i wędrownym 
stadom kóz. W maleńkiej białej furgonetce nie było radia - w każdym razie działającego - ale 
mma Ramotswe znała wiele piosenek i śpiewała je przy otwartym oknie, wciągając w płuca 
rześkie powietrze poranka. Migotliwie upierzone ptaki wzbijały się do góry z pobocza drogi. 
Nad głową mmy Ramotswe puściuteńkie niebo ciągnęło się całymi milami jasnego błękitu.

Jej misja budziła w niej skrupuły, ponieważ naruszała zasady gościnności. Nie można 

mieszkać   u   kogoś,   podając   się   za   inną   osobę,   a   nawet   matka   i   ojciec   klienta   nie   znali 
prawdziwego celu jej wizyty. Przyjmowali ją jako kobietę, wobec której ich syn ma dług 
wdzięczności,   a   tymczasem   przybywała   szpiegować.   Co   prawda   szpiegować   w   dobrej 
sprawie, ale zawsze.

Teraz jednak, w maleńkiej białej furgonetce, postanowiła odsunąć wątpliwości moralne 

na bok. Była to sytuacja konfliktu wartości, ale mma Ramotswe uznała, że lepiej jest popełnić 
fałsz, niż pozwolić na czyjąś śmierć. A skoro już podjęła decyzję, to nie było sensu zadręczać 
się etycznymi rozterkami. Poza tym mogłyby jej one uniemożliwić przekonujące odegranie 
swojej roli. To byłoby tak, jakby aktor zaczął się na scenie zastanawiać, czy grana przez niego 
postać słusznie postępuje.

Mma   Ramotswe   minęła   furmankę   zaprzęgniętą   w   muła   i   pomachała   woźnicy.   Puścił 

wodze i odwzajemnił jej gest, podobnie jak jego pasażerowie, dwie staruszki, jedna młodsza 
kobieta i dziecko. Pewnie jadą na tereny uprawne, pomyślała mma Ramotswe. Chyba trochę 

background image

późno, ziemia powinna być zaorana przed pierwszym deszczem, ale jeszcze zdążą posiać 
ziarno i w żniwa będą mieli kukurydzę, melony i fasolę. Na furmance leżało kilka worków, 
ani chybi z ziarnem i prowiantem dla rodziny na czas prac polowych. Kobiety będą gotowały 
owsiankę, pomyślała, a mężczyźnie i chłopcu może uda się coś upolować - z perlicy byłaby 
pyszna potrawka dla całej rodziny.

Furmanka i jej pasażerowie oddalali się w tylnym lusterku, jakby wracali do przeszłości, 

coraz mniejsi i mniejsi. Kiedyś ludzie zaniechają tego, przestaną jeździć na tereny uprawne w 
czas siewu i będą kupować jedzenie w sklepach, tak jak miastowi. Ale jaka to będzie strata 
dla   kraju!   O   ile   mniej   będzie   przyjaźni,   solidarności   i   miłości   do   ziemi!   Jako   mała 
dziewczynka  jeździła  z ciotkami  na tereny uprawne, podczas gdy chłopców  wysyłano  na 
pastwiska, gdzie przebywali całymi miesiącami na kompletnym odludziu, pod opieką kilku 
starszych   mężczyzn.   Bardzo   lubiła   te   wyjazdy   i   nie   nudziła   się.   Zamiatały   podwórza   i 
wyplatały różne rzeczy z trawy. Pieliły grządki melonów i opowiadały sobie nawzajem długie 
historie o sprawach, które nigdy się nie wydarzyły, ale mogły się wydarzyć, może w innej 
Botswanie, gdzie indziej.

A podczas  deszczu  chowały się w chatach,  słuchały,  jak grzmi,  i czuły kwaśną woń 

spalonego powietrza, jeśli piorun uderzył zbyt blisko. Kiedy deszcz zelżał, wychodziły na 
dwór i czekały na latające  mrówki, które wypełzały ze swoich nor w rozmiękłej  ziemi  i 
można je było złapać, zanim wystartowały, albo już w locie, i zjeść na surowo. Smakowały 
jak masło.

Minęła  Pilane i spojrzała w  prawo na drogę do Mochudi. Miejsce to budziło w niej 

dwojakie   uczucia.   Z   jednej   strony   w   Mochudi   spędziła   dzieciństwo,   z   drugiej   strony 
niedaleko skrzyżowania, tam, gdzie tory przecinały się z drogą, pewnej strasznej nocy jej 
matka zginęła pod kołami pociągu. Precious Ramotswe była wtedy niemowlęciem, ale śmierć 
matki, której nie pamiętała, położyła się cieniem na całym jej życiu.

Zbliżała się do celu podróży.  Otrzymała  szczegółowe wskazówki i wszystko było  na 

swoim miejscu: brama, płot, dokładnie tak, jak w opisie. Zjechała z drogi i wysiadła, żeby 
otworzyć  bramę.  Potem ruszyła  gruntową drogą w stronę skupiska domów  oddalonych  o 
jakąś milę na zachód, osłoniętych buszem i przycupniętych pod wieżą metalowego wiatraka. 
Była to ogromna farma, której widok szarpnął ją za serce. Obed Ramotswe marzył o czymś 
takim, ale chociaż hodowla bydła przynosiła godziwe dochody, nie wzbogacił się na tyle, 
żeby go było stać na zakup takiej dużej farmy. Będzie tego co najmniej dwa tysiące hektarów, 
pomyślała.

W   kompleksie   budynków   królował   duży,   nieregularny   dom   kryty   czerwoną   blachą   i 

otoczony   cienistą   werandą.   Wokół   tego   pierwotnego   budynku   z   czasem   wykwitły   dalsze 
zabudowania, w tym dwa inne domy. Po obu stronach głównego domu rosły bugenwille z 
purpurowymi kwiatami, a z tyłu i z jednego boku stały papaje. Postarano się o jak najwięcej 
cienia - bo całkiem blisko na zachód, zapewne tylko trochę poza zasięgiem wzroku, krajobraz 

background image

ulegał zmianie i zaczynała się kotlina Kalahari. Tutaj jednak wciąż była woda, a busz nadawał 
się dla bydła. Niedaleko na wschód miała swoje źródła Limpopo, w tym miejscu wąziutka, ale 
w porze deszczowej obficie spływająca wodą.

Pod   jednym   z   budynków   gospodarczych   parkowała   ciężarówka   i   mma   Ramotswe 

zostawiła   tam   maleńką   białą   furgonetkę.   Kusiło   ją   miejsce   w   cieniu   pod   jednym   z 
największych drzew, ale zachowałaby się jak człowiek niewychowany, gdyby je wybrała - 
zapewne parkował tam jakiś znaczniejszy członek rodu.

Zostawiła walizkę na siedzeniu pasażera i podeszła do furtki prowadzącej na podwórze 

głównego domu. Zawołała, bo byłoby niegrzeczne pchać się bez zaproszenia. Nikt jej nie 
odpowiedział, więc zawołała ponownie. Tym razem otworzyły się jakieś drzwi i wyszła z 
nich kobieta  w średnim  wieku, wycierając  dłonie  w fartuch.  Uprzejmie  pozdrowiła  mmę 
Ramotswe i zaprosiła ją do środka.

- Staruszka czeka na panią - powiedziała. - Jestem tutaj szefową służby. Opiekuję się 

staruszką. Czeka na panią.

Pod daszkiem werandy było chłodno, a jeszcze chłodniej w pogrążonym w półmroku 

wnętrzu domu. Zanim oczy mmy Ramotswe oswoiły się ze zmianą światła, widziała raczej 
cienie   niż   kształty.   Potem   zobaczyła   krzesło   z   pionowym   oparciem,   na   którym   siedziała 
starsza pani, a obok niej stolik z dzbankiem wody i czajniczkiem herbaty.

Wymieniły pozdrowienia, a mma Ramotswe dodatkowo się ukłoniła. Spodobało się to 

pani   domu,   która   zrozumiała,   że   ma   do   czynienia   z   kobietą   przestrzegającą   dawnych 
obyczajów, nie tak, jak te bezczelne nowoczesne kobiety z Gaborone, którym się wydaje, że 
pojadły wszystkie rozumy i które nie szanują starszych. Ha! Myślą, że są Bóg wie jak mądre, 
mają się za Bóg wie kogo, wykonują męskie zawody i zachowują się wobec mężczyzn jak 
psie samice. Ha! Ale nie tutaj, na wsi, gdzie dawne obyczaje wciąż cieszą się mirem. A już na 
pewno nie w tym domu.

- Bardzo miło z pani strony, że zgodziła się pani mnie przyjąć, mma. Pani syn też jest 

dobrym człowiekiem.

- Nie ma o czym mówić, mma - odparła staruszka z uśmiechem. - Przykro mi słyszeć, że 

ma pani w życiu kłopoty. Ale kłopoty, które w mieście wydają się duże, na wsi robią się małe. 
Co   tutaj   jest   ważne?   Deszcz.   Trawa   dla   bydła.   Żadna   ze   spraw,   którymi   zadręczają   się 
miastowi. Tutaj nie mają one znaczenia. Zobaczy pani.

- To ładne miejsce - odparła mma Ramotswe. - I bardzo spokojne.
Staruszka zamyśliła się.
- Tak, jest u nas spokojnie. Zawsze było spokojnie i nie chciałabym, żeby to się zmieniło.
Nalała wody do szklanki i podała ją mmie Ramotswe.
- Skąd pani jest, mma? - spytała. - Zawsze mieszkała pani w Gaborone?
Pytanie to nie zaskoczyło mmy Ramotswe. Jest to uprzejmy sposób na dowiedzenie się o 

czyjąś   przynależność   plemienną.   W   Botswanie   jest   osiem   głównych   plemion   i   trochę 

background image

mniejszych. Większość młodych ludzi nie przywiązuje wagi do tych spraw, ale dla starszego 
pokolenia   są   one   bardzo   istotne.   Ta   kobieta,   z   jej   wysoką   pozycją   w   społeczeństwie 
plemiennym, na pewno się nimi interesowała.

- Pochodzę z Mochudi - odparła mma Ramotswe. - Tam się urodziłam.
Staruszkę wyraźnie to uspokoiło.
- A, czyli jest pani Kgatla, tak jak my. Który szczep?
Mma   Ramotswe   naświetliła   jej   swoje   korzenie   i   staruszka   skinęła   głową.   Znała 

naczelnika szczepu i jego kuzynkę, która wyszła za siostrę jej szwagierki. Tak, chyba poznała 
przed laty Obeda Ramotswe. Potem pogrzebała w pamięci i powiedziała:

- Pani matka nie żyje, prawda? Przejechał ją pociąg, kiedy pani była niemowlęciem.
Mma   Ramotswe   była   tylko   trochę   zaskoczona.   Niektórzy   ludzie   niemal   zawodowo 

trudnią   się   zapamiętywaniem   dziejów   wspólnoty   i   staruszka   najwyraźniej   się   do   nich 
zaliczała. Dzisiaj mówi się na nich ustni historycy, ale w rzeczywistości są to staruszki, które 
lubią wspominać sprawy najbardziej dla nich interesujące: śluby, zgony i narodziny dzieci. Z 
kolei staruszkowie mają w pamięci głównie krowy.

Rozmowa toczyła się dalej. Staruszka powoli i nienachalnie wyciągała z mmy Ramotswe 

historię jej życia. Mma Ramotswe opowiedziała jej o Note Mokotim i staruszka pokiwała ze 
współczuciem głową, ale powiedziała, że takich mężczyzn jest wielu i kobiety powinny na 
nich uważać.

- Dla mnie męża wybrała rodzina. Nie układaliby się, gdybym powiedziała, że kandydat 

mi się nie podoba, ale to oni wybrali i wiedzieli, jaki mężczyzna będzie dla mnie dobry. I nie 
pomylili  się. Znaleźli  mi  bardzo dobrego męża, któremu  dałam trzech synów. Jeden lubi 
liczyć krowy, to jego hobby. Na swój sposób jest z niego bardzo mądry człowiek. Drugiego 
pani zna, mma, bardzo ważny człowiek w rządzie. Trzeci mieszka tutaj. Jest bardzo dobrym 
farmerem i zdobył kilka nagród za swoje byki. Wszyscy są wspaniałymi ludźmi i jestem z 
nich dumna.

- Jest pani szczęśliwa, mma? - spytała mma Ramotswe. - Zmieniłaby pani swoje życie, 

gdyby ktoś przyszedł do pani i powiedział: tu jest lek, który odmieni pani życie. Zażyłaby go 
pani?

- Nigdy - odparła staruszka. - Nigdy. Bóg dał mi wszystko, czego można zapragnąć. 

Dobrego męża. Trzech zdrowych synów. Mocne nogi, które jeszcze dzisiaj potrafią pokonać 
pięć, sześć mil. I niech pani spojrzy: wciąż mam wszystkie zęby. Siedemdziesiąt sześć lat i 
ani jednego nie brakuje! Z moim mężem jest tak samo. Nasze zęby wytrzymają aż do setki 
albo jeszcze dłużej.

- Poszczęściło się pani. We wszystkim się pani poszczęściło.
- Prawie we wszystkim.
Mma Ramotswe czekała. Czy staruszka coś wyjawi? Może powie coś na temat synowej. 

Może widziała ją, jak przygotowywała truciznę, albo w inny sposób się o tym dowiedziała. 

background image

Staruszka oznajmiła jednak tylko:

- Jak padają deszcze i powietrze robi się wilgotne, bolą mnie ręce. Tutaj i tutaj. Przez 

dwa, trzy miesiące mam tak obolałe ręce, że trudno mi się szyje. Wypróbowałam wszystkie 
lekarstwa, ale nic nie skutkuje. Ale jeśli to jest całe brzemię, jakie spuścił na mnie Pan Bóg, to 
i tak uważam, że miałam w życiu ogromnie wiele szczęścia.

Staruszka wezwała przełożoną służby, która wpuściła mmę Ramotswe do środka, aby 

zaprowadziła mmę Ramotswe do jej pokoju w tylnej części domu. Był prosto urządzony, z 
patchworkową narzutą i oprawionym w ramki zdjęciem Mochudi Hill na ścianie. Był też stół 
z białym koronkowym obrusem i komódka na ubrania.

- W tym  pokoju nie ma zasłon - powiedziała gosposia - ale koło tego okna nikt nie 

przechodzi. Nikt nie będzie zakłócał pani spokoju, mma.

Wyjaśniła, że obiad jest o dwunastej, więc mma Ramotswe będzie miała aż nadto czasu 

na rozpakowanie się.

- Tutaj nie ma nic do roboty. To nie Gaborone - dodała tęsknie.
Odwróciła się do wyjścia,  ale mma  Ramotswe próbowała przedłużyć  rozmowę. Z jej 

doświadczenia wynikało, że aby skłonić kogoś do mówienia, najlepiej jest go poprosić, żeby 
opowiedział o swoich sprawach. Czuła, że przełożona służby, która poprawnie się wysławiała 
w języku setswana, jest niegłupią kobietą i ma jakieś poglądy.

- Kto tutaj jeszcze mieszka, mma? - spytała. - Są jacyś inni członkowie rodziny?
- Tak, są. Mieszka tutaj syn państwa domu z żoną. Oni mają trzech synów. Jeden ma 

bardzo małą głowę i cały dzień liczy krowy. Stale jest przy bydle i nie przychodzi tutaj. Jest 
jak mały chłopiec, rozumie pani? Dlatego mieszka z pastuszkami. Traktują go jak kolegę, 
chociaż   to   już   dorosły   człowiek.   Drugi   mieszka   w   Gaborone,   gdzie   zajmuje   ważne 
stanowisko, a trzeci żyje tutaj.

- Co pani myśli o tych synach, mma?
Trochę ryzykowała, tak szybko zadając to bezpośrednie pytanie. Takie wścibstwo mogło 

wzbudzić w tej kobiecie nieufność. Ale nie wzbudziło. Przełożona służby usiadła na łóżku.

-  Jedno  pani   powiem,  mma.  Ten   syn,   który  zajmuje   się  krowami,  to   bardzo  smutny 

człowiek. Ale gdyby pani słyszała, co jego matka  o nim mówi. Powiada, że jest mądry. 
Mądry!   On   ma   rozum   małego   chłopca,   mma.   To   nie   jego   wina,   ale   taka   jest   prawda. 
Pastwisko to dla niego najlepsze miejsce, ale nie powinni mówić, że jest mądry. To po prostu 
kłamstwo, mma. To tak, jakby powiedzieć, że deszcz pada w porze suchej. To nieprawda.

- Ma pani rację.
Gospodyni ledwo zarejestrowała to wtrącenie.
-   Potem   jest   ten   z   Gaborone.   Kiedy   tutaj   przyjeżdża,   robi   straszne   zamieszanie.   O 

wszystko się rozpytuje. Wszędzie wtyka nos. Czasem nawet krzyczy na ojca, wyobraża sobie 
pani? Ale wtedy matka krzyczy na niego i przywołuje go do porządku. Może w Gaborone jest 

background image

ważnym człowiekiem, ale tutaj jest synem i nie wolno mu krzyczeć na starszych.

Mma   Ramotswe   była   zachwycona.   Gosposia   należała   do   gatunku   służących,   które 

najbardziej lubiła odpytywać.

- Ma pani rację, mma. Za dużo ludzi krzyczy dzisiaj na innych. Nic, tylko się drą. Ciągle 

się to słyszy. Ale właściwie dlaczego on krzyczy? Myśli pani, że chce poćwiczyć głos?

- O, ten człowiek ma donośny głos! - odparła przełożona służby ze śmiechem. - Nie, 

krzyczy dlatego, że jego zdaniem coś jest tutaj nie w porządku. Mówi, że nie gospodarujemy 
jak należy. Poza tym mówi... - zniżyła głos - ...że żona jego brata jest złą kobietą. Powiedział 
tak do ojca, słyszałam wyraźnie. Ludzie myślą, że służące nic nie słyszą, ale my też mamy 
uszy. Słyszałam, jak to powiedział. Mówił o niej okropne rzeczy.

Mma Ramotswe uniosła brew.
- Okropne rzeczy?
- Mówi, że ona sypia z innymi mężczyznami. Że kiedy urodzi im się pierwsze dziecko, 

nie będzie pochodziło z tego rodu. Że synowie urodzą się z innych mężczyzn i obca krew 
przejmie tę farmę. Tak mówi.

Mma  Ramotswe  milczała.  Wyglądnęła  przez okno. Niedaleko rosła bugenwilla,  która 

rzucała purpurowy cień. Dalej było widać wierzchołki akacji, ciągnących się aż po niskie 
wzgórza na horyzoncie. Samotna kraina, zaczątek pustki.

- Myśli pani, że on ma rację? Jest trochę prawdy w tym, co mówi o tej kobiecie?
- Prawdy, mma? - odparła gosposia z grymasem na twarzy. - Prawdy? Ten człowiek nie 

rozumie tego słowa. Oczywiście, że to nieprawda. To dobra kobieta. Kuzynka kuzynki mojej 
mamy.   Cała   rodzina,   jeden   w   drugiego,   to   chrześcijanie.   Czytają   Biblię.   Przestrzegają 
przykazań bożych. Nie cudzołożą. Taka jest prawda.

background image

Rozdział trzynasty

Arbiter kobiecej urody

Mma Makutsi, p.o. dyrektora Tlokweng Road Speedy Motors i asystentka detektywa w 

Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1, tego dnia udawała się do pracy z biciem serca. 
Chociaż chętnie brała na siebie odpowiedzialność i była zachwycona dwoma awansami, do tej 
pory   zawsze   miała   w   odwodzie   mmę   Ramotswe,   jeśli   sytuacja   ją   przerosła.   Teraz,   po 
wyjeździe szefowej, zdała sobie sprawę, że spoczywa na niej wyłączna odpowiedzialność za 
dwie firmy i dwóch pracowników. Mma Ramotswe planowała zabawić na farmie tylko kilka 
dni, ale gdyby w tym czasie wyskoczyły jakieś kłopoty, mma Makutsi musiałaby uporać się z 
nimi sama, bo z mma Ramotswe nie było kontaktu telefonicznego. Co się tyczy warsztatu, to 
wiedziała, że pan J.L.B. Matekoni leczy się teraz na farmie dla sierot i nie powinna zawracać 
mu głowy, póki nie wyzdrowieje. Lekarz zalecił odpoczynek i odsunięcie na bok wszelkich 
zmartwień i mma Potokwani, która nie miała w zwyczaju kwestionować fachowości lekarzy, 
z pewnością jak lwica broniłaby pacjenta przed intruzami.

Mma Makutsi miała cichą nadzieję, że do powrotu mmy Ramotswe w agencji nie zjawią 

się żadni klienci. Nie dlatego, że nie miała ochoty prowadzić dochodzeń - wręcz przeciwnie, 
marzyła o tym - nie chciała jednak brać na swoje barki całej odpowiedzialności. Życie jest 
wszakże złośliwe i zjawił się klient - i to z problemem wymagającym  natychmiastowych 
działań.

Mma   Makutsi   siedziała   za   biurkiem   pana   J.L.B.   Matekoniego,   wypisując   faktury   za 

naprawy, kiedy jeden z terminatorów wsunął głowę w drzwi.

- Bardzo elegancki mężczyzna do pani, mma - oznajmił, wycierając upaprane smarem 

ręce w kombinezon. - Otworzyłem drzwi agencji i kazałem mu zaczekać.

Mma Makutsi zmarszczyła brwi.
- Elegancki?
- W szykownym garniturze. Bardzo przystojny, nie tak jak ja, ale prawie. Buty na wysoki 

połysk. Bardzo elegancki. Niech pani uważa. Tacy faceci próbują zbałamucić takie kobiety 
jak pani. Zobaczy pani.

background image

- Nie wycieraj rąk w kombinezon - warknęła mma  Makutsi, wstając z krzesła. - My 

płacimy   za   pranie,   nie   ty.   Od   tego   macie   szmaty.   Pan   J.L.B.   Matekoni   wam   tego   nie 
powiedział?

-   Może   powiedział,   może   nie.   Szef   mówił   nam   tyle   rzeczy,   że   nie   sposób   tego 

wszystkiego spamiętać.

Mma   Makutsi   minęła   go   w   drzwiach.   Ci   chłopcy   są   niemożliwi,   pomyślała.   Ale 

przynajmniej pracują pilniej, niż się spodziewała. Może pan J.L.B. Matekoni był dla nich za 
miękki? Ten złotego serca człowiek nie lubi nikogo surowo krytykować. Nie ma tego we 
krwi. Na szczęście ja mam, pomyślała. Skończyła studium sekretarskie, którego wykładowcy 
stale powtarzali: Nie bójcie się krytykować swojej i cudzej pracy - konstruktywnie, rzecz 
jasna. Mma Makutsi krytykowała i zrodziło to owoce. Warsztat hulał i wydawało się, że z 
każdym dniem jest więcej pracy.

Przystanęła   przed   drzwiami   agencji   detektywistycznej,   zaraz   za   rogiem   budynku,   i 

spojrzała na samochód zaparkowany pod drzewem. Ten człowiek - ten elegancki mężczyzna, 
jak opisał go terminator - z pewnością jeździł pięknym samochodem. Przebiegła wzrokiem po 
obłych  liniach nadwozia i zanotowała fakt, że pojazd jest wyposażony w dwie anteny,  z 
przodu i z tym. Po co komu dwie anteny? Nie da się słuchać dwóch stacji radiowych naraz ani 
prowadzić więcej niż jednej rozmowy telefonicznej, siedząc za kierownicą samochodu. Tak 
czy owak dwie anteny dodatkowo pogłębiały aurę prestiżu i znaczenia,  którą emanowało 
auto.

Pchnęła   drzwi.   Na   krześle   koło   biurka   mmy   Ramotswe,   z   nogami   skrzyżowanymi   z 

wykwintną swobodą, siedział pan Moemedi „Two Shots” Pulani, natychmiast rozpoznawalny 
dla każdego czytelnika gazety „Botswana Daily News”, na której łamach często się pojawiało 
jego urodziwe i pewne siebie oblicze. Mma Makutsi zdziwiła się i zezłościła, że uczeń go nie 
poznał, ale potem przypomniała sobie, że chłopak terminuje w zawodzie mechanika, a nie 
detektywa,   poza   tym   nigdy   nie   widziała,   żeby   ci   dwaj   chłopcy   czytali   gazety. 
Południowoafrykański magazyn o motocyklach to tak, przeglądali go z wypiekami na twarzy, 
podobnie jak periodyk zatytułowany „Fancy Girls”, który zawsze pośpiesznie chowali, kiedy 
mma Makutsi podchodziła do nich podczas przerwy obiadowej. Nie było absolutnie żadnego 
powodu,   aby   słyszeli   o   panu   Pulanim,   jego   imperium   odzieżowym   i   działalności 
charytatywnej.

Pan Pulani wstał po jej wejściu i pozdrowił ją uprzejmie. Uścisnęli sobie dłonie, po czym 

mma Makutsi usiadła za biurkiem na krześle mmy Ramotswe.

-   Cieszę   się,   że   zechciała   mnie   pani   przyjąć,   mimo   że   nie   byliśmy   umówieni,   mma 

Ramotswe - powiedział pan Pulani, wyjmując z kieszeni na piersiach srebrną papierośnicę.

-   Nie   jestem   mma   Ramotswe,   rra   -   odparła,   nie   przyjmując   papierosa.   -   Jestem 

wicedyrektorem agencji.

Urwała. Jej słowa nie do końca odpowiadały prawdzie. Ba, całkiem się z nią rozmijały. 

background image

Ale kierowała agencją pod nieobecność mmy Ramotswe, więc może określenie to znajdowało 
uzasadnienie.

- A - zafrasował  się pan Pulani, zapalając  papierosa wielką  pozłacaną  zapalniczką.  - 

Chciałbym porozmawiać z mma Ramotswe.

Mma Makutsi skrzywiła się, gdy nadleciała ku niej nad biurkiem chmura dymu.
- Przykro mi, ale w najbliższych dniach nie będzie to możliwe. Mma Ramotswe prowadzi 

ważne śledztwo za granicą.

Znowu urwała. Przesada ta przyszła jej bardzo łatwo i zupełnie odruchowo. Brzmiało 

bardziej   imponująco,   że   mma   Ramotswe   wyjechała   za   granicę   -   nadawało   to   agencji 
międzynarodowy charakter - ale nie należało tak mówić.

- Rozumiem. W takim razie pomówię z panią, mma.
- Słucham pana, rra.
Pan Pulani rozparł się na krześle.
- Sprawa jest bardzo pilna. Byłaby pani w stanie zacząć dzisiaj? Natychmiast?
Mma Makutsi zaczerpnęła głęboko tchu, zanim spowiła ją kolejna chmura dymu.
- Jesteśmy do pańskiej dyspozycji. Naturalnie ekspresowe dochodzenia więcej kosztują. Z 

pewnością pan to rozumie.

Machnął bagatelizujące ręką.
- Cena nie gra roli. Ważna jest przyszłość konkursu piękności Miss Beauty and Integrity.
Urwał dla większego efektu. Mma Makutsi nie zawiodła go:
- O! To rzeczywiście bardzo poważna sprawa.
Pan Pulani skinął głową.
- W rzeczy samej, mma. Zostały nam trzy dni na rozwiązanie problemu. Tylko trzy dni.
- Proszę mi o tym opowiedzieć, rra. Zamieniam się w słuch.

- Sprawa ma ciekawe tło, mma - zaczął pan Pulani. - Myślę, że historia ta ma swoje 

korzenie w bardzo odległej przeszłości. W istocie zaczyna się w Raju, kiedy Bóg stworzył 
Adama   i   Ewę.   Jak   sobie   pani   z   pewnością   przypomina,   Ewa   przywiodła   Adama   na 
pokuszenie,   bo   była   bardzo   piękna.   I   od   tej   pory   kobiety   pozostały   piękne   w   oczach 
mężczyzn. Mężczyźni z Botswany lubią ładne kobiety. Stale na nie patrzą, nawet kiedy się 
zestarzeją, i myślą sobie: tak kobieta jest ładna, ta kobieta jest ładniejsza od tamtej i tak dalej.

- Tak samo robią z krowami - wtrąciła mma Makutsi. - Mówią, że ta krowa jest lepsza, a 

ta gorsza. Krowy, kobiety, dla mężczyzn to jedno i to samo.

Pan Pulani zerknął na nią z ukosa.
- Powiedzmy. Można na to w ten sposób spojrzeć. Niech będzie. - Umilkł na chwilę, 

zanim podjął temat. - W każdym razie temu zainteresowaniu mężczyzn ładnymi kobietami 
zawdzięczamy   popularność,   jaką   cieszą   się   w   Botswanie   konkursy   piękności.   Lubimy 
wyławiać   najpiękniejsze   kobiety   w   Botswanie   i   przyznawać   im   tytuły   i   nagrody.   Dla 

background image

mężczyzn jest to bardzo ważna forma rozrywki. Ja również należę do takich mężczyzn. Od 
piętnastu lat non stop działam w świecie królowych piękności. Jestem bodaj najważniejszą 
osobą w branży pięknościowej.

- Widziałam pana zdjęcie w gazetach, rra - powiedziała mma Makutsi. - Widziałam, jak 

wręczał pan nagrody.

Pan Pulani skinął głową.
- Pięć lat temu powołałem do życia konkurs Miss Glamorous Botswana i teraz jest to 

główne wydarzenie z tej dziedziny. Pani, która wygra nasz konkurs, zawsze dostaje się do 
konkursu Miss Botswana, a czasem Miss Universe. Wysyłamy nasze panie do Nowego Jorku 
i Palm Springs, gdzie są bardzo wysoko oceniane. Niektórzy mówią, że to nasz najlepszy 
towar eksportowy po diamentach.

- I krowach - dorzuciła mma Makutsi.
- Tak, i krowach - przystał na to pan Pulani. - Ale są ludzie, którzy stale się nas czepiają. 

Piszą do gazet i tłumaczą nam, że nie powinno się zachęcać pań, żeby paradowały przed 
mężczyznami w eleganckich strojach. Mówią, że to jest szerzenie fałszywych wartości. Phh! 
Fałszywych wartości? Ludzie, którzy piszą te listy, są po prostu zawistni. Zazdroszczą tym 
dziewczynom urody. Wiedzą, że nigdy nie dostaną się do takiego konkursu. Więc narzekają i 
narzekają, i bardzo się cieszą, kiedy w konkursie piękności coś pójdzie nie tak. Zapominają 
przy tym, że konkursy te przynoszą mnóstwo pieniędzy na cele charytatywne. W zeszłym 
roku zdobyliśmy pięć tysięcy puli na szpital, dwadzieścia tysięcy na pomoc ofiarom suszy - 
dwadzieścia tysięcy, mma - i prawie osiem tysięcy puli na stypendia dla pielęgniarek. To są 
duże   sumy,   mma.   Ile   pieniędzy   pozyskali   nasi   krytycy?   Mogę   pani   odpowiedzieć   na   to 
pytanie: ani centa!

Ale musimy być ostrożni. Dostajemy dużo pieniędzy od sponsorów, więc jak sponsorzy 

się wycofają, to klops. Jak z konkursem coś pójdzie nie tak, to sponsorzy mogą powiedzieć, 
że nie chcą mieć z nami nic więcej wspólnego. Mówią, że nie chcą sobie robić złej reklamy. 
Mówią, że płacą za dobrą reklamę, nie za złą.

- I coś poszło nie tak?
Pan Pulani zabębnił palcami o blat biurka.
- Owszem. Wydarzyły się pewne bardzo niedobre rzeczy. W zeszłym roku wyszło na jaw, 

że   dwie   z   naszych   królowych   piękności   mają   trochę   grzechów   na   sumieniu.   Jedną 
aresztowano za prostytucję w dużym hotelu. Fatalna historia. Druga posługiwała się cudzą 
kartą   kredytową.   Napisano   o   tym   w   gazetach.   Zrobiła   się   cała   nagonka.   Mówiono   na 
przykład: „Czy tego pokroju dziewczyny nadają się na ambasadorów Botswany? To może 
poszukać w więzieniach i zrobić królowe piękności z niektórych pensjonariuszek?” Ludzi to 
ubawiło, ale mnie nie bardzo. Niektóre firmy przeczytały ten artykuł i powiedziały, że po 
następnym tego rodzaju incydencie wycofają się ze sponsorowania. Otrzymałem cztery listy 
tej treści.

background image

Postanowiłem   więc,   że   w   tym   roku   tematem   naszego   konkursu   będzie   piękność   i 

uczciwość. Powiedziałem naszym ludziom, że musimy wybrać na królowe piękności dobre 
obywatelki, które nie przyniosą nam wstydu. To jedyny sposób, żeby nasi sponsorzy byli 
zadowoleni.

W   ramach   kwalifikacji   wszystkie   panie   musiały   więc  wypełnić   formularz,  który sam 

opracowałem.   Zawarte  tam  były  przeróżne   pytania   na temat  ich  poglądów.  Na  przykład: 
„Jakie wartości powinien wyznawać dobry obywatel Botswany?” albo: „Lepiej jest dawać czy 
brać?”

Wszystkie dziewczyny wypełniły formularze i tylko te, które wykazały się zrozumieniem 

pojęcia dobrego obywatelstwa, zostały dopuszczone do finału. Wybraliśmy pięć dziewczyn. 
Udałem się do gazet z informacją, że znaleźliśmy pięć bardzo dobrych obywatelek, które 
wyznają   najszlachetniejsze   wartości.   W   „Botswana   Daily   News”   ukazał   się   artykuł   pod 
tytułem Dobre dziewczyny walczą o tytuł najpiękniejszej.

Byłem  bardzo zadowolony,  a nasi adwersarze mieli zakneblowane usta, bo nie mogli 

wystąpić z krytyką  tych pań, które chcą być dobrymi  obywatelkami. Zadzwonili do mnie 
sponsorzy i powiedzieli, że chętnie się identyfikują z wartościami obywatelskimi i że jeśli 
wszystko pójdzie dobrze, to w przyszłym  roku nadal będą nas sponsorowali. Organizacje 
dobroczynne pochwaliły mnie i powiedziały, że to jest dobre rozwiązanie na przyszłość.

Pan Pulani urwał. Spojrzał na mmę Makutsi z markotną miną i na chwilę jego światowość 

go opuściła.

- Wczoraj dotarła do mnie zła wiadomość. Policja aresztowała jedną z naszych dziewczyn 

za kradzież w sklepie. Usłyszałem o tym od jednego z pracowników i zatelefonowałem do 
znajomego inspektora, który wszystko potwierdził. Dziewczynę przyłapano na kradzieży w 
sklepie Game. Usiłowała ukraść dużą patelnię, wsuwając ją pod bluzkę, ale nie zauważyła, że 
rączka wystaje i detektyw sklepowy ją zatrzymał. Na szczęście sprawa nie dotarła do gazet i 
może nie dotrze, zanim dziewczyna stanie przed sądem.

Mma   Makutsi   współczuła   pan   Pulaniemu.   Przy   całej   jego   megalomanii   nie   dało   się 

zaprzeczyć, że bardzo wiele robił dla biednych. W świecie mody jest pełno bufonów i pan 
Pulani   specjalnie   się   pod   tym   względem   nie   wyróżniał,   a   przynajmniej   sporo   pomagał 
ludziom w potrzebie. Konkursy piękności zaś były, są i będą, czy się to komu podoba czy nie. 
Jeśli pan Pulani dbał o poziom moralny uczestniczek swojego konkursu, to zasługiwał na 
wsparcie.

- Przykro mi to słyszeć, rra. To musiała być dla pana bardzo zła wiadomość.
- Tak - odparł zrozpaczony. - A dodatkowo pogarsza sprawę fakt, że do finałów pozostały 

już tylko trzy dni. Mamy teraz tylko cztery dziewczyny na liście, ale skąd mogę wiedzieć, czy 
któraś   mnie   nie   skompromituje?   Ta   jedna   z   pewnością   kłamała,   kiedy   wypełniała 
kwestionariusz i udawała dobrą obywatelkę. Skąd mogę wiedzieć, że pozostałe nie kłamią, 
kiedy mówią, że chciałyby działać charytatywnie? Skąd mam to wiedzieć? Jeśli wybierzemy 

background image

dziewczynę, która skłamała, to może się okazać, że jest złodziejką albo jeszcze gorzej. A to 
oznacza, że się skompromitujemy, kiedy ona stanie na podium.

Mma Makutsi skinęła głową.
- Bardzo trudna sytuacja. Przydałoby się zajrzeć w serca pozostałej czwórki. Jeśli jest tam 

dobroć...

- Jeśli znajdzie się taka pani - przerwał pan Pulani z przekonaniem w głosie - to wygra. 

Mogę załatwić jej zwycięstwo.

- A co z innymi jurorami? - spytała mma Makutsi.
- Ja jestem głównym jurorem. Może mnie pani nazwać najwyższym sędzią piękności. 

Liczy się przede wszystkim mój głos.

- Rozumiem.
- Tak to funkcjonuje. - Pan Pulani zgasił papierosa o podeszwę buta. - Domyśla się więc 

pani chyba, czego od pani oczekuję. Podam pani nazwiska i adresy naszych czterech pań. 
Chciałbym, żeby się pani dowiedziała, czy jest wśród nich naprawdę dobra kobieta. A jeśli 
nie ma, to niech mi przynajmniej pani powie, która z nich jest najuczciwsza. Lepsze to niż 
nic.

Mma Makutsi roześmiała się.
- Jak mogę tak szybko zajrzeć w serca tym dziewczętom? Musiałabym porozmawiać z 

bardzo wieloma ludźmi. Potrwałoby to całe tygodnie.

Pan Pulani wzruszył ramionami.
-   Ale   nie   ma   pani   całych   tygodni,   mma.   Ma   pani   trzy   dni.   Przecież   sama   pani 

powiedziała, że może mi pani pomóc.

- Tak, ale...
Pan Pulani wyjął z kieszeni karteczkę papieru.
- To są te cztery nazwiska, z adresami. Wszystkie mieszkają w Gaborone.
Przesunął karteczkę  w jej stronę po blacie  biurka, a następnie z innej kieszeni wyjął 

skórzaną   teczuszkę.   Kiedy   ją   otworzył,   mma   Makutsi   zobaczyła   w   środku   książeczkę 
czekową.

-   A   tutaj   ma   pani   czek   na   dwa   tysiące   puli,   wystawiony   na   Kobiecą   Agencję 

Detektywistyczną   Nr   1.   Proszę.   Jest   postdatowany.   Jeśli   pojutrze   uzyskam   potrzebne   mi 
informacje, następnego dnia będzie pani mogła przedstawić go w banku.

Mma Makutsi przyglądała się czekowi z szeroko otwartymi oczami. Ale by było, gdyby 

mogła powiedzieć do mmy Ramotswe po jej powrocie: „Zarobiłam dla agencji dwa tysiące 
puli,   mma,   już   wpłynęło”.   Wiedziała,   że   mma   Ramotswe   nie   jest   kobietą   pazerną,   ale 
wiedziała również, że sytuacja finansowa agencji budzi zatroskanie jej chlebodawczyni. Tak 
wysokie  honorarium wiele by pomogło i stanowiłoby nagrodę za zaufanie okazane przez 
szefową mmie Makutsi.

Włożyła czek do szuflady i zobaczyła wyraz ulgi na twarzy pana Pulani.

background image

-   Liczę   na   panią,   mma.   Słyszałem   same   dobre   rzeczy   na   temat   Kobiecej   Agencji 

Detektywistycznej Nr 1. Mam nadzieję osobiście się przekonać o wysokiej jakości jej usług.

- A ja mam nadzieję sprostać pana oczekiwaniom - stwierdziła mma Makutsi.
Już jednak zaczynały ją ogarniać wątpliwości. Jak ona się dowie, czy cztery panie z listy 

pana Pulaniego są uczciwe? Zadanie wydawało się niewykonalne.

Odprowadziła pana Pulaniego do drzwi, zauważywszy po raz pierwszy, że klient ma na 

nogach   białe   buty.   Zarejestrowała   także   wielkie   złote   spinki   do   mankietów   i   krawat   z 
błyszczącego   jedwabiu.   Nie   chciałaby   dla   siebie   takiego   mężczyzny.   Kobieta   musiałaby 
spędzać większość czasu w salonie piękności, żeby sprostać jego oczekiwaniom. Oczywiście, 
zreflektowała się mma Makutsi, niektórym paniom bardzo by to odpowiadało.

background image

Rozdział czternasty

Bóg postanowił, że w Botswanie będzie sucho

Gospodyni powiedziała, że obiad zostanie podany o dwunastej, czyli za kilka godzin. 

Mma   Ramotswe   postanowiła   przeznaczyć   ten   czas   na   rekonesans.   Lubiła   farmy   -   jak 
większość   Batswana   -   bo   przypominały   jej   o   dzieciństwie   i   prawdziwych   wartościach 
wyznawanych przez jej plemię. Ludzie dzielą ziemię z krowami, ptakami i wieloma innymi 
stworzeniami, które można zobaczyć, jeśli człowiek jest uważny. W mieście, gdzie żywność 
kupuje się w sklepie, a woda płynie z kranu, człowiek nie myśli o tych sprawach, ale dla 
wielu ludzi życie wygląda inaczej.

Po inspirującej rozmowie  z przełożoną służby mma  Ramotswe opuściła swój pokój i 

wyszła z domu drzwiami frontowymi. Słońce mocno paliło nad głową i cienie były krótkie. 
W kierunku wschodnim, nad niskimi, odległymi wzgórzami, zbierały się ciężkie deszczowe 
chmury, sine w rozedrganiu upału. To mogło wywołać deszcz, przynajmniej tam, nad granicą. 
Wszystko wskazywało na to, że tego roku spadną obfite deszcze. Wszyscy się o to modlili. 
Obfite deszcze oznaczają pełne brzuchy. Susza oznacza chude krowy i zwiędłe plony. Kilka 
lat   wcześniej   na   kraj   spadła   wielka   susza   i   rząd   z   ciężkim   sercem   polecił,   żeby   zacząć 
zarzynać bydło. Nie ma większej tragedii i wszyscy ogromnie cierpieli.

Mma Ramotswe rozejrzała się wokół siebie. W pewnym oddaleniu znajdował się padok, a 

krowy  tłoczyły   się   wokół   poidła   zasilanego   rurą,   która   biegła   po   ziemi   od   skrzypiącego 
wiatraka z betonowym zbiornikiem. Mma Ramotswe postanowiła rzucić okiem na krowy. W 
końcu była  córką Obeda Ramotswe, zdaniem  niektórych  jednego z najlepszych  znawców 
bydła w całej Botswanie. Ona też potrafiła rozpoznać dorodną krowę i kiedy przejeżdżała 
obok jakiejś szczególnie pięknej sztuki, zadawała sobie pytanie, co tata by o niej powiedział. 
Może: dobry kark. Albo: to dobra krowa, patrz, jak chodzi. Albo: ta więcej ryczy, niż mleka 
daje.

Oceniała, że na tej farmie jest dużo krów, może pięć albo sześć tysięcy. Dla większości 

ludzi było to niewyobrażalne bogactwo. Już przy dziesięciu czy dwudziestu sztukach bydła 
człowiek   czuł   się   względnie   zamożny.   Obed   Ramotswe   rozbudował   swoje   stado   drogą 

background image

rozsądnego   zakupu   i   sprzedaży,   by   pod   koniec   życia   dojść   do   dwóch   tysięcy   krów. 
Odziedziczyła je po nim i dzięki temu mogła sobie pozwolić na kupno domu przy Zebra 
Drive i uruchomienie agencji detektywistycznej. Części bydła postanowiła nie sprzedawać, 
opiekowali się nim pastuszkowie na odległych terenach wypasowych, które odwiedzała w jej 
imieniu kuzynka. Było tego sześćdziesiąt sztuk, potomstwo ciężkich byków rasy brahman, 
które jej ojciec tak starannie wyselekcjonował i odhodował. Któregoś dnia zamierzała tam 
pojechać   zaprzężonym   w   woły   wozem   i   zobaczyć   swoje   bydło.   Byłaby   to   emocjonalna 
chwila,  ponieważ  krowy  wiązały się  z  tatą.  Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  ogarnęłaby  ją 
wielka tęsknota, przypuszczalnie by się rozpłakała i wszyscy by się dziwili, że ta kobieta 
wciąż opłakuje ojca, który zmarł tak dawno temu.

Wciąż mamy łzy do przelania, pomyślała. Wciąż musimy płakać za tymi rankami, kiedy 

wstawaliśmy wcześnie i szliśmy popatrzeć,  jak krowy wędrują swoimi  dróżkami,  a ptaki 
unoszą się wysoko na ciepłych prądach powietrznych.

- O czym pani myśli, mma?
Podniosła  wzrok.  Obok  niej  pojawił   się mężczyzna   z krowim  batogiem  w  dłoni   i w 

sfatygowanym kapeluszu na głowie. Mma Ramotswe pozdrowiła go.

- Myślę o swoim zmarłym ojcu. Ucieszyłby go widok tych krów. Pan się nimi opiekuje, 

rra? Piękne zwierzęta.

Uśmiechnął się, mile połechtany.
- Opiekuję się nimi, odkąd przyszły na świat. Są dla mnie jak dzieci. Mam dwa tysiące 

dzieci, mma. Same krowy.

Mma Ramotswe parsknęła śmiechem.
- Musi pan być zajętym człowiekiem, rra.
Skinął   głową   i   wyjął   z   kieszeni   jakieś   zawiniątko.   Poczęstował   mmę   Ramotswe 

kawałkiem suszonej wołowiny.

- Zatrzymała się pani na farmie? - spytał. - Ludzie często tu przyjeżdżają. Syn, który 

mieszka w Gaborone, często przywozi znajomych z rządu. Widziałem ich na własne oczy.

- To bardzo zajęty człowiek. Dobrze go pan zna?
- Tak - odparł mężczyzna, przeżuwając kawałek mięsa. - Przyjeżdża tutaj i mówi nam, co 

mamy robić. Ciągle martwi się o krowy.  Mówi, że ta jest chora, ta chroma. A gdzie się 
podziała tamta? I tak bez ustanku. Jak wyjeżdża, to znowu jest spokój.

Mma Ramotswe zmarszczyła ze współczuciem brwi.
- To musi być trudne dla jego brata, prawda?
Pasterz otworzył szeroko oczy.
-  Stoi  jak  zbity pies   i  pozwala  swojemu   bratu  na  siebie  krzyczeć.   Młodszy brat  jest 

dobrym rolnikiem, ale pierworodny uważa, że to on kieruje tą farmą. My jednak wiemy, że 
ich ojciec rozmawiał z wodzem i uzgodnili, że młodszy dostanie większość bydła, a starszy 
pieniądze. Tak ustalili.

background image

- Ale starszemu się to nie podoba?
- Nie. I chyba potrafię go zrozumieć. Ale bardzo dobrze mu się powodzi w Gaborone i ma 

zupełnie inne życie. Młodszy jest rolnikiem z krwi i kości. Zna się na bydle.

- A co z tym trzecim? - spytała mma Ramotswe. - Co z synem, który jest tam?
Pokazała w stronę Kalahari. Pasterz roześmiał się.
- Pozostał dzieckiem. Bardzo smutna historia. W głowie ma powietrze, jak to się mówi. 

Matka coś zrobiła, jak nosiła go w łonie. Dlatego takie rzeczy się dzieją.

- Tak? Co takiego zrobiła?
Mma Ramotswe wiedziała,  że w przekonaniu mieszkańców  wsi upośledzenie  dziecka 

wynika z jakiegoś grzechu rodziców. Na przykład jeśli matka miała romans pozamałżeński, 
może jej się urodzić dziecko słabe na umyśle. Jeśli mąż odejdzie do innej kobiety, kiedy jego 
żona jest w ciąży, to również może skończyć się dla dziecka tragicznie.

Pasterz zniżył głos, chociaż mma Ramotswe nie bardzo wiedziała, kto oprócz krów i 

ptaków mógłby ich usłyszeć.

- Trzeba na nią uważać - powiedział. - Na staruszkę. To zła kobieta.
- Zła?
Skinął głową.
- Niech pani uważa. Niech pani zajrzy jej w oczy.

Gosposia tuż przed dwunastą przyszła do jej pokoju i oznajmiła, że podano do stołu.
- Jedzą na werandzie, tam.
Pokazała na drugą stronę domu, gdzie dzięki siatkom ocieniającym i obfitości pnączy 

rozpiętych na drewnianym treliażu panował względny chłód. Zsunięto ze sobą dwa stoły i 
nakryto wykrochmalonym białym obrusem. Na jednym końcu dużego blatu stało w krąg kilka 
naczyń z jedzeniem: dymiąca dynia, misa kaszy kukurydzianej, talerz fasoli i innej zieleniny 
oraz duża waza gęstej potrawki mięsnej. Poza tym był bochenek chleba i masło na talerzyku. 
Tylko zamożne rodziny mogą sobie pozwolić na takie dobre jedzenie każdego dnia.

Mma Ramotswe zobaczyła staruszkę, która siedziała trochę odsunięta od stołu, z kraciastą 

bawełnianą serwetką na kolanach. Zebrali się także inni członkowie rodziny: mniej więcej 
dwunastoletni   chłopiec,   młoda   kobieta   w   eleganckiej   zielonej   spódnicy   i   białej   bluzce   - 
przypuszczalnie szwagierka człowieka z rządu - i obok niej mężczyzna w długich spodniach i 
koszuli khaki z krótkimi rękawami. Na widok mmy Ramotswe mężczyzna wstał i obszedł 
stół, żeby się z nią przywitać.

- Jest pani naszym gościem, mma - powiedział z uśmiechem. - Serdecznie panią witamy 

pod naszym dachem.

Staruszka skinęła głową.
- To mój syn - wyjaśniła. - Był przy krowach, kiedy pani przyjechała.
Mężczyzna   przedstawił   mmie   Ramotswe   swoją   żonę,   która   uśmiechnęła   się   do   niej 

background image

życzliwie.

-   Straszny   dziś   upał,   mma   -   powiedziała   młoda   kobieta.   -   Ale   chyba   będzie   padać. 

Sprowadziła nam pani deszcz!

- Mam nadzieję - odparła mma Ramotswe, przyjmując ten komplement. - Ziemia ciągle 

jest spragniona.

- Zawsze jest spragniona - stwierdził mąż. - Bóg postanowił, że w Botswanie będzie 

sucho i że będą tu mieszkały zwierzęta, które nie muszą dużo pić.

Mma Ramotswe usiadła między żoną i staruszką. Żona zaczęła nakładać jedzenie, a mąż 

nalewać wodę do szklanek.

- Widziałam, jak pani oglądała krowy, mma - odezwała się staruszka. - Lubi pani krowy?
- Który Motswana nie lubi krów? - odrzekła mma Ramotswe.
- Może są tacy. Może są tacy, co nie znają się na krowach. Czy ja wiem?
Mówiąc te słowa, odwróciła głowę i spojrzała na ciągnący się aż po horyzont busz.
- Słyszałam, że pochodzi pani z Mochudi - powiedziała młoda kobieta, podając mmie 

Ramotswe talerz. - Ja też stamtąd jestem.

- To było dawno - odparła mma Ramotswe. - Teraz mieszkam w Gaborone. Tak jak wielu 

innych ludzi.

- Na przykład mój brat - stwierdził mąż. - Musi go pani dobrze znać, skoro panią tutaj 

przysłał.

Na chwilę zapadła cisza. Staruszka spojrzała na swego syna, który uciekł ze wzrokiem.
- Nie znam go zbyt dobrze - odpowiedziała mma Ramotswe - ale zaprosił mnie tutaj, bo 

mu pomogłam, i chciał mi się odwdzięczyć.

- Jest pani u nas bardzo mile widziana - rzuciła szybko staruszka. - Jest pani naszym 

gościem.

Ta ostatnia uwaga była przeznaczona dla uszu syna, który udał jednak, że jej nie usłyszał, 

zajęty jedzeniem. Jego żona łypnęła na mmę Ramotswe, a potem szybko odwróciła wzrok.

Jedli w milczeniu. Staruszka położyła sobie talerz na kolanach i pracowicie przekładała 

do ust kopczyk polanej sosem kaszy kukurydzianej. Połykała jedzenie powoli, z łzawiącymi 
oczami utkwionymi w widoku buszu i nieba. Żona nałożyła sobie jedynie warzyw, które jadła 
bez przekonania. Spojrzawszy na swój talerz, mma Ramotswe przekonała się, że tylko ona i 
mąż   jedzą   potrawkę.   Dziecko,   przedstawione   jako   kuzyn   żony,   pałaszowało   grubą   pajdę 
chleba z syropem i sosem.

Mma Ramotswe przyjrzała się swojemu jedzeniu. Zatopiła widelec w kopczyku potrawki 

pomiędzy  dużą porcją dyni  i niewielkim  wzgórkiem  kaszy kukurydzianej.  Potrawka była 
gęsta i kleista. Kiedy nabrała ją na widelec, na talerzu powstała cienka smuga substancji 
podobnej do gliceryny. Lecz kiedy włożyła sobie jedzenie do ust, okazało się, że smakuje 
normalnie   albo   prawie   normalnie.   Wyczuwała   lekki   posmak,   który   określiłaby   mianem 
metalicznego, przypominający tabletki z żelazem, które przepisał jej swego czasu lekarz, a 

background image

może gorzkawego - jak smak przekrojonej na pół pestki cytryny.

Spojrzała na żonę, która uśmiechnęła się do niej.
- Nie ja gotuję - wyjaśniła. - Jeśli to jedzenie dobrze smakuje, to nie dlatego, że ja je 

ugotowałam. W kuchni rządzi Samuel. To bardzo dobry kucharz i jesteśmy z niego dumni. 
Ma wykształcenie gastronomiczne. Jest mistrzem kucharskim.

- To praca dla kobiety - zawyrokował mąż. - Dlatego mnie nie uświadczysz w kuchni. 

Mężczyzna jest od innej roboty.

Spojrzał na mmę Ramotswe prowokacyjnie.
- Wiele osób tak mówi, rra - odparła po chwili. - A w każdym razie wielu mężczyzn. Ale 

nie jestem pewna, czy wszystkie kobiety się z tym zgadzają.

Mąż odłożył widelec.
- Niech pani spyta moją żonę. Niech pani ją spyta, czy się z tym zgadza. Proszę bardzo.
- Mój mąż ma rację - powiedziała żona bez wahania.
Staruszka odwróciła się do mmy Ramotswe.
- Widzi pani? Staje po stronie męża. Na wsi takie panują obyczaje. W mieście może jest 

inaczej, ale na wsi tak żyjemy.

Po jedzeniu mma Ramotswe wróciła do swojego pokoju i położyła się. Upał nie zelżał, 

mimo że na wschodzie nadal gęstniały chmury. Teraz już nie ulegało wątpliwości, że spadnie 
deszcz, nawet jeśli dopiero wieczorem. Należało się spodziewać wiatru, a wraz z nim tego 
cudownego, niezrównanego zapachu deszczu, zapachu spotkania pyłu i wody, który bawi 
przez kilka sekund w nozdrzach, a potem znika i czeka się na jego powrót z utęsknieniem, 
czasami przez kilka miesięcy - a jak człowiek znowu go poczuje, to zatrzymuje się i mówi do 
pierwszej osoby, która się nawinie: „To jest zapach deszczu. Czujesz?”

Leżała na łóżku zapatrzona w białe deski sufitu. Nie zobaczyła na nich kurzu - znak, że 

dom był dobrze prowadzony. W wielu domach sufity są upstrzone muszymi odchodami albo 
poznaczone w rogach śladami termitów. Tutaj jednak biała farba była dokładnie umyta.

Mma   Ramotswe   nie   mogła   się   otrząsnąć   z   zaskoczenia.   Zdążyła   się   dowiedzieć,   że 

personel ma własne zdanie i że nikt nie lubi człowieka z rządu. Wyglądało na to, że się 
szarogęsi, ale co w tym niestosownego? To oczywiste, że starszy brat ma wyrobiony pogląd 
na hodowlę bydła, i naturalne, że dzieli się tym poglądem z młodszym bratem. Nie ma nic 
dziwnego w tym, że staruszka uważa swojego upośledzonego na umyśle syna za mądrego 
człowieka. Nie ma nic dziwnego w tym, że w jej opinii miastowi przestali się interesować 
bydłem. Mma Ramotswe uświadomiła sobie, że wie o niej bardzo niewiele. Pasterz uważał ją 
za złą kobietę, ale niczym nie poparł tej oceny. Powiedział, żeby obserwowała jej oczy, i 
poszła za jego radą. Nic to jednak nie dało. Zauważyła tylko, że staruszka patrzyła w dal, 
kiedy jedli obiad. Co miałoby z tego wynikać?

Mma Ramotswe usiadła na łóżku. A jednak coś wynika, pomyślała. Jeśli ktoś patrzy w 

background image

dal, to znaczy, że wolałby być gdzie indziej. A najczęstszym tego powodem jest niechęć do 
obecnego towarzystwa. Jeśli staruszka ciągle patrzyła w dal, to znaczy, że kogoś z nas nie 
lubi. Przeciwko mnie nic nie ma, pomyślała mma Ramotswe, bo w żaden sposób tego nie 
okazała przy pierwszej rozmowie i nie miała czasu ani powodu zapałać do mnie niechęcią. 
Chłopak  raczej   nie  wzbudziłby  w   niej   takich   uczuć,   a  zresztą   traktowała  go  z   widoczną 
sympatią, parę razy pogłaskała go po głowie.

Pozostawał syn i żona.
Nie ma matki, która nie lubiłaby swojego syna. Mma Ramotswe wiedziała, że zdarzają się 

kobiety, które wstydzą się za swoich synów, które są złe na swoich synów, ale żeby z głębi 
serca ich nie lubiły - niepodobieństwo. Matka potrafi wszystko wybaczyć swojemu synowi. A 
zatem staruszka nie lubi swojej synowej, i to tak bardzo, że woli być gdzie indziej, kiedy 
znajduje się w jej towarzystwie.

Mma   Ramotswe   z   powrotem   się   położyła,   kiedy   minęło   podniecenie   wywołane 

dokonanym odkryciem. Teraz należało ustalić, dlaczego staruszka nie cierpi swojej synowej i 
czy nie takie jest źródło podejrzeń człowieka z rządu. Ale może istotniejsze było pytanie, czy 
młoda kobieta wie o niechęci teściowej. Jeśli wie, to ma powód, żeby coś w tej sprawie 
zrobić. A jeśli jest trucicielką - zupełnie na nianie wygląda i należy również uwzględnić słowa 
gosposi, która ma o niej dobre zdanie, pomyślała mma Ramotswe - to próbowałaby otruć 
raczej staruszkę niż swojego męża.

Mma Ramotswe nagle poczuła się bardzo zmęczona. Nie spała dobrze ubiegłej nocy, a 

jazda, upał i ciężki obiad też zrobiły swoje. Potrawka była bardzo tłusta, tłusta i kleista. Mma 
Ramotswe   zamknęła   oczy,   ale   nie   zobaczyła   ciemności.   Jej   wewnętrzne   pole   widzenia 
rozjaśniła   biała   aura,   lekko   świecąca   linia.   Łóżko   drgnęło,   jakby   znad   odległej   granicy 
nadciągnął wiatr. Przyszedł zapach deszczu, a potem ciepłe, zniecierpliwione krople spadły 
na ziemię, kąsały ją i odbijały się jak maleńkie, szare robaki.

Mma Ramotswe zasnęła, ale oddech miała płytki, a sny gorączkowe. Kiedy się obudziła z 

bólem żołądka, była prawie piąta. Burza przeszła, ale wciąż padało, deszcz bębnił o blaszany 
dach   jak   oddział   natarczywych   doboszy.   Mma   Ramotswe   usiadła,   ale   poczuła   mdłości   i 
znowu się położyła. Potem spuściła nogi na podłogę, wstała niepewnie i chwiejnym krokiem 
udała się do łazienki na końcu korytarza. Tam zwymiotowała i od razu zrobiło jej się lepiej. 
Kiedy wróciła do pokoju, najgorsze mdłości już minęły i mogła się zastanowić nad swoją 
sytuacją. Przyjechała do domu trucicielki i sama została otruta. Nie powinna być zaskoczona. 
Było to absolutnie do przewidzenia.

background image

Rozdział piętnasty

Co chcesz zrobić ze swoim życiem?

Mma Makutsi miała tylko trzy dni. Czy w tak krótkim czasie zdoła uzyskać dostatecznie 

dużo   informacji   na   temat   czterech   finalistek,   aby   pomóc   pan   Pulaniemu?   Spojrzała   na 
starannie napisaną listę, którą wcisnął jej do rąk, lecz ani nazwiska, ani adresy nic jej nie 
mówiły.  Słyszała o ludziach, którzy twierdzili, że potrafią ocenić człowieka na podstawie 
imienia, że dziewczyna, która ma na imię Mary, jest uczciwą domatorką, natomiast jeśli ktoś 
ma na imię Sipho, to nie można mu ufać. Była to jednak absurdalna koncepcja, znacznie 
mniej pożyteczna niż ta, zgodnie z którą można poznać po kształcie głowy, czy ktoś jest 
przestępcą. Mma Ramotswe pokazała jej artykuł  na ten temat i razem się z tego śmiały. 
Jednakże teoria ta, naturalnie nieprzystająca takiej nowoczesnej osobie jak ona, zaintrygowała 
mmę Makutsi, która przeprowadziła własne badania. Zawsze pomocny bibliotekarz z British 
Council Library w parę minut znalazł odpowiednią pozycję i wręczył jej. Książka  Teorie 
przestępczości
  była  dziełem  znacznie   bardziej  naukowym  niż   katechizm   zawodowy  mmy 
Ramotswe,  Zasady   prowadzenia   prywatnych   dochodzeń  Clovisa   Andersena,   obfitujący   w 
pożyteczne   wskazówki   z   dziedziny   traktowania   klientów,   ale   słabo   podbudowany 
teoretycznie.   Dla mmy  Makutsi  nie  ulegało   wątpliwości,  że  Clovis  Andersen nie   czytuje 
„Journal of Criminology”.  Autor  Teorii przestępczości  dobrze się natomiast  orientował w 
debatach dotyczących przyczyn popełniania przestępstw. Jednym z możliwych winowajców 
jest społeczeństwo, przeczytała mma Makutsi. Złe warunki mieszkaniowe i brak perspektyw 
życiowych   czynią   z   młodych   ludzi   przestępców   i   powinniśmy   pamiętać,   przestrzegała 
książka, że ludzie odpowiadają na zło złem.

Mma   Makutsi   przeczytała   to  z   zaskoczeniem.  Stwierdzenie   to  uznała  za   najzupełniej 

słuszne, ale nigdy nie spojrzała na tę sprawę od tej strony. To oczywiste, że kto krzywdzi 
innych, ten sam doznał krzywdy. Zgadzało się to z jej własnym doświadczeniem. W trzeciej 
klasie   szkoły   podstawowej,   dawno   temu   w   Bobonong,   był   chłopak,   który   terroryzował 
młodszych kolegów i napawał się ich strachem. Nie mogła zrozumieć, dlaczego chłopak to 
robi - myślała, że przypuszczalnie jest po prostu złym człowiekiem - aż tu pewnego wieczoru, 

background image

kiedy mijała jego dom, zobaczyła, jak bije go pijany ojciec. Szkolny dręczyciel wił się i 
krzyczał,   ale   był   bezsilny.   Następnego   dnia,   po   drodze   do   szkoły,   widziała,   jak   uderzył 
mniejszego chłopca i pchnął go na kolczasty krzak wagenbikkie. Była oczywiście za młoda, 
aby   powiązać   ze   sobą   te   dwie   sprawy   przyczynowo,   ale   teraz   jej   się   to   przypomniało   i 
pomyślała, że Teorie przestępczości to bardzo mądra książka.

Siedząc   sama   w   biurze   Kobiecej   Agencji   Detektywistycznej   Nr   1,   dopiero   po   kilku 

godzinach   czytania   dotarła   do   tego,   czego   szukała.   Rozdział   o   biologicznej   genezie 
przestępstw był  krótszy od innych, przede wszystkim dlatego, że koncepcje te budziły w 
autorze wyraźne zakłopotanie.

Dziewiętnastowieczny włoski kryminolog Cesare Lombroso, chociaż liberalny w swoich 

poglądach na reformę więziennictwa, był przekonany, że skłonności przestępcze objawiają się 
w kształcie głowy. Poświęcił zatem wiele energii analizie fizjonomii kryminalistów, rojąc 
sobie, że pozwoli to zidentyfikować cechy twarzowo-czaszkowe wskazujące na skłonności 
przestępcze.   Te   osobliwe   ilustracje   (reprodukowane   poniżej)   są   świadectwem   źle 
skanalizowanej energii badawczej, którą można było lepiej spożytkować, kierując ją gdzie 
indziej”.

Mma   Makutsi   przyjrzała   się   ilustracjom   zaczerpniętym   z   książki   Lombroso.   Na 

czytelnika spoglądał zbirowaty mężczyzna z wąskim czołem i pałającymi  oczami. Podpis 
brzmiał:   „Typowy   morderca   (typ   sycylijski)”.   Był   też   rysunek   mężczyzny   z   eleganckim 
wąsikiem i wąskimi, blisko osadzonymi oczami: „Klasyczny złodziej (typ neapolitański)”. Na 
czytelnika łypały też inne kryminalne „typy”, wszystkie jednoznacznie groźne. Mmę Makutsi 
przeszły ciarki. Gołym okiem było widać, że to bardzo nieprzyjemni ludzie i nikt by im nie 
zaufał.   Czemu   zatem   autor  Teorii   przestępczości  uważał,   że   Lombroso   „roił   sobie”?   Jej 
zdaniem było to nie tylko niegrzeczne, ale i ewidentnie błędne. Lombroso miał rację: da się 
rozpoznać kryminalistę (kobiety od dawna to wiedzą - potrafią ocenić, jaki jest mężczyzna, 
patrząc na niego, i nie muszą w tym celu być Włoszkami, nawet kobiety z Botswany to 
umieją). Mma Makutsi była zdezorientowana. Skoro teoria jest tak ewidentnie prawdziwa, to 
czemu autor książki jej zaprzecza? Zastanowiła się nad tym i po chwili naszło ją olśnienie: bo 
jest zazdrosny! Tak, na pewno o to chodzi. Jest zazdrosny, bo Lombroso go ubiegł, a on 
chciał być twórcą oryginalnej koncepcji. Skoro tak, to nie będzie sobie więcej zawracała 
głowy  Teoriami   przestępczości!   Znalazła   jeszcze   trochę   informacji   na   temat   tego   nurtu 
kryminologii i teraz wystarczyło je zastosować w praktyce. Zamierzała użyć teorii Lombroso 
do   wykrycia,   która   z   czterech   dziewczyn   na   liście   jest   uczciwa,   a   która   nie.   Ilustracje 
zamieszczone przez Lombroso potwierdziły, że mma Makutsi może zaufać swojej intuicji. 
Chwilę porozmawiać z tymi dziewczynami, dyskretnie zlustrować budowę ich czaszek - nie 
chciałaby wyjść na osobę obcesową - i będzie miała odpowiedź. Zresztą, innej drogi nie było. 
W tak krótkim czasie nie miała szans przeprowadzić dogłębniejszego śledztwa, a ponadto 
bardzo   zależało   jej   na   tym,   żeby   skutecznie   rozwiązać   sprawę   przed   powrotem   mmy 

background image

Ramotswe.

Cztery nazwiska, wszystkie nieznane mmie Makutsi: Motlamedi Matluli, Gladys Tlhapi, 

Makita Phenyonini i Patricia Quatleneni, a obok wiek i adres. Motlamedi, dziewiętnastolatka, 
była najmłodsza i najłatwiejsza do znalezienia - studiowała na uniwersytecie. Najtrudniej było 
zlokalizować   dwudziestoczteroletnią   Patricię,  najstarszą  z   dziewcząt,  bo  adres  był   bardzo 
ogólnikowy:   Tlokweng,   parcela   2456.   Mma   Makutsi   postanowiła   najpierw   udać   się   do 
Motlamedi, bo znalezienie jej w akademiku na terenie regularnie rozplanowanego kampusu 
nie powinno nastręczyć żadnych trudności. Oczywiście przeprowadzenie z nią rozmowy już 
nie musiało okazać się takie łatwe. Mma Makutsi wiedziała, że dziewczyny, które studiują na 
uniwersytecie i mają prawie zagwarantowaną dobrą pracę, często patrzą z góry na mniej 
uprzywilejowanych,   zwłaszcza   na   absolwentki   studium   sekretarskiego.   Wynik 
dziewięćdziesiąt siedem procent na egzaminach końcowych, owoc ciężkiej pracy, zostałby 
wyśmiany   przez   taką   osobę   jak   Motlamedi.   Mma   Makutsi   zamierzała   jednak   z   nią 
porozmawiać   i   z   godnością   przyjąć   ewentualną   protekcjonalność.   Nie   miała   się   czego 
wstydzić.   Była   teraz   p.o.   dyrektora   warsztatu   i   asystentką   detektywa.   Jakimi   oficjalnymi 
tytułami mogła się pochwalić ta piękna dziewczyna? Ubiegała się wprawdzie o miano Miss 
Beauty and Integrity, ale na razie go nie zdobyła.

A   zatem   trzeba   ją   znaleźć.   Ale   co   jej   powie?   Nie   mogła   raczej   podejść   do   niej   i 

powiedzieć:   „Przepraszam,   czy   mogę   się   przyjrzeć   twojej   głowie?”   Nie   wzbudziłoby   to 
przychylnej reakcji, mimo że w stu procentach odpowiadałoby prawdzie. Mogła udawać, że 
przeprowadza   jakąś   ankietę,   i   przyjrzeć   się   dziewczynom   podczas   udzielania   przez   nie 
odpowiedzi, sprawdzić, czy występują jakieś twarzowo-czaszkowe znamiona nieuczciwości. 
A   potem   wpadła   na   jeszcze   lepszy   pomysł:   zamiast   jakichś   bezsensownych   badań 
marketingowych, do których ludzie są przyzwyczajeni, mogła im podsunąć ankietę na temat 
postaw moralnych, co pozwoliłoby jej poznać ich prawdziwe poglądy. Pytania byłyby tak 
sprytnie sformułowane, żeby dziewczyny nie podejrzewały pułapki, lecz oświetliłyby wnętrza 
ich dusz jak reflektory. Na przykład: „Co chciałabyś zrobić ze swoim życiem?” albo: „Lepiej 
jest zarabiać dużo pieniędzy czy pomagać innym?”

Pomysły szybko układały się w spójną całość i mma Makutsi uśmiechała się zachwycona 

za każdym razem, gdy naszła ją kolejna inspiracja. Przedstawi się jako dziennikarka przysłana 
przez „Botswana Daily News” z zadaniem napisania dużego artykułu na temat konkursu - 
małe   oszustwa   są   dopuszczalne,   napisał   Clovis   Andersen,   jeśli   pozwalają   osiągnąć   jakiś 
ważny cel. Tutaj cel bez wątpienia był ważny, ponieważ w grę mogło wchodzić dobre imię 
Botswany. Zwyciężczyni Miss Beauty and Integrity zapewne wystartowałaby w konkursie na 
Miss   Botswana,   a   stanowisko   to   dorównuje   ważnością   stanowisku   ambasadora.   Zresztą 
królowa piękności to coś w rodzaju ambasadora swego kraju; kraj jest oceniany na podstawie 
tego, jak ona się prowadzi. Jeśli małe kłamstwo może zapobiec temu, że tytuł zdobędzie jakaś 

background image

łajdaczka i okryje swoją ojczyznę wstydem, to warto zapłacić taką cenę. Clovis Andersen na 
pewno by się z nią zgodził, natomiast autor Teorii przestępczości, który co krok uderzał w ton 
moralnej   wyższości,   przypuszczalnie   wyraziłby   „źle   skanalizowane”   zastrzeżenia   natury 
etycznej.

Mma Makutsi przystąpiła do pisania na maszynie kwestionariusza. Pytania były proste, 

ale dociekliwe:

1. Jakie są najważniejsze wartości, które Afryka może pokazać światu?

Pytanie to miało na celu ustalenie, czy dziewczyna wie, co to jest moralność. Jeśli tak, to 

odpowie coś w tym stylu: „Afryka może pokazać światu, co to znaczy być człowiekiem. 
Afryka uznaje człowieczeństwo wszystkich ludzi”.

Jeśli respondentka pomyślnie przebrnęłaby przez pierwszy etap, czekałoby ją bardziej 

osobiste pytanie:

2. Co chcesz zrobić ze swoim życiem?

Mma  Makutsi zastawiła tu sidła na nieuczciwe  dziewczyny.  Standardowa odpowiedź, 

której udziela uczestniczka konkursu piękności, brzmi następująco: „Chciałabym pracować 
charytatywnie, najchętniej z dziećmi. Chciałabym zostawić po sobie świat lepszym od tego, 
jaki zastałam”.

Bardzo pięknie, ale odpowiedź tę ściągają z jakiejś książki, być może autorstwa kogoś 

takiego jak Cło vis Andersen.  Praktyczny poradnik królowych piękności  albo  Jak odnieść 
sukces w świecie konkursów piękności
.

Uczciwa   dziewczyna,   pomyślała   mma   Makutsi,   odpowiedziałaby   coś   takiego: 

„Chciałabym   pracować   charytatywnie,   najchętniej   z   dziećmi.   Jeśli   nie   będzie   się   dało   z 
dziećmi, to może być z ludźmi starszymi, wszystko mi jedno. Ale bardzo mi też zależy na 
tym, żeby dostać dobrą pracę z dużą pensją”.

3. Lepiej jest być piękną czy mieć dobry charakter?

Również tutaj  było  oczywiste,  jakiej odpowiedzi  oczekuje się od zawodniczki:  dobry 

charakter jest ważniejszy. Przypuszczalnie wszystkie dziewczyny by uznały, że muszą tak 
odpowiedzieć, ale istniała pewna niewielka szansa, że uczciwość skłoni którąś do przyznania, 
iż uroda ma swoje zalety. Mma Makutsi zauważyła to na przykład w branży sekretarskiej: 
pracę otrzymują piękne dziewczyny, a dla reszty zostaje bardzo niewiele, nawet jeśli któraś 
uzyskała dziewięćdziesiąt siedem procent na egzaminach końcowych. Ta niesprawiedliwość 

background image

zawsze   ją   bolała,   chociaż   w   jej   przypadku   ciężka   praca   w   końcu   się   opłaciła.   Ile   jej 
rówieśniczek z lepszą cerą pracuje teraz na kierowniczym stanowisku? Gotowa była iść o 
zakład, że żadna. Piękne dziewczyny wychodzą za bogatych mężczyzn i żyją w luksusie, ale 
raczej nie mają podstaw do stwierdzenia, że zrobiły karierę - chyba że karierą jest chodzenie 
w drogich ubraniach i bywanie na przyjęciach.

Mma Makutsi skończyła pisanie kwestionariusza. W biurze nie było kserokopiarki, ale 

pisała przez kalkę i miała cztery kopie ankiety, z kłamliwym nagłówkiem: Botswana Daily 
News, dział obyczajowy.  Spojrzała na zegarek. Było południe i zrobiło się nieprzyjemnie 
gorąco. Kilka dni wcześniej spadł deszcz, ale ziemia szybko wypiła wodę i wołała o więcej. 
Gdyby deszcz nadszedł ponownie, na co się zanosiło, temperatura by się obniżyła i ludzie 
znowu poczuliby się lepiej. W porze gorącej nerwy się rozpalają i wybuchają awantury o 
drobiazgi. Deszcz przynosi pokój między ludźmi.

Mma   Makutsi   wyszła   z  biura   i  zamknęła   za  sobą  drzwi.  Uczniowie  naprawiali   starą 

furgonetkę   kobiety,   która   dowoziła   z   Lobatse   warzywa   do   supermarketów.   Usłyszała   o 
warsztacie od znajomej, która jej powiedziała, że kobieta może bez obawy oddać tutaj swój 
pojazd. „To jest warsztat dla pań”, powiedziała znajoma. „Oni rozumieją kobiety i dbają o 
nie. To jest najlepszy warsztat dla kobiety”.

Renoma warsztatu dobrze naprawiającego samochody kobiet przysporzyła terminatorom 

pracy. Pod kierownictwem mmy Makutsi nie ugięli się jednak pod ciężarem tego wyzwania, 
lecz pracowali dłużej i staranniej. Od czasu do czasu ich kontrolowała, każąc sobie dokładnie 
wyjaśnić,   co   robią.   Sprawiało   im   to   przyjemność,   jak   również   pomagało   lepiej   się 
skoncentrować na rozwiązaniu problemu. Ich sprawność diagnostyczna - bardzo istotna broń 
w arsenale każdego dobrego mechanika - znacznie wzrosła. Poza tym spędzali dużo mniej 
czasu na czczych pogaduszkach o dziewczynach.

- Lubimy pracować dla kobiety - powiedział jej któregoś ranka starszy uczeń. - Dobrze 

jest, jak kobieta stale człowieka pilnuje.

- Bardzo mnie to cieszy - odparła mma Makutsi. - Pracujesz coraz lepiej. Może kiedyś 

zostaniesz tak znanym mechanikiem jak pan J.L.B. Matekoni. Bo i czemużby nie?

Teraz podeszła do nich i patrzyła, jak grzebią przy filtrze oleju.
- Jak skończycie, to chciałabym, żeby jeden z was zawiózł mnie na uniwersytet.
- Jesteśmy potwornie zajęci, mma - zaprotestował młodszy terminator. - Mamy dzisiaj do 

zrobienia jeszcze dwa samochody. Nie możemy kursować po całym mieście. Nie jesteśmy 
taksówkarzami.

Mma Makutsi westchnęła.
-   W   takim   razie   wezmę   taksówkę.   Mam   do   załatwienia   ważną   sprawę   związaną   z 

konkursem piękności. Muszę porozmawiać z kilkoma dziewczynami.

-   Ja   panią   zawiozę   -   zaproponował   pospiesznie   starszy   mechanik.   -   Jestem   prawie 

gotowy. Mój kolega może sam dokończyć robotę.

background image

- Świetnie. Wiedziałam, że mogę liczyć na twój dobry charakter.

Zaparkowali   pod   drzewem   na   kampusie,   niedaleko   dużego,   pomalowanego   na   biało 

budynku, do którego skierował mmę Makutsi stróż przy bramie, kiedy pokazała mu adres. 
Grupa studentek stała i rozmawiała pod daszkiem ocieniającym przed drzwiami wejściowymi 
do trzypiętrowego budynku. Mma Makutsi zostawiła terminatora w furgonetce, podeszła do 
nich i przedstawiła się.

- Szukam Motlamedi Matluli. Podobno mieszka tutaj.
Jedna ze studentek zachichotała.
- Tak, chociaż chybaby wolała coś bardziej okazałego.
- Na przykład Sun Hotel - powiedziała inna, wywołując wybuch śmiechu.
Mma Makutsi uśmiechnęła się.
- Czyli ważna z niej dziewczyna? - spytała mma Makutsi, co również zostało skwitowane 

śmiechem.

- Tylko dlatego, że wszyscy chłopcy za nią biegają, jej się wydaje, że całe Gaborone 

należy do niej. Żeby ją pani widziała!

- Chciałabym ją zobaczyć. Właśnie po to tu jestem.
- Zastanie ją pani przed lustrem. Na pierwszym piętrze, w pokoju 114.
Mma Makutsi podziękowała swoim informatorkom i po betonowych schodach udała się 

na pierwsze piętro. Zauważyła, że ktoś wypisał na ścianie niezbyt pochlebną uwagę na temat 
jednej z dziewcząt. Pewnie jakiś student dostał kosza i dał wyraz swoim uczuciom w formie 
graffiti. Zezłościła się. Ci ludzie są uprzywilejowani - większość mieszkańców Botswany nie 
ma szans na taką edukację, w całości opłacaną przez państwo - a mimo to nie mają nic 
lepszego do roboty niż bazgranie po ścianach. A Motlamedi? Zamiast się uczyć, marnuje czas 
na   sztafirowanie   się   i   startowanie   w   konkursach   piękności.   Gdyby   mma   Makutsi   była 
rektorem uniwersytetu, to powiedziałaby takim ludziom, żeby się zdecydowali: jedno albo 
drugie. Albo pielęgnujesz umysł, albo pielęgnujesz włosy. Nie da się tego ze sobą pogodzić.

Znalazła pokój 114 i zastukała głośno do drzwi. W środku grało radio, więc zastukała 

ponownie, jeszcze głośniej.

- No idę już! - krzyknął jakiś głos.
Drzwi   się   otworzyły   i   stanęła   przed   nią   Motlamedi   Matluli.   Pierwszą   rzeczą,   która 

zwróciła uwagę mmy Makutsi, były oczy, niebywale duże. Dominowały nad całą twarzą i 
nadawały jej łagodny, niewinny wyraz, podobny do tego, jaki mają buszmeńskie dzieci.

Motlamedi zlustrowała przybysza wzrokiem.
- Tak, mma? - spytała lekceważącym tonem. - Co mogę dla pani zrobić?
Było   to   bardzo   nieuprzejme   i   mma   Makutsi   poczuła   się   mocno   urażona.   Gdyby   ta 

dziewczyna   miała   jakieś   maniery,   pomyślała,   to   zaprosiłaby   mnie   do   środka.   Ale 
przypuszczalnie  rzeczywiście  była  zajęta oglądaniem  się w  lustrze stojącym  na biurku w 

background image

otoczeniu kremów i balsamów.

- Jestem dziennikarką - powiedziała mma Makutsi. - Piszę artykuł o finalistkach Miss 

Beauty and Integrity. Chciałabym zadać pani kilka pytań.

Zachowanie Motlamedi uległo natychmiastowej metamorfozie. Wylewnie zaprosiła mmę 

Makutsi do środka, uprzątnęła z krzesła jakieś ubrania i dała jej znak gestem, żeby usiadła.

-   Rzadko   mam   aż   taki   bałagan   -   zaśmiała   się,   pokazując   na   porozrzucane   po   całej 

podłodze ubrania - ale właśnie porządkowałam swoje rzeczy. Wie pani, jak to jest.

Mma Makutsi skinęła głową. Wyjęła z aktówki kwestionariusz i podała młodej kobiecie, 

która przestudiowała go z uśmiechem.

- Bardzo łatwe pytania. Już takie widziałam.
- Proszę wypełnić. A potem chciałabym chwilę z panią porozmawiać, zanim zostawię 

panią z podręcznikami.

Mówiąc te słowa, rozejrzała się po pokoju, w którym nie zauważyła żadnych książek.
- Tak, my, studenci, jesteśmy bardzo zapracowani - powiedziała Motlamedi i zabrała się 

do wypełniania kwestionariusza.

Kiedy Motlamedi wpisywała odpowiedzi, mma Makutsi dyskretnie przyglądała się jej 

głowie.   Niestety,   skomplikowana   fryzura   finalistki   uniemożliwiała   odczytanie   kształtu 
czaszki.   Nawet   sam   Lombroso,   pomyślała   mma   Makutsi,   mógłby   mieć   kłopoty   ze 
zdiagnozowaniem tej osoby. Nie grało to jednak roli. Wszystko, co do tej pory zarejestrowała, 
począwszy od nieuprzejmego zachowania w drzwiach po niemal pogardliwe spojrzenie (które 
zniknęło z chwilą, gdy mma  Makutsi przedstawiła  się jako dziennikarka), mówiło  jej, że 
Motlamedi   Matluli   nie   jest   dobrą   kandydatką   na   Miss   Beauty   and   Integrity. 
Prawdopodobieństwo, że zostanie oskarżona o kradzież, było oczywiście znikome, ale mogła 
skompromitować konkurs i pana Pulaniego na wiele innych sposobów. Należało się obawiać 
przede   wszystkim   skandalu   z   żonatym   mężczyzną.   Tego   pokroju   dziewczyny   nie   mają 
szacunku do małżeństwa i szukają mężczyzny, który może im pomóc w zrobieniu kariery, a 
jego status cywilny jest dla nich sprawą wtórną. Czy to byłby dobry wzór do naśladowania 
dla botswańskiej młodzieży? Mma Makutsi zdenerwowała się, kiedy to sobie pomyślała, i 
odruchowo pokręciła głową.

Motlamedi podniosła wzrok znad formularza.
- Czemu pani kręci głową, mma? Wpisałam złą odpowiedź?
- Nie, nie - odparła pospiesznie. - Musi pani pisać prawdę. Tylko to mnie interesuje.
- Zawsze mówię prawdę - zadeklarowała Motlamedi z uśmiechem. - Od dziecka. Nie 

znoszę ludzi, którzy kłamią.

- Tak?
Skończyła pisać i oddała kwestionariusz mmie Makutsi.
- Mam nadzieję, że nie napisałam za dużo. Wiem, że wy, dziennikarze, jesteście zajętymi 

ludźmi.

background image

Mma Makutsi przebiegła wzrokiem po odpowiedziach.

Pytanie l: Afryka ma wspaniałą historię, chociaż wielu ludzi ona nie interesuje. Afryka 

może   nauczyć   świat,   jak  należy   troszczyć   się  o  drugiego  człowieka.   Są  też   inne  rzeczy, 
których Afryka może nauczyć świat.

Pytanie 2: Moją największą ambicją jest pracować dla innych. Nie mogę się doczekać 

dnia, kiedy będę mogła pomóc większej liczbie ludzi. To jest jeden z powodów, dla których 
zasługuję na zwycięstwo w tym konkursie: lubię pomagać ludziom. Nie jestem jedną z tych 
samolubnych dziewcząt.

Pytanie 3: Lepiej jest mieć dobry charakter. Uczciwa dziewczyna jest bogata sercem. 

Taka jest prawda. Dziewczyny, które przejmują się swoim wyglądem, nie są takie szczęśliwe, 
jak dziewczyny, które myślą przede wszystkim o innych. Wiem o tym, bo należę do tego 
drugiego gatunku dziewczyn.

Motlamedi bacznie obserwowała mmę Makutsi przy lekturze.
- No i co, mma? Chciałaby pani, żebym pani wyjaśniła którąś z odpowiedzi?
Mma Makutsi złożyła kwestionariusz i umieściła z powrotem w aktówce.
-   Dziękuję,  mma.   Powiedziała   mi   pani   wszystko,   co   chcę   wiedzieć.   Nie   muszę   pani 

zadawać żadnych dodatkowych pytań.

- A zdjęcie? - spytała Motlamedi z zaniepokojoną miną.
- Jeśli gazeta przyśle fotografa, to pozwolę zrobić sobie zdjęcie. Jestem tutaj przez całe 

popołudnie.

Mma Makutsi ruszyła ku drzwiom.
-  Może,  nie  wiem.   Udzieliła  mi  pani   bardzo  użytecznych   odpowiedzi   i  na  pewno  je 

opublikujemy. Czuję, że znam panią całkiem dobrze.

Motlamedi uznała, że może sobie pozwolić na wielkoduszność.
- Cieszę się, że panią poznałam. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Będzie pani na 

konkursie? Może przyprowadziłaby pani ze sobą fotografa...

- Może - odparła mma Makutsi i pożegnała się.

Kiedy wyszła z budynku, terminator rozmawiał z dwiema młodymi kobietami. Objaśniał 

coś na temat samochodu, a one słuchały go uważnie. Mma Makutsi usłyszała zakończenie 
rozmowy:

- ...co najmniej osiemdziesiąt mil na godzinę. A silnik pracuje cichuteńko. Jak chłopak 

siedzi z dziewczyną z tyłu i chce ją pocałować, musi to zrobić bardzo delikatnie, bo inaczej 
usłyszą go z przodu.

Studentki zachichotały.
- Nie słuchajcie go, panie - odezwała się mma Makutsi. - Temu młodzieńcowi nie wolno 

background image

flirtować   z   dziewczynami.   Jest   żonaty   i   ma   trójkę   dzieci.   Jego   żona   bardzo   by   się 
zdenerwowała,   gdyby   do   niej   dotarło,   że   rozmawia   z   dziewczynami.   Bardzo   by   się 
zdenerwowała.

Studentki odstąpiły do tyłu i jedna z nich spojrzała na niego z wyrzutem.
- Kiedy to nieprawda - zaprotestował młody człowiek. - Nie jestem żonaty.
-   Wszyscy   mężczyźni   tak   mówią   -   stwierdziła   druga   studentka,   rozgniewana.   - 

Przychodzicie tutaj i zagadujecie nas, ale cały czas myślicie o swoich żonach. Co to jest za 
zachowanie?

- Z gruntu naganne - odpowiedziała za niego mma Makutsi, otwierając drzwi od strony 

pasażera.   -   Poza   tym   czas   ruszać   w   drogę.   Ten   młodzieniec   musi   mnie   gdzieś   jeszcze 
zawieźć.

- Niech pani uważa, mma - przestrzegła ją jedna ze studentek. - My się na takich znamy.
Terminator z zaciśniętymi ustami zapalił silnik i odjechał.
- Czemu tak pani powiedziała, mma? Zrobiła pani ze mnie idiotę.
- Sam zrobiłeś z siebie idiotę - żachnęła się mma Makutsi. - Czemu ciągle uganiasz się za 

dziewczynami? Czemu ciągle starasz się im zaimponować?

-   Bo   sprawia   mi   to   przyjemność   -   tłumaczył   się   terminator.   -   Lubię   rozmawiać   z 

dziewczynami. W tym kraju jest tyle pięknych dziewczyn i nie ma kto z nimi rozmawiać. 
Wyświadczam mojej ojczyźnie przysługę.

Mma Makutsi spojrzała na niego karcąco. Młodzieniec ciężko dla niej pracował i słuchał 

jej sugestii, ale miał chroniczną słabość charakteru - bezustannie uganiał się za kobietami. 
Czy można było jakoś temu zaradzić? Wątpiła w to, ale sądziła, że obu terminatorom to minie 
i   spoważnieją.   A   może   nie   spoważnieją?   Ludzie   się   nie   zmieniają.   Mma   Ramotswe 
powiedziała tak kiedyś do niej i mma Makutsi wzięła sobie tę uwagę do serca. Ludzie się nie 
zmieniają, ale to nie znaczy, że do końca życia będą tacy sami. Można odnaleźć dobre strony 
ich charakteru i je pielęgnować. Powstaje wtedy wrażenie, że się zmienili, ale to nieprawda. 
Od tej pory są jednak inni, lepsi. Tak powiedziała mma Ramotswe - a w każdym razie coś w 
tym guście. Jeśli w Botswanie mieszkały osoby, których warto było uważnie słuchać, to z 
pewnością zaliczała się do nich mma Ramotswe.

background image

Rozdział szesnasty

Opowieść kucharza

Mma Ramotswe leżała na łóżku i wpatrywała się w białe deski sufitu. W żołądku już jej 

się tak nie kotłowało  i przeszły najgorsze mdłości.  Ale kiedy zamykała  oczy i szybko  z 
powrotem otwierała, wszystko otaczała biała obwódka, świetliste halo, które tańczyło przez 
moment, a potem gasło. W innych okolicznościach byłoby to przyjemne doznanie, ale teraz, 
kiedy znajdowała się na łasce i niełasce truciciela, mocno ją zaniepokoiło. Jaka substancja 
wywołuje   takie   skutki?   Mma   Ramotswe   dobrze   wiedziała,   że   trucizny   mogą   działać   na 
wzrok. W dzieciństwie uczono ją o krzewach z buszu, których liście działają usypiająco, o 
korze drzewa, która może posłużyć  do przerwania niechcianej ciąży,  o korzonkach, które 
leczą swędzenie. Ale są też inne rośliny - takie, z których czarownicy robią muti, niewinnie 
wyglądające roślinki, które potrafią zabić od jednego dotknięcia. Tak w każdym razie mówili 
dorośli. Jedna z takich roślin została zapewne dodana przez żonę gospodarza do jej porcji lub 
też, co bardziej prawdopodobne, do całej potrawki, której trucicielka nie tknęła. Jeśli kobieta 
jest zdolna do otrucia męża, to razem z nim bez skrupułów pośle na tamten świat również 
innych.

Mma Ramotswe spojrzała na zegarek. Minęła siódma i za oknami było ciemno. Przespała 

zachód słońca i nadszedł czas wieczornego posiłku. Nie miała zbytniego apetytu, ale gdyby 
nie przyszła, zadaliby sobie pytanie, gdzie jest, postanowiła więc poinformować ich, że nie 
czuje się dobrze i nie zje z nimi kolacji.

Usiadła na łóżku i zamrugała. Białe światło powoli słabło. Spuściła stopy na podłogę i 

wsunęła do butów, mając nadzieję, że nie wlazły do nich skorpiony, kiedy spała. Zawsze to 
sprawdzała, odkąd w dzieciństwie włożyła stopę do buta i boleśnie ją ukąsił duży brązowy 
skorpion,   który   spędził   tam   noc.   Stopa   tak   jej   spuchła,   że   zanieśli   ją   do   szpitala 
holenderskiego Kościoła reformowanego u podnóża góry. Pielęgniarka opatrzyła jej stopę i 
dała   środek   przeciwbólowy.   Potem   przykazała   jej,   żeby   zawsze   sprawdzała   buty,   i   mma 
Ramotswe wzięła sobie tę przestrogę do serca.

- My mieszkamy tutaj - powiedziała pielęgniarka, trzymając dłoń na wysokości klatki 

background image

piersiowej - a one tam w dole. Pamiętaj o tym.

Później uznała, że przestroga ta dotyczy również innych obszarów życia. Że odnosi się 

nie tylko do skorpionów i węży,  ale także do ludzi. Poniżej świata zamieszkanego przez 
zwykłych, uczciwych, życzliwych ludzi znajduje się świat egoizmu i nieufności, zaludniony 
przez intrygantów i manipulatorów. Dlatego zawsze trzeba sprawdzać buty.

Cofnęła stopę, zanim palce dotarły do samego końca, podniosła prawy but i ustawiła 

pionowo. Nic.  Potem  to  samo   zrobiła  z  lewym  i  wypadło   z  niego  maleńkie   połyskujące 
stworzenie,   które   przez   chwilę   tańcowało   po   podłodze,   jakby   dworowało   sobie   z   mmy 
Ramotswe, po czym schowało się w ciemnym kącie pokoju.

Mma   Ramotswe   wyszła   na   korytarz.   Kiedy   była   już   blisko   salonu,   z   jakichś   drzwi 

wyłoniła się szefowa służby i pozdrowiła ją.

- Właśnie miałam po panią pójść, mma. Kolacja jest już prawie gotowa.
- Dziękuję, mma. Spałam. Źle się poczułam, ale teraz jest już lepiej. Chyba nie będę nic 

jadła, ale chętnie napiłabym się herbaty. Jestem bardzo spragniona.

Gosposia podniosła dłoń do ust.
-  Oj, to bardzo niedobrze, mma! Wszyscy są chorzy.  Staruszka bardzo źle się czuje. 

Młody pan i jego żona krzyczą i trzymają się za żołądki. Nawet chłopiec się zatruł, chociaż 
nie tak bardzo. Mięso musiało być zepsute.

Mma Ramotswe wytrzeszczyła na nią oczy.
- Wszyscy?
-   Tak,   wszyscy.   Syn   krzyczał,   że   pogoni   rzeźnika,   który   sprzedał   nam   mięso.   Był 

wściekły.

- A żona?
Gospodyni spuściła wzrok na podłogę. Chodziło o intymne sprawy gastryczne, o których 

wstydziła się tak bez ogródek rozmawiać.

- Wszystko  zwracała.  Próbowała  napić  się wody - ja jej  przyniosłam  - ale  też  zaraz 

podeszła   jej   do   góry.   Teraz   ma   pusty   żołądek   i   chyba   czuje   się   lepiej.   Całe   popołudnie 
bawiłam się w pielęgniarkę. Raz tu, raz tam. Zajrzałam nawet do pani, żeby sprawdzić, czy 
wszystko  w  porządku,  i zobaczyłam,  że śpi pani  spokojnie. Nie  wiedziałam,  że pani  też 
choruje.

Mma   Ramotswe   przez   chwilę   milczała.   Informacje   uzyskane   od   gosposi   całkowicie 

zmieniały obraz sytuacji. Główna podejrzana, bratowa człowieka z rządu, uległa zatruciu, 
podobnie jak staruszka, także należąca do grona podejrzanych. Albo nastąpiła pomyłka przy 
wsypywaniu trucizny, albo żadna z tych dwóch kobiet nie miała nic wspólnego ze sprawą. Za 
bardziej prawdopodobną mma Ramotswe uznała tę drugą możliwość. Kiedy źle się poczuła, 
pomyślała, że została celowo otruta. A teraz? Po trzeźwym namyśle - bez fal mdłości, które ją 
zalały - uznała za śmieszne, żeby truciciel uderzył w sposób tak mało zawoalowany tuż po 
przybyciu   gościa.   Byłoby   to   mocno   podejrzane   i   mało   wyrafinowane,   a   przeczytała,   że 

background image

truciciele to z reguły ludzie nadzwyczaj wyrafinowani.

Przełożona służby patrzyła na mmę Ramotswe wyczekująco, jakby się spodziewała, że 

gość przejmie stery.

- Czy ktoś potrzebuje pomocy lekarskiej? - spytała mma Ramotswe.
- Nie, myślę, że wszyscy czują się lepiej. Ale nie wiem, co mam robić. Wszyscy ciągle na 

mnie krzyczą, a jak wszyscy krzyczą, to nie mogę nic zrobić.

- Rzeczywiście, nie jest pani łatwo.
Zlustrowała gosposię wzrokiem. Ciągle na mnie krzyczą. Oto kolejna osoba, która ma 

motyw. Uznała jednak tę myśl za absurdalną. To była uczciwa kobieta. Miała szczerą twarz i 
uśmiechała   się   podczas   mówienia.   Sekrety   zostawiają   na   twarzy   cienie,   a   tutaj   nie   było 
żadnych cieni.

- Mogłaby pani zrobić mi herbaty? - poprosiła mma Ramotswe. - A potem, tak sądzę, 

powinna pani iść do swojego pokoju. Jutro rano poczują się lepiej i może nie będą już tyle 
krzyczeli.

Gosposia uśmiechnęła się z wdzięcznością.
-  Dobrze,  mma.  Przyniosę   pani  herbatę  do  pokoju.  Potem  będzie  pani   mogła   znowu 

zasnąć.

Spała, ale niespokojnie. Od czasu do czasu budziła się i słyszała odgłosy rozmów albo 

poruszania   się,   zamykania   drzwi,   otwierania   okna,   skrzypiące   odgłosy   starego   domu. 
Niedługo przed świtem, zdawszy sobie sprawę, że już nie zaśnie, wstała, ubrała się i wyszła 
na zewnątrz. Zaspany pies za domem podniósł się i podejrzliwie obwąchał jej stopy. Duży 
ptak, który przysiadł na dachu, z wysiłkiem wzbił się do lotu.

Mma Ramotswe potoczyła w krąg spojrzeniem. Do wschodu słońca zostało jeszcze około 

pół   godziny,   ale   było   dostatecznie   jasno,   żeby   coś   rozpoznać,   i   z   każdą   chwilą   się 
przejaśniało.   Drzewa   wciąż   były   tylko   niewyraźnymi,   ciemnymi   kształtami,   ale   wkrótce 
miały się pojawić poszczególne gałęzie i liście, jak przy podchodzeniu do malowidła. Bardzo 
lubiła tę porę dnia, a w tym samotnym miejscu, z dala od dróg i ludzi z ich hałasami, piękność 
jej ojczyzny objawiała się w postaci wydestylowanej. Wkrótce miało wzejść słońce i nadać 
światu mniej subtelny wyraz. Na razie jednak busz, niebo i sama ziemia sprawiały skromne i 
powściągliwe wrażenie.

Mma Ramotswe wzięła głęboki wdech. Zapach buszu, zapach pyłu i trawy jak zawsze 

chwycił ją za serce. Teraz doszła jeszcze ta cudowna, kwaśna woń dymu drzewnego, która 
pełznie   przez   nieruchome   powietrze   poranka,   gdy   ludzie   przyrządzają   śniadanie   i   grzeją 
dłonie nad płomieniami. Odwróciła się. W pobliżu płonął ogień. Może pod kotłem z wodą, 
albo też było to ognisko nocnego stróża, który spędził nocne godziny nad kilkoma żarzącymi 
się węgielkami.

Obeszła dom wąską ścieżką zaznaczoną pobielonymi kamieniami - zwyczaj przejęty od 

background image

kolonialnych administratorów, którzy okalali bielonymi kamieniami swoje osiedla i siedziby. 
Robili to w całej Afryce, bielili nawet pnie drzew sadzonych długimi szpalerami. Dlaczego? Z 
powodu Afryki.

Minęła   róg   domu   i   zobaczyła   człowieka   przykucniętego   przed   starym,   obudowanym 

cegłami  kotłem.  Takie  bojlery często  spotykało  się w  starszych  domach,  które  nie  miały 
elektryczności,  i  oczywiście   niezbędne  były  w  tej   okolicy,  gdzie   niewielkiej  ilości   prądu 
dostarczały tylko generatory. Podgrzewanie wody w bojlerze wychodziło znacznie taniej, niż 
gdyby korzystać do tego celu z energii wytwarzanej przez dieslowski generator. W tej chwili 
palono drewnem pod kotłem, żeby mieszkańcy domu mieli ciepłą wodę na poranną kąpiel.

Kucający mężczyzna zobaczył ją, wstał i wytarł dłonie w spodnie khaki. Mma Ramotswe 

przywitała  się  z   nim  w  tradycyjny  sposób,  a  on  odpowiedział  jej  uprzejmie.   Miał  około 
czterdziestu lat, był wysoki i dobrze zbudowany, ze szlachetnymi, kanciastymi rysami twarzy.

- Mocny ogień, rra - powiedziała, wskazując na rozgrzany do czerwoności przód bojlera.
- Z tych drzew jest dobre drewno na opał - odparł zwyczajnie. - I rośnie ich dużo. Nigdy 

nie brakuje nam drewna do palenia.

Mma Ramotswe skinęła głową.
- Jest pan palaczem?
Zmarszczył brwi.
- Między innymi.
-   O?   -   Ton   jego   głosu   zaintrygował   ją.   Te   „inne”   najwyraźniej   nie   budziły   jego 

entuzjazmu. - Co jeszcze pan robi, rra?

- Jestem kucharzem. Odpowiadam za kuchnię. Przygotowuję jedzenie.
Spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby czekał na jej reakcję.
- To dobrze - stwierdziła mma Ramotswe. - Dobrze jest umieć gotować. W Gaborone 

mamy paru znakomitych kucharzy. Mówi się na nich szefowie kuchni. Noszą takie śmieszne 
białe czapy.

Mężczyzna skinął głową.
- Pracowałem kiedyś w hotelu w Gaborone. Jako kucharz. Nie szef kuchni, tylko jeden z 

podkuchennych. To było kilka lat temu.

- Dlaczego przyjechał pan tutaj?
Uznała   to   za   niezwykłe.   Nie   miała   wątpliwości,   że   kucharze   zarabiają   w   Gaborone 

znacznie więcej niż na farmie.

Kucharz uniósł nogę i wepchnął butem płonące drewko z powrotem do ognia.
- Nie sprawiało mi to przyjemności. Nie lubiłem kucharzenia i dalej nie lubię.
- W takim razie dlaczego pan to robi, rra?
Westchnął.
- To zawiła historia, mma. Jej opowiadanie długo by potrwało, a muszę wracać do pracy, 

jak   wzejdzie   słońce.   Ale  trochę   mogę   opowiedzieć,   jeśli   pani   chce.   Proszę   usiąść   na  tej 

background image

kłodzie, mma. Właśnie. Opowiem, skoro mnie pani o to prosi.

Urodziłem się tam, za tym wzgórzem, jakieś dziesięć mil stąd. Jest tam wioska, o której 

nikt nie wie, bo nic się tam nie dzieje. Nikt nie zwraca na nią uwagi, bo ludzie są tam cisi i 
spokojni. Nigdy nie krzyczą i nie złoszczą się. Więc nie ma się czym interesować.

W wiosce była szkoła z bardzo mądrym nauczycielem. Miał dwóch innych nauczycieli do 

pomocy, ale on był najważniejszy i wszyscy słuchali jego, a nie dwóch pozostałych. Któregoś 
dnia powiedział do mnie: „Bardzo bystry z ciebie chłopak, Simon. Znasz na pamięć imiona 
wszystkich krów, a także ich ojców i matek. Jesteś w tym najlepszy. Taki chłopak jak ty 
mógłby pojechać do Gaborone i znaleźć tam pracę”.

Nie   widziałem   nic   dziwnego   w   tym,   że   pamiętam   imiona   krów,   bo   ze   wszystkiego 

najbardziej lubiłem bydło. Chciałem pracować przy krowach, jak będę duży, ale u nas nie 
było takiej pracy, więc musiałem wymyślić coś innego. Nie wierzyłem, żebym nadawał się do 
Gaborone, ale kiedy miałem szesnaście lat, nauczyciel dał mi część pieniędzy, które dostał od 
rządu, i kupiłem sobie za nie bilet autobusowy do Gaborone. Mój ojciec nie miał pieniędzy, 
ale podarował mi zegarek, który znalazł kiedyś koło asfaltowej drogi. Była to najcenniejsza 
rzecz, jaką posiadał, ale dał mi go i kazał sprzedać, żebym miał za co kupować jedzenie w 
Gaborone.

Nie chciałem sprzedawać tego zegarka, ale jak żołądek rozbolał mnie z głodu, nie miałem 

innego wyjścia. Dostałem za niego sto puli, bo to był dobry zegarek, i wydałem te pieniądze 
na jedzenie, żeby wrócić do sił.

Na znalezienie pracy trzeba było wielu dni, a wiedziałem, że pieniędzy za zegarek nie 

starczy na długo. W końcu zatrudnili mnie w hotelu, gdzie kazali mi nosić bagaże i otwierać 
gościom drzwi. Niektórzy z tych gości przyjeżdżali z bardzo daleka i byli strasznie bogaci. 
Kieszenie aż im się urywały od pieniędzy. Czasem dawali mi napiwki, a ja wpłacałem te 
pieniądze na rachunek pocztowy. Żałuję, że już ich nie mam.

Po jakimś  czasie przenieśli  mnie  do kuchni, gdzie pomagałem  kucharzom.  Kiedy się 

okazało, że umiem dobrze gotować, dali mi uniform. Gotowałem przez dziesięć lat, chociaż 
nie znosiłem tego. Nie cierpiałem kuchennego gorąca i wszystkich tych zapachów jedzenia, 
ale taką miałem pracę i musiałem to robić.

Kiedy pracowałem w tym hotelu, poznałem brata człowieka, który tutaj mieszka. Wie 

pani, o kim mówię - o tym ważnym człowieku, który mieszka w Gaborone. Powiedział, że da 
mi tutaj pracę w charakterze zarządcy farmy, i byłem bardzo szczęśliwy. Powiedziałem mu, 
że znam się na bydle i dobrze pokieruję farmą.

Przyjechałem tutaj ze swoją żoną. Pochodzi z tych stron i bardzo się ucieszyła, że może tu 

wrócić. Dali nam piękny dom i moja żoną jest bardzo zadowolona. Na pewno pani wie, mma, 
jakie to ważne mieć zadowoloną żonę albo męża. Inaczej człowiek nigdy nie zazna spokoju. 
Nigdy. Mam też zadowoloną teściową. Wprowadziła się do nas, mieszka na tyłach domu. 
Stale śpiewa, bo jest szczęśliwa, że ma przy sobie córkę i wnuki.

background image

Bardzo  się cieszyłem,  że będę  pracował przy krowach,  ale  brat, który tutaj  mieszka, 

podczas pierwszej rozmowy spytał mnie, co robiłem w Gaborone, i wyjaśniłem mu, że byłem 
kucharzem. Ucieszył się z tego i powiedział, że mam się zająć gotowaniem. Ciągle przyjmują 
ważnych ludzi z Gaborone, na których zrobiłoby wrażenie, gdyby w domu był prawdziwy 
kucharz. Nie chciałem tego robić, ale on mnie zmusił. Porozmawiał z moją żoną i ona wzięła 
jego stronę. Powiedziała, że to dla nas świetna okazja i tylko dureń odmówiłby tym ludziom. 
Moja teściowa zaczęła skuczeć. Stwierdziła, że jest już staruszką i umrze, jeśli będziemy 
musieli się stąd wynosić. Moja żona powiedziała do mnie: „Chcesz zabić moją matkę? Tego 
chcesz?”

Musiałem więc zostać kucharzem i dalej cały dzień wącham kuchenne zapachy, chociaż 

wolałbym być na świeżym powietrzu przy krowach. Dlatego nie jestem zadowolony, ale cała 
moja rodzina jest zadowolona. Dziwna historia, nie uważa pani?

Zakończył   swoją   opowieść   i   spojrzał   na   mmę   Ramotswe   smętnym   wzrokiem. 

Odwzajemniła jego spojrzenie, lecz po chwili uciekła z oczami. W jej głowie odbyła  się 
gonitwa   myśli.   Różne   możliwości   obijały  się   o   siebie,   aż   w   końcu   wykrystalizowała   się 
pewna hipoteza, którą mma Ramotswe obstukała ze wszystkich stron i uznała za trafną.

Ponownie spojrzała na kucharza. Wstał i zamykał drzwiczki bojlera. Ze zbiornika, starej 

beczki po benzynie przerobionej na ten cel, dochodził dźwięk bulgotania wody. Powinna się 
odezwać,   czy   raczej   milczeć?   Jeśli   się   odezwie,   może   powiedzieć   coś   chybionego   i   on 
gwałtownie zaprotestuje. Jeśli będzie milczała, straci niepowtarzalną okazję. Decyzja zapadła.

- Chciałam pana o coś spytać, rra.
- Tak?
Zerknął na nią przelotnie i powrócił do porządkowania sterty drewna.
- Widziałam, jak wsypywał pan coś wczoraj do jedzenia. Pan mnie nie widział, ale ja 

pana tak. Czemu pan to zrobił?

Kucharz zastygł. Właśnie miał dźwignąć grubą kłodę, którą opasał już ramionami. Potem 

powoli rozplótł dłonie i wyprostował się.

- Widziała mnie pani? - wydusił niemal niedosłyszalnie.
Mma Ramotswe przełknęła ślinę.
- Tak, widziałam pana. Wsypał pan coś do jedzenia. Coś paskudnego.
Zobaczyła, że wzrok mu zmętniał, a twarz, wcześniej ożywiona, straciła wszelki wyraz.
- Chyba nie próbuje pan ich zabić?
Otworzył usta, żeby jej odpowiedzieć, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk.
Mma  Ramotswe  nabrała  śmiałości.  Podjęła trafną  decyzję  i teraz należało  dokończyć 

rozpoczęte dzieło.

-   Chciał   pan   tylko,   żeby   zrezygnowali   z   pana   jako   kucharza,   prawda?   Gdyby   pana 

jedzenie przestało im smakować, to już by nie chcieli, żeby pan im gotował, i mógłby pan 

background image

zająć się tym, co pan naprawdę lubi. Zgadłam? - Skinął głową. - Bardzo głupio pan postąpił, 
rra. Mógł pan ciężko komuś zaszkodzić.

- Nie tym, czego użyłem. To jest zupełnie bezpieczne.
Mma Ramotswe pokręciła głową.
- Nigdy nie ma pewności.
Kucharz spuścił wzrok na dłonie.
- Nie jestem mordercą.
Mma Ramotswe żachnęła się.
- Ma pan wielkie szczęście, że pana przejrzałam. Oczywiście nie widziałam pana, ale 

historia, którą mi pan opowiedział, zdradziła pana.

- I co teraz? - spytał kucharz. - Powie im pani i wezwą policję. Proszę panią, niech pani 

pamięta, że mam rodzinę. Jak ci ludzie mnie zwolnią, to ciężko mi będzie znaleźć inną pracę. 
Nie jestem już młody. Nie mogę...

Mma Ramotswe uciszyła go ruchem ręki.
- Nie jestem taka. Powiem im, że składniki, których pan użył, były zepsute, ale pan nie 

mógł o tym wiedzieć. Powiem, żeby dali panu inną pracę.

- Młodszy brat się nie zgodzi. Wiele razy go o to prosiłem.
- Ale ja jestem kobietą. Umiem nakłonić mężczyznę do zmiany decyzji.
Kucharz uśmiechnął się.
- Bardzo pani miła, mma.
- Za bardzo - odparła mma Ramotswe i skierowała się ku domowi.
Słońce zaczęło wschodzić, ozłacając drzewa, wzgórza i ziemię. Mma Ramotswe bardzo 

chętnie zostałaby w tym pięknym miejscu, ale nie miała tu już nic do roboty. Wiedziała, co 
powie człowiekowi z rządu, i musiała wracać do Gaborone, żeby to zrobić.

background image

Rozdział siedemnasty

Wspaniała dziewczyna

Wykluczenie   Motlamedi   z   grona   odpowiednich   kandydatek   do   ważnego   tytułu   Miss 

Beauty and Integrity nie było trudne. Na liście widniały jednak trzy dalsze nazwiska i z każdą 
z tych kobiet należało odbyć rozmowę, aby zyskać przesłanki do podjęcia decyzji. A z tymi 
mogło   już   nie   pójść   tak   bezproblemowo.   Mmie   Makutsi   rzadko   się   zdarzało,   żeby   przy 
pierwszym spotkaniu wyrobić sobie o kimś opinię, ale nie miała najmniejszych wątpliwości, 
że   Motlamedi   jest   po   prostu   niedobrą   dziewczyną.   Termin   ten   posiada   w   botswańskim 
systemie   pojęciowym   ściśle   określone   konotacje.   Nie   ma   nic   wspólnego   z   „niedobrymi 
kobietami”   czy   „niedobrymi   paniami”   -   to   zupełnie   inne   kategorie.   Niedobre   kobiety   to 
prostytutki, a niedobre panie to wiekowe manipulatorki, zazwyczaj żony starszych mężczyzn, 
wtrącające się do cudzych spraw. Określenie „niedobra dziewczyna” odnosi się natomiast do 
osoby młodszej (na pewno poniżej trzydziestki), która chce się w życiu przede wszystkim 
dobrze   bawić.   Dobrze   się   bawić   -   to   jest   kwintesencja   tego   pojęcia.   Istnieje   nawet 
podkategoria niedobrych dziewczyn - party girls. Można je spotkać głównie ze szpanersko 
odzianymi mężczyznami w knajpach, gdzie odchodzi dużo dobrej zabawy, przynajmniej w 
ich rozumieniu. Szpanersko odziani mężczyźni uważają się oczywiście za cool facetów, co w 
ich mniemaniu daje im prawo do najróżniejszych egoistycznych zachowań. Mma Makutsi 
inaczej jednak zapatrywała się na tę sprawę.

Na drugim końcu skali lokują się dobre dziewczyny. Te ciężko pracują i rodzina bardzo je 

ceni. Odwiedzają rodziców i dziadków, opiekują się małymi dziećmi, siedząc godzinami pod 
drzewem i pilnując maluchów, które się bawią, a później kształcą się na pielęgniarki bądź też, 
jak mma Makutsi, na sekretarki. Niestety, dobre dziewczyny, które dźwigają świat na swoich 
barkach, nie mają w życiu zbyt wiele frajdy.

Jak się rzekło, nie ulegało wątpliwości, że Motlamedi nie zalicza się do kategorii dobrych 

dziewczyn, ale czy można liczyć na to, zastanawiała się ponuro mma Makutsi, że któraś z 
pozostałych   dziewcząt  okaże  się  znacząco   lepsza?   Szkopuł  w   tym,   że  dobre  dziewczyny 
rzadko zgłaszają się do konkursów piękności. Po prostu zasadniczo nie mieści się to w ich 

background image

obszarze   zainteresowań.   A   gdyby   pesymistyczne   przewidywania   mmy   Makutsi   się 
potwierdziły, to co powiedziałaby panu Pulaniemu w swoim końcowym raporcie? Informacja, 
że wszystkie dziewczyny są siebie warte i żadna nie zasługuje na tytuł, nie byłaby dla niego 
zbyt przydatna. Mógłby ją tylko wyrzucić do kosza. Mma Makutsi miała przeczucie, że za 
taką informację nie potrafiłaby nawet wystawić rachunku.

Siedziała w samochodzie obok terminatora i z rozpaczą wpatrywała się w listę nazwisk.
- Gdzie teraz? - spytał.
Ton był naburmuszony, ale tylko trochę. Uczeń przypomniał sobie, że ma do czynienia z 

p.o. dyrektora warsztatu. On i jego kumpel nabrali zdrowego szacunku do tej kobiety, która 
przyszła do warsztatu i postawiła na głowie ich metody pracy.

Mma Makutsi westchnęła.
- Muszę się jeszcze zobaczyć z trzema dziewczynami i nie mogę się zdecydować, która 

następna.

-   Ja   się   znam   na   dziewczynach   -   odparł   terminator   ze   śmiechem.   -   Mógłbym   pani 

podpowiedzieć.

Mma Makutsi rzuciła mu karcące spojrzenie.
- Ty z twoimi dziewczynami!  Tylko to ci w głowie, prawda? Tobie i temu twojemu 

leniwemu koledze. Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny...

Urwała. Tak, uchodził za fachowca w tej dziedzinie, a Gaborone to nie takie duże miasto. 

Istniała   całkiem   spora   szansa,   że   wie   coś   o   tych   dziewczynach.   Jeśli   to   są   niedobre 
dziewczyny, pomyślała, a zwłaszcza party girls, to przypuszczalnie je spotkał, szlajając się po 
knajpach. Zasygnalizowała mu, żeby zjechał na bok.

- Stop! Zatrzymaj się tutaj. Chcę ci pokazać listę.
Terminator zaparkował samochód i wziął od mmy Makutsi listę. W trakcie lektury na 

jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.

- Superlista! - powiedział zachwycony. - To są najlepsze dziewczyny w mieście. Znaczy 

się, trzy z nich są najlepsze. Duże, dobrze zbudowane dziewczyny, rozumie mnie pani. Duże, 
świetne   dziewczyny,   takie,   jakie   my,   chłopcy,   bardzo   sobie   cenimy.   Szalejemy   za   tymi 
dziewczynami!

W   mmie   Makutsi  serce   podskoczyło.   Intuicja   jej   nie   zawiodła.   Terminator   znał 

odpowiedź na jej pytanie i pozostawało tylko ją z niego wydobyć.

- Które z nich znasz?
Uczeń roześmiał się.
- Ta tutaj. Makita. Znam ją. Bardzo fajna, dużo się śmieje, zwłaszcza jak ją połaskotać. 

Potem idzie Gladys. Ja cię kręcę! Ta to dopiero jest! I znam jeszcze tę, Motlamedi, a raczej 
mój kolega ją zna. Mówi, że to bardzo bystra dziewczyna, która studiuje na uniwersytecie, ale 
nie traci za dużo czasu na książki. Bardzo łebska, ale tyłek też ma po zbóju. Bardziej ją 
interesuje, żeby się odstrzelić.

background image

Mma Makutsi skinęła głową.
- Właśnie  z nią rozmawiałam.  Twój kolega ma  rację. A ta czwarta,  Patricia?  Ta, co 

mieszka w Tlokweng? Znasz ją?

Terminator pokręcił głową.
-   Tej   nie   znam   -   odparł   i   szybko   dodał:   -   Ale   jestem   pewien,   że   to   też   przeurocza 

dziewczyna. Nigdy nic nie wiadomo.

Mma Makutsi odebrała mu kartkę i włożyła do kieszeni sukienki.
- Jedziemy do Tlokweng. Muszę poznać tę Patricię.
Jechali   do   Tlokweng   w   milczeniu.   Terminator   sprawiał   wrażenie   zatopionego   w 

rozmyślaniach - może dumał o dziewczynach z listy - natomiast mma Makutsi myślała o nim. 
Uważała   za   niesprawiedliwe,   ale   typowe   dla   stosunków   między   płciami,   że   nie   istnieje 
odpowiednik   pojęcia   „party   girl”,   którego   można   by   użyć   w   odniesieniu   do   tego 
głupkowatego terminatora. Takie typki są nie lepsze, a może nawet gorsze od party girls, a 
przecież   społeczeństwo   ich   nie   potępia.   Nikt   nie   mówi   na   przykład   o   „knajpianych 
chłopakach” i nikt nie określiłby więcej niż dwunastoletniego osobnika płci męskiej mianem 
„niedobrego chłopaka”. Od kobiet z reguły oczekuje się lepszego zachowania i ściągają na 
siebie krytykę  za postępki, które mężczyznom uchodzą na sucho. Nie zanosi się, żeby ta 
odwieczna   niesprawiedliwość   zniknęła.   Mężczyźni   zawsze   się   jakoś   wywiną,   nawet   jeśli 
podsunie im się pod nos konstytucję. Sędziowie płci męskiej orzekną, że konstytucja mówi 
coś innego, niż jest napisane czarno na białym, i dokonają wykładni korzystnej dla mężczyzn. 
Punkt,   który   mówi:   „Wszyscy   ludzie,   niezależnie   od   płci,   mają   prawo   do   równego 
traktowania   w   miejscu   pracy”,   zostanie   odczytany   następująco:   „Kobiety   mają   prawo 
pracować,   ale   nie   we   wszystkich   zawodach,   dla   ich   własnego   bezpieczeństwa,   a   zresztą 
mężczyźni wykonują wiele zawodów lepiej”.

Dlaczego   mężczyźni   tak   się   zachowują?   Dla   mmy   Makutsi   zawsze   było   to   zagadką, 

chociaż ostatnio w jej głowie zaczęła się wykluwać pewna hipoteza: jest to w jakiś sposób 
związane   z   tym,   jak   matki   traktują   swoich   synów.   Matki   wpajają   swoim   synom,   że   są 
wyjątkowi,   zaszczepiając   im   pewne   postawy,   których   nie   da   się   później   wykorzenić. 
Chłopcom pozwala się myśleć, że rolą kobiet jest zajmować się nimi, i przekonanie to nie 
opuszcza ich w dorosłości. Mma Makutsi widziała tak wiele przykładów tego zjawiska, że nie 
wyobrażała sobie, aby ktoś mógł na serio podważać jej teorię. Terminator był w tej kwestii 
najzupełniej typowy. Widziała, jak jego matka przychodzi do warsztatu z całym melonem, 
kroi go na kawałki i karmi swojego synka jak małe dziecko. Wielki błąd wychowawczy: 
matka powinna zachęcać syna do tego, żeby sam sobie kupował i kroił melony. Właśnie przez 
tego rodzaju rozpieszczanie ma taki niedojrzały stosunek do kobiet, które służą mu do zabawy 
i do krojenia melonów. Pełnią rolę wiecznego substytutu matki.

Przyjechali   pod   parcelę   2456   i   stanęli   przy   bramie   schludnego   domku   w   błotnistym 

kolorze, z osobnym kurnikiem i - w dzisiejszych czasach rzecz rzadko spotykana - dwoma 

background image

tradycyjnymi koszami na zboże z tyłu. Trzymają tam karmę dla kur, pomyślała mma Makutsi. 
Co   rano   rozsypują   na   porządnie   zamiecionym   podwórzu   ziarna   sorgo,   które   dziobią 
zgłodniałe   kury   wypuszczone   z   kurnika.   Dla   mmy   Makutsi   nie   ulegało   wątpliwości,   że 
mieszka tam starsza kobieta, bo tylko starsze kobiety mają tradycyjnie urządzone podwórza i 
utrzymują   na   nich   nienaganny   porządek.   Pewnie   babcia   Patricii   -   jedna   z   tych   godnych 
podziwu Afrykanek, które harują nawet po osiemdziesiątce i stanowią filar rodziny.

Terminator   parkował   samochód,   a   mma   Makutsi   ruszyła   ścieżką   w   stronę   domu. 

Zawołała zgodnie z panującym  obyczajem, ale sądziła, że nikt jej nie usłyszał. Po chwili 
jednak w drzwiach pojawiła się jakaś kobieta, która wytarła dłonie w szmatę i pozdrowiła ją 
serdecznie.

Mma Makutsi wyjaśniła, co ją sprowadza. Inaczej niż w przypadku wizyty u Motlamedi, 

nie przedstawiła się jako dziennikarka. Nie miałaby sumienia tego robić w tym tradycyjnym 
domu, zwłaszcza wobec kobiety, która okazała się matką Patricii.

- Chcę się czegoś dowiedzieć o uczestniczkach konkursu - powiedziała. - Zostałam o to 

poproszona.

Kobieta skinęła głową.
- Możemy usiąść w drzwiach. Słońce tu nie dochodzi. Zawołam córkę. Tam jest jej pokój.
Mma   Makutsi   spojrzała   na   drzwi   z   boku   domu.   Zielona   farba   odłaziła,   a   zawiasy 

pokrywała rdza. W obejściu panował nienaganny porządek, ale sam dom wymagał remontu. 
Niezbyt   zamożny   dom,   pomyślała   mma   Makutsi.   Nagroda   za   zwycięstwo   w   konkursie 
znacząco poprawiłaby sytuację bytową rodziny. Nagroda wynosiła cztery tysiące puli plus 
talon   do   wykorzystania   w   sklepie   odzieżowym.   Pieniądze   te   raczej   nie   zostałyby 
przeznaczone na zbytki, pomyślała mma Makutsi, patrząc na wystrzępiony rąbek spódnicy 
gospodyni.

Usiadła i wzięła zaoferowany kubek wody.
- Gorąco dzisiaj - powiedziała kobieta. - Ale niedługo spadnie deszcz. Jestem tego pewna.
- Tak, spadnie. Deszcz jest nam potrzebny.
- Tak, mma. W tym kraju zawsze potrzebny jest deszcz.
- Ma pani rację. Deszcz.
Przez chwilę milczały i myślały o deszczu. Kiedy nie pada, człowiek myśli o deszczu, 

chociaż niezbyt natarczywie, żeby nie zapeszyć. A kiedy przychodzi deszcz, człowiek się 
zastanawia, jak długo będzie  padał. „Bóg płacze. Bóg płacze  nad tym  krajem. Spójrzcie, 
dzieci,   to   jego   łzy.   Krople   deszczu   to   jego   łzy”.   Tak   tłumaczyła   im   nauczycielka   w 
Bobonong, kiedy mma Makutsi była mała, i zapamiętała jej słowa.

- Jest moja córka.
Mma Makutsi podniosła oczy. Patricia zjawiła się bezszelestnie i stała teraz przed nią. 

Mma   Makutsi   uśmiechnęła   się   do   młodej   kobiety,   która   skierowała   wzrok   na   podłogę   i 
dygnęła nieznacznie. „Nie jestem aż taka stara!”, pomyślała mma Makutsi, ale gest ten zrobił 

background image

na niej wielkie wrażenie.

- Możesz usiąść - powiedziała jej matka. - Ta pani chce z tobą porozmawiać o konkursie 

piękności.

Patricia skinęła głową.
- Jestem bardzo przejęta, mma. Wiem, że nie mam szans na wygraną, ale i tak jestem 

bardzo przejęta.

„Nie bądź tego taka pewna”, pomyślała mma Makutsi, ale nic nie powiedziała.
- Jej ciotka uszyła jej na konkurs bardzo ładną sukienkę - oznajmiła matka. - Wydała na 

nią mnóstwo pieniędzy. Jest z bardzo dobrego materiału. Piękna sukienka.

- Ale inne dziewczyny będą miały piękniejsze - powiedziała Patricia. - To bardzo bystre 

dziewczyny.   Mieszkają   w   Gaborone.   Jedna   nawet   studiuje   na   uniwersytecie.   Mądra 
dziewczyna.

„I niedobra”, pomyślała mma Makutsi.
- Nie wolno ci  myśleć, że przegrasz - skarciła ją matka. - Tak się nie podchodzi do 

konkursu. Jak będziesz myślała, że przegrasz, to nigdy nie wygrasz. Gdyby Seretse Khama 
powiedział: „Nigdy do niczego nie dojdziemy”, to gdzie byłaby dzisiaj Botswana? No gdzie?

Mma Makutsi skinęła głową na znak, ze się z nią zgadza.
- Słusznie. Musi pani myśleć: „Mogę wygrać”. Wtedy może pani wygra. Nigdy nic nie 

wiadomo.

Patricia uśmiechnęła się.
- Ma pani rację. Spróbuję być bardziej pewna siebie. Postaram się.
- Dobrze - odparła mma Makutsi. - A teraz niech mi pani powie, co chciałaby pani zrobić 

ze swoim życiem.

Zapadła cisza. Mma Makutsi i matka patrzyły na Patricię z wyczekiwaniem.
- Chciałabym się uczyć w studium sekretarskim w Gaborone
Mma Makutsi spojrzała jej w oczy. Patricia nie kłamała. To była wspaniała dziewczyna, 

szczera i uczciwa, jedna z najlepszych w Botswanie. Bez cienia wątpliwości.

- To bardzo dobra szkoła - powiedziała mma Makutsi. - Sama jestem jej absolwentką. - 

Urwała, ale potem odrzuciła precz skromność i dodała: - Uzyskałam dziewięćdziesiąt siedem 
procent na egzaminach końcowych.

Patricia zachłysnęła się powietrzem.
- O! To fantastyczna ocena. Musi pani być bardzo mądra, mma.
Mma Makutsi zaśmiała się bagatelizujące.
- E, nie, bardzo się przykładałam do nauki i tyle.
- Ale taki wynik! Ma pani wielkie szczęście, mma, że jest pani i ładna, i mądra.
Mmie Ramotswe zabrakło słów. Nigdy wcześniej nie usłyszała od nikogo, że jest ładna, a 

tym bardziej od obcej osoby. Jej ciotki mówiły, że musi sobie w życiu radzić z taką urodą, 
jaka jest jej dana, a jej matka wyraziła się podobnie. Nikt nie nazwał jej ładną, poza tą młodą 

background image

kobietą, która nie skończyła jeszcze dwudziestu lat i sama była bardzo ładna.

- Bardzo pani miła - powiedziała mma Makutsi.
- To bardzo miła dziewczyna - potwierdziła matka. - Od maleńkości.
Mma Makutsi uśmiechnęła się.
- To świetnie. Wie pani co? Myślę, że ma duże szansę wygrać  ten konkurs. Prawdę 

rzekłszy, jestem pewna, że wygra. Na sto procent.

background image

Rozdział osiemnasty

Pierwszy krok

Mma Ramotswe wróciła do Gaborone przed południem tego dnia, w którym rozmawiała 

z kucharzem. Odbyła też inne rozmowy - w tym jedną długą - z innymi członkami domostwa. 
Pomówiła z bratową człowieka z rządu, która wysłuchała jej z powagą i zwiesiła głowę. 
Pomówiła   ze   staruszką,   która   z   początku   była   wyniosła   i   nieprzejednana,   ale   w   końcu 
przyznała mmie Ramotswe rację. Wreszcie doszło do rozmowy z bratem człowieka z rządu, 
który   słuchał   z   rozdziawionymi   ustami,   ale   okazał   posłuszeństwo,   kiedy   jego   matka 
wmieszała się do rozmowy i wyjaśniła mu ostrymi słowy, na czym polegają jego obowiązki. 
Kiedy było już po wszystkim, mma Ramotswe czuła się tak, jakby przejechał po niej walec. 
Podjęła wielkie ryzyko, ale intuicja jej nie zawiodła i obrana przez nią strategia przyniosła 
owoce. Teraz pozostawało już tylko porozmawiać z pewnym człowiekiem, który mieszkał w 
Gaborone. Obawiała się, że nie będzie jej łatwo go przekonać.

Jazda powrotna była przyjemna. Deszcz, który spadł poprzedniego dnia, zdążył już zrobić 

swoje;   ziemia   pokryła   się   zielonym   kobiercem.   W   paru   miejscach   stały   kałuże   wody,   z 
odbitymi  srebrzystobłękitnymi  plamami  nieba. Najsympatyczniejsze było zaś to, że osiadł 
kurz, ten wszędobylski, drobny pył, który pod koniec pory deszczowej wciska się wszędzie, 
wszystko zatyka i sprawia, że ubranie robi się sztywne i niewygodne.

Pojechała prosto na Zebra Drive, gdzie dzieci przywitały ją z zachwytem. Chłopiec ganiał 

wokół maleńkiej białej furgonetki, pokrzykując radośnie, a dziewczynka podjechała wózkiem 
najszybciej, jak umiała, żeby się z nią przywitać. W oknie kuchennym pojawiła się twarz 
Rose, gosposi, która opiekowała się dziećmi podczas jej krótkiej nieobecności.

Rose zrobiła herbatę, a dzieci opowiedziały mmie Ramotswe o swoich przeżyciach w 

szkole. Koleżanka Motholeli wygrała w konkursie talon na książki wartości pięćdziesięciu 
puli.   Jeden   z   nauczycieli   przyszedł   do   szkoły   z   ręką   na   temblaku,   bo   złamał   ją   sobie 
Dziewczynka z niższej klasy zjadła całą tubkę pasty do zębów i pochorowała się, ale to było 
przecież do przewidzenia, prawda?

Były też jednak inne wiadomości. Mma Makutsi telefonowała z biura i poprosiła, żeby 

background image

mma Ramotswe oddzwoniła, jak tylko wróci (sądziła, że będzie to następnego dnia).

- Była  bardzo przejęta  - stwierdziła  Rose. - Powiedziała,  że chciała  z panią  omówić 

pewną ważną sprawę.

Mając przed sobą dymiący kubek herbaty z czerwonokrzewu, mma Ramotswe wykręciła 

numer Tlokweng Road Speedy Motors, wspólny dla obu biur. Telefon długo dzwonił, zanim 
usłyszała znajomy głos mmy Makutsi.

- Nr 1 Tlokweng Road... - zaczęła. - Nie, Nr 1 Speedy Ladies..
- To tylko ja, mma - przerwała jej mma Ramotswe. - Wiem, do czego pani zmierza.
- Zawsze mi się miesza - powiedziała mma Makutsi ze śmiechem. - Tak się to kończy, jak 

ktoś próbuje prowadzić dwie firmy naraz.

- Jestem pewna, że obiema kierowała pani bardzo dobrze.
- No, w sumie tak. Prawdę rzekłszy, dzwoniłam po to, żeby pani powiedzieć, że właśnie 

zainkasowałam   duże   honorarium.   Dwa   tysiące   puli   za   jedną   sprawę.   Klient   był   bardzo 
zadowolony.

- Doskonale się pani spisała - pochwaliła ją mma Ramotswe. - Przyjdę do biura i naocznie 

się przekonam. Ale najpierw chciałabym,  żeby mnie pani umówiła. Proszę zadzwonić do 
człowieka z rządu i powiedzieć mu, że musi przyjść do agencji o czwartej.

- A jeśli nie będzie miał czasu?
- To mu pani powie, że musi mieć czas, bo sprawa nie może czekać.
Dokończyła herbatę, a potem zjadła dużą kanapkę z mięsem przygotowaną przez Rose. 

Mma Ramotswe odzwyczaiła się od obiadów na ciepło, nie licząc weekendów. Wystarczała 
jej przekąska albo szklanka mleka. Lubiła jednak słodycze, toteż po kanapce często szedł 
pączek albo ciastko. W końcu była panią tradycyjnej postury i nie musiała się przejmować 
rozmiarami sukienki, w odróżnieniu od tych biednych neurotyczek, które ciągle oglądają się 
w  lustrze  i  uważają,  że  są za  grube.  Co to  w  ogóle  znaczy  „za  gruby”?  Kto  ma   prawo 
narzucać innym kategorię wagową? Mma Ramotswe uznała to za dyktaturę chudych, której 
nie   zamierzała   się   poddawać.   Pomyślała,   że   jeśli   chudzi   zrobią   się   jeszcze   bardziej 
natarczywi, to obszerniej zbudowanym nie pozostanie nic innego, jak na nich usiąść. Tak, to 
byłaby dla nich nauczka! Ha, ha!

Parę minut przed trzecią zjawiła się w biurze. Terminatorzy naprawiali jakiś samochód, 

ale przywitali się z nią serdecznie, bez tej urazy i nadąsania, które dawniej tak ją złościły.

- Widzę, że macie dużo roboty - powiedziała. - Piękne auto naprawiacie.
Starszy z uczniów wytarł usta w rękaw.
- Fantastyczna furka. Należy do kobiety. Wie pani, że wszystkie kobiety oddają swoje 

samochody   do   nas?   Jesteśmy   tacy   zajęci,   że   sami   będziemy   musieli   nająć   pomocników! 
Supersprawa! Będziemy siedzieć za biurkiem i wydawać terminatorom polecenia.

- Dowcipniś z ciebie, młody człowieku - odparła mma Ramotswe z uśmiechem. - Ale 

uważaj, żeby ci woda sodowa nie uderzyła do głowy. Jesteś tylko terminatorem, a rządzi tutaj 

background image

ta pani w okularach.

Uczeń parsknął śmiechem.
- Jest dobrym szefem. Lubimy ją. - Urwał i spojrzał na mmę Ramotswe dociekliwie. - Ale 

co z panem J.L.B. Matekonim? Poprawia mu się?

- Jeszcze za wcześnie, żeby coś powiedzieć. Doktor Moffat mówi, że te tabletki zaczynają 

działać dopiero po paru tygodniach. Musimy zaczekać jeszcze kilka dni.

- Ma dobrą opiekę?
Mma Ramotswe skinęła głową. Uznała za dobry znak, że terminator spytał o pana J.L.B. 

Matekoniego.   Sugerowało   to,   że   zaczynu   się   interesować   losem   innych.   Może   wreszcie 
dojrzeje, pomyślała. Mogła to być zasługa mmy Makutsi, która nie tylko wzięła ich w obroty, 
ale również wpajała im pewne zasady moralne.

Mma   Ramotswe   weszła   do   biura   i   zastała   mmę   Makutsi   ze   słuchawką   przy   uchu. 

Asystentka   detektywa   szybko   zakończyła   rozmowę   i   powstała,   żeby   przywitać   się   z 
chlebodawczynią.

- Proszę - powiedziała mma Makutsi, wręczając mmie Ramotswe kawałek papieru.
Mma Ramotswe przyjrzała się czekowi. Dwa tysiące puli czekały na Kobiecą Agencję 

Detektywistyczną Nr 1 w Standard Bank. Mmie Ramotswe zaparło dech, kiedy zobaczyła u 
dołu znane nazwisko.

- Człowiek od konkursów piękności...?
- We własnej osobie - odrzekła mma Makutsi. - To on był naszym klientem.
Mma Ramotswe wsunęła czek za gorset. Ceniła nowoczesne metody zarządzania, ale co 

się tyczy bezpiecznego przechowywania środków finansowych, to nie znała lepszego miejsca.

- Szybko się pani uwinęła - powiedziała mma Ramotswe. - O co chodziło? Kłopoty z 

żoną?

- Nie. Chodziło o znalezienie pięknej dziewczyny, której można zaufać.
- Jakie intrygujące. Rozumiem, że znalazła pani taką młodą damę.
- Tak. Znalazłam odpowiednią osobę do wygrania następnego konkursu.
Mma Ramotswe zdziwiła się, ale nie było czasu na wchodzenie w szczegóły, bo musiała 

się przygotować do spotkania o czwartej. Przez następną godzinę przejrzała pocztę, pomogła 
mmie Makutsi zarchiwizować dokumenty związane z warsztatem i wypiła szybką filiżankę 
herbaty z czerwonokrzewu. Kiedy zajechała czarna limuzyna  wioząca człowieka  z rządu, 
biuro było posprzątane i uporządkowane, a mma Makutsi, sztywno usadowiona za biurkiem, 
udawała, że przepisuje list na maszynie.

- No! - zaczął człowiek z rządu, który rozparł się na krześle i splótł ramiona na brzuchu. - 

Nie zabawiła tam pani długo. Rozumiem, że złapała pani trucicielkę. W każdym razie taką 
mam nadzieję!

Mma Ramotswe łypnęła na mmę Makutsi. Były przyzwyczajone do męskiej arogancji, 

background image

ale to przekraczało wszelkie normy.

-   Spędziłam   na   farmie   dokładnie   tyle   czasu,   ile   potrzebowałam,   rra   -   powiedziała 

spokojnie. - A potem wróciłam, żeby omówić sprawę z panem.

Człowiek z rządu wydął usta.
- Proszę mi odpowiedzieć na moje pytanie, mma. Nie przyjechałem tutaj na pogaduszki.
Maszyna do pisania stukała ostro w tle.
-  W  takim  razie   może  pan  wracać  do  pracy.   Albo pan  chce  wysłuchać,  co  mam  do 

powiedzenia, albo pan nie chce.

Po chwili milczenia człowiek z rządu odezwał się zniżonym głosem:
- Wyjątkowo bezczelna z pani kobieta. Może nie ma pani męża, który by panią nauczył, 

jak się z szacunkiem mówi do mężczyzny.

Maszyna do pisania zaczęła terkotać o kilkanaście decybeli głośniej.
- A panu może przydałaby się żona, która by pana nauczyła odnosić się z szacunkiem do 

kobiet - stwierdziła mma Ramotswe. - Ale nie będę panu zabierała więcej czasu. Tam są 
drzwi, rra. Otwarte. Nie zatrzymuję pana. - Człowiek z rządu nie poruszył się. - Słyszał pan, 
co powiedziałam? Chce pan, żebym pana wyrzuciła? Mam tutaj dwóch młodych ludzi, którzy 
przy   pracy   z   silnikami   wyrobili   sobie   mocne   mięśnie.   Jest   też   mma   Makutsi,   z   którą, 
nawiasem mówiąc, nie przywitał się pan, i jestem ja. Razem cztery osoby. Pana szofer to 
staruszek. Mamy przewagę liczebną, rra. - Człowiek z rządu nadal siedział nieruchomo, ze 
wzrokiem utkwionym w podłodze. - No to jak, rra?

Mma Ramotswe zabębniła palcami o blat biurka. Człowiek z rządu podniósł wzrok.
- Przepraszam, mma. Zachowałem się niegrzecznie.
- Dziękuję panu. Możemy zaczynać, ale najpierw przywita się pan z mma Makutsi - 

tradycyjnie, jeśli można prosić.

- Opowiem panu historię - powiedziała mma Ramotswe. - Była sobie rodzina z trzema 

synami.   Ojciec   bardzo   się   ucieszył,   że   pierwszym   dzieckiem   był   syn,   i   niczego   mu   nie 
odmawiał.   Matka   też   była   zadowolona,   że   urodziła   mężowi   syna,   i   potwornie   go 
rozpieszczała. Potem przyszedł na świat drugi syn i było im bardzo smutno, kiedy się okazało, 
że chłopak ma  nie całkiem po kolei w głowie. Matka wiedziała, co ludzie mówią  za jej 
plecami: chłopak jest upośledzony, bo zdradzała męża podczas ciąży. To była oczywiście 
nieprawda, ale te okrutne plotki bardzo ją bolały i przestała się pokazywać publicznie. Bardzo 
się wstydziła. Ale chłopak był szczęśliwy. Lubił być przy krowach i je liczyć, chociaż nie 
umiał liczyć zbyt dobrze.

Pierworodny był bystry i zaradny. Wyjechał do Gaborone i wyrobił sobie nazwisko w 

polityce. Ale wraz z władzą i sławą wzrastała jego arogancja.

Potem urodził się jeszcze jeden syn. Pierworodny bardzo się ucieszył i kochał młodszego 

braciszka.  Ale miłość  ta  była  podszyta  strachem,  że chłopczyk  odbierze  mu  część uczuć 

background image

rodziców   i   zajmie   pierwsze   miejsce   w   sercu   ojca.   Wszystko,   co   robił   ojciec,   było 
odczytywane jako znak, że preferuje najmłodszego syna, co oczywiście mijało się z prawdą, 
bo starzec kochał wszystkich swoich synów jednakowo.

Kiedy   najmłodszy   syn   się   ożenił,   pierworodny   był   wściekły.   Nikomu   o   tym   nie 

powiedział,   ale   złość   w   nim   kipiała.   Duma   nie   pozwalała   mu   zwierzyć   się   z   tego 
komukolwiek, bo przecież był teraz taki ważny. Sądził, że żona odbierze mu brata i nic mu 
nie zostanie. Sądził, że będzie próbowała zagarnąć dla siebie farmę i całe bydło. Nawet nie 
zadał sobie pytania, czy jest to prawdopodobne.

Wmówił sobie, że żona zamierza zamordować jego brata, którego tak kochał. Zamartwiał 

się i nie mógł spać, bo wzbierała w nim nienawiść. W końcu udał się do pewnej pani - czyli 
do mnie - i poprosił ją, żeby pojechała na farmę i znalazła dowody na zbrodnicze knowania. 
Liczył na to, że ta kobieta pomoże mu pozbyć się żony brata.

Owa pani wtedy jeszcze nie wiedziała, co się za tym wszystkim kryje, toteż zgodziła się 

pojechać na kilka dni do tej nieszczęśliwej rodziny. Rozmawiała ze wszystkimi i ustaliła, że 
nikt nie próbuje nikogo zabić, a cała ta historia z trucizną wzięła się z tego, że sfrustrowany 
kucharz pomylił zioła. Winę za jego frustrację ponosił najmłodszy syn, ponieważ zmusił go 
do wykonywania pracy, która mu nie leżała.

Pani z Gaborone rozmawiała po kolei ze wszystkimi, a potem wróciła do stolicy, żeby 

porozmawiać z pierworodnym. Był wobec niej wyjątkowo obcesowy, ponieważ obcesowość 
weszła  mu   w  krew  i  ponieważ  przyzwyczaił   się  do  tego,   że  wszystkie  jego  życzenia  są 
spełniane.   Ona   jednak   uprzytomniła   sobie,   że   w   skórze   despoty   mieszka   przestraszony   i 
nieszczęśliwy   człowiek.   Postanowiła   więc   porozmawiać   z   tym   przestraszonym   i 
nieszczęśliwym człowiekiem.

Wiedziała oczywiście, że pierworodny nie będzie w stanie sam porozmawiać z rodziną, 

więc zrobiła to za niego. Wyjaśniła rodzinie, co on czuje - że za jego zazdrością kryje się 
miłość do brata. Żona brata zrozumiała to i obiecała uczynić wszystko, co w jej mocy, aby 
wzbudzić w pierworodnym przekonanie, że nie odebrała mu jego ukochanego brata. Matka 
też zrozumiała. Uświadomiła sobie, że razem z mężem wzbudzili w pierworodnym obawy o 
utratę   jego   części   majątku.   Oboje   przyrzekli   jakoś   rozwiązać   tę   sprawę.   Powiedzieli,   że 
dopilnują, aby wszystko zostało podzielone po równo, i że pierworodny nie powinien mieć 
żadnych obaw o przyszłość.

Potem   ta   pani   obiecała   rodzinie,   że   porozmawia   z   pierworodnym   w   Gaborone   i   jest 

pewna, że on zrozumie. Powiedziała, że przekaże im od nich, co tylko zechcą. Powiedziała, 
że prawdziwą trucizną w rodzinach nie jest ta, którą dosypuje się do jedzenia, lecz ta, która 
wytwarza się w sercach, kiedy ludzie są o siebie zazdrośni i nie umieją wyrażać uczuć.

Wróciła więc do Gaborone ze słowami, które rodzina chciała przekazać pierworodnemu. 

Słowa najmłodszego brata były takie: „Bardzo kocham mojego brata. Często o nim myślę. 
Nigdy nic mu nie zabiorę. Ziemia i krowy są wspólne”. Jego żona powiedziała: „Podziwiam 

background image

mojego szwagra i nigdy bym  mu  nie odebrała  miłości  brata, na którą zasługuje”. Matka 
powiedziała: „Jestem dumna z mojego syna. Jest tutaj dosyć  miejsca dla nas wszystkich. 
Martwiłam się, że drogi moich synów się rozejdą, że ich żony wklinują się pomiędzy nich i 
rozbiją naszą rodzinę. Już się o to nie martwię. Niech pani poprosi mojego syna, żeby szybko 
do mnie  przyjechał.  Nie zostało mi  już wiele życia”.  Ojciec nie mówił  dużo, tylko  tyle: 
„Mężczyzna nie mógłby sobie wymarzyć lepszych synów”.

Maszyna do pisania milczała. Mma Ramotswe skończyła swoją opowieść i patrzyła na 

człowieka z rządu, który siedział zastygły. Tylko jego klatka piersiowa się poruszała przy 
wdechach i wydechach. Potem uniósł jedną dłoń do twarzy, pochylił się i uniósł drugą dłoń.

- Niech pan nie wstydzi się płaczu, rra - powiedziała mma Ramotswe. - Od tego się 

zaczyna poprawa. To jest pierwszy krok.

background image

Rozdział dziewiętnasty

Słowa nazywające Afrykę

Przez cztery następne dni padało. Każdego popołudnia gęstniały chmury, a potem, pośród 

błyskawic   i  grzmotów,   deszcz  chlustał   na ziemię.   Drogi,  normalnie  suche  i  pyliste,   były 
zalane,   a   pola   zamieniły   się   w   rozmigotane   jeziora.   Spragniona   gleba   szybko   jednak 
wchłonęła   wodę   i   ponownie   pojawiła   się   ziemia.   Ludzie   wiedzieli   jednak,   że   woda   jest 
zmagazynowana w zbiorniku zapory i przenikająca do warstw, do których sięgają studnie. 
Kamień spadł im z serca. Kolejna susza byłaby tragedią, chociaż ludzie jak zawsze jakoś by 
wytrzymali. Mówili, że pogoda się zmienia i czuli się zagrożeni. W takim kraju jak Botswana, 
gdzie   ziemi   i   zwierzętom   nigdy   się   nie   przelewa,   nawet   niewielka   zmiana   może   mieć 
katastrofalne skutki. Ale deszcze nadeszły i tylko to się liczyło.

Warsztat Tlokweng Road Speedy Motors otrzymywał coraz więcej zleceń i mma Makutsi 

uznała, że nie ma  innego wyjścia,  jak tylko  zatrudnić  na kilka miesięcy jeszcze  jednego 
mechanika   i   zobaczyć,   jak   się   sprawy   rozwiną.   Dała   ogłoszenie   do   gazety   i   przyszedł 
człowiek, który kiedyś naprawiał i konserwował silniki dieslowskie w kopalni diamentów. 
Był teraz na emeryturze i zaproponował, że będzie przychodził do pracy trzy razy w tygodniu. 
Natychmiast został przyjęty i od razu zaczął się dobrze dogadywać z terminatorami.

- Pan J.L.B. Matekoni go polubi - powiedziała mma Ramotswe - kiedy wróci i go pozna.
- A kiedy wróci? - spytała mma Makutsi. - Minęły już dwa tygodnie.
- Jak wróci, to wróci. Nie popędzajmy go.
Tego popołudnia pojechała na farmę dla sierot i zaparkowała maleńką białą furgonetkę 

pod   oknem   biura   mmy   Potokwani.   Kierowniczka   zobaczyła   ją   z   daleka   i   kiedy   mma 
Ramotswe zapukała do drzwi, czajnik stał już na gazie.

- Dawno pani nie widzieliśmy, mma Ramotswe.
- Wyjeżdżałam. A potem przyszły deszcze i nie chciałam ugrzęznąć w błocie.
- Bardzo rozsądnie - poparła ją mma Potokwani. - Parę ciężarówek utknęło tuż za bramą i 

starsze sieroty musiały je pchać. Z trudem im się udało. Były takie ubłocone, że trzeba je było 
spłukać wężem.

background image

- W tym roku zapowiadają się obfite deszcze. To bardzo dobrze dla naszego kraju.
Czajnik   w   kącie   pokoju   zaczął   syczeć   i   mma   Potokwani   podniosła   się,   żeby   zrobić 

herbaty.

-   Nie   mam   dla   pani   ciasta.   Wczoraj   upiekłam,   ale   wszystko   zjedzone,   do  ostatniego 

okruszka. Jakby przeszła szarańcza.

- Tak, ludzie są pazerni. Miło byłoby zjeść trochę ciasta, ale co poradzić?
Piły herbatę w zgodnym milczeniu. Potem mma Ramotswe zabrała głos.
- Pomyślałam, że może bym zabrała pana J.L.B. Matekoniego na przejażdżkę furgonetką. 

Myśli pani, że miałby ochotę?

- Myślę, że miałby wielką ochotę - odparła mma Potokwani z uśmiechem. - Mało się 

odzywa, odkąd go tu przywiozłam, ale odkryłam, że jest czymś zajęty. Sądzę, że to dobry 
znak.

- Czym jest zajęty?
- Pomaga nam z tym chłopczykiem. Wie pani - z tym, o którym z panią rozmawiałam. 

Pamięta pani?

- Tak - odrzekła mma Ramotswe z wahaniem. - Pamiętam tego chłopczyka.
- Dowiedziała się pani czegoś?
- Nie. Wydaje mi się, że nie mogę zbyt wiele zrobić. Coś przyszło mi jednak do głowy. 

Ale to tylko myśl.

Mma Potokwani wsypała sobie do herbaty jeszcze jedną łyżeczkę cukru i zamieszała 

powoli.

- Tak? Jaka to myśl?
Mma Ramotswe zmarszczyła brwi.
- Nie sądzę, żeby to coś pomogło. Jestem pewna, że nie pomoże.
Mma   Potokwani   podniosła   filiżankę   do   ust,   wypiła   duży   łyk   herbaty   i   delikatnie 

odstawiła filiżankę.

- Chyba wiem, o co pani chodzi, mma - powiedziała. - Mnie chyba przyszła do głowy ta 

sama myśl. Ale nie mogę w to uwierzyć. To po prostu nie może być prawda.

Mma Ramotswe pokręciła głową.
-   To   samo   sobie   powiedziałam.   Ludzie   mówią   o   takich   sprawach,   ale   nigdy   nic   nie 

zostało udowodnione. Mówią, że są dzikie dzieci wychowywane przez zwierzęta i od czasu 
do czasu ktoś takie dziecko znajduje. Ale skąd mamy wiedzieć, że naprawdę tak było? Jakie 
mamy dowody?

- Nic mi na ten temat nie wiadomo.
- A jeśli komuś powiemy o naszych przypuszczeniach, to co potem? Gazety będą się o 

tym  rozpisywały.  Zjadą się ludzie  z całego świata. Spróbują zabrać gdzieś chłopca, żeby 
mogli go obserwować. Wywiozą go z Botswany.

- Nie - zaoponowała mma Potokwani. - Rząd nigdy by na to nie pozwolił.

background image

- Nie byłabym taka pewna. Nie można tego wykluczyć. Nigdy nic nie wiadomo. - Po 

chwili milczenia stwierdziła: - Myślę, że pewnych spraw lepiej jest nie tykać. Nie chcemy 
znać odpowiedzi na wszystkie pytania.

- Zgadzam się z panią. Czasem łatwiej jest być szczęśliwym,  kiedy człowiek nie wie 

wszystkiego.

Mma   Ramotswe   zamyśliła   się.   Interesująca   teza,   ale   czy   prawdziwa?   Wymagała 

pogłębionej analizy, na którą w tej chwili nie było czasu. Mma Ramotswe miała pilniejsze 
zadanie do wykonania, a mianowicie zabranie pana J.L.B. Matekoniego do Mochudi, gdzie 
mogliby wspiąć się na kopje, górę, wyspową, i podziwiać równiny. Była pewna, że panu 
J.L.B. Matekoniemu spodobałby się widok całej tej wody. Podniósłby go na duchu.

-   Pan   J.L.B.   Matekoni   trochę   nam   pomagał   z   tym   chłopcem   -   powtórzyła   mma 

Potokwani. - Dobrze mu zrobiło, że miał jakieś zajęcie. Widziałam, jak go uczy strzelać z 
procy. I podobno uczy go słów - uczy go mówić. Jest dla niego bardzo serdeczny, a to chyba 
dobry znak.

Mma   Ramotswe   uśmiechnęła   się.   Wyobraziła   sobie,   jak   pan   J.L.B.   Matekoni   uczy 

małego   dzikusa   nazw   otaczających   go   rzeczy.   Uczy   go   słów   nazywających   świat, 
nazywających Afrykę.

Pan J.L.B. Matekoni nie był zbyt komunikatywny po drodze do Mochudi. Siedział obok 

kierowcy w maleńkiej białej furgonetce, patrząc na równiny, które przesuwały się za oknem, i 
na innych podróżnych. Wygłosił jednak kilka uwag, a nawet spytał, co słychać w warsztacie, 
czego nie uczynił, kiedy go poprzedni raz odwiedziła na farmie dla sierot.

- Mam nadzieję, że mma Makutsi krótko trzyma tych moich terminatorów - powiedział. - 

Straszne leniuchy. Tylko baby im w głowie.

- Problem bab pozostał, ale mma Makutsi wyciska z nich siódme poty i dobrze sobie 

radzą.

Dotarli do zjazdu na Mochudi i wkrótce jechali drogą, która wiodła w stronę szpitala, 

domów z podwórzami i usianego głazami wzgórza z tyłu.

- Przejdziemy się na wzgórze? - zaproponowała mma Ramotswe. - Bardzo dobry stamtąd 

widok. Zobaczymy, jak bardzo zmienił się kraj po deszczu.

- Jestem za bardzo zmęczony, żeby się wspinać. Ty idź, ja zostanę.
- Nie - odparła stanowczo mma Ramotswe. - Oboje wejdziemy. Weź mnie pod ramię.
Wspinaczka nie trwała długo. Wkrótce stali na skraju dużej połaci wydźwigniętej do góry 

skały i patrzyli na Mochudi: na kościół kryty czerwoną blachą, na maleńki szpital, w którym 
dzień   w   dzień   skąpymi   środkami   toczono   heroiczną   walkę   z   potężnymi   nieprzyjaciółmi, 
wreszcie na równiny ciągnące się w kierunku południowym. Płynęła tam teraz rzeka, szeroko 
rozlana i leniwa, wiła się między kępami drzew i krzewów tudzież grupek zagród, które 
składały się na porozrzucaną bezładnie wioskę. Ścieżką w pobliżu rzeki pędzono niewielkie 
stado bydła; z tej odległości krowy wydawały się tycie, jak zabawki. Wiatr wiał od strony 

background image

stada, niosąc dźwięk dzwonków, cichy, delikatny dźwięk, który tak silnie kojarzył się mmie 
Ramotswe   z  botswańskim  buszem  -  drugi  hymn  jej  ojczyzny.  Mma  Ramotswe  stała   bez 
ruchu, kobieta na skale w Afryce. Właśnie tym i właśnie tutaj chciała być.

- Patrz - powiedziała. - Patrz tam! To jest dom, w którym mieszkałam z ojcem. To są 

moje rodzinne strony.

Pan J.L.B. Matekoni spojrzał w dół i uśmiechnął się. Uśmiechnął się i ona to zauważyła.
- Myślę, że czujesz się trochę lepiej, prawda?
Pan J.L.B. Matekoni skinął głową.

Afryka

Afryka Afryka

Afryka Afryka Afryka

Afryka Afryka

Afryka


Document Outline