background image

CATHERINE COULTER

MŁODA PANI SHERBROOKE

background image

ROZDZIAŁ 1

Northcliffe Hall, niedaleko New Romney w Anglii

Maj 1803r.

Widziałam ją dziś w nocy! Ducha Dziewicy!

- Sinjun, naprawdę? Przysięgniesz, że widziałaś ducha?

Po  dwóch  pełnych   grozy   westchnięciach   nastąpiły   nerwowe  okrzyki   przestrachu   i 

zarazem podniecenia.

-Tak, to na pewno była ona.

-Powiedziała   ci,   że   jest   dziewicą?   Mówiła   coś?   Nie   bałaś   się?   Była   cała   biała? 

Jęczała? Wyglądała bardziej jak żywa czy jak umarła?

Głosy   coraz   bardziej   cichły,   oddalając   się   od   drzwi,   ale   wciąż   jeszcze   słyszał 

westchnienia i chichoty.

Douglas   Sherbrooke,   hrabia   Northcliffe,   dokładnie   zamknął   drzwi   i   podszedł   do 

biurka.   Przeklęty   duch!   Czy   Sherbrooke'owie   mają   po   wieczne   czasy   znosić   te   niepraw-

dopodobne bajdy o nieszczęsnej młodej lady? Rzucił okiem na starannie ułożone papiery, 

westchnął, usiadł i popatrzył przed siebie.

Zmarszczył brwi. Ostatnimi czasy często marszczył brwi. Nie dawali mu spokoju, ani 

na dzień,  ani na  godzinę.  Każdego dnia  znosił istne  gradobicie  grzecznych,  ale  upartych 

wariacji na wciąż ten sam, nudny temat. Musi wziąć sobie żonę i spłodzić hrabiowskiego 

dziedzica.  Jest coraz starszy,  jego męskość słabnie z minuty na minutę,  a on tymczasem 

trwoni   bezcenne   nasienie,   z   którego   mają   się   przecież   zrodzić   przyszli   Sherbrooke'owie. 

Winien w prawowitym  związku obdarzać nim swą żonę, a nie rozrzucać po śmietnikach 

świata, przed czym przestrzega Biblia.

Na świętego Michała skończy trzydzieści lat, przypominali wujowie i ciotki, kuzyni i 

podstarzali domownicy, którzy znali go od chwili, gdy drąc się wniebogłosy wyszedł z łona 

matki. Przyjaciele-prześmiewcy, kiedy już raz uczepili się tego tematu, nie przestawali wygła-

szać   swoich   impertynencji.   Marszczył   wtedy   brwi,   tak   jak   teraz,   i   mówił,   że   skończy 

trzydzieści lat na przyszłego, nie na tego świętego Michała. W tym roku będzie miał dopiero 

dwudzieste dziewiąte urodziny, a teraz ma dwadzieścia osiem lat. Na litość boską, przecież 

dopiero   maj,   do   września   daleko.   Właściwie   to   niedawno   zaczął   dwudziesty   ósmy   rok, 

przyzwyczaja się do tego, że już nie ma lat dwudziestu siedmiu. Cóż to znowu za „poważny 

wiek”!

Hrabia spojrzał na stojący na kominku pozłacany zegar z brązu. Gdzie się podziewa 

background image

Ryder? Niech go szlag, przecież braciszek wie, że spotykają się w pierwszy wtorek każdego 

kwartału  w tym  właśnie pokoju w Northcliffe  Hall, dokładnie  o trzeciej. Fakt, że hrabia 

zapoczątkował te kwartalne spotkania dopiero po wystąpieniu z armii przed dziewięcioma 

miesiącami, wkrótce po podpisaniu pokoju w Amiens, nie usprawiedliwiał spóźnienia Rydera 

na trzecie z kolei spotkanie. Należała mu się nagana, niezależnie od tego, że Leslie Danvers, 

służący   Douglasa,   młodzian   pilny,   acz   o   irytującej   pamięci,   przypominał   swemu   panu   o 

spotkaniu zaledwie godzinę wcześniej.

Hrabia zapomniał o gniewie na widok wpadającego do pokoju Rydera, przewianego 

wiatrem, pachnącego skórą, koniem i morzem, pełnego życia młodzieńca szczerzącego białe 

zęby.  Prawie się nie spóźnił, było dopiero pięć po trzeciej. Ryder również zbliżał się do 

„poważnego wieku” - miał już prawie dwadzieścia sześć lat. Powinni się trzymać razem.

- Boże, Douglas, co za piękny dzień! Jeździłem z Dorothy po klifach, co za uczucie! 

Mówię ci! - Ryder usiadł, skrzyżował obleczone w skórę nogi i błysnął białymi zębami w 

uśmiechu.

Douglas huśtał nogą.

- Udało ci się utrzymać na koniu?

Ryder uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale w jego oczach czaiło się coś niewyraźnego. 

Miał   wygląd   człowieka   nasyconego,   wygląd,   do   jakiego   hrabia   zaczynał   się   powoli 

przyzwyczajać i dlatego westchnął.

-No cóż - po chwili ciszy odezwał się Ryder - jeżeli upierasz się na te kwartalne 

spotkania, muszę się do nich przygotowywać.

-Ale Dorothy Blalock?

-To cieplutka, słodko pachnąca wdówka, braciszku. W dodatku wie, jak zadowolić 

mężczyznę, dobrze wie. I nie wpadnie. Moja Dorotka jest na to za sprytna.

-Przyznaję, dobrze siedzi na koniu - stwierdził Douglas.

-Och, jest jeszcze kilka rzeczy, na których dobrze siedzi.

Douglas  z całej  siły powstrzymywał  się od uśmiechu.  Był  przecież  hrabią,  głową 

potężnego rodu Sherbrooke'ow. Nawet teraz, pomimo całego sprytu Dorothy, mógł gdzieś 

rosnąć kolejny Sherbrooke.

-Przejdźmy   do   następnych   punktów   -   powiedział,   ale   Ryder   nie   dał   się   zwieść. 

Zauważył grymas brata i roześmiał się.

-Przejdźmy. - Wstał i nalał sobie brandy. Podniósł karafkę w stronę brata.

-Nie, dziękuję.- Douglas wpatrywał w leżącą przed nim kartkę. - Jeśli chodzi o stan na 

ten kwartał, masz czterech zdrowych synów i cztery zdrowe córki. W zimie zmarł 

background image

biedny Danielek. Noga Amy chyba nie ucierpiała po upadku. Czy to wszystko?

-W sierpniu urodzi mi się kolejne dziecko. Matka jest zdrowa i silna.

Douglas westchnął. - Doskonale, jak się nazywa? - Zapisał i podniósł głowę. - Teraz 

już wszystko?

Ryder spochmurniał i dopił resztę brandy. - Nie, w zeszłym tygodniu Benny zmarł na 

zimnicę.

- Nic nie mówiłeś.

Ryder wzruszył ramionami. - Nie miał jeszcze roku, ale był taki mądry. Wiedziałem, 

że jesteś zajęty. Wybrałeś się w podróż do Londynu, do Ministerstwa Wojny. Pogrzeb był 

cichy, tak życzyła sobie jego matka.

- To przykre - powtórzył Douglas i zmarszczył brwi.

Ryder nie lubił, kiedy brat marszczył brwi. - Ale jeżeli dziecko ma się urodzić w 

sierpniu, dlaczego mi nie powiedziałeś ostatnim razem?

Odpowiedź była prosta. - Jego matka mi nie powiedziała. Bała się, że nie zechcę już z 

nią spać. - Przerwał i przez wykuszowe okno patrzył na wschodni trawnik. - Głupia dziewka. 

Nie domyśliłbym się, chociaż powinienem był się domyślać. Jest już bardzo gruba, może 

nawet będzie miała bliźniaki. - Odwrócił się od okna i pociągnął z butelki. - Zapomniałem o 

Nancy.

Douglas odłożył kartkę. - Jakiej Nancy?

-Nancy Arbuckle, córce sukiennika z Rye. Spodziewa się chyba w listopadzie. Bardzo 

płakała, ale powiedziałem jej, że nie musi się martwić. Sherbrooke'owie zawsze dbają 

o swoje potomstwo. Może nawet wyjdzie za kapitana statku. Nie przeszkadza mu, że 

jest w ciąży z innym.

-No proszę - Douglas wziął nową kartkę i uniósł głowę - utrzymujesz siedmioro dzieci 

i ich matki i zapłodniłeś kolejne dwie kobiety, które mają urodzić jeszcze w tym roku.

-Chyba   to   tak   będzie.   Z   tym   że   mogą   być   bliźniaki,   a   Nancy   może   wyjdzie   za 

kapitana.

-Nie potrafisz utrzymać ptaszka w spodniach?

-Nie bardziej niż ty.

-Doskonale, ale wychodź z kobiety, zanim wstrzykniesz jej nasienie.

O dziwo Ryder się spłonił. - Nie panuję nad sobą. To żadne usprawiedliwienie, ale jak 

raz już tam wejdę, to nie mogę wyjść. - Patrzył na brata spode łba. - Nie jestem taką cholerną  

oziębłą rybą jak ty. Ty wyszedłbyś nawet z anioła. Zawsze tak trzeźwo myślisz, nic cię nie 

wytrąca z równowagi? Nie chcesz czasami po prostu walić i nie myśleć o konsekwencjach?

background image

- Nie.

Ryder westchnął. - No cóż, ja nie jestem aż tak zdyscyplinowany. Nadal masz tylko 

dwójkę?

-Nie. Mały zmarł, kiedy byłem w Londynie. Została tylko Cynthia, słodka mała, ma 

już cztery latka.

-Przykro mi.

-To była tylko kwestia czasu. Lekarze wciąż to powtarzali. Pojechałem do Londynu 

nie tylko po to, żeby spotkać się z lordem Averym w Ministerstwie Wojny, ale żeby 

zobaczyć się z Elizabeth. Pisała o dziecku. Miał zbyt małe płuca. - Douglas wydarł 

czystą kartkę papieru i poprawiał liczby. - Drogo nas kosztuje twoja żądza - powie-

dział - bardzo drogo.

-Dajże spokój. Jesteś pioruńsko bogaty, ja też. Nasz stryjeczny dziad Brandon byłby 

zadowolony,   że  to,  co po  nim  dostałem,   spożytkowuję   w  tak  zacny sposób. Miał 

osiemdziesiątkę i jeszcze mu się chciało, przynajmniej tak mi mówił. Wychwalał się 

pod niebiosa.

-Ciągle powtarzasz, że odpowiadamy za swoje bękarty, i zgadzam się z tobą. Zgadzam 

się także, żeby wszystkie spisywać, dzięki czemu o żadnym nie zapomnimy. Byłby z 

ciebie świetny generał! Szkoda, że musiałeś sprzedać patent w randze majora.

Ryder   śmiał   się   po   cichu,   kiedy   drzwi   pokoju   otworzyły   się.   Podniósł   głowę   i 

zobaczył nieśmiało wchodzącego najmłodszego z braci.

- A niech mnie, jeśli to nie Tysen! Wejdź braciszku, prawie kończymy spotkanie. 

Douglas już powiedział, że ptaszek wierci mi dziury w kieszeni. Właśnie kończy obliczenia, 

ale niewielkie to liczby, zwłaszcza jak człowiek weźmie sobie do serca, że ma iść i rozmnażać 

się.

-   Jakie   spotkanie?   -   zapytał   Tysen   Sherbrooke,   wchodząc   do   pokoju.   -   Jakie 

obliczenia? Co znowu za ptaszek?

Ryder rzucił okiem na Douglasa, a ten wzruszył tylko ramionami i usiadł z rękami 

skrzyżowanymi na piersiach.

Ktoś, kto nie znał go tak dobrze jak brat, mógłby pomyśleć, że jest zdenerwowany, a 

nie rozbawiony.

- Bracie - zwrócił się do niego - Tysen chce zostać pastorem. Musi rozumieć męskie 

słabości, czyli nie owijając w bawełnę, żądzę. Tysenie, to nasze kwartalne spotkanie mające 

na celu ustalenie dokładnej liczby bękartów Sherbrooke'ow.

Tysen gapił się na nich przez chwilę, po czym zwrócił błędny wzrok na Douglasa. - 

background image

Waszych czego?

- Słyszałeś - powiedział Ryder. - Masz już prawie dwadzieścia jeden lat. Czas, żebyś 

zaczął przychodzić na nasze spotkania. Co o tym sądzisz, Douglasie? Nie chcemy przecież 

mieć   gdzieś   nieznanych   bękartów,   czyż   nie?   Pomyśl   o   naszej   reputacji.   I   jak   chłopcze, 

zapłodniłeś którąś z miejscowych?

Tysen wyglądał  jak tknięty apopleksją. - Oczywiście że nie! Nie mógłbym  zrobić 

czegoś tak niecnego! Będę pastorem, Bożym człowiekiem, pasterzem wiodącym bogobojną 

trzódkę i...

Ryder wywrócił oczami. - Przestań, proszę! Aż się wierzyć nie chce, że Sherbrooke 

może coś takiego mówić i jeszcze w to wierzyć. Rzygać się chce. Co za szkoda, że jesteś taki, 

na jakiego wyglądasz, ale nie wolno tracić nadziei, zwłaszcza jak się jest optymistą.

- Czy wszyscy optymiści są tacy pożądliwi? - krzyknął na cały pokój Douglas.

Ryder   roześmiał   się,   a   Tysen   stał   oniemiały.   Wiedział,   że   jego   bracia   to   ludzie 

światowi, że robią rzeczy, o jakich on boi się nawet myśleć, ale cóż to za żarty? Spotkanie w 

celu policzenia bękartów? Z kroplami potu na czole zaczął się wycofywać w stronę drzwi.

-  Uśmiechnij   się  chociaż   -  powiedział   Douglas.  -  Pastor  też   może   mieć   poczucie 

humoru.

-Och tak - wykrztusił Tysen - mogę się uśmiechnąć... oczywiście... ale...

-Dokończże - ton Rydera zdradzał lekceważenie. - Nie dokończyłeś żadnego zdania. 

Powtarzasz się.

-No cóż, człowiek Boży może kochać na różne sposoby. Ja też mogę kochać damę, i 

w rzeczy samej kocham.

-Jezu! - Ryder odwrócił się rozbawiony. - Napijesz się brandy Douglas?

-Niedobrze mi się robi - odpowiedział Douglas - i pewnie nie utrzymałbym tej brandy, 

więc nie. - Zrobiło mu się trochę żal Tysena, stojącego tak z płonącymi czerwienią 

policzkami.  - Co to za dzierlatka?  Wybranka  przyszłego pastora to na pewno nie 

żadna aktoreczka ani panna sklepowa?

-Nie - mówił Tysen w zachwycie zgoła nie pastorskim. - Nazywa się Melinda Beatrice 

Hardesty i jest córką Sir Thomasa Hardesty.

Ryder zaklął. - Znam tę dziewuchę. Jest głupia, wdzięczy się, zachowuje jakby była 

Bóg wie kim i nie ma piersi. Ma za to wodniste oczy, kościste łokcie i dwa imiona. To już 

przekracza ludzkie pojęcie, dwa imiona! I jej rodzice używają obydwu!

- Będzie doskonałą żoną człowieka Bożego! - Tysen byłby dalej bronił swej bogini, 

ale   przerwał   widząc,   że   Douglas   podnosi   się   z   fotela.   Impertynencje   Rydera   poszły   w 

background image

niepamięć  wobec wyrazu twarzy najstarszego z braci, niepokojąco podobnego do wyrazu 

twarzy ich nieżyjącego ojca. Tysen zaczął się wycofywać, powolutku, powolutku, aż poczuł 

za plecami zamknięte drzwi.

Douglas starał się mówić bardzo łagodnie. - Powiadasz, że w wieku dwudziestu lat 

zdecydowałeś, że kochasz dziewczynę równą ci urodzeniem i majątkiem? Mówimy o rodzinie 

Hardesty z Blaston, tak?

-Tak - odpowiedział Tysen - Mam prawie dwadzieścia jeden.

-Młody   głupek.   -   Ryder   beznamiętnie   strzepnął   kurz   z   rękawa.   -   Za   miesiąc   mu 

przejdzie.   Pamiętasz,   Douglas,   jak   wydawało   ci   się,   że   chcesz   córkę   tego   diuka? 

Kiedy to mogło być? Jakieś trzy lata temu kochałeś się w niej po uszy. Byłeś w domu,  

bo ranili cię w ramię. Jak miała na imię? Melisanda? Tak...

Douglas machnął ręką, żeby go uciszyć. - Rozmawiałeś z Sir Thomasem? - zwrócił się 

do najmłodszego brata.

- Oczywiście że nie - odpowiedział Tysen.

- Ty jesteś głową rodziny.

- Pamiętaj o tym. Obiecaj mi, że nie będziesz się oświadczał tylko dlatego, że się do 

ciebie  uśmiecha  czy pokazuje kawałek nogi. Dziewczęta  rodzą się i od razu wiedzą, jak 

usidlić niczego nieświadomych mężczyzn, dlatego musisz uważać. Zgoda?

Tysen pokiwał głową. - Ale nie Melinda Beatrice - dodał szybko. - Ona jest miła i 

szczera, ma w sobie słodycz i dobroć, będzie pasterką mojej trzódki, towarzyszką życia. Ona 

nigdy...   -   Przerwał   widząc,   że   bracia   za   chwilę   wybuchną   niepohamowanym   śmiechem. 

Zacisnął usta, zmarszczył brwi i stał sztywno jak kołek - Właściwie nie po to tu przyszedłem. 

Są tu ciocia Mildred i wuj Albert i pragną z tobą mówić.

-A! Kazanie. Pewnie przekupiłeś służącą, żeby pójść mnie szukać i uciec przed ich 

sokolim wzrokiem?

-Tak - Tysen czekał, aż Douglas przestanie się zżymać. - Tak, masz rację co do ich 

wizyty - zaczął z namaszczeniem. - Słyszałem, jak mówili o najstarszej córce markizy 

Dacre, Juliette, diamencie pierwszej próby, jak się wyraziła ciocia Mildred, akurat dla 

ciebie.

Douglas milczał jak grób.

-Daj ci Boże sto lat życia! - krzyknął Ryder. - Szanuję cię i niebu jestem wdzięczny, 

że   to   ty   jesteś   czwartym   hrabią   Northcliffe,   szóstym   wicehrabią   Hammersmith, 

dziewiątym baronem Sanderleigh i celem ich wszystkich ataków!

-Ja także cię szanuję, Douglasie - dodał Tysen. - Jesteś doskonałym hrabią, wicehrabią 

background image

i baronem. Wuj Albert i ciocia Mildred z pewnością mają takie samo zdanie. Cała 

rodzina czeka, aż się ożenisz i...

-Boże, ty też! Nie ma dla mnie nadziei. - Douglas podniósł się z krzesła. - Tysenie, 

twa wdzięczność mnie ocali. Módl się za mnie, braciszku. Ryder, spotkanie zostało 

odroczone. Będę chyba musiał zamienić słówko z Tinkerem, żeby dobrze zaszył ci 

rozporek.

-Biedny Tinker będzie przerażony.

-Cóż, wolę nie prosić o to żadnej ze służących, mijałoby się to z celem. Założę się, że 

gdyby to była któraś z młodszych, złamałbyś naszą umowę.

-Biedny Douglas - powiedział za nim Ryder.

-O jakiej umowie on mówił? - zainteresował się Tysen.

-Przyrzekliśmy sobie kiedyś, że nie dotkniemy żadnej z naszych służących. Jak się już 

odkochasz i zaczniesz znowu myśleć, przyrzekniesz to samo.

Tysen  postanowił nie sprzeczać  się z bratem.  Był  ponad to - on, przyszły pastor, 

którego myśli i czyny z ducha są, a nie z ciała. Zresztą, o ile pamiętał, nigdy nie udało mu się  

wygrać z braćmi, dlatego powiedział tylko: - Ta dziewczyna jest pewnie niebrzydka.

- Wszystkie są śliczne ze spódnicą na głowie - powiedział na odchodnym Ryder.

Na   hiszpańskim   stole   z   ciemnego   mahoniu   leżała   Sinjun.   Skrzyżowała   ramiona   i 

obojętnie pogwizdywała  z cicha. Przestała, kiedy zobaczyła,  że Ryder ją widzi, i spytała 

głosem pozbawionym emocji: - I jak się udało spotkanie?

-Trzymaj język za zębami, mała.

-To prawda, jestem młoda, ale nie głupia.

-Dosyć.

-Jak się mają twoje ukochane maleństwa?

-Bardzo dobrze, dziękuję.

-Milczę   jak   grób.   -   Uśmiechnęła   się,   pocałowała   go   i   pobiegła   w   stronę   kuchni, 

gwiżdżąc jak chłopak.

background image

ROZDZIAŁ 2

Hrabia tym razem nie bez powodu marszczył brwi. Denerwował się, bo wewnętrzne 

przeczucie  mówiło  mu,  że coś się wydarzy,  coś, co  mu  się spodoba. Nienawidził  takich 

odczuć,   sprawiały,   że   czuł   się   bezbronny.   Nie   mógł   ich   jednak   ignorować.   Rząd   był   w 

rozsypce, a przeklęty głupiec Addington ze strachu trząsł się jak galareta - pewnie stąd to 

drapanie w trzewiach, nic innego jak obawa przed Napoleonem.

Bał się inwazji jak wszyscy Anglicy z południowego wybrzeża, chociaż wiedział, że 

jest   mało   prawdopodobna   -   Anglia   panowała   nad   Kanałem.   Jednak   tylko   głupiec   nie 

doceniałby geniuszu militarnego Napoleona i jego żelaznej woli zniszczenia wszystkiego, co 

angielskie.

Zeskoczył z grzbietu Gartha, swego ogiera, i poszedł w stronę klifu. Spienione, białe 

fale z łoskotem rozbijały się o skały. Wciągnął do płuc słone powietrze, poczuł na twarzy 

wilgotne, siekące kropelki. Ostre podmuchy wiatru targały mu włosy, sprawiały, że do oczu 

napływały łzy.  Dzień był  szary i pochmurny.  Nawet  wytężając wzrok nie mógł  dostrzec 

Francji. Przy dobrej pogodzie widział stąd Boulogne i niewyraźną linię wybrzeża w okolicach 

Calais. Zmrużył oczy i wpatrywał się w szarość. Chmury przepływały jedna za drugą, ale nie 

przerzedzały się, było ich coraz więcej. Nie odwrócił się, kiedy usłyszał, że ktoś nadjeżdża i 

zatrzymuje konia tuż przy nim.

- Wiedziałam, że tu jesteś. To twoja świątynia dumania.

Odwrócił się i uśmiechnął do młodszej siostry siedzącej okrakiem na Fanny, swojej 

klaczce. - Chyba będę musiał porzucić utarte ścieżki. Nie widziałem cię na śniadaniu ani na 

obiedzie. Kara za jakieś przewinienie?

- Och nie, straciłam poczucie czasu. Czytałam. - Urwała, lekko ześliznęła się z siodła i 

podeszła do niego - wysoka, szczupła dziewczyna o długich nogach i nieokiełznanych blond 

włosach, otaczających jej głowę gęstwiną loków. Rano włosy te z pewnością przytrzymywała 

wstążka,   ale   teraz   dawno   nie   było   już   po   niej   śladu.   Miała   mocno   niebieskie   oczy,   tak 

przejrzyste   jak   dzień   był   szary,   oczy,   z   których   wyzierało   poczucie   humoru   i   żywa 

inteligencja.

Wszyscy Skerbrooke'owie mieli takie oczy i gęste, jasne włosy, chociaż włosy Sinjun 

były jeszcze jaśniejsze i rozświetlone słońcem. Wszyscy poza nim.

Kiedy był dzieckiem, niania staruszka oświadczyła mu radośnie, że ma oczy ciemne 

jak grzech. Smagły, ogorzały - przypominał pogańskiego Celta, z włosami czarnymi niczym 

wódz zastępów piekieł.

background image

Był jeszcze mały, kiedy podsłuchał, jak ojciec oskarżał matkę o to, że przyprawiła mu 

rogi. Syn nie przypominał żadnego znanego Sherbrooke'a. Przypominał sobie, że matka gęsto 

się tłumaczyła ze swojej - jak się wyraziła - pomyłki przy wydawaniu na świat dziedzica. 

Ryder   lubił   powtarzać,   że   to   przez   ten   całkiem   nie-Sherbrooke'owy   wygląd   wszyscy 

okazywali mu posłuszeństwo, taki był groźny i wymagający.

Ale kiedy patrzył na siostrę, wcale nie był groźny i wymagający. Tak jak on, miała na 

sobie spodnie z koźlęcej skóry, luźną białą koszulę i jasnobrązową kamizelkę. Wiedział, że 

gdyby matka zobaczyła ją w takim stroju, rozwrzeszczałaby się jak na widok zjawy. Matka 

zawsze z jakiegoś powodu krzyczała.

-Co czytałaś?

-Nieważne. Znowu się martwisz, prawda?

-Ktoś musi  bo nasz rząd nie  bardzo się przejmuje obroną. Napoleon ma  najlepiej 

wyszkolonych i zaprawionych w boju żołnierzy w całej Europie, a oni bardzo chcą nas 

pobić.

-To prawda, że Fox wróci i przegoni Addingtona?

-Podobno jest chory, a nie przyszedł jeszcze odpowiedni moment na wyrugowanie 

Addingtona.   To   liberał   i   człowiek   nierozważny,   tak   samo   jak   Addington,   ale 

przynajmniej jest przywódcą i nie jest taki niezdecydowany. Wiesz na ten temat chyba 

tyle co ja.

-Przyzwyczaił   się   już   do   nad   wiek   rozwiniętej   siostry   może   to   niezbyt   fortunne 

określenie - raczej do jej erudycji, obeznania ze sprawami i tematami, które powinny 

ją interesować dopiero za wiele, wiele lat, zagadnieniami, które u większości dam i 

dżentelmenów   wywoływały   tylko   znudzone   ziewnięcia.   Rozumiała   go   lepiej   niż 

bracia i matka, lepiej niż całe konstelacje kuzynów Sherbrooke'ow. Bardzo ją kochał.

-Mylisz   się   -   powiedziała.   -   Z   pewnością   wiele   widziałeś   podczas   podróży   do 

Londynu w zeszłym tygodniu i rozmawiałeś z nimi wszystkimi. Nie powiedziałeś mi 

jeszcze, jakie nastroje panują w Ministerstwie Wojny. Wiem, że kazałeś rozdać broń 

wszystkim mężczyznom na naszych farmach i niektórym z wiosek i nie przestajesz z 

nimi ćwiczyć. - Zachichotała jak mała dziewczynka, którą w gruncie rzeczy była. - To 

było takie śmieszne, jak pan Dalton udawał, że bije żabojadów tym powykrzywianym 

patykiem!

-Najlepiej mu idzie krycie się i wycofywanie. Powinienem raczej przeszkolić jego 

żonę. Takiego żołnierza Francuzi baliby się jak ognia.

Oczy   Sinjun   pociemniały,   kiedy   wypaliła   niespodziewanie:   -   Wczoraj   wieczorem 

background image

widziałam Dziewicę.

-Podsłuchałem, jak opowiadałaś o tym swoim przyjaciółkom. Publika bardzo przejęta, 

ale naiwna do bólu. Moja droga, to nonsens i dobrze o tym wiesz. Pewnie najadłaś się 

rzepy na kolację i miałaś przywidzenia.

-Czytałam w bibliotece.

-Tak? Proszę cię żebyś nie mówiła matce, jeżeli przypadkiem były to moje greckie 

sztuki. Jej reakcja mogłaby być gwałtowna.

Uśmiechnęła się. - Twoje greckie sztuki przeczytałam dwa lata temu.

Uderzył się dłonią w czoło. - Powinienem był wiedzieć.

- Najbardziej interesująca wydała mi się Lizystrata, chociaż nie rozumiem, dlaczego 

żony spodziewały się, że ich mężowie przestaną walczyć tylko dlatego, że im za groziły, że...

-   Wiem,   co   zrobiły   -   przerwał   jej,   ubawiony   i   przerażony   zarazem.   Zmierzył   ją 

wzrokiem,   zastanawiając   się,  czy  nie  powinien   udzielić  jej  braterskiego  napomnienia  lub 

choćby zaprotestować przeciwko niestosownym lekturom.

Zanim jednak zdołał cokolwiek wymyślić, Sinjun zaczęła z namysłem: - Kiedy szłam 

na górę około północy,  zobaczyłam światło pod drzwiami komnaty hrabiny,  obok twojej. 

Otworzyłam drzwi najciszej jak umiałam i zobaczyłam ją. Stała obok łoża, cała w bieli, tak 

jak ją opisują.  Była  bardzo  piękna, z  prostymi  włosami  do pasa, tak  jasnymi,  że prawie 

białymi. Odwróciła się, spojrzała na mnie i znikła. Przysięgłabym, że chciała coś przedtem 

powiedzieć.

-Wszystko przez rzepę - stwierdził Douglas. - Zapomniałaś, że ją jadłaś. Nie wierzę w 

ducha, żaden inteligentny człowiek nie wierzy.

-Nie widziałeś jej, dlatego tak mówisz. I nie ufasz kobiecie, która mówi ci szczerą 

prawdę. Wolisz wszystko złożyć na rzepę.

-Rzepa, Sinjun, rzepa.

-Doskonale, ale ja ją widziałam.

-Dlaczego widują ją tylko kobiety?

Sinjun   wzruszyła   ramionami.   -   Nie   wiem,   czy   pokazywała   się   tylko   kobietom. 

Wszyscy hrabiowie, którzy o niej w przeszłości pisali, tak twierdzili, ale kto wie? Z doświad-

czenia wiem, że panowie nie są skłonni do przyznania, że istnieją rzeczy niewytłumaczalne. 

Nie chcą ryzykować, że zostaną uznani za głupców.

-Wiesz   z   doświadczenia,   tak?   -   podjął   Douglas   sardonicznym   tonem.   -   Więc 

utrzymujesz, że Dziewica stała przy łożu, opłakując swoją nietkniętą dziewiczość i 

wiedząc,  że  jej małżonek  nigdy nie  przyjdzie?  A ona nigdy nie stanie  się żoną  i 

background image

matką?

-Może.

-Bardziej prawdopodobne jest to, że w ciągu roku ponownie wyszła za mąż, urodziła 

szesnaścioro dzieci jak każda dobra szesnastowieczna kobieta, a potem zmarła jako 

siwa i bezzębna staruszka.

-Nie jesteś romantyczny. - Sinjun odwróciła się, patrząc za jastrzębiem bujającym w 

obłokach   na   szerokich   skrzydłach.   Uśmiechnęła   się   do   brata   oszałamiającym 

uśmiechem, który go zadziwiał. Była małą dziewczynką, zaledwie piętnastolatką, ale 

ten cudowny, naturalny uśmiech zapowiadał kobietę, jaką miała się stać. Zdał sobie 

sprawę, że go przeraża.

-Widziałam ją i inni też ją widzieli. Wiesz, że istniała kiedyś młoda dama. której mąż 

trzy   godziny   po   ślubie   został   zamordowany,   a   ona   zabiła   się.   kiedy   się   o   tym 

dowiedziała. Miała zaledwie osiemnaście lat i nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez 

niego, tak bardzo go kochała. Tę tragedię spisał ze szczegółami Audley Sherbrooke, 

pierwszy hrabia Northcliffe. Nawet ojciec raz o tym napisał.

-   Wiem,   ale   możesz   być   pewna,   że   ja   o   tym   nie   napiszę.   To   wszystko   sprawa 

histeryzujących kobiet.

Wieczne męki Dziewicy skończą się wraz ze mną. Nasi przodkowie z całą pewnością 

spisywali swoje historie podczas długich zim, żeby rozerwać czymś siebie i domowników.

Sinjun tylko potrząsnęła głową i dotknęła rękawa jego płaszcza: - Nie ma sensu się z 

tobą sprzeczać. Mówiłam ci już? Dwie moje przyjaciółki, Eleonora i Lucy Wiggins, kochają 

się w tobie. Szepczą, chichoczą i mówią, że jakbyś tylko się do nich uśmiechnął, zemdlałyby.- 

Po tym dziewczęcym wyznaniu dorzuciła: - Jesteś urodzonym przywódcą, zarówno tu, jak i w 

wojsku. A ja naprawdę widziałam Dziewicę.

-Mam nadzieję, że co do mnie masz rację. A jeśli chodzi o ciebie, za dużo rzepy i 

sprośnych greckich sztuk. A Eleonora i Lucy za kilka lat będą wzdychały i mdlały za 

Ryderem.

-Musisz  - uniosła  brwi  - zmusić   Rydera,   żeby  ich  nie  próbował  uwieść.  Są  takie 

głupie.

Umilkła, bo widziała, że myśli Douglasa są zajęte czymś innym.

Myślał   o   tym,   że   będzie   bronił   swego   dziedzictwa   jak   jego   przodek,   baron 

Sanderleigh,  który ocalił  Northcliffe  (przed purytańskimi  armiami  Cromwella  i zdołał  go 

przekonać   o   poparciu   rodu,   a   potem   przekonał   o   tym   samym   króla   Karola   II.   Kolejne 

pokolenia  Sherbrooke'ow doprowadziły  do perfekcji  misterną   sztukę  przebiegłości,   dzięki 

background image

której oni sami i ich ziemie wychodziły nietknięte z dziejowych nawałnic. Dawali królom i 

ministrom kochanki suto obdarzone urodą i mądrością, przodowali w dyplomacji i służyli w 

armii.   Powiadano,   że   królowa   Anna   kochała   się   w   generale   z   rodu   Sherbrooke'ow. 

Jakkolwiek było, obrastali w bogactwa, a Northcliffe pozostawało bezpieczne.

Potrząsnął głową i odsunął się od krawędzi klifu.  Po deszczach  ziemia  mogła  się 

osunąć. Ostrzegł Sinjun i znowu pogrążył się w rozmyślaniach.

-Nie dadzą ci spokoju.

-Wiem - powiedział, nie próbując udawać ignorancji. - Mają rację, do diabła, a ja 

byłem upartym głupcem Muszę się ożenić i zapłodnić żonę. W wojsku widziałem, jak 

kruche jest ludzkie życie. Bardziej niż skrzydła motyla.

-Tak,   i   to   właśnie   twoje   dziecko   musi   być   przyszłym   hrabią   Northcliffe.   Bardzo 

kocham Rydera, tak jak i ty, ale on nie chce tytułu. On chce się śmiać i bawić, a nie 

ślęczeć   nad   księgami   rachunkowymi   z   komornikiem   na   karku   albo   wysłuchiwać 

narzekań dzierżawców na przeciekające dachy. Nie dba o pompę, zaszczyty i ukłony. 

Ma niepoważny charakter. - Skrzywiła się i potrząsnęła głową, kopiąc czubkiem buta 

w skałę. - To znaczy niepoważny, jeśli idzie o te wszystkie hrabiowskie sprawy. W 

innych sprawach ma bardzo poważny.

-Cóż to znaczy?

Sinjun uśmiechnęła się tylko i wzruszyła ramionami.

Nagle Douglas zrozumiał, że podjął decyzję. Co więcej, wiedział już, kogo poślubi. 

To Ryder podsunął mu ten pomysł podczas spotkania. Dziewczyna, która wpadła mu w oko 

trzy lata temu, piękna i pełna wdzięku lady Melisanda, córka księcia Beresfordu. Pragnęła go, 

płakała, kiedy odjeżdżał i obrzucała go wyzwiskami za to, co uważała za zdradę. Trzy lata 

temu nie był wolny, był w armii i chciał ocalić Europę i Anglię przed Napoleonem.

Teraz chciał ocalić już tylko Northcliffe i ród Sherbrooke'ow.

- Ma na imię  Melisanda i dwadzieścia  jeden lat  - powiedział głośno - Jest córką 

Edouarda Chambersa, diuka Beresfordu. Spotkałem ją, kiedy miała osiemnaście lat, ale wtedy 

nie miałem zamiaru się żenić. Byłem w domu tylko z powodu tego zranionego ramienia. 

Może już dawno wyszła za mąż i ma dzieci. Była taka piękna, dziarska i beztroska. Ma stare, 

dobre nazwisko, które podupadło dopiero za czasów jej dziada. Trzy lata temu nie miała 

wielkiego posagu, ale nie dbam o to, wezmę ją w jednej koszuli. Jej brat to kanalia, nawet 

teraz słynie w Londynie z rozrzutności. To drań i utracjusz, przegrywa każdą gwineę, jaka mu 

wpadnie do ręki. Zanosi się na to, że będzie ostatnim z rodu Chambersów.

- To szlachetnie z twojej strony, że nie dbasz o posag.

background image

Matka ciągle powtarza, że to jedyna podstawa małżeństwa.

Może twoja Melisanda czekała na ciebie. Ja bym czekała.

Może nikt się z nią nie ożenił, bo nie miała posagu, choć jest córką diuka i w dodatku 

tak piękną.  A może  jest już wdową?  Może  jej  mąż  był  słaby i  zmarł?  To rozwiązałoby 

wszystkie problemy.

Douglas uśmiechnął się pod nosem, ale był  zadowolony, że może zwierzyć  się ze 

swoich myśli i planów siostrze. Tak, podobała mu się kiedyś Melisanda. Fascynowała go jej 

beztroska, intrygowały sprytne gierki. Bardzo chciał wziąć ją do łoża, słyszeć jak szepcze mu 

do ucha, zobaczyć podziw w jej oczach.

-Jeżeli Melisanda jest wolna, nie będziesz musiał tracić czasu i szukać w Londynie 

narzeczonej - dodała cichutko Sinjun.

-Masz rację. - Wstał i otrzepał bryczesy. - Zaraz napiszę do jej ojca. Jeżeli Melisanda 

jest wolna - Boże, to brzmi jakby była klaczą na sprzedaż! - będę mógł natychmiast 

wyruszyć do Harrogate i wziąć ślub. Myślę, że ją polubisz.

-Polubię, jeżeli ty ją lubisz. Co innego matka, ale to nie ma znaczenia.

Douglas   pokiwał  tylko   głową.  -  Masz  rację.  Wiesz,   że  tylko  ona  nigdy  mnie   nie 

naciskała, żebym się ożenił i zapewnił dziedzica?

- To dlatego, ze nie chce rozstać się z pozycją pani

Northclifee. Wdowi domek Sherbrooke'ow jest uroczy, ale ona nie ma ochoty w nim 

zamieszkać.

- Czasami mnie przerażasz, młoda damo. - Musnął jej poplątane przez wiatr włosy i 

ujął pod brodę. - Porządna z ciebie dziewczyna.

Spokojnie przyjęła te ciepłe gesty, a potem powiedziała:

- Zastanawiałam się, dlaczego Dziewica pojawiła się akurat teraz. Pewnie wiedziała, 

że   planujesz   małżeństwo.   Może   jej   przybycie   to   znak,   może   chce   ostrzec   ciebie   albo 

Melisandę przed jakimś niebezpieczeństwem?

-Bzdura - stwierdził hrabia. - Ale i tak dobra z ciebie dziewczyna, choć czasem masz 

za dużo wyobraźni.

-Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie - Horacy - niż się śniło waszym filozofom.

-Pozwól, że ci odpowiem: „Spoczywaj w pokoju, duchu udręczony.”

-Czasami trudno z tobą wytrzymać.

- Jesteś zła, bo cię przeszekspirowałem?

W przypływie dobrego humoru kuksnęła go w ramię.

- Jesteś bardzo przyziemny. Ale może to się zmieni po ślubie.

background image

Douglas pomyślał o wszechogarniającej namiętności, jakiej miał zamiar się oddawać 

sypiając z Melisanda.

-   Niekiedy,   moja   droga   -   wykrzywił   się   do   niej   -   masz   także   zadziwiająco   dużo 

intuicji.

Hrabia nie marszczył brwi, wracając do Northcliffe Hall. Wszystko się uda, gwiazdy 

mu   sprzyjają   jak   wielu   pokoleniom   pierworodnych   Sherbrooke'ow.   Zawsze   tak   będzie, 

szczęście Sherbrooke'ow nigdy go nie zawiodło...

Przerwał, stojąc w wielkim holu obok siostry i kamerdynera, Hollisa. Lady Lydia, ich 

matka, rozkazywała, żeby Joan natychmiast zjawiła się na górze, przebrała się i przynajmniej 

próbowała   wyglądać   jak  młoda   dama,   pomimo   tego,   co   kładą   jej   w  głowę   starsi   bracia, 

zachęcający głupią dziewczynę nie wiadomo do czego.

-Spodziewamy   się   gości,   jak   sądzę?   -   Douglas   posłał   siostrze   porozumiewawcze 

spojrzenie.

-Tak, i jeżeli Algernonowie - wiesz, jaka jest Almeria - jeżeli zobaczy to dziecko w 

bryczesach i z włosami jak, jak...

Urwała, a Sinjun spytała niewinnie: - Jak Meduza, mamo?

-Jak zbuntowana wiedźma  z jednego z tych  twoich  zakurzonych  tomisk. Idziemy. 

Douglas, proszę cię, żebyś nie nazywał siostry tym głupim przezwiskiem w obecności 

Algernonów.

-Wiesz, że Algernonowie znaczy „wąsacze”? Tak nazywano Williama de Percy, który 

nosił brodę, kiedy inni panowie gładziutko się golili i...

-Dość - przerwała hrabina Northcliffe, wyraźnie wzburzona - przestań się mądrzyć, 

młoda damo. Tyle razy ci powtarzam, że panowie nie lubią mądrych kobiet. To ich 

irytuje   i   sięgają   po   butelkę.   I   nie   chcę   już   więcej   słyszeć   twego   bezsensownego 

przezwiska. Nazywasz się Joan Elaine Winthrop Sherbrooke.

-Ale mnie się podoba Sinjun, mamo. - Sinjun czuła, jak palce matki zaciskają się na 

jej ramieniu. - Ryder mnie tak nazwał, kiedy miałam dziesięć lat.

-Cicho - ucięła matka, nie przeczuwając, że już wkrótce to nie ona będzie gospodynią 

Norteliffe Hall - Nie jesteś świętym Janem ani świętą Joanną. Sinjun to przydomek dla 

mężczyzny. To Tysen postanowił, ze jesteś Joanną d'Arc...

-A potem postanowił zrobić z niej męczennicę i stąd święty Jan, czyli Sinjun.

Tak czy siak, dość tego, Douglas nic nie powiedział. Prawdziwe imię siostry ledwo 

pamiętał i nie miał wątpliwości, że matka będzie musiała pogodzić się z przydomkiem córki.

Poszedł do biblioteki napisać list do diuka Beresfordu. Nie miał zamiaru rozgłaszać 

background image

swoich planów aż do czasu, kiedy diuk je zaaprobuje. Melisanda oczywiście też. Wiedział, że 

Sinjun go nie wyda, ufał tej małej bardziej niż braciom. Jakby nie było, ona nigdy się nie 

upijała.   Lubił   imię   Sinjun,   ale   nie   chciał   przeciwstawiać   się   życzeniu   matki.   Nabożnie 

wyznawała   zasady,   które   przyprawiały   go   o   mdłości,   czasami   była   skąpa   i   złośliwa   w 

stosunku do służących, własnych dzieci i sąsiadów.

Bóg   obdarzył   ją   intelektem   zmokłej   kury,   pulchnymi   kształtami   i   różowymi 

policzkami. Jej twarz okalały misterne pukle przypominające kiełbaski, i miała co najmniej 

dwa   nadliczbowe   podbródki.   Bez   ustanku   rozprawiała   o   obowiązku   i   trudach   zrodzenia 

czworga dzieci. Niekiedy tak go denerwowała, że nie był pewien, czy ją kocha. Ojciec przed 

śmiercią wyznał mu, że ledwo ją znosił.

Czy Sinjun miała rację? Czy matka nie angażowała się w matrymonialną nawałnicę, 

bo nie chciała jego przyszłej żonie oddać panowania nad domem? Bezskutecznie usiłował 

wyobrazić sobie Melisandę, jak dogląda gospodarstwa w Northcliffe, jak domaga się, żeby 

matka oddała jej klucze. Wzruszył ramionami. To bez znaczenia.

I cóż jest takiego złego w zwykłym przydomku?

background image

ROZDZIAŁ 3

Clayhourn Hall, Wetherby New Harrogate, Anglia

-Trudno   w   to   uwierzyć,   papo   -   odezwała   się   wreszcie   Alexandra   cichym, 

nienaturalnym   głosem.   Nie   mogła   oderwać   oczu   od   kartki   papieru,   którą   ojciec 

położył na biurku. - Na pewno chodzi o hrabiego Northcliffe? To on pragnie poślubić 

Melisandę? Douglas Sherbrooke?

-Bez wątpienia - powiedział Lord Edouard, diuk Beresfordu. - Biedny głupiec. - Wziął 

list w swoje smukłe palce i przeczytał go najmłodszej córce na głos. Kiedy skończył i 

spojrzał na nią, wydało mu się, że jest nieco rozstrojona. Wyglądała blado, ale może to 

tylko ostre światło wpadające przez okna biblioteki.

-Twoja   siostra   pewnie   będzie   bardzo   uradowana,   zwłaszcza   po   tym,   jak   cztery 

miesiące temu Oglethorpe się rozmyślił. To jak balsam na jej urażoną dumę. A jeśli o 

mnie chodzi, cóż, powinienem chyba płakać ze szczęścia.

Jego pieniądze są jak zbawienie, że nie wspomnę o przyzwoitym zapisie.

Alexandra oglądała stwardniały paznokieć na swoim kciuku. - Melisanda powiedziała 

mi, że trzy lata temu odmówiła Sherbrooke'owi. Błagał ją o rękę, ale ona uważała, że to zbyt 

niepewna partia. Powiedziała, że wprawdzie jest hrabią, ale to za mało, zwłaszcza że jego 

ojciec jeszcze wtedy żył, a on sam upierał się, że będzie nadal służył w wojsku. Gdyby zginął, 

jej nie zostałoby nic, bo po śmierci ojca hrabią zostałby młodszy brat. Stwierdziła, że być 

ubogą żoną to zupełnie co innego niż być ubogą i piękną córką.

Diuk uniósł brwi do góry. - Melisanda tak powiedziała?

Alexandra   pokiwała   głową   i   odwróciła   się   od   ojca.   Podeszła   do   wielkiego   okna, 

którego zasłon nigdy nie zaciągano, niezależnie od pogody. Diuk lubił rozkoszować się pięk-

nym   widokiem,   pomimo   niekończących   się   narzekań   żony.   Promienie   słońca   niszczyły 

dywan, a pieniędzy na nowy nigdy nie było. Diuk nie zwracał uwagi na to gadanie. Alexandra 

powiedziała wolno: - A teraz jest hrabią i chce się z nią ożenić.

-Tak, a ja udzielam swojego pozwolenia i szybko dojdziemy do porozumienia co do 

zapisu.   Dzięki   Bogu,   jest   bogatym   człowiekiem.   Sherbrooke'owie   zawsze   mądrze 

gospodarowali swoimi pieniędzmi, nigdy nie wydawali ponad miarę i nie wchodzili w 

alianse, które nie byłyby dla nich korzystne. Oczywiście, małżeństwo z Melisanda nie 

przyniesie mu złamanego grosza, to jasne. Wręcz przeciwnie, będzie musiał słono za 

nią zapłacić, już moja w tym głowa. Musi mu na niej zależeć, skoro pisze. Po takim 

czasie   mogłaby   być   już   dwakroć   za   mężem.   Na   obronę   twojej   siostry   muszę 

background image

powiedzieć, że jej konsekwencja równa się dumie.

-Tak sądzę. O ile pamiętam, to był bardzo miły człowiek. Uprzejmy i miły.

-Wartogłowy młody głupiec, i to wszystko - powiedział diuk - Dziedzic Northcliff, 

który nie chciał się wyprzedać. Ale teraz to bez znaczenia, jest hrabią i to wszystko 

zmienia. Wszyscy Sherbrooke'owie od czasów Noego byli torysami, a ten pewnie nie 

jest inny. Stateczny i zrównoważony jak Justin Sherbrooke, jego ojciec. Ale teraz nie 

ma co o tym mówić. Muszę widzieć się z twoją siostrą.

Przerwał i patrzył  na profil córki. Czysta  i niewinna, pomyślał,  ale w pochylonej 

głowie, w szarych, jasnych oczach kryła się siła. Miała prosty, cienki nos, wysokie kości 

policzkowe, a zaokrąglony podbródek sprawiał wrażenie uległości. Dobrze wiedział, że to 

tylko wrażenie, ale ona nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest w niej stal, nawet kiedy się z 

nim kłóciła. Bujne, tycjanowskie włosy nosiła zebrane do tyłu, pokazując maleńkie uszy. 

Uważał, że są urocze, tak jak i ona cała. Nie miała olśniewającej urody Melisandy, swojej 

starszej siostry, ale i tak dla niego była śliczna. Pozbawiona próżności, nie okazująca złych 

humorów, dobra i w dodatku niegłupia. Odpowiedzialne dziecko, które nigdy nie zawiodłoby 

tatusia i wiedziało, co to jest obowiązek wobec rodziny. Widział, że coś ją zmartwiło, ale nie 

wiedział co.

- Tobie pierwszej o tym powiedziałem, bo chciałem, żebyś wyraziła swoją opinię. 

Twoja matka uważa, że jesteś cicha i w cieniu siostry, ale ja wiem, że tak nie jest. Dlatego 

chcę usłyszeć twoje zdanie o tym małżeństwie.

Patrzył na nią uważnie. Czyżby lekko zadrżała, słysząc jego słowa? Zmarszczył brwi, 

myśląc, że pewnie matka znowu porównywała ją do siostry.

-Czy coś cię dręczy, kochanie?

-Och nie, tylko...

-O co chodzi?

Wzruszyła ramionami. - Zastanawiam się, czy Melisanda będzie go teraz chciała. Ma 

ochotę na kolejny sezon w Londynie. Wiesz, że w przyszłym tygodniu mamy jechać. Może 

wolałaby rozejrzeć się trochę za innymi panami. Mówiła mi, że bardzo lubi zaloty. Nazwała 

Ogelthorpa   ropuchą   bez   kręgosłupa   i   stwierdziła,   że   bardzo   jej   ulżyło,   kiedy   mamusia 

namówiła go, żeby się wycofał, zanim się zadeklarował, że tak powiem.

Diuk westchnął. - Tak, co do niego miała rację, ale nie o tym mowa. Alex, wiesz, że 

na moją decyzję w dużym stopniu rzutują pieniądze. Nasza rodzina już od lat nie pławi się w 

zbytku, a wydatki na sezon w Londynie - dom, nowe suknie dla twojej siostry i matki - to ba-

jońskie sumy. Miałem zamiar wydać te pieniądze, bo nie widziałem innego wyjścia. Ale teraz 

background image

mogę otrzymać zapis bez Londynu i bez wydatków. - Diuk zdawał sobie sprawę, że jeżeli 

Melisanda nie pojedzie, nie pojedzie także Alexandra, a miał to być jej pierwszy londyński 

sezon. No cóż, koszt... Przeciągnął dłonią po swoich kasztanowatych  włosach. Co robić? 

Mówił dalej, bardziej do siebie niż do córki. - I jeszcze Reginald, mój dziedzic, który ma 

dwadzieścia pięć lat i zna każdą londyńską spelunkę. Gra, jest po uszy zadłużony u swojego 

krawca i szewca, i traci ostatnie pieniądze na „świecidełka”, jak nazywa prezenty dla swoich 

kochanek.   Mój   Boże,   gdybyś   zobaczyła   bransoletę   z   rubinami,   którą   kupił   dla   jakiejś 

tancereczki! - potrząsnął głową. - Alex, jestem w pułapce, i to już od dawna. Dobrze wiesz, że 

próbowałem wprowadzić oszczędności, ale spróbuj to wytłumaczyć matce! Oświadczyła, że 

obiad musi się składać z co najmniej trzech dań. To samo Melisanda. Ty rozumiesz w jakiej 

jesteśmy sytuacji, ale co z tego.

Reginald,   ten   darmozjad.   Alex,   prawdę   mówiąc   nie   wierzę,   że   jego   charakter   się 

zmieni.

Ucichł. Teraz przyszło ocalenie, nadzieja. Nie pozwoli Melisandzie tego zmarnować. 

Nie przechyli swojej ślicznej główki mówiąc, że nie jest zainteresowana. Jeżeli spróbuje mu 

się przeciwstawić, przekona ją kilka dni odosobnienia o chlebie i wodzie.

-   Co   o   tym   myślisz?   Nie   zależy   ci   na   sezonie,   prawda?   Jesteś   taka   rozsądna, 

rozumiesz, że nie mamy pieniędzy...

Alex uśmiechnęła się tylko. - Dobrze, papo. Melisanda jest taka piękna, olśniewająca, 

wesoła, taka naturalna. Gdybyśmy pojechały do Londynu, i tak nikt by na mnie nawet nie 

spojrzał. Nie szkodzi, że nie pojedziemy. Mówię prawdę. Bałam się wyjazdu, tych wszystkich 

strasznych dam... Jeżeli zmarszczą brwi, to po tobie - tak powiada mama. Są inne rzeczy poza 

późnymi śniadaniami, rautami i tańcami do siódmych potów.

Lista „innych rzeczy” nie była długa.

-Jak Melisanda będzie już żoną hrabiego, spełni swój obowiązek względem ciebie. 

Jako hrabina Northcliffe zabierze cię do siebie, żebyś mogła spotkać odpowiedniego 

młodego człowieka. Tak się należy i tak się stanie. Tak właśnie znajduje się mężów.

-Papo, młodzi panowie nie bardzo się do mnie garną.

-Nonsens. W sąsiedztwie nie ma ich zbyt wielu, a ci, którzy są, tracą resztkę rozumu 

widząc Melisandę. To bez znaczenia. Jesteś kochaną, bystrą dziewczyną, która ma 

głowę do czegoś więcej niż wstążki i ozdoby...

-Jak się nie jest diamentem, trzeba kultywować inne ogrody, papo.

- Parafrazujesz monsieur Woltera?

Alexandra uśmiechnęła się. - Tak, ale to prawda. Po co owijać w bawełnę?

background image

- Ty też jesteś bardzo ładna. Chyba nie chcesz obrazić swoich wspaniałych włosów? 

Mają taki sam kolor jak moje.

Uśmiechnęła się znowu, a diuk pomyślał, że wszystko się uda. Hrabia Northcliffe 

właśnie   zaproponował,   że   za   jednym   zamachem   ocali   go   od   nieuniknionej   katastrofy 

finansowej   i   uwolni   od   starszej   córki.   Serce   i   sakiewkę   każdego   ojca   taka   perspektywa 

napawałaby radością.

-   Wierzę,   że   Melisanda   zdecyduje   się   tym   razem   na   Douglasa   Sherbrooke'a   - 

powiedziała Alexandra. - Jak mówiłam, to miły człowiek i zasługuje na to, co chce.

- W palcach mięła rąbek bladożółtej sukni z muślinu i patrzyła w dół. - Zasługuje na 

szczęście. Może Melisanda będzie o niego dbała i uczyni go szczęśliwym.

Diuk   skrzywił   się   i   pomyślał,   że   z   tym   może   być   różnie.   Pożycie   Melisandy   z 

mężczyzną wyobrażał sobie jako serię szczęśliwych wspólnych chwil, aż do chwili, kiedy ów 

mężczyzna ośmieli się czegoś jej odmówić, a wtedy... Tego wolał sobie nie wyobrażać. To w 

końcu nie będzie już jego sprawa. Ale za hrabiego Northcliffe na pewno będzie się modlił po 

zadzierzgnięciu małżeńskiego węzła.

- Przyprowadzę Melisandę, papo.

Diuk patrzył za nią, kiedy wychodziła z biblioteki. Działo się coś dziwnego. Dobrze ją 

znał, była jego ulubienicą, oczkiem w głowie i sercem jego serca. Przypomniał sobie jak 

nagle spoważniała, jak drżały jej ręce. Przyszło mu do głowy, że może... może ona pragnie 

hrabiego za męża? Odrzucił zaraz tę myśl, potrząsnął głową. Nie, trzy lata temu Alexandra 

miała zaledwie piętnaście lat i była dziewczynką nieśmiałą aż do bólu, z ciasno splecionymi 

włosami w kolorze kasztanu, jeszcze po dziecinnemu pulchną. Była o wiele za młoda, żeby 

czuć cokolwiek do hrabiego Northcliffe. A jeżeli nawet, to było tylko i wyłącznie dziewczęce 

zauroczenie, nic więcej.

Zastanawiał  się,  czy mądrze  postępuje, ale  wiedział,  że  nie ma  wyboru.  Bogowie 

podsunęli mu w darze rumaka, więc nie miał zamiaru pozwolić mu uciec do innej stajni, z 

pewnością mniej na to zasługującej i nie tak potrzebującej. Jeżeli nawet Alexandra czuła coś 

do księcia, to szkoda, ale nie zmieni, nie ma zamiaru zmieniać z tego powodu planu. Hrabia 

chciał Melisandę i będzie ją miał. Diuk usiadł, oczekując na przybycie starszej córki.

Rozmowa pomiędzy nimi przebiegała dokładnie tak, jak się tego spodziewał.

Słysząc   co   ojciec   ma   jej   do   powiedzenia,   Melisanda   wpadła   w   furię.   Wyglądała 

niewiarygodnie pięknie, zresztą jak zwykle. Policzki pokrył jej rumieniec, a oczy - ciemno-

błękitne jak wody jeziora w Patley Bridge u schyłku lata - rzucały iskry. Gęste, ciemniejsze 

niż bezgwiezdne niebo włosy lśniły nawet w przyćmionym świetle biblioteki, a loki fruwały 

background image

wokół twarzy. Wzięła głęboki wdech i prawie wykrzyczała: - To śmieszne! Wyobraża sobie, 

że po trzech latach wystarczy skinąć palcem, po trzech latach, a ja bez słowa pobiegnę do 

niego i pozwolę mu robić ze mną, co mu się żywnie podoba!

Diuk rozumiał jej furię. Urażono jej dumę, a Chambersowie słynęli z dumy: głębokiej, 

szerokiej i trwałej. Wiedział jak postępować z córką, dlatego mówił bardzo powoli, a jego 

głos przepełniało współczucie i zrozumienie. - Przykro mi, że zranił cię przed trzema laty. Nie 

próbuj zmieniać przeszłości, znam prawdę. Wiem, że jest inna niż te bajki, którymi karmisz 

swoją łatwowierną siostrę. Ale teraz tamto się nie liczy, choć na pewno pamiętasz, co miało 

miejsce.  Hrabia   rozmawiał  wtedy ze   mną  przed   wyjazdem  i  wytłumaczył  się,  jak  wtedy 

uznałem, należycie.  Jak sama  widzisz, do ciebie należy ostatnie  słowo, ty jedyna  mu się 

podobasz i tylko twojej ręki pragnie.

Melisanda   była   bez   wątpienia   najpiękniejszym   stworzeniem,   jakie   kiedykolwiek 

widział. Nawet teraz zastanawiał się, jak udało mu się spłodzić takie cudo. Była wyjątkowa i 

dlatego od urodzenia psuto ją i rozpieszczano. A dlaczego by nie? - pytała żona. Czyż nie za-

sługuje   na   karesy   i   wszystko,   czego   tylko   zapragnie?   Była   taka   piękna,   tak   absolutnie 

doskonała, zasługiwała na to. Judith na pewno powie, że Melisanda powinna dostać księcia, 

co najmniej księcia, a nie jakiegoś tam byle hrabiego, chociaż akurat ten należał do najbogat-

szych ludzi w całej Anglii. Ale księcia na ulicy nie znajdziesz, i nawet wliczając stojących 

nad grobem i młodzieniaszków ledwie pod wąsem, niezbyt ich wielu. Ojciec patrzył na córkę 

i ważył słowa, które zadowoliłyby jej próżność.

- Ale i tak - powiedziała po chwili milczenia - i tak za wiele oczekuje. Ojcze, ja go nie 

chcę. Odpisz jego Lordowskiej Aroganckiej Mości, że jest mi wstrętny, tak, właśnie wstrętny 

i tyle. Jest tak samo odrażający jak ta ropucha Oglethorpe. Nie chcę go, wyjdę za innego. - 

Przerwała i przycisnęła białe dłonie do policzków. - Mój Boże, a jeżeli on uzna, że trzy lata 

temu złamał mi serce? Jeżeli przyjdzie mu do głowy, że to dlatego nie chcę go poślubić?

Może  pomyśli,  że za  nim tęskniłam?  Ojcze,  to nie  do zniesienia!  Nie mogę  tego 

znieść, co robić?

Diuk westchnął po kilkakroć. Ta nieszczęsna duma, pomyślał. Cóż, odziedziczyła po 

nim dumę wielu pokoleń. Nagle o czymś pomyślał, aż uśmiechnął się do swoich myśli. - 

Biedaczysko - powiedział z żałością i potrząsnął głową.

Melisanda spojrzała na ojca nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi. - Co za biedaczysko?

-Hrabia Northcliffe, ma się rozumieć. Ten mężczyzna pragnie cię od trzech lat, bez 

wątpienia wycierpiał więcej niż możemy sobie wyobrazić. Pragnął cię, ale czuł, że 

musi poświęcić się dla Anglii. Honor nakazywał mu spełnić to, co uważał za swój 

background image

święty obowiązek. Nie splamił honoru, pomimo uczucia do ciebie. Nie możesz go za 

to winić. Teraz próbuje odbudować swoje szczęście, tęskni za tobą. Kłania się przed 

tobą nisko i błaga, żebyś zapomniała o przeszłości i łaskawym okiem raczyła wejrzeć 

na jego niedolę. - Diuk nie zamierzał informować córki, że hrabia odszedł z armii 

jakieś osiem czy dziewięć miesięcy wcześniej. Nawet Melisanda zwątpiłaby o jego 

uczuciu, gdyby się dowiedziała, że niemal rok zwlekał z oświadczynami.

-Był bardzo rozstrojony - powoli powiedziała Melisanda. - Był naprawdę rozstrojony, 

kiedy mówił o swoim absurdalnym obowiązku.

-Jest hrabią Northcliffe, a jego dom to jedna z najpiękniejszych rezydencji w Anglii

-Tak, to prawda.

-Ma bogactwa i stanowisko. Szanuje go rząd, podobno konferuje z Ministerstwem 

Wojny, nawet z Addingtonem. - Diuk przerwał, a potem dodał: - Mężczyzna na takim 

stanowisku   pragnie   mieć   żonę   piękną   i   nienagannie   wychowaną,   zdolną   sprostać 

rozlicznym   obowiązkom   towarzyskim.   O   ile   pamiętam,   jest   to   mężczyzna   bardzo 

przystojny i bardzo mile widziany na salonach.

-   Jest   bardzo   czarny,   za   czarny.   Musi   być   bardzo   owłosiony.   Nie   lubię   takich 

mężczyzn, ale to hrabia.

-Trzy lata temu dość ci się podobał.

-Być może, ale byłam wtedy młoda. Wtedy był bardzo surowy, teraz pewnie jeszcze 

bardziej. Rzadko się śmiał, był o wiele za poważny. Nawet uśmiechał się rzadko.

-Był poważnie ranny.

-Tak, ale nie potrafił docenić moich dowcipów. Wtedy nie zwracałam na to uwagi.

-Moja droga, jakże mógł być aż tak surowy, skoro cię admirował? To dawało się 

zauważyć. - Diuk mówił prawdę, ale wiedział też, że jeżeli hrabia pozostałby dłużej w 

towarzystwie   jego   córki,   zasłona   spadłaby   z   jego   oczu.   Miał   szczery   zamiar   jak 

najszybciej ich pobłogosławić.

-Nie aż tak jak uczucie do ojczyzny!

-Teraz będzie kochał ciebie, swą żonę, a nie kraj. Melisando, inteligentna z ciebie 

dziewczyna,   przy   tak   zakochanym   mężu   na   pewno   wszystko   ułoży   się   po   twojej 

myśli. Jakże błyszczałabyś  w londyńskim towarzystwie  w należnej ci roli hrabiny 

Northcliffe!

Diuk wiedział, że ziarno zostało posiane, podlane i nawiezione. Może nawet odrobinę 

za bardzo nawiezione. Teraz musiał czekać, aż jego trud przyniesie owoce. Zastanawiał się, 

czy by jej nie postraszyć, ale wiedział, że wtedy na złość odmówi.

background image

Melisanda siedziała zamyślona, co w innej sytuacji bardzo by go zdziwiło. Marszczyła 

doskonałą brew - zazwyczaj nie pozwalała sobie na to, to ujmowało jej urody. Wyglądała 

zadziwiająco   ludzko.   Dzięki   Bogu   już   wkrótce   inny   mężczyzna   będzie   się   martwił   jej 

nastrojami, humorami i scenami, które przyprawiały go o niestrawność. Ale ten mężczyzna 

wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza pojmie za żonę jedną z najpiękniejszych kobiet w 

całej Anglii.

Diuk zastanawiał się, czy to wystarczy. Lubił hrabiego, uważał, że to porządny młody 

człowiek.   Pewnie   teraz,   kiedy   był   zdrowy,   uśmiechał   się   od   czasu   do   czasu.   Dostanie 

nagrodę, która ucieszyłaby serce każdego mężczyzny.

A on utrzyma swój statek na powierzchni wody.

background image

ROZDZIAŁ 4

- Jak myślisz, Alex? Powinnam wyjść za Douglasa Sherbrooke'a?

Dlaczego ludzie upierają się, żeby pytać innych o zdanie, zastanawiała się Alexandra, 

patrząc   na siostrę.  Dlaczego   akurat  jej  zwierzają  swoje  najskrytsze  zamiary,  żądając  rad, 

których i tak nie biorą pod uwagę?

Uniosła do góry brodę i powiedziała: - Sądzę, że Douglas Sherbroke zasługuję na 

najpiękniejszą kobietę świata.

To zatrzymało na chwilę Melisandę, która chodziła w kółko po pokoju niczym młody 

źrebak, zatopiona w myślach: - Co powiedziałaś?

-Sądzę, że Douglas Sherbrooke...

-Słyszałam! Jeżeli zdecyduję się na to małżeństwo, spełnię twoje życzenie, tak?

Alexandra z namysłem popatrzyła na siostrę, po czym powiedziała: - Mam nadzieję, 

że Douglas Sherbrooke będzie tak uważał.

Melisanda   była   już   prawie   przekonana   do   swojej   przyszłej   pozycji   hrabiny 

Northcliffe, kiedy do pokoju wpadła matka, jej wysokość lady Judith, z wypiekami na chudej 

twarzy i wymachiwała gniewnie rękami.

-Ojciec   powiada,   że   wkrótce   masz   wyjść   za   hrabiego,   może   nawet   w   przyszłym 

tygodniu!   Powiada,   że   nie   pojedziemy   do   Londynu,   że   nie   będzie   po   co!   Jest 

niemożliwy! Co zrobimy?

-Mamo, wiesz, że nie mamy za dużo pieniędzy. Londyn kosztowałby papę majątek - 

zauważyła łagodnie Alexandra.

-Nonsens! Zawsze tak się wykręca. Chcę jechać do Londynu. A jeżeli o ciebie chodzi, 

moja droga, musisz znaleźć sobie męża, a oni nie rosną w tym twoim piekielnym 

ogródku!   Kiedy   twoja   siostra   wybierze   już   sobie   jakiegoś   dżentelmena,   inni 

zrozumieją, że po niej jesteś ty. Przeniosą uczucia z twojej siostry na ciebie. Mówiłam 

już, że ojciec nigdy nie ma na nic pieniędzy,  ale zawsze jakieś się znajdują, poza 

pieniędzmi dla waszego nieszczęsnego brata, któremu nie starcza funduszy, żeby żyć 

w Londynie jak na młodego dżentelmena przystało. To wstyd i mówiłam już o tym 

jego wysokości! Lady Judith nabrała oddechu.

-Co powiedział papa? - Alexandra skorzystała z krótkiej chwili przerwy.

-Kazał mi pilnować swoich spraw, jeśli cię to interesuje, moja droga.

Alexandra zastanawiała się, dlaczego ojciec powiedział o małżeńskich planach matce. 

Pewnie z jakiegoś powodu musiał. Usiadła i obserwowała, jak Melisandę i matkę ogarnia 

background image

furia. Zawsze tak było, jeżeli którejś z nich nie udawało się dostać tego, czego chciała. Wstała 

i niezauważona wyszła z brzoskwiniowej sypialni siostry.

Wiedziała, że Melisanda zgodzi się wyjść za hrabiego. Wiedziała też, że w dniu ślubu 

będzie się chciała znaleźć na innym kontynencie, nie widzieć i nie czuć. Będzie musiała się z 

tym zmierzyć w milczeniu, które było jej jedyną bronią. Trzeba będzie się uśmiechać, złożyć 

młodej parze życzenia, a przedtem patrzeć, jak wypowiadają słowa małżeńskiej przysięgi.

W   osiemnastym   roku   życia   Alexandra   pojęła,   że   życie   może   na   jednym   talerzu 

naszykować dania nie do przełknięcia.

Northcliffe Hall

Douglas nie wierzył własnym oczom. Patrzył na list diuka Beresfordu i na niewielką, 

naprędce   nagryzmoloną  karteczkę  od  lorda   Avery'ego.  Posłaniec  czekał   na  odpowiedź  w 

kuchni, racząc się piwem.

Jeszcze raz wziął do ręki list od diuka -jowialny w tonie, pełen szczęścia i gratulacji. 

Ślub   miał   się   odbyć   w   przyszłym   tygodniu   w   Claybourn   Hall,   w   starym   normańskim 

kościółku w Wetherby. Za siedem dni diuk stanie się jego dumnym teściem i zgarnie parę 

ładnych groszy do swojej kieszeni.

Wziął list od lorda Avery'ego. Miał jak najszybciej  jechać do Etaples we Francji, 

przebrany   za   napoleońskiego   żołnierza,   i   tam   czekać   na   instrukcje   niejakiego   Georgesa 

Cadoudala.   Miał   uratować   jakąś   Francuzkę   przetrzymywaną   wbrew   jej   woli   przez 

napoleońskiego generała. I to wszystko, żadnych nazwisk, żadnych szczegółów. Jeżeli tego 

nie zrobi, Anglia straci szansę wyeliminowania Napoleona. Lord Avery liczy na niego, Anglia 

liczy na niego. W zakończeniu lord napisał jeszcze:

„Jeżeli nie uratujesz tej przeklętej dziewuchy, Cadoudal powiada, że nie będzie dalej 

ciągnął swego planu. Upiera się przy Tobie, nie chce powiedzieć dlaczego. Może Ty wiesz, 

spotkaliście się kiedyś. Musisz jechać i to zrobić. Los Anglii jest w Twoich rękach”.

Douglas usiadł na krześle i roześmiał  się. - Muszę wziąć ślub i muszę  jechać do 

Francji - roześmiał się jeszcze głośniej.

Ma   jechać   do   Francji   i   ratować   kochankę   Cadoudala   czy   być   panem   młodym   w 

Claybourn Hall?

Przestał się śmiać. Zmarszczył czoło. Czy choć raz życie nie mogłoby być prostsze? 

Czy musi odpowiadać za losy Anglii? Do diabła z tym.

Pomyślał o przywódcy rojalistycznych szuanów, Georges'ie Cadoudalu. Ostatni raz 

próbował zniszczyć Napoleona w grudniu 1800 roku. W wyniku wybuchu w Paryżu zginęły 

dwadzieścia dwie osoby, a dobrze ponad pięćdziesiąt zostało rannych, ale ze świty Napoleona 

background image

nikt nie ucierpiał. Cadodual był niebezpiecznym człowiekiem, namiętnym i z całego serca 

nienawidzącym Napoleona. Pragnął powrotu Burbonów na tron francuski i poza tym nic się 

dla niego nie liczyło, ani ludzkie życie, ani pieniądze. Ale najwidoczniej życie tej dziewczyny 

cenił wysoko, skoro, żeby ją uratować, rzucał na szalę plany związane z Anglią.

Rzeczywiście, znali się. Kilka lat temu Douglas spotkał go w trakcie jednej z misji, 

zresztą udanej. Ale dlaczego to on miał ratować jego kochankę, pozostanie zagadką do czasu 

wyjazdu do Francji, o ile w ogóle tam pojedzie. Rząd angielski popierał plany kolejnego 

zamachu, którego nie będzie, dopóki kochanka Georges'a pozostaje w niewoli.

Kiedy Hollis, od trzydziestu  lat kamerdyner  Sherbrooke'ow, mężczyzna  o aparycji 

para Anglii, bezgłośnie wszedł do biblioteki, Douglas z początku go nie zauważył. Wiele lat 

temu,   kiedy   był   młodym,   zapalczywym   kogutem,   dumnym   i   przepełnionym   poczuciem 

własnej wartości, któryś z przyjaciół zażartował, że jest bardziej podobny do Hollisa niż do 

własnego ojca. Douglas rozgniótł go jak robaka.

Hollis dyskretnie chrząknął.

Douglas podniósł na niego wzrok w niemym pytaniu.

-Właśnie przybył pański kuzyn, lord Rathmore. Zabronił mi panu przeszkadzać, ale 

nie ignoruje się przecież obecności lorda.

-Oczywiście.  Tony'ego   nie  da  się   nie  zauważyć.  Zastanawiam   się,  czego   też   jego 

lordowska   mość   może   chcieć?   Z   pewnością   nie   przyjechał   naciskać   na   mnie   w 

sprawie małżeństwa.

-Prawdopodobnie   nie,   milordzie.   Jeżeli   można,   jego   wysokość   wygląda   na   nieco 

przygnębionego. Być może jest chory, choć nie jest to choroba ciała, raczej duszy. 

Gdybym  miał  zgadywać,  znając skłonności jego lordowskiej mości,  chodzi o płeć 

piękną... - Popatrzył w jakiś odległy punkt i dodał: - Zazwyczaj chodzi o płeć piękną, 

niezależnie od skłonności.

-A niech to! - Douglas wstał zza biurka. - Pójdę do niego. - Spojrzał jeszcze raz na 

dwa listy. Posłaniec chwilę zaczeka. Musiał się zastanowić, rozważyć wszystkie moż-

liwości.   Potrzebował   czasu.   Zresztą,   Anthony   Colin   St.   John   Parish,   wicehrabia 

Rathomore, był synem ciotecznej siostry jego matki i nie widzieli się już pół roku.

Widok kuzyna nie nastrajał zbyt radośnie. Wyglądał podle, dokładnie tak jak mówił 

Hollis. Douglas zamknął za sobą drzwi niewielkiego pokoju na klucz. Bez ceregieli przystąpił 

do rzeczy.

- No dobrze, Tony. Co się stało?

Tony  Parish z  trudem  oderwał  wzrok  od niewątpliwie  pasjonujących  widoków za 

background image

oknem i spojrzał na kuzyna. Wyprostował się i próbował wydusić choć cień uśmiechu. Nie 

bardzo mu się to udawało, ale Douglas docenił wysiłek.

- Co się stało? - powtórzył.

-Hollis ci powiedział?

-Tak.

-Ten człowiek powinien zostać przeklętym księdzem.

-Po prostu nie jest ślepy. I bardzo cię lubi. Dalej, mów.

- A niech cię, dobrze, skoro tak się upierasz. Już nie jestem zaręczony.  Nie mam 

narzeczonej. Zostałem zdradzony i jestem sam. Dlatego przyjechałem.

Czyżby Hollis nigdy się nie mylił? Douglas pytał dalej:

- Teresa Carleton zerwała z tobą?

- Oczywiście że nie. Nie bądź kpem. Ja zerwałem.

Odkryłem, ze sypia z moim przyjacielem. Ha, przyjacielem! Przeklęty skurwysyn! Ta 

kobieta miała mnie poślubić, mnie, miała zostać moją żoną! Starannie ją wybrałem, dbałem 

jak   o   najpiękniejszy   kwiat,   traktowałem   z   szacunkiem,   co   najwyżej   całowałem   i   to   z 

zamkniętymi ustami, wierz mi, a ona przez cały ten czas była kochanką mojego przyjaciela. 

Tego się nie da opisać, to niewiarygodne.

- Trzeba zacząć od tego, że i tak nie była już dziewicą - zauważył Douglas. - To 

wdowa. Jak sądzę, ty nie zerwałeś z jej powodu ze swoimi dawnymi kochankami, a niektóre z 

nich z pewnością są przyjaciółkami Teresy.

-Nie o to chodzi i dobrze o tym wiesz.

-Być może nie dla ciebie, ale... - Douglas przerwał.

- To znaczy, że wszystko skończone? Jesteś wolny? Zerwałeś na dobre czy chcesz 

opatrzyć rany?

-Zerwałem i mógłbym zabić tę kobietę za jej perfidne postępowanie! Robić ze mnie 

rogacza! Ze mnie!

-Jeszcze nie była twoją żoną.

- Fakt pozostaje faktem. Nie zniosę tego, nie mogę nawet o tym myśleć. Jak kobieta 

mogła mi zrobić coś takiego?

Kuzynek,   pomyślał   Douglas,   ma   o   sobie   bardzo   wysokie   mniemanie,   jak   zresztą 

większość ludzi. O ile  wiedział,  nigdy przedtem nie zwiodła go żadna kobieta. To Tony 

zawsze był tym, który się wycofywał, roześmiany i beztroski jak Ryder. Aż spotkał Teresę 

Carleton,   młodą   wdowę,   która   z   bliżej   nie   znanych   powodów   oczarowała   go   tak,   że 

oświadczył się zanim minął tydzień, a potem zagrała z nim w jego własną grę. Musiał czuć 

background image

się okropnie, nadszarpnięto jego poczucie własnej godności.

- Nie mogę teraz wrócić do Londynu, Mógłbym ją spotkać, a wtedy nie ręczę za 

siebie. Muszę odpocząć na wsi, aż odzyskam równowagę i kontrolę nad własnym umysłem, 

aż   będę   mógł   się   powstrzymać   przed   spoliczkowaniem   tej   szmaty.   Mogę   tu   jakiś   czas 

pomieszkać?

Douglasowi zaświtała w głowie pewna myśl, rozwiązanie jego problemów.

- Tony, możesz tu mieszkać o końca świata, spijać moją francuską brandy, a nawet 

spać w moim hrabiowskim łożu.

Możesz   robić,   na   co   tylko   przyjdzie   ci   ochota.   -   Douglas   podszedł   do   kuzyna   i 

wykrzywiony niczym idiota potrząsał jego dłonią. - Tony, możesz uratować mi życie. Niebo 

stanie przed tobą otworem, jeżeli się zgodzisz.

Tony Parish patrzył na kuzyna i uśmiechał się szczerze. - Powiesz mi, czego ode mnie 

oczekujesz, jak sądzę?- powiedział.

- Oczywiście, wybierzmy się na przejażdżkę i wszystko ci opowiem.

Tony nadal  się uśmiechał.  Słuchał  Douglasa  z coraz  większym  zainteresowaniem. 

Jego twarz  wyrażała   kolejno zaciekawienie,  zaskoczenie,  a  kiedy Douglas skończył  swój 

wywód uśmiechnął się, wzruszył ramionami i stwierdził tylko: - Dlaczego nie?

Claybourn Hall

No   właśnie,   dlaczego   nie,   myślał   Tony   Parish   pięć   dni   później,   wpatrując   się 

rozszerzonymi  źrenicami w stojące przed nim zjawisko. W życiu nie widział piękniejszej 

kobiety. Każdy rys jej twarzy podkreślał inny, a wszystkie razem były doskonałe. Żadna z 

jego   byłych   czy   obecnych   kochanek,   nawet   eks-narzeczona   Teresa   Carlton,   do   pięt   nie 

dorastała tej nieskazitelnej piękności. Zawsze sądził, że najpiękniejsze są kobiety jasnowłose, 

subtelne   i   pociągające.   Ale   na   Boga,   nie   miał   racji.   Miała   czarne,   gęste   włosy   i 

niewiarygodnie błękitne, lekko uniesione w kącikach oczy, ocienione rzęsami długimi jak 

wieczna pokuta. Jej skóra była biała, delikatna i gładka, nos cienki, a usta pełne i kuszące. 

Pocił się, patrząc na doskonale wyrzeźbione ciało.

Czuł, że łapie go skurcz w brzuchu. Wiedział, że pobladł. Patrzył na nią, nie mogąc 

oczu oderwać i widział, że leciutko się uśmiecha. Wreszcie odezwała się do niego.

- Wicehrabia Rathmore? To pan jest kuzynem hrabiego Northcliffe, nieprawdaż?

Skinął głową jak oszołomiony matołek i ucałował podaną mu dłoń. Pomyślał że wie, 

jak na niego podziałała. Wie, że jest pod wrażeniem i będzie próbowała nim manipulować. 

Nie szkodzi. Nagle poczuł, że jej palce zginają się lekko w jego dłoni. Czyżby też trochę się 

spodobał? Okaże się. Wiedział, że musi odzyskać pewność siebie, którą zabrała mu Teresa 

background image

Carleton. Musi odzyskać mistrzostwo. Jeżeli tylko zechce, to piękne stworzenie będzie jego...

Naraz otrzeźwiał. Miała na imię Melisanda, a on przyjechał tu poślubić ją w imieniu 

swego kuzyna, Douglasa Sherbrooke'a.

Etapłes, Francja

Douglas   znalazł   się   w   samym   centrum   przygotowań   do   napoleońskiej   inwazji   na 

Anglię,   choć   właściwie   cale   wybrzeże,   od   Boulonge   poprzez   Dunkierkę   aż   do   Ostendy, 

wrzało. Jakby się dobrze zastanowić, to było to najbezpieczniejsze miejsce w całej Francji, 

zwłaszcza dla angielskiego szpiega. Nie było straży, ludzie przechodzili, patrzyli, rozmawiali, 

słuchali, a nawet szkicowali przebieg prac. Douglas z podziwem patrzył na tysiące mężczyzn 

bez. wytchnienia pracujących w dokach, na plażach i w portach, budujących statki, które 

miały zawojować Anglię. Obok robotników widać było żołnierzy, ale o ile mógł stwierdzić, 

nie mieli zbyt wiele do roboty.

Douglas ubrany był w mundur szeregowca, trzy dni temu lśniący nowością, a teraz już 

odpowiednio uwalany i wygnieciony. Czekając na przybycie Cadoudala, rozglądał się tu i 

tam, i przysłuchiwał w miejscowych tawernach żołnierzom ze świeżego poboru i wąsatym 

oficerom. Mógł tylko czekać. Jego francuski był nieskazitelny, a maniery odpowiednie do 

noszonego munduru - bratał się z poborowymi, wspólnie narzekali i z pewnej odległości, z 

szacunkiem przysłuchiwali się rozmowom oficerów. Wszyscy rozprawiali o mającej nastąpić 

inwazji na Anglię - zaledwie dwa tygodnie wcześniej Napoleon wizytował jednostki wzdłuż 

wybrzeża, zapewniając ludzi, że już wkrótce przekroczą ten śmierdzący rów i nauczą angiels-

kich kupców i bankierów, kto panuje na lądzie i morzu. Piękne słowa, myślał Douglas. Czy 

ten Napoleon naprawdę sądzi, że angielskie chłopstwo powita go jak wybawcę, o ile w ogóle 

uda mu się przepłynąć kanał i znaleźć się w Dover?

Po   dwóch   dniach   zaczęło   mu   się   nudzić.   Instrukcje   od   Cadoudala   przekazał   mu 

jednonogi żebrak cuchnący niczym zgniła kapusta. Przysunął się do niego i wcisnął w kieszeń 

grubą   kopertę,   a   następnie   uciekł,   zanim   Douglas   zdążył   o   cokolwiek   go   zapytać.   List 

przeczytał   dwa   razy,   starając   się   zapamiętać   bardzo   zawiłe   polecenia.   Przestudiował 

wszystkie dołączone papiery i dokumenty i aż potrząsnął głową na samą myśl o tym, jakich to 

skomplikowanych wyczynów żąda od niego Cadoudal. Cóż za arogancja! Georges Cadoudal 

nie   odznaczał   się   rozwagą,   a   często   bywał   bezczelny,   jednocześnie   bystry   i   nieudolny. 

Ostatnio nie wiodło mu się najlepiej, a porażka goniła porażkę.

Z   pewnością   całe   godziny   strawił   obmyślając   plan   ratowania   tej   przeklętej 

dziewczyny, Janinę Daudet. Niestety, to właśnie Georges był mózgiem spisku mającego na 

celu   uprowadzenie   Napoleona   i   osadzenie   na   tronie   hrabiego   d'Artois,   młodszego   brata 

background image

Ludwika XIV. On też miał w swoim posiadaniu ponad milion franków od angielskiego rządu 

i właśnie z tych powodów lord Avery tak bardzo chciał spełnić jego żądania. Oczywiście, 

Cadoudal nie mógł ryzykować i osobiście ratować dziewczyny. Wiedział, że Douglas jest 

ekspertem od generała Honoriusza Belesaina - to dlatego prosił właśnie o niego i wierzył, że 

plan się powiedzie. Douglas zastanawiał się, czy Georges wie, że generał cieszy się, oględnie 

mówiąc, bardzo złą sławą jeśli chodzi o kobiety. A niech to.

Następnego ranka założył bryczesy i czarny płaszcz. W Bolonii stanie się oficjalnym 

funkcjonariuszem   z   Paryża,   wysłanym   osobiście   przez   Bonapartego   dla   doglądania 

przygotowań do inwazji. Modlił się gorąco, żeby papiery dostarczone przez Cadoudala były 

w   porządku.   Za   te   bajońskie   sumy,   jakie   dostawał   z   Anglii,   mógł   sobie   pozwolić   na 

najlepszych fałszerzy. Douglas wolał uniknąć przyłapania i egzekucji.

Dokładnie w samo południe dostojny oficjalny funkcjonariusz skierował swe kroki w 

stronę rezydencji generała Honoriusza Belesaina w Bolonii. Trafił bez trudu, był to bowiem 

największy dom w mieście, należący do mera. Generał bawił u gościnnego gospodarza od 

dobrych trzech miesięcy. Dziwnym trafem, od tego też czasu nikt nie widywał mera.

Douglas   wiedział   o   Belesainie   prawie   wszystko.   Nic   nie   mogło   go   zaskoczyć. 

Doskonały taktyk, kompetentny administrator - choć szczegółami zajmowali się adiutanci - 

odznaczał   się   równą   podłością   w   stosunku   do   jeńców,   jak   i   swoich   żołnierzy.   Lubił 

młodziutkie dziewczyny i uważał się za świetnego żołnierza i kochanka. Douglas wiedział 

też, że jego udręczona żona skryła się wraz z czwórką dzieci w odległym Lyonie. General 

należał do mężczyzn raczej korpulentnych, ale uważał, że wygląda niczym młody bóg.

Nie   panował   nad   sobą,   bardzo   szybko   i   często   ze   śmiertelnym   skutkiem   tracił 

hamulce, co z przerażeniem odkrywali żołnierze i młode kochanki. Jeśli chodzi o sprawy 

alkowy, nie odznaczał się galanterią, nawet kiedy był szczególnie dobrze usposobiony. Po 

miłosnych igraszkach często upijał się do nieprzytomności.

Trzypiętrowy,   pomalowany   na   żółto   dom   mera   był   to   gmach   duży   i   prostokątny, 

porośnięty gęstym bluszczem. Stał nieco na uboczu, a po obu stronach długiego podjazdu 

rosły   wielkie   dęby,   wczesnym   latem   pokryte   bujnym   listowiem.   Mer   był   zamożnym 

człowiekiem.   A   może   już   nie   był.   Co   najmniej   dwunastu   ludzi   patrolowało   teren   przed 

wejściem.

Spojrzał   w   górę,   zastanawiając   się,   w   którym   z   pokoi   na   trzecim   piętrze   jest 

przetrzymywana Janinę Daudet. Ciekawe, czy generał już ją zgwałcił? Na pewno tak. Niby 

kto miałby go powstrzymać?  Modlił  się, żeby nie odgrywał  z nią swoich perwersyjnych 

sztuczek.   Czy   wiedział,   kim   jest   Janinę?   Cóż,   Belesain   był   najbardziej   aroganckim   i 

background image

perwersyjnym przywódcą, o jakim Douglas słyszał.

W   dużym   holu   przywitał   go   adiutant   o   nazwisku   Grillon.   Elegancki   w   swoim 

szkarłatnym mundurze, pławił się w poczuciu własnej ważności. Jednak widać było, że cze-

goś   się   obawia.   Twarzą   w   twarz   z   nieznajomym   nie   czuł   się   pewnie,   ale   kiedy   znał 

zawodników i reguły gry, potrafił rozdawać kuksańce. Douglasowi niepewność Grillona spra-

wiała przyjemność. W holu wejściowym naliczył jeszcze czterech żołnierzy.

-Monsieur Lapalisse. Oczywiście wiecie, kim jestem. Pragnę widzieć się z generałem. 

- Douglas rozglądał się wokoło, wiedząc, że porucznik bacznie mu się przygląda. 

Próbował przybrać wyniosły wyraz twarzy, ale w tym nie był zbyt dobry. W kącie 

dostrzegł pajęczynę.

-Monsieur - powiedział wreszcie Grillon. - Gdyby zechciał pan chwilkę zaczekać. 

Poinformuję generała o pańskim przyjeździe i...

Nie zwykłem czekać - Douglas lustrował młodzieńca od stóp do głów. - Proszę mnie 

natychmiast zaanonsować.

A najlepiej idźmy od razu.

Grillon   zawahał   się,   po   czym   zrobił   zwrot.   Generała   bolała   głowa.   Głupiec, 

poprzedniej nocy znowu przeholował i płacił teraz za to. Nie wiedział, kiedy dokładnie miał 

przyjechać   ten   przeklęty   biurokrata,   ale   powinien   zdawać   sobie   sprawę,   że   z   pewnością 

wtedy, kiedy miał na to najmniejszą ochotę. Generał denerwował się, bo nikt z rządu go o tym 

nie poinformował. Do diaska z nim.

Stał   przy   zabałaganionym   biurku   z   oczyma   zimnymi   jak   lód,   wyprostowany   i   ze 

zmarszczonym czołem. Kiedy Grillon i Douglas weszli, wyprostował się jeszcze bardziej, ale 

Douglas nie dał się nabrać. Generał się bał. Doskonale, pomyślał Douglas, wchodząc do ob-

szernego   salonu   z   miną   władcy   świata.   Lekko   skłonił   głowę   i   płynną   francuszczyzną 

zauważył grzecznie: - Przyjemny dziś dzień.

-W   rzeczy   samej   -   odpowiedział   generał,   nieco   wytrącony   z   równowagi.   - 

Poinformowano mnie, że jest pan z komitetu wojennego Napoleona, ale nie bardzo 

rozumiem. Napoleon był tu niedawno i wyraził zadowolenie z postępu prac.

-Komitet to ciało tak amorficzne. - Douglas znowu starał się przybrać lekceważący 

wyraz   twarzy.   -   Nie   jestem   przedstawicielem   komitetu.   Jestem   osobistym   hm... 

wywiadowcą Napoleona.

Generał zesztywniał: - Wywiadowcą?

Czyżby do Napoleona jakimś cudem doszły wieści o śmierci dwóch żołnierzy, których 

kazał w zeszłym tygodniu wychłostać? A może usłyszał o pobiciu tej dziewczyny? Miała 

background image

jakichś wyżej postawionych krewnych. Cholera z nią. Wyrywała się, ale przecież wiedział, że 

go chce, mała suka. Wziął ją może trochę nieoględnie, ale dojdzie do siebie i jeszcze będzie 

go prosiła o więcej. Nie mogła się oprzeć sile jego umysłu i wdzięku, tak samo jak tamta na 

górze, którą trzymał w maleńkim pokoiku tuż przy swojej sypialni.

Belesain   podziwiał   Napoleona   na   polu   walki,   ale   nienawidził   jego   hipokryzji   i 

burżuazyjnego zadęcia. Musi być ostrożny. Stojący przed nim człowiek był nikim więcej jak 

tylko biurokratą, zerem z kupką siana w miejscu mózgu. Ale niech go szlag, ma władzę, i 

dlatego on, Belesain, musi z nim wejść w układ. Jeżeli to się nie uda, trzeba go będzie zabić. 

Na drogach pełno przecież złodziei i skurwysynów wszelkiej maści.

-Tak - powiedział Douglas. - Jak pan bez wątpienia wie, Napoleon zawsze uważał, że 

należy kontrolować plany i ludzi, którzy je realizują. Syzyfowa praca.

-Oczywiście ma pan papiery?

- Jak najbardziej.

O trzeciej po południu Douglas przechadzał się u boku generała po obozowisku na 

plaży.   Belesain   nie   znosił   tej   wymuszonej   grzeczności   wobec   biurokratów,   udawanej 

współpracy z człowiekiem,  którego w równym  stopniu bał się, co nienawidził.  Próbował 

onieśmielić Douglasa, zignorować go zachowując się, jakby wszystko wiedział i pociągał za 

wszystkie   sznurki.   Douglas   tylko   się   uśmiechał.   Kolację   tego   wieczoru   jedli   razem   z 

najwyższymi rangą oficerami Belesaina, w jadalni mera. Zanim skończyli, większość z nich 

była   już   pijana.   Przed   północą   trzech   odniesiono   na   kwatery,   a   zanim   minęła   pierwsza 

Douglas czekał na okazję.

Modlił się, żeby nikt nie odkrył w nim angielskiego szpiega. Nie chciał umierać. W 

Anglii czekała na niego młoda żona, słodka Melisanda. Nie wypuści jej z łoża, aż poczną 

przyszłego dziedzica Sherbrooke'ow.

Kiedy generał zaprosił go do gry w pikietę, Douglasowi serce mocniej zabiło. - A o co 

gramy? - wypytywał, strzepując drobinki kurzu z czarnego płaszcza.

Generał zaproponował franki.

Douglas   okazał   lekkie   zniecierpliwienie   tak   banalną   stawką.   Tak   wykwintny   i 

inteligentny człowiek, za jakiego uważa generała, z pewnością wymyśli coś bardziej intere-

sującego... bardziej hm... podniecającego?

General pomyślał chwilę i uśmiechnął się. Był już kompletnie pijany. Zatarł ręce, a 

oczy mu błyszczały, kiedy powiedział: - Tak, zwycięzca naszej małej gry zabawi się z małą 

łajdaczką, która tu ze mną mieszka. Na imię jej Janinę i potrafi zadowolić mężczyznę.

Douglas przystał na to z wystudiowaną obojętnością.

background image

ROZDZIAŁ 5

Clayboum Hall

Alexandra nie wierzyła  własnym  oczom. Stała nieruchomo jak głaz przy włoskim 

biurku Melisandy, na którym choć raz było coś poza konstelacjami buteleczek z pachnidłami. 

Miała na sobie szlafrok, a włosy splecione w warkocz przerzuciła przez ramię. Wpatrywała 

się w niewielką karteczkę i zamykała oczy, próbując znaleźć jakieś wyjaśnienie...

- Miałaś nadzieję, że to się stanie.

Może   tak,   może   nie.   Milczała,   patrzyła.   I   stało   się.   Melisanda   i   Anthony   Parish, 

wicehrabia Rathmore, uciekli poprzedniej nocy do Gretna Green

1

. Alexandra powoli uniosła 

świstek   papieru,   na   którym   jej   siostra   niedbale   nagryzmoliła   kilka   zdań.   Słowa   mające 

zmienić ich życie, słowa, w których roiło się od błędów, bo Melisanda nigdy nie zaprzątała 

sobie głowy nauką. Alexandra była spokojna. Czuła, że to jeszcze nie wszystko, że wydarzy 

się   coś   jeszcze.   Będzie   musiała   zanieść   ten   liścik   ojcu.   Będzie   musiała   wyznać,   iż 

przeczuwała, co się dzieje pomiędzy tymi dwojgiem.

Czuła   do   siebie   obrzydzenie.   Wiedziała,   że   jest   zazdrosna   i   małostkowa,   że   nie 

zasługuje na nic.

Diuk przeczytał list, starannie odłożył go na biurko i podszedł do okna. Patrzył w dal, 

na   trawnik   i  cztery   przechadzające   się   przed   domem   pawie,   trzy  gęsi   i   kozę.   Alexandre 

wydawało się, że minęły wieki, zanim się odwrócił i zamyślony spojrzał na młodszą córkę. 

Uśmiechnął się do niej, naprawdę się uśmiechnął i - ku jej zdziwieniu - powiedział łagodnie: - 

Stało się, nic już na to nie poradzimy. Ostatecznie, nie była to aż taka niespodzianka.

Nie jestem zaskoczony. Tony zostawił mi bardziej obszerny list. Zobaczymy.

- Papo, ja wiedziałam. Wiedziałam, ale chciałam...

Ojciec odchrząknął i pogroził jej palcem. - Ty także zdawałaś sobie sprawę z planów 

lorda Rathmore, moja droga?

-   Nie   że   pojadą   do   Gretna   Green,   ale   że   odmówią   ślubu...   Papo,   nie   mogę   cię 

okłamywać. Ale nie wiedziałam, że ty też...

Alexandra   wyłamywała   sobie   palce,   a   jej   rozpacz   rozbroiłaby   serce   każdego 

kochającego rodzica. Jej wina była coraz większa. Diuk patrzył na nią przez chwilę, a potem 

powiedział: - Tak, wiedziałem że Tony pragnie Melisandy, a ona jego. Nigdy przedtem nie 

widziałem,   żeby   dwoje   ludzi   tak   szybko   przypadło   sobie   do   gustu.   Tony   to   dzielny 

młodzieniec - inteligentny, dowcipny, obdarzony urodą co szczególnie cenią sobie niewiasty. 

1

 Gretna Green - wieś w Szkocji, przy granicy z Anglią, do której uciekali narzeczeni, by się pobrać  

bez zgody rodziców.

background image

Cóż   więcej,   jest   prawie   tak   bogaty   jak   hrabia   Northcliffe   i   bez   wątpienia   zaoferuje   mi 

odprawę   większą   niż   proponowana   przez   jego   rywala.   W   liście   zapewnia   mnie   o   tym. 

Wyobrażam sobie, jak bardzo czuje się winny, z pewnością bardziej niż ty czy ja. Czyż nie 

zdradził swego kuzyna zabierając jego wybrankę? Nienawidzi sam siebie za to, co zrobił, ale 

nie ma odwrotu. Świadomość budzi się po czynach. Ale pomimo tej nieszczęsnej ucieczki 

wicehrabia jest człowiekiem honoru. Wkrótce przywiezie tu Melisandę. Ta mała flirciarka nie 

chce przyjechać. Wie, że zawiodła matkę i boi się, że oberwie solidną burę, ale mąż zmusi ją 

do przyjazdu.

-Diuk uśmiechnął się do siebie. - Tony'ego Parisha żadna kobieta nie zdoła owinąć 

sobie   wokół   palca,   choćby   była   tak   piękna,   że   zęby   bolą   od   samego   patrzenia. 

Przywiezie ją tu, choćby nie wiem jak płakała, zarzekała się i błagała.

- Papo, ja się domyślałam, naprawdę... - Stała czekając na słowa ostrej krytyki.

Diuk podniósł rękę córki do ust. - Żałuję jedynie,  że ten nieodpowiedzialny czyn 

wiąże się z takim zamieszaniem. Żaden ojciec nie chce, żeby jego dziecko zachowało się tak 

niestosownie, zwłaszcza jeśli chodzi o córkę diuka. - Umilkł, a jego twarz wyrażała różne 

przeciwstawne uczucia. - Tak bardzo pragniesz hrabiego? - zapytał nagle.

-To też odgadłeś? Boże, niczego nie potrafię ukryć!

-Jesteś moją córką. Znam cię i kocham.

-Kocham go od trzech lat, ale teraz... teraz nie będzie nawet moim szwagrem.

Spojrzała na ojca z bólem i strapieniem w oczach.

- Przed chwilą otrzymałem list od twojego brata. Alex, powiem ci prawdę. Nawet 

odprawa od Tony'ego nie uratuje tej rodziny. Twój brat opuścił Anglię w niesławie. Pisze, że 

jest w drodze do Ameryki. Zostawił ogromne długi, które doprowadzą mnie do bankructwa. 

Nawet hojność Tony'ego nie pomoże. Nie wiedziałem, co robić, biłem się z myślami, ale... 

może jest nadzieja.

Odwrócił   się   i   wyszedł   z   biblioteki,   zostawiając   Alexandre,   która   nie   mogła 

wykrztusić ani słowa.

Za   godzinę   Tony   Parish   i   młoda   wicehrabina   mieli   przybyć   do   Claybourn   Hall. 

Melisanda dąsała się, choć podobał jej się iście królewski strój, w którym miała wystąpić. Jej 

mąż uśmiechał się pod nosem. Tonem nie cierpiącym sprzeciwu poinformował ją, że muszą 

wrócić do domu i naprawić swą winę. Prosiła, błagała, wiedziała, że w domu może oberwać 

po nosie. Posunęła się nawet do płaczu, wsparta na jego ramieniu. Zauważył głośno, że leje 

piękne   krokodyle   łzy,   czym   doprowadził   ją   do   szewskiej   pasji.   Roześmiał   się,   a   ona   z 

wściekłością rzuciła w niego szczotką, która po prostu odrzucił w jej stronę. Zaszokowana 

background image

zamilkła, a on wyszedł z pokoju, nakazując jej za dziesięć minut zjawić się na dole. Kolejna 

szczotka uderzyła w drzwi. Zeszła na dół po jedenastu minutach, a on zmarszczył brwi i 

spojrzał   na   zegarek.   Nic   nie   powiedział.   Posłuchała   go.   Z   czasem   przyzwyczai   się   do 

posłuszeństwa bez urządzania scen i awantur. I nie będzie się spóźniała.

Pojechali   powozem,   który   Tony   wynajął   ze   stajni   w   pobliżu   Harrogate   i   którym 

uciekali do Gretna Green. To był drugi dzień ich małżeństwa. Za chwilę miał spotkać się z 

teściem, który niewątpliwie ma ochotę udusić go gołymi rękami.. Ale musiał wrócić, Właśnie 

tak trzeba było postąpić, nie było wyboru. Zresztą napisał diukowi, że wróci omówić sprawę 

odprawy.

Uśmiechnął się do swojej pięknej żony i nawet nie próbował ukryć, jak bardzo jej 

pragnie. Wystarczyło, że dotknął jej dłoni, a już chciał ją całą. Chciał jej, kiedy krzyczała na 

niego rozpłomieniona złością. Siedziała tak blisko, że nie mógł się powstrzymać.

- Zdejmij pelisę.

Melisanda   miotały  zmienne   uczucia;  poczucie   winy,   zażenowanie   i  wściekłość   na 

męża, który nie traktował jej z należytym szacunkiem - przecież rzucił w nią szczotką!

-Co powiedziałeś?

-Powiedziałem, żebyś zdjęła pelisę.

-Zimno mi.

- Nie szkodzi.

Zmarszczyła   brwi   i   rozpięła   guziki.   Pomógł   jej   zdjąć   i   odrzucił   pelisę   na   drugie 

siedzenie. Leciutko pieścił czubkami palców jej podbródek. Pocałował ją, nie rozchylając ust.

- Tony!

- Cii. Ściągnij czepek, bo nie mogę cię pocałować z tą bzdurą na głowie. Gniecie 

twoje piękne włosy. Twoje czarne jak przepastna noc włosy. Chcę je czuć w dłoniach.

Polecenie   okraszono   komplementem,   więc   Melisanda   posłusznie   zdjęła   czepek   i 

rzuciła na pelisę.

- Dobrze - długie palce Tony'ego ruszyły na podbój rzędu guzików na staniku żony.

Oburzona   Melisanda   uderzyła   go   w   rękę.   -   Tony!   W   środku   dnia!   W   powozie! 

Przestań, na miły Bóg, tak nie można, nie możesz...

Znowu ją pocałował i posadził  sobie na kolanach. Prawą ręką sięgnął śmiało pod 

spódnicę i sunął coraz wyżej, aż poczuł skrawek nagiego, delikatnego ciała po wewnętrznej 

stronie ud. Płonęła. Wiedział, że ze wstydu, nie z podniecenia. Nie szkodzi. Chciał ją wziąć. 

Właśnie tu i teraz, w powozie, siedzącą na jego kolanach, patrzącą mu w twarz. Na samą myśl 

aż jęknął.

background image

Nie przestawała się szarpać, więc powiedział: - Uspokój się. Jesteś moją żoną. Musisz 

się nauczyć i zobaczysz jak szybko się nauczysz, posłuszeństwa. Pragnę cię i będę cię miał. 

Zeszłej nocy oszczędzałem cię, bo byłaś dziewicą, ale już wydobrzałaś. Chcę zobaczyć twoje 

piersi, poczuć je, dotknąć językiem. Podniesiesz tylko spódnicę i wejdę w ciebie.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. 

Poprzedniej nocy czuła się, prawdę mówiąc, podle z powodu tego, co zrobili. Pokazała temu 

przeklętemu hrabiemu, że ani on, ani ojciec nie będą wydawać jej rozkazów. Tony był uro-

czym galantem, drażnił się z nią i sprawiał, że chciała coraz więcej. Fascynował ją. Był jak 

żywe srebro. Szybko dostrzegła w nim siłę, męski upór i arogancję, ale nie wątpiła, że da 

sobie z tym radę. W końcu dawała sobie radę z każdym innym dżentelmenem, który trafił na 

jej teren łowiecki.

Bardzo delikatnie wprowadził ją w świat erotyki. Przyszło jej do głowy, że chyba jest 

bardzo doświadczony, ale nie potrafiła docenić jego kunsztu. Cała procedura wydała jej się 

wyjątkowo krępująca, a ciemność, o którą się modliła, nie zatrzymała go ani na chwilę. Nie 

zranił jej zbyt mocno, ale co do przyjemności - szczerze wątpiła, czy w ogóle coś takiego 

istnieje. Stwierdziła, że lubi wyłącznie komplementy, pocałunki i jego uśmiechy, no i może 

jeszcze kiedy leciutko pieścił językiem koniuszek jej ucha.

A teraz chciał wsadzić w nią ten swój męski drąg, kiedy siedziała całkowicie ubrana 

na jego kolanach. W dodatku w powozie!

- Nie - powiedziała bardzo stanowczo. - Nie zrobię tego!

Tony tylko się uśmiechnął i dalej pchał paluchy w górę, aż dotknął jej kobiecości. 

Zbladła. Prawą ręką pracowicie rozpinał guziki stanika sukni. Waliła w niego pięściami, aż 

powiedział surowo: - Jesteś moją żoną, ile razy mam ci to przypominać? Wiem, że zeszłej 

nocy niewiele miałaś przyjemności. Byłaś dziewicą i to dlatego. Krwawiłaś, to dobrze, ale 

teraz   zamierzam  ci   to  wynagrodzić.   Dam  ci   przyjemność,   a  ty masz   ją  przyjąć.   A teraz 

uspokój się i przestań odgrywać przerażoną dziewicę.

Ale ona nadal walczyła, nawet kiedy jeden z jego długich palców wśliznął się w nią. 

Krzyknęła, a on zdusił ten krzyk pocałunkiem, mając nadzieję, ze powozowy nie usłyszał.

-Piękność, cudna dziewica, a przy tym zepsuta - powiedział. - Taką poślubiłem. Nie 

zrozum   mnie   źle,   nie   narzekam.   Dobrze   poznałem   twój   charakter   jeszcze   zanim 

pierwszy raz dotknąłem tego słodkiego miejsca za twoim lewym uszkiem. Ale wiesz 

dobrze, że cię wezmę.

-Nie! Nie pozwolę! Przestań, co robisz!

-O tak, wezmę cię! - zaczął ją pieścić. - Ani myślę przestać. Przekonasz się, że zrobię 

background image

z tobą, co zechcę.

Była   zjawiskowo   piękna,   nawet   teraz,   kiedy   oczy   płonęły   jej   gniewem.   Prawdę 

mówiąc, nie bardzo wiedziała, co ma robić. Próbowała się od niego odsunąć, ale po prostu 

zadarł jej suknię, halki i koszulę, i położył sobie na kolanach. Oprócz czarnych skórzanych 

pantofli, sięgających za kolano pończoch i podwiązek była do pasa naga. Popatrzył na nią i 

uśmiechnął się.

-Śliczne - powiedział tylko i dotknął jej bielutkiego brzucha. - Bardzo ładne. Chyba 

cię zatrzymam, takiej rybki nie wyrzuciłby żaden rybak.

-Tony,  nie możesz tego zrobić! Ojciec cię wyzwie na pojedynek, uszy ci obetnie, 

zobaczysz! Nie jestem żadną rybą!

-   Najdroższa   żonko,   twój   ojciec   nie   śmiałby   mówić   mnie,   twojemu   legalnemu 

małżonkowi, panu i władcy, jak mam cię zadowalać. A to właśnie mam zamiar zrobić, jeżeli 

tylko zamkniesz śliczną buźkę i pozwolisz mi działać.

Znowu na niego wrzasnęła, żeby w tym momencie zdać sobie sprawę, iż stangret na 

pewno ją słyszał. Umierała ze wstydu. Czuła się tak upokorzona, że całkiem się uciszyła. 

Zaczął pieścić to intymne miejsce, którego dotykał poprzedniej nocy. Nie protestowała wtedy, 

bo   wciąż   wydawała   się   samej   sobie   taka   podła...   Zresztą   czuła   swoją   władzę   -   uciekła 

przecież do Gretna Green - i nie zdawała sobie sprawy... Nie wiedziała, co on chce zrobić, ale 

teraz, teraz to co innego. Nie było ciemno jak w kopalni.. Środek dnia, powóz. Patrzył na nią, 

mówił, dotykał nagiego ciała. To było nie do zniesienia. Nagle poczuła coś, jakby ukłucie, aż 

jej biodra odskoczyły w górę, dalej od jego palców.

Patrzyła na niego nie rozumiejąc. Ten przeklęty skurczysyn uśmiechał się do niej jak 

zadufany w sobie władca, tak zadowolony i odprężony, że nie mogła tego znieść. Odrzuciła 

głowę do tyłu i krzyknęła ile sił w piersiach.

Powóz gwałtownie zahamował.

Tony nie przestał się uśmiechać. Pomógł jej zejść z kolan, przygładzić suknię i czekał 

aż w oknie pojawi się przerażona twarz stangreta. Człeczyna najpierw spojrzał na Melisandę, 

która natychmiast pojęła, że z pewnością wie, co mąż próbował jej zrobić.

-Idź sobie! - krzyknęła na nieboraka. - Idź!

-Tak - Tony skrzyżował ręce na piersiach. - Wybaczcie żonie, że was przestraszyła. 

Czasami damy... zapominają się, rozumiecie.

Stangret zaczerwienił się jakby zrozumiał i speszony wlazł z powrotem na kozioł. 

Powóz ruszył naprzód.

Tony nic nie mówił.

background image

Melisanda próbowała doprowadzić się do porządku. Niezgrabnie jej to szło, wciąż 

czuła   zażenowanie,   była   wściekła   i   chciało   jej   się   krzyczeć   aż   do   ochrypnięcia.   Ale   on 

siedział jakby nigdy nic, nic nie mówił i znudzony wyglądał przez okno. Znudzony?

Wsadziła czepek na głowę, nie dbając że ucierpi na tym jej misterna koafiura. Okryła 

się pelisą i zapięła guziki nie dbając o to, że mylą jej się dziurki.

Popatrzył na nią z uśmiechem. - Mellie...

-Mellie! Cóż za szkaradne zdrobnienie! Nie podoba mi się, jest ohydne i...

-Zamknij się, złotko.

-Ale   ja...   -   W   jego   oczach   zobaczyła   coś,   czego   nie   widziała   przez   całe   swoje 

dwudziestojednoletnie życie. Zamknęła się.

-Jak już mówiłem, dla ciebie zdradziłem kuzyna, choć nie jest to zdrada, która niszczy 

duszę. Naprawdę nie znasz Douglasa ani on nie zna ciebie. Boże, gdyby widział, co 

wyprawiałaś przez ostatnie dni, straciłby wszelkie złudzenia. Pewnie uciekłby gdzie 

pieprz rośnie, a na pewno nie zabrałby cię do Gretna Green. Wątpię, czy trzy lata temu 

widziałaś w nim coś więcej niż przystojnego mężczyznę, który adorował twoją urodę. 

Wyjechał ze względu na honor, czuł, że głos obowiązku musi zwyciężyć z głosem ser-

ca. Będę szczery, on cię nie kocha. Pamiętał, że cię pożądał, podziwiał, że lubił twoją 

beztroskę i radość.. Pamiętał jak jesteś piękna, nic więcej. Ale nie kocha cię i nigdy 

nie kochał. Rodzina bez litości pcha go do ożenku. Jeszcze w tym roku chcą mieć 

dziedzica. Dzięki tobie odczepiliby się od niego, a on uniknąłby konieczności wyjazdu 

do Londynu i zyskał piękną żonę. Wiedziałem, że będę cię miał, ale brałem wszystkie 

za i przeciw pod uwagę. Jednego jestem całkowicie pewien, Douglas zrozumie kiedyś, 

że oddałem mu wielką przysługę. Jeszcze mi podziękuje. Przy tobie oszalałby. - Tony 

odwrócił się do żony z bardzo poważną miną. - Jest dżentelmenem, o wiele większym 

niż ja. Nigdy by cię nie wziął bez twojej woli, choćbyś go prowokowała. Zawsze by 

się wycofał.

-Nie wierzę ci - powiedziała. - Douglas Sherbrooke mnie kocha i kochał trzy lata 

temu.  Będzie żałował do końca życia.  Będę jego ostatnią  miłością.  Złamałam  mu 

serce, wychodząc za ciebie. Będzie cię za to nienawidził. Nigdy ci nie wybaczy.

- Mam nadzieję, że nie - odpowiedział cichutko Tony.

- Ucierpi tylko jego duma. Szybko mu przejdzie, kiedy zobaczy, co muszę robić, żeby 

utrzymać cię w ryzach.

Z wdzięczności będzie mnie po rękach całował.

Melisanda wpatrywała się w swoją dłoń odzianą  w rękawiczkę. - Mówisz, jakbyś 

background image

mnie nie szanował. Mówisz, jakbym nie była osobą, którą można kochać i adorować, jakbyś 

wziął mnie  tylko  dlatego, żeby oszczędzić  kuzyna.  Myślałam,  że mnie  chciałeś,  że mnie 

adorowałeś.

-To prawda. Zrozum, to że cię kocham i adoruję nie znaczy, że jestem ślepy. Ale nie o 

to chodzi. To, co zrobiłem, domaga się zadośćuczynienia. Powinienem mu to jakoś 

wynagrodzić, żeby nie musiał zaczynać poszukiwania żony od początku. W liście do 

twojego ojca podpowiedziałem mu to i owo.

-Co masz na myśli?

- Nie powiem ci. Nie mogę, dopóki się nie przekonam, że moje spostrzeżenia były 

słuszne - uśmiechnął się do niej. - Za dużo myślałem o tobie, o twoim nagim ciele pode mną, 

żeby skrupulatnie  księgować wszystko,  czego  się domyślałem.  Ale jest nadzieja, że twój 

ojciec zrewidował słuszność moich sądów. Kochanie, czepek masz przekrzywiony. Może byś 

się trochę ogarnęła, bo dojeżdżamy do Claybourn.

Na   chwilę   powstrzymał   jej   ciekawość,   odwołując   się   do   próżności.   Patrzył,   jak 

wyciąga niewielkie zwierciadełko. Była tak piękna, że przyprawiała go o dreszcze. Miała 

piękne ciało, przynajmniej te części, które dzisiaj widział i dotykał. Poprzedniej nocy chciał 

patrzeć w jej twarz, kiedy kochali się po raz pierwszy, ale była tak zawstydzona, że pozwolił 

zgasić lampę. Wrażenie, jakie na nim wywierała, zadziwiało go. Nigdy przedtem żadna tak na 

niego nie działała. Wiedział, że jest niemożliwa, zepsuta, próżna i tak arogancka jak on sam, 

ale to się nie liczyło.

Chciał jej. Pomimo Douglasa, pomimo wszystko, chciał jej i miał ją.

A teraz będzie musiał z nią żyć.

Będzie musiał dawać jej przyjemność. Myśl o oziębłej żonie była nie do zniesienia.

A najgorsze było to, że będzie musiał zapłacić za to Douglasowi.

Niedobrze,  skonstatował,  kiedy powóz  wtaczał  się  już na  długi,  wąski  podjazd  w 

Claybourn Hall. Jednak trzeba przyznać, że odkąd poznał Melisandę ani razu nie pomyślał o 

Teresie, swojej przewrotnej kochance. Patrzył na swoją żonę. Była blada i ściskała dłonie.

Miał nadzieję, ze ojciec na nią nakrzyczy. Wtedy wkroczy on, Tony, jej obrońca, pan i 

mąż. A potem dojdą z diukiem do porozumienia w innej sprawie.

Boulogne, Francja

Douglas wygrał w pikietę. Nawet nie bardzo musiał oszukiwać. Belesain tak się upił, 

że pewnie i tak nie zdołałby odebrać swojej wygranej. Dał Douglasowi klucz i powiedział, że 

ma wyjaśnić tej dziwce w małym pokoiku, by go zadowoliła. Powiedział, że dziewczyna lubi 

groźby i trochę bólu. A potem cholerny zapity głupiec uznał, że będzie mu towarzyszył.

background image

- Ze względu na to - tłumaczył, wdrapując się na trzecie piętro - że mała nie została 

jeszcze do końca przeszkolona.

Douglas przyglądał się, jak otwiera drzwi i wchodzi do środka.

Nic nie mówiąc, wszedł za nim. Pokój był  prawie pusty, poza łóżkiem, toaletką i 

małym dywanikiem na środku podłogi. Na środku pokoju stała kobieta. Czy to właśnie była 

Janinę Daudet?

Generał skrzywił się i machnął na nią ręką. - Rozbierz się.

Kobieta   zawahała   się,   a   następnie   zrobiła,   co   kazał.   Douglas   oczekiwał   osoby 

młodszej, sam nie wiedział dlaczego. Nie, nie jest już dziewczynką, pomyślał przyglądając się 

uważnie, raczej kobietą około dwudziestu pięciu lat. Była przestraszona, ale urocza pomimo 

bladości, cieni pod oczami i chudości.

Belesain czekał cicho, aż została w samej koszuli. Wtedy podszedł do niej, brutalnie 

chwycił   za   podbródek   i   pocałował,   gładząc   jednocześnie   piersi   przez   cieniutką   tkaninę. 

Znienacka   zdarł   z   niej   koszulę.   Roześmiał   się   i   powiedział   przez   ramię   do   Douglasa:   - 

Chciałem się przekonać, czy będzie się panu podobała. Ładna, co? Jak dla mnie trochę za 

chuda, ale cycuszki ma śliczne.

-Pchnął ją na łóżko i pochylił się nad nią. - Widzisz tego pana? Masz robić, co ci każe, 

bo inaczej... Znasz karę. Chciałbym zostać i popatrzeć, ale padam z nóg.

-Wyprostował się i zwrócił do Douglasa. - Nic pan nie mówi? Nie podoba się? Nie 

dziewica, ale nie za bardzo zużyta. Należy do mnie i ponieważ nie jest głupia, robi co 

każę. Jest do pańskiej dyspozycji, ale tylko na jedną noc.

Wyszedł z pokoju. Douglas słyszał, jak idzie korytarzem i schodzi po schodach. Drzwi 

na drugim piętrze otworzyły się i zamknęły. Odwrócił się w stronę kobiety.

Stała przy łóżku, próbując zakryć się rękoma. Douglas nie mógł wprost uwierzyć, że 

tak mu się poszczęściło.

- Nazywasz się Janinę Daudet?

Była   drobna,   o   bardzo   jasnych,   prostych   włosach   sięgających   do   pasa.   Miała 

jasnoniebieskie oczy o bardzo jasnych brwiach i oczach. Pomyślał, ze jest śliczna.

- Tak?

Pokiwała głową i odsunęła się krok dalej.

- Nie bój się mnie. Przychodzę w imieniu Georges'a Cadoudala.

Nie mógł się powstrzymać, żeby nie patrzeć na jej nagie ciało. Dawno już nie był z 

kobietą. Jego ciało reagowało entuzjazmem. - Znasz Georgesa Cadoudala?

Znowu pokiwała głową, najwyraźniej wciąż się go bojąc. Nie dowierzała mu, choć w 

background image

oczach zalśniła jej nadzieja.

- Ubieraj się, szybko. Zabieram cię do Georges'a. Musimy się spieszyć.

- Nie mam żadnej sukni.

Douglas rozejrzał się po pokoju. - Włóż płaszcz, cokolwiek. Pospiesz się.

-Nie   wierzę   ci.   -   Zostało   w   niej   jeszcze   trochę   ducha.   Paraliżował   ją   strach,   ale 

trzymała się dzielnie. - Podarował ci mnie, wiem. Wiem też dlaczego.

-Graliśmy w karty.

-O nie. - Pobladła jeszcze bardziej. Rozchyliła, a potem zamknęła uszminkowane usta. 

Potrząsnęła głową i szybko powiedziała: - Kazał mi się dowiedzieć, co powiesz Bo-

napartemu po powrocie do Paryża. Boi się, że możesz być szpiegiem. Chyba wolałby 

szpiega,   bo   boi   się,   że   Bonaparte   odkryje   te   podłości,   których   się   tu   dopuszcza. 

Powiedział, że muszę wybadać prawdę, bo inaczej zabije moją babkę.

-Ach tak... - Douglas uśmiechnął się do niej i delikatnie zaczął głaskać jej szczuplutkie 

ramiona.   Więc   generał   wcale   nie   był   pijany.   Pikieta,   stawka,   jego   przegrana   -   to 

wszystko był plan Belesaina, żeby go schwytać w pułapkę. Nieźle. - Już dobrze - 

próbował ją uspokoić. Zastanawiał się co robić. - Gdzie jest twoja babka?

-Na farmie, dwie mile na południe od Etaples. On mówi, że ma tam szpiega, który ją 

obserwuje, i że ten szpieg ją zabije, jeżeli nie wypełnię jego rozkazów.

-O ile znam Georges'a, na pewno już się zatroszczył o szpiega w domu babci. Jestem 

tu, żeby cię uratować. Ubieraj się, zabieram ciebie i babcię do Anglii.

-Anglia - powiedziała wolno, otwierając szeroko zdumione ciemne oczy. - Ale my nie 

znamy angielskiego.

-Nie szkodzi. Wiele osób w Anglii mówi po francusku, zresztą nauczysz się. Georges 

spędza tam większość czasu i może was uczyć.

-Ale...

-Nie   mogę   powiedzieć   ani   słowa   więcej.   Georges   chce,   żebym   cię   przywiózł   do 

Londynu. Będziesz tam bezpieczna, do czasu aż przyjedzie po ciebie. Najpierw musi 

skończyć to, co ma tutaj do zrobienia. Zaufasz mi?

Popatrzyła na niego. Na jej twarzy malował się podziw i zaufanie. - Tak - powiedziała 

po prostu.

- Dobrze. Teraz słuchaj. Zrobimy tak.

Patrząc   w   jej   bladą,   napiętą   twarz,   zastanawiał   się,   dlaczego   ludzie,   a   zwłaszcza 

kobiety, uważają go za kogoś w rodzaju świętego Jerzego. Nie znosił tego, ale jednocześnie 

bawiło go to. Pomyślał o Cadoudalu i miał nadzieję, że Janinę też będzie o nim pamiętać. 

background image

Ostatecznie w Anglii czekała na niego żona i nie chciał zawinąć do Dover z rozkochaną 

niewiastą w ramionach.

background image

ROZDZIAŁ 6

Northcliffe Hall

pięć dni później

Douglas   otworzył   drzwi   do   biblioteki.   Na   małym   stoliku   płonęła   długa   świeca   i 

siedział przy nim jego kuzyn. Wszedł ze zmęczonym uśmiechem na ustach. - Tony! Boże, jak 

dobrze cię widzieć i dobrze być znowu w domu.

- Douglas zatarł ręce. - Cieszę się, że wróciłem. Pewnie wiesz dlaczego.

- Douglasie - Tony podniósł się z krzesła, podszedł do kuzyna i uściskał jego dłoń. - 

Przypuszczam, że misja zakończyła się sukcesem?

Douglas uśmiechnął się i dalej zacierał ręce. - O tak, wielkim sukcesem dzięki łasce 

dobrego   Boga   i   głupocie   pewnego   generała,   któremu   się   zdawało,   że-może   mnie 

przechytrzyć. Elegancki ten szlafrok, ale musisz uważać, bo widać twoje owłosione nogi. - 

Podszedł do kredensu.

- Napijesz się doskonałej francuskiej brandy? Obiecałem, że przez następne sto lat 

możesz pić ile dusza zapragnie.

- Dziękuję, nie.

Douglas nalał sobie brandy i pociągnął spory łyk. Czuł, jak alkohol rozlewa się po 

jego ciele.

-Hollis   mówił,   że   chcesz   ze   mną   porozmawiać,   że   to   coś   ważnego   i   nie   może 

poczekać do rana. Przez chwilę nawet zdawało mi się, że się rozpłacze, ale Hollis 

nigdy nie płacze, nie krzyczy i nie okazuje niestosownych emocji. Tony, już prawie 

północ, a ja padam z nóg. Oczywiście, kiedy ujrzę moją pękną żonę, pewnie przejdzie 

mi zmęczenie. Dziwi mnie jednak, że Hollis jeszcze nie śpi. Czego ode mnie chcesz?

-Próbowałem przekonać Hollisa żeby się położył, że ja na ciebie zaczekam, ale jak to 

Hollis, odmówił.

Douglas   pociągnął   z   kieliszka   i   usadowił   się   w   dużym   bujanym   fotelu   tuż   obok 

kuzyna. - Co się stało?

Głucha cisza uświadomiła mu, że coś się rzeczywiście stało, coś, co wcale mu się nie 

spodoba.

- Poślubiłeś Melisandę?

Tony spojrzał na niego. - Tak - odparł. - Poślubiłem ją.

Poślubiłem także jej młodszą siostrę. Douglas aż się zakrztusił. - Co?

-Powiedziałem,   że   poślubiłem   dwie   kobiety.   -   Anthony   Parish   wpatrywał   się   w 

background image

rozżarzone   węgle   w   kominku.   Wypowiedział   swoją   kwestię   i   czuł   się   bardzo 

zmęczony, tak zmęczony jak jego kuzyn. Ciążące na nim brzemię winy ciągnęło go w 

dół. - Możesz mnie wyzwać na pojedynek, jeśli chcesz. Masz prawo. Przysięgam, nie 

będę do ciebie strzelał.

-O czym ty, do diabła, mówisz? - Ale tak naprawdę nie chciał wcale wiedzieć. Miał 

ochotę wyjść, teraz, natychmiast, chciał pójść do wielkiej sypialni pana domu, gdzie w 

wielkim łożu czeka na niego Melisanda. Nie miał ochoty słuchać o podwójnym ślubie 

Tony'ego.

-Nie poślubiłem Melisandy w twoim imieniu. Poślubiłem ją po raz pierwszy w Gretna 

Green, a następnie w domu jej ojca. Później wziąłem za żonę Alexandre, jej młodszą 

siostrę, w twoim imieniu.

-Ach, tak - powiedział Douglas, Wstał, odstawił brandy, skinął kuzynowi i wziąwszy 

świecę wyszedł z biblioteki.

-Poczekaj! Ty nic nie rozumiesz. Na litość boską, wracaj!

Jednak   Douglas   nie   zamierzał   się   zatrzymać.   Słyszał,   że   Tony   idzie   za   nim   i 

przyspieszył kroku. Pomyłka, to tylko pomyłka, nie, nie pomyłka, złośliwy żart, żart w stylu 

Rydera... nie... jeszcze coś innego. Biegł do sypialni we wschodnim korytarzu, a kuzyn za 

nim. Pchnął podwójne drzwi, wpadł do środka, szybko zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz w 

zamku.

Spojrzał na łoże, podnosząc świecę wysoko do góry. Pościel leżała jak ją zostawił dwa 

tygodnie temu. Łoże było puste.

Podszedł do podestu i wpatrywał się w to przeklęte puste łoże. Marzył o nim, śnił, że 

nie   będzie   puste,   że   zastanie   w   nim   Melisandę,   czekającą   na   swego   męża,   stęsknioną, 

wyciągającą ku niemu ramiona.

Odwrócił się, prawie od zmysłów odchodząc ze wściekłości. Spojrzał na drzwi do 

sąsiedniego pokoju i uświadomił sobie, jakiż z niego głupiec. Oczywiście, czeka na niego w 

swoim łożu, z pewnością jest w sypialni hrabiny, sąsiadującej z jego sypialnią. Przecież w pe-

wnym sensie jest dla niej obcym człowiekiem, nie powinna spać w jego łożu, przynajmniej 

jeszcze nie teraz, kiedy jej jeszcze jako swojej małżonki do tego łoża nie przyjął.

Z   trzaskiem   otworzył   drzwi   do   sąsiedniej   komnaty.   Była   mniejsza,   umeblowana 

delikatnymi, bardzo kobiecymi meblami. To ten właśnie pokój nawiedzał nie istniejący Duch 

Dziewicy,   produkt   urojeń   znudzonych   czy  może   zbyt   podnieconych   kobiecych   umysłów. 

Pościel   znajdowała   się   w   nieładzie,   ale   łoże   było   puste.   I   wtedy   właśnie   ją   zobaczył. 

Dziewczyna w bardzo długiej białej koszuli nocnej stała w cieniu. Nie widział zbyt wyraźnie, 

background image

ale chyba była bardzo blada i najwyraźniej bardzo zaskoczona. Czyżby się go bała?

A niech to, pomyślał, miała powody żeby się bać. Nie była Melisandą. Przeklęta obca 

baba w sypialni jego żony. Stoi tu i patrzy na niego jak na intruza, na jakiegoś mordercę czy 

Bóg wie co jeszcze. Zatrzymał się. - Coś ty za jedna?

Jego glos brzmiał bardzo spokojnie, co za niespodzianka! W środku zwijały się w nim 

kiszki, a na zewnątrz cały się trząsł. Postawił świecę na stoliku nocnym. - Pytam, coś ty za 

jedna? Co tu, do diabła, robisz? Gdzie Melisandą?

-W   zachodnim   skrzydle,   w   zielonej   sypialni,   o   ile   pamiętam.   -   Jej   głos   zdradzał 

przestrach: wysoki, cieniutki i piskliwy.

-Nie znam cię. Skąd się tutaj wzięłaś?

Dziewczyna postąpiła krok naprzód. Widział, że kuli ramiona. W migotliwym świetle 

wydała mu się drobna i niewysoka, miała długie rude włosy, gęstymi falami spływające na 

plecy i ramiona. - Śpię tu.

-Nie jesteś Melisandą.

-Nie   -   odpowiedziała.   -   Jestem   Alexandra,   twoja   żona.   Roześmiał   się   z 

niedowierzaniem.   -   Złotko,   nie   możesz   być   moją   żoną.   Nigdy   w   życiu   cię   nie 

widziałem. Jesteś pewnie którąś z tych żon Tony'ego albo może jego kochanką.

- Widziałeś mnie już, panie, ale mnie nie pamiętasz.

Miałam wtedy zaledwie piętnaście lat, a ty dostrzegałeś wyłącznie moją siostrę.

- Tak. I poślubiłem twoją siostrę.

Z jego sypialni dochodziło głośne walenie w drzwi. To Tony gorączkowo usiłował 

wejść do środka. Douglas podniósł głowę, słysząc jak krzyczy: - Otwieraj te cholerne drzwi! 

Alexandra, nic ci nie jest?

-Nic!   -  odkrzyknęła.   Odwróciła   się  do   Douglasa   i  zapytała   tonem   spokojnym   jak 

zakonnica. - Mam go wpuścić, mój panie?

-Czemu   nie?   Wygląda   na   to,   że   wszystkie   jesteście   jego   żonami,   może   zatem 

odwiedzać dowolną ilość damskich sypialni.

Kiedy dziwna dziewczyna  poszła otworzyć  Tony'emu, Douglas podszedł do drzwi 

łączących sypialnię hrabiny z korytarzem i wyszedł, zanim Tony zdążył wpaść do pokoju. Jak 

szalony biegł do zachodniego skrzydła.

- Douglas, a niech cię! Stój! Co robisz! Stój!

Ale   Douglas   zatrzymał   się   dopiero   w   zielonej   sypialni.   Tutaj,   w   łożu   pod 

baldachimem,   leżała   Melisanda,   jego   żona.   Właściwie   to   w   tej   chwili   akurat   siedziała, 

zaskoczona,   przerażona.   Mrugała   oczami   i   naciągała   kołdrę   aż   pod   brodę.   -   Douglas 

background image

Sherbrooke?

-Dlaczego jesteś w tym pokoju? Co robisz w jego łożu?

-Jest moją żoną, do cholery! Douglas, wyjdź proszę, pozwól mi wyjaśnić.

-Nie, chcę zabrać moją żonę do mojej sypialni. Ma być w moim łożu. Tony, nie wolno 

ci żenić się ze wszystkimi kobietami. To dozwolone tylko w Turcji. Ktoś ty jest, mu-

zułmanin? Tę zabieram!

-Ona   nie   jest   twoją   żoną!   Poślubiłem   ją   dla   siebie,   spałem   z   nią,   wziąłem   jej 

dziewictwo. Jest moją żoną. - Tony zaczął od krzyku, ale skończył znacznie łagodniej-

szym tonem.

Douglas, teraz bardzo blady,  wpatrywał się w Melisandę. Boże, nie widział nigdy 

piękniejszej kobiety. Ciemne włosy w nieładzie wokoło bladej twarzy, wielkie, przerażająco 

błękitne oczy, takie głębokie i takie kuszące. Czuł podniecenie. Pomimo wszystko, pomimo 

że była żoną Tony'ego, pomimo... Potrząsnął głową. Był bardzo zmęczony, ledwo żywy, ale 

gnał do domu jak uczeń diabła, żeby już zaraz, natychmiast zobaczyć swoją żonę. Pomyślał o 

Janinę, czy nadałaby się na trzecią żonę. Znowu potrząsnął głową i popatrzył na swoją żonę.

Ale nie miał żony.

Ależ miał. Miał. Alexandra, dziewczyna, którą widział pierwszy raz w życiu, choć ona 

twierdziła inaczej.

Powoli odwrócił się i spojrzał na kuzyna: - Powiedz, ze to jeden z tych twoich żartów.

-Nie. Proszę cię, zejdźmy na dół i wszystko ci wyjaśnię.

-Wyjaśnisz?

-Tak, jeżeli dasz mi szan...

-Ty przeklęty łotrze! - Douglas zacisnął zęby i wpakował kuzynowi pięść w szczękę. 

Tony upadł, wstał i dostał kolejny cios. Pociągnął za sobą Douglasa. Po chwili tarzali 

się po podłodze.

Melisanda zaczęła krzyczeć.

W   otwartych   drzwiach   pojawiła   się   Alexandra   ze   świecą   w   wysoko   podniesionej 

dłoni. Ujrzawszy Tony'ego siedzącego okrakiem na Douglasie, bez namysłu wsadziła mu z 

całej siły pięść w szczękę. Dysząc z bólu, Douglas zgiął kolana i uderzył Tony'ego. Tony 

oddał, tym razem tak mocno, aż głowa Douglasa odskoczyła do tyłu.

Alexandra   zawyła.   Świecę   postawiła   na   stoliku   przy   łóżku   i   wskoczyła   na   plecy 

Tony'ego, waląc mu pięściami po głowie i rwąc włosy. - Zostaw go, ty brutalu!

Waliła i ciągnęła, aż zaskoczony nagłym atakiem Tony przestał się bronić. Upadli na 

podłogę. Douglas złapał przeciwnika za poły koszuli i postawił na nogi. Mocno uderzył go w 

background image

brzuch. Tony zajęczał, zasłonił brzuch rękoma. Do ataku ruszyła Melisanda. Wskoczyła na 

plecy Douglasa, i owinęła nogi wokół jego pasa. Waliła pięściami w jego głowę i ciągnęła go 

za włosy. - Zostaw go!

Douglas czuł, że mózg zaczyna mu wibrować. Dzwoniło mu w uszach. Darła go za 

włosy i wrzeszczała prosto do ucha. Wtedy ta druga, mniejsza żona, rzuciła się na Melisandę, 

z   wściekłością   zrzucając   mu   ją   z   pleców.   Żony   upadły   na   ziemię,   widać   było   tylko 

kotłowaninę długich białych koszul i włosów.

Tony nadal trzymał się za brzuch, próbując zaczerpnąć tchu. Douglas czuł, że chyba 

wydarła mu wszystkie włosy, głowa go bolała. Mała żona wyrwała się z kotłowaniny, wstała i 

podeszła do niego. Dyszała i cała drżała.

Stał jak głaz, kiedy jej ręce badały jego ramiona, piersi, barki. Nie poruszył się, nie 

powiedział ani słowa.

- Nic ci nie jest? Zranił cię? Proszę, powiedz, boli cię coś? - Lekko dotknęła czubkami 

palców jego szczęki i cofnęła dłoń. - Wybacz mi, to pewnie boli. Nie, nie jest złamana, ale 

uderzył cię bardzo mocno.

Douglas potrząsnął głową, ale nie mógł się poruszyć. Po co niby miałby się poruszać 

albo coś mówić? Jej ręce dalej wędrowały po jego ciele. Wreszcie, kiedy chciała uklęknąć, 

żeby   zbadać   nogi,   złapał   ją   za   nadgarstki   i   mocno   przyciągnął   je   do   siebie.   Potrząsnął 

dziewczyną, żeby zwróciła na niego uwagę i powiedział bardzo powoli: - Nic mi nie jest. 

Sprawdź swego drugiego męża.

Popatrzył nad jej głową na Melisandę, która stała przy Tonym z twarzą ukrytą za 

zasłoną niewiarygodnie miękkich, ciemnych włosów. Delikatne dłonie dotykały jego ciała.

Douglas   odsunął   się  od  drugiej  żony i   wyjrzał   za  drzwi.  Spokojnie   powiedział:   - 

Hollis, wejdź proszę.

Hollis zstąpił w chaos ze zwykłą godnością. - Jeżeli jego lordowska mość pozwoli - 

odezwał się grzecznie - proszę udać się za mną. Pozostali będą się mogli doprowadzić do 

porządku.   Podam   brandy   w   salonie.   Będą   się   mogli   do   nas   przyłączyć.   Proszę   za   mną. 

Wszystko będzie dobrze.

Douglas pozwolił mu się wyprowadzić z pokoju. Czuł się jak odrętwiały,  chociaż 

głowa  nadal   bardzo  go  bolała.   Melisanda  miała   mocne   palce,   nie  wspominając  o  głosie. 

Chciał być  kimś  innym,  nie Douglasem Sherbrooke'em - ten biedaczek  był  taki żałosny. 

Głupek, osioł, dureń, który stracił niemal wszystkie włosy, a na dokładkę narzeczoną. Słyszał, 

jak pyta Hollisa głosem obcego człowieka. - Dlaczego ta dziewczyna rzuciła się na Tony'ego? 

Dlaczego? Powiedział, że ją poślubił. Czemu mnie ratowała?

background image

-Nie warto teraz zaprzątać sobie tym głowy. - Głos Hollisa brzmiał kojąco. - Trzeba 

się cieszyć, że chciała pana chronić.

-Chronić? Ona była gotowa walczyć na śmierć i życie!

-O tak, to do niej pasuje. To pańska żona, milordzie, hrabina. Mieszka tu już dwa dni i 

całkiem nieźle sobie radzi.

-Nie, to nie jest moja żona. - Douglas był stanowczy.

- To zupełnie niemożliwe. Już ci mówiłem, że widziałem ją pierwszy raz w życiu. 

Moją żoną jest Melisanda, ją rozpoznałem.  Zabiję Tony'ego! - przerwał i obejrzał się na 

Hollisa. - Sądzisz, że jeżeli zostawię tu tę dziewczynę, zabije dla mnie Tony'ego?

-Prawdopodobnie nie, milordzie. Jej gwałtowność była spowodowana wyłącznie tym, 

że lord Rathmore pana okładał. Osiągnęła swój cel, doprowadziła go do porządku. 

Chodźmy, wszystko wygląda inaczej w świetle poranka.

-Hollis, ja nie mogę spać z tą dziewczyną w jednym łóżku. Jestem dżentelmenem. 

Skoro pozwoliłeś jej wejść do tego domu, to zakładam, że nie jest niczyją kochanką? 

Powiadasz, że jest tu już dwa dni? Nie, nie podoba mi się to. Chociaż próbowała zabić 

Tony'ego, nie mogę z nią spać.

-Nie,   milordzie.   Doskonale   rozumiem   pańskie   powody.   Chodzi   o   uczucia.   Jej 

lordowska   mość   właściwie   oceni   motywy.   Proszę   ze   mną.   Musi   pan   odpocząć   i 

doprowadzić swój umysł do ładu.

W ciszy i przy kawie Douglas bardzo szybko doprowadził swój umysł do ładu, ale 

zbudziła się w nim taka wściekłość, że aż się zakrztusił. - Będę go musiał zabić!

- Może nie, musi pan go najpierw wysłuchać. Bardzo go pan lubił, kiedyś...

- Tu jesteś, draniu przeklęty!

Douglas zerwał się z krzesła, ale Hollis go powstrzymał.

Usiadł z powrotem.

Nie miał na to ochoty, miał ochotę iść do łóżka i spać dwanaście godzin, zbudzić się i 

stwierdzić, że wszystko jest jak powinno być. Nie, miał ochotę zabić kuzyna. Zamiast tego 

jednak jako właściciel sprawnego umysłu i niezrównany taktyk zapytał spokojnie: - Dlaczego 

mnie zdradziłeś?

Włosy Tony'ego nadal sterczały - rezultat ataku tamtej drugiej. Wciąż miał na sobie 

koszulę, rozdartą pod prawą pachą i z jednej strony bardziej wyciągniętą. Trzymał się na 

dystans. - Wysłuchasz mnie i nie będziesz próbował znowu mnie zabić?

- Wysłucham. A co do zabijania, mam nadzieję, że spotkamy się któregoś poranka.

- Boże, nie mów tak! Niech to szlag, nie chciałem tego, ale się stało!

background image

Hollis odchrząknął: - Mój panie, dość tych mea culpa. Jego lordowska mość chce 

faktów. Emocje nic tu nie pomogą.

- Zakochałem się w Melisandzie w momencie, kiedy ją I ujrzałem, a ona zakochała się 

we mnie. Znam wszystkie jej wady, o jakich ty nie masz zielonego pojęcia, ale nie dbam o 

nie. Rozumiałem ją i wiedziałem, że mogę ją opanować.

Uciekliśmy. Po powrocie do Claybourn Hall postanowiliśmy, ja i diuk, że zaślubię 

Alexandre dla ciebie. Ona tego chciała, nie wspominając o diuku. Właśnie doszły do niego 

wieści o jego synu oczajduszy, który pod osłoną nocy uciekł z Anglii, zostawiając ojcu długi 

do spłacenia. Diuk zgodził się pod wpływem emocji. Odprawa od ciebie w połączeniu z tym, 

co otrzymał ode mnie, ocali jego rodzinę od hańby. Pomimo wszystko miałem wątpliwości, 

wierz mi, ale tyle przemawiało za tym. Alexandra jest urocza, jest damą, nie jest głupia, a ty 

nie będziesz musiał jechać do Londynu i szukać od nowa. Masz żonę na miejscu, całkiem 

odpowiednią, poznacie się i wszystko będzie dobrze. Może to cię gniewa, może uważasz, że 

próbuję   cię   ułagodzić,   może   wszystko,   co   mówię,   brzmi   w  twoich   uszach   jak   fałsz,   ale 

przysięgam, że gruntownie wszystko przemyślałem. Poznałem Alexandre. Przysięgam ci, że 

jest ciebie warta. To dobra dziewczyna, nie jest arogancka ani próżna.

Jest miła, stała, lojalna...

-Zupełnie, jakbyś mówił o jakimś cholernym koniu albo psie. Ona nie jest Melisandą.

-Nie, na twoje szczęście. Przypomnij sobie, jak cię broniła, jak omal mnie nie zabiła! 

Douglasie, Melisandą już wkrótce by cię rozczarowała.

-Ty skurwysynu! Mówisz tak, jakbyś mnie ocalił od losu gorszego niż śmierć! Chcesz, 

żebym ci uwierzył, że wziąłeś na siebie ciężkie brzemię, że jesteś męczennikiem z 

mojego   powodu.   Tony,   ukradłeś   moją   żonę!   A   niech   cię,   tego   już   za   wiele! 

Wysłuchałem twoich usprawiedliwień, i...

-Milordzie   -   Hollis   znowu   położył   dłoń   na   ramieniu   Douglasa.   -   Trzymajmy   się 

faktów. Emocje prowadzą do przemocy. Nie dopuszczę do tego w Northcliffe.

-Gdzie moja siostra? Gdzie Ryder, Tysen i matka?

-Pan Ryder nalegał, żeby opuścili Northcliffe do czasu, aż się wszystko wyjaśni. To 

inteligentny młody człowiek. Kiedy zrozumiał, co się stało, zarządził wyjazd i nim 

minęły dwie godziny już ich nie było. Są teraz w Londynie, w miejskiej posiadłości 

Sherbrooke'ow.

Boże, o mało nie zawiózł tam Janinę. Na szczęście lord Avery zajął się mieszkaniem 

dla niej. Douglas spojrzał na Hollisa.

- Więc zostałem tu sam z tym złodziejem żon? - zatarł ręce i uśmiechnął się. - Mogę 

background image

go zatem zabić bez kazań Tysena i szyderstw Rydera, bez mdlejącej matki i siostry.

Nie, to nie tak było, mam rację? To nie był pomysł Rydera.

Prawda? To ty go nakłoniłeś, chcąc uniknąć kłótni. Dobrze zrobiłeś. Dzięki Bogu, że 

się ich pozbyłeś. Będę mógł zabić swego przeklętego kuzyna! - wstał.

- Dość, milordzie.

Douglas zatrzymał się i patrzył na drobną kobiecą postać.

Stała   w  otwartych   drzwiach,   ta   sama   dziewczyna,   która   próbowała   go  bronić.   Ta 

sama, która jest jego przeklętą żoną. Aż go zatrzęsło na samą myśl. To absurd, nieprawda, nie 

zamierza przyjąć tego do wiadomości.

-Powiedz mi przynajmniej, jak się nazywasz - powiedział, a jego chrapliwy głos z 

trudem skrywał furię.

-Nazywam się Alexandra Gabrielle Chambers. Jestem najmłodszym dzieckiem diuka 

Beresfordu, ale nie jestem już dzieckiem. Mam osiemnaście lat i jestem kobietą.

Przerwała i zobaczył  napięcie  w jej twarzy.  Niebrzydkiej  twarzy,  ozdobionej  parą 

świetlistych, szarych i mądrych oczu. Ściągnęła włosy do tyłu i związała je na karku. Miała 

ładne kości policzkowe, ładne usta, przyjemny łuk brwi i małe uszka. Ale ani trochę go to nie 

poruszyło. Na chwilę zajęła się szarfą przy swojej bladobłękitnej koszuli, po czym podniosła 

oczy i zapytała: - Ani trochę mnie nie pamiętasz?

- Nie.

- Zmieniłam się. Wtedy byłam pulchna i jeszcze niższa.

Czasami nawet nosiłam okulary do czytania i miałam zawsze ciasno, po dziecinnemu 

splecione warkocze. Nie zwróciłeś na mnie uwagi, ale teraz...

- Naprawdę nie obchodzi mnie, czy byłaś gruba i łysa.

Idź stąd. Wracaj do łóżka. Możesz spać spokojnie, nie przyjdę do ciebie w nocy. Nie 

mam w zwyczaju sypiać z nieznajomymi.

Wyprostowała  się jeszcze  bardziej i nabrała  powietrza do płuc. Rzuciła  okiem na 

Tony'ego, po czym skinęła głową. - Jak sobie życzysz, milordzie. Będę spała w sąsiedniej 

komnacie, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

- Jeżeli o mnie chodzi, możesz spać na korytarzu! Albo z Tonym. Zdaje się, że ciebie 

też poślubił.

- Douglasie...

Alexandra odwróciła się i wyszła bez słowa. Z dużego hiszpańskiego stołu w holu 

wzięła świecę i powoli szła szerokimi schodami w górę. Czego się spodziewała? Że spojrzy 

na nią i będzie dziękował Tony'emu za wspaniały dar? Że porówna ją z Melisandą i od razu 

background image

wybierze ją? Że zakocha się w niej bezgranicznie? Że z radosnym hosanna na ustach zapisze 

część bogactw na cele dobroczynne, pragnąc odwdzięczyć się za to, co wymyślił Tony? A 

raczej   do czego  przekonał   ją ojciec?  Ojciec...   Dobrze  pamiętała,  jak ją błagał,  jak z  nią 

pertraktował, grał na jej uczuciach, jak... Potrząsnęła głową. Nie, to jej sprawa, to ona za 

wszystko odpowiada, nikt inny. Gdyby naprawdę nie chciała, gdyby odmówiła, nikt by jej nie 

zmusił. Ale on tak bardzo potrzebował pieniędzy i naprawdę wierzył, że dzięki Douglasowi 

Sherbrooke i Anthony'emu Parishowi jego marnotrawny syn zacznie wieść uczciwe życie.

Znowu, znowu próbuje znaleźć powody, przekonać samą siebie, że postąpiła słusznie. 

Ale   tak   naprawdę   nie   było   żadnych   powodów.   Douglas   został   zdradzony   przez   swojego 

kuzyna, Melisandę i jej ojca. I przez nią. Tliła się w niej iskra nadziei, że reakcja Douglasa, 

kiedy pozna prawdę, będzie inna. Teraz jednak Douglas wrócił już do domu i rzeczywistość 

szczerzyła   kły.   Będzie   dobrze,   nie   wolno   ci   się   poddawać.   Głupia   litania,   pomyślała 

wchodząc po schodach. Głupia, niedojrzała i...

U szczytu schodów czekała Melisandą, przyciskając dłonie do łona. - I jak? - od razu 

przeszła do rzeczy. - Znowu zaczęli się bić? Wyciągnęli pistolety? A może szpady? Będą o 

mnie walczyć?

-Boisz się?

-Nie bądź niemądra. Cóż to znaczy? Alexandra tylko potrząsnęła głową. - Kazał mi iść 

spać - powiedziała, starając się nie zdradzać emocji.

- Wiedziałaś, że tak będzie. Ostrzegałam  cię,  ostrzegałam ojca, ale cię przekonał. 

Ostrzegałam Tony'ego. Wszyscy wiedzieliście, że Douglas rozpaczliwie pragnął mnie, nie 

ciebie. Jak mógłby pragnąć jakiejkolwiek innej kobiety po tym, jak mnie zobaczył? On cię 

nawet nie pamięta, mam rację?

Alexandra potrząsnęła głową.

-Nie chodzi o to, że zazdroszczę, że jesteś hrabiną, choć z pewnością nie będziesz 

szczęśliwa, jeżeli mąż cię nienawidzi, jeżeli nie może na ciebie patrzeć i wychodzi, 

kiedy ty wchodzisz do pokoju. To ja powinnam być księżną albo hrabiną, a jestem 

zaledwie wicehrabiną, ale sama wybrałam. Wybrałam Tony'ego, a on nie miał już 

wyboru, musiał wybrać mnie. Biedna Alex! Biedny Douglas! Jesteś pewna, że nie 

próbuje zabić Tony'ego?

-Hollis ich pilnuje.

-Kamerdyner   wydaje   rozkazy.   Więcej   niż   dziwne!   Ja   bym   tego   nie   wytrzymała, 

gdybym tu była panią.

-Tak   -   powiedziała   Alexandra,   przechodząc   obok   siostry.   -   On   pragnie   ciebie, 

background image

oczywiście, masz rację. Pewnie zawsze będzie cię pragnął - dodała cichutko.

Melisandą uśmiechnęła się. - Mówiłam Tony'emu, że on mu nie wybaczy. Mówiłam, 

ale   mi   nie   wierzył.   Mężczyźni   nie   zawsze   przyjmują   prawdę,   choćby   była   najszczersza. 

Myślą, że wszystko można zmienić tak, żeby im pasowało.

- Melisanda przerwała na chwilę, a jej piękne czoło przecięła głęboka zmarszczka. - 

Zaczynam przypuszczać, że być może popełniłam błąd. Tony nie jest tym mężczyzną, za 

jakiego   wyszłam.   Wydaje   mi   rozkazy,   traktuje   jak   rzecz.   Powiedział   mi,   że   nie   jest 

dżentelmenem jak Douglas. Chciał mnie nawet posiąść w powozie, w biały dzień, godzinę 

drogi   od   Claybourn.   Uwierzyłabyś?   Nie   mogłam   pozwolić   na   coś   tak   okropnego.   Może 

Douglas jest bardziej delikatny i czuły. Tak, chyba popełniłam błąd. Czy wiesz, że groził mi, 

że... - Melisanda aż zaniemówiła.

Alexandra   z  niedowierzaniem  patrzyła  na   siostrę.   Żałuje,  że   wyszła  za   Tony'ego? 

Jakże   to   możliwe?   Tony   drażnił   się   z   nią,   przedrzeźniał,   ale   Melisandzie   chyba   się   to 

podobało? Boże, w tym tyglu mieszają się przedziwne składniki.

-To dlaczego rzuciłaś się na Douglasa?

-Bo zaatakował Tony'ego - rzeczowo stwierdziła Melisanda. - Musiałam tak postąpić. 

Zanim zszedł na dół porozmawiać z Douglasem, uściskał mnie i powiedział, że przy-

śle mi smoka na pożarcie. Podobało mu się, że zachowałam się jak wiejska dziewka, 

że   krzyczałam,   i   darłam   Douglasa   za   włosy.   Dziwne,   ale   mężczyźni   już   tacy   są. 

Całkiem nieobliczalni.

Alexandra wpatrywała się w siostrę. - Tony pogodzi się z Douglasem. Hollis powiada, 

że są ze sobą bardzo blisko.

Melisanda wzruszyła ramionami. - Tony'emu należy się za to, co zrobił.

-Sam tego nie zrobił.

-Tony jest mężczyzną. On odpowiada.

-To bzdura - powiedziała Alexandra i zostawiła siostrę wyglądającą przez barierkę. 

Szybko poszła długim korytarzem, którego ściany były obwieszone portretami prze-

szłych pokoleń Sherbrooków. Wiele z nich wymagało renowacji. Weszła do „swojej” 

komnaty sypialnej i stała na środku pokoju. Drżała. Łoże było tu dużo mniejsze i krót-

sze niż w pokoju hrabiego, ale Alexandre to nie przeszkadzało, bo i ona sama była 

drobna i niewysoka.

Przypomniała sobie, jak Hollis pokazał jej sypialnię. Wpatrywała się w duże łoże, 

pierwszy raz zdając sobie sprawę, ze mężowie i żony sypiają niekiedy ze sobą, jeżeli chcą 

mieć potomstwo. W tym łożu pocznie się dziecko. Nie bardzo wiedziała, w jaki sposób, ale na 

background image

samą   myśl   o  zdjęciu   ubrania   przy  mężczyźnie   mózg   jej   się   kulił.   Hollis,   niech   mu   Bóg 

błogosławi,   powiedział   spokojnie:   -   Myślę,   że   jego   lordowska   wysokość   powinien   mieć 

trochę czasu, żeby się przyzwyczaić. Najpierw musi panią uznać za żonę, a dopiero potem 

wziąć do łożnicy.

Pokój był bardzo zimny. Zimny i pusty, jeszcze bardziej pusty niż przed powrotem 

Douglasa.

Zdmuchnęła świecę i wdrapała się na łoże, gwałtownie drżąc w chłodnej pościeli. 

Zastanawiała się, czy spędzi tu resztę życia. Wyparował gdzieś jej optymizm. Czy Melisanda 

miała rację? Czy Douglas będzie ją ignorował albo źle traktował?

Nie  była   nawet  żoną   z  rozsądku,  bo  przecież   drogo  za  nią   zapłacił.   A właściwie 

zapłacił za Melisandę, a dostał ją, w dodatku w jednej koszuli.

Tony   długo   mówił   jej   o   Douglasie,   uspokajał,   podnosił   na   duchu,   opowiadał 

anegdotki. Wiedziała, że zadaje pytania, bo chce ocenić, czy nadaje się na żonę dla kuzyna, 

którego miał w wielkim poważaniu. Zdała przynajmniej ten egzamin. Chciał, żeby była jego 

kuzynką, a kiedy mu powiedziała, że jest już szwagierką, w jego oczach pokazały się iskierki, 

które   tak   bardzo   lubiła   Melisanda.   -   Już   nie   uciekniesz   z   mojej   rodziny   -   powiedział. 

Powtarzał,  że  Douglas  nie  kocha  Melisandy,   że  wybrał  ją tylko   dla  jej  urody.   Rozsądne 

małżeństwo z pięknością. Byłby przerażony, gdyby naprawdę pożył trochę z Melisanda. Ale 

on, Tony, zna swoją żonę i nie przeszkadza mu to, bo on to on a nie Douglas. Bardzo dziwne.

Skoro Douglas Sherbrooke nie kochał Melisandy, ożeniono go z rozsądku z niepiękną 

kobietą, której także nie kocha.

Alexandra   jeszcze   głębiej   zakopała   się   w   pościeli.   Myślała   o   swoim   mężu.   Nie 

widziała go od trzech długich lat. Przez dwa ostatnie dni zastanawiała się, czy się zmienił, 

może przytył albo stracił zęby. Potem go ujrzała i nie mogła się napatrzeć. Pomyślała, że 

wygląda starzej, ciemnowłosy mężczyzna o twardych rysach twarzy. Jego oczy były jeszcze 

ciemniejsze niż włosy, a orli nos nadawał mu wyraz wyższości. Przewrotna natura dodała do 

tego wszystkiego dołek w brodzie, jakby chcąc podważyć szlachetny wizerunek. Był piękny, 

ten jej mąż, o szczupłym i gibkim ciele i surowej twarzy. Piękniejszego mężczyzny nigdy nie 

widziała.

Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo go kocha, pragnie każdą komórką swego ciała, 

aż jak szalona rzuciła się z pięściami na Tony'ego.

To jego chciała. Wrodzony optymizm brał górę. Będzie dobrze, powtarzała. Nadal 

czuwała kiedy wiele godzin później słyszała jak wchodził do swojej sypialni.

A co przyniesie ranek?

background image

ROZDZIAŁ 7

- Co ty tutaj robisz?

Była   siódma   rano,   na   pewno   za   wcześnie,   żeby   był   w   imponującej   stajni 

Sherbrooke'ow. Ranek wstał brzydki - mglisty, mokry i pochmurny, jakby dopasował się do 

jej nastroju. W stajni było ciemnawo, a żaden z sześciu stajennych nie kręcił się w pobliżu. 

Pachniało  sianem,   siemieniem  lnianym,  skórą  i końmi.   Douglas  miał   na sobie  spodnie  z 

koźlęcej   skóry   i   ciemnobrązową   kurtkę.   Jego   butom   przydałoby   się   czyszczenie.   Był 

nieogolony,  wyglądał na zmęczonego i bardzo poirytowanego. Patrząc z boku, można by 

sądzić, że jest nieokrzesanym, źle wychowanym gburem. Jednak w jej zachwyconych oczach 

wyglądał pięknie.

-Chciałam się przejechać.

-Czyżby? Może niedowidzę, ale nie widzę w tej stajni żadnych nie znanych mi koni. 

Na jakim to koniu chciałaś się przejechać, bo zakładam, że na koniu. W tym dramacie 

gram rolę osła, ale mnie chyba nie zamierzasz siodłać?

Alexandra odezwała się dopiero po chwili. - Pan McCallum pozwolił mi jeździć na 

Fanny.

-Fanny należy do mojej siostry.

-Wiem. To klacz z temperamentem o słodkim pysku i miłych manierach. Naprawdę 

umiem jeździć. Nie musisz się bać, że jej nie opanuję. A może wolisz, żebym wzięła 

innego konia?

Zmarszczył brwi. - Czy to znaczy, że nie masz własnego konia?

- Nie.

Dwa miesiące temu ojciec sprzedał wiele koni ze swoich stajni, jeszcze zanim doszło 

do   oświadczyn   Douglasa   i   zanim   się   okazało,   ze   jego   pieniądze   to   i   tak   za   mało,   żeby 

uratować Claybourn. Niegdyś słynne stajnie Chambersów świeciły teraz pustkami.

- Masz  na sobie strój do konnej  jazdy,  chociaż  nie  jest nowy i raczej  niemodny. 

Zakładam, że twój szanowny tatuś-złodziej zaopatrzył cię przynajmniej w ubrania, które ci 

wystarczą do czasu, aż wydusisz coś ode mnie?

Przynajmniej coś powiedział.

- Nie wiem, nie myślałam o tym.

Parsknął a z jednego z zamkniętych boksów także usłyszała parsknięcie.

-To   Garth   -   powiedział   Douglas.   -   Więc   nie   myślisz   o   strojach,   wstążkach   i 

falbankach...

background image

-Oczywiście że myślę, kiedy trzeba.

-Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby Melisanda nie chciała pięknych strojów i tych 

wszystkich szmatek, dzięki którym robicie z mężczyzn głupców. Czemu ty miałabyś 

być inna?

-Melisanda jest piękna. Potrzebuje pięknych rzeczy i strojów i...

-   Ha!   Niczego   nie   potrzebuje.   Wyglądałaby   cudownie   odziana   tylko   w   swą   białą 

skórę.

To było jeszcze gorsze.

-Tak, to prawda. Co mam robić, milordzie?

-Zniknąć i sprawić, żeby to wszystko okazało się koszmarnym snem.

Nie było łatwo, ale Alexandra wytrzymała. Stała wyprostowana, z przylepionym do 

ust miłym uśmiechem, powstrzymując się, żeby na niego nie krzyczeć, nie przypaść do niego 

z pięściami ani nie szlochać przed nim na kolanach.

- Mam wziąć Fanny czy inną klacz, a może wcale nie jeździć?

Douglas   przegarnął   włosy   palcami.   Patrzył   na   niewielką   kobietkę,   którą   wszyscy 

nazywali jego żoną. W niewyraźnym świetle wyglądała blado, ale plecy miała wyprostowane, 

jakby połknęła kij od szczotki. Włosy schowała pod czapką do konnej jazdy, ale jeden luźny 

lok wysunął się spod niej. Włosy miała ładne, rudobrązowe. Dla niego mogły być  nawet 

niebieskie. To całkiem obca kobieta. Zaklął.

Alexandra nie poruszyła się ani o centymetr.

- Do diaska. Bierz Fanny, a ja ocenię, czy potrafisz jeździć dostatecznie dobrze.

McCallum,   ogorzały   od   słońca   pięćdziesięciolatek,   silny   niczym   dwudziestoletni 

chłopak, szczęśliwy małżonek  dwudziestodwuletniej  wdowy,  stał przed stajnią i wydawał 

rozkazy pomocnikom, kiedy hrabia i Alexandra wyprowadzili konie.

- Dzień dobry, panie hrabio.

Douglas   tylko   skinął   mu   głową.   On   także   go   zdradził,   dając   tej   przeklętej   babie 

klaczkę Sinjun. Zdradził tak samo jak ten łajdak Tony, który zasługiwał wyłącznie na kulkę, i 

jego własny kamerdyner, Hollis.

- Jej lordowska wysokość dobrze siedzi na koniu i ma lekką rękę - poinformował 

McCallum, nieświadomie podsycając żar wściekłości tlący się w sercu Douglasa. - Nie trzeba 

się bać, że Fanny stanie się krzywda.

Douglas żachnął się. I cóż, choćby nawet miała delikatność słonia? Jemu nie zależało. 

Zresztą, na nim też nikomu nie zależało. Nikomu.

Podsadził ją i wsiadł na swojego ogiera. Garth, nie siodłany już całe dwa tygodnie, 

background image

wpadł w szał radości. Parskał, odrzucał głowę do tyłu, przebierał kopytami jakby tańcząc.

Douglas głośno się roześmiał. Klepał konia po karku, mówił do niego, a potem, nie 

oglądając się za siebie, puścił się galopem.

Alexandra patrzyła za nim przez chwilę. - Jak myślisz Fanny, chyba nie będziemy 

łykać za nimi kurzu?

Pomachała   McCallumowi   i   pognała   za   mężem   po   długim   podjeździe   okolonym 

bukami.

Douglas czekał na nią zaraz za starą kamienną bramą. Patrzył jak jedzie, ale wyraz 

jego   twarzy   nie   zmienił   się   ani   odrobinę.   McCallum   miał   rację.   Jeździła   bardzo   dobrze. 

Przynajmniej nie uszkodzi Fanny pyska. Pokiwał do niej i cmoknął na Gartha. Przesadził 

ogrodzenia   po   północnej   stronie   i   kątem   oka   widział,   ze   Alex   z   łatwością   wzięła   tę 

przeszkodę. Wreszcie osadził konia przy strumyku, który bardzo lubił będąc chłopcem.

Zatrzymała konia i rozejrzała się wokoło. - Prześliczne miejsce. W naszej posiadłości 

też   jest   podobny   strumyk.   Kiedy   byłam   mała,   potrafiłam   spędzać   tam   długie   godziny. 

Łowiłam ryby, pływałam, chociaż zazwyczaj był tak płytki, że mogłam się tylko porządnie 

pomoczyć. Ale i tak było wspaniale.

Rozmowa na tym się skończyła.

Douglas popatrzył w stronę okręgu Smitherstone.

- Dlaczego to zrobiłaś?

Alex czuła, ze serce zaczyna jej bić, walić mocno, głucho. Dobry Bóg wiedział, że 

powodów było wiele. Poda mu jeden, może to wystarczy. Tony z pewnością mówił mu o tym 

w nocy. Powód był bardzo dobry, może najlepszy.

- Mój ojciec bardzo potrzebował pieniędzy, bo mój brat uciekł niedawno do Ameryki i 

zostawił dużo długów. To, co dał Tony, nie wystarczyłoby i... Nie rozumiesz? Czas naglił, 

stracilibyśmy swój dom i...

Douglas machnął ręką w powietrzu, a Garth, najwidoczniej ośmielony gestem pana, 

ugryzł Fanny w szyję. Klacz zarżała i stanęła dęba. Zaskoczona Alex straciła równowagę, 

krzyknęła i wylądowała na ziemi.

Usiadła,   czując   się   tak,   jakby   ktoś   starł   na   proch   jej   wszystkie   kości.   Bała   się 

poruszyć, spojrzała tylko w górę, na Douglasa., który uspokajał konia. Popatrzył na nią, oczy 

pociemniały mu z gniewu i szybko zeskoczył z konia. Przeklęta Fanny jeszcze raz wyrzuciła 

nogi w powietrze i pogalopowała w stronę stajni.

-Nic ci się nie stało?

-Nie wiem.

background image

-Na szczęście byłaś grubo ubrana we wszystkie te halki i spódnice. Możesz wstać?

Alexandra skinęła głową. Podniosła się na kolana i poczuła, że kręci jej się w głowie.

Douglas postawił ją na nogi, unosząc pod pachy. Mało waży, pomyślał, ale ma bardzo 

kobiece kształty. Czuł, że jej kręgosłup jest sztywny jak drut.

Puścił ją. Wyprostowała się. - Nic mi nie jest - powiedziała. Obejrzała się za siebie. - 

Fanny uciekła.

I to przez mnie, pomyślał. Chciało mu się wyć, bo to znaczyło, że będzie ją musiał 

wziąć na Gartha, trzymać przed sobą - tak, trzymać - i zawieźć aż do domu. Nie chciał na nią  

patrzeć, nie chciał z nią przebywać, nie wspominając o trzymaniu. W dodatku będzie musiał z 

nią rozmawiać, bo to przecież przez niego spadła z konia.

- Gdybyś była aż tak dobrym jeźdźcem, jak się chwaliłaś, bardziej byś uważała.

Morderczy   atak   nie   chybił   celu.   Zadraśnięto   jej   wrodzoną   dumę.   Ona   słabym 

jeźdźcem!   Była   najlepsza,   nie   tylko   dobra.   Jeździła   konno,   jeszcze   zanim   nauczyła   się 

chodzić.

Jej głos był  zimny jak lód. - Nie musiałabym,  gdyby twój ogier był  trochę lepiej 

ułożony.

Odwróciła się do niego plecami i ruszyła w kierunku domu.

Patrzył za nią. Powinien przeprosić. Powinien wziąć ją na Gartha . Do licha.

Jej strój do konnej jazdy był cały zakurzony, a pod prawą pachą zauważył dziurę. 

Spódnica trochę poobrywała się z tyłu i Alex wlokła ją teraz za sobą. Kapelusz walał się na 

środku drogi, a rozpuszczone włosy spływały na plecy. Kuśtykała.

Zaklął w duchu, wskoczył na Gartha i pośpieszył za nią.

Słyszała, że za nią jedzie, ale szła dalej. W tym momencie życzyła mu wszystkiego, co 

najgorsze. Znienacka pochylił się w siodle i schwycił ją wpół. Podniósł ją i posadził przed 

sobą. - Przepraszam, do choroby.

Bardzo romantyczne. Bohater powieści nie zrobiłby tego lepiej.

Bo nie chciałem się z tobą kłócić i nie zsiadłem z konia?... Co za bzdura!

Mogłam iść pieszo - powiedziała łagodnie. - To całkiem blisko.

Wyglądasz jak obdartuska, jak dziewka służebna, która obsłużyła tuzin parobków i 

oberwała od nich baty.

Nie odpowiedziała. Siedziała tylko wyprostowana jak struna, rozglądając się na boki.

Pewnie będę musiał kupić ci nowy strój do konnej jazdy.

Tak bez naciskania?

W pewnym sensie to moja wina ten twój upadek. Naprawię szkody. Ale powinnaś 

background image

bardziej uważać.

Alex   była   osobą   spokojnego   usposobienia,   cierpliwą,   potrafiącą   wiele   znieść. 

Wiedziała, że czasem lepiej trzymać język za zębami, jeżeli chce się uniknąć przykrych scen. 

Uśmiechała się i robiła swoje, kiedy matka docinała, a Melisanda nie przestawała kaprysić. 

Ale teraz... Jak on śmie krytykować jej umiejętności jeździeckie? Nie, tego już za wiele. 

Odwróciła się i pchnęła go z całej siły. Zdezorientowany Douglas przechylił się na bok. Może 

udałoby mu się utrzymać  na końskim grzbiecie, gdyby nie to, że Garth, urażony podłym 

traktowaniem - bo czyż był wołem roboczym, żeby nosić dodatkowe ciężary - zatrzymał się 

gwałtownie. Alex kurczowo trzymała się siodła, a Douglas upadł na plecy. Garth odsunął się 

od pohańbionego pana.

Jak przed chwilą Alex, teraz on leżał i bal się poruszyć czując nawet najmniejszą 

kosteczkę.

Otworzył oczy, nadal nieruchomy, i powiedział: - Oberwiesz za to.

-Tony powiedział, że jesteś dżentelmenem, a dżentelmeni nie biją dam, ani im nie 

wygrażają.

-Nie sposób być  dżentelmenem przy żonie, której się nie zna, nie chce, nigdy nie 

chciało i nawet nie wiedziało o jej istnieniu. Przy żonie, która nie potrafi nad sobą 

zapanować i jest okrutna. - Zaczerpnął powietrza i chciał kontynuować, ale aż go 

zatkało,   kiedy   zobaczył,   że   ta   kobieta   odjeżdża   na   jego   koniu.   Tylko   się   za   nią 

zakurzyło, a pył wpadł w jego otwarte ze zdumienia usta.

Na szczęście pamiętał, żeby zagwizdać.

Garth, Bogu niech będą dzięki, usłyszał go i posłusznie przytruchtał do pana.

Alexandra zgrzytała ze złości zębami. Z wysokości końskiego grzbietu patrzyła na 

utytłanego   męża,   siedzącego   pośrodku   drogi.   -   Wydaje   mi   się   -   stwierdziła   -   że   jego 

lordowskiej mości również przydałby się nowy strój do jazdy.

-To nie jest prawdziwy strój jeździecki. Jesteś nie tylko komediantką, ale w dodatku 

ignorantką.

-Nie jestem komediantką.

- To dlaczego to zrobiłaś?

Zarówno ona, jak i Garth nie poruszyli się nawet.

Otworzyła usta tylko po to, żeby je zamknąć. Najwidoczniej Tony nic nie wskórał. 

Mogła   jeszcze   raz   powiedzieć   mu   o   okropnym   położeniu   ojca,   o   możliwości   utraty   po-

siadłości Chambersów, o ucieczce brata i hańbie ojca, który mógłby potem tylko palnąć sobie 

w łeb. Była jeszcze inna prawda, ale tego nie mogła, nie chciała mu powiedzieć.

background image

- Nic nie mówisz? Nie jestem zaskoczony, zwłaszcza po tych bzdurach, które wczoraj 

wciskał mi Tony.

Wstał, sprawdził, czy nic mu się nie stało, i podszedł do konia. Poklepał go po pysku. 

- Mam uwierzyć, że poświęciłaś się na małżeńskim ołtarzu bo inaczej twój ukochany 

ojciec straciłby wszystko? Że ty i twój ojczulek przekonaliście Tony'ego - zdradzieckiego 

skurwysyna,   że   oszczędzicie   mi   trudu   poszukiwań   odpowiedniej   żony   w   Londynie?   Że 

wszystko zrobiliście dla mojego dobra? Ale wtedy ty, chodząca szlachetność, obruszyłaś się i 

powiedziałaś, że nie możesz tego zrobić? I on cię zmusił? Tak?

Jak Tony mógł  mu  powiedzieć  coś takiego?  Oczywiście,  odmówiła,  to znaczy na 

początku odmówiła. Nie mogła wykrztusić ani słowa. Douglas sapał niczym jego koń.

-Przepraszam, ale nie wierzę. W dzisiejszych czasach ojcowie nie zmuszają swoich 

dzieci do robienia czegoś wbrew woli. - Wiedział, że zabrzmiało to fałszywie. Tak 

naprawdę Tony nic takiego nie powiedział, ale Douglas chciał się dowiedzieć, jak się 

sprawy mają, a dziewczyna bredziła od rzeczy.

-Nie - odezwała się cicho. - Papa mnie nie zmuszał. Kocha mnie, ale musiałam...

-Wiem, musiałaś go ratować poświęcając siebie. Mam nadzieję, że jesteś zadowolona, 

boja kupiłem sobie za żonę obcą kobietę i drogo za nią zapłaciłem.

Alexandra  wyprostowała   się jak  mogła   najbardziej. -  Gdybyś   dał  mi  szansę  i nie 

przekreślał mnie tak od razu, byłabym dobrą żoną.

Popatrzył  na dziewczynę  w łachmanach  siedzącą  na grzbiecie Gartha. Była  blada, 

Przemknęła mu przez głowę myśl, że może jednak coś jej się stało.

-Tony   mówił   mi,   że   wolałbyś   dać   sobie   usunąć   ząb   niż   jechać   do   Londynu. 

Powiedział, że ostatnia rzecz, jakiej byś chciał, to chodzić na te wszystkie bale, rauty i 

przyjęcia i rozglądać się za kandydatkami na żonę. Powiedział, że czułeś się jak tłusta 

kuropatwa wśród uzbrojonych po zęby myśliwych, że tego nie znosisz.

Tak powiedział? A ty mu uwierzyłaś? Pewnie nie przyszło ci do głowy, że Tony 

powiedziałby wszystko, żeby usprawiedliwić swój postępek? Ze każda wymówka jest dobra?

-On czuje się bardzo winny. I bardzo cię lubi.

-Twoją siostrę bardziej.

-Tak, kocha ją.

-To Judasz i powinienem mu za to palnąć w łeb.

-Nie planował tego, nie ożenił się z Melisandą, żeby cię upokorzyć czy zrobić na 

złość. Chyba nawet tobie nie przyszło to do głowy. Czy skłamał, mówiąc o twojej 

niechęci do wyjazdu do Londynu?

background image

Popatrzył na noski sfatygowanych butów. Gdyby biedny Finkle je zobaczył, dostałby 

palpitacji.

-Nie, ale nie powinien decydować za mnie. To wszystko tylko wymówki.

-Przepraszam.

-Bo masz za co!

-Wiesz, że mogę zażądać unieważnienia małżeństwa i domagać się zwrotu pieniędzy 

od twojego ojczulka?

- Nie mów tak o moim ojcu! - zacisnęła pięści.

Douglas nie poruszył się. - W co mam wierzyć?

Alex nagle ogarnęło poczucie winy za to, co mu zrobiła.

- Przykro mi, milordzie, naprawdę, ale może pozwolisz mi pobyć twoją żoną przez 

jakiś   czas?   Unieważnić...   to  znaczy,   że   odeślesz   mnie   do   domu   i  małżeństwo   przestanie 

istnieć?

- Właśnie. Nasza czasowa unia zostanie rozwiązana.

-Przemyśl  to, proszę. Nie chcę, żebyś  mnie  unieważniał i rozwiązywał.  Może już 

wkrótce nie będzie ci przeszkadzało, że jestem w Northcliffe. Nie będę ci wchodzić w 

drogę. Wszystko urządzę tak, żeby było ci jak najlepiej...

-Te kobiety! Nie wierzycie, że mężczyzna może być w pełni szczęśliwy bez jednej z 

was, wiszącej mu u szyi i podającej cygara i brandy?

-Miałam na myśli to, że nie będę natrętna i zajmę się sprawnym funkcjonowaniem 

domu.

-Funkcjonuje dostatecznie sprawnie. Zapomniałaś, że mam matkę i więcej służby niż 

zdołam policzyć?

Nie pamiętała o matce. Miał też dwóch braci i młodszą siostrę. Hollis wyjaśnił jej, że 

są w Londynie, z wizytą u przyjaciół. Ale niedługo wrócą. Boże, czy będą nienawidzili jej tak 

samo jak Douglas? Wzięła głęboki oddech.

-Zapomniałam. Przepraszam.- Nieświadomie nachyliła się do niego - Proszę, może jak 

minie trochę czasu, przestanę ci przeszkadzać.  Może nie będziesz mnie zauważał. 

Błagam, nie unieważniaj mnie tak od razu!

-Unieważnić ciebie! Brzmi, jakbym miał dokonać jakiegoś aktu przemocy! - Douglas 

zmarszczył brwi; w jego oczach malowała się pogarda. - A, zaczynam rozumieć, o co 

ci chodzi, albo twoim mocodawcom. Masz nadzieję wśliznąć się do mojego łoża, tak? 

Wiesz,   że  nie   będę  cię   mógł   unieważnić   -  szlag!  -  uzyskać   unieważnienia   -jeżeli 

wezmę twoje dziewictwo. Tego chcesz? Jak już dostanę to cenne dziewictwo, wtedy 

background image

twój szacowny tatuś będzie bezpieczny, i położy rękę na moich pieniądzach. Uczył 

cię, jak masz mnie uwodzić?

Alex tylko patrzyła na niego. Potrząsnęła głową. - Nie, nie myślałam o tym, nikt mnie 

niczego nie uczył.

Nie odzywał się.

- Naprawdę, milordzie, nic nie wiem o uwodzeniu. Między mężami a żonami nie ma 

uwodzenia. Matka mówiła mi, że młodzi dżentelmeni uwodzą niewinne damy, niszcząc ich 

reputację.

-Naprawdę? Czy twoja macierzyńska wyrocznia podała jakieś szczegóły?

-Mówiła, że jeżeli mężczyzna schlebia mi albo przysuwa się zbyt blisko, albo trzyma 

za długo rękę po pocałowaniu, to mam natychmiast się oddalić, bo to nicpoń.

Douglas roześmiał się. Nie mógł się powstrzymać. Alex aż pokraśniała. Rozbawiła go. 

A może z niej się śmiał?

-Zrobię co w mojej mocy, żeby cię zadowolić, żeby być dobrą żoną. Jestem raczej 

łagodnego usposobienia i...

-Ha! Byłaś złośliwa, podstępna! Gorszej kobiety w życiu nie spotkałem! Zepchnęłaś 

mnie z konia!

Alex speszyła się. - Tak - powiedziała zaskoczona. - Na to wygląda i bardzo mnie to 

dziwi. To do mnie niepodobne.

Douglas   zauważył,   że   rozpięły   jej   się   dwa   guziki.   Widział   kawałek   białej   skóry, 

bardzo delikatnej i bardzo białej. Pomyślał o jej dziewictwie i o tym, ze może ją go pozbawić. 

- Może... - powiedział, gapiąc się na jej piersi. - ...może sama będziesz żądała unieważnienia. 

Może będziesz chciała wyjechać z Northcliffe co koń wyskoczy.

-O nie, chcę być twoją żoną...

-Zobaczymy. Rozepnij wszystkie guziki. Widzę tylko kawałek twoich piersi, pokaż mi 

resztę. Nic nie mówisz? Czyżbyś  się zawstydziła? Zaszokowana? Obraziłem twoje 

panieńskie uczucia? Więc są sposoby, żeby ci zamknąć buzię?

Ma rację, pomyślała.

-Ile masz lat?

-Wczoraj ci mówiłam, osiemnaście.

-Możesz być kobietą i żoną. To też powiedziałaś. Nic nie mów...

-Ale nie powiedziałam...

-A, do licha. Bądźże cicho albo każę ci zdjąć te szmaty i pokazać co tam masz. Drogo 

za to zapłaciłem.

background image

Alex milczała.

Patrzył na nią, czekał, ale ona nic nie mówiła. Kij od szczotki wrócił na swoje miejsce. 

Douglas wzruszył ramionami. - Poprowadzę Gartha. Spacer jest jak balsam dla duszy.

Zastanawiała się skąd ta poza błędnego rycerza, ale wolała nie pytać. Kiedy tak szedł 

przed nią, przez dziurę wyrwaną w spodniach widziała kawałek owłosionego uda. Pomyślała, 

że to ładne i szczelnie zasłoniła się koszulą. Wyprostowała się na siodle i przez całą drogę 

patrzyła na jego plecy.

Sprawa unieważnienia nadal była dla niej bardzo tajemnicza. Będzie musiała zapytać 

o to Tony'ego. Bardzo niewiele wiedziała o małżeństwie, a dziewictwie tylko tyle, że sarna 

jest dziewicą i że jeżeli znajdzie się ze swoim mężem w łożu, to już nią nie będzie.

Powinna zapytać męża, ale w tym stanie ducha pewnie nie zechciałby odpowiedzieć.

Nagle zatrzymał się na środku drogi i odwrócił w jej stronę. - Jestem zmęczony, Garth 

też. Zsiądź, odpoczniemy chwilę pod drzewem.

Alex bez słowa zsiadła z konia.

Douglas puścił konia luzem. - Usiądź - wskazał na trawę.

Usiadła.

Usiadł   dobre   pół   metra   dalej.   Oparł   się   na   potężnym   pniu   i   skrzyżował   nogi   w 

kostkach. Westchnął, dłonie splótł na brzuchu i zamknął oczy.

-Przykro mi, że tak cię zmęczyłam - powiedziała. - Tony mówił, że byłeś na jakiejś 

misji, czy coś w tym rodzaju, i dlatego przysłałeś jego w zastępstwie.

-Tak. Jak widać, źle wybrałem i zaufałem niewłaściwemu człowiekowi. Jezu, całe 

życie zrujnowane tylko dlatego, że...

-Misja się udała?

-Tak - otworzył oczy i spojrzał na nią. - Właściwie wolałbym, żeby na twoim miejscu 

była pewna młoda dama, którą uratowałem we Francji. Na imię ma Janinę i jest ko-

bietą, a nie dziewczątkiem udającym kobietę. Była bardzo zainteresowana mną jako 

mężczyzną. Pragnęła dać mi siebie bez gierek i kokieterii. Ale ja uważałem, że jestem 

żonatym mężczyzną, że Melisanda czeka. Nie wziąłem jej, odepchnąłem.

-Jesteś żonatym mężczyzną.

-Ale ty nie jesteś Melisanda.

-Ta kobieta, którą uratowałeś, to Francuzka?

-Tak, kochanka kogoś bardzo ważnego.

-Na pewno nie chciałbyś kochanki za żonę.

-A to dlaczego?

background image

-To śmieszne! Mówisz to tylko po to, żeby mnie zranić, żebym czuła się okropnie. 

Żaden   mężczyzna   nie   chce   nieprzyzwoitej   kobiety.   Słyszałam,   jak   ojciec   mówił 

kiedyś sąsiadowi, że chodzi o dziedziców.

-Osiemnastoletnia mądrość i podsłuchiwanie.

-Unieważnisz mnie? Nie odpowiedział.

-Dasz mi szansę?

- Cicho bądź. Chcę odpocząć.

Alex patrzyła na Gartha, który spokojnie żuł trawę. Gdyby uderzyła Douglasa, nie 

mógłby zagwizdać i koń zaniósłby ją do stajni. Westchnęła i zamknęła oczy. Robiło się ciepło 

i słońce świeciło coraz mocniej.

- Pierwszej nocy tutaj miałam bardzo dziwny sen. Spałam w sypialni hrabiny i śniło 

mi się, że w pokoju stoi młoda dama, tuż obok łoża. Wydawało mi się, że chce coś powie-

dzieć, ale milczała. Była bardzo smutna i piękna. Kiedy się obudziłam, już jej nie było. Sen, 

ale wydawał się taki realny.

Douglas otworzył oczy. Patrzył się na nią. - Diabeł, powiadasz - mruknął przeciągle.

-Sny   bywają   dziwne,   prawda?   Wydają   się   takie   prawdziwe,   takie   namacalne,   a 

tymczasem...

-To tylko sen. Nic więcej. Masz o tym nie myśleć. Rozumiesz?

O co mu chodziło? Przecież to tylko jakiś głupi sen. Pokiwała głową. - Rozumiem.

background image

ROZDZIAŁ 8

-   Tak,   mój   miły   Hollisie,   to   naprawdę   ja,   jedyny   Sherbrooke,   którego   się   tu   nie 

spodziewałeś i nie chciałeś widzieć. Pewnie życzyłbyś sobie, żebym był teraz w Jerycho, ale 

wróciłem.   Matce,   Tysenowi   i   Sinjun   powiedziałem,   że   jadę   na   wyścigi   do   Newmarket. 

Uwierzyli, oczywiście oprócz Sinjun, to takie bystre dziecko, czasami aż za bardzo, niech ją 

czort. Ale ja nie o tym. Muszę zobaczyć żonę Douglasa.

Hollis był w konsternacji. Patrzył na tego młodego świszczypałę, którego znał i kochał 

od maleńkości, o wiele za młodego, żeby być aż tak cynicznym, tak przystojnego i pełnego 

życia, że mogło się to źle skończyć dla niego samego. Nie mógł się do niego nie uśmiechnąć.

-Skądże znowu, paniczu. Proszę wejść, choć o ile wiem, Jerycho bywa piękne o tej 

porze roku. Proszę podać mi płaszcz i przejść na pokoje. Zobaczy panicz, że nasza 

młoda hrabina to urocza dama. Jednak musi pan pamiętać, ze jego lordowska mość 

potrzebuje trochę czasu, żeby się trochę przyzwyczaić do swojego szczęścia. Hrabina 

nastała, że tak powiem, nieco nieoczekiwanie.

-Tak, a ty uznałeś, że Douglasa trzeba zostawić samego z jego własnymi sprawami. 

Wierz   mi,   matka   aż   się   rwie,   żeby   tę   małą   rozszarpać   na   kawałeczki.   Biedna 

dziewczyna, nie chciałbym być w jej skórze, kiedy matka wróci. Więc Douglas nie 

bardzo ucieszył się z żony, którą wybrał mu Tony? Przykre, zawsze mi się zdawało, że 

Tony ma doskonały gust jeśli chodzi o kobiety, no może oprócz tej Carletonki, która 

jakimś cudem nakłoniła go do oświadczyn, co pozostanie dla mnie na wieki zagadką. 

No cóż, Douglas jest bardzo niestały i wymagający jak sam diabeł.

-Nie wydaje mi się, żeby niestałość była uważana za szczególną zaletę, paniczu, a na 

pewno nie jest to cecha naszego hrabiego. Chodzi o zmianę, jak mi się wydaje. Nawet 

dla   najdoskonalszych   ludzi   nagłe   zmiany   są   trudne.   Nowa   hrabina,   jak   już 

wspominałem, jest żoną, jakiej każdy mężczyzna mógłby sobie życzyć.

-Aha!   Zaczynam   rozumieć.   Mała   nie   jest   apetyczna.   Bez   porównania   z   soczystą 

Melisandą. To chciałeś mi powiedzieć?

Melisanda,   która   przez   otwarte   drzwi   jadalni   od   razu   spostrzegła   dziarskiego 

młodziana, wyglądającego pięknie a mówiącego jeszcze piękniej, myślała chwilę o swojej so-

czystości,   nie   będąc   pewna,   czy   dobrze   zrozumiała   intencje   młodzieńca,   po   czym,   już 

przekonana, łabędzim głosem zawołała: - Witam! Jestem lady Melisanda, a pan?

Ryder   odwrócił   się   w   jej   stronę   i   spojrzał   na   nią.   Ku   bezbrzeżnemu   zdziwieniu 

Melisandy na jej widok nie zamienił się w zahipnotyzowany kamień, nie upadł w przenośni 

background image

do jej stóp i nie leżał tam jak nieżywy pies. Zupełnie inaczej niż wszyscy inni panowie w jej 

towarzystwie. A przecież wyglądała tak, że nawet najbardziej zatwardziali mogliby potracić 

resztki rozumu. Coś było nie tak? Włosy? Figura? Jedwabna suknia w kolorze lawendy? A 

może on ma kłopoty z oczami?

Nie, jeśli chodzi o nią, wszystko było w porządku, jak zawsze. Ale on stał sobie po 

prostu   z   przechyloną   głową   i   nic.   Ani   śladu   zachwytu,   nagłej   bladości,   zesztywnienia 

kończyn. Może mowę mu odebrało? Może to właśnie była jego reakcja na obecność jej, hm... 

soczystej osoby?

Wreszcie uśmiechnął  się i powiedział:  - Jestem Ryder Sherbrooke, brat Douglasa. 

Gdzie nowa hrabina i co pani tu robi?

-Ona jest ze mną.

-Tony! - Ryder uśmiechnął się szeroko do kuzyna, który wyszedł z pokoju za żoną. 

Uścisnęli sobie dłonie. - Żyjesz jeszcze! Jakże się cieszę! Douglas nadal wściekły, czy 

przekonałeś go już, że na zdrowie mu wyjdzie ta zamiana?

-Ryder, ja...

-Nie, Hollis nie zdradził mi żadnych sekretów, ja po prostu musiałem przyjechać i 

zobaczyć na własne oczy. Cholernie się cieszę, że cię widzę w jednym kawałku.

-Jestem Melisanda.

-Wiem. Miło mi. - Ryder z powrotem zwrócił się do kuzyna. - Tony, czy to spuchnięta 

warga? Masz sińce na policzku? Więc jednak biliście się z Douglasem? Mam na-

dzieję, ze nie pozostałeś mu dłużny.

-Jestem żoną Tony'ego.

-Wiem. Miło mi. - Dalej mówił do kuzyna. - Zrobiłeś to?

-Co?

- Dałeś mu w śliczną buzię?

- Przyłożyliśmy parę razy. Jego żona mnie zaatakowała.

- Jestem Melisanda. Zaatakowałam Douglasa.

Ryder doskonale wiedział, że ślicznotka jest skonsternowana i dobrze się bawił. Tony 

będzie musiał mieć niezłą krzepę, żeby upilnować próżną żoneczkę. W przeciwnym razie 

marny jego los. Na szczęście to jego problem. - No Tony, opowiedz mi wszystko. Gdzie 

Douglas?

-Poszli z Alex pojeździć.

-Z Alex?

-Z Alexandra.

background image

-Jestem Melisanda, siostra Alexandry.

-Wiem. Miło mi. No, dalej Tony. Melisanda stała w holu wejściowym, patrząc za 

mężem   i   swym   ślepym,   gburowatym   szwagrem.   Hollis   chrząknął.   -   Mogę   czymś 

służyć?

- Nie - Melisanda nie przyszła jeszcze do siebie po dotkliwym szoku, którego przed 

chwilą doznała. - Muszę iść na górę i sprawdzić, co jest nie tak.

Hollis uśmiechnął się. Wiedział, że za chwilę lustro ujrzy jej zdumione oblicze.

Pięć minut później już się nie uśmiechał. Do holu wszedł jego lordowska mość z żoną, 

oboje wyglądający tak, jakby ktoś przewlókł ich przez rów.

-Milordzie, na litość! Milady, czy...

-Nie, nic się nie stało. - Douglas zwrócił się do Alexandry. - Idź na górę i doprowadź 

się jakoś do ładu.

Polecenie było  bardzo jasne i zwięzłe. Chociaż on wcale nie wyglądał lepiej, bez 

słowa poszła na górę.

-Spadliśmy z koni, ale obyło się bez szkód - powiedział Douglas.

-Jej lordowska mość odrobinę utyka.

- To jej... może odrobinę, ale nic jej nie będzie.

Kiedy się dowiedział o przybyciu brata, Douglas zaklął siarczyście, potem drugi raz, 

minął Hollisa i wszedł do biblioteki. Przy drzwiach złotego salonu kręciły się trzy dziewki, a 

dwaj   lokaje   przechadzali   się   jak   gdyby   nigdy   nic   przy   schodach.   Hollis,   jak   to   Hollis, 

grzecznie odesłał wszystkich do ich obowiązków.

-Aaa... - Ryder pokręcił głową na widok brata. - Pokaż buźkę. Tony skarżył się, że 

stłukłeś go na kwaśne jabłko, a sam wyszedłeś bez zadraśnięcia. Oczywiście twierdzi, 

że ci pozwolił, bo tylko się bronił.

-To jego żona mało mnie nie zabiła - powiedział Tony.

- Najpierw była moją szwagierką, a teraz przestała być lojalna. To nieładnie, czuję się 

zdradzony.

- Zdradzony! A nich cię szlag, ty...

Douglas przerwał. Nie było o czym mówić. Teraz musiał postanowić, czy unieważnić 

małżeństwo. I Ryder tutaj... Popatrzył  na brata z niechęcią.  - Po co przyjechałeś? Matka 

zdrowa? Sinjun? Tysen?

-Matka jak zwykle uszczypliwa, Sinjun czyta jak szalona, a Tysen nudził, aż Sinjun 

rzuciła w niego książką. Słowem, wszystko po staremu. Myślą, ze jestem w New-

market, a ja przyjechałem po prostu z ciekawości. Gdzie ta mała, z którą Tony cię 

background image

ożenił? Ma zeza? Kilka podbródków i tłusty tyłek? Jest szczerbata, bez piersi?

-Osioł jesteś! - prawie wrzasnął Tony. - Alex jest śliczna i ma dobry charakter...

-Dobry charakter! Ha! Musisz tak mówić, w końcu tyją za mnie wydałeś! Nie jest 

Melisandą.

-Widziałem Melisandę - wtrącił się Ryder. - Tony stał tuż przy niej. Boi się chyba, że 

każdy mężczyzna, który ją zobaczy, traci głowę.

-Widziałeś ją. Ma powody.

-Ale ty najwyraźniej nie straciłeś - stwierdził Tony.

- Dlaczego?

Ryder tylko wzruszył ramionami. - Wszystkie kobiety są mniej więcej takie same. 

Póki są ciepłe w łożu, co za różnica? Przepraszam cię, Tony. Nie żebym coś miał do twojej 

żony, ale... postaram się być dla niej dobrym szwagrem, zgoda?

Tony przełknął i to. Lubił Rydera, ale nie rozumiał go. Ten jego cynizm, ta obojętność 

wobec   kobiet   w   ogóle.   A   przy   tym   apetyt   satyra.   Nieszczególnie   lubił   kobiety,   ale 

utrzymywał  wszystkie swoje bękarty i ich matki. Nigdy żadnej nie winił, jeżeli zaszła w 

ciążę. Traktował je jak sport, nic więcej, ale był skłonny płacić i przyjmował konsekwencje. 

Ulżyło mu, że przynajmniej nie będzie flirtował z Melisandą. Ale Douglas...

Tony   zwrócił   się   do   kuzyna.   -   Podobno   jeździliście   z   Alexandra   konno.   Ona 

doskonale jeździ. Douglas żachnął się.

-Jesteś trochę rozczochrany. Co się stało?

-Spadłem   z   Gartha,   a   raczej   zepchnęła   mnie   ta   kobieta,   z   która   mnie   ożeniłeś. 

Najpierw   sama   upadła   i   teraz   będę   jej   musiał   kupić   nowy  strój   do   konnej   jazdy. 

Widziałeś jej strój? Stary, bez gustu, na pewno jej inne stroje wyglądają podobnie. 

Założę się, że to celowe działanie kochającego tatusia. Chce mnie zmusić, żebym 

kupił nowe. Tony, ona wygląda jak strach na wróble, niech cię wszyscy diabli.

Tony zmarszczył brwi. - To dziwne. Melisandą ma piękne suknie, jedwabne, hm... 

kobiece szmatki.

- Masz siniaka pod lewym okiem i koło ucha - wtrącił szybko Ryder. - To wszystkie 

obrażenia?

Douglas bez słowa nalał sobie brandy, napił się i pokazał na Tony'ego. - Zamierzam 

zabić drania. Będziesz moim sekundantem, braciszku?

- Masz dziurę w spodniach. Nie, zawsze lubiłem Tony'ego. Douglasie, wydaje mi się, 

że   krewnemu   należy   się   trochę   swobody,   zwłaszcza   tak   bliskiemu   jak   Tony.   Większość 

dzieciństwa spędziliśmy razem, nie pamiętasz? Nigdy przedtem cię nie wrobił. Musisz to 

background image

przyznać. To tylko jeden raz, jeden jedyny raz nie postąpił tak, jak kuzyn powinien.

Dlatego wybaczenie...

Douglas rzucił szklaneczką w brata, który sprytnie się uchylił. Szklaneczka z hukiem 

roztrzaskała się o ścianę. Do drzwi biblioteki ktoś zastukał.

- Wejść! - krzyknął Tony.

Hollis wszedł do środka, niosąc ogromną srebrną tacę z herbem Northcliffe - lew z 

pazurami na tarczy, szlachetny i złośliwy zarazem. - Przyniosłem przekąski, milordzie.

-Jaki lordzie?

-Pan, milordzie.

-Przyszedłeś, bo się bałeś, że mogę znowu próbować zabić Tony'ego.

-Strzeżonego pan Bóg strzeże, milordzie.  Pani Tanner przysyła  z kuchni bułeczki, 

pana ulubione, milordzie. A tu dżem truskawkowy dla panicza Rydera. Proszę bardzo.

-A dla mnie? - dopominał się Tony.

-Dla pana grubo pokrojone kruche ciasto.

-Jesteś księciem między kamerdynerami, Hollis.

- Tak, milordzie.

Douglas zaklął pod nosem, Tony wziął kawał ciasta, a Ryder sięgnął po dżem.

Hollis odsunął się z ulgą. Kiedy jednak usłyszał kroki zbliżające się do biblioteki 

poczuł, że blednie. To nie była dobra pora na przyjście żon, ale cóż mógł zrobić?

Damy weszły do biblioteki. Lady Melisanda stąpała leciutko, niemal unosząc się w 

powietrzu. Lady Alexandra tupała jak koń na paradzie, aż gruby dywan Aubusson stłumił 

odgłos jej kroków. Twarz lady Melisandy otaczały cudne czarne loki. Włosy lady Alexandry 

miały   piękny   kolor,   ale   z   koka   niedbale   zwiniętego   na   karku   wysuwały   się   kosmyki. 

Potrzebowała   trochę   więcej   czasu   przed   lustrem.   Suknia   lady   Melisandy   z   delikatnego 

jedwabiu w kolorze brzoskwini miękko układała się na ciele, podkreślając kobiece kształty, 

jak zawoalowane zaproszenie. Lady Alexandra miała na sobie bladoniebieską sukieneczkę 

wysoko pod szyję.

Widząc je, kiedy tak stały obok siebie, Ryder zrozumiał brata - miał prawo czuć się 

zdradzony. W ustach miał pełno bułeczki i dżemu truskawkowego. Zadławił się, próbując jak 

najszybciej przełknąć. Alex podeszła do niego jak gdyby nigdy nic i z całej siły grzmotnęła 

go w plecy. Siła jej uderzenia niemal go przewróciła. Przestał się dławić. Jeszcze czerwony na 

twarzy, spojrzał na młodą damę i wstał. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, potem skinął 

głową.

Wziął jej dłoń i pocałował nadgarstek. - Jestem Ryder, twój szwagier. A ty pewnie 

background image

jesteś Alexandra?

-Tak. Nic ci nie jest?

-O mało nie wyplułem płuc, ale już mi przeszło. Bułeczka znalazła drogę do domu. 

Witaj w rodzinie Sherbrooke'ow. Naprawdę zepchnęłaś Douglasa z konia?

Alexandra pokręciła głową. - Nie chciałam tego. .

-Ha! Mówiłem o czymś zupełnie nieistotnym, a ty zwaliłaś mnie na ziemię! - Jest duża 

i   krzepka   -   powiedział   Ryder.   Delikatnie   ścisnął   palcami   jej   ramię.   -   Silna   jak 

amazonka i muskularna niczym byk. Rzeczywiście przerażająca, braciszku.

-Nie mówiłeś o czymś nieistotnym - Alexandra zwróciła się do Douglasa.

- Ja też nie jestem nieistotna - zauważyła Melisanda.

Tony   roześmiał   się.   -   Nikt   przy   zdrowych   zmysłach   nie   nazwałby   cię   nieistotną, 

kochanie.

- A nazwałbyś mnie soczystą?

Tony lekko zmarszczył brwi. - Ja tak, ale nikt inny nie śmiałby.

- Ach... - Melisanda spojrzała na męża w tak prowokujący sposób, że pod każdym 

mężczyzną nogi by się ugięły.

Douglas   patrzył   w   nią   jak   urzeczony.   Ryder   zwrócił   się   do   Alexandry,   dziwnie 

łagodnie i miło. - Przyłączysz się do nas?

-   Ja   też   się   przyłączę   -   obwieściła   Melisanda.   Patrzyła   na   siostrę   poważnie 

zakłopotana. To bardzo dziwne, myślała, zwracając wzrok na Rydera, który uważnie przy-

glądał się Alex. Lustra nie kłamią. Może biedaczek był krótkowidzem, jak jej się zdawało na 

początku. Spojrzała na męża, ujrzała znajomy szyderczy wyraz w jego ciemnych  oczach. 

Zmarszczyła brwi i popatrzyła z kolei na Douglasa. W oczach odbijały się uczucia jego serca, 

tak beznadziejnie do niej przywiązanego. To było niczym balsam dla jej duszy.

Uśmiechnęła się do niego słodko i skłoniła śliczną główkę. - Proszę o wybaczenie, 

jeżeli wczoraj w nocy stałam się przyczyną jakiejś niewygody.

Douglas pokręcił głową.

-Mellie, podaj mi herbatę! - zawołał Tony.

-Mówiłam ci, że nie podoba mi się to okropne przezwisko.

Powieka prawego oka Douglasa zadrgała nerwowo.

-Mellie! - powtórzył Tony.

-To urocze zdrobnienie - powiedział Ryder, patrząc na tę depczącą serca pięknotkę, 

gotową napluć  na mężczyznę,  który ledwie  dwa tygodnie  temu  został  jej  mężem. 

Kiedy nie zareagowała, dolał troszkę oliwy do ognia. - Podoba mi się. Mellie to brzmi 

background image

tak swojsko, miło, jak para starych pantofli, w które mężczyzna może wsunąć stopy i 

wyciągnąć się przy kominku.

Alexandra roześmiała się. - Lepsze to niż Alex. Wolałabym, żeby moje imię kojarzyło 

się z miłymi pantoflami, niż brzmiało tak po męsku.

-Z pewnością nikt by się nie pomylił  - powiedział Ryder. Zarówno Douglas jak i 

Melisanda zmarszczyli brwi.

-Masz okropną sukienkę - poinformował żonę Douglas.

- Jest niemodna, i chyba zresztą nigdy nie była modna.

Zacisnęła   usta   a   jej   kręgosłup   znowu   zesztywniał   niczym   kij   od   szczotki.   -   Jest 

błękitna, a to bardzo ładny kolor.

- Wyglądasz jak uczennica.

- To może kupisz mi nową? A może od razu cały tuzin?

Wystarczająco się przymilam, milordzie?

Douglas zdał sobie sprawę, że to nie czas i miejsce na okazywanie złego humoru. 

Opanował się i postanowił, że będzie się kontrolował. Jeszcze dwadzieścia cztery godziny 

temu nie sprawiało mu to żadnej trudności. Ale ta mała pozbawiła go samokontroli. Czuł się 

nagi jak pozbawiony skorupki ślimak. Zatopił zęby w bułeczce.

-Jeździłaś na Fanny? - zapytał Ryder.

-Tak, to wspaniała klacz. Nie jestem jednak pewna, czy jego lordowska mość uznał, że 

jeżdżę wystarczająco dobrze.

-Przecież spadłaś - wtrąciła Melisanda. - Nie bardzo ci się udało.

Ku zaskoczeniu Douglasa, Alexandra powiedziała tylko:

- Niestety, w przyszłości muszę być ostrożniejsza.

Douglas zastanawiał  się, czy czekają tu jakaś przyszłość. Musiał wszystko dobrze 

przemyśleć. Najlepszym rozwiązaniem wydawało się unieważnienie, jedyne logiczne wyjście. 

Popatrzył na Alexandre. W jej oczach, które skierowała prosto na niego, była ostrożność, aż 

się skrzywił. Ostrożność i strach. Bała się go? Bez wątpienia po tym, co mu zrobiła. Niech ją, 

powinna się go bać.

Wstał i skinął głową całemu towarzystwu. - Mam robotę z Danversem. Poczta pewnie 

już przyszła.

Wyszedł. Zamykając drzwi, słyszał śmiech Rydera.

Poczta nie przyniosła żadnych dobrych wieści.

*

Wczesnym   popołudniem   padało.   Drobny   deszczyk   szybko   przeszedł.   Niebo   się 

background image

wypogodziło, a powietrze zrobiło się rześkie. Alexandra znalazła Rydera w rzadko uczęsz-

czanym ogrodzie po zachodniej stronie domu. Na wpół leżał, oparty o pień dębu, niby patrzył 

w jakiś nieokreślony punkt przed siebie, ale tak naprawdę wygrzewał się w promieniach 

prześwitującego przez gałęzie słońca niczym zadowolony kocur.

-Ryder?

-A, moja siostrzyczka. To przypadek czy mnie szukałaś?

Znali się dopiero kilka godzin, ale nie wiedzieć czemu ufała mu. - Spytałam Hollisa 

gdzie jesteś. On zawsze wie takie rzeczy.

-To prawda. Usiądź obok tej tłustej nimfy. Co sądzisz o tych rzeźbach? Mój dziadek 

przywiózł je z Florencji w latach bachanaliów, jak napisał jeden z jego przyjaciół, lord 

Whitehaven, stary rozpustnik, który bujał mnie na kolanie.

-Pierwszy raz je widzę - powiedziała  Alexandra,  patrząc  na rząd  nagich  kobiet.  - 

Nigdy tu nie przychodziłam.

-Głębiej  są  rzeźby nagich  mężczyzn   i pary.  Dziadunia   najwyraźniej   trochę  gryzło 

sumienie,   że   zobaczą   to   dziecinne   oczy.   Posągi   są   dobrze   ukryte.   Podoba   ci   się 

Northcliffe?

-Nie wiem.

-Dlaczego bandażujesz piersi? Alex omal nie udławiła się własnym językiem. Wlepiła 

w niego oczy i rozdziawiła usta.

-Przepraszam,   nie   miałem   zamiaru   cię   urazić.   U   mnie   co   w   sercu,   to   na   języku, 

wszyscy o tym wiedzą.

-Skąd wiesz?

-Znam kobiety. Żadna mnie nie oszuka. Weźmy na przykład twoją siostrę. Melisanda 

nauczy   się,   że   oprócz   soczystych   truskawek   życie   serwuje   także   suszone   śliwki. 

Będzie grała z Tonym w te swoje gierki, a on będzie jej na to pozwalał, a nawet będzie 

mu się to podobało - oczywiście, na ile rozsądek pozwala. Panuje nad nią, choć stracił 

dla niej głowę.

- Nie lubisz kobiet?

Był zdziwiony. - Dobry Boże, nie potrafiłbym bez nich żyć. Chyba nie ma w życiu nic 

lepszego od przyjemności, jaką mężczyzna czerpie z kobiecego ciała. Alex aż dech zaparło ze 

zdziwienia.

-Przepraszam, znowu to zrobiłem. Jesteś młoda, ale nie trzpiotka. Masz w sobie stal i 

pewnie już niedługo będziesz musiała to udowodnić. Czego ode mnie chcesz?

-Przyszłam, żeby zapytać, czy według ciebie Douglas unieważni nasze małżeństwo i 

background image

co mogłabym zrobić, żeby zaczekał i dał mi szansę.

-Myśli o tym - spojrzał na nią uważnie. - Prosisz, więc powiem ci, co myślę. Douglas 

najprawdopodobniej   bardzo   poważnie   rozważa   możliwość   unieważnienia   ślubu. 

Można   powiedzieć,   że   dostał   porządnego   prztyczka   w   nos.   Jest   zły,   czuje   się 

zdradzony i chce oddać równą miarą. Jest uparty,  trudny i postępuje po swojemu. 

Widziałem dziś twoją siostrę, widziałem jak patrzył na nią Douglas... Nie ma wiele 

czasu. Jeżeli chcesz go zatrzymać, jeżeli ma być twoim mężem, musisz go uwieść. 

Musisz wejść do jego łoża i robić to dotąd, aż będziesz przy nadziei. Wtedy nie będzie 

mowy o unieważnieniu.

Bardzo powoli wstała, wpatrując się w szwagra w niemym podziwie.

- O ile wiem, Douglas od pewnego czasu nie miał kobiety. Prawdopodobnie da się 

złapać. Zrób to, Alex.

W tym przypadku cierpliwość nie jest zaletą. Nie bądź Penelopą.

Trzęsły jej się ręce. Wsadziła je w fałdy sukni. - Nic nie wiem o uwodzeniu.

Ryder roześmiał się. - Wszystkie kobiety rodzą się z wiedzą o uwodzeniu. Po prostu 

zdejmij przy nim ubranie. Doskonały początek. Rozumiesz, na czym polega seks i skąd się 

biorą dzieci, prawda?

W tym momencie ktoś zawołał. To był Douglas.

-Ryder! Chodź tu natychmiast!

-Pan i władca życzy sobie, żebym się stawił na wezwanie. Pewnie chce mnie wysłać z 

powrotem do Londynu.

- Przerwał i patrzył na swoją nową szwagierkę. - Alex, dobra z ciebie dziewczyna. Nie 

czas teraz na cierpliwość, musisz działać szybko. Jeżeli jesteś mądra, nalegaj, żeby

Tony i Melisanda zostali tu jeszcze przez jakiś czas. Porównania bywają pouczające, a 

mój brat nie jest w ciemię bity. Uwiedź go dziś wieczorem. Nie myśl o tym, po prostu to zrób. 

Mężczyzna może zmienić zdanie.

- Nie był tego do końca pewien, ale nie chciał jej zniechęcać.

Patrzyła   za   nim   w   milczeniu,   zastanawiając   się   nad   kiepskim   stanem   ogrodów   i 

swojego małżeństwa. Palce aż ją świerzbiły, żeby dotknąć żyznej ziemi. Dlaczego tak je za-

niedbano? Krzaki róż prosiły się o odchwaszczenie. Z uśmieszkiem pomyślała, że Douglas 

także potrzebował odchwaszczenia.

Przy   kolacji   Douglas   oświadczył:   -   Dostałem   list   od   zarządcy   naszej   plantacji   na 

Jamajce. Kłopoty w Kimberły Hall. Ryder wyjeżdża tam jutro rano.

-Jakie kłopoty? - zapytała Alexandra.

background image

-Grayson   pisze   o   dziwnych   rzeczach,   czarnej   magii,   wizjach   piekielnych, 

morderstwach i buntach niewolników. Wiesz o co chodzi.

-Grayson zawsze przesadza - stwierdził Ryder. - Jak mucha przeleci mu koło głowy, 

krzyczy, że to osa i że to posłanniczka szatana. Te opisy wydają się bardzo interesu-

jące, ale na ile znam Graysona, w grę wchodzi para hałaśliwych kotów i nic więcej.

- Ale to dobry człowiek i doskonały zarządca - powiedział Douglas.

Ryder pomyślał o dzieciach i zmarszczył brwi. Wszystko pozałatwiał na czas swojej 

nieobecności, ale i tak będzie mu brakowało tych małych diablątek.

-Wczesnym rankiem wyruszam do Southampton. Dzisiaj mam ostatnią okazję wkraść 

się w łaski mojej szwagierki. Podoba mi się twoją różowa suknia, Alex. Zawsze uwa-

żałem, że niektóre odcienie różu pięknie podkreślają kasztanowate włosy.

-O tak. - Tony zmarszczył brwi, patrząc na Alex, jakby widział ją po raz pierwszy w 

życiu.

-Sukienka   jest   stara   i   skrojona   jak   habit   -   powiedział   Douglas.   -   Jest   tak   samo 

niegustowna jak ta niebieska.

Kij od szczotki znowu zesztywniał.

Douglas uniósł dłoń. - Nie, nie powiedziałem, że kupię nową. Nie chcę żadnych uwag 

o przymilaniu się. To tylko luźna uwaga, że twój kobiecy wygląd jest niezbyt pociągający.

- To prawda, dama powinna starać się dobrze wyglądać. - powiedziała Melisanda.

Douglas spojrzał na nią. Wyglądała tak kobieco i niewymownie pięknie, że na chwilę 

odebrało mu mowę.

- Twój wygląd, Mellie - stwierdził Tony, pieszcząc jej ramię - sprawiłby, że nasz 

pożądliwy książę Jerzy pośliznąłby się na własnej ślinie.

Alexandra   wybuchnęła   śmiechem.   -   Chciałabym   to   zobaczyć.   Tony,   zabierzesz 

Melisandę do Londynu, żeby książę mógł ją zobaczyć i się pośliznąć?

-W swoim czasie - odrzekł. - W swoim czasie.

-Chciałabym jechać już teraz - powiedziała Melisanda.

- Masz tam dom, którego nigdy nie widziałam. Wydałabym bal i zaprosiła wszystkie 

ważne osoby.

-   W   swoim   czasie   -   powtórzył   Tony.   -   Najpierw   musisz   zobaczyć   Truskawkowe 

Wzgórze, posiadłość mojej rodziny w Cotswolds.

-Wspaniałe   miejsce   do   wychowywania   dzieci   -   powiedział   Ryder.   -   Douglas, 

pamiętasz jak zeskakiwaliśmy z gałęzi prosto do strumienia, wrzeszcząc ile sił?

-Tak, i jak gałąź załamała się pod Tonym.. Omal się wtedy nie utopił, bo uderzyła go 

background image

w głowę.

-Wolałabym Londyn - powiedziała Melisanda.

-Będziesz wolała to, co ja ci każę, Mellie - bardzo rzeczowo stwierdził Tony.

Głos Rydera szemrał niczym rzeczony strumień letnią porą. - Melisanda z pewnością 

wolałaby Londyn, ale tylko jeżeli Tony dzieliłby z nią jej radość. Ponieważ jednak on woli 

Truskawkowe Wzgórze, ona także będzie je wolała. Melisanda rozumie, że obowiązkiem i 

szczęściem żony jest okazywać  posłuszeństwo mężowi,  szanować go w każdym  słowie i 

każdym uczynku. Czyż nie, Alex?

Alex uśmiechnęła się. - Chciałabym zobaczyć tę gałąź, która uderzyła Tony'ego w 

głowę, tak że omal nie utonął.

- Ja także - piękne oczy Melisandy wyrażały ostrożność. - Ale wcześniej wolałabym 

zobaczyć Londyn, oczywiście z mężem.

Douglas   upił   łyk   czerwonego   wina.   Popatrzył   na   Rydera   znad   kryształowego 

kieliszka.

- Jak mówiłem - ciągnął Ryder. - Truskawkowe Wzgórze to wspaniałe miejsce do 

wychowywania dzieci. Tony wspominał kiedyś, że chciałby mieć przynajmniej ze sześcioro.

Tony, który jako żywo nie wyraził takiego pragnienia, uśmiechnął się, jakby już był 

kochającym rodzicem. Kątem oka spojrzał na Rydera, a potem na żonę. Oblała się rumieńcem 

i wyglądała na szczerze przerażoną. Odchrząknął i teatralnym szeptem zapytał: - I jak Mellie, 

po kolacji dalej próbujemy robić dzidziusia?

-Nie nazywaj mnie Mellie!

-Ale inne imiona, jakimi cię nazywam,  nie wydają mi się odpowiednie w jadalni. 

Oczy wiście, jeżeli wolisz, jeżeli nie krępują cię tu obecni, nie będę miał skrupułów. 

Co powiesz na słoiczek mio...

Melisanda zamknęła mu usta dłonią. Delikatnie ujął jej szczupły nadgarstek w swoje 

długie palce i odsunął. - Na czym to ja skończyłem?

- Tony, proszę.

Spojrzał na nią badawczo. - Powiedziałaś: proszę?

Skinęła głową.

Patrzył   na   nią   długą   chwilę,   po   czym   powiedział:   -   Jestem   z   ciebie   zadowolony, 

Mellie. Zjedz fasolkę, jest pyszna.

Alexandra   spojrzała   na   męża.   Wpatrywał   się   w   Melisandę   i   Tony'ego   ze 

zmarszczonym czołem. Ryder uśmiechał się nad zupą żółwiową.

Dwie godziny później Alexandra stała w swojej sypialni, wpatrując się w drzwi do 

background image

pokoju Douglasa. Ryder kazał go uwieść, powiedział, że wszystkie kobiety to potrafią. Za-

stanawiała się, czy Douglas ją wyśmieje, jeżeli spróbuje. Ryder kazał jej działać szybko. 

Mówił, że czas nagli, że nie może czekać jak Penelopa. Bardzo dobrze, zrobi to. Teraz. Póki 

ma jeszcze odwagę.

Wzięła świecę i podeszła do drzwi. Powoli je otworzyła.

background image

ROZDZIAŁ 9

Powoli   weszła   do   jego   sypialni.   Spojrzała   na   łoże   i   zdrętwiała.   Było   puste,   nie 

ruszone.   Zobaczyła   go   i   podeszła   po   cichutku.   Ogień   w   kominku   ledwo   się   tlił, 

ciemnopomarańczowy żar dawał niewiele światła i jeszcze mniej ciepła. Na stoliku, przy 

którym stał fotel, płonęły świece.

Douglas siedział  w fotelu.  Nogi wyciągnął  przed siebie i skrzyżował  w kostkach. 

Ciemnoniebieska koszula nocna rozsunęła się na boki, spod niej wystawały nogi - męskie, 

owłosione, mocne. Miał bose stopy, długie i wąskie, piękne bose stopy. Podbródek oparł na 

pięści.

Była śmiertelnie przerażona, ale wiedziała, że musi to zrobić. Może cała jej przyszłość 

z tym człowiekiem zależała od tego, co i jak zrobi w ciągu kilku następnych minut.

-Milordzie.

-Tak   -   Douglas   nawet   się   nie   poruszył,   ani   na   nią   nie   spojrzał.   -   Słyszałem,   jak 

wchodziłaś. Nigdy nie sądziłem, że będę musiał zamykać się przed kobietą. Czego 

chcesz?

-Chciałam... Zastanawiasz się co ze mną zrobić, prawda?

-Tak. Są i inne sprawy. Martwię się o Rydera. Podróż do Wschodnich Indii nie należy 

do bezpiecznych. Ale chciał jechać. - Odwrócił się do niej - Nalegał, żebym został i 

poukładał swoje sprawy. Uważa, że jesteś bardzo dobrą dziewczyną.

Nie odpowiedziała.

Spojrzał na nią. Zamyślił się nad czymś, palcami bezwiednie głaszcząc podbródek. - 

Twoja koszula wygląda jak koszula małej dziewczynki. Cala biała i tak wysoko pod szyję.

-Nie mam innych.

-Sumy, które będę musiał wydać na twój przyodziewek, przyprawiają mnie o zawrót 

głowy.

-Moja koszula jest zupełnie dobra. Ciepła i miła w dotyku.

-Jest dobra dla dziewicy.

-Cóż, przecież jestem dziewicą.

-Żadna szanująca się kobieta nie założyłaby czegoś takiego.

Alex westchnęła.

- Czego chcesz? Rozumiem. Przyszłaś prosić. Nadal chcesz mnie przekonywać, jaka 

to jesteś niezastąpiona.

Błagam, tylko nie obiecuj, że będziesz śpiewać wieczorami i przygrywać sobie na 

background image

fortepianie. Po kiego diabła zaplatasz włosy? Wyglądasz absurdalnie. Nie podoba mi się to.

Alex   nie   odrywała   od   niego   oczu.   Nie   pomyślała   o   warkoczu,   powinna   go   była 

rozpleść. Warkocz nie wygląda zbyt uwodzicielsko. Melisanda nigdy nie zaplatała włosów. 

Postawiła świecę na stoliku i zaczęła powoli rozplatać włosy. Palcami wygładziła rozluźnione 

sploty. On siedział i patrzył bez słowa.

Kiedy skończyła, włosy spływały luźno aż do pasa.

- Przerzuć trochę przez ramię.

Zrobiła, co kazał.

- Dobrze. Twoje włosy mają ładny kolor i przynajmniej zakrywają trochę tę okropną 

koszulę. Czego chcesz?

Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie. Albo zdobędzie się na odwagę i mu powie, 

albo może sobie iść. Niecierpliwił się. Patrzył na nią jak na intruza. To było zniechęcające.

- I? Dalej, mów. Przyjmę wszystko poza przymilaniem się i wdzięczeniem.

Wypaliła prosto z mostu, z brodą w górze, wyprostowana jak struna. - Przyszłam cię 

uwieść.

-Ach, ostatnia broń kobiety - powiedział. - Nie powinienem się dziwić, prawda? Sam 

przecież podpowiedziałem ci to dzisiaj rano. Powinienem był wiedzieć, domyślić się. 

Kiedy   wszystko   zawodzi,   zostaje   ciało.   Wystarczy   przeparadować   przed   nosem 

lubieżnego mężczyzny.

-Tylko że ja nie jestem pewna, jak się to robi.

-Gadanie.

-Może gdybyś mi trochę pomógł...

-Pozwól, że ci coś wyjaśnię, moja panno. Z całą pewnością nie wzięłaś tego pod 

uwagę. Nawet jeżeli wezmę twoje dziewictwo, i tak mogę unieważnić tę farsę. Rozu-

miesz mnie? Kto będzie wiedział? Może ty albo twoja rodzina rozgłosi całemu światu, 

że towar jest nieco przechodzony?

-Mówisz o mnie, jakbym była uszkodzoną paczką. To absurd.

-O   nie!   Dziewica,   która   straciła   cnotę,   jest   w   o   wiele   gorszym   położeniu   niż 

uszkodzona   paczka.   Wyobraź   sobie   swojego   ojca.   Byłby   wściekły,   ale   trzymałby 

buzię na kłódkę. Doskonale  by wiedział,  że gdybym  rozgłosił  wszem i wobec co 

zrobiłem, byłabyś skończona, a z niego wszyscy by się śmiali. A jeśli chodzi o mnie, 

cóż, nie straciłbym ani odrobiny szacunku.

-Ale dlaczego? To absurd! To niesprawiedliwe!

- Sprawiedliwość rzadko ma jakiekolwiek znaczenie. Pozostaje faktem, że mężczyźni 

background image

z naszej sfery nie kwapią się brać za żony kobiet, które przeszły już przez czyjeś ręce. Jeżeli 

którejś pannie przydarzy się potknięcie, trzyma to w tajemnicy, aż zdoła na dobre usidlić 

jakiegoś biednego głupca. Sama widzisz, że nikt się nie dowie, co zrobiłem lub czego z tobą 

nie zrobiłem. Jeżeli zechcę, będę mógł cię brać, jak długo będę miał na to ochotę.

-Nie wierzę, że mężczyźni są tacy podli, tacy okrutni wobec kobiet, które kochają.

-O tak, w grę wchodzi miłość, oczywiście. Ale nie w tym małżeństwie, chyba się ze 

mną zgodzisz? Jesteś obca, nic więcej. Obca...

-Mam   cię   uwieść   i   robić   to,   aż   zajdę   w   ciążę.   Wtedy   nie   będziesz   mógł   mnie 

unieważnić. Ale to właśnie problem.

Powiedział jej już, co miał powiedzieć, niczego nie krył, ale bez skutku. Wciąż nie 

mógł uwierzyć, że ta mała stoi tu przy nim, odziana tylko w swoją dziecinną koszulę, gołe 

stopy kuli z zimna i wygląda jak uosobieni ofiary. Ale była tu i wyglądała na zdecydowaną. 

Musiał przyznać, że nie jest tchórzliwa. A jaka? Co jest w stanie zrobić dla swojego ojca?

-Kto ci kazał tak zrobić?

-Ryder.

-Kochany braciszek. Uwielbia się wtrącać, niech go diabli, taka już jego natura.

-Ale nie miał czasu, żeby mi powiedzieć jak, to znaczy jak cię uwieść. Jestem twoją 

żoną, milordzie, chcę stać się twoją żoną, chcę spać w twoim łożu, aż pocznę dziecko. 

Nie chcesz dziedzica? Czy to nie dlatego wziąłeś żonę?

-Dlatego, ale ty nie jesteś tą żoną, o którą mi chodziło. Znudziło mi się powtarzanie w 

kółko tego samego.

-Dam ci dziedzica. Jestem młoda i zdrowa, mogę ci dać cały tuzin dziedziców.

-W   życiu   nie   słyszałem,   żeby   kobieta   proponowała   mężczyźnie,   że   zostanie   jego 

klaczą rozpłodową. Dlaczego, Alexandra? Jeszcze jedna umowa z łajdakiem tatusiem?

Do   diabła,   cholera   jasna.   Idź   spać.   Jesteś   małą   dziewczynką,   dziewicą.   Nie   mam 

ochoty nic ci pokazywać ani zabierać twojego dziewictwa. Jestem zmęczony. Odejdź.

Alex schyliła się, ujęła brzeg koszuli i ściągnęła przez głowę. Rzuciła ją na podłogę. 

Stanęła przed nim całkiem naga, z rękami przyciśniętymi do boków i głową uniesioną do 

góry. Patrzyła prosto w oczy swojego męża.

Douglasa   zmroziło.   Otworzył   usta,   zamknął   je.   Wpatrywał   się   w   żonę.   Nie   miał 

pojęcia, że jest tak dobrze zbudowana. Jej piersi... dobry Boże, nie przypuszczał, że...

-Dlaczego bandażujesz piersi?

-Niania mówiła, że są za duże, że chłopcy gapią się na nie i mówią brzydkie rzeczy. 

Wydawało im się, że skoro mam duże piersi, to nie jestem damą. Niania nauczyła 

background image

mnie, jak mam je bandażować.

-Twoja niania to głupia stara prukwa. Takie piersi to skarb. Nie bandażuj ich. Skoro 

już wiem, co masz, chcę je zobaczyć.

-Przecież widzisz.

-Tego   ranka,   kiedy   jeździliśmy   konno,   nie   domyśliłbym   się,   że   jesteś   tak   hojnie 

obdarowana przez naturę.

- Nie.

Zamilkł.   Patrzył   na  jej   piersi,   sterczące   i   bardzo   pełne,   tak   białe   jak   brzuch.   Nie 

zmieściłby ich w dłoniach. Palce go świerzbiły, a dłonie zrobiły się gorące.

Nie wiedziała,  jaka będzie jego reakcja, ale ta rozmowa  o piersiach,  obojętna jak 

wymiana nic nie znaczących uwag o pogodzie, była dla niej okropna. Podniósł rękę, potem ją 

opuścił. Wciąż na nią patrzył, a oczy mu jeszcze pociemniały. Zmusiła się, żeby stać bez 

ruchu.

- Różowy bardzo pasuje do rudego. Przez włosy prześwituje twoja różowa brodawka.

Chciała zwinąć się w kłębuszek i uciec stąd. Ale nawet się nie poruszyła. Cała jej 

przyszłość była w tym pokoju, rozstrzygała się w tej jednej krótkiej chwili. Ten mężczyzna to 

jej mąż, do którego należy bardziej niż należała do kogokolwiek przedtem.

Douglas   usiłował   zachować   zblazowaną   pozę.   Miał   doświadczenie   z   kobietami, 

przebierał w nich i wybierał, zawsze potrafił zachować spokój. Nie na darmo Ryder nazywał 

go zimną rybą, wszak potrafił się kontrolować. Ale nie teraz. Oprócz najpiękniejszych piersi, 

jakie kiedykolwiek widział, piersi niemal za dużych przy szczupłej sylwetce, miała wąską 

talię,   płaski   brzuch   i   miękkie   łono.   Jej   długie   nogi   były   pięknie   zaokrąglone,   a   tuż   pod 

pępkiem   miała   pieprzyk.   Wyglądała   przepięknie,   wcale   nie   jak   mała   dziewczynka.   Stała 

wyprostowana i nawet wysoka, chociaż wiedział, że jest nieduża. Znowu ten kij. Chciał ją 

poprosić, żeby się odwróciła, żeby mógł zobaczyć jej plecy i pośladki.

Boże! Co robić?

- Podejdź - powiedział, zanim zdążył się nad tym zastanowić i rozsunął nogi.

Stała między jego nogami, cicha i milcząca, z rękami nadal przyciśniętymi do boków. 

Nie dotknął jej, patrzył tylko i patrzył, teraz na brzuch. Więcej już nie mogła znieść, nawet 

ona sama nigdy nie patrzyła na swoje ciało tak, jak teraz ten mężczyzna.

Po kilku minutach, które trwały całą wieczność, Douglas uniósł głowę i spojrzał w jej 

twarz.

- Zadowoliłaś mnie. Twoje kobiece atrybuty podobają mi się. Czy możesz rozszerzyć 

nogi,   żebym   obejrzał   resztę?   Nie?   Nie   było   tego   w   planie   uwodzenia?   Jak   daleko   się 

background image

posuniesz, jeżeli nic nie zrobię? - Patrzył teraz na dogasający w kominku ogień. - Nic nie 

mówisz.

Stoisz już między moimi nogami. Sama nie potrafisz nic wymyślić?

Alex   podniosła   dłoń   i   zasłoniła   piersi,   a   drugą   zakryła   łono.   Wiedziała,   że   to 

bezsensowny gest, ale nie mogła już tak dłużej stać, naga i otwarta dla niego. Jego brak 

zainteresowania był oczywisty i tak bolesny, że nie była w stanie go znieść.

- Wiesz - powiedział, kierując na nią wzrok - mogę cię brać, kiedy tylko zechcę i 

zrobić tak, że nie poczniesz dziecka. Wyjdę z ciebie, zanim moje nasienie dostanie się do 

twojego ciała. Nie jestem chłopcem, jestem mężczyzną i umiem nad sobą panować. Nie patrz 

tak na mnie!  Nie! poczniesz dziecka,  jeżeli moje  nasienie nie dojdzie do twojej  macicy. 

Wezmę to, co mi dajesz, a i tak unieważnię małżeństwo. - Machnął ręką. - Jednak dzisiaj, 

kiedy   tak   stoisz   i   zakrywasz   się   rękami,   czuję,  że   nie   jestem   zainteresowany.   Nie   jesteś 

Melisandą, nie jesteś żoną, której pragnąłem. Odejdź.

Upokorzył ją. Upokorzył jak nikt przed nim. Bolało tak, że prawie nie mogła myśleć. 

Przegrała, a jego słowa wydarły dziurę w jej wnętrzu. Stała tuż przy nim. Nie odchodziła, bo 

nie dała rady się poruszyć. To koniec, odrzucił ją całkowicie. Nie był szczególnie okrutny, po 

prostu rzeczowy. Jasno wyłożył swoje uczucia. Choć w gruncie rzeczy mu się podobała, nie 

był zainteresowany, nie chciał nawet jej wziąć i porzucić. Wcale jej nie chciał. Ryder się 

mylił, źle ocenił uczucia brata. Nic więcej nie mogła zrobić.

Odsunęła się od niego. Czuła jak krew niemal rozrywa jej żyły. Uciekła z sypialni, 

uciekła od niego.

Wiedział, co zrobił. Wiedział, że ją odtrącił, że kopnął leżącego. Ale niech ją szlag, 

nie da się przekupić miłością, nie będzie go tym szantażować. Nie pozwoli żadnej kobiecie 

niczego sobie narzucać, żadna mu nie odbierze rozumu i zdrowego rozsądku, choćby miała 

nie wiadomo jakie piersi. Ale wyraz jej twarzy. Zaklął i zrzucił koszulę nocną. Wylądowała 

na krześle, obok jej koszuli. Zaklął raz jeszcze i wlazł do wielkiego łoża, dobrze otulając się 

kocem. Czuł się podle, ale nie miał zamiaru żałować. Zrobił, co chciał, i nikt go do niczego 

nie   zmusi,   a   już   na   pewno   nie   osiemnastolatka   z   najpiękniejszymi   cyckami,   jakie 

kiedykolwiek widział.

W środku nocy obudził się zlany potem. Leżał nieruchomo. Coś słyszał. Czekał, z 

oczyma utkwionymi w ciemność, już całkiem obudzony i czujny. Znowu usłyszał ten dziwny 

dźwięk, jakby kobieta płakała. Słyszał ją bardzo dobrze. Nie, to nie był płacz, raczej jęk, 

głęboki, nabrzmiały cierpieniem. Jęczała z bólu, był tego pewien, choć sam nie wiedział skąd. 

Zmarszczył brwi. To bezsens.

background image

To płacze Alexandra, bo pokazał jej, gdzie jest jej miejsce. Dąsa się. Plan się nie 

powiódł, a teraz chce go zmusić do litości. Krokodyle łzy, nic więcej. Jest mężczyzną, nie 

poruszą go łzy dziewczyny, dla której nie stracił głowy. Ale to nie był płacz... jęk, głęboki, 

głęboki ból. Zaklął i zrzucił koc.

Nagi podszedł do drzwi prowadzących do sąsiedniej sypialni i cichutko je otworzył. 

To   musiała   być   Alexandra,   to   na   pewno   była   ona.   Nie   odezwał   się,   a   drzwi   nawet   nie 

skrzypnęły, kiedy je otwierał.

Wszedł do sypialni. Promień księżyca świecił na łoże. Puste? Zaraz, tu jest, stoi po 

drugiej stronie, wpatruje się w łoże i jęczy tak cicho, bardzo cicho. Przysiągłby, że jej usta się 

nie poruszają, ale przecież wyraźnie słychać jęk. Płacze tak cicho. Jakim cudem usłyszał ją u 

siebie? Stała wtulona w swoje własne ramiona. Podniosła głowę i zobaczyła go.

Zamarła w bezruchu. Otworzył usta, ale nic nie powiedział. I wtedy ona znikła, jak 

biała mgła rozpłynęła się w nikłym świetle księżyca.

- O nie! - głośno oznajmił Douglas. - Co to, to nie! Do cholery!

Pobiegł na drugą stronę łóżka. Alexandry tam nie było. A niech to szlag, przyśniło mu 

się to. Czuł się winny i stąd te dziwne wizje.

Gdzie Alexandra? Musiał przyznać, że szybko się schowała. Niewiele miejsc musiał 

przeszukać. Zajrzał do szafy, nawet pod łóżko.

Nie było jej tam. Nigdzie jej nie było. Był środek nocy.

W myślach widział jej twarz, bladość, poniżenie. Jego okrutne, niedobre słowa zraniły 

ją   głęboko.   A   on   rzucił   jej   w   twarz   porównanie   z   siostrą,   kiedy   stała   tak   przed   nim 

nieruchoma, cicha i taka samotna. Uciekła od niego, odarta z wszelkiej godności, zraniona. A 

on jej na to pozwolił.

Do diabła.

Dzięki Bogu nie było jeszcze tak późno, jak mu się zdawało. Dopiero minęła północ. 

Ledwo zdążył zamknąć oczy i przespać parę chwil. Szybko się ubrał i po cichu zszedł na dół. 

Nie zapalał lampy, nie była mu potrzebna, W Northcliffe Hall znał każdy kąt. Ona nie. Było 

tu wiele kryjówek, ale ona ich nie znała. Nie, na pewno nie chciała tu zostać.

Nie zastanawiał się, skąd to wie. Otworzył masywne drzwi i wyszedł w ciemną, zimną 

noc. Srebrny księżyc przykryły gęste chmury, zanosiło się na deszcz. Powietrze było ciężkie i 

wilgotne.

Nie   pomyślał,   że   jest   zimno,   i   teraz   marzł.   Miał   na   sobie   tylko   koszulę,   obcisłe 

bryczesy z koźlej skóry i buty. Wiatr zrywał się coraz mocniejszy, szła burza.

- Alexandra!

background image

Wiatr szumiał w koronach drzew, zaskrzypiała  okiennica. Pobiegł w stronę stajni. 

Wyglądały na opuszczone, wszyscy stajenni już dawno spali. Cicho podkradł się pod boks 

Fanny. Zatrzymał się i zaświecił lampę wiszącą przy drzwiach. Podniósł ją.

Na widok światła Alex upuściła siodło. Nic nie widziała. Świecące prosto w oczy 

światło lampy zupełnie ją oślepiło.

- Kto to?

Najwyraźniej była przerażona. Dobrze jej tak, zasłużyła na to. Był na nią wściekły, 

wyciągnęła go z ciepłego łóżka. Co prawda obudził go ten koszmar, ale to i tak przez nią. 

Musiał jej szukać, denerwował się o nią, ba, niepotrzebnie cierpiał i czuł się winny.

- Kto tam jest?

Opuścił lampę. - Tylko spróbuj się poruszyć, a obiję cię - powiedział, zbliżając się do 

niej. Garth zarżał, rozpoznając pana. Odpowiedziało mu rżenie Fanny.

- Zdejmij uzdę.

-Nie - odpowiedziała, przyciskając siodło do piersi. Ciążyło jej i chciała je odłożyć, 

ale teraz już nie mogła.

-Zamierzałaś ukraść klaczkę mojej siostry?

-Nie. Tylko pożyczyć. Zwróciłabym za jakiś czas.

- Odłóż to przeklęte siodło, zanim ci odpadną ręce.

W odpowiedzi Alex przerzuciła siodło przez grzbiet Fanny. Klaczka podniosła ogon i 

wyciągnęła   pysk,   chcąc   capnąć   ją   za   ramię.   Na   szczęście   dziewczyna   zdołała   w   porę 

uskoczyć.

-Możesz mi powiedzieć, dokąd to się wybierałaś?

-Do domu. Teraz już sobie pójdziesz? Wyjeżdżam, możesz unieważnić małżeństwo, 

nie obchodzi mnie to! Słyszysz, nie obchodzi! Idź sobie!

Oparł się o drzwi do stanowiska Gartha i skrzyżował ramiona na piersiach.

-Różne rzeczy przychodziły mi do głowy, ale nie to, że jesteś głupia. Jednak fakty 

mówią za siebie. Jesteś niewiarygodnie głupia, jesteś jołopem. Miałaś zamiar jechać 

konno do samego Harrogate?

-Tak, ale bardzo wolno i wyłącznie  nocami.  Wzięłam też pewną sumę  z sejfu na 

twoim biurku.

-Głupia i nieuczciwa.

-Muszę jeść. Zwróciłabym.

-O tak, twój tatko siedzi na forsie. Chyba powinienem cię obić.

Oto gniew mężczyzny, pomyślała. Mało mu było, że ją upokorzył, teraz jeszcze chciał 

background image

ją obić. Tłuc do nieprzytomności, aż będzie krwawić? Może batem?

- Dlaczego się obudziłeś? Byłam bardzo cicho.

Zmarszczył   brwi.   -   Po   prostu   się   obudziłem.   Mam   lekki   sen.   Nie   zapominaj,   że 

służyłem w wojsku. - Kłamał, bo zwykle spał jak zabity. Pewnego razu omal przez to nie 

zginął. Dzięki Bogu, był przy nim wierny Finkle. - Mam lekki sen i słyszałem każdy twój 

ruch.

Zachodziła   w głowę,   jak  to   możliwe.   Przecież  ona  sama   ledwie   się  słyszała.   Ale 

najwyraźniej słyszał ją i śledził aż tutaj. Bóg raczy wiedzieć po co.

-Kogóż obejdzie, jeżeli wyjadę? Nie chcesz mnie. Jestem ci obca i zdradziłam cię tak 

samo jak Tony. Wyjeżdżam więc i już nigdy nie będę ci przeszkadzać. Czyż nie tego 

właśnie chcesz?

-Powiem ci, czego chcę, kiedy będę miał na to ochotę. Masz nic nie robić, dopóki ci 

nie każę!

-Absurd! Mam czekać jak niewolnica, aż zdecydujesz się mnie pozbyć? Niech cię 

szlag, drogi lordzie, to ciebie należałoby obić!

Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Zanim zdążył zareagować, złapała oparte 

o ścianę grabie i podbiegła do niego, trzymając je oburącz nad głową. W ostatniej sekundzie 

opuściła je niżej, i niczym rycerz lancę wepchnęła mu w brzuch. Uderzyła z taką siłą, że 

zatoczył się i upadł na plecy. Stłukła lampę i stajnia pogrążyła się w ciemnościach.

Wstał. Brzuch bolał go tak, jakby był przedziurawiony na wylot. Fanny parsknęła mu 

prosto w twarz, niemal go tratując kopytami. Odskoczył w ostatniej chwili. Zobaczył tylko tą 

przeklętą  dziewuchę  na  oklep, z  rozwianymi  włosami,  jak nisko pochylona  nad końskim 

grzbietem gnała przed siebie, jakby gonił ją sam diabeł.

Zaraz   będzie   gonił.   Douglas   nie   mógł   uwierzyć,   że   zrobiła   mu   coś   takiego.   Był 

wściekły, aż się cały gotował. Wziął głęboki oddech, wyprowadził Gartha z zagrody i szybko 

go osiodłał.

Miał zamiar ją zabić, jak tylko ją dogoni.

Alexandra pędziła jak szatan. Jeździła doskonale, a dotyk końskiego grzbietu dawał jej 

poczucie panowania. Nie potrzebowała siodła, zwłaszcza takiego, na jakim zwykły jeździć 

damy.

Przytuliła twarz do szyi Fanny i szeptała jej słowa zachęty, nogami mocno ściskając 

grzbiet. Klacz przyśpieszyła. Czuła jej ciepłą szyję, czuła, że zwierzę daje z siebie wszystko. 

Alex poddała się rytmowi jej kroków, szybszych od wiatru.

Dopiero   po   dobrych   pięciu   minutach   zastanowiła   się,   co   ma   teraz   robić.   Furia, 

background image

poniżenie, pogodzenie z przegraną sprawiły, że działała pod wpływem emocji. Po kolejnej 

minucie słyszała już za sobą ciężki krok Gartha.

Ogier był szybki, silny i szybki, ale nie brutalny, nie taki jak byłby jego pan, gdyby ją 

złapał. Ale po co ją ścigał? Męska duma? Oburzenie, że ktoś ośmielił się przeciwstawić woli 

jego lordowskiej mości?

Pokręciła   głową.   Nie   będzie   się   nad   tym   zastanawiać,   nie   będzie   roztrząsać   jego 

motywów. Tak, nie chciała tego robić. Nie chciała uciekać całkiem sama, narażona na ataki 

wszelkich   napotkanych   po   drodze   szumowin.   Ale   nie   była   głupia.   Naprawdę   zamierzała 

jechać nocami, a trzy dni, bo na tyle obliczała drogę do domu, spędzić w ukryciu. Wzięła 

dziesięć funtów z jego pieniędzy,  na pewno wystarczy na jedzenie. Nie, nie była  głupia. 

Zamierzała   być   bardzo   ostrożna.   Może   to   właśnie   dlatego   jechał   za   nią?   Mężczyźni   nie 

wierzą, że kobiety są w stanie same czegoś dokonać. Pewnie wyobrażał ją sobie okradzioną, 

zagubioną, z lęku odchodzącą od zmysłów. Pewnie przyszło mu do głowy, że jego reputacja 

ucierpiałaby,  gdyby coś się przytrafiło  jego żonie - wciąż była  jego żoną. Ach tak, jego 

zbiegłej żonie. Cóż za cios dla jego dumy, wszyscy dżentelmeni unosiliby brwi z dezaprobatą.

Deszcz spadł niespodziewanie. Grube, zimne krople w jednej chwili schłodziły jej 

ciało i myśli. Głośno łapała powietrze. Tego nie było w jej planach. Nawet nie przyszło jej do 

głowy. Może miał rację, może była głupia.

Potrząsnęła głową. Wielki mi deszcz! Nie rozpuści się, nie jest z cukru. Da sobie radę. 

Jak żyła osiemnaście lat, tak ani dnia nie chorowała. Jeżeli udało jej się zwieść Douglasa, 

wszystko jej się uda.

Był coraz bliżej. Czuła go, słyszała kopyta Gartha. Odwróciła się i zobaczyła, że jest 

na zakręcie, tak jak i ona. Nie widział jej - może to ostatnia szansa? Szybko zboczyła z drogi i 

wjechała w klonowy zagajnik. Ześliznęła się z Fanny i nakryła dłonią jej nozdrza, żeby nie 

rżała do Gartha. Sama wstrzymała oddech.

Przejechał   obok.   Jak   pięknie   wyglądał   na   szerokim   grzbiecie   Gartha;   taki   silny   i 

zdecydowany nawet w strugach deszczu. Mogłaby go podziwiać i ufać mu. Podziwiałaby go, 

gdyby tylko nie miała tak wielkiej ochoty go zabić.

Dobrze,   wystrychnęła   go   na   dudka.   Pod   drzewami   deszcz   nie   był   już   tak   gęsty. 

Poklepała Fanny po szyi. - Będzie dobrze, malutka. Nie jestem głupia, nic ci przy mnie nie 

grozi.   Jestem   samodzielna   i   choć   może   niewiele   w   świecie   bywałam,   wiem   co   robić. 

Będziemy bezpieczne. Spodobają ci się stajnie w Claybourn, są prawie puste i żaden głupi 

ogier nie będzie cię tam dręczył.

Przytrzymując   się   gęstej   grzywy   Fanny,   wskoczyła   na   grzbiet.   Skierowała   się   z 

background image

powrotem na drogę. Musi uważać. Jeżeli Douglas zawrócił, może wpaść wprost na niego. 

Trzymała się blisko pobocza, tak żeby w razie czego szybko ukryć się między drzewami.

Nie przestawało padać, robiło się coraz zimniej.

Musiała zwolnić, bo Fanny była zmęczona.

Gdyby nie jej czujność, nie zauważyłaby go.

background image

ROZDZIAŁ 10

Wypadł z drzew, wrzeszcząc jak szalony, wielki i straszny na grzbiecie stającego dęba 

Gartha. Po chwili opanował konia i uśmiechnął się do niej złośliwie. - Mam cię - w jego 

głosie wściekłość walczyła o lepsze z satysfakcją.

Zatrzymała   Fanny   i   patrzyła   na   niego,   nie   schodząc   z   konia.   -   Próbowałam   - 

powiedziała   cicho.   -   Naprawdę   próbowałam,   ale   nie   mogłam   dłużej   kryć   się   między 

drzewami. Robiło się coraz zimniej. Nasłuchiwałam, dlatego jechałam tak wolno. Bałam się, 

że zawrócisz i wpadnę prosto na ciebie. Ale ty jesteś bardzo sprytny, milordzie. Po prostu 

zastawiłeś na mnie pułapkę.

Nie odpowiedział, patrzył tylko na nią.

Wysunęła brodę do przodu. - Ja nie wracam.

-Zrobisz dokładnie to, co ci każę, moja damo.

-Mówisz od rzeczy.  Nie chcesz mnie.  Chodzi ci o to, żeby mnie  jeszcze bardziej 

upokorzyć? Zawlec mnie do Claybourn Hall ze sznurem na szyi i oddać mojemu ojcu? 

Rozgłosić   wszem   i   wobec,   że   nic   nie   jestem   warta,   że   nie   zasługuję   na   twoje 

zainteresowanie? Nie wiedziałam, że jesteś aż tak okrutny.

Douglas zmarszczył brwi. Jego gniew był słuszny, w pełni usprawiedliwiony, mimo to 

ta   kobieta   robiła   z   niego   potwora.   Był   mężczyzną,   wykształconym,   elokwentnym   i   miał 

dobrze poukładane w głowie. Jeszcze nigdy żadnej kobiecie nie udało się coś takiego, ale jej i 

owszem, bez najmniejszego wysiłku. Nie, tego nie wytrzyma, trzeba to przerwać, i to już.

-Jedziemy - oświadczył. - Wracamy do Northcliffe Hall.

-Nie.

-A jak mnie powstrzymasz? Zawlokę cię z powrotem. Może znowu szykujesz jakieś 

grabie? Nie próbuj niczego. Tym razem ci się nie uda, nie będę tolerował przemocy. 

Posłuchasz mnie i będziesz cicho. Jedziemy.

- Nie.

Alexandra wbiła obcasy w tłuste boki Fanny. W tym momencie ziemia aż zadrżała, a 

ciemne niebo przecięła błyskawica. Piorun uderzył w klon.

Podskoczyła w siodle i omal nie spadła. Była tak zaskoczona i przerażona, że nie 

wierzyła własnym oczom. Piorun odłamał potężny konar, który zwalił się z trzaskiem wprost 

pod kopyta Gartha. Oszalały ze strachu ogier zarżał głośno, okręcił się wokół własnej osi i 

zaplątał w listowie.

Douglasa aż wyrzuciło z siodła. Wylądował na poboczu i nie ruszał się.

background image

Alex   wydała   przeraźliwy   okrzyk   i   w   sekundzie   była   przy   nim.   Na   klęczkach 

próbowała osłonić go przed deszczem.

Nadal się nie poruszał. Wreszcie znalazła tętno. Biło. Przykucnęła przy nim.

- Ocknij się, niech cię szlag! Douglas! - Potrząsała nim i uderzała w twarz. - Ocknij 

się! To nieuczciwe! Przecież nie mogę cię tak zostawić! Wstawaj!

Leżał nieruchomo, nie otwierał oczu. Zobaczyła, że zza lewego ucha sączy mu się 

krew. Upadając uderzył w kamień.

Nieświadomie kołysała się nad nim, tak przerażona, że wydawało jej się, iż zaraz się 

zakrztusi. - Nie leż tak! Wstawaj! Douglas!

Musiała   coś   zrobić,   musiała   być   silna.   Douglas   jej   potrzebował.   Ale   co?   Konie 

uciekły, pewnie do stajni w Northcliffe. Byli sami, padało jak sto diabłów... Douglas leżał bez 

czucia, może umierał.

Co robić?

Własnym   ciałem   osłoniła   jego   twarz   przed   deszczem.   Gdyby   tylko   odzyskał 

przytomność. A jeżeli nie? Jeżeli będzie tak leżał, aż umrze?

Nie, nie zgadza się na to, nie pozwala! Musi coś zrobić.

Tylko co? Nie da rady go nieść, mogłaby co najwyżej ciągnąć po ziemi, ale dokąd?

Kołysała jego głowę w objęciach, chroniąc go, jak tylko mogła. Zmarzła tak, że już 

nie czuła własnego ciała ani zimna.

- Boże, czy ta kobieta zamierza mnie zadusić?

Zastygła w niedowierzaniu. To naprawdę jego głos? Zirytowany, zniecierpliwiony, ale 

jego? Spojrzała w dół. Otworzył oczy!

Jego twarz otaczała gęsta i mokra zasłona z jej włosów.

-Douglas, nic ci nie jest?

-A jakżeby inaczej. Głowa mnie boli jak diabli, ale poza tym w porządku... - Przerwał, 

z  nosem  o  kilka  centymetrów   jej   nosa.   -  Co  prawda  wolałem  tak   leżeć   z  twarzą 

pomiędzy twoimi piersiami.

Patrzyła na niego bez słowa. Nie umrze! Był zbyt niegodziwy, zbyt nierozsądny, zbyt 

bezczelny, żeby umrzeć. Uśmiechnęła się i powiedziała: - Konie uciekły. Jesteśmy sami, nie 

wiem jak daleko od domu. Mocno pada. Za lewym uchem masz krew, uderzyłeś się o kamień, 

bardzo mały, ale jednak kamień. Stąd ta krew. Byłeś nieprzytomny jakąś minutę lub dwie. 

Jeżeli   ci   pomogę   wstać,   przemokniesz   do   suchej   nitki.   -   Nie   wiedziała,   co   jeszcze   ma 

powiedzieć, patrzyła tylko na niego.

Douglas w milczeniu obmacywał swoje ciało. Tylko głowa bolała, ale nie tak znowu 

background image

strasznie, po prostu czuł porządne łupanie.

- Wstawaj - powiedział do siebie.

Usiadł,   na   chwilę   opuścił   głowę,   potem   ją   wyprostował   i   rozejrzał   się   dokoła.   - 

Widzisz tę wąską ścieżynkę? Jesteśmy niedaleko zagrody mojego gajowego. Nazywa się Tom 

O’Malley i ze wszystkich moich ludzi on jeden nie zemdleje, kiedy o dwunastej w nocy 

zapukamy do jego drzwi w tak pożałowania godnym stanie. Pomóż mi wstać i idziemy.

- Za daleko jesteśmy od domu, żeby wracać pieszo.

Przyszło   mu   do   głowy,   że   Alexandra   przed   chwilą   nazwała   Northcliffe   domem. 

Głupia myśl. Nie powinna tego powiedzieć. To nie był i prawdopodobnie nigdy nie będzie jej 

dom.

Nie odzywał się, aż stanął na nogach. Poczuł lekki zawrót głowy, nawet więcej niż 

lekki. - Muszę się na tobie wesprzeć. Jesteś dość silna, żeby mnie podtrzymać?

-   Oczywiście.   -   Otoczyła   go   ramieniem   w   pasie.   Przez   krople   gęsto   padającego 

deszczu popatrzyła w górę. - Jestem gotowa. Nie pozwolę ci upaść.

Głowa go bolała, było mu zimno i niedobrze. Spojrzał w dół, na tę drobną kobietkę 

uginającą   się   pod   jego   ciężarem,   próbującą   ze   wszystkich   sił   utrzymać   go   prosto.   Nie 

wytrzymał. Roześmiał się. - Prawdziwy Herkules, nie do wiary. Tędy.

Upadł i pociągnął ją za sobą.

- Mam nadzieję, ze to nie pokrzywy - powiedziała zdyszana, odsuwając podejrzane 

liście. - Dobrze się czujesz? Przepraszam, że upadliśmy, ale to przez te przeklęte chwasty.

Chciało mu się wymiotować, ale powstrzymał się, choć robiło mu się coraz bardziej 

niedobrze. Klęczał przez chwilę. Wiedział, że musi wstać, że się nie podda, nie zhańbi się. 

Wstał, cały blady, zaciskając usta. - Nie, to nie była twoja wina. To ja cię pociągnąłem. Boli 

cię coś?

-Nie - powiedziała wstając. Trzęsła się z zimna

-To   nie   pokrzywy,   dzięki   Bogu,   bo   już   by   nas   swędziało.   Pospieszmy   się,   to 

niedaleko.

Domek O'Malleya stał na końcu wąskiej ścieżki, w samym środku niewielkiej polanki. 

Skromny, drewniany dom człowieka ceniącego sobie prywatność, bardzo zadbany, jak całe 

podwórze. Niedawno go pomalowano, a po ścianach pięły się róże i kapryfolium. Alexandre 

wydawał się bardzo duży i ciemny niczym grób.

- Nie chcę, żeby nas zastrzelił - powiedział cicho Douglas i zaczął lekko stukać w 

drzwi. - Tomie O'Malley! - zastukał mocniej. - To ja, lord Northcliffe, obudź się człowieku!

Alexandra nie wiedziała, kogo się ma spodziewać, ale pewnością nie mężczyzny w 

background image

średnim wieku, całkowicie branego i nie bardzo zdziwionego obecnością swego pana tak 

dziwnej porze. Miał bardzo długi i bardzo cienki nos, tory poruszał się, gdy Tom mówił 

niskim głosem.

- Ano rzeczywiście, to lord. A to pewnie wasza nowa rabina? A juści, Willie stajenny 

mówił mi o niej, że dobrze siedzi na koniu. Witam panią hrabinę. W te pędy rozniecę ogień, 

to się ogrzejecie. Najważniejsze to nie siedzieć na mokrym. Podłoga wyschnie, toć to drewno. 

Zachodźcie, nie stójcie tak na deszczu.

- To Tom O’Malley - wyjaśnił Douglas. - Razem matką przyjechał do Northcliffe 

jakieś dwadzieścia pięć lat temu.

- Ano, milordzie. Dwadzieścia sześć. Milordzie, macie krew na twarzy. Potłukliście 

sobie   głowę.   -   Wyręczając   Alexandre,   prowadził   Douglasa   do   fotela   stojącego   przed 

kominkiem. - Rozprostujcie kości, pani hrabino - zwrócił się do Alexandry.

Kapała z niej woda, a stała tuż obok pięknego, ręcznie danego chodniczka z bawełny. 

Odsunęła się i powiedziała: - Jakie to śliczne.

-A juści, to moja matka zrobiła własnymi rękami, i tak, to była wspaniała kobieta. 

Podejdźcie i osuszcie się kapkę. Zaraz przyniosę suche ubranie. Nic nadzwyczajnego, 

ale suche.

-Jego lordowska mość j ja będziemy panu bardzo wdzięczni.

Zwróciła się do siedzącego przy kominku Douglasa. - Głowa jeszcze cię boli?

Spojrzał na nią. - Dorzuć do ognia, proszę. Zrobiła co kazał, a potem wytarła dłonie w 

mokrą spódnicę. Zmierzył ją wzrokiem.

- Musiałem się tylko przekonać, że naprawdę jestem z tobą w środku nocy w domku 

mojego gajowego. Tego nie ma nawet na liście moich najgorszych koszmarów.

Broda znowu powędrowała do góry, a kij od szczotki w plecach cały zesztywniał. - 

Nie byłoby cię tutaj, gdybyś nie był taki uparty. I gdybyś lepiej panował nad koniem.

Nieźle,   całkiem   nieźle.   Chciał   jej   oddać   równą   miarką,   ale   czuł   się   zbyt   podle. 

Powiedział tylko: - Nie zadzieraj ze mną. Siedź cicho i przysuń się do ognia. Nie patrz na 

mnie, jakbym wydawał ostatnie tchnienie. Głowa nie boli mnie już tak bardzo. O, jest Tom z 

suchymi ubraniami.

Zniknął w małej sypialni, żeby się przebrać. Kiedy wyszedł, uśmiechnęła się. Był taki 

piękny w spodniach domowej roboty i białej płóciennej koszuli. Spodnie były bardzo ciasne i 

ze wstydem musiała w duchu przyznać, że patrzyła na nie nieco dłużej niż przystało damie. 

Nie zawiązał dobrze koszuli pod szyją, a ona na moment zapomniała, że jest cała mokra i 

zmarznięta.

background image

-   Twoja   kolej.   Wyglądasz   żałośnie.   Nie   muszę   mówić,   ze   Tom   nie   ma   sukien. 

Będziesz moim bliźniakiem, że tak powiem.

Za niespełna dziesięć minut lord i lady Northcliffe siedzieli na grubo ciosanej ławce w 

domku swego gajowego, odziani w jego ubrania, sącząc najlepszą herbatę, jaką kiedykolwiek 

pili.

Ich   ubrania   suszyły   się,   porozwieszane   we   wszystkich   możliwych   miejscach.   Po 

chwili hrabia odezwał się: - Dziękujemy za twoją gościnność. Jeżeli masz dodatkowe koce, 

jej lordowska mość i ja prześpimy się na piecu.

Tom O’Malley aż zbladł, słysząc te słowa. - O nie, milordzie! Nigdy! Nie proście o 

taką okropną rzecz. Moja słodka matka zeszłaby ze swego niebieskiego domostwa i tak mnie 

walnęła w nos, aż bym się krwią zalał!

Hrabia   się   upierał.   Alexandra   patrzyła   na   nich   i   chciało   jej   się   śmiać.   Douglas 

wiedział, że musi ustąpić. Tom błagał.

- Proszę milordzie, nie róbcie mi tego. Moja droga matka patrzy na mnie z nieba i 

krzyczy mi do ucha.

Douglas ustąpił. Głowa bolała go nie do wytrzymania a Alexandra ledwo trzymała się 

na nogach. Udali się do sypialni Toma.

-Ta koszula sięga ci do kolan - powiedział przez wąskie łóżko. - Może ci służyć za 

koszulę nocną.

-I będzie mi służyć! Boisz się, że znowu stanę przed tobą naga? A może jeszcze będę 

cię prowokować?

Potrząsnął głową. - Chyba nie dałabyś rady - wzruszył ramionami, nie patrząc na nią. - 

Zresztą, robisz rzeczy, których nie sposób przewidzieć.

- Nie musisz się martwić, że zrobię teraz coś nieoczekiwanego. Wkrótce się mnie 

pozbędziesz. Już nigdy tak cię nie zdegustuję.

- Nie byłem zdegustowany.

Prychnęła   tak   głośno,   że   aż   się   roześmiał.   -   Mam   zamiar   nie   zdejmować   koszuli 

Toma, aż się rozleci.

- Takie poświęcenie chyba nie będzie konieczne.

-   Mam   nadzieję.   -   Pokiwała   głową,   rozglądając   się   po   maleńkim   pokoiku.   Był 

czystszy niż jej sypialnia w Claybourn Hall, a skromne umeblowanie utrzymywano w wiel-

kim porządku. Jasnoniebieska włóczkowa kołdra była bardzo miękka.

Rozpięła pasek i zaczęła rozwijać nogawki spodni. Były zawinięte co najmniej osiem 

razy i chichotała, zanim skończyła rozwijanie, zapominając na chwilę, gdzie jest i co zrobiła.

background image

-Tom jest bardzo wysoki, ale taki kościsty, że wszędzie na mnie pasują. - Zerknęła na 

Douglasa, który ściągnął koszulę przez głowę i miał właśnie rozpiąć spodnie. Za-

uważył jej spojrzenie.

-Wielkie nieba - powiedział i palcami zdusił płomyk świecy. - Nie mam zamiaru tak 

cię szokować, jak ty mnie zaszokowałaś. Czy kobiety naprawdę sądzą, że mężczyźni 

nie   są   zażenowani,   kiedy   one   ich   uwodzą?   Nieważne,   nie   odpowiadaj.   W 

przeciwieństwie do ciebie, rozbiorę się po ciemku.

Kiedy   już   leżeli   na   plecach   w   bardzo   wąskim   łóżku   Toma   O'Malleya,   Alexandra 

powiedziała: - Tom nie był bardzo zdziwiony widząc nas.

- Tom pochodzi z flegmatycznego rodu O'Malleyow.

To dobry człowiek, chociaż łóżko ma kiepskie. Jest równy ze mną, a łóżko jest za 

krótkie. Dopilnuję, żeby dostał nowe. Przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić.

Poruszył się i zaklął, kiedy jego łokieć ugodził ją głowę.

-Do diaska, kobieto. Chcesz się rozchorować i umrzeć? Masz mokre włosy, rozłóż je 

na poduszce. - Kiedy Alexandra posłusznie rozkładała włosy na poduszce, mruczał 

coś pod nosem o głupich kobietach.

-Nie mów tak do mnie.

-Bądź cicho, ja ci rozłożę te przeklęte włosy. - Czuła jego ciepły oddech na policzku. 

Długimi palcami delikatnie rozplątywał jej włosy i rozkładał pojedyncze kosmyki na 

poduszce. - No już - powiedział znudzonym  głosem. - Śpij już, jestem zmęczony. 

Całkiem mnie wykończyłaś.

Co robić? To pytanie dręczyło Alexandre, aż zapadła w sen u boku swojego męża.

Douglas  obudził   się bardzo  gorący i  bardzo  podniecony  z twardym,  nabrzmiałym 

członkiem. Przez chwilę nie bardzo wiedział, gdzie jest. Nigdy przedtem nie czuł tak nie-

przepartego, ślepego i nie zważającego na nic pożądania. Policzek Alexandry dotykał jego 

nagiego ramienia, jej noga leżała na jego brzuchu. Płócienna koszula zawinęła  się i czuł 

każdy centymetr jej rozgrzanego ciała. Chciał dotykać jej piersi, czuć ich miękkość. Widział 

ją, jak stała przed nim naga, z zaciśniętymi pięściami, a on... no cóż, poniżył ją.

Źle wyszło. Ale cóż miał zrobić? Biorąc, co mu dawała, przyznałby, że się poddał i ją 

przyjmuje, że jej przeklęty tatuś wygrał, i wszystko tylko dlatego, że rozebrała się do gołego i 

pozwoliła mu się oglądać? Dawała mu siebie. Zaklął, ale wcale mu to nie pomogło. Czemu 

nie?  Przytulała  się  do niego  prawie  naga.  Czemuż  miałby  jej  nie  pożądać?  Był   przecież 

normalnym mężczyzną. Poddał się, nic mego nie było ważne. W ciemnościach, całkiem sami 

od obcym dachem, o który bębnił deszcz, byli tak daleko od wszystkich spraw ważnych, nie 

background image

cierpiących włoki i rzeczywistych. Na chwilę można o wszystkim zapomnieć.

Odwrócił  się do niej i pieścił  jej piersi. Zajęczała.  Niski, miękki  głos sprawił, że 

zamarł w bezruchu, ale już za chwilę jego serce biło jak szalone. Chciał w nią wejść, a niech 

to! Pieścił ją i klął. Szybko rozwiązał koszulę i opuścił ją do pasa. Dlaczego się nie obudziła? 

Ledwo ją widział w ciemnościach, ale wiedział, że ma wspaniałe piersi. Chciał ją dotykać, 

smakować, czuć. Nie myślał o konsekwencjach, po prostu opuścił głowę i całował jej piersi. 

Była słodka, tak gorąca i słodka, że nie mógł tego znieść.

Na chwilę uniósł głowę, a ona znowu zajęczała. Całował jej szyję, a dłońmi pieścił 

piersi. Chciał jej ust, chciał, żeby jęczała w jego usta, żeby napełniła go pasją, którą w niej 

wzbudzał. Zbliżając swoje usta do jej ust, czuł jak bardzo jest gorąca. Płonęła pożądaniem, 

pragnęła go. Znowu zajęczała.

Był jak szalony, napierał na jej uda. Czemu się nie budziła?

- Zdejmę tę idiotyczną koszulę.

Zajęczała, a on spojrzał na nią uważnie. Z całą pewnością jęczała z pożądania.

- Alexandra - powiedział cicho i lekko dotknął dłonią jej policzka. Aż parzył.

Przez chwilę nie chciał w to uwierzyć. Alexandra znowu mknęła i odsunęła się od 

niego. Dobry Boże, nie jęczała pożądania, nie próbowała go uwieść. Jęczała, bo płonęła w 

gorączce!

Poczuł się jak zwierzę, podły jak diabeł z samego dna piekieł, a jednocześnie omal nie 

wybuchnął śmiechem, że tak się dał oszukać. Potrząsnął głową. Nie ma się co śmiać, Alex 

jest poważnie chora. Pożądanie znikło tak samo nagle, jak się pojawiło. Znowu panował nad 

sobą. Widział już wielu ludzi trawionych gorączką po bitwach. Wielu umarło. Zbyt wielu. Ale 

przynajmniej wiedział, co robić. Na dworze nadal lało jak z cebra. Nie sposób ściągnąć tu 

lekarza. Musiał radzić sobie sam. Wstał i poszedł do pierwszego pokoju.

-Tom! - zawołał cicho.

-Coś się stało, milordzie?

-Tak. Jej lordowska mość jest chora. Potrzebuję trochę zimnej wody, żeby obniżyć 

gorączkę, i jakichś ziół. Masz jakieś specjalne wywary, które mogłyby jej pomóc?

Tom nie miał żadnych wywarów, ale miał doskonałą herbatkę ziołową matki.

Douglas wrócił do sypialni ze świecą w dłoni i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że 

poszedł do Toma całkiem nago. Pokręcił z dezaprobatą głową, odstawił świecę na stolik i 

szybko   wciągnął   spodnie.   Dotknął   jej   policzków,   potem   ramion.   Była   cała   zlana   potem. 

Ściągnął z niej mokrą koszulę. Nim minęło kilka chwil, przyszedł Tom z miedniczką zimnej 

wody i miękkim ręcznikiem.

background image

Douglas ułożył  prosto jej nogi i ręce i zaczął metodycznie wycierać cale jej ciało 

ręcznikiem namoczonym w zimnej wodzie. Kiedy chłodny ręcznik dotykał jej twarzy, pró-

bowała ją odwracać, ale przytrzymywał ją, mówiąc: - Nie, Alexandra. Nie ruszaj się, jesteś 

chora. Nie ruszaj się.

Wiedział, że go nie rozumie, wytarł jej twarz i przytrzymał mokry ręcznik na kilka 

chwil, a ona wtulała się weń.

- Tak, gorąco ci. Obiecuję, że nie przestanę, że będę cię wycierał. Przynajmniej raz mi 

zaufaj.

Ręcznik powędrował z jej szyi na ramiona. Był bardzo nagrzany, musiała mieć bardzo 

wysoką temperaturę.

Przewrócił ją na brzuch i wycierał dalej. Starał się na nią nie patrzeć, starał się nie 

myśleć, jak się czuł, kiedy na nią patrzył, nie dopuszczał do siebie myśli, że jego członek 

nadal jest twardy, choć ona leży w gorączce i nie jest na niego gotowa, że prawdopodobnie 

nawet gdyby nie była chora, to i tak by go nie chciała.

- Alexandra - powiedział. - Posłuchaj mnie. Jesteś chora, ale zrobię wszystko, żebyś 

szybko wyzdrowiała. Słyszysz mnie? Przestań się wygłupiać. Otwórz oczy i spójrz na mnie. 

Do diabła, otwórz oczy!

Otworzyła. Spojrzała na niego i zapytała. - Boli cię jeszcze głowa?

-Kogo, do cholery, obchodzi moja głowa? Jak się czujesz?

-Boli.

-Wiem. Tak dobrze? - położył ręcznik na jej piersiach i przesunął aż na brzuch.

- O tak - odpowiedziała i zamknęła oczy.

Douglas nie przestawał, aż do drzwi zapukał Tom z herbatą.

Okrył   ją   i   podniósł   na   poduszkach.   Usiadł   przy   niej,   podtrzymując   ramieniem.   - 

Obudź się. Musisz się napić herbaty. Musisz pić, inaczej gorączka cię rozsadzi. Dalej, otwórz 

usta.

Otworzyła. Zakrztusiła się herbatą i musiał ją poić po kropelce. Był cierpliwy, kropla 

po kropli, dopóki w kubku nic nie zostało. Zajęczała. Położył ją i znowu zaczął wycierać.

Po godzinie temperatura spadła. Zaczęła trząść się z zimna.

Bez wahania położył się obok niej i mocno przytulił do siebie. Najpierw się odsuwała, 

ale po chwili wtuliła się z całych sił. Jej twarz sięgała mu akurat pod pachę. Uśmiechnął się. 

Wkrótce i on cały spływał potem, ale przysunął się jeszcze bliżej, próbując nakryć ją całą. Na 

zewnątrz   trawiła   ją  gorączka,   ale   wewnątrz   czuła   przenikliwe   zimno.   To   dziwne,   myślał 

przytulając policzek do jej włosów. Dobrze, że chociaż one były suche. Wiedział, że jest teraz 

background image

od niego zależna. Uświadomił sobie, że głaszcze japo plecach.

A niech to!

Zajęczała, z nosem tuż obok jego serca. Kiedy leżała obok niego, a jej gorący oddech 

parzył mu skórę, czuł coś dziwnego, coś, czego nie chciał.

Obudził się o brzasku. Dzień wstawał szary i ponury, deszcz nie przestawał padać. Nie 

może jej zabrać do domu. Pod drzwi Toma nie dało się podjechać powozem, a nie zaryzykuje 

niesienia jej do drogi. Była zbyt chora.

Wmusił  w nią  jeszcze  trochę  herbaty,  prosił i  groził, aż  wypiła  cały kubek.  Tom 

wyszedł do pani Peacham po lekarstwa i ubrania dla nich obojga.

Znowu zaczął ją wycierać. Temperatura na przemian wzrastała i opadała.

Modlił się ze strachu.

Spodziewał się, że pani Peacham przyjdzie razem z Tomem, bo zawsze opiekowała 

się   w   chorobie   wszystkimi   Sherbrooke'ami,   ale   przyszedł   tylko   wierny   Finkle.   Silny   i 

sprawny czterdziestolatek, niewiele wyższy od Alexandry, nie przebierał w słowach.

-   Ten   idiota   doktor   leży   w   łóżku   ze   złamaną   nogą.   Pomogę   panu   hrabiemu, 

przyniosłem różne lekarstwa. Jej lordowska mość ani się obejrzy, a będzie skakać jak koza.

Siedział przy niej, na przemian zmuszając do picia herbaty, jedzenia ugotowanego 

przez Toma kleiku i wycierając ją ręcznikiem. Pod koniec najdłuższego w swoim życiu dnia 

już wiedział, że Alex przeżyje. Na śmierć zapomniał o bolącej głowie i nawet się zdziwił, 

kiedy wyczuł palcem guz pod lewym uchem.

Stał   przy   łóżku   i   wpatrywał   się   w   nią.   Wiedział,   że   nastąpiło   przesilenie,   że 

wydobrzeje, jeżeli tylko zechce.

- Ani mi się waż poddawać - powiedział. - Tylko spróbuj, a spiorę cię na kwaśne 

jabłko.

Zajęczała i próbowała odwrócić się na bok. Pomógł jej i dobrze otulił ją kocami.

- Wyjdzie z tego - z progu rzeczowo stwierdził Finkle.

- Ma ikrę jak każdy Sherbrooke.

Douglas zamknął drzwi. Zwrócił się do swego lokaja:

- Nie zniosę impertynencji. Należy do Sherbrooke'ów tylko przejściowo. Weszła do 

rodziny przez zdradę i oszustwo i fakt, że leży chora, nie czyni jej automatycznie moją żoną.

Finkle, lokaj jego lordowskiej mości już od jedenastu lat, odpowiedział: - Milordzie, 

coś się panu pomieszało. Będzie żyła dzięki woli tego tam, na górze. To pan uratował jej 

życie, a kiedy uratuje się komuś życie, nie można go tak po prostu wyrzucić jak stary gumiak.

-Postąpię z tą zdradliwą, oszukańczą zołzą, jak będę chciał. Tak szybko zapomniałeś, 

background image

co zrobiła wraz ze swoim ojcem i moim drogim kuzynem Tonym?

-Jej siostra, lady Melisanda, powiedziała, że jej lordowska mość - ta przejściowa, co 

leży tutaj - nigdy nie) chorowała. Powiedziała, że pewnie udaje, żeby zyskać pańskie 

współczucie, ale dodała, że jej obowiązkiem jest odwiedzić siostrę.

-Boże! - Douglas rzucił się do drzwi, jakby się spodziewał, ze stoi za nimi Melisanda.

-Nie ma jej tu, milordzie.

-Jak ją powstrzymałeś?

-Powiedziałem, ze jeżeli jej lordowska mość nie udaje, to może się od niej zarazić, i że 

gorączka niszczy urodę na resztę życia, bo zawsze zostają po niej dzioby na twarzy.

Douglas był pod wrażeniem. - Dobrześ to wymyślił.

-Lord Rathmore zgodził się ze mną i powiedział, że widział to na własne oczy. Dodał, 

że to nie powinno jej zniechęcać, że jeżeli chce doglądać siostry - zakładając, że jest 

naprawdę chora - to sam chętnie ją zawiezie. Lady Melisanda krzyknęła. Dość głośno, 

a lord Rathmore tylko się zaśmiał.

-Dobrze się spisałeś, tak jak i mój kuzyn. Cóż, skoro nie ma nikogo innego, wrócę do 

niej. Dlaczego nie przyjechała z tobą pani Peacham?

-Razem z Hollisem uradzili, że nie powinna.

-Ha! Hollis to wymyślił, a ty o tym wiesz, przeklęty wścibski nosie! Dlaczego on 

chce, żeby ta dziewucha została w Northcliffe? Zupełnie tego nie rozumiem. Zdawało-

by się, że powinien być lojalny wobec mnie!

Finkle ograniczył się do wymownego spojrzenia. - Milordzie, rozczarowujecie mnie - 

stwierdził i zostawił swego pana samego.

- Do diabła - podsumował Douglas i wlazł do łóżka.

Jeszcze zanim dotknął Alexandry, wiedział, że jest przemarznięta do szpiku kości.

To właśnie tej nocy, kiedy tak leżeli wtuleni w siebie, oboje nadzy, przyszło mu do 

głowy, że może ją zatrzyma.

Na pewno będzie zadowolona, ba, będzie w siódmym niebie. Ostatecznie próbowała 

go przecież uwieść. Młoda dama z dobrego domu, o nieskazitelnych manierach, a rozebrała 

się przed nim. Zatrzymają, w końcu wszystkie kobiety są podobne. Jej ojciec będzie Bogu 

dziękował na kolanach, wszyscy będą zadowoleni, no, może poza nim samym. Ale co tam, z 

inną byłoby to samo.

Szkoda, że nie jest taka piękna jak Melisanda.

Ale na całej ziemi nie było młodej damy tak pięknej jak Melisanda.

Nie ma sensu szukać kobiety o równej jej urodzie. Z drugiej strony, nie będzie musiał 

background image

mieć  baczenia  na każdego chłystka, który się do niej zbliży i denerwować się, że z nim 

flirtuje.   Co   do   Melisandy,   musiał   przyznać,   że   nie   tylko   flirtowała.   Ona   skandalicznie 

flirtowała. Pławiła się w deszczu komplementów, którymi obsypywali ją mężczyźni. Pierwszy 

raz  zastanowił  się,   co  Tony  myśli   o  uczuciach,  jakie   wzbudzała   w każdym  przytomnym 

osobniku płci męskiej w wieku od lat dziesięciu do osiemdziesięciu. Może kiedyś go zapyta.

Wątpił w to, nadal chciał go zabić.

Alexandra krzyknęła. Bezwiednie pocałował ją w czoło i przytulił do siebie jeszcze 

mocniej.

Co robić?

Zastanowi się. Wyobrażał sobie jej radość i ulgę, kiedy usłyszy,  że postanowił ją 

zatrzymać.

Czemuż by nie uczynić jej nieziemsko szczęśliwą?

background image

ROZDZIAŁ 11

Co za uczucie! Żyje, naprawdę żyje.

Wzięła głęboki oddech i ucieszyła się, że nie boli. Czuła się słaba, tak słaba, że kiedy 

zobaczyła szklankę wody na stoliku przy łóżku, nie miała dość sił, żeby ją podnieść. Bardzo 

chciało jej się pić.

Udało  jej się przewrócić  na bok i wyciągnąć  rękę po szklankę.  Prawie płakała  w 

bezsilnej złości, kiedy drzwi otworzyły się i do sypialni zajrzał Douglas.

- Obudziłaś się. Jak się czujesz?

Patrzyła na wodę. - Pić, proszę - wyszeptała chrypiącym głosem.

Był przy niej. Usiadł przy łóżku, podniósł ją i przytknął szklankę do ust. - Dlaczego 

mnie nie zawołałaś? Byłem tuż obok.

Zamknęła   oczy.   Woda   smakowała   wybornie.   Piła   małymi   łyczkami,   przełykanie 

sprawiało jej trudność.

Kiedy   opróżniła   już   prawie   pół   szklanki,   zabrał   jej   ją   od   ust.   Nie   wypuszczał 

Alexandry   z   ramion.   -   Dlaczego   mnie   nie   zawołałaś?   Domek   Toma   nie   jest   duży, 

usłyszałbym.

- Nie pomyślałam o tym.

- Dlaczego nie? Ja się tobą zajmowałem i całkiem nieźle mi szło. Pamiętasz, prawda?

- Jaki dziś dzień?

Zmarszczył brwi, ale odpowiedział. - Środa, wczesne popołudnie. Chorowałaś tylko 

półtora dnia. Przy takim dobrym lekarzu wkrótce całkiem wydobrzejesz.

-Jak twoja głowa?

-Moja głowa znowu nadyma się własną ważnością.

-Jesteśmy w domku Toma?

-Tak. Jak już powiedziałem, powinnaś mnie wołać, jeżeli czegoś potrzebujesz. Finkle 

wrócił do Northcliffe Hall po powóz. Niedługo będziesz we własnym łóżku.

-Nic na sobie nie mam.

-Wiem.

-Nie podoba mi się to. Ty jesteś ubrany, a ja nie.

-Mam cię teraz wykąpać i pomóc ci się ubrać? Twoja suknia teraz przynajmniej jest 

sucha.

-Sama mogę to zrobić.

-Niegrzeczne   zachowanie   nie   ułatwia   rekonwalescencji   -   podniósł   rękę.   -   Dobrze, 

background image

dobrze, upór. Powinienem wiedzieć, że zawsze dobrze się zachowujesz. Nie krzycz, 

oczywiście   że   nie   upór.   Każdym   twoim   słowem   powoduje   dziewicza   wrażliwość. 

Chyba powinienem cię po prostu zawinąć w koce i zanieść do domu.

Po   godzinie   hrabiowski   powóz   zajechał   pod   Northcliffe   Hall,   zaprzężony   w   dwa 

konie, prychające w ciepłym  popołudniowym  słońcu. Hrabia wysiadł ze swoją hrabiną w 

ramionach.

Omal nie upadł, słysząc gromkie okrzyki powitalne zgromadzonej służby. Patrzył na 

Hollisa, który uśmiechał się chytrze jak lis. Niewątpliwie to on ponosił odpowiedzialność za 

tę wylewność - ciekawe, czy im zapłacił. Powie mu coś, jak tylko położy Alexandre do łóżka.

Nic nie mówiła. Miała zamknięte oczy i była wiotka.

Pochylił się do niej i wyszeptał. - To nic, to normalne, że czujesz się słaba. Za chwilkę 

już będziesz w łóżku.

- Dlaczego oni tak nas witają?

Bo Holis ich przekupił albo zastraszył.

- Cieszą się, że żyjemy i że wróciliśmy.

Zamilkła. Zauważył stojącą u szczytu schodów Melisandę. Wyglądała tak pięknie, że 

z wrażenia aż przełknął ślinę. Jej śliczna twarzyczka pobladła. Nerwowo ściskała dłonie, a w 

przecudnych oczach ledwo tłumiła łzy, ale nie przysunęła się do siostry ani na milimetr.

-Alex? Dobrze się czujesz? Naprawdę? Alexandra uniosła głowę.

-Tak, siostrzyczko, już mi lepiej.

- Dobrze - powiedział Tony, podchodząc do żony. - Finkle mówił nam, że Douglas 

bardzo troskliwie się tobą zajmował.

Nie odchodził od ciebie ani na chwilę.

Melisanda głośno zawołała: - Ja bym się tobą zajęła, ale Tony się nie zgadzał! Nie 

chciał, żebym się narażała, ale naprawdę chciałam, Modliłam się za ciebie.

-To prawda - poświadczył Tony. - Na kolanach co wieczór.

-Dziękuję - powiedziała Alexandra.

-Już nie zarażasz, prawda?

-Nie, Mellie, nie zaraża. Nie złapiesz żadnych dziobów.

-Nie nazywaj mnie tak.

Tony schwycił pukiel pięknych włosów żony, przechyli} ją do siebie niczym bohater 

romansu i zaczął całować, aż się uciszyła. Wtedy podniósł głowę i wykrzywił się do niej, a 

potem do Douglasa, który wyglądał tak, jakby był gotowy go zabić.

- Oszczędziłem ci wiele utrapień i nerwów - powiedział, starając się uspokoić bicie 

background image

serca. - Pewnego dnia zrozumiesz. Ona nie jest mniszką, odkryłem, ze trzeba nieustannie 

zaspokajać jej zachcianki. A jest ich wiele i bardzo różnych. Wierz mi.

Melisandzie aż dech zaparło i wsadziła obydwie pięści w pierś Tony'ego.

Roześmiał się i jeszcze raz ją pocałował. - Duszko, to był komplement.

-Nie   wydaje   mi   się   -   w   głosie   Melisandy   brzmiała   podejrzliwość.   -   Jesteś   tego 

pewien?

-Bardziej niż koloru sierści mojego konia.

-W takim razie wybaczam ci.

-Ślicznie,   Mellie.   Bardzo   ładnie.   Douglas   w   milczeniu   skierował   się   do   sypialni 

hrabiny.

-Przeklęty łobuz - wykrztusił wreszcie.

-   Dobrze   sobie   z   nią   radzi.   -   powiedziała   Alexandra,   trochę   zdziwiona.   -   To 

zadziwiające.

Douglas zaklął siarczyście.

-Nie wiem dlaczego mój ojciec uważał, że miałbyś dobry wpływ na Reginalda. Gdyby 

usłyszał, jak się wyrażasz.

-Widzę, że czujesz się dużo lepiej. To dobrze, bo z twojego powodu zaniedbałem 

gospodarstwo. Śmiem przypuszczać, że przez jakiś czas zostaniesz jeszcze w łóżku i 

będę miał trochę spokoju.

Czuł kij od szczotki sztywniejący w jej plecach i od razu pożałował swych słów, ale 

nie   mógł   cofnąć   tego,   co   już   zostało   powiedziane.   Zresztą,   zasłużyła.   Była   zawzięta   i 

sztywna, irytowała go i złościła.

Nie odzywała się. Douglas powiedział, że Tess - młoda pokojówka - będzie się nią 

zajmować. - Poza tym - dodał - pani Peacham bez wątpienia napoi cię i nakarmi swoimi 

leczniczymi wywarami, potrawami i dobrymi radami, których będziesz miała po dziurki w 

nosie. Rób jak chcesz, ale musisz wiedzieć, że chce dobrze.

Odszedł. Alex przespała resztę dnia. Pani Peacham we własnej osobie przyniosła jej 

na tacy kilka potraw do wyboru. - Jego lordowska mość prosił, żebym dopilnowała, żeby pani 

zjadła - oświadczyła i rozsiadła się w bujanym fotelu przy łóżku Alexandry. Wyglądało na to, 

że będzie liczyć każdy kęs.

- Gdzie jego lordowska mość?

Przez   twarz   pani   Peacham   przemknął   wyraz   niezadowolenia,   ale   zaraz   zniknął.   - 

Milady,   mężczyźni   nie   nadają   się   do   niańczenia   chorych.   Nie   bardzo   wiedzą,   jak   się 

zachować.

background image

-W domku Toma dokładnie wiedział. Był podłym tyranem, ale wiedział co robi.

-Cóż, to było całkiem co innego, czyż nie?

-Tak, pewnie tak - odpowiedziała i wzięła  się za duszone ziemniaki z groszkiem. 

Wieczór spędziła sama. Nie przyszedł ani Douglas, ani Melisanda.

Było jej bardzo przykro.

Kiedy zasnęła, znowu przyśnił jej się ten sen. Przy łóżku stała młoda kobieta. Nie 

poruszała się, patrzyła tylko na nią. Była piękna i przerażona zarazem, jakby bezcielesna. 

Chciała coś powiedzieć, ale milczała. Chciała ją przed czymś ostrzec i Alexandra wiedziała o 

tym, choć nie wiedziała skąd. Kobieta przybliżyła  się do niej, pochyliła się tak nisko, że 

mogłaby dotknąć jej twarzy, a potem nagle rzuciła się do drzwi. Uniosła ręce, jakby o coś 

prosząc. To wszystko było bardzo dziwne, sen urywał się i wracał, aż wreszcie obudziła się 

na dobre. Świtało. Sen był tak realny, tak prawdziwy, że aż rozejrzała się po pokoju. Jak 

można się było spodziewać, był pusty. Poczuła, że musi się załatwić. Sięgnęła po dzwonek, 

ale bała się, że może nie zdążyć.

Nocnik   stał   za   parawanem,   nie   dalej   niż   cztery   metry   od   niej.   Dobrze,   że   Tess 

przynajmniej pomogła jej założyć koszulę, nie musiała iść jeszcze po szlafrok, który leżał na 

krześle. Pomyślała, ze Douglas musiał to wszystko przy niej robić i aż zamknęła oczy ze 

wstydu. Nie było nikogo, kto by go w tym wyręczył, a ona leżał całkiem bez czucia. Często 

słyszała, że dżentelmeni ulegają niższym instynktom swojej natury - dlatego młode damy 

musiały mieć się na baczności. Nieostrożna młoda dama właściwie sama była sobie winna, 

jeżeli z dżentelmena wychodziła dzika bestia. Ona nie była w stanie się pilnować, ale Douglas 

najwyraźniej był znudzony. Zresztą, przecież już ją raz odrzucił.

Cóż, była wtedy chora i bezradna. Teraz już nie jest.

Wstała i przytrzymała się rzeźbionego słupka podtrzymującego baldachim. Dlaczego 

jest taka słaba?

Udało jej się zrobić krok, potem drugi, potem jeszcze trzy i musiała puścić słupek. Do 

parawanu zostały jeszcze całe mile.

Westchnęła   i   puściła   słupek.   Stała   chwiejąc   się   na   nogach,   wreszcie   odzyskała 

równowagę. - Uda mi się - powtarzała, uparcie wpatrując się w parawan. - Nie zbłaźnię się 

tak, nie upadnę na podłogę.

Oparła   się  o krzesło,  a  ono -  przeklęte   - poleciało   po wyfroterowanej  podłodze   i 

uderzyło   prosto   w   biurko.   Stojący   na   nim   kałamarz   wyleciał   w   powietrze,   rozpryskując 

czarny   atrament   na   wspaniały   dywan   z   Aubusson.   Dwie   książki   ze   stukiem   uderzyły   w 

podłogę. Chciało jej się wyć ze złości i zabijać.

background image

Osoba, która po chwili wyłoniła się zza drzwi, doskonale się do tego nadawała. Był to 

Douglas, pospiesznie zawiązujący pasek szlafroka.

- Co to za zamieszanie? Po co do diabła wyszłaś z łóżka?

Żałowała, ze nie ma pistoletu albo noża. Przynajmniej łuku i strzały. - A jak myślisz? 

Przechadzam się dla zdrowia, jak wszyscy o świcie.

- Do diabła, rujnujesz mój dom!

Spojrzała za nim na okropny strumyczek czarnego atramentu, który wsiąkał właśnie w 

dywan. Uniosła w górę podbródek i oświadczyła: - Tak, rujnuję. Nienawidzę Northcliffe Hall 

i mam szczery zamiar zniszczyć to miejsce, zanim wyjadę. To dopiero początek.

Widząc, że gotowa lada chwila upaść na twarz, Douglas podbiegł do niej i podtrzymał 

ją. - Po co wyszłaś z łóżka?

Nie mogła uwierzyć, że może być tak nachalny. - Szłam do kuchni po ciepłe mleko.

_ Bzdura! Nie dasz rady przejść nawet połowy swojego pokoju.

-Oczywiście, że dam. Umówiłam się na spotkanie z panią Peacham w sprawie zmiany 

pościeli. Śmierdzi jak przynęta na mole.

-Alexandre, przestań pleść bzdury i powiedz...

-Do diabła, że też ktoś może być taki głupi! Muszę do nocnika!

-A to co innego.

- Idź stąd. Nienawidzę cię. Idź sobie i zostaw mnie!

Zmarszczył brwi. Nadal był niezachwianie przekonany

co do swojego planu uczynienia jej nieziemsko szczęśliwą, ale ona najwyraźniej nie 

była w nastroju, żeby godnie przyjąć jego hojny dar. Poprzedniego wieczoru nie przychodził 

do niej, chciał,  żeby odpoczęła, żeby nabrała  trochę sił, zanim uczyni  ją najszczęśliwszą 

kobietą pod słońcem. A ona nagle zachowuje się jak jędza, jakby był diabłem wcielonym, 

jakby   wcale   się   nie   cieszyła,   że   go   widzi.   Przecież   jest   jej   mężem   i   tak   dobrze   się   nią 

opiekował.

Nieobliczalna dziewucha.

Podniósł ją, choć próbowała wydrzeć mu się z ramion. - Zamknij buzię i przestań się 

kręcić. Zaniosę cię do tego nocnika, niech go szlag. Cicho, buźka w ciup.

- Wyjdziesz.

- Dopiero, jak już będziesz z powrotem w łóżku.

Poddała się, bo wątpiła, czy udałoby jej się wrócić do łóżka bez jego pomocy. Trzeba 

było zadzwonić na Tess. Posadził ją za parawanem. Zdołała się załatwić, choć z wielkim 

trudem. Stał przecież tuż za parawanem i wszystko słyszał. Paraliżowało ją to.

background image

Kiedy   wreszcie   wyszła,   nie   czynił   żadnych   uwag.   Wziął   ją   na   ręce   i   bez   słowa 

zapakował do łóżka.

-I co, nie było chyba aż tak strasznie? Trochę długo romansowałaś z tym nocnikiem, 

ale... Sama zaśniesz, czy chcesz laudanum?

-Wynoś   się   -   spojrzała   na   niego   wyniośle.   Potem   pomyślała,   że   nieładnie   się 

zachowuje i rzekła głosem tak sztywnym, jak kij w jej plecach. - Dziękuję za pomoc, 

przepraszam, że cię zbudziłam, przepraszam, że uderzyłam to krzesło, że wpadło na 

biurko, że rozlał się atrament i że zrobiła się plama na tym przepięknym dywanie. 

Kupię nowy. Mam trochę swoich pieniędzy.

-Czyżby? Trudno w to uwierzyć. Twój tatulek nie miał złamanego grosza przy duszy. 

Obydwie opuściłyście dom bez posagu. Nie masz zielonego pojęcia o umowie pomię-

dzy twoim ojcem a Tonym. Nawet nie wiesz, czy będziesz dostawała kieszonkowe. 

Do diabła,  jeżeli  ci dam,  a ty łaskawie kupisz nowy dywan,  to i tak ja za niego 

zapłacę.

-O nie. Mam trzydzieści funtów swoich pieniędzy. Oszczędzałam całe cztery lata.

-Trzydzieści funtów! Za to możesz wymienić co najwyżej nocnik, nie taki dywan!

- Może da się go wyczyścić.

Popatrzył na zniszczony dywan. Piękny wzór był cały zalany atramentem. - Tak, a 

jeden z ministrów Napoleona rzuci mu tortem w twarz!

- Wszystko jest możliwe.

- Jesteś za młoda, żeby wiedzieć, że głupich nie trzeba siać, bo się rodzą. Idź spać. 

Jesteś tak pewna siebie, że to denerwujące.

I   to   by   było   na   tyle   w   kwestii   uczynienia   jej   szczęśliwą   kobietą,   pomyślał 

odmaszerowując do swojej sypialni. Czemu zachowywała się aż tak podle? O co jej do diabła 

chodziło? Przecież traktował ją jak na dżentelmena przystało, ba, życie jej uratował, i jak mu 

się za to odpłaca? Nienawidzi go. Kazała mu się wynosić i zniszczyła jeden z ukochanych 

dywanów babci.

Zasnął, czując cierpki smak gniewu na języku.

Był piątek rano. Alexandra wykąpała się i kazała Tess, żeby ją ubrała. Nadal była 

osłabiona, ale już nie tak bardzo. Czas zbierać się do wyjazdu. Podtrzymywało ją na duchu 

słuszne postanowienie i modliła się, żeby tak było aż do czasu, kiedy opuści Northcliffe Hall.

Odrzucił ją. Potraktował jakby była nikim, istotą bezpłciową, utrapieniem.

Zniszczyła ukochany dywan jego babci.

Wyśmiał   jej   trzydzieści   funtów.   Nie   miał   pojęcia,   z   jakim   trudem   je   zbierała, 

background image

oszczędzając każdego pensa.

Nie tylko odtrącił ją, kiedy próbowała tego nieszczęsnego uwodzenia, ale i opiekował 

się tylko dlatego, że nie było nikogo innego.

Powtarzała to sobie w myślach jak litanię. Nigdy tego nie zapomni. Gromadziła gniew 

i wyrzuty, bo było to lepsze niż ból.

Przegrała z kretesem. Nie udało jej się go zdobyć, przekonać, że będzie mu z nią 

dobrze, że potrafiłaby go kochać do grobowej deski. Co miał na myśli mówiąc o kieszon-

kowym dla niej? Nie ma co się zastanawiać, pewnie tak tylko mówił.

Nadal pragnął Melisandy. Wszyscy wiedzieli, że pożąda żony kuzyna. Nadal mówił o 

poszatkowaniu Tony'ego, choć jak na razie nic takiego nie zrobił. Alexandra słyszała plotki 

służących. Jakże oni wszyscy spekulowali, jak się zastanawiali.

Douglas nie pokazywał się u niej od czasu tamtego spotkania o świcie. Była z tego 

zadowolona.   Melisanda   odwiedziła   ją   dwa   razy,   zawsze   trochę   blada   i   zawsze   stojąc 

przynajmniej  trzy metry  od niej.  Podczas drugiej   wizyty   siostry Alexandra   przypomniała 

sobie pocałunek Tony'ego i powiedziała: - Wygląda na to, że lubisz, kiedy Tony cię całuje.

Ku jej zdziwieniu Melisanda opuściła głowę. - Czasami jest okropny - wymruczała. - 

Nie zawsze potrafię nad nim panować. Trudno przewidzieć, co zrobi.

Panować! Trafiła kosa na kamień.

- Ale chyba to lubisz.

-Alex, ty nic nie wiesz! Nie wyobrażasz sobie, co on ze mną robi... z moim ciałem!

-To mi powiedz.

-Hrabia z tobą nie spał. Tony miał nadzieję, że tak. Wszystko zrobiłoby się bardziej 

legalne, a my moglibyśmy pojechać do Londynu.

-Nie, wcale nie zrobiłoby się legalne. Douglas powiedział, że może ze mną robić co 

chce i pomimo to unieważnić nasze małżeństwo.

-Ale jeżeli zajdziesz w ciążę...

-Douglas powiedział, że potrafi temu zapobiec.

-Och - Melisanda zmarszczyła czoło. - Ale Tony upierał się, że... - Przerwała, a oczy 

zwęziły   jej   się   tak,   że   wyglądały   jak   małe   szpareczki.   Wyglądała   brzydziej,   ale 

bardziej kusząco.

-Ale co takiego Tony ci robi?

Melisanda   niecierpliwie   machnęła   dłonią.   -   Nie   powinnam   ci   mówić.   Tony   to 

szaleniec, chce mną komenderować i robi rzeczy, których nie powinien, ale w taki sposób, 

że... Ale... - Znowu zamilkła,  a Alexandra zastanawiała  nad tym,  co odbywa  się między 

background image

mężem i żoną. Nie zadawała już więcej pytań.

Melisanda wyszła, a Alexandra zaczęła poważnie rozważać to, że Tony jest idealnym 

mężem dla jej siostry. Zastanawiała się, jak traktowałby ją Douglas, gdyby została jego żoną. 

Pewnie nigdy nie byłby dla niej niedobry.

Nieważne. Nic tu po niej. Dobrze się czuła, i nie miała zamiaru dopuścić do tego, żeby 

Douglas odwoził ją do ojca, kiedy zauważy, że już wyzdrowiała. Nie pozwoli, żeby na koniec 

tak ją upokorzył.

Nie zasługiwała na to. Zasługiwała na pewną karę - przecież przyczyniła się do zdrady 

- ale nie na to, co jej szykował. Sama sobie wymierzy karę, bez jego pomocy. Wyobrażała 

sobie   twarz   ojca,   kiedy   przyjedzie   do   Claybourn   Hall   samotna,   wyrzucona,   prawie 

unieważniona. Obraz był żałosny, ale i tak lepszy od tego z Douglasem mówiącym ojcu, że 

się nie nadaje, że jej nie chce, że nigdy jej nie chciał. Nie chciała nawet myśleć o tym, co  

będzie oznaczała dla jej ojca utrata odprawy. Nic nie można już było zrobić. Próbowała.

Poczekała aż Douglas wyjechał z zarządcą majątku, człowiekiem o nazwisku Tuffs, 

po czym zeszła na dół. Zatrzymała się słysząc, jak Tony rozmawia z Hollisem.

-Szkoda że Ryder wyjechał, zanim odkryliśmy, że nie ma Alex i Douglasa. Próbował 

pomóc Douglasowi pozbierać się do kupy.

-Zgadzam się - oświadczył  z godnością Hollis. - Panicz Ryder wyjechał i nie ma 

nikogo, kto mógłby pomóc jego lordowskiej mości, poza panem, milordzie. Czy jego 

lordowska mość, hm, odstąpił już od chęci wyprucia panu flaków?

-Nie - powiedział Tony. - Do diabła, zaczynam być już zmęczony siedzeniem tutaj i 

usiłowaniem pokazania Douglasowi, że Melisanda nie byłaby dla niego odpowiednią 

żoną.   Uparty   gałgan!   Dlaczego   nie   potrafi   dostrzec,   że   za   piękną   buzią   kryje   się 

samolubny   charakterek?   Chyba   czas   już   żebym   zabrał   żonę   na   Truskawkowe 

Wzgórze.

-Wydaje mi się, że lady Melisanda wolałaby Londyn, milordzie.

-A jakże, ale będzie wolała co innego, jeżeli zrozumie, ja tego chcę.

Jeżeli Alexandra wcześniej sądziła, że par Anglii nie powinien tak spoufalać się z 

kamerdynerem, pobyt w Northcliffe Hall nauczył ją czegoś zupełnie innego.

-Może   dla   milorda   wyjazd   stąd   byłby   najlepszym   wyjściem.   Ale   co   do   jego 

lordowskiej mości, jest taki zmienny. Obawiam się o jej lordowska mość.

-Ja też. Ale ta jej choroba w domku O’Malleya... Nie mogę pozbyć się myśli, że to 

było bardzo dobre. Wyglądało na to, ze Douglas się wczuł, że bardzo o nią dbał. 

Doskonale to wymyśliłeś, żeby nikt nie jechał do O’Malleya.

background image

Alexandra   zrobiła   krok  do  tyłu.  Nie   miała  ochoty  słuchać  o  machinacjach   służby 

Douglasa. Nie była pewna, czy Tony nie będzie próbował jej zatrzymać. Albo Hollis, czy 

pani Peacham. Przygryzła dolną wargę, usiłując wymyślić jakiś plan.

Przyszło  jej   do  głowy,   że  nikt  z.  nich   nie  będzie   miał   śmiałości   jej   tknąć.   Mogą 

krzyczeć, mogą robić zamieszanie, ale nawet Tony - tak bezczelny i lojalny wobec kuzyna - 

nie miałby odwagi zamknąć jej na klucz, a tylko w taki sposób mogą ją powstrzymać przed 

wyjazdem.

Wciąż   była   hrabiną   Northcliffe   i   mogła   robić,   co   jej   się   podoba.   Tylko   Douglas 

mógłby ją zatrzymać, a on tego nie zrobi. Nie była jednak kompletnie stuknięta i poczekała, 

aż Tony wybierze się gdzieś z Melisandą. Słyszała jej podekscytowany głos, kiedy mówiła 

pani Peacham, że Tony zabiera ją do Rye, pięknego i bardzo starego miasta.

- Tak, Mellie - potwierdził Tony pieszczotliwym głosem, całując ją w skroń. - Rye 

otrzymało prawa miejskie w 1285 roku. No wiesz, Edward I. To urocze miasto, a na spacerze 

po klifie znowu cię pocałuję.

Tuż   po   południu   lady   Alexandra,   która   wkrótce   miała   przestać   być   hrabiną 

Northcliffe, uzbrojona w jedną walizkę i swoje trzydzieści funtów, zdecydowanym krokiem 

wyszła frontowymi drzwiami.

Hollis stał w przejściu ze zrezygnowaną miną. Wszystkie jego argumenty spełzły na 

niczym, nie wywierając najmniejszego wpływu na jej lordowską mość.

Pani Peacham mięła czarne spódnice.

Hrabia   pojechał   na  południowy  kraniec   posiadłości   Sherbrooke'ow  obejrzeć   domy 

dzierżawców, które bardzo ucierpiały podczas burzy.

Co robić?

Hollis nie poddawał się. - Proszę, milady, musi pani poczekać. Nie wydobrzała pani 

jeszcze, nie może pani jechać. Proszę poczekać, aż hrabia wróci.

- Jeżeli natychmiast nie każesz podstawić powozu, pójdę pieszo.

Hollis miał ochotę pozwolić jej na to. Za daleko by nie uszła, hrabia szybko by ją 

złapał. A niech go! Nie był pewien, czy ten przeklęty chłopak chciałby ją gonić. Za pier-

wszym   razem   gonił,   ale   teraz?   Czemu   się   z   tym   nie   pogodził?   Od   powrotu   z   domku 

O’Malleya głupio się zachowywał. Hollis nie winił za to hrabiny, to wszystko przez hrabiego. 

Zasłużył na porządne baty.

-Dobrze  proszę  pani  -  powiedział   wreszcie,   czując  gorzki  smak  przegranej.  Kazał 

zaprząc powóz i pchnąć któregoś ze stajennych na poszukiwanie hrabiego.

-Tylko szybko, bo mu uszy pokarbuję!

background image

Dziesięć   minut   później   Alexandra   siedziała   już   w   powozie   hrabiego,   nakazawszy 

stangretowi wieźć się do domu. Walizka leżała na siedzeniu naprzeciwko - wracała tylko z 

tym, co przywiozła ze sobą.

Kiedy powóz zatrzymał  się nagle i z zewnątrz doszły ją jakieś okrzyki,  wysunęła 

głowę przez okno chcąc zobaczyć, co się stało.

Zobaczyła twarz wpatrującej się w nią starszej kobiety, która wyglądała na kogoś z 

rodziny Sherbrooke'ow. Kobieta patrzyła na nią z rozdziawionymi ustami, zupełnie tak samo, 

jak przed chwilą Hollis.

Za nią pokazała się twarz młodej, ślicznej dziewczyny, która zawołała radośnie. - To 

ty jesteś żoną Douglasa? Jak wspaniale, oczywiście, że to ty! Cudownie! Nazywasz się Meli... 

nie, nie, ty jesteś tą drugą siostrą! Witaj w rodzinie Sherbrooke'ow.

Alexandra uniosła oczy do góry. Szczęście najwyraźniej ją opuściło.

Ta   druga   kobieta,   niewątpliwie   tymczasowa   teściowa   Alexandry,   zakaszlała 

alarmująco głośno i oświadczyła: - Nie pojmuję, dlaczego jeszcze tu jesteś. Nie powinnaś 

odwiedzać dzierżawców, to nie do ciebie należy. W porównaniu z siostrą jesteś nikim, tak mi 

mówiono. W ogóle jesteś nikim. Mój syn nigdy by cię nie wybrał.

Alexandra   poczuła   się   jak   szmata,   ale   odpowiedziała   ze   stoickim   spokojem.   -   Z 

pewnością ma pani rację. Pani syn mnie nie chce. Nie wybieram się z wizytą do dzierżawców, 

wyjeżdżam. Nie, proszę nic nie mówić. Cieszę się, że będzie pani miała przyjemność, widząc, 

jak odjeżdżam.

Właśnie miała powiedzieć stangretowi, żeby ruszał, kiedy drzwi powozu otworzyły 

się i ze środka wyskoczyła młoda dziewczyna.

- Pozwól mi jechać z tobą!

Alexandra   zamknęła   oczy,   zazgrzytała   zębami   aż   szczęki   ją   zabolały   i   zaklęła 

soczyście niczym Douglas.

Druga kobieta wrzasnęła.- Joan, wracaj w tej chwili! Pozwól tej dziewusze odjechać!

Młoda   dziewczyna   nie   zwróciła   na   nią   najmniejszej   uwagi.   Otworzyła   drzwi   do 

powozu Alexandry i wpadła do środka. Alex siedziała teraz twarzą w twarz ze swoją tym-

czasową szwagierką.

- Dokąd jedziemy? - zapytała Sinjun, uśmiechając się do Alexandry.

background image

ROZDZIAŁ 12

Alexandra wpatrywała się w szwagierkę.

- Wysiądź, proszę. Słyszałaś, co powiedziałam. Nie jadę z wizytą do dzierżawców, ani 

nigdzie indziej. Opuszczam Northcliffe Hall i nie mam zamiaru już nigdy tu wracać.

Sinjun spojrzała na nią z miną niewinnej zakonnicy. - Jadę z tobą, oczywiście. Proszę, 

nie wyrzucaj mnie. Jestem teraz twoją siostrą i nie jestem zła, naprawdę, i...

- Nie przypuszczam, że jesteś zła. Po prostu opuszczam twego brata, zresztą zgodnie z 

życzeniem twojej matki i chyba wszystkich tutaj, nawet służących. Nie mogę brać za ciebie 

odpowiedzialności. Na litość boską, nawet się nie znamy! Zajmij się własnymi sprawami. 

Wysiądź proszę.

Sinjun cała sprawa wydała się niezwykle interesująca. Więc tak powstaje małżeństwo? 

To o wiele bardziej wciągające niż wszystkie greckie sztuki, które o północy pochłaniała przy 

świetle świecy w bibliotece Douglasa. Sytuacja wydała jej się bliższa sztukom Drydena i 

Wycherleya z okresu odrodzenia, w których nie rozumiała wszystkich dialogów, ale to, co 

rozumiała wystarczało, żeby śmiać się do rozpuku. Wiedziała też, iż nie powinna mówić 

Douglasowi, że je czytała. Czuła, że nie byłby tym zachwycony.

-Dlaczego opuszczasz Douglasa?

-Wysiądź, proszę. Zamiast wysiąść, Sinjun pomachała ręką do stangreta i jej powóz 

odjechał.   Teściowa   wciąż   wyglądała   przez   okno.   Na   jej   twarzy   malowało   się 

zmieszanie połączone z nadzieją. Nie próbowała zatrzymać powozu.

- Nie ma wyboru, chyba że każesz mi iść pieszo. Nie, nie każesz. Porozmawiajmy.

Tego   już   było   za   wiele.   Alexandra   potrząsnęła   głową,   złapała   swoją   walizkę   i 

wysiadła z powozu. Spojrzała na przerażoną twarz stangreta. - Proszę zabrać ją do domu.

-Nie mogę -jęknął. - Jego lordowska mość rzuci mnie na pożarcie świniom. Nie mogę. 

Błagam, niech milady mnie o to nie prosi! Nie mogę pani zostawić. To by znaczyło, 

że poderżnie mi gardło, skórę wygarbuje!

-Lord na pewno nie jest taki okrutny i niesprawiedliwy! To nieważne, to już nie mój 

problem. Nic mnie to nie obchodzi. Zostań tu albo wracaj do Northcliffe, ja idę!

Odwróciła się i ruszyła. Walizka była cięższa niż przypuszczała. Nie szkodzi. Nie 

zatrzyma się, da radę.

U jej boku wyrosła ni stąd, ni zowąd Sinjun, pogwizdując pod nosem, jakby wyszły na 

miłą   popołudniową   przechadzkę,   by   uganiać   się   za   motylkami.   Powóz   jechał   w   pewnej 

odległości za nimi.

background image

- To absurd - powiedziała Alexandra. Prawie krzyczała ze złości. Odwróciła się do 

Sinjun. - Co tu ze mną robisz?

Nigdy nic ci nie zrobiłam. Nawet cię nie znam.

Sinjun przechyliła głowę i oświadczyła po prostu: - Jesteś moją siostrą. Nigdy nie 

miałam siostry, tylko trzech braci, i mówię ci, to nie to samo. Douglas pewnie cię rozzłościł. 

Czasami bywa trochę autokratyczny, nawet surowy. Ale ma dobre intencje. Na pewno nie 

skrzywdziłby stangreta!

-Ma dobre intencje w stosunku do ciebie, ale ja jestem dla niego nikim. Idź sobie!

-O nie, nie zostawię cię. Douglas mnie także rzuciłby świniom na pożarcie. Ma bardzo 

surowe   zasady,   jeśli   chodzi   o   chronienie   dam.   Może   trochę   staroświeckie,   ale 

ostatecznie to on jest głową rodziny Sherbrooke'ow i swoje obowiązki bierze bardzo 

serio. Rozumiesz, jest nas wielu.

-Swego małżeństwa nie traktuje poważnie. Idź sobie!

-Słyszałam, że spodziewał się kogoś innego niż ty, ale nie zwróciłam na to uwagi. 

Tony nigdy nie oddałby mu niedźwiedziej przysługi, jeżeli wiesz, co mam na myśli. 

Nigdy nie widziałam Melisandy, ale podobno to najpiękniejsza kobieta w południowej 

Anglii, może nawet w zachodniej Anglii. Sądzę, że Douglas bardzo szybko straciłby 

dobry humor, gdyby Tony ożenił go z Melisandą. Nie chcę obrazić twojej siostry, ale 

Douglas   nie   chciałby   kobiety,   która   wie,   że   jest   piękna   i   domaga   się   ciągłych 

zachwytów nad swoją urodą. Tony dobrze zrobił, choć mam nadzieję, że wiedział, co 

robi. Nie rozumiem jednak, dlaczego...

Alexandra przerwała jej. Bardzo spokojnie i bez ogródek wyjaśniła. - Posłuchaj. Twój 

brat mnie nie chce. Chce Melisandę. Kocha ją. Przygnębienie nie ma tu nic do rzeczy. Nie 

obchodzi   go,   że   ona   jest   świadoma   swojej   urody.   Chce   ją   podziwiać   przez   następne 

pięćdziesiąt   lat.   Chętnie   zabiłby   Tony'ego,   jest   nieszczęśliwy.   Wyjeżdżam,   żeby   sam   nie 

odwiózł mnie do ojca i nie porzucił na progu Claybourn Hall jak jakąś niechcianą paczkę. 

Sinjun, nie zrobiłabyś tego samego? Nie chciałabyś uciec od takiego poniżenia?

Nazwała   ją   Sinjun.   Sinjun   uśmiechnęła   się   bez   chwili   wahania.   -   Mam   dopiero 

piętnaście lat, dlatego nie do końca rozumiem, co się stało. Ale zgadzam się z tobą. Jesteś 

pewna, że Douglas tak by cię upokorzył? Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby coś takiego 

zrobił. Nie jest okrutny.

- Dla ciebie nie byłby.

Sinjun potrząsnęła  tylko  głową. - W zeszłym  roku przetrzepał  mi  tyłek  brzozową 

witką. Uważał, że zasłużyłam, a ja miałam inne zdanie. Nawet nie pamiętam, co zrobiłam. 

background image

Czy to nie okropne? Słuchaj, nie mogę cię zostawić samej. Naprawdę zamierzam z tobą iść. 

Mogę zwracać się do ciebie Alexandra? A może nawet Alex? To męskie imię. tak jak moje. 

Masz jakieś pieniądze? Musimy mieć jakieś pieniądze.

Alexandra   patrzyła   na   nią,   nie   wiedząc,   co   począć.   Zrozumienie   rodziny 

Sherbrooke'ow przekraczało jej możliwości. Zdała sobie sprawę, że kiwa głową. Słyszała o 

falach przypływu, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogłaby sama doświadczyć ich 

działania, w dodatku nie będąc nad morzem.

- Dobrze, bo matka nigdy nie daje mi ani grosza, chyba że na Boże Narodzenie, a i 

wtedy muszę się rozliczyć z każdego pensa, nawet z tego, co wydałam na prezent dla niej.

Zawsze   mnie   krytykuje.   W   zeszłym   roku   własnoręcznie   uszyłam   pół   tuzina 

chusteczek dla Douglasa, a ona powiedziała, że płótno było za drogie a ściegi krzywe i że 

należałoby je wyrzucić. Douglas oczywiście ich nie wyrzucił. Powiedział, że mu się podobają 

i używa ich. Jak tak o tym myślę, to było upokarzające. Może trochę rozumiem.

Chciałabym być traktowana jak rozsądna osoba, nie poklepywana po głowie jak mops.

- Tak - powiedziała Alexandra.

Sinjun zatarła dłonie.

- Jestem wyższa niż ty i dużo większa. Pewnie nie będę mogła nosić nic z tego, co 

masz w walizce. Może coś mi kupimy po drodze. Jak to daleko? Mam nadzieję, że kilka dni 

drogi.   Tęsknię   za   przygodami.   To   ci   dopiero   będzie   zabawa!   Może   nawet   spotkamy 

rozbójników? Jakie to będzie romantyczne, prawda?

Właśnie   wtedy   Alexandra   zaczęła   zdawać   sobie   sprawę   z   tego,   że   ta   gadatliwa 

piętnastolatka schwytała ją w pułapkę.

- Uwielbiam spacerować i podziwiać naturę - mówiła dalej Sinjun. - Znam też sporo 

interesujących historii dla zabicia czasu. Jeżeli cię znudzę, tylko powiedz, a będę cicho.

Alexandra - zakłopotana, oszołomiona i pokonana - była w stanie tylko skinąć głową.

- Douglas mówi mi po prostu, żebym zamknęła buzię, Ryder też. Tysen - zamierza 

zostać pastorem - ma ochotę powiedzieć to samo, ale boi się, ze spali go ogień piekielny, 

jeżeli powie, co naprawdę myśli. Ta jego ścieżka cnoty jest bardzo denerwująca, ale Douglas 

powiada, że musimy być cierpliwi, bo Tysen jest jeszcze młody i nie nabrał rozumu. Tysen 

wyobraża sobie, że kocha taką jedną. Jak ją widzę, to niedobrze mi się robi - taka jest dobra i 

zachowuje się stosownie. Ryder wyśmiewa się z Tysena i mówi, że ona jest dwojga imion - 

Melinda Beatrice - co przyprawia go o mdłości, i że się wdzięczy, i nie ma biustu.

Alexandra poddała się. Popatrzyła  na słodką twarzyczkę  swojej pełnej entuzjazmu 

towarzyszki, odwróciła się i pomachała na stangreta.

background image

-Co robisz?

-Jedziemy do domu - wyjaśniła. - Wracamy.

-O, nie będzie przygody. Jaka szkoda. Może kiedyś wybierzemy się razem zbierać 

muszle. To miły sport. Chodźmy, pomogę ci wsiąść.

Nie minęło jeszcze pięć minut a Alexandra zobaczyła chytry uśmieszek na twarzy 

Sinjun. Patrzyła z niedowierzaniem i mrugała oczyma - nareszcie zrozumiała. Ta mała celowo 

ją wrobiła. Szczera dziewczyna, ha! Alexandra czuła się jak skończony dureń. Dobry Boże, za 

jakąż to piekielną przyczyną znalazła się w samym środku tej straszliwej rodzinki?

Wrobiona  przez piętnastolatkę  o wyglądzie  niewiniątka.  To było  takie  poniżające, 

bardziej niż upadek z konia.

*

Douglas stał na najniższym stopniu schodów, z dłońmi na biodrach. Patrzył jak przed 

dom   zajeżdża   powóz   i   zatrzymuje   się   nie   dalej   niż   dwa   metry   od   niego.   Stangret   miał 

zwycięską minę. Uśmiechał się z ulgą. Douglas cieszył się, że wysłał matkę do holu i kazał jej 

stamtąd nie wychodzić. Jej pierwsze zetknięcie z synową niezbyt dobrze wróżyło. Westchnął. 

Tysen  opowiadał  mu,  co zrobiła Sinjun, jak się zachowała  i jak powinien  ją ukarać, ale 

Douglas tylko się, uśmiechał, myśląc, że raczej jej podziękuje.

Znał Sinjun. I nie mylił  się co do niej. Przyprowadziła z powrotem jego zbłąkaną 

żonę, i to bardzo szybko. Powinna była urodzić się mężczyzną, byłby z niej zręczny generał.

Kiedy drzwi powozu otworzyły się, ze środka wyskoczyła Sinjun. Douglas nawet się 

nie   poruszył.   Patrzył   za   nią.   Wreszcie   wyłoniła   się   Alexandra,   ze   spuszczoną   głową   i 

opuszczonymi ramionami. Wyglądała na pokonaną i to jeszcze bardziej go rozgniewało.

-Widzę, że wróciłaś - powiedział, zimny jak ryba w przerębli.

-Tak - Alexandra nawet na niego nie spojrzała. - Nie chciałam, ale wygląda na to, że 

nie daję sobie rady nawet z najmłodszą z Sherbrooke'ow.

Resztką sił trzymała swoją wielką walizkę i to rozgniewało ją jeszcze bardziej. Nie 

zdążyła na dobre wyzdrowieć, a już znowu próbowała mu uciec - i w dodatku z tą walizą!

-Sherbrooke'owie dobrze sobie radzą. Zazwyczaj.

-Milordzie,   czy   teraz   pozwolisz   mi   już   odejść?   -   Mówiąc   to,   podniosła   głowę   i 

patrzyła mu prosto w oczy. - Chcę odejść. Czy mogę prosić o pozwolenie?

-Nie - Douglas podszedł do niej i wyrwał walizkę z jej dłoni. - Chodźmy.

Nie poruszyła się. Zdawał sobie sprawę, że każdy, najlichszy służący Sherbrooke'ow, 

z zapartym tchem ogląda ten przeklęty melodramat, który będzie pożywką dla plotek na wiele 

nudnych zimowych wieczorów.

background image

Przysunął   się   do   niej   i   powiedział   bardzo   cicho   -   Jestem   wykończony   twoją 

nieroztropnością. Nie myślisz, jesteś nierozważna i nie będę tego tolerował. Wejdziesz ze 

mną i to zaraz. I na litość boską, przestań zachowywać się tak, jakbym miał cię obić!

Wyprostowała się i weszła za nim do holu.

Stała tam jej teściowa z miną taką, jakby miała zamiar zabić ją wzrokiem. Alexandra 

cofnęła się, nie chciała tego. Spojrzała na stojącego obok matki młodziana i pomyślała, że to 

pewnie Tysen, ten zakochany w dziewczynie, co ma dwa imiona, ale nie ma biustu. Sinjun nie 

było nigdzie widać, ale Alexandra wiedziała, że obserwuje, co się dzieje. Żaden Sherbrooke z 

pewnością nie przepuściłby takiego widowiska.

Kiedy się zatrzymała, Douglas odwrócił się do niej. - O co teraz chodzi?

-Kiedy zamierzasz odwieźć mnie do ojca?

-O co ci, do diabła, chodzi?

-Dobrze wiesz, że nie chcesz, żebym  tu została. Odeszłam sama, bo nie chciałam 

tracić twojego cennego czasu, a sobie wolałam oszczędzić dalszych poniżeń. Gdybyś 

pozwolił mi  odejść, już nigdy byś  mnie nie zobaczył.  - Przerwała, a w jej głosie 

zabrzmiała   gorzka   nuta.   -   Czy  to   znaczy,   że   wolisz   sam   mnie   odwieźć?   Taką   ci 

sprawia przyjemność upokarzanie mnie? Chcesz powiedzieć mojemu ojcu, że się nie 

nadaję i że chcesz zwrotu pieniędzy?

-Ciszej, do diabła!

-Dlaczego? Twoja matka tak się cieszy na mój widok jak na widok zarazy! Pewnie 

jest szczęśliwa słysząc moje słowa.

-Bądź cicho!

-Nie będę! Nie jesteś już moim mężem. Nie będę cię słuchać.

-Jesteś w moim domu! Ja jestem tu panem, nikt inny. Będziesz robiła dokładnie to, co 

ci każę. Koniec i kropka! Dość tych bzdur!

Spokojna i łagodna Alexandra rzuciła się w tym momencie na męża z pięściami.

Tak   go   tym   zaskoczyła,   że   pozwolił   jej   się   tłuc.   Po   chwili   przyszedł   do   siebie   i 

łagodnie,   ale   stanowczo   złapał   ją   za   ręce.   -Dość,   Alexandre,   wystarczy.   Musimy 

porozmawiać.

- Nie! - odpowiedziała.

Douglas święcie wierzył w rozsądek i rozum. Potrafił panować nad emocjami. Był też 

przyzwyczajony do tego, że to on jest panem domu. Nie żeby był despotą czy nieokrzesanym 

dzikusem, ale jego opinia zawsze się liczyła, jego zdanie stawało się prawem. A ta przeklęta 

kobieta ośmiela się mu przeciwstawiać. To było nie do zniesienia i doprowadzało go do furii. 

background image

Sam nie wiedział, co ma zrobić.

W armii krnąbrny żołnierz zostałby po prostu wyrzucony z oddziału i wychłostany. 

Ale   co   powinien   zrobić   mąż,   kiedy   żona   okazuje   mu   nieposłuszeństwo   przy   wszystkich 

służących, przy matce, bracie i siostrze? Jeżeli go bije?

-Nie - powtórzyła.

-Niech jedzie - powiedziała hrabina matka. - Chce jechać, to niech jedzie. Puść ją.

Spojrzał na nią jak jeszcze nigdy w życiu. - Proszę, żeby mama się nie wtrącała.

Zatkało ją.

Douglas zignorował to i zwrócił się do żony. - Jeżeli ze mną nie pójdziesz, i to w tej  

chwili, przerzucę cię przez ramię i zaniosę.

Była to bardzo precyzyjna groźba. Alexandra uznała, że wystarczy już tego cyrku dla 

służących.   Była   na   to   zbyt   dumna.   Odwróciła   się   na   pięcie   i   poszła   w   kierunku   drzwi 

frontowych, z głową w górze i kijem od szczotki w plecach.

W tym momencie Sinjun wrzasnęła głośno, tak głośno, że wszyscy odwrócili się w jej 

stronę, łącznie z Alexandra.

Podskakiwała i wrzeszczała co sił.

-Do cholery! - krzyknął Douglas. - Bądź cicho!

-Szczur! Szczur! Wielki i włochaty! Tam, włazi Alexandre pod spódnicę!

Alexandra zgarnęła suknię i wbiegła do najbliższego pokoju. Był to złoty salonik. Z 

hukiem zatrzasnęła drzwi, zatrzymała się na środku pokoju i zrozumiała, ze Sinjun znowu ją 

nabrała.   Nie   było   żadnego   gryzonia.   Może   zapobiegła   dalszemu   upokorzeniu?   A   może 

Douglas po prostu pozwoliłby jej odejść? Nie odwróciła się, kiedy drzwi się otworzyły. Nie 

odwróciła się nawet, słysząc odgłos przekręcanego w zamku klucza.

-Twoja siostra to rozrabiaka - stwierdziła.

-Jeżeli będziesz ostrożna, może unikniesz porządnego lania. Jeżeli tak będzie, dziękuj 

za to Sinjun.

Alexandra  powoli  podeszła  do  sofy  i  usiadła   na  niej. Ręce  złożyła  na  kolanach   i 

siedziała nieruchomo jak głaz.

- Napijesz się wina? Brandy? Ratafii?

Pokręciła głową.

Stał tuż przed nią, z rękami skrzyżowanymi na piersiach.

- Jak się czujesz?

Tak ją tym zaskoczył, że aż podniosła na niego wzrok.

- Dobrze, dziękuję. Czuję się na tyle  dobrze, że mogę wracać do Claybourn Hall. 

background image

Oczywiście bez ciebie.

- Śmiem wątpić.

- A to niby czemu? Co za różnica, jeżeli padnę martwa po drodze?

- Nie odzyskam odprawy od twojego ojca.

Wstała i wyciągnęła do niego dłoń. - Daj mi ten klucz.

Głupia byłam, że zostałam tu tak długo, znosząc twoje impertynencje. Myliłam się 

sądząc, że mnie zaakceptujesz, że zrozumiesz, iż mogę być dla ciebie całkiem dobrą żoną. 

Myliłam się w tym,  co czułam... nieważne. Szybko zaczęłam cię nienawidzić, prawie tak 

mocno jak ty mnie. Nie zostanę tu ani minuty dłużej. Daj mi ten klucz.

Douglas przeciągnął palcami po włosach i zaklął. - Nie całkiem o to mi chodziło. 

Chciałem z tobą porozmawiać, nie walczyć, nie obrażać ciebie albo słuchać, jak ty obrażasz 

mnie. Nie nienawidzisz mnie, na pewno nie. Nigdy nie miałem zamiaru odwieźć cię do ojca 

w hańbie.

-Nie wierzę ci.

-Usiądź, proszę.

-Daj mi klucz, a wyjadę. Douglas złapał ją wpół i podniósł do góry. Zaniósł na fotel i 

posadził. Stał przed nią, blokując drogę ucieczki.

-Teraz   mnie   wysłuchasz.   Nie   wiem,   jak   do   tego   doszło,   ale   jesteśmy   w   sytuacji 

patowej. Myślałem, że jesteś bardziej rozsądna, bardziej...

-Uległa? Głupia?

-Do diabła, cicho bądź! Nic z tych rzeczy. Krew mnie zalewa przez tę kobietę!

Chodził tam i z powrotem. Patrzyła na niego niepewna, nie wiedząc, o co mu chodzi.

Zatrzymał się, pochylił się nad nią i złapał za oparcie fotel, na którym siedziała. - 

Dobrze, powiem ci, że podjąłem decyzję. Jeszcze w domku O’Malleya.

Patrzyła na niego bez cienia zainteresowania.

Wyprostował się i spojrzał na nią z góry. - Postanowiłem cię zatrzymać jako moją 

żonę. Nie będę anulował małżeństwa, twój ojciec może zatrzymać odprawę. Będziesz dla 

mnie tak samo odpowiednia jak każda inna kobieta. Miałaś rację, będziesz dobrą żoną. Jesteś 

z   dobrej   rodziny,   dobrze   wychowana-przynajmniej   tak   mogłoby   się   zdawać.   Jeżeli   cię 

zatrzymam,  oszczędzę  sobie podróży do Londynu.  Nie będę musiał  szukać odpowiedniej 

kandydatki i zalecać się do znudzenia. Tony miał rację, niech go szlag! Oczywiście, mam 

pewne zastrzeżenia. Musisz się nauczyć powściągać swój niewyparzony języczek. Myślę, że 

będę ci mógł pomóc poprawić maniery i zachowanie względem mnie. Tak więc, Alexandra, 

nie musisz wyjeżdżać, nie musisz działać pod wpływem emocji. Jesteś moją żoną - uznaje cię 

background image

za żonę -jesteś hrabiną Northcliffe. Nachylił się do niej.

Alexandra   bardzo   powoli   uniosła   się   z   fotela.   Odstąpił   o   krok,   nadal   nachylony, 

oczekując, aż z łkaniem rzuci mu się na pierś, będzie błogosławiła jego szlachetność, całowa-

ła dłonie i przysięgała oddanie i wierność po wieczne czasy. Odwróciła się powoli i równie 

wolno podniosła intarsjowany stolik, stojący obok fotela. Uniosła go nad głową i rzuciła. 

Patrzył, nie wierząc własnym oczom. Uskoczył w ostatniej chwili i stolik uderzył go w ramię, 

nie w głowę. Z ręki wypadł mu klucz i stuknął o podłogę.

Podniosła   go   i   podbiegła   do   drzwi.   Douglas   potrząsał   głową,   zdezorientowany, 

zmieszany i rozwścieczony. Był szybki, ale nie dość szybki. W mgnieniu oka wyskoczyła z 

pokoju, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem i zamknęła je na klucz. Uwięziła go! Patrzył na 

drzwi.

Ta przeklęta baba zamknęła go w złotym saloniku. Skądinąd piękne, starodawne drzwi 

były grube i bardzo mocne. Żeby je wyważyć, trzeba było co najmniej pięciu chłopa. Douglas 

służył swego czasu w wojsku. Był silny, był przebiegły, rzadko przegrywał w boju. Psia krew, 

nawet mówił płynnie po francusku i hiszpańsku. I mimo to ta kobieta wyprowadziła go w 

pole. Tego już było za wiele.

Poddał się i zawołał - Otwórz drzwi! Alexandra, otwórz te cholerne drzwi!

Z drugiej strony dochodziło go stukanie i jakieś głosy, ale nikt nie przekręcał klucza w 

zamku.

- Otwórz!

Usłyszał   wreszcie   głos   Hollisa,   który   oświadczył.   -   Milordzie,   raczy   pan   chwilę 

zaczekać. Jej... hm... lordowska mość wyrzuciła klucz, jak się domyślamy, gdzieś pod schody. 

Właśnie go szukamy.

-Hollis, zatrzymaj ją! Nie pozwól jej odejść!

-Nie ma potrzeby się denerwować, milordzie. Lady Sinjun... hm... właśnie ją, że tak 

powiem, dosiadła.

Tego już było za wiele. Stał jak głupiec, nie odzywając się, nie mogąc nic zrobić, 

całkowicie bezradny. Wreszcie drzwi się otworzyły. W holu roiło się od służących, krewnych 

i znajomych. Nie wiadomo skąd zjawili się wujaszek Albert i ciocia Mildred. Cały ten tłum 

przekrzykiwał się i darł wniebogłosy, aż go uszy rozbolały.

Jego  siostra   siedziała   okrakiem   na  Alexandre   na  pięknej  czarno-białej  posadzce  z 

włoskiego marmuru.

Potrząsnął głową. Co się porobiło w szacownym Northcliffe Hall! Odrzucił głowę do 

tyłu i roześmiał się.

background image

-  Boże   miłościwy!   -  od   drzwi  odezwał   się  znajomy   głos.   -  Co   się  tu   wyprawia? 

Dlaczego   Sinjun   siedzi   na   Alexandre?   Skąd   się   wzięli   ci   wszyscy   ludzie?   Chyba   są   tu 

wszyscy żywi Sherbrooke'owie!

Tony i Melisanda dołączyli do tłumu.

background image

ROZDZIAŁ 13

W porównaniu z tym, co nie tak dawno działo się w holu, grupa ludzi siedzących przy 

stole w jadalni była wyjątkowo spokojna. Hollis - kamerdyner o aparycji biskupa - dzielnie 

tkwił na posterunku i dyskretnie dyrygował lokajami. Nikt się nie odzywał, wyglądało na to, 

że interesują ich wyłącznie serwowane właśnie jaja. Douglas siedział u szczytu mahoniowego 

stołu, a po jego prawicy spokojna i cicha Alexandra. Hollis nalegał, żeby zajęła to właśnie 

miejsce. Hrabina matka siedziała na drugim końcu.

Ależ zamieszanie, pomyślał Douglas i wziął plasterek szynki. Matka usiadła, jeszcze 

zanim ktokolwiek zdołał wejść do jadalni, przed Alexandra. Douglas zauważył, kiedy było 

już   za   późno.   Nic   nie   powiedział,   miał   dość   scen   jak   na   jedno   popołudnie.   Wolał   nie 

zastanawiać się nad reakcją matki, kiedy dowie się, że nie jest już panią Northcliffe Hall i 

krzesło   naprzeciwko   pana   domu   do   niej   nie   należy.   W   tej   chwili   wydawała   się   bardzo 

zadowolona   z   siebie   i   trochę   go   to,   prawdę   mówiąc,   martwiło.   Cieszyła   się,   że   synowa 

wywołała taką awanturę? Nadal wierzyła, że Alexandra opuści Northcliffe Hall? Że nawet 

jeżeli zostanie, nie będzie tu gospodynią?

A Alexandra zdawała się nie pamiętać o swoich obowiązkach pani domu, niepomna, 

że hrabina matka zajmuje miejsce, które należy do niej. Co robić?

Spojrzał z dezaprobatą na jej nachyloną głowę. Dawał jej niebo i ziemię, i na dokładkę 

siebie za męża, a ona rzuciła się na niego jak wściekły pies, cisnęła w niego stolikiem i 

zamknęła w złotym saloniku. Powinna być wdzięczna, skakać do góry z radości niczym konik 

polny, dziękować za szczodrobliwość, kajać się i bić w piersi, bo przecież zachowała się 

równie niecnie jak Tony i jej ojciec. A ona co? Nie potrafił tego pojąć, zwłaszcza po tym, jak 

rozebrała   się   przed   nim   do   naga   i   gotowa   była   mu   się   oddać,   żeby   tylko   nie   myślał   o 

unieważnieniu. No, może nie traktował jej aż tak dobrze. Ostatecznie odrzucił ją, i to bardzo 

stanowczo. Ale z drugiej strony tak troskliwie się nią opiekował, kiedy była chora. Nie, tamto 

się nie liczyło. Uratował jej życie. Pokręcił głową. To przeszłość, dobra czy zła, ale prze-

szłość. Co było, a nie jest... Teraz liczy się tylko to, że postanowił ją zostawić.

Rozbawienie na widok Sinjun siedzącej okrakiem na jego żonie bardzo szybko mu 

przeszło. Alexandra była naprawdę wściekła, cała czerwona na twarzy,  ale nie mogła się 

nawet ruszyć przygnieciona przez silniejszą przeciwniczkę. Na jej widok wtedy się roześmiał 

- teraz wydawało mu się, że nie ma w nim już ani grama poczucia humoru.

Rzeczywistość nie wyglądała różowo. Jego żona dochodziła do siebie po chorobie, ale 

jadła stanowczo za mało, żeby wyzdrowieć. Kiedy chciał jej powiedzieć, że musi więcej jeść, 

background image

przypomniał sobie, jak podniosła stolik w złotym saloniku. Niby taka słaba, a miała dość sił, 

żeby go uderzyć. Spojrzał na Melisandę i westchnął. Była tak piękna, że wszystko przy niej 

bladło i stawało się nieważne. Z namysłem przeżuwał szynkę, coraz bardziej przygnębiony.

Ciszę przerwała Sinjun, oświadczając wesoło: - Jak to miło! Tylu nas tu razem. Miło 

cię poznać, Melisando. Jesteśmy spokrewnione, czy mogę mówić ci po imieniu?

Melisanda uniosła swą piękną twarz, spojrzała z nikłym zainteresowaniem na siedzącą 

naprzeciw niej energiczną dziewuszkę i odpowiedziała: - Ależ oczywiście.

-Mów jej Mellie - dodał Tony. - Sinjun jest moją ulubioną kuzynką.

-Tony, jestem twoją jedyną kuzynką!

-O nie, mam jeszcze trzy kuzynki, wszystkie  z wystającymi  zębami. Mieszkają w 

towarzystwie swoich dwudziestu kotów i robią mi kapcie na drutach na każde Boże 

Narodzenie.

-Chyba powinnam ci podziękować - stwierdziła Sinjun. - Mellie... ładnie.

Ku zdziwieniu Alexandry, jej siostra uśmiechnęła się i rzekła: - O ile wiem, jeszcze 

nigdy nikt nie powalił Alexandry na podłogę i nie usiadł na niej. Masz tupet.

Ku dalszemu zdziwieniu Alexandry, Sinjun zamknęła buzię, rzuciła przepraszające 

spojrzenie i spuściła głowę.

Kiedy ciocia Mildred,  chuda jak patyk  starsza pani o przeszywającym  spojrzeniu, 

odezwała się, Douglas wiedział, że nastąpił kres błogosławionej ciszy przy stole.

- Nie jestem do takich rzeczy przyzwyczajona.

Przygotował się do zmasowanego ataku i, na miły Bóg, nie rozczarował się.

- Twój wuj i ja przybywamy z wiadomością od markiza

Dacre, który powiadamia o rychłej wizycie w Northcliffe

Hall   jego   córki,   Juliette,   istoty   pięknej   i   słodkiej,   z   ogromnym   posagiem,   i   co 

widzimy?! Tę oto osobę na podłodze i oszalały tłum! Jestem przekonana, że Juliette nigdy w 

życiu ani chwili nie leżała na podłodze, a zwłaszcza pod kimś.

Douglasie, narobiłeś bałaganu. Dowiadujemy się, że poślubiłeś przez pełnomocnika j 

ą. Mówią nam, że Tony poślubił dla siebie j ą, tę którą ty zamierzałeś był poślubić. Douglasie, 

to więcej niż dziwne. I to wszystko, nie mówiąc nam ani słowa. Być może to znak, że robisz 

się podobny do twego dziada.

Wuj Albert odchrząknął.

-Mildred mówi o ojcu twojego ojca, nie ojcu twojej drogiej matki. Tenże właśnie 

ojciec zszedł w siedemdziesiątym drugim, na polowaniu, o ile sobie przypominasz.

-Wszyscyśmy słyszeli o stukniętym Karolu - powiedział Tony. - Ale to nie było tak, 

background image

że lis przestraszył konia, a dziadunio spadł i skręcił sobie kark?

-Ależ oczywiście, że nie, Tony, mój chłopcze - odpowiedział wuj Albert. - Koń wcale 

się aż tak nie wystraszył. Karol na pewno myślał o tych swoich chemikaliach i nie 

uważał.

Ciocia Mildred rzuciła się na nowy temat jak jastrząb na bezbronne pisklę. - Mój 

Albercie, być może ostatecznie dobił go ten wypadek podczas polowania, ale już na długo 

przedtem nie miał dobrze w głowie. Bardzo dziwnie się zachowywał. Miał trzy gadające 

papugi! I te eksperymenty we wschodnim skrzydle. Dochodziły stamtąd niezwykle przykre 

zapachy.

Douglas   był   zafascynowany.   Od   dzieciństwa   słyszeli   opowieści   o   swoim 

ekscentrycznym   dziadku.   Dopiero   po   dłuższej   chwili   doszła   do   niego   wiadomość,   którą 

przekazała ciocia Mildred. - Ciocia mówi, że przyjedzie tu córka markiza Dacre?

- Nie inaczej. Twój wuj i ja zaprosiliśmy ją. Ktoś musiał wziąć sprawy w swoje ręce. 

Nie   zachowywałeś   się   tak,   jak   powinieneś.   Jednak   to,   co   teraz   zrobiłeś,   jest   nie   do 

naprawienia, nawet przeze mnie. Jesteś żonaty z nią, a nie z tą śliczną dziewczyną, z którą jest 

żonaty   Tony,   a   w   dodatku   przyjeżdża   Juliette.   Doprawdy   nie   wiem   co   robić,   aleja   nie 

zawiniłam. Będziesz musiał przedsięwziąć kroki i naprawić sytuację.

Dobrze, tylko jak, zastanawiał się Douglas.

Ciocia Mildred zamilkła i ze śmiertelną powagą przyglądała się cielęcinie na swoim 

talerzu.

Odezwała się hrabina matka. - Zgadzam się z tobą, moja droga. To wszystko jest 

wysoce przygnębiające, jednak nie należy za to winić Douglasa. To wina Tony'ego i tej tam 

dziewczyny. To Tony wziął Melisandę, a Douglasowi zostawił tę, tę...

-Mamo - Douglas nachylił się nad stołem. - Proszę uważać, co mama mówi. Ja tu 

jestem panem i ja decyduję co ma być, a co nie.

-No właśnie - Sinjun wykrzywiła się do brata. - Oto jest pytanie.

Ręce mu opadły. Nikt się go nie słuchał, nawet siostra smarkula.

Hrabina   trochę   się   uspokoiła.   -   Lady   Melisando,   może   jeszcze   odrobinkę   tarty   z 

jabłkami? Jest wyśmienita, to jeden ze specjałów naszego kucharza.

Melisanda pokręciła tylko głową i przyciszonym głosem zapytała męża: - Kim jest ta 

Juliette?

- Kochanie, Juliette jest drugą pięknością po tobie. Ale po tobie, przysięgam.

- Chciałabym ją poznać. Musi być czarująca.

Boże, pomyślał Douglas, tylko nie to. Dwa klejnoty w jego domu.

background image

-Cóż - odezwała się ciocia Mildred. - Nie ma sposobu, żeby odwołać jej wizytę, chyba 

że porwie japo drodze jakiś rozbójnik.

-Niezły pomysł - Tony zrobił minę do Douglasa, który patrzył na Alexandre. - Co ty 

na to, Tysen? Nic się nie odzywasz, nie masz ochoty pozałecać się do tej Juliette?

-O nie - powiedziała Sinjun. - Tysen kocha się w Melindzie Beatrice, ale niedługo mu 

przejdzie. - Wykonała gest, jakby się modliła.

Tysen wyglądał tak, jakby miał ochotę przetrzepać jej skórę- Powstrzymał się od tego 

i oświadczył  z powagą kamienia nagrobnego: - Wkrótce powrócę do Oksfordu ukończyć 

studia teologiczne. Juliette z pewnością jest czarująca, ale nie mogę zostać. Przykro mi.

Na tym rozmowa się skończyła.

Douglas spojrzał na Alexandre.

Widział,   że   się   odsunęła,   zamknęła   i   uciekła   w   głąb   siebie.   Siedziała   na   swoim 

miejscu jak wcześniej, ale iskra w jej oczach zgasła. Była blada, obojętna i przygnębiona.

Nie mógł tego znieść. Rzucił serwetkę na talerz i wstał z krzesła. - Alexandre, czy 

mogłabyś towarzyszyć mi do biblioteki?

Szybko się uczył  - zamiast po prostu wyjść z jadalni, zakładając, że bez wahania 

pospieszy za nim, czekał przy jej krześle. Spojrzała na niego i westchnęła. Żadnych scen, 

pomyślała,   zdając   sobie   sprawę,   że   wszyscy   biesiadnicy,   Hollis   i   lokaje   aż   wstrzymali 

oddech, czekając na jej następny wyczyn.

-Oczywiście, milordzie - powiedziała, i spokojnie poczekała, aż Hollis odsunął jej 

krzesło. Nawet położyła rękę na zaoferowanym przez Douglasa ramieniu.

-Prosimy   o   wybaczenie   -   powiedział   Douglas.   -   Tony,   zajmij   się   gośćmi,   proszę. 

Tylko nie mówcie już o moim charakterze.

-Opowiem   anegdotkę   z   twojej   przebałamuconej   młodości.   -   Tony   patrzył   na 

Alexandre.

-O tak! - zawołała Sinjun. - Pamiętam, że zarówno Ryder, jak i Douglas pobałamucili 

sobie trochę.

Hrabina matka odezwała się, kiedy Alexandra i Douglas już wychodzili z pokoju. - 

Biedny Douglas. Cóż on z nią pocznie? Tony, to nieładnie z twojej strony. Jego uwiązałeś 

przy kimś takim, a ten piękny klejnocik zatrzymałeś dla siebie.

Ku zdziwieniu Douglasa, Melisanda rzekła: - Alexandra jest moją siostrą, proszę pani. 

Proszę tak o niej nie mówić.

- No cóż - odpowiedziała stara hrabina.

-Bardzo dobrze, kochanie - wyszeptał Tony prosto do doskonałego uszka żony.

background image

-Wydawało mi się, że to pochwalisz - odpowiedziała.

-Uczysz się - rzekł wolno. - Może pewnego dnia wejdzie ci to w krew. Nie będziesz 

musiała rozważać moich reakcji, zanim coś zrobisz.

Alexandra   nie   odezwała   się   ani   słowem.   Przeszła   u   boku   Douglasa   przez   hol 

wejściowy,   patrząc   kątem   oka   na   miejsce,   w   którym   uległa   przewadze   Sinjun   i   została 

powalona na podłogę.

Czuła się jak wystawiona na widok publiczny, bardzo samotna i zwyciężona. Ulżyło 

jej, że nie musi już siedzieć z tymi okropnymi ludźmi, ale był przy niej Douglas, a tylko on 

mógł ją naprawdę zgnieść.

Zaprowadził ją do biblioteki i zamknął drzwi na klucz. Tym razem dał jej klucz. - 

Żebyś nie musiała się na mnie rzucać - wyjaśnił. - Chociaż raczej nie ma tu mebli, którymi 

mogłabyś  się posłużyć.  Nawet ty nie dasz rady podnieść tego fotela. A co do podnóżka, 

pozory mylą. Waży więcej od ciebie.

Potrząsnęła głową i szybko odsunęła się od niego. Stanęła za sofą.

Chciał, żeby się odezwała, ale milczała. Rzucił klucz na biurko.

Wziął głęboki oddech i oświadczył poważnie: - Alexandra, pora wyjaśnić sobie kilka 

spraw.

Spojrzała na niego z wyrazem całkowitej obojętności.

Zmarszczył brwi. - Wystawiłaś mnie na pośmiewisko. Nie jestem z tego zadowolony, 

jednak co się stało, już się nie odstanie. Przyznam nawet, że rzeczywiście odegrałem niejaką 

rolę w tym, co się wydarzyło, że w pewnym sensie część winy spada na mnie. Masz coś do 

powiedzenia?

- Twoja rodzina zrobiła sobie ze mnie pośmiewisko.

Nie jestem z tego zadowolona, jednak co się stało, już się nie odstanie. Przyznaję, że 

odegrałeś największą rolę w tym, co się wydarzyło. To wszystko, co mam do powiedzenia.

_ W pewnym stopniu masz rację. Zachowali się nieładnie. Zadbam, żeby to się już 

nigdy nie powtórzyło. Wróćmy teraz do ciebie i do twojego zachowania.

Wpatrywała się w niego bez słowa.

- Gdybym był tobą, też bym milczał. Przeprosiny zabrzmiałyby podejrzanie, jako że 

zachowałaś się jak głupia, bezmyślna dziewka, niewarta hrabiowskiego tytułu.

Zamilkł. Jego mowa była słuszna, ale wiedział, że kontynuując, niczego nie osiągnie, 

na pewno nie po tym, co zaszło w jadalni. Zważywszy gwałtowność jej usposobienia, mógł co 

najwyżej oberwać sofą po głowie. Zmitygował się.

-Jednak - jak już wspomniałem - co się stało, już się nie odstanie. - Uśmiechnął się 

background image

przymilnie. - Musimy myśleć o przyszłości.

-O jakiej przyszłości?

-O tym właśnie chciałbym pomówić.

-Nie   żywię   zbyt   wielkich   nadziei   co   do   przyszłości.   Twoja   matka   wydaje   się 

wzburzona tym małżeństwem. Z całą pewnością cieszyłaby się, mając Melisandę za 

synową. Jednak ponieważ Melisanda wypadła z gry, została Juliette. Choć ustępuje 

Melisandzie urodą, to i tak jest piękna. Jeśli chodzi o mnie, jestem na przeciwnym 

krańcu   skali.   Twoja   matka   nigdy   mnie   nie   zaakceptuje.   Nie   mam   ochoty   znosić 

poniżeń od ciebie i podłości ze strony twojej matki.

-Sądzę, że matka  patrzy na Melisandę i nie widzi zagrożenia dla siebie  - wypalił 

Douglas bez zastanowienia.

- Ty jesteś inna, twardsza, poważniejsza. Nie może liczyć, że będziesz cały czas zajęta 

balami i fatałaszkami.

Nie,   ty   na   pewno   chciałabyś   osobiście   nadzorować   gospodarstwo   -   przerwał, 

zaskoczony i poruszony tym, co powiedział.

Zauważyła jego zmieszanie. - Uważaj, bo mogę to uznać za komplement, niezależnie 

od twoich intencji - oświadczyła.

-   Nie   to   miałem   na   myśli.   Melisanda   z   pewnością   potrafi   wykonywać   swoje 

obowiązki.

Mogła mu powiedzieć, że nie wiedziałaby, co zrobić z podartym prześcieradłem. - 

Melisanda   lubi   malować   akwarelami.   Jest   utalentowana.   Ja   nadaję   się   do   doglądania 

podartych   prześcieradeł,   ona   zostawia   przyziemne   sprawy   tym,   którym   Bóg   poskąpił 

szczególnych zdolności.

Nie wiedział, co jej odpowiedzieć.

- Co prawda, potrafię śpiewać. Żadna ze mnie madame Orzinski, ale mówiono mi, że 

mam ładny głos. No i mam dobrą rękę do kwiatów i wszelkich roślin. Tutejsze ogrody są 

bardzo zaniedbane.

W   jego   ciemnych   oczach   pojawiły   się   iskierki.   -   Próbujesz   mnie   przekonać,   że 

będziesz dobrą żoną? Zapominasz o swoich innych zaletach? - uśmiechnął się w duchu, wi-

dząc, jak się zmieszała i zbladła.

-Nie - powiedziała. - Nie chcę być twoją żoną. Chcę do domu. Nie możesz mnie 

zmusić, żebym tu została.

-Ależ mogę i zmuszę cię, do czego tylko zechcę. Nie zapominaj o tym.

Zamiast miotać na niego przekleństwa, Alexandra policzyła w myśli do dziesięciu. 

background image

Nie zaatakuje go. Panuje nad sobą, jest spokojnego usposobienia i potrafi to udowodnić.

- Pragnąłeś mówić ze mną. O czym?

Nieźle, pomyślał.

-Suknia ci pękła pod prawą pachą. Pewnie przez to rzucanie stołem, albo może j a k 

Sinjun tak na tobie siedziała...

-Cóż, jeżeli będę się przymilać, to pewnie kupisz mi nową.

-Pewnie tak.

-Niczego od ciebie nie chcę! Co chwilę byś mi to wypominał, jeżeli tylko byłbyś ze 

mnie niezadowolony.

-Szkoda, bo masz mnie razem z moimi wszystkimi złymi nawykami, z krewnymi o 

wrażliwości hipopotama i dobrymi dwoma tuzinami wścibskich służących. Tylko bez 

inwektyw. Twój spokój to coś nowego, choć przyznaje, niezwykłego. Powiedziałem, 

że nie unieważnię małżeństwa, że przyjmuję cię jako moją żonę. Nie zmieniłem zda-

nia. Masz coś do powiedzenia?

-Jesteś zboczony.

- Nie bardziej niż ty.

Miał rację. Rozsiadła się na sofie. Chyba ją rozbawił.

- Rozumiem. Robisz to, żeby uniknąć skandalu.

- Nie, ale masz rację. Z całą pewnością byłby skandal, i to niemały. Jednak nie to było 

powodem. Mam nadzieję, że jak już się trochę uspokoisz, będziemy się dogadywać.

Dawał jej to, czego pragnęła od trzech lat, czego chciała tak bardzo, że posunęła się 

nawet do próby uwiedzenia go. Rozebrała się i dawała mu siebie, a on ją poniżył i obraził. 

Teraz była  ubrana, miała  dziurę pod pachą, a on mówił, że nie chce unieważnienia. Nie 

całkiem to rozumiała. Z drugiej strony,  jaki miała wybór? Czyż  nie tego właśnie chciała 

bardziej niż czegokolwiek innego?

Spojrzała na niego i powiedziała: - Dobrze.

Uśmiechnął się. Coś w środku przestało go uwierać. Nie zdawał sobie sprawy, że był 

aż tak spięty, że aż tak czekał na jej odpowiedź.

-Kiedy się uśmiechasz, wyglądasz zupełnie inaczej.

-Chyba za często mnie takim nie widziałaś.

-Nie. Ja chyba też nieczęsto spokojnie się zachowywałam.

-Nie.

- Co masz zamiar zrobić?

Przechylił głowę. - A o czym myślisz? Masz ochotę na konną przejażdżkę? Sinjun już 

background image

wróciła,   więc   będziesz   musiała   spytać,   czy   pozwoli   ci   wziąć   Fanny.   Kupię   ci   innego 

wierzchowca. W Branderleigh sprzedają klacze po dobrych rodzicach.

-Nie, z tą Juliette.

-A, diament drugiej próby.

- Tak, sprowadzony dla ciebie, do obejrzenia. Nie zniosę tego! - wstała i zaczęła 

chodzić po pokoju. - Mam dość porównań. I ta Juliette... Boże, imię z tragedii Szekspira!

Przyjedzie i twoi krewni będą patrzeć na nią i Melisandę, a potem na mnie. Już widzę 

ten wyraz niezadowolenia. Nie zniosę tego!

- Dla żadnego z nas nie byłoby to przyjemne. Muszę się zastanowić. Skoro już wiem, 

że nie będziesz próbowała uciekać, mogę się tym zająć. Dobrze?

Pokiwała głową.

-Nie będziesz próbowała ucieczki?

-Nie. Wątpię, czy udałoby mi się przechytrzyć twoją siostrę.

-Udowodnisz to, dając mi te trzydzieści funtów?

-Nigdy!

-To znaczy, że mi nie ufasz. Dobrze. Wygląda na to, że ja pierwszy będę ci musiał 

zaufać. Jesteś głodna? Niewiele zjadłaś. Wolałabyś położyć się i odpocząć? Zadbam, 

żeby nikt ci nie przeszkadzał.

- Tak - słyszał desperację w jej głosie. - Chciałabym.

Spojrzał na nią przeciągle, ale nic nie powiedział.

background image

ROZDZIAŁ 14

Była   jedenasta   w   nocy.   Alexandra   siedziała   na   łóżku,   oparta   na   poduszkach. 

Wpatrywała się w ogień dogasający w kominku. Pokój oświetlało tylko kilka świec.

Przyjdzie dziś do niej?

„Mizantrop” Moliera leżał na łóżku, okładką do góry. Właśnie przeczytała: „Kobiety 

takie jak ja nie są dla takich jak ty” i wciąż powtarzała to sobie w myślach. Biedny Douglas, 

stracił nie tylko diament pierwszej próby, lecz także diament drugiej próby. Zastanawiała się, 

jakim klejnotem ona mogłaby zostać. Może topazem, tak, topazem, półszlachetnym, niewiele 

wartym,   ale   miłym   dla   oka.   Solidny   kamień,   na   który   można   liczyć.   Wzięła   książkę   i 

przewróciła stronę, usiłując coś przeczytać.

Przyjdzie?

Na białą stronę padł cień. Alexandra podniosła wzrok. Przy łóżku stał Douglas, ubrany 

w błękitną, haftowaną złotą nitką koszulę nocną. Był bosy. Spojrzała w jego ciemne jak noc 

oczy i zapytała: - Co tu robisz?

Uśmiechnął   się   do   niej   i   wziął   książkę   z   jej   rąk.   -   A,   „Mizantrop”.   Niestety   po 

angielsku. Nie czytasz po francusku? Jest o wiele zabawniejsza.

- Być może - odpowiedziała. - Znam tę sztukę dobrze i lubię jeszcze bardziej, nawet 

po angielsku.

Przerzucił kilka stron i przeczytał: - „Kwitnie dziś oszustwo”... Co ty na to?

O tak, jej oszustwo. Oszustwo Tony'ego. Nigdy im tego nie wybaczy.

-To niezbyt miło z twojej strony, że wybrałeś akurat to zdanie. Jest tyle innych.

-Myślałem o swojej siostrze i jej machinacjach. Słyszałem, jak z całych sił krzyczała, 

że szczur wchodzi ci pod spódnicę. Widziałem, jak się śmiała, kiedy cię trzymała na 

podłodze. Brakowało mi ciebie w jadalni.

-Dlaczego?

-Prawdę mówiąc, było dość nudno. Zabrakło ciebie i wszyscy jedli więcej niż powinni 

i rozmawiali o pogodzie. Musiałem grać w wista z ciocią Mildred. Grasz?

-Tak.

-To następnym razem zagrasz ze mną. Sama wiesz, że nie możesz się tu ukrywać. 

Grasz równie dobrze jak twoja siostra?

- Tak.

Zamyślił  się. - Tak naprawdę nie chodzi o wyrafinowaną grę. Po prostu jest taka 

piękna, że przy niej zapomina się o kartach i strategii gry.

background image

- Przy mnie na pewno nie zapomnisz.

- Może. Alexandra, nalegam. Jako pani w Northcliffe

Hall musisz zajmować się moimi krewnymi i gośćmi.

Popatrzyła na niego i powiedziała: - Jestem mądra, przystojna i grzeczna, talię mam 

wąską, a zęby silne i białe.

Roześmiał się. - Ten fragmencik akurat dobrze pamiętam. Ale nie musisz mówić o 

czymś, co wszyscy widzą. Odłożymy Moliera na półkę? Tak? Dobrze. - Odwrócił się do 

kominka. - Spodziewałaś się mnie dzisiaj?

-Nie byłam pewna.

-Chciałaś, żebym przyszedł?

Wyglądała tak radośnie, jakby jej dom nawiedziła zaraza. - Nie wiem. Bardzo się tym 

przejmuję.

-Czym? Tym, czego zamierzam cię nauczyć?

-Tak.

-A to pech. Nie spodziewałem się tego po kobiecie, która nie tak dawno weszła do 

mojej sypialni i rozebrała się do naga. Przyszedłem tu jak najspieszniej, bo prawdę 

mówiąc trochę się bałem, że zrobisz to jeszcze raz. W noc poślubną to mąż powinien 

przyjść do żony, nie żona do męża. A to jest nasza noc poślubna. Weszłabyś do mojej 

sypialni? Alexandra, naprawdę uwierzyłem, że w twoim pięknym ciele nie ma ani 

krztyny przyzwoitości. Przejmujesz się? Obawiasz się, że cię wybiję?

- Nie. Boję się, ze znowu nie będziesz mnie chciał.

Zamknęła mu usta. Dobry Boże, mogłaby być trochę mniej szczera. Ta jej uczciwość 

była przerażająca. Musi się nauczyć trzymać czasem język za zębami.

- Jestem twoim mężem. Po raz ostatni powtarzam, że zaakceptowałem to małżeństwo. 

Żeby było ważne, należy je skonsumować.

Chciała,  ale  i  trochę  się  bała.  Jeśli   chodzi  o  niego,   chyba  nie  bardzo   się  cieszył. 

Wyglądał tak, jakby czekała go nudna, ale konieczna praca.

- Nie jestem pewna, co zrobisz. Nie sposób przewidzieć twoich czynów. Ale chyba tak 

naprawdę wcale nie masz ochoty tu ze mną być.

Machnął   ręką.   -   Zadowolisz   mnie.   Od   dzisiejszego   wieczoru   będziesz   mogła 

przewidzieć moje czyny, jeśli chodzi o spanie z tobą. Rozumiesz, że muszę tu z tobą być? 

Wiesz, na czym polega konsumowanie małżeństwa, co będziemy robili?

Stał nad nią, wielki i potężny, patrząc z góry i zadając pytania.

-Rozumiesz?

background image

-Wiem,   że   podoba   ci   się   mój   gors.   Mam   nadzieję,   że   nie   kłamałeś,   kiedy   mi   to 

mówiłeś.

-„Gors”   to   krawieckie   słowo.   Masz   piersi,   Alexandra.   Wielkie,   białe   i   pełne,   nie 

mieszczące się w dłoni. Wystarczająco duże, żeby wykarmić mojego syna. A dopóki 

jego nie ma na świecie, będą karmiły mnie.

-Karmiły ciebie? Przecież nie jesteś dzieckiem.

-Będę ci musiał  pokazać.  Rozumiesz,  co się będzie działo?  Alexandra,  pytam,  bo 

jesteś dziewicą, a nie mam zamiaru cię przestraszyć albo napełnić obrzydzeniem.

-Dlaczego? Złościsz mnie, ale nigdy nie byłeś obrzydliwy, z wyjątkiem kilku razów, 

kiedy nie pohamowałeś języka.

-Moje   ciało   może   ci   się   wydać   obrzydliwe.   Jestem   ciemny,   owłosiony   i   duży. 

Słyszałem, że młode damy z wyższych sfer niekiedy przeraża ciało mężczyzny.

-Ależ nie.

-To dziwna rozmowa, zakończmy ją. Konsumowanie?

-Trochę   wiem.   Pytałam   Melisandę,   ale...   -   Przerwała,   widząc   reakcję   Douglasa. 

Poczuła się tak, jakby ktoś wbił jej igłę w serce. Douglas pomyślał o Melisandzie, jak 

kocha się z Tonym. A czego innego mogła się spodziewać?

-Co ci powiedziała? - Próbował zbagatelizować swoją reakcję.

-Niewiele. Powiedziała, że to nie było stosowne, ale potem zarumieniła się cała i na 

tym się skończyło. Nie wiedziałam, co o tym myśleć.

Wyciągnął złotą nitkę z rękawa koszuli. - Wszyscy wiedzą, że Tony jest doskonałym 

kochankiem.

-To znaczy, kto wie?

-Damy przede wszystkim. One z kolei opowiadają o tym innym kochankom i mężom, 

a dżentelmeni dowiadują się, który z nich cieszy się na tym polu dobrą sławą.

-Więc   im   lepszy   kochanek,   tym   więcej   ma   kobiet?   Niezależnie   od   tego,   czy   jest 

żonaty? Albo czy dama ma męża?

Zmarszczył   brwi.   Tak   właśnie   było,   ale   jak   miał   jej   to   powiedzieć.   -   Tak 

przypuszczam.

-Jaki jest doskonały kochanek? Miły? Bardzo delikatny? Dobrze całuje?

-Wszystko to i jeszcze więcej.

-Wydaje mi się, że to wymaga bardzo dużej praktyki i doświadczenia.

-W rzeczy samej. Tony ma jedno i drugie.

-A ty?

background image

-Ja też.

- A Ryder?

Roześmiał się. - Mój młodszy braciszek jest urodzonym kochankiem. Wystarczy, że 

pokaże się damom, a już wszystkie mdleją i dostają kociokwiku. Ale za bardzo się zapomina.

- Co to znaczy?

-Nieważne. Później ci powiem, jak będziesz już trochę wiedziała.

-Czy wszyscy wiedzą, że jesteś doskonałym kochankiem?

-Tak sądzę. Nigdy nie byłem samolubną świnią i dbałem o przyjemność kobiety.

-Jeżeli tak się o wszystko martwisz, to chyba nie jest to dla ciebie przyjemność.

-Natura tak to urządziła, że dla mężczyzny seks jest zawsze przyjemny, jakikolwiek 

jest. Chodzi o utrzymanie gatunku, rozumiesz. Kobieta nie musi mieć przyjemności, 

ona tylko przyjmuje nasienie mężczyzny i dlatego nie musi odgrywać aktywnej roli. 

Została okaleczona przez naturę. To bardzo przykre, ale mężczyzna może to nadrobić, 

jeżeli jest doskonałym kochankiem. Ja bardzo lubię nadrabiać.

-Nawet jeżeli niezbyt zależy ci na kobiecie?

-Zazwyczaj   nie   sypiam   z   kobietami,   na   których   mi   nie   zależy.   Poza   bardzo 

nielicznymi wyjątkami.

Zapytała, a on odpowiedział. Może trochę zbyt obcesowo, ale prawdziwie.

-   Tak   -   mówił   dalej   -   trzeba   włożyć   więcej   wysiłku,   jeżeli   kobieta   ma   mieć...   - 

Przerwał, potem dodał: - Sprawia mi satysfakcję patrzeć, jak kobieta ma przyjemność.

Przerwał, bo dostrzegł wyraz bólu w jej oczach. Cóż znowu takiego powiedział? Może 

to po prostu dziewiczy lęk. Nie rozumiała, ale zrozumie jeszcze tej nocy.

Zamknęła oczy. - Więc zawsze będziesz mnie porównywał ze wszystkimi pięknymi 

kobietami, które znałeś i na które patrzyłeś. Jestem ignorantką i bynajmniej nie diamentem, 

zawsze będę wypadała gorzej od nich. Pewnie nigdy się nie dowiem, o co w ogóle chodzi w 

tej przyjemności i zawsze już będziesz ze mnie niezadowolony. Będę zawsze przegrywać, a ty 

będziesz zawsze żałował, że zostałam twoją żoną.

-Ale jak przed chwilą cytowałaś, masz wąską talię i białe zęby. A, i jesteś przystojna. - 

Przerwał, a po chwili dodał bardzo cicho - Jeżeli chodzi o przyjemność, dam ci tyle 

przyjemności, że będziesz krzyczeć. Reszta tego, co powiedziałaś, to bzdury.

-Nie   wiem.   Może   będziesz   żałował,   że   marnujesz   przy   mnie   swoją   niezrównaną 

technikę.

-Wątpię. Widziałem cię, dotykałem i dbałem o ciebie. Twoje ciało mi się podoba. 

Nawet bardzo. Jestem mężczyzną, nie chłopcem. Możesz mi zaufać. Zajmę się tobą 

background image

bardzo troskliwie, zrobię wszystko, co trzeba, żebyś miała przyjemność.

- To wszystko brzmi bardzo trzeźwo.

Tylko wzruszył ramionami. Rzeczywiście niekiedy tak było, ale nie miał zamiaru jej o 

tym mówić. - To bardzo dziwna rozmowa jak na noc poślubną. A to jest nasza noc poślubna. 

Zaczynamy?

-Nie. Poczekaj. Naprawdę chciałeś dziś do mnie przyjść?

-Niech cię szlag! Nie wystarczy ci, że tu jestem? Nie patrz na mnie, jakbym miał cię 

zabić. - Wziął ją za ramiona i posadził na łóżku. - Siadaj.

Miała   ładne   palce   i   wąskie,   bose   stopy,   które   nie   sięgały   podłogi.   W   swojej 

panieńskiej   koszuli   nocnej   wyglądała   na   szesnaście   lat.   Nie   splotła   włosów   i   wyglądały 

pięknie - ciemnorude, gęste pukle sięgały talii. Wyszczotkowała je, czyli czekała na niego. 

Dobre i to. Odsunął się od niej o krok i zaczął rozpinać pasek.

-Co robisz?

-Zamierzam ci pokazać, jak wygląda mężczyzna.

Rzucił pasek na podłogę i bardzo powoli zsunął koszulę z ramion. Upadła na podłogę. 

Patrząc jej prosto w oczy, wyprostował się i opuścił ramiona. Stał przed nią nagi.

-Mój Boże - wyszeptała, patrząc na jego przyrodzenie.

-Jestem trochę inny niż ty. Patrzył na nią uważnie. Jej oczy rozszerzyły się i zaczęły 

błyszczeć.

-Tak mi się przyglądasz, że budzi to mój entuzjazm. Nie mogę nic na to poradzić.

-Mój Boże - powtórzyła.

Nie ruszał się. Chciał, żeby napatrzyła się do woli. Wreszcie pokiwała głową, jakby 

podjęła   jakąś   decyzję.   Ulżyło   mu.   Nie   wiedziałby,   co   robić,   gdyby   tak   dłużej   na   niego 

patrzyła.

-Twoja   koszula   nocna   trochę   przeszkadza.   Pozbądźmy   się   jej.   -   Nie   czekał   na 

odpowiedź.   Podniósł   ją   i   zdecydowanym   gestem   z   niej   ściągnął.   -   Teraz   można 

powiedzieć, że jedziemy na tym samym wozie.

-Jesteś taki czarny, owłosiony i duży.

-Tak, a ty jesteś bardzo biała i zupełnie bez włosów, poza łonem.

-Mój Boże!

-Dotknij mnie. Bardzo tego chcę.

-Gdzie?

-Gdzie chcesz, byle to było pomiędzy klatką piersiową a udami.

Otwartą dłonią dotknęła włosów na jego piersi. Czuła, jak głośno uderza jego serce. 

background image

Bardzo powoli przesunęła dłoń w dół.

Wstrzymał   oddech.   Członek   mu   nabrzmiał,   ręce   same   zaciskały   się   w   pięści,   ale 

zmusił się, żeby stać prosto. Chciał, żeby to ona panowała nad sytuacją. I tak wkrótce ją 

przestraszy. Kiedy jej dłonie dotykały jego brzucha, członek aż go bolał. Modlił się, żeby tam 

go nie dotknęła.

- Jesteś bardzo duży.

Uśmiechnął się.

-To prawda. Jeszcze się nauczysz, że mężczyzna ma dawać kobiecie przyjemność. To 

jest jego rola, to i obdarzanie jej swoim nasieniem.

-Wątpię, czy to się uda.

Zanim zdążył się odezwać, leciutko dotknęła go czubkami palców. Jęknął.

-Zabolało?

-Tak, cudownie zabolało. Nie dotykaj tego miejsca, bo mogę zawstydzić sam siebie.

Nie wierzył w to, co się działo. Gdzie się podział mężczyzna, którego Ryder nie tak 

dawno nazwał zimną rybą, który nawet przy aniele panował nad sobą. Jeszcze nigdy w życiu 

nie   musiał   walczyć   ze   sobą,   jeszcze   nigdy   opanowanie   tyle   go   nie   kosztowało.   A   ona 

doprowadzała go do szaleństwa. Pewnie dlatego, że już tak długo nie był z kobietą. Czyżby?

-Ale jesteś taki...

-Jaki? - zapytał  przez zaciśnięte zęby. Opuściła głowę, jej dłonie błądziły po jego 

ciele. Nagle uklękła i czuł jej ciepły oddech na swoim członku. Pomyślał, że mogłaby 

wziąć go w usta i stracił resztki panowania nad sobą. Oszalał, nie mógł już dłużej 

czekać. Przycisnął ją do siebie.

-Pragnę cię - wydyszał w jej usta. - Rozchyl wargi, tak, tak. - Jego ciepły oddech 

mieszał się z jej oddechem. Dotykał jej pleców, pośladków, całował ją do utraty tchu, 

językiem dotykał jej języka, przyciskał do siebie mocno, gorącymi dłońmi obejmował 

nogi. Odskoczyła nagle. Przestraszył ją, znieruchomiała jak głaz.

Opanował się. Za szybko, o wiele za szybko. Nie poznawał sam siebie - on, zawsze 

taki   spokojny  i   opanowany,   zachował   się  jak   dzikus.  Doskonały   kochanek,   a   strachu   jej 

napędził. Chciał wejść w nią jak najszybciej, nie oglądając się na nic, tu i teraz. Chciał wejść 

głęboko i mocno, ale przecież powiedział jej, że nie jest świnią. Do diabła, pysznił się, jaki to 

jest   dobry   dla   kobiety.   Musi   się   opanować,   to   przecież   ona   jest   dziewicą.   On,   taki 

doświadczony, wie jak zabrać się do rzeczy. To całe obłapianie i dyszenie nie jest oznaką 

wyrafinowania. Wziął głęboki oddech i odsunął się od niej. Podniósł koszulę z podłogi i 

nałożył ją. O nie, nie zamierza tak szybko wstrzyknąć swojego nasienia.

background image

- Przepraszam - powiedział - Przestraszyłem cię.

Przepraszam.

Roześmiał się sam z siebie. - Nie uwierzysz - mówił, dotykając jej ramion. Po prostu 

musiał jej dotykać, musiał mieć z nią kontakt - Uwierz mi, że jeszcze nigdy, naprawdę nigdy 

tak się nie spieszyłem. Przeraża mnie to, że mogę stracić panowanie nad sobą. Wcale mi się; 

to nie podoba, to do mnie niepodobne. Jesteś kobietą, zwyczajną kobietą, jak każda inna. Nie 

patrz na mnie, jakbym był potworem. Nie myśl sobie, że cię odrzucam, o nie. Wtedy byłem 

głupcem, dzisiaj chcę ci to wynagrodzić. Nie chcę cię skrzywdzić, przestraszyć. Boże, jakie ty 

masz piękne piersi.

Ciężko oddychał, jakby przed chwilą obiegł całe Northcliffe dookoła. Jego członek 

nadal salutował Alexandre . Dotknęła dłonią jego serca. Biło bardzo mocno. Chciał jej.

A ona zachowała się jak głupia dzierlatka, zmroziła go. - Proszę, przepraszam cię. Nie 

będę się już zachowywała jak dziewica.

Roześmiał się i zabolało ją to.

- Jesteś dziewicą.

Ale i tak zadziwiała go jej gotowość. Bała się, ale bardzo tego chciała, a on jeszcze 

bardziej chciał ją nauczyć.

- Zbliż się.

Podeszła do niego. Stała tuż przy nim.

-Jak widać, nadal bardzo cię pragnę. Powiedziałem ci, że nie potrafię kontrolować 

moich reakcji. Chcesz zostać tutaj czy iść do mojej sypialni?

-Chcę iść do twojej sypialni.

Bez słowa wziął ją na ręce i mocno przycisnął. Na policzku czuł jej ciepły oddech. 

Pocałowała go leciutko i delikatnie, jak niewinna panienka mogłaby pocałować wujka. Ten 

dziewiczy pocałunek doprowadził go do szału. Postawił ją na ziemi, schwycił za nadgarstki i 

wciągnął do swojej sypialni. Kiedy już się tam znaleźli, odwrócił się w jej stronę i schwycił 

na ręce. Znowu go pocałowała i leciutko ugryzła w ucho.

Ostatnich kilka kroków do łóżka pokonał biegiem. Oddychał ciężko, wystarczyłoby 

mu tylko jej dotknąć.

- Posłuchaj mnie - mówił, starając się jej nie dotykać - nie chcę, żebyś mnie teraz 

dotykała albo całowała.

Nie wiem, co mi się stało, ale nie daję sobie rady.

Rozumiesz?

Przypomniało mu się jak Ryder nazwał go zimną  rybą.  Zimną! Patrzyła  na niego 

background image

zdziwionymi   oczyma   wielkimi   jak   spodki.   -   Wiem,   że   nie   rozumiesz,   ale   powiedz,   że 

rozumiesz, dobrze?

-Rozumiem - powiedziała i objęła go za szyję. Leżał na niej, z ustami na jej ustach, 

całował ją i szeptał, żeby rozchyliła wargi. Kiedy to zrobiła, zaczął powtarzać jej imię. 

Powtarzał i powtarzał, całował ją i nie chciał przestać, aż do utraty tchu, aż do śmierci. 

Ściągnął koszulę i kiedy dotknął swoim nagim ciałem jej ciała, wydawało mu się, że 

oszaleje. Leżał na niej, duży i ciężki, i chciał w nią wejść. Czuł, że umrze, jeżeli nie 

zrobi tego natychmiast. Jego język buszował w jej ustach, dotykał jej języka. Serce 

waliło mu mocno, coraz mocniej, szybko, coraz szybciej. Uniósł głowę i patrzył na 

nią, Nie do wiary - powiedział i znowu ją całował. Trzymała go w ramionach, wbijała 

palce w jego barki. Otwierała się dla niego, jej ciało czekało, ciepłe i gotowe dla 

niego. Jej twarz była blada, biała jak jej delikatny brzuch. Patrzył na nią, drżał i nie 

wierzył   w   to,   co   się   działo.   Usiadł   pomiędzy   jej   nogami.   -   Jesteś   niesamowita   - 

powiedział.   Jego dłonie   ujęły  jej  piersi,  pieścił  je i  obejmował.   Alexandra,  do tej 

chwili przerażona i zszokowana, krzyknęła.

Jej plecy wygięły się w łuk, a on oszalał widząc, co się z nią dzieje. Jego dłonie były 

wszędzie, dotykał jej brzucha, . łona, czuł jej gotowość i czuł żądzę, nie mógł już czekać. 

Podniósł ją.

Alexandra nie miała czasu na przerażenie. Miał wielki gorący język i myślała tylko, że 

za chwilę coś się z nią stanie. I stało się, bardzo szybko. Krzyczała, czując ciepło pomiędzy 

nogami. Wsunął w nią palec, a ona aż podskoczyła, wbiła palce w jego włosy i krzyknęła. 

Mówił do niej, a ona cofała się i jednocześnie przybliżała.

- Tak... tak... to właśnie przyjemność kobiety. Jesteś teraz moja... Tak.

Dotykał jej, pieścił i za chwilę był już w niej. Chciała mu powiedzieć, żeby przestał, 

ale był taki wielki i niepohamowany, że i tak nic by to nie dało. Nie przestawał jej dotykać, a 

ona czuła łzy na policzkach.

- Alexandre spójrz na mnie.

Spojrzała   w   górę   i   zobaczyła   jego   ściągniętą,   spoconą   twarz.   Wrzasnęła   z   bólu, 

rozrywał ją, bolało coraz bardziej, coraz ostrzej. Nie mógł przestać, dyszał, był głęboko w 

niej,   wchodził   coraz   głębiej   i   poruszał   się   coraz   szybciej.   Zapomniała   o   przyjemności, 

płakała.

Zastygł tak nagle, aż spojrzała na niego i zobaczyła wyraz zdziwienia i satysfakcji na 

jego twarzy. Jęknął głośno z głębi piersi, jego ciemne dzikie oczy były gdzieś daleko, poczuła 

jego wilgoć w swoim ciele. Ból zelżał.

background image

Leżał na niej, przygniatając ją do materaca i dysząc ciężko. Było już po wszystkim i 

zastanawiała się, co się stało i co jeszcze może się stać. Po kilku minutach uniósł się na 

łokciach i popatrzył na nią. Patrzył bardzo długo, ze zmarszczonym czołem.

Wreszcie odezwał się chrapliwym i rozgniewanym głosem. - Boże, nie mogę w to 

uwierzyć. To nie powinno się stać, nigdy tak nie było. Nie tego oczekiwałem. Niech to szlag.

Wyszedł z niej delikatnie, żeby nie urazić jej bolącego ciała. Przez chwilę stał jeszcze 

przy łóżku, patrząc na nią.

- Idź spać - powiedział,  i ku jej wielkiemu  zdumieniu,  odwrócił się i poszedł  do 

sypialni hrabiny, z hukiem zamykając za sobą drzwi.

background image

ROZDZIAŁ 15

Ktoś krzyczał tak, że aż usiadła na łóżku. Głośny, przeszywający wrzask dochodził z 

sypialni   hrabiny.   Wyskoczyła   z   łóżka   Douglasa.   Zobaczyła,   że   jest   całkiem   naga,   więc 

owinęła się kołdrą i pobiegła do swojej sypialni.

Dora, piętnastoletnia służąca, głupia i chuda jak patyk, stała tam drąc się wniebogłosy 

i zakrywając twarz rękoma. Przez palce patrzyła się na łóżko.

Siedział w nim nieco zmieszany Douglas, patrząc na swoją nagą pierś, polaną gorącą 

czekoladą. Prześcieradło okrywało go tylko do brzucha.

Alexandra zatrzymała się i patrzyła.

- Na litość boską, zamknij się głupia!

Dora zamknęła buzię i zaczęła nerwowo wykręcać palce.

Aleksandra weszła do pokoju, a Dora na widok pani, której oczekiwała, a zamiast 

której zobaczyła nagiego pana, zawołała: - O, milady! Mój Boże! To jego lordowska mość a 

ja myślałam, że to pani i leciutko potrząsnęłam ją... jego... za ramię i wtedy on się podniósł 

całkiem   bez   ubrania,   i   tak   się   przestraszyłam,   że   rozlałam   na   niego   całą   czekoladę   i   go 

oparzyłam. O, milady!

Aleksandra   spojrzała   na   Douglasa.   Na   owłosionej   piersi   zastygała   czekolada, 

spływając na białą pościel. Był rozczochrany i nie ogolony, ale dla niej wyglądał tak pięknie, 

że nie mogła zrozumieć, dlaczego Dora tak krzyczała. Gdyby ona tak go złapała, położyłaby 

się przy nim i całowała do utraty tchu.

- Nic się nie stało. Przynieś nam trochę ciepłej wody i ręczniki. Pospiesz się. Jego 

lordowska mość niezbyt dobrze się czuje cały w czekoladzie.

Odwróciła   się   do   męża.   -   Nic   ci   nie   jest?   Poparzyła   cię?   Wyglądał   na   bardzo 

poirytowanego. - Do diabła nie, ale przestraszyła mnie ta głupia...

- Ty ją jeszcze bardziej przestraszyłeś.

Udało jej się powstrzymać od śmiechu, dopóki Dora była jeszcze w pokoju. Kiedy 

wyszła, Alex zaczęła się śmiać do rozpuku, aż łzy poleciały jej po policzkach.

-Do diabła! Cicho bądź!

-Tak, milordzie. - Śmiała się jeszcze bardziej. Na koniec otarła oczy i spojrzała na 

męża.

Nie   dość,   że   obudzono   go   wrzaskiem,   oblano   gorącą   czekoladą,   to   jeszcze   i 

wyśmiano. Wstał z łóżka, całkiem nagi. Aleksandra uciszyła się i patrzyła na niego. Wyglądał 

zupełnie inaczej niż wczoraj.

background image

- Kobieto, nie gap się tak na mnie! - powiedział i spojrzał w dół. Oddech uwiązł mu w 

piersi. Miał krew na członku.

Popatrzył  na stojącą  przed nim kobietę  z długimi,  rozczochranymi  włosami,  która 

wpatrywała się w niego nie rozumiejąc, kobietę, którą w nocy wziął, która jeszcze wczoraj 

była dziewicą, a dziś stała się jego żoną.

-Zraniłem cię? Patrzyła na niego i szczelniej okrywała się kołdrą.

-Tak.

-Boli   cię   jeszcze?   Była   okropnie   zawstydzona.   Stał   tu   przed   nią   całkiem   nagi   i 

zadawał   takie   pytania,   że   czerwieniła   się   aż   po   korzonki   włosów.   -   Troszkę. 

Właściwie wcale. Może trochę. Minął ją, poszedł do swojej sypialni i włożył koszulę 

nocną.

- Chodź tu.

Powoli, nie rozumiejąc czego od niej chce, podeszła do niego. Podniósł ją znienacka i 

położył na łóżku. Zaczął rozwijać kołdrę.

- Przestań! Co robisz! Douglas! - wyrywała mu się, ale nie na wiele się to zdało.

- Rozłóż nogi!

Rzuciła się do tyłu. Złapał ją za kostki i przytrzymał.

- Do diabła, przestań wierzgać!

-Nie, to ty przestań! To okropne! Może nie jestem już dziewicą, ale to mnie krępuje!

-Cicho. Mam krew na członku, twoją krew, muszę  sprawdzić, czy nic ci nie jest. 

Bardzo krwawiłaś? Zapomniałem cię ostrzec. Bałaś się? Do stu czortów. Przepraszam.

Patrzyła na niego. - Nie wiem.

- Jak to nie wiesz?

- Czułam pieczenie, ale nie patrzyłam. Było ciemno i ty wyszedłeś.

- Teraz już nie jest ciemno. Nie ruszaj się. - Rozłożył jej nogi - Do diabła. To tobie jest 

potrzebna woda, którą przyniesie Dora.

Czuła się tak potwornie upokorzona, że zamknęła tylko oczy i leżała bez słowa. Czuła 

jego wielkie ciepłe dłonie na udach. Dotykał jej, patrzył na nią w biały dzień. Chciała mieć 

znowu dziesięć lat i czekać na śniadanie, które przyniesie jej niania.

Wiedziała, ze stoi teraz przy łóżku.

- Nie ruszaj się. Przyniosę wody i umyję cię.

Usłyszała   skrzypnięcie   i   szybko,   nieprawdopodobnie   szybko,   zagrzebała   się   w 

pościeli.

-Milordzie? To był Finkle.

background image

-Idź sobie!

-Milady? To pani, cała zawinięta? Przepraszam, najmocniej przepraszam.

-Finkle, to ty?

-Milordzie, proszę o wybaczenie, ale myślałem, że to pan...

-Nic nie szkodzi. Rozumiem. Na przyszłość po prostu pukaj. Idź teraz i przynieś wody 

do mycia. Jej lordowska mość nie może zapamiętać, które łóżko jest jej. Ma kłopoty z 

kierunkami, ale zapewniłem ją, że w zupełności to rozumiem.

Kiedy drzwi się zamknęły, spojrzał na opatuloną postać w łóżku. Teraz była jego kolej 

na śmiech. Zagrzebała się jeszcze głębiej. Odezwał się wreszcie, ubawiony. - Możesz już 

wyjść, Finkle poszedł. Wyobrażasz sobie, jak ja się czułem?

-To było gorsze. Mężczyźni nie przejmują się, kto co widzi. Nie mają skromności za 

grosz.

-Ten wniosek wypływa, jak sądzę, z twojego wielkiego doświadczenia? Nieważne. 

Musisz się przyzwyczaić, że będę cię oglądał, kiedy i gdzie zechcę. A jeśli chodzi o 

biednego Finkle'a, moglibyście zaśpiewać w duecie. Chodź w twoim pokoju jest już 

woda.

Ruszyła za nim, ciągnąc za sobą tren z kołdry. - Sama się umyję. - Zaparła się w 

progu.

-Nie. Muszę sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Ja cię zraniłem... choć to nie 

jest właściwe słowo. Nieważne, ja to zrobiłem i ja się tobą zajmę.

-Odejdź, to zbyt krępujące. Nie pozwolę na to.

Zmarszczył brwi. - Już zapomniałaś, co ci zrobiłem zeszłej nocy? Nie pamiętasz, jak 

krzyczałaś z rozkoszy? Patrzyłem wtedy na ciebie. Teraz to trochę co innego, ale tylko trochę. 

Uspokój się.

- Nie - opierała się. - W nocy było ciemno. Sądzisz, że ta krew to normalne?

Słyszał lęk w jej głosie i próbował ją uspokoić. - Tak. Powinienem był cię uprzedzić, 

ale   nie   zrobiłem   tego.   -Zmarszczył   brwi,   przypominając   sobie,   jak   się   czuł   -   rozbitek, 

niepewny   co   się   z   nim   dzieje,   obdarty   ze   wszystkiego,   co   znał,   wystawiony   na   pastwę 

dziwnych uczuć, których nienawidził.

- Idź sobie.

Podniósł miskę z wodą i postawił na stoliku obok łóżka.

Próbowała uciec, ale zaplątała się w kołdrę i wpadła prosto w jego ramiona. Rozwinął 

kołdrę. - Męczy mnie ta zabawa w Cezara i Kleopatrę, choć muszę przyznać, że do twarzy ci 

w tej kołdrze. Nie wierzgaj i bądź cicho, nie mam zamiaru sto razy ci powtarzać.

background image

Odwróciła od niego głowę i zamknęła oczy, nie patrząc jak zmywa z niej krew i swoje 

nasienie.

Był bardzo spokojny i panował nad sobą, nawet kiedy jej dotykał. Był tak spokojny i 

opanowany jak wtedy, kiedy opiekował się nią w chorobie. Znikła dzika żądza i szaleństwo. 

Koniec. Dzięki Bogu, wszystko wróciło do normy. Kiedy teraz zdecyduje się ją wziąć, zrobi 

to spokojnie i z namysłem, nie angażując się tak bez reszty. Nie będzie się w tym zatracał. 

Wytarł ją i odłożył gąbkę. Odwrócił się, chciał jej powiedzieć, że może już wstać i wtedy 

stało się to znowu. Patrzył na nią i nie mógł oczu oderwać. W jednej chwili stracił cały spokój 

i opanowanie. Żądza wróciła. Nie mógł na nią nie patrzeć, palce aż go bolały, tak bardzo 

chciał dotknąć jej ciepłego, różowego ciała. Zaczął drżeć. Nie, nie mógł pozwolić sobie na to, 

żeby drżeć widząc nagą kobietę. Nigdy wcześniej mu się to nie przydarzyło. Lekko dotknął 

wewnętrznej strony jej ud. Chciał ją pieścić, czuć w dłoniach piersi, całować cieple, miękkie 

ciało, słyszeć bicie serca.

Było   jeszcze   gorzej   niż   w   nocy.   Żądza,   dzika   i   niepohamowana,   niepodobna   do 

niczego, co znał wcześniej, zmieniała go w dzikusa, w człowieka, którego nie znał i nie chciał 

znać, którym gardził. Czuł krew pulsującą w skroniach, tężejące mięśnie, niemal fizyczny ból. 

Jego członek znowu był twardy i wielki, a on sam czuł tak wielkie pożądanie, że cały drżał.  

Próbował w sobie znaleźć choć cień rozsądku, ale na próżno. Powalił się na nią.

- Unieś biodra - nakazał, po czym sam uniósł je swoimi wielkimi rękoma. Ciężko 

dyszał, wydawało mu się, że nie wytrzyma, że wybuchnie. Nie rozumiał, nie potrafił wyjaś-

nić, co się z nim dzieje. Wszedł w nią.

Krzyknęła.

Zastygł   na   chwilę,   ale   tylko   na   chwilę.   Była   mała   i   bardzo   ciepła,   czuł,   że   go 

przyjmuje, że i w niej musiało tlić się pożądanie. Nie opierała się, przyjmowała go, wyczuwał 

każdy   jej   ruch.   Doświadczenie   opuściło   go   kolejny   raz.   Został   sam,   wydany   na   pastwę 

własnego   pożądania,   którego   nie   rozumiał.   Zaczęła   szlochać,   i   to   wróciło   mu   odrobinę 

rozsądku. Chciał jej ust, chciał czuć jej piersi.

-Alexandra. Otworzyła oczy.

-Proszę, nie ruszaj się. Boli cię?

-Nie, nie o to chodzi. Tylko nie wiem, co się stanie. Boję się.

-Obiecuję, że następnym razem będzie bardzo powoli. Ale jeszcze nie teraz. Nie ruszaj 

się, bo oszaleję. Rozumiesz?

Widział jej błędny wzrok.

-Powiedz, że rozumiesz.

background image

-Rozumiem.

-Dobrze. Nie ruszaj się. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Nie wiem. - Czuł, jak 

zaciskają się jej mięśnie. Zaklął i zamknął oczy. Jeszcze wyżej uniósł jej biodra i 

wszedł głębiej.

Krzyczał z rozkoszy, jak szaleniec, jak nigdy przedtem. Chciał ją całować, gryźć, czuć 

jej łzy, czuć ciepło jej ust. Ruszał się w niej i nie wierzył, nie wierzył, ale nie mógł przestać.

Kiedy   się   wreszcie   uspokoił,   zastygł.   Znowu   to   zrobił.   Znowu   się   zapomniał.   Ta 

kobieta doprowadzała go do szaleństwa. Wbrew jego woli. Zmarszczył  brwi. Pobladła,  z 

rozczochranymi włosami, płakała.

- Przepraszam.   - Zszedł   z niej.  - Przysięgam,   że  następnym   razem  będzie   bardzo 

powoli, nie będziesz się bała, Przepraszam.

Serce jeszcze waliło mu w piersi, kiedy tak stał i patrzył na nią.

-Przepraszam - powtórzył. - Nie mogę... - Odwrócił się i chciał uciec. Zatrzymał go jej 

rozgniewany głos.

-Douglasie   Sherbrooke,   jeżeli   znowu   uciekniesz,   przysięgam,   że   stąd   wyjadę   i 

rozgłoszę   w   calutkim   Londynie,   że   jesteś   świnią,   a   nie   doskonałym   kochankiem. 

Każdemu, kto zechce słuchać, powiem, że zupełnie nie panujesz nad sobą, że jesteś 

szaleńcem   i   myślisz   tylko   o   sobie.   O,   i   jeszcze,   że   się   pocisz   i   jesteś   strasznie 

owłosiony!

-Do diabła! To twoja wina! Gdybyś nie była taka...

-Jaka? Taka piękna? Doskonała?

-Nie, właściwie... ale to na pewno twoja wina. Żadna kobieta nie zrobiła ze mnie 

takiego głupca, takiego nieokiełznanego imbecyla. Bóg wie, że nie jesteś swoją sio-

strą, więc...

-Nie, nie jestem moją cholerną siostrą! To tylko ja i nawet patrzeć na mnie nie chcesz!

-O, to nieprawda! Wystarczy że na ciebie spojrzę i tracę rozum! - Może nie chodzi o 

twoją twarz, może to cała reszta. Zadałaś mi coś. To pewnie przez te twoje piersi, uda, 

brzuch... co mi zrobiłaś?

-Jeszcze nic, ale mam zamiar przyłożyć ci ostry nóż do tego podłego gardła!

-Nie waż się mi grozić! Do diabła! Dobry Bóg wie, że było mi o wiele lepiej, zanim 

wpakowałaś się z kopytami w moje życie! Przynajmniej wiedziałem kim jestem i dla-

czego robię to co robię!

Tym razem przynajmniej poszedł do swojego pokoju, myślała patrząc na zamykające 

się z hukiem drzwi.

background image

Była  cała  obolała,  piekło ją w środku i ciągnęły mięśnie  ud. Straciła  dziewictwo. 

Gdyby nie niesamowita przyjemność, jakiej doznała w nocy, przeklinałaby go i wyzywała od 

świń - zresztą słusznie. Westchnęła i zajrzała pod kołdrę. Rzeczywiście, była w opłakanym 

stanie, co do tego miał rację.

Pociągnęła za sznur dzwonka.

*

Prawie godzinę później wyszła z pokoju. Douglas czekał na nią, opierając się o ścianę 

pomiędzy dwoma portretami przodków.

-Długo się grzebałaś - powiedział. - Domyślam się, że jesteś gotowa do śniadania.

-Czemu nie? Twoja matka pewnie już zdążyła dosypać mi do jajecznicy trochę trutki 

na szczury.

-Będę jadł z twojego talerza, tak samo jak spałem w twoim łóżku. Tak na marginesie, 

hrabina Northcliffe powinna nieco lepiej się ubierać.

-Poczekaj chwilkę, zaraz wymyślę jakąś zgrabną prośbę.

-Nie musisz. Przyjąłem cię jako żonę i będę cię musiał stosownie ubrać. Nie podoba 

mi się, że ta suknia tak spłaszcza piersi. To z pewnością szkodzi zdrowiu. Co prawda 

nie chcę, żeby oglądał je byle chłystek, ale troszeczkę dekoltu nie zawadzi. Nie można 

tak zupełnie zdawać się na wyobraźnię.

- Co tu robisz?

Wykrzywił się do niej i podał ramię. - Pomyślałem, że może ci się coś stać. Mało mnie 

wzrokiem nie zabiłaś, leżąc w łóżku. Nie mogę ci pozwolić jechać do Londynu i opowiadać 

damom   jak   się   zachowuję.   -   Wykrzywił   się   jeszcze   bardziej.   -   I   tak   by   nie   uwierzyły. 

Uznałyby, że jesteś zazdrośnicą i kłamczucha. Nie patrzyła na niego.

-Pojadę do Londynu jak tylko zyskam pewność, że nie ma w pobliżu twojej siostry.

-Nie pojedziesz!

-Przestań zgrzytać zębami. Zrobię, co będę chciała.

- Możesz być w ciąży - powiedział bardzo cicho.

Podniosła głowę i patrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Nie, to niemożliwe! Nie możesz być aż taki skuteczny. To bez sensu, wymyśliłeś to 

tylko po to, żebym cię słuchała. Mogę być?

-Oczywiście, to bardzo możliwe - powiedział, kładąc rękę na jej brzuchu. - Zrobiliśmy 

to dwa razy. Nie udawaj, że nie pamiętasz.

-Jakżebym mogła! Za pierwszym razem zadałeś mi ból, a za drugim zachowałeś się 

jak barbarzyńca.

background image

Zmarszczył brwi i cofnął rękę. - Nie chciałem. Kłamiesz, jeśli chodzi o pierwszy raz. 

Krzyczałaś jak...

- Cicho bądź! A jeżeli to mają być przeprosiny, to wiele im brakuje. Ale przynajmniej 

nie zwalasz winy na mnie.

Spojrzał na nią. - Gdyby ciebie tu nie było, byłbym taki sam, co mam zrobić?

- Ja chyba powinnam iść po ten nóż.

Douglas uśmiechał się, kiedy zobaczył kuzyna idącego ku nim korytarzem. - Tony, ty 

zdradziecki skurczybyku. Gdzie żona?

Tony był zaspany, ale na jego ustach błąkał się zadowolony uśmieszek. - Śpi słodko. 

Pewnie śni o swoim mężu.

Uśmiech Douglasa zamienił się w grymas. Alexandre tak to rozzłościło, że z całej siły 

uderzyła go w brzuch.

Przez chwilę nie mógł zaczerpnąć tchu, ale uśmiechał się mimo to. - To Tony'ego 

powinnaś atakować, nie mnie, swojego męża, dzięki któremu krzyczałaś w nocy z rozkoszy.

- Aaa... - Tony bacznie obserwował rozgniewaną i zakłopotaną twarz Alexandry. - 

Najwyższy czas.

Co za straszny człowiek! Czyż ten Douglas nie ma za grosz wstydu i dyskrecji? - To 

pewnie też moja wina, milordzie, że mówisz takie rzeczy? Bądź cicho, a ty Tony też.

-Żonka to niezła rzecz - stwierdził Tony, idąc obok niej. - Zawsze pod ręką, można 

pocałować, popieścić.

-Żona to nie piesek.

-O nie, to o wiele więcej. Co powiesz, Douglasie?

Alexandra miała wrażenie, że Douglas patrzy nie na Tony'ego, lecz na schody. Myśli 

pewnie o Melisandzie, drań przeklęty. Nagle zmarszczył brwi i zapytał: - Wuj Albert i ciocia 

Mildred jeszcze tu są?

Tony   ziewnął   i   podrapał   się   w   łokieć.   -   Pewnie   tak.   To   twój   dom.   Ty   tu   jesteś 

gospodarzem. Powinieneś wiedzieć, kogo tu trzymasz.

- Ciebie, i jak mi Bóg miły, wcale tego nie chcę.

Nie wydawał się bardzo przejęty mówiąc te słowa.

Tony powiedział tylko: - Kuzynie, sądziłem, że wybaczysz mi tego ranka. Wziąłeś 

wreszcie Alex jak przystało na męża, i sądząc po waszym wyglądzie chyba było...

-Tony!

-Masz   rację,   Alex,   nie   będę   nic   mówił.   Douglasie,   w   piątek   zamierzam   zabrać 

Melisandę na Truskawkowe Wzgórze. Odpowiada ci to?

background image

-Jeszcze trzy dni tu zostaniesz!

-On i moja siostra - stwierdziła Alexandra. - Powinieneś być zadowolony. Jeszcze trzy 

dni będziesz mógł na nią patrzeć i wzdychać.

-Dobrze by było, gdyby szanowna pani nauczyła się trzymać języczek za zębami.

-Alex, Douglas nigdy nie wzdycha do kobiet. Jest na to za dumny.

-Dzień dobry,  dzień dobry.  Alex, jesteś taka blada. Źle spałaś? Douglas znowu ci 

dokucza? Dzień dobry panom!

Alexandra   spojrzała   na   swoją   pełną   werwy   szwagiereczkę   i   westchnęła.   -   Witaj, 

Sinjun.

-Dzień dobry, smyku! - zawołał Tony. Douglas mruknął coś do siostry.

-Twoja matka jest już w jadalni? - zapytała Alexandra.

- O nie, na nią o wiele za wcześnie. Wstaje dopiero koło południa. Alexandra, nie 

masz  się czego bać. Jest tam tylko  ciotka Mildred,  a ona dużo je i dlatego mało  mówi. 

Okropne, prawda? I w dodatku jest taka chuda.

Alexandra westchnęła kolejny raz.

-Matka rano bywa kwaśna jak cytryna.  Ciotka przypomina raczej śliwkę. Chociaż 

trudno sobie wyobrazić śliwkę, która dużo je - zauważyła Sinjun.

-Sinjun, wiesz, że jesteś okropna?

-Braciszku, wstałeś dziś lewą nogą? Tony znowu z czymś wyskoczył? Nie zwracaj na 

niego uwagi. Tak się cieszę, że jesteś już w domu i że ożeniłeś się z Alex. Pojeździmy 

sobie konno po śniadaniu?

-Czemu nie? - powiedziała Alexandra. - Najlepiej najkrótszą drogą do Londynu.

Ciocia Mildred rzeczywiście już urzędowała w jadalni, zajadając dwie bułeczki naraz, 

jedną   z   miodem,   a   drugą   z   dżemem.   Spojrzała   na   Alexandre   spod   oka,   ale   nic   nie 

powiedziała.

Alexandra czuła, że Douglas chwyta ją za łokieć. Spojrzała na niego.

- Czas żebyś usiadła na swoim miejscu.

Aż zadrżała. - Nie, to nie jest konieczne i...

-I nic. Bądź cicho i rób co ci każę. To będzie dla ciebie nowe doświadczenie. Siadaj.

-Bardzo ładnie wyglądasz  na tym  krześle  - zauważyła  Sinjun. - Matka będzie  się 

złościć,   ale   tak   musi   być.   Żona   Douglasa   musi   być   tu   panią.   Douglas   zawsze 

powtarza, że Sherbrooke'owie powinni robić, co do nich należy i być odpowiedzialni.

- Szkoda że mój kuzyn o tym nie pamiętał, podły drań.

Ciotka Mildred odezwała się do nikogo w szczególności.

background image

- Jest za mała do tego krzesła.

Douglas uśmiechnął się do żony. - Chcesz poduszkę?

- Ciociu, to krzesło jest jak w sam raz dla Alex. Mama była do niego trochę za duża. 

Alex trzeba będzie dać poduszkę w dużej jadalni - stwierdziła Sinjun.

Tony przyznał jej rację.

-Anthony, nikt cię nie pyta o zdanie - oświadczyła ciotka. - Zachowujesz się poniżej 

krytyki. Żeby ożenić się z dwiema pannami i dać nie tę co trzeba Douglasowi!

-Bułeczki są przepyszne - powiedziała Sinjun, podsuwając je ciotce.

-Cioteczko, tylko proszę nie mówić tego mojej żonie. Ona żyje po to, żeby oddychać 

powietrzem, którym ja oddycham, tęskni, jeżeli opuszczę ją nawet na kilka chwil...

-Douglas,   chyba   powinieneś   kupić   dziś   Alexandre   konia   -   stwierdziła   Sinjun, 

machając bułeczką w stronę Tony'ego. - Nie zabijaj go przy śniadaniu. Widziałam 

Toma O’Malleya i powiedział mi, jak troskliwie opiekowałeś się Alex podczas jej 

choroby i że następnego dnia wysłałeś mu nowe łóżko. Powiedział, że czuje się w nim 

jak w niebie, i że to pierwsze łóżko w jego życiu dłuższe od niego. O, jest Hollis. Jego 

lordowska mość potrzebuje kawy.

-Rzeczywiście, widzę, że potrzebuje - zgodził się Hollis i nalał kawy z delikatnego 

srebrnego dzbanuszka.

- Czy jej lordowska mość również napiłaby się kawy?

Alex aż podskoczyła. Jej lordowska mość! Spojrzała na poczciwą twarz Hollisa. - 

Może poproszę herbatę. Nie przepadam za kawą.

-Młoda damo, siedzisz na moim miejscu!

-Ojej - powiedziała Sinjun - jeszcze nie ma południa, a już się zaczyna!

Hrabina matka wyglądała jak ucieleśnienie oburzenia.

-   Joan,   natychmiast   się   ucisz,   bo   inaczej   resztę   życia   spędzisz   w   swoim   pokoju. 

Widzę, jak ją podburzasz. A ty zejdź z mojego krzesła!

background image

ROZDZIAŁ 16

W jadalni zaległa cisza.

Alex   patrzyła   na   Douglasa.   Siedział   zupełnie   bez   ruchu,   w   prawej   ręce   trzymał 

widelec, zawieszony w tej ciszy niczym kamień. Lekko skinął jej głową - zostawiał to jej, nie 

zamierzał się w to mieszać. Przełknęła ślinę i zwróciła się do teściowej.

-  Nie  nazywam   się  „młoda  dama”,  tylko   Alexandra,   a  właściwie   lady  Alexandra. 

Jestem córką diuka. Może to dziwne, ale w Carlton House byłabym przed panią. Pomimo iż 

zeszłam o jeden poziom w hierarchii, i tak byłabym pierwsza. Jednak jest pani moją krewną, 

w dodatku o wiele starszą i dlatego jestem pani winna szacunek. Nigdy nie rozumiałam, 

dlaczego szacunek wiąże się z wiekiem, ale widocznie tak to już musi być. Proszę się do mnie 

zwracać „Alexandra” lub „łady Northcliffe”.

Hrabina   matka   nigdy   nie   dawała   łatwo   za   wygraną,   ale   widziała,   że   kręgosłup 

dziewczyny siedzącej na jej krześle - na jej krześle - najwyraźniej jest z żelaza. Musiała pono-

wnie ocenić swoje siły. Jej syn nie odezwał się ani słowem. Nie bronił jej, swojej najdroższej 

matki. Hrabina wzięła głęboki wdech, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się Hollis.

- Milady, kucharka przygotowała specjalnie dla pani babkę orzechową, udekorowaną 

migdałami i cynamonem.

Jest przepyszna, a ona z zapartym tchem czeka na pani opinię. Proszę usiąść tutaj, 

milady, z tego okna jest piękny widok na trawnik, można podziwiać pawie. Zawsze uważa-

łem, że z tego miejsca jest najpiękniejszy widok.

Hrabina matka jeszcze się wahała. Decyzję przyspieszyła ta jej niewydarzona synowa.

Alexandra klasnęła w dłonie. - Och, tak bym chciała pooglądać pawie! - powiedziała. 

- Rozwijają ogony? Jak wspaniale! Czy miałaby pani coś przeciwko temu, gdybym usiadła 

dzisiaj na tamtym miejscu? Mnie też się wydaje, że widok stamtąd jest wspaniały.

Hrabina uniosła głowę, a wraz z nią wszystkie trzy podbródki. - Nie, ja będę je dzisiaj 

oglądać, są zabawne. Hol-lisie, proszę mnie zaprowadzić na miejsce i podać babkę.

Douglas był pod wrażeniem. Spojrzał na Alexandre, ale spuściła głowę. To też zrobiło 

na nim wielkie wrażenie. Nie wywyższała  się, nie pyszniła  małym,  ale  jakże znaczącym 

zwycięstwem. Z pomocą Hollisa udało jej się nie robić z jadalni pola bitwy.

- Po śniadaniu jedziemy z Alexandra do Branderleigh Farm kupić jej klaczkę. Sinjun, 

chciałabyś nam towarzyszyć? - powiedział.

Sinjun   miała   pełno   jedzenia   w   ustach   i   tylko   pokiwała   głową.   Z   progu   wesoło 

odezwała się Melisanda. - Jak cudownie! Tony, ty też powinieneś kupić mi klacz. Chciałabym 

background image

białą, bez jednej plamki, z długą, gęstą grzywą.

Wyglądała  tak pięknie,  że widelec Douglasa na długą chwilę zawisł o dobre trzy 

centymetry od ust. Miała bladoniebieską suknię, nic nadzwyczajnego, ale nie trzeba było nic 

więcej. W gęste, czarne loki wplotła błękitną wstążkę. Wyglądała krucho i delikatnie, bardzo 

prowokująco.

-I nowy strój do konnej jazdy? - zapytała Sinjun. - Bielusieńki, może co najwyżej z 

jasnozielonym   piórem   przy   kapeluszu?   Wyglądałabyś   przecudownie.   A   jeszcze 

siedząc na tej klaczce... istna księżniczka z bajki.

-W   białym   ma   ziemistą   cerę   -   zauważył   rzeczowo   Tony,   mieszając   jajecznicę   na 

talerzu - Bardzo mi ulżyło, gdy uświadomiłem sobie, że od dnia ślubu nie będzie już 

musiała nosić bieli.

-Ziemista! Moja cera nigdy nie jest ziemista. Chodzi ci o ten brzydki odcień żółci, 

prawda? Nie, to absurd. Nigdy, przenigdy nie jestem żółtawa!

-Doprawdy? W takim razie twoje lustro kłamie. Musisz się nauczyć ufać swojemu 

mężowi.   Przecież   wiesz,   że   mam   doskonały   gust.   Zamierzam   wyrzucić   twoje 

wszystkie   panieńskie   koszule   nocne.   Nigdy   więcej   bieli.   Myślałem   o   mocnych 

zieleniach   i   niebieskim   -   oczywiście,   sama   satyna   i   jedwab   -   i   pasujących 

pantofelkach. Co ty na to, duszko?

Melisanda była w kropce. - Nie jestem ziemista - odpowiedziała - ale bardzo bym 

chciała nowe rzeczy.

-Tak też myślałem. Posiedzimy na Truskawkowym Wzgórzu jak długo mi się spodoba 

i pojedziemy do Londynu. Będziesz tam mogła podbijać młode męskie serca swoimi 

satynami i jedwabiami.

-Tony, ale ja bym chciała teraz jechać do Londynu!

- Może bułeczkę, kochanie? - zapytała hrabina matka.

Douglas patrzył na Melisandę i marszczył brwi. Sinjun, widząc to, uśmiechnęła się do 

swego odbicia w filiżance herbaty.

- Musisz pokazać wszystkim swoje akwarele, Mellie - powiedział Tony, patrząc jak 

jego   żona   delikatnie   rozrywa   bułeczkę.   -   Namalowała   kilka   w   Northcliffe.   Sądzę,   drogi 

kuzynie, że ci się spodobają.

Melisanda odłożyła bułeczkę i uśmiechnęła się do męża. Pochyliła się do niego, a 

oczy jej zabłysły. - Naprawdę ci się podobają? Naprawdę? Wcale nie tak łatwo tu malować, 

światło ciągle się zmienia. Mam namalować pawie, które wszyscy mają taką ochotę oglądać?

-Sam nie wiem - spojrzał na nią zamyślony. - Może mogłabyś zacząć od tej klaczy, 

background image

którą ci kupię. Ale nie białą, zlituj się. Może gniadą z białymi nogami. Nie chcę, żebyś 

była banalna.

-Banalna! Nigdy nie jestem... A co dokładnie przez to rozumiesz?

-Że brakowałoby ci oryginalności, byłabyś taka jak wszyscy, oklepana.

Melisanda zafrasowała się, a po chwili pięknie uśmiechnęła do męża. - W takim razie, 

milordzie, wybierzesz mi klacz, która będzie oryginalna.

- Tak. Musisz mi ufać i wierzyć, że zawsze robię to, co dla ciebie najlepsze.

Powoli pokiwała głową.

Sinjun rzuciła Alexandre przebiegłe spojrzenie.

Hrabina matka odezwała się do cioci Mildred. - Po śniadaniu pragnę pomówić z tobą o 

przyjeździe lady Juliette. Nie sądzisz, że powinniśmy wydać dla niej małe soiree!

Należy jakoś ją uhonorować, a skoro Douglas już jej nie poślubi, to...

O  Boże,   myślała   Alexandra   patrząc   na   Douglasa,   który  wyglądał   tak,   jakby   miał 

zamiar opluć swoją najdroższą mateczkę. Uprzedziła go, mówiąc głośno: - Ja także chcia-

łabym  poznać wszystkich sąsiadów. Przyjęcie dla Juliette byłoby bardzo dobrą okazją po 

temu. Wszyscy moglibyśmy się poznać.

-Będzie to przyjęcie na cześć mojej żony. - Ton Douglasa był chłodny i nie cierpiący 

sprzeciwu. - Lady Juliette, która będzie naszym  gościem tak długo, jak tego będą 

wymagały względy grzeczności, oczywiście zostanie zaproszona. Mama w żadnym 

wypadku nie będzie insynuowała, że jest to przyjęcie dla niej. Rozumie mama?

-Pawie   zwinęły   ogony   -   oświadczyła   hrabina   matka   i   wstała   z   krzesła. 

Majestatycznym krokiem oddaliła się z pokoju.

Tony omal nie zakrztusił się kawą.

*

Lady   Juliette   zjechała   niecałą   godzinę   później,   zanim   udało   im   się   uciec   do 

Branderleigh Farm.

Sinjun, stojąca za plecami Alexandry, wydała z siebie jęk zawodu. Alexandra też by 

wydała, ale jako żona i pani domu nie mogła, więc tylko westchnęła z cicha, wyprostowała 

plecy i wzięła głęboki oddech.

- Znowu ten kij od szczotki - powiedział Douglas i stanął obok niej u szczytu schodów 

przy podjeździe.

- O czym mówisz?

Machnął ręką i patrzył na wysiadającą z karety młodą kobietę w asyście odzianego w 

żółto-białą liberię lokaja. Inny lokaj troskliwie podstawiał schodki pod delikatne stopy damy. 

background image

Za panną z karety wysiadła służąca o kwaśnym licu i wątłym łonie, do którego tuliła wielką 

skrzynię na biżuterię.

- Lady Juliette, córka markiza Dacre - obwieścił lokaj.

-Dygamy? - wymamrotała przez zaciśnięte zęby Sinjun. - A może prosimy o łaskę?

-Cicho bądź - mruknął Douglas.

Hrabina   matka   przesadnie   jej   nadskakiwała.   Wkrótce   było   już   wiadome   wszem   i 

wobec, że lady Juliette jest nie tylko niezwykle piękna, ale i niezwykle nadęta własną waż-

nością. Wyglądała także na niepomiernie zadowoloną z przyjazdu do Northcliffe Hall, aż do 

momentu, kiedy zobaczyła Melisandę. Wpatrywała się w to nieoczekiwane i wcale nie miłe 

zjawisko, a hrabina matka mówiła.

- Droga Juliette, nasz Douglas się ożenił. Wielka niespodzianka, ale zrozumiesz, że...

Lady Juliette patrzyła na hrabinę, nic nie rozumiejąc. - Ożenił się? Nie widząc mnie?

- Tak - odparła hrabina.

Lady Juliette chciała natychmiast wyjeżdżać. Czuła się upokorzona. Ten podły hrabia 

ożenił się nie widząc jej, Juliette, najpiękniejszej młodej damy w trzech hrabstwach. Podeszła 

bliżej do Melisandy i widziała jeszcze lepiej. Znieruchomiała. W chwili szczerości musiała 

przyznać sama przed sobą, że ta Melisanda, z którą ożenił się hrabia, jest pewnie jedną z 

najpiękniejszych   kobiet   w   całej   Anglii.   Szczerość   prowadziła   do   wrogości   i   głębokiej 

nienawiści. Znalazł i poślubił kobietę piękniejszą od niej. Zasługiwał tylko na to, żeby go 

nadziać na jedną ze szpad jej ojca.

-Gdzie się spotkaliście? - zapytała, patrząc Melisandzie prosto w oczy.

-Spotkaliśmy się jakieś trzy lata temu, kiedy wrócił do Anglii, bo był ranny w bitwie. 

Nie pamiętam w jakiej.

-Ach tak, wasze małżeństwo zaaranżowano? Były wcześniejsze umowy?

Melisanda   przechyliła   powabną   główkę.   -   Nie,   pobraliśmy   się,   bo   bardzo   sobie 

odpowiadaliśmy.

- Ależ to niemożliwe!

Douglas i Tony jednocześnie zrobili krok naprzód.

- Obawiam się, milady, że zbyt szybko wysnuwa pani wnioski. Melisanda jest moją 

żoną. Alexandra, siostra Melisandy, jest żoną Douglasa.

Zapadła cisza, potem wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego. Douglas odezwał 

się głośno, kładąc kres tej wrzawie.

- Uciszcie się, proszę! Lady Juliette, pozwoli pani, że przedstawię panią Alexandre, 

mojej żonie.

background image

Lady Juliette poczuła się o wiele lepiej. - Jak uroczo, doprawdy uroczo - powiedziała z 

uśmiechem. Zdaje mi się, panie hrabio, że za bardzo się pan pospieszył. To z pewnością 

rezultat jakichś dawnych ustaleń rodzinnych. Czasami mądrzej jest trochę się zastanowić. Ale 

mimo wszystko miło odwiedzić Northcliffe.

- Tak - Sinjun odezwała się na tyle głośno, żeby Juliette mogła ją doskonale słyszeć - 

to prawda, co powiedział Tony. Juliette jest ładna, ale nie umywa się do Melisandy.

Douglas miał ochotę palnąć ją w ucho.

Alexandra wiedziała, że ten gość, niestety, nie przywiózł ze sobą gałązki oliwnej.

Uśmiechnęła się słysząc, co Melisanda powiedziała Tony'emu, kiedy wchodzili do 

holu. - Czy to nie jest okropne? Ona już mnie nie lubi, a przecież wcale mnie nie zna. Tony, 

dobrze   wiem,   że   jestem   piękna,   ale   może   to  nie   jest   najważniejsze...   a   nawet   jeżeli   jest 

najważniejsze, to są jeszcze inne rzeczy, na przykład charakter. Nie mam racji?

Tony ucałował żonę, nie krępując się, że wszyscy ich widzą. - Jesteś wspaniała, a twój 

charakter już niedługo będzie równie wspaniały.

-Dobrze,   że   Douglas   tego   nie   słyszał.   Tony   bardzo   rozważnie   operuje   kijem   i 

marchewką. Doskonale mu idzie - zauważyła idąca obok Alexandry Sinjun.

-Nic nie ujdzie twojej uwagi?

-Oczywiście, ale Alex, to bardzo ważne. Douglasowi trzeba pomóc jasno wszystko 

zobaczyć. - Zachichotała jak mała dziewczynka - Ta Juliette to wydra. Ciekawe, czy 

jest tak samo głupia jak zarozumiała? Douglas miał ochotę ją palnąć nawet bardziej 

niż mnie.

-Na to nie licz - stwierdziła Alexandra. - On bardzo lubi piękne kobiety.

Sinjun spojrzała na nią surowo. - Sama zachowujesz się teraz jak wydra. Nie pleć 

bzdur.   Sądzisz,   że   możemy   zostawić   Juliette   z   matką   i   ciocią   Mildred   i   pojechać   do 

Branderleigh Farm?

- Mam nadzieję.

Niestety, nie udało im się uciec. Przez bite dwie godziny

Alexandra wysłuchiwała opowieści o każdej konkiecie poczynionej przez Juliette w 

trakcie sezonu w Londynie. Wreszcie zwróciła się do Melisandy, która z* zainteresowaniem 

oglądała palec Tony'ego.

-Lady Rathmore, pani już sezon nie grozi. Wreszcie udało się pani znaleźć męża po 

tych wszystkich nieudanych próbach.

-Tak,   rzeczywiście   -   grobowym   głosem   odezwał   się   Tony.   -   Wystarczy   na   nią 

spojrzeć. Jest taka stara, ma wystające zęby. Ledwo udało mi się wyciągnąć ją z półki, 

background image

stała bardzo daleko i w dodatku wysoko. Doprawdy, wiele mnie to kosztowało. Nadal 

bezskutecznie usiłuję ją przekonać, żeby nosiła prześcieradło na głowie, no wie pani, 

żeby   oszczędzić   widoku   co   wrażliwszym.   Właściwie   to   poślubiłem   ją   z   litości. 

Zauważyłem, że wszyscy mężczyźni muszą się nad nią bardzo litować, bo wystarczy, 

że spojrzą z daleka, a już oczy im zachodzą mgłą i chwieją się na nogach.

Ku swemu wielkiemu zdziwieniu, Alexandra zobaczyła, że Melisanda ugryzła palec 

Tony'ego, a potem leciutko musnęła policzkiem jego dłoń. Popatrzyła na Douglasa - stał przy 

kominku niczym wcielenie dżentelmena doskonałego, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. 

Patrzył kolejno na Juliette, Alexandre i Melisandę, a jego nieruchoma twarz nie wyrażała 

niczego. Porównania nie wypadały dobrze. Trzeba było coś zrobić, a nie siedzieć jak ten 

głupek.

Wstała, uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń do Juliette.

-   Proszę   wybaczyć,   ale   muszę   zająć   się   obiadem.   Jeżeli   będzie   pani   czegoś 

potrzebowała, proszę nie wahać się i mówić. Witamy w Northcliffe.

Wyszła z pokoju wiedząc, że twarz teściowej poczerwieniała z oburzenia. Skłamała, 

wcale nie miała zamiaru szukać pani Peacham i doskonale wiedziała, że obiad skłoniłby go 

jedzenia nawet najbardziej wysuszonego ascetę.

Poszła do ogrodu, w którym stały greckie rzeźby. Ziemia była w opłakanym stanie. 

Będzie musiała porozmawiać z Douglasem, poprosić go, żeby pozwolił jej pokierować tymi 

parszywymi leniami ogrodnikami. Zobaczyła przepiękny krzew różany, niemal duszący się 

pod zarastającym dookoła zielskiem. Bez wahania uklękła i zaczęła pleć

-   Douglas   i   tak   uznał   jej   suknię   za   nieapetyczną.   Już   po   chwili   uspokoiła   się, 

zapomniała o Juliette, a nawet o teściowej.

Nawet nie zauważyła lekkiego deszczyku, który zrosił ziemię. Kopała, wyrównywała i 

wyrywała, aż różany krzew był wreszcie wolny. Stał przed nią w pełnej krasie, pyszniąc się 

czerwonym kwieciem i zielonymi liśćmi.

Przysiadła na piętach i uśmiechała się, zadowolona z siebie.

- Mój Boże.

Odwróciła   się,   wciąż   uśmiechnięta,   i   zobaczyła   Douglasa.   Stał   nad   nią   z 

przymrużonymi oczami i dłońmi na biodrach.

- Czyż nie jest piękny? I taki teraz zdrowy i szczęśliwy.

Douglas   spojrzał   na   ten   przeklęty   krzak.   Miała   rację.   Potem   popatrzył   na   swoją 

umorusaną żonę, z kosmykami mokrych włosów na czole, i zapomniał o krzaku.

- Chodź. Czas, żebyś zaczęła się przebierać do obiadu.

background image

- Jak mnie znalazłeś? - zapytała, wstając z ziemi i ocierając brudne dłonie w suknię, 

która i bez tego przedstawiała żałosny widok.

- Melisanda powiedziała mi, że ona maluje, a pod twoim okiem wszystko rośnie. Mam 

całą gromadę ogrodników, nie musisz tak się brudzić.

Spojrzała na niego tak poważnie, aż się uśmiechnął.

-  Ci   ogrodnicy  wykorzystują   cię.   Tych   pięknych   ogrodów  już   od  dawna   nikt   nie 

doglądał. To woła o pomstę do nieba.

-Porozmawiam o tym z Danversem.

-To główny ogrodnik?

-Nie, mój zarządca. Nie ma go tu teraz. Pojechał do Couthmouth, do chorego ojca.

-Za ogrody odpowiada główny ogrodnik, milordzie.

-Doskonale. Możesz porozmawiać ze Strathem, kiedy sobie życzysz. Powiedz mu, że 

masz moje pozwolenie. Teraz już chodźmy, musisz coś ze sobą zrobić.

- Niewiele można zrobić.

Żachnął się. - Za każdym razem kiedy widzę twoją siostrę zastanawiam się, dlaczego 

ona jest tak pięknie ubrana, a ty nie.

-Miałabym nowe suknie, gdybym pojechała na sezon I do Londynu. Ale Tony wydał 

mnie za ciebie i nie było ani sezonu, ani nowych sukien. Nie wierz w to, że Melisanda 

jest zepsuta i rozpieszczona. Większość strojów ma z zeszłego sezonu.

-Widzę - powiedział i Alexandra zaczęła się zastanawiać, cóż takiego zobaczył.

Obiad w towarzystwie dwóch diamentów błyszczących w jednym pokoju był dla niej 

prawdziwą próbą. Juliette mówiła o lordzie Melberry, który był nią oczarowany, i spojrzała 

na Melisandę z wyższością. Melisanda wzruszyła  ramionami  i powiedziała, że znudził ją 

niekończącymi się opowieściami o swoich spadkach. Po jakich dziesięciu minutach rozmowa 

przestała się kleić.

Juliette nie omieszkała nadmienić, że odrzuciła oświadczyny lorda Downleya, bardzo 

go w ten sposób raniąc. Melisanda zaśmiała się i powiedziała, że lord Downley oświadcza się 

każdej kobiecie, która ma powyżej tysiąca funtów posagu. I tak dalej, i tak dalej.

Wreszcie Alexandra mogła wstać, zmuszając wszystkie damy do opuszczenia jadalni. 

Nie zauważyła wściekłego spojrzenia, jakim obrzuciła ją teściowa. Usiadła przy pianinie i 

zaczęła grać francuskie ballady, nie zwracając uwagi na panujący gwar.

- Moi rodzice przepadają za mną - oświadczyła lady Juliette. - Dali mi piękne imię. 

Lord Blystock powiedział mi kiedyś, iż musieli wiedzieć, że będę taka piękna.

-   Zwróciła   szare   oczy   na   Alexandre,   która   zaczęła   jakby   nieco   silniej   uderzać   w 

background image

klawisze. Podniosła głos. - Pani rodzice z pewnością oczekiwali  czegoś innego. Ma pani 

męskie imię, nieprawdaż?

-Która pani? - indagowała Sinjun. - Tyle tu pań.

-Czy  nie  jesteś  trochę  za  młoda,  żeby przebywać   cały  czas  z  dorosłymi?   Mówię, 

oczywiście, o lady Alex. Wszak to męskie imię.

-Mam przyjaciółkę, której klacz nazywa się Juliette.

-Joan! Natychmiast przeproś lady Juliette!

-Tak, mamo. Lady Juliette, proszę o wybaczenie, ale to bardzo ładny koń, właściwie 

klacz. Ma mięciutki  okrągły brzuch i gęsty ogon, którym  bardzo macha,  jeżeli  w 

pobliżu są gzy albo ogiery.

Douglas usłyszał jej słowa i nie mógł powstrzymać śmiechu. Siostra była najlepszą 

bronią, jaką miał w swoim arsenale. Wcześniej nie podejrzewał jej o tak wspaniałe zdolności. 

Dobrze, że pozwolił jej zostać dziś wieczór z dorosłymi.

-Joan! Douglas, powiedz coś siostrze!

-Sinjun, nalej mi, proszę, herbaty. Graj dalej, Alexandre Dobrze ci idzie i bardzo mi 

się podoba.

Tony usiadł przy żonie.

Hrabina matka zaproponowała partyjkę wista. Douglas poprosił Alexandre na swoją 

partnerkę. Grali przeciwko Tony'emu i Juliette.

Douglas był ciekaw, czy jego żona gra tak dobrze, jak twierdziła. Już wkrótce się 

przekonał. Może nie liczyła najlepiej, ale grała z nerwem i wyobraźnią, a jej strategia była 

bardzo podobna do jego. Był  z tego jednocześnie zadowolony i trochę zły.  Przez chwilę 

zastanawiał   się,   jak   grałaby   Melisanda   z   workiem   na   głowie,   ale   tylko   przez   chwilę. 

Wygrywali   z   Alexandra   większość   partii.   Tony   mruczał   poczciwie,   nawet   kiedy   Juliette 

marnowała dobre zagrania albo złościła się mając słabe karty.

Douglas musiał zasłaniać kartami usta, żeby nikt nie zauważył, jak się krzywił, kiedy 

Alex wpuszczała Juliette w maliny, a ta głupia nie miała dość inteligencji, żeby trzymać buzię 

na kłódkę. Ba, piszczała, a raz nawet rzuciła swoje karty na podłogę i podeptała je. - Skąd 

mogłaś wiedzieć, że mam króla pik? To niemożliwe. Czemu zagrywałaś asem? Po prostu 

szczęście. A może patrzyłaś w tamto lustro.

Tego już było za wiele. Douglas wstał i oświadczył chłodno: - Z pewnością jest pani 

zmęczona, lady Juliette. Takie słowa nie wyszłyby z wypoczętych ust.

Juliette wstrzymała oddech i słowa cisnące się jej na usta - co w żadnym razie nie było 

łatwe - i pozwoliła wujowi Albertowi wyprowadzić się z salonu.

background image

-Jest piękna - bez emocji powiedziała Sinjun - lecz także bardzo głupia. Szkoda.

-Dlaczego, smyku? - zapytał Tony, uśmiechając się do niej.

-Jakiś biedny dżentelmen ożeni się z nią, zwiedziony jej urodą, a jak już się ocknie, 

będzie miał u swego boku kobietę głupią i niegrzeczną.

Melisanda podeszła do męża. Wsparła dłoń na jego ramieniu, a on nieświadomie ją 

pogłaskał. - Współczuję ci, że musiałeś grać przeciwko Alex. Jest prawdziwym mordercą, 

ojciec ją nauczył. Reginald próbował nauczyć ją oszukiwać, ale się nie dało. Zawsze strasznie 

się wtedy rumieni.

-Musi nauczyć się lepiej liczyć - stwierdził Douglas.

-Śmiem twierdzić, że musisz nauczyć ją wielu nowych rzeczy, kuzynie. - Tony wstał, 

ukłonił się Alexandre i pożegnał z towarzystwem.

Alexandra westchnęła, kiedy szli z Douglasem na górę.

-To był długi wieczór, przyznaję.

-O tak - powiedziała. Boże, czy znowu do niej przyjdzie? Zwolniła kroku.

Douglas stanął  pośrodku długiego korytarza.  - Postawmy sprawy jasno, żebyś  nie 

musiała tak wzdychać. Masz tylko jeden wybór: moje łóżko czy twoje?

Po czym zdecydował za nią, lekko popychając ją do swojego pokoju. Zamknął drzwi 

na klucz i stał tak, patrząc na nią w migotliwym świetle kominka.

- Dzisiaj cię nie przestraszę. Będę delikatny i subtelny, będę panował nad swoją i moją 

przyjemnością. Jestem człowiekiem światowym, doświadczonym. Będę tak łagodny jak ten 

ogień w kominku. Rozumiesz?

Patrzyła na niego i na ogień.

-Powiedz, że rozumiesz!

-Rozumiem - powiedziała i w nagłym odruchu wyciągnęła do niego ramiona. Był przy 

niej, wziął ja na ręce i zaniósł na łoże. Jego dłonie rwały na niej suknie, dziko, bez 

opamiętania całował ją i pieścił.

-Niech to szlag!

Nie powiedział już ani słowa więcej, całował ją zachłannie. Widok jej nagich piersi 

doprowadził go do szaleństwa. Dotykał jej i cały drżał, chciał w jednej chwili mieć ją całą, 

darł ubranie na niej i na sobie.

Kiedy leżała już naga, podniósł się, żeby zdjąć spodnie. Tak bardzo się spieszył, że je 

podarł. Jego wspaniałe, nagie ciało lśniło w ciemnościach, aż wyszeptała: - Jesteś taki piękny.

-O nie - powiedział, ale tym razem nie wszedł w nią od razu. Uniósł jej ciało do ust.

-Lubisz to, Alexandra? Powiedz mi. Boże, ty cała drżysz. Proszę, powiedz mi, co 

background image

czujesz.

Zajęczała i wsunęła palce w jego czuprynę, przytulając go do siebie, przyciągając tak 

blisko, że czuła na ciele jego oddech. Już nie mogła dłużej, krzyczała.

Douglas czuł jej paznokcie w swoim ramieniu, czuł, jak tężeją jej mięśnie i tonął w jej 

rozkoszy, coraz głębiej i głębiej. Nie czekał aż się uciszy, wszedł w nią i wstał.

- Owiń nogi wokół mojego pasa.

Ramionami   otoczyła   jego   szyję,   jej   usta   znalazły   jego   usta.   Nie   przestawała   go 

całować, kiedy jęczała, a on tracił resztki panowania nad sobą.

Zaniósł ją na duży dywan przed paleniskiem i obawiając się, że fala rozkoszy może go 

przewrócić, położył ją na plecach i wszedł w nią tak głęboko jak nigdy dotąd.

Alexandra jeszcze nigdy tak się nie czuła. Dotykała go, pieściła, a w pewnej chwili 

wyszeptała bez zastanowienia: - Kocham cię, zawsze cię kochałam.

Zamruczał,  i przewrócił się na bok, trzymając  ją w objęciach. Czuła ciepło ognia 

dogasającego w kominku, czuła siłę jego ramion i ciepło oddechu.

Ale za chwilę oblał ją zimny pot. Zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała, że on nie 

odpowiedział   i  że  dała  mu   władzę  nad  sobą.  Czuła  jego  nasienie  na  udach  i  chciała   się 

odsunąć.

- Nie - powiedział cicho. - Nie.

Wziął ją w ramiona i zaniósł do łoża. - Nie - powtórzył, otulając ją kołdrą. - Chcę żeby 

moje nasienie zostało w tobie.

Położył   się   obok   niej   i   dobrze   okrył.   Po   chwili   już   spał,   oddychając   równo   i 

rytmicznie.

Poddała   się,   ułożyła   głowę   na   jego   piersi   i   pocałowała   małe,   męskie   brodawki. 

Przynajmniej   tym  razem  nie   próbował  od  niej  uciec.  Wiedziała,  że   nie   ma  już  odwrotu. 

Zasnęła.

background image

ROZDZIAŁ 17

-Co robisz? Odwrócił się i zobaczył Alexandre stojącą w progu.

-Sprawdzam, jak zła jest sytuacja.

-Ależ ty grzebiesz w moich ubraniach!

-A niby skąd mam wiedzieć, czego dokładnie potrzebujesz? Niech szlag trafi moją 

przeklętą  siostrunię,  ale powiedziała,  że jeżeli  ma  uczestniczyć  w tym  przeklętym 

soiree,  musi mieć nową suknię. Potem spuściła głowę i powiedziała, że nie, że nie 

mogłaby. Mówiła to takim głosem, jakby była jakąś przeklętą świętą. Doskonale to 

sobie   wymyśliła.   Powiedziała,   że   to   nie   byłoby   w   porządku,   bo   ty   nie   masz   nic 

nowego. Potem miała czelność patrzeć na mnie, jakbym cię wykorzystywał. Ja, który 

pozwoliłem ci prosić o nowe ubrania!

-Przestań! Nie potrzebuję ani nie chcę nowych sukienek. To śmieszne, a Sinjun należy 

się lanie.

-Miała rację. Alexandre, bądź rozsądna, proszę.

-No dobrze, może i potrzebna mi nowa suknia balowa, ale mam własne pieniądze i 

nie...

-Co?   Znowu   te   nieszczęsne   trzydzieści   funtów?   Moja   droga,   za   to   nie   kupiłabyś 

stanika nawet dla dziewczyny zupełnie bez piersi. Dobry Boże, wystarczy, że ubiorę 

cię od pasa w górę, a moja kieszeń już będzie pusta. Cicho bądź, nie piszcz. Już 

postanowiłem.   Dziś   rano   przyjedzie   szwaczka   z   Rye,   zmierzy   cię,   a   ja   wybiorę 

odpowiednią suknię na środowe  soiree.  Sądząc po tym, jak wygląda reszta twoich 

strojów,   będę   cię   musiał   zabrać   do   madame   Jordan,   do   Londynu.   -   Z   trzaskiem 

zamknął   drzwi   szafy.   Otworzył   je   znowu   i   zaczął   przeglądać   pantofle.   -   Tak   jak 

myślałem, trzeba cię ubrać od stóp do głów.

-Douglasie   -   powiedziała   z   desperacją   w   głosie   -   nie   musisz   mi   kupować   tych 

wszystkich rzeczy. Całe to gadanie to były żarty, Sinjun po prostu się wygłupiała. 

Masz rację co do sukni balowej, dziękuję ci, ale nic poza tym, proszę...

-Bądź cicho.

-Nie, nie będę! Nie jestem służką z twojej czeladzi, nie możesz mną rządzić. Nie chcę 

być ci zobowiązana, nie...

-O tak, wolałabyś przynosić mi wstyd, paradując w łachmanach. Do diabła, kobieto! 

Nie pozwolę, żeby wszyscy mówili za moimi plecami, że ci skąpię. Wystarczy plotek 

na nasz temat. Nie potrzebuję jeszcze uwag, że moja żona wygląda jak nędzarka.

background image

-Ale przecież nie bardzo dbasz o to, co mówią ludzie - powiedziała, patrząc na niego 

uważnie. - Nie jestem nędzarka, wyglądam tak przy Melisandzie. Prawdę mówiąc, 

moje suknie nie umywają się do jej.

-Właśnie.   Musimy   coś   zrobić,   bo   pewnie   będziesz   stała   przy   Melisandzie. 

Postanowiłem,   że   twoje   piersi   będą   dobrze   zakryte,   bez   względu   na   koszt.   Nie 

spłaszczone, zabandażowane ani nic takiego, ale troszkę zakamuflowane, żeby ludzie 

mogli się tylko domyślać, jak hojnie jesteś wyposażona. Może nawet nie powinni się 

domyślać, muszę to przemyśleć. Zbyt wielu dżentelmenów patrzyłoby się na ciebie, 

czułabyś się nieswojo. Proszę się nie sprzeciwiać i Wiesz, ze w sukniach z dużym 

dekoltem widać wszystko, aż do samych stóp!

-To absurd!

-Nie. Jesteś niewysoka i każdy pan mógłby ci zajrzeć pod spódnicę! Nie pozwolę, 

żeby byle chłystek ślinił się na widok twoich piersi, więc lepiej przestań się kłócić!

-Ależ ja się nie kłócę!

-Czyżby! Krzyczysz jak dziewka kuchenna!

-Dobrze!   Zabierz   mnie   do   Londynu,   do   tej   pani   Jordan   i   wydaj   cały   majątek   ha 

przyodzianie mojego karku!

-Miałem na myśli piersi!

-Boże święty, przestań! Uśmiechnął się.

-A niech cię szlag, jesteś taki sam jak Sinjun.

-Nie   całkiem.   Widzę,   że   przyswoiłaś   sobie   jedno   z   ulubionych   przekleństw 

Sherbrooke'ow.   Nie   wiem   kto   cię   tego   nauczył,   bo   ja   się   hamuję.   Po  soiree 

wyjeżdżamy do Londynu, tak? Nie sprzeczaj się ze mną, już się zgodziłaś i trzymam 

cię za słowo. Ten zdradziecki skurczybyk i Melisanda także wyjadą do tego czasu.

-I nie będzie powodu, żebyś tu zostawał, skoro ona nie zostanie.

-Składnia nadzwyczajna, a w dodatku nie wiesz, co mówisz. Jak dalej będziesz tak 

stać i wypinać piersi, zedrę z ciebie suknię i spóźnisz się do szwaczki.

Zostawił ją stojącą pośrodku pokoju.

- Dziwny człowiek - stwierdziła.

Jeżeli miała nadzieję, że zostawi ją samą ze szwaczką, panią Plack, grubo się myliła. 

Sinjun ułożyła się na szezlongu, a Douglas usiadł w fotelu, skrzyżował nogi w kostkach, 

złożył ręce na piersi i zakomenderował: - Proszę zaczynać.

Chciała   wyprosić   ich   ze   swojego   pokoju,   ale   wiedziała   z   krótkiego,   lecz   bardzo 

przekonującego doświadczenia,  że Douglas nie da się odwieść od raz podjętego postano-

background image

wienia. Stała sztywno jak głaz, pozwalając pani Plack wziąć miarę. Posłusznie podnosiła ręce, 

prostowała  się,  a kiedy próbowała  troszkę się  skulić,  żeby piersi nie  sterczały jej  aż  tak 

bardzo, Douglas powiedział ostro: _ Nie, wyprostuj plecy!

Wyprostowała. Później Douglas przeglądał ryciny z fasonami sukien, aż znalazł taką, 

która mu się spodobała.

- Proszę tylko - powiedział, z namysłem głaszcząc się po szczęce - usunąć tę falbankę 

na dole, to już za dużo. Tak, łagodne cięcia i podniesiona talia sprawią, że będzie wyglądała 

na wyższą niż jest. Aha, i proszę podnieść dekolt przynajmniej o trzy centymetry.

-Ale   milordzie,   jej   lordowska   mość   będzie   wyglądała   jak   prowincjuszka.   To 

najnowszy paryski fason.

-Trzy centymetry - powtórzył. - Proszę podnieść o trzy centymetry.

-Mogę zobaczyć? - zainteresowała się Alexandra.

-Oczywiście - Douglas przyciągnął ją do siebie. -Chyba się zgodzisz, że będzie ci 

bardzo pasowała?

Spojrzała na suknię i aż przełknęła ślinę. Była cudowna.

- O jakim kolorze myślisz?

- Delikatny zielony, a wierzchnia spódnica ciemnozielona, - Nie chcę wyglądać jak 

prowincjuszka.

Pani Plack odetchnęła z ulgą. - W takim razie zostawię dekolt jak jest.

- O nie! - zaprotestował Douglas. - Chcę, żeby ją podziwiali, a nie gapili się na nią.

Alexandra zrobiła do niego minę, ale nic nie powiedziała. Spojrzała na jego usta i 

oczy jej pociemniały. Kochała jego usta, ich dotyk na swoich ustach, jego dłonie, kiedy robił 

się dziki, kiedy stawała się dla niego kimś najdroższym na ziemi.

-Przestań - powiedział, wstrzymując oddech.

-Ho-ho! - zawołała Sinjun i ziewnęła. - Widzę, że dobrze wybrałeś, braciszku. Może 

pojedziemy teraz kupić tę klacz dla Alexandry?

-Nie,   ty   zostaniesz   i   dasz   się   zmierzyć.   Wybrałem   suknię   dla   ciebie,   matka   się 

zgodziła. Nie musisz dziękować...

-Wielkie dzięki za taką łaskawość! Chciałam sama wybrać!

-Nie,   jesteś   na   to   za   młoda,   zbyt   niedoświadczona.   Nie   sprzeczaj   się   ze   mną. 

Alexandra   i   ja   spotkamy   się   z   tobą   później.   Dziękuję   pani,   pani   Plack.   Proszę 

pamiętać, trzy centymetry!

-Zachowałeś się jak despota - powiedziała Alexandra, kiedy szli do stajni.

Odgonił muchę łażącą po jego skórzanych spodniach. - Potrzebujesz tego, tak samo 

background image

jak moja impertynencka siostra. - Szedł dalej i mówił cicho, nie patrząc na nią. - Po powrocie 

do Northcliffe zabiorę cię nad strumień... Stwierdziłem, że to przez te sypialnie z wielkimi 

łożami tracę rozum i opanowanie. Tak, to pewnie to miejsce, a nie ty, sprawia, że zamieniam 

się w człowieka bez wyrafinowania i savoir-faire. .

Tak, pojedziemy nad ten strumyk i będę sobą. Zdejmę z ciebie ubranie, położę cię na 

plecach i będę pieścił twoje piersi i łono, uśmiechał się do ciebie i rozmawiał.

Może   omówimy   sytuację   w   Neapolu   z   punktu   widzenia   Napoleona   i   rojalistów. 

Skupię się na tym, co będę mówił, a nie na twoim ciele. Będę panował nad sobą, a rozum 

będzie kontrolował moje doznania. Kiedy uznam, że mam ochotę na coś więcej, nie będę się 

spieszył. Zrobię wszystkie te rzeczy, na które dotąd nie miałem czasu. Będziesz krzyczała z 

rozkoszy, aż ochrypniesz. I będziesz bardzo zadowolona, że jestem dżentelmenem i tak to 

wszystko wymyśliłem.

Spojrzał na nią. Była zdziwiona, cała czerwona i ledwo wierzyła własnym uszom. 

Roześmiał się.

-   Będziesz   mogła   krzyczeć   tak   głośno,   jak   tylko   będziesz   miała   ochotę.   Nikt   nie 

usłyszy, najwyżej kilka kaczek i ptaszków. Tak, spodoba mi się twój krzyk w środku dnia. 

Słońce będzie ci świeciło prosto w twarz, a ja będę cię wgniatał w ciepłą ziemię.

Dała   mu   kuksańca   w   brzuch,   a   on   roześmiał   się   jeszcze   głośniej.   Chciała   mu 

powiedzieć, że mógł sobie być takim dzikusem, jak tylko chciał, ale zawahała się.

-   Polubisz   mnie   jeszcze   bardziej,   kiedy   znowu   będę   doskonałym   kochankiem   - 

powiedział. Zastanawiała się, czy to w ogóle możliwe.

W Branderleigh Farm znaleźli  trzyletnią  klacz, której ojcem był  Pander z Foxhall 

Stud. Była żwawa, miała miękki pysk, długi kark i sierść czarną jak noc, tylko z białą gwiaz-

dką   na   nosie.   Próbowała   ugryźć   Alexandre   w   ramię,   a   kiedy   ta   odskoczyła,   pacnęła   ją 

pyskiem w podbródek. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

-Tak   ją   właśnie   nazwę   -   powiedziała   Alexandra,   podskakując   z   radości   przy 

Douglasie,   który   ubijał   targu   z   niejakim   panem   Crimptonem.   Klaczka   stała 

przywiązana do dwukółki.

-Północ, Czarnulka?

-Nie, to byłoby banalne, a sam wiesz, że musimy unikać oskarżenia o banalność jak 

tylko się da.

Podsadził  ją,  żeby  wsiadła   do  dwukółki,  a   sam   usiadł  obok.  Cmoknął  na   konia  i 

ruszyli.

-Więc jak? - zapytał po chwili.

background image

-Coleen.

-Nie ma irlandzkiej krwi.

- Wiem, ale jest oryginalna.

Uśmiechnął się. Czuł się wspaniale. Popędził konia.

Chciał   jak   najszybciej   znaleźć   się   nad   strumykiem   i   udowodnić,   jakim   jest 

wspaniałym kochankiem. Wymyślał logiczne argumenty za inwazją Napoleona na Neapol i 

ledwo pamiętał, że siedzi obok niej. Czuł się znowu sobą.

Pomógł jej zsiąść z dwukółki i to wystarczyło - zwykłe dotknięcie jej dłoni. Dotknął 

jej piersi, zaczął ją całować i przepadło. Porwał jej koszulę na strzępy. Zrobił to tak szybko i 

tak gwałtownie, że kiedy się od niej oderwał, serce waliło mu jak młotem.

-   Nie   potrafię,   nie   mogę   tego   wytrzymać.   Niech   to   wszyscy   diabli,   to   nie   do 

zniesienia. Przez ciebie znowu kląłem, a obiecywałem sobie, że już nigdy... Nie udało się, 

Jezu, jestem głupim, śmierdzącym skunksem, nie mam za grosz rozumu.

Jeżeli idzie o Alexandre, wątpiła, czy zdoła stanąć na nogach. Wziął ją szybko, jak 

zwykle, i wszedł w nią tak głęboko, że krzyczała z rozkoszy. Na twarzy czuła promienie 

przeświecającego przez dębowe gałęzie słońca, a jej nowa klaczka wtórowała pani rżeniem. 

Douglas dyszał i mówił jej rzeczy, które - jak się domyślała - były bardzo erotyczne, ale nie 

wszystkie rozumiała. Chciała go nawet zapytać, co znaczą, żeby potem mówić mu to samo.

- Tak - powiedział - za dużo jak na jednego człowieka. - Pochylił się i pocałował ją. 

Rozchyliła  usta i wszystko zaczęło  się od nowa. - Niech to szlag! - wrzasnął,  znowu ją 

pocałował i pchał, pchał co sił, jego dłonie garnęły się do niej, usta tonęły w jej ustach - aż nie 

panowała nad sobą, wychodziła mu naprzeciw i płonęła w jego pożądaniu. Nie chciała, żeby 

był ucywilizowany, nie chciała, żeby robił to inaczej. Chciała, żeby pozostał świnią.

Pomiędzy pocałunkami powiedziała mu, że go kocha. Całowała jego usta, szczęki, 

ramiona, ręce i brzuch. Dotknęła jego członka, a on zadrżał.

-Nie,   już   nie   -   delikatnie   odepchnął   ją   od   siebie.   Spojrzał   na   nią   i   powiedział:   - 

Powiedz, czy nie mam racji. Jeżeli kobieta czuje przyjemność, jeżeli zatraca się w roz-

koszy, to mówi mężczyźnie, że go kocha. Sama przed sobą musi usprawiedliwić swoje 

pożądanie, twierdząc, że to miłość. Zwłaszcza ty, taka młoda i romantyczna, pragniesz 

opakować   cielesne   przyjemności   w   coś   bardziej   wzniosłego.   Tak   działa   kobiecy 

mózg, wypełniony tymi wszystkimi romansidłami, które z pewnością pochłaniałaś, ale 

jeżeli tylko zachowasz rozsądek, przejdzie ci.

-Ty głupolu! - mocno grzmotnęła go pięścią w szczękę. Leżał podparty na łokciu, a na 

skutek uderzenia stracił równowagę i przewrócił się na plecy.

background image

-Ty gburze! Ty bezmyślny śmierdzący skunksie!

-Zgadzam się co do ostatniego, zresztą wspominałem o tym.

-Idź do diabła!

Wstała i z furią poprawiała na sobie odzienie. Aż drżała ze złości.

- Alexandra! Bądźże rozsądna. Przestań.

Nie przestała. Tak mocno pociągnęła za guzik, aż go oberwała.

Podniósł   się   na   łokciach,   nagi,   spocony   i   bardzo   odprężony.   Nawet   się   do   niej 

uśmiechał. - Alexandra, boczysz się, bo powiedziałem prawdę? Miłość to bzdurny wymysł 

poetów, i czemu by nie, skoro da się rymować. Jest jak sen, jak deszcz, który przelatuje ci 

przez pałce. Nie potrzebujesz wymówek ani usprawiedliwień, mamy prawo cieszyć się sobą. 

Dobrze nam ze sobą w łóżku, reagujesz na mnie z entuzjazmem, choć ja chyba mam przy 

tobie ten... hm... kłopot. Nie musisz wyjaśniać tego żądną romantyczną bzdurą.

Była już ubrana, tylko pończochy i buty leżały jeszcze na ziemi. Dłonie położyła na 

biodrach i powiedziała bardzo powoli i spokojnie: - Wiedziałam, że nie powinnam była ci 

tego mówić. Wiedziałam, że nie czujesz do mnie tego samego i bałam się, że dam ci władzę 

nad sobą. Myliłam się. Tak mało ci na mnie zależy, że w ogóle nie chcesz żadnej władzy. Nie 

zdawałam sobie sprawy, że będziesz wyśmiewał moje uczucia, że będzie cię bawiło, co czuję. 

W swoim cynizmie jesteś żałosny. Jeżeli to ci pomoże, usprawiedliwi twoje sądy - dobrze, w 

tej chwili nie kocham cię. Mam raczej ochotę przyłożyć ci młotkiem albo kopnąć w zadek. 

Ale nie, inaczej cię ukarzę.

Schwyciła jego buty i spodnie i pobiegła z nimi do strumienia. Zatrzymała się i rzuciła 

tak mocno i daleko, jak tylko mogła.

Douglas chciał złapać ubranie, ale za późno.

- Niech  to  diabli!!!   - wskoczył  do  strumienia,   usiłując  wyciągnąć   buty  i spodnie. 

Alexandra odwiązała konie, wskoczyła do dwukółki i po chwili już jej nie było. Na siedzeniu 

dwukółki uwoziła ze sobą jego koszulę i kurtę.

Słyszała, jak za nią krzyczał, ale tylko pogoniła konie. Nie mógł jej złapać, nie boso, a 

gwizdanie na konie też nic by nie dało. Uśmiechnęła się. Cyniczny drań. Zemsta była słodka.

Trzy   minuty   później   Douglas   minął   zagajnik   cisowy,   gdzie   jego   biała   koszula 

powiewała jak flaga poddania się. Zastanawiał się, jak tu trafiła. Musiała ją zabrać, niech ją 

szlag. Był spocony, zgrzany i miał ochotę ją udusić gołymi rękami. Przydusić, aż twarz zrobi 

jej się fioletowa.

Przeklęta baba. Żądza, poczciwa stara żądza, i to wszystko, a ona - jak każda inna 

kobieta   od   początku   świata   -   doszukiwała   się   czegoś   wznioślejszego.   Gdyby   jej   na   to 

background image

pozwolił, pewnie zaczęłaby bredzić o pokrewieństwie dusz i połączeniu serc. Coś okropnego.

Koszula kleiła mu się do spoconych pleców, popołudniowe słońce mocno przypiekało. 

Jeszcze ćwierć mili i znalazł kurtę zawieszoną na gałęzi.

Kiedy wreszcie stanął w drzwiach Northcliffe Hall, był gotów zabić.

Hollis powitał go z miną obojętną jak, ostryga.

- A, jego lordowska mość już wrócił ze spaceru na łonie natury. Jej lordowska mość 

opowiedziała nam, jak sławił pan wdzięczne tulipanowce pochylone nad strumieniem, jak 

zadzierał pan głowę oglądając topole, nucił i wąchał lilie. Powiedziała, że chciał pan zbliżyć 

się do ryb i wskoczył do strumienia i że był pan tak miły i pozwolił jej wrócić do domu ze 

względu na ból głowy. Milordzie, czy nie jest panu gorąco? Może podać lemoniadę?

Wiedział, że Hollis kłamie. Czemu wszyscy tak ją chronili? A co z nim? To on musiał 

wyciągać buty ze strumienia. To on wlókł się trzy mile na piechotę. Lemoniady, dobre sobie!

-Gdzie jej lordowska mość?

-Zbliża się do natury tu, na miejscu. Jest w ogrodach.

-Podobno boli ją głowa.

-Pewnie już jej przeszło.

-Zapewne - powiedział. Myśl o niej siedzącej sobie gdzieś w cieniu na wygodnym 

szezlongu rozwścieczyłaby go. Musi się pozbierać, to przecież śmieszne. Potrząsnął 

głową.

Miesiąc temu był wolnym człowiekiem.

Dwa tygodnie temu myślał, że jest mężem najpiękniejszej kobiety w Anglii.

A teraz ugrzązł przy dziewusze, której przedtem na oczy nie widział i która na dodatek 

go dręczyła. Zamieniła go w dzikusa.

*

We wschodnim ogrodzie Tony siedział  oparty niedbale  o pień drzewa. Patrzył  na 

szwagierkę, która brudna i spocona wyrywała chwasty i mruczała coś sobie pod nosem.

- Według mnie wszystko idzie jak trzeba - zauważył.

Alexandra przerwała wyrywanie i spojrzała na Tony'ego.

- Nic nigdzie nie idzie. On mnie nie lubi.

-Mylisz   się,   moja   droga.   Uznał   cię   za   żonę   i   widziałem,   jak   na   ciebie   patrzy.   Z 

pożądaniem i pragnieniem rozkoszy wypisanymi na twarzy.

-Nienawidzi tego. Jeszcze wczoraj mnie obwiniał za to, że traci panowanie nad sobą 

jak tylko mnie dotknie. Dwie godziny temu stwierdził, że to przez te sypialnie i łóżka. 

Zamierzał kochać się ze mną i rozmawiać o filozofii albo wojnie. - Westchnęła. - 

background image

Kiedy mu nie wyszło... cóż, pewnie szuka mnie teraz i chce mi skręcić kark.

-Bardzo dobrze zrobiłaś. Szkoda, że go nie mogłem zobaczyć, jak na golasa wskoczył 

do strumienia próbując ratować buty i spodnie. Sporo tam kamieni, które mogą urazić 

bosą stopę.

-Wiem, że nie powinnam ci tego mówić, ale nie mam nikogo innego. Byłam głupia. 

Powiedziałam mu, że go kocham. Nie mogłam nic na to poradzić, to po prostu wyszło 

z moich ust. Odpowiedział, że wszystko, co ja czuję i co on czuje, to żądza, że miłość 

to nonsens i że jak usłyszy o więzi duchowej, to aż się skręca.

-Naprawdę tak powiedział?

-Nie całkiem, ale takie były jego uczucia. Słowa, których użył, były jeszcze gorsze, 

cyniczne i obraźliwe.

-Ale teraz jest twoim mężem i przysięgam ci. że jeżeli mężczyzna znajduje gdzieś 

przyjemność,   po  niej   idą  następne   przyjemności.   O  ile   mężczyzna  i   kobieta   mają 

trochę rozsądku. Kochasz Douglasa, to znaczy, że bitwa jest już w połowie wygrana. 

Nawet więcej niż w połowie, bo on szaleje za twoim ciałem. Przekonasz się. Jutro 

wieczorem będzie soiree, Melisanda i ja wyjedziemy stąd pojutrze. Nie będziesz się 

już   musiała   martwić   tą   moją   prześliczną   wiedźmą.   Zresztą,   wydaje   mi   się,   że 

Douglasowi już zaczyna przychodzić do głowy, że nie dałby sobie z nią rady.

-Nie mogę uwierzyć, że pozwala ci mówić do siebie Mellie.

-Nie cierpię tego zdrobnienia. Mellie, fuj, to brzmi jak grube dziewczynisko całe w 

pryszczach.   Ale   liczy   się   to,   że   nagięła   się   do   mnie.   Jeżeli   zechcę   nazywać   ją 

lokomotywą, zaakceptuje to, bo jestem jej mężem i panem.

Alexandra wpatrywała się w niego. - Tony, jesteś przerażający.

Uśmiechnął się. - O nie, wcale nie. Kocham twoją siostrę, ale nie pozwolę, żeby jej 

było   na  wierzchu.   O,   to   chyba   twój   zbłąkany   mąż   nadchodzi.   Mężczyzna   normalnie   za-

trzymałby   się   choć   na   chwilę   obok   tych   greckich   rzeźb...   sama   rozumiesz...   ale   nie   on. 

Wygląda, jakby był gotów cię zabić. Mam go odciągnąć?

- Nie, wyzwałby cię na pojedynek albo zabił na miejscu.

- Potrząsnęła głową. - Musiałabym cię znowu zaatakować.

- W rzeczy samej. A, jesteśmy uratowani. Idzie tu Melisanda ze swoimi akwarelami. 

Zatrzymała się przy rzeźbach i przysiągłbym, że nie po to, aby je malować. Spotkali się z 

Douglasem i rozmawiają. Musi się opanować, musi być szarmancki, chociaż ma ochotę cię 

udusić.  Tak,   chyba  przestał  zgrzytać   zębami.  Alex,  mam  pewien   pomysł,  pewien   bardzo 

dobry pomysł.

background image

Spojrzała na niego, pojęła, o co chodzi i pokręciła głową.

- O nie, to się nie uda, to...

Douglas i Melisanda wyłonili  się zza cisów i ujrzeli  Tony'ego  na kolanach  przed 

Alexandra, obejmującego ją w ramionach i całującego jej włosy.

Douglas zastygł w bezruchu.

Melisanda cofnęła się jak rażona piorunem, rzuciła akwarele i przyskoczyła do nich, 

wrzeszcząc jak upiór. Złapała Tony'ego za włosy i powaliła na ziemię. Niewierny małżonek 

uśmiechał się do niej niewinnie, ale wcale na niego nie patrzyła.

- Ty podia złodziejko mężów! - krzyknęła i runęła na siostrę. - Jak mogłaś! Przecież 

masz swojego męża, jak śmiesz brać się za mojego! - wczepiła się we włosy Alexandry.

- Przestań! Na litość boską...

Douglas schwycił Melisandę wpół i podniósł do góry.

Odrzucił ją w kierunku Tony'ego, który złapał ją za ręce i przytrzymywał.

-Wydrę jej włosy! Łeb jej ukręcę!

-Mellie, cicho, no już, już. Melisanda odwróciła się do męża i wykrzyczała. - Nie 

nazywaj mnie tym okropnym imieniem! Coś ty tu robił, całując jej włosy? Jak chcesz 

całować włosy, całuj moje! Ty niewierny draniu! Wydrę jej wszystkie włosy, a potem 

wezmę się za ciebie. Nie całuj mnie, ty podlecu!

Douglas   słyszał   straszny   krzyk   za   swoimi   plecami,   ale   nie   poruszył   się   nawet. 

Przykucnął przy żonie. Potrząsała głową, jakby chcąc sprawdzić, czy nadal ją ma. Była brud-

na, miała umorusaną twarz i oczy nabiegłe łzami.

- Nic ci nie jest?

-Głowa mnie boli. Nie wiedziałam, że Melisanda jest taka silna.

-Zasłużyłaś sobie.

-Pewnie tak.

-Tony'emu pewnie nie przyszło do głowy, że jego żona zaatakuje ciebie. Widać, że nie 

do końca przemyślał swój plan.

Spojrzała na niego i zobaczyła, że on dokładnie wie, co się stało. - Nie. Pewnie był 

zaskoczony, ale i zadowolony.

- Tak. Chodźmy, wyglądasz okropnie, jeszcze gorzej ode mnie. Nie będę się z tobą 

kąpał, bo nigdy nie wyszlibyśmy z wanny.

Wstali. Tony namiętnie całował żonę.

Douglas powiedział łagodnie: - Tak, Tony czegoś dowiódł, prawda? Wcale na to nie 

liczył. Jest bardzo zadowolony z siebie.

background image

Tony kochał się z żoną przy greckich rzeźbach, tak łapczywie i zachłannie, jak jego 

kuzyn. Melisanda zapomniała, że może jej pognieść albo poplamić suknię, że ktoś może ich 

zobaczyć.   Straciła   rozum,   całkowicie   się   zapomniała   i   bardzo   jej   to   odpowiadało.   Kiedy 

powiedziała mu, że go kocha i że zabiłaby każdą kobietę, która spróbowałaby go jej zabrać, 

Tony uśmiechnął się jak matołek i oświadczył z satysfakcją: - Ja też cię kocham i uwielbiam 

twoją gwałtowność. O tak, sprawiłaś mi dziś wiele przyjemności.

Jeśli zaś chodzi o Douglasa, siedział sobie w miedzianej wannie, z wiernym Finkle'em 

stojącym obok, i żałował zniszczonych spodni i butów.

background image

ROZDZIAŁ 18

Tysen Sherbrooke stał wyprostowany i dumny jak paw. Z czcią oświadczył:

- Oto panna Melinda Beatrice Hardesty. Moja szwagierka, lady Alexandra.

Więc   to   jest   ta   bogobojna   i   płaska   panna,   której   tak   nie   znosiła   Sinjun.   Alex 

uśmiechnęła się do niej. - Jestem oczarowana, Tysen tyle nam o pani opowiadał. Mam na-

dzieję, że miło spędzi pani dzisiejszy wieczór.

Melinda Beatrice, choć doskonale znała swoją wartość, była nieco onieśmielona w 

obecności hrabiny -jakkolwiek nie starszej od niej samej. Pięknie dygnęła i odezwała się 

wdzięcznym głosikiem: - Dziękuję pani.

-Pewnie lubicie z Tysenem tańczyć.

-Pan   Sherbrooke   zapytał   mamę,   czy   pozwoli   mu   ze   mną   zatańczyć.   Oczywiście 

odmówiła, bo ja jeszcze nie jestem na wydaniu.

-Szkoda - powiedziała Alexandra. - Może w takim razie pogracie w karty.

-O nie, proszę pani. Mama uważa, że to nie przystoi. Powiada, że w karty grają tylko 

utracjusze.

-No cóż - Alex spojrzała na Tysena oniemiałego z miłości. - Może moglibyście z 

panem Sherbrooke'iem przejść się po ogrodach. Taki ciepły dziś wieczór, że szanowna 

mama pani z pewnością nie będzie oponować, a jeśli chodzi o reputację, to pełno tu 

wszędzie dorosłych.

-O tak, bardzo bym chciała - powiedziała panna Hardesty - jeżeli mama się zgodzi.

-Cóż za dziewuszysko! - zauważył Douglas, patrząc, jak Tysen ją prowadzi. - Mam 

szczerą   nadzieję,   że   mu   przejdzie.   Dzięki   Bogu,   niedługo   wraca   do   Oksfordu.   - 

Spojrzał na żonę odzianą w stanik, który ostatecznie podniesiono zaledwie o półtora 

centymetra. Podsłuchał, jak śmiała się z tego Sinjun. Nic nie mówił, bo wcześniej, 

kiedy Alexandra wbiegła do salonu i szukała go ufna jak szczeniak, był zbyt zajęty 

myśleniem, jak ślicznie wygląda. Przy zielonej sukni jej skóra była jeszcze bielsza, a 

gęste, rude włosy miała upięte na czubku głowy, tylko z kilkoma lokami spadającymi 

na ramiona. Patrzył na bujne, mlecznobiałe ciało i czuł, że zaczyna drżeć.

-Zatańczmy, bo nie wytrzymam i wsadzę ci rękę pod suknię.

-Proszę bardzo.

-Proszę bardzo co?

-Co sobie życzysz - odparła z syrenim uśmiechem.

Walczył sam ze sobą, a Alexandra z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Z dumą 

background image

rozglądała się po sali, pięknie udekorowanej festonami z niebieskiej, białej i złotej krepy. 

Wszędzie,   na   każdym   stoliku   i   w   każdym   kącie,   poustawiano   bukiety   kwiatów,   które 

pachniały   w   ciepłym   wieczornym   powietrzu.   Tańczyło   co   najmniej   piętnaście   par   i   co 

najmniej dwakroć tyle przyglądało się tańczącym. Przybyli wszyscy zaproszeni goście, poza 

sir Jamesem Evertonem, który zachował się na tyle brzydko, żeby umrzeć z rana. Wszystko 

było zapięte na ostatni guzik, a ona pomogła to zorganizować. Jedzenia było w bród. a poncz 

smakował   nawet   najbardziej   wybrednym   matronom.   Pierwszy   raz   czuła   się   jak   pani 

Northcliffe   Hall.   Wspaniałe   uczucie.   Co   prawda   jej   teściowa   zżymała   się   na   niektóre 

polecenia, ale nie oponowała, a przynajmniej nie w jej obecności. Tak, udowodniła, że daje 

sobie radę z teściową.

Poszukała wzrokiem Melisandy, jaśniejącej niczym księżniczka. Tańczyła z jakimś 

młodym dżentelmenem wyglądającym, jakby miał paść u jej stóp i zemdleć z wrażenia.

Douglas   skończył   wewnętrzną   potyczkę   i   wreszcie   odezwał   się   do   niej,   trochę 

zszokowany. - Drażnisz się ze mną?

Uśmiechnęła się do niego. - O czym to mówiliśmy? Tak długo nie odpowiadałeś. A 

tak, cokolwiek zechcesz, Douglasie. Upierasz się, że to, co do ciebie czuję, to żądza. Dobrze, 

jesteś   ode   mnie   starszy   i   o   wiele   bardziej   doświadczony,   więc   pewnie   masz   rację.   Tak. 

Wpatrujesz się w mój dekolt i czujesz żądzę. Ja patrzę na twoje usta i pewnie wiesz, że chcę 

cię  pocałować,  dotykać  cię  wszędzie,  a zwłaszcza  poniżej  pasa.  Jesteś  tam taki  gorący i 

delikatny. To wszystko żądza. Powiedziałeś mi przecież, że mam być rozsądna, a jesteś taki 

doświadczony. Niech zatem to będzie żądza. - Uśmiechnęła się przebiegle i zapytała: - Za-

tańczymy, milordzie?

Miał ochotę dać jej klapsa.

Ciężko oddychał. Widział jej białe dłonie na swoim ciele, pieszczące go, dotykające 

piersi, brzucha. Mięśnie mu stężały. - Idę do pokoju karcianego - powiedział, skinął jej głową 

i wyszedł.

Alexandra uśmiechnęła się. Wypij piwo, którego sam nawarzyłeś - pomyślała. Niech 

sobie wierzy, że to tylko żądza.

Lady   Juliette   doskonale   się   bawiła.   Królowała   nad   swoją   małą   świtą   z   dala   od 

Melisandy, śmiejąc się często i głośno, ale Alexandra nie zwracała na to uwagi. Jutro już jej 

tu nie będzie.

Kiedy Hollis szepnął jej do ucha, że bufet gotowy, zdziwiła się, że czas tak szybko 

upłynął. Tony poprowadził ją do kolacji, a Douglas ujął pod ramię Melisandę. Juliette wsparła 

się na usłużnym ramieniu dżentelmena z sąsiedztwa, który po raz pierwszy od wielu lat nie 

background image

uskarżał się na podagrę.

-Douglas nadal wściekły - zakomunikowała  Alexandra, podczas gdy Tony pożerał 

łososia. - Teraz dlatego, bo wreszcie zgodziłam się z nim co do swoich uczuć, a raczej 

ich braku.

-Tylko żądza?

-Tak. Fukał jak obrażony kardynał i wyszedł do pokoju karcianego. Jego matce nie 

bardzo się to podobało. Oczywiście, obwinia mnie. Korci mnie, żeby powiedzieć jej 

prawdę. Ujrzałaby go w innym świetle.

- Ciebie też, małe ladaco.

Roześmiała się. - Tak, ale chciałabym zobaczyć wyraz jej twarzy.

- Jesteś już w ciąży?

Aż upuściła widelec.

-Boże, nie mam pojęcia. Tony, nie pomyślałam o tym. W ciąży. Dlaczego pytasz?

-Słyszałem, jak hrabina matka rozmawiała o tym z ciotką Mildred. Ma nadzieję, że 

spełnisz swój obowiązek jeszcze zanim minie rok, bo przecież to głównie dlatego 

Douglas chciał się żenić. No wiesz, bezcenny dziedzic.

Spojrzała na niego. - Jeżeli w ciągu roku nie wydam na świat dziedzica, to Douglas 

pewnie wyrzuci mnie na zbity pysk i będzie próbował z inną?

- Brzmi to, jak uwagi o hodowli bydła. Nie, Douglas będzie dzielnie próbował, bez 

wątpienia. - Tony zajął się kromką chleba. - Wiem, że trudno ci w to uwierzyć, ale to prawda. 

Przez całe moje dorosłe życie nigdy nie widziałem, żeby Douglas stracił głowę. W bitwie 

zachowywał się jak zimnokrwisty sukinsyn, nigdy nie zbaczając z drogi, zawsze mając swoje 

cele   przed   oczami,   pamiętając   o   najdrobniejszych   szczegółach.   Podwładni   go   czcili,   bo 

wiedzieli, że mogą mu ufać. Nigdy ich nie zawiódł.

Bywał   taki   wściekły,   że   inny   by   wybuchnął.   Ale   nie   on.   Nie   widziałem   go, 

oczywiście, z kobietami, w łożu, ale jak to mężczyźni, rozmawialiśmy o tym i owym. Kiedyś 

była   to   dla   niego   tylko   gra.   Lubił,   kiedy   kobiety   traciły   przy   nim   rozsądek,   a   on   nad 

wszystkim panował, o wszystkim decydował. Zaszokowałaś go po czubki Sherbrooke'owych 

palców, nie daje sobie z tym rady. Alex, dla mnie to zabawne. To, co dzisiaj zrobiłaś, to było 

mistrzowskie posunięcie. Szkoda, że nie będę mógł zostać i być świadkiem jego upadku.

-Upadku? Nie podoba mi się to.

-W takim razie: wyniesienia, przyjęcia do wiadomości, że bardzo mu zależy na żonie 

zarówno w łożu, jak i poza nim, i że nic w tym złego, jeżeli mężczyzna szaleje za 

swoją żoną.

background image

-Wiesz, że gdyby ktoś nas podsłuchał, to wysłaliby nas oboje do tej okropnej zatoki 

Botany?   Nigdy   nawet   nie   myślałam   o   tym,   o   czym   tak   otwarcie   rozmawiamy.   - 

Uśmiechnęła się - A co się tyczy Douglasa, nie zna opamiętania, nie ma wstydu.

Tony roześmiał się i ucałował jej rękę. Widział, że Douglas ich obserwuje i marszczy 

brwi, z żądzą mordu w oczach. W oczach Melisandy była nie tylko żądza mordu, lecz także 

cierpienie, o ile dobrze zgadywał. Radowało go to niepomiernie. W życiu nie zapomni seksu 

w ogrodzie. Miał nadzieję, że zrobił jej dziecko, zasłużyła sobie na to.

- Jaka szkoda, że część dramatu rozegra się bez mojego udziału.

Alexandra roześmiała się. - Mów tak dalej, a nie dożyjesz zakończenia.

Wieczorek skończył się o drugiej w nocy. Alexandra była tak podniecona, że nie czuła 

zmęczenia, ale lawendowe pióro na turbanie teściowej jasno wskazywało drogę do portu. 

Cioteczka   Mildred   nie   przytupywała   już   w   takt   muzyki,   a   wuj   Albert   pochrapywał   z 

policzkiem wspartym na dłoni. Z pokoju karcianego wyłonił się Douglas, bogatszy o pięćset 

funtów, i zajął miejsce u boku żony żegnając odjeżdżających gości.

- Odniosłaś sukces - powiedział. - Ale i tak nie podoba mi się, jak ci tak piersi wystają.

- Zdaje mi się, że to ty odniosłeś sukces, mój drogi.

W   tych   czarnych   bryczesach   wyglądasz   zabójczo.   Założę   się,   ze   wszystkie   panie 

mówiły tylko o twoim przyrodzeniu.

Bez zmrużenia oka odwróciła się, żeby zamienić kilka słów z sir Hardestym i jego 

małżonką.   Komplementując   uroczą   córkę,   kącikiem   oka   zerkała   na   Tysena.   Ku   jej 

zaskoczeniu  sir Thomas  Hardesty trochę  za długo trzymał  jej  dłoń w swojej  z dziwnym 

wyrazem twarzy. Douglas stał sztywny jak pogrzebacz, do czasu aż sobie poszli.

-Stary zbereźnik. Jak śmiał tak się na ciebie gapić!

-Wcale się nie gapił - oświadczył Tysen. - Po prostu jest trochę krótkowzroczny.

-Robisz   się   co   dzień   głupszy,   to   bardzo   irytujące.   Powinienem   był   cię   wysłać   z 

Ryderem, wybiłby z ciebie tę naiwność.

-No   cóż   -   powiedziała   Alexandra,   kiedy   nieco   zaskoczony   Tysen   zniknął   z   pola 

widzenia. - Wydaje mi się, że lady Hardesty była tobą zainteresowana.

-Alexandra, zapłacisz mi za te całkiem nieodpowiednie spostrzeżenia.

Uśmiechnęła się pogodnie. - Dlaczego nie nazywasz mnie Alex?

Nadeszli Melisanda i Tony. Douglas patrzył na stojące obok siebie siostry. Jedna z 

nich była piękna, tak piękna, że wystarczyło na nią spojrzeć, żeby stracić język w gębie, a 

druga... dobry Boże, śmiała się, a on cały twardniał i myślał tylko o tym, jak leży pod nim, 

naga. Stojąc tak obok Melisandy, wcale nie wyglądała nieelegancko. Miał ochotę pocałować 

background image

koniuszek jej błyszczącego nosa.

Nie mógł się doczekać, aż zanurzy ręce w jej staniku i uwolni bujne piersi. Szedł za 

nią do jej sypialni, zwolnił służącą i zrobił właśnie to. Wziął w dłonie jej piersi, zamknął oczy 

i wzdychał z rozkoszy. Nagle poczuł, że dotyka jego łydek, ud, że kieruje się do pachwin. 

Zastygł, chciało mu się wyć z rozkoszy.

- Ach - szepnęła prosto w jego usta, nie przestając go całować. - Kocham żądzę, a ty?

- Do diabła! - zawołał i zdarł z niej ubranie. Nie protestowała, całkowicie obojętna na 

los pięknej balowej sukni, która kosztowała co najmniej sto funtów. Rozbierała go, pieściła i 

patrzyła, patrzyła na niego.

Jak zawsze nie było czasu, nie było uwertury, zapomniano o preludium. Był na niej, 

dyszał ciężko, a jego potężnym ciałem wstrząsały dreszcze. Wygięła do niego swe ciało, jak 

zwykle gotowa, niecierpliwa, otwarta dla niego. Władał nią, chciała krzyczeć z rozkoszy i 

oddać mu więcej niż miała. Schwyciła jego głowę, przyciągnęła do siebie usta i całowała, 

lekko gryząc dolną wargę. Dzikie dłonie buszowały po jej ramionach i plecach, otwierała się 

jeszcze bardziej, chciała go jeszcze głębiej.

Na jedną krótką chwilę odzyskał zmysły, w tej chwili rozkosz przewaliła się przez jej 

ciało. Scałowywał z jej ust okrzyki i westchnienia, patrzył w zamglone oczy. Ale trwało to 

krótko, bardzo krótko, i po chwili burza namiętności zawładnęła nim bez reszty. Zanurzał się 

w niej  i  nie mógł,  nie  chciał  przestać.  Czuł  jej dłonie  na  swoich  pośladkach  i  omal  nie 

wyskoczył ze skóry. - Alexandra! - zawołał i upadł na nią.

Niemal   spadali   z   łóżka.   Był   bardzo   ciężki,   ale   wcale   jej   to   nie   przeszkadzało. 

Zastanawiała się, czy zawsze tak będzie - dzika miłość, pośpieszna, namiętna i gwałtowna. 

Wiedziała, że tego pragnie, że zawsze idzie z nim ręka w rękę, że jest tak samo szalona jak 

on.

Kiedy mogła już zaczerpnąć tchu, zapytała: - Jak myślisz, jestem już w ciąży?

-Tak - odparł bez wahania. - Zapłodniłem cię już za pierwszym razem.

-Jeżeli tak, to udowodnię, że jestem coś warta. Tego właśnie wszyscy pragnęli, czyż 

nie? Dziedzica Sherbrooke'ow?

-Tak, i o ile pamiętam, zgłosiłaś się na ochotnika.

-O   tak   -   odpowiedziała.   -   Urodzę   ci   pół   tuzina   dziedziców,   jeżeli   tylko   chcesz. 

Chciałabym mieć chłopczyka, który by wyglądał dokładnie tak jak ty.

Nie lubił tego uczucia, które wzbudziły w nim jej stówa. Zamruczał coś i powiedział: - 

Jestem zmęczony, wykończyłaś mnie. Idź spać.

- Jeżeli będziesz bardziej kontrolował swoją żądzę, może będziesz miał więcej energii, 

background image

żeby ze mną rozmawiać.

- Idź już spać!

Zasnęła z uśmiechem na twarzy. Kiedy obudziła się następnego ranka, Douglasa przy 

niej nie było. Tęskniła za nim, zawsze budził ją pocałunkami, dotykał, przygotowywał na 

swoje przyjęcie jeszcze zanim się do końca obudziła. Teraz była sama i wcale jej się to nie 

podobało.

Zapłodniłem cię już za pierwszym razem.

O nie, nie mógł tego wiedzieć, bo skąd? Odkąd ją wziął, nie miała okresu, ale z nią 

różnie bywało. Sama nie wiedziała.

Wstała, szybko wykąpała się i ubrała. Tony i Melisanda wyjeżdżali dzisiaj, ciocia 

Mildred, wuj Albert i Juliette też, dzięki Bogu.

Zbliżała   się   druga   po   południu,   kiedy   wyjechała   lady   Juliette.   Obsztorcowywała 

służącą, nawet żegnając się z gospodynią i gospodarzem.

Hrabina matka zmarszczyła brwi. - Ta dziewczyna srodze mnie rozczarowała, moja 

droga Mildred. Nie byłabym zadowolona, gdyby Douglas ją poślubił.

- Ta dziewczyna to jędza - oświadczyła ciocia Mildred.

-Ale boska - dodał wuj Albert. - Jest młoda i wysoko mierzy, to wszystko.

-Zepsuta suka, która z wiekiem stanie się jeszcze gorsza - podsumowała jego oddana 

małżonka.

Tony uściskał Alexandre, szepcząc jej do ucha. - Jestem z ciebie dumny. Nie zmieniaj 

się, rób, co robisz, a wszystko będzie dobrze.

Melisanda  spojrzała  na siostrę przeciągle  i powiedziała:  - Nie  przeszkadza  mi,  że 

jesteś hrabiną, a ja tylko wice-hrabiną, ale ani mi się waż tknąć Tony'ego. Nigdy go nie 

dostaniesz, lepiej od razu o nim zapomnij.

Alexandra popatrzyła na swoją piękną siostrę i zachciało jej się śmiać, tak absurdalne 

było to, co mówiła.

- Obiecuję, że już nigdy nie będę próbowała ci go odbić.

-Pamiętaj! Chciałaś Douglasa i dostałaś go. Jeżeli się rozmyśliłaś, to wielka szkoda, 

ale będziesz musiała się zadowolić tym, co masz. Tony jest mój.

-Spróbuję - odpowiedziała pokornie Alexandra.

Douglas, który podsłuchał tę rozmowę, z trudem utrzymywał  powagę. Nieco zbyt 

aksamitnym głosem zapytał kuzyna: - Zobaczymy się w Londynie?

-Może.   Jeżeli   będziesz   mógł,   przygotuj   wszystkich   na   moją   żonę.   Uniknę   w   ten 

sposób niepotrzebnych pojedynków.

background image

-Spędziła tam już sezon, więc są przygotowani.

-Nie, teraz jest inaczej... jest bardziej wrażliwa, współczująca. To bogini z ludzką 

twarzą. Widziałeś, jak marszczyła brwi.

-Dobrze, powiem wszystkim, że ją ułożyłeś.

- I nie zapominaj o dyscyplinie.

Douglas roześmiał się i dał kuzynowi kuksańca. Mógł się już śmiać, nie czuł goryczy, 

jak jeszcze tydzień temu. Alexandra poczuła przypływ nadziei. Dobrze, że Melisanda tego nie 

słyszała. Złamałaby Tony'emu rękę.

Stali   na   szerokich   schodach   prowadzących   do   Northcliffe   Hall   i   patrzyli   za 

odjeżdżającymi powozami. - No cóż - powiedziała hrabina matka - znowu zostaliśmy sami. 

Pewnie będzie nam trochę nudno.

- Nie mnie - Douglas spojrzał na żonę.

-O  Boże   -  westchnęła   Sinjun.   -  Przestań   tak   na   nią   patrzeć.   Miałam   nadzieję,   że 

pojeździmy konno.

-Nie ja - odpowiedział Douglas. - Przynajmniej nie teraz.

-Pewnie nigdy! - stwierdziła mamusia Douglasa, patrząc jak złapał żonę za rękę i 

ciągnął ją do domu.

Usłyszał  jeszcze, jak ciocia  Mildred wyjaśnia  matce: - Lydio,  wszyscy pragniemy 

dziedzica. Douglas to dobry chłopak, spełnia swoją powinność.

Wbiegli po schodach do jego sypialni. Rzucił ją na łóżko i zrobił to dwa razy, jak 

zwykle szybko i gwałtownie, ani przez moment nie myśląc o dziedzicu. Kiedy już skończyli, 

patrzył na nią, oddychał ciężko, a serce waliło mu jak szalone. Nic nie powiedział, ubrał się 

szybko i poszedł pojeździć konno.

Alexandra dobre piętnaście minut leżała, patrząc w sufit, bez ruchu. Wreszcie wstała, 

żeby się trochę ogarnąć. Umyła się i ubrała, cały czas myśląc, jaki był zaskoczony, kiedy mu 

powiedziała w momencie rozkoszy.

- Ach, tak bardzo cię pożądam.

Burknął na nią.

Nie przyszedł do niej tej nocy. Podejrzewała, że siedzi w bibliotece i myśli o żądzy, a 

przynajmniej miała taką nadzieję. Zasnęła w swojej sypialni. W środku nocy nagle obudziła 

się w ciężkiej, gęstej ciemności. Leżała nieruchomo. Nic nie widziała, ale czuła, że nie jest 

sama.

I   wtedy   ją   zobaczyła.   Młoda   kobieta,   którą   widziała   już   wcześniej,   cała   w   bieli, 

nierzeczywista, jakby przejrzysta, z rozpuszczonymi długimi włosami. Były tak jasne, niemal 

background image

białe wokół pięknej, delikatnej twarzy. Wyglądała na bardzo smutną i wyciągała dłonie do 

Alexandry.

- Kim jesteś?

Boże, czy to jej głos, taki cienki i przerażony?

Postać nie poruszyła się. Stała nie dalej niż metr od łoża, a jej ciało lśniło jakby w 

rzeczywistości nie stała, lecz unosiła się nad podłogą, wyciągając ręce ku Alexandre.

- Czego chcesz? Dlaczego przyszłaś?

Żadnej reakcji.

- Wiem, że nazywają cię Duchem Dziewicy, bo twój mąż został zabity, zanim zostałaś 

jego żoną. Ale ja nie jestem dziewicą. Mój mąż nie umarł. Dlaczego przyszłaś?

Postać wydała z siebie cichy, głęboki dźwięk, a Alexandra omal nie spadła z łóżka ze 

strachu.

Nagle wszystko stało się tak jasne, jakby postać przemówiła. Wiedziała już dlaczego 

przyszła. - Chcesz mnie ostrzec, tak?

Postać lekko się poruszyła, a wraz z nią zatańczyły cienie i światła.

- Boisz się, że coś mi się stanie?

Znowu się poruszyła i Alexandra już nie wiedziała, czy to duch, czy może ona sama... 

traciła rozum, próbowała odgadnąć intencje ducha. Oszalała.

- Co tu się, do diabła, dzieje? Alexandra, z kim rozmawiasz?

Postać zadrżała, wydała z siebie ostatni płomyk światła i znikła.

W drzwiach pojawił się Douglas, całkiem nagi.

- Nic się nie stało, zabawiałam się z kochankiem. Przestraszyłeś go.

Nie   zdawała   sobie   sprawy,   że   głos   jej   drży,   ale   Douglas   szybko   się   zorientował. 

Podszedł, popatrzył na nią przez chwilę i położył się przy niej. Mocno przytulił ją do siebie. 

Czuł, że cała drży i tulił ją. - Już dobrze, to tylko koszmar, nic więcej, tylko koszmar.

-O „nie - odezwała się wreszcie, z twarzą wtuloną w jego ramię. - To nie koszmar ani 

sen. Przysięgam. Boże, ja nie tylko ją widziałam, ja z nią rozmawiałam. Wydawało mi 

się, że ją rozumiem.

-To był sen - powiedział stanowczo. - Ten cholerny duch to jakieś zbiorowe omamy. 

Śniła ci się, bo nie kochałem się dziś z tobą do upadłego.

-Widziałeś ją, prawda?

-Oczywiście, że nie. Nie jestem głupią dziewką z kupką słomy zamiast mózgu.

- Widziałeś ją, nie kłam! Kiedy? W jakich okolicznościach?

Ucałował jej skroń i przytulił jeszcze mocniej, aż jej usta dotykały jego ramienia. 

background image

Kiedy znowu się odezwała, ciepły oddech pieścił jego skórę.

-Powiedziałam jej, że nie jestem dziewicą, a ty żyjesz. Zapytałam, dlaczego przyszła. 

Ostrzegała mnie, ale nie jestem pewna, czy to ja jestem w niebezpieczeństwie... może 

nie. Wszedłeś, a ona znikła.

-Tak, wyobrażam to sobie. Rozpłynęła się po prostu, a wraz z nią jej romantyczne 

zawoje.

- Kiedy ją widziałeś?

Pocałował ją jeszcze raz, ale myślami był przy tej nocy, kiedy próbowała uciec, kiedy 

usłyszał płacz i wszedł do jej sypialni i zobaczył... tego przeklętego ducha. Potrząsnął głową.

- Nie, nie - powiedział.

Nagle zdrętwiał.  - Mój  Boże, zdajesz sobie sprawę, że  się na ciebie  nie rzucam? 

Rozmawiamy, nie przewracam cię na plecy. Leżymy tu co najmniej od trzech minut, nago i...

Odwróciła twarz i poczuł na ustach jej ciepły oddech. Pocałował ją. - A niech to - 

powiedział i zsunął dłonie na jej pośladki. Czuł swój nabrzmiały członek, obejmował ją i 

całował. Udało mu się jeszcze ściągnąć z niej koszulę.

Oddychał ciężko i szybko, kiedy poczuł, że już długo nie wytrzyma, podniósł jej nogę 

i wszedł w nią. Dyszała z rozkoszy, pieścił jej kobiecość, całował piersi.

- Douglas - jęknęła. Krzyczała z rozkoszy.

Położył ją na plecach i wszedł jeszcze głębiej. Jęczał, nie mógł przestać.

-Douglasie - wyszeptała - ona się rozpłynęła.

-Do diabła. Jej tu nie było, to tylko głupi sen. Nie kochaliśmy się i dlatego to ci się 

przyśniło. Już cicho, dziś jej na pewno nie zobaczysz.

Położył ją na sobie i okrył kocami.

-Masz myśleć tylko o mnie. Rozumiesz?

-Tak - powiedziała, całując go w szyję. - Tylko ty i ta wspaniała żądza, którą mi 

dajesz. Czy to nie wspaniałe, że rano wyjeżdżamy do Londynu? Może to właśnie pró-

bowała mi powiedzieć. Tylu tam będzie mężczyzn, których można pożądać.

- Jesteś zabawna jak wrzód na zadku.

Roześmiała się i pocałowała go za uchem.

Jeszcze długo wpatrywał się w ciemność, gładząc jej plecy i biodra. Zasnął wreszcie, 

czując na szyi jej ciepły oddech, jej piersi na swojej piersi i bicie jej serca na swoim sercu.

Miejską   siedzibą   Sherbrooke'ow   było   okazałe,   trzypiętrowe   gmaszysko   na   rogu 

Putnam Place. Przed sześćdziesięciu laty wzniósł go dumny hrabia Northcliffe, mający więcej 

pieniędzy niż dobrego gustu. Niektórym jednak podobały się greckie kolumny i wnętrza pełne 

background image

nisz na rzeźby,  w większości wypełnione teraz książkami i kwiatami, jako że rzeźby już 

dawno zesłano na wygnanie na strych. Douglas wyjaśnił Alexandre, że to ten sam hrabia, 

który kazał poustawiać greckie rzeźby w ogrodach w Northcliffe.

-Więc zadowoliłem mój gust - powiedział wskazując na ciemnobordowe draperie w 

centralnym  salonie. - Moi potomkowie mogą oczywiście to zmienić. - Zmarszczył 

brwi. - Może będziesz chciała dokonać jakichś zmian. Nic nie robiłem w pokojach 

hrabiny.

-Dobrze   -   Alexandra   nadal   nie   mogła   dojść   do  siebie   po  pierwszym   zetknięciu   z 

Londynem.   Naprawdę   tu   była,   w   mieście   chwały,   bogactwa   i   nędzy.   Była   tak 

podekscytowana, że zgodziłaby się absolutnie na wszystko. Pokazywał jej po drodze 

tyle rzeczy, a ona jak ciekawska sroka wychylała się z okna powozu.

-Trochę przytłoczona?

Pokiwała głową, lekko dotykając pięknego hiszpańskiego stołu.

-   Wkrótce   się   przyzwyczaisz.   Jeżeli   chodzi   o   dom,   pani   Goodgame   wszystko   ci 

pokaże. Burgess, nasz tutejszy kamerdyner, jest taki sam jak Hollis, możesz mu zaufać. Zo-

staniemy w Londynie dwa tygodnie, dość czasu, żeby wziąć miarę i porobić zakupy. Chcesz 

trochę odpocząć czy od razu jedziemy do madame Jordan?

Madame Jordan była prawdziwą Francuzką, urodzoną i wychowaną w Rennes. Miała 

sześć   panien   sklepowych,   piękny   zakład   na   Picaddiły   i   słabość   do   hrabiego   Northcliffe. 

Alexandra stała sobie w kąciku - ot, nie zauważony członek świty Douglasa - i grzecznie 

słuchała, co mają zamiar z nią zrobić. Zmierzono ją i kiedy miała już wrzasnąć, że nie jest 

niewidzialna i że ma dobry gust, madame rozszerzyła palce na jej biuście i wybuchła salwą 

francuskiego. A, pomyślała Alexandra, patrząc na rozwścieczone oblicze męża, chce, żebym 

miała modne cycki.

-Zgadzam się z madame - oświadczyła głośno, aż Douglas odwrócił się do niej, sypiąc 

iskry z rozgniewanych oczy.

-Cicho bądź albo pójdziesz do powozu! To nie chodzi o ciebie!

-Ha! Chcesz, żebym wyglądała jak zakonnica, a madame się nie zgadza, tak samo 

zresztą jak ja. Poddaj się i przestań się wygłupiać. Jestem taką samą kobietą jak każda 

inna;  wszystkie   jesteśmy  zbudowane  dokładnie   tak  samo.   Nikt nawet  nie   spojrzy, 

zobaczysz.  Jak się będziesz upierał,  żeby mnie  zakryć  aż po uszy,  wtedy dopiero 

wszyscy zaczną się zastanawiać i dociekać, czy może mam jakąś deformację.

-Hrabina ma rację - odezwała się madame płynną angielszczyzną. - Milordzie, jest pan 

zbyt zaborczy. Niemodnie jest mieć serce na dłoni.

background image

-O nie! - wyryczał Douglas, zaciskając pięści i wygrażając malowidłu kobiety w stroju 

wróżki. - Ona jest zbyt niewinna i nie zdaje sobie sprawy, czego chcą mężczyźni i... - 

Przerwał.   Osaczyły   go   i   zwyciężyły.   Miały   liczebną   przewagę   i   nie   umiał   ich 

przegadać.   Rozsądek   był   po   jego   stronie,   ale   wiedział,   że   to   co   mówi,   brzmi 

śmiesznie.

-Do diabła! Rób co chcesz! Poczekam w powozie. Możesz sobie nosić dekolty do 

pasa, nie dbam o to!

-Uwielbiam   namiętnych   mężczyzn,   a   pani?   -   powiedziała   z   uśmiechem   madame 

Jordan.

-O tak - zgodziła się Alexandra. - Bardzo dobrze mówi pani po angielsku, madame.

Pokiwała   głową,   nie   przerywając   pracy.   -   Znam   też   niemiecki,   włoski   i   trochę 

rosyjski. Mam kochanka, rosyjskiego księcia. Jest tak samo dziki i zazdrosny jak pani mąż, 

uwielbiam go.

Alexandra czuła się wspaniale.

Zanim skończyło  się to popołudnie, była  tak zmęczona,  że ledwo trzymała  się na 

nogach. Została dumną posiadaczką sześciu nowych sukien, dwóch strojów do konnej jazdy, 

koszul   nocnych,   halek.   Boże,   lista   była   coraz   dłuższa.   Po   wizycie   u   madame   Jordan 

Douglasowi wrócił dobry humor. Kupił żonie czepki, buty, pończochy i torebki, nie zapom-

niał nawet o parasolce.

Tryskał energią, kiedy wreszcie wsiedli do powozu. Rzucił stos pudeł na siedzenie. 

Alexandra była tak zmęczona, że nie dbała, czy są w Londynie, czy gdziekolwiek indziej. 

Oparła głowę o jego ramię, a on mocno przycisnął ją do siebie i pocałował w czoło.

- To był długi dzień. Jestem z ciebie dumny. Dobrze się spisałaś... no, w większości. 

Co do tych dekoltów, nie jestem zadowolony.

Alexandra nie miała zamiaru wracać do tego tematu. Przygryzła dolną wargę, a po 

chwili wybuchnęła. - Wiesz wszystko o strojach, jesteś bardzo zaprzyjaźniony z madame 

Jordan. Dla wielu kobiet kupowałeś ubrania?

background image

ROZDZIAŁ 19

Popatrzył na nią uważnie, po czym wzruszył ramionami.

- Żonie nic do tego, co robi jej mąż, ale powiem ci. Tak, to doceniają wszystkie 

kobiety. Jako uroczy dziewiętnastolatek zdałem sobie sprawę, że powinienem zdobyć pewną 

wiedzę w kwestii mody i zdobyłem. Jeżeli mężczyzna chce mieć wokół siebie kobiety, musi 

się pogodzić z ich zachciankami.

-Cóż za wyrachowanie!

-Nie  jesteś  ani  trochę  wdzięczna   za  moją  hojność?... Sześć  nowych  sukien...  dwa 

stroje do konnej jazdy. Co więcej, ustąpiłem wam, tobie i madame. Nie wynagrodzisz 

mnie?

Bardzo dziwne, pomyślała, ale mogła przecież przewidzieć, że mężczyźni wszystko 

widzą inaczej. Westchnęła.

- Bardzo tego chcę, ale nie dajesz mi szansy. Zanim zdążę cokolwiek zrobić, już jest 

po wszystkim. To ty mnie wynagradzasz, a przecież nigdy niczego ci nie kupuję.

-Bardzo interesujące. Większość ludzi uznałoby cię za kuriozum albo za kobietę o 

wielkiej przebiegłości. - Zmarszczył brwi, jakby czegoś nie był pewien. - Nadal masz 

te trzydzieści funtów?

-Tak. Chcesz  przez  to powiedzieć,  że  żeby móc  otaczać  się  mężczyznami,  muszę 

pogodzić się z ich zachciankami?

-To nie tak. Mężczyźni zawsze są. Oni nie łkają, nie wzdychają i nie robią wymówek.

-Douglasie,  nie mam  za wiele  doświadczenia,  ale  to co mam  wystarczy,  żeby się 

przekonać, że ten kij ma dwa końce. Trzydzieści funtów nie na długo by starczyło, ale 

nie   chciałabym,   żeby   ci   mityczni   mężczyźni   poczuli   się   zlekceważeni.   Może 

powinnam kupić trochę drobiazgów i dawać co jakiś czas, jak myślisz?

-Myślę,   że   mnie   prowokujesz   i   nie   postępujesz   zbyt   mądrze.   Myślę   też,   że 

powinienem cię wybić, że powinnaś trochę się zastanowić i opamiętać. Nie pozwolę 

na impertynencje. Bądź cicho.

-Może łańcuszki do zegarków - zastanawiała się głośno. - I na każdym mogłabym 

kazać wygrawerować moje inicjały obok jego. Wiesz, to by było bardzo osobiste.

-Jeżeli szybko dasz mi dziedzica, zwrócą mi się wszelkie koszty - oświadczył sucho.

Oho, pomyślała. Sprowokowała go, a zemsta była brutalna. - Jeżeli powiesz, że nie to 

miałeś na myśli, będę cicho i nawet nie wspomnę o łańcuszkach.

- Nic nie powiem. O tej porze roku niewiele osób z towarzystwa bawi w Londynie, ale 

background image

to, co jest, i tak wystarczy.

Dziś wieczór jest bal u Ranleaghów, to będzie twój debiut.

Założysz suknię, którą miałaś na sobie w Northcliffe. Pani Goodgame pomoże ci się 

ubrać.

Tego wieczoru, kilka minut po jedenastej, pod imponującą rezydencją Ranleaghów 

przy Carlisle Street Alexandra twarzą w twarz zetknęła się z kobietą, która najwidoczniej 

znała Douglasa i wciąż go pragnęła.

Podsłuchiwała - i wcale się tego nie wstydziła. Prawdę mówiąc, nie miała czego, bo 

mówili po francusku i nie rozumiała ani słowa. Była wściekła.

Kobieta   była  jak  na  jej   gust  o  wiele   za  ładna,  wiotka,   bardzo  kobieca,  o  dużych 

oczach. Miała jakieś dwadzieścia pięć lat. Widziała, że białą dłonią dotyka rękawa Douglasa. 

Stała bardzo blisko, nachylała się do niego, musiał czuć jej oddech na swoim policzku, jak jej, 

Alexandry, kiedy go całowała. Miała niski, wibrujący głos. Douglas klepał jej dłoń i mówił 

bardzo spokojnie, z nienagannym francuskim akcentem.

Dlaczego ojciec upierał się, żeby się uczyła włoskiego? Cóż za bezużyteczny język! 

Kobieta wyglądała tak poważnie i tak interesowała się Douglasem. Kim była? Czy kupował 

jej ubrania? Czy mu się odwdzięczała?

Douglas odwrócił się nagle, ledwo zdążyła schować się za zasłoną, która tworzyła coś 

w rodzaju maleńkiej alkowy. Jakaś para całowała się w niej bez pamięci. - Przepraszam! - 

wykrzyknęła Alexandra i uciekła.

Choć   tego   wieczora   poznała   pewnie   z   pięćdziesiąt   osób,   nikogo   nie   zapamiętała. 

Czuła się trochę opuszczona. Dostrzegła lady Ranleagh, ale dobrotliwa dama żywo konwer-

sowała z dżentelmenem wyglądającym na kogoś bardzo ważnego i nieco pijanego.

Nie   miała   wyboru,   stanęła   przy   parkiecie   i   obserwowała   tańczące   menueta   pary. 

Poruszali się wspaniale, wszyscy tacy piękni, bogaci i wykwintni. Poczuła się jak natręt, 

prowincjuszka w za małym dekolcie. Spodziewała się, że lada chwila ktoś wytknie ją palcem 

i zawoła: - Ona do nas nie należy! Wyrzucić ją!

- Czy wolno mi mniemać, że napotkałem zagubioną owieczkę, poszukującą dobrego 

pasterza?

Interesujący wstęp, pomyślała, odwracając się w stronę szarmanckiego dżentelmena. 

Był wysoki, dobrze zbudowany i nienagannie odziany. Miał bardzo jasne włosy i pewnie nie 

więcej   niż   dwadzieścia   pięć   lat,   ale   wyraz   cynizmu   i   smutnej   mądrości   malujący   się   w 

intensywnie niebieskich oczach nadawał mu wygląd znacznie starszego. Musiała przyznać, że 

był bardzo przystojny i świetnie wyglądał w wieczorowym stroju, tylko te oczy... Czyżby 

background image

proponował, że zostanie jej dobrym pasterzem?

-Nie zagubiłam się, sir, ale miło, że pan pyta.

-Jest pani siostrzyczką Melisandy, nie mylę się? Jedna z dam pokazała mi panią.

-Tak. Zna pan moją siostrę?

-O tak. Jest najczarowniejszą, najwspanialszą istotą. Czy to prawda, że poślubił ją 

Tony Parrish, lord Rathmore?

Pokiwała   głową.   -   To   była   miłość   od   pierwszego   wejrzenia.   Wybierają   się   do 

Londynu.

-Teresa   Carleton   nie   będzie   zadowolona,   jak   się   dowie,   kto   go   złapał.   Ach,   pani 

przecież nie wie, bo i skąd? Tony był z nią zaręczony, a potem nagle zaręczyny ze-

rwano. Nic nikomu nie mówiąc, wyjechał z Londynu. Teresa twierdzi, że nie chciała 

go   za   męża,   bo   miał   kołtuńskie   poglądy.   Och,   proszę   o   wybaczenie,   jestem 

Heatherington, pewnie pani wie.

-Nie, nie wiedziałam. Miło mi pana poznać. To, co ta pani mówiła o Tonym... Jeżeli 

pan go zna, to z pewnością pan wie, że to nieprawda. Tony kołtunem? Bzdura. Zna 

pan mojego męża, Douglasa Sherbrooke'a?

-Czyli to także prawda. Tak, któż by nie znał Sherbrooke'a, czy Northa, jak nazywają 

go przyjaciele z wojska. Niełatwo o nim zapomnieć, nie chciałbym, żeby był moim 

wrogiem.   Tak   naprawdę   nikt   nie   wierzył   w   to,   co   mówiła   Teresa.   Tony   nie   jest 

kołtunem.

-Jest bardzo wesoły i dobrze im razem, jemu i mojej siostrze. Bardzo się kochają.

Wzruszył   ramionami,   bacznie   się   jej   przypatrując.   -   Co   innego   mnie   dziwi,   a 

mianowicie   pani.  Poślubiła   pani  Douglasa   Sherbrooke'a.   Wygląda   pani  na   ciepłą,   wesołą 

osobę, a on jest człowiekiem zimnym, ostrym i prawdę mówiąc surowym.

- Mój mąż zimny? Czy mówimy o tym samym człowieku? Zimny? To zabawne - 

roześmiała się.

- Beecham, co za niespodzianka. - Douglas zgrabnie wsunął się pomiędzy Alexandre i 

mężczyznę, z którym rozmawiała. Zmarszczyła brwi.

- Zdawało mi się, że Heatherington.

Douglas był wściekły na młodziana, cukrowanego draba.

Niecny pies miał czelność flirtować z jego żoną. - To lord Beecham - powiedział.

- Heatherington to nazwisko rodowe - wyjaśnił młodzieniec, posyłając jej zabójcze 

spojrzenie. - Northcliffe, gratuluję. Jest urocza, zupełnie inna od swojej siostry, oryginalna. O, 

widzę że będzie kadryl, obiecałem go pannie Danvers, która uważa się za istotę taktowną i 

background image

dyskretną.

Z pewnością nie poświęciłbyś jej swego czasu.

- Nie, nie poświęciłbym - odrzekł Douglas.

Heatherington  wykrzywił  twarz   w  czymś  na  kształt   uśmiechu.  -  Ja  chyba   też   nie 

powinienem.

-Trzymaj   się   z   dala   od   tego   człowieka   -   ostrzegł   Alexandre,   patrząc   za   lordem 

Beecham, zbliżającym się do panny Danvers. - Jest znanym kobieciarzem. Mawia się, 

że w jego obecności damom opadają spódnice.

-Jest taki młody.

-Tylko dwa lata młodszy ode mnie. Ale masz rację, miał dziwną przeszłość. Trzymaj 

się od niego z daleka.

-Z pewnością doskonale zna się na modzie i ma przepastną szkatułę, żeby w tym 

wieku już odnosić takie sukcesy.

-Alexandre, to nie jest śmieszne. Nie podobał mi się sposób, w jaki na ciebie patrzył. 

Trzymaj się od niego z dala.

-Doskonale, będę się trzymać, jeżeli ty nie zbliżysz się do tej francuskiej ladacznicy, 

co łapała cię za rękaw i dyszała coś prosto w usta.

-Jaka Francuzka - zmarszczył brwi patrząc na nią. - Nie gestykuluj tak gwałtownie, 

widać każdy centymetr twojej bielutkiej skóry aż do samego pasa. Każę zmniejszyć 

ten przeklęty dekolt zanim następny raz założysz tę suknię.

- Nie odwracaj kota ogonem! Co to za jedna?

Patrzył na nią, zaskoczony i zadowolony, aż oczy mu pociemniały. - Dobry Boże! 

Jesteś zazdrosna.

Była i czuła się bardzo upokorzona, kiedy ją na tym przyłapał. - Gdybym tu kogoś 

znała, odeszłabym  i prowadziła  grzeczną  rozmowę.  Ale nie  znam i gdybym  odeszła,  nie 

byłoby to zbyt dobre.

-Jej nazwisko nie powinno cię interesować. Jest po prostu moją znajomą, to wszystko.

-Co ci powiedziała?

-Że jej babka jest chora. - Skłamał i nie bardzo mu to wyszło.

-Bzdura.

-Dobrze. Pojechałem do Francji, żeby ją uratować, a Tony'ego posłałem do Claybourn 

Hall. Skutki znasz.

-A, więc to ta przeklęta Janinę, o której mi mówiłeś. To ta kobieta, która chciała ci się 

oddać.

background image

-Masz   przerażającą   pamięć.   Nic   już   nie   powiem.   Błagam,   zapomnij,   co   wtedy 

mówiłem. Teraz to nie ma znaczenia. Alexandra, zajmij się własnymi sprawami.

-Zatańczmy. Nie chcę cię zmuszać do dalszych wynurzeń, choć doprawdy niewiele mi 

powiedziałeś.

Tańczył z nią, potem poprowadził na kolację i przedstawił młodym damom, żywiąc 

nadzieję,   ze   jej   się   spodobają.   Cały   czas   miał   oczy   szeroko   otwarte,   rozglądając   się   za 

Georges'em   Cadoudalem.   Do   cholery,   ten   maniak   był   ostatnim   człowiekiem,   z   którym 

chciałby walczyć.

Czemu, do diabła, nie siedział we Francji, gdzie było jego miejsce? Może tam był, 

może Janinę po prostu histeryzowała. To właśnie z nią rozmawiał, z Janinę Daudet, którą 

uratował we Francji.

-Chciałabym poznać Teresę Carleton.

-Więc   Beecham   i   o   niej   ci   powiedział?   Uwielbia   niedyskrecje.   Nie   byłbym 

zaskoczony, gdyby to on z nią sypiał.

-Zerwała zaręczyny z Tonym?

-Nie, to on odkrył, że sypia z jego przyjacielem. Omal się nie załamał pod wpływem 

szoku i przyjechał do Northcliffe, żeby trochę dojść do siebie, a ja dostrzegłem w nim 

swojego wybawcę. Pojechał potem do Claybourn Hall i poślubił moją żonę.

-Nie uważasz, że mógłbyś wyrazić to troszkę inaczej?

-A po co? To prawda. To, że ty się pojawiłaś, nie zmienia faktów.

Westchnęła. - Masz rację, oczywiście. Jeżeli jednak zmieniłbyś trochę swoje słowa, 

wynagrodziłabym ci to po powrocie do domu... Pod warunkiem, że ty nie wynagrodzisz mnie 

pierwszy, jak to się zwykle dzieje. Nie dajesz mi szansy.

- Może dam za pięćdziesiąt lat.

W uszach Alexandry zabrzmiało to jak najcudniejsza muzyka. Uśmiechnęła się do 

niego promiennie. Douglas przemyślał swoje słowa i miał ochotę kopnąć się w tyłek. Zaklął, 

wypił za dużo brandy i rozpromienił się. Tak, może alkohol trochę go spowolni. W powozie 

czuł się lekko zamroczony, idąc na górę pogwizdywał. Może brandy zadziała.

Nie zadziałała, ale warto było spróbować. Kiedy wreszcie z niej wyszedł i położył się 

na plecach, założył ręce nad głową i skoncentrował się na swoim oddechu. - Zabijesz mnie - 

powiedział   na   koniec.   -   Mężczyzna   nie   może   się   tak   eksploatować.   To   niezdrowe   i 

nienaturalne.

- A co ze mną?

Położył dłoń na jej sercu, biło jak szalone. Uśmiechnął się. - Pochowają nas obok 

background image

siebie w rodzinnym grobowcu.

-Nie podoba mi się to.

-Najpierw musisz mi dać dziedzica.

-Sądziłam, że damy źle się czują będąc przy nadziei.

-Większość dam, o ile wiem.

-Ja czuję się wspaniale.

-Kiedy   ostatnio   miałaś   okres?   Leżeli   w   ciemnościach   tuż   obok   siebie,   jeszcze 

zmęczeni miłością, całkiem nadzy w dużym łóżku, ale i tak czuła się skrępowana.

Kiedy milczenie trwało już za długo, zapytał. - Nie miałaś okresu od ślubu, tak?

Skinęła głową.

Lekko dotknął jej brzucha. - Jesteś bardzo płaska. - Rozłożył palce, tak że sięgały aż 

do spojenia łonowego - Jesteś drobna, ale mam nadzieję, że nie zbyt drobna, żeby donosić 

moje dziecko. Ale to prawda, że duży ze mnie chłop. Moja matka nawet teraz narzeka, że 

przy   porodzie   omal   jej   nie   zabiłem,   taki   byłem   wielki.   Nie,   chyba   jesteś   za   drobna. 

Sprowadzę lekarza, żeby cię zbadał.

-Nie zrobisz tego!

-Proszę, proszę, ona potrafi mówić.

-Douglasie, posłuchaj mnie. - Podniosła się na łokciu, a włosy spływały jej na pierś. - 

Jestem kobietą, a kobiety rodzą dzieci. Nie pozwolę się dotknąć żadnemu innemu 

mężczyźnie poza tobą. Rozumiesz?

-Kto odbierze poród?

-Akuszerka. Porody mojej matki także odbierała akuszerka. Ona też nie potrzebowała 

żadnych mężczyzn.

Roześmiał się, rozłożył rękę na jej brzuchu i pogłaskał ją. Miał ciepłą, dużą dłoń, 

lekko pieścił ją palcami. Wstrzymała oddech.

-Nie potrzebujesz mnie? Ja też jestem mężczyzną.

-Wiem. Naprawdę nie pojmuję, jak ktoś może cię uważać za zimnego. Tylko spójrz na 

to, co robisz, jaki masz ciepły głos. Zimny!

-Kto ci to powiedział?

-Ten młody człowiek, o którym powiedziałeś, że jest zły. Heatherington.

-A, pewnie chciał się zorientować, czy jesteś ze mną szczęśliwa.

-Cóż go to obchodzi, czy jestem szczęśliwa, czy nie? Douglasie, to bardzo miłe.

Przestał, ale wciąż czuła ciepło jego ciała.

-Jeżeli będziesz dalej to robił, zapomnę, co miałam do powiedzenia.

background image

Musisz się przyzwyczaić, że będę cię dotykał, gdzie chcę i kiedy chcę. Alexandra, nie 

zrozum mnie źle. Jestem zimny, można tak to widzieć, ale to znaczy, że jestem mężczyzną, 

który nie ulega sentymentom i pozorom, żyje zgodnie z nakazami rozumu i logiki, a nie... - 

Przerwał, nie mógł oderwać od niej swoich dłoni, klął i całował, wszedł w nią jak zwykle 

szybko i bez pamięci. Czuła rozkosz, zatapiała się w przyjemności, tonęła w nim i chciała 

jeszcze więcej. Trzymała go mocno, tuliła i wychodziła mu naprzeciw, chciała go bardziej niż 

można to sobie wyobrazić, a jej uczucia były głębsze niż jego ruchy w jej ciele. Nie pamię-

tała, jak było wcześniej, kiedy jego w niej nie było. Nie szeptała, jęczała tylko cichutko i 

ugryzła go w ramię. A Douglas przyjął jej rozkosz, i dał jej swoją. Trzymał ją w ramionach i 

tak zasnęli.

*

Alexandra weszła do salonu zobaczyć się z mężczyzną w średnim wieku, który stał 

przy jednym  z okien, kołysząc  się na obcasach i popatrując na zegarek. Kiedy ją ujrzał, 

szybko schował zegarek do kieszonki kamizelki i lekko skłonił głowę.

Zapytała,   nie   kryjąc   zdziwienia.   -   Nasz   kamerdyner   powiedział   mi,   że   jakiś 

dżentelmen czeka w salonie. Nie znam wielu panów w Londynie, dlatego wydało mi się to 

dziwne. Przez chwilę myślałam, że to może lord Beecham, ale to nie byłoby w jego stylu. 

Kim pan jest, sir?

- Ja? - patrzył na nią bez mrugnięcia okiem. - Ja? Jego lordowska mość z pewnością 

poinformował panią o mojej wizycie. Na pewno wie pani, kim jestem.

Jej   zdumienie   i   niewiedza   nie   były   udawane.   Uśmiechnęła   się.   -   Nie,   Burgess 

powiedział mi tylko, że czeka na mnie jakiś dżentelmen. Może jest pan dramatopisarzem albo 

aktorem   szukającym   patrona?   Może   księdzem?   Jeżeli   tak,   bardzo   mi   przykro,   ale   jego 

lordowska mość...

- Nie! Jestem doktor John Mortimer, lekarz, jeden z najlepszych w Londynie! Jego 

lordowska mość poprosił mnie, żebym do pani przyszedł z wizytą. Jak pani wiadomo, ma 

pani zrodzić jego dziedzica, a jego lordowska mość żywi obawy, że jest pani zbyt drobna, aby 

poród zakończył się pomyślnie. Poprosił mnie, żebym się co do tego upewnił.

Patrzyła na niego, nie wierząc własnym uszom. Douglas, niech piekło pochłonie jego 

czarne   oczy,   wyszedł   z   rana   i   do   tamtej   pory   nie   wrócił.   Więc   umówił   się   z   tym 

człowiekiem... Cóż. może i lepiej, że jeszcze go nie ma, nie będzie musiała się z nim kłócić 

przy obcym.

-   Panie   doktorze   -   powiedziała,   nie   przestając   się   uśmiechać.   -   Obawiam   się,   że 

przyszedł pan na próżno. Mój mąż przesadnie się martwi. Zresztą, skoro już jestem w ciąży, 

background image

to i tak nic się nie da zrobić, nawet jeżeli jestem zbyt drobna, czyż nie?

Doktor   Mortimer,   człowiek,   który   doskonale   znał   swoją   wartość,   mężczyzna 

niezwyczajny dam wyrażających się bez ogródek i traktujących jego szacowną osobę w taki 

sposób, pozbierał się w sobie i uśmiechnął. Jest zakłopotana, to wszystko, tak, z pewnością 

chodzi tylko o to. Uspokajającym głosem powiedział: - Szanowna pani, damy, niezależnie od 

tego, jakie jest ich zdanie, nie posiadają zdolności rozróżniania, co jest, a co nie jest dla nich 

właściwe. Dlatego mają mężów. Przyszedłem panią zbadać, zgodnie z życzeniem pani męża. 

Po badaniu powiem mu, co jest dla pani najlepsze teraz, kiedy nosi pani jego dziedzica. To 

doprawdy chwalebne, że on tak troszczy się o pani zdrowie. Jako lekarz wezmę wszystkie 

czynniki pod uwagę i zalecę pani właściwe postępowanie w trakcie tych miesięcy, które nas 

dzielą od przyjścia na świat dziecka. Proszę teraz...

Alexandra nadal nie mogła uwierzyć,  że do jej salonu wtargnął jakiś zarozumiały, 

irytujący   jegomość,   lekarz   czy   nie   lekarz,   i   traktował   ją   jak   niedorozwiniętą.   Ale   tak 

naprawdę nie jego miała ochotę prać po pysku, tylko Douglasa.

Uśmiechnęła się z całą słodyczą, na jaką mogła się zdobyć. - Może napije się pan 

herbaty?

Uśmiechnął się w odpowiedzi, pokazując całe zęby. - Dziękuję pani, nie. - Zamachał 

rękoma w geście mającym wyrażać skromność. - Rozumie pani, nie zawsze jestem panem 

mojego czasu. Za godzinę muszę być u lady Abercrombie. Jest kuzynką królowej, a ja jestem 

osobistym lekarzem królowej, jak zapewne pani wiadomo. Nie było mi łatwo wykroić trochę 

czasu,   żeby   tu   przyjść   tak   od   razu,   ale   bardzo   dobrze   znam   lorda   Northcliffe.   To   cóż, 

przejdźmy do pani sypialni. Jeżeli życzy sobie pani, żeby pokojówka była obecna podczas 

badania, nie ma przeszkód.

-   Sir,   nigdzie   nie   pójdziemy.   Przykro   mi,   że   trudził   się   pan   na   darmo.   Jak   już 

powiedziałam, mój mąż za bardzo się przejmuje. - Mówiąc to, z całej siły pociągnęła za sznur 

dzwonka. Serce waliło jej z całej siły i czuła, że się czerwieni. Nie była nawet tak bardzo zła 

na tego medyka od siedmiu boleści, był jaki był. Ale Douglas, to całkiem co innego.

- Doprawdy, proszę pani...

Uniosła   dłoń przerywając  mu   w pół  słowa. -  Nie,  proszę  nie  przepraszać.  Proszę 

spieszyć do kuzynki królowej, lady Abercrombie. Z pewnością nie może się pana doczekać, a 

jej serce bije tak szybko, że może to zaszkodzić zdrowiu.

-Nie miałem zamiaru pani przepraszać. Pani mąż błagał mnie, żebym tu przyszedł i...

-Proszę   o   wybaczenie,   sir,   ale   mój   mąż   nie   błagałby   o   nic   nawet   samego   króla. 

Najwyraźniej   nie   zna   go   pan   aż   tak   dobrze.   Burgess,   proszę   odprowadzić   pana 

background image

doktora, bardzo się spieszy do królowej.

-Nie, nie. Do lady Abercrombie, kuzynki królowej. Z pewnością nie chce pani, żebym 

wyszedł!

-Królowa też za panem wzdycha, panie doktorze. A teraz proszę mi wybaczyć...

Burgess   znalazł   się   między   młotem   a   kowadłem.   Hrabia   powiedział   mu   o 

spodziewanej wizycie lekarza. Wiedział też, że hrabina nie została powiadomiona, i bardzo go 

to gryzło. Choć znał ją niedługo, zdążył się zorientować, że nie będzie zadowolona. A teraz 

oto jej lordowska mość wyrzucała dobrego doktora za drzwi. Burgess znał swoje obowiązki, 

wiedział też, co dla niego dobre. Wyprostował się i rzekł z godnością.

- Panie doktorze, pozwoli pan za mną.

- Do widzenia panu. Miło, że pan do mnie zajrzał.

Mortimer wolałby, żeby go obraziła. Nie bardzo rozumiał, jak młoda dama, hrabina 

czy   nie   hrabina,   zdołała   tak   go   wymanewrować,   że   dał   się   bez   słowa   wyprowadzić   ka-

merdynerowi,   który   wyglądał   bardziej   jak   stajenny   -   łysy.   okrągły,   wystarczyłoby   tylko 

przepasać go fartuchem. Był bardzo niski, nie spodziewał się tak niskiego kamerdynera u, 

było nie było, hrabiego. Przez chwilę stał na progu, zdezorientowany.

Douglas  spieszył  się jak tylko  mógł.  Chciał  być  w domu,  kiedy przyjdzie  lekarz. 

Wyobrażał sobie, że Alexandra nie będzie zadowolona na jego widok, ale zależało mu na 

usłyszeniu kompetentnej opinii innego mężczyzny. Nie liczyło się, czy rzeczywiście jest w 

ciąży. Jeżeli jeszcze nie, wkrótce na pewno będzie. Musiał pozbyć się obaw. Chciał, żeby 

rozwiał je mężczyzna, który się na tym znał, który wiedział co i jak. Mortimera polecił mu 

lekarz, który się nim opiekował jeszcze przed wstąpieniem do armii.

Zobaczył lekarza stojącego na progu domu, z głupkowatą miną wpatrującego się w 

zamknięte drzwi. Wzdrygnął się. Boże, coś jest nie tak. Jest za mała, tak jak przypuszczał. 

Jest w ciąży z jego dzieckiem i umrze, to on ją zabije. Ochrypłym głosem zapytał: - Panie 

doktorze, czy mojej żonie coś grozi?

-   Milordzie!   Pańska   żona?   Częstowała   mnie   herbatą.   Pańskiej   żonie   nic   nie   jest. 

Spodziewałem się czegoś innego. Jest inna niż damy, które widywałem, pewnie to dlatego, że 

jest taka młoda. Przepraszam, ale muszę już iść. A pańska żona... tak... żona. Życzę dużo 

szczęścia, z pewnością będzie potrzebne.

Mówił tak dalej, schodząc ze schodów, aż zniknął w swoim powozie.

Douglas stał z ręką na klamce,  patrząc  za lekarzem.  Wyglądał  dziwnie, jakby się 

spieszył. Rano był zupełnie inny. Chyba powiedziałby mu, gdyby z Alexandra było coś nie 

tak?

background image

Znalazł ją w salonie, stała przy oknie i patrzyła na piękny park i ulicę.

Obejrzała się przez ramię, słysząc jego kroki, ale nic nie powiedziała. Odwróciła się 

do okna.

- Na schodach spotkałem doktora Mortimera.

Nie odpowiedziała.

- Wyglądał trochę dziwnie. Powiedział, że nic ci nie jest, o ile dobrze go zrozumiałem. 

Przyszedł bardzo wcześnie.

Nie reagowała. Kij od szczotki sztywniał w jej plecach.

-Alexandra, chciałem być pewien, że nic ci nie grozi. Nie możesz się gniewać, że 

martwię się o twoje zdrowie. Wiem, to mężczyzna, ale tylko mężczyźni są lekarzami, 

nie miałem wyboru. Starałem się zdążyć, być przy tobie, ale nie udało się. Przecież 

chyba nie było aż tak strasznie?

-Ależ skąd, wcale nie było strasznie.

-To dlaczego tak stoisz, dlaczego mnie ignorujesz? Traktujesz mnie jak powietrze! 

Nigdy taka nie byłaś. Nie pamiętasz? Przecież mnie kochasz.

-O nie, z pewnością  nie. To tylko  żądza, przekonałeś  mnie  o tym.  A co do tego 

twojego   doktora,   mam   nadzieję,   że   ten   pompatyczny   głupek   wpadnie   do   rowu   i 

porządnie się opije brudnej wody.

Pogłaskał ją po włosach. - Przepraszam jeżeli nie potraktował cię jak powinien. Nie 

spodobał ci się? Był niedelikatny? Zawstydził cię bardziej niż powinien?

Odwróciła do niego twarz, ale myślami błądziła gdzieś daleko. - Powiedziałam ci nie 

dalej jak wczoraj, że nie będzie mnie dotykał żaden mężczyzna...

- Poza mną.

-Właśnie.   Widzę,   że   kiedy   chcesz,   masz   doskonałą   pamięć.   Byłam   dla,   niego 

grzeczna, ale nie wyszliśmy z salonu...

-Pozwoliłaś, żeby cię tutaj zbadał? Gdzie? Na sofie, nie? Na fotelu? Mój Boże, nie 

powinnaś. To było niedelikatne i niemądre. W każdej chwili mogła przecież wejść 

pani Goodgame albo Burgess z tacą, czy któraś z pokojówek. Spodziewałem się, że 

zadbasz   o   przyzwoitość,   że   będziesz   się   domagała   obecności   co   najmniej   trzech 

panien służących. Nie, to...

-Nawet mnie nie tknął. Powiedziałam ci wczoraj, że na to nie pozwolę. Nie wierzyłeś 

mi?

-Jesteś moją cholerną żoną! Nie byłaś, ale teraz już jesteś. Twoim obowiązkiem jest 

być  mi  posłuszną... Nie, to brzmi  komicznie.  To twój przeklęty obowiązek! Obo-

background image

wiązek! Chcę, żeby cię zbadał, nie żeby cię dotykał! To właściwie nie jest mężczyzna, 

to eunuch, któremu płacą za to, żeby macał i wiedział, co maca! Niech cię szlag, coś 

mu zrobiła?

-O tak, twój wspaniały doktor Mortimer jest mężczyzną! Plótł tu te wszystkie wasze 

męskie bzdury, traktował mnie jak niedorozwinięte dziecko! Zresztą, skądże on może 

widzieć, co robi? Nie jest kobietą, nie jest zbudowany jak kobieta. Skąd ma wiedzieć, 

że coś jest nie tak?

-Nie będę się z tobą sprzeczał. Poproszę go, żeby przyszedł jeszcze raz. Jeżeli sobie 

tego życzysz, będę przy badaniu. Dzisiaj też tak właśnie miało być. No, dość tego. 

Masz ochotę przejechać się do Richmond? Możemy urządzić sobie piknik. Nie będę 

mógł cię tam zaatakować, to znaczy wynagrodzić... za dużo ludzi się tam kręci. Co ty 

na to?

Tylko patrzyła. - Nie rozumiesz, co zrobiłeś?

-Irytujesz mnie!

-Postąpiłeś wbrew memu życzeniu, nawet ze mną nie porozmawiałeś. Nie będę tego 

tolerowała.

Zaczerwienił się i krzyknął na nią. - Niech cię, jesteś moją żoną. Nie rozumiesz, że 

jeżeli cię zapłodniłem, to możesz umrzeć? Nie chcę cię zabić!

-A to dlaczego? - powiedziała to głosikiem słodkim jak miód. Douglas miał ochotę 

kopnąć się w tyłek.

-Nie próbuj ze mną tych sztuczek. Idź się przebrać. Jeżeli za piętnaście minut nie 

będziesz gotowa, zgubię cię w labiryncie.

To już jakiś początek, bardzo dobry początek, myślała idąc na górę.

Jednak już za pół godziny miała ochotę go wykopać. Dobry początek obrócił się w 

niwecz.

background image

ROZDZIAŁ 20

-Dlaczego wyszedłeś dziś tak rano? - zapytała z czystej ciekawości, ale Douglas cały 

zesztywniał w siodle. Ogier, którego trzymał w Londynie, potężny deresz o imieniu 

Prince,   wyczuł   to   i   zatańczył   pod   nim.   Klaczka   Alexandry,   ognista   kasztanka, 

uznawszy, że winę za zły humor konia ponosi jej pani, odwróciła głowę i próbowała ją 

ugryźć. Alexandra aż podskoczyła.

-Mówiłem ci, że jest inna niż twoja klacz w domu. Uważaj! - powiedział ostro.

Zmarszczyła brwi. Jechali wolniutko Rotten Row. Douglas uznał, że nie mają czasu na 

labirynt w Richmond. Na szczęście słynna aleja była prawie pusta. Wczesnym popołudniem 

sławni i bogaci mieli co innego do roboty, Alexandra mogła więc w spokoju rozkoszować się 

lekkim wietrzykiem.

-Kto tak cię pilnie potrzebował? - tym razem pytała już nie tylko z ciekawości. - Coś 

się stało? Zachorował ktoś z twojej rodziny?

-Postaraj się zapamiętać, że moja rodzina jest teraz także twoją rodziną. To nie twoja 

sprawa, gdzie chodzę i co robię. Żona nie powinna wtrącać się w sprawy swojego 

męża. Pilnuj swego nosa i...

- Douglasie - powiedziała najbardziej rozsądnym tonem, na jaki było ją stać. - Złościsz 

się, bo nie przyjęłam dziś tego przeklętego doktora. Nie zamierzam go przyjąć i o ile nie 

chcesz urządzać dantejskich scen, nie będziesz mnie do tego zmuszał. Powiedz mi, co się 

stało? Jestem twoją żoną, proszę, powiedz.

Nie odezwał się, a ona oczyma wyobraźni widziała już wszystko, co najgorsze.

- Chodzi o inwazję? Boże, czy to ministerstwo chce, żebyś wrócił do wojska? Nie 

pojedziesz,   powiedz,   że   nie!   Proszę,   Douglasie,   dobrze   się   zastanów.   Tyle   spraw   w 

Northcliffe Hall wymaga twojej obecności.

Nie sądzę...

-Ucisz się! Nie o to chodzi, do diaska! Chodzi o tego szaleńca Cadoudala!

-Co to za jeden?

Zastanawiał się, jakim cudem zdołała to od niego wydusić.

-To nie twoja sprawa. Bądź cicho i zostaw mnie w spokoju. Już nic więcej ci nie 

powiem.

-Dobrze - powiedziała. Georges Cadoudal. Francuz, a Douglas mówił po francusku 

jakby wyssał ten język z mlekiem matki. Pamiętała tę Francuzkę, Janinę, to ladaco, 

które uratował. Pamiętała, z jakim ożywieniem rozmawiali u Ranleaghów.

background image

-Czy on ma coś wspólnego z tą kobietą, która wczoraj próbowała cię uwieść?

Patrzył na nią. Przecież nie wiedziała, nie mogła... na pewno zgadywała. Głupiec z 

niego. Nie chciał jej przestraszyć, nie chciał, żeby się martwiła, a już na pewno nie, żeby w 

jakiś sposób wplątała się w to wszystko. Wepchnął pięty w boki Prince'a i ruszył galopem.

Alexandra żałowała, że nie ma przy sobie kamienia. Chętnie cisnęłaby nim w ten głupi 

łeb.   Denerwowała   się.   Jak   się   dowiedzieć,   kto   to   taki   ten   Cadoudal   i   co   go   łączy   z 

Douglasem? Przypomniała sobie liścik, który przyniósł mu któregoś dnia Finkle. Musi gdzieś 

jeszcze być. Postanowiła go odnaleźć. Powiedział, że jego rodzina jest teraz także jej rodziną. 

Doskonale. Jest jego żoną i czas najwyższy, żeby zrozumiał, co to znaczy mieć żonę. Koniec 

z decyzjami na własną rękę. Żona jest od tego, żeby mu pomóc.

Znalazła liścik. Finkle troskliwie umieścił go na masywnym biurku w bibliotece, obok 

pozostałej korespondencji jego lordowskiej mości. Zmarszczyła  czoło, liścik był  od lorda 

Avery'ego. Niedbałym, rozlazłym charakterem pisma informował, że Georges Cadoudal nie 

przebywa w Paryżu, tam gdzie powinien, lecz w Anglii. Lord Avery martwił się i chciał się 

natychmiast widzieć z Douglasem.

Starannie złożyła list i odłożyła tam skąd wzięła. W tym momencie Douglas wszedł 

znienacka do pokoju. Zaczerwieniła się po cebulki włosów i szybko odsunęła od biurka.

- Dzień dobry, milordzie! - zawołała niefrasobliwie.

Zmarszczył czoło i zablokował wyjście. - Co tu robisz?

Podbródek poszedł w górę. - Czy nie jest to mój dom, tak samo jak twój? Czy może 

mam nie wchodzić do niektórych pokoi? Jeżeli tak, musisz mi powiedzieć. Oczywiście będę 

posłuszna.

Popatrzył   na   biurko,   nie   przestając   marszczyć   brwi.   -   Nigdy   ci   się   nie   udało 

wyprowadzić mnie w pole. I nigdy nie byłaś mi posłuszna. Co tak cię zainteresowało na 

moim biurku?

Zrobił krok w jej kierunku, a ona próbowała umknąć bokiem. Złapał ją za nadgarstki. 

Poczuła, że kciukiem lekko pieści jej dłoń i wiedziała, że jeżeli nie przestanie, to za chwilę 

wylądują na dywanie, a w najlepszym razie na sofie.

Douglasowi  chyba  przyszło  do  głowy to  samo.   Puścił   jej  ręce.  -  Nie  ruszaj   się - 

rozkazał - albo dopilnuję, żebyś poniosła karę za wściubianie nosa w nie swoje sprawy.

Zastanawiała się, co by zrobił, gdyby mu uciekła. Postanowiła zaryzykować - groźba 

była tak mało precyzyjna. Po chwili już jej nie było.

Nie gonił jej, przecież i tak daleko by nie uciekła. Przejrzał listy leżące na biurku. 

Zaklął   na   widok   liściku   od   lorda   Avery'ego.   Przeklęty   Finkle,   czy   musi   być   aż   takim 

background image

pedantem? No trudno, i tak wiele się nie dowiedziała. Jednak denerwował się. Postępowania 

Cadoudala nie dało się przewidzieć. Z doświadczenia wiedział, że kiedy raz wbił sobie coś do 

głowy, nie ustąpił, aż dopiął swego. Wielka zaleta i jeszcze większa wada. Jak na przykład 

teraz.

Zaklął szpetnie. Co robić?

Jeszcze tego samego wieczora podjął decyzję. Zabrał Aleksandrę na małe  soiree  do 

domu   lady   i   sir   Marchpane'ów,   przemiłych   starszych   państwa,   którzy   przepadali   za 

Douglasem, bo opiekował się ich wnukiem służącym w armii. Bardzo serdecznie powitali 

jego i Aleksandrę.

Aleksandra miała się na baczności, choć Douglas nie wspominał o zemście czy karze. 

Wyglądało na to, że głowę ma zaprzątniętą czymś innym. Nie zwrócił nawet uwagi na jej 

nową, śmiało wydekoltowaną suknię. Skinął tylko głową i to wszystko. Obserwowała go spod 

oka. Prawdę mówiąc, wolałaby nigdzie nie iść i spędzić wieczór w domu, razem z nim. Może 

powinna go przeprosić za swoją niewczesną ciekawość. Dotknęła jego rękawa. Popatrzył na 

nią bez słowa, z nieobecnym wyrazem twarzy.

-Przepraszam.

-Za co?

-Za wścibstwo, ale tak mnie rozgniewałeś, nie mówiąc, co się stało. Jestem twoją 

żoną, mogę ci pomóc, jeżeli tylko mi pozwolisz.

Jego spojrzenie było jeszcze bardziej odległe. - Przyjmuję przeprosiny, choć takie to i 

przeprosiny. Co do tej drugiej sprawy, nie dajesz mi zapomnieć ani na chwilę. Nie opuszczasz 

mnie ani na sekundę. Nie mogę nawet iść ulżyć sobie, żebyś zaraz nie pytała gdzie byłem i co 

robiłem. O, jest Teddy Summerton. Dobrze tańczy. Zajmie się tobą. Nie kłóć się, zrobisz, co 

ci każę. Rozumiesz?

- Rozumiem.

Następny   taniec   posłusznie   przetańczyła   z   Teddym   Summertonem,   miłym 

młodzieńcem o bladej cerze i wielkich uszach, który wyrażał się o jej mężu z nabożnym 

uwielbieniem. Kiedy taniec się skończył, nigdzie nie było widać Douglasa.

Zastanawiała   się,   czy   może   znowu   konferuje   z   tą   francuską   ladacznicą.   Wolno 

przechadzała się po sali balowej. Niektórzy z obecnych pamiętali ją i skłaniali głowy, od-

kłamała się z uśmiechem. Gdzie on jest?

Wieczór był ciepły, w powietrzu czuło się deszcz. Wyszła na balkon i wychyliła się 

przez balustradkę, usiłując wypatrzyć coś w ogrodzie. Rozjaśniały go rozwieszone tu i ówdzie 

lampiony, ale i tak pełno było miejsc ciemnych i niebezpiecznych. Poczuła dziwny lęk.

background image

- Douglas? - zawołała cichutko.

Nie uzyskała odpowiedzi. Zdawało jej się, że z krzaków po lewej doszedł ją jakiś 

odgłos,   ale   nie   była   pewna.   Znowu   zawołała,   potem   zeszła   do   ogrodu   po   kamiennych 

schodkach. Zawołała go jeszcze raz i ucichła. Szybko przeszła wąską, kamienistą alejką. Nic. 

Nagle usłyszała głęboki, męski głos, który brzmiał jak syk, ale nic nie rozumiała. Niech to 

szlag, znowu ten francuski. Chciało jej się krzyczeć z wściekłości, ale usłyszała Douglasa. 

Mówił coś po francusku. Wyczuwała, że jest zły i zdenerwowany.

Doszły ją odgłosy bójki. Nie czekała, biegła w stronę krzaków. Dwóch mężczyzn 

rzuciło się na Douglasa. Z podziwem patrzyła, jak okręcił się dookoła własnej osi i jednego z 

nich grzmotnął pięścią w brzuch, a drugiego łokciem w krtań. Trwało to ułamki sekund, 

nawet nie zdążyła się poruszyć. Jeden z mężczyzn, rozcierając bolącą krtań, krzyknął coś do 

Douglasa i po chwili on i jego towarzysz znikli w ciemnościach.

Douglas stał bez ruchu, masując lewą dłoń i wpatrując się w ciemności. Podbiegła do 

niego, dotykała ramion, barków, twarzy. - Nic ci nie jest? Byłeś taki wspaniały, tak szybko się 

poruszałeś. Nie wierzyłam własnym oczom. Wcale nie potrzebowałeś mojej pomocy. Nic ci 

się nie stało? Możesz mówić? Powiedz coś, proszę. - Mówiąc to, nie przestawała go dotykać, 

głaskać. Stał nieporuszony.

Wreszcie podniósł ręce, ujął jej dłonie i pochylił się nad nią. - Do diabła, co ty tu 

robisz?

Nie odsunęła się ani o milimetr. - Szukałam cię, nigdzie cię nie było. Myślałam, że 

może jestem ci potrzebna.

-Potrzebna? Dobry Boże, oszczędź sobie! Wychodzimy stąd.

-Ale kim byli ci dwaj? Dlaczego cię napadli? Słyszałam, jak się kłóciliście, ale nic nie 

rozumiałam. Przez ten przeklęty francuski. Dlaczego...

Potrząsnął nią, nic nie mówiąc, po czym powlókł za sobą do domu. Bał się o nią, bo 

na odchodnym Cadoudal wykrzyczał mu groźbę wobec niej. Jak Douglas zniszczył Janinę 

Daudet, tak on zniszczy jego młodą żonę.

Nie odzywał się w powozie, aż go zapytała. - Nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tak 

bił. Tony'ego tak nie uderzyłeś.

- Chciałem mu skórę wygarbować, nie zabić.

- Gdzie się tego nauczyłeś?

Odwrócił   się   i   patrzył   na   nią   w   stłumionym   świetle   powozu.   Uśmiechnął   się   do 

swoich wspomnień. - Byłem w Portugalii i poznałem kilku członków bandy grasującej w 

Oporto. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś bił się lepiej od nich. Nauczyli mnie, a ja zdołałem 

background image

przeżyć.

- Ach tak. Kim byli ci dwaj?

Wziął jej lewą dłoń w swoją rękę i przytrzymał. - Posłuchaj, nigdzie się beze mnie nie 

ruszysz, rozumiesz? Nie patrz tak na mnie, zaufaj mi. Powiedz, że rozumiesz.

-Tak, rozumiem.

-Oczywiście nie rozumiesz, ale to nie ma znaczenia. Pojutrze wracamy do Northcliffe.

-Dlaczego?

-Zrobisz, co ci każę i nie będziesz zadawać żadnych pytań.

Postanowiła poczekać. Znała go dość dobrze, żeby wiedzieć, że jak już raz zakręcił 

kurek z informacjami, nic nie zmusi go do zmiany decyzji. Był najbardziej upartym czło-

wiekiem,   jakiego   kiedykolwiek   poznała.   Wyciągnęła   się   na   siedzeniu,   oparła   głowę   o 

wezgłowie, zamknęła oczy i zaczęła chrapać.

Wydawało jej się, że słyszy jego zduszony śmiech, ale nie była pewna. Miała plan, nic 

wielkiego, ale na początek dobre i to.

Następnego dnia Douglas wrócił do domu tuż po jedenastej rano. Spotkanie z lordem 

Avery było krótkie i bardzo rzeczowe. Tak, Georges Cadoudal jest w Londynie, nie w Paryżu, 

gdzie powinien siedzieć z sakwą nabitą angielskim groszem. Najwidoczniej jest żądny krwi, 

krwi Douglasa.

Westchnął, oddał Burgessowi laseczkę i zapytał: - Gdzie jej lordowska mość?

Burgess starał się być dzielny. - Jest z pewną osobą, milordzie.

-Osobą, powiadasz? Płci męskiej?

-Tak, milordzie. To Francuz.

Pomyślał o Cadoudalu i zbladł. Ale nie, nie miałby śmiałości przyjść tutaj. Niech ją 

czort, próbowała go śledzić, przekupując jakiegoś Francuza z ulicy?

-Rozumiem. A gdzież ona jest z tym Francuzem płci męskiej?

-W pokoju porannym, milordzie.

-Czemuś nie spytał o cel wizyty tego Francuza?

-Jej lordowska mość odpowiedziała, że to nie mój interes, tak jak to ma w zwyczaju 

jego lordowska mość.

-Nigdy przedtem nie udawało mi się zatkać ci tym ust!

-Jej lordowska mość zapytała mnie też o mojego siostrzeńca, który ma dyfteryt. Pan 

nigdy nie okazywał takiego zainteresowania, więc zdecydowałem się milczeć.

-A niech cię. Nie wiedziałem, że masz siostrzeńca!

-W rzeczy samej, milordzie.

background image

Douglas,   nadal   bardzo   zaintrygowany,   pośpieszył   do   pokoju   porannego   w   tylnej 

części domu, którego okna wychodziły na ogród. Nieczęsto tam zaglądał, choć pokój był 

bardzo miły. Sinjun powiadała, że to pokój dla dam i on powinien trzymać się od niego z 

daleka. Nie pukał, otworzył  po cichu drzwi. Odziany w czerń młodzian o długiej twarzy 

siedział naprzeciwko Aleksandry. Milczał, a ona wolno mówiła. - Je vais a Paris demain. Je  

vais prendre mon mań avec moi.

Młodzian był wyraźnie zadowolony i dał temu wyraz.

Excellent, madamel Et maintenant...

Z progu wtrącił się Douglas. - Alexandre, nie wybieram się z tobą jutro do Paryża. I 

nie ma w tym nic doskonałego.

Spłoniła   się   po   same   koniuszki   włosów,   westchnęła   kilka   razy   i   zwróciła   się   do 

siedzącego naprzeciwko Francuza.

Je crois que cest ici mon mań.

Tylko myślisz, że jestem twoim mężem? - Douglas skinął głową Francuzowi, który 

zerwał się na równe nogi i patrzył się na niego nerwowo, bawiąc się łańcuszkiem od zegarka. 

Łańcuszkiem!

- Co on tutaj robi?

Ona też wstała i podbiegła do niego, uśmiechnięta.

- Och, to miły dżentelmen, którego spotkałam... tak, u Gunthersów i zapytałam, czy 

nie mógłby tu przyjść, żebyśmy mogli trochę... no wiesz, pokonwersować.

-Po francusku?

-Chyba można by to tak nazwać.

-Płacisz mu?

-Tak.

-Szpieguje   dla   ciebie?   Chcesz,   żeby   mnie   śledził,   podsłuchiwał   rozmowy   i   o 

wszystkim ci donosił?

-Naprawdę wierzysz, że zrobiłabym coś takiego?

-Nie  -  odpowiedział  krótko.   -  W  normalnych  okolicznościach   nie.  Ale  wierzę,  że 

zrobiłabyś wszystko, co w twojej mocy, żeby mnie ratować, nawet gdybym tego nie 

chciał albo nie potrzebował.

Przechyliła głowę. - Mówisz o tylu rzeczach, a ja wcale nie jestem pewna...

- Do cholery, kobieto, co to za jegomość i co tutaj robi?

Podbródek powędrował w górę. - Bardzo dobrze. To monsiuer Lessage, uczy mnie 

francuskiego.

background image

- Co?

- Słyszałeś. Może wyjdziesz i pozwolisz nam dokończyć lekcję.

Douglas zaklął po francusku z takim mistrzostwem, że młody Francuz pokazał całe 

uzębienie w uśmiechu. Powiedział coś bardzo szybko do Douglasa, a Douglas odpowiedział 

mu coś jeszcze szybciej. Potem zaczęli rozmawiać między sobą w tym przeklętym języku, a 

ona znowu nie rozumiała. Czuła się jak parias.

- Douglasie - powiedziała bardzo grubym głosem.

- Pan Lessage jest moim nauczycielem. Przeszkodziłeś nam w lekcji.  Sil vous plait. 

Wyjdź proszę.

Douglas powiedział coś i monsieur wykrzywił twarz w uśmiechu.

- Monsieur przeprasza, ale czeka na niego uczennica, w innej części Londynu. Bardzo 

się spieszy. - Douglas uścisnął rękę Francuza i wręczył mu pieniądze.

Miała ochotę go uderzyć.  Ze też nie może  go skląć płynną francuszczyzną,  którą 

posługiwał się bez żadnego wysiłku. Jedno przekleństwo, tylko jedno francuskie słowo. Ręce 

zaciskały jej się w pięści. Czekała, aż zamkną się drzwi za nauczycielem, potem odwróciła się 

na pięcie.

-Jak śmiesz! To mój nauczyciel, nie żaden twój podkomendny! Ach, tak bym chciała 

powiedzieć ci po francusku, jaka jestem na ciebie zła!

-Skląć mnie, tak?

-Tak. Oui.

-Merde.

-Co?

-Możesz powiedzieć  merde.  To znaczy... nieważne, co to znaczy, ale poczujesz się 

lepiej. Uwierz mi.

Merde!

Uśmiechnął się do niej. - Lepiej? Nie odpowiedziała, więc mówił dalej.

- Dlaczego chciałaś się uczyć francuskiego?

-Żeby się dowiedzieć, co ci powiedziała ta ladacznica i dlaczego ten Georges jakiśtam 

chciał cię wczoraj zabić!

-A, dobrze się domyślałem. Pozujesz na świętą Georginię. - Podszedł do szklanych 

drzwi prowadzących do ogrodu. Otworzył je i wdychał rześkie poranne powietrze. - 

Alexandra,   zamierzałaś   znowu   mnie   uratować?   Tym   razem   swoim   szkolnym 

francuskim?

-Jeżeli mi nie mówisz, co się dzieje, muszę. Taka już jestem, nic na to nie poradzę. 

background image

Szkoda, że traktujesz to jak wtrącanie się.

-Szkoda - powiedział, nie patrząc na nią. - Tak, szkoda że nie jesteś bardziej podobna 

do twojej siostry. Ona jest damą. Na pewno czeka na to, co przykaże jej mąż, a nie 

rośnie gdzie jej nie posiali, mieszając się w sprawy, które absolutnie jej nie dotyczą!

-Mógłbyś się wyrażać nieco jaśniej.

-Czy nie wyrażam się dość jasno?

- Że kochasz Melisandę?

Odwrócił się i spojrzał na nią, na tę swoją żonę. W jej oczach zobaczył  ból. Nie 

przyszedł do niej w nocy. Chciał, jak zawsze chciał, ale musiał jej pokazać, że nie może go 

mieć   na   każde   życzenie,   że   to   on   o   tym   decyduje.   Okazał   jej   w   ten   sposób   swoje 

niezadowolenie. Zrobił, co zrobił, ale teraz pragnął jej tak. że nie mógł się opanować. Jej 

suknia   nie   była   aż   tak   znowu   kusząca,   zwykła   muślinowa   szmatka,   a   on   ledwo   się 

powstrzymywał, żeby nie rozedrzeć koronki przy dekolcie, zobaczyć obnażone piersi, wziąć 

je w dłonie i pieścić miękką skórę, przytulić twarz i poczuć bicie jej serca.

Westchnął i odsunął się od niej, bo czuł, że zaraz zrobi się twardy. Wystarczyło, że 

pomyślał ojej piersiach. Niech to szlag, wcale mu się to nie podobało.

Ku   swemu   zdziwieniu   powiedział:   -   Nie,   nie   kocham   Melisandy.   Nigdy   jej   nie 

kochałem, choć jej pożądałem. Była dla mnie marzeniem, snem, nie kobietą z krwi i kości. 

Piękny duch, dzięki któremu moje samotne noce stawały się nieco mniej samotne. Nie, nie 

kocham jej. Tony miał rację, przeklęty skurczysyn.

-Tony ją kocha.

-Tak. Tak bardzo, rozpaczliwie chciała go zapytać, czy może kiedyś pokocha ją choć 

troszeczkę, ale milczała.

-Jestem   jaka   jestem,   Douglasie.   Nie   mogę   znieść   myśli,   że   jesteś   w 

niebezpieczeństwie.   Nie   wierzę,   że   wolałbyś,   bym   siedziała   popijając   herbatkę, 

podczas gdy jakiś łotr chce ci wbić nóż w serce.

-Może w takiej sytuacji mogłabyś krzyczeć z całych sił, wzywając na pomoc jakiegoś 

mężczyznę.

-A gdyby w pobliżu nie było żadnego z przedstawicieli twojej wspaniałej płci?

-Skończ   swoje   gierki.   Nie   chcę,   żebyś   robiła   rzeczy,   których   nie   aprobuję.   Chcę 

wiedzieć, gdzie jesteś i co robisz, i nie zniosę wtrącania się w moje sprawy.

-Chcesz nieczułej żony.

-Nieczułej? Zapomniałaś już, jak krzyczysz,  kiedy cię biorę? - Zamknął buzię, bo 

członek zaczął go boleć z podniecenia, aż wypychał mu spodnie.

background image

Popatrzył na nią, zamyślony. - Nie życzę sobie, żebyś wychodziła z domu, rozumiesz? 

Zajmij się przygotowaniami do wyjazdu, jutro rano. Czy to ci wystarczy?

Wstała, zaciskając dłonie. Nie zrezygnuje, pomyślała, on nigdy nie rezygnuje. Zmusiła 

się, żeby się do niego uśmiechnąć, kiwnęła głową i wyszła z pokoju.

Szerokimi   schodami   poszła   na   górę,   nie   odwracając   się   nawet   na   wołanie   pani 

Goodgame. Weszła do swojej sypialni i zamknęła drzwi na klucz. Długo stała na środku 

pokoju, potem upadła na kolana, stuliła ramiona i rozpłakała się.

Nie słyszała, że otwierają się drzwi łączące ich sypialnie, Douglas otwierał właśnie 

usta, żeby wydać jej jakieś polecenie, ale zrezygnował. Patrzył na nią i czuł coś dziwnego, 

jakby ucisk w dole brzucha. Na litość boską, przecież tak naprawdę wcale jej nie skrzyczał, 

więc skąd taka żałość. Nie mógł tego znieść. Podszedł do niej, podniósł ją z kolan i zaniósł na 

łoże. Położył się na niej i całował. Chciał scałować jej łzy, sprawić, by o nich zapomniała, 

żeby pamiętała tylko o przyjemności, jaką jej dawał. Zdarł z niej suknię, odrzucił pończochy i 

pantofle.

Rozpiął bryczesy i wszedł w nią, a ona była miękka i chętna, jak zawsze otwarta dla 

niego. Zdumiało go to, przecież ją zranił, ale jej ciało, ona - była dla niego.

- Alexandre - wyszeptał w jej usta i był w niej.

Otworzyła oczy i miała szeroko otwarte, nawet kiedy wchodził jeszcze głębiej.

-Chyba  muszę cię brać codziennie, dla zdrowia. Inaczej szybko będziemy starzy i 

chorzy. Rozumiesz? Powiedz, że rozumiesz?

-Rozumiem   -   powiedziała   i   przyciągnęła   do   siebie   jego   twarz.   Była   nienasycona, 

wiecznie głodna jego ust. Całowała go, czuł w ustach jej język, to ona prowadziła i to 

go zaskoczyło i obudziło w nim zwierzę.

-Och nie! - wydyszał, ale było już za późno. Zawsze za późno, zawsze się spieszył, 

dyszał, drżał. Zamykał oczy i przeklinał moc swoich doznań, to napięcie, które zawsze 

w nim było. Nagle wyszedł z niej. Otworzyła oczy, ale on tylko potrząsnął głową. 

Podniósł ją do ust.

Krzyczała.

Potem jęczała lekko. Pozwalał narastać rozkoszy i przestawał. Tym razem to on ją 

kontrolował, mogła tylko jęczeć i rzucać się na łożu. Wreszcie w nią wszedł ostatni raz i 

krzyczał jej imię.

Kiedy było już po wszystkim, kiedy mogli już mówić, powiedział, opierając się na 

łokciach. - Nie płacz, nie lubię płaczu. Nie masz powodu. Czy do ciebie nie przyszedłem? Nie 

dałem ci rozkoszy?

background image

- Tak - odpowiedziała - tak.

Nadal był w niej. Zbliżała się pora lunchu. Absurd, środek dnia, a on znowu robi się 

twardy. Zmusił się, żeby z niej wyjść.

-Koniec płaczów - powiedział i wstał. Zapiął spodnie.

-Dlaczego nie możesz mi zaufać?

-Co ty pleciesz?

-Czy nie próbowałam uratować się przed Tonym?

-To nie ma nic do rzeczy.

Usiadła   i   naciągnęła   na   siebie   suknię.   Miała   w   sobie   wilgoć   jego   i   swoją,   fala 

rozkoszy jeszcze kołysała się w jej ciele. Patrzyła na swoje bose stopy, nie sięgające ziemi.

- Dobrze,  zrobię  jak sobie  życzysz.  Nie  będę  się  wtrącała,  a  jeżeli  popadniesz   w 

tarapaty, powiem: przykro mi, ale nic nie mogę zrobić. Tego chcesz?

Zmarszczył brwi. Wcale nie tego, ale tak jej powiedział.

- Chcę, żebyś doprowadziła się do ładu. Jestem głodny, pora na lunch.

Wyszedł do swojej sypialni i zamknął za sobą drzwi. Siedziała na łóżku, patrząc za 

nim.

Merde - powiedziała.

background image

ROZDZIAŁ 21

Douglas obudził się nagle. Nie wiedział, co go zbudziło, ale w jednej chwili śnił mu 

się atak Francuzów na okopy w pobliżu Peny, a już za moment szybko oddychając wpatrywał 

się w ciemność. Wyciągnął rękę i szukał obok siebie Alexandry.

Dotknął   jej   posłania,   przeciągnął   dłonią   po   poduszce   i   kocach.   Nie   było   jej   tam, 

znikła. Poczuł paniczny, dławiący strach. Boże wszechmogący, Cadoudal ją zabrał.

Nie, to absurd. Nie mógłby wśliznąć się do domu i do sypialni, nie mógł jej ot tak 

sobie wziąć, nie budząc go. Nie, to niemożliwe.

W pośpiechu wiązał pasek ciemnogranatowego szlafroka, zbiegając po schodach. Jego 

bose stopy bezszelestnie stąpały po grubym dywanie. Gdzież ona może być?

Zajrzał do salonów, do pokoju śniadaniowego, do jadalni. Zatrzymał się w szerokim 

holu wejściowym i szybko poszedł do biblioteki. Spod zamkniętych drzwi wychodziła smuga 

światła.

Cichutko nacisnął klamkę i zajrzał do środka.

Alexandra siedziała za jego biurkiem, przy lewym łokciu miała świecę, a przed sobą 

otwartą książkę. Z całych sił skupiała się nad czymś, marszcząc czoło.

Właśnie miał wejść do środka i spytać, co tu do diabła porabia, kiedy usłyszał, że dość 

głośno mówi do siebie.

- Więc to właśnie znaczy merde. Całkiem, całkiem, niezłe przekleństwo, Douglas miał 

rację. Z pewnością może po tym ulżyć. - Kilka razy powtórzyła to słowo, po czym dodała 

głośno - Oczywiście, na dłuższą metę to nic dobrego. No dalej, malutka, bierz się za to.

Z trudem powstrzymywał śmiech, duszący go w gardle.

Zaczęła głośno powtarzać słabym, ale dającym się zrozumieć francuskim: - Nie pójdę. 

Je ne vais pas. On nie pójdzie. Je ne va pas. Oni nie pójdą. lis ne vont pas. Patrzył. Ki diabeł?

Usiłowała sama nauczyć się francuskiego. Wszystko dlatego, że chciała mu pomóc, 

jeżeli tylko mogła.

Stał, patrząc na żonę, i tylko potrząsał głową, nie wierząc własnym oczom. Zaczęło go 

wypełniać coś dziwnego, coś słodkiego, czego nigdy jeszcze nie czuł w całym swoim życiu. 

To było cudowne, nowe i potężne. Nie spodziewał się tego, bo nie zdawał sobie sprawy, że to 

coś istnieje. Tyle lat nie czuł i nie wiedział... nie wiedział, jak bardzo mu tego brakowało.

Nie   odrywał   od   niej   oczu.   Siedziała   tam   w   swojej   białej   koszuli   nocnej,   z 

kołnierzykiem   pod   brodą,   z   rudymi   włosami   zaplecionymi   w   ciasny   warkocz,   który 

przerzuciła   sobie   przez   ramię.   Powtarzała   francuskie   słowa,   pomagając   sobie   przy   tym 

background image

rękami.   Jej   twarz   oświecał   migotliwy   płomień   świecy,   odbijając   się   w   oczach,   rzucając 

nieuchwytne cienie na policzki i włosy. Powtarzała bez końca te same zwroty.

Rozumiał jej francuski - jeżeli się bardzo starał.

- Pomagałam mu. Je l'aide. A to co? - Ucichła, potem łagodnie powiedziała: - Kocham 

go. Je I'aime.

Kocham Douglasa. J'aime Douglas. Kocham mojego męża.

J'aime mon mari.

Stał,   pozwalając   swoim   uczuciom   rosnąć,   owładnąć   nim.   Uśmiechnął   się,   ciepło, 

serdecznie, z głębi duszy. Był niewiarygodnie szczęśliwy, akceptował ją, godził się z tym, 

kim była dla niego i co będzie zawsze do niej czuł.

Cichutko zamknął drzwi i poszedł do sypialni. Leżał w łóżku i czekał, rozpamiętując 

świeżość swoich uczuć.

Kiedy godzinę później położyła się obok niego, udawał, że śpi. Przez dziesięć minut. 

Potem odwrócił się do niej, wziął w ramiona i zaczął całować.

Alexandra   była   nieco   zaskoczona,   ale   jak   zawsze   entuzjastycznie   oddawała   mu 

pocałunki. Ale tym razem nie było pośpiechu, nie było szaleństwa. Kiedy w nią wszedł, był 

czuły i dobry - stało się coś, czego nigdy dotąd nie udało mu się dokonać. Całował ją. i 

pieścił. Czuł, że należy do niej. Westchnęła z przyjemności. Teraz już na zawsze byli ze sobą 

związani.

Kiedy   zasnęła,   pochylił   się   nad   nią,   lekko   pocałował   skroń   i   wyszeptał   prosto   w 

uśpiony policzek: - Je t'aime aussi.

Siedem godzin później, przy śniadaniu, tak walnął pięścią w stół, że jego talerz aż 

podskoczył, a plasterek bekonu spadł na biały obrus.

- Alexandra, powiedziałem nie. Jeżeli nawet Sinjun prosiła, żebyś jej kupiła książkę w 

Hookams, trudno. Nie mam czasu, żeby tam z tobą jechać, a beze mnie nigdzie nie pójdziesz. 

Zrozumiano?

Milczała.

-Rozumiesz?

-Rozumiem.

-Dobrze. Zajmij się pakowaniem. Przepraszam, że nie możemy wyjechać dziś rano, 

ale muszę jeszcze coś załatwić. Wrócę później. - Stał już przy drzwiach, kiedy zmrozi-

ło go jej głośnie merde.

Udał,   że   nie   słyszy   i   wyszedł.   Alexandra   wpatrywała   się   w   swoją   jajecznicę   i 

zastanawiała   się,   dlaczego   niektórzy   unoszą   się   tak   głupio   w   środku   nocy   i   wierzą,   że 

background image

przetrwa to dłużej niż namiętność mężczyzny.

Resztę poranka spędziła bardzo pracowicie, choć prawdę mówiąc pani Goodgame nie 

miała z niej wielkiego  pożytku. Pani była  rozkojarzona i roztargniona, i nie bardzo inte-

resowało ją, czy jej suknie zostaną starannie opakowane bibułką, czy też niedbale wrzucone 

do kufra.

Douglas nie wrócił na lunch. Alexandra nie wiedziała, co ze sobą począć, tak się o 

niego bała. Dlaczegóż to ona nie mogła wymóc na nim obietnicy, że nigdzie się bez niej nie 

ruszy? Usiłowała pouczyć się francuskiego, ale była tak rozdrażniona, że większość czasu 

spędziła szukając nowych przekleństw.

- Milady, to nerwy - oświadczyła wreszcie pani Goodgame bardzo poważnym tonem. 

- Może przejechałaby się pani trochę powozem? Ja się wszystkim zajmę.

Więc Douglas nie powiedział służbie, że jest więźniem we własnym domu. Od razu 

humor jej się poprawił. Pojedzie kupić tę przeklętą książkę dla Sinjun. Do diabła z Dou-

glasem. Jednak na wszelki wypadek postanowiła wziąć ze sobą jego pistolet. Natknęła się na 

niego wczoraj wieczorem, ucząc się francuskiego w bibliotece. Wsunęła go do torebki. Nie 

miała pojęcia, czy był nabity, a od samego widoku dostawała gęsiej skórki. Modliła się, żeby 

osoba, wobec której go użyje - o ile w ogóle będzie musiała - była co najmniej tak przerażona 

jak ona. Poprosiła jednego z lokajów, żeby jej towarzyszył, siedząc przy stangrecie. Czegóż 

więcej mógłby żądać Douglas? Miała dwóch uzbrojonych strażników i pistolet.

Burgess wiedział, ze jej lordowska mość ma zostać w domu, ale kiedy wychodziła z 

Jamesem u boku, nie było go akurat przy drzwiach.

Powóz   toczył   się   po   Picaddily,   minął   Hyde   Park   i   skręcił   w   St.   Edward   Street. 

Stangret został na koźle, a ona z Jamesem wkroczyła do Hookams. Ogromne, sięgające do 

sufitu   półki   były   pełne   najróżniejszych   książek.   W   wąskich   przejściach   między   regałami 

unosił   się   kurz,   ale   księgarnię   uznawano   za   miejsce,   w   którym   należy   bywać   i   dlatego 

tłoczyło się tu wiele modnych pań i panów. Przy wejściu stali lokaje i pokojówki odbierający 

od   państwa   opakowane   w   zgrabne   paczuszki   książki.   Alexandra   zostawiła   tam   Jamesa 

zagapionego na jakąś ładniutką pannę służącą, a sama poszła za sprzedawcą rozglądając się 

za powieścią  dla Sinjun. A, tu jest, na trzeciej  półce. Właśnie sięgała po „Tajemniczego 

hrabiego”, kiedy jakiś męski głos zasyczał w jej prawe ucho.

- A, mała gołąbeczka wyfrunęła z gniazdka.

To nie Heatherington, pomyślała. Nie, on zaczynał od owieczki i pasterza. Westchnęła 

i odpowiedziała, nawet nie patrząc w stronę natręta: - Nie podoba mi się ten wstęp, sir. Brak 

mu oryginalności, wdzięku i dowcipu. Powinien pan wziąć sobie nauczyciela. Całkiem nieźle 

background image

panu   wychodzi   ten   francuski   akcent,   ale   wcale   nie   pasuje   do   pańskiej   bezbłędnej 

angielszczyzny. Nie przekręca pan słów, wie pan o tym?

-Nich cię szlag! Nie mam zamiaru nikogo czarować, mówię płynnie trzema językami!

-W   takim   razie   o   co   panu   chodzi?   -   mówiąc   to,   odwróciła   się   i   ujrzała   bardzo 

wysokiego, przystojnego mężczyznę, o oczach i włosach jeszcze ciemniejszych niż u 

Douglasa, odzianego w przedpołudniowy strój dżentelmena. To musiał być Georges 

Cadoudal. Boże miłościwy, stąd ten akcent.

-O co mi chodzi? Dobrze, powiem pani. W prawej ręce trzymam bardzo malutki i 

bardzo   skuteczny   pistolecik,   wycelowany  prosto   w  pani   pierś.   Sugeruję,   madame, 

żeby poszła pani ze m n ą uśmiechając się tak czarująco, jak w tej chwili. Proszę sobie 

wyobrazić, że jestem pani kochankiem i przed nami bardzo miłe chwile. Idziemy.

Alexandra widziała, że on nie żartuje, widziała jego twarde, zdecydowane oczy. - Je 

ne vais pas! -  krzyknęła ile sił w piersiach i walnęła go „Tajemniczym hrabią” w twarz z 

nadzieją, że przynajmniej złamie mu ten długi nos. Kiedy podniósł ręce, żeby ją uderzyć, 

zaczęła drzeć się jak oszalała.

Merde! Merde! Je vais a Paris demain avec mon mań!

Aidez-moi!

Uderzył ją pięścią w głowę, klnąc jak szewc. Obsługa księgarni porozdziawiała usta 

ze zdziwienia.

-James, pomocy! Aidez-moi!

-Niech cię cholera! - wysyczał Cadoudal i znikł. Przerażony James podbiegł do pani. 

Wiedział, że ją zawiódł, ale ten łajdak napadł na nią tak nieoczekiwanie. - Nic się pani 

nie stało? Proszę, milady, proszę. Niech pani powie, że nic pani nie jest!

Alexandra   potrząsnęła   głową.  Uderzenie  było  tak  mocne,   że  miała   mroczki  przed 

oczami.

-Nic mi nie jest. - Spojrzała na sfatygowaną książkę. - Walnęłam go w nos. Słyszałeś 

mój francuski?

-Merde, milady?

Tym   razem   był   to   Heatherington,   ten,   przy   którym   damom   spódnice   opadały. 

Uśmiechał  się do niej, nie sardonicznym  uśmieszkiem  kpa i bawidamka, ale prawdziwie, 

szczerze i ciepło.

- O tak, słyszałem pani porażającą francuszczyznę. Kim jest ten biedak, który miał 

czelność panią zaczepić?

- Znikł - powiedziała Alexandra, dumna jak paw. -

background image

Przestraszył się mojego francuskiego.

Popatrzył   na   nią,   a   potem   się   roześmiał.   Bardzo   dziwny   był   to   śmiech,   bo 

Heatherington   już   dawno   się   nie   śmiał;   śmiech   nie   pasował   do   jego   pieczołowicie 

pielęgnowanego wizerunku. Roześmiał się jeszcze głośniej i potrząsnął głową. -  Merde - 

powiedział i wyszedł z księgarni.

Alexandra patrzyła za nim przez chwilę, po czym zapłaciła za książkę, nie zwracając 

uwagi na szepczące i wpatrujące się w nią damy i dżentelmenów. James szedł tuż obok niej aż 

do   samego   powozu.   Za   dwadzieścia   minut   podjeżdżali   pod   miejską   rezydencję 

Sherbrooke'ow. U szczytu schodów zatrzymała się i odwróciła do postępującego krok w krok 

za nią Jamesa.

- Jamesie, proszę, nie chcę, żeby jego lordowska mość dowiedział się o tym, hm... 

spotkaniu. Dobrze? To nic, naprawdę nic, a ten mężczyzna na pewno z kimś mnie pomylił.

James nie był do końca przekonany, czy pani ma rację. Denerwował się, i słusznie, bo 

pierwszą osobą, na jaką natknęli się w drzwiach, był pan, który wyglądał, jakby miał kogoś 

zabić. Uściślając, rozglądał się kogo by tu zabić.

James   nigdy   przedtem   nie   słyszał   ryczącego   mężczyzny,   ale   teraz   usłyszał.   Jego 

lordowska mość wyprostował się na całą imponującą wysokość i krzyczał na żonę najgłośniej 

jak tylko umiał.

- Gdzieś ty, do cholery, poszła? Jak śmiesz mi się sprzeciwiać! Mój Boże, Alexandra, 

za daleko się posunęłaś! Do diabła, za daleko!

James wycofał się, trafiając wprost w objęcia Burgessa, który z twarzą jak zwykle 

kamienną spieszył otworzyć drzwi. - Milady, witam w domu. A, widzę, że cały czas byli z 

panią John i James. Jego lordowska mość nieco się denerwował, choć...

- Do stu katów,  Burgess! Cicho  bądź! Ona nie  potrzebuje ani  twojej  obrony,  ani 

wtrącania się!

Złapał ją za ramię i zawlókł do salonu. Obcasem zatrzasnął drzwi. - Niech go kaczki 

podepczą, zdrajcę przeklętego! Próbuje cię bronić! - potrząsał nią, wbijając palce w jej ramię.

Nie   odzywała   się,   patrzyła   tylko   na   niego.   Szok   wywołany   niespodziewanym 

spotkaniem Cadoudala minął, choć musiała przyznać, że była wtedy bardziej spokojna niż te-

raz, oko w oko z rozwścieczonym Douglasem.

-Kupiłam powieść dla Sinjun - powiedziała, kiedy na chwilę zamilkł.

-Do diabła z powieścią!

- Douglas, uspokój się, proszę, i przestań kląć. Nic się nie stało, doprawdy...

Znowu ją potrząsnął. - Teraz do nieposłuszeństwa dodajesz jeszcze kłamstwo! Jak 

background image

śmiesz! Jak śmiesz mnie okłamywać!

Nie,   pomyślała,   niemożliwe,   żeby   wiedział   o   wszystkim,   co   się   wydarzyło   w 

księgarni.

-Widziałem Heatheringtona - wyjaśnił, czując, że nadal próbowałaby go oszukiwać.

-Och - powiedziała i uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko. Heatherington nic nie 

wiedział. - To był po prostu mężczyzna, który nie umiał się przyzwoicie zachować.

-To był Georges Cadoudal i chciał cię porwać.

-Skąd wiesz?

-Dobry Boże, oszczędź mi głupich bab! Alexandra, darłaś się po francusku tak głośno, 

że chyba cały Londyn cię słyszał. Spotkałem się z pewnym dżentelmenem, którego ty 

nawet nie znasz, i opowiedział mi o twoich dźwięcznych  merde.  Wszyscy wiedzą i 

pewnie mogę oczekiwać co najmniej tuzina gości, którzy przyjdą mnie powiadomić o 

przedziwnym zachowaniu mojej żony.

-Inne rzeczy też mówiłam.

-Tak, wiem. Jutro jedziesz ze swoim mężem do Paryża.

-I wołałam po francusku o pomoc.

-I jeszcze coś. - Zaczynał się rozkręcać, ale zmroził go widok pistoletu w jej ręce. 

Znienacka wyciągnęła go z maleńkiej torebeczki.

-To też wzięłam. Douglasie, nie jestem głupia. Nie wyszłam z domu nieprzygotowana. 

Zrozum, bardzo się nudziłam, chciałam coś zrobić. Wszystko poszło świetnie. Próbo-

wał, ale mu się nie udało. Uderzyłam go w nos książką Sinjun. Nie miał szans.

Ręce mu opadły. Była taka dumna z siebie, całkowicie przekonana o swojej racji, a 

jednocześnie naiwna i niewinna jak małe dziecko. Przy Cadoudalu nie miała więcej szans niż 

bezbronne kurczątko. Wziął od niej pistolet, sztywniejąc na samą myśl o broni wycelowanej 

w jej stronę. Wyszedł z pokoju, nie mówiąc już ani słowa.

Alexandra spojrzała na zamknięte drzwi.

- Bardzo stara się opanować - powiedziała w powietrze.

Kolację jadł poza domem i nie przyszedł do niej tej nocy.

*

Wyjechali z Londynu o wpół do dziewiątej następnego ranka. Nad miastem nisko 

zawisła gęsta, wiosenna mgła. Wydostali się z niej dopiero na drodze wiodącej na południe.

Douglas   siedział   obok   żony.   Milczał.   Niech   ją   szlag,   czytała   powieść   Sinjun. 

„Tajemniczy hrabia”, cóż za bzdura. Przypomniał sobie, jak Sinjun powiedziała mu o jego 

greckich   sztukach.   W   tej   książce   roiło   się   pewnie   od   romansowych   heroin,   które   raczej 

background image

wzdychały niż zrzucały szmatki.

- Czemu czytasz takie bzdury? - zapytał poirytowany.

Alexandra podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego.

-Nie chcesz ze mną rozmawiać jak cywilizowany człowiek, a nie mam ochoty na 

drzemkę. Masz lepszą propozycję? Może wieziesz ze sobą tom kazań, żebym mogła 

się trochę podbudować?

-Będę z tobą rozmawiał - oświadczył, prawie krzycząc.

- Bardzo miło z twojej strony.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie słyszy w jej głosie ironii, ale nie. Westchnął.

-No dobrze. Martwiłem się o ciebie. Musisz się z tym  pogodzić, zwłaszcza jeżeli 

wiem, że może ci grozić niebezpieczeństwo. Przepraszam, że zostawiłem cię samą, ale 

powinnaś była mnie słuchać.

-To bardzo miło z twojej strony. Doceniam, że o mnie dbasz, a doceniałabym jeszcze 

bardziej, gdybyś mi wyjaśnił, jakie to niebezpieczeństwo mi grozi.

-Nie chcę. Chcę, żebyś mi ufała. Nie rozumiesz, że musisz mi ufać? Powiedz, że 

rozumiesz.

Popatrzyła  na jego surowy profil. - Tak, rozumiem - powiedziała,  po czym  znów 

wzięła się za czytanie.

Douglas prawie godzinę dumał w milczeniu, aż wreszcie przez okno zakrzyknął do 

stangreta, żeby się zatrzymał.

Okolica była bardzo odludna, żadnych siedzib ludzkich, pasących się krów, nic, tylko 

krzaki, drzewa i chaszcze. Podniosła głowę, zaniepokojona.

- Pomyślałem sobie tylko, że może chciałabyś trochę rozprostować kości, może pójść 

na stronę.

Nie musiała iść na stronę, ale pomyślała, że może Douglas ma taką potrzebę i dlatego 

się zatrzymali.

Pomógł  jej  wysiąść z powozu, przytrzymał  ją przez  chwilę,  po czym  postawił na 

ziemi.   -   Idź   do   tamtego   zagajnika,   ale   nie   marudź   długo.   Jakby   coś   się   stało,   krzycz, 

niekoniecznie po francusku.

Uśmiechnęła się do niego bez słowa i pomachała dłonią, chowając się w zagajniku. 

Drzewa rosły gęsto, słońce z trudem przedzierało się przez bujne listowie. Szybko zrobiła, co 

miała zrobić, i już miała iść z powrotem, kiedy znienacka zatkała jej usta wielka dłoń i ktoś 

pociągnął ją za sobą.

- Tym  razem mam cię  - powiedział  męski  głos. Poznała, że należał  do Georgesa 

background image

Cadoudala. - Już mi nie uciekniesz.

Nie miała przy sobie pistoletu Douglasa. Nie było też Jamesa ani Johna. Gdyby tylko 

udało jej się uwolnić choć na jedną krótką chwilę.

Ugryzła go w rękę i uścisk na sekundę zelżał. Uderzył ją w skroń, zanim zdążyła 

otworzyć usta. Upadła na ziemię niczym kamień.

Douglas spacerował w jedną i drugą stronę. Nie było jej już dobre dziesięć minut. 

Zachorowała? Zaklął, po czym skierował się prosto do zagajnika, wołając ją. - Alexandra! 

Wychodź już! Alexandra?

Cisza.

Aidez-moi! Je veux a Paris demain avec ma femme!

Krzyczał, że jutro wyjeżdża z żoną do Paryża, ale czuł, że mięśnie napinają mu się 

pod skórą. W ustach mu zaschło ze strachu.

Cisza, głęboka, nieprzerwana cisza.

Wbiegł do zagajnika. Znikła. Zobaczył ślady dwóch osób, ale nie było walki. Zabrał ją 

i albo zabił, albo straciła przytomność. Nie, gdyby ją zabił, zostawiłby ją tutaj. Szukał dalej. 

Szybko   znalazł   ślady   końskich   kopyt   -   te   wychodzące   z   zagajnika   były   wyraźniejsze, 

podkowy głębiej zapadały się w ziemię, koń najwyraźniej niósł dwie osoby.

Nie miał konia, tylko powóz. Nie mógł jechać za nimi. Dopiero za godzinę dojechali 

do Terkton nad Byne, gdzie mógł dostać konia nadającego się do jazdy.

Bał się, a jednocześnie był wściekły. Za pół godziny dotarł do zagajnika i ruszył po 

ich śladach. Modlił się, żeby nie padało, ale szare, gęsto ścielące się chmury nie zapowiadały 

nic dobrego. Cadoudal kierował się na południe, w stronę Eastbourne, prosto na wybrzeże. 

Miał zamiar zabrać ją do Francji? Krew zastygła mu w żyłach.

Za dwie godziny rozpadało się na dobre. Klął, ale nie na wiele się to zdało. Deszcz 

bardzo   szybko   rozmył   ślady,   jednak   przeczucie   podpowiadało   Douglasowi,   że   Georges, 

doskonały strateg, nie będzie miał z Alexandra łatwego życia. Nie będzie mdlała, nie będzie 

wzdychała,   ale   zrobi   co   w   jej   mocy,   żeby   od   niego   uciec.   Tego   właśnie   się   obawiał. 

Cadoudalowi nikt nie śmiał się sprzeciwiać, był nieprzewidywalny, mógł być podły. Douglas 

parł naprzód, do Eastbourne.

Wjeżdżając do miasta - przemoczony do nitki i trzęsący się z zimna - wiedział, że sam 

nie da rady znaleźć Cadoudala. Potrzebował pomocy - ludzi, którzy przeszukaliby gospody, 

doki i odpływające okręty.

Był bardzo zmęczony, zupełnie bez sił, ale zdołał jeszcze wstąpić do trzech oberż. 

Nikt nie widział w nich człowieka odpowiadającego opisowi Cadoudala, a może on opłacił 

background image

milczenie. Pokonany, wsiadł na konia i pojechał piętnaście mil do Northcliffe Hall.

Hollis spojrzał tylko na pana i nie zwlekając wezwał wiernego Finkle'a. Już po chwili 

Douglas znalazł się w swojej sypialni, odziany w suchą koszulę. Hollis uznał, że może go 

teraz odwiedzić rodzina, i sam przyszedł jak pierwszy. - John powiedział nam, co się stało - 

powiedział. - Wydałem rozporządzenia i mamy już trzydziestu ludzi czekających na pana 

rozkazy. Proszę tylko powiedzieć im, co mają robić.

Douglas miał ochotę rzucić się swojemu kamerdynerowi w ramiona. Opanował się 

jednak. - Porwał ją Georges Cadoudal - powiedział. - Boję się, że już wsiedli na statek do 

Francji. Jechałem za nimi do samego Eastbourne, ale zaczęło padać. Nie powiodło mi się w 

gospodach.

Hollis   poklepał   go   po   ramieniu,   jakby   znowu   był   dziesięcioletnim   chłopczyną.   - 

Proszę się nie martwić, milordzie. Opisze mi pan tego Cadoudala, a ja przekażę to ludziom. 

Wyruszą, nim minie godzina. Pan musi teraz odpocząć.

Chciał oponować, ale był tak zmęczony, że tylko pokiwał głową.

- Przyniosę coś do jedzenia i szklaneczkę brandy. Od razu lepiej się pan poczuje.

Za pół godziny w stronę Eastbourne wyruszyło  dwudziestu dwóch mężczyzn. Tak 

skutecznym generałem był Hol-lis. - Posłałem także po lorda Rathmore. Wkrótce powinien 

przybyć - powiedział. - Nigdy pana nie zawiódł.

Douglas zamruczał coś i łyknął trochę brandy. Najadł się do syta, a ogień i brandy 

rozgrzewały jego zmarznięte ciało. Ułożył się w fotelu i przymknął oczy. Przespał godzinę.

Obudził się bardzo wypoczęty.  Przy fotelu stała Sinjun. Przez chwilę zupełnie nie 

pamiętał, co się stało. - Cześć smyku! - zawołał. - Gdzie jest Alexandra?

Prawda uderzyła go pięścią między oczy. Zbladł.

-Przepraszam, Douglasie. Pomimo sprzeciwów matki ruszam z tobą na poszukiwania. 

Mam zawiadomić Tysena?

-Nie, niech sobie siedzi w Oksfordzie. - Wstał - Nie wierzę - powiedział w przestrzeń.

-Za późno, za późno, żebyś dziś wyruszał. Dochodzi północ.

-Sinjun, tam jest dwudziestu dwóch ludzi, którzy jej szukają. Muszę do nich dołączyć. 

- Przerwał i delikatnie ujął ją pod brodę. - Bardzo ci dziękuję, że chcesz ze mną 

jechać,  ale   muszę  cię  prosić,   żebyś   została   tutaj.  Znasz   matkę...   Musisz  się  zająć 

przygotowaniem wszystkiego na powrót Alexandry.

Pojechał z Northcliffe do Eastbourne. Dzięki Bogu przestało padać, a drogę oświetlał 

księżyc. W oberży Pod Tonącą Kaczką spotkał MacCalluma, swego głównego stajennego.

- Jego lordowskiej mości przyda się kieliszeczek czegoś mocniejszego. Proszę usiąść. 

background image

Powiem, czegośmy się dowiedzieli. Ta oberża to nasz sztab, co trzydzieści minut przybywają 

ludzie i mówią, co się dzieje. Proszę sobie łyknąć i usiąść tu przy mnie.

O   drugiej   w   nocy   pięciu   mężczyzn   przyniosło   wiadomość,   że   Cadoudal   i   jej 

lordowska mość wsiedli na statek do Calais. Niestety, nie można jechać za nimi ze względu 

na sztorm i silny wiatr. Mogli tylko czekać.

Douglas   kazał   MacCallumowi   odesłać   ludzi   do   domu.   Do   Northcliffe   wrócił   o 

czwartej nad ranem.

Poszedł do sypialni Alexandry, położył się na jej łóżku i wpatrywał się w sufit. Był 

wyczerpany, ale nie spał. Przypominał sobie każde złe słowo, które jej powiedział. Pamiętał 

ból i urazę w jej oczach, kiedy mówił o Melisandzie i o tym, że ona z pewnością byłaby 

posłuszna mężowi.

Czuł ból przenikający całe ciało, czuł pustkę, która kiedyś była jego codziennością. 

Ale teraz, teraz zrozumiał, że nie może bez niej żyć.

Słyszał jak mówi po francusku, widział ją przy biurku, taką młodą, wypowiadającą 

obce słowa z namaszczeniem i przedziwnym akcentem. Uśmiechnął się pomimo bólu.

Znajdzie ją. Musi ją znaleźć, nie wyobrażał sobie bez niej życia.

*

Następnego dnia burza zamieniła się w sztorm. Nie dało się wyjść z domu, deszcz 

bębnił o parapety, a pioruny waliły w ziemię. Wiatr przyginał gałęzie drzew prawie do samej 

ziemi. Modlił się, żeby bezpiecznie dopłynęli i sam się z tego śmiał.

Lady Lydia zwietrzyła pismo nosem - niewczesne uwagi, że należałoby tę poronioną 

żonę zostawić własnemu losowi, zatrzymała dla siebie. Nie była głupia. Sinjun starała się 

zająć czymś brata.

Nie było dobrze. Douglas szalał tak samo jak sztorm za oknami. Nawet Hollis się nie 

odzywał. Musieli czekać i milczeć.

Tej nocy spał w pokoju Alexandry. Zasnął głęboko, bo Hollis dosypał mu laudanum 

do wina. Śnił o Alexandre, byli w stajni, a ona śmiała się, klepała po pysku swoją klacz i 

mówiła mu, że go kocha, kocha, kocha...

Obudził się nagle. Przy łóżku stała Alexandra i mówiła do niego.

background image

ROZDZIAŁ 22

Zamrugał. W sypialni nie było już tak ciemno jak wtedy, kiedy kładł się spać, ale nie 

to go zdziwiło.  Stała obok łóżka, widział  ją bardzo wyraźnie,  uśmiechała  się do niego  i 

mówiła:  - Nic jej  nie  jest - ale  tak  naprawdę nie  odezwała  się, choć  w myślach  bardzo 

wyraźnie słyszał te słowa.

To nie była Alexandra. Wyciągnął rękę, a ona zrobiła krok do tyłu, dotknął rękawa jej 

sukni, ale było to tylko powietrze.

Czuł przerażenie, duszący strach przed nieznanym, duchami, goblinami i potworami 

czającymi się w mroku, które nocami przychodzą straszyć małych chłopców.

- Nie - powiedział. - Nie jesteś prawdziwa. Jestem chory z przerażenia i mój umysł 

wymyślił sobie ciebie, żebym się jeszcze bardziej dręczył. To wszystko, wszystko!

Miała długie, proste włosy, tak jasne, że prawie białe. Suknia lekko poruszała się 

wokół niej, ale powietrze było gęste i ciężkie. Oczywiście, że ją pamiętał, widział ją już tej 

nocy,   kiedy   Alexandra   próbowała   uciec.   Gdyby   umysł   nie   podsunął   mu   wtedy   tego 

wizerunku, udałoby jej się.

Nagle wewnętrzne oko Douglasa zobaczyło Alexandre. Leżała na wąskim łóżku, w 

małym pokoiku. Miała na sobie podartą, wygniecioną suknię, włosy w nieładzie. Była blada, 

ale nie widział w niej strachu. Nadgarstki i kostki związano jej sznurkiem. Nie spała, niemal 

widział, jak myśli, jak knuje szaleńcze plany ucieczki. Aż się uśmiechnął - ma tupet. Bardzo 

wyraźnie,  tak samo  wyraźnie  jak Alexandre, zobaczył  miejsce,  w którym  była  - Staples, 

maleńka wioska we Francji.

Cadoudal miał poczucie ironii.

Powiedział głośno, niskim, nieco niewyraźnym głosem.

- To niemożliwe, nie jesteś prawdziwa. Ale jak...

- Burza skończy się jutro rano - usłyszał jeszcze i odeszła. Powoli, uśmiechając się do 

niego, lekko kiwając mu głową, bardziej płynąc w powietrzu niż stąpając po ziemi.

Po chwili już jej nie było.

Nie przyjmował tego do wiadomości. Wyskoczył z łóżka i pobiegł za nią. Nic. Zapalił 

świecę stojącą na stoliku przy łóżku i uniósł ją do góry. Pokój był pusty. Oddychał szyb ko, 

serce mu waliło ze strachu. - Ty przeklęte nic, wracaj! Wracaj, duchu! Tchórz!

Nie odpowiedział mu żaden dźwięk, tylko jego serce walące w ciemnościach, deszcz 

dobijający się do okien i gałęzie wyginane wiatrem.

Jeszcze   długo   stał   na   środku   pokoju,   nagi,   rozedrgany,   i   myślał   o   tym,   co   się 

background image

wydarzyło. Bolała go głowa.

O brzasku deszcz zamienił się w deszczyk, a o siódmej rano chmury przerzedziły się i 

wyjrzało słońce.

Zszedł na dół, ubrany do wyjścia. W pokoju śniadaniowym zastał Tony'ego Parrisha 

przy kawie, jajecznicy na bekonie i bułeczkach.

Podniósł głowę znad talerza i uśmiechnął się do niego.

- Siadaj i jedz. Potem wyruszymy. Znajdziemy ją, nie martw się.

- Wiem - odpowiedział Douglas i usiadł przy stole.

Tony zaczekał, aż kuzyn sobie nałoży, i zapytał: - Co chcesz przez to powiedzieć?

Powiedzieć   mu   prawdę?   O   nie,   nie   prawdę,   choć   ciekawe,   jaką   miałby   minę. 

Uśmiechnął się i powiedział tylko:

- Georges Cadoudal zabrał ją do Etaples we Francji. Ruszamy za kilka minut. Przy 

odrobinie szczęścia dotrzemy do Francji za osiem godzin, wynajmiemy konie i rano będziemy 

już w Etaples.

-Skąd wiesz, że ona właśnie tam jest? Cadoudal zażądał okupu?

-Tak   -   Douglas   ugryzł   kawałek   tostu.   -   Zostawił   wiadomość   z   żądaniem   okupu. 

Wyjechałbym wcześniej, gdyby nie ta burza. Melisanda przyjechała z tobą?

-Tak, śpi.

-A...

-Póki jesz, opowiedz mi o tym Cadoudalu. Dlaczego ją zabrał?

Powiedział   prawdę,   nie   miał   powodu   kłamać,   choć   ani   słowem   nie   wspomniał   o 

milionie gwinei od rządu angielskiego na pokonanie Napoleona, o planach Cadoudala roz-

niecenia powstania w Paryżu i przywrócenia na tron hrabiego d'Artois, brata Ludwika XVI. 

Opowiedział o Janinę Daudet i że powiedziała swojemu kochankowi, Cadoudalowi, iż to 

Douglas   jest   ojcem   jej   nienarodzonego   dziecka.   Zbyt   się   bała   przyznać,   że   zapłodnił   ją 

generał Belesain albo jeden z mężczyzn, którym generał ją „wypożyczał”. Potem nie mogła 

już tego cofnąć. Nie wiedziała, że Georges będzie szukał zemsty, aż było za późno.

- Ta kobieta jest chora! - krzyknął Tony. - Dlaczego tak ci się przysłużyła? Dobry 

Boże, przecież ją uratowałeś!

Douglas powoli przełknął kęs bekonu. - To bardzo proste z jej punktu widzenia. Nie 

chciałem jej.

- Nic nie rozumiem. O czym ty, do diabła, mówisz?

Ale Douglas wstał z krzesła i powiedział tylko: - Powiem ci po drodze do Eastbourne.

Powietrze było rześkie i chłodne, lekka bryza wiała im w twarz. Gartha rozsadzała 

background image

energia, aż jego pan musiał ściągać cugle. Wzięli ze sobą pistolety i noże, włożyli wysokie 

buty, spodnie z koźlęcej skórki i peleryny.

-   Myślała,   że   jej   nie   chcę,   bo   Belesain   zrobił   z   niej   swoją   prywatną   dziwkę. 

Oczywiście,  myliła  się - odezwał  się wreszcie  Douglas. - A jeżeli  chodzi  o generała,  to 

pewnie ją wykorzystywał  do tych  celów. Skoro ofiarował mi  ją dla rozrywki,  to nie ma 

powodu przypuszczać, że nie robił tego już wcześniej. Tak czy siak, poczuła się urażona i zła, 

bo nie chciałem z nią spać i dlatego tak mnie urządziła, kiedy stwierdziła, że jest w ciąży.

Tony pokręcił głową, zaklął i zmarszczył brwi, zastanawiając się głośno. - Ciekaw 

jestem, dlaczego Cadoudal posłał ci wiadomość. Jeżeli chciał się zemścić, powinien wziąć 

Alexandre i nic nie mówić. Chce pieniędzy?

- Nie. Chce czegoś innego.

Przyjechali   do   Eastbourne   na   czas.   Douglas   wynajął   mały   jednożaglowiec, 

nadgryziony zębem czasu, ale zaprawiony w bojach. Kapitan przeklinał na czym świat stoi, a 

załoga nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, zajęta robotą. Wyruszyli w niespełna dwie 

godziny, ze sprzyjającą falą.

Do Calais przybili siedem i pół godziny później.

Walczyła i szarpała się, kiedy trzymała ją przed sobą na koniu. Uderzył ją w głowę 

pistoletem, żeby byłą cicho. Uderzył tak mocno, że kiedy wreszcie doszła do siebie, czuła jak 

w głowie jej łomoce i chciało jej się wymiotować. Leżała przywiązana do drzewa, miała 

związane ręce. Postanowiła opanować odruchy swojego ciała. Jest silna, da sobie radę. Ledwo 

miała czas zastanowić się, co się z nią dzieje, a był już przy niej i wlewał jej do gardła jakiś 

płyn. Pamiętała, że zanim straciła przytomność, pachniało morzem.

Kiedy już się na dobre obudziła, zrozumiała, że ją czymś odurzył. Ale kiedy? Dokąd 

ją przywiózł? Nie miała pojęcia, gdzie jest. Leżała w jakimś małym domku związana, brudna 

i głodna. Bardzo chciało jej się pić. Ale co to za miejsce?

Była sama. Żadnych straży, chyba że na zewnątrz. Myśli jej się mieszały. Zamknęła 

oczy, żeby odzyskać jasność umysłu.

-   Obudziłaś   się.   Miałem   nadzieję,   że   cię   nie   zabiłem.   Nigdy   nie   wiem,   czy   nie 

przesadzam z laudanum. Ale - dodał szybko - we wszystkim poza tym jestem bardzo dobry.

Otworzyła  oczy.  Stał przy łóżku i patrzył  na nią. Jakim cudem tak cicho wszedł? 

Wyglądał na zmęczonego, ze skórą napiętą na policzkach, i oczami na wpół przysłoniętymi 

ciężko opadającymi powiekami. Długim, czarnym włosom przydałoby się mydło i woda, a 

jego ubranie - choć porządne - było wygniecione i utytłane ziemią. Dziwne, ale nie bała się, 

choć minę miał niezachęcającą. Przynajmniej Douglas był bezpieczny.

background image

- Ja też się cieszę, że mnie nie zabiłeś. Nie słyszałam cię, chodzisz jak kot.

Wzruszył ramionami. - Tak, mam liczne talenty, a zemsta jest jednym z tych, które 

traktuję bardzo poważnie. Uczyniłem z niej sztukę. Jestem geniuszem. Szkoda, że nigdy nie 

poznasz mego imienia - w dodatku jestem dyskretny. Niczego nie zostawiam przypadkowi, 

nie zostawiam za sobą śladów. Twój mąż cię tu nie znajdzie, porzuć płonne nadzieje.

Nadal nie było w niej strachu, choć leżała związana na łóżku. - Monsieur, powiem 

panu prawdę. Chcę tylko tego, żeby mój mąż był bezpieczny. Tylko on się dla mnie liczy.

Roześmiał się, a jego oczy poczerniały jak oczy samego króla ciemności. - Jakież to 

wzruszające! Romantyczne dziecko z ciebie. Twoje dziecinne oddanie z pewnością podoba 

się   jego   lordowskiej   mości.   Jesteś   niebrzydka   i   na   tyle   młoda,   że   możesz   dawać   mu 

przyjemność. To minie, prawdopodobnie nim nadejdzie jesień. Mężczyźni tacy jak on nie są 

nigdy zadowoleni, nie cieszy ich nawet mała dziewica z uwielbieniem w oczach.

Alexandra zmarszczyła czoło. Uważał, że wielbi swego męża tylko dlatego, że go 

kochała? Miała ochotę go poinformować, że nie jest aż tak głupia, ale zamiast tego powie-

działa: - Myślisz o Janinę.

-Skąd wiesz o Janinę? Miał czelność powiedzieć ci, co jej zrobił? Chełpił się tym? 

Przed tobą? Swoją żoną?

-Powiedział mi, że uratował ją we Francji i przywiózł do Anglii.

-Ha!   Wierzę   Douglasowi   Sherbrooke'owi   jak   każdemu   przeklętemu   Anglikowi! 

Zdradził   mnie.  Zgwałcił  ją. To  zwierzę,   które  ją  więziło,  dało   ją  Douglasowi,  bo 

wygrał w karty, a on zgwałcił ją wiele razy, zranił ją, a potem zażądał współpracy. 

Ona jest silna, moja Janinę, niełatwo ją złamać. To była jego cena za wywiezienie 

Janinę do Anglii, do mnie.

- O nie, Douglas nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Jest dżentelmenem, człowiekiem 

honoru. Mylisz się, ta Janinę cię okłamała. Nie wiem czemu, bo nie znam francuskiego i nie 

rozumiałam, co mówiła do Douglasa. Pytałam go, ale powiedział, że to nie mój interes.

Georges Cadoudal miał zamiar gwałcić tę małą, aż zajdzie w ciążę, i wtedy odesłać ją 

Douglasowi.   Nie   wątpił   w   swoją   męskość,   był   pewien,   że   nie   potrwa  to   długo.   Odpłaci 

pięknym za nadobne i wróci do planu porwania Napoleona. Ale ona była zupełnie inna niż się 

spodziewał. Potrząsnął głową na wspomnienie, jak się zachowała w tej przeklętej księgarni, 

jak wydzierała się niczym przekupka marną francuszczyzną. Uderzyła go nawet w nos tą 

swoją książką. Nosa mu nie złamała, ale upokorzyła go, o bólu nie ma nawet co wspominać. 

Zamyślił się. Dlaczego nie płacze? Dlaczego nie błaga, żeby się ulitował?

-Co to znaczy, że podsłuchałaś, jak rozmawiała z Douglasem?

background image

-Na balu u Ranleaghów. Trzymała  go za rękaw. Wyglądała  tak, jakby chciała  go 

uwieść. Chciałam ich podsłuchać, ale mówiłam już, że nie znam francuskiego. Próbo-

wałam wyciągnąć coś od Douglasa, ale nie dało się. Jest zbyt honorowy, żeby złamać 

obietnicę. Bardzo chce mi się pić. Mogę prosić trochę wody?

Zrobił, co kazała, nawet się nad tym nie zastanawiając. Rozwiązał jej dłonie. Zaczęła 

rozcierać nadgarstki, a on podał jej kubek z wodą. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, co robi, 

ale było już za późno, żeby wyrywać jej kubek z rąk. To dowód, że na chwilę przestał nad 

sobą panować i opamiętał się dopiero po fakcie. Szybko wypiła wodę, dużymi łykami, potem 

obtarła usta wierzchem dłoni. Przymknęła oczy.

Popatrzył na nią i mimo woli zapytał: - Chcesz jeszcze?

-Proszę. Jesteś bardzo dobry.

-Niech   cię   szlag!   Nie   jestem   dobry!   -   wyskoczył   z   pokoju,   trzaskając   drzwiami. 

Usłyszała przekręcanie klucza w zamku. Przysięgłaby, że słyszy też przekleństwa; co 

najmniej   raz   padło   dobrze   jej   znane   słowo  merde.  Musiała   oddać   Douglasowi 

sprawiedliwość - nauczył jej jednego z częściej używanych francuskich słów.

Kiedy   została   sama,   strach,   nagi   i   brzydki,   pokazał   swe   podłe   oblicze.   Boże,   co 

zrobiła? Rozmawiała z nim niczym z księdzem dobrodziejem, ufnie i szczerze. Jakaż ona głu-

pia! A on pewnie tymczasem obmyśla dla niej tortury, chce, żeby zapłaciła za domniemane 

krzywdy,  które Douglas wyrządził tej małej  kłamliwej dziwce. Dlaczego Janinę okłamała 

swojego kochanka? Przecież Douglas ją ocalił. Chciała wzbudzić zazdrość? Posunęła się za 

daleko.

Położyła   się   na   plecach   i   zamknęła   oczy,   żałując,   że   Douglas   szczerze   z   nią   nie 

porozmawiał,   tak   żeby   mogła   wykorzystać   prawdę   przeciwko   Cadoudalowi.   Po   chwili 

przyszło jej do głowy, że wychodząc nie zawiązał jej rąk. Nie mogła w to uwierzyć, podniosła 

dłonie i patrzyła na nie.

Poczuła w sobie nową energię, rozwiązała sznurek krępujący jej stopy. Wstała, ale 

natychmiast   upadła  na   łóżko.  Kilka   minut   masowała   kostki,   próbowała  wstać   i  na  nowo 

upadała.

Kiedy   wreszcie   udało   jej   się   zrobić   kilka   kroków,   cichutko   podeszła   do   drzwi. 

Spróbowała je otworzyć, choć wiedziała, że są zamknięte. Wróciła do pojedynczego okna. 

Było wąskie, pewnie zbyt wąskie, żeby zdołała przepchnąć ramiona i biodra.

Musiała spróbować.

*

Douglas i Tony jechali z Calais w kierunku Etaples. Dzień był ciepły, świeciło słońce. 

background image

Był  to dzień targowy,  dlatego drogi pełne były furmanek i bryczek. Wieśniacy poganiali 

objuczone osiołki, a i sami dźwigali na ramionach owoce swej pracy. W Etaples także będzie 

targ, może to i dobrze - w razie gdyby musieli uciekać. W dni targowe wszędzie jest dużo 

zamieszania,   kręcą   się  żołnierze,   cieśle,   robotnicy   portowi  i   szkutnicy.   Cadoudal   oszalał, 

przywożąc ją tutaj. To było nie tylko niebezpieczne, ale przede wszystkim głupio zuchwałe - 

właśnie tego można się po nim spodziewać. Szydził ze wszystkiego, śmiał się diabłu prosto w 

twarz i ciągnął go za ogon.

-   Czy   Cadoudal   dał   ci   dokładne   instrukcje?   Zachowujesz   się   tak,   jakbyś   dobrze 

wiedział dokąd masz jechać - zapytał Tony.

- Owszem - Douglas nie patrzył na kuzyna - dobrze wiem, dokąd mam jechać.

- Naprawdę nie rozumiem. Czego on od ciebie chce?

Douglas tylko potrząsnął głową. Nie mógł przestać myśleć o tym cholernym duchu. A 

przecież to tylko sen. Skoncentrował się na jednej myśli. Tak bardzo chciał wiedzieć, dokąd 

zabrał ją Cadoudal, że znalazł rozwiązanie. Zupełnie sam - choć z niewyjaśnionych przyczyn 

jego mózg podsunął mu tę zjawę, będącą czymś w rodzaju potwierdzenia jego wniosków.

Tak, wszystko się zgadzało. Kiedy już wiedział, że Cadoudal zabrał ją do Francji, 

wszystko pasowało - oprócz tego bzdurnego ducha, tej jakiejś dziewicy.

Nawet   dom,   w   którym   ją   przetrzymywał,   wiejski   domek   babci   Janinę.   Douglas 

widział już miejsce; doskonałe dla celów Cadoudala. Tak, wszystko pasowało.

Dlaczego, do diabła, tego ducha obchodził los Alexandry?

Przestał o tym myśleć; trzeba było działać, obmyślić plan, obrać strategię. Doszło do 

niego, że Tony zadał jeszcze jedno pytanie, na które nie potrafił odpowiedzieć, na które nie 

chciał odpowiadać.

Za godzinę byli w Etaples, a za następne dziesięć minut dojeżdżali do domku.

*

Alexandre udało się tak skręcić, że wydostała ramiona z brudnego okna. Gorzej było z 

biodrami, ale wreszcie przeszły. Upadła w błoto, prosto na twarz. Leżała tak przez chwilę, 

ciężko oddychając, potem podniosła głowę i rozejrzała się dokoła.

Tuż przed nią rozciągał się niewielki ogródek, zarośnięty chwastami, pod którymi 

ginęło kilka cherlawych marchewek. Była na tyłach domu. Zobaczyła rozwalającą się stajnię 

z kilkoma starymi dachówkami smętnie zwisającymi z dachu. Z dala dochodziło ją gdakanie 

kur, a jakieś trzy metry od niej koza obojętnie skubała coś, co wyglądało jak stary but.

Nie słyszała żadnych ludzi.

Ile miała czasu, zanim wróci Cadoudal?

background image

To ją zelektryzowało. Trzymając się jak najbliżej ziemi, pobiegła w stronę rosnącej w 

odległości jakichś dziesięciu metrów kępy drzew. Dopadła jej dysząc ciężko, czując ucisk w 

boku. Schowała się za drzewo i spojrzała w stronę domku. Nic, tylko koza żująca but.

Gdzie jest? Spojrzała na gorące, południowe słońce i zebrała myśli. Chciała kierować 

się na północ, w stronę Kanału, ale gdzie jest teraz? Z pewnością niedaleko morza, nie była 

przecież nieprzytomna aż tak długo. A może?

Po pięciu minutach dobiegła do końca kępy drzew. Dalej nie było już nic, co mogłoby 

ją ukryć, żadnych zarośli, krzewów, nic, tylko łąka porośniętą niską trawą.

Nie mogła tu zostać. Teraz albo nigdy. Wstała i zaczęła biec na północ.

Słońce mocno przypiekało, ona nie miała nic na głowie. Wkrótce spływała potem. 

Była bardzo głodna. Oddychała głośno, coraz głośniej, aż czuła piekący ból w piersiach. Była 

tak zmęczona, że chyba nie mogła bardziej, ale zmuszała się do biegu. Musiała iść naprzód, 

pomimo kolki, która przyginała ją do ziemi.

Kiedy   usłyszała   za   sobą   tętent   kopyt,   chciało   jej   się   krzyczeć   z   wściekłości.   Nie 

przestawała biec.

Głośno zawołał: - Ty perfidna babo!

Po chwili złapał ją wpół i przerzucił przez koński grzbiet.

Odwróciła   się   i   uderzyła   go   w   twarz.   Walnęła   mocno,   ale   odchylił   się   do   tyłu   i 

następny cios chybił celu. Przytrzymał ją rękami. - Niech cię szlag, przestań wierzgać!

Czuła, jak wielka gula narasta w jej gardle. Czuła smak przegranej, smak strachu. 

Robiło   jej   się   niedobrze...   Nie   chciała,   próbowała   się   powstrzymać,   ale   nie   dała   rady. 

Zwymiotowała na siodło, na jego spodnie, na konia.

Ogier oszalał, rzucał się we wszystkie strony, wyrwał Cadoudalowi cugle z rąk. Oboje 

spadli na ziemię. Alexandra natychmiast się podniosła, skuliła ramiona. Cała drżała. Wreszcie 

jej przeszło, uspokoiła  się i siedziała  bez ruchu, z opuszczoną  głową, usiłując opanować 

oddech.

Wreszcie podniosła głowę i zobaczyła stojącego obok Cadoudala.

- Przepraszam, próbowałam się powstrzymać, ale nie mogłam. Koniowi nic się nie 

stało?

Patrzył na nią bez słowa, zastanawiając się, czy nie rozwaliła sobie głowy podczas 

upadku. Potrząsnął nią, jakby chcąc się upewnić, że jest cała. Koń skubał trawę kilka metrów 

dalej, jakby nigdy nic.

- Koń chyba cały.

Znowu   poczuła   ból   w   brzuchu,   zajęczała.   Z   trudem   łapała   powietrze   w   płuca.   - 

background image

Dobrze, że nie dałeś mi nic do jedzenia. Byłoby o wiele gorzej.

-Co ci jest? Przecież nic ci, do cholery, nie zrobiłem!

-Nie   wiem.   Cadoudal   wstał   i   otrzepał   ubranie.   Nachylił   się   i   pomógł   jej   wstać. 

Zmarszczył brwi. - Wyglądasz okropnie. Nie mogę patrzeć na takie kobiety.

Oczy Alexandry zwęziły się do małych szpareczek. - A ty wyglądasz jakbyś dwa dni 

przesiedział w butelce brandy. Ha! Ty mi mówisz, że okropnie wyglądam!

Roześmiał się. - Chodź. Zabieram cię do domku.

Nie miała wyboru, musiała za nim iść. Kiedy podeszli do konia, zwierzę popatrzyło na 

nią z naganą w oku.

-Nie   mogę   -   powiedziała.   -   Znowu   zwymiotuję.   -   Odwróciła   się   do   niego.   -   Nie 

będziesz aż tak okrutny, prawda? Nie wsadzisz mnie znowu na tego konia?

-Nie   przełożę   cię   przez   grzbiet   tak,   żebyś   miała   zgnieciony   żołądek.   To   dlatego 

zrobiło ci się niedobrze. Jeżeli obiecasz, że będziesz grzeczna, posadzę cię z przodu i 

pojedziemy bardzo powoli.

- Dobrze.

Po chwili byli już z powrotem w domku. Alexandra czuła się tak, jakby przebiegła co 

najmniej sto mil. Kłucie w boku ustąpiło. Drogę, która zabrała jej tyle czasu, konno prze-

mierzyli w kilka minut. Co za niesprawiedliwość! Zsiadł pierwszy i pomógł jej zsiąść.

- Wejdź do środka, napij się wody i usiądź sobie.

Pożałujesz, jeżeli spróbujesz wyściubić za drzwi choć czubek nosa.

Gdyby to Douglas powiedział jej coś takiego, nie przejęłaby się ani trochę. Jednak 

Cadoudal był  nieodgadniony.  Okrutny,  bezlitosny i zdecydowany na wszystko.  Może za-

mierzał ją zabić. Ale dal jej przecież wody - to nie bardzo trzymało się kupy.

Weszła do domku, napiła się wody i usiadła na jakimś ledwo zipiącym ze starości 

krześle.

Kiedy wszedł do środka, kopniakiem zamykając za sobą drzwi, spojrzała na niego. 

Oczyścił spodnie i nie bił już od niego wstrętny fetor.

-Zamierzasz mnie zabić? - zapytała.

-Nie.

- To co zamierzasz zrobić?

Spojrzał na nią.

- Zażądasz okupu? O nie! - jej blada twarz pobladła jeszcze bardziej. Wiedział, co 

przyszło jej do głowy: że pośle hrabiemu Northcliffe żądanie okupu, a kiedy hrabia się tu 

zjawi, zabije go. Nigdy jeszcze nie widział takiego bólu w oczach, ale nie miał zamiaru się 

background image

przejmować. Więcej śmierci widział w życiu niż ta słodka kwoczka mogłaby zobaczyć w 

dwunastu wcieleniach. On sam zabił więcej ludzi niż cały angielski regiment.

Zaczęła mówić. - Nie, Douglas nie przyjedzie po mnie, na pewno nie. Przysięgam. 

Kocha moją siostrę Melisandę, nie mnie. Musiał mnie zatrzymać, bo jego kuzyn ożenił go ze 

mną,   ale   to   była   okropna   pomyłka.   Douglas   chce   się   mnie   pozbyć,   naprawdę.   Proszę, 

monsieur, proszę.

-Pewnie nie umiesz gotować? Tak, jesteś jedną z tych bezużytecznych angielskich 

damulek, co to nigdy w życiu rąk sobie nie pobrudzą.

-Nie jestem bezużyteczna! Potrafię zadbać o ogród! - przerwała. - Ale nie potrafię 

ugotować nic smacznego, przepraszam. Właściwie to wcale nie jestem głodna.

Zamruczał coś pod nosem, potem poszedł do małej kuchni w przeciwległym kącie 

pomieszczenia. - Nie ruszaj się - rzucił przez ramię.

Nie poruszyła się. Siedziała patrząc na drzwi, na niego w maleńkiej niszy, na grubą 

powłokę kurzu pokrywającą wszystkie sprzęty. - Gdzie jesteśmy? - zawołała.

-Cicho bądź.

-Wiem, że we Francji.

-Skąd wiesz?

Nie była pewna, ale bardzo łatwo udało jej się to potwierdzić. Pamiętała zapach morza 

i kołysanie statku.

Za kilka minut wszedł do pokoju, niosąc dwa talerze. Na jednym było trochę grubo 

pokrojonego chleba, na drugim mocno naczosnkowane mięso. Aż ją odrzuciło.

- Zjedz trochę chleba - powiedział tylko. - Żołądek ci się uspokoi.

Żuła chleb starając się nie patrzeć, jak pochłania obrzydliwe mięso.

Zostało kilka kawałeczków masła, ale nie miała odwagi posmarować nimi chleba. 

Georges jadł zachłannie.

Kiedy nie mogła już dłużej tego znieść, zapytała. - Co zamierzasz ze mną zrobić?

Uniósł głowę znad talerza i popatrzył na nią.

- Po pierwsze  rozebrać  i wykąpać.  Potem cię  zgwałcę  tak  jak twój  mąż  zgwałcił 

Janinę. Zatrzymam cię tu, aż zajdziesz w ciążę. Wtedy odeślę do Douglasa.

Mężczyźni są nieobliczalni.

- Ale - powiedziała, przekrzywiając głowę - to przecież nie ma sensu.

Rzucona przez niego łyżka uderzyła o ścianę. Podniósł się z krzesła i nachylił do niej, 

opierając dłonie o stół.

-   Skończ   z   tym   głupim   gadaniem!   Nie   podoba   mi   się   to,   denerwujesz   mnie. 

background image

Rozumiesz?

- Nie! To wszystko jest strasznie głupie, dżentelmen tak nie postępuje. Zmuszać mnie? 

Trzymać w zamknięciu i poniżyć w taki sposób? Nie, to nie jest rozsądne. Zresztą, Douglas 

twierdzi, ze dziecka nie robi się ot tak, od razu.

Będziesz mnie tu trzymał pięć lat?

Aż zaryczał ze złości. - Błagaj, żebym tego nie robił, do cholery! Patrzyła na niego.

- Co, uciszyłaś się?

Nadal się nie odzywała.

- Przyniosę ci wodę do kąpieli. Chcę, żebyś słodko pachniała, kiedy cię będę brał.

Nie mogła mu na to pozwolić. Wiedziała, że mu na to nie pozwoli. Tylko jak miała go 

powstrzymać? Był silniejszy, zagrzewała go chęć zemsty, i był mężczyzną, a zdążyła już się 

nauczyć, że kiedy mężczyzna raz sobie coś postanowi, niełatwo go od tego odwieść. Nie 

odstraszała go nawet wizja pięciu lat spędzonych w jej towarzystwie.

Co robić?

Główna ulica Etaples roiła się od straganów i ludzi sprzedających wszystko co się 

dało, od ziemniaków po jagody. Tony i Douglas zsiedli z koni i prowadzili je, trzymając przy 

uzdach.

Douglas zaklął. Mogli przejechać opłotkami Etaples, ale pomyślał, że byłoby dobrze 

trochę się rozejrzeć na wypadek, gdyby im przyszło się tu ukryć. Jak mógł zapomnieć, że w 

dzień targowy będzie takie zamieszanie?

Stracili dwadzieścia minut, Tony żuł jabłko, a Douglas pogryzał marchewkę.

- Musimy jeść - zauważył Tony.

Douglas znowu zaklął.

- To już niedaleko. Douglasie, jesteś pewien, że ona tam będzie?

- Będzie.

Zeskoczył   z   siodła   i   kupił   więcej   jabłek   od   jakiegoś   wieśniaka.   Rzucił   jedno 

Tony'emu. - Najedz się do syta, kuzynie. Pojechali dalej.

*

- Zdejmuj ubranie albo je z ciebie zedrę!

Wierzyła   mu,   ale   nie   wyobrażała   sobie,   że   mogłaby   się   tak   po   prostu   przy   nim 

rozebrać. Nie był Douglasem. Nikt nie był Douglasem.

Wanna z wodą stała tuż za nią. Unosiła się z niej para, bo nagrzał wodę. Trwało to 

dobre pół godziny, ale nic nie udało jej się przez ten czas wymyślić.

-Masz brudną twarz.

background image

-Upadłam, kiedy wychodziłam przez okno.

-Zdejmuj te przeklęte szmaty. Milczała, pokręciła tylko głową.

Westchnął, naprawdę westchnął. Miał nieszczególną minę. Nie bardzo wiedział, jak 

ma się zachować. Po chwili rzucił się na nią. Walczyła, gryzła i kopała, ale był silniejszy i już 

po chwili stała naga. Cała drżała, a strzępy ubrań leżały na podłodze.

- Właź - wziął ją pod pachy i wsadził do wody. Dał jej do ręki gąbkę i mydło. - Umyj  

się, tylko porządnie.

Wyglądało na to, że kompletnie się nią nie interesuje. Ulżyło jej. Nic nie mówiła, 

patrzyła tylko na niego. Matka przestrzegała ją kiedyś, że mężczyźni dostają szału, jak tylko 

zobaczą nagą kobietę. Z Douglasem tak w istocie było, ale dopiero po kilku razach. Może to 

trochę trwa, zanim mężczyzna się do niej przyzwyczai i opętają go zwierzęce żądze? Modliła 

się, żeby w przypadku Georges'a trwało to bardzo długo. Co najmniej dziesięć lat.

- Umyj głowę. Twoje włosy wyglądają strasznie. Nie lubię rudych kobiet.

Popatrzył na nią tym zamyślonym wzrokiem. W jego spojrzeniu były same pytania, 

żadnych odpowiedzi. Wreszcie wyszedł, klnąc siarczyście.

Wykąpała się.

Była taka wycieńczona, że zasnęła. Obudziła się nagle, słysząc głos Cadoudala.

- Niech cię szlag, Zasnęłaś? To nie jest normalne, na Boga. Powinnaś coś wymyślać, 

krzyczeć, łkać. Skończyłaś?

Pokręciła głową i jeszcze głębiej zanurzyła się w wodę.

Zmarszczył brwi niczym na niegrzeczne dziecko. Złapał mokrą szmatę, namydlił ją 

porządnie i zaczął energicznie myć jej twarz.

Próbowała krzyczeć, ale tylko nałykała się mydła. Nagle poczuła na piersiach jego 

ręce i zmartwiała.

background image

ROZDZIAŁ 23

- Proszę, proszę! - powiedział, patrząc na jej piersi.

Kręcił głową, nawet kiedy próbowała odsunąć się od jego rąk, ale wydawało jej się, że 

zmusza się do patrzenia na nią.

- Jesteś nieźle wyposażona. To zadziwiające, nie zauważyłem wcześniej tych twoich 

piersi.   Szkoda,   ale   taki   jestem   zmęczony,   za   dużo   myślę   o   planach   na   przyszłość,   a   ty 

zachowywałaś się okropnie, ale... - Jeszcze raz pokręcił głową i zmarszczył brwi.

Wziął się w garść. Wstał i rzucił jej gąbkę. - Kończ mycie i nie zasypiaj, bo źle się to  

dla ciebie skończy.

Skończyła   tak   szybko,   jak   tylko   mogła.   Był   w   drugim   pokoju,   ale   chyba   ją 

obserwował, bo natychmiast zjawił się przy niej z cienkim ręcznikiem w ręku. Szybko się w 

niego zawinęła.

-Włosy - powiedział i rzucił jej drugi ręcznik. - Nie mówiłem, że nie lubię rudych?

-Tak, mówiłeś. Mógłbyś wyjść, proszę.

-Nie, muszę się na ciebie napatrzeć. To mnie podnieci, a przynajmniej powinno mnie 

podniecić, i szybko uda mi się załatwić sprawę.

- Wolałabym, żeby ci się nie udało.

Wzruszył ramionami; gest, który znaczył wszystko i nic.

Doskonale wiedziała, co znaczył.

Zdołała porządnie owinąć się ręcznikiem. Potem wzięła drugi ręcznik, wyglądający 

jak szmata, i wytarła włosy.

- Chodź do drugiego pokoju, rozpaliłem w kominku.

Niby lato, ale nie jest ciepło. Muszę trochę ogrzać ten pokój i moje serce. Muszę 

spróbować, przyrzekłem to sobie.

Weszła do drugiego pokoju, wpatrzona w drzwi wejściowe.

-Choćby ci się nawet udało stąd uciec - stwierdził bez emocji - nie wyobrażam sobie, 

żebyś daleko pobiegła tylko w ręczniku i boso.

-Masz rację. - Podeszła do kominka. Zrobiło jej się ciepło i bardzo przyjemnie. Stała 

tak, wycierając włosy. Wycierała i wycierała, aż ją bolała głowa.

-Dość - powiedział wreszcie, ale nie mówił ani nie wyglądał jak mężczyzna, który 

chce ją zgwałcić. W jego głosie słyszała zmęczenie, gniew i zniechęcenie.

Odwróciła się do niego. Patrzył na nią, ale nie zrobił żadnego ruchu. Otworzył usta, 

zamknął  je, powiedział  coś po francusku i  wbił  palce  w swoją czuprynę.  - No dobrze  - 

background image

powiedział na koniec po angielsku - niech cię szlag.

Dlaczego ty? Douglas powinien zapłacić, przeklęty drań, ale nie mogę...

Chciała bronić męża, otworzyła usta, ale wyszedł z nich tylko okrzyk bólu. Złapała się 

za brzuch. Ból narastał, coś twardniało w niej tak, że musiała przytrzymać się krzesła. Zelżał, 

usiłowała zaczerpnąć tchu, ale po chwili wrócił.

- Co ci jest? Nie możesz chorować, nie lubię tego.

Twarz jej pobladła, a usta wykręcał ból.

- Nie powinnaś mieć już skurczy, to śmieszne! Nie jesteś koniem! Jadłaś tylko ten 

chleb, który ci dałem. Przestań, słyszysz? Powiedziałem ci, że tego nie lubię.

Skurcz   puścił.   Poczuła   ciepłą   i   lepką   ciecz   między   nogami.   Spojrzała   na   siebie   i 

zobaczyła, że krwawi. Podniosła głowę i spojrzała na niego. - Co mi jest? Co się dzieje? - 

krzyknęła   głośno   i   upadła   na   kolana.   Na   twarzy   czuła   gorące   łzy,   na   nogach   krew.   Ból 

narastał.

Przekręciła  się na plecy i podciągnęła  nogi do góry.  Leżała tak, trzymając  się za 

brzuch. Próbowała opanować ból, ale nie mogła nic zrobić, tylko leżeć.

Georges ukląkł przy niej. Rozwinął ręcznik i zobaczył krew na jej udach, czerwone 

strużki na białym ręczniku. Przełknął ślinę, nie wiedział co robić.

W   tym   momencie   drzwi   małego   domku   otworzyły   się   szeroko.   Wpadł   przez   nie 

Douglas z pistoletem w ręku.

- Zostaw ją, draniu! Zabiję cię, brudny skurczybyku!

Tony szedł tuż za Douglasem. Zobaczył białe ciało

Alexandry i pochylonego nad nią Cadoudala. Drań, już ją zgwałcił? Wszędzie było 

dużo krwi, o wiele za dużo. Bił ją?

Georges odwrócił się i na widok Douglasa wyraźnie mu ulżyło. Nie miał jednak czasu, 

żeby cokolwiek powiedzieć, bo Douglas przyskoczył  do niego, odciągnął od Alexandry i 

grzmotnął pięścią w szczękę. Cadoudal wrzasnął. Douglas uderzył jeszcze raz, tym razem w 

żebra. Georges nie oddawał ciosów, próbował się tylko osłaniać.

- Douglas, poczekaj!

Zanim dotarło do niego, co krzyczy do niego Tony, zadał jeszcze jeden cios.

- Douglas, przestań! Alexandra, ona jest ranna!

Pięść Douglasa zatrzymała się tuż przed nosem Georges'a. Spojrzał na żonę. Leżała na 

plecach, z trudem łapała powietrze a wkoło pełno było krwi.

-Nie, nie bij mnie - powiedział szybko Cadoudal. -Będę musiał ci oddać, nie mogę na 

to dłużej pozwolić. Bogu dzięki, że jesteś. Szybko, szybko! Ona roni. Cholera, nie 

background image

wiem co robić. Nie chcę, żeby umarła. Mon Dieu, pomocy!

-Żeby... co? - Pięść Douglasa nadal była kilka centymetrów od jego głowy.

Alexandra zajęczała i próbowała unieść nogi.

- Popatrz na nią. Nie zgwałciłem jej. Przysięgam, że i tak bym jej nie zgwałcił. Do 

cholery, ona traci dziecko!

Douglas   w   jednej   chwili   ogarnął   sytuację.   Ukląkł   przy   żonie   i   zaczął   wydawać 

rozkazy. - Georges, grzej wodę i przynieś czyste szmaty, szybko! Tony, przynieś materac z 

tamtego pokoju. Położymy ją tu, przy ogniu.

Obydwaj wzięli się do roboty, choć Georges wahał się przez chwilę. Byli wdzięczni, 

że ktoś powiedział im, co mają robić.

Douglas był przy niej. Jęczała, rzucała głową z bólu. Kiedy skurcze mijały, ciężko, 

wielkimi haustami łapała powietrze. Miała zamknięte oczy.

- Alexandra - powiedział, ujmując jej twarz w dłonie

- Alexandra.

Otworzyła  oczy i spojrzała na niego. O dziwo, uśmiechnęła się. - Wiedziałam, że 

przyjedziesz. Pomóż mi. Proszę. Tak boli, tak bardzo boli.

- Pomogę ci, kochanie moje. - Wziął ją w ramiona i ostrożnie położył na materacu. - 

Słuchaj, co ci powiem. Tracisz dziecko. Nie jesteś długo w ciąży, więc to nie powinno długo 

trwać,   obiecuję.   Tylko   się   nie   poddawaj.   Przyłożę   teraz   te   szmaty,   żeby   zatamować 

krwawienie. Nie walcz z bólem. Tak, trzymaj mnie za rękę, możesz mnie ściskać tak mocno, 

jak tylko chcesz.

Dobrze.

Ścisnęła go tak mocno, że poczuł jej ból.

Modlił się, żeby to się już skończyło. Niewiele wiedział o poronieniach, dżentelmeni 

nie poruszali takich tematów.

Jej ciało zesztywniało nagle, wygięło się w łuk. Krzyknęła. Poczuł wypływającą z niej 

gorącą krew, która wsiąkała w szmaty i spływała na jego dłoń.

Spojrzała na niego, jakby nie wiedząc, co się dzieje. Jej głowa przechyliła się do tyłu. 

Straciła przytomność.

Douglas tamował krwawienie.

- Gorąca woda - powiedział Cadoudal. - Boże, Douglas, nic jej nie jest?

- Nic jej nie będzie. Jeżeli coś jej się stanie, uduszę cię.

Georges popatrzył na niego spod oka. - Mówiła, że za nią nie przyjedziesz, że kochasz 

jej siostrę i że wcale cię nie obejdzie, co z nią zrobię.

background image

- Czasami bardzo się myli. - Nie spuszczał oczu z jej twarzy.

-Tak myślałem. Jest niezwykła - Georges westchnął i przejechał dłonią po włosach. - 

Do cholery, nie mógłbym jej zgwałcić, naprawdę. Niech to szlag. Mógłbym zabić stu 

ludzi bez mrugnięcia okiem, ale ona... Przepraszam, że ją wykradłem. Źle zrobiłem. 

Nie zgwałciłeś Janinę, prawda?

-Nie.

-Ta mała była pewna, że nie. Rozumie, że jesteś człowiekiem honoru.

Uśmiechnął się tylko.

Tony przyniósł koc i okrył ją. Położył dłoń na jej czole. Było zimne.

Georges Cadoudal odwrócił się. Ku zdziwieniu Douglasa wyglądał, jakby skręcał go 

ból.

- Ja to na nią sprowadziłem - wyznał, jakby spowiadał się księdzu.

Douglas popatrzył na niego, zaciskając usta. - Powiedz, co się stało.

-Uciekła. Dałem jej wodę do picia i potem zapomniałem skrępować ręce. Zagadała 

mnie. Nie wiem jakim cudem, ale zdołała przecisnąć się jakoś przez to wąskie okno w 

sypialni. Upadła na twarz, w błoto. Biegła co sił, biegła i biegła, ale ja ją dogoniłem. 

Przerzuciłem ją przez grzbiet konia. Zwymiotowała.

-Podobno poronienie to bardzo naturalna rzecz - odezwał się Tony. - Słyszałem, że 

jeżeli nasienie mężczyzny nie zagnieździ się jak trzeba w macicy, ciało po prostu je 

wyrzuca. Czasami tak się po prostu dzieje.

-Nie. Gdybym jej nie porwał, to by się nie stało.

-To prawda - Douglas nie odrywał oczu od bladej twarzyczki żony. - Zamierzam cię 

za to sprać na kwaśne jabłko.

-Douglas, na litość boską - powiedział Tony - Nikt nigdy nie będzie pewien, czy to on 

jest winien. Już go sprałeś. Co się stało, już się nie odstanie. Wydobrzeje i będziesz 

miał dziedzica. Zresztą, jeżeli to rzeczywiście wina Cadoudala, pójdzie do piekła i 

diabeł będzie go karał przez całą wieczność.

-Wątpię, czy będzie miał czas. Popełnił tyle innych grzechów. - Douglas przerwał. - 

Zresztą, ani trochę nie dbam o żadnego cholernego dziedzica - dorzucił. Patrzył na 

Georges'a. - Jeżeli  ona umrze,  zabiję cię. Potem będzie mógł  się za ciebie  wziąć 

diabeł.

- Rozumiem, że będziesz musiał próbować - Georges wzruszył ramionami. Lewe oko 

tak mu napuchło po celnym ciosie Douglasa, że wyglądało jak maleńka szparka.

Tony nic nie powiedział. Georges przysunął się do brudnego okna frontowego. Przez 

background image

dobrą chwilę milczeli. Potem Georges zaczął  strasznie kląć. Tony i Douglas spojrzeli na 

niego. Cadoudal otworzył drzwi wejściowe.

Stała  tam  Janinę  Daudet,  zakurzona  i  rozczochrana.   Była  sama,  w dłoni  trzymała 

pistolet.

Schwyciła Georges'a i potrząsała nim, cały czas krzycząc po francusku. - Powiedz, że 

jej nie zabiłeś, powiedz mi... - Przerwała, widząc Douglasa. - Douglas? Ty tutaj? - zapytała 

zdumiona.

-Tak.

-Kto to jest?

-Mój kuzyn, lord Rathmore.

-Twoja żona, co jej jest? Tyle krwi ... Boże, Georges, nie zabiłeś jej?

- Nie - spokojnie powiedział Douglas. - Poroniła.

Tony widział, jak się tym przejęła. Patrzył, jak Georges przytulił ją do siebie, chcąc ją 

pocieszyć. Delikatnie wyjął pistolet z jej ręki i wsunął sobie do kieszeni.

- To moja wina, moja wina! - powtarzała.

-Dość tych płaczów! - wrzasnął Douglas. - Janinę, bądź cicho. To z pewnością twoja 

wina, że Alexandra tu jest, śmiertelnie przerażona. Georges groził jej, że ją zgwałci 

mszcząc się za to, co ja ci podobno zrobiłem.

-Ha! - powiedział Georges. - Ona wcale nie była przerażona. Ma w sobie stal. Nigdy 

w życiu nie spotkałem kobiety, która by tak mówiła. Czułem się przy niej jak nie-

grzeczny uczniak, któremu należą się porządne baty. - Mówił tak, ale wiedział, że 

bardzo   ją   przestraszył.   Żałował   tego,   ale   nie   mógł   się   zmusić,   żeby   otwarcie   to 

przyznać. Wydawało mu się, że wtedy wszystko stałoby się rzeczywiste, a jego wina 

byłaby   tak   wielka,   że   nie   do   zniesienia.   Nie   pojmował,   co   się   z   nim   dzieje.   W 

przeszłości   zabijał   bez   wyrzutów   sumienia   i   zrobiłby   wszystko   co   konieczne   do 

ponownego   wprowadzenia   Burbonów   na   francuski   tron.   Ale   z   tą   kobietą   było 

inaczej...

- Janinę, co ty tu robisz?

Uniosła głowę. - Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co zrobił Georges, musiałam 

przyjechać, musiałam to przerwać. Wiedziałam, że muszę powiedzieć mu prawdę.

- Jaka jest ta prawda, cherie?

Janinę odsunęła  się od niego, wbijając wzrok w swoje zakurzone  buty do konnej 

jazdy. - Zgwałcił mnie... nie, nie Douglas... generał. Wiele razy. Zmuszał mnie, żebym robiła 

te   poniżające   rzeczy   jemu   i   innym   mężczyznom,   którym   mnie   dawał.   Często   sam   na   to 

background image

patrzył   i   zawsze,   za   każdym   razem   groził,   że   zabije   moją   babcię,   jeżeli   nie   będę   mu 

posłuszna. To dziecko, które noszę, nie będzie znało swego ojca, ponieważ ja sama go nie 

znam. Boże! Zapanowała cisza, słychać było tylko jej łkanie.

-Dlaczego obwiniałaś hrabiego Northcliffe? - zapytał Georges. Tony aż się wzdrygnął 

słysząc surowy ton i słowa.

-Był dla mnie miły.

-Rzeczywiście dobry powód!

-Właśnie tak - wtrącił się Douglas. - Bała się, że jeżeli się dowiesz, co jej zrobił 

Belesain, nie będziesz jej chciał. Ja byłem lepszym ojcem dla dziecka niż każdy z tych 

drani.

-Wszyscy ci zwyrodnialcy powinni umrzeć - wysyczał Georges.

- Owszem! - zgodził się Douglas.

Pełne napięcia milczenie przerwał Tony. - To wszystko jest dość interesujące, ale czy 

ten łajdak nie zabawia się nawet teraz? Nie dotrzemy do tych  wszystkich  mężczyzn,  nie 

znamy ich i nie poznamy, ale ten drań powinien dostać lekcję, na jaką sobie zasłużył, lekcję, 

jakiej nigdy nie zapomni. To on powinien zapłacić za te wszystkie nieszczęścia. Georges 

nieczęsto się uśmiechał. Był bezlitosny w dążeniu do postawionych sobie celów. Nie mógł 

sobie pozwolić na miękkość i łagodność. Dobry humor opuścił go wiele lat temu, kiedy na 

jego   oczach   Robespierre   zamordował   jego   ojca.   matkę   i   dwie   siostry.   Był   człowiekiem 

oddanym jednej idei, tacy ludzie nigdy się nie uśmiechają.

Teraz uśmiechnął się szeroko. - Jezu - powiedział. - Jak mam go zabić? Wiecie, są 

różne metody. O, przeróżne. Mam z czego wybierać. Mam to zrobić powoli? Żeby krzyczał, 

prosił i błagał o ostatnie chwile swego nędznego życia? Mam posłużyć się garotą?

Zatarł ręce, oczy mu rozbłysły, a myśli pełne były planów i strategii.

-   Zapominasz,   że   jest   pilnie   strzeżony,   otacza   go   więcej   żołnierzy   niż   mógłbym 

zliczyć. Mieszka w fortecy, jego ludzie wszędzie za nim chodzą. Zna z widzenia mnie, ciebie 

i Janinę - powiedział Douglas.

Dumali w milczeniu.

-Mnie nigdy nie widział - rzekł Tony.

-O nie - sprzeciwił się Douglas. - To nie twoja walka.

-Nie wiem, to...

Alexandra jęknęła i otworzyła oczy. Zobaczyła Douglasa, który uśmiechał się do niej 

łagodnie. Czuła uścisk jego ręki na swojej. - Douglasie, będę żyła?

Pochylił się nad nią i leciutko pocałował w usta. Bardzo cicho powiedział: - O tak. 

background image

Bardzo mi brakowało twego impertynenckiego języczka, twoich potyczek z francuskim. A 

najbardziej twojego uścisku.

Płakała. Nie chciała, ale łzy same płynęły jej po policzkach. Wycierał je palcami. - 

Cii, kochanie, cicho. Nie chcę, żebyś się rozchorowała. Cicho. Dobrze ci, ciepło?

Pokiwała głową, przełykając łzy.

-Jeszcze kilka minut będę tamował krew. Potem cię wykąpię i wygodnie ułożę.

-Douglasie,   straciłam   twojego   dziedzica.   Tego   chciałeś   od   żony,   ode   mnie. 

Przyrzekłam, że będę twoją klaczą rozpłodową, ale nie udało mi się. Przepraszam, 

ale...

-Cicho, co ty mówisz. Stało się i już. Chcę, żebyś była zdrowa, to ty jesteś ważna. 

Rozumiesz mnie? Nie kłamię, to prawda.

Nie mógł znieść bólu w jej oczach, bólu po stracie, która -jak wierzyła - dla niego była 

nie do naprawienia. Przekona ją, że jest inaczej, kiedyś mu uwierzy. Zaczął coś mówić, ale 

zobaczył, że przestała płakać. Zmrużyła oczy. Zadziwiająco szybka była ta zmiana od płaczu 

do podejrzliwości.

-Co  tu   robi   ta   francuska   dzierlatka?   Znowu  cię   śledziła?   Nie  zgadzam   się   na   to! 

Powiedz mi, co mam jej powiedzieć.

-Dobrze. Powiedz: Je suis lafemme de Douglas and je l'dime. II est a moi.

Patrzyła na niego podejrzliwie.

- Mówisz jej, że jesteś moją żoną, że mnie kochasz i że należę do ciebie.

- Powtórz to.

Powtórzył.

Alexandra otworzyła usta i wykrzyczała te słowa Janinę. Zapadła cisza, tylko Georges 

powiedział z namysłem:

- Wolałem twoją wersję merde. Hookams zamarła w świętym oburzeniu!

Douglas   uśmiechnął   się;   jeszcze   niedawno   nie   sądził,   że   kiedykolwiek   będzie   to 

możliwe. Alexandra nadal zaciskała usta, patrząc na Janinę Daudet. - Douglasie, powiedz jej, 

powiedz, że jeżeli jeszcze raz powie o tobie jakieś kłamstwo, szczerze tego pożałuje.

Douglas   nie   wahał   się   ani   chwili.   Powiedział   coś   Janinę   po   francusku.   Kobieta 

spojrzała na niego, potem na Alexandre i powoli pokiwała głową.

Georges rozcierał bolącą szczękę. - Bogu dzięki, że jej nie złamałeś - powiedział do 

Douglasa.

-Zasłużyłeś na bicie, powinienem cię stłuc. Ale zgadzam się z Tonym. Chcę zobaczyć, 

jak Belesain płaci za swoje postępki.

background image

-Masz podsiniaczone oko - zauważyła Janinę. - Ona cię tak załatwiła?

-Nie, ale z pewnością byłaby w stanie podbić obydwa.

Była  pierwsza nad ranem, ciemna, bezksiężycowa noc. Gęste chmury zawisły nad 

ziemią, zakrywając nieliczne gwiazdy. Niebo sprzyjało trzem skradającym się mężczyznom.

W   uroczym   domu   mera   w   Etaples   panowała   kompletna   ciemność.   Czterech 

strażników patrolowało wejście. Byli znudzeni i zmęczeni, rozmawiali starając się nie zasnąć.

Mężczyźni   przyczaili   się   nie   dalej   niż   piętnaście   metrów   od   strażników.   Douglas 

powiedział po cichu: - Tony, bierzesz tego po prawej. Ty, Georges, tego w rogu.

-Ale zostaje jeszcze dwóch.

-Spokojna   głowa,  ci   są   moi.   -   Douglas   zatarł   ręce.   Widział,   że   Georges   chce   się 

sprzeciwić i uprzedził go. - Nie, ja lepiej walczę w ciemnościach. Posłuchaj mnie. Jak 

już wyjedziemy z Francji, możesz sobie zabić cały batalion.

Georges'owi  wcale   się  to   nie  podobało.   To  on  zawsze  przewodził,  komenderował 

innymi. Jednak był coś winien Douglasowi, zresztą cenił jego umiejętności. Powstrzymał się. 

Z drugiej strony wcale nie było mu łatwo mówić - Douglas zadał mu nielichy cios w szczękę. 

Wciąż nie mógł do końca otworzyć prawego oka.

Poczekali,   aż   strażnicy   będą   w   największym   rozproszeniu,   i   rzucili   się   na   nich, 

wyłaniając znienacka z ciemności jak złowróżbne cienie.

Douglas zamierzał zająć się dwoma pozostałymi, kiedy będą obok siebie. Nie mógł się 

doczekać.   Uśmiechał   się   w   ciemnościach.   Piekło   go   zaschnięte   na   twarzy   błoto,   ale   nie 

zwracał na to uwagi. Akurat tej nocy byli tylko trzema cieniami w ciemności. Patrzył, jak 

Tony podchodzi do strażnika i powala go na ziemię, przyciskając mu dłoń do gardła. Georges 

wykręcił drugiemu ramię do tyłu i wygiął mu plecy. Nie zabił go, ale Douglas wiedział, że ma 

ochotę. Poczuł ulgę, że Georges dotrzymał umowy.

Przygotował się. Strażnicy podeszli bliżej. Jeden z nich zawołał. - Hej tam, gdzie jest 

Jacques?

- Pewnie poszedł sobie ulżyć. Za dużo wypił tego taniego wina.

Stali obok siebie. Douglas był cichy i szybki. Zanim go zobaczyli, już przy nich był. - 

Dobry wieczór panom - powiedział nieskazitelną francuszczyzną i wykrzywił się do

nich. Prawym łokciem uderzył w brzuch jednego z nich. lewą pięść wsadził drugiemu 

w grdykę. Okręcił się na pięcie i zadał jeszcze cios stopą w podbródek pierwszego i ręką w 

splot słoneczny drugiego. Obaj ciężko zwalili się na ziemię. Szybko wciągnął ich w krzaki i 

wyprostował się. Cichutko gwizdnął na Georges'a i Tony'ego.

- Dobra robota - wyszeptał Tony. - Uszczypnij mnie, jakbym cię kiedyś za bardzo 

background image

zdenerwował.

Douglas   chrząknął.   Szybko   związali   strażników   i   zakneblowali   im   usta.   Później 

poprowadził ich do salonu, w którym generał Belesain grał z nim kiedyś w karty. Okno było 

zamknięte, musiał je ostrożnie rozbić.

Tony podsadził go do góry i Douglas już za chwilę wśliznął się do środka. Za nim 

weszli Georges i Tony.

Po cichu ruszyli na górę szerokimi frontowymi schodami. Ich skulone postacie rzucały 

na ściany fantastyczne cienie.

Przed sypialnią generała był jeszcze jeden strażnik. Spał oparty o ścianę, z pistoletem 

na kolanach. Douglas uderzył go w skroń kolbą swego pistoletu. Bezwładne ciało osunęło się 

na podłogę.

- Teraz   - powiedział  Douglas.  Cichutko  nacisnął   klamkę.  Drzwi  nie  zaskrzypiały. 

Powoli, bardzo powoli je otworzył. Cisza. Wszedł do środka.

Spojrzał na łóżko, ale nie dostrzegł w nim śpiącego generała. Zrobił jeszcze jeden 

krok i zastygł.

- A, mam cię - rzekł generał, przykładając mu pistolet do pleców. - Coś ty za jeden, 

co? Włamanie do tego domu?

Głupek   z   ciebie.   Widzisz,   ptaszku,   usłyszałem   cię,   bo   cierpię   na   bezsenność. 

Wszystko słyszę.

Douglas się nie ruszał. Nie słyszał Tony'ego i Georges'a, chociaż byli na korytarzu, nie 

dalej niż metr stąd.

Płomień   świecy   zamigotał   i   na   chwilę   przygasł,   kiedy   Belesain   przysunął   ją 

Douglasowi do twarzy. - Ty? - powiedział zszokowany. - Nie wierzę, to przecież bez sensu. 

Dlaczego?

Douglas nic nie powiedział.

-Zresztą, to bez znaczenia, i tak umrzesz. Właściwie mógłbym cię zabić już teraz, 

gdyby niejedna rzecz. Musisz mi powiedzieć. Przed domem mam czterech łudzi. Nie 

chce mi się wierzyć, że wszystkich unieszkodliwiłeś.

-Nie   unieszkodliwił!   -   Tony   popchnął   drzwi   wprost   w   ramię   Belesaina.   Pistolet 

wypadł mu z dłoni. Douglas odwrócił się na obcasach i grzmotnął go w żołądek. 

Odziany tylko w białą koszulę nocną, generał stanowił w ciemnym pokoju doskonały 

cel.

Georges   przytrzymał   rękę   Douglasa.   -   Teraz   moja   kolej-   powiedział   i   zadał   mu 

potężny cios w szczękę. Generał upadł, lądując na dłoniach i kolanach. Jęczał cicho.

background image

-Utył, odkąd go ostatnio widziałem - stwierdził Douglas.

-Mógłby być chudy jak szczapa, a i tak byłby świnią - powiedział Georges i splunął na 

Belesaina - Uważaj stary. Jestem Georges Cadoudal, przyszedłem się zemścić.

Skrzywdziłeś   moją   Janinę.   Nie   tylko   więziłeś   ją,   ale   gwałciłeś   i   dawałeś   innym 

mężczyznom.

- Cadoudal - powiedział Belesain, podnosząc na niego wzrok. - Boże, to ty!

- Tak.

Tony patrzył obojętnie na bladą twarz generała, która ze strachu przed Georges'em 

zrobiła się bielsza niż jego koszula nocna. - Georges, to twoja decyzja. Co chcesz z nim 

zrobić?

Douglas zmarszczył brwi. Miał nadzieję, że Georges nie zapomni swojej obietnicy, że 

nie zabije tego człowieka. Ale nie liczył na to. Na twarzy Georges'a malowała się taka furia i 

ból, które niełatwo dawały się uśmierzyć.

- Twoja Janinę? - odezwał się generał. - Mówię ci, ona nie była twoja. Nie musiałem 

jej zmuszać. Obiecałem jej względy, klejnoty, pieniądze i inne rzeczy, a ona sama do mnie 

przyszła, sama chciała tych wszystkich mężczyzn, którzy bywali w jej pokoju. Wszyscy jej 

płacili, a ona... -

Georges uderzył go w żebra, aż Belesain złapał się za bok.

- To nie było zbyt mądre, generale - stwierdził Douglas.

- A nawet bardzo głupie. Georges, kończmy z tym.

Tony zobaczył uśmiech Cadoudala. Przerażający uśmiech.

- Wiesz co robią ze świniami?

Generał nie poruszył się.

- Nie - powiedział Douglas - ale pewnie niedługo się dowiem.

Generał wrzasnął i próbował uciec na kolanach.

- Stój, stary, bo ci kulę przyładuję!

Zatrzymał się. Ciężko dyszał, bał się. Głupi był, obrażając Janinę.

- Wiem, że jesteś zagorzałym rojalistą - zaczął.

- Wiem, że chcesz zabić Napoleona albo usunąć go z kraju.

Mogę ci pomóc. Mam informacje, mogę...

Georges przerwał mu. - O nie, nie masz. Nie masz nic dla mnie, generale. Znam cię, 

jesteś tłustym  biurokratą,  który nie ma  talentu,  ale  niestety ma  pewną władzę. Jesteś jak 

choroba,   pasożyt.   Tak,   nienawidzę   Napoleona,   to   prawda.   Ale   prawdą   jest   także   to,   że 

nienawidzę   głupców   takich   jak   ty,   dla   których   torturowanie   i   wykrwawianie   innych   to 

background image

przyjemność. Dosyć. Moi przyjaciele i ja nie mamy zamiaru dłużej tu zostawać.

Razem zaciągnęli go na dół i wyprowadzili z uroczego domu mera.

Przed piątą byli już w domku. Zastali Alexandre siedzącą na krześle, owiniętą w koc, 

z kubkiem bardzo mocnej kawy w ręku. Na podłodze obok niej leżała Janinę, wściekła, z 

dobrze związanymi rękami i nogami. Klęła jak szewc i na widok Georges'a zaczęła głośno coś 

do niego wołać. Wszyscy trzej stanęli jak wryci.

-Jak ci się udało to zrobić? - zapytał Georges. Alexandra wyglądała całkiem nieźle jak 

na osobę, która zaledwie kilka godzin wcześniej przypominała śmierć na chorągwi.

-Oszukałam   ją   -   powiedziała   Alexandra   i   wypiła   malutki   łyczek   kawy.   - 

Powiedziałam, że niedobrze się czuję i kiedy podeszła do mnie, zupełnie niechcący, 

uderzyłam ją i związałam. Zasłużyła sobie tym, co ci zrobiła, Douglasie. Powiedz, że 

rozumiesz.

Nie mógł się powstrzymać od śmiechu. - Rozumiem.

Janinę wydzierała się po francusku.

- Zachowuje się tak, odkąd ją związałam, ale nie mówię po francusku, więc wcale mi 

to nie przeszkadza. Nie mam pojęcia, co ona mówi. Wyklina mnie?

Uśmiechnął się do niej. - Zaczęła pewnie od ciebie. Teraz obraża twoje wnuki.

-Prawdę mówiąc - Georges patrzył na kochankę - bardzo sprawnie wyraża się o twojej 

przeszłości, porównując cię do niektórych zwierząt gospodarskich.

-Chyba powinniśmy ją rozwiązać - odezwał się Tony. Nie jest jej zbyt wygodnie. Co 

ty na to Alexandra? Czujesz, że dostatecznie ją ukarałaś?

Alexandra znowu napiła się kawy.

- Dobrze - powiedziała wreszcie. - Nie chcę jej wgnieść w ziemię, to znaczy chcę, ale 

teraz nie dałabym rady.

Musi jednak wiedzieć,  że nie ścierpię mówienia  takich  rzeczy o moim mężu. Już 

nigdy nie skrzywdzi Douglasa, przenigdy.

Douglas odwrócił się i powiedział coś bardzo szybko po francusku. Obaj z Tonym 

roześmiali się.

-Co powiedziałeś? - Alexandra była podejrzliwa.

-Powiedziałem - bardzo powoli mówił Douglas, uśmiechając się do żony - że kiedy 

już się dobrze nauczysz francuskiego, napuszczę cię na Napoleona. Georges także jest 

zdania, że ten korsykański parweniusz nie miałby z tobą szans.

- Nie jestem pewna - zmarszczyła  brwi, a w jej głosie zabrzmiała obawa. - W tej 

chwili nie czuję się jeszcze zbyt mocna. Ile czasu zajęłoby mi nauczenie się tego przeklętego 

background image

języka?

Przerwała, oczy zrobiły jej się okrągłe jak spodki. - O mamusiu - powiedziała jeszcze i 

zemdlała.

Kubek z kawą upadł na podłogę, a Janinę przestała kląć. Tony i Douglas rzucili się do 

Alexandry.

- Za trzy miesiące będzie gadała jak z nut - powiedział Tony, wyczuwając równo 

bijący puls.- Douglas, przestań się trząść, wydobrzeje. To tylko z podniecenia.

background image

ROZDZIAŁ 24

Dokładnie o szóstej rano trzej mężczyźni i Janinę Daudet przybyli na potężny plac 

stoczni, który już za chwilę miał się zaroić od robotników, żołnierzy, marynarzy, kucharzy, 

prostytutek i handlarzy wszelkich możliwych dóbr. Ukryli się i czekali.

Nie wyszli z kryjówki, kiedy zaczęła się wrzawa, spowodowana napadem na kwaterę 

generała Belesaina. Strażników związano, a generał znikł.

Ludzie   rozmawiali   o   zajściu,   przechodząc   przez   szeroką   bramę.   Później   zapadła 

kompletna cisza.

Początkowo   było   nie   więcej   niż   pięćdziesiąt   osób,   po   chwili   zrobiło   się   ich   sto 

pięćdziesiąt i ciągle przybywali nowi. Stali i patrzyli w milczeniu. Później zaczęli chichotać, a 

potem przez tłum przeszedł potężny śmiech. Przychodziło coraz więcej ludzi, śmiali się coraz 

głośniej. Coraz głośniejsze były też przekleństwa i groźby generała, który wykrzykiwał, że 

będzie obcinał ręce i nogi, wyrywał języki i chłostał wszystkich, którzy mają czelność się 

śmiać. Wcale się tym nie przejęli.

-Dobry   Boże!   Toż   to   świnia,   duża,   tłusta,   generalska   świnia!   -   krzyknął   jakiś 

mężczyzna.

-Patrzcie, jaki ma mały interes! Nic, tylko cieniutka kiełbaska! - wydarła się któraś z 

kobiet.

-A jakże, a to tłuste brzuszysko, napchane naszym żarciem. Wysyłał swoich ludzi, 

żeby je nam kradli, samolubna świnia!

-Świnia! Patrzcie na świnię!

Georges patrzył  to na Tony'ego,  to na Douglasa. Nie musieli  już ukrywać  swojej 

wesołości, tak jak wszyscy śmiali się do rozpuku i klepali po plecach. Janinę aż uścisnęła 

Tony'ego.

Generał   Belesain   stał   na   wysokiej   na   półtora   metra   drewnianej   kracie,   dobrze 

przywiązany do palika. Ramiona miał tak mocno wykręcone do tyłu, że tłusty brzuch sterczał 

mu obscenicznie. Był całkiem nagi. Do głowy miał przywiązane świńskie uszy. które Georges 

ukradł ze sklepu miejscowego rzeźnika, u nosa zwisał mu przywiązany wokół twarzy świński 

ryj. Reszta - różowa i tłusta - nie wymagała korekt.

Żołnierze   generała   próbowali  przedostać  się   przez  tłum,  żeby  go  uwolnić,   ale  się 

dawali rady. Ludzie nie przestawali się śmiać.

Douglas dał im znak do odejścia.

- Śmiejesz się - powiedziała zaskoczona Janinę do Georges'a. - Nie do wiary. Przecież 

background image

ty nigdy się nie śmiejesz.

Natychmiast otrzeźwiał. - Nie chciałem, nie powinienem był.

-   Człowiek   powinien   się   śmiać   -   stwierdził   Tony   -   To   przywraca   poczucie 

rzeczywistości. Widzisz, jak absurdalne bywa niekiedy życie.

Douglas nic nie powiedział. Chciał tylko zobaczyć swoją żonę. Bardzo chciała iść z 

nimi, ale nie pozwolił jej na to. Była jeszcze zbyt słaba. Sprzeczała się, ale nie ustąpił. Ża-

łował, że jej tu nie przyniósł. Ubawiłaby się setnie.

Teraz musi ich stąd wydostać i zabrać do Anglii, do domu.

Trzy dni później Douglas wchodził do Northcliffe Hall, niosąc Alexandre na rękach. 

Za nim postępował Tony.

Zamieszanie było równie duże, jak w dniu „obnażenia” generała Belesaina, tyle że 

wszyscy się cieszyli. Douglas spojrzał na Melisandę schodzącą szerokimi schodami. Wy-

glądała nieziemsko pięknie, tak pięknie, jakby nie była kobietą z krwi i kości, ale on po prostu 

uśmiechnął   się  do   niej.  Wzrokiem   szukała   Tony'ego,   a   kiedy  już  go   znalazła,   podkasała 

spódnice, podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona. Krzyczała jak szalona. - Niech cię! 

Jesteś bezpieczny! Tak się martwiłam, tak... - Już nic nie powiedziała, bo Tony zaczął ją 

całować.

Douglas nadal się uśmiechał.

Popatrzył   na   swoją   żonę   i   zobaczył   łzy   w   jej   oczach.   Przestraszył   się.   -   Źle   się 

czujesz? Co się stało? Boli cię? Pokręciła głową i otarła oczy wierzchem dłoni.

-Alexandra, za dwie minuty zaatakuje nas pięćdziesięciu służących, matka i Sinjun. 

Powiedz mi.

-Jest taka piękna.

-Kto? A, Melisanda. Jest. Kogo to obchodzi? Zesztywniała.

-Ciągle jesteś zazdrosna? - zaczął z uśmiechem.

-Nie, niech cię diabli.

-Ależ jesteś, głuptasie. Powiedz mi. Czy Melisanda zna francuski?

-Nie, jest bardzo słaba jeżeli chodzi o języki, ma akcent jeszcze gorszy od mojego, ale 

tak dobrze maluje.

-Więc nie mogłaby starać się mnie uratować tak jak ty?

- To nie ma nic do rzeczy.

Douglas drażnił się z nią. - Zastanawiam się, jak by to było po francusku. Słuchaj 

uważnie, Alex...

- Nazwałeś mnie Alex!

background image

-Tak, czemu nie. Jeżeli wolisz kochanie, będę cię tak nazywał. Albo uparciuch, moja 

piękność, moja radość, moje cudo, moja miłość. Tak, twoja siostra jest piękna. To nic 

nowego, wszyscy o tym wiedzą. Ale ona nie jest tobą. Nie, teraz to wcale się nie liczy. 

Dla Tony'ego liczy się to, że pod jego czułym kierownictwem staje się coraz lepsza. 

Wczoraj powiedział mi, że pewnego dnia jej charakter może dorówna urodzie.

-Naprawdę?

-Naprawdę co?

- Miłość?

Pocałował   ją.   Usłyszał   czyjś   śmiech   i   powoli   podniósł   głowę.   To   była   Sinjun, 

szczerząca do niego zęby. Za nią stała matka z ustami w ciup.

-Douglasie, gdzieś bywał? Co się tu dzieje? Żądam informacji. Czemu ją niesiesz?

-Chwileczkę. Jeżeli chodzi o tę małą, chorowała.

-Nie wygląda na chorą. Dlaczego jest w kocu?

-Bo pod kocem jest całkiem goła - powiedział, mijając matkę.

-Douglasie!  Wiesz,  że   to  nieprawda!   -  Miała  na   sobie   jedną  z  sukien  Janinę,   tak 

brzydką, że niewątpliwie była to zemsta Janinę za to, co jej zrobiła. Tylko stopy miała 

bose, wystawały poza koc. Douglas tak się spieszył do domu, że nie zatrzymywali się, 

żeby kupić jej buty. Nie oponowała. To noszenie było całkiem przyjemne.

-Tak, ale jeżeli będzie myślała, że jesteś goła, uda nam się szybciej zwiać.

-Co się stało? - zapytała Sinjun.

-Później o tym porozmawiamy. - Douglas odwrócił się i obwieścił głośno. - Jesteśmy 

cali i zdrowi. Wróciliśmy do domu i zamierzamy tu zostać. Dziękuję wam za okazaną 

troskę.

Służący zaczęli wiwatować. Hollis stał dumny, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. 

Alexandra poczuła ulgę. Może wszystko będzie dobrze, może nawet z teściową się ułoży. 

Może Douglas naprawdę ją kocha. Może.

Zaniósł ją do sypialni, pocałował i ostrożnie położył na łóżku. Przysiadł na brzegu i 

odwinął ją z koca.

- Matka bez wątpienia sądzi, że jesteś kobietą niemoralną, że spaliłaś ubranie, żeby 

mnie uwieść. Powiem jej, że od dawna jestem całkowicie przekupiony i że nie mogę bez 

ciebie żyć. Nic już nie musiałaś robić.

Patrzyła na niego. Siedziała bez ruchu, nogami nie sięgając podłogi, odziana w za 

długą, workowatą suknię Janinę.

Zwilżyła usta. - Kochasz mnie? Tak troszeczkę?

background image

- Może.

Uśmiechając się pod nosem, poszedł do jej sypialni, przyniósł stamtąd koszulę nocną i 

powiedział: - Chodź, przebierzesz się. Musisz teraz odpocząć.

Na widok jej piersi przełknął ślinę i szybko włożył jej koszulę przez głowę. - Chodź. - 

Położył ją i dobrze okrył. Usiadł potem przy niej i zaczął rozkładać włosy na poduszce.

- Nasze małżeństwo nie było jak dotąd łatwe - mówił

z   namysłem.   -   Może   mogłabyś   działać   trochę   mniej   porywczo?   Może   najpierw 

powinnaś się trochę zastanowić, zanim ode mnie uciekniesz i się rozchorujesz, albo dasz się 

porwać i wywieźć do obcego kraju? Albo będziesz próbowała mnie ratować, podczas gdy to 

ty jesteś w niebezpieczeństwie?

Patrzyła na niego bez słowa, a on dalej rozkładał jej włosy.

- Nie wiem - powiedziała wreszcie. - Jesteś dla mnie bardzo ważny.

Podobało mu się to. Pochylił się i pocałował koniuszek jej nosa. - Postanowiłem, że 

jeżeli przytrzymam  cię w łóżku przez jakieś trzy godziny dziennie, oczywiście nie licząc 

nocy, może będziesz za bardzo zajęta koncentrowaniem się na mnie albo dochodzeniem do 

siebie po seksie, żeby przysparzać mi siwych włosów.

-A ty też będziesz zbyt zmęczony?

-Nigdy nie na tyle, żeby przestać myśleć o następnym razie. Zaciągnę cię do łoża i 

zrobię, co zechcę. Już i tak zajmujesz dużą część mojej biednej mózgownicy. - Zmar-

szczył czoło, a ona nic nie powiedziała. - Nie chodzi tylko o seks. Uwielbiam chodzić 

z tobą  do stajni  i na ten  miękki  dywanik  przed  kominkiem.  Może też  do pokoju 

śniadaniowego, kiedy będzie tam świeciło słońce, a potem na stół w jadalni. Mogłabyś 

się chwycić tej okropnej patery...

Roześmiała się.

-Powiedz mi, że mnie kochasz.

-Kocham cię, Douglasie.

-Zgadzasz się, że mężczyzna powinien to słyszeć każdego dnia?

-W zupełności.

-Dobrze. Teraz, żono, chcę żebyś odpoczęła. Zobaczę się z rodziną, trochę ocenzuruję 

naszą historię - o ile Sinjun nie wyciągnęła wszystkiego od Tony'ego - i zbiorę wszyst-

kie ploteczki, żeby ci je później przekazać.

Pocałował ją. Miało to być tylko delikatne muśnięcie warg, ale otoczyła go ramionami 

i rozchyliła usta.

- Przyjechałeś po mnie - powiedziała. - Martwiłeś się o mnie.

background image

-Oczywiście - odpowiedział, całując jej usta, policzki, nos, brodę. - Jesteś moją żoną, 

kocham cię. uwielbiam cię! Jesteś zadowolona?

-Wiesz, że żona powinna to słyszeć codziennie?

-Nie jestem zaskoczony. Nie, wcale. - Znowu ją pocałował, otulił kocem i wyszedł.

Upłynęły   dwa   tygodnie.   Późnym   południem   Douglas   wszedł   do   jej   sypialni. 

Alexandra podniosła głowę znad robótki i uśmiechnęła się do niego. Boże, tak bardzo go 

kochała. - Co tam masz? - zapytała, próbując nie wyglądać na bardzo zadziwioną.

Zmarszczył brwi. - Musiałem wiedzieć - mówił bardziej do siebie niż do niej. - Po 

prostu musiałem wiedzieć, więc poszedłem do sypialni Sinjun. - Pokazał jej to, co znalazł 

ukryte na dnie szafy siostry.

Alexandre   zatkało.   -   Peruka!   Boże,   to   wygląda   jak   włosy   Dziewicy!   I   ta   suknia! 

Douglasie, czy to znaczy, nie, na pewno nie...

- Nie wierzysz, że Sinjun była naszym duchem? Najwyraźniej tak. Tak, na pewno 

była. Oto dowód.

Alexandra z całej  siły próbowała  sobie przypomnieć,  kiedy pierwszy raz widziała 

ducha. Tak, Sinjun była wtedy w Londynie. Nie myliła się. Już miała to powiedzieć Dou-

glasowi, ale zobaczyła, że wpatruje się w okno i blednie na twarzy. Nic nie powiedziała.

Wreszcie odwrócił się do niej i powiedział zdecydowanym głosem. - To cały czas była 

Sinjun.   Moja   siostrzyczka   bawiła   się   w   ducha.   Chciała   troszkę   namieszać,   zabawić   się 

naszym kosztem.

Alexandra   kręciła   głową.   Otwierała   usta,   chcąc   coś   powiedzieć,   ale   Douglas   ją 

uprzedził.

-Tak, to była Sinjun, nic więcej, żaden duch. Istota ludzka, nie żaden fantom, nie twór 

umysłu. Tak, to prawda, to bardzo ważne. Powiedz, że to rozumiesz.

-Rozumiem.

Pocałował ją i powiedział, patrząc na perukę i suknię: - Postanowiłem nie mówić o 

tym Sinjun. Nie mam ochoty wysłuchiwać jej zaprzeczeń i protestów. Chcę, żeby wszystko 

przeszło. Nie sprzeczaj się ze mną, już zdecydowałem. Rozumiesz?

-Rozumiem.

-W przeciwieństwie do moich przodków, nigdy nie napiszę o tej osławionej Dziewicy, 

niezależnie od tego, że czasami okazywała się bardzo pomocna, oczywiście jako twór 

mojego umysłu, nic innego. Spalę ten strój i duch przestanie składać nam wizyty. 

Koniec. Już nikt nie będzie jej opisywał w swoich pamiętnikach. Tak musi być. Nie 

przyjmuję sprzeciwów. Rozumiesz?

background image

-Rozumiem.

-Dobrze. - Pocałował ją i wyszedł. Patrzyła za nim, uśmiechnięta. Pokręciła głową i 

wróciła do robótki.