background image

POEM IMPROMPTU 

 

 

 

DRAMIONE: 

Adwokat Milosci 

 
 
 
 
 
 

 
 

 

 

 
 
 

http://lawyer-of-love.blog.onet.pl

 

background image

PROLOG 

 
 

 

 
 

Dwudziestopięcioletni  przystojny  mężczyzna  o  zmęczonym  spojrzeniu 

stał  we  framudze  drzwi  patrząc  na  swojego  małego  synka  z uśmiechem na 
twarzy.  Był  jedyną  istotą,  dla  której  jego  życie  miało  jeszcze  sens.  To  dla 
niego  tak  ciężko  pracował  i  poświęcał  się,  by  synek  miał  wszystko,  czego 
pragnął  na  świecie.  Starał  się  za  wszelką  cenę  zastąpić  mu  matkę,  której 
nigdy nie miał. Była za słaba. Umarła przy porodzie. 

 
Chłopiec  przewrócił  się  na  lewy  boczek  przytulając  do  siebie  swojego 

ukochanego misia, który towarzyszył mu od pierwszego dnia jego życia. Miał 
być  najlepszym  przyjacielem  chłopca,  z  którym  będzie  mógł  spędzać  czas. 
Mężczyzna wiedział, że dziecko jest nieszczęśliwe. 

 
Miał dopiero cztery latka, a często zachowywał się jak dorosły człowiek: 

odważny,  mądry  i  inteligentny.  Nie  przejawiał  w  sobie  tych  cech,  które  w 
jego  wieku  przejawiał  jego  ojciec.  Może  dlatego,  że  mężczyzna  zbytnio  go 
nie  rozpieszczał,  ale  kochał  go  tak  wielką  miłością,  której  nigdy  sam  nie 
zaznał  od  żadnego  człowieka  na  świecie.  Malec  był  oczkiem  w  głowie 
mężczyzny. Zrobiłby dla niego wszystko. 

 
Dlatego  za  wszelką  cenę  znajdzie  mu  matkę.  Kobietę,  która  pokocha 

jego synka jak własne dziecko i nigdy go nie skrzywdzi. Kobietę, która zrobi 
dla niego wszystko. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 1 

 
 
 
    
    

CURRICULUM VITAE 

 
Hermiona Jane Granger 
 
Stan cywilny: Panna 
Data urodzenia: 19.09.1980 
Miejsce urodzenia: Londyn 
Adres: Churchillstreet 8/7, Londyn 
 
WYKSZTAŁCENIE 
 
1991 – 1998 Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart 
1998 – 2001 Studia Magiczne w Londynie, kierunek pedagogika, przedmioty 
główny transmutacja, eliksiry, magister z wyróżnieniem 
1998 – 2003 Uniwersytet Prawniczy w Londynie, kierunek prawo, magister z 
wyróżnieniem 
 
DOŚWIADCZENIE 
 
1998 – 1999 Restauracja „Summer Time” – kelnerka   
2001 – 2003 Kancelaria Adwokacka „Dorian Naidrok” – praktyka 
2003  –  2004  Szkoła  Magii  i  Czarodziejstwa  Hogwart  –  nauczycielka 
transmutacji 
 
JĘZYKI 
 
J. francuski – biegła znajomość w mowie i piśmie 
J. niemiecki – biegła znajomość w mowie i piśmie 
J. włoski – bardzo dobra znajomość w mowie i piśmie 
J. rosyjski – bardzo dobra znajomość w mowie i piśmie 
Starożytne runy – biegła znajomość w mowie i piśmie 
 

background image

UMIEJĘTNOŚCI 
 
* bardzo dobra obsługa komputera (mugolski sprzęt technologiczny) 
* doskonałe predyspozycje nauczania 
 
ZAINTERESOWANIA 
 
* historia, nauka, muzyka, film 
 
 
    -  Bardzo  ciekawe  CV,  panno  Granger  –  powiedziała  kobieta  siedząca  w 
wielkim fotelu, która przyglądała się z zainteresowaniem młodej kobiecie. 
 
    Hermiona  Granger  siedziała  idealnie  wyprostowana  niczym  struna  chcąc 
zrobić jak najlepsze pierwsze wrażenie. Była bardzo zestresowana nie tylko 
tym,  że  to  już  siódma  agencja,  do  której  składa  swoje podanie, ale również 
irytował  ją  fakt,  że  specjalnie  kupiony  na tą rozmowę żabot drapał jej kark. 
Nienawidziła, kiedy coś ją dekoncentrowało. Obiecała sobie, że już nigdy nie 
wejdzie  do  tego  sklepu,  by  kupić  jakiś  komplet,  czy  sukienkę.  Nawet  jeśli 
byłaby to najpiękniejsza sukienka na świecie, na jaką byłoby ją stać. 
 
    - Jeśli mogę dać pani jakąś radę – zaczęła powoli kobieta o kaczej twarzy, 
która usiłowała się uśmiechnąć do Hermiony, a wyszedł jej tylko jakiś grymas 
– to radę pani, żeby wrzuciła nieco luzu. Nie potrzebnie się pani stresuje. 
 
    Hermiona  odetchnęła  z  ulgą,  po  czym  oparła  się  wygodnie  na  swoim 
krześle, po czym ściągnęła też uwierające ją szpilki. Uwielbiała takie buty, ale 
te były kompletnym niewypałem. Będzie musiała o tym pogadać z Ginny. 
 
    -  Od  razu  lepiej  –  kobieta  klasnęła  w  dłonie,  kiedy  Hermiona  ściągnęła  z 
włosów gumkę, która sprawiła, że jej brązowe włosy związane do tej pory w 
kok  opadły  luźno  na  ramiona  kobiety  tworząc  przy  okazji  piękne  loki,  o 
których  właścicielka  nie  miała  całkowitego  pojęcia.  –  Teraz  mogę  z  panią 
rozmawiać o interesach. 
 
    Hermiona rzeczywiście czuła się lepiej. Nie była już taka sztuczna, a na jej 
ustach pojawił się lekki uśmiech. 
    -  Panno  Granger  –  zaczęła  kobieta  nieco  oficjalnym  tonem,  ale  Hermiona 
słyszała  nutkę  rozbawienia  –  szuka  pani  pracy.  Dlaczego  zdecydowała  się 
pani zgłosić do naszej agencji? 

background image

 
    -  Uważam,  że  pani  agencja  jest  najlepszą  w  całym  mieście.  Można  tutaj 
dostać  wymarzoną  pracę,  a  na  to  właśnie  liczę  –  wyrecytowała  niczym  z 
książki. 
 
    Kobieta  spojrzała  na  Hermionę  nieco  zawiedzionym  wzrokiem,  jakby 
oczekując  całkowicie  innej  odpowiedzi.  Hermiona  poczuła,  że  powinna  do 
tego podejść całkowicie inaczej. 
 
    - A tak naprawdę zgłosiłam się do pani agencji, ponieważ nie przyjęli mnie 
do  sześciu  poprzednich.  Zależy  mi  na  tym  by  dostać  jakąkolwiek  pracę,  bo 
potrzebuję  zapłacić  rachunki,  które  rosną  z  każdym  dniem.  Jestem 
zdesperowana  i  potrzebują  pracy  od  zaraz.  Mogę  zrobić  w  obecnej  chwili 
wszystko,  by  zarobić  parę  galeonów,  za  które  zapłacę  zaległe  rachunki. 
Mogę  prać,  sprzątać,  a  nawet  gotować,  wszystko  byle  dostać  jakąkolwiek 
pracę.  Jeśli  pani  mnie  nie  przyjmie,  to  będę  zmuszona  złożyć  podanie  do 
kolejnych  agencji,  żebrać  na  ulicy  bądź  sprzedać  własne  ciało,  z  czym 
wolałabym się nie mierzyć. Nie jestem pewna, czy wspominałam pani o tym, 
że grozi mi eksmisja, jeśli nie zapłacę rachunków do końca tygodnia? Chyba 
nie... Ach, i najważniejsze! Mam jeszcze do spłacenia kredyt, który zaciągnął 
na  mnie  w  pewnym  mugolskim  banku  mój  były  narzeczony,  który 
zainwestował  te  pieniądze  i  gdzieś  uciekł  zostawiając  mnie  samą  ze  spłatą 
tego kredytu. Oczywiście może mnie pani nie przyjmować, ale czy chce mieć 
pani  taką  biedną  młodą  kobietę  na  sumieniu?  Błagam,  niech  pani  rozpatrzy 
moje  podanie  pozytywnie  –  dodała  już  nieco  histerycznym  głosem 
Hermiona. 
 
    Kobieta o kaczej twarzy roześmiała się serdecznie, co zdziwiło Hermionę. 
Ona  zdecydowała  się  na  tak  poważne  wyznanie,  o  jakie  nigdy  by  siebie  nie 
posądziła, a ta kobieta się z niej najnormalniej w świecie śmiała. Śmiała się z 
jej życiowego problemu, o którym nie powiedziała nawet swoim najbliższym 
przyjaciołom. 
 
    -  Widzę,  że  chyba  pani  naprawdę  zależy  na  swoim  ciele  –  powiedziała 
chichocząc. 
 
    -  Jeśli  mamy  uściślić:  to  o  moją  cnotę  –  odpowiedziała  poirytowana 
Hermiona.  Właśnie  zrozumiała,  że  prawdopodobnie  straciła  szansę  na 
otrzymanie pracy. 
 

background image

    -  Och,  to  chyba  jeszcze  bardziej  jestem  zobowiązana  do  tego,  by  panią 
przyjąć,  panno  Granger  –  powiedziała  rozbawiona  kobieta,  spoglądając  na 
nią  swoim  kaczym  wzrokiem,  Hermiona  nie  mogła  się  powstrzymać 
skojarzeniu  z  kaczką  –  jej  twarz  ewidentnie  przypominała  kaczy  dziób. 
Dziewczyna doszła do wniosku, że to nie jest zbieg okoliczności, że kobieta 
miała na nazwisko Duck. Poza tym, ten jej wyraz twarzy to z pewnością jakiś 
rodzaj atawizmu. 
 
    - Słucham? – zapytała zaskoczona Hermiona. 
 
    -  Chyba  nie  sądzi  pani,  że  przyłożę  swoją  rękę  do  tego,  by  straciła  pani 
cnotę, Granger – powiedziała Duck patrząc na Hermionę z rozbawieniem. – A 
tak się właśnie składa, że potrzebuję obecnie kogoś takiego jak pani. 
 
    Brunetka  spoglądała  na  kobietę  z  niedowierzaniem.  Właśnie  dostała 
pracę. Nie ważne jaką, nie ważne gdzie, nie ważne u kogo. Dostała pracę! 
 
   - Czy lubi pani dzieci? – zapytała nagle pani Duck podejrzliwym tonem. 
 
   -  Ależ  oczywiście!  –  szczerość  odpowiedzi  zdziwił  samą  Hermionę.  Nie 
miała  zbyt  dużego  kontaktu  z  dziećmi  –  jej  jedynymi  uciechami  byli  mały 
James Syriusz Potter wraz z  dwuletnim bratem Albusem Severusem, Teddy 
Lupin  oraz  córka  Rona  Weasley’a  i  Lavender  Brown,  Vitani  Lavender 
Weasley,  ale  uwielbiała  ich.  Sama  nie  miała  męża  i  dzieci,  o  czym  skrycie 
marzyła, a się nigdy nie spełniło, i z pewnością się nie spełni. Miłość jej życia 
wykorzystała  ją  i  uciekła  nie  pozostawiając  po  sobie  znaku  życia  oraz 
sprawiając,  że  Hermiona  obiecała  sobie,  że już nigdy się z nikim nie zwiąże. 
Nie  oznaczało  to  jednak,  że  nie  kocha  dzieci.  Uwielbiała  je,  dlatego,  kiedy 
zakończyła  pracę  w  Hogwarcie  trudno  jej  było  rozstać  się  ze  wszystkim 
uczniami, do których zdążyła się przywiązać. 
 
    -  To  bardzo  dobrze!  –  kobieta  o  kaczej  twarzy  klasnęła  w  dłonie.  –  Kilka 
tygodni temu przybyła do mnie pewna kobieta, która szuka guwernantki dla 
czteroletniego dziecka. Zapewniają pani mieszkanie, pracę oraz sam fakt, że 
nie  musi  pani  spłacać  rachunków  –  dodała  konspiracyjnie  mrugając  do  niej 
okiem.  –  Jedynym  warunkiem  jest  to,  by  była  pani  dyspozycyjna  o  każdej 
porze  dnia  i  nocy.  Wykształcenie  ma  pani  ponad  wymagania,  więc  tym  nie 
musi  się  pani  przejmować  –  dodała  uprzedzając  pytanie  Hermiony.  –  Poza 
tym wypłatę dostanie pani na początku każdego miesiąca. Myślę jednak, że 
jeśli  pani  poprosiłaby  o  pierwszą  wypłatę  nieco  wcześniej,  to  jestem 

background image

przekonana, że nie byłoby z tym problemów. Pytanie jest takie: czy decyduje 
się pani na tą posadę? 
 
    Hermiona spojrzała ze łzami szczęścia w oczach na kobietę. 
 
    - Kiedy mogę zacząć? 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 2 

 
 
 

 
 
    -  Nie  wierzę,  że  te  buty  aż  tak  bardzo  cię  uwierały  –  powiedziała  Ginny 
usiłując nakarmić małego Albusa, który nie miał dzisiaj apetytu. Chłopiec już 
od  paru  dni  kręcił  nosem  na  to  co  w  ostatnim  czasie  chciała  włożyć  do  ust 
jego matka. – Al., uspokój się i zjedz grzecznie. 
 
    Ale dziecko zamiast zjeść zaczęło płakać, na co Ginny się wściekła. 
 
    - Ja już nie mogę z nim, Hermiono – powiedziała Ginny. – On nic nie chce 
jeść.  Oczywiście,  kiedy  Harry  go  karmi,  to  nie  robi  żadnych  problemów,  ale 
jeśli ja mam go karmić... – przewróciła oczami. 
 
    - To może ja go spróbuję nakarmić? – zapytała Hermiona. 
 
    Ginny  podała  Albusa  Hermionie,  która  z  zachwytem  przywitała  się  z 
chłopcem. Chwilę z nim pogadała, po czym zaczęła go karmić. Chłopiec zjadł 
wszystko z uśmiechem na twarzy, na co Ginny zareagowała śmiechem. 
 
    - Ty chyba masz powołanie do dzieci – powiedziała śmiejąc się. – Dobrze, 
że  dostałaś  właśnie  taką  pracę,  a  nie  inną.  Przynajmniej  będziesz  w  swoim 
żywiole. 
 
    -  Tak  szczerze  mówiąc  to  zawsze  myślałam,  że  będę  pracować  w 
Ministerstwie. Kiedy jednak skończyłam prawo zrozumiałam, że to jest moje 
powołanie.  To  znaczy  to,  że  powinnam  być  adwokatem,  ale  po  tym  co 
zrobił...  –  Hermiona  spojrzała  na  przyjaciółkę  dając  jej  wyraźnie  do 
zrozumienia  kogo  ma  na  myśli  –  musiałam  zrezygnować  z  tego.  Dorian 
niejednokrotnie dzwonił i prosił bym wróciła, ale nie mogłam. Nie po tym, co 
się stało. Dlatego doszłam do wniosku, że muszę zrobić coś innego, żeby o 
nim  zapomnieć.  Dlatego  wzięłam  na  rok  tę  pracę  w  Hogwarcie,  kiedy 
dowiedziałam się o tym kredycie – głos jej zadrżał. – Myślałam, że nigdy nie 
uda mi się go spłacić, ale teraz, kiedy widzę przed sobą jakąś szansę na to, by 
się jakoś z tego wykaraskać, to zrobię wszystko, by nie stracić tej pracy. 
 

background image

    -  Dlaczego  nie  powiedziałaś?  Pożyczylibyśmy  ci  pieniądze  –  powiedziała 
Ginny urażonym tonem biorąc Albusa na ręce. 
 
    -  Wiem,  dlatego  właśnie  nie  mówiłam.  Z  czego  miałabym  wam  oddać?  A 
nie chcę się już bardziej zadłużać... 
 
    -  Rozumiem  cię,  Hermiono.  To  kiedy  zaczynasz  pracę?  –  zapytała  chcąc 
zmienić temat na coś przyjemniejszego. 
 
    -  Pani  Spencer,  z  którą  rozmawiałam  przez  telefon  powiedziała  mi,  że 
najlepiej  byłoby  gdybym  zaczęła  pracę  od  jutra.  Ponoć  ojciec  chłopca 
wyjeżdża  dzisiaj  na  kilka  dni  na  jakieś  ważne  zebranie.  Jutro  się  więc  tam 
wprowadzę. 
 
    - A co zrobisz z mieszkaniem? 
 
    Hermiona  zignorowała  pytanie  zaczynając  się  bawić  z  Albusem,  który 
wyciągnął  do  niej  rączki.  Robiła  wszystko,  by  nie  spojrzeć  w  oczy  swojej 
rudej przyjaciółki. Doskonale wiedziała, jakby to się skończyło. A raczej czuła, 
ja to się skończy. 
 
    Musiała kiedyś spojrzeć na Ginny. Nie mogła udawać, że się nic nie dzieje. 
W końcu były dla siebie jak siostry, więc Hermiona nie musiała nic mówić, by 
pani Potter o wszystkim wiedziała. 
 
    - Hermiono – wyszeptała przyjaciółka przytulając ją. – Hermiono, dlaczego 
nie powiedziałaś, że nie masz za co opłacić tego wszystkiego? 
 
    Brązowowłosa bezwiednie potarła swoje czoło, by po chwili się rozpłakać. 
 
    - Nie mogłam, Ginny. Rodzice i tak już sporo kasy wydali na to, by pomóc 
opłacić  wszystko.  Im  jestem  dłużna  prawie  dwadzieścia  tysięcy  funtów, 
rozumiesz?  Ciekawe  skąd  miałabym  wziąć  kasę,  gdybym  was  poprosiła  o 
pomoc? Ginny, dam sobie radę. 
 
    - Ile musisz zapłacić za rachunki? – zapytała ruda tonem typu „Ani waż mi 
się wykręcać, ja i tak zrobię to, co postanowiłam”. 
 

background image

    -  Dwa  tysiące  funtów  –  Hermiona  westchnęła.  –  Cieszę  się,  że  nie  będę 
musiała  płacić  za  rachunki,  jak  już  zacznę  tą  pracę,  ale  co  ty  robisz?  – 
zawołała, kiedy Ginny wyciągnęła ze swojego tajemniczego sejfu pieniądze. 
 
    -  To  są  pieniądze,  Hermiono – powiedziała Ginny zwracając się do niej jak 
do dziecka. – To takie mugolskie banknociki, którymi się za wszystko płaci. A 
teraz  będziesz  grzeczną  dziewczynką,  weźmiesz  te  pieniądze  i  zapłacisz  za 
rachunki.  I  nie  chcę  słyszeć  odmowy,  bo  inaczej  powiem  Harry’emu,  a tego 
to ty chyba nie chcesz, prawda? 
 
    Brązowowłosa  kobieta  patrzyła  na  swoją  przyjaciółkę  z  rozdziawioną 
buzią. 
 
    - Ale ja... 
 
    -  Możesz,  Hermiono  –  ton  jej  przyjaciółki  był  dobitny.  –  Musisz  z  tym 
wszystkim  skończyć  dzisiaj.  Musisz  porzucić  przeszłość  i  zapomnieć  o  nim. 
Dzisiaj spłacisz rachunki, a jutro zaczniesz nowe życie. Lepsze życie. 
 
    Miała rację, kobieta musiała przyznać jej rację. 
 
    Z  oporem  schowała  pieniądze  do  portfela,  by  po  chwili  przytulić  się  do 
rudej i wybuchnąć głośnym płaczem. 
 
    Kilka  godzin  później  Hermiona  pakowała  rzeczy  do  swojej  torebki,  która 
potrafiła  zmieścić  całą  zawartość  jej  mieszkania.  Od  kiedy  tylko  pamięta  to 
mieszkanie  przynosiło  jej  pecha.  To  właśnie  tutaj  spędziła  swoje 
najtrudniejsze  lata  życia  –  okres  studiów,  pracy  oraz  pierwszej  niby 
prawdziwej  miłości.  Dzisiaj  wiedziała,  że  nic  do  niego  nie  czuła,  ale  nie 
chciała do tego wracać. Wykorzystał ją podle, za co teraz płaciła. I to bardzo 
wysoką cenę. 
 
    Spojrzała  na  swoje  odbicie  w  lustrze.  Wyglądała  okropnie:  jej  włosy  były 
tak samo roztrzepane jak w Hogwarcie – za nic nie dało się ich okiełznać, na 
twarzy  miała  rozmazany  od  płaczu  makijaż,  a  jej  oczy  były  podpuchnięte. 
Sama nie wiedziała, kiedy i czemu płakała. Z pewnością ON nie był powodem 
jej cierpienia. A może to były łzy radości, że wreszcie może z tym wszystkim 
skończyć? 
 
    Życie bywa dziwne. 

background image

 
    Po chwili mogła się uspokoić stojąc pod strumieniem gorącej wody. Krople 
cieczy spływały po jej delikatnej skórze sprawiając, że Hermiona pierwszy raz 
od kilku lat czuła się w pewien sposób wolna i szczęśliwa. Nie musiała się już 
martwić  rachunkami,  których  nie  miała  z  czego  opłacić.  Poza  tym  kolejną 
ratę kredytu będzie musiała spłacić dopiero pod koniec przyszłego miesiąca. 
Powoli zaczęła wychodzić na prostą. 
 
    Powoli, ale to zawsze coś. 
 
    A jutro miała zacząć nowe, lepsze życie. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 3 

 
 
 

 
 

    Stała  przed  wielką  rezydencją,  której  widok  zaparł  Hermionie  dech  w 
piersiach. Ktokolwiek tutaj mieszkał musiał być bogaty i mieć mało czasu, by 
zająć się odpowiednio swoim dzieckiem. Hermiona zrozumiała już potrzebą 
posiadania  samotnego  mężczyzny  do  posiadania  guwernantki  –  w  końcu 
musiał z czegoś utrzymać rezydencję. 
 
    Kiedy pojawiła się przed mosiężną bramą natychmiast się otworzyła mimo, 
że  Hermiona  nikogo  nie  widziała.  Być  może  to  skrzaty,  pomyślała 
przekraczając  granicę  oddzielającą  rezydencję  od  pozostałej  części 
przedmieścia Londynu. Ledwo przekroczyła przejście, brama zatrzasnęła się 
z  trzaskiem  sprawiając,  że  młodą  kobietę  obleciał  strach.  Nie  mogła  się 
jednak poddać tylko dlatego, że wystraszyła się bramy. No bez przesady. W 
końcu była odważną Gryfonką... 
 
    Przeszła  wolnym,  aczkolwiek  zdecydowanym  krokiem  przez  imponujący 
swoim wyglądem podwórze zrobione na wzór parku po środku znajdowała 
się  ścieżka  prowadząca  do  wielkich  granitowych  schodów.  Hermiona  idąc 
parkiem  uważnie  przyjrzała  się  otaczającemu  ją  otoczeniu.  Z  lewej  strony 
znajdowało się jeziorko, a nad nim mostek – z pewnością odwiedzany przez 
dziecko,  co  zauważyła  Hermiona  z  uśmiechem.  Na  jeziorze  pływała  mała 
łódeczka  wykonana  własnoręcznie  przez  nie  wprawione  rączki.  Zaś  po 
prawej stronie kobieta dostrzegła rzeźbę jakiejś kobiety, Hermiona domyśliła 
się,  że  musi  to  być  pamiątka  po  zmarłej  żonie  swojego  pracodawcy.  Na  tą 
myśl  zrobiło  jej  się  smutno.  Chyba  bardzo  musiał  ją  kochać,  skoro  wystawił 
na jej cześć pomnik. 
 
     Zgrabnie  weszła  po  schodach  stając  przed  wielkimi  mahoniowymi 
drzwiami,  na  których  znajdowała  się  mosiężna  kołatka, ale kobieta również 
dostrzegła obok mały dzwonek do drzwi, co uratowało ją z opresji. Wątpiła, 
by udałoby się jej podnieść tą wielką i ciężką kołatkę. 
 

background image

    Przez  kilka  minut  myślała,  że dzwonek nie działa, bo nikt nie przychodził, 
by otworzyć drzwi. Zastanawiała się też czasem, czy nie pomyliła adresu, ale  
to chyba nie było możliwe. W okolicy nie było innego domu. 
 
    Już  miała  chwycić  za  kołatkę,  kiedy  drzwi  się  otworzyły,  a  zza  niech 
wyglądała  starsza  pani  uśmiechająca  się  do  Hermiony  przyjaźnie.  Kobieta 
natychmiast  odwzajemniła  uśmiech  widząc  dobroć  w  oczach  starszej  pani. 
Była pewna, że się z nią zaprzyjaźni. 
 
    -  Dzień  dobry,  nazywam  się  Hermiona  Granger.  Czy  mam  zaszczyt 
rozmawiać  z  panią  Spancer?  –  zapytała  uśmiechając  się  promiennie  na  co, 
starsza pani się zarumieniła. Hermiona odniosła wrażenie, że nikt jeszcze nie 
odnosił się tak do starszej pani. 
 
    -  Witam,  panno  Granger  –  powiedziała  ciepłym  babcinym  głosem  starsza 
pani. – Tak, jestem Jane Spencer. Cieszę się, że już panienka jest – skłoniła się 
przed Hermioną, co sprawiło, że Hermiona poczuła się niezręcznie. 
 
     -  Och  –  powiedziała,  po  czym  zaśmiała  się.  –  Proszę  nie  mówić  do  mnie 
panienka. Jestem Hermiona. Tylko Hermiona. 
 
     Starsza  pani  zaśmiała  się  na  słowa  brązowowłosej,  po  czym  otworzyła 
szerzej drzwi zapraszając Hermionę do środka. Dziewczyna uśmiechnęła się 
przyjaźnie,  po  czym  weszła  do  wielkiego  halu,  który  sprawił,  że  na  chwilę 
odebrało jej mowę. 
 
    -  No  to  w  takim  razie  mów  mi  Babciu,  Hermiono  –  starsza  pani zamknęła 
drzwi  na  klucz,  po  czym  zaczęła  prowadzić  dziewczynę  przez  hal.  –  Pan 
domu, jak mówiłam musiał wyjechać, ale nawet gdyby był w domu to raczej 
byś  go  nie  spotkała,  Hermiono  –  zagadnęła  po  chwili,  by  odwrócić  uwagę 
młodej kobiety od przepychu i ornamentów. 
 
    - Dlaczego? – zapytała Hermiona spoglądając na Babcię z zaciekawieniem. 
 
    - Pan ciężko pracuje – odpowiedziała wzdychając. – W ostatnim czasie na 
nic nie ma czasu. Ostatnio nie miał czasu nawet zjeść kolacji z synkiem. A na 
dodatek ma na głowie tą całą lafiryndę... – dodała ciszej, by Hermiona tego 
nie usłyszała. 
 

background image

    - Chce mi pani powiedzieć... To znaczy, chcesz mi Babciu powiedzieć, że nie 
ma kontaktu z dzieckiem? – zapytała zaskoczona brunetka. 
 
    -  Ma,  oczywiście,  że  ma  –  zaprzeczyła  szybko  Babcia.  –  Po  prostu  chcę  ci 
powiedzieć,  Hermiono,  że  nie  ma  czasu  na  załatwianie  takich  spraw  jak 
przyjęcie  pani  w  normalny  sposób.  Bardzo  żałował,  że  nie  może,  jak  się 
wyraził,  dokonać  oględzin, ale ufa, że jest pani godną osobą na stanowisko 
guwernantki dla jego ukochanego synka. 
 
    Hermiona doszła do wniosku, że ojciec dziecka musi bardzo kochać synka, 
skoro  powierza  go  opiece  obcej  kobiecie  ufając  Babci  przy  dokonanym 
wyborze.  Brunetka  postanowiła  zrobić  wszystko,  by  nie  zniszczyć  zaufania 
właściciela  domu  do  Babci.  W  końcu  to  od  jej  pracy  zależało,  czy  tak  się 
stanie czy też nie. A jej celem było pracować najlepiej, jak tylko potrafiła. 
 
    Babcia  oprowadziła  Hermionę  po  rezydencji  opowiadając  jej  ciekawe 
anegdoty  dotyczące  niektórych  rzeźb  i  obrazów  –  dziewczyna  zauważyła 
nawet  oryginał  jednej  z  rzeźb  Berniniego.  Przez  godzinę  poznawała 
lokalizację  takich  pomieszczeń  jak  łazienka,  pokój  chłopca,  którego  w 
obecnym  czasie  nie  było  w  domu.  Był  u  dziadków,  jak  powiedziała  z 
przekąsem  Babcia  –  Hermiona  domyśliła  się,  że  kobieta  nie  darzyła  ich 
sympatią. 
 
    - To jest twój pokój – powiedziała starsza pani otwierając drzwi do wielkiej 
jasnej sypialni.   
 
    Hermiona poczuła, że ma łzy w oczach. Pokój, w którym właśnie stała był 
pokojem jej marzeń. 
 
    Naprzeciwko  drzwi  znajdowało  się  ogromne  okno  z  wyjściem  na  balkon, 
do  których  przymocowane  były  kremowe  zasłony.  Przy  lewej  ścianie 
znajdowało się ogromne łóżko z baldachimem, na którym mogło się śmiało 
zmieścić  z  sześć  osób.  Hermiona  zauważyła,  że  pościel  na  łóżku  była 
wykonana  z  satyny  (nie  była  tego  pewna,  ale  wolała  się  o  tym  przekonać 
później).  Przy  łóżku  znajdowała  się  szafka  nocna,  a  na  niej  piękna  lampka, 
której barwa zmieniała się pod wpływem światła słonecznego. Podłoga była 
wykonana z automatycznie podgrzewanych brązowych kafelków, zaś ściany 
były  pomalowane  na  kremowy  kolor  delikatnie  wpadający  w  fiolet.  Po 
prawej  stronie  pokoju  wbudowana  w  ścianę  była  mała  biblioteczka  oraz 
szafa,  która  kryła  w  sobie  kolejny  pokój,  jakim  była  garderoba.  Hermiona 

background image

stała z otwartą buzią nie wiedząc co powiedzieć. Garderoba była podzielona 
na kilka sektorów. W jednym z nich mogła znaleźć buty – nie wiedziała skąd 
tam  się  znalazły  różne  buty  o  jej  rozmiarze,  w  innym  miała  sukienki,  w 
jeszcze  innym  spodnie,  bluzki,  bieliznę  i  inne.  Największą  uwagę  Hermiony 
przyciągnął  sektor  strojów  wieczorowych.  Dziewczyna  nie  wiedziała  po  co 
jej to wszystko, ale nie chciała pytać na razie o to Babcię. Wiedziała, że i tak 
nie  skorzysta  z  rzeczy,  które  znajdowały  się  w  garderobie.  Miała  własne 
ciuchy, a nie chciała nikogo naciągać. Poza tym – jeśli licząc materialnie, tak 
jak  to  właśnie  robiła  Hermiona  –  to  za  cenę  tych  wszystkich  ubrań  razem 
wziętych mogłaby spłacić część kredytu, który był jej kulą u nogi. 
 
    - Nie podoba się? – zapytała ze smutkiem w głosie Babcia. 
 
    - Nie podoba się? – zapytała zszokowana Hermiona. – Tu jest przepięknie, 
ale... To za dużo. Naprawdę nie trzeba było... 
 
    -  Pan  kazał  zadbać  o  twoją  wygodę,  Hermiono,  dlatego  nie  warto  się 
sprzeciwiać jego słowom. Jeśli coś rozkaże to tak będzie, czy tego ktoś chce 
czy nie. 
 
    Hermiona  spojrzała  na  Babcię  chcąc  odczytać  z  jej  twarzy  pogląd 
dotyczący tego czy popiera teorię swojego pracodawcy, czy też nie. Starsza 
pani chyba musiała wielbić go, bo ewidentnie było widać, że zgadzała się ze 
wszystkim, co robił i twierdził właściciel rezydencji. 
 
    - Rozgość się, Hermiono. Wiesz, gdzie jest łazienka. Za godzinę przyjdę po 
ciebie,  żebyś  poznała  innych  pracowników  –  dodała  puszczając  jej  perskie 
oko. 
 
    Kiedy  drzwi  od  jej  pokoju  zamknęły  się  za  Babcią  Hermiona  podeszła 
wolnym krokiem do ogromnego łóżka, na którym usiadła, równocześnie się 
bojąc  o  to,  by  czegoś  nie  zniszczyć.  Upewniwszy  się,  że  wszystko  jest  w 
porządku  dotknęła  ręką  materiału,  chcąc  się  upewnić  o  swojej  znajomości 
materiałów. Nie zawiodła się. To była satyna. 
 
    Hermiona  czuła  się  jak  księżniczka.  Pierwszy  raz  w  życiu  czuła,  że  coś  się 
zmieni na lepsze. Nie umiała się oprzeć wrażeniu, że właśnie dzięki tej pracy 
stanie się coś, co sprawi, że jej życie nabierze ponownie sensu. 
 
 

background image

ROZDZIAL 4 

 
 
 
 
 

    Hermiona  Granger  mieszkała  już  w  rezydencji  cztery  dni,  ale  nie  miała 
okazji  jeszcze  poznać  swojego  podopiecznego,  który  ciągle  przebywał  u 
swoich  dziadków.  Brunetka  zauważyła,  że  atmosfera  wśród  wszystkich 
pracowników była z tego – prawdopodobnie – powodu napięta, ale żaden z 
pracowników  nie  chciał  się  do  tego  przyznać.  Sama  Hermiona  odczuwała 
pewną desperację – mieszkała w końcu w obcym domu, by pracować, a nie 
miała jak do tej pory takiej możliwości. 
 
    W  ciągu  tych  czterech  dni  Hermiona  sprawiła,  że  wszyscy  pracownicy 
rezydencji – nie licząc kamerdynera – zapałali do tej młodej kobiety sympatią. 
Skrzaty domowe okazały się być zachwycone tym, że mogą służyć w domu 
Pana. Hermiona nie mogła wyciągnąć od żadnego z pracowników nazwiska 
człowieka,  u  którego  pracowała,  co  sprawiło,  że  nie  zachęcała  ich  do 
stworzonej  przez  siebie  w  piątej  klasie  organizacji  W.E.S.Z.  Przeciwnie  – 
zaczęła  powoli  rozumieć,  dlaczego  takie  istotki  uwielbiały  służyć  ludziom, 
których wyjątkiem był zmarły podczas wojny Zgredek – jedyny Wolny Skrzat 
zadowolony ze swojej wolnej egzystencji. 
 
    Pod  wieczór  czwartego  dnia  nieobecności  chłopca  Babcia,  podczas 
wspólnej  kolacji  pracowników,  w  której  w  skład  wchodzili:  Babcia  i  dwie 
młode  kucharki  Anna  i  Joanna  –  obie  były  siostrzenicami  Babci,  ogrodnik 
Stan Wolf – starszy pan, który uwielbiał rośliny, Hermiona oraz kamerdyner 
Evan O’Donnell – mężczyzna w „kwiecie wieku”, jak zwykle mawiała o takich 
ludziach  mama  Hermiony,  nieprzyjemny  facet,  który  od  pierwszej  chwili 
zapałał  do  Hermiony  niechęcią  –  młoda  kobieta  postanowiła  jednak  nie 
zwracać na niego uwagi; powiedziała do wszystkich zebranych: 
 
    - Jeśli jutro oni go nie przywiozą to zgłoszę to do Biura Aurorów. 
 
    -  Babciu  –  powiedziała  Anna.  –  Nie  powinna,  Babcia  zawracać  aurorom 
głów z takiego powodu. 
 

background image

    Siostrzenice  Babci,  co  zauważyła  Hermiona  również  zwracały  się  do  Jane 
Spencer per Babcia. Brunetka nie mogła się oprzeć wrażeniu, że kobieta po 
prostu  lubiła  być  traktowana  jak  babcia.  Hermiona  często  zastanawiała  się 
przed  snem,  czy  przyczyną  nie  jest  fakt,  że  Jane  Spencer  nie  posiadała  ani 
dzieci, ani wnuków. 
 
    - Uważam, że Anna ma rację, Babciu – powiedział ogrodnik Stan, co w jego 
ustach  zabrzmiało  nieco  śmiesznie.  W  końcu  sam  mógłby  być  dziadkiem.  – 
To  nie  ma  sensu.  Nie  możemy  wywołać  konfliktu  pomiędzy  dziadkami 
chłopca a panem. Mogą zarzucić mu, że zakazuje im się z nim spotykać. 
 
    -  Ależ  nie  zakazuje  –  odpowiedziała  oburzona  Babcia.  –  Oni  po  prostu 
nadużywają czasu, jaki pan im wyznaczył! Przecież to tak być nie może! Czy 
oni myślą, że uda im się odebrać chłopca?! 
 
    Hermiona zatrzymała rękę z widelcem w połowie drogi do swoich ust. 
 
    -  Uważam,  że  przesadzasz,  Jane  –  powiedział  zgryźliwym  tonem 
kamerdyner. – Pana i tak nie ma w domu. Kto wie? Może pan wyraził zgodę 
na to, by tak długo trzymali u siebie chłopca. W końcu nie wiadomo, kiedy on 
sam wróci do domu... 
 
    - Evanie, czyżbyś chciał powiedzieć, że pan jest nieodpowiednim ojcem?! – 
zawołała rozeźlona Babcia. 
 
    -  Jane,  ja  niczego  takiego  nie  powiedziałem.  Po  prostu  uważam,  że 
nieobecność pana wpływa na niekorzyść jego kontaktów z dzieckiem. Ot, co 
powiedziałem  –  kamerdyner  postanowił  więcej  się  nie  wypowiadać  na  ten 
temat poprzez jedzenie sałatki. 
 
    Babcia  popatrzyła  zmrużonymi  oczami  na  kamerdynera,  po  czym  sama 
zaczęła jeść kolację. Po kilku minutach ciszy zapytała: 
 
    - A co ty uważasz w tej sprawie, Joanno? 
 
    Szatynka  spojrzała  z  ukosa  na  kamerdynera,  który  uśmiechnął  się  pod 
nosem,  na  co  dziewczyna  spłonęła  rumieńcem.  Hermiona  doszła  do 
wniosku,  że  będzie  musiała  się  dowiedzieć,  co  Joanna  czuje  do  tego 
wrednego  i  złośliwego  faceta,  bo  cokolwiek  to  by  nie  było  to,  zdaniem 
Hermiony było złe. 

background image

 
    - Ja... Ja... Ja nie wiem – powiedziała patrząc na swoje dłonie. – Nie mogę 
nic  w  tej  sprawie  powiedzieć,  bo  i  tak,  Babciu,  zrobisz  to,  co  uważasz  za 
słuszne. 
 
    Jane  Spencer  nie  była  zadowolona  z  odpowiedzi,  która  popierała  jej 
przeciwników.  Hermiona  była  przekonana,  że  wszystko  jest  postanowione, 
kiedy usłyszała: 
 
    - A ty, Hermiono? 
 
    Wszyscy pracownicy spojrzeli na nią z wyczekiwaniem w oczach. Brunetka 
przełknęła głośno ślinę. 
 
    -  Uważam  –  zaczęła  powoli  –  że  jeśli  to  jest  konieczne  to  należy  przede 
wszystkim skontaktować się z ojcem chłopca i go o tym poinformować. 
 
    Wszyscy,  prócz  Hermiony,  jak  jeden  mąż  wstali  ze  swych  miejsc  i 
równocześnie wypowiedzieli: 
 
    - Och, nie! Merlinie chroń nas, świat i rezydencję od gniewu pana! 
 
    Hermiona spojrzała na nich zaskoczona. 
 
    - To była tylko taka propozycja... 
 
    - Musi pani wiedzieć, panno Granger, że nasz pan nie może się dowiedzieć, 
że  dziadkowie  przetrzymują  za  długo  panicza  bez  jego  wiedzy  –  wysyczał 
jadowicie kamerdyner. 
 
    -  W  takim  razie  –  odpowiedziała  Hermiona  zła  na  kamerdynera  –  proszę 
coś wymyślić i sprowadzić dziecko zanim ojciec się o tym dowie. A jeśli pan 
tego nie zrobi, to może rzeczywiście należy powiadomić Biuro Aurorów. Nie 
sądzi pan? 
 
    Przez chwilę patrzyli na siebie z niechęcią w oczach. Po chwili kamerdyner 
odwrócił się i wyszedł z kuchni trzasnąwszy drzwiami. Po chwili Joanna także 
wybiegła z pomieszczenia. 
 

background image

    -  Doskonale,  Hermiono  –  powiedział  ogrodnik  Stan  klaszcząc  w  dłonie.  – 
Dawno nikt mu tak nie dokopał, jak ty teraz. 
 
    -  Ja...  –  Hermiona  czuła  się  źle.  Nie  miała  prawa  naskakiwać  na  tego 
mężczyznę, choćby go nienawidziła. – Ja pójdę się położyć. Źle się czuję... 
 
    Kilka  minut  leżała  w  swoim  łóżku  zastanawiając  się  nad  całą  sytuacją.  To 
było  nienormalne,  żeby  dziadkowie  chcieli  odebrać  dziecko  ojcu.  Musiałby 
być  naprawdę  jakimś  tyranem,  który  katuje  swojego  pierworodnego. 
Hermiona  zaczęła  zastanawiać  się  nad  tym  pod  względem  prawnym  –  czy 
było możliwe odebranie dziecka rodzicowi przez dziadków. Nie raz słyszała 
o takiej sytuacji, ale nigdy nie zagłębiała się w to. Była przekonana, że takie 
rzeczy  zdarzają  się  raz  na  jakiś  czas.  Teraz  jednak  wnioskując  z  tego,  co 
mówiła Babcia okazywało się, że takie rzeczy działy się częściej niż sądziła. 
 
    Nie  wiedziała  kiedy  usnęła.  Nagle  otworzyła  oczy,  które  natychmiast 
zamknęła  pod  wpływem  Słońca.  Musiało  już  być  późno,  skoro  promienie 
słoneczne padały na jej twarz. Spojrzała na budzik – widniała na nim godzina 
dziewiąta. 
 
    Usiadła na łóżku próbując się wsłuchać w jakikolwiek dźwięk, ale wszędzie 
dochodziła  ją  cisza.  To  nie  było  normalne.  Szybko  wyskoczyła  z  łóżka,  po 
czym założyła ubranie przygotowane dzień wcześniej – oczywiście swoje, te 
co miała w garderobie to nawet na nie więcej nie spojrzała – po czym zeszła 
szybkim krokiem na dół do kuchni, ale nie zastała tam nikogo. 
 
    - Dzień dobry! – zawołała, ale nikt jej nie odpowiedział. Hermiona wyszła z 
kuchni,  po  czym  ruszyła  na  dalszy  obchód  poszukując  jakiegokolwiek 
mieszkańca  rezydencji.  –  Dzień  dobry!  Czy  jest  ktoś  w  domu?!  –  wołała,  ale 
nikt  jej  nie  odpowiadał.  Brunetka  poczuła  się  strasznie  samotna  w  tym 
wielkim pustym domu. Nie chciała się przyznać sama przed sobą, że bała się 
być sama. 
 
   Zeszła schodami do holu, po czym podeszła do mahoniowych drzwi, które 
pchnęła  lekko,  by  wyjść  na  dwór.  Niestety  i  tam  nikogo  nie  zastała.  Po 
dziesięciu  minutach  przeszukiwania  podwórka  powróciła  do  pustego  domu 
nie wiedząc co ze sobą zrobić. 
 

background image

    Przez  kilka  godzin  samotnie  chodziła  po  rezydencji  czując  się  całkowicie 
zagubiona.  Nie  wiedziała,  co  ze  sobą  począć,  dlatego  też  pozwoliła  sobie 
pooglądać dokładnie obrazy i rzeźby znajdujące się w holu. 
 
    Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a do holu wszedł kamerdyner patrząc 
nienawistnym  wzrokiem  na  Hermionę,  po  czym  przeszedł  obok  niej  bez 
słowa. Po chwili pojawili się inni pracownicy. W tym Babcia. 
 
    -  Witaj,  Hermiono.  Mam  nadzieję,  kochaniutka,  że  zjadłaś  śniadanie 
przygotowane  dla  ciebie  –  powiedziała  uśmiechając  się  promiennie  do 
brunetki. 
 
    - Ja... właściwie... 
 
    Babcia machnęła ręką. 
 
    - Och, mogłam się domyślić, że nie zjesz. Ale nie martw się. Za trzy godziny 
poznasz naszego małego chłopczyka – dodała uśmiechając się promiennie. 
 
    -  Ale:  jak  to?  –  Hermiona  wydawała  się  być  zszokowana  nadmiarem 
towarzystwa Babci. Informacje docierały do niej wolniej niż zazwyczaj. 
 
    - A, tak! – klasnął w dłonie ogrodnik Stan. – Evan postanowił wziąć sprawy 
w swoje ręce i pojechał do dziadków chłopca. Po kilku godzinach rozmowy 
udało się nam go odzyskać. 
 
    - Aha – odpowiedziała Hermiona patrząc na Joannę, która nieśmiało się do 
niej uśmiechnęła. – To ja może pójdę coś zjeść – dodała, po czym ruszyła w 
stronę kuchni całkowicie zestresowana. 
 
    Miała  tylko  trzy  godziny  do  tego,  by  przygotować  się  do  spotkania  z 
chłopcem.  Nie  miała  zbyt  dużo  czasu,  aby  się  przygotować  i  zrobić  na  nim 
dobre wrażenie. 
 
    Praktycznie rzecz biorąc to go w ogóle nie posiadała. 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 5 

 
 
 
 

 
    -  Babcia!  –  kiedy  Hermiona  schodziła  do  salonu  usłyszała  głos  małego 
chłopca.  Przystanęła  chcąc  się  uspokoić.  Bała  się  tego  spotkania  –  nie 
wiedziała  jak  podejść  do  dziecka,  które  jest  wychowywane  w  takich 
luksusach.  Zastanawiała  się,  czy  nie  będzie  źle  się  do  niej  odnosiło  tylko 
dlatego,  że  jest  szlamą.  Poza  tym,  miała  nadzieję,  że  pomimo  tej 
niedogodności uda jej się sprawić, że chłopiec ją polubi. 

 

    -  Już  jesteś,  skarbie!  –  odpowiedziała  Babcia,  której  głos  zdradzał 
wzruszenie. – Jak było u dziadków? – zapytała. 

 

    -  Super!  –  odpowiedział  malec,  kiedy  Hermiona  stanęła  w  drzwiach.  – 
Babcia  z  dziadkiem  zabrali  mnie  na  wycieczkę  do  lasu!  –  chłopiec 
relacjonował  wszystko  z  największą  pasją.  –  Była  z  nami  ciocia  Dafne!  I 
dziadek  kupił  mi  miotłę!  Popatrz!  –  zawołał  odwracając  się  w  stronę  drzwi, 
gdzie momentalnie ucichł widząc uśmiechniętą nieznajomą kobietę. 
 
    Chłopiec był wzrostu James’a, który także miał cztery latka, jednak różnił 
ich wygląd. James całkowicie był identyczną kopią Harry’ego, z tą różnicą, że 
miał  oczy  po  Ginny,  zaś  malec  stojący  przed  nią...  Był  uroczy!  Blondynek  o 
bladej  twarzy,  z  zarumienionymi  policzkami.  Oczy  miał  stalowoniebieskie,  z 
których  tryskała  miłość  do  wszystkiego,  co  żyje.  Hermiona  odniosła 
wrażenie,  że  już  widziała  gdzieś  podobne  oczy,  ale  nie  mogła  sobie 
przypomnieć, kto był ich właścicielem. To jednak nie było w tej chwili istotne. 
Chłopiec  miał  otworzone  usta  w  zaskoczeniu,  a  patrzył  na  Hermionę  tak  - 
zawstydziła  się  na  tą  myśl  -  jak  na  najpiękniejszą  kobietę  na  świecie. 
Obdarzyła  go  lekkim  uśmiechem,  na  co  jego  rumieńce  stały  się  jeszcze 
bardziej widoczne. Zauroczył ją od pierwszego wejrzenia. 
 
    -  Cześć,  jestem  Hermiona.  A  ty?  –  powiedziała  kucając  i  zarazem 
uśmiechając się promiennie. Nie chciała, żeby między nimi była jakaś różnica. 
Chciała, by wiedział, że są sobie całkowicie równi bez względu na wiek. 
  

background image

   Blondynek  spojrzał  na  Babcię,  która  uśmiechała  się  do  niego  ze  łzami  w 
oczach. Kiwnęła głową, żeby podszedł do Hermiony. Po chwili znajdował się 
przed Hermioną patrząc w jej czekoladowe oczy. 
 
    -  Cześć  –  powiedział  zawstydzony,  a  Hermiona  poczuła,  że  rozpływa  się 
pod  wzrokiem  chłopca,  który  patrzył  na  nią  z  niepewnością,  a  zarazem  z 
zainteresowaniem.  –  Mam  na  imię  Scorpius  –  dodał  tak cicho, że Hermiona 
ledwo usłyszała. 
 
    - A ile masz lat? – zapytała ciągle się uśmiechając i nie zwracając uwagi na 
to, że cały personel przyglądał się już jej rozmowie z blondynkiem. 
 
    Przez chwilę malec wpatrywał się w swoje rączki, po czym zaczął odliczać: 
dwa przy prawej rączce i dwa przy lewej. 
 
    - Tyle! – zawołał odwzajemniając jej uśmiech. 
 
    - A wiesz, ile to jest? – zapytała podejrzliwie odsłaniając przy okazji swoje 
górne zęby, na co malec zareagował cudownym perlistym dźwiękiem. 
 
    -  Tak!  Tata  mnie  nauczył  –  dodał  ciszej,  jakby  chcąc  zachować  to  w 
tajemnicy. – To jest... Raz... Dwa... Trzy... Cztery... – zaczął powoli odliczać. – 
CZTERY!  –  zawołał  szczerząc  się  do  niej.  –  Mam  cztery  lata  –  dodał  takim 
tonem, który oznaczał, że był z siebie dumny. Hermiona zaczęła się śmiać. 
 
    -  Musisz  mieć  mądrego  tatę  –  powiedziała  Hermiona  mając  nadzieję,  że 
wreszcie się dowie czegoś więcej o swoim pracodawcy. 
 
    -  Ja  kocham  tatę!  –  zawołał  Scorpius.  –  Mój  tata  jest  dobly,  ale  babcia  i 
dziadek  mówią  –  dodał  ciszej  przybliżając się do niej – mówią, że tata mnie 
nie kocha, bo on nie ma dla mnie casu – ton jego wyraźnie mówił, że jest z 
tego powodu bardzo smutny. 
 
    Hermiona spojrzała na niego z przerażeniem. 
 
   -  To  nie  prawda!  –  powiedziała  do  blondynka,  ocierając  jednocześnie  łzę, 
która  zaczęła  spływać  po małym zaróżowionym policzku. – Tata bardzo cię 
kocha,  dlatego  tutaj  jestem  –  dodała  spoglądając  mu  w  jego  stalowo-
błękitne oczy. 
 

background image

     - Jesteś moją mamą? – wyszeptał, na co Hermiona zesztywniała. Przecież 
dziecko  chyba  wiedziało,  ze  jego  mamusia  umarła?  Każdy  normalny  rodzic 
powiedziałby  dziecku  prawdę.  Chyba,  że  ktoś  byłby  takim  tyranem  jak 
wujkowie  Harry’ego  –  państwo  Dursley’owie,  którzy  nie  powiedzieli 
Harry’emu  prawdy  dotyczącej  jego  rodziców.  W  to  jednak  Hermiona  nie 
mogła uwierzyć. 
 
     - Kochanie, ja... – zaczęła szeptem, ale mały Scorpius przerwał jej. 
 
     -  Bo  mama  Astoria  jest  w  niebie,  ale  tata  mówi,  ze  mam  tes  drugą 
mamusię,  która  niedługo  psyjdzie.  I  tata  mówi,  że  ją  poznam,  bo  jest 
najładniejszą mamą na świecie – dodał chłopiec z zaszklonymi oczami od łez. 
 
    Hermiona  poczuła, że rośnie w jej gardle jakaś gula, która nie pozwala jej 
nic  mówić.  Słowa  małego  Scorpiusa  sprawiły,  że  nie  wiedziała  jak  się 
zachować.  Miała  ochotę  uciekać  jak  najdalej  od  tego  dziecka,  które 
wywołało  w  niej  tyle  sprzecznych  ze  sobą  emocji,  ale  również  nie  chciała 
zostawiać go samego – nie potrafiła od niego odejść. 
 
    Nigdy nie sądziła, że jakieś dziecko będzie chciało mieć ją za matkę. Sama 
bardzo pragnęła mieć dziecko, ale nie wierzyła w to od chwili, kiedy została 
porzucona.  Nie  wierzyła,  że  może  być  jeszcze  szczęśliwa...  A  tutaj,  nagle  i 
niespodziewanie, mała urocza istotka pragnie by była jej mamą. 
 
    -  Skarbie,  to  zależy  tylko  od  twojego  taty  –  powiedziała  cicho  Hermiona, 
wiedząc, że nikt nie słyszy ich rozmowy. – To twój tata zadecyduje o tym, kto 
będzie  twoją  mamusią.  Wiedz  jednak,  że  to  on  ci  pierwszy  o  niej  powie.  Ja 
tylko jestem tutaj, by się z tobą bawić i opiekować, kiedy twojego taty nie ma 
w domu. 
 
    Malec popatrzył na nią smutnym wzrokiem, po czym westchnął. Hermiona 
poczuła, że łzy napływają jej do oczu, a serce ściska się z bólu, widząc w jego 
oczach  zawód.  Nie  mogła  nic  zrobić.  Przecież ona nawet nie wiedziała, kim 
jest  ojciec  chłopca.  Scorpius  jednak  się  tym  nie  przejął,  tylko  przytulił  swe 
drobne  ciałko  do  Hermiony,  kompletnie  ją  tym  zaskakując.  Odwzajemniła 
uścisk  przyglądając  się  reakcji  personelu.  Babcia,  łącznie  z  Anną  i  Joanną, 
miała  łzy  w  oczach,  zaś  ogrodnik  Stan  klasnął  w  ręce,  by  po  chwili  otrzeć 
słoną  kroplę  spływającą  po  jego  zmarszczonym  policzku.  Nieodgadnione 
były jednak emocje kamerdynera, który po prostu patrzył na małego chłopca 

background image

całkowicie  ignorując  Hermionę.  Dziewczyna  lekko  westchnęła,  po  czym 
wzięła Scorpiusa na ręce. 
 
    - A wiesz? – spytała nagle. – Zdaje mi się, że ktoś coś wspominał o tym, że 
dostał miotłę. 
 
    Malec  spojrzał  na  nią  swoimi  oczami  z  zaufaniem.  Wiedziała,  że chłopiec, 
pomimo  luksusów,  był  najzwyczajniejszym  czterolatkiem.  Nic  go  nie 
wyróżniało spośród innych dzieci. Owszem miał lepsze ubrania, ale nie lubił 
w nich chodzić, lubił też bawić się w piaskownicy. Po kilku dniach Hermiona 
zrozumiała,  że  mały  Scorpius  nie  znał  jeszcze  podziału  pomiędzy 
czarodziejami  i  szlamami.  Dla  niego  byli  czarodzieje  i  nie-czarodzieje.  Mimo 
to, prawie każdego człowieka, kochał. Patrzył na ludzi ufnymi oczami czując, 
że każdy jest tak samo dobry jak on, miły i kochający. 
 
    Kilka  dni  po  zaprzyjaźnieniu  się  dziewczyny  z  małym  blondynkiem,  do 
rezydencji  powrócił  pan  domu,  jednak  brunetka  nie  miała  okazji  się  z  nim 
spotkać  czy  przywitać.  Kiedy  rano  wstała  mężczyzny  już  nie  było  i,  jak 
dowiedziała  się  przy  śniadaniu  od  Babci,  zabrał  Scorpiusa  na  wspólny 
„wypad”.  A  więc  miała  cały  dzień  wolny  dla  siebie,  dlatego  postanowiła 
odwiedzić Ginny i Harry’ego. 
 
    Około  godziny  dwunastej  była  przed  domkiem  Potterów,  by  po  chwili 
znaleźć się w objęciach małego James’a. 
 
    - Ciociu, ciociu! – wołał chłopiec tym samym przywołując swoich rodziców. 
Ginny  i  Harry  przywitali  przyjaciółkę  z  radością,  chcąc  się  dowiedzieć,  jak 
minęły Hermionie pierwsze dni w pracy. 
 
    Brunetka,  trzymając  na  kolanach  Albusa,  opowiadała  przez  kilkanaście 
minut  o  rezydencji,  w  której  mieszka  oraz  o  personelu,  który  ją  uwielbia  – 
pominęła osobę kamerdynera nie chcąc pokazywać przyjaciołom, że postać 
Evana ją po prostu irytowała. Kiedy jednak doszła do opowiadania na temat 
Scorpiusa  nikt  nie  mógł  zamknąć  jej  ust.  Opowiadała  o  nim  z  największą 
pasją, zachwycając się jego miłością, dobrocią i zaufaniem do świata. Harry i 
Ginny  od  razu  pojęli,  że  Hermiona  pokochała  małego  Scorpiusa  jak  własne 
dziecko, ale nie chcieli nic na ten temat mówić. Wiedzieli, że kiedyś przyjdzie 
dzień, w którym będzie się musiała rozstać z czterolatkiem, ale nie chcieli jej 
o tym uświadamiać teraz, kiedy próbowała ułożyć sobie życie na nowo. 
 

background image

    -  A  kto  jest  właściwie  jego  ojcem?  –  zapytał  Harry,  kiedy  Hermiona 
zakończyła  swój  monolog  opierający  się  nad  zachwycaniem  się  małym 
blondynkiem. 
 
    -  No...  Tu  jest  właśnie  problem,  bo  nie  wiem.  Nikt  nigdy  nie  chce 
powiedzieć,  kto  jest  właścicielem,  jakby  się  obawiali,  że  nie  są  godni 
wymówić  jego  nazwiska  –  dodała  Hermiona  marszcząc  czoło.  –  Wiem 
jedynie, że facet jest inteligentny, zapracowany, zmęczony i poszukuje matki 
dla dziecka. Aha, i obecną kandydatką jest niejaka Lisa Miller, która nie darzy 
małego  zbytnią  sympatią.  Kiedy  jest  w  rezydencji  wszyscy  pracownicy 
unikają  jej.  A  Babcia  szczególnie.  Jest  na  nią  strasznie  cięta  –  dodała 
chichocząc. – Kiedy mały wrócił do domu, to Lisa prawie codziennie do niego 
przychodziła,  żeby  dowiedzieć  się,  jak  się  ma.  Nie  jesteście  w  stanie  nawet 
sobie  wyobrazić,  jak  krzyczała,  kiedy  dowiedziała  się,  że  Babcia  mnie 
zatrudniła – Hermiona nie mogła się powstrzymać od śmiechu. –W życiu nie 
słyszałam tyle przekleństw z ust kobiety za jednym razem. 
 
    Harry spojrzał z rozbawieniem na Ginny. 
 
   -  Och,  zapewniam  cię,  że  ja  na  pewno  słyszałem  –  powiedział,  po  czym 
nagle dostał po głowie ścierką od naczyń. – Ej, za co?! 
 
    -  Jak  to  za  co?  –  zapytała  Ginny  pomiędzy  salwami  śmiechu.  –  Przecież  ja 
nigdy nie klnę. 
 
    -  Na  pewno  –  odpowiedział  Harry.  –  A  szczególnie  wtedy,  kiedy  twoja 
mama  przyjeżdża  do  nas  w  odwiedziny  i  dostajesz  ochrzan  za  to,  że  nie 
potrafisz sprzątać. Wybacz, kochanie, musiałem się wtedy przesłyszeć. 
 
    Hermiona  rozglądnęła  się  po  salonie,  który,  według  niej  był  sterylnie 
czysty. 
 
    -  Naprawdę?  –  zapytała  bardziej  siebie  niż  przyjaciół.  –  Całe  szczęście,  że 
ona nie odwiedziła mojego mieszkania, póki mieszkałam sama. Co to wtedy 
by  było...  –  dodała  przypominając  ze  smutkiem  całkowity  chaos,  który 
panował w całym jej mieszkaniu. 
 
    -  Jestem  przekonana,  że  twoja  mama  nie  usłyszała  tyle  przekleństw  w 
ciągu  całego  życia,  ile  jej  mama  w  ciągu  pięciu  minut  –  dodał  Harry 
zaśmiewając się z własnej żony. 

background image

 
    -  A  najgorsze  było  to  –  dodała  Ginny  –  że  nagle  James  zaczął  wypytywać 
Harry’ego  co  one  oznaczają  –  dodała  rumieniąc  się.  –  Obiecałam  sobie 
wtedy, że nigdy więcej nie dam się sprowokować swojej matce... 
 
    -  Co  oczywiście  ci  się  nie  uda  –  dokończyli  zgodnie  Harry  z  Hermioną, 
śmiejąc się z przyjaciółki. 
 
    -  Dziękuje  wam  za  to,  że  mogę  na  was  liczyć.  Naprawdę,  jestem  wam 
wdzięczna  –  dodała  udając  oburzenie.  Nie  trwało  to  jednak  długo.  Po  kilku 
minutach  znów  się  naśmiewali  z  Ginny  i  jej  wybuchów  podczas  wizyt 
rodzicielki. 
 
    Tak minął jej dzień i nawet nie zauważyła, kiedy nastał wieczór. Harry’emu 
i Ginny udało się przekonać ją, by zjadła razem z nimi kolację. 
 
    Kiedy wróciła do rezydencji zauważyła, że, pierwszy raz od wielu dni, pali 
się światło w gabinecie jej pracodawcy. Jednak nie chciała iść na spotkanie z 
nim.  Czuła,  że  nie  jest  na  to  jeszcze  gotowa.  Wypłatę  dostała  pierwszego 
dnia pracy, dzięki czemu spłaciła jedną z rat kredytu. Nie miała więc powodu, 
by się spotkać z ojcem Scorpiusa, który z pewnością był zmęczony po całym 
dniu z synkiem. Nie miała zamiaru zaprzątać mu swoją osobą głowy. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 6 

 
 
 
 

 
    - Hermiona, wstawaj! – gdzieś w oddali nawoływał ją głosik, jednak ona nie 
miała  ochoty  go  słuchać.  Odwróciła  się  na  drugi  bok,  by  po  chwili 
podskoczyć przestraszona. 
 
    - Scorpius! – zawołała. – Która godzina? 
 
    Mały blondynek spojrzał na dziewczynę z figlarnymi iskrami w oczach. Po 
chwili dał jej całusa w policzek, zeskoczył z łóżka i wybiegł z pokoju. 
 
    Już  ponad  trzy  miesiące  mieszkała  w  rezydencji  i  ciągle  nie  mogła  się 
przyzwyczaić  do  tego,  że  maluch  ciągle  czymś  zaskakiwał.  Dzień  wcześniej 
zażyczył  sobie,  by  poszli  na  ryby.  Hermiona  przez  piętnaście  minut 
próbowała  odwieść  go  od  tego  pomysłu,  ale  w  końcu  musiała  się  poddać. 
Nic  nie  mogło  odciągnąć  Scorpiusa  od  najbardziej  mugolskiej  rzeczy:  on  po 
prostu  uwielbiał  łowić  ryby.  Kiedy  Hermiona,  siedząc  z  nim  nad  brzegiem 
jeziora zapytała skąd wzięła się u niego taka pasja, odpowiedział tylko: 
 
    - Tata lubi łowić ryby. 
 
    I  to  tyle.  Dziewczyna  niejednokrotnie  próbowała  wyciągnąć  z  chłopca 
informacje  na  temat  jego  ojca.,  jednak  on  nigdy  nie  mówił  o  nim  nic  poza 
„tata” bądź „tatuś”. Nie chciał nawet zdradzić, jak mężczyzna ma na imię. 
 
    -  Jakby  to  była  jakaś  tajemnica  –  warknęła  do  siebie  Hermiona  wstając  z 
łóżka,  by  chwycić  swoje  ubrania,  która  miała  przygotowane  na  dzisiejszy 
dzień.  Była  na  siebie  zła  –  wczoraj  pogryzły  ją  komary,  a  ona  miała  na  nie 
uczulenie.  Ku  jej  nieszczęściu  nie  miała  pod  ręką  żadnego  eliksiru,  który 
mógłby uśmierzyć ból, a nie chciała prosić Babcię, by sprawdziła, czy nie ma 
zapasu  w  apteczce.  Wolała  wybrać  się  na  Pokątną,  by  kupić  odpowiednie 
składniki, by móc samodzielnie uwarzyć potrzebny eliksir. 
 

background image

    Hermiona  szybko  przebrała  się  w  świeże,  pachnące  lawendą  ubrania,  po 
czym zeszła do kuchni na śniadanie, gdzie siedział już cały personel. Wszyscy 
zajadali się angielskimi tostami z dżemem. 
 
    -  Dzień  dobry!  –  powitała  Hermionę  Joanna  nakładająca  właśnie  dżem  na 
tosta. 
 
    - Dzień dobry – odpowiedziała brunetka nie chcąc zdradzić, że ma ochotę 
rzucić  się  na  swoje  ciało  z  paznokciami,  by  drapać  rany,  które  potwornie 
swędziały. Z całej siły zacisnęła ręce w pieści, zasiadła do stołu i zastanowiła 
się  co  by  tu  zjeść,  by  nie  sprawić,  żeby  ugryzienia  nie  drażniły  jeszcze 
bardziej. Doszła do wniosku, że zje suche tosty. 
 
    -  Czyżby  ktoś  miał  zły  dzień?  –  zapytał  złośliwie  kamerdyner  patrząc  na 
pochmurną twarz Hermiony. 
 
    -  Nie  pański  interes  –  odwarknęła  Hermiona  wgryzając  się  w  pieczywo. 
Przez kilka minut jadła, po czym, nagle wstając, potarła kantem stołu ranę na 
udzie przez co mimowolnie zareagowała. Zaczęła drapać z całej siły, a do jej 
oczu napłynęły łzy. Jak ona nienawidziła komarów! 
 
    -  Hermiono,  co  się  dzieje?  –  zapytała  Babcia  patrząc  na  dziewczynę  z 
lękiem. 
 
    - Wczoraj... byłam... – zaczęła mówić drapiąc się jednocześnie po plecach, 
co  wyglądało  jednocześnie  komicznie  oraz  tragicznie.  –  ...na...  rybach  ze... 
Scorpiusem...  I  pogryzły  mnie...  komary...  A  ja  mam...  uczulenie  –  ostatni 
wyraz wręcz wypiszczała, kiedy poczuła, że po ręce leci krew. 
 
    Anna zareagowała natychmiast podbiegając do apteczki. Przeszukała całą, 
po czym się odwróciła ze smutkiem. 
 
    - Babciu, nie mamy eliksiru! – zawołała, na co Babcia zareagowała szybko. 
 
    -  Joanno...  –  zaczęła,  ale  nie  skończyła,  bo  Hermiona  zaczęła  nagle  się 
dusić. – Evanie, połóż ją na kanapę – zawołała. – Joanno, ty biegnij po pana. 
On zna się na takich rzeczach, będzie znał przeciwzaklęcie. 
 
    - Ale... – zaczęła protestować Hermiona. 
 

background image

    -  Nic  się  nie  martw,  kochaniutka,  pan  studiował  magomedycynę.  Będzie 
wiedział  jak  ci  pomóc.  Szkoda,  że  nie  został  uzdrowicielem...  –  dodała 
smutno. – Anno, zrób Hermionie zimny okład! 
 
    Kamerdyner z ogrodnikiem Stanem wyszli zostawiając Hermionę z Babcią i 
Anną.  Przez  chwilę  wszystko  się  nieco  uspokoiło,  kiedy  nagle  Hermiona 
poczuła, że robi jej się słabo. I to tym razem nie ugryzienia przez komary były 
przyczyną zasłabnięcia. 
 
    Do  pomieszczenia  wszedł  wysoki  mężczyzna  o  blond  włosach  i 
stalowoniebieskich oczach. Hermiona mimowolnie pomyślała, że mężczyzna 
był  bardzo  przystojny,  i  gdyby  nie  fakt,  że  się  już  źle  czuła,  to  zemdlałaby 
tylko na jego widok. 
 
    Przez  chwilę  patrzyła  na  mężczyznę  zamglonym  wzrokiem,  po  czym 
uświadomiła sobie na kogo patrzy. I jak patrzy! 
 
    Przed  nią  stał  Draco  Malfoy,  jej  odwieczny  wróg  z  czasów  szkolnych, 
którego nienawidziła całym sercem. Po Wielkiej Bitwie miała nadzieję, że już 
nigdy  go  nie  spotka,  a  właśnie  sobie  uświadomiła,  że  Scorpius,  mimo 
cudownego charakteru, był idealną kopią ojca. Jęknęła bezgłośnie, po czym 
z całej siły wyraziła swoje niezadowolenie. 
 
    - OCH, NIE! – wydobyło się nie tylko z jej ust. 
 
    -  Cóż  za  spotkanie  –  warknęła  Hermiona.  –  Miałam  nadzieję,  że  już  do 
końca życia cię nie spotkam, Malfoy. 
 
    -  Cóż  za  ironia  –  odpowiedział  tym  samym  tonem,  co  brunetka.  –  Tak  się 
składa, że mogę osobiście sprawić, byś szybko się pożegnała z tym światem, 
Granger. 
 
    Przez  chwilę  mierzyli  się  nienawistnym  wzrokiem.  Babcia  szybko 
zorientowała się w zaistniałej sytuacji. 
 
    -  Draco  –  zwróciła  się  ciepłym  głosem  do  blondyna.  –  Pomóż  Hermionie. 
Wczoraj była ze Scorpiusem na rybach i pogryzły ją komary... 
 
    - Cudowny chłopiec – powiedział zachwycony Malfoy. – Instynktownie wie, 
kto jest zbędny na tym świecie i wie co z tym zrobić. 

background image

 
    - Panie Malfoy! – zawołała zszokowana Anna, na co Draco, ku przerażeniu 
Hermiony zaśmiał się tak, jak pierwszego dnia zaśmiał się Scorpius. 
 
    - Żartuję, Anno. 
 
    Hermionie zdawało się, że śni. Malfoy żartujący ze służbą? To było nie do 
pomyślenia! 
 
    - Co, Granger? Uczulenie na komarki się ma? – zapytał złośliwie. 
 
    - Co, Malfoy? Odzywamy się do szlamy? – warknęła w odpowiedzi. 
 
    -  Przestań,  Granger.  W  tym  domu  nie  używamy  takich  wulgaryzmów  – 
warknął  siadając  na  kanapie.  Pochylił  się  nad  nią,  by  sprawdzić  jej  rany. 
Bezwiednie  odsunęła  się,  na  co  on  zaśmiał  się  złośliwie.  Uwielbiał  ją 
denerwować.  –  Nie  mogę  zrozumieć,  Babciu,  jak  mogłaś  przyjąć  na 
stanowisko  guwernantki  gryfonkę,  a  tym  bardziej  kobietę,  z  którą  mój  syn 
nie może pójść na ryby. 
 
    - Wiesz, że wędkowanie to pasja mugoli, Malfoy? 
 
    - Wiesz, że nie ciebie pytałem, Granger? 
 
    - Och, wcale mnie to nie dziwi, Malfoy. To takie w twoim stylu. Zastanawia 
mnie jedno – dodała, chcąc ukryć, że jej oddech przyśpieszył pod wpływem 
dotyku  rąk  Dracona  Malfoy’a.  –  Jak  to  się  stało,  że  twój  syn  jest  takim 
cudownym dzieckiem, kiedy za ojca ma taką szumowinę, jak ty. 
 
    Draco  pochylił  się  bardziej  nad  brunetką,  po  czym  mocno  ścisnął  jej 
nadgarstek -ten, który był najbardziej naznaczony jadem komara. 
 
    -  Granger,  nie  zapominaj  gdzie  i  u  kogo  się  znajdujesz  –  wycedził  przez 
zęby tak, by tylko ona to usłyszała, po czym dodał. – Myślę, że mam eliksir na 
te ugryzienia – powiedział do Babci. – Jest w moim gabinecie w lewej szafce 
nad  komodą.  Wiesz  gdzie  –  dodał  tonem  „Czy-możesz-wyjść-muszę-z-nią-
porozmawiać-na-osobności”.  –  Anno, czy mogłabyś sprawdzić, co się dzieje 
ze  Scorpiusem?  –  dodał  uśmiechając  się  do  niej  czarująco.  Po  chwili 
dziewczyna i Babcia wyszły z kuchni pozostawiając Dracona z Hermioną sam 
na sam. 

background image

 
    Dziewczyna  zamknęła  oczy  obawiając  się,  że  Malfoy  wyciągnie  zza 
pazuchy  różdżkę  i  rzuci  na  nią  Avadę,  by  później  rozpowiedzieć  wszystkim, 
że  niestety,  ale  było  za  późno,  by  uratować  Wiem-To-Wszystko-Granger. 
Jednak  to  co  usłyszała  sprawiło,  że  Hermiona  Granger  otworzyła  oczy 
patrząc zszokowana na swojego pracodawcę. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 7 

 
 
 
 

 
    -  Dziękuję  ci  –  usłyszała  barytonowy  głos.  Nie  wierzyła  własnym  uszom. 
Draco Malfoy dziękował! Zszokowana otworzyła oczy zastanawiając się, czy 
jej wróg nie zwariował. 
 
    - Co? – to było jedyne pytanie, które dała radę wypowiedzieć. 
 
    Malfoy prychnął pogardliwie. 
 
    -  Co  „co”,  Granger?  Nie  masz  w  słowniku  takiego  wyrazu  jak  „dziękuję”? 
Chyba  nie  muszę  tłumaczyć  co  ono  znaczy  –  warknął  spoglądając  złośliwie 
na gryfonkę. Dziwnie się czuł, kiedy tak na nią patrzył – nie odczuwał do niej 
nienawiści  takiej,  jak  kiedyś.  Jednak  ciągle  sprawiało  mu  radość 
denerwowanie jej. Wyglądała wtedy uroczo... 
 
    - Chodziło o to, za co mi dziękujesz – odburknęła cicho, lecz mężczyzna to 
usłyszał i uśmiechnął się triumfalnie. 
 
    -  To  chyba  oczywiste  –  jego  ton  wyraźnie  wskazywał,  że  powód 
podziękowań skierowanych w stronę brunetki powinien być oczywisty. – Za 
to, że doskonale zajmowałaś się moim synem. Swoją drogą, nie sądziłem, że 
obdarzy cię tak wielką sympatią. 
 
    - Nie sądziłeś? – zapytała wybita z pantałyku. – To ty wiedziałeś...? 
 
    Malfoy uderzył się w czoło, jakby o czymś zapomniał. 
 
    -  No  tak,  Granger.  Zapomniałem  z  kim  mam  do  czynienia  –  teatralnie 
wskazał  ją  niedbałym  ruchem  dłoni. – Z najbardziej inteligentną czarownicą 
tego  stulecia.  A  raczej  ubiegłego,  uściślając.  Zastanawia  mnie  jedno...  – 
nieświadomie  odgarnął  z  czoła  kosmyk  włosów,  który  mu  przeszkadzał.  – 
Jak to możliwe? Myślałaś, że nie wiem, kogo trzymam pod własnym dachem? 
Ten,  kto  nadał  ci  ten  tytuł  musiał  być  ślepy.  No, chyba że to był Potter, ale 
przecież, tak swoją drogą, on jest ślepy. 

background image

 
    - Nie obrażaj moich przyjaciół, Malfoy – powiedziała na tyle głośno, na ile 
pozwalał jej w tym momencie głos. 
 
    -  Tak  się  składa,  Granger,  że  jesteśmy  w  moim  domu,  a  jak  pewnie  wiesz 
„wolność Tomku w swoim domku”. Nie mów, że tego nie znasz, bo i tak ci 
nie  uwierzę.  Poza  tym  nawet  mój  syn  wie,  że  nie  potrafisz  kłamać,  dlatego 
proszę, oszczędź mi tych nieudanych łgarstw. Im więcej gadasz, tym gorzej 
dla ciebie – dodał widząc, że chce coś powiedzieć. 
 
    - Od kiedy tak się przejmujesz tym, co jest dobre dla mnie? – zapytała siląc 
się na ironię. 
 
    Nieudolnie, co zauważył Malfoy uśmiechając się do niej bezczelnie. 
 
    -  Może  od  czasu,  w  którym  zacząłem  ci  płacić  za  opiekę  i  naukę  mojego 
dziecka? 
 
    - Nikt ci tego nie każe robić – odpyskowała. 
 
    -  Oczywiście  –  odpowiedział  siadając  na  krześle.  –  Ale  jak  wiesz,  to  ja 
decyduję  kto,  co,  gdzie  i  jak  w  tym  domu.  A  jeśli  powiedziałem,  że  chcę, 
żebyś pracowała dla mnie - to tak będzie. 
 
    - Nie pracuję dla ciebie. Pracuję dla Scorpiusa. 
 
    Malfoy spojrzał na nią z rozbawieniem. 
 
    -  Poprawka:  pracujesz  dla  mnie  zajmując  się  Scorpiusem.  To  ja  ci  płacę,  a 
nie  on.  Poza  tym  nie  wykorzystuj  mojego  dziecka  do  podważania  moich 
argumentów. 
 
    Na  chwilę  w  pomieszczeniu  zapadła  grobowa  cisza.  Hermiona,  podobnie 
jak Draco była pochłonięta we własnych myślach. Zastanawiała się, jak to się 
stało,  że  nie  skojarzyła  małego  blondynka  z  jej  odwiecznym  wrogiem. 
Przecież byli jak dwie krople wody. 
 
    Z  tą  różnicą,  że  oczy  Scorpiusa  wyrażały  miłość,  zaś  Dracona  chłód  i 
niedostępność. 
 

background image

    - Dlaczego mnie przyjąłeś na to stanowisko? – zapytała po chwili ciszy. 
 
    -  Nie  wiem  co  mną  kierowało  –  odpowiedział  nazbyt  szczerze,  co 
zaskoczyło  jego  samego  tak  samo,  jak  Hermionę.  –  Kiedy  zadzwoniłaś  do 
Babci właśnie wtedy zastanawialiśmy się nad przyjęciem na tą posadę kogoś 
innego,  jednak  kiedy  usłyszałem  twoje  nazwisko  od  razu  podjąłem 
ostateczną decyzje. 
 
    - Chciałeś mnie upokorzyć, prawda? – zapytała. 
 
    -  Upokorzyć?  –  zapytał  zaskoczony.  –  Granger,  to  zaszczyt  dla  ciebie,  że 
przebywasz  w  towarzystwie  mojego  syna.  Powinnaś  oddawać  mu  hołd  za 
to, że chce mieć z tobą do czynienia. 
 
    - Nie przesadzaj – warknęła – twój synek nie jest wcale taki kochany, jak ci 
się wydaje. – Zełgała, jednak Malfoy uniósł leniwie lewą brew, sprawiając że 
Hermiona  zrobiła  się  cała  czerwona  ze  wstydu.  Rzeczywiście,  nie  potrafiła 
kłamać. Małego Scorpiusa traktowała jak najwspanialsze dziecko na świecie. 
 
    - A już miałem nadzieję, że się zmieniłaś, Granger – powiedział rozbawiony 
wyciągając  zza  pazuchy  różdżkę.  –  Ale  nie.  Tyle,  że  wiesz...  –  dodał  nagle 
znajdując  się  przy  niej  i  szepcząc  do  ucha  –  nie  waż  się  więcej  obrażać 
mojego  dziecka,  bo  inaczej  cię  zabiję.  Możesz  obrażać  mnie,  ale  nie 
Scorpiusa, zrozumiałaś? – przyłożył różdżkę do jej gardła. 
 
    - Nigdy bym go nie obraziła – powiedziała cicho starając się, by nie usłyszał 
w jej głosie paniki. 
 
    - Ja myślę – odpowiedział Malfoy, po czym się odsunął krzycząc: - Na gacie 
Merlina! Znalazła Babcia ten eliksir czy nie?! 
 
    Babcia  natychmiast  weszła  do  kuchni  z  małą  fiolką,  którą  podała 
Draconowi. On chwilę spoglądał na jej zawartość, po czym podał Hermionie. 
 
    -  Masz.  Twoje  zdrowie,  Granger  –  powiedział  unosząc  brwi  i  przy  okazji 
uśmiechając się złośliwie. Dziewczyna wypiła na raz całą dawkę, smakowała 
ohydnie,  ale  zadziałała  natychmiast:  rany  zaczęły  znikać,  a  zamiast 
swędzenia  czuła  lekkie  mrowienie  przynoszące  ulgę.  Nie  zauważyła,  że 
Malfoy  przygląda  jej  się  z  lekką  obawą  ściskając  mocno  pięści  tak,  że  aż 

background image

zbielały  mu  knykcie.  Zamknęła  oczy  chcąc  się  zrelaksować.  Czuła  się  tak 
dobrze... 
 
    -  Granger  –  wyszeptał  Malfoy,  ale  kiedy  Hermiona  nic  mu  nie 
odpowiedziała podszedł do niej i lekką nią potrząsnął. – Granger? 
 
    To  też  jednak  nie  podziałało,  więc  zrobił  coś,  czego  nikt  nigdy  by  się  po 
nim nie spodziewał – uderzył ją w twarz. 
 
    -  Granger!  –  warknął,  kiedy  dziewczyna  otworzyła  przymrużone  oczy.  – 
Wstawaj. 
 
    - Chcę spać – odpowiedziała. 
 
    - Nie możesz spać. Pamiętaj, że nie jesteś tutaj od spania, tylko od zajęcia 
się Scorpiusem. 
 
    - To jego wina, że pogryzły mnie komary. Chciał iść łowić ryby. No to ma te 
ryby. 
 
    - To nie jest jego wina, tylko twoja, idiotko! – Malfoy był wściekły. Nie mógł 
pozwolić,  by  dziewczyna  zasnęła.  Mogłaby  to  mieć  niewłaściwe  skutki 
uboczne. – Trzeba było na siebie rzucić odpowiednie zaklęcie. 
 
    - Nie znam takiego – odpowiedziała czerwieniąc się przy tym jak piwonia.  
Draco poczuł, że zaraz go szlag trafi, jeśli dziewczyna nie weźmie się w garść. 
 
    -  Chyba  odznaczę  ten  dzień  świętem  narodowym  –  zaszydził  Malfoy.  – 
Granger nie zna jakiegoś zaklęcia! Chyba zaraz umrę z wrażenia. Ostrzegam 
cię, Granger. Jeśli w tej chwili nie wstaniesz to wywalę cię stąd na zbity pysk i 
dam ci taką opinię, że nawet na sprzątaczkę u mugoli cię nie przyjmą. 
 
    - Ależ, Draco! Wyrażaj się w stosunku do damy –  zawołała urażona Babcia. 
 
    -  Przepraszam,  ma  Babcia  rację  –  odpowiedział  skruszony  Malfoy,  co 
sprawiło,  że  Hermiona  otworzyła  oczy.  –  No  wreszcie,  Granger.  A  teraz 
wstawaj i chodź – chwycił ją za rękę podrywając ją z kanapy i wyprowadzając 
z kuchni. 
 

background image

    Hermiona,  która  jeszcze  nie  doszła  do  siebie,  szła  za  Malfoy’em, 
prowadzona  za  rękę  jak  małe  dziecko,  do  salonu,  gdzie  czekał  na  nich 
Scorpius. Był cały zapłakany. Brunetka natychmiast zrozumiała, że powinna 
była  szybciej  posłuchać  Malfoy’a  i  przyjść  zobaczyć,  co  z chłopcem. Szybko 
wyrwała  rękę  z  uścisku  Dracona,  by  po  chwili  znaleźć  się  przy  blondynku  i 
przytulić go jak najcenniejszy skarb. 
 
    - Spokojnie. Dlaczego płaczesz? – zapytała słodkim głosem, który sprawił, 
że Draco, który stał nieopodal musiał się czegoś przytrzymać, by nie upaść z 
wrażenia. Jej ton był tak przesiąknięty dobrocią i miłością, że mężczyzna ze 
szczerą przyjemnością stwierdził, że mógłby go słuchać cały czas. Po chwili 
zrozumiał, co właśnie pomyślał i sprawiło to, że spojrzał na gryfonkę jak na 
kobietę. Prawdziwą kobietę. 
 
    -  Bo...  ja...  –  zaczął  Scorpius  chlipiąc.  –  Hermiono!  –  rzucił  jej  się  na  szyję 
tuląc najmocniej jak potrafił. – To moja wina... 
 
    Draco  patrzył  na  tą  sytuację  z  przerażeniem.  Jego  dziecko  tuliło  się  do 
szlamy  oskarżając  siebie  za  to,  że,  z  jej  głupoty,  stała  jej  się  krzywda.  Nie 
mógł tego znieść. Serce go bolało na ten widok, ale nie mógł nic zrobić. Nie 
mógł  podejść  do  kobiety  i  odebrać  jej  dziecka,  bo  sprawiłby  tym 
blondynkowi większy ból. A tego przecież nie chciał. Musiał czekać na dalszy 
rozwój sytuacji. 
 
    -  Scorpiusie,  co  ty  mówisz?  –  zapytała  zaskoczona  Hermiona.  –  Kto  ci 
naopowiadał takich głupot? 
 
    -  Anna  mówiła...  że  jesteś  chola...  przes  komaly...  –  wypowiedział  malec 
płacząc jeszcze głośniej.  
 
    -  Właśnie:  przez  komary,  a  nie  przez  ciebie,  kochanie  –  Hermiona  nie 
cierpiała zwracać się do niego w takich sytuacjach po imieniu: było dla niego 
zbyt dorosłe. – No, już, skarbeńku, nie płacz, przecież nic mi nie jest. Zobacz. 
Tatuś  podał  mi  lek  i  już  jestem  zdrowa  –  chłopiec  spojrzał  zapłakanymi 
oczkami na Hermionę. – Widzisz? Już w porządku. Jestem cała i zdrowa. 
 
    Mały  blondynek  uśmiechnął  się  lekko  do  dziewczyny,  na  co  ona 
instynktownie pocałowała go w czółko. 
 

background image

    - Kochanie – zwróciła się do Scorpiusa – nigdy nie myśl, że coś mogłoby się 
komuś stać z twojej winy. To nie prawda! Jesteś najwspanialszym chłopcem, 
jakiego  znam,  słoneczko.  Jak  więc  ktoś  o  tak  dobrym  serduszku  jak  ty 
mógłby sądzić, że ktoś przez niego cierpi? 
 
    Draco  mimowolnie  zagryzł  dolną  wargę.  Nie  mógł  słuchać,  jak  ta  kobieta 
zwraca się do jego syna. Nie mógł zrozumieć, jak ktoś taki jak Granger mógł 
mieć  doskonałe  podejście  do  jego  dziecka.  Do  tej  pory  żadnej  się  nie 
udawało. Żadnej. A tu? Granger od razu trafiła do jego serca... 
 
    -  Ale  mama  Astoria  przeze  mnie  umalła  –  wyszeptał  cicho  patrząc 
niepewnie na Dracona, nie wiedząc, jak się zachować. Hermiona poczuła, że 
do oczu napływają jej łzy. Tak bardzo kochała tego małego blondynka... 
 
    -  Skarbie  –  powiedziała  odwracając  się  w  stronę  Malfoy’a.  –  Twoja 
mamusia nie umarła przez ciebie, rozumiesz? – zapytała chłopca nie patrząc 
w  stronę  Dracona,  mimo  że  podążała  w  jego  kierunku.  –  Twoja  mamusia 
umarła, bo była chora, prawda Draco? – zapytała po raz pierwszy zwracając 
się do Malfoy’a po imieniu. 
 
    -  Prawda  –  odpowiedział  zdławionym  głosem.  –  I  nie  wolno  ci  sądzić 
inaczej,  Scorpiusie  –  Hermiona  skrzywiła  się,  kiedy  usłyszała  imię  chłopca 
wypowiedziane przez Dracona. – I nie przejmuj się Hermioną. Nic jej nie jest i 
nic się jej nie stanie, dopóki będzie z nami, prawda synku? 
 
    -  Tak  –  odpowiedział  chłopiec  mocniej  się  przytulając  do  dziewczyny.  – 
Hermiona zostaniesz ze mną na zawsze? – zapytał z nadzieją w głosie, na co 
dziewczyna  zesztywniała.  Popatrzyła  na  Dracona  wzrokiem  Zobacz-Co-Ty-
Zrobiłeś,  po  czym  roześmiała  się,  jakby  to  był  dobry  żart.  Pocałowała 
Scorpiusa w czółko, po czym podała go Draconowi. 
 
    - Zostanę z tobą, skarbie tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. 
 
    Mały  się  uśmiechnął  promiennie  najpierw  do  Hermiony,  a  potem  do  ojca, 
który go przytulił do siebie. Spojrzał na Hermionę wdzięcznie wypowiadając 
szeptem  „dziękuję”,  na  co  brunetka  odpowiedziała  lekkim,  ale  nieśmiałym 
uśmiechem.  Oboje  wiedzieli,  że  jeśli  chcą,  by  dziecko  było  szczęśliwe,  to 
muszę przestać odnosić się do siebie wrogo. 
 
    A przynajmniej w obecności Scorpiusa. 

background image

ROZDZIAL 8 

 
 
 
 
 

    - Żartujesz? – wyszeptała Ginny, kiedy Hermiona przyszła do Potterów, ze 
Scorpiusem, w odwiedziny. – To przecież jest... – nie skończyła widząc wzrok 
przyjaciółki. 
 
    -  Dzień  dobly – powiedział Scorpius trzymając Hermionę za rękę i patrząc 
ufnym wzrokiem na Ginny, która pod wpływem tego spojrzenia poczuła, że 
się rozpływa. 
 
    - Dzień dobry, kochanie – odpowiedziała Ginny kucając. – Jak masz na imię? 
 
    -  Scorpius,  proszę  pani  –  odpowiedział,  po  czym  spojrzał  promiennie  na 
Hermionę. 
 
    Ginny  nie  mogła  uwierzyć  widząc  małego  Malfoya  u  niej  w  domu.  Pani 
Potter  zastanawiała  się  na  początku,  czy  jej  przyjaciółka  czasem  nie  upadła 
na głowę, ale widząc z jaką miłością dziecko patrzyło na Hermionę doszła do 
wniosku, że jednak nie. 
 
    Weszli  do  domu, gdzie Harry właśnie kończył jeść obiad. Widząc swojego 
małego  gościa,  o  mały  włos  by  się  zakrztusił  sokiem  dyniowym,  który 
właśnie  pił.  James,  który  śmiał  się  z  ojca  właśnie  schował  się  za  nim,  kiedy 
ujrzał  blondwłosego  chłopczyka,  który  nie  wiedział  co  ma  ze  sobą  zrobić. 
Kurczowo trzymał się ręki Hermiony. 
 
    - Hermiono! – powiedział Harry tonem, który zdradzał radość, zaskoczenie, 
szok oraz niepewność. 
 
    - Cześć Harry! Zobacz James, przyprowadziłam ci kolegę. No chodź, nie bój 
się  –  dodała  kucając  obok  małego  blondynka,  kiedy  czarnowłosy  chłopiec 
podszedł do nich bliżej. – Poznajcie się. James, to jest Scorpius. Scorpius, to 
jest James. 
 

background image

    Chłopcy popatrzyli na siebie nieśmiało, na co Hermiona uśmiechnęła się do 
nich przyjaźnie. 
 
    - James, weź Scorpiusa do pokoju i pokaż mu swoje zabawki – powiedziała 
Ginny patrząc rozmarzonymi oczami na małego Malfoya, który zarumienił się 
słysząc swoje imię wypowiedziane z ust rudej kobiety. 
 
    - Hermiono, mogę iść? – zapytał szeptem, na co Harry zareagował nagłym 
atakiem kaszlu. 
 
    -  Oczywiście,  kochanie  –  odpowiedziała  uśmiechając  się  do  chłopca, 
puszczając atak kaszlu mimo uszu. – Tylko pamiętaj, co mi obiecałeś. 
 
    -  Dobrze  –  powiedział,  po  czym  poszedł  za  Jamesem  do  jego  pokoju, 
zostawiając dorosłych w salonie. 
 
    Hermiona wstała, po czym spojrzała na przyjaciół wymownie. 
 
    -  Przepraszam  was,  ale  nie  mogę  już  patrzeć  na  to,  jaki  on  jest  samotny. 
Nie ma żadnego kontaktu z rówieśnikami. 
 
    -  Nie  mówiłaś,  że  to  syn  Malfoya  –  powiedziała  Ginny  wysyłając  talerz 
Harry’ego, do zmywarki, odpowiednim zaklęciem. 
 
    -  Sama  się  niedawno  dowiedziałam  –  powiedziała siadając  na kanapie, po 
czym westchnęła. – I błagam, Harry, nic mi nie mów na jego temat, bo mam 
go po dziurki w nosie. Przyszłam tutaj, by o nim nie myśleć. 
 
    Ginny popatrzyła na nią z rozbawieniem. 
 
    -  Co  masz  na  myśli,  Hermiono,  mówiąc:  by  o  nim  nie  myśleć?  –  zapytał 
Harry  szczerząc  się  do  swojej  żony,  na  co  Hermiona  parsknęła  śmiechem. 
Trafił swój na swego, pomyślała. 
 
    -  Och,  przestań  Harry!  –  powiedziała  po  chwili.  –  To  naprawdę  nie  jest 
śmieszne.  Wczoraj  dwie  godziny  musiałam  wysłuchiwać  krzyków  Lisy. 
Twierdziła,  że  nie  chce  bym  mieszkała  w  jego  domu.  Na  co  Malfoy  zaczął 
wrzeszczeć, że to jej wina, ponieważ nie chce zamieszkać z nim. Darli się tak 
do  pierwszej  w  nocy,  dopóki  nie  przyszłam  i  nie  zwróciłam  im  grzecznie 
uwagi, że w domu śpi małe dziecko. 

background image

 
    -  I  zapewne  nie  byli  zachwyceni  –  dopowiedziała  Ginny,  na  co  Hermiona 
przytaknęła jej ruchem głowy. 
 
    - Malfoy wpadł w szał. Myślałam, że mnie zabije za to, że weszłam do jego 
gabinetu  bez  pytania  i  zakłóciłam  tą  dyskusje,  jednak  on  tylko  przyznał  mi 
rację, po czym wyrzucił swoją narzeczoną z domu dając jej czas do namysłu. 
Oczywiście nie obyło się bez obelg w moją stronę. 
 
    - A to suka – wyszeptała Ginny, po czym zasłoniła sobie usta. Przypomniała 
sobie,  że  miała  nie  przeklinać  w  obecności  dzieci.  Na  szczęście  żadnego 
malucha w pobliżu nie było. – Przepraszam, wymknęło mi się. 
 
    - A co na to Malfoy? – zapytał Harry zaskoczony reakcją swojego wroga. 
 
    -  Zaczął  mi  truć,  jaka  to  Lisa  jest  uparta.  Jest  święcie  przekonany,  że  ta 
laleczka kocha jego dziecko i tylko dlatego z nią jest. Szkoda, iż nie widzi, że 
jest z nim dla pieniędzy. 
 
    - No co ty gadasz?! – zawołali równocześnie państwo Potterowie. 
 
    - To niemożliwe, żeby Malfoy był aż tak ślepy – dodał szybko Harry. 
 
    -  Wiesz  –  zaczęła  powoli  Hermiona.  –  Wydaje  mi  się,  że  on  tylko  chce  za 
wszelką  cenę  znaleźć  dziecku  matkę  –  powiedziała  cicho.  –  Na  początku 
pobytu w rezydencji dowiedziałam się o jego konflikcie z dziadkami chłopca 
od  strony  matki.  Myślę,  że  chcą  mu  odebrać  Scorpiusa  –  dodała  cicho 
spoglądając niepewnie na drzwi. 
 
    Przez  chwilę  w  salonie  państwa  Potterów  panowała  dziwna  atmosfera. 
Każdy  był  pochłonięty  we  własnych  myślach.  Najbardziej  jednak  spięty  był 
Harry, który szybko ujawnił swoje emocje: 
 
    - Przecież nie mogą odebrać dziecka ojcu! 
 
    Ginny  pogłaskała  go  po  dłoni,  na  co  Hermiona  uśmiechnęła  się 
mimowolnie.  Zazdrościła  im.  Z  nich  po  prostu  emanowała  miłość  na  wielką 
skalę.  Gdyby  można  było  zrobić  bombę  z  ich  miłości,  to  Hermiona  była 
przekonana, że miałaby moc bomby atomowej. 
 

background image

    -  Mogą,  Harry,  jeśli  udowodnią  sądowi,  że  Malfoy  jest  złym  ojcem  – 
Hermiona zrobiła w powietrzu jakiś gest nie wiedząc co miał oznaczać. – Nie 
chcę  o  tym  myśleć.  Dzisiaj  rano  zrobił  mi  awanturę,  że  Scorpius  za  dużo 
siedzi  w  domu.  Skoro  tak  to  postanowiłam  zabrać  go  do  was,  by  poznał 
Jamesa i Ala, a później zabieram go do zoo. 
 
    -  Chcesz  go  zabrać  do  zoo?  –  zapytał  Harry  ze  śmiechem  przypominając 
sobie swoją przygodę w ogrodzie botanicznym, kiedy miał dziesięć lat. – Nie 
boisz się, że wypuści jakieś zwierzę z klatki, bądź terrarium? 
 
    Hermiona spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka. 
 
    - Nic się złego nie stanie – powiedziała z mocą w głosie. – Przecież będzie 
ze mną. 
 
    I rzeczywiście nic się nie stało. Podczas pobytu w zoo zobaczyli wszystkie 
nie-magiczne  stworzenia,  jakie  tam  trzymano.  Chłopiec  był  zachwycony 
żyrafami,  lwami  i  innymi  dużymi  zwierzętami.  Sam  nawet  chciał  zabrać  do 
domu małego białego tygryska, jednak, kiedy tygrysica zawyła mu do ucha, 
na  co,  ku  zaskoczeniu  Hermiony,  zareagował  ze  śmiechem,  postanowił,  że 
zostawi „małego kotka” z mamusią, żeby mu nie było samemu smutno. 
 
    Po  wycieczce  w  zoo  Hermiona  zabrała  Scorpiusa  na  Pokątną,  gdzie 
mieściła się siedziba Magicznych Dowcipów Weasleyów. Ron świetnie dawał 
sobie  radę  zastępując  Freda,  który  zginął  podczas  Wielkiej  Bitwy.  Nie 
przeszkadzało  to  jednak  w  tworzeniu  wspólnych  wynalazków  bliźniaków  – 
George  miał  w  swoim  gabinecie  namalowany  portret  Freda  z  którym 
naradzał się w każdej sprawie. To on nadal był głównym dowodzącym w ich 
interesach.  Wprawdzie  nie  był  człowiekiem,  ale  był  obrazem.  Mimo 
wszystko  cała  rodzina  Weasleyów  przyzwyczaiła  się  do  obecności  Freda  na 
obrazach,  które  były  w  domach  każdego  członka  rodziny  –  Hermiona 
żałowała,  że  i  ona  nie  ma  takiego  portretu  w  swoim  pokoju.  Uwielbiała 
rozmawiać z Fredem. 
 
    - Cześć Hermiono! – powiedzieli równocześnie bliźniacy, gdy znalazła się w 
gabinecie George’a. – Co u Ciebie słychać? – dodał Fred. 
 
    -  Dzięki,  wszystko  w  porządku.  Czy  macie  coś  fajnego  i  niegroźnego  dla 
czteroletniego chłopca? – dodała wskazując głową na swojego towarzysza. 
 

background image

    -  Na  gacie  Merlina!  –  zawołali  razem.  –  Hermiono,  nie  chcesz  mi  chyba 
powiedzieć, że o czymś nie wiem? – zapytał zszokowany George. 
 
    - Nie – zaśmiała się Hermiona widząc miny bliźniaków. – To nie moje, tylko 
Malfoya. 
 
    - A od kiedy ty zajmujesz się małym Malfoyem? – zapytał podejrzliwie Fred 
podchodząc  bliżej  ramy  obrazu,  by  lepiej  widzieć.  –  Istotnie!  Skóra  zdjęta  z 
Malfoya – zawyrokował odwracając się w stronę swojego brata. 
 
    -  No,  to  Hermiono,  czas  na  wyjaśnienia  –  powiedział  George  siadając 
wygodnie w swoim fotelu. 
 
    Brunetka machnęła ręką biorąc Scorpiusa na ręce. 
 
    -  Nie  ma  co  wyjaśniać.  Potrzebowałam  pracy,  a  Malfoy  potrzebował 
guwernantki do dziecka, więc dał mi pracę. Koniec. 
 
    George uniósł do góry brwi przyglądając się Hermionie z zaciekawieniem. 
 
    - Tylko tyle? – zapytał zawiedziony Fred. – A już miałem nadzieję na jakieś 
wątki erotyczne... 
 
    -  Fred,  wybacz,  ale  nawet  jeśliby  były,  to  bym  ci  ich  nie  zdradziła  – 
odwarknęła  Hermiona,  na  co  on  zareagował  głośnym  śmiechem,  a  ona 
zrobiła się czerwona jak piwonia. – No, ej, przestańcie! Ze mną jest dziecko! 
 
    -  Jakie  dziecko?  –  zapytała  Ron,  który  właśnie  wszedł  do  gabinetu 
George’a.  –  Ach,  ten  twój  słodziak,  o  którym  opowiadała  mi  Ginny.  Cześć 
maleńki, jak się masz? – dodał podchodząc do chłopca. – Ale przecież to mały 
Malfoy! – zawołał strasząc chłopca, który wtulił się mocno w Hermionę. Po 
chwili poczuła, że jej bluzka jest mokra od łez Scorpiusa. 
 
    -  A  oto  król  taktu  i  elokwencji  –  warknęła  Hermiona.  –  Scorpius, 
przestraszyłeś  się  wujka  Rona?  –  zapytała  chłopca,  na  co  malec  głośniej 
zachlipał.  –  I  widzisz  Ron?  Jak  mogłeś  coś  takiego  zrobić?  Zresztą...  Czego 
mogłam  się  po  tobie  spodziewać?  –  dodała,  po  czym  zaczęła  uspokajać 
chłopca, pozwalając rozmawiać chłopakom o ich interesie. 
 

background image

    -  Załatwiłeś  wszystko,  Ron?  –  zapytał  George  wyciągając  z  biurka  jakieś 
dokumenty. 
 
    - Tak, więc proszę cię zamknijmy ten sklep dzisiaj o odpowiedniej godzinie, 
bo inaczej Lav mnie zabije – dodał jęcząc przy tym. 
 
    -  A  co,  braciszku?  Czyżby  rocznica  ślubu?  –  zapytał  złośliwie  Fred,  na  co 
George  parsknął  śmiechem.  Kto  jak  kto,  ale  Ron  był  mistrzem  w 
zapominaniu o rocznicy swojego ślubu. 
 
    -  Przestańcie,  okej?  Po  prostu  obiecałem  Lav,  że  dzisiaj  się  nie  spóźnię. 
Mama obiecała przypilnować Rose, więc wiecie... 
 
    -  No,  dobra  –  powiedział  Fred.  –  Leć  do  tej  twojej  Józefiny  –  Hermiona 
spojrzała  na  niego  jak  na  wariata.  –  No  co?  –  zapytał  zaskoczony.  –  Nigdy 
„Titanica” nie oglądałaś? 
 
    - Oglądałam, ale nie sądziłam, że ty oglądałeś. W końcu to dzieło mugoli. 
 
    - Ja tam lubię mugoli – powiedzieli równocześnie bliźniacy. 
 
    -  Ja  też  –  dodał  Ron,  który  był  już  ubrany  w  zwykłe  ciuchy,  a  nie  w 
kombinezon, który do tej pory miał na sobie. – Gdyby nie to, to by cię tutaj 
Hermiono nie było. 
 
    - Geniusz się znalazł – odmruknęła.  
 
    –  Leć  do  żony,  bo  czeka!  –  krzyknęli  bliźniacy  poganiając  najmłodszego 
brata. Po chwili usłyszeli znajomy dźwięk teleportacji. 
 
    -  Co  za  idiota!  –  warknął  George  wstając  z  fotela.  –  Już  milion  razy 
mówiłem  mu,  by  nie  teleportował  się  bezpośrednio  ze  sklepu.  Chodź 
Hermiono, znajdziemy coś dla twojego małego przyjaciela. 
 
    Kilkanaście  minut  później,  brunetka  wraz  z  blondynkiem  wyszli 
obładowani  różnymi  magicznymi  zabawkami.  Były  tak  ciężkie,  że  Hermiona 
postanowiła deportować ich przed dom. Weszli z uśmiechami na twarzy do 
wielkiej rezydencji, gdzie czekała niemała niespodzianka.  
 
 

background image

ROZDZIAL 9 

 
 
 
 

 
    -  Co  się  dzieje?  –  zapytała  Hermiona  Annę,  kiedy  razem  ze  Scorpiusem 
weszli już do domu, ale dziewczyna zamiast odpowiedzieć uciekła do kuchni. 
 
    W  salonie  stała  Lisa  Miller,  która  machając  różdżką  zaczęła  przestawiać 
wszystkie  meble  w  pomieszczeniu.  Mały  Scorpius  patrzył  na  to  wszystko  z 
otwartą  buzią  nie  wiedząc,  co  ma  zrobić.  Upuścił  zabawki,  które  trzymał  w 
rączkach – resztę miała spakowane Hermiona – na ziemię, które rozbiły się z 
głośnym  trzaskiem,  kiedy  Lisa  za  pomocą  różdżki  wysłała  je  gdzieś. 
Hermiona  przywołała  je  z  powrotem,  by  po  chwili  spakować  do  swojej 
magicznej pomniejszającej torby porozrzucane zakupy. Nie chciała, żeby się 
popsuły – jak Scorpius nie będzie ich potrzebował, zawsze można je odesłać 
do jakiegoś sierocińca. 
 
    W  tym  samym  momencie,  gdy  Hermiona  wstała  z  podłogi  –  ze 
schowanymi już zabawkami – Lisa odwróciła się i uśmiechnęła sztucznie do 
Scorpiusa. 
 
    - Och, jesteś już, skarbie – powiedziała podchodząc do niego. Pocałowała 
chłopca  w  policzek  zostawiając  po  sobie  ślad  różowej  szminki  na  bladym 
policzku – Gdzie byłeś? 
 
    Scorpius mruknął coś w odpowiedzi, lecz nikt tego nie usłyszał. 
 
    -  Co  mówisz,  kochanie?  –  Hermiona  miała  ochotę  rzucić  w  nią  czymś 
słysząc  ten  wymuszony  ton.  Początkowo  nie  miała  zastrzeżeń  do 
dziewczyny, ale z każdą chwilą nie lubiła jej coraz bardziej. 
 
    - Byliśmy z Hermioną w zoo – powiedział nieco głośniej. 
 
    - Co?! – wykrzyknęła Lisa spoglądając wściekłym wzrokiem na Hermionę. – 
Jak śmiałaś... 
 

background image

    -  Przepraszam  panią,  ale  tak  się  składa,  że  pan  Malfoy  pozwolił  mi  się 
zajmować jego dzieckiem, więc nie widzę problemu – Gryfonka przerwała jej 
chłodnym tonem.  
 
    -  Już  niedługo  –  powiedziała  Lisa  zaciskając  szczękę.  –  Jak  Draco  się 
dowie... 
 
    - O czym się dowiem? – przerwał jej owy mężczyzna wchodząc do salonu. – 
A  co  to  do...  –  urwał  widząc  rozjuszone  spojrzenie  narzeczonej.  –  O  co 
chodzi, Liso? – dodał spoglądając na zdenerwowaną kobietę. 
 
    -  Och,  Draco!  –  zawołała  przesłodzonym  głosem,  który  sprawiał  w 
Hermionie  odruch  wymiotny.  Na  szczęście  podszedł  do  niej  Scorpius  i 
uśmiechnął 

się 

lekko. 

Brązowowłosa 

uklękła 

przed 

chłopcem 

odwzajemniając  uśmiech, a nagle poczuła, że dostała od niego pstryczka w 
nos.  Scorpius  wybuchł  perlistym  śmiechem  co  zwróciło  uwagę  jego  ojca. 
który spoglądał na syna z iskierkami w oczach. 
 
     -  ...  i  nie  dość,  że  ta  szlama  zabrała  Scorpiusa  z  domu  na  tak  długo  bez 
pytania, to wzięła go do zoo. Rozumiesz, Draco? Do ZOO! 
 
    Draco spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
 
    - Serio? Scorpius, byłeś dzisiaj w zoo? – zapytał zwracając się do blondynka. 
 
    - Tak! – zawołał podbiegając do ojca i rzucając mu się na szyję. 
 
    - I podobało ci się? – spojrzał na niego wzrokiem pełnym miłości, mierzwiąc 
mu przy okazji jego, nieco przydługie blond, włoski. 
 
    -  Tak!  I  wies,  widziałem  takiego  duuuużego  tyglyska!  I  on  był  biały! 
Chciałem  zabrać  go  do  domu,  ale  Hermiona  powiedziała,  ze  będzie  mu 
smutno bes mamy. Więc go zostawiłem, bo nie chciałem, by był smutny... 
 
     Draco  spojrzał  na  Hermionę  wzrokiem  pełnym  wdzięczności,  na  co  ona 
szybko się odwróciła w stronę Lisy. 
 
    -  Czy  ty  słyszysz,  kochanie  co  do  ciebie  mówię?  –  zapytała  rozzłoszczona 
narzeczona Malfoya. – A co by było, gdyby on się zgubił? Albo gdyby coś mu 
się stało? Przecież on był tam całkiem sam! 

background image

 
    -  Nie  był  sam.  Był  tam  ze  mną  –  powiedziała  cicho  Hermiona  próbując 
trzymać nerwy na wodzy. A wiedziała, że musi to zrobić, by nie stracić pracy, 
która była jej bardzo potrzebna. 
 
    - I poznałem kolegę – mówił dalej Scorpius nie zwracając uwagi na to, co 
mówiła,  do  jego  ojca,  Lisa.  Teraz  się  liczyła  tylko  ta  dwójka.  –  Ma  na  imię 
James  i  ma  tyle  lat  co  ja!  I  ma  taką  ładną  i  miłą  mamę.  I  ona  ma 
pomarańczowe włosy – dodał śmiejąc się do ojca. 
 
    -  Pomarańczowe?  –  zapytała  Draco  zezując  lekko  na  Hermionę,  lecz  ona 
sprytnie udawała, że tego nie widzi. 
 
    - Tak. I jest bardzo fajna! 
 
    Przez  chwilkę  rozmawiali  całkowicie  ignorując  Lisę,  która  powoli 
dostawała furii, po czym Draco zwrócił się do niej: 
 
    -  Kochanie,  mogłabyś  zaprowadzić  Scorpiusa  do  pokoju?  Ja  zaraz  do  was 
dojdę. Proszę – dodał widząc wzrok narzeczonej. 
 
    Oburzona  Lisa  chwyciła  Scorpiusa  za  rękę,  po  czym  wyszła  z  salonu 
trzaskając  drzwiami.  Draco  przez  chwilę  przysłuchiwał  się,  czy  kobieta 
odeszła  do  drzwi  –  podejrzewał,  że  za  wszelką  cenę  chciała  podsłuchać  – 
słysząc oddalające się kroki, rozsiadł się w fotelu. Machnął różdżką, po czym 
przed nim wylądowała szklanka wody. Upił kilka łyków i spojrzał na Granger 
zdziwiony. 
 
    -  Czemu  nie  usiądziesz?  –  spytał  zdawkowym  tonem,  na  co  kobieta 
poczuła,  że  się  rumieni.  Spuściła  głowę  siadając  na  brzegu  najbliżej 
położonej sofy. 
 
    Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu Hermiona nie wytrzymała: 
 
    - Czego ode mnie chcesz? – zapytała oskarżycielskim tonem. 
 
    -  Chyba  masz  mi  coś  do  powiedzenia,  Granger  –  Malfoy  patrzył  na  nią  z 
wyższością. 
 

background image

    Hermiona  poczuła,  że  jej  policzki  zaczynają  się  robić  jeszcze  bardziej 
czerwone. 
 
    - Ja... – zaczęła. – Nie wiedziałam, co mamy ze sobą zrobić. Chodziliśmy po 
parku  i  tak  samo  wyszło,  że  postanowiłam  odwiedzić  moich  przyjaciół. 
Dawno ich nie widziałam, a przy okazji doszłam do wniosku, że Scorpiusowi 
dobrze  zrobi  kontakt  z  innymi  dziećmi.  Wiem,  że  powinnam  ciebie  o  to 
zapytać, ale... 
 
    - Nie mówię o tym, Granger – przerwał jej. – Chociaż nie powiem, dziwię ci 
się.  Byłem  pewien,  że  już  dawno  zabierzesz  go  do  Potterów.  To  akurat  nie 
ma znaczenia. Usiłuję go wychować na zwykłe dziecko, nie na arystokratę. W 
końcu pozwalam mu na kontakt z... 
 
    - Ze szlamem – dokończyła. 
 
    -  Nie  wyrażamy  się  w  tym  domu  wulgarnie,  Granger  –  upomniał  Draco 
spoglądając na Hermionę z rozbawieniem. – Miałem na myśli kontakt z obcą 
dla niego kobietą. 
 
    Brązowowłosa  poczuła,  iż  jej  czerwone  policzki  przybierają  barwę 
buraków. Było jej wstyd. 
 
    - Więc? – zapytał patrząc na nią z wyczekiwaniem. 
 
    -  Ale  o  co  chodzi?  –uniosła  głowę  do  góry.  Kompletnie  nie  wiedziała,  co 
blondyn ma na myśli. Przecież nie miała przed nim nic do ukrycia – wszystko, 
co robiła było w tym domu legalne. 
 
    - Granger, Granger... – westchnął, dopił wodę ze szklanki, po czym wstał. – 
Jak  zrozumiesz,  że  powinnaś  mi  o  TYM  powiedzieć,  to  wiesz,  gdzie  mnie 
znaleźć  –  dodał,  wychodząc  z  salonu  pozostawiając  Hermionę  kompletnie 
rozbitą. 
 
    Młoda brunetka nie wiedziała o co Malfoyowi chodzi. 
 
    Przecież nie mógł mówić o TYM. Niby skąd miałby  wiedzieć? 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 10 

 
 
 
 
 

    - Cholera... Kurwa mać! – syknął Draco Malfoy próbując zetrzeć ze spodni 
rozlany atrament, który strącił odkładając list. Gorzej już być nie mogło. 
 
    -  Co  się  dzieje?  –  usłyszał  pytane  Babci,  a  jej  głowa  pojawiła  się zza lekko 
uchylonymi drzwiami. 
 
    -  Nic  –  odpowiedział,  próbując  przybrać  obojętny  ton.  –  Rozlał  mi  się 
atrament na spodnie i... 
 
    -  I  próbuje  go  pan  zetrzeć  chusteczką,  zamiast rzucić zaklęcie? – zapytała 
mrużąc oczy. Draco doskonale znał ten wzrok – nie wróżył on nic dobrego. 
 
    Babcia  rozejrzała  się  po  gabinecie,  co  wyglądało  tak,  jakby  się  bała  ,  że 
znajdzie  Lisę  w  tym  pomieszczeniu.  Od  kiedy  owa  kobieta  wprowadziła  się 
do  rezydencji,  Babcia  unikała  jej  jak  tylko  mogła.  Draco  wiedział,  że  nie 
przypadły  sobie  do  gustu.  Zresztą,  Lisa  nikomu  nie  przypadła  do  gustu,  ba, 
ona nawet nie starała się o zdobycie sympatii wśród jego „personelu”, który 
był traktowany jak rodzina. Mimo, iż nie jadali ze sobą posiłków i nie bratali 
się  ze  sobą,  Malfoy  każdego  szanował  i  darzył  zaufaniem.  Nawet  Granger, 
która  sprawiła,  że  jego  ukochany  synek  wreszcie  zaczął  być  normalnym 
dzieckiem.  Dzieckiem  nie  przejmującym  się  tym,  iż  jego  ojciec  nie  potrafi 
poukładać własnego życia. 
 
    Pani Spencer usiadła w bujanym fotelu sprowadzonym specjalnie dla niej. 
 
    -  Co  się  stało,  Draco?  –  zapytała  ciepłym  babcinym  głosem,  który  nadal 
wzruszał  mężczyznę  pomimo  tego,  że  znali  się  już  wiele  lat.  Była  dla  niego 
jak  prawdziwa  babcia:  darzyła  go  bezgraniczną  miłością  mimo,  że  tak 
naprawdę byli dla siebie całkowicie obcy. Draco nigdy nie usłyszał od swoich 
babć (które do dzisiaj mają z nim słaby kontakt) tyle miłości w głosie, którą 
na każdym kroku Babcia wyrażała. Traktowała Dracona jak własnego wnuka. 
 

background image

    Blond  włosy  mężczyzna  podał  kobiecie  list,  a  następnie  wziął  do  ręki 
różdżkę i wyszeptał Chłoszczyść. Plama po rozlanym atramencie natychmiast 
znikła.  Oczekiwał  na  reakcję  Babci  wpatrując  się  w  dokumenty,  które  miał 
rozłożone na swoim biurku. Nie musiał czekać długo. 
 
    - Ależ Draco! – wykrzyknęła przerażona Babcia. – To znaczy, że... że... 
 
    -  Tak,  to  znaczy,  że  Lisa  niepotrzebnie  mieszka  z  nami  od  pół  roku  – 
wyszeptał mężczyzna spoglądając swojej rozmówczyni w oczy. Przez chwilę 
przyglądali  się  sobie  w  ciszy,  każdy  był  pogrążony  we  własnych  myślach. 
Draco  gwałtownie  wstał,  wywracając  plik  kartek,  i  zaczął  chodzić  w  tą  i  z 
powrotem po gabinecie. Babcia przyglądała mu się przestraszona. 
 
    -  Nie  przeżyję  jeśli  odbiorą  mi  Scorpiusa  –  powiedział  zachrypniętym 
głosem sprawiając, iż po plecach Babci przeszły dreszcze. 
 
    - Draco, nie abiorą ci syna, jestem tego... – zaczęła drżącym głosem. 
 
    -  Pewna?  –  zapytał  łamiącym  się  głosem.  –  Czy  Babcia  nie  rozumie? 
Greengrassowie  mają  asa  w  rękawie.  Astoria  dała  im  całkowite  prawo  do 
opieki  nad  Scorpiusem,  jeśli  w  przeciągu  pięciu lat znajdę sobie żonę, która 
będzie odpowiednią dla niego matką, albo wyjdę za Dafne! Termin się zbliża, 
a  ja  nie  zamierzam  żenić  się  z  Lisą!  Przecież  ona  go  nie  kocha!  Raczej 
nienawidzi... – wyszeptał, po raz pierwszy wymawiając swoje myśli na głos. – 
Greengrassowie  mają  dobrego  prawnika.  Widziała  Babcia?  Wynajęli  do  tej 
sprawy  samego  Doriana  Naidroka.  Jeśli  znajdzie  na  mnie  jakiegoś  haka  lub 
informację,  która  ukaże  mnie  w  złym  świetle  jako  ojca,  to  przegram.  Ten 
facet  jest  bezwzględny,  cyniczny...  Nie  liczy  się  z  ludzkimi  uczuciami,  zależy 
mu  tylko  na  pieniądzach.  Dla  nich  zrobi  wszystko,  właśnie  dlatego  jest 
najlepszy. Gdzie ja znajdę prawnika, który z nim wygra? 
 
    - Draco, uspokój się. – powiedziała Babcia ostrym tonem, który przywołał 
mężczyznę  do  porządku.  –  Nie  panikujmy  zawczasu,  tylko  pomyślmy  nad 
tym, czy ten cały Nadrok... 
 
    - Naidrok – poprawił automatycznie Draco. 
 
    -  Jeden  Merlin  wie,  jak  on  się  tam  nazywa  –  mruknęła  staruszka.  –  Więc, 
pomyślmy czy on może znaleźć na ciebie coś, co będzie świadczyło na twoją 
niekorzyść. 

background image

 
    Draco spojrzał na Babcie wymownie. 
 
    - No tak... – powiedziała starsza pani. – Ale przecież zatrudniłeś Hermionę 
jako... – urwała nagle, jakby coś ją olśniło. – No właśnie! – zawołała klaskając 
w dłonie. 
 
    -  Co  Babcię  znowu  naszło?  –  zapytał  Dracon  nie  rozumiejąc  zachowania 
Babci. 
 
    -  Poczekajmy  aż  Hermiona  wróci  do  domu  –  odpowiedziała  szybko.  – 
Przecież ona jest z wykształcenia adwokatem. Może coś nam doradzi? 
 
    Draco spojrzał na staruszkę z niedowierzaniem. 
 
    - Gdzie ona jest? – zapytał tonem pozbawionym emocji. 
 
    Kobieta zamyśliła się. 
 
    - Wspominała coś, że ma jakąś sprawę do załatwienia w banku. Ale chyba 
nie chodziło jej o Gringotta, w końcu mogłaby się wtedy skontaktować... 
 
    -  Nie,  to  nie  chodzi  o  Gringotta  –  odpowiedział  Draco  delikatnie  się 
uśmiechając. – To chodzi o  Bank Barclays. 
 
    Staruszka spojrzała na niego podejrzliwie. 
 
    - A skąd ty to wiesz? Przecież ze sobą nie rozmawiacie. 
 
    Draco  nieco  się  zmieszał  widząc  przeszywający  wzrok  kobiety,  lecz 
natychmiast się opanował. 
 
    -  Miałem  niedawno  tam  pewną  sprawę  i  widziałem  Granger.  O  coś  się 
kłóciła – skłamał lekko, co przyszło mu z łatwością. Za nic w świecie nikt nie 
mógł się dowiedzieć, po co był w mugolskim banku. 
 
    - A co ty tam robiłeś? 
 
    Och, nie, pomyślał mężczyzna, po czym wybuchnął śmiechem. 
 

background image

    - To tajemnica. 
 
 
 
    Hermiona Granger weszła do rezydencji, a już od progu słyszała krzyki Lisy. 
Nie  rozumiała,  jak  Malfoy  wytrzymuje  z  nią  i  nic  z tym  nie  robi,  w  końcu  w 
domu  jest  małe  dziecko,  które  nie  powinno  wysłuchiwać  codziennych 
krzyków.  Mimo  przyzwyczajenia  do  tych  wrzasków,  Hermiona  nie  mogła 
normalnie  na  nie  reagować.  Sprawiało  to,  że  czuła  się  niepewna 
wszystkiego, co robiła. Jeżeli miała szczerze przyznać, to bała się, że Lisa za 
wszelką cenę chce się jej pozbyć. 
 
    Brązowowłosa nie wiedziała, iż, w tej kwestii, miała zupełną rację – Lisa już 
od  pierwszego  dnia  wywierała  na  Draconie  presję.  A  teraz  pewnie  dopięła 
swego, pomyślała Hermiona wchodząc do salonu. 
 
    Draco  stał  oparty  o  komodę,  tyłem  do  drzwi,  w  których  przystanęła 
brunetka,  zaś  Lisa  siedziała  zapłakana  na  sofie.  Hermiona  natychmiast 
wyszła  –  to  nie  była  jej  sprawa.  Wiedziała,  że  nie  powinna  się  wtrącać  w 
sprawy kochanków. Przeszła do holu, by po chwili oprzeć się o ścianę i móc 
odetchnąć.  Zdawało  jej  się,  że  musiało  stać  się  coś  ważnego,  skoro  Lisa 
płacze. 
 
    A może jest w ciąży? pomyślała. Przecież to możliwe. Lisa, mimo wszystko, 
nie wygląda na kobietę, która chciałaby zostać matką. Wystarczy spojrzeć na 
jej stosunek do Scorpiusa. Hermiona nie mogła zrozumieć dlaczego na myśl 
o tym, iż kobieta jest w ciąży, poczuła smutek. 
 
    Jaki on jest przystojny, usłyszała w swojej głowie myśl. 
 
    - Hermiono Granger, przesadzasz – warknęła do siebie, po czym poszła do 
kuchni, w której zastała, zawzięcie rozmawiające, Annę i Joannę. 
 
    - Cześć – powiedziała brązowowłosa do dziewczyn. – Mogę jakoś pomóc? 
Od kiedy Scorpius jest u dziadków nie mam nic do roboty. 
 
    Dziewczęta uśmiechnęły się do niej szeroko. 
 
    -  Jasne!  –  zawołała  Joanna.  –  Jak  chcesz,  to  pokrój  cebulę  w  kostkę  i 
podsmaż na tamtej patelni. 

background image

 
    -  Dobrze  –  odpowiedziała  Hermiona,  po  czym  poszła  umyć  ręce  przed 
zabraniem się do pracy. 
 
    - I co ona wtedy zrobiła? – Joanna kontynuowała rozmowę. 
 
    -  Zaczęła  krzyczeć,  zwymyślać  go  od  różnych  kretynów  i  inne  podobne 
rzeczy  –  Hermiona  zaczęła  uważnie  słuchać  dialogu  sióstr.  –  Babcia 
powiedziała,  że  nie  będzie  tego  wysłuchiwać  i  wyszła  ze  Stanem,  a  Evan 
nagle  sobie  przypomniał,  że  musi  odebrać  jakąś  ważną  przesyłkę  dla  pana 
Malfoya.  Tak  więc  zostali  sami  –  odpowiedziała  dziewczyna  żywo 
gestykulując i wymachując nożem. 
 
    -  Myślisz,  że  mu  odpuści?  –  zapytała  Joanna  mieszając  w  garnku.  –  W 
końcu... 
 
    - Ja myślę, że oni się rozstaną – powiedziała pewnym głosem Anna. – Nie 
widzisz, jaki on jest nią zmęczony? Poświęca się dla tego chłopca, rezygnuje z 
własnego  życia,  a  teraz  kiedy  okazuje  się,  że  bycie  z  Lisą  wpływa  mu  na 
niekorzyść, to z pewnością się rozstaną. 
 
    Hermiona o mało co nie przypaliła cebuli słysząc to, co powiedziała Anna. 
Szybko zgasiła ogień. 
 
    - Co z tą cebula? – zapytała. 
 
    -  Poczekaj  –  Joanna  wzięła  od  niej  patelnię  i  dodała  cebulę  do  farszu  z 
ziemniaków. – Wymieszaj to i dopraw. 
 
    - A co to jest? – zapytała Hermiona unosząc brwi ze zdziwienia. 
 
    -  Farsz  na  pierogi  –  powiedziała  Anna  śmiejąc  się.  –  Babcia  dostała  ten 
przepis  od  swojej  znajomej  i  kazała  nam  je  zrobić.  Dodaj  pieprz,  sól  i  jakieś 
przyprawy, tylko nie curry i chilli! 
 
    - Dobra. 
 
    Anna i Joanna dalej postanowiły ciągnąc dyskusję na temat Dracona i Lisy. 
 

background image

    -  Lisa  w  ostatnim  czasie  zaczęła  wspominać  panu  Malfoyowi  o  ślubie  – 
zaczęła Anna. 
 
    -  Tak,  wiem.  Babcia  mi  mówiła  –  odpowiedziała  Joanna.  –  Zresztą  Evan 
słyszał  jedną  z  ich  kłótni  na  ten  temat.  Pan  Malfoy  powiedział,  że  weźmie 
ślub  jeśli  ona  zgodzi  się  podpisać  intercyzę,  a  wiesz  przecież,  że  jest  z  nim 
tylko dla pieniędzy. 
 
    Anna westchnęła. 
 
    - Tak... To jest takie smutne, że on marnuje swoje życie dla takiej kobiety. 
Mam nadzieję, że wreszcie odejdzie od niego. 
 
    - Jak weszłam do salonu sprawdzić, co się dzieje, to panna Miller płakała – 
wtrąciła Hermiona niby od niechcenia dodając trochę pieprzu do farszu. 
 
    Joanna spojrzała na Hermionę ze zdziwieniem. 
 
    - To ona umie płakać? – zapytała unosząc brwi. – Myślałam, że z niej to taka 
bezwzględna i bezuczuciowa... 
 
    - Widocznie się myliłyśmy – wpadła jej w słowo Anna, wiedząc, co siostra 
chce powiedzieć. – Ale dla pieniędzy to chyba każdy umie się popłakać... 
 
    - A o co, tak w ogóle, poszło? – zapytała Hermiona mieszając farsz. 
 
    Odpowiedziała jej Anna. 
 
    -  O  Scorpiusa.  Słyszałyśmy,  jak  Lisa  domagała  się,  by  wysłać  go  do 
Foxstone. 
 
    Hermiona spojrzała na nią z zaciekawieniem. 
 
    - Co to jest Foxstone? 
 
    -  To  takie  niby  mugolskie  przedszkole,  które  przygotowuje  dzieci 
czarodziejów, tych bogatych, rzecz jasna, do nauki w Hogwarcie. Pan Malfoy 
dostał szału, kiedy usłyszał o tym pomyśle. Byłyśmy pewne, że ze złości coś 
sobie zrobi. Dobrze, Hermiono. W sam raz – dodała Joanna widząc zrobiony 
farsz. 

background image

 
    Nagle do kuchni wszedł Evan, który z niechęcią spojrzał na Hermionę. 
 
    -  Właśnie  pożegnaliśmy  pannę  Miller  –  powiedział  do  nich  patrząc  na 
Joannę.  –  Pan  Malfoy  chce  z  tobą  rozmawiać,  Hermiono  –  dodał,  po  czym 
wyszedł z kuchni. 
 
    Jak  on  mi  czasem  przypomina  Snape’a,  pomyślała  Hermiona  wychodząc  z 
kuchni. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 11 

 
 
 
 
 

 

- Nie czaj się pod drzwiami, Granger, tylko wejdź – usłyszała Hermiona, 

kiedy zastanawiała nad tym, czy czasem nie uciec, gdzie pieprz rośnie. Co on 
mógł w końcu od niej – nic nie znaczącej szlamy – chcieć? To proste: chciał ją 
wyrzucić!  Z  pewnością  o  to  mu  chodziło.  Skoro  pozbył  się  Lisy,  to  teraz 
przyszła kolej na nią... 
 

- Usiądź – usłyszała miły dla ucha głos. Był inny niż zazwyczaj – nie było 

w  nim  tej  surowości  i  wyższości,  która  zawsze  charakteryzowała  Dracona 
Malfoya. 

 
Młoda  kobieta  usiadła  we  wskazanym  przez  mężczyznę  fotelu,  po 

czym  spojrzała  na  niego  po  raz  pierwszy  od  chwili,  w  której  weszła  do 
gabinetu.  Stał  oparty  o  biurko,  ubrany  w  czarne,  eleganckie  spodnie  i  białą 
koszulę,  którą  miał  do  połowy  rozpiętą.  Hermiona  natychmiast  odwróciła 
wzrok, czując zażenowanie. Nie wiedziała co ma sądzić o swoim zachowaniu 
– owszem, Malfoy zawsze był przystojny, ale nigdy nie reagowała na niego w 
taki sposób. Zawsze całkowicie go ignorowała. A teraz? 

 
Teraz,  kiedy  poznała  drugie  oblicze  Malfoy’a  -  kochającego  ojca, 

gotowego  poświęcić  wszystko  dla  ukochanego  dziecka  -  zaczęła  w  nim 
postrzegać  zwykłego  nieszczęśliwego,  samotnego  i  przystojnego  faceta, 
który  nie  potrafił  odbudować  swojego  życia.  Mimowolnie  pomyślała,  że  od 
kilku  miesięcy,  to  właśnie  ona,  pomaga  mu  w  tym.  Co  więcej,  nie  chciałaby 
już  tego  zmieniać,  na  co  zareagowała  wewnętrznym  oburzeniem.  Nie 
potrafiła  wybaczyć  sobie  takich  myśli,  szczególnie  w  chwili,  w  której  jej 
pracodawca - niegdyś odwieczny wróg, stał tuż przed nią w rozpiętej koszuli, 
nieświadomie ją tym onieśmielając. 
 

- O co chodzi? – zapytała, nieudolnie próbując ukryć drżenie głosu. 
 

background image

Malfoy spojrzał na nią zaskoczony. W jego oczach pojawiły się iskierki 

niepokoju, po chwili się zreflektował. 
 

- Granger – powiedział i ukrył twarz w dłoniach, po czym kilka razy ją 

potarł. – Jesteś prawnikiem z wykształcenia, prawda? 

 
- Adwokatem – uściśliła nie spoglądając na niego. 
 
Mężczyzna  przez  chwilę  odpłynął  pogrążony  we  myślach  i  przyglądał 

się czubkom swoich eleganckich butów. Hermiona spojrzała na niego kątem 
oka, zastanawiając się o co chodzi. 
 

-  Potrzebuję  twojej  pomocy  –  powiedział  nagle  spoglądając  na  nią. 

Chciał złapać kontakt wzrokowy, lecz ona go unikała. – Potrzebuję prawnika, 
a nikt nie chce stanąć w mojej obronie. 
 

Hermiona prychnęła pogardliwie. 

 

-  Dziwisz  się?  Przez  tyle  lat  byłeś  bezwzględnym  chamem,  więc  to 

raczej naturalne, że teraz, gdy potrzebujesz pomocy, nikt ci jej udzieli. Może 
ludzie  mają  powody,  by  ci  nie  pomagać,  co?  Dlaczego  więc  ja  miałabym  to 
zrobić?  –  dodała  butnie,  wstała  i  spojrzała  mu  w  oczy,  czego  od  razu 
pożałowała. 
 

Błękitno-stalowe  tęczówki,  w  których  utonęła  były  całkowicie  puste. 

Nie wyrażały żadnych ciepłych emocji – widać w nich było smutek i rozpacz. 
Hermiona  pożałowała  słów,  które  wypowiedziała:  musiały  mu  zadać 
ogromny ból, co było łatwo zauważalne tych cudownych oczach. 
 

-  Zabiorą  mi  go  –  wyszeptał  tak  cicho,  że,  pomimo  bliskiej  odległości, 

Hermiona  ledwo  go  usłyszała.  –  Jeżeli  mi  nie  pomożesz,  to  zabiorą  mi 
dziecko – po chwili dodał nieco głośniej. 
 

Dziewczyna  spojrzała  na  Malfoya  przerażona.  Po  chwili  usiadła 

zastanawiając  się  nad  wszystkim,  co  wydarzyło  się ostatnio. Powoli zaczęła 
łączyć ze sobą wszystkie fakty. 
 

Czy  to możliwe, że dziadkowie Scorpiusa tak bardzo chcą zemścić się 

na  Draconie  za  śmierć  ich  córki  i  odbierają  mu  jego  własne  dziecko?  Odkąd 
pojawiła  się  w  rezydencji  zauważyła,  że  między  Malfoyem  a  Greengrassami 

background image

istniał jakiś konflikt. Nie sądziła jednak, że dziadkowie, chcąc odebrać prawa 
rodzicielskie Draconowi, złożą sprawę do sądu. Z zażenowaniem stwierdziła, 
że  coraz  częściej  myśli  o  Malfoyu  nie  jako  „Malfoy”,  ale  właśnie  jako 
„Dracon”.  I  nie  potrafiła  wytłumaczyć  faktu,  dlaczego  to  zaczęło  się  jej 
podobać. 
 

Malfoy  przyglądał  jej  się  z  zaciśniętymi  ustami  tak,  jakby  od  niej 

zależało jego dalsze życie. Bo tak, w istocie, było i Hermiona zdawała sobie z 
tego sprawę. 
 

-  Draco  –  wyszeptała  rumieniąc  się  jednocześnie  –  kto  jest  po  stronie 

twoich teściów? 
 

Nie sądziła, że Malfoy mógłby zblednąć, a jednak to zrobił: był biały jak 

ściana. 
 

- Dorian Naidrok – powiedział odwracając od niej wzrok. 

 

Hermiona Granger zamknęła oczy chowając twarz w dłoniach. 

 

Dorian Naidrok. 

 

Znała go doskonale. Idealista, perfekcjonista. Wygrywa każdą sprawę. 

Nikt nie może się z nim równać... 
 

Przed jej oczami stanął obraz Dracona bawiącego się na podwórku ze 

Scorpiusem. Kiedy Malfoy miał wolne od pracy, często tak robili. Nawet gdy 
był  zmęczony  znalazł chwilkę dla swojego dziecka. Jeżeli nie zgodziłaby się 
mu  pomóc,  to  popełniłaby  największy  błąd.  Złamałaby  serce  nie  tylko 
dziecku, również ojcu. 
 

Wstała  z  fotela,  na  który  nieświadomie  opadła,  po  czym,  chodząc  po 

pomieszczeniu, zaczęła intensywnie rozmyślać. 
 

Jeżeli się nie podejmę tego, to odbiorą Draconowi dziecko. Jak jednak 

zgodzę się, to i tak odbiorą mu dziecko, z tą różnicą, że późniejszym czasie. 
Dodatkowo,  po  przegranej    rozprawie  z  pewnością  trafię  do  szpitala,  bo 
znając  Doriana  będzie  próbował  wykończyć  nie  Dracona,  lecz  mnie  - 
psychicznie.  Zawsze  to  robił,  więc,  z  pewnością,  będzie  tak  i  tym  razem. 
Dodatkowo  jeśli  dowie  się,  że  mam  własne  problemy  i  zacznie  wyciągać  te 

background image

argumenty  przeciwko  mnie...  Jeżeli  też  weźmie  na  świadka  Lisę...  Na 
Merlina... 
 

Przystanęła, by spojrzeć na Malfoy’a. Decyzja była natychmiastowa. 

 

- Wiesz, że nie będzie łatwo? – zapytała, nie pozbawiając go nadziei. 

 

- Granger, jeżeli jest ktoś, kto może wygrać rozprawę z Naidrokiem, to 

tą osobą jesteś właśnie ty – jego to był grobowy. 
 

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. 

 

-  Naidrok  będzie  wiedział  wszystko  –  zaczęła  po  chwili.  –  Będzie 

wiedział o wszystkich twoich przelotnych romansach przed ślubem z Astorią, 
jeśli takowe były, to i o tych, które trwały w trakcie waszego małżeństwa – 
chciał  coś  powiedzieć,  ale  nie  pozwoliła  mu  na  to. – Mimo, że Naidrok sam 
jest  mugolem,  to  doskonale  zna  świat  i  prawo  czarodziejów.  Jeżeli  twoim 
teściom  bardzo  zależy  na  tym,  by  odebrać  ci  dziecko,  to  musisz  się 
przygotować na to, że będą wiedzieli o tobie wszystko. Musisz być odporny 
na ich zarzuty. 
 

Przez chwilę stali w ciszy. 

 

- Czyli zgadzasz się? – zapytał drżącym głosem. 

 

- Tak, Malfoy. Pomogę wam. 

 
 
 
 

- Tato, dlaczego nie mogę się pobawić się z Hermioną? – zapytał kilka 

tygodni później Scorpius, kiedy był na spacerze z ojcem. 

 
Draco  spojrzał  na  syna  z  bólem  w  oczach.  Pierwsza  rozprawa  poszła 

nie  tak.  Czuł  to,  ale  Hermiona  nie  pozwoliła  mu  tego  wypowiadać  na  głos. 
Robiła wszystko, by kolejna poszła po ich myśli. 
 

Mężczyzna uśmiechnął się na samą myśl o gryfonce. Od kiedy obiecała 

pomóc między nimi nawiązała się nić sympatii. Spędzali ze sobą coraz więcej 
czasu – głównie dlatego, by przedyskutować jego wyskoki z przeszłości, ale 

background image

nie  kłócili  się,  co  było  niemalże  cudem.  Hermiona  nie  raz  prosiła  by  mogła 
chwilę  pobyć  ze  Scorpiusem,  ale  mężczyzna  zgrabnie  podawał  jej  Eliksir 
Słodkiego  Snu,  dzięki  któremu  zasypiała.  Gdyby  nie  on,  to  z  pewnością  w 
ogóle by nie spała. 
 

-  Widzisz  synku  –  zaczął  Draco  –  Hermiona  teraz  ciężko  pracuje  i  mi 

pomaga.  Jest  bardzo  zmęczona,  dlatego  musi  się  wyspać.  Ona  naprawdę 
chciałaby  się  z  tobą  pobawić,  ale  musimy  też  dbać  o  jej  zdrowie.  Chyba  nie 
chcemy, by była przez nas chora, prawda? 
 

- Ale nic jej nie będzie? – zapytał zmartwionym głosem chłopiec. 

 

- Nie. 

 

Przez chwilę szli w ciszy trzymając się za ręce. Po chwili Draco zapytał 

synka: 
 

- A co myślisz o tym, by zrobić Hermionie niespodziankę i zabrać ją na 

wycieczkę? 
 

- Pojedziemy na wycieczkę? – zapytał chłopiec z błyszczącymi oczami. 

 

-  Pojedziemy  nad  morze  do  Francji  i  zabierzemy  Hermionę.  Trochę 

odpocznie i spędzi z tobą trochę czasu. 
 

- A ty? – zapytał blondynek. 

 

Draco zmarszczył brwi nie wiedząc o co chodzi synkowi. 

 

- A ty nie spędzisz z nią trochę czasu? – zapytał wystawiając rączki, by 

go  podniósł.  Draco  natychmiast  to  zrobił  jednocześnie  odwracając 
spojrzenie od równie niebieskich oczu, co jego. 
 

Przez  chwilę  stali  wpatrując  się  w  okno,  przez  które  dostrzegli 

Hermionę.  Siedziała  na  łóżku,  z  założonymi  okularami  przewracając  co 
chwilę jakieś kartki, notowała zawzięcie. 
 

Draco  nie  chciał,  nawet  przed  sobą,  przyznać,  że  syn  zawstydził  go 

pytaniem  o  nią.  Od  jakiegoś  czasu  przyłapywał  siebie na tym, że myśli o tej 
młodej kobiecie: w biurze zastanawiał się nad tym, co robi, będąc w delegacji 

background image

rozmyślał,  czy  położyła  się  spać  o  odpowiedniej  godzinie,  a  kiedy  był  w 
domu  to  często  miał  ochotę  iść  do  jej  pokoju,  by  chociaż  na  chwilkę  na  nią 
popatrzeć. 
 

O nie! W mniemaniu Dracona Malfoya to nie było normalne! 

 

- Tato, możemy wracać? – zapytał chłopiec sennym głosem przytulając 

się do mężczyzny. 
 

- Tak, synku. 

 

Kiedy  weszli  do  domu  mały  już  spał.  Draco  zaniósł  go  do  łóżka, 

wcześniej  przebierając  w  piżamkę.  Po  chwili  zgasił  światło  i  stanął  we 
framudze drzwi przyglądając mu się z lekkim uśmiechem. Był tak bardzo do 
niego podobny, a tak bardzo różnili się charakterami. Chociaż, w głębi serca 
Draco wiedział, że był tak samo wrażliwy i pragnący miłości jak jego syn. Po 
prostu miał złych rodziców... 
 

Gwałtownie się odwrócił, kiedy ktoś dotknął jego ramienia. Przed sobą 

zobaczył Babcię. 
 

- Już położyłeś go spać? – zapytała. 

 

- Tak. Zasnął mi na rękach, jak byliśmy na podwórku. 

 

-  Tęskni  za  Hermioną  –  powiedziała  po  chwili  Babcia  przyglądając  się 

chłopcu. 
 

- Ona za nim też – odpowiedział. Po czym spojrzał na Babcię. – Nie wie, 

Babcia, czy jeszcze siedzi nad tym kodeksem? 
 

- Sprawdź, Draco. Może jeszcze nie padła ze zmęczenia. 

 

Mężczyzna  wyczarował  kubek  gorącej  herbaty,  do  której  dolał  Eliksir 

Słodkiego  Snu.  Kiedy  stanął  pod  drzwiami  jej  pokoju  poprawił  koszulę, 
przeczesał palcami włosy, po czym zaczął nasłuchiwać. 
 

Cisza. 

 

Zapukał do drzwi. 

background image

 

Cisza. 

 

Otworzył  drzwi  i  wszedł  do  pokoju.  Z  lękiem  stwierdził,  że  Hermiony 

tam nie było. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 12 

 
 
 
 
 

-  Granger?  –  zapytał  wchodząc  do  pokoju.  Zamknął  za  sobą  drzwi.  – 

Hermiono? 
 

Spojrzał  na  drzwi  wychodzące  na  balkon  –  były  zamknięte.  Przez 

chwilę stał w miejscu obawiając się, że nie wytrzymała i teleportowała się z 
dala  od  rezydencji  Malfoya  zostawiając  go  samego.  Skazanego  na 
przegraną... 
 

Nagle usłyszał otwierające się drzwi łazienki, w których stała Hermiona 

ubrana  jedynie  w  biały  bawełniany  szlafrok,  który  sam  kupił  przed  jej 
przybyciem do rezydencji. Z brązowych włosów ściekały krople wody, które 
lądowały na podłodze. Zaskoczona przyglądała się Draconowi. 
 

-  Coś  się  stało?  –  zapytała  miękkim  głosem  jednocześnie  wyciągając  z 

kieszeni  szlafroka  różdżkę,  którą  machnęła  i  wysuszyła  podłogę.  Zamknęła 
za sobą drzwi i podeszła do swojego łóżka, by po chwili usiąść na nim. 
 

Blondyn  nie  wiedział,  co  odpowiedzieć  kobiecie.  Nie  miał  zamiaru 

przyznawać się, że się o nią martwił – to nie było w jego stylu. Pierwsza myśl, 
jaka wpadła mu do głowy, to herbata, którą dla niej przyniósł. 
 

- Mam dla ciebie herbatę – podał dziewczynie kubek. – Ale Anna dolała 

tam Eliksir Słodkiego Snu, więc jeśli chcesz jeszcze trochę posiedzieć, to nie 
pij jej jeszcze. 
 

Stanął  przy    komodzie  przyglądając  się  Hermionie.  Wyglądała  bardzo 

ładnie  w  szlafroku  i  mokrych  włosach,  które  opadały  jej  na  ramiona. 
Uśmiechnął się do siebie w myśli. 

 
- Dziękuję – odpowiedziała uśmiechając się do niego odstawiając kubek 

na szafkę nocną. 

 

background image

W  pokoju  dziewczyny  nastała  dziwna  cisza,  której  żadne  z  nich  nie 

chciało  przerywać.  Draco  wiedział,  że  powinien  coś  powiedzieć,  nawiązać 
rozmowę, ale po raz pierwszy od kilku miesięcy nie wiedział, jak się do tego 
zabrać. Czuł się bardzo dziwnie w obecności gryfonki. 
 

- Scorpius już śpi? – zapytała Hermiona po kilku minutach ciszy. 

 

Mężczyzna uśmiechnął się do niej. 

 

- Tak. Pytał o ciebie. 

 

- O mnie? – zaskoczyło ją to, co powiedział. 

 

- No, chyba nie o mnie, Granger. Tęsknimy za tobą. 

 

Na  policzkach  kobiety  pojawiły  się  dwa  wielkie  rumieńce,  zresztą  u 

Dracona  również.  Gdyby  w  pokoju  był  jakiś  obserwator,  to  nie  mógłby 
określić, kto był bardziej zawstydzony. 
 

Blondyn od razu wyratował się z tej sytuacji: 

 

-  Stan  ciągle  się  pyta,  kiedy  wróci  „ta  Hermiona,  która  utrze  nosa 

Evanowi”, a Anna z Joanną marudzą, że nie mają z kim poplotkować. Nawet 
Evan  mówi,  że  bez  ciebie  bawiącej  się  ze  Scorpiusem  jest  w  domu  jakoś 
pusto... – dodał obojętnym tonem, po czym usiadł obok Hermiony. – Koniec 
z tym, Granger. Musisz odpocząć. 
 

Brązowowłosa zamrugała szybko oczami. 

 

- Co ty gadasz, Malfoy? Jutro jest kolejna rozprawa! 

 

Mężczyzna westchnął. 

 

-  Wiem.  Ale  nie  mogę  już  patrzeć  jak  siedzisz  w  tym  pokoju  sama  i 

analizujesz wszystko. Punkt, po punkcie; artykuł, po artykule... 
 

- Malfoy, przecież... 

 

Mężczyzna  położył  jej  palec  na  usta  sprawiając,  że  Hermiona 

natychmiast umilkła. 

background image

 

-  Robimy przerwę. Obiecałem już Scorpiusowi, że wyjeżdżamy. Chyba 

nie chcesz sprawić mojemu dziecku zawodu? – uniósł leniwie lewą brew. 
Ze  zdziwieniem  stwierdził,  że  cholernie  podobało  mu  się  to,  iż  siedział  tak 
blisko  Hermiony  przez  co  na  jej  twarzy  z  każdą  chwilą  pojawiały  się  coraz 
większe  rumieńce.  Zgrabnie  udawał,  że  tego  nie  widzi,  ale  nie  mógł  się 
powstrzymać od myśli, iż mógłby tak siedzieć każdego wieczoru. 
 

- Ja... Jak to wyjeżdżamy? Przecież ja nie mam pieniędzy, muszę pójść 

do banku, ja... 

 
O właśnie! 

pomyślał sobie, kiedy kobieta wspomniała o banku. 

 

-  Jakie  pieniądze,  Granger?!  Ja  płacę  za  to  wszystko,  ty  masz 

uszczęśliwić  moje  dziecko.  A  tak  swoją  drogą...  Nie  sądzisz  czasem,  że 
powinnaś mi o czymś powiedzieć? 
 

Hermiona  nagle  pobladła.  Mężczyzna  się  wystraszył,  że  coś  jej  się 

stało: zasłabła ze zmęczenia, bądź zrobiło jej się nie dobrze. Miał już zamiar 
coś zrobić, by jej pomóc, kiedy wyszeptała cicho: 
 

- Miał na imię Richard... 

 

Hermiona  przymknęła  oczy  na  wspomnienie  o  swoim  niedoszłym 

mężu.  Nie  wymawiała  jego  imienia  już  od  wielu,  wielu  miesięcy,  aż  do  tej 
chwili. Zawsze sprawiało jej to ból. 
 

Z trudem opowiadała Draconowi o tym wszystkim, co ich spotkało: jak 

się  poznali,  zakochali  w  sobie,  jak  planowali  wspólną  przyszłość.  Kobieta 
wtedy  myślała,  że  to  były  najcudowniejsze  chwile  jej  życia.  Wszystko 
układało się doskonale, aż do pewnego feralnego dnia, w którym Hermiona 
obudziła się w pustym mieszkaniu. 
 

-  Nie  wiedziałam,  dlaczego  mnie  tak  nagle  zostawił  –  wyszeptała,  nie 

czując  jak  po  jej  twarzy  leciały  łzy.  –  Przecież  jeszcze  dzień  wcześniej 
wszystko  było  idealnie:  Richard  był  w  wyśmienitym  humorze,  gdyż  dostał 
nową, dobrze płatną pracę. A tu nagle budzę się i nie mam nic: zostawił mi 
tylko  meble  i  moje  rzeczy  –  westchnęła.  –  Dopiero  miesiąc  później 
dowiedziałam  się,  że  wziął  kredyt  na  moje  nazwisko  na  pięćset  tysięcy 
funtów. 

background image

 

- Na pięćset...? 

 

-  Tak,  na  pół  miliona  funtów.  I  co  jest  najbardziej  śmieszne,  wziął 

kredyt  tylko  w  jednym  banku  –  roześmiała  się  histerycznie.  –  Richard  był 
zawsze  biedny,  a  ja  nie  chciałam  uwierzyć,  że  mnie  tak  podle  wykorzystał. 
Zdobył  moje  zaufanie,  po  czym  wykorzystał  je  znikając  z  mojego  życia 
pozostawiając  mi  jedynie  do  spłacenia  kredyt.  Spłaciłam  już  większą  część: 
wszystkie  moje  pieniądze  zarobione  jako  kelnerka,  adwokat,  nauczyciel  w 
Hogwarcie  i  inne  moje  oszczędności,  które  miały  być  pieniędzmi  na  nowy 
start  oddałam  na  spłacenie  długu.  Teraz  też,  każdą  pensję,  oddają  jako 
spłatę.  Poza  tym  moi  rodzice  i  przyjaciele  również  dali  mi  parę  tysięcy,  aby 
było  mi  łatwiej.  Tak  naprawdę  jestem  bez  knuta  i  gdyby  nie  to,  że  mam  u 
ciebie pracę, to teraz... – głos się jej załamał. 
 

Doskonale  pamiętała  chwilę,  w  której  dowiedziała  się  o  spłacie 

kredytu. Myślała, że to były jakieś żarty. A teraz...? 
 

Nie  wiedziała,  dlaczego  zdecydowała  się  na  zwierzanie  Draconowi. 

Może  dlatego,  że  ostatnio  bardzo  się  do  siebie  zbliżyli?  A  może  po  prostu 
oboje  dorośli  do  tego,  by  zakopać  topór  wojenny?  Hermiona  nie  wiedziała 
tego,  ale  miała  nadzieję,  że  to,  co  było  w  tej  chwili  między  nią  a  Draconem 
Malfoyem będzie kształciło się w przyjaźń. 
 

-  Hermiono  –  usłyszała  tuż  przy  uchu.  –  Powinnaś  już  iść  spać.  Jutro 

czeka nas ciężki dzień. Nie powinnaś się jeszcze bardziej stresować. 
 

Dziewczyna  przytaknęła  ruchem  głowy,  wypiła  przyniesioną  przez 

Malfoya herbatę, która nie wystygła za pomocą skutecznego zaklęcia. Kilka 
minut  później  słodko  spała  całkowicie  nieświadoma  tego,  że  blond  włosy 
mężczyzna  obserwował  ją  jeszcze  przez  parę  godzin,  aż  sam  nie  poszedł 
spać. 
 
 
 
 

-  Proszę  wstać.  Sąd  idzie  –  usłyszeli,  po  czym  równocześnie  podnieśli 

się,  ramię  w  ramię:  on  –  samotny  ojciec,  ona  –  pani  adwokat,  a  zarazem 
opiekunka. 

 

background image

Rozprawę rozpoczął przewodniczący. 

 

-  W  dniu  dzisiejszym,  na  sesji  Najwyższego  Sądu  Rodzinnego 

rozpatrywana  będzie  sprawa  dotycząca  opieki  nad  Scorpiusem  Malfoyem. 
Czy dziecko powinno mieszkać z samotnym ojcem, który jest zaangażowany 
w  pracę,  czy  też  z  dziadkami  i  ciotką,  od  strony  zmarłej  matki,  którzy 
poświęciliby  dziecku  bezgraniczny  czas?  Zanim  Sąd  wyda  wyrok  w  sprawie 
wysłucha oby stron. Głos ma prokurator. 
 

I  znów  wszystko  się  zaczęło  od  nowa.  Wystąpienie  mecenasa 

Naidroka, który wygłasza swoją opinię w sprawie, opowiadając się po stronie 
Greengrassów.  Zeznania  świadków  wywołanych  przez  niego.  Ostatnia, 
starsza córka Greengrassów – Dafne. 
 

- Czy ma pani pytania, pani mecenas? – usłyszeli pytanie sędziego. 

 

Dasz radę

, pomyśleli równocześnie. 

 

-  Tak,  panie  sędzio  –  odpowiedziała  pewnym  głosem  Hermiona,  po 

czym wstała. 
 

Przez  chwilę  się  zastanawiała,  o  co  może  zapytać  starszą  pannę 

Greengrass. Wielokrotnie wyobrażała sobie sytuację, dzięki której sprawi, że 
Scorpius zostanie przy ojcu. Nigdy nie wyobrażała, że aż tak będzie się wtedy 
stresować. 
 

Rzuciła  okiem  na  Naidroka,  który  uśmiechał  się  kpiarsko  na 

postępowanie  swojej  ex-praktykantki.  Widać  było  gołym  okiem,  że  od 
początku  był  pewny  swojej  wygranej.  Hermiona  zresztą  też.  Wiedziała,  że 
jest  skazana  na  porażkę.  A  mimo  wszystko  podjęła  wyzwanie.  Zgodziła  się 
pomóc Draconowi walczyć o dziecko. Dziecko, które zmieniło jej życie... 
Kochała  Scorpiusa.  Nie chciała zbyt się do niego przywiązywać, szczególnie 
wtedy, kiedy Malfoy był w związku z Lisą Miller i zamierzał się pobrać. Czuła, 
że  po  zawarciu  związku  małżeńskiego  z  Lisą  musiałaby  rozstać  się  z 
chłopcem  ze  względu  na  nową  panią  Malfoy.  Teraz,  gdy  Lisy  już  nie  było, 
nadal  nie  chciała  przywiązywać  się  do  dziecka.  Wiedziała,  że  kiedyś  jego 
ojciec  znajdzie  mu  nową  matkę,  która  będzie  kochała  go  jak  swoją  własną 
pociechę. 
 

background image

Ona była gotowa poświęcić się dla tego chłopca, który już pierwszego 

dnia  ich  znajomości  zdobył  jej  serce.  Hermiona  uświadomiła  sobie,  że  nie 
może  żyć  bez  myśli,  że  niedługo  zobaczy  się  ze  Scorpiusem.  Był  częścią  jej 
życia. Jej nowego życia, którego pomimo wielu trudności nie zamieniłaby na 
żadne inne. 
 

To właśnie dla niego musiała walczyć. Dla Scorpiusa. 

 

Spojrzała na Dracona, który uśmiechnął się do niej zachęcająco. W jego 

wzroku było coś, co sprawiło, że nabrała odwagi. 
 

-  Czy  pamięta  pani,  że  zeznaje  pani  pod  przysięgą  Kodeksu 

Czarodziejów? – zapytała grobowym tonem czarnowłosą kobietę. 
 

- Tak – odpowiedziała Dafne, z pogardą, patrząc na Hermionę. 

 

-  Proszę  nie  zapominać,  że  zwraca  się  pani  do  prawnika,  a  przede 

wszystkim do Wysokiego Sądu – upomniał ją jeden z przysięgłych. 
 

Dafne zgrabnie udała skruchę uśmiechając się zalotnie do niego: 

 

- Przepraszam. 

 

-  Udzielam  głosu  obrońcy  pana  Malfoya  –  Przewodniczący  skinął 

głową na Hermionę. – Proszę, pani mecenas. 
 

-  Panno  Greengrass,  proszę  mi  powiedzieć,  jak  długo  zna  pani,  pana 

Malfoya? 
 

- Znam go od pierwszej klasy Hogwartu – odpowiedziała. 

 

- To długo – zauważyła Hermiona, na co Dafne uśmiechnęła się do niej 

kpiarsko. – Muszą się państwo dobrze znać. 
 

- Nie utrzymywałam bliskich kontaktów z Malfoyem. 

 

Hermiona uniosła leniwie lewą brew do góry, nieświadomie naśladując 

gest Dracona. 
 

background image

- Doprawdy? – zapytała. – Są świadkowie, którzy twierdzą, że pani była 

w związku z panem Malfoyem. 
 

Pewnego wieczoru Draco opowiadał jej o tym związku. Dziewczyna nie 

mogła  uwierzyć,  że  mógł  być  z  kimś  takim  jak  Dafne  Greengrass  – 
dziewczyną,  która  była  bardzo  zaborcza,  zazdrosna  i  zabraniała  mu 
kontaktować się z własną siostrą, którą kilka lat później poślubił. 
 

- Malfoy ci to powiedział, szlamo? – warknęła Dafne. 

 

- Panno Greengrass, proszę się wyrażać. 

 

- Przepraszam, Wysoki Sądzie, już nie będę. 

 

- Proszę kontynuować, panno Granger. 

 

Hermiona  spojrzała  wyczekująco  na  Dafne,  która  najwyraźniej  nie 

zamierzała się przyznać do związku z Draconem. Czarnowłosa kobieta przez 
chwilę spoglądała na Hermionę z pogardą, by po chwili westchnąć. 
 

- Owszem, byliśmy razem przez pewien czas – powiedziała nie patrząc 

na nią. – Co to ma więc do rzeczy? 
 

- Od zadawania pytań jestem ja, panno Greengrass. Skoro była pani w 

związku  z  panem  Malfoyem,  to  pewnie  pani  wie,  że  jest  on  wiernym 
partnerem. Mam rację? 
 

Twarz  Dafne  zrobiła  się  czerwona  z  zawstydzenia.  Doskonale  o  tym 

wiedziała. 
 

- To jest... To nie ma żadnego znaczenia! – warknęła Dafne. – Tu chodzi 

o Scorpiusa, a doskonale wszyscy wiemy, że od śmierci Astorii Malfoy był z 
wieloma  kobietami,  przez  co  zaniedbywał  syna!  Dziecko  nie  powinno  mieć 
takiego ojca! 
 

-  Od  tego  jest  sąd,  panno  Greengrass  –  upomniała  Hermiona  ledwo 

powstrzymując  się  od  zbędnego  komentarza. – Czy ma pani dowody na to, 
że pan Malfoy źle się obchodził z dzieckiem? 
 

background image

Nie  chciała  tego  przeciągać.  Wiedziała,  że  im  dłużej  Dafne  będzie 

zeznawać, tym gorzej będzie dla nich. Nie poddawała się jednak. 
 

-  Oczywiście,  Scorpius  podczas  każdej  wizyty  w  rezydencji 

Greengrassów  opowiadał  o  tym,  jak  ojciec  go  zaniedbuje  –  odpowiedziała 
patrząc  z  pogardą  na  Dracona,  który  diametralnie  pobladł  na  te  słowa.  Ani 
on,  ani  Hermiona  nie  mogli  uwierzyć  w  to,  co  powiedziała  Dafne.  Nie  mieli 
dowodów  na  to,  że  chłopiec  takich  rzeczy  nie  opowiadał  dziadkom  i 
„kochanej”  cioci.  W  końcu  Scorpius  miał  tylko  cztery  latka  i  ufał  każdemu 
człowiekowi  chodzącemu  po  ziemi.  Dlaczego  nie  miałby  się  pożalić  babci  i 
dziadkowi? W końcu to jego najbliższa rodzina. 
 

Brązowowłosa poczuła, jak zaczyna ją ogarniać panika. Nie wiedziała, 

co ma zrobić w tej sytuacji. O co zapytać, by nie popełnić błędu... 
 

-  Czy  może  pani  nam  to  udowodnić?  –  zapytała  chłodnym  tonem.  – 

Proszę pamiętać, że zeznaje pani pod przysięgą. 
 

Błąd,  pomyślała  z  przerażeniem  widząc  triumfującą  minę  kobiety. 

Kątem  oka  zauważyła  uśmiech  na  twarzach  państwa  Greengrass,  a  także 
zaskoczenie Naidroka. 
 

-  Może  zapytałabyś  o  to  Scorpiusa?  –  zapytała  z  drwiną.  –  Na  pewno 

potwierdzi  moje  słowa.  Jeżeli  mi  nie  wierzysz,  to  podaj  mi  veritaserum. 
Usłyszysz to samo. 
 

Hermiona  wpatrywała  się  w  twarz  Dafne  Greengrass,  nie  wiedząc  co 

zrobić. 

 
-  Proszę  o  przerwę  –  powiedziała,  po  czym  bez  pozwolenia  opuściła 

salę.  Ruszyła  korytarzem  przed  siebie.  Musiała  ochłonąć,  wymyślić  coś  na 
szybko. 
 

Usłyszała, jak ktoś za nią biegnie. Po chwili obok niej znalazł się Draco 

Malfoy,  który  zagrodził  jej  drogę.  Wpatrywali  się  sobie  w  oczy  szukając 
pocieszenia. Oboje wiedzieli, że przegrali i już nic ich nie uratuje. 

 
Chyba, że zdarzyłby się cud. 

 
 

background image

ROZDZIAL 13 

 
 
 
 
 

Był  środek  nocy.  Stali  przytuleni  do  siebie  wpatrując  się  małego 

śpiącego  chłopczyka.  Jego  koszula  była  cała  mokra  od  jej  łez,  ale  nie 
przeszkadzało mu to. Było mu tak dobrze: oni i on. Mieli być razem jeszcze 
przez dwa tygodnie. Potem odbiorą jego dziecko. 

 
Ich dziecko. 
 
Tak:  czuł,  że  to  dziecko  nie  było  już  tylko  jego  synem.  Hermiona  robiła 

wszystko dla dobra chłopca. Draco był przekonany, że za Scorpiusa byłaby w 
stanie oddać własne życie. Widział i wiedział, że ona go kocha. 

 
A  dzisiejszego  dnia  zrozumiał,  że  on,  Draco  Malfoy  kochał  ją.  Nie  tylko 

dlatego, że zaakceptowała jego dziecko i pokochała, jak własne, ale również 
dlatego,  że  dostrzegła  w  nim  człowieka.  Dlatego,  że  wybaczyła  mu  to 
wszystko,  co  dawniej  zrobił.  Już  nie  wyobrażał  sobie  życia  bez  niej  i  bez 
Scorpiusa.  Nie  chciał  zaakceptować  tego,  że  odbiorą  mu  dziecko.  Za  nic  w 
świecie na to nie pozwoli! Choćby miał walczyć o syna do końca życia, to nie 
pozwoli na to, by ktokolwiek mu go odebrał. 

 
-  Nie  płacz,  będzie  dobrze  –  wyszeptał  kobiecie  do  ucha,  na  co  ona 

zapłakała głośniej. – Cicho, Hermiono, no spokojnie... 

 
Dziewczyna wtuliła się jeszcze bardziej w mężczyznę. 
 
- Dałam ciała. To wszystko moja wina – wyszeptała. – Gdyby nie ja, to... 
 
Draco  rzucił  zaklęcie  wyciszające,  po  czym  chwycił  jej  twarz  w  swoje 

dłonie zmuszając ją do tego, by na niego spojrzała. 

 
-  Nie,  Hermiono.  To  nie  jest  twoja  wina.  Gdyby  nie  ty,  to  Scorpius  już 

dawno byłby u dziadków. Jeszcze wygramy, zobaczysz... 

 

background image

Zaprzeczyła  ruchem  głowy  niczym  mała  dziewczynka,  która  nie  chciała 

uwierzyć  w  to,  że  w  tym  roku  odwiedzi  ją  święty  Mikołaj.  Po  jej  policzkach 
spływały łzy, Draco wytarł kciukiem. Nie mógł patrzeć na to, jak cierpi. Czuł, 
że sam nie wytrzyma długo, jeśli będzie płakać. Bolało go to, ale przecież był 
facetem. Nie mógł sobie pozwolić na oznakę słabości. Musiał być silny. 

 
-  Granger,  weź  się  w  garść.  Wyrok  nie  zapadł,  więc  nie  ma  się  czym 

martwić. Musimy się zebrać i walczyć do końca, rozumiesz? Jesteś dzielna! – 
wyszeptał wpatrując się w jej oczy. – Zobacz, pomogłaś Potterowi pokonać 
Czarnego  Pana,  najpotężniejszego  czarnoksiężnika  od  czasów  Salazara 
Slytherina... 

 
- Godryka Gryffindora – wtrąciła się. 

 

- ...Salazara Slytherina, a boisz się, że nie dasz sobie rady z takimi ludźmi 

jak Greengrassowie? Granger, uwierz w siebie! 

 
Zmrużyła oczy usiłując zobaczyć, w ciemności, jego szare tęczówki. 
 
On doskonale ją widział: światło księżyca oświetlało zapłakaną twarz, na 

której  pojawiły  się  lekkie  rumieńce.  Jej  oczy  były  przekrwione  od  nadmiaru 
łez,  ale  i  tak,  zdaniem  Dracona,  wyglądała  uroczo.  Patrzyła  na  niego 
zmęczonym wzrokiem. 

 
- Chodź, musisz iść spać – wyszeptał. 
 
- Nie, zostanę tu – zbuntowała się. 
 
Westchnął  uśmiechając  się  w  duchu.  Zachowywała  się  jak  mała 

dziewczynka. 

 
- Granger, nie bądź głupia. On rano wstanie, żeby się z tobą zobaczyć, a 

ty co? Będziesz miała wielkie wory pod oczami i co chwilkę będziesz ziewać? 
Nie pozwolę na to, byś straszyła nasze dziecko. 

 
- Może masz rację – odpowiedziała sennym głosem, nie zwracając uwagi 

na  ostatnie  słowa  chłopaka.  Po  chwili,  na  potwierdzenie  swoich  słów, 
ziewnęła. 

 

background image

Wyszli  z  pokoju  na  korytarz  kierując  się  do  pokoju  Hermiony.  Szedł  za 

nią przyglądając się jej w zamyśleniu. Kiedy znaleźli się pod drzwiami pokoju, 
odwróciła się do niego. 

 
- Twoja koszula – wyszeptała patrząc na białą koszulę, którą pokrywały 

czarne  ślady  tuszu  do  rzęs  i  kredki  do  oczu  Hermiony.  Trzęsącą  się  ręką 
wyciągnęła  różdżkę  z  kieszeni,  by  wyczyścić  plamy,  ale  on  nie  pozwolił  jej 
rzucić zaklęcia. 

 
- Daj spokój, sam to później zrobię. 
 
-  Przepraszam  –  wyszeptała,  próbując  ukryć  zażenowanie.  Było  jej 

bardzo głupio. 

 
Mężczyzna uśmiechnął się do niej lekko. 
 
- Przestań, Granger, bo się jeszcze rozpłaczę. Lepiej idź już spać, bo rano 

czeka  cię  pobudka  urządzona  przez  mojego  syna  –  nie  pozwolił  sobie  na 
kolejny  błąd.  –  Pewnie  będzie  chciał  ci  opowiedzieć  o  wszystkim,  co  razem 
robiliśmy, więc musisz wypocząć. 

 
Brązowowłosa kobieta odwróciła od niego wzrok. Chwyciła za klamkę. 
 
- No więc, dobranoc, Malfoy – wyszeptała i nie patrząc na niego weszła 

do swojego pokoju. 

 
Mężczyzna  stał  chwilę  pod  drzwiami  jej  sypialni,  by  po  chwili  odwrócić 

się i zgasić światło w korytarzu. Kilka minut później, po zimnej kąpieli, leżąc 
już w łóżku, wyszeptał: 

 
- Śpij dobrze, Hermiono. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 14 

 
 
 
 
 

- Hermiono, wstawaj! – w oddali usłyszała czyjś głos, lecz nie wiedziała 

do kogo należał. 
 

Nie  miała  zamiaru  wstawać.  Jedyne,  czego  w  tej  chwili  pragnęła,  to 

sen. Nie miała siły podnieść się: wszystko ją bolało, na dodatek czuła się tak, 
jakby miała kaca, a przecież nic nie piła. 
 

-  Hermiono!  –  głos  gnębił  ją  nadal,  ale  był  już  wyraźniejszy.  Po  chwili 

poczuła,  jak  ktoś  wchodzi  na  łóżko  i  siada  jej  na  nogach:  ten  ktoś  nie  był 
ciężki,  co  to,  to  nie,  ale  skutecznie  uniemożliwiał  Hermionie  utrzymywanie 
wygodnej pozycji. Otworzyła leniwie oczy, po czym krzyknęła ze strachu. 
 

Na  nogach  siedział  Scorpius,  a  Malfoy  z  ciekawością przyglądał się jej 

twarzy. 

 
-  Jezus,  Maria!  Na  gacie  Merlina,  Malfoy,  czy  mógłbyś  łaskawie...  – 

urwała  w  połowie  zdania  uświadamiając  sobie,  że  ma  na  sobie  tylko 
koronkową piżamę, którą kiedyś znalazła w garderobie przygotowanej przez 
Malfoya. Zaczerwieniała się widząc wzrok mężczyzny, który ją lustrował i do 
tego uśmiechał się ironicznie. 
 

- No, no, Granger. Już baliśmy się, że coś ci się stało – powiedział. 

 

Scorpius na czworaka podszedł do Hermiony, po czym pocałował ją w 

policzek.  Hermiona  odwzajemniła  się  tym  samym,  przypominając  sobie,  że 
jeszcze będą razem przez dwa tygodnie. Po chwili chłopiec nie chciał puścić, 
przytulał ją mocno do siebie. 
 

- Scorpius, przestań – rozkazał ojciec. – Udusisz ją. 

 

- Nie – odpowiedział chłopiec, ale posłuchał polecenia ojca. Hermiona 

roztrzepała mu ręką włosy, na co obaj jęknęli. 
 

background image

-  No  co?  –  zapytała  z  miną  niewiniątka.  –  Czemu  miałoby  mi  się  coś 

stać? – zapytała po chwili Dracona przykrywając się kołdrą. 
 

Mężczyzna  wstał,  by  podejść  do  szafy  i  wyciągnąć  z  niej  szlafrok. 

Rzucił go kobiecie, po czym odwrócił się. 
 

- Scorpius zawołał mnie, bo nie mógł cię obudzić. Bał się, że nie chcesz 

z nim rozmawiać. 
 

Hermiona szybko założyła szlafrok spoglądając na małego blondynka. 

 

- Kochanie, jak mogłeś o tym pomyśleć? Ja mogłabym nie chcieć z tobą 

rozmawiać? Możesz się odwrócić – powiedziała do Dracona. 
 

Mężczyzna  z  żalem  stwierdził,  że  szczelnie  zakryła  się  szlafrokiem. 

Zaśmiał się ironicznie spoglądając na Scorpiusa. 
 

- Synku, pozwólmy się Hermionie ubrać. Poczekamy na nią przy stole, 

okej?  –  zapytał  biorąc  go  na  ręce.  Chłopiec  przytaknął,  jednocześnie 
machając Hermionie na pożegnanie. Dziewczyna zauważyła, że nagle w jego 
ręce znalazł się ulubiony miś. 
 
 
 
 

-  Co  ja  robię?  –  zapytała  siebie  Hermiona  siedząc  we  francuskiej 

taksówce. Draco spojrzał na nią z rozbawieniem. 
 

- Jedziesz na urlop – odpowiedział. – Należy ci się. 

 

-  Co  to  za  urlop,  na  który  jadę  z  szefem?  Na  dodatek  nawet  mnie  nie 

stać, by za siebie zapłacić. 
 

Malfoy spojrzał na nią złowrogo. 

 

-  Możesz  przestać,  Granger?  Mam  dość  twojego  marudzenia. 

Przyrzekam  na  Slythe...  na  wszystkie  świętości  tego  świata,  że  jeszcze  raz 
usłyszę  z  twoich  ust  głupie  gadanie,  a  pożałujesz  tego  –  dziewczyna 
zauważyła  w  jego  oczach  niebezpieczne  błyski.  Na  sam  ich  widok  po  jej 
plecach przebiegł dreszcz. 

background image

 

Obiecała sobie i Draconowi, że ten tydzień będzie najlepszym w całym 

życiu Scorpiusa. Postanowili zrobić wszystko, by chłopiec świetnie się bawił 
na Lazurowym Wybrzeżu w towarzystwie ojca i Hermiony. A to wszystko po 
to, by miał jak najlepsze wspomnienia... 
 

- Dobra, już przestanę – spojrzała na śpiącego blondynka z uśmiechem. 

– Myślisz, że mu się spodoba? – zapytała. 
 

- Oczywiście. Nigdy jeszcze nie był nad francuskim morzem. 

 

Uśmiechnęli  się  do  siebie  nieśmiało,  po  czym  każde  odwróciło  się  w 

stronę własnego okna pogrążając się we własnych rozmyślaniach. Oboje nie 
wiedzieli, że ten tydzień szykował im wiele niespodzianek. 
 

Zapłacili  za  taksówkę,  która  wysadziła  ich  przed  pięciogwiazdkowym 

hotelem. Hermiona na widok budynku musiała usiąść na walizce z wrażenia. 
 

- O mamusiu – wyszeptała, na co Malfoyowie wybuchli śmiechem. 

 

-  Chodź,  Granger  –  powiedział  wyciągając  do  niej  rękę  w  geście 

pomocy, ale ona nie zamierzała z niej skorzystać. Wstała o własnych siłach. 
 

Kamerdynerzy  natychmiast  zabrali  walizki  do  hotelu,  po  uprzednim 

otrzymaniu napiwków od Dracona. Hermiona spojrzała na niego spod byka. 
Wyglądał  niesamowicie  przystojnie  w  czarnych  spodniach  od  garnituru  i 
białej  rozpiętej  koszuli.  Na  nosie  miał  założone  przeciwsłoneczne  okulary, 
które sprawiały, że na jego widok Hermionie miękły nogi. Odwróciła wzrok, 
by  nie  przykuć  jego  uwagi.  Miała  szczęście,  że  rozmawiał  właśnie  ze 
Scorpiusem i nie wiedział jej pełnego zachwytu wzroku. 
 

Nie wiedziała jak bardzo się myliła. 

 

Rozglądnęła  się  wokół  czekając  na  swoich  blondwłosych  towarzyszy. 

Podziwiała wielkość hotelu. Musiał być naprawdę drogi. 
 

Nagle  poczuła,  że  ktoś  obejmuje  ją  w  talii.  Odwróciła  się 

przestraszona,  ale  widząc  przed  sobą  Malfoya  prychnęła  pogardliwie 
odsuwając się od niego. Nie zrobiła tego zbyt chętnie, ale nie mogła trwać w 
tej pozycji. Czuła, że był zbyt blisko niej. 

background image

 

- Obraziłaś się? – zapytał podchodząc do niej bliżej. 

 

- Nie. Ale uważaj, bo zgubisz dziecko. 

 

-  Dziecko.  Dziecko!?  –  rozglądnął  się.  Scorpius  stał  obok  chichoczącej 

Hermiony. – Zabawne, Granger, bardzo. Idziemy. 
 

Hermiona i Draco schylili się równocześnie, by wziąć na ręce Scorpiusa 

uderzając się głowami. Speszeni wstali i odwrócili od siebie wzrok. 
 

-  Weź  go  –  powiedzieli  równocześnie  sprawiając,  że  wybuchli 

śmiechem. – Dobra, weź go, Hermiono – dodał po chwili Dracon. 
 

Dziewczyna  wzięła  chłopca  na  ręce.  Kiedy  stanęła  obok  wysokiego 

blondyna  ruszyli  do  recepcji,  w  której  powitała  ich  wysoka,  piękna 
brązowowłosa  Francuzka,  która  na  widok  Malfoya  rozpięła  górę  bluzki 
uwydatniając swój biust. 
 

-  Dzień  dobry!  W  czym  mogę  państwu  pomóc?  –  zapytała  patrząc  na 

niego z uśmiechem całkowicie ignorując Hermionę. 
 

Draco  uniósł  brew  sprawiając,  że  kobieta  zarumieniła  się.  Hermiona 

musiała  przyznać,  że  mężczyzna  doskonale  wiedział  o  swoich  atutach  i 
specjalnie  prowokował  swoim  zachowaniem  i  wyglądem  płeć  piękną. 
Brązowowłosa  domyśliła  się  celu  takiego  zachowania:  Malfoy  z  pewnością 
chciał  podnieść  swoje  zdanie  na  temat  własnego  ego.  Zaśmiała  się  cicho 
zwracając na siebie jego uwagę, ale nie dał tego po sobie znać. 
 

- Witam panią. Chciałbym rozmawiać z właścicielem hotelu. 

 

Kobieta uśmiechnęła się smutno. 

 

- Niestety, to nie jest możliwe. Dyrektor jest bardzo zajęty. 

 

Malfoy zaczął udawać, że się rozmyśla. 

 

- Wie pani... Skoro pani szef nie ma czasu dla mnie, to zastanawiam się, 

jak on traktuje innych sponsorów tego hotelu – Hermiona zastanawiała się, 

background image

skąd Malfoy tak dobrze znał francuski. – Jeśli on nie ma czasu dla głównego 
sponsora, to dla kogo on go posiada? 
 

Recepcjonista spojrzała na Dracona ze strachem. 

 

-  Ja...  Ja  już  informuję  dyrektora  o...  –  wzięła  słuchawkę  i  wykręciła 

numer. – Może pan podać nazwisko? 
 

- Malfoy – odpowiedział uśmiechając się kpiarsko, kiedy recepcjonistka 

upuściła z wrażenia słuchawkę. 
 

-  Ma...  Ma...  Malfoy?  Ten  Draco  Malfoy?  –  zapytała  drżącym  głosem 

Francuzka podnosząc telefon. – Ależ... Już... Chwilkę... 
 

Hermiona  patrzyła  z  zaskoczeniem  na  Dracona,  który  wziął  od  niej 

Scorpiusa.  Powiedział  mu  coś  na  ucho,  na  co  chłopiec  zaśmiał  się  perliście. 
Po  chwili  rozmowy  recepcjonistka  odłożyła  słuchawkę,  spoglądając  z 
uwielbieniem na Malfoya. 
 

- Dyrektor już schodzi. O, już idzie! 

 

Hermiona  równocześnie  z  Draconem  odwróciła  się  w  stronę 

mężczyzny  ubranego  w  granatowy  garnitur.  Nie  mogła  uwierzyć  w  to,  co 
widziała. Czuła się tak, jakby zbliżał się w jej kierunku Armagedon. Odwróciła 
się  od  kroczącego  w  ich  kierunku  mężczyzny.  Była  pewna,  że  nie  zdążył 
zobaczyć jej twarzy. Przez tyle lat zastanawiała się, dokąd uciekł... 
 

To  z  pewnością  był  on.  Wszędzie  rozpoznałaby  go.  Pomimo  tylu  lat 

rozłąki  pamiętała  go  doskonale.  Przez  wiele  lat  zastanawiała  się  na  co 
poświęciła swoje wszystkie pieniądze, a teraz przypadkowo dowiedziała się, 
że ten cały kredyt zaciągnięty na jej nazwisko został przeznaczony na drogi 
hotel  na  Lazurowym  Wybrzeżu.  Jej  życie  zostało  zniszczone  tylko  dlatego, 
bo on pragnął otworzyć hotel! 
 

Poczuła  jak  do  oczu  napływają  jej  łzy.  Wzięła  od  Dracona  Scorpiusa, 

który  ją  o  to  poprosił,  po  czym  zaczęła  chodzić  po  holu  hotelu  w  takiej 
odległości, by słyszeć ich rozmowę: 
 

-  Witam,  panie  Malfoy!  Nie  spodziewałem  się  pana  tak  szybko  – 

usłyszała Jego głos. 

background image

 

-  Ja  też  nie  –  odpowiedział  chłodnym  tonem  Draco.  –  Pańska 

recepcjonistka  wspomniała  coś,  że  nie  ma  pan  dla  mnie  czasu,  więc  nie 
będę... 
 

- Ależ skąd, panie Malfoy! To nieporozumienie... 

 

Draco zaśmiał się ironicznie. 

 

-  Chciałbym  otrzymać  swój  apartament.  Mam  nadzieję,  że  jest 

wykończony tak, jak to uzgadnialiśmy. 
 

Hermiona  rzuciła  okiem  na  rozmawiających  mężczyzn. Tak  bardzo  się 

różnili.  Zarówno  wyglądem,  jak  i  charakterem.  Dziwiła  się  sobie,  jak  mogła 
kiedyś kochać kogoś takiego jak on. 
 

Był  dobrze  zbudowany,  owszem,  ale  nie  miał  charyzmy.  Hermiona 

zdała  sobie  sprawę,  że  nigdy  nie  zdecydowała  się  na  uprawianie  z  nim 
miłości nie dlatego, że tak ją wychowali rodzice, lecz ponieważ On nigdy nie 
pociągał jej fizycznie. Był zwykłym facetem: brunet, o brązowych oczach, o 
oliwkowej  skórze.  Uwielbiał  oglądać  telewizję,  rządzić  ludźmi...  Najlepiej  by 
było,  gdyby  zarabiał  pieniądze  cudzymi  rękami.  Hermiona  tego  nie 
dostrzegała,  dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że  żyła  tak,  jak  on  tego 
pragnął. I zdobył pieniądze na własny biznes jej kosztem. Zniszczył jej życie, 
by samemu móc żyć w luksusie. 
 

-  Hermiona,  czemu  places?  –  zapytał  Scorpius  wycierając  rączkami  jej 

łzy. Miała szczęście, że użyła wodoodpornego tuszu do rzęs. 
 

- Coś mi wpadło do oka, skarbie – odpowiedziała. – Idziemy do taty? 

Chłopiec  przytaknął,  a  Hermiona  podeszła  pewnym  krokiem  ignorując 
właściciela hotelu. 
 

- Draco, czy mógłbyś...? – zapytała najmilszym głosem uśmiechając się 

przy okazji. 
 

Zaskoczony blondyn odwzajemnił jej uśmiech biorąc na ręce Scorpiusa. 

Hermiona zauważyła, że właściciel przyglądał jej się z zaciekawieniem. 
 

background image

-  A  więc,  moglibyśmy  dostać  klucze  do  naszego  apartamentu?  – 

zapytał Draco. 
 

-  Draco,  nie  zaczynamy  zdania  od  „więc”  –  poprawiła  go  Hermiona 

zwracając na siebie jeszcze większą uwagę właściciela. 
 

Blondyn zaśmiał się ironicznie. 

 

- Wiem, Hermiono – zauważyła, że mężczyzna nagle zbladł. – Dlatego 

zacząłem zdanie od „a”, a nie „więc”. To jak, panie Willson? 
 

Hermiona  odwróciła  się  w  stronę  mężczyzny  spoglądając  na  niego  z 

chłodem. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. 
 

- Cześć Richard! Dawno się nie widzieliśmy. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 15 

 
 
 
 
 

Draco  spojrzał  na  brązowowłosą  z  nieodgadnionym  wyrazem  twarzy. 

Hermiona  zastanawiała  się,  co  sobie  myślał.  Od  rozmowy  z  Richardem  w 
holu, która odbyła się w dość przyjaznej atmosferze, nie odzywał się do niej 
ani  słowem.  Teraz,  kiedy  Scorpius  leżał  na  hamaku,  który  mieli  na  balkonie 
swojego  apartamentu,  zamierzał  jej  coś  powiedzieć.  I  wiedziała,  że  to  nie 
będzie nic miłego. 
 

Siedziała na sofie w salonie obserwując go z lękiem. Bała się, że będzie 

miał do niej pretensję o to, że się wtrąciła w ich rozmowę. Nie chciała tego – 
nie zniosłaby faktu, że już pierwszego dnia popsuła wyjazd. 
 

Mężczyzna usiadł obok niej wzdychając. Odwrócił się w jej stronę. 

 

-  Nie  wiem,  co  ci  powiedzieć  –  bezwiednie  przeczesała  sobie  palcami 

włosy.  –  Gdybym  wiedział,  to  nigdy  w  życiu  nie  zainwestowałbym  w  ten 
interes. Nie wiem, jak cię przeprosić... 
 

Brązowowłosa  zmarszczyła  czoło  nie  wiedząc  o  co  chodziło 

Malfoyowi. 
 

Przecież  on  się  chyba  nie  obwinia  za  to,  że  pomógł  zrobić  Richardowi 

użytek z tego pół miliona funtów?! 
 

- Malfoy, co ty pieprzysz!? – kobieta z wrażenia wstała. – Za co ty 

chcesz mnie przepraszać, człowieku?! Za to, że ten kretyn mnie okradł, czy 
za to, że przez niego straciłam najlepsze lata swojego życia? Chyba jesteś 
chory! 
 

- Hermiono... – zaczął, ale dziewczyna mu przerwała. 

 

- Nie będę z tobą o tym rozmawiać! To jest sprawa między mną a 

Richardem. Nie masz prawa się obwiniać za to, że on... – jej głos się załamał, 

background image

ale szybko się opanowała. – To nie jest twój interes, Draco. Nie przejmuj się – 
dodała siadając naprzeciwko niego uśmiechając się lekko. – Twoje pieniądze 
nie pójdą na marne. Nie wracajmy już do tego. 
 

Jak ty niczego nie rozumiesz, pomyślał wpatrując się w jej twarz. 

 

Wiedział,  że  jej  pomoże.  Zrobi  wszystko,  by  odzyskała  wszystko,  co 

straciła. 

 
A może zyskała więcej... 

 
 
 
 

Wieczorem postanowili wyjść na wspólny spacer po Marsylii, do której 

teleportowali  się  z apartamentu. Hermiona przez całą podróż nie odzywała 
się do Dracona, a on sam również nie miał na to nastroju. Zarówno on, jak i 
ona, doskonale wiedzieli, że mogliby się zacząć kłócić. A przecież przyjechali 
po  to,  by  Scorpius  miał  miłe  wspomnienia  z,  prawdopodobnie  ostatniej, 
podróży razem z ojcem. Hermiona zaś przyjechała na darmowy odpoczynek 
od kodeksu. 
 

Kilka  godzin  później  wrócili  do  apartamentu.  Hermiona,  na  życzenie 

Scorpiusa, położyła chłopca spać, czytając mu bajkę na dobranoc. Kiedy była 
pewna,  że  chłopiec  już  śpi,  wyszła  z  pokoju,  zamykając  za  sobą  drzwi. 
Skierowała  się  do  kuchni,  chcąc  się  napić  soku,  ale  zrezygnowała  z  tego 
widząc Malfoya. Nadal nie miała ochoty z nim rozmawiać. 
 

-  Hermiono  –  usłyszała  jego  szept,  kiedy  się  odwróciła  w  stronę 

swojego pokoju. – Porozmawiajmy. 
 

Nie mogła powiedzieć, że wcale jej nogi nie zaczęły się robić jak z waty 

pod wpływem jego głosu. Nie chciała z nim rozmawiać, ale kiedy poczuła, jak 
bierze  jej  dłoń  w  swoją  uległa.  Zaprowadził  ją  do  salonu,  gdzie  usiedli  na 
sofie. Draco przez chwilę się jej przyglądał wciąż nie puszczając dłoni, a ona 
uparcie  wpatrywała  się  w  ścianę,  naprzeciw  której  siedziała.  Próbowała 
sobie wmówić, że on wcale nie trzyma swej dłoni w jej i nie patrzy na nią... 
Usiłowała  oszukać  samą  siebie  myśląc,  że  nie  czuła  się  w  jego  obecności 
bezpiecznie. 

 

background image

-  Hermiono  –  wyszeptał  jej  imię.  Szatynka  poczuła  jak  po  jej  ciele 

przebiegają  dreszcze.  Przebywanie  tak  blisko  Dracona  Malfoya  było  tak 
cudownym uczuciem... 
 

- Granger, spójrz na mnie – dziewczyna odwróciła głowę w jego stronę 

i z przerażeniem stwierdziła, iż Dracon Malfoy siedzi za blisko niej. Odległość 
między nimi wydawała się dla niej zbyt niebezpieczna. 
 

-  Dlaczego  nie  chcesz,  żebym  ci  pomógł?  –  musiał  wiedzieć,  że  jego 

głos  hipnotyzuje.  –  Wystarczy  jedno  słowo,  a  on  odda  ci  wszystko  z 
nadwyżką. Dlaczego więc nie chcesz? 
 

Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ten facet źle na nią działał. 

Jeżeli będzie tak siedziała blisko niego, to nie będzie mogła powstrzymać od 
pragnienia, które dręczyło ją przez ostatnie kilka dni. 
 

Pragnienia pocałowania tego mężczyzny. 

 

Ale  to  było  niemożliwe!  Wiedziała,  że  jest  przecież  nic  nieznaczącą, 

małą i brudną szlamą. A on był arystokratą... Księciem z bajki... 
 

- Ja... – wyszeptała rozchylając wargi i nie wiedząc co dalej powiedzieć. 

– Ja nie... 
 

Zaniemówiła,  kiedy  poczuła  na  swoich  wargach  jego  palec,  którym 

przejechał  po  całej  długości  ust.  Gdy  uświadomiła  sobie  co się dzieje, serce 
jej serce zaczęło gorączkowo bić. Szybko wstała ze swojego miejsca. 
 

-  Jest  późno.  Czas  już  spać.  Rano  idziemy  ze  Scorpiusem  na  plażę, 

pamiętaj. 
 

Nie  czekając  na  odpowiedź  poszła  szybkim  krokiem  do  swojego 

pokoju  zamykając  za  sobą  drzwi.  Chwilę  później  siedziała  na  podłodze  i 
bezgłośnie szlochała. Nie mogła mu pozwolić się pocałować. Nie mogła mu 
pozwolić, by robił jej nadzieję na coś, co było niedozwolone. 
 

Nie wiedziała, że w salonie Draco Malfoy miał sobie za złe to, że jej nie 

zatrzymał...  
 
 

background image

ROZDZIAL 16 

 
 
 
 
 

Przez  kilka  kolejnych  dni  zachowywali  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało. 

Zabawiali  Scorpiusa  najlepiej  jak  tylko  potrafili.  Draco,  pomimo  protestów 
Hermiony,  postanowił  swojego  syna  nauczyć  surfować.  Po  kilku  godzinach 
ćwiczeń  Młody,  jak  nazywał  go  pieszczotliwie  Malfoy,  radził  już  sobie 
całkiem dobrze – potrafił utrzymać się na desce. 

 
W  czasie,  kiedy  Draco  spędzał  czas  z  synem,  Hermiona  postanowiła 

poczytać  książki  i  poopalać  się.  Z  żalem  stwierdziła,  że  nie  miała  w  swoich 
rękach  żadnej  dobrej  książki  od  prawie  pięciu  lat,  dlatego  ucieszył  ją  fakt, 
kiedy  Draco  pokazał  jej  swoją  biblioteczkę,  w  której  mogła  znaleźć  tylko  i 
wyłącznie dobre książki. Zarówno te magiczne, jak i literaturę mugolską. 

 
Postanowiła,  że  przeczyta  „Lśnienie”  Stephena  Kinga.  Uwielbiała  jego 

książki od kiedy tylko przeczytała „Miasteczko Salem”. Nigdy nie sądziła, że 
Draco Malfoy mógłby się lubować w takiej literaturze... 

 
Była  już  na  piątym  rozdziale,  kiedy  poczuła,  jak  ktoś  ją  chlapie  wodą. 

Zdezorientowana spojrzała na swojego oprawcę. 

 
- Wstawaj, Granger, bo nam się spalisz – rzucił Malfoy, który stał przed 

nią w samych bokserkach wycierając się ręcznikiem. Hermiona obserwowała 
idealnie  umięśnione  ciało  mężczyzny  zza  swoich  okularów.  Poczuła,  że  się 
zaczyna rumienić, więc bez słowa powróciła do lektury. 

 
Malfoy nie dał jednak za wygraną. 
 
-  Co  czytasz?  –  zapytał  kładąc  się  na  kocu  obok  niej,  po  czym  podniósł 

okładkę. Po chwili rzucił: – Dobry wybór, Granger. Gdzie już jesteś? 

 
- Rozpoczynam „Kabinę telefoniczną”, ale pewien typ mi przerwał i nie 

mogę  czytać  dalej  –  powiedziała  zaznaczając  odpowiednim  zaklęciem 
miejsce zakończenia lektury. Zamknęła książkę. 

background image

 
-  No  co  za  dupek  –  udał  oburzenie.  –  Niech  go  tylko  dorwę...  to  mu 

podziękuję – dodał szybko uśmiechając się złośliwie. 

 
Hermiona westchnęła. 
 
-  Zawsze  będziesz  takim  ignorantem?  –  zapytała  ściągając  okulary.  – 

Gdzieś ty w ogóle podział Scorpiusa?! 

 
-  Jest  z  Rebeccą  –  powiedział  niedbałym  tonem  przyglądając  się  jej 

intensywnie. 

 
Rebecca  była  jedną  z  opiekunek  do  dzieci,  które  pracowały  w  hotelu 

Alabama.  Zostały  zatrudnione  w  celu  opiekowania  się  pociechami  gości,  by 
pozwolić odpocząć ich rodzicom. Rebecca została przydzielona Draconowi i 
Hermionie  jako  najlepsza  opiekunka  w  całym  hotelu. Specjalnie  ze  względu 
na  Dracona  Richard  Willson  zatrudnił  Rebeccę  –  chciał,  aby  jego  najlepszy 
sponsor miał najlepszą służbę. Poza tym był przekonany o tym, że Hermiona 
była żoną Dracona – o czym nie wiedziała sama zainteresowana, a Malfoy nie 
zamierzał też wyprowadzić Richarda z błędu. 

 
- No to ja do niego pójdę – szatynka już zamierzała wstać, kiedy chwycił 

ją za rękę. 

 
- Zostań, proszę. 
 
Nie  wiedziała,  dlaczego  postanowiła  mu  ulec.  Położyła  się  na  plecach 

zamykając  przy  tym  oczy,  a  on  ułożył  się  na  prawym boku  i  podparł  głowę 
ręką tak, by móc ją obserwować. 

 
Przez  kilkanaście  minut  rozmawiali  o  książce,  którą  zaczęła  czytać 

Hermiona,  a  potem opowiadali o swoich ulubionych książkach. Okazało się, 
że  lubią  tych  samych  mugolskich  powieściopisarzy.  Ze  zdziwieniem 
stwierdzili, że, prócz „Alchemika”, nie lubią żadnej z książek Paulo Coelho. I 
oboje  lubują  się  w  fantastyce.  Oboje  czuli,  że  mogliby  tak  rozmawiać 
godzinami... 

 
Po  wymienieniu  najlepszych  czarodziejskich  pisarzy,  do  których  z 

pewnością nie należał Gilderoy Lockhart zapadła niezręczna cisza. 

 

background image

- Granger? – zapytał niepewnie Malfoy. 
 
- Co znowu? 
 
- Mogę cię dziś zaprosić na kolację? 
 
- Malfoy, każdego wieczoru jemy razem kolację. 
 
Nie musiała otwierać oczu, by wiedzieć, że teatralnie przewraca oczami. 

Uśmiechnęła się pod nosem. 

 
- Nie o to mi chodziło, Granger. 
 
- Doskonale wiem, że nie o to ci chodziło. 
 
- No to, jak? 
 
-  Możesz  zaprosić,  ale  nie  zapewniam  cię,  że  moja  odpowiedź  będzie 

pozytywna. 

 
Uśmiechnęła się szeroko słysząc potok przekleństw pod jej adresem, ale 

nie przejmowała się tym. Wiedziała, że wcale nie miał zamiaru jej obrażać. 

 
Nagle  otworzyła  oczy  czując  jak  na  jej  ciało  opadają  krople  wody. 

Zawstydzona  patrzyła  na  pochylającego  się  nad  nią  Dracona  Malfoya,  który 
uśmiechał się do niej złośliwie. 

 
-  Granger  idziesz  ze  mną  dzisiaj  na  kolację,  wiesz?  –  zapytał  pewnym 

siebie głosem. 

 
- Miałeś mnie zaprosić, a nie kazać – wytknęła mu dotykając jego torsu i 

wystawiając język niczym małe dziecko. 

 
- Wiem, ale jakbym cię zaprosił, to mogłabyś mi odmówić, a wiesz, że... 
 
- Uraziłabym twoje ego? – zapytała uśmiechając się do niego ironicznie, 

próbując go naśladować. Niestety nieskutecznie. 

 

background image

- Wiesz, że szefowi nie powinno się odmawiać, ale znając ciebie byłabyś 

do  tego  zdolna...  A  jeśli  ci  powiem,  że  musisz  iść  na  tą  kolację,  to  będziesz 
musiała przyjść. 

 
Pochylił się jeszcze niżej sprawiając, że na jej twarzy pojawiły się wielkie 

rumieńce, ale on doskonale udawał, że ich nie widział. 

 
- No więc jak, pani mecenas? Spotkamy się dzisiaj na kolacji? – zapytał z 

cwaniackim uśmiechem. 

 
- Spotkamy, panie Malfoy – odpowiedziała uśmiechając się nieśmiało. 
 
-  Mam  nadzieję,  że  sukienka  ci  się  spodoba  –  powiedział  wracając  do 

poprzedniej  pozycji.  –  Myślę,  że  czas  odciążyć  Rebeccę  naszym  małym 
urwisem – dodał, po czym równocześnie wstali ze swoich miejsc. Nieśmiało 
spojrzeli na siebie ruszając w stronę Rebecci. 

 
 
 
 
Byli  umówieni  w  restauracji  „La  télécabine”  przy  Avenue  des  Stars  w 

Nicei,  do  której  mieli  się  teleportować  osobno.  Hermiona  stała  w  swoim 
pokoju  ubrana  w  piękną  granatową  suknię,  którą  dostała  od  Malfoya, 
przeglądając  się  w  lustrze.  Nie  miała  pomysłu,  by  zrobić  coś  ze  swoimi 
włosami. Luźno opuszczone nie pasowały, zaś nie chciało się jej tworzyć na 
poczekaniu jakiejś wymyślnej fryzury. Postanowiła więc zrobić najprostszego 
koka  w  „artystycznym  nieładzie”.  Efekt  był  dobry.  Oczy  podkreśliła  czarną 
kredką,  a  rzęsy  czarnym  wodoodpornym  tuszem.  Założyła  kolczyki  w 
kształcie  pereł,  a  do  tego  perłowy  naszyjnik,  który  dostała  na  dwudzieste 
trzecie urodziny od swojego ojca. Spojrzała w lustro. 

 
Pierwszy raz od kilku lat czuła się w miarę ładnie. Spojrzała na zegarek. 

Było za dziesięć dwudziesta. Miała jeszcze dziesięć minut. 

 
Miała  usiąść  na  swoim  łóżku,  kiedy  zauważyła  stukającą  do  jej  okna 

sówkę.  Wpuściła  ją  do  pokoju.  Sóweczka  upuściła  na  jej  łóżko  list  i  nie 
czekając  na  odpowiedź  wyleciała  z  pokoju.  Szatynka  z  zaciekawieniem 
otworzyła  przesyłkę  a  czytając  każde  kolejne  zdanie  czuła,  jak  jej  serce 
napełnia szczęście. 

 

background image

Witaj Granger! 

Jeżeli czytasz ten list to znaczy, że ja już od dawna nie żyję, a moi „doskonali” 

rodzice pragną za wszelką cenę odebrać nasze dziecko mojemu mężowi. 

Piszę  do  Ciebie,  gdyż  wiem,  że  w  obecnym  stanie  jest  ze  mną dosyć krucho: 

mam  białaczkę,  o  czym  nigdy  nie  wspomniałam  Draconowi,  a  na  dodatek 
jestem w ósmym miesiącu ciąży. Za cztery tygodnie powinnam rodzić. Jeżeli już 
umarłam  to  mam  do  Ciebie  prośbę:  zostań  adwokatem  mojego  męża  i  nie 
pozwól, by moi rodzice wraz z Dafne odebrali mu dziecko. Będę chcieli to zrobić 
za wszelką cenę... 

Pewnie  się  zastanawiasz,  dlaczego  właśnie  Ty...  Otóż  kilka  miesięcy  temu, 

zanim  dowiedziałam  się,  że  jestem  w  ciąży  byłam  na  rozprawie  sądowej,  w 
której wygrałaś uniewinnienie dla Johna Cambella. Znam go osobiście – może w 
tej  sytuacji  odpowiedniejsza  jest  forma  „znałam”,  ale  na  razie  jeszcze  żyję  –  i 
uważam,  że  doskonale  sobie  poradziłaś  jako  jego  adwokat,  mimo  że  od 
początku byliście na przegranej pozycji... Gratuluję Ci, Granger! Poradziłaś sobie! 

Piszę  do  Ciebie,  ponieważ  wiem,  że  moi  rodzice  zrobią  wszystko,  by  ukazać 

Dracona  jako  złego  ojca,  co  z  pewnością  nie  będzie  prawdą!  Jeżeli  istnieje  na 
świecie  taka  osoba,  która  powinna  się  zajmować  naszą  córeczką  (jestem 
święcie  przekonana  o  tym,  że  to  będzie  dziewczynka,  ale  wolę  nic  nie  mówić 
Draconowi – lepiej, by żył w przekonaniu, że będzie miał swojego dziedzica) to z 
pewnością  jest  nią  Draco  Malfoy.  Mimo  swojej  parszywej  przeszłości  on 
naprawdę  się  zmienił,  Granger.  Uwierz  mi!  Jestem  przekonana,  że  do  dziś  ma 
potworne wyrzuty sumienia nawet za to, jak Cię traktował w Hogwarcie, a nie 
ukrywajmy, że był dla Ciebie bardzo wredny. 

Mam nadzieję, że ten list pomoże w wygraniu całej rozprawy nad opieką nad 

dzieckiem. Jeżeli to się liczy, to chciałabym powiedzieć, że moją ostatnia wolą 
jest  to,  by  to  właśnie  Draco  zajmował  się  dzieckiem.  A  najlepiej  jakby  sobie 
znalazł  jakąś  kobietę.  On  nie  powinien  być  sam  –  bardzo  potrzebuje  miłości, 
gdyż sam nigdy jej nie zaznał. Jestem pewna, że Draco będzie najlepszym ojcem 
na świecie. 

Cóż Ci mogę jeszcze napisać, Granger? Mam nadzieję, że się podejmiesz tego 

zadania. Jesteś jedyną osobą, która będzie mogła wygrać z moim rodzicami, a 
ja głęboko w Ciebie wierzę. 

Życzę Ci powodzenia w życiu prywatnym, jak i również zawodowym. 
 
Astoria Malfoy 
 
 
 

background image

Szatynka  spojrzała  na  zegarek  –  wybiła  godzina  dwudziesta.  Czas  się 

zbierać,

 pomyślała chowając list do torebki. Uśmiechnęła się do siebie – była 

już  pewna  swojej  wygranej.  Miała  najważniejszego  asa  w  rękawie:  ostatnią 
wolę Astorii Malfoy. Była przekonana, że Malfoy się z tego powodu ucieszy. 

 
Ale nie dziś. Dowie się o tym w swoim czasie... 
 
Teraz mieli spędzić razem bardzo miły wieczór. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 17 

 
 
 
 
 
 

Była  już  godzina  dziewiętnasta  pięćdziesiąt  dziewięć,  a  jej  nadal  nie 

było.  Nie  stresowała  go  jej  nieobecność  –  był  przerażony  faktem,  że 
mogłaby w ogóle nie przyjść. Sam pojawił się w restauracji półgodziny przed 
czasem. Znał ją na tyle, by wiedzieć, że nie tolerowała spóźnień. 

 
Pojawiła  się  równo  o  dwudziestej  rozglądając  się  nieśmiało  po 

restauracji.  Draco  uśmiechnął  się  do  siebie:  wiedział,  że  będzie  ładnie 
wyglądać  w  tej  sukience,  ale  nie  sądził,  że  efekt  będzie  tak  piorunujący. 
Granatowy  materiał  idealnie  na  niej  leżał,  do  tego  spięła  włosy  w  kok  i 
zrobiła  delikatny  makijaż.  Z  zazdrością  stwierdził,  że  każdy  mężczyzna 
znajdujący  się  w  restauracji  pożera  ją  wzrokiem.  Nie  mogąc  tego  znieść, 
wstał  z  miejsca  i  zamierzał  do  niej  podejść,  lecz  uprzedził  go  kelner.  Z 
pewnością  musiał  powiedzieć  jej  komplement,  gdyż  Hermiona  Granger 
zarumieniła się lekko. Malfoy poczuł chęć mordu – miał ochotę rzucić Avadą 
w kelnera, który na jego oczach podrywał jego kobietę. 

 
Bo  ona  była  jego.  Czy  tego  chciała,  czy  nie.  Skradła  jego  serce  -  nieco 

później niż Scorpiusa, lecz przywłaszczyła je sobie nie mając o tym pojęcia. 

 
Uśmiechnął  się ironicznie patrząc, jak kelner odprowadza Hermionę do 

stolika. Wstał z miejsca, jak przystało na dżentelmena i pocałował jej dłoń na 
powitanie.  Kątem  oka  zauważył  butne  spojrzenie  kelnera.  Posłał  mu  tak 
chłodne  spojrzenie,  że  sam  Voldemort  w  czasach  swojej  świetności  nie 
powstydziłby  się  go.  Mężczyzna,  widząc  to,  odszedł  pozostawiając  ich 
samych. 

 
Draco  odsunął  Hermionie  krzesło,  po  czym  usiadł  naprzeciwko  niej. 

Przyglądali  się  sobie  przez  chwilę  czekając,  aż  ktoś  podejdzie  i  przyjmie  ich 
zamówienie. 

 
Nikt się jednak nie zjawiał. 

background image

 
Onieśmielona szatynka sięgnęła po kartę dań. Gdy ujrzała ceny jej oczy 

osiągnęły rozmiary galeonów. 

 
- Malfoy, chyba zwariowałeś – powiedziała cicho po angielsku. 
 
Blondyn  uniósł  leniwie  jedną  brew  posyłając  rozbawione  spojrzenie. 

Chyba  nie  sądziła,  że  on,  Draco  Malfoy,  zaprosi  ją do  byle  jakiej  restauracji? 
Jej mina wyraźnie wskazywała na to, że tak podejrzewała. 

 
Zanim  zdołał  posłać  jakąś  niemiłą  uwagę  do  ich  stolika  podeszła  niska 

czarnowłosa  kelnerka  o  nienaturalnie  bladej  cerze.  Draco  stwierdził,  że 
nawet on, ze swoją jasną karnacją, wyglądał jak murzyn przy tej dziewczynie. 

 
-  Czym  mogę  służyć?  –  zapytała  po  francusku  patrząc  na  niego  i 

całkowicie ignorując Hermionę. 

 
Draco spojrzał na swoją towarzyszkę uśmiechając się do niej przyjaźnie. 
 
- Hermiono? 
 
Czarnowłosa kobieta niechętnie zwróciła się w stronę szatynki. 
 
Hermiona utkwiła wzrok w cenach. Draco zaśmiał się cicho. 
 
- Poproszę Quiche i Ratatouille. Do tego najstarsze wytrawne wino. 
 
Oczy  Hermiony  niebezpiecznie  zaiskrzyły.  Blondyn  się  tym  nie 

przejmował. 

 
- Coś jeszcze? 
 
- Dwa razy borówki i champagne sabayon – powiedział Draco. 
 
Dziewczyna  powtórzyła  zamówienie,  by  sprawdzić,  czy  wszystko 

dobrze  zapisała.  Odchodząc  od  stolika  rzuciła  Draconowi  jednoznaczne 
spojrzenie. 

 
- Pięknie wyglądasz – rzekł po chwili ciszy. 
 

background image

- Dzięki – odmruknęła czerwieniąc się przy tym. Mężczyzna zauważył, że 

Hermiona nie wie, jak powinna reagować na komplementy. Zastanawiał się, 
czy jego zachowanie w Hogwarcie miało na to jakiś wpływ. 

 
- Byłem pewny, że się rozmyślisz. 
 
Hermiona spojrzała na niego zaskoczona. 
 
- Dlaczego? Przecież powiedziałam, że przyjdę. 
 
- Wiem, ale... 
 
Nie dokończył, ponieważ podeszła do nich kelnerka z zamówieniem. 
 
Kiedy odeszła Hermiona rzuciła pytające spojrzenie Draconowi. 
 
- Tak szybko realizują zamówienia? 
 
Mężczyzna się zaśmiał. 
 
- Granger, Granger... Dla niektórych mężczyzn kobiety są w stanie stanąć 

na głowie, by ich zadowolić. 

 
Speszona odwróciła od niego wzrok. 
 
Konsumowali w milczeniu, od czasu do czasu rzucając uwagi dotyczące 

francuskiej  kuchni.  Oboje  doszli  do  wniosku,  że  mają  podobne  upodobania 
smakowe.  Rozmowa  zaczęła  nabierać  tempa:  z  upodobań  kulinarnych 
przenieśli temat na pracę. 

 
- Dlaczego zrezygnowałaś z posady u Naidroka? 
 
-  To  oczywiste.  Prawo  jest  bardzo  wymagające.  Nie  mogłabym  kogoś 

bronić  wiedząc,  że  nie  jestem  w  stanie  obronić  siebie.  To  byłoby  nie  fair 
wobec  moich  klientów,  a  staram  się  być  profesjonalistką.  Albo  coś  robię 
dobrze, albo w ogóle. 

 
-  To  jest  bezsensowne!  Zrezygnowałaś  z  wymarzonej  pracy  tylko, 

dlatego,  że  Willson  zaciągnął  na  ciebie  kredyt?  Pracując  mogłabyś  uzbierać 

background image

tyle  kasy,  by  go  odnaleźć  i  zaszantażować.  Znasz  prawo  –  wiesz,  że  to,  co 
zrobił jest nielegalne! 

 
- A ty mu w tym pomogłeś – zauważyła inteligentnie. 
 
- Nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Sprawdzili go moi ludzie i był 

całkowicie czysty. Przyszedł do mnie ze świetnym pomysłem, a ja zgodziłem 
się  zostać  sponsorem.  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że  okradł  bezbronną  i 
niewinną kobietę? Przecież nie mam szóstego zmysłu, Granger. 

 
- To i tak teraz nie ma żadnego znaczenia... 
 
-  Jak  to  nie  ma  żadnego  znaczenia?!  –  czuł,  że  jeśli  czegoś  nie  zrobi  to 

wpadnie  w  furię.  –  Zamierzasz  spłacić  do  końca  ten  kredyt,  czy  zniszczyć 
dupka? Przyrzekam ci, że ten hotel za kilka dni będzie moją własnością, a nie 
jego.  Zresztą,  moi  ludzie  już  nad  tym  pracują.  Poza  tym  będzie  musiał 
zapłacić  mi  odszkodowanie.  Nie  pozwól  mu,  żeby  ten  spłacony  kredyt 
poszedł mu płazem. 

 
-  Spłacony  kredyt?  –  zapytała  zaskoczona  Hermiona,  a  on  miał  ochotę 

rzucić na siebie cruciatusa za zbyt długi język. 

 
-  No  tą  część,  którą  spłaciłaś,  bo  reszty  nie  pozwolę  ci  spłacać  – 

próbował ratować się z opresji. – Osobiście będę przesyłał ci pensję na twoje 
konto,  ale  nie  będziesz  mogła  jej  przeznaczyć  na  ten  kredyt.  Poza  tym 
uważam, że powinnaś wrócić do Naidroka. 

 
- Chcesz mnie zwolnić? – zapytała ze śmiechem. 
 
- Nie, oczywiście, że nie, Granger. Gdzie znajdę lepszą guwernantkę dla 

Scorpiusa? Po prostu myślałem, że powinnaś też spełniać swoje marzenia, a 
nie tylko poświęcać się dla innych... 

 
- Tak jak ty? – W jej głosie słychać było smutek. 
 
Przez chwilę patrzył na nią nie wiedząc, o co chodzi. 
 
-  Babcia  mi  mówiła,  że  nie  zostałeś  magomedykiem,  mimo,  że 

studiowałeś. 

 

background image

- Ach, o to chodzi... – Mruknął. Nigdy nie lubił rozmawiać o przeszłości i 

swoich marzeniach. Nie było sensu do tego wracać, poza tym nie miał, z kim 
o  tym  rozmawiać.  Teraz  czuł  potrzebę  opowiedzenia  jej  wszystkiego,  co 
zbierał w sobie od wielu lat. 

 
- Dlaczego nie zostałeś uzdrowicielem? Nigdy nie sądziłam, że chciałbyś 

wykonywać tak szlachetną pracę. 

 
-  Prawda?  –  Uśmiechnął  się  złośliwie.  –  Draco  Malfoy,  śmierciożerca-

uzdrowiciel.  Kto  chciałby  się  leczyć  u  śmierciożercy?  –  Zapytał  z  goryczą  w 
głosie. 

 
-  Dlaczego...?  –  Nie  skończyła  pytania,  bo  spojrzał  na  nią 

nieodgadnionym wzrokiem. 

 
-  Skończyłem  magomedycynę  z  wyróżnieniem  –  powiedział  matowym 

tonem.  –  Byłem  najlepszy  na  roku,  więc  przyznano  mi  indywidualny  tok 
nauczania  i  pozwolono  studiować  również  medycynę  na  Uniwersytecie 
Medycznym  w  Oxfordzie.  Zresztą,  tam  też  byłem  najlepszy.  Szybko  się 
uczyłem... – Zamyślił się chwilkę. – Z Astorią byliśmy małżeństwem od trzech 
lat,  kiedy  dowiedzieliśmy  się  o  tym,  że  jest  w  ciąży.  Wiesz,  wzięliśmy  ślub 
jeszcze za czasów Czarnego Pana. Astoria miała wtedy dwadzieścia lat. Kilka 
miesięcy później jej uzdrowiciel powiedział, że jest chora, ale nie wiedział, na 
co. Przez dwa miesiące przeprowadzano na niej różne magiczne badania, ale 
to  było  na  nic.  Z  każdym  dniem  wyglądała  coraz  gorzej...  –  Głos  mu  się 
załamał.  Doskonale  pamiętał  dzień,  w  którym  dowiedział  się  prawdy. 
Zasłonił  sobie  oczy,  jakby  nie  chciał  patrzeć  na  wspomnienia.  –  Nie 
pozwalała  mi  się  zbadać.  Uważała,  że  za  mało  umiem  –  zaśmiał  się  na  to 
wspomnienie.  –  Była  w  szóstym  miesiącu  ciąży,  kiedy  udało  mi  się  ją 
przekonać, bym mógł spróbować. Do dziś żałuję tej decyzji – dodał szybko. – 
Myślę, że bardziej jej zaszkodziłem niż pomogłem – napił się trochę wina, by 
nawilżyć  zaschnięte  gardło.  –  Powiedziałem  jej,  że  nic  jej  nie  jest,  tylko  to 
takie  zmęczenie  ciążowe,  co  było  kłamstwem.  W  rzeczywistości  miała 
nowotwór  płuc.  Powiedziałem  o  tym  lekarzom,  ale  kiedy  się  o  tym 
dowiedzieli...  Idioci  polecieli  jej  o  tym  powiedzieć.  A  ja?  Wiedziałem,  że  nie 
mogę  jej  pomóc.  Nikt  nie  mógł  jej  pomóc.  Kiedy  urodziła  Scorpiusa 
wydawało  się,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Nawet  wyniki  diametralnie  się 
poprawiły.  Codziennie  przy  niej  byłem  i  ją  wspierałem.  Miałem  nadzieję,  że 
stanie się jakiś cud. Wierzyłem, że uda się ją uratować – spojrzał na Hermionę 
z pustką w oczach – byłem naiwny, Hermiono. Zmarła tydzień po urodzeniu 

background image

Scorpiusa.  Obiecałem  sobie  wtedy,  że  nie  zostanę  magomedykiem.  Nie 
mógłbym leczyć ludzi wiedząc, że nie potrafiłem uratować własnej żony... 

 
-  Kochałeś  ją  –  zauważyła  Hermiona,  w  oczach  miała  łzy.  –  Nadal  ją 

kochasz... 

 
Draco zastanowił się chwilę. Nie uważał, by miała rację. 
 
- Możliwe – rzekł. – Nigdy jej tego nie powiedziałem. Zresztą... Ona też. 

Z początku mnie nienawidziła za to, że zostałem jej mężem. Była zaręczona z 
Johnem  Campbellem,  lecz  Voldemort  nie  chciał  dopuścić  do  ślubu 
czarownicy  czystej  krwi  z  mugolem.  Zmuszono,  więc  nas  to  tego  ślubu.  Z 
czasem  po  prostu  przyzwyczailiśmy  się  do  siebie  i  szanowaliśmy.  Byliśmy 
dobrymi przyjaciółmi, którzy byli połączeni związkiem małżeńskim. Tyle. 

 
Przez  chwilę  patrzyli  sobie  głęboko  w  oczy  chcąc  odczytać  to,  co 

myśleli. Draco chciał użyć legilimencji, ale się powstrzymał od tego. 

 
Był wściekły na siebie za to, że tak potoczyła się rozmowa. Miał całkiem 

inne plany, a to wyznanie o Astorii bardzo wiele go kosztowało. Znów będzie 
musiał czekać. 

 
- Wygram tą sprawę – usłyszał z oddali głos Hermiony. 
 
Draco uśmiechnął się do niej lekko. 
 
- Wiem. Gdybym nie był tego pewny, to nie poprosiłbym o to. Idziemy? 
 
- Tak. 
 
Draco, nie czekając na rachunek, rzucił wystarczający banknot na stolik. 

Wyszli  razem  z  restauracji  -  ramię  w  ramię  –  i  teleportowali  się  z  jakiejś 
ciemnej  uliczki  na  plażę  przed  hotelem.  Przystanęli  przez  chwilę  wpatrując 
się w morze. 

 
-  Dziękuję  ci  za  mile  spędzony  wieczór,  Draco  –  powiedziała  nagle 

Hermiona uśmiechając się do blondyna. 

 
-  Nie  ma,  za  co,  Hermiono  –  odwzajemnił  jej  uśmiech.  Wszystko  miało 

być teraz łatwiejsze. 

background image

 
Pragnął  złożyć  na  jej  ustach  pocałunek,  lecz  wiedział,  że  nie  może. Nie 

mógł jej spłoszyć. 

 
Była jego i on to wiedział. Z czasem ona też sobie to uświadomi. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 18 

 
 
 
 
 

„Decyzją  Sądu  Najwyższego  jest  zamieszkanie  Scorpiusa  Hyperiona 

Malfoya wraz z państwem Greengrass do czasu zakończenia rozprawy”. 

 
Hermiona  Granger  stała  na  schodach  prowadzących  do  holu, 

przyglądała  się  jak  dziadkowie  chłopca  za  pomocą  jednego  zaklęcia 
spakowali  wszystkie  rzeczy  Scorpiusa  do  małej  torby.  Aurorzy,  którzy 
przybyli 

nadzorować 

przebieg 

sytuacji 

przyglądali 

się 

kobiecie 

współczującym wzrokiem. Znali ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że bardzo się 
zżyła z chłopcem. 
 

-  No,  gdzie  oni  są?!  –  Hermiona  usłyszała  pretensjonalne pytanie Dafne 

Greengrass,  -  Czy  mógłby  pan  ich  wezwać?  –  Kobieta  zapytała  jednego  z 
aurorów. – Na dziesiątą mam umówioną wizytę u Madame Malkin i nie mogę 
się spóźnić. Jeżeli pan nie wezwie w tej chwili Malfoya... 
 

Kobieta  urwała  widząc,  że  Draco  schodzi  po  schodach  z  małym  na 

rękach posyłając wściekłe spojrzenia. Zatrzymał się przy Hermionie, po czym 
podał jej chłopca. 
 

-  Jesteś  śmieszny!  Dajesz  dziecko  czystej  krwi  brudnej  szlamie?!  – 

zawołała wściekle. 
 

Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Hermiona spoglądała w zapłakane oczka 

małego  Scorpiusa.  Uśmiechnęła  się  do  niego  lekko  bojąc  się,  że  zaraz 
wybuchnie płaczem na widok nieszczęśliwego dziecka. 
 

-  Co  się  stało,  kochanie?  –  spytała  najsłodszym  głosem,  na  jaki  było  ją 

stać. – Dlaczego płaczesz? 
 

Chłopiec  nie  odpowiedział,  lecz  przytulił  się  do  brązowowłosej  kobiety 

szlochając  cicho  w  jej  ramię.  Hermiona  z  trudnością  powstrzymywała  się 

background image

przed uronieniem własnych łez. Nie mogła sobie na to pozwolić, teraz, kiedy 
obserwowali ją aurorzy i państwo Greengrass. 
 

Nie mogła być słaba. 

 

- Scorpiusie – zaczęła cicho. – Nie płacz, przecież jedziesz do dziadków. 

Niedługo wrócisz – dodała wesołym tonem, ocierając dziecku słone krople z 
bladych policzków. – A wiesz, co wtedy zrobimy? – zapytała uśmiechając się 
szeroko. 
 

- Cio? – malec przestał szlochać. 

 

- Pojedziemy na ryby. Ty, tata i ja – dodała, tak, by nikt nie usłyszał. 

 

Blondynek przyglądał jej się z szeroko otwartymi oczami. 

 

- Ale beciesz chola – powiedział cicho. 

 

- Nie będę. Obiecuję ci i pamiętaj, że... 

 

-  Granger!  Zostaw  mojego  chrześniaka  w  spokoju.  My  naprawdę  nie 

mamy czasu, więc, Draco pożegnaj się z dzieckiem i dawaj mi go tutaj. 
 

Mężczyzna wziął od Hermiony Scorpiusa i niedbałym krokiem podszedł 

do Dafne. 
 

-  Jeśli  się  dowiem,  że  jest  coś  nie  tak...  –  zaczął  złowrogim  tonem,  ale 

pani Greengrass mu przerwała. 
 

- Scorpiusowi nic się nie stanie w naszym domu, Draconie. Nie narazimy 

go  na  styczność  z  brudną  krwią.  My,  w  przeciwieństwie  do  ciebie,  nie 
plugawimy  swojego  domu  obecnością  ludzi  niegodnych  posiadania  wiedzy 
czarodziejskiej. 
 

Hermiona poczuła się tak, jakby została uderzona w twarz. 

 

Nie  wiedziała,  kiedy  aurorzy  zniknęli  z  rezydencji Dracona.  Nie widziała 

momentu, w którym Greengrassowie teleportowali się do swojej posiadłości. 
Nie pamiętała, w jaki sposób znalazła się w swoim łóżku. 

background image

Nie wiedziała jak to się stało, że wtulała się w silne ramiona Dracona, który 
próbował ją uspokoić. 
 

-  Nie  płacz,  Hermiono.  Słyszysz?  To  nie  potrwa  długo...  –  jego  głos 

brzmiał tak, jakby próbował przekonać samego siebie. – Zobaczysz. Za kilka 
dni do nas wróci. 
 

Wiedziała,  że  on  sam  w  to  nie  wierzy.  Tak  samo,  jak  ona  w  to  nie 

wierzyła. 
 

-  Zabrali  nam  dziecko,  Draco  –  wyszeptała.  –  Zabrali  twojego  syna  – 

dodała, chcąc się zreflektować. 
 

Przez chwilę słychać było tylko szloch kobiety. 

 

- Nie, Hermiono – zaprzeczył przytuliwszy ją mocniej. – Oni nie zabrali 

mojego syna. Zabrali naszego synka. 
 

Hermiona słysząc te słowa rozpłakała się jeszcze głośniej. 

 
 
 

Matka,  to  nie  ta,  co  rodzi,  tylko  ta,  co  wychowuje  i  kocha  ponad 

wszystko. 
 

Prawdziwa matka to ta, co za dziecko oddałaby własne życie...  

 
 
 
 
 
 

John Campbell stał pod drzwiami rezydencji Malfoyów i czekał aż ktoś 

je  otworzy.  Nie  wiedział,  czy  dobrze  zrobił  przychodząc  do  domu  swojego 
rywala – mężczyzny, który odebrał mu ukochaną kobietę, miłość jego życia. 

Mężczyzny, który dał dziecko jego kobiecie! 
Gdyby  nie  to,  że  sprawa  dotyczyła  także  Hermiony  Granger, 

najwspanialszej pani adwokat, która sprawiła, że mógł swobodnie stąpać po 
ziemi,  nie  odważyłby  się  mu  pomóc.  Za  bardzo  nienawidził  Dracona 
Malfoya... 

background image

John  wiedział,  że  ani  Draco,  ani  Astoria  nie  chcieli  ślubu;  doskonale 

znał  sytuację,  która  zmusiła  oboje  młodych  ludzi  do  zawarcia  związku 
małżeńskiego,  ale  jednak  mimo  wszystko  w  jego  sercu  zawsze  będzie 
płomień nienawiści wobec tego mężczyzny. 

 
Gdyby nie to, że Astoria poprosiła go o to, by w razie sprawy sądzenia 

o dziecko stanął po stronie jej męża... 

 
-  Dzień  dobry  –  usłyszał  głos  jakiejś  staruszki.  –  W  czym  mogę  panu 

pomóc? 

 

John  przełknął  głośno  ślinę.  Czego  on  się  spodziewał?  Skrzata 

domowego, jak opowiadała Astoria. Albo kamerdynera...? 
 

-  Dzień  dobry  –  wypowiedział  drżącym  głosem.  –  Nazywam  się  John 

Campbell. Chciałbym się zobaczyć z panem Malfoyem. 
 

Starsza pani nerwowo poprawiła swoje okulary, by móc lepiej widzieć. 

Przez  chwilę  sprawiała  wrażenie  niezbyt  chętnej  na  konfrontację  z  panem 
Malfoyem. 
 

-  Widzi  pan...  –  zaczęła  –  to  nie  jest  najlepszy  czas  na  spotkania  z 

panem Malfoyem. W tej chwili pan Malfoy jest zajęty... 
 

-  Tu  chodzi  o  jego  dziecko  –  powiedział  niegrzecznym  tonem  do 

starszej pani. – Jeżeli pan Malfoy nie może ze mną rozmawiać, to proszę mi 
powiedzieć, gdzie znajdę mecenas Granger. 
 

Starsza pani spojrzała zaskoczona na mężczyznę. 

 

- Proszę wejść. 

 
 
 
 

-  Więc  to  ty  wysłałeś  mi  ten  list?  –  Zapytała  Hermiona  chodząc  po 

swoim  pokoju,  rzucając  co  jakiś  czas  ukradkowe  spojrzenia  na  swojego 
gościa. 

 

background image

- Nie wiedziałem, że jest on skierowany do ciebie, Hermiono. Zrobiłem 

po prostu to, o co prosiła mnie przed śmiercią Astoria. 
 

- Skąd wziąłeś sowę? Przecież nie ma... – urwała widząc jego wzrok. – 

To była jej sowa? Przepraszam... 
  

W  pokoju  zaległa  cisza,  która  została  przerwana  nagłymi  krzykami 

dobiegającymi  z  korytarza.  Hermiona  szybko  wybiegła  z  pokoju  chcąc 
sprawdzić, co się dzieje. 
 

Stanęła  u  szczytów  schodów,  które  prowadziły  do  holu.  Mężczyzna 

ubrany  w  garnitur  stojący  do  niej  tyłem  usiłował  coś  wytłumaczyć 
Draconowi, ale bez skutku. Malfoy stał z poważną miną wpatrując się przed 
siebie.  Hermiona  doskonale  znała  tą  minę  –  nie  dało  się  już  nic  wskórać  w 
sprawie, o której mówił mężczyzna. Decyzja Dracona była ostateczna. 
 

Nagle  na  twarzy  mężczyzny  pojawił  się  lekki  uśmiech  –  dostrzegł 

Hermionę,  której  kiwnął  głową,  jednocześnie  zwracając  uwagę  jego 
towarzysza na obecność osoby trzeciej. 
 

Kiedy  się  odwrócił  się  Hermiona,  w  duchu,  jęknęła.  Nie  sądziła,  że 

Draco tak szybko się zajmie sprawą Richarda. 
 

-  Hermiono,  pozwól  –  poprosił  Draco,  a  ona  niepewnie  spojrzała  w 

stronę drzwi, w których stał John. Kiwnął jej głową, by posłuchała swojego 
pracodawcę. 
 

Jak  przystało  na  dżentelmena,  blondyn  pochwycił  dłoń  kobiety, 

schodzącej ze schodów. 
 

-  Jak  widzi  pan,  Willson  –  zaczął,  a  Hermiona  dziwnie  się  poczuła 

widząc,  że  mocniej  ścisnął  jej  dłoń,  jakby  bał  się,  że  zaraz  podejdzie  do 
Richarda i się na niego rzuci – Hermiona w ostatnim czasie naprawdę miała 
wiele  problemów.  To,  jak  pan  ją  potraktował,  sprawia,  że,  niestety,  hotel 
staje się moją własnością, a w zasadzie... 
 

-  Nie  sądziłem,  panie  Malfoy,  że  przekaże  pan  żonie  całą  należność  – 

powiedział Richard, przyglądając się uważnie Hermionie. 
 

Draco zaśmiał się kpiarsko. 

background image

 

-  Przecież  hotel  został  wybudowany  za  pieniądze  mojej  żony  –  dla 

zwiększenia  efektu  objął  Hermionę  w  talii.  –  Nie  myślał  pan,  że  popuszczę 
panu tego „wyczynu” i pozwolę, by pan nadal pozostał właścicielem, panie 
Willson? 
 

Hermiona  poczuła,  że  robi  jej  się  gorąco.  Tak  cudownie  słuchać  było 

tego,  kiedy  Draco  mówił  o  niej  „moja  żona”.  Wiedziała  jednak,  że  to  tylko 
blef. Nie mogła się jednak odpędzić od myśli, że chciałaby być jego żoną, być 
z nim do końca i móc naprawdę kochać Scorpiusa. Być matką i żoną. 
 

Może kiedyś mieć z Draconem swoje dziecko... 

 

Z zamyślenia wyrwał ją głos Richarda. 

 

- Żegnam, panie Malfoy! Żegnaj, Hermiono. 

 

Drzwi trzasnęły kilka sekund później. 

 

Brązowowłosa  chciała  wyswobodzić  się  z  uścisku  Malfoya,  lecz 

trzymał ją mocno. 
 

- Puść mnie – wyszeptała. 

 

-  Nie  mogę  –  odpowiedział  zbliżając  do  niej  swoją  twarz.  Machinalnie 

odwróciła wzrok. 
 

-  Proszę  cię  –  wyszeptała.  –  W  moim  pokoju  czeka  John  Campbell. 

Dzięki jego zeznaniom mamy nikłą szansę wygrać sprawę. 
 

Puścił ją z niechęcią, co zauważyła Hermiona, ruszająca na górę. Nigdy 

nie  miał  do  czynienia  z  Johnem  Campbellem,  ale  czuł,  że  to  spotkanie  nie 
będzie zaliczał do najprzyjemniejszych. 
 
 
 

-  Macie  dzisiaj  wolne  –  powiedziała  Babcia,  wchodząc  do  kuchni,  w 

której siedzieli wszyscy pracownicy. Evan, który właśnie jadł zupę, o mało co 
się nie zakrztusił. 
 

background image

- Słucham? – zapytał  basem. – Pan dał nam wolne? 

 

Babcia  przewróciła  oczami  zasiadając  do  stołu.  Uśmiechnęła  się  do 

Stana. 

 
-  Pan  Malfoy  musi  załatwić  ważną  sprawę.  Lepiej  będzie,  jeżeli  nie 

będziemy mu przeszkadzać. 
 

Prawda  była  taka,  że  Draco  nie  miał  nic  do  załatwienia.  Babcia  od 

jakiegoś  czasu  próbowała  sprawić,  by  pan  domu  został  z  Hermioną  sam  na 
sam. Widziała, jak oboje się męczą w swojej obecności nie mogąc ukazywać 
uczuć,  dlatego  postanowiła  im  stworzyć  odpowiednie  warunki  do  miłej  i 
przyjaznej atmosfery. 
 

Wizyta  Johna  Campbella  była  idealnym  pretekstem  do  tego,  by  dać 

swoim  kolegom  z  pracy,  chwilę  spokoju.  A  zarazem  odrobinę  prywatności 
dla Dracona. 
 

Niestety, młodymi ludźmi nie jest łatwo manipulować... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAL 19 

 
 
 
 
 

- Dobrze się czujesz? – Draco zapytał Hermionę, która siedziała oparta 

o wezgłowie swojego łóżka. Była zmęczona po tym, co powiedział im John, 
aczkolwiek wiedziała, że dzięki niemu mogą wygrać. Nadzieja nie gasła. 

 
-  Tak  –  mruknęła,  a  po  chwili  spojrzała  na  niego  nieprzeniknionym 

wzrokiem. Przypomniała sobie sytuację, która miała miejsce w holu. Musiała 
z nim o tym porozmawiać. 

 
Robiąc herbatę w kuchni, postanowili, że pójdą do gabinetu Dracona, by 

jeszcze raz przedyskutować sprawę Scorpiusa. Oboje za wszelką cenę chcieli 
się podzielić z innymi dobrymi wieściami. 

 
W  pomieszczeniu  nikogo  nie  zastali,  na  co  zdziwiony  mężczyzna 

zaparzył herbatę za pomocą różdżki, po czym podał jeden kubek Hermionie. 

 
-  Dziwne  –  powiedział  wychodząc  z  kuchni.  –  Zazwyczaj  Anna  i  Joanna 

cały dzień tu siedzą. 

 
- Może zawołać Babcię? – Zapytała brązowowłosa przystanąwszy nagle; 

poczuła na swojej białej bluzce gorącą ciecz. Syknęła z bólu: – Cholera. 

 
Zanim  zdążyła  pomyśleć  o  tym,  co  robi,  odwróciła  się  do  Dracona  i 

podała mu swoją herbatę. Zaskoczony mężczyzna patrzył, jak młoda kobieta 
ściąga z siebie bluzkę, pozostając w spodniach i białym koronkowym staniku. 
Jego wzrok od razu powędrował w kierunku jej biustu. 

 
Poczuł, że trudniej mu się oddycha. Powietrze nagle zgęstniało, a także 

Hermiona przybliżyła się by zabrać od niego herbatę. Drżącymi rękami chciał 
podać jej kubek, jednocześnie modlił się, by tylko go nie upuścić. 

 
-  Ja...  –  zaczęła,  ale  widząc  jego  wzrok,  zaczerwieniła  się  ze  wstydu.  – 

Przepraszam,  ja  nie  pomyślałam.  To  był  odruch...  –  Próbowała  się  zakryć 

background image

poplamioną bluzką, ale ta nagle znikła. Zauważyła różdżkę w ręce Malfoya i 
skojarzyła, że pewnie wysłał ją do pralni. 

 
Hol  zaczął  się  wydawać  przytłaczający  zarówno,  dla  Hermiony,  jak  i 

Dracona.  Kubek  z  herbatą  Hermiony,  który  nadal  trzymał  w  jednej  ręce 
blondyn  przestał  mieć  znaczenie  dla  nich.  Mężczyzna  podszedł  do  kobiety, 
po  czym  odstawił  kubek  na  stojącą  nieopodal  komodę.  Westchnąwszy, 
dotknął koniuszkami palców jej szyi, czym sprawił, że oddech kobiety stał się 
płytszy niż zazwyczaj. 

 
Kobieta  głośno  przełknęła  ślinę.  Czuła  na  sobie  intensywny  wzrok 

mężczyzny, lecz nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. 

 
Pochylił się w jej stronę, na co zareagowała instynktownie: zrobiła krok 

do  tyłu,  jednak  natrafiła  na  ścianę.  Zauważyła,  że  Draco  oparł  się  rękami  o 
ścianę  na  wysokości  jej  szyi,  jednocześnie  uniemożliwiając  jakąkolwiek 
ucieczkę. Poczuła, że robi się jej jeszcze goręcej. 

 
-  Nikogo  nie  ma  w  domu,  prawda?  –  Zapytała  piskliwie,  nie  mogąc  nic 

poradzić  na  swój  ton.  Było  jej  wstyd,  że  można  z  niej  czytać  jak  z  otwartej 
księgi. 

 
- Nie ma – przytaknął poważnym tonem. – Jesteśmy sami. 
 
Hermiona  nie  mogła  powiedzieć,  dlaczego  te  słowa  wywołały  u  niej 

gęsią  skórkę.  Nie  wyobrażała  sobie  takiej  sytuacji.  Ba!  Nawet  o  takiej  nie 
marzyła.  Nie  mogła  pozwolić  sobie  na  chwilę  zapomnienia.  Nie  ważne,  że 
pragnęła być jego kobietą. Ważne było to, że on był arystokratą, a ona tylko 
brudną, nic nie wartą szlamą... 

 
Ale  Draco  sprawiał  wrażenie  człowieka,  któremu  to  wcale  nie 

przeszkadza.  Przyglądał  się  jej  z  zaciekawieniem  i  z,  co  stwierdziła  z 
przerażeniem, pożądaniem. 

 
Zrobiło jej się słabo. Nigdy nie sądziła, że jakikolwiek mężczyzna mógłby 

na nią patrzeć tak, jak w tej chwili patrzył na nią, jej odwieczny wróg. Nawet, 
kiedy Richard miał na nią ochotę, to tak nie patrzył. Tak jakby była piękna. 

 

background image

Tak...  Ze  wzroku  Dracona  Malfoya  biła  adoracja  na  cześć  Hermiony 

Granger.  Patrzył  na  nią  tak,  jakby  była  jedyną  kobietą  w  jego  życiu,  którą 
pragnął kochać. Tu i teraz. 

 
Bo tak w istocie też było... 
 
Zbliżył swą twarz do jej twarzy, ale ona nadal nie chciała mu spojrzeć w 

oczy. A przynajmniej tego unikała, jednak końcu ją zmusił. 

 
Mogłaby  się  zatopić  w  jego  oczach.  Sam  ich  wyraz  sprawiał,  że 

doznawała takich emocji, o których nie miała pojęcia. Była dorosłą kobietą, a 
czuła się jak nastolatka. 

 
Delikatny  oddech  drażniący  jej  twarz  sprawiał,  że  chciała  być  bliżej  i 

bliżej,  ale  rozsądek  podpowiadał,  że  nie  może.  Hermiono,  to  twój 
pracodawca, słyszała głos sumienia. Uciekaj, Hermiono, uciekaj. 

 
Nie  mogła  uciec.  Kiedy  poczuła  wargi  Dracona  na  swoich,  mimowolnie 

jęknęła  z  rozkoszy.  Niby  nic  się  nie  działo,  ale  było  to  dla  niej  nieziemskie 
uczucie.  Żaden  dotychczasowy  pocałunek  nie  wywoływał  u  niej  takich 
emocji, jakich doznała przy zetknięciu się z wargami swojego wroga. 

 
-  Od  dawna  chciałem  to  zrobić  –  szepnął  drażniąc wargami jej usta, po 

czym  wpił  się  w  nie  z  siłą,  sprawiając,  że  kobieta  zachwiała  się  z  wrażenia. 
Poczuła, że ma nogi z waty. Była pewna, że wywróciłaby się, gdyby Draco nie 
przygwoździł jej do ściany i nie przytrzymał. Jego ręka znalazła się na nagim 
biodrze Hermiony, delikatnie je głaszcząc. 

 
Zmuszona była oddać mu pocałunek, kiedy Draco zmusił do rozchylenia 

warg.  Kiedy  poczuła  jak  ich  języki  zaczynają  tańczyć  tango  oderwała  się  od 
niego. Nie mogła tego ciągnąć. 

 
-  Dlaczego  powiedziałeś  Richardowi,  że  jestem  twoją  żoną?  –  zapytała 

nagle. 

 
Mężczyzna  przewrócił  oczami,  po  czym  znów  się  wpił  w  jej  wargi. 

Całowali się jakiś czas, dopóki znów nie oderwali się od siebie, by zaczerpnąć 
oddechu. Draco uśmiechnął się do niej złośliwie. 

 
- A nie jesteś? 

background image

 
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo ponownie zaczęli się całować. Wprawdzie 

było  jej  niewygodnie,  ale  nie  narzekała.  Draco  musiał  się  zorientować, 
ponieważ chwycił jej nogę i oplótł nią swoje biodro. 

 
-  Ja  jestem  twoją  pracownicą,  a  to  podchodzi  pod  molestowanie 

seksualne. Jest na to paragraf sto dwudziesty czwarty artykułu... 

 
Draco spojrzał na nią zamglonym wzrokiem. 
 
- Racja. Zwalniam cię. 
 
Nie  zdążyła  odpowiedzieć,  bo  poczuła,  jak  przerzuca  ją  sobie  przez 

ramię. 

 
-  Jak  to  mnie  zwalniasz?!  Ja  muszę  doprowadzić  sprawę  Scorpiusa  do 

końca. Puść mnie, Draco! 

 
Nie  musiała  widzieć,  że  mężczyzna  ironicznie  uniósł  leniwie  lewą  brew 

przewracając przy tym oczami. 

 
-  Zatrudnię  cię  znowu  jutro  rano,  Granger  –  powiedział  cynicznym 

tonem,  takim,  który  przypominał  tego  Dracona  ze  szkoły.  Otworzył  jakieś 
drzwi, które kopnąwszy je, zamknęły się za nimi z trzaskiem. 

 
- Puść mnie – powiedziała, na co on chętnie wykonał polecenie. Zrzucił 

ją z siebie na podłogę, ale nie upadła na nią. Zawisła w powietrzu. 

 
-  Jesteś  pewna,  że  chcesz  to  tak  zakończyć?  –  Zapytał  uśmiechając  się 

szelmowsko, po czym pochylił się nad nią i delikatnie pocałował podnosząc 
do  pozycji  stojącej.  Objął  ją  w  talii,  by  po  chwili  móc  lekko  popchnąć  na 
łóżko. 

 
Kobieta z paniką stwierdziła, że są w pokoju Dracona. Na łóżku Dracona! 

W niedostępnym miejscu każdego pracownika rezydencji... Ale ona przecież 
już tu nie pracowała. Czy czasem nie powiedział, że ją zwalnia? 

 
Długo  leżeli  we  własnych  objęciach  obdarzając  się  pocałunkami.  Nie 

były  to  takie  pocałunki,  jakie  miały  miejsce  w  holu.  Te  były  spokojne, 
delikatne... Subtelne... 

background image

 
Atmosfera  stawała  się  coraz  gęstsza.  Draco  pocałował  ostatni  raz 

Hermionę: delikatnie, aczkolwiek stanowczo. Zamknął oczy, ale zaczął badać 
ciało  kobiety  swoimi  bladymi  palcami.  Rysował  nimi  przeróżne  znaki  na  jej 
ramionach, szyi, ale nie odważył się zejść niżej do dekoltu. Wolał poczekać... 

 
Hermiona  z  trudem  oddychała.  Skóra  paliła  ją  w  tych  miejscach,  w 

których  dotykał  ją  Draco.  Zastanawiała  się,  czy  to  tylko  jej  wyobraźnia,  czy 
rzeczywiście  czuła  się  tak,  jakby  była  w  tych  traktowana  żywym  ogniem. 
Mimowolnie  jęknęła  zwracając  na  siebie  uwagę  mężczyzny.  Zza  pół 
przymkniętych  powiek  widziała,  że  przyglądał  się  jej  z  pewnością  siebie,  a 
jednocześnie z niemym pytaniem. Wiedziała, że czekał na pozwolenie. 

 
Palce  drażniące  jej  skórę  na  wysokości  obojczyka  doprowadzały  do 

szaleństwa.  Myślała,  że  umrze,  jeśli  nie  przestanie,  ale  tak  naprawdę  nie 
chciała, żeby przestawał. O nie... 

 
- Draco... – wyszeptała jego imię mając nadzieję, że zrozumie. 
 
Zrozumiał. 
 
Jego  palce  zastąpiły  usta.  Całował  każdy  skrawek  jej  nagiego  ciała, 

równocześnie  delikatnie  pieszcząc  rękoma  jej  brzuch.  Oddech  miał 
niespokojny.  Hermiona  instynktownie  objęła  go  wsuwając  swoje  palce  w 
jego  cudowne  blond  włosy.  Usłyszała  cichy  pomruk  zadowolenia,  który 
sprawił, że zechciała być bliżej niego. 

 
Draco za wszelką cenę próbował być delikatny. Musiał powstrzymywać 

się  od  gwałtownych  odruchów,  które  miał  ochotę  wykonać:  ściągnąć  z  niej 
resztę rzeczy i tylko ją oglądać. Tym razem chciał się zachować tak, jak nigdy 
tego nie robił: chciał samym dotykiem sprawić jej przyjemność. Nie zamierzał 
tej nocy siebie zaspokajać. Chciał zaspokoić ją... 

 
Na chwilę przerwał pocałunki, by ściągnąć koszulę. Było mu za gorąco. 
 
Hermiona  bacznym  wzrokiem  obserwowała  ruchy  mężczyzny.  Kiedy 

dostrzegł w jej oczach panikę na widok jego nagiego torsu zaśmiał się cicho, 
by po chwili obdarzyć ją głębokim pocałunkiem. 

 
- Spokojnie – wymruczał jej w usta. 

background image

 
- Jestem spokojna – odpowiedziała głośno przełykając ślinę. 
 
-  Och,  czyżby?  –  zapytał  ironicznym  tonem  i,  zanim  zdążyła  pomyśleć, 

jęknęła  czując,  jak  mężczyzna  rozchylił  jej  uda  kolanem,  „niechcący” 
dotykając przy tym wrażliwego miejsca kobiety. 

 
-  No,  no,  Granger...  A  już  myślałem,  że  mnie  zaskoczysz  –  powiedział 

ochrypniętym  głosem.  –  Nie  uważasz,  że  te  jeansy  trochę  nam 
przeszkadzają? 

 
Powolnym  ruchem  odpinał  guziki  jej  spodni  drocząc  się  z  nią.  Jeśli 

chodziło  o  sprawy  intymne  to  wolał  nie  pokazywać  jej,  jak  bardzo  się 
stresował.  Zgrabnie  ukrywał  trzęsące  się  ręce,  które  odzwierciedlały  jego 
stan ducha. Czuł się, jakby to był jego pierwszy raz. 

 
Chwilę  później  Hermiona  leżała  przed  nim  w  samej  bieliźnie,  a  on  nie 

mógł  się  na  nią  napatrzeć.  Była  idealna.  Niczym  nie  przypominała  Lisy,  czy 
też  Astorii.  One  należały  do  tych  kobiet,  które  za  wszelką  cenę  muszą  być 
chude. Hermiona zaś wyglądała jak prawdziwa kobieta: nie była chuda, może 
nawet nieco pulchna, ale to jemu nie przeszkadzało. Posiadała zaokrąglone 
biodra, a jej piersi ukryte za stanikiem miały bardzo miły zarys. Nie były ani za 
małe, ani za duże... 

 
Hermiona musiała źle odebrać to, że się jej przez długi czas przyglądał, 

ponieważ  zamknęła  oczy,  marszcząc  się  przy  tym,  a  na  jej  policzkach 
pojawiły  się  rumieńce.  Było  jej  wstyd.  Po  chwili  zza  jej  zaciśniętych  powiek 
zaczęły płynąć łzy. Zdezorientowany Draco spojrzał na nią zaskoczony. 

 
- Nie – mruknęła chcąc wstać, ale jej na to nie pozwolił. 
 
- Co jest? – zapytał zniecierpliwionym tonem. 
 
- Ja nie mogę... – Mówiła bojąc się spojrzeć mu w twarz. 
 
-  Jak  to,  nie  możesz?  –  warknął  zmuszając  ją,  by  na  niego  spojrzała.  – 

Spójrz na mnie, Hermiono. 

 
Otworzyła  oczy,  a  Draco  dojrzał  w  nich  bijący  wstyd.  Nie  rozumiał, 

czego ona się miała wstydzić... 

background image

 
- Czego ty się wstydzisz? – zapytał uspokajającym tonem. 
 
-  Ja...  –  zaczęła  niepewnie.  –  Ja...  Draco!  Jak  ty  w  ogóle  możesz  mnie 

dotykać? – wybuchła. – Jestem przecież szlamą. Na dodatek jestem brzydka i 
gruba. I, na Merlina, ja nigdy... Ja... 

 
Draco  powstrzymał  się  od parsknięcia śmiechem. Spojrzał na kobietę z 

lekkim  uśmiechem.  Ujął  jej  dłoń  w  swoją,  i  każdy  jej  palec  obdarzył 
pocałunkiem. Chwilę później zrobił to samo z drugą ręką. 

 
- Hermiono, Hermiono, Hermiono... – Spojrzał w jej oczy. – To nie ma dla 

mnie znaczenia, kim jesteś. Ważne, że po prostu jesteś. 

 
Chciała  zaprotestować,  ale  on  w  wulgarny  sposób  uniemożliwił  jej  to. 

Kiedy skończył ponownie zaczął do niej mówić: 

 
-  Zawsze  zastanawiałem  się,  dlaczego  tylko  piękne  kobiety  mają 

kompleksy  –  wydawało  się,  że  tylko  głośno  się  zastanawiał,  ale  Hermiona 
wyczuła głębię słów. – Dlaczego inteligentne, młode kobiety posiadające w 
swym  każdym  ruchu  zmysłowość,  mając  idealną  figurę  myślą,  że  są 
nieatrakcyjne? Nigdy tego nie rozumiałem... 

 
Wpatrywał się z pożądaniem w jej twarz. 
 
-  Nie  chcę  tego  zrozumieć.  Takie  bzdury  nie  powinny  zaprzątać  mojej 

głowy  szczególnie  wtedy,  kiedy  mam  zamiar  kochać  się  z  najpiękniejszą 
kobietą na świecie. 

 
Słysząc  jego  słowa  oprzytomniała.  Zrozumiała,  że  nie  może  do  tego 

dopuścić.  Nie  ważne,  że  pragnęła  go,  o  czym  nie  chciała  się  przyznać  sama 
przed sobą. Po prostu musiała odejść. Teraz. Natychmiast. 

 
Zepchnęła  z  siebie  zawiedzionego  Dracona.  Chwyciła  leżące  na 

podłodze jeansy, po czym wybiegła do swojego pokoju lekko się zataczając. 
Nadal  czuła  się  tak,  jakby  miała  nogi  z  waty.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  z 
trzaskiem i przeklinała siebie w myśli. Jak mogła być taka głupia? Jak mogła 
uwierzyć  w  to,  że  Draco  Malfoy  się  wobec  niej  zmienił?  Przecież  mu  od 
początku chodziło o to, by się z nią przespać. A teraz o mały włos by do tego 
dopuściła. 

background image

 
- Ach, ty głupia! – Powiedziała do siebie. – Jak mogłaś tak stchórzyć i od 

niego uciec?! 

 
 
 
 
Był całkowicie skołowany. 
 
Jeszcze  przed  chwilą  miał  przed  sobą  kobietę  swojego  życia,  której 

chciał  ofiarować  to,  czego  nigdy  nie  mógł  podarować  Astorii,  Lisie,  czy 
jakiejkolwiek  innej  kobiecie,  a  teraz  leżał  półnagi  na  własnym  łóżku  i 
zastanawiał się nad tym, co on znów, do cholery, zrobił nie tak. Starał się być 
delikatny, sprawić jej przyjemność, adorował ją każdym gestem... A ona? 

 
Ona po prostu uciekła! 
 
Nie  rozumiał  kobiet  i  nie  zamierzał  ich  nigdy  zrozumieć.  Ale  czy  on 

musiał cierpieć kosztem ich humorków? 

 
Wróć,  kosztem  humorku  Hermiony.  W  końcu  to  właśnie  od  niej  się 

uzależnił:  myślał  –  o  niej,  śnił  –  o  niej,  nie  mógł  się  skupić  na  pracy  –  przez 
nią. Jego cały świat zaczął się kręcić wokół tej kobiety, a ona, kiedy chciał jej 
za  to  podziękować,  najlepiej  jak  potrafi,  uciekła.  Merlinie!  Slytherinie!  Tu 
nawet Gryffindor nie pomógłby mu jej zrozumieć. 

 
Zasłonił  oczy  przedramieniem  chcąc  ukryć  swój  ból  przed  ścianami 

pokoju.  Do  tej  pory  nie  był  tu  z  żadną  kobietą  –  sypialnia,  którą  dzielił  z 
Astorią,  a  później  z  Lisą,  znajdowała  się  w  innej  części  rezydencji,  z  dala  od 
pokoju Scorpiusa i Hermiony. 

 
Scorpius.  Jego  najukochańszy  synek  został  mu  odebrany  do  czasu 

zakończenia  rozprawy.  Nie  wątpił  w  to,  że  wygrają,  zwłaszcza  teraz,  kiedy 
John  był  w  stanie  udowodnić,  że  dokumenty,  które  przesłali  mu 
Greengrassowie,  orzekające  przydzielenie  im  praw  rodzicielskich,  były 
fałszywe.  Z  ulgą  wspominał  chwilę,  kiedy  John  podał  mu  prawdziwe 
orzeczenie,  w  którym  Astoria  zadecydowała,  że  to  on  ma  się  zająć 
Scorpiusem po jej śmierci. Nie jej rodzice. Hermiona też odetchnęła z ulgą - 
widział  to  -  ale  był  przekonany  czy  wiedziała  już  wcześniej.  Nie  była 
wiadomością zaskoczona. 

background image

 
I znów myślał o Hermionie. Przypomniał sobie migdałowy smak jej ust. 

Delikatną skórę, która pod wpływem jego dotyku naprężała się... 

 
Nie powinien o tym myśleć. Szczególnie teraz, kiedy dała mu kosza. 
 
Najchętniej  poszedłby  do  niej  i  błagał,  by  mógł  skończyć  to,  co  zaczął, 

jednak  pozostałości  z  dawnego  Malfoya,  a  także  męska  duma,  na  to  nie 
pozwalały.  Musiał  się  uspokoić  w  samotności.  A  do  tego  potrzebował 
zapomnieć  o  Hermionie  i  jej  idealnym  ciele,  co  w  obecnej  chwili  było 
niemożliwe. 

 
Draco nie potrafił określić jak długo leżał, lecz nagle usłyszał otwierające 

się  drzwi  pokoju.  Z  pewnością  Babcia  przyszła  sprawdzić,  czy  „coś”  się 
udało. Westchnąwszy rzucił: 

 
- Niech Babcia stąd idzie, jeśli nie chce oberwać ode mnie Avadą. 
 
Drzwi pokoju się zamknęły. Draco, będąc pewny, że Jane Spencer sobie 

poszła, powiedział do siebie na głos. 

 
- Ona mnie nie chce. Ma rację. Kto by chciał taką szumowinę jak ja? 
 
- Ja – usłyszał szept z kobiecych ust znajdujących się tuż przy jego uchu. 

Natychmiast się spiął. 

 
Kobieta  zaśmiała  się  widząc  jego  reakcję,  po  czym  pocałowała  płatek 

jego ucha. Mimowolnie westchnął. 

 
- Spokojnie – zamruczała, usiłując naśladować jego cyniczny ton. 
 
- Jestem spokojny – odpowiedział szeptem odwracając się w jej stronę. 
 
Przez  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem.  Próbował  odczytać  cokolwiek  z  jej 

wzroku,  ale  nie  mógł.  Ona  zaś  wdrapała  się  –  Merlinie!,  dosłownie  – 
zmysłowo  na  łóżko  i  usiadła  naprzeciw  niego.  Z  nieśmiałym  uśmiechem 
przyglądała się jego torsowi, zgrabnie omijając twarz, a szczególnie oczy. 

 
- Dlaczego uciekłaś? – Zapytał lekko ochrypniętym głosem. Jej obecność 

działała na niego jednoznacznie. 

background image

 
Kobieta przełknęła ślinę przyglądając się swoim rękom. 
 
-  Jestem straszną panikarą – powiedziała po chwili. – Byłam pewna, że 

nie masz wobec mnie szczerych intencji – zarumieniła się mówiąc te słowa. – 
Poza  tym,  Draco...  –  Mimowolnie  rzuciła  na  niego  spojrzenie.  –  Ja  jeszcze 
nigdy nie... Nigdy nie wierzyłam w... eee... swoją... 

 
-  Zmysłowość?  –  Podpowiedział  wywołując  na  jej  twarzy  wypieki. 

Celowo nie powiedział „seksualność”, by jej nie zawstydzić. 

 
-  No...  tak  –  przyznała  zmieszana.  –  Jakoś  tak  już  jest,  że  nigdy  nie 

czułam się zbytnio atrakcyjna. 

 
Pochylił  się,  by  chwycić  ją  za  podbródek  i  zmusić  do  spojrzenia  mu  w 

oczy. Niechętnie to zrobiła, opierając się przy tym. 

 
-  Jesteś  atrakcyjna  –  powiedział  swoim  barytonem,  sprawiając,  że 

zadrżała.  –  I  ty  sobie  z  tego  nawet  nie  zdajesz  sprawy,  Hermiono.  Kiedy 
byliśmy we Francji... Myślałem, że zaavaduję wszystkich mężczyzn, którzy na 
ciebie  spoglądali.  A  szczególnie  Richarda  –  dodał  zbliżając  wargi  do  jej.  – 
Gdyby któryś spróbował się do ciebie zbliżyć, popamiętałby mnie na długo. 

 
Wiedział, że chciała zapytać: „Co to za słowo zaavaduję?”, ale, siłą woli, 

powstrzymywała się od tego. 

 
- Dlaczego? – zapytała. 
 
- Bo jesteś moja – odpowiedział, by po chwili wpić się w jej usta. 
 
Przez  moment  ją  całował,  by  się  po  chwili  wycofać.  Hermiona 

westchnęła  i  musnęła  jego  usta,  zachęcając  do  kontynuowania  pocałunku. 
Nie  musiała  go  dwa  razy  prosić.  Od  kiedy  ponownie  znalazła  się  w  pokoju, 
płonął. Pocałunkami wyrażał jak bardzo. Hermiona nie była mu dłużna. Kiedy 
kciukiem zmusił jej wargi do rozwarcia się, westchnęła, by o chwili jęknąć z 
rozkoszy. Jakże pragnęła być bliżej niego... 

 
Ta noc miała być najpiękniejszą chwilą w ich życiu. 

 
 

background image

ROZDZIAL 20 

 
 
 
 
 

Hermiona obudziła się pierwsza, albo raczej tak jej się wydawało. 
 
-  Dzień  dobry  –  usłyszała  zachrypnięty  głos  Dracona,  kiedy  otworzyła 

oczy. Była do niego odwrócona tyłem, a jednak wiedział, że już nie spała. – 
Jak się spało? 

 
Odwróciła  się  w  jego  stronę.  Napotykając  przeszywający  wzrok 

stalowoniebieskich tęczówek, zaczerwieniła się. 

 
-  Myślałem,  że  ten  etap  jest  za  nami  –  przewrócił  oczami  uśmiechając 

się. – Ale uznaję to jako Było-Wspaniale-I-Chcę-Jeszcze-Raz. 

 
Oburzona  chwyciła  poduszkę i uderzyła w niego z całej siły. Nie mogła 

zrozumieć  skąd  u  niego  brała  się  ta  pewność  siebie.  Draco  jednak  nie  robił 
sobie nic z jej sposobu samoobrony, lecz zaczął chichotać. 

 
-  Uwierz  mi,  Malfoy  –  warknęła,  udając  niechęć.  –  Naprawdę  jesteś 

kiepski. 

 
W odpowiedzi pocałował ją czule. 
 
Pewnie poranek potoczyłby się całkowicie inaczej, gdyby do pokoju nie 

zapukał domowy skrzat. 

 
-  Paniczu  Malfoy  –  zaczął  drżącym  głosem.  –  Pańscy rodzice  czekają  w 

salonie, sir. 

 
- Dziękuję ci, Palikotku. Powiedz moim rodzicom, że zaraz przyjdziemy. 
 
Skrzat natychmiast zniknął z pokoju Dracona. 
 

background image

Hermiona  poczuła  się  jak  spetryfikowana.  Rodzice  Malfoya.  Przez 

prawie cały rok ani razu nie miała okazji spotkać się z państwem Malfoy, a tu 
oni  nagle  pojawiają  się.  Dziewczyna  wyślizgnęła  się  z  łóżka,  zarzucając  na 
siebie szlafrok. 

 
- Ja... – zaczęła, ale mężczyzna spojrzał na nią łagodnie. 
 
- Nie bój się ich. Będziesz ze mną. 
 
Kiedy dwadzieścia minut później stała wraz z Draconem w salonie czuła 

się  bardzo  niezręcznie.  Przede  wszystkim,  dlatego,  że  państwo  Malfoy  po 
raz pierwszy w życiu patrzyli na nią jak na zwykłą czarownicę, a nie szlamę. 
Poza  tym,  Hermiona  dostrzegła  dziwne  iskierki  w  oczach  Narcyzy  Malfoy, 
która  co  chwilę  spoglądała,  jak  nie  na  Dracona,  to  na  nią.  A  to  już  nie  było 
normalne.  W  końcu  nie  mogła  wiedzieć,  że  ostatnią  noc  spędzili  razem! 
Jednak wszystko wskazywało na to, że się domyśliła. 

 
Mimowolnie  spojrzała  na  lustro,  które  wisiało  nad  komodą.  Zobaczyła 

swoje  własne  odbicie:  przeciętna  brązowowłosa  kobieta  z  nienaturalnie 
różowymi  policzkami  (usiłowała  sobie  wmówić,  że  to  przez  obecność 
państwa  Malfoy)  i  błyszczącymi  oczami.  Nie  potrafiła  zrozumieć,  dlaczego 
Draco zwracał na nią jakąkolwiek uwagę. A tym bardziej nie mogła uwierzyć 
w to, że przed wyjściem z pokoju powiedział coś, co sprawiła, że o mało się 
nie wywróciła. 

 
- Wieczorem to sobie odbijemy. 
 
Przypomniała sobie słowa Malfoya, kiedy mówił, że ją zwalnia. Było już 

prawie  południe,  więc  między  nimi  znów  panował  stosunek  szef  – 
pracownik. Stała teraz za nim jako adwokat, a zarazem opiekunka Scorpiusa. 

 
Scorpius!  Najwspanialsze  dziecko  na  świecie  miało  po  raz  pierwszy 

spędzić  święta  bez  ojca...  Hermiona  była  załamana  wyrokiem  sądu, 
aczkolwiek  tego  się  spodziewała.  Czuła,  że  Greengrassowie  będą  chcieli 
upokorzyć Dracona zanim zapadnie wyrok. Teraz była nadzieja w Johnie, od 
którego zależały losy ojca i syna. 

 
Po  krótkim  powitaniu,  które  składało  się  z  kiwnięcia  głową  Lucjuszowi 

Malfoyowi  i  szeptem  wypowiedzianego  „dzień  dobry”  do  matki  Dracona, 
usiedli  w  salonie.  Zarówno  Hermiona,  jak  i  państwo Malfoy  byli  zaskoczeni, 

background image

kiedy  blondyn  spoczął  obok  gryfonki  nieświadomie,  w  mniemaniu  młodej 
kobiety, splatając ich dłonie. Poczuła, że robi jej się gorąco. 

 
-  Słyszeliśmy,  Draco,  że  Greengrassowie  wytoczyli  ci  proces  –  zaczął 

zdawkowym tonem Malfoy senior. – Razem z matką chcielibyśmy wiedzieć, 
jak  się  mają  sprawy  naszego  wnuka.  Jane  mówiła  nam  wczorajszego 
wieczoru, że do następnej rozprawy Scorpius będzie u nich. 

 
- Tak, ojcze – Hermiona zastanawiała się, czy nadal traktuje swojego ojca 

z  takim  respektem,  jakim  go  darzył  za  czasów  Voldemorta.  –  Sąd  odebrał 
nam Scorpiusa. Dopiero drugiego stycznia zapadnie ostateczny wyrok. 

 
- Możemy ci jakoś pomóc? – Dziewczyna zauważyła, że Narcyza Malfoy 

przewróciła  oczami  tak,  jakby  litowała  się  nad  głupotą  męża.  Po  chwili 
dodała chłodnym, aczkolwiek przyjaznym tonem: 

 
-  Sami  nie  możemy  zeznawać,  Draco,  doskonale  wiesz,  dlaczego  –  tu 

spojrzała  na  syna  pewnym  stalowym  wzrokiem.  –  Jednak  może  byście 
spędzili  z  nami  te  święta,  by  nie  czuć  się  samotnie...  Oczywiście,  Hermiono 
możesz zaprosić również swoich rodziców. Byłoby nam niezmiernie miło ich 
poznać. 

 
Młoda  kobieta  otworzyła  z  wrażenia  usta  widząc  zachęcający  uśmiech 

Narcyzy Malfoy. Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała tylko, co. Czuła się 
jak  troll  górski,  wpuszczony  w  pierwszej  klasie  przez  Quirrella  do  szkoły, 
kiedy oberwał maczugą w swój pusty łeb. Nie była w stanie nawet oddychać. 

 
Draco,  niemniej  zażenowany  od  Hermiony  uratował  ich  z  kłopotliwej 

sytuacji. 

 
- Jeszcze nie rozmawialiśmy na ten temat, mamo. 
 
- Och, tak... – Kobieta udała zaskoczenie. – Oczywiście, tylko dałam wam 

taką propozycję. 

 
Brązowowłosa  wybąkała  jakieś  słowa  podziękowania,  ale  nie  była  w 

stanie spojrzeć na kobietę. 

 
Przez 

następną 

godzinę 

Draco 

tłumaczył 

swoim 

rodzicom 

postępowanie w sprawie ani razu nie puszczając dłoni Hermiony. Obydwoje 

background image

odetchnęli  z  ulgą,  kiedy  Malfoy  senior  wstał,  by  się  pożegnać.  Dziewczyna 
zauważyła, że Narcyza robi to nie chętnie – Hermiona miała niejasne uczucie, 
że matka Dracona chciała z nią o czymś porozmawiać. 

 
- Mam nadzieję, że skorzystacie z naszego zaproszenia – powiedziała na 

pożegnanie. 

 
Kiedy za państwem Malfoy zamknęły się drzwi Draco oparł się o nie, by 

przyjrzeć się Hermionie. 

 
- Co? – Zapytała unikając jego wzroku. 
 
-  Ta  sukienka  ci  nie  pasuje  –  odpowiedział  ironicznie,  by  po  chwili 

podejść i spojrzeć na nią z góry. 

 
- Co w niej jest złego? – zapytała czerwieniąc się. 
 
-  Nic  –  wzruszył  ramionami.  –  Po  prostu  lepiej  wyglądasz  bez  niej  – 

dodał, by po chwili się od niej odwrócić i zostawić zdezorientowaną w holu. 
Nic z tego nie rozumiała. 

 
I nie sądziła, że kiedykolwiek uda jej się to zrozumieć. 
 
 
 
 
-  CO  ZROBIŁAŚ?!  –  Hermiona  była  pewna,  że nawet Voldemort mógłby 

się  obudzić  od  krzyku  Ginny  Potter,  kiedy  dowiedziała  się  o  jej  romansie  z 
szefem. 

 
To chyba nie był dobry pomysł, by jej mówić, pomyślała Hermiona. 
 
-  To,  co  słyszałaś  –  odpowiedziała  na  głos.  Chwyciła  szklankę  z  sokiem 

dyniowym i, duszkiem, wypiła jej zawartość. 

 
Ginny patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami. Nie mogła uwierzyć. 
 

Zakochałaś się w nim, prawda? Inaczej byś tego nie zrobiła. 

 

background image

-  Czy  to  coś  złego?  –  Warknęła  w  stronę  szklanki.  –  I  tak  nic z tego nie 

będzie. Malfoy od dawna nie miał w łóżku kobiety, a że ja byłam pod ręką to 
sobie skorzystał... 

 
- Przestań tak mówić. Gdyby mu na tobie nie zależało, to nie trzymałby 

cię za rękę podczas rozmowy z rodzicami. 

 
Nie.  Na  pewno  Ginny  nie  miała  racji.  W  końcu,  kto  chciałby  pokochać 

Wiem-To-Wszystko-A-Nawet-Już-Nie-Wszystko-Granger? 

 
Tak  bardzo  chciała  wierzyć,  że  Draconowi  na  niej  zależy.  Teraz,  kiedy 

zwróciła  wszystkim  pożyczone  pieniądze,  mogła  zacząć  życie  od  nowa,  a 
czuła się dziwnie... 

 
Sama  postanowiła  wyprowadzić  się  z  rezydencji.  Miała  na to trzy dni – 

Draco  pojechał  na  jakiś  ważny  zjazd  do  Brukseli,  więc  nie  musiała  się 
obawiać, że nie będzie potrafiła się z nim pożegnać. Po prostu odeszła... 

 
Od  dwóch  tygodni  nie  miała  wiadomości  od  Dracona.  Święta 

postanowiła też spędzić w samotności – rodzice w tym roku spędzali wigilię 
na  Malediwach,  dlatego  zdziwiła  się,  kiedy  Ginny  zadzwoniła  do  niej  z 
zaproszeniem na świąteczną kolację. 

 
Siedziały  teraz  w  salonie  zastanawiając  się,  jak  ubrać  choinkę,  kiedy 

Hermiona postanowiła opowiedzieć przyjaciółce o tym, co zaszło między nią 
a jej pracodawcą. 

 
-  Jest  doskonałym  aktorem  –  mruknęła  po  długiej  chwili  ciszy.  – 

Zostawiłby mnie zaraz po tym, jakbyśmy wygrali sprawę. 

 
-  Ale  nie  zamierzasz  go  teraz  z  tym  zostawić?!  –  zapytała  z 

niedowierzaniem. 

 
-  Oczywiście,  że  nie!  Za  kogo  ty  mnie  masz,  Ginny?  Ja  po  prostu  nie 

mogę... 

 
-  ...  przyjąć  do  wiadomości,  że  Malfoy  mnie  kocha  –  dokończyła  za  nią 

rudowłosa kobieta. – Hermiono, wybacz mi, że ci to powiem, ale zachowałaś 
się wobec niego tak, jak Richard zachował się wobec ciebie. Zostawiłaś go z 
niczym. 

background image

 
Poczuła  się  tak,  jakby  ktoś  uderzył  ją  w  twarz.  Nie  chciała  dopuścić  do 

siebie tej myśli, a jednak... 

 
Zerwała się z fotela. 
 
- Gdzie ty idziesz? 
 
Nie otrzymała odpowiedzi. Usłyszała trzask drzwi. 
 
 
 
 
- Czy jest Draco? – zapytała Evana, który otworzył jej drzwi. 
 
Jak  na  wigilię  było  niesamowicie  zimno. Hermiona nie pamiętała, kiedy 

ostatnio były tak piękne białe święta. 

 
Evan spojrzał na nią niechętnie. 
 
- Pana nie ma – jego głos był pozbawiony wszelkich emocji. – Wyjechał. 
 
- Kiedy wróci? 
 
- Dopiero na rozprawę. 
 
- Nie wiesz, dokąd pojechał? 
 
Mężczyzna niechętnie spojrzał jej w oczy. Widziała w nich złość. 
 
- Pan nigdy mi nie mówi, dokąd się udaje. Jane wie, ale nic ci nie powie. 

Nie chce z tobą rozmawiać. 

 
Hermiona spojrzała zaskoczona na mężczyznę. O co chodziło? 
 
-  Nie  rozumiesz?  –  Zapytał  z  kpiną.  –  Odeszłaś  wtedy,  gdy  on  stracił 

dziecko.  Byłaś  jego  jedyną  podporą,  a  ty  przy  pierwszej  sposobności  go 
zostawiłaś. Nie myśl, że będzie chciał z tobą rozmawiać, po wyroku. Na jego 
miejscu  nigdy  nie  wybaczyłbym  ci  -  nie  czekając  na  reakcję  Hermiony 
zatrzasnął drzwi przed jej nosem. 

background image

ROZDZIAL 21 

 
 
 
 
 

- Proszę o wprowadzenie Johna Campbella. 
 
Spojrzał  w  stronę  pani  Greengrass,  która  zbladła  na  widok 

wchodzącego na salę mężczyzny. Draco uśmiechnął się triumfująco. 

 
- Proszę się przedstawić – rozkazał sąd. 
 
Hermiona siedziała cała spięta. Chciał chwycić ją za rękę, ale wiedział, 

że nie może tego zrobić. 

 
Prawo to prawo. 
 
Kiedy John przedstawił się i złożył przysięgę, sędzia zaczął wypytywać 

go o stosunek zarówno do państwa Greengrass, jak i do Dracona. 

 
-  Co  pan  ma  wspólnego  ze sprawą? – Zapytał po kilkunastu minutach 

sędzia. 

 
- Wysoki Sądzie – zaczął pewnym tonem John – mogę udowodnić, że 

Astoria  Malfoy  przed  swoją  śmiercią  wyznaczyła  Dracona  Malfoya  jako 
jedynego  prawnego  opiekuna  ich  syna.  Dokumenty  przedstawione  przez 
państwo Greengrass są sfałszowane. 

 
Na  sali  sądowej  zrobiło  się  zamieszanie.  Państwo  Greengrass  wraz  z 

Dafne  zaczęli  zaprzeczać  temu,  co  powiedział  John,  zaś  mecenas  Naidrok 
siedział  spokojnie  patrząc  nieprzeniknionym  wzrokiem  na  Hermionę.  Draco 
poczuł się zazdrosny. 

 
-  Pani  Greengrass,  proszę  się  uspokoić  –  powiedział  sędzia,  po  czym 

zwrócił się do Johna. – Jest pan świadom, że zeznaje pan pod przysięgą? 

 
- Tak, Wysoki Sądzie. 

background image

 
- Proszę nam powiedzieć, skąd ma pan te informacje. 
 
John przełknął głośno ślinę i zanim zaczął mówić zerknął na Hermionę. 
 
-  Dzień  przed  śmiercią  Astorii  byłem  u  niej  w  szpitalu  –  próbował 

opanować drżenie głosu na wspomnienia tamtego dnia. – Czuła się dobrze, 
nic nie wskazywało na to, że ona... umrze. 

 
Draco mimowolnie zacisnął dłonie w pięści zwracając na siebie uwagę 

Hermiony. Natychmiast się uspokoił. 

 
-  Tego  dnia  Astoria  dała  mi  dwa  listy.  Powiedziała  mi,  że  jeden  jest 

zaadresowany do Hermiony Granger, a w drugim są prawdziwe dokumenty, 
które zawierają jej ostatnią wolę, czyli fakt, że Draco Malfoy po jej śmierci ma 
zająć  się  dzieckiem.  Powiedziała  mi  wtedy,  że  gdyby  coś  się  stało,  to  mam 
przechować  te  listy.  Uważała,  że  jej  rodzina  jest  zdolna  pozbawić  pana 
Malfoya  praw  rodzicielskich,  dlatego  prosiła,  bym  wysłał  list  do  mecenas 
Granger,  w  którym  znajdowała  się  jej  osobista  prośba  o  pomoc  dla  pana 
Malfoya. 

 
- Dlaczego do mecenas Granger? – Zapytał z zaciekawieniem Naidrok. 
 
- Pani adwokat kilka lat temu zajmowała się moją sprawą i... 
 
-  Sprzeciw,  Wysoki  Sądzie!  To  nie  dotyczy  sprawy  –  Hermiona  wstała 

wpatrując się wściekłym wzrokiem w siedzącego naprzeciw niej adwokata. 

 
- Sprzeciw przyjęty. Czy pani Malfoy powiedziała, dlaczego podjęła się 

skierowania prośby do mecenas Granger? 

 
- Powiedziała, że żaden z czarodziejskich adwokatów nie podejmie się 

walki z jej rodzicami – odpowiedział spoglądając na matkę Astorii, która była 
blada jak ściana. 

 
Sędzia  mruknął  cos  niewyraźnie  zapisując  coś  na  kartce.  Po  chwili 

zwrócił się do niego z lekkim uśmiechem. 

 
-  Czy  ma  pan  przy  sobie  kopertę  zawierającą  ostatnią  wolę  Astorii 

Malfoy? 

background image

 
- Tak, Wysoki Sądzie. 
 
Draco  obserwował  reakcję  Greengrassów.  Dafne  była  czerwona  z 

wściekłości, wyglądała tak, jakby zamierzała w niego rzucić Avadą. Państwo 
Greengrass  zaś,  w  przeciwieństwie  do  córki  byli  bladzi  jak  ściana. Wiedzieli, 
że przegrali.   

 
Dorian Naidrok uśmiechał się do niego nieśmiało, po czym uniósł kciuki 

do  góry  –  Draco  odnosił  dziwne  wrażenie,  że  adwokat  jego  teściów  od 
początku sprawy był po jego stronie. 

 
Pomyłka: był po ich stronie. 
 
 
 
 
 
-  Gratuluję  wygranej  sprawy,  pani  mecenas  –  usłyszała  głos  Doriana 

Naidroka. 

 
Odwróciła  się  w  stronę  mężczyzny,  który  uśmiechał  się  do  niej  lekko 

wyciągając do niej rękę. Niepewnie ją uścisnęła. 

 
- Dziękuję. 
 
Dorian  spojrzał  gdzieś  ponad  jej  głową,  zwracając  uwagę  Hermiony. 

Odwróciła  się  i  ujrzała  jak  Draco  przytula  do  siebie  syna.  W  jej  oczach 
pojawiły się łzy. Chciała być tam razem z nimi, ale wiedziała, że nie może. 

 
Już nie może... 
 
- To było naprawdę dobre – pochwalił mężczyzna. – Już się bałem, że 

nie uda ci się wygrać. 

 
Hermiona spojrzała niepewnie na Doriana. 
 
- Co? 
 
Mężczyzna się zaśmiał. 

background image

 
- Chyba musisz uważać mnie za sadystę, jeśli sądziłaś, że będę usiłował 

za  wszelką  cenę  odebrać  dziecko  twojemu  klientowi.  Kiedyś  już  o  tym 
rozmawialiśmy, Hermino; jestem ostrym prawnikiem, ale jeśli chodzi o dzieci 
to  zawsze  robię  to,  co  dla  nich  dobre.  Jeśli  sądzisz,  że  moi  klienci,  którzy 
zamierzali grać nieuczciwie, byliby odpowiednimi opiekunami tego uroczego 
blondynka,  to  jesteś  w  błędzie.  Gdybyś  nie  wzięła  sprawy  w  swoje  ręce,  to 
sam zeznawałbym przeciwko nim. A tak, to i ja jestem szczęśliwy, i ty masz 
wygraną sprawę, a twoi klienci będą ci wdzięczni do końca życia. 

 
- Dobrze się czujesz? – zapytała niepewnie Hermiona. 
 
- Doskonale – odparł. – Mam dla ciebie propozycję, Hermiono – dodał 

konspiracyjnym tonem. – Słyszałem o tej sprawie z Richardem. Dlaczego mi 
nie powiedziałaś, że to przez niego postanowiłaś zrezygnować z pracy? 

 
Nie odpowiedziała. Poczuła zapach męskich perfum, które śniły jej się 

każdej  nocy.  Po  chwili  Draco  Malfoy  wraz  z  synem  przeszli  obok  niej  bez 
słowa. 

 
- Wiesz, że nie lubię, gdy ktoś... 
 
-  Wiem,  co  chcesz  mi  zaproponować,  Dorianie  –  przerwała  mu  w  pół 

słowa.  –  Niestety,  nie  mogę  przyjąć  twojej  propozycji.  To  by  było  nie  fair 
wobec innych pracowników. 

 
Prawda była taka, że Hermiona Granger wcale nie chciała pracować w 

kancelarii Doriana Naidroka. Zamierzała otworzyć własną na przedmieściach 
Londynu. 

 
-  No  cóż...  –  powiedział  rozczarowany.  –  Nie  pozostaje  mi  nic  innego 

jak życzyć ci powodzenia. Mam nadzieję, że następnym razem to ja wygram 
rozprawę. Do zobaczenia, Hermiono. 

 
Nie słyszała jego słów. W jej umyśle widniał obraz Dracona w objęciach 

kobiety łudząco przypominającą Lisę. 

 
Z wrażenia przetarła oczy. 
 
Draco Malfoy całował na jej oczach Lisę Miller. 

background image

 
 
 
 
- Tato, kiedy przyjdzie Hermiona? 
 
- Nie wiem. 
 
Tak było od kilku tygodni, a on nadal nie mógł sobie poradzić z tym, że 

nie było razem z nim Hermiony. 

 
Nie  potrafił  wybaczyć  sobie,  że  wyjechał  do  tej  cholernej  Brukseli 

wtedy, kiedy między nimi było tak niepewnie. A wszystko po to, by podpisać 
zwolnienie  Milicenty  Buldstrode  z  niemieckiej  siedziby  jego  firmy.  Jak  mógł 
być tak głupi i dać się zwieść tej kobiecie? 

 
Zaczynała  się  wiosna,  a  Draco  nadal  nie  miał  odwagi  nawiązać 

kontaktu z Hermioną. Tym bardziej, że była świadkiem feralnego pocałunku 
z  Lisą.  Wiedział,  że  będzie  miał  kłopoty,  ale  tak  bardzo  był  wściekły,  że  nie 
mógł  podejść  do  Hermiony,  wziąć  ją  w  ramiona,  przeprosić  i  pocałować  na 
oczach tych wszystkich ludzi... 

 
Nie  wiedział,  skąd  ona  się  tam  znalazła.  Nagle  wylądował  w  jej 

objęciach, a potem stał się ofiarą jej ust. Nie był nawet pewny, co na ten czas 
się stało ze Scorpiusem. 

 
I on się dziwił, czemu ona go zostawiła? Jak mogła być pewna kogoś, 

kto najpierw się z tobą kocha, a dwa dni potem wyjeżdża zostawiając kartkę 
z wiadomością Wyjeżdżam do Brukseli. Wrócę za trzy dni? Nawet nie napisał, 
by czekała. Nie napisał, że ją kocha. 

 
Był chamem – wiedział o tym. 
 
Z  żalem  w  sercu  patrzył  na  nieszczęśliwego  Scorpiusa,  który 

codziennie  stał  w  oknie  wypatrując tej jedynej, którą zwał mamą. Kiedy był 
przekonany, że Draco nie słyszy mówił do siebie: Mamusiu Hermiono wróć do 
nas. Bardzo za tobą tęsknimy. 

 
Jeżeli  myślał,  że  da  sobie  radę  sam  wychować  dziecko,  to  teraz 

wiedział w jak wielkim był błędzie. 

background image

 
Nie  dawał  sobie  rady  sam.  Nie  potrafił  pracować  i  wychowywać 

jednocześnie  dziecka  jako  matka  i  ojciec.  Nie  był  w  stanie  mu  dać  miłości, 
którą otrzymałby od kochającej matki, nawet, jeśli nie byłaby biologiczna. 

 
Nie  raz  stawał  pod  jej  drzwiami  chcąc  nacisnąć  dzwonek,  ale  zawsze 

się powstrzymywał i odchodził. 

 
Czuł się jak tchórz. 
 
Nie mógł uwierzyć, że to, co między nimi było tak dziwnie się urwało. 

Bez żadnych słów, wyrzutów... Tak po prostu to, co dopiero zaczęło się tlić 
nagle zgasło. 

 
Bezpowrotnie. 
 
Chociaż, może dało się z tym coś jeszcze zrobić...? 
 
 
 
 
 
Zerknęła  na  zegarek.  Było  już  pięć  po  ósmej.  Znowu  się  spóźni  na 

umówione spotkanie z klientem. 

 
Zaspanym wzrokiem spojrzała na swoje odbicie w lustrze: roztrzepane 

włosy,  podpuchnięte  oczy  i  blada  skóra.  Ostatnio  to  było  jej  znakiem 
rozpoznawczym. 

 
Kolejny  raz  śnił  jej  się  On.  Miała  nadzieję,  że  już  więcej  nie  będzie 

musiała  go  widzieć,  ale  za  każdym  razem,  kiedy  kładła  się  spać  i  zamykała 
oczy widziała Jego twarz. Mimowolnie przypominała sobie Jego dotyk, Jego 
smak... To było nie do zniesienia. 

 
Litry  wypitej  kawy,  by  tylko  nie  móc  zasnąć,  nie  pomagały.  Eliksir 

Słodkiego  Snu  sprawiał,  że  nie  mogła  się  wybudzić  z  tego  cudownego 
koszmaru – działanie eliksiru było zbyt silne. 

 
A ona przecież wcale za Nim nie tęskniła! 
 

background image

Dziesięć  po  ósmej,  a  ona  nadal  stała  przed  lustrem  unikając  odbicia 

własnego  wzroku.  Nie  potrafiła  nawet  dobrze  okłamać  samej  siebie  – 
doskonale  wiedziała,  że  tęskniła  za  Nim  każdą  częścią  jej  duszy;  każdą 
częścią ciała... 

 
Była  psychicznie  zmęczona rozłąką. Zrozumiała, że ten rok zmienił jej 

życie:  potrzebowała  ich  jak  powietrza.  Nie  potrafiła  już  normalnie 
funkcjonować. Nie skupiała się na pracy tak, jak powinna, zastanawiając się, 
czy ze Scorpiusem wszystko w porządku, czy On się nim dobrze zajmuje... 

 
Celowo  nie  wymawiała  jego  imienia  nawet  w  myślach.  Wiedziała,  że 

pękłaby z tęsknoty przypominając sobie jego imię. 

 
D... 
 
Była  wdzięczna,  że  jej  rodzice  nie  wspominali  o  Nim.  Dziękowała  w 

myślach  swoim  przyjaciołom,  że  zgrabnie  unikali  tematów,  które  Jego 
dotyczyły. 

 
Nieświadomie chwyciła za szczotkę do włosów, by po chwili spojrzeć 

w własne oczy. Szarpnęła... 

 
Jak ona nienawidziła tych włosów! 
 
Po kilkunastu minutach, doprowadziwszy siebie do stanu używalności 

chwyciła różdżkę i torebkę. Wychodząc z domu zanuciła: 

 

Jeśli odejdziesz – będę pusta 

Jeśli mnie tutaj zostawisz – będę samotna 

Bez ciebie... 

Jeśli chcesz mnie – będę ci wdzięczna za to, co robisz dla mnie... 

 
Do kancelarii weszła punkt dziewiąta. Przywitał ją uśmiech Andrei – jej 

sekretarki. 

 
- Dzień dobry, panno Granger – dziewczyna tego dnia tryskała energią. 

–  Zrobiłam  dla  pani  kawę,  taką,  jaką  pani  lubi  –  dodała  podając  Hermionie 
kubek z napojem. 

 

background image

Brązowowłosa  odpowiedziała  uśmiechem  wdzięczności  upijając  po 

chwili łyk kawy. 

 
Espresso... 
 
-  Pani  klient  już  od  pół  godziny  na  panią  czeka  –  poinformowała  ją 

Andrea. – Mówiłam, by przyszedł później, ale... 

 
-  Nie  –  przerwała  jej  Hermiona.  –  Dobrze,  że  już  jest.  Im  szybciej  to 

załatwię, tym szybciej będę mogła się zająć tą sprawą. 

 
Andrea  lekko  się  uśmiechnęła,  kiedy  jej  szefowa  znikła  za 

mahoniowymi drzwiami gabinetu. Miała nadzieję, że z niego nie ucieknie. 

 
Hermiona  naprawdę  miała  ochotę  uciec  z  gabinetu,  kiedy  ujrzała 

swojego klienta. To nie mogło być możliwe! Przecież miał zniknąć z jej życia! 

 
-  Musimy  sobie  coś  wyjaśnić,  pani  mecenas  –  usłyszała  tak  znajomy 

głos, na który zmiękły jej kolana. Nie potrafiła się powstrzymać od tego, by 
się nie zachwiać. 

 
Owszem była adwokatem. Adwokatem miłości, prawda, ale nie miała 

adwokatem swojej miłości. Nie o nią miała walczyć. Miała sprawić, by miłość 
pomiędzy  dwojgiem  ludzi:  ojcem  i  synem  nie  została  zniszczona.  I  jej  się 
udało. Obroniła tą miłość. 

 
Ale wątpiła w to, by udało jej się obronić własną. 
 
Bo prawda była taka, że ona Go kochała. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

EPILOG 

 
 
 
 
 

 
             - Scorpius! Uważaj, żebyś nie wpadł do wody! – zawołał Draco, kiedy 
ujrzał  jak  jego  syn  z  zafascynowaniem  obserwował  ryby  w  jeziorze.  Tego 
dnia  mieli  naprawdę  dużo  szczęścia  do  połowów  –  pogoda  była  słoneczna, 
do tego idealna cisza, której nic nie mogło zakłócić. I oni: ojciec i syn. 
 

-  Nic  mi  nie  będzie  –  odpowiedział  chłopiec  uśmiechając  się  lekko  do 

ojca. – Nie jestem taką niezdarą jak James Potter. 
 

Draco  wyszczerzył  do  niego  zęby  w  uśmiechu.  A  jednak  coś  po  nim 

odziedziczył. 
 

-  Jestem  pewien,  że  Jimmy  to  samo  mówi  o  tobie  –  dodał  zgryźliwie 

podchodząc  do  niego  z  wędkami.  –  Mam  nadzieję,  że  to  jednak  ty  masz 
rację. 
 

-  Oczywiście!  A  jakby  inaczej...  Ej!  Ta  jest  moja!  –  zawołał  oburzonym 

tonem widząc, że ojciec zabrał jego ulubioną wędkę. 
 
 

-  Twoja?  Młody,  daj  sobie  spokój.  Ta  jest  moja  i  koniec.  Ostatnio 

zabrałeś ją sobie bez mojej wiedzy, a ja z grzeczności nie zwróciłem ci uwagi. 
 
           Scorpius uśmiechnął się złośliwie do ojca. 
 
            - Gdyby się tylko dowiedziała... 
 
            Draco spojrzał morderczym wzrokiem na syna. 
 
            -  Ani  mi  się  waż  jej  cokolwiek  powiedzieć!  Masz  tą  wędkę  i  mnie  nie 
wkurzaj. 
 

background image

            - Och, tato, daj spokój... Ja tylko żartowałem – Scorpius obdarzył ojca 
najpiękniejszym  uśmiechem  na  świecie.  Wątpił,  by  był  na  świecie 
cudowniejszy syn niż Scorpius. Nie zamieniłby go na innego. 
             
            Osiem lat.  
 
 

Od ośmiu lat nie musiał się bać, że ktoś mu go odbierze. 

 
 

Od ośmiu lat był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

 
 

Wyczarował  sobie  fotel,  w  którym  zasiadł  po  zarzuceniu  wędki. 

Scorpius spojrzał na niego błagalnie. Draco zaśmiał się złośliwie. 
 
 

-  Nie  ma  mowy.  Ja  też  musiałem  uczyć  się  cierpliwości,  a  zapewniam 

cię, że to krzesło ci w tym pomoże. 
 
 

Nie  dyskutując  z  ojcem  pokornie  usiadł  na  krzesełku  i  skupił  na 

łowieniu ryb. 
 
 

Oboje  to  uwielbiali.  To  było  jedyne  zajęcie,  które  robili razem: ojciec i 

syn. 
 

 

 

Po  kilku  godzinach  połowów  pakowali  złowione  ryby  do  siatki,  po 

czym wsiedli do jeepa, którym pojechali do domu. 
 
 

Nigdy  nie  zabierali  się  na  połów  ryb  w  czwartki,  ale  tym  razem  było 

inaczej:  Draco  wziął  sobie  urlop, by uczcić dzień, w którym po raz pierwszy 
wybrali się wspólnie na ryby. 
 
 

Przed rezydencję zajechali późnym wieczorem. Babcia razem z Anną i 

Joanną  już  na  nich  czekały.  Siostry  zabrały  ryby  do  kuchni,  a  Babcia  z 
utęsknieniem wyściskała Scorpiusa. 
 
 

-  Już  się  bałam,  że  nie  wrócicie  do  domu!  Draco,  wiesz,  która  jest 

godzina? – zapytała z wyrzutem. 
 
 

Draco teatralnie przewrócił oczami. Skąd on to znał...? 

 
 

- Czy Lisa do mnie dzwoniła? – zapytał wchodząc do rezydencji. 

 

background image

 

Babcia  i  Scorpius  skrzywili  się  na  wspomnienie  kobiety.  Żadne  z  nich 

nie darzyło jej nadal sympatią. 
 
 

- Tak. Prosiła byś do niej oddzwonił. Niby to pilne... 

 
 

- Czy uważa, Babcia, że pozostanie jej sponsorem jest dla mnie pilne? – 

zapytał unosząc leniwie lewą brew. Kobieta zaprzeczyła ruchem głowy. – Ja 
też tak sądzę – dodał uśmiechając się po chwili. – A czy...? 
 
 

- Nie ma żadnych wieści – odpowiedziała zanim zdążył zadać pytanie. 

 
 

Draco  spojrzał  na  Scorpiusa,  który  westchnął  smutno  na  tą 

wiadomość. Po chwili rzucił się na Jej ulubioną sofę. 
 
 

-  Dlaczego,  tato?  –  zapytał  patrząc  tym  znajomym  wzrokiem  z 

wczesnego  dzieciństwa.  –  Kiedy  ostatnio  rozmawiałem  z  nią  przez  telefon, 
to powiedziała, że nie może się teleportować. Dlaczego? Czy ona nie wie, że 
ja za nią tęsknię? 
 
 

Mężczyzna  usiadł  obok  swojego  syna,  po  czym  mruknął  zaklęcie, 

dzięki  któremu  pojawiły  się  dwie  szklanki  z  miodem  pitnym.  Podał  jedną 
synowi. 
 
 

- Ja też za nią tęsknię, Scorpius – mruknął. – Ona o tym wie. 

 
 

- Więc dlaczego...? 

 
 

- Ona także ma swoje marzenia – przerwał mu ostro Draco. – Wiesz, jak 

bardzo marzyła o tym, by zdobyć tą sprawę. Musimy ją wspierać. 
 
 

-  Ale  mogłaby  chociaż  wrócić  na  jeden  dzień  –  Scorpius  nadal  upierał 

się przy swoim. – Lyra także tęskni... 
 
 

Draco uśmiechnął się na myśl o Lyrze. Jego mała księżniczka. 

 
 

Jak  bardzo  by  wiele  zrobił,  by  żadne  z  nich  nie  cierpiało.  Zarówno 

Scorpius, jak i Lyra. Jego najcenniejsze skarby... 
 

background image

 

W nocy, leżąc w łóżku, zastanawiał się nad tym, dlaczego nie wracała 

do  domu.  Tak  bardzo  chciał  się  do  niej  przytulić,  pocałować...  Chciał  ją 
trzymać za rękę patrząc na ich dzieci. 
 
 

Zanim 

wyjechała 

zachowywała 

się 

jakoś 

dziwnie. 

Była 

podenerwowana,  a  jednocześnie  zamyślona.  Czasami  rzucała  na  Dracona 
podejrzliwe spojrzenie, ale w taki sposób, by tego nie dostrzegał. 
 
 

Czy  on  pragnął  tak  wiele?  Chciał  mieć  przy  sobie  kobietę  swojego 

życia! Obiecał, że na nią poczeka i zamierzał dotrzymać słowa. 
 
 
 
 
 
 

Obudził  go  delikatny  pocałunek.  Leniwie  otworzył  oczy,  a  widząc 

przed  sobą  kobietę  o  wielkich  czekoladowych  tęczówkach,  zamknął  je 
znowu. Był pewny, że nadal śpi. 
 
 

- Drrrrraco – kobieta wymruczała drażniąc płatek ucha. – Kochanie. 

 
 

Ponownie otworzył oczy, odwracając się w jej stronę. Była taka piękna, 

pomimo  podkrążonych  oczu  i  bladej  skóry.  Przez  te  trzy  miesiące  zdążył 
zapomnieć, jak wygląda. A teraz była na wyciągnięcie ręki. 
 
 

Patrzyli na siebie w ciszy. 

 
 

- Byłaś u dzieci? – zapytał szeptem. 

 
 

- Tak. Scorpius nie chciał mnie puścić – uśmiechnęła się do mężczyzny. 

– Lyra tylko mnie pocałowała i dalej poszła spać. 
 
 

- Która jest w ogóle godzina? 

 
 

- Po trzeciej. Wszyscy już śpią. 

 
 

Draco  spojrzał  na  nią  nieodgadnionym  wzrokiem.  Kobieta  zadrżała, 

kiedy chwycił różdżkę i rzucił jakieś zaklęcie niewerbalne. Powolnym ruchem 
wstał z łóżka i ruszył w stronę barku, z którego wyciągnął czerwone wino i 
dwa kieliszki. Po chwili jeden podał kobiecie. 

background image

 
 

- Jak ci poszło? – zapytał wywołując jej zaskoczenie. 

 
 

-  Nie  było  łatwo,  ale  udało  się.  Myślałam,  że  nie  dam  rady.  Chciałam 

wracać,  szczególnie  wtedy,  kiedy  Scorpius  mi  powiedział,  że  jesteś  chory. 
Myślałam, że umrę z tej niepewności. 
 
 

- Przesadzasz – mruknął. – Czyli co: koniec tej sprawy? 

 
 

-  Koniec  w  ogóle  –  powiedziała  upijając  łyk  wina.  Zaczerwieniła  się 

widząc przeszywający wzrok Dracona. 
 
 

- Jak to? 

 
 

- Kiedy byłam w Berlinie zrozumiałam, że najważniejszą rzeczą nie jest 

pomaganie  innym  ludziom,  lecz  rodzina.  Każdego  dnia  tęskniłam  za 
Scorpiusem, za Lyrą, a przede wszystkim za tobą, Draco. Nie umiałam się na 
niczym skupić. Ciągle byłam myślami przy was... Poza tym nie chcę więcej się 
denerwować  z  powodu  cudzych  problemów.  Wystarczy  mi  to  co  mam.  Nie 
potrzebuję więcej... 
 
 

- Chcesz to wszystko rzucić? 

 
 

- Ja już spełniłam swoją misję jako adwokat, Draco – mruknęła. – Poza 

tym... – uśmiechnęła się do niego lekko. 
 
 

- Poza tym: co? 

 
 

-  Pewien  mężczyzna,  który  studiował  magomedycynę,  powiedział  mi, 

że stres nie sprzyja rozwojowi dziecka w okresie płodowym. 
 
 

Draco  przez  chwilę  czuł  się  tak,  jakby  był  spetryfikowany.  Nie 

docierało do niego to, co powiedziała mu kobieta. Dopiero po chwili... 
 
 

-  Slytherinie  –  wyszeptał.  Stanął  przed  kobietą  i  podał  rękę,  chcąc 

pomóc jej wstać. Już chwilę potem wpił się w jej usta kierując kroki w stronę 
łóżka. 
 
 

Zdecydowanym  ruchem  pozbawił  ją  zbędnej  garderoby.  Kiedy  leżała 

przed nim w samej bieliźnie przyjrzał się jej z podziwem. Była taka idealna... 

background image

 
 

Drżącą ręką dotknął jej brzucha. Pamiętał chwilę, kiedy będąc w ciąży z 

Lyrą powiedziała mu, że będą mieli dziecko. Cieszył się jak głupi. 
 
 

Teraz  było  inaczej.  Ze  złośliwością  patrzył  na  kobietę,  która 

przyglądała  się  z  zaciekawieniem  jego  poczynaniom.  Nie  mógł  jednak 
powstrzymać drżenia rąk. 
 
 

- Rzeczywiście, trochę przytyłaś – nie mógł się powstrzymać od tego, 

by  ręką  „niechcący”  zahaczyć  o  jej  najbardziej  wrażliwe  miejsce.  Słysząc 
cichy jęk pochylił się nad nią i wymruczał w usta: - Coś nie tak, Granger? 
 
 

Hermiona znała jego gierki, które za każdym razem działały na nią tak 

samo: nie była w stanie myśleć. Nieudolnie próbowała coś odpowiedzieć, ale 
Draco  w  tym  momencie  pozbawił  jej  płynnym  ruchem  ostatnich  części 
garderoby. 
 
 

-  Który  to  miesiąc?  –  zapytał  ochrypniętym  głosem  wywołując  na  jej 

ciele dreszcze nie tylko głosem, ale również dotykiem rąk, które błądziły po 
każdym skrawku jej skóry. 
 
 

- Czwarty – odpowiedziała słabym głosem. 

 
 

-  Czyli  możemy...  –  dodał  z  zamyśleniem,  po  czym  bez  ostrzeżenia  w 

nią wszedł zdecydowanym ruchem. 
 
 

Kochali  się  tak,  jakby  robili  to  pierwszy  raz.  Ona  poznawała  na  nowo 

niego, a on ją. Ze zdziwieniem odkryli, że pomimo tych wszystkich wspólnych 
lat  nadal  siebie  pragnęli  tak,  jak  na  początku.  Darzyli  się  miłością,  której  nic 
nie mogło zniszczyć. 
 
 

Po  kilku  godzinach  leżeli  w  łóżku  przytulając  się  do  siebie  i 

rozmawiając o dzieciach. Byli szczęśliwi, że mogą znów być razem. 
 
 

- Hermiono – powiedział nagle poważnym tonem Draco. 

 
 

Kobieta owinięta w kołdrę spojrzała ze zdziwieniem na blondyna. 

 
 

Draco machnął różdżką. Po chwili w jego ręku pojawił się pierścionek. 

 

background image

 

- Nie chciałem tego tak zrobić, ale myślę, że to jest odpowiedni na to 

moment. 
 
 

Kobieta  nieprzytomnie  patrzyła  na  Dracona,  który  ujął  jej  dłoń, 

zakładając na palec pierścionek. 
 
 

-  Hermiono  Jane  Granger...  –  zaczął  drżącym  tonem.  –  Czy  po  tylu 

latach wspólnego życia zgodzisz się zostać moją żoną? 
 
 

Nie  otrzymawszy  odpowiedzi  spojrzał  na  nią  z  lękiem.  Czy  to  było 

możliwe, że się nie zgodzi? 
 
 

Łzy  w  oczach  Hermiony  powiedziały  mu  wszystko.  Namiętnie 

pocałował narzeczoną. 
 
 

-  Czyli  Scorpius  Hyperion,  Lyra  Satine  i  Serpens  Lynx  będą  mieć 

normalną rodzinę – zachichotała Hermiona. 
 
 

- Ser... Kto? 

 
 

-  Nie  mówiłam  ci?  To  chłopiec.  Serpens  Lynx.  Znam  tradycję  twojej 

rodziny  i  tym  razem  się  nie  uprę,  by  chociaż  drugie  imię  było  normalne  – 
wywróciła  oczami  widząc  oburzenie  Dracona.  –  Skoro  i  tak  trafi  to 
Slytherinu, to co mu zaszkodzi, jeżeli imię będzie mieć typowo ślizgońskie? 
Mężczyzna  zaśmiał  się  pod  nosem  jednocześnie  obdarzając  swoją  kobietę 
kolejnym pocałunkiem. 
 
 

Oboje  w  tej  samej  chwili  pomyśleli,  że  życie,  pomimo  wielu 

nieprzyjemności  potrafi  się  po  latach  odwdzięczyć  i  podarować  chwile 
szczęścia.  Wystarczy  tylko  walczyć  o  miłość  i  zostać  własnym  adwokatem 
miłości.