background image

LAUREN St JOHN 

 

 

Biała żyrafa

 

 

ILUSTRACJE DAVID DEAN PRZEŁOŻYŁA EWA SWIERŻEWSKA 

 

Tytuł oryginału: The White Giraffe 

First published in Great Britain in 2006 by Orion Children's Books, a division of the Orion Publishing 
Group, Ltd. London. Text copyright © Lauren St John 2006 Ilustracje © David Dean 2006. All rights 
reserved. The moral right of Lauren St John and David Dean to be identified as author and illustrator 
of this work has been asserted. 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Copyright © for the Polish 
translation by Wydawnictwo W.A.B., 2009 

Wydanie I Warszawa 2009 

 

Ludzie mawiają, że nieszczęścia chodzą trójkami, ale z punktu widzenia Martine wszystko zależy od 
tego, kiedy zaczniesz liczyć i kiedy przestaniesz. Na przykład ona mogłaby powiedzieć, że jedno 
nieszczęście spotkało ją w towarzystwie trzech dobrych rzeczy, ale prawda jest taka, że to jedno złe 
zdarzenie było najgorszą rzeczą na świecie, inne zaś wydawały się przy tym tak małe, że nawet ich 
wtedy nie zauważyła, a coś, co najpierw wydawało się jej pechem, okazało się największym 
szczęściem, o jakim można marzyć. Niezależnie od której strony na to spojrzeć, jedno jest pewne. 
Noc, kiedy Martine Allen skończyła jedenaście lat, tak diametralnie odmieniła jej życie, całkowicie i 
dokumentnie, że już nigdy nie było takie jak dawniej. 

W ostatni dzień starego roku Martine spała w swoim łóżku i śniła o miejscu, w którym nigdy 
wcześniej nie 

była. A miała tę pewność, gdyż wyglądało ono tak cudownie, że nie sposób go zapomnieć. Jak okiem 
sięgnąć, rozciągały się trawniki upstrzone egzotycznymi kwiatami i drzewami. Za nimi wznosiła się 
do czystego nieba majestatyczna góra, z granitowymi klifami i bujną zielenią lasu. Dzieci śmiały się i 
goniły ćmy wśród klombów bladoróżowych kwiatów, a w oddali Martine słyszała bicie bębnów i 
nasilający się gwar. Z jakiegoś powodu odczuwała niepokój. Ciarki przechodziły jej po plecach. 

background image

Nagle niebo zaczęło kipieć wzburzonym fioletowym światłem, a gruba warstwa ołowianych chmur 
przesłoniła górę. W mgnieniu oka słoneczny dzień ustąpił miejsca złowieszczej atmosferze. Właśnie 
wtedy jedno z dzieci zawołało: 

- Hej, zobaczcie, co mam. 

Była to gęś egipska ze złamanym skrzydłem. Jednak zamiast pomóc ptakowi, dzieci zaczęły się nad 
nim znęcać. Martine, która nie potrafiła znieść widoku bezbronnego stworzenia, próbowała 
powstrzymać rówieśników, ale wtedy we śnie dzieci rzuciły się na nią. Po chwili ocknęła się na ziemi, 
zapłakana, z rannym ptakiem w ramionach. 

I wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Ręce, w których trzymała gęś, stały się tak gorące, że 
niemal się żarzyły, a jej ciało przeszył prąd. W wirującym dymie spostrzegła czarnoskórych mężczyzn 
w maskach rogatej antylopy, nosorożce ziejące ogniem i usłyszała głosy stare jak Czas. Wiedziała, że 
chcą z nią rozmawiać, ale nie rozumiała, co mówią. Nagle ptak poruszył się. Martine rozchyliła 
dłonie, a gęś rozpostarła skrzydła i wzbiła się ku fioletowemu niebu. 

We śnie dziewczynka spojrzała w górę z uśmiechem, ale inne dzieci go nie odwzajemniły. 
Wpatrywały się w nią z przerażeniem i niedowierzaniem. 

- Czarownica! - skandowały. - Czarownica, czarownica, czarownica - i zaczęły ją gonić. 

Martine, szlochając, uciekła na zbocze góry, do ciemnego lasu, lecz jej nogi były niewyobrażalnie 
ciężkie; haczykowate ciernie orały kostki, a ona gubiła się w chmurze. Z każdą chwilą robiło się coraz 
goręcej. Nagle chwyciła ją jakaś dłoń, a ona krzyczała, krzyczała i krzyczała. 

To jej własny krzyk w końcu obudził Martine. Zerwała się z łóżka. Wokoło panowały kompletne 
ciemności i dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że to był tylko sen. Żadna z tych rzeczy się 
nie wydarzyła. Nie było góry ani ptaka. Leżała bezpieczna w swoim łóżku w Hampshire, w Anglii, a 
po przeciwnej stronie korytarza spali głęboko jej rodzice. Z walącym sercem opadła na poduszki. 
Kręciło się jej nieco w głowie i wciąż było bardzo, bardzo gorąco. 

Gorąco? Jak mogło być gorąco? Przecież to środek zimy. Martine otworzyła oczy. Działo się coś 
złego. Gorączkowo usiłowała włączyć lampkę nocną, ale z jakiegoś powodu się nie dało. 
Dziewczynka znów usiadła. Pomarańczowa barwa ognia migotała pod drzwiami sypialni, spod 
których unosiły się szare smugi dymu. 

- Pali się! - wrzasnęła Martine. - Pali się! 

Poderwała się z łóżka, ale zaplątała się stopą w pościel i runęła na podłogę. Do oczu napłynęły jej łzy 
przerażenia. Energicznie przetarła twarz. „Jeśli nie zacznę jasno myśleć - powiedziała sobie - nie uda 
mi się ujść z życiem" Róg drzwi stał się jasnoczerwony, po czym odpadł, wpuszczając do środka 
chmurę dymu. Martine zaczęła gwałtownie kasłać. Na oślep szukała na podłodze bluzy, którą tam 
wczoraj rzuciła, zakładając piżamę. Niemal wznosząc okrzyki wdzięczności za tak szybkie 
odnalezienie ubrania, obwiązała materiał wokół twarzy. Później wstała, otworzyła okno i wychyliła się 
w bezgwiezdną noc. Co powinna zrobić? Skoczyć? 

Martine stała sparaliżowana strachem. Daleko pod nią śnieg skrzył się w ciemnościach. Za jej plecami 
pokój wypełniał się dymem i płomieniami, a ogień buzował jak w fabrycznym piecu. Było piekielnie, 
zabójczo gorąco -tak gorąco, że czuła, jak piżama topi jej się na plecach. Okno stanowiło jedyną drogę 

background image

ucieczki. Przełożywszy nogi przez parapet, wyciągnęła dłonie, chwytając się kępy bluszczu. Był 
mokry jak sałata i wyślizgiwał się z palców. Martine omal nie wypadła. Spróbowała ponownie, tym 
razem strącając ubity śnieg, i po omacku szukała za pnączami rury, szczeliny lub czegokolwiek, czego 
mogłaby się chwycić. Nic! 

Oczy jej łzawiły. Sekundy dzieliły ją od katastrofy, jednak wskoczyła z powrotem do pokoju, zerwała 
pościel z łóżka i związała prześcieradło i poszewkę, mocując jeden koniec do nogi łóżka znajdującej 
się najbliżej okna. Nie było czasu na próby. Musiała wierzyć, że sznur wytrzyma jej ciężar. 
Najszybciej jak potrafiła wspięła się na okno, trzymając materiał obiema rękami. 

Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie sięga on do samego dołu, ale przynajmniej mogła znaleźć się 
bliżej ziemi. 

Była wciąż wysoko w powietrzu, gdy jej dłonie, sztywne jak paluszki rybne smagane arktycznym 
wiatrem, rozluźniły uścisk i runęła w śnieg. Z trudem podniosła się z ziemi i dygocząc, pokuśtykała 
wzdłuż ściany domu. Była przemoczona do suchej nitki i bolał ją jeden nadgarstek, ale gdy tylko 
wyszła zza rogu, przestała o tym myśleć. Całą jej uwagę pochłonął przerażający widok. W domu 
szalał pożar. Płomienie skakały we wszystkich oknach, a kłęby dymu unosiły się w nocne niebo. Na 
trawniku zebrał się tłum, który wciąż się powiększał, gdy z otwartych drzwi domów, stojących wzdłuż 
ulicy, wychodzili w pośpiechu kolejni ludzie. Dźwięk syren ogłosił szybkie pojawienie się straży 
pożarnej. 

- Mamo! Tato! - wykrzyknęła Martine i pobiegła w kierunku wejścia do domu. 

W jej stronę zwróciły się ściągnięte grozą twarze. Po zbiegowisku przeszedł szmer. Starsza kobieta z 
sąsiedniego domu na widok biegnącej przez trawnik Martine otworzyła usta, lecz nie wydobył się z 
nich żaden dźwięk. Mieszkający nieco dalej pan i pani Morrison także trwali w bezruchu, jednak pan 
Morrison, krzepki były zawodnik rugby, otrząsnął się w ostatniej chwili i zdołał chwycić Martine, gdy 
mijała ich w pędzie. 

- Proszę mnie puścić - wyszlochała dziewczynka, jednak wypowiadając te słowa, wiedziała, że już jest 
za późno. Ściany domu waliły się na rozżarzoną stertę. W ciągu kilku minut nic nie zostało. Ekipa 
straży pożarnej mogła jedynie ugasić płomienie. 

  

10 

11 

Pani Morrison objęła ramionami Martine i trzymała ją mocno. 

- Tak mi przykro, kochanie - powiedziała. - Tak mi przykro. - Pozostali podeszli ją pocieszać, a pan 
Morrison dał jej swój płaszcz, żeby włożyła go na piżamę. 

Przez zasłonę łez Martine widziała, że żarzące się wciąż węgielki i bąble piany gaśniczej lśnią jak 
rubiny i diamenty w blednącej nocy. Zaledwie kilka godzin wcześniej bawiła się z rodzicami podczas 
urodzinowej kolacji. Usmażyli naleśniki, napełnili je migdałami, bananami i rozpuszczoną czekoladą i 
złożyli w trójkąty, żeby móc jeść palcami. Martine z mamą śmiały się z taty, Da-vida, który tak dużo 
mówił, że nie zauważył czekolady ściekającej z naleśnika na koszulę. Wydarzyła się tylko jedna rzecz, 
która teraz wydała się Martine dziwna. 

background image

Byli w drodze do łóżek. Mama pocałowała Martine i poszła przodem, a dziewczynka szła po schodach 
z tatą. Gdy dotarli do drzwi sypialni, uścisnął ją na dobranoc, zwichrzył jej włosy i zapewnił, że ją 
kocha, tak jak to zawsze robił. Właśnie wtedy powiedział coś dziwnego: 

- Musisz wierzyć, Martine. Wszystko dzieje się w jakimś celu. 

A Martine uśmiechnęła się do niego i pomyślała, jakich to ma cudownych rodziców, chociaż czasami 
zachowują się nieco dziwacznie. Poszła do swojego pokoju, nie wiedząc, że to ostatnie słowa taty, 
jakie miała usłyszeć. 

Nie wiedząc, że już nigdy nie ujrzy swoich rodziców. 

To pan Grice z opieki społecznej powiedział, że Martine ma przeprowadzić się do Afryki. Do 
Kapsztadu w Afryce Południowej, mówiąc dokładniej. 

- Afryka Południowa! - krzyknęła Martine. -Dlaczego Afryka Południowa? 

- Cóż - powiedział pan Grice. - Wygląda na to, że jedyny żyjący członek twojej rodziny mieszka 
właśnie w rezerwacie przyrody w Afryce Południowej. Pani Gwyn Thomas, która, jak mi 
powiedziano, jest twoją babcią. 

Martine osłupiała. 

- Nie mam babci - powiedziała powoli. 

Pan Grice zmarszczył brwi. Sięgnął do kieszeni po okulary i jeszcze raz spojrzał w skoroszyt. 

- Nie, zapewniam cię, że to nie pomyłka. Mam tu jej list. 

13 

Podał Martine kartkę kremowego papieru listowego. Drogi Panie Grice, 

dziękuję za wyrazy współczucia w związku z tragiczną śmiercią mojej córki, Veroniki Allen, i jej 
męża, Davida, którzy byli najlepszymi ludźmi, jakich kiedykolwiek znałam. Nie zdawałam sobie 
sprawy, że moja córka zastrzegła, iż to ja powinnam przejąć opiekę nad ich dzieckiem, Martine, gdyby 
im coś się stało, jednak mimo to podejmę się tego zadania. Przynajmniej tyle mogę zrobić. Załączam 
bilet lotniczy do Kapsztadu i 150 funtów na wydatki dziewczynki. Rzadko jeżdżę do miasta i byłabym 
wdzięczna, gdyby zadbał pan, by miała ubrania dostosowane do pogody panującej w Afryce 
Południowej. 

Z poważaniem, Gwyn Thomas 

Było coś w tonie tego listu, co zaniepokoiło Martine. Jej babcia nie wykazywała najmniejszego 
entuzjazmu wobec perspektywy opiekowania się nią. Raczej powściągliwość. Wyglądało na to, że 
spodziewa się, iż wnuczka może okazać się dla niej ciężarem. Nie chciało jej się nawet podjąć wysiłku 
kupienia Martine kilku letnich ubrań. Najwyraźniej uwielbiała rodziców Martine, ale to nie oznaczało, 
że chce być skazana na nią. A co z dziadkiem? Nie było o nim ani słowa. 

Martine oddała list panu Grice'owi. 

- Nie jadę - powiedziała. - Ona mnie nie chce, a ja nie zamierzam mieszkać z kimś, kto mnie nie chce. 
Po moim trupie. 

background image

Pan Grice spojrzał na nią z konsternacją. Miał za sobą męczący poranek, a przeczucie mówiło mu, że 
będzie jeszcze gorzej. O co chodziło jego szefowej, czemu ciągle dawała mu trudne sprawy? 

- Ale pani Thomas jest twoją prawną opiekunką -próbował przekonać dziewczynkę. 

- Nie jadę - powtórzyła z uporem Martine. - I nie uda się panu zmusić mnie do tego. 

Pan Grice zgarnął niechlujnie swoje dokumenty, przewracając przy tym szklankę z wodą. 

- Wrócę tu - powiedział do Martine, nie zważając na kałużę i atrament rozpływający się na papierach. 
- Muszę zadzwonić. 

Martine czekała, wpatrując się w przesiąkniętą dymem tapetę w biurze pana Gricea, i odczuwała 
znacznie większy strach, niż to okazywała na zewnątrz. Kilka ostatnich tygodni minęło jak za mgłą. 
Pierwszych pięć koszmarnych dni po pożarze spędziła u Morrisonów, póki ich synowie nie wrócili z 
serii rozgrywek ze szkolną drużyną rugby. Później wprowadziła się do przyjaciółki mamy, jednak ta 
nie potrafiła poradzić sobie z pogrążonym w żalu dzieckiem. W końcu odwieziono ją do domu panny 
Rose, nauczycielki angielskiego, która miała zająć się nią do czasu, gdy podjęta zostanie decyzja o 
przyszłości dziewczynki. Wszędzie, gdzie trafiała, ludzie mieli na twarzach zbyt promienne uśmiechy 
i z całych sił starali się jej pomóc. Jednak gdy tylko wychodziła z pokoju, słyszała prowadzone 
szeptem rozmowy, w których często padały słowa „sierota" i „całkiem sama na świecie". 

Martine była zbyt oszołomiona i zrozpaczona, by się tym przejmować. Przez większość czasu chodziła 

14 

15 

w kółko z potwornym uczuciem, jakby wpadała do studni bez dna. Nie mogła jeść, nie mogła spać, nie 
mogła płakać. Pytanie, które zadawała sobie bez ustanku, brzmiało: dlaczego? Dlaczego ona ocalała, a 
jej rodzice nie? Uważała, że to niesprawiedliwe. Strażacy chwalili jej odwagę i powtarzali, że dobrze 
postąpiła. Powiedzieli, że jeśli otworzyłaby drzwi pokoju choć na milimetr, by dostać się do rodziców, 
pochłonęłyby ją płomienie. Ale ciężko było pozbyć się poczucia winy. A co teraz ją spotkało? Czy 
naprawdę zostanie odesłana do Afryki, do nieznajomej kobiety? 

Właśnie w tym momencie dziewczynka spostrzegła kremową kopertę na biurku pana Gricea. 
Wyglądała znajomo. Martine podniosła list i przyjrzała się uważnie adresowi na odwrocie. Został 
napisany schludnie niebieskim piórem i brzmiał: „Gwyn Thomas, Rezerwat Sawubona, Kapsztad, 
Afryka Południowa". Martine zaczęła przeszukiwać swoją pamięć. Gdzie wcześniej widziała ten 
charakter pisma? I wtedy jej się przypomniało. Od kiedy sięgała pamięcią, mama otwierała takie 
koperty co miesiąc. Nigdy nie rozmawiało się na ich temat, ale Martine wyczuwała zmianę w 
zachowaniu mamy, gdy ta kończyła czytać. Wyraźnie więcej się uśmiechała; śmiech przychodził jej 
znacznie łatwiej. Dla dziewczynki dużo większą przykrością niż poczucie opuszczenia i dezorientacji 
wśród zakurzonych dokumentów pana Gricea stanowił fakt, że mama nigdy nie powiedziała jej, że to 
listy od babci, ani nawet, że w ogóle ma babcię. Dlaczego było to owiane taką tajemnicą? 

Martine rozmyślała o podpisie pod listem: Gwyn Thomas. Brzmiał tak surowo. Trudno jej było sobie 

16 

background image

wyobrazić, że taka osoba mogłaby być jej babcią, nie mówiąc już o tym, że miałaby zwracać się do 
niej „babciu" albo co gorsza, „babuniu". Nie potrafiła nawet myśleć o niej „Gwyn". Z jakiegoś 
powodu jej umysł zakodował jako całość imię i nazwisko - Gwyn Thomas. 

Do gabinetu wszedł pan Grice, potrząsając energicznie głową. 

- Obawiam się, że nie masz zbyt wielkiego wyboru -powiedział. - Zdołałem załatwić ci łóżko w domu 
dziecka w Upper Blickley... 

- W porządku - przerwała mu Martine. - Postanowiłam, że mimo wszystko pojadę do Afryki. 

Pan Grice odetchnął z wielką ulgą. 

- Cóż - powiedział. - To rozwiązuje sprawę. 

Od samego początku było jasne, że wszyscy w otoczeniu Martine są znacznie bardziej 
podekscytowani jej nową przyszłością niż ona sama. 

- Rezerwat w Afryce - powiedziała panna Rose z podziwem. - Tylko pomyśl, Martine, to tak, jakbyś 
wiodła życie na safari. 

Pani Morrison zdawała się żywić przekonanie, że dziewczynka zostanie pożarta przez tygrysa. 

- Będziesz musiała zachować czujność - powiedziała do Martine. - Ale, ach, cóż to będzie za 
przygoda! 

Martine w myślach przewróciła oczami. Pani Morrison była najserdeczniejszą osobą na świecie, ale o 
królestwie zwierząt nie miała zielonego pojęcia. 

17 

- W Afryce nie ma tygrysów - powtarzała jej bezustannie Martine. - Chyba że w zoo. 

Poza tym jednym szczegółem ona też niewiele wiedziała o Afryce. Kiedy próbowała ją sobie 
wyobrazić, przed oczami stawały jej jedynie wielkie żółte równiny, parasolowate drzewa mango, 
ciemne twarze i piekące słońce. Zastanawiała się, czy dzikie zwierzęta naprawdę wałęsają się po 
ulicach. Czy mogłaby wziąć sobie jedno z nich do domu? Mama Martine miała uczulenie na 
zwierzęta, więc dziewczynka była od nich izolowana, a już od maleńkości pragnęła mieć jakieś 
stworzenie. Może mogłaby wziąć małpę. 

Nagle przypomniała sobie ton listu babci i znów ogarnęło ją przygnębienie. Gwyn Thomas nie 
sprawiała wrażenia osoby, która zgodziłaby się na obecność ssaka z rzędu naczelnych w salonie. Jeśli 
w ogóle miała salon. Martine obawiała się, że jej babcia mieszka w chacie krytej słomą. 

W szkole większość kolegów z klasy jakby zapomniała, że zaledwie trzy tygodnie wcześniej dom 
Martine doszczętnie spłonął, a ona jedzie do Afryki, bo nie ma innego wyboru. 

- Ale z ciebie szczęściara - powtarzali. - Będziesz się mogła nauczyć surfować i w ogóle. Ekstra. 

Słuchając ich, Martine myślała, że jedyną zaletą przeprowadzki do Afryki będzie to, że już nigdy nie 
przekroczy progu Gimnazjum Bodley Brook. Nie pasowała tam. Jak się nad tym zastanowić, nigdy nie 
pasowała do miejsc, w których przebywały dzieci w jej wieku, ale kiedy mama i tata byli w pobliżu, 
nie miało to żadnego znaczenia - oni byli jej przyjaciółmi. Tata Martine był 

background image

lekarzem i pracował do późnej nocy, ale w lecie brał wolne i jechali razem pod namiot do Kornwalii. 
Tam mama malowała, a dziewczynka z ojcem pływali, łowili ryby albo tata uczył ją zasad pierwszej 
pomocy. A w każdy weekend, niezależnie od tego, czy lał deszcz, czy świeciło słońce, zawsze 
świetnie się bawili, nawet jeśli polegało to na smażeniu naleśników. Jednak to się skończyło, a w 
sercu Martine pozostała pustka. 

W sobotni ranek, dzień przed zaplanowanym lotem do Kapsztadu, panna Rose zabrała dziewczynkę na 
Oxford Street w Londynie, by kupić jej letnie ubrania. Z szarego nieba padał lodowaty deszcz, a po 
ulicy gnali w szalonym pośpiechu klienci i turyści, wsadzając sobie parasole w oczy. Jednak nic nie 
mogło ostudzić entuzjazmu panny Rose. 

- Spójrz na te słodkie szorty! - powiedziała do Martine, gdy przepchnęły się do Gapa. - Ale świetna 
bejs-bolówka! Och, już cię widzę w tej koszulce w czerwone paski. 

Martine nie przerywała. Szczerze mówiąc, miała mdłości. W brzuchu skręcało ją z nerwów, a na samą 
myśl o tym, co przyniesie kolejny dzień, zasychało jej w ustach. 

- Jak pani uważa - powtarzała Martine za każdym razem, gdy panna Rose proponowała jej kolejne 
zestawy ubrań. - Tak, ładne. Jestem pewna, że to będzie dobre. 

Zakupy zakończyły się na dwóch parach szortów w kolorze khaki, dżinsach, czterech T-shirtach, 
bejsbo-lówce i ciężkich, żółtobrązowych butach turystycznych. Tylko jeden jedyny raz musiała 
zaprotestować, gdy panna Rose nalegała na kupno sukienki w kwiatki. Martine, 

18 

19 

dziewczę z krótko przyciętymi brązowymi włosami i jasnozielonymi oczami, odmówiła noszenia 
sukienek w wieku pięciu lat i nie zamierzała zmieniać zdania. 

- Jeśli nie będę odpowiednio zabezpieczona, ukąsi mnie wąż - powiedziała do panny Rose. 

- Ale czy nie ryzykujesz tak samo, nosząc szorty? -dopytywała się nauczycielka. 

- Tak - odparła Martine - ale to zupełnie co innego. Widziała pani kiedyś odkrywcę, który nie nosiłby 
szortów? 

Po powrocie do Hampshire tego samego wieczoru panna Rose przygotowała pożegnalną kolację dla 
Martine - był pieczony kurczak z chrupiącymi ziemniakami, zielony groszek i zapiekany pudding 
domowej roboty z sosem cebulowym. Przyszli państwo Morrison, a pani Morrison podarowała 
Martine lornetkę, która należała kiedyś do starego wuja. 

- Żebyś mogła wypatrywać wielkie koty - powiedziała. 

Martine była bardzo wzruszona, szczególnie kiedy pani Morrison dała jej na drogę duży kawał ciasta 
czekoladowego własnego wypieku, starannie zapakowany w pudełko śniadaniowe. 

- Życzę ci szczęścia, moja droga - powiedziała pani Morrison czule. - Pamiętaj, że zawsze możesz 
zamieszkać z panem Morrisonem i ze mną. 

background image

Pan Morrison tylko mruknął twierdząco. Był małomównym człowiekiem. Jednak gdy jego żona 
odwróciła się, by podziękować nauczycielce za posiłek, wsunął dłoń do kieszeni płaszcza i wyjął 
rzeźbione pudełko z drewna. 

- Dla twojego bezpieczeństwa - powiedział ściszonym głosem, wręczając Martine podarunek. Później 
otworzył drzwi samochodu i włączył silnik. 

- Ruszajmy, kochanie - zawołał do żony. - Do zobaczenia, Martine. 

Martine czekała, aż zostanie sama w pokoju w domu panny Rose, i dopiero wtedy otworzyła pudełko. 
W środku znalazła różową latarkę Maglite, scyzoryk Swiss Army i apteczkę. Nie wierzyła własnym 
oczom. Rozłożyła wszystko na łóżku i przez kilka minut z zachwytem czytała towarzyszącą 
zawartości ulotkę o metodach przetrwania. Szczodrość każdej z osób była bardzo wzruszająca. Po 
jakimś czasie Martine ostrożnie spakowała prezenty, zgasiła światło i położyła się na łóżku. Przez 
okno wpadał blask księżyca w pełni, rysując w pokoju srebrną ścieżkę. 

Wbrew sobie Martine zaczynała odczuwać ekscytację. Nie upłynie kolejny dzień, nim znajdzie się w 
samolocie lecącym do Afryki, ku życiu, którego nawet nie potrafiła sobie wyobrazić. Na dobre czy na 
złe? Przeznaczenie zamykało za nią drzwi przeszłości. 

 

 

Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę Martine, był upał. Unosił się nad pasem startowym lotniska 
niczym srebrzysta mgiełka, tak gęsta, że horyzont zdawał się wyginać pod ciężarem błękitnego nieba, 
a kontury samolotów falowały jak we śnie. W Anglii była mroźna zimowa noc, meteorolodzy 
zapowiadali wichury i obfite opady śniegu, a tutaj dziewczynka czuła się tak, jakby płonęła. Stała w 
bezruchu, niska jedenastolatka o trupio bladej cerze, i obserwowała pasażerów wsiadających do 
żółtego autobusu, mającego zawieźć ich do terminalu. 

- Obudź się, mała, chyba nie chcesz tu zostać. - Nad Martine nachylał się łysy mężczyzna w 
surfingowej koszulce Billabong. - A gdzie mama i tata? Czekają na ciebie? 

Martine chciała wybuchnąć płaczem i krzyczeć tak głośno, żeby usłyszeli ją wszyscy na lotnisku: 
„Tak, właś- 

nie że chcę tu zostać. A mama i tata wcale na mnie nie czekają. Nigdy już nie będą czekać". Jednak 
wymamrotała tylko: 

- Ja tylko... Ja nie... Ja... Ktoś ma po mnie wyjść. 

- Jesteś pewna? 

- Harry, co ty robisz? Mam cię już po dziurki w nosie. Autobus właśnie odjeżdża i jeśli nie przyjdziesz 
tu za pięć sekund, ja pojadę bez ciebie! - zawołała piskliwym głosem kobieta. 

- Poradzę sobie - powiedziała Martine. - Dziękuję za dobre chęci. 

- Naprawdę? - Wyciągnął spoconą różową łapę i poklepał ją mocno po ramieniu. - Uśmiechnij się, 
mała. Jesteś już w Afryce. 

background image

Kobieta w punkcie informacyjnym na lotnisku w Kapsztadzie postukała różowymi paznokciami w 
malutki bębenek leżący na blacie i spojrzała niechętnie ponad głową Martine na rosnącą kolejkę. 
Według identyfikatora była to Noeleen Henshaw, zastępczyni kierownika. 

- Moja droga, to nie tak, że nie chcę ci pomóc -zwróciła się do Martine nosowym głosem. - Ale 
potrzebuję więcej szczegółów. No dobrze, jak wygląda twoja babcia? 

Martine starała się wywołać obraz babci, której nigdy nie widziała. 

- Ma siwe włosy - powiedziała z wahaniem. - I okulary. Sądzę, że nosi,okulary. 

22 

23 

Noeleen Henshaw westchnęła. 

- Kiedy ostatnio widziałaś się z babcią? 

- Cóż, ja... 

- Masz jej numer telefonu? 

- Tylko adres - wyznała Martine. Przez większą część podróży dziewczynce pomagała pogodna 
stewardesa o imieniu Hayley, do której zadań należała „opieka nad podróżującymi samotnie 
niepełnoletnimi" ale gdy tylko wylądowali w Afryce, Hayley skierowała Martine do lotniskowego 
autobusu i wesoło pomachała na pożegnanie. 

Noeleen potrząsnęła z rozdrażnieniem pofarbowany-mi na rudo włosami i znów spojrzała na kolejkę. 

- Moja droga, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli usiądziesz tam, gdzie będę mogła na ciebie zerkać. Jeśli 
twoja babcia się nie pojawi, postaram się znaleźć kogoś, kto ci pomoże. 

- Dobrze - odparła niepewnie Martine. - Dziękuję. 

Podniosła walizkę i nowy plecak w kolorze oliwkowym - prezent od panny Rose - wróciła do hali 
przylotów i usiadła pod tablicą „Witamy w Afryce Południowej" Jak dotąd nie doświadczyła miłego 
przyjęcia. Minęła już przeszło godzina, odkąd wylądowała w Kapsztadzie, a nadal nikt się nie zjawił, 
by ją odebrać. Martine była bliska łez. Spełniły się jej najgorsze obawy. Babcia jej nie chciała, więc 
nie zawracała sobie głowy przyjazdem na lotnisko. Dziewczynka nie miała zielonego pojęcia, co teraz 
zrobi - bez pieniędzy, bez dachu nad głową. 

Jakby tego było mało, Martine czuła osłabienie z głodu. Minęła już dziesiąta rano, a od poprzedniego 
wieczoru zjadła tylko czekoladowe ciasto pani Morrison. 

Posiłek w samolocie okazał się niejadalny - jajecznica była wodnista, bułki przypominały gumę z 
piłek do tenisa, a danie główne pachniało karmą dla zwierząt. Martine postanowiła, że już nigdy nie 
wsiądzie do samolotu bez potężnych zapasów ciastek i może kanapek z szynką na dokładkę. Tuż 
przed nią uśmiechnięty klient odszedł od stoiska Juicy Lucy z koktajlem mlecznym o smaku mango i 
dużą babeczką. Żołądek dziewczynki zaburczał z zazdrości. 

- Panienka Martine! Pewnie myślałaś, że o tobie zapomnieliśmy - rozległ się głos tak głęboki, że 
zabrzmiał w jej głowie jak dźwięk bębna. Martine spojrzała w górę i zobaczyła mahoniowego 

background image

olbrzyma, który nacierał na nią z wyciągniętymi ramionami i najszerszym w całej Afryce uśmiechem 
na twarzy. Na jednym z lśniących policzków miał bliznę w kształcie znaku zapytania, a z rzemyka na 
jego szyi zwisał kieł. Ubrany był w kapelusz przewiązany skórą zebry i myśliwski strój pamiętający 
lepsze czasy. 

- Panienka Martine? - zapytał i wybuchł śmiechem. Nie czekając na odpowiedź, chwycił dziewczynkę 
za rękę i zaczął potrząsać nią z wielką siłą. - Jestem Tendai - powiedział. - Tak bardzo, bardzo się 
cieszę, że cię poznałem. Twoja babcia wszystko mi o tobie opowiedziała. Bardzo jej przykro, że nie 
mogła przyjechać na lotnisko, ale, och, cóż to za poranek mieliśmy dzisiaj! Wczoraj późnym 
wieczorem zadzwonili do nas z informacją, że w związku z jakąś pomyłką w papierach transport słoni, 
którego spodziewaliśmy się w weekend, nadejdzie dziś wczesnym rankiem. Nie było nikogo, kto 
mógłby nadzorować ich przyjazd, prócz twojej babci i mnie, a ona musiała jeszcze poczekać, aż 
weterynarz zbada każde 

24 

25 

zwierzę. Zaproponowałem, że cię odbiorę. Zapomniałem już, jak to jest przemieszczać się autostradą. 
Objechałem cały Kapsztad! Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Zabiorę cię do domu w Sawubonie 
najszybciej, jak potrafię. 

Martine nie wiedziała, jak odpowiedzieć na ten potok słów, ale bardzo szybko przekonała się do 
wypowiadającego je potężnego, serdecznego mężczyzny. Jego naturalny sposób bycia wytworzył 
pozytywną aurę. 

- Miło mi pana poznać, panie Tendai - powiedziała, dodając nieśmiało: - Oczywiście, że panu 
wybaczę. 

Te słowa wywołały dalszą lawinę śmiechu. Mężczyzna podniósł walizkę i wetknął ją sobie pod ramię, 
jakby ważyła nie więcej niż kura, a potem poprowadził Martine w skąpany w słońcu świat. 

Martine na zawsze zapamiętała pierwszą podróż do Sawubony. Nazwa ta, jak wyjaśnił Tendai, była 
zuluskim powitaniem. On sam należał do plemienia Zulusów. Wyjechali z Kapsztadu nadbrzeżną 
drogą, mijając sponiewieranym dżipem szereg urokliwych zatoczek i przesmyków. Na tle błękitnego 
nieba morze zdawało się granatowe. Niektóre plaże były dzikie, spowite mgiełką, a bujna roślinność 
sięgała niemal linii wody. Na innych stały tęczowe, plażowe chaty, a surferzy śmigali po grzbietach 
fal na kolorowych deskach. Od czasu do czasu można było zauważyć kolonie pingwinów lub fok. Nad 
całym zaś wybrzeżem górowały szarofioletowe klify góry z wypłaszczeniem na szczycie, która z 
przyczyn oczywistych nosiła nazwę: Góra Stołowa. 

Po godzinie skręcili w głąb lądu. Martine ze zdumieniem obserwowała tempo, w jakim krajobraz się 
zmieniał 

27 

i z dość zielonego, porośniętego wrzosowatą roślinnością, stawał się taki, jaki zawsze widywała na 
zdjęciach przedstawiających Afrykę. Rzadkie, ostro zakończone drzewa, cierniste i poszarpane krzaki 
od czasu do czasu wyrastały z żółtej trawy, która błyszczała w promieniach letniego słońca, jakby ktoś 
oświetlał ją od spodu. Pusta droga ciągnęła się w nieskończoność. Martine opuściła szybę, a wtedy do 
wnętrza dżipa wdarł się przepełniony kurzem zwierzęcy zapach buszu. 

background image

Po drodze Tendai opowiadał o Sawubonie, opisując swoją pracę tropiciela w rezerwacie. Okazało się, 
że Sa-wubona to nie tylko rezerwat zwierzyny, lecz także azyl dla dzikich zwierząt, a zadaniem 
Tendaia była obserwacja stanu zdrowia wszystkich zwierząt w parku. Około jednej czwartej zwierząt 
zamieszkujących Sawubonę urodziło się tam, reszta została uratowana. Niektóre pochodziły z rejonów 
dotkniętych suszą, prywatnych rezerwatów albo ogrodów zoologicznych, które zamykano. Jeszcze 
inne przywożono z obrażeniami albo dlatego, że zostały osierocone w czasie polowania. 

- W ciągu dwudziestu lat - powiedział Tendai - nigdy nie widziałem, żeby Henry Thomas, twój 
dziadek, odmówił przyjęcia jakiegokolwiek zwierzaka. Choćby jednego. 

Po raz pierwszy ktoś wspomniał o jej dziadku, więc Martine nadstawiła uszu. Jednak nie była 
przygotowana na kolejne zdanie wypowiedziane przez Tendaia: 

- Tak mi przykro, panienko Martine, że nie było mnie przy jego boku tej nocy, kiedy umarł. 

Martine już wcześniej odczuwała zawroty głowy, wywołane długą podróżą samolotem i głodem, a ta 
wiadomość jeszcze je nasiliła. Najwyraźniej Tendai nawet 

28 

nie przypuszczał, że dziewczynka może nie wiedzieć 

o dziadku, nie mówiąc już o tym, że on nie żyje. 

Zapytała ostrożnie: 

- Czy mógłby mi pan opowiedzieć, co się stało? Tendai zacisnął dłonie na kierownicy. 

- Yebo* - powiedział. - Mogę spróbować. Okazało się, że od śmierci dziadka Martine minęły 

już prawie dwa lata, a okoliczności tego zdarzenia wciąż były owiane tajemnicą. Policja przyjęła 
hipotezę, że Henry natknął się na gang kłusowników, którzy usiłowali ukraść dwie żyrafy lub zabić je 
dla trofeów. Zdarzyło się to w weekend, gdy Tendai pojechał na północ kraju, w odwiedziny do 
krewnych - w weekend, kiedy Sawu-bona była najbardziej narażona na atak. Wywiązała się bójka. 
Henry został śmiertelnie ranny, a zwierzęta wykrwawiły się na śmierć. 

- W wiosce, gdzie przebywałem, nie było telefonu - powiedział Tendai - więc nie miałem pojęcia o 
tym potwornym zdarzeniu do czasu, gdy wróciłem w poniedziałek. A wtedy było już za późno. W 
lecie wielu Zulusów prosi Królową Deszczu, by pobłogosławiła ich pola 

i zesłała deszcz, ale w tamtym tygodniu jakby wysłuchała ich aż nadgorliwie. Przez dwa dni ulewy 
zmywały wszelkie ślady, a policja zajeżdżała je swoimi wozami. Trzeciego dnia, kiedy wróciłem, nie 
dało się odnaleźć nic, co mogłoby doprowadzić do sprawców. 

Nie złapano żadnego z kłusowników. Do tej pory nikt nie wiedział, czy Henry'ego zamordowano, czy 
też został 

* W języku Zulusów „tak" (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). 

29 

przez przypadek postrzelony podczas szamotaniny. Największą zagadką było to, dlaczego myśliwi 
uciekli bez żyrafy, po którą ewidentnie przyszli. 

background image

- Czy policji udało się znaleźć jakiś trop? - zapytała Martine z niepokojem. Ze smutkiem słuchała 
opowieści o swym dziadku, jednak znacznie bardziej przerażająca była świadomość, że w miejscu, 
gdzie miał być jej nowy dom, mordercy znajdowali się na wolności. 

- Phi, te pawiany! Ale nie martw się, maleńka, nawet pająk zostawia ślad. Może to potrwać kilka lat, 
ale w końcu znajdziemy tych, którzy to zrobili. A może, jeśli będziemy wystarczająco cierpliwi, oni 
znajdą nas. 

Podczas rozmowy twarz Zulusa zachmurzyła się i teraz potrząsnął lekko głową, jakby 
przypomniawszy sobie, że dopiero poznał Martine i być może mówi więcej, niż powinien. Posłał jej 
swój niesamowity uśmiech. 

- Twój dziadek miał serce wojownika - powiedział. -Był najlepszym dyrektorem rezerwatu. Numer 
jeden. 

Martine poczuła żal po dziadku, którego nigdy nie znała. Wyglądało na to, że był dobrym 
człowiekiem. Nowym dyrektorem został młody mężczyzna, Aleks du Preez. Ze sposobu, w jaki 
Tendai wymówił jego imię, można było odnieść wrażenie, że pan du Preez nie figuruje na liście jego 
dziesięciu ulubionych osób. 

Przejeżdżali przez wioskę chat krytych strzechą i rozsianych domków, w ogródkach widać było 
wysokie łodygi słoneczników i kukurydzy. Grupka afrykańskich dzieci 

30 

grała na polu w piłkę nożną. Dżip zwolnił i skręcili w drogę, nad którą pochylały się palmy bananowe. 
Na końcu podjazdu znajdował się jasnozielony dom kryty dachem z blachy falistej. O jedną ze ścian 
oparto łuszczącą się tablicę z logo Coca-Coli. Przez frontowe drzwi wyma-szerowały trzy kurczaczki. 

Martine wydostała się z dżipa. 

- Czy to dom mojej babci? - spytała, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia. Nie wiedziała, jakie były jej 
oczekiwania, ale na pewno spodziewała się czegoś innego. 

- Nie, dziecko, Tendai przywiózł cię, żebyś poznała mnie. 

Martine odwróciła się i ujrzała jedną z najgrubszych kobiet, jakie kiedykolwiek spotkała, zmierzającą 
w ich stronę przez wydeptany trawnik. Miała na sobie tradycyjną afrykańską sukienkę w najbardziej 
jaskrawych barwach, a na głowie chustę w kolorach żółtobananowym, pustynnoczerwonym i 
zielonym jak limonka. 

- Powiedziałam mu, że będziesz głodna - mówiła dalej kobieta łagodnym i kojącym głosem - i widzę, 
że miałam rację. Tylko spójrz na siebie, sama skóra i kości. 

- Panienko Martine, oto moja ciotka, panna Grace -oznajmił Tendai z widoczną dumą. - Najlepsza 
kucharka na świecie. 

Grace poprowadziła ich do zielonego domku. Martine pomyślała przez chwilę, że być może jej babcia 
nie wie o tym nieplanowanym postoju, ale była zbyt głodna, żeby się tym przejmować. Z kuchni 
dochodziły boskie zapachy. 

background image

Dziewczynka i Tendai rozsiedli się wygodnie na ręcznie robionych drewnianych krzesłach w prostym, 
acz 

31 

nieskazitelnym salonie Grace. Na podłodze leżała pleciona słomiana mata, a wiszący na ścianie 
nieaktualny kalendarz przedstawiał tropikalną wyspę. 

Po kilku minutach Grace opuściła kuchnię, niosąc dwa ogromne talerze, na których piętrzyły się 
omlety z wiejskich jaj i grzybów, góra chrupiącego boczku i pomidory smażone z brązowym cukrem. 
Martine czuła się tak, jakby nie jadła od lat, i teraz rozkoszowała się każdym kęsem w milczeniu. 
Kończąc posiłek, musiała z całego serca zgodzić się z Tendaiem: Grace rzeczywiście była najlepszą 
kucharką na świecie. 

Odwróciwszy się, by podziękować Grace, dziewczynka zauważyła, że kobieta uważnie się jej 
przygląda. 

- To dziecko wygląda dokładnie tak jak Veronica -powiedziała Grace do Tendaia. 

Martine podskoczyła jak oparzona. 

- Znaliście moją mamę!? - zawołała. 

- Ciociu! - krzyknął Tendai, zrywając się na równe nogi. - Powiedziałem ci, żebyś nic nie mówiła. 

- Milcz, chłopcze - rozkazała Grace. - Za dużo jest tajemnic w Sawubonie. Dziecko ma prawo znać 
prawdę. 

- Jaką prawdę? - nalegała Martine. 

- Panienko Martine - powiedział Tendai - przykro mi, ale musimy już jechać. 

- Ale... 

- Proszę! 

Martine patrzyła to na jedno, to na drugie, a w jej głowie kotłowały się pytania, których - nie miała co 
do tego wątpliwości - nie było jej wolno zadawać. Niechętnie odwróciła się i skierowała za Tendaiem 
do dżipa. Grace chwyciła ją za rękę. 

32 

- Czekaj - szepnęła. Położyła dłoń na czole dziewczynki, a ta poczuła przeszywający ją prąd. Grace 
otworzyła szeroko oczy. 

- Masz dar, dziecko - powiedziała cicho. - Dokładnie tak, jak mówili przodkowie. 

- Jaki dar? - spytała szeptem Martine. Ale Grace tylko potrząsnęła głową. 

- Bądź bardzo ostrożna. Ten dar może być błogosławieństwem albo przekleństwem. Podejmij mądrą 
decyzję. 

33 

background image

Na podwórku Tendai włączył silnik samochodu. Gdy tylko Martine wdrapała się do dżipa, mężczyzna 
nacisnął pedał gazu i ruszyli wyboistym podjazdem do głównej drogi. Upał falował nad asfaltem 
niczym rozmyty obraz. 

Tendai wyglądał na poruszonego. 

- Przepraszam, panienko Martine. Nie powinienem był cię tam zawozić. Czy mogłabyś zrobić mi 
grzeczność i nie wspominać o tym swojej babci? 

Martine ledwo go słyszała. Jej czoło wciąż było zdrętwiałe od dotyku dłoni Grace, a umysł 
przemierzał przeszłość niczym pociąg ekspresowy. Usiłowała przypomnieć sobie coś, cokolwiek, co 
wyjaśniłoby niedawne zajście. 

- Ale o co chodziło Grace, gdy mówiła o mojej mamie? Czy ona mieszkała kiedyś w Sawubonie? 

34 

- Proszę - błagał Tendai. - O te rzeczy musisz zapytać swoją babcię. 

Jechali w ciszy przez kilka minut, nim skręcili w prawo na piaszczystą drogę, wzdłuż której ciągnął 
się wysoki płot z drucianej siatki. Nad wjazdem, oparta na dwóch białych słupkach, wznosiła się 
czarna drewniana tablica z wyrytym napisem „Rezerwat Sawubona". 

Dżip zatrzymał się, a Tendai wskazał przez szybę: 

- Widzisz bawołu? 

Martine niechętnie wróciła do rzeczywistości. Zmrużyła oczy przed słońcem, ale nie dostrzegła nic 
prócz bezmiaru drzew, szarawych krzewów i trawy, ciągnących się w nieskończoność pod 
elektryzująco błękitnym niebem. Na horyzoncie malował się łańcuch bladofiole-towych gór. Wysoko 
krążył leniwie orzeł. 

- Nie - westchnęła. - Nie widzę. 

-Nie patrz przez zarośla - pouczył ją Tendai. -Patrz w zarośla. 

Dziewczynka zrobiła tak, jak przykazał, i stopniowo krzaki przeistoczyły się w potężne czarne stado 
około trzydziestu bawołów. Między drzewami dostrzegała ich wygięte rogi i poważne pyski. 

W następnej chwili zauważyła słonia. Stał pod drzewem parasolowatym, a jego zakrzywione ciosy i 
szare cielsko były świetnie zamaskowane. Tak jak bawoły, zdawał się równie stary jak Ziemia. Jednak 
nawet z odległości trzystu metrów widoczna była zabójcza siła zwierzęcia. 

Martine wpatrywała się w niego z podziwem. Wszystko to, co zobaczyła i usłyszała od chwili 
opuszczenia lotniska, zaczynało ją przytłaczać. 

35 

- Jejku! - wykrzyknęła w końcu. - Jest ogromny i... taki nieruchomy. Dzikie zwierzęta oglądałam 
dotychczas tylko w telewizji. Co jeszcze tu macie? 

background image

- Kolejnych dwanaście słoni - wyrecytował z dumą Tendai. - Osiem strusi, sto pięćdziesiąt gazel 
południowoafrykańskich, dziesięć gnu, osiemnaście kudu, dwadzieścia zebr, sześć lwów, cztery 
lamparty, siedem guźców, dwa stada pawianów, kilka kob* i... - przerwał. - To wszystko. 

- I co? Chciał pan jeszcze coś powiedzieć. 

- Nic takiego - odparł Tendai. - Miejscowe plemiona wierzą, że do Sawubony przybyła biała żyrafa. 
Afrykańczycy opowiadają legendę o tym, że dziecko, które potrafiłoby jej dosiąść, zdobędzie władzę 
nad wszystkimi zwierzętami, ale to tylko mit. Nie mamy w Sawubonie żyraf, nawet tych zwykłych, 
już od prawie dwóch lat, ale ludzie wciąż przychodzą do mnie, opowiadając, że widzieli białą. 
Współplemieńcy twierdzą, że to żyrafa albinos, tak biała jak śnieżna pantera. Jeśli mówią prawdę, 
mielibyśmy jedno z najrzadszych zwierząt na świecie. Nie ma jednak dowodów. Nigdy jej nie 
widziałem, a jestem w rezerwacie codziennie. 

Martine miała dziwne uczucie déja vu, jakby prowadziła już tę rozmowę w poprzednim życiu. 

- Ale wierzy pan w jej istnienie? - spytała wyczekująco. 

Tendai wzruszył ramionami. 

- Od czasu do czasu widuję ślady, ale zawsze znikają. Idę po nich kilkaset metrów, a one rozpływają 
się w powietrzu. 

- Więc może to prawda! Zulus zaśmiał się. 

- Nie zawsze ten, kogo śledzisz, zostawia własne ślady, maleńka. W dawnych czasach niektóre 
plemiona przywiązywały sobie kopyta zwierząt do stóp, by wywieść innych myśliwych daleko od 
stada. A twoja babcia mówi, że w górach Azji ludzie próbowali podrobić odciski stóp Człowieka 
Śniegu. Może i tak dzieje się w tym przypadku! - uśmiechnął się szeroko do Martine. - Jeśli biała 
żyrafa rzeczywiście istnieje, musi być bardzo nieśmiała. 

Zazgrzytało w skrzyni biegów i samochód ruszył dalej drogą. Gdy dotarli do metalowej bramy, Tendai 
wyskoczył z dżipa i ją otworzył. Martine ujrzała podjazd otoczony potężnymi czerwonymi i 
pomarańczowymi kwiatami, nieskazitelny trawnik i pomalowany na biało, kryty strzechą dom. 
Poczuła, że z nerwów ściska ją w żołądku. Za kilka minut po raz pierwszy zobaczy swoją babcię. Czy 
Gwyn Thomas ucieszy się z tego spotkania? Czy będzie miła? Czy nawet jeśli jej nie chciała, postara 
się polubić Martine? A jeśli nie? To co wtedy? 

Gatunek antylopy występujący w Afryce. 

36 

Drzwi domu otworzyły się i pojawiła się w nich wysoka, szczupła kobieta trochę po sześćdziesiątce, 
ubrana w dżinsy i koszulkę w kolorze khaki z krótkim rękawem, ze znaczkiem lwa na kieszonce. 
Włosy miała związane w kucyk. Martine wciąż analizowała fakt, że jej babcia ma na sobie dżinsy, gdy 
Gwyn Thomas podeszła do niej pewnym krokiem i bez żadnej prezentacji wzięła twarz dziewczynki w 
dłonie. Z bliska Martine dostrzegła, że jasne włosy kobiety przeplatane są siwymi, a brązową skórę 
przecinają miliony zmarszczek. Gwyn patrzyła na dziewczynkę z wyrazem twarzy, z którego nic nie 
dało się wyczytać. 

- Ale urosłaś - tylko tyle powiedziała. Zwróciła się do Tendaia: - Jesteś bardzo późno, przyjacielu. 
Chyba nie zatrzymywałeś się u tej starej szalonej czarownicy? 

background image

Martine uświadomiła sobie z przerażeniem, że kobieta mówi o Grace. 

- Zabłądziliśmy, babciu - powiedziała szybko. -Przejechaliśmy przez Kapsztad. Widziałam całe 
miasto! 

W mgnieniu oka kobieta spojrzała na nią. 

- W tym domu mówimy tylko wtedy, kiedy ktoś się do nas zwraca. - Odwróciła się gwałtownie na 
pięcie i weszła z powrotem do domu. 

Tendai poszedł za nią, niosąc walizkę Martine. Mijając dziewczynkę, nie spojrzał na nią. 

Martine z walącym sercem ruszyła za nimi. Na schodkach siedział rudy kot i czyścił sobie futerko. 
Przyjrzał się jej z zaciekawieniem, gdy do niego podeszła. 

- A niech to, ale będzie zabawa - mruknęła pod nosem Martine. Ale rudy kot tylko ziewnął, zamknął 
oczy i wyciągnął się na słońcu, by uciąć sobie drzemkę. 

W drzwiach pojawił się Tendai. 

- Babcia na ciebie czeka - powiedział. 

Kiedy odszedł, Martine poczuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej. Weszła do domu i 
rozejrzała się wokoło. Wewnątrz panował chłód i spokój; na błyszczącej kamiennej podłodze stały 
duże, wygodne krzesła obite wytartą skórą. Kolejny kot, tym razem biało-czarny, leżał zwinięty w 
kłębek na klapie starego pianina, a na ścianach wisiały obrazy olejne przedstawiające gepardy i słonie. 
Gołe belki i strzecha nadawały pomieszczeniu wrażenie przestrzeni i surowości. 

Z kuchni wyszła babcia ze szklanką mleka i talerzem kanapek z jajkiem. Ruchem ręki nakazała 
Martine, by zajęła miejsce przy stole. Dziewczynka nienawidziła kanapek z jajkiem, a do tego wciąż 
była najedzona pysznymi 

38 

39 

potrawami Grace, choć nie miała zamiaru tego mówić. Zaczęła skubać chleb. 

- Nie mam tu napojów gazowanych - powiedziała babcia. - Nie uznaję ich. - Stała przy stole, jak 
lwica, z niebieskimi oczami wpatrzonymi w Martine, jakby rzucała jej wyzwanie. 

- W porządku - odparła ostrożnie dziewczynka. 

- Po pierwsze, musisz poznać zasady panujące w moim domu. Proszę, żebyś nie dotykała niczego, co 
do ciebie nie należy, w tym także pianina. Żadnego biegania, żadnych krzyków, przeklinania i 
słodyczy. Nie mam telewizora. Do Kapsztadu jeżdżę dwa razy w roku, więc nie będziesz chodzić na 
zakupy. Żadnego jedzenia typu fast food. Uprawiamy nasze własne warzywa. Będę oczekiwała od 
ciebie ścielenia własnego łóżka i pomocy w domu. Nie znoszę lenistwa. Jakieś pytania? 

- Mogę oddychać? - spytała bezczelnie Martine. 

- Bez komentarza! - ryknęła na to babcia. Martine skuliła się na krześle. Kanapki z jajkiem leżały 
nietknięte. 

background image

- Daj mi je - rozkazała babcia, łapiąc gwałtownie talerzyk. - Powinnam była wiedzieć, że ta szalona 
kobieta ugotuje coś dla ciebie. Cóż, możesz zjeść je na kolację. Nie będę tolerowała marnotrawstwa. 

Reszta dnia potoczyła się już z górki. Martine była zdezorientowana i nieco rozbita po długim locie i 
wydarzeniach poranka, jednak gdy się wykąpała, babcia nalegała, 

40 

by pojechały do pobliskiego małego miasteczka - jest tam jedna ulica sklepów, znana jako Storm 
Crossing -żeby kupić Martine szkolny mundurek i sznurowane brązowe buty. W sklepie z ubraniami, 
gdzie została zaopatrzona w dwie białe koszule, dwie granatowe spódniczki, wiatrówkę, marynarkę ze 
znaczkiem przedstawiającym rysia z pędzelkowatymi uszami i szary krawat, dziewczynka dowiedziała 
się, że pójdzie do szkoły następnego dnia, nawet bez krótkiej przerwy na przystosowanie się do 
nowego otoczenia. 

- Będziesz miała na to mnóstwo czasu - powiedziała babcia. - Już i tak straciłaś za dużo lekcji. 

Jakby tego było mało, podczas kolacji (na szczęście nie były to kanapki z jajkiem), odnosząc ulubiony 
dzbanek babci do kuchni, Martine poślizgnęła się na wypolerowanej podłodze. Naczynie roztrzaskało 
się w drobny mak. 

- Och, co sobie ta Veronica myślała? - zagrzmiała babcia. - Wiedziałam, że tak będzie. Jak ktoś mógł 
oczekiwać ode mnie, że zaopiekuję się dzieckiem? 

Nie pozwoliła Martine pomóc przy sprzątaniu bałaganu. Dziewczynka wspięła się w milczeniu po 
schodach do sypialni, a po twarzy spływały jej łzy. Czuła się bezgranicznie samotna. Znajdowała się 
w dalekiej, najciemniejszej Afryce, bez rodziców, bez przyjaciół, pod jednym dachem z babcią, która 
najwyraźniej nie mogła znieść jej widoku. Naprawdę, gorzej już być nie mogło. 

Martine odnosiła wrażenie, że jest tylko jedna pozytywna rzecz w jej nowym życiu - sama Sawubona. 
Dziewczynka już zapałała miłością do tego miejsca. Kiedy wracały z babcią z zakupów, nad 
rezerwatem 

41 

zachodziło słońce, i stado gazel poruszało się w tumanie kurzu, zmierzając do wodopoju przed 
domem. Martine zdołała umknąć ze szponów babci na wystarczająco długo, by udać się na koniec 
ogrodu i obserwować gazele przez wysoki płot. 

Musiała się kilka razy uszczypnąć. Wczoraj obudziła się, drżąc z zimna, w szarej, ponurej Anglii, a 
teraz, zaledwie dzień później, siedziała pod miedzianym niebem z lekkimi smugami fioletu, 
ogrzewana ciepłem wieczornego słońca. Młode gazele podskakiwały wokół wodopoju, jakby miały 
przymocowane do racic maleńkie trampoliny, a perliczki, które widziała wcześniej, jak człapały 
wzdłuż drogi niczym pulchni, nakrapiani niebiesko królowie, krzyczały w gałęziach drzew, siadając 
na grzędach. Martine położyła się na trawie i wciągnęła w nozdrza odurzające zapachy afrykańskiego 
wieczoru - palenisk, dzikich zwierząt, trawy, ziół i innych bogactw natury. Nigdy w życiu nie 
doświadczyła jeszcze niczego podobnego. 

Sypialnia dziewczynki też była dość wyjątkowa. Znajdowała się na strychu, z oknem wyciętym w 
strzesze. Mimo że pokój był malutki, miał mnóstwo uroku i charakteru. Pod jedną ścianą na regale 
tłoczyły się książki o zwierzętach i Afryce, a pod drugą stało łóżko zaścielone wykrochmaloną białą 
pościelą, patchworkową narzutą i dużymi, miękkimi poduszkami. Jednak największą zaletą 

background image

pomieszczenia było to, że okno wychodziło na wodopój, brązowy zbiornik otoczony ciernistymi 
krzakami. Tendai powiedział jej, że większość zwierząt zbiera się tam o świcie lub o zmierzchu. 

Jednak teraz była już noc. Materac zapadł się pod ciężarem Martine. Dziewczynka wytarła oczy w 
rękaw 

i zastanawiała się, czy to prawda, że jej mama mieszkała w Sawubonie. Wyobrażenie, że ten pokój 
mógł należeć kiedyś do Veroniki, poprawiało jej humor; może mama czytała kiedyś te książki albo 
wtulała się w tę kołdrę. Ale dlaczego nie powiedziała jej o tym miejscu? 

Martine, tak zmęczona, że ledwo zdołała włożyć piżamę, wślizgnęła się między prześcieradła. W jej 
głowie wirowały migawki z długiego dnia. Ostatnią rzeczą, o jakiej pomyślała przed zaśnięciem, była 
biała żyrafa. 

42 

Następnego ranka dziewczynka obudziła się z uczuciem, jakby miała iść do dentysty. Przez dłuższy 
czas leżała z mocno zaciśniętymi oczami, bo to pozwalało jej udawać, że nic się nie stało. Jej dom nie 
spłonął, mama i tata nie odeszli na zawsze, a ona nie została wysłana w afrykańską dzicz, by 
zamieszkać z zupełnie obcą osobą. W końcu, nie mogąc już dłużej zwlekać, otworzyła oczy. Miała 
nad sobą bezkresne niebo w najbardziej niesamowitym odcieniu błękitu. Stojący na nocnym stoliku 
zegarek wskazywał pięć po szóstej. Jak na komendę, ptak z pomarańczowym upierzeniem na brzuszku 
podleciał, trzepocząc skrzydłami, do drewnianej belki dachowej za oknem i zaczął wyśpiewywać 
pieśń na cześć niezmąconego szczęścia. 

Tirrutiri, tirrutiri. 

Martine uniosła się na łokciu i spojrzała na rezerwat. Wodopój spowijała poranna mgła, poprzetykana 
gdzieniegdzie złotymi smugami słońca. Baraszkowało przy nim około dwunastu słoni, tarzając się w 
błocie i polewając wodą z trąb. Przyglądały się im stojące w pobliżu zebry. Dziewczynka potrząsnęła 
głową ze zdumieniem. Ten widok nie ukoił bólu w jej sercu, ale wyraźnie ją pocieszył. 

Mimo to, gdy szła na dół, miała nogi jak z ołowiu. Babcia siedziała przy kuchennym stole, z dłońmi 
oplecionymi wokół kubka z kawą. Kiedy Martine weszła, kobieta podniosła się szybko i powiedziała: 

- Dzień dobry, Martine, mam nadzieję, że dobrze spałaś. - Głos drżał jej nieco, jakby się denerwowała. 
Nim dziewczynka zdążyła się odezwać, babcia pospiesznie dodała: - W garnku jest ugotowane jajko, 
pieczywo w tosterze, a wszystko inne, czego możesz potrzebować, na stole. Tam, na blacie, znajdziesz 
pojemnik na drugie śniadanie i krem przeciwsłoneczny, brzoskwinie z ogrodu i kanapki z serem i 
sosem chutney*. Teraz muszę iść nakarmić młodego słonia, ale wrócę o wpół do ósmej i zawiozę cię 
do szkoły. 

Martine nie skończyła jeszcze dukać podziękowań, kiedy drzwi zamknęły się z trzaskiem za plecami 
babci, a do środka wpadło zimne powietrze. Nie były to wprawdzie przeprosiny, ale dziewczynka 
wiedziała już, że na więcej nie może liczyć. 

* Gęsty sos owocowy z dodatkiem octu, cukru i ostrych przypraw. 

44 

background image

45 

Uczucie towarzyszące wizycie u dentysty powróciło podczas piętnastominutowej jazdy do szkoły. 
Martine przez większość czasu wierciła się w nowym mundurku, wściekając się na spódnicę i nie 
mając pojęcia, co powiedzieć babci. Na dodatek to nieprzyjemne wrażenie nie ustąpiło, gdy samochód 
Gwyn Thomas pokonał bramę Caracal Junior, a dziewczynka ujrzała zgraję zdrowych, pewnych siebie 
uczniów, którzy mieli zostać jej nowymi kolegami z klasy. Każdy z nich miał skórę w innym odcieniu 
brązu: miodu, cappuccino albo czekolady. Nikt nie był tego koloru co Martine - czyli chorobliwie sza-
robiały. Kiedy babcia zostawiła ją pod drzwiami gabinetu dyrektorki, rzucając szorstkie acz 
dobrotliwe: „Miłego dnia. Tendai albo ja odbierzemy cię o czwartej", dziewczynka przywarła do 
ściany, usiłując jak najmniej rzucać się w oczy. 

- Chwileczkę - odezwał się głos, gdy zapukała. Martine słyszała, że ktoś rozmawia przez telefon. 
Czekając, rozejrzała się dokoła. Jej stara szkoła, Bodley Brook, przypominała betonowe więzienie, z 
asfaltowym boiskiem i śmierdzącymi od detergentów korytarzami, gdzie ze ścian łuszczyła się beżowa 
farba. Toalety całe pokryte były graffiti. Ta szkoła nawet nie wyglądała jak szkoła. Raczej jak jakiś 
cudowny kemping. Chaty z bali zrobiono z lśniącego drzewa kasztanowego i rozrzucono po terenie 
pokrytym szmaragdowymi trawnikami i ogromnymi drzewami. Za drewnianym płotem błyszczała 
woda basenu. 

- Możesz już zamknąć usta. I tak mamy te same nudne lekcje, które miałaś u siebie. No wiesz, 
dzielenie przez liczby wielocyfrowe, martwi królowie, interpunkcja. 

46 

Wyraz twarzy Martine musiał zdradzać jej myśli, gdyż stojąca w drzwiach postać z włosami jak u 
Kleopatry, drewnianymi kolczykami w kształcie papug w uszach, ubrana w długą, fioletową sukienkę, 
uśmiechnęła się wesoło i wciągając dziewczynkę do środka, dodała: 

- Żartowałam. U nas lekcje są oczywiście bardzo ciekawe. Nazywam się Elaine Rathmore, jestem 
dyrektorką, a ty musisz być Martine. Witaj w Caracal Junior. 

Martine zastanawiała się, czy wszystkie kobiety w Afryce mają silną osobowość i ubrania w kłujących 
w oczy kolorach, czy to tylko zbieg okoliczności, że spotkała kilka takich z rzędu. 

Pani Rathmore usadziła ją w fotelu i odezwała się, tak jakby wiedziała, co Martine sobie myśli: 

- A teraz naprawdę możesz zamknąć usta. 

Martine, kiedy już przyzwyczaiła się do poczucia humoru pani Rathmore, zapałała sympatią do 
dyrektorki, która najwyraźniej mocno stąpała po ziemi. Pani Rathmore wyjaśniła, że mimo wyglądu 
Caracal Junior jest taką samą szkołą jak wszystkie inne, ale kładzie duży nacisk na kwestię ekologii. 
Wszystkie budynki zasilane są energią słoneczną, wiele projektów edukacyjnych poświęconych jest 
ochronie środowiska, a stołówka podaje posiłki przygotowane z naturalnych produktów. Razem 
przejrzały regulamin, a dyrektorka przedstawiła plan zajęć. Później wyruszyły na przechadzkę po 
terenie. Podobno wyniki sportowe uczniów były powodem do dumy w Caracal Junior - wywodziło się 
stąd wielu mistrzów. W sali gimnastycznej znajdowała się ścianka do wspinaczki, a boiska ciągnęły 
się na wielkiej przestrzeni. 

47 

- Jeśli masz smykałkę do sportu, odkryjemy to -obiecała pani Rathmore. 

background image

Martine, która doskonale wiedziała, że nie ma sportowego talentu - w rzeczywistości była 
beznadziejna we wszystkich dyscyplinach, których próbowała - wróciła myślami do słów Grace: 
„Masz dar. Dokładnie tak, jak mówili przodkowie". Jaki to był dar? Czy miał coś wspólnego z 
naukami ścisłymi, matematyką, sztuką, a może muzyką? A może z czymś, czego się nawet nie 
domyślała? „Bądź bardzo ostrożna - ostrzegała ją Grace. - Ten dar może być błogosławieństwem albo 
przekleństwem. Podejmij mądrą decyzję". 

Jaki dar wymagał ostrzeżenia? 

- Lucy van Heerden... jedna z naszych uzdolnionych uczennic - mówiła pani Rathmore. - Lucy jest 
razem z tobą w klasie panny Volkner, Martine. Martine? Chyba nie zanudziłyśmy cię na śmierć? 

Martine mrugnęła. 

Przed nią stała elegancka blondynka i wyciągała do niej rękę. Martine uścisnęła jej dłoń, ze 
zdziwieniem odkrywając, że jest lodowata. Karmelowa opalenizna Lucy sugerowała, że dziewczynka 
spędza każdą wolną chwilę, surfując lub opalając się na plaży. 

Poprosiwszy Lucy, by przygarnęła Martine pod swoje skrzydła, czyli wtajemniczyła nową uczennicę 
we wszystko i zapewniła „wyjątkowe powitanie w Caracal Junior", pani Rathmore oddaliła się w 
obłokach fioletu, zostawiając Martine z nową olśniewającą koleżanką z klasy. 

- Matko, aleś ty biała - skomentowała Lucy, gdy tylko dyrektorka znalazła się w odpowiedniej 
odległości. -Skąd jesteś? Z Islandii? 

- Z Anglii - wymamrotała Martine. Jeśli na początku czuła się skrępowana i zakłopotana, teraz było 
milion razy gorzej. 

Lucy zachichotała. 

- Żartowałam - powiedziała, dając Martine przyjaznego kuksańca, który mało nie zwalił jej z nóg. -
Chodźmy już, bo jesteśmy spóźnione na lekcję do panny Volkner. Na przerwie poznam cię z resztą 
paczki. 

W porze lunchu Martine odkryła, że paczka, o której wspomniała Lucy, to Paczka Pięciu Gwiazd. 
Prócz Lucy należeli do niej: brat bliźniak dziewczynki, Luke - również urodziwy blondyn o 
karmelowej cerze, Scott Henderson, którego co rano podwoziło do szkoły czerwone lamborghini, 
Pieter Booker, kapitan szkolnej drużyny rugby i czarnoskóry chłopak o imieniu Xhosa (które, jeśli się 
było Anglikiem i nie potrafiło się wydać z siebie trzeszczącego dźwięku wydawanego przez 
Afrykańczyków, brzmiało „Corza") i nazwisku Washington, syn miejscowego burmistrza. Wszyscy 
mieli najmodniejsze fryzury sezonu, a sposób noszenia mundurków sprawiał, że wyglądały jak ciuchy 
prosto od projektanta. Większość dzieciaków ubóstwiała tę piątkę i Martine zauważyła, że 
natychmiast dostawali to, czego chcieli. Nawet nauczyciele zdawali się traktować ich na specjalnych 
warunkach. 

W czasie przerwy Lucy przedstawiła Martine chłopcom z Paczki Pięciu Gwiazd i kilku innym 
uczniom. Na pierwszy rzut oka wydawali się całkiem sympatyczną grupą, a dwoje z nich podjęło 
nawet specjalny wysiłek, żeby poczuła się dobrze. Martine siedziała na słońcu, zajadając kanapki z 
serem i sosem chutney, uśmiechała 

48 

background image

49 

się i kiwała głową. Bezustannie zastanawiała się, jak to możliwe, że znalazła się w tak pięknym 
miejscu, w otoczeniu roześmianych rówieśników, jednak wciąż czuła się najbardziej samotną, 
najnieszczęśliwszą dziewczynką na ziemi. Wszystkie dawne uczucia, które towarzyszyły jej w Bodley 
Brook, wróciły. Nie chodziło tylko o to, że czuła się niezręcznie i była speszona. Nie pasowała tu, 
koniec kropka. Żadna z rzeczy, o których rozmawiali -surfing, żel do włosów, muzyka pop - nie była 
dla niej ciekawa. Ale co ją interesowało? Martine nie wiedziała. Chyba książki. I biała żyrafa. Bardzo, 
bardzo interesowała ją biała żyrafa. 

Gdy tak rozmyślała, zobaczyła małą postać siedzącą w oddali pod drzewem. 

- Ach, on- odparła Lucy z niesmakiem, gdy Martine zapytała, co chłopak tam robi. Zmarszczyła nos. -
Jest albo głuchy, albo niemy, albo świrnięty. Nie możemy się zorientować. 

W ciągu następnych kilku dni Martine dowiedziała się, że chłopiec ma na imię Ben, a jego rodzice są 
przedstawicielami różnych ras - tata jest Zulusem, a mama Azjatką, hinduską tancerką. Martine była 
mała jak na swój wiek, a on wydawał się równie chudy i tylko nieco wyższy. 

Dopiero gdy przyjrzało się Benowi z bliska, widać było wyraźnie, że nie należy do słabeuszy. Jego 
brązowe ramiona i nogi były silne i umięśnione. Jednak większość dzieci zwracała na niego zbyt małą 
uwagę, żeby to dostrzec. Traktowano go jak wyrzutka. Prawie nikt z nim nie rozmawiał. Częściowo 
dlatego, że przez trzy lata swojego pobytu w szkole Ben nie wykrztusił z siebie 

ani jednego słowa. Nauczyciele już dawno zaakceptowali go jako niemowę, odpowiadał na ich pytania 
na skrawkach papieru i konsekwentnie pozostawał w czołówce klasy. Jednak dla członków Paczki 
Pięciu Gwiazd, którzy twierdzili, że pewnego razu widzieli, jak na parkingu prowadził zupełnie 
normalną rozmowę ze swoim ojcem - był źródłem irytacji i przedmiotem kpin jednocześnie. Podczas 
przerwy na lunch zabierał swój plecak i znikał w najdalszym kącie szkolnego placu. Tam siadał pod 
drzewem i czytał książkę. Przezywali go „Ben Budda", gdyż miał zwyczaj palenia kadzidełka i nigdy 
nie reagował, gdy ktoś ukradł mu książkę albo zmuszał do odrobienia swojej pracy domowej. 

Martine martwiła się, że wszyscy byli dla niego tacy podli. Postanowiła podjąć próbę zaprzyjaźnienia 
się z chłopcem, jednak tego popołudnia, gdy nadarzyła się okazja, Lucy przywołała ją gestem ręki i 
spytała, co kombinuje. Martine nie potrafiła zmusić się do wyznania, że zamierzała porozmawiać ze 
„Stukniętym Benem" jak nazywała go Lucy. Następnego dnia zrezygnowała z jakiegoś innego 
powodu, a po jakimś czasie w ogóle przestała myśleć o samotnym chłopcu. 

50 

Pierwsze dni w Sawubonie należały do najcięższych w życiu Martine. Czuła się tak, jakby była 
poddana pewnemu testowi, jakby do czegoś ją szykowano. Wszystko to wzmacniało jej poczucie 
izolacji. Była niczym rozbitek na bezludnej wyspie. Nie miała do kogo się zwrócić po pocieszenie czy 
radę. Nikogo, kto by ją przytulił, gdy płakała. A już na pewno nie zrobiłaby tego babcia. Jednak 
Martine nie mogła nie zauważyć, że za każdym razem, gdy była zmartwiona czy smutna, Gwyn 
Thomas nagle i niespodziewanie szykowała na kolację morelowy placek i podawała go z gęstą 
śmietaną albo stawiała wazon anemonów na stoliku nocnym, lub też mówiła coś w stylu: „Martine, 
przydałaby mi się twoja pomoc podczas wieczornego karmienia słoniątka". 

background image

Mały słonik mieszkał w zagrodzie w azylu niedaleko domu Tendaia. Został uratowany z zambijskiego 
zoo, 

52 

które zamykano. Tendai nazwał zwierzę Shaka, po legendarnym wojowniczym królu Zulusów. Żeby 
mimo początkowych trudności wyrósł na wielkiego przywódcę stada, dokładnie tak jak Shaka - 
powiedział Martine. 

Shaka był jednym z kilku zwierząt w azylu stanowiącym swego rodzaju szpital i poczekalnię dla nowo 
przybyłych stworzeń, nim zostały przeniesione do głównego rezerwatu. Obecnie Tendai i Samson, 
zasuszony mężczyzna o siwych włosach, który wyglądał co najmniej na sto cztery lata, zajmowali się 
potrąconym przez samochód szakalem z łapą w gipsie, sową z zakażeniem oka, gaze-lą z okropnym 
ropniem, a także osieroconym lemurem afrykańskim. Lemur był jednym z najsłodszych stworzeń, 
jakie Martine kiedykolwiek widziała - z ogromnymi brązowymi oczami na malutkim, szarym 
pyszczku jak u małpki, z długim, włochatym ogonem i łapkami jak u misia koala, stworzonymi do 
wspinaczki. 

Jednym z obowiązków Martine było zapewnienie zwierzętom w azylu wody, rano i wieczorem; 
pozwolono jej także trzy razy nakarmić Shakę. Pewnego razu, gdy chichotała na widok jego 
chwiejnego chodu i śmiesznego różowego pyszczka chłepczącego mleko z wiadra, zauważyła kątem 
oka, że babcia przygląda się jej zagadkowo, niemal z zadowoleniem. Jednak nawet w chwilach, gdy 
czyniła wszystko, by być miłą, Martine wciąż nie mogła pozbyć się uczucia, że babcia nie była 
zadowolona z jej obecności. 

Ku rozczarowaniu dziewczynki nie pozwolono jej odwiedzić rezerwatu. Pocieszała się myślą, że 
przynajmniej może oglądać dziką przyrodę przez płot, a cały wolny czas spędzała na czytaniu o 
zwierzętach w książkach, 

53 

które znalazła w pokoju. Fascynowały ją informacje dotyczące żyraf. Na przykład to, że plamy na 
ciele każdej żyrafy są niepowtarzalne, tak jak odciski palca, nie ma dwóch identycznych. I że choć ich 
szyje są bardzo długie, składają się z tej samej liczby kręgów co u innych ssaków - siedmiu. Nigdzie 
jednak nie było żadnej wzmianki 

o białej żyrafie. 

To dzięki zwierzętom zamieszkującym Sawubonę życie Martine było znośne. Nigdy nie 
przypuszczała, że zamieszka w miejscu, w którym na krańcach ogrodu będą żyły lwy. W nocy, gdy 
polowały, słyszała ich mrożące krew w żyłach ryki, a sama świadomość, że jest tak blisko tych 
potężnych stworzeń, była ekscytująca. Co ciekawe, zwierzęta wszelkiej maści i wielkości zdawały się 
instynktownie wiedzieć, kiedy potrzebowała przyjaciela. Weźmy na przykład koty jej babci, Warrior 

i Shelby. Kompletnie nie interesowały się Martine, z wyjątkiem chwil, gdy czuła się nieszczęśliwa, a 
wtedy niemal nie mogła się ruszyć, żeby nie ocierały się o jej nogi i głośno nie domagały się spania na 
łóżku. A dwa razy, akurat wtedy, gdy miała okropny dzień w szkole, w ogrodzie pojawiły się pawiany 
i tak błaznowały, że aż pękała ze śmiechu. 

Za drugim razem, kiedy to się wydarzyło, Tendai wpadł do domu coś załatwić, a w tym czasie Martine 
obserwowała zwierzęta. Zakradł się do niej i zażartował sobie: 

background image

- Więc, moja mała, to tym się zajmujesz, gdy powinnaś odrabiać pracę domową? 

Martine zaczęła się jąkać, chcąc się wytłumaczyć, ale mężczyzna przerwał jej ze śmiechem. 
Powiedział, że 

54 

zgodnie z zuluskimi legendami pawiany były kiedyś leniwymi robotnikami rolnymi. Zamiast wybierać 
chwasty ze zboża, całe dnie siedziały na swych motykach, plotkowały lub drzemały w promieniach 
słońca. Siedziały tak długo, że w końcu motyki zamieniły się w ogony, a zielsko przyczepiło się do ich 
ciał, zmieniając się w sierść. 

- Lepiej uważaj - powiedział Tendai. - Jeśli będziesz siedziała tu za długo, zamiast odrabiać pracę 
domową, może wyrosnąć ci sierść i będziemy musieli zamknąć cię w rezerwacie. - Uśmiechnął się 
szeroko, patrząc ponad jej ramieniem. - Czyż nie tak, panienko Thomas? 

Martine odwróciła się z poczuciem winy i ujrzała babcię, która aż trzęsła się ze śmiechu, a w jej 
błękitnych oczach tańczyły iskierki rozbawienia. 

- Tendai - zdołała się wreszcie opanować Gwyn Thomas - jesteś nieoceniony. 

Jednak żadna z tych rzeczy nie była w stanie uchronić Martine przed spędzaniem bezsennych nocy na 
tęsknocie za mamą i tatą. Ani przed rozmyślaniem o tajemnicach Sawubony. Po niemal trzech 
tygodniach w rezerwacie była przekonana, że Grace miała rację - w Sawubonie istniał mur milczenia. 
Na wszystkie pytania otrzymywała bezwartościowe, jałowe odpowiedzi. 

- Biała żyrafa! - wykrzyknęła babcia, gdy Martine wspomniała historię, którą opowiedział jej Tendai. - 
Tak jakby biała żyrafa mogła zaginąć w Sawubonie! 

- Ale Tendai mówił, że widział jakieś ślady. 

55 

- Martine, gdyby w rezerwacie była żyrafa, czy nie sądzisz, że Tendai, który potrafi znaleźć ślad 
pytona na gołej skale, już by ją wytropił? 

Martine musiała przyznać, że babcia ma rację. 

Ale Sawubona kryła jeszcze inne sekrety. Począwszy od tego, dlaczego babcia postawiła sobie za 
zadanie, by utrzymać Martine z dala od rezerwatu. I nie było wątpliwości, że właśnie tak się dzieje. 
Sawubona była prywatnym rezerwatem, własnością jej babci, ale w tygodniu wpuszczano tu turystów 
i odwiedzających, którzy wcześniej się umówili. Oprowadzaniem zajmował się Aleks du Preez lub 
sama Gwyn Thomas. No ale przecież zostawały weekendy. Jednak w każdą sobotę babcia miała tysiąc 
wymówek, by nie zabrać Martine do rezerwatu - od niewystarczającej liczby pracowników, po późną 
dostawę paliwa do Sawubony. 

- Nie chciałabyś, żeby Tendaiowi skończyło się paliwo, gdy w pobliżu będzie szarżujący słoń, prawda, 
Martine? 

Dziewczynka podsłuchała też, jak Gwyn Thomas ostrzegała Tendaia, żeby nie zabierał Martine z 
wizytą do Grace, którą babcia znów określiła jako „starą szaloną czarownicę". 

background image

- Nie dopuszczę do tego - powiedziała do mężczyzny. - Nie chcę, by wlewała w umysł Martine jakieś 
głupie myśli. Grace jest na cenzurowanym, jeśli chodzi o Martine. 

Wszystko to spotęgowało tylko atmosferę tajemnicy, niemal namacalnej. Myszkowała po domu, na ile 
tylko mogła, podsłuchała jedną czy dwie rozmowy, ale nie dowiedziała się niczego, co dałoby 
odpowiedź na 

najważniejsze pytanie: dlaczego mama nigdy nie opowiedziała jej o Sawubonie? Na regale znalazła 
kilka książek należących do Veroniki i teraz już wiedziała, że jej mama prawdopodobnie spędziła tu 
dużą część życia, ale nic nie wyjaśniało, dlaczego nigdy nie wspomniała o tym Martine. 

Dziewczynka nie rozumiała też, dlaczego babcia milczała jak zaklęta w tej kwestii. Martine wydało 
się dziwne, że Gwyn Thomas ani razu nie wspomniała choćby słowem o własnej córce. Nawet jeśli 
wciąż była pogrążona w żałobie, mogła od czasu do czasu powiedzieć coś w stylu: „To było ulubione 
danie twojej mamy" albo „Twoja mama uwielbiała grać na pianinie". Ale nie, zupełnie nic. Wszędzie 
pełno było zdjęć dziadka Martine, siwowłosej wersji Harrisona Forda, o zielonych, błyszczących 
oczach jej matki, ale ani jednego przedstawiającego mamę i tatę, mimo że babcia opisała ich w liście 
do pomocy społecznej jako „najlepszych ludzi, jakich kiedykolwiek znała". A Tendai, który z całą 
pewnością wiedział coś o jej mamie, bezceremonialnie odmówił przekazania jakichkolwiek 
informacji. 

- Proszę, panienko Martine - powtarzał. - Musi panienka zapytać babcię. 

Pewnego wieczoru, gdy Gwyn Thomas zdawała się być w wyjątkowo dobrym nastroju, Martine 
zdobyła się na odwagę i tak właśnie postąpiła. Na zewnątrz szalała burza, a one dopiero co zjadły 
kolację. 

- Babciu - zaczęła Martine. - Czy zanim pan Grice napisał do ciebie, wiedziałaś o moim istnieniu? 

- Oczywiście, że wiedziałam, Martine - odparła babcia niespokojnie. - A co to za pytanie? 

56 

57 

- To dlaczego ja nie wiedziałam o tobie? 

- To już sprawa twojej mamy, a nie twoja - powiedziała babcia, podnosząc głos. - Twoja mama 
podjęła tę decyzję, by cię chronić. Gdybyś wiedziała, dlaczego zrobiła to, co zrobiła, byłabyś bardziej 
wdzięczna. 

- Jak mogę być wdzięczna, skoro nikt nie chce powiedzieć mi prawdy? - wybuchła Martine. 

- Martine! - zagrzmiała babcia. - Nie będę tolerowała takiego zachowania! Natychmiast idź do łóżka. 

Dziewczynka się zerwała. 

- W porządku - powiedziała. - Pójdę już spać. Ale dowiem się prawdy o mojej mamie i o wszystkim 
innym, co się tutaj dzieje, i nikt mnie nie powstrzyma. 

Na górze Martine siedziała na łóżku, obserwując strugi deszczu na szybie. Za oknem panował gęsty 
mrok. Po twarzy dziewczynki spływały łzy. Straciła już rachubę, ile razy płakała od czasu, gdy 
przeniosła się do Afryki. Żałowała, że nie może być znów w Anglii z panią Rose lub państwem 

background image

Morrison, jednak głęboko w sercu czuła, że jest dokładnie tu, gdzie być powinna - w tym dzikim, 
niesamowitym miejscu, z obcymi, wrogo nastawionymi ludźmi. 

„Wszystko - jak powiedział jej tata - dzieje się z jakiegoś powodu". 

Martine za żadne skarby nie mogła wyobrazić sobie, jaki niby mógłby być ten powód, ale w tej chwili 
nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Wiedziała, że potrzebuje przyjaciela. 

Za oknami podmuchy wiatru uderzyły w dom i rozległ się grzmot, jakby w niebiosach pękały tysiące 
skalnych bloków. Błyskawica przecięła niebo. Martine z trudem złapała oddech. Przy wodopoju stała 
biała żyrafa i wpatrywała się w nią! Na ułamek sekundy ich spojrzenia się skrzyżowały - małej, 
smutnej dziewczynki i smukłej, młodej żyrafy. Po chwili wszystko spowił mrok. Martine przycisnęła 
twarz do szyby, za wszelką cenę pragnąc raz jeszcze ujrzeć białą żyrafę. Ale nie zobaczyła niczego. 
Nie świecił księżyc, a gęsty deszcz tworzył nieprzeniknioną zasłonę. 

Dziewczynka była tak przejęta, że ledwo mogła oddychać. To jakby dostać najlepszy prezent, o jakim 
się marzyło - dajmy na to, kucyka - a potem patrzeć, jak ktoś go zabiera, zanim można się nim 
nacieszyć. Martine nie mogła się z tym pogodzić. 

Usiłowała wziąć się w garść. Naprawdę widziała tę białą żyrafę czy nie? A może to tylko złudzenie 
optyczne, wywołane światłem? Z tej odległości było w tym widoku coś nierealnego. W błękitnym 
migotaniu piorunów unosiła się wokół zwierzęcia fosforyzująca poświata. Jednak gdy dziewczynka 
przypomniała sobie sekundę, w której ich oczy się spotkały, utwierdziła się w swoim przekonaniu, że 
to zdarzyło się naprawdę. Biała żyrafa była tam i patrzyła na nią, jakby jej szukała. 

Martine poczuła nieodpartą chęć pobiegnięcia do rezerwatu i odnalezienia płochliwej istoty. 
Wiedziała, że może to mieć potworne skutki. Zabroniono jej samodzielnych wycieczek do rezerwatu, 
a poza tym nawet Tendai nie ryzykowałby pieszych eskapad po zmroku. W nocy kręciły się tam węże, 
skorpiony, lwy, bawoły i gepardy. Dla 

58 

59 

wielu z nich był to czas polowania. Martine doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli 
zlekceważy zakaz, może zostać zaatakowana, wzięta na rogi albo skończyć jeszcze gorzej. 

Przez długi czas siedziała przy oknie, próbując zadecydować, co zrobić. Nie mogła przestać myśleć o 
białej żyrafie. 

W końcu podjęła decyzję. Zdjęła krótkie spodenki, w które przebrała się po przyjściu ze szkoły, 
włożyła dżinsy, ciężkie buty i granatową szkolną wiatrówkę. Za regałem miała ukrytą rzeźbioną 
drewnianą skrzynkę, którą dostała od pana Morrisona. Wyjęła latarkę i nóż, po czym schowała je do 
tylnej kieszeni. Zatrzymała się przy drzwiach sypialni i nasłuchiwała. Jedynym dźwiękiem były 
odgłosy słabnącego deszczu, stłumione przez pokryty grubą strzechą dach. 

Najciszej jak potrafiła zeszła po schodach. Deski na podłodze były stare i sfatygowane, za każdym 
skrzypnięciem Martine spodziewała się wściekłego krzyku babci lub dotyku dłoni na ramieniu. Ale 
nic takiego się nie stało. 

Dotarłszy do kuchni, dziewczynka zatrzymała się na kilka minut. Stojąc, oddychała głęboko i 
odnajdywała spokój w krzepiącym pomruku lodówki. Po chwili otworzyła kuchenne drzwi. Było coś 

background image

bardzo złowróżbnego w trzasku, jaki wydały, zamykając się za jej plecami. Martine spojrzała na 
zegarek. 

Była minuta po północy. 

Szalejąca w ogrodzie burza zmieniła się w mżawkę. W obliczu widoków i zapachów afrykańskiej 
nocy odwaga niemal opuściła Martine. Gdyby w tej właśnie chwili nie zapaliło się światło w sypialni 
babci, biegiem wróciłaby do domu. Ale się zapaliło. Dziewczynka doszła do wniosku, że jeśli miałaby 
wybierać między babcią a głodnym lwem, wolałaby raczej zaryzykować spotkanie z lwem. 

W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów gardenii i owoców mango, które spadły na ziemię. 
Martine ruszyła po omacku między ociekającymi drzewami, kierując się w stronę bram rezerwatu. 
Przydatną informacją, jaką podsłuchała w czasie śledztwa prowadzonego w poprzednim tygodniu, był 
nowy szyfr do kłódki, który Tendai przekazał jej babci. Postawiła sobie za cel zapamiętanie 
kombinacji cyfr. Gdy dotknęła dłońmi zimnej 

61 

metalowej bramy, zaczęła szukać ciężkiego łańcucha i zabezpieczającego go zamka. Dopiero wtedy 
włączyła latarkę i wystukała numerki na mokrej tarczy. Kłódka otworzyła się z trzaskiem! Martine 
wpatrywała się w nią z niedowierzaniem, że tak łatwo poszło. Uświadomiła sobie też, że do tej chwili 
miała skrytą nadzieję, iż wydarzy się coś, co powstrzyma ją przed wyprawą do rezerwatu. Spojrzała 
przez ramię. Dom znikł w ciemnościach. Cokolwiek ma się wydarzyć, nie ma już odwrotu. 

Martine przeszła przez bramę i stłumiła okrzyk przerażenia. Wpatrywało się w nią dwoje czerwonych 
oczu. Krzaki zadrżały gwałtownie i wyskoczył z nich kob, przemykając tak blisko Martine, że jego 
sierść otarła się o włosy dziewczynki. Potrząsając rogami, zniknął w ciemnościach. 

Serce Martine miotało się dziko w piersi. Usiłowała wyobrazić sobie, co w podobnej sytuacji zrobiłby 
Ten-dai. Mało prawdopodobne, by znalazł się w takich okolicznościach, jeśli jednak tak, wiedziała, że 
najważniejsze byłoby zachowanie spokoju i jasności umysłu. „Skup się - powiedziała sobie w 
myślach. - Muszę się skupić. Potrafię to zrobić". 

Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, pragnęła odnaleźć białą żyrafę. Nie była pewna 
dlaczego, wiedziała tylko, że musi to zrobić. I mimo przerażenia ten bunt przeciwko dusznej 
atmosferze domu babci, nawet jeśli nie był dużym wyczynem, wprawiał ją w dobry nastrój. 

Snop światła z latarki oświetlał ścieżkę prowadzącą do wodopoju, gdzie żaby rywalizowały ze sobą w 
głośnym kumkaniu. Daleko na horyzoncie błękitne błyskawice przecięły niebo nad górami. Martine 
zdobyła się na 

odwagę i ruszyła przed siebie, starając się omijać kałuże. Mimo to jej dżinsy szybko nasiąkły wodą. 
Gdzieniegdzie trawa była wyższa od niej i zimne krople moczyły jej włosy i spływały po szyi. 

Gdy szła, niewidoczne stworzenia wijąc się i skacząc, umykały z podszycia. Martine usiłowała nie 
wyobrażać sobie najgorszego. Nie wiedziała, co bardziej ją przeraża - węże i inne pełzające stwory 
przyprawiające o gęsią skórkę czy też pożerające ludzi drapieżniki - jednak żarliwie wierzyła, że nie 
spotka ani jednych, ani drugich. Po czasie, który zdawał się wiecznością, temperatura spadła i Martine 
dostrzegła, że dotarła do krawędzi wody. Próbowała przypomnieć sobie dokładnie miejsce, w którym 

background image

widziała żyrafę. Była prawie pewna, że zwierzę znajdowało się obok stojącego jak wystraszony 
kościotrup starego drzewa na lewym brzegu wodopoju. 

Żaby zamilkły, jakby wyczuły niebezpieczeństwo. Pasma mgły unosiły się nad wodą, a nocne 
powietrze uginało się pod ciężarem zagrożenia. Martine starała się poskromić zdenerwowanie. Zaszła 
już za daleko, żeby się teraz wycofać. Uniosła latarkę i oświetliła otaczające ją zarośla. Nic się nie 
poruszyło. Ani mysz, ani lew, ani żaden ptak. Poczuła ogromne rozczarowanie. Co ona sobie myślała? 
Mityczna żyrafa! Zaryzykowała życie, goniąc za jakąś bajką, a teraz musi spróbować dotrzeć do domu 
w jednym kawałku. 

Instynkt ostrzegł Martine, że coś jest za jej plecami. Ten sam szósty zmysł podpowiedział, by 
odwracała się bardzo, bardzo wolno. Kobra przylądkowa leżała zwinięta w błocie zaledwie półtora 
metra od niej, z rozłożonym szeroko płaszczem, i kołysała się w świetle latarki. 

62 

63 

Martine natychmiast rozpoznała w stworzeniu jeden z najbardziej jadowitych gatunków węży 
afrykańskich, groźniejszy nawet od mamby. Złote ubarwienie nie pozostawiało wątpliwości. Tak jak 
opaska wokół szyi. 

Szczęki kobry rozchyliły się i czarny język zatrzepotał w nich złowrogo. Martine w panice upuściła 
latarkę, która potoczyła się za głaz, a jej światło zmieniło się w słaby blask. 

Po chwili zgasła. 

Ułamek sekundy wcześniej, nim zapanowała kompletna ciemność, Martine spostrzegła, jak kobra cofa 
głowę, szykując się do ataku. Dziewczynka bezradnie czekała na śmiertelne ukąszenie. 

Nie nastąpiło. Za to z zarośli wystrzelił blady, niewyraźny kształt. Rozległo się okropne syczenie, a w 
powietrzu mignęły kopyta. Ostatnią rzeczą, jaką Martine zobaczyła, nim upadła na ziemię, była biała 
żyrafa. 

Coś łaskotało Martine w twarz. Coś, co wypuszczało z siebie ciepłe, słodkie powietrze, 
przypominające świeżo skoszony trawnik w letni dzień w Anglii. Albo truskawki w Wimbledonie. 
Albo różany ogród w parku Greenwich w Londynie, który odwiedziła pewnej wiosny ze szkolną 
wycieczką. 

W tej woni było coś jeszcze, coś dzikiego i egzotycznego, i... afrykańskiego. Afryka! 

Martine ocknęła się nagle i zdała sobie sprawę, że nie drzemała w hamaku, w ogrodzie przy domu, na 
bez- 

64 

piecznych przedmieściach angielskiego miasta. W środku nocy, wbrew wszelkim zakazom, zakradła 
się do południowoafrykańskiego rezerwatu, a teraz coś ją wąchało, prawdopodobnie z zamiarem 
zjedzenia jej. Ostrożnie podniosła jedną powiekę. Wpatrywało się w nią dwoje czarnych, 
przejrzystych oczu otoczonych nieprawdopodobnie długimi rzęsami. 

- Uratowałaś mi życie - powiedziała dziewczynka. Biała żyrafa odsunęła się gwałtownie z nerwowym 

background image

parsknięciem. Cofnęła się, drobiąc jak koń, póki nie znalazła się w bezpiecznej odległości. Martine 
ostrożnie podniosła się z ziemi. Biała żyrafa znacznie nad nią górowała. Niebo się nieco przejaśniło i 
w słabym blasku zamglonego księżyca Martine dostrzegła niezwykłe piękno tego stworzenia. Jego 
sierść skrzyła się niczym śnieg w blasku słońca, na całej powierzchni ozdobiona srebrnymi łatami z 
lekką nutą cynamonu. 

Dziewczynka wyciągnęła rękę w stronę żyrafy, a ta odwróciła się gwałtownie i rzuciła do ucieczki. 
Ale po chwili zatrzymała się, dysząc ciężko i drżąc na całym ciele. Znaleziona w pokoju książka o 
dzikiej przyrodzie wyjaśniała, że choć żyrafy są z natury bardzo delikatnymi stworzeniami, gdy czują 
zagrożenie, są skłonne użyć długich przednich nóg, by kopnąć z wielką siłą. Jednak coś mówiło 
Martine, że ta żyrafa nigdy by jej nie skrzywdziła. 

Jeszcze raz wyciągnęła przed siebie dłoń i zrobiła dwa kroki do przodu. 

- W porządku - powiedziała kojąco. - Wszystko w porządku. Chcę cię tylko pogłaskać, a nie 
skrzywdzić. 

65 

Tym razem żyrafa stała nieruchomo. Gdy palce dziewczynki dotknęły jej skóry, zwierzę zadrżało ze 
strachu, ale nie uciekło. Martine poczuła dreszcz przeszywający ręce - dokładnie tak jak wtedy, gdy 
Grace położyła dłoń na czole dziewczynki. Przez ułamek sekundy odniosła dziwne wrażenie, że 
dokładnie słyszy myśli zwierzęcia. Wiedziała też, nie mając pojęcia skąd, że żyrafa ma na imię 
Jeremiah - zdrobniale Jemmy. I że Jemmy jest samotny. 

- Ja też jestem samotna - zwierzyła się Martine żyrafie. - Pięć tygodni temu straciłam w pożarze w 
Anglii wszystko, co kochałam. Teraz mieszkam z moją babcią, która mnie nie chce, i chodzę do 
szkoły, do której nie pasuję. 

Biała żyrafa przyglądała jej się czujnie. Nie reagowała. Odsunęła się tylko, zdenerwowana, żeby 
dziewczynka nie mogła jej już dotykać. „Pewnie Jemmy czeka na znak, że może mi zaufać - 
pomyślała Martine. - To nie powinno dziwić". Jeśli chciała się do niego zbliżyć, najpierw musiała mu 
udowodnić, że ma przyjazne zamiary. Ale jak? 

Nagle wpadła na pomysł. W Anglii mama i tata mieli w sypialni plakat, który przedstawiał gołębia 
wypuszczonego o zmierzchu. Był tam napis: „Jeśli kochasz coś, wypuść to. Jeśli wróci, jest twoje. 
Jeśli nie, nigdy nie było". Martine pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy mama czytała jej tę sentencję 
na głos, a później mówiła z uśmiechem: „Czyż to nie piękne, Martine? I prawdziwe. Im bardziej kogoś 
kochasz, tym więcej przestrzeni musisz mu dać, by znalazł swoją własną drogę w świecie. W ten 
sposób poznasz prawdę: jeśli powróci do ciebie, to dlatego, że mu na tobie zależy". 

66 

Mimo że odnalezienie białej żyrafy było tak cudowne, Martine wiedziała, że musi od niej odejść. Po 
raz ostatni spojrzała na stworzenie. Bolało ją serce, jakby traciła przyjaciela, którego dopiero co 
zdobyła, jednak w głębi duszy wiedziała, że jeszcze się spotkają. Z powodów, których nie do końca 
rozumiała, czuła, że ich dusze są ze sobą połączone. 

- Dziękuję za uratowanie mi życia, Jeremiah - powiedziała, dodając z nadzieją: - Do zobaczenia 
wkrótce. 

background image

Po tych słowach ruszyła po błotnistej ziemi w stronę trawiastej ścieżki. Nie miała pojęcia, co z kobrą, 
żywiła jednak nadzieję, że ta albo leży martwa, albo kuli się gdzieś w swojej jamie. Martine obawiała 
się, że nie przeżyłaby kolejnego spotkania z tym groźnym wężem. 

Była już prawie na miejscu, gdy w ciemnościach rozległ się odgłos łamanej gałązki, głośny jak 
wybuch petardy. Martine nigdy nie była specjalnie wysportowana, ale już miała rzucić się do ucieczki 
sprintem jak olimpijczyk, gdy ujrzała w wodzie odbicie żyrafy. Szła za nią! Dziewczynka udawała, że 
nie zauważyła. Odbicie żyrafy stąpało za nią z gracją, białozłota sierść i srebrzyste łaty przecinały 
stalową wodę niczym elegancki duch. Martine przystanęła. Biała żyrafa także. Dziewczynka ruszyła 
dalej. Biała żyrafa za nią. Martine odwróciła się gwałtownie. 

Żyrafa zatrzymała się niezgrabnie, ślizgając się w błocie. Przypatrywała się Martine z wysokości. 
Teraz sprawiała raczej wrażenie wścibskiej, a nie przestraszonej. Martine wyciągnęła szyję i starała się 
odczytać wyraz pyszczka zwierzęcia. Doszła do wniosku, że było to jak wpatrywanie się w oczy 
najmądrzejszego stworzenia 

67 

na świecie, a zarazem najbardziej niewinnego. Poczuła wszechogarniającą łagodność. 

Czekała, co zrobi żyrafa. Najpierw nic się nie działo, ale po chwili zwierzę zaczęło opuszczać głowę, 
milimetr po milimetrze, aż jego smukły nos znalazł się wystarczająco blisko, tak że można go było 
dotknąć. Martine znów poczuła czysty zapach świeżo skoszonej trawy. Pragnęła położyć dłoń na 
atłasowym, białym pyszczku, ale zmusiła się do pozostania w bezruchu. 

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Żyrafa oparła łeb na ramieniu Martine i wydała z siebie niski, 
melodyjny dźwięk. 

Przez jedną doskonałą chwilę stały tam - mała dziewczynka i biała żyrafa - odbijając się w oświetlonej 
księżycem wodzie. Trwało to tylko minutę, ale wystarczająco długo, by emocje i chaos ostatnich kilku 
tygodni w okamgnieniu opuściły Martine, ustępując miejsca uczuciu zadowolenia. Poczuła wtedy, że 
przybyła do domu. 

Zaryczał lew. W upiornej ciszy, która nastąpiła po burzy, dźwięk przeciął noc, jakby bestia chciała się 
na nie rzucić. Martine i żyrafa zerwały się do ucieczki -w przeciwnych kierunkach - nim którakolwiek 
z nich zdążyła przytomnie pomyśleć. Nie było pożegnania. A gdy dziewczynka znalazła schronienie w 
ogrodzie, biała żyrafa znikła, jakby jej nigdy nie było. 

10 

Wróciwszy do pokoju, wyczerpana Martine zapadła w sen. Gdy o szóstej rozległ się dźwięk budzika, 
dziewczynka z wielkim wysiłkiem wygramoliła się z łóżka, wciągnęła na siebie mokre, zabłocone 
dżinsy i wybiegła na poranne słońce, zatrzymując się po drodze, by opłukać twarz lodowatą wodą. 
Wiedziała, że musi znaleźć jakieś wytłumaczenie dla stanu swoich ubrań. Kiedy jej babcia wyszła o 
szóstej trzydzieści nakarmić Shakę, Martine klęczała w ogródku warzywnym, zaciekle pieląc grządki. 

Gwyn Thomas nie wierzyła własnym oczom. 

- Co ty robisz, dziecko? - spytała. - Jesteś strasznie brudna. 

- Chcę tylko wyrwać chwasty z tych marchewek -powiedziała pogodnie Martine. - Myślałam trochę i 
doszłam do wniosku, że muszę zacząć ci pomagać w obowiązkach domowych. 

background image

69 

- Cóż... - powiedziała babcia. - Cóż... ja... cóż, dziękuję, Martine. 

Żadna z nich nie wspomniała o kłótni, która miała miejsce poprzedniego wieczoru. A Gwyn Thomas, 
która niezmiennie serwowała na śniadanie gotowane jajka i pokrojone tosty z masłem, przygotowała 
dla Martine wyjątkowy posiłek, składający się ze świeżej papai i mango, południowoafrykańskiej 
owsianki zwanej Owsem z Dżungli i chleba własnego wypieku z dżemem z mara-kui. Dziewczynka 
właśnie delektowała się ostatnim pysznym kęsem, kiedy przed dom zajechał z hałasem szary land-
rover Aleksa du Preeza. 

Martine zmarszczyła brwi. Dotychczas tylko raz spotkała strażnika rezerwatu, ale od pierwszego 
wejrzenia go nie polubiła. Był typem człowieka, którego jej mama określiłaby mianem „sprzedawcy 
wyciągu z węża" - zbytnio się spoufalał i wygłaszał nieszczere gadki. Nie wierzyła, że może 
odczuwać empatię w stosunku do zwierząt. 

W drzwiach wejściowych pojawiła się piegowata twarz, zwieńczona burzą rudoblond włosów. 

- Dzień dobry, pani Thomas, Martine - powiedział rześko. - Jak się panie czują w tak pięknym dniu? 

- Bardzo dobrze, dziękuję, Aleksie - odparła babcia, uśmiechając się. - Co cię do nas sprowadza o tak 
wczesnej porze? 

- Proszę pani, jadę właśnie do Storm Crossing kupić karmę dla zebr. Wiem, że ma pani bardzo dużo 
pracy, więc pomyślałem, że mógłbym pomóc, podwożąc dziś Martine do szkoły. 

- Cóż, Aleksie, pomoc się przyda. Najpierw przyjeżdża weterynarz zbadać Shakę i te dwa bawoły, 
które 

wczoraj ze sobą walczyły, a o dziesiątej grupa dwudziestu czterech szwedzkich biznesmenów. 
Naprawdę doceniam twoją troskę. Zaczekajcie chwilę, aż spakuję lunch dla Martine. 

Dziewczynka straciła dobry nastrój. Podążyła na zewnątrz za przysadzistą sylwetką Aleksa. 

Kiedy ruszyli, mężczyzna bez przerwy zanudzał ją paplaniną z silnym, południowoafrykańskim 
akcentem. Martine, która marzyła tylko, by oddać się cudownym rozmyślaniom o spotkaniu z białą 
żyrafą poprzedniej nocy - Jemmy szedł za nią, położył atłasowy łepek na jej ramieniu! - wyrzuciła z 
siebie serię jednowyrazowych odpowiedzi, ale to najwyraźniej nie zniechęciło strażnika. 

- Jesteś mądrą dziewczynką, czyż nie? - powiedział, gdy zatrzymali się na jedynych światłach w Storm 
Crossing. - Założę się, że uczysz się dużo lepiej, niż ja się uczyłem. 

- Mam jedenaście lat - mruknęła nieuprzejmie Martine. - Niech pan nie mówi do mnie tak, jakbym 
miała pięć. 

Twarz Aleksa przybrała przebiegły wyraz. 

- Dobra - zmienił ton. - Jeśli w ten sposób chcesz ze mną pogrywać. Nie natrafiłaś przypadkiem na 
białą żyrafę w Sawubonie, Martine? 

Martine ze wszystkich sił starała się, by nie pokazać, że jest w szoku. 

- Biała żyrafa nie istnieje - odparła. - Wszyscy to wiedzą. 

background image

Aleks włożył rękę do kieszeni i wyciągnął drogocenną latarkę Martine. Rzucił ją na pokryte spękaną 
skórą siedzenie obok dziewczynki. Korciło ją, żeby zabrać zgubę, ale zabrakło jej odwagi. 

Aleks wybuchł bezlitosnym śmiechem. 

- Niech ci będzie. - Schował z powrotem latarkę do kieszeni. - Rzecz w tym, Martine, że biała żyrafa, 
jeśliby istniała, byłaby bardzo, bardzo cenna. Twoja babcia, dajmy na to, odniosłaby wielkie korzyści 
ze sprzedaży takiego zwierzęcia. Rozmawiamy tu o dziesiątkach tysięcy dolarów, a nie o marnych 
groszach. Nie chciałbym myśleć, że masz zamiar narażać na niebezpieczeństwo przyszłość wszystkich 
w Sawubonie, wtykając nos w nie swoje sprawy. Jak sądzisz, co czułaby twoja babcia, gdyby o tym 
wiedziała? 

Martine była wściekła. Jak on śmiał mówić o Jem-mym, jakby to było kolejne zwierzę, które należy 
schwytać i wymienić na pieniądze? Miała niemal pewność, że babcia nie wie o jego pomysłach. 

- A jak pan sądzi, co czułaby moja babcia, gdyby wiedziała o pana małym sekrecie? - odpowiedziała, 
żeby go sprawdzić. 

W błękitnych oczach Aleksa pojawiły się płomienie. Zajechał pod szkołę, depnął po hamulcach i 
sięgnął przed nią do klamki, by otworzyć drzwi. 

- Moja panno - warknął - igrasz z ogniem. -Uśmiechnął się ponuro. - A przecież wiesz, co dzieje się z 
tymi, którzy igrają z ogniem... 

Martine starała się zachować kamienną twarz aż do chwili, kiedy wysiądzie z dżipa, jednak gdy tylko 
odwróciła się od Aleksa, łzy zaczęły jej płynąć po twarzy. 

Śmiech mężczyzny rozbrzmiewał nieustannie w jej uszach, gdy przemierzała szkolne podwórko. 

11 

Być może Martine jakoś zaaklimatyzowałaby się w Ca-racal Junior, a nawet, mimo nieśmiałości, w 
końcu znalazłaby przyjaciół, jednak w trzecią niedzielę jej pobytu w Afryce wydarzyło się coś, co 
wszystko zmieniło. Zaczęło się od szkolnej wycieczki do Narodowego Ogrodu Botanicznego 
Kirstenbosch w Kapsztadzie - miejsca, które według słów panny Volkner było: „niezrównanej 
cudowności, jeśli chodzi o królestwo roślin". 

Przez cały tydzień panna Volkner starała się rozbudzić ich ciekawość i zapał, obiecując weekendową 
atrakcję, której nigdy nie zapomną, bo odkryją takie miejsca jak Zapach i Ogród Medyczny, a także 
wezmą udział w wyjątkowym pikniku u stóp Góry Stołowej i obejrzą występy afrykańskiego zespołu, 
popularnego na całym świecie. 

Martine czekała na tę wyprawę z dużą dozą niepewności i bardzo jej ulżyło, gdy w kilka chwil po 
załadowaniu 

73 

się do autobusu w Caracal Junior w niedzielne południe poczuła, że dobrze się bawi. W drodze do 
Kapsztadu panował pogodny nastrój, niektóre dzieci opowiadały dowcipy i śpiewały. 

- Czym różni się słoń od fortepianu? 

- Tym, że fortepian da się zasłonić, a słonia nie da się zafortepianić. 

background image

Martine śmiała się głośniej, niż zamierzała, gdy nagle zauważyła Bena - samego, jak zwykle, na końcu 
autobusu. Odwróciła wzrok z poczuciem winy. Może dziś uda się jej znaleźć sposób, by z nim 
porozmawiać. Żeby oderwać się od tej sprawy, zaczęła rozmyślać o rozmowie z Aleksem sprzed 
dwóch dni. Z jego sposobu mówienia każdy by wywnioskował, że w Sawubonie istnieje spisek, 
mający na celu zachowanie w tajemnicy istnienia białej żyrafy aż do czasu, gdy uda się ją złapać i 
sprzedać za wielkie pieniądze. Na dodatek Tendai i Gwyn Thomas upierali się, że to legenda. Albo 
Aleks wiedział więcej od nich, albo oni kłamali. 

Martine jeszcze raz przywołała w pamięci spotkanie z białą żyrafą; chwilę, w której po raz pierwszy 
zobaczyła zwierzę górujące nad nią, lśniące jak śnieg w promieniach słońca, ze srebrzystymi łatami z 
delikatnym odcieniem cynamonu. Przeszył ją dreszcz podniecenia. Nic na ziemi nie powstrzyma jej 
przed kolejnym spotkaniem z Jemmym - żadna burza, żaden zamek, żaden strażnik, żadne groźby. Nic 
nie było ważniejsze od białej żyrafy. 

Pisk hamulców autobusu przywołał Martine do rzeczywistości. Wjeżdżali przez Drugą Bramę Ogrodu 
Botanicznego Kirstenbosch. Czekając na swoją kolej przy 

74 

wysiadaniu, dziewczynka spojrzała ukradkiem na Bena. Najwyraźniej nie zauważył, że autobus stanął. 
Wpatrywał się w raj drzew i kwiatów, w Górę Stołową wznoszącą się za nim ku błękitnemu niebu, a 
na jego twarzy malowało się oczekiwanie. 

W Szkole Obserwacji Przyrody w Kirstenbosch uśmiechnięty personel przywitał ich sokiem 
owocowym i wykładem na temat Ogrodu Botanicznego, który został założony w 1913 roku i rozciągał 
się na powierzchni 528 hektarów. Potem zostali podzieleni na trzy grupy po osiem osób. Dwie grupy 
miały odkrywać Kirstenbosch z przewodnikiem-nauczycielem, a grupa Martine, składająca się z 
czworga członków Paczki Pięciu Gwiazd (wszyscy z wyjątkiem Pietera) oraz Sherilyn, wielkiego 
wysportowanego chłopaka o imieniu Jake, a także Bena - miała pójść z panną Volkner, która 
skończyła specjalne szkolenie w centrum, pozwalające jej oprowadzać zwiedzających. 

Pierwszym przystankiem miał być Ogród Zapachów Ruszyli przez zadbane trawniki, na których 
turyści urządzali sobie piknik, a pantarki czekały z nadzieją na smaczne kąski; po drodze przekroczyli 
wzburzony strumień. Wyglądał dość niewinnie, wiązała się z nim jednak brutalna i krwawa historia 
szlaku ucieczki niewolników w czasach, gdy Brytyjczycy zarządzali kolonią Cape. 

- Legenda głosi, że jeden z niewolników, który tędy uciekał, został pożarty przez geparda, a jedyne, co 
po nim 

75 

zostało, to szkielet - powiedziała panna Volkner. - Od tego czasu miejsce to znane jest jako Strumień 
Szkieletu, a obszar powyżej to Wąwóz Szkieletu. - Starsza część lasu w jego pobliżu nosi nazwę 
Donker Gat, po afrykań-sku Ciemny Zaułek. Zaginęło tam wiele dzieci - dodała, by wzmocnić efekt. 

Lodowaty dreszcz przeszył Martine. Jej oczy podążyły za palcem wskazującym panny Volkner, gdzie 
plątanina strączyn żółtych i drzew żelaznych tworzyła gęsty zielony dywan. Ten widok wydał jej się 
znajomy, jakby wcześniej widziała go na zdjęciu. Dostała gęsiej skórki na rękach. Niecałą godzinę 
wcześniej niebo było czyste, z pojedynczymi pasmami chmur nad górskim grzbietem, ale teraz dzień 
robił się paskudny. Ostrzegano ich przed nagłym załamaniem pogody. Bez szczególnego powodu 
Martine nagle poczuła wszechogarniający niepokój. 

background image

Ogród Zapachów i Ogród Medyczny były cudownymi krainami wonnych roślin i ziół leczniczych, 
jednak Martine miała kłopot z koncentracją. W dolinie uczniowie napili się z lodowatego źródełka w 
kształcie ptaka, a potem udali się do Amfiteatru Sagowców, gdzie panna Volkner wyjaśniła, że 
wielkie, przypominające palmy drzewa są w zasadzie żywymi skamielinami, które powstały mniej 
więcej w czasach dinozaurów. 

- Niektóre z tych gatunków mają dwieście milionów lat - powiedziała. - Uwierzycie w to? Dwieście 
milionów lat. 

Ostatnim etapem wyprawy był Szlak Fynbos na niskich zboczach góry. Fynbos był jednym z sześciu 
światowych królestw roślin, charakterystycznym dla regionu 

76 

Kapsztadu. Były tu wrzosowate rośliny, takie jak jasno-czerwone wrzośce, srebrzany, trzciny, lilie i 
goździki, aksamitne protee królewskie - narodowe kwiaty Afryki Południowej. Rozciągający się po 
obu stronach krętych ścieżek wielobarwny dywan stanowił niezwykłą ekspozycję. Gdy dotarli do 
Ogrodu Protei, panna Volkner pokazała im kołyszący się pomarańczowy kwiat w kształcie 
poduszeczki na igły, który stanowi źródło ulubionego nektaru dla dudkowców kafryjskich. W tej 
właśnie chwili rozległ się dźwięk pagera nauczycielki. Gdy z grymasem na twarzy sprawdzała 
wiadomość, wiatr rozwiewał jej kręcone włosy. 

- Uwaga, proszę wszystkich o uwagę - zawołała. -Jedno z dzieci doznało reakcji alergicznej na 
ukąszenie pszczoły i jestem pilnie potrzebna w Szkole Obserwacji Przyrody. Byłoby szkoda, gdyby 
ominął was widok dudkowców pijących nektar, dlatego też zaufam wam i zostawię was tu, żebyście 
poczekali. Pod żadnym pozorem nikomu nie wolno się oddalać. Lukę i Lucy, jako że jesteście 
najstarsi, zajmijcie się pozostałymi. Jeśli nie wrócę w ciągu dwudziestu minut, pójdźcie po znakach do 
muszli koncertowej i tam się spotkamy. 

Jak tylko panna Volkner znikła z widoku, zapanował chaos. Nikt poza Martine nie miał najwyraźniej 
ochoty oglądać pijących nektar ptaków. W Ogrodzie Protei było jeszcze kilku innych zwiedzających, 
ale krzyki dzieci szybko ich stamtąd wygoniły. Martine pomyślała, że nadarzyła się dobra okazja, by 
porozmawiać z Benem. Przeszukała kwiatowe klomby, ale chłopca nigdzie nie było widać. 

- Gdzie jest Ben? - Martine zwróciła się do Lucy. 

77 

- Kto to wie - odparła blondynka bez odrobiny zainteresowania. - Pewnie przytula drzewo albo coś w 
tym stylu. 

Przerwała im Sherilyn: 

- Co się dzieje z niebem? 

Siedem par oczu spojrzało w górę. Delikatne chmury zmieniły się w mglisty szary płaszcz. Zakrył on 
górny fragment wzgórza i, gnany wiatrem, przemieszczał się zaciekle w dół klifów, w stronę 
Kirstenbosch. Widok nieba kipiącego dziwaczną fioletową barwą przyprawiał o dreszcze. Wyglądało 
to tak, jakby zbliżała się nie burza, ale tornado czy huragan. 

background image

- Słuchajcie, moglibyśmy już wracać? Robi się zimno - jęknęła Sherilyn. Ale niezwykłe zjawisko 
atmosferyczne tylko spotęgowało głupie zachowania pozostałych uczniów i dzieciaki zaczęły ganiać 
ćmy po całym Ogrodzie Protei. 

W porywach wiatru docierały do nich dźwięki marimby, konga i nasilające się harmonijne afrykańskie 
odgłosy. Zespół zaczął już grać. 

Martine stała wstrząśnięta. To muzyka z jej snu, była tego pewna! Wszystko się wyjaśniało. Właśnie 
dlatego Kirstenbosch wydał jej się znajomy. Sen stawał się rzeczywistością. A to była dokładnie ta 
sceneria! Majacząca na horyzoncie szara góra, fioletowe światło, pochłaniająca wszystko chmura i 
dzieci ścigające ćmy pośród protei. Za chwilę ktoś powie: „Hej, zobaczcie, co znalazłem..." 

- Hej! - Lukę stał przy stosie drewnianych sztachet, z jakich robi się płoty. W jego głosie słychać było 
podniecenie. - Zobaczcie, co znalazłem. 

Wszyscy ruszyli pospiesznie w jego stronę, łącznie z Martine, mimo że dzwoneczki ostrzegawcze w 
jej głowie rozbrzmiewały niczym orkiestra złożona z sześćdziesięciu instrumentów. 

Na ziemi leżała gęś egipska. Był to duży ptak z czer-wonawo-brązowo-białymi skrzydłami, z których 
jedno zwisało złamane. Błoniaste nogi spoczywały bezwładnie na piersi stworzenia, które jednym 
czerwonym okiem spojrzało w górę na otaczające go twarze. Zdrowe skrzydło trzepotało słabo, ale nie 
pozwalało mu odlecieć. Lukę złapał ptaka, a ten w proteście wydał z siebie ochrypły krzyk. 

- Założę się, że zaatakował ją lis. Panna Volkner mówiła, że są tu lisy. 

- Zostaw go, Lukę - Lucy warknęła na brata. - Pewnie jest chora. 

- Tak, Lukę, jest brudna - zgodził się Jake. Martine próbowała coś powiedzieć, ale nie wydała 

z siebie żadnego dźwięku. 

- Może powinniśmy zakończyć jej cierpienia - zasugerował Luke. - No wiecie, walnąć w łeb albo coś 
w tym stylu. 

Jake zaśmiał się. 

- A może mały grillik? Moglibyśmy ją wrzucić na ruszt. Powinno starczyć dla wszystkich. 

Martine odzyskała głos. 

- Błagam, zostawcie ją w spokoju. Nie róbcie jej krzywdy, proszę - mówiła płaczliwym głosem. 

- Och, biedna mała Angieleczka - wyszydził ją Luke. - Beczy jak dziecko. Chcesz ją? Masz. Łap. 

78 

79 

Rzucił gęś do Martine, która wymachiwała rękami na oślep, próbując uchwycić brązowy niewyraźny 
kształt. Nieprzygotowana na ciężar ptaka, potknęła się i przewróciła do tyłu. W jakiś sposób udało jej 
się nie wypuścić stworzenia podczas upadku. Gramoliła się na kolana, wciąż tuląc ptaka w ramionach, 
z twarzą purpurową ze złości i wstydu. Pozostali uczniowie wybuchli śmiechem. 

background image

- Widzieliście to? - Jake piał z zachwytu. - To było kapitalne. - Naśladował młócenie powietrza przez 
Martine i jej zawodzący głos: - Nie róbcie jej krzywdy, prooooszę. 

Wszyscy byli tak pochłonięci szaleństwem chwili, że nikt z nich nie zwrócił uwagi, iż Martine 
zamknęła oczy i trzęsła się gwałtownie. Przypominała sobie gęś ze snu. Na szyi tej gęsi też dało się 
wyczuć puls, a brązowe jedwabiste pióra były ciepłe w dotyku. Gdy dziewczynka przyglądała się 
stworzeniu, gęś zamknęła oczy. 

Pierwszą myślą Martine było, że powinna spróbować ją ocalić. Ale jak? Później rozległ się w jej 
głowie głos, który, tak, poznała go, należał do Grace. „Wiesz, co zrobić, dziecko" - powiedział. I w tej 
właśnie sekundzie Martine zdała sobie sprawę, że naprawdę wie, co powinna uczynić, że zawsze 
wiedziała, przez całe swoje życie. Jej dłonie przestały drżeć i rozgrzały się do tego stopnia, że niemal 
się żarzyły. Po kilku sekundach gęś egipska szarpnęła się i uniosła powieki. Dziewczynka rozluźniła 
uścisk. Ptak rozprostował skrzydła i odleciał w ciemniejące niebo. 

Świat znów nabrał ostrości. 

Koledzy z klasy wpatrywali się w Martine z mieszaniną strachu, przerażenia i niedowierzania. Krew 
odpłynęła 

z twarzy Lukea i zaczął oddalać się od dziewczynki, jakby była opętana. 

- Hej, jak to zrobiłaś? Kim ty jesteś, jakąś czarownicą? 

Martine była oszołomiona w równym stopniu co on. W chwili, gdy jej dłonie osiągnęły maksymalną 
temperaturę, poczuła starą jak Ziemia siłę, która przeszyła ją niczym oceaniczna fala. Widziała też 
spowitą w kłębach dymu procesję czegoś, co, jak sobie wyobraziła, było duchami - Afrykańczycy w 
maskach antylopy i nosorożce ziejące ogniem. Drżała oszołomiona, a jedyna myśl, jaka kołatała się w 
jej głowie, to że to chyba jest ten dar. 

- Co to? - wrzeszczał do niej Luke. - Czarna magia? Voodoo? 

- Może ona jest umthakathi - powiedział oskarży-cielskim tonem Xhosa. - Czarownicą. Uważajcie, 
może was zmienić w nietoperza albo ptaka. 

Martine zaczęła się jąkać: 

- Nie jestem um... Nie jestem czarownicą. 

- Wiesz, w Afryce niektórzy ludzie mówią, że jest tylko jedna rzecz, którą można zrobić z umthakathi 
-powiedział Xhosa. - Trzeba je wyeliminować. W przeciwnym wypadku będą czynić zło. 

Martine z desperacją spojrzała w stronę górskiego zbocza, mając nadzieję, że ujrzy tam krzepką postać 
panny Volkner, zmierzającą do nich, by zawołać wszystkich na piknik. Jednak nikogo tam nie było. 

- Nie zrobicie tego - powiedziała cicho. 

Nikt nie odpowiedział, tylko Jake wykonał złowieszczy krok w jej stronę. Martine chciała odejść, ale 
pozostali odcięli jej drogę. 

80 

81 

background image

Spojrzała błagalnie na Lucy, jednak twarz blondynki miała ten sam wyniosły wyraz, który pojawiał 
się, gdy ktoś mówił o Benie. 

Wtedy zrozumiała, że nie żartują. 

Martine obróciła się na pięcie i ruszyła pędem w półmrok, po drodze wołając o pomoc, jednak reszta 
uczniów skutecznie zagłuszała jej krzyk. Zbiegła po niskim zboczu, przeskoczyła przez Strumień 
Nursery i wpadła do wiecznie zielonego lasu. W tej właśnie chwili zdała sobie sprawę ze swego błędu. 
Przed nią wznosiła się odstraszająca ściana trzystu trzydziestu schodków. Przystanęła, dysząc ciężko. 
Nie wiedziała, co robić, ale odgłosy kroków i krzyki jej prześladowców, rozlegające się na 
drewnianym moście, przekonały ją do działania. Pognała w górę schodów, jakby ścigały ją wściekłe 
psy. Z każdym stopniem zmęczenie narastało w jej nogach, a oddech palił w piersiach niczym ogień. 
Na szczycie znajdowała się droga, ale nie było żadnych znaków. Martine wiedziała, że nie będzie w 
stanie długo tak uciekać, zanurkowała więc w gęstwinę drzew strączyn żółtych. Lepiej się zgubić, niż 
zostać złapaną. 

Znalazłszy się w zielonkawych ciemnościach, nie słyszała już miejskich hałasów, tylko szum 
strumyków, ciche świergotanie ptaków, odgłosy nietoperzy i węży poruszających się w koronach 
drzew. Chmura przeni-kła przez gałęzie i zawisła nad wąską ścieżką. Martine wspinała się wyżej i 
wyżej. Gdy zatrzymała się, by wciągnąć powietrze w podrażnione płuca, ujrzała w przelocie panoramę 
zamglonego miasta położonego daleko w dole i Ogród Botaniczny, teraz w miniaturze, jak wioska 
wykonana z lego, z zabawkowymi samochodami. Za 

plecami usłyszała wrzaski prześladowców wbiegających do lasu. Rzuciła się do ucieczki, kolce roślin 
wbijały się jej w kostki, ale Martine i tak wiedziała, że nie jest już w stanie biec. Zmęczone nogi nie 
dawały rady. 

Nagle zza drzewa wychyliła się ręka i ktoś szarpnął dziewczynkę w bok, wciągając do zagłębienia w 
ziemi. Martine otworzyła usta, by krzyknąć, dokładnie tak, jak w tamtym śnie, ale była zbyt 
przerażona i zdyszana, więc udało jej się tylko wydać z siebie ciche kwilenie, nim wpadła w stertę 
liści. Przygotowała się na cios, ale ten nie nastąpił. Mrużąc oczy w mglistych ciemnościach, zdołała 
dojrzeć twarz tego, który ją złapał. Ben! Objął ją opiekuńczo ramionami. Mimo niewielkiej postury 
był ciepły i silny, a dziewczynka czuła łomotanie jego serca. 

- Martine - zawołał Jake śpiewnym głosem. - Gdzie jesteś? - Liście chrzęściły pod stopami 
ścigających, gdy przebiegali obok zagłębienia. 

Ben przyłożył palec do ust. Schylił się, nabrał garść malutkich kamyczków i rzucił je najdalej, jak 
potrafił. Gdy lądowały na poszyciu, rozległa się seria cichych uderzeń, niczym z broni automatycznej. 

Lukę wrzasnął: 

- Tam! Chodźcie. 

Powietrze wypełniły wrzaski i skrzypienie łamanych gałęzi, gdy grupa oddalała się ścieżką w 
wirującej chmurze. 

Martine zorientowała się, że Ben trzęsie się ze śmiechu. Śmiał się tak mocno, że aż zgiął się wpół i 
złapał za brzuch. 

- O co chodzi? - szepnęła Martine. - Co cię tak bawi? 

background image

82 

83 

Ben wyprostował się na ułamek sekundy, zdążył jednak wskazać na tablicę przymocowaną do drzewa. 
Dolna jej część była wilgotna od świeżej gleby. Napis głosił: 

UWAGA: OTWARTY ZBIORNIK Z KOMPOSTEM. NIE WCHODZIĆ 

12 

Martine nie powiedziała babci o dramacie, który rozegrał się w Ogrodzie Botanicznym, a zakończył 
tym, że pięcioro prześladowców wpadło do cuchnącej mieszaniny obornika, gnijących owoców, 
rozkładających się liści i zmiażdżonych robaków. Sherilyn uniknęła kąpieli, bo nie była w stanie 
utrzymać tempa narzuconego przez pozostałych. Ekipa poszukiwawcza, która uratowała całe 
towarzystwo, znalazła ją mamroczącą coś niewyraźnie o spotkaniu z rysiem o żarzących się, żółtych 
ślepiach. Panna Volkner omal nie dostała apopleksji. Była wściekła, że nikt nie chce się przyznać do 
sprowokowania tej sytuacji. Nawet pani Rathmore straciła poczucie humoru i powiedziała, że jej 
zdaniem zakaz udziału w występach i pikniku to zbyt mała kara i że cała szóstka przez resztę semestru 
będzie obcinać trawę wokół szkoły nożyczkami do paznokci. W autobusie do 

85 

Storm Crossing (gdzie zmuszeni zostali do zajęcia miejsc na samym końcu - głodni i źli, jak ocaleni 
przegrani zawodów w zapasach w śmierdzącym błocie) bezlitośnie im dokuczano. 

Nikt nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że Martine i Ben siedzieli spokojnie na kocu piknikowym w 
pobliżu grającego zespołu, zajadając się kukurydzą z masłem i wielkimi kawałami maślanego ciasta. 
Panna Volkner miała swoje podejrzenia i powiedziała, że będzie ich miała na oku, jednak Martine 
znacznie bardziej obawiała się gniewu członków Paczki Pięciu Gwiazd. 

- Dorwiemy cię za to - syknął Scott Henderson, gdy wsiadał do autobusu, ociekając szlamem, i 
dziewczynka nie miała wątpliwości, że tak się stanie. 

Szczęśliwie dla Martine od czasu, gdy dzień po kłótni babcia zastała ją rankiem przy pracach w 
ogrodzie, w domu nastąpiło zawieszenie broni. Do tego stopnia, że Gwyn Thomas w końcu ustąpiła i 
w kolejny weekend pozwoliła dziewczynce pojechać z Tendaiem na objazd rezerwatu. Zabrał ją 
dżipem o czwartej trzydzieści w niedzielny poranek, gdy widać było tylko smugę brzasku na 
rozgwieżdżonym niebie, i zawiózł do najwyżej położonego punktu w Sawubonie - na skarpę 
porośniętą gęsto aloesem, proteami królewskimi i krzewami, które pachniały jak curry. Na pokrytych 
porostami skałach rosły kaktusy. 

86 

Droga prowadząca na szczyt skarpy była mocno ze-rodowana i zdradliwa, dlatego Tendai i Martine 
pokonali ostatni odcinek pieszo, a gdy dotarli do celu, na niebie widniały ogniste smugi. Kiedy Tendai 
rozpakowywał śniadanie, Martine usadowiła się na głazie, wciąż gorącym od upału poprzedniego 
dnia. Daleko w dole znajdowała się największa w Sawubonie tama. Wzeszło słońce i po chwili oczy 
Martine przywykły do miodowego światła. Dziewczynka dostrzegła stada bawołów, gazel i słoni, 
kierujące się w stronę wody. Białe czaple obserwowały wszystko z drzew niczym sztywne papierowe 
ptaki wykonane japońską techniką origami. 

background image

Martine pomyślała, że nigdy wcześniej nie oddychała tak czystym powietrzem, nie widziała tak 
cudownego widoku ani nie słyszała bardziej zadziwiających melodii od tych wyśpiewywanych o 
poranku przez ptaki. Żałowała, że mama i tata nie mogą razem z nią cieszyć się tym wszystkim, 
jednak myśl, że mama prawdopodobnie odwiedzała to miejsce i oglądała wschody słońca, sprawiała 
dziewczynce przyjemność. Tendai rozpalił niewielki ogień i zaparzył w kociołku herbatę ze 
słodzonym mlekiem. Wręczył Martine porcję gorącego chleba afrykańskiego z mąki kukurydzianej, 
który piecze się w węgielkach, szczelnie owinięty w liście bananowca. Przeżuwali z zadowoleniem, 
obserwując zwierzęta i rozciągającą się pod nimi dolinę. 

Po chwili Martine powiedziała: 

- Tendai, czy mogę o coś zapytać? 

- Yebo. 

- Na pewno? 

- Yebo. 

87 

- Skąd pan ma tę bliznę na twarzy? 

Tendai zaśmiał się, ale był to gorzki śmiech, pozbawiony charakterystycznego dla mężczyzny humoru. 

- To stało się bardzo dawno temu, moja mała. Zbyt dawno, by miało to znaczenie. Byłem młodym 
gniewnym, ot i wszystko. 

Martine odniosła wrażenie, że mężczyzna nie chce o tym rozmawiać, jednak ciekawość wzięła górę. 

- Zaatakowało pana jakieś zwierzę czy wdał się pan w bójkę? 

Tendai rozpiął guziki koszuli w kolorze khaki i Martine aż zakryła dłonią usta. Jego plecy i potężna 
klatka piersiowa pokreślone były pięćdziesięcioma czy sześćdziesięcioma grubymi, wypukłymi 
bliznami. Wyglądało to tak, jakby ktoś lub coś chciało go pociąć na milion kawałków. 

- Jakie zwierzę mogłoby to zrobić? - odezwał się cierpko. - Nie, moja mała, zwierzęta mogą cię 
podrapać albo ugryźć czy nawet rozszarpać z głodu lub strachu, ale tylko człowiek może zmiażdżyć 
twoje wnętrze, twoje serce, i to z powodu koloru twojej skóry. 

Martine głośno przełknęła ślinę. 

Tendai miał nieobecny wyraz twarzy. Gdy zaczął mówić, brzmiało to tak, jakby widział coś, co 
wydarzyło się na innej Ziemi, w innym życiu. Miał dwanaście lat, gdy jego rodzice przenieśli się w 
poszukiwaniu pracy ze spokojnej wioski w górach Drakensberg do cieszącego się złą sławą osiedla 
czarnej ludności w Soweto, w pobliżu Johannesburga. 

- Przez wiele lat - przypominał sobie Tendai - było tak, jakby sam szatan wprowadził się do Soweto i 
zamienił 

88 

background image

je w piekło. Ale piekło tylko dla czarnoskórych. Całe rodziny żyły w budach z blachy falistej, bez 
toalety, bez bieżącej wody. Gdy zapadał zmierzch, rozpalaliśmy ogień, by odpędzić karaluchy i 
szczury, a po ulicach wałęsały się uzbrojone gangi. - Przerwał. - Może nie powinienem ci tego mówić. 
Twojej babci by się to nie spodobało. 

Martine wstała z kamienia i zbliżyła się do mężczyzny. 

- Proszę, Tendai - powiedziała. - Chcę wiedzieć. 

Pomimo trudności, jakie niosło ze sobą życie w Soweto, Tendai uważał, że miał więcej szczęścia od 
innych. Jego mama była wykwalifikowaną nauczycielką i pomagała mu się uczyć w ich budzie. 
Pracował ciężko i marzył, że pewnego dnia będzie mógł wrócić w góry i kupić własne gospodarstwo. 
Mając siedemnaście lat, zdobył pracę jako sprzedawca na dworcu kolejowym. Był tak dumny z siebie 
jak nigdy wcześniej. Istniał tylko jeden problem. Każdego dnia szedł pięć mil do pracy i niemal 
codziennie zatrzymywała go policja, chcąc sprawdzić jego dokumenty. W tamtych czasach ludzie o 
innym kolorze skóry niż biały nie mogli się poruszać legalnie bez dokumentów. 

- Jeden policjant był szczególnie złośliwy. Jakby mnie nienawidził, choć nawet mnie nie znał. 
Czasami czułem, że zwyczajnie chce mnie kiedyś dopaść. 

Martine poczuła, że cała drży. 

- I co, udało mu się? Tendai skinął głową. 

- Przyłapał mnie bez dokumentów. Mama uprała mi koszulę i zapomniała po wysuszeniu włożyć 
dokumenty do kieszeni. Zaczął mnie okładać pałką i wrzeszczeć na mnie za to, że nie mam papierów. 
Gdy przypomniałem 

89 

mu, że wcześniej już wielokrotnie je sprawdzał, zaczął mnie wyzywać. Później rozdarł mi koszulę. Do 
tej pory panowałem nad sobą, ale kiedy zniszczył mi ubranie -bez którego nie mogłem iść do pracy - 
przykro mi to mówić, ale uderzyłem go z całej siły. 

Z tego, co się stało potem, Tendai pamiętał bardzo niewiele. Gdy odzyskał przytomność, leżał w 
więziennym szpitalu, pokryty pręgami, które powstały w wyniku bicia batogiem ze skóry nosorożca. 
Kiedy po dziewięciu miesiącach opuścił szpital, okazało się, że jego rodzice zostali zabrani przez 
władze. Już nigdy ich nie zobaczył. W wieku osiemnastu lat był załamanym człowiekiem, żyjącym na 
surowych, niebezpiecznych ulicach Johannesburga, gdzie znalazła go Grace. 

- To Grace nauczyła mnie, że najlepszą zemstą jest wybaczenie - powiedział Tendai. - Czasami tym, 
co najbardziej rani twoich wrogów, jest świadomość, że nie jesteś taki jak oni. Grace poznała mnie z 
twoim dziadkiem, który odmienił moje życie. Wierzył w Afrykę Południową, gdzie ludzie wszystkich 
kolorów skóry są równi. Wielu nie podziela tego poglądu. 

- Dlaczego nie? - spytała Martine. Z jakiegoś powodu przed oczami dziewczynki pojawiła się twarz 
grożącego jej Aleksa du Preeza. 

- Nie wiem, moja mała - powiedział zmęczonym głosem Tendai. - Zwyczajnie nie wiem. 

Spakowali rzeczy po śniadaniu, zasypali piachem żar i ruszyli w powrotną drogę w dół skarpy. Trawa 
wciąż była wilgotna od rosy, ale poranne słońce grzało mocno skórę. Gdy szli, Tendai udzielił Martine 

background image

pierwszej lekcji sztuki przetrwania w buszu. Podniósł z ziemi liść i pokazał jej, jak wycisnąć z niego 
żel, który łagodzi oparzenia i wysypkę, leczy rany i uśmierza swędzenie. 

Było to imponujące, ale aloes nie mógł się porównywać z drzewem marula, które naprawdę było 
dobrze zaopatrzoną apteką. Tendai opowiedział jej, że złoto-żółte owoce nie tylko łagodzą bóle 
brzucha, lecz także mają czterokrotnie więcej witaminy C niż pomarańcze. Za to liście świetnie nadają 
się do opatrywania ran i leczenia ukąszeń owadów, a kora zmniejsza stany zapalne. Ale to nie 
wszystko. Pestka owocu maruli zawiera olej ceniony przez Afrykańczyków i używany w charakterze 
kropel do nosa i uszu lub też jako naturalna świeca w łupince. Zulusi wierzyli nawet, że jeśli osoba 
cierpiąca na wypryski wstanie przed świtem, bez słowa podejdzie do drzewa i odgryzie kawałek kory, 
zostanie uleczona. 

Martine rozejrzała się wokoło ze zdumieniem. Z każdym mijającym dniem coraz bardziej czuła, że 
należy do tego miejsca. Tak jakby sam krajobraz wślizgiwał się w jej duszę. Myślała o tym jak o 
nauce języka. Każdy nowy śpiew ptaka, każdy podmuch wiatru, każda nowa roślina i nowe spotkanie 
z członkami lokalnej społeczności i zwierzętami były jak nowe słowa. Zebrane w całość, tworzyły 
język buszu. Miała nadzieję, że jeśli będzie się pilnie uczyła, pewnego dnia osiągnie taką płynność, 
jaką posiadał tropiciel. 

90 

91 

- Proszę pokazać mi więcej - namawiała Tendaia, a on pokazywał. Nauczył ją, jak rozpoznać 
wielowarstwowy grzyb pomarańczowy, który znakomicie smakuje po upieczeniu, i jak zrobić z liścia 
rożek do łapania mgły czy deszczówki. Pokazał jej nawet drzewo „z papierem toaletowym", które 
miało miękkie liście, przydatne w sytuacjach, gdy jest się z dala od domu, a trzeba załatwić potrzebę 
fizjologiczną! 

Najlepsze ze wszystkiego było to, że nauczył ją robić naturalny kompas. Najpierw wybrał prosty patyk 
o długości około metra. Wbił go w ziemię w pewnej odległości od trawy i innych roślin, tak by rzucał 
wyraźny cień. 

- Kiedy już się upewnisz, że patyk stoi równo, palcem lub gałązką zaznaczasz czubek cienia - 
powiedział Martine. - Czekasz piętnaście minut. Kiedy cień się przesunie, znów zaznaczasz czubek. 
Wtedy rysujesz prostą linię łączącą te punkty, o tak. To jest twoja linia wschód - zachód. Jeśli teraz 
postawisz lewą stopę na pierwszym znaczku, a prawą na drugim, będziesz zwrócona twarzą mniej 
więcej na północ. Są bardziej precyzyjne sposoby wyznaczania kierunków, ale sądzę, że dla ciebie ta 
metoda będzie najprostsza. 

Martine mogłaby słuchać lekcji o przetrwaniu w buszu przez cały dzień, wiedziała jednak, że Tendai 
ma obowiązki do wypełnienia, więc podziękowała mu i poszli dalej zboczem skarpy. Ścieżka była 
zarośnięta, a od czasu do czasu drogę zagradzały im kaktusy i wielkie głazy. W pewnym momencie, 
gdy Martine już miała zeskoczyć z kamienia na miękką kupę liści, Tendai gwałtownie wyciągnął 
ramię i szarpnął dziewczynkę do tyłu tak mocno, że poślizgnęła się i obtarła gołe kolano. Już otwierała 
usta, 

by zapytać gniewnie, co on sobie wyobraża, gdy ujrzała posępną twarz Tendaia. W liściach, doskonale 
zakamuflowanych w brązach, szarościach i żółci leżało dwanaście małych węży z rodziny 
żmijowatych. Mężczyzna uświadomił jej, że są w równym stopniu jadowite co ich matka. 

background image

Martine była roztrzęsiona. To już drugi raz w ciągu niespełna dwóch tygodni, gdy ktoś uratował jej 
życie. 

- Co by się stało, gdyby mnie ukąsiły? Tendai uśmiechnął się. 

- Ale cię nie ukąsiły. 

- Ale co by się stało, gdyby mnie ukąsiły? 

Zulus odmówił odpowiedzi, a zamiast tego wyjaśnił: 

- Po ukąszeniu jakiegokolwiek węża musisz zachowywać się cicho i spokojnie jak to tylko możliwe. 
Postaraj się rozpoznać węża i powoli idź po pomoc. 

Okazało się, że mocz jest doskonałym środkiem bakteriobójczym i świetnie nadaje się do 
wykorzystania, jeśli w pobliżu nie ma wody, a kobra napluła ci do oka. Martine wyobraziła sobie, jak 
spokojnie siusia do kubka albo nawet swojej dłoni, a później przemywa oczy. „Fuj!", pomyślała i 
wzdrygnęła się, przypomniawszy sobie bliskie spotkanie z kobrą tamtego wieczoru. Postanowiła w 
przyszłości trzymać się z dala od węży. 

Tendai dostrzegł wyraz jej twarzy i wybuchnął śmiechem. 

- Nie martw się, moja mała. Węże zazwyczaj robią wszystko, by unikać ludzi i rzadko kąsają, jeśli nie 
zostaną postawione w sytuacji bez wyjścia lub nie poczują zagrożenia. 

- Hm - mruknęła Martine z powątpiewaniem. 

13 

dy dotarli do dżipa, Tendai odstawił rzeczy ze śnia-%JI dania do kabiny i wyjął strzelbę. Ruszyli 
pieszo przez dolinę. Słońce tak paliło, że nawet ziemia pachniała pieczenia, a niebo było błękitne jak 
skrzydło zimorodka. O tej porze dnia nie ma co nawet marzyć o skrawku cienia, jednak cierniste 
drzewa o koronkowych liściach tętniły życiem. Latały w nich pszczoły, gruchały gołębie i 
grzebieniaste hałaśniki szare, o których jej babcia i Tendai mówili „turako szary". Były to dźwięki, 
które Martine kojarzyły się jednoznacznie z Afryką. 

Trzymała się blisko Tendaia, który szedł z palcem na cynglu strzelby, gotowy na spotkanie ze 
słoniami, bawołami i lwami, najbardziej nieprzewidywalnymi zwierzętami w rezerwacie. Nic nie 
umknęło jego uwadze. Pokazał Martine gniazdo z pisklętami dudka, śmiesznego kameleona i tropy 
samicy geparda z dwojgiem młodych. 

Potrafił nawet określić wielkość potomstwa i tempo przemieszczania się rodziny. 

Im więcej Tendai opowiadał, tym bardziej jasne stawało się, że zna Sawubonę tak dobrze jak własną 
kieszeń. Przy nim Martine czuła się bezpieczna. Chropowatym głosem i cierpliwością, z jaką 
tłumaczył różne rzeczy, przypominał jej ojca. 

Nagle Tendai zamilkł. Mruknął ze złością i wyciągnął z kieszeni obcęgi. Celem obchodów było 
znajdowanie wnyków, sideł i żelaznych pułapek zastawionych przez kłusowników, które dusiły 
zwierzęta lub łamały im kończyny, skazując je na powolne konanie. Martine obserwowała, jak 
zamknął pułapkę, niemal niewidoczną w trawie, i odciął zardzewiały drut mocujący ją do drzewa. 

background image

- Już nie wiem, co robić - powiedział, gdy weszli w przyjemny chłód skupiska drzew. - Niezależnie od 
tego, ile sideł usunę, następnego dnia są w tych samych miejscach. A teraz zaczęliśmy tracić także 
grubą zwierzynę. W ostatnim miesiącu znikły lew i bawół. Chciałbym, żebyśmy mogli zatrudnić 
strażnika, ale mamy ograniczone środki. 

Słuchając go, Martine zaczęła bać się o Jeremiaha. Co, jeśli jej żyrafa (zaczęła myśleć o Jemmym jako 
o swoim złamie sobie nogę w stalowej pułapce? 

- Tendai... 

Zulus przyłożył palec do ust. Sugerował, że powinna cicho podczołgać się do przodu i przykucnąć 
razem z nim za drzewem. Siedzieli w bezruchu. Po kilku minutach pojawił się z wdziękiem okazały 
samiec kudu i zatrzymał przed nimi w przenikających przez korony 

drzew promieniach słońca. Wyglądał, jakby nasłuchiwał. Martine pomyślała, że jest następny w 
kolejności, po Jemmym oczywiście, wśród najcudowniejszych zwierząt, jakie kiedykolwiek widziała. 
Miał spiralne poroże i oczy w kształcie migdałów, osadzone na szerokim, płowym pysku. Długa, 
jedwabista sierść białego koloru znaczyła linię szyi, a delikatne białe prążki zdobiły grzbiet, 
wypiętrzony w okolicy łopatek. 

- Jest niezwykły - szepnęła do Tendaia, który uśmiechnął się do niej szeroko. 

TRACH! 

Kula rozpłatała pień drzewa ponad głową Tendaia, zasypując go drzazgami i jednocześnie wprawiając 
Martine w przerażenie. Nim zdołali się ruszyć, drugi nabój ugodził kudu w szyję. Trysnęła fontanna 
krwi, a zwierzę padło na ziemię i zamarło w bezruchu. Martine zaczęła krzyczeć. 

Między drzewami pojawił się Aleks, a z lufy jego strzelby wciąż wydobywał się dym. Przepocone 
blond włosy sterczały mu na wszystkie strony. 

- Przepraszam was, wiaro - powiedział. - Obraz tańczył mi w lunecie. Na szczęście was nie trafiłem, 
hej! Usiłowałem trafić tamto kudu. Z miejsca, w którym stałem, wyglądało, jakby złapało się w sidła. 

Tendai aż kipiał złością. 

- Nic nie dolegało temu kudu, kompletnie nic -wrzeszczał. - Gdzie są sidła? Dlaczego tak po prostu go 
zastrzeliłeś? 

- Co mam powiedzieć? - odparł żywo Aleks. - Takie rzeczy się zdarzają. Przynajmniej będzie dobre 
żarcie. 

To jeszcze bardziej rozsierdziło Tendaia i mężczyźni zaczęli się kłócić. Żaden z nich nie zwrócił 
uwagi na Martine, która pędem rzuciła się w stronę powalonego kudu. Jego oczy się szkliły, a śliczna 
płowa sierść była szkarłatna od krwi. Kula zrobiła wielką, postrzępioną dziurę w znaczonej białą 
sierścią szyi. 

Martine pochyliła się nad antylopą. Była w transie, tak jak wtedy, gdy trzymała dziką gęś. W 
normalnych warunkach byłaby niepocieszona, że ktoś śmiał strzelić do zwierzęcia, jednak tego dnia 
nie odczuwała nawet odrobiny smutku. Czuła za to, że wypełnia ją ogromna energia, jakby w jej 
żyłach płynęły najdoskonalsze ładunki elektryczne na świecie. Ręce dziewczynki stały się piekielnie 
gorące. Przyłożyła je do serca kudu. Wyczuwała jego słabe bicie, powoli zanikające. 

background image

Martine myślała intensywnie. Wstrząs i utrata krwi sprawiły, że kudu straciło przytomność. Wiedziała 
z zasad pierwszej pomocy, których nauczył ją tata, że bez specjalnych zabiegów ratujących życie 
zwierzę umrze w ciągu kilku minut. Ale to nie oznaczało, że nie da się go ocalić. Kula przeszyła 
gardło, minęła tętnicę i wyszła na zewnątrz. Jeśli Martine zdołałaby zatamować krew i uzdrowić 
słabnące serce, wtedy może, tylko może, kudu znów zaczęłoby oddychać. 

Dziewczynka usłyszała dobiegające z pewnej odległości sarkastyczne warknięcie Aleksa: 

- Z tobą jest taki problem, Tendai, że zawsze przedkładasz uczucia nad interesy. Martwe zwierzę nie 
musi oznaczać katastrofy, mój przyjacielu. Czasami to tylko pokryta sierścią sumka pieniędzy. 

Martine przestała słuchać i położyła rękę na dziurze w szyi kudu. Krew wypływała przez szpary 
między palcami. Liczyła się każda sekunda. Rozejrzała się wokoło, desperacko poszukując czegoś, 
czym mogłaby osłonić ranę. Nie było nic prócz wyblakłych odchodów zwierząt, wyschniętej trawy i 
wielkiego mrowiska. Mrowisko! Martine doznała nagłego olśnienia. Przypomniała sobie opowieść 
panny Volkner o tym, jak plemię Shagaan wykorzystało kiedyś żołnierzy termity, które mają potężne 
żuchwy i szczypce, do „zaszycia" ran. Panna Volkner wyjaśniła, że udało się uzyskać taki efekt dzięki 
temu, iż ślina mrówek jest naturalnym środkiem bakteriobójczym. „Wadą tego rozwiązania - dodała 
tonem, który zdaniem Martine zawierał niepotrzebną nutę rozkoszy - jest konieczność oderwania 
mrówkom tułowia po tym, jak ich szczęki zacisną się na brzegach rany. To jedyny sposób, by nie 
puściły". 

Martine czuła wtedy obrzydzenie na myśl o pozbawianiu biednych termitów głów, a teraz, gdy 
obserwowała, jak wracając do domu, mijają niewinnie jej lewe kolano, nie było jej ani trochę łatwiej. 
Wiedziała jednak, że musi uratować kudu. 

Żołnierze termity były łatwe do namierzenia. Miały bulwiaste czerwone głowy na malutkich, 
kremowych tułowiach, a ich czarne szczęki falowały w powietrzu jak broń. Martine w mgnieniu oka 
połączyła ze sobą krawędzie rany w równą linię, złapała przechodzącego insekta za odwłok, tak by jej 
nie ugryzł, i przyłożyła jego szczypce do różowego ciała. Termit mocno je zacisnął. Bez chwili 
zastanowienia Martine oderwała mu tułów. Zadziałało! Czarne szczęki robaka objęły 

krawędzie rany dokładnie jak szew. Dziewczynka chwyciła kolejnego termita i powtórzyła poprzednie 
czynności, tłumacząc sobie, że przynajmniej zginął w słusznej sprawie. Nikt nie zdeptał go przez 
przypadek czy coś w tym stylu. W niecałą minutę dwadzieścia głów termitów spoiło ranę tak 
dokładnie, jak nie zrobiłby tego żaden chirurg. Nie wypływała nawet cienka strużka krwi. 

Martine przyłożyła gorące dłonie do gasnącego serca zwierzęcia i zaczęła naciskać co pięć sekund. 
Pod jej dotykiem zaczęło bić mocniej, a skóra kudu stała się ciepła. Gdy stworzenie otworzyło oczy i 
ujrzało nad sobą Martine, było nieco zbite z tropu, ale ani trochę przerażone. Podniosło się chwiejnie z 
ziemi i machając lekko ogonem, oddaliło się słabymi susami. 

Z uczuciem nieopisanej radości dziewczynka obserwowała, jak samiec znika między drzewami. 
Myślała tylko o jednym: „Tata byłby ze mnie dumny". 

Właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że jakimś sposobem, całkiem niepostrzeżenie, zaczęła odnajdywać 
swoje miejsce w nowym świecie i znów odczuwać radość. Trzy razy w ciągu kilku ostatnich tygodni - 
ratując gęś egipską, odnajdując Jemmyego i teraz uzdrawiając kudu - musiała działać sama, bez 
niczyjej pomocy, nawet jeśli była bardzo, bardzo przerażona, i za każdym razem działo się coś 
niezwykłego. Dzięki temu uwierzyła w swoje zdolności. 

background image

Mimo to bała się spojrzeć na dwóch mężczyzn, którzy być może byli świadkami tego, co się właśnie 
zdarzyło. Na szczęście wyglądało na to, że nic nie widzieli. Aleks stał do niej tyłem i zasłaniał 
Tendaiowi widok 

98 

99 

swoim ciałem. Wciąż się kłócili. Za pomocą kępy trawy i śliny zmyła z rąk krew i zbliżyła się do nich. 

- Kudu poszedł sobie - oznajmiła jak gdyby nigdy nic. Mężczyźni przestali perorować i wlepili wzrok 

w miejsce, gdzie wcześniej leżał zwierzak. 

Tendai przetarł oczy. Dziwnie poszarzał. Przeniósł spojrzenie z przesieki na Martine i z powrotem. 

- Gdzie jest kudu? - ryknął Aleks. - Gdzie jest kudu? Był martwy. Jak, u diabła, mógł się ruszyć? 

- Poczuł się lepiej - odparła Martine. - Stwierdził, że pałętanie się tutaj, gdy pana strzelba szwankuje, 
to zły pomysł. 

Aleks zbliżył się do niej, jakby zamierzał udusić ją gołymi rękami. 

- Posłuchaj raz jeszcze - warknął. - Zapamiętaj sobie, co ci powiedziałem. Bądź bardzo, bardzo 
ostrożna. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia. -Odwrócił się do Tendaia. - A jeśli chodzi 
o ciebie, tak do twojej wiadomości, powinieneś wiedzieć, że do tego rezerwatu nie dotarły jeszcze 
zmiany, które zaszły gdzie indziej. 

Zawiesił sobie broń na ramieniu i znikł między drzewami. 

Martine czekała, póki nie usłyszała oddalającego się szybko samochodu. 

- Mógł pana zabić - powiedziała. 

Zulus siedział na ziemi z głową ukrytą w dłoniach. Na twarzy miał dwa brzydkie zadrapania od 
odłamków pnia. Uniósł twarz. 

- Proszę, nic nie mów swojej babci. 

- Tendai! 

- Proszę. 

- W porządku - zgodziła się bez przekonania Martine. 

Przez minutę panowała cisza. Po chwili Tendai odezwał się: 

- Ciotka Grace miała rację, prawda, moja mała? Masz dar. 

Martine nie odpowiedziała. 

- Ten kudu - nie dawał za wygraną Tendai. - On umierał. Co mu zrobiłaś? 

- Odpoczywał - odparła Martine. - Ten kudu tylko odpoczywał. 

background image

I tym Tendai musiał się zadowolić. 

100 

14 

Połączenie dziwacznego zachowania Aleksa i opowieści o łamiących kości wnykach, które Tendai 
zniszczył w dolinie, tak bardzo zdenerwowało Martine, że zamiast, tak jak obiecała, czekać, aż żyrafa 
ją znajdzie, była coraz bardziej skłonna szukać jej sama. Przynajmniej raz szczęście się do niej 
uśmiechnęło. Osiem dni po tamtej eskapadzie z Tendaiem, w niedzielę, babcia dostała wiadomość, że 
jej bliska przyjaciółka została zabrana do szpitala, który znajdował się w Somerset West, dwie 
godziny drogi samochodem od domu, i Gwyn Thomas musiała tam zostać na noc. Chciała zabrać ze 
sobą Martine, jednak dziewczynka przekonała ją, że będzie znacznie lepiej, jeśli zostanie w 
Sawubonie. 

- Nie chcę być później zmęczona w szkole. 

- To prawda, choć jestem zdziwiona, słysząc to z twoich ust - odparła jej babcia. - Tak czy owak, będę 
się martwiła, że zostałaś tu sama. 

- Nie będę sama - zapewniła ją Martine. - Warrior i Shelby dotrzymają mi towarzystwa, a jeśli czegoś 
się wystraszę, mogę zadzwonić do Tendaia. A poza tym mam pracę domową do dokończenia. 

O drugiej pomachała babci na pożegnanie, ze swoim 

- taką miała przynajmniej nadzieję - godnym zaufania uśmiechem. Samo to wzbudziło podejrzenia 
Gwyn Thomas i nie minęło pół godziny, gdy pod drzwiami zjawił się Tendai, by sprawdzić, co 
słychać. Na szczęście Martine, która rzeczywiście miała do dokończenia szkolne zadanie, siedziała już 
w jadalni przy stole, otoczona książkami, więc bez trudu przekonała Tendaia, że wszystko w 
porządku. 

- Zadzwonię natychmiast, jeśli coś się będzie działo 

- obiecała. 

Skończywszy pracę domową, poszła do swojego pokoju i zaciągnęła zasłony. Ukryta przed 
popołudniowym słońcem, nastawiła budzik i wskoczyła do łóżka. Miała przed sobą długą noc i 
musiała się porządnie wyspać. 

Była pierwsza w nocy, gdy Martine weszła do rezerwatu, trzęsąc się z nerwów. Wystarczyło kilka 
sekund i już wiedziała, że szykują się kłopoty. Przykucnęła w gęstej trawie i uważnie przyjrzała się 
otoczeniu. Wśród drzew migały światła. O tej porze mogło to oznaczać jedno z dwojga. W najlepszym 
razie to Tendai albo Aleks patrolowali rezerwat, a w takim przypadku, jeśli zostałaby nakryta, a babcia 
dowiedziałaby się o tej eskapadzie, dalsze życie 

102 

103 

stałoby się piekłem. W najgorszym zaś razie była to banda kłusowników - może nawet zabójców jej 
dziadka. Tak czy owak, szykowała się straszna katastrofa. Jako że powrót bez zwracania na siebie 

background image

uwagi nie był możliwy, pod osłoną trawy przemieściła się do linii drzew, po czym rzuciła się pod kępę 
krzaków. 

Teraz słyszała rozmowę. Mężczyźni mówili cicho, ale była ładna noc, więc głos niósł się wyraźnie po 
wodzie. 

- Mówię ci, stary, lepiej, żeby nie był to znów daremny wysiłek - powiedział jeden. - Jeśli wkrótce nie 
dostarczymy tego stworzenia, M... - imię porwał wiatr - ...zrobi się niemiły. Nie przywykł do 
czekania. 

- Czy kiedykolwiek cię zawiodłem? - odezwał się drugi głos. - Znajdę to przeklęte zwierzę, nawet 
gdyby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. 

Głosy zbliżyły się i jeden z mężczyzn wyłonił się zza drzew. Podszedł do krawędzi zbiornika 
wodnego i ukuc-nął, by w świetle latarki przyjrzeć się błotu. 

- Strzał w dziesiątkę! - zapiał z zachwytu. 

Z cienia wyszedł jego towarzysz. Martine usiłowała lepiej mu się przyjrzeć, jednak mimo pełni 
księżyca był zbyt daleko, żeby dostrzec coś więcej niż tylko niewyraźny kształt. 

- O co chodzi? 

- Ślady żyrafy - odparł pierwszy. Wyprostował się. -Teraz musimy tylko znaleźć tę bestię. 

Rozległ się szelest liści i Martine odwróciła się, zdjęta strachem. To był Jemmy. Całkiem bezgłośnie 
zbliżył się do niej, a teraz wznosił się nad dziewczynką, jego sylwetka wyglądała jak skrzący się, biały 
gigant na tle niebiesko-czarnego nieba. Nie odrywał wzroku od dwóch mężczyzn. 

- Jemmy! - szepnęła Martine. - Musisz uciekać. Biegnij! Znikaj stąd! 

Zwierzę ani drgnęło. 

- Jemmy! - syknęła Martine najgłośniej, jak się odważyła. - UCIEKAJ! 

Biała żyrafa zachowała się tak, jakby dopiero teraz ją zauważyła. Spojrzenie czarnych, lśniących oczu 
stworzenia przeniosło się z Martine na mężczyznę i z powrotem. Żyrafa drżała. Każdy centymetr jej 
ciała był gotów do ucieczki, jednak coś ją powstrzymywało. 

Porzucając myśli o własnym bezpieczeństwie, Martine wyskoczyła z ukrycia. 

- Biegnij, Jemmy - prosiła, okładając pięściami nogę żyrafy. - Musisz uciekać. 

Zwierzę pchnęło ją zdecydowanie nosem. W tej samej chwili dotarło do Martine, że chce, by poszła z 
nim. 

- Tam jest! - zawołał jeden z mężczyzn, a Martine zmroził strach. Za plecami słyszała krzyki i 
piskliwy dźwięk uruchamianego silnika. Nie było ucieczki. To, że zostaną złapani, ona i Jemmy, było 
kwestią kilku minut. Chyba że... 

- Jemmy - zawołała Martine i podbiegła do najbliższego drzewa, na które można się było wspiąć. 
Przez kilka mrożących krew w żyłach chwil zdawało się, że zwierzę nie idzie za nią, jednak nagle 
ruszyło. Martine podciągnęła się na najwyższą gałąź, jaką mogła złapać. Nie było czasu do 

background image

zastanowienia. Szczególne okoliczności nie sprzyjały myślom, że nigdy wcześniej nie jeździła na 
żadnym zwierzęciu, nawet na kucu szetlandzkim, i że jazda na rowerze też nie była jej mocną stroną. 
Po prostu wskoczyła na grzbiet Jemmy ego i chwyciła się grzywy. 

104 

105 

Pierwszy, spłoszony ruch białej żyrafy o mało nie skończył się upadkiem Martine. Jakimś sposobem 
dziewczynce udało się jednak przed tym uchronić. Nim przywykła do świadomości, że znajduje się 
ponad trzy metry nad ziemią - na tej samej wysokości co zaskoczona sowa, mknęli już przez noc. 
Martine pochyliła się w przód, tak jak dżokeje, których widziała w Anglii. Objęła zwierzę nogami i 
usiłowała nie patrzeć w dół. 

Przecinali ciemny las z niezwykłą prędkością, Jemmy galopował rytmicznym, rozbujanym krokiem. 
Dla Martine pozostawało zagadką, jak udawało mu się uniknąć zderzenia ze zwisającymi nad ich 
głowami gałęziami czy utknięcia kopytem w korzeniach. Niemniej jednak, gdy przywykła już do 
pochyłego grzbietu, odkryła, że jazda na żyrafie jest zaskakująco prosta. Zwierzę miało szeroki i 
wygodny grzbiet, a jego sierść przypominała atłas. Wkrótce wyglądało to tak, jakby szalona jazda przy 
świetle księżyca na grzbiecie młodej żyrafy stanowiła najbardziej naturalną rzecz na świecie. 

Głosy mężczyzn znikły daleko w tyle. Wkrótce Martine nie słyszała nic poza szumem wiatru w uszach 
i ostrymi nawoływaniami nocnych ptaków. Stopniowo drzewa ustępowały miejsca otwartemu 
stepowi, a dziewczynka dostrzegała cienie zwierząt i czuła słodki zapach nocnego buszu. Zebry 
spoglądały na nich, mrugając, gdy je mijali, lemur afrykański zmierzył ich spojrzeniem swych 
przypominających latarki oczu, a dwie wygłodniałe lwice rzuciły się za nimi w pogoń, jednak po 
chwili zawróciły i leżąc, czekały na łatwiejszą ofiarę. 

Po kwadransie dotarli do niższego zbocza góry, która stanowiła północną granicę Sawubony, i Jemmy 
zwolnił. 

106 

Szyję miał mokrą od potu i dyszał ciężko, jak koń wyścigowy w galopie. Wyglądało na to, że czegoś 
szuka. 

Martine była tak zachwycona doświadczeniem jazdy na prawdziwej żyrafie, że początkowo nie 
zwracała uwagi na otoczenie. Odlotowo było, mimo lekkich zawrotów głowy, oglądać świat z takiej 
wysokości. Gdy w końcu rozejrzała się dokoła, spostrzegła, że znajdują się na martwej polanie, 
pokrytej łupkami i kamieniami, u stóp granitowego klifu. Roztaczała się tu aura pustkowia. Zazwyczaj 
afrykańskie noce tętniły odgłosami cykad, żab i nocnych stworzeń, jednak ten teren zdawał się 
pozbawiony jakiegokolwiek życia. Nawet temperatura była niższa. Nie rosło tam nic z wyjątkiem 
samotnego, poskręcanego drzewa, które zapuściło korzenie w skale i było pokryte plątaniną mchu i 
pasożytniczych pnączy. Zapewne z powodu wichur, które nawiedzają górskie tereny, rosło 
skarłowaciałe i zdeformowane przez lata, a Martine pomyślała, że stoi między skałami jak groźny 
wartownik. Nie była w stanie znaleźć wytłumaczenia, dlaczego biała żyrafa zabrała ją w to okropne 
miejsce, jednak zwierzę było poruszone. Zaczynała się niepokoić. 

W nocnej ciszy rozległ się warkot silnika. Kierował się prosto w ich stronę. Światło reflektora 
rozjaśniło skałę nad ich głowami. 

background image

- Jemmy! - krzyknęła Martine. - Co ty robisz? Musimy uciekać! 

Poczuła pod sobą, że zad białej żyrafy tężeje, jakby szykowała się do potężnego skoku. Martine objęła 
szyję zwierzęcia i trzymała się z całych sił. Do tej chwili była zbyt zachwycona cudowną jazdą, by 
myśleć, dokąd Jemmy ją zabiera albo co się stanie, kiedy już tam dotrą. Teraz 

107 

musiała stawić czoło rzeczywistości. Bała się nawet myśleć o tym, ile kości połamie, uderzając o 
ziemię, albo jak zdoła doczołgać się do domu i wytłumaczyć obrażenia babci. Zakładając oczywiście, 
że nie zostanie po drodze zjedzona, pogryziona, pokąsana, stratowana, wzięta na rogi albo zastrzelona 
przez kłusowników. Ale teraz nie było czasu, by o tym myśleć. 

Jemmy wykonał sześć zapierających dech w piersiach szybkich kroków i ogromny skok. Na sekundę 
przed tym, nim dżip wjechał na polanę, a świat okryła ciemność, Martine zrozumiała, dlaczego Tendai 
nigdy nie był w stanie iść po śladach stworzenia. Biała żyrafa po prostu rozpłynęła się w powietrzu. 

15 

Martine nie miała pojęcia, jak udało im się przeżyć ten skok w nieznane. W jednej chwili byli na 
przyprawiającej o gęsią skórkę polanie, w następnej zaś Jemmy ruszył prosto na skalną ścianę, a 
dziewczynka walczyła zawzięcie z duszącym pędem powietrza, drapana i szarpana przez kosmate 
pnącza i kolczaste gałęzie. 

W końcu zatrzymali się gwałtownie. Znajdowali się w kompletnych ciemnościach. Minęło trochę 
czasu, nim oczy Martine przywykły do mroku, a do dziewczynki dotarło, że wciąż siedzi na grzbiecie 
żyrafy, cała i zdrowa. Jeszcze więcej czasu potrzebowała na to, by wymyślić, jak bezpiecznie znaleźć 
się na ziemi. 

Stojąc na twardym podłożu, znów czuła się mała i bez znaczenia, a jednak przepełniała ją radość. 
Przynajmniej na razie udało się jej i Jemmy emu przechytrzyć kłusowników. Wyjęła z kieszeni 
szkolnej wiatrówki podręczną 

latarkę i w duchu przygotowała się na wszystko, co mogło się wydarzyć. Tak niedawno ochoczo 
wspięła się na grzbiet żyrafy (mimo że istniały zapewne mocne dowody na to, że nikt przed nią 
jeszcze tego nie próbował) i dała się ponieść w przerażające miejsce, z jeszcze bardziej przerażającym 
drzewem. Wtedy, gdy sądziła, że prawdopodobnie osiągnęły szczyt surrealizmu, biała żyrafa 
zaatakowała zbocze. 

Mogli być gdziekolwiek. 

Martine włączyła latarkę. Poczuła ulgę. Nie pojawiło się nic niezwykłego - w każdym razie nic, co 
świadczyłoby o działaniu magii - czarnej czy jakiejkolwiek innej. A Jemmy tak naprawdę wcale nie 
przedarł się przez skałę. Po prostu przeskoczył przez zasłonę pnączy oddzielającą drzewo od 
znajdującej się za nim szczeliny. Jako że szczelina biegła niemal równolegle do klifu i była 
zamaskowana listowiem i potężną, powykręcaną sylwetką drzewa, z zewnątrz nie dało się jej dostrzec. 
Martine zdumiała się, że zwierzęta zdołały odnaleźć to ukryte przejście. Sądząc jednak po otaczającej 
ich ciszy, raczej niewiele stworzeń tu trafiło. 

Zataczając łuk snopem światła latarki, dziewczynka odkryła, że znajdują się w pięknej dolince o 
powierzchni nie większej niż akr, z trzech stron otoczonej wysokimi, pochyłymi ścianami z czystego 
granitu, a z czwartej potężnymi, ciemnobrązowymi, piętrzącymi się blokami skalnymi. Odnosiło się 

background image

wrażenie, jakby się weszło do wnętrza nierównej piramidy. Górskie zbocze nachylało się pod takim 
kątem, że wisiało nad głazami jak skalna półka, tworząc swoisty dach nad doliną. Z dołu widać było 
doskonale, że jeśli nawet ktoś wspiąłby się na górę 

110 

i spojrzał w dół, i tak nie zauważyłby doliny. To perfekcyjna kryjówka. 

Jednak nie to najbardziej fascynowało Martine. Sądząc z tego, że w górze widać było 
granatowoczarny prostokąt nieba, natura tak to sobie wymyśliła, że między półką a blokami skalnymi 
została wystarczająco duża przestrzeń, by przynajmniej przez część dnia światło słoneczne mogło 
wpadać do doliny. To tłumaczyło obecność kilku akacji, ulubionego pożywienia żyraf, bujnego 
dywanu trawy i wonnych białych orchidei, wyrastających z podłoża. W wydrążonej skale znajdowała 
się mała sadzawka, do której przejrzystym strumyczkiem wpływała świeża woda. 

Martine wiedziała, że stoi w sekretnym schronieniu białej żyrafy. Jemmy miał tam wszystko, czego 
potrzebował. Wszystko, z wyjątkiem miłości i towarzystwa. Nic dziwnego, że czuł się taki samotny. 
Pogłaskała kojąco sierść żyrafy i znów zdumiała się, że zwierzę poddaje się cierpliwie jej dotykowi. 
Postanowiła, że jeśli Jemmy jej na to pozwoli, da mu tyle miłości i towarzystwa, ile będzie 
potrzebował. By już nigdy nie czuł się samotny. 

Przez cały czas w jej głowie kłębiły się miliony pytań. Kto pierwszy odkrył tę Sekretną Dolinę? Czy 
jakikolwiek człowiek był tu przed nią? Czy ktokolwiek prócz zwierząt wiedział o jej istnieniu? 

Martine postanowiła przyjrzeć się bliżej konstrukcji jaskini, wodząc światłem po ścianach. Właśnie 
wtedy to zobaczyła - czarny trójkąt pomiędzy dwiema skałami. Wyglądał jak tunel. Natychmiast 
poczuła przemożną chęć zbadania go. Była w pełni świadoma, że są z pewnością lepsze rzeczy, które 
mogłaby zrobić w obecnej 

111 

sytuacji, niż wsadzanie nosa w czarne dziury, jednak mimo usilnych starań nic takiego nie 
przychodziło jej do głowy. Spojrzała na białą żyrafę. Stała przy strumyku i piła zachłannie, z 
przednimi nogami rozstawionymi szeroko, i marszczyła srebrzysty nos, gdy dotykała bąbelków wody. 

Martine zastanawiała się, co zrobić. A jeśli wyczerpała już przydział szczęścia przysługujący na jeden 
wieczór? Jednak w otwierającej się przed nią przestrzeni było coś zniewalającego. Czuła, jakby 
przyciągała ją do siebie -jakby ją nawet wołała. Miała przedziwne uczucie, że wejście do tunelu było 
tym, co powinna zrobić. Że i tak to zrobi, niezależnie od głosu rozsądku. 

Zawiązawszy mocno sznurowadła, Martine weszła chwiejnym krokiem w czarną dziurę. Miała serce 
w gardle. 

Był to tunel, jeden z tych, które pachną mokrymi skałami i zwierzętami zamieszkującymi zatęchłe, 
ciemne miejsca - pająkami, pawianami i im podobnymi. Także gepardy dobrze czuły się w takim 
otoczeniu. Jednak Martine pocieszała się myślą, że Jemmy z pewnością nie przeżyłby tak długo, 
gdyby w pobliżu mieszkały drapieżniki. Po ostatniej nieudanej próbie przekonania samej siebie, że 
powinna jednak zostać w pięknej dolinie, weszła do środka. 

Tunel był niewiele wyższy od dziewczynki i nawet niski dorosły musiałby kucać, ale właz stopniowo 
poszerzał 

background image

112 

się i stawał mniej klaustrofobiczny. Po chwili zakręcił. Martine znajdowała się teraz pod górą. Z tego 
miejsca podłoże wznosiło się ostro serią stromych schodów pokrytych śliskimi porostami. 
Dziewczynka wzięła latarkę w zęby i zaczęła się niezgrabnie wspinać. Musi pamiętać, by 
przeszmuglować oblepione żyrafią sierścią i pokryte szlamem dżinsy do pralki, nim babcia się 
zorientuje. Numer z pracami w ogródku warzywnym nie przeszedłby już drugi raz. 

Była w połowie ostatniego stopnia, gdy z komnaty nad jej głową dobiegł okropny pisk. Martine omal 
nie spadła do tyłu. Latarka świeciła jak szalona na wszystkie strony, kiedy dziewczynka chwyciła się 
występu skalnego, chcąc się uratować. W ułamku sekundy powietrze wypełniło się trzepotem skrzydeł 
i cienkim piskiem. Wystraszyła kolonię nietoperzy! 

W Anglii Martine znała dziewczynki, które na prawo i lewo opowiadały wszystkim, że mają fobię na 
punkcie nietoperzy, mimo że same mieszkały na przedmieściach i nigdy nie spotkały ich poza filmami 
o Drakuli. Ona nie przejmowała się latającymi ssakami. A od chwili przyjazdu do Afryki zaczęła 
dostrzegać, że tak naprawdę są całkiem słodkie. Widziała w nich jedynie latające myszy, jedzące 
owoce, a nie wysysające krew wampiry. Oczywiście do chwili, gdy zaplączą się we włosy. 

- Sio - parsknęła Martine, usiłując wyplątać drapiące pazurki i wilgotne skrzydła tak, by nie zostać 
pogryziona. - Sio! 

Gdy czarna trąba powietrzna nieco się uspokoiła, dziewczynka podniosła latarkę, otrzepała się z kurzu 
i zobaczyła, że znajduje się w jaskini - wysokości 

i rozmiarów małego kościoła. Jednak to, co wydało jej się najdziwniejsze, to fakt, że w jaskini 
panowała zupełnie inna atmosfera niż w tunelu, który był zwyczajnie wilgotny i zimny. Martine 
wciągnęła w płuca gęste, ciężkie powietrze i w jednej chwili ogarnęło ją to samo uczucie oszołomienia 
i podróży w czasie, jakiego doznawała w niektórych katedrach i historycznych budowlach, do których 
rodzice zabierali ją w Anglii - zamku w Leeds czy Twierdzy londyńskiej. Tam także odczuwała 
obecność pokoleń, które wcześniej je zamieszkiwały. Było niemal tak, jakby pewni ludzie w 
konkretnych czasach tak mocno zaznaczyli swoją obecność w danej przestrzeni, że ich duchy nigdy 
tych miejsc nie opuściły. Ale dlaczego czuła to także tutaj? 

Poruszając się ostrożnie, tak by nie niepokoić nietoperzy, Martine powiodła światłem latarki po 
jaskini. To, co zobaczyła, wywołało okrzyk zdumienia. Każda ściana i każdy kamień pokryte były 
obrazami! Niektóre z nich były surowymi liniami nakreślonymi węglem, wyblakłymi na przestrzeni 
lat. Inne przedstawiały patykowate postacie. Były też takie, z bogatą strukturą i barwami, które 
zdawały się zeskakiwać ze ścian niczym nagie płomienie. Jednak każdy z obrazów żył i oddychał. 
Przemawiały do niej sprzed wieków tak wyraźnie, jakby ich twórcy stali przed nią, opowiadając o 
wygranych i przegranych bitwach, ucztach i klęskach głodu, czasach zarazy i obfitości. 

Martine usiadła na skale. Po trosze czuła się jak dziecko w Boże Narodzenie, druga część jej osoby 
była niepewna. Co się działo? O co tu chodziło? Jemmy, kudu, a teraz obrazki w jaskini...? Co to 
wszystko miało znaczyć? 

Och, jaka szkoda, że nie mogła spokojnie porozmawiać z Grace tego dnia, gdy przybyła do Afryki. 
Martine miała pewność, że ta kobieta trzyma w rękach klucz przynajmniej do części tajemnic. W 
końcu, było nie było, wiedziała o darze. 

background image

Tak dużo działo się w tak oszałamiającym tempie. Martine usiłowała przypomnieć sobie życie z mamą 
i tatą. Fragmenty wspomnień blakły. Jedną rzeczą, którą świetnie pamiętała, był lęk przed ciemnością 
i bezsenne noce, gdy nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś przerażającego czai się pod jej łóżkiem. 
Kilka razy zdarzyło się jej nawet zakraść do sypialni rodziców. A teraz była tu, sama w jaskini, w 
środku ciemnej nocy, i nie czuła najmniejszego strachu. Nie czuła się też samotna. Tak jakby mama i 
tata obserwowali ją, jakby wiedzieli o niej i o Jemmym. Uśmiechnęła się do siebie w ciemnościach. 

Wiedziała, że nowo zdobytą wiarę w siebie w znacznej mierze zawdzięcza białej żyrafie. Miłość do 
Jemmy'ego dała jej powód do radości, nawet gdy przypuszczała, że już nigdy się nie uśmiechnie, 
bycie dzielną dla białej żyrafy, tak jak tej nocy, pozwalało jej sięgnąć w głąb własnej duszy w 
poszukiwaniu silnej, pewnej siebie części, o której istnieniu nie miała do tej pory pojęcia. Za to 
zwierzę przezwyciężyło strach przed człowiekiem, dwa razy ocaliło dziewczynce życie i pozwoliło 
jeździć jej na swoim grzbiecie. Gdyby Jemmy jej nie ufał, nie przywiózłby jej tu. Poprzysięgła sobie, 
że nikomu nie powie o Sekretnej Dolinie. Gdyby obrazy zostały kiedykolwiek odnalezione, na azyl 
Jemmyego najechaliby dziennikarze, naukowcy i turyści. Prastare duchy straciłyby swą przestrzeń. 
Ludzie zadeptaliby ten świat. 

Martine wpatrywała się w obrazy. Widziała takie same w jednej z książek swojej mamy. Zostały 
namalowane przez Sanów*, jak określano Buszmenów, na wieki przed przybyciem białego człowieka, 
przy użyciu rudy żelaza, kaolinu i żółci wołowej. Zastanawiała się, czy te także namalowali Buszmeni, 
a może wykonało je jakieś inne plemię - na przykład to, z którego pochodził Ten-dai - Zulusi. Wstała 
z kamienia i podeszła, by przyjrzeć się uważniej. Wciąż kręciło jej się w głowie i nadal miała miliony 
pytań, ale przede wszystkim czuła się szczęśliwa, że może być świadkiem takich cudów. 

Trzymając latarkę nad głową, obeszła jaskinię wkoło. Rozpościerały się przed nią czerwone, złote i 
czarne wizerunki, jak sceny ze starych filmów w odcieniach sepii. Martine była oczarowana. Mimo 
swej prostoty ukazywały życie pełne piękna i smutku. Podziwiała fantastyczne sceny przedstawiające 
migrację zwierząt, tańce plemienne, uzbrojonych jedynie w łuki i strzały ludzi stawiających czoła 
nosorożcom i słoniom. W połowie drogi dostrzegła podobiznę żyrafy. Była ona jednym z cyklu 
malowideł przedstawiających stada żyraf otoczonych przez mężczyzn z dzidami. Na każdym 
kolejnym obrazie stada stawały się coraz mniejsze, a na ziemi leżały kolejne zakrwawione ciała. 
Wkrótce ostały się tylko dwa osobniki. Ale i one na kolejnym rysunku leżały na ziemi, a razem z nimi 
człowiek. Jednak prawdziwy zawrót głowy Martine poczuła w chwili, gdy ujrzała obraz 
przedstawiający białą żyrafę ssącą słonicę. Najpierw była 

* Ludy łowiecko-zbierackie Afryki Południowej; nazwa dosłownie oznacza: „Ci bez żywego 
inwentarza". 

przekonana, że ubarwienie żyrafy jest jedynie wynikiem gry światła, jednak gdy porównała barwy z 
tymi z poprzedniego malowidła, okazało się, że są zdecydowanie bledsze. Pogładziła sylwetkę żyrafy 
palcami. Skała była zimna w dotyku, ale i ona, nie wiedzieć czemu, emanowała energią. 

Dziewczynka musiała zmusić się do spojrzenia na ostatni obraz, a gdy to zrobiła, jej emocje sięgnęły 
zenitu. Malowidło miało inną barwę, jakby ktoś wykonał je połyskującą metalicznie farbą. A na nim 
dziecko jechało na białej żyrafie. Po ich lewej stronie widniał pożar, a po prawej - rząd zwierząt 
różnych gatunków. 

„Dziecko, któremu uda się dosiąść białej żyrafy, będzie miało władzę nad wszystkimi zwierzętami" - 
powiedział jej Tendai, kiedy przyjechała. I mimo że jakaś marzycielska część niej oddawała się 
fantazjom, że jeździ na Jemmym, tak naprawdę nigdy nie zastanawiała się nad znaczeniem tego, gdyż 

background image

nawet przez sekundę nie wierzyła, że to się kiedyś ziści. Dlaczego miałaby sobie wyobrażać, że 
dosiądzie żyrafy? Jeszcze nikomu na świecie się to nie udało. 

„Dziecko, któremu uda się dosiąść białej żyrafy, będzie miało władzę nad wszystkimi zwierzętami". 

Już po raz drugi tego wieczoru nogi odmówiły Martine posłuszeństwa i dziewczynka znów musiała 
usiąść na kamieniu. 

Grace miała rację. Przodkowie wiedzieli, że oto przybywa. 

116 

16 

Podekscytowana wydarzeniami nocy Martine zapomniała o kłusownikach, a także o tym, że jest 
daleko od domu, a świt zbliża się wielkimi krokami. Nawet licząc na to, że udałoby się jej pokierować 
Jemmyego -który nie był w końcu ułożonym koniem - mniej więcej w stronę domu, za żadne skarby 
nie mogła pozwolić mu na opuszczenie Sekretnej Doliny, jeśli istniało jakiekolwiek zagrożenie, że 
myśliwi wciąż go szukają. 

Spojrzawszy po raz ostatni ze zmieszaniem na malowidła żyraf, Martine pobiegła do wyjścia z jaskini, 
ześlizgnęła się po skalnych stopniach, brudząc swoje dżinsy nową warstwą szlamu. Tunel wydawał się 
jej dłuższy, niż go zapamiętała, dlatego z radością dotarła do spokojnej doliny i usłyszała powitalny 
odgłos białej żyrafy. Pospiesznie podbiegła do Jemmyego, przyłożyła policzek do aksamitnej sierści i 
przytulała się przez kilka minut. 

Dopiero wtedy wyłączyła latarkę i ruszyła po omacku ku wyjściu z doliny. Stojąc na skale, wyjrzała 
zza krawędzi szczeliny. Gęste listowie drzewa przesłaniało znaczną część widoku, ale nie całkowicie. 
Przez otwór wielkości znaczka pocztowego widać było fragment nieba, którego lśniący granat 
poprzedzał pierwsze promienie światła. Martine dostrzegła też przednią część rdzewiejącego forda 
pickupa należącego do kłusowników. Był pusty. 

Widok samochodu podsunął jej pewien pomysł. Jak większość pomysłów, na które wpadała ostatnio, 
był on nieco szalony, ale jeśliby udało się go zrealizować, okazałby się świetnym rozwiązaniem. 
Zamierzała sprawić, by kłusownicy podwieźli ją do domu! 

Martine pobiegła przez ciemną dolinę w stronę Jemmyego. Wspięła się na palce, a on opuścił głowę i 
czule trącał ją nosem. 

- Bądź bezpieczny, mój piękny przyjacielu - powiedziała. Z pewnym zakłopotaniem dodała: - Kocham 
cię. 

Wróciła do wejścia do doliny, przecisnęła się ostrożnie przez strzegące go ostre kamienie i zaczęła 
przedzierać się przez gąszcz lepkich porostów. Leżąc na brzuchu pod złowrogim drzewem, czekała i 
nasłuchiwała. Bliźniacze plamki światła majaczyły wśród drzew. Kłusownicy wracali do swego 
pojazdu! 

Na sekundę kończyny Martine ogarnęła ta sama niepohamowana słabość, którą czuła w noc pożaru, 
ale zmusiła się do wykonania ruchu w przód. Gdyby teraz się zawahała, byłoby po wszystkim. 
Wyrwawszy się z objęć pnączy, podbiegła pędem do samochodu i rzuciła się na pakę. W pobliżu 
kabiny kierowcy leżała brezentowa płachta. Martine zanurkowała pod nią i natychmiast 

background image

118 

119 

poczuła, że zbiera jej się na wymioty od smrodu gnijącego mięsa. Leżała jednak bez ruchu. Niemal 
przestała oddychać. 

Na kamienistym podłożu zaskrzypiały kroki. Samochód zakołysał się, gdy mężczyźni wsiedli do 
środka i nazbyt energicznie zatrzasnęli drzwi. Nie odzywali się. Pomimo trudnej sytuacji, w jakiej się 
znalazła, Mar-tine uśmiechnęła się. Wyobraziła sobie, jak kipią gniewem i wzajemnie się obwiniają za 
straconą, koszmarną noc wśród wszelkiej maści robactwa i zwierzyny. Przy odrobinie szczęścia może 
raz na zawsze odechce im się polować. 

Stara furgonetka wydała z siebie chrapliwy, metaliczny świst i szarpiąc niemiłosiernie, zaczęła się 
toczyć. Plan Martine zakładał, że zaczeka, aż kłusownicy zwolnią, by otworzyć bramę lub przeciąć 
płot, i wtedy wyskoczy. Przyjmując, że podczas upadku nie dozna żadnych obrażeń, powinna bez 
problemu dotrzeć pieszo do domu. 

W czasie podróży postanowiła dokładnie przyjrzeć się mężczyznom. Pod osłoną brezentu podnosiła 
się centymetr po centymetrze, aż jej oczy znalazły się na poziomie dolnej krawędzi zakurzonego okna 
kabiny. Na niebie pojawiły się już pierwsze różowe przebłyski świtu i Martine spostrzegła 
natychmiast, dlaczego przy wodopoju nie mogła dostrzec żadnych szczegółów. Mężczyźni ubrani byli 
w szare koszule z długim rękawem, a ich twarze przesłaniały kominiarki. Widziała tylko ich dłonie - 
potężne łapska kierowcy, zaciśnięte na kierownicy i włochate ręce jego towarzysza, trzymające 
strzelbę. 

Dziewczynka powróciła do pozycji leżącej. Jeden z mężczyzn był czarnoskóry, z wytatuowanym 
tygrysem 

na nadgarstku, drugi zaś biały. Tak naprawdę nic jej to nie mówiło. Nie miała także pojęcia, czy byli 
to ci sami ludzie, którzy zabili Henry ego Thomasa i dwie żyrafy. Wiedziała tylko, że dwóch 
mężczyzn o odmiennym kolorze skóry włamało się do rezerwatu i polowało na zwierzęta. 

W głowie Martine zapaliła się lampka. A co, jeśli kluczem do rozwiązania zagadki byli nie ludzie, ale 
żyrafa? 

Z tego, co mówił Tendai, policja i wszyscy w Sawu-bonie zawsze twierdzili, że kłusownicy zasadzali 
się na zwyczajne żyrafy, głównie dlatego, że to zwykłe żyrafy znajdowano martwe, a większość osób 
uważała białą żyrafę za legendę. Jeśli jednak starali się upolować białą żyrafę? To by wszystko 
zmieniało. 

Martine zakopała się głębiej w fałdach cuchnącego brezentu. Elementy zaczynały się składać w 
logiczną całość. Jeśli kłusownicy wiedzieli o istnieniu białej żyrafy w kilka godzin po jej narodzeniu, 
musieli mieć ścisłe powiązania z Sawuboną. Oznaczało to, że albo byli przyjaciółmi czy członkami 
rodziny kogoś pracującego w rezerwacie, albo też sami pracowali w Sawubonie. Martine zadrżała na 
myśl o takiej możliwości. Wiedziała, że Aleks zaprzyjaźnił się z jej dziadkiem w roku 
poprzedzającym jego śmierć i miał obiecaną pracę strażnika rezerwatu, gdyby coś się stało. Aleks 
groził też Martine, strzelał do kudu i uważał to za zabawne, a do tego dał jasno do zrozumienia, że zna 
wartość białej żyrafy i jest pewien jej istnienia. 

background image

Ale może był zbyt oczywistym podejrzanym? W ulubionym programie detektywistycznym jej mamy 
czarnym charakterem nigdy nie okazywał się dziwaczny, kulawy urzędnik pocztowy, miłośnik broni 
czy ekscentryczna, pokryta kurzajkami stara panna. Zawsze była 

no 

ni 

nim najmniej oczywista postać - lekarz o miłej powierzchowności, zdrowo wyglądająca gospodyni 
domowa lub nowy pastor. 

Najmniej oczywistą osobą w Sawubonie był - Martine miała poczucie winy, że coś takiego przyszło 
jej w ogóle do głowy - Tendai. Twierdził, że w czasie strzelaniny był na północy kraju, w 
odwiedzinach u rodziny. A jeśli wcale nie wyjechał? Jeśli cały czas był na miejscu? Jeśli powodem, 
dla którego nie znalazł śladów kół pojazdów kłusowników, było to, że nie chciał ich znaleźć? 

Jednak nie, to też nie miało sensu, bo Martine odrzuciła możliwość uwierzenia w to. Ufała Tendaiowi 
nad życie. 

Samochód zwolnił. Martine przygotowała się do skoku. Nie śmiała nawet myśleć, co by się stało, 
gdyby kierowca albo jego dzierżący broń towarzysz zobaczyli w lusterku jej odbicie. 

W końcu okazało się to prostsze, niż przypuszczała, głównie dlatego, że kłusownicy skręcili 
gwałtownie, by ominąć spłoszoną gazelę, i Martine przeleciała przez burtę. Wylądowała w kępie 
wilgotnej od rosy, pokrytej odchodami słonia trawy, która spełniła dwie funkcje, amortyzując upadek i 
pozwalając dziewczynce natychmiast zniknąć z widoku. Niestety, nie poprawiła zapachu jej dżinsów. 
Kiedy ustaliła już, że noga jest raczej stłuczona, a nie złamana, po kłusownikach zostało tylko słabe 
buczenie silnika. Rozejrzała się wokoło, szukając zwierząt zmierzających na śniadanie. Wbrew 
wcześniejszym nadziejom nie była blisko domu, jednak widziała mglisty kontur znaku Sawubona i 
wiedziała, że jest niedaleko od drogi. 

122 

Gdy świt rozpościerał się jak szkarłatny, jedwabny proporzec nad jej głową, a ptaki przekrzykiwały 
się, ogłaszając przybycie kolejnego, doskonałego dnia lata, Martine w niecałe dziesięć minut zdołała 
pokonać kulejącym biegiem busz, przekroczyć bramę rezerwatu i dotrzeć do domu. W normalnych 
warunkach rozkoszowałaby się cudownością poranka i świeżym powietrzem, jednak teraz mogła 
myśleć tylko o niebezpieczeństwie, w jakim znalazł się Jemmy, i jak niewiele brakowało, by oboje 
padli ofiarą kłusowników. 

Dwie godziny później Martine była już wykąpana i ubrana w szkolny mundurek. Właśnie w chwili, 
gdy usiłowała wetknąć swoje dżinsy jak najgłębiej do pralki i rozmyślała, jak to fajnie mieć dom tylko 
dla siebie, z podwórza dobiegły odgłosy przypominające wyścigi samochodowe. Wyszła szybko na 
zewnątrz, spodziewając się, że zobaczy babcię wracającą z Somerset West, a zamiast tego zastała 
niezwykły widok. Z dwóch wozów patrolowych wysypywali się policjanci. Jednak nie to sprawiło, że 
stanęła jak wryta. Na środku trawnika, związani ze sobą jak przestępcy w filmach kowbojskich, leżeli 
kłusownicy. Ich kominiarki znikły, a na twarzach malowały się kwaśne miny, nie było jednak 
wątpliwości, że to oni. 

Tendai, Aleks i jej babcia stali blisko siebie na podjeździe i rozmawiali w napięciu. Kiedy Martine 
zbliżyła się do nich, zamilkli. 

background image

123 

- Martine, dzięki Bogu, że nic ci nie jest - powiedziała Gwyn Thomas, pospiesznie podchodząc do 
niej. Jej torba podróżna i kluczyki od samochodu wciąż leżały na trawniku, gdzie je porzuciła. - 
Przyjechałam do domu, a tu w Sawubonie aż roi się od policji. Aleksowi udało się, niemal własnymi 
siłami, schwytać kłusowników, którzy nękali nas od dwóch lat. 

- Aleksowi? - wypaliła Martine, nim zdołała się powstrzymać. 

Babcia spojrzała na nią z wyrzutem. 

- Tak, Aleksowi - powiedziała. - W akcie niezwykłej odwagi strzelił kłusownikom w przednie opony, 
gdy opuszczali rezerwat. Później zadzwonił po pomoc i zdołał powalić jednego z mężczyzn na ziemię, 
nim przybył Tendai i pomógł mu złapać drugiego. 

- To nic takiego, proszę pani - powiedział strażnik. -Do tego mnie pani zatrudniła. Żałuję tylko, że nie 
udało mi się zrobić tego wcześniej. - Objął Zulusa ramieniem i powiedział ciepło: - Ale nie dałbym 
rady bez pomocy Tendaia. 

Martine spojrzała Tendaiowi w oczy, lecz ten natychmiast odwrócił wzrok. 

Gwyn Thomas zerknęła na zegarek. 

- Musisz już jechać do szkoły, Martine - powiedziała. - Jeśli szybko weźmiesz rzeczy, sama cię 
zawiozę. 

Martine, która w ciągu ostatnich dziesięciu godzin jeździła na białej żyrafie, umknęła uzbrojonym 
ludziom i widziała swoje przeznaczenie wyrysowane na ścianie jaskini, starała się teraz uporać z 
nieoczekiwanym obrotem spraw. Odwróciła się ze złością i poszła do domu po plecak i drugie 
śniadanie. Aleks, bohater?! Można dostać 

124 

mdłości! Ależ to irytujące. Czy to możliwe, żeby myliła się co do tego trolla o rudawych włosach? 

Była na schodach prowadzących do kuchni, gdy za jej plecami rozległy się kroki. 

- Martine - zawołał Aleks. - Zaczekaj. 

Martine odwróciła się i spojrzała na niego spode łba, jednak buta, która zazwyczaj gościła na twarzy 
mężczyzny, ustąpiła miejsca szczenięcej uległości. 

- Martine - powiedział. - Jestem ci winien przeprosiny. Przez ostatni rok miałem obsesję na punkcie 
schwytania ludzi, którzy kradli zwierzęta twojej babci, że czasami mąciło mi to w głowie. Nie wiem, 
co mnie naszło tego dnia, kiedy wiozłem cię do szkoły. Żeby tak ci grozić - to niewybaczalne. Jednak 
bałem się, że ktoś obcy w Sawubonie, ktoś, kto nie ma obycia z dziką przyrodą, mógłby stanąć na 
drodze mojemu śledztwu. Mogę cię tylko bardzo przeprosić. Jeśli jest coś, co mógłbym zrobić, żeby ci 
to wynagrodzić, powiedz. - Sięgnął do kieszeni i wyciągnął piękne pióro zimorodka. - Prezent na 
zgodę? 

Martine niechętnie przyjęła podarunek, ale nic nie odpowiedziała. Wciąż miała przed oczami widok 
rozsypującego się po uderzeniu pocisku drzewa nad głową Tendaia i przerażone oczy padającego na 
ziemię kudu. 

background image

Aleks wykrzywił usta. 

- Wiem, co myślisz. Kudu - dlaczego doń strzelałem? Wierz mi, mnie też to bolało. Ale stałem się 
podejrzliwy wobec każdego i to był test. Chciałem zobaczyć, jak Tendai zareaguje. I zareagował tak, 
jak powinien zachować się człowiek, którego obchodzi los zwierząt. Został więc oczyszczony. Ale 
nigdy nic nie wiadomo. Jeśli 

125 

w grę wchodzą duże pieniądze, nawet najlepsi mogą się skusić. 

Martine nie była przekonana, jednak jednocześnie nie wierzyła mu. Doszła do wniosku, że najlepszym 
rozwiązaniem będzie nie ufać nikomu i nic nie mówić. Po nocnych przygodach jedno było 
stuprocentowo pewne - ona i Jemmy byli zdani wyłącznie na siebie. 

WAfryce Południowej trwało późne lato. Minął już ponad miesiąc, od kiedy Martine po raz pierwszy 
spotkała Jemmy ego, a w tym czasie jej życie zmieniło się w sposób trudny do wyobrażenia. Nie, żeby 
wszystko stało się proste. Po niezwykłej ucieczce z Sekretnej Doliny minęło dziewięć pełnych 
niepokoju dni, nim udało jej się dostrzec w przelocie majaczący kształt białej żyrafy. Na dodatek było 
wtedy tak ciemno, że dziewczynka raczej czuła obecność zwierzęcia, niż widziała jego zamgloną 
sylwetkę. Oczywiście właśnie tego wieczoru babcia postanowiła urządzić sobie całonocną sesję 
rozliczania wydatków rezerwatu, więc Martine nie miała najmniejszych szans, by wyślizgnąć się z 
domu. Pozostało jej tylko siedzieć w pokoju i wściekać się. 

Dziesiątego dnia miała już ochotę wyrywać sobie włosy z głowy. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że od 
czasu wy- 

127 

darzeń w Ogrodzie Botanicznym Paczka Pięciu Gwiazd wciąż ją prześladowała. Położyli czekoladę na 
jej krześle i kiedy wstała, miała z tyłu na mundurku brązową lepką masę. To się wydarzyło o 
dziewiątej rano, co oznaczało, że Martine przez resztę dnia była pośmiewiskiem dla całej szkoły. 
Odkryła, że na jej książkach pojawiły się nabazgrane wyrazy „umthakathi" i „czarownica", a innym 
razem otworzyła piórnik i znalazła grasującego tam włochatego ptasznika - afrykańską tarantulę. 
Martine krzyknęła tak głośno, że panna Volkner natychmiast zabroniła jej odzywać się przez resztę 
dnia. 

Nie był to jednak wielki problem. Po tym, co wydarzyło się w Kirstenbosch, i tak niewiele dzieci 
rozmawiało z Martine. To Paczka Pięciu Gwiazd nastawiła resztę przeciwko niej. A Ben, z którym 
chciałaby porozmawiać, pozostawał tajemnicą. Gdy mijał ją w drodze do sali, kąciki jego ust unosiły 
się nieznacznie, jakby cieszył się na jej widok, ale nigdy się nie odezwał. Nawet po tym, kiedy ją 
uratował, nie powiedział ani słowa. A na przerwach nie przesiadywał już pod oddalonym drzewem na 
podwórku, tylko przeniósł się w jakieś nieznane miejsce. 

Połączenie wszystkich tych rzeczy sprawiło, że Martine znów czuła się smutna i samotna, mimo że 
coraz lepiej układały się jej stosunki z babcią. Po odejściu białej żyrafy dziewczynka znowu czuła 
pustkę, która pojawiła się po stracie mamy i taty. A jeśli Jemmy wpadł w sidła? Jeśli i on odszedł na 
zawsze? Och, dlaczego nie poświęciła choćby chwili, by nauczyć go jakiegoś sygnału, za pomocą 
którego mogłaby go przywołać? 

Gorączkowo wertowała książki znalezione w swoim pokoju i te w szkolnej bibliotece w poszukiwaniu 

background image

informacji o żyrafach, pragnąc dowiedzieć się czegoś, co mogłoby jej pomóc, ale jedyną nowością, na 
jaką się natknęła, była notka, że Rzymianie nazywali żyrafy „camelopardalis", czyli: „wielbłąd o 
ubarwieniu lamparta", co było interesujące, ale kompletnie bezużyteczne. 

Nagle, ni stąd, ni zowąd doznała olśnienia. Stało się to, gdy napotkała wzrokiem stojącą na półce w 
pokoju książkę o psach. W młodości jej dziadek był najwyraźniej wspaniałym psim trenerem. Na 
gablocie w salonie stała jadeitowa skrzynka z jego trzema starymi gwizdkami treserskimi. Podczas 
szczerej rozmowy, które były w ich przypadku rzadkością, babcia powiedziała jej, że jeden z 
gwizdków jest niesłyszalny dla ludzkiego ucha, gdyż działa w rejestrach dźwięków rozpoznawanych 
tylko przez psy. 

A jeśli żyrafy też mogły je usłyszeć? 

Tej nocy Martine wyślizgnęła się do ogrodu i przeprowadziła eksperyment z niemym gwizdkiem. 
Przez niemal godzinę dmuchała i dmuchała, ale nic się nie wydarzyło. Dziewczynka stała 
sfrustrowana wśród drzew mango, drżąc na całym ciele, przekonana, że już nigdy nie zobaczy 
Jemmy'ego. Nagle zdarzył się cud. Z ciemności wyłoniła się biała żyrafa i zatrzymała się obok ko-
stropatego drzewa. Martine zareagowała z opóźnieniem. Tyle razy wyobrażała sobie, że widzi 
przyjaciela, iż przez chwilę zastanawiała się, czy go sobie nie wymyśliła. Jednak Jemmy był 
prawdziwy. A co więcej, wpatrywał się prosto w nią, jak tej nocy podczas burzy. 

Martine nie przystanęła nawet, by sprawdzić, czy w pobliżu nie czają się lwy i gepardy. Rzuciła się 
gwałtownie do biegu, przeciskając się przez bramę rezerwatu. 

128 

129 

Pędziła, potykając się na ścieżce prowadzącej do wodopoju, zmuszając do nagłej ucieczki wszelkiej 
maści nocne stworzenia. Gdy dotarła do żyrafy, ta schyliła głowę, a Martine zarzuciła rękę na jej szyję 
z taką radością, że Jemmy parsknął z niepokojem i cofnął się nieco, choć był, rzecz jasna, równie 
szczęśliwy, że ją widzi. 

- Jemmy - powiedziała Martine. - Dziękuję, że do mnie wróciłeś. 

W skrytych marzeniach po wypowiedzeniu tych słów zawsze wskakiwała na grzbiet białej żyrafy i 
błyskawicznie ruszali w stronę Sekretnej Doliny, jednak w rzeczywistości Jemmy był dzikim 
zwierzęciem wysokości przeciętnego drzewa, a Martine tyle wiedziała o tresowaniu dzikich zwierząt, 
co o jeździe na motocyklu po zawieszonej pod kopułą cyrku linie, musiała więc teraz opanować 
praktyczną stronę pewnych zagadnień. 

Odkryła, na przykład, że naprawdę istnieje coś takiego jak szczęście sprzyjające nowicjuszom. Kiedy 
po raz pierwszy jechała na Jemmym, stał spokojnie obok drzewa i pozwolił jej wspiąć się na swój 
grzbiet. Jednak teraz ta koncepcja jakby zupełnie wyparowała mu z głowy. W chwili, gdy 
dziewczynka zamierzała właśnie go dosiąść, Jemmy poczekał, aż znajdzie się pomiędzy nim a 
drzewem, po czym wypatrzył soczyste liście akacji i przesunął się. Martine musiała zaimprowizować 
krótki skok i w ostatniej chwili chwyciła się karku zwierzęcia. Wisiała tak, aż ręce mało nie wyrwały 
się jej z barków. Po chwili runęła na ziemię z ogromnej wysokości. 

Jemmy nie rozumiał, co się stało, tylko wydał z siebie niski, melodyjny dźwięk i tak długo trącał 
Martine srebrzystym nosem, aż ta zapomniała o dotkliwym 

background image

bólu w kości ogonowej i przypomniała sobie, jak bardzo uwielbia to zwierzę. „Muszę być cierpliwa" - 
powiedziała sobie. Spróbowała też wczuć się w myśli Jemmy ego. Gdyby ona była żyrafą, a ktoś 
pocierałby jej przednie nogi i ciągnął delikatnie za kolana, podejrzewała, że w końcu domyśliłaby się, 
iż ten ktoś chce, by się położyła. Postanowiła więc poeksperymentować na zwierzęciu i po kilku 
nieudanych próbach Jemmy wreszcie się położył. Nim minęła noc, Martine pędziła znów w świetle 
księżyca na grzbiecie młodej żyrafy. 

Jednak to był dopiero początek. Później musiała się jeszcze nauczyć, jak kierować Jemmym i jak go 
zatrzymać. Nie nastąpiło to tej nocy, a w ciągu kolejnych tygodni bliższego poznawania się zdarzyło 
się kilka sytuacji, z których cudem wyszła bez szwanku. Pewnego razu żyrafa wystraszyła się 
nastroszonego jeżozwierza i Martine o mało nie nadziała się na jego biało-czarne kolce. Jednak poza 
tym Jemmy był delikatny i czuły, a gdy już zrozumiał to, czego usiłowała go nauczyć, pojmował to 
całkowicie, tak jakby zawsze to potrafił. 

To właśnie wtedy otworzyły się przed Martine drzwi do prawdziwej Afryki, do Afryki, którą niewielu 
ludzi, z wyjątkiem Buszmenów, miało okazję poznać. Te noce spędzone w towarzystwie Jemmyego 
były najbardziej magicznymi chwilami w życiu Martine. Rzadko się zdarzało, żeby jakieś inne 
zwierzęta zwracały na nią uwagę, a nawet jeśli, to zdawały się traktować ją jako element 

130 

131 

białej żyrafy. Siedząc bezpiecznie na wysokim grzbiecie Jemmy ego, mogła obserwować zabawy 
małych guźców czy zbliżyć się do słoni na tyle, by dotknąć ich wysuszonej, pokrytej bruzdami skóry. 
Pewnego razu, gdy Jemmy pił z czarnego jak atrament jeziora, zaledwie kilka metrów dzieliło ją od 
wypuszczających pęcherzyki powietrza hipopotamów. Ze swymi zwalistymi cielskami, świńskimi 
oczami i maleńkimi uszkami hipopotamy należały do najsłodszych stworzeń dzikiej przyrody, ale 
także najgroźniejszych. Ich ogromne, różowe szczęki mogły przegryźć zarówno łódź, jak i człowieka 
na pół - i często to robiły - dlatego Martine zachowywała szczególną ostrożność i szacunek za każdym 
razem, gdy znalazła się w ich sąsiedztwie. 

Jednak najbardziej lubiła wspiąć się na grzbiecie białej żyrafy na skarpę, gdzie razem z Tendaiem 
jadła śniadanie, odwrócić się tak, by kłąb zwierzęcia służył za poduszkę, a zad za podnóżek, i leżeć, 
wpatrując się w baldachim pełen gwiazd. Noce przełomu lata i jesieni były tak zimne i pogodne, że 
dziewczynka mogła oglądać Krzyż Południa i Pas Oriona, a nawet Marsa, lśniącego czerwienią na 
granatowym niebie. 

Czasami opowiadała Jemmy'emu o tym, co ją spotkało. O nocy, gdy wybuchł pożar, i o tym, jaka była 
wtedy przerażona i załamana. O mamie i tacie, i o tym, jak bardzo za nimi tęskni. O szkole i walce o 
byt, którą codziennie tam podejmuje. O gęsi egipskiej i kudu, i niezwykłości daru. Uszy Jemmy ego 
poruszały się w przód i w tył, wydawał też z siebie melodyjne, furkoczące dźwięki i dziewczynka 
czuła, że na swój żyrafi sposób przyjaciel wszystko rozumie. Przynosiło jej to ulgę. 

Okazało się, że gwizdek działa doskonale. Gdy tylko Jemmy go słyszał, zawsze reagował, a to, jak 
długo mu to zajmowało, zależało od miejsca, w którym się w danej chwili znajdował. Martine zaczęła 
nosić gwizdek na szyi, nawet w szkole, gdyż dzięki temu czuła się zawsze blisko przyjaciela. 
Oznaczało to też, że nie będzie musiała go wykradać przed nocną wyprawą do rezerwatu. I choć 
bardzo tęskniła za żyrafą, zawsze dbała o to, by zmieniać godziny, w których ją woła, i nie robić tego 

background image

częściej niż dwa razy w tygodniu. Doskonale zdawała sobie sprawę, iż za każdym razem, kiedy idzie 
do rezerwatu, ryzykuje. 

Wciąż uchodziło jej to na sucho i przekonała samą siebie - głównie dlatego, że bardzo pragnęła, żeby 
tak właśnie było - że ona i Jemmy mogliby tak żyć już zawsze. 

Osobą, o której Martine myślała najwięcej w te rozgwieżdżone noce, oczywiście poza mamą i tatą, 
była Grace. Dziewczynka żywiła przekonanie, że to właśnie Grace trzyma w rękach klucz do 
wszystkich tajemnic dotyczących daru. Nigdy nie zapomniała cudownego jedzenia przygotowanego 
przez Afrykankę ani ciepła, jakim Grace obdarzyła ją w pierwszym, bolesnym dniu, i jak bardzo 
zależało jej, by Martine poznała prawdę dotyczącą sekretów Sawubony. Jednak od tego czasu Martine 
nie widziała jej. Raz czy dwa rozważała możliwość zerwania się ze szkoły i odszukania kobiety, 
jednak nie wiedziała dokładnie, gdzie Grace mieszka, a Tendai nie chciał się w to mieszać. 

- Twojej babci mogłoby się to nie spodobać. - Tymi słowami zakończył temat. 

Później tego wieczoru - dokładnie pół godziny przed północą - Martine pomyślała sobie, że jeszcze 
mniej 

spodobałoby się Gwyn Thomas, gdyby zobaczyła swoją wnuczkę wtuloną w szyję białej żyrafy, 
galopującej co sił w nogach w stronę czarnej góry stanowiącej granicę Sawubony. Dziewczynka 
zmierzała tam w poszukiwaniu odpowiedzi. Jeśli Tendai i babcia nie zamierzali opowiedzieć jej nic o 
przeszłości i jeśli miała zakaz odwiedzania Grace, która mogłaby to zrobić, zamierzała znaleźć 
informacje na własną rękę w miejscu, które jako jedyne przychodziło jej do głowy - w Sekretnej 
Dolinie. 

Noc była łagodna. Omiatający ją wiatr niósł ostry zapach buszu, a księżyc świecił żółtosrebrnym 
blaskiem. Jadąc tak, przypomniała sobie piękną buszmeńską opowieść zasłyszaną od Samsona, 
starszego mężczyzny, który zajmował się w Sawubonie osieroconymi zwierzętami. W historii tej 
księżyc był mężczyzną, który rozgniewał słońce. W każdym miesiącu, gdy księżyc był w pełni, 
zazdrosne słońce wyjmowało nóż i obcinało jego kawałek, aż zostawał tylko cienki plasterek. Księżyc 
błagał, by ten skrawek został dla jego dzieci. Prośba została wysłuchana, a on odbudował się, 
odzyskując blask i pełnię. 

Martine wróciła do rzeczywistości i spostrzegła, że dotarli już na jałową polanę. Powykrzywiane 
drzewo patrzyło na nich niechętnie, strzegąc swych tajemnic jak żywa bestia. Martine starała się 
omijać je wzrokiem. Zacisnęła palce na grzywie Jemmyego i popędziła go do przodu. Pnącza i gałęzie 
szarpały jej skórę, gdy żyrafa skoczyła. Czuła się tak, jakby wielka ośmiornica próbowała ściągnąć ją 
z grzbietu zwierzęcia. Po chwili, tak samo niespodziewanie jak poprzednio, otoczyła 

134 

135 

ich ciemność i cisza. Byli w Sekretnej Dolinie. Słyszała jedynie szmer strumienia i przyspieszony 
oddech Jem-myego. Wkoło unosiła się woń orchidei. Otwór w sklepieniu ukazywał prostokąt 
czarnogranatowego nieba usianego gwiazdami. 

Dziewczynka zsunęła się po szyi żyrafy i włączyła latarkę. Wejście do tunelu znajdowało się tuż przed 
nią i tak samo jak poprzednio, w nieopisany sposób zapraszało do środka. Poczuła strach. A jeśli coś 
poszłoby nie tak? Nikt by nie wiedział, gdzie jest. Nikt nawet nie miał pojęcia o Sekretnej Dolinie. 

background image

Gdyby jednak ktoś kiedyś ją znalazł, napatoczyłby się tylko na kupkę kości, tak jak w przypadku tego 
niewolnika w Strumieniu Szkieletu. Zdołała przepędzić czarne myśli. Miała co najwyżej godzinę, by 
odkryć prawdę. Musiała wejść do tunelu. 

Martine stała pośrodku jaskini, skąpana w blasku promieniującym od malowideł. Wciągnęła w płuca 
gęste, katedralne powietrze. Uczucie podróży w czasie, które miała poprzednio, żywej obecności 
minionych cywilizacji, było silniejsze niż kiedykolwiek dotąd. Wiązało się z nim coś poniżającego. 
Sprawiło, że poczuła się malutka jak mrówka czy drobina kurzu miotana wiatrem - zdana na łaskę 
ogromnej, niewidocznej mocy. Podeszła do malowidła przedstawiającego białą żyrafę i dosiadające ją 
dziecko i pogładziła palcami lśniące kontury. 

- Widzę, że znalazłaś wiadomość od przodków, dziecino. 

Martine chciała krzyknąć, ale przerażenie odebrało jej głos i zdołała tylko złapać powietrze, jak ryba 
wyjęta z wody. 

Z cienia wyłoniła się Grace, owinięta od stóp do głów w zuluski strój plemienny. Jej ramiona i szyja 
obwieszone były biżuterią wykonaną z korali we wszystkich kolorach tęczy. 

- Grace! - wychrypiała Martine. - Co ty tu robisz? Jak się tu dostałaś? Kto jeszcze wie o tym miejscu? 
Ten-dai wie? 

- Tak dużo pytań - powiedziała Grace. Uśmiechnęła się, ale nawet w słabym, rozedrganym świetle 
latarki Martine dostrzegła, że oczy kobiety pozostały poważne. Wyglądała na przygniecioną troską. - 
Chodź - powiedziała. - Chodź i usiądź ze starą Grace. 

Dziewczynka podążyła za kobietą w róg jaskini, gdzie wypłukane przez wodę skały utworzyły 
naturalną półkę. Martine i Grace usiadły obok siebie, wpatrując się w ciąg malowideł w kolorze 
miedzi i ochry. Martine wciąż odczuwała zawroty głowy po szoku, jaki spowodował widok kobiety, z 
którą tak bardzo chciała się spotkać, tu, w tym uświęconym miejscu. 

- To, co musisz zrozumieć, moje dziecko, to że to wszystko zaczęło się bardzo dawno temu, zanim 
urodziła się moja babcia, a przedtem jej babcia, gdy Buszmeni żyli na ziemiach, które teraz nazywają 
się Sawubona. Wszystko, co nastąpi, jest już zapisane. Ty, na przykład, widzisz tu historię swoją i 
białej żyrafy, tutaj, na tej ścianie. 

Uniosła rękę i Martine po raz pierwszy dostrzegła, że obrazy ułożone są w pewnym porządku; ich 
opowieść o pięknie i tragedii rozwijała się jak akcja powieści. 

136 

137 

- Grace - zapytała Martine ściszonym głosem. - Co się stało z ludźmi, którzy mieszkali w tej jaskini? 

- Zginęli, moje dziecko, zwyjątkiem jednej dziewczynki. Starszyzna plemienna mówi, że to była 
zaraza przyniesiona przez białego człowieka - ospa wietrzna czy coś takiego, ale nikt nie jest pewien. 
Gdy każdy z nich stał już na progu śmierci, malował na tych ścianach swoją historię i legendy 
przodków. W końcu została tylko ona. Znalazła ją bardzo, bardzo dawno temu moja babcia - sangoma, 
uzdrowicielka, tak jak ja - w jakimś miejscu poza doliną. Mama mówiła mi, że tego dnia sangoma tak 
długo przeklinała bogów, aż z nieba posypał się ogień i tak bardzo przypalił ziemię, że nic już nie 
mogło na niej wyrosnąć. 

background image

Martine pomyślała o jałowej polanie i złowieszczym drzewie, zdeformowanym pasożycie, i nie miała 
najmniejszych trudności z uwierzeniem w tę opowieść. 

- Kiedy mała Buszmenka już wyzdrowiała - mówiła dalej Grace - przyprowadziła sangomę tutaj, do 
Izby Pamięci. Kazała jej obiecać, że tylko jej pierworodna córka i córka tej córki - wszystkie sangomy 
- poznają tajemnicę groty. No i ty, dziecino, dziecko, które jeździ na białej żyrafie. 

Martine rozejrzała się po grocie, jakby widziała ją po raz pierwszy. 

- Ale dlaczego ja? Co to ma wspólnego ze mną? 

- Odpowiedzi są tu, na tych ścianach - powtórzyła Grace. - Ale tylko czas i doświadczenie otworzą ci 
oczy tak, byś mogła je dostrzec. 

Dziewczynka przyjrzała się malowidłom uważniej niż kiedykolwiek dotąd, mając nadzieję, że wbrew 
słowom Grace odnajdzie odpowiedzi teraz, gdy najbardziej ich 

potrzebuje. Jednak ogniste kolory rozmazywały się jej przed oczami i tylko jeden obraz pozostał ostry: 
dziecko na białej żyrafie. 

- Grace - powiedziała. - Czy Tendai wie o białej żyrafie? 

- Nie ma pewności - odparła Grace. - Tendai, on wciąż jest młodym człowiekiem, a młodzi ludzie są 
podejrzliwi wobec starych wierzeń. Nazywają je zabobonami. Supastishun. - Przyglądała się Martine 
nienaturalnie skrzącymi się oczami. - Ale ty nie, co? 

- Nie - odparła dziewczynka. - Ja nie. 

Martine miała już na końcu języka pytanie, skąd Grace wiedziała, że znajdzie ją w jaskini w tę właśnie 
noc, w tym konkretnym momencie, ale postanowiła go nie zadawać. Niektóre sprawy lepiej 
przemilczeć. 

Zamiast tego zapytała: 

- Grace, a dlaczego dzisiaj tu przyszłaś? 

Znów miała wrażenie, że dostrzegła cień przeszywający twarz Afrykanki. 

- Przyszłam cię ostrzec - powiedziała ciężko Grace. -Nadchodzi twój czas. Ciemne moce zbliżają się i 
nie ustąpią, nim nie dostaną białej żyrafy. Bądź bardzo ostrożna. Wierz w swój dar, a to zapewni ci 
bezpieczeństwo. 

W Martine zakiełkowało nagle poczucie zagrożenia. Zdążyła wmówić sobie, że teraz, gdy kłusownicy 
zostali pojmani, już nikt nie będzie niepokoił Jemmy ego. Ale nawet w chwili, gdy Grace 
wypowiadała te słowa, dziewczynka doskonale wiedziała, że to prawda. Myśliwi powrócą. 

- Nie obchodzi mnie, co się stanie ze mną, ale jak mogę ocalić białą żyrafę? - zapytała błagalnym 
tonem. 

138 

139 

background image

W odpowiedzi Grace otworzyła wyszywaną koralikami sakiewkę, która wisiała jej u szyi. Wyjęła 
garść malutkich, zakorkowanych butelek, które mieniły się w świetle latarki. Ich zawartość była 
pomarańczowa, brązowa, musztardowożółta i obrzydliwie zielona. Kobieta uśmiechnęła się i tym 
razem jej oczy rozjaśniły się, a ich kąciki uniosły. 

- Grace nauczy cię trochę magii - powiedziała. Przez następną godzinę Martine, która wiedziała, że 

powinna już wracać, ale była zbyt pochłonięta, aby się tym przejmować, przeszła przyspieszony kurs 
zuluskiej medycyny naturalnej. Poznała rośliny takie jak język teściowej, który jest remedium na ból i 
bóle uszu; herbatę rooibos, mogącą wyleczyć skurcze żołądka i alergie, i jeszcze wiele innych ziół 
leczniczych. Po tej lekcji Grace wręczyła dziewczynce woreczek wypełniony buteleczkami. 

- Dziękuję, Grace - powiedziała Martine. - Będę je trzymała w bezpiecznym miejscu. 

Starsza kobieta wyglądała na zadowoloną. 

- Bardzo proszę. Posiadasz dar uzdrawiania, ale czasami potrzebna ci dodatkowa pomoc. 

Było tyle pytań i ani chwili czasu, by je wszystkie zadać, ale jedną rzecz Martine musiała wiedzieć, 
nim się rozstaną. 

- Grace - powiedziała. - Dlaczego moja babcia nie chce mnie tutaj? 

- Oczywiście, że chce, dziecino. Bardzo chce. Twoja babcia tak bardzo cię kocha. Ale i ona ma swoją 
historię, tak jak ty masz swoją. 

Martine chciała właśnie powiedzieć, że babcia nie darzy jej kompletnie żadnymi uczuciami, gdy Grace 
odezwała się: 

- Teraz to ja chcę cię o coś zapytać. Mam kuzyna, który pracuje w twojej szkole, i on mi mówi, że 
przez cały czas jesteś sama. Dlaczego nie znajdziesz sobie jakichś przyjaciół, żeby się z nimi bawić? 
Samotność nie jest dobra. 

Martine spuściła wzrok z zakłopotaniem. 

- Ale ja mam przyjaciela. Biała żyrafa jest moim przyjacielem. 

- To prawda, żyrafa jest przyjacielem. Ale każde dziecko potrzebuje kogoś w swoim wieku, 
człowieka, żeby z nim porozmawiać. Żeby się dzielić. 

- Cóż, może nie ma nikogo, z kim chciałabym się zaprzyjaźnić - odparła Martine. - Kto by zrozumiał, 
o co chodzi z Jemmym? Kto by to zrozumiał? 

Przez długi czas Grace nie odzywała się. W końcu położyła dłoń na ramieniu Martine. 

- Znajdziesz przyjaciela, którego szukasz, w miejscu, którego byś się nie spodziewała. 

140 

19 

Trzy dni później Martine przemierzała boisko po meczu siatkówki, z głową wciąż wypełnioną 
myślami po spotkaniu z Grace, gdy nagle usłyszała podniesione głosy dobiegające z Jaru Czarnego 
Konia. Natychmiast pomyślała, że ktoś ma kłopoty. Jar Czarnego Konia był głębokim wąwozem z 

background image

rwącą rzeką, i leżał tuż za płotem otaczającym szkołę. Był tak zdradliwy, że za samo wejście w 
otaczający go ciemny sosnowy las za karę trzeba było dziesięć razy zostać po lekcjach. Ale Martine 
nie wahała się. Przeskoczyła przez płot i ruszyła pędem między drzewa. Kiedy już znikła z pola 
widzenia jakiegokolwiek nauczyciela, ukucnęła i nasłuchiwała. 

Niemal natychmiast rozpoznała głosy Paczki Pięciu Gwiazd. Najwyraźniej z kogoś sobie drwili. 

- Myślisz, że jesteś taki sprytny, co? Naprawdę sądziłeś, że możesz zrobić z nas durni i ujdzie ci to na 
sucho? 

- Mów prawdę albo sobie popływasz. To w twoim pokręconym umyśle zrodził się pomysł 
upokorzenia nas w Ogrodzie Botanicznym, prawda? Odpowiadaj. I nie udawaj, że nie umiesz mówić. 
Nauczyciele mogą dawać się nabrać na twoje sztuczki z udawaniem głuchoniemego, ale my nie! 

Nie słychać było odpowiedzi ze strony ofiary. 

- Ale z niego nieudacznik, co? - powiedział Scott. - Spójrzcie tylko na niego. Jesteś strasznym 
kurduplem, wiesz o tym? Widziałem kurczaki, które są zbudowane lepiej od ciebie. 

- Jesteś dziwolągiem, mówił ci to już ktoś kiedyś? Jesteś świrem. 

- Jesteś jak jeden z tych zabiedzonych psów, które można spotkać w schronisku - szydził Luke. - 
Powiedz: „Jestem kundlem, Luke". Kim jesteś? Powiedz: „Jestem kundlem..." 

Do tej pory Martine kucała za głazem, zbyt przerażona, by interweniować. Jednak te słowa sprawiły, 
że wspomnienie opowieści Tendaia wypełniło jej ciało jak płonąca ciecz. Z okrzykiem wściekłości 
wyskoczyła z krzaków. Luke i Scott trzymali Bena i usiłowali zawlec go na skraj wąwozu. Lucy 
śmiała się swoim piskliwym śmiechem, a Pieter siedział w pobliżu na ziemi, nieco zielony na twarzy. 

- Kim ty...? - mówił Luke do Bena. 

Nie zauważył Martine, póki nie stanęła tuż przed nim. A wtedy zdołał tylko wyjąkać: 

- M-Martine! Co u...? 

- Ja ci powiem, kim jest Ben - Martine usłyszała swój głos. - Jest moim przyjacielem, oto, kim jest. 
Jest też 

142 

143 

chłopcem, który wyprzedza cię o jakieś pięćdziesiąt metrów w biegu na setkę podczas szkolnych 
igrzysk, Luke. I jest osobą, od której ciągle spisujesz pracę domową, Lucy, bo jesteś za tępa, żeby 
sama ją odrobić. Jeśli chodzi o jego rodziców, to cóż, przynajmniej ma tatę, Scott. A ty kiedy ostatnio 
widziałeś swojego? 

Jej wybuchowi towarzyszyła kompletna cisza wywołana szokiem. Daleko pod nimi wyła Rzeka 
Czarnego Konia. 

- Mój t-tata... - jąkał się Scott. - Och, dajcie spokój. To mało zabawne. Chodźcie, Luke, Lucy, Pieter. 
Zostawmy tych nieudaczników z ich żałosną przyjaźnią. 

background image

Puścił ramię Bena tak gwałtownie, że chłopiec chwiał się przez moment na krawędzi wąwozu, nim 
odzyskał równowagę i cofnął się na bezpieczną odległość. 

- Jeszcze z tobą nie skończyłem - warknął Scott. 

- Daj spokój, Scott - syknął Pieter. - Mam tego dość! Oddalali się w hałasie, kopiąc sosnowe szyszki i 
przeklinając po drodze. Martine i Ben zostali sami. 

Martine nagle poczuła się zawstydzona. 

- Nic ci nie jest? - spytała z wahaniem. 

Po raz pierwszy zauważyła, że Ben jest bardzo przystojny. Miał topazowe oczy jak lew, błyszczące 
czarne włosy i białe, równe zęby. Mówił łagodnym głosem, każde słowo wypowiadając wyraźnie i 
oddzielnie, jak prezenter wiadomości. 

- Doceniam twoją pomoc - powiedział - ale wolę sam toczyć własne walki. 

144 

Przez kilka dni po wydarzeniach w Jarze Czarnego Konia Martine znów denerwowała się w szkole. 
Była przekonana, że Paczka Pięciu Gwiazd będzie chciała się na niej jakoś odegrać. Jednak stało się 
coś niezwykłego. Nie odstępowali jej na krok. Wyglądało na to, że przeciwstawiając się im, zdobyła 
ich szacunek. Lucy van Heerden podarowała jej na przeprosiny pudełko domowych sucharków z 
mleka skondensowanego, a cała piątka ze wszystkich sił starała się być dla niej miła. 

Na początku Martine przyjmowała to chłodno -wciąż była na nich wściekła za to, jak potraktowali 
Bena w wąwozie i dziką gęś w Ogrodzie Botanicznym. Jednak oni powtarzali, że w obu przypadkach 
była to zabawa, która zaszła za daleko, i że jest im z tego powodu bardzo przykro, aż w końcu Martine 
uwierzyła, że się zmienią. Nie oznaczało to jednak, że zamierza się z nimi przyjaźnić. Tylko tyle, że 
gdy ich bliska koleżanka, Sherilyn, poczęstowała ją marchewkowym ciastem i chciała usiąść koło niej, 
zgodziła się, a kiedy Xhosa zapytał ją o życie w Sawubonie, z radością mu opowiedziała. Wciąż na 
nowo przypominała sobie słowa Grace: „Znajdziesz przyjaciela, którego szukasz, w miejscu, którego 
byś się nie spodziewała". Może i w tej kwestii Grace miała rację? 

Oczywiście Ben wciąż pozostawał Benem i nadal cały wolny czas spędzał samotnie. Od czasu, gdy 
Martine wstawiła się za nim w Jarze Czarnego Konia, najwyraźniej jej unikał. Jemu także Lucy 
podarowała sucharki na przeprosiny, ale widziano go później, jak rozdawał je bezdomnym dzieciom. 
W przerwach znów siadał po tu-recku pod oddalonymi drzewami, z dłońmi na kolanach, 

145 

i spoglądał w niebo. Niekiedy Martine była przekonana, że medytuje. 

Teraz, gdy wiedziała, że nie jest niemy - że w rzeczywistości ma piękny głos i - jak zawsze myślała - 
jest bardzo mądry, dużo czasu spędzała na zastanawianiu się, dlaczego nie rozmawia z nikim w 
szkole. W końcu doszła do wniosku, że mu się nie chce. Może szkoła i chodzący do niej ludzie nie 
interesowali go. Może był tam, bo musiał. Może najwięcej radości sprawiało mu obcowanie z naturą, 
tak jak Tendaiowi. Jednak gdy Martine postanowiła raz na zawsze rozwiązać zagadkę, jaką stanowił 
Ben, pojawiły się dwie sprawy, które zaprzątnęły jej uwagę. Zaczynała odnosić nieodparte wrażenie, 
że ktoś grzebie w jej szkolnej szafce. Nigdy nic nie zginęło, a zmiany, jeśli jakiekolwiek, zawsze były 
bardzo nieznaczne - zawinięte rogi w zeszycie ćwiczeń, jakby ktoś go przeglądał; poprzekładane 

background image

przedmioty lub ułożone w odwrotnej kolejności - jednak przyprawiało ją to o gęsią skórkę. No i 
zginęła maleńka akwarela, na której sportretowała Jemmyego. Tak długo jej szukała, że aż spóźniła się 
na kolejną lekcję. 

- Och, Martine - powiedziała panna Volkner, gdy dziewczynka wpadła do klasy. - Miło, że się do nas 
przyłączysz. 

Martine mamrotała właśnie przeprosiny, gdy nauczycielka przerwała jej: 

- Właśnie rozmawialiśmy o afrykańskim folklorze. Lucy zadała pytanie o żyrafy. 

- Żyrafy! - krzyknęła Martine. 

- Tak, te stworzenia ze śmiesznymi długimi szyjami - powiedziała panna Volkner. - Stanowi to dla 
ciebie 

jakiś problem? Myślałam, że jako mieszkanka rezerwatu będziesz naszym klasowym ekspertem w tej 
dziedzinie. 

Martine miała właśnie zaprzeczyć, jakoby wiedziała cokolwiek o żyrafach, jednak coś ją 
powstrzymało. Nieczęsto się zdarzało, by miała okazję mówić na swój ulubiony temat. Poza tym 
pomyślała sobie figlarnie, że to mogłoby być zabawne. 

- Nie - powiedziała. - Chciałam powiedzieć, że nie jest to dla mnie żaden problem. 

- Dobrze, zatem może powiesz nam, co wiesz na ten temat. 

No i Martine, rumieniąc się, nieco onieśmielona, opowiedziała klasie, jak pradawne ludy uważały 
żyrafy za najbardziej niewinne, delikatne i bojaźliwe dzikie stworzenia, a jednocześnie na tyle 
odważne, by walczyć ze smokami. O tym, jak członkowie plemienia Venda nazywali je thutlwa, 
„wyrastające ponad drzewa" i jak inne ludy dostrzegały żyrafę w gwiazdach Krzyża Południa. 
Przekazała im też trochę faktów. Żyrafy rozwijają prędkość pięćdziesięciu pięciu mil na godzinę, a 
osiągnięcie pełnego wzrostu - trochę ponad pięciu metrów w przypadku samic i nieco poniżej sześciu 
w przypadku samców - zajmuje im dziesięć lat. 

Panna Volkner była wyraźnie zaskoczona. 

- Gdybyś przykładała się do szkolnych przedmiotów choć w połowie tak pilnie jak do studiowania 
flory i fauny, twoje stopnie znacznie by się poprawiły - powiedziała z cieniem sarkazmu w głosie. 

- Panno Volkner - spytała Sherilyn. - Czy ktoś kiedykolwiek jeździł na żyrafie? 

146 

147 

- Nie, Sherilyn. Nie wiem, z czego to wynika. Może nie są tak inteligentne jak konie. Z pewnością 
byłyby mniej wygodne. 

Martine milczała, myśląc sobie w duchu: „Gdyby tylko wiedzieli! Gdyby tylko mogli zobaczyć mnie i 
Jem-myego, jak w blasku księżyca pędzimy przez równiny Sawubony!" 

background image

- Może to dlatego, że są za głupie - powiedziała Lucy, spoglądając ukradkiem na Martine. - Chodzi mi 
o to, że one nic nie robią. Nie polują, nie wiją gniazd ani nie budują pajęczyn, w ich działaniu nie 
dostrzegam żadnego celu. Jedyne co, to przechadzają się i ładnie wyglądają. 

W jednej chwili Martine wybuchła gniewnie: 

- Mają cel - warknęła, zwracając się do Lucy. -Działają jak punkty obserwacyjne dla innych zwierząt. 
Są bardzo inteligentne, mają świetny wzrok i słuch, dlatego ostrzegają inne zwierzęta, jeśli zbliża się 
wróg. Ich uszy są tak doskonałe, że rozpoznają dźwięki gwizdka, słyszalne zazwyczaj tylko dla psów. 

Zaczęła żałować tego, co powiedziała w chwili, gdy słowa te opuściły jej usta, jednak było już zbyt 
późno, by je cofnąć. 

- Skąd to wiesz? - spytał wyzywająco Luke. - To znaczy o tym gwizdku? 

- Po prostu wiem, w porządku? - odparła Martine, starając się zmienić temat. - Przeczytałam w jakiejś 
książce czy gdzieś. 

W ostatnim rzędzie ławek Xhosa przestał grać na komputerze i usiadł prosto. 

- Panno Volkner - jeśli Martine wie tak dużo o żyrafach, to czemu nie opowiedziała nam o tej białej, 
która podobno żyje w Sawubonie? 

- Tej, o której krążą legendy? - spytała panna Volkner. - Czy to prawda, Martine? Nic o tym nie 
wiedziałam. Chcesz powiedzieć, że biała żyrafa naprawdę istnieje? 

Martine poczerwieniała. 

- Biała żyrafa nie istnieje. Wszyscy to wiedzą. 

- Cóż, powiedzmy, że istnieje - oznajmiła panna Volkner. - Chcę, byś narysowała ją dla nas na tablicy. 
Użyj wyobraźni. 

Zmierzając po zajęciach na lekcję pływania, Martine była roztrzęsiona i czuła się winna. Złe 
przeczucie, które zagościło w niej, gdy chlapnęła na temat gwizdka, wróciło ze zdwojoną siłą. 
Usiłowała pocieszać się myślą, że słyszała to jedynie garstka dzieciaków z wyżelowanymi włosami, 
mających obsesję na punkcie muzyki pop -i panna Volkner, która była wegetarianką - i raczej żadne z 
nich nie będzie chciało upolować białej żyrafy. Mimo to wciąż czuła niepokój, aż w środku ją 
skręcało. 

Było piątkowe popołudnie, a szkoła świeciła pustkami, kiedy Martine podeszła do swojej szafki. Po 
zajęciach na pływalni raz jeszcze usiłowała znaleźć akwarelę, ale bez rezultatu. Otworzyła drzwi i 
zajrzała do środka, marszcząc przy tym czoło. Znów miała uczucie, że ktoś grzebał w jej rzeczach. 
Kątem oka ujrzała zatrzymujący się na parkingu samochód Gwyn Thomas. Wyjęła plecak 

148 

149 

i puste pudełko śniadaniowe z górnej półki. Wiedziała, że każe babci czekać, jednak nie przestawała 
wpatrywać się we wnętrze szafki. Im dłużej tam stała, tym większy odczuwała niepokój i 
rozgorączkowanie. Jeszcze czegoś brakowało, była pewna. 

background image

Jednak dopiero w połowie drogi do Sawubony dotarło do niej. 

Zniknął też niemy gwizdek. 

20 

Martine wierciła się i rzucała przez całą noc, aż w końcu obudziła się o świcie bardzo zmęczona. Było 
jej niedobrze. Nie tylko ukradziono jej gwizdek, ale na dodatek ktoś zmienił szyfr w bramie 
prowadzącej do parku, więc nawet nie mogła spróbować znaleźć Jemmy ego. A to jeszcze nie 
wszystko. W pewnym momencie tej okropnej nocy otworzyła okno i wychyliła się, wystawiając się na 
porywisty wiatr, w nadziei, że biała żyrafa choć mignie jej przed oczami. Jednak zamiast 
upragnionego widoku ujrzała snop białego światła. Kilka sekund później ciemność znów spowiła 
rezerwat, ale to wystarczyło, by dziewczynka miała pewność, że kłusownicy wrócili i nie odejdą bez 
białej żyrafy. 

Przerażona Martine szybko się ubrała, na palcach pokonała prowadzące na dół schody i wyszła przez 
główne drzwi. Na zewnątrz wiatr smagał jej skórę, a drzewa 

151 

wyginały się jak fale na oceanie. Martine pobiegła boso piaszczystą drogą prowadzącą do domu 
Tendaia. Nie wierzyła, by ktokolwiek inny z wyjątkiem Grace mógł jej pomóc. Zwierzęta w azylu 
poderwały się w klatkach, zaniepokojone, gdy mijała je biegiem, a ona bardzo żałowała, że nie może 
się zatrzymać i ich uspokoić. Ale każda stracona minuta zwiększała szansę kłusowników na ucieczkę, 
pędziła więc naprzód i z wdzięcznością powitała światła na werandzie domu Tendaia, prześwitujące 
przez rozkołysane gałęzie drzew. Dysząc ciężko, nacisnęła dzwonek. Nikt nie otworzył. Właśnie 
wtedy dostrzegła, że drzwi są lekko uchylone. Pchnęła je palcem i ustąpiły. 

- Tendai - zawołała Martine. - Tendai, nie śpi pan? 

Jednak w domu panowała zupełna cisza. Łóżko nie nosiło śladów, by ktoś w nim ostatnio spał, a na 
stole leżały resztki niedokończonego posiłku, jakby tropiciel porzucił je w pośpiechu. Kiedy zajrzała 
za budynek, okazało się, że nie ma tam dżipa. 

Martine opadła na ogrodową ławkę, pokonana. Więc pewnie Tendai był jednak w to zamieszany. Na 
sztywnych nogach wróciła do domu, rozebrała się i z wysiłkiem wczołgała pod pościel. Chciałaby 
mieć na tyle odwagi, by obudzić babcię i przyznać się do wszystkiego, ale nie mogła się na to zdobyć. 
Zbyt wiele już przeszła. Ukryła się pod kołdrą jak jakiś tchórz i miała nadzieję, że to wszystko okaże 
się nieprawdą. Gdy nadszedł sen, prześladowały ją koszmary, w których Tendai i Paczka Pięciu 
Gwiazd byli w zmowie i ścigali ją przez las. Gdy tak biegła, gałęzie stawały w ogniu, a ona wiedziała, 
że dadzą jej spokój i pomogą ujść z życiem, jeśli powie im, gdzie znaleźć 

białą żyrafę. Więc wyznała im całą prawdę, a oni tylko zaśmiali się i zostawili, by sama stawiła czoło 
pożarowi. 

W surowym świetle poranka koszmary wydawały się bardziej prawdziwe niż kiedykolwiek dotąd. 
Martine wyobrażała sobie Jemmyego, który usłyszał niemy gwizdek i z pełną ufnością podążał za 
dźwiękiem ku zagładzie, a ona czuła się jak najgorsza, najbardziej nikczemna osoba na ziemi. Chciała 
umrzeć. Jej umysł tworzył najbardziej koszmarne sceny. Widziała Jemmyego, którego skóra służyła za 
dywanik w domu jakiegoś bogacza, jak za pomocą bicza zmuszano go do robienia sztuczek w cyrku, a 
nawet jak zamarzał na śmierć w jakimś zoo na Syberii. 

background image

Co najgorsze, to była jej wina. To ona miała strzec tajemnicy białej żyrafy, a przez swoją beztroskę 
wygadała się. Nie było żadnego powodu, dla którego musiała brać gwizdek do szkoły, nie mówiąc już 
o małej akwareli przedstawiającej Jemmyego. Jak mogła być aż tak głupia? Zupełnie tak, jakby 
chciała, by ktoś się dowiedział, żeby wszyscy wiedzieli, że to ona jest tą dziewczynką z legendy, tą 
samą, która potrafi jeździć na białej żyrafie. Po latach pozostawania na boku wreszcie miała okazję 
stać się kimś wyjątkowym. 

Teraz była daleka od określenia siebie mianem „kogoś wyjątkowego" 

Martine postanowiła, że jak najszybciej musi opuścić Sawubonę. Nie zasługiwała na to, by tam 
mieszkać. Wróciłaby pierwszym samolotem do Anglii - jeśli za-szłaby taka konieczność, ukryłaby się 
jak jeden chłopiec, o którym kiedyś czytała - a pan Grice znalazłby dla niej łóżko w domu dziecka. 

152 

153 

Rozległo się pukanie do drzwi. 

- Martine? 

- Odejdź! - wrzasnęła Martine, chowając twarz w poduszce. - Nie idę do szkoły. 

Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła babcia. Usiadła na skraju łóżka. 

- Wiem - powiedziała spokojnie. Martine zdjęła poduszkę z twarzy. -Wiesz? 

- Tak, wiem. Wiem o białej żyrafie. I gdybym powiedziała ci to wcześniej, nic takiego by się nie 
wydarzyło. 

Serce Martine zabiło mocniej. 

- Coś się stało? 

Gwyn Thomas westchnęła ciężko i podała Martine pasemko srebrnego włosia z ogona. 

- Tendai znalazł to, zaplątane w bramę rezerwatu. Minionej nocy otrzymał fałszywy telefon od 
mężczyzny, który twierdził, że jest przechodniem, i że widział, jak bawoły wymknęły się przez dziurę 
w ogrodzeniu rezerwatu i biegają luzem po drodze. Kiedy Tendai dotarł na miejsce, nie znalazł ani 
dziury, ani bawołów. To był podstęp, by go odciągnąć. Poszukiwania zajęły mu godzinę, po czym 
popędził do rezerwatu, ale dotarł za późno. Przykro mi bardzo, że muszę ci to powiedzieć, Martine - 
biała żyrafa znikła. 

Kobieta wstała, okrążyła łóżko i podeszła do okna. 

- Widzisz, Martine, miałaś rację tego wieczoru, gdy zezłościłaś się na mnie, że nie chcę opowiedzieć 
ci o twojej mamie. W Sawubonie jest zbyt dużo tajemnic. Ale ja sądziłam, że cię chronię. Sądziłam, że 
chronię też białą żyrafę. A teraz wychodzi na to, że wszystko robiłam nie 

tak. - Odwróciła się do Martine. - Tak bardzo mi przykro, że cię skrzywdziłam - powiedziała. 

Martine nie wiedziała, co się dzieje, ale czuła taką ulgę, że ktoś wciąż do niej mówi, iż wyskoczyła z 
łóżka i złapała babcię za rękę. 

background image

- W porządku - powiedziała. - W porządku. Ale nie rozumiem, co miałaś na myśli, mówiąc o żyrafie. 
To wszystko moja wina. 

Gwyn Thomas milczała przez dłuższy czas. Gdy w końcu odchyliła głowę, na jej twarzy malował się 
smutek. 

- Usiądź - powiedziała. - Jest coś, co muszę ci opowiedzieć. 

Kiedy Martine usiadła już wygodnie, babcia wyszła z pokoju i wróciła z herbatą, gorącymi plackami i 
wielką paczką, którą wetknęła między łóżko a stół. Gdy miała pewność, że dziewczynka najadła się do 
syta, Gwyn Thomas ruszyła do działania. Zaczęła od wyjęcia prezentu z plastikowej torby i wręczenia 
go Martine. 

- Zamierzałam ci to dać od chwili, gdy przybyłaś do Sawubony - powiedziała. - Ale jakoś nie nadarzył 
się dobry moment. 

Martine wzięła pakunek od babci, marszcząc lekko brwi, i rozwinęła go. Wewnątrz znajdował się 
ciężki, prostokątny album zrobiony z papieru czerpanego, ozdobionego polnymi kwiatami rosnącymi 
w okolicy. 

- Jest piękny - powiedziała dziewczynka do babci. 

154 

155 

Otworzyła go. Na pierwszej stronie zobaczyła serię zdjęć małej dziewczynki z pofalowanymi 
brązowymi włosami i iskrzącymi się, zielonymi oczami, w towarzystwie lwiątka. 

- To mama - powiedziała półgłosem Martine. Na następnej stronie widniał wiersz napisany przez 
Vero-nicę, otoczony fotografiami - jak przemierza na koniu rezerwat w Sawubonie, kłania się przed 
kurtyną w szkolnym przedstawieniu i pluska się w falach. Były tam też zdjęcia ze ślubu i z wakacji 
Veroniki i Davida, obejmujących się, roześmianych, niedługo po ślubie. A na ostatniej stronie 
znajdowało się zdjęcie mamy i taty Martine, stojących przed domem w Sawubonie i tulących maleńkie 
dziecko. 

- To ty - powiedziała Gwyn Thomas. 

Cały świat Martine zaczął się chwiać w posadach. 

- Urodziłam się w Afryce? 

- Urodziłaś się w Sawubonie. 

- Więc czemu...? 

- Właśnie tak zaczęła się twoja historia - powiedziała babcia. - Widzisz, Martine, wieczorem, po tym 
jak przyszłaś na świat, zawitała do nas Grace i powiedziała, że miała wizję, iż to ty jesteś tym 
dzieckiem z afrykańskiej legendy, tym, które ma władzę nad wszystkimi zwierzętami. Powiedziała, że 
w nadchodzącym czasie w Sawubonie urodzi się biała żyrafa i że los sprawi, iż zostaniecie ze sobą 
złączone. Że jesteście bratnimi duszami. 

Na ustach Gwyn pojawił się słaby uśmiech. 

background image

- Cóż, pewnie wyobrażasz sobie naszą reakcję. Grace zawsze miała dar jasnowidzenia, jednak nigdy 
wcześniej 

nie słyszeliśmy, jak przepowiada przyszłość, a poza tym wydało się to nam mało prawdopodobne. 
Więc na początku byliśmy sceptyczni, a później zwyczajnie rozbawieni. Veronica zachichotała i 
powiedziała, że już się nie może doczekać widoku min innych mam w Kucykowym Klubie, kiedy jej 
córka pojawi się tam na białej żyrafie. 

Ale Grace wpadła w złość i powiedziała, że to nie żart. Zaprowadziła nas do okna i tam zobaczyliśmy 
widowisko, którego nie zapomnę do końca życia. Lwy, zebry, gepardy, gazele i inne zwierzęta, które 
zazwyczaj polują na siebie lub ze sobą walczą, ustawiły się w rzędzie przy płocie w całkowitej 
harmonii i patrzyły w stronę domu. Tak jakby o czymś wiedziały. Po tym zdarzeniu potraktowaliśmy 
Grace bardzo poważnie. Powiedziała, że w parze z mocą, którą nazwała „darem", idzie ogromna 
odpowiedzialność, i że choć wniesie ona wiele piękna i radości w twoje życie, będziesz też narażona 
na duże trudności i niebezpieczeństwo. Cóż, twoja mama się wściekła. Nie chciała wierzyć, że to, co 
mówi Grace, jest prawdą, jednak bała się również to zlekceważyć. Jeszcze trudniejsze do zniesienia 
było dla niej to, że Grace upierała się, iż wcześniej czy później wypełnisz swoje przeznaczenie, czy 
będziesz tego chciała, czy nie. Veronica nie umiała się z tym pogodzić. 

Martine słuchała jak urzeczona. 

- I co było dalej? 

- Tak, po długich rozmowach ze swoim mężem twoja mama postanowiła zmienić przeznaczenie, 
zabierając cię z Afryki, trzymając z dala od zwierząt i zrywając wszelkie więzi łączące was z 
Sawuboną. 

156 

157 

Twój dziadek i ja byliśmy załamani, ale rozumieliśmy powody - Veronica była przekonana, że to 
jedyny sposób, by uchronić cię od cierpienia - i także uważaliśmy, że ten plan miał szansę zadziałać. 
Tak więc się stało. Niedługo po urodzeniu, kiedy tylko mogłaś już podróżować, wyjechaliście do 
Anglii. 

- Musiało być ci bardzo ciężko - powiedziała z siłą Martine. - Żegnać się z moją mamą i tatą, mając 
świadomość, że może już nigdy więcej ich nie zobaczysz. 

- To była najtrudniejsza rzecz, jaka mnie spotkała -powiedziała babcia z uczuciem. - Ale przez długi 
czas miałam poczucie, że podjęliśmy słuszną decyzję, bo Veronica była szczęśliwa. Wierzyła - 
wszyscy wierzyliśmy - że zadziałało. No a cztery miesiące temu, krótko przed Bożym Narodzeniem, 
poszłam do domu Grace na kolację. Gdy przybyłam, ona czytała z kości - afrykańskie sangomas 
rozrzucają kości, tak jak zachodni wróżbici używają kryształowych kul i kart tarota - i otworzyła mi 
drzwi w takim stanie, spocona i mówiąca od rzeczy, że pomyślałam, iż ma gorączkę. Powiedziała, że 
kości przekazały jej, iż tragedia sprowadzi cię z powrotem do Sawubony. Powiedziała, że jeśli 
przyjedziesz z własnej woli, bogowie mogą zostać udobruchani i może uda się zapobiec tragedii. 

Oczywiście była bardzo zaniepokojona. Trudno nie być. Próbowałam jednak przemówić jej do 
rozsądku. Tłumaczyłam, że pewnie kości się mylą i choć nie mam zamiaru okłamywać własnej córki, 

background image

nie może się spodziewać, że cała rodzina po raz drugi zmieni kontynent tylko z powodu jej wizji. Poza 
tym nie mieliśmy żadnych 

dowodów na to, że pierwsza przepowiednia mogła się spełnić. Skończyło się na gigantycznej kłótni o 
to. Kiedyś była moją przyjaciółką, ale od tego czasu ze sobą nie rozmawiałyśmy. Wciąż uparcie 
twierdziła, że nigdy nie powinnaś była zostać stąd zabrana. Nieustannie powtarzała, że przodkowie 
przewidzieli twoje nadejście. Powiedziałam jej, że oszalała. Szczerze mówiąc, naprawdę miałam 
nadzieję, że oszalała. 

Gwyn Thomas wzięła krótki oddech, a Martine, po raz pierwszy od kiedy przybyła do Sawubony, 
pojęła bezmiar straty, jakiej doznała babcia. Ścisnęła jej dłoń. W zamian otrzymała uśmiech 
wdzięczności. 

- Więc przekazałam twojej mamie, co powiedziała Grace - kontynuowała Gwyn Thomas. - Dla 
Veroniki była to kropla, która przepełniła kielich. Powiedziała, że przez lata cierpiała z powodu bycia 
daleko ode mnie, swego taty i ukochanej Afryki. W końcu odnalazła szczęście. David miał dobrą 
pracę, ty wspaniale dorastałaś i mieliście wiele planów na przyszłość. Nie zamierzała przesiedlać was 
po raz drugi z powodu czegoś, co i tak w końcu okazałoby się niczym więcej jak tylko zabobonnym 
bełkotem. 

To była nasza ostatnia rozmowa. Kilka dni później odebrałam telefon, by dowiedzieć się, że twoja 
mama i twój tata stracili życie w pożarze. Obwiniałam się za to. Czułam, że gdybym wtedy mocniej 
starała się ich przekonać, by tu wrócili, nigdy by się to nie zdarzyło. Wtedy odczytano testament i 
zostałam poinformowana, iż jestem teraz za ciebie odpowiedzialna. Zawsze byliśmy zgodni co do 
tego, że jeśli twoi rodzice umrą, nie będę twoim opiekunem prawnym, bo to by oznaczało dla 

158 

159 

 

ciebie konieczność powrotu do Afryki. Ale testament został ostatnio zmieniony. Nigdy nie dowiemy 
się, dlaczego Veronica podjęła taką decyzję. Zdawało się to okrutną ironią. Po tym wszystkim, co 
zrobiliśmy, by trzymać cię z dala od Sawubony, twoim przeznaczeniem i tak było tu wrócić. 

Martine zdała sobie w jednej chwili sprawę, że wstrzymuje oddech. 

- Uff! Teraz już rozumiem, dlaczego nie chciałaś, żebym przyjeżdżała. 

- Tak - odparła babcia. - I bardzo wstydzę się tego, jak cię traktowałam. Muszę przyznać, że na 
początku miałam do ciebie żal. Za każdym razem, gdy cię widziałam, przypominałam sobie, że to z 
twojej winy Veronica wyjechała i nie widziałam jej jedenaście lat. Później bałam się do ciebie zbliżyć. 
Myślałam, że jeśli cię pokocham, a zostaniesz mi zabrana, będę się czuła tak, jakbym jeszcze raz 
straciła Veronice. 

- Nie jesteś jedyną osobą, która straciła moją mamę - powiedziała dobitnie Martine. 

- Teraz zdaję sobie z tego sprawę. Jednak nim odzyskałam zdrowy rozsądek, zdążyłam cię do siebie 
zrazić. 

- Nie zraziłam się - zapewniła ją Martine. - Mogłybyśmy zacząć wszystko od nowa. 

background image

Babcia dotknęła dłoni Martine. 

- Jesteś bardzo mądra. Nic dziwnego, że przodkowie cię wybrali. 

Na te słowa Martine nagle przypomniała sobie o potwornych wydarzeniach, które rozegrały się 
minionej nocy. 

- A co z Jemmym? - zmartwiła się. - Co miałaś na myśli, mówiąc o ochronie Jemmy ego? 

Gwyn wyglądała na zakłopotaną. 

- Jeremiahem. Żyrafą! 

- Oczywiście! Cóż, kilka dni po tym, jak kłusownicy zaatakowali twojego dziadka, lokalny wódz 
Zulusów przyszedł się ze mną zobaczyć. Powiedział mi, że na kilka godzin przed tym, jak myśliwi 
przyjechali do Sawubony, samica żyrafy powiła śnieżnobiałe młode. Ona i jej partner zginęli potem, 
usiłując ochronić swoje dziecko, ale w jakiś sposób - może nawet dzięki temu, że przyjazd Harry ego 
wypłoszył mężczyzn - żyrafiątko zdołało uciec. Według wodza zostało przygarnięte przez słonicę, 
która urodziła martwe słoniątko, i zabrane przez nią w sekretne miejsce. Wódz powiedział, że ta 
żyrafa ma specjalne moce i że jest najrzadszym zwierzęciem na świecie. I że pod żadnym pozorem 
nikt nigdy nie może się o niej dowiedzieć. Powiedział, że jeśli kiedykolwiek ktoś będzie mnie pytał o 
to stworzenie, mam zaprzeczać jego istnieniu. Nie mogłam nawet powiedzieć Ten-daiowi ani twojej 
mamie. A kiedy przyjechałaś, starałam się z całych sił trzymać was dwoje z dala od siebie, żeby 
przepowiednia się nie spełniła. 

- Babciu, Jemmy jest moim najlepszym przyjacielem - wyznała Martine. 

- Nie będę pytać o to, w jaki sposób staliście się sobie tak bliscy - odparła Gwyn sucho. - Sądzę, że to 
tłumaczy, dlaczego ostatnio twoje ubrania są pokryte błotem i trawą, a ty zawsze ziewasz w drodze do 
szkoły. 

- Przepraszam - powiedziała Martine. - Sądziłam, że nie zrozumiesz. A teraz przeze mnie ukradli 
Jemmy'ego. 

160 

161 

Muszę spróbować go jakoś odnaleźć. Babciu, czy sądzisz, że mogłabyś mi pomóc? 

- Nie - powiedziała Gwyn Thomas. - Ale znam kogoś, kto ci pomoże. 

21 

Bladozielony dom wyglądał dokładnie tak, jak Martine go zapamiętała. O ścianę opierał się 
zardzewiały szyld z napisem Coca-Cola, trawnik był jeszcze bardziej wytarty, a kurczaki wciąż 
skrobały z nadzieją na skąpanej w słońcu werandzie. Była połowa kwietnia i Martine aż trudno było 
uwierzyć, że minęły zaledwie trzy miesiące od chwili, gdy wysiadła z samolotu na lotnisku w 
Kapsztadzie. Czuła, jakby była tu całą wieczność. Przypomniała sobie słowa, które wypowiedziała 
Grace pierwszego dnia: „Ten dar może być błogosławieństwem albo przekleństwem. Podejmij mądrą 
decyzję". Martine znów poczuła mdłości. Jej decyzja mogła kosztować Jem-myego życie. 

background image

Przy drzwiach wejściowych pojawił się mały chłopiec. - Chciałabym zamienić słowo z tą starą 
wariatką -powiedziała Gwyn Thomas. - Jest w domu? 

163 

- Kogo nazywasz wariatką? - zamruczała Grace, wyłaniając się zza chłopca. Martine zauważyła z 
niedowierzaniem, że kobieta chyba jeszcze utyła. - W tych okolicach jest tylko jedna wariatka i 
nazywa się Gwyn Thomas. - Wyciągnęła potężną dłoń i zmierzwiła włosy Martine, nie dając po sobie 
poznać, że ją ostatnio widziała. - Ta dziecina wygląda tak, jakby potrzebowała dobrego jedzenia 
Grace. Czym ty ją karmisz? 

- Nie przyszłyśmy tu, żebyś nas obrażała - powiedziała poważnie babcia Martine. - Potrzebujemy 
twojej pomocy. 

- Aha - przytaknęła Grace i położyła dłonie na biodrach. - Słucham więc. 

- Posłuchaj, Grace, wiem, że były między nami pewne różnice poglądów - powiedziała Gwyn 
Thomas. - Nie będę cię winić, jeśli już nigdy się do mnie nie odezwiesz. Jeśli jednak kiedykolwiek ci 
na mnie zależało, pomożesz Martine. Straciła coś, co kocha, a ty jesteś jedyną osobą, która może jej 
pomóc to odzyskać. 

Grace uśmiechnęła się, odsłaniając różowe dziąsła i nieliczne zęby. 

- Stara kobieto - odezwała się. - Dlaczego od razu tak nie powiedziałaś? 

Bez zbędnych ceremonii odwróciła się i weszła do domu. Martine i jej babcia podążały za szelestem 
sukni Grace, ozdobionej dziką mieszanką indygo, słonecznej żółci i ciemnego miodu oraz 
afrykańskimi wzorami. Kobieta zaprowadziła je do dużego pokoju, który pachniał znajomo 
porąbanym drewnem, mąką kukurydzianą i płonącym ogniem. Na ścianie wisiał nieaktualny 
kalendarz, a podłogę przykrywała słomia- 

164 

na mata. Nowy był stojący na stole wazon z pawimi piórami. 

Grace poszła do kuchni i wróciła z dwoma parującymi talerzami kukurydzianego kleiku polanego 
maślanką, posypanego cynamonem i cukrem trzcinowym. Martine czuła mdłości i wcale nie miała 
ochoty na jedzenie, ale Grace skwitowała jej protesty jednym krótkim: 

- Sama skóra i kości. 

Później Martine była zadowolona, że zjadła. Danie smakowało wyśmienicie. Wlało się w jej żyły jak 
stopiona lawa, rozgrzewając kości i oczyszczając umysł. Kiedy skończyła, opowiedziała Grace o tym, 
co się zdarzyło Jemmy emu, podając przy tym jak najwięcej szczegółów dotyczących działań 
kłusowników. 

- Jedno pytanie, dziecino - powiedziała Grace, gdy Martine skończyła mówić. - Czy kiedykolwiek 
widziałaś twarz któregoś z tych myśliwych? 

Martine spojrzała niepewnie na swoją babcię. 

- No już - ponagliła ją Gwyn Thomas. 

background image

- Cóż, nie widziałam żadnej twarzy, ale myślę, że może być w to zamieszany ktoś z Sawubony. Sądzę, 
że to może być... - Martine zawahała się. Nie chciała znów rozzłościć babci. - To mógłby być Aleks - 
wyrzuciła z siebie w końcu. 

- Nie! - krzyknęła Gwyn Thomas. - Twój dziadek ufał Aleksowi nad życie. Nie pozwolę ci mówić... 

- DOŚĆ! - rozkazała Grace. - Dziecina mówi. Teraz musimy nasłuchiwać odpowiedzi. 

Podniosła się z krzesła i zaciągnęła zasłony. Pokój spowiły ciemności. Zapłonęła zapałka i Grace 
postawiła świecę na stole. Usiadła na słomianej macie, mrucząc 

165 

coś. Jej szeroka twarz i głęboko osadzone oczy lśniły upiornie. Zza dekoltu wyjęła mały skórzany 
woreczek, po czym zaczęła opróżniać go na ziemię przed sobą. Z tego, co Martine widziała, zawartość 
stanowiły małe kostki, kilka kolców jeżozwierza, pióra pantarki i dwa włosy słonia. Grace zamknęła 
oczy i zaczęła monotonną pieśń. 

Przez kilka minut nic się nie działo, aż nagle z piersi Grace zaczęło dochodzić rytmiczne bicie, 
przypominające odgłosy oddalonego bębna. Przed oczami zdumionej Martine z ułożonych na 
podłodze przedmiotów wyrosła błękitna spiralka dymu. Spłaszczyła się i zaczęły w niej migać 
rozmazane obrazy. Działo się to jednak zbyt szybko, by dziewczynka mogła je rozpoznać. Były tam 
góry i mężczyźni w przepaskach na biodrach, z ozdobionymi głowami, wielkie stada zwierząt i 
krwawe bitwy. W pewnym momencie wydawało jej się, że widzi żyrafę, jednak ta znikła, nim 
dziewczynka mogła się upewnić. 

Oczy Grace wywróciły się białkami do góry. 

- Woda - jęknęła. - Widzę błękitną, błękitną wodę i statki, które sięgają nieba. Mężczyźni oddalają się. 
Są głodni władzy. Biała żyrafa tam jest, ale już niedługo. Widzę dużo bólu, dużo bólu, dużo bólu... 

- Przestań! - wrzasnęła Gwyn Thomas. 

Dym ulotnił się. Oczy Grace wróciły na swoje miejsce. Trzęsła się. Spojrzała na Martine. 

- Idź już, dziecino. Niedługo będzie za późno. 

- Ale dokąd? - zawołała Martine. - Gdzie go zabrali? 

- „Statki, które sięgają nieba" - to może oznaczać tylko jedno: nabrzeże w Kapsztadzie - przerwała jej 
babcia. - Szybko, Martine. Myślę, że wywożą go za granicę. 

166 

22 

Może Gwyn Thomas jechała kiedyś wcześniej tak szybko jak w drodze do Kapsztadu tego dnia, 
jednak Martine poważnie w to wątpiła. Tak czy owak, wskazówka prędkościomierza wiekowego dat-
suna trzepotała, jakby chciała wystrzelić przez szkło. Martine widziała doskonale, że jej babcia jest 
pełna obaw. Równocześnie była też bardzo zdeterminowana. Zgodziła się zawieźć Martine na 
nabrzeże, ale nic więcej. 

background image

- Jeśli nie znajdziemy tam Jeremiaha, będziemy musiały wezwać policję - powiedziała stanowczym 
głosem. Jakiekolwiek protesty Martine nie miały sensu. 

Dwie godziny, które zajęło im dotarcie nad ocean, zdawały się Martine najdłuższymi godzinami w jej 
życiu. Wszelkie możliwe przeszkody zmówiły się, by je opóźnić. Policyjna blokada na drodze. Korek. 
Autobus pełen 

168 

wysiadających emerytów. Trzy krowy niespiesznie przechodzące ulicę. 

Przez cały czas Martine słyszała w głowie przepowiednię Grace: „Biała żyrafa tam jest, ale już 
niedługo. Widzę dużo bólu, dużo bólu, dużo bólu..." 

Jechały drogą krajową i wkrótce majątki z winnicami, nieskazitelnie białymi domami w stylu Cape 
Dutch* i obsadzonymi lawendą podjazdami zaczęły przechodzić w dzielnice slumsów przypominające 
Soweto, o którym Tendai opowiadał Martine. Długie kilometry rdzewiejących metalowych bud i 
chałup z nasiąkniętej wodą dykty, oblazłe przez robactwo psy i niewzbudzająca zaufania, patrząca 
wygłodniałymi oczami młodzież. Dzieci bawiły się w błocie zabawkami z kawałka drutu. Myśl o 
Tenda-iu przyniosła wspomnienie dnia, który spędzili razem w Sawubonie. 

Gwyn Thomas zjechała z głównej drogi, wybierając nadbrzeżną szosę, prowadzącą do dzielnicy 
portowej. Posępne granie Góry Stołowej okryte były gęstymi chmurami. Gdy oczom Martine ukazały 
się wysokie statki towarowe i dźwigi przenoszące kontenery, samochód zwolnił znacząco. 
Dziewczynka była gotowa wybuchnąć z niecierpliwości, jednak wiedziała, że muszą znaleźć miejsce, 
by ukryć samochód. Zarośnięta droga gruntowa była dobrym rozwiązaniem. Podskakiwały na 
kamieniach i gęstych krzakach, po czym zaparkowały pod sosną ze spłaszczoną koroną. Gwyn 
Thomas otworzyła 

* Styl architektoniczny charakterystyczny dla zachodniej części przylądka Afryki Południowej. Nazwa 
pochodzi od angielskiej nazwy przylądka (Cape) i pierwszych osiedleńców na terenach kolonii - 
Holendrów (ang. Dutch). 

169 

drzwi i zaczęła wysiadać z samochodu. Martine złapała ją za rękaw. 

- Babciu. To jest coś, co muszę zrobić sama. 

- Nie sądzę - powiedziała drwiąco Gwyn Thomas. - Masz jedenaście lat i znajdujesz się półtorej 
godziny jazdy od domu. 

Ale Martine nie dawała za wygraną. 

- To moja wina, że Jemmy został schwytany, i jeśli coś mu się stanie, to też będzie moja wina. To ja 
muszę spróbować go odnaleźć. 

Gwyn Thomas usiadła znów na fotelu i zamknęła drzwi samochodu. W jej głowie toczyła się walka. 

- Jak to wszystko się skończy? - powiedziała, a Martine odniosła wrażenie, że mówi o czymś więcej, 
nie tylko o zniknięciu żyrafy. 

Położyła dłoń na ramieniu dziewczynki. 

background image

- W porządku. Idź szukać swojego drogocennego Jemmy'ego. Jeśli jednak nie wrócisz za czterdzieści 
pięć minut, wzywam policję. Nie będę ryzykować. Ból utraty jednego dziecka był potworny. Nie 
zniosłabym, gdybym straciła drugie. 

Martine nachyliła się i pocałowała ją w policzek, ze zdziwieniem zauważając, że błękitne oczy babci 
wypełnione są łzami. 

- Dziękuję za wszystko - powiedziała. 

Wyskoczyła z samochodu i pobiegła ścieżką do głównej drogi. Oceaniczny wiatr ciął jej cienką 
koszulkę jak ostry nóż, a słone powietrze wdzierało się do nozdrzy. U stóp wzgórza, za wysokim 
płotem z drutem kolczastym, znajdował się port. Za nim kotłowało się zielone morze przykryte białą 
pianą. Port tętnił życiem, 

a Martine słyszała szczekanie - pewnie psy obronne. Trzęsąc się, zaczekała za drzewem, aż miną ją 
dwa samochody. Zaczynała żałować, że nie wzięła ze sobą kurtki. Położyła dłoń na woreczku 
leczniczym, który Grace dała jej w Sekretnej Dolinie. W samochodzie babcia pozwoliła sobie na 
skomentowanie obecności tej paczuszki, lecz Martine nie powiedziała nic konkretnego, prócz tego, że 
to prezent, który dostała na szczęście od przyjaciółki. Teraz czerpała z niego odwagę. Miała też przy 
sobie scyzoryk wielofunkcyjny od pana Morrisona. Wiedziała, że jeśli uda jej się dotrzeć do 
Jemmy'ego, na pewno mu pomoże. 

Gdy droga opustoszała, Martine podbiegła szybko do bramy i ukryła się za drewnianą budką strażnika. 
Zamierzała poprosić o wpuszczenie, gdy jednak spojrzała przez pokryte solą okno, okazało się, że nie 
ma takiej potrzeby. W pomieszczeniu siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich oglądał w telewizji 
mecz rugby i mieszał łyżeczką w kubku herbaty, kiwając się niebezpiecznie na krześle. Drugi zaś 
rozmawiał przez radio, odwrócony plecami do okna. Kłócił się z kimś. 

- Kogo nazywasz idiotą? Odbiór. 

Potem nastąpiły wściekłe trzaski. 

Martine nie czekała, by usłyszeć coś więcej. Schyliła się, przeszła pod szlabanem i pobiegła w stronę 
ogromnych rzędów niebieskich, czerwonych i szarych kontenerów. Z każdym krokiem spodziewała 
się, że zaraz usłyszy głosy wzywające ją do zatrzymania się, jednak najwyraźniej nikt jej nie 
zauważył. Z wyjątkiem... 

Warknięcie, które niemal zmroziło jej krew w żyłach, sprawiło, że przerażona stanęła jak wryta. 
Drogę blokował 

171 

rottweiler, obnażając liczne zęby, ostre jak u krokodyla. Pomimo chłodnej bryzy Martine zaczęła się 
pocić. Instynktownie skierowała swoje zielone oczy na wielkie, żółte ślepia psa i całą energię skupiła 
na zdominowaniu go, na powiedzeniu mu, że jeśli śmie powstrzymać ją przed ocaleniem Jemmyego, 
osobiście rzuci go na pożarcie rekinom. Później rozkazała mu, by się położył i dał jej przejść. 

Ku zdumieniu Martine, rottweiler opadł na ziemię z żałosnym skowytem. Łapami przykrył oczy. 
Gdyby dziewczynka nie była tak przerażona, zaśmiałaby się. 

Minęła psa i pomknęła do przodu, aż dotarła do przerwy między dwoma kontenerami. Widziała przez 
nią nabrzeże przeładunkowe. W porcie stały trzy szare statki i niebiesko-biały holownik. Na nabrzeżu 

background image

aż roiło się od robotników. Martine oceniła, że trwa właśnie załadunek około dwudziestu pięciu 
kontenerów i kilku drogich samochodów. Ani śladu żyrafy. Czas Jemmyego się kończył, a ona nie 
wiedziała, od czego zacząć. W jaki sposób miała przeszukiwać trzy statki wielkości drapacza chmur? 
Co ona sobie myślała? Dlaczego nie zadzwoniła na policję, tak jak sugerowała babcia? Dlaczego 
zawsze musiała wszystko utrudniać? Dlaczego zawsze była taka uparta? 

Nagle ktoś chwycił ją z tyłu, zasłaniając usta. 

- Zostaw mnie - zapiszczała i zaczęła wyrywać się i walczyć jak zraniony guziec. Razem z 
napastnikiem upadła na ziemię z wielkim hukiem. Martine leżała na brzuchu, jęcząc, zbyt zdyszana, 
by się ruszyć. 

- Aresztuję cię za wtargnięcie na teren prywatny -powiedział wyraźnie młody głos. - Masz prawo nic 
nie mówić... 

Martine przekręciła się na plecy, wciąż ciężko dysząc. 

- Ty! - wrzasnęła. 

Spokojnie patrzyła na nią para lwich oczu. 

- Cześć, Martine - uśmiechnął się Ben. 

172 

23 

Martine podniosła się z ziemi, nie zwracając uwagi na dłoń, którą Ben do niej wyciągnął. 

- Mogłeś być wobec mnie nieco bardziej delikatny -powiedziała rozzłoszczona. 

- Przepraszam - odparł Ben, który najwyraźniej bardzo się starał, by nie wybuchnąć śmiechem. - 
Rozpoznałem cię dopiero wtedy, gdy lecieliśmy w powietrzu. Ale wtargnęłaś tu bezprawnie, wiesz o 
tym. 

- A ty? - spytała oskarżycielsko Martine. - Ty niby robisz coś innego? 

- Mój tata jest marynarzem. - Ben wskazał na jeden z wysokich, szarych statków. - To jest jego 
jednostka -„Aurora". Mam pozwolenie na przebywanie tu. 

Martine westchnęła. Dostrzegła, że nie ma innego wyjścia, jak tylko powiedzieć Benowi o Jemmym i 
modlić się, by nie chciał jej powstrzymać. Szybko i zwięźle 

opowiedziała mu o tym, jak zdradziła białą żyrafę, o kłusownikach i przepowiedni Grace. Powiedziała 
mu też o swojej babci, czekającej w samochodzie za sosnami. Na koniec powiedziała, ile Jemmy dla 
niej znaczy i jak bardzo zależy jej, by go odzyskać. 

- Proszę, Ben - zwróciła się do niego. - Obiecaj, że nie będziesz wchodził mi w drogę. 

Twarz Bena była poważna. 

- Od dłuższego czasu mój tata martwi się, że jego statek jest wykorzystywany do wywozu rzadkich 
zwierząt z kraju. Nie chciał jednak informować o tym władz, póki nie będzie pewien. Jeśli żyrafa jest 

background image

na pokładzie, to sądzę, że możemy do niej dotrzeć, ale musimy działać natychmiast. „Aurora" 
wypływa na Środkowy Wschód za trzydzieści minut. 

Nim Martine zdążyła przyzwyczaić się do tego nowego Bena, chłopca, który mówił i uśmiechał się, a 
miliony kilometrów dzieliły go od introwertycznego głupka, jakim wydawał się w szkole - ten kroczył 
już pewnie przez nabrzeże portowe, pokazując skinieniem ręki, by szła za nim. Miał na sobie 
postrzępione dżinsy, ciężkie buty i czarną koszulkę bez rękawów; jego ramiona, mimo że szczupłe, 
były umięśnione i silne. Martine podbiegła, by go dogonić. 

- Co ty sobie wyobrażasz? - zapytała z zapartym tchem. - Naprawdę sądzisz, że tak po prostu 
wejdziemy na statek i wyjdziemy z żyrafą? 

- Nie my - odparł Ben. - Ty. - Uśmiechnął się. -Zaufaj mi. Czasami najbardziej oczywisty sposób jest 
najlepszy. 

Jakby na udowodnienie słuszności jego słów, na molo wybuchło zamieszanie. Jeden z kontenerów 
pękł pod- 

174 

175 

czas transportu na pokład i zabytkowy stół oraz kilka błyszczących krzeseł walało się po obślizgłym 
zielonym nabrzeżu. Mężczyźni przeklinali i wymachiwali pięściami, a dwa psy obronne szarpały się, 
rozwścieczone, na łańcuchach. Ben nie zwracał na nie uwagi. Wszedł spokojnie po trapie statku na 
pokład i przez niskie drzwi do wnętrza. Martine truchtała za nim. 

Pod pokładem statek był labiryntem korytarzy, kam-buzów i karłowatych kajut. Szli jak najszybciej 
się dało, najpierw wzdłuż ciągnących się bez końca przejść okrętu liniowego, później dwie 
kondygnacje w dół krętymi schodami, a ich kroki rozbrzmiewały jak dźwięk kościelnych dzwonów. 
W końcu dotarli do ładowni. Śniady mężczyzna garbił się przy komputerze. Podskoczył, gdy Ben 
zapukał do drzwi, i krzyknął coś w obcym języku. 

Ben posłał mu promienny uśmiech. 

- Kapitan Holloway prosi pana na pokład - powiedział uprzejmie. - Nie wiem, o co chodzi, ale 
wygląda to na pilną sprawę. 

Mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie. Sięgnął po radio. 

- Jestem pewien, że to pilne - powtórzył Ben. 

Mamrocząc coś pod nosem, mężczyzna chwycił jakieś papiery i oddalił się korytarzem. Ben zaczekał, 
aż zniknie im z oczu, po czym wpadł do pomieszczenia. 

- Martine! Tutaj! 

Zamknął za nimi drzwi i otworzył szafę na akta. Wewnątrz, na miedzianych haczykach wisiały setki 
kluczy. Zaczął rozdzielać je metodycznie, układając na podłodze. Martine zerknęła na zegarek. Statek 
odpływał za dwadzieścia minut. Nie chciała nawet wyobrażać 

sobie, co się stanie, jeśli do tego czasu nie odnajdą Jemmyego. 

background image

Rozległo się pukanie do drzwi. Ben przyłożył palec do ust. Pukanie zmieniło się w walenie. Martine 
była kłębkiem nerwów. Za to Ben zachowywał spokój. Skrupulatnie oglądał każdy klucz, jakby miał 
w zapasie kilka godzin. Na pozór nie przejmował się tym, że bierze udział w nielegalnej akcji 
uwalniania zwierzęcia ani że rozjuszony Rosjanin najwyraźniej atakuje drzwi gaśnicą. Walenie ustało, 
za to rozległo się echo kroków człowieka biegnącego po stalowej podłodze. 

-Proszę! - panikowała Martine. 

- Mam go - powiedział Ben, podnosząc pęk kluczy. - Ale nie zostało nam zbyt wiele czasu. 

Otworzył drzwi i oboje rzucili się pędem wzdłuż korytarza, a potem dwa piętra w dół po krętych 
schodach, wskakując do schowka na przybory do sprzątania, gdy z bocznych drzwi wyłonili się dwaj 
pokryci smarem mechanicy. Martine oceniła, że są już na samym dole statku. W powietrzu unosiły się 
spaliny. Podłoga drżała, a budzące się do życia wielkie silniki wydawały z siebie nieubłagany ryk. 

- Myślisz, że nam się uda? - szepnęła Martine. 

Ben nie odpowiedział. Dotarli na skrzyżowanie korytarzy i chłopiec zastanawiał się, którędy powinni 
iść. 

- Ho, ho - gruchnął nieznajomy głos. - Co my tu mamy? 

Z mroku wyłonił się czerwony od słońca mężczyzna z nieskazitelnie przystrzyżonymi, siwymi 
włosami. Zmierzał w ich stronę ze srogim wyrazem twarzy. 

- Dobry wieczór, sir - wykrzyknął radośnie Ben. 

176 

177 

Wygląd mężczyzny zmienił się. 

- Na Boga, Ben - powiedział. - Nie zorientowałem się, że to ty. - Spojrzał na Martine i zmarszczył 
czoło. -Nie powinno was tu być, przecież wiesz. Do tej części statku nie ma wstępu, a do tego 
odpływamy za piętnaście minut. 

- Tak mi przykro, sir. Oprowadzałem moją przyjaciółkę, Martine, po statku i straciłem poczucie czasu. 
Muszę też przyznać, że nieco się zgubiliśmy. 

- To do ciebie niepodobne, Ben - zachichotał mężczyzna. - Znasz ten statek niemal tak dobrze jak twój 
ojciec. Jeśli pójdziecie tym korytarzem do ładowni, znajdziecie tam windę, która zawiezie was na 
pokład. Pospieszcie się. Chyba nie chcecie wylądować w Dubaju. Cha, cha! 

Ben podziękował mu wylewnie i znów ruszyli biegiem wzdłuż korytarza. Wkrótce dotarli do wielkich 
stalowych drzwi. Czerwony napis ostrzegał członków załogi, że wchodzą na własne ryzyko, i 
przerzucał na nich odpowiedzialność za możliwe obrażenia, traumę psychiczną czy śmierć 
spowodowane pogryzieniem, pokopaniem czy też ukąszeniem przez jadowitych mieszkańców 
pomieszczenia. 

Ben wcisnął klucze w dłoń Martine. 

background image

- Dalej nie idę. Praca mojego taty jest za dużo warta, bym dał się tutaj złapać. Kiedy wyjdziesz, pojedź 
windą na poziom trzeci i zejdź po trapie. Gdy tylko będziesz na molo, spójrz w lewo. Zobaczysz 
ścieżkę prowadzącą na wzgórze do dwóch wysokich bram. Ja dopilnuję, by były otwarte. 

Martine zawahała się. Było coś jeszcze. 

- Sądzisz, że mógłbyś przekazać wiadomość mojej babci? 

178 

Ben skinął głową. 

- Obiecuję. Powodzenia. Teraz jesteś zdana sama na 

siebie. 

Dopiero za piątą próbą Martine znalazła właściwy klucz. W tym czasie statek skrzypiał, bulgotał i 
jęczał jak zraniona bestia. Raz czy dwa Martine była przekonana, że czuje, jak jednostka przemieszcza 
się na linach cumowniczych. W końcu zamek wydał z siebie znajomy dźwięk. Gdy z dużym 
wysiłkiem dziewczynka otworzyła ciężkie, stalowe drzwi, po raz pierwszy tego dnia zakiełkowała w 
niej nadzieja. Wchodząc, zahaczyła rękawem podkoszulka o gwóźdź, który zrobił małą dziurkę w 
materiale. Uwolniła się, niemal nie dostrzegając tego faktu. 

Gdy drzwi zamknęły się z sykiem, uderzyła ją fala przyprawiającego o mdłości fetoru oleju, zwierząt, 
odchodów i morskiej wody. Znalazła się w oświetlonej jarzeniówkami strefie stłoczonych 
kontenerów. Dziesiątki pudeł, z których wiele owiniętych było brezentem, ustawiono w mroku, w 
niechlujnych rzędach. Martine podbiegła szybko do stojących najbliżej niej i zajrzała do środka. Były 
tam szklane skrzynki pełne wijących się węży, klatki napchane markotnymi papugami i pudła 
wypełnione kwilącymi małpami. Dostrzegła też kufry wyładowane skórami zwierząt, rogami antylop, 
ziarnem i alkoholem, i masę stłoczonych owiec kulących się w skrzyni, wyraźnie zbyt małej dla nich. 
W ostatnim kontenerze w rzędzie gnieździł się olbrzymi samiec pawiana 

179 

z niebieskim zadem. Gdy dziewczynka podniosła wieko, zwierzę rzuciło się na pręty klatki, 
odsłaniając żółte zęby. Martine omal nie wyskoczyła ze skóry. Ani śladu żyrafy. 

Martine jeszcze nigdy w życiu nie czuła się taka bezradna. Serce bolało ją na myśl o tych wszystkich 
stworzeniach. Znaczna większość z nich została potraktowana gorzej niż transport węgla czy ryżu. 
Jakby nie miały uczuć i potrzeb. Jakby były odporne na głód i pragnienie, całkowicie nieczułe na ból. 
Wiedziała jednak, że nie ma żadnej możliwości, by teraz je wszystkie ocaliła. Niestety, wzrastało 
prawdopodobieństwo, że nie uda jej się nawet znaleźć Jemmy ego. 

Usiłowała myśleć logicznie. Na kontenerach nie było widać wyraźnych etykiet, nie oznaczało to 
jednak, że nie są w jakiś sposób opisane. Musiał istnieć system ich identyfikacji. Przyjrzała się 
uważnie najbliższym pudłom. Każde z nich miało na dole wypisany numer po prawej stronie drzwi. 
Nagły ból ramienia przypomniał jej o gwoździu, o który rozdarła koszulkę. Coś na nim wisiało. Jakiś 
notes? W mgnieniu oka już go miała: nr 144, żyrafa, alejka C. 

Dostrzegła nr 144. Gdyby miała jaśniejszy umysł, pewnie wcześniej by go zauważyła. Był to 
pomalowany na czarno kontener, wyższy i szerszy od pozostałych. Pognała do niego i odchyliła 

background image

brezent. Jemmy leżał na podłodze, z nogami powykrzywianymi pod dziwnym kątem. Jego 
srebrzystobiała sierść pokryta była ranami i skrzepniętą krwią. Wydawało się, że nie żyje. 

- Jemmy! - zaszlochała Martine. - Och, Jemmy. Co ja ci zrobiłam? 

Na dźwięk głosu dziewczynki Jemmy podniósł głowę. Jego oczy były puste i patrzył tępo przed 
siebie. Martine opadła obok kontenera. 

- Jemmy, proszę, nie umieraj. Tak bardzo cię kocham. 

Biała żyrafa znów legła na ziemi, powieki zakryły jej oczy. Zwierzę oddychało bardzo płytko. Martine 
odsunęła zasuwkę i uklękła tuż przy nim. Zaczęła głaskać je po pyszczku i szyi, znów czując znajome 
mrowienie. 

- Proszę, obudź się, Jemmy, proszę. Żadnej reakcji. 

Martine zamknęła oczy i położyła dłonie na sercu białej żyrafy. Ni stąd, ni zowąd zaczęły napływać 
do jej głowy jaskrawe wspomnienia wspólnie spędzonych chwil. Wieczoru, gdy po raz pierwszy 
zobaczyła Jemmy ego, jak stał w burzy i skrzył się na tle nocnego nieba. Niezapomnianej chwili, 
kiedy oparł głowę na jej ramieniu. Albo jak leżała na jego grzbiecie wysoko na skarpie, wpatrując się 
w Drogę Mleczną. Czy też radosnych przejażdżek między słoniami i lwami w Sawubonie. 

Przez cały czas Martine zdawała sobie sprawę, że jej ręce stają się coraz gorętsze, a przez nią płynie 
czyste uczucie - miłość. 

Potężny dreszcz wstrząsnął ciałem Jemmy'ego. Odetchnął ciężko, jakby chciał odzyskać życie, które 
niemal z niego uleciało. Otworzył oczy dokładnie w tej samej chwili co Martine. Znów pojawiło się w 
nich światło i w jednej chwili dziewczynka poczuła, że żyrafa wciąż ją kocha i wciąż w nią wierzy. 

Martine wtuliła twarz w aksamitny bark zwierzęcia i pocałowała je. Usiadła. Drżącymi palcami 
sięgnęła do 

180 

181 

woreczka po jedną z buteleczek, które Grace podarowała jej tej nocy, gdy spotkały się w jaskini. „Na 
krwawienie lub by uśmierzyć ból", wyjaśniła. Martine postanowiła wtedy, że nigdy tego nie użyje. 
Substancja miała niepokojący kolor, a jej zapach - coś pomiędzy siekanymi żabami a brukselką - 
wywoływał odruch wymiotny. Jednak teraz nie miała dużego wyboru. Wiedziała, że ma moc 
uzdrawiania, jednak nie była pewna, na co ten dar pozwoli. Mając w pamięci to, co stało się z kudu, 
doszła do wniosku, że w niektórych sytuacjach nadal potrzebuje wsparcia medycyny naturalnej. 
Martine nie miała pojęcia, jak bardzo ranny jest Jemmy ani nawet czy będzie w stanie iść, wiedziała 
jednak, że nie zdołają uciec z portu, jeśli nie będzie mógł galopować. Wyjęła korek z buteleczki i 
zatykając nos jedną ręką, drugą wtarła miksturę w rany. W momencie zetknięcia lekarstwa ze skórą 
rozlegało się skwierczenie. 

Statek przechylił się gwałtownie, tak że Martine ledwo utrzymała równowagę. Przysunęła zegarek do 
światła. Zostało sześć minut do odpłynięcia. 

Martine myślała, że oszaleje. Mikstura musiała zdziałać cuda w czasie drogi. Dziewczynka z dużą siłą 
pogłaskała żyrafę. 

background image

- Jemmy - powiedziała. - Musimy już iść. - Po chwili, która zdawała się wiecznością, zwierzę 
podniosło się z ziemi i stanęło na chwiejnych nogach. Martine ruszyła do drzwi i westchnęła z ulgą, 
gdy Jemmy poszedł za nią, lekko się zataczając. 

Byli już przy wyjściu, gdy błysk złota i czerni przyciągnął wzrok Martine. Młode gepardy! Była 
niemal pewna, że one też zostały skradzione z Sawubony. Mogły to 

nawet być te same młode, których tropy Tendai pokazał jej na skarpie. Jeśli nawet tak było, teraz w 
żaden sposób nie mogła im pomóc. Leżały jeden na drugim w rogu klatki, wyraźnie otumanione. 

Posławszy ostatnie udręczone spojrzenie gepardziąt-kom, Martine poprowadziła Jemmyego przez 
stalowe drzwi do windy towarowej. Była ona przynajmniej trzy razy szersza i głębsza od normalnego 
dźwigu, mimo to żyrafa musiała schylić głowę. Zwierzę prychnęło z niepokojem. Martine wcisnęła 
guzik trzeciego poziomu i winda zaczęła się wznosić. Wtedy właśnie dziewczynka zdała sobie sprawę, 
że nie do końca przemyślała plan ucieczki. Gdyby biegła sama, a oszalała ze strachu żyrafa pędziłaby 
przez nabrzeże portowe, bez wątpienia ścigana przez mężczyzn z bronią, wkrótce nastąpiłaby 
katastrofa. Było tylko jedno wyjście - musiała jechać na żyrafie. 

Jemmy trząsł się w klekoczącej, klaustrofobicznej windzie, jednak stał spokojnie, gdy zasugerowała, 
że spróbuje go dosiąść. Wykorzystując poręcz jako podpórkę pod stopę i starając się za wszelką cenę 
nie dotykać ran na karku i szyi żyrafy, Martine wgramoliła się na jej grzbiet dokładnie w chwili, gdy 
winda zatrzymała się ze zgrzytem. Została minuta. Drzwi się rozsunęły. Przed nimi stał Aleks du 
Preez i rozmawiał przez komórkę. 

- W końcu okazało się to dużo prostsze, niż przypuszczaliśmy - mówił. - Jak zabranie cukierka 
dziecku. 

Zauważył Martine i Jemmyego dokładnie w chwili, gdy oni go ujrzeli. Twarz mężczyzny przybrała 
kolor mrożonego indyka bożonarodzeniowego. Upuścił telefon i momentalnie obrócił się na pięcie. 

- Podnosić trap! - wrzasnął. - ZATRZYMAĆ ICH!!! 

182 

183 

- Biegnij, Jemmy! - krzyknęła Martine, ale zwierzę było już w pędzie. Wpadli na pokład, a po drodze 
żyrafa wymierzyła Aleksowi cios kopytem, który padł jak trafiona pałką foka. Rozległ się nieubłagany 
hałas towarzyszący podnoszeniu trapu. Na portowym molo ludzie krzyczeli coś i pokazywali palcami, 
ze wszystkich stron nabrzeża zbiegali się mężczyźni. Statek zaczynał się ruszać. Martine miała serce 
w gardle, ale Jemmy nie zawahał się nawet przez chwilę. Wbiegł na podnoszący się trap i wykonał 
daleki skok. Martine spojrzała w dół. Pod nimi nie było nic prócz oceanu. 

24 

Pierwszą rzeczą, jaką Martine spostrzegła, gdy wraz z Jemmym wylądowali na portowym molo, były 
wozy policyjne. Napływały przez bramy wjazdowe na sygnale, z migającymi na dachach światłami. 
Zaraz też zobaczyła ścieżkę prowadzącą na wzgórze. - Tędy! - krzyknęła. 

Jemmy zatoczył się przy lądowaniu, a potem skręcił gwałtownie, by uniknąć psów obronnych, tak że 
Martine o mało nie spadła. Teraz wczepiła się mocno w jego grzywę i objęła go nogami, kiedy złapał 
równowagę i ruszył pędem w górę zbocza, w stronę żelaznych bram. Były otwarte, dokładnie tak, jak 

background image

obiecał Ben. Gdy tak galopowali, Martine kątem oka ujrzała Bena ukrytego za murem. Miał na twarzy 
szeroki uśmiech podniecenia i machał im. 

Martine uniosła dłoń i też się uśmiechnęła. 

185 

- Dzięki, Ben - zawołała. - Nigdy tego nie zapomnę. Kiedy opuścili port, Martine uświadomiła sobie, 
że nie zna drogi do Sawubony. Nie pomyślała też wcześniej 

o odpowiedzi na skomplikowane pytanie, jak pokonać na grzbiecie dzikiego zwierzęcia zatłoczony 
Kapsztad. Jednak niepotrzebnie się martwiła. Jemmy, wiedziony instynktem swych przodków, 
podążał za słońcem, nieomylnie w kierunku domu. Ani przez chwilę się nie wahał. Ominął miasto, z 
hałasem klaksonów i zatłoczonymi plażami, przeskoczył przez strumień i zaczął pędzić, jakby od tego 
zależało jego życie. Co, poniekąd, było prawdą. 

Na początku Martine spodziewała się, że na horyzoncie pojawią się hałaśliwe wozy policyjne, ale tak 
się nie stało. Nic nie zakłócało rytmicznego stukotu kopyt żyrafy. Poza krótką przerwą na picie, gdy 
pokonywali rwącą rzekę, Jemmy biegł, nie męcząc się, i przeskakiwał płoty, gdy tylko się do nich 
zbliżał. Niezależnie od tego, z czego Grace przyrządziła cuchnącą miksturę, zdziałała ona cuda. 

Podróżowali w głębi lądu, z dala od przedmieść 

i wietrznego wybrzeża. Czasami otaczała ich jedynie wysuszona, szara pustynia, po której żwawo 
przemieszczały się strusie. Innym zaś razem między niewysokimi pagórkami rozciągały się doliny 
porośnięte polnymi kwiatami, liliowe wzgórza protei królewskich i porośnięty wrzosami fynbos albo 
złote pola pszenicy. Poruszali się tak szybko i cicho, że niewiele osób miało okazję zobaczyć, jak ich 
mijają. A ci, którzy widzieli, albo przewracali się, tracąc przytomność, albo sprawdzali, czy w 
kubkach z herbatą nie ma alkoholu, lub też dalej zajmowali się 

swoimi sprawami, potrząsając jedynie delikatnie głową w przekonaniu, że wzrok ich zawodzi. 

Kiedy wreszcie dotarli na przedmieścia Storm Crossing, Jemmy zwolnił kroku i szedł spokojniej. 
Wciąż świeciło słońce, ale z nieba zaczął padać deszcz drobny niczym mgiełka. Martine wiedziała od 
Tendaia, że Afrykańczycy nazywają te piękne, deszczowe popołudnia „zaślubinami małp". W pewnej 
odległości przed nimi Martine dostrzegła tłum. Kiedy się zbliżyli, ludzie zaczęli wychodzić z domów i 
ze sklepów; wskazywali ich palcami, klaskali, a raz czy drugi Martine miała wrażenie, że słyszała 
wiwaty. Starała się przekonać Jemmy ego, by poszedł inną drogą, on jednak wybrał główną. 
Począwszy od piekarni mężczyźni, kobiety i dzieci stali wzdłuż ulicy w trzech rzędach. Z wysoka 
Martine miała ogląd na kilkaset metrów we wszystkie strony, nigdzie jednak nie było śladu żadnego 
święta czy przechodzącej parady. Dopiero w chwili, gdy grupka maluchów zaczęła skandować jej 
imię, zorientowała się, że powodem tego zamieszania jest ona i Jemmy. 

Martine nie do końca to pojmowała. Minęli stojący przy poczcie samochód policyjny. Z tylnego 
siedzenia zerkał na nich spode łba zakuty w kajdanki Aleks. Posłał Martine zabójcze spojrzenie. 
Dwóch posterunkowych wyprowadzało z biura burmistrza elegancko ubranego, zapewniającego o 
swej niewinności czarnoskórego mężczyznę, którego Martine rozpoznała z gazet jako ojca Xhosa 
Washingtona. Za radiowozem stał dżip Tendaia. Dochodziło z niego oburzone miauczenie. „Małe 
gepardy", pomyślała Martine, której chciało się płakać z radości. 

186 

background image

187 

Drzwi dżipa otworzyły się i pojawił się w nich Tendai, uśmiechnięty, cały pokryty zadrapaniami. Gdy 
dostrzegł białą żyrafę i jadącą na jej grzbiecie Martine, zdjął kapelusz i wpatrywał się w zdumieniu. 

- Biała żyrafa - powiedział. - Tyle razy chciałem... miałem nadzieję... to naprawdę boskie stworzenie, 
moja mała, jak koń zrobiony z gwiazd. 

Martine uśmiechnęła się do niego ze łzami szczęścia w oczach. Teraz już tylko brakowało jej babci. 
Jakby czytając w jej myślach, Tendai powiedział: 

- Babcia czeka na ciebie w Sawubonie, moja mała. Wiedziała, że twój przyjaciel dowiezie cię 
bezpiecznie do domu. 

Martine podziękowała mu, a Tendai znów otworzył drzwi dżipa, by raz jeszcze zmierzyć się z małymi 
gepardami. Później powiedział jej, że od roku podejrzewał Aleksa o kradzież zwierząt z Sawubony, 
ale nigdy nie udało mu się tego udowodnić. 

- Po prostu nie chciałem w to wierzyć - wyznał Martine. 

Po aresztowaniu Aleksa śledczy ustalili, że był mózgiem potężnej szajki kłusowników, która działała 
niemal trzy lata. Przez ten czas on i jego wspólnicy - jednym z nich był ojciec Xhosa Washingtona, 
burmistrz, który wystawiał pozwolenia na wywóz - wysłali setki zwierząt - w tym wiele bardzo 
rzadkich - do kolekcjonerów na całym świecie. Głównym odbiorcą był pewien bogaty szejk ze 
Środkowego Wschodu, który skupował zwierzęta do swego prywatnego parku safari. A tam były one 
odstrzeliwane i zjadane podczas egzotycznych przyjęć lub wypychane, a ich głowy i skóry 
wykorzystywano 

188 

do dekoracji ścian w posiadłości szejka. Kłusownicy, których Aleks bohatersko schwytał w 
Sawubonie, należeli do konkurencyjnej szajki, i z przyjemnością się ich pozbył. Oczywiście nie zrobił 
tego, by chronić zwierzęta. 

Podczas przesłuchań Aleks stanowczo obstawał przy stanowisku, że śmierć dziadka Martine w 
Sawubonie była przypadkowa; twierdził, że broń wypaliła, gdy Henry szamotał się z innym członkiem 
gangu. Utrzymywał, że opatrzył Henry'ego jak najlepiej potrafił, nim zmył się z miejsca tragedii z 
drugim mężczyzną. Powiedział też, że podjął pracę w Sawubonie w ramach „próby uporządkowania 
wszystkich spraw". Usłyszawszy to, Martine nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

Minęło jednak trochę czasu, nim to wszystko wyszło na jaw, a na razie Martine wiedziała tylko, że 
Jemmy i małe gepardy są bezpieczne. Tak bardzo się uśmiechała, że aż rozbolały ją policzki. Gdy 
kątem oka ujrzała bliźniaki Van Heerden, jak czerwoni na twarzach chowają się w zaułku, 
zawstydzeni, bez wątpienia, rolą, jaką zdaniem Martine odegrali, pomagając ukraść niemy gwizdek, 
wybuchła głośnym śmiechem. 

„Ile może się zmienić w ciągu jednego dnia", pomyślała. 

Słońce już niemal zachodziło, gdy Jemmy skręcił w piaszczystą drogę prowadzącą do Sawubony. 
Gołębie gruchały w ciernistych krzakach, a powietrze pachniało 

189 

background image

tak jak wtedy, gdy Martine spędziła pierwszy wieczór w rezerwacie - paleniskami, dziką zwierzyną, 
drzewami i obfitującą w zioła ziemią. Blednące niebo przecinały złote pasma. Przed nimi rozciągała 
się wspaniała tęcza. Wznosiła się łukiem nad krytym strzechą domem Gwyn Thomas, a kończyła w 
rezerwacie, w pobliżu wodopoju. Martine czuła, że ściska ją w gardle. Tak wiele przeszła razem z 
Jemmym. Był jej najlepszym przyjacielem i wier-nym obrońcą, kochała go tak bardzo, jak nic innego 
na świecie. Ale potrzebował wolności. Jeszcze raz musiała pozwolić mu odejść. 

Gdy zbliżyli się do bramy prowadzącej do rezerwatu, w pobliżu domu, Martine objęła ramionami 
szyję Jem-my ego, a on schylił się, pozwalając jej bezpiecznie zejść na ziemię. 

- Żegnaj, mój piękny przyjacielu - powiedziała. -Będę za tobą tęsknić. 

Jednak Jemmy nie chciał przejść przez bramę. Wydał z siebie melodyjny dźwięk i wtulił pysk w 
Martine. Pogładziła jego jedwabistą grzywę i cynamonowe łaty. 

- Zawsze tu będę, gdybyś mnie potrzebował, obiecuję - powiedziała z uczuciem. - Ale teraz musisz 
trochę odpocząć i dlatego biegnij do domu, do Sekretnej Doliny. 

Martine patrzyła, jak biała żyrafa galopuje przez rezerwat, aż w końcu straciła ją z oczu. Była pewna, 
że pewnego dnia powróci. Skierowała się w stronę krytego strzechą domu, gdzie czekała na nią 
babcia. 

Gdy zbliżyła się do furtki, ujrzała Grace. Sangoma siedziała na pieńku, odziana w suknię w kolorach 
indy-go, żółtym i ciemnomiodowym, z chustą na głowie pod kolor. Uśmiechnęła się różowymi 
dziąsłami, wyciągnęła 

ręce i przycisnęła Martine do olbrzymiej piersi w entuzjastycznym uścisku. 

- Dobrze się spisałaś, dziecino. Przodkowie są z ciebie bardzo dumni - powiedziała. 

Ostatnia czarna chmura, która unosiła się jeszcze w sercu Martine, odpłynęła. 

- Dziękuję, Grace - wydyszała, zdoławszy wyzwolić się z uścisku. - Ale wciąż jest mi bardzo wstyd. 
Wszystkich zawiodłam. Jemmy mi ufał, a ja zachowałam się tak głupio. 

- Wszyscy popełniamy błędy, dziecino. To ludzkie. Ale nie każdy ma odwagę przyznać się do tego, co 
zrobił, i podjąć próbę naprawienia szkód. Jesteś bardzo dzielna. Tak jak ci mówiłam, dar może być 
przekleństwem, nie tylko błogosławieństwem. Kiedy wszystko zostało już powiedziane i zrobione, 
podjęłaś mądrą decyzję. 

- Grace, ale to nie był powód, dla którego zostałam wybrana? - spytała Martine. - To znaczy wiem, że 
udało mi się ocalić Jemmy ego, ale przecież to z mojej winy został ukradziony. 

- Masz rację, dziecino - odparła Grace. - To nie było zadanie, do którego zostałaś wybrana. To był 
jedynie test, nic więcej. W przyszłości pojawi się wiele, wiele wyzwań. Będziesz podróżować do 
najdalszych zakątków świata i przeżyjesz mnóstwo przygód, nim się ze wszystkim uporasz. 

Wiecie, to nie koniec. To dopiero początek. 

190 

Redaktor serii: Natalia Sikora Redakcja: Agnieszka Jezierska Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Anna 
Hegman 

background image

Ilustracje na okładce i we wnętrzu: David Dean Opracowanie okładki polskiej i redakcja techniczna: 
Alek Radomski 

Wydawnictwo W.A.B. 02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5 tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 
10, 646 05 11 wab@wab.com.pl www.wab.com.pl 

Druk i oprawa: Drukarnia Wydawnicza im. WL. Anczyca S.A., Kraków 

ISBN 978-83-7414-655-5