background image

VICKI LEWIS THOMPSON 

 

SPECJALISTA OD ROMANSÓW 

Przełożył Marcin Stopa 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

– Do diab

ła, kiciu, to naprawdę brzmi całkiem nieźle. Wyciągnięta wygodnie w stojącym 

obok komputera koszu  bura kotka bez mrugni

ęcia  okiem  obserwowała  Jacka  Killigana 

pakującego zadrukowane stronice do koperty.   

– Zgoda, musia

łem pogrzebać trochę w pamięci. Prawdę mówiąc, już od dłuższego czasu 

nie odświeżałem doświadczeń. – Jack podrapał kotkę za uchem i uśmiechnął się, słysząc jej 
zadowolone mruczenie.  – 

Daruj  mi  te  przechwałki,  ale jestem cudownym kochankiem na 

papierze. 

Słowo daję.   

Docisn

ął kciukiem naklejkę z adresem i pseudonimem: Candace Johnson. Wydawca nie 

stawiał  uczestnikom  konkursu  na  powieść  walentynkową  żadnych  ograniczeń,  ale  Jack  był 
przekonany, 

że będzie miał znacznie większe szanse jako kobieta.   

Za oknem, po kt

órym spływały krople deszczu, wstawał lodowaty świt. Jack dopił kawę, 

wciągnął kombinezon i niemal wybiegł z mieszkania. Ledwo zdążył do pracy, bo zatrzymał 
po drodze motor koło poczty, by nadać przesyłkę.   

Czu

ł, że usłyszy od Krysty podczas lunchu kolejny wykład o zbawiennym działaniu snu. 

Zdjął okulary i roztarł grzbiet nosa. Uśmiechnął się do siebie. Gdyby tylko wiedziała, jaką 
przyjemno

ść  sprawia  mu  słuchanie  jej  pouczeń...  I  jaką  rolę  odegrała  w  jego  ostatniej 

powieści.   

 

Krysta Lueckenhoff przysz

ła do biura jak zwykle pierwsza. Nastawiła ekspres, włączyła 

komputer  i  usiadła  przy  idealnie  uporządkowanym  biurku.  Poprawiła  równiutko  ułożone 
dokumenty. 

Nic  jej  to  nie  pomogło.  Rutynowe  czynności  nie  przynosiły  jej  dzisiaj  żadnej 

ulgi. 

Tak  starannie  planowała  i  wszystko  na  nic.  Chyba  nie  będzie  jej  stać  na  wynajęcie 

opiekunki dla ojca.   

Wzi

ęła  do  ręki  fotografię  w  srebrnej  ramce  i  zdmuchnęła  niemal  niewidoczny  pyłek. 

Zrobiła to zdjęcie w czerwcu ubiegłego roku, kiedy jej czterem młodszym braciom udało się 
wziąć wolny dzień, aby wspólnie świętować Dzień Ojca. Tak jak to lubił, urządzili piknik na 
plaży,  sadzając  tatę  na  piasku,  opartego  o  wyrzucony  przez  fale  pień.  Rozłożyli  się  wokół 
niego, 

by  zasłonić  jego  biedne  nogi.  Kiedy  tak  siedział,  kiedy  nie  widziała  tego 

znienawidzonego  fotela  na  kółkach,  znowu  mogła  wyobrazić  go  sobie  takim,  jakiego 
pamiętała z dzieciństwa.   

W drzwiach stan

ęła Rosie Collins z ociekającym wodą parasolem w ręku. Krysta szybko 

odstawiła zdjęcie i uśmiechnęła się do przyjaciółki, z którą od dwóch lat pracowała w dziale 
umów.   

– Dla mnie nie musisz si

ę starać. – Śniada brunetka patrzyła na nią ze szczerą sympatią. – 

Co się stało? 

Krysta westchn

ęła.   

–  Wczoraj po twoim wyj

ściu  wpadła  tu  Juliet  i  powiedziała,  że  nie  przyjmie 

wiceprezesury, 

nawet jeśli jej to zaproponują.   

background image

Rosie rzuci

ła jej współczujące spojrzenie.   

– To przykre.   

–  Mhm.  Trudno jej si

ę  dziwić.  Postanowiła  adoptować  dziecko,  więc  jest  całkiem 

zrozumiałe, że nie ma ochoty na dodatkowe obowiązki.   

– 

Żartujesz! – Rosie podeszła do ekspresu. – Bancroft chce adoptować dziecko? Co za 

pomysł! 

–  Ni mniej,  ni wi

ęcej.  Małą  Chinkę.  To bardzo humanitarne,  ale  muszę  przyznać,  że 

liczyłam na jej awans i że dostanę po niej stanowisko. I wyższą pensję.   

– S

łuchaj – w głosie Rosie zabrzmiał ton zniecierpliwienia – może któryś z tych twoich 

chłopaków  dołożyłby  parę  dolarów,  żeby  pomóc  ojcu.  Szczerze  mówiąc,  kompletnie nie 
rozumiem, 

dlaczego uważasz, że cały ciężar opieki ma obarczać jedynie ciebie.   

– Nie, Rosie. Oni musz

ą chodzić do szkoły. To jest teraz najważniejsze. Może poproszę, 

żeby mnie przeniesiono do działu marketingu. Tam jest dużo łatwiej o awans.   

Rosie pokr

ęciła głową.   

–  Kiedy widz

ę,  jak  się  zamęczasz,  to  czasem  naprawdę  bierze  mnie  złość.  Twoim 

braciom nic by się nie stało, gdyby tak popracowali przez rok i...   

– Sta

łoby się, Rosie. A przynajmniej mogłoby się stać. Dużo łatwiej przerwać naukę niż 

do  niej  wrócić.  A  wykształcenie  jest  najważniejszą  sprawą  w  ich  życiu.  Chcę,  żeby 
pokończyli szkoły.   

– Dobrze, ju

ż dobrze, Matko Tereso. Mam nadzieję, że docenią to, co dla nich robisz.   

Jack pomaszerowa

ł z tacą do stolika w kącie, gdzie zwykle siadali z Krystą. Poczekał, aż 

dziewczyna powiesi torebkę na oparciu i usiądzie pierwsza.   

Krysta rzuci

ła okiem na to, co przyniósł ze sobą, i westchnęła.   

– Kawa i ciasto z marchewki. Mam nadziej

ę, że to nie wszystko, co zamierzasz zjeść na 

lunch.   

– Zawsze m

ówiłaś, że trzeba jeść warzywa.   

Poprawi

ł  okulary  na  nosie.  Musi  w  końcu  przykleić  złamaną  końcówkę,  bo inaczej 

zawsze będą spadać. Taśma klejąca to stanowczo za mało.   

– Ciasto z marchwi to 

żadne warzywa. – Krysta najpierw starannie rozłożyła serwetkę na 

kolanach, 

a potem przesłała Jackowi uśmiech. – I dobrze o tym wiesz.   

– W

łaśnie się zastanawiam, co by tu jeszcze zamówić.   

–  Radz

ę  ci  sałatkę.  –  Krysta  wskazała  gestem  na  stojący  przed  nią  talerz,  na którym 

piętrzyły się nie znane Jackowi tajemnicze zieleniny. – Kiełki i szpinak. To by ci naprawdę 
dobrze zrobiło.   

–  Prawd

ę  mówiąc,  myślałem  raczej  o  jeszcze  jednym  kubku  kawy.  Ziarnistej,  grubo 

mielonej... 

Czy kawa może być razowa? 

Krysta roze

śmiała  się  i  pokręciła  głową.  W  świetle  lamp  fluorescencyjnych  jej  włosy 

lśniły miedzianym blaskiem.   

– Jeste

ś beznadziejny. Inteligentny, ale beznadziejny. Założę się, że chce ci się spać, bo 

spędziłeś kolejną noc przed ekranem.   

– To prawda.   

background image

W ka

żdym razie nie była to nieprawda. Ekran komputera czy telewizora, co za różnica. 

Jack nie zamierzał przyznawać się do swoich prób pisarskich, dopóki nie odniesie pierwszego 
sukcesu. 

Dziś miał uczucie, że jest bliższy niż kiedykolwiek dotychczas. Sam czuł, że jego 

kryminały były trochę zanadto pogmatwane, horrory za mało straszne, a przy pisaniu science 
fiction brakło mu znajomości zagadnień technicznych.   

–  Masz takie ogromne mo

żliwości,  Jack.  Nie  powinieneś  przerywać  nauki  po  to,  żeby 

dźwigać całymi dniami bele papieru i gapić się nocami w telewizor.   

– Kiedy tak mówisz, 

mam wrażenie, że słyszę własną matkę.   

Krysta spowa

żniała.   

–  Je

śli powtarzam ci to, co  słyszałeś w domu, to dlatego, że całkowicie zgadzam się z 

twoimi rodzicami. 

Nie mogę patrzeć, jak marnujesz wrodzoną inteligencję. Jeśli nie będziesz 

jej używał, w końcu pogrążysz się w kompletnej bezmyślności. Wiesz przecież o tym.   

Nie powinien si

ę z nią droczyć, ale nie umiał odmówić sobie tej przyjemności.   

–  Zaprenumerowa

łem  „Szał  Motocyklowy”.  Publikują  tam  naprawdę  niezłe  artykuły  – 

oświadczył z poważną miną, ale zaraz zasłonił usta serwetką, jakby chciał stłumić kichnięcie.   

–  To kolejna sprawa,  o kt

órej  muszę  ci  powiedzieć.  Nie sypiasz po nocach,  a potem 

tłuczesz się po deszczu na tym ogromnym motocyklu. Nic dziwnego, że jesteś przeziębiony. – 
Krysta  sięgnęła  do  torebki  i  postawiła  przed  nim  buteleczkę  z  witaminami.  –  Weź.  To 
witamina C.   

– Dzi

ękuję, ale nie mogę tego przyjąć. To twoje witaminy.   

– Prosz

ę cię, weź. Ja sobie kupię następne, a wiem dobrze, że ty tego nie zrobisz. Nawet 

nie będę cię przekonywać, żebyś sprzedał motor i kupił sobie samochód. Bez większego trudu 
mógłbyś wziąć kredyt.   

– Po co mi samoch

ód? Samochód pali więcej niż mój harley.   

Krysta zrobi

ła zniecierpliwioną minę.   

– Poniewa

ż – zaczęła powoli i dobitnie, jakby miała do czynienia z osobnikiem o bliskim 

zera ilorazie inteligencji  –  dop

óki  będziesz  jeździł  na  motorze,  nikt  nie  potraktuje  cię 

poważnie.  No  i  mógłbyś  się  porządnie  ostrzyc.  Długie  włosy  już  dawno  wyszły  z  mody. 
Ciekawa jestem, 

na co ty właściwie wydajesz pieniądze, Jack.   

Powiedzia

ła to takim tonem, jakby spodziewała się wyjaśnienia. Mimo najlepszych chęci 

Jack nie mógł spełnić jej oczekiwań. Gdyby się przyznał, że za wszystkie oszczędności kupił 
komputer i drukarkę, musiałby brnąć dalej w kłamstwa albo wyjawić, co robi po nocach. Ani 
na jedno, 

ani na drugie nie miał najmniejszej ochoty.   

–  Najpr

ędzej  podejrzewałabym  cię  o  sprzęt  grający,  którym  zadręczasz  sąsiadów.  – 

Krysta  dokończyła  wodę  mineralną  i  zdecydowanym  ruchem  odstawiła  szklankę  na  stół.  – 
Szkoła wieczorowa, Jack. To coś, czego ci trzeba. Osobiście bardzo się cieszę, że ukończyłam 
wieczorowy kurs zarządzania. Czy masz katalog Evergreen Community College? 

– Nie.   

– To ci przynios

ę. Semestr zimowy już się zaczął, ale możesz się zapisać na letni. Zamiast 

się tłuc na motorze, powinieneś się trochę pouczyć.   

– O rety, nigdy dot

ąd nie popychałaś mnie na właściwą drogę życia z takim zapałem. Czy 

background image

to skutek kolejnego listu z domu?   

Na sekund

ę w oczach Krysty pojawił się ból, ale zaraz znów spojrzała na niego pogodnie.   

– Nie, to nie jest wp

ływ żadnego listu.   

– Co

ś cię gryzie.   

Krysta zawsze by

ła dumna ze swojej zaradności i umiejętności pozytywnego myślenia. 

Teraz uświadomił sobie, że za pozorami zadowolenia skrywa przed światem jakieś dręczące 
j

ą  problemy.  Przypomniał  sobie,  że  Hans  Lueckenhoff  cierpi  na  zanik  mięśni  nóg  i  od 

jakiegoś czasu porusza się wyłącznie na wózku.   

– Co

ś z ojcem? 

– Wszystko w porz

ądku. – Kry sta przybrała swoją zwyczajną, pogodną minę. – Ja...   

Prze

ślizgnęła się spojrzeniem nad ramieniem Jacka. Na jej twarzy pojawił się dobrze mu 

znany, 

życzliwy uśmiech.   

– O, cze

ść, Derek.   

Nie umia

ł  powstrzymać  ironicznego  grymasu.  Najwyraźniej  chodziło  o  Dereka 

Hamiltona, 

najmłodszego  wiceprezesa  w  historii  Rainier  Paper.  Nie  miał  wątpliwości,  co 

ściągnęło go do stołówki dla pracowników. Już od jakiegoś czasu słyszał, że Derek zabiega o 
względy Krysty, a ona nie ma nic przeciwko temu. Chętnie rzuciłby jakąś kąśliwą uwagę pod 
jego adresem, 

ale facet był bez zarzutu, co wcale nie poprawiało Jackowi humoru.   

–  Przepraszam, 

że przeszkadzam, ale kupiłem na jutro bilety na koncert symfoniczny – 

odezwał się Derek. – Co byś powiedziała, gdybym wpadł po ciebie o szóstej? Po koncercie 
moglibyśmy pójść gdzieś na kolację.   

U

śmiech na twarzy Krysty wywołał u Jacka mimowolny skurcz szczęk.   

–  To 

świetny  pomysł,  Derek  –  odpowiedziała.  –  Znasz  Jacka  Killigana  z  działu 

ekspedycji, prawda? 

Jack odsun

ął krzesło i wstał. Odwrócił się i wyciągnął rękę. Derek Hamilton uwięził jego 

dłoń w żelaznym uścisku. Jack nie po raz pierwszy spotykał się z podobnym zachowaniem ze 
strony niższych od niego o głowę mężczyzn. I zawsze miał ten sam problem. Odwzajemniając 
męski  uścisk  dłoni,  mógłby  bez  trudu  zgruchotać  Hamiltonowi  kości.  Nie na darmo od 
jakiegoś czasu przenosił ogromne bele papieru.   

Oczywi

ście  niczego  takiego  nie  zrobił.  Jedno  słowo  Hamiltona  wystarczyłoby,  żeby 

wyleciał  z  pracy,  a  tymczasem  nałóg  pisania  był  kosztowny  i  wymagał  regularnych 
dochodów. 

W dodatku praca w Rainier Paper idealnie odpowiadała jego potrzebom. Dzień 

spędzał na ćwiczeniach fizycznych, a wieczorem ze świeżą głową zasiadał do komputera.   

– Mi

ło mi pana poznać, panie Hamilton.   

– Nie wyg

łupiaj się, mów mi Derek. – Hamilton cofnął rękę. – Dział ekspedycji to nasz 

powód do dumy. 

Cieszę się, że mogę poznać jednego ze współtwórców naszego sukcesu.   

– Znamy si

ę z Jackiem jeszcze ze szkoły w Mount Vernon – odezwała się Krysta.   

To wyja

śnienie nie poprawiło Jackowi humoru. Wolałby, żeby siedziała z nim przy stole 

nie tylko dlatego, 

że są  starymi znajomymi. Na  myśl, że tak  właśnie może być, poczuł się 

przygnębiony.   

–  Naprawd

ę?  –  Derek,  przeciwnie,  wyglądał  na  wyraźnie  zadowolonego  z  tego,  co 

background image

usłyszał. – Jaki ten świat mały.   

Rzuciwszy t

ę błyskotliwą uwagę, z namaszczeniem sprawdził godzinę na zegarku, który 

wyglądał na rolexa.   

Jack nie umia

ł się oprzeć, by nie przyjrzeć się uważnie tarczy zegarka. W prawdziwym 

roleksie wskazówka sekundnika poruszała się płynnie, co pozwalało odróżnić go od imitacji. 
Jack uśmiechnął się do siebie. Wskazówka w zegarku Hamiltona poruszała się skokami.   

–  No,  musz

ę  lecieć.  Za  pięć  minut  zaczynamy  naradę  w  dziale  marketingu.  –  Głos 

Hamiltona brzmiał rześko i energicznie.   

– Czy przedstawisz im m

ój pomysł? – spytała Krysta.   

– Jasne. Jutro wieczorem powiem ci, jak to przyj

ęli.   

– Do zobaczenia. – U

śmiech, jakim go pożegnała, wydał się Jackowi olśniewający.   

– Jaki masz pomys

ł? – zapytał, gdy Hamilton znalazł się poza zasięgiem głosu.   

O koncercie wola

ł nawet nie myśleć.   

–  Firma szuka nowych surowców,  które poz

woliłyby  zmniejszyć  zużycie  drewna. 

Zasugerowałam Derekowi, żeby nadać tym działaniom większy rozgłos. Takie rzeczy mają 
bardzo duży wpływ na obraz naszej firmy.   

– Znakomicie. – Jack skin

ął głową.   

– Te

ż mi się tak wydaje. No widzisz, o to właśnie chodzi, Jack. Żeby pokazać ludziom, 

którzy się liczą, że coś się potrafi.   

– 

Żeby potem liczyli się z tobą – zmusił się do żartu. – Genialne.   

–  Czy musisz zbywa

ć żartami każdą próbę poważnej rozmowy? W ten sposób będziesz 

do końca życie nosił bele papieru. Czy to jest twój plan? 

Oczywi

ście  jego  plan  był  inny.  W gruncie rzeczy jedynym,  co  chodziło  mu  teraz  po 

głowie, był jutrzejszy wieczór i koncert. Nic na to nie umiał poradzić i w dodatku było mu 
głupio.  Hamilton jest facetem bez zarzutu,  a poza tym Krysta nie  miała  żadnego  powodu, 
żeby odrzucać jego zaproszenie. On sam nie mógł zaoferować jej nic prócz żartów.   

– Przepraszam – powiedzia

ł zgodnym tonem. – Już będę poważny.   

– Na kursie zarz

ądzania nauczyli mnie, jak istotne jest to, żeby postępować według planu. 

A ty nie masz żadnego planu, Jack. Jeżeli przywiązujesz wagę do pracy w firmie, powinieneś 
coś  zaproponować.  Oboje wiemy,  że  to  nie  przekracza  twoich możliwości.  Zwłaszcza  że 
nosząc ten papier, masz dość czasu na myślenie.   

– Jedyne, co mi przysz

ło do głowy, to zapytać go, ile dał za podrabianego rolexa.   

–  Dlaczego s

ądzisz,  że  jest  podrabiany?  Derek  mówił  mi,  że  kupił  go  u  poważnego 

jubilera w Seattle.   

–  Wida

ć  poważny  jubiler  znalazł  się  w  poważnych  tarapatach  finansowych  i  musiał 

szybko zarobić parę dolarów.   

– No i sam widzisz. Czy to naprawd

ę takie istotne, jaki zegarek nosi Derek? 

Oczywi

ście  nie  mógł  zdradzić,  że  problem  tkwi  nie  w  zegarku,  tylko w jutrzejszym 

wieczorze.   

– Dobrze, 

że mi przypomniałaś – powiedział zamiast tego.   

– Za pi

ęć minut mam poważne spotkanie ze stukilową belą papieru.   

background image

– Oj, Jack, Jack. Martwi

ę się, co z tobą będzie.   

– Nie masz si

ę o co martwić, Krysta. Twojej przyszłości starczy dla nas obojga. – Wstał 

od stołu i rozprostował kości.   

– W ka

żdym razie pamiętaj, że gdybyś chciała pogadać, służę swoją skromną osobą.   

Na twarzy dziewczyny pojawi

ł  się  n a  moment  ten  cień  bolesnego  znużenia,  który tak 

skrzętnie skrywała przed innymi.   

– Dzi

ękuję, Jack.   

Zawaha

ł się, a potem usiadł z powrotem. Najwyżej się spóźni, no i co z tego.   

– Co ci

ę gnębi? 

Natychmiast poderwa

ła się z miejsca.   

–  Nic mnie nie gn

ębi,  Jack.  Naprawdę.  Jedyne,  co odbiera mi spokój,  to  myśl,  że  nie 

będziesz jadł witamin. Zrób to dla mnie i łykaj je codziennie, dobrze? 

By

ł  już  początek  stycznia.  Krysta  przyszła  do  biura  wcześniej  niż  zwykle.  Chciała  w 

spokoju popracować nad umową, którą miała wysłać tego dnia. Ostatnio nie szła jej praca. 
Sprawa  jej  przeniesienia  do  działu  marketingu  utknęła  na  martwym  punkcie,  a stosunki z 
Derekiem zaczynały się systematycznie pogarszać. Nalegał, żeby poszła z nim wreszcie do 
łóżka, a ona w żaden sposób nie mogła się na to zdecydować.   

W

łaściwie  nie  umiałaby  powiedzieć,  w  czym  leży  problem.  Był  inteligentny,  całkiem 

przystojny, 

miał widoki na świetną karierę, był grzeczny i kulturalny. Zawsze bardzo miło się 

do  niej  odnosił.  Ale  z  drugiej  strony  nudził  ją,  a  jego  pocałunki  nie  kusiły  do  żadnych 
śmielszych kroków. W gruncie rzeczy jej największy problem tkwił w tym, że nie wiedziała, 
jak mu to wyjaśnić. Zdawała sobie sprawę, że przeciągając taką sytuację, zrazi go do siebie i 
zamiast sojusznika będzie w nim miała wroga.   

W dodatku jej dziewi

ętnastoletni  brat  Henry  stracił  pracę,  która  pozwalała  mu  opłacać 

college, 

a to znaczyło, że dopóki nie znajdzie nowej, ona będzie musiała pokrywać wydatki 

na naukę. Drugi z jej braci, Joe, dostał stypendium na Uniwersytecie Puget Sound w Tacoma, 
co  w  zasadzie  było  dobrą  wiadomością,  ale  oznaczało,  że  od  września  musi  znaleźć 
opiekunkę dla ojca.   

Jakby tego wszystkiego by

ło mało, martwiła się o Jacka Killigana. Tak długo zwlekał z 

zapisaniem się na kurs, który dla niego wyszukała, aż w końcu było za późno. Zamiast pójść 
do fryzjera, 

zaczął wiązać włosy w ogonek, nie naprawił okularów i wyglądał tak, jakby już w 

ogóle nie sypiał. Miała ochotę napisać do ojca, żeby powiedział Killiganom, że nic nie może 
poradzić  na  jego  upór  i  zostawi  go  samemu  sobie.  Tylko  że  ilekroć  był  mniej  niż  zwykle 
zmęczony, jego oczy  promieniały inteligencją i dowcipem, które zawsze tak bardzo ceniła. 
Nie umiała przestać walczyć z nim o niego samego, choć wiedziała, że mogłaby dużo lepiej 
spożytkować swój czas. Westchnęła i włączyła komputer.   

Kwadrans p

óźniej do pokoju weszła Rosie.   

– 

Żadnych nowin z działu marketingu? 

–  Nie  –  odpowiedzia

ła  Krysta,  podnosząc  wzrok  znad  ekranu.  –  Dziwi mnie to tym 

bardziej, 

że realizują mój pomysł uruchomienia publicznej kampanii w sprawie surowców.   

Si

ęgnęła po kubek z kawą, ale nim uniosła go do ust, zamarła w bezruchu. W drzwiach 

background image

pokoju  stał  Jack  Killigan.  Pierwszy  raz  od  ośmiu  miesięcy,  które  przepracował  w  firmie, 
zdarzyło się, żeby do niej przyszedł.   

Rosie pod

ążyła za jej spojrzeniem. Przeczytała nazwisko na naszywce i obdarzyła gościa 

szerokim uśmiechem.   

– Wi

ęc to ty jesteś Jack. – Wyciągnęła rękę. – Nie mieliśmy okazji się poznać, ponieważ 

należę  do  tych  lekkoduchów,  którzy  wydają  pieniądze  na  lunche  w  barach,  ale Krysta 
wspominała mi o tobie.   

Jack uj

ął  jej  dłoń  i  odwzajemnił  uśmiech,  ale  wydawał  się  zaprzątnięty  własnymi 

myślami.   

– Krysta powiedzia

ła ci pewnie, że jestem beznadziejnym przypadkiem.   

– Rzeczywi

ście. Miał jednak nadzieję, że nie weźmiesz jej tego za złe.   

Jack pokr

ęcił głową. Najwyraźniej miał na głowie większe zmartwienia niż to, jaką opinią 

cieszy się wśród koleżanek Krysty.   

Wiedzia

ła, że nie może go tak zostawić.   

– Co si

ę dzieje, Jack? 

– Czy mia

łabyś dla mnie minutkę? 

– Jasne.   

Spojrza

ł spod oka na Rosie.   

– A czy mogliby

śmy porozmawiać... sam na sam? Teraz dopiero naprawdę ją zaskoczył. 

Nigdy dotychczas  nie widzia

ła,  żeby  był  tak  niespokojny.  Jakby  ziemia  paliła  mu  się  pod 

nogami.   

– Mo

żemy pogadać w małej sali konferencyjnej? 

– Tak – odpowiedzia

ł natychmiast.   

Id

ąc przez korytarz, minęli Juliet Bancroft, która rzuciła im zdziwione spojrzenie.   

Krysta zatrzyma

ła się na moment.   

– Zaraz wr

ócę. Umowa ze Stevenson Corporation jest już prawie gotowa.   

– Ca

łe szczęście. Derek prosił, żeby przynieść mu ją na dziesiątą.   

– Nic si

ę nie martw. Będzie na czas.   

Krysta by

ła  trochę  zaskoczona  tym  pośpiechem,  ale  właściwie  już  od  jakiegoś  czasu 

Derek wyznac

zał coraz krótsze terminy. Najwyraźniej ktoś na górze musiał go popędzać.   

Ruszyli dalej i oczekiwa

ła, że Jack lada chwila wyskoczy z jakąś uwagą na temat Dereka, 

ale on milczał jak zaklęty. Była coraz bardziej zdumiona.   

Kiedy weszli do sali konferencyjnej, starannie zamkn

ął drzwi i rozejrzał się dookoła.   

– Nikogo nie ma? – za

żartowała.   

– Na to wygl

ąda.   

Usiad

ła na krześle. Jack przysunął sobie drugie, ale zaraz zmienił zdanie i na powrót je 

odstawił. Oparł się o stół, zsunął okulary i potarł nos.   

– Nie wiem, od czego zacz

ąć.   

– Narobi

łeś sobie kłopotów? Ściga cię policja za nie zapłacone mandaty? 

Nie zareagowa

ł.   

Patrzy

ła na niego w coraz większym napięciu. Uświadomiła sobie, że właściwie to nie ma 

background image

pojęcia, co robił przez kilka lat, kiedy się nie widywali.   

– Masz o mnie chyba rzeczywi

ście nie najlepsze zdanie.   

– Ka

żdemu może się zdarzyć jakaś... pomyłka, Jack. Ale powiedz mi wreszcie...   

– Dobrze – przerwa

ł jej. – No więc słuchaj. Pamiętasz, że ciągle byłem niewyspany? 

– Tak.   

– Pisa

łem po nocach książki. Tego się nie spodziewała.   

– Do tej pory zawsze je odrzucali. – Odetchn

ął głęboko.   

– Wczoraj dosta

łem wiadomość z Manchester Publishing i...   

– urwa

ł. – O rety, boję się zapeszyć.   

– Kupili twoj

ą książkę? 

– Wszystko na to wskazuje. – Twarz Jacka rozpromieni

ł szeroki uśmiech. – Tak, Krysta. 

Chcą kupić moją książkę.   

– To cudownie! – Zerwa

ła się na równe nogi i zarzuciła mu ramiona na szyję. – Zawsze w 

ciebie wierzyłam! 

A potem nieoczekiwanie dla nich obojga poca

łowała go prosto w usta. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Przez bardzo kr

ótką chwilę Krysta zdążyła poczuć świeży zapach wody po goleniu, usta, 

które zdawały się stworzone jako dopełnienie jej własnych, i szerokie, mocne ramiona. Przez 
bardzo krótką chwilę, bo natychmiast opamiętała się i odsunęła od Jacka Co ona wyprawia! 
Znali się od dziecka, ale nigdy dotychczas nie przyszło jej do głowy, żeby go pocałować.   

Cofn

ęła się o krok i usiłowała uspokoić przyśpieszony oddech. Starała się zachowywać 

tak, jakby prz

ed chwilą nic nie zaszło.   

–  Wi

ęc  przez  ten  cały  czas,  kiedy  ja  podejrzewałam  cię  o  nie  wiadomo  co,  ty  pisałeś 

książkę? – zapytała wreszcie, usiłując zapanować nad głosem.   

Jack przez dobr

ą chwilę zwlekał z odpowiedzią. Wreszcie poprawił okulary i odetchnął 

głęboko.   

– 

Ściśle rzecz biorąc, kilka książek. Dlatego wybrałem tę pracę. To wymarzone zajęcie 

dla  kogoś,  kto  próbuje  pisać.  Wysiłek  fizyczny  dobrze  robi  na  samopoczucie  i  wieczorem 
można ze świeżą głową zabrać się do pisania.   

Krysta nie mog

ła wprost uwierzyć w to, co słyszy. Na szczęście niezwykłość nowiny w 

pewnej mierze usprawiedliwiała jej zachowanie.   

– Musisz zadzwoni

ć do rodziców, Jack.   

– W 

żadnym wypadku.   

– Ale

ż oni się o ciebie zamartwiają! 

– Po pierwsze, jeszcze nie jest pewne, czy kupi

ą ode mnie tę książkę. Na razie z nikim nie 

rozmawiałem.  A po drugie,  wcale nie jestem przekonany,  czy  rodzice  będą  ze  mnie  tacy 
dumni, 

jak ci się wydaje.   

– Oczywi

ście, że będą. A dlaczego jeszcze nie zadzwoniłeś do wydawcy? Teraz jest... – 

spojrzała na zegarek – w Nowym Jorku jest teraz dziesięć po jedenastej! Jeszcze pół godziny i 
wszyscy zaczną wychodzić na lunch! Na co ty czekasz? 

– Na ciebie.   

Naprawd

ę nie powinna go całować. Przecież ten pocałunek nic nie znaczył, a on teraz... 

Krysta wiedziała, że mężczyźni silnie reagują na bodźce, ale to było jakieś nieporozumienie.   

– Nie rozumiem.   

– Napisa

łem romans.   

– Co takiego? 

–  Powie

ść  miłosną.  Wydawnictwo  Manchester  ogłosiło  konkurs  na  powieść 

walentynkową dla debiutantów i ja...   

– Wiem, co to s

ą romanse, Jack. Czytam je, kiedy mam wolną chwilę, tylko njfe potrafię 

sobie wyobrazić, że ty mógłbyś napisać romans.   

– Czemu? 

Zwleka

ła z odpowiedzią, co wystarczyło, żeby Jack machnął ręką.   

– Mniejsza z tym – odezwa

ł się lekko poirytowanym tonem. – Wcale nie jestem pewny, 

czy  mam  ochotę  usłyszeć  odpowiedź.  W  każdym  razie  spodziewałem  się  po  wydawcach 

background image

podobnej reakcji, 

więc  wysyłając maszynopis, użyłem kobiecego imienia. Sama rozumiesz, 

że nie mogę teraz wszystkiego popsuć. Chciałem cię prosić, żebyś do nich zadzwoniła.   

– Ja? – Krysta oniemia

ła. – Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.   

– Prosz

ę cię. Jesteś jedyną osobą, do której mogę się z tym zwrócić.   

– Zastan

ów się, Jack. Mogą mnie spytać o coś, co się wiąże z treścią książki, a ja przecież 

nie mam o niczym pojęcia. Zadzwoń i powiedz im prawdę.   

–  Nie b

ój  się.  O  nic  cię  nie  będą  pytać.  Zaproponują  ci  umowę,  a  ty  się  zgo d zisz  i  to 

wszystko. 

A  gdyby  rzeczywiście  pytali  o  książkę,  to powiesz,  że  na  wszystkie  pytania 

odpowiesz w liście.   

W oczach Krysty pojawi

ł się wyraz niepokoju.   

– Czy ja dobrze zrozumia

łam, Jack? Wszystko, co mam zrobić, to zadzwonić i przyjąć ich 

warunki? 

– W

łaśnie tak.   

– O, nie, Jack! 

– Jak to nie? 

–  To nie jest tak, 

że  można  bez  namysłu  przyjąć  proponowane  warunki.  Wszystkie 

umowy się najpierw negocjuje.   

– Niczego nie rozumiesz. Gdybym mia

ł pieniądze, sam bym im chętnie zapłacił za to, że 

wydrukują  moją  książkę.  Wszystko mi jedno,  ile  dostanę.  Chodzi o to,  żeby  wystartować. 
Poza tym to jest renomowane wydawnictwo.  N

ie  sądzę,  żeby  zamierzali  mnie  oszukać.  A 

gdyby nawet, 

i tak nic na to nie poradzę.   

Krysta zda

ła sobie sprawę, że nie ma wyboru. I to nawet nie ze względu na pseudonim. 

Jack nie potrafi zadbać o własne interesy i ona nie może go tak zostawić.   

– Dobrze, zadzwoni

ę do nich.   

W oczach Jacka pojawi

ł się wyraz ulgi.   

– Naprawd

ę? To fantastycznie! 

– Kiedy trzeba zatelefonowa

ć? 

– My

ślałem, że moglibyśmy zadzwonić z twojego pokoju, kiedy wszyscy pójdą na lunch. 

Na razie nie chciałbym, żeby ktoś jeszcze o tym wiedział.   

–  Czego si

ę  wstydzisz,  na  miłość  boską?  Jesteś  pisarzem.  Chcą  wydać  twoją  książkę. 

Niewielu ludzi może to o sobie powiedzieć.   

Teraz dopiero u

świadomiła sobie, jak mało o nim wie. A znają się od dziecka.   

–  Po pierwsze,  kiedy faceci,  z którymi pracuj

ę, dowiedzą się, że napisałem książkę, nie 

dadzą mi spokoju. A po drugie, gdy usłyszą, że napisałem romans, to pękną ze śmiechu.   

Skin

ęła głową.   

– No tak. Teraz rozumiem. Pisanie romans

ów rzeczywiście nie uchodzi za typowo męskie 

zajęcie.  –  Miała  ochotę  zadać  mu  tysiąc  pytań,  ale  przypomniała  sobie,  że  na  dziesiątą 
powinna przygotować umowę. – Muszę wracać do pracy, Jack. Możesz na mnie liczyć, nie 
pisnę słowa nikomu.   

– Wiem.   

W spojrzeniu b

łękitnych  oczu,  które  patrzyły  na  nią  spoza  wiecznie  spadających 

background image

okularów, 

było  coś,  co  sprawiło,  że  Krysta  poczuła  dziany  skurcz  w  żołądku.  Szybko 

odwróciła wzrok. Nie mogła zrozumieć, co się z nią dzieje. Tysiące razy patrzyła Jackowi w 
oczy i nigdy nie miało to żadnego wpływu na jej żołądek.   

– Przyjd

ź do mnie kwadrans po dwunastej. Będziemy sami w pokoju i posłuchasz naszej 

rozmowy z drugiego aparatu.   

– 

Świetnie. – Nieoczekiwanie ujął ją za rękę i uniósł, by spojrzeć na zegarek. – Oboje 

jesteśmy spóźnieni. Do zobaczenia.   

Nim zdo

łała coś odpowiedzieć, był już za drzwiami. Spojrzała na swoją rękę. W miejscu, 

gdzie przed chwilą dotykały jej palce Jacka, czuła ciepłe pulsowanie. To było zdumiewające. 
Przecież w szkole często jej dotykał, kiedy grali w piłkę albo siłowali się dla zabawy na ręce, 
ale nigdy 

nie czuła czegoś podobnego. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje.   

Otrz

ąsnęła się ze zdziwienia i szybko poszła do swego pokoju.   

 

Niewiele brakowa

ło, żeby Jack upuścił sobie wielką belę papieru na nogi. Perspektywa 

sprzedaży  książki  i  pocałunek  Krysty  wystarczyłyby,  żeby  świat  zaczął  wirować  przed 
oczami, 

nawet gdyby porządnie przespał noc. A on miał za sobą tylko krótką drzemkę między 

czwartą a szóstą rano. Na szczęście operator podnośnika już rano zauważył, że Jack, którego 
zresztą jak wszyscy wokół bardzo lubił, jest jeszcze mniej przytomny niż zwykle, i miał na 
niego oko. 

W ostatniej chwili uratował go przed połamaniem nóg.   

Jack rzeczywi

ście  był  pogrążony  w  myślach.  Chociaż  znali  się  z  Krystą  od  dziecka  i 

chodzili do jednej klasy, 

w szkole nigdy nie umawiali się na randki. Być może dlatego, że 

jedno stanowiło dla drugiego po prostu część codzienności, a może dlatego, że każde z nich 
chodziło  innymi  drogami.  Potem  nie  widzieli  się  przez  kilka  lat  i  dopiero  przed  paroma 
miesiącami spotkali się w Rainier Paper. Krysta ucieszyła się na widok Jacka, ale traktowała 
go  dokładnie  tak  samo  jak  przed  laty.  Jemu  natomiast  wystarczyło  jedno  spojrzenie,  żeby 
zadać sobie pytanie, gdzie przez te wszystkie lata miał oczy.   

Niestety,  kiedy pojawi

ł się w firmie, Krysta spotykała się już z Hamiltonem. Poza tym 

nigdy  nie  dała  mu  najmniejszego  znaku,  że  jest  dla  niej  kimś  więcej  niż  przyjacielem  z 
dzieciństwa.  Aż  do  dzisiejszego  ranka.  Wiedział  zresztą,  że  nie  powinien  przeceniać  jej 
pocałunku.  Zareagowała  pod  wpływem  impulsu  i  byłoby  głupotą  przypisywać  mu 
jakiekolwiek znaczenie. 

Ale nic nie mógł poradzić na to, że przez moment...   

Wreszcie nadesz

ło  południe  i  wszyscy  poszli  do  stołówki,  Jack  umył  ręce  i  ruszył  w 

przeciwnym kierunku. 

Nie czuł głodu, choć od wczorajszego wieczora, kiedy to przyszedł do 

domu i wysłuchał wiadomości z automatycznej sekretarki, nie mógł ani spać, ani jeść.   

„Tu Stephanie Briggs, 

redaktor działu powieści w wydawnictwie Manchester Publishing, 

do pani Candace Johnson w sprawie mas

zynopisu  powieści  «Dziewczyna  z  lepszej 

dzielnicy». 

Chciałabym omówić z panią sprawę wydania powieści. Proszę o jak najszybszy 

kontakt”.   

Potem nast

ępował numer telefonu. Dla Jacka wiadomość znaczyła jedno: wydawca jest 

zainteresowany publikacją książki. Taką przynajmniej miał nadzieję. A jeżeli się myli? I jak 
należy  prowadzić  rozmowę?  Nie  miał  pojęcia.  Kiedy  przekraczał  próg  pokoju  Krysty,  był 

background image

zlany potem.   

– Strasznie wygl

ądasz. – Ta uwaga nie dodała mu otuchy.   

– Dzi

ęki. Czuję się tak, jakby przewaliła się przez mnie cała drużyna rugby.   

Widok Krysty jednak mu pom

ógł.  Siedziała  spokojna  i  opanowana  w  swoim 

nienagannym ciemnozielonym żakiecie i białej jedwabnej bluzce, ze starannie zaczesanymi 
włosami. Obok stało drugie krzesło. Jack usiadł i wziął głęboki oddech.   

– Masz d

ługopis? Podyktuję ci numer.   

– Nie zapisa

łeś go? 

s

’ 

– Nie musia

łem. Mam dobrą pamięć.   

Nigdy by si

ę nie przyznał, że tyle razy puszczał sobie wiadomość, aż zapamiętał każde 

słowo.  Podyktował  kolejne  cyfry.  Zauważył,  że  Krysta  stawia  siódemki z poprzecznymi 
kreseczkami, 

tak jak to robią w Europie, i nieoczekiwanie wydało mu się to bardzo seksowne.   

– Popro

ś Stephanie Briggs, redaktorkę działu powieści – dodał, patrząc z przyjemnością 

na drobne, 

kształtne cyfry na papierze.   

U

świadomił  sobie,  że  gdyby  tak  mógł  siedzieć  i  patrzeć,  jak Krysta pracuje,  niczego 

więcej nie trzeba by mu było do szczęścia.   

– I mam si

ę przedstawić jako Candace Johnson? To imię twojej matki – zauważyła.   

– Tak. Candace i syn Johna. Mo

że to głupie, ale byłoby mi miło, gdyby na okładce były 

imiona rodziców.   

– Nie wydaje mi si

ę to wcale głupie. I myślę, że będzie im bardzo przyjemnie.   

– Kiedy si

ę okaże, że ich jedyny syn występuje pod kobiecym pseudonimem? – zapytał z 

ironicznym uśmiechem.   

–  Przesta

ń  wreszcie.  Naprawdę  nie  masz  się  czego  wstydzić.  Myślę,  że  to  był  bardzo 

dobry pomysł.   

– Nie m

ówiąc o tym, że J jest niemal pośrodku alfabetu. W ten sposób książka powinna 

stać w księgarniach w górnej części regału, na wysokości oczu.   

Krysta spojrza

ła na niego z uznaniem.   

– Pierwszy raz widz

ę, że potrafisz myśleć praktycznie. Brawo, Jack.   

Podnios

ła wzrok znad kartki.   

– A jaki jest tytu

ł? 

W spojrzeniu zielonych oczu by

ło  coś,  co  sprawiło,  że  przez  dobrą  chwilę  nie  mógł 

skupić uwagi.   

– Jack? 

– „Dziewczyna z lepszej dzielnicy”. 

Krysta zapisała tytuł.   

–  Mo

że  jednak  powiedziałbyś  mi  w  kilku  słowach,  o co tam chodzi.  Będę  się  czuła 

pewniej podczas rozmowy.   

–  Dobrze.  Kr

ótkie  streszczenie  wygląda  tak:  Jake,  chłopak  z  biednej  rodziny, 

przypadkiem  spędza  noc  z  córką  właściciela  dużej  firmy,  Christine.  Ona  oczywiście  nie 
traktuje tego poważnie i nie ma zamiaru się z nim spotykać. Jake zostaje przewodniczącym 
związku zawodowego i podejmuje walkę z jej ojcem o lepsze warunki pracy dla robotników. 
Potem si

ę  jeszcze  zdarza  to  i  owo,  ale to bez znaczenia.  Ważne  jest,  że  na  koniec,  w 

background image

dramatycznej scenie, 

dziewczyna porzuca dom rodzinny i życie pośród wygód, żeby zostać 

żoną Jake’a.   

M

ówiąc  to  wszystko,  uważnie  obserwował  Krystę,  ciekaw,  czy  zwróci  uwagę  na 

podobieństwo imion bohaterów do ich własnych, ale nie zareagowała w żaden sposób.   

–  Brzmi to ca

łkiem nieźle. – Spojrzała na niego ciekawie. – Znamy się od tak dawna, a 

tymczasem mam wrażenie, że naprawdę niczego o tobie nie wiem.  Zawsze ze wszystkiego 
sobie kpiłeś. Nie miałam pojęcia, że chcesz zostać pisarzem.   

– Ja te

ż nie. Do college’u poszedłem, bo dawali stypendia członkom drużyny piłkarskiej. 

Potem wybrałem kurs twórczego pisania, ponieważ ktoś mi powiedział, że to łatwiejsze niż 
matematyka czy biologia. 

Tam zrozumiałem, że to jest coś, co chciałbym robić w życiu.   

– To dlaczego, na mi

łość boską, rzuciłeś naukę? Trzeba było...   

–  Moja nauczycielka by

ła  niezwykłą  osobą.  Powiedziała  mi,  że  mam  wrodzony  dar 

opowiadania, 

i nie ma sensu uczyć mnie, jak mam pisać. Poradziła mi, żebym rzucił szkołę i 

zebra

ł trochę doświadczeń. A jeśli chodzi o umiejętność pisania, wyjaśniła, wystarczy, żebym 

jak  najwięcej  czytał,  to sam zrozumiem,  o co chodzi.  Myślę  teraz,  że  miała  rację.  Krysta 
pokręciła głową.   

– Nie wiem, czy to dobry pomys

ł. Sprawdził się, ale był dość ryzykowny.   

– Jeszcze nie wiemy, czy si

ę sprawdził – przypomniał jej.   

–  My

ślę,  że  tak.  Nie  ma  co  zwlekać.  Siadaj za moim biurkiem,  a  ja  siądę  na  miejscu 

Rosie. 

Kiedy uniosę kciuk, podnieś delikatnie słuchawkę.   

Jack poczu

ł, że ręce zaczynają mu się trząść.   

– Mo

że nie powinienem tego robić – odezwał się niepewnym głosem.   

– Oczywi

ście, że powinieneś. Chcę, żebyś wszystko słyszał. Jack przeniósł się na fotel i 

zacisnął ręce na poręczach.   

Czu

ł  się  jak kosmonauta w chwili startu rakiety.  Szukając  czegoś,  co  pozwoliłoby  mu 

uciszyć  niepokój,  rozejrzał  się  po  biurku  Krysty.  W szklanym  wazonie  stała  samotna  róża, 
pewnie od Hamiltona, obok fotografia w srebrnej ramce. 

Spojrzał uważniej. Rodzinne zdjęcie 

na  plaży  przypomniało  mu,  że  przed  szesnastu  laty,  kiedy  mieli  po  jedenaście  lat,  umarła 
matka Krysty, 

a ona wzięła na siebie wszystkie domowe obowiązki. Nic dziwnego, że była 

taka opiekuńcza.   

Us

łyszał  głos  Krysty,  podającej  numer  wewnętrzny,  i zobaczył,  że  daje  mu  znak,  by 

podniósł słuchawkę. Serce tak mu waliło, że wątpił, by cokolwiek przedarło się przez łoskot 
krwi w uszach, 

ale posłusznie spełnił jej polecenie.   

– Pani Briggs? – G

łos Krysty brzmiał chłodno i spokojnie. – Mówi Candace Johnson.   

– Bardzo si

ę cieszę, że panią słyszę. Nie mogłam się doczekać pani telefonu. Czy dzwoni 

pani z domu? 

– Nie, pracuj

ę w Rainier Paper w Evergreen.   

Jack zmarszczy

ł  brwi.  Nie  był  pewien,  czy  Krysta  nie  powinna  zachować  więcej 

dyskrecji. 

Diabli wiedzą, co z tego jeszcze wyniknie.   

– Naprawd

ę? Więc jest pani jednym z tych niezłomnych duchów, które mają dość siły, by 

pisać po pracy.   

background image

– 

Żywiąc się cukrem i kofeiną – dodała Krysta, rzucając Jackowi wymowne spojrzenie.   

– Podziwiam pisarzy zdolnych do po

święceń w imię sztuki. Mam dla pani nowinę wartą 

bezsennych nocy. 

Pani powieść, Candace, otrzymała pierwszą nagrodę w naszym konkursie, 

zostawiając wszystkie inne powieści daleko w tyle. Jest cudowna. Chciałabym zaproponować 
pani publikację.   

Jack omal nie upu

ścił słuchawki. Nawet Krysta zaniemówiła na chwilę.   

–  Mia

łam nadzieję, że ta propozycja sprawi pani przyjemność, Candace. A przy okazji, 

czy mogłybyśmy sobie mówić po imieniu? Po przeczytaniu pani książki odniosłam wrażenie, 
jakbyśmy się od dawna znały.   

–  Oczywi

ście,  będzie  mi  bardzo  miło. Cieszę  się,  że  „Dziewczyna z lepszej dzielnicy” 

przypadła ci do gustu, bo dla mnie ta historia także wiele znaczy.   

–  Wierz

ę.  Mam  wrażenie,  że  sceny  miłosne  pisałaś,  opierając  się  na  własnych 

doświadczeniach. Są tak cudownie zmysłowe i jednocześnie pełne wrażliwości. Szczególnie 
zachwyciła mnie ta scena w parku, kiedy bohaterowie kochają się schowani przed światem 
pod osłoną wodospadu. To naprawdę cudowne.   

– Dzi

ękuję. – Krysta patrzyła na Jacka szeroko otwartymi oczami.   

Teraz on robi

ł co mógł, żeby zachować spokój.   

– Candace Johnson to twoje prawdziwe imi

ę czy pseudonim? 

Jack poruszy

ł się niespokojnie.   

–  Pseudonim,  ale zamierzam pod nim wyst

ępować,  więc  z  powodzeniem  możemy 

używać go w naszych rozmowach.   

– A co by

ś powiedziała na niewielką zmianę?   

Krysta spojrzała pytająco na Jacka.   
– Jak

ą? – szepnął, zasłaniając dłonią słuchawkę.   

– Jak

ą? – powtórzyła Krysta.   

–  Kiedy omawiali

śmy strategię kampanii reklamowej, zastępca szefa działu marketingu 

zaproponował, żeby skrócić je do Candy.   

Jack skrzywi

ł  się  niemiłosiernie.  Owszem,  zdecydował  się  występować  pod  kobiecym 

imieniem, 

ale Candace a Candy to były zupełnie różne sprawy.   

– Wola

łabym pozostać przy swoim wyborze – oświadczyła Krysta dużo spokojniejszym 

tonem, 

niż on by miał na jej miejscu.   

–  Jak chcesz,  chocia

ż  muszę  ci  powiedzieć,  że  poświęciliśmy  książce  sporo  uwagi  i 

wymyśliliśmy  plan  przebojowej  kampanii  reklamowej.  Tyle tylko,  że  wymagałby  zmiany 
pseudonimu.   

Jack, kt

óry zdążył już dojść do wniosku, że mógłby wystąpić nawet jako Minnie Mouse, 

gdyby tylko to wpłynęło na los książki, zachęcał Krystę, wymachując ręką, by podjęła temat.   

– I jaka jest twoja propozycja? – spyta

ła Krysta.   

–  Candy Valentine.  Powiem ci szczerze, 

że osobiście uważam to za strzał w dziesiątkę. 

Będziesz  miała  znakomite  wejście  na  rynek.  Zostaniesz  zapamiętana,  a  to  się  zawsze  liczy 
przy publikowaniu dalszych książek.   

– Ale... ale czy to nie znaczy, 

że moja książka wyląduje na najniższej półce, pod V? 

background image

Odpowiedzia

ł jej wybuch śmiechu.   

–  Oczywi

ście,  że  nie,  kochanie.  Chcemy  wystawić  „Dziewczynę”  na oddzielnych 

stojakach, 

po trzydzieści sześć sztuk, przed regałem z książkami.   

Krysta rzuci

ła  Jackowi  niespokojne  spojrzenie.  Pomimo  całego  napięcia  docenił  jej 

lojalność.  Zamknął  oczy,  przeprosił  w  duchu  rodziców  i  skinął  głową.  Candy Valentine. 
Wielki Boże! 

–  Wobec takiej propozycji trudno mi odm

ówić  –  ustąpiła  Krysta  i  uśmiechnęła  się  do 

niego z wdzięcznością.   

–  Doskonale.  Ciesz

ę  się,  że  potrafimy  się  dogadać.  A  skoro  już  doszłyśmy do tego 

miejsca, 

przejdźmy do konkretów. Proponuję ci połowę zaliczki przy podpisaniu umowy, a 

drugą połowę, kiedy książka zostanie ostatecznie przyjęta.   

– Czy to znaczy, 

że jeszcze nie jesteście zdecydowani? 

– W zasadzie tak, ale chcia

łabym zasugerować ci możliwość dokonania drobnych zmian.   

–  Rozumiem.  Dziwi mnie tylko, 

że  planujecie  kampanię  reklamową,  choć  jeszcze  nie 

podpisaliśmy umowy.   

–  Na tym polega nasza praca,  Candy.  W bran

ży  wydawniczej  trzeba  planować,  a  jeśli 

plany biorą w łeb, to trzeba je zmieniać.   

– Rozumiem.   

Jack zauwa

żył, że twarz Krysty spoważniała. Na pewno przyszła pora na poważną część 

rozmowy.   

– A jaka jest wysoko

ść zaliczki? – spytała Krysta rzeczowo.   

Stephanie poda

ła  sumę,  która  wydała  mu  się  całkowicie  zadowalająca,  zwłaszcza za 

debiut.   

Krysta spokojnie odczeka

ła trzy lub cztery sekundy.   

–  Nie wydaje ci si

ę, że to niewiele, Stephanie? Słuchawka omal nie wypadła Jackowi z 

rąk. Zerwał się z krzesła i zaczął rozpaczliwie wymachiwać do Krysty.   

– Niewiele? – G

łos Stephanie wyrażał zdumienie. – To nasza normalna stawka za debiut.   

–  Zgoda,  ale sama zasypa

łaś  „Dziewczynę”  pochwałami,  wiec  mam  wrażenie,  że  nie 

będzie przeciętnym debiutem. No i ten stojak, i cała kampania reklamowa. Domyślam się, że 
książka przyniesie niezłe zyski.   

Jack rzuci

ł się w kierunku Krysty. Nie miał pojęcia, co zrobi, kiedy się przy niej znajdzie, 

ale czuł, że lada chwila zrujnuje mu życie.   

–  Ksi

ążka  jest  cudowna  i  mamy  nadzieję  –  Stephanie  bardzo  dobitnie  podkreśliła  to 

ostatnie słowo – że przyniesie zyski. Ale...   

–  Ujmijmy to tak: Czy powiedzia

łabyś,  że  „Dziewczyna”  jest  lepsza  niż  przeciętny 

debiut? 

Jack skaka

ł  w  miejscu,  machał  ręką,  wytrzeszczał  oczy  i  przeklinał  bezgłośnie.  Krysta 

spojrzała na niego krytycznie i odwróciła się twarzą do ściany.   

– Tak.   

– Dwa razy lepsza? 

Jack zamkn

ął oczy. Wszystko stracone.   

background image

–  Niewykluczone  –  odpar

ła  ostrożnie  Stephanie.  –  Muszę  cię  ostrzec,  że  zbyt  wysoka 

zaliczka może się obrócić przeciwko tobie. Jeżeli książka nie będzie się dobrze sprzedawać...   

–  B

ędzie – ucięła Krysta. – Chciałabym dostać dwa razy więcej, niż proponujesz w tej 

chwili.   

Jack nie umia

ł powstrzymać jęku rozpaczy. Jego życiowa szansa przepadła.   

–  Nie mog

ę  podjąć  takiej  decyzji  sama.  Będę  musiała  to  jeszcze  przedyskutować  z 

kilkoma innymi osobami.   

– W porz

ądku.   

Nie, to nie jest w porz

ądku, pomyślał zrozpaczony. To jest koniec.   

– Zadzwoni

ę za parę godzin.   

–  Najlepiej b

ędzie,  jeśli  zadzwonisz  do  biura.  –  Krysta  podyktowała  numer  swojego 

telefonu. – 

Miło mi było cię poznać, Stephanie.   

– Mnie te

ż, Candy. Do usłyszenia. Jack niemal cisnął słuchawkę na widełki.   

–  Czy

ś  ty  zwariowała?  Wszystko  zaprzepaściłaś!  Krysta  odwróciła  się  w  jego  stronę  i 

spokojnie odłożyła słuchawkę.   

– Chcesz mi powiedzie

ć, że jesteś gotów oddać swoją książkę za bezcen? 

–  Tak!  –  Jack poprawi

ł  okulary,  które  zsunęły  mu  się  na  sam  czubek  nosa.  –  Tak, 

ponieważ to jest dopiero początek! Wejście na rynek! Gdybyś wszystkiego nie zmarnowała, 
moja książka stałaby na własnym stojaku. Wszyscy by ją widzieli. To dużo ważniejsze niż 
pieniądze.   

–  Mylisz si

ę. Pieniądze są ważne. Jeśli nie będziesz cenił tego, co robisz, inni także nie 

będą tego cenić.   

– Mo

że tak mówią na tych twoich kursach! – Wymierzył w nią groźnie palec. – Ale to nie 

znaczy, 

że  tak  jest.  Zobaczysz,  że  więcej  jej  nie  usłyszysz.  Wydadzą  jakąś  inną  książkę,  a 

moja powieść będzie miała wartość kupki papieru.   

– Nie. Czy ty nie s

łyszałeś, co mówiła Stephanie? To naprawdę dobra powieść, Jack.   

– Ale nie dwukrotnie lepsza od innych. Nie mog

ę uwierzyć w to, co zrobiłaś. Słuchaj, a 

może byś zadzwoniła i powiedziała, że przemyślałaś sprawę i przyjmujesz ich propozycję? 

– Ca

łe szczęście, Jack, że przyszedłeś do mnie dzisiaj rano. Gdybyś próbował załatwić to 

sam, 

zrobiliby z tobą, co by się im żywnie spodobało.   

– I bardzo dobrze! Chcia

łem wydać książkę. Marzyłem o tym od lat. I nie obchodzi mnie, 

ile ktoś na tym zarobi.   

–  I w

łaśnie  dlatego  potrzebujesz  kogoś,  kto  załatwiałby  takie  sprawy  za  ciebie,  Jack. 

Poczekaj. 

Nie gorączkuj się. A na razie chodźmy na dół, bo jestem głodna.   

Wytrzeszczy

ł oczy.   

– Jak ty mo

żesz myśleć w takiej chwili o jedzeniu? 

–  Powtarzam ci,  uspok

ój  się.  Umiesz  pisać  książki,  ale  to  ja  znam  się na  prowadzeniu 

negocjacji.  Wiem, 

jak  to  działa.  Wydawcy  szukają  książek,  Jack.  Inaczej  nie  ogłaszaliby 

konkursów, 

prawda? Oni potrzebują ciebie nie mniej niż ty ich.   

Przypomnia

ł sobie, że sam poprosił Krystę, żeby wystąpiła w jego imieniu, a ona od razu 

wspomniała o negocjacjach. Niech to diabli, może mieć pretensje tylko do siebie.   

background image

I tak zreszt

ą nie znał nikogo innego, kto mógłby mu pomóc. Trudno. Przepadło. Chyba że 

jakimś cudem Krysta ma rację. Na co w imię zdrowia psychicznego nie powinien liczyć.   

–  Chod

źmy.  –  Ujęła  go  pod  rękę  i  pociągnęła  w  kierunku  drzwi.  –  Dziś  możesz  zjeść 

nawet ciasto z 

marchwi i kawę i nie usłyszysz ode mnie złego słowa.   

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Na widok Krysty,  kt

óra  szła  przez  halę  załadunkową  bez  kasku  na  głowie,  Jackowi 

żołądek podszedł do gardła. Zmierzała prosto w jego stronę, nie zwracając uwagi na to, co 
działo się wokół. Wyszedł jej naprzeciw, nałożył jej na głowę własny kask i wyprowadził na 
korytarz, 

nie dając dojść do słowa. Dopiero tu zdjął okulary ochronne i pozwolił dziewczynie 

ściągnąć kask.   

– Przysz

łam, żeby ci powiedzieć...   

– Domy

ślam się – przerwał.   

Nie mia

ł ochoty tego słyszeć, a już na pewno nie tu, na korytarzu, gdzie kręciło się tyle 

osób.   

–  Chod

źmy  do  biura  kierownika.  Tam teraz nikogo nie ma,  bo Bud jest na sali,  więc 

będziesz mi mogła wszystko spokojnie opowiedzieć.   

Pok

ój był na szczęście otwarty. Wewnątrz z trudem zmieścił się stół i kilka krzeseł.   

Jack zamkn

ął drzwi i oparł się o nie plecami, czekając z rezygnacją na wyrok.   

– No dobrze, co ci powiedzieli? 

Krysta mia

ła minę jak dziecko, które znalazło pod choinką wymarzony prezent.   

– Zgodzili si

ę.   

– 

Żartujesz. – Jack nie mógł uwierzyć w jej słowa.   

– Nie, nie 

żartuję. – Aż drżała z przejęcia. – Słuchaj uważnie, może cię to czegoś nauczy. 

Stephanie  powiedziała,  że  zaimponowałam  jej  swoją  postawą  i  że  lubi pracować  z  ludźmi, 
którzy cenią swój talent.   

Jack poprawi

ł okulary, jakby się spodziewał, że dzięki temu będzie lepiej słyszał.   

– Jeste

ś pewna, że ją dobrze zrozumiałaś? 

–  Nie mam co do tego 

żadnych wątpliwości. Kupią twoją powieść i zapłacą za nią dwa 

razy więcej, niż proponowali.   

Kiedy sens tych s

łów wreszcie do niego dotarł, porwał ją na ręce i zakręcił dookoła, omal 

przy tym nie wpadając na stół.   

– Kupili! – krzykn

ął. – Sprzedałem książkę! Naprawdę sprzedałem książkę! 

– Naprawd

ę sprzedałeś książkę! – wtórowała mu, trzymając go z całych sił za szyję.   

Spojrza

ł jej w oczy. Ich usta były tak blisko, a on był tak fantastycznie szczęśliwy, że nie 

umiał się powstrzymać. Taka chwila zdarza się tylko raz w życiu i trzeba ją jakoś uczcić. Gdy 
tylko  przywarł  ustami  do  warg  Krysty,  zrozumiał,  że  ten  pocałunek  będzie  wart  więcej  od 
butelki najlepszego szampana.   

Zawar

ł w nim całą radość i tryumf, jakie przeżywał tego dnia, a Krysta odpowiedziała mu 

tym samym. 

Boże, jak jej pocałunek potrafił zawrócić w głowie. W mgnieniu oka zapomniał 

o tym, 

gdzie  są,  o pracy,  nawet  o  książce.  Liczyła  się  tylko Krysta w jego ramionach,  ich 

wsp

ólna radość i oszałamiająca słodycz jej ust.   

Wszystko dobieg

ło  końca  równie  szybko,  jak  się  zaczęło.  Krysta  stała  przed  nim  z 

rumieńcem na twarzy.   

background image

– Moje gratulacje.   

Nim och

łonął na tyle, by jej odpowiedzieć, upłynęło dobrych kilka sekund.   

– Dzi

ękuję.   

–  Stephanie zbierze uwagi swoje i redaktorki twojej powie

ści,  i  przyśle  ci  pocztą. 

Zapowiedziała tylko od razu, że zmiany nie będą dotyczyły scen miłosnych.   

– Tak? – Serce Jacka powoli zaczyna

ło bić normalnym rytmem. – Czemu? 

Unios

ła wreszcie głowę, starając się, aby jej wzrok nie zdradzał tego, co czuła. Niemal się 

jej udało.   

– Poniewa

ż są doskonałe. Zdaje się, że określiła je jako soczyste.   

– Uhm.   

Wci

ąż jeszcze miał wrażenie, że czuje dotyk jej ciała. Powinien wrócić do pracy, zanim 

straci panowanie nad sobą. Nie może zapominać o tym, że nic się między nimi nie zmieniło.   

– Bardzo ci dzi

ękuję – powtórzył. – Pora już chyba wracać do pracy.   

– Tak. Jest jeszcze jedna sprawa, z kt

órą będziesz musiał jakoś sobie poradzić.   

– Tak? – spyta

ł z niepokojem w głosie.   

– Stephanie poprosi

ła, żebyś napisał coś o sobie. Jack odetchnął z ulgą.   

–  To 

żaden  problem.  Opuszczę  występy  w  szkolnej  drużynie  piłkarskiej,  za  to  więcej 

napiszę o kursach twórczego pisania. Kwestia płci nie ma tu żadnego znaczenia.   

– To prawda, Jack, ale oni chcieliby jeszcze dosta

ć twoje zdjęcie.   

– Moje zdj

ęcie? 

– Zdj

ęcie Candy Valentine.   

Znowu z

żymał się w duchu na myśl o swoim nowym pseudonimie.   

– Trzeba by

ło powiedzieć, że nie jesteś fotogeniczna. Albo wręcz brzydka.   

–  Przysz

ło  mi  to  do  głowy,  ale  zdaniem  Stephanie  to  nie  ma  żadnego  znaczenia. 

Powiedziałam,  że już  od  dawna  nie  robiłam  sobie  zdjęć,  to  też  nic  nie  pomogło.  W  końcu 
zaczęła się robić podejrzliwa, więc zgodziłam się coś posłać.   

Jack podrapa

ł się w kark. Potem rzucił okiem na Krystę.   

– A gdyby

śmy posłali twoje zdjęcie? 

– Moje? – Zastanawia

ła się przez chwilę. – Chyba nie mamy innego wyjścia.   

Odetchn

ął z ulgą. A potem dotarło do niego, że powiedziała „nie mamy”. Najwyraźniej 

gotowa jest brnąć dalej we wspólne przedsięwzięcie.   

– B

ędę ci bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że to już ostatni kłopot.   

– To 

żaden kłopot. Kiedy się powie A, trzeba powiedzieć B. Skoro zaczęliśmy, musimy 

to ciągnąć dalej.   

– Uhm. – Jack przypomnia

ł sobie oszałamiający smak jej ust. – Tak, musimy to ciągnąć 

dalej.   

Nast

ępnego dnia podczas lunchu Krysta położyła na stole kopertę.   

– Wczoraj wieczorem przejrza

łam zdjęcia. Nie mam tego wiele, ale może uda się nam coś 

wybrać.   

Spojrza

ła na Jacka spod oka. Usiłowała zachować wobec niego siostrzane uczucia, ale z 

każdą chwilą stawało się to trudniejsze. Poprzedniego dnia, kiedy oglądała zdjęcia, raz po raz 

background image

wracała  myślą  do  jego  pocałunków.  Gdy  porwał  ją  na  ręce,  to  było  naprawdę  niezwykłe 
przeżycie.  Nigdy  dotychczas  nikt  nie  całował  jej  w  taki  sposób,  a ona sama na niczyje 
pocałunki nie odpowiadała równie chętnie. Chwała Bogu, że oprzytomniała w porę. Po raz 
kolejny czuła się w obowiązku usprawiedliwić przed sobą niezwykłością sytuacji.   

– Mam nadziej

ę, że wybieranie zdjęć nie zajęło ci zbyt wiele czasu. – Jack polał hot doga 

musztardą.  –  Damy  im  co  bądź,  żeby  zadowolić  ich  dział  reklamy,  i  będziemy  to  mieli  z 
głowy.   

– Mówisz w taki sposób, 

jakby wygląd nie miał żadnego znaczenia.   

– Bo w tym wypadku nie ma. Wszystko, co si

ę liczy, to maszynopis.   

Odgryz

ł ogromny kęs.   

Patrz

ąc na znikającego w jego ustach, nafaszerowanego konserwantami hot doga, Krysta 

uświadomiła sobie, że mógł wprawdzie pisać książki i całować ją tak, jak nikt jej jeszcze nie 
całował,  ale  wciąż  pozostawał  tym  samym  zwykłym  chłopakiem,  którego  trzeba  było 
nauczyć, jak się odżywiać i dbać o swoje interesy. Na razie postanowiła się skoncentrować na 
tym, 

co najważniejsze.   

–  Zgadzam si

ę z tobą, że najbardziej liczy się książka, ale wizerunek autora też nie jest 

bez znaczenia. 

Stephanie  wyrobiła  już  sobie  obraz  Candy  Valentine  jako  osoby 

utalentowanej, 

z wyobraźnią i pełnej wiary we własne siły. Zdjęcie powinno utwierdzić ją w 

przekonaniu, 

że tak właśnie jest.   

Jack sko

ńczył przeżuwać i przełknął to, co miał w ustach.   

–  Pewnie, 

że ją utwierdzimy. Jesteś osobą utalentowaną, masz wyobraźnię i nie brak ci 

wiary we własne siły. Jestem pewny, że dobrze to widać na twoich zdjęciach. – Sięgnął po 
kopertę. – Zobaczmy, co tu mamy.   

–  Zaczekaj.  –  Po

łożyła rękę na kopercie. – Chciałabym pokazać ci je sama i wyjaśnić, 

dlaczego wybrałam takie, a nie inne. Potem zdecydujemy.   

Zachichota

ł i pokręcił głową.   

–  Ca

łe  szczęście,  że  nie  dałem  ci  do  przeczytania  swojej  książki.  Pewnie do tej pory 

byśmy jej jeszcze nigdzie nie posłali, a ty sprawdzałabyś każde słowo w słowniku.   

–  Nie chcesz mi chyba powiedzie

ć,  że  posłałeś  maszynopis  z  błędami?  –  zapytała  ze 

zgrozą.   

Jack pochyli

ł  się  ku  niej  nad  stolikiem.  Jego  błękitne  oczy  patrzyły  na  nią 

nadspodziewanie poważnie zza szkieł okularów.   

–  Ca

łkiem możliwe. Byłem zmęczony i niewyspany.  Ale zdałem się na  los szczęścia i 

wysłałem tekst taki, jaki był. I sama widzisz, że nic złego się nie stało.   

– Masz szcz

ęście! 

Zastanawia

ła  się,  w  jaki  sposób  udało  mu  się  cokolwiek  osiągnąć.  Był  taki 

niezorganizowany i niestaranny.   

–  B

łędy  w  maszynopisie  podważają  twoją  wiarygodność.  Całe  szczęście,  że  nie 

wiedziałam  o  tym  wczoraj,  kiedy  targowałam  się  o  honorarium.  Gdybym  pamiętała  o  źle 
postawionych  przecinkach  i  Bóg  jeden  wie  jakich  jeszcze  błędach,  nie  miałabym  odwagi 
domagać się takiej sumy. Ciekawa jestem, co tam takiego jest w tej twojej książce.   

background image

– Mn

óstwo doskonałego seksu.   

Spojrza

ła mu w oczy. Iskrzył się w nich dowcip, ale gdzieś głębiej płonął ogień, który 

przypomniał jej niezwykłą siłę jego pocałunków.   

– Tak powiedzia

ła Stephanie.   

Krysta si

ęgnęła po szklankę i wypiła łyk zimnej wody. Otworzyła kopertę.   

– Ostatecznie przynios

łam trzy.   

– Widz

ę, że pozostawiasz mi pełną swobodę wyboru.   

–  Nie wiem,  czy b

ędziesz  miał  w  czym  wybierać.  Sięgnęła  do  koperty  i  wyciągnęła 

czarno

białe zdjęcie, które zrobiła trzy lata wcześniej, kiedy szukała pracy.   

–  To jest najbardziej poprawne.  Boj

ę  się  natomiast,  że  trochę  za  poważne.  Brak mu 

sp

ontaniczności.   

Poda

ła mu fotografię. Jack delikatnie ujął ją za krawędzie. Krysta nie spodziewała się po 

nim takiej ostrożności. Oddał jej zdjęcie dopiero po dłuższej chwili.   

– Fotograf nie uchwyci

ł twojego charakteru. Jest piękne, owszem, ale trochę brakuje mu 

życia.   

Nie potrafi

ła powstrzymać irytacji.   

– To bardzo dobry fotografik. Prowadzi studio w Seattle. Powiedzia

łam mu, że potrzebuję 

zdjęcia o profesjonalnym charakterze. Derekowi bardzo się podobało.   

– Nie dziwi mnie to. To jest w

łaśnie zdjęcie w guście Hamiltona.   

–  Musisz przyzna

ć, że dobrze świadczy o kwalifikacjach kogoś, kto je robił. To zdjęcie 

pomogło mi dostać pracę w Rainier Paper. Natomiast ty, Jack, jesteś okropnie zawzięty na 
Dereka. Nie wiem dlaczego, 

bo nigdy nic złego ci nie zrobił. Myślę nawet, że mógłbyś się od 

niego wiele nauczyć. Na pewno przydałoby ci się to w twojej obecnej sytuacji.   

Jack mia

ł minę wojowniczego chłopca, który właśnie został zbesztany za to, że pobił się z 

kolegą. Wyglądał tak komicznie, że Krysta nie umiała powściągnąć uśmiechu.   

–  Przyznaj sam.  Derek nie jest z

łym facetem. Wojowniczy wyraz zniknął z oczu Jacka. 

Odwzajemnił jej uśmiech.   

– Masz racj

ę. Chyba rzeczywiście mogę się od niego czegoś nauczyć.   

Nie bardzo wierzy

ła w jego nagłą przemianę. A poza tym, odkąd wiedziała, że Jack pisze 

książki, skłonna była uważniej wsłuchiwać się w sens jego słów.   

– Nie zabrzmia

ło to całkiem szczerze.   

–  A powinno,  bo tak to powiedzia

łem. – Jack poprawił się na krześle. – Pokaż, co tam 

jeszcze masz.   

Wyci

ągnęła  drugą  fotografię,  zrobioną  podczas  przyjęcia  u  Juliet  Bancroft  latem 

ubiegłego  roku.  Krysta  wypożyczyła  wtedy  białą  koronkową  suknię  i  taki  sam  kapelusz  z 
szerokim rondem. 

Na  zdjęciu  siedziała  w  wykuszu  szeroko  otwartego  okna,  za którym 

rozpościerał się ogród z pięknymi krzakami czerwonych róż na pierwszym planie. To tam po 
raz pierwszy przyciągnęła uwagę Dereka.   

– To zdj

ęcie wydaje mi się dostatecznie romantyczne jak na Candy Valentine. – Podała 

fotografię Jackowi. – Nie jest zbyt poważne, ale pomyślałam, że może ci będzie odpowiadać, 
więc je przyniosłam.   

background image

Wzrok Jacka z

łagodniał,  kiedy  patrzył  na  zdjęcie.  Podniósł  spojrzenie,  jakby  chciał 

porównać dziewczynę ze zdjęcia z siedzącą naprzeciw niego prawdziwą Krysta.   

– Lepsze. Du

żo lepsze. Ale zwodnicze. Nie jesteś aż taka słodka.   

– Przepraszam bardzo, ale co chcesz przez to powiedzie

ć? 

Jack poprawi

ł okulary, które zsunęły mu się z nosa, i uśmiechnął się od ucha do ucha.   

–  Pami

ętaj, że słuchałem wczoraj twojej rozmowy ze Stephanie Briggs. Nie jesteś taką 

naiwną romantyczką jak na tym zdjęciu.   

Nie mog

ła  powstrzymać  uśmiechu.  Jack  miał  absolutną  rację.  Musiała  przyznać,  że 

stanowczo  lepiej  ją  rozszyfrował  niż  Derek,  który  uważa,  że  jest  „taka  słodka  i 
nieskomplikowana”. 

Derek jej nie doceniał i to było może jednym z powodów, dla których 

nie potrafiła poczuć się przy nim dobrze.   

–  Fajne zdj

ęcia  –  rzucił  Bud,  kierownik  działu  ekspedycji,  który  przechodził  koło  ich 

stolika z załadowaną jedzeniem tacą.   

Zatrzyma

ł się i przyjrzał ciekawie fotografiom. Potem przeniósł wzrok na Krystę.   

– Startujesz w konkursie pi

ękności czy czymś w tym rodzaju? 

Nie mia

ła pojęcia, co odpowiedzieć.   

–  Krysta koresponduje z jedn

ą  dziewczyną  z  Tasmanii  i  obiecała  posłać  jej  zdjęcie  – 

odpowiedział bez namysłu Jack.   

– Aha. – Bud jeszcze raz przyjrza

ł się fotografiom. – Ja bym posłał to z różami. To drugie 

nie wygląda zanadto przyjaźnie.   

– Dzi

ęki – bąknęła Krysta.   

–  Nie ma za co.  Nast

ępnym razem, kiedy do nas zajdziesz, nie zapomnij wziąć z mego 

pokoju kasku, dobrze? 

– Obiecuj

ę.   

Bud przeni

ósł spojrzenie na Jacka.   

–  Do zobaczenia za dwadzie

ścia  minut,  Killigan.  Wiem,  że  to  miło  przebierać  wśród 

takich zdjęć, ale mamy robotę.   

– Jasne.   

Kiedy Bud znalaz

ł się w bezpiecznej odległości, Krysta odetchnęła z ulgą.   

– Podziwiam twój refleks, Jack.   

–  Nie zapominaj, 

że  zmyślanie  to  moja  specjalność.  No dobrze,  musimy  się  na  coś 

zdecydować. Jak wygląda ostatnie? 

Krysta si

ęgnęła  do  koperty  i  wyjęła  zdjęcie  zrobione  przez  Neda,  jej brata,  tego dnia, 

który spędzili z ojcem na plaży. Każdy przyniósł ze sobą aparat i pstrykali bez przerwy. Była 
z tego świetna zabawa. A kiedy już minął dzień spędzony na grze w piłkę, jedzeniu, paleniu 
ogniska, 

kąpielach i budowaniu zamków z piasku, Ned posadził Krystę przy tym samym pniu, 

przed którym wcześniej sfotografowała swych braci z ojcem, i zrobił jej zdjęcie. Chylące się 
ku  zachodowi  słońce  rzucało  na  nią  złoty  blask,  wiatr  potargał  jej  włosy,  a na twarzy 
malowała się radość beztrosko spędzonego dnia.   

– To jest to – orzek

ł Jack, gdy tylko rzucił okiem na fotografię.   

– Jeste

ś pewny? To amatorskie zdjęcie. W dodatku jestem boso i rozczochrana.   

background image

– Jest idealne. – Uwa

żnie wpatrywał się w fotografię. – Kto je zrobił? 

– Ned. Czemu pytasz? 

– Ma oko. Mo

że powinien zostać zawodowym fotografem.   

– Tak my

ślisz? To chyba niezbyt pewna praca.   

–  Ka

żda praca jest ryzykowna. Dziś robisz karierę, jutro stoisz w kolejce po zasiłek dla 

bezrobotnych. 

Nie zdołasz zapewnić swoim braciom absolutnego bezpieczeństwa.   

– Mo

że masz rację, ale chciałabym, żeby mieli zabezpieczenie w postaci dyplomów. Ty 

sobie poradziłeś, ale nie każdy może liczyć na talent i szczęście.   

Jack nie zareagowa

ł na wzmiankę o talencie. Popatrzył uważnie na Krystę.   

– My

ślę, że najlepsze, co twoi bracia dostali i co pomoże im radzić sobie w życiu, jest to, 

że ty dodajesz im otuchy i wspierasz.   

– Przesadzasz. – Krysta poczu

ła, że się rumieni.   

– Nie. I wiem, 

że przynajmniej Ned świetnie sobie zdaje z tego sprawę. Widać to po tym 

zdjęciu. Czy to jedyna odbitka? 

Poczu

ła się jeszcze bardziej zakłopotana.   

– Nie. Spodoba

ło się wszystkim moim braciom i Ned zrobił kilka odbitek. Ojciec oprawił 

jedną  w  ramki  i  postawił  na  kredensie.  Ja  nawet  nie  prosiłam  Neda  o  to  zdjęcie,  ale mi 
przysłał w liście i napisał, żebym dała je swojemu chłopakowi.   

– Wi

ęc czemu nie dałaś go Hamiltonowi? To było kłopotliwe pytanie.   

– Nie pomy

ślałam o tym.   

–  Jego strata.  –  Jack wsun

ął fotografię do kieszeni na piersi kombinezonu i starannie ją 

zapiął.   

Krysta nie by

ła jeszcze do końca przekonana.   

– Naprawd

ę jesteś pewien, że to dobry wybór? Ja już myślałam nawet o tym, żeby może 

zrobić jeszcze jakieś.   

Jack pokr

ęcił głową.   

–  Nie trzeba.  To jest 

świetne. Myślę, że trudno byłoby zrobić lepsze. – Poklepał się po 

kieszeni. – 

Jesteś na nim szczęśliwa, pełna wiary w siebie, ożywiona. Gdybym miał wymyślić 

Candy Valentine, 

to chciałbym, żeby była właśnie taka.   

Krysta by

ła trochę zaskoczona. Nie spodziewała się, że Jack będzie taki stanowczy, a on 

podjął decyzję i najwyraźniej nie zamierzał poddawać jej pod dyskusję. No cóż, w końcu to 
jego sprawa, 

nawet jeśli zdjęcie należało do niej. Jack rzucił okiem na zegar i wstał.   

–  Musz

ę już wracać do  pracy.  Dzięki za zdjęcie. Mam nadzieję, że nie  będę musiał  ci 

więcej zawracać głowy.   

– To 

żaden kłopot. Miło mi, że mogłam ci pomóc. Uśmiechnął się.   

– By

łaś wczoraj niesamowita. Przepraszam, że się tak głupio zachowałem. Gdyby nie ty, 

byłbym dwa razy biedniejszy.   

– Ciesz

ę się, że wszystko poszło dobrze. Jak myślisz, kiedy podpiszesz umowę? 

– Nie wiem. Z tego, co wyczyta

łem w poradniku prawa autorskiego, wynika, że może to 

potrwać ładnych kilka tygodni. No, ale kiedyś w końcu podpiszę, odeślę do wydawnictwa i 
wtedy przyślą mi pierwszy czek.   

background image

– Pami

ętaj tylko, żebyś mi ją najpierw pokazał. Zgoda? Jack przymrużył oko.   

– Jako moja agentka mo

żesz liczyć na udział w zyskach.   

– Nie z

łość mnie! Dobrze wiesz, że zrobiłam to tylko z przyjaźni dla ciebie.   

– Dobrze jest cieszy

ć się twoją przyjaźnią, Krysto. Potem odwrócił się i poszedł odnieść 

tacę.   

Krysta 

śledziła go wzrokiem, gdy szedł przez stołówkę. Pod obszernym kombinezonem 

nie sposób było rozpoznać zarysów jego ciała. Krysta nigdy dotychczas nie zastanawiała się, 
jaki  Jack  właściwie  jest.  Zawsze  był  dla  niej  dzieckiem  zaprzyjaźnionej  rodziny,  kolegą 
szkolnym, 

kimś tak powszednim, że właściwie się go nie dostrzega. W każdym razie nie był 

kimś, kto budziłby jej ciekawość.   

Wczoraj wszystko to uleg

ło zmianie.  Znany od  zawsze Jack  okazał się nieoczekiwanie 

mężczyzną.  Krysta po raz  pierwszy dostrzegła  jego  szerokie  ramiona,  silne  ręce  i  bardzo 
niezwykłe usta. Było to trochę tak, jakby poznała kogoś zupełnie nowego.   

Teraz musi o tym wszystkim zapomnie

ć, ponieważ nie ma zamiaru się z nim wiązać. Nie 

domyślała się, że jest utalentowanym pisarzem, ale poza tym bardzo dobrze wie, że nie jest 
mężczyzną w jej typie.   

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Odk

ąd  Krysta  dała  mu  swoje  zdjęcie,  widok,  jaki  miał  przed  sobą  Jack,  pisząc  na 

komputerze, 

stał  się  dużo  ciekawszy.  Przed  wysłaniem  zdjęcia  do  Manchester  Publishing 

zrobił z niego wielką odbitkę na ksero i powiesił na ścianie. Drugi romans od początku szedł 
mu nieźle, ale za sprawą dodatkowej zachęty w postaci dziewczyny spoglądającej na niego ze 
zdjęcia jego palce wręcz tańczyły nad klawiaturą.   

W dodatku dzi

ęki  jej  sugestii,  że  mógłby  się  czegoś  nauczyć  od  Dereka  Hamiltona, 

cz

arny  charakter  w  jego  nowej  powieści  stał  się  zdecydowanie  bardziej  wyrazisty.  Jack 

właściwie  zgadzał  się  z  Krystą,  że  Hamilton  nie  jest  złym  facetem,  ale  nie  umiał  sobie 
odmówić przyjemności, jaką sprawiało mu odmalowanie go w jak najciemniejszych barwach.   

Przy okazji zyska

ła wreszcie imię bezimienna dotąd kotka Jacka. Któregoś wieczora, gdy 

przyjrzał się swojej ulubienicy, stwierdził, że jej futerko przypomina barwą i odcieniem włosy 
Krysty. 

Być  może  zresztą  to  był  właśnie  powód,  dla  którego  zaopiekował  się  bezdomnym 

stworzeniem. 

Nawet zielone oczy miały w sobie coś z oczu dziewczyny.   

Po zastanowieniu doszed

ł do wniosku, że jego sympatia dla zwierzęcia wynikała właśnie 

z  pewnego  podobieństwa  do  kobiety,  której  nie  mógł  zdobyć.  Bo  o  tym  był,  niestety, 
przekonany. 

Krysta  szukała  takiego  mężczyzny  jak  Derek,  a skoro tak,  to nie powinien jej 

zawracać głowy.   

Powinien natomiast zadowoli

ć się jej przyjaźnią, którą ostatnio umocniły wspólne wysiłki 

na rzecz jego kariery. 

Każdego  dnia  podczas  lunchu  Krysta  pytała  go  o  umowę  i 

przypominała, by nie robił żadnego kroku bez jej rady. Oboje się niecierpliwili tym bardziej, 
że dopiero potem Jack mógł się spodziewać czeku.   

Krysta ju

ż  kilkakrotnie  udzielała  mu  rad,  jak  ma  spożytkować  pieniądze.  Po pierwsze, 

powinien  się  porządnie  ostrzyc,  co  zresztą  stanowiło  najmniejszy  wydatek  na  liście.  Po 
drugie, 

powinien  kupić  sobie  szkła  kontaktowe.  No i samochód.  Jack  próbował  przekonać 

Krystę do motocykla, ale ona uważała, że jeżdżąc na motorze, nie sposób uniknąć ciągłych 
przezi

ębień. A poza tym, dodawała, jeśli chce coś osiągnąć, to musi wyglądać jak człowiek, a 

nie jak zmoknięty szczur.   

Jack spokojnie s

łuchał  jej  rad,  sam  jednak  był  zdecydowany  wpłacić  całą  zaliczkę  do 

banku. 

Liczył na to, że uda mu się kiedyś zgromadzić dość oszczędności, by rzucić pracę i 

poświęcić się pisaniu. Czułby się wtedy jak w raju.   

By

ło jeszcze coś, co mogłoby go uszczęśliwić. Spoglądał na zdjęcie Krysty, a potem pisał 

dalej, 

mając nadzieję, że praca pozwoli mu zapomnieć o słodkim bólu, który nosił w sercu.   

 

W ci

ągu następnych dwóch tygodni nic się nie zdarzyło. Potem Krysta niespodziewanie 

pojawiła  się  na  hali,  pośród  pracujących  maszyn.  Tym  razem  miała  na  głowie  kask.  Jack 
gestem  wskazał  nadchodzącą  dziewczynę  Budowi,  a  kiedy  ten  skinął  głową,  ruszył  w  jej 
stronę.   

Jeszcze nim si

ę spotkali, wiedział, że stało  się coś złego. Niech to diabli, powinien się 

background image

tego spodziewać. Do tej pory wszystko układało się za dobrze.   

– Czy mo

żemy porozmawiać? Mamy kłopoty.   

Jak poprzednio poszli do pokoju kierownika. Jack zamkn

ął drzwi i spojrzał na Krystę, z 

rezygnacją  oczekując  wyroku.  Pomimo  przygnębienia  nie  mógł  nie  zauważyć,  że  pięknie 
wygląda.   

– Co si

ę stało? 

Krysta zdj

ęła kask i popatrzyła na niego niepewnym wzrokiem.   

–  Od pocz

ątku  obawiałam  się,  że  to  n ie  jest  dobry  pomysł.  Nie  mam  pojęcia,  co teraz 

zrobimy.   

By

ła tak zdenerwowana, że nie pozostawało mu nic innego, jak zachować zimną krew i 

starać sieją uspokoić. Położył dłonie na ramionach dziewczyny i zrobił minę, jakby nic się nie 
stało.   

– Uspok

ój się. Ze wszystkim damy sobie radę. Powiedz mi tylko, o co chodzi.   

Krysta wzi

ęła głęboki oddech.   

–  Chodzi o zdj

ęcie.  Są  nim  zachwyceni.  Zanim je dostali,  zamierzali  ogłosić  wyniki 

konkursu w jakimś piśmie. Nie miałam o tym pojęcia.   

– To 

żaden kłopot. Takie były zasady konkursu.   

–  Powiedzmy,  ale teraz wpadli na nowy pomys

ł.  Postanowili  urządzić  z  wręczania 

nagrody całą ceremonię. I chcą, żeby Candy osobiście ją odebrała.   

– Osobi

ście?! – Osłupiały opuścił bezradnie ręce. – Musiałaś coś źle zrozumieć. Nikt tak 

nie celebruje zwykłego debiutu.   

– Nie, Jack, wszystko dobrze zrozumia

łam. Zadzwoniła do mnie Stephanie. Powiedziała, 

że ze względu na fotografię i... wyższą zaliczkę zmienili plany.   

– Aha! – Jack w oskar

życielskim geście wyciągnął palec w jej kierunku. – Wiedziałem, 

że sprowadzisz na nas kłopoty! 

– Nie mia

łam pojęcia, że to się tak skończy. – Zielone oczy patrzyły na niego błagalnie. – 

Musisz im powiedzieć prawdę. Nie widzę innego wyjścia.   

Jack poczu

ł  skurcz  żołądka.  Ale  się  wpakowali!  Właściwie  to  sam  był  sobie  winny. 

Trudno  się  było  dziwić  wydawcy,  skoro  zwyciężczyni  konkursu  okazała  się  skończoną 
pięknością.   

Przez chwil

ę gorączkowo zastanawiał się, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.   

– Nie s

ądzę, żeby to był dobry moment – oświadczył wreszcie.   

– Nie masz wyboru! 

– Owszem, mam. – Spojrza

ł na nią uważnie. – Ale musisz mi pomóc.   

Krysta cofn

ęła się o krok, jakby przeczuwając, co zamierza jej powiedzieć.   

– Nie, Jack. Nie mog

ę tego zrobić. Negocjowanie umowy przez telefon to jedna sprawa. 

Pomysł, żeby posłać moje zdjęcie... to jeszcze wchodziło w rachubę. Ale nie zamierzam...   

– Pos

łuchaj, moja przyszłość jest w twoich rękach.   

Bez najmniejszych skrupu

łów  postanowił  wykorzystać  opiekuńczość  Krysty.  Wyrzuty 

sumienia odłożył na później. Teraz nie mógł sobie na nie pozwolić.   

– Dasz sobie rad

ę. Wiem, że dasz sobie radę.   

background image

– Je

żeli myślisz, że pojadę do Nowego Jorku i będę udawać, że to ja napisałam książkę, 

to jesteś bardziej zwariowany, niż myślałam.   

Potrzeba jest matk

ą wynalazku.   

– Nie zostawi

ę cię samej. Pojadę z tobą.   

–  Maj

ą  przysłać  bilet  lotniczy  pierwszej  klasy  i  wynająć  apartament  w  hotelu  Marriott 

Marquis. 

W taką podróż nie zabiera się osób towarzyszących.   

– Nikt nie b

ędzie wiedział, że tam jestem.   

–  Masz zamiar schowa

ć  się  w  walizce?  –  Wyraz  przerażenia  na  twarzy  Krysty  ustąpił 

miejsca rozbawieniu. – 

Jak ty to sobie wyobrażasz, Jack? To jest życie, a nie jedna z twoich 

zwariowanych powieści.   

Jej 

śmiech poprawił humor Jacka. Cała historia zaczęła mu się ukazywać z lepszej strony.   

–  Mówisz, 

że  to  będzie  apartament?  W  takim  razie  znajdzie  się  tam  dla  mnie  trochę 

miejsca i nikt z Manchester Pub

lishing  nie  musi  wiedzieć,  że  jestem  z  tobą.  Pomogę  ci 

przygotować  się  do  spotkań,  a kiedy wrócisz,  będziemy  ustalać  wspólnie  plan  działania. 
Wszystko si

ę uda, zobaczysz.   

Jednego nie doda

ł. Tego, że będą razem przez całą noc.   

–  Zwariowa

łeś,  Jack.  –  Krysta  kręciła  głową,  ale  w  kąciku  jej  ust  pojawił  się  radosny 

uśmiech.   

Jack nie m

ógł nie zauważyć, że opór Krysty osłabł. Postanowił kuć żelazo póki gorące.   

– Nie masz ochoty przelecie

ć się do Nowego Jorku? 

– Oczywi

ście, że miałabym, ale...   

–  No widzisz.  Mieszka

łem tam przez jakiś czas. To niesamowite miasto. A Manchester 

Publishing rzuci ci Manhattan do stóp.   

– Nie mnie, tylko tobie – zaoponowa

ła.   

– Niech b

ędzie nam. Co ty na to? 

– Nie wiem, Jack. Musisz da

ć mi trochę czasu do namysłu.   

– Ile? 

– Obieca

łam Stephanie, że jutro się odezwę.   

– Mo

żesz liczyć na to, że zachowam się jak dżentelmen – dodał pełnym godności tonem.   

I zn

ów nie dokończył myśli: Chyba że poprosisz, bym postąpił inaczej.   

– Co do tego nie mam 

żadnych wątpliwości.   

Wola

łby, żeby nie mówiła tego z takim przekonaniem. Najwyraźniej ciągle traktowała go 

jak kolegę. Nie miała pojęcia, ile będzie go kosztować spełnienie jej oczekiwań.   

 

Krysta pogr

ążyła  się  w  miękkim  skórzanym  fotelu,  wyciągnęła  wygodnie  nogi  i 

pociągnęła łyk koktajlu Mimoza, który natychmiast po starcie podała jej stewardesa. Szampan 
z sokiem pomarańczowym był zaskakująco smaczny i odświeżający, a świat wokół wydawał 
się  zupełnie  nierealny.  Trudno  jej  było  uwierzyć,  że  oto  leci  do  Nowego  Jorku  w 
okolicznościach, które dotychczas znała tylko z filmów.   

Ojcu i braciom powiedzia

ła to samo co wszystkim znajomym: że wylosowała bezpłatny 

weekend nad morzem. Bardzo ucieszyli 

się z jej wycieczki. Krysta czuła się winna, oszukując 

background image

ich, 

ale  umówili  się  z  Jackiem,  że  nikomu,  nawet  najbliższym,  nie  pisną  słówkiem,  dokąd 

naprawdę się udaje.   

Wygl

ądając przez okno na kobierzec chmur, starała się wczuć w rolę, jaką jej przyszło 

odegra

ć.  Wiedziała,  że  wszystko,  co zrobi,  będzie  miało  wpływ  na  dalszą  karierę  Jacka,  i 

zależało jej na tym, żeby wypaść jak najlepiej. Całe szczęście, że siedziała sama. Nie czuła się 
na siłach, aby prowadzić rozmowy z przypadkowymi towarzyszami podróży.   

– Pani Valentine? 

Nie zareagowa

ła.   

– Przepraszam, pani Valentine. – Stewardesa lekko dotkn

ęła jej ramienia.   

Omal nie podskoczy

ła  na  siedzeniu,  kiedy  uświadomiła  sobie,  że  nie  zareagowała  na 

nazwisko wydrukowane na bilecie lotniczym. 

Będzie musiała na to uważać.   

– Przepraszam... – zerkn

ęła na identyfikator stewardesy – Holly. Musiałam się zamyślić.   

Stewardesa pochyli

ła się nad nią z przepraszającym uśmiechem.   

– Obiecuj

ę, że nie będę pani więcej przeszkadzać. Chciałam tylko spytać, co pani zje na 

lunch. 

Mamy dziś bardzo dobre befsztyki wołowe albo świeżutkie filety z tuńczyka.   

–  Mo

że  być  befsztyk  –  odparła  Krysta  takim  tonem,  jakby dokonywanie wyboru 

pomiędzy potrawami w lecącym na wysokości dziewięciu kilometrów nad ziemią odrzutowcu 
było dla niej czymś najzupełniej naturalnym.   

– Bardzo dobry wybór.   

Stewardesa wyprostowa

ła się i odwróciła do niewidocznej dla Krysty osoby, stojącej za 

jej plecami.   

– Czym mog

ę służyć? – zapytała zdecydowanie mniej uprzejmym tonem.   

Krysta wychyli

ła się i ujrzała Jacka z dużą kopertą w rękach. Stewardesa miała taką minę, 

jakby  zamierzała  odesłać  go  z  powrotem  do  części  przeznaczonej  dla  zwykłych 
śmiertelników.   

– Wszystko w porz

ądku – wtrąciła się Krysta. – Chciałabym porozmawiać z tym panem.   

Holly zmierzy

ła Jacka chłodnym wzrokiem. Był w wyciągniętym swetrze, spod którego 

wystawała kraciasta flanelowa koszula, dżinsach i znoszonych adidasach. Długie włosy miał 
spięte gumką, a okulary zjechały mu prawie na czubek nosa.   

Jack spokojnie zni

ósł taksujące spojrzenie stewardesy.   

–  Nic si

ę  nie  martw,  Holly.  Obiecuję,  że  nie  będę  długo  okupował  tego 

uprzywilejowanego miejsca.   

Holly obla

ła się rumieńcem.   

– Och, nie wiedzia

łam...   

–  Wszystko w porz

ądku. Świetnie sobie zdaję sprawę, że twoim zadaniem jest chronić 

elegancki świat przed plebsem z tylnej części samolotu.   

Mia

ł  na  twarzy  diaboliczny  uśmieszek,  z  którym  wyglądał,  uznała  Krysia,  jak czarny 

charakter.   

Stewardesa ca

łkowicie  zmieniła  front.  Obdarzyła  Jacka  promiennym  uśmiechem  i 

odsunęła się na bok, by zrobić mu przejście.   

– Prosz

ę bardzo. Niech pan siedzi, jak długo pan sobie życzy.   

background image

Jack opad

ł na fotel obok Krysty.   

– Co popijasz? 

– Mimoz

ę. Sok pomarańczowy z...   

– Wiem, co to jest Mimoza.   

Jack wyci

ągnął nogi i rozparł się wygodnie.   

– Nie

źle tu u was. Dzięki za ratunek, bo czuję, że gdyby nie ty, to ta pani wyprowadziłaby 

mnie stąd za ucho.   

Znowu pojawi

ła się Holly.   

– Czy mam panu co

ś podać? 

Krysia popatrzy

ła  na  nią  zaskoczona.  Jack  najwyraźniej  oczarował  stewardesę.  Nie 

wiedziała  dlaczego,  ale  zaskoczyło  ją  to.  Nigdy  nie  wydawał  jej  się  typem  zdobywcy,  a 
tymczasem  wystarczył  promienny  uśmiech,  a  wyniosła  Holly  jadła  mu  z  ręki.  A  może  to 
sprawa rysujących się pod swetrem szerokich ramion. Albo błękitnych oczu. Krysta obrzuciła 
Jacka  uważnym  spojrzeniem.  Miał  taką  minę,  jakby  nie  zauważał,  że  zrobił  na  Holly 
piorunujące wrażenie.   

– Dzi

ękuję. Przyszedłem tylko doręczyć przesyłkę i zaraz znikam.   

Holly pochyli

ła się niżej.   

– To miejsce jest wolne. Je

śli tylko pani Valentine nie będzie miała nic przeciwko temu, 

to s

ądzę, że nic się nie stanie, gdy...   

–  Ca

łkowicie się mylisz, Holly. Naruszanie porządku społecznego jest bardzo poważną 

sprawą. Jeśli dopuści się do tego, że ludzie mego pokroju zaczną się rozpierać w pierwszej 
klasie, 

to zanim się obejrzysz, przypuszczą szturm na eleganckie restauracje i prywatne kluby. 

– 

Jack poprawił okulary, które znów zsunęły mu się na czubek nosa. – A to doprowadzi w 

krótkim czasie do kompletnej anarchii.   

Holly roze

śmiała się przyjaźnie.   

– Nie obawia

łabym się tego.   

– A poza tym, moje wsp

ółtowarzyszki podróży na pewno już za mną tęsknią. – Odwrócił 

się do Krysty i wręczył jej kopertę. – W całym tym pośpiechu zapomniałam ci dać lekturę na 
drogę.   

– Och! 

Domy

śliła  się,  że  to  maszynopis  powieści.  Kompletnie  o  niej  zapomniała.  Kątem oka 

zauważyła, że Jack podnosi się z fotela.   

– Jakie wsp

ółtowarzyszki podróży? 

– Wspomina

ły chyba o jakimś konkursie piękności czy czymś w tym rodzaju.   

– A ty pewnie siedzisz na 

środkowym fotelu? – Nieoczekiwanie dla niej samej jego nagła 

przemiana w Don Juana trocheja zirytowała.   

W oczach Jacka b

łysnęło rozbawienie.   

– Wydawa

ło mi się, że tak nakazuje dobre wychowanie. Do zobaczenia... pani Valentine.   

Krysta patrzy

ła w ślad za nim, gdy szedł wolnym krokiem między fotelami, dopóki nie 

z

niknął  za  zasłoną  oddzielającą  pierwszą  klasę.  Dopiero  wtedy  zauważyła,  że  Holly  także 

śledzi Jacka wzrokiem.   

background image

–  Wie pani,  kogo ten pan mi przypomina?  –  spyta

ła  konfidencjonalnym  tonem 

stewardesa.   

– Nie mam poj

ęcia.   

– Clarka Kenta. Mia

łam wrażenie, że lada moment zdejmie te swoje okulary i przeistoczy 

się w Supermana.   

Widok rozmarzonej twarzy stewardesy i my

śl  o  Jacku  siedzącym  pomiędzy  dwiema 

pięknościami pogłębiły irytację Krysty.   

– Poprosz

ę jeszcze jedną Mimozę, Holly – odezwała się nieoczekiwanie dla siebie samej.   

 

– Pani Valentine? 

Krysta z oci

ąganiem oderwała wzrok od maszynopisu i uniosła spojrzenie na Holly.   

– S

łucham? 

– Za chwil

ę będziemy lądować. Przyszłam sprzątnąć i prosić panią o zapięcie pasów.   

– Ju

ż lądujemy? W Nowym Jorku? 

– Tak, prosz

ę pani. Za kwadrans.   

Krysta spojrza

ła na zegarek. Nie mogła uwierzyć, że podróż już dobiega końca. Powieść 

tak ją pochłonęła, że nie zauważyła upływu godzin. Zatopiona w lekturze, ledwo pamiętała, 
że cokolwiek jadła.   

Ca

łkowicie  zapomniała  o  otaczającym  ją  świecie,  by  wraz  z  postaciami  z  powieści 

przeżywać radość, cierpienie i gniew. Miłość bohaterów była tak prawdziwa i przejmująca, że 
Kry

sta  chwilami  z  trudem  hamowała  łzy.  Jednocześnie  zaś  książka  była  pełna  żywiołowej 

zmysłowości,  która  budziła  w  niej  nieoczekiwanie  silną  reakcję.  Uwagi Stephanie 
przygotowały ją wprawdzie na mocne przeżycia  i tak  jednak jej doznania w  czasie lektury 
były nadspodziewanie silne. Nie sposób było nie podziwiać doświadczenia Jacka w sprawach 
miłosnych.  Parokrotnie  musiała  powtarzać  sobie,  że  wszystko,  co czyta,  jest  tylko  fikcją. 
Fakt, 

że Jack potrafił to tak pięknie i przejmująco opisać, nie oznaczał, że w rzeczywistości 

jest równie porywającym kochankiem.   

Co wcale nie znaczy

ło,  mówiła  sobie,  że  Jack  interesuje  ją  jako  mężczyzna.  Potrafił 

napisać  książkę,  która  odniosła  sukces,  lecz w gruncie rzeczy brakuje mu tej ambicji i 
zdecydowania w dążeniu do sukcesu, które zawsze podziwiała w mężczyznach. Najlepszym 
dowodem  było  honorarium,  które  był  gotów  zaakceptować.  Podejrzewała,  że  jego  ambicje 
ograniczają  się  do  pisania.  To,  co  mógł  zarobić,  sprzedając  swoje  książki,  najwyraźniej 
niewiele go obchodziło.   

A jednak musia

ła przyznać, że zręczność, z jaką posługiwał się językiem, budziła w niej 

pewne on

ieśmielenie. Miał niewątpliwy talent, choć wcale nie była przekonana, czy go nie 

zmarnuje. Co do niej, 

to jest gotowa uczynić w ciągu najbliższych czterech dni wszystko, by 

pomóc  mu  odnieść  sukces,  choć  z  drugiej  strony,  odkąd  uświadomiła  sobie,  co  mógł 
of

iarować światu, dużo bardziej odczuwała ciężar odpowiedzialności.   

Derek nigdy nie onie

śmielał  jej  swoim  intelektem.  Wiedziała  również,  że  odnosił 

sukcesy, 

ponieważ nie przepuścił żadnej okazji, żeby się wybić. W porównaniu z nim Jack 

był  rozrzutnikiem,  który  marnował  jedną  szansę  po  drugiej.  W  pewnej  chwili  zastanawiała 

background image

się, czy lektura jego powieści mogłaby nauczyć Dereka czegoś o miłości lub choćby o tym, w 
jaki  sposób  należy  całować  kobiety.  Kiedy  czytała  opisy  nie  kończących  się,  namiętnych 
pocałunków,  czuła,  że  robi  jej  się  gorąco.  Czy  i  ona  mogłaby  przeżywać  coś  podobnego? 
Dwukrotnie  całowała  się  z  Jackiem  i  za  każdym  razem  było  to  coś  odmiennego.  Za 
pierwszym razem wszystko trwało przez mgnienie oka i w gruncie rzeczy nim którekolwiek z 
nich  uświadomiło  sobie,  co  się  dzieje,  było  już  po  wszystkim.  Drugi  pocałunek  mogłaby 
porównać  raczej  do  gwałtownej  eksplozji  niż  do  powolnych,  uwodzicielskich  pocałunków, 
które potrafił tak sugestywnie opisać w swojej książce.   

Jack musi mie

ć  bogatą  wyobraźnię,  zadecydowała  w  końcu.  Podała  Holly  szklankę  i 

zmiętą serwetkę, po czym złożyła rozkładany blat stolika. To wszystko tylko jego fantazje, 
mówiła sobie, zbierając kartki maszynopisu i chowając je do koperty. W prawdziwym życiu 
takie rzeczy się nie zdarzają. Tylko głupcy liczą na cuda, a ona nie należała do głupców.   

Kiedy ko

ła  samolotu  dotknęły  ziemi  i  wszystko  wokół  zatrzęsło  się  przez  moment, 

nieoczekiwanie  dla  siebie  samej  zacisnęła  palce  na  kopercie,  jakby  była  czymś 
najcenniejszym, 

co ze sobą wiozła. W każdym razie, uznała, gdy samolot kołował na miejsce, 

a w oknie zamajaczyły drapacze chmur, książka jest bardzo dobra.   

 

Jack poda

ł  swoim  współtowarzyszkom  paczki  dla  wnuków  w  Nowym  Jorku.  Po kilku 

godzinach podróży znał wszystkie szczegóły z życia ich synów, którzy pochodzili z Seattle, 
ale mieszkali teraz w Nowym Jorku, 

utrzymując  bardzo  bliskie,  niemal rodzinne kontakty, 

oraz obejrza

ł całe mnóstwo zdjęć ułożonych w foliowych albumach.   

W gruncie rzeczy cieszy

ł  się  z  tak  spędzonej  podróży,  ponieważ  dzięki nieustannym 

rozmowom nie miał czasu myśleć o tym,  że w  samolocie leci Krysta i  czyta jego  książkę. 
Kiedy czekał na odpowiedź z Manchester Publishing, mniej się denerwował niż w ciągu tych 
kilku godzin, 

po których miał usłyszeć jej opinię. Wiedział, że nawet jeśli książka jej sienie 

spodoba, to i tak nie powie mu tego wprost, 

ale wiedział też, że nie będzie potrafiła tego przed 

nim  ukryć.  Nieoczekiwanie  okazało  się,  że  jej  zdanie  znaczy  dla  niego  więcej  niż  oceny 
wszystkich wydawców na świecie.   

Na szcz

ęście albo na nieszczęście upłynie jeszcze trochę czasu, nim usłyszy werdykt. Na 

Krystę miała czekać hotelowa limuzyna.   

Na razie schodzi

ł po schodach, niosąc przewieszoną przez ramię torbę podróżną i dwie 

wielkie siatki, 

które należały do Berenice i Sadie.   

– Skoro ju

ż jesteś w Nowym Jorku, to koniecznie powinieneś odwiedzić mojego fryzjera 

na Brooklynie  – 

poradziła  mu  Berenice.  –  Jesteś  przystojnym  chłopcem  i  gdybyś  się  tylko 

porządnie ostrzygł, nie mógłbyś się opędzić od dziewcząt.   

– Dzi

ęki, Berenice, zastanowię się nad tym.   

Jack u

śmiechnął się do siebie. Starsza pani mówiła mu dokładnie to samo co Krysta, z tą 

różnicą,  że  jako  zachętę  przedstawiała  mu  perspektywę  małżeństwa,  a  nie  wspinaczkę  po 
szczeblach kariery.   

– Pami

ętaj, że u mojego optyka dostaniesz zniżkę na okulary – dorzuciła Sadie. – To musi 

być bardzo niewygodne, tak ciągle z nimi walczyć.   

background image

– Ju

ż się do tego przyzwyczaiłem, ale dziękuję za propozycję.   

W hali przylot

ów  na  Berenice  i  Sadie  czekało  dwóch  mężczyzn.  Starsze panie 

przyspieszyły kroku, a Jack ruszył za nimi z torbami. Synowie Berenice i Sadie przywitali go 
serdecznie i namawiali gorąco, by wpadł na wspólny obiad.   

W zamieszaniu omal nie przeoczy

ł  Krysty,  mijającej  właśnie  kierowcę  hotelowej 

limuzyny, 

który  stał  pośrodku  hali,  trzymając  tablicę  z  napisem  „Candy Valentine”.  W 

ostatniej chwili rzucił słowa pożegnania i popędził na złamanie karku za dziewczyną.   

– Candy! – wrzasn

ął.   

Krysta maszerowa

ła  dalej,  nie  zwracając  uwagi  na  jego  okrzyk.  Zaklął  pod  nosem  i 

rozpychając ludzi, gnał w jej stronę. Umówili się, że podczas pobytu w Nowym Jorku nawet 
rozmawiając ze sobą, nie będą używać jej prawdziwego imienia, aby uniknąć pomyłki.   

Dogoni

ł ją w końcu i złapał za rękę. Krysta szarpnęła się, a jednocześnie wymierzyła mu 

cios  torebką,  jakby  oczekiwała,  że  natychmiast  po  przyjeździe  do  metropolii  zostanie 
napadnięta przez gangsterów.   

– To ja! 

– Jack! Ale mnie nastraszy

łeś.   

– Przepraszam. Nie st

ójmy na środku, bo przeszkadzamy innym.   

Z

łapał uchwyt jej walizki i poprowadził ją w spokojniejsze miejsce.   

Krysta opar

ła się o ścianę i odetchnęła głęboko.   

– Ba

łam się, że to napad.   

– Jeszcze raz ci

ę przepraszam. Minęłaś kierowcę, który na ciebie czeka. Goniłem za tobą 

i krzyczałem, ale mnie nie słyszałaś.   

– Nikogo nie widzia

łam.   

– Trzyma

ł tabliczkę z napisem „Candy Valentine”.   

–  No tak.  –  U

śmiechnęła  się  przepraszająco.  –  Muszę  w  końcu  zapamiętać,  kim teraz 

jestem.   

– Nic nie szkodzi. A teraz wracaj i jazda do hotelu.   

– Ale on pewnie zauwa

żył, że go mijam. Co mam mu teraz powiedzieć? 

– Prawd

ę. To twój pseudonim i jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłaś.   

– Masz racj

ę. Zrobię tak, jak mówisz. – Rozejrzała się bezradnie. – Gdzie on jest? 

– To ten facet w mundurze i granatowej czapce.   

– Gdzie? 

Uj

ął Krystę pod ramię, żeby odwrócić ją twarzą we właściwą stronę. Jej ciało było ciepłe 

i jędrne. Kiedy się pochylił, poczuł delikatny zapach perfum.   

– Ach, tak. Teraz go widz

ę. Z ociąganiem cofnął dłoń.   

– Odprowadz

ę cię.   

–  Nie trzeba.  Dam sobie rad

ę.  To  ja  cię  przepraszam,  Jack.  Tyle  się  nasłuchałam  o 

niebezpieczeństwach Nowego Jorku, że zareagowałam odruchowo.   

–  To bardzo dobrze, 

że tak reagujesz. Nie martw się, cały czas będziesz wśród ludzi, a 

nawet w Nowym Jorku bandyci zachowują minimum ostrożności.   

– Uhm. A przy okazji, bardzo mi si

ę podobała twoja książka.   

background image

Ksi

ążka? Ach, tak. Kompletnie zapomniał.   

– Naprawd

ę? 

–  Tak.  Jeste

ś niezłym kochankiem. Przynajmniej na papierze. Do zobaczenia w hotelu, 

Jack.   

Odwr

óciła się i ruszyła w kierunku cierpliwie czekającego kierowcy.   

Jack patrzy

ł  za  nią  z  bijącym  sercem.  Jedno  było  pewne.  Nigdy  w  życiu  nie  widział 

kobiety, 

która poruszałaby się z takim wdziękiem.   

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Krysta z trudem powstrzyma

ła okrzyk zachwytu, gdy znalazła się w swoim apartamencie.   

– Mam nadziej

ę, że będzie pani zadowolona – oświadczył chłopiec hotelowy, wnosząc do 

pokoju walizkę.   

– Tak s

ądzę – odparła.   

– Czy rozpakowa

ć pani rzeczy? 

– Nie, dzi

ękuję.   

Poda

ła  mu  banknot,  który  trzymała  naszykowany  w  dłoni.  Chłopak  przyjął  pieniądze  i 

uśmiechnął się.   

– Dzi

ękuję. Życzę pani miłego pobytu.   

Kiedy zamkn

ął za sobą drzwi, odczekała chwilę i wydała okrzyk zachwytu. Zakręciła się 

wokół, a potem ostrożnie podeszła do przeszklonej ściany. Miała wrażenie, że podchodzi do 
krawędzi przepaści. Głęboko w dole rozciągał się Times Square. Tak jak przewidział Jack, 
miała  Manhattan  dosłownie  u  swych  stóp.  Dałaby  wszystko,  by ojciec i bracia mogli to 
zobaczyć.  Niestety,  powiedziała  wszystkim,  że  jedzie  nad  morze,  nie  będzie  więc  mogła 
nawet zrobić dla nich zdjęcia.   

Cho

ć  przez  kilka  dni  przed  wyjazdem  czytała  przewodniki,  na  widok  gazet  świetlnych 

przesuwających się wokół szczytu trójkątnej Allied Tower ciarki przebiegły jej po grzbiecie. 
Zapadał zmierzch i w oknach stojących wokół drapaczy chmur zapalały się światła.   

Daleko w dole wida

ć  było  strumienie  samochodów  wypełniających  ulice.  Tu,  na 

czterdzieste czwarte piętro, nie dobiegał jednak żaden odgłos ani spaliny. W powietrzu czuć 
było tylko zapach kwiatów w ogromnym wazonie pośrodku stołu. Krysta miała wrażenie, że 
unosi się ponad światem.   

Podesz

ła  bliżej.  Wypełniony  kwiatami  wazon  był  tak  wielki,  że  nie  mogłaby  objąć  go 

rękami. Obok leżała ozdobna karta z napisem: „Witamy w Nowym Jorku, Candy. Manchester 
Publishing”.   

Bukiet by

ł od wydawcy. To jej przypomniało, że nie przyjechała tu na wycieczkę. Nastrój 

rozmarzenia prysł. Rano czeka ją spotkanie ze Stephanie Briggs, a potem trzy dni, podczas 
których  będzie  musiała  grać  rolę  powieściopisarki  Candy  Valentine.  Tymczasem ona nie 
napisała w życiu niczego prócz listów do najbliższych. Bała się, że w Manchester Publishing 
bez najmniejszego wysiłku odkryją całą maskaradę. Wszystko skończy się kompromitacją, a 
ona zrujnuje karierę Jacka. Nigdy w życiu nie popełniła czegoś równie głupiego. Gdyby tylko 
starczyło jej rozumu, to nigdy...   

Dzwonek telefonu tak j

ą wystraszył, że drgnęła niespokojnie. Wydawało się, że dźwięk 

dobiega  zewsząd  naraz  i  dopiero  po  chwili  zauważyła  aparat  na  stoliku  obok  obitej 
kwiecistym  materiałem  kanapy.  Podeszła  z  ociąganiem.  Wiedziała,  że  jeśli  podniesie 
słuchawkę, straci ostatnią szansę odwrotu.   

Nie mia

ła  odwagi  tego  zrobić.  Wahała  się  przez  krótką  chwilę,  a  potem  uciekła  do 

sypialni tylko po to, 

by odkryć, że na stoliku obok wielkiego łoża stoi inny aparat. Nawet z 

background image

łazienki słychać  było  dzwonienie.  Nagle wszystko  ucichło.  Krysta  odetchnęła  i  usiadła  na 
krawędzi łóżka, aby spokojnie pomyśleć.   

Po trzydziestu sekundach wszystkie telefony odezwa

ły się na nowo. Z wahaniem sięgnęła 

po słuchawkę. W ostatniej chwili przyszło jej do głowy, że zawsze może udawać chorobę. 
Tak, 

to był świetny pomysł.   

– Halo? – odezwa

ła się takim głosem, jakby miała zapalenie gardła.   

–  Krysta? Gdzie ty si

ę, na miłość boską, podziewasz? I dlaczego masz taki głos, jakbyś 

właśnie wypiła szklankę zimnego piwa? 

– Och, Jack. My

ślałam, że to Stephanie. Udawałam chorą.   

– A co to znowu za pomys

ł? 

– Strasznie mi zmarz

ły stopy. Chyba... chyba się zaziębiłam.   

– I dlatego nie mo

żesz podnieść słuchawki? Od paru minut czekam, aż odbierzesz telefon.   

– To ty dzwoni

łeś przed chwilą? 

–  Tak,  to ja.  Ju

ż się bałem, że leżysz tam z poderżniętym gardłem, bo zamordował cię 

chłopiec hotelowy. Sam nie wiem, czy mam się wściekać, czy odetchnąć z ulgą. Mniejsza z 
tym. 

W każdym razie cieszę się, że nic złego się nie stało.   

–  Owszem,  Jack.  Sta

ło  się.  Ja  się  do  tego  wszystkiego  nie  nadaję.  Nie  mam  pojęcia  o 

pisaniu i nie mogę...   

– Podaj numer swojego apartamentu, to porozmawiamy na miejscu.   

–  Dobrze,  ale musz

ę  cię  uprzedzić,  że  równie  dobrze  możesz  od  razu  zadzwonić  do 

Manchester Publishing i przyznać się do wszystkiego.   

– Podaj mi numer.   

Poda

ła.   

Czekaj

ąc na Jacka, chodziła niespokojnie po pokoju i układała w myślach mowę na temat 

potrzeby uczciwości i tego, że kłamstwo nie popłaca. W końcu usłyszała stukanie do drzwi. 
Nim je uchyliła, wyjrzała przez wizjer. Już otworzyła usta, żeby zacząć swoją przemowę, ale 
na  widok  nadziei  i  determinacji  malujących  się  na  twarzy  Jacka  głos  uwiązł  jej  w  gardle. 
Liczył na nią i nie mogła go zawieść. To, że się bała, nie miało żadnego znaczenia.   

– Wszystko w porz

ądku? – spytał i spojrzał jej badawczo w oczy.   

– Tak.   

– To dobrze. Wiedzia

łem, że mogę na ciebie liczyć. Zawstydziła się swojej paniki. Jack 

miał dość własnych zmartwień i nie powinna obarczać go dodatkowymi problemami.   

–  Jak ci si

ę tu podoba? – zapytała, żeby zmienić temat. – Ja nie mogę uwierzyć, że to 

wszystko dzieje się naprawdę.   

Jack obrzuci

ł wzrokiem luksusowy pokój.   

– Ca

łkiem nieźle – orzekł. – Manchester najwyraźniej chce zrobić jak najlepsze wrażenie 

na Candy Valentine.   

– Nie ulega w

ątpliwości. To też od nich – wskazała na bukiet.   

– 

Żartujesz? – Podszedł do stołu i przeczytał kartkę. – Bardzo elegancko się zachowali. – 

Przeniósł  wzrok  na  Krystę.  –  To  wnętrze  świetnie  do  ciebie  pasuje.  Najwyraźniej  jesteś 
stworzona do życia w luksusie.   

background image

– Jeszcze nigdy w 

życiu nie byłam w takim miejscu.   

– Trzymaj si

ę Dereka Hamiltona, za kilka lat będziesz to miała na co dzień.   

Nie potrafi

ła powstrzymać niechętnego grymasu na wspomnienie Hamiltona.   

Jack uni

ósł brwi.   

– Czy powiedzia

łem coś niestosownego? 

Uciek

ła przed jego spojrzeniem, podchodząc do okna.   

– Nie wstyd

ź się, Krysto. Staremu kumplowi możesz spokojnie wszystko wyznać.   

Stan

ął obok niej.   

Westchn

ęła. Tak dobrze byłoby móc komuś zwierzyć się z wszystkich wątpliwości. Do 

tej pory nie wspominała nikomu, nawet Rosie, o tym, że nie ma ochoty wiązać się poważnie z 
Derekiem.  Teraz, 

kiedy  przeczytała  powieść  Jacka,  przyszło  jej  do  głowy,  że  właśnie  on 

mógłby ją zrozumieć.   

– Derek wydaje mi si

ę idealnym partnerem – zaczęła, nie odrywając wzroku od napisów 

jarzących się na szczycie Allied Tower. – Wie, czego chce, dąży do celu i może mi pomóc 
także w spełnieniu moich ambicji.   

–  Ca

łkowicie się z tobą zgadzam. Tylko dlaczego zrobiłaś taką kwaśną minę, kiedy go 

wspomniałem? 

–  Ja...  nie lubi

ę się z nim całować. A skoro nie lubię tego, to... nawet nie potrafię sobie 

wyobrazić, jak mogłabym polubić... całą resztę – wyznała cicho.   

Jack milcza

ł. Zerknęła na niego. Patrzył prosto przed siebie ze skupioną miną.   

– S

łyszysz, co mówię? 

– Uhm.   

– Czy my

ślisz, że to jest poważny problem? 

– Jasne.   

– A co powinnam twoim zdaniem zrobi

ć? 

Odwr

ócił się powoli w jej stronę. Był zamyślony i poważny dużo bardziej niż zwykle.   

– Nie mam zielonego poj

ęcia.   

By

ła rozczarowana. Okazało się, że jak przyszło co do czego, nie potrafił jej poradzić.   

– Mo

że po prostu za wiele oczekuję od życia. Wiesz, to jest tak, że kiedy patrzysz na film 

i widzisz ludzi, 

którzy całują się, stojąc na deszczu, to wydaje ci się, że tak właśnie ma być. A 

może to wcale nie jest prawda? 

Spojrzenie Jacka troch

ę złagodniało, a w jego oczach mignął znajomy błysk rozbawienia.   

– Powinna

ś wyciągnąć Hamiltona na spacer w deszczowy dzień i zobaczyć, co będzie.   

– Och, Jack, nie 

żartuj sobie.   

– M

ówię najzupełniej poważnie.   

–  Przede wszystkim nie potrafi

ę  sobie  wyobrazić  Dereka  chodzącego  po  deszczu  bez 

parasola.   

W k

ącikach ust Jacka pojawił się ironiczny uśmieszek.   

– To beznadziejne.   

–  I ty mówisz, 

że  sobie  nie  żartujesz  –  powiedziała  z  wyrzutem.  –  Nie powinnam w 

ogóle...   

background image

–  Owszem, powinna

ś. Po to się ma przyjaciół, żeby u nich szukać rady. Obiecuję ci, że 

się nad tym zastanowię, i coś ci odpowiem. A na razie moglibyśmy się rozpakować.   

– Jasne. – Ruszy

ła w kierunku walizki, ale w połowie drogi zatrzymała się i odwróciła do 

Jacka.  – 

Nie  chciałabym,  żebyś  pomyślał,  że  z  Derekiem  jest  coś  nie  w  porządku.  Może 

gdyby mu ktoś pomógł, mógłby się tego po prostu nauczyć.   

Jack zn

ów patrzył na nią ze śmiertelnie poważną miną i nic nie powiedział.   

– Jak my

ślisz? 

– By

ć może to nie jest problem Dereka, tylko twój. Krysta poczuła, że jej policzki robią 

się gorące.   

– No wiesz! 

–  Nie chc

ę  przez  to  powiedzieć,  że  nie  umiesz  się  całować  czy  kochać  –  odezwał  się 

łagodniejszym  tonem.  –  Chodzi mi o to,  że  po  prostu  cię  nie  pociąga.  Gdyby  tak  było,  to 
cokolwiek zrobi, ni

c z tego nie będzie.   

– Och – uspokoi

ła się trochę. – Myślałam o tym, ale dlaczego nie miałby mnie pociągać? 

Jest przystojny, ambitny, inteligentny i uprzejmy.   

– Mówisz tak, 

jakbyś mu wystawiała oceny. Dobrze wiesz, że miłość nie na tym polega.   

– Nie widz

ę nic złego w tym, że wiem, czego oczekuję po mężczyznach.   

– By

ć może nie oczekujesz tego, czego powinnaś.   

– Dzi

ękuję, ale chyba nie takiej rady się spodziewałam – odparła zniecierpliwiona. – W 

końcu to nie pocałunki są w życiu najważniejsze.   

– Ka

żdy sam najlepiej wie, co jest dla niego ważne.   

–  Na szcz

ęście.  Zapomnijmy o tej rozmowie,  Jack.  Sięgnęła  po  walizkę,  ale nagle 

przyszło jej do głowy, że nie może tak po prostu zająć łóżka. Przecież naprawdę to Jack był tu 
gospodarzem.   

– Mo

żesz spać w sypialni, jeśli chcesz. Ja się prześpię na kanapie.   

– Nie 

żartuj. To ja cię w to wciągnąłem.   

–  I tak b

ędę  jadła  twoje  kolacje  i  pójdę  za  ciebie  do  teatru.  Po za  tym  jesteś  wyższy  i 

byłoby ci tu niewygodnie.   

– Rzucamy monet

ę? 

U

śmiechnęła się. Nareszcie był znowu taki jak zawsze.   

– Dobrze.   

Wyci

ągnął z kieszeni pieniążek.   

– Wygrany 

śpi na łóżku. Orzeł czy reszka? 

– Orze

ł.   

Podrzuci

ł monetę.   

– Wygra

łaś.   

– Naprawd

ę? Pokaż.   

– Nie wierzysz mi? 

Nie wierzy

ła. Nie wiedziała jak, ale czuła, że zrobił coś takiego, żeby to jej przypadło 

łóżko.   

– Dzi

ęki, Jack.   

background image

– Drobiazg. – U

śmiechnął się. – A teraz postawię ci kolację.   

– Nie musisz. Mam pieni

ądze i... Roześmiał się.   

– Zapomnia

łaś, że Manchester wynajął dla ciebie pokój z pełnym utrzymaniem. Możesz 

zamów

ić wszystko, na co masz ochotę, a i tak nie zobaczysz rachunku na oczy.   

 

Wola

łby chyba, żeby Krysta nie mówiła mu aż tak otwarcie o swoich problemach. Żywa 

wyobraźnia, która tak dobrze służyła mu przy pisaniu, stawała się czasem przekleństwem.   

Wstawi

ł torbę do szafy, powiesił kurtkę i rozejrzał się za menu. Krysta jeszcze nie spała z 

Hamiltonem. 

Niewielką miał z tego pociechę, bo i tak najwyraźniej była przekonana, że jest 

dla niej po prostu stworzony, 

i  gotowa  była  złożyć  uczucia  na  ołtarzu  rozsądku.  Przejrzał 

menu i już chciał zadzwonić, gdy przyszło mu do głowy, że powinna to zrobić Candy. Lepiej 
żeby nikt nie wiedział o jego obecności w apartamencie. Podszedł do drzwi sypialni i lekko 
zapukał.   

–  Candy,  kochanie,  przykro mi,  ale to ty musisz z

łożyć zamówienie. – Liczył na to, że 

pod żartobliwym tonem uda mu się przemycić określenie, którego na serio pewnie wolałaby 
nie słyszeć z jego ust.   

Drzwi si

ę otwarły. Krysta miała na sobie bawełniany dres. Była boso.   

– Candy, kochanie – za

ćwierkała, wywracając oczami. – Bądź poważny, Jack.   

Wzruszy

ł ramionami.   

– No dobrze, masz racj

ę. A kiedy przyjadą z kolacją, będziesz się musiał schować. Czuję 

się, jakbym grała w komedii.   

Spodziewa

ł się, że Krysta może być w szlafroku, ale jej strój nieoczekiwanie zrobił na 

nim jeszcze większe wrażenie. Wydawała się tak bliska i naturalna. Przez chwilę zastanawiał 
się, co by zrobiła, gdyby po prostu wziął ją w ramiona. On przynajmniej dobrze wiedział, jak 
całować kobiety. Nie na darmo napisał o tym całą książkę.   

Krysta odgarn

ęła włosy i przyłożyła słuchawkę do ucha.   

– Co zamawiamy? 

Zauwa

żył,  że  zdjęła  kolczyki,  zegarek  i  pierścionek.  Czuł  się  tak,  jakby byli 

małżeństwem. Boże, co za myśl.   

– Sa

łatkę z krabów, szpinak i butelkę Pouilly Fuissć.   

– Chwa

ła Bogu, Jack. Nareszcie zamówiłeś jakieś porządne jedzenie.   

– Kraby i szpinak dla ciebie. Wino dla mnie.   

– O, nie – zaprotestowa

ła. – Chcę cię mieć trzeźwego i najedzonego.   

Jak dla niego, wystarczy

łoby, żeby go po prostu chciała.   

– Uwa

żam, że zasłużyliśmy sobie na wino. Nie musimy wypijać od razu całej butelki.   

To,  co zostanie,  pomy

ślał,  może  mu  się  przydać  jako  środek  nasenny.  Nawyk pisania 

sprawił,  że  zaczął  późno  zasypiać,  w  dodatku  czuł,  że  obecność  Krysty  w  sypialni  obok 
będzie mu spędzać sen z oczu.   

Krysta wykr

ęciła numer.   

– Halo? Tu Kr... Candy Valentine. Chcia

łabym zamówić kolację.   

Po sko

ńczeniu rozmowy Krysta wróciła do sypialni. Jack wypakował z torby szkic nowej 

background image

powieści. Mogłoby się wydawać, że po sukcesie „Dziewczyny z lepszej dzielnicy” jest pewny 
swoich  sił,  ale  tak  nie  było.  Na  pierwszego  czytelnika  nowej  książki  wybrał  Krystę  i  z 
niepokojem myślał o jej opinii.   

Ledwie zabrzmia

ło pukanie do drzwi, Krysta natychmiast pojawiła się w pokoju.   

– Zmykaj do sypialni – szepn

ęła.   

– Ju

ż się robi.   

Cicho zanikn

ął za sobą drzwi. Natychmiast uderzył go zapach jej perfum. Zamknął oczy i 

głęboko wciągnął powietrze. Kiedy je otworzył, zobaczył ogromne małżeńskie łoże zasłane 
sukienkami. Co gorsza, 

na poduszce leżała jej nocna koszula.   

Wiedzia

ł,  że nic dobrego z tego nie wyniknie,  ale  nie  potrafił  zapanować  nad  sobą  i 

podszedł do łóżka. Żółtobiałe stokrotki doskonale pasowały do osobowości Krysty, a miękki 
materiał  zdawał  się  idealnie  wyrażać  potrzebę  lekkiego,  zmysłowego  dotyku.  Hamilton nie 
był facetem, który mógłby uczynić Krystę szczęśliwą. A przynajmniej nie w łóżku. Jack nie 
miał o sobie aż tak dobrego mniemania, by twierdzić, że on by to potrafił, ale bardzo chciałby 
chociaż spróbować.   

Zajrza

ł do łazienki. Na półkach stały równo w rządku flakoniki i słoiczki. Jacka zawsze 

fascynował tajemniczy świat kobiecych kosmetyków, które sprawiały, że delikatne i piękne 
ciała stawały się jeszcze bardziej kuszące. Oparł się ramieniem o futrynę. Na myśl o ukrytych 
w szkle fluidach i czarodziejskich zabiegach, 

którym miały służyć, poczuł palącą aż do bólu 

tęsknotę.   

– Jack? – us

łyszał głos Krysty. – Możesz już wyjść. Przykro mi, że to tak długo trwało, 

ale  nigdy  jeszcze  nie  spotkałam  równie  ślamazarnego  kelnera.  Musiałeś  się  tu  piekielnie 
wynudzić.   

Czy mia

ł jej powiedzieć prawdę? Czuł, że nie jest to dobry pomysł.  Z trudem oderwał 

spojrzenie od fascynujących widoków.   

– Chod

ź jeść – ponagliła go Krysta. – Umieram z głodu. On sam też był w gruncie rzeczy 

głodny.  Sałatka  z  krabów  smakowała  mu  bardziej,  niż  się  spodziewał.  Być  może  życie 
rzeczywiście miało coś więcej do zaoferowania niż frytki i hot dogi. Nawet szpinak nie był 
taki zły.   

– Niez

łe to wszystko – ocenił, gdy już sprzątnął z talerza ostatni kęs.   

– Domy

ślam się, że nie masz czasu na gotowanie.   

– O, tu si

ę mylisz – zaprotestował. – Robię najlepszy popcorn na świecie. Musisz kiedyś 

spróbować.   

–  Popcorn nie jest jeszcze najgorszy.  Zw

łaszcza w porównaniu z hamburgerami, które, 

zdaje się, stanowią podstawę twojej diety. Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, że masz 
siły do pracy, jedząc takie śmieci.   

– Mam znakomit

ą przemianę materii.   

Dola

ł  sobie  wina  i  zwrócił  wzrok  na  widok  za  oknem.  Nowy  Jork  nigdy  dotąd  nie 

wydawał mu się równie fascynujący. A może to po prostu kwestia towarzystwa.   

– Nie przesadzaj z piciem, Killigan. Pami

ętaj, że to nie kieliszek, tylko szklanka do wody 

mineralnej. 

Szklanka ma większą pojemność.   

background image

– Ja te

ż mam sporą pojemność. Krysta westchnęła i pokręciła głową.   

– Czarno widz

ę. Lepiej weźmy się do roboty, dopóki jesteś trzeźwy.   

– Powiedz mi, czy ty zawsze jeste

ś taka praktyczna? 

– Co masz na my

śli? 

–  Wydajesz si

ę  taka  opanowana  i  pewna  tego,  co robisz.  Czy  nigdy  nie  czujesz  się 

oszołomiona tym wszystkim, co się wokół ciebie dzieje? 

Mia

ł wrażenie, że w jej oczach pojawił się na moment wyraz tęsknoty.   

– My

ślę, że nigdy nie było mnie stać na taki luksus.   

– Ka

żdego na to stać. To leży w ludzkiej naturze.   

Jej westchnienie zdradza

ło więcej, niż chciałaby powiedzieć.   

–  No dobrze.  Ja te

ż  jestem  człowiekiem.  Pewnie,  że  czasem  mam  ochotę  cisnąć  to 

wszystko w diabły i zająć się uprawą ogródka czy sama nie wiem czym.   

– Wi

ęc czemu tego nie zrobisz? Zatopiła wzrok w szklance z winem.   

– Boj

ę się, że beze mnie wszystko się rozleci.   

– Chodzi ci o braci? 

– I tat

ę. Od jesieni będzie potrzebował pielęgniarki na cały dzień. Dlatego tak mi zależy 

na awansie. 

Potrzebuję pieniędzy, żeby jej płacić.   

– Znam twoich braci. Nie wierz

ę, żeby nie chcieli ci pomóc.   

– Masz racj

ę. I ukrywam, ile mnie to kosztuje. W przeciwnym razie nie byłabym w stanie 

przekonać ich, żeby się uczyli, zamiast pracować.   

Jack pr

óbował uzmysłowić jej, że nie powinna ponosić takiej ofiary.   

– Nie musisz mi tego wszystkiego m

ówić. Słyszałam to już tyle razy od Rosie, że umiem 

na pamięć. – Umilkła i popatrzyła w okno. – Moja matka byłaby zachwycona tym widokiem.   

– Ca

ły czas za nią tęsknisz.   

–  Nie ma dnia, 

żebym o niej nie myślała. Tak bardzo jej zależało, żebyśmy w życiu do 

czegoś  doszli.  Gdy  była  już  bardzo  chora,  wstałam  kiedyś  w  nocy,  bo  chciało  mi  się  pić. 
Zatr

zymałam się koło jej drzwi i usłyszałam, jak mówi ojcu, że żałuje, że nie ubezpieczyła się 

zawczasu  na  życie.  Polisa  pozwoliłaby  nam  wszystkim  spokojnie  ukończyć  szkoły.  Wtedy 
zrozumiałam, że umrze.   

Jack poczu

ł skurcz w gardle.   

– Tej nocy, kiedy le

żałam w łóżku i płakałam, obiecałam sobie, że zadbam o to, żeby jej 

marzenie się spełniło.   

– I teraz spe

łniasz swoją obietnicę.   

– Musz

ę.   

My

śl,  że  nie  potrafi  jej  pomóc,  napełniała  go  goryczą.  Zdawał  sobie  sprawę,  że 

odpowiedzialność,  jaką  wzięła  na  swoje  barki,  jest za wielka.  Owszem,  poradzi sobie,  ale 
cena, 

jaką jej przyjdzie zapłacić, może się okazać bardzo wysoka.   

– Hamilton m

ógłby wpłynąć na przyspieszenie twojego awansu.   

–  Nie ma o czym m

ówić. Gdyby nie to, że spotykamy się od  paru  miesięcy, wszystko 

wyglądałoby  inaczej.  Ale  teraz  sytuacja  robi  się  coraz  bardziej  niezręczna,  bo Derek 
spodziewa się...   

background image

– Zas

ługujesz na lepszego faceta. – Nie powinien tego mówić, ale wypite wino sprawiło, 

że był gotów powiedzieć więcej, niżby należało.   

–  Derek  ma wy

ższe  wykształcenie  i  wspaniałe  widoki  na  przyszłość.  A w dodatku 

zrobiłby dla mnie wszystko.   

– Je

śli przyznasz mu za to jeden mały przywilej.   

– Przesta

ń, Jack. Nie myślę o tym w takich kategoriach i jestem pewna, że on także nie. 

Odpowiedziałam na jego zainteresowanie i przyjmowałam jego zaproszenia, więc teraz jest 
całkiem naturalne...   

– 

Że spodziewa się zapłaty? 

W zielonych oczach pojawi

ł się złowrogi błysk.   

–  Tego ju

ż za wiele. Nie muszę iść z nim do łóżka po to, żeby wywdzięczyć mu się za 

zapro

szenia do teatru ani żeby dostać awans.   

Na sam

ą myśl, że taki typ jak Hamilton ma zadecydować o tym, czy spełnią się marzenia 

Krysty, 

Jack poczuł bezsilny gniew.   

– Mo

że się nie mylisz. Pamiętaj jednak, że ten niedoskonały świat nie zawsze liczy się z 

nas

zymi nadziejami i byłoby naiwnością nie brać pod uwagę, że Hamilton będzie chciał coś 

dostać za swoją pomoc.   

Spojrza

ła na niego oburzona.   

– Jeste

ś szalony, Jack.   

Zbli

żył twarz do jej twarzy i spojrzał jej prosto w oczy. Miał ochotę porwać Krystę w 

ramiona i przysięgać, że obroni ją przed całym światem. Ale jaką wartość miały w tej chwili 
jego przysięgi? 

– Wydaje mi si

ę, że ty również.   

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Krysta pierwsza odwr

óciła  wzrok.  Jack  w  jakiś  przedziwny  sposób  potrafił  omijać 

bariery, za jakimi 

chroniła się przed światem, a ona, co gorsza, czuła do niego coraz silniejszy 

pociąg. Być może za sprawą rozmowy ojej problemach z Derekiem raz po raz powracało do 
niej  wspomnienie  scen  miłosnych  w  jego  książce.  Krysta  zadawała  sobie  pytanie,  czy to 
możliwe,  żeby  były  czymś  więcej  niż  fikcją,  czy  w  realnym  życiu  możliwa  jest  podobna 
wrażliwość  na  potrzeby  kobiety.  W  końcu,  jeśli  nawet  Jack  nie  był  taki  jak  bohater  jego 
powieści, to mógł być mu bliski, bardzo bliski...   

Nie,  zadecydowa

ła.  Jack  pociągają  fizycznie,  ale  ona  musi  osiągnąć  swój  cel,  a jego 

postawa życiowa prędzej lub później doprowadziłaby ich oboje do katastrofy.   

– Dola

ć ci wina? – zapytał.   

– Nie, dzi

ękuję. Mamy za dużo pracy. Ustalmy plan działania na jutro, a potem pójdę do 

łóżka i przejrzę szkic twojej nowej książki.   

–  Nie musisz tego robi

ć. Powiesz im, że jeszcze nie jesteś gotowa do  rozmowy na ten 

temat, 

a ja wyślę maszynopis pocztą.   

– Ale przecie

ż powieść już jest gotowa, tak czy nie? 

– Sam nie wiem – odpar

ł bezradnie.   

– Wobec tego pozwól, 

że ja to ocenię.   

– Chyba naprawd

ę będzie lepiej, jeśli nad nią jeszcze popracuję.   

– Daj mi to, co masz, Jack. – Wyci

ągnęła dłoń. Nieoczekiwanie wziął ją za rękę, zsunął 

się z krzesła i uklęknął przed nią na podłodze.   

– Wyjd

ź za mnie, Krysto. Wiem, że poza pocałunkiem na deszczu niewiele ci mogę dać, 

ale...   

– Och, na mi

łość boską...   

Wyrwa

ła dłoń, nim zdążył poczuć jej drżenie. Pocałunek na deszczu. Rzucił na nią urok i 

nic nie mogła poradzić, że propozycja małżeństwa, nawet rzucona żartem, przyprawiła ją o 
gwałtowne bicie serca.   

– Jeste

ś niemożliwy. – Zerwała się z krzesła i zaczęła składać talerze. – Daj mi ten swój 

projekt, i to zaraz.   

Podni

ósł się z klęczek.   

– Dam ci, ale w zamian dostan

ę resztę wina.   

– Nie. Najpierw zako

ńczymy nasze sprawy, a potem porozmawiamy o winie.   

– Zaczynam rozumie

ć, dlaczego twoi bracia mówią o tobie „szefowa”.   

–  Mo

że  to  i  śmieszne,  ale  dyscyplina  jest  podstawą  osiągnięć.  Powinieneś  to  zresztą 

rozumieć, bo w końcu sam potrafiłeś się zmusić do pracy po nocach.   

Jack wygrzeba

ł teczkę z maszynopisem, ale ciągle nie mógł się z nią rozstać.   

– Do niczego si

ę nie zmuszałem. Rezygnowałem ze snu, bo kocham swoją pracę, a noce 

spędzone przy pisaniu były równie porywające jak wszystkie noce poświęcone miłości.   

Krysta os

łupiała.   

background image

– Naprawd

ę tak bardzo lubisz to, co robisz? Jack uniósł dwa palce w geście przysięgi.   

– S

łowo skauta.   

– Zazdroszcz

ę ci. – Zasłużył sobie na to wyznanie.   

– Co, oczywi

ście, nie dowodzi, że moje bezsenne noce nie poszły na marne.   

– Nie s

ądzę, żeby tak było. – Wyciągnęła rękę. – No, daj mi wreszcie to swoje arcydzieło.   

– Prosz

ę. Usiądę na gzymsie za oknem. Jeśli książka będzie marna, zastukaj w szybę, to 

skoczę.   

– Jestem pewna, 

że będzie cudowna.   

Niemal wyrwa

ła mu teczkę z ręki, usadowiła się na kanapie i zaczęła czytać.   

Powie

ść „Podstawowe potrzeby” była historią kobiety wychowanej w rodzinie zastępczej 

i polityka nie potrafiącego wczuć się w dolę ludzi, którym przypadł znacznie cięższy niż jemu 
los. 

Bohaterowie  spotykali  się  jako  przeciwnicy,  potem  zostawali  przyjaciółmi,  wreszcie 

kochankami, 

aby  znów  stanąć  do  walki  przeciw  sobie,  gdy w trakcie kampanii wyborczej 

poróżnili się w poglądach na zakres i zadania opieki społecznej.   

Ksi

ążka była porywająca, lecz Krysta nie mogła się skupić, ponieważ Jack  nieustannie 

przemierzał pokój tam i z powrotem. Uniosła głowę.   

– Zajmij si

ę czymś, dobrze? Rozpraszasz mnie.   

– Co mam zrobi

ć? 

– Co chcesz.   

– P

ójdę się przejść.   

–  To nie ma sensu.  Zosta

ło  mi  już  niewiele  do  czytania,  ale  chciałabym  dokończyć  w 

spokoju.   

– W takim razie wezm

ę prysznic.   

Znikn

ął za drzwiami. W chwilę później w łazience zaszumiała woda. Krysta rozsiadła się 

wygodniej  i  powróciła  do  lektury.  Tak  jak  oczekiwała,  książka  była  cudowna.  Postaci 
rysowały się tak wyraziście i sugestywnie, że Krysta czuła, jakby miała przed sobą żywych 
ludzi.   

W

łaśnie  skończyła,  kiedy  Jack  wrócił  z  łazienki.  Biodra  osłaniał  ręcznik,  a na jego 

szerokiej piersi, 

pośród ciemnych, skręconych włosków lśniły krople wody.   

– Wspania

ła książka, Jack – pochwaliła go szczerze.   

– Naprawd

ę ci się podoba? 

–  Tak.  Nie wiem,  czy nie b

ędzie jeszcze lepsza od pierwszej, a przecież „Dziewczyna” 

wzbudziła entuzjazm.   

– Nie masz poj

ęcia, co to dla mnie znaczy. – Na twarzy Jacka pojawiła się ulga i radość.   

Jego u

śmiech  sprawił,  że  Krysta  zupełnie  zapomniała  o  książce  i  wreszcie  dostrzegła 

stojącego  przed  nią  przystojnego  mężczyznę,  w dodatku niemal nagiego.  Mogła  podziwiać 
szerokie ramiona, 

muskularną  pierś  i  płaski  brzuch.  Okulary,  które  zawsze  ją  trochę 

irytowały,  zostały  w  łazience,  a  rozpuszczone  włosy,  zwłaszcza  w  połączeniu  ze  skąpą 
przepaską na biodra, nadawały mu egzotyczny i podniecający wygląd.   

Jad

ąc do Nowego Jorku, uspokajała się myślą, że będzie dzielić pokój z zaprzyjaźnionym 

kolegą jeszcze z czasów szkolnych, którego niemal się nie dostrzega. Jakże się pomyliła! 

background image

Z trudem oderwa

ła  spojrzenie  od  stojącego  przed  nią  Adonisa  i  zaczęła  wertować 

maszynopis.   

– Gdzie

ś tu na drugiej stronie masz literówkę – mruknęła, udając, że nie myśli o niczym 

prócz książki.   

– Naprawd

ę? Kilka razy przejrzałem maszynopis.   

Stan

ął obok, by zajrzeć jej przez ramię. Owinął ją zapach męskiego ciała, mydła i wody 

kolońskiej.   

– Gdzie? 

– O, tu. Napisa

łeś „namiętność”, a nie „namiętność”.   

Że też akurat w tym słowie musiał zrobić błąd, pomyślała.   
– To chyba nic strasznego. Poprawi

ę długopisem. Poczuła jego oddech na policzku. Miała 

ściśnięte gardło, serce waliło jej jak młotem. A przecież nic się właściwie nie działo.   

– P

ójdę po długopis. – Ruszyła pośpiesznie do sypialni, jakby chciała przed nim uciec.   

– We

ź czarny, dobrze? Nie lubię połączenia niebieskiego tuszu z maszynopisem – mówił, 

idąc za nią.   

Obejrza

ła się za siebie. Czuła, że musi coś zrobić, żeby się ubrał.   

– Okna s

ą odsłonięte.   

– Jeste

śmy przecież czterdzieści cztery piętra nad głowami ciekawskich.   

Nie potrafi

ła wymyślić żadnego innego argumentu. A przecież nie mogła powiedzieć, że 

jego półnagie ciało budzi w niej uczucia, które mogą przynieść wyłącznie kłopoty.   

A

ż  nagle  okazało  się,  że  nie  musi  mu  niczego  wyjaśniać.  Mina  Jacka  zdradziła  jej,  że 

zaczyna rozumieć, o co chodzi. Na jego twarzy pojawił się uśmiech męskiej satysfakcji.   

– Dzi

ękuję, Krysto.   

– Za co? 

– Za to, 

że wreszcie mnie zauważyłaś.   

– Jack, ja zawsze...   

–  Ale nie w ten sposób  – 

powiedział,  po czym wyszedł  z  sypialni  i  zamknął  za  sobą 

drzwi.   

Jack postanowi

ł nie kusić losu. Jak dotychczas, szczęście sprzyjało mu bardziej, niż na to 

liczył.  Biorąc  prysznic  i  wychodząc  z  łazienki  z  ręcznikiem  owiniętym  wokół  bioder,  nie 
spodziewał  się  żadnej  szczególnej  reakcji,  a  już  zupełnie  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że 
wprawi Krystę w zakłopotanie.   

Tymczasem je

śli  nawet  dotąd  myślała  o  nim  wyłącznie  jako  o  przyjacielu,  to teraz 

sytuacja się zmieniła. Jack zdawał sobie sprawę, że Krysta sama musi być zaskoczona swoim 
odkryciem, 

i postanowił dać jej czas, aby przywykła do nowej sytuacji.   

Przez reszt

ę wieczoru, podczas gdy omawiali plany na następny dzień, zachowywał się 

więc jak skończony dżentelmen.   

–  Dam Stephanie .  Podstawowe potrzeby”  jutro,  podczas wizyty w wydawnictwie.  – 

Krysta siedzia

ła  na  kanapie,  trzymając  nogi  na  stoliku,  i  popijała  małymi  łykami  wino.  – 

Powinna przeczytać powieść przed naszym wyjazdem.   

– W

ątpię, żeby to zrobiła.   

background image

– A ja my

ślę, że przeczyta. Co więcej, przedstawi propozycję następnej umowy, jeszcze 

nim wyjedziemy.   

Jack siedzia

ł  na  fotelu  naprzeciwko  Krysty.  Kiedy  nie  patrzyła  na  niego,  studiował 

uważnie  jej  twarz.  Wzruszyły  go  piegi,  które  dostrzegł  na  jej  nosie,  gdy  zmyła  makijaż,  i 
drobne, delikatne stopy z pomalowanymi 

na różowo paznokciami. Miał ochotę usiąść obok na 

kanapie, 

ale bał się, że ją wystraszy. Lepiej dać jej czas, żeby się z nim oswoiła.   

Si

ęgnął na stolik i podniósł program wizyty, który Stephanie przysłała razem z biletem na 

samolot.   

– Wizyta u wiza

żystki? Co tam się będzie działo? 

– Nic strasznego, Jack. B

ędziemy wymyślać, jak można by mnie upiększyć.   

– Wcale mi si

ę to nie podoba – orzekł.   

–  To zabawa dla dziewczyn.  Co by

ś  powiedział,  gdybym  wróciła  jutro  z  platynowymi 

lokami? 

Skrzywi

ł się na samą myśl o tym. Uwielbiał jej proste, kasztanowe włosy.   

– Nie daj si

ę przemalować, dobrze? 

– Nie b

ój się, nie zrobię nic szalonego, ale gdybym miała lepiej wyglądać, to czemu nie...   

– Przecie

ż powiedziałaś, że byli zachwyceni twoim zdjęciem.   

–  By

ć może dostrzegli we mnie możliwości, z których ja nawet nie zdaję sobie jeszcze 

sprawy. 

Takimi rzeczami zajmują się dziś profesjonaliści.   

– Moim zdaniem nie maj

ą czego poprawiać – mruknął.   

– Nie martw si

ę, powiedziałam ci już, że nie zrobię niczego wariackiego.   

–  Mam nadziej

ę.  –  Popatrzył  na  nią  tak,  jakby  się  bał,  że  już  teraz,  na jego oczach, 

przeistoczy  się  w  żabę.  –  Potem  masz  sesję  zdjęciową,  a potem teatr.  Jakieś  nowe 
przedstawienie na Broadwayu.   

–  Jak dla mnie,  to mog

łoby  być  i  stare.  Nie  masz  pojęcia,  jak  się  cieszę,  że  w  ogolę 

zobaczę coś takiego.   

– Wierz

ę ci. – Uśmiechnął się. – Potem kolacja. Hm, wygląda na to, że porwą cię na cały 

dzień.   

–  Tak.  I dlatego wzi

ęłam  ze  sobą  dyktafon.  Boję  się,  że  nie  potrafiłabym  powtórzyć 

wszystkiego.   

–  Pami

ętaj tylko, że musisz bardzo  uważać. Gdyby  ktoś się zorientował, że nagrywasz 

rozmowy, 

mogłabyś mieć poważne nieprzyjemności.   

– Nic si

ę nie bój.   

Krysta mia

ła zadowoloną i podekscytowaną minę. Obawy, jakie opadły ją po przybyciu 

do Nowego Jorku, 

minęły bez śladu. Wyglądała jak dziewczynka, która ma zamiar bawić się 

w detektywa.   

–  I 

żebyś  mi  nie  jadł  nigdzie  kolacji.  Sądząc  z  tego,  co  słyszałam  o  nowojorskich 

restauracjach i nadzwyczajnej obfitości posiłków, na pewno coś ci przyniosę.   

–  Na mi

łość  boską,  czy  masz  zamiar  wrócić  z  kieszeniami  wypchanymi  sałatką  z 

homarów? 

Zrobi

ła tajemniczą minę.   

background image

– Jutro sam zobaczysz. W ka

żdym razie znajdę coś dla ciebie. Nie mogę patrzeć na to, co 

jadasz w pracy.   

– Kiedy ja lubi

ę hamburgery i frytki.   

–  Tylko dlatego, 

że  nie próbujesz niczego innego.  Dwa tygodnie mojej kuchni,  a nie 

chciałbyś potem do nich wrócić.   

Nie mia

łby nic przeciwko temu, żeby przez dwa tygodnie dzielić z Krystą stół. A jeszcze 

lepiej  stół  i  łoże.  Wyczuwał,  że  na  razie  jest  jeszcze  stanowczo  za  wcześnie  o  tym 
wspominać. Nawet w żartach.   

Si

ęgnął po butelkę.   

– Nala

ć ci jeszcze wina? 

– Dzi

ękuję. Czeka mnie jutro ciężki dzień i najlepiej zrobię, jeśli pójdę teraz spać.   

Wyobrazi

ł ją sobie, jak zdejmuje dresy, wciąga na nagie ciało koszulę nocną w stokrotki i 

mości się w pościeli. To wystarczyło, by nabrał pewności, że czeka go długa, bezsenna noc.   

Krysta unios

ła się z kanapy.   

– Dobranoc, Jack.   

– Dobranoc.   

Ledwo znikn

ęła za drzwiami, natychmiast pojawiła się z powrotem, obładowana pościelą.   

– Nie powiedzia

łeś, a przecież nie masz tu ani poduszki, ani kołdry.   

Ju

ż chciał odpowiedzieć, że nie sądzi, żeby korzystał z pościeli, ale ugryzł się w język. To 

nie był temat, który by należało teraz podejmować.   

Krysta po

łożyła poduszkę i zręcznym ruchem rozłożyła kołdrę. Spojrzała krytycznie na 

kanapę.   

– Jeste

ś pewny, że nie wolisz spać w sypialni? Będzie ci tu ciasno.   

– O mnie si

ę nie martw. Poza tym, to ciebie czeka jutro ciężki dzień, a nie mnie. Musisz 

dobrze wyglądać i dobrze się czuć.   

– Mo

że to i racja. – Ruszyła w kierunku sypialni, ale znowu sobie o czymś przypomniała. 

– 

Mam ze sobą melatoninę. Nie przyda ci się na sen? 

– Dzi

ękuję, dam sobie radę.   

– Na wszelki wypadek przynios

ę ci kilka tabletek.   

Posz

ła do sypialni i wróciła z plastykową buteleczką w ręku. Wysypała kilka pigułek na 

dłoń i postawiła buteleczkę na stole obok wazonu z kwiatami.   

– Tutaj je zostawiam, gdyby

ś potrzebował.   

– Dzi

ękuję, ale to zbyteczne. Westchnęła.   

–  Jeste

ś czasem strasznie uparty, Jack. A powiedz mi jeszcze, co ty właściwie będziesz 

jutro robił? Nie możesz tu siedzieć przez cały dzień. Pamiętaj, że rano przyjdą sprzątaczki.   

–  Te

ż  pomysł.  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  spędzać  dnia  w  hotelu.  Nowy Jork to 

najbardziej podniecające miasto na świecie. Będę chodził po ulicach, patrzył i słuchał.   

– B

ędziesz zbierał materiał do książki? 

– Mo

żna to tak nazwać.   

– Tak chcia

łabym móc spacerować z tobą – powiedziała z żalem w głosie.   

– Te

ż bym tego chciał.   

background image

Na d

łuższą chwilę zapadło milczenie. Jack czuł, że Krysta równie niechętnie odejdzie do 

sypialni,  jak on pozostanie sam w salonie. 

Wiedział,  że  jest  jeszcze  za  wcześnie  na 

propozycję, by spędzili noc razem.   

Krysta odetchn

ęła głęboko.   

– Dobranoc, Jack.   

– Dobranoc, Krysto.   

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Chwa

ła  Bogu,  że  nie  zapomniałam o melatoninie,  pomyślała  rano,  wyłączając  budzik. 

Zwykle nie miewała kłopotów ze snem, ale tym razem obecność Jacka w sąsiednim pokoju po 
prostu nie dawała jej zasnąć. Nigdy dotąd nie pragnęła żadnego mężczyzny z taką siłą.   

To pragnienie przysparza

ło  jej w dodatku wyrzutów sumienia.  Czuła  się  tak,  jakby 

nadużyła zaufania Dereka. Po namyśle postanowiła unikać wszystkiego, co popychało ją w 
niewłaściwym kierunku, a przede wszystkim nie wracać do powieści Jacka, które nasuwały 
jej tak wiele kuszących wyobrażeń, i zachować bezpieczny dystans, gdy będzie się kąpał.   

Podesz

ła na palcach do drzwi, by zorientować się, czy Jack już wstał. Cisza panująca w 

sąsiednim pokoju dodała jej odwagi, więc uchyliła drzwi.   

Jack le

żał  na  kołdrze,  którą  mu  przyniosła.  Miał  na  sobie  dżinsy  i  rozpiętą  flanelową 

koszulę,  która  odsłaniała  potężną  pierś.  Oddychał  miarowo  i  spokojnie,  najwyraźniej 
pogrążony we śnie.   

Na stoliku le

żały pokryte gęstym pismem kartki. Myśl o tym, że spędził tę noc, pracując 

jak zwykle, 

głęboko  poruszyła  Krystę.  Wyobraziła  go  sobie,  zanurzonego w magicznym 

świecie  swojej  twórczości,  która  wywarła  na  niej  takie  ogromne  wrażenie.  Jak to dobrze, 
pomyślała, że może mu pomóc w osiągnięciu sukcesu.   

Cho

ć jeszcze przed chwilą obiecywała sobie, że nie będzie zaglądać do jego powieści, nie 

mogła się oprzeć ciekawości. Zakradła się na palcach do stolika, usiadła po turecku i wzięła 
do  ręki  plik  kartek.  Od  razu  zorientowała  się,  że  tej  nocy  Jack  napisał  scenę  miłosną 
rozgrywającą  się  między  bohaterami  „Podstawowych potrzeb”.  Gdyby  zachowała  resztkę 
zdrowego rozsądku, odłożyłaby czym prędzej rękopis i wzięła prysznic. I to zimny. Zamiast 
tego, 

pogrążyła się w lekturze.   

Polityk zjawi

ł się właśnie w mieszkaniu bohaterki, która szła już do łóżka i zaskoczona 

wizytą  zdążyła  tylko  narzucić  na  koszulę  nocną  szlafrok.  Zaczęły  się  pocałunki,  szlafrok 
zsunął  się  z  ramion  kobiety  i...  okazało  się,  że  bohaterka  nosi  miękką  nocną  koszulę  w 
stokrotki.   

W tej chwili r

ęka Krysty znalazła się w żelaznym uścisku.   

– Co ty robisz? 

– Ja... obudzi

łam się przed chwilą... zajrzałam tu... i...   

– To moje.  – Wyj

ął jej kartki z ręki i rzucił na stolik. – Nikt nie ma prawa tego czytać, 

dopóki ja na to nie pozwolę.   

W pierwszej chwili zbi

ł ją kompletnie z tropu, ale szybko odzyskała przytomność umysłu.   

–  Ale

ż ty mnie tam wsadziłeś! – oświadczyła oskarżycielskim tonem. – A przynajmniej 

moją koszulę nocną! 

Jack nie wypuszcza

ł jej nadgarstka z uścisku.   

– No i co z tego? Ludzie pytaj

ą, skąd pisarze biorą swoje pomysły. Teraz już wiesz! Czy 

myślisz, że widok twojej koszuli nocnej rzuconej na poduszkę nie pobudza mojej wyobraźni? 
Wyobraźnia jest moim narzędziem pracy, Krysto.   

background image

– Nie przysz

ło mi do głowy...   

– Dlatego ci o tym m

ówię. – Palce Jacka zacisnęły się tak mocno, że Krysta poczuła ból. 

– Nie 

mogłem spać tej nocy. Leżałem tu i wyobrażałem sobie twoją koszulę nocną i ciebie w 

tej koszuli. I bez niej. Co nie zmienia faktu, 

że to, co napisałem, należy do mnie.   

Serce jej wali

ło, gardło miała ściśnięte, ale była gotowa walczyć o swoje prawa.   

–  Naruszasz moj

ą  prywatność,  opisujesz mnie i moje rzeczy,  a ja nie mam prawa 

przeczytać bez twojego pozwolenia tego, co o mnie napisałeś? To niesprawiedliwe, Jack.   

–  My

śl  o  tym,  co chcesz.  –  Jego  głos  zabrzmiał  nieoczekiwanie  stanowczo,  a nawet 

groźnie. – Takie jest prawo pisarzy i nikt nie może go ograniczać.   

–  No c

óż,  będziesz  mi  musiał  wybaczyć.  Nigdy  dotąd  nie  miałam  do  czynienia  z 

pisarzem. – 

Przeniosła wzrok na dłoń zaciśniętą na jej nadgarstku. – A teraz mnie puść, bo za 

chwilę przyjeżdża po mnie samochód z wydawnictwa.   

– Przepraszam, Krysto – odezwa

ł się cicho. – Ja po prostu nie jestem przyzwyczajony...   

– Nie mam teraz czasu na rozmowy – przerwa

ła mu. Właściwie, myślała, dobrze, że stało 

się tak, jak się stało.   

Gdyby wszystko wygl

ądało  tak  słodko jak dotychczas,  to nie wiadomo,  do czego by 

doszło.  W  dodatku  nadarzyła  się  okazja,  by  poznać  obcą  jej  dotąd,  mroczną  stronę  Jacka 
Killigana. 

I to powinno jej dać do myślenia.   

Nim wysz

ła,  Jack  jeszcze  kilkakrotnie  usiłował  zagadnąć  Krystę.  Wszystko na darmo. 

Była  konkretna,  stanowcza  i  w  ogóle  nie  chciała  rozmawiać  o  tym,  co  się  przed  chwilą 
zdarzyło.   

Kiedy zamkn

ęły  się  za  n ią  d rzwi,  przez  dłuższą  chwilę  krążył  wielkimi  krokami  po 

pokoju. 

Był na siebie wściekły. Owszem, Krysta nie powinna czytać tego, co napisał, ale też 

on nie powinien reagować z taką złością. Wszystko przez to, że przywykł do samotności i... 
do pracy na komputerze.  Pisanie polega na nieustannym próbowaniu i poprawianiu, 
formułowaniu myśli i wyrzucaniu zdań, które nie oddają ich w pełni. Dlatego tak lubił pisać 
na  komputerze  i  dlatego  bazgrały,  którymi  pokrył  w  nocy  plik  kartek,  budziły  w  nim 
zażenowanie i złość. Myśl, że Krysta zobaczy nie to, co chciałby jej pokazać, ale pierwsze, 
nieudolne zarysy, 

rozzłościła go bardziej niż samo wtykanie nosa w jego papiery. Zwłaszcza 

że, jak słusznie zauważyła, to on pierwszy naruszył jej prywatność.   

W ko

ńcu usiadł na kanapie i pozbierał porozrzucane kartki. Nie ma co czekać, aż zjawią 

się sprzątaczki. Pora wziąć prysznic i znikać. Być może w ciągu dnia przyjdzie mu do głowy 
jakiś pomysł. W końcu wyobraźnia to jego specjalność.   

 

Krysta poprawi

ła torebkę na ramieniu i pchnęła drzwi. Więc była w siedzibie Manchester 

Publishing. 

Na pierwszy rzut oka wydawnictwo nie różniło się niczym od innych biur. Tylko 

witryna z książkami przypominała o szczególnym charakterze tego miejsca.   

Zza stoj

ącego naprzeciwko wejścia biurka podniosła się młoda brunetka w okularach.   

– Czym mog

ę służyć? 

– Nazywam si

ę... Candy Valentine. – Przez całą drogę powtarzała sobie w myślach swój 

pseudonim, 

lecz wypowiedzenie go na głos okazało się znacznie trudniejszą sprawą.   

background image

Dziewczyna nie zwr

óciła uwagi na wahanie w jej głosie.   

–  Och,  pani  Valentine!  –  ucieszy

ła  się.  –  Czekamy na panią.  Proszę  usiąść,  a ja 

zawiadomię panią Briggs, że pani już jest.   

Krysta usiad

ła na zgrabnym krześle o nowoczesnej linii, sięgnęła do torebki i wcisnęła 

przycisk dyktafonu.   

– Pani Briggs zaraz przyjdzie. Czy wie pani, 

że wygląda pani właśnie tak, jak sobie panią 

wyobrażałam, kiedy czytałam pani książkę? 

– Ja... moj

ą... książkę? 

Bo

że kochany, musi się tego w końcu nauczyć. To ona jest teraz autorką, „dziewczyny z 

lepszej dzielnicy”. To ona, a nie Jack, pisze „Podstawowe potrzeby”.   

–  Tak.  Bardzo bym chcia

ła  pracować  w  redakcji  –  ciągnęła  recepcjonistka  –  więc 

zgłosiłam  się  na  ochotnika  do  czytania  powieści  nadsyłanych  na  konkurs.  Nie ma pani 
pojęcia,  jak  się  namęczyłam,  czytając  te  stosy  śmieci.  Kiedy  trafiłam  na  pani  powieść,  to 
było... jak powiew świeżego powietrza. Świeżego i... gorącego. Potrafi pani pięknie pisać i o 
miłości, i o seksie. To takie rzadkie.   

Krysta z trudem zdoby

ła się na uśmiech. Rano nie dokończyła lektury, ale podejrzewała, 

że nowa scena miłosna Jacka także nie należała do letnich. A teraz w dodatku wiedziała, skąd 
czerpie natchnienie.   

W drzwiach prowadz

ących  w  głąb  biura stanęła  wysoka kobieta w szarym, wełnianym 

żakiecie.  Krysta  podniosła  się  z  krzesła.  Całe  szczęście,  że  włożyła  buty  na  wysokich 
obcasach, 

inaczej czułaby się kompletnie przytłoczona. Stephanie Briggs w swym eleganckim 

żakiecie,  z  krótko  przyciętymi  włosami  i  dyskretnym  makijażem  była  wcieleniem 
wielkomiejskiej ogłady.   

– Wi

ęc to ty jesteś Candy. – Wyciągnęła rękę. – Jestem Stephanie.   

–  Mi

ło mi, że wreszcie się spotykamy. – Krysta odpowiedziała na zdecydowany uścisk 

dłoni.   

Stephanie obrzuci

ła ją taksującym spojrzeniem i uśmiechnęła się z aprobatą.   

–  Dodatkow

ą  przyjemność  sprawia  mi  odkrycie,  że  nie  przysłałaś  nam  zdjęcia  sprzed 

dwudziestu lat, 

co  się  często  zdarza.  Kiedy  cię  zobaczą  w  dziale marketingu,  będą 

zachwyceni.   

– Czy wygl

ąd naprawdę ma takie znaczenie? 

–  To zale

ży.  Większość  autorów  nie  wyróżnia  się  prezencją,  co w niczym nie 

przeszkadza, 

żebyśmy  publikowali  ich  książki.  Ale z drugiej strony fakt,  że  jesteś  młoda  i 

piękna,  stwarza  nam  dodatkowe  pole  do  działania  i  oczywiście  warto  z tego  skorzystać.  A 
teraz  chodź,  pokażę  ci  firmę,  a  przy  okazji  przedstawię  naszym  pracownikom.  Wszyscy 
chcieliby poznać autorkę naszego najbliższego bestselleru.   

Id

ąc za Stephanie przez wysłany dywanami korytarz, Krysta zastanawiała się, co powie 

Jack, 

kiedy  usłyszy  nagranie.  Jej  nieoczekiwanie  duża  rola  w  promocji  książki  może  go 

zirytować. Trudno. Włączyła dyktafon właśnie po to, żeby zdać mu dokładne sprawozdanie 
ze wszystkiego, 

co się wydarzy.   

– Mam ze sob

ą szkic następnej powieści – zaczęła, wyciągając nogi, by dotrzymać kroku 

background image

Stephanie.   

– To 

świetnie, bo już najwyższa pora zastanowić się nad następnym krokiem. O czym to 

będzie? 

Krysta w kilku zdaniach stre

ściła fabułę „Podstawowych potrzeb”. Cały czas czuła się jak 

na egzaminie. 

Miała  wrażenie,  że  nie  potrafi  dość  ładnie  opowiedzieć  książki  Jacka,  ale 

Stephanie najwyraźniej w ogóle tego nie zauważyła.   

– Bardzo ciekawe. Wzi

ęłaś maszynopis ze sobą? 

Krysta si

ęgnęła do torebki i podała Stephanie kopertę.   

– Przeczytam to w pierwszej wolnej chwili.   

– Czy s

ądzisz, że zdążysz to zrobić przed naszym... rozstaniem? – Omal nie powiedziała 

„naszym wyjazdem”, 

mając na myśli siebie i Jacka, ale na szczęście jakoś z tego wybrnęła.   

–  Podziwiam ci

ę, Candy. Mając tyle energii, z powodzeniem obejdziesz się bez agenta. 

Obiecuję ci, że jeszcze dziś wezmę się do lektury.   

– B

ędę ci bardzo wdzięczna. Stephanie roześmiała się i pokręciła głową.   

– Czuj

ę, że będzie się nam dobrze pracowało. A teraz chodź, poznasz resztę zespołu.   

 

Id

ąc Piątą Aleją, Jack zdał sobie sprawę, że będzie musiał nieźle wysilić wyobraźnię, by 

przy swoim ograniczonym budżecie wyszukać jakiś podarek na przeprosiny dla Krysty. Po 
raz pierwszy w życiu uznał, że dobrze jest mieć pieniądze. Na razie wszystko wskazywało na 
to, 

że  aby  zrobić  prezent,  jaki  by  chciał,  powinien  zainwestować  posiadane  drobniaki  w 

kupno kominiarki i straszaka.   

Z westchnieniem oderwa

ł wzrok od wystawy Tiffany’ego i ruszył dalej. Nie stać go na 

nic kosztownego, w

ięc może znajdzie choć coś śmiesznego.   

Trafi

ł  wreszcie  na  coś,  co  wydało  mu  się  odpowiednie.  Odliczył  pieniądze,  zapłacił  i 

wsunął  do  kieszeni  niewielki  pakunek.  Teraz  mógł  ruszyć  na  przegląd  księgarni.  Bez tego 
wizyta w Nowym Jorku miałaby stanowczo mniej uroku.   

Przegl

ądając  półki  pełne  książek,  myślał  o  dniu,  gdy  i  jego  powieść  znajdzie  się  w 

witrynach. Zgoda, 

nikt nie będzie wiedział, że to on jest autorem, ale co z tego. Ludzie będą 

pochłaniać  jego  słowa,  będą  żyć  sprawami  jego  bohaterów,  cieszyć  się  owocami jego 
wyobraźni. To było najważniejsze i to budziło w nim chęć do pracy.   

Nagle us

łyszał  przed  sobą  krzyki.  Z  naprzeciwka  pędził  mężczyzna  w  naciągniętej  na 

oczy czapce. 

Przerażeni ludzie odskakiwali na bok.   

Jack nie mia

ł  czasu  zastanowić  się,  co  robi.  Jednym  skokiem  rzucił  się na  mężczyznę. 

Runęli  na  ziemię.  Okulary  spadły  mu  z  nosa,  ale  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Przycisnął 
wyrywającego  się  mężczyznę  do  chodnika  i  krzyknął,  żeby  ktoś  wezwał  policję.  Po raz 
kolejny poczuł wdzięczność wobec losu, że pozwolił mu znaleźć zajęcie, dzięki któremu nie 
stracił formy.   

Chwil

ę później niemal równocześnie przy krawężniku zatrzymał się samochód policyjny i 

nadbiegł, ciężko dysząc, tęgi mężczyzna w eleganckim płaszczu i kapeluszu.   

Policjanci oddali mu portfel.  Podczas gdy spisywali zeznanie ofiary napadu,  Jack 

usi

łował odnaleźć okulary.   

background image

–  Jeste

ś  bohaterem,  synu.  –  Napadnięty  biznesmen  podszedł  do  Jacka.  –  Płaciłem  za 

taksówkę. Nigdy bym się nie spodziewał, że coś takiego mi się zdarzy. Mam u ciebie dług 
wdzięczności, synu.   

–  Wobec tego,  mo

że  pomógłby  mi  pan  znaleźć  okulary  –  odparł  Jack,  nadaremnie 

usiłując przeniknąć wzrokiem otaczającą go mgłę. – Spadły mi, kiedy się z nim szamotałem.   

– Tutaj. Prosz

ę. – Jakaś kobieta podeszła do nich z okularami w ręku. – Niestety, szkła są 

pęknięte.   

– Cholera.   

–  Niczym si

ę  nie  przejmuj,  chłopcze.  Dwa  kroki  stąd  jest  znakomity  optyk.  Zaraz to 

załatwimy.   

– Nie mog

ę...   

– Mo

żesz śmiało, synu. W portfelu miałem półtora tysiąca dolarów i kartę kredytową, nie 

wspominając o notesie z telefonami i zdjęciach wnuków. Gdyby nie ty, nie tylko straciłbym 
pieniądze, ale narobiłbym sobie w dodatku sporo kłopotów.   

– Mi

ło mi, że mogłem panu pomóc.   

– Wi

ęc bądź tak dobry i pozwól, że ja też zrobię sobie małą przyjemność, sprawiając ci 

nowe okulary.   

Jack nie mia

ł pojęcia, co odpowiedzieć, więc się zgodził.   

– Nie we

ź mi tego za złe – odezwał się biznesmen, już w drodze do zakładu optycznego – 

jestem  ci  ogromnie  wdzięczny  i  nie  chciałbym  wtrącać  się  w  twoje  sprawy,  ale czy nie 
myślałeś o tym, żeby się ostrzyc? 

Jack roze

śmiał się serdecznie.   

– Co

ś mi to przypomina.   

– Pewnie matk

ę.   

– Nie... inn

ą kobietę. Mężczyzna pokiwał głową.   

–  Oczywi

ście  decyzja  należy  do  ciebie,  ale znam znakomitego fryzjera,  więc  gdybyś 

reflektował... A skoro już wybieramy się do optyka, nigdy nie nosiłeś szkieł kontaktowych? 

– Bardzo dawno temu.   

–  Dzi

ś  robią  dużo,  dużo  lepsze.  Możesz  mi  wierzyć.  Są  o  wiele  wygodniejsze  od 

okularów.   

Krysta wywalczy

ła  dwa  klucze  do  apartamentu,  przekonując  recepcjonistę,  że  jest 

wyjątkowo  roztargnioną  osobą.  Jeżeli  nawet  żywił  jakieś  podejrzenia,  to  nie  dał  po  sobie 
niczego poznać.   

Kiedy wr

óciła  do  hotelu  pierwszego  wieczora,  była  ledwo  żywa  ze  zmęczenia.  Nie 

potrafiła  pojąć,  jak  to  możliwe,  że  Stephanie  i  jej  dwaj  koledzy  z  działu  marketingu  są  w 
stanie sp

ędzać w taki sposób wieczory, a następnego dnia na dziewiątą iść do pracy. Ona w 

każdym razie nie potrafiłaby tak funkcjonować.   

Jack ju

ż spał. Odetchnęła z ulgą. Po takim dniu nie miała siły walczyć z pragnieniami, 

jakie w niej budził. Na wszelki wypadek wolała w ogóle nie spoglądać w jego stronę.   

Wypakowa

ła na stół kawałek pieczeni wołowej i bułeczki, zgasiła światło i przeszła do 

sypialni. 

Ktoś,  zapewne Jack,  zapalił  stojącą  na  nocnym  stoliku  lampę,  dzięki  czemu  nie 

background image

groziło jej, że będzie się potykać po ciemku. To było miłe. Ziewnęła i poszła do łazienki.   

Zanim przyst

ąpiła  do  zmywania  makijażu,  przyjrzała  się  sobie  dobrze  w  lustrze. 

Luksusowy fryzjer imieniem Emilio skrócił jej włosy i uczesał ją w całkiem nowy sposób. 
Twierdził, że nada jej uwodzicielski wygląd. Stephanie i jej dwaj współtowarzysze uznali, że 
dobrze wypełnił swoje zadanie.   

Z wizyty u wiza

żysty,  okazało  się  bowiem,  że  jest  nim  mężczyzna,  Rudolfo,  wyszła  z 

cieńszymi  brwiami,  zaskakująco  wyszczuplonymi policzkami i wydatnymi,  czerwonymi 
ustami. 

Podczas  sesji  zdjęciowej  fotograf  imieniem  Frank  poprosił  ją,  żeby  wgryzła  się  w 

dojrzałą  truskawkę.  To  zdjęcie  niekoniecznie  musi  iść  na  okładkę,  dodał,  ale pozwoli jej 
wczuć się w rolę.   

Rano Krysta pr

óbowała wczuć się w rolę pisarki, kiedy nadszedł wieczór, czuła się jak 

dziewczyna z rozkładówki „Playboya”. Książka zeszła stanowczo na dalszy plan, tym, co się 
liczyło,  była  osoba  domniemanej  autorki.  Jeden  dzień  z  głowy,  pomyślała.  Zostały jeszcze 
dwa i do domu. 

Zresztą jej zadanie okazało się jak dotychczas całkiem przyjemne i nietrudne.   

Kiedy wreszcie odzyska

ła własną, naturalną twarz, włożyła koszulę nocną i wróciła do 

łóżka. Dopiero teraz zauważyła, że na poduszce coś leży. Schyliła się i podniosła plastykowe 
serduszko, 

które z powodzeniem mieściło się w dłoni.   

Serduszko ozdobione by

ło hologramem, który oglądany pod światło, ukazywał ozdobny 

wzór. 

Z boku sterczał koniec strzały. Obok leżała złożona na pół kartka.   

Krysta od

łożyła serduszko i podniosła kartkę.   

Kochana Krysto, Zachowa

łem się dziś rano okropnie. Przepraszam Cię z całego serca.   

Jack  Krysta jeszcze raz si

ęgnęła  po  serduszko.  Maleńki  otworek  naprzeciwko  miejsca, 

gdzie wchodziła strzała, sugerował, że można przebić je na wylot. Krysta wepchnęła strzałę 
głębiej i wtedy na wierzchu ukazał się napis.   

Bądź moją walentynką” 

Wstrzyma

ła oddech. Och, Jack.   

Przycisn

ęła  serduszko  do  piersi.  Tyle  razy  widziała  je  dziś  w  ciągu  dnia,  ale  były  po 

prostu  częścią  świątecznej  zabawy.  Teraz  nabrały  zupełnie  odmiennego  znaczenia.  I 
domagały się odpowiedzi, do której nie czuła się gotowa.   

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Jack wprawdzie nie spa

ł, wolał jednak udawać sen. Przez na wpół przymknięte powieki 

obserwował Krystę, kiedy wykładała na stół jedzenie dla niego.   

Mia

ła krótsze włosy. Gdyby tylko było to możliwe, protestowałby przeciw temu, ale nikt 

nie pytał go o zdanie. Zresztą właściwie nie wyglądała źle. W jej nowym wyglądzie było coś 
intrygującego, co gotów był wręcz polubić. Inna sprawa, że podobałaby mu się, nawet gdyby 
ogoliła sobie głowę i wetknęła kolczyk w nos.   

Tym,  co go w niej naprawd

ę pociągało, w ogóle nie był wygląd. Owszem, lubił proste 

włosy  Krysty  i  mógłby  gapić  się  godzinami  w  jej  szmaragdowe  oczy.  Najbardziej jednak 
fascynował go jej nieugięty hart ducha i optymizm, jaki wykazywała w obliczu przeciwności. 
Pragnął pomóc jej dźwigać ciężar, jaki na siebie wzięła. Właściwie było to komiczne, bo jak 
dotychczas ledwo sobie radził z własnymi problemami, a nawet musiał prosić Krystę, by to 
ona pomogła mu w kłopotach.   

Gdy wysz

ła  do  sypialni,  wytężył  słuch  i  oczekiwał  jakiejś  reakcji  na  prezent.  Miał 

nadzieję, że usłyszy jej śmiech na widok taniego cudeńka, które dla niej znalazł, ale dobiegł 
go jedynie szum 

wody w łazience. Może powinien raczej kupić jej jedną, czerwoną różę. Ale 

to byłby gest w stylu Hamiltona. Przypomniał sobie różę, którą zobaczył na jej biurku, gdy po 
raz pierwszy dzwonili do Manchester Publishing.  O,  nie, 

nie  pójdzie  w  ślady  Hamiltona. 

Może w tej rywalizacji przegrać, ale pozostanie sobą.   

Gdyby mia

ł dopisać zakończenie tej sceny, to wzruszona bohaterka wróciłaby do salonu i 

cicho wypowiedziała jego imię, tak tylko, żeby się upewnić, czy śpi. Wtedy mógłby unieść 
głowę, przetrzeć oczy i...   

W sypialni zgas

ło światło. Serce Jacka wypełniło gorzkie, bolesne rozczarowanie. Usiadł 

na kanapie i przesunął ręką po głowie. Dziwne uczucie. Nie tylko Krysta skróciła dziś włosy.   

Przepe

łniała go gorycz myśli, że idąc za radą biznesmena i strzygąc włosy, zrobił kolejny 

bezsensowny krok. 

W gruncie rzeczy Krystę niewiele obchodziło, jak wygląda. Interesował ją 

zupełnie inny mężczyzna, którego nie musiała namawiać na wizyty u fryzjera i w ogóle był 
dla  niej  wcieleniem  doskonałości,  no  może  poza  jednym  punktem  –  mógłby  nauczyć  się 
całować.   

To nasun

ęło Jackowi pewien pomysł. Wiedział, że nie ma do tego prawa, ale odkąd górę 

wzięło urażone ego, był gotów sobie wiele wybaczyć.   

Nast

ępny  dzień  Krysta  ma  wypełniony  równie  dokładnie  jak  ten,  ale  kiedyś  w  końcu 

będzie musiała wrócić, choćby po to, żeby puścić mu nagrane taśmy z rozmowami. A tak się 
składa,  że  będzie  to  Dzień  Zakochanych.  Dobra okazja,  by  poruszyć  temat,  który 
najwyraźniej  żywo  ją  zajmował  i  w  którym  Jack  czuł  się  prawdziwym  ekspertem:  temat 
pocałunków.   

Zastanawiaj

ąc  się  rano  nad  podarunkiem  Jacka,  Krysta  doszła  do  wniosku,  że  nie 

powinna  traktować  go  zanadto  poważnie.  Serduszko  było  nie  tyle  propozycją,  by  przyjęła 
jego  miłość,  ile  raczej  zabawną  formą  przeprosin,  nawiązującą  do  pseudonimu,  pod jakim 

background image

występowała – Valentine.   

A jednak pozosta

ł  jej  niepokój  na  dnie  serca  i  pragnienie,  by  porozmawiać  z  Jackiem. 

Kiedy więc wyszła z sypialni, nie starała się wcale zachowywać cicho, przeciwnie, nastawiła 
ekspres z kawą, bo liczyła na to, że bulgotanie go zbudzi.   

Nic z tego. Ani drgn

ął.   

Zirytowana stan

ęła tuż nad nim, żeby zobaczyć, czy nie udaje, i wtedy zauważyła zmianę 

w jego wyglądzie. Jack leżał na boku, tyłem do niej, więc nie widziała wszystkiego dobrze, 
ale fryzjer, którego odwiedz

ił, z pewnością świetnie znał się na swojej robocie. Jakby czując, 

że ma do czynienia z nietypowym klientem, skrócił włosy Jacka, ale nie na tyle, by pozbawić 
go indywidualnego charakteru. 

To była zupełnie inna fryzura, uświadomiła sobie, niż krótko, 

w woj

skowym stylu przycięte włosy... Dereka.   

A w

łosy Dereka, przyszło jej na myśl, były w jakiś sposób podobne do jego pocałunków 

– krótkie, poprawne i stanowcze.   

Ta refleksja wzbudzi

ła  w  niej  niepokój.  Spojrzała  na  zegarek.  Zaraz  będzie  musiała 

wyjść.   

Wróci

ła do sypialni po dyktafon i czyste kasety. Intrygowało ją, dlaczego Jack ostrzygł 

się  właśnie  w  Nowym  Jorku,  skoro  w  Evergreen  zapłaciłby  znacznie  taniej.  Ale  właściwie 
taka nagła decyzja świetnie pasowała do jego nieobliczalności. To śmieszne, ale przez chwilę 
niemal  żałowała  zmiany.  Przypomniała  sobie,  jak  malowniczo  wyglądał,  kiedy  wyszedł  z 
łazienki, półnagi, z włosami opadającymi na ramiona...   

Narzuci

ła płaszcz i wróciła do pokoju. Podeszła do kanapy i szarpnęła Jacka za ramię.   

–  Obud

ź się, Jack. Ja już wychodzę, a ty też musisz wstać, bo za chwilę mogą przyjść 

sprzątaczki.   

Mrukn

ął coś niewyraźnie i wcisnął twarz głębiej w poduszki.   

– Jack! – Potrz

ąsnęła nim mocniej.   

– Chce mi si

ę spać. Mam takie przyjemne sny.   

– Musisz wsta

ć. Nie możesz tu leżeć przez cały dzień. Przewrócił się na plecy i w końcu 

otworzył oczy.   

– Krysta? 

– Przepraszam, 

że cię budzę, ale już późno. Domyślam się, że to twoja pierwsza od paru 

miesięcy porządnie przespana noc, ale za chwilę przyjdą sprzątaczki.   

Na twarzy Jacka pojawi

ł się błogi uśmiech.   

– Te twoje pigu

łki naprawdę działają.   

– Jakie pigu

łki? 

– Melatonina.   

–  Jednak w ko

ńcu  je  wziąłeś.  Sam teraz widzisz,  że  to  był  dobry  pomysł.  Dziś  też 

powinieneś je zażyć.   

– Bardzo mo

żliwe. – Popatrzył na nią roziskrzonym wzrokiem. – Miałem cudowne sny.   

Krysta przypomnia

ła  sobie,  że  do  efektów  ubocznych  melatoniny  należy  wywoływanie 

erotycznych snów. 

Sama  nigdy  tego  nie  doświadczyła,  ale  Jack  był  najwyraźniej  bardziej 

podatny. 

Zaskoczyło ją to i wprawiło w zakłopotanie. Poczuła, że się rumieni.   

background image

– Melatonina czasem tak dzia

ła. Zapomniałam ci o tym powiedzieć – bąknęła.   

– Szkoda. Gdybym wiedzia

ł, już dawno bym się dał namówić.   

– No dobrze... – Wyprostowa

ła się. – Naprawdę muszę już iść.   

– Szkoda. – Zmierzy

ł ją uważnym spojrzeniem od stóp do głów. – Pięknie wyglądasz.   

Nie wiedzia

ła, co odpowiedzieć. W głowie miała kompletny zamęt.   

– Kiedy b

ędziesz w domu? – zapytał miękko.   

– Nie wiem...   

Serce wali

ło jej jak młotem. Jack nie powiedział „w hotelu”, tylko „w domu”, co miało 

zupełnie  inny,  dużo  bardziej  osobisty  wydźwięk.  I  w  dodatku  wiedziała,  że  powiedział  tak 
rozmyślnie.   

– Nie potrafisz przewidzie

ć, kiedy to się dziś skończy? 

– Stephanie wspomina

ła coś o kolacji, ale może uda mi się wykręcić.   

Oczy Jacka zap

łonęły mocniej.   

–  Rano mamy om

ówić  zmiany  w  „Dziewczynie”  –  odezwała  się  szybko.  –  Myślę,  że 

będziesz chciał przesłuchać taśmy.   

– Tak... B

ędę chciał.   

– Samoch

ód już pewnie czeka.   

– W takim razie do zobaczenia wieczorem.   

– Do zobaczenia. Do twarzy ci w nowej fryzurze.   

– Tobie te

ż.   

– No to do widzenia. – Odwr

óciła się i ruszyła w kierunku drzwi.   

– Krysta? 

– Tak? – Zatrzyma

ła się z ręką na klamce.   

– Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek.   

Odwr

óciła  się  do  Jacka.  Całe  szczęście,  że  już  na  nią  czekają.  Gdyby nie to,  byłaby 

gotowa zapomnieć o wszystkich obawach i rzucić mu się prosto w ramiona, a to na pewno nie 
byłoby mądre.   

– Nawzajem. I dzi

ękuję za prezent – powiedziała i wyszła na korytarz.   

 

Jack wzi

ął  prysznic,  ogolił  się  i  uprzątnął  ślady  swojej  obecności  w  apartamencie. 

Wyjrzał  przez  okno.  Spomiędzy  chmur  błysnęło  blade,  zimowe  słońce.  Świat  natychmiast 
ożył. Było to tym przyjemniejsze, że po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę się wyspał. 
Włożył kurtkę, zabrał ze sobą plik kartek i wyszedł z hotelu.   

Zacz

ął od wizyty w Central Parku. Usiadł na ławce i obserwował przechodniów, szukając 

w nich inspiracji. 

Szybko  odkrył,  że  w  tej  chwili  inspirację  dla  jego  wyobraźni  stanowiła 

wyłącznie jedna osoba, na której widok w parkowej alejce nie mógł, niestety, liczyć.   

Z

łożył kartki i wsunął do kieszeni. Postanowił odwiedzić Metropolitan Museum of Art. 

Kiedyś  przebywał  w  nim  długie  godziny,  podziwiając  ludzką  pomysłowość.  Ttym razem 
jednak znalazł się z powrotem na ulicy po półgodzinie spędzonej na kontemplacji brązowej 
rzeźby „Pocałunek” Rodina i rozmyślaniach o Kryscie.   

Wizyta w Museum of Natural History czy jakimkolwiek innym mia

łaby nie więcej sensu. 

background image

Jack podejrzewał, że nawet Statua Wolności skojarzyłaby mu się w jakiś sposób z Krystą.   

Przez kilka godzin w

łóczył się więc po ulicach, co też okazało się ciężką próbą. Wszędzie 

na wystawach widział walentynkowe dekoracje, w restauracjach i kawiarniach pochylone nad 
stolikami zakochane pary, 

a  te  na  ulicy  całowały  się,  czekając  na  zmianę  świateł  na 

skrzyżowaniach.   

Po po

łudniu odebrał szkła kontaktowe i wrócił do hotelu, by czekać na Krystę. Dopiero 

gdy  znalazł  się  w  salonie,  przypomniał  sobie,  że  tego  dnia  miała  wystąpić  w  talk show 
lokalnej sieci telewizyjnej. Spojrza

ł na zegarek. Program zaczął się przed pięcioma minutami.   

Chwyci

ł pilota i włączył telewizor. Na szczęście zapamiętał kanał, więc nie musiał długo 

szukać. Krysta i prowadząca program siedziały w fotelach na tle wielkiego czerwonego serca 
ozdobionego  białymi  koronkami.  Krysta  miała  na  sobie  seksowną  czerwoną,  skórzaną 
garsonkę, którą zapewne dobrały wspólnie ze Stephanie.   

–  Wi

ęc  przyznaje  pani,  że  Candy  Valentine  to  pani  pseudonim,  ale nie chce nam pani 

zdradzić swego prawdziwego imienia? 

– Wydaje mi si

ę, że nie ma ono w tej chwili żadnego znaczenia – odpowiedziała Krysta.   

– S

łusznie – skomentował Jack.   

– Porzu

ćmy zatem ten tajemniczy wątek i przejdźmy do spraw, o których możemy sobie 

wszystko  powiedzieć,  czyli  do  pani  książki.  Wydawca  dostarczył  nam  fragmenty  powieści 
„Dziewczyna z lepszej dzielnicy”, 

abyśmy  mogli  poznać  pani  styl.  Pisze pani w sposób 

szalenie zmysłowy.   

–  Pisarstwo skoncentrowane na wra

żeniach  zmysłowych  przemawia  do  czytelników  – 

zauważyła Krysta.   

Ładnie  powiedziane,  uznał  Jack.  Nie mógł  sobie  przypomnieć,  by kiedykolwiek o tym 

rozmawiali.   

– Szczeg

ólnie silne wrażenie wywierają pani opisy scen miłosnych – podjęła prowadząca. 

– 

Skąd  biorą  się  pani  pomysły?  –  zapytała  i  zrobiła  przy  tym  taką  minę,  jakby  wymyśliła 

najbardziej oryginalne py

tanie na świecie.   

– Obserwuj

ę rzeczywistość i czerpię z wyobraźni.   

– Pi

ęknie powiedziane – mruknął Jack.   

Podziwia

ł spokój Krysty. Zachowywała się tak, jakby występy przed kamerą były czymś 

najzwyczajniejszym pod słońcem.   

– Pisarki zdaj

ą się mieć szczególny dar wychwytywania wszystkich niuansów miłosnych 

emocji kochanków. 

Czy zgadza się pani z tym? 

–  W 

żadnym  wypadku.  Mężczyźni  także  doskonale  potrafią  opisywać  najsubtelniejsze 

aspekty miłości – odparła Krysia.   

Jack w milczeniu podzi

ękował jej za tę odpowiedź.   

– Mo

że ma pani rację, ale nie jest to męski sposób ujmowania tematu.   

–  Istniej

ą różne typy wrażliwości, ale to nie znaczy, że mężczyźni nie potrafią tworzyć 

pięknych scen miłosnych.   

Prowadz

ąca program roześmiała się.   

– Prosz

ę nam wobec tego podać jakiś przykład.   

background image

– Jack Killigan.   

Jack omal nie spad

ł z kanapy.   

– Nigdy o nim nie s

łyszałam.   

– Nic nie szkodzi. Jeszcze pani o nim us

łyszy.   

– A co on opublikowa

ł? 

Jack zacisn

ął  zęby.  Poczuł,  że  Krysta  lada  moment  wszystko  wygarnie.  Nie  mógł 

uwierzyć własnym uszom.   

– Jak dotychczas nic. Ale jestem pewna, 

że któregoś dnia znajdzie pani jego nazwisko na 

okładkach  książek.  I  mogę  tylko  dodać,  że  jest  autorem  znakomitych,  opisanych  z  wielką 
wrażliwością scen miłosnych.   

Jack wstrzyma

ł oddech. To było ryzykowne. Bardzo ryzykowne.   

– Takiego m

ężczyzny mogłaby sobie dziś życzyć każda z nas.   

Wyt

ężył wzrok. Miał wrażenie, że na twarzy Krysty pojawił się lekki rumieniec, ale nie 

był pewny, czy to nie jest kwestia oświetlenia.   

– Tak – odpowiedzia

ła po prostu Krysta. Serce Jacka uderzyło mocniej.   

–  Nasz czas dobiega ko

ńca.  Ostatnich  dziesięć  minut  spędziliśmy  z  Candy  Valentine, 

zwyciężczynią  konkursu  na  powieść  walentynkową  dla  debiutantów,  ogłoszonego  przez 
wydawnictwo Manchester Publishing. Jej romans , J3ziewczyna z lepszej dzielnicy” 

ukaże się 

równo za rok, w walentynki. Czy tak, Candy? 

– Tak.   

– Nie mog

ę się doczekać. A wszystkim państwu polecam lekturę.   

Na ekranie pojawi

ły się reklamy. Jack zgasił telewizor i zaczął się zastanawiać nad tym, 

c

o usłyszał.   

Krysta powiedzia

ła,  że  pisze  dobre  sceny  miłosne,  ale  to  nie  było  nic  nowego.  Kiedy 

prowadząca program zauważyła, że takiego mężczyzny mogłaby sobie życzyć każda kobieta, 
Krysta  potwierdziła,  ale  też  trudno  byłoby  jej  w  tych  warunkach  powiedzieć  cokolwiek 
innego. 

Chyba żeby rzeczywiście się przy tym zarumieniła. Jeżeli tak było, to miał świat u 

swych stóp.   

 

Przekona

ć Stephanie, że potrzebuje spokojnego wieczoru, nie było łatwo, ale w końcu jej 

się to udało. Tym bardziej że po dwóch intensywnie spędzonych dniach po prostu padała ze 
zmęczenia.  Z  torebką  na  jednym  ramieniu  i  wielką  bombonierką  w  kształcie  serca  od 
Manchester  Publishing  pod  pachą,  zmagała  się  z  zamkiem.  Nagle  drzwi  ustąpiły.  To Jack 
pośpieszył jej z pomocą.   

Krysta nie pami

ętała już, kiedy ostatnio spotkało ją równie ciepłe powitanie.   

– Cze

ść – powiedziała.   

– Cze

ść. – Jack przyjrzał się jej z troską. – Wyglądasz na zmęczoną.   

On sam prezentowa

ł  się  rewelacyjnie.  Nie  wiedziała  dlaczego,  ale  nie  miał  na  nosie 

okularów, 

a  nowa  fryzura  i  porządnie  ogolona,  wyspana  twarz  czyniły  z  niego  zupełnie 

innego mężczyznę.   

– Bo te

ż, szczerze mówiąc, jestem śmiertelnie zmęczona.   

background image

– B

ądź ze mną szczera.   

Jack wzi

ął od Krysty torebkę i bombonierkę, odłożył na stolik i pomógł jej zdjąć płaszcz.   

– To mi

ło. Przez cały dzień kłamię jak najęta. Może dlatego jestem taka znużona.   

Wysun

ęła nogi z pantofli na obcasach i z przyjemnością poruszała palcami stóp.   

– Co powiesz na ciep

łą kąpiel i kolację? 

– 

Że to doskonały pomysł.   

– Wobec tego zam

ów coś do jedzenia, a ja puszczę wodę do wanny.   

Przyjrza

ła mu się. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej nie zauważyła, jak fantastycznie 

przystojnym i seksownym jest facetem? 

– Czy z twoimi okularami co

ś się stało? 

–  Wszystko w porz

ądku.  –  Obdarzył  ją  szerokim  uśmiechem  i  zniknął  za  drzwiami 

sypialni.   

Wzruszy

ła ramionami i zaczęła studiować menu. Jeżeli się nie boi, że na coś wpadnie, to 

w końcu jego sprawa. Jej brak okularów nie przeszkadzał, no może poza tym, że bez szkieł 
spojrzenie Jacka r

obiło na niej dużo większe, wręcz hipnotyczne wrażenie. Im dłużej patrzyła 

mu w oczy, 

tym  bardziej  pragnęła  zapomnieć  o  Dereku,  o  niepewnej  przyszłości  Jacka,  o 

swoich w

łasnych problemach finansowych i rzucić się w życie jak w wielką przygodę.   

Zam

ówiła befsztyk, pieczone ziemniaki, masło i sałatę. Do tego butelkę wina, dzbanek 

kawy i tort czekoladowy. 

Rozpinając guziki żakietu, weszła do sypialni. W drzwiach powitał 

ją szum wody i łagodna muzyka płynąca ze stojącego przy łóżku radia. Wieszając żakiet w 
szafie, 

rzuciła  okiem  na  nocny  stolik.  Lśniące  serduszko  leżało  tam,  gdzie  je  zostawiła 

wczorajszego wieczora. 

Być  może  niedługo  dowie  się,  co  Jack  miał  na  myśli,  robiąc  jej 

prezent. 

Poczuła falę radosnego podniecenia.   

łazienki wyłonił się Jack.   

– Doda

łem do kąpieli parę kropel olejku lawendowego.   

– Dzi

ękuję, to... – urwała. – W jaki sposób znalazłeś go bez okularów? 

Zrobi

ł tajemniczą minę, a potem się roześmiał.   

– Odkr

ęciłem zakrętkę i powąchałem.   

– Ach, tak. Odsun

ął się z przejścia.   

– Wskakuj do wanny, dop

óki woda jest gorąca.   

–  Dzi

ęki,  Jack.  Będziemy  musieli  chwilę  poczekać  na  kolację.  Dziś  są  walentynki  i 

kucharze mają pełne ręce roboty.   

– To nic nie szkodzi. Nie 

śpieszy nam się przecież.   

– To prawda.   

Bo

że,  jak  miło  było  słyszeć  to  „nie  śpieszy  nam  się”.  Być  może  na  tym  polegał  jego 

uwodzicielski urok. 

Krysta  przez  całe  życie  odczuwała  presję  mijającego  czasu.  Tu,  w 

Nowym Jorku, 

bardziej  niż  kiedykolwiek  dotychczas.  Tymczasem  Jack  pozostawał  równie 

spokojny i zrelaksowany jak zwykle. To by

ło w nim bardzo, bardzo miłe.   

– Zawo

łam cię, kiedy przyniosą kolację.   

– Mo

żesz zacząć słuchać taśm, jeśli chcesz.   

–  Dobry pomys

ł.  Aha,  zapomniałbym,  Znakomicie  wypadłaś  w  telewizji.  –  Wyszedł  i 

background image

zamknął za sobą drzwi.   

A wi

ęc widział jej występ. Czy zauważył, jak się zarumieniła? Jeśli nawet tak było, jeśli 

zdawał sobie sprawę z tego, że stał się bohaterem jej marzeń i fantazji, to nie dał po sobie 
niczego poznać.   

Trudno mu si

ę dziwić. Stał na progu nowego, cudownego życia i z pewnością nie miał 

ochoty w

ikłać się teraz w żaden romans. Tak przynajmniej ona czułaby się na jego miejscu.   

Zmy

ła  makijaż  i  zanurzyła  siew  wodzie.  I  znów  pomyślała  o  nim  z  wdzięcznością. 

Idealnie dobrał temperaturę wody i dodał dokładnie tyle olejku, ile trzeba. Czy powinno ją to 
dziwić?  Uwielbiał  doznania  zmysłowe  i  umiał  się  nimi  cieszyć.  Oparła  głowę  o  zwinięty 
ręcznik, który położył na krawędzi wanny, i zamknęła oczy.   

Najpierw odkry

ła, że Jack potrafi doskonale posługiwać się językiem angielskim. Teraz 

zaczynała  zdawać  sobie  sprawę  z  jego  niezwykłej  wrażliwości.  To nie przypadek,  że  po 
mistrzowsku  potrafi  opisać  ludzkie  emocje.  W  gruncie  rzeczy  musiał  je  świetnie  znać  i 
rozumieć. Był ciepły, opiekuńczy i bardzo seksowny. Nigdy dotychczas żaden mężczyzna nie 
zrobił  na  niej  równie  silnego  wrażenia.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  byłby  naprawdę 
idealnym kochankiem. 

Zastanawiając się nad tym, Krysta czuła, jak ogarnia ją coraz większa 

ciekawość.   

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Przes

łuchanie  taśm  pozwoliło  Jackowi  zapomnieć  o  kąpiącej  się  za  ścianą  piękności,  a 

jednocześnie nauczyło go pokory w ocenie wartości własnej pracy. Wydawało się, że uroda i 
urok Krysty miały równie wielki wpływ na powodzenie całego przedsięwzięcia, jak powieść.   

Nie mia

ł pojęcia, w jaki sposób się jej za to odwdzięczyć. Zanim otrzyma honorarium za, 

Dziewczynę z lepszej dzielnicy”, sytuacja Krysty może wyglądać zupełnie inaczej niż w tej 

chwili. 

Być  może  będzie  żoną  Dereka  Hamiltona,  który  wprawdzie  nie  ma  pojęcia  o 

całowaniu, ale może pociągnąć ją za sobą na szczyty kariery. Myśl o tym wprawiała Jacka w 
przygnębienie.   

Na szcz

ęście Krysta operowała dyktafonem tak zręcznie i używała go tak rozsądnie, że 

kiedy  stanęła  w  drzwiach  w  białym  szlafroku,  Jack  miał  już  za  sobą  większość  nagrań  z 
pierwszego dnia. Wy

łączył dyktafon.   

– I jak? Poprawi

ło ci się samopoczucie? 

– Zdecydowanie.   

W pokoju zapad

ła cisza. Żadne nie wiedziało, co powiedzieć. Jackowi przemknęło przez 

myśl,  że  Krysta  jest  prezentem,  który czeka,  aż  ktoś  go  rozpakuje,  i  zastanawiał  się,  czy 
b

ędzie  potrafił  utrzymać  ręce  przy  sobie.  Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Całe  szczęście. 

Może podczas kolacji uda mu się lepiej ocenić sytuację i podjąć jakąś decyzję. Od dawna już 
nie próbował nikogo uwodzić i wolałby nie popełnić jakiegoś głupiego błędu, który popsułby 
wszystko między nimi.   

– Chowaj si

ę – szepnęła.   

Jack bez s

łowa skrył się za drzwiami sypialni. W powietrzu unosił się lawendowy zapach. 

Na łóżku leżały w nieładzie części garderoby, łącznie z koronkowymi majtkami, stanikiem i 
pończochami.  Nigdzie  natomiast  nie  dostrzegł  podwiązek.  I jako pisarz,  i  jako  mężczyzna 
odczuwał ciekawość, jak to jest możliwe, więc podszedł do łóżka i podniósł jedną pończochę, 
by odkryć, że pod koronkowym zakończeniem skrywa się elastyczny pasek.   

Przesuwaj

ąc  jedwabisty  materiał  między  palcami,  wyobraził  sobie  Krystę  wciągającą 

pończochę na drobną stopę z polakierowanymi na różowo paznokciami, na szczupłą łydkę, 
zgrabne  kolano  i  krągłe  udo.  Miał  wrażenie,  że  czuje  ciepło  i  gładką  miękkość  jej  ciała. 
Odłożył pończochę na łóżko, zamknął oczy i odetchnął głęboko. Wyobraźnia, która tak wiele 
mu dała w życiu, stawała się czasem jego przekleństwem. Czuł podniecenie tak silne, że aż 
bolesne. 

Tymczasem nic nie wskazywało,  by miał zaspokoić tego  wieczoru jakieś inne niż 

głód pragnienia.   

Za jego plecami otwar

ły się drzwi.   

– Kolacja na stole – us

łyszał.   

W tej chwili nie m

ógł do niej wyjść.   

–  Zaraz przyjd

ę – odpowiedział i ruszył do łazienki. Opłukał twarz lodowatą wodą, co 

trochę  go  otrzeźwiło,  oparł  się  rękami  o  krawędzie  umywalki  i  spojrzał  w  oczy  swemu 
odbiciu w lustrze.   

background image

–  Uwa

żaj,  Killigan,  bo  dzisiejszego  wieczoru  możesz  z  siebie  zrobić  wyjątkowego 

głupca. Zachowaj spokój, rozumiesz? 

Ta kr

ótka  chwila  przywróciła  mu  zdolność  panowania  nad  sobą.  Otworzył  drzwi i ku 

swemu zaskoczeniu odkrył, że pokój oświetlają tylko stojące na stole świece.   

–  To...  by

ł  pomysł  kelnera.  Zdaje  się,  że  dziś  nawet  osoby  samotne  obowiązuje 

walentynkowy nastrój – 

wyjaśniła mu Krysta, wyłaniając się z cienia.   

W ciep

łym blasku świec wyglądała tak pięknie, że Jackowi zaparło dech w piersi.   

–  Domy

ślam  się,  że  trudno  ci  będzie  jeść  tak  po  ciemku,  zwłaszcza  bez  okularów  – 

odezwała się niepewnym głosem. – Jeśli chcesz, możemy zgasić świece i zapalić lampy.   

– Nie trzeba. Tak jest doskonale.   

Popatrzy

ła na niego, ale kiedy odwzajemnił jej spojrzenie, uciekła przed nim wzrokiem.   

–  Powinni

śmy  przesłuchać  nagrania  razem,  przede wszystkim te dzisiejsze,  dotyczące 

proponowanych zmian. 

Może od razu się do tego zabierzemy.   

–  Jasne.  –  Przez  chwil

ę  miał  nadzieję,  że  czarodziejski,  marzycielski nastrój tego 

wieczoru udzielił się im obojgu, ale najwyraźniej Krysta miała dużo silniejsze niż on poczucie 
rzeczywistości.   

– Zaraz znajd

ę to miejsce.   

Podczas gdy Krysta przewija

ła kasety, Jack podszedł do stołu. Nalał wino do szklanek i 

uniósł pokrywkę półmiska.   

– Befsztyk z ziemniakami? – spyta

ł zaskoczony. – Czy to Nowy Jork tak cię zepsuł? 

– Nie, to ty mnie zepsu

łeś. Wiele by dał, żeby to było prawdą.   

– Czy zatem, skoro mamy tylko jeden n

óż, pozwolisz, że pokroję mięso? 

–  Z przyjemno

ścią.  –  Krysta  usiadła  naprzeciw  niego  i  postawiła  dyktafon  na  stole.  – 

Myślę, że tego powinieneś posłuchać.   

Pokroi

ł mięso i zsunął część na swój talerz. Krysta nałożyła mu ziemniaki i sałatę. Oboje 

byli zbyt poch

łonięci słuchaniem nagrania, by spierać się o zasady podziału.   

Sugestie Stephanie brzmia

ły rozsądnie i nie ingerowały zbyt daleko w kształt książki, a na 

dodatek nie wymagały od niego wiele pracy.   

–  Nie zgadzam si

ę z tobą, jeśli chodzi o pierwszą z poprawek – rozległ się z  głośnika 

stanowczy głos Krysty.   

Jack opu

ścił widelec i spojrzał zdumiony.   

– W rozmowie z ojcem Christine ma wszelkie powody do z

łości – ciągnęła dziewczyna. – 

I nie uważam, że powinna płakać. Ma za mocny charakter, żeby się tak łatwo załamać.   

Jack wyci

ągnął rękę i zatrzymał taśmę.   

– Spiera

łaś się z nią? 

– Co w tym z

łego? Stephanie nie zawsze ma rację.   

– Ale to ona jest redaktorem.   

– Od lat czytam romanse i wiem, czego oczekuj

ą czytelniczki.   

–  Mo

że  i  masz  rację,  ale  debiutant  nie  powinien  kłócić  się  ze  swoim  wydawcą.  A 

zwłaszcza nie od pierwszej uwagi.   

Krysta machn

ęła ręką i sięgnęła do dyktafonu.   

background image

– S

łuchaj dalej. Potem porozmawiamy.   

–  Powiedz mi tylko od razu,  czy za chwil

ę usłyszę, że Stephanie ma tego  wszystkiego 

dosyć i proponuje, żebym poszukał sobie innego wydawcy.   

– Sied

ź cicho i słuchaj. Powiem ci tylko, że Stephanie ustąpiła w trzech na pięć spornych 

miejsc.   

– Bo

że kochany! 

– Co si

ę z tobą dzieje, Jack? Czy ty nie wierzysz w wartość własnej pracy? 

– Jak wida

ć, zdecydowanie mniej od ciebie.   

– Wobec tego ca

łe szczęście, że to ja omawiałam zmiany. To co, możemy jechać dalej? 

– Nie wiem, czym si

ę to skończy. Jesteś niebezpieczną kobietą.   

– Zdaje si

ę, że takiej właśnie ci trzeba. – Krysta uruchomiła dyktafon.   

– A 

żebyś wiedziała – mruknął pod nosem.   

– Co powiedzia

łeś? 

– Nic.   

– Nie burcz, odpr

ęż się i słuchaj. Kiedyś jeszcze mi podziękujesz za moją stanowczość.   

Niewykluczone, ale na razie trudno mu by

ło się odprężyć, zwłaszcza gdy się okazało, że 

kolejne zastrzeżenia Stephanie dotyczą scen miłosnych.   

– Nie b

ędę się przy tym upierać, Candy – usłyszał z taśmy głos Stephanie – ale czy nie 

wydaje ci się, że Jake powinien być bardziej rozgorączkowany, kiedy kocha się z Christine 
pierwszy raz? Przecie

ż wiemy, że bardzo jej pragnie.   

–  Na tym w

łaśnie polega cały urok tej sceny – odpowiedziała Krysta. – Przecież każda 

kobieta zwariowałaby ze szczęścia, gdyby mężczyzna uwodził ją w takim powolnym tempie. 
Umiejętność  panowania  nad  emocjami  sprawia,  że  Jake  jest  tym  bardziej  podniecającym 
kochankiem.   

Jack zaryzykowa

ł spojrzenie na Krystę i uchwycił jej wzrok. Czy naprawdę lśniło w nim 

pożądanie,  czy tylko  igrało  z  nim  światło  świec?  Oddałby  wszystko,  żeby  wiedzieć,  czy 
Krysta czuje teraz to samo co on. 

Dostrzegł na jej policzkach rumieniec. Ledwo słyszał dalszy 

ciąg ustaleń, ledwo czuł smak jedzenia.   

Kiedy rozmowa zesz

ła na temat wywiadu dla telewizji, Krysta wyłączyła dyktafon.   

– No i co my

ślisz? 

My

ślę, że jeżeli nie zechcesz się ze mną kochać, to zwariuję, cisnęło mu się na usta.   

– Uwa

żam, że jesteś nadzwyczajna. – Tyle tylko odważył się powiedzieć. – Wspaniale się 

spisałaś.   

– Dzi

ękuję. Pociągnął łyk wina.   

–  Wiesz,  ta fryzura rzeczywi

ście  jest  udana.  Gdybym  był  z  to b ą

  u  fryzjera, 

protestowałbym, ale teraz widzę, że nie miałbym racji.   

– Ciesz

ę się, że ci się podoba.   

By

ć może to tylko światło świec nadawało jej oczom ten ciepły blask. Może to tylko jego 

własne  pragnienie  kazało  mu  wierzyć,  że  siedząca  przed  nim  kobieta  pragnie  miłości. 
Przyszło mu do głowy, że gdyby podjął temat jej rozmowy w telewizji, to dowiedziałby się 
czegoś więcej.   

background image

– Wspomnia

łaś w swoim wywiadzie...   

–  No i zapomnia

łabym!  –  Nie  dała  mu  dokończyć.  –  Mam odbitki z sesji u fotografa. 

Chcesz zobaczyć? 

– Ch

ętoie.   

No tak.  Nie musia

ł  już  pytać.  Krysta  najwyraźniej  nie  miała  ochoty  na  żadne  osobiste 

rozmowy. 

Podniósł się z krzesła i wziął ze stołu butelkę wina i szklankę.   

– We

ź swój kieliszek – zaproponował – i usiądźmy na kanapie. Będzie nam wygodniej.   

– Dobrze, ale teraz to ju

ż powinieneś włożyć okulary. Stephanie prosiła, żebym wybrała 

te zdjęcia, które najbardziej mi się podobają. Uważam, że powinieneś wziąć w tym udział, bo 
któreś z nich znajdzie się na obwolucie twojej książki.   

– Nie potrzebuj

ę okularów. – Zapalił lampę obok kanapy. Krysta zdmuchnęła świeczki i 

ze szklanką w ręku podeszła do kanapy.   

–  Rozumiem, 

że  są  niewygodne,  ale  chciałabym,  żebyś  dobrze  widział  zdjęcia.  Potem 

możesz je znowu zdjąć.   

– Mam szk

ła kontaktowe. Zamarła na krótką chwilę.   

–  Nie wierz

ę.  –  Usiadła  obok  Jacka  i  spojrzała  mu  w  oczy.  –  Rzeczywiście.  Skąd  je 

wziąłeś? 

– Od optyka.   

By

ła  teraz  tak  blisko,  że  wystarczyłby  niewielki  ruch  i  ich  usta  spotkałyby  się.  Serce 

waliło mu jak młotem. Ale zanim zdobył się na jakikolwiek gest, Krysta cofnęła głowę.   

– Chyba wygra

łeś na loterii. Wczoraj fryzjer, dziś szkła... To musiało kosztować majątek.   

– Nie p

łaciłem za nie. Ja...   

– Nie chcesz mi chyba powiedzie

ć, że wziąłeś je na kredyt. Delikatnym ruchem położył 

palec na jej ustach.  Ten gest  nie musia

ł  niczego  oznaczać,  lecz  mógł  równie  dobrze  być 

początkiem długiej i słodkiej podróży w krainę miłości.   

– B

ądź cicho przez pięć minut, to opowiem ci, co się stało. W oczach Krysty pojawił się 

leciutki cień.   

Mniej spostrzegawczy m

ężczyzna  mógłby  przegapić  tę  zmianę,  ale Jack nie na darmo 

pisał o miłości. Powoli odsunął palec, ale nie odrywał spojrzenia od oczu dziewczyny. Coś się 
zaczynało  między  nimi  dziać  i  Jack  postanowił  ostrożnie  posuwać  się  dalej.  Opowiedział 
krótko o wydarzeniach poprzedniego dnia.   

–  Przecie

ż on mógł cię zabić! – zawołała przestraszona, nie odrywając wzroku od jego 

oczu. – 

Mógł być uzbrojony. Nie powinieneś tego robić.   

– To by

ł odruch. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię.   

– Kiedy pomy

ślę, że możesz znowu zrobić coś takiego, to zaczynam się o ciebie bać.   

– Dlaczego si

ę o mnie martwisz? Zawahała się.   

– Poniewa

ż obchodzi mnie, co się z tobą dzieje.   

–  Czy 

łykam  witaminy,  czy  się  wysypiam  i  tak  dalej?  O  to  ci  chodzi?  –  Z trudem 

zapanował nad rozczarowaniem.   

– Tak... no i czy jeste

ś szczęśliwy... i... i czy spotkasz kogoś, z kim...   

Odczeka

ł chwilę, ale najwyraźniej nie wiedziała, co ma jeszcze powiedzieć.   

background image

– Martwisz si

ę o to, czy się w kimś zakocham? 

–  Ja...  –  Zamkn

ęła  oczy  i  zaczerpnęła  powietrza,  jakby  miała  skoczyć  do  wody.  –  Nie 

zniosę tego dłużej.   

W napi

ęciu czekał, co będzie dalej.   

–  Czego nie mo

żesz  znieść?  –  spytał  łagodnie,  bojąc  się,  co  usłyszy  w  odpowiedzi,  i 

zarazem modląc się, by wreszcie coś powiedziała.   

– Zastanawiam si

ę... – zaczęła z widocznym wysiłkiem, lecz kiedy otworzyła oczy, Jack 

dostrzegł  w  nich  płomień.  –  Czy  ty  potrafisz  całować  tak,  jak to opisujesz w swoich 
książkach? 

Krew hucza

ła mu w skroniach.   

– Tak.   

– Czy m

ógłbyś... pokazać mi? 

Odstawi

ł  szklankę  na  stolik.  Wziął  do  ręki  kieliszek  Krysty,  delikatnie  rozchylił  jej 

bezwładne  palce  i  postawił  kieliszek  obok  szklanki.  Kiedy  obejmował  dłońmi  jej  policzki, 
jego ręce lekko drżały, ale dotknięcie ciepłej skóry przywróciło mu spokój. Nie chciał niczego 
więcej, niż pocałować Krystę tak, jak pragnęła być całowana. Nawet gdyby miało się okazać, 
że nie połączy ich nic prócz tego pocałunku. Niech zapamięta to do końca życia.   

– Zamknij oczy – szepn

ął. – Zamknij oczy i nie myśl o niczym.   

Nigdy nie widzia

ł, by Krysta miała równie niepewną minę jak w tej chwili.   

– Nie wiem, czy mog

ę, Jack.   

– Mo

żesz.   

– Czy... mam ci

ę objąć? 

– Nie musisz. Ja ci

ę obejmę.   

I b

ędę cię trzymał w ramionach tak długo, jak mi na to pozwolisz, dodał w myślach.   

Westchn

ęła i spuściła powieki.   

Przysun

ął usta do jej skroni. Czul pod wargami delikatną niteczkę pulsu. Wdychał zapach 

jej włosów i przesuwał palce pośród jedwabistych pasemek.   

Delikatnie odchyli

ł głowę Krysty i całował zamknięte powieki. Wiedział, że nie powinna 

teraz  na  nic  patrzeć.  Żadne  doznania  nie  powinny  rozpraszać  jej  uwagi.  Powoli  przesuwał 
dłonie ku tyłowi głowy, delikatnie pieszcząc skórę opuszkami palców. Czuła na jego każdy 
gest, 

odchyliła głowę w tył, odsłaniając szyję.   

Pochyli

ł się i złożył pierwszy, lekki pocałunek na jej szyi. Ogrzewał ustami gładką skórę i 

przesuwał rozchylone wargi w  górę.  Czuł, że jej oddech staje się szybszy,  i wiedział, że z 
ka

żdą chwilą narasta w niej ta sama radość, którą i on odczuwa.   

Przesun

ął usta w bok i powoli dotarł wargami do wrażliwego miejsca za uchem. Krysta 

wydała  głębokie  westchnienie.  Skubnął  lekko  koniuszek  ucha  i  przeniósł  usta  na  policzek, 
powoli zmierzając w kierunku ust. Pieścił ją wargami, oddechem, ciepłem zawierającym w 
sobie żar miłości i podsycającym płonący w niej ogień.   

Dobrze wiedzia

ł  o  czymś,  o  czym  Krysta  nie  miała  pojęcia,  nawet  jeśli  się  tego 

domyślała.  Siła  jego  pocałunków  tkwiła  nie  w  technice,  to  były  kompletne  bzdury,  ale w 
miłości, jaką dla niej czuł.   

background image

Przerwa

ł na chwilę, by rozbudzić w niej pragnienie dalszych pieszczot, i opadł wargami 

na jej rozchylone usta. 

W tym pocałunku zawarł wszystkie swoje pragnienia i całą czułość, 

jaka się w nim nagromadziła. Był jak desperat, który pragnie ożywić posąg bóstwa.   

I b

óstwo ożyło pod jego pocałunkami.   

Z westchnieniem uleg

łości  Krysta  przywarła  do niego ustami,  pragnąc,  aby desperat 

przemienił się w zdobywcę, a słodycz pocałunków przerodziła się w pulsującą namiętność. 
Jego wysiłki zostały nagrodzone. Oderwał usta od jej ust. Płonął, ale wiedział, że zbyt wiele 
zależy od tego, co teraz zrobi, by pozwolić sobie na lekkomyślność. Prosił przed chwilą, aby 
nie myślała o niczym. Teraz musiał poprosić ją o coś odwrotnego.   

Jeszcze czeka

ła  na  jego  pocałunki  z  zamkniętymi  oczami  i  rozchylonymi  wargami.  Z 

najwyższym wysiłkiem zapanował nad sobą.   

Kiedy w ko

ńcu uniosła powieki, jej wzrok mógłby stopić stal.   

– Dlaczego przesta

łeś? – zapytała głosem pełnym namiętności.   

– Ka

żdy pocałunek ma swój koniec.   

– I to wszystko? 

– To wszystko, czego chcia

łaś.   

W jej oczach zal

śniło zrozumienie.   

– I oczekujesz, 

że... będę chciała więcej? 

– To w

łaśnie chciałbym usłyszeć od ciebie.   

– Dlaczego? 

–  Poniewa

ż  nie  jestem  wiceprezesem  wielkiej  firmy  i  nigdy  nie  będę.  Ponieważ 

rozumiem, 

że potrzebujesz mężczyzny, który zapewni ci stabilizację finansową, a ja nie mogę 

ci teg

o obiecać. Gdybym był silniejszy, poradziłbym ci, żebyś trzymała się ode mnie z daleka. 

W twoim scenariuszu życiowym nie ma dla mnie miejsca.   

W k

ącikach jej ust pojawił się uśmieszek.   

– To wszystko? 

– Tak.   

–  Podoba

ł  mi  się  twój  pocałunek,  Jack.  –  Ton jej  głosu  był  zupełnie  inny  niż  zwykle, 

namiętny i powolny. – Bardzo mi się podobał.   

Nigdy nie przysz

ło mu do głowy, że Krysta potrafi być tak uwodzicielska. Z biciem serca 

czekał na jej dalsze słowa.   

– I zastanawiam si

ę...   

Zrobi

ła dramatyczną pauzę i uniosła brwi.   

– Zastanawiam si

ę, czy umiałbyś kochać tak, jak to opisujesz w swoich książkach.   

– Tak – odpowiedzia

ł.   

Wsta

ł z kanapy i porwał ją na ręce. Kiedy niósł ją do sypialni, pasek rozwiązał się i poły 

szlafroka opadły. Spojrzał na stokrotki rozsiane po nocnej koszuli.   

– Czy od pocz

ątku tak to wszystko zaplanowałaś? 

– Nie. – U

śmiechnęła się. – Myślałam, że może przydadzą ci się w twojej pracy bliższe 

studia nad techniką zdejmowania koszuli nocnej.   

– Wyrzuci

łem to, co wtedy czytałaś.   

background image

– Jack! To by

ło bardzo dobre! 

–  To te

ż będzie dobre – powiedział i delikatnie ułożył ją na łóżku. – Ale nie wszystkie 

doświadczenia są przeznaczone do druku.   

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Krysta dr

żała w oczekiwaniu na chwilę, gdy wreszcie dowie się, jak to jest kochać się z 

Jackiem. 

Przypomniała  jej  się  scena  z  książki,  w  której  Jake  pierwszy  raz  kocha  się  z 

Chnstine. 

Nagle odkryła zbieżność imion. Jake i Chnstine. Jack i Krysta. Nigdy dotąd o tym 

nie pomyślała.   

Dotkn

ęła palcami jego policzka.   

– Bohaterowie twojej powie

ści...   

– To nie my.   

– Ale imiona. Brzmi

ą niemal tak samo jak nasze.   

– Niemal. – Przesun

ął opuszkami palców po jej ustach. – Wymyśliłem ich podobnych do 

nas, 

bo  dzięki  temu  łatwiej  było  mi  wyobrazić  sobie,  co  się  im  może  przydarzyć.  Ale 

Chnstine nie mogła być tobą, bo nigdy... bo nie znałem cię dostatecznie dobrze.   

– Bo nigdy si

ę ze mną nie kochałeś – dopowiedziała za niego.   

– Tylko w marzeniach.   

My

śl,  że  Jack,  pisząc  książkę,  wyobrażał  sobie,  jak  sicz  nią  kocha,  zaparła  jej  dech  w 

piersi.   

– A Jake? Czy jest tob

ą? 

– Nie.   

– To bardzo... seksowny facet.   

W k

ącikach ust Jacka pojawił się leciutki uśmiech.   

– Czy chcesz powiedzie

ć, że będę musiał sprostać wytworowi własnej wyobraźni? 

– No...   

– Nie my

śl o nim teraz. Jego nie ma. – Przysunął usta do jej ust. – A ja jestem naprawdę.   

Obdarzy

ł ją pocałunkiem, od którego świat zawirował wokół niej.   

Wplot

ła palce w jego włosy i przyciągnęła go do siebie. Wystarczyło, że ją pocałował, a 

już była półprzytomna z podniecenia i gotowa na jego przyjęcie. Drżącymi palcami zaczęła 
zmagać się z guzikami jego koszuli. Jack złapał ją za rękę i dokończył rozpinania guzików 
znacznie  prędzej,  niż  ona  potrafiłaby  to  zrobić.  Przesunęła  dłońmi  po  twardych  muskułach 
jego ramion.   

Oderwa

ł  usta  od  jej  warg  i  spojrzał  wzrokiem,  od  którego  przeszył  ją  dreszcz 

podniecenia. 

Podniósł się z łóżka i wciąż patrząc na nią, zrzucił z siebie ubranie. W miękkim 

świetle  lampki  nocnej  syciła  oczy  widokiem  jego  ciała,  silnego  i  prężnego,  i gotowego do 
miłości. Na widok tego mężczyzny z krwi i kości wszelkie myśli o bohaterach jego książek 
ostatecznie piechrzły.   

Jack schyli

ł się i wyjął z kieszeni spodni maleńki, srebrny pakuneczek.   

Wi

ęc jednak w jakiś sposób przygotował się na to, że będą się kochać, przemknęło jej 

przez 

głowę i ta myśl wzmogła jej podniecenie.   

– Czy to tak

że od optyka? Prezent dołączony do soczewek kontaktowych – mruknęła. – 

To  niegłupie.  Bez  okularów  mężczyzna  robi  się  bardziej  seksowny  i  może  oczekiwać,  że 

background image

przyda mu się...   

– Wiesz co? – Po

łożył się obok niej na łóżku.   

– Co? 

– B

ądź cicho. Raz w życiu zrelaksuj się, nie myśl o niczym i pozwól, żeby ktoś wszystko 

za ciebie zrobił.   

Przez ca

łe życie marzyła o takich słowach. I nie musiała długo czekać, by Jack wcielił je 

w życie.  Więc tak to było, drżeć w oczekiwaniu na dotknięcie mężczyzny. Nigdy tego nie 
zaznała.  Ale  nigdy  dotychczas  nie  spotkała  takiego  kochanka  jak  Jack.  Kochanka,  który 
odgadywał jej najgłębsze pragnienia i widział na wylot każdy nerw jej ciała. Kochanka, który 
pozwolił  jej  zrozumieć,  że  miłość  może  być  sztuką  i  najgłębszym  porozumieniem  dwojga 
ludzi.   

Wyci

ągnął rękę i dotknął wnętrza jej dłoni, jakby była najbardziej wrażliwym miejscem 

jej  ciała.  I  przez  chwilę  rzeczywiście  była.  Potem  przesunął  palcami  po  jej  nadgarstkach  i 
wewnętrznych stronach przedramion,  a  gdziekolwiek  jej  dotykał,  tam  czuła  eksplozję 
rozkoszy olśniewającą jak wybuchające na niebie fajerwerki.   

Kiedy przesun

ął  palcami  po  wewnętrznej  stronie  jej  ramion,  echo tego niesamowitego 

doznania odezwało się aż wewnątrz ud.   

– Poca

łuj mnie – poprosiła.   

– My

ślałem, że choć raz inicjatywa będzie należała do mnie – mruknął.   

–  Czy nie mog

ę mieć próśb? – Starała się zapanować nad  gwałtownie przyśpieszonym 

oddechem.   

– Wezm

ę je pod uwagę. Odetchnęła głęboko.   

– Wi

ęc proszę, pocałuj mnie, Jack.   

Spe

łnił  jej  prośbę,  ale  znów  ją  zaskoczył.  Przesunął  się  wzdłuż  łóżka  i zaczął  całować 

palce jej stóp. 

Kiedy  dotknął  językiem  głęboko  pomiędzy  palcami,  zadrżała.  Usta Jacka 

wędrowały  z  rozkoszną  powolnością  wzdłuż  jej  łydki  do  kolana  i  dalej,  po  wewnętrznej 
stronie uda. 

Miała wrażenie, że to przejmujące doznanie nie ma początku i nie będzie miało 

końca, że będzie trwało i narastało do chwili, gdy nie mogąc go znieść, po prostu oszaleje z 
rozkoszy.   

A tymczasem wci

ąż była w koszuli nocnej. Chciała zedrzeć ją z siebie, ale Jack trzymał ją 

mocno za ręce. I kiedy już miała pewność, że za moment dotrze do miejsca, które otwarło się 
na jego przyjęcie, nagle oderwał usta od jej ciała i położył się obok niej. To było szalone.   

Dopiero teraz uwolni

ł jej ręce i ściągnął jej koszulę przez głowę. Choć jego palce drżały 

lekko, 

gdy  pieścił  jej  piersi,  był  spokojny  i  opanowany.  Ona  tymczasem  nie  umiała 

zapanować nad własnym ciałem, które lgnęło do niego w poszukiwaniu pieszczot.   

Opu

ścił  głowę  i  wziął  jej  pierś  do  ust.  Stało  się  to  tak  nagle  i  było  tak  przejmująco 

zmysłowe, że oczy Krysty wypełniły się łzami.   

Teraz wszystko zacz

ęło się dziać szybciej. Ręce Jacka stały się zdecydowane i namiętne. 

Jakby  czuł,  że  nadchodzi  moment,  kiedy  obietnice  pieszczot  muszą  przemienić  się  w 
ostateczną  rozkosz  spełnienia.  Miała  ochotę  przyciągnąć  go  do  siebie.  Potrzebowała  go. 
Pragnęła, by wypełnił ją swoją męskością, sięgając w najskrytsze głębiny jej ciała.   

background image

Jeszcze raz j

ą  zaskoczył.  Jego usta  przesunęły  się  wzdłuż  brzucha  i  niżej,  a  ręce 

wślizgnęły się pod pośladki. Nim zorientowała się, do czego zmierza, dotknął jej najczulszego 
miejsca i wywołał wstrząs, jakiego nie mógłby spowodować w żaden inny sposób. To stało 
się tak nagle, że nie potrafiła zapanować nad sobą. Cały świat rozsypał się na kawałki, jakby 
nast

ąpiło  trzęsienie  ziemi.  Zacisnęła  ręce  na  jego  włosach  i  wydała  nie  kończący  się  jęk 

rozkoszy.   

Kiedy odzyska

ła świadomość, Jack leżał znów u jej boku. Odsunął jej z twarzy włosy i 

obsyp

ał pocałunkami. Nie była w stanie wykrztusić słowa, ale czuła, że on doskonale wie, co 

się z nią dzieje.   

Popatrzy

ła mu w oczy.   

– Aleja chc

ę...   

Przesun

ął ustami po jej wargach.   

– To cudownie. Boja te

ż.   

Poczu

ła na jego ustach smak własnego ciała.   

– Chc

ę ciebie.   

Obrysowa

ł jej usta czubkiem języka.   

– To brzmi jak rozkaz.   

– Och, nie z

łość mnie! 

U

śmiechnął  się  i  bez  słowa  sięgnął  na  nocny  stolik.  Cichy szelest rozdzieranego 

opakowania był dla niej najbardziej podniecającym dźwiękiem na świecie.   

– Chod

ź do mnie – szepnął.   

Obj

ął ją ramieniem i pociągnął na siebie. Posłusznie zrobiła, czego po niej oczekiwał.   

– Dlaczego tak? – spyta

ła.   

– 

Żebyś teraz ty o wszystkim decydowała.   

– Naprawd

ę tego chcesz? 

– Naprawd

ę.   

Patrz

ąc  mu  w  oczy,  opuściła  biodra  i  odkryła  nieoczekiwaną  przyjemność  w  takim 

ułożeniu ich ciał. Zaczęła unosić się i opadać nad nim, ani na chwilę nie odrywając od niego 
spojrzenia.   

To by

ło  niesamowite.  Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że  robi  właśnie  to,  czego 

pragnęła.  Po raz kolejny Jack nauczył  ją  czegoś  o  niej  samej.  Oparła  się  dłońmi  na  jego 
ramionach i obserwowała, jak w jego oczach rozpala się ogień. A jednocześnie poczuła, że to 
właśnie pozwoli jej przeżyć jeszcze raz rozkosz, której już nie oczekiwała.   

Ale przede wszystkim chcia

ła  podziękować  mu  za  to,  co  jej  dał.  Poruszała  się  w  rytm 

jego oddechów, 

słuchała  narastającego  w  głębi  jego  piersi  jęku  rozkoszy  i  odpowiadała  na 

mimowolne ruchy jego ciała. Odkrywała w nim znaki, które pozwalały jej odczuć to samo, co 
on czuł. Miała wrażenie, że stapiają się ze sobą w jedno. Byli razem. I to nawet bardziej, niż 
się jej wydawało. Gdy  wydał spazmatyczny jęk rozkoszy,  nagle zapomniała o wszystkim i 
poczuła,  że  towarzyszy  mu  w  tym  nieprawdopodobnym  locie  ponad  światem,  jakby byli 
jednym ciałem, jednym sercem i jedną duszą.   

Opad

ła na niego i położyła mu głowę na piersi. Czuła bicie jego serca. Nic, nawet lektura 

background image

powieści Jacka nie przygotowała jej na to, co przeżyła. Chciała powiedzieć mu, co czuje, ale 
uświadomiła  sobie,  że  w  żaden  sposób  nie  potrafi  tego  wyrazić.  Tylko  on  potrafił  nazwać 
każdą, nawet najsubtelniejszą emocję. I samo jego zachowanie pozwalało jej przypuszczać, że 
doskonale wiedział, co się z nią dzieje.   

Zamkn

ęła oczy. Wyciągnął rękę i pogładził ją po głowie. Po raz pierwszy w życiu Krysta 

poczuła się całkowicie, absolutnie spokojna i bezpieczna.   

 

Jack nie by

ł pewny, jak rozumieć milczenie Krysty. Do tej pory zawsze jasno i otwarcie 

mówiła  mu  o  swoich  uczuciach.  Teraz  było  inaczej.  Od  kilku  minut  leżała  bez  ruchu,  nie 
odzywając  się  ani  słowem.  On  sam  też  potrzebował  czasu,  żeby  ochłonąć,  ale zachowanie 
Krysty odebrało mu pewność siebie.   

Wiedzia

ł, że jest dobrym kochankiem, i zdawał sobie sprawę, że przeżyli wspólnie coś 

niezwykłego, ale z drugiej strony to Krysta stworzyła sytuację, w której czuł się trochę jak na 
egzaminie i byłoby lepiej, żeby powiedziała choć parę słów.   

No c

óż,  skoro  nie  miała  mu  nic  do  powiedzenia,  to  nie  było  sensu  dłużej  czekać. 

Zaproponował, by obejrzeli zdjęcia. Zapalił drugą lampkę, ułożył się obok Krysty, podał jej 
bombonierkę i sięgnął po fotografie.   

– To moje ulubione.   

Poda

ła mu zdjęcie, na którym siedziała na krześle bokiem do obiektywu, z nogą założoną 

na nogę, ale twarzą zwróconą do patrzącego. Na widok jej miny Jack poczuł, że skręca go 
zazdrość.   

– Jak on to zrobi

ł, że tak na niego spojrzałaś? 

– Czy ja m

ówiłam, że to był fotograf? 

– Nie, ale za

łożę się, że tak było.   

–  Masz racj

ę. Poradził mi, żebym pomyślała o  najbardziej seksownym  facecie, jakiego 

znam.   

– I co? 

Si

ęgnęła do pudełka po czekoladkę, jakby nie zauważyła, że czeka na odpowiedź.   

– To te

ż jest niezłe.   

Poda

ła  mu  zdjęcie,  na  którym  stała  oparta  o  kolumnę,  w  długim  białym  płaszczu  z 

futrzanym kołnierzem otulającym jej policzki. W rękach trzymała bombonierkę w kształcie 
serca, 

tę  samą,  która  teraz  leżała  obok  nich  na  łóżku.  Rozgryzła  czekoladkę,  odsłaniając 

kremowe wnętrze.   

– Nugatowa. A kt

órą...   

– Ciekaw jestem, kto to by

ł? – Jack nie miał zamiaru dać za wygraną.   

–  Kto by

ł  kim?  –  Wsunęła  do  ust  resztę  czekoladki  i  spojrzała  na  niego  niewinnym 

wzrokiem.   

– Tym facetem. Najseksowniejszym, jakiego znasz.   

– A to? Popatrz na to! 

– P

óźniej. – Chwycił zdjęcia i odsunął poza zasięg jej ręki.   

– Nie b

ądź taki.   

background image

– Wi

ęc mi powiedz.   

– Mel Gibson.   

– Ach, tak. A dlaczego akurat on? 

– Widocznie nie widzia

łeś filmu „Braveheart”. Gdybyś widział, nie musiałbyś pytać.   

Odwr

ócił się bokiem, tak aby mieć łatwiejszy dostęp do jej ciała, i położył jej dłoń na 

brzuchu.   

–  Nie wierz

ę  ci.  Mel  Gibson  jest  tylko  postacią  z  ekranu,  a  nie  kimś,  kogo znasz.  – 

Przesunął dłoń nieco w dół i poczuł, że ciało Krysty samo odpowiada na jego pieszczotę. – 
Przyznaj się, o kim myślałaś? 

– Ja... – W

łożyła czekoladkę do ust. – Kiedy tak mi robisz. .. to w ogóle przestaję myśleć.   

Da

ło mu to pewną satysfakcję, ale chciał usłyszeć z jej ust prawdę. Miarowymi ruchami 

ręki  prowadził  ją  z  powrotem  na  szczyty  rozkoszy,  patrząc,  jak  jej  oczy  zasnuwa  mgła. 
Rozchyliła usta.   

– Lepiej mi to oddaj, zanim si

ę zakrztusisz – szepnął.   

– Nie.   

–  Tak.  –  Pochyli

ł  się,  wsunął  jej  język  do  ust  i  wyłowił  językiem  grudkę  nugatowego 

nadzienia.   

– Oddaj.   

Pos

łusznie  wsunął  język  z  powrotem.  Krysta  głęboko  westchnęła  i  zacisnęła  palce  na 

ramionach Jacka.   

– Wi

ęc o kim myślałaś? 

– O... o tobie! 

Kiedy ju

ż  osiągnęła  szczyt,  wtuliła  się  w  niego  i  przez  długą  chwilę  leżała  bez  ruchu. 

Sądził już, że zasnęła, kiedy poczuł jej dłoń sunącą powoli w górę po jego udzie.   

– Wymusi

łeś na mnie zeznania za pomocą tortur – szepnęła głosem jedwabistym jak jej 

pończochy. – Teraz ja cię pomęczę.   

Powiedzia

łby jej wszystko, co chciałaby usłyszeć, ale wiedział, że nie o to teraz chodzi.   

– Niczego ze mnie nie wydusisz.   

–  Zobaczymy  –  szepn

ęła  obiecującym  tonem.  Zacisnął  zęby,  ale  i  tak  nie  potrafił 

powstrzymać westchnienia.   

– Kiedy kupi

łeś prezerwatywy? 

– Co za r

óżnica? 

–  Chc

ę  wiedzieć,  kiedy  zaplanowałeś,  że  mnie  uwiedziesz.  Pieściła  go  powolnymi 

ruchami, 

od  których  przechodziły  mu po całym  ciele  rozkoszne  dreszcze.  Już  był  bliski 

spełnienia, gdy uniosła głowę.   

– Wi

ęc kiedy? – Popatrzyła mu w oczy i zatrzepotała rzęsami.   

Zacisn

ął  zęby  i  oddychał  głęboko.  To  był  błąd.  Usłyszał  odgłos  dartego  celofanu. 

Używając  zębów  i  wolnej  ręki,  Krysta  rozdarła  opakowanie  prezerwatywy  i  powoli, 
pieszczotliwym ruchem nasunęła ją na jego pulsującą męskość.   

– Powiesz czy nie? 

Chwyci

ł ją w ramiona i przewrócił na plecy. Zacisnęła uda.   

background image

– Dopiero, kiedy mi powiesz.   

Nigdy w 

życiu nie wziął kobiety siłą, lecz teraz, po raz pierwszy, poważnie zastanawiał 

się, czy tego nie zrobić. Nie umiałby.   

– Kiedy zgodzi

łaś się przyjechać tu ze mną.   

– Ju

ż wtedy? 

–  Och,  to by

ło szaleństwo, a nie żaden  plan. Nie spodziewałem się, że zrobimy z nich 

użytek.   

– Najwyra

źniej się myliłeś.   

– Na to wygl

ąda.   

– Wiesz, jak si

ę przy tobie czuję? 

– Uhm? 

– My

ślałam, że to dla ciebie oczywiste.   

– Nie.   

– Czuj

ę się tak... tak jak nigdy i z nikim. Czuję, że nie umiem ci dać tego, co dostaję.   

Spojrza

ł na nią z niedowierzaniem.   

–  Naprawd

ę? Jesteś najpiękniejszą, najbardziej podniecającą i najwspanialszą kochanką, 

jaką kiedykolwiek miałem.   

Westchn

ęła i poruszyła biodrami.   

– Kochaj mnie, Jack. Kochaj mnie do samego rana.   

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Krysta ziewn

ęła i przeciągnęła się leniwie. Natrafiła na coś stopą i strąciła to na podłogę. 

Wyjrzała  za  krawędź  łóżka.  Na  dywanie  leżała  wywrócona  do  góry  dnem  bombonierka  i 
czekoladki. 

Przeniosła wzrok na nocny stolik i jednym susem wyskoczyła z łóżka.   

– O Bo

że! – Wdepnęła prosto w czekoladkę. – Cholera! Niech to diabli! 

– Widz

ę, że nie kochasz poranków – wymamrotał Jack i uniósł głowę znad poduszki.   

Nie zwr

óciła  na  niego  uwagi.  Stanęła  na  jednej  nodze,  aby  usunąć  jakoś  z  drugiej 

czekoladowo-

nugatową masę, ale straciła równowagę i ratując się przed upadkiem, rozdeptała 

kolejną czekoladkę.   

– Nienawidz

ę słodyczy jęknęła.   

Balansuj

ąc na piętach, ruszyła w kierunku łazienki.   

– Za kwadrans przyje

żdża samochód.   

– To mnóstwo czasu – 

zauważył ze stoickim spokojem.   

– Daruj sobie te uwagi – burkn

ęła.   

Odwr

óciła  się,  by  zgromić  go  wzrokiem,  ale  na  widok  jego  promiennego  uśmiechu 

natychmiast  złagodniała.  Może  nie  było  to  rozsądne,  ale  najwyraźniej  go  pokochała.  Czy 
miała to sobie wyrzucać? Jack był mężczyzną, o jakim marzyła przez całe życie.   

–  Z przyjemno

ścią  pomogę  ci  się  uwolnić  od  czekolady  –  zaproponował  z  miną 

niewiniątka.   

Wiedzia

ła,  że  chętnie  by  to  zrobił.  Sama  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu.  Nie 

przeszkadzałoby  jej  nawet,  gdyby  najpierw  rozsmarował  na  jej  ciele  całą  zawartość 
bombonierki, 

ale w tej chwili mieli na głowie ważniejsze sprawy.   

–  Za czterna

ście  minut  –  przypomniała  mu  –  przyjedzie po mnie samochód.  Jestem 

umówiona  na  śniadanie  i  zależy  mi  na  tym,  żeby  nie  stracić  reputacji  przytomnej  i 
odpowiedzialnej osoby.   

– To jest w

łaśnie najgorsze w reputacji. Że trzeba o nią dbać. Może byłoby lepiej...   

–  To naprawd

ę  ważne  spotkanie,  Jack.  Spodziewam  się,  że  Stephanie  zaproponuje  mi 

podpisanie umowy na „Podstawowe potrzeby”.   

– M

ówisz poważnie? 

– Najpowa

żniej.   

– Czy masz zamiar negocjowa

ć warunki? 

– Oczywi

ście.   

– Nie podoba mi si

ę to.   

– Nie b

ój się. Będę rozsądna.   

– Tak jak poprzednio, kiedy 

żądałaś podwojenia stawki honorarium? 

– Czy masz jakie

ś zastrzeżenia do pierwszej umowy? Słuchaj, Jack, naprawdę nie mamy 

teraz czasu na gadanie.   

Wesz

ła  pod  prysznic.  Jack  stanął  w  drzwiach,  najwyraźniej  zamierzając  kontynuować 

r

ozmowę. Kiedy spojrzała na jego muskularne, fantastycznie zgrabne ciało, poczuła pokusę, 

background image

by wciągnąć go do siebie pod prysznic.   

–  Pozbieraj czekoladki,  dobrze?  –  Jedynym sposobem,  by wytrwa

ć  na  wąskiej  ścieżce 

cnoty, 

było stracić go czym prędzej z oczu.   

Obrzuci

ł ją rozczarowanym spojrzeniem, ale posłuchał.   

Po powrocie do pokoju zasta

ła  go  klęczącego  na  podłodze.  Wrzucał  czekoladki  do 

pudełka. Kiedy mijała go, idąc w stronę szafy, chwycił ją za kostkę.   

– Jack, ja...   

– Dzie

ń dobry.   

Nie umia

ła  się  na  niego  złościć.  I  nie  mogła  odżałować,  że  nie  nastawiła  budzika. 

Wystarczyło jedno jego dotknięcie, by znów chciała się z nim kochać.   

– No i rzuci

łam cię w końcu na kolana.   

– Tak – przyzna

ł i tym razem brzmiało to całkiem poważnie. – Dziękuję ci za cudowną 

noc, Krysto.   

– Dla mnie tak

że była to cudowna noc, Jack. Delikatnie pieścił kciukiem jej stopę.   

– Jak to d

ługo będzie trwało? 

–  Nie wiem dok

ładnie.  –  Poczuła  falę  gorąca,  która  objęła  całe  jej  ciało.  –  Wiesz,  co 

zrobię? Powiem Stephanie, że muszę wrócić do hotelu i zastanowić się nad jej propozycją. Po 
pierwsze, 

taka  zwłoka  może  nam  wyjść  tylko  na  dobre,  a po drugie,  będziesz  mógł 

powiedzieć, co sądzisz o proponowanych warunkach umowy.   

Na twarzy Jacka pojawi

ł się szeroki uśmiech.   

– Jeste

ś geniuszem negocjacji.   

– A ty jeste

ś niepoprawny.   

– To moja najwi

ększa zaleta.   

– Ca

łkiem możliwe, że masz rację – przyznała. – Teraz już mnie puść. Muszę się ubrać.   

–  Szkoda  –  powiedzia

ł,  ale  puścił  jej  stopę.  –  A  gdzie  właściwie  umówiłaś  się  ze 

Stephanie? 

– W kawiarni „Algonquin”.   

–  Czy wiesz, 

że  to  tam  spędzała  czas  Dorothy  Parker  i  mnóstwo  innych  pisarzy  w 

burzliwych latach dwudziestych? 

– Nie mia

łam pojęcia.   

–  My

ślę,  że  Stephanie  zaprosiła  cię  do  „Algonquina”  właśnie  dlatego,  więc  dobrze 

będzie, jeśli dasz jej do zrozumienia, że o tym wiesz.   

– Masz racj

ę. Dzięki.   

– Czy mog

ę zjeść na śniadanie te czekoladki? 

– W 

żadnym wypadku. – Krysta jeszcze nigdy w życiu nie ubierała się równie szybko jak 

podczas tej rozmowy. – 

Nie należy jeść czegoś, co upadło na podłogę. Choćby ze względu na 

chemiczne  środki  czyszczące.  Wyrzuć  je.  Zrób  sobie  kawę,  właź  do  łóżka,  a  ja  przyniosę 
rogaliki i coś do rogalików.   

– No, a sprz

ątaczki? Jeżeli zostanę, to mnie znajdą, a jeśli wyjdę, to możemy się minąć.   

–  Wi

ęc zostań. – Sięgnęła do szaty po płaszcz. – Powieszę na drzwiach tabliczkę „Nie 

przeszkadzać”. W końcu mogą posprzątać później.   

background image

– Albo wcale.   

– Jeste

ś hedonistą.   

– Niepoprawnym. I dlatego tak niewiele brakuje mi do idea

łu.   

– Id

ę. – Ruszyła do drzwi.   

– Wracaj.   

Rzuci

ła mu ostatnie, tęskne spojrzenie.   

– Wr

ócę.   

Jack nawet si

ę nie domyślał, jak wiele ją kosztowało wyjście pewnym krokiem z pokoju. 

Tak naprawdę miała teraz ochotę wrócić z nim do łóżka i nie wychodzić przez resztę dnia.   

– Do zobaczenia. – Zamkn

ęła za sobą drzwi.   

Kiedy wesz

ła do kawiarni, spóźniona zaledwie o cztery minuty, Stephanie siedziała już 

przy stoliku i popijała kawę.   

Id

ąc w jej kierunku, Krysta rozejrzała się wokoło. Bywalcy „Algonquina” zdecydowanie 

należeli  do  wyższych  warstw  społecznych.  Większość  osób  siedzących  na  wyściełanych 
krzesłach,  przy  stołach  nakrytych  białymi,  płóciennymi  obrusami,  miała  na  sobie  stroje  od 
Armaniego i Gucciego. 

Ściany pokrywały płócienne, wiśniowe tapety, znakomicie pasujące 

do bieli klasycystycznych gz

ymsów  i  kolumn  oraz  kryształowych  kandelabrów  i  złotych 

kinkietów.   

–  A wi

ęc to tutaj siadywała Dorothy ze swoimi zwariowanymi przyjaciółmi – odezwała 

się Krysta, zajmując miejsce przy stoliku.   

– Pomy

ślałam sobie, że docenisz klimat tego lokalu. Jak minął ci samotny wieczór? 

Krysta z trudem powstrzyma

ła się, by nie parsknąć śmiechem.   

– Cicho i spokojnie.   

– Masz tak

ą minę, jakbyś spędziła wieczór, oglądając filmy dla dorosłych.   

Teraz Krysta mog

ła  otwarcie  się  roześmiać.  Filmy  pornograficzne  stanowiły  właściwie 

całkiem  niezłą  wymówkę  dla  rumieńca,  jaki  pojawił  się  na  jej  twarzy  na  wspomnienie 
wczorajszego wieczoru.   

– Masz mnie. Nie robi

łabym tego, ale zachęcił mnie tytuł „Soczyste wisienki”. W gruncie 

rzeczy zawsze byłam ciekawa, jak wyglądają takie filmy.   

– I co? 

– Ich monotonia szybko staje si

ę nużąca. Stephanie kiwnęła głową.   

– S

ądzę, że w ogromnej większości wymyślane są przez mężczyzn i dla mężczyzn. A jeśli 

nawet któryś z nich chciałby zrobić film adresowany do kobiet, to podejrzewam, że nic by z 
t

ego  nie  wyszło.  Mężczyźni,  którzy  umieją  zaspokoić  seksualne  potrzeby  kobiet,  są 

prawdziwą rzadkością.   

– Masz racj

ę – zgodziła się Krysta.   

I ja takiego w

łaśnie mężczyznę znalazłam, dodała w duchu.   

– W tym tkwi tajemnica powodzenia dobrze napisanych romansów. Wszystkie marzymy 

o takim mężczyźnie jak Jake i lubimy wyobrażać sobie, że się z nim kochamy.   

Żebyś  jeszcze  wiedziała,  jak  bardzo  rzeczywistość  przerasta  najśmielsze  fantazje, 

pomyślała Krysta.   

background image

–  Wiesz,  uwa

żam,  że  żaden  mężczyzna  po  prostu  nie  umiałby  napisać  takich  scen 

miłosnych jak w „Dziewczynie z lepszej dzielnicy”.   

– O, nie by

łabym tego taka pewna.   

–  Ach,  mniejsza z tym,  co potrafi

ą  mężczyźni  –  westchnęła  Stephanie  i  skinęła  na 

kelnera. – 

Najpierw coś zjedzmy, a potem będziemy miały czas na rozmowę.   

Krysta zam

ówiła śniadanie pod kątem potrzeb Jacka. Miała nadzieję, że gdy Stephanie 

nie będzie patrzeć, uda jej się wrzucić rogaliki do torebki.   

W rezultacie posi

łek sprawił jej mniej przyjemności, niż mogła oczekiwać. Wprawdzie ze 

Stephanie zna

komicie  się  gawędziło,  ale  tego  ranka  Krysta  nie  potrafiła  skupić  się  na 

rozmowie. 

Nie  mogła  się  doczekać  propozycji  umowy,  by  móc  wrócić  do  hotelu  i.... 

przedyskutować jej warunki z Jackiem.   

A w dodatku trudniej jej by

ło  niepostrzeżenie  chwycić  ze  stołu  coś  do  jedzenia  niż 

podczas kolacji we czworo.   

– Zam

ówię jeszcze kawę. – Stephanie odwróciła się, by przywołać kelnera.   

Krysta szybko uchyli

ła  torebkę  i  wrzuciła  do  niej  rogaliki  leżące  w  koszyku  obok  jej 

talerza.   

Stephanie odwr

óciła  się  z  powrotem.  Spojrzała  na  koszyk,  a  potem  na  nią.  Krysta 

poczuła, że oblewa się rumieńcem.   

– Ja... hm... jestem ju

ż całkiem najedzona, ale te rogaliki wyglądały tak apetycznie...   

– Trzeba by

ło poprosić o torebkę.   

– Chcia

łam uniknąć zamieszania.   

– Ale

ż nie żartuj. To żadne zamieszanie. Wyjmuj te rogaliki, a ja poproszę kelnera, żeby 

zapakował nam jeszcze jedną porcję.   

Krysta mia

ła ochotę ukryć się w torebce razem z rogalikami.   

– Naprawd

ę nie trzeba. Te dwa mi wystarczą.   

– Na mi

łość boską, przestań się krygować. Manchester może sobie pozwolić na to, żeby 

zaopatrzyć cię w rogaliki.   

Przywo

łała  kelnera  i  poprosiła  go,  by  naszykował  paczkę  z  rogalikami.  Kiedy  zostały 

same, 

odsunęła talerz na bok i pochyliła się nad stołem.   

– Twoja nowa ksi

ążka jest cudowna.   

– Liczy

łam na to, że ci się spodoba.   

–  Jest wspania

ła,  co  miało  decydujący  wpływ  na  propozycję  umowy,  jaką  chcę  ci 

przedstawić.  Ale przede wszystkim powiedz mi,  czy  znalazłaś  agenta,  który  będzie  cię 
reprezentował.   

– Czy to konieczne? 

– Decyzja nale

ży do ciebie. Większości autorów radzę, by sobie kogoś znaleźli, ale biorąc 

pod  uwagę  twoją  umiejętność  negocjacji,  sądzę,  że  z  powodzeniem  poradzisz  sobie  sama. 
Oczywiście, jeżeli zechcesz, to wskażę ci kilku, do których możesz się zwrócić.   

– Dzi

ękuję. Na razie chyba spróbuję sobie radzić sama.   

– Wobec tego...   

Nadszed

ł  kelner  z  rogalikami  i  kawą.  Chowając  paczkę  do  torebki,  Kry  sta  przełożyła 

background image

kasetę w dyktafonie na drugą stronę. Czekała ją teraz najważniejsza część rozmowy.   

– Wobec tego – podj

ęła Stephanie – mam dla ciebie następującą propozycję.   

Stephanie zaproponowa

ła honorarium wyższe niż za „Dziewczynę z lepszej dzielnicy”, 

ale nie dwukrotnie wyższe, czego spodziewała się Krysta.   

– Moim zdaniem „Podstawowe potrzeby” 

będą się sprzedawały lepiej niż, . Dziewczyna” 

– 

zaczęła.   

– Mo

żliwe. Dlatego zresztą proponujemy ci wyższą zaliczkę.   

– Niewiele wy

ższą.   

–  Powiedzia

łabym,  że  wyższą  w  rozsądnych  granicach.  Pamiętaj,  że  choć  oczekujemy 

sukcesu, 

to nie mamy pewności, jak książka się będzie sprzedawała.   

– Dlatego zgadzam si

ę na taką zaliczkę, ale pod warunkiem, że dostanę wyższe tantiemy.   

Stephanie by

ła zaskoczona. Odchyliła się na oparcie krzesła i uśmiechnęła z uznaniem.   

–  Mo

że  jednak  powinnam  cię  namawiać  na  agenta.  Ty  sama  jesteś  zdecydowanie  za 

trudnym przeciwnikiem.   

Krysta odwzajemni

ła uśmiech.   

– Proponuj

ę, żebyśmy podniosły wysokość tantiem o jeden procent. Co ty na to? 

–  Zgoda.  Dodajmy jeszcze, 

że  Manchester  Publishing  przeznaczy  na  kampanię 

reklamową  „Podstawowych potrzeb”  kwotę  co  najmniej  taką  samą  jak  w  przypadku 
„Dziewczyny”.   

– Widz

ę, że potrafisz naprawdę myśleć o interesach. Podoba mi się to. A zatem możemy 

przygotować umowę? 

Krysta ju

ż chciała się zgodzić, gdy przypomniała sobie, że Jack czeka na nią.   

– Je

żeli nie masz nic przeciwko temu, zastanowię się jeszcze nad tym spokojnie w hotelu.   

Stephanie wydawa

ła się zaskoczona, ale szybko zapanowała nad zdziwieniem.   

– Oczywi

ście. Możemy zjeść razem kolację i wtedy powiesz mi, na co się zdecydowałaś.   

– Doskonale.   

–  Chcia

łam  cię  jeszcze  o  coś  spytać,  ale  skoro  zdecydowałaś  się  wrócić  do  siebie,  to 

możemy poczekać do wieczora.   

Pragn

ąc  zdobyć  jak  najwięcej  informacji  dla  Jacka,  Krysta  postanowiła  wyjaśnić  tę 

sprawę od razu.   

– Powiedz mi przynajmniej, o co chodzi – poprosi

ła.   

– Czy wybra

łaś zdjęcie na obwolutę? 

Krysta u

świadomiła sobie, że oboje z Jackiem kompletnie o rym zapomnieli.   

– Jeszcze nie – przyzna

ła zakłopotana.   

– Tak ci

ę wciągnęły wczorajsze filmy? – Stephanie uśmiechnęła się porozumiewawczo.   

Krysta poczu

ła, że znów się rumieni.   

– Nie... tak... zrobi

ę to do wieczora.   

– Niczym si

ę nie przejmuj. – Stephanie machnęła ręką. – Nie ma aż takiego pośpiechu. 

Mam dla ciebie wiadomość z działu marketingu. Twoje zdjęcia i występ w telewizji zrobiły 
takie  wrażenie,  iż  doszli  do  wniosku,  że  powinnaś  osobiście  wziąć  udział  w  kampanii 
promocyjnej.   

background image

Jack zagryza

ł kawę czekoladowymi chipsami, które znalazł w barku, i zastanawiał się, co 

dalej począć. Tych parę dni w Nowym Jorku było jak wakacyjna przygoda. Problem polegał 
na tym, 

co mają zrobić po powrocie do Evergreen.   

Oczywi

ście  najchętniej  poprosiłby  Krystę  o  rękę.  Sęk  w  tym,  że  jej  dotychczasowy 

konkurent  Derek  Hamilton  z  pewnością  nie  byłby  zachwycony  takim  obrotem  spraw,  a 
tymczasem od niego właśnie zależało, czy Krysta dostanie awans, który pozwoli jej wynająć 
opiekunkę  dla  ojca.  Jack  bał  się  nawet,  że  Hamilton  mógłby  doprowadzić  do  wyrzucenia 
Krysty z pracy.   

Wszystko to nie stanowi

łoby poważnego problemu, gdyby był pewny, że będzie mógł jej 

pomóc. 

Mimo że na razie wszystko wyglądało bardzo obiecująco, trudno było przewidzieć, co 

się  stanie,  kiedy „Dziewczyna z lepszej dzielnicy”  wyląduje  na  półkach  księgarskich.  Jack 
wiedział dostatecznie dużo o rynku czytelniczym, by zdawać sobie sprawę, że jego przyszłość 
jest jeszcze ciągle niepewna.   

Kiedy wreszcie us

łyszał, że Krysta otwiera zamek, zerwał się na równe nogi i wyszedł jej 

naprzeciw. 

Powitała go promiennym uśmiechem.   

– Mam wspania

łe wiadomości.   

–  Najwa

żniejsze,  że  jesteś.  Nie  mogłem  się  doczekać.  –  Porwał  ją  na  ręce  i  zatrzasnął 

nogą drzwi.   

– Zaczekaj...   

– Nie mog

ę.   

Ni

ósł ją do sypialni, obsypując pocałunkami. Zupełnie zapomniał, że jest głodny. Zaczął 

właśnie rozumieć, co znaczy powiedzenie „karmić się miłością”.   

– Ale musz

ę ci...   

– Potem.   

Krysta podda

ła  się.  Właściwie  Jack  znów  miał  rację.  Do  wieczora  i  tak  zdążą  ze 

wszystkim. 

Ułożył  ją  na  łóżku.  Nie  wracając  więcej  do  porannej  rozmowy  ze  Stephanie, 

zaczęła rozpinać guziki jego koszuli.   

 

W jaki

ś  czas  później,  kiedy  oboje  odzyskali  zdolność  myślenia  o  prozie  życia,  Jack 

wyciągnął się wygodnie na łóżku i przygarnął ją ramieniem.   

– Teraz lepiej.   

– Lepiej ni

ż co? 

– Lepiej ni

ż wszystko. Kochać się z tobą jest lepiej niż wszystko inne na świecie.   

– Nie wiem, czy nie zmienisz zdania, kiedy us

łyszysz, co ci mam do powiedzenia.   

– Nie s

ądzę, ale możesz spróbować. Zamieniam się w słuch.   

– Stephanie jest zachwycona twoj

ą nową książką.   

–  To 

świetnie.  –  Sam  był  zaskoczony,  jak  niewiele  znaczyło  dla  niego  w  tej  chwili 

cokolwiek poza Krystą.   

– Nie wydajesz si

ę specjalnie przejęty.   

– No widzisz. M

ówiłem, że tak będzie.   

– Stephanie zaproponowa

ła wyższą zaliczkę...   

background image

– Doskonale.   

– Ale uwa

żam, że powinna ci zapłacić jeszcze więcej. Jack westchnął.   

– Mog

łem się tego spodziewać.   

– Natomiast jestem zdania, 

że powinniśmy przyjąć jej propozycję, ponieważ podniosła o 

jeden  procent  wysokość  tantiem  i  obiecała,  że  Manchester  Publishing  przeznaczy  na 
kampanie reklamow

ą nie mniej pieniędzy niż w przypadku „Dziewczyny”.   

Prawd

ę powiedziawszy, Jack nie myślał w tej chwili o umowie. „Powinniśmy przyjąć jej 

propozycję”. W tych słowach kryła się obietnica związku wraz ze wszystkimi problemami i 
zagrożeniami, nad którymi zastanawiał się od kilku godzin.   

– Nic nie m

ówisz? Nie jesteś zadowolony? 

– Owszem, bardzo. Dzi

ękuję ci. Myślę, że jesteś naprawdę znakomitą negocjatorką.   

– Ale jest jeszcze inny problem.   

– Domy

ślam się, że chodzi o zdjęcie na okładkę. Zupełnie o tym wczoraj zapomnieliśmy. 

To moja wina. 

Przypomniałem sobie dopiero dzisiaj, kiedy znalazłem zdjęcia.   

–  To 

żaden  kłopot.  Umówiłam  się  ze  Stephanie  na  kolację  i  wtedy  powiem  jej,  które 

zdjęcie wybrałam.   

– Naprawd

ę musisz się z nią jeszcze raz spotkać? 

–  Nie zapominaj, 

że  wróciłam  do  ciebie,  żeby  uzgodnić  warunki  umowy.  Teraz  będę 

musiała dać odpowiedź Stephanie.   

Jack by

ł rozczarowany. Miał nadzieję, że wieczorem wyjdą razem na spacer. Następnego 

dnia z samego rana mieli samolot, 

była to więc ostatnia okazja, żeby zastanowić się wspólnie 

nad tym, co dalej. 

Osobiście był zdania, że Krysta powinna delikatnie rozstać się z Derekiem, 

nie przyznając się jednocześnie do związku z nim.   

– Zadzwo

ń do niej.   

–  Nie mog

ę, Jack. Przyjechałam do Nowego Jorku, żeby nawiązać osobisty kontakt ze 

Stephanie, i to, 

jak się rozstaniemy, będzie miało duży wpływ na przyszłość. Ale pozwól mi 

wreszcie dokończyć. Stephanie chce, żebym w lutym przyszłego roku osobiście uczestniczyła 
w promocji „Dziewczyny”.   

Jack zamar

ł.   

– Uprzedzi

łaś ją, że to nie będzie możliwe? 

– Przeciwnie, powiedzia

łam, że bardzo chętnie.   

– Nie! 

Spe

łniały się jego najgorsze obawy. Zanim będzie wiadomo, czy książka odniosła sukces, 

Krysta zaangażuje się w publiczną promocję i ich związek wyjdzie na jaw. Przecież nie może 
wymagać od niej, żeby narażała własną karierę dla sukcesu jego powieści. Ryzyko było zbyt 
wielkie.   

– Co masz na my

śli? 

– Nie b

ędziesz brała udziału w kampanii reklamowej.   

– Dlaczego? 

– Przede wszystkim dlatego, 

że ja w ogóle nie mam zamiaru cię o to prosić.   

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Krysta os

łupiała.   

– Czy tak bardzo ci

ę zawiodłam? Zgoda, nie ze wszystkim daję sobie radę. Można to było 

przewidzieć.  W  końcu  to  nie  ja  jestem  pisarką.  I  może  rzeczywiście  niepotrzebnie  tak  się 
targuję, ale robię to, żeby ci pomóc...   

Przyci

ągnął ją mocno do siebie i spojrzał w oczy.   

–  Jeste

ś cudowna. Nie mówiliśmy o tym do tej pory, ale mam wobec ciebie dodatkowy 

dług wdzięczności. Wiem, że gdyby Hamilton dowiedział się o naszym wyjeździe do Nowego 
Jorku, 

to  pewnie  nie  tylko  nie  miałabyś  szans  na  awans,  ale  postarałby  się,  żebyś  w  ogóle 

straciła pracę w Rainier Paper.   

– Nikomu nie m

ówiłam o naszym wyjeździe.   

–  Ja te

ż  nie.  I  prawdopodobnie  nikt  się  o  nim  nie  dowie.  Gdybyś  wzięła  udział  w 

kampanii reklamowej, 

to pewnie tak jak teraz musiałbym jechać z tobą, a boję się, że tego nie 

dałoby się już utrzymać w tajemnicy.   

– By

ć może nie będzie w ogóle takiej potrzeby.   

– Czy masz zamiar po

święcić dla mnie własną karierę? 

Dopiero teraz Krysta u

świadomiła sobie gorzką prawdę. Do tej pory wyobrażała sobie, że 

po  prostu  wezmą  ślub  i  będą  żyli  razem.  Zakochana do szaleństwa  w  Jacku,  w ogóle nie 
zastanawiała  się  nad  konsekwencjami  ich  związku.  Tymczasem  on  najwyraźniej  wcale  nie 
zamierzał się z nią ożenić. Oczarował ją tym, co mówił o miłości, ale sam bynajmniej jej nie 
kochał. Potrzebował jej pomocy i wykorzystał ją do swoich celów. I to było wszystko.   

Odwr

óciła głowę, żeby nie zobaczył łez w jej oczach. Nie da mu tej satysfakcji.   

– Co... co mam powiedzie

ć Stephanie? Objął ją ramieniem.   

– Krysto.   

Wpatrywa

ła się nie widzącym wzrokiem w ścianę.   

–  Rozumiem ci

ę.  Nie wiem,  dlaczego  wyobrażałam  sobie,  że  będziemy  razem.  Ale 

oczywiście...   

– Ja te

ż chciałbym, żebyśmy byli razem.   

Po raz pierwszy,  odk

ąd  się  znali,  nie  wierzyła  mu.  Oszukał  ją.  Niech  mu  będzie.  Jest 

dorosła i powinna mieć dość rozumu, żeby wiedzieć, jak toczy się świat. Jack stał u progu 
wspaniałej  kariery  i  nie  miał  powodu  wiązać  się  z  kimś  takim  jak  ona.  Powinien raczej 
przekonać się, co życie mu przyniesie.   

By

ła gotowa zrobić to, czego po niej oczekiwał. Nie wiedziała tylko, jak ma wytłumaczyć 

Ste

phanie zmianę decyzji. Wzięła głęboki oddech.   

–  Nie ma problemu,  Jack.  Potrzebuj

ę tylko twojej rady. Nie wiem... nie wiem, co mam 

powiedzieć Stephanie.   

–  Powiedz, 

że nie wszyscy pisarze biorą udział w promocji swoich książek. Podaj jako 

przykład Danielle Steel. Powiedz jej, że nie masz na to ochoty. A jeżeli to jej nie przekona, 
powiedz, 

że  masz  chorobę  lokomocyjną.  Powiedz,  że  wymiotowałaś  przez  całą  podróż  do 

background image

Nowego Jorku i prawdopodobnie będziesz wymiotować w drodze do domu.   

To akurat by

ło całkiem prawdopodobne, pomyślała. Nie odwracała spojrzenia.   

– Spr

óbuję. Nie wiem tylko, co z tego wyniknie. Stephanie wydaje się naprawdę zapalona 

do tego pomysłu. Ale zgoda, porozmawiam z nią.   

– Na pewno dasz sobie rad

ę. – Jack pochylił się nad Krystą i zmusił ją, by odwróciła się 

do niego twarzą. – Posłuchaj. Chciałbym, żeby to wszystko wyglądało inaczej, ale ty musisz 
utrzymać  swoją  posadę  w  Rainier,  bo  tylko  wtedy  będziesz  mogła  pomóc  ojcu.  Moja 
przyszłość  jest  bardzo...  niepewna.  Moja  szczęśliwa  jak  dotychczas  gwiazda  może  bardzo 
szybko zgasnąć.   

– Na pewno nie zga

śnie, Jack.   

– My

ślę, że za bardzo we mnie wierzysz.   

–  Mo

że,  ale wiem,  jak  ocenia  twoje  możliwości  Stephanie  i...  –  zamrugała,  żeby 

powstrzymać łzy – wiem, że ci się uda.   

Schowa

ła twarz w poduszkę.   

– Hej, Kry sto – delikatnie dotkn

ął jej policzka – proszę, nie... O Boże, ty płaczesz.   

– Nie p

łaczę! 

– Krysto – przyci

ągnął ją do siebie i obsypał pocałunkami – proszę cię, nie płacz.   

Kobieta,  kt

óra  miałaby  więcej  poczucia  godności,  odepchnęłaby  go,  pomyślała.  Ale co 

miała zrobić, skoro jego usta tak cudownie koiły ból jej obolałych warg, skoro jego palce tak 
dobrze wiedziały, jak  głaskać jej włosy?  I  co  z tego, że to wszystko było tylko fikcją. Dla 
Jacka rzeczywistość była tylko  grą,  podobnie jak perypetie bohaterów jego książek. Każdy 
mia

ł w niej do odegrania jakąś rolę, a jej rola dobiegła właśnie końca.  Gdyby tylko mogła 

przestać płakać.   

–  Uspok

ój się, dziecinko – szepnął i objął ją mocno. – Wiem, że ostatnie dni były dla 

ciebie  ciężkie.  Wszystko  będzie  dobrze.  Zbyt  wiele  od  ciebie  oczekiwałem.  Przepraszam. 
Jestem przy tobie.   

Od tych s

łów zrobiło jej się jeszcze smutniej. Oczywiście, jest przy niej. Ale gdzie będzie 

pojutrze, 

gdy  wrócą  do  Evergreen?  Przez  jakiś  czas  będą  się  jeszcze  spotykać  w  pracy, 

podczas lunchów. 

Jack prędzej czy później rzuci pracę, żeby zająć się wyłącznie pisaniem. A 

ona stanie się dla niego tylko wspomnieniem. Miłym zapewne, ale wspomnieniem. Cząstką 
przeszłości, którą pozostawi za sobą, żeby stać się bogatym i sławnym.   

– Krysto, kochanie – szepta

ł, całując jej mokre policzki. – Proszę cię, nie płacz.   

Mia

ła tylko jeden sposób, żeby spełnić jego pragnienie. Objęła go i przyciągnęła mocno 

do siebie. 

Nie będą razem, ale teraz jeszcze są i to powinno być dla niej najważniejsze.   

Jack nie potrzebowa

ł zachęty, by kochać się z nią jeszcze raz. Dobrze choć, że jeszcze 

mnie pragnie, 

pomyślała. Może nawet jest w jego uczuciach trochę miłości. Wydało jej się 

śmieszne i tragiczne zarazem, że dostrzegła go po wielu latach tylko po to, żeby zaraz utracić.   

 

Jack by

ł wściekły na Stephanie Briggs. To przez nią Krysta patrzy na niego tak, jakby 

jego książka już znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa”. To ona wpadła na 
pomysł  kampanii  reklamowej  z  udziałem  Candy  Valentine.  A teraz on musi wszystko 

background image

odkręcać dla dobra  Krysty, która w dodatku zupełnie nie rozumie jego intencji i wyobraża 
sobie, 

że on jej nie kocha. Tymczasem prawda jest inna. Właśnie dlatego, że ją kocha, nie 

może pozwolić, żeby ryzykowała dla jego niepewnej przyszłości własną karierę.   

I w

łaśnie dlatego, że ją kocha, nie może powiedzieć jej o tym wszystkim, co teraz czuje – 

o tym, 

że ją kocha, że chciałby się z nią ożenić i przeżyć razem resztę życia. Wszystko, co 

mógł zrobić, to dać jej jak najwięcej rozkoszy, czułości i pieszczot. Serce ściskało mu się na 
myśl, że Krysta tak samo jak on nie potrafi wykrztusić z siebie słowa. Każde z nich cierpiało 
zamknięte w sobie, nie mogąc przekroczyć dzielącej ich bariery, a jedyną drogą porozumienia 
stała się szalona, namiętna zmysłowość.   

Kiedy Krysta wysz

ła  wieczorem,  by  spotkać  się  ze  Stephanie,  Jack  był  bardziej  niż 

kiedykolwiek w życiu syty  miłości. A jednocześnie jeszcze nigdy w życiu  nie był bardziej 
nieszczęśliwy.   

 

Krysta siedzia

ła  naprzeciwko Stephanie w eleganckiej restauracji w Central Parku. 

Światło  wpadające  przez  różnokolorowe  witraże  i  różowe  lampiony  na  tarasie  nadawały 
wnętrzu  czarodziejski  wygląd,  znakomicie  pasujący  do  różowych  wizji,  jakie  kreśliła 
Stephanie przed Candy Valentine.   

–  Uwierz mi.  Masz przed sob

ą wielką przyszłość – przekonywała Stephanie, zabierając 

się do deseru. – Twój udział w kampanii promocyjnej ma tu zasadnicze znaczenie. My nie 
sprzedajemy  książki,  my sprzedajemy ciebie,  autorkę  smakowitą  jak  bombonierka  pełna 
czekoladek. 

Jesteś  po  prostu  stworzona  do  tego,  żeby  występować  publicznie.  Nie  mogę 

pojąć, dlaczego nie chcesz się na to zgodzić.   

Krysta spr

óbowała  już  wszystkich  argumentów,  które  podsunął  jej  Jack.  Bez skutku. 

Stephanie  odrzuciła  przykład  Danielle Steel.  Steel już  ma  swoich  wielbicieli,  oświadczyła. 
Candy Valentine dopiero musi ich sobie zdobyć. I żeby to osiągnąć, nie może otaczać się aurą 
tajemniczości,  lecz  wyjść  naprzeciw  oczekiwaniom  czytelników.  Kiedy  Krysta  sięgnęła  po 
swój ostatni argument, 

Stephanie obiecała znaleźć jej specjalistę od  choroby lokomocyjnej, 

który na pewno doradzi, 

jak pozbyć się dolegliwości.   

Krysta nie mia

ła  więcej  pomysłów  i  brakowało  jej  energii.  Zrezygnowała  na  razie  z 

dalszej walki i wyjęła fotografie. Przejrzały je wspólnie i uzgodniły, że najlepsze będzie jej 
zdjęcie w długim, białym płaszczu.   

Kiedy sko

ńczyły, Krysta miała nadzieję, że będzie mogła wrócić do  hotelu, odkładając 

decyzję w sprawie jej osobistego udziału w promocji książki na później.   

– Pojed

źmy razem – zaproponowała Stephanie. – Odwiozę cię do hotelu.   

Krysta j

ęknęła w duchu na myśl, że czeka ją dalszy ciąg rozmowy. Nie myliła się.   

Na miejscu Stephanie zap

łaciła za taksówkę.   

– Nie jedziesz do domu? – spyta

ła Krysta przerażona.   

– Mam lepszy pomys

ł. Co powiesz na pożegnalny kieliszek brandy? 

Stoj

ąc  przed  jaskrawo  oświetlonym  wejściem  do  Marriotta,  Krysta  poczuła  się  jak  na 

scenie, 

nie wiedząc, jak ma brzmieć jej kolejna kwestia.   

– Przepraszam ci

ę, ale jestem taka zmęczona.   

background image

– Jeden ma

ły kieliszek dobrze ci zrobi.   

Czu

ła,  że  nic  jej  teraz  nie  zrobi  dobrze.  Wiedziała,  że  przyszłość  Jacka  jest  w  rękach 

Stephanie i że nie może zrazić jej sobie na koniec.   

– Mo

że masz rację.   

– Nawet na pewno.   

Stephanie uj

ęła ją energicznie pod ramię i ruszyły w kierunku windy.   

–  Mo

że  wstąpiłybyśmy  do  baru?  –  zaproponowała  przerażona.  –  Mam na górze taki 

bałagan.   

– Nie przejmuj si

ę. Sama jestem bałaganiarą.   

Kiedy winda ruszy

ła w górę, Kry sta poczuła, że jej żołądek ściska się z przerażenia.   

– 

Źle się czuję – jęknęła. – Nie wiem, czy się na coś nie rozłożę.   

– Och, przesta

ń. Wiem, że chciałabyś, żebym ci już dała spokój, ale za bardzo cię lubię i 

nie pozwolę ci tak łatwo uciec przed sukcesem.   

–  Dobrze  –  ust

ąpiła  Krysta,  kiedy  winda  zatrzymała  się  na górze.  –  Ale daj mi 

przynajmniej trzydzieści sekund na to, żebym mogła cokolwiek uprzątnąć.   

–  Zachowujesz si

ę  tak,  jakbyś  chciała  ukryć  przede  mną  kochanka  –  roześmiała  się 

Stephanie.   

Krysta usi

łowała  jej  zawtórować.  Bez powodzenia.  Ruszyły  korytarzem w kierunku 

apartamentu.   

– Bo

że, jaka ty jesteś spięta – ciągnęła Stephanie. – Kieliszek brandy naprawdę dobrze ci 

zrobi. Wiem, 

że to dziwne uczucie tak nagle osiągnąć wielki sukces po latach samotnej pracy, 

ale nie pozwolę, żebyś wpadła z tego powodu w nerwicę, Candy.   

Sta

ły już przed drzwiami. Krysta zastanawiała się, czy Stephanie rzeczywiście zaczeka na 

korytarzu. 

Na  razie  stała  z  kluczem  w  ręku,  bo bała  się,  że  jeśli  wsunie  go  w  zamek  i  nie 

wejdzie natychmiast do środka, Jack będzie gotów otworzyć drzwi.   

– Od lat pracuj

ę z pisarzami i zapewniam cię, że nie jesteś pierwszą osobą, która ma takie 

problemy.  Uwierz mi,  Candy,  lepiej od ciebie wiem, 

jak  to  wszystko  się  skończy.  Jeszcze 

przyjdzie  dzień,  w  którym  mi  podziękujesz.  A  teraz  idź  i  usuwaj  kompromitujące  ślady  – 
zakończyła ze śmiechem.   

Krysta odetchn

ęła z ulgą. Szybko przekręciła klucz w zamku, wślizgnęła się do środka i 

zatrzasnęła Stephanie drzwi przed nosem.   

Na jej widok Jack poderwa

ł się z kanapy.   

– I jak? 

– Cicho! – sykn

ęła. – Uparła się, żeby wpaść na kieliszek brandy.   

Patrzy

ł na nią osłupiały.   

–  Robi

łam,  co  mogłam, żeby  ją  zniechęcić,  uwierz mi.  Ale  w  końcu  są  jakieś  granice. 

Wszystko przez promocję „Dziewczyny”. Stephanie upiera się, żebym wzięła w niej udział. 
Żadne argumenty do niej nie przemawiają.   

– Czy s

ądzisz, że ona się czegoś domyśla? 

– Mam nadziej

ę, że nie. A teraz zabieraj książkę i znikaj. Postaram się, żeby to trwało jak 

najkrócej.   

background image

– I w 

żadnym wypadku nie zgódź się na tę cholerną promocję.   

Nie musia

ł jej o tym przypominać. Gdy zniknął za drzwiami, rozejrzała się po pokoju. Już 

miała iść do drzwi, kiedy zauważyła jego adidasy. Mógłby choć o tym pomyśleć. Złapała buty 
w rękę, uchyliła drzwi do sypialni i cisnęła adidasy do środka, omal nie trafiając Jacka. Kto 
wie, 

może by nawet nie żałowała, gdyby tak się stało.   

 

Kiedy okaza

ło się, że rozmowę w pokoju słychać całkiem nieźle, Jack odłożył książkę i 

podkradł się na palcach do drzwi. Krysta zamawiała właśnie butelkę brandy.   

– Niez

ły masz widok – rozległ się głos Stephanie.   

– Tak. Wspania

ła panorama.   

– Nie m

ówię o panoramie, tylko o tym facecie.   

Jack przypomnia

ł  sobie,  że  z  okna  widać  wielką  reklamę  z  atletycznie  zbudowanym 

chłopakiem bez koszuli, w błękitnych dżinsach.   

– Ach, o to ci chodzi. To prawda. Ca

łkiem przystojny.   

–  Powinna

ś  zobaczyć  naszych  modeli.  Jest  wśród  nich  kilku  naprawdę  apetycznych 

chłopaków. Jeden z nich nadawałby się nawet nieźle na okładkę „Dziewczyny”. Myślę, że to 
niezły pomysł, żeby pokazać go bez koszuli, tak jak na tej reklamie.   

– Nie jestem pewna, czy o to mi chodzi – zaoponowa

ła Krysta.   

– Poczekaj, zmienisz zdanie, kiedy go zobaczysz. Wpadnij na sesj

ę zdjęciową. Kto wie, 

może ci się spodoba. Byłaby z was całkiem ładna para.   

– Mi

ło mi to słyszeć, ale nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.   

– Czy masz kogo

ś w Evergreen? Jack nadstawił uszu.   

– Nie.   

Odchyli

ł głowę i zamknął oczy. A on? Czy Krysta naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że ją 

kocha? 

Us

łyszał  pukanie  do  drzwi.  Kelner  przyniósł  brandy.  W pokoju  rozległ  się  brzęk 

kieliszków i śmiechy. Brandy najwyraźniej poprawiło humor Krysty.   

–  Nie przyjmuj

ę twojej  odmowy do  wiadomości – oświadczyła Stephanie. – Musisz w 

tym wziąć udział i koniec.   

– Naprawd

ę nie mogę.   

– Nie dajesz mi szansy na pokojowe za

łatwienie sprawy.   

Pos

łuchaj,  Candy.  Jeżeli  nam  nie  pomożesz,  to  będziemy  musieli  zmienić  plan  całej 

kampanii promocyjnej. Przykro mi, 

ale nie widzę innego wyjścia.   

Jack zerwa

ł się na równe nogi i położył dłoń na klamce. Gotów był wejść do pokoju i 

wygarn

ąć Stephanie, co o niej myśli. W tej samej chwili usłyszał odpowiedź Krysty: 

– No c

óż, skoro nie mam wyjścia, to zgoda.   

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Jack zamar

ł. A więc Krysta była gotowa ponieść taką ofiarę, choć sądziła, że jej nie kocha 

i nie oczekiwała po nim propozycji małżeństwa? Wiedział, że jej na to nie pozwoli, ale w tej 
chwili mógł tylko pozostać za drzwiami. Nie zrobi z niej idiotki w oczach Stephanie.   

–  Ciesz

ę się, że wreszcie odzyskałaś rozum. – Stephanie przerwała milczenie. – A teraz 

chciałabym jeszcze, nim wyjdę, skorzystać z łazienki.   

Jack chwyci

ł  adidasy  w  rękę  i  schował  się  do  szafy.  Nie  miał  czasu  na  nic  więcej. 

Skulony między sukienkami Krysty, zastanawiał się, czy gdzieś na wierzchu nie zostały jego 
dresy.   

–  Teraz dopiero wprawiasz mnie w zak

łopotanie  –  usłyszał  głos  Krysty,  która 

najwyraźniej deptała Stephanie po piętach. – W łazience mam prawdziwy bałagan.   

–  Niczym si

ę  nie  przejmuj.  Nie  przyszłam  tu  z  wizytacją,  tylko  z  wizytą.  –  Usłyszał 

śmiech Stephanie i odgłos zamykanych drzwi.   

– Jeste

ś tam? – rozległ się szept Krysty.   

– Tak. Czy na pod

łodze nie zostały moje dresy? 

– Ju

ż je kopnęłam pod łóżko. Jack, musiałam się zgodzić.   

– Wiem.   

Us

łyszał odgłos otwieranych drzwi.   

– Krysta? Wszystko w porz

ądku? – dobiegł niespokojny głos Stephanie.   

– Tak. – Us

łyszał kroki Krysty, która ruszyła w kierunku gościa. – Czemu pytasz? 

– Wydawa

ło mi się, że mówisz sama do siebie.   

– Zastanawia

łam się głośno, co mam włożyć jutro na podróż.   

– Przecie

ż nawet nie zajrzałaś do szafy.   

– Masz racj

ę, ale jestem już naprawdę zmęczona.   

Kroki oddali

ły się. Jack wysunął się z szafy i wrócił na swoje miejsce pod drzwiami.   

– Spotkanie z tob

ą sprawiło mi ogromną przyjemność – usłyszał głos Stephanie. – Mam 

wrażenie, że wiele nas łączy.   

– Te

ż tak sądzę – odpowiedziała Krysta. W pokoju zaległo milczenie.   

– Naprawd

ę nie masz nikogo w Evergreen? 

– Naprawd

ę.   

– Mo

że wobec tego masz kogoś ze sobą tu, w Nowym Jorku? 

– Nie... nie rozumiem, o czym mówisz. – 

Głos Krysty był pełen napięcia.   

Jack wstrzyma

ł oddech.   

–  Nie masz si

ę  czego  wstydzić.  Ja  na  twoim  miejscu  wzięłabym  ze  sobą  swojego 

chłopaka.  Byłoby  mi  raźniej.  Mniejsza z tym.  Następnym  razem  przyjedź  sama,  dobrze? 
Jesteś już dużą dziewczynką i wydaje mi się, że potrafisz samodzielnie decydować o swoim 
życiu.   

– Stephanie, ja...   

–  Pos

łuchaj, Candy, nie jestem idiotką. Dlaczego najpierw zgodziłaś się wziąć udział w 

background image

kampanii promocyjnej,  a potem  nieoczekiwanie zmieni

łaś zdanie i w dodatku przedstawiłaś 

mi  same  niedorzeczne  argumenty?  Dlaczego  uzgodniłaś  ze  mną  warunki  umowy,  a potem 
przypomniałaś sobie, że musisz je przemyśleć jeszcze raz w hotelu? Dlaczego tak bałaś się 
mojej wizyty? 

Teraz milczenie by

ło ciężkie jak kamień.   

– Nie musisz odpowiada

ć. Wiem sporo o mężczyznach, którzy nie potrafią znieść myśli, 

że kobieta może samodzielnie odnosić sukcesy. Jeżeli ten twój facet uważa, że to w porządku, 
żebyś przynosiła do domu pieniądze, ale wścieka się na myśl, że mogłabyś wyfrunąć spod 
jego skrzydeł, to zastanów się, czy to na pewno jest właściwy facet Jeszcze trochę i będziesz 
mogła  przebierać  wśród  mężczyzn,  którzy  cię  docenią.  Nie  musisz  trzymać  się  kurczowo 
żadnego zazdrosnego szowinisty.   

– Ja... b

ędę o tym pamiętać.   

–  Mam nadziej

ę.  Skontaktujemy  się,  Candy.  Nie  martw  się.  Wszystko  będzie  dobrze. 

Naprawdę się cieszę, że miałam okazję cię poznać. Dobranoc.   

Jack usiad

ł na krawędzi łóżka. Krysta odprowadziła gościa i stanęła w drzwiach sypialni. 

Wstał i podszedł do niej.   

– S

łyszałeś? 

– Tak.   

– I co? 

– My

ślę, że pakujesz się w kłopoty.   

Krysta unios

ła głowę. Po jej minie widział, że czeka go ciężka przeprawa.   

– Nie mia

łam wyjścia. Gdybym się nie zgodziła, wszystko by diabli wzięli. Poza tym nie 

będziesz musiał ze mną jechać. Właściwie to nie jest takie straszne. Poradziłam sobie teraz i 
nie wiem, dlaczego nie 

mogłabym sobie poradzić podczas promocji.   

– Zwariowa

łaś. Nie będziesz w stanie...   

–  Skoro si

ę mówi A, trzeba powiedzieć B. Dobrze wiesz, że nie mamy innego wyjścia. 

Kiedy już będzie po wszystkim i książka odniesie sukces, wymyślisz jakieś inne rozwiązanie. 
Bez mojego udziału „Dziewczyna” zrobi klapę. Musisz się z tym pogodzić.   

–  Niekoniecznie.  Jeszcze mo

żna wszystko odkręcić. Może bez twojego udziału książka 

nie odniesie takiego sukcesu, 

ale nie sądzę, żeby Stephanie gotowa się była ze wszystkiego 

wycofać.   

– Nie wiem, co zrobi Stephanie, ale na pewno postawisz j

ą w bardzo kłopotliwej sytuacji. 

Pamiętaj, że już zaprezentowała mnie publicznie jako autorkę. A poza tym, w ciągu tych kilku 
dni uświadomiłam sobie, że sukces książki nie zależy wyłącznie od tego, jak jest napisana. 
Jeżeli nie wykorzystasz szansy, to powtórny start może okazać się dużo trudniejszy.   

Świetnie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, ale nie mógł pozwolić, żeby Krysta 

złożyła się w ofierze na ołtarzu jego sukcesu.   

– Pomy

śl, w co się pakujesz. Albo będziesz musiała kłamać, albo Hamilton wyrzuci cię z 

pracy, 

bo co do tego chyba nie masz żadnych  wątpliwości. Czy zamierzasz zrobić z siebie 

męczennicę? Chcesz mi pomóc? A co będzie z twoją przyszłością? Co będzie z twoim ojcem? 

W zielonych oczach pojawi

ły się groźne błyski.   

background image

– Nie martw si

ę o Dereka. Dam sobie z nim radę.   

Jack poczu

ł, że robi mu się zimno. Krysta miała tylko jeden sposób na to, by poradzić 

sobie z Hamiltonem. 

Tylko  że  wcale  nie  wiedział,  czy  nie  byłoby dla niej lepiej,  gdyby 

zamiast tego zdecydowała się na rozstanie z Rainier Paper.   

– Nie rób tego.   

Suchy trzask policzka, jaki mu wymierzy

ła, rozdarł panującą w sypialni ciszę.   

– Jak 

śmiesz? – szepnęła drżącym głosem.   

W jej oczach by

ło tyle bólu i złości, że bał się odezwać.   

– Dobrze – powiedzia

ł w końcu. – Może nie powinienem tego mówić.   

– Mo

że? 

Min

ęła go i rzuciła się na łóżko.   

– Przepraszam. Na pewno nie powinienem tego powiedzie

ć.   

Si

ęgnęła na nocny stolik, chwyciła przedmiot i cisnęła w niego.   

– Masz! Zabieraj to sobie! 

Schyli

ł się i podniósł plastykowe serduszko.   

– A teraz wyno

ś się stąd! 

Wyszed

ł  z  pokoju,  a potem z apartamentu.  Zatrzymał  się  na  korytarzu  i  włożył  buty. 

Zapomniał kurtki, ale to nie miało teraz żadnego znaczenia. Kiedy znalazł się na ulicy, zaczaj 
biec przed siebie. 

Zimne  powietrze  kłuło  go  w  płuca,  ale  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Myślał 

wyłącznie  o  tym,  że  właśnie  popchnął  Krystę  w  ramiona  mężczyzny,  z którym nigdy nie 
będzie szczęśliwa.   

Kiedy Krysta wysz

ła rano z sypialni, po obecności Jacka nie pozostał nawet ślad. Zdołał 

też w jakiś sposób uniknąć spotkania z nią na lotnisku. Mimo że każda myśl o mężczyźnie 
lecącym tym samym samolotem sprawiała jej ból, Krysta zmusiła się do tego, by wykorzystać 
podróż na rozważenie stojących przed nią możliwości.   

Dosz

ła do wniosku, że jeśli chce uzyskać awans bez dalszego wikłania się w romans z 

Derekiem,  musi przekona

ć  ludzi zarządzających  Rainier  Paper,  iż  jest  naprawdę 

wartościowym pracownikiem. I miała na to pomysł.   

Pierwsz

ą  osobą,  z  którą  spotkała  się  w  poniedziałek  rano,  była  Denise  Terkel, 

kierowniczka  działu  marketingu.  Kontakty  z  działem  marketingu  Manchester  Publishing 
nasunęły  jej  pewne  idee,  które  z  powodzeniem  można  było  zastosować  w  każdych 
warunkach.   

 

–  Wspania

łe  pomysły,  Krysto.  –  Denise  uśmiechnęła  się  do  niej  zza  ogromnego, 

zawalonego papierami biurka. – 

Czy miałaś przypływ natchnienia podczas kąpieli błotnych w 

nadmorskim kurorcie? 

– Mo

żna to tak określić.   

– Nie zdawa

łam sobie sprawy, że mamy taki talent w dziale umów.   

–  Widz

ę,  że  zapomniałaś  o  pomyśle  kampanii  na  rzecz  poszukiwania  alternatywnych 

surowców, 

który zgłosiłam za pośrednictwem Dereka Hamiltona.   

–  To by

ły  twoje  pomysły?  Derek  nic  o  tym  nie  wspominał.  Przez  chwilę  Krysta  nie 

background image

wiedziała, co powiedzieć. Oto spotykała ją kolejna gorzka lekcja.   

– Mo

żna powiedzieć, że zastanawialiśmy się nad nimi razem. Widać Derek zapomniał o 

moim udziale.   

– Wida

ć zapomniał – przyznała Denise, nie patrząc na nią.   

– Naprawd

ę bardzo chciałabym z wami pracować.   

–  Najwyra

źniej  masz nam wiele do zaoferowania.  Ja  także  uważam,  że  byłoby  to 

wskazane. 

Juliet nie będzie szczęśliwa, że cię straci, ale w interesie firmy leży jak najlepsze 

wykorzystanie zdolności wszystkich pracowników.   

– Ciesz

ę się, że tak do tego podchodzisz.   

Po

żegnały się mocnym uściskiem dłoni i Krysta wyszła z gabinetu Denise. Poszła prosto 

do Dereka, 

ale był akurat na konferencji, więc zostawiła wiadomość z prośbą o rozmowę i 

wróciła do siebie.   

Do lunchu Derek nie da

ł znaku życia. Tym razem Krysta nie poszła do stołówki. Bała się 

spotkania z Jackiem. Rany, 

jakie jej zadał, były zbyt świeże.   

Kiedy wr

óciły  z  Rosie  z  lunchu,  znalazła  na  biurku  wiadomość  od  Dereka,  który 

zapraszał  ją  na  szóstą  na  kolację.  Próbowała  skontaktować  się  z  nim  w  pracy,  ale bez 
powodzenia.  Trudno, 

porozmawiają wieczorem. Wiedziała, że będzie musiała zachować się 

dyplomatycznie, 

ale nie miała zamiaru darować mu nielojalności.   

Szykuj

ąc się do kolacji, włożyła skromny czarny żakiet i naszyjnik z drobnych perełek. 

Powiedziała  Jackowi,  że  da  sobie  radę  z  Derekiem,  i  oto  sam  jej  dostarczył  sposobności. 
Zapewne  w  ogóle  się  nie  spodziewał,  że  sama  porozmawia  z  Denise.  Teraz  będzie  miała 
okazję powiedzieć mu, co o nim myśli, i zakończyć całą historię bez wikłania w nią Jacka.   

Czeka

ła  przed  szatnią.  Derek  przyszedł  punktualnie,  jak zwykle nienagannie ubrany,  z 

gładko zaczesanymi, krótko przyciętymi włosami.   

Krysta zastanawia

ła się, jak on mógł się jej kiedyś w ogóle podobać.   

–  Zanim wejdziemy,  chcia

łbym  z  tobą  porozmawiać.  –  Derek  minął  wejście  na  salę 

restauracyjną i wszedł do niewielkiego saloniku, w którym stały tylko dwa fotele i telewizor.   

–  Je

śli  nie  masz  nic  przeciw  temu,  chciałbym  zacząć  pierwszy.  Wiem,  że  zamiast  nad 

morze, 

pojechałaś do Nowego Jorku.   

Krysta poczu

ła, że musi się mieć na baczności.   

– Tak, dopiero stamt

ąd pojechałam dalej.   

–  Dowiedzia

łem się również, że tym samym samolotem leciał Jack Killigan. Czy to też 

potrafisz wytłumaczyć? 

Stara

ła się zachować spokój.   

– Tak? Co za zbieg okoliczno

ści.   

– Przesta

ń się pogrążać. – Derek podszedł do niej krokiem drapieżnika skradającego się 

do zdobyczy. – Jadacie razem lunche, 

urządzacie sobie wspólne wycieczki... Nie zamierzam 

traktować poważnie twoich wykrętów. Chcę wiedzieć jedno: czy macie ze sobą romans? 

– Nie. – By

ła najzupełniej szczera.   

– Co

ś takiego. Mówisz takim tonem, że gotów jestem ci uwierzyć. – Położył jej dłonie na 

ramionach  i  spojrzał  w  oczy.  –  Co  się  w  takim  razie  dzieje,  Krysto ?  Czy  n igdy  się  n ie 

background image

doczekam tego, 

żebyś wreszcie wybrała się ze mną do łóżka? 

Str

ąciła jego ręce z ramion i cofnęła się o krok.   

– 

Żądam, żebyś przeprosił mnie za takie zachowanie – oświadczyła sucho.   

Wzruszy

ł ramionami.   

– W porz

ądku. Przepraszam, ale musisz zrozumieć moje obawy. Spotykamy się od kilku 

miesięcy  i  od  kilku  miesięcy  odtrącasz  wszelkie  próby  zbliżenia  z  mojej  strony.  A teraz 
dowiaduję  się,  że  wyjeżdżasz  na  weekend  z  dawnym  kolegą  ze  szkoły.  Jeśli  nie  macie 
romansu, to o co w takim razie chodzi? Nic z tego nie rozumiem.   

Serce Krysty 

ścisnął  lęk  o  Jacka.  W  gruncie  rzeczy  jej  pozycja  była  dużo  pewniejsza, 

zwłaszcza po dzisiejszej rozmowie z Denise, ale Jack mógł w każdej chwili stracić pracę.   

– Jack nie ma tu nic do rzeczy. Dowiedzia

łam się, że leci do Nowego Jorku na spotkanie 

z jakimiś starymi znajomymi, i namówiłam go, żeby kupił bilet na ten sam samolot. Zawsze 
to  miło  porozmawiać  z  kimś  w  drodze.  –  Roześmiała  się.  –  Wiesz co? To śmieszne 
wyobrażać sobie, iż mogłoby mnie coś z nim łączyć. Mówiłam ci przecież, że w mężczyznach 
cenię najbardziej inteligencję i ambicję.   

Derek zn

ów uniósł ręce, lecz tym razem położył je na biodrach Krysty.   

– Ja te

ż ci coś powiem. Zawsze czułem, że jest w tobie coś dzikiego i nieopanowanego. 

Potrafię wyzwolić w tobie najdziksze pragnienia. Musisz mi tylko dać okazję.   

Teraz  omal nie roze

śmiała  się  zupełnie  szczerze,  ale  nie  chciała  go  urazić.  Próbowała 

wyswobodzić się z jego uścisku. Palce Dereka zacisnęły się mocniej.   

– Ju

ż pora, Krysto. Przestań szukać szczęścia gdzie indziej. Mogę dać ci wszystko, czego 

potrzebujesz.   

– Zacznijmy od tego, 

że mnie puścisz. – Zdecydowanym ruchem strąciła jego ręce.   

– Przesta

ń udawać skromnisię. Oboje wiemy, czego ci potrzeba.   

Wzi

ęła głęboki oddech.   

– Przykro mi, Derek, ale nie mam ochoty kocha

ć się z tobą.   

Przez chwil

ę miał szczerze zaskoczoną minę.   

– Zawsze wydawa

ło mi się, że znakomicie do siebie pasujemy.   

–  Bo tak jest.  Ale nie pod ka

żdym względem. Podziwiam cię i dobrze się z tobą czuję. 

Miłość to coś więcej. A dzisiaj dowiedziałam się jeszcze czegoś. Czy możesz mi wyjaśnić, 
dlaczego  zataiłeś,  że  to  ja  wymyśliłam  projekt  publicznej  kampanii  na  rzecz  pozyskiwania 
nowych surowców? 

Twarz Dereka obla

ł rumieniec.   

–  Ach,  wi

ęc  o  to  ci  chodzi.  Rozumiem  twoją  złość.  Dobrze,  powiem Denise o twoim 

udziale. 

Zresztą Denise już dziś prosiła mnie o akceptację twojego przeniesienia do jej działu 

i wyraziłem zgodę. Zadowolona? 

– Dzi

ękuję.   

–  Mo

żesz  wyrazić  wdzięczność  w  znacznie  przyjemniejszy  dla  nas  obojga  sposób, 

Krysto.   

Przypomnia

ła sobie słowa Jacka. Czyżby miał rację? 

– Czy chcesz przez to powiedzie

ć, że mam ci zapłacić za uczciwe potraktowanie moich 

background image

osiągnięć, idąc z tobą do łóżka? 

– To by

łoby nieuczciwe. Odetchnęła z ulgą.   

– Ale rzeczywi

ście oczekuję, że pójdziesz ze mną do łóżka. Jesteśmy dla siebie stworzeni, 

Krysto.   

–  Przykro mi,  ale nie.  Nie jeste

śmy  dla  siebie  stworzeni.  Nieoczekiwanie  objął  ją 

ramieniem i przyciągnął do siebie z siłą, jakiej po nim się nie spodziewała.   

–  Ty cholerna idiotko! Nie wiesz,  co jest dla ciebie dobre,  ale to nic nie szkodzi. 

Pos

łuchaj uważnie. Albo pojedziemy stąd prosto do mnie, albo w twoich danych znajdzie się 

jutro notatka o wspólnym wypadzie z Killiganem. 

A od jutra będę miał oko na każdy twój 

krok. 

Zapewniam cię, że nim upłyną trzy miesiące, zbiorę dostatecznie dużo zastrzeżeń, żeby 

z

łożyć wniosek o zwolnienie cię z pracy. Rozumiesz? 

Mia

ła  ochotę  rozorać  gładkie  policzki  Dereka  paznokciami,  ale  postanowiła  odłożyć  tę 

ostateczną broń na później. Może jej się jeszcze przydać.   

– Nie b

ędziesz musiał czekać trzy miesiące.   

– Widz

ę, że się zrozumieliśmy – rozpogodził się.   

–  Nie by

łabym  taka  pewna.  –  Odepchnęła  go  z  całych  sił.  –  Jutro  sama  złożę 

wymówienie.   

– Zwariowa

łaś! – Patrzył na nią osłupiały.   

– Nie jeste

ś pierwszą osobą, która mi to mówi.   

Nagle poczu

ła się wolna i szczęśliwa. Wiedziała, że nie ominą jej wyrzuty sumienia, ale 

teraz to było nieważne.   

– Wiem, 

że potrzebujesz tej pracy.   

– Nie martw si

ę o mnie. Raczej uważaj na siebie.   

– Jeszcze po

żałujesz. – Podniósł płaszcz i ruszył do wyjścia.   

–  Bardzo mo

żliwe,  ale  myślę,  że  było  warto.  W  odpowiedzi  trzasnął  tylko  z  furią 

drzwiami.   

Krysta sta

ła  jeszcze  przez  chwilę  w  miejscu,  zastanawiając  się  nad  tym,  co  zrobiła.  W 

gruncie rzeczy, 

uznała  w  końcu,  podjęła  właściwą  decyzję.  Dźwiganie  wszystkiego  na 

własnych barkach przekraczało jej siły. Pojęła, że nie może płacić za wolność swoich braci aż 
takiej ceny, 

i jednocześnie uwierzyła, że potrafią to zrozumieć.   

A przede wszystkim teraz wreszcie b

ędzie mogła spokojnie zatroszczyć się o przyszłość 

Candy Valentine.   

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

–  Jeszcze raz ci powtarzam, 

że powinnaś iść do adwokata. – Rosie patrzyła chmurnym 

wzrokiem  na  Krystę,  która  zbierała  swoje  rzeczy  z  biurka.  –  Skończyły  się  czasy,  gdy 
molestowanie seksualne uchodziło bezkarnie.   

–  Zastanowi

ę  się  nad  tym.  –  Krysta  włożyła  do  kartonowego  pudełka  zdjęcie  ojca  i 

podniosła  wzrok  na  Rosie.  –  Nie  mam  żadnych  świadków,  więc  trudno  byłoby  mi 
czegokolwiek dowieść. Poza tym wszyscy wiedzą, że spotykaliśmy się od kilku miesięcy.   

– Wiem, 

że to nie jest łatwe, ale nie można tego tak zostawić.   

– Obiecuj

ę ci, że jeszcze o tym pomyślę.   

Zaczyna

ła  żałować,  że  w  ogóle  powiedziała  Rosie  o  swoim  spotkaniu  z  Hamiltonem. 

Przyjaciółka  zasługiwała  na  to,  żeby  ją  wtajemniczyć,  ale  i  tak  nie  mogła  jej  zdradzić 
wszystkiego. 

Gdyby sprawa trafiła do sądu, nie sposób byłoby utrzymać w sekrecie prawdy o 

Candy Valentine, 

a do tego nie mogła dopuścić.   

Zamkn

ęła pudełko i zakleiła plastrem.   

– Tak czy owak pami

ętaj, że jesteś jedyną osobą, z którą rozmawiałam na ten temat. Na 

razie przynajmniej nie chcę, żeby ktokolwiek więcej o tym wiedział.   

– Mo

żesz na mnie liczyć, cokolwiek postanowisz. Martwię się o ciebie.   

– Nie martw si

ę. Na razie czuję się wolna i szczęśliwa. Kto wie, może jeszcze wyjdzie mi 

to na dobre.   

Rosie podesz

ła do niej i objęła ją ramionami.   

–  Mam nadziej

ę. Jesteś naprawdę wspaniałą dziewczyną i powinnaś w końcu dostać od 

życia to, na co zasługujesz.   

– Trzymaj si

ę, Rosie. I do zobaczenia wieczorem.   

Ju

ż miała wyjść, gdy przyjaciółka sobie o czymś przypomniała.   

– Nie po

żegnasz się z Killiganem? 

Na sam d

źwięk tego nazwiska Krysta omal nie upuściła pudełka na podłogę. Przemknęło 

jej przez głowę, że Derek zdążył już rozpuścić jakieś plotki o ich wspólnym wyjeździe.   

– Czemu pytasz? 

– To taki mi

ły chłopak. Odniosłam wrażenie, że zależy mu na tobie.   

– Mo

że w takim razie pożegnam się z nim po drodze. Nie wiedziała, czy będzie umiała 

się na to zdobyć. Widok jego współczującej miny  był ostatnią rzeczą na świecie, jakiej by 
sobie życzyła.   

Przesz

ła  przez  zalany  deszczem  parking.  Otworzyła  samochód  i  odłożyła  pudełko  na 

siedzenie. 

Pozostało  jej  jeszcze  odnieść  przepustkę  do  portierni,  tuż  obok  rampy 

załadunkowej. Potem stanęła niezdecydowana na deszczu i spojrzała w stronę wejścia.   

– Do Jacka? 

Odwr

óciła się zaskoczona. Za nią stał Budd.   

– Tak – odpowiedzia

ła z wahaniem.   

– Zaraz go zawo

łam.   

background image

Nie pozostawa

ło  jej  nic  innego,  jak  zaczekać.  Za  chwilę  Jack  pojawił  się  w  drzwiach. 

Miał  na  sobie  niebieski  kombinezon  i  żółty  kask.  Mogła  się  spodziewać,  że  będzie  bez 
okularów, lecz i tak jego widok 

zaparł jej dech w piersiach. Poruszał się inaczej niż zwykle, 

bardziej pewnie, 

a spojrzenie jego niebieskich oczu było skupione i uważne. Podszedł do niej.   

– Po co mokniesz? Trzeba si

ę było schować przed deszczem.   

Przypomnia

ło się jej, co mówił o pocałunku na deszczu. Miała tak ściśnięte gardło, że z 

trudem wydobyła z niego głos.   

–  Chcia

łam  ci  powiedzieć,  że  nie  będę  miała  żadnych  problemów  z  tym,  żeby  wziąć 

udział w kampanii promocyjnej książki.   

– M

ówiłem ci już, że nie chcę...   

– O nic si

ę nie martw, dobrze? 

– S

ądzisz, że Hamilton da ci bezterminowy, płatny urlop? 

– Powiedzia

łam ci już, żebyś się o nic nie martwił. Zacisnął zęby i spojrzał w bok.   

Mog

ła czytać w jego myślach. Sądził, że spała z Hamiltonem. Trudno, niech myśli, co 

chce. 

Nie zamierzała opowiadać mu wszystkiego.   

Spojrza

ł na nią. Jego oczy były pozbawione wszelkiego blasku.   

– I teraz mo

żesz zadbać o sukces Candy Valentine.   

– Chc

ę dokończyć to, co zaczęłam.   

– Nie spodziewa

łem się, że to się tak szybko stanie. – Otarł twarz ręką. – Szkoda, że nie 

poczekałaś z tym trochę. Zdążyłbym powiedzieć ci, że zadzwoniłem do Stephanie Briggs.   

– Poco? 

W

łaściwie nie musiała pytać.   

– Wszystko posz

ło łatwiej, niż się spodziewałem. Skończyło się na śmiechu.   

– Rozumiem.   

Wiedzia

ła, że któregoś dnia przestanie mu być potrzebna, ale nie sądziła, że nastąpi to tak 

nagle. 

Jej rola była skończona. Myślała, że będzie ją to bolało, ale teraz nie czuła niczego.   

– Niech to diabli wezm

ą, Krysto. Czy musisz być zawsze taka zdecydowana? 

Nieoczekiwanie odezwa

ła się w niej urażona duma.   

– A czy ty nie m

ógłbyś uprzedzać mnie o swoich zamiarach? 

– O to samo m

ógłbym spytać ciebie.   

– Chodzi ci o Dereka? 

– Nie musia

łaś tego robić.   

Nagle ogarn

ęła ją złość. Miała ochotę odpłacić mu za cały ból, jaki jej sprawił.   

– Nie musisz si

ę o mnie martwić. To wcale nie było takie straszne.   

– K

łamiesz! Jeszcze dwa dni temu...   

– Nie k

łamię! 

Nie mia

ła ochoty myśleć o tym, co działo się przed dwoma dniami. A poza tym mówiła 

prawdę.  To,  że  uwolniła  się  wreszcie  od  presji  obowiązku,  że  potrafiła  stawić  czoło 
Hamiltonowi, 

było jednym z najwspanialszych przeżyć.   

– 

Życie nie wygląda tak jak twoje powieści, Jack. A ja nie jestem jedną z wymyślonych 

przez ciebie postaci.   

background image

– Zaczynam sobie z tego zdawa

ć sprawę. A więc Hamilton dostał od życia to, co mu się 

należało.   

– Mam nadziej

ę. Do widzenia, Jack. Powodzenia. Życzę ci dalszych sukcesów.   

Odwr

óciła się i ruszyła szybkim krokiem przez parking.   

 

– Nie patrz na mnie wzrokiem niewini

ątka, kochanie. – Jack pociągnął długi łyk i cisnął 

pustą  puszkę  do  kosza,  gdzie  wylądowała  obok  kilku  poprzednich.  –  Dobrze  się  bawiłaś  z 
Hamiltonem, 

co?  Pewnie  miałaś  zamiar  powiedzieć  mi,  że  zamykałaś  oczy  i  myślałaś  o 

świetlanej przyszłości Candy Valentine.   

Odchyli

ł się na krześle i sięgnął po kolejną puszkę.   

– Candy umar

ła, co? Trzeba się było przyznać, że oczarował cię fałszywy rolex. No nie, 

tego nie powiedziałaś. A szkoda. To przynajmniej byłoby uczciwe, bo w to, że oczarował cię 
taki dupek jak Hamilton, 

nie  uwierzę.  –  Uniósł  puszkę  w  kierunku  wiszącego  na  ścianie 

zdjęcia. – Twoje zdrowie, kochanie.   

Ruda kotka wskoczy

ła mu na kolana.   

–  O!  –  powita

ł  ją  Jack.  –  Mamy bezstronnego obserwatora.  Powiedz mi,  kiciu,  czy 

uwierzyłabyś, że Krysta Lueckenhoff pójdzie do łóżka z Derekiem Hamiltonem w dwa dni po 
tym, 

jak spędziła ze mną szalony weekend w Nowym Jorku? 

Kotka miaukn

ęła i zatopiła pazury w dżinsach Jacka.   

–  Ja te

ż bym w to nie uwierzył. No, ale może kiedyś to zrozumiem. Życie jest długie i 

nigdy nie wiadomo, co nam jeszcze przyniesie.   

Kotka roz

łożyła się wygodnie.   

–  A przy okazji,  kiciu,  odzyska

łaś  swoje  dawne  imię  –  mruknął  i  pogładził  ją  po 

grzbiecie.  – 

Nic  się  nie  martw,  jeszcze  wszystko  się  ułoży.  Tylko najpierw powiemy panu 

Fałszywemu Rolexowi, co myślimy o jego wielkich belach papieru, a potem... witaj, piękny 
świecie! Kotka mruczała zadowolona.   

– Podoba ci si

ę ten pomysł, co? Muszę przyznać, że mnie też.   

Kotka spojrza

ła na niego znajomymi zielonymi oczami.   

–  Ale trzeba przyzna

ć,  że  Krysta  miała  rację.  Trochę  byli  zaambarasowani,  kiedy 

usłyszeli, jak się sprawy przedstawiają. No cóż, obejdzie się bez osobnej ekspozycji i wielkiej 
promocji. 

Ale książka nie jest zła i wierzę, że się przebije.   

Jack westchn

ął, pociągnął łyk piwa i zrobił małpią minę do swego niewyraźnego odbicia 

w martwym monitorze komputera.   

 

Nast

ępnego  ranka  nie  nałożył  przeciwdeszczowego  kombinezonu.  Bardziej stylowo, 

uznał,  będzie  zostać  wylanym  z  pracy  w  skórzanej  kurtce.  Wsiadł  na  motor  i  ruszył  jak 
straceniec, 

nie zważając na lejącą się za kołnierz wodę. Niech sobie Krysta robi, co chce, on 

nie daruje Hamiltonowi, 

że tak wykorzystał swoje stanowisko.   

Kiedy zjawi

ł  się  mokry,  jakby  wyszedł  spod  rynny,  sekretarka  Hamiltona  spojrzała  na 

niego krzywym okiem. 

No cóż, to tylko woda, nie pozostaną po niej żadne plamy. Wszystko 

zniknie bez śladu.   

background image

– Czy by

ł pan umówiony? 

– Pan Hamilton i ja czekamy na to spotkanie od miesi

ęcy – oświadczył. – Tylko że nigdy 

nie ustaliliśmy konkretnego terminu.   

– Prosz

ę zaczekać, zaraz sprawdzę. – Uniosła słuchawkę.   

– Jak brzmi pa

ńskie nazwisko? 

– Sam si

ę przedstawię. – Jack ruszył w kierunku drzwi.   

– Tak nie mo

żna, pan...   

Jack min

ął ją bez słowa, wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi.   

Hamilton uni

ósł się zza biurka z zaskoczoną miną.   

– Cze

ść, Derek. Przyszedłem w sprawie Krysty Lueckenhoff.   

–  Och.  –  Hamilton odzyska

ł panowanie nad sobą. – Nie ma o czym gadać. Już została 

zwolniona.   

– Co takiego? 

Hamilton wyci

ągnął się w górę, na ile tylko mógł, lecz i tak zabrakło mu ładnych paru 

centymetrów, 

by spojrzeć Jackowi prosto w oczy.   

–  Nie mo

żemy tolerować takiego  zachowania pracowników Rainier Paper. To już było 

naprawdę za dużo.   

– Ty gnido! Najpierw ci

ągniesz dziewczynę do łóżka, a kiedy już masz dosyć, wyrzucasz 

ją  z  pracy?  –  Jack  sięgnął  ręką  ponad  biurkiem  i  chwycił  Hamiltona  za  krawat.  –  Miałem 
zamiar powiedzieć ci, co o tobie myślę, ale zdaje się, że czasem same słowa nie wystarczą.   

– Nigdy z ni

ą nie spałem! – wykrzyknął przestraszony Hamilton. – Nikt mnie jeszcze nie 

potraktował tak jak ta...   

Roztropnie umilk

ł.   

– Co

ś ty powiedział? 

– I wiesz dobrze, 

że to przez ciebie! Jack wypuścił z ręki krawat.   

– Jak to przeze mnie? 

Hamilton usiad

ł na fotelu i poprawił krawat.   

– Jeste

ś zwolniony, Killigan! 

–  Dobrze,  dobrze.  –  Jack poczu

ł,  że  robi  mu  się  cieplej  koło  serca.  –  Powiedz no mi 

najpierw, co to znaczy, 

że przeze mnie? 

–  My

ślę, że sam znasz odpowiedź. W końcu specjalnie poleciała do Nowego Jorku tym 

samym samolotem co ty. 

Sama mi o tym powiedziała. Nie wiem, co ona widzi w takim. .. Ale 

to  w  końcu  nie  moje  zmartwienie.  W  każdym  razie,  kiedy  złożyła  wymówienie,  nie 
widziałem powodów, żeby ją zatrzymywać.   

Jack za

łożył  ręce  na  piersi  w  nadziei,  że  łatwiej  będzie  mu  w  ten  sposób  nad  nimi 

zapanować.  Nie  obchodziła  go  w  tej  chwili  wyraźna  niespójność  relacji  Hamiltona, 
interesowało go tylko jedno.   

– Kiedy ta rozmowa mia

ła miejsce? 

–  Ta rozmowa  –  o

świadczył z naciskiem Hamilton – jest już skończona. Jeśli zaraz nie 

wyjdziesz, 

wezwę wartowników.   

Przesadzi

ł. Jack wyciągnął rękę i jednym ruchem postawił go z powrotem na nogi.   

background image

–  Wbrew twojej niskiej ocenie moich zdolno

ści  intelektualnych  –  zaczął  Jack,  patrząc 

prosto w wodniste oczy Hamiltona – 

mam niezłą pamięć. Przed chwilą tylko wyznanie, że nie 

spałeś z Krystą, uratowało twój nos przed spotkaniem z... – Podsunął Hamiltonowi pod nos 
potężną  pięść.  –  Rozumiesz?  Jeśli  chcesz  uniknąć  tej  drobnej  przykrości  po  raz  kolejny,  a 
masz na to szansę, mów w tej chwili, kiedy odbyła się wasza rozmowa! 

Hamilton zblad

ł.   

– W poniedzia

łek wieczorem. I wcale jej nie wylałem. Sama złożyła rezygnację.   

Jack waha

ł się przez chwilę, po czym pozwolił Hamiltonowi opaść na fotel. Odwrócił się 

i bez słowa wybiegł z gabinetu.   

Kiedy wszed

ł  do  pokoju,  z którego tak niedawno dzwonili  razem do Manchester 

Publishing, Rosie wyra

źnie ucieszyła się na jego widok.   

– Gdzie jest Krysta? 

– W domu. Porz

ądkuje dokumenty, które będą jej potrzebne, żeby szukać pracy i... leczy 

kaca, panie Valentine.   

– Widz

ę, że Krysta wszystko wypaplała.   

–  By

ła  wczoraj  bardzo  przygnębiona,  więc  wpadłam  do  niej  z  butelką  wina.  Nie  była 

zanadto rozmowna, 

ale wydusiłam z niej dosyć, żeby reszty się domyślić. Nie wiem tylko, co 

myśleć o tobie. Być może jesteś najwspanialszym kochankiem na świecie...   

– Czy Krysta to powiedzia

ła? 

–  Ale  –  Rosie najwyra

źniej  celowo  pozostawiła  jego  pytanie  bez odpowiedzi  – 

chciałabym  wiedzieć,  czy  masz  zamiar  sam  naprawić  krzywdę,  którą  wyrządziłeś  tej 
dziewczynie, 

czy też mam poprosić swoich przyjaciół, żeby  nauczyli cię szacunku  dla płci 

pięknej.   

–  Popro

ś raczej swoich przyjaciół, żeby omówili problem szacunku dla kobiet z panem 

Hamiltonem.   

–  O,  to zupe

łnie  inna  historia.  Rozmawiałam  na  ten  temat  z  kilkoma  dziewczynami  w 

pracy i jak się okazało, Krysta nie jest tu jedyną kobietą, która może zeznać, że była przez 
Hamiltona molestowana seksualnie. 

Ale to się nadaje raczej do sądu.   

– Bardzo rozs

ądnie. Powiedz mi przede wszystkim, gdzie jest Krysta.   

Rosie przyjrza

ła mu się uważnie.   

–  Nie mam zamiaru podawa

ć  adresu  Krysty  facetowi,  który  przyjął  od  niej  pomoc, 

wykorzystał ją, a kiedy okazało się, że nie jest mu do niczego więcej potrzebna, zostawił ją 
bez jednego słowa.   

– Nigdy nie zostawi

łbym Krysty. W życiu nie kochałem nikogo tak, jak ją kocham.   

– Na pewno? 

Jack opar

ł się dłońmi o biurko i popatrzył głęboko w brązowe oczy Rosie.   

– Mo

żesz się sama przekonać.   

– Jak? 

–  Daj mi adres i wpadnij do niej kt

óregoś  dnia  z  kolejną  butelką  wina.  Wtedy sama 

odpowie ci na twoje pytanie.   

Rosie pokr

ęciła głową.   

background image

–  Zaczynam rozumie

ć, dlaczego ta dziewczyna tak za tobą szaleje. Rzeczywiście coś w 

sobie masz.   

– Ja si

ę z nią chcę ożenić, Rosie.   

–  Oho! 

Ładne rzeczy. No dobrze, zaryzykuję. Siadaj tu obok mnie, to narysuję ci drogę 

do domu twojej wybranki, panie Valentine.   

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Krysta nie umia

łaby  powiedzieć,  co jej bardziej przeszkadza,  ból  głowy  czy  złamane 

serce. 

Nie  powinna  wczoraj  pić,  choć  na  krótką  metę  szczera  rozmowa  i  kilka  kieliszków 

wina  przyniosły  jej  ulgę.  Tyle  że  dzisiejszego  ranka  nie  było  przy  niej  Rosie,  dobre 
samopoczucie zdecydowanie ją opuściło, nie miała pracy ani nadziei na to, by ujrzeć jeszcze 
kiedykolwiek Jacka Killigana.   

Monotonny szum padaj

ącego od rana deszczu pogłębiał jej ponury nastrój. Najchętniej w 

ogóle  nie  wstawałaby  z  łóżka,  ale  wiedziała,  że  nie  może  sobie  na  to  pozwolić.  Skromne 
oszczędności  wystarczą  jej  na kilka tygodni.  Z  trudem  zmusiła  się  do  tego,  żeby  wziąć 
prysznic i ubrać się równie starannie jak co dzień.   

W

łączyła komputer i zatęskniła za maszyną, na której pracowała w Rainier Paper. Rosie 

wprawdzie zaoferowała, że wydrukuje jej CV. na laserowej drukarce w pracy, ale Krysta nie 
chciała.  Nawet jeśli należało jej się to za wysiłki, jakich nie szczędziła firmie, to poczucie 
godności kazało jej zrezygnować.   

Za oknem rozleg

ł  się  warkot  motocykla  i  przez  jedną  krótką  chwilę  jej  serce  zabiło 

żywiej. Boże, jaka z niej idiotka. Nie może oczekiwać od życia, że będzie się układało jak w 
powieściach Jacka. On sam uświadomił jej aż zbyt boleśnie, gdzie przebiega granica między 
fantazją a rzeczywistością.   

Kiedy us

łyszała dzwonek do drzwi, poderwała się na równe nogi tak gwałtownie, że aż 

przewróciła krzesło. Choć mówiła sobie, że to tylko listonosz, jej serce biło jak szalone. Za to 
gdy wyjrzała przez wizjer, wszystko w niej zamarło i bała się uwierzyć własnym oczom. Ręce 
jej  drżały  tak,  że  z  trudem  otworzyła  zamek.  Na  progu  stał  najwspanialszy  i  najbardziej 
mokry mężczyzna na świecie.   

– Wygl

ądasz, jakbyś po drodze wpadł do wody – powitała go.   

– A ty wygl

ądasz, jakbyś miała kaca.   

– Sk

ąd wiesz? – zapytała i cofnęła się o krok.   

– Ja wiem wszystko – oznajmi

ł pewnym tonem.   

– Rozmawia

łeś z Rosie.   

Nie wiedzia

ła, jak właściwie ma się do niego odnosić, ani po co jeszcze do niej przyszedł. 

Bała  się,  że  po  raz  kolejny  padnie  ofiarą  jego  nieodpartego  uroku.  A  przecież  nie 
przyniosłoby jej to niczego dobrego.   

– Mi

ędzy innymi. – Zrobił kolejny krok w jej stronę.   

– Zobaczysz, 

że jeśli będziesz tak jeździł po deszczu, to skończysz w łóżku.   

– Je

żeli tylko byś się mną opiekowała, to nie miałbym nic przeciwko temu.   

– W 

żadnym wypadku. – Krysta cofnęła się o krok. – Czemu nie jesteś w pracy? 

– Wylali mnie. – Znowu zbli

żył się do niej.   

– Bo

że kochany! I co teraz będzie? Przecież książka wyjdzie dopiero za rok. Co będziesz 

robił do tej pory? 

Wzruszy

ł beztrosko ramionami.   

background image

– Co

ś się wymyśli.   

–  No tak,  mog

łam  się  spodziewać  takiej  odpowiedzi.  –  Chciała  odwrócić  od  niego 

spojrzenie, 

ale  nie  potrafiła.  –  Domyślam  się,  że  nie  masz  jeszcze  żadnego  konkretnego 

pomysłu.   

– Owszem, mam.   

– Naprawd

ę? 

–  Oczywi

ście.  Ale  najpierw  chciałbym  cię  o  coś  spytać.  Czy  naprawdę  powiedziałaś 

Rosie, 

że jestem najlepszym kochankiem na świecie? 

Zrobi

ło jej się gorąco. Niech diabli porwą tę gadułę. Ładna z niej przyjaciółka.   

– Nie by

łam trzeźwa. Jeśli chcesz wiedzieć, co o tobie...   

– Trze

źwa czy nie, ale powiedziałaś.   

– Tak – przyzna

ła.   

– Drugie pytanie. Czy spa

łaś z Hamiltonem? 

W pierwszej chwili chcia

ła potwierdzić, ale nie umiała go okłamać.   

– Nie.   

W oczach Jacka pojawi

ł się wyraz triumfu.   

– To czemu tak mi powiedzia

łaś? 

– Nie powiedzia

łam.   

– Owszem, powiedzia

łaś. Bardzo dobrze pamiętam każde twoje słowo. Powiedziałaś, że 

było wspaniale.   

– Nieprawda – zaperzy

ła się. – Powiedziałam, że to nie było takie straszne. Za wiele sobie 

dopowiadasz.   

– Masz racj

ę. – Twarz Jacka złagodniała. – Wiem, że powinienem mieć więcej wiary w 

ciebie,  i n

ie zdziwiłbym się, gdybyś wyrzuciła mnie teraz za drzwi. Proszę cię, wybacz mi, 

Krysto.   

Na widok jego miny opu

ściła ją cała złość.   

– Mia

łeś prawo tak myśleć.   

–  Ja w og

óle  nie  myślałem.  Kiedy  przyszło  mi  do  głowy,  że  kobieta,  której  pragnę 

bardziej niż... niż wszystkiego na świecie, mogła... Oszalałem z zazdrości.   

– Kobieta, kt

órej pragniesz bardziej niż... Nigdy wcześniej nic takiego nie mówiłeś.   

– Nie m

ówiłem, bo czułem, że nie mam prawa. Że nie jestem w stanie ci niczego dać.   

–  Niczego da

ć?  –  Krysta  na  nowo  poczuła  złość.  –  Chyba  masz  mnie  za  kompletną 

idiotkę. Jesteś autorem książek, które będą bestsellerami.   

– Wiem, 

że Stephanie zaraziła cię swoim entuzjazmem, ale przeczytałem setki artykułów 

na temat tego interesu. Tego, 

czy książka odniesie sukces, nie można przewidzieć. Nigdy nie 

mo żn a  z  gó ry  liczyć  na  zysk i.  Najlepsza  książka  może  się  okazać  niewypałem.  W tym 
interesie liczą się wyłącznie fakty.   

Czar Nowego Jorku kaza

ł  jej  wierzyć  w  powodzenie  Jacka.  Teraz,  po powrocie do 

Evergreen, 

była skłonna uznać jego racje. A jednak nie potrafiła pogodzić się z myślą, że jej 

wszystkie nadzieje mogły być tylko iluzją.   

– A ja nadal twierdz

ę, że będziesz sławny.   

background image

– Twoja wiara budzi mój podziw, ale ani wtedy, 

ani tym bardziej teraz nie można na to 

liczyć.   

–  Co chcesz przez to powiedzie

ć? Twoje książki znajdą się w witrynach księgarń i... – 

Dopiero teraz dotarł do niej sens tego, co powiedział. – Co się stało, Jack? 

Odwr

ócił spojrzenie.   

– Stephanie wcale nie by

ła uszczęśliwiona, kiedy się dowiedziała, że to ja jestem autorem 

„Dziewczyny”. 

No i zapowiedziała korektę planów.   

– Ale obieca

łeś...   

– Nie chcia

łem, żebyś się martwiła.   

– Po co to zrobi

łeś, na miłość boską? 

–  Bo nie chcia

łem,  żebyś  ryzykowała  własną  karierę  dla  niepewnego  sukcesu  mojej 

książki.   

– Czy chcesz mi powiedzie

ć, że wszystkie nasze wysiłki poszły na marne? 

– Na marne? – Chwyci

ł ją w ramiona. – To był najcudowniejszy weekend w moim życiu. 

Nigdy dotąd nie byłem równie szczęśliwy.   

– M

ówię o twojej książce! To się teraz liczy! 

– Nie. – Przycisn

ął ją do piersi. – Moja książka nic mnie nie obchodzi.   

– Nie m

ów tak! Nie wolno ci tak mówić! 

– To wolny kraj, Krysto, i mog

ę mówić wszystko, co zechcę. Mogę nawet powiedzieć, że 

cię kocham.   

Popatrzy

ła mu w oczy i poczuła, że brak jej tchu.   

– Jack...   

Cofn

ął się o krok i chwycił ją za rękę.   

– Chod

ź! – Pociągnął ją w stronę drzwi.   

– Zwariowa

łeś? Jest zimno i pada deszcz.   

– Wiem.   

Nie zwa

żając na nic, wyciągnął ją na dwór. Cienka bluzka przemokła w mgnieniu oka.   

– Zimno mi – poskar

żyła się. – Czy mógłbyś mi wyjaśnić, o co ci chodzi? 

Obj

ął ją ramionami.   

– Popatrz na mnie. Odchyli

ła głowę.   

– Pada mi prosto w oczy.   

– Wi

ęc je zamknij – szepnął.   

Dopiero wtedy zrozumia

ła. Jego usta przywarły do jej warg.   

W jednej chwili zapomnia

ła o zimnie i deszczu, o pędzących po jezdni samochodach i 

ciekawskich  sąsiadach.  Pamiętała  tylko  o  jednym,  o  obiecanym  jej  kiedyś  przez  Jacka 
pocałunku na deszczu. I niczego więcej nie było jej potrzeba.   

Jack oderwa

ł usta od jej ust. Otworzyła oczy i napotkała jego spojrzenie.   

– Kocham ci

ę, Krysto. Zrobię wszystko, żebyśmy byli razem. Znajdę pracę i zarobię na 

opiekunkę dla twojego ojca.   

–  Nie.  –  Poczu

ła, że do oczu napływają jej łzy. – Nie zgodzę się, żebyś zrezygnował z 

pisania.   

background image

– Je

żeli nie będziesz ze mną, pisanie książek straci dla mnie sens.   

Uj

ęła jego twarz w dłonie.   

– Nie mog

ę być dla ciebie ciężarem, Jack. Nie zgodzę się, żebyś przestał pisać.   

–  Nie b

ędziesz  dla  mnie  ciężarem.  Będziesz  moim  natchnieniem.  A  to  jest  coś,  czego 

naprawdę mi potrzeba.   

Tym razem poczu

ła w jego pocałunku nie tylko czułość, lecz i pragnienie.   

Z trudem oderwa

ła się od jego warg.   

– Chod

ź, dokończymy tę rozmowę w domu – zaproponowała i ujęła go za rękę.   

– Dobry pomys

ł.   

Wbiegli po schodach. Krysta poci

ągnęła za klamkę. Drzwi były zatrzaśnięte. Spojrzała na 

Jacka i wybuchnęła śmiechem.   

– Nie wejdziemy. Szarpn

ął klamkę. Bez skutku.   

– Mo

że zostawiłaś uchylone okno? 

– Nie. By

ło mi zimno.   

– Wobec tego mamy tylko jedno wyj

ście. Zdjął kurtkę.   

– W

łóż ją. – Pomógł jej wsunąć rękę do rękawa.   

– A ty? 

–  Jak si

ę  do  mnie  przytulisz, to  będzie  mi  ciepło.  Chodź. W  chwilę  później  pędzili  na 

motorze po ulicach Evergreen.   

Krysta z ca

łych  sił  obejmowała  Jacka,  próbując  uchronić  go  przed  zimnem.  Sama 

zupełnie nie czuła, że marznie. Dotknięcie jego ciała wystarczało, było jej cudownie.   

Zaparkowa

ł motocykl przed domem i pociągnął ją za sobą po schodach. Kiedy wpadli do 

mieszkania, 

ledwo mogła złapać oddech.   

Na spotkanie wyszed

ł im kot.   

– Krysto, kochanie, poznaj Kryst

ę, moją kotkę.   

– Da

łeś jej moje imię? 

– Bo ma twoje oczy.   

– Naprawd

ę? – Krysta nachyliła się nad kotką, ale Jack pociągnął ją za sobą do łazienki.   

– Rozbieraj si

ę.   

– A gdzie romantyczny wst

ęp? – zażartowała.   

–  Nie ma niczego romantycznego w kichaniu i katarze.  Teraz mo

że nas uratować tylko 

gorący  prysznic.  I kto wie  –  Jack  przymrużył  oko  –  może  uda  się  nam  jeszcze  odzyskać 
romantyczny nastrój? 

Uda

ło się. Pieszczoty pośród strumieni gorącej wody miały w sobie nie mniej uroku niż 

pocałunek na deszczu. Kiedy już obojgu zrobiło się ciepło, Jack zakręcił kran, owinął Krystę 
w ręcznik i zaniósł do łóżka.   

P

óźniej, gdy leżeli przytuleni, sięgnął na nocny stolik i podał jej niewielki przedmiot.   

Wzi

ęła do ręki maleńkie, plastykowe serduszko.   

– Nie masz poj

ęcia, jak się nad nim głowiłam. Za nic nie mogłam się zdecydować, czy to 

ma być żart, czy poważna propozycja.   

– To by

ła bardzo poważna propozycja. I jest nadal. Krysta wstrzymała oddech.   

background image

– Co chcesz przez to powiedzie

ć? 

– Krysto... Wiem, 

że to szaleństwo, ale chciałbym cię spytać...   

Zadzwoni

ł telefon.   

– Niech go diabli. Nagra si

ę na sekretarkę.   

Telefon ucich

ł i w pokoju obok rozległ się głos dyktujący wiadomość dla Jacka.   

– Chcia

łbym cię spytać...   

– To Stephanie! – krzykn

ęła Krysta. – Poznaję jej głos! 

–  Mniejsza ze Stephanie.  Chc

ę  ci  teraz  zadać  bardzo  ważne  pytanie.  Stephanie  może 

zaczekać.   

–  Mo

że  zaczekać?!  –  Krysta  wyskoczyła  z  łóżka.  –  I ty mówisz,  że  będziesz 

odpowiedzialnym mężem! 

– Jeszcze ci

ę nawet nie zdążyłem poprosić o rękę.   

– Zaraz mnie poprosisz. Teraz musimy odebra

ć telefon. A ja się z góry zgadzam.   

– Krysto! 

Podnios

ła słuchawkę i przerwała Stephanie w pół zdania.   

– Halo? Tu osobista sekretarka pana Killigana.  W

łaśnie weszłam do domu. Czym mogę 

służyć? 

– Candy, to ty? 

– Uhm... nazywam si

ę Krysta Lueckenhoff.   

– Nie nabierzesz mnie. Mam za dobry s

łuch. Całe szczęście, że jesteś. Posłuchaj, Candy, 

ten twój Jack narobił niezłego bigosu. Przecież nie możemy zorganizować dla niego kampanii 
promocyjnej jako Candy Valentine.   

– 

Święta racja – zgodziła się Krysta.   

–  Teraz 

żałuję, że nie zajrzałam do szafy. Ale prawdę mówiąc, byłam wtedy o nim jak 

najgorszego zdania...   

– Nies

łusznie.   

– Jak on wygl

ąda? Czy jest przystojny? Krysta spojrzała na Jacka.   

– Gdyby go dobrze ubra

ć, wyglądałby nieźle – roześmiała się.   

– Seksowny? 

– Zdecydowanie tak.   

–  Wobec tego s

łuchaj.  Mam taki pomysł. Przyjedźcie czym prędzej do  Nowego Jorku. 

Zaprowadzimy Jacka do fotografa. 

Jeżeli  dobrze  wyjdzie  na  zdjęciach,  zorganizujemy 

kampan

ię reklamową pod hasłem Jack Killigan – pan Valentine.   

– Genialny pomys

ł – orzekła Krysta.   

– Rezerwuj

ę więc dla was bilety. Księgowa nie będzie zachwycona, ale dam sobie z nią 

radę. Kiedy możecie przylecieć? 

– W ka

żdej chwili.   

–  To doskonale.  Wobec tego pakujcie walizki.  Zadzwoni

ę  do  was,  jak  tylko  załatwię 

bilety. 

Do usłyszenia, Candy czy Krysto, jak wolisz.   

– Do us

łyszenia i do zobaczenia, Stephanie. Krysta odłożyła słuchawkę.   

– Czy mo

żesz wreszcie wysłuchać, co mam ci do powiedzenia? 

background image

– Zamieniam si

ę w słuch.   

– Wi

ęc czy chcesz...   

– Tak.   

– Po prostu tak? Bez dalszych negocjacji? 

– A czeg

óż jeszcze mogłabym chcieć? Kocham cię, Jack. Zamknął oczy.   

– Czy mog

łabyś to powtórzyć? 

– Kocham ci

ę.   

– Powiedz jeszcze raz.   

– Kocham ci

ę.   

– A szeptem? 

Pochyli

ła się nad nim. Jack przyciągnął ją do siebie.   

–  Kocham ci

ę, Jack. Chcę być twoją żoną, przyjacielem, kochanką, doradcą w sprawie 

umów wydawniczych i...   

– Wszystkim. Ca

łym światem.   

– Tak.   

– Ale obiecaj mi jedno.   

– Wszystko, co zechcesz.   

– Nie b

ędę musiał golić zarostu na piersiach do zdjęć.   

– Nie.   

– Obiecujesz? 

– Ju

ż obiecałam. Wszystko, co zechcesz, Jack.   


Document Outline