background image
background image

 

 

 

Christenberry Judy   

  Do utraty tchu 

 

Tytuł oryginału: 

A Ring For Cinderella 

 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

 

 

-  Jeszcze kawy? 

Zach Lowery z wymuszonym uśmiechem przesunął filiżankę ku brzegowi 

stolika. Nie chciało mu się podnosić głowy. Zerknął tylko na dłoń trzymającą 

szklany dzbanek. Najwyraźniej podeszła do niego inna kelnerka. Tamta, która 

podawała  śniadanie,  miała  skórę  brunatną  i  mocno  pomarszczoną.  Ręka,  na 

którą patrzył,  była  gładka,  paznokcie  wypielęgnowane  i pomalowane  blado-

różowym  lakierem.  Spojrzał  w  górę  i  ujrzał  szczupłe  ramię,  a  potem  twarz 

znacznie ładniejszą od Ślicznej buzi jego byłej żony. Dziewczyna miała jasne, 

kręcone włosy; sięgały ramion i podkreślały delikatną cerę, rumieńce na poli-

czkach, błękit oczu i ich ciemną oprawę. 

-  Czegoś pan sobie życzy? - spytała kelnerka lekko schrypniętym głosem, 

który działał na wyobraźnię. 

Zach miał już w głowie doskonały plan, dzięki któremu jego dziadek od-

zyska spokój, a on sam pozbędzie się wyrzutów sumienia. Pozostawało jedy-

nie sprawdzić, kim jest rozmówczyni, a następnie skłonić ją, by zrealizowała 

jego zamierzenia. 

-  Jak się pani nazywa? - wykrztusił, jakby nie mówił od wielu lat. 

Przyjrzała mu się ze zdumieniem. Po chwili odchrząknęła i z uśmiechem 

odparła: 

-  Mam na imię Susan. 

Zmierzył ją taksującym spojrzeniem. Miała wspaniałą figurę, podkreśloną 

dyskretnie  kostiumem  z  niebieskiej  dzianiny.  Była  ucieleśnieniem  męskich 

RS

background image

snów. Dziadek ucieszyłby się, gdyby Zach pojawił się u niego z taką dziew-

czyną. 

-  Susan, czy masz ochotę na zaręczyny? 

 

Susan  Greenwood  była  znużona.  Miała  dość  ustawicznych  trudności  fi-

nansowych - kłopotliwej schedy po matce. Ledwie dawała sobie radę z opieką 

nad przyrodnim rodzeństwem, Paulem i Megan. Niełatwo jej było robić dobrą 

minę  do  złej  gry,  kiedy  przyrodnie  siostry,  Kale  i  Maggie,  wypytywały,  co 

słychać. Odkąd dowiedziały się o jej istnieniu, próbowały otoczyć ją opieką. 

Wprawdzie pokochała je gorąco, ale była zbyt dumna, by przerzucać na ich 

ramiona brzemię swych kłopotów. Miała także dość mężczyzn, którzy z po-

wodu jej dobrej figury i jasnych włosów brali ją za nimfomankę. 

Z drugiej strony jednak nie chciała zachować się arogancko wobec klienta 

jadłodajni  „Smaczny  kąsek",  chociaż  ten  dureń  właśnie  się  jej  oświadczył- 

Kate byłoby przykro, że przyrodnia siostra nie dba o rodzinny interes. 

-  Proszę wybaczyć, ale nie jestem zainteresowana - odparła z uśmiechem i 

ruszyła w stronę baru. 

-  Poczekaj! 

- Co  mam podać?  -  Jej ton  i  spojrzenie  były  chłodne  i  obojętne.  Chciała 

dać natrętowi do zrozumienia, że nie będzie kontynuowała tej rozmowy. 

- Nic  złego  nie  miałem  na  myśli.  -  Nerwowym  gestem  odgarnął  ciemne 

włosy. Susan mimo woli zauważyła, że ma ładne duże ręce. - Chętnie wyja-

śnię, czym rzecz. 

- Nie widzę takiej potrzeby. Mam nadzieję, że śniadanie było smaczne. - 

Odwróciła  się  i  po  chwili  znalazła  bezpieczne  schronienie  za  barem.  -  Czy 

mogłabyś zająć się tamtym klientem, jeśli będzie czegoś potrzebował? - po-

wiedziała  szeptem  do  Brendy,  starszej  wiekiem  kelnerki.  -  Właśnie  mi  się 

oświadczył. 

RS

background image

-  Szczęściara!  -  usłyszała  w  odpowiedzi.  -  Szkoda,  że  mnie nie  składają 

takich propozycji. Zresztą mój Jeny pewnie by się złościł, gdybym uciekła z 

kowbojem, nawet tak przystojnym jak ten w rogu. 

Susan  uśmiechnęła  się  pobłażliwie  i  przez  wahadłowe  drzwi  ruszyła  na 

zaplecze, minęła kuchnię i zniknęła w maleńkim gabinecie. Pomagała Bren-

dzie, gdy  w jadłodajni było  więcej gości. Wyręczała  zabieganą kelnerkę, by 

dać jej chwilę  oddechu, ale  głównym  zadaniem  Susan było  tworzenie  wize-

runku rodzinnej firmy, reklama i poszukiwanie nowych klientów. 

Z  westchnieniem  usadowiła  się  w  fotelu.  Zaczęła  pracować  w  jadłodajni 

przed tygodniem i powoli odzyskiwała spokój oraz duchową równowagę. Do 

niedawna nikt jej tu nie zaczepiał. W poprzedniej firmie otrzymywała niemo-

ralne  propozycje,  nie  zdarzyło  się  jednak,  by  obcy  mężczyzna  nagle  się  jej 

oświadczył. 

Z ponurym uśmiechem sięgnęła po projekt broszury, nad którym właśnie 

pracowała.  Powinna  spytać  kowboja,  czy  zgodzi  się  pozować  do  zdjęcia  na 

okładkę. Przystojny mężczyzna przyciągnąłby żeńską klientelę. To panie za-

mawiają  potrawy  i  obsługę  na  przyjęcia.  Westchnęła  z  irytacją,  bo  przez 

chwilę wyobrażała sobie szerokie bary i piwne oczy nieznajomego. Dość tych 

bzdur! Jej plany osobiste i zawodowe nie uwzględniały żadnych mężczyzn. 

-  Susan? - W uchylonych drzwiach stanęła Brenda. - Ten kowboj upiera 

się,  że  musi  z  tobą  pogadać.  Zawraca  mi  głowę,  a  goście  walą  drzwiami  i 

oknami. Mam wezwać gliny? 

Susan wolała unikać takich incydentów. Wątpliwy rozgłos związany z po-

licyjną interwencją nie służyłby interesom firmy. 

-  Postaram się przekonać go, żeby sobie poszedł. 

Kowboj czekał przy barze, ściskając niecierpliwie rondo kapelusza. Z jego 

twarzy biła stanowczość. Nie będzie łatwo skłonić natręta do odejścia. 

- Słucham. 

RS

background image

- Susan, muszę z tobą porozmawiać. 

- Oferujemy  tylko  posiłki.  Rozmowy  i  towarzystwa  proszę  szukać  w  in-

nym  lokalu.  -  Starała  się  mówić  uprzejmie  i  zdecydowanie,  lecz  aroganckie 

spojrzenie nieznajomego zbiło ją z tropu. 

- Nie szukam towarzystwa. Mam dla ciebie propozycję. 

- Słyszałam,  o  co  chodzi  i  odmówiłam.  -  Natychmiast  odwróciła  się,  by 

wrócić do biura, ale mężczyzna chwycił jej ramię, nim zdążyła umknąć. Silna, 

spracowana dłoń trzymała ją lekko, ale nieustępliwie. 

- Proszę tylko, żebyś wysłuchała, co mam do powiedzenia. Usiądź ze mną 

przy tamtym stoliku na dziesięć minut. - Wskazał miejsce w głębi sali. - Jeśli 

się nie zgodzisz, wyjdę stąd i przestanę zawracać ci głowę. 

Susan  zastanawiała  się, co  robić. Mogła  odmówić  i natychmiast  wezwać 

policję,  ale  nie  miała  na  to  ochoty.  Postanowiła  wysłuchać  nieznajomego  i 

odesłać go z kwitkiem. Miała nadzieję, że dotrzyma słowa, bo w przeciwnym 

razie będzie w „Smacznym kąsku" trochę zamieszania. 

- Zgoda.  Porozmawiamy  przy  kawie?  Proszę  usiąść  przy  stoliku.  Zaraz 

podejdę. 

- Nie uciekniesz, prawda? - Zerknął na nią podejrzliwie i nie mszył się z 

miejsca. 

- Skądże! - Cieszyła się, że po latach praktyki doszła do perfekcji w ukry-

waniu uczuć. Nie chciała, by wiedział, że jest wytrącona z równowagi. 

Puścił  jej  ramię,  wolno  cofnął  rękę  i  skinął  głową.  Postawiła  na  blacie 

dwie czyste filiżanki i spodeczki, a potem sięgnęła po dzbanek. Minęła bar i 

usiadła przy stoliku wskazanym przez gościa. Gdy zajmował miejsce, poczu-

ła, że jego kolana dotykają jej łydek i aż podskoczyła z wrażenia. 

-  Przepraszam. Mam długie nogi. 

Już  to  spostrzegła.  Mierzył  prawie  metr  dziewięćdziesiąt.  Bez  słowa  na-

pełniła filiżanki. Zerknęła na zegarek. 

background image

-  Mam dziesięć minut - przypomniał, spoglądając na nią znacząco. 

W milczeniu skinęła głową. 

-  Mój dziadek  jest umierający  -  zaczął  bez  żadnych  wstępów.  Susan  ro-

zumiała powagę sytuacji, ale nie wiedziała, jak to się ma do nagłych oświad-

czyn.  -  Pragnął,  żebym  się  ożenił,  miał  dzieci.  -  Zamilkł  i  spojrzał  w  okno. 

Był zakłopotany, bo sytuacja zmuszała go do zwierzeń. - Okłamałem go. Po-

wiedziałem,  że  jest  w  moim  życiu  pewna  kobieta...  narzeczona.  -  Zamilkł  i 

upił łyk kawy. Unikał wzroku dziewczyny siedzącej po drugiej stronie stołu. - 

Przed tygodniem dziadek miał rozległy zawał. 

-  Szczerze współczuję - wtrąciła cicho Susan. 

Zach  szybko  odzyskał  panowanie  nad  sobą.  Nie  nabierze  się  na  kobiece 

sztuczki.  Raz  dał  się  zwieść  i  przyszło  mu  drogo  zapłacić.  Ładna  buzia, 

współczujące spojrzenie i ciepły głos to atuty sprawiające, że mężczyzna głu-

pieje... i wpada w pułapkę. 

- Dziadek chce poznać moją narzeczoną. Spojrzała na niego z uwagą, po-

kiwała głową i rzekła: 

- Wszystko jasne. Mam udawać... 

- Moją dziewczynę. 

- Położenie jest rzeczywiście kłopotliwe, ale... 

- Mogę  zapłacić!  -  zdesperowany  wpadł  jej  w  słowo.  Była  urodziwa  i 

miała  klasę.  Taką  kobietę  wybrałby  dla  niego  dziadek.  Czas  naglił.  Trzeba 

kuć żelazo, póki gorące. 

- Nie. Pora... 

- Dziesięć tysięcy dolarów. - Z kpiącym wyrazem twarzy obserwował, jak 

Susan zaczyna rozumieć, co przed chwilą usłyszała. -Całkiem niezła sumka za 

jeden wieczór, prawda? 

RS

background image

- Jak rozumiesz słowo wieczór? - zapytała chłodno i spojrzała mu prosto w 

oczy. 

- Moja droga, nie musze płacić kobietom, by zechciały dotrzymać mi to-

warzystwa.  -  Popatrzył  na  nią  z  oburzeniem.  -Mam  na  myśli  wieczorne  od-

wiedziny  w  szpitalu,  na  oddziale  intensywnej  terapii.  Nie  potrwają  długo. 

Dziadek... szybko się męczy. 

- To wszystko, prawda? 

Zach  poczuł,  jak  ogarnia  go  rezygnacja.  Czego  się  spodziewał?  Chciał 

pewnie,  by  ta  ślicznotka  zapomniała  na  chwilę  o  sobie  i  pomogła  obcemu 

człowiekowi. Wolne żarty! 

- Naprawdę stać cię na taki... 

- Słyszałaś  o  posiadłości  rodziny  Lowerych?  -  Skinęła  głową,  marszcząc 

brwi. Wyciągnął książeczkę czekową. - Jestem jedynym spadkobiercą. Mogę 

ci wypłacić tę sumę. - Wypisał czek i podał jej. - Oto pięć tysięcy dolarów. 

Zdążysz przelać je na swoje konto przed zamknięciem banków. Po odwiedzi-

nach dostaniesz resztę. 

Wpatrywała się w czek, jakby nie mogła uwierzyć, że ten kawałek papieru 

naprawdę istnieje. Sięgnęła po niego z ociąganiem. Po chwili mężczyzna za-

pytał: 

-  Gdzie mieszkasz? Muszę znać twój adres i nazwisko. Była oszołomiona, 

ale machinalnie podała mu informacje, których zażądał. Od razu zwróciło je-

go uwagę, że Susan mieszka w ubogiej dzielnicy. 

-  Przyjadę po ciebie pół do siódmej. Bądź gotowa. Pożegnał się i wyszedł 

z jadłodajni. 

Lowery  dawno  zniknął,  a  Susan  wciąż  z  niedowierzaniem  gapiła  się  na 

czek. Pięć tysięcy dolarów. Nie do wiary! 

RS

background image

W ciągu dwóch tygodni musiała wpłacić należność za pokój i wyżywienie 

w akademiku na uczelni, gdzie miała rozpocząć studia jej przyrodnia siostra. 

Megan dostała stypendium, które wystarczyło na opłacenie czesnego. Susan 

obiecała pokryć koszty utrzymania. Te pieniądze były dla niej niczym manna 

z nieba. 

Zdawała sobie sprawę, że powinna natychmiast podrzeć czek. Gotowa by-

ła  za  darmo  pomóc  temu  człowiekowi.  Gdyby  nie  to,  że  musiałaby  znaleźć 

opiekunkę dla ośmioletniego braciszka, chętnie od razu pojechałaby do szpi-

tala. Nim zdążyła o tym wspomnieć, rzucił jej w twarz swoje pieniądze i wy-

szedł. 

Jeśli  naprawdę  jest  dziedzicem  fortuny  Lowerych,  pewnie  forsy  ma  jak 

lodu. W końcu uznała, że skoro przyjęła czek, powinna wieczorem pojechać 

do  szpitala  i  udawać  szczęśliwą  narzeczoną.  A  jednak,  mimo  rozmaitych 

usprawiedliwień, sumienie nie dawało jej spokoju. 

Starannie złożyła czek. Powinna być realistką. Na szlachetność mogą so-

bie pozwolić ludzie z wypchanymi portfelami. Nadarzała się sposobność, by 

zapewnić Megan godziwe utrzymanie. Susan byłaby idiotką, gdyby z niej nie 

skorzystała. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i kowboj zapłaci drugą 

część honorarium, wystarczy na spłatę matczynych długów i nowe ubranie dla 

Paula, który miał wkrótce iść do szkoły. Takiej okazji nie wolno zaprzepaścić. 

Od  kilku  lat  zastępowała  matkę  przyrodniemu  rodzeństwu.  Zostali  sami, 

gdy Susan miała dwadzieścia jeden lat. Kończyła właśnie trzeci rok studiów 

opłacanych z dość wysokiego stypendium i dorabiała jako kelnerka. Z dnia na 

dzień sytuacja się zmieniła. Susan musiała utrzymać siostrę, brata i siebie, a 

także spłacić matczyne długi. Wszystkie jej plany i marzenia legły w gruzach. 

Pozostały jedynie obowiązki. 

Półtora roku minęło, odkąd dowiedziała się, że ma jeszcze dwie przyrod-

nie  siostry.  Wtedy  po  raz pierwszy  usłyszała  o  swoim  ojcu, który  niedawno 

RS

background image

umarł.  Siostry  zapewniały,  że  nie  wiedziały  o  jej  istnieniu  i  poznały  całą 

prawdę na krótko przed śmiercią. Ilekroć pytała o tatę, słyszała od matki, że 

wyjechał i przestał się nią interesować. 

Wcale  się  temu  nie  dziwiła.  Tak postępowali  wszyscy  mężczyźni,  z któ-

rymi wiązała się matka. Po ognistym romansie ukochany znikał, a ona zosta-

wała  z  dzieckiem  na  ręku  i  bez  środków  do  życia.  Zaczynało  się  szukanie 

nowego  adoratora.  Egzystencja  bez  mężczyzny  była  dla  tej  kobiety  nie  do 

pomyślenia. Susan wcześnie się zorientowała, jak sprawy stoją. Z biegiem lat 

coraz bardziej wstydziła się za matkę, która nie potrafiła zapanować nad wy-

bujałym temperamentem. 

Kate  i  Maggie  -  cudem  odnalezione  przyrodnie  siostry  -  były  wspaniale. 

Dały Susan poczucie, że nie jest sama ze swoimi kłopotami. Wspierały ją fi-

nansowo. Jadłodajnia, w której obecnie pracowała, to spadek po ojcu. W jed-

nej  trzeciej  była  teraz  jej  własnością,  choć  wielokrotnie  powtarzała,  że  nie 

powinna dziedziczyć. Kate i Maggie po prostu ją zakrzyczały. 

Gdy  w  ubiegłym  tygodniu  odeszła  z  pracy,  bo  szef  się  do  niej  zalecał  i 

miała  z  tego  powodu  nieprzyjemności,  Kate  natychmiast  zatrudniła  ją  w 

„Smacznym  kąsku".  Serwowano  tu  posiłki  na  miejscu,  obsługiwano  także 

przyjęcia.  Firma  szybko  się  rozwijała  i  przynosiła  coraz  większe  zyski,  lecz 

mimo  to  wynagrodzenie  otrzymywane  przez  Susan  było  niższe  od  poprzed-

niego i dlatego nie mogła sobie pozwolić na odrzucenie pieniędzy kowboja. 

Zlecenie  było  dziwaczne,  ale  przyniosło  już  spory  dochód.  Dzięki  temu  bę-

dzie mogła podreperować swój budżet. 

- Brendo, wyjdę dziś trochę wcześniej. 

Kelnerka  w  milczeniu  skinęła  głową.  Przez  cały  tydzień  Susan  starannie 

przestrzegała  godzin  pracy.  Nie  chciała  stwarzać  wrażenia,  że  jako  krewna 

szefowej  oraz  współwłaścicielka  może  sobie  na  wszystko  pozwolić.  Dziś 

jednak  okoliczności były  wyjątkowe.  Dochodziło  pół  do piątej.  Musiała po-

RS

background image

jechać do banku, by  zrealizować  czek,  a  także  przygotować  się  do  wieczor-

nych odwiedzin w szpitalu, 

A jeżeli się okaże, że  Lowery nie jest tym, za kogo się podaje? Może to 

czek bez pokrycia? Susan z westchnieniem sięgnęła po torebkę. Wkrótce bę-

dzie  wiadomo,  jak  sprawy  stoją.  W  najgorszym  razie  pozostaną  jej  do  roz-

wiązania  te  same  problemy,  które  miała  przedtem,  co  oznaczało,  że  znowu 

trudno będzie związać koniec z końcem. 

 

Susan zrealizowała czek i pospiesznie ruszyła do domu. Paul spędzał całe 

dnie u sąsiadów. Rosa Cavalho miała ośmioletniego synka Manuela. Chłopcy 

byli  wielkimi  przyjaciółmi.  Susan  płaciła  za  opiekę  nad  braciszkiem,  dzięki 

czemu sąsiadka mogła załatać dziurę w budżecie, a mały był  w dobrych rę-

kach. 

Za dwa tygodnie zacznie się szkoła i wydatki na opiekę wyraźnie zmaleją. 

Pieniądze będzie można przeznaczyć na inne potrzeby. Paul rósł jak na droż-

dżach i jadł niczym smok. Rachunki za żywność nieustannie się powiększały. 

-  Roso?! - zawołała, pukając do sąsiadów, mieszkających po drugiej stro-

nie korytarza. 

Drzwi się otworzyły i dwaj chłopcy spojrzeli na nią ze zdumieniem. 

- Wróciłaś dzisiaj wcześniej! - krzyknął Paul i z promiennym uśmiechem 

przytulił się do siostry. - Cześć! 

- Witaj, urwisie. Jak minął dzień? 

- Kto przyszedł? - zapytała Rosa, nie wstając od maszyny do szycia- Do-

rabiała w ten sposób, uzupełniając rodzinny budżet. Jej mąż pracował doryw-

czo na budowie i zarabiał niewiele. 

- To ja! - zawołała Susan, idąc do sypialni, gdzie Rosa szyła. - Czy Paul 

może zostać u ciebie jeszcze kilka godzin? 

RS

background image

- Och, Susan, tak mi przykro. Jesteśmy dziś zaproszeni do teściowej. 

Szczerze mówiąc, idę jak na ścięcie - stwierdziła z przerażeniem Rosa. Krew-

ni męża jej nie lubili, bo pochodziła z ubogiej rodziny i nie wniosła posagu. 

- Trudno. Wezmę Paula ze sobą. 

- Masz  randkę?  -  zapytała  Rosa  z  nadzieją  w  głosie.  Była  zmartwiona 

uporem Susan, która z nikim się nie umawiała. 

- Nie. Raczej korzystne zlecenie, ale Paul mi nie przeszkodzi. Może zostać 

w poczekalni. Czemu teściowa cię zaprosiła? Cóż to za okazja? 

- Siostra Pedra przyjechała do miasta ze swym nadzianym mężulkiem. 

- Wygląda na to, że obie mamy przed sobą wieczór pełen wrażeń. - Susan 

wybuchnęła śmiechem. - Zabieram Paula. Dobranoc. 

Mimo  protestów  brata  zaprowadziła  go  do  mieszkania.  Kolejne  okrzyki 

niezadowolenia  rozległy  się,  gdy  oznajmiła  mu,  że  ma  się  wykąpać,  włożyć 

jedyne wyjściowe spodnie i czystą koszulę. 

- Mogę zostać w domu. Mam już osiem lat. Nie musisz mnie ze sobą za-

bierać - oświadczył z powagą. 

- Kochanie, wiem, że osiem lat to poważny wiek, ale wieczorami nie mo-

żesz siedzieć tu całkiem sam. Poza tym zapowiada się ciekawa wyprawa. Je-

dziemy do szpitala. Nie byłeś tam od dnia narodzin. 

Chłopiec z ponurą miną powlókł się do swego pokoju. 

- Na pewno będzie nudno. 

- Czasami trzeba się z tym pogodzić i robić, co do nas należy, prawda? 

- No - mruknął zrezygnowany. 

- Biegnij  do  łazienki  i  weź  prysznic,  braciszku,  a  ja  się  zastanowię,  co 

zjemy na kolację. 

W mieszkaniu były dwie sypialnie. Większą zajmowały siostry, a maleńka 

klitka należała do Paula. Susan miała teraz pokój do swojej dyspozycji, bo 

Megan pojechała na rekonesans do Nebraski. Tamtejszy uniwersytet przyznał 

RS

background image

jej stypendium. Przed rozpoczęciem roku akademickiego chciała znaleźć pra-

cę i urządzić się w akademiku. 

Dzielna  z  niej  dziewczyna,  pomyślała  z  czułością  Susan.  Gotowa  była 

wiele  zrobić,  aby  tylko  jakoś  zarobić  pieniądze  na  edukację  siostry.  To  jej 

przypomniało  o  kowboju  i  jego  dziwacznym  zleceniu.  Przystojny  mężczy-

zna... Nie mogła ukryć, że zrobi! na niej wrażenie. Oczywiście nic z tego nie 

będzie, ale przez najbliższą godzinę będzie narzeczoną Lowery'ego... 

Zach poszedł do ulubionego sklepu w centrum handlowym Plaza, by kupić 

ubranie odpowiednie na wieczorne odwiedziny w szpitalu. 

Jakie  to  dziwne...  Można  by  pomyśleć,  że  po  dramatycznej  rozmowie  z 

lekarzem  nie  będzie  w  stanie  zajmować  się  zwykłymi  sprawami.  Jedyny 

człowiek, którego szczerze kochał, mógł umrzeć w każdej chwili. Został dziś 

przewieziony  helikopterem  z  rodzinnego  domu  do  Kansas  City.  Najgorsze 

minęło, ale stan pacjenta nadal był ciężki. 

Boże,  kocham  tego  staruszka,  pomyślał  z  rozpaczą  Zach.  Nic  dziwnego. 

Dziadek zawsze go rozpieszczał, a gdy rodzice zginęli w wypadku samocho-

dowym, zajął się wychowaniem ośmioletniego wnuka. Dał mu tyle czułości j 

klapsów, ile należało, i wyprowadzi! na ludzi. Od niego Zach nauczył się, jak 

kierować ranczem i zachować się w towarzystwie. 

Wpływ  dziadka  sprawił,  że  wyrósł  na  przyzwoitego  człowieka.  Niestety, 

sprawił zawód staruszkowi, który miał nadzieję, że wnuk się ożeni i spłodzi 

synów, a ci zgodnie z tradycją przejmą kiedyś rodzinną posiadłość. Od czte-

rech pokoleń ich ziemia przechodziła z ojca na syna. Zach próbował stanąć na 

wysokości  zadania.  Gdy  przed  pięciu  laty  poznał  i  poślubił  śliczną  dziew-

czynę,  był  przekonany,  że  małżeństwo  przetrwa  próbę  czasu.  Pogardliwie 

wzruszył  ramionami.  Skończyło  się  rozwodem.  Nie  było  żony.  Nie  będzie 

RS

background image

spadkobierców.  Te  gorzkie  rozmyślania  przypomniały  mu  o  umówionym 

spotkaniu z Susan Greenwood. 

Godzinę  później  siedział  w  hotelowej  restauracji.  Zamówił  stek  z  dodat-

kami.  Nim  zszedł  na  kolację,  zadzwonił  do  lekarza,  by  zapytać  o  dziadka. 

Dowiedział  się,  że  dziadek  czuje  się  nieźle  i  niecierpliwie  czeka  na  wnuka 

oraz jego narzeczoną. 

Cały dziadunio! Jak sobie coś wbije do głowy, musi dopiąć swego. Nic go 

nie powstrzyma. Tym razem chodziło o wnuki. 

Szkoda, że płodzenie dzieci nie wchodzi w zakres umowy z Susan, pomy-

ślał Zach z drwiącym uśmiechem. Ta dziewczyna to smaczny kąsek, ale wolał 

zachować  ostrożność,  bo  zraził  się  do  ślicznotek,  które  zamiast  serca  miały 

kalkulator. Od czasu do czasu pozwalał sobie na upojną noc bez zobowiązań. 

Nie  przysięgał,  że  będzie  żył  w  celibacie,  ale  unikał  trwałych  związków. 

Obiecał sobie, że nie da żadnej kobiecie prawa do nadzorowania swych uczuć 

i stanu konta. Jednak nie mógł nie spełnić życzenia dziadka. On był dla niego 

najważniejszy. 

Dlatego  właśnie  Zach  Lowery  niechętnie  włożył  sportową  marynarkę, 

eleganckie spodnie, wykrochmaloną białą koszulę i (o zgrozo!) krawat. Fatal-

nie  czuł  się  w  takim  stroju,  ale  tego  wieczoru  gotów  był  do  największych 

poświęceń. Gdyby przyszedł do szpitala w dżinsach oraz flanelowej koszuli i 

w takim stroju przystąpił do prezentacji narzeczonej, staruszek byłby urażony. 

Uregulował rachunek i wcisnął na głowę kapelusz. W garażu czekało auto. 

Do  Kansas  przyleciał  helikopterem,  który  przywiózł  dziadka,  i  dlatego  nie 

mógł  jeździć  po  mieście  ulubionym  pikapem.  W  agencji  wynajęto  mu  ma-

sywnego, czterodrzwiowego sedana. 

Zaparkował przed hotelem i upewnił się w recepcji, gdzie ma szukać ulicy, 

przy  której  mieszkała  Susan. Mijał coraz  uboższe  osiedla.  Niektóre  budynki 

nadawały się tylko do rozbiórki. 

RS

background image

Zmarszczył brwi, gdy dotarł na miejsce. Ze ścian domu odpadała farba, a 

maleńki trawnik był całkiem zaniedbany. Od miesięcy nikt go chyba nie kosił. 

Czyżby zabłądził? Susan wyglądała jak dama. Z drugiej strony jednak... Do-

piero teraz zdał sobie sprawę, że poza skromnymi kolczykami nie nosiła żad-

nej biżuterii. 

Wysiadł  z  samochodu  i  starannie  zamknął  wszystkie  drzwi.  Raz  jeszcze 

sprawdził  adres  i  ruszył  ku  środkowej  części  budynku,  gdzie  była  klatka 

schodowa. Wszedł na drugie piętro i odszukał właściwe mieszkanie. Zapukał 

energicznie. 

Drzwi otworzyły się szeroko, ale nie zobaczył nikogo. Zerknął w dół i uj-

rzał małego chłopca, który uważnie go obserwował. 

- Cześć. Czy tu mieszka Susan Greenwood? 

- No...  Susan!  -  wrzasnął  malec,  odwracając  głowę.  -  Już  przyszedł!  - 

Zwrócił się ponownie do gościa, spojrzał na niego z powagą i oznajmił: - Je-

stem gotowy. 

Zach milczał, szukając właściwych słów. 

- Fajnie - wykrztusił po chwili. - Dokąd się wybierasz? 

- Tam, gdzie ty, ale wcale mi się nie chce jechać. 

RS

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

 

-  Paul, zachowałeś się niewłaściwie. Musisz natychmiast przeprosić pana 

Lowery'ego - oznajmiła z naciskiem Susan, wchodząc do przedpokoju. Spoj-

rzała na Zacha i wstrzymała oddech. 

Zamiast  kowboja  w  dżinsach  i  flanelowej  koszuli,  stał  przed  nią  gładko 

ogolony mężczyzna w eleganckim ubraniu, przystojny jak diabli. Dopiero te-

raz rozpoznała charakterystyczną sylwetkę i twarz. Często widywała jego fo-

tografie  w  kolorowych  czasopismach  na  stronach  poświęconych  kronice  to-

warzyskiej.  Pozował  zwykle  w  smokingu,  z  piękną  kobietą  u  boku.  Mimo 

niespodziewanej przemiany zachował swój charakterystyczny atrybut - kape-

lusz z szerokim rondem. 

- Przepraszam, ale muszę zabrać Paula ze sobą. Nie mogę go zostawić bez 

opiekunki.  Obiecuję,  że  będzie  grzeczny.  -  Podniosła  głowę  i  spojrzała  Za-

chowi prosto w oczy. Położyła rękę na ramieniu chłopca, jakby się obawiała, 

że czymś urazi jej brata, ale gość spojrzał przyjaźnie i uśmiechnął się szeroko. 

Susan odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała mile słowa: 

- Jestem pewny, że Paul nie sprawi kłopotu. Gotowi? 

-  Tak - odparła, sięgając po torebkę. Zamknęła drzwi na klucz. Paul ru-

szył przodem. 

-  Jak długo tu mieszkacie? - zapytał Zach, gdy szli po schodach. 

Zmarszczyła  brwi.  Skąd  to  nagłe  zainteresowanie?  Nie  zamierzała  prze-

cież kontynuować tej znajomości. Przyjęła zlecenie, wykona je, a potem każ-

de z nich pójdzie w swoją stronę. Nie chciała zdradzać żadnych szczegółów z 

życia  osobistego.  I  tak  czuła  się  podle,  biorąc  pieniądze  za  odwiedziny  w 

szpitalu, które powinny być zwykłą ludzką przysługą. 

RS

background image

-  Od czterech lat - powiedziała niechętnie, bo nie znalazła powodu, by to 

ukrywać.  Zachowała  dla  siebie  informację,  że  po  śmierci  matki nie  stać ich 

było na lepsze mieszkanie. 

-  Niebezpieczna okolica. 

- Skąd możesz wiedzieć? Przecież nie mieszkasz w Kansas City - żachnęła 

się natychmiast. Nie mogła pozwolić, by przybysz z prowincji krytykował jej 

dzielnicę. 

- Moje ranczo leży zaledwie siedemdziesiąt pięć kilometrów stąd. Często 

bywam w mieście - odparł chłodno. 

-  Wiem. Kroniki towarzyskie często o tobie piszą. Puścił mimo uszu jej 

uwagę. Podeszli do pięciodrzwiowego auta, lśniącego błękitnym lakierem. 

-  O rany! - westchnął Paul. - Fajny samochód. 

Susan przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać. Nic dziwnego, że brat tak 

się zachwyca. Na co dzień jeździli starym gratem. Zach nie rozumiał, w czym 

rzecz. 

-  Wynająłem go  w agencji. Teraz  widzę, że dokonałem właściwego  wy-

boru - odparł z uśmiechem. - Dzięki za miłe słowa. 

Susan doszła do wniosku, że Lowery mimo wszystko potrafi się zachować. 

Po  spotkaniu  w  jadłodajni  miała  co  do  tego  poważne  wątpliwości.  Teraz 

znowu  ją  zaskoczył.  Bez  wahania  podszedł  do  drzwi  po  stronie  pasażera  i 

otworzył je przed nią. Trochę się stropiła, bo nie przywykła do takiej uprzej-

mości. 

- Dzięki, ale muszę najpierw sprawdzić, czy Paul dobrze zapiął pas - po-

wiedziała z wahaniem, stojąc obok auta. 

- Potrafię to zrobić, jak należy - odparł stanowczo chłopiec. Najwyraźniej 

nie chciał, by go traktowano jak bezradne maleństwo. 

RS

background image

-  Jasne  -  przytaknął  z  uśmiechem  Zach.  -  Problem  w  tym,  że  to  bardzo 

nowoczesny model, więc mechanizm jest dość skomplikowany. Zaraz ci po-

każę, jak działa. 

Poczekał, aż Susan i Paul wsiądą, a następnie zamknął drzwi samochodu. 

Gdy ruszyli, Susan odchrząknęła i zaczęła niepewnie: 

-  Musimy porozmawiać... 

-  Chcesz podbić stawkę? - zapytał przyciszonym głosem. Miała nadzieję, 

że Paul go nie słyszy. 

- Skądże!  Problem  w  tym.  że  nic  o  sobie  nie  wiemy.  Trzeba  ustalić  to  i 

owo. 

- Racja. Najpierw informacje. Jakiś czas temu stuknęła mi trzydziestka, je-

stem rozwodnikiem. Moje małżeństwo trwało trzy lata i było koszmarem. Nie 

mam dzieci. Studiowałem na miejscowym uniwersytecie. Interesuję się spor-

tem,  muzyką  country  i  pięknymi  kobietami  -  wyrecytował  z  szybkością  ka-

rabinu  maszynowego  i  umilkł  niespodziewanie.  Przez  chwilę  Susan  miała 

zamęt  w  głowie.  Długo  milczała,  starając  się  poukładać  uzyskane  przed 

chwilą informacje. W końcu Zach spytał: - Nic mi o sobie nie powiesz? 

- Przepraszam... Zamyśliłam się. Ja... Mam dwadzieścia pięć lat. Pracuję w 

„Smacznym  kąsku".  To  nie  tylko  jadłodajnia,  lecz  także  firma  obsługująca 

przyjęcia. Zajmuję się jej reklamą i promocją. Skończyłam studia w Kansas... 

- I wychowujesz dziecko - dodał Zach, parkując przed szpitalem. 

Susan szybko się zorientowała, że uznał Paula za jej syna, ale nie zamie-

rzała wyprowadzać go z błędu. Co za różnica? Brat był jej oczkiem w głowie. 

Mniejsza z tym, kto go wydał na świat. Gdyby zaczęła opowiadać o sytuacji 

rodzinnej, wyszłoby na jaw, że mają różnych ojców. Nie zamierzała rozgła-

szać, że ich matka źle się prowadziła. 

RS

background image

-  Dziadek  jest  bardzo  słaby,  wiec  mówienie  sprawia  mu  trudność.  Nie 

będzie cię zasypywał pytaniami - tłumaczył Zach. - Jeśli zajdzie taka potrze-

ba, sam wszystko mu wyjaśnię. Przecież wkrótce... Mniejsza z tym. 

Troska w głosie sprawiła, że wydał się Susan jeszcze bardziej pociągający. 

Zawsze marzyła, by spotkać opiekuńczego i  wrażliwego mężczyznę, a Zach 

gotów  był  na  wszystko,  byle  zadowolić  swego  dziadka.  Bez  słowa  kiwnęła 

głową. 

- Twój dziadek jest chory? - dobiegł ich z tyłu głos Paula. Susan chciała go 

uciszyć, ale Zach odezwał się pierwszy. 

- Tak, kolego. 

- Lekarze mu pomogą? 

-  Paul, nie wypada zadawać takich pytań. - Tym razem Susan była szyb-

sza. - W szpitalu nie waż się marudzić. Część pacjentów wcześnie zasypia i 

twoja paplanina mogłaby im przeszkadzać. 

 

Zach od razu polubił małego Paula. Chłopiec zachowywał się nienagannie. 

Cała trójka ruszyła korytarzem ku pomieszczeniom oddziału intensywnej te-

rapii. Susan przystanęła niespodziewanie. Trzymała braciszka za rękę. 

-  Czy  jest  tu  poczekalnia,  gdzie  Paul  mógłby  zostać  pod  opieką  pielę-

gniarki? - szepnęła. 

Zach był wyraźnie zaskoczony. 

- Pójdzie  z  nami.  Personel  nie  powinien  robić  trudności.  Dziadek  ma  tu 

znajomych. - Dotarli do oszklonych drzwi. Zach skinął na jedną z recepcjoni-

stek. - Ordynator pozwolił mi odwiedzić dziadka - przypomniał cicho. 

- Oczywiście, panie Lowery. Szef zostawił nam wiadomość. Proszę tędy. 

Zaprowadziła  ich  do  separatki,  gdzie  leżał  Pete  Lowery.  Otoczony  prze-

wodami  i  aparaturą  medyczną  wydawał  się  filigranowy  i  bezbronny.  Do  tej 

RS

background image

pory w oczach wnuka byt zawsze mocno zbudowanym, przystojnym i silnym 

mężczyzną. 

- Dziadku?  -  szepnął  Zach,  podchodząc  do  łóżka  i  dotykając  ramienia 

chorego, który obudził się po chwili. 

- To ty, chłopcze? - odezwał się słabym głosem. 

Zach miał łzy w oczach, ale natychmiast wziął się w garść. 

- Przyszedłem, dziadku. Dotrzymałem słowa. Jest ze mną Susan. - Skinął 

na dziewczynę, dając znak, by do niego podeszła. Obserwował uważnie twarz 

dziadka, który zerknął na rzekomą narzeczoną. Porozumiewawcze mrugnięcie 

stanowiło dla Zacha dowód, że postąpił właściwie. 

- Witam, panie Lowery - powiedziała cicho Susan. Jej głos brzmiał łagod-

nie i czule. Nie czekając na zachętę, ujęła pomarszczoną dłoń. - Cieszę się z 

tego spotkania. 

- Ja również, młoda damo, ja również. - Próbował usiąść. Susan zręcznie 

wsunęła mu pod plecy poduszkę. 

- Czy mam unieść zagłówek? 

- Doskonały pomysł. 

Zach  obserwował  Susan,  która  z  uśmiechem  krzątała  się  przy  łóżku 

dziadka. Warta była sumy, którą jej zapłacił. 

-  A cóż to za malec? - spytał Pete Lowery, spoglądając na Paula. 

Zach całkiem zapomniał o chłopcu. 

-  Jest mój - odparła bez namysłu Susan. - Pewnie dlatego Zach nie mówił 

o  naszej  znajomości.  Chyba  nie  był  pewny,  jak  pan  zareaguje  na  wieść,  że 

mam już rodzinę. 

Te  słowa  zaskoczyły  Zacha.  Wyjaśnienie  miało  sens;  nie  oczekiwał,  że 

Susan przejmie inicjatywę i tak gładko włączy się do gry. 

-  Jak ci nie wstyd, mój chłopcze! Przecież wiesz, że uwielbiam dzieciaki. 

Podejdź tu, mały. Jak ci na imię? 

RS

background image

Susan przyciągnęła do siebie braciszka i stanęła za nim tuż obok łóżka. 

- Paul - szepnął malec. 

- Ile masz lat? Wyglądasz mi na siedem, może trochę więcej. 

- Osiem. 

-  Twoja mama była pewnie zupełną smarkulą, gdy przyszedłeś na świat - 

stwierdził żartobliwie Pete. 

Chłopiec spojrzał na siostrę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. 

-  Istotnie - wtrącił Zach. Uznał, że pora zmienić temat. 

-  Lekarz do ciebie zaglądał? Jaka diagnoza? 

-  Nie chce mi się o tym gadać - burknął zniecierpliwiony Pete. Spojrzał 

kpiąco na Zacha. - Susan, powiedz mi, czy ten łobuz jest dla ciebie dobry? 

-  Nie mam mu nic do zarzucenia - odparła z uśmiechem. To chyba jasne, 

że brak jej powodów do narzekań, pomyślał Zach. Sporo mnie kosztowała, ale 

trzeba przyznać, że jest tego warta. Nie ma wątpliwości, że dziadek od razu ją 

polubił. 

-  W takim razie, czemu... - Pete uśmiechnął się, a potem niespodziewanie 

skrzywił twarz. 

Zach natychmiast podszedł i dotknął jego ramienia. 

-  Nie  powinieneś  tyle  mówić, dziadziu  -  oznajmił  stanowczo.  Susan bez 

słowa poprawiła kołdrę i wsunęła pod materac luźny koniec prześcieradła. 

-  Bzdura. Coś mnie zakłuto, nic więcej - upierał się Pete. - Chciałem za-

pytać, czemu jeszcze się nie zaobrączkowaliście. 

-  Co to znaczy zaobrączkować? Chyba nie chodzi o ptaki? - wypytywał 

zbity z tropu Paul. 

-  Mówię o ślubie, mój chłopcze, o weselu. Chciałbyś mieć nowego tatu-

sia? - zapytał Pete, spoglądając na ośmiolatka. 

Zach omal nie jęknął. 

-  Dziadku, jeszcze nie wyznaczyliśmy daty! 

RS

background image

-  Po  co  zwlekać?  Szkoda  młodych  lat.  Weźcie  pod  uwagę,  że  mnie  już 

bliżej  niż  dalej.  -  Westchnął  i  z  rezygnacją  opuścił  głowę  na  poduszki,  co 

utwierdziło Zacha w przekonaniu, że dziadkowi pozostało niewiele czasu. 

- To na razie bez znaczenia. Teraz ważne jest twoje zdrowie. 

- Naprawdę  chcesz,  żeby  mi  się  poprawiło?  W  takim  razie  ożeń  się  z  tą 

ślicznotką,  zanim  wykorkuję.  Będę  uszczęśliwiony,  gdy  w  mojej  obecności 

wymienicie  obrączki.  -  Oddech  chorego  był  przyspieszony  i  nieregularny,  a 

oczy przymknięte. 

- Moim zdaniem dziadek jest trochę zmęczony. Pora kończyć odwiedziny 

- uznała Susan. Raz jeszcze poprawiła kołdrę i pogłaskała chorego po policz-

ku. - Proszę odpocząć, panie Lowery. Przejdę z Paulem do poczekalni, żeby 

mógł pan porozmawiać z Zachem na osobności. 

- Kochana  z  ciebie  dziewczyna.  -  Pete  uniósł  powieki.  -Dbaj  o  mojego 

chłopca, dobrze? 

Susan pochyliła się i pocałowała go w czoło. 

-  Proszę teraz myśleć wyłącznie o swoim zdrowiu. Zach jest dorosły. Na 

pewno sobie poradzi. 

Pete zachichotał. Wnuk rzadko widywał go w tak dobrym humorze. 

-  Święte słowa. Naprawdę jesteś kochana. 

Zach  odprowadził  wzrokiem  Susan,  idącą  z  Paulem  do  poczekalni.  Za-

skoczył samego siebie, gdy nagle podszedł i czule musnął wargami jej usta. 

Postąpił  tak,  rzecz  jasna, by  utwierdzić  dziadka  w  przekonaniu,  że  Susan  to 

jego narzeczona i jednocześnie podziękować jej za wspaniałe odegranie wy-

znaczonej  roli.  Mniejsza  z  tym,  że  przez  całe  popołudnie  mimo  woli  roz-

myślał o niej... i o tych kuszących ustach. 

Jakie to szczęście, że w tym akurat momencie dziadek nie widział jej twa-

rzy, na której malował się wyraz całkowitego zaskoczenia. 

- Dołączę do was za kilka minut - mruknął Zach i puścił oko do Paula. 

RS

background image

Susan wyprowadziła brata z separatki. 

- Powiedz mi teraz, czemu jej dotąd nie poślubiłeś - zapytał dziadek gło-

sem silniejszym, niż można się było spodziewać. 

- Czemu on cię pocałował? - spytał Paul, gdy znaleźli się w poczekalni. 

- Chciał... Zapewne... Sama nie wiem. - Doskonale zdawała sobie sprawę, 

o co chodzi. Nie miała ochoty dyskutować z bratem o tym, że ona i Lowery 

rozmyślnie oszukują dziadka. 

- Lubię Zacha. 

Zaskoczona popatrzyła na braciszka. Rzadko miewała randki, ale za każ-

dym razem Paul okropnie się na nią boczył. 

-  Słucham? 

-  Dziadek  też  jest  fajny.  Czemu  nie  mam  swego  dziadunia?  Nie  po  raz 

pierwszy Paul wypytywał o rodzinę. 

- Miałeś  dwu  dziadków  jak  wszyscy,  kochanie  -  tłumaczyła  cierpliwie.  - 

Niestety, poumierali, nim się urodziłeś. 

- Szkoda. 

- Spójrz, jest telewizor. Chcesz, żebym go włączyła? W poniedziałki zaw-

sze transmitują mecze piłkarskie. 

- Zgadza się. 

Chłopiec nie był zachwycony jej pomysłem; interesował się baseballem i 

zamierzał w przyszłości zostać sławnym zawodnikiem, ale z braku ulubionej 

rozrywki  zadowolił  się  inną  dyscypliną  sportu.  Po  chwili  jednak  transmisja 

zaabsorbowała go tak bardzo, że przestał zadawać kłopotliwe pytania. 

Minęło pół godziny i Zach wszedł do poczekalni. 

- Jak  się  czuje  pan  Lowery?  -  spytała  zatroskana  Susan,  która  sama  się 

zdziwiła, że tak jej zależy, by usłyszeć dobre nowiny. 

RS

background image

- Lepiej.  Jest  u  niego  lekarz.  -  Zach  chodził  nerwowo  z  kąta  z  kąt,  nie 

zwracając uwagi na Susan i Paula. 

-  Twój  dziadek  jest  bardzo  fajny.  -  Chłopiec  już  nie  patrzył  na  popisy 

futbolistów, ale wodził spojrzeniem za pogrążonym w zadumie mężczyzną. 

Zach usiadł obok niego. 

-  Dobrze powiedziane. Masz rację, kolego. - Zerknął na ekran telewizora. 

- Jaki wynik? 

Paul natychmiast podał  stan  meczu. Po  chwili  komentowali  zgodnie  wy-

czyny zawodników, jak przystało na zapalonych kibiców. 

Do poczekalni wszedł lekarz. Zach natychmiast zerwał się z kanapy, pod-

biegi do niego i zaczął wypytywać. Stali w drzwiach, więc Susan nie słyszała 

ich rozmowy, ale z uwagą obserwowała twarze. Po chwili lekarz wyszedł. 

- Idę pożegnać się z dziadkiem. To zajmie tylko chwilę -mruknął Zach. 

- Kiedy wrócimy do domu? - spytał Paul, ziewając szeroko. - Spać mi się 

chce. 

- Jeszcze trochę cierpliwości, kochanie. Dziękuję, że byłeś taki grzeczny - 

powiedziała Susan, gdy Zach wybiegł z poczekalni. 

- Starałem się. Będę udawał, że pan Lowery jest moim dziadkiem, zgoda? 

Będzie to nasza tajemnica, dobrze, Susan? Nikomu o tym nie powiemy. Skoro 

nie mam własnego dziadka, niech będzie przynajmniej wymyślony. 

- To doskonały pomysł, ale pod warunkiem, że dochowamy sekretu. 

Po chwili wrócił Zach. 

-  Możemy jechać? 

Susan  zerknęła  na  jego  ponurą twarz,  wstała  z kanapy  i  wyciągnęła  rękę 

do  znużonego  braciszka.  Wyczuwała,  że  coś  się  zmieniło.  Być  może  lekarz 

przyniósł złe nowiny. 

-  Jeśli chcesz tu zostać, możemy wrócić do domu taksówką. 

RS

background image

-  Nie ma takiej potrzeby. Zostawiłem numer telefonu komórkowego. Bę-

dą dzwonić w razie potrzeby - mruknął zniecierpliwiony. 

Po  chwili  wszyscy  troje  siedzieli  w  aucie.  Szybko  dojechali  na  miejsce. 

Gdy Zach parkował przed blokiem, zauważył na podwórku grupkę mężczyzn. 

-  To nie jest bezpieczna dzielnica - mruknął. 

Susan  dostrzegła  znajome  twarze:  Manuel,  jego  ojciec  i  kilku  sąsiadów. 

Uśmiechnęła się pobłażliwie. Otworzyła drzwi, wysiadła i zamierzała wypu-

ścić Paula, ale Zach obszedł auto i sam to zrobił. 

- Odprowadzę was na górę. 

- Nie ma takiej potrzeby. 

- Mylisz się. Muszę ci dać resztę pieniędzy - odparł z irytacją. 

Wzruszyła ramionami. Postanowiła zrezygnować z drugiej raty. Otrzyma-

na  wcześniej  suma  pomogła  jej  załatać  dziurę  w  budżecie.  Już  miała  o  tym 

powiedzieć,  ale  Zach ujął  dłoń  Paula,  chwycił  ją  za  ramię  i  ruszył  w  stronę 

wejścia do budynku. 

-  Czemu tak pędzisz? - marudził Paul. 

Zach  bez  słowa  wziął  go  na  ręce  i  pociągnął  za  sobą  Susan.  Chłopiec 

spojrzał na niego z podziwem i zawołał: 

- Ale jesteś silny! 

- Ważysz  mniej niż bela  siana  -  odparł  z  uśmiechem  Zach.  -  Powinieneś 

więcej jeść. 

- Susan mówi, że mam wilczy apetyt - odparł chłopiec i zachichotał. 

- Dlaczego ciągle nazywasz ją Susan? - zapyta! Zach, marszcząc brwi. 

- Bo tak ma na imię - wyjaśnił rzeczowo Paul. 

Gdy stanęli przed drzwiami mieszkania, Susan przekręciła klucz i uchyliła 

drzwi. 

RS

background image

- Dzięki,  że  nas  odprowadziłeś.  Mam  nadzieję,  że  twój  dziadek  wkrótce 

poczuje się lepiej. - Weszła do środka, prowadząc braciszka. Zorientowała się 

natychmiast, że Zach nie zamierza odejść. Ruszył za nimi w głąb korytarza. 

- Musimy porozmawiać - rzucił opryskliwie. 

- O czym? 

- O wynagrodzeniu. Nie chcesz wiedzieć, kiedy dam ci resztę pieniędzy? - 

Rzucił jej drwiące spojrzenie. 

Zarumieniła się i pokręciła głową. 

- Moim  zdaniem  suma,  którą  już  otrzymałam,  to  wystarczające  honora-

rium. Nie zrobiłam dziś wieczorem nic, by zasłużyć na więcej... 

- Dotrzymałaś umowy i zachowałaś się wspaniale. Połóż teraz chłopca do 

łóżka, bo jest bardzo zmęczony, a potem wszystko omówimy. 

Nie  podobało  się  Susan,  że  ten  natręt  wydaje  rozkazy  w  jej  własnym 

mieszkaniu, ale nie mogła odmówić mu racji. Paulowi oczy się kleiły. O tej 

porze zwykle już spał. 

-  Chodź, kochanie. Czas się położyć. Możesz poczytać w łóżku. 

Paul był senny, lecz mimo to chętnie posiedziałby z Zachem. Jednak per-

spektywa  wieczornej  lektury  miała  dla  niego  wyjątkowy  urok,  bo  uwielbiał 

książki. 

-  Mogę zacząć „Piotrusia Pana"? 

To była najgrubsza z jego książeczek. Będzie czytał co najmniej godzinę. 

Susan przystała na to z czułym uśmiechem. 

- Zgoda,  ale  obiecaj,  że  rano  nie  usłyszę  żadnych  jęków,  gdy  każę  ci 

wstać. 

- Słyszałeś o psie imieniem Hank? Jest taka seria książek o jego przygo-

dach - wtrącił nagle Zach. 

Paul szedł już do swego pokoju. Stanął w progu i zmarszczył czoło. 

- Nie czytałem. Co to za historyjki? 

RS

background image

- Bardzo  ciekawe.  Wszystkie  opowiadają  o  przygodach  dzielnego 

owczarka. Przyślę ci kilka książek z tej serii. 

- Jejku! - wykrzyknął uradowany chłopiec. - Ale fajnie! Kiedy... 

- Paul - wtrąciła Susan - najpierw grzecznie podziękuj. 

- Dziękuję - rzucił machinalnie, podbiegł do Zacha i mocno się do niego 

przytulił. - Bardzo bym chciał poczytać o tym piesku. 

- Dopilnuję, żebyś jak najszybciej otrzymał te książki. -Zach pogłaskał po 

włosach uradowanego chłopca. 

Susan uśmiechnęła się przepraszająco, zaprosiła gościa do dziennego po-

koju i wyszła razem z bratem. Zach prawdopodobnie nie zdawał sobie spra-

wy,  jak  wielką  sprawił  mu  radość,  ale  ona  wiedziała,  co  oznacza  dla  malca 

kilka nowych książek. Wdzięczność przepełniła jej serce. 

Uroczy dzieciak... Zach obiecał sobie w duchu, że rano zadzwoni do księ-

gami i zleci wysłanie całej serii. 

Wkrótce do pokoju weszła Susan. 

- Zapakowałaś Paula do łóżka? 

- Tak. Dzięki za obietnicę przysłania książek. On je po prostu uwielbia. 

- Drobiazg. 

Zapadła  kłopotliwa  cisza.  Zach  nie  miał  pojęcia,  jak  zacząć  rozmowę. 

Temat był drażliwy. 

- Cóż  -  powiedziała  Susan  z  udawanym  ożywieniem.  -  Nie  będę  cię  za-

trzymywać. To był trudny dzień. Na pewno jesteś zmęczony 

- Owszem, ale musimy jeszcze omówić pewien ważny temat. - Sięgnął do 

kieszeni i wyjął książeczkę czekową. Niezależnie od tego, jak Susan przyjmie 

jego  kolejną  propozycję,  uczciwie  zapracowała  na  drugą  część  obiecanego 

honorarium. 

RS

background image

-  Nie! - rzuciła, widząc, co zamierza zrobić. - To nie jest konieczne. Pie-

niądze,  które  wcześniej  otrzymałam,  zupełnie  wystarczą.  Zostałam  bardzo 

hojnie wynagrodzona. Nie zrobiłam przecież nic nadzwyczajnego. 

Spojrzał  na  nią  podejrzliwie.  Z  jego  doświadczeń  wynikało,  że  kobieta 

nigdy nie  odmawia przyjęcia  okrągłej  sumki.  Mniejsza  z tym,  czy  zasłużyła 

na nią, czy nie. Podejrzewał, że Susan układa jakiś chytry plan. 

- To uczciwie zarobione pieniądze. 

- Przesadzasz z wysokością tego honorarium - odparła zniecierpliwiona. - 

Twój  dziadek  to  uroczy  człowiek.  Dzisiejsze  odwiedziny  sprawiły  mi  przy-

jemność. 

- Był  uszczęśliwiony  twoją  obecnością.  -  Zach  wypisał  czek  i  podał  go 

Susan. - Proszę. 

- Czemu  się  tak  upierasz?  Przecież  mówiłam,  że  nie  chcę  więcej  pienię-

dzy. 

- Zmienisz  zdanie,  gdy  usłyszysz,  co mam  ci do powiedzenia.  Proponuję 

kolejne zlecenia. 

RS

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

 

 

-  Chcesz, żebym jeszcze raz odwiedziła twego dziadka? - Susan popa-

trzyła na Zacha ze zdziwieniem. 

- W pewnym sensie tak - odparł, odwracając wzrok. 

- Chętnie do niego wpadnę, ale... 

- Musimy  się  pobrać  -  oznajmił  głosem  spokojnym  i  pewnym,  jakby  to 

uważał za oczywiste. 

Susan była kompletnie zbita z tropu. 

- Co takiego? 

- Powiedziałem, że musimy się pobrać. 

Usiadła na zniszczonej kanapie, bo nogi się pod nią ugięty. 

- To idiotyczny pomysł! 

- Owszem. 

Powiedział tylko to jedno słowo, jakby dziwaczna propozycja nie wyma-

gała  żadnego  wyjaśnienia.  Susan  powoli  wyciągnęła  rękę  i  podała  Zachowi 

czek. 

- Proszę to wziąć i wyjść, panie Lowery. 

- Dziadek będzie niepocieszony. To mu na pewno zaszkodzi -  odparł ci-

cho, patrząc jej prosto w oczy. 

- Co ty opowiadasz! Przecież nie chcę, aby mu się... O czym ty mówisz? 

- Dziadek chce być na naszym ślubie i dlatego prosił, abyśmy zgodzili się 

wziąć ślub w jego szpitalnym pokoju. Twierdził, że to ostatnie życzenie. Bła-

gał, żebym je spełnił. 

RS

background image

- Zach,  tak  mi  przykro.  To  wszystko  jest  okropne.  -W  umyśle  Susan pa-

nował kompletny zamęt. Była wstrząśnięta. 

-  Wiedziałem, że zrozumiesz. - Zach podszedł i usiadł obok niej. - Byłaś 

dzisiaj cudowna. Stanęłaś na wysokości zadania. 

Korzystne zlecenie, które przyjęła dla pieniędzy, niespodziewanie stało się 

osobistą sprawą. Nie mogła tego dłużej tolerować. 

- Mylisz się!  Wcale nie powiedziałam, że zrobię, o co prosisz. Nie mogę 

tak  postąpić.  To  kpina  z  małżeństwa!  Stanowczo  odmawiam.  -  Wzdrygnęła 

się na samą myśl o tak cynicznym poślubieniu Zacha Lowery'ego. 

- Ile?  -  Pogardliwe  spojrzenie  i  obraźliwe  pytanie  sprawiło,  że  Susan 

oprzytomniała i zaczęła myśleć logicznie. 

- Nie chcę od ciebie pieniędzy. Nie zamierzam również okłamywać dłużej 

twego dziadka. Wynoś się stąd i znajdź inną kobietę gotową zagrać w tej far-

sie. 

- Doskonałe  posunięcie,  Susan.  Znasz  się  na  sztuce  negocjacji.  -  Zach 

wstał i zaczął chodzić po pokoju. - Odrzucasz zlecenie, choć doskonale wiesz, 

że jedynie ty możesz je wykonać. Dziadek już cię zna i wierzy, że jesteś moją 

narzeczoną. Sądzisz, że mógłbym się u niego pojawić z inną kobietą, zapew-

niając, iż w ciągu niespełna doby znalazłem nowy obiekt uczuć? 

Pochyliła  głowę,  próbując  się  uspokoić.  Musiała  szybko  przeanalizować 

sytuację, w którą się dobrowolnie wpakowała. 

- W porządku. Rozumiem, że nikt poza mną nie wchodzi w rachubę. Czy 

nie mógłbyś odwieść dziadka od tego pomysłu? Gdyby się udało... 

- Jasne! To się da zrobić - odparł gniewnie. - Powiem mu, żeby wybił so-

bie z głowy mrzonki o szybkim ślubie, bo pomysł nam się nie podoba. Będzie 

umierał zawiedziony, ale co cię to obchodzi! 

Susan zacisnęła zęby. Czemu ten drań tak wszystko utrudnia? 

RS

background image

-  Mam pomysł. Weźmy ślub na niby. Wynajmij aktora, żeby zagrał rolę 

duchownego. 

- Dziadek zdecydował, że ceremonię poprowadzi duchowny z naszej para-

fii. 

- Naprawdę chcesz przez to wszystko przechodzić? 

- Nie mam innego wyjścia. Wróćmy do poprzedniej kwestii. Ile? Jednego 

możesz być pewna. Nawet jako moja żona nie masz żadnych widoków na po-

łowę rodzinnego majątku. Jestem hojny, ale nie do tego stopnia. Przestań się 

zgrywać, skoro już ustaliliśmy, o co chodzi. 

Przymknęła oczy. Zach mówi! poważnie. 

- Czy lekarz określił, jak długo to potrwa? - Czuła się jak potwór, zadając 

takie pytanie, ale musiała wiedzieć, na czym stoi. 

- Nie - odparł ponuro Zach. - Jego zdaniem trudno cokolwiek wyrokować. 

- Dobrze.  Weźmiemy  ślub,  ale  to  niczego  nie  zmieni,  jasne?  Będziemy 

małżeństwem jedynie z nazwy. 

- Ty decydujesz, kochanie. Nie mam nic przeciwko małżeńskiej wspólno-

cie, ale zapowiadam, że rozwiedziemy się, kiedy dziadek... gdy ustanie przy-

czyna, dla której się pobieramy. 

Susan poczuła, że się rumieni. W ustach tego drania każde słowo brzmiało 

obraźliwie, dwuznaczne uwagi działały na wyobraźnię. Małżeńska wspólnota 

łoża  dzielonego  z  takim  mężczyzną  byłaby  z  pewnością  niezwykłym  do-

świadczeniem. Susan nie poznawała samej siebie. Wystarczyło przypadkowe 

dotkniecie albo niewinny pocałunek, by drżała na całym ciele. Gdyby wziął ją 

w ramiona... 

- Wybij to sobie z głowy. Zrobię wszystko, by uszczęśliwić twego dziad-

ka, ale na więcej nie licz. - Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Nie powinno 

być żadnych niedomówień. 

- A co z moim pytaniem? Nie wymieniłaś sumy. 

RS

background image

- To mi wystarczy. - Wskazała czek, który nadal ściskała w dłoni. 

- Bez żartów, kochanie - odparł chłodno. - Możesz zarobić dość forsy, by 

wyprowadzić się z tej rudery. 

- Będę wdzięczna, jeśli zechcesz darować sobie te uszczypliwości. Tu jest 

mój dom - stwierdziła urażona i wyprostowała się z godnością. 

Obserwował ją ze zdumieniem, ale nie zwracała już na niego uwagi. Za-

milkła na dobre. 

-  Jak chcesz - burknął. - Spotkamy się jutro wieczorem. Dziadek ma spore 

wpływy, więc formalności będą załatwione od ręki. Przyjadę po ciebie o szó-

stej  trzydzieści.  Masz  wyglądać jak panna  młoda.  -  Wybiegł  z  mieszkania  i 

zatrzasnął drzwi. 

Następnego dnia Susan z obawą patrzyła na swoje odbicie. Miała nadzieję, 

że  znalazła  suknię  ślubną,  która  zadowoli  Zacha  Lowery'ego.  Daremnie  łu-

dziła się, że wybierze coś ze swoich rzeczy. Tylko niebieski wełniany kostiu-

mik  pasowałby  do  kameralnej  uroczystości.  Niestety,  pod  koniec  sierpnia 

przyszły  upały  i  byłoby  jej  w  nim  za  gorąco.  W  czasie  przerwy  obiadowej 

poszła  do  sklepu  i  z  ciężkim  sercem  kupiła  suknię  z  kremowej  tkaniny,  za-

projektowaną w stylu lat dwudziestych. Taki strój przyda się Megan na stu-

denckie imprezy. Przyrodnie siostry miały podobne wymiary. Susan wybrała 

jeszcze  stroik  na  głowę  z  krótkim  welonem  podpiętym  kremowymi  różycz-

kami oraz czółenka z białego jedwabiu. 

Nie wspomniała nikomu, że wychodzi za mąż. Gdyby Kate i Maggie do-

wiedziały się, czemu podjęła taką decyzję, pewnie by nalegały, żeby przyjęła 

od nich pieniądze zamiast je zarabiać, pracując dla Zacha i spełniając marze-

nie jego dziadka. 

Natarczywe pukanie do drzwi sprawiło, że ugięły się pod nią kolana. Ode-

tchnęła  głęboko  i  zerknęła  przez  wizjer.  Gdy  otworzyła  drzwi,  jej  oczom 

RS

background image

ukazał  się  Zach  Lowery  w  eleganckim  smokingu.  Na  jego  widok  omal  nie 

zemdlała. Co jeszcze przyjdzie jej znieść? 

- Doskonale - mruknął, obrzucając ją taksującym spojrzeniem. 

- Dzięki - odparła i sięgnęła po białą torebkę. Minęła Zacha, stanęła w ko-

rytarzu i czekała, aż się odsunie, by mogła zamknąć drzwi na klucz. 

- Gdzie Paul? 

- U opiekunki. 

- Dziadek chce, żeby był na ślubie. 

Susan przemyślała już tę sprawę i uznała, że lepiej nie mieszać w to bra-

ciszka, który przecież nie zrozumie, czemu siostra na niby wychodzi za mąż. 

- Nie chcę go martwić - odparła z roztargnieniem. 

- Ja również. Mam na myśli obu; i chłopca, i dziadka. Ale Paul musi z na-

mi pójść. Staruszek nie będzie w stanie pojąć, czemu dzieciak nie przyszedł 

na twój ślub. Poza tym życzy sobie jego obecności, bo go lubi. 

- Z wzajemnością. Powiedz mi tylko, jak wytłumaczyć ośmiolatkowi, o co 

tu chodzi. 

- Musimy  powiedzieć  mu  prawdę,  przez  jakiś  czas  będziemy  małżeń-

stwem ze względu na dziadka. - Zach nie dawał za wygraną i czekał, aż Susan 

przyzna mu rację. 

Ustąpiła.  To  wszystko  było  takie  dziwne,  że  nie  umiała  powiedzieć,  czy 

postępuje słusznie, czy też popełnia wielki błąd. Z westchnieniem przeszła na 

drugą stronę korytarza i zapukała do mieszkania Rosy. Gdy drzwi się otwo-

rzyły, wyjaśniła sąsiadce, że musi zabrać brata ze sobą. 

-  Paul! - krzyknęła Rosa, odwracając głowę. Potem spojrzała na Susan i 

dodała: - Wyglądasz jak panna młoda. Czy może chcesz mi zdradzić jakiś se-

kret? 

-  Później ci wszystko wyjaśnię. - W drzwiach stanął Paul. 

RS

background image

- Kochanie, zmieniłam decyzję. Pojedziesz ze mną i Zachem. Przebierz się 

natychmiast. 

- Susan,  fajnie  wyglądasz  -  powiedział  chłopiec,  przyglądając  się  jej 

uważnie. 

- Dzięki, kochanie. I ty musisz się ładnie ubrać. Włóż nowe spodnie i ko-

szulę. Wiszą w twojej szafie. 

- Miałem oglądać z Manuelem zawody baseballowe - marudził Paul. 

- Rób,  co  mówię  -  odparła  Susan cicho,  ale  stanowczo.  Wzruszył  ramio-

nami i powlókł się do mieszkania. - Nie trać czasu - dodała. 

Pożegnała się z Rosą i wróciła do siebie. Paul mógł potrzebować pomocy. 

Zach chwycił ją za ramię, gdy obok niego przechodziła. 

-  Dzięki, że się zgodziłaś. Chciałbym, żeby wszystko było tak, jak sobie 

życzy dziadek. 

- Wiem. 

- Mam  prośbę.  Czy  mogłabyś  podpisać  ten  dokument?  -Sięgnął  do  we-

wnętrznej kieszeni smokingu i wręczył Susan kilka kartek. Przejrzała je, idąc 

do mieszkania. 

- Mówiłam przecież, że nie chcę pieniędzy! - Trzymała w ręku dokument, 

zgodnie  z  którym  zobowiązywała  się  poślubić  Zacha  w  zamian  za  dziesięć 

tysięcy dolarów; zrzekała się przy tym wszelkich praw do wspólnoty mająt-

kowej i ewentualnej odprawy na wypadek rozwodu. 

-  Czy  to  jedyne  twoje  zastrzeżenie  do  treści  umowy?  -  spyta!  drwiąco, 

unosząc brwi. 

-  Czemu miałabym narzekać? Wczoraj zgodziłam się na ślub bez dodat-

kowego wynagrodzenia. - Była urażona powtarzaną raz po raz sugestią, jako-

by chciała podbić stawkę. 

-  W takim razie podpisz. 

RS

background image

Wyrwała mu z ręki pióro. Dobrze, podpisze tę idiotyczną umowę. Jeśli 

Zach dotrzyma słowa i wypłaci kolejne honorarium, będzie miała pieniądze 

na opłacenie pobytu siostry na uczelni przez dwa kolejne semestry. Złożyła 

podpis i bez słowa oddała dokument. Milczeli, stojąc w korytarzu i czekając, 

aż Paul wyjdzie ze swego pokoju. 

-  Zapomniałeś zmienić buty, kolego - stwierdził Zach, uśmiechając się na 

widok chłopczyka, który w pośpiechu dopinał koszulę. 

Paul spojrzał na niego, jakby nie rozumiał, o co chodzi. 

-  On nie ma innych butów - odparła chłodno Susan. 

Zarumieniła się, gdy Zach obrzucił ją taksującym spojrzeniem, jakby pod-

liczał, ile na siebie wydała. Po co tłumaczyć, że ślubną kreację sfinansowała z 

jego pieniędzy? Nie chciała, by się za nią wstydził. 

- Wybacz, Paul. Fajnie wyglądasz. Jesteś gotowy? W takim razie pora je-

chać. A przy okazji... Mam w bagażniku obiecane książki. 

- Naprawdę? To fantastycznie! - Chłopiec rozpromienił się natychmiast. 

- Przecież mówiłem, że je dostaniesz - odparł pogodnie Zach, a Susan na-

tychmiast  przestała  się  na  niego  gniewać.  Czasami  postępował  jak  ostatni 

drań, ale Paulowi zawsze okazywał życzliwość. 

- Muszę z wami jechać? - marudził chłopczyk. - Susan powiedziała, że to 

bardzo poważna uroczystość, tylko dla dorosłych. 

- Nie miała racji. Będą tam dorośli oraz jedno dziecko, bez którego cere-

monia byłaby nieważna. To chyba jasne, że musisz pojechać. W aucie wytłu-

maczę ci dokładniej, o co chodzi. 

 

Zach postanowił, że wybierze się z Paulem po zakupy, nim na dobre znik-

nie z jego życia. Siedząca obok dziewczyna w ślubnej sukience sprawiała mi-

łe wrażenie, ale na pewno wszystkie zarobione pieniądze wyda na własne po-

trzeby. Trzeba zadbać, by jej uroczy dzieciak wyglądał przyzwoicie. 

RS

background image

-  Kiedy  mi  wytłumaczysz,  dlaczego  muszę  z  wami  jechać  do  szpitala?  - 

dopytywał się Paul. 

- Przepraszam, całkiem o tym zapomniałem. Chodzi o to, że mój dziadek 

bardzo  chce,  abym  się  ożenił.  Nie  miałem  czasu  na  szukanie  narzeczonej  i 

dlatego poprosiłem Susan, żeby na jakiś czas została moją żoną, oczywiście 

na niby. Dziadek się ucieszy. To nasza tajemnica. Potrafisz jej dochować? 

- Pewnie, ale nadal nie rozumiem, czemu muszę z wami jechać. 

- Pobierzemy się w szpitalu. Gdyby to był prawdziwy ślub twojej mamy, 

nie mogłoby zabraknąć ciebie, prawda? - Zach uśmiechnął się, spoglądając na 

skupioną twarzyczkę widoczną w lusterku wstecznym. 

- Jasne, ale ona nie żyje - odparł z westchnieniem Paul. - Cała moja rodzi-

na to Susan i Megan. 

Zbity z tropu Zach omal nie puścił kierownicy. Spojrzał bezradnie na Su-

san. 

-  Nie jesteś matką Paula? 

- Jestem jego siostrą i prawną opiekunką - odparła, nie patrząc mu w oczy. 

- Czemu wczoraj o tym nie wspomniałaś? - Był urażony, że ukryła przed 

nim informację tak ważną. 

- Nie pytałeś. Moim zdaniem to dla ciebie bez znaczenia. 

- Kim  jest  Megan?  -  nie  dawał  za  wygraną.  Był  tak  zły,  że  nie  zwracał 

uwagi na jej słowa. 

- To nasza siostra - odpowiedział rezolutnie Paul. - Pojechała się uczyć. 

- Słucham? - spytał słabym głosem i spojrzał bezradnie na Susan. 

-  Jest studentką pierwszego roku na uniwersytecie w Nebrasce. 

-  Cholera  jasna!  Czemu  dowiaduję  się  o  tym  dopiero  teraz?  Mamy  się 

dziś pobrać. Nie sądzisz, że powinienem wcześniej o tym usłyszeć? - Zach był 

trochę oszołomiony nowinami. 

Susan obrzuciła go chłodnym spojrzeniem. 

RS

background image

-  Po co? Przecież to dla ciebie bez znaczenia. 

Zach spuścił z tonu. Miała rację. Jej życie rodzinne w ogóle go nie intere-

sowało, a małżeństwo było na niby. W takim razie, czemu tak się przejął tymi 

odkryciami? 

-  Dziadek uważa Paula za twego synka. 

-  I  ma  rację  -  odparła  Susan,  z  uśmiechem  zerkając  przez  ramię  na  sie-

dzącego z tyłu braciszka. - Od urodzenia się nim zajmuję, a cztery lata temu 

oficjalnie zostałam jego mamą. Sąd przyznał mi prawo do opieki nad rodzeń-

stwem. 

Zach mocniej ścisnął kierownicę. Ta informacja nie pasowała do jego wi-

zerunku Susan. W jego opinii dziewczyna była piękna, ale zachłanna i samo-

lubna.  Podziwiał  jej  urodę,  ale  na  ten  rodzaj  piękna  dawno  się  uodpornił. 

Znacznie bardziej niepokojące były pewne sygnały, które świadczyły, że ma 

do czynienia z kobietą o wyjątkowym charakterze. Wobec jej wewnętrznego 

piękna i dobroci był całkiem bezbronny. 

Susan trzymała Paula za rękę, gdy zmierzali do szpitalnej separatki. Gdy 

odpowiadała  w  aucie  na  pytania  Zacha,  była  zupełnie  spokojna,  ale  teraz, 

kiedy szalony plan stawał się rzeczywistością, ogarnął ją strach. 

- Przestań mnie tak ściskać - wymamrotał skrzywiony Paul. 

- Wybacz, kochanie. Na pewno dochowasz sekretu? 

- Obiecuję. Zach będzie moim tatusiem? 

Susan westchnęła. Tego się właśnie obawiała. Byłoby lepiej, gdyby chło-

piec nie wiedział, jaką podjęta decyzję. A jeśli przywiąże się do Zacha i uzna 

go za swego ojca? 

-  W pewnym sensie. Ale tylko na niby. 

-  Czemu? - Paul spojrzał na nią tak, jakby przemawiała do niego w obcym 

języku. 

RS

background image

- Później ci wytłumaczę. 

-  Gotowi? - Zach otworzył drzwi. 

- A  co  z  formalnościami?  -  spytała  zaniepokojona.  -  Powinnam  chyba 

wypełnić jakieś formularze. 

- Wszystkim  się  zajęliśmy.  Podpiszesz  na  miejscu  kilka  dokumentów. 

Dziadek przyjaźni się z wysoko postawionym urzędnikiem magistratu, który 

przyjechał tu, by osobiście wszystkiego dopilnować. 

Weszli  do  środka.  Trzej  mężczyźni  w  ciemnych  garniturach  stali  przy 

łóżku. Zach uścisnął im ręce, nim podszedł do dziadka. 

-  Witaj. Jesteśmy. 

-  Cześć, chłopcze. Przedstaw ich Susan. Paul, gdzie się schowałeś? 

Chłopiec bez wahania podbiegi do łóżka. Susan z roztargnieniem słuchała 

Zacha, który wymienił nazwiska trzech eleganckich panów. Niespokojnie ob-

serwowała  braciszka.  Duchowny,  lekarz  i  urzędnik  magistratu,  o  którym 

wspomniał przedtem Lowery junior, przywitali się z nią uprzejmie. 

- My tu gadu gadu, a czas ucieka. Nie odkładajmy tego ślubu - niecierpli-

wił się Pete. Ujął dłoń Paula. - Ja i mój prawnuk chcemy się zabawić na we-

selu. 

- Będziesz moim dziadkiem? Mogę cię tak nazywać? - szepnął uradowany 

chłopiec, pochylając się nad łóżkiem. 

Susan  serce  ścisnęło  się  z  żalu.  Popełniła niewybaczalny  błąd,  zgadzając 

się, by Paul uczestniczył w ceremonii. Już zapomniał, że to wszystko jest na 

niby; uwierzył, że ma dziadka i tatę. Będzie niepocieszony, gdy obaj wkrótce 

znikną z jego życia. 

-  Pewnie. A jak miałbyś do mnie mówić, urwisie? - Starszy pan od razu 

się rozpromienił. 

RS

background image

Susan czuła na sobie badawcze spojrzenie Zacha, ale nie podniosła wzro-

ku. Chciała mieć już tę ceremonię za sobą. Duchowny zbliżył się do młodej 

pary. 

- Pora zaczynać - oznajmił z uśmiechem. 

- Przynieście kwiaty! - zawołał Pete. 

- Na śmierć zapomniałem! - zreflektował się urzędnik. Podbiegł do szafki i 

wyjął  z  niej  bukiecik  kremowych  róż,  których  płatki  lekko  różowiały  na 

brzegach. Z ceremonialnym ukłonem podał je pannie młodej. 

- Dzięki. Są prześliczne - odparła, po raz pierwszy tego  wieczoru uśmie-

chając się szczerze. 

-  To Pete pamiętał o bukiecie. Jemu należą się podziękowania. Susan 

podbiegła do łóżka, pochyliła się i serdecznie ucałowała ofiarodawcę. 

-  Dziękuję, panie Lowery. Kwiaty są naprawdę śliczne. 

-  Ale  ty  jesteś  od nich  ładniejsza.  Skończ  z  tym  panem, dobrze?  Jestem 

twoim dziadkiem. 

Podeszła do Zacha. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy łez, które stanęły 

jej w oczach. Drżała na całym ciele. Co ona tu robi? Jak mogła się zgodzić na 

to fikcyjne małżeństwo? Zdesperowana przymknęła oczy. 

Czemu tak nagle pobladła? A jeśli zemdleje? 

Zach  ujął  dłoń  Susan.  Dziwnie  się  zachowywała  tego  wieczoru.  Był  po-

ważnie  zaniepokojony  jej  nagłymi  zmianami  nastroju.  Czyżby  miała  jakieś 

skrupuły? Bzdura! Kobiety są przecież bez serca. Susan tylko udaje zakłopo-

taną.  Wszystkie  ślicznotki  o  kamiennych  sercach  to  zdolne  aktorki.  Udają  i 

kłamią jak z nut, by omotać przyzwoitego człowieka. 

Susan uniosła powieki i spojrzała mu prosto w oczy. Zach odetchnął z ulgą 

i skinął głową duchownemu, który oznajmił uroczyście: 

-  Najmilsi, zebraliśmy się tutaj, aby... 

RS

background image

Uroczystość przebiegała gładko, póki kapłan nie zażądał obrączek. Susan 

wstrzymała  oddech.  Ten  szczegół  z  pewnością  umknął  Zachowi.  Tyle  było 

ważniejszych  spraw,  które  należało  załatwić,  by  wieczorem  mógł  się  odbyć 

ślub. 

Ku  jej  zaskoczeniu  Zach  sięgnął  do  kieszeni  smokingu  i  podał  duchow-

nemu dwie proste obrączki z jasnego złota. Na dany znak wsunął jedną z nich 

na palec narzeczonej. Złote kółko było trochę za luźne, lecz niewiele się po-

mylił, wybierając rozmiar. 

Susan wpatrywała się w obrączkę, jakby zapomniała o całym świecie. Za-

ch  ścisnął  jej  ramię,  gdy  nie  zareagowała  na  słowa  duchownego.  Podniosła 

głowę i spojrzała z roztargnieniem na przyszłego męża. 

-  Moja obrączka - rzucił szeptem. 

Wzięła ją od duchownego i  wsunęła Zachowi na palec, powtarzając uro-

czystą formułę. Glos jej drżał, a palce były lodowate. 

-  Ogłaszam was mężem i żoną - powiedział duchowny. -Możesz pocało-

wać pannę młodą. 

Susan uniosła głowę i popatrzyła na Zacha oczyma szeroko otwartymi ze 

zdziwienia.  Na  szczęście  stała tyłem  do  dziadka, który  nie  mógł  widzieć  jej 

miny. 

Zach pospiesznie wziął ją w ramiona, by tradycji stało się zadość. Zamie-

rzał  tylko  musnąć  wargami  jej usta, jak poprzedniego  wieczoru,  ale  gdy  za-

drżała w jego objęciach, całkiem stracił głowę. Przytulił ją mocno i pocałował 

zachłannie. Krew uderzyła mu do głowy. Wspaniałe uczucie! 

Susan próbowała odsunąć się dyskretnie, a nawet przemówić mu do roz-

sądku, lecz gdy rozchyliła wargi, wykorzystał od razu tę sposobność i poca-

łował ją namiętnie, zapominając, że mają widownię. 

-  Dobra,  chłopcze.  Wystarczy!  Udusisz  biedną  dziewczynę  -  dobiegł  go 

pobłażliwy głos dziadka. 

RS

background image

Cofnął się jak oparzony, a oszołomiona Susan omal nie upadła na podłogę. 

Natychmiast ją podtrzymał; ciężko oparła się na jego ramieniu. 

- Nic ci nie jest? - szepnął. 

- Co? Nie... Wszystko w porządku - odparła półgłosem i westchnęła głę-

boko. 

- Moje gratulacje, pani Lowery - powiedział sędzia, ściskając rękę panny 

młodej. 

Zamrugała powiekami, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co chodzi. 

Duchowny i lekarz przyłączyli się do powinszowań. 

Roztargniony Zach wymienił z nimi uściski dłoni, ale marzył tylko o tym, 

by znów objąć Susan. Po raz pierwszy w życiu był tak wytrącony z równowa-

gi po zwykłym pocałunku. Z trudem i bardzo niechętnie wracał do rzeczywi-

stości. 

- Doskonale. Pora rozpocząć wesele! - zawołał Pete. - Doktorku kochany, 

wszystko gotowe? 

- Owszem, ale proszę nie zapominać o swojej obietnicy. 

- Jasne. Paul i ja będziemy pili tylko, wodę mineralną. Zgadzasz się, mały? 

Nie mamy ochoty na obrzydliwego szampana, prawda? 

- Co to jest szampan? - spytał Paul. 

- Napój, który nie będzie ci smakował. Ale tort... Na pewno uznasz, że jest 

pyszny. Możesz zjeść dwa kawałki, bo obiecałem temu konowałowi, że go nie 

tknę. On twierdzi, że słodycze mi szkodzą i chyba ma rację. 

- Nie możesz nawet spróbować? - zapytał Paul, w pełni rozumiejąc, że re-

zygnacja z tortu to krańcowe poświęcenie ze strony dziadka. 

- Jakoś to przeżyję. 

Zach chwycił Susan za rękę i pociągnął ją w stronę łóżka. 

- O czym ty mówisz, dziadku? Potrzebny ci spokój. 

- Nie mów głupstw, mój chłopcze. Mam zgodę doktorka. 

RS

background image

- Pański  dziadek  chciał  wydać  małe  przyjęcie  z  okazji  waszego  ślubu  - 

wtrącił lekarz, podchodząc bliżej. - Obiecał, że będzie mnie słuchać. Poza tym 

muszę przyznać, że jego stan znacznie się poprawił. 

W otwartych drzwiach pojawiła się pielęgniarka, popychająca mały stolik 

na kółkach. Przywiozła niewielki, prześlicznie udekorowany tort weselny oraz 

talerze i widelczyki, a także wysokie kieliszki, butelkę szampana i wodę mi-

neralną. 

-  Dziadku, nie spodziewałem się... Powinieneś odpoczywać, a nie wyda-

wać przyjęcia - powiedział z wyrzutem Zach. 

Ku jego ogromnemu zaskoczeniu Susan, która przed chwilą omal nie ze-

mdlała,  teraz  z  promiennym  uśmiechem  pochyliła  się  nad  Pete'em  i  pocało-

wała go w policzek. 

- Jesteś kochany, dziadku. To urocza niespodzianka. 

- Grzeczna  dziewczynka.  Unieś  trochę  zagłówek.  Nalej  mnie  i  Paulowi 

wody mineralnej. Chcemy wznieść toast na cześć państwa młodych, prawda, 

wnusiu? 

- No! 

Zach mimo woli się uśmiechnął. Paul najwyraźniej nie miał pojęcia, o co 

chodzi, ale z dziecięcym zapałem chciał tego wieczoru we wszystkim uczest-

niczyć. 

-  Zaraz podam wodę mineralną - zaofiarował się Zach. Podszedł do wóz-

ka i ustawił kieliszki na blacie. Susan aż podskoczyła, gdy otworzył szampa-

na, bo korek głośno wystrzelił. Zach rozdał kieliszki, a potem zwrócił się do 

dziadka. 

-  Czekamy na toast. 

Starszy pan uniósł kieliszek i skinął na Paula, by zrobił to samo. 

-  Za  zdrowie  Susan  i  Zacha!  Niech  żyją  razem  długo i  szczęśliwie,  oto-

czeni gromadką udanych pociech. 

RS

background image

Wszyscy upili z kieliszków. Zapadła uroczysta cisza. Po chwili Pete zapy-

tał: 

-  A co z tortem? Paul ma na niego wielki apetyt. Susan, powinnaś wraz z 

Zachem ukroić pierwszą porcję. 

Pan młody nie zamierzał protestować. Wiedział, na co się zanosi. Tradycja 

wymagała,  by  objął  ramieniem  pannę  młodą.  Z  zapałem  przykrył  dłonią  jej 

rękę trzymającą nóż i udawał, że w skupieniu kroi tort. Z błogostanu wyrwał 

go nagle głos dziadka. 

-  Gdzie zamierzacie spędzić miodowy miesiąc? 

RS

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

 

Zach  spojrzał na  Susan. Była  przeraźliwie  blada.  Szeroko  otworzyła  nie-

bieskie oczy. 

- Odłożyliśmy miesiąc miodowy do czasu, gdy wyzdrowiejesz, dziadku - 

mruknął. 

- Nie chcemy cię zostawiać samego. - Na twarz Susan powróciły kolory. - 

W tej chwili to najważniejsza sprawa. 

- Macie absolutną rację. - Staruszek uśmiechnął się lekko. Sprawiał wra-

żenie zadowolonego. - Dlatego wymyśliłem małą intrygę... 

- Nie wyjadę z miasta, dopóki nie wydobrzejesz - stanowczo oznajmił Za-

ch. 

- Wiedziałem - burknął Pete - i dlatego wynająłem apartament dla nowo-

żeńców w hotelu Plaza. To niedaleko stąd. Dyrektor jest moim przyjacielem. 

Zapewnił, że to będzie dla was niezapomniane przeżycie. 

- Ależ, dziadku... - Susan nie była w stanie wykrztusić nic więcej. Sam na 

sam z Zachem? Po chwili dodała: - Nie mam opiekunki, a Paul nie może zo-

stać sam - szepnęła nieśmiało. 

- Mogę  przenocować  u  Rosy!  -  odparł  chłopczyk.  -  Pokażę  Manuelowi 

nowe książki! Zach mi je kupił. 

- Bardzo dobrze - mruknął Pete. - Doktorek powiedział, że możesz zostać 

u niego, a więc nie musisz jechać do tej Rosy. 

- Ja ją lubię! A Manuel to mój najlepszy przyjaciel. 

- Susan, zgadzasz się? - spytał Pete. 

Zach jej współczuł. Nie po raz pierwszy dziadek manipulował ludźmi, by 

dopiąć swego, ale dla niej było to zupełnie nowe doświadczenie. 

RS

background image

- Oczywiście. Myślę, że to dobre rozwiązanie - przytaknęła skwapliwie i 

uśmiechnęła się do Pete'a. - Miło z twojej strony, że o nas pomyślałeś. Noc w 

eleganckim hotelu to urocza niespodzianka. 

- Noc? Myślisz, że jestem sknerą? Chcę, abyście tam spędzili kilka dni. 

- Zach? - rzuciła błagalnym szeptem. 

- Nie  możemy  zostawić  Paula  samego  na  tak  długo.  Zatrzymamy  się  na 

jedną noc, ale potem... Mamy na głowie mnóstwo spraw. 

- Cóż,  nie  będę  was  zmuszać,  ale  można  by  zawieźć  chłopca  na  ranczo. 

Byłby pod dobrą opieką. Lubisz zwierzęta, mały? 

-Takie  prawdziwe?  Jasne!  Zawsze  chciałem  mieć  pieska,  ale  u  nas  nie 

można ich trzymać. 

Susan ukryła twarz  w dłoniach. Zach nie był pewny, dlaczego tak zarea-

gowała. Może poczuła zmęczenie albo zrobiło jej się żal Paula? Chłopcy po-

winni mieć psy. 

- Jest  u  nas  kilka  fajnych  zwierzaków.  Na  pewno  je  polubisz  -  zapewnił 

Pete. 

- Muszę o tym powiedzieć Manuelowi! - gorączkował się chłopiec. 

- Przenocujesz dziś u Rosy - oznajmiła Susan, zwracając się do braciszka. 

- Czas kończyć przyjęcie - wtrącił lekarz. 

- Jak uważasz, doktorku - potulnie zgodził się Pete, co bardzo zmartwiło 

Zacha.  -  Bawcie  się  dobrze  w  hotelu  -  przykazał  surowo.  -  Pamiętajcie,  że 

mam swoich informatorów. 

- Będzie wspaniale - obiecał Zach. 

Susan zerknęła na niego z niepokojem. Uśmiechnął się, by dodać jej otu-

chy. Była przygnębiona. 

-  Doktorze, panie naczelniku, pastorze, chciałbym podziękować za pomoc 

w  zorganizowaniu  tej  uroczystości.  Wiele  dla  nas  znaczyła.  -  Zach  uścisnął 

dłonie gości. 

RS

background image

Susan również okazała swoją wdzięczność. Podeszła do łóżka, ucałowała 

policzek chorego i powiedziała: 

- Nigdy nie zapomnę tego wieczoru. Jestem ci bardzo wdzięczna, dziadku. 

- Nie ma za co - odparł z pobłażliwym uśmiechem. Wskazał na nią i Paula. 

- Teraz należycie do rodziny. 

Zach objął żonę ramieniem. Miał nadzieję, że staruszek nie zauważył wy-

razu zmieszania na jej twarzy. 

- Dziękujemy. Jesteś kochany. 

- Nie ma za co, chłopcze - odparł wzruszony staruszek. - No, idźcie już. 

Wyszli, trzymając się za ręce. Uśmiech na twarzy Pete'a nie zniknął, mimo 

że pielęgniarka przyniosła strzykawkę. 

- Czy Rosa zgodzi się, by Paul u niej nocował? - spytał Zach, gdy jechali 

w stronę domu Susan. 

- Nie ma takiej potrzeby. Wrócisz do hotelu, a ja... 

- Pamiętasz,  co  powiedział  dziadek?  Dyrektor  hotelu  jest  jego  przyjacie-

lem. Opowie mu wszystko... Niech to jasna cholera! 

- Nie  wolno  przeklinać!  -  z  tylnego  siedzenia  dobiegł  oburzony  głosik 

Paula. Mocno przyciskał do piersi książki podarowane przez Zacha. 

- Przepraszam,  kolego.  Więcej  nie  będę  -  odparł  wesoło  Lowery.  Potem 

wrócił do tematu: - Nie mamy wyjścia. Albo spełnimy życzenie dziadka, albo 

cały plan weźmie w łeb. 

Susan  skrzyżowała  ręce  na  piersi,  starając  się  zapanować  nad  strachem. 

Dłonie miała zimne i spocone. 

-  Dziwnym trafem wszystko idzie po twojej myśli - zauważyła cierpko. 

- A  jak  ma  iść?  Przecież  chodzi  o  dziadka.  Myślałem,  że  nie  chcesz  mu 

zrobić przykrości. 

RS

background image

- Oczywiście. Jest taki kochany. - Susan odniosła wrażenie, że Zach uważa 

ją za potwora. 

- Pozwolił,  żebym  mówił  do  niego  dziadku!  -  pochwalił  się  Paul.  -  Czy 

mogę o tym powiedzieć Manuelowi? 

Susan  milczała,  zastanawiając  się  nad  odpowiedzią.  Zach  szybko  podjął 

decyzję. 

-  Jasne, kolego - odparł pogodnie. 

Spojrzała na niego zaskoczona. W jej oczach błysnęła zazdrość. Szeptem 

podobnym do syku powiedziała: 

-  Paul  jest  pod  moją  opieką.  Sama  podejmuję  decyzje,  co  mu  wolno,  a 

czego nie. 

Popatrzył jej w oczy. Spojrzenie miał chłodne i nieodgadnione. Odwrócił 

głowę i skoncentrował się na prowadzeniu. W samochodzie zapanowała cisza. 

Nikt się nie odezwał, aż dojechali na miejsce. Gdy zaparkowali, Zach spytał 

cicho: 

- Mogę ci pomóc spakować rzeczy? 

- Nie! Chodź, Paul. - Otworzyła drzwi i pomogła bratu wysiąść. 

Miała nadzieję, że Zach zostanie w samochodzie, ale się myliła. Ruszył za 

nimi. 

-  Przygotuj sobie piżamę i czyste rzeczy na jutro. Pójdę zamienić słówko 

z Rosą - powiedziała rzeczowo Susan. 

Zignorowała  stojącego  w  przedpokoju  Zacha,  ruszyła  do  mieszkania  są-

siadki i zastukała do drzwi. Nim skończyły rozmowę, podszedł do nich Paul. 

- Mogę zostać? - spytał z nadzieją w głosie. 

- Oczywiście. Ruszaj do sypialni. Manuel już się położył. 

- Mam książki o psie! - krzyknął wesoło. Przebiegł pod ramieniem sąsiad-

ki i ruszył do pokoju kolegi. 

- A całus na dobranoc? - zawołała Susan. 

RS

background image

Chłopiec  zawrócił,  pospiesznie  cmoknął  siostrę  i  popędził  do  Manuela. 

Rosa z poważną miną spytała Susan: 

-  Co u ciebie? 

-  Wszystko w porządku. Będę tu jutro o zwykłej porze - odparła wymija-

jąco. 

-  Jasne. Baw się dobrze. 

Gdy drzwi się zamknęły, Susan stała nieruchomo przez kilka chwil. Baw 

się dobrze... Łatwo powiedzieć. Wróciła do mieszkania. Zach czekał na nią w 

pokoju.  Bez  słowa  ruszyła  do  sypialni  i  zaczęła  się  pakować.  Miała  jedną, 

maleńką walizkę, która mogła pomieścić tylko niezbędne rzeczy. 

Kiedy Susan wróciła, Zach wyciągnął rękę po niewielki bagaż i spojrzał na 

nią, nie kryjąc zdziwienia. 

- Mam niewiele rzeczy - uprzedziła jego pytanie, czując, że się rumieni. 

- Ja również niewiele ze sobą zabrałem - odparł uprzejmie. - Nie warto się 

tym martwić. 

 

Susan nigdy nie była w hotelu, ale wolała się do tego nie przyznawać. Bała 

się złośliwych komentarzy Zacha. Postanowiła zachować spokój. Czekały ją 

przecież trudne chwile. 

Zach podał walizeczkę oczekującemu w drzwiach boyowi i poszedł do re-

cepcji. Siedząca za biurkiem kobieta od razu go poznała. 

- Dzień dobry, panie Lowery. Oto klucze. Przenieśliśmy już pańskie rze-

czy. 

- Doskonale.  Właśnie  miałem  o  nie  spytać  -  powiedział  z  szerokim 

uśmiechem,  Susan  jednak  znała  go  już  na  tyle,  by  wiedzieć,  że  jest  trochę 

zdenerwowany. 

RS

background image

- Oto  nowa  karta  magnetyczna  otwierająca  zamek.  Poprzedniej  nie  musi 

pan  zwracać  -  kontynuowała  recepcjonistka.  -Zmieniliśmy  już  kod  w 

drzwiach. 

- Dziękuję - mruknął Zach. - Chcielibyśmy iść do apartamentu. 

- Oczywiście.  Zapraszamy  na  górę.  Wszystkim  się  zajmiemy  -  odparła  z 

domyślnym uśmiechem i spojrzała na Susan. - Gratulacje, pani Lowery. 

- Dziękuję  -  powiedziała  Susan.  Miała  nadzieję,  że  zachowuje  się  jak 

szczęśliwa panna młoda. 

Zach chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę windy. 

- Co się stało? - spytała cicho. 

- Później ci wyjaśnię - odparł krótko. 

Na ostatnie piętro jechali w milczeniu. Kiedy wysiedli, Susan zauważyła, 

że w korytarzu jest tylko dwoje drzwi. Ich apartament znajdował się po pra-

wej  stronie.  Zach  wsunął  w  czytnik kartę magnetyczną.  W  tym  samym mo-

mencie z przeciwległych drzwi wyszedł kelner pchający stolik na kółkach. 

- Witam państwa! - powiedział uprzejmie. - Pan Lowery przygotował dla 

młodej pary niespodziankę. 

- Wspaniale - mruknął Zach. Sprawia! wrażenie całkiem zbitego z tropu. 

Przytrzymał drzwi i gestem pokazał kelnerowi, by wszedł do pokoju, ale ten 

energicznie zaprotestował. 

- Przytrzymam drzwi, trzeba przenieść pannę młodą przez próg. 

Susan  zamierzała  się  sprzeciwić,  ale  jedno  spojrzenie  Zacha powiedziało 

jej, że dyskusja nie ma sensu. Musiał spełnić oczekiwania dziadka. Podszedł 

do niej i uniósł ją z łatwością. Paul miał rację, pomyślała, Zach jest wyjątko-

wo silny. 

Przeniósł żonę przez próg, a kelner nadal przyglądał im się z rozrzewnie-

niem, jakby na coś czekał. Gdy znaleźli się w apartamencie, usta Zacha do-

RS

background image

tknęły warg żony. O to zapewne chodziło. Susan poczuła, że za chwilę straci 

panowanie nad sobą, więc szybko wysunęła się z jego ramion. 

Nieco już ochłonęła, gdy kelner wtoczył do pokoju stolik na kółkach. Po-

woli  zdejmował  srebrzyste  pokrywy.  Pete  zafundował  im  prawdziwą  ucztę: 

różne przekąski, sery, ciastka, śliwki w czekoladzie oraz butelkę szampana. 

Zach  dał  kelnerowi  napiwek.  Zostali  sami.  Susan  podeszła  do  okna.  Nie 

chciała, by widział jej twarz. Malowało się na niej podniecenie i... strach. 

Rozejrzała  się  po  ogromnym  pokoju.  Na  lewo  była  jadalnia.  Drzwi  po 

prawej stronie na pewno prowadziły do sypialni. 

Susan stała przy oknie i podziwiała malowniczą panoramę Kansas. Miasto 

wyglądało przepięknie, błyszczało już tysiącami świateł i migotało reklama-

mi.  Zachodzące  słońce  przybrało  pomarańczową  barwę,  a  niebo,  jakby  dla 

kontrastu,  miało  ciemnoniebieski  odcień.  Susan  westchnęła.  Całe  jej  miesz-

kanko  zmieściłoby  się  w  tym  pokoju.  Z  zamyślenia  wyrwał  ją trzask  zamy-

kanych drzwi. 

- To ogromny apartament - powiedziała do Zacha. 

- Mimo wszystko jest dla nas za mały. 

Zaskoczona spojrzała na niego z oburzeniem. Ciekawe, co by go zadowo-

liło? Może pałac królewski? 

-  Jakieś dodatkowe życzenie? - spytała drwiąco. 

-  Potrzebujemy drugiego łóżka. Nie zapominaj, że to apartament dla no-

wożeńców. 

Susan poczuła, że się rumieni. 

- Jeżeli  nie  zmieniłaś  zdania  co  do  wspólnoty  łoża,  to  mamy  poważny 

kłopot. - Policzki Susan poczerwieniały jeszcze bardziej. - Dlatego trochę się 

zdenerwowałem w recepcji. Nie przyszło mi do głowy, że obsługa przeniesie 

tu moje rzeczy i zmieni rezerwację. 

RS

background image

- Rozumiem  -  powiedziała  cicho.  Była  kompletnie  zbita  z  tropu.  Nagle 

zaświtała jej w głowie pewna myśl. - Jest tu kanapa. Mogę na niej spać! 

-  Wykluczone - odparł Zach. - Ja się na niej ulokuję. 

- Jestem od ciebie niższa, więc mogę... 

- Susan!  -  rzucił  podniesionym  głosem.  -  Będę  spał  na  kanapie!  Koniec 

dyskusji! 

Podszedł do stołu i sięgnął po talerzyk. 

- Jesteś głodny? Zjadłeś dwa kawałki tortu i znowu chcesz jeść? - spytała 

zaskoczona. 

- Szczerze mówiąc, nie mam na nic ochoty, ale dziadek będzie wypytywał, 

czy zjedliśmy kolację. Chodź tutaj i spróbuj wszystkiego po trochu. 

Zbliżyła  się  niechętnie.  Nie  była  głodna,  a  niepokój  całkiem  odebrał  jej 

apetyt. Zach otworzył szampana i napełnił dwa kieliszki. 

-  Nie piję alkoholu - mruknęła Susan. 

Zach  uśmiechnął  się  czarująco.  Gdy  miał  pogodną  twarz,  wydawał  się 

jeszcze przystojniejszy. 

- Złamałaś swoje zasady na naszym ślubie. 

- To był zaledwie łyk - przypomniała. 

- Lubisz mnie drażnić, prawda? 

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. 

- Nieważne. - Uśmiechnął się jeszcze  szerzej. - Tym razem to ja się dro-

czę. Chcesz usiąść? 

- Nie,  dziękuję.  Wolałabym  już  pójść  do  łóżka  -  powiedziała  znużonym 

głosem. 

W  oczach  Zacha  błysnęły  szelmowskie  iskierki.  Susan  natychmiast  zro-

zumiała, o czym myśli. 

- Ale sama! - krzyknęła, próbując uprzedzić jego sugestię. - Nie miałam na 

myśli nic... zdrożnego. 

RS

background image

- Obawiałem  się,  że  to  powiesz  -  westchnął,  udając  rozczarowanego.  - 

Może czegoś jeszcze skosztujesz? - Podnosił kolejne przykrywki. W misecz-

kach znaleźli drób na słodko, przepiórcze jajka i owoce morza. 

-  Tylko  odrobinkę  -  powiedziała  z  westchnieniem.  Zach  przysunął  jej 

krzesło i nałożył po trochu każdego smakołyku. Susan usiadła przy stole. 

- Nie musimy zjadać wszystkiego - uspokoił ją, gdy skończyła przekąskę. 

- Powiem dziadkowi, że nie dałem ci czasu na spałaszowanie tych wspaniało-

ści. 

- Dziękuję - odparła z roztargnieniem, ujęta jego troskliwością. Kiedy do-

tarł do niej sens uwagi Zacha, ponownie oblała się rumieńcem. 

Wstała od stołu i ruszyła do sypialni. Na widok ogromnego małżeńskiego 

łoża stanęła jak wryta. 

- Ojej! - powiedziała zaskoczona. 

- Imponujące, prawda?- Zach przyniósł jej walizeczkę. 

- Jest cudowne. Nigdy dotąd... 

- Nie mieszkałaś w apartamencie dla nowożeńców? 

- Nie byłam w hotelu - wyszeptała nieśmiało. Zach postawił walizeczkę 

obok łóżka. 

- Dobrze trafiłaś - oznajmił. - Ten należy do najlepszych w swojej klasie. 

- Mieszkałeś już w tym pokoju? 

- Nie. To przecież apartament dla nowożeńców. 

- Byłeś żonaty - przypomniała. Nie wiedziała, czemu na myśl, że mógł tu 

być z inną kobietą, poczuła ukłucie zazdrości. 

- W  podróż  poślubną  wyjechaliśmy  do  Paryża  -  odparł  szorstko  Zach, 

jakby wspomnienia sprawiały mu przykrość. 

Odwrócił się i ruszył do salonu. Nagle przystanął. 

- Czy mogę wziąć jedną poduszkę? - spytał. 

- Oczywiście. Chcesz może koc? 

RS

background image

- Nie, dziękuję. Aha, jest druga łazienka, więc nie będę ci przeszkadzał. - 

Wziął  z  łóżka  poduszkę  i  ruszy!  do  salonu.  -Dobranoc  -  powiedział  na  od-

chodnym. 

Pochyli! się i delikatnie pocałował Susan, która tym razem nie straciła pa-

nowania nad sobą tak jak na ślubie lub w chwili, gdy przenosił ją przez próg. 

Niespodziewanie zrobiło jej się ciepło na sercu. 

-  Miłych snów - mruknął z irytacją Zach. 

 

Niech to wszyscy diabli! Niewiele brakowało, a złamałby swoje przyrze-

czenie. Obiecał, że do niczego między nimi nie dojdzie, ale nie zdawał sobie 

sprawy, jak trudno będzie dotrzymać słowa. 

Susan była piękną kobietą. Gdy wyznała, że jeszcze nigdy nie mieszkała w 

hotelu,  chciał  wziąć  ją  w  ramiona.  Ten... pierwszy  raz  byłby  dla  niej  wspa-

niały i pamiętny. Marzył, aby spędzili razem tę noc. Ułożył plan, który miał 

sprawić dziadkowi radość, ale plan ten zaczynał wymykać się spod kontroli... 

-  Zach? - usłyszał głos Susan. 

Oprzytomniał  szybko,  rozejrzał  się  i  spostrzegł,  że  uchyliła  niepewnie 

drzwi do jego pokoju. Miała na sobie tylko białą bawełnianą koszulkę. 

- Tak? - spytał cicho. 

- Powinnam być w pracy o ósmej trzydzieści. 

- Zadzwoń i powiedz, że jesteś chora - poradził. 

- Nie mogę! - zawołała oburzona, jakby zaproponował jej napad na bank. 

- To nasz miesiąc miodowy! 

- Dobrze wiesz, że wszystko jest na niby. A poza tym, to był twój pomysł, 

aby się pobrać we wtorek! Muszę jutro być w jadłodajni. Obudzisz mnie? 

- Zadzwoń do recepcji. Obudzą cię o wyznaczonej godzinie. 

- Dzięki za radę. 

RS

background image

Drzwi  się  zamknęły.  Zach  został  sam  i  przymknął  oczy.  Pod  powiekami 

miał obraz Susan ubranej tylko w koszulkę. Była taka śliczna... chociaż miała 

na sobie zwykły biały T-shirt! 

Panna  młoda  powinna  nosić  elegancką  bieliznę,  podwiązki...  Albo  kusić 

powabną nagością! 

A Susan sypiała w kusej koszulce z bawełny! 

Zach wstał z kanapy. Opróżnił kieliszek szampana i ponownie go napełnił. 

Nałożył sobie na talerz mnóstwo jedzenia i włączył telewizor. 

Zapowiadała się długa i męcząca noc. 

Dźwięk telefonu wyrwał Susan ze snu. Natychmiast odebrała, by nie bu-

dzić  Zacha.  Podziękowała  recepcjonistce  i  pobiegła  do  łazienki.  Wzięła 

prysznic i włożyła swój codzienny kostiumik. Posłała łóżko, cichutko otwo-

rzyła drzwi i ruszyła w stronę wyjścia. 

Mimo  woli  spojrzała  na  Zacha.  Spał  na  sofie,  do  pasa  nakryty  kocem. 

Przez  chwilę  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  potężnej  klatki  piersiowej 

porośniętej czarnymi włosami. Podziwiała wspaniałe muskuły. 

Cofała się ku drzwiom na palcach, żeby się nie obudził. Przez chwilę wal-

czyła z pokusą, by go dotknąć. Jeszcze raz spojrzała w stronę kanapy, prze-

kręciła gałkę i wyszła. 

W  korytarzu  odetchnęła  głęboko.  Natychmiast  przywołała  windę,  jakby 

obawiała się, że mimo woli zaraz wróci do pokoju. Jadąc w dół, uświadomiła 

sobie, jak głupio się przed chwilą zachowała. Nieważne; było minęło. Z wol-

na odzyskiwała spokój. 

Weszła do holu. Od razu zauważyła boya, który wczoraj niósł jej bagaż. 

-  Pani Lowery - powiedział z uśmiechem. - Co się stało? 

-  Nic szczególnego! Muszę jechać do pracy, ale nie mam samochodu! 

- Nasz kierowca zawiezie panią, gdzie trzeba. 

RS

background image

- Naprawdę? Wspaniale! 

- Proszę tu zaczekać. 

Boy zaprowadził ją na parking. Czekał tam mężczyzna w hotelowym uni-

formie. Otworzyła drzwi samochodu. 

- Dokąd jedziemy? Na lotnisko? 

- Nie. Do jadłodajni „Smaczny kąsek". 

- Znam  to  miejsce.  -  Kierowca  się  rozmarzył.  -  Dają tam  wyśmienite  je-

dzenie. 

Susan  uśmiechnęła  się  szeroko.  Podczas  jazdy  zapomniała  o  wszystkich 

swoich kłopotach. Kierowca paplał o pogodzie, baseballu i żarciu. 

Dojechała na miejsce, weszła tylnymi drzwiami i ruszyła do swego biura. 

Ledwie  zdążyła  ukryć  walizeczkę,  gdy  otworzyły  się  drzwi.  Stanęła  w  nich 

Kate. 

- Co słychać? - zapytała przyjaźnie. 

- Jakoś leci. Przepraszam za spóźnienie, ale... 

- Nie żartuj. Wystarczy, że ja siedzę tu od świtu. - Wyszła z pokoju i już 

miała zamknąć drzwi, gdy nagle coś jej się przypomniało. 

- Nathan umie już liczyć do dziesięciu. Susan uśmiechnęła się na myśl o 

siostrzeńcu. 

- To mały geniusz! 

-  Wiem  -  odparła  z  dumą  Kate.  -  Może  wpadniesz  do  nas  z  Paulem  na 

kolację? 

Kiwnęła głową. Jej brat uwielbiał wizyty u ciotek. 

-  Z przyjemnością. 

Zabrała się do pracy. To jej dawało poczucie bezpieczeństwa. Koło jede-

nastej w drzwiach gabinetu znowu pojawiła się Kate. 

- Już wychodzisz? - spytała zaskoczona Susan. 

RS

background image

- Nie. Posłuchaj, dzwoni jakiś mężczyzna. Twierdzi, że jest twoim mężem. 

Skarbie, co ty ukrywasz? 

RS

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

 

Zach bębnił palcami po blacie nocnego stolika, czekając aż Susan podej-

dzie do telefonu. Nie dość, że wyszła rano i nie raczyła go obudzić, to na do-

miar złego pościeliła łóżko! 

Przed  kilkoma  minutami  obsługa  zjawiła  się  pod  drzwiami  apartamentu, 

by  podać  nowożeńcom  śniadanie  zamówione  przez  dziadka.  Zach  musiał 

błyskawicznie  rozrzucić  pościel  w  sypialni,  zrzucić  poduszki  z  kanapy  i  z 

braku szlafroka owinąć się kocem. Gdy kelner zaproponował, że poda śniada-

nie do łóżka, Zach stanowczo zaprotestował. 

Susan  zachowała  się  karygodnie.  Przez  jej  bezmyślność  omal  nie  doszło 

do katastrofy. Z trudem udało się uniknąć wpadki. Natychmiast zadzwonił do 

jadłodajni  i  został  wzięty  przez  jakąś  kobietę  w  krzyżowy  ogień  pytań.  W 

końcu łaskawie poprosiła Susan do telefonu. Mimo to był wściekły. 

- Zach? - usłyszał pełen wahania głos. Ta niepewność całkiem wyprowa-

dziła go z równowagi. 

- A  kogo  spodziewałaś  się  usłyszeć?  Masz  prócz  mnie  innego  męża? 

Czyżbym ożenił się z bigamistką? - burknął do słuchawki. Jedyną odpowie-

dzią było  milczenie.  Postanowił  inaczej  zacząć  rozmowę.  -  Czemu  nie  obu-

dziłaś  mnie  przed  wyjściem?  Byłem  przerażony,  gdy  ocknąłem  się  rano,  a 

ciebie nie było w sypialni. Na domiar złego hotelowa obsługa natychmiast za-

pukała do drzwi. 

-  Sądziłam, że chcesz się porządnie wyspać. 

Trafna uwaga, zwłaszcza że przez pół nocy przewracał się z boku na bok, 

myśląc o Susan ubranej w bawełnianą koszulkę. Ciekawe, czy miała pod 

spodem bieliznę i... Nie wolno o tym myśleć, nakazał sobie z irytacją. 

RS

background image

- Trzeba zaplanować kilka spraw - przerwał milczenie. 

- Co masz na myśli? 

- Przede  wszystkim  wizytę  u  dziadka.  Z  pewnością  chciałby,  żebyśmy 

przyszli oboje. 

- To niemożliwe. 

- Posłuchaj, słono ci zapłaciłem... 

- Przestań! 

- O co chodzi, Susan? Doprowadzasz mnie do szału. 

- Rozmawiałeś przed chwilą z moją siostrą - odparła chłodno. - Kate życzy 

sobie, abyśmy przyszli dziś do niej na kolację. - Umilkła, a po chwili dobiegł 

go znowu jej głos, tym razem znacznie cichszy, jakby odsunęła słuchawkę. - 

Przepraszam, zapomniałam, że musimy jechać do szpitala. 

- Wspomniałaś przed chwilą... - wtrącił Zach. 

- Moja  siostra  nalega,  żebyśmy  przyjechali  do  niej  na  szóstą.  Obiecała 

wcześnie podać kolację. 

- Nie wiem, co robić. Wszystko wymyka się spod kontroli. 

- Dziadek Zacha czeka na nas w szpitalu. - Susan powiedziała to do sio-

stry, umilkła na chwilę, a potem dodała: - Jest na intensywnej terapii. - Znowu 

chwila milczenia. - Oczywiście, masz rację. Na pewno będzie dość czasu na 

zjedzenie kolacji, ale nie chcę przysparzać ci kłopotów. 

Zach  trzymał  słuchawkę  przy  uchu  i  milczał.  Susan  nadal  rozmawiała  z 

siostrą.  Nagle  ogarnęły  go  wątpliwości.  Przecież  osiemnastoletnia Megan,  o 

której istnieniu dowiedział się na krótko przed ślubem, wyjechała niedawno, 

by rozpocząć studia. 

-  Megan jest w Nebrasce. Jak może zapraszać nas na kolację? 

- To nie Megan, tylko Kate - wyjaśniła pospiesznie Susan. Jej głos znowu 

przycichł. - Sądzę, że nam się uda. Czy odpowiada ci szósta? - Zach czekał w 

milczeniu. Po chwili zapytała: - Jesteś tam jeszcze? 

RS

background image

- Naturalnie,  ale  wolę  się  nie  odzywać,  bo  nie  wiem,  kiedy  mówisz  do 

mnie, a kiedy zwracasz się do siostry - odparł z wyrzutem. 

- Teraz  rozmawiam  z  tobą.  Czy  możemy  umówić  się  z  Kate  na  szóstą? 

Moi krewni obiecali, że zaopiekują się Paulem. 

- Nie mam nic do gadania? 

- No  cóż...  Kate,  w  imieniu  Zacha  dziękuję  za  zaproszenie.  Będziemy  u 

was punktualnie. 

- Możesz teraz poświęcić mi trochę uwagi? - mruknął zniecierpliwiony. - 

Powinniśmy umówić się na obiad i wszystko sobie wyjaśnić. Przyjadę po cie-

bie za kwadrans. 

- Mam wolne od trzynastej trzydzieści do czternastej - odparła chłodno. 

Tylko pół godziny! Czyżby jej szef był okrutnym krwiopijcą? 

- To wbrew kodeksowi pracy. Masz ustawowo zagwarantowane prawo do 

godzinnej przerwy. 

- W takim razie postaram się dziś zwolnić na całą godzinę. 

- Świetnie. Bądź gotowa punktualnie o pierwszej. 

Susan niechętnie odłożyła słuchawkę. Dobrze  wiedziała, co się teraz sta-

nie.  Kate  będzie  ją  zamęczać  pytaniami,  aż  pozna  wszystkie  sekrety  fikcyj-

nego  małżeństwa.  Spojrzała  na  siostrę  i  westchnęła  głęboko.  Ku  jej  ogrom-

nemu zdziwieniu Kate bez słowa podeszła do telefonu i wystukała numer. 

-  Maggie?  Czy  mogłabyś  przyjść  teraz  do  jadłodajni?  Susan  wyszła  za 

mąż. Właśnie zamierza mi wyjaśnić, czemu nas nie zaprosiła na ślub. Sądzę, 

że powinnaś to usłyszeć. - Kate odłożyła słuchawkę, odwróciła się i spojrzała 

na Susan. - Chyba nie masz nic przeciwko obecności Maggie. W ten sposób 

nie będziesz tracić czasu na ponowne tłumaczenia. 

Susan zdobyła się na wymuszony uśmiech. Powinna od razu wiedzieć, że 

tak się to skończy. Kate i Maggie były sobie bardzo bliskie. Znała je od pół-

RS

background image

tora roku i cieszyła się z przyjacielskich kontaktów łączących ją z siostrami. 

To oczywiste, że cokolwiek się dzieje, z gruntu lojalna Kate zawsze pomyśli o 

Maggie. I słusznie. Susan była zakłopotana. Czuła się winna, bo poniewczasie 

uznała, że jednak należało zawiadomić przyrodnie siostry o ślubie. 

- Mam nadzieję, że Maggie szybko się tu zjawi. Zach przyjedzie po mnie 

za godzinę. Wolałabym, żeby nie czekał. I tak jest w złym humorze. 

- Zaczeka, jeśli będzie trzeba - mruknęła zirytowana Kate. Rude kosmyki 

otaczały jej urodziwą, lecz zawziętą twarzyczkę. 

To  dziwne,  ale  niezadowolenie  Kate  dodało  Susan  otuchy.  Była  ostatnio 

tak  zaabsorbowana  kłopotami  Zacha,  że  zapomniała  o  sobie  i  najbliższych. 

Pora się opamiętać. Raz jeszcze się przekonała, że na siostry zawsze może li-

czyć. 

-  Maggie zaraz tu będzie. Myślę, że  wszystkie trzy chętnie napijemy się 

kawy - powiedziała. 

Napełniła filiżanki, postawiła je na tacy i ruszyła do stolika w głębi sali, 

zarezerwowanego dla rodziny. Goście siadywali tam jedynie wówczas, gdy w 

jadłodajni  robiło  się  tłoczno  -  jak przed  dwoma  dniami,  gdy  Susan  obsługi-

wała Zacha. 

Maggie  zjawiła  się po kwadransie. Była  łagodną,  cichą  brunetką i  stano-

wiła przeciwieństwo porywczej i zapalczywej Kate. Szczerze mówiąc. Susan 

trochę się obawiała, co sobie o niej pomyśli ta skryta i opanowana dziewczy-

na, która tylko raz - pod wpływem głębokiego uczucia - postawiła wszystko 

na jedną kartę i wygrała. Może jednak zrozumie... 

- Wyszłaś  za  mąż?  -  spytała  Maggie.  Usiadła  przy  stoliku  naprzeciwko 

młodszej siostry. 

- Niezupełnie. 

Kate  zajęła  miejsce  obok  Maggie.  Uniosła  brwi,  słysząc  wymijającą  od-

powiedź Susan. 

RS

background image

- Ten facet twierdził, że chce rozmawiać z żoną. Na pewno chodziło o cie-

bie. 

- Ślub się odbył, ale małżeństwo jest na niby - odparła Susan. 

- Moim  zdaniem  powinnaś  nam  opowiedzieć  wszystko  od  początku  - 

oznajmiła stanowczo Maggie. 

Wyjaśnienia trwały z górą pół godziny. Susan mówiła z namysłem, by nie 

pominąć  żadnego  szczegółu.  Tym  razem  postanowiła  być  z  siostrami  całko-

wicie szczera. 

- Czemu nam nie powiedziałaś, że brakuje ci pieniędzy - strofowała ją ła-

godnie Kate. 

- Wiem, że zawsze chętnie mi pomagacie, ale sama odpowiadam za Paula 

i Megan. Poza tym muszę spłacić długi matki. Jak mogę oczekiwać... 

- Nie tłumacz się, kochanie - mruknęła Kate. - Wiem, że straszny z ciebie 

uparciuch. Powiedz nam, jak teraz wygląda twoja sytuacja. 

Gdy  Susan  opowiedziała  już  wszystko,  siostry  wymieniły  porozumie-

wawcze spojrzenia. 

- I co teraz? - spytała Kate. 

- Sama nie wiem. Obiecałam, że będę udawać żonę Zacha, póki to będzie 

konieczne. 

- To znaczy do chwili, gdy jego dziadek umrze - wtrąciła rzeczowo Mag-

gie. 

- Owszem.  To  przemiły  człowiek-  Z  przykrością  myślę,  że  on...  Jak  mo-

głabym życzyć mu śmierci! 

- Kochanie, to przecież oczywiste - zapewniła Kate. - Powiedz nam coś o 

Zachu. Jaki on jest? 

- To bez znaczenia - obruszyła się Susan. Nie chciała, by siostry odkryły, 

że mąż nie jest jej obojętny. 

- Nie złamie danego słowa? - podejrzliwie spytała Maggie. 

RS

background image

- Jeżeli  o  mnie  mówicie,  to  zapewniam,  że  dotrzymuję  zobowiązań  - 

stwierdził Zach. 

Susan wstrzymała oddech. Siedziała przodem do drzwi, więc powinna go 

zauważyć,  ale  była  tak  zaabsorbowana  rozmową,  że  zapomniała  o  całym 

świecie. 

-  Możesz  się  posunąć,  kochanie?  -  spytał  z  uśmiechem,  siadając  obok 

niej. 

W  milczeniu  kiwnęła  głową.  Przynajmniej  jedno  się  od  razu  wyjaśniło; 

nadal była pod jego urokiem. Dzisiaj znów miał na sobie dopasowane dżinsy i 

kraciastą koszulę. W ręku trzymał kowbojski kapelusz. 

Nerwowym gestem odgarnął z czoła potargane włosy. 

-  Nie chciałbym, żebyście mnie uznały  za prostaka i gbura - zwrócił się 

do sióstr żony, które spoglądały na niego wyczekująco. - Nie miałem pojęcia 

o waszym istnieniu. Susan wspomniała tylko o Megan, która jest teraz w Ne-

brasce. - Uprzejmie skłonił głowę i dodał: - Nazywam się Zach Lowery. 

Kate i Maggie przedstawiły się również, a najstarsza z sióstr zapytała: 

- Jesteś właścicielem rancza pod miastem? 

- Tak. Moja żona o tym nie wspomniała? 

- Nie  wymieniłam  twego  nazwiska  -  wtrąciła  Susan.  -  Po  prostu  zapo-

mniałam. Tyle było innych spraw... 

- Jesteśmy przyrodnimi siostrami - tłumaczyła spokojnie Maggie. - Znamy 

się dopiero od półtora roku. 

- Cieszę  się  z  naszego  spotkania.  Przyrzekam,  że  dotrzymam  wszystkich 

obietnic danych Susan. Wiele jej zawdzięczam. 

Nieufna  Kate  zmarszczyła  brwi  i  już  miała  rzucić  jakaś  uwagę,  ale  naj-

młodsza siostra wpadła jej w słowo. 

- Kate, jestem dorosła i potrafię o siebie zadbać. Wszystko będzie dobrze. 

- Wiem, ale... 

RS

background image

- Dość,  siostrzyczko.  Nie  chcę  dłużej o  tym  dyskutować  -  przerwała  Su-

san. Domyślała się, że Kate zacznie teraz mówić o jej sytuacji finansowej. Nie 

życzyła sobie, aby Zach wiedział, że jego żona boryka się z poważnymi trud-

nościami. Odetchnęła z ulgą, gdy Maggie stanęła po jej stronie. 

- Ta  mała  dobrze  mówi,  Kate  -  stwierdziła  pogodnie.  -  Odłóżmy  tę  roz-

mowę.  Spotkamy  się  innym  razem,  żeby  pogadać  od  serca.  Zresztą  Susan  i 

Zach  chcą  pewnie  spędzić  trochę  czasu  we  dwoje.  Mają  swoje  sprawy  do 

omówienia. 

- Owszem.  -  Susan  natychmiast  się  zarumieniła.  Ostatnia  uwaga  za-

brzmiała dwuznacznie.  Oby  tyko  Zach nie  uznał,  że  ma  wobec  niego  jakieś 

plany. - Musimy omówić wieczorne odwiedziny w szpitalu. 

Zach wstał i sięgnął po kapelusz. 

- Pójdziesz ze mną na obiad? - spytał cicho. 

- Tak - odparła. Poczuła ulgę; nie będzie musiała odpowiadać na pytania 

Kate.  Gdyby  nie  interwencja  Zacha,  siostra  zaczęłaby  regularne  przesłucha-

nie. Porozumiewawczy uśmiech Maggie także działał jej na nerwy. Ta spry-

ciara  najwyraźniej  spostrzegła,  że  najmłodsza  siostrzyczka  zadurzyła  się  w 

przystojnym kowboju. 

- Możecie  zjeść  tutaj.  Wiadomo,  co  oznacza  „Smaczny  kąsek":  domowe 

obiady po niskich cenach - zachęcała Kate. 

Zach natychmiast się rozzłościł, bo uznał, że próbuje mu dokuczyć. 

-  Dzięki - odparł chłodno. - Zarezerwowałem już stolik w doskonałej re-

stauracji. 

- W  takim  razie  do  zobaczenia  po  południu.  Czekam  z  kolacją  -  odparła 

Kate, przyglądając mu się uważnie. 

- Cholera, dużo masz jeszcze tej rodziny? - spytał rozzłoszczony Zach, gdy 

wsiedli do auta. 

RS

background image

- Z krewnymi to już chyba koniec, ale są jeszcze powinowaci - wyjaśniła 

rzeczowo.  -  Mężowie  Kate  i Maggie.  No i jeszcze  trójka  ich dzieci.  Urocze 

maleństwa. 

- Wyjaśniłaś im, że nasz związek to fikcja? Powinni wiedzieć, że zawar-

liśmy umowę korzystną dla obu stron. 

- Powiedziałam o tym na samym początku rozmowy -żachnęła się. 

- W takim razie, czemu tak mnie maglowały? O co im chodziło? - Nie lu-

bił się tłumaczyć, a ta ruda Kate traktowała go jak oszusta. 

- Nie wiedziały o twoim istnieniu - zdenerwowała się w końcu Susan. Jak 

długo miała spokojnie znosić jego humory? - Dochowałam tajemnicy. Gdybyś 

sam nie powiedział, że jesteśmy małżeństwem, uniknąłbyś nieprzyjemności. 

Zach  umilkł.  Cóż  miał  na  to  odpowiedzieć?  Istotnie  popełnił  karygodny 

błąd, lecz gdy opryskliwa baba nie chciała poprosić Susan do telefonu, złość 

wzięła  górę  nad  zdrowym  rozsądkiem.  Nie  przywykł,  by  odprawiano  go  z 

kwitkiem. 

Żona coraz bardziej go irytowała. Była taka daleka i niedostępna. Na do-

miar złego zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że powinien trzymać się od niej 

z  daleka.  Nie  mógł  jej  dotykać.  Nie  miał  do  niej  żadnych  praw.  Źle  by  się 

stało, gdyby zaciągnął ją do łóżka. Miał dość tych zakazów i nie życzył sobie, 

by obcy ludzie dyktowali mu, jak powinien się zachowywać. 

Zaparkował u wejścia do centrum handlowego Plaza, gdzie znajdowały się 

najmodniejsze sklepy i eleganckie restauracje. 

W milczeniu weszli do jednej z nich. Usłużny kelner wskazał im stolik i 

czekał cierpliwie, aż złożą zamówienie. 

- Susan,  przestańmy  się  kłócić  i  zapomnijmy  o  rodzinie  -  zaproponował 

pojednawczym tonem Zach. - To bez znaczenia, co o nas myślą twoje siostry. 

-  Odetchnął  z  ulgą,  gdy  bez  słowa  kiwnęła  głową.  -  Po  obiedzie  zajrzę  do 

RS

background image

szpitala. Czekaj u siebie. Przyjadę około pół do szóstej, żeby... Gdzie mieszka 

twoja siostra? 

- Niedaleko. 

- A konkretnie? 

- O kwadrans drogi stąd. 

- To bardzo droga dzielnica - mruknął Zach, marszcząc brwi. - Czy Kate 

stać na taki wydatek? 

- Dlaczego pytasz? 

Do diabła, pomyślał, czemu patrzy na niego podejrzliwie, jakby siedziała 

przy stole z aferzystą. 

-  Z ciekawości. Sądzisz, że planuję napad? - burknął opryskliwie. 

Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. 

- O ile dobrze zrozumiałam, przyjedziesz po mnie pół do szóstej - upew-

niła się, wstając od stołu. 

- Owszem. Dokąd się wybierasz? Nie złożyliśmy jeszcze zamówienia. 

- O czym ty... Przepraszam, całkiem zapomniałam, po co tu przyszliśmy - 

szepnęła głosem drżącym ze zdenerwowania. 

Odruchowo położył rękę na jej dłoni. 

-  Słoneczko,  przestań  się  tak  przejmować  -  tłumaczył  przyjaźnie.  -  Nie 

zrobiłaś nic złego. Wprost przeciwnie! Rozmawiałem dziś z dziadkiem. Czuje 

się lepiej niż przez ostatnie pół roku. 

Skinęła głową i w milczeniu uścisnęła jego dłoń. 

-  Chyba się rano spóźniłaś. Były jakieś nieprzyjemności w twojej firmie? 

- Nie - odparła pospiesznie, zaskoczona jego pytaniem. 

- Jak długo tam pracujesz? 

- Ponad tydzień. 

Zamówili  obiad.  Po  chwili kelner  przyniósł  dania, ale  Zach nie przerwał 

rozmowy.  Wkrótce  dowiedział  się,  dlaczego  musiała  zmienić  pracę.  Gdy 

RS

background image

usłyszał o niemoralnych propozycjach dawnego szefa Susan, zawołał z obu-

rzeniem: 

-  Prawo tego zabrania! Powinnaś złożyć skargę! 

-  Zapewne, ale nie mogę sobie pozwolić na opłacenie adwokata i kosztów 

sądowych. Żeby się procesować, trzeba mieć czas i pieniądze. Ja potrzebuję 

dobrej posady i stałej pensji. 

Spokojnie i rzeczowo przedstawiła swój punkt widzenia. Żadnego użalania 

się  nad  sobą.  Z  odrazą  myślał  o  mężczyznach,  którzy  się  jej  narzucali,  ale 

trochę ich rozumiał. Susan była piękna, ale to łagodność i wewnętrzny spokój 

czyniły z niej bezcenną zdobycz. Ta konkluzja była dla niego wielkim zasko-

czeniem, ale miał poczucie, że trafił w dziesiątkę. 

-  Nie  ma  tego  złego,  co  by  na  dobre  nie  wyszło  -  powiedział  z  uśmie-

chem. - Teraz pracujesz z siostrami, więc nie grożą ci obrazliwe zaczepki ze 

strony. 

-  Owszem. W pewnym sensie miałam szczęście. 

Żadna z kobiet, z którymi się umawiał - łącznie z jego byłą żoną - nie czu-

łaby  się  zadowolona,  mieszkając  w  nędznej  klitce  i  wychowując  dwoje  ro-

dzeństwa. Kolejny zaskakujący wniosek. 

- Pospieszmy się. Muszę wracać do pracy. 

- Półgodzinna przerwa obiadowa to kpina! 

- Nie masz racji. Sama prosiłam o jej skrócenie. Dzięki temu mogę wcze-

śniej być w domu i więcej czasu spędzać z Paulem. 

- Dobrze, że o nim wspomniałaś. Zajrzę do dziadka, a potem chciałbym się 

trochę powłóczyć z twoim bratem. Mam kilka pomysłów, które powinny go 

ucieszyć. - Z niepokojem czeka! 

na odpowiedź. Czy zaufa mu na tyle, by mógł kilka godzin spędzić z jej 

ukochanym braciszkiem? 

- Nie ma potrzeby... 

RS

background image

- Susan, lubię towarzystwo Paula. Przyszło mi do głowy, że warto zaprosić 

także Manuela. To przecież jego najlepszy przyjaciel. 

- Owszem.  Są  jak  rodzeni  bracia.  Jeśli  naprawdę  chcesz  zabrać  ich  obu, 

zadzwonię do Rosy. 

- Doskonale. Będę ci bardzo wdzięczny. 

 

Gdy Zach wszedł do separatki, Pete Lowery siedział na łóżku. 

- Dziadku, świetnie wyglądasz! 

- Zgadza się. Lekarze nie mają pojęcia, co jest grane. Sądzili, że wkrótce 

przeniosę się na tamten świat. 

- Ja również byłem tego pewny - mruknął półgłosem Zach. Mógł sobie na 

to pozwolić, bo Pete Lowery serce miał coraz zdrowsze, ale słuch mu się nie 

poprawił. 

- Podobał ci się apartament dla nowożeńców? 

- Jasne. Susan była zachwycona. 

- Urocza dziewczyna. Gdzie ty ją znalazłeś? 

Zach westchnął głęboko i uznał, że lepiej mówić prawdę. 

- Pewnego dnia przyjechałem do miasta, by załatwić w banku kilka spraw. 

Wstąpiłem na obiad do jadłodajni. Susan podała mi kawę. 

- Jest kelnerką? 

- Nie. Zajmuje się reklamą firmy i szukaniem nowych klientów dla popu-

larnej jadłodajni. Czasami pomaga kelnerkom, jeśli są zabiegane. 

- Specjalistka  od  reklamy,  powiadasz?  -  Starszy  pan  zachichotał.  -  Sama 

nie potrzebuje się reklamować, prawda, chłopcze? 

- Owszem. 

-  Gdzie ją zostawiłeś? 

- Jest w pracy. 

RS

background image

- Zmuszasz żonę, by w dzień po weselu tyrała jak niewolnica? - Pete rzucił 

wnukowi karcące spojrzenie. - Po nocy poślubnej powinna się wyspać. 

Zach postanowił zrzucić winę na Susan. 

- Próbowałem ją namówić, żeby wzięła sobie wolny dzień, ale odmówiła. 

Nie zapominajmy, że decyzja o ślubie zapadła nagle i Susan nie miała czasu, 

by poprosić o urlop. Nie chciała zawieść szefowej. Jest wyjątkowo rzetelna i 

odpowiedzialna. 

- Musisz  ją  przekonać,  żeby  zrezygnowała  z  pracy,  gdy  urodzi  dziecko. 

Powinno rosnąć pod opieką matki. Nie chcę, aby wasze maleństwo miało ja-

kieś... no, te... zaburzenia. 

- Dziadku, nie przesadzaj z dobrymi radami - mruknął Zach. - Potrafię sam 

zadbać  o  moich  najbliższych.  Susan  i  ja  wpadniemy  do  ciebie  wieczorem. 

Przedtem jedziemy na kolację do jej rodziny, którą niedawno poznałem. Mu-

szę już iść. Umówiłem się z Paulem. Zamierzamy połazić trochę po sklepach. 

- Zach z uśmiechem poklepał dziadka po ramieniu. Nagle przypomniał sobie, 

że jest mu winien pewne wyjaśnienie. - A przy okazji... Mały nie jest jej sy-

nem,  tylko  bratem.  Mają  także  osiemnastoletnią  siostrę  Megan.  Susan  od 

czterech lat utrzymuje i wychowuje rodzeństwo. 

- Złota dziewczyna! - odparł rozpromieniony Pete. 

Zach kiwnął głową i wyszedł. Miał nadzieję, że dziadek się nie myli, ałe 

nadal dręczyły go wątpliwości. 

Pojechał do Rosy,  by  zabrać  chłopców.  Cała  trójka  rzuciła  się  w  wir  za-

kupów. Malcy byli zachwyceni, gdy się okazało, że dostaną w prezencie spo-

ro nowych ciuszków, ale mieli też sporo wątpliwości. Gdy Zach zapropono-

wał, aby wybrali sobie po kilka eleganckich koszul, Paul obrzucił go badaw-

czym spojrzeniem i stwierdził z powagą: 

- Kupimy po jednej. 

- Czemu, kolego? 

RS

background image

- Bo Susan nie byłaby zadowolona. 

- Dlaczego?  -  Zach  nie  rozumiał,  w  czym  rzecz.  Zmarszczył  brwi.  -  Nie 

lubi kupować? 

- Uwielbia, ale gdy ciocia Kate albo ciocia Maggie chce mi dać dużo no-

wiutkich  ciuchów,  Susan  powtarza,  żeby  nie  przesadzać.  Jeden  prezent  od 

czasu do czasu zupełnie wystarczy. 

Zach  daremnie  próbował  rozproszyć  wątpliwości  chłopca.  Po  chwili  na-

mysłu znalazł rozwiązanie. 

-  Dobrze.  Kupujemy  wszystkiego  po  jednej  sztuce.  Dla  każdego  z  was 

fajne  dżinsy,  koszulę,  buty.  Aha,  jeszcze  kowbojski  kapelusz.  Przyda  się 

wam,  gdy  przyjedziecie  na  ranczo. A  na  miejscu  dziadek  kupi  wam jeszcze 

inne rzeczy niezbędne w czasie pobytu na wsi. 

Paul  uznał,  że  to  dobry  pomysł,  ale  musieli  jeszcze  przekonać  Manuela, 

żeby  się  zgodził  przyjąć  upominki  od  całkiem  obcego  człowieka.  Zach  nie 

przypominał sobie, by ktoś tak się wzbraniał przed korzystaniem z jego pie-

niędzy.  Zdołał  w  końcu  przełamać  dziecięce  skrupuły  i  od  tego  momentu 

wszyscy trzej bawili się doskonale. Miał szczególną satysfakcję, gdy wybierał 

dla chłopców kowbojskie buty i kapelusze. 

-  Szkoda, że nie będę mógł pojechać na ranczo - szepnął Paulowi na ucho 

zasmucony Manuel. 

Zach usłyszał cichutki głosik. 

- Paul z pewnością zaprosi na wycieczkę najlepszego przyjaciela - oznaj-

mił,  jakby  to  było  oczywiste.  -  Chciałbyś  z  nim  pojechać?  Lubisz  konie  i 

krowy? 

- No pewnie! - Manuel od razu się rozpromienił. - Paul mówił, że są tam 

szczeniaki. 

- Oczywiście!  Powiem  ci  w  sekrecie,  że  małe  pieski  uwielbiają  małych 

chłopców.  -  Przyjaciele  zachichotali radośnie.  Zwichrzył  im  czuprynki i po-

RS

background image

myślał, że lubi towarzystwo tych urwisów. Szybko przywykł do ich obecno-

ści. - Coś mi przyszło do głowy. Za miesiąc na ranczu będzie już dość zimno. 

Muszę wam sprawić porządne kurtki, żebyście się nie przeziębili. 

Chłopcy się z nim zgodzili. Byli przekonani, że Susan i Rosa uznałyby ta-

kie argumenty za wystarczające do zrobienia kolejnego zakupu. 

- Można by pomyśleć, że to gwiazdka - powiedział rozmarzony Paul, tuląc 

do piersi paczki z prezentami. Milczał przez chwilę, a potem dodał z niepo-

kojem:  -  Zach,  czy  mógłbyś  kupić  jakiś  prezent  dla  Susan?  Megan  i  ja  nie 

możemy jej nic podarować, bo nie mamy pieniędzy. 

- Doskonały  pomysł,  mój  chłopcze  -  odparł  Zach  i  pogrążył  się  w  zadu-

mie. Nie byl pewny, czy Susan by się z nim zgodziła, ale dziadek z pewnością 

by oczekiwał, że zgodnie z tradycją wnuk da żonie cenny upominek. 

W  dziale  z  odzieżą  dziecięcą nie  mieli  szans na  znalezienie  prezentu dla 

młodej kobiety, ruszyli więc do stoiska z biżuterią. Po naradzie z chłopcami 

Zach  postanowi!  kupić  wąską  diamentową  bransoletkę,  która  powinna  wy-

glądać prześlicznie na szczupłej ręce Susan. 

W końcu opuścili centrum handlowe, zeszli na parking, wrzucili pakunki 

do bagażnika i ruszyli w drogę powrotną. Gdy stanęli przed drzwiami domu 

Susan, każdy z chłopców niósł kilka paczek, ale było ich tyle, że Zach także 

musiał wystąpić w roli tragarza. 

Susan  była  już  w  domu.  Usłyszała  wesołe  głosy  i  wybiegła  na  klatkę 

schodową. 

-  Wreszcie jesteście! Zaczynałam się już niepokoić, czy... 

- Niespodziewanie umilkła na widok niezliczonych pakunków. 

- Na miłość boską, co ci przyszło do głowy? 

RS

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

 

 

Susan nie wierzyła własnym oczom. Chłopcy obładowani byli pakunkami. 

Spojrzała znacząco na Zacha, ale on nie kwapił się z wyjaśnieniami. 

- Robiliśmy zakupy - powiedział w końcu. - Pomyślałem, że chłopcy po-

trzebują kilku drobiazgów. 

- Wszystko w porządku, Susan! - krzyknął wesoło Paul. - Zach kupił nam 

wszystkiego po jednym. 

Susan próbowała się opanować. Kiedy Zach zaproponował, że pojedzie z 

chłopcami  do  sklepu,  odliczyła  pewną  sumę,  którą  zamierzała  mu  zwrócić, 

jednak wyprawa okazała się znacznie kosztowniejsza, niż przypuszczała. 

- Dobrze  się  bawiliście?  -  spytała,  patrząc  na  rozpromienione  buzie  mal-

ców. 

- Jasne! Obejrzyj mój kapelusz! - Paul schylił głowę. - Będę go potrzebo-

wał, kiedy pojedziemy na ranczo. 

- Ja też się tam wybieram - dodał z zachwytem Manuel. 

- Naprawdę? To będzie  wspaniała wycieczka - z uśmiechem powiedziała 

Susan. Spojrzała na Zacha i nagle spoważniała. - Musimy porozmawiać. 

- Coś się stało? Dzwonili ze szpitala? 

- Nie. Zapewne u twego dziadka wszystko w porządku. Manuelu - powie-

działa do chłopca. - Mama na ciebie czeka. 

Milczała,  póki  chłopiec  nie  zniknął  za  drzwiami  mieszkania,  a  potem 

zwróciła się do Paula: 

-  Kochanie, zabierz prezenty do swojego pokoju. 

- Nie chcesz ich przedtem obejrzeć? - spytał nieśmiało, jakby podejrzewał, 

że siostra jest w złym nastroju. 

RS

background image

- Dobrze.  Pokaż  mi.  co  kupiliście.  -  Ruszyła  za  braciszkiem  do  jego  sy-

pialni. Pięć minut później siedziała na łóżku wśród strzępów opakowań i po-

rozrzucanych  rzeczy  Paula.  -  Zrobiłeś  dobry  wybór  jak  na  dużego  chłopca 

przystało, kochanie - pochwaliła brata. - Te ubrania przydadzą ci się w szkole. 

Poczuła  w  sercu  ukłucie  zazdrości.  Zach  był  wspaniałym  opiekunem  i 

sprawił Paulowi wielką radość. Wydał jednak znacznie więcej pieniędzy, niż 

przeznaczyła na tego rodzaju zakupy. Poza tym ona nie poszłaby do tak eks-

kluzywnych sklepów... 

- Ułożę to wszystko na półkach - oznajmił chłopiec. Susan wróciła do Za-

cha. Przyjrzał się jej uważnie. 

- Coś cię trapi, prawda? 

- Tak! Wydałeś mnóstwo pieniędzy, nie licząc się z moim zdaniem. Poza 

tym, to ja powinnam była zrobić z Paulem te zakupy! - Żal ścisnął jej serce. 

- Przecież nie wydałem twoich pieniędzy - odparł zaskoczony. 

- A czyje? Dużo ci jestem winna? 

- Nie twoja sprawa. 

Susan przymknęła oczy, próbując się uspokoić. 

-  Przeciwnie - odparła chłodno. - Zresztą, czemu miałbyś wydawać swoje 

pieniądze na mojego brata i Manuela? 

Zach podszedł do okna i popatrzył na ulicę. 

- Nie mam zamiaru pozwolić, żebyś płaciła za te rzeczy. Uznałem, że Paul 

potrzebuje kilku drobiazgów i... 

- Zbytek  laski!  Gdybyś  mi  powiedział,  że  nie  chcesz,  abym  zabierała  ze 

sobą mego brata, bo się go wstydzisz, znalazłabym opiekunkę! - Susan w tym 

momencie nie była zła, ona była wprost wściekła. 

Tego drania stać na wszystko i dlatego me rozumie, że niektórzy muszą się 

liczyć z każdym groszem, myślała ze złością. 

RS

background image

- Nie waż się tak mówić! - rzucił ostro Zach. - Paul to wspaniały chłopiec i 

nigdy się go nie wstydziłem. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze! 

- Doceniam to, co zrobiłeś. Sprawiłeś chłopcom wielką radość. Oddam ci 

wszystko co do grosza... Zwrócę za wszystkie ubrania z wyjątkiem kowboj-

skich ciuchów. 

- Dlaczego ci się nie podobają? 

- Są śliczne, ale nie przydadzą się w szkole. 

-  Ja w takich chodziłem - obruszył się natychmiast. Wyobraziła sobie 

małego Zacha w kowbojskim stroju, siedzącego w szkolnej ławie. Przez 

chwilę się uśmiechała. 

- Ale to nie było w Kansas. 

- Racja.  Może  powinnaś  się  zastanowić  nad  przeprowadzką.  To  nie  jest 

dzielnica odpowiednia dla małego chłopca. Paul może wpaść w złe towarzy-

stwo. 

Susan chrząknęła nerwowo. Sama często budziła się w nocy i rozmyślała 

nad losem rodzeństwa. Bała się o ich przyszłość. 

-  Ile jestem ci winna? - spytała ponownie. 

Nim zdążył odpowiedzieć, usłyszeli pukanie do drzwi. Susan otworzyła i 

wpuściła do środka Rosę, która sprawiała wrażenie przygnębionej. 

- Susan,  możemy  porozmawiać?  Manuel  powiedział,  że...  Ja  bardzo  cię 

przepraszam, ale w tej chwili nie mogę oddać pieniędzy. Będziemy spłacać co 

miesiąc, aż... 

- Proszę  się  nie  martwić  - powiedział  Zach.  -  To  są  prezenty  ode  mnie  i 

mojego dziadka. Nie trzeba nic oddawać. 

- Ale te rzeczy są bardzo drogie! - zaprotestowała. - Nie możemy tak... 

- Wszystko w porządku - uspokoiła ją Susan. - Potraktuj je jako prezenty 

gwiazdkowe. 

RS

background image

Rosa  zaczęła  wylewnie  dziękować  i  przepraszać  za  najście.  Gdy  już  po-

szła, Zach stwierdził cicho: 

- Jeszcze  nigdy  nie  miałem  tylu  kłopotów  z  powodu  kilku  prezentów.  - 

Nim  Susan  zdążyła  odpowiedzieć,  sięgnął  do  kieszeni  i  wyciągnął  długie, 

wąskie pudełko. - Miejmy to już za sobą - mruknął. - Załóż, proszę. Dziadek 

oczekuje, że dostaniesz ode mnie prezent ślubny. 

- Słucham? - Spojrzała na niego podejrzliwie. 

- Gdzie masz obrączkę? - spytał nagle Zach. 

- W torebce. Nie uważałam za stosowne... 

- Nie  powinnaś  jej  zdejmować.  Nawiasem  mówiąc,  trzeba  ją  zanieść  do 

jubilera i trochę zmniejszyć. Otwórz. - Podał jej czame pudełko. 

Susan zdawała sobie sprawę, że jeśli przyjmie prezent, nie będzie w stanie 

wyrwać się z tej matni, ale Zach był nieustępliwy. Powoli uchyliła wieczko. 

Wewnątrz leżała diamentowa bransoletka. Zamknęła pudełko i podała je mę-

żowi. 

- Nie mogę tego przyjąć. To zbyt drogi prezent. Poza tym... 

- Susan! Dziadek zacznie coś podejrzewać. Uważa, że powinienem ci dać 

cenny upominek. Tak się utarło... przynajmniej w naszej rodzinie. Jeśli tego 

nie  zrobię,  na  pewno  uzna,  że  nie  traktuję  poważnie  naszego  małżeństwa.  - 

Ponownie wręczył jej pudełko. 

- A więc to rekwizyt, tak? Kiedy wszystko się skończy, będę mogła ci go 

oddać? 

- Oczywiście. - Nie patrzył jej w oczy. - Musisz jednak założyć bransolet-

kę dziś wieczorem. 

- Dobrze. Zatrzymaj ją do wizyty w szpitalu. 

- Nie chcesz się nią pochwalić podczas kolacji u siostry? 

- Nie ma takiej potrzeby. Kate wie, że nasze małżeństwo jest fikcją. Założę 

bransoletkę dopiero, kiedy to będzie naprawdę konieczne. 

RS

background image

Zach wróci) do hotelu. Wziął prysznic i włożył czyste ubranie. Był poiry-

towany.  Do  tej  pory  ilekroć  dawał  kobietom  drogie  prezenty,  zawsze  były 

uszczęśliwione - szczególnie jego była żona. Wciąż miał w pamięci jej rozra-

dowaną twarz. 

Żadna kobieta nie zwróciła mu dotąd kosztownego prezentu! 

A ta awantura o obdarowanie chłopców! Z początku nie rozumiał, w czym 

rzecz,  ale  gdy  posłuchał  Rosy,  niespodziewanie  doznał  olśnienia.  Ta  uboga 

kobieta miała jeszcze dwójkę dzieci młodszych od Manuela, które nic nie do-

stały.  Na  pewno  czuły  się  z  tego  powodu  trochę  pokrzywdzone.  To  najbar-

dziej  martwiło  Zacha,  ale  nic  nie  mógł  poradzić.  Gdyby  zaoferował  Rosie 

pieniądze, tylko pogorszyłby sprawę. Susan, jej rodzina oraz przyjaciele byli 

dla Zacha prawdziwą zagadką. 

Kiedy przyjechał po żonę r jej braciszka, oboje byli już gotowi. Paul ubrał 

się  w  nową  koszulę,  niebieskie  dżinsy  i  kowbojski  kapelusz.  Susan  włożyła 

niebieski kostiumik, ten sam, który miała na sobie, gdy się poznali. Wygląda-

ła  pięknie.  Bransoletka byłaby  uroczym  dodatkiem, ale  wolał  nie  wracać  do 

tego tematu. Spojrzał na jej dłoń. 

- Czemu nie nosisz obrączki? - spytał, gdy ruszyli. 

- Obawiałam się, że zsunie mi się z palca - odparła cicho. Wyjęła z torebki 

obrączkę i wsunęła ją na palec. 

- Ginny i James też będą? - dopytywał się Paul. 

- Macie  więcej  krewnych?  -  Zach  znów  był  poirytowany.  Ta  rodzina  go 

zadziwiała, bo raz po raz pojawiali się nowi kuzyni. 

- To dzieci Maggie i Josha - wyjaśniła Susan, patrząc z rozbawieniem na 

męża. - Syn Kate i Willa nazywa się Nathan. 

W samochodzie zapadło milczenie. Kiedy dojechali do domu Willa, Zach 

rozejrzał się ciekawie. 

- Ładne miejsce - mruknął. - Kim jest mąż Kate? 

RS

background image

- Właścicielem  Hardison  Enterprises.  Josh  prowadzi  firmę  ochroniarską. 

Mieszka niedaleko. 

Zach chciał spytać, dlaczego Susan mieszka w podłej dzielnicy, skoro jej 

rodzina jest tak dobrze sytuowana, ale ugryzł się w język. 

Kilka  minut  później,  gdy  wszyscy  zostali  sobie  przedstawieni,  Susan 

zniknęła w kuchni z siostrami, Paul pobiegł na górę, żeby się bawić z kuzy-

nami, a Zach został w salonie z Joshem i Willem. 

-  Wybaczcie, że jestem taki obcesowy, ale czemu Susan mieszka w nędz-

nej klitce? Powinniście jej pomóc. 

Zach  nie  sądził,  że  szwagrowie  wybuchną  śmiechem.  Gdy  się  uspokoili, 

Will powiedział do Josha: 

- Ten facet nie zna jeszcze Susan. 

- Masz rację - odparł pogodnie Josh. - Gdyby było inaczej, nie zadawałby 

głupich pytań. 

- O co chodzi? - spytał zbity z tropu Zach. 

- Jeszcze zanim my się pojawiliśmy - powiedział z udawanym namaszcze-

niem Will - Maggie i Kate próbowały pomagać Susan. Za każdym razem ka-

tegorycznie odmawiała. 

- Potem - kontynuował Josh - wszyscy razem chcieliśmy ją odciążyć. Za-

proponowaliśmy, że opłacimy studia Megan. Znaleźliśmy też lepsze mieszka-

nie. 

- Nic  z  tego.  Odrzuciła  naszą  propozycję  -  dodał  Will.  -Wszystkie  córki 

starego Mike'a O'Connora są bardzo uparte. 

- Jak  to  możliwe,  że  poznały  się  dopiero  niedawno?  -  wypytywał  coraz 

bardziej zaintrygowany Zach. 

- Matka Susan opuściła Mike'a, gdy już spodziewała się dziecka. Nie miał 

pojęcia, że jest w ciąży. Była dość narwana. Ich małżeństwo trwało zaledwie 

pół roku. 

RS

background image

- Paul i Megan nie są dziećmi starego O'Connora? 

- Nie. Mają innych ojców - odparł Will. 

- Słucham? 

- Megan i Paul są dziećmi różnych mężczyzn – tłumaczył Josh. - Susan o 

tym wie, ale nic więcej nie udało mi się z niej wyciągnąć. Jestem detektywem 

i to ja ich odnalazłem. 

Zach pokiwał głową. Ta dziewczyna coraz bardziej go fascynowała. 

- Jeśli znajdziesz sposób, aby wyciągnąć ją z tej dziury, którą nazywa do-

mem, będziemy ci bardzo wdzięczni. Możemy nawet pomóc finansowo. 

- Nie  będzie  takiej  potrzeby.  Zresztą  nie  sądzę,  by  mi  się  udało.  Nie  ma 

najmniejszej szansy. Jest zbyt uparta. 

Josh i Will smętnie pokiwali głowami. Doskonale go rozumieli. Zach po-

myślał, że ma w nich sojuszników. 

Susan  była  zaskoczona,  że  mężczyźni  tak  szybko  się  zaprzyjaźnili.  Przy 

kolacji byli już w doskonałej komitywie. 

- Masz śliczną obrączkę - powiedziała Kate. 

- Dziękuję - odparła Susan, machinalnie kryjąc lewą dłoń. 

- Powiedziałaś to bez przekonania. Nie podoba ci się ten wzór? - spytała 

podejrzliwie Maggie. 

- Nie, skądże - odparła. - Wiesz, że to małżeństwo jest na niby, więc... 

- Zaaranżowaliście ślub? - spytał zaskoczony Will. 

- Nie!  -  sprzeciwił  się  Zach.  -  Duchowny  miał  święcenia,  kwiaty  były 

świeże,  a  szampan  z  bąbelkami.  Poza  tym  wszystko  odbyło  się  zgodnie  z 

prawem, wliczając w to umowę przedmałżeńską o rozdzielności majątkowej. 

Will się zakrztusił. Wszyscy spojrzeli na niego z niepokojem. 

-  Ja i Kate - mruknął po chwili - też mieliśmy podobną umowę, no i na co 

nam przyszło? 

RS

background image

-  Ja również coś o tym wiem. - Josh czule zerknął na żonę. Wszyscy po-

patrzyli na Susan, która zarumieniła się pod spojrzeniami biesiadników. 

-  Miałaś adwokata? - rzeczowo spytała Kate. 

- Nie potrzebowałam takich formalności. 

- Wprost przeciwnie. Czyżbyś o tym zapomniał, Zach? 

- Nie było czasu. 

Susan zauważyła, że jej mąż zacisnął zęby. 

-  W takim razie umowa jest nieważna - mruknął Will. - Tak wam powie 

każdy prawnik. 

Zach spojrzał na żonę. Była wyraźnie zaskoczona. Potem zerknął na Har-

disona. 

-  Nie sądzę, by Susan wystąpiła przeciwko mnie. 

-  To dobrze, że sobie ufacie - odparł z uśmiechem Will. Kate chciała coś 

dodać, ale mąż uciszył ją skinieniem głowy. 

Zmienili temat. 

Po kolacji Zach i Susan pożegnali się z Paulem i pojechali do szpitala. 

- Zach  -  powiedziała  Susan,  gdy  szli  w  stronę  separatki.  -  Jeśli  chcesz, 

mogę w każdej chwili podpisać prawomocną umowę. 

- Wątpię,  aby  było  to  konieczne.  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie.  -  Przecież 

wiem, że nie zrobisz nic, co mogłoby zdenerwować dziadka. 

- Oczywiście. Jak on się dzisiaj czuje? 

- Lepiej. 

Susan zauważyła dziwny błysk w oczach męża. 

- Jakieś problemy? 

- Skądże. Masz bardzo miłą rodzinę. 

- Prawda? Są cudowni. - Uśmiechnęła się szeroko. 

- Czemu nie chcesz przyjąć ich pomocy? 

RS

background image

- Jak to? Nie rozumiem, o czym mówisz! - odparła zaskoczona. - Stale z 

niej korzystam! 

- W takim razie, czemu nie wyniesiesz się z tej paskudnej dzielnicy? 

- Bo mnie na to nie stać. Sama muszę sobie radzić. Jestem odpowiedzialna 

za Paula i Megan. Jeśli zacznę polegać na innych, utracę poczucie niezależ-

ności. Wiem, jak to się może skończyć. Nie powtórzę błędów mojej matki. 

- Paul i Megan mają różnych ojców, prawda? 

- Sporo  się  o  mnie  dowiedziałeś.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  Josh  i 

Will są takimi plotkarzami. Wypaplają każdy rodzinny sekret... - Już ja sobie 

z nimi pogadam, pomyślała. Co oni sobie wyobrażają? 

- Nie  wypytywałem  ich.  Temat  tak  jakoś  sam  wypłynął  w  czasie  naszej 

rozmowy - tłumaczył się Zach, widząc złość na jej twarzy. 

- W naszej umowie nie ma punktu, który by nakazywał zwierzać ci się z 

mojej przeszłości. Jesteśmy małżeństwem tylko chwilowo. 

Jej słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała, ale była wściekła, bo jej ta-

jemnice niespodziewanie wyszły na jaw. 

- Mam nadzieję, że przy dziadku nie będziesz się na mnie gniewać. 

- To  chyba  oczywiste  -  mruknęła.  Na  samą  myśl,  że  mogłaby  zmartwić 

staruszka, zabolało ją serce. 

Dotrzymała obietnicy. Z zachwytem pokazała mu bransoletkę i wpatrywa-

ła się w męża czule jak zakochana nastolatka. 

- Zach  pojechał  z  Paulem  i  jego  kolegą  Manuelem  do  sklepów.  Zrobili 

wspaniałe zakupy. Szkoda, że nie widziałeś ich roześmianych buziaków. Do 

twarzy chłopcom w kowbojskich strojach. 

- Widzę, że ten łobuz was rozpieszcza. Cudownie. 

- Nie  powinien  tego  robić.  To  marnowanie  pieniędzy.  -Rzuciła  mężowi 

znaczące spojrzenie. 

Zapadło milczenie, a po chwili Zach powiedział: 

RS

background image

- Mogę wydawać pieniądze na rodzinę, kiedy tylko zechcę. 

- Racja, chłopcze - poparł go Pete. Zwrócił się do Susan: - Mężczyzna jest 

po to, by zapewnić żonie i dzieciom godziwe utrzymanie. 

-  Ale Paul i Megan są pod moją opieką - wpadła mu w słowo. - Jestem za 

nich odpowiedzialna. 

Zach przytulił żonę i powiedział cicho: 

-  Nie ma sensu męczyć dziadka naszymi drobnymi sporami. Zrozumiała 

ostrzeżenie. Wiedziała, że jeszcze chwila i przez taką dyskusję cały plan może 

spalić na panewce. 

- Masz rację, kochanie. Zresztą, to przecież drobnostka - dodała z uśmie-

chem, pozwalając sobie na odrobinę sarkazmu. 

- Kiedy  przeniesiecie  się  na  ranczo?  -  spytał  niespodziewanie  Pete.  -  To 

najlepsze miejsce dla chłopca w wieku Paula. 

Susan mało się nie zakrztusiła. Przeprowadzka stanowczo nie wchodziła w 

grę. 

- Na razie to niemożliwe. Musimy poczekać, aż wydobrzejesz, bo miesz-

kając w Kansas, możemy cię częściej odwiedzać. 

- A co z końmi? Kto ich dogląda? - niepokoił się staruszek. 

- Znasz naszych chłopaków, dziadku. Lubią swoją robotę i dobrze się na 

niej znają. Poza tym dzwonię do nich codziennie, a Jesse zdaje mi raport. 

- Moim zdaniem - powiedział Pete - powinniście się przenieść na ranczo. 

Rozmawiałem dziś z Hester. Powiedziała, że wszystko przygotuje, łącznie z 

twoim dawnym pokojem. 

- Paul dobrze by na tym wyszedł, choć nie wiem, jak by zniósł rozłąkę z 

Manuelem. Są bardzo serdecznymi przyjaciółmi - odparł Zach. 

- Mogą się widywać w weekendy. Dobrze go wychowałaś, Susan. 

- Dziękuję. Czy lekarz zaglądał tu dzisiaj? 

RS

background image

- Tak. Stary nudziarz. Zrobili mi całą masę badań, choć im mówiłem, że 

tego nie potrzebuję. 

- Czemu robią tyle zamieszania? Coś cię boli? - dopytywał się Zach. Pod-

szedł bliżej i ukląkł obok łóżka. 

Susan odetchnęła. Gdy Zach był w pobliżu, traciła panowanie nad sobą. 

Jego obecność była przyjemna i... niebezpieczna zarazem. 

-  Wszystko w porządku - burknął staruszek. - Naprawdę dobrze się czuję. 

W  tej  samej  chwili  otworzyły  się  drzwi  i  do  separatki  wszedł  lekarz.  Na 

widok gości uśmiechnął się szeroko. 

- Dobry  wieczór,  Pete.  Miło  cię  znowu  widzieć,  Zach.  Wygląda  pani 

ślicznie, pani Lowery. Mam nadzieję, że wszyscy dobrze się dziś czują - do-

dał z szelmowskim uśmiechem. 

- Nieźle - odparł Zach. - A jak stan dziadka? 

- Z  przyjemnością  mogę  państwu  zakomunikować,  że  pacjent  szybko 

wraca do zdrowia. Myślimy już o operacji, która zagwarantuje mu długie ży-

cie. Chciałem prosić o zgodę na ten zabieg. Przeprowadzimy go jutro rano, a 

za kilka dni wypiszemy pana Loweryego ze szpitala... 

- Do diaska! - krzyknął Pete. - Pakuj manatki, Susan! Wracamy do domu! 

RS

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

 

 

Opuścili  separatkę  Pete'a  i  szli  korytarzem,  trzymając  się  za  ręce.  Zach 

czuł, że palce Susan drżą. Była przerażona. Doskonale to rozumiał; wmówił 

jej przecież, że dziadkowi pozostało zaledwie kilka dni życia. Sam był prze-

konany, że to szczera prawda, a tymczasem okazało się, że stan chorego po-

zwala na przeprowadzenie operacji serca. Rozszerzenie arterii oznaczało dla 

Pete'a kilka dodatkowych lat życia. 

-  I co teraz? - zadała pytanie, którego od dłuższej chwili oczekiwał. 

Z namysłem szukał właściwych słów. Dla niego sytuacja była jasna. Nie 

miał prawa wymagać, by Susan porzuciła dotychczasowe życie, ale przez 

wzgląd na dziadka nie miała innego wyboru. 

-  Czy perspektywa życia na ranczu tak bardzo cię przeraża? Wkrótce do-

tarli na parking i wsiedli do auta. Susan splotła 

dłonie na kolanach i pochyliła głowę. 

- Naprawdę sądzisz, że powinnam zdecydować się na przeprowadzkę? To 

przecież oznacza wyrwanie Paula z jego środowiska. 

- Susan, nie dramatyzuj. Wiem, że to poważna sprawa, ale nie proszę, że-

byś została u nas na zawsze. Będziesz mieszkać na ranczu, póki dziadek nie 

dojdzie do siebie po operacji. -Z niepokojem czekał na odpowiedź. 

- Sprawy okropnie się skomplikowały - westchnęła. 

- Owszem, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 

Jeśli ty i Paul cały rok szkolny spędzicie u nas, nie będziesz musiała płacić 

żadnych rachunków ani martwić się o utrzymanie, co oznacza spore oszczęd-

ności. 

RS

background image

- Wiem,  ale  jak to  wytłumaczyć  Paulowi?  Mam  go  ostrzec,  żeby  nie na-

wiązywał przyjaźni, bo w maju trzeba będzie znów pakować manatki? 

- Jakoś to przeżyje. Wiele dzieciaków w jego wieku często się przeprowa-

dza. 

- Dzięki, że tak się przejmujesz moimi problemami - odparła drwiąco. 

- Przyznaję,  że  Paul  musiałby  rozstać  się  z  przyjaciółmi,  ale  cóż  z  tego, 

skoro dzięki waszej obecności dziadek wyzdrowieje? - Zach czuł się paskud-

nie,  stawiając  sprawę  w  ten  sposób. Z  drugiej  jednak  strony  mówił  prawdę. 

Obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, by pocieszyć chłopca. 

Susan pochyliła głowę i zamilkła. Odezwała się dopiero, gdy zaparkowali 

przed domem Hardisonów. 

-  Nie mów nic małemu. Jeszcze nie podjęłam decyzji. Zach siedział w au-

cie, czekając aż Susan przyprowadzi brata 

i rozważał, co zrobi, jeśli spotka się z odmową. Dziadek będzie niepocie-

szony. Ze zdziwieniem stwierdził, że jemu także rozłąka z żoną i jej bracisz-

kiem sprawiłaby dużą przykrość. 

Susan wróciła, trzymając za rękę sennego Paula i kiedy ułożyła go na tyl-

nym siedzeniu, Zach zapytał przyjaźnie: 

- Jesteś zmęczony, kolego? 

- Tak. Zasnąłem na chwilę - odparł Paul. 

-  Wybacz, że przyjechaliśmy tak późno. Dziadek przesyła ci uściski. 

- Jak się dziś czuje? 

 

-  Dobrze,  szybko  odzyskuje  siły.  -  Zach  wymienił  z  Susan  porozumie-

wawcze spojrzenia. - Nie można wykluczyć, że za kilka dni wróci do domu. 

- Pojedziesz z nim? 

- Tak. 

- Szkoda. Będę za tobą tęsknić. 

Zach wyczuwał smutek w głosie chłopca. Ogarnęło go wzruszenie. 

RS

background image

- Uszy do góry, kolego. Na pewno będziemy się widywać. 

- Nie czas na poważne rozmowy - wtrąciła Susan. - Zdrzemnij się, Paul. 

Rzuciła Zachowi karcące spojrzenie. 

 

Susan znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Chciała dobrze i dla Paula, i 

dla  Pete'a,  ale  nie  wiedziała,  jak  postąpić,  by  żaden  nie  ucierpiał.  Szła  po 

schodach, słysząc za plecami kroki Zacha. Nadal biła się z myślami. Gdy sta-

nęli  w  korytarzu,  dobiegł  ją  płacz  Rosy.  Podała  Zachowi  klucze  i  leciutko 

popchnęła Paula w jego stronę. 

-  Zabierz małego. Muszę sprawdzić, co się stało. 

-  Czy Manuel zachorował? - dopytywał się chłopiec. Susan zapukała do 

drzwi. Gdy się otworzyły, ujrzała zaczerwienioną od płaczu twarz sąsiadki. 

- Roso, co z tobą? 

- Pedro stracił pracę - szlochała kobieta. - Jego firma zbankrutowała. Nie 

dostał nawet pensji za ostatni tydzień. Jeśli nie zapłacimy czynszu, właściciel 

od razu wyrzuci nas z mieszkania. 

- To okropne! - zawołała Susan, obejmując Rosę. - Mam pomysł. Ostatnio 

zarobiłam trochę... 

- Wykluczone!  Nie  możemy  brać  od  ciebie  pieniędzy.  Znajdziemy  sobie 

tanią klitkę. W najgorszym razie zamieszkamy u teściów. 

Susan wiedziała, że to dla Rosy bardzo trudna decyzja, ponieważ rodzina 

męża nie darzyła jej sympatią. 

- Czym się zajmuje pani mąż? - usłyszała niespodziewanie głos Zacha. 

- Jest cieślą. Teraz niełatwo o posadę, bo idzie zima... - Rosa ukryła twarz 

w dłoniach. 

- Mąż w domu? 

- Tak - odparła. - Bardzo się martwi. Moim zdaniem... 

- Być może będę miał dla niego zajęcie - wyjaśnił rzeczowo Zach. 

RS

background image

Kobiety wymieniły zdziwione spojrzenia. 

-  Zawołaj Pedra - niecierpliwiła się Susan. Gdy zostali sami, dodała: - To 

bardzo pracowity człowiek. Byłoby wspaniale, gdybyś znalazł mu zajęcie. 

-  Najpierw muszę się dowiedzieć, jakie ma kwalifikacje. Nim Susan zdą-

żyła odpowiedzieć, pojawiła się Rosa, a za 

nią zrezygnowany Pedro. 

-  Jestem  Zach  Lowery  -  przedstawił  się  ranczer  i  wyciągnął  rękę na po-

witanie. - Porozmawiajmy w cztery oczy. Może będę miał dla pana pracę. 

Pedro bez słowa wskazał drzwi do pokoju. Gdy się zamknęły, Rosa chwy-

ciła dłoń Susan i ścisnęła ją mocno. 

-  Sądzisz, że coś z tego będzie? 

- Nie  wiem.  Czas  pokaże.  Muszę  położyć  małego  do  łóżka.  Manuel  już 

śpi? 

- Tak. Jeszcze mu nie powiedzieliśmy, ale wyczuł, że coś nas trapi. - Rosa 

nerwowym ruchem splotła dłonie. - Boję się myśleć, co z tego będzie. 

-  Później do ciebie zajrzę - obiecała Susan. 

Wróciła  do  siebie,  dopilnowała,  żeby  brat  się  umył,  i  zapakowała  go  do 

łóżka.  Zgodziła  się,  by  przeczytał  jedną  z  nowych  książeczek.  Był  wystra-

szony, a lektura zawsze go uspokajała. 

Wróciła do Rosy, która siedziała na schodach. 

-  Nie chcę im przeszkadzać. To ważna rozmowa - szepnęła zdławionym 

głosem. 

Susan mocno ją przytuliła. Długo czekały w milczeniu. 

Gdy  mężczyźni  stanęli  w  drzwiach,  Rosa  mocno  ścisnęła  dłoń  sąsiadki. 

Wydawało  się,  że  lada  chwila  zemdleje.  Westchnęła  spazmatycznie  i  popa-

trzyła na męża. Susan od razu spostrzegła, że Pedro jest wyprostowany; śmie-

lej uniósł głowę. To był dobry znak. 

RS

background image

-  Roso, pan Lowery zaproponował mi pracę. Problem w tym, że musieli-

byśmy przenieść się na ranczo. Dostaniemy tam domek - ciągnął z zapałem. - 

Do  moich  obowiązków  będzie  należało  budowanie  zagród  dla  bydła  i  koni 

oraz konserwacja budynków i płotów. Pan Lowery daje wszystkie narzędzia. 

Pensja wynosi pięćset dolarów tygodniowo. Dostaniemy także przydział wo-

łowiny. 

Susan  wiedziała,  że  poprzednio  mąż  Rosy  zarabiał  połowę  wymienionej 

sumy. 

- Ile wynosi czynsz? - wykrztusiła Rosa. Od dawna marzyła, by zamiesz-

kać w domku i często rozmawiała o tym z Susan. 

- U nas to pracodawca zapewnia odpowiednie lokum. Obawiam się tylko, 

że nie zechcecie mieszkać na odludziu. Zakupy to prawdziwa wyprawa. 

- Nie mamy samochodu. Czy jeździ tam autobus? - spytała z nadzieją Ro-

sa. 

- Nie, ale jest kilka aut do wspólnego użytku, więc Pedro będzie panią wo-

ził. Hester, która prowadzi mi dom, często jeździ do miasta. Ma sześćdziesiąt 

lat i przydałaby się jej pomoc, więc gdyby chciała pani trochę popracować... 

Rosa westchnęła radośnie. Nie mogła uwierzyć, że los się do nich aż tak 

uśmiechnął. 

-  Ach, wszystko się ułożyło! Serdeczne dzięki. Nie umiem powiedzieć... 

-  To ja powinienem wam dziękować. Z nieba mi spadliście. Mój dziadek 

przechodzi na zasłużony odpoczynek, więc potrzebuję kilku osób do pomocy. 

Pedro uścisnął dłoń Zacha i zapytał skwapliwie: 

- Kiedy mogę zacząć? 

- Ile czasu potrzebujecie na przeprowadzkę? 

- Mieszkanie jest opłacone do piątku, więc mamy jeszcze dwa dni - wy-

jaśniła Rosa. 

RS

background image

- W piątek przyślę ciężarówkę i kilku ludzi do pomocy. Czy to wam od-

powiada?  -  Zach  sięgnął do  kieszeni  po  książeczkę  czekową.  -  Za  pierwszy 

tydzień zapłacę z góry, żebyście nie zostali bez pieniędzy. - Gdy Pedro i Rosa 

dziękowali  mu  wylewnie,  dodał  z  kpiącym  uśmiechem:  -  Ciekawe,  czy  bę-

dziecie równie zadowoleni, kiedy zobaczycie dom. Ma tylko trzy sypialnie. 

- Aż tyle! Cudownie! 

Zach ujął dłoń Susan i ruszył ku drzwiom. 

- Cieszę  się,  że  warunki  wam  odpowiadają.  Powiadomię  was,  o  której 

przyjedzie ciężarówka. Ja też tu wpadnę, więc zobaczymy się w piątek! 

- Dobranoc,  kochani  -  dodała  Susan.  -  Przyślę  tu  Paula  około...  -  Nagle 

zdała sobie sprawę, że przeprowadzka Pedra i Rosy przysporzy jej kłopotów, 

ponieważ oznacza utratę opiekunki do dziecka. Kto się teraz zajmie Paulem? 

- Och, Susan! Całkiem zapomniałam o twoim braciszku! - jęknęła Rosa. 

- Co się znowu stało? - rzucił niecierpliwie Zach. 

- Kto się zaopiekuje Paulem, gdy wyjedziemy na ranczo? 

-  zawołała Rosa. 

-  Nie  martw  się  -  odparła  Susan  z  wymuszonym  uśmiechem.  -  Znajdę 

kogoś. Wszystko będzie dobrze. 

Zach otworzył drzwi do mieszkania Susan. 

-  Mam  pomysł,  jak  się  uporać  z  tym  problemem,  więc  bez  obaw,  pani 

Roso - rzucił na odchodnym. 

Weszli do środka. 

-  Chodzi ci o naszą przeprowadzkę na ranczo? 

- Owszem. Nie zapominaj, że Paul i Manuel to prawdziwi przyjaciele. Le-

piej ich nie rozdzielać. Rosa mogłaby się nimi opiekować, a Hester jej pomo-

że. Najgorzej ty na tym wyjdziesz, bo do miasta jest ponad siedemdziesiąt ki-

lometrów.  Czekają  cię  dojazdy  do  jadłodajni,  jeśli  nadal  będziesz  chciała 

pracować. 

RS

background image

- Naturalnie! - krzyknęła. - W przeciwnym razie nie mogłabym nic odło-

żyć. 

-  Jesteś moją żoną, więc powinienem dawać ci pieniądze. 

- Niczego od ciebie nie przyjmę - odparła z godnością. Zach wolał się nie 

kłócić, więc tylko zapytał: 

- Musisz podjąć decyzję. Przeprowadzisz się na ranczo? 

-  Nie  wiem.  -  Odwróciła  się  do  niego  plecami.  - Czy  mogę  jutro  dać ci 

odpowiedź? 

Podszedł bliżej, położył ręce na jej ramionach i obrócił w swoją stronę. 

- Dobrze.  Pojedziesz  ze  mną  do  szpitala,  żeby  dodać  dziadkowi  otuchy 

przed operacją? 

- Tak.  Uprzedziłam  już  Kate,  że  przyjdę  do  pracy  później  niż  zwykle. 

Muszę jeszcze powiedzieć Rosie, że raniutko przyprowadzę do nich Paula. - 

Gdy  wspomniała  o  sąsiadce,  przypomniała  sobie,  ile  zrobił  dla  niej  Zach.  - 

Niezależnie od tego, co postanowię, chciałam ci bardzo podziękować za po-

moc dla Rosy i Pedra. Jesteś wspaniały! 

-  Mimo że pozbawiłem cię opiekunki do dziecka? Susan poczuła się tak, 

jakby ją spoliczkował. 

-  Naprawdę sądzisz, że dla swojej wygody mogłabym odradzać im przy-

jęcie twojej propozycji? 

Przesunął dłońmi po jej ramionach. Przyjemne uczucie. 

-  Tylko żartowałem! Mało o tobie wiem, ale zdążyłem się przekonać, że 

nie jesteś małostkowa. 

Udobruchana, odprężyła się na chwilę, ale gdy objął ją ramionami, znie-

ruchomiała, jakby lada chwila miała rzucić się do ucieczki. 

-  Spokojnie - powiedział z uśmiechem. - Chciałem ci tylko podziękować 

za  dzisiejszy  wieczór.  Domyślam  się,  że  byłaś  całkiem  wytrącona  z  równo-

RS

background image

wagi, gdy dziadek kazał ci pakować manatki i oznajmił, że wracamy razem na 

ranczo. Dzielnie to zniosłaś. 

Susan uległa pokusie i przytuliła głowę do jego ramienia. Był taki silny i 

opiekuńczy. 

-  Staram się postępować, jak należy - odparła cicho - ale czasami trudno 

rozstrzygnąć, co jest właściwe, a co nie. 

Objął ją mocno i pocałował w czoło. 

- Moim  zdaniem  Paul bardzo  potrzebuje  męskiego  towarzystwa.  Nie  jest 

dobrze, gdy chłopak ma wokół siebie same kobiety. 

- Staram się dobrze go wychować. 

-  Nie  zamierzałem  cię  krytykować  -  zapewnił  skwapliwie.  Czule  popa-

trzył jej w oczy. To był błąd. Pokusa okazała się zbyt silna, by ją zwalczyć. 

Pochylił głowę i musnął wargami usta Susan, przestraszonej, a zarazem ura-

dowanej, bo spełniło się marzenie o kolejnym pocałunku. W jej umyśle przez 

moment panował kompletny zamęt. Bez zastanowienia wspięła się na palce i 

zarzuciła  Zachowi  ręce  na  szyję.  Ilekroć ją  obejmował,  zapominała  o  całym 

świecie. Nikt jej dotąd nie wprawił w tak cudowne oszołomienie. Miała wra-

żenie,  że  jest  przy  nim  całkiem  bezpieczna,  jakby  znalazła  wreszcie  swoje 

miejsce  na  ziemi.  Takie  myśli  sprawiały,  że  ogarniał  ją  strach.  Czy  w  ten 

sposób reagowała jej matka, ilekroć oddawała się jakiemuś mężczyźnie? Su-

san pragnęła innego życia. Nie zamierzała powtarzać jej błędów. Nie chciała 

szukać  pełni  życia  w  męskich  ramionach.  Pragnęła  być  silna  i  niezależna. 

Obawiała się, że Zach uczyni ją słabą i bezwolną. 

Wysunęła się z jego ramion, odetchnęła głęboko i podeszła do okna. Przez 

chwilę miała wrażenie, że Zach nie wypuści jej z objęć albo znowu przytuli, 

ale niepotrzebnie się martwiła. 

-  Przyjadę  po  ciebie  za pięć szósta  -  oznajmił  rzeczowo,  choć  głos  miał 

lekko schrypnięty. - Wiem, że to wcześnie, ale dziadek ma być przewieziony 

RS

background image

na chirurgię o szóstej trzydzieści. Chciałbym się z nim zobaczyć, nim poda-

dzą mu narkozę. 

Susan odwróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz. Zach mówił spokojnie 

i  konkretnie.  Żadnych  emocji.  Czyżby  ten  pocałunek  nic  dla  niego  nie  zna-

czył? Twarz miał posępną, ale nie należy się temu dziwić; mówił przecież o 

czekającej dziadka operacji. 

- Nic nie szkodzi. Będę gotowa. 

- W takim razie już pójdę, żebyś mogła się wyspać. 

Bez słowa ruszył w stronę drzwi i zamknął je za sobą. Susan stała nieru-

chomo przy oknie. Niespodziewanie drzwi się otworzyły. 

-  Chodź tu i zamknij mieszkanie. 

Jak automat pomaszerowała w stronę  wyjścia. Zach pochylił się, pocało-

wał ją czule i wyszedł. 

-  Zamknij  mieszkanie,  Susan-  ponownie  dobiegł  ją  z  klatki  schodowej 

karcący głos. 

Przekręciła  zasuwę  i  założyła  łańcuch  zamontowany  przez  Josha,  męża 

Maggie. Szkoda, że Zach już poszedł. Żałowała, że przestał ją całować. Nie 

chciała być sama. 

Nieprawda! Wcale sobie nie życzyła jego obecności! Trzeba pamiętać, że 

ich małżeństwo to jedynie kontrakt wygasający w maju przyszłego roku. Poza 

tym Susan nie zamierzała powtarzać błędów swej matki. Potrafi się obyć bez 

mężczyzny. 

Pete Lowery doskonale zniósł operację. Pacjent o połowę młodszy wcale 

nie czułby się lepiej. Lekarz powiedział Zachowi, że jeśli nie nastąpi pogor-

szenie dziadek zostanie wypisany w sobotę rano. 

Po wyjściu chirurga Zach przytulił Susan i ukrył twarz w jej jedwabistych 

włosach.  Dodawała  mu  otuchy  w  najcięższych  chwilach,  gdy  lęk  o  dziadka 

RS

background image

ściskał  go  za  gardło.  Z  obawą  wspominał  moment,  gdy  łóżko  na  kółkach 

zniknęło za drzwiami sali operacyjnej. 

Pamiętał także wczorajszy wieczór. 

Gdyby  się  w  porę  nie  odsunął,  popełniłby  niewybaczalny  błąd.  Wyszedł 

pospiesznie, bo w przeciwnym razie zaciągnąłby Susan do łóżka i kochał się z 

nią do świtu. Pokusa była zbyt silna. 

- Dziękuję, że tu ze mną zostałaś - szepnął jej do ucha. Odsunęła się, ale 

miał wrażenie, że robi to niechętnie. 

- Gdy pozwolą nam go zobaczyć, wejdę tylko na moment. Trzeba jechać 

do pracy. Dziadek chyba to zrozumie. 

-  Na pewno. Co z Paulem? Rozmawiałaś z nim rano? 

- Nie. Przed wyjściem owinęłam go kocem i zaniosłam do Rosy. Był jesz-

cze w piżamce. Mam nadzieję, że od razu zasnął. 

- Będzie  smutny,  kiedy  się  dowie,  że  Manuel  zamieszka  na  ranczu  - po-

wiedział  Zach.  Szukał  argumentów,  żeby  skłonić  ją  do  przeprowadzki  i  nie 

przebierał w środkach, próbując wymusić korzystną dla siebie decyzję. 

- Porozmawiam z nim, gdy odwieziesz mnie do domu. Muszę zabrać auto. 

-  Podjęłaś decyzję? 

Wstrzymał oddech. Można by pomyśleć, że od tej odpowiedzi zależy jego 

szczęście. Dziwaczny pomysł, pomyślał. Chodzi wyłącznie o zdrowie dziad-

ka, który życzy sobie, by Susan zamieszkała w ich rodzinnym domu. 

-  Tak. Chyba nie mam wyboru. Teraz sprawa dotyczy także Paula. 

Zach poczuł, że ogarnia go niepokój. 

-  Susan, chyba nie sądzisz, że zatrudniłem Pedra, by cię zmusić do prze-

prowadzki na ranczo? Przysięgam, że miałem czyste intencje. 

-  To dla mnie oczywiste. 

Gdy popatrzyli sobie w oczy, Zach od razu wiedział, że Susan ma do niego 

zaufanie  -  przynajmniej  jeśli  chodzi  o  Pedra.  Był  zaskoczony,  że  tak  go  to 

RS

background image

ucieszyło.  Poczuł  się  wyróżniony.  Serce  zabiło  mu  mocniej, a  świat  stał  się 

nagle piękniejszy. 

Do pokoju weszła pielęgniarka. 

-  Pan Lowery? Pański dziadek został już przewieziony na oddział poope-

racyjny. Właśnie obudził się z narkozy. Jeśli chcą go państwo zobaczyć, pro-

szę za mną. 

Kilka minut po dziesiątej zatrzymali się przed domem. Susan pospiesznie 

wbiegła po schodach, a Zach ruszył za nią. 

Gdy  zadzwoniła  do  drzwi  sąsiadów,  otworzyli  jej  chłopcy.  Paul  miał 

smutną minę. Widząc siostrę, podbiegł i przytulił się do niej. 

-  Co się stało? 

-  Manuel przeprowadza się na ranczo - łkał chłopczyk. Syn Rosy nie był 

pewny, czy cieszyć się, że zamieszka na wsi, czy rozpaczać, bo w mieście zo-

stawia najlepszego kolegę. 

- Myślę, że to dobra nowina - odparła z uśmiechem Susan, zadowolona, że 

podjęła właściwą decyzję. 

- Naprawdę? - Paul spojrzał na siostrę z niedowierzaniem. 

- Oczywiście. Wkrótce będziecie chodzić do jednej klasy. 

- Chyba nie rozumiesz, Susan - tłumaczył Paul. - Manuel już nie będzie tu 

mieszkał. Przenosi się na wieś, na ranczo dziadka. 

-  Ty również tam zamieszkasz, kochanie - tłumaczyła cierpliwie. 

Paul spojrzał na nią, a potem na Zacha. 

- Mam się przenieść do Manuela? - zapytał drżącym głosem. 

- Nie.  Przez  cały  rok  będziesz  mieszkać  na  ranczu  ze  mną,  Zachem  i 

dziadkiem. 

RS

background image

Paul nie mógł tego zrozumieć. Jednego był pewny: nie musi rozstawać się 

z  najlepszym  przyjacielem,  a  to  było  najważniejsze.  Co  więcej,  zamieszkają 

obaj na wsi, gdzie hoduje się rozmaite zwierzęta. I psy! 

Chłopcy  objęli  się  mocno  i  wśród  głośnych  pisków  zaczęli  dziki  taniec 

radości. 

- Co tu się dzieje? Znowu broicie? - zawołała groźnie Rosa, wybiegając do 

przedpokoju. 

- Mamusiu, Susan i Paul też przenoszą się na ranczo! - Manuel gorączko-

wo opowiadał matce nowiny. 

Rosa zasypała ich pytaniami. Była równie zaintrygowana jak chłopcy. Su-

san  udzielała  odpowiedzi  chętnie,  lecz  wymijająco.  W  głębi  ducha  z  obawą 

myślała o wielkiej zmianie, która miała nastąpić w jej życiu. 

-  Będziesz codziennie jeździła do miasta? - wypytywała Rosa. Gdy Susan 

kiwnęła  głową,  padło  kolejne  pytanie.  -  Czy  twoje  auto  wytrzyma  tak  for-

sowną jazdę? 

Susan zauważyła, że Zach spogląda na nią kątem oka. 

- Naturalnie! - odparła z pogodnym uśmiechem. 

- Jaki masz samochód? - wtrącił Zach. 

- Forda.  -  Susan  uznała,  że  trzeba  szybko  zmienić  temat.  -  Powinieneś 

chyba wrócić do szpitala, a ja pojadę do pracy. Pozdrów ode mnie dziadka. 

- Oczywiście. Nim się pożegnamy, chciałbym zobaczyć twoje auto. 

-  Czemu? 

Puścił mimo uszu to pytanie. 

-  Paul, możesz pójść ze mną na parking i pokazać samochód twojej sio-

stry? 

Uradowany chłopiec bez wahania spełnił jego prośbę. 

- Chodź! - krzyknął do przyjaciela. - Pokażę Zachowi naszego grata. Ści-

gamy się! Kto przegrywa, ten obrywa! 

RS

background image

- Jesteś  obrzydliwym  intrygantem!  -  Susan  spojrzała  wrogo  na  Zacha, 

który  puścił  do  niej  oko  i  nie  czekając  na  surową  reprymendę,  pobiegł  za 

chłopcami. 

RS

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

 

Zach spojrzał na auto wskazane przez Paula. Jedno było pewne: ten wrak 

nie zasługiwał na miano samochodu. Miał przed sobą szacowny zabytek. 

Nadbiegła zdyszana Susan. 

- Skąd wzięłaś ten model? Z muzeum? - spytał, odwracając się do niej. 

- Zamierzam go wyremontować za pieniądze, które mi dałeś - odparła. Po-

liczki jej poczerwieniały. 

- To nie rozwiąże problemu - zauważył cierpko. 

- Nie wtrącaj się w cudze sprawy! 

- Czemu się kłócicie? - spytał zaintrygowany Paul. 

Zach z uśmiechem obserwował nagłą zmianę w zachowaniu Susan. Z po-

godną  twarzą  zaczęła  łagodnie  tłumaczyć  braciszkowi,  że  wszystko  jest  w 

porządku. 

- Najlepiej będzie, jeśli kupisz nowe auto - oznajmił po chwili Zach. By-

łoby zbrodnią pozwolić, żeby dzień w dzień pokonywała siedemdziesiąt pięć 

kilometrów takim gruchotem. 

- Nie  stać  mnie  na  taki  wydatek  -  odparła  rozzłoszczona.  Przykucnęła 

obok  Paula  i  spytała  chłopców:  -  Co  powiecie  na  obiad  w  „Smacznym  ką-

sku"? Potem przywiozę was tutaj i sama wrócę do pracy. 

- Wspaniale! - krzyknął Paul. - Chodźmy spytać twoją mamę, czy możesz 

jechać. 

Chłopcy natychmiast pobiegli w stronę domku. 

- Nic mogę zrozumieć, skąd u nich tyle energii - mruknął Zach, obserwu-

jąc, jak znikają w drzwiach. 

RS

background image

- Posłuchaj  -  zaczęła  z  irytacją.  -  Nie  chcę,  aby  Paul  się  martwił,  więc 

przestań się ze mną kłócić w jego obecności. 

Zach  zdjął  kapelusz  i  pochylił  głowę,  jakby  chciał  przeprosić  Susan,  ale 

niespodziewanie zbliżył usta do jej warg i pocałował ją namiętnie. Gdy znala-

zła się w jego ramionach, poczuła znowu, że traci nad sobą panowanie. 

-  Gorzko, gorzko! - krzyknął z półpiętra Paul. 

Zach powoli uniósł głowę i spojrzał na niego zaczepnie. ~ Za kilka lat o 

tym pogadamy, kolego - zawołał, udając zagniewanego. 

Wsadził  kapelusz  na  głowę,  na  pożegnanie  cmoknął  Susan  w  policzek  i 

ruszył do swego auta. 

-  Przyjadę  po  ciebie  jak  zwykle  -  rzucił  na  odchodnym.  Nie  czekał  na 

odpowiedź, nie chciał wdawać się w kolejną sprzeczkę? 

 

Obiad z chłopcami był dla Susan prawdziwym odpoczynkiem. Mogła się 

ograniczyć  do  słuchania  podekscytowanych  dzieciaków.  Rozmawiali  o  ran-

czu. 

- Myślisz, że pozwolą nam jeździć konno? - spytał Paul. Oczy mu zalśniły 

na samą myśl o zwierzętach. 

- Nie wiem, skarbie - odparła Susan. - Jesteście trochę za mali... 

- Nieprawda!  -  zaprotestował  braciszek,  a  Manuel  energicznie  pokiwał 

głową. 

-  Zobaczymy - odparła. 

Po obiedzie odwiozła chłopców do Rosy, a sama wróciła do pracy, ale nie 

mogła się skoncentrować na obowiązkach. Myślała o zmianach, które zacho-

dziły w jej życiu za sprawą Zacha. I o jego pocałunkach. 

-  Czy  chcesz,  żebyśmy  także  dzisiaj  zaopiekowali  się  Paulem?  -  spytała 

Kate. 

Susan nie miała pojęcia, kiedy siostra weszła do jej gabinetu. 

RS

background image

- Nie  ma  takiej  potrzeby  -  mruknęła, odwracając  głowę.  Nie  chciała  roz-

mawiać o przeprowadzce na ranczo, ale brzydziła się kłamstwem. Uznała, że 

najlepsze będą niedomówienia. -Zostanie u Rosy. 

- Jak się czuje dziadek Zacha? 

- Przeszedł  operację  serca  i  wraca  do  zdrowia.  Lekarze  są  pełni  optymi-

zmu. 

Zapadła cisza. Susan zaniepokojona przedłużającym się milczeniem spoj-

rzała na siostrę. 

- Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, natychmiast dasz nam znać, praw-

da? Jesteśmy przecież rodziną. 

- Nigdy  o  tym  nie  zapominam.  Dzięki  wam  moje  życie  zmieniło  się  na 

lepsze - odparła Susan. 

- Dobrze,  dobrze  -  mruknęła  Kate.  -  Gdybyś  chciała  wziąć  wolny  dzień, 

wystarczy zadzwonić. 

- Bardzo dziękuję, ale nie ma takiej potrzeby. 

Nagle  przypomniała  sobie,  że  czeka  ją  przeprowadzka.  Nie  wiedziała, 

kiedy  nastąpi,  ale  zbliżał  się  termin  płatności  za  mieszkanie.  Trzeba  poroz-

mawiać z Zachem. 

 

Gdy się spotkali, zapytał bez żadnych wstępów: 

- Czy tak samo jak Rosa i Pedro masz w piątek zapłacić czynsz za miesz-

kanie? 

- Tak. 

- A więc jutro zaczniemy przeprowadzkę. 

- Nie  zdążę  spakować  rzeczy.  Wieczorem  jedziemy  do  szpitala,  a  jutro 

muszę być w pracy. 

- Czy Kate nie mogłaby ci dać wolnego dnia? - spytał, patrząc na nią po-

błażliwie. 

RS

background image

- Nie  powinna  robić  trudności  -  powiedziała  cicho  Susan.  Przysunął  się 

bliżej i spojrzał na nią czule. 

- Coś cię trapi, kochanie? 

- Nie powiedziałam jeszcze siostrom, że przenoszę się na ranczo. 

- Będą niezadowolone? 

- Sama jestem zdziwiona tym, co robię, więc dla nich to będzie kompletny 

szok. 

Delikatnie  położył  dłonie  na  ramionach  Susan.  Po  raz  kolejny  mogła  się 

znaleźć w poważnych tarapatach. Cofnęła się o krok i powiedziała: 

-  Zach, przestań. Nie możemy... 

Niespodziewanie usłuchał i zamiast ją pocałować, mruknął: 

- Nie ma się czym denerwować. Na razie sprawy układają się pomyślnie. 

Przestań się martwić na zapas. 

- Łatwo  ci  mówić.  To  moje  życie  zostało  wywrócone  do  góry  nogami.  - 

Susan bezskutecznie próbowała wzbudzić w sobie złość na Zacha. 

- Nic nie rozumiesz... Mnie też nie będzie łatwo - powiedział z rezygnacją 

w głosie. 

- O czym ty mówisz? - spytała zaintrygowana. 

- Gdy zamieszkamy razem, kilka razy dziennie czeka mnie zimny prysz-

nic,  a  nie  przepadam  za  lodowatą  wodą  -  westchnął  z  szelmowskim  uśmie-

chem. 

Susan się zarumieniła. Czas najwyższy zmienić temat. 

-  Zadzwonię do Kate i poproszę o wolny dzień. 

Zach  uśmiechnął  się  szeroko.  Wiedział,  czemu  Susan tak  się  zachowuje. 

Milcząco pokiwał głową, kiedy wystukała numer siostry. 

Podczas rozmowy z Kate czuła za plecami jego obecność. 

-  Czyś ty zwariowała? - spytała Kate, słysząc o przeprowadzce na ranczo. 

- Kochanie, nie mam wyjścia. Przecież wiesz, że nie zostanę tam na stałe. 

RS

background image

- Lepiej niech ten kowboj uważa, co robi! 

- To dobry człowiek - zapewniła cicho Susan. 

Zimne prysznice... Mnie też się chyba przydadzą, pomyślała. 

- Wiem, co trzeba zrobić. Will porozmawia z tym twoim kowbojem. Zaraz 

go poproszę. 

- Nie,  Kate!  -  zawołała,  ale  było  już  za  późno.  -  Cześć,  Will.  Tak,  w  tej 

chwili. 

Zbity z tropu Zach uniósł brwi, gdy Susan podała mu słuchawkę. 

-  Mam rozmawiać z Kate? 

- Nie, z Willem - rzuciła uspokajająco. Ostrożnie ujął słuchawkę. 

- Lowery, słucham. 

- Witaj  - usłyszał  głos  Willa.  -  Słyszałem,  że  zabierasz  Susan  i  Paula  na 

wieś. 

- Tak. Mój dziadek miał dziś operację i w sobotę przywożę go do domu. 

-  Bardzo się cieszę. Jak przekonałeś Susan? 

-  Sama podjęła decyzję. Przyznaję, że ją namawiałem, ale to w końcu za-

pał Paula przesądził o wszystkim. 

- Czy Susan będzie nadal pracowała dla Kate? 

- Tak. Ma zamiar dojeżdżać. 

-  Tym starym gratem? To niebezpieczne! - zaprotestował Will. 

-  Już się tym zająłem. 

-  Proszę, proszę! Jestem pełen podziwu. Dwa punkty dla ciebie. 

-  Słucham? 

-  Wyciągnąłeś ją z tej nory i kupiłeś jej nowy wóz. Nam się to nie udało. 

- Jak rozumiem, nie macie nic przeciwko temu? - spytał z nadzieją w gło-

sie. 

RS

background image

- Nie, ale to wyłącznie moje zdanie. - W słuchawce zapadła cisza. - Kate 

mówi, że gdy tylko załatwi sprawy w jadłodajni, przyjedzie wam pomóc. Za-

dzwoni także do Maggie. 

- Przekażę Susan tę wiadomość. To bardzo miło z waszej strony. 

-  Rodzina to rodzina, stary. Trzeba sobie pomagać. 

Zach odłożył słuchawkę i zreferował Susan rozmowę z Willem. Łzy sta-

nęły jej w oczach. 

-  Są po prostu cudowni - powiedziała cichutko. Chciał ją objąć i przytulić, 

ale odsunęła się nagle. 

- Posłuchaj - zaczął lekko zirytowany. - Dziadek nie uwierzy, że jesteśmy 

dobrym  małżeństwem,  jeśli  nie  okażesz  mi  odrobiny  czułości.  -  Zach  miał 

wrażenie, że zwariuje, jeśli jej nie dotknie. 

- Zgoda, ale tylko przy dziadku albo Hester. - Czuła się głupio, ustalając 

takie zasady, ale to było konieczne. 

- Czemu? 

- Można  powiedzieć,  że  bawimy  się  ogniem  na  beczce  prochu  -  odparła 

natychmiast. 

Skrzyżował ręce na piersi i uważnie się jej przyjrzał. Miała rację; dosko-

nale wiedział, czym może się skończyć taka zabawa. 

- Dobrze - przytaknął niechętnie. - Muszę jeszcze wpaść do Rosy i Pedra. 

Gdy wrócimy ze szpitala, pomogę ci spakować rzeczy. Masz jakieś pudła? 

- Nie. Do głowy mi nie przyszło, że będę ich potrzebować już dzisiaj. To 

wszystko dzieje się tak szybko. 

Zach doskonale rozumiał, o co jej chodzi. Tydzień temu miał tylko dziad-

ka, który umierał na serce. Teraz pojawiła się Susan, Megan, Paul, Kate i Will 

z dzieckiem oraz Maggie, Josh i ich potomstwo. 

- Kiedy poznam Megan? - spytał nagle. 

RS

background image

- Nie wiem - odparła zaskoczona Susan. - Nie rozmawiałam z nią, odkąd 

spotkałam ciebie. Pewnie jest bardzo zajęta: szuka pracy i mieszkania, pozna-

je uniwersytet. Będę musiała jej wszystko powiedzieć, ale nie mam teraz do 

tego głowy. 

- Zaczynam podejrzewać, że się mnie wstydzisz - zażartował. 

- Raczej nie wiem, jak wyjaśnić sytuację, w której się tak nagle znaleźli-

śmy. 

- Chodźmy do Rosy. Musimy jeszcze ułożyć plan na jutro. Potem jedzie-

my  do  szpitala.  -  Wziął  ją  za  rękę  i  ruszył  w  stronę  drzwi.  Nareszcie  będą 

wśród ludzi, a dzięki temu zyska sposobność, by ją dotknąć. 

 

W południe następnego dnia Zach stał na progu mieszkania Susan z narę-

czem pudełek. 

-  Pizza? Ile zamówiłeś? - spytała. W pierwszej chwili z obawą pomyślała 

o rachunku, ale szybko doszła do wniosku, że Zach już go zapłacił i nie ma 

sensu pytać, czy jest mu coś winna. 

-  Mnóstwo.  Kowboje  mają  wilczy  apetyt,  prawda,  Ricky?  Jeden  z  pra-

cowników Zacha, którzy przyjechali dziś rano, 

uśmiechnął się szeroko. 

- Jasne. Zjedlibyśmy konia z kopytami! 

- Cóż  -  odparła  niepewnie  Susan  -  zasłużyliście  na  obiad.  Miała  komu 

dziękować. Pomocników nie brakowało. Mag- 

gie i Kate przyjechały około dziewiątej. Kończyły właśnie upychać w pu-

dłach rozmaite drobiazgi. 

- Zawołam innych na obiad - mruknęła Susan i ruszyła w stronę drzwi. 

- Jak skończymy - powiedział Zach, idąc za nią - od razu pojedziemy na 

ranczo. 

RS

background image

-  Dobrze - zgodziła się niechętnie. Po wielu latach samotnego życia trud-

no jej było komuś zaufać. 

Zach  chciał  jeszcze  o  coś  spytać,  ale  weszli  do  sypialni,  gdzie  siedziały 

Maggie i Kate, więc zamilkł. 

- Pizza, moje drogie - oznajmiła Susan. 

- Przecież mogłam zamówić obiad w „Smacznym kąsku" 

-  obruszyła się Kate. 

-  Nie  marudź  -  odparła  z  uśmiechem  Susan.  -  I  tak  już  wiele  zrobiłaś. 

Przywiozłaś napoje i pomogłaś w pakowaniu. 

Siostry  dały  jej  też  mnóstwo  dobrych  rad  i  przekonywały,  żeby  była 

ostrożna. 

- Gdyby  coś  się  nie  udało,  daj  nam  znać.  Natychmiast  ci  pomożemy  - 

szepnęła Maggie. 

- Jesteście kochane - powiedziała wzruszona Susan. 

- Mnie również należą się komplementy! - dobiegł ją z tyłu chełpliwy głos 

Zacha. 

Maggie i Kate roześmiały się serdecznie. 

Susan starała się udawać szczęśliwą żonę, co z minuty na minutę stawało 

się  coraz  trudniejsze.  W  jej  życiu  zbyt  nagle  nastąpiły  wielkie  zmiany;  a 

wszystko z powodu jednego niewinnego kłamstewka. 

Rozejrzała się  wokoło. Skarby całego jej życia leżały poukładane w kar-

tonach. Nie było ich wiele. 

Zach podsunął jej pudło z pizzą. 

-  Bałem się, że pakowanie zajmie nam cały dzień - mruknął 

-  ale dzięki Bogu szybko się uwinęliśmy. 

- Daj  nam  swój  telefon  i  adres  -  przypomniała  Maggie.  -Co  prawda,  co-

dziennie będziesz w mieście, ale chciałybyśmy mieć z tobą stały kontakt. 

RS

background image

- Oczywiście. Nie zamierzam trzymać jej w więzieniu. -Zach pochylił się 

nad Susan i pocałował ją lekko w policzek. Była zaskoczona tym czułym ge-

stem. 

- Kiedy twój dziadek wraca do domu? - Maggie zwróciła się do Zacha. 

- Jutro rano - odparł z szerokim uśmiechem. - Zawiozę rodzinę do naszego 

gniazdka i wrócę po niego śmigłowcem. 

Zapadła krępująca cisza. Zach ujął dłoń Susan i powiedział: 

-  Nie sądziłem, że wróci żywy na ranczo, ale dzięki tobie udało się. 

Przymknęła  oczy,  próbując  powstrzymać  łzy.  To  przez  wzgląd  na  Pete'a 

znalazła się w tej dziwnej sytuacji. 

Nagle poczuła, że jego usta dotknęły jej warg. Odsunęła się zaskoczona i 

wykrztusiła: 

- Zach! Wszyscy patrzą! 

- Wiem - odparł z porozumiewawczym uśmiechem, jakby chciał jej przy-

pomnieć o niedawnej umowie. 

- Czas kończyć pakowanie - powiedziała, wysuwając się z jego objęć. 

Pora wrócić do krzątaniny przy bagażach. Obecność Zacha stawała się dla 

niej coraz bardziej niebezpieczna. 

- Możemy jechać - oznajmił Rick. Jego ciężarówka miała w kabinie dwa 

fotele, na których ulokowała się Rosa z młodszymi dziećmi. Pedro stał obok 

auta i uśmiechał się szeroko. 

- Mogę jechać z Manuelem? - spytał Paul. 

- Nie będzie dla ciebie miejsca - odparła Susan. - Pojedziesz z nami. Mo-

żesz zabrać Manuela, o ile jego mama się zgodzi. 

- Ale ciężarówka jest taka fajna - tłumaczył chłopiec. 

RS

background image

- Pozwól mu pojechać z chłopakami - poprosił Zach. Miał nadzieję, że zo-

stanie z Susan sam na sam. - I tak muszę oddać samochód do wypożyczalni. 

Chętnie się z tobą zabiorę. 

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale tylko uśmiechnął się bez słowa. 

-  To  dobre  rozwiązanie  -  odparła  z  wahaniem  -  o  ile  Rick  nie  ma  nic 

przeciwko temu. 

Kierowca  ciężarówki  popatrzył  ukradkiem  na  Zacha,  a  potem  stwierdził, 

że bardzo chętnie zajmie się chłopcami. Manuel i Paul z radością wskoczyli 

do kabiny. 

Wkrótce ciężarówki odjechały. 

Kate i Maggie pożegnały się i wsiadły do samochodu. 

- Odezwij się, gdy przyjedziesz na miejsce - wołały jedna przez drugą. 

- Jazda na ranczo może zająć nam trochę czasu, bo chciałbym jeszcze od-

wiedzić dziadka - powiedział Zach. - Chyba nie masz nic przeciwko temu? 

Susan milcząco pokręciła głową. Gdy zostali sami, spytała: 

- Będziemy na czas? Obiecałam Rosie, że pomogę jej rozpakować rzeczy. 

- Przyjedziemy w porze obiadu. 

- W takim razie pojadę za tobą do wypożyczalni. - Odwróciła się i rozej-

rzała po parkingu. - Gdzie jest mój samochód? 

- Tutaj - odparł, podając jej kluczyki. - Ten srebrny dżip. 

- Niemożliwe! - powiedziała, odsuwając się od niego. 

- Daj spokój, kochanie. Musisz pojechać tym autem. Jest twoje. 

- Nie masz prawa! - odparła rozwścieczona Susan. 

- Zabronisz mi chronić życie i zdrowie mojej własnej żony? Chcę ci w ten 

sposób podziękować za pomoc i uratowanie życia dziadka. Uważasz, że dobry 

samochód to za mało? 

- Ale ja nigdy... Nie możesz tak stawiać sprawy! Przecież nie zrobiłam te-

go dla pieniędzy. 

RS

background image

- Masz rację. Nawet gdybym oddał ci wszystko, co mam, nie spłaciłbym 

długu.  Chcę  wyrazić  swoją  wdzięczność,  dając  ci  nowy  samochód,  którego 

zresztą tak bardzo potrzebujesz - tłumaczył. 

- To nie ma nic do rzeczy - odparła. 

- Mam rozumieć, że chcesz, abym sam woził cię do pracy? Z radością bym 

to robił, ale nienawidzę rano wstawać. Chyba nie zamierzasz poddawać mnie 

straszliwym torturom i budzić o świcie, prawda? - przekonywał z ponurą mi-

ną. 

- Dobrze.  Przyjmuję  twój  prezent,  ale  tylko  do  czasu  wygaśnięcia  naszej 

umowy. Potem go sobie zabierzesz. 

- Doskonale  -  ucieszył  się  Zach.  -  A  teraz  wyjaśnię  ci  kilka  szczegółów 

dotyczących  prowadzenia  auta  z  napędem  na  cztery  koła.  Potem  ruszamy. 

Obiecujesz, że będziesz jechała tuż za mną? - spytał. 

Gdy kiwnęła głową, zaczął wyjaśniać, jak należy prowadzić dżipa. 

Po chwili Susan wsiadła i uruchomiła auto. 

- Zapnij pasy - przypomniał stojący obok auta Zach. 

- Dzięki, ale pamiętaj, że nie jestem dzieckiem. 

- Racja. - Pochylił się i pocałował ją w usta. Odepchnęła go łokciem, ale 

nie potrafiła ukryć figlarnego uśmiechu. 

- Nie ma nikogo w pobliżu. Łamiesz naszą umowę. 

- Chyba widziałem kogoś z sąsiadów. 

- To się nie liczy - odparła pogodnie. 

- Przepraszam.  Mój  błąd.  Pamiętaj,  że  jedziemy  na  ranczo.  Tam  mi  nie 

umkniesz. 

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

 

Susan  myślała,  że  już  nic  jej  nie  zaskoczy:  nowy  samochód,  troskliwy 

mąż,  niespodziewana  przeprowadzka.  Myliła  się  jednak.  Gdy  pilotowana 

przez Zacha wjechała na ranczo, nie potrafiła ukryć zdziwienia. Nie spodzie-

wała się, że dom będzie tak obszerny i ładny. Budowano go zapewne z myślą 

o dużej rodzinie. 

W drzwiach powitała ich Hester. 

- Dzień dobry, pani Lowery - powiedziała z miłym uśmiechem na twarzy. 

Ukłoniła się grzecznie. 

- Proszę mi mówić po imieniu - odparła nieco zakłopotana Susan. - Jesz-

cze nie przywykłam do nowego nazwiska. 

- Jak pani sobie życzy - odparła gospodyni. - Paul zaczął już urządzać się 

w swoim pokoju. To uroczy chłopiec. 

- Dziękuję. Mam nadzieję, że nie był natrętny. 

- Ależ skąd! On i Manuel uwielbiają moje ciasteczka, więc myślę, że bę-

dziemy żyli w zgodzie. 

- Nie  znam dzieciaka, który  nie  podjadałby  łakoci  Hester  -  roześmiał  się 

Zach. - Dorośli także nie potrafią oprzeć się tej pokusie. 

- Pani mąż - z uśmiechem powiedziała Hester - nadal zakrada się do spi-

żami. Teraz  wskażę państwu sypialnię. Pete kazał przenieść swoje rzeczy, a 

więc pokój na piętrze już na was czeka. 

Susan wyczuła, że mąż jest zaniepokojony. Spojrzała na niego zdziwiona. 

RS

background image

- Nie zamierzałem dziadka stamtąd wyrzucać - obruszył się Zach. 

- Wiem - odparła spokojnie Hester - ale gdy Pete się uprze, nikt na świecie 

nie da rady go przekonać. Chce, żeby wam było wygodnie, dlatego postano-

wił zamieszkać na dole. - Weszła do domu. Na odchodnym dodała jeszcze: - 

Tym razem na pewno będziesz szczęśliwy. 

Zdziwiona Susan uniosła brwi. Do tej pory nie usłyszała jeszcze dobrego 

słowa o poprzedniej żonie Zacha. 

Już miała ruszyć za Hester, ale Zach chwycił ją za ramię, objął delikatnie i 

wziął na ręce. 

- Tradycja rodzinna - oznajmił, widząc jej zaskoczenie. -Muszę cię prze-

nieść przez próg. 

- Już to zrobiłeś! - Daremnie protestowała. Po chwili dodała stanowczo: - 

Jesteśmy w holu. Możesz postawić mnie na podłodze? 

Zach wykonał polecenie, ale nie wypuścił jej z objęć. 

-  Witaj  w  domu  -  powiedział  cicho  i  delikatnie  ją  pocałował.  Susan  za-

pomniała, że zostali sami. Czuły dotyk przynosił 

radość i ukojenie, a pocałunki dawały nie znaną dotąd rozkosz. Zatraciła 

się w tym cudownym odczuciu. 

-  Proszę,  proszę  -  dobiegł  ich  głos  Hester.  -  Sypialnia  należy  do  was,  a 

więc nie musicie kryć się po kątach. Do obiadu macie godzinę, wykorzystaj-

cie ten czas - poradziła, mrugając porozumiewawczo do Zacha. 

Susan  czuła,  że  na  policzkach  ma  ciemne  rumieńce.  Odwróciła  głowę  z 

obawy, że Hester to zauważy. Zach uśmiechnął się szeroko i odparł: 

-  Jak zwykle masz dobry pomysł. - Pociągnął za sobą żonę i dodał: - Do 

zobaczenia przy stole. 

Kiedy gosposia zniknęła w kuchni, Susan wysunęła się z jego ramion. 

- Dom jest piękny! 

RS

background image

- Szybko się na nim poznałaś. Będziesz tu miała więcej przestrzeni niż w 

swoim dawnym mieszkaniu, choć jest pewien mały problem. 

- Co masz na myśli? - spytała podejrzliwie. 

- Zaraz się dowiesz. - Ruszył schodami na górę i otworzył pierwsze drzwi 

po lewej. - Oto nasz pokój. 

Susan weszła do dużego pomieszczenia wyłożonego mahoniową boazerią. 

W kącie umieszczono kominek, a środek zajmowało wielkie łóżko. 

- Cudownie! - powiedziała z zachwytem. 

- Słuszna uwaga. - Podszedł bliżej i dodał z naciskiem: -To sypialnia mał-

żeńska. 

Początkowo nie pojęła, w czym rzecz. Dopiero po chwili zorientowała się, 

co Zach próbuje dać jej do zrozumienia. 

-  Mamy tu... 

-  Dziadek i Hester oczekują, że będziemy spali razem. Susan spojrzała na 

ogromne łoże. 

- Ale ja... -Nie była w stanie wykrztusić słowa. Jak mogła spać w jednym 

łóżku z mężczyzną! Złamałaby powzięte kiedyś postanowienie. Jej matka szła 

do łóżka z każdym mężczyzną, który pojawił się na horyzoncie. Susan obie-

cała  sobie,  że  nie  pójdzie  w  jej  ślady.  Mąż  pozostanie  dla  niej  pierwszym  i 

jedynym kochankiem. Poślubiła Zacha... ale ich związek to fikcja... 

- Nie martw się, dotrzymam obietnicy. - Stanowcze słowa przerwały mil-

czenie. 

- Jak? 

- Nie  byłabyś  zainteresowana  zmianą  warunków  umowy?  -  spytał  żarto-

bliwie, lecz Susan wiedziała, że mimo to jest śmiertelnie poważny. 

- Nie. 

-  Tego  właśnie  się  obawiałem  -  westchnął  ciężko.  -  Mam  turystyczny 

materac i pompkę. Będę spał w garderobie. 

RS

background image

-  Dziękuję, Zach - wyszeptała drżącym głosem. Objął ją i przytulił. 

-  Nie łamię naszej umowy, próbuję cię tylko pocieszyć. To nie jest próba 

uwiedzenia - zapewnił. 

Mniejsza o słowa, skoro ciepło jego ciała dawało jej poczucie bezpieczeń-

stwa,  którego  dotąd  nie  znała.  Miała  tylko  nadzieję,  że  nie  uzależni  się  od 

Zacha. W głębi serca wiedziała jednak, że już wpadła w nałóg. 

Zach spał tej nocy na materacu. Susan nakryła go prześcieradłem, położyła 

kilka dodatkowych poduszek i koc. Zapach jej perfum unosił się w gardero-

bie, gdzie obecnie była sypialnia Zacha. 

Gdy Zach zawierał z Susan umowę, nie sądził, by ich małżeństwo potrwa-

ło dłużej niż kilka dni. Tymczasem jego dziadek miał jutro wrócić ze szpitala 

i  wiele  wskazywało  na  to,  że  będzie  się  cieszył  dobrym  zdrowiem  jeszcze 

długie lata. 

Zach był w kropce. W ciągu ostatnich dni nabrał zaufania do Susan. Zaw-

sze uważał ją za piękność, ale odkrył w niej także duchowe zalety, których się 

nie spodziewał, a przede wszystkim prawdziwą dobroć, która wprawiła go w 

osłupienie. 

Wychowywała go zacna Hester i dlatego nie zdawał sobie sprawy, jak źli 

bywają ludzie. Kompletnym zaskoczeniem była dla niego chciwość i egocen-

tryzm  pierwszej  żony.  Daremnie  próbował  się  z  tym  uporać.  Po  rozwodzie 

uznał, że ma dość małżeństwa. Nie mógł przecież ukryć, że jest bogatym ran-

czerem. Każda kobieta pragnęła jego pieniędzy. Z Susan sprawa miała się in-

aczej. Ta dziewczyna była uparta i niezależna. Wiele się musiał natrudzić, by 

cokolwiek od niego przyjęła. Nie było w niej chciwości ani egoizmu. Ledwie 

mógł uwierzyć, że istnieje naprawdę... z wyjątkiem chwil, gdy trzymał ją w 

ramionach. 

RS

background image

Przewrócił się na drugi bok. Jeśli nie przestanie myśleć o żonie, nie wyśpi 

się tej nocy. 

 

Pete  Lowery  wrócił  na  ranczo  w  sobotnie popołudnie.  Zamieszkał  w  sy-

pialni na  parterze,  naprzeciwko  pokoju  Hester.  Dzięki temu  gosposia  mogła 

się nim stale zajmować. 

Jego sypialnia od razu stała się najważniejszym miejscem w całym domu; 

wszyscy  domownicy  chętnie  tam  zachodzili.  Ciągle  ktoś  przesiadywał  u 

dziadka. Najczęściej wpadali do niego Paul i Manuel, bez końca zadając py-

tania na temat rancza i zwierząt. 

Staruszek  był  szczęśliwy,  mając  przy  sobie  chłopców.  Zachęcał  ich  do 

rozmów  i  poprosił,  by  obaj  nazywali  go  dziadkiem.  Malcy  nie  mogli  po-

wstrzymać okrzyków zachwytu, gdy słuchali jego opowieści. 

 

W  poniedziałek  Susan  musiała  wrócić  do  pracy.  Ubrała  się  w  ulubiony 

niebieski  kostium  i  zbiegła  do  jadalni,  by  zjeść  przygotowane  przez  Hester 

śniadanie. Zmieniła zdanie co do Paula. Uznała, że będzie go ze sobą zabie-

rać. W końcu to ona była za niego odpowiedzialna. W ten sposób wszystko 

zostanie po staremu. 

-  Witaj, Hester - powiedziała, wchodząc do jadalni. 

- Dzień  dobry,  Susan  -  odparła  gosposia.  -  Jesteś  dzisiaj  radosna  jak 

skowronek. 

- Nic dziwnego, skoro mam do pomocy taki skarb jak ty. Czy nie jest dla 

ciebie za wcześnie? 

- Dziecko, jestem na nogach od szóstej! Twój mąż też już od świtu ciężko 

pracuje. Nie zauważyłaś, że zniknął? Coś przekąsił o pół do siódmej i pobiegł 

do roboty. 

-  Sądziłam, że zje z nami śniadanie. 

RS

background image

A to drań, pomyślała. Kłamał jak z nut, byle tylko wcisnąć mi samochód! 

- Witam!  -  zawołał  od progu  Zach.  Podszedł  do  Susan  i pocałował  ją na 

powitanie. Czuła, że lada chwila zemdleje z wrażenia. 

- Hester  powiedziała,  że  już  jadłeś  śniadanie  -  wykrztusiła  drżącym  gło-

sem. 

- Tak, mamy tu dziś sporo roboty. Ale chętnie wypiję z tobą kawę. 

- Myślałam, że śpisz do południa - mruknęła z drwiącym uśmiechem. 

- Nic podobnego! 

- Siadajcie. - Hester zignorowała rozmowę małżeństwa. -Jajka gotowe. 

- Czy  możesz  przygotować  coś  dla  Paula?  Powinien  za  chwilę  zejść  na 

dół. Wyjedziemy, gdy tylko skończy śniadanie. 

- Kiedy zapiszesz go do szkoły? - zagadnęła gosposia. 

- Nie wiem. Muszę poprosić Kate o wolny dzień. - Susan ucięła dyskusję. 

Nie podobało jej się badawcze spojrzenie Hester. 

- Mogę się tym zająć - wtrącił Zach. - Manuela też zapiszę. Co z jego sio-

strą? Chyba powinna już zacząć naukę. Muszę porozmawiać z Rosą. 

- Josephina ma pięć lat. Będzie chodzić do przedszkola. Czy wyprawa do 

szkoły nie przeszkodzi ci w pracy? Nie chciałabym... 

- Drobiazg! 

Do jadalni wszedł Paul. Był w piżamie i przecierał zaspane oczy. 

-  Czemu się jeszcze nie ubrałeś, słonko? - zapytała z wyrzutem Susan. - 

Niedługo wyjeżdżamy. 

- Zabierasz go ze sobą? - Zach był zaskoczony. - Po co? 

- Muszę się nim zająć - odparła pospiesznie. Oczywiście mogła poprosić o 

pomoc Rosę, ale teraz się spieszyła i nie miała już na to czasu. 

- Bądź poważna - tłumaczył Zach. - Myślę, że Paul wolałby zostać tutaj. 

- Tak!  -  Chłopiec  całkiem  się  rozbudził.  -  Ja  i  Manuel  chcieliśmy  obej-

rzeć... 

RS

background image

- Nic z tego! - odparła rozzłoszczona Susan. - Wszyscy mają tu mnóstwo 

pracy. Będziecie tylko przeszkadzać! 

Hester uważnie się jej przyjrzała. Zdziwiony Paul spogląda! na zirytowaną 

siostrę.  Nawet  Zach,  przyzwyczajony  do  takich  humorów,  był  zaskoczony 

nagłym wybuchem. 

- Susan - powiedział cicho. - Trójka dzieci Rosy zostaje na ranczu. Jedno 

więcej nie zrobi nikomu różnicy. 

- Rosa ma pomagać Hester. 

- Wiem, to należy do jej obowiązków. Paul może się bawić z Manuelem. 

Poza tym mam dla chłopców zajęcie. Na ranczu nikt nie próżnuje. 

- Nie uważam... 

-  Susan, proszę... - Paul z nadzieją spojrzał na siostrę. Susan była wście-

kła. Doskonale zdawała sobie sprawę, kto 

za tym stoi. 

-  Dobrze - zgodziła się niechętnie. Bez słowa dokończyła śniadanie. Gdy 

wstała od stołu, powiedziała cichym i spokojnym głosem: 

-  Zach, czy mógłbyś odprowadzić mnie do samochodu? 

-  Z największą przyjemnością - odparł, szeroko uśmiechnięty. 

Jeszcze zobaczymy, pomyślała, kto się będzie śmiał ostatni, cwaniaczku. 

Zach ruszył za Susan, podziwiając jej piękne kształty. Wyglądała na zde-

nerwowaną, ale to pewnie nic poważnego. Gdy wyszli z domu, musiał zmie-

nić zdanie. 

- Posłuchaj mnie uważnie - syknęła wściekle, - Ja jestem opiekunką Paula 

i sama decyduję, co chłopak ma robić. Nie waż się na przyszłość kwestiono-

wać moich postanowień, zrozumiano? I nie rób ze mnie potwora! 

- Posłuchaj, skarbie. Nie ma sensu, żebyś ciągnęła go ze sobą, jeśli może 

zostać tutaj i wspaniale się bawić. 

RS

background image

- W takim razie ustalajmy takie rzeczy na osobności - odparła wściekła. - 

Pamiętaj, że chłopiec jest mój. 

Zach delikatnie objął Susan i pocałował ją w czoło. 

- Dobrze, jak sobie życzysz. Jedź ostrożnie. Otworzył przed nią drzwi sa-

mochodu. 

- Na przyszłość mnie nie irytuj. 

-  Co  ty  wiesz  o  irytacji,  dziewczyno!  Gdybyś  była  na  moim  miejscu... 

Zresztą, szkoda gadać. 

Zamknęła drzwi, uruchomiła silnik i ruszyła w drogę. 

Zach oparł ręce na biodrach i obserwował, jak kieruje się w stronę głównej 

szosy. Po chwili wrócił do domu. Musiał wytłumaczyć Paulowi, że nie wolno 

im spierać  się  z  jego  siostrą.  Obłaskawianie  Susan to  zadanie na całe  życie, 

stwierdził w duchu. 

Hester przygotowała obiad. Zaniosła Pete'owi jedzenie, a potem zaprosiła 

Rosę  z  dziećmi  oraz  Paula i  Zacha  do  jadalni.  Gdy  wszyscy  usiedli, powie-

działa: 

- Odebrałam dzisiaj niezwykły telefon. Ktoś prosił Susan Greenwood. 

- A kto dzwonił? - spytał z ciekawością Zach. 

- Nie wiem. Wyjaśniłam, że Susan wyszła za mąż i nazywa się teraz Lo-

wery. 

Zach ukradkiem zerknął na Rosę. 

- I co dalej? 

- Dzwoniła kobieta. Spytała, czy to nie pomyłka, a potem chciała się do-

wiedzieć, jak można do nas dojechać. - Hester nałożyła sobie na talerz dużego 

klopsa.  -  Nie  sądzę,  żeby  to  była  jedna  z  twoich  dawnych  dziewczyn,  więc 

podałam jej dokładny adres. 

- Dzięki, że mi powiedziałaś - mruknął Zach i wrócił do jedzenia. - Cie-

kawe, kto pytało Susan... 

RS

background image

Po  obiedzie  Rosa  położyła  najmłodsze  dzieci  spać,  a  Zach  zaprowadził 

Paula i Manuela do stadniny. Chłopcy po drodze wypytywali gorączkowo, co 

im da do zrobienia. Gdy usłyszeli, że będą czyścić kuce i za pracę dostaną za-

płatę, nie posiadali się ze szczęścia. 

- Możemy pracować za darmo - oznajmił po namyśle Paul. 

- Wiem o tym - odparł Zach - ale u nas na ranczu każdy, kto robi coś po-

żytecznego,  jest  za  to  wynagradzany.  Oczekuję,  że  będziecie  sumiennymi 

pracownikami. Gdy skończycie, przyjdę sprawdzić, jak daliście sobie radę. 

Wytłumaczył chłopcom, jak należy czyścić kucyki i na odchodnym polecił 

jednemu z kowbojów, by od czasu do czasu sprawdził, jak chłopcy pracują. 

Spojrzał na drogę, szukając wzrokiem samochodu, jakby sadził, że tajem-

nicza kobieta wkrótce się pojawi. 

Cztery godziny później, zmęczony i spocony, przyszedł sprawdzić, jak ra-

dzą sobie malcy. Starannie wyczyścili kuce, czym przyjemnie zaskoczyli Za-

cha. 

-  Moje gratulacje, chłopaki - powiedział żartobliwie. -Chodźcie do domu. 

Tam dostaniecie zapłatę. 

Paul spojrzał na niego uważnie i pokręcił głową. 

-  Nie powinniśmy brać od ciebie pieniędzy - oświadczył z poważną miną. 

- Przecież żyjemy tu za darmo. Tak powiedziała Susan. 

- To nie jest prezent, kolego - tłumaczył Zach. Uznał, że czas najwyższy 

poważnie rozmówić się z żoną i ustalić nowe zasady. - Ciężko pracowaliście, 

więc zasługujecie na wynagrodzenie. 

- On ma rację - powiedział Manuel, kiwając głową. 

- Dobrze - niechętnie zgodził się Paul. - Wezmę te pieniądze, ale spytam 

jeszcze Susan, czy mogę je zatrzymać. 

- Dobry pomysł - pochwalił chłopca. - Jednak najpierw sam z nią poroz-

mawiam. Jak powiedziałem rano, nie możemy denerwować Susan. 

RS

background image

Chłopcy  energicznie  pokiwali  głowami.  Cała  trójka  wyszła  ze  stajni  i 

skierowała się do domu. 

Zach od razu zauważył, że paru kowbojów stoi bezczynnie na podwórku. 

Na ranczu był to dziwny widok, więc ruszył w ich stronę. Gdy z daleka ujrzał 

wśród  nich  atrakcyjną  blondynkę,  od  razu  się  zorientował,  że  to  ona  jest 

przyczyną zamieszania. 

- Megan! - krzyknął Paul i biegiem ruszył w stronę dziewczyny, która mi-

nęła adoratorów i podbiegła do chłopca. 

- Paul! - zawołała, otwierając ramiona. Przytuliła go mocno. 

Oboje zaczęli się przekomarzać i żartować. 

-  Witaj, Megan - powiedział Zach, stwierdziwszy, że czas najwyższy się 

przedstawić. 

Spojrzała na niego uważnie. 

- Pan jest Lowery, tak? 

- Nazywa się Zach!- krzyknął Paul. 

- Dzięki, kolego, że mnie przedstawiłeś - mruknął z uśmiechem. - Tak, to 

ja - odparł, patrząc na Megan. - Byłaś już w domu? 

- Nie  -  odparła  nieco  zdenerwowana.  -  Uznałam,  że  poczekam,  aż  wróci 

Susan. Będzie tu wkrótce, prawda? 

-  Oczywiście.  -  Zach  skinął  głową.  Zmierzył  groźnym  spojrzeniem  ga-

piących się na Megan kowbojów i powiedział: - Sam zajmę się naszym  go-

ściem. Możecie wracać do pracy. 

Niechętnie  zaczęli  się  rozchodzić. Raz  po  raz  zerkali  za  siebie  i dowcip-

kowali. 

- Musimy wejść do środka - mruknął Zach. - W przeciwnym razie będą tu 

sterczeć do wieczora. 

- Najmocniej przepraszam, ale... 

RS

background image

- To nie twoja wina - odparł rozbawiony. - Chłopcy od dawna nie widzieli 

tu, na ranczu, kobiet tak pięknych jak ty albo Susan. 

Megan  zarumieniła  się  i  odpowiedziała  na  komplement  ślicznym  uśmie-

chem. 

-  Chodźmy do domu - ciągnął Zach. - Przedstawię cię He-ster i dziadko-

wi. A Rosa to przecież twoja stara znajoma. 

Dziewczyna przystanęła i rozejrzała się wokoło. 

- Rosa?  Co  ona tu  robi?  To  dla  mnie oczywiste,  że  widzę  zawsze  razem 

tych urwisów, więc nie zastanawiałam się, jak to możliwe... 

- Mieszkamy tu wszyscy - odparł dumnie Manuel. - I nadal się przyjaźnię 

z Paulem. 

- Pedro stracił pracę - tłumaczył Zach - a u mnie brakowało stolarza i cie-

śli. Rosa pomaga Hester, naszej gosposi, która jest dość wiekowa, ale nie do-

puszcza możliwości przejścia na emeryturę. 

- Dobra nowina! - odparła rozpromieniona Megan. - A co z tobą i Susan? 

Gdzie się spotkaliście i dlaczego nie zaprosiliście mnie na ślub? 

- Wszystko stało się tak nagle. Susan ci wyjaśni - odparł, mając nadzieję, 

że Megan nie będzie się na razie domagała romantycznych opowieści. - Skąd 

wiedziałaś, gdzie szukać rodziny? 

-  Susan zostawiła mi w akademiku wiadomość i podała ten numer telefo-

nu.  Przyznam  szczerze,  że  mnie  to  zaniepokoiło,  więc  zadzwoniłam.  Ktoś 

oznajmił, że moja siostra wyszła za mąż i mieszka tutaj, więc przyjechałam, 

żeby sprawdzić, co tu zaszło. 

Zapewnił Megan, że jest tu mile widziana i zaprosił ją do domu, przedsta-

wił Hester i zaprowadził do Rosy. Gdy powitania i prezentacje dobiegły koń-

ca, wszyscy poszli do sypialni Pete'a. 

-  Dziadku - powiedział Zach - to jest Megan, siostra Susan i Paula. Przy-

jechała z Nebraski, żeby sprawdzić co się dzieje z siostrą i bratem. 

RS

background image

Pete  uważnie  przyjrzał  się  dziewczynie.  Nim  upłynęło  dziesięć  minut, 

rozprawiali  już  niczym  starzy  przyjaciele  o  akademickim  życiu.  Po  chwili, 

wśród żartów i śmiechów, dziadek zaproponował, aby Megan przeniosła się 

do Kansas. Mogłaby częściej odwiedzać rodzinę. 

Zach nie miał nic przeciwko temu, ale po wcześniejszej dyskusji z Susan 

podejrzewał, że nie byłaby zadowolona z takiego obrotu sprawy. 

- To wspaniały pomysł - powiedziała Megan. - Czułam się bardzo samotna 

bez Paula i Susan. 

- Jak się tu dostałaś? - spytał Zach. Był pewien, że nie miała samochodu. 

- Złapałam okazję. Pewien chłopak podrzucił mnie aż do bramy rancza. 

- Bliski przyjaciel? 

- Raczej znajomy kolegi. 

Oto kolejny powód, aby porozmawiać z Susan. Megan nie podejrzewała, 

co jej grozi. 

- To nie było ani mądre, ani bezpieczne - mruknął ponuro. 

- Przecież nic mi nie jest - zapewniła go szybko. 

- Słyszę szum silnika - powiedział Zach. - To zapewne samochód Susan. 

Chcesz z nią porozmawiać sam na sam czy w naszej obecności? Ja ją dobrze 

znam! Możesz potrzebować obrony. 

- To śmieszne - odparła rozbawiona. - Z jej strony nic mi nie grozi. A mo-

że pod twoim wpływem zmieniła się na gorsze? 

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

 

Prawdziwa  ze  mnie  jędza,  wyrzucała  sobie  Susan,  wracając  na  ranczo. 

Przez całą drogę zastanawiała się, jak przeprosić Zacha. To nie jego wina, że 

Paul  wolał  zostać  na  ranczu  i bawić  się  z  przyjacielem,  niż  jechać  z  nią  do 

miasta. Podróż w jedną stronę trwała ponad godzinę, a w jadłodajni nudziłby 

się  jak  mops.  Nic  dziwnego,  że  gdy  Zach  niespodziewanie  zaproponował 

malcowi pozostanie w domu, został uznany za dobroczyńcę, a siostra za podlą 

jędzę, nie bez racji zresztą. 

Wszystko  się ułoży,  byle  tylko  Zach  przestrzegał  umowy  i  nie podważał 

jej postanowień w obecności Paula. 

Tyle się ostatnio zmieniło. Same niespodzianki. Jakie to szczęście, że Zach 

dotrzymuje słowa. Sypiał na materacu, zostawiając jej do dyspozycji imponu-

jące łoże. Wieczorami szedł na górę pół godziny po niej, żeby przez jakiś czas 

miała łazienkę i sypialnię tylko dla siebie. Okazał się wyjątkowo taktowny i 

wyrozumiały, więc i ona powinna znaleźć sposób, by załagodzić ich poranny 

spór. 

Zaparkowała  w  miejscu  wskazanym  przez  Zacha.  Gdy  nastaną  zimowe 

chłody, będzie musiała wprowadzać auto do garażu, ale póki się nie ochłodzi, 

mogła je zostawiać przed werandą na tyłach domu. 

Westchnęła  głęboko  i  weszła  do  środka.  Ciekawe,  jak  Paul  się  dzisiaj 

sprawował. 

W kuchni była tylko Hester, która gestem dała jej do zrozumienia, że po-

zostali domownicy są u Pete'a. 

Susan zamierzała od razu pójść na piętro, by zmienić ubranie i odpocząć 

po  trudnym  dniu,  ale  postanowiła  najpierw  zajrzeć  dziadka.  Z  uśmiechem 

RS

background image

weszła do sypialni, w której było gwarno i tłoczno. Pete, Zach, Paul, Manuel 

i... Megan spojrzeli na nią. Megan! 

- Siostrzyczko!  -  krzyknęła  Susan,  podbiegła  do  siostry  i  przytuliła  ją 

mocno.  Zastanawiała  się  gorączkowo,  co  skłoniło  Megan  do powrotu  z  Ne-

braski. - Co ty tutaj robisz? Co się stało? 

- Wszystko  w  porządku!  Jestem  jednak  na  ciebie  zła,  bo  nie  zaprosiłaś 

mnie na ślub. Tylko nic mi nie mów o pośpiechu. 

Susan popatrzyła na Zacha ponad ramieniem siostry. Przez moment oboje 

mieli  wrażenie,  że  są  w  pokoju  zupełnie  sami.  Wypuściła  Megan  z  objęć  i 

spojrzała jej w oczy. 

- Nie mogłam... Zach nie powiedział ci, jak to się odbyło? - spytała, pró-

bując zyskać na czasie. 

- To  wszystko  moja  wina  -  odezwał  się  Pete,  a  Susan  z  zapartym  tchem 

czekała na jego wyjaśnienia. - Sądziłem, że wkrótce przeniosę się na tamten 

świat  i  dlatego  namówiłem  ich,  żeby  przyspieszyli  ślub.  Chciałem,  żeby  się 

pobrali w szpitalu... w mojej separatce. Postawiłem im ultimatum. Susan do-

myślała się, że będziesz na nią wściekła i dlatego nie zawiadomiła cię o ślu-

bie.  Wychodzi  na  to,  że  znalazła  się  między  młotem  a  kowadłem;  z  jednej 

strony natrętny umierający staruszek, z drugiej rozzłoszczona siostrzyczka. 

Susan z wdzięcznością spojrzała na dziadka, który tak przedstawił wyda-

rzenia, że nie można było mieć do niej pretensji. Odetchnęła z ulgą, a zarazem 

nieco się zaniepokoiła, ponieważ od chwili gdy weszła do pokoju, bacznie się 

jej przyglądał. 

Megan przytuliła siostrę i powiedziała: 

-  Moje biedactwo, na pewno byłaś okropnie tym wszystkim przejęta, a ja 

robię ci wyrzuty. - Potem dodała, uśmiechając się do Pete'a: - Cieszę się, że 

najgorsze już za panem. 

RS

background image

-  Nie  bardziej  niż  ja  sam.  Pamiętaj,  mała,  że  i  dla  ciebie  jestem  teraz 

dziadkiem.  Należysz  do  rodziny.  -  Popatrzył  znowu  na  Susan.  -  Staram  się 

namówić tę smarkulę, żeby zmieniła uczelnię i studiowała w Kansas. Mogła-

by przyjeżdżać tu pod koniec tygodnia. Wiem, że bardzo tęskni za rodziną. 

Susan  zerknęła  podejrzliwie  na  Zacha, który  ukradkiem pokręcił  głową  i 

odparł pospiesznie: 

- Moim zdaniem to niezły pomysł, ale nie będę nalegać. 

- Czemu? Nie chcesz, żeby Megan miała u nas dom? 

- Przeciwnie, ale o sprawach Megan i Paula decyduje Susan. 

- To  miłe,  że  myślisz  o  Megan,  dziadku,  ale  ona  dostała  stypendium  od 

władz  uniwersytetu  w  Nebrasce.  Przeniesienie  oznacza  jego  utratę.  Trudno 

powiedzieć, czy w Kansas uzyska równie korzystne warunki, a wówczas nie 

będzie nas stać... 

- Dziewczyno, masz teraz forsy jak lodu - wtrącił Pete. 

- Muszę omówić to z Megan - odparła pospiesznie Susan. -Jeżeli nie macie 

nic przeciwko temu, chętnie poszłabym z nią na górę, żeby trochę poplotko-

wać. Mamy spore zaległości. 

Jak  wyjaśni  siostrze,  co  się  ostatnio  zdarzyło?  Sama  miała  zamęt  w  gło-

wie. 

-  Przecież... - zaczęła Megan. 

Zach postanowił wtrącić swoje trzy grosze. 

- Nie  decyduj  pochopnie.  Musisz  najpierw  pogadać  z  Susan.  Wszyscy 

zdajemy  sobie  sprawę,  że  jest  trochę  nadopiekuńcza  i  musi  wszystko  wie-

dzieć, ale bardzo się troszczy o ciebie i Paula. 

- Trafiłeś w dziesiątkę! Nie ma na świecie lepszej siostry. Jeszcze za życia 

mamy się nami opiekowała. Była wyjątkowo troskliwa, dbała o nasze potrze-

by. Gdy zostaliśmy sierotami, siała się dla nas r matką, siostrą. Próbowała 

RS

background image

nawet spłacić rodzinne długi. - Megan westchnęła. - Szczerze mówiąc, z na-

szej mamy było niezłe ziółko i do dziś... 

-  Mniejsza z tym - przerwała jej Susan. - Chodźmy na górę. - Ruszyła w 

stronę drzwi. Miała nadzieję, że siostra przestanie gadać bez sensu i natych-

miast pospieszy za nią. 

Megan dodała na odchodnym: 

-  Dziękuję. Od razu poczułam się tu jak w domu. 

 

Pete Lowery wysłał chłopców do Rosy. Paul miał ją zapytać, czy Manuel 

może zjeść kolację z rodziną kolegi. Polecił im także, by pomogli Hester. 

Zach  domyślił  się,  że  dziadek  chce  z  nim  rozmawiać  w  cztery  oczy.  Po 

chwili zostali sami. 

- Nie sądzisz, że nadeszła pora, abyś mi powiedział całą prawdę o Susan? - 

mruknął Pete. 

- Co  masz  na  myśli?  -  Zach  był  poważnie  zaniepokojony,  ale  nadrabiał 

miną. 

Dziadek wsunął pod głowę kolejną poduszkę, usiadł wygodniej i oznajmił: 

- Ty  i  twoja  ślicznotka  kłamiecie  jak  z  nut.  Jeśli  nie  będziecie  uważać, 

wasza intryga rozpadnie się jak domek z kart. 

- Dziadku, my przecież... 

Pete uniósł dłoń, nakazując Zachowi milczenie. 

-  Początkowo naprawdę wierzyłem, że jesteście parą. Dziękuję, że tak się 

staraliście, ale nie o tym chciałem mówić. Ta dziewczyna to prawdziwy skarb. 

Moim zdaniem nie mogłeś trafić lepiej. Boję się tylko, że pokpisz sprawę, je-

śli nie zdobędziesz się na odwagę, by postawić sprawę jasno. 

Zach  uznał,  że  pora  dać  za  wygraną.  Westchnął  ciężko,  przysunął  sobie 

krzesło i usiadł obok łóżka. 

-  Jak się czujesz, dziadku? Tylko spokojnie, bo to ci może zaszkodzić. 

RS

background image

- Nie mogę spokojnie patrzeć, jak robisz głupstwo! - odparł z irytacją Pete. 

- Ta dziewczyna powinna zostać twoją żoną, nim przyjdzie jej do głowy, żeby 

stąd zwiać. 

- Przecież się z nią ożeniłem! 

- Aha!  W takim razie, dlaczego gapisz się na nią jak głodny wilk na do-

rodną sarnę? Chłopcze, nie jestem durniem i wiem, o co chodzi. 

- Dobrze, pobraliśmy się, ale jeszcze  nie doszło miedzy nami... Jesteśmy 

małżeństwem jedynie z nazwy. 

- Tak sądziłem - burknął Pete. 

- Cholera jasna! Dziadku, zrozum! Byłem w sytuacji bez wyjścia. Dałem 

ci do zrozumienia, że mam narzeczoną. Kiedy się wydawało, że twoje dni są 

policzone, zapragnąłeś ją poznać. W takiej chwili nie mogłem wyznać, że cię 

oszukiwałem. Takie wyznanie mogło być dla ciebie prawdziwym gwoździem 

do trumny. 

- Jak poznałeś Susan? 

- W jadłodajni. Po raz pierwszy zobaczyłem ją tego samego dnia, w któ-

rym przywiozłem cię do szpitala. 

- Czemu się zgodziła udawać twoją narzeczoną? 

- Dostała za to pieniądze. - Zach niechętnie o tym mówił. Obawiał się, że 

dziadek  straci  o  Susan  dobre  mniemanie,  ale  uznał,  że  powinien  być  z  nim 

całkowicie szczery. 

- Wyciąga od ciebie forsę? - Pete zmrużył oczy, a Zach mimo woli zachi-

chotał. 

- Nie.  Jest  w  trudnej  sytuacji  finansowej,  ale  chciała  mi  oddać  połowę 

otrzymanej sumy. Ciągle powtarzała, że wszystko, co dla nas zrobiła, to dro-

biazg,  więc  nie  zasługuje  na  dodatkowe  wynagrodzenie.  Odrzuca  moje  pre-

zenty.  Musiałem  użyć  podstępu,  by  przyjęła  obrączkę,  bransoletkę  i  samo-

RS

background image

chód. Nadal zapewnia, że to moja własność, którą wzięła chwilowo  w użyt-

kowanie. 

- A nie mówiłem? Złota dziewczyna! 

- Tak - odparł cicho, uśmiechając się z rozmarzeniem. 

- Jesteś w niej zakochany. 

- Co? Niemożliwe! Ja... - żachnął się i podskoczył, jakby ktoś go uderzył. 

Umilkł i spojrzał niepewnie na dziadka. – Tak - wyznał cicho. - Masz rację. 

Jestem  w  niej  zakochany.  Chcę  się  nią  opiekować,  być  zawsze  przy  niej, 

chronić ją i kochać, póki śmierć nas nie rozłączy. 

Nim  doszło  do  rozmowy  z  dziadkiem,  Zach  był  świadomy,  że  zmienił 

zdanie  na  temat  Susan.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  nią  oczarowany,  że  jej 

pragnie, ale uwaga Pete'a otworzyła mu oczy i dlatego powiedział: 

- Masz rację, dziadku. Kocham Susan. 

- I  Bogu  dzięki!  -  mruknął  staruszek  i  chrząknął,  jakby  chciał  ukryć,  że 

wzruszenie ściska mu gardło. - Już się obawiałem, mój chłopcze, że jesteś cy-

nikiem, który nie potrafi kochać. 

-  Po chwili dodał niecierpliwie: -I co będzie dalej? Jak zamierzasz postą-

pić? 

- Słucham? - Zach spojrzał na niego z roztargnieniem. 

- Jak  chcesz  ją  przy  sobie  zatrzymać?  Przecież  nie  chcesz,  żeby  odeszła, 

co? 

- Oczywiście, ale złożyłem obietnicę. 

- Jaką? 

- Przyrzekłem jej, że nie będę jej niczego narzucać. To ona decyduje, jak 

ma wyglądać nasze małżeństwo. 

- Jak rozumiem, obiecałeś, że nie będziesz sypiać z własną żoną - obruszył 

się Pete. 

RS

background image

- Póki sama mnie o to nie poprosi - dodał Zach i uśmiechnął się niepewnie 

do dziadka. 

- Do jasnej cholery! Czyś ty na głowę upadł, mój chłopcze? Tylko kom-

pletny dureń składa takie obietnice! 

- Uznałem, że sytuacja tego wymaga. Poprosiłem Susan, by za mnie wy-

szła w dzień po naszym pierwszym spotkaniu. Poza tym nie przewidziałem, 

że się w niej zakocham. 

- Trzeba coś wymyślić, by sprawy ułożyły się po naszej myśli. Nie może-

my pozwolić, żeby Susan odeszła. Należy do rodziny. 

- Święte słowa - przytaknął ochoczo Zach. 

- Nie mamy czasu do stracenia. Przecież wiesz, że marzę o wnukach. Nie 

mogę się doczekać, kiedy przyjdą na świat - stwierdził Pete, energicznie za-

cierając ręce. 

- Siostrzyczko  -  pisnęła  uradowana  Megan,  gdy  wbiegła  za  Susan  na 

schody. - Spełniły się twoje marzenia! Zach jest zabójczo przystojny, bardzo 

miły... no i bogaty! Jesteś szczęściarą, ale to ci się należy! 

Weszły  do  małżeńskiej  sypialni  i  Megan  zaczęła  się  zachwycać  pięknie 

urządzonym wnętrzem. 

- Przestań! - zawołała w końcu Susan ze łzami w oczach. 

- O co ci chodzi? Nadeszła w końcu dobra passa. Chciałabym... Susan, co 

ci  jest?  Czemu  płaczesz?  -  wypytywała  Megan,  gdy  jej  siostra  usiadła  na 

brzegu łóżka. 

- Sytuacja  wcale  nie  wygląda  tak  różowo  -  odparła  Susan,  wzdychając 

rozpaczliwie.  -  To  jedynie  pozory  szczęścia.  -Opadła  na  posłanie  i  ukryła 

twarz w dłoniach. 

- Co  on ci  zrobił?  - Megan  nabrała podejrzeń  i dodała  z pasją:  - Czyżby 

śmiał podnieść na ciebie rękę? Rozerwę go na strzępy, jeśli... 

RS

background image

- Nie! - zawołała pospiesznie Susan, starając się powstrzymać łzy. - Nic z 

tych rzeczy. Jego zachowanie jest nienaganne. 

- W takim razie, czemu narzekasz? Moim zdaniem jest ci tu jak w niebie! 

- Szczerze mówiąc, czuję się tak, jakbym była od niego oddzielona szklaną 

ścianą - wyznała, ocierając łzy. 

- Szklaną ścianą? Nie rozumiem - odparła Megan, pochylając się nad sio-

strą. 

- To fikcja. Oboje mieliśmy dobre intencje, ale sprawy wymknęły się spod 

kontroli... - Susan szybko wyjaśniła, jak poznała Zacha i czemu go poślubiła. 

Osłupiała, gdy Megan wybuchnęła śmiechem i dodała urażona: - Cieszę się, 

że tak cię rozbawiłam. 

-  Wybacz, ale musisz przyznać, że to istna komedia omyłek. 

-  Umilkła, czując na sobie badawcze spojrzenie siostry, która próbowała 

wziąć się w garść. - Muszę przyznać, że sama jestem w kropce, bo nie potra-

fię zdobyć się na to, by życzyć śmierci dziadkowi Zacha. 

- Ja  również!  Właśnie  z  tego  powodu  znalazłam  się  w  sytuacji  bez  wyj-

ścia. 

- Spróbuj dostrzec  w  niej  dobre  strony.  Zarobiłaś  trochę  forsy,  a  oszczę-

dzisz jeszcze więcej, bo przez cały rok szkolny będziesz tu mieszkać z Pau-

lem  za  darmo.  -  Megan  zerknęła  badawczo  na  siostrę,  by  sprawdzić,  jakie 

wrażenie zrobiły na niej te słowa. 

Susan próbowała wziąć się w garść. Zdobyła się na wymuszony uśmiech i 

pokiwała głową, jakby przyjęła do wiadomości argumenty, lecz wcale nie by-

ła przekonana. 

Megan nagle posmutniała, widząc łzy spływające po policzkach Susan. 

-  Dlaczego płaczesz? 

-  Bo  jestem  nieszczęśliwa.  -  Susan  postanowiła  zwierzyć  się  siostrze  i 

wyrazić głośno obawy dręczące ją od kilku dni. 

RS

background image

-  Pamiętasz mamę? Ilekroć na horyzoncie pojawiał się nowy mężczyzna, 

jej życie stawało na głowie. Wystarczyło kilka zdawkowych komplementów, 

by całkiem o nas zapomniała. -Usiadła na łóżku i pochyliła głowę. ~ Kocha-

nek zawsze był dla niej najważniejszy. 

- I cóż z tego? - Megan wzruszyła ramionami. - Doskonale wiem, że bra-

kowało jej czasu i często nas zaniedbywała, ale się tym nie przejmowałam, bo 

mieliśmy ciebie. Zawsze okazywałaś nam miłość i troskę. 

- Nie chcę być taka jak mama! 

Megan  osłupiała.  Przez  chwilę  gapiła  się  na  nią  w  milczeniu,  a  potem 

znowu wybuchnęła śmiechem. 

- Susan, przestań się wygłupiać. Nie jesteś zdolna... 

- Przeciwnie!  Kiedy  Zach  trzyma  mnie  w  ramionach...  -Susan  umilkła  i 

spojrzała  przed  siebie  niewidzącym  wzrokiem,  jakby  oczyma  wyobraźni  uj-

rzała Zacha. 

Megan pogłaskała ją po policzku i stwierdziła cicho: 

- Jesteś w nim zakochana. 

- Nie  -  odparła  pospiesznie  Susan.  Wolała  ukryć  swoje  cierpienia.  -  Nie 

kocham go, ale bardzo mi się podoba. 

- Spałaś z nim? 

- Nie! - Susan popatrzyła na nią z przerażeniem. - Mówiłam przecież, że 

nie chcę upodobnić się do mamy. 

- Bądź rozsądna. Przesadzasz z tymi obawami. Faceci garną się do ciebie, 

a ty ich traktujesz jak powietrze. Ich umizgi tylko cię denerwują... 

- Oczywiście! 

- W takim razie, czemu Zacha traktujesz inaczej? 

- Jest  szczodry  i  bardzo  pomocny.  -  Susan  nie  mogła  powiedzieć  całej 

prawdy,  że  bramy  raju  były  dla  niej  zamknięte.  -  Ożenił  się  ze  mną  przez 

wzgląd na dziadka. 

RS

background image

- Odniosłam wrażenie, że mu na tobie zależy. - Megan zmarszczyła czoło. 

- Udaje wielką miłość, aby dziadek się nie domyślił, że nasze małżeństwo 

to fikcja. - Susan z westchnieniem pomyślała, że Zach przekonująco odgrywa 

swoją rolę; czasami zapominała, że to jedynie gra. 

- Tak mi przykro. Sama nie wiem, jak cię pocieszyć. - Megan objęta sio-

strę ramieniem. 

- Wystarczy  mi,  jeśli  będziesz  unikała  pochopnych  decyzji.  Nie  daj  się 

przekonać  do  zmiany  uczelni  i  nie  rezygnuj  ze  stypendium.  Trzeba  słuchać 

zdrowego  rozsądku.  Nie  stać nas na takie  ryzyko.  -  Susan  mocno przytuliła 

siostrę, otarła łzy i wstała. - Damy sobie radę. Gdy wypłaczemy się z tej afery, 

będzie nas stać na lepsze mieszkanie. 

- Nie  zapominaj,  że  Rosa  i  Pedro  zostaną  na  ranczu.  Będziesz  musiała 

znaleźć Paulowi nową opiekunkę. 

- Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  W  ostateczności  mogę  go  podrzucić  niani 

Kate. Bardziej martwię się, jak mały zniesie rozstanie z Manuelem... no i Za-

chem. 

Nie tylko Paulowi będzie go brakować. 

Wieczorem  Zach daremnie  szukał  sposobności, by  zostać  z  żoną  sam na 

sam. Jak na złość wszyscy mogli się cieszyć jej towarzystwem - tylko nie on. 

Gdy nadeszła pora snu, jak zwykle odczekał pół godziny i poszedł na górę. 

Otworzył drzwi do sypialni oświetlonej nocną lampką i ujrzał niewyraźny za-

rys kobiecej sylwetki na wielkim łóżku. 

-  Susan, śpisz? - szepnął, podchodząc bliżej. Nieruchoma postać drgnęła. 

- Musimy porozmawiać. Wiem, że mnie słyszysz. 

Nie  zdradziła  się  do  chwili,  gdy  usiadł  na  brzegu  posłania.  Natychmiast 

przetoczyła się na drugą stronę i spojrzała na niego przez ramię. 

- Obudziłeś mnie! 

RS

background image

- Wiemy oboje, że to nieprawda - odparł pojednawczym tonem i uśmiech-

nął  się,  co  poważnie  ją  zaniepokoiło.  Przestała  udawać  zaspaną,  usiadła  na 

łóżku i podciągnęła wyżej kołdrę. 

Wystawały spod niej tylko ramiona okryte białą koszulką z bawełny. 

Szlachetna prostota, pomyślał z przekąsem Zach. 

-  Zawsze  nosisz  takie  nocne  koszule?  -  mruknął,  zapominając,  o  czym 

chciał z nią rozmawiać. 

-  Tak. Czemu pytasz? 

Nie  mógł  jej powiedzieć,  że  co  noc śnił,  jak  idzie  do  niego  w  tej  swojej 

koszulinie, zdejmuje ją powoli... 

- Z ciekawości. Większość kobiet woli jedwab. 

- Jestem wyjątkiem - mruknęła, odwracając wzrok. 

 

- Sądzisz,  że  chciałem  ci  dokuczyć?  -  spytał,  wybuchając  śmiechem.  - 

Skarbie, co noc śnisz mi się w tej bawełnianej koszulce. - Zaniepokojona Su-

san otworzyła szeroko oczy i odsunęła się jeszcze dalej. - Spokojnie. Dotrzy-

mam obietnicy. Chyba się mnie nie boisz? - spytał z niepokojem. 

- Skądże! - odparła pospiesznie. - Ja tylko... Powiedziałeś, że musimy po-

rozmawiać. O czym? 

- Chciałem się tylko upewnić, czy nie masz nic przeciwko wizycie Megan 

na  ranczu.  Postaram  się  wybić  dziadkowi  z  głowy  ten  pomysł  ze  zmianą 

uczelni, ale szczerze mówiąc, to byłoby dobre rozwiązanie. Mamy w Kansas 

niezły uniwersytet. Sam go kończyłem i... 

- Wykluczone. 

- Czemu? 

- Zach, tylko nie próbuj mi wmówić, że decyzja Megan może mieć wpływ 

na  zdrowie  dziadka.  Wiele  mogę  dla  ciebie poświęcić,  ale  Megan  zostaw  w 

spokoju. 

RS

background image

- Jak  sobie  życzysz.  -  Zach  ustąpił  od  razu  i  zmienił  temat.  - Chciałbym 

także porozmawiać o Paulu. 

- Coś spsocił? Był niegrzeczny? Sprawiał kłopoty? A może się skaleczył? 

Muszę natychmiast... 

-  Uspokój się, kochanie - przerwał Zach i uniósł rękę, jakby się bronił 

przed lawiną pytań. - Paul należy do rodziny. Nie zamierzam oceniać go jak 

złośliwy belfer. Dziadek i ja już go uwielbiamy. Kochany dzieciak. Hester 

wydrapałaby mi oczy, gdybym chciał go ukarać. 

Susan  objęła  ramionami  kolana  i  pochyliła  głowę.  Zach  domyślił  się,  że 

próbuje ukryć łzy cisnące się do oczu. 

- Wiem - szepnęła. - O czym chciałeś mi powiedzieć? 

- Wyznaczyłem dziś chłopcom proste zadanie. Doskonale sobie poradzili. 

-  Zach  odetchnął  głęboko,  by  dodać  sobie  otuchy.  Zdawał  sobie  sprawę,  że 

zostanie skarcony. - Zapłaciłem im za tę robotę. 

- Co? Płacisz im, żeby ci pomagali? To absurd! 

- Nie  rozumiesz,  w  czym  rzecz!  Na  ranczu każdy  za dobrą pracę  dostaje 

godziwe wynagrodzenie. Chłopcy doskonale się spisali. 

- Nie zgadzam się! Wykluczone! Nie mogę przecież... Stanowczo się temu 

sprzeciwiam! - Z ponurą miną skrzyżowała ramiona na piersi. 

Zach westchnął i mimo woli zerknął jej za dekolt. 

-  Kochanie, spójrz na to inaczej. Chłopcy uczą się, że na wszystko trzeba 

zapracować. Poznają wartość pieniądza. Nie sądzę, by Paul roztrwonił swoją 

zapłatę. 

Susan pochyliła głowę i ukryła twarz w dłoniach. 

-  Za dużo tych zmian! Przewróciłeś wszystko do góry nogami, Zach. 

Chętnie przewróciłby w ich życiu jeszcze to i owo. 

RS

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

 

Następnego  ranka  Megan  wyruszyła  do  Nebraski.  Za  kierownicą  auta 

usiadł starszy wiekiem kowboj, do którego Zach miał spore zaufanie. Mimo 

protestów Susan dziadek obiecał, że ilekroć Megan będzie chciała odwiedzić 

rodzinę,  wyśle  po  nią  samochód.  Zach  dodał,  że  przyjedzie  po  nią  przed 

Świętem  Dziękczynienia.  W  tajemnicy  przed  żoną  dał  Megan  sporą  sumę  i 

szeptem wyjaśnił, że to pieniądze na czarną godzinę. Kazał jej dzwonić, gdy-

by miała trudności finansowe. 

- To  za  dużo  -  wymamrotała.  -  Dziadek  także  dał  mi  kieszonkowe.  Nie 

powinnam brać od ciebie pieniędzy. 

- Chcesz, żebyśmy się o ciebie martwili? Staruszkowi szkodzą takie oba-

wy. Jego stan w każdej chwili może się pogorszyć. -Zdecydowanym ruchem 

odsunął jej rękę. Miał poczucie winy, bo nie po raz pierwszy wykorzystywał 

chorobę  dziadka,  by  postawić  na  swoim.  Z  drugiej  jednak  strony  przekonał 

się, że dla kobiet o czułych sercach, takich jak Susan i Megan, jest to argu-

ment nie do odparcia. 

- Nie  można  do  tego  dopuścić.  -  Wystraszona  Megan  otworzyła  szeroko 

oczy. - Dobrze, wezmę pieniądze, byle tylko zachował spokój i szybko wracał 

do zdrowia. 

- Bardzo słusznie. 

Gdy Megan odjechała, Paul chwycił Zacha za rękaw. 

- Co tam, kolego? 

- Czy  masz  dla  nas  jakieś  zajęcie?  -  Chłopiec  pochylił  głowę,  jakby  się 

zawstydził, a potem z uśmiechem popatrzył na Zacha. - Nie chodzi o pienią-

dze. Manuel i ja lubimy pracować na ranczu. 

-  Pytałeś Susan, czy nie ma nic przeciwko temu? 

RS

background image

-  Tak. - Paul uśmiechnął się szeroko. - Powiedziała, że mogę zarabiać, je-

śli  trochę  zaoszczędzę.  -  Wzruszył  ramionami.  -I  tak  postanowiłem,  że  nie 

wydam  ani  grosika.  Wszystko  odłożę.  Kiedy  Susan  zacznie  płakać,  bo  nie 

będzie miała z czego opłacić rachunków, oddam jej swoją skarbonkę. 

Zach  poczuł,  że  ogarnia  go  wzruszenie.  Wziął  Paula  na  ręce  i  mocno 

przytulił. 

- To wspaniały pomysł. Fajny z ciebie chłopak. Jedno ci powiem: nie mu-

sisz się już martwić o siostrę. Obiecuję, że będę się nią opiekować, więc pie-

niędzy  jej  nie  zabraknie.  Ty  jednak  powinieneś  oszczędzać,  żebyś  w  przy-

szłości mógł zadbać o swoją dziewczynę. 

- O rany! Co ty gadasz, Zach? Pewnie dlatego, że nie znasz moich koleża-

nek. Są okropnie nudne! 

- Skoro  mowa  o  nudzie...  Trzeba  się  trochę  rozerwać.  Grają  nowy  film 

Disneya. Chcesz się wybrać do kina? 

-  Mówisz poważnie? Wspaniale! Możemy zabrać Manuela? 

-  Pewnie.  Hester  także  uwielbia  kreskówki.  Chętnie  z  wami  pojedzie. 

Moglibyście zabrać Josephinę. 

- A po co? To głupia smarkula! 

- Kto wie? - odparł Zach z tajemniczym uśmiechem. 

Tego  dnia  Zach  skończył  pracę  wcześniej  niż  zwykle.  Wziął  prysznic  i 

włożył sportowe ubranie. Chłopcy pojechali z Hester do kina, postanowił za-

tem skorzystać z okazji i zabrać Susan do miasta, by kupić jej buty do konnej 

jazdy. Przecież jest żoną ranczera. A może sama wpadła już na ten pomysł i 

przed wyjazdem z Kansas sprawiła sobie kowbojki? Zawsze skrupulatny, po-

stanowił zajrzeć do jej garderoby. Każde z nich miało własną - dostatecznie 

obszerną,  by  pomieścić  rzeczy  na  cały  rok.  Gdy  zajrzał  do  środka,  od  razu 

stwierdził, że obuwie i stroje żony zmieściłyby się w jednej walizce. Potrze-

bowała zaledwie sześciu wieszaków, a na dolnej półce stały dwie pary butów. 

RS

background image

Z ponurą miną próbował sobie przypomnieć, co miała na sobie od chwili, 

kiedy  się  poznali.  Dopiero  teraz  odkrył,  że  kostiumik  z  niebieskiej  dzianiny 

nosił ślady długotrwałego użytkowania. 

- Co ty tutaj robisz? - dobiegł go zdziwiony głos. 

- Wcześniej dziś wróciłaś! - Odwrócił się natychmiast. 

- I dobrze się stało, bo przyłapałam cię, jak myszkujesz w mojej gardero-

bie. - Była oburzona, a na policzkach miała ciemne rumieńce. 

- Kochanie,  wszystko  ci  wyjaśnię.  Uznałem,  że  trzeba  ci  kupić  buty  do 

konnej jazdy i postanowiłem sprawdzić, czy już ich nie masz. Jesteś przezor-

na, więc taki pomysł mógł ci przyjść do głowy. Paul ma przecież kowbojki, 

więc i tobie się należą. 

- Po co? 

- Jesteś żoną ranczera - odparł. 

Susan zmierzyła go tylko nieprzyjaznym spojrzeniem. 

- Bzdura! 

- Susan,  zamierzam  uczyć  cię  jeździć  konno.  Potrzebujesz  odpowiednich 

butów...  no  i  stroju.  W  przeciwnym  razie  możesz  sobie  zrobić  krzywdę.  - 

Pomyślał z rozmarzeniem, jak ślicznie będzie wyglądała w dżinsach. To był 

następny zakup na jego tajnej liście. 

- Nie mam czasu, by jeździć konno. 

Czemu była dziś taka oschła? Gdy wczoraj płakała w jego ramionach, miał 

wrażenie, że nareszcie się do siebie zbliżyli. 

-  Jakieś kłopoty? - spytał pojednawczym tonem. 

-  Nie. 

- Coś cię gryzie - upierał się mimo jej zapewnień. - Kiedy wczoraj... 

- Nie mówmy o tym. Miałam chwilę słabości. To się więcej nie powtórzy. 

Zamierzała wyjść z sypialni, ale Zach nie mógł pozwolić, by się tak roz-

stali. Chwycił ją za ramię i zmusił, by na niego spojrzała. 

RS

background image

- Nie mam pojęcia, co cię ugryzło, skarbie, ale powinnaś mi się zwierzyć. 

Od razu ci ulży. Jeśli zejdziesz na dół i będziesz w złym humorze, wszyscy od 

razu zaczną się martwić. 

- Potrafię ukryć swoje uczucia - odparła natychmiast. -Chyba dowiodłam, 

że dobra ze mnie aktorka. Pod tym względem prawie ci dorównuję. 

- Jasne  -  odparł  pogodnie,  jakby  wszystko  było  w  porządku.  -  A  zatem 

wkrótce  czekają  nas  wielkie  zakupy.  Mam  nadzieję,  że  dobrze  zagrasz  rolę 

żony ranczera. 

-  Wybij to sobie z głowy. 

- Susan, przecież ty nie masz co na siebie włożyć! Każda kobieta... 

- Przestań  mnie  porównywać  ze  swoimi  znajomymi.  Jestem  Susan  Gre-

enwood i mam własne zasady. Musisz to wziąć pod uwagę. Nie licz na to, że 

za  kilka ciuchów  sprzedam  własną  duszę!  -  Podniosła  głos.  Była  tak  wzbu-

rzona, że prawie krzyczała. 

Zach nie miał pojęcia, co ją tak zdenerwowało, ale wiedział, jak temu za-

radzić. Bez słowa wziął ją w ramiona i mocno przytulił. Daremnie próbowała 

go odepchnąć. Stał nieruchomo, nie rozluźniając uścisku. Chciał ją tylko po-

cieszyć. Zrozumiała w końcu, że opór na nic się nie zda i położyła głowę na 

jego ramieniu. W pokoju zapadła cisza. 

-  Wiem, że dużo się ostatnio zmieniło, ale wszystko się ułoży - szepnął, 

gdy  westchnęła ciężko. - Dziadek wraca do zdrowia. Od lat nie był taki po-

godny. Dałaś staruszkowi mnóstwo radości... - Przerwał na chwilę, ale Susan 

milczała, tuląc twarz do jego szyi. Wdychał cudowny zapach jej perfum, zmy-

słowych  i  słodkich  zarazem.  -  Ja  także  czuję  się  przy  tobie  szczęśliwy.  Nie 

sądziłem, że istnieją kobiety takie jak ty. 

Susan poruszyła się w końcu. Niechętnie pozwolił, by wysunęła się z jego 

objęć. Otarła dłońmi policzki mokre od łez i powiedziała cicho: 

RS

background image

-  Dziękuję, Zach. Chciałam cię prosić, żebyś mi nic więcej nie kupował. 

Nie mogę... To mnie przytłacza. Czuję się tak, jakbym stopniowo rezygnowa-

ła ze wszystkiego, co dla mnie ważne. 

Spochmurniał, rozumiejąc, że nic od niego nie chce. Sam niewiele dla niej 

znaczył, ale gdyby odeszła, życie straciłoby sens. 

Gdy westchnęła, obrzucił ją badawczym spojrzeniem. Może potrzebowała 

czasu,  by  przywyknąć  do  nowej  sytuacji.  Miał  prawie  rok,  by  ją  do  siebie 

przekonać.  Czyżby  przedtem  za  wiele  od  niej  wymagał?  Zapewne  tak,  po-

nieważ cierpliwość nie była jego największą zaletą. 

Odetchnął  głęboko  i  poweselał.  Stanął  z  nią  twarzą  w  twarz  i  pogłaskał, 

wilgotny policzek. 

-  Dobrze, kochanie, nie będę próbował cię przekupić, ale pamiętaj, że je-

stem twoim dłużnikiem. Jasne? 

Kiwnęła  głową  ze  smutnym  uśmiechem.  Ledwie  oparł  się pokusie, by  ją 

pocałować.  Pozostała  mu  tylko  cierpliwość.  W  ten  sposób  przełamie  uprze-

dzenia Susan. 

- Jak możesz zwlekać? - awanturował się Pete Lowery. 

- Spokojnie, dziadku, wprawdzie z twoim sercem już lepiej, ale nie powi-

nieneś się tak denerwować. 

- Boże, daj mi cierpliwość! Przecież w czasie kolacji ta dziewczyna trak-

towała cię jak powietrze. 

- Dziadku,  miała  ciężki  dzień  -  odparł  z  westchnieniem  Zach.  -  Daj  jej 

trochę czasu. Znamy się dopiero od dziesięciu dni, a musiała dla mnie zmienić 

całe swoje życie. 

- Paul także, a doskonale się przystosował. 

- To  dzieciak.  Do  szczęścia  wystarczy  mu  obecność  Susan  i  pełny  brzu-

szek. 

RS

background image

- Masz rację - przyznał z uśmiechem Pete. - Wspaniały chłopak, prawda? 

- Trafiłeś w dziesiątkę, Wiesz, na co zamierza odkładać zarobione pienią-

dze? - Zach przytoczył rozmowę, którą odbył niedawno z Paulem. 

- To nadzwyczajny dzieciak! - ucieszył się dziadek. -Miałeś może wiado-

mości od Megan? Dotarła bezpiecznie na uczelnię? 

- Przecież  wyjechała  zaledwie  wczoraj.  Pewnie  dziś  zadzwoni  -  mruknął 

Zach. 

- Moim  zdaniem  powinniśmy  jej  kupić  dobre  auto,  żeby  mogła  przyjeż-

dżać do domu, kiedy zechce. Nie podoba mi się, że studiuje tak daleko i musi 

korzystać z cudzej uprzejmości, by wpaść do rodziny. 

Zach uśmiechnął się ukradkiem. Teraz wiadomo, po kim odziedziczył nie-

cierpliwość. Dopiero uczył się nad nią panować, ale już teraz patrzył na wiele 

spraw oczyma żony. 

- To nie jest dobry pomysł. Lepiej nie dyktujmy Susan, jak ma postępować 

z najbliższymi. To jej sprawa. 

- Do  diabła, a  my,  kim  dla  niej  jesteśmy?  Weszła  przecież  do  naszej  ro-

dziny. Mamy prawo się wtrącać. 

- Niezupełnie. - Zach pokręcił głową. - Jeśli Susan i ja postanowimy... Gdy 

naprawdę będziemy razem, przyjdzie czas, by porozmawiać o twoim pomy-

śle. Musimy tak nią pokierować, żeby sama na to wpadła. Na razie działamy z 

wdziękiem i subtelnością walca drogowego. 

- Susan  nie  czuje  się  tu  szczęśliwa?  -  ponuro  wymamrotał  Pete,  a  Zach 

poczuł, że coś ściska go za gardło. 

- Jest trochę przytłoczona. 

Pete obrzucił wnuka badawczym spojrzeniem i zmrużył oczy. Zach poczuł 

się nieswojo. Zdawał sobie sprawę, że dziadek potrafi sprytnie kierować po-

czynaniami innych ludzi. 

- Jak długo zamierzasz czekać? 

RS

background image

- Nie wiem, dziadku. Miesiąc, może dwa... 

- Tak długo? Dzieci to ważna sprawa. Nie można z tym zwlekać! 

Zach czuł, że ogarnia go wściekłość. Od lat nie reagował w ten sposób na 

uwagi staruszka. Jako nastolatek buntował się dla zasady, ale potem zwykle 

ustępował dziadkowi w trosce o jego zdrowie. 

-  Mniejsza  o  potomstwo  -  oznajmił,  zrywając  się  na  równe  nogi.  -  Dla 

mnie najważniejsze jest szczęście Susan. Nie będę jej do niczego zmuszać i 

tobie również odradzam. - Wybiegł z pokoju. Miał nadzieję, że po tej rozmo-

wie dziadek przestanie gadać o wnukach. 

W głębi ducha Zach pragnął mieć dziecko z Susan. Co noc śnił, że trzyma 

ją w ramionach i robi wszystko, by spełnić to marzenie. 

Susan nie spieszyła się do domu. Maleńki gabinet w jadłodajni stał się dla 

niej bezpiecznym schronieniem. 

Nieco znużona poszła do głównej sali na kawę. Gości było niewielu, więc 

kelnerka Brenda dawała sobie radę. Susan odetchnęła z ulgą; na szczęście nie 

musiała  podawać  gościom  kawy.  Przy  takich  okazjach  zawsze  wspominała 

pierwsze spotkanie z Zachem. 

- Jeszcze tu jesteś? - usłyszała głos Maggie, która wbiegła do restauracji. 

- Jak widzisz... A co ty tu robisz tak późno? 

- Muszę  dokończyć  sprawozdanie  finansowe  za  ostatni  miesiąc.  Nasze 

obroty i zyski rosną coraz szybciej - odparła z uśmiechem. 

- Wspaniała nowina. 

Zaniepokojona Maggie zmrużyła oczy i spytała: 

- Masz trochę czasu? Chętnie wypiję z tobą kawę. 

- Oczywiście. 

Susan  przygotowała  siostrze  filiżankę  mocnego  napoju i  machinalnie  ru-

szyła  w  stronę  rodzinnego  stolika.  Ze  względu na  wspomnienia  chętnie wy-

RS

background image

brałaby inne miejsce, ale Maggie zaczęłaby wówczas podejrzewać, że coś ją 

trapi. 

- Jak tam Ginny i James? - spytała, gdy usiadły. Lepiej podsunąć Maggie 

właściwy temat, nim się zorientuje, że siostra ma kłopoty. 

- Doskonale.  Ta  mała  to  istny  żandarm  -  odparła  z  uśmiechem.  -  W  po-

przednim wcieleniu była pewnie pruskim kapralem. 

-  Może z tego wyrośnie. - Susan zachichotała. - Oby tak było! A co u cie-

bie? 

- U  mnie?  -  powtórzyła  machinalnie  Susan.  Miała  nadzieję,  że  jej  głos 

brzmi pogodnie. - Wszystko w porządku. 

- Czyżby? Odnoszę wrażenie, że coś cię trapi. 

- Masz  rację.  Skończyłam  dziś  folder  reklamowy  i  oddałam  go  Kate. 

Obiecała, że wkrótce powie, co o nim myśli. 

- Jeszcze do ciebie nie dzwoniła? Zabrała go do domu i pokazała mi dziś 

rano,  gdy  wpadłam  do  niej  na  chwilę.  Obie  byłyśmy  zachwycone.  Kate  od 

razu zawiozła makietę do drukarni. 

- Cudownie!  Tak  bardzo  się  starałam!  W  ten  sposób  chciałam  wam  po-

dziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłyście. 

- Straszny z ciebie uparciuch! Zrozum nareszcie, wariatko, że należysz do 

rodziny. - Maggie rzuciła jej karcące spojrzenie. - To oczywiste, że nawzajem 

sobie  pomagamy.  Ja  również  mam  wobec  ciebie  dług  wdzięczności.  Josh 

nigdy by na mnie nie spojrzał, gdyby nie metamorfoza, do której mnie namó-

wiłaś.  Moim  zdaniem  powinnaś  teraz  założyć  własną  agencję  reklamową. 

Masz talent i możesz zbić fortunę. 

- Nie przesadzajmy z tą metamorfozą - odparła uradowana Susan. - Mia-

łam doskonałą modelkę, a poza tym Josh był już w tobie zakochany. 

- A co z Zachem? Wyznał ci miłość? 

RS

background image

Pytanie padło, gdy Susan uznała, że niebezpieczeństwo minęło. Zabrakło 

jej tchu, a w oczach stanęły łzy. 

- Nie. Przecież my tylko udajemy. Już ci mówiłam. 

- Zrób kilka głębokich oddechów. Łatwiej ci będzie odzyskać spokój. Nie 

chciałam cię urazić. - Maggie wyciągnęła rękę i uścisnęła dłoń siostry, 

- Te wszystkie zmiany, które zaszły ostatnio... Zach jest przemiły, ale za-

chowuje się tak przez wzgląd na dziadka - wyznała płaczliwie Susan. 

- Nie przeszkadzam? Mogę się do was przyłączyć? - Do jadłodajni wpadła 

Kate. 

- Siadaj  -.  powiedziała  Susan  drżącym  głosem.  Miała  nadzieję,  że  będą 

rozmawiać o firmie, siostrzeńcach, pogodzie... Zach Lowery to dziś temat ta-

bu. 

Kate wymieniła z Maggie porozumiewawcze spojrzenie. 

- Susan,  folder  to  istne  cudo!  Drukarz  był  zachwycony.  Od  razu  zaczął 

wypytywać, czy szukasz nowych klientów. 

- Sama nie wiem. - Susan nie spodziewała się, że tak szybko pojawią się 

kolejne zamówienia. - Mam etat w naszej firmie, więc sama rozumiesz... 

-  Po skończeniu projektu będziesz miała trochę wolnego czasu. Nie nale-

ży  przesadzać  z  reklamą,  bo  skutek  może  być  odwrotny  do  zamierzonego. 

Póki  nie  rozpoczniemy  nowej  kampanii,  popracuj  trochę  dla  innych.  Masz 

biuro i sporo inwencji, więc nic nie stoi na przeszkodzie. - Kate uśmiechnęła 

się porozumiewawczo. - Tylko nie marudź, bo już podjęłam za ciebie decyzję. 

Dostałaś nowe zamówienie. 

Maggie nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. 

- Kate, moim zdaniem Susan powinna sama dokonać wyboru! 

- Racja, ale stało się i klamka zapadła. Zażądałam wysokiego honorarium. 

To cię od razu ustawi w środowisku. Ustaliłam z drukarzem, że twoja mini-

malna gaża za projekt folderu powinna wynosić pięć tysięcy dolarów... 

RS

background image

Susan przez moment nie była w stanie wykrztusić słowa. 

-  Tak dużo? Ale... 

-  Plus zwrot wszelkich kosztów - dodała z tryumfem Kate. Siostry uznały, 

że nie warto się z nią spierać. Susan w milczeniu ścisnęła jej dłonie, a po 

chwili powiedziała: 

-  Dzięki. To wspaniała nowina. 

Kate nagle spoważniała, odetchnęła z ulgą i powiedziała: 

- Cieszę się, że tak to przyjęłaś. Nie chcę na tobie niczego wymuszać. To 

specjalność Zacha. 

- Jest w sytuacji bez wyjścia. Ma na uwadze dobro dziadka - wpadła jej w 

słowo Susan. 

Maggie rzuciła jej badawcze spojrzenie. 

-  Mam nadzieję, że nie próbował cię do niczego zmusić, a wszystkie de-

cyzje podejmowałaś samodzielnie. 

Susan zarumieniła się niespodziewanie. Byłoby lepiej, gdyby zapomniała, 

że niedawno Zach ją całował, tulił w ramionach i pocieszał. Nie powinna się 

na to godzić, a jednak ulegała pokusie. 

-  Nic się nie dzieje wbrew mojej woli. Muszę przyznać, że Zach jest bar-

dzo opiekuńczy wobec Paula i Megan. 

- To ona jest na ranczu? - wypytywała Kate. 

- Wpadła tylko na jeden dzień. Zostawiłam jej w akademiku wiadomość o 

zmianie  adresu.  Dowiedziała  się  przypadkiem  o  ślubie  i  przyjechała  spraw-

dzić,  co  u  nas  słychać.  Gdy  w  poniedziałek  wróciłam  z  miasta,  czekała  na 

mnie u Lowerych. 

- Jak to wszystko przyjęła? 

- Bardzo spokojnie. Niestety, Zach i Pete przywykli decydować za innych. 

Dziadek  od  razu  zaczął  przekonywać  małą,  żeby  zmieniła uczelnię  i  studio-

wała w Kansas. 

RS

background image

- Co na to Megan? 

- Chętnie by się zgodziła. Wyznała mi, że w Nebrasce czuje się samotna i 

tęskni za rodziną. 

- Biedactwo! Siostrzyczko, mam pomysł. Skoro Megan woli tu studiować, 

trzeba jej to umożliwić. Zyski z jadłodajni nie są mi teraz potrzebne. Maggie 

także ma wysokie dochody dzięki firmie Josha i swojej. Przeznaczymy nasze 

pieniądze na edukację Megan. 

- Kate  ma  rację  -  dodała  uradowana  Maggie.  -  Założymy  także  fundusz 

powierniczy  dla  Paula.  Gdy  zacznie  studiować,  nie  będzie  musiał  liczyć  na 

stypendium. 

Policzki  Susan  znów  były  mokre.  Do  tej  pory  rzadko  płakała.  Tylko  w 

samotności  pozwalała  sobie  na  taki  luksus.  Dopiero  od  niedawna  wylewała 

potoki łez. 

- Jesteście bardzo hojne, ale naprawdę nie trzeba... 

- Pomagamy ci, bo nam to sprawia przyjemność - odparła czule Maggie. 

-  W takim razie zgoda. Wymyśliłyście doskonałe rozwiązanie. Jej siostry 

zaniemówiły, całkowicie zaskoczone tą nagłą kapitulacją. 

-  Cudownie!  -  Kate  jako  pierwsza  przyszła  do  siebie.  -  Zakładamy  fun-

dusz  powierniczy  dla  Megan  i  Paula!  Kiedy  mała  załatwi  przeniesienie  do 

Kansas? Mogłybyśmy... 

- Chwileczkę! Mam jeden warunek. - Susan uciszyła ją, podnosząc dłoń. 

Zastanawiała się przez chwilę. - Niech przez rok studiuje w Nebrasce. W ma-

ju przeniesie się do Kansas i zamieszkamy razem jak dawnej. 

- Po co tak komplikować sprawę? - niecierpliwiła się Kate. 

- Nie chcę, żeby się przyzwyczaiła do wizyt na ranczu. Wie, że moje mał-

żeństwo to fikcja, ale jest pod urokiem Lowerych i dlatego niechętnie przyj-

muje  do  wiadomości moje  wyjaśnienia.  -  Susan  westchnęła  ciężko.  -  Każdy 

chce wierzyć, że baśń może stać się rzeczywistością. 

RS

background image

- Będzie, jak sobie życzysz - oznajmiła stanowczo Maggie, nie zwracając 

uwagi na karcące spojrzenia Kate. - Tak czy inaczej, my płacimy za utrzyma-

nie Megan, chociaż będzie studiowała w Nebrasce. 

- Wykluczone. Zarobiłam dość... 

- Obiecałaś! Nie możesz cofnąć danego słowa - przerwała Kate. Spojrzała 

na zegarek. - Dziewczyny, strasznie się zasiedziałyśmy. Pora wracać do mę-

żów. 

Wstały jednocześnie, zabrały torebki i pobiegły do swoich aut. Susan po-

machała siostrom na pożegnanie i ruszyła w kierunku rancza. Chętnie wracała 

do  domu.  Otwierały  się  przed  nią  ciekawe  perspektywy.  Wkrótce  sama  za-

cznie decydować o swoim życiu. I będzie ją na to stać. 

RS

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Zach utwierdził się w swojej decyzji: cierpliwością wiele można osiągnąć. 

Susan  wróciła  do  domu  w  doskonałym  humorze.  Podczas  kolacji,  ciągle 

uśmiechała się do niego. 

Miał całkowitą rację; spokój i wyrozumiałość to klucz do serca tej kobiety. 

Byle tylko mógł zmusić swoje ciało do posłuszeństwa! Gdy nadejdą zimowe 

chłody, lodowate prysznice mogą mu zaszkodzić. 

- Rosa i ja zabraliśmy chłopców oraz Josephine do szkoły. Paula i Manu-

ela zapisaliśmy do jednej klasy, małą zaś do przedszkola - oznajmił podczas 

kolacji. 

- Naprawdę? Były jakieś trudności? 

- Żadnych!  -  Paul  energicznie  pokręcił  głową.  -  Poznałem  naszą  panią. 

Bardzo lubi Zacha. 

- Nie wątpię - odparła chłodno Susan, obserwując, jak brat nakłada sobie 

kolejną porcję sałatki z pomidorów. 

- Jest moją koleżanką z dzieciństwa ~ tłumaczył Zach. Musiał natychmiast 

wyjaśnić,  że  z  nauczycielką  nic  go  nie  łączy.  -  Ma  męża,  a  znamy  się  ze 

szkoły. 

- Jak miło - mruknęła Susan i utkwiła spojrzenie w talerzu. 

- Manuel i ja będziemy siedzieć w jednej ławce - oznajmił Paul. 

- Wspaniale.  -  Susan  nie  wyglądała  na  zachwyconą.  -  Mam  nadzieję,  że 

nie  usłyszę  złego  słowa  o  waszym  zachowaniu.  Znasz  już  swój  plan  lekcji? 

Napisz mi, o której zaczynasz naukę. W drodze do pracy będę was podwoziła. 

- Ale Zach powiedział, że możemy jeździć codziennie jego dżipem - ma-

rudził Paul. 

RS

background image

- Twoja siostra ma rację - usłyszała nagle głos męża. - Lepiej, żeby Susan 

was odwoziła. Ranki zwykle mam zajęte. 

Przyjrzała mu się uważnie, ale nic nie powiedziała. 

- Co tam w pracy? - zagadnął Pete, spoglądając na Susan. 

- Bardzo dobrze. Mam nawet pewne sukcesy. 

- Chcesz zrobić karierę? 

Zach omal nie zakrztusił się sałatką. Przeczuwał, o co chodzi staruszkowi. 

- Ależ, dziadku... 

- Nie rozumiem, w czym problem. - Susan wyglądała na zdezorientowaną. 

Pete,  który  jadł  siedząc  w  wygodnym  fotelu,  pochylił  się  w  jej  stronę  i 

wyjaśnił: 

- Wnuki! Gdy będziecie mieli dzieci, przestaniesz pracować, zgoda? 

- Dziadku - ponownie wtrącił Zach. - Nie zamęczaj jej takimi pytaniami. 

Susan  przyglądała  się  uważnie,  jakby  go  o  coś  podejrzewała.  A  to  drań, 

pomyślała z przyzwyczajenia, ale natychmiast się zreflektowała. Próbował jej 

pomóc! Później z pewnością oberwie mu się za to od dziadka. 

- Tak sobie tylko myślałem... - mruknął staruszek. 

- Lepiej skończmy szybko kolację - powiedział Zach. -W telewizji będzie 

dobry film. Pomyślałem, że możemy go razem obejrzeć. 

Wszyscy zabrali się do jedzenia. Zach odetchnął z ulgą i obiecał sobie, że 

musi  znowu  porozmawiać  z  dziadkiem.  Rodzinne kolacje  staną  się  koszma-

rem, jeśli staruszek nie przestanie odgrywać roli leciwego Amora. 

Gdy usiedli w salonie przed telewizorem, Pete tak wszystko zaaranżował, 

że Susan i Zach znaleźli się obok siebie na kanapie. Zachęcił również Paula, 

aby usadowił się obok siostry, więc całej trójce było dość ciasno. I o to cho-

dziło! 

RS

background image

Zach obiecał sobie, że będzie cierpliwy, ale nie mógł się oprzeć pokusie i 

objął  Susan.  Położyła  głowę  na  jego  ramieniu  i przytuliła  się  lekko.  Jej bli-

skość sprawiła, że rozmarzony Zach niewiele zapamiętał z treści filmu. 

Zach pracował w zagrodzie dla koni. Czyścił właśnie źrebaka, gdy pode-

szła do niego Hester. 

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - zagadnęła. 

- Skądże! Witaj, Hester. Czy coś się stało? 

-  Nie. Dzwoniła Susan i prosiła, żebyś o piątej spotkał się z nią w hotelu 

Plaza. 

-  Czy powiedziała, o co chodzi? - Zach był wystraszony. 

- Nie. Wspomniała tylko, że ma tam kilka spraw do załatwienia. Będzie na 

ciebie czekać. - Hester odwróciła się i ruszyła w stronę domu. 

- Jesteś pewna, że to była Susan? O piątej, tak?! - krzyknął za nią Zach. 

- Tak.  Powiedziałam  jej,  że  się  spóźnisz,  bo  musisz  się  jeszcze  ogolić  i 

wykąpać. 

Zach spojrzał na brudne dżinsy i przepoconą koszulę; machinalnie potarł 

zarośniętą szczękę. Powinien się pospieszyć. Wypuścił źrebaka na pastwisko i 

szybkim krokiem ruszył w stronę domu. 

Pół godziny później wskoczył do swojego dżipa. Ubrany był w czystą ko-

szulę i nowe dżinsy. Na wypadek gdyby Susan miała jakieś plany na wieczór, 

do walizki zapakował elegancki strój. 

-  Dzień dobry, panie Lowery - przywitał go recepcjonista w hotelu. - Oto 

pańska karta magnetyczna. Wszystko jest przygotowane. 

Zach spojrzał na niego kompletnie zaskoczony. 

- Dziękuję. Moja żona już przyjechała? 

- Jeszcze nie. 

RS

background image

W  windzie  Zach  przyjrzał  się  karcie  otwierającej  zamek.  Ponownie 

umieszczono  ich  w  apartamencie  dla  nowożeńców.  Czyżby  Susan  zmieniła 

zdanie co do wspólnoty łoża? Cóż to miało oznaczać? 

Zdenerwowany  raz  po  raz  niecierpliwie  naciskał  guzik  ostatniego  piętra. 

Gdy dotarł na miejsce, przystanął w korytarzu i zaczerpnął tchu. Obiecał so-

bie, że będzie cierpliwy, pozwoli więc, by to ona zrobiła pierwszy krok... 

Przyjdzie czas, gdy i on zaspokoi swoje pragnienia... 

Wszedł do apartamentu, od razu skierował się do sypialni, schował wali-

zeczkę do szafy, a wychodząc, ukłonił się żartobliwie małżeńskiemu łożu. 

Tej nocy kanapa nie będzie potrzebna. 

Wrócił  do  salonu  i  nerwowo  zaczął  chodzić  z  kąta  w  kąt.  Dopiero  po 

chwili zauważył stojące na stole srebrzyste wiaderko. Były w nim kostki lodu 

i butelka szampana. Obok leżał bilecik. 

Zach natychmiast go otworzył. 

„Cierpliwość nie popłaca. Baw się dobrze, chłopcze". 

Zach z wrażenia usiadł na kanapie. Przymknął oczy, a na jego twarzy po-

jawił się wyraz bezgranicznego cierpienia. Dziadek znowu go wrobił! 

W tej samej chwili drzwi otworzyły się szeroko i stanęła w nich Susan. 

- Zach, co się dzieje? Ktoś do mnie dzwonił. Podobno miałam się z tobą tu 

spotkać. - Podeszła bliżej, a jej wzrok padł na butelkę szampana. - Co to ma 

znaczyć? 

- Dziadek  chce,  żebyśmy  trochę  czasu  spędzili  we  dwoje  -  wyjaśnił  zre-

zygnowany. 

Nim  Susan  zdążyła  odpowiedzieć,  ktoś  zastukał  do  drzwi.  Zach  wstał  z 

fotela i otworzył. 

W korytarzu czekał starszy wiekiem mężczyzna w ciemnym garniturze. 

RS

background image

-  Dobry  wieczór. Nazywam się James Pruitt i jestem dyrektorem hotelu. 

Pański dziadek prosił, abym wręczył państwu te prezenty. - Wskazał leżące na 

podłodze dwa spore pudełka. 

Zach nie miał wyboru; sięgnął po nie i wniósł do apartamentu. Mężczyzna 

wszedł za nim i położył na stoliku kopertę. Kiedy Zach po nią sięgnął, Pruitt 

ukłonił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. 

Zach otworzył kopertę. Wewnątrz znajdowały się bilety do teatru oraz in-

formacja, że kolacja zostanie podana o siódmej. 

-  A niech to szlag trafi! - mruknął Zach. 

Dziadek był zdecydowany na wszystko, byle tylko uczynić z ich związku 

prawdziwe małżeństwo. 

- Nic się nie stało - uspokajała go Susan. - Przecież on... 

- Mniejsza z tym. A to drań! Bilety do teatru, kolacja w najlepszej restau-

racji... Pewnie kupił nam też odpowiednie stroje. 

Gdy otworzyli pudełka, okazało się, że Zach miał rację. Susan nie chciała 

nawet  myśleć,  ile  to  musiało  kosztować.  Jednak  gdy  zobaczyła  swoją  kre-

ację... 

- Jest cudowna - wyszeptała z zachwytem. 

- Będzie  wyglądała  jeszcze  lepiej,  gdy  ją  na  siebie  włożysz  -  oznajmił  z 

uśmiechem Zach. - Idziemy na przedstawienie? 

-  Nie chcemy przecież zrobić dziadkowi przykrości. Perspektywa spędze-

nia wieczoru, a może i nocy z Susan była kusząca, ale Zach czuł, że musi być 

z nią całkowicie szczery. 

- Kochanie...  -  Nagle  zrobiło  mu  się  sucho  w  ustach.  -Dziadek  wie  o 

wszystkim. 

- Słucham? - Popatrzyła na niego. Była zaskoczona. - Dowiedział się, że 

nie jesteśmy małżeństwem? 

RS

background image

- Co ty opowiadasz? Wzięliśmy ślub! - przerwał nagle Zach. - Nie doszło 

wprawdzie... 

- Powiedziałeś mu? - Susan upuściła sukienkę, która wpadła do pudełka. 

- Nie, sam do tego doszedł. 

- Niesamowite! - zawołała, osuwając się na kanapę. - Kiedy ci to powie-

dział? 

- W poniedziałek, kiedy Megan nas odwiedziła. 

- Cztery dni temu? Jak mogłeś pozwolić, żebym tak długo robiła z siebie 

idiotkę? Czemu mnie dręczysz? Ty... 

- A co miałem zrobić? Byłaś taka szczęśliwa i zadowolona! Miałem ci to 

odebrać? - Zachowi brakowało słów. 

Susan odsunęła się od niego i rozejrzała po pokoju. Szukała torebki. 

- Wyjeżdżamy natychmiast! 

- Nic z tego! Dziadek zna prawdę, ale to nie oznacza, że twoje odejście nie 

zrani  staruszka.  Pomyśl  także  o  Paulu!  Chcesz  go  rozdzielić  z  najlepszym 

przyjacielem, z dziadkiem... ze mną? 

Susan cierpiała; targały  nią  mieszane  uczucia.  W  głębi duszy  nie chciała 

zostawiać Zacha ani opuścić rancza. Bała się, że znowu będzie całkiem sama. 

Miłość uczyniła ją słabą i bezwolną - tak jak się tego obawiała. 

Nie mogła też zostać. 

- Umawialiśmy się, że będziemy razem do czasu, gdy dziadek wydobrzeje. 

Czuje  się  wspaniale,  a  zatem...  -  Ruszyła  ku  drzwiom  i  próbowała  ominąć 

Zacha, który zastąpił jej drogę. 

- Według umowy mamy spędzić we dwoje cały rok. Obiecałaś to mnie i 

Paulowi. 

- Pozwól mi wyjść. 

- Wykluczone! Nigdy się nie zgodzę, żebyś mnie opuściła. - Przytulił ją i 

mocno pocałował. 

RS

background image

Czy mogła się poddać jego uściskowi? Czemu pragnęła go tak mocno? 

Matka zawsze traciła nad sobą panowanie, ilekroć w pobliżu zjawiał się męż-

czyzna. Susan postanowiła, że nigdy nie powtórzy jej błędu. 

Czy mogła się bronić, skoro Zach obejmował ją tak delikatnie? Jego usta 

czule musnęły jej wargi. Objęła go za szyję i przytuliła się do szerokiej piersi. 

Pocałowała  go  tak  zachłannie,  że  całkiem  zaskoczyła  i  siebie,  i  jego. 

Przysunęła  się  bliżej,  chciała  się  w  niego  wtulić,  stać  jednością  ze  swoim 

mężczyzną. 

Zach  bez  pośpiechu  zdjął  jej  żakiecik,  a  potem  koszulkę.  Palce  Susan 

myszkowały  niecierpliwie  przy  guzikach  jego koszuli,  a potem  rozerwały  ją 

nagłym szarpnięciem. Przesunęła dłońmi po torsie ukochanego, jakby chciała 

zapamiętać każdy szczegół. 

Zorientowała się, że idą wolno w kierunku sypialni. Wiedziała, że w każ-

dej chwili może się sprzeciwić, a Zach uszanuje jej decyzję. 

Była panią sytuacji. 

Po  raz  pierwszy  w  życiu  z  całego  serca  pragnęła  mężczyzny.  Chciała  z 

nim być, mimo że jej nie kochał. Nie sprzeciwiała się temu, co miało nastąpić. 

Przeciwnie, pomogła Zachowi się rozebrać. Ściągnęła z niego koszulę i roz-

pięła mu dżinsy. Nie protestowała, gdy zaczął pieścić jej ciało. Poczuła, jak 

przepływa przez nią tajemnicze ciepło. Gdy ogarnęły ją fale pożądania, opa-

dła na łóżko i spojrzała na Zacha. 

-  Kochanie, do niczego cię nie zmuszam, prawda? Chcesz tego tak samo 

jak ja. 

-  Tak - wyszeptała łamiącym się głosem. 

Jedno słowo rozwiało wszelkie wątpliwości. Susan westchnęła, gdy zaczął 

ją  pieścić.  Całe  życie  czekała  na  moment,  kiedy  stanie  się  jednością  z  uko-

chanym mężczyzną. 

To bez znaczenia, że on jej nie kocha. 

RS

background image

Zach byt wspaniały. Drażnił, zachęcał i dawał jej rozkosz, o jakiej nawet 

nie śniła. Starała się odwzajemnić pieszczoty. 

Kiedy wszedł w nią, gdy wszystko stało się jasne, a jej ostatnia tajemnica 

została ujawniona, spojrzał na nią z przerażeniem i zachwytem. 

-  Susan, ty jeszcze nigdy... 

Uśmiechnęła się i czule cmoknęła go w policzek. 

-  Tak, kochany. 

Całowali się namiętnie, a pożądanie rozgorzało w nich na nowo. Kochali 

się aż do utraty tchu. 

Jej pierwszy raz... 

Marzył o tej chwili, gdy nocowali w tym apartamencie, ale nie śmiał nawet 

przypuszczać, że ukryte pragnienia staną się rzeczywistością. Ta noc sprawiła, 

że pokochał ją jeszcze mocniej. 

Była cudowna, dobra, łagodna i zachwycająca. 

- Powinnaś mnie była uprzedzić. Wystraszona Susan zastygła w bezruchu. 

- Czemu? 

- Byłbym ostrożniejszy. Mam nadzieję, że nie sprawiłem ci bólu. 

- Skądże! Było wspaniale. Mam nadzieję, że cię nie rozczarowałam. 

-  Co ty opowiadasz? O mało nie umarłem ze szczęścia. Uspokojona wtu-

liła się w jego ramię. 

-  Śpij słodko, moja kochana - szepnął Zach, widząc, że oczy same jej się 

zamykają. 

Nie mógł się napatrzeć na twarz, włosy i ciało Susan. Gdy ułożył się do 

snu, dotknął jej ramienia, by upewnić się, że ukochana istnieje naprawdę. 

Kilka  godzin  później  Susan  obudziła  się  sama  w  wielkim  łóżku.  Gdy 

przypomniała sobie, co dziś zaszło, skoczyła na równe nogi. 

RS

background image

O mój Boże! - jęknęła, uświadamiając sobie konsekwencje tego faktu. Nie 

używała żadnych środków zapobiegających ciąży. Zachowała się bezmyślnie 

- zupełnie jak matka. 

-  Nie powtórzę jej błędów - powiedziała do siebie. Kochała Zacha i dla-

tego mu się oddała. Jeśli owocem jej miłości będzie dziecko, sama wychowa 

swoje maleństwo. 

Usiadła na łóżku i naciągnęła kołdrę. Dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo 

przypomina swego ojca. On również mimo trudności samotnie opiekował się 

córkami. 

Wiedziała, że musi opuścić ranczo. Sprawi przykrość Zachowi, dziadkowi 

i Paulowi, ale wyjazd jest konieczny. Nie mogła żyć obok Zacha, udając, że 

są małżeństwem. Po tej nocy to wykluczone, 

Właśnie  zamierzała  wstać  z  łóżka,  gdy  drzwi  nagle  się  otworzyły  i  Zach 

wszedł do sypialni. Wycierał ręcznikiem mokre włosy. 

-  Widzę, że się obudziłaś. Masz ochotę coś zjeść? 

Gdy tak stał z wilgotną czupryną, otulony szlafrokiem, był jeszcze bardziej 

pociągający.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  po  upojnym  wieczorze  znowu  go  pra-

gnie. 

-  Nie mam apetytu - odparła z roztargnieniem. 

-  A  ja  przeciwnie...  Byłem  straszliwie  głodny.  Kazałem  przynieść  kilka 

kanapek. Nie zapominaj, że mamy zamówioną kolację, 

- Nie, dziękuję. Lepiej się ubiorę... 

- Chcesz iść do teatru? - spytał zaskoczony. 

- Nie. Wrócę na ranczo i zacznę się pakować. 

O  co  mu  chodzi,  pomyślała.  Jedna  wspólna  noc  wcale  nie  oznacza,  że 

spędzimy we dwoje resztę życia. 

-  Nie możemy być razem, Zach - wyszeptała. Łzy napłynęły jej do oczu. 

-  Dlaczego? 

RS

background image

-  Myślisz, że po tym, co się dzisiaj stało, będę w stanie udawać przykład-

ną żonę? Nie męcz mnie! Jak mam wytrzymać rok... 

Objął ją i mocno przytulił, a potem czule i namiętnie pocałował w usta. 

- Nie opuścisz mnie, kochanie. Jesteś moją żoną. Nie wyjedziesz z naszego 

domu ani teraz, ani w maju. Nigdy nie pozwolę ci odejść. Spalę tę przeklętą 

umowę! Zjem ją, jeśli będzie trzeba! Nie pozwolę, żebyś odeszła. 

- Jak to? - W jej głosie wyczuwało się zaskoczenie i nadzieję. 

- Bo cię kocham, głuptasie - wyszeptał. - Nie sądziłem, że istnieje kobieta, 

którą  mógłbym  pokochać.  Nie  pozwolę,  żebyś  mnie  opuściła.  Przy  tobie je-

stem szczęśliwy. 

- Ja też  cię kocham,  Zach  -  odparła  Susan.  Po jej policzkach płynęły  łzy 

szczęścia, a głos odmówił posłuszeństwa. Po chwili wykrztusiła z trudem: 

- Myślałam, że to już koniec. Skoro dziadek wie o wszystkim, nie ma sen-

su ciągnąć przedstawienia. 

- To  już  przeszłość.  Sama  widzisz,  że  nie  zdołałem  oprzeć  się  twojemu 

urokowi, skarbie. 

-  Wiem. Chyba mnie przekonałeś. 

-  Zrobiłem, co w mojej mocy - odparł żartobliwie. Oboje roześmieli się 

głośno. Byli szczęśliwi. 

-  Niech się wszyscy dowiedzą, że będziemy razem aż po kres naszych dni 

- rozmarzonym głosem powiedziała Susan i pocałowała Zacha w policzek. 

-  Może później im powiemy - mruknął, całując ją w usta. I znów kochali 

się aż do utraty tchu. 

RS

background image

EPILOG 

 

 

Susan  leżała  wsparta  na  poduszkach.  Przez  uchylone  drzwi  słyszała,  jak 

Zach  rozmawia  z  boyem  hotelowym.  Miała  nadzieję,  że  mąż  się  pospieszy; 

była okropnie głodna. 

Wkrótce do sypialni wszedł Zach. W rękach trzymał tacę z mnóstwem na-

czyń. 

-  Podano  obiad,  proszę  jaśnie  pani  -  oznajmił  z  szerokim  uśmiechem.  - 

Myślę, że obsługa cieszy się z naszego święta tak samo jak my. 

To była druga rocznica ich ślubu. W zeszłym roku także obchodzili ją w 

hotelu Plaza. 

Zach postawił tacę przed żoną i spojrzał czule w błękitne oczy Susan. 

- Wygodnie ci? - spytał z troską w głosie. 

- Tak, ale będzie przyjemniej, jeśli do mnie dołączysz. Zach przyniósł 

drugą tacę i usiadł obok żony. Popatrzył na 

jej brzuch i spytał: 

-  Jak się sprawuje junior? 

- Strasznie kopie. Może tańczy? Odezwała się irlandzka krew mojego ojca. 

- Mam nadzieję, że nie odziedziczy po nim temperamentu. Kate mówi, że 

był wyjątkowo narwany. 

Susan uśmiechnęła się promiennie. Ich syn powinien mieć siłę przebicia, 

by wywalczyć sobie należne miejsce w rozrastającej się rodzinie. W kwietniu 

Kate  urodziła  córeczkę,  a  dziecko  Maggie  oraz  syn  Zacha  i  Susan  miały 

przyjść na świat w listopadzie. Josh twierdził, że ta sytuacja przypomina mu 

wyścig, ale Susan nie zwracała uwagi na te żarty. 

- Myślę, że mały ćwiczy rzucanie lassem - stwierdził po chwili Zach. 

RS

background image

- Całkiem możliwe. Paul nie rozstaje się z kawałkiem sznurka, który mu 

dałeś. 

- Ma dobre  oko.  Dziadek mówi,  że  w  jego  wieku  gorzej  sobie  radziłem. 

Już planuje małemu karierę na rodeo. 

- Później o tym porozmawiamy, ale ostrzegam, że zabiorę mu lasso, jeśli 

znów złapie na nie Josephine. 

- Nie martw się - uspokoił ją Zach. - Uciąłem sobie z Paulem i Manuelem 

pogawędkę o tym, jak kowboj powinien traktować dziewczyny. 

- Jesteś w tej dziedzinie ekspertem - powiedziała cicho, gładząc męża po 

policzku. 

- Dziękuję  za  komplement.  Cóż,  praktyka  czyni  mistrza.  Chciałbym  do-

szlifować nieco mój talent. - Odsunął tacę i objął ją delikatnie. 

Tak  samo jak przed  rokiem  zapomnieli  o  pysznym  obiedzie.  Kochali  się 

do utraty tchu. 

I tak powstała nowa rodzinna tradycja... 

RS


Document Outline