background image

KAREN ROSE SMITH  

 

Ten niezwykły, wymarzony 

(Just the Man She Needed

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Slade  Coleburn  prowadził  bardzo  ostrożnie.  Za  szybą  furgonetki  coraz  gęściej  padał 

śnieg, ograniczając widoczność. Nie śniegiem jednak się martwił, ale brakiem paliwa w baku. 

Jechał na zapasie, a do Billings miał jeszcze co najmniej godzinę drogi. Nie dojedzie! A tak 

liczył na stację benzynową na ostatnim odcinku drogi przez Montanę.  

Po prawej stronie szosy dostrzegł snop światła z wysoko umieszczonego reflektora, a po 

chwili  dwie  wielkie  stajnie  czy  stodoły.  Farma!  Może  odstąpią  mu  trochę  paliwa?  Na 

częściowo  zmytym  deszczami  szyldzie  odczytał  nazwę  „Ranczo  BZ”.  Niewiele  myśląc, 

skręcił  na  szutrową  drogę  i  po  paruset  metrach  zatrzymał  wóz  przed  piętrowym  budynkiem 

rancza, równie starym i okazałym jak stodoły. Wysiadł z szoferki i po kilku schodkach wszedł 

na  frontowy  ganek.  Kilka  razy  nacisnął  guzik  dzwonka,  ale  z  domu  nie  dochodził  żaden 

dźwięk. Zaczął więc energicznie stukać. Po pewnym czasie drzwi uchyliły się na tyle, na ile 

pozwalał im łańcuch.  

– Dobry wieczór...! – zaczął. – Kończy mi się paliwo, nie ujadę nawet kilometra. Czy nie 

mógłbym  odkupić  paru  galonów...?  –  Cisza.  –  A  jeśli  nie,  to  prosiłbym  o  pozwolenie  na 

przespanie się do rana w stodole...  

– Nie mam  ropy ani benzyny  – odpowiedział mu melodyjny kobiecy  głos. – Bardzo mi 

przykro, ale...  

Nie  widział  twarzy  rozmówczyni.  Kryła  się,  pewnie  się  bała.  Może  mieszka  tu  sama. 

Ponieważ nic nie powiedziała na temat noclegu, ciągnął dalej: 

– Ja wiem, proszę pani, że pani musi być ostrożna, zwłaszcza wieczorem, niech więc pani 

weźmie  wałek  do  ciasta  i  potrzyma  mi  go  nad  głową,  kiedy  będę  pokazywał  moje 

dokumenty...  

–  Jeśli  przyszedł  pan  z  zamiarem  obrabowania  mnie,  to  mi  pańskie  dokumenty  nic  nie 

pomogą.  

– Nazywam się Slade Coleburn i mam w kieszeni bardzo przekonywające dowody...  

– A ja jestem Emily Lawrence – usłyszał w odpowiedzi.  

Slade uśmiechnął się pod nosem na ten przejaw dobrego wychowania, które nakazywało 

przedstawienie się nawet potencjalnemu bandycie, skoro ten pierwszy podał swoje nazwisko.  

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, a potem nagle drzwi otworzyły się szeroko.  

– Niech pan wejdzie – powiedziała kobieta. – Gdyby pan był napastnikiem, to już dawno 

wysadziłby pan jednym kopniakiem te spróchniałe deski.  

Slade  przekroczył  próg  i  w  świetle  zwisającej  z  pułapu  lampy  zobaczył  piękną  młodą 

kobietę z kaskadą kasztanowych włosów opadających na ramiona. Okrzyk zdumienia zamarł 

mu na ustach.  

–  Teraz  rozumiem  pani  ostrożność  –  mruknął.  –  Alp  nie  rozumiem,  dlaczego  pani  te 

drzwi otworzyła.  

Kiedy zdejmował kapelusz, poczuł szarpnięcie za rękaw.  

– Mama powiedziała, żebym stał cicho w kącie... – odezwał się dziecięcy głos.  

background image

Slade spojrzał w jego kierunku i zobaczył chłopczyka w wieku siedmiu, może ośmiu lat. 

Miał wielkie brązowe oczy, jak matka, i ciemniejsze niż ona włosy. W rękach trzymał napiętą 

procę.  

–  Mama  dobrze  postąpiła.  Myślała  o  twoim  bezpieczeństwie.  –  Slade  ukląkł  obok 

chłopca.  

– Mama upiekła dziś ciasteczka. Chce pan spróbować? 

– zapytał chłopiec.  

Emily Lawrence trzymała dłoń na wydętym brzuchu jakby w ochronnym geście. Wzrok 

przenosiła z syna na Slade’a i z powrotem. Była ubrana w sweter i nałożoną nań kurtkę. W 

kuchni  panował  chłód,  a  stojący  w  rogu  pice  wydawał  się  zimny.  Slade  niemal  natychmiast 

zauważył, że choć kuchnia jest czysta, wygląda bardzo biednie.  

Ponieważ kobieta i chłopiec wpatrywali się w niego, jakby oczekiwali jakiejś deklaracji, 

Slade powiedział: 

– Mogę narąbać pani drzewa do pieca. I mogę też zapłacić za nocleg.  

–  Nie  będę  brać  od  pana  pieniędzy  za  nocleg  w  stajni  –  odparła  kobieta  i  podeszła  do 

stołu, gdzie stał słój z ciasteczkami.  

Mimo  iż,  jak  ocenił  Slade,  była  chyba  w  dziewiątym  miesiącu  ciąży,  poruszała  się  z 

gracją.  

–  Mąż  wyjechał?  –  spytał  Slade  i  pożałował  pytania,  gdyż  kobieta  mogła  pomyśleć,  że 

pyta w jakimś niecnym celu.  

– Jestem wdową – odparła po długim wpatrywaniu się w Slade’a.  

Był  zaskoczony.  Musiała  owdowieć  niedawno,  skoro  jest  w  zaawansowanej  ciąży, 

pomyślał. Sama prowadzi ranczo? 

– Mark, daj mi termos z kredensu! – poleciła synowi, a gdy go podał, dodała: – Teraz idź 

na górę, włóż piżamkę i do łóżka. Czas spać! 

– Ale, mamo...! – Chłopiec głową wskazał Slade’a.  

– Nic się nie martw. – Kobieta roześmiała się. – Ja odprowadzę pana...  

– Slade’a. Slade’a Coleburna – szybko przypomniał swoje nazwisko.  

–  ...  pana  Coleburna.  Już  go  odprowadzam.  Nie  będzie  się  tu  działo  nic  ciekawego, 

zapewniam.  

Chłopiec westchnął, powiedział „dobranoc” i zniknął.  

– Zaparzę panu kawy – powiedziała kobieta.  

– Ależ ja nic nie potrzebuję. Nie chcę sprawiać najmniejszego kłopotu! 

– Żaden kłopot. Niech pan powie prawdę: kiedy pan ostatni raz jadł? 

– Około południa – odparł z ociąganiem Slade.  

– No, a teraz dochodzi dziewiąta. Zostało mi kilka plasterków wołowiny. Jeśli pan chce, 

zrobię panu kanapki, które zabierze pan ze sobą do stajni.  

– Serdecznie dziękuję, a jeśli już ma być kawa, to czarna.  

Kobieta zaczęła krzątać się po kuchni. Przez ramię rzuciła pytanie: 

– Dokąd pan jedzie? 

– Chwilowo do Billings...  

background image

– W interesach? 

Slade  odczytał  te  pytania  jako  próbę  sprawdzenia,  czy  jednak  nie  popełniła  błędu, 

wpuszczając go do domu.  

– W dwóch interesach. – Roześmiał się. – Poszukuję kogoś i szukam pracy. Potrafię robić 

wiele rzeczy.  

– Jeśli to miała być sugestia, żebym pana zatrudniła, to nic z tego. Nie mam pieniędzy.  

– Nie szukam roboty za duże pieniądze, bo wiem, że . tu niełatwo o taką. Wystarczyłby 

mi dach nad głową i wikt...  

Nie  zareagowała,  więc  uznał,  że  lepiej  nie  ciągnąć  tematu.  Podała  mu  termos  z  kawą  i 

kanapki w folii. Ich palce zetknęły się na ułamek sekundy i Slade poczuł przyśpieszone bicie 

serca. Zwariowałeś, skarcił się w myślach.  

–  Zaraz,  zaraz,  zapomniałabym!  –  wykrzyknęła  kobieta.  –  Muszę  dać  panu  koc  albo 

nawet dwa. Noce są bardzo zimne.  

Pobiegła w głąb domu. Nim Slade zdołał ochłonąć i włożyć na głowę kapelusz, pojawiła 

się z powrotem Z dwoma wełnianymi kocami.  

– Pani nie musi tego wszystkiego dla mnie robić. Właściwie pani nie powinna była mnie 

wpuścić. Dlaczego pani to robi? – zapytał, biorąc koc.  

Długo czekał, nim zdecydowała się odpowiedzieć: 

–  Umierałam  ze  strachu,  kiedy  usłyszałam,  że  ktoś  podchodzi  do  domu.  Zaczęłam  się 

modlić.  Potem  szósty  zmysł  kazał  mi  panu  pomóc.  Ale  na  wszelki  wypadek  znowu  się 

pomodliłam.  

Był  zaskoczony  tą  odpowiedzią.  Nie  tego  się  spodziewał.  Był  pod  wrażeniem  urody  tej 

kobiety  samotnie  wychowującej  syna  i  spodziewającej  się  drugiego  dziecka.  I  szczerze 

przyznającej, że nie ma pieniędzy.  

–  Rano  narąbię  pani  drzewa  –  obiecał,  wychodząc  na  dwór.  –  I  niech  pani  już  dziś  nie 

otwiera drzwi żadnemu obcemu. Nigdy nie wiadomo – dodał żartobliwie.  

Uśmiechnęła się i ten uśmiech nie tylko go oczarował, ale w jakiś niezrozumiały sposób 

rozstroił  i...  zniewolił.  Nagłe  ugięły  się  pod  nim  nogi.  Idąc  do  stodoły  rozmyślał  nad 

przedziwnymi zrządzeniami losu. Co się z nim, u licha, dzieje? 

 

Następnego ranka Emily obudziła się o brzasku dnia i natychmiast uświadomiła sobie, że 

coś  się  wydarzyło,  choć  jeszcze  nie  wiedziała  co.  Dopiero  po  kilku  sekundach  przypomniał 

się jej obcy mężczyzna. Przystojny obcy. Wysoki brunet o niebieskich oczach! Poczuła lekkie 

kopnięcie dziecka. Położyła dłoń na brzuchu i zaczęła się zastanawiać nad minioną nocą. Była 

zupełnie  inna  od  poprzednich.  No  tak,  po  raz  pierwszy  od  miesięcy  przespała  spokojnie 

siedem  godzin  bez  koszmarów,  bez  ciągłego  budzenia  się.  Dlaczego  tak  dobrze  spała?  Czy 

dlatego,  że  w  stodole  był  mężczyzna,  niejaki  Slade  Coleburn,  którego  w  ogóle  nie  znała? 

Chyba niemożliwe! A jednak...  

„Ranczo  BZ”  należało  do  jej  męża,  a  przedtem  do  jego  ojca.  Kiedy  wyszła  za  mąż  za 

Pete’a  Lawrence’a,  zamieszkała  z  oboma  mężczyznami  na  ranczu.  Bardzo  szybko 

zorientowała  się,  że  Pete  ożenił  się  z  nią  tylko  po  to,  by  mieć  kogoś,  kto  będzie  się  nim 

background image

opiekował. Niby to pracował na ranczu obok ojca, ale było to raczej udawanie pracy i tylko 

wtedy,  kiedy  był  do  tego  zmuszony.  Emily  właściwie  prosto  z  ławki  szkolnej  poszła  do 

ołtarza. Małżeństwo traktowała z całą powagą i jak najszybciej chciała mieć dzieci, nie tyle z 

własnej potrzeby, co z chęci sprawienia radości teściowi, który tak bardzo pragnął wnuków. 

Niestety, niezbyt dobrze wybrała ojca dla dzieci.  

Tak,  to  było  bardzo  nieudane  małżeństwo.  Ale  nie  czas  na  wspomnienia.  Teraz  trzeba 

myśleć  o  przyszłości  już  dwojga  dzieci...  I  trzeba  przygotowywać  się  do  porodu.  Gdyby 

nastąpiły  jakieś  komplikacje  albo  drugie  dziecko  okaże  się  zbyt  wielkim  problemem,  to  kto 

wie, czy nie będzie musiała sprzedać rancza.  

Szybko  się  ubrała  i  przed  zejściem  na  dół  zajrzała  do  Marka.  Pochyliła  się  nad  nim  i 

szepnęła mu do ucha: 

– Idę do stajni porozmawiać z panem Coleburnem. Niedługo wrócę.  

– Ja chcę spać... ! – mruknął Mark chyba jeszcze przez sen, ale natychmiast poderwał się, 

jakby podrzucony sprężyną i spuścił nogi na ziemię. – Ja też chcę iść do pana Coleburna! – 

oświadczył.  

– Nie, nie! Pośpij jeszcze! 

Zostawiła syna i szybko zbiegła ze schodów. Włożyła ciepły płaszcz, który nie dawał się 

zapiąć  na  zbyt  wielkim  brzuchu,  i  wyszła  na  dwór.  Było  zimno.  Kuląc  się,  przebiegła 

podwórze, kierując się do bocznych drzwi stajni, gdzie powitało ją prychanie koni. Przeszła 

wzdłuż  boksów,  obdarzając  każde  zwierzę  pospieszną  pieszczotą.  W  ostatnim  boksie,  gdzie 

miał  spać  mężczyzna,  znalazła  tylko  złożone  w  kostkę  koce,  natomiast  zza  stajni  dobiegł  ją 

odgłos  rąbania  drzewa.  Tylnymi  drzwiami  wyszła  na  zewnątrz  i  zobaczyła  swego  gościa  z 

zapałem  rozłupującego  grube  polana.  Stał  do  niej  tyłem,  ale  jakby  wiedziony  instynktem 

obrócił się, uśmiechnął i powiedział: 

– Dzień dobry.  

– Dzień dobry – odparła. – Przecież powiedziałam już panu wczoraj, że nie chcę żadnej 

zapłaty za gościnę.  

–  Słyszałem,  słyszałem,  ale  ja  zawsze  tak  reaguję  na  czyjeś  dobre  serce.  –  Widząc  jej 

szeroko  rozchylony  płaszcz  na  wydatnym  brzuchu,  dorzucił:  –  Co  pani  wyrabia?  Przeziębi 

pani potomka. Jest przecież chyba z minus osiem.  

–  A  co  mam  robić?  Ktoś  musi  nakarmić  zwierzęta,  bez  względu  na  chłód.  Jestem 

zahartowana. Nic mi nie będzie.  

– Pani sama gospodaruje na ranczu? I nadal tak ma być? 

–  Do  czasu,  aż  zdecyduję,  co  i  jak.  Być  może  będę  musiała  sprzedać  ranczo.  Już 

wielokrotnie była u mnie agentka z biura handlu nieruchomościami. Zje pan śniadanie? Mark 

już chyba wstał. Koniecznie chciał tu ze mną przyjść, żeby zobaczyć, co pan robi.  

– Ile Mark ma lat? 

– Siedem, a wygląda na dziesięć.  

Slade roześmiał się.  

– Trzeba go było wziąć. Pogadalibyśmy sobie. On układałby szczapy.  

Emily pomyślała ze smutkiem, że Pete nigdy nie chciał mieć przy sobie Marka, kiedy był 

background image

czymś zajęty. Zawsze mówił, że bachor mu przeszkadza.  

– Lubi pan dzieci? 

– Bardzo lubiłem, kiedy sam byłem dzieckiem, a teraz to nie wiem. Chyba nadal lubię.  

– Więc jak? Mam dla pana nakryć do śniadania? 

–  Chyba  tak.  Tyle  że  będę  zmuszony  znowu  coś  znaleźć  do  zrobienia  na  ranczu.  –  W 

oczach zapaliły mu się wesołe ogniki.  

Emily odpłaciła mu szerokim uśmiechem. Gdy wróciła do domu, w kuchni czekał na nią 

Mark z dziesiątkiem pytań: 

– Czy temu panu nie było za zimno w nie ogrzanej stajni? Co teraz robi? Czy zostanie na 

dłużej? Czy umie jeździć konno...? 

Emily  na  niektóre  pytania  odpowiedziała,  na  inne  odpowiedzi  nie  znała,  więc  poradziła 

Markowi, by sam zapytał, kiedy pan Coleburn przyjdzie na śniadanie. Bardzo chciała, by syn 

zasypał jej gościa pytaniami, nie tyle po to, by poznać odpowiedzi, ile w celu zorientowania 

się, jaka jest wytrzymałość i cierpliwość pana Coleburna.  

Ledwo zdążyła usmażyć jajecznicę i podgrzać chleb domowego wypieku, kiedy pojawił 

się sam Coleburn.  

–  Co  za  cudowne  zapachy!  –  wykrzyknął  od  progu.  Zdjął  i  powiesił  na  wieszaku 

kapelusz, to samo zrobił z kurtką, zatarł dłonie i zaproszony gestem Emily usiadł za stołem.  

Mark  natychmiast  zarzucił  Slade’a  pytaniami,  na  które  otrzymywał  bardzo  krótkie 

odpowiedzi  udzielane  tonem  wyrozumiałym  i  nawet  rozbawionym:  „Nie”,  „Tak”,  „Może”, 

„Kto wie?” „Zobaczymy”, „Pomyślę”.  

W  czasie  śniadania  Emily  i  Slade  wzajemnie  się  obserwowali.  Emily  podziwiała 

muskularne ramiona mężczyzny, a Slade rysy twarzy kobiety.  

Po skończonym jedzeniu Slade otarł usta rękawem koszuli i stwierdził: 

–  Tak  mi  się  coś  wydaje,  że  bardzo  by  się  pani  przydał  ktoś,  kto  uszczelniłby  stajnie, 

naprawił dachy...  

– Powiedziałam panu, że nie mam pieniędzy...  

–  A  ja  powiedziałem,  że  wystarczy  mi  dach  nad  głową  i  wikt.  Robiłbym  ciężką  robotę. 

Przecież  przed  rozwiązaniem  pani  nie  powinna  się  forsować...  A  po  rozwiązaniu  też  nie. 

Niemowlak wymaga ciągłej opieki.  

–  Mark  mi  bardzo  dużo  pomaga...  –  Emily  opierała  się  pokusie  zaakceptowania 

propozycji  mężczyzny.  Ostrożność  przeważała.  –  Nie,  nie!  Dam  sobie  radę.  Mark, 

podziękujemy Panu Bogu za jego dary... – Złożyła dłonie.  

Slade  westchnął  i  wzruszył  ramionami.  Chwilę  intensywnie  myślał,  a  potem  spróbował 

raz jeszcze: 

– Pokażę pani moje referencje. Może wtedy zmieni pani zdanie...  

–  Mark,  spóźnisz  się  na  szkolny  autobus.  Zmykaj!  –  powiedziała  Emily,  jakby  nie 

słyszała propozycji Slade’a.  

Chłopiec,  który  z  otwartymi  ustami  słuchał  całej  rozmowy,  poderwał  się  i  pobiegł  w 

kierunku schodów na piętro. Dopiero gdy zniknął, Emily zapytała: 

– Czy tak trudno znaleźć pracę? 

background image

– Jeśli nie chce się powiedzieć, jak długo ma się zamiar zostać, to trudno.  

Z tej odpowiedzi Emily wywnioskowała, że ma do czynienia z tułaczem z wyboru, który 

nie  chce  nigdzie  zapuścić  korzeni.  Dlaczego  taki  mężczyzna  błąka  się  po  świecie?  Nie 

potrafiła się tego domyślić i nie miała zamiaru pytać.  

–  Dobrze,  przeczytam  referencje  i  zadzwonię  do  osób,  które  je  podpisały.  Ale  najpierw 

muszę  odprowadzić  Marka  do  szosy.  –  Widząc,  że  Slade  otwiera  usta,  dodała:  –  Nie,  niech 

pan nie oferuje swej pomocy. Odprowadzenie Marka to rytuał. Zegnamy się przy autobusie.  

Slade zostawił na stole referencje i wrócił do rąbania drzewa. Emily odprowadziła Marka 

do  drogi,  pożegnała  paroma  całusami,  a  następnie  wróciła  do  domu,  by  zagnieść  ciasto  na 

chleb, gdyż na śniadanie zjedli ostatnią kromkę. Gdy ciasto rosło, zadzwoniła pod trzy podane 

przez  Slade’a  numery  telefonów,  dwa  w  stanie  Idaho,  jeden  w  Wyoming.  Jedna  firma 

budowlana  i  dwa  rancza.  Wszyscy  pytani  potwierdzili  to,  co  uprzednio  napisali  w 

zaświadczeniach  z  pracy:  Slade  Coleburn  jest  pracownikiem  sumiennym  i  wywiązuje  się 

doskonale z powierzonych mu zadań. Nigdy też nie porzucił roboty przed jej zakończeniem.  

No tak, ale kończy robotę i umyka dalej...  

Uformowała bocheneczki chleba, włożyła je do pieca i zabrała się do gotowania zupy na 

kilka dni. W miarę upływu czasu czuła się coraz bardziej zmęczona. Kiedy około jedenastej 

pojawił się Slade, właśnie przesuwała na piecu ciężki gar. Szybko podskoczył, niemal odtrącił 

Emily i sam przesunął naczynie. Zganił gospodynię: 

–  I  pewno  ten  gar  z  wodą  pani  sama  postawiła  na  piecu?  Nie  przyszło  pani  do  głowy 

postawić na  fajerce pusty  i dolewać wody kubkami? Czy nikt pani nie mówił, że kobiety w 

ciąży nie powinny nic dźwigać? 

Zignorowała uwagę, natomiast poinformowała go o przeprowadzonych rozmowach z jego 

byłymi pracodawcami: 

–  Wszyscy  potwierdzili,  że  pracuje  pan  sumiennie  i  dobrze.  Zgoda,  dam  panu  dach  nad 

głową i wikt. Przygotuję listę robót: prac bieżących i reperacji. Za kuchnią jest mały pokoik z 

łóżkiem, z wejściem z przedpokoju. Może pan tam spać.  

Slade nic nie odpowiedział. Podszedł do zlewu i umył ręce, a następnie wytarł je ścierką. 

Emily  stwierdziła,  że  stoi  zbyt  blisko  niego.  Poczuła  ni  to  skrępowanie,  ni  podniecenie. 

Gdyby patrzyła wówczas na Slade’a, zauważyłaby z pewnością, że on też czuje się nieswojo.  

– Co za męża pani miała? – spytał. – Widzę, że pani jest przyzwyczajona robić wszystko 

sama.  

– To nie pańska sprawa! – Emily zjeżyła się. – To, że będziemy przez pewien czas pod 

jednym dachem, nie oznacza, że ma pan prawo ingerować w moje życie.  

Jednocześnie  kłębiły  się  w  jej  głowie  zupełnie  inne  myśli.  Jakby  to  było,  gdyby  od 

początku  jej  mężem  był  ktoś  taki,  jak  Slade?  Zerknęła  na  niego  z  ukosa.  Miał  zmarszczone 

czoło,  jakby  głęboko  się  nad  czymś  zastanawiał.  Pewno  nad  jej  ostrą  ripostą.  Może  nie 

powinna była tak zareagować. Chciałaby się dowiedzieć o tym dziwnym mężczyźnie czegoś 

więcej, ale on, zbesztany, pewno już nic nie powie.  

– Wszystko w porządku – odparł Slade bynajmniej nie obrażony. – Umowa stoi. Pani nie 

będzie grzebała w moim życiu, a ja się obiecuję trzymać z daleka od pani problemów.  

background image

– Z drzewem pan skończył? – spytała.  

– Z rąbaniem tak, ale powinienem wrócić do koni. Sprawdzić obrok i wodę...  

– Dobrze, ale niech pan wróci za godzinę. Chleb do tego czasu ostygnie. Zjemy lunch.  

W  czasie  lunchu  Slade  nie  zadawał  żadnych  pytań  i  nie  mówił  o  sobie,  natomiast  od 

Emily dowiedział się, że rozwiązanie powinno nastąpić za trzy tygodnie i że od śmierci męża 

sąsiad dowozi paszę dla  zwierząt, za co Emily  w każdy  weekend zaopatruje jego rodzinę w 

wypiekany przez siebie chleb i ciasta.  

W miarę dowiadywania się tych szczegółów Slade zapragnął wiedzieć coraz więcej. Czuł 

przedziwną sympatię do swej nowej pracodawczyni i zachodził w głowę dlaczego. Chyba nie 

zadurzył się w kobiecie, która za kilka tygodni ma rodzić... ? 

Gdy po południu sprzątał boksy w stajni, przybiegł Mark i już od progu krzyknął: 

–  Przyszedłem  trochę  popatrzeć.  Mama  powiedziała,  że  mogę,  jeśli  to  panu  nie 

przeszkadza.  

–  Absolutnie  mi  nie  przeszkadza,  chłopcze!  Możesz  mi  nawet  pomagać,  jeśli  masz 

ochotę.  

–  Mama  mówi,  że  pan  u  nas  zostanie.  Na  długo  pan  zostanie?  –  Nie  jestem  jeszcze 

pewien.  

–  Wie  pan  co?  Będę  miał  brata  albo  siostrzyczkę  –  powiedział,  jakby  wyjawiał  wielką 

tajemnicę.  

– Wiem, wiem. A cieszysz się? 

– Jeszcze nie. Muszę najpierw zobaczyć.  

Slade roześmiał się. Rozmawiali z ożywieniem aż do kolacji. Markowi ani na chwilę nie 

brakowało  tematu,  interesował  się  wszystkim,  a  i  Slade  przy  okazji  dowiedział  się  kilku 

ciekawych  rzeczy.  Jednakże,  mimo  że  bardzo  go  interesowało,  kim  był  mąż  Emily,  nie 

próbował pytać o to chłopca.  

Po kolacji Mark zaproponował Slade’owi partię chińczyka.  

– Nie musi pan... – interweniowała Emily.  

–  Nie  mam  nic  lepszego  do  roboty,  chyba  że  chce  pani,  żebym  jeszcze  dziś  zaczął 

ocieplanie stajni – odparł Slade z uśmieszkiem rozbawienia.  

– Wystarczy, jak pan zacznie jutro.  

Emily  zauważyła,  że  jej  niespodziewany  pracownik  bardzo  często  takim  właśnie 

uśmieszkiem okrasza swoje riposty. Miał poczucie humoru, ale i lekko ironiczny stosunek do 

świata, rzeczy i ludzi. Była pewna, że Slade długo z Markiem nie  wytrzyma. Chłopiec miał 

niewyczerpany  zapas  pytań,  a  Slade  z  pewnością  wyczerpującą  się  cierpliwość.  Pogra  z 

Markiem  najwyżej  pół  godziny,  a  potem  umknie  do  swego  pokoiku.  Jest  już  pewno  bardzo 

zmęczony.  

Mark  przyniósł  pudełko  z  chińczykiem  i  zaczęli  grać  na  kuchennym  stole.  Mark 

oczywiście ciągle o coś pytał. Wbrew oczekiwaniom Emily grali bardzo długo.  

Gdy  zegar  wybił  dziewiątą,  powiedziała  „dość”,  zabrała  syna  na  górę,  dopilnowała,  by 

porządnie  złożył  ubranko  i  umył  się,  a  potem  jak  zwykle  opowiedziała  mu  wymyśloną  na 

poczekaniu bajkę. Gdy już miała odejść, Mark zapytał: 

background image

– Czy pan Slade mógłby też przyjść i powiedzieć mi dobranoc? 

– Przecież już się z nim pożegnałeś na dole? A poza tym on pewno poszedł się położyć.  

– Na dole to nie to samo. A on na pewno jeszcze się nie położył. Dla kogoś starego to za 

wcześnie. Proszę...! 

Dla kogoś starego! Uśmiechnęła się. Schodząc ze schodów, poczuła zaskakujące pikanie 

w okolicy serca. To chyba nie początek porodu. Jeszcze przecież trzy tygodnie! Przestraszyła 

się. Dlaczego ona przez cały dzień czuje się tak dziwnie? 

Miała nadzieję, że Slade już śpi, ale kiedy leciutko zapukała do jego pokoju, aby nie mieć 

wyrzutów  sumienia,  że  zignorowała  prośbę  Marka,  Slade  niemal  natychmiast  zareagował 

uchyleniem drzwi.  

– Czy coś się stało? 

Miał rozpiętą koszulę. Emily z uczuciem zażenowania, ale i z prawdziwą przyjemnością, 

wpatrywała się jak zauroczona w jego muskularny tors. Co za mężczyzna! 

– Nic się nie stało... – Zająknęła się, nie mogąc oderwać od niego oczu. – ... tylko Mark 

prosi...  pyta...  czy  nie  mógłby  pan  pójść  do  niego  na  górę,  żeby  powiedzieć  mu  dobranoc. 

Wiem, że to głupie... ale...  

– Nie ma w tym nic głupiego. Z wielką przyjemnością zrobię, o co chłopiec prosi. Uroczy 

dzieciak.  Ale  przy  okazji  coś  pani  powiem.  Bardzo  niedobrze,  żeby  kobieta  w  pani  stanie 

latała  tam  i  z  powrotem  po  tych  stromych  schodach.  Niebezpieczne,  a  poza  tym  trzeba  się 

oszczędzać, bardziej uważać.  

–  To  dobra  gimnastyka,  panie  Coleburn.  –  Była  zaskoczona  i  nawet  wzruszona  jego 

troską o zupełnie mu obcą osobę, ale i trochę zła, że przybysz ingeruje w jej prywatne sprawy.  

– Niech pani zostawi tego Coleburna. Jestem po prostu Slade.  

Długo się wahała, nim skinęła głową, choć w myślach już od rana powtarzała tylko imię.  

–  Dziękuję  panu...  dziękuję,  Slade,  za  wyrozumiałość  wobec  kaprysów  Marka. 

Poprowadzę pana...  

Poszli na piętro. Były tam trzy pokoje. Duża sypialnia, sypialnia Marka i pokój roboczy z 

maszyną do szycia. To ostatnie pomieszczenie Emily przygotowała już na przyjęcie nowego 

członka rodziny.  

Pokój Marka był niedawno odnowiony i pomalowany na kolor jasnoniebieski. Wisiał w 

nim  oczywiście  afisz  ulubionej  drużyny  bejsbolowej,  parę  rysunków  szkolnych  i  kilka 

fotografii koni. Slade podszedł do łóżeczka chłopca, pochylił się nad nim i powiedział: 

–  Otrzymałem  miłą  wiadomość  od  twojej  mamy,  Mark.  Podobno  chcesz  raz  jeszcze 

powiedzieć mi dobranoc.  

– Tak, ale chodzi mi też o to, żeby mi pan opowiedział jakąś historię...  

– Mark, nie nudź pana Coleburna. Już ci opowiedziałam historię.  

– A ja muszę mieć czas, żeby sobie przypomnieć coś, co cię zainteresuje – dodał Slade. – 

Może odłożymy opowiadanie do jutra.  

– Ale jutro na pewno? 

–  Tak,  do  jutra,  partnerze!  –  Slade  wyciągnął  zwiniętą  w  pięść  dłoń  i  pieszczotliwie, 

lekko szturchnął chłopca pod brodę.  

background image

–  Mamo,  on  powiedział,  że  jestem  partnerem!  –  Na  twarzy  chłopca  wykwitł  błogi 

uśmiech, jakiego Emily nigdy chyba u niego nie widziała.  

Nagle poczuła bolesny skurcz i wykrzywiła twarz. Slade natychmiast to zauważył.  

– Co się stało? – spytał.  

–  Nie,  nic.  Absolutnie  nic.  Trochę  się  dziś  przepracowałam  i  poczułam  takie 

strzyknięcie... Ale już przeszło. Jutro będę jak nowa...  

–  Jutro  musi  pani  bardziej  na  siebie  uważać.  Nic  nie  dźwigać,  częściej  odpoczywać... 

Będę pani pilnował...  

Emily uśmiechnęła się do siebie. Obcy człowiek, przypadkowy gość, pracownik najemny 

od  kilkunastu  godzin,  a  robi  jej  uwagi  jakby  był...  Bała  się  dokończyć,  chociaż  gdzieś  w 

zakamarkach myśli plątały się dwa słowa: „... czułym kochankiem”.  

Slade  zszedł  do  siebie,  Emily  zamknęła  się  w  sypialni  i  po  kilkunastu  minutach  zgasiła 

światło  i  otuliła  się  kocem.  Naraz  poczuła  jeszcze  gorszy  niż  poprzednio  ból  w  krzyżu.  Z 

powrotem zapaliła światło, wstała i zaczęła spacerować po pokoju, licząc na to, że ból zaraz 

minie. Nie minął. Trzymał ją w kleszczach.  

Nagle  przeszyło  ją  coś  więcej  niż  zwykły  ból.  Niby  cięcie  nożem  wzdłuż  całego 

kręgosłupa.  Padła  na  kolana  i  nie  mogła  się  podnieść.  Wiedziała,  że  Slade  jej  nie  usłyszy, 

nawet gdyby zaczęła wołać na całe gardło. Resztkami sił doczołgała się do nocnego stolika, 

na którym leżała ciężka, na sztywno oprawiona książka, zsunęła ją na ziemię i szybko zaczęła 

nią walić w podłogę.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Wyciągnięty  w  ubraniu  na  łóżku  i  pogrążony  w  myślach  o  ewentualnym  udaniu  się 

nazajutrz do Billings, do sądu, Slade usłyszał nagle szybkie uderzenia w sufit. Po wizycie na 

piętrze  wiedział,  że  jego  pokój  znajduje  się  dokładnie  nad  sypialnią  Emily.  Czy  ona  coś 

przybija?  Chyba  nie.  Dziwne  uderzenia.  Seriami  po  trzy,  jakby  jakiś  sygnał.  Tak,  to  jest 

sygnał!  Niewiele  myśląc,  zerwał  się  z  łóżka  i  wybiegł  do  przedpokoju,  a  następnie 

przeskakując po trzy stopnie, wbiegł na piętro. Nie pytając o nic, otworzył drzwi do sypialni i 

stanął  jak  wryty,  nie  wiedząc,  co  robić.  Emily  leżała  na  podłodze,  a  na  jej  twarzy  widniało 

przerażenie.  

–  Zaczęło  się...!  –  wyszeptała  zbielałymi  wargami.  –  Nie  wiem  dlaczego.  Poprzednim 

razem miałam zupełnie normalny poród.  

Slade nie miał pojęcia o porodach, ale ukląkł obok leżącej i zaproponował, że przeniesie 

ją na łóżko.  

– Nie. Muszę... do szpitala...  

– Dopiero teraz się zaczęło? 

–  Przez  cały  dzień  dziwnie  się  czułam.  Przy  Marku  miałam  skurcze  najpierw  co  pół 

godziny,  potem  co  dziesięć  minut.  Trwało  to  razem  siedem  godzin.  Ale  teraz...  nagle... 

wszystko od razu...  

– Jak mogę ci pomóc, Emily? – Po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu.  

Emily  ciężko  oddychała.  Na  kilka  sekund  podniosła  głowę,  jakby  chwycił  ją  nagły 

skurcz. Przetarła grzbietem dłoni mokre od potu czoło i spytała: 

– Czy możesz zawieźć mnie do szpitala? Wiem, że nie powinnam tego od ciebie żądać, 

ale...  

– Przestań! Oczywiście, że powinnaś. Sytuacja jest kryzysowa... – Zdobył się na uśmiech, 

by ją uspokoić.  

–  Żadna  kryzysowa  sytuacja.  To  jest  po  prostu  poród...  –  odparła  także  z  uśmiechem.  – 

Musisz obudzić Marka. Ja postaram się zwlec i zejść na dół...  

– Ja cię zniosę, a potem wrócę po Marka.  

– To po prostu poród... – wyszeptała słabym głosem.  

– Po prostu poród! Ale choć się na tych rzeczach zupełnie nie znam, coś mi się wydaje, że 

na szpital jest za późno...  

– Muszę...  

– Macie tu w okolicy stację karetek pogotowia? 

– To jest Montana. Dojedziemy prawie do Billings, nim zjawi się karetka. Muszę jechać 

do szpitala...  

Nim  Emily  zdążyła  się  zorientować,  co  Slade  robi,  wziął  ją  na  ręce  i  szedł  w  kierunku 

schodów.  

– Zeszłabym sama... – zaprotestowała słabym głosem.  

– Ale z ciebie uparciuch, Emily! 

background image

– Znam cię zaledwie jeden dzień...  

– A co to ma do rzeczy? Jesteś damą w potrzebie. Uznaj mnie za błędnego rycerza, który 

zawsze spieszy na pomoc damom w potrzebie.  

W saloniku na dole położył ją na kanapie i wrócił na górę, by obudzić Marka, któremu w 

kilku słowach wyjaśnił sytuację.  

– Ale mama czuje się dobrze? – z niepokojem zapytał chłopiec.  

–  Teraz  bardzo  cierpi,  ale  wszystko  będzie  w  porządku  –  zapewnił  Slade.  –  Jak 

najszybciej  musimy  zawieźć  ją  do  szpitala.  Ja  schodzę,  żeby  przy  niej  być,  a  ty  szybko  się 

ubierz i dołącz do nas.  

Slade  nie  znalazł  już  Emily  na  kanapie.  No  oczywiście!  Wszystkiego  można  się 

spodziewać  po  tak  upartej  kobiecie.  Emily  była  w  kuchni.  Siedziała  na  krześle  ubrana  w 

płaszcz i usiłowała naciągnąć buty. Podszedł do niej i niemal wyrwał z jej rąk czarny but, po 

czym usiłował wsunąć weń jej stopę.  

– Są trochę za ciasne – usprawiedliwiała się.  

–  Twojemu  przyszłemu  dziecku  też  jest  bardzo  ciasno.  Nie  wolno  ci  się  tak  zginać  i 

napierać na płód.  

Emily  zaśmiała  się  cicho.  Slade’owi  bardzo  podobał  się  ten  śmiech.  Niesłychanie 

melodyjny. Ta kobieta zaczęła mu się podobać. Bardzo. Nim nałożył jej dragi but, Mark już 

do nich dołączył.  

– Czym pojedziemy? – zapytał Slade. – W mojej ciężarówce jest tylko kilka naparstków 

paliwa. Masz samochód? 

–  W  oborze,  w  drugim  budynku  gospodarczym,  stoi  stara  furgonetka.  Bak  jest  pełny, 

powinna dać się uruchomić, choć dawno jej nie używałam...  

– Nie wstawaj! – polecił Slade.  

Zdjął  z  wieszaka  swoją  kurtkę  i  kapelusz,  ubrał  się,  potem  mimo  głośnych  protestów 

Emily wziął ją ponów nie na ręce i z kroczącym przodem Markiem ruszył w kierunku obory. 

Najpierw  umieścił  Emily  bezpiecznie  na  przednim  siedzeniu,  Marka  z  tyłu,  potem  sam 

wsiadł,  włączył  zapłon  i  starter.  Wóz,  o  dziwo,  od  razu  zapalił.  Slade  odetchnął  z  ulgą. 

Dotychczas każdy ruch i każdy krok wykonywał z absolutnym spokojem, by nie denerwować 

Marka i Emily. Zdawał sobie bowiem sprawę z niebezpieczeństw tej podróży do szpitala. Nie 

mając  żadnego  doświadczenia,  instynktownie  wyczuwał,  że  w  drodze  zdarzyć  się  może 

wszystko, łącznie z narodzinami dziecka. W zimnej furgonetce, na mrozie! 

Ujechali  kilkanaście  kilometrów,  kiedy  Emily  wydała  chrapliwy  okrzyk,  inny  od 

poprzednich i jakby skuliła się w fotelu.  

– Co się stało? – Cofnął nogę z gazu.  

– Wody... chyba odchodzą... Szybciej! Przycisnął gaz do deski.  

Po niespełna pięciu minutach Emily bezwładnie  opadła na siedzenie. Jej  głowa znalazła 

się na kolanach Slade’a.  

– Co się dzieje, Emily? 

– Chyba rodzę...  

– Teraz? 

background image

– Teraz...  

Zaklął szpetnie, ale zaraz się zreflektował i przeprosił.  

– Daj mi jeszcze trochę czasu – powiedział.  

– Ja dam, ale czy dziecko da, tego nie wiem... – odparła.  

To  bardzo  pocieszyło  Slade’a.  Najważniejsze,  by  Emily  dobrze  się  trzymała.  Twarda  z 

niej babka. Noc była zimna, chyba z dziesięć stopni mrozu, ale Slade, niesłychanie przejęty, 

poci! się, jakby był w saunie.  

– Czy mama będzie żyła? – zapytał płaczliwym głosem Mark.  

–  Co  ty  za  głupie  pytania  zadajesz,  chłopie?  –  zaśmiał  się  głośno  Slade.  –  Jeszcze  jak 

będzie żyła! Szczęśliwa z dwojgiem dzieci! 

W oddali błyskały światła miasteczka. Niestety, nie przy samej drodze, ale dość daleko od 

niej. Tym razem Slade zaklął pod nosem. Chyba nie zdąży.  

– Slade, musimy się zatrzymać. Ja muszę... – Chwyciła go kurczowo za ramię.  

Trzymaj się, stary, nie trać  głowy, tylko spokój  może cię uratować, polecił sobie Slade. 

Zjechał na pobocze i włączył migacze. Obrócił się do Marka i powiedział: 

– Potrzebna mi będzie twoja pomoc, Mark. Masz usiąść na moim miejscu za kierownicą i 

naciskać klakson. Trzy krótkie sygnały, przerwa i trzy dłuższe... Masz to robić przez cały czas 

bez względu na to, co się będzie działo. Zrozumiałeś? 

– Tak jest, szefie! – odparł chłopiec.  

Slade wyskoczył z szoferki, otworzył boczne przesuwane drzwi i wypuścił Marka, który 

natychmiast zajął miejsce kierowcy i zaczął trąbić.  

Slade obiegł od przodu furgonetkę i otworzył drzwi z drugiej strony. Emily zgięta wpół 

ciężko i głośno dyszała.  

Z trudem usunął środkowy fotel w szoferce. Wyniósł go ponad głową kobiety i rzucił na 

pobocze. Powstałym przejściem udało mu się ostrożnie przeciągnąć Emily na tył furgonetki. 

Ułożył ją jak mógł najwygodniej, podkładając swoją kurtkę. Ocierając pot z czoła, zauważył 

w  kącie  furgonetki  niedbale  rzucone  stare  derki.  Chyba  dar  z  nieba!  Będzie  czym  owinąć 

dziecko.  

Na chwilę ujął dłoń kobiety i lekko ścisnął.  

– Jesteśmy gotowi, Emily! 

To  była  przechwałka.  Wcale  nie  czuł  się  gotowy.  W  życiu  nie  widział  porodu,  w  ogóle 

nie interesował się tym tematem.  

–  Muszę  teraz  przeć!  Nie  wiem,  czy  powinnam,  ale  dłużej  nie  mogę  czekać.  Wody 

odeszły.  

–  Obawiam  się,  że  będę  musiał  obserwować  z  bliska,  żeby  w  razie  czego  pomóc...  – 

powiedział z zażenowaniem i odwrócił wzrok.  

– Wiem! – Zdobyła się na blady uśmiech, co bardzo podniosło Slade’a na duchu. – Rób, 

co uważasz za słuszne w danej chwili.  

Pierwsze,  co  zrobił,  to  zdjął  jej  buty,  a  następnie  poprawił  „posłanie”,  wykorzystując 

jedną z trzech końskich derek, jakie znalazł w wozie. Opatulanie i dotykanie tej kobiety było 

dla niego bardzo żenujące. I dla niej pewno też.  

background image

Nie  upłynęło  pół  minuty,  kiedy  ujrzał  główkę  dziecka  i  wtedy  wpadł  w  panikę.  Dłonie 

zaczęły mu drżeć. Po kilku głębokich oddechach nieco się uspokoił. To już ta chwila! 

– Slade! – Emily  wyciągnęła do niego dłoń, w  której trzymała jakąś różową szmatkę. – 

To do przewiązania pępowiny.  

Wziął z jej ręki strzępek tkaniny, chyba brzeg oderwany od nocnej koszuli.  

Mark,  wyczuwając  dramatyzm  sytuacji,  trąbił  przez  cały  czas  i  jakby  mocniej  naciskał 

klakson. Przerywany dźwięk wdzierał się Slade’owi boleśnie w uszy.  

–  Jedzie  samochód!  –  wykrzyknął  nagle  Mark.  Postanowił  pozostawić  Emily  na  chwilę 

samą.  Jadący  ku  nim  samochód  był  już  blisko.  Musi  go  zatrzymać.  Wyskoczył  na  szosę, 

samochód zwolnił, potem się zatrzymał, kierowca opuścił szybę.  

– Co się dzieje? 

– Kobieta rodzi. Proszę z najbliższego telefonu zadzwonić po karetkę...  

– Mam w wozie komórkowy. Już dzwonimy! Slade, który uważał telefony komórkowe za 

zbędną komplikację życia, po raz pierwszy błogosławił ten wynalazek. Spokojniejszy wrócił 

do furgonetki i poinformował Emily o wezwaniu karetki.  

–  Podłożę  ci  pod  plecy  dwie  derki.  Będzie  ci  wygodniej.  Potem  owiniemy  w  nie 

potomka...  Tak,  teraz  jest  lepiej.  Przy  kolejnym  skurczu  zabieraj  się  poważnie  do  roboty. 

Nadymaj się, czy jak tam, i przyj, przyj, ile sił...  

– Pogłaskał ją po policzku. W oczach kobiety widział łzy.  

– Wszystko będzie dobrze. Jesteś gotowa? 

– Jestem gotowa – odparła.  

Chciałby móc powiedzieć to samo o sobie.  

Nie czekał długo na kolejny skurcz. Nie musiał zachęcać Emily, gdyż ona sama, stękając, 

parła, ile sił. Wydawało mu się, że czeka wieczność na następny skurcz, a to były chyba tylko 

sekundy.  Emily  wytężała  się,  parła,  stękała  i  nagle  Slade  wstrzymał  oddech,  patrząc  na 

ślicznego noworodka w rękach. Dziewczynka! To chyba cud! Po paru sekundach obudził się 

jakby  ze  snu,  zakołysał  dzieckiem,  aby  sprawdzić,  czy  oddycha,  i  natychmiast  zajął  się 

związywaniem  pępowiny  różowym  skrawkiem  bawełny.  Gdy  skończył,  wziął  drobne  ciałko 

w dłonie i złożył je w ramionach Emily. Wyciągnął spod niej jedną derkę i owinął maleństwo.  

– Jak jej dasz na imię? – spytał.  

– Amanda.  

Zapatrzyli  się  oboje  w  czerwoną  buzię.  Z  transu  wydobył  ich  dopiero  dźwięk  syreny. 

Slade ujrzał migające niebieskie światła zbliżającego się ambulansu. Po chwili ustąpił miejsca 

sanitariuszom, którzy zabrali Emily i dziecko do karetki.  

Pojechał  z  Markiem  za  karetką.  Chłopiec  zmęczony  wrażeniami  po  kilku  minutach 

zasnął. W szpitalu Slade czekał z pół godziny, nim go wezwano. Uśmiechnięta pielęgniarka 

powiedziała, że może iść do pokoju żony.  

– Ale ona nie... – Urwał, bo bał się, że jeśli powie, iż jest przygodnym znajomym, to go 

tam nie wpuszczą. – Nie chciałbym zostawiać chłopca samego – dokończył.  

–  Będziemy  go  pilnowali.  Zresztą  nie  może  pan  u  żony  siedzieć  długo.  Należy  się  jej 

odpoczynek po tym, co przeszła.  

background image

W szpitalnym pokoju były dwa łóżka. Jedno wolne, na drugim leżała Emily. Obok niej w 

przenośnym  kojcu  kwiliło  dziecko.  Emily  miała  zamknięte  oczy.  Najwidoczniej  wyczuła 

obecność Slade’a, gdyż otworzyła oczy i powiedziała z bladym uśmiechem: 

– Ale mieliśmy jazdę, co? 

–  Nie  chciałbym  ponownie  czegoś  podobnego  przeżyć.  W  każdym  razie  nie  w 

najbliższym czasie. – Czyżby mu się wydawało, że Emily lekko się zaczerwieniła? 

–  Ja  też  nie  –  odpowiedziała  poważnie.  Przysunął  sobie  krzesło  i  usiadł  u  wezgłowia 

łóżka.  

– Jak się po tym wszystkim czujesz? 

–  Doskonale.  Podobno  Amanda  też.  Powiedzieli  mi,  że  dziecko  jest  wspaniałe.  Ale  jest 

jedna sprawa... Nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać. Nie tu. Przyślą olbrzymi rachunek.  

Przez  ostatnie  lata  Slade  prawie  nie  wydawał  zarobionych  pieniędzy.  Miał  spore 

oszczędności.  Może  kiedy  Emily  lepiej  go  pozna,  to  zgodzi  się  przyjąć  od  niego  pomoc. 

Uświadomił sobie nagle, że dla tej kobiety zrobiłby wszystko. Oddałby ostatniego centa.  

– Nie myśl teraz o żadnym rachunku. Przyjazd do szpitala był konieczny. Lekarze musieli 

zbadać ciebie i dziecko. Sama wiesz.  

– Jutro wracam do domu – oświadczyła.  

– Czy to nie za wcześnie? 

– Doktor powiedział, że mogę, jeśli nie będę się nadwyrężać.  

– To o której mam po ciebie przyjechać? 

– Czy nie masz już dość mnie i mojego rancza? 

– O której mam przyjechać? – powtórzył pytanie.  

– Około jedenastej – odparła po długim milczeniu i wpatrywaniu się intensywnie w jego 

twarz.  

– Będę o jedenastej. A teraz pojadę, bo czeka mnie dużo roboty: wyprawienie Marka do 

szkoły, jeśli się obudzi po tylu nie przespanych godzinach, karmienie koni i krów... – Spojrzał 

na kojec. – Dziewczynka jest śliczna. Wyrośnie na piękną kobietę, taką jak ty.  

– Dziękuję, Slade. – Zaczerwieniła się.  

– Wiesz co, spróbuję jeszcze wprowadzić tu Marka, żeby się z tobą pożegnał.  

Gdy wyszedł na korytarz, pomyślał sobie, że przeżywa niesamowitą noc. Ale czy nie za 

bardzo zaangażował się emocjonalnie? Chyba jednak nie. Chwilowe zauroczenie sytuacją. Ot, 

jedna z przygód, jakie niesie życie. Jedna z krótkotrwałych przygód, jakich wiele go jeszcze 

czeka.  Zaczęło  się  już  od  sierocińca.  Myślał,  że  to  będzie  trwało.  A  potem  wszyscy 

sięporozchodzili  na  cztery  strony  świata  i  od  tego  czasu  rozpoczął  nieustanną  wędrówkę  z 

miejsca na miejsce.  

I jeszcze jedno: miał przecież odnaleźć swojego brata.  

Ale tej nocy nigdy nie zapomni. Nigdy.  

 

Przez  całą  drogę  na  ranczo  Mark  spał.  Przed  domem  Slade  obudził  go  lekkim 

szturchnięciem. Wysiedli z wozu. Gdy szli do drzwi, chłopiec trzymał Slade’a za rękę. Potem 

ruszył  biegiem  do  schodów,  nie  zdejmując  nawet  ciepłej  kurtki.  Slade  poszedł  za  nim  i 

background image

pomógł mu przebrać się w piżamę, a gdy Mark się położył, otulił go kołderką.  

– Zostań ze mną, Slade! – poprosił mały. – Jest drugie łóżko.  

– Ja głośno chrapię – zażartował Slade. – Nie zmrużyłbyś oka.  

– Bardzo proszę! 

–  Posiedzę  z  tobą  w  fotelu,  póki  nie  zaśniesz,  a  potem...  potem  nie  zejdę  na  dół,  tylko 

wyciągnę się w pokoju twojej mamy, dobrze? 

Mark  błogo  się  uśmiechnął  i  po  minucie  już  spał.  Slade  cichutko  wstał  i  wyszedł, 

zostawiając  drzwi  do  jego  pokoju  otwarte.  Zatrzymał  się  na  progu  sypialni  Emily.  To  był 

niedobry  pomysł.  To  jest  sypialnia  kobiety  –  falbanki,  koronki,  różowe  kokardy  i  różany 

zapach.  Emily  tak  właśnie  pachniała,  a  butelka  różanej  esencji  stała  na  toaletce.  Nie  miał 

prawa  naruszać  prywatności  tego  miejsca.  No,  ale  obiecał  Markowi.  Wzruszył  ramionami  i 

wszedł.  Uładził  jako  tako  wzburzoną  pościel  i  położył  się  na  kołdrze,  gasząc  przedtem 

światło. Zamknął oczy i wydawało mu się, że opada, opada...  

 

Wstał  wczesnym  rankiem  i  przed  wyjściem  z  sypialni  przyjrzał  się  fotografiom  w 

ramkach,  ustawionym  na  komodzie.  Na  jednej  Mark,  na  drugiej  starszy  mężczyzna. 

Fotografia  była  bardzo  stara.  To  mógł  być  ojciec  Emily.  I  jeszcze  jedna  bardzo  stara 

fotografia kobiety i obejmującego ją mężczyzny. Może oboje rodzice? Twarz mężczyzny była 

podobna  do  tej  na  pierwszej  fotografii.  Rozejrzał  się  dokoła.  Nigdzie  ani  śladu  po  zmarłym 

mężu.  

Zszedł  na  dół,  nie  budząc  Marka.  Zdecydował,  że  chłopiec  może  raz  opuścić  lekcje. 

Lepiej,  żeby  pojechał  po  matkę  i  siostrzyczkę.  To  będzie  dla  niego  wspaniałe  przeżycie. 

Wziął  prysznic,  przebrał  się  w  czyste  ubranie,  które  przedtem  przyniósł  ze  schowka  swojej 

furgonetki.  

Gdy nakarmił konie i bydło, zajął się przygotowywaniem śniadania. Usmażył jajecznicę i 

podpiekł chleb upieczony przez Emily. Ledwo to zrobił, gdy pojawił się Mark.  

– A ja wiem, że spałeś na górze! – wykrzyknął  zadowolony. – Wstałem, żeby napić się 

wody, i sprawdziłem.  

– Przecież ci obiecałem.  

– Tata też obiecywał, ale nigdy nie robił tego, co mi obiecał.  

– Na przykład czego nie robił? 

Slade  wyrzucał  sobie,  że  jest  taki  ciekawy,  jednak  chciał  poznać  charakter  ojca  dzieci 

Emily.  

– Obiecywał, że pójdziemy na ryby, pojeździmy konno, zagramy w piłkę. I nigdy tego nie 

robiliśmy.  

– Może był zbyt zajęty i nie miał czasu.  

– Mama zawsze miała czas.  

– Pewno mama bardzo cierpi z powodu śmierci twojego taty, co? – zapytał.  

Mark tylko wzruszył ramionami, odwrócił głowę i zajął się śniadaniem.  

 

Po śniadaniu Slade wrócił do sypialni Emily, która poprzedniej nocy, bardzo zakłopotana, 

background image

prosiła  go,  żeby  jej  przywiózł  sweter,  bluzkę,  spodnie  i  dość  intymne  części  damskiej 

garderoby. Opisała też dokładnie,  gdzie co się znajduje. Gdy teraz otworzył szafę, nie mógł 

się  oprzeć,  aby  nie  przesunąć  dłonią  po  delikatnych  materiałach  damskich  strojów.  Czuł  się 

zakłopotany,  gdyż  właściwie  po  raz  pierwszy  w  życiu  znajdował  się  w  kobiecej  sypialni. 

Owszem, znał i miał w życiu kilka kobiet, ale zawsze na krótko, przelotnie.  

Dość szybko odnalazł wszystko, o co Emily prosiła, zawinął w jakąś chustkę i zszedł na 

dół po Marka. Wsiedli do furgonetki i pojechali do szpitala.  

Emily  uśmiechnęła  się  promiennie,  gdy  wszedł  z  Markiem  do  pokoju.  Jaka  ona  jest 

piękna,  pomyślał  Slade  i  serce  zabiło  mu  żywiej.  Zdecydował  jednak,  że  popełniłby  wielki 

błąd, gdyby w tej chwili jej to powiedział.  

– Zupełnie zapomniałam o czymś dla małej – żaliła się Emily. – No cóż, Amanda musi 

jechać do domu w stroiku szpitalnym.  

– Amanda nawet tego nie zauważy – stwierdził Slade, podając zawiniątko z garderobą.  

Mark  rzucił  się  do  matki  i  zaczął  ją  obcałowywać,  a  potem  pochylił  się  nad  kojcem,  w 

którym spało niemowlę i powiedział: 

– Cześć, mała! 

–  Przeproszę  teraz  panów,  ubiorę  się  i  będziemy  mogli  jechać.  –  Emily  jak  najszybciej 

chciała znaleźć się w domu. – W rejestracji jest już wypis ze szpitala i dokument dotyczący 

Amandy.  

Slade  i  Mark  czekali  przy  rejestracji.  Po  kilkunastu  minutach  pielęgniarka  wytoczyła 

wózek z Emily i dzieckiem. Zjechali na dół windą prosto na szpitalny podjazd.  

Wsiedli do furgonetki i ruszyli.  

–  Jak  to  dobrze,  że  przez  te  wszystkie  lata  przechowywałam  ubranka  Marka.  Teraz  jak 

znalazł. – Emily wprost promieniała.  

– Muszę wjechać do miasta – zapowiedział Slade. – Potrzebna jest benzyna, a przy okazji 

mogę załatwić jakieś sprawunki. Co ci jest potrzebne, Emily? 

– Już tyle zrobiłeś, Slade. Nie ma powodów wciągania ciebie...  

–  Może  nie  ma...  –  przerwał  jej.  –  A  może  i  są.  Nie  mogę  zostawić  kobiety  samej  z 

jednodniowym dzieckiem.  

Emily nic nie odpowiedziała, a wzrok z jego twarzy przeniosła na Amandę.  

W  drodze  powrotnej  na  ranczo  wszyscy  milczeli.  Nawet  Amanda  podporządkowała  się 

nastrojowi.  

Slade  podjechał  pod  sam  ganek  i  potem  bardzo  ostrożnie  poprowadził  Emily  tulącą  do 

piersi dziecko. W saloniku odłożyła je na chwilę na kanapę, by móc zdjąć płaszcz.  

–  Teraz  idź  na  górę  i  połóż  się  –  poradził  Slade.  –  Musisz  odpocząć.  Możesz  wejść  po 

schodach, czy cię zanieść? 

– Mogę wejść. Powoli, ale mogę.  

– Pomogę ci.  

W  oczach  Emily  pojawiły  się  łzy.  Była  wzruszona  troską  okazywaną  jej  przez  obcego 

mężczyznę. Co ona by bez niego zrobiła? Gdyby tamtego wieczoru nie zabrakło mu paliwa...  

Gdy w swojej sypialni zobaczyła posłane łóżko, wykrzyknęła: 

background image

– Po co to robiłeś? To naprawdę do ciebie nie należało! 

–  Mark  prosił  mnie,  żebym  spał  blisko  niego.  Więc  przysnąłem  na  twoim  łóżku,  ale  na 

kołdrze...  

Zrobiła się czerwona jak piwonia. Aby pokryć zmieszanie, zaczęła szybko mówić o tym, 

jak  pokój,  tak  zwany  roboczy,  gdzie  stoi  maszyna  do  szycia,  miała  zamiar  urządzić  dla 

dziecka, ale nie zdążyła zrobić wszystkiego.  

– Nie zniosłam też kołyski ze strychu. Możesz mi ją przynieść, Slade? 

–  Oczywiście,  zaraz!  Odzieją  ustawić?  Tu  czy  w  tym  pokoju  z  maszyną?  Chwilowo 

chyba w twojej sypialni, a ja zajmę się przygotowaniem dziecinnego pokoju. Pomaluję ściany 

na różowo.  

–  To  by  było  ślicznie,  ale  nie  trudź  się.  Przynieś  mi  tylko  kołyskę.  Wejście  na  stryszek 

jest z roboczego pokoju.  

Slade i Mark poszli na stryszek, a Emily ułożyła Amandę na środku swego łóżka. Usiadła 

i  przyglądała  się  dziecku.  Przypomniała  sobie  wyraz  twarzy  Slade’a,  kiedy  nagle  dziecko 

znalazło się w jego dłoniach.  

Slade! Obcy człowiek, który tyle jej pomógł. Nie lubiła wysługiwać się obcymi. Takimi, 

którzy dziś są, a nazajutrz znikają. Ale doktor zakazał jej męczących czynności co najmniej 

przez kilka dni. A Slade bardzo szybko przestawał być kimś obcym. Stanowczo za szybko...  

Właśnie wrócił z kołyską.  

–  Wyszorowana  i  wytarta  do  sucha  –  obwieścił.  –  A  przy  okazji  Mark  znalazł  pudło ze 

swoimi starymi zabawkami. Teraz je przegląda w nadziei, że znajdzie coś dla Amandy, choć 

wątpię.  

Zaczął  ustawiać  kołyskę  tuż  przy  łóżku.  Emily  wdychała  świeży  zapach  mydła,  zapach 

mężczyzny...  zapach  mężczyzny,  który  spał  w  jej  łóżku.  Znowu  poczuła,  że  się  czerwieni. 

Aby przerwać te myśli, powiedziała: 

–  Czyż  nie  powinnam  być  szczęśliwa?  Mam  wspaniałego  synka,  który  już  stara  się  być 

starszym bratem i opiekować siostrą. Mam cudowne maleństwo. Czekają mnie cudowne lata 

wychowywania tej dwójki...  

– Jesteś nadzwyczajną kobietą, Emily Lawrence – przerwał Slade. – I potrafisz bezkarnie 

błądzić w chmurach...  

Spuściła  głowę  zażenowana.  Zawstydził  ją  komplement  obcego  mężczyzny,  ale 

właściwie nie obcego, przecież... Nie mogła oderwać od niego oczu. Czy w nim też jest coś 

nadzwyczajnego? 

Widziała  dłoń,  która  zbliżała  się  do  jej  policzka,  by  go  pogłaskać.  Powinna  cofnąć 

głowę...  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Jednak  nie  potrafiła  tego  zrobić.  Nawet  nie  drgnęła,  tak  ją  zniewalało  spojrzenie  jego 

niebieskich oczu. Nie mogła tego zrobić, gdyż serce zaczęło jej walić jak szalone, a szorstka 

dłoń  dotknęła  policzka.  Zamknęła  oczy,  jakby  to  mogło  powstrzymać  wzbierające  w  niej 

uczucia.  A  kiedy  jego  usta  musnęły  jej  wargi,  zastygła.  Podobne  doznanie  było  dla  niej 

niespodzianką. Nigdy niczego podobnego nie przeżyła, nawet z własnym mężem. A przecież 

to,  co  robił  Slade,  to  nie  była  nawet  erotyczna  pieszczota,  ale  ot,  taki  sobie  przyjacielski 

żarcik. To krótkie spotkanie warg okazało się czymś, czego nigdy nie doznała z Pete’em.  

Ciszę  przerwał  płacz  Amandy.  Zmieszana  Emily,  z  rozpalonymi  policzkami,  odwróciła 

się od Slade’a i wzięła na ręce córeczkę. Postanowiła, że to, co wydarzyło się przed chwilą ze 

Slade’em,  nie  może  się  powtórzyć.  To  było  jej  chwilowe  zaburzenie  hormonalne,  ot  co!  A 

jeśli Slade zechce to powtórzyć? Wtedy mu powie, że ma do wychowania dwoje dzieci i nie 

ma czasu na romanse z przygodnymi wędrowcami.  

– Muszę ją nakarmić – poinformowała Slade’a.  

– Masz butelki i całą resztę? – spytał dziwnie zmienionym, jakby zduszonym głosem.  

– Będę karmić piersią.  

Spojrzała  na  Slade’a  i  miała  wrażenie,  że  w  jego  oczach  widzi  podniecenie.  Jakby  już 

wyobrażał sobie scenę karmienia. Może on jest lubieżnikiem? 

– Czy coś ci teraz potrzeba? – spytał tym samym zduszonym głosem.  

Potrząsnęła  przecząco  głową,  choć  miała  ochotę  powiedzieć,  że  potrzebna  jest  jej 

przestrzeń, wielka przestrzeń, w której mogłaby głęboko oddychać.  

–  Pójdę  na  górę  zobaczyć,  czy  Mark  już  skończył  i  czy  nie  zostawił  bałaganu,  a  potem 

może obydwaj wykombinujemy coś na lunch...  

– Slade, nie oczekuję od ciebie, żebyś...  

–  Żebym  ci  pomagał?  Ale  przecież  po  to  tu  jestem.  Potrzebujesz  pomocy.  Musisz  to 

zrozumieć i zaakceptować. Na pewien czas.  

– Ale ty masz jakieś sprawy w Billings? 

– To może kilka dni poczekać.  

Amanda  zaczęła  ponownie  zawodzić,  dając  do  zrozumienia,  że  ma  dosyć  czekania  na 

posiłek.  Slade  skłonił  się  głęboko,  jak  paź  przed  królową,  mrugnął  porozumiewawczo  i 

wyszedł. Emily nie potrafiła powstrzymać się od uśmiechu. Rozpięła bluzkę, usiadła na łóżku 

z dzieckiem w ramionach i zaczęła karmić.  

 

Dla  Slade’a  kuchnia  nie  była  miejscem  obcym.  Bardzo  wcześnie  musiał  zajmować  się 

sobą  i  chociaż  najlepiej  znał  kuchenki  mikrofalowe  i  elektryczne  czajniki,  dawał  sobie 

również radę ze zwykłymi piecami na węgiel czy drzewo. Bez trudu rozpalił ogień i odgrzał 

zupę  z  poprzedniego  dnia.  Pokrajał  też  chleb  na  grube  kromki.  A  w  trakcie  tych  czynności 

myślał o Emily karmiącej piersią swe nowo narodzone dziecko. Gdyby go ktoś przycisnął do 

muru,  to  wyznałby,  że  więcej  myśli  o  piersi  niż  o  dziecku.  Dość  tych  zdrożnych  obrazków, 

background image

skarcił się. Zwłaszcza że jego pobyt tutaj miał być krótki. Lepiej nie zżywać się za bardzo z 

matką ani z jej synem, Markiem.  

Z  góry  zszedł  Mark  ze  starymi  zabawkami.  Usiadł  na  podłodze  i  pieczołowicie  zaczął 

czyścić  ścierką  przybrudzone  samochodziki  i  klocki.  Slade  miał  na  końcu  języka  uwagę,  że 

mama nie będzie zachwycona zniszczeniem kuchennej ścierki, ale Mark miał zbyt szczęśliwy 

wyraz twarzy, by go psuć. Slade złapał się na tym, że patrzy na chłopca, jak na kogoś bardzo 

bliskiego. Dla własnego dobra nie powinien tego robić.  

– Mark, idź do mamy i spytaj, czy jest gotowa na lunch. Powiedz, żeby nie schodziła, bo 

ja jej przyniosę.  

Slade bał się iść na górę bez uprzedzenia. A nuż trafiłby jeszcze na karmienie i zobaczył 

to, czego nie powinien i co mogło go niepotrzebnie poruszyć.  

– A czy my też możemy zjeść razem z mamą? – spytał Mark.  

–  W  pierwszych  dniach  mama  będzie  miała  sporo  roboty  z  twoją  siostrzyczką. 

Powinniśmy zostawić ją w spokoju, żeby choć trochę mogła odpocząć. Jeśli będzie dobrze się 

czuła, to może wszyscy razem zjemy kolację.  

– No dobrze – zgodził się chłopiec niechętnie. – A czy po południu mogę iść z tobą tam, 

dokąd ty będziesz szedł? 

– Jeśli tylko mama się zgodzi.  

Chłopiec  pobiegł  na  górę  i  po  chwili  wrócił  z  wiadomością,  że  mama  może  jeść.  Slade 

ustawił na tacy kubek zupy, szklankę mleka i dwa kawałki chleba. Tacę ujął w obie dłonie i 

poszedł na górę. Na chwilę zatrzymał się u szczytu schodów, bo doszedł go melodyjny głos 

Emily,  nucącej  kołysankę.  Poczuł  przedziwny  ucisk  w  okolicy  serca.  Jakieś  wzruszenie  i 

radość,  że  uczestniczy  w  życiu  tej  rodziny.  Wszedł  do  sypialni  i  stanął  jak  wryty:  Emily 

siedziała w łóżku, a jej głowa i kasztanowe włosy skąpane były w promieniach zachodzącego 

słońca. Ocknął się, nim zdołała zauważyć jego zachowanie, i zapytał: 

– Szanowna mamusia jest głodna? 

– Niezbyt. – Zaśmiała się. – Ale muszę jeść dla Amandy, żeby nie zabrakło mi pokarmu. 

–  Wzięła  tacę  z  rąk  Slade’a.  –  Muszę  się  odpowiednio  odżywiać  i  dlatego  od  razu 

porozmawiajmy na temat kolacji. Są pewne rzeczy, których mi nie wolno jeść ze względu na 

skład pokarmu.  

– W lodówce widziałem mieloną wołowinę. Może być rzymska pieczeń? 

– Może, ale pod warunkiem, że zapomnimy o większości przypraw. Nie wyglądasz mi na 

kogoś, kto zna się na pieczeniach rzymskich i tym podobnych nadzwyczajnych daniach.  

–  Znam  się,  bo  też  jestem  nadzwyczajny  –  odparł  ze  śmiechem.  –  Umiem  nawet  robić 

puree z kartofli.  

– No, to masz na całe życie przyjaciela w Marku. On uwielbia puree z kartofli.  

Przyjaciel na całe życie! Slade nie znał podobnego pojęcia.  

– Mark mówił, że pozwoliłaś mu towarzyszyć mi przy robocie.  

– Pod warunkiem, że nie będzie ci przeszkadzał.  

– Nie tylko nie będzie przeszkadzał, ale pomoże. Zaprzęgnę go do pracy. Ale czy ty mnie 

nie potrzebujesz? Mam coś zrobić, podać, przynieść, przygotować? 

background image

–  Nic  nie  potrzebuję,  teraz  przewinę  Amandę,  potem  zjem.  Amanda  zaśnie,  a  ja  trochę 

odpocznę. Może też się zdrzemnę.  

–  Tak  na  wszelki  wypadek:  gdybyś  mnie  potrzebowała,  wywieś  jakąś  szmatę  albo 

poduszkę przez okno. Od czasu do czasu będę zerkał i w razie potrzeby przylecę.  

– W pełni zdaję sobie sprawę, Slade, że to, co zrobiłeś dla mnie i nadal robisz, ma dużo 

większą wartość niż dach nad głową i wikt. Nie mogę ci za to zapłacić.  

– Nic mi nie jesteś winna, Emily. Robię to, co mogę i nic więcej. To ja odpłacam pomocą 

za okazaną mi pomoc.  

Slade szybko wyszedł w obawie, że jeśli zostanie tu dłużej, to chyba na zawsze zniewolą 

go te brązowe oczy i ich spojrzenie.  

Popołudnie  szybko  minęło  przy  robocie.  Mark  dzielnie  pomagał  Slade’owi  w 

oporządzaniu  koni,  w  karmieniu  bydła  i  obijaniu  papą  nieszczelnych  desek  obory.  Gdy 

wreszcie obaj wrócili do domu, Mark poszedł się umyć, a Slade wbiegł na górę, by sprawdzić, 

czy  u  Emily  wszystko  jest  w  porządku.  Nie  wywiesiła  co  prawda  żadnej  szmatki,  ale  nigdy 

nic nie wiadomo.  

Drzwi do sypialni były uchylone. Slade zajrzał ostrożnie. Amanda leżała u boku matki i 

spała. Emily miała oczy zamknięte i równo oddychała. Też chyba spała. Długo stał wpatrzony 

w jej twarz. Tej twarzy nigdy nie zapomni. Piękna i dobra.  

Nagle otworzyła oczy, jakby rozbudziło ją spojrzenie Slade’a.  

–  Bardzo  przepraszam  –  wybąkał.  –  Obudziłem  cię.  Nie  miałem  zamiaru.  Przyszedłem, 

żeby zobaczyć...  

–  Właściwie  nie  spałam,  tylko  tak  sobie  myślałam  –  przerwała  mu.  –  Dopiero  teraz 

poczułam się strasznie senna i zmęczona.  

– No, to śpij, śpij! Dobrze ci to zrobi. Ja zajmę się wszystkim.  

Obdarzyła  go  spojrzeniem,  które  przeniknęło  go  do  głębi.  Ona  mnie  urzekła,  pomyślał, 

nie odrywając od niej oczu.  

Po długiej chwili powieki Emily opadły i powrócił równy oddech. Zasnęła. Zaczarowana 

chwila minęła. Otrząsnął się jakby z odrętwienia, westchnął i zszedł na dół przygotować coś 

do jedzenia.  

Emily  zeszła  na  kolację  i  przyniosła  ze  sobą  Amandę.  Nim  usiadła,  zwróciła  się  do 

Slade’a: 

–  Mam  jeszcze  jedną  prośbę.  Przypomniałam  sobie,  że  na  stryszku  jest  druga  kołyska, 

pewno bardzo zniszczona. To moja kołyska. Czy nie zechciałbyś jej przynieść i tu postawić. 

W  ten  sposób  podczas  posiłków  i  pracy  w  kuchni  będę  miała  gdzie  położyć  Amandę.  Tę 

kołyskę zrobił mój ojciec...  

–  Żaden  problem.  Chyba  ją  widziałem,  kiedy  brałem  kołyskę  Marka.  Wyglądała 

rzeczywiście na bardzo zniszczoną i starą.  

–  Ale  zrób  to  dopiero  po  kolacji.  Teraz  dam  sobie  radę.  Podczas  posiłku  kilkakrotnie 

chwaliła  zdolności  kulinarne  Slade’a,  nazywając  go  Wielkim  Szefem.  Miała  apetyt  i 

sprawiała wrażenie wypoczętej. Slade był zdziwiony, że zaledwie dwadzieścia cztery godziny 

po porodzie matka może czuć się tak dobrze i wyglądać tak pięknie.  

background image

Po kolacji Emily pozwoliła Markowi wziąć Amandę na kolana. Chłopiec najpierw długo 

głaskał  delikatnie  włoski  siostrzyczki,  potem  policzył  jej  wszystkie  paluszki,  jakby 

spodziewał się jakiegoś odstępstwa od normy, a następnie stwierdził, że jest bardzo fajna i że 

on nie miałby nic przeciwko drugiej takiej.  

Wszyscy przeszli do saloniku i Slade zaproponował Markowi grę w karty, polegającą na 

dobieraniu  ich  w  pary.  Emily  usiadła  na  kanapce  i  zaczęła  robić  na  drutach  sweterek  dla 

małej. Gdyby ktoś podejrzał tę scenę, to byłby pewien, że patrzy na najszczęśliwszą rodzinę 

na  świecie.  W  pewnej  chwili  Amanda  zaczęła  kwilić,  a  potem  płakać.  Emily  zabrała  ją  na 

górę na karmienie. Pokarm nie uspokoił jednak małej, która płakała w dalszym ciągu. Płakała 

nawet wtedy, gdy Mark powinien był pójść już spać. Slade i Mark poszli na górę sprawdzić, 

co się dzieje.  

– Jej chyba coś jest – powiedział z niepokojem Slade.  

– Nie sądzę – odparła Emily. – Niemowlęta miewają takie kapryśne okresy.  

– Masz doświadczenie – skomentował.  

Emily spojrzała bacznie.  

–  Mam.  Przy  Marku  zamartwiałam  się  każdą  jego  łzą.  I  dlatego  teraz  jestem  pewna,  że 

Amandzie  nic  nie  jest.  Ty  też  pewno  dużo  płakałeś,  kiedy  miałeś  dwa  dni.  Płakałeś  bez 

powodu.  

– Kołysz Amandę, a ja położę Marka spać i opowiem mu jakąś historyjkę.  

–  Niech  on  tu  przedtem  przyjdzie  powiedzieć  nam  dobranoc.  Dziękuję  za  wszystko, 

Slade... I dopilnuj, żeby Mark umył zęby. , Ich spojrzenia spotkały się i porozumiewały czas 

jakiś, po czym Slade skinął głową i wyszedł, przymykając za sobą drzwi.  

Kiedy Mark już się umył, wyszorował zęby, włożył piżamkę i położył się, Slade usiadł na 

skraju  łóżka,  aby  opowiedzieć  chłopcu  jakąś  wymyśloną  historyjkę  kowbojską.  Zobaczył 

jednak głęboki smutek na buzi malca i spytał: 

– Masz jakieś kłopoty, mój partnerze? 

– Zawsze kładła mnie i otulała mama. I opowiadała o dobrym księciu, który podróżuje na 

białym koniu i szuka, komu by pomóc.  

– No cóż, masz teraz siostrzyczkę. Niemowlęta wymagają stałej opieki.  

– Ale dlaczego ta Amanda tak ryczy? 

–  Ja  ci  powiem  dlaczego.  Przez  wiele,  wiele  miesięcy  Amandzie  było  cieplutko  w 

brzuszku mamy. Zawsze miała co jeść i czuła się bezpieczna. Ale w końcu musiała opuścić 

swoje schronienie. Wyszła na wielki świat, gdzie panuje hałas, zgiełk, jest strasznie jasno, raz 

może być za  gorąco, raz za zimno. Ona do tego  wszystkiego nie przywykła. Potrzeba wiele 

matczynej troski i czasu, żeby przestała się bać.  

– Ile potrzeba czasu? 

–  Nie  jestem  pewien,  ale  chyba  po  miesiącu  zacznie  się  czasami  uśmiechać,  bo  już  nie 

będzie taka przestraszona.  

Mark w zamyśleniu pokiwał głową.  

– Opowiesz mi o księciu? 

– Nie, o jednym kowboju, który też pomagał ludziom.  

background image

W trakcie opowiadania Mark zasnął. Slade cicho wyszedł z pokoju i na chwilę zatrzymał 

się  przed  drzwiami  Emily.  Dziecko  ciągle  płakało.  Wzruszył  ramionami  i  zszedł  do  siebie, 

żeby  też  wreszcie  wypocząć.  Nie  mógł  jednak  zasnąć.  Przeszkadzały  mu  myśli,  w  których 

główną  rolę odgrywały  Emily  Lawrence oraz plącz małej. Amanda przestała płakać dopiero 

przed północą, a o północy Slade nadal przewracał się z boku na bok. Z kolei zaczął myśleć o 

czekającej go nazajutrz wizycie w Billings. Najpierw musi iść do budynku sądów i przejrzeć 

stare akta. Może trafi tam na ślad brata bliźniaka. Nim zapadł w sen, długo jeszcze zmagał się 

z własnymi myślami.  

Obudził go brzęk łyżki  padającej na podłogę z terakoty. Potem usłyszał  wodę lejącą się 

do zlewu. Jak długo mógł spać? Chyba nie dłużej niż piętnaście minut. Szybko włożył dżinsy 

i  flanelową  koszulę  i  poszedł  do  kuchni.  Emily  właśnie  nalewała  mleko  do  kubka,  potem 

kubek wstawiła do kuchenki mikrofalowej.  

– Co się stało? – spytał.  

Obróciła się. Jej wzrok wyrażał zdziwienie.  

– Amanda dopiero co zasnęła. Przyszłam napić się mleka.  

Slade  podszedł  do  kredensu  i z  aluminiowej  folii  odwinął  drożdżowe  bułeczki,  które  na 

polecenie Emily wyjął przed kilkoma godzinami z zamrażalnika.  

– Masz na nie ochotę? – spytał.  

– O tak. Ale przejdźmy do saloniku. Stamtąd będę słyszała, jeśli Amanda zapłacze. Coś 

mi  przyszło  do  głowy:  ponieważ  jutro  jedziesz  do  miasta,  to  może  mi  kupisz  elektroniczny 

sygnalizator.  Daje  znać,  gdy  dziecko  się  obudzi.  Mam  na  górze  folder  reklamujący  to 

urządzenie.  

– Zrób mi listę zakupów. Postaram się wszystko załatwić jak najlepiej.  

Gdy zasiedli w saloniku na kanapce, Emily raz jeszcze powtórzyła: 

– Chwilowo to lista twoich usług rośnie. Jak ja ci zapłacę? 

–  Nic  mi  się  od  ciebie  nie  należy.  To,  co  robię,  robię  z  prawdziwą  przyjemnością...  –  I 

dodał po chwili: – Sam się nie spodziewałem, że to będzie taka przyjemność.  

Po takim stwierdzeniu musiała nastąpić długa cisza, podczas której oboje zastanawiali się 

nad dalszym krokiem. Długo milczeli.  

Ciszę przerwała Emily pytaniem: 

– Nie będzie cię cały dzień? To nie zwykła ciekawość, ale...  

–  Tak,  tak  –  przerwał  jej.  –  Chcesz  wiedzieć,  czy  przez  cały  dzień  będziesz  z  dziećmi 

sama. Ale nie wiem, ile czasu mi to zajmie. Nie wiem, co znajdę... Ja szukam pewnej osoby... 

Nie, nie kobiety – dodał szybko, widząc jakby niepokój w jej oczach. – Szukam brata... – Czy 

powiedzieć jej wszystko? Jeśli nie opowie jej o swoim życiu, to nie dowie się niczego o niej. 

A  bardzo  chciał  wiedzieć,  jak  to  było  z  jej  małżeństwem  z  owym  Pete’em  Lawrence’em.  – 

Otóż  ja  nie  miałem  normalnej  rodziny  jak  inne  dzieci...  –  Gdy  napotkał  wzrok  Emily, 

wzruszył  ramionami,  jakby  chcąc  podkreślić,  że  to  wszystko  razem  nie  ma  większego 

znaczenia. – Nie znam swoich rodziców. Byłem w sierocińcu...  

– Jakże mi przykro...  

–  Nie  lituj  się  nade  mną.  Byłem  karmiony,  ubierany,  opiekowali  się  mną  przeważnie 

background image

dobrzy ludzie. Ale sierociniec to nie rodzina.  

– Byłeś tam z bratem? 

–  Nie  wiedziałem,  że  mam  brata.  Dowiedziałem  się  o  tym  dopiero  przed  dwoma 

miesiącami.  Ten  sierociniec  w  Tuscon,  w  którym  byłem  od  pierwszych  dni  życia,  został 

obecnie  zamknięty.  Pracowałem  na  ranczu  w  Idaho,  kiedy  otrzymałem  list.  Oni  mieli  w 

sierocińcu mój aktualny  adres, bo ja zawsze na  Boże Narodzenie wysyłałem im jakiś datek. 

W tym liście, informującym mnie o likwidacji domu i rejestru akt stanu cywilnego, znalazłem 

świadectwo  zgonu  mojej  matki  i  dwa  świadectwa  urodzenia  wystawione  tego  samego  dnia. 

Wreszcie  się  dowiedziałem,  jak  się  nazywała.  Świadectwa  urodzenia  były  moje  i  mojego 

brata Huntera. Jest w nich godzina naszego •urodzenia. Pięć minut różnicy między mną a nim. 

Mam więc chyba brata bliźniaka... W liście była też informacja, że Hunter został adoptowany, 

kiedy  miał  osiem  miesięcy.  Na  odwrocie  kopii  aktu  urodzenia  Huntera  była  notatka,  że 

oryginał  przesłano  do  Billings.  I  to  tego”  samego  dnia,  kiedy  został  wysłany  list  do  mnie. 

Dzwoniłem  do  likwidatora  sierocińca  w  Tuscon  po  jakieś  bliższe  informacje,  ale  on  nic  nie 

wiedział. Wszystko to działo się tak dawno.  

– Więc myślisz, że twój brat mieszka w Billings albo w okolicy? 

–  Tak  myślę  i  chcę  pogrzebać  w  starych  aktach  urzędu  stanu  cywilnego.  Powinny  być 

zgromadzone  w  archiwach  przy  sądzie.  Jeśli  sam  się  jutro  czegoś  nie  dowiem,  to  może 

wynajmę miejscowego detektywa.  

– To może być kosztowne.  

–  Mam  trochę  oszczędności.  Od  kiedy  opuściłem  Tuscon,  mając  osiemnaście  lat, 

oszczędzałem i wydawałem bardzo mało. Człowiek wiele nie potrzebuje, wynajmując się do 

pracy na farmach i ranczach.  

– Nigdy nie mieszkałeś długo w jednym miejscu? 

–  Nie.  Zatrzymywałem  się  tam,  gdzie  była  praca.  Przy  budowach,  w  gospodarstwach 

hodowlanych  i  rolnych.  Na  południu  i  północnym  zachodzie.  Ty  nigdy  nie  opuszczałaś 

Montany? 

– Nigdy. Najdalej byłam w Helenie. Ojciec mnie tam zabrał na rodeo.  

– A twój mąż? 

–  Też  znał  tylko  Montanę.  I  nie  miał  żadnych...  ciągot  ani  do  podróżowania,  ani  do 

zmiany miejsca zamieszkania. Nie lubił zmian.  

Coś  w  tonie  jej  głosu  zachęcało  do  dalszego  wypytywania,  ale  nie  chciał  być  natrętny. 

Emily mogłaby się speszyć, widząc jego nadmierną ciekawość. Lepiej działać powoli. Pytanie 

tu, pytanie tam. To stanowczo lepsza metoda.  

– Jak długo chciałbyś tu zostać? – spytała ostrożnie Emily i wypiła parę łyków mleka.  

–  Naprawdę  nie  wiem.  To  zależy,  jak  mi  wyjdą  sprawy  w  Bilings...  No  i  od  tego,  jak 

długo będziesz mnie potrzebowała.  

Ta druga ewentualność przyszła mu do głowy teraz. Sam się zdziwił, że to powiedział.  

– Jeśli tu zostaniesz na dłużej, to nie będą rosły twoje oszczędności.  

– Pieniądze nie są mi specjalnie potrzebne.  

Slade  widział,  że  Emily  intensywnie  myśli  i  usiłuje  go  rozszyfrować,  bo  przecież  nadal 

background image

był  dla  niej  przygodnym  i  przypadkowym  pracownikiem  najemnym.  A  ponadto  miał 

wrażenie, że ich rozmowa zaczyna toczyć się między wierszami. No i dobrze. To jest droga 

do  lepszego  poznania.  Złapał  się  na  tym,  że  bardzo  chce  lepiej  poznać  Emily.  Ni  stąd,  ni 

zowąd powiedział: 

– Jesteś piękną kobietą...  

Zaczerwieniła się i chcąc pokryć zmieszanie, roześmiała się, mówiąc: 

– Widzę, że zbyt długo pracowałeś tylko w otoczeniu mężczyzn i krów.  

Też  się  roześmiał  i  dotknął  dłonią  jej  karku,  a  potem  wśliznął  się  palcami  między 

jedwabiste włosy. Palce zastygły w kasztanowej gęstwinie. Czekał, wiedząc, że musi dać jej 

czas na podjęcie decyzji: cofnąć głowę czy akceptować dalsze zbliżenie.  

Emily poczuła zamęt w głowie. Serce biło jej jak szalone. W pewnej chwili zadała sobie 

pytanie, co ona tu robi, siedząc tak spokojnie obok tego mężczyzny, świadoma, co może się 

stać  za  chwilę.  Rozsądek  nakazywał  trzymanie  się  z  daleka  od  wiecznego  tułacza,  ale  w 

niebieskich  oczach  Slade’a  było  coś,  co  zachęcało,  aby  w  tym  błękicie  się  zanurzyć  i 

zapomnieć o wszystkim.  

Pochylił ku niej głowę, ona podniosła głowę ku niemu.  

Zadygotała,  nim  jeszcze  jego  usta  dotknęły  jej  ust.  Ale  tylko  je  musnął.  Tak  jak  za 

pierwszym  razem.  Nie  posunął  się  dalej.  Musnął,  a  potem  powędrował  na  policzek,  też 

delikatnie go muskając. Pachniał przestrzenią i promieniował łagodnym ciepłem. Jego oddech 

był  kojący.  Po  tej  wstępnej  igraszce  miłosnej  powrócił  do  ust  i  tym  razem  złożył  na  nich 

pocałunek namiętny, głęboki. I Emily nagle zaczęła go całować, tak jak jeszcze nigdy w życiu 

nie całowała. Straciła poczucie miejsca i czasu. Wreszcie poznała prawdziwego mężczyznę! 

Mężczyznę, który wiedział, czego pragnie kobieta, i był gotów jej to dać.  

Nagle  zastygła  i  oderwała  usta.  Przecież  całuje  człowieka,  który  wdarł  się  nagle  w  jej 

życie i zamierza z niego jak najszybciej umknąć. Odepchnęła Slade’a, oburzona właściwie na 

siebie, że nie potrafi racjonalnie myśleć. Rozdygotana i zła niemal wykrzyczała: 

–  To  nonsens!  To  nie  może  się  powtórzyć!  Słyszysz?  Nie  może!  Co  też  we  mnie 

wstąpiło? No i w ciebie! 

– Emily... – zaczął zduszonym głosem.  

– Jestem dopiero co po porodzie – przerwała mu. – Nie powinnam nawet myśleć o czymś 

podobnym. Nie wolno mi... Nie wolno mi pakować się w ramiona mężczyzny... – Co ja plotę, 

zadała sobie pytanie.  

–  Chyba  nie  myślisz,  Emily,  że  zamierzałem...  że  chciałem  czegoś  więcej,  niż 

pocałunku...  z  osobą,  która  stała  mi  się...  jest  w  moich  oczach  taka...  taka  bliska  i 

sympatyczna...  

– Tak... nie... Nie wiem. Ja ciebie nie znam.  

–  Nie  znasz  mnie?  Po  tym  wszystkim,  co  razem  przeżyliśmy  przez  te  kilkadziesiąt 

godzin,  ty  mówisz,  że  mnie  nie  znasz?  Wobec  tego  coś  ci  powiem:  jestem  człowiekiem 

honoru.  I  daję  ci  teraz  słowo,  że  nie  zbliżę  się  i  nie  pocałuję  cię,  dopóki  mnie  o  to  nie 

poprosisz.  

Wstał, koszula mu się rozpięła i gdy Emily zobaczyła jego owłosioną klatkę piersiową i 

background image

muskularny płaski brzuch, ogarnęła ją fala pożądania. Zmieszała się nie mniej, niż zmieszany 

i  zagubiony  był  Slade.  Nim  zdołała  zebrać  myśli,  by  odpowiedzieć  na  jego  ostatnią 

deklarację, on odezwał się pierwszy: 

– Dobranoc, Emily! Jeśli będziesz mnie potrzebowała, to uderz czymś w podłogę tak jak 

tamtej nocy. – Po tych słowach wyszedł z kuchni. Po chwili Emily usłyszała trzaśniecie drzwi 

jego pokoju.  

Pozostała  sama  z  chaosem  w  głowie,  z  wypitym  kubkiem  mleka  w  dłoniach  i  oczami 

pełnymi łez.  

Wpierw śnieg spadnie w piekle, nim go poproszę o pocałunek, powiedziała sobie.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Uszczelniając  ościeżnicą  kuchenne  drzwi,  Slade  patrzył  kątem  oka  na  Emily,  która 

wsuwała  do  piekarnika  kamionkę  z  czymś,  co  przygotowała  na  kolację.  Boczyła  się  przez 

minione dwa dni i trzymała jak najdalej. To było nie tylko denerwujące, ale i bardzo dla niego 

niewygodne.  Co  dalej?  Zapytywał  siebie  o  to  już  przed  dwoma  dniami,  kiedy  wyprawa  do 

Billings nic nie przyniosła. Nie natrafił na żaden ślad brata. Upychając uszczelniacz w szpary 

myślał teraz o tym, że Emily jest właściwie przeszkodą w kontynuowaniu poszukiwań jedynej 

bliskiej mu osoby. Opóźniła te poszukiwania. Może tamtego wieczoru nie powinien wpaść w 

złość  i  powiedzieć  tego,  co  powiedział.  Może  nie  powinien  jej  całować.  Ale  przecież  ona 

rozkoszowała  się  tym  pocałunkiem  nie  mniej  od  niego.  Teraz  drogo  go  to  kosztuje,  gdyż 

zaplątał  się  emocjonalnie  w  historię  bez  wyjścia.  Emily  nie  chciała  jego  emocjonalnego 

zaangażowania, nie chciała jego pocałunków. W każdym razie tak powiedziała.  

No cóż, niech tak będzie.  

Z saloniku dobiegł płacz niemowlęcia. Emily zerknęła na kuchenny zegar. Slade wiedział, 

co ona teraz myśli. Ze za pięć minut będzie przejeżdżał szkolny autobus, a ona zawsze wita 

Marka przy wylocie drogi z rancza.  

– Idź nakarmić małą, a ja pójdę po Marka zaproponował.  

–  Chyba  muszę  tak  zrobić  –  odparła  Emily,  wzdychając.  –  A  taką  miałam  nadzieję,  że 

Amanda pośpi dłużej. Mark będzie rozczarowany...  

– Poprawię mu humor. Powiem, że jutro może ze mną pojechać na sprawdzanie studni. – 

Slade  odłożył  na  stół  narzędzia,  wsypał  do  pudełka  pozostałe  gwoździe  i  włożył  do  puszki 

resztę masy uszczelniającej. – Nie będzie tak wiało przez drzwi...  

– Jakże ja ci się za to wszystko odwdzięczę, Slade.  

Był  już  zmęczony  jej  pojękiwaniem  na  temat  podziękowania  i  niemożności  spłacenia 

długu,  jaki  wobec  niego  zaciągnęła.  Nic  jednak  nie  powiedział,  tylko  zdawkowo  się 

uśmiechnął. O dziwo, uśmiechnęła się i Emily.  

Gdy Mark wyskoczył z autobusu i zobaczył Slade’a, a nie matkę, nagle posmutniał.  

– Gdzie mama? – spytał. – Znowu karmi bachora? 

– To nie bachor, tylko twoja mała siostrzyczka, która wymaga częstego karmienia. Ciebie 

też tak często mama karmiła. Ale Amanda rzeczywiście jest żarłoczna, bardzo dużo je. Czy 

chciałbyś jutro pojechać ze mną, żeby sprawdzić, czy bydło ma wodę? 

– Mama na pewno się nie zgodzi. Powie, że za zimno albo coś takiego.  

– Już mamę pytałem. Zgodziła się.  

Jednak nawet ta wiadomość nie rozchmurzyła chłopca. Szedł z ponurą miną aż do domu. 

Slade zauważył, że Mark bardzo się zmienił od chwili powrotu Emily ze szpitala. Był bardziej 

zamknięty, cichy i zamyślony.  

– No tak, mama znowu u siebie na górze z Amandą – powiedział po wejściu do kuchni.  

Slade  pomyślał,  że  trzeba  porozmawiać  z  Emily  na  temat  jej  syna.  Będzie  musiała 

zmienić swoje postępowanie, jeśli nie chce mieć kłopotów z chłopcem, który czuje się przez 

background image

nią opuszczony od chwili przyjścia na świat drugiego dziecka.  

Emily wkrótce zeszła na dół z Amandą i ułożyła ją w saloniku w starej kołysce. Zaczęła 

wypytywać  Marka  o  dzień  spędzony  w  szkole,  ale  on  nie  miał  ochoty  na  rozmowę  i 

odpowiadał monosylabami.  

Zadumana,  zabrała  się  do  przygotowywania  sałaty.  Ponownie  spróbowała  nawiązać 

kontakt z synem: 

– Jutro będę piekła ciasteczka. Takie, jak lubisz. Pomożesz mi? 

– Slade powiedział, że mogę z nim jechać.  

– Wiem, wiem. Ale możemy piec po południu.  

– Może być – odparł chłopiec, nieco się ożywiając. Jednakże podczas kolacji w dalszym 

ciągu  nie  miał  wiele  do  powiedzenia  i  wbrew  zwyczajowi  nie  zarzucał  nikogo  pytaniami. 

Ponieważ  po  kolacji  Emily  uparła  się,  że  sama  zmyje,  Slade  zaczął  uczyć  Marka  robienia 

węzłów. Sztuki tej nauczył się przy okazji pracy w różnych firmach budowlanych. Chłopiec 

był pojętnym uczniem i po półgodzinie znał już z tuzin różnych sposobów wiązania linki.  

Tego  wieczoru  Amanda  szybko  zasnęła,  więc  Emily  mogła  dopilnować  Marka.  Gdy 

jednak  zaczęła  czytać  mu  przed  snem  jakieś  opowiadanie  z  ilustrowanej  książki,  rozległ  się 

głośny płacz i musiała przerwać, by pobiec do córki.  

Minęła godzina, nim mała zasnęła. Emily zeszła na dół do kuchni, ale po drodze usłyszała 

dobiegające ją z saloniku odgłosy programu telewizyjnego. A więc Slade jeszcze nie spał.  

Podeszła  do  drzwi  i  zobaczyła  go  w  fotelu,  z  założonymi  na  piersiach  rękami  i  z 

uśmiechem na ustach. Oglądał kolejny odcinek komediowego serialu rodzinnego.  

– Oboje śpią? – spytał, nie podnosząc głowy.  

– Śpią. I ja idę spać. Zeszłam tylko po szklankę mleka.  

– Nie odchodź. – Wyłączył telewizor. – Powinniśmy porozmawiać.  

– O czym? 

–  O  kilku  sprawach...  –  Wyprostował  się  w  fotelu  i  dłonie  oparł  na  poręczy.  –  Przede 

wszystkim o tamtym wieczorze.  

Domyślała się, o jakim wieczorze Slade mówi. Ale kiedy tak na nią patrzył, widziała w 

jego oczach wiele pytań, na które sama nie znała odpowiedzi.  

– Właściwie nie ma o czym mówić – odparła.  

– Jest, skoro odskakujesz ode mnie jak oparzona, ilekroć stoję bliżej niż metr.  

– Wcale nie! To twoja imaginacja.  

– Nie wydaje mi się, a wzrok mam sokoli. I stwierdzam fakt.  

–  Ja...  ja  tylko  czuję  się  tak  dziwnie...  –  Usiadła.  Właściwie  była  zbyt  zmęczona  na 

jakiekolwiek rozmowy. Czuła się tak, jakby nie spała od tygodnia. – Może... jestem po prostu 

nie przyzwyczajona do obecności mężczyzny w domu.  

– Miałaś w domu mężczyznę, swojego męża. Tego Pete’a.  

– To zupełnie co innego. Ty jesteś kimś obcym...  

– No, niezupełnie.  

Oboje pomyśleli jednocześnie o tym samym: o tamtej nocy na szosie, w furgonetce...  

– Idę spać. – Wstała.  

background image

Nim zdołała postąpić jeden krok, Slade zerwał się i chwycił ją za ramię.  

W tym momencie Amanda znowu zaczęła płakać.  

– Slade, puść mnie. Obiecuję, że porozmawiamy jutro. – Pobiegła w stronę schodów.  

– Przyniosę ci mleko! – krzyknął za nią Slade.  

 

Rano  następnego  dnia  Slade  i  Mark  wyjechali  na  objazd  rancza,  a  Emily  zajęła  się 

Amandą  i  tysiącem  czynności  domowych.  Chciała  mieć  wolniejsze  popołudnie,  by  móc 

spędzić  czas  z  Markiem  i  upiec  zapowiadane  od  dawna  ciasteczka.  Jednakże  po  lunchu 

zadzwoniła sąsiadka, Mavis O’Neill, kobieta bardzo gadatliwa, i przez pół godziny zanudzała 

Emily lokalnymi plotkami, a poza tym wprosiła się z wizytą następnego dnia, w niedzielę, po 

mszy.  Po  zakończeniu  rozmowy  Emily  zaczęła  wyjmować  na  stół  wszystko,  co  było  jej 

potrzebne  do  pieczenia,  kiedy  nagle  usłyszała  płacz  Amandy  śpiącej  w  kołysce  w  saloniku. 

Musiała zanieść ją na górę, na karmienie. Po zjedzeniu mała zaczęła marudzić i w ten sposób 

minęło popołudnie. Oczywiście nic nie wyszło z danej synowi obietnicy pieczenia ciasteczek. 

Niedobrze.  

Mark nie powiedział ani słowa i podczas kolacji leż milczał jak zaklęty.  

– Chcesz piec ze mną ciasteczka po kolacji? – spytała Emily.  

– Nie – odparł krótko Mark. – Slade obiecał mi pokazać sztuczki z kartami. – To może 

jutro?  –  Słyszałem,  że  jutro  przychodzą  państwo  O’Neill.  Kiedy  wieczorem  kładła  Marka 

spać, chłopiec ani razu nie spojrzał jej w oczy. – Słuchaj, Mark, przed urodzeniem Amandy 

rozmawialiśmy wiele razy o tym, że będziesz miał braciszka albo siostrzyczkę. I ogromnie się 

cieszyłeś. Już niedługo nie będę musiała przebywać tak długo przy Amandzie. Każdą wolną 

chwilę będę z tobą.  

– Nie martw się, mamo. Mam teraz Slade’a.  

–  Kiedy  ja  nie  wiem...  –  Zasępiła  się.  –  Ja  nie  wiem,  jak  długo  jeszcze  Slade  u  nas 

zostanie. On tu jest tylko przejazdem.  

– On na pewno zostanie, jeśli go poprosimy.  

–  Ma  sprawy  do  załatwienia  w  Billings,  szuka  brata.  Jak  go  znajdzie,  to  pojedzie  do 

niego.  –  Pochyliła  się  nad  chłopcem,  uściskała  go.  –  Spij,  synku.  I  nie  martw  się.  Zawsze 

będziemy razem. Do czasu, aż dorośniesz. – Mark nic nie odpowiedział. – Dobranoc, synku.  

– Dobranoc – bąknął i odwrócił głowę.  

Emily  westchnęła  i  poszła  do  łazienki.  Wzięła  prysznic  i  kiedy  spojrzała  na  zegarek, 

stwierdziła, że już czas nakarmić Amandę. Boże, czy ona da sobie z tym wszystkim radę? Po 

karmieniu mała od razu zasnęła. Emily usiadła w bujanym fotelu i rozmyślała o swoim losie, 

o  ostatnich  dniach  i  o  tych,  które  ją  czekają.  W  trakcie  tych  rozważań  usłyszała  mocne 

pukanie do drzwi. Ledwo zdążyła się okryć, drzwi otworzyły się i w progu stanął Slade.  

– Emily, musimy porozmawiać. Sprawa staje się pilna. Przed chwilą zszedł na dół Mark. 

Nie mógł zasnąć i przyszedł do mnie z różnymi pytaniami. Ty z pewnością dobrze opiekujesz 

się  Amandą,  ale  powinnaś  się  zastanowić,  czy  nie  zaniedbujesz  Marka.  Chciał  przede 

wszystkim wiedzieć, jak długo jeszcze zostanę na ranczu. Kiedy mu odpowiedziałem, że nie 

wiem, uciekł na górę. Poszedłem za nim, ale on nie chce odezwać się do mnie.  

background image

Do  oczu  Emily  napłynęły  łzy.  Czuła  się  naprawdę  zagubiona.  Nie  powinna  milczeć, 

powinna wszystko z siebie wyrzucić. Ale czy ma odwagę, aby przyznać  się, że już nie daje 

rady?  Ranczo,  potrzeba  odzyskania  sił  po  porodzie,  troska  o  noworodka,  zadośćuczynienie 

Markowi, który czuje się porzucony przez matkę, widok pożądania w oczach Slade’a, no i jej 

pogłębiające się przywiązanie do obcego mężczyzny...  

Dostrzegłszy łzy, Slade przykucnął przed Emily.  

–  Emily,  nie  miałem  zamiaru  sprawić  ci  przykrości...  Połóż  się  i  odpocznij.  Jeśli  nie 

będziesz  mogła  zasnąć,  to  zawołaj  mnie  bez  względu  na  porę.  Porozmawiamy.  Szczerze, 

otwarcie. Wszystko sobie wyjaśnimy, przedstawimy swoje plany...  

– Dobrze, ale na chwilę zostaw mnie samą. Chcę pomyśleć. Ja też doszłam do wniosku, 

że powinniśmy porozmawiać, i to jeszcze dziś.  

Skinął głową, wstał i wyszedł.  

Po  niespełna  godzinie  Emily  zeszła  na  dół,  zostawiając  drzwi  do  sypialni  uchylone. 

Slade’a  zastała  w  kuchni,  (idy  ją  zobaczył,  wstawił  do  kuchenki  mikrofalowej  kubek  z 

mlekiem.  

– Tak sobie pomyślałem, że będziesz chciała napić się mleka teraz, skoro przedtem go nie 

wzięłaś.  

Jego  nieustanna  troska  i  dobroć  spowodowały,  że  znowu  zwilgotniały  jej  oczy.  A 

jednocześnie zrodziło się nowe pragnienie. By ten mężczyzna nie zniknął z jej życia...  

– Chodźmy do saloniku – zaproponowała, biorąc z rąk Slade’a ciepły już kubek.  

Oboje  usiedli  w  przeciwległych  kątach  kanapki,  twarzami  do  siebie.  Slade  bacznie 

przyglądał  się  Emily.  Miała  spuszczone  oczy  i  małymi  łyczkami  popijała  mleko.  Rozmowę 

zaczął Slade: 

–  Przepraszam,  jeśli  na  górze  zbyt  ostro  się  odezwałem.  ..  Sprawa  jest  ważna.  Musisz 

skończyć z tym zamykaniem się przed wszystkimi. Uciekasz do sypialni i istnieje dla ciebie 

tylko  Amanda.  Wstydzisz  się  tego,  że  karmisz?  W  miastach  matki  karmią  dzieci  piersią  na 

ławkach w parku. Mark  to widzi i uważa, że  go  porzuciłaś dla Amandy.  Karm ją przy  nim. 

Uczyń z niego uczestnika życia rodzinnego. On sądzi, że przestał się liczyć...  

–  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  trudno  mieć  dwoje  małych  dzieci.  A  byłam  taka 

szczęśliwa, kiedy się dowiedziałam, że jestem w ciąży. Byłam szczęśliwa, choć już wtedy nie 

miałam męża.  

– A teraz draga sprawa, Emily. Zatrzaskujesz mi drzwi przed nosem, zamykasz się przede 

mną.  Dosłownie  i  w  przenośni.  A  co  takiego  by  się  stało,  gdybym  zobaczył,  że  karmisz 

piersią? 

Emily  była  zmieszana  i  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Podniosła  tylko  głowę  i  po  raz 

pierwszy  od  rozpoczęcia  rozmowy  spojrzała  mu  w  oczy.  Zobaczyła  w  nich  tęsknotę  i 

pożądanie. Tęsknotę za czymś, czego Slade łaknął. Zarumieniła się.  

I tak oto powstał problem. Polega! on na tym, że nie wiedziała, co zrobić, ponieważ nie 

wiedziała, czego sama chce.  

– To jest sprawa prywatności, Slade... – wybąkała wreszcie.  

– Gdybym ja był kobietą... – zaczął.  

background image

– Ale nie jesteś. I nie jesteś członkiem rodziny.  

– Wcześniej czy później będziesz musiała wyjechać gdzieś na kilka godzin z Amandą. I 

przyjdzie  czas  karmienia.  Co  wtedy  zrobisz?  –  zapytał  surowym  tonem,  bo  dotknęła  go 

bardzo uwaga, że nie jest członkiem rodziny. Oczywiście, że nie jest, ale w sytuacji, kiedy to 

on odbierał poród? 

– Nie przesadzajmy, nawet w mieście nietrudno ukryć się przed ludźmi.  

–  Jeszcze  raz  cię  ostrzegam,  że  ukrywając  się  przed  Markiem,  wpadniesz  w  poważne 

tarapaty.  On  się  od  ciebie  zupełnie  odsunie.  No,  ale  cóż,  to  jest  twój  dom,  twoja  rodzina. 

Zrobisz, co będziesz chciała. – Westchnął i skrzyżował ręce na piersiach, jakby tym chciał jej 

dać do zrozumienia, że cała sprawa przestaje go obchodzić. Raz na zawsze.  

– Ja bardzo cenię twoje rady i twoją pomoc, ale...  

–  Wiem,  wiem.  Jest  ci  tylko  trudno  przyjmować  jedno  i  drugie.  Rad  w  ogóle  nie 

przyjmujesz,  a  za  pomoc  zbyt  często  dziękujesz.  –  Mówił  teraz  zupełnie  innym  tonem.  – 

Jesteś silną kobietą, Emily, ale nawet najsilniejszy człowiek może się załamać pod ciężarem 

obowiązków...  

– Więc co mam robić? 

– Ulżyć sobie. Na przykład nie gotować pracochłonnych zup i dań, ale czasowo korzystać 

z puszek.  

– To dużo więcej kosztuje.  

– Zafunduję ci zupy w puszkach na najbliższe dwa tygodnie.  

–  Właśnie  tego  nie  chcę.  –  Już  miała  kłopot  ze  zwrotem  pieniędzy  za  kupione  przez 

Slade’a urządzenie sygnalizacyjne dla Amandy.  

– Jesteś najbardziej upartą kobietą jaką znam! – oświadczył zdesperowany.  

Siedzieli i patrzyli na siebie.  

Slade  stwierdził,  że  oczy  Emily  są  urzekające.  Kiedy  się  ku  niej  pochylił,  jeszcze  nie 

wiedział dobrze, w jakim to robi celu. Wyciągnął dłoń i palcami pogładził jej policzek. I tylko 

tyle. Powrócił do poprzedniej pozycji i ponownie krzyżując ręce, powiedział: 

– Nie zapominam raz danego słowa. Gdybyś chciała, żebym cię pocałował, to mnie o to 

poproś.  

Emily zaczerwieniła się po korzonki włosów.  

– A jeśli idzie o Marka... – zaczął raz jeszcze Slade.  

–  Jeśli  idzie  o  Marka,  to  jutro  z  nim  porozmawiam.  Myślę,  że  dojdziemy  jakoś  do 

porozumienia.  

– Pokazanie mu, że go kochasz, byłoby lepsze niż rozmowa.  

– Pomyślę o tym. Dobranoc.  

Wstała  i  ruszyła  w  kierunku  schodów.  Nie  obejrzała  się  z  obawy,  że  jeśli  to  zrobi,  nie 

wiadomo, co może się jeszcze stać tego wieczoru.  

 

Następnego ranka Slade wcześnie wyszedł, by nakarmić zwierzęta i oczyścić stajnię. Gdy 

wrócił  do  kuchni,  zastał  już  śniadanie  na  stole  i  Emily  krzątającą  się  przy  jakichś 

tajemniczych czynnościach. Podejrzewał, że ta uwidaczniająca się energia to nie tyle rezultat 

background image

dobrze  przespanej  nocy,  co  determinacja,  by  jednak  podołać  wszystkim  obowiązkom.  No 

dobrze, ale on tu jest i wiele rzeczy za nią robi. Co będzie, gdy opuści ranczo? 

–  Za  kilka  dni  Święto  Dziękczynienia  –  przypomniała  nagłe  Emily,  uprzednio 

powitawszy Slade’a tylko skinieniem głowy. – Chyba powinnam pomyśleć o indyku.  

– Przecież to okropny kłopot – odparł. – Czy warto zawracać sobie głowę? 

–  Warto.  To  jest  najważniejsze  święto  rodzinne.  Slade  wzruszył  ramionami.  Dla  niego 

rodzinne  święta  nie  miały  najmniejszego  znaczenia,  gdyż  nie  miał  rodziny.  I  takie  dni 

świąteczne były jeszcze bardziej przykre od innych, bo uświadamiał sobie, że jest na świecie 

sam jak palec. Nagle zdał sobie sprawę, że zupełnie zapomniał o bracie i o postanowieniu, że 

ponieważ  nie  znalazł  żadnych  jego  śladów  w  aktach  urzędu  stanu  cywilnego  w  Billings,  da 

kilka  ogłoszeń  do  prasy.  Tamtego  dnia  biuro  ogłoszeń  było  już  zamknięte.  Powinien  jak 

najszybciej znowu pojechać do Billings.  

–  Zrób  listę  zakupów.  Pojadę  z  Markiem  do  miasta  i  wszystko  załatwię.  –  W  tym 

momencie Mark wbiegł do kuchni. – I zgadzamy się na indyka, pod warunkiem, że będziemy 

ci we wszystkim pomagać. Prawda, Mark? 

– Ja mogę drobić chleb  do nadzienia – zaproponował ochoczo chłopiec,  ale posmutniał, 

gdy z saloniku dobiegł płacz Amandy.  

Spojrzenia Emily i Slade’a spotkały się nad głową Marka. Po raz pierwszy pojawił się w 

nich ślad jakiegoś tajemnego porozumienia.  

 

Nieco  później  tego  samego  dnia  Slade  zobaczył  podjeżdżającą  pod  dom  nowiutką 

półciężarówkę.  Od  srebrnego  lakieru  odbijały  się  oślepiające  promyki  zimowego  słońca.  To 

pewno  ta  O’Neill,  z  którą  Emily  rozmawiała  przez  telefon  i  która  wprosiła  się  z  wizytą  po 

mszy.  Slade  miał  zamiar  zignorować  gościa  i  pozostać  w  stajni,  by  dokończyć  pracę,  ale 

zmienił zamiar, gdy zobaczył, że za kierownicą siedzi mężczyzna w stetsonie i w eleganckiej 

skórzanej  kurtce  z  frędzlami.  Mężczyzna  był  mniej  więcej  w  wieku  Slade’a.  Wysiadł 

pierwszy, a następnie pomógł wysiąść starszej parze. Pewno ich syn. Slade podrzucił świeżą 

słomę do ostatnich boksów i poszedł do domu.  

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Marka,  byli  w  saloniku.  Starsza  pani  o  krótko  przystrzyżonych 

kręconych  włosach  trzymała  w  ramionach  Amandę.  Starszy  pan  siedział  obok  żony  i 

uśmiechał  się  do  dziecka.  Ale  uwagę  Slade’a  zwrócił  młodszy  mężczyzna.  Chyba  siedział 

zbyt blisko Emily. Stanowczo za blisko i widać było, że świadomie dotyka jej ramienia, na co 

Emily wcale nie reaguje. A ponadto wpatrywał się w nią z widocznym zachwytem. Owszem, 

uroda Emily była zachwycająca, ale... Sytuacja nie podobała się Slade’owi. Odchrząknął, by 

obwieścić swoje wejście, i wtedy wszystkie oczy zwróciły się na niego, Emily zaś lekko się 

zaczerwieniła. Na chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały.  

– Slade, to są państwo O’Neill, Mavis i Rob, oraz ich syn, Dallas. Przedstawiam państwu 

Slade’a Coleburna, który jest... Zaangażowałam go do pomocy – wyjaśniła.  

Emily  wyglądała  uroczo  w  czarnej  spódnicy  zapinanej  z  przodu  i  w  czerwonym 

puszystym swetrze.  

–  Szkoda,  że  mama  nie  powiedziała  ci,  że  przyjeżdżam  przed  Świętem  Dziękczynienia. 

background image

Mógłbym ci we wszystkim pomóc... Nie musiałabyś nikogo zatrudniać – odezwał się Dallas.  

Slade  zazgrzytał  zębami,  ale  szybko  opanował  wściekłość  i  rosnącą  nagle  zazdrość.  Z 

miłym  uśmiechem  oświadczył,  że  bardzo  mu  przyjemnie  poznać  przyjaciół  Emily.  Spojrzał 

przy tym na nią wzrokiem, który dopowiedział całą resztę.  

– A nam miło poznać pana – odparł Dallas. – Skąd pan przyjechał? 

– Z Idaho. Pracowałem na ranczu, jeśli to pana interesuje. – Slade doskonale wiedział, o 

co Dallasowi chodzi. – Proszę się nie obawiać, Emily sprawdziła moje referencje.  

Pragnąc  rozładować  rosnące  między  mężczyznami  na  pięcie,  Emily  zaproponowała 

wszystkim kawę. Wsiała i poszła do kuchni.  

W  czasie  jej  nieobecności  rozmowa  się  nie  kleiła,  do  momentu  kiedy  mężczyźni  nie 

przeszli  na  tematy  ranczerskie.  Slade  dowiedział  się,  że  Dallas  kończy  właśnie  studia 

weterynaryjne  na  uniwersytecie  Illinois  i  ma  otrzymać  dyplom  pod  koniec  lipca.  Wtedy  też 

zamierza wrócić na ranczo ojca, powiększyć pogłowie bydła oraz zająć się ujeżdżaniem koni.  

Kończąc  ustawianie  filiżanek  na  tacy,  Emily  słyszała  strzępy  rozmów  prowadzonych  w 

saloniku i wyrzucała sobie sposób, w jaki przedstawiła Slade’a gościom. Ale co mogła innego 

powiedzieć? Że czuje więcej niż sympatię do człowieka, który przed kilkoma dniami zapukał 

do jej drzwi? 

Już  była  gotowa  wziąć  tacę  i  wrócić  do  saloniku,  kiedy  nagle  weszła  Mavis,  by 

powiedzieć, że Amanda zasnęła i została ułożona w kołysce. Następnie zadała pytanie, które 

ujawniło właściwy cel jej przyjścia do kuchni: 

– Od jak dawna masz tutaj tego Coleburna? Nazywa się Coleburn; prawda? 

– Tak, Slade Coleburn. Jest tu od tygodnia. Zabrakło mu benzyny, była śnieżyca, zapukał 

do mojego domu, prosząc o pomoc i pozwoliłam mu przenocować w stajni... No, a potem... Ja 

miałam  kłopoty  z  przedwczesnym  porodem.  I  on  odebrał  dziecko...  Bardzo  wiele  mu 

zawdzięczam.  

Emily  była  pewna,  że  wcześniej  czy  później  ciekawska  Mavis  zada  jej  to  pytanie  i 

postanowiła odpowiedzieć szczerze. Może nie powinna, ale tak zrobiła.  

– I jak długo on zamierza tu zostać? 

–  Tego  nie  wiem  ani  ja,  ani  on.  On  przyjechał  w  te  strony,  żeby  odszukać  krewnego.  – 

Nie uważała za potrzebne wdawać się w szczegóły.  

– Zdajesz sobie sprawę, Emily, że ludzie zaczną gadać. Pete nie żyje od niespełna roku...  

– Nic mnie nie obchodzą ludzie. Nie obchodziły mnie ludzkie plotki za życia Pete’a, nie 

obchodzą  i  teraz.  Slade  to  dobry  człowiek.  Nie  wiem,  co  bym  bez  niego  zrobiła  tamtego 

wieczora, kiedy przyszedł czas...  

– Przecież wiesz, że zawsze możesz liczyć na mnie.  

–  Wiem,  wiele  razy  to  mówiłaś  i  jestem  ci  wdzięczna.  Ale  wiesz  również,  że  ja 

nienawidzę kogoś o cokolwiek prosić. Slade otrzymuje ode mnie dach nad głową i wikt i robi 

to wszystko, czego ja w tych dniach nie byłabym zdolna zrobić sama.  

– Śpi nadal w stajni? 

–  Oddałam  mu  dawny  pokój  taty.  I  wszystko  jest,  jak  być  powinno,  Mavis.  Nie  miej 

żadnych obaw, jeśli idzie o moją cnotę.  

background image

W  rozmowach  z  Mavis  Emiiy  nigdy  nie  owijała  spraw  w  bawełnę.  Jakiś  chochlik 

podszeptywał jej, żeby przyznać się do pocałunku, ale się powstrzymała.  

– Ja nie będę plotkowała na twój temat, ale inni będą – ostrzegła Mavis i westchnęła. – 

Ale ty zawsze wiedziałaś, czego chcesz, i zawsze to robiłaś...  

–  Idziemy!  –  zakomenderowała  Emily  i  wzięła  ze  stołu  tacę.  –  Panowie  czekają.  Weź, 

proszę, talerz z biszkoptami, Mavis.  

Wchodząc do saloniku, Emily niemal natychmiast zorientowała się, że między młodszymi 

panami panuje napięcie, co z zainteresowaniem obserwuje Rob O’Neill.  

Slade zwrócił się do Emily: 

– Pan Dallas O’Neill wspomniał, że już reperował ogrodzenia na twoim ranczu i gotów 

jest robić to w przyszłości. Chwilowo jednak nie widzę potrzeby go trudzić. Póki tu jestem, 

mogę to sam zrobić.  

Emily zdawała sobie sprawę, że między obu mężczyznami toczy się bój i że tę sytuację 

tylko ona może rozładować. Najpierw jednak zwróciła się do ojca Dallasa: 

– Bardzo ci jestem wdzięczna, Rob, za pomoc, jakiej mi udzielałeś podczas mojej ciąży.  

–  A  my  delektowaliśmy  się  twoimi  wypiekami.  Chlebem,  bułeczkami  i  ciastami.  Jesteś 

mistrzynią. Powinnaś otworzyć piekarnię.  

Wszyscy się roześmieli. Podając Dallasowi kawę, Emily powiedziała: 

– Tobie też dziękuję za pomoc. A w przyszłości, kiedy Slade mnie porzuci, zwrócę się na 

pewno do ciebie.  

Slade zastrzygł uszami. Co to miało znaczyć: „kiedy Slade mnie porzuci”? 

– Trzymam cię za słowo – odparł Dallas.  

W saloniku zapanowała cisza, do chwili kiedy przerwał ją Slade, wstając: 

– Bardzo było mi miło państwa poznać i porozmawiać, ale muszę zmykać. Czeka na mnie 

robota w stajni. – Okrasił te słowa kwaśnym uśmiechem.  

– Nie wypiłeś swojej kawy, Slade. Wleję ją do termosu. Chodź ze mną do kuchni.  

W  kuchni,  przelewając  kawę  do  tego  samego  termosu,  który  mu  ofiarowała  pierwszego 

wieczoru, spytała: 

– Coś nie tak, Slade? Jesteś w okropnym humorze.  

–  Ależ  skąd.  Chciałbym  tylko  wiedzieć,  kim  jest  dla  ciebie  pan  Dallas  O’Neill  i  od  jak 

dawna to trwa? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Pytanie Slade’a zaszokowało Emily. Czuła się nie tylko głęboko urażona, ale i obrażona.  

– Co to ma znaczyć „od jak dawna to trwa”? Niby co trwa? O co ty mnie oskarżasz? 

–  Nigdy  nie  mówisz  o  swoim  mężu.  Nie  masz  w  domu  nawet  jego  fotografii,  a  z  tym 

facetem wydajesz się być... bardzo blisko. A jak on na ciebie patrzy! 

– Zwyczajnie patrzy. Znamy się od dziecka. W tym sensie jest mi bardzo bliski.  

Oboje  mówili  półgłosem,  zerkając  nieustannie  w  kierunku  saloniku.  Emily  podała 

Slade’owi termos. Właściwie wcisnęła mu go do ręki, bo sam nie kwapił się, żeby go wziąć.  

–  A  jeśli  idzie  o  mojego  męża  –  kontynuowała  –  to  nie  twoja  sprawa.  Dallas  to  też  nie 

twoja sprawa.  

Slade nie ustępował: 

– Czy ty i Dallas byliście... czy emocjonalnie coś was łączy? 

–  Dallas  i  ja  jesteśmy  przyjaciółmi.  Od  zawsze.  I  tak  chyba  pozostanie.  Skończmy  tę 

rozmowę. Muszę wracać do gości. – Odwróciła się, by odejść.  

Slade rzucił za nią jeszcze jedno pytanie: 

– Czy twoje małżeństwo było bardzo nieszczęśliwe? 

Odwróciła się.  

– Jeśli będziesz się tak zachowywał, Slade, to mogę dojść do wniosku, że dam sobie radę 

bez ciebie. – Po tych słowach wyszła z kuchni.  

Zobaczyła  go  dopiero  podczas  kolacji.  Wszedł  do  kuchni  i  obwieścił,  że  przede 

wszystkim musi wziąć prysznic. Spojrzenie miał ponure i uśmiech wymuszony.  

– Rysowałem z mamą zwierzątka. Chcesz zobaczyć? – zapytał Mark.  

– Chętnie, ale po kolacji. Wezmę prysznic i potem tu przyjdę.  

Emily bardzo przeżywała wydarzenia minionych kilku godzin. Podczas wizyty O’Neillów 

przez cały czas myślała o swoim gościu, którego nietaktownie przedstawiła jako wynajętą siłę 

roboczą. Teraz myślała znowu o rozmowie, jaką mieli podczas przelewania kawy do termosu.  

Slade  szybko  wrócił  do  kuchni.  Usiadł  i  zabrał  się  do  jedzenia.  Przez  cały  czas  kolacji 

milczał. Ciszy nie przerwała też Emily, do głębi oburzona tym, że Slade, pytając ojej stosunki 

z Dallasem, oskarżył ją właściwie o małżeńską zdradę. Za kogo on ją uważa? 

Po  sprzątnięciu  po  kolacji  Slade  oświadczył,  że  idzie  do  swego  pokoju,  bo  musi  coś 

przeczytać.  Emily zrozumiała to jako karę za to, że nie chciała mu nic powiedzieć o swoim 

małżeństwie.  Przyjęła  oświadczenie  Slade’a  w  milczeniu  i  gdy  wyszedł,  zabrała  się  wraz  z 

Markiem do pieczenia ciasteczek.  

Później,  kiedy  szykowała  się  do  karmienia  Amandy,  Mark  zapytał  ją,  czy  może  zejść, 

żeby powiedzieć dobranoc Slade’owi.  

– Lepiej mu dziś nie przeszkadzaj, synku. Położę cię, otulę i poczytam, gdy tylko skończę 

karmienie twojej siostrzyczki.  

Tym  razem  Amanda  usnęła  zaraz  po  karmieniu.  Dzięki  temu  Emily  miała  więcej  czasu 

dla Marka. Przeczytała mu długie opowiadanie, wysłuchała jego modlitwy, ucałowała i otuliła 

background image

kołdrą.  

–  Dlaczego  jesteś  zła  na  Slade’a,  mamo?  –  spytał  niespodziewanie  Mark  z  buzią  w 

poduszce.  

–  Byłam  zła,  ale  już  nie  jestem  –  odpowiedziała  szczerze.  Nigdy  synowi  nie  kłamała.  – 

Slade  powiedział  coś,  co  mi  się  bardzo  nie  podobało.  Ale  wszystko  jest  już  w  porządku.  – 

Jednakże nie była wcale pewna, że tak jest.  

– Ja bym nie chciał, żeby on teraz wyjechał, mamo...  

–  Ja  wiem,  że  nie  chcesz.  Postaram  się  przekonać  go,  żeby  został  choć  do  Święta 

Dziękczynienia.  

– Tak krótko? Ja chcę, żeby został dłużej.  

– Zobaczymy. Spij, synku.  

– Dobranoc, mamo. Niech Slade zostanie z nami... Wyszła z pokoju małego i stojąc przy 

schodach  na  dół,  długo  się  wahała.  Ojciec  kiedyś  jej  powiedział,  że  zawsze  będzie  dobrze 

spała, jeśli rozliczy dzień... Rozliczyć dzień, który właśnie mijał, oznaczało w tym przypadku 

wyjaśnić wszystko między nią a Slade’em. Ale jak? 

Emily nigdy nie cofała się przed trudnymi zadaniami. Z dumnie podniesioną głową zeszła 

na dół, stanęła pod drzwiami pokoju Slade’a i leciutko zapukała.  

Slade  bardzo  szybko  otworzył.  Był  nadal  we  flanelowej  koszuli  w  szkocką  kratkę  i  w 

dżinsach. I wydawał się pełen wigoru. A poza tym... emanował męskością.  

– Powinniśmy porozmawiać – rzuciła prosto z mostu Emily.  

– Chciałem przecież, ale ty nie chciałaś.  

– Nie po to zapukałam, żeby toczyć nieistotne spory o to, co kto powiedział i kiedy.  

– Poważnym rozmowom zawsze towarzyszą drobne spory. Czasami są one bardzo trudne 

i wymagają kompromisów.  

– Zapukałam i chcę rozmawiać, ponieważ chciałabym wiedzieć, co takiego kiedykolwiek 

powiedziałam lub zrobiłam, co dawałoby ci prawo do sugerowania, że byłam niewierną żoną.  

– A byłaś? 

–  Nie!  –  krzyknęła  na  cały  głos,  a  wraz  z  tym  krótkim  krzykiem  ulotniły  się  wszystkie 

dobre intencje, jakie miała, by naprawić stosunki ze Slade’em.  

Zasłoniła  dłonią  usta,  ponieważ  przestraszyła  się,  że  mogła  obudzić  Amandę.  Do  oczu 

napłynęły jej łzy. Obróciła się na pięcie i wybiegła do przedpokoju.  

Slade  dogonił  ją  po  paru  krokach,  chwycił  mocno  za  ramię  i  bezwolną  zaprowadził  z 

powrotem do pokoju.  

– Nie chcę tu zostać z tobą – oświadczyła, wyswobadzając się z kleszczy jego uścisku. – 

To by dowodziło, że masz rację, źle o mnie myśląc.  

–  Emily,  obawiam  się,  że  nie  masz  pojęcia,  co  ja  o  tobie  myślę.  –  Coś  w  spojrzeniu 

Slade’a kazało jej wstrzymać oddech.  

Nie  uświadamiała  sobie,  czy  to  ona  postąpiła  krok,  czy  on,  w  każdym  razie  zupełnie 

niespodziewanie znaleźli się bardzo blisko siebie.  

– Nie znam się na małżeństwach, ale wiem, że nie zawsze są udane, bywają też bardzo złe 

– powiedział Slade. – I wiem, bo mam oczy, że Dallas chciałby być czymś więcej niż kolegą 

background image

przyjacielem.  

–  Od  dwóch  lat  spotykam  się  z  Dallasem  tylko  podczas  wielkich  świąt,  więc  nie  wiem, 

jak...  

–  Czasami  takie  wielkie  święta  zupełnie  wystarczą.  I  kilka  dni  wystarczy,  kiedy 

mężczyzna wie, czego chce.  

– Dallas wcale mnie nie chce. I ja jego nie chcę... W tym sensie, o jakim ty mówisz.  

–  Przyznaję,  że  byłem  zazdrosny.  Ty  mi  zaraz  powiesz,  że  nie  miałem  prawa  być 

zazdrosny,  bo  niby  z  jakiej  racji...  Najemna  siła  robocza  zazdrosna  o  chlebodawczynię! 

Byłem zazdrosny jak diabli, bo zauważyłem, że nie odsuwasz się od niego tak jak ode mnie.  

– Nie odsuwam się od ciebie – powiedziała półgłosem. – Masz najlepszy dowód teraz. I 

powiem ci jeszcze jedno: przy Dallasie czuję się swobodnie, a przy tobie... Doznaję emocji, 

jakich nie powinnam doznawać. Mówię to szczerze i otwarcie. Dopiero co urodziłam dziecko, 

jestem wdową od kilku miesięcy...  

Palce prawej dłoni zatopił w jej włosach.  

–  Jesteś  przede  wszystkim  kobietą,  a  ja  jestem  mężczyzną.  Doznałem  przedziwnych 

emocji już wtedy, kiedy cię zobaczyłem po raz pierwszy... I wtedy też powiedziałem sobie, że 

nie powinienem...  

– Ponieważ byłam w ciąży.  

– Ale teraz nie jesteś. I nic się nie zmieniło, jeśli idzie o moje uczucia. Owszem, zmieniło 

się. Są dużo mocniejsze. I nie chciałbym, by były jednostronne. Mam nadzieję, że nie są.  

– Nie – wyznała szeptem.  

Słyszał  dobrze,  co  powiedziała.  Ale  nie  przygarnął  jej,  nie  zaczął  całować,  nawet  nie 

objął  jej  ramieniem.  Stał,  jak  stał,  pomny  danego  słowa,  że  nie  pocałuje  jej  bez  wyraźnej 

zachęty z jej strony. Emily milczała.  

– Czy chcesz, abym opuścił ranczo? – spytał po chwili.  

–  Nie.  Obiecałam  Markowi,  że  poproszę  cię  o  pozostanie  co  najmniej  do  Święta 

Dziękczynienia. On chce, byś został dłużej, do Bożego Narodzenia.  

– A czego ty chcesz? 

– Żebyś został. Kropka.  

–  Dobrze.  Chwilowo  podpisuję  kontrakt  do  Bożego  Narodzenia.  Może  do  tego  czasu 

oswoimy  się...  –  Cofnął  się  kilka  kroków.  Emily  była  mu  za  to  bardzo  wdzięczna.  –  Do 

spotkania przy śniadaniu. Dobranoc! 

–  Dobranoc!  –  Emily  wyszła  od  Slade’a  z  uczuciem  wielkiej  ulgi.  Spadł  jej  kamień  z 

serca, a jego miejsce zajął dobry humor i lekka jak zefirek nadzieja, że oto w jej życiu rodzi 

się coś nowego.  

 

Po  uroczystym  obiedzie  w  dniu  Święta  Dziękczynienia  Emily,  Siade  i  Maik  przeszli  do 

saloniku,  gdzie  w  starej  kołysce  Amanda  smacznie  spała  od  kilku  godzin,  dzięki  czemu 

wszyscy mogli długo siedzieć przy stole. Emily usiadła wygodnie w fotelu i westchnęła.  

– Kiedyż ja odpocznę? Jutro znowu czeka mnie pieczenie, pieczenie, pieczenie... Muszę 

upiec górę pasztecików na sobotni kiermasz. Są ochotnicy do pomocy? 

background image

– Ja ci pomogę, mamo – zgłosił się Mark bez większego entuzjazmu.  

– Jaki znowu kiermasz? – spytał Slade.  

–  W  pierwszą  sobotę  po  Święcie  Dziękczynienia  nasza  parafia  organizuje  kiermasz 

wypieków. Dochód na zbożny bożonarodzeniowy cel. Ja zwyczajowo piekę dziesięć dużych 

pierogów albo pół setki mniejszych pasztecików.  

– Chyba żartujesz? – odezwał się Slade.  

– Taka to już tradycja. Każde ranczo dostarcza przydzielony mu gatunek wypieku. Przy 

waszej  pomocy  powinnam  dać  radę.  Surowce  mam.  Byle  mi  Amanda  zanadto  nie 

przeszkadzała. ..  

– Jeśli masz wałek do ciasta, to ja mogę wałkować, ale na tym się zaczyna i kończy moja 

wiedza w dziedzinie wypieków – poinformował Slade.  

–  Jeśli  zostaniesz  do  Bożego  Narodzenia,  to  ja  i  Mark  wiele  cię  nauczymy.  Pieczenia  i 

kilku lokalnych tradycji.  

–  Przecież  powiedziałem,  że  zostanę  –  obruszył  się  Slade.  –  Nigdy  nie  cofam  danego 

słowa, czy chodzi o zostawanie, czy całowanie...  

– Jakie znowu całowanie? – zainteresował się Mark.  

– To był taki żarcik – wyjaśniła mu matka.  

 

Slade  siedział  w  swoim  pokoju  i  pisał  listy.  Postanowił  umieścić  kilka  dodatkowych 

ogłoszeń w gazetach stanu Kolorado i tych ogólnokrajowych, których w tym stanie najwięcej 

sprzedawano.  Nie  wolno  mu  zlekceważyć  żadnego  śladu.  A  pewien  ślad  miał.  Kiedy 

odwiedził  w  Billmgs  dom  pod  adresem,  który  znalazł  na  odwrocie  kopii  aktu  urodzenia 

swego  brata,  z  uwagą,  że  właśnie  tam  wysłano  oryginał,  zastał  już  nowych  właścicieli.  Oni 

nic nie wiedzieli o swoich poprzednikach, gdyż dom nabyli przez pośrednika. Ktoś im jednak 

mówił,  że  poprzedni  właściciele  wyjechali  do  Kolorado.  Dlatego  właśnie  Slade 

przygotowywał drugą serię ogłoszeń.  

Skończył  ostatni  list,  dołączył  do  niego  czek,  włożył  do  koperty  i  zakleił  ją.  Wstał, 

przeciągnął  się  i  poszedł  do  saloniku,  gdzie  Emily  baraszkowała  z  rozbrykaną  Amandą,  a 

Mark  przyglądał  się  temu  w  głębokiej  zadumie,  jakby  nie  był  pewien,  czy  aprobować 

podobne igraszki i do nich się przyłączyć, czy też ustosunkować się negatywnie.  

Ponieważ  nadeszła  już  pora,  kiedy  Mark  powinien  iść  spać,  Slade  zaproponował,  że 

pobawi się z Amandą, by Emily mogła położyć chłopca.  

– Ale przecież ty nigdy nie miałeś jej nawet na rękach. I obawiam się, że Amanda zaraz 

zacznie płakać...  

– Będę bardzo ostrożny, poza tym mam swoje męskie metody. A Amanda jest kobietą, no 

nie?  Zresztą  trzymanie  niemowlaka,  nawet  rozwrzeszczanego,  jest  chyba  łatwiejsze  niż 

wywijającego się prosiaka. Z prosiakami mam wielkie doświadczenie.  

Emily wybuchnęła śmiechem.  

–  Z  pewnością  masz  rację,  ale  pamiętaj,  że  żaden  prosiak  nie  może  konkurować  z 

Amandą, jeśli chodzi o siłę głosu. No dobrze, bierz ją... – Delikatnie umieściła dziecko w jego 

ramionach. – I na miłość boską, uważaj...! 

background image

– Slade da sobie radę, mamo. Nic się nie bój. On wszystko potrafi...  

– Przesadziłeś, partnerze – odparł Slade.  

Amanda  obudziła  się  i  najwidoczniej  poczuła,  że  to  nie  matka  trzymają  w  ramionach, 

gdyż  zaczęła  najpierw  płaczliwie  pomrukiwać,  a  potem  po  prostu  płakać.  Slade  ujął  ją  pod 

brodę i bardzo poważnie zaczął tłumaczyć: 

– No dobrze, młoda damo, wystarczy, zrozumiałem, że jesteś niezadowolona. Ale coś ci 

powiem:  będziemy  spacerować,  będziemy  rozmawiać  o  ważnych  sprawach,  będziemy  się 

kołysać, dopóki mama nie wróci. I obiecuję, że cię nie ugryzę i nie upuszczę...  

I nastąpił cud. Niemowlę bystro spojrzało na Slade’a i nagle umilkło.  

–  Nie  wierzę  własnym  oczom  –  powiedziała  Emily.  –  Ty  swoim  głosem  oczarowujesz 

kobiety.  

– Wobec tego będę musiał cały czas mówić. Nie tylko do Amandy, ale i do ciebie.  

Emily znowu się roześmiała i poszła za Markiem na górę. Pozostawiony sam sobie Slade 

chodził  z  Amandą  po  pokoju,  opowiadając  jej  o  minionym  dniu  pracy.  Nie  miał  zamiaru 

naśladować  matek,  które  do  niemowląt  stroją  miny  i  mizdrzą  się.  Jego  zdaniem  to  czysta 

strata  czasu.  Dzieci  tego  nie  rozumieją.  Po  dłuższym  spacerze  podszedł  do  okna  i  pokazał 

Amandzie  księżyc  oraz  omówił  wszystkie  kwadry.  Skończywszy  z  księżycem,  zajął  się 

gwiazdami. Emily zastała go przy opisywaniu Wielkiej Niedźwiedzicy.  

– Nie wiedziałam, że jesteś przewodnikiem po gwiazdozbiorach – zauważyła.  

–  To  za  dużo  powiedziane.  Ale  jeszcze  w  sierocińcu  wpadła  mi  do  rąk  książka  o 

gwiazdach, Księżycu i Słońcu. Zafascynowały mnie fotografie, a potem zacząłem ją czytać i 

przeczytałem od deski do deski. Tak się to zaczęło.  

Później łapałem każdą książkę o gwiazdach. Fascynująca lektura. Spójrz na te gwiazdy...  

Długo  stali  w  milczeniu  przy  oknie,  patrząc  w  granatowe  niebo  upstrzone  iskierkami. 

Amanda w ramionach Siadem ani pisnęła, choć nie spała.  

– Zabiorę teraz małą na górę – odezwała się wreszcie Emily.  

– Przynieść ci szklankę ciepłego mleka? – spytał.  

– Oczywiście. Znasz już moje obyczaje. A przy okazji skończ szarlotkę. W lodówce jest 

jeszcze kilka kawałków. Albo wiesz co, położę Amandę i jeśli ona szybko zaśnie, to przyjdę 

na dół. Możemy posiedzieć sobie w saloniku...  

Ta propozycja poruszyła Slade’a. Zaczynał się nowy etap w ich stosunkach.  

Gdy po kilkunastu minutach Emily zeszła na dół, zastała Slade’ a na kanapie w saloniku. 

Na  niskim  stole  przed  nim  stały  dwa  kubki.  Jeden  z  kawą  dla  niego,  drugi  z  dość  jeszcze 

ciepłym mlekiem dla niej. Emily zajęła miejsce obok Slade’a. Blisko, bliżej niż kiedykolwiek 

przedtem.  

– O czym myślisz? – spytał.  

– O tym, że to był dla mnie specjalny dzień...  

– Dla nas obojga był specjalny – poprawił. – Myślę, że ty i ja nie tylko porozumieliśmy 

się, ale wiele sobie uświadomiliśmy... Już chyba nie traktujesz mnie jak obcego intruza? 

– Nie. Ale szczerze się przyznam, że nie wiem, czego pragnę – odparła enigmatycznie. – 

W ciągu roku moje życie radykalnie się zmieniło.  

background image

– A ja sądzę, że w głębi duszy wiesz doskonale, czego chcesz.  

– To są raczej marzenia. Czy i ty czasami nie marzysz? 

– Nad marzenia przedkładam rzeczywistość. Chwytam w garść to, co mogę pochwycić. A 

nie ułudę.  

–  A  ja...  –  urwała.  –  Czy  chciałbyś...  –  Głos  jej  zawisł.  Slade  milczał.  Wreszcie  Emily 

wykrztusiła: – Pocałuj mnie.  

W ułamku sekundy znalazła się w ramionach Slade’a.  

Był  to  chyba  najwspanialszy  i  najdłuższy  pocałunek  w  jej  życiu.  Ale  w  pewnej  chwili 

przyszła  jej  do  głowy  straszna  myśl  i  oderwała  usta  od  jego  warg.  Przecież  ona  inwestuje 

uczucia w nieodpowiednim mężczyźnie. Po Bożym Narodzeniu Slade zniknie i zostawi ją z 

bagażem nie nasyconych nadziei i nie spełnionych marzeń. Po co jej to? 

– Co się stało, Emily? 

– Puść mnie! 

– Znowu będziesz udawała, że nic się nie stało? 

–  Stało  się.  Nawet  zbyt  wiele.  Ale  my  jesteśmy  zbyt  różni.  Ludzie  mówią  o  takich: 

niekompatybilni...  

–  Różni  tak,  niekompatybilni  nie.  Wręcz  odwrotnie.  Plus  i  minus.  Przyciągamy  się  jak 

dwa przeciwne bieguny... .  

– Może. Może do ciebie przyciągnęło mnie to, że byłeś w tylu miejscach, w tylu stanach, 

widziałeś  świat.  Ja  znam  tylko  Billings.  Ale  jest  inna  sprawa:  ja  nigdy,  ale  to  nigdy  nie 

pozwoliłabym sobie na... przygodę. Tak zostałam wychowana...  

– Rozumiem. Innymi słowy chciałabyś poznać moje intencje, nim... Chcesz wiedzieć, czy 

są poważne i dokąd to prowadzi? 

–  Szczerze  przyznam,  że  jeszcze  nie  jestem  gotowa  na  czyjekolwiek  poważne  intencje. 

Nie  jestem  gotowa  na  nic,  co  mogłoby  skomplikować  mi  życie,  życie  moich  dzieci,  czy 

narazić  ranczo.  Chcę  jednak  powiedzieć,  Slade,  że  mam  serce  otwarte  dla  dobrego 

przyjaciela.  

–  Nie  sądzę,  by  kobieta  i  mężczyzna  mogli  pozostawać  tylko  przyjaciółmi,  jeśli  wokół 

nich  powstaje  aura...  nazwijmy  ją  emocjonalną.  Niemniej  możemy  spróbować,  jeśli  tego 

chcesz.  

– Tego chcę.  

I na tej deklaracji Emily zakończyli rozmowę wieczoru Święta Dziękczynienia.  

 

W sobotę rano sala parafialna przy kościele była pełna. Emily po raz pierwszy pokazała 

się  publicznie  z  Amandą.  Natychmiast  otoczyła  ją  gromadka  znajomych  i  sąsiadek, 

pragnących  obejrzeć  dziecko  i  pogratulować  matce.  Wszyscy  już  słyszeli  o  porodzie  w 

furgonetce,  a  także  o  przygodnym  mężczyźnie,  który  odebrał  poród.  Aż  dziw,  że  w  tak 

odludnych  miejscach  wiadomości  rozchodzą  się  tak  szybko.  Kobiety  dopytywały  ją  także  o 

owego tajemniczego mężczyznę, ale nagle zamilkły, gdy do Emily dołączyli Slade i Mark z 

półmiskami wypieków na kiermasz.  

Slade  widział  dziesiątki  wpatrzonych  weń  oczu,  uchylił  więc  grzecznie  kapelusza  i 

background image

paroma  równie  grzecznymi  słowami  powitał  panie,  wyrażając  radość  z  ich  spotkania.  W 

spojrzeniu,  jakim  obrzucał  zgromadzenie,  łatwo  było  zauważyć  nutkę  ironicznego 

rozbawienia. Zdawał sobie sprawę, że wywołał sensację swoim przyjściem. Spytał Emily, co 

ma zrobić z półmiskami i poszedł odstawić je tam, gdzie mu wskazała.  

– A więc to prawda – odezwała się jedna z kobiet.  

–  Nie  rozumiem,  co  pani  chce  powiedzieć  –  rzekła  spokojnie  Emily.  –  Prawdą  jest,  że 

dzięki  dobremu  zrządzeniu  losu  pan  Colebum  był  u  mnie  na  ranczu,  gdy  zaczął  się  poród. 

Amanda  jemu  zawdzięcza  życie.  Pan  Colebum  pozostanie  na  ranczu  jako  pomoc,  dopóki  ja 

nie będę mogła wszystkiemu podołać. Są jeszcze jakieś pytania? 

Tymi  słowami  zawstydziła  grono  pań,  które  pospiesznie  rozeszły  się  do  swoich  zajęć. 

Została  tylko  Grace  Harrison,  która  z  mężem  i  córką  mieszkała  na  ranczu  graniczącym  z 

ranczem Emily.  

– A gdzie ten Coleburn śpi? – spytała.  

– W dawnym pokoju ojca – odparła bez namysłu.  

– I widać, że Mark go bardzo lubi – zauważyła z przekąsem Grace.  

– Bardzo.  

–  Ale  ten  Coleburn  nie  zostanie  długo?  –  Grace  należała  do  najbardziej  ciekawskich 

kobiet.  

– Nie, nie zostanie. I nie ma więcej o czym mówić – stwierdziła zimnym tonem Emily.  

Grace odeszła, przyłączając się do grupki kobiet, które nieustannie zerkały to na Slade’a, 

to na Emily, wymieniając uśmieszki i uwagi.  

–  Czy  one  widzą  we  mnie  diabła,  którego  należy  czym  prędzej  przepędzić?  –  spytał 

Slade, który podszedł do Emily.  

– To wcale nie jest śmieszne. Wstrętne babska. Chodźmy stąd.  

– Z miłą chęcią. Znajdę tylko Marka i spotkamy się przy drzwiach.  

Emily spojrzała na śpiącą Amandę.  

– Wszystko będzie w porządku, maleńka! – zapewniła córeczkę.  

I przez całą drogę do domu powtarzała sobie, że wszystko będzie w porządku...  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Na  niespełna  dwa  tygodnie  przed  Bożym  Narodzeniem  Slade  jak  zwykle  wrócił  w 

południe  do  domu  na  lunch,  bardziej  zmęczony  niż  zwykle  po  porannym  oporządzaniu 

zwierząt.  

W  kuchni  pachniało  świeżymi  wypiekami.  Emily,  odwrócona  plecami,  coś  mieszała  w 

garnku na piecu.  

Od  wizyty  w  parafialnej  sali  wydawała  się  nieswoja.  Była  też  bardzo  ostrożna,  by  nie 

nastąpiło zbliżenie ze Slade’em. Unikała poważnych rozmów i nie reagowała na żadne próby 

nawiązania bliższego kontaktu ze swoim pracownikiem.  

Slade domyślał się, że Emily ciąży to, że jest przedmiotem plotek miejscowych kobiet.  

– Coś wspaniale pachnie – powiedział, odwieszając kurtkę i kapelusz.  

–  Piekę  dziś  budyń  chlebowy  –  pochwaliła  się,  obracając  głowę  w  kierunku  Slade’a.  – 

Wyjdzie z pieca lada chwila. Aha, jest do ciebie list, leży na stole.  

Usiadł  i  długo  obracał  w  dłoniach  kopertę.  Na  odwrocie  wypisany  był  niedbale  adres 

nadawcy:  John  Morgan,  Denver.  Slade  bał  się  tego,  czego  może  się  dowiedzieć,  wreszcie 

jednak rozdarł kopertę i zaczął czytać. Po chwili wykrzyknął do Emily: 

–  Słuchaj!  Ten  człowiek,  niejaki  John  Morgan,  pisze,  że  przed  trzydziestoma  laty 

adoptowali  z  żoną  chłopca  z  sierocińca,  Huntera  Coleburna.  Mieszkali  najpierw  w  Tuscon, 

potem w Billings, a teraz są w Denver... Hunter żyje! Jest prawnikiem specjalizującym się w 

prawie korporacyjnym. Teraz nie ma go w kraju.  

Ta informacja zawisła między nimi niby groźna czarna chmura.  

– I jedziesz do Denver? – spytała stłumionym, na pozór obojętnym głosem.  

Slade  długo  się  zastanawiał.  Do  świąt  zostały  jeszcze  dwa  tygodnie.  Bydło  i  konie 

wymagają  opieki.  Zapowiadane  są  śniegi.  Z  jednej  strony  nie  jest  przecież  związany  z  tą 

farmą, z drugiej jednak... A Huntera nie ma przecież w kraju...  

– To może poczekać – odparł wreszcie. – Do świąt tylko dwa tygodnie.  

– Ale bardzo pragniesz mieć własną rodzinę – powiedziała Emily.  

– Nigdy jej nie miałem, więc nie wiem, czy tak bardzo pragnę. Jestem bardziej ciekawy, 

czy  mam  brata,  niż  jego  spragniony.  Bo  tak  naprawdę,  to  ja  wcale  nie  jestem  pewien,  czy 

Hunter to mój brat. Tylko przypuszczam, że tak jest.  

– Ale może powinieneś pojechać i porozmawiać z tymi ludźmi.  

–  Nie  rozumiem,  o  co  ci  chodzi?  Myślałem,  że  Mark  bardzo  chce,  żebym  został  na 

święta... Bo ty to nie wiem...  

–  Oboje  bardzo  chcemy,  ale  nie  jesteśmy  twoją  rodziną.  A  ty  mimo  tego,  co  mówisz, 

pragnąłbyś ją mieć. Nie chcę być odpowiedzialna za to, że jej nie znajdziesz.  

–  Za  nic  nie  jesteś  odpowiedzialna,  a  poza  tym  ja  nie  rezygnuję  z  wyjazdu  do  Denver, 

tylko  pojadę  później.  Mam  zamiar  zostać  tu  na  święta.  Ale  jeśli  dogryzają  ci  plotki  tych 

wszystkich  bab  i  jeśli  uważasz,  że  robisz  coś  złego,  zatrzymując  mnie,  to  powiedz.  Wyjadę 

jeszcze dzisiaj.  

background image

– Nie chcę, żeby wyjeżdżał.  

– No, to nie zachowuj się tak, jakbyś chciała. Emily zaczerwieniła się.  

– Ostatnio mało czasu spędzaliśmy razem i mało rozmawialiśmy.  

– To nie moja wina. Rozumiem jednak, że ranczo i dwoje dzieci są pożeraczami czasu – 

odparł.  –  Ale  jeśli  się  czegoś  chce,  to  zawsze  znajdą  się  sposoby.  Mam  propozycję.  Poproś 

Mavis,  aby  przez  kilka  godzin  popilnowała  Amandę,  a  my  pojedziemy  do  Billings  po 

świąteczne zakupy. Wrócimy, nim szkolny autobus odwiezie Marka. Emily długo zwlekała z 

odpowiedzią,  udając,  że  ma  coś  do  zrobienia  przy  piekarniku.  Wreszcie  się  jednak 

wyprostowała i obróciła twarzą do Slade’a.  

–  A  wiesz,  że  to  niezły  pomysł.  Ja  też  mam  pewne  sprawy  do  załatwienia  w  Billings  – 

odparła.  

– Na ile godzin możesz zostawić Amandę samą? Bo w Billings chciałbym zaprosić cię na 

lunch.  

–  Mogłabym  ściągnąć  mleko  do  butelki  i  zostawić  je  Mavis.  Zrobię  to  dziś  i  sprawdzę, 

czy  Amanda  będzie  piła  przez  smoczek.  Tak  czy  inaczej  już  powinnam  ją  do  tego 

przyzwyczajać.  

– I nasz wyjazd do Billings nazwijmy randką – zażartował.  

–  Nasz  wyjazd  do  Billings  nazwiemy  wyjazdem  po  zakupy  –  odparła,  ale  w  jej  oczach 

rozbłysły dziwne ogniki.  

– Dobrze, niech będzie randka zakupowa. Wilk syty i owca cała.  

– Czasami to jesteś... – Nie dokończyła, a Slade nie nalegał.  

– Idę się umyć – powiedział. – Krzyknij, kiedy lunch będzie gotowy.  

Wyszedł, nim Emily zdołała mu powiedzieć, że to jednak jest zły pomysł, by razem udali 

się po zakupy. Ludzie jeszcze bardziej zaczną plotkować.  

 

Najpierw  każde  z  nich  z  osobna  chodziło  po  sklepach  niewielkiej  promenady 

supermarketu  w  Billings,  a  potem  spotkali  się  w  sklepie  z  zabawkami.  Slade  jeszcze  nigdy 

nikomu nie kupował świątecznych prezentów, sam też nigdy wiele nie otrzymał. Ale w tym 

roku  pragnął  obdarować  najbliższych  sobie  ludzi...  Wiedział,  że  Emily  wiele  od  niego  nie 

przyjmie  i  dlatego  dla  niej  w  tajemnicy  wieczorami  rzeźbił  w  drewnie  jelonka.  Był  w  tym 

dobry.  Emily  nie  będzie  miała  pretensji,  że  wydał  na  nią  pieniądze,  a  to,  czy  jelonek  jej  się 

spodoba, to inna sprawa. Inna była również sprawa z Markiem.  

– Chciałbym kupić Markowi siodło – powiedział.  

– Mark nie potrzebuje nowego siodła. Używa mojego.  

– Powinien mieć siodło odpowiednie dla dziecka.  

– To za drogi prezent, Slade. Nie mogę ci pozwolić na podobny wydatek.  

– Cena nie jest ważna. Co ty dajesz Markowi? 

– Mavis znalazła mi na wyprzedaży sanki. Trzeba je tylko pomalować. I chcę mu kupić 

nowy kij bejsbolowy. W przyszłym roku ma zacząć grać w szkolnej drużynie.  

– A rękawica? 

Emily  potrząsnęła  przecząco  głową  i  Slade  domyślił  się,  że  cena  rękawicy  przekracza 

background image

możliwości jej domowego budżetu. Przeszli do działu sportowego.  

– No, to ja mu kupię rękawicę, piłkę futbolową i piłkę do gry w siatkówkę. Umocuję mu 

kosz na tyle obory i będzie mógł tam ćwiczyć.  

– Slade! 

Wiedział, że czeka go kazanie, więc przerwał Emily i sam je wygłosił: 

–  Boże  Narodzenie  to  czas  obdarowywania  dzieci.  Wszystkich  dzieci,  które  o  czymś 

marzą i których marzenia nie zostały dotąd spełnione.  

–  Nie  uważam,  by  Mark  miał  tak  wiele  nie  spełnionych  marzeń  –  zaprotestowała.  – 

Zawsze  dawałam  mu  wszystko,  co  mogłam.  A  teraz  jest  jeszcze  Amanda.  Dlaczego  chcesz 

mu tyle kupować? Czy tak ci zależy, żeby o tobie pamiętał, kiedy nas opuścisz? 

Slade  pomyślał,  że  może  jest  w  tym  część  prawdy,  a  może  prawda  była  zupełnie  inna: 

chciał  się  czuć  cząstką  tej  rodziny.  Długo  jeszcze  dyskutowali,  nim  uzgodnili  prezenty  dla 

Marka, potem długo stali przed kasą, gdyż przedświąteczny ruch w sklepie z zabawkami był 

bardzo duży. Po wyjściu z supermarketu poszli na parking i schowali zakupy do furgonetki.  

–  A  teraz  lunch!  –  obwieścił  Slade.  –  Zaczynamy  część  randkową.  Patrz,  tam  jest 

restauracja! Napisane, że rodzinna. Masz wybierać z menu, co dusza zapragnie.  

Emily  dobrze  wiedziała,  że  w  restauracyjnej  karcie  nie  znajdzie  niestety  tego,  czego 

pragnie jej dusza. A to, czego pragnęła, przerażało ją.  

 

Następnego dnia po zakupach w Billings Slade zabrał Marka na wyprawę po świąteczną 

choinkę.  Chłopiec  był  niesłychanie  podniecony.  Kiedy  jechali  zaśnieżoną  drogą  w  kierunku 

odległej  kępy  świerków  przeznaczonych  specjalnie  do  wycinania  na  Boże  Narodzenie,  bez 

przerwy  mówił  i  zadawał  pytania.  Mówił  o  dziadku,  który  zawsze  sam  wycinał  drzewka  na 

święta. Mark nie znał dziadka, ale mama mu o nim opowiadała. Mówił o ojcu, który nigdy nie 

wycinał drzewek i który...  

Mark urwał i więcej o ojcu nie mówił. A potem nagle spytał Slade’a: 

– Zostaniesz z nami i po świętach? 

– Masz specjalny powód, pytając mnie o to teraz? 

– Bo ja wiem, że mama bardzo by chciała, żebyś tu zamieszkał.  

– Żebym zamieszkał? Tak powiedziała? 

– Nie powiedziała, ale ja wiem. I chcę, żebyś był na festiwalu śmiechu w naszej szkole. 

Zaraz  po  Nowym  Roku.  Na  tym  festiwalu  każdy  chłopiec  i  jego  ojciec  lepią  ze  śniegu 

bałwana, a najlepszy bałwan otrzymuje nagrodę.  

– To bałwan otrzymuje nagrodę? Mark się roześmiał.  

– I są tam inne śmieszne gry i zabawy. Musi grać chłopiec z tatą. Tak sobie pomyślałem, 

że mógłbyś tam pójść ze mną...  

–  Przyjmuję  zaproszenie.  Pójdę  z  tobą  lepić  bałwana.  Już  dawno  tego  nie  robiłem. 

Będziesz mi musiał pokazać, jak to się robi.  

Mark rozpromienił się i rzucił Slade’owi na szyję.  

Slade nie był przyzwyczajony do podobnych oznak miłości ze strony dzieci i gest Marka 

bardzo go wzruszył.  

background image

Po  paru  minutach  zatrzymali  się  przed  ogrodzeniem  z  drutu  kolczastego.  Wysiedli  z 

wozu,  z  którego  Slade  zabrał  piłę.  Przyginając  druty  do  ziemi,  przeszli  do  zagajnika,  gdzie 

śnieg był głębszy i miękki.  

Mark nie mógł zdecydować się na drzewko. Chodził od jednego do drugiego i grymasił. 

Jedno  za  niskie,  inne  zbyt  rozłożyste,  jeszcze  inne  krzywe.  Wreszcie  Slade  musiał  mu 

przypomnieć,  że  zaraz  zapadnie  zmierzch  i  jeśli  szybko  się  nie  zdecydują,  będą  musieli 

wracać przy księżycu.  

Kiedy  ścięte  drzewko  załadowali  wreszcie  do  furgonetki,  zrobiło  się  już  ciemno.  W 

drodze powrotnej Mark kilka razy powtarzał, jaki jest szczęśliwy, że Slade zostaje na święta i 

że wystąpi jako tata podczas lepienia bałwanów.  

– Jestem gotowy na kolację – oświadczył, gdy zajechali przed dom.  

– Najpierw musimy wnieść choinkę.  

Choinka  była  olbrzymia  i  gdy  Slade  ustawił  ją  wreszcie  na  tle  okna  w  saloniku,  zajęła 

właściwie pół pokoju.  

Emily, która z podziwem chodziła dookoła choinki, narzekała jednak, że jest za duża i że 

nie mają na nią tyle bombek, ile potrzeba. Nagle wykrzyknęła: 

– Slade, skaleczyłeś się! 

– Co ty za bzdury opowiadasz? 

– Z tyłu na udzie. Masz podarte dżinsy, krew... Slade obmacał wskazane miejsce. Dopiero 

w  tym  momencie  uświadomił  sobie,  że  już  od  dłuższego  czasu  czuł  dziwne  pieczenie,  ale 

lekceważył to, sądząc, że do spodni dostała mu się w oborze jakaś słomka czy siano.  

–  Obejrzę...  –  Emily  pochyliła  się.  –  Ojej,  głębokie  rozcięcie,  jeszcze  krwawi.  Kiedy  to 

się stało? 

–  Już  wiem!  To  musiało  być  wtedy,  kiedy  przenosiłem  choinkę  przez  druty  kolczaste. 

Wiem, że się zachwiałem i przysiadłem...  

– Zardzewiały drut w lesie. To źle. Kiedy szczepiłeś się przeciw tężcowi? 

– Minionego lata.  

– To bardzo dobrze. Ja cię opatrzę.  

– Ależ nie trzeba.  

– Trzeba. Chodź ze mną do łazienki, tam oczyścimy ranę i opatrzymy.  

– Nie można dopuścić do info... infakcji – dopowiedział Mark.  

– Infekcji – poprawił go Slade.  

– Wszystko jedno, byle to się nie stało. Słuchaj mamy.  

– Ale kolacja. Powiedziałeś, że jesteś bardzo głodny.  

– Kolacja poczeka. Ty jesteś ważniejszy. Musisz być zdrowy, żeby lepić bałwana.  

– Co znowu? – zdziwiła się Emily.  

– Slade obiecał mi, że zostanie na szkolny festiwal – oświadczył z dumą Mark.  

– Ooo... ! – Emily nie wiedziała, co powiedzieć.  

– Mogę zostać, jeśli się zgodzisz, Emily... – Slade też nie bardzo wiedział, jak powinien 

się zachować.  

– Oczywiście. Teraz chodź ze mną do łazienki i zdejmij spodnie.  

background image

– Emily, ja...  

– Masz zdjąć spodnie i tyle. Musisz dawać dobry przykład Markowi.  

– Niby dobry przykład czego? 

Ta  rozmowa  do  niczego  nie  prowadziła.  Slade  wzruszył  ramionami,  mrugnął 

porozumiewawczo  do  Marka  i  pomaszerował  do  łazienki,  gdzie  wkrótce  Emily  obmyła 

rozcięcie  wodą  utlenioną,  posmarowała  je  piekącym  środkiem  dezynfekującym,  posypała 

proszkiem gojącym i wreszcie przyłożyła opatrunek i zakleiła plastrem.  

I na tym by się skończyło, gdyby nagle Emily nie przyszedł do głowy pomysł, by Slade 

zdjął  te  brudne  i  rozdarte  dżinsy,  to  ona  je  upierze  i  zaceruje,  a  teraz  włożył  świeże.  Z 

początku  oponował,  ale  natarcie  było  tak  zdecydowane,  że  zrobił,  co  mu  kazała  i  czego 

osobiście przypilnowała, mimo iż prosił ją, by odeszła.  

W  pewnym  momencie  opanowało  go  fizyczne  podniecenie,  no  bo  on  i  ona  sami  w 

łazience... Emily to zauważyła i oboje jednocześnie poczerwienieli. Ona szybko się odwróciła 

i  zaczęła  chować  plastry,  bandaże,  tubki  i  słoiczki.  W  pewnej  chwili  podniosła  wzrok  i  w 

lustrze napotkała zmieszane spojrzenie Slade’a.  

– Przepraszam – powiedział. – Powinienem był zdać sobie sprawę...  

– Nie boję się ciebie – odparła.  

Coś  w  jej  głosie  kazało  Slade’owi  zadać  sobie  pytanie,  jak  wyglądało  jej  pożycie 

małżeńskie z Pete’em.  

– Trzeba jednak zawsze pamiętać, że potrzeby kobiety są inne niż potrzeby mężczyzny – 

dodała enigmatycznie i wymijająco.  

– Niby jak inne? 

– Potrzeby mężczyzny są czysto fizyczne. Z kobietą sprawa jest bardziej skomplikowana. 

Zaspokojenie fizyczne to tylko część...  

–  Nie  masz  racji  co  do  mężczyzny.  Moje  pragnienia,  reakcja  na  ciebie,  to  nie  tylko 

pożądanie  fizyczne.  Dałaś  mi  coś,  czego  nigdy  w  życiu  nie  miałem  i  czego  potrzeby  nie 

odczuwałem.  To,  co  zaistniało  między  nami,  wykracza  poza  ramy  fizycznego  pożądania... 

Myślę, że ty boisz się to przyznać.  

– Nie boję się, ale jestem po prostu ostrożna. Czekam. Kiedy stąd wyjedziesz, ja zostanę 

ze  swoim  dawnym  życiem.  ..  Nie  tylko  dawnym.  Będę  obarczona  troską  o  dwoje  dzieci  i 

ranczo. Nie wiem, czy temu podołam. Całowanie ciebie jest bardzo przyjemne, ale nie może 

odrywać mnie od rzeczywistości.  

Slade, który stał tuż za plecami Emily, prawie jej dotykając, cofnął się pospiesznie o dwa 

kroki, gdyż usłyszał tupot biegnących stóp.  

Do łazienki wpadł Mark.  

–  Umyłem  się,  Amanda  płacze.  Czy  możemy  już  jeść?  Emily  nieco  zmieszana  szybko 

wyszła z łazienki.  

– Dobrze, synku, zabaw przez kilka minut siostrzyczkę, ja przez ten czas podam do stołu. 

Panowie zaczną jeść, a ja nakarmię wtedy Amandę.  

– Dobrze, mamo. Opatrzyłaś Slade’a? Nic mu nie będzie? 

–  Nic  mi  nie  będzie  –  odparł  Slade  z  głębi  łazienki.  Mówił  tylko  o  swojej  kondycji 

background image

fizycznej i żałował, że tego samego nie może powiedzieć o duchowej i emocjonalnej.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Podłoga  była  zarzucona  pudełkami  z  ozdobami  choinkowymi.  Emily  podtrzymywała 

Marka, który stojąc na wysokim stołku i wspinając się na palce, usiłował zawiesić na choince 

szklany  dzwoneczek.  Zerknęła  na  Slade’a,  trzymającego  w  ręku  bombkę  z  imieniem  Mark. 

Czuła,  że  płoną  jej  policzki.  Żaden  mężczyzna  nigdy  nie  wywoływał  w  niej  podobnych 

emocji, a przede wszystkim uczucia słodkiej słabości.  

Za kilka tygodni to może być tylko wspomnienie. Siadem może już tu wtedy nie być...  

– Skończ już, Mark! – powiedziała. – Czas spać.  

– Chciałbym jeszcze umieścić gwiazdę na czubku choinki, bo to zawsze ja robię... – Mark 

rzeczywiście zawsze to robił, ale w przeszłości drzewka były niższe. Tym razem choinka była 

pod sam sufit.  

– Stołek jest za niski, synku.  

– Ja Marka podniosę – zaoferował się Slade i podszedł.  

– Gwiazda jest w pudle koło kanapy – poinformowała Emily.  

Mark zeskoczył ze stołka i pobiegł po gwiazdę.  

– Czy to ty namalowałaś? – spytał Slade, pokazując bombkę z imieniem i datą urodzenia 

Marka.  

– Tak, na jego pierwszą gwiazdkę.  

– Jak ty dobrze wiesz, co trzeba zrobić, żeby upamiętnić jakieś wydarzenie. Teraz, ilekroć 

Mark spojrzy na tę bombkę, poczuje się kimś wyjątkowym. To mu pomoże w rozwoju, będzie 

zachętą do wysiłku...  

– Tak uważasz? 

–  Oczywiście.  I  uważam,  że  ty  również  jesteś  wyjątkową  kobietą...  Kiedy  są  twoje 

urodziny? 

– Ósmego kwietnia. Ciebie już tu nie będzie... Slade jakby tego nie słyszał.  

– Niektóre z tych ozdób choinkowych wyglądają na bardzo stare. Pościerane wzory...  

– Moja matka zrobiła to, kiedy miałam pięć lat. – Pokazała mu kogucika. – A mój ojciec 

przywiózł  te  bombki,  kiedy  wrócił  z  wizyty  u  przyjaciela  w  Wyoming.  A  to  dał  mi  Dallas 

przed maturą... Właściwie to z każdą z tych ozdób łączy się jakieś wspomnienie...  

–  Nigdy  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  choinki  mogą  być  drzewkami  pamięci  o 

wydarzeniach  i  ludziach.  To  zapewnia  jakąś  przynależność...  Tak  to  chyba  odbierasz, 

prawda? 

Miała  ochotę  odpowiedzieć,  że  on  też  mógłby  przynależeć,  ale  zabrzmiałoby  to  jak 

oświadczyny. Skinęła tylko głową..  

Przybiegł  Mark  z  gwiazdą.  Slade  podniósł  go  wysoko,  a  chłopiec  zawiesił  gwiazdę  tuż 

pod  sufitem,  na  samym  czubku  drzewka.  Gdy  znalazł  się  z  powrotem  na  ziemi,  spojrzał 

dumnie na swoje dzieło.  

– Wspaniale wygląda, prawda? Wybraliśmy najlepszą choinkę, prawda, mamo? 

– Z całą pewnością najlepszą – zgodziła się Emily i uśmiechnęła do Slade’a, bo to była 

background image

przecież jego zasługa.  

–  Za  rok  wybierzemy  podobną,  prawda,  Slade?  –  wyrwał  się  nagle  Mark,  czym 

spowodował długą ciszę, której żadną uwagą nie chciał przerwać ani Slade, ani tym bardziej 

Emily.  

Wreszcie Mark, który być może wyczuł narastające napięcie i wodził oczami od Slade’a 

do matki i z powrotem, zapytał bardzo niewinnym głosikiem: 

– Czy moglibyśmy zapalić teraz lampki i zaśpiewać kolędę? 

–  Już  jest  bardzo  późno,  ale  dobrze.  Zapalmy  i  zaśpiewajmy,  ale  króciutko...  Włącz, 

Slade! 

– Co zaśpiewamy? – spytała Emily, gdy choinka już się jarzyła. Objęła syna ramieniem i 

patrzyła na jego ciemną główkę.  

– „Cichą noc” – odparł bez wahania Mark.  

Emily zaintonowała, najpierw Mark się do niej przyłączył, a potem nieśmiało Slade.  

Przerwał  im  dzwonek  telefonu.  Emily  kazała  Markowi  iść  na  górę,  obiecując,  że  zaraz 

przyjdzie, wzięła ze stołu sygnalizator Amandy i poszła odebrać telefon.  

Slade  postanowił  od  razu  się  położyć.  Miał  dzień  pełen  nowych  wrażeń.  Nigdy  jeszcze 

nie  wycinał  w  lesie  choinek,  nigdy  nie  towarzyszył  żadnej  rodzinie  w  ubieraniu  drzewka, 

nigdy  w  podobnym  nastroju  nie  śpiewał  kolęd.  I  wreszcie  to  ich  spotkanie  i  rozmowa  w 

łazience...  Co  on  właściwie  robi  w  domu,  dla  którego  mieszkańców  jest  kimś  zupełnie 

obcym? Skierował pierwsze kroki do swego pokoju, kiedy usłyszał głos Emily: 

– Cześć, Dallas! Już przyjechałeś na Boże Narodzenie? 

Nagle Slade zapragnął napić się mleka i robić to jak można najdłużej. Poszedł do kuchni i 

bezwstydnie słuchał. Mimo iż słyszał tylko jednego z rozmówców, dowiedział się, że Dallas 

dzwoni z uniwersytetu. Odniósł także wrażenie, że dzwoni wyłącznie po to, by wywąchać, jak 

się sprawy mają i czy Slade przypadkiem nie zabiega o coś, o co zabiegać nie powinien.  

Gdy po kilku minutach Emily skończyła rozmowę, nadal popijał mleko przy kuchennym 

stole.  

– Dallas miał jakąś ważną sprawę? – spytał.  

– Nie, dobrosąsiedzka rozmowa. U nas sąsiedzi troszczą się o siebie.  

– Jeszcze jedna tradycja. Podobnie jak śpiewanie kolęd po zapaleniu lampek na choince? 

Zaśmiała się.  

– Coś w tym rodzaju. A na ranczach, gdzie pracowałeś, nie było takiego zwyczaju? 

–  Na  ranczach,  gdzie  pracowałem,  mieszkałem  w  barakach  dla  służby.  Nie  wiedziałem, 

co  dzieje  się  w  domach.  Ale  teraz  usłyszałem,  że  Dallas  dzwoni  z  uniwersytetu.  To  chyba 

zbyt daleko, by nazwać to sąsiedztwem, a rozmowę dobrosąsiedzką.  

–  Odległość  nie  koliduje  z  przyjaźnią.  Od  śmierci  Pete’a  Dallas  dzwoni  do  mnie  mniej 

więcej co dwa tygodnie. Sprawdza, czy wszystko jest w porządku. – Ich spojrzenia spotkały 

się. – Jak noga, a raczej miejsce nieco wyżej? – Sztucznie się zaśmiała.  

– Doskonale.  

– A gdyby było inaczej, też byś powiedział, że jest doskonale, co? 

– Oczywiście! – odparł lekko. – Nie wolno mi niszczyć wizerunku twardego kowboja.  

background image

– Masz dobre serce, Slade. Dzięki tobie Mark przeżywa wspaniałe święta.  

–  Niewłaściwie  to  sformułowałaś,  Emily.  To  ty  i  twoje  dzieci  czynicie  święta  czymś 

zupełnie wspaniałym dla mnie. – Zmienił temat: – Obejrzałem te sanki, które kupiłaś. Skoro 

nie pozwoliłaś mi obdarować Marka tym, czym chciałem, to może zgodzisz się, że sanki będą 

w  pewnym  sensie  naszym  wspólnym  prezentem.  Chcę  je  najpierw  oczyścić  papierem 

ściernym, a potem pomaluję.  

– Bo ja wiem... – powiedziała powoli, udając, że się waha. – Zgodzę się pod warunkiem, 

że  kiedy  Mark  rozpakuje  tę  piłkę  futbolową,  to  i  ja  zagram  z  wami  na  śniegu.  Będzie 

wspaniale! 

–  W  gromadzie  radość  tym  większa  –  odparł,  chociaż  trudno  mu  było  wyobrazić  sobie 

Emily grającą w piłkę nożną.  

I  znowu  ich  spojrzenia  się  skrzyżowały.  Patrzyli  sobie  w  oczy  głęboko,  długo,  jakby 

szukali prawdy o rosnących w ich sercach uczuciach, Slade miał ogromną ochotę pocałować 

Emily. Miał nieprzepartą chęć wzięcia jej w ramiona. I tym razem pocałunek byłby zupełnie 

inny,  a  trzymając  ją  w  objęciach,  wyszeptywałby  do  ucha  słodkie  słowa...  Stanowczo 

powinien  wyjechać  natychmiast  po  świętach  Bożego  Narodzenia.  Pozostawanie  dłużej 

groziło... Czym? Dramatem dla niego.  

– Idę na górę – oświadczyła Emily, z trudem odrywając spojrzenie od Slade’a.  

– Zostaw mi urządzenie, póki nie położysz Marka. Będę czuwał nad Amandą.  

Podała  mu  je,  ich  pałce  się  spotkały  i  zastygły.  W  oczach  Emily  Slade  widział  odbicie 

tych samych uczuć, które nim targały. W nastroju, w jakim był obecnie, zaliczył to do emocji 

wywoływanych przez świąteczny nastrój. I nic więcej.  

 

W  wigilię  Bożego  Narodzenia  Slade  ujeżdżał  konie  w  corralu,  kiedy  przybiegł  zziajany 

Mark, już z daleka krzycząc: 

– Chodź szybko, Slade. Mama mówi, że jest do ciebie pilny telefon! 

Tylko  jedna  osoba  miała  numer  telefonu  Slade’a  na  ranczu:  John  Morgan,  który 

adoptował  Huntera  Coleburna.  Slade  puścił  wodze  trzymanego  konia,  przeskoczył  przez 

niskie ogrodzenie i ruszył pędem do domu. Mark mu dzielnie towarzyszył. Wpadł do kuchni, 

a Emily, wskazując na słuchawkę na stole, powiedziała krótko: 

– Hunter Coleburn.  

Slade’owi zaczęło szybko bić serce. Chodźmy do pokoju – powiedziała Emily do Marka. 

– Zostawmy Slade’a samego.  

– Słucham! – powiedział Slade do słuchawki.  

– Slade Coleburn? 

– Tak.  

–  Tu  Hunter  Coleburn.  Właśnie  wróciłem  do  mego  biura  w  Londynie  i  znalazłem 

wiadomość od ojca. Na moją prośbę przefaksował mi twój list i fotografię, którą załączyłeś. Z 

wyjątkiem  koloru  włosów...  jesteśmy  identyczni.  Slade,  jesteśmy  bliźniakami!  To  dla  mnie 

całkowite  zaskoczenie.  Pojęcia  nie  miałem,  że  mam  jakąkolwiek  rodzinę.  Musimy  się 

koniecznie  spotkać,  no  bo  przecież  przez  telefon...  Wiesz  co?  Za  trzy  tygodnie  wracam  do 

background image

Stanów. Może przyjedziesz do mnie do Denver albo ja polecę do ciebie do Montany.  

– Omówimy to, kiedy wrócisz do Stanów. Nie jestem pewien, czy będę jeszcze tu, gdzie 

jestem,  więc  daj  mi  numer  telefonu,  pod  który  do  ciebie  zadzwonię,  jeśli  byłbym  gdzie 

indziej.  

Hunter podał mu numer, Slade go zapisał, a następnie spytał: 

– Słuchaj, powiedz mi, dlaczego jako adoptowany syn nie nosisz nazwiska Morgan? 

– Nosiłem je do dwudziestego pierwszego roku życia. A przez cały czas jako drugie imię 

miałem  pozostawione  Coleburn.  Taki  gest  ze  strony  przybranych  rodziców.  Osiągnąwszy 

pełnoletność, postanowiłem powrócić do prawdziwego nazwiska.  

Slade  podejrzewał,  że  w  tej  zmianie  nazwiska  coś  się  kryło.  Może  istniała  jakaś  rysa  w 

stosunkach z Morganami. Ale to już nie była rozmowa na telefon. 

–  Ojciec  mi  powiedział,  że  pracujesz  na  ranczu  w  Montanie.  Co  konkretnie  robisz?  – 

spytał Hunter.  

–  To  i  owo...  Od  niedawna  tu  jestem.  Przedtem  pracowałem  na  innych  ranczach,  na 

fermach, a także w firmach budowlanych. Lubię wędrowanie po kraju i otwarte przestrzenie. 

Lubię zmiany.  

–  Ja  podróżuję  po  świecie.  Moją  specjalnością  jest  prawo  międzynarodowe.  Widzę  już 

bliźniacze podobieństwo: obaj lubimy wędrować i nigdzie nie zagrzewamy miejsca na dłużej.  

Nastąpiła  długa  chwila  ciszy,  jakby  obaj  mężczyźni  nie  wiedzieli,  jak  pokierować 

rozmowę, a unikali pytania o ewentualne żony.  

– Cieszę się, że zadzwoniłeś – powiedział wreszcie Slade. – Gdy tylko skonkretyzują się 

moje dalsze plany, dam ci znać. I najlepsze bożonarodzeniowe życzenia! 

–  Już  zaczynają  się  spełniać  dzięki  rozmowie  z  tobą.  Trzymaj  się,  wszystkiego 

najlepszego! Do zobaczenia! 

Slade  odłożył  słuchawkę.  Miał  zaciśnięte  gardło  i  gdzieś  w  głębi  czuł  wzbierające  łzy. 

Usłyszał  Marka  wbiegającego  po  schodach  na  górę.  Od  razu  się  domyślił,  że  matka  go  tam 

wysłała  pod  jakimś  pretekstem.  I  chyba  miał  rację,  bo  Emily  po  chwili  weszła  do  kuchni  z 

Amandą w ramionach i spytała: 

– Chcesz o tym porozmawiać? 

– Mam brata bliźniaka. Ojciec Huntera przefaksował mu moją fotografię i Hunter mówi, 

że jesteśmy podobni do siebie jak dwie krople wody...  

–  I  co  odczuwasz,  dowiedziawszy  się  o  tym?  Ulgę,  że  poszukiwania  zakończone  i 

Radość, ze skończyły się pomyślnie? Jakie wyciągnąłeś wnioski z rozmowy? 

– Szczerze mówiąc, to nie wiem, czego oczekiwałem. Ale z rozmowy pozostaje mi jedno 

wrażenie: jakbym rozmawiał z obcym człowiekiem... mimo że wydawał się serdeczny.  

–  Nic  dziwnego,  bo  jesteście  sobie  obcy.  I  będziecie,  póki  przez  dłuższy  czas  nie 

pomieszkacie razem. Masz zamiar to zrobić? 

– Boja wiem. On mówił o spotkaniu. O spotkaniu! Ale zamieszkać razem to co innego. 

Może on jest żonaty i ma dzieci? Nie wiem, czy on jest tak znowu zadowolony ze znalezienia 

brata-kowboja...  Wraca  do  Ameryki  dopiero  w  połowie  stycznia.  Co  ty  o  tym  wszystkim 

myślisz? 

background image

– Zupełnie nie wiem. Nie słyszałam tonu jego głosu...  

–  Ton  powściągliwy,  kulturalny  głos  wykształconego  człowieka...  Człowieka  z  zupełnie 

innego świata niż mój. Nie mamy z sobą wiele wspólnego.  

– Wspólnota krwi tworzy bardzo silne więzy, Slade.  

– Bo ja wiem, czy większe niż wspólnota małżeńska... – Co on gada? Boże drogi! 

Amanda  zaczęła  się  wiercić  i  kwilić  w  ramionach  matki.  Slade  patrzył  z  rozczuleniem, 

jak Emily głaszcze jej główkę, i pomyślał sobie, że coraz silniejsze emocjonalne więzy łączą 

go  z  tą  kobietą,  dobrą,  dzielną  i  przy  tym  nieprawdopodobnie  piękną.  Łączy  ich  coś,  czego 

oboje  się  jeszcze  boją,  myśląc,  że  może  to  być  tylko  chwilowe  zauroczenie,  nietrwałe  i 

niebezpieczne.  Tym  razem  Emily  się  nie  odsunęła,  gdy  przypadkowo  dotknął  jej,  chcąc 

przejść.  W  ostatnich  dniach  przestała  właściwie  unikać  przypadkowych  dotyków,  kiedy  na 

przyład malowali sanki dla Marka, a potem wspólnie pakowali kupione dla chłopca prezenty.  

– Pojedziesz ze mną dziś do kościoła? – spytała.  

– Zabierzemy Amandę? 

– Ma vis ma przyjść popilnować Marka i powiedziała, że może także zająć się Amandą, 

jeśli oboje chcielibyśmy iść do kościoła.  

–  Chętnie  pojadę  z  tobą  do  kościoła  –  odparł  Slade,  chociaż  bardzo  wątpił,  czy  Mavis 

rzeczywiście  to  zaproponowała,  by  on  mógł  towarzyszyć  Emily.  –  A  Markowi  nie  będzie 

smutno, że z nami nie pojedzie? 

– Będzie już spał. Msza jest o wpół do jedenastej.  

– No, to jedziemy we dwoje. Jutro muszę się wybrać do Billings. Potrzebujesz czegoś? 

– W tej chwili mam wszystko, czego potrzebuję – odparła.  

Slade  odniósł  wrażenie,  że  ona  nie  myśli  wcale  o  sprawunkach.  I  on  miał  w  tej  chwili 

wszystko, czego potrzebował i pragnął.  

 

Tego  wieczoru  Mark  marudził  przed  zaśnięciem.  Był  zbyt  podniecony  oczekiwanym 

porankiem  i  spodziewaną  wizytą  Świętego  Mikołaja.  Emily  siedziała  przy  nim,  póki  nie 

usnął. Dopiero wtedy mogła iść nakarmić Amandę.  

Slade  przebierał  się  w  swoim  pokoju  w  wyjściowy  garnitur,  gdy  dobiegły  go  z  kuchni 

głosy dwóch kobiet. Z pewnością przyszła Mavis. Już wystrojony poszedł do kuchni.  

Gdy  kobiety  go  zobaczyły,  przerwały  rozmowę  i  patrzyły  zaskoczone.  Slade  wyglądał 

wspaniale w białej koszuli z teksaskim krawatem, w czarnej marynarce kowbojskiej, czarnych 

dżinsach i czarnych butach. Ponieważ nie odrywały od niego oczu, spytał żartobliwie: 

– A co? Niezbyt dokładnie się ogoliłem? – Przeciągnął dłonią po brodzie.  

Emily się zaczerwieniła, Mavis roześmiała.  

– Żadna kobieta nie odwraca wzroku od mężczyzny wyszykowanego na wielkie święto – 

powiedziała Mavis.  

– Na przykład na ślub? – spytał przekornie i natychmiast sam siebie wyzwał od głupców.  

Emily jeszcze bardziej poczerwieniała.  

– Rzeczywiście tak całkiem inaczej wyglądam? – zwrócił się do niej z pytaniem.  

– Aha... inaczej... – wyjąkała.  

background image

– Inaczej lepiej, czy inaczej gorzej? 

– Niemal cię nie poznałam...  

– Zaręczam ci, Emily, że pod tym ubraniem pozostałem tym samym  człowiekiem i bije 

tam to samo serce.  

– Widząc jej pogłębiające się zmieszanie, zmienił temat: 

– Najwyższy czas jechać, bo nie zdążymy.  

Wziął jej płaszcz, przewieszony przez krzesło, i pomógł włożyć. Potem zaczął poprawiać 

zawinięty  kołnierz  płaszcza.  Emily  obróciła  ku  niemu  głowę.  Stała  tuż-tuż.  Krótkim 

spojrzeniem  przekazała  mu  więcej  niż  setką  słów.  Slade’owi  zabiło  serce.  Ujął  Emily  pod 

rękę i wyprowadził z domu. Nie pamiętał, czy na pożegnanie powiedział coś do Mavis. Chyba 

tak, bo coś mu odpowiedziała.  

W drodze do kościoła, raz po raz odrywał wzrok od drogi i zerkał na Emily. Jechali pod 

rozgwieżdżonym  niebem,  na  zewnątrz  szalała  wichura,  ale  szoferka  była  ogrzewana,  silnik 

miło mruczał.  

–  Wiesz,  Emily,  dziś  wieczorem  czuję  się  prawie  szczęśliwy  –  odezwał  się  w  pewnej 

chwili.  

–  Ja  też  –  odparła  cichutko.  –  W  tym  odświętnym  ubraniu  wydałeś  mi  się  jeszcze... 

wspanialszy  –  wykrztusiła.  –  I  zupełnie  inny,  dużo  bogatszy  wewnętrznie.  Czy  to  nie 

śmieszne,  że  przez  białą  koszulę  można  lepiej  dostrzec  mężczyznę,  niż  przez  flanelową  w 

kratę... – roześmiała się sztucznie.  

–  Może  w  ogóle  nie  powinienem  mieć  na  sobie  koszuli.  Kto  wie,  czy  nie  dostrzegłabyś 

jeszcze więcej. Mówię o wnętrzu.  

– Lubisz sobie kpić.  

–  Lubię,  kiedy  nadarza  się  okazja.  A~  powiedz  mi,  czy  u  kobiet  jest  to  samo,  co  u 

mężczyzn z tymi białymi i flanelowymi koszulami? Ja uważam, że tak. Kobieta bez szminki 

na ustach, to tak jak mężczyzna we flaneli. A ze szminką...  

– Ze szminką kobiety czują się ubrane – przerwała mu. A bez szminki jakby...  

– Jakby gołe? – przerwał je.  

Żartowali  tak  i  droczyli  się  przez  całą  drogę.  Gdy  przybyli  na  miejsce,  parking 

przykościelny był już pełen samochodów. Slade zostawił furgonetkę na poboczu drogi.  

W  kościele  większość  miejsc  była  zajęta,  ale  jakaś  trzyosobowa  rodzina  ścieśniła  się, 

robiąc im miejsce na końcu ławki. Gdy usiedli, Slade zaczął się ciekawie rozglądać. Od kilku 

lat  nie  był  w  kościele.  Pięć  lat  temu  po  raz  ostatni  poszedł  na  mszę  podczas  Wielkanocy. 

Zabrali go kowboje, kiedy pracował na ranczu hodowlanym.  

W pewnej chwili dostrzegł głowę Dallasa O’Neilla. Siedział sam i wyraźnie rozglądał się 

na wszystkie strony, chcąc odnaleźć kogoś w tłumie wiernych. Slade nie uważał za konieczne 

poinformowanie Emily o jego obecności.  

Powoli  Slade  zaczął  nie  tylko  wczuwać  się  w  nastrój  chwili,  ale  i  uczestniczyć  w 

zbiorowych  modlitwach  i  śpiewaniu  kolęd.  Było  coś  niemal  hipnotyzującego  w  atmosferze 

kościelnej  i  odczuwało  się  zupełnie  wyraźnie  wspólnotę  tej  wiejskiej  społeczności,  gdzie 

wszyscy się znali, a większość mówiła sobie po imieniu.  

background image

W czasie całej mszy Emily tylko raz spojrzała na niego. Jakby wiedziony instynktem w 

tym  samym  momencie  spojrzał  na  nią.  I  podobnie  jak  wcześniej  w  kuchni  doskonale  się 

porozumieli niemalże w ułamku sekundy, bo chyba tylko tyle trwało to spojrzenie.  

Po mszy pastor przeszedł do wejścia, by  pożegnać każdego z parafian z osobna, życząc 

pomyślnych świąt.  

Idąc między rzędami w orszaku wiernych, Slade szepnął do ucha Emily: 

– Jestem bardzo szczęśliwy, że zechciałaś mnie tu zabrać. Dziękuję.  

Emily tylko się uśmiechnęła.  

Nim  jednak  zdołali  dotrzeć  do  pastora,  dobry  nastrój  Slade’a  zepsuł  Dallas,  który 

najpierw klepnął Emily po ramieniu, a następnie bezceremonialnie objął ją. Slade zazgrzytał 

zębami  i  skrzywił  się,  co  Emily  natychmiast  zauważyła.  On  jest  rzeczywiście  zazdrosny, 

pomyślała zaskoczona, czując jednocześnie, że mina Slade’a sprawia jej satysfakcję.  

Dallas usiłował pocałować ją w policzek. Odsunęła głowę.  

– Tobie też życzę wesołych świąt – powiedziała.  

– Wesołych świąt, Coleburn! – mruknął Dallas.  

– Wesołych świąt, O’Neill! – odparł Slade.  

–  Mama  powiedziała,  że  zaprosiła  cię  na  jutrzejszy  świąteczny  obiad  –  przypomniał  jej 

Dallas. – Przyjdziesz, prawda? 

Emily zupełnie zapomniała o tym zaproszeniu, pochłonięta myślami o wtargnięciu w jej 

życie niejakiego Slade’a Coleburna...  

–  Jeszcze  nie  omówiłam  tego  ze  Slade’em.  Powiedziałam  Mavis,  że  odpowiem  jej  dziś 

wieczorem.  

–  Mam  nadzieję,  że  odpowiedź  będzie  pozytywna.  Wybierasz  się  do  Diamondów  na 

sylwestra? 

–  Jeden  z  tutejszych  ranczerów,  Amos  Diamond,  hoduje  konie  półkrwi.  Co  roku  w 

sylwestra  organizuje  wielkie  przyjęcie...  –  wyjaśniła  Slade’owi  Emily,  włączając  go  tym 

samym do rozmowy.  

Slade pokiwał głową. Po dalszych kilku minutach rozmowy Dallasowi udało się cmoknąć 

Emily w policzek. Powiedział dobranoc, potem uścisnął dłoń pastora, gdyż właśnie znalazł się 

tuż przy nim w kościelnym przedsionku, i odszedł.  

W drodze do zaparkowanej dość daleko furgonetki Slade milczał.  

– Co ci jest? – spytała Emily.  

– Jeśli masz ochotę iść jutro do O’Neillów, to idź – odparł nieco nie na temat.  

– Przecież ci mówiłam, że Mavis zaprasza i ciebie...  

– Z ciekawości. Chce wiedzieć, czy przy stole oblizuję palce.  

– To nieprawda! Jeśli ty nie pójdziesz, to i ja zostanę w domu. Nie będę spędzała świąt 

bez ciebie.  

– Masz dobre serce, Emily, ale nie jest mi potrzebna niczyja litość.  

– Co ty wygadujesz?! – Zatrzymała się, obróciła do Slade’a i patrzyła na niego niemal z 

oburzeniem. – Jak ty mogłeś coś podobnego powiedzieć?! Czy ty w moich oczach widziałeś 

kiedykolwiek litość dla ciebie? – Puściła jego ramię. Szli dalej osobno. – Mnie jest zupełnie 

background image

wszystko jedno. Wybieraj: domowy obiad albo O’Neillowie. Z kolei Slade się zatrzymał.  

–  Wiesz,  mam  kompromisową  propozycję:  jutro  oboje  pójdziemy  do  O’Neillów, 

natomiast  w  sylwestra  ty  pójdziesz  ze  mną  do  tych  Diamondów  i  to  będzie  nasza  randka. 

Akceptujesz? 

– Chcesz jeszcze zostać po świętach? 

– Przemyślałem to. Ty jeszcze potrzebujesz kogoś do pomocy, a ja i tak muszę czekać na 

powrót Huntera do Stanów. Bardzo chciałbym iść z tobą na sylwestra.  

–  Kupiłeś  sobie  randkę  –  odparła  wesoło.  A  po  chwili  dodała:  –  Zabawa  będzie  trwała 

całą noc...  

–  Nasza  pierwsza  noc  –  szepnął  Slade  pod  nosem.  Gdy  wrócili  do  domu,  zastali  Mavis 

czytającą gazetę w kuchni.  

– Przyjdziemy do ciebie jutro – obwieściła Emily od progu.  

–  Bardzo  się  cieszę  –  odparła  Mavis,  wstając  i  biorąc  z  wieszaka  płaszcz.  –  Mam 

nadzieję,  że  lubi  pan  szynkę,  młody  człowieku  –  zwróciła  się  do  Slade’a  –  bo  w  tym  roku 

mamy właśnie pieczoną szynkę z kartoflami.  

– Bardzo lubię, proszę pani – odparł Slade, pomagając Mavis włożyć płaszcz, a następnie 

zejść po schodkach z ganku.  

Gdy wrócił, zamykając za sobą drzwi, powiedział do Emily: 

–  Wiem,  że  jest  bardzo  późno,  że  kleją  ci  się  oczy,  a  kto  wie,  czy  nie  będziesz  jeszcze 

musiała karmić małej, ale mam coś dla ciebie i chciałbym ci to dać jeszcze dziś wieczorem...  

– Slade, nie musiałeś...  

– To jest Boże Narodzenie. Usiądź na kanapce w saloniku, zaraz przyjdę...  

Nie usiadła na kanapce, ale podeszła do choinki i podniosła z ziemi jeden z leżących tam 

pakuneczków. Dopiero wtedy usiadła, sprawdzając, czy sygnalizator Amandy jest włączony.  

Slade  przyszedł  bez  marynarki,  a  biała  koszula  jeszcze  bardziej  uwydatniała  szerokość 

jego  barów.  Niósł  w  ręku  owinięte  ozdobnym  papierem  pudełko  i  podał  je  Emily. 

Rozpakowała. Zobaczyła zwykłe pudełko po butach. Zdjęła pokrywkę i wyjęła ostrożnie kilka 

warstw ligniny. Na ligninowej wyściółce leżał śliczny jelonek wyrzeźbiony z drewna.  

– Bardzo mi się podoba – powiedziała.  

– Skąd... ? 

– Rzeźbię od dziecka. Zawsze rzeźbię w wolnym czasie, żeby go nie mieć...  

– Dziękuję ci, Slade. To jest najpiękniejszy prezent, jaki otrzymałam w życiu.  

– Eee... ! 

– Tak. Bo to jedyny prezent, w który ktoś włożył tyle pracy i własnego talentu. Bo to nie 

jest nic kupnego... I ja mam prezent dla ciebie. Ale kupiony... Tyle że po długim namyśle...  

– Jeszcze nie wiem, co to jest, ale już ci dziękuję, ponieważ poświęciłaś mi swoją uwagę.  

– Przewodnik po niebiosach, galaktykach i gwiazdach.  

– Cieszę się, bo niedawno straciłem mój stary. Na jednej z farm przeciekał dach, zalał mi 

moją starą książkę o niebie, strony się pozlepiały, wszystko było do wyrzucenia... Wiesz co, 

może któregoś wieczora pójdziemy specjalnie obejrzeć gwiazdy...  

Odłożył swój prezent na stolik, wyjął z rąk Emily jelonka i postawił go na przewodniku, 

background image

usiadł  obok  na  kanapie,  objął  ją,  przywarł  ustami  do  jej  warg.  Emily  jakby  tylko  na  to 

czekała.  

Nagłe rozległ się brzęczyk sygnalizatora.  

– O Boże, Amanda! – wykrzyknęła Emily i oderwała się od Slade’a, który tylko jęknął i 

powiedział: 

– Któregoś wieczora nic już nam nie przeszkodzi. Obiecuję ci to, Emily! 

Zabrakło jej tchu i musiała chwycić się balustrady schodów, by nie upaść. To nie słowa 

Slade’a  ją  poraziły,  ale  nagle  objawiona  prawda:  jest  zakochana.  Zakochana  w  kowboju  o 

nazwisku Slade Coleburn... Co ona zrobi, kiedy on wyjedzie? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Gdy  weszli  do  wielkiej  pustej  stodoły,  w  której  Diamondowie  wydawali  sylwestrowe 

przyjęcia,  Slade  przypomniał  sobie  ostatnie  obrazy  mijającego  tygodnia:  radość  na  twarzy 

Marka odpakowującego  bożonarodzeniowe prezenty, no i częstszy niż przedtem uśmiech na 

twarzy Emily, w której spojrzeniach dostrzegał coś nowego, co dawało nadzieję, że być może, 

on, Slade, zaczyna coś dla niej znaczyć. Może jej uczucie jest nawet poważne? Chciał, by tak 

było. I zaskoczyło go, że on tego chce. Naprawdę chce coś dla niej znaczyć. Pragnie, żeby się 

w  nim  zakochała?  Ale  to  przecież  oznaczałoby  zakotwiczenie  w  Montanie.  Czy  jest  na  to 

przygotowany? 

W stodole – która właściwie była tym, czym namiot dla areny cyrkowej, jednym wielkim 

wybiegiem, gdzie w zimie i w lecie Diamond ujeżdżał konie – były tego wieczoru ustawione 

dziesiątki,  jeśli  nie  setki  stolików,  a  bele  słomy  zostały  wykorzystane  do  obłożenia  ścian  i 

zapewnienia wewnątrz wyższej temperatury.  

Slade  właściwie  nie  dostrzegał  tego  wszystkiego,  bo  nadal  rozmyślał:  ciekawe,  że  od 

chwili  przybycia  na  „Ranczo  BZ”  ani  razu  nie  przejawiał  chęci  ruszenia  w  dalszą  drogę.  A 

dotychczas,  gdy  znalazł  się  na  innych  farmach  i  ranczach  czy  w  przedsiębiorstwach 

budowlanych, już po kilku dniach zaczynał się zastanawiać, kiedy by się urwać i ruszyć dalej. 

A  tu  nic.  Tu  mu  jest  tak  dobrze,  jakby  był  we  własnym  domu.  A  przecież  nigdy  nie  miał 

własnego domu! 

W  głębi  stodoły  zbudowano  estradę.  Grała  na  niej  orkiestra,  ludową  piosenkę 

wyśpiewywała  do  mikrofonu  rada  dziewczyna.  Wiele  bel  słomy  leżało  w  artystycznym 

nieładzie  na  ziemi,  służyły  za  siedziska  dla  tulących  się  do  siebie  młodych  lub  siedzących 

sztywno, uroczyście odzianych starszych par.  

– Amos umie wydawać przyjęcia, prawda? – spytała Emily.  

Slade jakby się obudził i pokiwał głową.  

–  Tu  jest  ciepło  –  stwierdziła  Emily.  –  Może  zdejmiemy  płaszcze  i  odwiesimy  na  te 

wieszaki. – Z boku wejścia wisiało kilka desek z powbijanymi gwoździami.  

– Tańczysz? – spytał Slade, gdy uporali się z płaszczami, a Emily poprawiła uczesanie.  

– Od dziecka. Znam wszystkie tańce country, stare i nowe.  

–  No,  to  ruszamy  w  tany  –  powiedział  Slade,  prowadząc  Emily  na  parkiet,  na  którym 

tworzyły  się  właśnie  grupki  tancerzy  do  tańca,  zwanego  kwadratowym,  niegdyś 

spopularyzowanego tu przez szkockich osadników.  

Przez  następne  kilka  godzin  Slade  odkrywał  Emily,  jakiej  zupełnie  nie  znał:  kobietę 

świetnie tańczącą, umiejącą się beztrosko bawić, śmiać, żartować ze znajomymi i prowadzić z 

nimi ożywione rozmowy. A robiła to z naturalnym wdziękiem, który wraz z urodą ściągał na 

nią łakome spojrzenia mężczyzn.  

Tak,  Emily  to  najładniejsza,  najseksowniejsza  kobieta,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem, 

pomyślał  Slade.  I  pilnuj  jej  jak  oka  w  głowie,  bo  ona  jest  wielką  wygraną  twojego  życia. 

Przez wiele lat wmawiał sobie, że jest samotnikiem, ponieważ tak jest najlepiej i tak właśnie 

background image

czuje się szczęśliwy. Nie znał wtedy Emily. Teraz już nie chciał być samotnikiem. Trzymając 

ją  w  ramionach  i  tańcząc  dla  odmiany  staromodnego  slow-foksa,  doszedł  do  wniosku,  że 

mógłby być zupełnie dobrym mężem. Przytulił Emily do siebie i ustami muskał jej skroń.  

Czuła  wzbierający  w  niej  żar.  Nagle,  zupełnie  niespodziewanie,  wargi  Slade’  a  gdzieś 

umknęły. Podniosła głowę i zrozumiała, dlaczego. Obok nich pojawił się Dallas i oświadczył 

z wielką powagą: 

– Odbijany.  

– To zależy od decyzji damy – odpowiedział sucho Slade.  

Emily  nie  chciała  opuszczać  ramion  Slade’a,  ale  nie  chciała  także  urazić  przyjaciela. 

Skinęła  więc  głową  i  uśmiechnęła  się  do  Dallasa.  Slade  natychmiast  puścił  ją. 

Niespodziewanie poczuła chłód w sercu. Jedno spojrzenie na twarz Slade’a powiedziało jej, 

że podjęła chyba złą decyzję. Nim odszedł, chwyciła go za ramię.  

– Następny taniec? – spytała.  

– Będę się tu kręcił – odparł.  

– Kroi się z nim coś poważnego? – spytał Dallas, gdy zaczęli tańczyć.  

– Nie rozumiem, co to znaczy „poważnego”.  

–  Nie  udawaj,  Emily.  Za  dobrze  się  znamy.  Czyżby  pan  Coleburn  zagościł  na  stałe  w 

twoim sercu? 

– Ty i ja jesteśmy przyjaciółmi od bardzo wielu lat, Dallas, ale nie mam ochoty z tobą o 

nim rozmawiać.  

– I ta odpowiedź wszystko mi wyjaśnia. Mam nadzieję, że się nie obrazisz za ostrzeżenie, 

jakie ci dam: możesz zostać śmiertelnie zraniona.  

–  Mam  otwarte  oczy,  Dallas.  I  zdaję  sobie  sprawę,  że  Slade  wkrótce  ruszy  w  dalszą 

drogę.  

– Nie sądziłem, że jesteś kobietą, która... Zatrzymała się i odstąpiła o krok.  

– Możesz nie kończyć, bo wiem, co masz na myśli. Nie sądziłeś, że jestem kobietą, która 

sypia z przygodnymi mężczyznami, tak? 

Dallas zaczerwienił się po uszy i zaczął coś bąkać pod nosem.  

– Chyba nie pogniewasz się na mnie, Em. Znamy się od tylu lat i zawsze mówimy sobie, 

co myślimy... Dokończmy taniec! 

Emily,  acz  bez  większego  entuzjazmu,  pozwoliła  się  objąć  partnerowi.  Gdy  orkiestra 

skończyła grać, powiedziała: 

–  Zapomnijmy  o  tym,  co  chciałeś  czy  nie  chciałeś  powiedzieć.  Zdaję  sobie  sprawę,  że 

miałeś tylko moje dobro na względzie. Zawsze się o mnie bardzo troszczyłeś.  

Przez twarz Dallasa przemknął jakiś cień, którego Emily nie potrafiła rozszyfrować. Ale 

po chwili wydawał się znów pogodny i beztroski.  

– No dobrze, miej sobie ten wieczór z Coleburnem, jeśli tak ci na tym zależy, i baw się 

dobrze,  ale  ostrożnie.  – Dallas  pocałował  Emily  w  policzek,  a  ona,  wspiąwszy  się  na  palce, 

zrewanżowała się pocałunkiem w czoło.  

Pożegnawszy się słowami „Cześć, Em!”, Dallas odszedł. Emily sama podeszła do stolika, 

gdzie siedział w ponurym nastroju Slade. Ożywił się na jej widok i spytał: 

background image

– Dallas się zmył? 

– Na to wygląda.  

– Bardzo mnie to cieszy. Właśnie zaczęli slow-foksa. Zatańczymy? 

Tańczyli  bez  przerwy  chyba  przez  dwie  godziny.  Nikt  im  nie  przeszkadzał,  nikt  nie 

próbował odbijanego, mało mówili, w pełni usatysfakcjonowani przebywaniem ze sobą. Raz 

tylko Emily zanuciła słowa do granej właśnie melodii „Przetańczyć całą noc”.  

Na  kilka  minut  przed  północą  Slade  wyprowadził  Emily  z  parkietu,  jakim  była  ubita 

ziemia, i zaciągnął za stertę beli siana w rogu wielkiej stodoły.  

– Co się stało? – spytała zaskoczona.  

– Absolutnie nic. Po prostu zbliża się dwunasta i chcę pobyć z tobą sam na sam.  

Wkrótce  umilkła  orkiestra,  rozległy  się  werble  i  wszyscy  zaczęli  śpiewać  staroangielski 

hymn noworoczny, a po hymnie chóralnie odliczać ostatnie sekundy przed północą.  

Emily przygotowywała się psychicznie na pocałunek Slade’a, kiedy nagle z beli siana tuż 

obok  poderwała  się  jakaś  kobieca  postać,  a  za  nią  wstał  szczupły  wysoki  mężczyzna. 

Natychmiast ich poznała: jej dawna koleżanka szkolna, Sharon Conner, i jej kawaler.  

– Cześć, Sharon! – powitała ją grzecznie.  

– Aa, to ty, Emily? Cześć! Wybraliście ten sam  kąt, co my. Chodź, poszukamy miejsca 

gdzie indziej! – zwróciła się do swego towarzysza.  

Oboje, potykając się, odeszli w mrok, a Slade i Emily doskonale słyszeli słowa Sharon: 

– To była Emily Lawrence, żona Pete’a. Tego, co nie żyje. Teraz chodzi z takim jednym, 

co się przybłąkał na ranczo. Ale każdy jest lepszy od Pete’ a...  

Radość  Emily  z  przyjścia  na  sylwestrową  zabawę  ulotniła  się.  Wszyscy  wydawali  się 

znać jej prywatne sprawy. To nie do zniesienia. Żałowała, że przyszła tu ze Slade’ em.  

Zegar  już  dawno  wybił  dwunastą,  teraz  słychać  było  piszczałki,  trąbki,  pokrzykiwania, 

bicie braw. Umieszczone pod dachem kolorowe światła przygasały.  

– Co to ma znaczyć, Emily, że każdy jest lepszy od...  

– Nie chcę teraz o tym mówić. To nie czas i miejsce. Chodźmy stąd! 

W  kakofonii  dźwięków  wypełniających  całą  przestrzeń  Slade  musiał  krzyczeć,  by  go 

słyszała: 

–  A  ja  uważam,  że  to  najwyższy  czas,  byś  mi  coś  powiedziała  o  twoim  małżeństwie. 

Możemy  jeszcze  trochę  potańczyć,  jeśli  masz  ochotę,  ale  musisz  mi  wszystko  opowiedzieć 

jeszcze dziś.  

– Nie mam ochoty dłużej tańczyć. I mam dosyć tego miejsca. Wróćmy do domu.  

Emily zdawała sobie sprawę, że skoro między Slade’em a nią sprawy zaszły lak daleko, 

to rzeczywiście musi mu wiele powiedzieć.  

W  drodze  powrotnej  na  ranczo  towarzyszyła  im  wichura,  której  porywy  kołysały 

furgonetką. Slade’owi głowa pękała od pytań, które chciałby zadać Emily, zastanawiał się też 

nad  najważniejszym  pytaniem,  ale  sam  jeszcze  nie  był  pewien,  czy  dojrzał  do  jego 

wypowiedzenia.  

Ponieważ  lodowaty  wiatr  nadal  bezlitośnie  zacinał,  Slade  podwiózł  Emily  pod  same 

drzwi, a potem odjechał i zaparkował wóz koło samochodu O’Neillów, którzy na ten wieczór 

background image

zgodzili się popilnować Marka i Amandy, twierdząc, że w ich wieku najlepszy sylwester jest 

przed telewizorem.  

Gdy  Slade  wszedł  do  domu,  Rod  i  Mavis  byli  już  ubrani  do  wyjścia.  Po  wymianie 

noworocznych życzeń starsi państwo odjechali.  

Slade zdjął uciskający go krawat i odpiął górny guzik białej koszuli, Emily zaś poszła na 

górę  sprawdzić,  czy  u  dzieci  wszystko  w  porządku.  Na  górę  poszedł  też  po  chwili  Slade  z 

nadzieją, że Mark się obudził i będzie mu można złożyć życzenia. Jednakże chłopiec głęboko 

spał, więc delikatnie pogłaskał go tylko po głowie. Pomyślał sobie, że gdyby był ojcem, to z 

rozkoszą robiłby to co wieczór.  

Drzwi  do  pokoju  Emily  były  otwarte.  Ona  stała  pochylona  w  zamyśleniu  nad  kołyską 

Amandy. Slade dołączył do niej. Malutka uśmiechała się przez sen.  

– Jaka ona jest cudowna! – szepnęła Emily. – I pomyśleć, że to ty pomogłeś jej przyjść na 

świat. Bez ciebie prawdopodobnie by je nie było...  

–  Nadal  kochasz  swego  męża,  ojca  Amandy?  –  spytał.  Emily  spojrzała  na  Slade’a, 

wyraźnie zdziwiona pytaniem. Chwilę milczała.  

– Nie. Jeszcze nim on umarł, umarły moje uczucia.  

– Jak się poznaliście? 

–  W  szkole.  Był  o  dwie  klasy  wyżej  ode  mnie.  Po  skończeniu  szkoły  otrzymał  pracę  w 

sklepie spożywczym w Billings. Wtedy zaczęliśmy ze sobą chodzić. Byłam jeszcze w szkole. 

Kiedy ją skończyłam, niemal natychmiast wyszłam za niego. Nie zdawałam sobie sprawy... że 

Pete nie jest człowiekiem, za jakiego go brałam. Nic okropnego nie wydarzyło się w naszym 

małżeństwie,  nie.  Ono  po  prostu  dryfowało.  A  Pete  tak  naprawdę  nigdy  nie  stanął  na 

wysokości  zadań  czekających  męża,  a  następnie  ojca.  Nie  potrafił  i  nie  chciał  ponosić 

odpowiedzialności.  Tu  zamieszkaliśmy.  Pete  miał  pomagać  ojcu  na  ranczu,  ale  unikał 

wszelkiej pracy. Ojciec bardzo się tym martwił. Nie ze względu na siebie, ale na mnie. Pete 

zawsze  chciał,  by  nim  się  zajmować.  Spodziewał  się,  że  żona  go  obsłuży.  Nie  okazywał 

żadnej inicjatywy w niczym poza leniuchowaniem.  

– W seksie też nie? 

–  Nie  chcę  o  tym  mówić.  Pomyślałam  sobie,  że  dziecko  przyniesie  jakąś  zmianę. 

Niestety,  po  urodzeniu  Marka  nic  się  nie  zmieniło  oprócz  tego,  że  miałam  więcej  pracy. 

Starałam  się,  jak  mogłam,  żeby  Pete’a  zadowolić...  ale  on  nigdy  z  niczego  nie  był 

zadowolony.  Właściwie  mało  ze  sobą  rozmawialiśmy.  On,  gdy  tylko  mógł,  tkwił  przed 

telewizorem.  Rok  przed  śmiercią  zaczął  dużo  pić  i  pił  coraz  więcej...  I  dlatego  miał 

wypadek...  

– Dlaczego się nie rozwiodłaś? 

– Wierzyłam w świętość więzów małżeńskich... A Amanda to przypadek...  

Po dłuższym milczeniu Slade zapytał: 

– I dla Marka nie był dobrym ojcem? 

– Ty przez te kilka tygodni poświęciłeś Markowi więcej uwagi i czasu niż Pete przez całe 

życie...  

Slade podszedł parę kroków, stanął naprzeciwko Emily, a kiedy nie cofnęła się, objął ją i 

background image

przytulił.  

– Nie uczciliśmy jeszcze Nowego Roku. Masz ochotę... ? 

– Tak.  

Ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Po kilku minutach Slade zapragnął więcej 

i  zaczął  rozpinać  guziczki  jej  bluzki.  Kiedy  jednak  powędrował  w  kierunku  krągłej  piersi, 

powiedziała stanowczo: 

– Nie, nie.  

– Bo karmisz? 

– Po prostu nie.  

– Dlaczego? 

– Bo nie. Nawet gdybym chciała... może nawet pragnę mężczyzny... to znaczy ciebie... to 

nie potrafiłabym kochać się z kimś, kto ma wkrótce zniknąć z mego życia.  

– Rozumiem... – To wszystko, co powiedział. Nie złożył żadnych deklaracji, bo jeszcze 

nie był gotów. – Przepraszam. Sądziłem, że... No... sądziłem inaczej.  

– Nie masz za co przepraszać. Żadne z nas nie musi tego robić. Jesteśmy dorośli i każde z 

nas ma inne doświadczenia i cele życiowe.  

Milczał chwilę, a potem powiedział: 

–  Obiecałem  Markowi,  że  zostanę  na  jego  szkolny  festiwal  śmiechu,  i  zostanę.  Mam 

zamiar opuścić ranczo pod koniec stycznia...  

– Jeśli uważasz to za najlepsze dla siebie... – Emily drżącymi palcami zapinała bluzkę.  

– Tak uważam... – Wstał z kanapy, na którą przed chwilą opadł zniechęcony. – Najlepsze 

dla mnie, najlepsze dla nas wszystkich: dla mnie, ciebie, Marka...  

– Jeśli tego chcesz...  

Slade sam nie był tego pewien. I bardzo się martwił, że Emily powiedziała tylko tyle. A 

potem, krótko się pożegnawszy, poszła do siebie na górę.  

 

W  samolocie  do  Denver  Hunter  Coleburn  myślał  o  tym,  co  zaprzątało  go  od  chwili 

telefonu  od  ojca  i  faksu  z  fotografią.  Myślał  o  swoim  bracie!  Rozpierała  go  radość,  że  ma 

kogoś,  z  kim  łączą  go  więzy  krwi.  Jak  mógł  najszybciej,  załatwił  wszystkie  sprawy  w 

Londynie  i  teraz  wracał  do  domu  o  tydzień  wcześniej,  niż  zapowiedział  Slade’owi.  Jaki  on 

jest,  ten  brat?  Co  myśli?  Jak  urządził  się  w  życiu?  Jaki  ma  stosunek  do  tego  życia? 

Wszystkiego musi się dowiedzieć. Musi czym prędzej spotkać się ze Slade’em.  

Wrócił myślami do dzieciństwa w domu adoptowanych rodziców. Tak naprawdę to nigdy 

nie  czuł  się  w  pełni  akceptowany.  Może  źle  to  określa,  bo  akceptowany  był,  John  i  Martha 

Morgan  otaczali  go  tą  samo  troską,  co  dwoje  swoich  naturalnych  dzieci.  Był  zawsze 

traktowany  na  równi  z  nimi,  ale  on  sam  czuł  się  dziwnie  obco.  I  dlatego  po  osiągnięciu 

pełnoletności  wrócił  do  swego  prawdziwego  nazwiska.  Nigdy,  w  najśmielszych 

przypuszczeniach nie podejrzewał, że może mieć brata bliźniaka. Wzbierał w miii teraz zal do 

przybranych  rodziców.  Nie  mieli  prawa  adoptować  jednego  z  bliźniąt.  Albo  żadnego,  albo 

obu...  Przez  chwilę  myślał  o  Eve  Ruskin,  która  wymknęła  się  z  jego  życia  przed  pięcioma 

laty.  

background image

Pilot zawiadomił przez interkom, że samolot podchodzi do lądowania. Za dziesięć minut 

dotkną ziemi. Hunter schował do teczki trzymane na kolanach dokumenty. Był między nimi 

faks  dotyczący  brata  i  jego  fotografia...  Tak  intensywnie  myślał  o  czekających  go  pełnych 

wrażeń dniach, że nawet nie zauważył podchodzenia do płyty lądowiska. Nagle poczuł twarde 

uderzenie  samolotu  o  ziemię.  Wstrząs  wyrzucił  go  z  fotela,  samolot  jak  zwariowany  pędził 

zakosami po płycie. Nagle Hunter poczuł, że uderzył w coś twardego. I to było wszystko, co 

zapamiętał. Potem zapadła ciemność.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Tuż przed kolacją, z wielkim hałasem wpadł do domu Mark, mocno zatrzaskując drzwi.  

– Już kończymy robotę przy koniach – obwieścił. – Slade zaraz wraca. On daje głowę, że 

na szkolnym festiwalu w piątek dostaniemy nagrodę...  

– Nagroda mało ważna. Byłeś się dobrze bawił – odparła Emily.  

Na te słowa wszedł Slade.  

–  Mama  ma  rację,  Mark.  Nie  ma  się  co  podniecać  szansą  wygranej.  Najważniejsze  jest 

uczestniczenie.  –  Podszedł  do  Marka  i  pieszczotliwie  targał  mu  palcami  włosy.  –  Choć  nie 

zaprzeczam, że czasami miło jest także wygrać...  

Gdy  zadzwonił  telefon,  odebrał  Slade.  Emily  wiedziała,  że  już  od  kilku  dni  zerka  na 

aparat, spodziewając się wiadomości od Huntera.  

Slade  długo  słuchał,  nic  nie  mówiąc,  Emily  spostrzegła,  że  ma  zmarszczone  brwi  i 

dziwny wyraz twarzy.  

– Rozumiem – odezwał się wreszcie. – Będę jutro po południu... Nie, nie, proszę się tym 

nie martwić! Wynajmę samochód i pojadę prosto do szpitala. Jeśli on... Niech się pan trzyma, 

panie Morgan... Ja też będę się modlił. – Odłożył słuchawkę i stał, trzymając na niej rękę.  

Do kuchni wszedł Mark, który przez cały czas coś robił u siebie na piętrze.  

–  Siadaj,  partnerze,  i  słuchaj!  –  powiedział  Slade  z  poważną  miną.  –  Mam  problem  i 

muszę  się  nim  z  tobą  podzielić.  Mówiłem  ci  o  moim  bracie,  z  którym  miałem  się  wkrótce 

spotkać? – Mark skinął głową, a Slade ciągnął dalej: – Mój brat miał wczoraj wypadek...  

Emily,  która  milczała  od  chwili  dzwonka  telefonu,  teraz  głośno  zaczerpnęła  powietrza  i 

zasłoniła usta dłonią.  

– Ale żyje? – spytała.  

–  Żyje,  choć  jest  w  ciężkim  stanie.  To  był  wypadek  w  czasie  lądowania  samolotu  w 

Denver.  Była  o  tym  mowa  we  wczorajszym  dzienniku  telewizyjnym.  Hunter  nie  odzyskał 

przytomności. Lekarze boją się o jego życie... Muszę lecieć do Denver.  

– Ale wrócisz na piątek? – spytał Mark.  

– Nie, nie wrócę na piątek...  

Emily podeszła do synka i objęła go ramieniem.  

– Mark, Slade nic nie może na to poradzić. Musisz zrozumieć...  

–  Nie  rozumiem  –  przerwał  jej  płaczliwie  Mark.  –  Slade  obiecał,  a  teraz  nie  chce 

dotrzymać obietnicy.  

– Wiem, że czujesz się bardzo zawiedziony – odezwał się Slade. – Ale nie mogę czekać z 

wyjazdem  do  soboty.  Hunter  wracał  wczoraj  z  Londynu.  Na  płycie  lotniska  w  Denver  był 

śnieg, samolot uderzył w wóz dostawczy... Hunter ma złamaną nogę. Ale to jeszcze nic. On 

nie odzyskał przytomności i lekarze nie wiedzą, czy w ogóle odzyska...  

– Mark z pewnością zrozumie – powiedziała Emily.  

– Mam nadzieję. Ale czy dasz sobie radę podczas mojej nieobecności? – spytał Slade.  

– I tak miałeś wyjechać pod koniec miesiąca...  

background image

–  Muszę  zadzwonić  i  zrobić  rezerwację  na  samolot.  Z  pewnością  nie  będzie  lotu  do 

jutra... – Zignorował całkowicie jej uwagę na temat wyjazdu pod koniec miesiąca.  

Emily  czuła  się  tak,  jakby  ktoś  rozdzierał  jej  serce.  Pokochała  człowieka,  który  teraz 

opuszcza jej ranczo...  

 

Slade  jeszcze  dwukrotnie  usiłował  porozmawiać  z  Markiem.  Tego  samego  dnia 

wieczorem i następnego ranka. Ale chłopiec nie chciał w żaden sposób zrozumieć, dlaczego 

w piątek nie będzie miał dorosłego partnera przy lepieniu bałwana.  

Pożegnanie Slade’a z Emily było bardzo krótkie. Od noworocznej nocy nie pocałował jej 

ani razu. Doszedł do wniosku, że Emily tego nie chce. Tak zrozumiał jej zachowanie i słowa. 

Obiecał, że zadzwoni, gdy tylko będzie wiedział, kiedy wraca. A wróci na pewno! Ale Emily 

obawiała się, że i tej obietnicy może nie spełnić, jak nie spełnił poprzedniej, danej Markowi. 

Zapewne też coś stanie mu na przeszkodzie.  

Gdy  odjeżdżał,  spojrzał  we  wsteczne  lusterko  i  zobaczył  Emily  stojącą  w  bezruchu  na 

ganku.  Ścisnęło  mu  się  gardło.  W  samolocie  do  Denver  wiedział  już,  że  na  „Ranczu  BZ” 

pozostawił serce.  

Gdy wylądował, wynajął samochód i po para godzinach zajechał na szpitalny parking.  

Odnalazł  właściwy  pokój  i  cichutko  uchylił  drzwi.  Przy  łóżku  chorego  zobaczył 

szpakowatego, nieco łysiejącego mężczyznę, który na widok Slade’a otworzył szeroko oczy, 

jakby ujrzał ducha.  

W  głębi  pokoju  siedziała  w  fotelu  kobieta  o  siwych  włosach,  co  usiłowała  zamaskować 

popielato-blond płukanką. Ona też ze zdumieniem patrzyła na Slade’a.  

On  natomiast  skoncentrował  uwagę  na  mężczyźnie  w  łóżku,  który  miał  jedną  nogę  w 

gipsie, podwieszoną na wyciągu. Leżał bez ruchu, twarz miał podrapaną, a na nosie i ustach 

maskę tlenową.  

– O Boże, ależ wy jesteście podobni! – wykrzyknęła kobieta. – Jestem Martha Morgan. – 

Podeszła i podała Slade’owi dłoń w rękawiczce.  

– Slade Coleburn – przedstawił się.  

–  John  Morgan  –  powiedział  szpakowaty  mężczyzna,  który  zaszedł  Slade’a  z  boku.  – 

Gdyby nie ubranie, to wziąłbym pana za Huntera.  

– Sytuacja jest stabilna – pospieszyła z wyjaśnieniem pani Morgan. – Ale lekarze nadal 

nie wiedzą, czy i kiedy się obudzi. Była tu nasza córka, która stale siedzi przy Hunterze, ale 

poszła się przebrać i coś zjeść. Larry, nasz syn, przyjdzie na nocny dyżur.  

Morganowie skwapliwie się pożegnali i wyszli, uznając, że brat bliźniak obejmie „wartę” 

przy chorym.  

 

W piątek po południu Slade ponownie pełnił dyżur przy Hunterze, gdyż państwo Morgan 

postanowili  opuścić  pobliski  hotel  i  na  noc  wrócić  do  własnego  domu,  nieco  odległego  od 

szpitala.  

Slade  rozmyślał  nad  tym,  co  robi  teraz  Emily,  jak  sobie  daje  radę  i  co  robi  Mark.  No 

oczywiście,  chłopiec  lepi  pewno  bałwana  i  jest  mu  smutno,  że  jego  bałwan  nie  dostanie 

background image

nagrody, bo będzie zbyt mały.  

Nagle  kątem  oka  zauważył  jakiś  ruch  na  pościeli.  Wytężył  wzrok.  Chyba  się  nie  myli! 

Lewa  ręka  Huntera  przesunęła  się  z  centymetr.  Slade  wpatrywał  się  jeszcze  długo,  ale  nic 

więcej nie zobaczył.  

– Drogi Hunterze, słuchałem, jak twoja matka i ojciec do ciebie mówili. Spróbuję zrobić 

to samo. Będę ci opowiadał o sobie...  

Przez kilka godzin Slade mówił o swoim życiu w sierocińcu, o wędrowaniu ze stanu do 

stanu,  o  miejscach,  w  których  przebywał,  i  ludziach,  których  poznał.  Wiele  czasu  poświęcił 

kobiecie, którą ostatnio spotkał – Emily i jej dwojgu dzieciom. Z rozrzewnieniem mówił też o 

„Ranczu  BZ”,  wspominając,  że  po  raz  pierwszy  czuł  się  tam  jak  w  rodzinnym  domu... 

Parokrotnie już zauważył ruch ręki Huntera, a gdy przerwał opowiadanie, bo właśnie doszedł 

do jego kresu, zaskoczył go nagle chrapliwy dźwięk, a następnie zupełnie go przygwoździły z 

trudem wypowiadane słowa: 

–  Mi...  ło...  mi...  poz...  nać...  cię...  bra...  cisz...  ku...  Powinien  zerwać  się  i  wybiec  na 

korytarz,  by  zawołać  pielęgniarkę  i  lekarza.  Zerwał  się  co  prawda,  ale  podszedł  do  łóżka, 

pochylił się nad chorym i powiedział: 

– Mądry to ty za bardzo nie jesteś, każąc pilotowi lądować na oblodzonym lotnisku. – I 

poklepał go delikatnie po dłoni.  

– Spie... szy... łem... się... do... cie... bie – usłyszał w odpowiedzi. – Gło... wa... bo... U... 

Pić...  

Slade tym razem szybko wybiegł na korytarz i zaalarmował personel.  

Wrócił  do  Huntera,  gdy  lekarze  pozwolili  na  to  po  dokładnym  zbadaniu  pacjenta. 

Poklepali  Slade’a  po  plecach  żartując,  że  Hunter  uciekł  grabarzowi  spod  łopaty  i  że  teraz 

będzie  szybko  powracał  do  zdrowia.  Jeszcze  tego  samego  popołudnia  Hunter  mówił  już 

znacznie swobodniej. Bracia nie mogli się nagadać. Slade wyjaśnił bratu, że teraz, skoro już 

wszystko  jest  na  dobrej  drodze,  musi  wracać  na  ranczo  w  Montanie,  gdzie  czeka  go 

potrzebująca pomocy kobiet z dwojgiem dziecia.  

Hunter  był  światowym  człowiekiem  i  w  lot  wszystko  zrozumiał.  Bracia  uściskali  się, 

zobowiązali  do  stałego  kontaktu  i  Slade  opuścił  szpital,  w  którym  od  paru  dni  właściwie 

mieszkał.  

 

Następnego  dnia  po  wyjeździe  Slade’a  z  farmy  przyszedł  rachunek  ze  szpitala.  Emily 

wiedziała, że tym razem jest w poważnych tarapatach. Ten rachunek był ostatnim sygnałem. 

Wyjęła  z  biurka  bilet  wizytowy  agenta  handlu  nieruchomościami,  zadzwoniła  i  umówiła  się 

na następny dzień. W czasie spotkania agent obiecał, że szybko znajdzie jej klienta na ranczo. 

W  niedzielę  po  południu  siedziała  w  kuchni  obłożona  nie  zapłaconymi  rachunkami.  Pete 

zadłużył ranczo po uszy. Nie było teraz innego wyjścia niż sprzedaż. Należało spłacić długi, a 

za resztę pieniędzy urządzić się jako tako w Billings, gdzie była szansa uzyskania pracy.  

Emily  miała  w  oczach  łzy,  myśląc  o  wyprowadzeniu  się  z  rodzinnego  domu.  Otarła  je 

szybko,  mówiąc  sobie,  że  musi  być  silna.  Ma  dwoje  dzieci,  o  których  przyszłość  trzeba 

zadbać...  

background image

Gdy usłyszała dzwonek telefonu, serce skoczyło jej do gardła. Teraz dopiero uświadomiła 

sobie,  że  przez  ostatnie  dni  czekała  na  telefon  Slade’a  jak  na  zbawienie.  Nie  bądź  głupia, 

skarciła  się.  Nie  spodziewaj  się  żadnego  zbawienia  ze  strony  wędrującego  po  świecie 

kowboja! 

Podniosła słuchawkę.  

– Emily? – usłyszała głęboki baryton.  

– Cześć, Slade! – Usiłowała zachować beztroski, pozbawiony emocji ton, jakiego używa 

się w rozmowie ze zwykłym znajomym.  

– Co się dzieje? 

– Wszystko w najlepszym porządku.  

– Mark dobrze się bawił na szkolnym festiwalu? 

–  Nie  poszedł.  Namawiałam  go,  prosiłam.  Chciał  z  nim  iść  Rob  O’Neill,  ale  Mark  się 

uparł, że nie pójdzie... Jak Hunter? 

– Kryzys minął. Wszystko na najlepszej drodze do pełnego wyzdrowienia.  

– To wspaniale...  

– Emily, przestań do mnie tak mówić. Dzwonię, żeby powiedzieć, że wracam.  

– Wracasz? 

– Przecież powiedziałem, że wracam.  

Jeśli on wraca, to ona musi mu powiedzieć... Uczciwość nakazuje, by mu powiedziała.  

– Wystawiłam ranczo na sprzedaż i przeprowadzam się do Billings.  

– Jasny gwint, co ty wyrabiasz?! Nie ma mnie kilka dni i... Co się stało? 

–  Szpital  przysłał  wysoki  rachunek,  nie  zapłacone  są  pewne  podatki,  ranczo  jest 

zadłużone hipotecznie. Już dalej tak nie mogę. Muszę myśleć o przyszłości Marka i Amandy. 

Nie ma sensu kurczowo trzymać się przeszłości.  

Zapadła długa cisza, którą przerwał Slade: 

– Jutro wracam. Nie rób nic beze mnie. Wszystko razem omówimy.  

– Nie ma nic do omawiania.  

– Masz nie robić nic,  czego byś potem żałowała. Niestety, Emily już zrobiła coś, czego 

żałowała. Oddała serce Slade’owi Coleburnowi.  

 

Kiedy  wyłonił  się  dom,  Slade  dodał  gazu,  chociaż  wiedział,  że  to  nierozsądne  na 

zaśnieżonej  drodze.  Ale  tak  mu  brakowało  Emily,  że  każda  następna  sekunda  rozłąki 

wydawała  się  coraz  boleśniejsza.  A  poza  tym  okropnie  się  bał,  że  mimo  jego  próśb  Emily 

może  złożyć  fatalny  podpis  na  dokumencie,  który  jej  podsunie  pozbawiony  skrupułów 

pośrednik. Gdy mu poprzedniego dnia wspomniała o sprzedaży rancza, oblał go gorący pot, 

chociaż  na  pytanie,  dlaczego  tak  reaguje,  nie  potrafiłby  odpowiedzieć.  Wjechał  na  ranczo  i 

zaparkował jak najbliżej domu. Chwycił podróżną torbę i pobiegł do drzwi.  

Emily była w kuchni i coś mieszała w garnku. Gdy usłyszała jego kroki, zwróciła się ku 

niemu uśmiechnięta. Czyżby się mylił, dostrzegając w jej oczach coś jakby uczucie ulgi? 

– Jak lot? – spytała.  

– Świetnie. – Slade odłożył torbę, zdjął kurtkę i kapelusz, wieszając jedno i drugie przy 

background image

drzwiach.  Dopiero  wtedy  zauważył,  że  za  stołem  siedzi  Mark.  –  Cześć,  Mark,  jak  tam  w 

szkole? 

Chłopiec nie odpowiedział i nie poruszył się. Nadal siedział z podpartą głową.  

– Slade się z tobą wita, Mark! Jak ty się zachowujesz? 

– skarciła syna matka.  

Mark spojrzał na Slade’a, na Emily i bąknął: 

– Cześć, Slade! Czy mogę już iść do mego pokoju? – spytał.  

– Może najpierw porozmawiamy – powiedział Slade.  

– Dlaczego nie poszedłeś do szkoły na festiwal zimy? 

– Bo nie chciałem...  

–  Przykro  mi,  że  nie  mogłem  tu  być  i  iść  z  tobą.  –  Przyciągnął  krzesło  i  usiadł 

naprzeciwko chłopca. – Ale liczyłem na to, że będziesz mnie reprezentował.  

– Wszyscy chłopcy przyszli z ojcami...  

– Wiem, że było ci przykro. Czy mógłbym to jakoś wynagrodzić? 

– Jak? – zainteresował się Mark.  

– Zastanowię się nad tym dziś wieczorem i powiem ci rano.  

– Ale nie zapomnij! 

Z saloniku dobiegło kwilenie, a potem popłakiwanie Amandy. Mark zerwał się zza stołu.  

– Pójdę do niej i powiem, że wróciłeś, to może się uspokoi. – Wybiegł z kuchni.  

Slade niezwłocznie przystąpił do głównej sprawy: 

– Pozwól mi pomóc sobie. Mam pieniądze, dzięki którym mogłabyś zatrzymać ranczo... – 

zaczął.  

– Nie masz pojęcia, ile to może wynieść.  

– A ty nie masz pojęcia, ile przez te lata mogłem zaoszczędzić.  

– Dlaczego miałbyś oddawać mi swoje oszczędności? – spytała Emily.  

– Ponieważ ty ich potrzebujesz, a ja nie.  

–  Ja  nie  mogę  przyjmować  od  ciebie  takich  prezentów.  Na  moje  życie,  życie  Marka  i 

Amandy muszę zapracować sama.  

– Nie chcesz prezentu, to przyjmij pożyczkę.  

–  Sprzedaję  ranczo,  bo  mam  już  dość  zaciągania  pożyczek  i  niemożności  ich  spłacania. 

Pośrednik znalazł kupców. Ma tu z nimi przyjechać.  

– Dlaczego odmawiasz przyjęcia ode mnie pomocy? 

– Bo i tak za dużo już pomogłeś.  

Płacz w saloniku był coraz głośniejszy i Emily wyrwała rękę z uścisku Slade’ a. Chwycił 

ją  przed  chwilą,  chcąc  tym  gestem  wzmocnić  swoją  propozycję.  Ale  Emily  wydawała  się 

nieczuła na gesty.  

Już  przedtem  Slade  zauważył,  że  od  pamiętnej  nocy  sylwestrowej,  która  miała  ich 

zbliżyć, Emily podejmowała kroki mające na celu usunięcie go ze swego życia. Może nawet 

już  przed  jego  wyjazdem  do  Denver  planowała  sprzedaż  rancza...  Doskonale  rozumiał  jej 

postępowanie. Należała do kategorii kobiet, które potrzebują trwałego związku z mężczyzną. 

Wiązanie się ze Slade’em było ryzykowne. On nawet nie znał znaczenia słowa „stałość” czy 

background image

„trwałość”.  Emily  zbyt  troszczyła  się  o  przyszłość  swoją  i  dzieci,  by  decydować  się  na 

niepewny związek z tułaczem.  

Kto wie, czy wobec tego nie wróci do Denver szybciej, niż się tego spodziewał.  

 

Myśląc  nad  sprawą  zrekompensowania  Markowi  doznanego  zawodu,  Slade  doszedł  do 

wniosku, że istotą imprezy szkolnej, w której chłopiec nie uczestniczył, jest ogólna atmosfera. 

Gromada dzieciaków, zabawy, krzyki. Przyszło mu do głowy, że mógłby, choć w mniejszej 

skali, tę atmosferę odtworzyć. Po rozmowie z Emily i rodzicami najbliższych kolegów Marka, 

zaplanował  popołudnie  zabaw  na  ranczu.  Budowanie  zamków  ze  śniegu,  toczenie  kul, 

obrzucanie się śniegowymi pociskami i tym podobne.  

Chociaż  wszyscy  rodzice  byli  zaproszeni,  mieli  już  dość  niedawnych  szkolnych 

wyczynów swych pociech i tylko odwieźli dzieci, życząc im dobrej zabawy. Z Emily ustalili, 

kiedy mają je zabrać z powrotem.  

Slade  okazał  się  wspaniałym  organizatorem,  wodzirejem  i  uczestnikiem  śniegowych 

szaleństw.  Najpierw  budował  z  dziećmi  zamki  i  pomniki,  a  potem  konstruował  wielki  mur, 

zza  którego  na  drużynę  napastników  sypały  się  śniegowe  kule.  Śmiech  dzieci  i  ich 

pokrzykiwania rozlegały się ze wszystkich stron.  

Pogoda  dopisała  i  zabawa  trwała  do  zmroku.  Zaczerwienione  z  zimna  i  radości  dzieci 

Slade  zapędził  wreszcie  do  kuchni,  gdzie  Emily  miała  dla  wszystkich  gorącą  czekoladę  i 

upieczone  przez  siebie  ciasteczka,  sławne  już  w  całej  okolicy.  Po  tym  podwieczorku  Slade 

zabrał  wszystkich  do  stodoły,  gdzie  odbył  się  pokaz  i  lekcja  wiązania  węzłów,  a  także 

zarzucania lassa na słup.  

Mark był uszczęśliwiony. Gdy wszyscy już rozjechali się do swoich domów, podszedł do 

Slade’a, wspiął się na palce i wyciągnął w górę ręce, prosząc, by go podniósł. Gdy to uczynił, 

mały objął go za szyję i pocałował w policzek.  

– Dobrze było? – spytał Slade.  

– Dobrze.  

– Założę się, że lepiej niż na tej zabawie w szkole.  

– Tam każdy chłopiec miał tatę...  

– A tu byłem ja.  

– Ale bawiłeś się ze wszystkimi. A tam każdy miał tatę dla siebie. Ja też mogłem udawać, 

że mam, gdybyś ze mną poszedł.  

Slade’a trochę ubodło słowo „udawać”. Zresztą ubodło go wszystko, co Mark powiedział. 

Z drugiej strony rozumiał jego żal. Co mu powiedzieć? 

–  Może  któregoś  dnia  będziesz  miał  własnego  tatę  –  próbował  pocieszyć  chłopca  i 

odstawił  go  na  ziemię.  –  Rozwiązał  ci  się  but.  –  Wskazał  palcem  wleczące  się  po  ziemi 

sznurowadło.  

Mark przykląkł i zawiązując but, wyrzucił z siebie nagle gwałtownie: 

– Ja chcę, żebyś ty został moim tatą! 

– Kiedy ja nie wiem, jak być tatą – odparł Slade. – Nigdy sam nie miałem ojca... Rzadko 

przebywałem z dziećmi czy ich ojcami. Tobie potrzebny jest tata ekspert...  

background image

–  Ja  wiem,  że  gdybyś  chciał,  mógłbyś  być  tatą.  –  Brązowe  oczy  patrzyły  na  Slade’a 

oskarżycielsko. – Ja wiem, że potrafisz. Ale ty chyba nie chcesz... – Broda chłopca wygięła 

się w podkówkę. Był bliski płaczu. – Tamten tata, którego miałem, też mnie nie chciał...  

Slade’owi krajało się serce na widok chłopca.  

– O tym musi zadecydować twoja mama. To od niej zależy – Slade próbował się bronić.  

–  Mógłbyś  ją  przekonać.  Powiesz  jej,  że  ja  chcę,  żebyś  ty  był  moim  tatą?  Obiecaj,  że 

powiesz! 

–  Kiedy  ja...  –  zaczął  Slade,  ale  nie  dokończył,  gdyż  z  dołu  schodów  dobiegł  go  głos 

Emily: 

– Slade, telefon! Dzwoni twój brat.  

– Jeszcze porozmawiamy o tym – obiecał i zbiegł na dół zaniepokojony, czy nie stało się 

coś złego.  

Wieści były pomyślne: Hunter wyszedł ze szpitala, był w domu i zawiadamiał Slade’a, że 

chciałby się jak najszybciej spotkać z bratem. Lekarze powiedzieli, że nie powinien być sam, 

więc  nie  pojechał  do  swego  mieszkania  na  najwyższym  piętrze  wieżowca,  ale  zamieszkał 

chwilowo u rodziców.  

–  Mama  jest  nadopiekuńcza  –  poskarżył  się  Slade’owi,  który  usłyszał  protestujący  głos 

kobiecy.  

– Takie są matki. – Slade roześmiał się. – Niedawno taką poznałem. Ona świata nie widzi 

poza dwojgiem swoich dzieci.  

– Młoda? 

– Tak.  

– Ładna? 

– Jeszcze jak.  

– A mąż? 

– Nie ma.  

– Ma kogoś? 

– Chyba tylko mnie.  

–  No,  to  trzymaj  i  nie  puszczaj.  Słuchaj  mojej  rady.  Jestem  dobrym  adwokatem.  Moich 

rad słuchają ważni ludzie i dobrze na tym wychodzą.  

Obaj bracia roześmieli się.  

– Kiedy wracasz do Denver? – spytał Hunter.  

Slade zerknął w kierunku Emily, która siedziała w saloniku z Amandą na kolanach.  

– Po rozmowie z tobą nie jestem pewien. Zadzwonię do ciebie za kilka dni.  

Po  zakończeniu  rozmowy  Slade  poszedł  do  saloniku,  oparł  się  o  framugę  drzwi  i 

spoglądał  na  Emily  z  córką.  Amanda  była  już  nakarmiona  i  zasypiała,  tuląc  się  do  piersi 

matki.  

–  Wszystko  w  porządku?  –  spytała  Emily.  –  Tak  dziwnie  z  nim  rozmawiałeś. 

Odpowiadałeś półsłówkami. Przepraszam, ale nie mogłam nie słyszeć.  

– Chyba ci się zdawało. Miałem bardzo interesującą rozmowę. Hunter to mądry chłopak. 

Wszystko jest w najlepszym porządku. Wyszedł ze szpitala. Chwilowo mieszka u rodziców, 

background image

bo nie powinien być sam. – Nagle zmienił temat. – Wiesz co, po rozmowie, jaką prowadziłem 

z  Markiem  przed  telefonem  od  Huntera,  czuję  się  naprawdę  winny.  Nie  powinienem  był 

wyjeżdżać i zostawiać was na lodzie.  

– Ale brat... wypadek...  

– Wszystko wiem. Ale dopiero dziś uświadomiłem sobie, jak bardzo Markowi zależało na 

tym, by jak inni chłopcy przyjść z ojcem... Chciałbym kupić mu rower.  

– I sądzisz, że wynagrodzi mu to brak ojca? 

Miał wrażenie, że w głosie Emily słyszy jakby drwinę i oburzenie. Zmieszał się.  

– Chyba nie...  

– Czy powiedziałeś Markowi, że opuszczasz Montanę? Opuszczanie jakiejś okolicy nigdy 

nie było dla Slade’a problemem. Aż do tej chwili...  

– Nie, nie powiedziałem.  

–  Jutro  rozpoczynam  pakowanie  rzeczy  na  stryszku.  W  poniedziałek  agent  przywozi 

trzech klientów, w tym jednego właściwie zdecydowanego. Agent uprzedził mnie jednak, że 

muszę być gotowa na pewne ustępstwo od wyznaczonej ceny...  

– Emily, przemyśl raz jeszcze moją ofertę... Potrząsnęła przecząco głową i spuściła oczy, 

by Slade nie zobaczył w nich łez.  

– Nie mogę, Slade... Naprawdę nie mogę. Zamierzam rozpocząć nowe życie i tak będzie 

najlepiej.  

Słowa Emily o nowym życiu wywołały u niego dziwny skurcz w okolicach serca. Chciał, 

pragnął,  ale  nie  potrafił  wyrazić  tego  słowami.  Chyba  bał  się  wynikających  z  nich 

konsekwencji.  

– Idę dojrzeć koni – powiedział i wyszedł.  

Gdy  zatrzasnęły  się  drzwi  kuchenne,  Emily  załkała.  Boże,  gdyby  mogła  zbudować  mur 

wokół  Slade’a  i  zatrzymać  go  na  zawsze!  Ale  on  nie  da  się  zatrzymać  siłą.  Zaoferował  jej 

pieniądze, ale nie siebie.  

A ona pragnęła tylko jego. Jednak nie mogła go przecież błagać, by został. Niby w jakim 

charakterze miałby zostać? 

Zresztą w Denver czekał na niego brat. I z pewnością Slade osiądzie na stałe właśnie tam. 

Jeśli oczywiście kiedykolwiek osiądzie gdzieś na stałe.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Stryszek  był  skarbnicą  wspomnień.  Następnego  dnia  po  zapowiedzi,  że  zacznie 

pakowanie rupieci na poddaszu, Emily siedziała między pudłami i roniła łzy. Między innymi 

dlatego,  że  ojciec,  którego  listy,  fotografie  i  przybory  toaletowe  leżały  przed  nią,  nigdy  nie 

poznał swojej wnuczki.  

Amanda  właśnie  smacznie  spała  piętro  niżej,  dzięki  czemu  Emily  miała  czas  na 

pakowanie. Jeszcze go właściwie nie zaczęła, pochłonięta przeglądaniem pamiątek. Roniła też 

łzy dlatego, że kochała ten dom, który teraz musiała opuścić. A także dlatego, że pokochała 

mężczyznę, który zaledwie przed kilkoma tygodniami zapukał do jej drzwi, a teraz zamierza 

wyjechać i więcej nie powrócić.  

Dlaczego on nie może jej pokochać, tak samo jak ona jego? Wtedy wszystko byłoby inne, 

piękne, radosne... Duma nie pozwalała jej prosić Slade’a, by został. A ten mężczyzna – dobry, 

delikatny,  silny  –  miał  tyle  do  zaofiarowania  kobiecie.  Ale  jego  wychowanie,  a  może  jego 

brak,  uczyniło  go  niespokojną  duszą.  On  po  prostu  nigdzie  nie  potrafi  zapuścić  korzeni. 

Zawsze  czegoś  szuka.  Czegoś,  czego  najprawdopodobniej  nigdy  nie  znajdzie.  Chyba  że... 

zdarzyłby się cud w postaci jakiegoś wielkiego wstrząsu czy uczucia.  

Emily  westchnęła,  podniosła  się  z  podłogi,  otrzepała  dłonie  z  kurzu,  otarła  łzy  z 

policzków.  W  ten  sposób  nigdy  nic  nie  zapakuje.  Trzeba  bez  przeglądania  i  wspominania 

wkładać  po  prostu  rzeczy  do  pudeł.  Te  rzeczy,  które  chce  zabrać,  a  resztą  niech  zajmą  się 

śmieciarze.  Na  pewno  musi  zabrać  fajki  ojca,  nadal  pachnące  jego  ulubionym  tytoniem. 

Zawsze  palił  fajkę,  kiedy  swej  małej  córeczce  opowiadał  ni  to  bajki,  ni  to  zabawne 

wspomnienia.  Były  cudowne  i  szybko  przy  nich  zasypiała.  Musi  także  zabrać  jego  kolekcję 

indiańskich grotów do strzał i drugą kolekcję starych narzędzi stolarskich. Ale każda sztuka 

musi być osobno owinięta papierem. Przyniosła na stryszek kartonowe pudła, ale zapomniała 

o gazetach.  

Gdy  zeszła  do  pokoiku,  który  miał  być  pokojem  Amandy,  spotkała  właśnie  idącego  do 

niej Marka.  

–  Czy  mogę  iść  do  stajni  pomóc  Slade’owi?  –  spytał.  Emily  pomyślała,  że  Mark 

najprawdopodobniej znudził się swoimi zabawkami, do których pobiegł zaraz po śniadaniu.  

–  Dobrze,  ale  przedtem  przynieś  mi  z  komórki  trochę  starych  gazet.  Ja  przez  ten  czas 

przygotuję gorącą czekoladę. Napijesz się i zaniesiesz kubek Slade’owi.  

Mark skinął głową i pobiegł na dół. Włożył płaszcz i wyszedł na dwór, kierując kroki do 

stojącej  na  uboczu  komórki.  Słońce  świeciło  jaskrawo,  śnieg  skrzył.  Emily  wyjrzała  przez 

okno  i  patrzyła  za  synem.  Potem  przeniosła  wzrok  na  stajnia,  w  której  przebywał  Slade. 

Smutno pokiwała głową i westchnęła. Nie cieszył jej oczu widok zaśnieżonego krajobrazu ani 

słońce  na  błękitnym  niebie.  Kiedy  indziej  oparłaby  się  łokciami  o  parapet  i  napawała 

widokiem  rancza  i  pastwisk  za  budynkami.  Odchodząc  od  okna,  przypomniała  sobie 

komunikat  pogodowy:  pod  wieczór  dużo  chmur  i  wielkie  opady  śniegu,  które  na  wiele  dni 

sparaliżować  mogą  lokalną  komunikację  drogową.  Zabiło  jej  żywiej  serce.  Może  Slade  nie 

background image

będzie mógł wyjechać uwięziony przez śnieżycę? Ale to również oznaczało komplikacje dla 

niej  samej.  Agent  z  biura  nieruchomości  i  jego  potencjalni  klienci  nie  mogliby  przyjechać. 

Sprzedaż  się  opóźni,  a  rachunki  czekają  na  uregulowanie...  Poza  tym,  po  co  przedłużać 

agonię,  czekając  na  nieuchronne  opuszczenie  rodzinnego  domu?  Więc  im  szybciej  Slade 

wyjedzie, tym lepiej. Będzie mogła zacząć proces zaleczania ran. Czy potrafi je zaleczyć? 

Wyjęła  z  lodówki  mleko  i  zaczęła  je  podgrzewać  w  kuchence  mikrofalowej,  a  potem 

zalała  nim  czekoladowy  proszek.  Przez  cały  czas  myślała  o  córeczce,  o  problemie  jej 

wychowania i przyszłym losie. Ciekawe, jaka będzie Amanda w wieku Marka? Chłopczyca, 

naśladująca starszego brata, czy dystyngowana panna? Czy Amanda będzie przeżywała brak 

ojca  podobnie  silnie  jak  Mark?  Myśli  Emily  przeskoczyły  nagle  jakby  na  boczny  tor,  ale  w 

zasadzie zdążały w tym samym kierunku: jakim wspaniałym ojcem byłby Slade...! 

–  Przestań!  –  krzyknęła  do  siebie  na  głos.  –  Jedynie  pogarszasz  własną  sytuację,  bo 

wpadasz w neurasteniczny nastrój.  

Tak była pochłonięta tymi myślami, że nawet nie zauważyła, że Mark jeszcze nie wrócił, 

a przecież pobiegł tylko  po stare  gazety. Może poszedł do Slade’a, żeby  mu powiedzieć, że 

zaraz przyniesie gorącą czekoladę. A może zapomniał o gazetach i pomaga Slade’owi? 

Czekolada była gotowa i stygła. Emily podeszła do okna i wyjrzała. Gdy wzrok jej padł 

na  komórkę,  wydała  okrzyk  przerażenia.  Ze  spadzistego  dachu,  pod  wpływem  gorących 

promieni słonecznych, osunął się śnieg. Drzwi komórki były zasypane aż po klamkę. Jeśli to 

stało się już po tym, jak Mark wszedł do środka, to on nie może się teraz wydostać. Chwyciła 

płaszcz, zrzuciła domowe pantofle, włożyła buty i wybiegła z domu.  

– Mark, Mark! – zaczęła wołać, idąc przez śnieg.  

Gdy zbliżyła się do budyneczku, wydało się jej, że słyszy płacz.  

– Mark?! 

– Jestem tu, mamo! Nie mogę wyjść. Boję się. Tu jest okropnie ciemno.  

– Zaraz cię uwolnimy, kochanie. Idę po Slade’a.  

– Nie odchodź, mamo, ja się boję... ! 

–  Weź  głęboki  oddech,  synku,  i  policz  do  dziesięciu.  A  potem  jeszcze  raz.  I  wtedy  już 

będziemy tu razem ze Slade’em.  

Pędząc w kierunku stajni, słyszała głośny płacz Marka, który najwidoczniej nie skorzystał 

z jej rady. Musiała jednak wezwać na pomoc Slade’a, ponieważ on znacznie szybciej od niej 

odsunie śnieg. A poza tym potrzebne były łopaty, które trzymano w stajni.  

Od  progu  już  zaczęła  wołać  Slade’a.  Natychmiast  wyjrzał  z  któregoś  z  boksów. 

Opowiedziała  mu  o  uwięzionym  Marku  i  po  chwili  oboje  uzbrojeni  w  łopaty  byli  już  pod 

zasypaną komórką.  

Emily  lżejszą,  plastykową,  a  Slade  dużą  żelazną  zaczęli  odkopywać  drzwi,  uspokajając 

chłopca  zapewnieniami,  że  za  chwilę  wyjdzie  na  słoneczko  i  że  Slade  bardzo  liczy  na  jego 

pomoc w stajni.  

Mark oświadczył, że teraz już się nie boi, bo przyszedł Slade. Po chwili milczenia doszedł 

do  wniosku,  że  może  warto  byłoby  obiecać,  że  już  nigdy  nie  będzie  się  bał,  jeśli  Slade 

zostanie na zawsze na ranczu.  

background image

W takich okolicznościach Emily nie miała serca  wyjaśniać Markowi, dlaczego niedługo 

będą  musieli  ranczo  opuścić.  Uświadomiła  sobie  jednak,  że  jak  najszybciej  musi  z  nim 

przeprowadzić poważną rozmowę na ten temat. Może jeszcze tego wieczoru.  

Wreszcie  drewniane  drzwi  komórki  dały  się  uchylić  i  Mark  wyskoczył  jak  z  procy, 

spojrzał na matkę, spojrzał na Slade’a i wybrał jego ramiona, by w nie wpaść.  

Emily  zrobiło  się  trochę  przykro.  Jednocześnie  kazało  jej  to  przemyśleć  sytuację.  Slade 

spojrzał na nią i w jego oczach zobaczyła wzruszenie i coś jeszcze, jakby pytanie skierowane 

do niej.  

Może to była właśnie okazja, by zaryzykować, schować  głęboko dumę i...  I co? Prosić? 

Błagać? Wyznać własne uczucia? 

Odłożyła  jednak  decyzję,  uklękła  w  śniegu,  ujęła  w  obie  dłonie  twarz  Marka  nadal 

przytulonego do Slade’a i spytała: 

– Wszystko już dobrze synku? 

– Bałem się... Było ciemno. Myślałem, że nikt nigdy mnie nie usłyszy. Jak to dobrze, że 

Slade jest z nami. Jakby jego nie było, to byś mnie sama nie odkopała.  

– Ja też bym pewno płakał zamknięty po ciemku, nie mając szansy wyjścia. Darłbym się 

na całe gardło – zapewnił Marka Slade.  

Miał  przedziwny  wyraz  twarzy.  Emily  jeszcze  nigdy  go  takim  nie  widziała.  Sprawiał 

wrażenie człowieka zmagającego się z ciężkim problemem życia i śmierci.  

Slade’owi trzęsły się ręce, gdy wstawał z przyklęku, a serce biło tak, jak jeszcze nigdy w 

życiu.  Gdy  po  otwarciu  drzwi  komórki  Mark  wpadł  prosto  w  jego  ramiona,  przeżył  chwilę 

nieprawdopodobnego wzruszenia. To była wizja tego, czego doświadczałby co dzień, gdyby 

był ojcem...  

I nagle wszystko stało się jasne jak słońce. Przede wszystkim zdał sobie sprawę, że marzy 

o  tym,  żeby  mieć  syna.  Po  drugie,  że  jego  uczucia  do  Emily  są  znacznie  głębsze,  niż 

przypuszczał  jeszcze  tego  ranka,  rozpatrując  dylemat,  czy  wyjechać.  Chciał  być  nie  tylko 

ojcem,  ale  i  mężem.  I  pragnął  móc  trzymać  Emily  w  ramionach  aż  po  ostatni  dzień  swego 

życia.  Potrzebował  jej  ciepła,  determinacji,  słodyczy  i  miłości,  jeśli  ona  zechce  go  nią 

obdarzyć.  

Nie wiedział tylko, jak jej to wszystko przekazać. I nie potrafił też przewidzieć jej reakcji. 

No cóż, musi zdobyć się na odwagę i jakoś wybąkać to, co mu leży na sercu.  

– Chodźcie do domu, podgrzejemy czekoladę, bo już wystygła, wypijemy, ochłoniemy i 

wrócimy do pracy – zaproponowała Emily.  

– Idźcie, ja zaraz do was dołączę. Muszę tylko zepchnąć resztę śniegu z dachu, bo znów 

zasypie drzwi – odparł Slade. Właściwie była to bezsensowna robota, ale jemu był potrzebny 

czas, choćby kilka minut, by zebrać myśli i opracować swoje wystąpienie.  

Emily  skinęła  głową  i  spojrzała  na  Slade’a  szeroko  otwartymi  oczami,  w  których 

zauważył coś, co nim poruszyło. Ale co? Gdy się odwróciła i trzymając Marka za rękę poszła 

do domu, Slade już wiedział, że ona i tych dwoje dzieci stały się nierozerwalną częścią jego 

życia.  

W  kilka  minut  później  przyszedł  do  kuchni,  nadal  niezbyt  pewny,  jak  ma  zacząć,  co 

background image

powiedzieć  i  w  jaki  sposób  to  zrobić.  Westchnął,  wiedząc,  że  improwizacja  nie  jest  jego 

mocną  stroną.  Zawsze,  przed  każdym  życiowym  krokiem,  przed  każdą  czynnością,  musiał 

mieć wszystko dobrze obmyślone i zaplanowane.  

Po  drodze  widział  Marka  przed  telewizorem  w  saloniku;  oglądał  jakąś  kreskówkę, 

popijając czekoladę. Emily stała w kuchni przy piecu.  

– Napijesz się czekolady? – spytała.  

– Nie.  

– Kawy? 

–  Emily...  nie,  nic  mnie  nie  obchodzi,  co  będę  pił,  Emily,  ja...  –  Poczuł  się  strasznie 

głupio. Myśli mu umykały. Jednak postanowił brnąć dalej. – Emily, wyjdziesz za mnie? 

Równocześnie Emily zapytała: 

– Slade, czy nie zostałbyś na zawsze? 

I potem oboje niemal jednocześnie wykrzyknęli jedno słowo: 

– Co?! 

Slade podbiegł i położył dłonie jej na ramionach: 

– Czy ty prosiłaś, żebym został? 

– Tak. A czy ty naprawdę spytałeś mnie, czy za ciebie wyjdę? 

–  Tak.  Tylko  musisz  być  bardzo  tolerancyjna.  Mam  za  sobą  lata  kawalerskich 

przyzwyczajeń. Będziesz musiała okazywać mi wyrozumiałość i być cierpliwa. Bardzo dużo 

czasu  zajęło  mi  zdanie  sobie  sprawy,  że  pragnę  od  ciebie  czegoś  więcej  niż  pocałunku,  niż 

nawet  spędzenia  z  tobą  nocy.  Ja  chcę  zbudować  sobie  życie  rodzinne  u  twego  boku.  Mam 

nawet zamiar cię okraść. Chcę cząstki miłości twoich dzieci, które bardzo pokochałem. Jedno, 

bo  na  moich  rękach  przyszło  na  świat,  drugie,  bo  ma  twój  urok.  Chcę  być  ojcem,  dobrym 

ojcem  dla  Amandy  i  Marka.  Nie  czułem  takiej  potrzeby,  póki  nie  przyjechałem  tu  i  nie 

odkryłem  ciebie.  Mark  w  jednej  z  rozmów,  które  z  nim  ostatnio  przeprowadzałem, 

podszepnął  mi,  żebym  ciebie  spytał,  czy  się  zgadzasz,  żebym  ja  mógł  zostać  jego  ojcem. 

Wyjdziesz za mnie? 

– Wyjdę! Wyjdę za mąż za najwspanialszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziały 

moje oczy! 

Wprost nie mógł uwierzyć własnym uszom. Nie mógł uwierzyć, że ona czuje to samo, co 

on. Aby uprawomocnić tę deklarację, wziął Emily w ramiona i przypieczętował porozumienie 

namiętnym pocałunkiem.  

Byli tak sobą zaabsorbowani, że nie spostrzegli, że do kuchni wszedł Mark. Odskoczyli 

od siebie dopiero wtedy, gdy usłyszeli: 

–  Jejku!  Nawet  w  telewizji  nikt  się  tak  nie  całuje.  Czy  ty  uczysz  Slade’a,  jak  to  robić, 

mamo? 

Slade  uznał,  że  jego  rola  ojca  nie  zaczyna  się  od  chwili,  gdy  pastor  wypowie  właściwe 

formułki,  ale  od  momentu  wyjawienia  intencji.  Pogroził  Markowi  palcem  i  powiedział  na 

pozór srogo: 

– Starszych się nie podgląda, a jeśli już – to chyłkiem i nic się nie mówi. Czy pamiętasz, 

jak  powiedziałeś,  że  gdybym  chciał,  to  mógłbym  zostać  twoim  tatą?  Więc  ci  teraz 

background image

oświadczam, że chcę nim być i masz mnie słuchać.  

– Będziesz moim prawdziwym tatą? I Amandy też? 

–  Bardzo  tego  pragnę.  Ponieważ  Amanda  jeszcze  nie  mówi,  ty  masz  w  swoim  i  jej 

imieniu złożyć deklarację, że podtrzymujesz swoją propozycję.  

– O tak! – wykrzyknął uradowany Mark i zaczął klaskać w dłonie i podskakiwać.  

– Wobec tego możemy ustalać termin ślubu – oświadczył Slade, obejmując Emily.  

background image

EPILOG 

 

W niespełna trzy tygodnie później, w dniu świętego Walentego, Emily stała w niewielkiej 

zakrystii  w  kościele,  gdzie  właśnie  miał  się  odbyć  jej  ślub.  Usiłowała  stać  nieruchomo, 

podczas gdy Mavis zaciągała zamek błyskawiczny na plecach ślubnej sukni. Bardzo stylowa 

kremowa kreacja miała rękawy i dekolt w kształcie serca, obszyte perełkami. Emily czuła się 

jak księżniczka.  

– Prześliczna suknia – stwierdziła Mavis. – Po prostu wspaniała.  

– To dzięki Hunterowi. Miał klienta projektanta sukien ślubnych. Wysłał mi fotografie i 

jedną wybrałam. A teraz trudno mi uwierzyć, że to ja stoję przed lustrem. I ten welon...  

Trudno jej było również uwierzyć, że już tylko minuty dzielą ją od chwili, kiedy zostanie 

żoną Slade’a Coleburna. Żoną człowieka, którego pokochała całym sercem.  

I z którym będzie się kochała tej nocy... Slade nalegał, by poczekali do ślubu, bo wtedy to 

będzie coś wspaniałego i wyjątkowego.  

Na  miesiąc  miodowy  nie  mogli  wyjechać  z  powodu  Amandy,  no  i  szkoły  Marka,  ale 

Slade  zapowiedział,  że  gdy  się  zżyją  bardziej  jako  rodzina,  kiedy  Amanda  nie  będzie  już 

wymagała karmienia piersią, to zostawią na ranczu kogoś na kilka dni i  wyskoczą  gdzieś w 

świat. Rozległo się pukanie do drzwi i męski głos obwieścił: 

– Dallas składa wizytę. Mogę wejść? 

– Bardzo proszę – odparła Emily.  

– Ach, jaka ty jesteś piękna! – wykrzyknął Dallas.  

–  Dziękuję  szanownemu  panu  za  komplement  –  odparła.  –  Nigdy  jeszcze  mi  tego  nie 

powiedziałeś...  

–  Teraz  żałuję.  Słuchaj,  Emily,  po  ślubie  będziesz  otoczona  tłumem  składającym  ci 

życzenia,  więc  ja  wolę  złożyć  je  przedtem.  Życzę  ci,  abyś  przez  całe  życie  była  taka 

szczęśliwa,  na  jaką  wyglądasz  teraz.  Wczoraj  wieczorem  doszedłem  do  wniosku,  że  Slade 

będzie mężem, na jakiego zasługujesz.  

Poprzedniego  wieczoru  przyleciał  Hunter.  Emily  wydała  małe  przyjęcie,  na  które 

zaprosiła  także  O’Neillów.  Pod  koniec  wieczoru  całe  napięcie,  jakie  poprzednio  istniało 

między Dallasem a Slade’em, całkowicie zniknęło.  

– Bardzo się cieszę, że  doszedłeś do tego wniosku i mam nadzieję, że będąc sąsiadami, 

będziecie też przyjaciółmi.  

–  Może,  może.  Patrząc  na  was  oboje,  teraz  każdy  wie,  że  ma  do  czynienia  z  parą  do 

szaleństwa w sobie zakochaną. Podoba mi się także brat Slade’a. Kiedy się dowiedziałem, że 

to sławny adwokat, to sobie pomyślałem, że pewno zadziera nosa. A tymczasem jest to miły, 

przystępny człowiek.  

Zdaniem  Emily,  Hunter  był  bardziej  zamknięty  od  Slade’a,  tym  niemniej  wcale 

przyjazny.  I  wykazywał  wielką  chęć  lepszego  poznania  brata,  którego  zobaczył  po  raz 

pierwszy dopiero przed  kilkoma tygodniami. Gdy  wyszli O’Neillowie, Hunter zaczął czytać 

kartkę  z  życzeniami  ślubnymi,  jaką  Ma  vis  przyniosła  Emily.  W  pewnej  chwili  Emily 

background image

zauważyła, że Hunter poczerwieniał i że usta zaczęły mu drgać jak małemu dziecku, któremu 

zbiera się na płacz. Kiedy go jednak zapytała, czy dobrze się czuje, napięcie z twarzy Huntera 

zniknęło i natychmiast zaczął mówić, jaki jest szczęśliwy, że został zaproszony na ślub brata.  

Do zakrystii dotarła muzyka kościelnych organów.  

–  To  wszystko,  co  ci  chciałem  powiedzieć,  Emily.  Idę  zająć  miejsce...  –  Dallas 

uśmiechnął się i pocałował Emily w policzek. – Tym razem nie będę próbował odbijać, kiedy 

na przyjęciu zatańczysz ze Slade’em.  

– I na mnie czas – powiedziała Emily, gdy Dallas wyszedł z zakrystii.  

– Najwyższy czas – zgodziła się Mavis.  

Rob  na  prośbę  Emily  miał  ją  poprowadzić  do  ołtarza.  Był  przecież  najlepszym 

przyjacielem  jej  ojca.  Mavis  wręczyła  pannie  młodej  bukiet  białych  i  czerwonych  róż, 

organista dał znak. Mavis ruszyła pierwsza, a za nią Emily prowadzona przez Roba.  

Tylko  dziesięć  ławek  wypełniali  weselni  goście,  ponieważ  młoda  para  zdecydowała,  że 

uroczystość  będzie  skromna.  Zaproszeni  zostali  jedynie  bliscy  znajomi  i  przyjaciele  Emily, 

która miała nadzieję, że  zostaną także przyjaciółmi Slade’a. W pierwszej ławce stali Mark i 

Grace Harrison, trzymająca na rękach Amandę. Dallas stał w ławce po prawej stronie, gdzie 

miał dołączyć do niego ojciec po przekazaniu panny młodej Slade’owi. Blisko ołtarza stał też 

Hunter z nogą w gipsie. Gdy Emily podeszła, uśmiechnął się do niej i zrobił oko. Odpłaciła 

mu uśmiechem, który mówił, że wie, iż tego dnia pozyskuje nie tylko męża, ale i brata.  

Na stopniu ołtarza stał Slade i na nim skupiła całą swą uwagę.  

Gdy Rob O’Neill powierzał ją przyszłemu mężowi, ten pochylił się i szepnął jej do ucha: 

– Kocham cię! 

Podała mu rękę i odpowiedziała także szeptem: 

– I ja cię kocham.  

Z całej ceremonii najbardziej zapadły jej w pamięć jego słowa: „Ja, Slade, biorę ciebie, 

Emily, za żonę, partnera w życiu i przyjaciela... I obiecuję stać przy tobie bez względu na to, 

co przynieść może życie, wspomagać cię, słuchać twoich słów i szanować cię przez wszystkie 

dni mojego życia... Bóg mi cię zesłał, kiedy najbardziej ciebie potrzebowałem”.  

Później ona powtarzała te słowa, ale ta jego deklaracja była piękna.  

Patrząc sobie głęboko w oczy, składali obietnice i szczerze wierzyli, że dotrzymają każdej 

z nich.  

Gdy Slade wsuwał jej na palec podaną mu przez Huntera obrączkę, Emily miała ochotę 

rozpłakać  się  ze  szczęścia.  Następnie  pochylił  się  i  pocałował  ją,  a  był  to  pocałunek  chyba 

najsłodszy ze wszystkich, jakimi obdarował ją do tej chwili.  

Na  zakończenie  ceremonii  pastor  polecił  parze  małżonków  stanąć  twarzą  do  weselnych 

gości, po czym na cały głos obwieścił: 

– Przedstawiam wam, moi mili, panią i pana Coleburnów. Oby im się wiodło.  

Wszyscy zaczęli klaskać, ale przez oklaski przebił się głos Marka: 

– Czy to znaczy, że teraz jesteś już moim tatą, Slade?  

Slade chrząknął rozbawiony. Grace podała Amandę Emily.  

– Tak, teraz już jestem twoim tatą – padła poważna odpowiedź.  

background image

– To znaczy, że jesteśmy prawdziwą rodziną! – wykrzyknął Mark.  

Otrzymał za to oklaski.  

– Jesteśmy prawdziwą rodziną! – powtórzył Slade. Hunter poklepał brata po ramieniu.  

– O czymś zapomniałeś, Slade. Drużba ma prawo pocałować pannę młodą.  

–  Panna  młoda  czeka  na  pocałunek  nowego  brata  –  odparła  Emily  i  pochyliła  się  w 

kierunku Huntera, który obdarzył ją delikatnym całusem w czoło.  

– Od tej chwili zaczyna się nasza przyszłość – szepnął Slade do ucha żonie.  

– Czekałam na nią z niecierpliwością – odparła niemal bezgłośnie.  


Document Outline