background image

LYNDA CURNYN

Polowanie na męża czyli teoria szczelnej przykrywki

Tytuł oryginału: Engaging Man

(tłum. Iwona Maura)

2005

background image

Drogie Czytelniczki,

Przedstawiamy   Wam   kolekcję   bestsellerów   literatury   kobiecej   ostatnich   lat.   Seria 

literatura w spódnicy” to znakomite tytuły i najlepsi autorzy. To książki, które zdobyły już 

serca wielu milionów kobiet. Cieszymy się, że dołączyłyście do ich grona.

Miłej lektury

Lynda Curnyn

background image

Książka ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca, organizacje i zdarzenia są 

tworem wyobraźni autorki lub zostały użyte całkowicie fikcyjnie. Jakiekolwiek podobieństwo 

do zdarzeń, organizacji, osób - żyjących czy zmarłych - jest zupełnie przypadkowe.

background image

Teoria szczelnej przykrywki oraz pokrewne teorie męskich zachowań

Wszystko zaczęło się od wysłuchania wiadomości nagranej na moją sekretarkę.

- Nie uwierzysz. Żenię się - usłyszałam dobrze znany głos. To był Josh, mój były 

chłopak, a obecnie - jak się okazało - czyjś narzeczony.

Nie żebym kiedykolwiek miała ochotę wyjść za Josha - faceta, który czuł nieodparty 

wstręt   do   nici   dentystycznych.   „Czy   człowiek   prehistoryczny   czyścił   zęby   nićmi 

dentystycznymi?” - odpowiadał mi, kiedy się o to kłóciliśmy. „Czy człowiek prehistoryczny 

dożył   dzisiejszych   czasów?”   -   rzucałam   z   furią.   Nasz   związek   rozpadł   się   po   sześciu 

miesiącach. Oznajmiłam wtedy Joshowi, że nie wyobrażam sobie życia z nim za czterdzieści 

lat, bo nie mogłabym  znieść widoku jego sztucznej szczęki na szafce nocnej przy łóżku. 

Zrozumiał,   że   sytuacja   jest   krytyczna   i   oświadczył   zrezygnowanym   głosem,   że   dobrze, 

zacznie czyścić zęby nitką. Ale było już za późno. Atmosfera romansu rozwiała się jak dym.

A teraz zamierzał się ożenić. Z kimś, kogo poznał zaledwie trzy miesiące po naszym 

zerwaniu cztery lata temu. I bynajmniej nie był to mój pierwszy były chłopak, który wybrał tę 

opcję. Przed Joshem był Randy. Jemu zagrano „Marsza weselnego” zaledwie sześć tygodni 

po   naszym   dramatycznym   i   obficie   skropionym   łzami   rozstaniu.   Jeszcze   wcześniej   był 

Vincent - moja pierwsza miłość. Ten jest żonaty co najmniej od dziesięciu lat. Moja mama, 

która mieszka w sąsiedztwie jego mamy w Marinę Park w Brooklynie i bardzo dba, żebym 

była   zawsze   dobrze   poinformowana,   powiedziała   mi   niedawno,   że   Vincent   i   jego   żona 

spodziewają się trzeciego dziecka.

Kiedy jeden były chłopak się żeni, można się śmiać. Przy drugim - nerwowy dreszcz 

przebiega ci po plecach. Ale przy trzecim...?!

Wtedy dziewczyna zaczyna traktować to osobiście. Czyli zaczyna się zastanawiać, co 

jest z nią nie tak, skoro żaden facet nie chce wyegzekwować sporych sum pieniędzy w imię 

dozgonnej miłości.

-   Zjawisko   szczelnej   przykrywki   -   powiedziała   zagadkowo   Michelle,   kiedy 

doprowadzona   do   ostateczności   zwierzyłam   się   jej,   że   posłałam   do   ołtarza   kolejnego 

mężczyznę.

- Zjawisko szczelnej przykrywki? - Spojrzałam na nią osłupiała i czekałam, aż odkryje 

przede mną skarby mądrości, dzięki czemu być może mój świat przestanie chwiać się w 

posadach.

background image

Było nie było, Michelle, moja przyjaciółka z sąsiedniej ulicy na Marinę Park, nie 

zmarnowała tych czterech lat, które ja poświęciłam studiom na kierunku zarządzania (z czego 

notabene   nie   zamierzałam   już  robić   użytku).   Zdążyła   bowiem   dorobić   się  męża,   domu   i 

pierścionka z brylantem wielkości stanu New Jersey.

- Scenariusz jest zawsze taki sam - ciągnęła Michelle.

- Męczysz się ze słoikiem, żeby go otworzyć, a przykrywka ani drgnie. Możesz jednak 

być pewna, że każda następna osoba, która się do tego weźmie, wcale nie będzie się wysilać. 

Wystarczy, że dotknie tej cholernej przykrywki, a ona - pach! - odskakuje jakby nigdy nic. 

Tylko dlatego, że wcześniej ty próbowałaś ją podważyć albo odkręcić! Myślisz, że Jennifer 

Aniston - nawet z tą swoją śliczniutką fryzurą - złapałaby tak łatwo Brada Pitta, gdyby nie 

czynnik o nazwie Gwyneth Paltrow? Nigdy! A jak było ze mną i Frankiem? Frank został 

mężem Michelle siedem lat temu. Dał się złapać zaraz po swoim dramatycznym rozstaniu z 

Rosanną Cuzio, królową naszego balu maturalnego.  Po głębszym  przemyśleniu musiałam 

przyznać Michelle rację. Teoria miała sens. W związkach z Joshem, Randym i Yincentem 

odgrywałam czysto instrumentalną rolę. Oczyściłam przedpole i każda następna dziewczyna 

bez trudu wymogła na nich małżeńską przysięgę. A niech to! W ramach wdzięczności mogły 

przynajmniej poprosić, żebym została druhną na ich ślubach! A ja tymczasem byłam tylko 

eksdziewczyną ich narzeczonego, która dostawała zaproszenie na ślub lub nie - w zależności 

od tego, na ile panna młoda była pewna uczuć przyszłego męża.

Dzięki   teorii   Michelle   spojrzałam   świeżym   okiem   na   Kirka,   mojego   aktualnego 

chłopaka. Byliśmy ze sobą od roku i ośmiu miesięcy - to mój rekord, o ile nie brać pod uwagę 

związku   z   Randym.   Tworzyliśmy   bardzo   sympatyczną   parę.   To   znaczy   Kirk   i   ja. 

Dostawaliśmy nawet wspólnie adresowane zaproszenia na różne imprezy, co jest najlepszym 

dowodem na to, jak serio traktował nas świat. Ciekawe, czy Kirk zaprosi mnie kiedyś na swój 

ślub, czy może...

- Kirk, kochanie... - zaczęłam jeszcze tego samego wieczora.

Leżeliśmy już w łóżku. Przed nami połyskiwał niebieskawym światłem telewizor, a 

perspektywa miłosnych uniesień wisiała w powietrzu jak niezadane pytanie.

- Uhm? - mruknął, nie odrywając oczu od policyjnego serialu, który całkowicie zajął 

jego uwagę.

- Twoja poprzednia dziewczyna... Susan, prawda?

- Tak - zerknął na mnie z wyraźną trwogą, przeczuwając, że szykuje się jedna z tak 

zwanych poważnych rozmów, których mężczyźni szczerze nienawidzą.

- Chyba długo byliście ze sobą, nie? Ponad rok. A może nawet dwa?

background image

- Trzy i pół - odpowiedział, wzruszając ramionami, co sprawiło, że teraz ja zaczęłam 

umierać ze strachu.

Stało się jasne, że wpływam na bardzo niebezpieczne wody. Mimo to brnęłam dalej.

- I nigdy nie zdarzyło się wam rozmawiać o... małżeństwie?

W tym momencie Kirk zaśmiał się ponuro.

- Nie zdarzyło?  Chyba  żartujesz! A z jakiego powodu się rozstaliśmy?  W pewnej 

chwili postawiła mi stare jak świat ultimatum - albo bierzemy ślub, albo się rozstajemy. - 

Parsknął z irytacją. - Chyba nie muszę dodawać, że wybrałem rozwiązanie numer dwa.

A zatem wszystko było jasne. Przytuliłam się do Kirka, pozwalając mu wrócić w stan 

transu, w który wprawiały go policyjne przepychanki. Chyba niewiele stracił, bo na ekranie 

gliniarze wciąż zakładali kajdanki głównemu przestępcy.

Sytuacja   przedstawiała   się   następująco:   skoro   Susan   próbowała   podważyć 

przykrywkę, mnie powinno udać się ją otworzyć. A jeśli tak - jeszcze w tym roku mogę być 

mężatką. A niech to!

Żeby to uczcić,  następnego dnia umówiłam  się na lunch z Grace, moją  najlepszą 

przyjaciółką. Było to nie lada jakie osiągnięcie, gdyż nie dość że Grace miała bardzo wysokie 

stanowisko   i   pracowała   od   rana   do   nocy,   to   resztę   czasu   spędzała   ze   swoim   szalenie 

wymagającym   chłopakiem.   Robiąc   ustępstwo   na   rzecz   jej   gorączkowej   bieganiny, 

postanowiłam, że zjemy w restauracji odległej zaledwie dwie przecznice od jej biura, na rogu 

Park Avenue i Wschodniej Pięćdziesiątej Czwartej Ulicy.

Grace nie miała pojęcia, że spotkałyśmy się w celu uczczenia czegokolwiek, więc 

musiałam jej to uświadomić.

- Złóż mi gratulacje. - Uniosłam kieliszek z wodą mineralną. - Wychodzę za mąż.

- Co?! - Wybałuszyła na mnie oczy z jawnym niedowierzaniem, potem przeniosła 

wzrok   na   serdeczny   palec   mojej   lewej   dłoni,   na   którym   rzecz   jasna   nie   było   żadnego 

pierścionka.

- Nie teraz. Ale kiedyś - wyjaśniłam.

Uniosła oczy do góry i pokręciła głową z politowaniem.

- Gratuluję - powiedziała.

Tylko Grace umie parsknąć ci śmiechem prosto w twarz w podobnej sytuacji. Jest 

jedyną znaną mi kobietą w wieku trzydziestu trzech lat, która zupełnie nie przejmuje się tym, 

że nie ma jeszcze na palcu obrączki. Ale Grace jest najsilniejszą i najbardziej niezależną 

osobą, jaką znam. Zresztą zawsze ma pod ręką jakiegoś superprzystojnego chłopaka... A o 

pracy nawet nie wspomnę. Grace jest dyrektorem handlowym  w firmie Roxanne Dubrow 

background image

Cosmetics. Tak, tak. Nie pomyliłam się. Chodzi dokładnie o tę samą firmę, która sprzedaje 

kosmetyki tylko u Saksa na Piątej Alei.

W podstawówce Grace  przez chwilę chodziła  z moim  bratem Sonnym,  ale wtedy 

jeszcze   nie   byłyśmy   przyjaciółkami.   Zaprzyjaźniłyśmy   się   dopiero   w   szkole   średniej,   a 

dokładnie po tym, kiedy Grace wyrwała mnie z łap wielkiej dziewuchy o imieniu Nancy, 

która postanowiła rozbić moją głowę o cementowy mur tylko dlatego, że byłam od niej o 

połowę mniejsza i lżejsza o jakieś dwadzieścia kilo. Grace, smukła blondynka o żelaznym 

charakterze, podeszła do Nancy i po prostu kazała jej spadać. To wystarczyło, bo wszyscy 

czuli   przed   nią   respekt.   Ja   oczywiście   też.   Tym   większy,   że   postanowiła   się   ze   mną 

zaprzyjaźnić.   Paczka   jej   przyjaciółek   z   dziewiątej   klasy   nie   była   uszczęśliwiona,   kiedy 

zaczęłam pętać się wśród nich. Ale zbyt im zależało na Grace, żeby głośno protestować.

- Grace, czy ty nigdy się nie martwiłaś? No wiesz, że zostaniesz sama? - zapytałam, 

wypatrując na jej twarzy choćby najmniejszej oznaki słabości.

Ale ona wzruszyła tylko ramionami.

- W tym mieście kobieta może mieć wszystko, co zechce. Pod warunkiem, że gra fair.

Łatwo   mówić   takie   rzeczy,   kiedy   jest   się   wysoką,   pociągającą   blondynką   o 

perfekcyjnych rysach twarzy i jedwabistych, krótko ostrzyżonych włosach, rozwichrzonych 

przez pierwszorzędnego fryzjera. Grace jest najzwyczajniej w świecie piękna, podczas gdy 

ja... Ja zawsze byłam (i wciąż jestem) „tą małą Angie Di Franco” - metr pięćdziesiąt osiem 

wzrostu, czarne, kręcone włosy, nie poddające się żadnym produktom do pielęgnacji, oraz 

uda, które już teraz grożą, że pewnego dnia upodobnią się do ud mojej mamy. Westchnęłam 

ciężko.

- Czy myślałaś kiedyś, że ty i Drew... no wiesz...? - Bardzo chciałam wiedzieć, czy 

Grace wyobraża sobie czasami swojego obecnego chłopaka w roli przyszłego męża.

- Jasne. Każda dziewczyna o tym myśli.

Ulżyło mi. To znaczy, że nie jestem jedyną trzydziestolatką histerycznie skupioną na 

kwestiach   małżeńskich.   A   przecież   Grace   była   z   Drew   zaledwie   od   roku   -   całe   osiem 

miesięcy krócej niż ja z Kirkiem.

- Ale małżeństwo to nie wszystko. - Grace machnęła lekceważąco ręką, nie wykazując 

dalszego zainteresowania tematem.

Przyznałam   jej   rację   dopiero   następnego   dnia,   jadąc   bladym   świtem   do   pracy. 

Rzeczywiście, małżeństwo to nie wszystko. Szczególnie teraz, kiedy mam co robić. Trzeba 

bowiem wiedzieć,  że jestem aktorką, i to aktorką zawodowo czynną,  przynajmniej  w tej 

chwili. To nie byle co! Mam stałe zajęcie dzięki „Rośnij zdrowo”. Wprawdzie jest to tylko 

background image

gimnastyczny  program dla dzieci, nadawany przez telewizję kablową, ale - jak wykazują 

sondaże - ma on stałą, chociaż niezbyt liczną publiczność, złożoną z rodziców z wyższej 

klasy średniej i dzieci, które rodzice ci pragną kształtować. I to dosłownie.

Dzięki  „Rośnij zdrowo” nabieram  „doświadczenia  w pracy przed kamerą”.  Pewna 

agencja teatralna, w której zamierzałam się zarejestrować, odmówiła współpracy ze mną, 

motywując to moim brakiem takich doświadczeń. Mój udział w licznych przedstawieniach 

wystawianych   przez   teatry   niezawodowe   nie   był   dla   nich   dostateczną   rekomendacją. 

Ciekawe,  co powiedzą  teraz,  kiedy już od pół roku pojawiam się na ekranie,  wykonując 

skłony, podskoki i przewroty z grupą sześciolatków?

Szybko wciągnęłam żółty trykot i jasnoniebieskie rajstopy, w których pojawiam się na 

wizji, i z kubkiem kawy w dłoni wkroczyłam do studia. Nie da się przeżyć bez kawy, kiedy 

człowiek wstaje o piątej rano. Największą niedogodnością tej pracy jest pora nagrywania 

programu.   Zaczynamy   punktualnie   o   szóstej,   gdyż   tylko   o   tej   godzinie   stacji   udało   się 

wynająć studio.

- Cześć, Colin! - zawołałam do kolegi, z którym wspólnie prowadziliśmy program.

Podniósł głowę znad książki i uśmiechnął się do mnie szeroko. Colin to jedyny znany 

mi człowiek, który potrafi szczerze się uśmiechać o szóstej rano. Taką już ma naturę. Jako 

gospodarz programu jest naprawdę świetny. Dzieciaki go uwielbiają. Ja też, chociaż znam go 

dopiero od sześciu miesięcy. Jest miły, wesoły, wrażliwy i świetnie radzi sobie z dziećmi. Co 

więcej - jest wysoki i przystojny, z twarzą jak wyciosaną dłutem rzeźbiarza. Do tego ma 

niebieskie   oczy   i   długie   rzęsy   i   zawsze   jest   ostrzyżony   według   ostatniej   mody.   Idealny 

materiał na przyszłego męża. Sama umówiłabym się z nim na randkę, zanim ożeni się z inną - 

gdyby nie był gejem. Niestety.

- Co czytasz? - Pochyliłam się, żeby podejrzeć tytuł książki.

Wydawał   się   nieco   zmieszany,   pokazując   mi   okładkę   grubego,   zaczytanego   tomu 

zatytułowanego „Wychowanie dzieci. Problemy i wyzwania”.

- Pomyślałem, że mogę tu znaleźć coś, co się nam przyda. W programie.

Wybuchnęłam śmiechem.

- Colin, mamy dbać o ich kondycję, nie o wychowanie.

- Wiem, wiem. Ale sama widziałaś, jakie potrafią być rozhukane.

Uśmiechnęłam się do niego. Colin traktował poważnie pracę w „Rośnij zdrowo”. Ja - 

niekoniecznie. Do dziś nie mogę zrozumieć, jakim cudem ktoś, kto tak jak ja nigdy w życiu 

nie zawracał sobie głowy żadnymi ćwiczeniami, gimnastykuje się teraz pięć dni w tygodniu i 

namawia do tego dziesiątkę rozespanych dzieci.

background image

- Wszyscy na miejsca! - zawołała Rena Jones, nasza producentka, i spojrzała na nas z 

naganą. Właściwie spojrzała na mnie, bo i ona, podobnie jak wszyscy, uwielbiała Colina. 

Mnie zaledwie tolerowała. Chyba dlatego, że ceniła punktualność, a ja - oględnie mówiąc - 

nie.

Stanęliśmy z Colinem przed kamerą. Uśmiechnęłam się przepisowo i zaczęliśmy nasz 

trzyminutowy   wstęp,   w   którym   zachęcaliśmy   do   wygibasów   w   imię   zdrowia   grupę 

demograficzną najmniej zagrożoną nadwagą i chorobami układu krążenia.

„Dobre zdrowie to wyłącznie kwestia dobrych nawyków” - mawiała Rena, kiedy ktoś 

(zwykle byłam to ja) wspominał, że sześciolatki nie potrzebują jeszcze treningu sercowo-

naczyniowego.

Muszę jednak przyznać, że ta codzienna harówka dostarczała mi również satysfakcji. 

Od pierwszych taktów muzyki nogi same zaczynały mi chodzić. Zaczynaliśmy z Colinem od 

krótkiego tanecznego układu - na rozgrzewkę. Potem następowała seria przysiadów, skoków, 

wymachów   w   choreografii   Reny.   Bez   najmniejszej   przykrości   wykonywałam   wszystkie 

ćwiczenia,   wykrzykując   słowa   zachęty   do   dziesięciorga   maluchów   podskakujących   przed 

nami. Dzieciaki dawały z siebie wszystko pod bacznym okiem rodziców, którzy siedzieli z 

boku i obserwowali ich wyczyny z mieszaniną dumy i strachu, że któraś z pociech potknie 

się, upadnie i, nie daj Boże, w wyniku kontuzji zostanie przedwcześnie usunięta z programu. 

Grupy   zmieniały   się   co   sześć   tygodni,   a   rodzice   robili   co   w   ich   mocy,   żeby   wydeptać 

dzieciom udział w jednym cyklu zajęć.

Praca   w   „Rośnij   zdrowo”   miała   jeszcze   jeden   plus.   Kończyła   się   dokładnie   po 

trzydziestu minutach. Wówczas to, ukrywając starannie westchnienie ulgi, które na użytek 

małych akrobatów nazywałam „głębokim oddechem rozluźniającym”, wykonywałam ostatni 

skłon i przy wtórze oklasków prowadziłam szczęśliwą trzódkę do ukłonów.

-   Spędzasz   wieczór   z   Kirkiem?   -   zapytał   Colin,   kiedy   szliśmy   do   mikroskopijnej 

przebieralni wydzielonej w kącie studia.

Colin   z   wyraźną   satysfakcją   obserwował   mnie   i   Kirka.   Sam   był   zdeklarowanym 

monogamistą i wciąż jeszcze lizał rany po swoim rozstaniu z Tomem, do którego doszło dwa 

miesiące   wcześniej.   Fakt,   że   są   jeszcze   na   świecie   ludzie   żyjący   szczęśliwie   w 

monogamicznych związkach, wyraźnie dodawał mu otuchy w ciężkich chwilach.

- Jasne - odpowiedziałam z przekonaniem. Mój związek osiągnął stadium, w którym 

nie ma się żadnych wątpliwości.

Jednak   jeszcze   tego   samego   dnia   okazało   się,   że   Kirk   najwyraźniej   nie   podziela 

mojego przekonania.

background image

Od poniedziałku do piątku spędzałam u niego praktycznie wszystkie noce - nie tylko 

dlatego, że jego mieszkanie znajdowało się znacznie bliżej studia. Po prostu lubiliśmy być ze 

sobą   w   każdej   wolnej   chwili   -   nawet   we   śnie,   bo   Kirk   miał   skłonności   do   wczesnego 

zasypiania. Oprócz tego pobyt  w jego kawalerce był  dla mnie wytchnieniem po życiu w 

zagraconym do niemożliwości dwupokojowym mieszkaniu, które dzieliłam z Justinem. Justin 

był moim najlepszym przyjacielem zaraz po Grace.

U   Kirka   panował   idealny   porządek.   Wyprasowane   koszule   leżały   w   komodzie   w 

równych stosikach, a filmowe plakaty na ścianach nigdy się nie przekrzywiały (tak, oboje 

kochaliśmy kino, chociaż Kirk miał predylekcję  do horrorów, a ja wolałam klasykę  oraz 

wszystko z Melem Gibsonem). Łazienkowa szafka, przed którą właśnie stałam, szorując zęby, 

też  była  wzorcowo zagospodarowana. Próbowałam  kiedyś  zastąpić  leżący  tam  zestaw do 

golenia   w   eleganckim   etui   -   prezent   od   poprzedniej   dziewczyny   Kirka   -   tuzinem 

jednorazówek Gillette. Bezskutecznie. Ja trzymałam tam anty histaminę - konieczną, gdyż 

wystarczyło trochę pyłków, kurzu czy pleśni, żeby doprowadzić mnie do ataków duszności.

Wyplułam resztki pasty i starannie opłukałam umywalkę, żeby przywrócić porcelanie 

jej porcelanową perfekcję, i w podkoszulku Kirka i jego bokserkach (lewa dolna szuflada\ 

komody) wróciłam do sypialni.

Kirk leżał na łóżku z laptopem na kolanach i z uwagą wpatrywał się w ekran, pokryty 

rządkami niezrozumiałych znaczków.

- Koniec pracy. Pora na chwilę zabawy! - zawołałam, moszcząc się obok niego.

- Jeszcze minutkę, maleńka - uśmiechnął się do mnie znad ekranu z miną wskazującą, 

że rozumie moje intencje.

Sięgnęłam   po   „Teatr   i   jego   sobowtóra”   Artauda   -   swoją   książkę   dyżurną   -   i 

otworzyłam na stronie piątej, na której otwierałam ją już co najmniej sześć razy z rzędu - i 

zaczęłam czytać. No, może to za dużo powiedziane. Po kilku linijkach przeniosłam wzrok na 

profil Kirka, jako że obserwacja jego profilu należała do moich ulubionych zajęć. Dzisiaj 

skupiłam się na brwiach, w tej chwili lekko zmarszczonych, gdyż Kirk z uwagą wpatrywał się 

w ekran. Nie drgnęła mu nawet powieka.

Umiejętność koncentracji w najbardziej niesprzyjających okolicznościach była cechą, 

którą podziwiałam u niego od samego początku. Nie wiem, jak on to robi, bo ja na przykład 

przestaję zachowywać się jak człowiek myślący, kiedy w grę wchodzi seks. Prawdę mówiąc, 

zwróciłam uwagę na Kirka, ponieważ wykazywał zdumiewającą i całkowitą obojętność na 

płeć przeciwną. Działo się to w mojej drugiej pracy.

background image

W   ciągu   dnia   pracowałam   na   pół   etatu   w   serwisie   telefonicznym   wysyłkowego 

katalogu Lee & Laurie, i w ten sposób zarabiałam pieniądze, których nie zarabiałam jako 

aktorka.   Lee   &   Laurie   korzystali   z   programów,   które   wypuściła   na   rynek   firma   Kirka, 

odpowiedzialna również za stałe uaktualnianie ich systemu. Właśnie dlatego w monotonnym 

pejzażu naszego biura pojawił się kiedyś Kirk.

Obecność   przystojnego,   ciemnowłosego   mężczyzny   o   inteligentnym   spojrzeniu, 

pełnych ustach i zdecydowanej szczęce podziałała na mnie jak ostroga na konia. Intrygował 

mnie tym bardziej, że nie zwracał uwagi na nikogo wokół.

Interesowały   go   jedynie   rzędy   cyferek   i   symboli,   które   wpisywał   do   naszych 

komputerów.   Wpadłam  od  razu   i  na  całego.  Tak  przynajmniej  twierdzi  Grace,   do  której 

dzwoniłam wtedy co chwila, donosząc o kolejnych, nieudanych próbach flirtu. Wymyślałam 

dziesiątki powodów, żeby zwabić go do swojego boksu - zepsuła mi się mysz, zablokowała 

klawiatura (winien był sezam z kanapki, którą jadłam na lunch, ale dzięki temu Kirk się do 

mnie uśmiechnął), nie rozumiałam zmian, które wprowadzał do systemu. Wszystko na nic. 

Pozwalałam   sobie   na   głupawe,   choć   niewinne   żarciki,   stawałam   na   tyle   blisko,   żeby 

„przypadkiem” dotknąć jego ramienia, rzucałam w jego stronę promienne uśmiechy. Żadnego 

wrażenia.

-   Mam   obsesję   na   jego   punkcie   -   oświadczyłam   Grace   po   dwóch   tygodniach 

nieudanych podchodów.

-   Traktujesz   to   jako   wyzwanie   -   odpowiedziała   spokojnie.   -   Chcesz   postawić   na 

swoim.

Tak było, ale przyznałam jej rację dużo później, już po pierwszej randce, do której 

zresztą doszło dzięki niej.

-  Po prostu  zaproś go  gdzieś,  na litość   boską -  mruknęła  zniecierpliwiona   moimi 

jękami.

Kiedy przyjął zaproszenie, osłupiałam. I zakochałam się już na pierwszej randce. Kirk 

różnił się od facetów, z którymi umawiałam się wcześniej choćby tym, że stać go było na 

zapłacenie za naszą kolację. Miał plany na przyszłość. Mogłam go tylko podziwiać, kiedy mi 

się zwierzył, że marzy o założeniu własnej firmy komputerowej.

A jego ciało, które poznałam, gdy nasza znajomość przeszła w fazę bardziej intymną? 

Było wspaniałe.

Teraz czułam przy sobie jego ciepło i mogłam dotknąć gładkiej skóry okrywającej 

twarde   mięśnie   (siłownia   cztery   razy   w  tygodniu).   Nie   odrywając   oczu   od  strony  piątej, 

wtuliłam się w niego mocniej i czekałam. Kiedy uniósł się, odkładając komputer na szafkę 

background image

nocną, zamknęłam książkę z trzaskiem. Ogarnęło mnie poczucie triumfu, które towarzyszy mi 

w takich chwilach nieodmiennie od dwóch lat. Możecie sobie mówić, że jestem nimfomanką! 

Mam to gdzieś.

Oddałabym   wszystko   za   widok   Kirka,   który   uśmiecha   się   do   mnie   znacząco,   z 

błyskiem pożądania w oku.

- Hej, ty! - usłyszałam jego chrapliwy głos. - Chodź do mnie wreszcie.

Tak jakbym to ja zwlekała przez cały ten czas.

Poczułam,  jak  jego  dłonie   przesuwają  się  pod  koszulką   w  kierunku  moich  piersi. 

Wypuściłam głośno powietrze, wiedząc, co teraz nastąpi. Albowiem bez przechwalania się 

mogę   powiedzieć,   że   wspólny   seks   wychodził   nam   bez   pudła.   Kirk   z   zapałem   godnym 

naukowca bez końca eksperymentował z moim ciałem, wyszukując coraz to nowe guziki, po 

naciśnięciu   których   odjeżdżałam   w   sobie   tylko   znane   okolice.   Mimo   że   robił   to   bardzo 

metodycznie,   nie   nudziłam   się   nigdy.   W   jego   rękach   byłam   jak   glina.   Normalnie 

znienawidziłabym się za podobną uległość wobec faceta, ale za każdym razem, kiedy Kirk 

znalazł się we mnie, byłam zaślepiona namiętnością do tego stopnia, że podobne myśli nie 

przychodziły mi do głowy. Jeśli miałabym na coś narzekać, to tylko na to, że nie uznawał 

całowania,   kiedy   się   kochaliśmy.   Pocałunki   w   takich   momentach   dałoby   się   zliczyć   na 

palcach  jednej ręki. Zdążyłam  się już z tym  pogodzić. Zamiast  tego obserwowałam jego 

wyraziste usta i cienie, jakie jego gęste rzęsy rzucały na rozpalone policzki. Przyznaję, że z tej 

perspektywy był to porywający widok.

Dzisiaj jednak, niespodziewanie dla siebie, zamknęłam oczy i powoli poddawałam się 

rytmowi jego ciała. I właśnie wtedy w mojej wyobraźni pojawił się zadziwiający obraz: oto 

Kirk zdarł ze mnie ubranie, wziął na ręce i poniósł w stronę wielkiego łoża z baldachimem, 

którego nigdy w życiu nie widziałam. Wtedy ja odwróciłam głowę, żeby spojrzeć za siebie. 

Na podłodze u naszych stóp leżała bynajmniej nie podkoszulka, ale skłębione zwoje białego 

jedwabiu. Czyżby to znaczyło, że w wyobraźni zobaczyłam ślubną suknię?

O   rany!   Wtedy   moje   ciało   samorzutnie   wygięło   się   w   łuk   i...   i   -   chyba   dużo   za 

wcześnie - doznałam najwspanialszego orgazmu w całym życiu. Z otwartymi szeroko oczami 

opadłam   na   poduszkę,   wydając   z   siebie   dziwny   jęk,   którym   mogłabym   chyba   poruszyć 

ziemię. Przyszło mi nawet do głowy, że to może nie ja krzyknęłam, tylko Kir k, który w 

przeciwieństwie   do   mnie   nie   miał   żadnych   zahamowań   w   głośnym   wyrażaniu   swojego 

zadowolenia. Ale wtedy kątem oka zauważyłam jego zaskoczony wzrok. A zatem - musiałam 

to być ja. Zresztą chwilę później usłyszałam jęk Kirka i poczułam, jak osuwa się na mnie, 

zmęczony.

background image

- No, no! - Uniósł głowę, żeby na mnie  spojrzeć. - To było  coś! - I ku mojemu 

osłupieniu pochylił się, żeby pocałować mnie w usta.

- Uhm - mruknęłam, nie zdejmując wzroku z jego twarzy. Jasne, że to było „coś”. 

Tylko czy to miało jakieś specjalne znaczenie? Przed oczami znowu stanęła mi biała suknia. 

Widziałam ją ze wszystkimi szczegółami. To „coś” musiało mieć’ znaczenie. Przecież nasze 

życie seksualne było zawsze udane. Jednak dzisiaj szczególnie... Studiowałam uważnie minę 

Kirka, żeby sprawdzić, czy i on to poczuł. W jego oczach czaił się błysk, jakiego nigdy nie 

widziałam. Czyżby więc i on...? Miałam nadzieję, dopóki nie usłyszałam jego słów.

- Jeszcze nigdy nie byłaś tak mocno... poruszona - zaczął.

- To chyba było wielkie „O!,” prawda? - Z zadowolonym uśmiechem uniósł się na 

łokciu. Wyraz jego twarzy mówił wszystko. Kirk był z siebie dumny. Jak każdy facet puszył 

się swoim doskonałym seksualnym występem.

Zaraz też, jakby na potwierdzenie moich domysłów, zaczął naukowo badać: zjawisko.

- Jak myślisz, o co tu chodzi? Przecież nie o pozycję. Pozycja jak pozycja. Banał. - 

Zdjął dłoń z mojego brzucha i poklepał ręką łóżko. - Może to nowy materac? Wiesz, gdyby 

coś podobnego przyszło mi do głowy, dałbym napiwek sprzedawcy, który mnie namówił na 

jego kupno.

No, nie!

Byłabym  całkowicie zniesmaczona, gdyby w tej samej chwili Kirk nie objął mnie 

mocno w pasie i nie przyciągnął do siebie. Przeszło mi. Może dlatego, że poczułam pod sobą 

jego muskularną klatkę piersiową. I delikatny dotyk jego dłoni na plecach. A może po prostu 

chciałam wierzyć, że jest facetem, który wstydzi się dopiero co przeżytej euforii i udaje, że 

techniczna   strona   seksu   jest   najważniejsza?   Wtuliłam   się   mocniej   w   jego   ciało,   jakbym 

chciała przytrzymać przy sobie pozytywne uczucia - nieważne jakie, byleby były. I wtedy w 

moje wyobrażenia wkroczyła brutalna rzeczywistość.

Kirk zerknął na zegarek i usiadł, gwałtownie wypuszczając mnie z objęć.

- Już dziesiąta! - zawołał. - Muszę się spakować.

- Spakować? - powtórzyłam, czując na ciele powiew chłodnego powietrza. Patrzyłam, 

jak Kirk wciąga bokserki i w pośpiechu podchodzi do komody.

- Cholera! Chyba zapomniałem ci powiedzieć! - Odwrócił się do mnie z zakłopotaną 

miną. Wydawało się, że właśnie przejrzał ułożoną w głowie listę spraw i zobaczył, że pozycja 

„zawiadomić Angie o wyjeździe” jest niewykreślona.

Już   miałam   wygłosić   przemowę,   że   wolałabym   z   pewnym   wyprzedzeniem   znać 

terminy jego spotkań z klientami, kiedy dodał:

background image

- Jadę do domu na weekend.

Właśnie   tak.   Jechał   do   Newton   w   Massachusetts   odwiedzić   rodziców.   Rodziców, 

dodam, których ja nie widziałam jeszcze nigdy w życiu.

- Kiedy zaplanowałeś wyjazd? - Z całych sił próbowałam opanować panikę.

- Hm... Chyba w zeszłym tygodniu. Ale dopiero dzisiaj zrobiłem rezerwację na ostatni 

lot. Miałem ci wcześniej o tym powiedzieć...

Zawiesił głos, ale mnie było już wszystko jedno. Fakty przedstawiały się następująco: 

Kirk jedzie do rodziców, u których bywa dwa razy do roku, i nie zabiera mnie ze sobą. 

Znowu. Kiedy ja, mając przed oczami suknię ślubną, dostaję orgazmu, on jakby nigdy nic 

planuje wyjazd do domu i ani mu w głowie przedstawianie mnie rodzinie. Co znaczy, że to 

nie ja jestem kobietą, której będzie dane otworzyć przykrywkę. Gorzej - z faktu, że Kirk już 

trzeci raz wyjeżdża do Newton, nie zabierając mnie ze sobą, wynika jasno, że przykrywka jest 

zamknięta hermetycznie.

Ponieważ nie wiedziałam, jak przywołać temat wizyty zapoznawczej w jego domu, 

poprzestałam na zwykłych pretensjach.

- Wolałabym,  żebyś  mówił  mi  o takich rzeczach wcześniej. Żebym  mogła zyskać 

status dziewczyny, z którą jesteś związany na serio - dodałam w myślach.

- Przepraszam, Kluseczko - powiedział ze skruszoną miną. - Sama wiesz, że byłem 

zalatany. Wszystko przez nowego klienta. Nie pamiętam, czy ci mówiłem, że zgłosili się do 

nas ludzie z Norwood Investments. Mają filie w całym kraju. Jeśli wezmą mój program, mam 

zapewnioną pracę na najbliższych kilka lat...

Zamilkłam. Być może dlatego, że usłyszałam przezwisko, które wymyślił dla mnie na 

początku naszej znajomości. Przygotowywałam mu wówczas różne rodzaje włoskiej pasty, 

które to danie każdy typowy Amerykanin nazywa kluskami z sosem. Zażartowałam kiedyś, że 

moja mama, było nie było Włoszka z dziada pradziada, wytarga go za uszy, jeśli ośmieli się 

nazwać jej pastę kluchami. Wtedy zostałam Kluseczką.

Milczałam nie tylko dlatego, że złapałam się na czułe słówka. Kirk chciał mi również 

przypomnieć, że jest młodym, zdolnym i ambitnym programistą u progu kariery, który pół 

roku   temu   stworzył   oprogramowanie   optymalizujące   prace   biurowe,   będące   w   tej   chwili 

obiektem   zainteresowania   prestiżowych   towarzystw   finansowych   w   rodzaju   Norwood 

Irwestments.   W   obliczu   tak   poważnych   spraw   nie   ośmielałam   się   zawracać   mu   głowy 

nieistotnymi pragnieniami. Takimi jak to, żeby przedstawił mnie w końcu swoim rodzicom.

- Kluseczko? - Kirk wciągnął szybko dżinsy. - Zbiegnę teraz na dół, żeby kupić kilka 

rzeczy na drogę. Potrzebujesz czegoś?

background image

- Nie - pokręciłam głową.

- No to będę najdalej za kwadrans. - Nieuważnie musnął ustami moje czoło i wybiegł.

W chwili, w której usłyszałam trzaśniecie drzwi, złapałam za słuchawkę. Ktoś musiał 

spojrzeć   na   moje   problemy   z   innej   perspektywy.   Najlepsza   wydawała   się   perspektywa 

eksnarzeczonego.   Miałam   to   szczęście,   że   przynajmniej   dwóch   z   nich   zostało   moimi 

przyjaciółmi.   Duma   nie   pozwalała   mi   jeszcze   zadzwonić   do   Josha,   wolałam   Randy’ego, 

którego telefon kołatał się wciąż w mojej pamięci.

- Nie podejrzewałem, że chcesz w to się pakować - powiedział  Randy,  kiedy już 

wymieniliśmy   pozdrowienia   i   mogłam   zapytać,   dlaczego   będąc   ze   sobą,   nigdy   nie 

rozmawialiśmy o małżeństwie.

- To znaczy w co? - zapytałam.

- W małżeństwo. W dzieci. Ale, ale... Czy już ci mówiłem, że spodziewamy się z 

Cheryl dziecka?

- Cudownie - mruknęłam oszołomiona. - Ale powiedz mi, co konkretnie miałeś na 

myśli?

Randy parsknął śmiechem.

-   Daj   spokój,   Angie.   Nie   udawaj,   że   nie   wiesz.   Przecież   kariera   była   dla   ciebie 

ważniejsza. Zawsze chciałaś zostać wielką gwiazdą filmową.

- Aktorką - poprawiłam go. - Jestem aktorką.

- Jak zwał, tak zwał.

Miałam o czym myśleć, kiedy już skończyliśmy rozmawiać. Dopiero teraz przyszło 

mi do głowy, że być może stworzyłam fałszywy wizerunek siebie. To prawda, że przez całą 

szkołę średnią i potem, w college’u, żyłam nadzieją, że zostanę aktorką. Nadzieja nie była 

nieuzasadniona, jako że przez cały ten czas wszyscy bez umiaru chwalili moje zdolności 

aktorskie. A jednak nie mogę powiedzieć, że trafiłam na jakąś wymarzoną rolę, od kiedy 

cztery lata temu dla kariery scenicznej porzuciłam stałą pracę (i stałą pensję). Dobrze, że mam 

chociaż „Rośnij zdrowo”.

Chyba już czas wrócić na ziemię. Zwłaszcza że postanowiłam uchylić konkretnie tę 

przykrywkę.   Mam   trzydzieści   jeden   lat   i   z   każdym   dniem   robię   się   starsza,   co   przy 

nadarzającej   się   okazji   wypomina   mi   mama.   Powinnam   zrobić   coś,   żeby   wyglądać   jak 

materiał na żonę.

background image

Nie jestem żoną, ale w telewizji gram rolę żony

Kiedy   nazajutrz   po   porannym   występie   w   „Rośnij   zdrowo”   wróciłam   do   domu   i 

zobaczyłam w holu Justina, który ciągnął do naszego mieszkania wielką kanapę, zdałam sobie 

sprawę, że może nie wyglądam jak żona, ale mam zadatki na to, żeby odzywać się tonem 

żony. To już było coś.

- Co ty, do cholery, robisz?! - krzyknęłam, mimo że doskonale znałam odpowiedź. 

Justin namiętnie zbierał to, co wyrzucili inni. Od zawsze wiedziałam, że jest najwspanialszym 

przyjacielem i najgorszym współlokatorem, jakiego można sobie wyobrazić. Justin bowiem 

gromadził wszystko.

- Cześć. - Podniósł głowę znad turkusowozielonej kanapy, która swoje najlepsze dni 

miała dawno za sobą. - Wyobrażasz sobie, że ktoś wyrzucił coś takiego?!

Spojrzałam ze zgrozą na żółte lamówki, kwiatowy deseń i zapadnięte siedzenia. Nie, 

nie miałam trudności z wyobrażeniem sobie, że ktoś wyrzucił coś takiego.

- I to dokładnie pod naszym domem - ciągnął Justin. Oczywiście. Wytarta kanapa, 

rocznik 1975, tuż pod naszym domem. Justin nie mógł się oprzeć.

- Ale mamy już dwie kanapy - warknęłam.

Już nie dodałam, że obiecał wyrzucić pierwszą, kiedy przywlókł skądś tę drugą. A 

teraz   będziemy   mieć   trzy.   Spadek   po   ciotce   Eleanor   w   postaci   przestronnego, 

dwupokojowego mieszkania ze stałym czynszem okazał się przekleństwem - przynajmniej dla 

Justina. Oprócz mebli różnego autoramentu, które Eleanor zostawiła swojemu ukochanemu 

siostrzeńcowi, Justin odziedziczył między innymi cztery telewizory, trzy magnetowidy, sześć 

szafek na dokumenty oraz ogromny ogrodowy grill, który zmieściłby się jedynie w garażu o 

rozmiarach sporego stadionu. Kolekcja była stale uzupełniana o znaleziska Justina, który w 

swoim mniemaniu „ratował” rzeczy, a nie zbierał śmieci.

- Angie, dasz radę mi pomóc?

Westchnęłam ciężko. Nie miałam innego wyjścia, bo zielone monstrum kompletnie 

zatarasowało wejście do mieszkania.

- Jakim cudem udało ci się wnieść to coś aż tutaj? - zapytałam.

Wprawdzie chudy jak tyczka Justin był zadziwiająco silny, ale żaden człowiek nie 

dałby rady zataszczyć ponad stukilowej kanapy na pierwsze piętro po dość wąskich schodach.

- Pomógł mi David spod trójki. Przy okazji dowiedziałem się, że ma na zbyciu jakieś 

stare lampy - odpowiedział.

background image

Nie   spodobał   mi   się   błysk   w   jego   oku   i   już,   już   miałam   rozpocząć   kazanie   o 

niebezpieczeństwach recyklingu, kiedy w naszym mieszkaniu zadzwonił telefon.

- Odbierz, dobrze? - Wskazałam na zawalidrogę.

- Dzień dobry, pani Di! - zawołał wesoło. - Jak się pani miewa?

Moja   mama.   Zrezygnowana   przysiadłam   na   oparciu   kanapy  i   czekałam,   aż   Justin 

roztoczy przed nią cały swój czar. Zastanawiałam się czasami, czy mama nie dzwoni po to, 

żeby porozmawiać sobie z nim, a nie ze mną. Nawet jeśli tak było, trudno się jej dziwić. Mnie 

też zauroczył w chwili, w której się poznaliśmy.

Było to cztery lata temu, na zajęciach z improwizacji. Oboje zaczynaliśmy wówczas 

naszą aktorską karierę, z tym że Justin miał już do czynienia z filmem. Nie jako aktor, ale 

jako reżyser.

Jego pełnometrażowy film narobił wiele hałasu w kręgach bywalców niezależnych 

festiwali i zdobył  prestiżową nagrodę krytyków, ale nie doczekał się dystrybutora. Justin 

twierdził, że od kiedy przekonał się na własnej skórze, jak trudno jest zaistnieć jako twórca 

filmowy, postanowił się rozwijać w innej dziedzinie. Trochę mnie to dziwiło, bo według mnie 

w tym mieście równie trudno jest zaistnieć jako aktor.

W tej chwili Justin był inspicjentem w pewnym teatrze impresaryjnym na Long Island 

i wydawał się z tego bardzo zadowolony. W dzień miał dość czasu na zajmowanie się swoim 

aktorstwem.

Na   zajęciach   z   improwizacji   nasz   nauczyciel   połączył   nas   w   parę.   Stało   się   to 

przypadkiem, bo kiedy Justin dużo później od innych dołączył do naszej grupy, ja jako jedyna 

nie miałam partnera. Nie byłam uszczęśliwiona faktem, że mamy pracować razem. Przez całe 

życie starałam się unikać przystojnych blondynów o zielonych oczach. A jeśli ktoś taki był na 

dodatek aktorem, musiał okazać się zarozumiałym arogantem. Można sobie wyobrazić, jak 

się czułam, kiedy rozpoczęliśmy pierwsze ćwiczenie. Odwrócona plecami do Justina miałam 

padać do tyłu, a on musiał mnie złapać. Według naszego instruktora celem ćwiczenia było 

„budowanie zaufania”. I rzeczywiście. Poleciałam do tyłu. Kiedy po paru budzących grozę 

sekundach wylądowałam w jego silnym i pewnym uścisku, poczułam instynktownie, że mogę 

zawsze na niego liczyć. I nie pomyliłam się. Przez wszystkie te lata był w pobliżu, żeby mnie 

złapać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Na przykład wtedy, kiedy moja współlokatorka z dnia na 

dzień   wyrzuciła   mnie   na   bruk,   by   zwolnić   pokój   dla   nowego   chłopaka.   Justin,   nie 

mrugnąwszy okiem, dał mi klucze do swojego mieszkania. Kiedy mama dowiedziała się, że 

będę   mieszkać   z   obcym   facetem,   zaniemówiła.   Wystarczyło   jednak,   że   przyprowadziłam 

Justina na obiad - podbił ją całkowicie. I tak do dzisiaj mieszkamy sobie razem.

background image

- W tę niedzielę? - usłyszałam głos Justina. - Chyba robi mi pani na złość. To czysta 

tortura, bo jeszcze nigdy nie musiałem odmawiać zaproszeniu na manicotti. Ale tym razem 

muszę, bo przyjeżdża Lauren.

Lauren to dziewczyna Justina, aktorka. Teatralna aktorka. Byli razem od trzech lat, 

chociaż nie podejrzewam, żeby spędzili ze sobą więcej niż trzy miesiące, bo Lauren sporo 

grała - i to główne role. Niestety, nigdy w Nowym Jorku. Teraz na przykład zaangażowano ją 

do którejś ze sztuk Ibsena gdzieś na południowej Florydzie. Jakby nie było innych miejsc!

- Tak. Weekend z dziewczyną - zaśmiał się Justin do słuchawki. - Angela godnie mnie 

zastąpi. O ile wiem, nie ma żadnych planów na niedzielę. Zaraz oddam jej słuchawkę. Do 

zobaczenia. Proszę na siebie uważać.

W ten sposób Justin zorganizował mi życie  w najbliższą niedzielę. Zrezygnowana 

zsunęłam się z oparcia kanapy na siedzenie. W powietrze poleciały tumany kurzu.

- Cześć, mamo.

- Angela!  - usłyszałam  w odpowiedzi dramatyczne  wołanie.  Ona chyba  naprawdę 

wierzy, że mieszkając tam, gdzie mieszkam, czyli w Alei A, dawno powinnam już nie żyć, 

zastrzelona przez jakiegoś szaleńca, i za każdym razem kiedy mnie słyszy, uważa, że to cud.

Wszystko przez film o walkach ulicznych gangów z najbliższej okolicy, który mój 

głupi brat Sonny uznał za stosowne pokazać jej parę dni po tym, jak przeprowadziłam się do 

Justina.

- O co chodzi, mamo? Jak się czuje Bunia?

Bunia to moja babcia, która mieszka w tym samym domu co mama, ale piętro niżej. 

Spędza jednak tyle czasu w kuchni mamy, że śmiało można powiedzieć, że mieszka razem z 

nią.

- Ma się dobrze. I nie może się ciebie doczekać. Przyjdź w niedzielę na obiad. Sonny i 

Vanessa też przyjdą!

Tak jakby obecność mojego aroganckiego brata i jego obnoszącej swoją ciążę żony 

miała być dla mnie zachętą. Wiedziałam jednak, że nie mam wyjścia. Kiedy moja mama 

postanawia, że urządza niedzielny obiad rodzinny, nikt nie ma szans. Jedynie niespodziewana 

trepanacja czaszki mogłaby zostać uznana za dostateczną wymówkę. „Rodzina jest zawsze na 

pierwszym miejscu” - wbijała do głowy mnie i moim braciom przez całe życie. Właściwie 

wiem,   że  ma   rację.  Tylko   że  takie  nastawienie   trochę   utrudnia  życie   w Nowym   Jorku  - 

mieście, w którym ludzie wydają się nie mieć rodziców.

- Przyjdź z Kirkiem, dobrze?

- Raczej nie. Kirk wyjeżdża.

background image

- Naprawdę? - Z tonu jej głosu wywnioskowałam, że jest pod wrażeniem. Była pewna, 

że Kirk jedzie na spotkanie z klientem, a ja postanowiłam nie wyprowadzać jej z błędu. Ale 

lepiej było nie przedłużać rozmowy.

-   Słuchaj,   mamo.   Kończę.   Justin   przyniósł   właśnie...   kanapę.   -   Spojrzałam   na 

wyliniałe obicie i słowo „kanapa” z trudem przeszło mi przez gardło. - Musimy jak najprędzej 

usunąć ją z holu, bo tarasuje przejście.

- Wydawało mi się, że macie już kanapę.

-   Owszem,   ale   Justin   postanowił   kolekcjonować   kanapy.   Usłyszałam,   że   ona   się 

śmieje, jakby wszystko, co robi

Justin,   uznawała   za   zabawne.   Oczywiście,   przez   ten   cholerny   rupieć   nie   mogłam 

odłożyć słuchawki. Nie mogłam też wejść do domu. Tymczasem Justin zniknął bez śladu. 

Byłam niemal pewna, że jakby nigdy nic ogląda teraz jakiś mecz w telewizji, i

- Justin! - wrzasnęłam tak, że usłyszało mnie pół domu.

- O co chodzi? - Wystawił głowę ze swojej sypialni i zmarszczył brwi ze zdziwienia. 

Jakby się zastanawiał, dlaczego mu przeszkadzam.

-   Jak  to:   o   co   chodzi?   -   Rozzłoszczona   klepnęłam   kanapę   Kolejna   chmura   kurzu 

poleciała w powietrze. Zaczęłam kichać.

- O rany! Nie zauważyłem, że jest taka brudna - zmartwił się Justin.

- Nie zauważyłeś jeszcze kilku innych rzeczy.  - Miałam go serdecznie dość. - Na 

przykład tego, że już mamy dwie kanapy. Ani tego, że przez ciebie muszę spędzić noc z 

niedzieli   na   poniedziałek   na   Brooklynie,   a   potem   wstać   o   piątej   rano,   żeby   zdążyć   na 

program.

- I tak nigdy nie chodzisz wcześniej spać niż o północy. Nawet w domu.

- Nie o to chodzi! - krzyknęłam.

- A o co? - Justin, poważnie zaniepokojony, wpatrywał się we mnie.

- Chodzi o to... o to, że... - czułam, jak ściska mi się gardło

- Kirk wyjeżdża do rodziców... w ten weekend - wyjąkałam w końcu.

- To dlaczego nie powiedziałaś mamie, że wyjeżdżasz razem z nim?

- Bo nie wyjeżdżam.

- Aha - powiedział. Z jego miny wynikało, że zupełnie nie rozumie, w czym rzecz.

- Nie zaprosił mnie.

- Aha - powtórzył. Tym razem wydawało mi się, że zrozumiał.

- Czy nie uważasz, że powinien poprosić, żebym pojechała z nim?

Justin zastanawiał się chwilę.

background image

- A chciałabyś z nim jechać?

- Nie o to chodzi. - Jacy ci mężczyźni potrafią być głupi!

- Chodzi o to, że jesteśmy ze sobą prawie dwa lata, a ja nie poznałam jeszcze jego 

rodziców, chociaż on był u mojej mamy niezliczoną ilość razy.

- Ale Brooklyn jest dużo bliżej niż... Gdzie on dokładnie mieszka?

- W Newton - westchnęłam. On dalej nic nie rozumiał.

-   Chodzi   o   to,   że   on   nie   traktuje   mnie   poważnie.   Nie   na   tyle   poważnie,   żeby 

przedstawić mnie swoim rodzicom. Albo... albo zaproponować mi małżeństwo.

Justin zbladł.

- Małżeństwo? - zapytał, krzywiąc się, jakby połknął coś bardzo gorzkiego.

- Tak! Małżeństwo. Dlaczego tak ci trudno uwierzyć, że Kirk mógłby chcieć się ze 

mną ożenić? Sypiamy razem, jemy razem, dzielę się z nim najintymniejszymi myślami. Jest 

tak   od   roku   i   ośmiu   miesięcy.   Nie   uważasz,   że   najwyższy   czas   na   jakieś   poważniejsze 

deklaracje?

-   My  też   jemy   i   śpimy   razem   -   Justin   nie   ukrywał   rozbawienia   -   a   przecież   nie 

zamierzamy   się   pobrać.   –   Przerwał   i   spojrzał   na   mnie   z   rozbawieniem.   -   Chyba   że 

zamierzamy, co?

- Dobre sobie! - wzruszyłam ramionami. Dalsza rozmowa nie miała sensu. Justin nie 

był w stanie niczego zrozumieć. Był facetem i rozumował jak każdy facet. Wiem coś o tym,  

bo wychowywałam się w domu pełnym mężczyzn. - Lepiej zróbmy coś z tą kanapą.

Zdecydowałam   się   przedstawić   swoje   problemy   Komitetowi.   Komitet   zawdzięczał 

nazwę swoim niezawodnym umiejętnościom - miał zdanie o wszystkim i o każdym. W jego 

skład wchodziły trzy kobiety zasiadające w trzech rogach biurowego boksu należącego do 

firmy  wysyłkowej!  Lee  & Laurie.  Cztery razy w tygodniu  stanowisko w czwartym  rogu 

zajmowałam ja. Naszym zadaniem było telefoniczne przyjmowanie zamówień od klientek, 

które   -   jak]   zachęcał   katalog   -   „bez   najmniejszego   wysiłku   ze   swojej   strony   wejdą   w 

posiadanie eleganckich i niezobowiązujących ubrań na co dzień”. Do Lee & Laurie dostałam 

się dzięki Michelle tuż po tym, jak dla kariery aktorskiej porzuciłam posadę. (godziny pracy: 

od   dziewiątej   do   piątej)]   przedstawiciela   handlowego   pewnej   firmy   odzieżowej.   Bardzo 

szybko   zorientowałam   się,   że   „niezobowiązujący”   styl   Lee   &   Laurie   polega   na   tym,   że 

płacimy siedemdziesiąt pięć dolców za podkoszulek zaprojektowany w sposób na tyle nie 

rzucający się w oczy, że można włożyć go, idąc wyrzucić śmieci. Postanowiłam nie zrażać się 

takimi drobiazgami. Praca od trzeciej do dziesiątej wieczorem, zapewniająca - uwaga! uwaga! 

background image

- pełne ubezpieczenie zdrowotne, była dokładnie tym, czego potrzeba osobie, która pragnie 

zastać aktorką i która ma chroniczne zapalenie błon śluzowych nosa.

Równie szybko zauważyłam, że Lee & Laurie była mekką dla Doświadczonych Żon, 

gdyż to właśnie przedstawicielki tej grupy społecznej zasilały szeregi pracowników firmy, 

kiedy tylko  ich dzieci wyrosły na tyle,  żeby chodzić z kluczem na szyi.  Magnesem była 

oczywiście wizja ekstra zarobków.

Członkami   Komitetu   były   Michelle   Delgrosso,   która   pracowała   tylko   po   to,   żeby 

kupować   sobie   kosztowne   pomadki   do   ust   oraz   przepłacać   fryzjerów   dbających   o   jej 

błyszczące czarne włosy do ramion Roberta Simmons - matka dwojga wspaniałych dzieci - 

oraz Doreen Sikorsky, ponoć rozwódka, osoba, której sądy traktowałam z dużą nieufnością ze 

względu na głoszone przez nią spiskowe teorie.

- Cześć! - zawołałam, wchodząc do naszego boksu. - Gdzie Roberta?

- W kiblu, jak zwykle  - odpowiedziała  Michelle,  bo Doreen rozmawiała  akurat z 

klientem. - Naprawdę nie wiem, co ta kobieta je.

- Nie możemy  wszystkie  być  bulimiczkami  - włączyła  się do rozmowy Doreen. - 

Cześć, Di Franco. Jak leci?

Westchnęłam. Jeśli człowiek godzi się na piętnaście dolców za godzinę, kontakt z 

pewnym typem ludzi jest nieunikniony. Nie byłam już bardzo pewna, czy z tym typem mam 

dzielić   się   swoimi   kłopotami.   Na   szczęście   w   tej   chwili   pojawiła   się   Roberta,   z   której 

emanował   spokój   i   rozsądek,   jak   zwykle.   Może   to   zasługa   fryzury?   Kobiety   z   krótkimi 

włosami   zawsze   wydają   się   bardziej   odpowiedzialne.   A   może   kosztownych   spodni   z 

wielbłądziej wełny i świetnie skrojonego czarnego podkoszulka firmy Lee & Laurie, oferta po 

zniżkowych cenach dla oddanych pracowników?

- Cześć, Angie - uśmiechnęła się do mnie, zakładając słuchawki.

Ja też założyłam swoje i już miałam zacząć opowiadać, kiedy usłyszałam znajomy 

brzęczyk.   Pierwszy   klient,   pierwsza   rozmowa.   Powstrzymując   westchnienie,   wygłosiłam 

powitalną regułkę, którą pracodawcy wtłoczyli nam do głów już na wstępnym szkoleniu:

- Witamy w serwisie telefonicznym katalogu Lee & Laurie. Kupowanie u nas jest 

łatwe i przyjemne. Mówi Angela. Czym mogę służyć?

Na   szczęście   rozmowa   była   krótka   i   prosta.   Pewna   kobieta   tak   się   zachwyciła 

błękitnym podkoszulkiem, który na stronie siedemdziesiątej czwartej katalogu prezentowała 

jakaś jasnowłosa bogini, że uznała za niezbędne kupienie kilku identycznych we wszystkich 

kolorach, jakie mieliśmy w ofercie. Wpisałam jej dane do komputera,  podziękowałam za 

telefon i po naciśnięciu guzika zwalniającego linię odwróciłam się do reszty.

background image

- Słuchajcie - zaczęłam.  Michelle i Roberta natychmiast odwróciły się do mnie, a 

Doreen   próbowała   zakończyć   rozmowę   najszybciej,   jak   się   da.   -   Kirk   jedzie   do   swoich 

rodziców na weekend. Beze mnie. - Obserwowałam uważnie ich reakcje. - Spotkałaś ich 

kiedyś? - zapytała Michelle...

- Nie. - Odpowiedziałam. -.-., Słysząc to, Roberta zmarszczyła czoło.

- Zerwij z nim. - Brzmiała zwięzła rada Doreen. Z paniką w oczach spojrzałam na 

Robertę, ale już rozmawiała z kolejną klientką.

- Nie słuchaj jej, Angie. - Michelle machnęła w stronę Doreen. - Powiedz mi tylko, jak 

długo jesteście ze sobą.

- Rok i osiem miesięcy.

- To całkiem długo, prawda? - zacisnęła czerwone, błyszczące wargi i zamyśliła się 

głęboko.

- Mówię ci - włączyła się niezrażona Doreen. - To nie jest facet, za którego warto 

wyjść. Uwierz mi. Ktoś taki nigdy nie da ci tego, czego potrzebujesz.

Znowu zerknęłam na Robertę. Nie miałam co szukać u niej pomocy - sądząc z tempa, 

w jakim uderzała w klawisze komputera, zanosiło się u niej na dłuższą rozmowę.

- Poczekaj, Doreen - rozpromieniła się niespodziewanie Michelle. - Wszystko zależy 

od jej oczekiwań. Angie, czego od niego oczekujesz?

Nie   miałam   pojęcia,   że   prostym   pytaniem   wpędzi   mnie   w   taki   popłoch.   Czego 

oczekiwałam od Kirka? Przypomniałam  sobie białą suknię - i swój niesamowity orgazm. 

Jasne, że chciałam ślubu. Dlaczegóż by nie? Chciałam codziennie wracać do domu, w którym 

jest ktoś, kto mnie wspiera i z kim dzielę całe życie, a nie tylko jakąś chwilę, trwającą dwa do 

czterech lat, z których  łatwo jest później żartować. Tak jak zdarzało się nam żartować z 

Joshem albo z Randym...

Prześlizgnęłam się wzrokiem po drogich, markowych dżinsach, które miała na sobie 

Michelle, i jej głowie prosto od fryzjera, i z całą jasnością uświadomiłam sobie jeszcze coś: 

chciałam podwójnych dochodów. Czy można mnie za to winić? Życie w Nowym Jorku to nie 

kaszka z mlekiem! Utrzymać się tu za pieniądze z nędznej pracy na pół etatu oraz angażu we 

wspaniałym programie dla dzieci graniczyło z cudem. To nie znaczy, że nie kochałam Kirka. 

Oczywiście, że go kochałam. Właśnie dlatego warto było opłacać ze wspólnych pieniędzy 

jeden czynsz i jeden rachunek telefoniczny zamiast dwóch.

- Chcę wyjść za mąż - udzieliłam odpowiedzi, która wydawała się najoczywistsza.

background image

Dla Michelle, która mając osiemnaście lat, zaczęła planować małżeństwo z Frankiem 

Delgrosso, współwłaścicielem (wspólnie z ojcem, oczywiście) firmy handlującej cadillacami, 

była to także oczywista odpowiedź. Oraz powód do świętowania.

- Hurra! - wykrzyknęła. - Angie wychodzi za mąż! - Po czym jednym tchem rzuciła do 

słuchawki: - Witamy w serwisie telefonicznym katalogu Lee & Laurie...

- Za mąż? - zapytała Roberta, która nareszcie skończyła przyjmować zamówienie. - Za 

Kirka?

- Oczywiście. Za kogo by innego? - zdążyłam jeszcze się zaśmiać, zanim zabrzęczał 

znajomy sygnał. – Witamy w serwisie telefonicznym katalogu Lee & Laurie. Kupowanie u 

nas... Moja klientka wypytywała o rozmiary wąskich spodni, które właśnie pojawiły się w 

naszej   nowej   jesiennej   kolekcji.   Bezskutecznie   próbowałam   namówić   ją   na   inny   model, 

zdolny pomieścić jej nader obfite, jak można było wywnioskować z podanych wymiarów, 

kształty. Kartkowałam katalog, podrzucając nieszczęsnej kobiecie coraz to nowe propozycje, 

ale żadna z nich jej nie zadowoliła. Równocześnie zastanawiałam się nad reakcją Roberty. 

Dlaczego   tak   bardzo   zaskoczyła   ją   uwaga   o   moim   ewentualnym   ślubie   z   Kirkiem?   Nie 

mogłam o to zapytać od razu, bo babsko, które miałam na linii, wciąż marudziło.

- A może zdecydowałaby się pani na spodnie z gumką w talii? - zaproponowałam z 

ledwo ukrywaną irytacją po dobrych czterech minutach jałowej dyskusji.

W   odpowiedzi   warknęła   coś   równie   niegrzecznym   tonem   i   rzuciła   słuchawkę. 

Mogłam mieć tylko nadzieję, że nikt z działu kontroli jakości nie monitorował mnie w tej 

chwili.

- Co jest nie tak z Kirkiem? - zapytałam wreszcie Robertę.

- Nic. Bardzo go lubię.

- Więc?

- Zdziwiłam się. Nie podejrzewałam, że zmierzacie w kierunku małżeństwa.

- Kirk nie zmierza w tym kierunku - odpowiedziałam. - I to mnie martwi. - Niektórych 

facetów trzeba lekko szturchnąć. Po to, żeby podważyć przykrywkę. Frankie w ogóle nie brał 

pod uwagę małżeństwa, kiedy zaczęłam prowadzać go do sklepów jubilerskich. Sądził chyba, 

że oglądam sobie pierścionki. Myślę, że wyciągnął z kieszeni kartę kredytową, zanim zdał 

sobie sprawę, jakie będą tego konsekwencje.

- To niesmaczne! - Doreen wzniosła oczy do nieba.

- Dlaczego nagle zaczęło zależeć ci na małżeństwie? - przerwała im Roberta, która 

postanowiła drążyć temat.

background image

Zrobiło mi się gorąco ze wstydu. Ze swoich erotycznych fantazji z suknią ślubną w tle 

nie zwierzyłam się nawet Grace, a co dopiero tym kobietom.

- Mam trzydzieści jeden lat. Chyba już najwyższy czas.

- Aha! - Roberta zrobiła minę pełną zrozumienia. - Zegar biologiczny dał o sobie znać. 

Ja, kiedy skończyłam trzydziestkę, myślałam tylko o tym, żeby urodzić pierwsze dziecko.

Dziecko? Czy ja wspominałam coś o dzieciach? Owszem, bywają miłe, ale nie można 

fundować sobie dwóch rzeczy na raz...

-   Nie.   -   zaprotestowałam.   -   Żaden   zegar   biologiczny.   Chcę   tylko   być   poważnie 

traktowana.

Ale Roberta już mnie nie słuchała, bo zaczęła  opowiadać historię o tym,  z jakim 

trudem nauczyła  swoją córkę - w tej chwili wyrośniętą trzynastolatkę, która zapewne nie 

byłaby [uszczęśliwiona faktem, że jej matka  wciąż wraca do tego [właśnie fragmentu jej 

dzieciństwa - siadać na nocnik. Słyszałyśmy to niezliczoną ilość razy, więc zamarłyśmy. Na 

szczęście Roberta nie zdążyła przejść do szczegółów, bo odezwał się brzęczyk w jej telefonie. 

Michelle tylko na to czekała.

- Chcesz, żeby traktował cię poważnie? Nic prostszego. Powiem ci jak, tylko wyjdź ze 

mną na przerwę - dodała szeptem.

- Nie mogę. Dopiero co przyszłam - odszepnęłam.

- No to co? - Wzruszyła ramionami Michelle. - Mamy dziś niewielu klientów. Chodź! 

- Po czym wstała i zawołała do Roberty: - Twoje ciągłe wizyty w klopie najwyraźniej są 

inspiracją dla mojego organizmu. Też tam idę. i przestawiła swój telefon na fazę spoczynku.

Zrobiłam to samo.

- Idę z nią - oznajmiłam.

- Nie możecie wyjść obie naraz - Doreen zaczęła energiczny protest, który jednak 

przeszedł w: „Witamy w serwisie telefonicznym katalogu Lee & Laurie,” wypowiedziane tym 

razem raczej szorstkim tonem.

Miałam poczucie winy, wymykając się za Michelle, ale moja potrzeba wysłuchania 

kilku rad okazała się silniejsza.

Wystarczył rzut oka na jej dżinsy od Calvina Kleina, żeby nabrać pewności, że to 

właśnie   na   nią   mogę   liczyć.   Zamknęłyśmy   za   sobą   podwójne   drzwi   oddzielające   serwis 

telefoniczny od reszty świata i Michelle natychmiast podeszła do wind.

- Wyjdźmy na zewnątrz. Chce mi się palić. Westchnęłam. Byłam zdana na jej łaskę. 

Moje poczucie winy rosło w przyspieszonym tempie, kiedy zjeżdżałyśmy jedenaście pięter w 

dół.

background image

- Zapalisz? - Michelle, która zdążyła zaciągnąć się po raz pierwszy jeszcze w holu, 

wyciągnęła w moją stronę paczkę virginia slims.

- Chętnie.

Rzuciłam palenie cztery lata temu, po tym jak mój tato umarł na raka płuc, ale dzisiaj 

czułam wyraźną potrzebę nikotyny. Michelle przypaliła mi i przystąpiła do rzeczy.

- Małżeństwo to gra. Jeśli chcesz małżeństwa, musisz podjąć tę pieprzoną grę.

Skrzywiłam   się   z   dezaprobatą,   słysząc,   że   przeklina.   Brzydkie   słowa   były 

specjalnością Michelle. Używała ich z lubością, szczególnie kiedy mówiła na swój ulubiony 

temat, czyli o mężczyznach.

- Jak to: gra?

- Przecież mówiłam ci, co trzeba zrobić z przykrywką...

-   Cała   ta   teoria   jest   gówno   warta!   -   W   towarzystwie   Michelle   trudno   było   się 

powstrzymać.

-   Coo?   Przypomnij   sobie,   z   kim   chodził   Frankie,   zanim   go   złapałam!   -   Dobrze, 

dobrze. Pamiętam Rosannę. Ale to było w liceum. Nikt się nie żeni ze szkolnymi sympatiami. 

To nie te czasy!

- To nie była zwykła szkolna sympatia. Kurna, Angie! Chodzili ze sobą cztery lata! 

Całe cztery lata. Kiedy ona zastanawiała się nad tym, jaki serwis wybrać na prezent ślubny, 

on puścił  ją kantem.  Zwyczajnie  puścił  ją kantem!  - Wzburzona  Michelle  zaciągnęła  się 

papierosem. – Kilka miesięcy później umówiłam się z Frankiem na pierwszą randkę, a po 

dwóch latach... - Uniosła lewą dłoń, na której błyszczało kilka pierścionków, a wśród nich 

półtorakaratowy szmaragd.

Muszę przyznać, że na widok pierścionka omal znowu nie uwierzyłam w jej teorię. 

Ale przypomniałam sobie Susan, poprzednią dziewczynę Kirka. Nie była wprawdzie królową 

szkolnych bali, ale skończyła renomowaną politechnikę, co dawało jej znaczną przewagę w 

zawodach na odkręcanie przykrywki. I co? I nic.

- Ostatnia dziewczyna Kirka postawiła mu ultimatum. Ale on jakoś nie chodzi ze mną 

do jubilera. Nawet nie przedstawił mnie swoim rodzicom. Czy tak zachowuje się człowiek, 

który ma zamiar zadać ci to ważne pytanie?

Michelle potrząsnęła głową i wypuściła następny kłąb dymu.

- Nie chwytasz,  Angie. Przykrywka  była  ruszona, ale nie zdjęta. Trochę się tylko 

rozhermetyzowała. Żeby otworzyć: słoik, musisz użyć siły. Inaczej mówiąc, musisz zagrać w 

tę grę i zastosować metodę trzech kroków.

- Metodę trzech kroków?

background image

- Tak. Po to, żeby wykrztusił wreszcie to pytanie. Krok pierwszy - pozbawienie praw.

Od samego początku nie podobało mi się brzmienie tych słów.

- A konkretnie?

- Po prostu nie możesz  być  gotowa na każde zawołanie.  Kiedy zadzwoni  z jakąś 

propozycją, powiedz, że jesteś zajęta.

To mogło mieć sens. Przypomniałam sobie tęskny wyraz oczu Justina na samą myśl o 

spotkaniu z Lauren po trzech miesiącach rozłąki.

- I cokolwiek by się działo, nie idź z nim do łóżka.

- Co?! - To było znacznie trudniejsze. W końcu seks jest najlepszą rzeczą w naszym 

związku.

- Uwierz mi: te pierdoły o łatwej zdobyczy, której się nie ceni, są prawdą. - Michelle 

zaciągnęła   się   po   raz   ostatni   i   obcasem   swoich   niebotycznie   wysokich   szpilek   zgniotła 

niedopałek.

- Sama nie wiem... - powiedziałam niepewnym głosem. - W ten sposób wszystko 

polegałoby na manipulacji. A ja chciałabym, żeby Kirk oświadczył mi się dlatego, że sam 

tego chce. Nie jestem graczem.

- Jak chcesz. Ale pamiętaj: żeby wygrać, musisz grać.

background image

Witajcie w Brooklynie, gdzie całą populację stanowią małżeństwa

- Nie podoba mi się to, Angela - odezwała się moja mama znad patelni, na której 

skwierczały plastry bakłażanów.

Była niedziela. Po nudnej sobocie, spędzonej w samotności (Justin z Lauren wybrali 

się nad morze świętować spotkanie), pojawiłam się u mamy ostentacyjnie wcześnie, żeby 

pomóc jej w przygotowaniu obiadu. Teraz siekałam czosnek jak jakiś garkotłuk. Z głupoty, 

bo innego powodu nie widzę, powiedziałam jej, że Kirk wyjechał do rodziców. Co gorsza - 

powiedziałam to z grobową miną.

- Ile razy był już w domu? - dopytywała się, z oburzeniem potrząsając patelnią. - Coś 

jest nie tak.

Tu się z nią zgadzałam.

Mama należała do pokolenia, które uważało, że kobietom należy się szacunek. Dla 

mojego taty też było to oczywistością. Przez całe swoje świadome życie nie widziałam ani 

razu, żeby uznał, że jego sprawy są ważniejsze od jej dobra. Nawet kiedy umierał, ubłagał ją, 

żeby poszła spać. Mama, która przesiedziała kilka nocy z rzędu przy jego łóżku, posłuchała i 

do dzisiaj nie mogła sobie tego wybaczyć. „Zamknęłam oczy na minutę, a on właśnie wtedy 

odszedł” - lamentowała, jakby to, że zasnęła, spowodowało jego śmierć. Wciąż chodziła w 

żałobie i, patrząc na strzępiący się rąbek jej wełnianej spódnicy, podejrzewałam, że to ta 

sama, którą kupiła zaraz po pogrzebie.

- Mamo,  dlaczego nigdy nie nosisz sukienki,  którą ci podarowałam?  - zapytałam, 

chcąc uniknąć dalszych pytań o Kirka. - Wyrzuciłaś ją?

- Nie. Wisi w szafie.

Byłam tego pewna. Trzymała ją w szafie razem z kompletami pościeli, które kupiła 

okazyjnie,   ale   nigdy   nie   używała,   i   z   włoskimi   obrusami,   oszczędzanymi   na   „specjalną 

okazję”, która jakoś nigdy nie nadchodziła.

- Nie rozumiem, na co czekasz - dodałam z wymówką w głosie.

- Nie martw się o mnie. Martw się lepiej o siebie - mówiąc to, wykładała bakłażany na 

półmisek.

-  Kto  martwi  się  o  Angelę?  -  rozległ  się   głos  babci,  która  wchodziła  właśnie   do 

kuchni.

- Cześć, Buniu. - Podskoczyłam do niej i wzięłam ją w objęcia.

background image

Wdychałam zapach kwiatowej wody kolońskiej i z lekkim sercem wpatrywałam się w 

jej   łagodną,  zawsze  uśmiechniętą  twarz.  Babcia,   ubrana  odświętnie  w czerwoną   bluzkę  i 

czerwone poliestrowe spodnie - jak wszystkie jej koleżanki, których średnia wieku wynosiła 

osiemdziesiąt lat, nie mogła oprzeć się materiałom ze sztucznych tworzyw - wniosła powiew 

świeżego powietrza w ponurą atmosferę, panującą wtedy, kiedy mama uznała, że któreś z jej 

dzieci   jest   w   niebezpieczeństwie.   Ponieważ   zwykle   padało   na   mnie,   obecność   Buni 

przywracała mi równowagę ducha, a sprawom - właściwy wymiar.

- Będziesz gotować w tym ubraniu? - zapytała mama, odwracając się na chwilę od 

sosu, który zawzięcie mieszała.

-   Oczywiście!   -   Babcia   buntowniczo   wzruszyła   ramionami   i   sięgnęła   po   miskę   z 

siekanym mięsem. Potem wrzuciła do niej przygotowany przeze mnie czosnek, bułkę tartą i 

dziesiątki innych dodatków, których nazw nie chciała nam zdradzić, grożąc, że zabierze je ze 

sobą do grobu. Potem zakasała rękawy i zaczęła ręką wyrabiać mięsną masę.

- Więc czym dzisiaj martwi się twoja matka? - Pytanie skierowane było do mnie, tak 

jakby mamy nie było w kuchni.

- Możesz się domyślić czym. Mną i Kirkiem.

- A właśnie! - Rozejrzała się po kuchni, jakby dopiero teraz do niej dotarło, że jestem 

sama. - Gdzie jest Chudzielec?

Przezwisko   wymyślone   przez   babcię   dla   Kirka   oznaczało,   że   uznała   go   za   stały 

element mojego życia, mimo - uwaga! - że żaden z jego krewnych nie pochodził z Półwyspu 

Apenińskiego.   Podejrzewam,   że   przyznała   mu   tytuł   honorowego   Włocha   ze   względu   na 

ogromną ilość włoskiego jedzenia, które zjadł w naszym domu. „Gdzie to się w tobie mieści, 

chłopcze!” - wołała, patrząc, jak zmiata do czysta kopiaste talerze makaronu z czerwonym 

mięsem.

- Pojechał do domu - odpowiedziałam, obserwując uważnie jej reakcję.

- Tak? - Babcia wzięła z miski garść mięsa i zaczęła formować okrągłe klopsiki. - 

Fatalnie. Przecież on uwielbia bakłażany twojej matki. Ale będzie żałować, że go tu nie ma, 

co? - Cisnęła gotowy klopsik na patelnię, którą postawiła przed nami mama, i sięgnęła po 

następną porcję mięsa.

Uśmiechnęłam się. Bunia była niesamowita. Odwróciła kota ogonem i nagle okazało 

się, że to Kirk najwięcej stracił. Stanęłam obok niej i zaczęłam formować kolejne kotlety.

- I nie widzisz w tym nic niewłaściwego?! - nie wytrzymała mama. - On ciągle bywa u 

nas, a sam nigdy jeszcze nie zaprosił Angeli do siebie. Nie poznała jego rodziców.

Babcia wzruszyła ramionami i z niewzruszoną miną zajęła się kolejnym klopsikiem.

background image

- Ale jego rodzice mieszkają nie wiedzieć gdzie. Chyba w Massachusetts, prawda? - Z 

jej   miny   jasno   wynikało,   że   nie   jest   to   dobra   lokalizacja.   Na   pewno   nie   tak   dobra   jak 

Brooklyn.

Bunia bowiem spędziła praktycznie całe swoje życie w cieniu Mostu Brooklyńskiego i 

nie   widziała   powodu,   żeby   wyjeżdżać   dokądkolwiek.   Według   niej   w   Brooklynie   było 

wszystko,   czego   człowiekowi   potrzeba   do  szczęścia:  u  rzeźnika   na  rogu  mieli  wspaniałą 

włoską kiełbasę, a najlepsze bajgle w całym Nowym Jorku, a może i w całych Stanach, piekli 

w   Brooklyn   Bagelry.   Kilka   kroków   stąd   była   Plaża   z   mnóstwem   sklepików,   które 

sprzedawały jej ukochany polyester i ulubiony model butów.

- Nie traktuje jej serio - ciągnęła mama bez chwili wytchnienia, nastawiając wodę na 

makaron. - To mi się nie podoba.

- Serio! - prychnęła babcia. - Dlaczego chcesz, żeby wszystko było od razu serio? 

Mają jeszcze masę czasu.

Uświadomiłam sobie, że Bunia ma rację. Po co tak się spieszyć? Byliśmy ze sobą 

niecałe   dwa   lata.   Dlaczego   od   razu   pakować   się   w  małżeństwo?   Nareszcie   ze   spokojem 

mogłam znosić ostre spojrzenia, które wbijała w nas mama.

Nagle mama podskoczyła, jakby coś sobie przypomniała.

- A co z kiełbasą? - zapytała babcię. - Przyniosłaś?

- Nie, bo nie miałam w lodówce ani grama - odpowiedziała babcia lekkim tonem. - 

Nic się nie martw. Poprosiłam Artiego, żeby kupił i przyniósł.

- Jakiego Artiego? - Mama znieruchomiała. - Mówisz o mężu Glorii Matarrazzo?

- Gloria nie żyje już od ponad roku. - Babcia dalej robiła klopsiki. - Świeć Panie nad 

jej duszą. Powinnaś o tym pamiętać, bo byłaś na jej pogrzebie.

- A dlaczego on do nas przychodzi?

- Bo go zaprosiłam. - Babcia popatrzyła na nas z niewinną miną.

- Co?! - wykrzyknęła mama.

- O co ci chodzi, Mario? - zdziwiła się. - Jesteśmy przyjaciółmi. Od piętnastu lat 

gramy razem w pokera. Chyba mogę zaprosić go do swojego domu na obiad!

Pochyliła głowę nad miską, wciąż zajęta mięsem, ale ja dałabym głowę, że się lekko 

zarumieniła.

- Co ty knujesz? - zapytała mama podejrzliwie. Przyznaję, że i mnie przemknęło przez 

głowę podobne pytanie.  Jednak nie doczekałyśmy się odpowiedzi, bo w tej samej  chwili 

rozległ się dzwonek u drzwi.

- Ja otworzę - oświadczyła babcia.

background image

Szybko spłukała ręce pod zlewem, potem sprawdziła swoje odbicie w drzwiczkach 

mikrofalówki, poprawiła palcami fryzurę i spokojnie poszła otworzyć frontowe drzwi. My z 

mamą odprowadziłyśmy ją zdumionym spojrzeniem.

- Artie! Jak to dobrze, że ci się udało przyjść! - z przedpokoju dobiegł jej radosny 

okrzyk i po chwili wkroczyła do kuchni, trzymając Artiego za rękę. - Zobacz, kto tu jest. 

Chyba pamiętasz Marię, moją córkę. A to jest moja wnuczka, Angela.

Artie   miał   raczej   niepewną   minę.   Patrząc   na   jego  wygniecione   ubranie,   zaczęłam 

podejrzewać, że został zwabiony do nas podstępem. Z torby na zakupy wyciągnął kiełbasę i 

wręczył ją Buni.

- Artie! Pamiętałeś! Jak miło. - Rozpływała się w podziękowaniach, jakby to był co 

najmniej tuzin róż. Potem wspięła się na palce i ucałowała go w policzek.

Wymieniłyśmy   z   mamą   ukradkowe   spojrzenia.   Bunia   miała   adoratora.   A   jeśliby 

sądzić po rozmiarze kiełbasy, sprawa była poważna.

Niecałą godzinę później pojawił się mój brat Sonny ze swoją żoną Vanessą. Obiad był 

już niemal gotowy, zdążyłyśmy nawet nakryć stół, więc oboje tylko stali pośrodku salonu, 

przyjmując łaskawie wszystkie ochy i achy, którymi zarzucały ich mama i babcia. Zachwyty 

dotyczyły wielkiego jak piłka brzucha Vanessy. Niedługo miał urodzić się pierwszy wnuk 

mojej mamy. Pierwszy rodzony wnuk, uściślała natychmiast. W rodzinie mieliśmy jeszcze 

Trący i Timmy’ego - parę bliźniaków Mirandy, narzeczonej mojego najstarszego brata Joeya. 

Kiedy mama zrozumiała, że nie doczeka się wnuków po swoim pierworodnym synu, jeśli nie 

zaakceptuje  synowej  z dziećmi,  zaczęła  traktować  bliźniaki  jak członków naszej rodziny. 

Teraz   jednak   podsłuchałam,   jak   korzystając   z   nieobecności   Joeya   i   Mirandy,   z   zapałem 

mówiła do Vanessy:

- Dziecko mojego syna! Chyba nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.

Moja bratowa łykała wszystkie te wykrzykniki z zachwytem.

- Nie mogę uwierzyć, że jestem taka wielka - chichotała, obciągając różową, etażową 

bluzkę, żeby pokazać nam swój brzuch.

- A przecież to dopiero piąty miesiąc.

Vanessa   rzeczywiście   była   ogromna,   ale   według   mnie   nie   należało   winić   za   to 

dziecka.   Miała   prawie   metr   osiemdziesiąt   wzrostu,   szopę   blond   włosów   nastroszonych 

wysoko na głowie i dziesięciocentymetrowe obcasy. Właściwie z trudem przechodziła przez 

drzwi. Jeśli dodać do tego masę pierścionków i złotą biżuterię zawieszoną na uszach, szyi, 

nadgarstkach, otrzymamy w miarę dokładny obraz tego, co w jej mniemaniu składało się na 

background image

olśniewający wygląd. Dość powiedzieć, że kiedy wchodziła do pokoju, obejmowała go w 

całkowite posiadanie. Nie można było o niej nie mówić.

- Jak się czujesz? Czy przeszły ci już poranne nudności? dopytywała się mama. - Nie 

powinnaś stać - dodała, nie czekając na odpowiedź. - Koniecznie musisz usiąść, bo upał jest 

nie do zniesienia. Angela, kochanie, przynieś Vanessie fotel. Wiesz, ten najwygodniejszy.

Z ulgą wyszłam, bo w tym samym czasie Sonny rozpoczął opowieść o ostatnim USG.

- Jestem pewien, że coś zauważyłem. Mogę przysiąc, że to będzie chłopak...

Tylko jedna rzecz mogła zepchnąć Vanessę na drugi plan.

Właściwie   nie   jedna   tylko   dwie   rzeczy,   czyli   dwójka   siejących   postrach 

sześciolatków, które w tym momencie wpadły do pokoju, o mało nie zwalając jej z nóg.

- Hej! Hej! Powoli! - wołał Joey karcąco, stając chwilę potem w drzwiach razem z 

Mirandą.

Obiema  dłońmi  obejmował  jej szczupłą  talię.  Joey w charakterze  taty!  Ciągle  nie 

mogłam się nadziwić, jak gładko wszedł w tę rolę. Zanim rok temu w życiu Joeya pojawiła 

się Miranda, mój brat cały swój czas i energię poświęcał samochodom, które reperował w 

warsztacie odziedziczonym po naszym ojcu. W wolnych chwilach, o ile takie miał, woskował 

i polerował zabytkowego cadillaca, rocznik 1967, swoją największą radość i powód do dumy.

Teraz, całkowicie niespodziewanie, jego największą radością i powodem do dumy 

stali się Tracy i Timmy, Miranda zaś stanowiła sens jego życia. Z czym tak do końca nie 

mogła pogodzić się mama. Przez całe lata zamartwiała się, że Joey, który ani na moment nie 

unosił głowy znad maski ukochanego cadillaca, nie zakłada rodziny i nie produkuje wnuka. 

Teraz musiała pogodzić się z faktem, że związał się z Mirandą, co nie przychodziło jej łatwo. 

Miałam wrażenie,  że w głębi ducha uważa ją za pozbawioną środków do życia  samotną 

matkę, która uknuła chytry plan przejęcia naszego rodzinnego majątku. Na szczęście Miranda 

tego nie zauważała - albo udawała, że nie zauważa. Na dzień dobry serdecznie objęła mamę.

Mama oddała uścisk, ale widać było, że całą energię i tak przeznacza na powitanie 

syna, którego natychmiast przytuliła do siebie.

- Zobacz! - oznajmiła babci. - Za każdym razem, kiedy go widzę, wygląda lepiej.

Postronny obserwator nie widziałby w tym nic złego, ale ktoś, kto znał moją mamę tak 

dobrze jak ja, wykryłby w jej głosie nutę żalu: „że też ktoś tak wspaniały marnuje się w 

rękach Mirandy”.

- Świetny facet! - Bunia dosłownie zgniotła w uścisku dużo wyższego od niej Joeya, a 

potem zaciągnęła go do kanapy, na której usiadł posłusznie Artie. - Znasz oczywiście Artiego 

Matarrazzo, prawda?

background image

Joey uścisnął dłoń starszego pana z takim samym zdziwieniem, jakie zademonstrował 

przed   chwilą   Sonny   na   widok   zarumienionej   i   promieniującej   szczęściem   babci,   która 

najwyraźniej   flirtowała   z   kimś,   kto   nie   był   naszym   dziadkiem.   Tylko   że   dziadek   umarł 

dziesięć lat temu.

Na szczęście nikt nie miał  czasu dłużej zajmować się Artiem, bo Tracy i Timmy 

przypuścili frontalny szturm na pokój. W powietrzu zaczęły latać poduszki. Gdyby mama 

natychmiast nie złapała ich w objęcia i nie zasypała gradem prezentów schowanych zawczasu 

za kanapą, straty mogłyby być wielkie. Bliźniaki miały niebieskie oczy, brązowe kręcone 

włosy i nikt nie mógł się im oprzeć. Jednak mama przejmowała opiekę nad nimi z takim 

zadowoleniem, jakby chciała coś udowodnić Mirandzie.

Wszelkie podskórne animozje - o ile istniały i nie były moim wymysłem - zniknęły, 

kiedy do pokoju weszła babcia.

- Obiad gotowy - oznajmiła.

Dopiero   kiedy   zasiedliśmy   za   stołem   -   ja   zostałam   usadzona   pomiędzy   Trący   i 

Timmym,  co miało  uniemożliwić  im ciągnięcie  się za włosy - do Sonny’ego  dotarło, że 

jestem sama.

- A gdzie jest Kirk? - zapytał z pełnymi ustami makaronu z bakłażanem.

- Kto to jest Kirk? - dopytywała  się Trący.  Najwyraźniej  zapomniała,  że podczas 

poprzedniej wizyty dosłownie wisiała na Kirku, który rozbawiał ją swoimi dowcipami.

- Ale z ciebie idiotka. - Brat popatrzył na nią z dezaprobatą. - Kirk to chłopak Angeli.

- Sam jesteś idiotą! - zawołała Tracy i za moimi plecami złapała brata za włosy.

-   Kirk   pojechał   odwiedzić   rodziców   -   wyjaśniła   zebranym   mama   i   uniosła 

powątpiewająco brwi, jakby zachęcając zebranych do spekulacji.

- To on ma jakiś dom? - zdziwił się Sonny. - Tak często bywa u nas na obiadach, że 

byłem pewien, że nie ma.

- Jego rodzina mieszka chyba gdzieś w Massachusetts, prawda? - wtrąciła się Vanessa, 

wyraźnie dumna, że pamięta takie szczegóły.

- W Newton. Sześć godzin drogi pociągiem. - Miałam nadzieję, że zdobyłam się na 

swobodny ton. Nie zamierzałam informować nikogo, że Kirk nigdy nie jeździ pociągiem, 

tylko lata samolotem, bo ma tyle bonusowych punktów, że prawdopodobnie mógłby dostać za 

nie bezpłatne bilety nie tylko dla siebie, ale i dla mnie. Potem spojrzałam na mamę znacząco. 

- Niech ci się nie wydaje, że wystarczy jeden skok i już jest w domu.

- Przecież ja nic nie mówiłam - oburzyła się, udając, że wcale nie robiła min.

I kiedy wydawało się, że temat został wyczerpany, Miranda postanowiła się wtrącić:

background image

-   Poznałaś   już   jego   rodziców?   -   zapytała   na   cały   głos.   Zastanawiałam   się,   jak 

sensownie odpowiedzieć, ale wyręczyła mnie mama.

- Nie. Nie uważacie, że to źle?

- Jak to: źle? - Joey spojrzał na mamę, jakby nie zrozumiał.

- Po prostu uważam, że jeśli mężczyzna ma poważne zamiary... - zaczęła mama.

- Co? Myślisz o tym, żeby wyjść za tego faceta? - Sonny najwyraźniej uznał, że musi 

się wypowiedzieć w sprawie przyszłości swojej młodszej siostry.

- Dlaczego ma o tym  nie myśleć?  - oburzyła  się mama. - Przecież zaraz skończy 

trzydzieści jeden lat.

- Lepiej poczekaj. Wiem, co mówię - mruknęła Miranda. - Wyszłam za Freddiego, 

mając dwadzieścia pięć lat, i zobacz, jak to się skończyło. - Wywróciła oczami, jak zwykle 

gdy mówiła o swoim byłym mężu.

W tym momencie moja mama otworzyła usta i zaraz je zamknęła, wydając z siebie 

dość głośne westchnienie. Potem przeniosła wymowne spojrzenie ze swojego ukochanego 

pierworodnego   na   jego   przyszłą   żonę,   jakby   chciała   dać   do   zrozumienia   wszystkim,   że 

Miranda nie mogła lepiej trafić.

- Bez przesady. Vanessa też miała dwadzieścia pięć, kiedy za mnie wyszła. I jesteśmy 

bardzo szczęśliwi, prawda, kochanie? - Sonny pochylił się ku niej i oboje czule potarli się 

nosami.

Poczułam, że... że bardzo chciałabym być kiedyś w podobnej sytuacji. Ale trwało to 

tylko chwilkę.

- Ja też byłam bardzo młodą panną młodą - wtrąciła babcia. - I co? - Rzuciła Artiemu 

znaczące spojrzenie. - Zostałam młodą wdową. Czasy się zmieniły. Dzisiaj kobiety zmieniają 

mężczyzn. Chcą im się dobrze przyjrzeć, zanim wezmą któregoś do siebie.

- Ja wyszłam za mąż, mając dwadzieścia dwa lata. I co w tym złego? - wtrąciła się 

mama z buntowniczą miną - Kochaliśmy się. Chcieliśmy być razem.

Zdałam sobie sprawę, że tym razem trafiła w samo sedno Nie wiedziałam, czy Kirk 

chce być ze mną. Być naprawdę Dlatego tak mnie bolało, że wyjeżdża sam.

-   Prawdę   mówiąc,   najbardziej   podobał   mi   się   ten   pierwszy   facet,   z   którym   się 

umawiałaś - powiedział Sonny. - Jak on się nazywał? Vincent Salerno? Co się z nim dzieje?

- Ożenił się - oznajmiła mama triumfalnie, jakby ten fakt miał dowodzić jej racji. - 

Ponad dziewięć lat temu.

- No, proszę - parsknął śmiechem Sonny. - A nie tak dawno byłaś na ślubie tego 

drugiego. Lepiej nie czekaj, bo zwiną ci sprzed nosa wszystkich porządnych facetów.

background image

-   Nie   wszystkich   -   powiedziała   babcia,   patrząc   na   Artiego   takim   wzrokiem,   że 

biedaczek zamarł z widelcem uniesionym w pół drogi. Szyję miał czerwoną jak rak.

Wszystko wskazywało na to, że nawet własna babcia wyprzedzi mnie w drodze do 

ołtarza.

- Odczepcie się od Angeli. Ona jest inna - wzięła mnie w obronę Yanessa. - To typ 

artystyczny.

Vanessa mówiła z silnym brooklińskim akcentem i słowo brzmiało jak „autystyczny”. 

Na szczęście nikt nie skomentował jej uwagi, jeśli nie liczyć Trący, która przypomniała sobie, 

że pokazywałam im kiedyś układy ćwiczeń z „Rośnij zdrowo”, i wykrzyknęła:

- Angela, stań jeszcze raz na głowie, dobrze?

- Nie ma mowy - przerwał Joey, widząc, że dziewczynka już zerwała się z krzesła. - 

Najpierw obiad. Może potem Angela pokaże wam kilka swoich sztuczek.

Sztuczek! I tak z artystki zmieniłam się w cyrkówkę. Westchnęłam ciężko. Może ze 

mną naprawdę jest coś nie tak?

background image

Zadzwoniłem, by krzyczeć, że cię kocham

Nie ma nic gorszego niż powrót do pustego mieszkania w niedzielny wieczór. Chyba 

że   wracasz   do   pustego   mieszkania   pełnego   śladów  cudzego   szczęścia.   Sądząc   po   dwóch 

kieliszkach po winie stojących obok siebie na stole w jadalni i zapachu aromatycznych świec, 

Justin i Lauren spędzili romantyczne sam na sam. Do telefonu przyczepiona była karteczka do 

mnie. Justin nabazgrał w wyraźnym pośpiechu, że odwozi Lauren na La Guardię. Taksówką 

ma się rozumieć, bo nie miał samochodu. Znaczyło to, że wydaje ostatnie pieniądze po to, 

żeby być godzinę dłużej z kobietą, którą opisał mi kiedyś jako „najlepszą rzecz, na jaką trafił 

w całym swoim życiu”.

Czy doczekam się, że ktoś powie o mnie, że jestem najlepszą rzeczą, na jaką trafił w 

życiu?   Zrezygnowana  przeszłam  do  salonu, gdzie   okazało  się,  że  kanapa  numer  trzy  nie 

zajmuje   już   honorowego   miejsca   na   środku   pokoju.   Najwyraźniej   pod   wpływem   Lauren 

Justin zgodził się przesunąć ją na bok. Co więcej - pozwolił przykryć swój mocno przetarty 

nabytek   jasnobłękitną   narzutą,   która   po   bliższym   przyjrzeniu   okazała   się   jednym   z   jego 

prześcieradeł.   Teraz   kanapa   numer   trzy   stała   równolegle   do   kanapy   numer   dwa   przed 

największym z naszych czterech telewizorów, przez co ten kąt pokoju zaczął przypominać 

małe   kino.   Jako   „typ   artystyczny”   przyjęłam   to   z   pewnym   zadowoleniem,   chociaż   taka 

aranżacja wnętrza pozbawiała nas kolejnego metra przestrzeni życiowej. Rozparłam się na 

siedzeniu  i sięgnęłam  po pilota.  Jednak nie mogłam  skupić się na ekranie,  bo co chwila 

zerkałam na wiszący na przeciwległej ścianie zegar.

Siódma. Za pięćdziesiąt minut wyląduje samolot Kirka (nie żebym sprawdzała jego 

bilet zobaczyłam to przypadkiem). Bez czekania na bagaż (Kirk podróżował tylko z bagażem 

podręcznym),   po   pięciu   minutach   powinien   znaleźć   się   na   postoju   taksówek.   Dojazd   do 

Midtown Tunnel zabierze mu dwadzieścia minut. Przejazd przez tunel - około dziesięciu (tak 

- w niedzielny wieczór można spodziewać się dużego ruchu). Jego mieszkanie znajdowało się 

dokładnie sześć minut  od wyjazdu z tunelu (sam zmierzył  czas), czyli  przypuszczalnie o 

ósmej trzydzieści jeden wieczorem Kirk stanie przed domem. Dałam mu jeszcze dwie minuty 

na wejście po schodach i dwadzieścia na rozpakowanie się (Kirk nigdy nie usiadł, dopóki nie 

rozpakował   torby   i   nie   ułożył   na   miejscu   swoich   przyborów   toaletowych.   Na   początku 

uważałam, że to nieszkodliwy bzik. Zaczęło mnie to wkurzać, kiedy po kolejnym weekendzie 

czekałam i czekałam, aż się do mnie odezwie). W ten sposób doszliśmy do ósmej pięćdziesiąt 

trzy. Około dziewiątej powinien do mnie zadzwonić i powiedzieć, jak bardzo za mną tęsknił.

background image

Muszę   spokojnie   odczekać   dwie   godziny.   Potem   uzyskam   potwierdzenie,   że   nasz 

dwudziestomiesięczny związek ma sens, mimo że Kirk jeszcze nigdy nie uznał za stosowne 

zaprosić   mnie   do   swoich   rodziców.   Czepiam   się.   W   końcu   kochamy   się,   do   cholery. 

Powiedzieliśmy to sobie po trzech miesiącach chodzenia. Do ósmego miesiąca cieszyliśmy 

się tym codziennie. Po roku uznaliśmy to za oczywiste. A teraz? Trochę ją, to znaczy naszą 

miłość, zaniedbaliśmy. Bo skoro coś jest takie pewne...

W takim razie nie jest ważne, że Kirk nie zabiera mnie ze sobą do rodzinnego domu. 

Wystarczy pomyśleć, ile nas łączy! Jestem pewna, że gdybym choć raz otworzyła usta (Grace 

zawsze mi powtarza, że muszę nauczyć się mówić, czego chcę) i przyznała się, jak bardzo mi 

zależy   na   tym,   żeby   wziął   mnie   do   swoich   rodziców,   Kirk   natychmiast   by   mi   to 

zaproponował. Kto wie, może  nawet zacząłby żałować, że nie zaprosił mnie teraz? Albo 

nawet przyspieszyłby kolejny wyjazd do rodziców, żeby spełnić moje życzenie?

Pocieszając się podobnymi  myślami,  zaczęłam bezmyślnie  wpatrywać  się w ekran 

telewizora.  Znowu spojrzałam na zegar. Została jeszcze godzina. Spędziłam ją, oglądając 

program   o   zagrażających   życiu   ludzkiemu   bakteriach,   żyjących   w   pozornie   niewinnych 

przedmiotach codziennego użytku, które wszyscy mamy w domach. Już, już dochodziłam do 

wniosku, że w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, na jakie jestem narażona, nie warto 

martwić się tym, czy wyjdę za mąż, kiedy znowu sprawdziłam czas. Dochodziła dziewiąta. 

Zapominając   o   zagrożeniu,   skoczyłam   na   równe   nogi   i   pognałam   do   sypialni,   żeby   się 

przebrać.   Kiedy   człowiek   zamierza   spędzić   dłuższy   czas   ze   słuchawką   telefoniczną   przy 

uchu, lepiej jest wyciągnąć się na łóżku w wygodnych, domowych ciuchach.

Zaczęłam sobie wyobrażać, że Kirk szepcze mi do ucha, że za mną tęskni. Wprawdzie 

nigdy nie był  zbyt  wylewny,  ale  po każdym  jego powrocie  z podróży spodziewałam  się 

wybuchu silniejszych uczuć. Raz nawet czekałam u niego w mieszkaniu, ubrana w czarny 

koronkowy stanik i stringi. Dopowiedzcie sobie sami, z jaką pasją kochaliśmy się tamtej 

nocy.

Dziewiąta   dziesięć.   Dlaczego   nie   dzwoni?   Dlaczego   jeszcze   nie   słyszę:   „Cześć, 

maleńka. Bałem się, że umrę z tęsknoty” albo czegoś podobnego. Może samolot się spóźnił?

Usłyszałam   zgrzyt   klucza   w   zamku.   Czyżby   Kirk   postanowił   wpaść   w   drodze   z 

lotniska?

- Cześć! - zawołał Justin z holu.

No tak. Niespodziewana wizyta nie była w stylu Kirka. I to nawet nie dlatego, że nie 

umiał być romantyczny. Po prostu - był zbyt uporządkowany.

background image

-   Cześć.   -   Weszłam   do   salonu,   gdzie   Justin,   siedząc   na   kanapie   numer   trzy,   w 

pośpiechu zrzucał adidasy.

- Lauren wyleciała bez kłopotów? - zapytałam z troską w głosie.

Podtekst pytania był jasny. Musiałam się dowiedzieć, czy są jakieś opóźnione loty.

-   Punktualnie   jak   w   zegarku   -   westchnął,   potem   przeniósł   wzrok   na   dwa   puste 

kieliszki.

- Boże! Nie znoszę patrzeć, jak Lauren wyjeżdża.

Każda dziewczyna oddałaby wszystko, żeby zobaczyć taki wyraz twarzy u swojego 

ukochanego! Tyle tylko, że trwał jedną krótką chwilę. Wyraz twarzy Justina, oczywiście. Bo 

zaraz potem spojrzał na zegarek i strzelił palcami.

- Angie? Muszę natychmiast włączyć telewizor. Yankees grają z Red Sox. Słyszałem 

w taksówce, że wygrywają! 

Miałam odpowiedź. Kirk był fanem Red Sox. Całkiem możliwe, że po powrocie do 

domu włączył telewizor, żeby obejrzeć końcówkę meczu.

- Jeee! - wrzasnął Justin razem z kibicami na stadionie.

Tak. To nie tylko było możliwe. To było pewne. Przegrałam z baseballem.

Usiadłam obok Justina i zaczęłam oglądać mecz. Nawet się wciągnęłam. Ale żeby dla 

czegoś podobnego zapominać o przyjaciołach, rodzinie i ludziach, których się kocha? Tego 

nie mogłam zrozumieć.

Czas uciekał. Yankees prowadzili pięcioma punktami.

Justin promieniał.

Zastanawiałam   się,   czy   nie   zadzwonić   do   Kirka,   żeby   go   pocieszyć,   ale 

zdecydowałam,   że   nie   będę   odciągać   go   od   meczu.   I   tak   nie   będzie   najszczęśliwszym 

człowiekiem pod słońcem, kiedy w końcu zadzwoni.

Po meczu Justin postanowił świętować zwycięstwo.

- Lecę na dół po piwo i skrzydełka. Przynieść ci coś?

- Nie, dziękuję.

Wycofałam się chyłkiem do sypialni, żeby w samotności odbyć długo oczekiwaną 

rozmowę z Kirkiem. Byłam spięta i bałam się, że zrobię jakieś głupstwo - na przykład zacznę 

na niego wrzeszczeć.

Odebrał po drugim dzwonku.

- Cześć, Kluseczko. Właśnie miałem do ciebie dzwonić... 

Szkoda. Gdybym odczekała trzydzieści sekund, byłabym górą. Mimo to cieszyłam się, 

że go słyszę.

background image

- Ale z baseballem nikt nie wygra - zażartowałam.

- Co ty!  - oburzył  się. - To była  parodia,  nie mecz.  Nie mogłem  na to patrzeć  i 

wyłączyłem telewizor. - I jakby uprzedzając moje pytanie, dlaczego nie zadzwonił, szybko 

dodał: - Rozpakowywałem się, trochę porządkowałem dom...

- Jak minął weekend? - Postanowiłam zachowywać się jakby nigdy nic.

-   Świetnie!   -   Od   razu   się   rozchmurzył.   I   zaczął   szczegółowo   opowiadać   mi   o 

wszystkim.   O   tym,   jak   grał   w   nogę   z   kuzynami   na   legendarnej   łące   swoich   rodziców. 

Legendarnej   dla   mnie,   bo   tylko   o   niej   słyszałam.   I   to   wielokrotnie.   O   tym,   że   niańczył 

dziecko, które właśnie urodziła jego siostra Kate. Matka Kirka postanowiła nazwać wszystkie 

swoje dzieci imionami na literę K. Żeby było zabawniej, Kate poślubiła Kennetha, a teraz 

urodziła się im córeczka, którą postanowili nazwać Kimberly.  O tym,  że spotkał nowego 

chłopaka swojej drugiej siostry Kayli. Ciekawe, czy i jej udało się poznać kogoś na literę K?

Ale zaraz!

Nowego chłopaka Kayli?!

Był tam nowy chłopak Kayli?

- A... od jak dawna Kayla się z nim spotyka? - Miałam nadzieję, że facet jest „nowy” 

tylko dla Kirka, który bywa w domu dwa razy do roku i nie wszystko musi zauważyć. Za 

wszelką cenę musiałam się dowiedzieć, dlaczego chłopak Kayli tam był, a ja nie.

- Bo ja wiem...Jakieś kilka miesięcy.

Kilka miesięcy! Uspokój się, powtarzałam sobie. Bądź ponad to.

- Miło wygląda, ale kto wie, co z nim będzie? - dodał. - Kayla zmienia chłopaków jak 

rękawiczki.

Spokój!

- A ciebie nikt nie wypytywał o twoją dziewczynę? - Wiedziałam, że pogrywam i Kirk 

może domyślić się, że wyciągam go na spytki, ale nie było innego wyjścia. Musiałam się 

dowiedzieć.

- Jasne, że tak - prychnął. - Od kiedy zerwałem z Susan, moja mama za każdym razem 

próbuje coś ze mnie wyciągnąć. Ona chyba bardzo polubiła Susan...

Polubiła Susan!

- ...ale ja nie jestem taki głupi. Gdybym pisnął choć słówko na ten temat, rzuciliby się 

na mnie jak stado głodnych piranii. Oni nikomu nie popuszczą.

- Na jaki temat?

- No, wiesz: czy mam dziewczynę i tak dalej. A niech tam, postanowiłam.

background image

- Kirk, czy chcesz mi powiedzieć, że po prawie dwóch latach oni w ogóle nie wiedzą, 

że ja istnieję?

- Udało im się ze mnie wyciągnąć, że kogoś mam. I tyle. Wolę rozmawiać o założeniu 

własnej firmy...

- Kogoś masz? - przerwałam. - Bardzo cię przepraszam, to niby ja jestem tym kimś?

Po   drugiej   stronie   zapadła   cisza.   Ten   dureń   dopiero   teraz   zdał   sobie   sprawę,   że 

wygłaszając swoje nonszalanckie uwagi, wszedł na pole minowe.

- Angie, przecież wiesz, o czym myślę - powiedział w końcu. - Sama mi mówiłaś, że 

im mniej twoja mama wie o tobie, tym lepiej.

-   Chodziło   o   to,   co   jem,   o   której   wracam   do   domu   i   w   co   się   ubieram.   Nie   o 

człowieka, za którego być może chcę wyjść za mąż.

No i stało się. Cisza była jeszcze dłuższa i bardziej napięta. Ale nie gorsza niż to, co 

za chwilę usłyszałam.

- Angie! - Kirk westchnął ciężko. - Wiesz, jaki mam do tego stosunek... Szczególnie 

teraz, kiedy muszę się skupić na swojej firmie. Wydawało mi się, że to rozumiesz. Wydawało 

mi się...

W tym momencie przestałam słuchać. Miałam dość. Dość tego, co mu się wydawało. 

Dość jego zdrowego rozsądku. Chciałam odrobiny romantyzmu. Pasji. Chciałam być z kimś, 

kto   nie   wyobraża   sobie   życia   beze   mnie.   I   chciałam,   żeby   tym   kimś   był   Kirk.   Czy   to 

naprawdę było zbyt wiele?

- A! I jeszcze coś - dotarły do mnie jego słowa. - Nie zapomnij wziąć ze sobą mój 

kompakt kiedy się jutro do mnie wybierzesz, dobrze?

Nie wiem, jak to się stało. Może sprawił to jego znudzony ton, a może pewność, z jaką 

zakładał, że będę jutro u niego. A może fakt, że - dosłownie i w przenośni - wyrzucił mnie z 

orbity rodzinnego weekendu. Dość, że niespodziewanie dla samej siebie wdrożyłam w życie 

plan Michelle.

- Wiesz, jutro wieczorem umówiłam się z Grace - powiedziałam.

- Aha. Dokąd idziecie?

Chciałbyś wiedzieć, pomyślałam z triumfem. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, 

że nie wiem, dokąd idę z Grace, która jeszcze nie wie, że w ogóle dokądś idziemy.

- Na zakupy.

- Bawcie się dobrze - mruknął. Kirk nie znosił zakupów, chyba że szliśmy do salonu 

komputerowego. - Przyjdź później, jeśli będziesz miała ochotę.

- Będę zbyt zmęczona. Sam wiesz, jak człowiek czuje się po zakupach.

background image

- Wiesz, może to i lepiej. Mam teraz mnóstwo roboty, więc będę mógł zostać dłużej w 

pracy. No, to idę spać. Jutro czeka mnie ciężki dzień.

- Mnie też.

Powiedzieliśmy sobie do widzenia. Odłożyłam słuchawkę, ale nie byłam zadowolona. 

Do otwarcia tej przykrywki potrzebna jest gumowa rękawica. Albo młot.

-   Dobrze!   -   Pochwaliła   mnie   Michelle,   kiedy   we   wtorek   opowiedziałam   jej   o 

wszystkim. - Wytrzymaj go kilka dni.

- Kilka dni?

Nie myślałam, że to ma trwać aż tyle. Poprzedniego dnia okazało się, że Grace jest już 

umówiona z Drew i nie da się wyciągnąć do Bloomingdale’a, nawet jeśli to miałoby uczynić 

ze   mnie   prawdomówną   i   uczciwą   kobietę.   Dzisiaj   z   kolei   wybierała   się   na   biznesowe 

przyjęcie.   Po   skończonej   zmianie   w  Lee   &   Laurie   czekał   mnie   więc   powrót   do  domu   i 

kolejny samotny wieczór przed telewizorem.

Pierwszy krok planu Michelle był bardziej bolesny dla mnie niż dla Kirka. I właściwie 

trudno się temu dziwić. Zrobiłam fatalny błąd, popełniany przez wszystkie kobiety, które zbyt 

mocno   zaangażują   się   w   związek   -   porzuciłam   „swoje   życie”   na   rzecz   „naszego   życia”. 

Wystarczy spojrzeć na dowolny tydzień:

Poniedziałek:   o   szóstej   rano   „Rośnij   zdrowo”.   Wstaję   tylko   dlatego,   że   zaraz   po 

nagraniu   mam   zamiar   kupić   nowy   numer   branżowego   pisma   „Backstage”,   w   którym   na 

pewno   znajdę   tę   wymarzoną   rolę   w   filmie   lub   telewizji   (jest   to   możliwe,   bo   nie   tylko 

zdobyłam   doświadczenie   w   pracy   przed   kamerą,   ale   jestem   członkiem   obu   aktorskich 

związków   zawodowych   -  telewizyjnego   i   filmowego.   A  wszystko   dzięki   kilku   skokom   i 

skłonom).   Niestety,  w  drodze   powrotnej  zapominam   kupić   „Backstage”,  bo  postanawiam 

złożyć niespodziewaną wizytę Kirkowi w jego biurze. Jemy świeże bagietki i obijamy się, aż 

Kirk przypomina sobie, że ma tyle pracy, że nie może jeść i obijać się tak długo i wysyła 

mnie do domu.

Wtorek: „Rośnij zdrowo”. Czasami śniadanie z Colinem. Planuję zakup wczorajszego 

„Backstage,” ale zwykle wracam prosto do domu, żeby obejrzeć jakiś film (Justin ma spory 

zbiór kaset) albo czytać „Dzieła zebrane” Augusta Strindberga (tylko wtedy, kiedy chcę się 

zdołować). Dziesięć po drugiej okazuje się, że nie mam szansy dojechać na czas do Lee & 

Laurie (moja zmiana zaczyna się o trzeciej i trwa do dziesiątej wieczorem). Biorę szybki 

prysznic, ubieram się i dojeżdżam na miejsce o trzeciej piętnaście. Po pracy wsiadam do 

autobusu, który wiezie mnie do Kirka (tym samym zapewniam sobie udane życie seksualne i 

unikam przesiadki do autobusu jadącego do mnie, który nigdy nie trzyma się rozkładu jazdy).

background image

Środa:   „Rośnij   zdrowo”.   W   tym   dniu   Rena   lubi   robić   zebrania.   Kiedy   do   nich 

dochodzi,   musimy   z   Colinem   wysłuchiwać   jej   bzdurnych   i   nierealnych   pomysłów 

związanych] z programem. Potem jem lunch z Colinem. Ja krytykuję Renę. (Colin jej broni) 

aż do wyjścia do pracy w Lee & Laurie. Kończę o dziesiątej. Jadę do Kirka.

Czwartek: „Rośnij zdrowo”. Po śniadaniu, które na ogół zjadamy razem z Colinem, 

podejmuję decyzję, że ostatni numer „Backstage” jest już nieaktualny i nie warto wydawać na 

niego kasy. Czasami wracam do domu, żeby trochę posprzątać (daremny trud, kiedy mieszka 

się z kimś takim jak Justin, ale nie mogę się powstrzymać), a czasami nie wiem, jakim cudem 

znajduję sklep oferujący kolejną zdradliwą przecenę i całymi godzinami przekonuję siebie, że 

potrzebna mi jest jeszcze jedna streczowa czarna koszulka. O ile zasiedzę się w mieście zbyt 

długo, jadę prosto do Lee & Laurie. Czasami nawet się nie spóźniam. A po pracy? Dokąd 

jadę? Tak. Jasne że do Kirka.

Piątek: „Rośnij zdrowo”. Ponieważ w piątki nie pracuję w Lee & Laurie i nie mogę 

robić   planów   na   przyszłość   z   powodu   nieaktualnego   już   „Backstage”,   zawsze   znajduję 

sposób, żeby zmarnować dzień. Pożyczam sobie na przykład wszystkie filmy z Bette Da vis. 

Albo robię pedicure. W końcu idziemy z Kirkiem zjeść gdzieś kolację albo siedzimy w domu 

jak stare małżeństwo. (nie żeby on tak uważał).

Sobota:   straszny   dzień,   bo   moja   zmiana   w   Lee   &   Laurie   trwa   od   dziesiątej   do 

czwartej. Nie można powiedzieć na mnie złego słowa, kiedy po czymś tak strasznym jadę 

prosto   do   Kirka.   Zamawiamy   sobie   coś   do   jedzenia   i   siedzimy   przed   telewizorem   albo 

idziemy do kina.

Niedziela: dzień wypoczynku, chyba że mamie uda się mnie przekonać, że zachodzi 

absolutna konieczność przyjazdu na rodzinny obiad. Kirk oczywiście jedzie ze mną. Uwielbia 

jedzenie   mojej   mamy   i   nigdy   jeszcze   nie   powiedział   „nie”   na   niedzielne   popołudnie   w 

Brooklynie.

Po tym wyliczeniu łatwiej zrozumieć, o co mi chodzi. Równie dobrze moglibyśmy 

być z Kirkiem małżeństwem. W końcu nic by się przecież nie zmieniło.

Wytrzymałam jeszcze jeden dzień. Powiedziałam Kirkowi, że muszę popracować nad 

nowym monologiem.

- Naprawdę? - zapytał zaskoczony.

Wcale się nie dziwię, że był zaskoczony. Od kiedy występuję w „Rośnij zdrowo”, 

przestałam chodzić na jakiekolwiek przesłuchania. Po co? Uznałam, że podążam drogą ku 

sławie, tyle że w żółtym trykocie.

background image

Chyba już najwyższy czas wrócić do swojego poprzedniego ja. Przypomnieć sobie, że 

zachwycałam tłumy swoją przenikliwą interpretacją Panny Julii. Gdybyście nie zrozumieli, 

powtórzę - byłam kiedyś prawdziwą aktorką. Ale życie jest brutalne - aktor musi zarabiać, by 

przeżyć.

- Co robisz w domu? - zapytał Justin, wracając nie wiadomo skąd.

Nie z pracy, bo niedawno odrzucił jakąś małą rólkę. Ostatnio zresztą pracował coraz 

mniej.   Wszystko   z   powodu   kilku   reklam   międzymiastowych   rozmów   telefonicznych,   w 

których   wziął   udział.   W   pierwszym   filmie   zmachany,   ale   wspaniały   Justin   gnał   przez 

uniwersytecki   kampus,   wbiegał   po   schodach,   wpadał   do   pokoju   po   to,   aby   podnieść 

słuchawkę   i   powiedzieć:   „Cześć,   mamo”.   Widzom   tak   bardzo   spodobał   się   jego   uroczy 

uśmiech, że zaproszono go do dwóch kolejnych filmów zakończonych identycznie czułym 

„Cześć, mamo”. Reklamówki nadawano przez cały rok nawet podczas przerw niedzielnej ligi 

i Justin do dziś mógł w miarę swobodnie żyć z pieniędzy, które wówczas zarobił. Pewnie 

dlatego coraz trudniej wstawało mu się rano.

- Widzisz chyba, że nic nie robię - mruknęłam niechętnie. Zignorował moją niemiłą 

odpowiedź i rozsiadł się na kanapie tuż obok. Muszę przyznać, że czasami irytował mnie 

swoim beztroskim stosunkiem do życia.

- Gdzie Kirk? - zapytał. Nawet on zauważył, że moje życie kręci się wokół Kirka. 

Skoro wieczorem byłam w domu, musiało to coś znaczyć.

- Nie wiem. Chyba w domu - odpowiedziałam, przełączając z uwagą kanały. Miałam 

nadzieję, że udało mi się zachować obojętną minę. Nie chciałam nikomu opowiadać o planie 

Michelle.   Plan   był...   upokarzający.   Ale   konieczny.   Zdemaskowałam   się   jednak,   kiedy 

zadzwonił telefon.

- Jeśli to Kirk, nie ma mnie w domu - wybąkałam, zaczerwieniona po uszy.

Justin uniósł brew i podniósł słuchawkę.

- Halo?  Cześć, stary.  Angie?  Nie, nie  ma  jej  w domu.  Ale  nie sprawdzałem  pod 

dywanem. Dobra, powiem jej, że dzwoniłeś. Trzymaj się, Kirk.

Rozłączył się i spojrzał na mnie badawczo. Udawałam, że tego nie zauważam.

- Po co do mnie dzwoni? Przecież mu powiedziałam, że jestem zajęta - prychnęłam, 

pogrążając się jeszcze głębiej.

Justin otworzył szeroko oczy.

- Co ty wyrabiasz, Angie?

- Nic!

background image

-   Tylko   mi   nie   mów,   że   próbujesz   tych   głupich,   babskich   sztuczek!   -   zawołał.   - 

Zawsze myślałem, że ty nie pogrywasz.

-   Bo   nie   pogrywam   -   upierałam   się,   chociaż   już   wtedy   dotarło   do   mnie   z   całą 

jasnością, że zachowuję się dokładnie jak te kobiety, którymi zawsze pogardzałam.

background image

Róża (nawet jeśli okaże się czymś innym) zawsze zrobi swoje

Gardziłam sobą za kłamstwa, do których się uciekałam, żeby uniknąć Kirka. Moja 

pogarda do siebie jeszcze by wzrosła, gdyby w sobotę po południu nie wydarzyło się coś 

niebywałego. Po skończonej zmianie w Lee & Laurie okazało się, że Kirk czeka na mnie 

przed biurem.

- Hej! - zawołał, kiedy zobaczył mnie w drzwiach.

- Kirk! Co tu robisz? - zawołałam kompletnie zaskoczona. Tak spontanicznie, tak... 

romantycznie zachowywał się w pierwszych miesiącach po naszym poznaniu się.

- Czekam na  ciebie.  Zapomniałem,  jak wyglądasz.  - Objął mnie  i przyciągnął  do 

siebie.   -   Stęskniłem   się   za   tobą   -   powiedział   i   pocałował   mnie   delikatnie   w   usta,   a   ja 

poczułam, że ogarnia mnie fala ciepła.

Czy można więc mieć do mnie pretensje o to, że uciekam się do głupich, babskich 

sztuczek? Dodam, że poszliśmy stamtąd prosto do niego i kochaliśmy się tak, jakby to była 

ostatnia nasza wspólna noc na ziemi.

Dwa orgazmy później byłam pewna, że nie muszę już pogardzać sobą.

Dlatego właśnie we wtorek wieczorem siedziałam z Michelle przy małym stoliku w 

barze niedaleko naszego biura. Wlewałam w nią koktajl za koktajlem, a sama przypalałam 

papierosa za papierosem, które zresztą wyciągałam z jej paczki, i opowiadałam o zwrocie, 

jaki nastąpił w moim związku z Kirkiem. Z niepokojem czekałam na następne rady.

To chyba było nasze pierwsze wspólne wyjście od czasów szkoły średniej. Nigdy nie 

byłyśmy specjalnie zaprzyjaźnione. Spotykałyśmy się, bo kiedy ja chodziłam z Vincentem, 

Michelle   była   dziewczyną   jego   kuzyna   Eddiego.   Włóczyliśmy   się   wtedy   po   ulicach   w 

poszukiwaniu przygód, zachodziliśmy do tanich kin i barów, bo na nic innego nie było nas 

stać. W takich sytuacjach dobrze jest mieć obok inną dziewczynę, choćby po to, żeby ktoś 

powiedział ci, że na zębach masz ślady szminki albo że jakaś pannica ostentacyjnie flirtowała 

z twoim chłopakiem. Nasze drogi rozeszły się, kiedy Michelle zaczęła chodzić z Frankiem, 

który prowadzał się z inną paczką. Prawdopodobnie nigdy by się nie zeszły, gdyby nie moja 

mama.   Kiedy   rzuciłam   posadę   w   branży   odzieżowej,   zdążyła   opowiedzieć   wszystkim   w 

okolicy (w tym mamie Michelle, na którą wpadła przypadkiem w supermarkecie), że jestem 

bez   pracy,   bez   pieniędzy   i   bez   szans   na   emeryturę.   Mama   Michelle   zrewanżowała   się 

opowieścią o błyskotliwej karierze  swojej córki, o ruchomych  godzinach pracy w Lee & 

Laurie, i skontaktowała nas ze sobą.

background image

Teraz okazało się, że to dzięki Michelle udało mi się minimalnie podważyć wiadomą 

przykrywkę.   Dlatego   mimo   wszelkich   wątpliwości   zwróciłam   się   do   niej   po   wskazówki 

dotyczące następnego, drugiego, kroku.

- Musisz wzbudzić w nim zazdrość - powiedziała, zaciskając szczęki i zdecydowanie 

kiwając głową.

- Zazdrość?

- Właśnie. Krok drugi polega na tym,  żeby przekonać Kirka, że nie jest jedynym 

facetem, któremu na tobie zależy.

Łatwo   jej   mówić.  Kirk  nie   jest   typem  zazdrośnika.  Doskonale   pamiętałam  pewne 

zdarzenie.  Dawno temu, w pierwszych  miesiącach naszego związku, kiedy szarpały nami 

burze namiętności, ja niespodziewanie stałam się obiektem pożądania wielu mężczyzn. Jeden 

z adoratorów szedł kiedyś za mną z pracy do samego domu, próbując wyciągnąć ode mnie 

numer telefonu. Kirk, który czekał na mnie wtedy na schodach (tak, tak - tak kiedyś bywało), 

wcale się tym nie przejął. Odwrotnie - był szczerze ubawiony.

- To dlatego, że nie potraktował tamtego faceta serio. Teraz trzeba wytoczyć ciężką 

artylerię.   Musi   zobaczyć,   że   komuś   bardzo   na   tobie   zależy.   -   Michelle   zmrużyła   oczy   i 

zamyśliła się głęboko. - Kwiaty - powiedziała w końcu. - Musisz dostać kwiaty od innego 

mężczyzny.

W   myślach   zrobiłam   przegląd   wszystkich   znajomych   mężczyzn.   Jedynie   Randy 

kupował mi czasami kwiaty, ale on był niepoprawnym romantykiem. Poza tym Randy od 

pięciu lat jest żonaty i nie ma ochoty na kupowanie mi czegokolwiek - poza jednym drinkiem, 

kiedy przypadkiem się spotykamy.

- Niby kto ma mi przysłać kwiaty? - zapytałam.

- Całe piękno tego planu polega na tym - wyjaśniła Michelle - że facet nie jest ci do 

niczego potrzebny. Sama sobie przyślesz kwiaty.

- Sama? - Plan wydał mi się idiotyczny. I kosztowny.

- Może mam też sama podpisać bilecik?

-   Nie,   nie.   -   Potrząsnęła   głową   i   popatrzyła   na   mnie   z   politowaniem.   Znowu   się 

zamyśliła. Nagle oczy jej błysnęły, jakby zobaczyła, że do baru wchodzi książę z bajki z 

bukietem dla mnie. - Jerry Landry - powiedziała z triumfem w głosie.

- Jerry Landry? - powtórzyłam w osłupieniu.

Jerry Landry to nasz szef i - przynajmniej w swoim mniemaniu - pierwszy ogier w 

biurze. Mówi się, że spał z połową stażystek, ale podejrzewam, że on sam rozsiewa te plotki. 

Bo chociaż my też śmiejemy się z jego głupich dowcipów, a nawet trzepoczemy rzęsami, 

background image

kiedy z nami flirtuje (ostatecznie to on monitoruje nasze rozmowy z klientami i sprawdza, ile 

czasu spędzamy na przerwach), nie wierzę, żeby jakakolwiek kobieta o zdrowych zmysłach 

uznała go za atrakcyjnego mężczyznę.

Jerry   używa   za   dużo   brylantyny,   ma   zbyt   czarne   włosy   (podejrzane   u 

czterdziestodwulatka   z klatką   piersiową  porośniętą  siwymi  włosami,  które  eksponuje, nie 

dopinając koszul) i niemal cała populacja kobiet uważa, że jest ogólnie obleśny. Natomiast 

mężczyźni uważają, że jest wspaniały. Może dlatego, że podczas rzadkich ogólnobiurowych 

wypadów do baru stawia wszystkim kolejkę? A może dlatego, że wierzą w historie o jego 

podbojach? Nawet Kirk dał się na nie złapać,  kiedy przychodził  do Lee & Laurie. Dość 

powiedzieć, że kilka razy przyuważyłam go, jak ukradkiem zaglądał do naszego boksu, gdy 

Jerry pochylony nade mną prezentował któryś ze swoich uwodzicielskich grepsów, a przy 

okazji sprawdzał wzrokiem, dokąd sięga moja spódniczka.

Hm... Może plan Michelle nie był wcale taki głupi? Ale zaraz przypomniałam sobie, 

że to ja muszę zapłacić: za te cholerne kwiaty.

- Zdecyduj się - przerwała moje narzekania Michelle. - Chcesz złapać faceta czy nie?

Chciałam. I dlatego postanowiłam nie wydawać siedemdziesięciu ośmiu dolarów na 

spodnie z nowego katalogu Lee & Laurie, na które od jakiegoś czasu patrzyłam pożądliwie, 

ale przeznaczyć pieniądze na zabezpieczenie sobie przyszłości.

Niestety,   zostałam   złapana   na   gorącym   uczynku.   Nie,   nie   przez   Kirka,   ale   przez 

Justina. Co tylko pogorszyło sprawę. Było to tak.

Zamawiałam właśnie przez telefon dwanaście sztamowych róż. Dobra. Wiem, że to 

głupie. Dwanaście róż przy moich dochodach! Ale w tym momencie byłam inną kobietą. 

Zdecydowaną na wszystko. Zaprosiłam Kirka do siebie na piątek. Tego wieczoru powinnam, 

zgodnie  z zaleceniami  Michelle,  naprawić szkody,  których  narobiłam,  idąc  z Kirkiem do 

łóżka w zeszłą sobotę.

A więc dzwonię do Murraya, kwiaciarni czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę 

(swoją   drogą,  tylko   w  Nowym   Jorku  można   zamówić   dostawę   dosłownie   wszystkiego   o 

każdej godzinie dnia i nocy). Przeżyłabym to jakoś, gdyby w chwili, w której podawałam 

numer swojej karty kredytowej, do mieszkania nie wszedł Justin.

-   ...i   byłabym   bardzo   wdzięczna,   gdyby   kwiaty   zostały   dostarczone   punktualnie. 

Dziękuję. - Błyskawicznie skończyłam rozmowę, ale było już za późno.

- Kto umarł? - zapytał Justin z zainteresowaniem, podążając w stronę kanapy numer 

trzy.   Za   każdym   razem   demonstrował   szczególne   upodobanie   do   najnowszych   swoich 

nabytków, jakby chciał pokazać mnie i całemu światu, że warto było je ocalić.

background image

- Ktoś umarł? - zdziwiłam się.

-   Przecież   zamawiałaś   kwiaty.   Słyszałem   na   własne   uszy.   -   Przyglądał   mi   się   z 

wyraźnym zaciekawieniem.

Dawno nie czułam się tak upokorzona.

Potem   ogarnęła   mnie   panika.   Co   Justin   robi   w   domu   w   piątek   wieczorem?   Nie 

powinno   go   tu   być.   Zawsze   w   piątki   chodził   na   otwarte   koncerty   do   Black   Fence   i 

przysłuchiwał się muzykom próbującym swoich sił. Nie wiem, może zbierał się na odwagę, 

żeby spróbować samemu? Bo od kiedy porzucił film, a potem aktorstwo, jedyną formą jego 

aktywności była gra na gitarze. Oraz stałe wizyty w Black Fence. Wprawdzie po wzięciu 

kilku  akordów  energia  Justina  zwykle  się  wyczerpywała,  ale   kto  wie?   Zresztą  nieważne, 

dlaczego z taką \ czujnością śledził występy muzyków w Black Fence, ważne, że bywał tam 

co piątek. Dlatego właśnie w piątek postanowiłam zrealizować swoją nieszczęsną intrygę. Nie 

życzyłam sobie żadnych świadków, a już na pewno nie chciałam zdemaskować się przed 

najlepszym przyjacielem. Nie mogłam mu się przyznać, w jaki sposób chcę wymóc na Kirku 

przyrzeczenie, że mnie nie opuści aż do śmierci.

- Nie wybierasz się dzisiaj do Black Fence? - zapytałam z nadzieją, mimo że Justin 

wyciągnięty   na   kanapie   oglądał   spokojnie   telewizję   i   najwyraźniej   nie   zamierzał   nigdzie 

wychodzić.

-  Nie.  Ledwo żyję   - powiedział,  nie  odrywając  oczu  od  ekranu.  Po chwili   uniósł 

wzrok. Musiał zauważyć, że krążę wokół niego coraz bardziej zdenerwowana. Nie miałam 

pojęcia, jak się go pozbyć z mieszkania.

- O co chodzi? - zapytał z troską.

- O nic! - zawołałam szybko. - Tylko że - skubałam wytarte nitki kanapy - wiesz... 

Kirk ma wpaść...

- Taaak? - w głosie Justina usłyszałam niedowierzanie. Kirk rzadko się tu pokazywał. 

Między innymi  ze względu  na współlokatora,  ale  głównie z  powodu mojego  (czy raczej 

„naszego”   - mojego   i Justina)  bałaganu.   Kirk zdecydowanie  pogardzał   nieporządkiem,  w 

jakim żyliśmy ja i Justin. Ilekroć tu przychodził, nie mógł się powstrzymać od uwag na temat 

problemów   wynikających   z   braku   systematycznego   pozbywania   się   surowców   wtórnych 

(miałam niedobry zwyczaj przechowywania wszystkich gazet, czasopism i papierów, których 

nie   miałam   czasu   przejrzeć,   w   nadziei   że   kiedyś   w   końcu   to   zrobię)   i   gromadzenia 

niepotrzebnych przedmiotów (wiadomo, kto był za to odpowiedzialny).

background image

Właściwie w tej sprawie zgadzałam się z Kirkiem. Było coś nie tak w mieszkaniu z 

sześcioma   lampami,   trzema   sofami   oraz   stosem   gazet   i   czasopism,   który   mógłby   być 

konkurencją dla zbiorów czytelni czasopism w nowojorskiej bibliotece.

- Miałam zamiar ugotować mu kolację. Uniósł brwi.

- No co? - spytałam.

- Nic - odpowiedział, wracając do oglądania telewizji. Ale wiedziałam, że właśnie 

myśli o dniu, kiedy zaprosiłam wszystkich naszych przyjaciół na kolację, która okazała się 

totalną katastrofą. Dzięki Bogu Justin wkroczył do akcji i przyrządził szybką pastę fagioli. Jak 

na faceta ze Środkowego Zachodu, potomka Anglików i Francuzów, a nawet Skandynawów - 

wszystkich   tylko   nie   Włochów   -   miał   niezwykłe   wyczucie   kuchni   włoskiej.   Tak   jakby 

odziedziczył ten włoski gen, którego mi brakowało.

- Pomóc ci? - zapytał, bo wciąż stałam, patrząc na niego niepewnie.

- Niezupełnie... - zaczęłam, nie wiedząc, jak mu powiedzieć, że chciałabym, żeby się 

wyniósł. - A co robi dziś C.J.? Chyba dawno go nie widziałeś? - wymyśliłam naprędce. C.J. 

był   nie   tylko   najlepszym   kumplem   Justina   (i   facetem,   któremu   jakimś   cudem   udało   się 

szczęśliwie ożenić), ale też jedną z najfajniejszych osób, jakie znałam. Niezależna wytwórnia 

fonograficzna, w której pełnił funkcję wicedyrektora, odnosiła rewelacyjne sukcesy na rynku 

jazzowego main streamu. Chociaż C.J. mieszkał teraz w Westchester, często przyjeżdżał w 

weekendy na występy któregoś ze swoich zespołów.

- Może jest dziś w mieście. Czy to nie ten jego nowy zespół ma dziś grac w CBGB’s?

Wreszcie do niego dotarło.

-   Ach,   rozumiem   -   powiedział,   a   jego   wzrok   padł   na   stół,   gdzie   od   weekendu 

spędzonego z Laurą wciąż stały świece.

- Chcesz być sama... ze Smirkiem - tak nazywał Kirka, kiedy go nie było.

Nie to, że go nie lubił. On po prostu pogardzał wszystkim, co prezentował sobą Kirk: 

sukces   finansowy,   innowacje   technologiczne,   przyszłość.   Musiałam   mu   to   wybaczyć, 

nadawałam na tych samych falach. Mniej więcej.

- Nie masz nic przeciwko? - Liczyłam, że znajdzie jakieś miłe miejsce i sobie pójdzie.

- Nie, skąd... - Wzruszył ramionami. - Obejrzę mecz u siebie w pokoju.

To by było na tyle w kwestii pozbycia się go z domu. W ten sposób już na pewno nie 

uda mi się ukryć mojego małego wybiegu, pomyślałam, kierując się do kuchni, aby stawić 

czoło pracom domowym.  Nie to, że w ogóle nie umiałam gotować - robiłam przyzwoitą 

marinarę - po prostu wolałam trzymać się takich rzeczy, które nikogo nie zabiją, jeśli coś 

background image

pokręcę.  Ale jeśli miałam  sprawić, żeby Kirk zatęsknił  za kobietą,  którą mógłby stracić, 

musiałam przekonać go czymś, co facet taki jak Kirk potrafi zrozumieć: mięsem.

Wyciągnęłam z lodówki paczkę doskonale - a przynajmniej tak zapewnił mnie rzeźnik 

w   Lenny’s   Meats   -   perfekcyjnie   grubych   i   idealnie   przerażających   steków.   Nie   byłam 

wegetarianką ani niczym takim. Po prostu trochę obawiałam się jedzenia, które mogłoby mnie 

niepostrzeżenie   otruć,   gdybym   go   nie   dogotowała.   Ostrożnie   położyłam   steki   na   blacie, 

zastanawiając się, jak długo będę musiała piec je w George’u Foremanie (prezent świąteczny 

od Sonny’ego, jeszcze nie wyjęty z fabrycznego opakowania), aby zabić wszystkie złośliwe 

bakterie, o których wiedziałam zdecydowanie zbyt wiele jak na kobietę o tak ograniczonym 

doświadczeniu kulinarnym. Na szczęście moja mentorka od usidlania mężczyzn pożyczyła mi 

swój egzemplarz „Gotowania ze stylem”, który mimo podejrzanie jasnego talerza z jarzynami 

na okładce miał też rozdział poświęcony pieczeniu.

Gdy otworzyłam książkę, byłam zaskoczona, jak to wszystko łatwo wyglądało. Sześć 

minut po każdej stronie? Żaden problem. Wiedząc, że podstawą jest dobra organizacja w 

czasie, nastawiłam szparagi i wrzuciłam kartofle do mikrofali. To było proste, pomyślałam, 

kładąc steki na gorącym ruszcie, kiedy tylko zadźwięczał dzwonek.

- Ja otworzę! - krzyknęłam, biegnąc do domofonu, mimo że Justin nie ruszył się z 

kanapy.

- Hej, to ja - głos Kirka wydobył się z głośnika.

Nacisnęłam brzęczyk z uczuciem lęku i natychmiast poszłam do drzwi, jakby fakt, że 

będę   tam   na   niego   czekała,   mógł   ochronić   go   od   mojego   szaleństwa   lub   od 

wszystkowiedzącego spojrzenia Justina. Kiedy wchodził na trzecie piętro, wyszłam na klatkę.

- Hej - powiedziałam, kiedy podszedł.

-   Hej,   Kluseczko   -   odpowiedział,   a   jego   twarz   rozpłynęła   się   w   uśmiechu,   który 

sprawił, że poczułam się winna. Najwyraźniej nie nadawałam się do tego rodzaju podchodów.

Pocałował   mnie,   przyglądając   się   mojej   twarzy,   jakby   mógł   wyczytać   w   niej 

oszustwo. I coś musiał tam dojrzeć, bo zapytał:

- Co się stało?

- Nic! - odpowiedziałam szybko i poprowadziłam go przez wąski korytarz do salonu.

- Cześć, Kapitanie  Kirk, co słychać?  - zawołał z szerokim uśmiechem Justin, nie 

ruszając się ze swojej - miałam nadzieję czasowej - pozycji na kanapie.

Kirk zesztywniał.

Mimo że już od pierwszego dnia musiał pogodzić się z tym, że mieszkam u Justina, 

nie akceptował jego pozornie beztroskiego stylu życia.

background image

Justin wyczuł to od razu i bardzo lubił przy Kirku podkreślać te właśnie cechy swoim 

zachowaniem. Podejmował jednak pewne próby na wiązania kontaktów. Kiedy okazało się, 

że obaj są fanami „Star Trek”, bardzo lubił nawiązywać w rozmowie do najlepszych scen 

serialu.   Kirk   natomiast   nie   mógł   znieść   sposobu,   w   jaki   Justin   wzywał   imienia   dobrego 

kapitana nadaremnie, zawsze kiedy się z nim witał.

- Witaj, Justin. - Skinął głową.

I kiedy znacząco wskazywałam oczami na pokój Justina z niemym przesłaniem: „Czas 

na ciebie”, Justin patrzył rozradowany na Kirka, jakby ten był jego najlepszym kumplem. I 

najwyraźniej tak było, sądząc po tym, jak oczy Kirka zapaliły się, kiedy spojrzał na ekran 

telewizora.

- Czy to mecz Jankees z Red Soxami? - spytał i szybko opuścił miejsce u mojego 

boku, aby wygodnie rozsiąść się na kanapie obok Justina.

Zdecydowałam, że najlepsze, co mogę teraz zrobić, to udać się do kuchni. W końcu 

miałam teraz ważniejsze zmartwienia. Na przykład mięso. Te olbrzymie czerwone steki wciąż 

skwierczały.   Dzięki   Bogu,   że   poprosiłam   rzeźnika,   żeby   ukroił   dodatkowy   kawałek. 

Wyglądało, że szykuje się kolacja dla trojga. Na pewno mi się uda, pomyślałam, przewracając 

na drugą stronę ładnie przyrumienione steki.

Zaczęłam wykładać na półmisek świeżo ugotowane szparagi i wyciągnęłam pieczone 

kartofle z mikrofali. Przyglądając się swojemu dziełu, doszłam do wniosku, że właściwie 

mogę się uważać za Domową Boginię.

Po kolejnych sześciu minutach wyjęłam jeden ze steków i rozkroiłam go w środku.

Musiałam się upewnić, czy jest dobry i upieczony i czy nie otruję siebie, najlepszego 

przyjaciela i, hm, przyszłego męża. Z mięsa wypłynął czerwony sok, przyprawiając mnie o 

dreszcz   obrzydzenia.  Z   całą   pewnością  nie   wolno   tego  zjeść,  pomyślałam.   W  wyobraźni 

widziałam korowody tańczących mikrobów. Ta książka musiała się mylić...

Wrzuciłam   stek   z   powrotem   na   ruszt   i   zamknęłam   drzwiczki.   Wtedy   zabrzęczał 

domofon.

- Ja odbiorę! - Pognałam do domofonu.

Po drodze zauważyłam, że Kirk wciąż gapi się w telewizor, natomiast Justin patrzy na 

mnie ze zmarszczonym czołem. Trzęsącymi się rękami wcisnęłam guzik, modląc się, żeby 

mój współlokator mnie nie wydał.

- Kto tam?

- Dostawa kwiatów - powiedział ktoś z silnym hiszpańskim akcentem.

Zerknęłam na kanapę.

background image

Teraz udało mi się przyciągnąć uwagę Kirka. Jednak moment triumfu był krótki, bo 

zaraz   potem   spojrzałam   na   Justina,   który   siedział   odprężony,   z   rękami   założonymi   na 

piersiach. Wiedział, co knułam. „Nie waż się powiedzieć ani słowa” - mówiłam mu wzrokiem 

w nadziei, że Kirk tego nie zauważy.

Kiedy   otworzyłam   drzwi,   stanęłam   nos   w   nos   z   posłańcem,   który   trzymał   jakiś 

kwitnący krzak. Bardzo duży kwitnący krzak.

- A co...- nie dokończyłam.

Obejrzałam   się   za   siebie.   Z   salonu   przyglądali   mi   się   Kirk   i   Justin.   Chciałam 

krzyknąć: „Gdzie są moje róże?”, ale nie mogłam, z oczywistych przyczyn.

- Kwiaty dla panny... - zaczął facet, patrząc na formularz zamówienia trzymany w 

wolnej ręce. - Di Franci.

Westchnęłam.

Kwiaciarz, który nie był w stanie poprawnie zapisać nazwiska tak łatwego jak Di 

Franco, z pewnością nie był najlepszym wykonawcą mojego głupiego planu.

Wróć.

To był plan Michelle, oczywiście.

Dlaczego ja w ogóle jej posłuchałam?

Kiedy tak gapiłam się na duży różowy krzak, zdałam sobie sprawę, że jest jednak 

wyjście z tej sytuacji.

- To jakaś pomyłka - zaczęłam. - Nie zamawiałam tej... rośliny. - To była przecież 

prawda, nie? W końcu zamówiłam róże. Tuzin sztamowych róż. Za 54,95.

Mężczyzna podniósł do oczu formularz i zmrużył je, starając się go odczytać.

- Tu jest napisane, że mam dostarczyć te kwiaty pannie Angeli Di Franci.

- Przykro mi, ale ja nie mogę tego przyjąć... - Zerknęłam za siebie. Kirk był już w 

przedpokoju. Justin stał za nim, z ironicznym uśmiechem na twarzy.

- O co chodzi? - spytał Kirk. - Jakiś problem?

- Hm... Nie, nic takiego. Wracaj do swojego meczu. Chyba pomylili mieszkania.

- Nie, proszę pani. Tu jest napisane, że mam doręczyć te kwiaty Angeli Di Franci, 

trzysta   czterdzieści   siedem   Wschodnia   Dziewiąta   Ulica,   mieszkanie   trzy   B.   -   Następnie 

zezując na kartkę, dodał: - Zamówienie zostało złożone przez...

- Dobrze już, dobrze. - Wygrzebałam z kieszeni garść drobnych, aby uciszyć moją 

kwiatową Nemezis, i odebrałam przeklętą roślinę.

background image

Bóg jeden wie, jaką sumę wręczyłam posłańcowi, bo zniknął, uśmiechnięty od ucha 

do ucha, zanim zdążyłam zapytać, jak pielęgnować tę cholerną roślinę. Modliłam się tylko, 

żeby nie kosztowała więcej niż róże, które zamówiłam.

- Hej, czy to azalia?! - zawołał Justin, kiedy weszłam do salonu. Nie miałam pojęcia, 

jak sobie poradzić z tą wariacką sytuacją. - Kocham azalie. Moja mama uprawiała je w Oak 

Park, kiedy byłem mały.

Koniec z atmosferą romansu. Nie uda mi się przekonać Kirka, że mam tajemniczego 

wielbiciela.

- Co jest napisane na bileciku? - spytał Kirk.

- Właśnie, co? - Justin też był bardzo ciekaw mojej małej tajemnicy. Też chciałam to 

wiedzieć.  Otworzyłam  bilecik.  Kiedy odczytałam  wydrukowane  słowa, poczułam,  że mój 

idealnie idiotyczny plan okazał się jeszcze głupszy. „Z najlepszymi życzeniami szybkiego 

powrotu do zdrowia od kochających Sama i Stelli”.

- Kim są Sam i Stella? - spytał Kirk. 

Sama chciałabym to wiedzieć.

Jak się okazało, całkowicie (prawie) powróciłam do zdrowia po fiasku azaliowym. Po 

kolacji   składającej   się   ze   szparagów,   kartofli   i   pieczonego   kurczaka   (zamówionego   w 

restauracji na rogu, kiedy mięso stało się niejadalne z powodu zbyt długiego pieczenia) Kirk i 

ja wycofaliśmy się do mojego pokoju, zostawiając Justina z azalią. Tak mu się spodobała, że 

usunął   parę  stosów  książek  z  parapetu,  żeby  zrobić   miejsce  dla   najnowszego  nabytku   w 

naszym cudownym domku.

A   kiedy   z   Kirkiem   leżeliśmy   sobie   w   łóżku,   oglądając   powtórki   różnych   seriali, 

zadzwonił telefon.

Kirk momentalnie zmarszczył czoło.

- Kto, do diabła, dzwoni o tej porze?

Wzruszając ramionami, sięgnęłam po słuchawkę. Późne rozmowy nie były dla mnie 

niczym niezwykłym, ale on o tym nie wiedział. W końcu nie spędzał tu tyle czasu, żeby 

poznać moje zwyczaje.

- Halo? - powiedziałam niepewnie.

- Czy ty w ogóle nie zamierzałaś do mnie oddzwonić?

-   Josh!   -   wykrzyknęłam.   -   Strasznie   cię   przepraszam,   byłam...   no   wiesz,   zajęta   - 

jąkałam się. - Co u ciebie?

Nie miałam odwagi spojrzeć na Kirka, który prawdopodobnie zadawał sobie pytanie, 

dlaczego   Josh   dzwoni   do   mnie   o   -   szybko   zerknęłam   na   zegar   -   23.47.   Ale   z   Joshem 

background image

przyjaźniliśmy się od tak dawna, że mogliśmy telefonować do siebie o każdej porze dnia i 

nocy - po radę albo bez powodu, albo w innych sprawach - od błędów lekarskich (Josh po 

porzuceniu aktorstwa pracował w ubezpieczeniach) po pułapki, których mam unikać podczas 

przesłuchań (Josh uwielbiał dawać dobre rady dotyczące kariery, z której sam zrezygnował). 

Odkąd   zamieszkał   z   Emily,   późne   nocne   rozmowy   były   coraz   rzadsze,   ale   wciąż   się 

odbywały.

- Nie dostałaś mojej wiadomości? - zapytał.

- Tak, tak, dostałam. To... cudownie.

- No wiesz, w końcu nie co dzień mężczyzna znajduje kobietę, z którą chce spędzić 

resztę życia - powiedział z zadowoleniem. Potem, jakby chcąc mnie pocieszyć, że to nie ja 

jestem tą kobietą, dodał: - Ale chcę, żebyś wiedziała, że jesteś pierwszą osobą, której o tym 

mówię - oczywiście poza rodziną Emily.

Ładna mi pociecha. A komuż innemu miałby powiedzieć? Nie rozmawiał z rodzicami 

(po latach terapii okazało się, że rodzice nie tylko wyrządzili mu wiele krzywd w przeszłości, 

ale że robiliby to także w przyszłości), a z większością przyjaciół zerwał, kiedy dla Emily 

zrezygnował z całego swojego życia. Zostałam mu ja.

- Co powiesz na małą kolację w poniedziałek wieczorem? Trzeba to uczcić.

- Poniedziałek wieczorem? - powtórzyłam. Pomyślałam sobie, że jak zwykle nie mam 

w planie nic poza zwykłym jedzeniem na wynos i filmem na wideo u Kirka. - O której?

- Koło ósmej?

- Dobrze - zgodziłam się, poddając się przeznaczeniu.

- Nie mogę się doczekać, Angie.

- Ja też - odpowiedziałam i w całkowitym stuporze odłożyłam słuchawkę.

Zerknęłam na Kirka i ożywiłam się w jednej chwili. Sądząc po gniewnym spojrzeniu i 

zmarszczonym czole, był zazdrosny. Zazdrosny!

- O co tu, u diabła, chodzi? - warknął. Najwyraźniej bardzo zazdrosny.

- Och, nic takiego! - Machnęłam nonszalancko ręką i wtulając się w niego, zaczęłam 

znowu oglądać telewizję. - To był Josh. Pamiętasz Josha?

Poznali się ponad rok temu. Grałam pannę Julię w inscenizacji sztuki o tym samym 

tytule.   Wtedy  jeszcze   wierzyłam,   że   granie   nieznanych   postaci   w  jeszcze   mniej   znanych 

miejscach   do   czegoś   mnie   doprowadzi.   Mimo   że   sam   Jose   porzucił   aktorstwo,   wciąż 

przychodził mnie oglądać (o ile oczywiście grałam coś więcej niż szarego człowieka z tłumu). 

Był   już   wtedy   z   Emily,   ale   nigdy   jej   nie   przyprowadzał.   Podejrzewałam,   że   ich   dobrze 

rokujący   związek   był   jeszcze   zbyt   świeży,   żeby   poznawać   ją   z   byłą   dziewczyną.   Ja 

background image

przedstawiłam   go   Kirkowi   po   prostu   jako   „przyjaciela”.   Dopiero   kilka   miesięcy   później 

podczas   jednej   z   tych   rozmów,   podczas   których   spowiadasz   się   z   własnej   przeszłości, 

powiedziałam mu, że kiedyś ze sobą chodziliśmy.  Wtedy przeszedł nad tym do porządku 

dziennego, ale po telefonie o północy wszystko się zmieniło.

- Czego chciał?

- Och, zaprosił mnie na kolację w poniedziałek. - Widzicie? Żadnych kłamstw.

- Czy my nie spotykamy się zwykle w poniedziałki?

- A czy mieliśmy jakieś plany? - spytałam niewinnie.

Właśnie. Często spotykałam się z Kirkiem w poniedziałkowe wieczory, zatem założył, 

że będzie tak dalej. On nie musi mnie zapraszać, ja nie muszę się zapowiadać.

- Naprawdę zamierzasz iść na kolację ze swoim byłym? - Szare oczy Kirka wyrażały 

głębokie zdumienie.

-   Och,   wcale   nie   myślę   o   Joshu   w   ten   sposób   -   powiedziałam.   -   Jesteśmy   tylko 

przyjaciółmi - dodałam. - Bardzo bliskimi.

I   zanim   uśmiech   satysfakcji   wypłynął   mi   na   twarz   i   zdradził   wszystko,   oparłam 

policzek na nagiej piersi Kirka i udawałam, że oglądam telewizję. Ale kogo ja oszukiwałam? 

Serce wyrywało mi się z piersi, śpiewając pieśń zwycięstwa. Kirk był zazdrosny! To musiało 

coś znaczyć, nie?

background image

Miłość to znaczy nigdy już nie pakować do torby ubrań na zmianę

Intryga skończyła się tym, że musiałam wytrzymać z Joshem przez cały wieczór. Nie 

żeby   nie   był   dobrym   przyjacielem,   wręcz   przeciwnie.   Ale   wolałam   go   w   kontaktach 

telefonicznych lub e-mailowych. Łatwiej go było wtedy... znieść.

Spotkaliśmy się przed Holy Basil, tajską restauracją w East Village, którą wybraliśmy 

po dłuższej dyskusji. Josh zawsze próbował wymusić na mnie spotkanie w Upper East Side - 

dzielnicy,  w której mieszkał razem z Emily.  Mimo wszystkiego, co wiedziałam na temat 

nawyków higienicznych Josha, musiałam przyznać, że prezentował się bardzo dobrze. Miał 

na   sobie   granatowy   garnitur   w   delikatne   prążki,   do   tego   krzyczący   różowy   krawat   (jak 

przypuszczam, była to próba podkreślenia, że chociaż siedzi w nudnej pracy od dziewiątej do 

siedemnastej, wciąż tkwi w nim coś dzikiego) oraz okulary w drucianej oprawce.

Uściskaliśmy się na powitanie. To znaczy - ja chciałam pocałować go w policzek, ale 

ponieważ   Josh   mnie   przytulił,   trafiłam   niestety   w   szyję.   Stłumiłam   jęk.   W   jakiś   dziwny 

sposób, bez względu na to, jak bardzo starałam się tego uniknąć, zawsze musiałam zrobić coś, 

co było dla Josha dowodem, że wciąż go „pragnę”.

Zdecydowałam się rzucić mu tę kość. W końcu byliśmy przyjaciółmi.

- Wspaniale wyglądasz - powiedziałam, uśmiechając się do niego i - przyznaję - po 

cichu czekając na podobny komplement.

- Strasznie kręcą ci się włosy - odpowiedział.

Zrobiło mi się gorąco. W ustach Josha nie był to komplement. Już podczas trwania 

naszego   gorącego,   choć   krótkiego,   romansu   wielokrotnie   (i   regularnie)   powtarzał,   że 

powinnam prostować sobie włosy.

- No wiesz, lato,  wilgoć...  natury nie  pokonasz. - Przeciągnęłam  rękami  po kilku 

krótszych kosmykach, które zazwyczaj okalały moją twarz, lecz teraz - mogłam przysiąc - 

sterczały niesfornie we wszystkich możliwych kierunkach.

Kiedy już usiedliśmy przy przytulnym dwuosobowym stoliczku w słabo oświetlonej 

restauracji, Josh znowu stał się sobą. Niezdarnym małym urzędniczkiem, który z całych sił 

stara się sprawiać wrażenie, że jest kimś zupełnie innym.

Zaczął   opowiadać   o   przedstawieniu,   na   którym   byli   razem   z   Emily,   a   które   ja 

oglądałam   ponad   rok   temu,   w   czasie,   gdy   grano   je   jeszcze   w   niekomercyjnym   teatrze 

awangardowym, a ludzie pokroju Emily Fairbanks nie mieli pojęcia o jego istnieniu.

background image

- Emily dostała bilety od szefa - zakończył z dumą, jakby zdolności jego przyszłej 

żony do zdobywania gratisów zasługiwały na najwyższy podziw.

- Aha, widziałam to jeszcze w La Mama - rzuciłam z wyrazem twarzy, który mówił: 

„Już wtedy wiedziałam, że to wspaniała sztuka”.

Nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia na Joshu, który i tak postanowił zmienić 

temat. Przy okazji zademonstrował swoją zagadkową zdolność rozkładania mnie na łopatki 

jednym trafnym pytaniem:

- Jak tam twoje przesłuchania?

Niestety,   tak   naprawdę,   mieszczański   świat   Josha   wcale   nie   był   tak   odległy   od 

mojego. Nie chodziłam na żadne przesłuchania od miesięcy. Ściśle mówiąc, od sześciu. Od 

momentu,  kiedy stałam się  gimnastycznym  guru dla  grupy sześciolatków.  Ale w obliczu 

takiej inwigilacji moja kariera w „Rośnij zdrowo” nabrała epickich rozmiarów.

- Nie miałam szansy na nic się wyrwać - zaczęłam. - Program odnosi wielkie sukcesy i 

w ogóle. Już ćwiczymy nowe układy na przyszły sezon. No, a poza tym praca, no i Kirk...

Pokiwał   głową,   jakby   moja   odpowiedź   całkowicie   go   przekonała,   i   westchnął   z 

udanym współczuciem:

- Taaak, pamiętam dobrze to życie. To wieczne bieganie w kółko. Żadnej pewności, 

skąd nadejdzie następna wypłata czy posiłek. Wiesz, parę dni temu czytałem właśnie raport, 

że   około   sześćdziesięciu   dziewięciu   procent   wszystkich   ludzi   pracujących   w   wolnych 

zawodach umiera z przyczyn, które można by wykluczyć podczas rutynowych badań...

I tu dochodzimy do mojej „fascynacji Joshem. Poznaliśmy się nad anty histaminą w 

Central Parku. Było to na planie studenckiej etiudy filmowej, w której graliśmy obojętnych 

przechodniów. Wbrew naszym oczekiwaniom film skończył na podłodze w sali montażowej.

Po sześciu godzinach czekania na dwójkę głównych aktorów, którzy mieli odegrać 

rozstanie na kocu przed nami, dała o sobie znać moja alergia. Josh, towarzysz niedoli, od razu 

rozpoznał objawy i podczas przerwy podsunął mi claritin. Później poszliśmy razem na kawę i 

przeprowadziliśmy rozmowę, która przekonałaby każdą kobietę, że odnalazła właśnie swoje 

przeznaczenie.

Mieliśmy   wiele   wspólnego:   te   same   alergie   (pyłki,   kurz,   koty   i   pewne   rodzaje 

orzechów); te same lęki (śmierć, bieda i nieuchronne runięcie muru zabezpieczającego linię 

metra F od zalania przez Hudson) oraz obawę, że wieczne polowania na rolę i cierpienie z 

powodu odrzucenia naszych kandydatur do niczego nas nie doprowadzą.

background image

-   Czy   mogę   już   przyjąć   zamówienie?   -   Pojawienie   się   kelnerki   przerwało   mi 

rozmyślania. Jak to możliwe, że Josh do takiej perfekcji doprowadził sztukę udowadniania, że 

moje życie jest czystym obłędem?

- Uhm... tak, zamawiaj pierwszy - zagłębiłam się w lekturze menu, chociaż zupełnie 

straciłam apetyt. – Poproszę o pad thai - powiedziałam wreszcie, zamawiając tę samą potrawę 

co zawsze. Nuda, ale przynajmniej wiedziałam, co dostanę. A potrzebowałam w życiu jakiejś 

pewności. Poza tym jestem uczulona na tyle różnych rzeczy, że decydując się na coś innego, 

musiałabym przesłuchać kelnera na okoliczność ukrytych składników, które mogłyby mnie 

zabić.

- Opowiem ci teraz, jak to było - powiedział Josh.

Nie   musiał   wyjaśniać.   Wiedziałam,   że   mowa   o   oświadczynach.   Łyknęłam   wodę, 

przywołałam  na twarz uśmiech i słuchałam. Josh snuł opowieść o pamiętnym  wieczorze, 

kiedy   to   poprosił   Emily   Fairbanks,   aby   została   jego   żoną.   Opowiedział   o   przejażdżce 

powozem po Central Parku (trochę sztampowe, ale dodajmy mu punkty za spory wydatek), o 

księżycu   świecącym   nisko   nad   ziemią,   o   ciszy   zakłócanej   odgłosem   końskich   kopyt   (na 

pewno był duży ruch, tam zawsze jest ruch... A zresztą nieważne). O tym jak oczy Emily 

lśniły, kiedy zwrócił się ku niej i, biorąc jej dłoń w swoją, wypowiedział słowa, których nie 

powiedział wcześniej żadnej innej kobiecie...

Przyznaję, że trochę mnie zatkało. Zwłaszcza kiedy zobaczyłam w jego oczach błysk, 

jakby to naprawdę było to. Miłość. Do Emily Fairbanks, której największą zaletą (według 

mnie) było szlachetne czoło i dobra cera.

- No to mów, kiedy mam kupować smoking - powiedziałam, nawiązując do naszego 

starego żartu, że ponieważ jestem jego najlepszym przyjacielem (tak twierdził), zostanę jego 

świadkiem.

I wtedy Josh spuścił głowę i się zaczerwienił.

- Dobrze już, dobrze - brnęłam dalej nieświadoma niczego. - Włożę sukienkę, jeśli 

muszę. Tylko żadnej tafty.

Ale kiedy Josh w dalszym ciągu uciekał przede mną wzrokiem, zdałam sobie sprawę, 

że nasz stary dowcip nie był już śmieszny. I zaczęłam podejrzewać dlaczego. I nie myliłam 

się.

- Właściwie to Emily i ja... - Spojrzał na mnie niepewnie. - No wiesz, rozmawialiśmy 

o  tobie...  i  ona  nie  czułaby się...  hm...  najlepiej,  gdybyśmy  zaprosili...   to  jest...  hm...   no 

wiesz... ciebie.

Otworzyłam usta, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo.

background image

- Daj spokój, Angie - mówił właśnie Josh. - Musisz zrozumieć, jak może się czuć 

Emily. W końcu jesteś moją byłą dziewczyną.

I właściwie nie chcę być nikim innym, pomyślałam, wypatrując w jego zakłopotanej 

twarzy cech mężczyzny, którego uważałam kiedyś za jednego z najbliższych przyjaciół.

Nie miałam jednak czasu na roztrząsanie podupadających relacji z Joshem, ponieważ 

nieoczekiwanie w moim związku z Kirkiem nastąpiła wyraźna poprawa.

Kiedy tamtej nocy wróciłam do domu, na sekretarce znalazłam wiadomość od Kirka. 

„Zadzwoń do mnie, jak wrócisz” - jego głos, lekko zniekształcony przez urządzenie, brzmiał 

dość nagląco.

Zdecydowałam się nie dzwonić.

No co? Było późno. Nie chciałam go budzić. I jeszcze jedno: czułam, że moc jest ze 

mną. A raczej we mnie. To wspaniałe uczucie i chciałam się nim nacieszyć.

Następnego dnia podczas dyżuru w Lee & Laurie, Jerry Landry pochylił się nade mną. 

Widać było, że po głowie chodzą mu sprośne myśli:

- Masz na centrali rozmowę. Kirk. Połączyć go? Michelle uniosła znacząco brew.

- Jasne - powiedziałam.

Takiej ekscytacji nie czułam od początków naszego związku. Kirk nigdy nie dzwonił 

do pracy. Nie tylko dlatego, że uzyskanie połączenia było w ciągu dnia prawie niemożliwe, 

ale właściwie nigdy nie musiał tego robić. Do dziś.

- Hej - odezwał się. - Co się dzieje?

- Hej - odpowiedziałam tak spokojnie, jak tylko umiałam.

- Dlaczego nie oddzwoniłaś wieczorem? - zapytał z wyrzutem. Od razu poczułam coś 

na kształt wyrzutów sumienia.

-   Przepraszam   -   pospieszyłam   z   wyjaśnieniami   (bez   względu   na   to,   co   o   mnie 

myślicie,  wcale   nie  jestem  dobra  w tych  wszystkich   gierkach).   - Jak wróciłam,  było   już 

późno, pomyślałam, że pewnie jesteś zmęczony i...

- A o której wróciłaś do domu? Hurrra! Ale był wściekły!

- Uhm... o wpół do dwunastej.

- Co, u diabła, robiliście tak długo? - warknął Kirk. - A zresztą nieważne. Wpadniesz 

do mnie później?

- Później? - Zerknęłam na Michelle, która skinęła przyzwalająco głową. - No dobra.

- W porządku, bo musimy pogadać... to bądź około wpół do jedenastej.

- OK - zakończyłam, rozłączając się i odwracając do Michelle. - Chce pogadać...

- Bingo! - wykrzyknęła, klaszcząc w dłonie. Oczy mi błyszczały. To działało...

background image

Pojawiłam się u niego za piętnaście jedenasta. I na pewno nie spodziewałam się, że 

będzie czekał na mnie w drzwiach do swego mieszkania.

- Hej - rzuciłam, zbliżając się ostrożnie.

Nie odpowiedział, tylko przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować tak, jak nigdy 

dotąd. Nieco gwałtownie, ale muszę przyznać, że nie miałam nic przeciwko temu.

Zarzuciłam mu ramiona na szyję, wtuliłam się w niego i spojrzałam w górę. Wtedy w 

jego szarych oczach spostrzegłam dziwny błysk. Gdyby nie deszcz pocałunków, spadający na 

moje usta i brodę, nazwałabym to gniewem.

Oho! Teraz będę musiała wysłuchać kazania.

Rzeczywiście, Kirk przestał mnie całować, ale tylko po to, żeby pociągnąć mnie za 

sobą do sypialni. Tam pchnął mnie na łóżko i zaczął molestować.

Oczywiście, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

A nawet lepiej. Jeszcze nie widziałam Kirka owładniętego taką gorączką. Zawsze tak 

się kontrolował, a dzisiaj coś w niego wstąpiło. Szarpał moje ubrania (no dobra, niezupełnie 

szarpał - miał szacunek dla mody i wiedział nawet, co oznaczają numerki przy wyrobach z 

lycry) i rękami pieścił moje ciało, jakby chciał je sobie wyryć w pamięci.

Nieważne, jakimi manipulacjami doprowadziłam Kirka do tego stanu, bo to, co działo 

się między nami teraz, było bardzo, bardzo prawdziwe.

- Jesteś świetna - powiedział, zbliżając twarz do mojej. Po ciele przeszedł mi kolejny 

dreszcz.

- Tak. - Spojrzałam mu w oczy.

Tej nocy Kirk kochał się ze mną przynajmniej trzy razy. Zachowywał się tak, jakby 

chciał ostatecznie dowieść, że należę do niego i do nikogo innego. Nawet rutynowy poranek 

w „Rośnij zdrowo” nie był w stanie przyćmić mojej radości.

Ależ byłam głupia! I po co wydawałam pieniądze, których nie miałam,  na azalię, 

której nie chciałam, i na steki, które w moim wykonaniu zawsze okazywały się niejadalne?

On mnie naprawdę kocha. W tej sytuacji postanowiłam zmniejszyć nieco wysokość 

spowodowanych   przez   siebie   samą   strat   i   zwrócić   azalię.   Ostatecznie   wcale   jej   nie 

zamawiałam. Mogłam odnieść ją natychmiast do kwiaciarni Murraya, odegrać niezadowoloną 

klientkę i odzyskać pieniądze. Taki był mój prosty plan.

Nie wzięłam tylko pod uwagę czynnika o nazwie „Justin”.

- Co ty do cholery zrobiłeś! - wrzasnęłam, kiedy zobaczyłam, co dzieje się w salonie.

background image

Na podłodze walały się doniczki i worki z ziemią do kwiatów, a moja śliczna mała 

azalia  stała  na parapecie  w nowiutkiej  skrzyneczce,  w której  miała  spędzić  resztę swego 

krótkiego kwiatowego żywota.

Justin wystawił głowę z kuchni, gdzie, sądząc po brzękaniu garnków, dalej zajmował 

się tworzeniem bałaganu.

- Hej, Angie. O co chodzi? - spytał nieświadomy powodów mojego zdenerwowania.

-   O   co   chodzi?!   -   wykrzyknęłam,   wskazując   na   kolorowy   krzaczek.   -   To   ty 

przesadziłeś moją roślinę?

- Myślę,  że właściwie jest to drzewko, chociaż można  by zaklasyfikować  to jako 

krzew. Nazywa się azalia. - Popatrzył na roślinę z dumą.

- Dlaczego to zrobiłeś?

- Jak to dlaczego? - Potrząsnął głową z niedowierzaniem. - Nie pamiętasz, w jakiej 

doniczce ją tu przynieśli? Biedactwo potrzebowało więcej miejsca, żeby oddychać i rosnąć. 

Poszedłem   do   kwiaciarni,   żeby   to   wyjaśnić,   i   dali   mi   tę   śliczną   skrzyneczkę   za   darmo. 

Sprzedawcy są tam w porządku, trzeba im to przyznać.

Moja wściekłość sięgnęła zenitu.

- Ale ja chciałam ją zwrócić!

- Zwrócić ją? - zdziwił się. - Dlaczego, do cholery, miałabyś oddawać taką piękną 

azalię? - Przerwał. Chyba sobie przypomniał okoliczności, w jakich pojawiła się w naszym 

życiu. - Ach, rozumiem. Ta niewinna azalia była tylko narzędziem. Twój mały... fortel... - 

wypowiedział to słowo z takim obrzydzeniem, że nawet ja się wzdrygnęłam. - się udał, więc 

zamierzasz ją po prostu oddać, tak?

- To nie był żaden fortel. To był... to była pomyłka.

-   Dlaczego?   Bo   nie   dostałaś   tego,   czego   chciałaś?   Żadnej   przysięgi   dozgonnej 

miłości? - Złapał mnie za rękę z furią, która była u niego zupełnie niespotykana. - Żadnego 

pierścionka?

- Nie spodziewam się, że to zrozumiesz, Justin.

- Masz rację, nie rozumiem - odparł. - Nie rozumiem tego nagłego pragnienia, żeby 

wyjść za mąż. Myślałem, że chcesz być aktorką.

- A od kiedy to prawo zabrania aktorom małżeństwa? Pomyślał chwilę.

- Nie wiem. Myślałem, że ślub i małżeństwo to rzecz czasochłonna.

- Nie trzeba koniecznie robić ze ślubu jakiegoś cyrku. Poza tym jestem gotowa do 

małżeństwa. Mam dobrą fuchę i...

- Mówisz o „Rośnij zdrowo”? - Justin wytrzeszczył oczy.

background image

- W końcu to telewizja, nie? Kto wie, jak to się dla mnie skończy?

-   Najwyżej   wyrokiem   za   wykorzystywanie   nieletnich.   Przeglądałem   kasety,   które 

przyniosłaś   do   domu.   Niektóre   pozycje   jogi,   jakie   pokazujesz,   wyglądają...   przerażająco. 

Jesteś pewna, że dzieci powinny się tak wyginać?

- Dobra, mądralo, chciałabym zobaczyć, co ty robisz dla swojej kariery? Czy chociaż 

raz   wystąpiłeś   podczas   tych   wieczorów,   które   spędzasz   w   Back   Fence?   Odkąd   rzuciłeś 

aktorstwo, nie widziałam, żebyś cokolwiek robił w kierunku spełnienia się... w tej muzyce. - 

Nie mogłam nazwać tego marzeniem. Wiedziałam, że jest nim film - teraz jednak kontakt 

Justina z branżą zredukowany został do czarnej roboty inspicjenta. A ostatnio nawet i to 

rzadko kiedy robił.

Kiedy   zobaczyłam   wyraz   jego   twarzy,   natychmiast   pożałowałam   tej   uwagi.   Nie 

wiedziałam, co go zatrzymywało, ale teraz, kiedy wreszcie coś robił, nie chciałam zdusić jego 

ostatnich kreatywnych impulsów.

-   Przepraszam.   Wiesz,   że   chcę   cię   wspierać   we   wszystkim,   co   robisz.   Po   prostu 

chciałabym, żebyś mnie wspierał w tej... sprawie z Kirkiem.

- Tej „sprawie”? Masz na myśli małżeństwo?

- Tak - odpowiedziałam niepewnie, bo patrzył na mnie srogo. - Zresztą... nieważne.

- No dobra - zakończył. - Ale to będzie twój pogrzeb. Nie mogłam złościć się na 

Justina. Miał trochę racji. Teraz, kiedy byłam pewna uczuć Kirka, nie czułam potrzeby, aby 

przyspieszać   plany   matrymonialne.   Czułam,   że   wszystko,   co   dobre,   wydarzy   się   w 

odpowiednim czasie, jeżeli na to pozwolę.

Michelle oczywiście była innego zdania.

- Stracisz grunt, jeżeli nie będziesz dalej działać - powiedziała ostrzegawczo.

Chciałam   jej   się   oprzeć.   Naprawdę   chciałam.   I   udałoby   mi   się,   gdyby   nie   nocna 

rozmowa telefoniczna z Grace.

- Drew chce, żebym pojechała z nim oglądać domy w Westport - powiedziała, kiedy 

leniwie  spytałam   o  jej   plany  weekendowe,  myśląc,  że   może   by  zjedli  obiad   ze  mną   i  z 

Kirkiem. Uznałam, że nie zaszkodzi przypomnieć mu o istnieniu mężczyzn, wspinających się 

po szczeblach kariery, którzy nie obawiali się podejmowania pewnego rodzaju zobowiązań. 

Bo Drew, mimo zapewnień Grace, że nic takiego się wkrótce nie wydarzy, miał na czole 

wypisane „małżeństwo i dzieci”. Nie zdawałam sobie tylko sprawy, że miało to nastąpić aż 

tak szybko.

- Westport w Connecticut? - zapytałam zdumiona.

background image

- Właśnie - odrzekła z pewną nutką ironii. - Jego szef właśnie kupił domek z trzema 

sypialniami  i przekonał  Drew, że przedmieście  to najlepsze miejsce na świecie.  Szczerze 

mówiąc, sądzę, że on po prostu szuka sobie partnera do golfa, ale Drew nagle uparł się, żeby 

kupić dom.

- Grace, zdajesz sobie sprawę, co to znaczy, prawda?

- To, że Drew będzie mógł odpisać sobie pewną sumkę od podatków w przyszłym 

roku.

Jak na tak mądrą kobietę, była czasami zaskakująco tępa.

- On wije gniazdo, Grace. I zabiera cię tam ze sobą.

- Och daj spokój, Angie, przecież jesteśmy razem zaledwie od roku.

Ale ja byłam pewna, że Grace po prostu ignoruje znaczenie pewnych faktów. Boże! 

Ona za chwilę się zaręczy i zostawi mnie samą i samotną w Nowym Jorku.

Musiałam usidlić Kirka - i to szybko.

I   tak   oto   następnego   dnia   z   wypiekami   słuchałam,   co   Michelle   miała   mi   do 

powiedzenia na temat trzeciego i ostatniego kroku - „Zajmij pozycję”.

Oczywiście oznaczało to, że mam stać się tak nieodłącznym elementem życia Kirka, 

żeby nie wiedział, gdzie jego życie się kończy, a moje zaczyna. Krótko mówiąc, miałam stać 

się jego żoną... na wszystkie możliwe sposoby.

Zaczęłam spędzać u niego jeszcze więcej czasu. Raz posunęłam się nawet do tego, że 

po powrocie z pracy czekała na niego gotowa kolacja. Oczywiście były to linguine marinara 

(po ostatnim fiasku z mięsem wolałam już nie ryzykować), ale Kirk wydawał się zadowolony, 

że w domu czekam na niego ja i ciepły posiłek.

Wiedziałam jednak, że aby naprawdę zbliżyć  się do mężczyzny w Nowym  Jorku, 

trzeba   doprowadzić   do   podzielenia   się   jedną   z   cenniejszych   rzeczy   w   tym   wspaniałym 

mieście: przestrzenią w szafie.

Prawdę mówiąc, miałam już pewne osiągnięcia na tym polu. Antyhistaminę w szafce 

z lekarstwami i butelkę lakieru do włosów na półeczce w łazience. Tampony w koszyczku z 

różnymi rzeczami pod zlewem. W czeluściach jednej z Kirkowych szuflad zalegał nie tknięty 

jeszcze strój do ćwiczeń - na wypadek, gdybym poczuła potrzebę wyjścia na jogging.

Musiałam   jeszcze   przekroczyć   Wielką   Barierę   i   zdobyć   szufladę   w   schludnej 

komódce w jego sypialni lub, co ważniejsze, stałe miejsce w jego uporządkowanej szafie. Nie 

to,   że   wcześniej   nie   próbowałam   -   zresztą   bardziej   z   powodu   bałaganiarstwa   niż 

przemyślanego planu. Jednak za każdym razem, kiedy moich rzeczy zaczynało być zbyt dużo, 

Kirk   zbierał   je   wszystkie   i   w   regularnych   odstępach   czasu   wręczał   mi   zgrabny   tobołek. 

background image

Właściwie   to   nie   miałam   nic   przeciwko   temu,   bo   trudno   o   coś   bardziej   irytującego   niż 

odkrycie, że czarny elastyczny top, który właśnie planujesz włożyć, znajduje się co najmniej 

o cztery przystanki autobusu M15 stąd.

Rozpoczęłam   powolutku,   żeby   nie   wzbudzić   podejrzeń:   tu   para   dżinsów,   tam 

koszulka...   Przemyciłam   nawet   parę   klapek   na   dno   szafy.   A   kiedy   po   kilku   tygodniach 

gromadzenia  garderoby w mieszkaniu  Kirka doszło znowu do rytualnego  przekazania  mi 

torby (jak zawsze z Banana Republic – chyba jedynego sklepu z ciuchami, do którego Kirk 

kiedykolwiek wszedł) - byłam gotowa podjąć walkę.

- Czy nie myślisz, że mogłabym zostawić u ciebie część tych rzeczy? No wiesz, kiedy 

zostaję na noc...

Po kilku strasznych chwilach milczenia pełnego zadumy odpowiedział ostrożnie:

- Myślę,  że dałoby się to zrobić... - Wyraźnie oszołomiony powędrował w stronę 

szafy, a ja w podskokach pobiegłam za nim.

Uchylił   drzwi   i   ze   skrzyżowanymi   ramionami   kontemplował   miejsce,   któremu 

zagrażałam.

Przyznaję,   że   na   widok   przestrzeni   w   tej   szafie   opanowała   mnie   chciwość.   Tym 

bardziej, że moja własna skromna szafa była przepełniona Bóg wie czym (jeżeli chodzi o 

ubrania, zachowywałam się jak Justin i nie pozbywałam się niczego. Do dziś miałam na 

przykład suknię druhny, którą włożyłam sześć lat temu na ślub mojego brata Sonny’ego). 

Uważam, że tyle miejsca pomiędzy wieszakami w tak zatłoczonym mieście jest w zasadzie 

przestępstwem. Wstrzymałam oddech w radosnym oczekiwaniu. Cała para wyszła ze mnie, 

kiedy usłyszałam następne słowa Kirka:

- Może parę dżinsów. Tu nie ma zbyt wiele miejsca...

- Coo? Parę dżinsów?! - spytałam z niedowierzaniem.

- O co chodzi, Kluseczko? Przecież się nie wprowadzasz... Wtedy nie wytrzymałam. 

Naprawdę nie mogłam się powstrzymać.

- Może nie zauważyłeś, ale ja tu praktycznie mieszkam w ciągu tygodnia. I codziennie 

pakuję swoją torbę, zastanawiając się, czy będę potrzebowała jutro swetra, czy wystarczy 

bluzeczka. Czy mogę iść w sandałach, czy może będzie padało? Dziękuję Bogu za faceta od 

pogody. Przynajmniej jego obchodzi, czy będę się trząść z zimna, czy pocić. Dobrze, że nigdy 

nigdzie nie chodzimy, bo podejmowanie z dnia na dzień decyzji, jakie ubrania mam nosić od 

rana do wieczora, mogłoby... mogłoby mnie po prostu zabić!

- Przecież wychodzimy... - powiedział wreszcie, unikając istoty sprawy.

background image

- Nie w tym rzecz - odparłam. - Chodzi o to, że potrzebuję trochę miejsca... - „W 

twoim życiu”, chciałam powiedzieć, ale rozważnie się powstrzymałam. - ...w twojej szafie.

- Przepraszam cię, Kluseczko. To rzeczywiście nie w porządku, żebyś woziła się z 

tymi rzeczami tam i z powrotem...

W   ten   oto   sposób   udało   mi   się   zdobyć   całe   pół   metra   miejsca   na   wieszakach   w 

ciągnącej się od ściany do ściany szafie Kirka. Bo w końcu Kirk był zawsze fair. Miałam 

nadzieję, że odwołuję się do czegoś więcej niż jego wrodzone poczucie sprawiedliwości, ale 

dziewczyna musi brać, co może, nie?

background image

Każda dziewczyna potrzebuje nieco odwagi... i sporego konta

Były też i inne zdobycze, niewymierne, ale ważne. Na przykład Kirk radził się mnie 

przy wyborze nowej zasłonki pod prysznic. Albo kiedy któregoś wieczoru opiekuńczo otoczył 

mnie   ramieniem,   bo   jakiś   bełkoczący   bezdomny   znalazł   się   blisko   nas.   Zaczął   nawet 

wspominać coś o wspólnych wakacjach zimą.

- ...w jakieś romantyczne  miejsce, jak Bahamy - powiedział  którejś upojnej nocy, 

kiedy leżeliśmy w jego łóżku wtuleni w siebie pod kołdrą.

To coś znaczyło - w każdym razie według mnie. Do tej pory wyjeżdżaliśmy jedynie na 

spontaniczne weekendy - a to do winnic na North Fork of Long Island, a to w góry na północ 

od Nowego Jorku. W każdym razie - gdzieś blisko. Nie mogłam przypisywać wszystkich tych 

zmian   moim   dżinsom   od   Calvina   Kleina   w   jego   szafie.   Kirk   posunął   się   aż   do 

wygospodarowania dla mnie szuflady w swojej komodzie (był to fakt znaczący, zwłaszcza że 

ta trzyszufladowa komoda była jedynym takim meblem w jego mieszkaniu). Zupełnie jakby 

moja rzeczywista obecność w jego życiu na dobre wyryła mu się w świadomości.

Nie wyryła się natomiast w świadomości mojej matki.

- Chcesz go przyprowadzić? - spytała, kiedy uległam jej naleganiom i zgodziłam się 

przyjść na niedzielny obiad do] Brooklynu.

-   Oczywiście   -   odpowiedziałam,   nagle   zdając   sobie   sprawę,   jakie   szkody   może 

wyrządzić moja apodyktyczna matka  związkowi przechodzącemu delikatną fazę podważania 

przykrywki.

- Hm... - to jedyne, co mogła powiedzieć. - Czy wiesz, że nie było cię w Brooklynie 

już ponad miesiąc? Pamiętaj, Angela, że robię się coraz starsza. I twoja babcia też. Chociaż 

sądząc   po   tym,   jak   prowadza   się   z   tym   Artiem   Matarazzo,   można   by   pomyśleć,   że   jest 

szesnastolatką.

- To znaczy, że to wciąż trwa? - zapytałam z niedowierzaniem.

- Czy trwa? - odrzekła. - On tu już wpada nawet trzy, cztery razy w tygodniu. Zabiera 

ją do parku i na zakupy. Wiesz, że parę dni temu zastałam go układającego jej włosy? A ona 

siedzi   spokojnie,   mimo   że   ma   bluzkę   tak   mokrą   po   myciu   głowy   w   zlewie,   że   można 

zobaczyć wszystko...

O rany, najwyraźniej Bunia rzeczywiście wpadła.

- A ja czuję się jak ostatni  głupek, że im przerywam.  Ja! Ostatnio  to przecież  ja 

układałam jej włosy w poniedziałkowe wieczory...

background image

No i tu doszliśmy do meritum sprawy. Moja matka, pozostawiona bez Buni, którą się 

opiekowała, nie czuła się już potrzebna.

- Mamo, może teraz, kiedy Bunia jest zajęta... zajęta kimś innym, może powinnaś 

znaleźć sobie jakiś inny sposób spędzania czasu. Może jakieś hobby...

- Jakieś hobby? A po co mi hobby? Mam pomidory twojego ojca.

Właśnie   tu   tkwił   problem.   Pomidory   mojego   ojca.   Mama   nigdy   nie   miała   nic 

własnego,   a   teraz,   kiedy   ojca   już   nie   było,   zdawała   się   poświęcać   resztę   życia   na 

podtrzymywanie istnienia wszystkiego, co po nim zostało.

- Mamo, mówię o czymś, czego t y byś potrzebowała.

- Mam rodzinę - odpowiedziała z prostotą. - Czego więcej mogłabym potrzebować?

Niestety nie mogłam podzielić się z nią swoimi osiągnięciami w sprawie wzmacniania 

związku z Kirkiem. Po pierwsze, gdyby mama dowiedziała się, że praktycznie mieszkam z 

Kirkiem, uznałaby to za grzech śmiertelny, a nie za duży krok naprzód.

Po drugie, w centrum uwagi byli  Yanessa i Sonny,  który ciągnął niekończącą się 

opowieść o tym, jak poprzedniej nocy poczuł, że dzieciak kopie.

To będzie wojownik, ten mały facet.

Ja posępnie obserwowałam, jak Joey, Miranda, Tracy, Timmy i nawet Kirk na zmianę 

dotykają zaokrąglonego brzucha Vanessy. Fu. Nawet nie chciałam tego dotykać. Wszystko, o 

czym mogłam myśleć, to cierpienie łączące się z koniecznością wydania tego dziecka na 

świat.

- Gdzie jest Bunia? - zapytał Joey.

- Bóg jeden wie - zaczęła mama. - Wyszła godzinę temu z tym Artiem Matarazzo na 

małe   zakupy   i   ślad   po   niej   zaginął.   Miała   przynieść   trochę   czosnku   do   faszerowanych 

grzybów. Jak będziemy jeść faszerowane grzyby bez czosnku?

Na   szczęście   w   tym   momencie   drzwi   się   otworzyły   i   do   pokoju   wkroczyła 

zarumieniona   Bunia,  ciągnięta  przez   jeszcze  bardziej  zaczerwienionego   Artiego.  Taszczył 

więcej toreb z zakupami niż osiemdziesięciosześcioletni mężczyzna powinien być w stanie 

udźwignąć.

- Och, wszyscy tu są! - wysapała Bunia. - Dzień dobry, dzień dobry! - Pospieszyła 

przez cały pokój, rozdając całusy, uściski, a w przypadku Joeya, Sonny’ego i nawet Kirka - 

klepnięcia po pupie. Najwyraźniej Bunia - w odróżnieniu od mamy - nie żywiła do niego 

urazy.

- Czy przyniosłaś czosnek? - spytała mama, zabierając od Artiego dwie torby.

background image

-   Oczywiście   -   powiedziała   Bunia.   Kiedy   już   zdjęła   z   głowy   szal,   chroniący   jej 

fryzurę,   zauważyłam,   że   jej   włosy   były   bardziej   puszyste   i   błyszczące   niż   zwykle. 

Najwidoczniej Artie był człowiekiem utalentowanym i w tej dziedzinie.

- Artie, kotku, a czosnek? - spytała Bunia, wyciągając rękę, na której widać było 

staranny manicure, w kierunku Artiego, szukającego czegoś po kieszeniach spodni.

- Mamo, mam nadzieję, że ty zapłaciłaś za czosnek. - Matka zmarszczyła brwi, kiedy 

Artie wreszcie wygrzebał garść ząbków czosnku z prawej kieszeni.

- Kto płaci za czosnek? - spytała Bunia, biorąc czosnek i klepiąc Artiego po policzku.

Tym razem nawet się nie zarumienił. Uśmiechnął się tylko jak człowiek, który znalazł 

wspólnika   zbrodni.   Wyraźnie   Artie   nie   tylko   odwzajemniał   uczucie   Buni,   ale   również 

podzielał jej zagorzałe przekonanie, że czosnek jest podstawowym pokarmem ludzi, wobec 

czego powinien być dawany - lub przyjmowany - bez opłat.

Mama wzięła czosnek i wściekła udała się do kuchni.

- Co ją ugryzło? - spytała Bunia, a następnie wzruszyła ramionami. Gniew własnej 

córki wcale jej nie obszedł.

Wobec tego mama postanowiła skierować go przeciw komuś innemu. Kiedy tylko 

usiedliśmy do stołu, okazało się, że tym kimś jest Kirk.

- Kirk - zaczęła, kiedy wszyscy pochłonięci byli jedzeniem. - Angela mówiła mi, że 

byłeś ostatnio w domu, u rodziny.

Oho. Wiedziałam dokładnie, do czego doprowadzi ta rozmowa.

- Tak. Musiałem tam wpaść, zwłaszcza teraz, kiedy zostałem wujkiem - powiedział 

Kirk z dumą.

-   Naprawdę?   -   Mama   spojrzała   na   mnie,   jakbym   ukryła   przed   nią   informację 

niezwykłej wagi. - Dziewczynka czy chłopiec?

- Och, dziewczynka. Kimberly. Jest śliczniutka.

- Ile już ma? - spytała Vanessa.

- Dziesięć miesięcy - odpowiedział Kirk.

- Szkoda - wtrąciła mama - że cała twoja rodzina mieszka tak daleko. Nie będziesz jej 

często widywać.

-   No   tak.   Ale   niedługo   znowu   zobaczę.   Moja   siostra   Kate   właśnie   dzwoniła   i 

poprosiła, żebym został chrzestnym ojcem - oznajmił, uśmiechając się do nas wszystkich. 

Próbowałam   odwzajemnić   uśmiech.   Naprawdę   próbowałam.   Ale   nie   mogłam.   Kiedy 

zorientowałam się, że Kirk znowu jedzie do domu beze mnie, faszerowany grzyb utkwił mi w 

gardle. No i dlaczego mi o tym nie wspomniał?

background image

Ale jeśli nawet moja matka to zauważyła, nic nie pokazała po sobie.

-  Dziesięć  miesięcy   i  dopiero   teraz   chrzciny?!  -  wykrzyknęła,   nie  próbując  ukryć 

oburzenia, że pozwolono dziecku żyć przez tak długi czas w grzechu.

- Właściwie to był pomysł mojej matki - Kirk zachichotał ponuro. - Wbiła sobie do 

głowy, że chrzest może być dla dziecka przeżyciem traumatycznym.

-   Traumatycznym?   -   Mama   wytrzeszczyła   oczy.   -   Myślę,   że   byłoby   bardziej 

traumatyczne, gdyby - Boże uchowaj - coś się dziecku stało, zanim zostanie uznane przez 

Boga!

- Mamo! - przerwał jej Sonny, wyczuwając, że matka jest o krok od obrażenia mojego 

przyszłego męża.

- Dzisiaj jest już inaczej - dodała Vanessa.

- Pewnie masz rację - przyznała mama, patrząc na mnie. Już widziała, jak walczę, 

żeby przełknąć tego grzyba. - Dzisiaj rzeczywiście jest inaczej. Decydowanie się na dzieci. 

Ślub. Za moich czasów ślub brało się raz, a potem trzeba było się starać, żeby w małżeństwie 

dobrze się działo - powiedziała, strzelając spojrzeniem w kierunku Mirandy, która nic nie 

zauważyła.

- Nawet chodzenie ze sobą się zmieniło. - Matka przeniosła wzrok na Kirka, a potem 

na   mnie.  -  Czy  wiecie,   że  wasz  ojciec   przedstawił   mnie   swojej   matce  na  naszej  drugiej 

randce? Na drugiej randce.

Niemożliwe, żeby ktokolwiek przy stole nie zrozumiał jej intencji. Kirk nagle zaczął 

mieć problemy z przełknięciem porcji makaronu, którą właśnie włożył do ust. Żuł go powoli, 

unikając naszego wzroku. Zrobiło mi się go żal. A zaraz potem poczułam smutek i gniew.

Następnego popołudnia wkroczyłam do Lee & Laurie. Na planie „Rośnij zdrowo” 

Colin z entuzjazmem zareagował na moje nowiny, żartując nawet, że będzie moją druhną. 

Takiego samego entuzjazmu spodziewałam się po Michelle.

- No to jadę do Newton - oznajmiłam, kładąc na biurku torebkę wraz ze stosem pism, 

które planowałam przejrzeć, zabijając czas.

- Rodzice Kirka? - spytała Michelle, zerkając znad numeru „Stylu”, który właśnie 

studiowała.

Kiedy przytaknęłam, uderzyła pięścią powietrze.

- Hurrra! A nie mówiłam?

- Co mówiłaś? - spytała Doreen, obracając się na krześle. Wiedząc dobrze, że nie 

powinnam   dopuścić   Królowej   Teorii   Konspiracji   do   mojego   małego   osobistego   spisku, 

szybko odparłam:

background image

- Och, jadę z Kirkiem do domu na chrzciny.

- Chrzciny? - zainteresowała się Roberta, kończąc rozmowę. - Och, Angie, kto urodził 

dziecko?

- Siostra Kirka, Kate.

- Dziewczynka czy chłopiec? - zapytała z entuzjazmem.

- Dziewczynka. Kimberly - odpowiedziałam, zastanawiając się, jakie to ma znaczenie. 

No tak. Dla Roberty Simmons, Matki nad Matkami, miało.

- No to poznasz jego. rodziców - zauważyła Doreen.

-   Uhm   -   odrzekłam,   wyciągając   z   szuflady   moje   słuchawki.   Doreen   zachichotała 

nagle.

- Coś ci powiem. Nigdy nie poznasz naprawdę mężczyzny, dopóki nie poznasz jego 

rodziców. Czy wam mówiłam, że ojciec mojego byłego był dozorcą więziennym w Riker’s! 

Island? Ho-ho. To wiele wyjaśniło. Do tamtego momentu myślałam, że kajdanki były jedynie 

niewinną perwersją seksualną.

-   Pamiętam,   kiedy   pierwszy   raz   spotkałam   rodziców   Lawrencea   -   rozmarzyła   się 

Roberta.   -   Wiecie,   że   chyba   się   podkochiwałam   w   moim   przyszłym   teściu?   -   Ja   też!   - 

wykrzyknęła Michelle.

Spojrzałam na nią ze zdumieniem.

- W panu Delgrosso? - Pamiętałam tego dość krępego mężczyznę. Zawsze się nam 

przypatrywał, kiedy wracając ze szkoły, przechodziłyśmy obok jego biura.

- No co, przecież to przystojny facet.

Miałam dość rozmowy z nimi. Nagle boleśnie zatęskniłam za Grace. Może jednak 

mogłybyśmy skoczyć gdzieś na drinka.

- Witamy w serwisie telefonicznym katalogu Lee & Laurie... - wyrecytowałam z ulgą, 

że chociaż przez chwilę mogę się oderwać od tych wariactw. Nawet udało mi się wykrzesać 

odrobinę   współczucia   wobec   kobiety   o   rozmiarze   38C,   która   koniecznie   chciała   się 

dowiedzieć, czy sukienka z trzydziestej piątej strony letniego katalogu będzie na nią pasować.

- Angie, wiesz, że kiedy raz pojedziesz do Newton, nie będzie już odwrotu? - spytała 

Doreen. - Jeśli raz pokażesz się na jakiejś rodzinnej uroczystości, będą ciebie oczekiwać na 

wszystkich innych. Nagle na jakichś siedemdziesiątych urodzinach czy złotym weselu padnie 

pytanie: „Kirk, a gdzie Angela? Wszystko w porządku między wami?”

Na szczęście Michelle akurat skończyła rozmowę.

- Doreen, to nie jest wina twojego byłego męża, że poślubił lesbijkę.

background image

- Doreen, czy to prawda? - Roberta też już była  wolna. - To znaczy,  nam to nie 

przeszkadza, jeżeli jesteś...

- Jestem feministką. To nie znaczy, że jestem lesbijką.

- Ja też jestem feministką - powiedziała Michelle - ale teraz mamy większe problemy. 

- Odwróciła się w moją stronę i spytała: - W co się ubierzesz?

Chociaż swoje życie uczuciowe złożyłam w ręce Michelle, w sprawach mody należało 

konsultować się z Grace. Na szczęście udało mi się ją złapać w drodze do domu.

- Chodź ze mną na zakupy - błagałam.

Miałam   szczęście.   Grace   wybierała   się   następnego   dnia   w   porze   lunchu   do 

Bloomingdale’a. Wciąż nie udało jej się znaleźć niczego odpowiedniego na kolację służbową 

z   Drew,   zdecydowała   więc,   że   najlepszym   wyjściem   będzie   nowy   zakup.   Miałam   więc 

pretekst, żeby kupić sobie coś nowego na półtora miesiąca przed chrzcinami.

- I to wszystko? - sondowała, kiedy ruchomymi schodami wjeżdżałyśmy na drugie 

piętro Bloomingdale’a. - Poprosił cię, żebyś pojechała, a ty się zgodziłaś?

- Uhm - potwierdziłam.

W   tej   chwili   wolałam   zapomnieć   o   wszystkich   oszustwach,   pochlebstwach   i 

bezpośrednich pogróżkach, dzięki którym mój związek z Kirkiem osiągnął ten etap. Starannie 

ukrywałam   przed   Grace   trójstopniowy   plan   Michelle.   Nic   by   z   tego   nie   zrozumiała.   Jej 

wszystko przychodziło z łatwością - mężczyźni, propozycje małżeństwa (byłam pewna, że 

zbliżały się oświadczyny Drew) i wspaniałe ciuchy. Spokojnie wjechałam z nią na drugie 

piętro. Piętro wielkich projektantów.

W tej samej chwili zorientowałam się, że popełniłam ogromny błąd. Nie bez powodu 

od dawna nie wchodziłam do żadnego sklepu.

Zakupy   to   moja   obsesja.   Jakiś   rok   temu   kiedy   w   chwili   rozpaczy   przeglądałam 

książeczkę czekową, zastanawiając się, jakim cudem spłacę świeżo zakupione cztery pary 

butów   (nawet   przez   myśl   nie   przeszło   mi,   że   mogłabym   je   zwrócić),   zwierzyłam   się   ze 

swoich   problemów   Kirkowi.   Kirk,   pomnik   odpowiedzialności   finansowej   z   czterystu 

tysiącami rocznego dochodu i porządnie zaplanowanym budżetem, pomógł mi naszkicować 

plan wyjścia z długów. Ostatnio nawet wyobrażałam sobie, że uwolniłam się od pożądań, 

przez które szafowałam swoją kartą kredytową.

Teraz już wiedziałam, że tak nie jest. Na początku wszystko było dobrze. Ze stoickim 

spokojem minęłam dział z dżinsami, powtarzając sobie, że mogę wydać tylko sto dolarów, i 

to wyłącznie na sukienkę nadającą się na chrzciny.

background image

Poczułam się okropnie przy Grace, która przewieszała sobie przez ramię sukienki, jak 

gdyby nie miała żadnych zmartwień. Ja wciąż miałam puste ręce - nie wiem, czy z lęku przed 

nadmiernymi wydatkami, czy też z czystej frustracji.

- Wszystko jest za drogie - jęknęłam wreszcie. - T za... czarne.

- Co ci się nie podoba w czarnym? Każdy wygląda dobrze w czarnym - odpowiedziała 

Grace.

- Nie mogę iść w czarnym na chrzciny.

- No to w czym pójdziesz?

- Nie wiem. Może w tym? - Wskazałam palcem na jasno-żółtą obcisłą sukienkę na 

wieszaku za mną.

Żółty wydawał się dobrym kolorem na uroczystość na cześć dziecka. Ale w żółtym 

wyglądam jak pszczółka Maja. Różowy był zbyt dziewczęcy. Biały zbyt dziewiczy. Zielony - 

nie wchodził w grę. Prawda jest taka, że wyglądam dobrze jedynie w czarnym.

Z poczucia obowiązku wybrałam kilka sukienek, które nie były zbyt straszne ani zbyt 

drogie. Wtedy okazało się, że oto jesteśmy w dziale Calvina Kleina. Westchnęłam.

Nikt nie rozumiał mojego ciała tak, jak Calvin Klein.

Grace   ruszyła   prosto   w   kierunku   sukienek.   Powinnam   pójść   za   nią   -   w   końcu 

potrzebowałam   sukienki,   tylko   sukienki   -   ale   zamiast   tego   zatrzymałam   się   przy   małym 

czekoladowo-brązowym topie wiszącym na jednym z okrągłych stojaków. Już po pierwszym 

dotknięciu  materiału  wiedziałam,  że jestem zgubiona. Wycięcie było  na tyle  głębokie, że 

moje praktycznie nieistniejące piersi zaczynały istnieć. Wiązania krzyżowały się na plecach, 

zaprojektowane   tak,   aby   podkreślać   linię   ramion   (według   Grace   ramiona   były   moją 

największą   zaletą.   Szczerze   mówiąc,   wolałabym,   aby   były   nią   pośladki,   ale   cóż   -   niech 

będzie). Zdjęłam top z wieszaka (tak się akurat złożyło, że był to mój rozmiar) i przyłożyłam 

go do siebie. Oczywiście, będę musiała go przymierzyć, bez dwóch zdań.

Podobnie   stało   się   z   dwiema   parami   spodni,   ciekawą   asymetryczną   spódniczką   i 

czterema świetnymi T-shirtami, na które natknęłam się po drodze do działu z dżinsami. Tak, z 

dżinsami. W moim trawionym gorączką umyśle nie mieściła się myśl, że mogłabym pójść do 

przymierzalni bez dżinsów z nowej kolekcji.

- No co, potrzebuję dżinsów - powiedziałam wyzywająco, stając ostrożnie w kolejce 

za Grace.

- Przecież nic nie mówię - odpowiedziała.

background image

Jasne, że nie. Była zagorzałą zwolenniczką idei „Kupuj i pozwól kupować innym”. 

Nigdy   nie   pozbawiała   siebie   ani   kogokolwiek   innego   przyjemności   dokonania   jakiegoś 

zakupu. I właśnie dlatego tak niebezpiecznie było znaleźć się w przymierzalni obok niej.

Ale nie było już czasu na niepokój. Zrzuciłam dżinsy i koszulkę. Najpierw obowiązek, 

a potem przyjemność, przykazałam sobie i włożyłam pierwszą z sukienek - kremową (Grace 

przekonywała mnie, że to kolor dla mnie).

Z   satysfakcją   zobaczyłam,   że   wisi   na   mnie   jak   worek   na   ziemniaki.   Wciągnęłam 

potem szarą sukienkę kopertową, ale widząc, że potrzebowałabym implantów, żeby to jakoś 

wyglądało, szybko ją zdjęłam. W końcu włożyłam błękitną sukienkę na ramiączkach. Nie 

tylko   świetnie   leżała,   ale   też   podkreślała   ramiona   i   miała   niewielki   gustowny   dekolt. 

Spojrzałam na cenę. Sto pięćdziesiąt dolarów! Za dużo. Ale tak mi w niej było ładnie...

Teraz mogłam skoncentrować się na moich rzeczywistych pragnieniach: na dżinsach... 

i   na   tym   cudownym   topie.   Kiedy   już   stanęłam   przed   lustrem,   ze   świstem   wypuściłam 

powietrze z płuc.

Przeznaczenie. To było przeznaczenie. Ja i ten czekoladowy top byliśmy dla siebie 

stworzeni, pomyślałam, patrząc, jak materiał układa się na moich niepozornych piersiach, 

które niespodziewanie przybrały wygląd „małych, lecz dumnych”.

Potem spojrzałam na metkę. Siedemdziesiąt osiem dolarów za coś takiego?! Ledwo 

starczyło materiału, żeby przypiąć do niego cenę. Zerknęłam ponownie w lustro, jeszcze raz 

zauważając,   że   top   idealnie   obejmuje   moją   sylwetkę,   nadając   krągłości   miejscom,   gdzie 

wcześniej ich nie było...

Siedemdziesiąt doków. W końcu to nie jest tak bardzo wiele, prawda?

Nadeszła pora na dżinsy. Bo tak naprawdę jestem maniaczką dobrze dopasowanych 

dżinsów. Czy można mieć mi to za złe? Mam tego rodzaju pośladki, że bez względu na to, ile 

wymachów nogą czy przysiadów wykonam, ich seksowność zależy wyłącznie od położenia 

talii i kieszeni w moich dżinsach.

Calvin Klein rozumiał to doskonale. Zerknęłam w lustro. W przylegających dżinsach 

o  niskiej  talii  i  czekoladowym   topie  wyglądałam  zjawiskowo.  Z  drżeniem   spojrzałam   na 

kartonik zwisający z jednej szlufki. Hm...

Nie mogłam sobie na nie pozwolić. Nie pozwolę sobie na nie. Kirk wyjaśnił mi, że za 

każdym razem, kiedy ulegam „słabości” (tak nazywał moje zainteresowanie modą), oddalam 

się od tego, czego naprawdę pragnę - czyli od życia wolnego od finansowych kłopotów.

Oczywiście miał rację.

Ale Grace też.

background image

-   Świetnie   wyglądasz   w   tych   dżinsach   -   powiedziała,   kiedy   weszłam   do   jej 

przymierzalni.  Zawołała  mnie,  żebym   pomogła  jej   zapiąć  zamek  w czarnej  sukience  bez 

ramiączek, co do której byłam pewna, że kosztuje więcej niż wszystkie przymierzone przeze 

mnie ciuchy razem wzięte.

- Top też jest fantastyczny. Kupujesz? - spytała, odwracając się tyłem do mnie, żebym 

ją zapięła.

Nie odpowiedziałam. Nie mogłam odpowiedzieć, bo wiedziałam, jak ta odpowiedź 

powinna brzmieć.  Dociągnęłam  zamek  błyskawiczny na plecach  Grace do nieuchronnego 

punktu, kiedy odmówił dalszej współpracy.

- Cholera! - zaklęła Grace, ściskając z frustracją swój wydatny biust.

Grace jest jedyną osobą, jaką znam, która jest niezadowolona z rozmiaru 38C.

- Rozepnij - powiedziała, uspokajając się.

Zsunęła z siebie sukienkę i kopnęła ją pod ścianę, studiując wnikliwie malejący stos 

ubrań, pozostających do przymierzenia. Ja tymczasem obserwowałam ją - wysoką, kształtną - 

moje całkowite przeciwieństwo. Grace była Marilyn Monroe z krwi i kości, tylko wyższą. I 

mądrzejszą. Ona nigdy nie pozwoliłaby mężczyźnie wykorzystywać się tak jak Marilyn. Albo 

tak jak ja, pomyślałam.

Usiadłam na krześle w rogu i powtarzałam sobie po cichu, że mogę pozwolić sobie 

tylko na sukienkę.

- Możesz zapiąć? - spytała znowu Grace, odrywając mnie od mojej mantry.

- Jasne - powiedziałam, widząc już, że na pewno nie uda się dopiąć zameczka do 

końca.

- Cholera! - powtórzyła, gdy zamek osiągnął punkt, z którego nie chciał się dalej 

ruszyć.

- Masz duże bufory,  Grace. Pogódź się z tym.  Westchnęła i spojrzała na mnie w 

lustrze.

- Ty też. Przynajmniej w tej bluzce.

Musiałam mieć ten top. Byłabym kretynką, gdybym go nie kupiła.

- No i co ja teraz zrobię? - załamała się Grace.

- O co ci chodzi? - zdziwiła mnie jej panika.

- No bo idę na tę... tę kolację do domu szefa Drew w ten weekend i nie mam w co się 

ubrać!

- Och, przestań, Grace, byłaś ostatnio w swojej garderobie? Masz tam więcej ubrań 

niż my na stu dwudziestu czterech stronach jesiennego katalogu Lee & Laurie!

background image

Spojrzała na mnie, jakbym nic nie rozumiała.

- Czy nie możesz włożyć czegoś, co już masz? Przecież to nie pierwszy raz będziecie 

się spotykać z szefem Drew, nie?

-   Ale   teraz   to   co   innego   -   powiedziała,   patrząc   z   rozpaczą   na   stos   odrzuconych 

ciuchów. - Jedziemy do jego domu w Westport. Po prostu nie mogę pokazać się w jakiejś 

starej sukience przy jego szczuplutkiej żoneczce, Lorraine, która będzie podawać cudownie 

doskonałe dania w fantastycznym, przepięknym pałacu, nie przestając opowiadać o nowych 

meblach   do   salonu,   które   właśnie   kupili,   o   projekcie   pokoju,   który   budują   z   myślą   o 

przyszłych dzieciach. Ja po prostu... - przerwała, patrząc na swoje odbicie z przerażeniem. - 

Ja po prostu chcę dobrze wyglądać, a ostatnio jestem tak cholernie gruba, że...

- Gruba? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - Grace, może tego nie zauważyłaś, ale 

wyglądasz cholernie kwitnąco.

- Nie czuję się kwitnąco - powiedziała, marszcząc brwi i zdejmując ostatnią sukienkę 

z wieszaka.

Najwyraźniej coś ją gryzło. I kiedy włożyła suknię, a ja zaczęłam zapinać, wyrzuciła 

to z siebie.

- Wiesz, powiedziałam mu.

- Powiedziałaś mu? - spytałam, przyglądając się, jak sukienka spłaszczyła piersi Grace 

tak, że prawie nie było ich widać.

- Drew. Powiedziałam  Drew. O mojej matce.  To znaczy,  nie o mojej  prawdziwej 

matce.

Teraz zrozumiałam.  Grace miała na myśli  swoją biologiczną  matkę. Odnalazła jej 

dane   jakieś   dwa   lata   temu   dzięki   specjalnej   organizacji.   Dowiedziała   się,   że   mieszka 

niedaleko, na Brooklynie, ale jeszcze się z nią nie skontaktowała. Nigdy nie zrozumiałam 

dlaczego. Jej przybrani rodzice wspierali ją w staraniach o odnalezienie korzeni. Nie musiała 

się bać, że ich zrani. Chyba nie mogła pogodzić się z faktem, że kobieta, która ją urodziła, 

mieszka kilka przecznic od miejsca, w którym dorastała. Ta rana wciąż się jątrzyła.

- No i co powiedział? - spytałam.

- Nic, nic szczególnego. Znasz Drew, jest bardzo zamknięty. I nie lubi komplikacji. 

Woli wierzyć, że mój ojciec jest emerytowanym profesorem, a matka nauczycielką muzyki - 

powiedziała, mając na myśli przybranych rodziców. Zaśmiała się, ale nim odwróciła wzrok, 

dostrzegłam w jej oczach lęk.

- Drew cię kocha, Grace. To widać po tym, jak na ciebie patrzy. Na pewno wszystko 

mu jedno, kim jest twoja prawdziwa matka.

background image

- Wiem o tym - powiedziała, ale widać było, że nie jest do końca przekonana. Potem 

spojrzała w lustro i westchnęła. Przymierzana sukienka zmniejszała jej piersi o jakieś trzy 

rozmiary, i to w najbardziej niekorzystny z możliwych sposobów.

- Poddaję się - powiedziała z rozpaczą.

- Grace, jesteś piękna. W środku i na zewnątrz. Niech ci nikt nie wmówi, że jest 

inaczej.

- Dobrze, dobrze. - Była wyraźnie zawstydzona moim nagłym przypływem czułości. - 

Ty też. - Odwróciła się do mnie plecami, żebym mogła rozpiąć jej suwak. - Zwłaszcza w tej 

bluzce.

No dobrze, kupuję ten top. W takich warunkach uznam to za gest feministyczny. No 

bo  czy  ja  i  Grace   nie  za  sługiwałyśmy   na  to, żeby czuć   się piękne   i  kochane?  Czy  nie 

zasługiwałyśmy na to, żeby mieć ubrania, o jakich marzyłyśmy?

Wróciłam do mojej przebieralni i zaczęłam się rozbierać. I liczyć. Sto pięćdziesiąt 

dolarów za sukienkę. Sześćdziesiąt cztery za dżinsy. Siedemdziesiąt osiem za top. Razem 

dwieście dziewięćdziesiąt dwa dolary. No cóż, przecież to tylko sto dziewięćdziesiąt dwa 

dolary ponad mój miesięczny limit (widzicie, jaki Kirk jest mądry? Wiedział, że i tak będę 

kupować. Pomógł mi tylko wytyczyć rozsądne limity). Zresztą, bluzeczka i dżinsy również 

przydadzą mi się podczas weekendu w Newton. W końcu mogę robić sobie kanapki do pracy 

i zaoszczędzić... całe szesnaście dolarów na tydzień.

- Gotowa? - spytała Grace przez drzwi.

- Daj mi jeszcze minutę - odpowiedziałam z większym rozdrażnieniem, niż to było 

uzasadnione, szybko wkładając moje stare dżinsy i miękki (czytaj: sprany) T-shirt.

Kiedy wyszłam, trzymając niebieską sukienkę, top i dżinsy, Grace czekała na mnie z 

jedną jedwabną koszulką.

- Nic więcej nie kupujesz? - nagle zorientowałam się, że jestem w moim szaleństwie 

osamotniona.

- Nic innego nie pasowało. Poza tym potrzebowałam koszulki, a ta jest z przeceny.

Tylko Grace potrafiła znaleźć jedyny przeceniony ciuch na ekskluzywnym, drugim 

piętrze.   Prawdopodobnie   był   to   czysty   przypadek.   Grace   nie   musiała   kupować   na 

wyprzedażach.

- Bierzesz to wszystko? - spytała, zerkając na rzeczy, które wciąż trzymałam mimo 

zdrowego rozsądku.

-   No   wiesz,   muszę   mieć   sukienkę.   A   dżinsy   zawsze   mi   się   przydadzą...   -   Nagle 

ogarnęło mnie zwątpienie.

background image

- Musisz kupić ten top. Wyglądasz w nim świetnie - rzuciła Grace, kierując się do 

majaczącej w oddali kasy.

Poszłam za nią.

- Kosztuje siedemdziesiąt osiem dolarów.

Nawet nie mrugnęła okiem.

- Jasne. To przecież Calvin Klein.

- Z dżinsami i sukienką wychodzi razem dwieście dziewięćdziesiąt dwa dolary. Sto 

dziewięćdziesiąt dwa ponad limit...

To przyciągnęło jej uwagę.

- Nie mów mi, że wciąż trzymasz się tego głupiego budżetu, który opracował ci Kirk?

Oho. Oczywiście nie powinnam była tego mówić - wie działam, że Grace potępia 

oszczędną naturę Kirka.

- To naprawdę wychodzi mi na dobre. Czy wiesz, że przez ostatnie trzy miesiące 

kupiłam sobie tylko jedną parę butów?

- Gratulacje - rzuciła z ironią, patrząc na moje nieco zdarte, lecz wciąż dobre buty od 

Steve’a Maddensa.

Zanim się zorientowałam, byłyśmy już przy kasie, a Grace wyjmowała mi z ręki mój 

mięciutki, lejący się top, ponieważ nie zdobyłam się na odłożenie go na półkę.

- Kupię ci go.

- Nie! - zaprotestowałam stanowczo, zabierając go z powrotem, zanim Grace znów 

ulegnie atakowi nieskończonej szczodrości.

-   Mnie   na  niego   stać,   a   ciebie   nie.   Jaka   to   różnica,   kto   płaci?   -  mówiła   zawsze, 

wyciągając swoją złotą kartę i zabierając rachunki za kolacje, drinki i czasami te słabości 

zakupowe, którym nie wolno mi było się poddać.

Ale tym razem nie mogłam jej na to pozwolić.

-   Kupię   to   -   powiedziałam,   wyciągając   w   portfela   własną   kartę   z   mocnym 

postanowieniem samodzielnego rujnowania swojej przyszłości.

W końcu czym się tak martwię? Swoją przyszłość wiążę z Kirkiem - dlatego stosuję 

się do planu Michelle. Czy nie z tego powodu byłam dziś u Bloomingdale’a? Chcę zapewnić 

sobie długie życie w miłości i dostatku, prawda?

background image

Widziałam przyszłość (i będzie mnie kosztować fortunę)

Jeśli myślicie, że wróciłam z zakupów upojona własną ekstrawagancją, mylicie się. 

Już   w   metrze   przypomniałam   sobie,   że   ta   mała   orgia   zakupów   nie   była   moim   jedynym 

grzechem w tym miesiącu. Wizja najbliższego wyciągu bankowego zawisła nade mną jak 

ciemna chmura. Jak, u diabła, miałam zamiar to wszystko spłacić?

Rzuciłam pakunki w jedynym wolnym kącie swojego pokoju i przeszłam do salonu. 

Usiadłam przy stuletnim biurku, które Justin wyciągnął z jakiegoś stosu śmieci i ustawił pod 

oknem. Twierdził, że było to najlepsze miejsce dla kreatywnych dusz.

Jedyną rzeczą, jaką zobaczyłam, była ta przeklęta azalia.

Wyciągnęłam z szuflady bloczek papieru i długopis. Musiałam oszacować wysokość 

spowodowanych przeze mnie szkód. Azalia, 54,95. Można z tym żyć. I rzeczywiście - jakoś z 

tym żyłam. Przeklęte zielsko na parapecie rozwijało się nadzwyczaj dobrze, do tego stopnia, 

że Justin musiał przycinać ją raz w tygodniu. 150 za sukienkę (żena). 142 za top i dżinsy 

(wielka   żena).   No   i   jeszcze   oczywiście   ta   kolacja   z   Joshem   parę   tygodni   temu:   32,50. 

Podsumowałam: 379,45. Miałam w budżecie dziurę w wysokości 379,45. To było więcej niż 

moje tygodniowe zarobki w Lee & Laurie, a czek za „Rośnij zdrowo” zaledwie pokrywał 

moje wydatki na komunikację i pralnię. „Każdy niepotrzebnie wydany dolar oddala cię od 

życia wolnego od finansowych kłopotów”.

Przecież moje życie będzie wolne od kłopotów. Postanowiłam związać się z Kirkiem. 

Za miesiąc poznam jego rodzinę. Przynajmniej mam świetną sukienkę! Wyobraziłam sobie, 

jak   pomagam   pani   Stevens   serwować   ciasto,   jak   uśmiecham   się   z   zachwytem   na   widok 

kolejnego otwieranego prezentu...

Prezent! Nie miałam prezentu. Kirk miał. Oczywiście, przecież był ojcem chrzestnym, 

do   diabła.   Nie,   nie   -   nie   chciałam   powiedzieć   „do   diabła”,   mówiąc   o   ojcu   chrzestnym. 

Przeżegnałam się odruchowo. Nie pokażę się z pustymi rękami. Pokażę się z Kirkiem, a on 

będzie miał prezent z bilecikiem, na którym będą wypisane nasze imiona. „Od kochającego 

wujka Kirka i... Angeli”.

A jeśli nie wypisze mojego imienia na bileciku?

Wzięłam do ręki telefon i wcisnęłam guziczek z napisem „Kirk dom”, który równie 

dobrze mógł być oznaczony jako „Kirk praca”, bo przecież pracował w domu.

background image

- O co chodzi, Angie? - zapytał zirytowany. Wiedział, że to ja (identyfikacja numeru - 

Kirk zawsze miał najnowsze nowinki technologiczne). Wiedział, że to ja i był zirytowany. O 

co mu chodziło?

Nie  odważyłam   się zadać   pytania,   które  jeszcze  przed  chwilą   wydawało  się  takie 

proste.

- Nic. A co u ciebie? - zrobiłam unik.

- Pracuję, a co myślałaś?

Nienawidził,   kiedy   przeszkadzałam   mu   w   pracy.   Nagle   poczułam   się   głupio. 

Wiedziałam przecież, że jest zestresowany z powodu nowego klienta, a mimo to zawracam 

mu głowę głupstwami.

- Wiesz, zastanawiałam się... co kupujesz dziecku?

-   Dziecku?   -   zapytał.   Pamięć   o   ukochanej   chrześniaczce   została   z   jego   umysłu 

całkowicie wyparta. Słyszałam stukot klawiszy i mogłam wyobrazić sobie szeregi znaków 

przesuwające się pospiesznie na ekranie przed jego oczami.

- No wiesz, Kimberly. Na chrzciny.

- Aa, Kimberly. - Klik, klik, klik. - Założyłem jej rachunek w funduszu powierniczym. 

Dostanie pieniądze, kiedy skończy osiemnaście lat.

-  Och!  -  Typowe  dla  Kirka:   kochający  wujek  dba  o  finansową   przyszłość  swojej 

chrześniaczki.

- Dlaczego pytasz?

- Po prostu. Byłam  ciekawa - powiedziałam niedbale,  zastanawiając  się, jak teraz 

poruszyć temat bileciku. Czy będzie jakikolwiek bilecik? Oczywiście. Od wujka Kirka. I cioci 

Angeli. Tylko że nie było żadnej cioci Angeli. Przynajmniej na razie. - To co, widzimy się 

dziś wieczorem? - szybko zmieniłam temat, zanim Kirk mógł poczuć się tak niezręcznie, jak 

ja.

- Dziś wieczorem? - zdziwił się. - Posłuchaj, Angie, nie będzie żadnego spotkania, 

jeśli nie skończę programu, nad którym właśnie pracuję...

-   Dobrze   już,   dobrze   -   uspokoiłam.   O   rany,   najwyraźniej   zadzwoniłam   w   złym 

momencie.

- Zadzwonię do ciebie później - powiedział. Klik. Tak, ja też cię kocham.

Po rozmowie z Kirkiem było dla mnie jasne, że będę musiała kupić małej Kimberly 

prezent. Bardzo tani prezent, sądząc po przerażającej kolumnie cyferek naszkicowanej przed 

chwilą w notesie. Co gorsza, nie miałam pojęcia, czego mogłoby chcieć dziesięciomiesięczne 

dziecko.

background image

Do   tej   pory   zaopatrywałam   Trący   i   Timmy’ego   w   pistolety   na   wodę,   hałaśliwe 

bębenki i serpentyny w sprayu, ale nigdy jeszcze nie kupowałam niczego dla niemowlaka.

Chodziłam po sklepie, patrząc na niekończące się rzędy lalek, ciężarówek, pozytywek, 

książeczek i pluszowych zwierzątek. Nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Wprawdzie był 

dopiero lipiec, ale chciałam mieć już wszystko za sobą.

- W czym mogę pomóc? - usłyszałam miękki głos. Odwróciłam się i ujrzałam małą 

postać o chłopięcej figurze, w ogrodniczkach i pasiastej bluzce. Wyglądała jak przerośnięta 

Pippi Langstrumpf.

- Szukam prezentu dla dziesięciomiesięcznej dziewczynki.

- To wspaniały wiek - powiedziała z błyskiem w niebieskich oczach.

Będę musiała uwierzyć jej na słowo, pomyślałam, idąc za nią do półki z lalkami.

- Lalka to zawsze dobry wybór - powiedziała, biorąc do ręki monstrum o gumowej 

twarzy w różowej sukience.

Od   razu   się   najeżyłam.   Nie   chciałam   być   odpowiedzialna   za   kształtowanie   tego 

dziecka na obraz i podobieństwo jego matki, bo czyż nie temu służą lalki? Nie byłam żadną 

wojującą feministką ani niczym podobnym, ale tyle to nawet ja wiedziałam.

- Wolałabym coś innego... - odpowiedziałam dyplomatycznie.

- Wszystkie dzieci uwielbiają klocki - powiedziała Pippi, prowadząc mnie w kierunku 

góry klocków w żywych kolorach, z wymalowanymi literami alfabetu. - Te spełniają również 

rolę edukacyjną.

Nagle   przypomniałam   sobie   przechwałki   Kirka   o   wybitnych   zdolnościach   jego 

siostrzenicy. Na pewno więc zna już alfabet, nie? Czy nie jest to pierwsza rzecz, jakiej uczy 

się dziecko? Nie miałam o tym pojęcia...

- Och, to bardzo mądre dziecko - powiedziałam wreszcie, dochodząc do wniosku, że 

lepiej dmuchać na zimne. Nie chciałam obrazić Stevensów, nie doceniając ich latorośli. - 

Jestem pewna, że zna już literki.

- Naprawdę? - - posłała mi promienny uśmiech, który odwzajemniłam.

- No to może kształty. Czy zna już kształty? - Wzięła z półki układankę z wyciętymi 

kółkami i kwadratami.

Kto by nie rozpoznawał kształtów! Czy nie była to umiejętność, z którą każdy się 

rodzi?

- Oczywiście - oburzyłam się, jakby Pippi w jakiś sposób obraziła inteligencję mojej 

siostrzenicy.

- To chyba nadzwyczajne dziecko - Pippi uśmiechnęła się do mnie.

background image

Też się do niej uśmiechnęłam. Byłam pewna, że Kimberly była wybitna, tak jak Kirk.

- Myślę, że w jej przypadku mogłybyśmy poszukać czegoś bardziej zaawansowanego.

- Mamy dziecięcy komputerek. Zazwyczaj polecam go dla starszych dzieci, ale jest to 

sprzęt na tyle rozwojowy, że może rosnąć razem z dzieckiem...

Wreszcie coś fajnego, pomyślałam, patrząc na błyszczący plastikowy monitor i małą 

klawiaturkę.   Coś   idealnego   dla   siostrzenicy   Kirka.   Wyobraziłam   sobie   wujka   Kirka 

wprowadzającego małą Kimberly w tajniki windowsów. Wtedy wzrok mój padł na cenę - 

159,99? Czy oni powariowali? Tajniki windowsów mogły chyba jednak zaczekać, aż fundusz 

zacznie przynosić dochody...

- A czy mają państwo coś nieco tańszego?

Kobieta spojrzała na mnie i mogłabym przysiąc, że widzę w jej oczach wstręt. Jakbym 

chciała okraść Microsoft.

Zauważyłam   malutką   farmę   ze   zwierzętami   rozstawioną   na   pobliskim   stole, 

wyposażoną w krowy, kury i małe narzędzia farmerskie.

- Jakie ładne - powiedziałam.

-   Tak,   to   jedna   z   najlepiej   sprzedających   się   zabawek   -   uśmiechnęła   się,   kiedy 

zaczęłam oglądać maleńką motykę. - Oczywiście polecamy ją dla dzieci powyżej trzeciego 

roku życia, z uwagi na ryzyko zadławienia.

- Zadławienia?

- Tak, maluchy uwielbiają wkładać wszystko do buzi. Przyglądałam się miniaturowej 

motyczce, wyobrażając ją sobie w maciupkich łapkach maleńkiego dziecka, które wkłada ją 

do jeszcze mniejszej buzi.

- Taaak, nie chcielibyśmy żadnej rodzinnej tragedii - odpowiedziałam z nerwowym 

chichotem.

Pippi też się zaśmiała, ale jakby z wysiłkiem. Najwyraźniej zaczęłam już działać jej na 

nerwy.

Tym gorzej dla niej. Nie mówiłyśmy przecież o byle jakim dziecku, ale o siostrzenicy 

Kirka. Musiałam znaleźć coś szczególnego. Coś, co będzie świadczyło o tym, że rzeczywiście 

się postarałam. Coś, co pokaże, że jestem Tą Dziewczyną Kirka... i że zamierzam zostać.

Ale kiedy Pippi pokazała mi już układanki (kojarzyły mi się ze starszymi ludźmi, a nie 

z dziećmi), pluszowe zwierzątka (nuuuda), pozytywki (czy ktokolwiek lubi takie głupoty?), 

porcelanowy serwis do herbaty (a ryzyko  tłuczonego szkła?), zdałam sobie sprawę, że w 

całym tym sklepie nie ma nic w kategorii „do dwudziestu pięciu dolarów”, co zapewniłoby 

background image

rodzinę Kirka, że byłam nie tylko Tą Dziewczyną, ale również roztropną i idealną matką 

przyszłego potomstwa Kirka.

-   Przepraszam   na   chwilkę   -   powiedziałam   wreszcie,   myśląc   o   jedynej   roztropnej 

osobie, na której pomoc mogłam liczyć w podjęciu tej życiowej decyzji. O mojej matce.

Korzystając   z   nadarzającej   się   okazji,   Pippi   błyskawicznie   zniknęła.   Zaszyłam   się 

pomiędzy półkami z zabawkami pluszowymi i wyciągnęłam komórkę.

- Mamo, to ja.

- Angela? Ledwo cię słyszę, chyba nie dzwonisz znowu z tej komórki?

Moja matka utrzymywała, że nigdy mnie nie słyszy przez komórkę - myślę, że chciała 

mnie w ten sposób zniechęcić do korzystania z niej. Przy każdej okazji przypominała mi o 

wujku   Gino,   który   zmarł   na   raka   mózgu.   Jego   przedwczesną   śmierć   przypisywała   jego 

miłości   do   telefonii   komórkowej,   którą   popierał   z   tak   wielkim   zaangażowaniem,   że 

zrezygnował z linii stacjonarnej. Oczywiście nigdy nie pomyślała o tym, że przez całe swoje 

dorosłe życie pracował przy usuwaniu azbestu.

- Posłuchaj, mamo, jestem w sklepie z zabawkami i nie wiem...

- Angela, nie kupuj już zabawek Timmy’emu i Tracy. Twój brat już ledwo może się 

ruszyć w tym zagraconym mieszkaniu. Gdyby Miranda miała odrobinę rozumu, oddałaby 

część starszych rzeczy dla biednych, ale oczywiście nie słucha niczego, co do niej mówię...

-   Mamo,   nie   kupuję   nic   dla   Timmy’ego   i   Tracy,   szukam   czegoś   dla   Kimberly, 

siostrzenicy Kirka.

To ją przystopowało.

- A po co?

- Na chrzciny, mamo. Kirk zaprosił mnie na chrzciny - powiedziałam, jakby nie było 

to nic wielkiego i jakby mógł to zrobić bez jej uwag kilka dni temu.

Jednak mama nie kupiła tego.

- Teraz cię zaprasza? Dlaczego nie pomyślał o tym wcześniej?

Westchnęłam.

-   Mamo,   proszę   cię,   czy   możesz   mi   teraz   pomóc?   Nie   mam   pojęcia,   co   kupić 

dziecku...

- Czy to nie on powinien kupować prezent?

Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby Kirk jeszcze bardziej nie podpadł mojej mamie. 

Ona, rzecz jasna, uważała, że powinniśmy dać prezent razem.

background image

- On daje prezent, mamo. Pieniądze. Tylko... poprosił mnie, żebym kupiła coś jeszcze. 

Coś,   co   dziecko   może   rozpakować   -   skłamałam,   starając   się,   żeby   moja   samotna   misja 

sprawiała wrażenie wspólnego przedsięwzięcia.

- Pieniądze? I to ma być prezent od ojca chrzestnego? Westchnęłam.

- Mamo, dlatego właśnie jestem w sklepie z zabawkami. Szukam jeszcze jednego 

prezentu... od nas obojga.

-   No,   jeżeli   Kirk   jest   ojcem   chrzestnym,   to   czy   nie   powinien   kupić   krzyżyka? 

Mówiłaś,   że   to   chrzciny,   nie?   Jakie   korzyści   duchowe   mogą   przynieść   pieniądze   albo 

zabawki? Ja nie wiem, Angela, ale ten facet...

- Mamo, proszę cię, nie teraz. Kirk otworzył dla niej fundusz. Wiesz, żeby zapewnić 

jej przyszłość.

- Dalej jednak uważam, że ktoś powinien kupić krzyżyk. Takie jest zadanie rodziców 

chrzestnych.

- Chyba Kayla kupuje krzyżyk - powiedziałam wreszcie.

- Kto?

- Kayla. Siostra Kirka. Ona będzie matką chrzestną. Szansę, że siostra Kirka kupi 

krzyżyk, były raczej nikłe. Nie miałam zamiaru mówić o tym mojej mamie. Kayla była czymś 

w   rodzaju   czarnej   owcy   w   rodzinie,   bo   zrezygnowała   ze   studiów   licencjackich   na 

Uniwersytecie   Chicago   (wydział   sztuk   pięknych),   choć   do   ich   ukończenia   brakowało   jej 

zaledwie kilku zaliczeń. Co gorsza, należała do grupy niezależnych artystów fotografików i 

razem z kolegami pozowała do zbiorowego aktu, który teraz wisi na wystawie w Smithsonian.

- No to już nie wiem, co ci poradzić - powiedziała.

- A co myślisz o lalce? - Monstrum z gumową twarzą wydało mi się nagle nie takie 

złe. No i kosztowało jedynie 24,95.

- O czym? Angela, zupełnie cię nie słyszę przez tę komórkę. Naprawdę nie wiem, 

dlaczego jej używasz. Wiesz” twój wujek Gino, świeć Panie nad jego duszą...

Tego już nie wytrzymałam. Wrzasnęłam coś do słuchawki. I wtedy usłyszałam ryk. 

Nie. Nie swój, ale jakiegoś ledwo chodzącego malca, który zapędził się w pobliże. Chyba 

myślał, że moja furia skierowana była przeciw niemu.

- Mamo, muszę kończyć  - powiedziałam,  a dzieciak zawył  jeszcze głośniej. Jakaś 

kobieta   (sądząc   po   surowym   spojrzeniu   -   matka)   zbliżyła   się   i   przykucnęła,   żeby   go 

pocieszyć. - Zadzwonię do ciebie później...

- Co? Nic nie słyszę...

background image

- Zadzwonię później! - wrzasnęłam, ściągając na siebie kolejne złe spojrzenie matki 

przeżywającego traumę malucha.

I wtedy mój wzrok padł na plastikową kasę sklepową. Wcisnęłam kilka malutkich 

klawiszy. W górnym okienku \ przy akompaniamencie dzwonków i brzęczyków pojawiły się 

cyferki. Idealne. Fundusz powierniczy. Kasa. Teraz dopiero było to wspólne przedsięwzięcie, 

pomyślałam. Zerknęłam na cenę: 39,99, i prawie jęknęłam. Wtedy w mojej alejce pokazała 

się gniewna matka z przestraszonym dzieckiem.

Musiałam się stamtąd wydostać. Wzięłam kasę. W końcu kosztowała tylko piętnaście 

dolarów więcej, niż planowałam wydać. Czymże było te piętnaście dolarów wobec mojej 

przyszłości?

Zaniosłam zabawkę do kasy, gdzie stała teraz Pippi.

- Wezmę to - powiedziałam i szybko podałam jej kartę. Bałam się, że roztoczy przede 

mną wizje potencjalnych zagrożeń, jakie mój zakup mógł przynieść małej Kimberly. Poza 

tym było już piętnaście po drugiej. Od piętnastu minut powinnam być w pracy.

- Czy zapakować na prezent? - zapytała słodko Pippi.

- Tak, poproszę - odpowiedziałam z ulgą.

Czekałam (dość niecierpliwie), a ona zaginała papier, cięła wstążkę i przyklejała skocz 

z   maestrią,   którą   niechętnie   podziwiałam.   Potem   wesoło   wybiła   coś   na   swojej   kasie   i 

oznajmiła:

- Pięćdziesiąt dwa dolary, czterdzieści dziewięć centów. Omal się nie udławiłam.

-   Ale   przecież   na   karteczce   była   cena   trzydzieści   dziewięć,   dziewięćdziesiąt 

dziewięć... - zaprotestowałam.

- Siedem dolarów kosztują baterie. Nie są wliczone w cenę. I pięć pięćdziesiąt za 

opakowanie.

Podałam swoją kartę.

No cóż, to przecież naprawdę nie tak dużo, prawda? W końcu kupowałam prezent dla 

chrześniaczki Kirka.

Po   przyjściu   do   pracy   przeliczyłam   wydatki.   Zrobiłam   to   trzy   razy   -   z   czystego 

niedowierzania.   Wyszło   431,94.   Całkiem   sporo   inwestowałam   w   związek   z   Kirkiem, 

przynajmniej finansowo. A kiedy przed wyjściem z Lee & Laurie zadzwoniłam, żeby mu 

powiedzieć, że do niego jadę, zdałam sobie sprawę, że moja inwestycja wcale nie przynosiła 

zysków.

- Czy nie moglibyśmy spotkać się jutro? - zapytał.

background image

- Jutro? - Spojrzałam na wypchaną torbę pod biurkiem (tak, mimo moich zdobycznych 

przestrzeni w szafie, wciąż musiałam się przepakowywać). Miałam ze sobą tę głupią torbę już 

drugi dzień, bo wczoraj też Kirk w ostatniej chwili stwierdził, że jednak nie zdąży.

-   Właśnie   wpadłem   na   lepszy   pomysł   tego   programu   dla   Norwood,   nad   którym 

pracuję. Chciałbym sprawdzić, czy uda mi się to poprawie.

Westchnęłam. Czyż mogłam stawać na przeszkodzie ambicjom mojego chłopaka? W 

końcu jeżeli mamy do czegoś dojść, ktoś w tym związku musi zarabiać pieniądze, prawda? 

Na pewno nie będę to ja, pomyślałam, zerkając na prezent również wtłoczony pod biurko.

- No dobra - powiedziałam  niechętnie.  A ponieważ  nie byłam  jeszcze  gotowa do 

konfrontacji z moimi koleżankami, które łowiły każde słowo naszej rozmowy, udając, że są 

pochłonięte czytaniem czasopism, dodałam: - Wiesz, kupiłam dziś prezent dla Kimberly.

- Naprawdę? Nie musiałaś tego robić - powiedział Kirk obojętnym tonem. - W mojej 

rodzinie nie daje się zbyt wielu prezentów...

Nie daje się prezentów? Co to za ludzie, którzy nie dają prezentów? Zwłaszcza na 

chrzciny. No bo przecież niecodziennie dziecko zostaje uznane przez Boga.

Jezu, zaczynałam mówić, jak moja matka.

- Ach, przypomniałaś mi o czymś - dodał Kirk. - Musisz szybko zarezerwować sobie 

bilet, jeżeli chcemy lecieć tym samym lotem.

- Myślałam, że ty miałeś to zrobić...

- Mój zarezerwowałem już dawno.

Zanim zaprosiłeś mnie, pomyślałam ze smutkiem.

- Zaczekaj chwilę, podam ci dane lotu.

Kiedy   czekałam   ze   słuchawką   przy   uchu,   dotarło   do   mnie   coś,   co   mnie   dobiło. 

Przecież będę musiała zapłacić za ten bilet. Moją kartą. Dotarło to do mnie dopiero teraz, 

ponieważ w naszym związku z reguły Kirk bez słowa płacił za większość rzeczy. Jakimś 

dziwnym sposobem ten obrót spraw uświadomił mi, jak bardzo nie jesteśmy małżeństwem...

- Może lepiej ty zarezerwuj - spróbowałam jeszcze raz. Tak będzie najlepiej. Kirk 

dzwoni - Kirk płaci. Żadnych pytań.

- Angie, mam teraz inne rzeczy na głowie. Będę nad tym programem siedział przez 

całą noc i prawdopodobnie większość dnia. A ty przecież masz pół dnia wolnego!

Specjalnością Kirka było uświadamianie mi, jak puste były moje dni.

- No dobrze, zrobię to - powiedziałam wreszcie.

- Jezu, jeżeli to dla ciebie problem, to przecież nie musisz jechać...

Nie muszę jechać? Co to w ogóle znaczy?

background image

- Myślałam, że chcesz, żebym pojechała... Westchnął.

- Angela, czy ty zawsze musisz robić aferę?

Aferę? Miałam poznać jego rodziców! Stawałam w obliczu poważnego długu! To 

oczywiście   nie   był   problem   Kirka,   czyż   nie?   Nie   mogłam   od   niego   oczekiwać,   że   go 

rozwiąże. Ale nagle poczułam się przeraźliwie samotna.

-   Nieważne,   zadzwonię   później.   -   Odłożyłam   słuchawkę   i   odwróciłam   się,   aby 

spojrzeć w oczy Komitetowi, który nawet nie próbował ukryć swojego zainteresowania.

- Problemy? - spytała Doreen.

- Nie, wszystko w porządku.

-   Ale   wciąż   jedziesz,   co?   -   spytała   Michelle,   jak   gdyby   podejrzewała,   że   swoim 

wybuchem udaremniłam cały trud włożony w intrygę.

- No pewnie, że jadę - odpowiedziałam. - Muszę tylko zarezerwować sobie bilet - 

powiedziałam, biorąc do ręki notes, w którym zanotowałam wszystkie dane.

background image

Uwaga: Ten słoik nie jest zabawką! Trzymać poza zasięgiem dzieci

Następnego dnia wstałam z trudem i powlokłam się do studia.

Potańczyłam trochę przed kamerą.

Kiedy świecący napis „nagranie” zgasł i rodzice pospieszyli po swoje słodkie, teraz 

jeszcze bardziej rozbrykane pociechy, zgarnęłam ręcznik i podążyłam w kierunku maleńkiej 

przebieralni,   którą   zmuszona   byłam   dzielić   z   Colinem.   Rena   z   nieznanych   przyczyn 

koniecznie musiała mieć własne biuro. Zwykle nie stanowiło to problemu, ponieważ na ogół 

byłam   tam   pierwsza.   Colin   zostawał   na   posterunku,   żeby   porozmawiać   z   rodzicami   i 

pochwalić   po   kolei   każde   dziecko.   Po   prostu   to   lubił.   Podejrzewam   nawet,   że   trochę 

przeżywał   koniec   każdego   sześciotygodniowego   turnusu,   kiedy   dzieci   dostawały   swoje 

„dyplomy   fitnessu”   wraz   z   oficjalną   koszulką   „Rośnij   zdrowo”   i   odchodziły   od   nas, 

zastępowane przez grupę kolejnych zapaleńców.

Ale dzisiaj jakoś nie miałam szczęścia.

- Angela,  Colin - usłyszałam  głos Reny,  która próbowała  właśnie uwolnić  się od 

jakiejś  szczególnie  natarczywej  matki   opisującej   jej  szczegółowo  niezwykłe   zdolności  jej 

dziecka. - Bądźcie za pięć minut w moim biurze.

A   niech   to!   Prysznic   będzie   musiał   poczekać,   aż   wrócę   do   domu.   Mój   żołądek 

zaburczał żałośnie, kiedy zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nie opuszczę studia przez 

najbliższe czterdzieści pięć minut, a może nawet godzinę. Rena wzywała nas do siebie po 

zajęciach,   kiedy   miała   jakieś   „rewelacyjne”   pomysły   na   nowy   scenariusz   i   czuła   palącą 

potrzebę nie tylko omówienia ich z nami, ale możliwie od razu ułożenia nowej choreografii. 

Musiałam pogodzić się z losem. Włożyłam adidasy i popijając wodę z butelki w nadziei, że 

oszukam głód, poszłam w kierunku jej biura.

Colin już tam był. Rozsiadł się wygodnie za biurkiem Reny. Ona sama siedziała na 

swoim   obrotowym   krześle   z   nogami   skrzyżowanymi   po   turecku   -   była   to   jej   ulubiona 

pozycja.   Szybko   omiotłam   wzrokiem   biurko   w   poszukiwaniu   pliku   zabazgranych   kartek, 

które nieodłącznie towarzyszyły tego rodzaju spotkaniom, ale poza zwykłym bałaganem oraz 

puszką napoju V8, który - sądząc po kościstej sylwetce Reny - był jedynym pożywieniem, 

jakie przyjmowała, niczego nie udało mi się dostrzec.

Kiedy zobaczyła mnie w drzwiach, podniosła się i kiwnęła ponaglająco.

background image

- Wchodź i siadaj! - Wskazała mi jedyne wolne siedzenie w tym niewielkim pokoju. 

Był   nim   pomarańczowy   worek,   na   którym   Rena   sadzała   potencjalnych   kandydatów   do 

swojego show. - Właśnie mówiłam Colinowi o świetnych wiadomościach.

- Tak? - spytałam, przygotowując się na kolejny fantastyczny pomysł, którym będzie 

nas torturować. Ale nie miałam racji.

- Jedna z sieci telewizyjnych chce kupić nasz show - powiedziała Rena, a jej drobne, 

ostre rysy pojaśniały szczęściem.

Były to słowa, które każdy ambitny aktor pragnął usłyszeć. W końcu, mimo uznania, 

jakie „Rośnij zdrowo” zdobyło wśród rodziców, był to program emitowany jedynie przez 

kablówkę. Nagle w wyobraźni zobaczyłam siebie i Colina (w żółto-niebieskich trykotach, 

oczywiście) na wszystkich pudełkach z płatkami śniadaniowymi obok haseł propagujących 

zdrowy styl  życia.  Zerknęłam na Colina  i natychmiast  się uspokoiłam na widok pełnego 

szczęścia uśmiechu na jego ustach. Spotkaliśmy się wzrokiem, a on uniósł brwi, jakby chciał 

powiedzieć: To wszystko, o czym zawsze marzyliśmy.

-   Jaki   to  kanał?   -  usłyszałam   pytanie   Colina   i   poczułam   ulgę.   Nie   byłam   w  tym 

wszystkim sama. Colin zadawał właściwe pytania, a ja, szczerze mówiąc, trzęsłam się ze 

strachu.

- Niestety, nie mogę tego zdradzić. - Rena zaplotła żylaste dłonie wokół kolana. - To 

wiadomość nieoficjalna. Sieć przygląda się bieżącym programom. Prosili też o możliwość 

obejrzenia kilku kaset...

Odetchnęłam z ulgą. Mój przyszły los nie rozstrzygnie się jeszcze dzisiaj. Nie byłam 

całkiem pewna, czy chcę robić karierę w stylu Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej.

Po podróży metrem i autobusem wzięłam się w garść na tyle, żeby zadzwonić do 

Kirka   z   komórki.   Niepokoiły   mnie   wątpliwości   -   mimo   że   Colin   przekonywał   mnie,   że 

zmiana jest wyjątkowo korzystna dla nas i naszej kariery.

- Hej - powiedział Kirk. - Co jest?

Słysząc jego wesoły głos, poczułam się pewniej.

-   Jedna   z   ogólnokrajowych   sieci   telewizyjnych   chce   kupić   „Rośnij   zdrowo”   - 

wyrzuciłam z siebie.

W   ciszy,   jaka   zapadła,   wyobrażałam   sobie   wszystkie   możliwe   odpowiedzi   - 

pogardliwe  prychnięcie,  zdziwiony śmiech,  kilka  ciętych  uwag na temat  spędzenia  reszty 

życia w żółtym trykocie. Przyznaję, że zaskoczyła mnie jego reakcja.

- To wspaniale! Kluseczko, tak się cieszę. Hej, chyba musimy jakoś to uczcić. Czy 

zarezerwować stolik w Blue Water Grill?

background image

Może to właśnie dzięki nazwie restauracji, w której Kirk zwykł świętować naprawdę 

wyjątkowe okazje, na przykład kiedy zdobył  pierwszego klienta, zdałam sobie sprawę ze 

znaczenia mojej nowiny. Bo nagle poczułam się równie podekscytowana jak on. Uwierzyłam, 

że moja kariera aktorska wreszcie zacznie się rozwijać.

Powściągając radość, zaproponowałam, żebyśmy poszli świętować do Jimmy Chen’s, 

chińskiej restauracji znajdującej się o kilka przecznic od domu Kirka. Często, kiedy dopadał 

nas głód, chodziliśmy tam na kurczaka z imbirem i wieprzowinę lo mein. W końcu kontrakt 

nie był jeszcze podpisany. Nic jeszcze nie zostało ustalone.

Ale kiedy wieczorem tego samego dnia siedziałam nad talerzem kurczaka z imbirem, 

a   Kirk   napełniał   mój   kieliszek   winem   -   zwykle   nie   piliśmy   tu   wina,   ale   przecież 

świętowaliśmy - poczułam, że moje życie nabrało głębszego sensu. Jednak jak wielki był to 

sens, zorientowałam się chwilę później, kiedy Kirk spojrzał na mnie radośnie znad talerza i 

powiedział:

- Wszystko zaczyna się kleić. Jak tylko złożę moją ofertę w Norwood, mogę zyskać 

największego klienta, którego moja firma potrzebuje, żeby się odbić. A jeśli ty, Kluseczko, 

dostaniesz ten kontrakt, może to oznaczać spore pieniądze.

- Właśnie - przytaknęłam, bo w obliczu moich ostatnich wydatków spore pieniądze 

były tym, co bardzo by mi się przydało.

Wtedy Kirk spojrzał na mnie dziwnie nieśmiało.

- Przy stałych godzinach i w ogóle - odchrząknął - myślę, że to nie byłaby zła praca, 

kiedy ktoś... myśli o założeniu rodziny - mówiąc to, zaczerwienił się, a do mnie dotarło, że 

nie myślał wcale o jakiejś tam rodzinie, ale o naszej rodzinie. A ze sposobu, w jaki na mnie 

patrzył, widać było, że gotów był w każdej chwili rozpocząć starania o pierwsze dziecko.

Powinnam skakać z radości. Zamiast tego czułam się... przerażona. Prawdopodobnie 

dlatego kolejnego wieczoru znalazłam się w mieszkaniu Grace.

Ssałam nerwowo kostki lodu z margarity,  którą uraczyła  mnie  Grace, kiedy tylko 

weszłam (cały napój wysączyłam już, opowiadając jej o zebraniu w „Rośnij zdrowo”). Nie 

byłam już taka pewna swego. Wszystko za sprawą Grace. I Justina, który nie wyraził poparcia 

dla nowego kroku w karierze, kiedy mu wszystko wczoraj opowiedziałam. Ale przecież Justin 

nigdy nie aprobował mojego udziału w „Rośnij zdrowo”.

- Nie musisz podpisywać tego kontraktu, Angie - mówiła teraz Grace, przyglądając się 

mojej pustej już szklance i siadając na sofie naprzeciwko mnie. - Może to znak, że powinnaś 

pójść naprzód. Przecież kilka miesięcy temu sama mówiłaś mi, że tęsknisz za jakąś dobrą rolą 

i że zaczniesz znów chodzić na przesłuchania.

background image

- Nikt nie tęskni za przesłuchaniami, Grace. To tak, jakbyś tęskniła za bólem zębów. 

No bo czy któryś aktor lubi godzinami studiować motywacje postaci, analizować znaczenie 

najmniejszego gestu tylko po to, żeby stanąć przed reżyserem i usłyszeć, że ma brwi o ćwierć 

cala za szerokie i dlatego nie dostanie tej roli? (Naprawdę mi się tak zdarzyło. Od tego czasu 

robię regulację woskiem).

- Angie, mam na myśli aktorstwo. Sama mi mówiłaś, że idziesz do „Rośnij zdrowo” 

tylko na chwilę. Chciałaś zdobyć doświadczenie telewizyjne. A to już trwa ponad pół roku. 

Może powinnaś znowu zacząć się gdzieś pokazywać.

- Kirk uważa, że to będzie dla mnie dobre posunięcie - powiedziałam. - A nawet kiedy 

w   piątek   wieczorem   rozmawialiśmy   przy   kolacji,   zaczął   mówić   o   tym,   jak...   jak   dobrze 

byłoby... gdybyśmy... mieli dzieci...

- Ooo! - Grace otworzyła szeroko oczy. - Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, co? Nie 

sądziłam, że Kirk jest gotowy do małżeństwa.

- Oczywiście, że jest - powiedziałam obronnym tonem.

- Pytanie - Grace wstała i podniosła moją pustą szklankę - czy ty jesteś gotowa.

Kiedy Grace udała się do kuchni napełnić  nasze szklanki,  uznałam stanowczo, że 

jestem gotowa. Mam trzydzieści jeden lat. Właściwie prawie mieszkam razem z uroczym, 

ambitnym mężczyzną. Mężczyzną, który chce być ojcem moich dzieci.

O Boże, dzieci! Czy ja w ogóle chcę mieć dzieci? Czy w ogóle myślałam o dzieciach? 

O   tak,   oczywiście.   Myślałam   o   nich   codziennie   rano   przez   co   najmniej   pół   godziny. 

Naturalnie, po półgodzinie mogłam spokojnie wrócić do domu i zostawić wspomniane dzieci 

ich rodzicom. Natomiast, gdybym miała własne...

- Dobrze się czujesz? - zapytała Grace zakłopotana, przynosząc nowe drinki.

- Świetnie - odpowiedziałam, nieco za szybko. Miałam być szczęśliwa. Szczęśliwa. 

Szczęśliwa. Szczęśliwa. - Jestem po prostu... zmęczona - powiedziałam w końcu, uciekając 

wzrokiem.

-   Mam   coś,   co   cię   ożywi   -   powiedziała,   stawiając   drinki   na   stole   i   znikając   za 

drzwiami sypialni.

Wróciła   z   dużą   reklamówką   przepełnioną   ciuchami   i   postawiła   ją   przede   mną   na 

podłodze.

- Zrobiłam małą czystkę w szafie. Możesz sobie wybrać to, co na ciebie pasuje.

Zazwyczaj widok markowych ciuchów od Grace bardzo mnie cieszył. Ale nie tym 

razem. Było ich zbyt wiele, a to wzbudziło moje podejrzenia. Bo Grace wyrzucała takie masy 

ubrań tylko wtedy, kiedy chciała wymazać coś - a konkretnie kogoś - z pamięci.

background image

- Co jest grane, Grace? - spytałam. Byłam pełna obaw o nią.

- Nic - teraz ona uciekała przed moim spojrzeniem. Nagle dotarł do mnie fakt, że 

zastałam ją dziś wieczorem samą w domu. To było niezwykłe. Gdzie był Drew? Rzuciłam 

szybkie spojrzenie na piękny mosiężny wieszak przy drzwiach, na którym od zeszłej zimy 

wisiał kaszmirowy płaszcz Drew. Wieszak był pusty.

- Gdzie jest Drew? Wytrzymała moje spojrzenie.

- Nie mam pojęcia. I nic mnie to nie obchodzi.

- Grace!

- Nie zaczynaj - ostrzegła mnie.

- Nie zaczynaj? - Zdenerwowałam się.

Przecież Drew był  najlepszym facetem, jaki kiedykolwiek trafił się Grace. Nie to, 

żeby nie miała zawsze wspaniałych facetów - po prostu nigdy nie była z nikim tak długo jak z 

Drew. Już myślałam, że może tym razem wreszcie znalazła tego właściwego.

- Myślałam, że wychodzisz za mąż! - wybuchłam. - Że obie, ty i ja, razem zrobimy ten 

krok.

Słysząc to, prychnęła. Nie żartuję: prychnęła. Potem wzruszyła ramionami i spojrzała 

mi prosto w oczy.

- On nie był tym właściwym.

- Ale skąd o tym wiesz? - zapytałam i przypomniało mi to o własnych wątpliwościach.

- Kobieta po prostu to wie - odpowiedziała mi z prostotą.

To zdanie dźwięczało mi w głowie przez całą drogę do domu, tym bardziej że Grace 

odmówiła ujawnienia szczegółów zerwania. Koncentrowała się w zamian na stosie ubrań, z 

których   wyciągnęła   jedyne   rzeczy,   mogące   być   dla   mnie   dobre:   dwie   bluzki,   które   nie 

zdeformowały się nadmiernie pod naporem jej obfitych piersi, oraz spodnie, które w praniu 

skróciły się o dwa cale. Jednakże moje nowe nabytki nie potrafiły wybić mi z głowy jej słów, 

szczególnie   że   niedługo   potem   praktycznie   wypchnęła   mnie   za   drzwi,   po   raz   kolejny 

powtarzając, że nie ma o czym mówić. Nie ma o czym?

-   Angie,   to   fantastycznie!   -   wykrzyknął   następnego   ranka   Colin,   kiedy 

zrelacjonowałam   mu   rozmowę   z   Kirkiem.   Oboje   przebrani   w   nasze   sportowe   ciuchy 

czekaliśmy, aż Rena skończy rozmawiać przez telefon i zacznie się nagranie.

- No - odpowiedziałam z uśmiechem, pierwszy raz od kolacji z Kirkiem czując poryw 

ekscytacji.

background image

Nie mogłam się powstrzymać, bo Colin uśmiechał się do mnie tak, jakby właśnie 

zaproponowano mi główną rolę obok Mela Gibsona. Tymczasem ja miałam wrażenie, że 

złapałam się w pułapkę. Dlaczego?

- No cóż, to chyba oznacza, że nie będziesz matką moich dzieci - zażartował Colin, 

nawiązując do naszego paktu, który zawarliśmy któregoś dnia przy śniadaniu.

Colin rozpaczał wówczas, że w całej gejowskiej populacji w Nowym Jorku nigdy nie 

znajdzie   nikogo,   kto   pragnąłby   mieć   dzieci   tak   bardzo   jak   on.   Wtedy   wydawało   się 

bezpieczne zaproponowanie mu kilku jajeczek w razie, gdybym nie wyszła za mąż i nie miała 

własnych dzieci.

W tym  momencie  w pokoju rozległ  się przeraźliwy wrzask. Colin i ja ujrzeliśmy 

naszych małych gimnastyków, którzy wbiegali do studia. Drobniutka rudowłosa dziewczynka 

w purpurowym trykocie była oględnie mówiąc - bardzo niezadowolona.

Przyglądając   się   napiętej   twarzyczce   dziewczynki,   która   wyszarpywała   się   ze 

stalowego uścisku matki, zastanawiałam się, co skłoniło mnie do złożenia Colinowi takiej 

obietnicy. Czy będę w stanie obiecać Kirkowi, że urodzę mu dzieci?

-   Nienawidzę   cię   -   wyznała   dziewczynka   i,   ku   przerażeniu   matki,   rzuciła   się   na 

podłogę w napadzie złości.

Wtedy z biura wyłoniła się Rena.

- Wszyscy na miejsca! - Klasnęła w ręce.

Patrzyłam na nią z podziwem. Błyskawicznie ogarnęła sytuację. Z gracją baletnicy i 

zdecydowaniem podbiegła do matki. Widziałam, z jaką pewnością siebie przemówiła do niej 

przyciszonym, lecz stanowczym głosem, gestem ręki wskazując na dziecko, które wiło się na 

podłodze   niczym   w   agonii.   Byłam   zdumiona   szybkością,   z   jaką   matka   zgarnęła   wciąż 

krzyczącego   dzieciaka   i   wyciągnęła   go   ze   studia.   W   tym   czasie   Rena   zwróciła   się   do 

pozostałych dzieci, ustawiła je w porządne szeregi przede mną i Colinem i uśmiechnęła się, 

jak gdyby nigdy nic.

- Możemy zaczynać?

Rozległ się początek naszej piosenki:

Nie bądź sową, rośnij zdrowo. Raz, dwa, licz. Z nami ćwicz.

Kiedy nasz półgodzinny blok dobiegł końca, cała  lśniłam od potu. I nie miało  to 

żadnego związku z ćwiczeniami.

- To super, Angela! Naprawdę, mówię ci - zareagowała Michelle. - Jego przykrywka 

jest już odkręcona. Nie zdziwiłabym się, gdyby kupił ci pierścionek zaraz, jak tylko wrócicie 

do Nowego Jorku. Gdy tylko zobaczy, jak bardzo jego rodzina cię uwielbia.

background image

-   Ale   jego   rodzina   lubiła   Susan,   jego   poprzednią   dziewczynę   -   odparowałam, 

zastanawiając się, dlaczego nagle takie ważne stały się argumenty drugiej strony.

Michelle pokręciła głową, jakbym Wciąż nie łapała.

- Susan podważała przykrywkę. Czy ty w ogóle słuchałaś, co do ciebie mówiłam?

- Podważała pokrywkę? - spytała Roberta, wracając z łazienki. - O czym wy mówicie?

-   No   właśnie,   też   chciałabym   to   wiedzieć.   Nie   załapałam,   Delgrosso   -   Doreen 

włączyła się do rozmowy, odwracając się w krześle.

Poczułam się głupio. Do tej pory starałam się trzymać ten cały spisek zaręczynowy w 

tajemnicy przed resztą Komitetu. Obawiałam się, że dziewczyny mogą uznać to wszystko za 

wariactwo, tak jak ja na początku. Ale teraz, kiedy Michelle uważała swój mały plan za 

uwieńczony sukcesem, nie wahała się wtajemniczyć w to również Doreen i Roberty.

- Angela, ja nie wiem... - Roberta spojrzała na mnie, jakby bała się o moją przyszłość. 

Tak samo jak ja.

Zrobiło   mi   się   niedobrze.   I   życzyłam   sobie,   by   liczba   telefonów   nagle   wzrosła, 

żebyśmy   mogły   zakończyć   tę   rozmowę.   Niestety,   właśnie   w   okolicach   czwartej   zawsze 

miałyśmy dziurę, jakby wszystkie naraz klientki o jednym czasie przestawały zajmować się 

wyborem idealnych dla siebie ciuchów.

-   Bardzo   was   przepraszam   -   potrząsnęła   głową   Michelle   -   ale   mężczyzna   nie 

wyskakuje z rozmową o zakładaniu rodziny z kobietą, o której nie myśli poważnie.

Wszystkie moje wątpliwości powróciły.

-   Roberta,   czy   ty,   jak   wychodziłaś   za   mąż,   wiedziałaś,   że   chcesz   mieć   dzieci?   - 

zapytałam.

-   Och,   ja   zawsze   chciałam   mieć   dzieci.   Chyba   odkąd   sama   byłam   dzieckiem   - 

odpowiedziała.

- A ja nigdy nie chciałam - powiedziała Doreen, krzywiąc się na samą myśl. - No i 

kiedy mój były zaczął się o nie dopominać, już mnie tam nie było.

- Nie rozmawialiście o tym przed ślubem? - spytała Roberta z wyrzutem.

- Oczywiście, że rozmawialiśmy. Oboje zgodziliśmy się, że ich nie chcemy, ale po 

ślubie on nagle zmienił zdanie. Widzicie, to właśnie cała instytucja małżeństwa - ciągnęła 

Doreen z coraz większym zapałem. - To pułapka do tłamszenia kobiet. Myślicie, że dlaczego 

wszyscy   od   rządu   do   speców   od   reklamy   głoszą   powszechnie   mit   „i-żyli-dłu-go-i-

szczęśliwie”? W końcu ktoś musi dbać o rozwój populacji. Więc postanowili robić kobietom 

pranie mózgu, żeby przyjęły swoje biologiczne powołanie jako jedyne. Ale prawda jest taka, 

background image

że   małżeństwo   nie   jest   bajką   z   tymi   wielkimi   wartościami   rodzinnymi,   o   której   trąbią 

wszyscy. To instytucja ustanowiona po to, żeby wyregulować kwestie rozmnażania.

- Ty wariatko. Ja jestem mężatką, a jakoś nie widać, żebym produkowała dzieci - 

zaoponowała Michelle.

- Nie czekałabym za długo - odezwała się Roberta. - Wiesz, po trzydziestym piątym 

roku życia płodność spada o połowę.

- O połowę? - Poczułam, że mam nowe zmartwienie. Boże, przecież to już za cztery 

lata.   Niby   nie   chciałam   mieć   dzieci   teraz,   ale   jeżeli   miałabym   je   kiedykolwiek   mieć, 

musiałam się sprężyć.

- Roberta, Angie ma dopiero trzydzieści jeden lat - powiedziała Michelle - i właśnie 

dlatego powinna teraz wyjść za mąż. W ten sposób ona i Kirk po ślubie będą mieli trochę 

czasu dla siebie, zanim pojawią się dzieci. Teraz - zwróciła się do mnie - zastanów się, o 

czym marzysz.

- O czym marzę? - spytałam, wciąż myśląc o wyborze odpowiedniej ścieżki kariery.

- No, o jakim pierścionku zaręczynowym.

Jasne. Pierścionek zaręczynowy. Miałam wyjść za mąż. Miałam zostać żoną. I matką, 

pomyślałam z dreszczem, przypominając sobie szczęśliwą twarz Kirka, kiedy wypowiadał 

słowo „rodzina”. Kiedyś. Kiedyś zostanę matką. Ale pierwszeństwo ma kariera aktorska.

Jaka znowu kariera aktorska?

- Myślę, że musisz zacząć dawać mu wskazówki - podsunęła Michelle.

- Jakie wskazówki?

- Mówię o pierścionku - pokręciła głową, jakby miała do czynienia z idiotką.

- A skąd, u diabła, mam wiedzieć, jaki ma być pierścionek?

- Wszystkie moje lęki i frustracje sięgnęły zenitu. Michelle otworzyła szeroko oczy.

- Ty naprawdę potrzebujesz pomocy. Ale nie martw się. Zajmę się tobą. Pójdziemy do 

Rudy’ego. To w Diamentowej Dzielnicy.

- Przecież nie mogę kupić pierścionka bez Kirka! - Zastanawiałam się, co jej odbiło.

Westchnęła ciężko.

- Nie pójdziemy kupować, tylko popatrzeć. Chyba nie chcesz, żeby Kirk wydał kupę 

szmalu na brylant, który nie będzie ci się podobał.

Nagle przypomniałam sobie wisiorek w kształcie serca, który dostałam od Kirka na 

naszą pierwszą rocznicę. Wzdrygnęłam się. Nienawidziłam serduszek. To na dodatek było 

złote. Nigdy nie nosiłam złota. Kirk powinien o tym wiedzieć - wystarczająco często widział 

background image

mnie w srebrnej biżuterii. Może Michelle miała rację - Kirk najwyraźniej potrzebował jakichś 

wskazówek.

Bo jeśli ja nie miałam pojęcia, czego chcę, to on tym bardziej. Nie miałam pojęcia, jak 

ma wyglądać pierścionek. Ani jak ma wyglądać moje życie.

Kiedy spotkałam się z Michelle na rogu Czterdziestej 124 Siódmej Ulicy i Piątej Alei, 

w tak zwanej Diamentowej Dzielnicy,  byłam  kompletnie zdezorientowana. Ze wszystkich 

stron szyldy obiecywały niskie ceny, najpiękniejsze szlify, wielki wybór - czyli wszystko. 

Nawet nie wiedziałam, od czego zacząć. Ba, nie byłam nawet pewna, czy w ogóle powinnam 

zaczynać.

- Czuję się, jakbym zaręczała się za plecami Kirka - wyznałam Michelle.

Wyciągnęła papierosy i wręczyła mi jednego, nawet nie pytając, czy chcę (chciałam).

-   Przestań   się   martwić.   Tylko   się   trochę   rozejrzymy.   Rudy  na   pewno   cię   źle   nie 

pokieruje.

- Czy u niego Frank kupił twój pierścionek? - spytałam, zaciągając się zapamiętale, 

podczas gdy mijałyśmy jedną skrzącą się witrynę za drugą.

- Oczywiście.

Dopaliłyśmy papierosy przed zniszczonymi metalowymi drzwiami, na wpół ukrytymi 

za plakatem głoszącym „Brylanty to my”, następnie weszłyśmy w długi, ciemny korytarz. 

Przeszły mnie ciarki.

- A w ogóle to kim jest ten Rudy?

- Kuzynem mojej matki - odparła Michelle.

Ciekawa   byłam,   jakie   rzeczywiście   łączyło   ich   pokrewieństwo.   Matka   Michelle 

wydawała się bowiem spokrewniona z każdym Włochem mieszkającym od Brooklynu po 

Manhattan.   Agent   nieruchomości,   który   sprzedał   Michelle   dom.   Łowca   głów,   który 

zwerbował ją do pracy w Lee & Laurie. Nawet ksiądz, który udzielał Frankiemu i Michelle 

ślubu, był jakimś wujkiem czy kuzynem.

Ciemny korytarz kończył się kolejnymi drzwiami, za którymi ukazała się rzęsiście 

oświetlona przestrzeń wypełniona szklanymi gablotami z biżuterią. Odetchnęłam z ulgą.

I wtedy zobaczyłam Rudy’ego. Miał z metr sześćdziesiąt wzrostu, był kompletnie łysy 

i nosił świecącą koszulę, jakiej nie powstydziłby się John Travolta w „Gorączce sobotniej 

nocy”. Ach, i jeszcze łańcuchy na szyi - grube i złote.

- Michelle, rybko, jak się masz?! - wykrzyknął, wstając ze stołka stojącego w głębi 

sklepu. Przed nim, na szklanym blacie lady, w dużej marmurowej popielniczce dopalał się 

papieros.

background image

- Cześć, Rudy - powiedziała Michelle zalotnie.

Rudy wyszedł zza lady, uściskał ją, a następnie pocałował prosto w usta.

-   Mój   Boże,   za   każdym   razem,   kiedy   cię   widzę,   jesteś   piękniejsza!   -   zawołał, 

zwalniając uścisk i patrząc jej w oczy.

- A co tam u Franka? Dobrze cię traktuje?

-   To   ty   mi   powiedz,   Rudy.   Był   tu   u   ciebie   ostatnio?   Wiesz,   zbliżają   się   moje 

urodziny...

- To go tu przyślij, zajmę się nim. W końcu Rudy dobrze wie, co lubisz, rybko - 

powiedział z mrugnięciem sugerującym, że wcale nie mówi o kolczykach.

- Angie Di Franco - Rudy Michelangelo - dokonała prezentacji Michelle.

- Och, jak rzeźbiarz - powiedziałam, uśmiechając się.

-   Właśnie   -   odpowiedział,   pokazując   na   kąt   sklepu,   gdzie   stała   gipsowa   replika 

słynnego „Dawida”, z szyją owiniętą łańcuchem przypominającym grubą linę. - Ale szczerze 

ci powiem - ciągnął Rudy, podchodząc bliżej, tak że owiała mnie woń jego wody kolońskiej, 

w której chyba musiał się wykąpać - że gdybym to ja wyrzeźbił tego młodzieńca, dodałbym 

mu więcej rodzinnych klejnotów, jeśli wiesz, o czym mówię - zaśmiał się ochryple.

-   Więc   czym   mogę   dziś   paniom   służyć,   co?   Jakieś   miłe   bransoletki?   Mam   kilka 

świetnych...

- Jesteśmy tu dziś dla Angie - przerwała mu Michelle, odwracając się w moją stronę z 

uśmiechem. - Rozgląda się za pierścionkiem zaręczynowym.

- Czy to prawda? - Ponownie mi się przyjrzał, w świetle nowych informacji. - Moje 

biedne serce! Kolejna piękna dziewczyna wypada z rynku!

- Rudy! - zabrzmiał dźwięczny śmiech Michelle. - Co powiedziałaby Vicky, gdyby 

słyszała, co ty wygadujesz?

Położył rękę na piersi i otworzył szeroko oczy.

- Vicky to całe moje życie i dobrze o tym wiesz. - Położył na sercu lewą dłoń, całą w 

pierścionkach.   Jeden   z   nich   przypominał   obrączkę.   -   W   przyszłym   tygodniu   upłyną 

trzydzieści dwa lata naszego małżeństwa i nigdy ani przez minutę nie żałowałem, że się z nią 

ożeniłem. Ani przez minutę! - zakrzyknął. - Ale jestem flirciarzem. Nic na to nie poradzę. 

Moja Vicky wiedziała, w co się pakuje - zakończył z chichotem.

Muszę przyznać, że kiedy Rudy przedstawił się jako nieszkodliwy żonaty flirciarz, a 

nie obleśny staruch, poczułam się lepiej. Mimo stroju rodem z „Gorączki sobotniej nocy”, 

wyglądał na człowieka, któremu można zaufać. Ze swoją włoską urodą i małym krzaczastym 

wąsikiem przypominał trochę mojego zmarłego wujka Gina.

background image

Nagle, jakby rzeczywiście był jakimś kochającym wujkiem, odwrócił się do mnie i 

spytał z powagą:

- To dobry facet?

Dopiero po chwili zorientowałam się, że chyba pyta o Kirka.

- Uhm, tak...

- Kirk to świetny facet, Rudy. Myślisz, że pozwoliłabym mojej przyjaciółce wyjść za 

kogoś złego? - zapewniła Michelle, a ja zaczęłam się zastanawiać, skąd tak dobrze zna Kirka. 

W   końcu   widziała   go   zaledwie   kilka   razy   prawie   dwa   lata   temu,   kiedy   instalował 

oprogramowanie w Lee & Laurie.

-   Tylko   sprawdzam   -   powiedział   Rudy,   wznosząc   i   rozkładając   dłonie.   -   Nie 

chciałbym   stracić   takiej   piękności   dla   jakiegoś   wymoczka,   nie?   -   zachichotał,   podniósł 

papierosa, który zdążył wypalić się do samego filtra i pociągnął jeszcze raz, zanim go zgasił. - 

Chodźcie, pokażę wam, co mam.

Poprowadził   nas   do   długiej   gabloty   na   lewej   ścianie,   gdzie   mieściło   się   więcej 

pierścionków z brylantami, niż kiedykolwiek w życiu widziałam. Nagle dotarło do mnie, że 

nigdy, przenigdy nie zastanawiałam się, jakim typem pierścionka chciałabym zaszczycić mój 

serdeczny palec lewej ręki... na całe życie.

Mój Boże, to było coś poważnego. Miałam podjąć zobowiązanie. Wobec biżuterii.

- Czy coś ci się podoba? - zapytał Rudy.

Hm...   taaak...   mnóstwo   rzeczy.   Ale   nic   się   do   mnie   nie   uśmiechnęło.   Nic,   co 

chciałabym nosić... na zawsze.

Spojrzałam na Michelle w nadziei, że może jej coś wpadło w oko. Tymczasem Rudy 

usłużnie otworzył gablotę, żeby mogła przymierzyć największy brylant, jaki kiedykolwiek 

widziałam.

-   O   rany,   Rudy,   żebym   tak   mogła   jeszcze   raz   wyjść   za   mąż   -   powiedziała   z 

westchnieniem, wkładając monstrum na palec.

-   Przecież   zawsze   jest   dziesiąta   rocznica   -   odpowiedział   Rudy.   -   Przecież   to   już 

niedługo, nie?

- Ugryzłbyś się w język - powiedziała Michelle z wyrzutem. - Nie jestem jeszcze taka 

stara. To dopiero siedem lat. Powinieneś to pamiętać, w końcu byłeś na naszym ślubie.

- No pewnie, że pamiętam,  dziewczynko.  Byłaś  najpiękniejszą panną młodą  - tak 

piękną jak moja Vicky. A ta - powiedział, patrząc na mnie - to dopiero będzie nokaut! Ale 

najpierw musimy znaleźć dla niej idealny pierścionek.

Rudy wyciągnął z gabloty kolejną tackę.

background image

- Szlif godny księżniczki - zaczął, podając mi brylant. Następnie rzucił parę zdań o 

przejrzystości i kolorze. Nie zrozumiałam ani słowa.

- Przymierz go, kotku, nie ugryzie cię! - powiedział wreszcie z błyszczącymi oczami.

Przez moment wahałam się, potem wsunęłam go na palec. Początkowo zdumiała mnie 

biel kamienia w stosunku do mojej skóry - nigdy wcześniej nie miałam na ręce brylantu. I 

odkryłam, że mi się to podoba. Nawet bardzo...

Wiedziałam   jednak   -   nie   wiadomo   dlaczego   -   że   to   nie   jest   ten   pierścionek. 

Zmierzyłam więc inny, i następny. I jeszcze następny. Wkrótce wpadłam na dobre i nagle 

zrozumiałam, dlaczego Michelle tak nalegała na tę naszą wyprawę. Myślę, że przymierzyła co 

najmniej tyle pierścionków co ja. Zdałam sobie sprawę, że mogę wpaść w nałóg Diamentowej 

Dzielnicy.

I tak nie doszłam do trzeciej tacki.

- To jest to - westchnęłam z zachwytu na widok jednego z pierścionków. Bez wahania 

wsunęłam go na palec.

- To wytworny pierścionek - powiedział Rudy, zerkając na mój wybór z satysfakcją. - 

No i kamień pierwsza klasa. Prawie półtora karata, model Tiffany’ego - ciągnął. I nagle, 

widząc moją zagubioną minę, wyjaśnił: - Taki szlif to klasyka.

Klasyka. Tak, to właśnie chciałabym nosić przez resztę mojego życia, stwierdziłam, 

patrząc ponownie na pierścionek.

- Jesteś pewna, że właśnie ten? - spytała Michelle, kiedy wyciągnęłam przed siebie 

rękę, żeby móc w pełni nacieszyć się jego wspaniałością. - Wygląda jakoś tak... zwyczajnie.

- Nieprawda - zaprotestowałam, wciąż gapiąc się na własną dłoń. - Jest... jest idealny.

- Ja myślę, że to miłość - powiedział Rudy, chichocząc. - Nic nie może się równać z 

widokiem pięknej zakochanej kobiety - ciągnął, patrząc na mnie z jakąś niewinną sympatią, 

mimo iż znałam go dopiero od pół godziny.

Pomyślałam, że był to właściwy moment, żeby zapytać dobrego starego Rudy’ego o 

cenę.

- Dla ciebie? - spytał bez mrugnięcia okiem. - Tobie dam go za dziesięć tysięcy. - 

Potem mrugnął. - Dziewięć, jeżeli to dobry facet.

No cóż, pomyślałam. Cena wydała mi się sensowna. Ale potem zdałam sobie sprawę, 

że jako kobieta, która kiedyś wydała dwieście dolców na rzemykowe sandały (przeżyły jeden 

sezon), nie jestem dobrym sędzią w tych sprawach. Może dziewięć tysięcy to rzeczywiście za 

dużo jak na... biżuterię.

background image

- Nie jestem pewna, co powie na to Kirk - wyznałam, zastanawiając się, czy on w 

ogóle przewidział już ten wydatek. Bo on przecież planował wszystko, ten mój kompetentny 

chłopak.

-   Kochanie,   kochanie   -   powiedział   Rudy,   delikatnie   dotykając   mojego   policzka 

szorstką dłonią. - Nieważne, czy on jest biedny jak Matka Teresa. Ten mężczyzna cię kocha. 

Musi zrobić, co do niego należy.

Uśmiechnęłam   się   zawstydzona,   patrząc   na   pierścionek.   I   znowu   to   poczułam. 

Przeznaczony.

- Wiesz co? - Rudy wyciągnął spod lady notes i długopis. - Zapiszę ci tu wszystkie 

dane o szlifie, przejrzystości i wadze, a ty się rozejrzysz, czy uda ci się znaleźć coś w lepszej 

cenie. Wszystkie moje brylanty mają certyfikat - to będzie dobry zakup.

Poczułam  się  lepiej,  mając   w  ręku  kartkę,  mimo  że  nawet  nie  rozumiałam,  co  te 

wszystkie   nabazgrane   dane   oznaczają.   Ale   Kirk   zawsze   lubił   dokładnie   wiedzieć,   w   co 

inwestuje. Ja natomiast nie musiałam wiedzieć niczego więcej. To był pierścionek, jakiego 

pragnęłam. Oczywiście w końcu musiałam go zdjąć. Zrobiłam to z ociąganiem.

Potem   już   tylko   patrzyłam,   jak   Michelle   wybiera   bransoletkę,   którą   Rudy   miał 

podsunąć Frankiemu, kiedy tu wpadnie. Byłam zadowolona. Nie czułam się tak dobrze od 

czasu, kiedy ta cała intryga zaręczynowa się zaczęła.

-   No   widzisz?   Mówiłam   ci,   że   Rudy   jest   super   -   powiedziała   Michelle,   kiedy 

wyszłyśmy na ulicę.

Uśmiechnęłam się. Zaczęłam wierzyć, że mogę mieć wszystko, czego pragnę.

background image

Nos jest nosem, jest nosem...

Tego wieczoru bardzo pragnęłam być z Kirkiem. Po wyprawie do Rudy’ego byłam w 

romantycznym nastroju. Chciałam poczuć się kochaną. Tak jak powinna czuć się kobieta, 

która planuje związać się z mężczyzną na całe życie.

Niestety, Kirk miał głowę zaprzątniętą innymi sprawami. Na przykład usterka w jego 

nowym programie. Z tego powodu nie mogliśmy się tego wieczoru spotkać. I następnego 

również.   W   zasadzie   przez   cały   tydzień   odbyliśmy   tylko   kilka   krótkich   rozmów 

telefonicznych na dobranoc.

Co prawda nie jestem przesądna (chociaż Justin powiedziałby, że jestem), ale wierzę 

w   znaki.   Pomidory   mojego   ojca   nie   wydały   owoców   tego   lata,   kiedy   on   umarł   (Sonny 

twierdzi, że to przez nowy nawóz, ale ja wiem swoje). Kompletnie położyłam casting do 

reklamy środków przeciwbólowych zaraz po tym, jak Justin przypadkowo położył na stole 

kuchennym moje buty.

No   dobrze,   już   dobrze   -   jestem   trochę   przesądna.   Ale   czy   to   moja   wina? 

Wychowywała mnie matka, szczerze wierząca, że para butów na stole może przynieść pecha. 

Ale - jeśli się zastanowić - buty na stole nie są niczym dobrym, zwłaszcza gdy przez pół dnia 

łaziło się w nich po Nowym Jorku. Jakiś pasożyt od razu przeskoczy do wziętej na wynos 

chińszczyzny  i można  umrzeć jeszcze przed otworzeniem ciasteczka z wróżbą. Tak więc 

zaczęło  mnie  martwić,  że teraz,  kiedy miałam stać się częścią  życia  Kirka, on zniknął - 

całkiem dosłownie - z mojego.

- Czy moglibyśmy nie spotykać się w ten weekend? - zapytał w piątek. - Facet z 

Norwood powiedział  mi,  że mają  jakąś inną propozycję.  Teraz, kiedy mam  konkurencję, 

muszę upewnić się, że mój projekt jest naprawdę dobry.

- Musisz akceptować takie zachowanie, jeżeli naprawdę chcesz z nim spędzić resztę 

życia - powiedziała Grace, kiedy zadzwoniłam, żeby się wyżalić.

- To co, mam go już nigdy nie zobaczyć? Widywaliśmy się trzy czy cztery razy w 

tygodniu, a teraz nagle pracuje dzień i noc. Klient ma być ważniejszy ode mnie?

- Jest ambitny. Przypominam ci, że za to też go kochasz - Grace zawsze potrafiła 

wymienić powody, dla których powinnam być szczęśliwa. I byłam. Chyba.

- A czy ty nie kochałaś Drew za to samo? - zapytałam. W typowy dla siebie sposób 

zmieniła temat.

background image

- Posłuchaj, może zamiast siedzieć z założonymi rękami i czekać na Kirka, powinnaś 

zrobić coś dla siebie. Tak naprawdę wcale nie chcesz podpisać nowego kontraktu na udział w 

„Rośnij zdrowo”. Najwyższy czas, żeby zacząć chodzić na przesłuchania. Może zadzwonisz 

do tej agentki, z którą w zeszłym roku skontaktował cię Josh?

Jak zwykle miała rację. Ale to nie znaczyło, że byłam gotowa pójść za jej radą. Przede 

wszystkim wymagałoby to telefonu do Josha po numer do agentki. Viveca Withers nie dała 

mi swojej wizytówki, kiedy Josh przedstawił mnie jej prawie rok ‘ temu. A przecież nie 

rozmawiałam   z   nim,   od   kiedy   dowiedziałam   się,   że   mam   nie   kupować   sukienki   na   to 

wydarzenie kosztujące dwieście dolarów na głowę (a takiego spodziewałam się po Emily 

Fairbanks).   Nie   byłam   więc   skłonna,   żeby   do   niego   dzwonić.   Ale   jakimś   szczęśliwym 

zrządzeniem losu Josh sam zadzwonił do mnie w następnym tygodniu.

- Cześć, Angie, co słychać? - Zachowywał się, jak gdyby mnie nie porzucił (jako 

przyjaciółki). I to na żądanie swojej przyszłej żony. - Sorki, że się nie odzywałem - ciągnął, 

przejmując   kontrolę   nad   przebiegiem   rozmowy,   nie   zauważając,   że   ja   też   do   niego   nie 

dzwoniłam.   -   Byłem   taki   zajęty   planowaniem   ślubu   i   całej   reszty.   Nie   uwierzyłabyś,   ile 

decyzji trzeba podjąć. Obrusy, przekąski...

Lista gości, dodałam w myślach. Nie chciałam jednak dać mu satysfakcji i pokazywać, 

jak bardzo mnie to dotknęło.

Zdecydowałam zmienić temat, bo najwidoczniej jedynym powodem, dla którego Josh 

dzwonił, było podzielenie się ze mną radością, jak wszystko w jego życiu świetnie się układa.

- Wiesz, zastanawiałam się znowu nad agentem. Masz jeszcze może numer do Viveki? 

- przerwałam mu radosne wynurzenia.

- Ale ona ci chyba odmówiła?

- Nie. - Postanowiłam nie wdawać się w szczegóły. - Uważała, że powinnam zdobyć 

doświadczenie w pracy przed kamerą. No i teraz, kiedy już mam sześciomiesięczny...

- Ten program dla dzieci? Angie, nie sądzę, żeby właśnie o to jej chodziło...

- To przecież praca przed kamerą, nie? A poza tym teraz któryś z głównych kanałów 

chce kupić nasz program - powiedziałam, przyznaję, z pewnym zadowoleniem.

- Naprawdę? - zapytał zaskoczony.

- Ale wiesz, chociaż zaproponują mi jakiś tłusty kontrakt, nie powinnam zamykać 

sobie innych dróg.

- No cóż, szczerze mówiąc, Angie, taki kontrakt z siecią telewizyjną mógłby być dla 

ciebie najlepszą drogą. Wiesz przecież, jak to jest. No i nie robisz się coraz młodsza...

- Słuchaj, dasz mi w końcu ten numer, czy nie?

background image

- Dobra - powiedział tonem sugerującym, że to i tak nic nie da.

To by było na tyle, jeśli chodzi o wspieranie koleżanki aktorki. Ale nie dość, że Josh 

już nigdzie nie grał, to nawet nie zachowywał się jak przyjaciel. To mnie zmartwiło. W końcu 

to on po śmierci ojca zachęcał mnie do dalszej pracy. I miał rację.

Dwa miesiące po pogrzebie ojca byłam finalistką do nagrody Obie za rolę bolejącej 

wdowy   w   „Nightfall”,   najwyżej   ocenionym   przedstawieniu   off-off   Broadway   tamtego 

odległego sezonu.

Wbrew   prognozom   Josha   telefon   do   Actors’   Forum,   agencji   prowadzonej   przez 

Vivecę   Withers,   wprawił   mnie   w   doskonały   humor.   Sama   nie   wiedziałam,   dlaczego 

zwlekałam z tym cały dzień.

Kiedy wreszcie zebrałam się w sobie i zadzwoniłam o czwartej czterdzieści pięć w 

poniedziałek (chyba w nadziei, że o tej porze już nikogo nie będzie), byłam mile zaskoczona 

tym,   że   nie   tylko   ją   zastałam,   ale   chciała   ze   mną   rozmawiać.   Kiedy   przedstawiłam   się 

sekretarce  (Angela  Di Franco, prezenterka  programu  „Rośnij  zdrowo”), poprosiła,  żebym 

zaczekała, a ona zobaczy, „czy pani Withers jest wolna”. Nie tylko była wolna, ale kilka 

chwil później odebrała i umówiła się ze mną na następny dzień.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, kręciło mi się w głowie z ekscytacji. Byłam umówiona! 

Z agentką! I to nie byle jaką agentką, ale z Vivecą Withers z Actors’ Forum! Natychmiast 

wybrałam numer Kirka, wyobrażając sobie, że waga tej nowiny usprawiedliwi mój telefon.

- Cześć, to ja - zaczęłam.

- Uhm - był wyraźnie nieobecny. W tle słyszałam stukot klawiszy.

- Mam wielką nowinę... - ciągnęłam. Klik, klik, klik.

- Właśnie rozmawiałam z Vivecą Withers, szefową Actors’ Forum.

- Z kim? - Klik, klik, klik.

- Z Vivecą Withers. Wiesz, była agentką Suzanne Somers, kiedy grała w...

- Aha - wymruczał Kirk, na którym najwyraźniej nie zrobiło to wrażenia. Albo nie 

zainteresowało.

Klik, klik, klik.

- No w każdym razie umówiłam się z nią jutro na jedenastą.

Klik, klik.

- To wspaniale, Kluseczko. W zasadzie mogłabyś mieć agentkę. Teraz kiedy masz w 

perspektywie   ten   kontrakt,   będziesz   potrzebowała,   żeby   ktoś   go   negocjował.   Słuchaj, 

kochanie, mogę zadzwonić do ciebie później? Właśnie robię ostatnie szlify w tym programie.

- Jasne - powiedziałam. - Będę w domu. - No bo gdzie indziej mogłabym być?

background image

W tej sytuacji udałam się do pokoju Justina, którego zastałam z gitarą na kolanach i z 

wzrokiem utkwionym w ścianie. Najwyraźniej pracował nad nowym materiałem.

- Zgadnij, co się stało? - zapytałam. Justin podniósł głowę.

- Mam jutro interview z agentką. Z Vivecą Withers z Ac-tors’ Forum!

- Fantastycznie - ucieszył się. - Czy to nie ona była agentką Sarah Jessiki Parker?

- Chyba tak...

- To może być początek końca twoich dni w „Rośnij zdrowo”.

Przytaknęłam z zapałem.

- Myślę, że to dobry powód do świętowania.

Czułam   się   nieco   winna,   odrywając   Justina   od   gitary   -   w   końcu   od   dawna   nie 

widziałam, żeby robił coś choćby minimalnie twórczego - ale on wydawał się zadowolony.

- Nie przejmuj się tym. I tak nie za bardzo mi szło - uspokoił mnie wesoło, wkładając 

buty i przeczesując palcami włosy, uzyskując efekt odwrotny od zamierzonego. Nie miało to 

jednak znaczenia. Dobrze mu było z potarganymi włosami.

- No to gdzie chcesz iść? Do Trzech  Filiżanek?  - wymienił  nasz ulubiony bar w 

sąsiedztwie.

-   Nie   -   powiedziałam,   potrząsając   głową,   bo   nagle   uświadomiłam   sobie,   na   co 

naprawdę mam ochotę. - Do kina.

I tak spędziliśmy wieczór na wygodnej dwuosobowej kanapie w multipleksie Union 

Sąuare, oglądając ostatni film Woody’ego Allena, z ogromną torbą popcornu między nami. 

Potem, napełniwszy ją ponownie, przeszliśmy do innej sali na jakąś przygodową chałę, ale 

nie narzekaliśmy. Justin sugerował nawet, żebyśmy zaliczyli jeszcze trzeci film, ale kiedy 

zorientowałam się, że dochodzi wpół do jedenastej, zadecydowałam, że wracamy do domu.

- Nawet jeszcze nie wymyśliłam, w co się ubiorę!

- Spokojnie, wszystko będzie dobrze. - Justin wyprowadził mnie z klimatyzowanego 

pomieszczenia na wilgotne nocne powietrze.

Prawdopodobnie styl bycia Justina działał na mnie kojąco. Kiedy tak razem szliśmy, 

mijając szeregi kamienic czynszowych wzdłuż Dziesiątej Ulicy, czułam, że się uspokajam.

Justin   nie   przepadał   za   Woodym   Allenem,   ale   mogłam   się   założyć,   że   był   pod 

wrażeniem   właśnie   obejrzanego   filmu.   Po   prostu   szanował   każdego,   kto   tak   jak   Allen   z 

miłością uwieczniał budynki i ulice Nowego Jorku.

Chociaż  zawsze lubiłam  słuchać, jak Justin  opowiada  o ceglanych  detalach  czy o 

ozdobnych bramach, dzisiaj poczułam lekki smutek.

- Boże, Justin, powinieneś nakręcić film o Nowym Jorku! - powiedziałam.

background image

Przypomniałam sobie jego pierwszy film. Justin opowiadał w nim o nowojorskich 

gangach ulicznych w Lower East Side. Zbudował go podobnie do „Mean Street” Martina 

Scorsese  (to jeden  z  jego  ulubionych  reżyserów),   ale  u Scorsese’a  nie  było   romantyzmu 

Justina.

-  Tak,  może...  -  odpowiedział   w  zamyśleniu,   a na  jego twarzy pojawił  się wyraz 

rozmarzenia.

Widziałam już tę minę przynajmniej tysiąc razy. Ciekawe, co przeszkadzało mu w 

realizacji marzeń? Bardzo chciałabym to wiedzieć, zwłaszcza dziś, kiedy czułam, że ja sama 

jestem o krok od odnalezienia siebie.

Moje radosne uczucia rozwiały się w domu, kiedy zobaczyłam wielkie, okrągłe zero 

na automatycznej sekretarce. Kirk nie zadzwonił - ani żeby powiedzieć mi dobranoc, ani żeby 

życzyć mi powodzenia na jutrzejszym interview. W zasadzie mogłam sama zadzwonić, ale 

byłam już zmęczona ciągłym zabieganiem o nasz związek.

Zresztą   w   tej   chwili   miałam   inne   rzeczy   na   głowie.   Z   szafki   na   dokumenty 

wyciągnęłam   swoje   zdjęcia   portretowe.   Leżały   tam   nietknięte   już   od   dłuższego   czasu. 

Wahałam się chwilę. Trochę się bałam, że ja, trzydziestojednoletnia, będę bardzo się różnić 

od swojej wersji sprzed trzech lat.

Otworzyłam   wreszcie   teczkę.   Kobieta   ze   zdjęć   patrzyła   w   obiektyw   z   pewnością 

siebie, której nigdy nie czułam. Uśmiechała się zagadkowo, a nawet nieco... uwodzicielsko. 

Czy to na pewno byłam ja? Nie chodziło tylko o stylistę, który wyprostował mi włosy, ani o 

wizażystkę, która ostro popracowała nad moją cerą, ani nawet o profesjonalnego fotografa. 

Tamta kobieta miała w sobie coś, czego mnie brakowało.

Nie miałam czasu zastanawiać się nad tym dłużej. Włożyłam kilka odbitek i CV do 

jednej   ze   specjalnie   odłożonych   kopert.   Wybrałam   ubranie   na   jutro   i   pośpieszyłam   do 

łazienki, aby zmyć cały tłuszcz z popcornu, jaki zatykał moje pory. Potem wskoczyłam do 

łóżka.

Nie   mogłam   jednak   zasnąć.   W   myślach   robiłam   spis   swoich   ról.   Jutro   musiałam 

przekonać Vivecę Withers, że jestem dla niej świetnym nabytkiem. Przecież nie upłynęło tak 

wiele czasu, odkąd grałam Puka w „Śnie nocy letniej” w Washington Square Park. I byłam 

dobra - wiem, bo ludzie się śmiali - mimo że postaci charakterystyczne zazwyczaj mi nie 

leżały. Sprawdziłam się też jako Maggie w „Kotce na rozgrzanym blaszanym dachu” i jako 

Nora w „Domu lalek” (no dobrze, było to dyplomowe przedstawienie grupy hiszpańskiej, ale 

zawsze), a w roli Pani Claus w „Bożonarodzeniowej opowieści” pokazałam, jak trudne jest 

życie żony świętego Mikołaja.

background image

Kiedy przenikliwy dźwięk budzika przeszył mój mózg o piątej rano, zastanawiałam 

się,  czy chociaż   rozumiem,   po co  funduję sobie  coś takiego.  Moje  kończyny   były   jak  z 

ołowiu, a umysł jeszcze bardziej zamulony niż zwykle, bo dopiero koło pierwszej udało mi 

się   zapaść   w   przerywany   koszmarami   sen.   Zmusiłam   się   do   wstania   i   z   przerażeniem 

myślałam o czekającym mnie dniu, o uśmiechu, który będę musiała mieć na twarzy, stając 

przed rozespanymi  dzieciakami, o południowej przerwie, której nigdy nie udawało mi się 

wypełnić niczym pożytecznym i którą marnowałam na głupstwa aż do następnego wyroku, 

czyli do siedmiogodzinnej zmiany w Lee & Laurie.

Dopiero kiedy spojrzałam na starannie przygotowany poprzedniego wieczoru strój, 

przypomniałam sobie nagle, że to nie jest zwykły dzień. Dziś spotykam się z agentką!

Przetarłam rękami twarz i podeszłam do lustra. Tam dotarła do mnie kolejna prawda, 

nieco bardziej przerażająca.

Wyglądałam strasznie. Mógł mi pomóc tylko porządny, gorący prysznic.

Taki Justin nawet we śnie wyglądał świetnie. Zauważyłam to, przechodząc na palcach 

obok otwartych drzwi jego pokoju. Nie ma sprawiedliwości na świecie. Rankami Kirk też 

wygląda wspaniale, nawet z zaspaną twarzą. Łatwo jest być facetem...

Nie  wiem,  jakim cudem przeżyłam  rutynowe  czynności  „Rośnij  zdrowo”,  chociaż 

muszę   powiedzieć,   że   przypływ   endorfin   po   porannych   ćwiczeniach   ukoił   moje   nerwy. 

Niestety, nie na długo. Podczas śniadania z trudem mogłam cokolwiek przełknąć, bo mimo 

słów otuchy, jakimi zasypywał mnie Colin, żołądek miałam ściśnięty.

- To jest dopiero początek, Angie. Dla nas obojga - mówił uszczęśliwiony, zajadając 

się omletem. Ja już po drugim kęsie poczułam mdłości. - Nie widzisz? Wszystko się układa - 

twój związek z Kirkiem, kariera aktorska...

Jeżeli to była prawda, to dlaczego miałam ochotę się rozpłakać?

Colin pożegnał się ze mną około wpół do dziesiątej, a ja postanowiłam udać się do 

biblioteki. Czytelnia była jednym z moich ulubionych nowojorskich miejsc. Pod wysokimi 

stropami  i  wśród długich  drewnianych  stołów z lampkami  do czytania  panował  spokój  i 

można   się   było   rozluźnić.   Doszłam   tam   akurat   na   dziesiątą,   kiedy   drzwi   się   otwierały. 

Znalazłam  sobie wygodne  krzesło na końcu jednego ze stołów, wyciągnęłam  egzemplarz 

antologii słynnych monologów - i zaczęłam się rozluźniać.

I natychmiast zasnęłam.

Nie wiem, jak to się stało. No dobra. Wiem, jak to się stało. Otworzyłam jeden z 

moich  ulubionych  monologów  i   w jednej   chwili   słowa  zaczęły  zamazywać   mi  się  przed 

background image

oczami. Dlatego położyłam głowę na otwartej książce. Tylko na chwilę, powiedziałam sobie. 

Tylko tyle, żeby pozbyć się pieczenia w oczach.

Niestety, wszystko potrwało więcej niż chwilę. Kiedy się ocknęłam i spojrzałam na 

zegarek, okazało się, że przespałam całe czterdzieści pięć chwil.

Nie byłam nawet pewna, co właściwie wyrwało mnie ze snu. Wiedziałam tylko, że 

jest dziesiąta  czterdzieści  pięć i mam  kwadrans, żeby się pozbierać  i znaleźć  na miejscu 

spotkania. Sześć przecznic, które musiałam przebyć, wydały mi się nagle długie jak trasa 

maratonu.

Taksówka!   Wezmę   taksówkę.   Muszę   ją   wziąć   bez   względu   na   topniejące   zasoby 

finansowe, zwłaszcza po tym, jak zapłaciłam za śniadanie.

Wpychając książkę do worka, wybiegłam wprost w nowojorską wilgoć, starając się 

nie   myśleć,   co   stanie   się   z   moimi   włosami.   Trzęsłam   się   ze   zdenerwowania,   kiedy 

zeskakiwałam   po   szerokich   betonowych   stopniach   aż   do   krawężnika   Piątej   Alei. 

Wypatrywałam jakiejś taksówki.

Co   się   ze   mną   dzieje?   Kiedy   wyciągnęłam   rękę,   żeby   zatrzymać   taksówkę, 

zauważyłam, że drżą mi palce. Potem zaburczało mi w żołądku i wszystko stało się jasne. 

Umierałam z głodu. No, ale dlaczego miałabym  nie umierać? W końcu rano przełknęłam 

jedynie dwa kęsy tego omletu za 5,95. Kretynka!

Nagle dotarło do mnie, że nie dam sobie rady bez jakiegoś wzmocnienia. Mój poziom 

glukozy był niebezpiecznie niski, a myśl o zaprezentowaniu się w tym stanie przed Vivecą 

Withers   jeszcze   pogarszała   sytuację.   Rozejrzałam   się   nerwowo.   Parę   kroków   dalej 

zauważyłam budkę z hot dogami. Ale nawet wizja omdlenia z głodu przed biurkiem Viveki 

Withers wydawała się lepsza niż perspektywa wrzucenia w siebie tej dziwnej kombinacji 

mięsa trzeciego gatunku. Sztywnym krokiem podeszłam do budki, spojrzałam na menu - i 

podjęłam decyzję.

- Colę light poproszę.

Na nic więcej nie było mnie w tej chwili stać. Może więc dawka kofeiny wystarczy, 

żeby pomóc mi przez to przejść. Musiała starczyć.

- Ile płacę?

- Dwa dolary - odpowiedział sprzedawca. Miał dziwny akcent, więc myślałam, że źle 

zrozumiałam.

Dwa dolary?  Od kiedy to puszka coli light kosztuje dwa dolary?  Nie chcąc tracić 

czasu na informowanie go, że nie jestem jakąś głupią turystką, którą może jawnie okpić (bo 

background image

byłam pewna, że na takiej zasadzie działał), cisnęłam w niego pieniędzmi, odwróciłam się i z 

westchnieniem ulgi ujrzałam taksówkę.

Pięć dolarów później (był korek, tak, tam zawsze jest korek) wjeżdżałam windą na 

piąte piętro budynku przy Park Avenue, gdzie Viveca Withers prowadziła swoją agencję. Nie 

dość, że udało mi się oszukać żołądek uwielbianą przez siebie mieszanką bąbelków i kofeiny, 

to byłam spóźniona tylko trzy minuty, co jak na mnie było absolutnym sukcesem. Miałam 

tylko nadzieję, że pani Withers ma do kwestii punktualności podobny stosunek co ja. I tak 

było.

- Proszę usiąść - powiedziała sekretarka. - Pani Withers rozmawia z innym klientem.

Następne   dwadzieścia   pięć   minut   spędziłam   w   prymitywnej   poczekalni,   siedząc 

naprzeciw wysokiej, wysmukłej blondynki, która dostała się tu chyba helikopterem: mimo 

panującej w powietrzu wilgoci jej makijaż był nieskazitelny, fryzura idealnie gładka, a lniana 

sukienka niewiarygodnie niepognieciona. Był tam też facet o rysach antycznego boga. Wszedł 

do środka i natychmiast zaczął flirtować z sekretarką. Po mojej prawej znajdował się kolejny 

adonis, który, sądząc po częstotliwości drapania się po rękach, powinien natychmiast udać się 

do dermatologa. A może po prostu się denerwował? Trudno się dziwić. Wyglądał na mojego 

rówieśnika, a obok znajdowali się ludzie, których wiek (po zsumowaniu!) nie kwalifikowałby 

nikogo do przejścia na emeryturę.

Rozważałam ceny i ewentualne efekty uboczne kilku zastrzyków z botoksu, kiedy 

usłyszałam:

- Angela Di Franco? Pani Withers prosi panią.

Drżącą ręką przeciągnęłam po włosach i udałam się w stronę drzwi.

Jeżeli byłam zaskoczona skromnością poczekalni, byłam jeszcze bardziej zdumiona, 

kiedy zobaczyłam Vivecę Withers we własnej osobie. Wyglądała jakoś... szczupłej i nieco 

młodziej niż kobieta pod pięćdziesiątkę, którą pamiętałam sprzed roku. Nie, nie młodziej - 

była bardziej napięta. Wokół oczu i podbródka. Musiała zafundować sobie lifting, od kiedy 

się ostatnio widziałyśmy.

- Dziękuję, że zgodziła się pani ze mną spotkać.

- Mówmy sobie na ty - zaproponowała od razu, przyglądając mi się badawczo spod 

ufarbowanych   na   blond   brwi,   które   pasowały   do   krótkiej   postrzępionej   czupryny   o   tym 

samym kolorze. - Jeżeli mamy razem pracować, nie może być inaczej.

Niezły początek, pomyślałam, uśmiechając się do niej. Kiedy odwzajemniła uśmiech, 

zauważyłam,   że   skóra   wokół   jej   ust   wydaje   się   napinać   z   wysiłkiem.   Najwyraźniej   nie 

zapłaciła wystarczająco za lifting. Wzdrygnęłam się.

background image

- Zimno? - spytała.

-   Nie,   nie.   Wszystko   w   porządku.   -   Miałam   nadzieję,   że   nie   zauważyła,   że 

prawdziwym powodem mojego dyskomfortu była jej twarz.

Ciekawe, gdzie miała blizny. Przestań patrzeć! - ostrzegł mnie cichutki głos, więc 

natychmiast   skoncentrowałam   się   na   niewielkiej   zmarszczce   między   jej   brwiami.   Chyba 

żadna liczba operacji nie była w stanie wygładzić tego zbuntowanego kawałka twarzy.

- I jak tam sprawy w „Rośnij zdrowo”? Dobrze? - zaczęła.

-   Dobrze.   A   nawet   świetnie   -   powiedziałam.   Po   czym,   orientując   się,   że   nieco 

przesadzam,  ciągnęłam:  - Jednak czuję, że przyszedł czas na zmiany.  Właśnie dlatego tu 

jestem. Występuję w „Rośnij zdrowo” już szósty miesiąc. Nie wiem, czy to widziałaś... - 

zagaiłam,   modląc   się,   żeby   nie   widziała.   Jeszcze   by   nie   uznała   tego   za   doświadczenie 

telewizyjne.

- Widziałam. Jesteś całkiem... zwinna - powiedziała, ściągając skórę.

Wpatrując się uparcie w tę jedną jedyną zmarszczkę, odpowiedziałam nonszalancko:

- Dziękuję. Ten program ma swoje dobre chwile.

- Niezła fucha. Czy to prawda, że zdobył nagrodę wśród programów dla dzieci?

- Tak, za najlepszy dziecięcy program fitness. - Nie wspominałam, że był jedynym 

programem telewizyjnym nominowanym w tej kategorii.

- I słyszałam, że jest zainteresowanie tym programem ze strony paru sieci? - Boże, 

wieści   już   się   rozniosły.   -   Zdajesz   sobie   sprawę,   że   jeżeli   krajowy   kanał   kupi   program, 

zaproponuje wam atrakcyjne kontrakty. I o wiele większe pieniądze.

Teraz jej słowa przerażały mnie bardziej niż jej twarz.

-  Właściwie,   miałam   nadzieję,  że...  -  jąkałam  się.  - Ja...  chciałabym  coś zmienić. 

Chciałabym dalej pracować w telewizji... albo nawet w filmie. Ale interesuje mnie rola, która 

byłaby może... nieco inna.

Teraz   uśmiech   Viveki   przypominał   bardziej   grymas.   O   co   jej   chodziło?   Czyżby 

myślała,   że   chciałam   zrobić   karierę   w   „Rośnij   zdrowo”?   Prawdopodobnie   tak.   Wyraźnie 

miała ochotę przejąć ten kontrakt - i swój procent. Miała nadzieję, że szykuje się jej łatwa 

zdobycz. Jeśli tak było, musiałam postawić sprawę jasno.

-   Jako   aktorka   czuję   się   nieco...   niespełniona   w   tej   roli.   Chciałabym   robić   coś... 

bardziej rozwijającego. Mówić więcej niż: „Sięgaj nieba, patrz, gdzie trzeba!”

Ale Viveca już na mnie nie patrzyła. Bawiła się długopisem z miną, która mówiła: 

Słyszałam to już milion razy.

background image

Postanowiłam, że nie wyjdę stąd, dopóki Viveca nie zobowiąże się, że poprowadzi 

mnie   do   kolejnego   przedsięwzięcia   zakończonego   sukcesem.   Albo   chociaż   następnego 

przedsięwzięcia.   Jakiegokolwiek.  Wiedziałam   przecież,   jak  rzadkie  były  w tym  zawodzie 

wielkie chwile.

- Przyniosłam zdjęcia i CV do przejrzenia. - Z drżeniem wyciągnęłam z torby teczkę i 

jej podałam.

- Wiesz, wyglądasz trochę jak Marisa Tomei. - Następnie, patrząc na mnie, dodała 

kwaśno: - Oczywiście ma to znaczenie tylko wtedy, kiedy rzeczywiście jest się Marisą Tomei. 

Czy   myślałaś   kiedyś,   żeby   zrobić   sobie   nos?   Może   troszkę   wyszczuplić   go   u   nasady   i 

podnieść czubek? Wyglądałabyś troszkę mniej... etnicznie.

W panice dotknęłam nosa. Niemal czułam skalpel przyłożony do twarzy.

-   Ja...   dość   lubię   swój   nos.   -   Moja   matka   też   go   lubiła.   Była   szczęśliwa,   że   nie 

odziedziczyłam po ojcu jego haczykowatego dzioba.

- Nieważne. No dobrze. Zadzwonię, jak będę coś dla ciebie  miała.  - Viveca była 

wyraźnie zła.

- Więc to wszystko? Żadnej... umowy... czy czegoś do podpisania? - zapytałam w 

popłochu. Wiedziałam, że kiedy agent zobowiązuje się wziąć klienta pod swoją opiekę, trzeba 

podpisywać papiery, negocjować stawki.

- Najpierw wyślę cię na parę przesłuchań. Zobaczymy, jak sobie poradzisz, dobrze? - 

dodała łagodniejszym tonem. Chyba zorientowała się, że warczy na mnie bez powodu. Potem 

ściągnęła skórę w ostatnim napiętym uśmiechu i powiedziała: - Zadzwonię, jak coś znajdę.

Kiedy wyszłam z małego biura, mijając siedzące w poczekalni przyszłe gwiazdy oraz 

wystawę zdjęć obecnych gwiazd, byłam kompletnie zdołowana.

Udałam się prosto do Kirka. Może dlatego, że jego mieszkanie znajdowało się w 

odległości krótkiego spaceru, a może potrzebowałam, żeby ktoś utwierdził moje poczucie 

wartości, poważnie nadszarpnięte przez Vivecę.

Oczywiście   był   w   domu.   Oczywiście   pracował.   Oczywiście   nie   wyglądał   na 

zadowolonego, że mu nagle przerywam, ale nic mnie to nie obchodziło. Potrzebowałam go 

teraz. Chyba wyraz rozpaczy, jaki zobaczył na mojej twarzy, kiedy mówiłam mu, jak Viveca 

zasugerowała mi korektę nosa, sprawił, że oderwał się od migającego kursora i udzielił mi 

wsparcia, którego potrzebowałam.

- Ja myślę, że masz piękny nos - powiedział, całując mnie w jego koniuszek.

Czułam się trochę jak dziecko. Stałam z czerwoną twarzą, spocona, tonąc we łzach, że 

Viveca Withers nie skoczyła z radości na myśl o przyjęciu mnie do swojej agencji. W tej 

background image

chwili   nic   mnie   to   nie   obchodziło.   Nie   potrzebowałam   Viveki   Withers   i   jej   sztucznego 

uśmiechu, tylko Kirka - jego ramion, w których nareszcie poczułam się bezpiecznie, jego 

dłoni,   którymi   delikatnie   głaskał   mnie   po   plecach,   i  jego   oczu,   które   mówiły,   że   jestem 

pożądana. Naprawdę pożądana, bez względu na to, co mówią o mnie inni.

Zresztą  zaraz  to udowodnił  - tam gdzie staliśmy,  na podłodze w kuchni.  Takiego 

wybuchu namiętności nie widziałam od nie wiadomo jakich czasów. Po czym dał mi coś 

jeszcze. Jedzenie. Dużo jedzenia. Kurczaka w sezamie. Wołowinę z pomarańczą. Wszystko 

sprawnie zamówione u Jimmy’ego Chena, zanim nawet zdążyłam zapiąć biustonosz.

No i o to właśnie chodziło, pomyślałam, siedząc po turecku na łóżku Kirka, kiedy 

jedliśmy. Tylko tego potrzebowałam.

background image

Kiedy życie daje ci cytrynę, zrób sobie lemoniadę. Potrzebny ci prawdziwy 

koktajl

Najwyraźniej to było wszystko, co miałam dostać. Zanim bowiem zdążyłam dojść do 

ciasteczka z wróżbą, Kirk zaczął niespokojnie pozerkiwać na swój laptop, który stał na biurku 

tak, jak go zostawił - ze świecącym ekranem. Wiedziałam, że musi brać się do pracy, więc 

wróciłam do własnego życia. W zasadzie niewiele się zmieniło, ale czułam się trochę lepiej.

Coś   jednak   się   zmieniło.   W   naszym   mieszkaniu.   W   domu   zastałam   Justina   na 

drabinie. Wieszał na suficie coś w rodzaju siatkowego hamaka.

- Cześć, Angie! - zawołał, uśmiechając się do mnie promiennie i schodząc na podłogę. 

- Jak ci poszło?

- Co to jest? - jęknęłam. Na widok nowego nabytku wszystkie szczegóły spotkania 

wyleciały mi z głowy.

- Huśtawka - powiedział, jakby było to oczywiste. - Dostałem od żony C.J., kiedy 

byłem u nich w Winchesterze parę miesięcy temu - wyjaśnił. - Ktoś dał im to w prezencie na 

inaugurację domu, ale nie mają w ogródku drzewa, na którym mogliby to zawiesić.

- Justin... Może tego nie zauważyłeś, ale my też nie mamy drzewa.

- Wiem o tym - powiedział, patrząc na hak w suficie. – Ale to sprawdza się równie 

dobrze wewnątrz. Nie wiem, dlaczego C.J. o tym nie pomyślał.

Ciekawe natomiast, jak Justin na to wpadł. Ale po prostu lubił wymyślać zastosowanie 

dla swoich znalezisk.

-   Hej,   to   działa!   -   zawołał,   siadając   na   huśtawce   i   patrząc   na   mnie   radośnie.   -   I 

wygodne jak diabli. Spróbuj! - Wstał i z galanterią pomógł mi usiąść.

Usiadłam. Otuliła mnie miękka siatka.

- Jest całkiem... przytulne - przyznałam.

- Odwróć się. Zawiesiłem ją na obrotowym haku, żeby można było siedzieć twarzą do 

okna.

Obróciłam  się   i  zauważyłam,   że  Justin  odsunął  biurko   spod  okna,   aby  uwydatnić 

azalię w całej krasie. Boże, jak ona urosła. Gałęzie były teraz pełniejsze, pewnie dlatego, że 

Justin tak dobrze się nią zajmował. Ale ponad nią można jeszcze było popatrzeć na podwórko 

i piękne fasady z czerwonego piaskowca. Czułam zwyczajną radość, kiedy tak kołysałam się 

w tył i w przód.

- No to opowiedz mi o spotkaniu w Actors’ Forum - poprosił Justin. - Jak poszło?

background image

- Nie za dobrze. - Odwróciłam się do niego, a całe moje zadowolenie gdzieś uleciało. - 

Powiedziała... że powinnam zrobić sobie nos - wykrztusiłam z żalem, dotykając twarzy.

- Co? Przecież masz świetny nos! - oburzył się w moim imieniu. - Przecież to nos Di 

Franców!

- Właściwie to nos Carusów - uściśliłam. Caruso to panieńskie nazwisko mojej matki, 

a to po niej odziedziczyłam ten wspaniały NOS.

- Wszystko jedno - powiedział Justin. - To twój nos. Pasuje do twojej twarzy.

- Powiedziała, że wyglądam z nim zbyt etnicznie.

- Etnicznie? A co w tym złego? Tak właśnie zaczęła się kariera De Niro, Ala Pacino 

czy Turturro. Taka jest twarz kogoś z Nowego Jorku! To jest twarz twoich przodków, którzy 

odważyli się przyjechać do tego cudownego miasta. To jest...

- Dobra, dobra, wiem, o co ci chodzi - przerwałam, uśmiechając się niepewnie. Nie 

mogłam się powstrzymać. Był tak uroczy, kiedy zaczynał z tym Nowym Jorkiem.

- To co, poszukasz innego agenta? - spytał.

-   Nie   wiem   -   znowu   poczułam   niepokój.   -   Chciałaby   mnie   reprezentować   w 

negocjacjach kontraktu z „Rośnij zdrowo”. Może ma rację? Może to jest dla mnie szansa? Na 

pewno daje mi wyższe zarobki. I ubezpieczenie.

- Ubezpieczenie już masz w Lee & Laurie. - Zmarszczył brwi.

- Wiem, ale nie chcę tam pracować do śmierci.

- Nie będziesz tam pracować wiecznie, tylko do czasu, aż znajdziesz lepszą pracę jako 

aktorka. Masz tyle doświadczenia. Grałaś Fefu. Do diabła, przecież prawie wygrałaś Obie 

Award - wymieniał moje sceniczne osiągnięcia.

- No wiem, ale jakoś na razie daleko nie zaszłam. Zmarszczył się jeszcze bardziej.

- Chyba nie zamierzasz podpisać tego kontraktu, co? 

Milczałam.  Wiedziałam, że Justin będzie próbował mnie  od tego odwieść. Będzie 

mnie przekonywał, że wystawanie w kolejkach w poszukiwaniu roli, do której byłam zbyt 

etniczna, za mała i za... zwyczajna, jest tym, czego potrzebuję. Ale nie byłam już pewna, czy 

powinnam dać się odwieść od tego kontraktu. Czułam się zmęczona i zniechęcona.

-   Kirk   myśli,   że   to   dla   mnie   dobre   zajęcie.   -   Dla   nas,   pomyślałam,   ale   nie 

wypowiedziałam tego. Nie powiedziałam Justinowi, jak bardzo ja i Kirk staliśmy się mami. 

Chyba nie chciałam, żeby przypisywał tej azalii więcej zasług, niż powinien.

- A skąd on może wiedzieć, co jest dla ciebie dobre? - rozzłościł się. Dziwna reakcja 

jak na niego. Raczej niczym się nie denerwował. Ani nikim.

Ale zamiast analizować jego gniew, sama się wkurzyłam.

background image

- On przynajmniej wie, że jeżeli czegoś się w życiu chce, to trzeba nad tym pracować. 

Nie można tylko siedzieć, marzyć o czymś i nic nie robić. Świetnie opowiadasz o układaniu 

muzyki, występach w mieście, ale nigdy nie widziałam, żebyś zrobił coś więcej niż tylko 

brzdękanie w kółko paru akordów na tej prześlicznej sofie, która zagraca nasze mieszkanie!

Wykrzyczałam się i natychmiast pożałowałam swoich słów. Tym bardziej że Justin 

odpowiedział mi z pełnym spokojem:

- Zamierzam to zrobić. Tylko muszę się trochę pozbierać. I tyle. Te rzeczy wymagają 

czasu, wiesz? Sukces nie przychodzi w ciągu jednej nocy. Nie w tej branży.

Miał rację. Czasami sukces nigdy nie przychodzi. A zważywszy na obecną sytuację, 

tak mogło być.

Jak   się   okazało,   w   następnych   tygodniach   musiałam   liczyć   tylko   na   siebie.   Kirk 

zaharowywał  się przy projekcie  dla Norwood Investments.  Był  tak pochłonięty pracą, że 

ledwo go widywałam.  A kiedy już się spotykaliśmy,  zazwyczaj  kończyło  się na tym,  że 

patrzyłam, jak pada wyczerpany w godzinę po moim przyjściu i zasypia.

Zaczęłam się czuć, jakbym wygrała bitwę... i straciła chłopaka.

Oraz jednego z najlepszych przyjaciół. Bo Justin też odkrył w sobie nagły pęd do 

pracy. Spędzał więc teraz poza domem większość dnia - i nocy, bo z reguły szli gdzieś razem 

z zespołem, z którym pracował. Wracał do domu długo po tym, jak kładłam się spać.

-   Przecież   spędzimy   razem   cały   następny   weekend   -   powiedział   Kirk,   kiedy 

zadzwoniłam   do   niego   w  środę   wieczorem.   Liczyłam,   że   uda   się   go   namówić   na   jakieś 

spotkanie w sobotę albo w niedzielę, zanim ugrzęźnie na dobre w pracy. - Chcę skończyć 

projekt dla Norwooda przed wyjazdem do domu, żebyśmy mogli całkiem się zrelaksować i 

dobrze bawić.

Bawić się? Poważnie wątpiłam w możliwość dobrej zabawy pod badawczym okiem 

rodziny Stevensów.

Nie chciałam spędzić tego weekendu w samotności, więc w końcu zadzwoniłam do 

Grace, która od czasu zerwania z Drew najwyraźniej mnie unikała. Pewnie dlatego, że nie 

chciała rozmawiać o rozstaniu, a ja wywlekałam ten temat przy każdej okazji. Wciąż nie 

mogłam odgadnąć, dlaczego nagle tak całkowicie wykreśliła go ze swojego życia.

- Wszystko w porządku? - rzuciłam na powitanie, kiedy w końcu odebrała telefon.

- Tak, tak. Jestem tylko... zmęczona.

-   Co   takiego   robiłaś?   -   spytałam   ciekawa.   Teraz,   kiedy   dołączyłam   do   grona 

Sparowanych,   byłam   ciekawa,   jak   wygląda   życie   tej   drugiej   części   świata   -   części 

opanowanej przez Singli.

background image

- O Boże, wszystko. Razem z Klaudią zaliczyłyśmy w tym tygodniu chyba wszystkie 

najmodniejsze miejsca na Manhattanie.

- Z Klaudią?

- Moją szefową. Pamiętasz ją?

Jak mogłabym jej nie pamiętać. Poznałyśmy się na koktajlu wydanym przez Grace 

wkrótce po rozpoczęciu pracy w Roxanne Dubrow. Klaudia była wtedy świeżo po rozwodzie 

i jeszcze nie odreagowała rozstania z mężem flirciarzem. Rzucała kąśliwe uwagi pod adresem 

wszystkich samotnych kobiet obecnych na przyjęciu i większości facetów.

Zastanawiałam się, co mówiła o mnie, ale Grace zapewniła mnie, że nie znalazłam się 

pod jej obstrzałem. To było jeszcze gorsze. Zostałam zignorowana przez kobietę, wiceprezesa 

do spraw marketingu w jednej z najpotężniejszych firm kosmetycznych na świecie.

- To z nią się teraz umawiasz? Myślałam, że jej nie lubisz.

- Jest teraz lepsza, niż kiedy ją poznałaś. Chyba nie jest już taka... zgorzkniała. A poza 

tym obie jesteśmy bez pary, a takie osoby powinny trzymać się razem. A wczoraj byłyśmy 

nawet w Loli. Tej na Dziewiętnastej Ulicy, pamiętasz?

Jasne, pomyślałam, starając się ukryć złość, że przejechała taki kawał aż tutaj i nawet 

do mnie nie zadzwoniła. No bo dlaczego miałaby dzwonić do mnie, jeśli teraz umawia się z 

Klaudią? Przyznaję, byłam zazdrosna. Ale nie zdążyłam nawet wydąć ust, kiedy usłyszałam 

następne słowa Grace:

- Nie zgadniesz, na kogo tam wpadłam.

- Na Drew? - spytałam z nadzieją w głosie.

- Nie - odpowiedziała zniecierpliwiona. Potem zaśmiała się. - Jakoś nie widzę Drew w 

Loli. To lokal nie dla niego...

- No to na kogo? - postanowiłam zignorować tę małą uszczypliwość w stosunku do 

Drew, do którego byłam wciąż szczerze przywiązana.

- Na Billy’ego Caldwella.

- Na niedobrego Billy’ego Caldwella?

- Taaak. I wciąż jest równie dobry... Oho.

Niedobry   Billy   Caldwell   był   jednym   z   pierwszych   facetów   Grace,   kiedy 

przeprowadziła się na Manhattan. Dzięki ciemnym włosom, chłodnym niebieskim oczom i 

świetnej, nieco kanciastej sylwetce, był mężczyzną, któremu większość kobiet nie potrafi się 

oprzeć. On też zazwyczaj się nie opierał, korzystając ze wszystkich zdobyczy, jakie wpadały 

mu w ręce. A było ich wiele, co Grace odkryła w ciągu pierwszych dwóch miesięcy ich 

ognistego romansu. Ale mimo że powinna zupełnie z nim zerwać, jakoś zawsze wracała do 

background image

niego, zazwyczaj zaraz po rozstaniu z którymś z idealnych i wspaniałych mężczyzn... jak 

Drew.

- Mam nadzieję, że z nim nie spałaś?

- No wiesz, trudno to nazwać spaniem...

- Grace,  co ty wyprawiasz?  Przecież  zawsze czujesz się jak szmata  po spędzeniu 

jakiegoś   czasu   z   tym   facetem.   -   Rzeczywiście,   taki   był   schemat   postępowania   Grace. 

Zerwanie  z  Panem Idealnym,  do łóżka  z Billym,  żal,  że Billy nie  jest Panem  Idealnym, 

zerwanie z Billym.

- No cóż, teraz nie czuję się jak szmata. Oczywiście, że teraz się tak nie czuła. Pewnie 

działała pod wpływem burzy feromonów. Tyle że kiedy Billy nagle znikał z horyzontu po 

kilku ognistych tygodniach seksu - tak ognistych, że można je było pomylić z miłością - 

zawsze następowało bolesne rozczarowanie.

- Przestań się denerwować - doradziła Grace, kiedy przypomniałam jej, że w następny 

weekend jadę poznać rodziców Kirka. - Na pewno cię polubią. Pytanie, czy ty polubisz ich? 

Rozerwij się jakoś. Co robisz w piątek? W Soho otwiera się nowy klub salsy - taka odlotowa 

hala, gdzie didżej puszcza latynoską muzykę. A wiesz, co to oznacza...

Najwyraźniej całkiem już wypadłam z obiegu, bo nie miałam pojęcia.

- Co?

- Latynoskich superfacetów. Całą masę. Przyjdziesz?

- Dobra - zgodziłam się natychmiast. Nie żebym była do wzięcia. Po prostu chciałam 

zobaczyć się z Grace. Tęskniłam za jej śmiechem i hałaśliwą radością życia. Wyglądało na to, 

że znowu była sobą.

- Fajnie. To zadzwonię i wpiszę nas na listę, żebyśmy nie miały kłopotów z wejściem. 

To będę ja, ty, Klaudia...

Prawie   jęknęłam.   Mogłam   poradzić   sobie   z  nową,   nieokiełznaną   Grace,   ale   nie   z 

Klaudią i Grace razem. I to w sali pełnej gorących mężczyzn. Chyba potrzebowałam ochrony, 

czy coś w tym stylu.

- Czy mogę kogoś zabrać?

- Na przykład kogo?

- Michelle?  - Nawet nie wiem,  dlaczego  ją zaproponowałam.  Nie wychodziłyśmy 

nigdzie razem od czasów liceum. Poza tym nie byłam nawet pewna, czy mogłam wyciągnąć 

Królową Brooklyńskich Mężatek na babskie wyjście na Manhattan. Ale byłam zdesperowana. 

Jeżeli Grace szła z Klaudią, potrzebowałam wsparcia.

Teraz Grace jęknęła:

background image

- Dlaczego akurat ona? Jest trochę dziwna...

Grace   miała   pecha   poznać   Michelle,   kiedy   dochodziła   do   siebie   po   rozstaniu   z 

Eddiem.   Przyjechała   wtedy   do   Brooklynu   na   weekend   z   nowiutkim   chłopakiem   z   Long 

Island, na którym natychmiast zawisła Michelle. Ale to było w liceum...

- Teraz jest już inna - zaprotestowałam. - I ma męża.

- No dobra, ale nie mów, że cię nie ostrzegałam.

Ku   mojemu   zaskoczeniu   Michelle   przyjęła   zaproszenie,   które   -   pamiętając   o 

ostrzeżeniach Grace - złożyłam jej bez entuzjazmu:

- Będzie jak za dawnych czasów! - ucieszyła się.

Tak   więc  znowu  byłyśmy   razem.   Na  razie   czekałyśmy  na  Grace   i  Klaudię   przed 

Spectrum Lounge na Mercer Street. Michelle, w lśniącej czarnej obcisłej sukience chyba z 

lureksu, wyglądała, niestety, jakby nie wyleczyła się z okresu disco. Byłam zdziwiona, bo do 

pracy ubierała się całkiem normalnie. Chyba już dawno nigdzie nie chodziła. A jej włosy! 

Czy Brooklyńska Królowa Piękności naprawdę używała lakieru Aqua Net? Bałam się, że 

Michelle w tej fryzurze nie przejdzie przez drzwi. Albo poza tę aksamitną linę, pomyślałam, 

widząc wielkiego bramkarza w czerni, który oceniał, kogo wpuścić za drzwi z ciemnego 

szkła.

Nie mogę powiedzieć, żeby moje włosy wyglądały lepiej. Prostowałam je przez ponad 

dwadzieścia minut, ale upał zrujnował cały mój wysiłek. Dzięki Ci, Boże, za top od Calvina 

Kleina.   Moje   piersi   wyglądały   w   nim   rewelacyjnie.   Do   tego   włożyłam   lśniącą   czarną 

spódniczkę i rzemykowe buty na obcasach.

Słowo   „rewelacyjnie”   nawet   w   części   nie   oddawało   wyglądu   Grace,   która   chwilę 

później wysiadła z taksówki razem z Klaudią. Jej krótkie blond włosy były nieco potargane, 

jakby wstała prosto z łóżka (niewykluczone, zważywszy na obecność w jej życiu Niedobrego 

Billy’ego).   Dopasowana,   srebrno-szara   suknia   wiązana   na   karku   podkreślała   błysk   jej 

ciemnoszarych oczu. Do diabła, ona cała błyszczała! Zwłaszcza przy Klaudii, owiniętej od 

stóp do głów w czerń. Z długimi, prostymi jak drut włosami i ciężkim makijażem wyglądała 

jak anarchistka albo rockmanka, która zupełnym przypadkiem trafiła do Saksa na Piątej Alei. 

Jedyną   rzeczą,   która   nie   pozwalała   zakwalifikować   jej   do   subkulturowych   typów,   była 

wyniosłość jej szlachetnych rysów oraz brylanty lśniące w uszach i na szyi.

- Cześć, Angie. - Grace uścisnęła mnie. - Hej, Michelle, kopę lat - dodała, obejmując 

też Michelle, bo nigdy nie była niemiła dla ziomków z Brooklynu.

Chciałam się dostosować i już kierowałam się w stronę Klaudii, żeby ją uścisnąć, 

kiedy ta uniosła wypielęgnowaną rękę i pomachała mi przed twarzą. 

background image

- Cześć, Angela. Wyglądasz uroczo. 

Uroczo? Co to za słowo? Jakbyśmy miały po dwanaście lat! Kiedy weszłyśmy do 

ciemnej  sali, czułam  się trochę  jak za dawnych  czasów. Wszyscy odwrócili  głowy,  żeby 

popatrzeć   na   Grace.   Przypomniałam   sobie,   jak   ciężko   było   żyć   przez   lata   w   jej   blasku. 

Mężczyźni padali u jej stóp. A ja byłam jak nierówność dywanu, o którą potykali się, idąc ku 

niej.

Patrząc, jak toruje sobie drogę do baru, pomyślałam,  że nic się nie zmieniło.  Nie 

pozostało mi nic innego, jak tylko iść za nią. Dzięki Bogu, że miałam Kirka, pomyślałam, 

kiedy siadałyśmy przy barze.

- Bacardi O Cosmo? - Grace odwróciła się do Klaudii, aby potwierdzić, czy myślą o 

tym samym. Klaudia skinęła głową.

- Dla mnie też - powiedziałam.

-  I dla  mnie   - dodała   Michelle,   która  najwyraźniej   nie  chciała  być   wykluczona  z 

towarzystwa. Kiedy barman podał nam drinki, Michelle przepchała się na początek.

- Ja płacę! - i wcisnęła mu garść monet. Z całą pewnością umiała wydawać pieniądze 

Frankiego. Ja w każdym razie byłam jej wdzięczna. Po ostatnich finansowych ekscesach mój 

portfel wyglądał nieco chudo. Wprawdzie to Michelle zaproponowała toast za dobry seks, ale 

po jej oczach poznałam, że czuje się tu jeszcze mniej pewnie niż ja. Może z powodu Grace? A 

może odzwyczaiła się już od bywania w barach, pomyślałam, widząc, jak jednym haustem 

wypija pół swojego koktajlu.

W tym momencie musiałam zaprzestać dalszych  rozważań na ten temat, bo stanął 

przede   mną   najprzystojniejszy   Latynos,   jakiego   kiedykolwiek   widziałam.   Szerokie   barki, 

gęste ciemne włosy i piękne ciemne oczy.

- Zatańczysz? - zapytał. Rozejrzałam się, jakbym nie była pewna, czy mówi do mnie, i 

złapałam   spojrzenie   Grace,   która   uniosła   swój   kieliszek   jak   do   toastu   i   bezgłośnie 

wypowiedziała: „Idź”.

Odstawiłam kieliszek na blat.

- Trzymaj moją torebkę - rzuciłam Michelle.

Nagle   znalazłam   się   na   środku   parkietu,   biodra   w   biodra   z   mężczyzną,   którego 

zupełnie nie znałam, ale który patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie poznać bliżej... o wiele 

bliżej.

To tylko niewinny taniec, powiedziałam sobie, ale wiedziałam, że w salsie nie ma nic 

niewinnego.  Choćby dlatego,  że nie da się jej tańczyć  bez udziału  męskich  rąk, którymi 

background image

partner mocno przyciska twoje plecy, kiedy razem rytmicznie ruszacie biodrami. Oczywiście 

od chwili, w której łapiecie wspólny rytm. Co w moim wypadku chwilę trwało.

Ale w końcu się udało. Nagle tańczyliśmy, jakby na parkiecie nikogo innego nie było. 

I przypomniałam sobie, jak bardzo lubię salsę. Dlaczego tak dawno nie tańczyłam? Muszę 

namówić   Kirka,   żeby   wziął   kilka   lekcji.   Wtedy   uświadomiłam   sobie,   że   Kirk   nie   cierpi 

tańczyć.

Muzyka przyspieszyła, a ja przestałam myśleć o Kirku. Ze śmiechem obracałam się 

pod migającymi światłami, a nasze ciała wciąż się spotykały. Bawiłam się świetnie. Nagle 

Grace, która też już szalała na parkiecie z jakimś przystojniakiem, szepnęła mi do ucha:

- Tylko uważaj. Po trzech piosenkach ci Latynosi uważają, że pojedziesz z nimi do 

domu.

Kiedy zakręciła się i odsunęła, prawie potknęłam się o własne stopy i poleciałam 

prosto w ramiona mojego, teraz spoconego, partnera.

-   Nic   ci   nie   jest,   piękna?   -   zapytał,   dotykając   wierzchem   dłoni   mojego   policzka. 

Czyżby to, co czułam na dole, nie było klamrą od jego spodni?

- Chyba muszę nieco odetchnąć - powiedziałam. Na boskiej twarzy pojawił się wyraz 

żalu. - Dziękuję za taniec. Było... świetnie.

- Czy mogę postawić ci drinka?

- Nie, dzięki - odpowiedziałam szybko i pospieszyłam w kierunku baru. Jeżeli po 

trzech tańcach miałam iść z nim do łóżka, Bóg jeden wie, co spowodowałby drink. Pewnie 

chorobę weneryczną.

Przy   barze   zastałam   Michelle   pogrążoną   w   rozmowie   z   następnym   wspaniałym 

Latynosem. Boże, Grace miała rację. W tym miejscu aż roiło się od przystojnych facetów. 

Ten ostatni rozbierał Michelle wzrokiem. Halo! Czy jakimś cudem przeoczył dwa karaty na 

jej lewej ręce?

- Hej, Angie. To jest Jose - powiedziała, a Jose ucałował moją dłoń.

Michelle się rozpromieniła.

- Czy to nie słodkie? Jose jest potomkiem hiszpańskich konkwistadorów - oznajmiła z 

dumą.

Ciekawa byłam, czy Michelle wiedziała chociaż, co to znaczy. Jose zaś opuścił wzrok 

na jej biust, trzeci raz w ciągu pół minuty.

- Gdzie jest Klaudia? - spytałam, zastanawiając się, jak Michelle udało się zgubić 

Księżniczkę Lodu, żeby mogła się ogrzać przy panu Napalonym.

background image

- Tam - skinęła w kierunku części klubowej. - Masz swoją torebkę. - Włożyła mi ją do 

rąk, dając do zrozumienia, żebym spadała. Co w nią wstąpiło? Przecież była mężatką, na 

miłość boską. I sądząc po tych wszystkich zdjęciach jej i Frankiego, jakimi zapełniała ściany 

swojego boksu, bardzo szczęśliwą.

Rozejrzałam się za swoją szklanką. Wiedziałam, że tylko porządny łyk prawdziwie 

mocnego koktajlu pomoże mi przełknąć nową wersję Michelle.

- Gdzie jest mój drink? - spytałam.

- To chyba był twój. - Podniosła jeszcze raz szklankę do ust i oddała mi to, co zostało. 

Niewiele. - Sorry! - rzuciła, ale jej uśmiech wcale nie był przepraszający.

Ponieważ   głupio   mi   było   patrzeć   na   Michelle,   która   flirtowała   jak   kobieta   nagle 

wypuszczona z klatki, poszukałam wzrokiem Klaudii. Przyuważyłam ją na kanapie. Dostojnie 

sączyła swojego drinka, patrząc na salę z pogardą.

- Hej! - Usiadłam na krześle naprzeciwko niej.

Nawet   się   uśmiechnęła,   jakby   cieszyła   się,   że   mnie   widzi.   Ale   prawdopodobnie 

ucieszyła   się   po   prostu,   że   będzie   miała   jakiekolwiek   towarzystwo,   bo   zaraz   ponownie 

przybrała lodowaty wyraz twarzy. Sięgnęła po elegancką czarną torebkę i wyciągnęła paczkę 

papierosów.

- Te rzeczy mogą cię zabić, wiedziałaś o tym? - zażartowałam, próbując nawiązać 

jakąkolwiek rozmowę.

Znów ten sam uśmiech. Sztuczny, protekcjonalny.

- Czy mogę ci jednego podkraść? - Zabrzmiało to nieco dziwnie, w świetle uwagi, 

jaką przed chwilą rzuciłam. - No wiesz, nie mogę patrzeć, jak sama spalasz siedem minut 

swojego życia.

Pochyliła   się,   wyciągając   ku   mnie   paczkę,   a   ja   wyciągnęłam   z   niej   najcieńszego 

papierosa, jakiego kiedykolwiek widziałam.

- Co to za marka? - spytałam, oglądając różowy wzorek na filtrze.

- Caprisy - odpowiedziała krótko, wrzucając paczkę do torebki. - Są o wiele lżejsze 

niż zwykłe papierosy. No i nie trzeba się tak wysilać, żeby się zaciągnąć. To chroni twarz - 

dodała,   opierając  się  wygodnie  i  pokazując  na  okolicę  ust,  która  rzeczywiście   wyglądała 

zadziwiająco gładko jak na kobietę palącą paczkę dziennie. Tak przynajmniej utrzymywała 

Grace. Ale może to był botoks...

Wyciągnęłam  się  na  krześle  i  zapaliłam  papierosa   zapałkami,  leżącymi   na stoliku 

obok.

- Przynajmniej będziemy ładnymi zwłokami.

background image

Tym zarobiłam na kolejny uśmiech i wymuszony chichot. Tylko czy można to było 

nazwać śmiechem? Brzmiało bardziej jak kaszlnięcie.

Ale   w   momencie,   kiedy   uznałam   Klaudię   za   jakąś   nieludzką,   nieczułą   kobietę, 

zobaczyłam w jej oczach nagły błysk bezbronności. Spojrzałam w górę. Przy naszej kanapie 

zatrzymał się jakiś barczysty facet. No proszę, Klaudia jednak jest ludzką istotą, sądząc po 

pełnym nadziei spojrzeniu, kiedy uśmiechała się do niego.

- Masz jeszcze papierosa?

Widziałam rozczarowanie, jakie przemknęło jej po twarzy,  zanim schyliła głowę i 

sięgnęła po torebkę. Ale kiedy częstowała go papierosem, chłodna maska była już na miejscu. 

Facet podziękował i odszedł, a ja zobaczyłam, jak Klaudia rzuca szybkie spojrzenie na swój 

wycięty top i bezwiednie przeciąga dłonią po włosach. Dopiero wtedy zorientowałam się, że i 

ona nie jest tak pewna siebie, na jaką wygląda. Zwłaszcza tutaj. Spróbowałam wyobrazić: 

sobie, co bym czuła, siedząc w ciemnym klubie otoczona o połowę młodszymi mężczyznami, 

zainteresowanymi jedynie moim zapasem nikotyny.

Na szczęście właśnie wróciła Grace, wybawiając mnie od kolejnych prób nawiązania 

porozumienia, które najwyraźniej peszyły Klaudię.

- Ale zabawa! - rzuciła zadyszana Grace, przeciągając ręką po wilgotnych od potu 

włosach i przywracając im właściwy wygląd. - Omal nie zdecydowałam się na trzeci taniec i 

taksówkę do domu z tym facetem. Przyjrzałyście mu się? Był cudowny.

-  No  to  dlaczego   tego  nie   zrobiłaś?   -  spytała   Klaudia.   -  My nie   miałybyśmy  nic 

przeciwko. - Ale jej mina mówiła coś odwrotnego.

Grace wzruszyła ramionami i rzuciła się na kanapę obok Klaudii.

- Ty palisz? - Spojrzała na mnie zszokowana, z troską w głosie.

-   Tylko   w   barze   -   wykręciłam   się.   Albo   kiedy   byłam   z   Michelle.   Albo   kiedy 

rozważałam kolejne użycie Visy, albo oglądałam zaręczynowe pierścionki, wszystko w imię 

mojej  przyszłości  z  Kirkiem...  Boże,  paliłam  całkiem  sporo. A na myśl  o zbliżającej  się 

podróży - i przeklętego lotu samolotem - miałam ochotę wypalić trzy, jeden po drugim.

- Gdzie jest Michelle? - Rozejrzała się Grace.

- Tam, rozmawia z Jose - kiwnęłam w stronę baru.

- Co się dzieje? - spytała Grace. - Czy naszej zamężnej przyjaciółeczce nie wystarcza 

to, co ma w domu?

- Ona i Frankie są świetną parą - zaprotestowałam, ale jakoś słabo, patrząc na wesoło 

śmiejącą się Michelle nachylającą się do Jose.

- Jak długo są po ślubie? - Klaudia też się odwróciła, żeby na nich popatrzeć.

background image

- Siedem lat.

- Ach, słynny kryzys siódmego roku - powiedziała Klaudia. - Dobrze to znam. Sama 

przez to przeszłam, ale przynajmniej ja nie przyłożyłam do tego ręki - ciągnęła z gorzkim 

uśmiechem. - Tym lepiej dla niej - powiedziała, podnosząc kieliszek w stronę Michelle.

- To przecież niewinny flirt. - Nie wiem dlaczego, ale poczułam się w obowiązku 

stanąć w obronie Michelle. - Ja też przecież wytańczyłam się z tamtym facetem, chociaż nie 

zamierzałam iść z nim do łóżka. Przecież od tego mam w domu Kirka...

Obie popatrzyły na mnie z ciekawością.

- Ma szczęście kobieta, która może być szczęśliwa z jednym facetem - powiedziała 

filozoficznie Grace.

- Ty byłaś szczęśliwa z Drew. - Przypomniałam sobie, jak miło wyglądali razem, 

kiedy ich ostatni raz widziałam. Po raz kolejny zastanawiałam się, co mogło spowodować ten 

obrót   o  sto  osiemdziesiąt   stopni  w  stosunku  do  tego,   o  czym   marzyła  niespełna  miesiąc 

wcześniej.

-   Taaak,   chyba   byłam   szczęśliwa   -   powiedziała.   -   Oczywiście,   jeżeli   nazywasz 

szczęściem sypianie z facetem, który nawet nie zdejmuje skarpetek, kiedy uprawia seks.

Klaudia zaśmiała się głośno, jakby zrozumiała jakiś tajny dowcip Grace. I może tak 

było.  Ja na pewno nie wiedziałam  o tym  małym  dziwactwie  Drew. Ale czy to było  coś 

wielkiego? Kirk też czasami nie zdejmował skarpetek, zwłaszcza w zimie. Marzły mu stopy, 

do cholery.

Na szczęście chwilę później kolejny tancerz wybawił mnie od rozmowy z nimi. Potem 

tańczyłam z facetem, który był taki wysoki, że wydawało mi się, że tańczę z jego pępkiem.

Grace szalała gdzieś obok. Nawet Klaudia podeszła do krańca parkietu i jeżeli dobrze 

widziałam przez tłum ruszających się ciał, rytmicznie kołysała biodrami.

Bawiłam się tak znakomicie, że nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęła Michelle.

-   Hej,   gdzie   poszła   Michelle?   -   spytałam,   kiedy   barman   nalał   nam   drinki   i 

wzniosłyśmy kolejny toast, tym razem za latynoskich facetów, których Grace właśnie ogłosiła 

ostatnimi dobrymi mężczyznami na świecie.

- Jest dużą dziewczynką - powiedziała Grace, widząc mój niepokój.

- O tak - dodała Klaudia. - Zwłaszcza w tej sukience. Myśl o opinającym ubiorze 

Michelle   nie   była   pocieszająca,   zwłaszcza   że   Jose   był   zafascynowany   widokiem   piersi 

wylewających się z dekoltu sukienki. No i sporo wypiła.

- Pójdę się rozejrzeć - powiedziałam, odstawiając drinka i ruszając w tłum.

Okrążyłam bar i ruszyłam po schodach do łazienki.

background image

Wchodząc do jednej z kabin, aby pozbyć się nadmiaru płynów, zobaczyłam w szparze 

pod sąsiednią kabiną dwie pary nóg. Jedne z nich były w czarnych błyszczących mokasynach 

i nie mogły należeć do kobiety - przynajmniej do żadnej kobiety, którą ja znałam - ale druga 

para dziesięciocentymetrowych lśniących szpilek mogła być własnością tylko jednej osoby.

- Michelle!  - zawołałam.  Nie czekając na odpowiedź, opuściłam  klapę i stanęłam 

nieco niepewnie, w moich wysokich obcasach, na sedesie.

Patrząc   w   dół,   zauważyłam   czubek   głowy   Jose   i   poczułam   dreszcz,   widząc,   że 

znajduje się ona pomiędzy piersiami, którymi Michelle kusiła go przez cały wieczór.

Michelle natomiast miała głowę opartą o ścianę, a jej wpół zamknięte oczy otworzyły 

się szeroko na mój widok.

- Hej, Angie! - zachichotała. - Co robisz tam na górze?

- Nieważne. Co ty robisz tu na dole? Jose spojrzał na mnie z niezadowoleniem.

- To prywatna impreza.

- No cóż, koniec imprezy - oznajmiłam, zeskakując niezgrabnie z sedesu i wychodząc 

z kabiny. - Michelle, otwórz - powiedziałam, ciągnąc za klamkę do ich miłosnego gniazdka.

Drzwi   ustąpiły.   Chwyciłam   Michelle   za   ramię   i   wyciągnęłam   z   uścisku   Jose. 

Normalnie nie byłabym taka gwałtowna, ale Michelle była wyraźnie wstawiona i wydawało 

się, że nie wyjdzie stamtąd bez użycia siły. Podniosłam jej rękę i pomachałam nią Jose przed 

nosem.

- Nie widzisz, że jest mężatką? Popatrzył na jej obrączkę.

- No i co z tego? Michelle zatoczyła się nieco.

- Chodź - powiedziałam, ciągnąc ją do wyjścia.

- Na razie. Pa! - Machała wesoło do Jose.

Kiedy prawie wnosiłam ją po schodach, oparła się o mnie ciężko i wybełkotała:

- Dawno temu umiałaś się bawić, Angie. Co się z tobą stało? Pamiętasz, jak kiedyś się 

dobrze bawiłyśmy? Ja, Eddie, ty i Vincent... - Westchnęła. - Co się stało z tamtymi czasami?

- Odeszły - powiedziałam. I chwała Bogu, pomyślałam.

- Znalazłaś ją - powiedziała Grace, kiedy przyprowadziłam półprzytomną Michelle do 

baru.

- Dobrze zrobiłaś - potwierdziła Klaudia.

- Zabiorę ją do domu - powiedziałam.

- Aż na Brooklyn?

background image

- Nie, do mnie. - Nagle poczułam się strasznie zmęczona na myśl o zajmowaniu się 

przez całą noc Michelle, pilnowaniu, żeby nie zadławiła się wymiocinami zaraz po tym, jak 

tylko się położy. Błeee.

- Dobra. - Wzrok Grace wyraźnie mówił: A nie mówiłam?

- Szkoda, że nie możesz zostać. Tak dobrze się bawiłyśmy. Strasznie długo nigdzie 

razem nie byłyśmy.

Byłam wdzięczna, że przynajmniej to zauważyła. Poczułam się lepiej, obejmując ją na 

pożegnanie. Nawet Klaudia zaszczyciła mnie uściskiem i cmoknięciem w powietrze, ale nie 

wiem, czy to z powodu wspólnie spędzonego babskiego wieczoru, czy raczej trzech „cosmo”.

Świeże nocne powietrze orzeźwiło mnie. Nigdy więcej, pomyślałam, oglądając się na 

tłum wciąż szturmujący wejście.

Kiedy chwilę później siedziałyśmy z Michelle na tylnym siedzeniu taksówki, szybko 

podałam swój adres.

- Nie, nie, nie, nie, nie! - zaprotestowała Michelle. - Ja muszę wrócić do domu.

- Prześpisz się u mnie - powiedziałam, zerkając na taksówkarza, który przyglądał się 

nam niecierpliwie.

- Nie! - krzyknęła. - Frankie mnie zabije. Westchnęłam.

- No dobra, ale dasz radę wrócić sama?

- Nic mi nie będzie - powiedziała  sennie, machając do mnie  ręką i zapadając się 

głębiej w tylne siedzenie auta.

- Nic jej nie będzie - potwierdził taksówkarz, a jego oczy pożądliwie spojrzały na 

piersi wypływające z dekoltu Michelle.

Jasne, na pewno. Znowu westchnęłam, zdając sobie sprawę, że nie mogłam zostawić 

jej na łasce tego faceta, który rozbierał ją wzrokiem tak, że jej mały przyjaciel Jose wydawał 

się przy nim harcerzem.

Wyglądało na to, że musimy obie pojechać na Brooklyn.

background image

Szczęście może okazać się skuteczną bronią

Uboższa o trzydzieści pięć dolarów stałam przed drzwiami domu Michelle („urocze 

trzy pokoje w niezłej dzielnicy”). Było wpół do trzeciej nad ranem, a ja musiałam nacisnąć na 

dzwonek. Okazało się bowiem, że Michelle nie tylko zgubiła - lub przepuściła - te pieniądze, 

które udało się jej wcisnąć do miniaturowej, wieczorowej torebki, ale że również zgubiła 

klucze.

We   frontowym   pokoju   zapaliło   się   światło.   Po   chwili   w   uchylonych   drzwiach 

zobaczyłam Frankiego Delgrosso w podkoszulku i spodniach od dresu, które widziały lepsze 

czasy. W porównaniu z dawnym Frankiem, ten miał rzadsze] włosy i był o wiele grubszy, 

chociaż wciąż dość przystojny. W tej chwili nie wydawał się jednak zbyt zadowolony.

- Tylko  mi  nie mów,  że  znowu zgubiłaś klucze  - powiedział,  patrząc  na  zaspaną 

Michelle, która na jego widok odzyskała resztki świadomości. Przynajmniej na chwilę, bo 

odwróciła oczy z miną dziecka złapanego na gorącym uczynku, kiedy wkłada paluchy do 

słoika z konfiturami. Dobrze, że Frankie nie wiedział, co to były za konfitury!

- Trochę za dużo wypiła - wyjaśniłam.

- Cześć, Angela - powiedział, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że stoję obok. - 

Kopę lat. Jak ci leci?

Rzeczywiście. Nie widzieliśmy się chyba od dnia ich ślubu.

- Cześć. - Nadstawiłam policzek do niedbałego pocałunku.

- Przepraszam za to - wskazał na Michelle, która ze znużonym westchnieniem siadała 

właśnie   na   kamiennym   stopniu.   -   Mam   nadzieję,   że   nie   zepsuła   twojego   panieńskiego 

wieczoru.

Panieńskiego wieczoru? To tak wymusiła na nim zgodę na szampańską noc w Nowym 

Jorku.   Dlaczego   nie   powiedziała   mu   prawdy?   I   nagle   doszło   do   mnie,   że   Michelle 

prawdopodobnie nie mówiła prawdy Frankiemu od dnia, w którym ślubowała mu miłość, 

wierność i uczciwość małżeńską... Zresztą, zważywszy na dzisiejszą schadzkę w toalecie, 

prawdziwość i tamtych słów była dość wątpliwa.

- A tak przy okazji, moje gratulacje. - Frankie uśmiechnął się do mnie. - Kto by 

pomyślał! Mała Angie Di Franco w końcu postanowiła się ustatkować! No, no!

Zmusiłam się do nieszczerego uśmiechu.

- Każdy z nas robi to wcześniej lub później.

background image

- Taaak - powiedział zrezygnowanym tonem, patrząc na Michelle, która tymczasem 

zwinęła się w kłębek i zasnęła w progu. Bez najmniejszego wysiłku podniósł ją z ziemi i 

zarzucił sobie na ramię. - Masz ochotę wejść? - zapytał, jak przystało na dobrego gospodarza.

- Nie, dziękuję. Będę spać u mamy.

- Może wezwę ci taksówkę? - zaproponował, pokazując ręką ciemną  ulicę. - Jest 

trochę późno.

- Nie warto zawracać sobie głowy. To tylko trzy przecznice stąd. - Było mi wstyd się 

przyznać, że krótka podróż na Marinę Park pochłonęła wszystkie moje zasoby finansowe.

Ale   już   chwilę   później   zdałam   sobie   sprawę,   że   przejście   trzech   przecznic   w 

Brooklynie, nad ranem w piątek, nie jest przyjemną rzeczą. Na ulicy nie było żywego ducha. 

Całe szczęście, że znałam tu każdy budynek i każdy kamień.

Po drodze zatrzymałam się na chwilę przed domem, w którym bywałam kiedyś tak 

często, jak w swoim. Był to bowiem dom rodziców Vincenta, a dzisiaj również i jego.

Zaraz po ślubie wprowadził się z żoną na górne piętro, nie obawiając się wcale tego, 

że spędzi resztę życia tuż obok rodziców, którzy wychowali go na swój obraz i podobieństwo.

W jednym z okien na drugim piętrze zauważyłam niebieskawą poświatę telewizora. 

Vincent był zawsze nocnym markiem, tak jak i ja. Najwyraźniej zostało mu to do dzisiaj. 

Przez   chwilę   zastanawiałam   się,   czy   jego   żona   ogląda   z   nim   telewizję,   czy   śpi   sobie 

bezpiecznie obok niego.

Ciekawe,   czy  jest  szczęśliwy.   Chyba   tak.  Ma to,  czego  chciał  -  żonę,  dom pełen 

dzieci, dobrze zarabia... A czy ja jestem szczęśliwa? Oczywiście, powiedziałam na głos. Echo 

uświadomiło mi, że dookoła jest kompletnie pusto. Kogo więc chciałam przekonać?

- Angela! - wykrzyknęła mama na mój widok rozpaczliwym głosem. - Co się stało? 

Mój Boże! Dobrze się czujesz?

-   Cześć,   mamo   -   odpowiedziałam,   jakby  wizyta   w  domu   o  tej   porze   była   czymś 

najnormalniejszym w świecie. - Wszystko w porządku.

Wchodząc do przedpokoju, zerknęłam w lustro. Podkrążone oczy, przekrwione białka, 

blada cera, usta bez śladów szminki. Wyglądałam jak śmierć. Na miejscu mamy też bym się 

zaniepokoiła.

Mama uścisnęła mnie tak, jakbym przed chwilą cudem ocalała z jakiejś katastrofy. 

Prawdę mówiąc, czułam się trochę jak ofiara wypadku samochodowego. Bolało mnie całe 

ciało. Nic dziwnego - po tylu godzinach przetańczonej salsy... Coraz silniejsze łomotanie w 

skroniach przypominało o wypitym tej nocy alkoholu.

background image

- Byłaś w pożarze? Śmierdzisz dymem. - Mama odsunęła mnie na odległość ramienia, 

jakby   chciała   sprawdzić,   czy   nie   jestem   poparzona.   Ponieważ   nie   byłam,   wyciągnęła 

odpowiednie wnioski. - Och! Angela! Tylko mi nie mów, że zaczęłaś znowu palić. Co by tata, 

niech odpoczywa w pokoju, na to powiedział?!

- Mamo! Nic by nie powiedział, bo nie żyje. - Zrobiłam jej wyraźną przykrość i zaraz 

pożałowałam   swoich   słów.   Próbowałam   to   zagadać.   -   Ja,   Grace   i   Michelle   poszłyśmy 

potańczyć.

- Michelle? A gdzie był Frankie?

- W domu. To był babski wieczór. Michelle trochę za dużo wypiła i postanowiłam 

przywieźć ją do domu.

- Naprawdę? - Mama była szczerze zdziwiona. - To takie niepodobne do niej. Mam 

nadzieję, że to nie wasza wina. Wiesz, jej mama zawsze martwiła się, że ty i Grace macie na 

nią zły wpływ. Kiedy byłyście młodsze, niezłe były z was ziółka.

-   Ja   i   Grace?   -   Przez   chwilę   miałam   ochotę   opowiedzieć   jej   o   tym,   co   Michelle 

wyprawiała tej nocy. Na szczęście oszczędziłam Michelle tej hańby.

- Na pewno jesteś głodna. Chodź do kuchni.

Chwilę   później   siedziałam   za   stołem,   a   przede   mną   stała   miska   pełna   pastina, 

cudownego,   drobnego   makaronu   mojej   mamy,   pachnącego   masłem   i   ziołami.   Tylko   ona 

potrafiła zrobić coś równie prostego i pysznego. Jednak rozkoszowanie się jedzeniem zostało 

zakłócone. Kiedy tylko mama skończyła myc garnek, usiadła naprzeciw mnie i wbiła we mnie 

spojrzenie.

- A co dziś robił Kirk? - zapytała.

-   Pracował.   Przed...   wyjazdem   musi   skończyć   pewien   projekt.   -   Starałam   się   nie 

wymawiać nazwy Newton, żeby znowu nie zaczęła rozmowy o podróży do jego rodziców. 

Mama bała się samolotów jeszcze bardziej niż ja i swoimi obawami doprowadzała mnie do 

histerii. Tym razem mi się udało.

- Co słychać u Grace? - Jej twarz natychmiast rozjaśniła się w uśmiechu. - Czy wciąż 

jest z tym miłym młodym człowiekiem, o którym opowiadała, kiedy była u nas ostatnio?

Przypomniałam sobie Grace, wspaniałą jak zawsze i tańczącą z taką determinacją, 

jakby chciała strzasnąć z siebie nękające ją demony.

- Mówisz o Drew? Nie. Zerwali ze sobą. - Pomyślałam sobie, że Drew był jednym z 

demonów, które Grace próbowała egzorcyzmować tej nocy, chociaż wciąż nie rozumiałam 

dlaczego.

background image

-   Szkoda   -   zmartwiła   się   mama.   -   Ale   spotka   kogoś   innego.   Zawsze   tak   było.   - 

Zamyśliła się na chwilę i dodała: - Może nasza Grace ma zbyt wielu mężczyzn do wyboru?

- Może.

Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy ja jestem z Kirkiem tylko dlatego, że nie mam 

innego   wyboru.   Nie!   Przypomniałam   sobie   tych   wszystkich   facetów,   którzy   prosili   mnie 

dzisiaj do tańca. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się pożądana jednocześnie przez tylu 

mężczyzn. Czyżby dlatego, że wyglądałam jak kobieta zaręczona? No, prawie zaręczona. 

Jeśli to prawda, będę musiała opędzać się od absztyfikantów kijem, kiedy Kirk w końcu 

włoży mi na palec pierścionek. Dlaczego mężczyźni są tacy przewrotni? Dlaczego chcą nas 

wtedy, kiedy my ich nie chcemy? I dlaczego nie chcą mieć z nami do czynienia od chwili, 

kiedy zapragniemy  przytrzymać  ich przy sobie na zawsze? Westchnęłam i odsunęłam od 

siebie pusty talerz.

-   Dziękuję,   mamo.   Wiedziałaś,   czego   mi   trzeba.   Uśmiechnęła   się   do   mnie. 

Zauważyłam, że ma zmęczone oczy.

- Przepraszam, że cię zbudziłam...

- Mnie? - Machnęła ręką, jakby nie wiedziała, co to sen. - Nie spałam.

Tak było. Po śmierci ojca, gdyby tylko mogła, nie spałaby wcale.

- Wszystko przez twoją babkę i jej amanta - parsknęła z niechęcią. - Czy wiesz, że 

samochód Arniego Matarrazzo stał przed naszym domem jeszcze na kwadrans przed twoim 

przyjściem?

- Żartujesz?!

- No więc zeszłam na dół, żeby sprawdzić, co ten człowiek tu robi o drugiej nad 

ranem,   a ona,  wyobraź   sobie,   otworzyła   mi  w peniuarze.  Powiedziała,   że  grają w karty. 

Szkoda, że nie widziałaś jej pokerowej miny. Żeby w jej wieku robić takie rzeczy!

- Myślisz, że to może zaszkodzić jej zdrowiu? - zaniepokoiłam się. Trzy lata temu 

babcia przeszła balonikowanie serca.

- Nie! - żachnęła się mama. - Myślę, że to jest nieprzyzwoite.

Rano spóźniłam się do pracy. Z Brooklynu do biura Lee & Laurie był spory kawał. A 

na dodatek miałam kaca. Godziny wlokły się niemiłosiernie. Wróciłam do domu całkowicie 

zdołowana, w czym miała swój udział również Michelle, która wcale nie przejmowała się 

swoimi nocnymi ekscesami.

- O co ci chodzi? Przecież nie spałam z tym gościem - zbagatelizowała epizod, który 

mógł rozbić jej małżeństwo.

Zrobiło mi się smutno. Czy na świecie nie ma już nic świętego?

background image

- Witaj w domu - ucieszył się na mój widok Justin, jakbym to ja była osobą, która 

spędza więcej czasu poza domem.

Widać było, że czuł się samotny. Tak samo jak ja.

- Żadnych Kirków dzisiaj? - zapytał.

- Żadnych - uśmiechnęłam się. - Żadnych nocnych nasiadówek z chłopakami z ekipy?

- Nie. Robota skończona. Zresztą ci ludzie zaczynają mnie irytować. Pete mówi tylko 

o filmie, który zamierza zrobić. Wydaje mu się, że ktoś mu go sfinansuje - Justin prychnął 

pogardliwie, okazując tym  samym,  że nie wierzy w powodzenie wielkich planów Pete’a. 

Ciekawe, czy kryła się za tym również niewiara we własne wielkie plany? Nie śmiałam go o 

to spytać.

- Co robisz? - Spojrzałam na niego z ciekawością, widząc, że wkłada dyskietkę do 

swojej małej kamery.

- Idę na spacer. Może coś mi się uda nakręcić. Chcesz iść ze mną?

Ku swojemu zdziwieniu kiwnęłam głową. Sama nie wiem dlaczego. Może czułam, że 

Justin ma nadzieję, że z nim pójdę? Może w jego spojrzeniu było coś, czego nie umiałam 

nazwać? A może po prostu chciałam uciec z mieszkania, w którym na pewno nie odezwie się 

dzwonek telefonu od Kirka.

Wsiedliśmy do metra i znaleźliśmy się na Upper West Side. Nie miałam pojęcia, co 

przywiodło Justina właśnie w te strony, ale czy to nie wszystko jedno? Przyjemnie było iść 

ramię w ramię ulicą i milczeć. Od czasu do czasu Justin pokazywał mi jakieś szczególnie 

ozdobne wejście czy interesujący architektoniczny detal, potem kierował w tę stronę kamerę. 

Uśmiechnęłam się do siebie. Wiele razy tak spacerowaliśmy - właściwie bez celu i za każdym 

razem Justin znajdował rzeczy godne utrwalenia na taśmie: fasady z piaskowca, popękane 

portale, zamknięte na głucho sklepiki.

- Czy wierzysz, że niektórzy ludzie są sobie przeznaczeni? - odezwałam się w końcu. 

Czułam, że muszę wyrzucić z siebie wątpliwości, które ogarniały mnie ostatnio w te noce, 

kiedy Kirk był daleko.

Justin powoli odsunął od oka kamerę i spojrzał mi w oczy.

- Pojęcia nie mam.

- A ty i Lauren? - nie ustępowałam. - Czy będziecie kiedyś razem?

Zastanowił się chwilę.

- Dlaczego by nie? Ale kto wie, co się zdarzy, kiedy wróci z Florydy?

O ile wróci, pomyślałam, chociaż nie powiedziałam tego głośno. Lauren była trochę 

za bardzo przywiązana do swojego teatru. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego Justin zgodził 

background image

się, żeby podpisała angaż na kolejny sezon. Może naprawdę był w niej zakochany? A może 

odpowiadało mu, że dzieli ich taki szmat drogi, bo nie chciał zbyt mocno się angażować?

Czy ja na pewno chcę  angażować się w związek z Kirkiem?  Oczywiście,  że tak. 

Skarciłam samą siebie. Przecież go kocham.

- Wiesz, że Grace zerwała z Drew? - zmieniłam temat, żeby zagłuszyć wątpliwości 

pojawiające się bezwiednie w mojej głowie. W tej sytuacji lepiej było martwic się o innych. 

Szczególnie teraz, bo jeszcze do wczoraj miałam nadzieję, że między nimi wszystko może się 

ułożyć.

- Naprawdę? - powiedział, a potem się roześmiał. Nie wierzyłam własnym uszom. 

Roześmiał się!- Przypuszczałem, że tak będzie - dodał.

- Nie rozumiem.

- Boże! Nie zauważyłaś, jak on na niej wisiał? Żadna kobieta tego nie lubi. A już na 

pewno nie taka jak Grace.

Justin był bardziej spostrzegawczy ode mnie. Wcale mi się to nie podobało, ale nie 

chciałam, żeby zauważył, że jestem zazdrosna.

- To może mi powiesz, jaką kobietą jest Grace? - zapytałam.

- Trudną - odrzekł krótko. Potem popatrzył na mnie i dodał: - Całkiem jak ty.

Już otwierałam usta, żeby mu nagadać, ale on natychmiast skierował na mnie kamerę. 

Dobrze wiedział, że się przymknę, kiedy będzie mnie filmować.

- Wyłącz to. Proszę! - Uciekłam spojrzeniem od obiektywu.

Westchnął, ale opuścił kamerę. Nie ustępowałam.

- Dlaczego niby jestem trudna?

Przez chwilę oglądał kamerę, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.

- Nie to miałem na myśli. - Przeniósł wzrok na mnie i wpatrzył się we mnie uważnie. - 

Powinienem powiedzieć... skomplikowana. Złożona. Jak smak starego wina.

Pięknie.   Teraz   okazuje   się,   że   jestem   stara.   Pomyślałam   o   Lauren,   która   miała 

dwadzieścia pięć lat. Ale wyglądała na więcej.

-   Chcesz   powiedzieć,   że   faceci   powinni   umawiać   się   tylko   z   kobietami   poniżej 

trzydziestki, tak?

- Koniec. - Oznajmił kategorycznym tonem doświadczonego mężczyzny, który wie, że 

rozmowę,  która do niczego  nie  prowadzi,  należy przerwać. A już  na pewno jeśli  jest to 

rozmowa z kobietą, z którą musisz mieszkać. - O rany, Angie! - wykrzyknął nagle i pokazał 

coś w głębi ulicy. - Widzisz tamto wejście? Ten dom na pewno zbudował Stanford White. - 

Przyspieszył kroku i pociągnął mnie za sobą.

background image

White   (również   nowojorczyk)   był   ulubionym   architektem   Justina.   Stałam   z   boku, 

obserwując,   jak   Justin   kieruje   obiektyw   w   stronę   niesamowitego   łuku   nad   ozdobnymi 

drzwiami wejściowymi, a potem filmuje każdy szczegół budynku. Myślałam już, że o mnie 

zapomniał, kiedy nagle się odezwał:

- Wiesz, jaki dzisiaj dzień?

- Nie wiem. I chcę ci powiedzieć, że wcale nie jestem trudna...

- Dwudziesty czwarty sierpnia - przerwał mi.

- No i co z... - zaczęłam,  kiedy nagle do mnie  dotarło.  Było  mi  strasznie wstyd. 

Dokładnie dwadzieścia lat temu zginęli rodzice Justina. - O, Boże! Przepraszam.

Nie słuchał mnie i dobrze. Co mogłam mu powiedzieć? Że tak bardzo skupiłam się 

ostatnio na sobie, że zapomniałam o najważniejszej dla niego dacie? Mimo tego, że od kilku 

lat spędzaliśmy ten dzień razem.

- Spotkali się w Nowym Jorku. Gdzieś w tej okolicy. Ale już ci chyba o tym mówiłem, 

prawda?

- Tak.

Próbowałam wczuć się w to, co on teraz czuje. Targały nim emocje, które ja sama 

dobrze   znałam.   Doświadczyłam   ich   po   śmierci   mojego   taty.   Tylko   że   ja   miałam   więcej 

szczęścia, bo tata był ze mną dłużej. Justin stracił rodziców, mając zaledwie dwanaście lat. 

Patrzyłam na niego i wyobrażałam sobie, że musiał wówczas wyglądać podobnie - mieć w 

oczach ten sam wyraz bezbrzeżnego smutku.

- Wiesz, czasami wyobrażam sobie - zaśmiał się wstydliwie i odwrócił głowę - że 

filmuję to wszystko dla nich. Bo oni już tego nie zobaczą. Ani tych budynków. Ani tego 

drzewa. Niczego.

Tak samo jak ty nie zobaczysz już ich, pomyślałam. Nigdy. Kiedy straciłam ojca, 

najgorsza dla mnie była świadomość, że już nigdy nie zobaczę jego uśmiechu. I nie będę 

mogła mu powiedzieć, że go kocham - bardziej, niż myślał.

Jeszcze raz spojrzałam na Justina. W oczach miał smutek. Pomyślałam, że poczucie 

osamotnienia nie opuści go prawdopodobnie nigdy.

Ale   może   tak   to   już   jest?   Może   samotność   jest   uczuciem,   którego   musimy 

doświadczyć wszyscy? Bez względu na to, jak wielki tłum nas otacza. Bez względu na to, z 

kim spędzimy życie...

background image

Dopóki śmierć (na wysokości 9000 m) nas nie rozłączy

- Bierzesz ze sobą to wszystko? - zapytał Kirk, kiedy otworzył drzwi i zobaczył mnie 

na progu, zdyszaną i spoconą, z gigantyczną walizką, którą przed chwilą z wielkim trudem 

wciągałam i wyciągałam z autobusu. - Myślałem, że zmieścisz się w czymś takim. - Wskazał 

niewielką,  płaską  torbę  na  ramię,   która  stała  w przedpokoju,  czekając  na  nasz jutrzejszy 

wyjazd.

- Nie udało mi się zapakować wszystkiego do torby - wyjąkałam.

Nie mogłam się przyznać, że nawet nie wyjęłam jej z szafy, bo od razu było jasne, że 

żadna torba nie pomieści rzeczy, które musiałam wziąć w swoją pierwszą podróż do Newton.

Zapakowałam dwie pary dżinsów, bo bez nich nie mogę się nigdzie ruszyć: luźne, 

które świetnie wyglądają z espadrylami na koturnie (musiałam wziąć espadryle na koturnie), i 

wąskie,   do   których   pasują   tenisówki   (nie   da   się   przecież   wyjechać   na   weekend   bez 

sportowych tenisówek, prawda?). Poza tym cztery koszulki - dwie z krótkimi rękawami na 

dzień, jedną z długimi rękawami na wypadek, gdyby wieczorem zrobiło się chłodno, i jedną 

bez   rękawów   na   upał;   dwie   pary  szortów   (gdyby   było   za   gorąco   na   dżinsy);   dwie   pary 

dopasowanych letnich spodni (gdyby było gorąco, a nie wypadało pokazać się w szortach), 

gruby bawełniany sweter (bo w końcu może być bardzo zimno); sztruksowy żakiet (pasuje do 

wszystkiego).   Nie   mogłam   zostawić   swojej   pięknej   nowej   sukienki   -   to   jasne.   Wzięłam 

jeszcze klapki na wysokim obcasie (do sukienki), sandałki (gdybym  nie miała ochoty na 

espadryle), piżamę (nie wypadało paradować po domu rodziców Kirka w jego bokserkach), 

cienką koszulkę do spania, dużo majtek (z takim wyprzedzeniem trudno powiedzieć,  czy 

lepsze   będą  stringi  czy  zwykłe   bikini),  staniki,   przybory  toaletowe,  szczotkę   do włosów, 

kosmetyki i suszarkę z różnymi nakładkami (nie ufam rodzinie Stevensów w kwestii sprzętu 

do pielęgnacji włosów).

No i był jeszcze prezent owinięty w bąbelkową folię, która „zupełnym przypadkiem” 

znalazła się w jednej z szuflad Justina.

Nie zapomniałam o lekturach, bez których nigdzie się nie ruszam ze strachu przed 

bezsennością   i   niedobrymi   myślami,   jakie   nawiedzają   mnie   nawet   wtedy,   gdy   jestem   z 

Kirkiem (bo on zasypia przede mną). Zapakowałam trzy kolorowe magazyny, dwie książki ze 

słynnymi   monologami   (bo   mimo   że   nie   chodziłam   ostatnio   na   żadne   przesłuchania,   nie 

mogłam powstrzymać się od zaglądania do scen, które kiedyś przygotowałam i mogłabym 

zagrać, gdyby tylko ktoś dał mi szansę) i przewodnik Fodora po Bostonie (może uda się nam 

background image

tam wyskoczyć) - wydanie z 1986 roku, które Justin kupił gdzieś za pięćdziesiąt centów i mi 

podarował.

Kirk z wyraźną niechęcią wciągnął moją walizę do przedpokoju. Jego zgrabna torba 

wydawała się przy niej jeszcze mniejsza. Przyznaję, że miałam lekkie poczucie winy.

- Jezu, Angie! Wyjeżdżamy tylko na trzy dni! Zresztą, nieważne. Jadłaś coś?

- No, właściwie to nie. - Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w szale pakowania 

zapomniałam o jedzeniu.

- W lodówce jest resztka curry z kurczaka - powiedział Kirk. Zerknął na kuchenny 

zegar (dawno minął czas, kiedy normalni ludzie, czyli Kirk, jedzą wieczorny posiłek), dając 

mi do zrozumienia, że dziesiąta wieczorem nie jest dobrą godziną na spożywanie curry.

Burczało   mi   w   żołądku.   Postanowiłam   zignorować   niesmak   malujący   się   na   jego 

twarzy i pomaszerowałam prosto do lodówki. Uwielbiam indyjskie jedzenie. Był czas, kiedy 

nie jadłam nic innego.

Kirk   poinformował   mnie,   że   ma   robotę   do   skończenia,   i   oddalił   się   do   swojego 

ukochanego laptopa. Jeśli o mnie chodzi, mogliby nawet rozpłynąć się obaj w powietrzu. To 

znaczy Kirk i jego komputer. Przegrywali w konfrontacji z curry.

Podgrzałam sobie resztki kurczaka w mikrofalówce i zasiadłam przed telewizorem, 

żeby obejrzeć wiadomości o dziesiątej. Normalnie wystarczą mi nagłówki w gazetach, które 

czytam ludziom przez ramię, jadąc rano do pracy, oraz strzępy zajadłych dyskusji toczonych 

w radiu, dolatujące z sypialni Justina, ale tym razem uznałam, że powinnam przygotować się 

do rozmowy z rodziną Kirka.

Wiedziałam,   że   jego   ojciec   miał   kiedyś   do   czynienia   z   polityką   -   chyba   nawet 

próbował   kandydować   do   rady   miasta,   a   matka,   zasiadając   w   zarządzie   stowarzyszenia 

Rodzice dla Edukacji - zasypywała władze szkolne setkami petycji. Wprawdzie zrezygnowała 

z   tej   zaszczytnej   funkcji   (oraz   z   troski   o   edukację),   kiedy   Kayla,   jej   najmłodsza   córka, 

skończyła   szkołę,   ale   zawsze   to   było   coś.   Skoro   więc   zamierzam   spędzić   weekend   w 

towarzystwie inteligentnych ludzi, nie mogę okazać się zupełnym tępakiem zdolnym jedynie 

do   rozmowy   o   szkodach   wyrządzonych   przez   huragan   El   Nino   (prawdę   mówiąc,   z 

wiadomości słuchałam jedynie prognozy pogody).

W przerwie na reklamy wysłuchałam zapowiedzi następnego programu:

-   Za   chwilę   -   oświadczyła   prezenterka   -   nasz   raport   specjalny.   Czy  oszczędności 

robione   przez   linie   lotnicze   mogą   doprowadzić   do   katastrofy?   Zostańcie   z   nami,   żeby 

przekonać   się,   jak   polityka   zaciskania   pasa   praktykowana   przez   naszych   największych 

background image

przewoźników   może   odbić   się   na   was   i   waszych   najbliższych   już   podczas   najbliższego 

weekendu.

Widzicie? Dlatego nie znoszę latać.

Nie odrywałam wzroku od ekranu, na którym  po reklamach  pojawiła  się ta sama 

prezenterka   i   radosnym   głosem   zaczęła   przedstawiać   długą   listę   wypadków,   do   jakich 

dochodzi,   ponieważ   wielkie   linie   lotnicze   permanentnie   ignorują   pozornie   drobne 

mechaniczne problemy. Na dowód powyższej tezy nadano wywiad z mechanikiem, który po 

dwudziestu dwóch latach został wyrzucony z pracy w warsztatach na jednym z lotnisk.

- Kirk! - wrzasnęłam, podkręcając dźwięk. - Szybko! Chodź tutaj!

Stawił się w salonie niemal natychmiast.

-   O   co   chodzi?   -   zapytał   zdezorientowany.   Pokazałam   palcem   mechanika,   który 

właśnie   wyjaśniał,   jak   jego   informacja   o   nieprawidłowo   działającym   wskaźniku   paliwa 

została zignorowana przez personel naziemny.

- I ryzykując utratę pracy, powiadomił pan o tym fakcie władze federalne. Dlaczego? - 

na twarzy reportera malowała się głęboka troska.

- Przecież ktoś musi chronić życie obywateli - odpowiedział mechanik. Przyznaję, że 

był trochę zbyt zadowolony z siebie.

- Angela...

- Tak mogło być! - krzyknęłam histerycznie. - To bardzo prawdopodobne, szczególnie 

na liniach lokalnych. Samoloty z Nowego Jorku do Bostonu odlatują co godzinę. Myślisz, że 

ktoś wstrzyma lot tylko dlatego, że jakiś prosty w ich pojęciu robol znajdzie małe pęknięcie w 

przewodzie paliwowym?

- Już? - zapytał Kirk. - Czy mogę teraz spokojnie skończyć robotę i iść spać? Skoro 

jutro   będziemy   przelatywać   nad   oceanem,   chciałbym   być   dosyć   przytomny,   żeby   w 

odpowiedniej chwili przystosować swój fotel do dryfowania po wodzie.

W tej samej chwili mechanik uśmiechnął się szeroko do kamery.

- Cześć, mamo - powiedział, po czym pomachał swojej mamie, znowu się zasmucił i 

kontynuował rozmowę. Poczułam się jak idiotka.

W tej sytuacji nie mogłam zatrzymywać Kirka. Zostałam sama ze swoimi lękami.

Późno w nocy sytuacja przedstawiała się mniej więcej tak samo. Leżałam w ciemnym 

pokoju z szeroko otwartymi oczami i ze ściśniętym żołądkiem. Może ze strachu, a może z 

powodu   ostrego   sosu,   który   pomimo   ostrzeżeń   Kirka   pożarłam   w   całości   -   nie   wiem. 

Słuchałam spokojnego oddechu Kirka, który spał obok, i myślałam. Nie, nie o popękanych 

przewodach paliwowych ani o nienaoliwionych tłokach, ale o Grace, która spędzała dzisiejszy 

background image

wieczór   w   modnym   barze   na   Upper   East   Side   razem   ze   swoją   nową   przyjaciółką   i 

przewodniczką   po   świecie   ludzi   bez   pary.   Wyobrażałam   sobie   tych   wszystkich   facetów, 

którzy chcą stawiać im drinki i krążą wokół nich, przyciągani bardziej magnetyczną urodą 

Grace niż wspaniałym, przyznaję, ale całkowicie pozbawionym wdzięku, wyglądem Klaudii. 

Za nic w świecie nie dałabym się teraz zaciągnąć do żadnego baru, ale żałowałam, że nie 

mogę pogadać z Grace.

Poczułam się nagle tak, jakbym dźwigała na sobie cały ciężar świata. Zerknęłam na 

zegarek.   Było   tuż   po   północy.   Właściwie   mogłabym   zadzwonić   do   Josha.   On   nie   miał 

obiekcji i kiedy tylko dopadł go ból istnienia, telefonował do mnie bez względu na porę. 

Niestety,   przypomniałam   sobie,   że   w   tej   chwili   Josh   jest   na   pewno   z   Emily,   która   nie 

życzyłaby sobie, żeby ktoś zakłócał sen jej przyszłego męża. Zresztą, Emily nie żywiła wobec 

mnie przyjaznych uczuć nawet w środku dnia.

Był jednak ktoś, na kogo zawsze mogłam liczyć. Justin. Co więcej - mogłam być 

pewna, że o tej godzinie Justin na pewno nie śpi. Wysunęłam się z łóżka i poszłam do salonu, 

starannie zamykając drzwi za sobą. Odebrał po drugim dzwonku.

- Cześć - powiedziałam niepewnym głosem, bo zdałam sobie sprawę, że nie wiem, o 

czym rozmawiać z człowiekiem, z którym wspólnie spędzamy większość dni.

- Cześć, Angie. Co się dzieje? Gdzie jesteś?

-   U   Kirka   -   wybąkałam.   -   Dzwonię,   bo...   -   umilkłam,   bo   sama   nie   umiałam 

powiedzieć, po co dzwonię. - Dzwonię, bo jestem ciekawa, co u ciebie.

Nie   skłamałam.   Nie   widzieliśmy   się   od   naszej   wyprawy,   bo   przez   cały   tydzień 

biegałam jak głupia, przygotowując się do jutrzejszego wyjazdu. Nawet nie zapytałam, jak się 

czuje.

-   U   mnie?   Wszystko   w   porządku,   dzięki   -   odpowiedział   lekkim   tonem,   jakby 

zapomniał, że nie dalej jak tydzień temu odsłonił przede mną swoje sekrety. - A co z tobą?

- Ze mną?

- Uhm,  bo jeśli chcesz porozmawiać,  oddzwonię za chwilę.  Mam na drugiej linii 

Lauren.

Nie wiem, dlaczego tak mnie to zaskoczyło. Może dlatego, że Lauren nie dzwoniła 

ostatnio tak często jak kiedyś.

- Nie. Wszystko w porządku. Idę zaraz spać. Zadzwoniłam, żeby powiedzieć ci do 

widzenia.

- Dobra. Życzę miłego pobytu w Newton. - I po chwili dodał: - I nie bój się lotu. 

Wszystko będzie w porządku.

background image

Uśmiechnęłam się z ulgą. Justin domyślił się, dlaczego dzwonię. Ale kiedy odłożył 

słuchawkę,   poczułam   się   jeszcze   bardziej   samotna.   Próbowałam   sobie   wytłumaczyć,   że 

wszystkiemu winne zmęczenie. Że powinnam natychmiast położyć się spać, bo przez kilka 

następnych   dni   będę   musiała   udzielać   się   towarzysko.   I   że   nie   będzie   to   jakieś   tam 

towarzystwo, ale rodzina Kirka.

Nie przeżyję bez papierosa.

I zanim zorientowałam się, co robię, stałam już przy drzwiach. W windzie przemknęło 

mi   przez   myśl,   że   spacer   do   najbliższego   sklepiku   w   bokserkach   Kirka   i   rozciągniętym 

podkoszulku  nie jest  najmądrzejszym  rozwiązaniem.  Podskoczyłam  lekko i  spojrzałam  w 

lustro, żeby sprawdzić, czy bardzo widać, że nie mam stanika. Hm.

Drzwi windy otworzyły się wprost na kontuar, za którym siedział Henry, portier, i 

czytał gazetę. Byłam uratowana. Przynajmniej od nocnego spaceru Trzecią Aleją.

- Dobry wieczór, Henry - przywitałam go tak, jakby chodzenie w piżamie było czymś 

najnormalniejszym na świecie.

- Dobry wieczór, Piękna. - Zawsze tak mnie witał. Uwielbiałam go za to. - Co tu 

robisz o tej porze?

-   Nie   mogę   zasnąć.   -   Zapuściłam   żurawia   za   kontuar   i   ku   swojej   wielkiej   uldze 

wypatrzyłam paczkę marlboro. - Poczęstujesz mnie papierosem?

- Jasne. - Wyciągnął paczkę w moją stronę.

- Dzięki. Pożyczę na chwilę twoje zapałki, dobrze? - I nie zwlekając, poszłam do 

wyjścia.

- Chcesz wyjść w tym stroju?! - zawołał za mną.

- Tylko na kilka sztachów.

- Będzie lepiej, jeśli wyjdę z tobą.

Henry miał co najmniej siedemdziesiąt lat. W jego czasach mężczyźni wiedzieli, że 

kobietami należy się opiekować. To był drugi powód, dla którego go uwielbiałam. Usiedliśmy 

we dwoje na schodku. Henry wyjął  mi  z rąk zapałki  i przypalił  papierosa. Przez chwilę 

siedzieliśmy w milczeniu i z rozkoszą zaciągaliśmy się dymem.

- Czy pan Kirk wie o papierosach? - zapytał nagle Henry. Tak oto przez głupią nocną 

eskapadę na jaw wyszła kolejna moja wada.

- Nie, ale ja właściwie nie palę... - zająknęłam się.

- Nic nie powiem. - Puścił do mnie oko.

- Przynajmniej do czasu, kiedy się pobierzemy.

- Coś takiego! Pan Kirk ma zamiar się ożenić? - zdziwił się Henry.

background image

Ale ze mnie idiotka! Że też zawsze palnę coś, czego po chwili muszę żałować! Całe 

szczęście, że Henry był moim życzliwym duchem. Pożyczył mi nawet forsę na taksówkę, 

kiedy dawno temu, po wielkiej kłótni z Kirkiem, wypadłam z mieszkania bez jednego centa, 

ale za to z postanowieniem, że nigdy tu nie wrócę.

- Nie. Nie wiem, czy weźmiemy kiedyś ślub - powiedziałam.

I   wtedy   zdałam   sobie   sprawę,   że   to,   co   powiedziałam,   jest   najszczerszą   prawdą. 

Wystarczyła porządna dawka nikotyny w środku nocy, żeby uświadomić sobie, że nic nie jest 

pewne. Nawet nie wiem, czy chcę wyjść za mąż. Za Kirka. Ale jeśli nie za Kirka, to za kogo?

-   Co   sądzisz   o   Kirku,   Henry?   -   zapytałam   niespodziewanie   dla   samej   siebie. 

Spojrzałam  w jego  łagodne  oczy,   jakbym  spodziewała   się  znaleźć   w  nich  odpowiedź  na 

pytania, które kłębiły się w mojej głowie.

- Co sądzę o panu Kirku? - powtórzył, patrząc na mnie domyślnym wzrokiem. Zamilkł 

i powoli obracał papierosa w palcach. - To dobry człowiek - powiedział po chwili.

Tak, pomyślałam, zaciągając się ostatni raz. Kirk był dobrym człowiekiem. Ale czy 

był dobrym człowiekiem dla mnie?

Budzik   rozdzwonił   się   o   siódmej   trzydzieści   -   nieprzyzwoicie   wczesnej   godzinie, 

przynajmniej w moim mniemaniu. Jeśli człowiek codziennie wstaje o piątej rano, ma chyba 

prawo pospać sobie trochę w sobotę, prawda? Otworzyłam oczy, wciąż nie znając odpowiedzi 

na   dręczące   mnie   nocą   pytanie.   Przestałam   je   sobie   zadawać   około   drugiej,   kiedy   to 

położyłam się w końcu obok rozespanego Kirka i zmusiłam do snu. Teraz z kolei nie było 

czasu na wątpliwości.

Kirk wstał z łóżka z energią, jakiej ja nigdy nie umiałam z siebie wykrzesać, bez 

względu na trening wymuszony przez udział w „Rośnij zdrowo”.

- Wstawaj, śpiochu - powiedział, całując mnie delikatnie w policzek.

Otworzyłam oczy. Uśmiechnęłam się na widok jego zaspanych oczu i potarganych 

włosów.

-   Nie   chcę   iść   dzisiaj   do   szkoły   -   mruknęłam   jak   rozkapryszone   dziecko   i 

przyciągnęłam go do siebie. - Może poleżymy jeszcze chwilę? - szepnęłam uwodzicielsko, 

ocierając się biodrami o jego biodra.

Osiągnęłam   zamierzony   efekt.   Kirk   poszukał   ustami   moich   piersi   i   delikatnie 

uszczypnął zębami jeden sutek. Poczułam mrowienie w dole brzucha i uniosłam koszulkę, 

żeby   ułatwić   mu   dostęp   do   siebie.   Kiedy   zaczął   całować   moje   piersi,   zamruczałam   z 

zadowolenia.   To   dobry   człowiek,   naprawdę!   Gdyby   jeszcze   zechciał   zdjąć   z   siebie   te 

niepotrzebne spodenki... Już miałam mu to zaproponować, ale zerwał się na równe nogi.

background image

- Zostawmy to na później. Teraz wstawaj, bo spóźnimy się na samolot.

Prawda.   Samolot.   Pożądanie   zniknęło   w   tej   samej   chwili,   w  której   usłyszałam   to 

słowo. Zamiast niego pojawił się strach. Nawet jeśli Kirk to zauważył, udawał, że nic się nie 

dzieje.

- Idę wziąć prysznic - oświadczył trochę za wesoło. - Chyba że chcesz iść pierwsza?

- Nie, nie. Idź ty. - Zwinęłam się w kłębek i zamknęłam oczy. Jaka szkoda, że nie 

mogę zasnąć i obudzić się już w Newton.

W Newton? Zobaczyłam w wyobraźni rodziców Kirka, którzy mierzą mnie surowym 

wzrokiem,   i   w   tej   samej   chwili   nawet   relacje   o   zablokowanych   zamkach   w   wyjściach 

awaryjnych wydały mi się mniej straszne.

- Co będzie, jeśli im się nie spodobam? - zapytałam Kirka, który zdążył już wyjść z 

łazienki.

- Komu się nie spodobasz? - zapytał, czesząc przed lustrem mokre włosy.

- Twoim rodzicom.

Milczał, a to nie dodaje człowiekowi otuchy.

- Kirk!

Odłożył grzebień i bardzo powoli odwrócił się w moją stronę.

- Wiesz, moi rodzice nie są łatwymi ludźmi. Dobrze, że nie widziałaś awantur, do 

jakich dochodzi między nimi a Kaylą. - Przez chwilę przyglądał mi się badawczo. - Jeśli 

mogę coś radzić - unikaj wszelkich kontrowersyjnych tematów, a już na pewno nie rozmawiaj 

o polityce ani o religii.

To łatwe, powiedziałam sobie w duchu. Ani o jednym, ani o drugim nie miałam nic do 

powiedzenia.

- Lepiej nie mów też nic o sztuce. Ani o teatrze. Po ostatnich rewelacjach prasowych 

wygłaszają dość dziwne opinie na temat finansowania kultury przez instytucje rządowe.

- Nie ułatwiasz mi zadania.

Usiadł obok mnie i odgarnął mi włosy z twarzy.

- Nie martw się. Jakoś to będzie. Mówiłem ci przecież, że moi rodzice są trudni.

- Mówiłeś, że są dziwni, nie trudni.

- Na jedno wychodzi. - Wzruszył ramionami. - Nie warto denerwować się na zapas. - 

Pochylił się i pocałował mnie w czoło. Nie na tyle  jednak szybko, żebym nie zauważyła 

wyrazu niepokoju, który miał w oczach.

O, Boże! W co ja się wpakowałam?

background image

Nie musiałam długo czekać, żeby się przekonać, w co się wpakowałam. Na lotnisku 

La   Guardia   obsługa   naziemna,   poszukując   niebezpiecznych   substancji,   sprawdziła   każdą 

rzecz,   którą   miałam   w   torbie   podręcznej.   To   był   koszmar,   a   po   chwili   okazał   się   tylko 

przygrywką do horrorów, które miały dopiero nastąpić. Najpierw zerknęłam przez okno na 

szykujące   się   do   startu   samoloty.   Mój   żołądek   dosłownie   wywrócił   się   na   drugą   stronę. 

Ogarnięta paniką zaczęłam zastanawiać się, czy ta podróż w ogóle jest potrzebna. Co gorsza, 

zaczęłam mieć  kłopoty z oddychaniem.  Natychmiast przyszło  mi  do głowy,  że musiałam 

zjeść coś, na co jestem uczulona.

- Kirk! Czy jesteś pewien, że w płatkach śniadaniowych nie było żadnych orzechów?

Z niechęcią oderwał się od gazety. (Natychmiast odkryłam, że jedynym plusem lotów 

wahadłowych jest stoisko z bezpłatnymi pismami. Zabrałam ich dwanaście).

-   Nigdy   nie   kupuję   płatków   z   orzechami.   Przecież   masz   alergię.   -   Był   wyraźnie 

zmęczony moimi lękami.

Nic   nie   mogłam   na   to   poradzić.   Sama   byłam   nimi   zmęczona.   Na   szczęście 

przypomniałam sobie o modlitwie, choć nie jestem specjalnie religijna.

Kiedy tylko samolot zaczął kołować w stronę pasa startowego, zacisnęłam powieki.

- Proszę państwa - odezwał się miły głos - za chwilę personel pokładowy poinformuje 

państwa o zabezpieczeniach, które znajdują się na pokładzie naszego samolotu...

Zabezpieczenia. Dobrze. Podbudowana nieco na duchu spojrzałam na Kirka. Siedział 

z nosem w gazecie i nie zaszczycił blondynki nawet jednym spojrzeniem, co oznaczało, że to 

ja będę musiała ratować: nas oboje, kiedy coś się stanie.

Może jednak się myliłam? Może Kirk, który często latał samolotami, zdołał wszystko 

zapamiętać?   Ciekawe,   czy   wiedział,   co   zrobić   z   maską   tlenową,   którą   w   tej   chwili 

pokazywała Barbie, informując nas przy okazji, że najpierw należy założyć ją samemu, a 

dopiero potem dzieciom. Jeszcze raz zerknęłam na Kirka. Z trudem powstrzymałam się od 

pytania, dlaczego mam mieć pewność, że odpowiednie urządzenia dostarczą mi tlen, kiedy 

tylko założę maskę? Kto wie, co będzie, a co nie będzie działać, gdy nasz samolot runie do 

morza?

Żołądek skoczył mi do gardła, samolot oderwał się od ziemi.

Byliśmy w powietrzu. Zamknęłam oczy.

- Kluseczko! Otwórz oczy - usłyszałam głos Kirka. - Widać Empire State Building.

- Nieraz widziałam Empire State Building - mruknęłam, nie podnosząc głowy. Powoli 

otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Kirk wpatruje się we mnie, jakbym była przybyszem z 

obcej planety.

background image

- Dobrze się czujesz? - zapytał.

- Świetnie!  - odpowiedziałam  o wiele  za głośno. Próbowałam  zakrzyczeć  fakt, że 

czułam się fatalnie. W odpowiedzi Kirk zmierzył mnie podejrzliwym, chłodnym wzrokiem. 

Byłam pewna, że już nigdy nie poczuję się świetnie,

Kiedy   po   mniej   więcej   czterdziestu   pięciu   minutach   wylądowaliśmy   w   Bostonie, 

zrozumiałam, że przynajmniej jedna z moich próśb została wysłuchana. Uznałam to za dobry 

znak.

A kiedy przy wyjściu z hali przylotów zobaczyłam wysoką, ciemnowłosą kobietę, 

która machała do nas jak oszalała, zrozumiałam, że to kolejny dobry znak.

- Kayla! Cześć! - zawołał Kirk, biorąc ją w objęcia. - Jak się masz, smarkulo? - Cofnął 

się trochę, żeby lepiej przyjrzeć się siostrze.

Kayla   była   bardzo   podobna   do   Kirka   -   mieli   ten   sam   kształt   twarzy,   identyczne, 

piękne brwi i ciemne włosy. Tylko że ona ważyła ze dwadzieścia pięć kilogramów więcej od 

niego! Miała duży biust i rozłożyste, kobiece biodra, ale nie wydawała się specjalnie gruba - 

prawdopodobnie ze względu na wzrost (ona i Kirk byli niemal jednakowi). Za to w szarych 

jak u brata oczach błyszczał zapał, jakiego nigdy nie dostrzegłam u niego. Pomyślałam sobie, 

że Kayli nie przerażą żadne brzydkie sprawki tego świata, a nawet że ktoś taki jak ona potrafi 

z ich istnienia czerpać perwersyjną przyjemność, widoczną w sposobie, w jaki się uśmiechała.

-  Proszę,  proszę.  Dziewczyna  Kirka  -  powiedziała,   kiedy  nas sobie  przedstawił.   - 

Cieszę się, że się w końcu poznałyśmy. - I zanim zrozumiałam, co się dzieje, zamknęła mnie 

w miażdżącym kości, serdecznym uścisku. - Postanowiłam przyjechać po was na lotnisko, 

żeby oszczędzić wam jazdy z rodzicami. Kirk dobrze wie, jak tato zachowuje się w korku. 

Jest nie-do-zniesienia - dodała niskim głosem.

- Kayla! Nie zaczynaj - powiedział Kirk ostrzegawczo.

- Ja mam nie zaczynać?! Przyjechałam rano i już zdążyłam wysłuchać tyrady o tym, 

że związki pomiędzy przedstawicielami różnych ras są źródłem problemów i że nic dobrego z 

nich nie wynika. Znowu nasłuchali się jakichś bzdur. - Tu Kayla wzniosła oczy do nieba i z 

rezygnacją pokiwała głową. - Nie obawiaj się - zwróciła się do mnie. - Przy tobie będą się 

pilnować.   Nie   mogą   się   doczekać   tego   spotkania.   Kirk   nie   przywoził   do   domu   żadnej 

dziewczyny od czasów... Susan.

- Tak - potwierdził Kirk z miną tak ponurą, że zapragnęłam znowu znaleźć się w 

samolocie.

Wolałam ryzyko kontaktu z pękniętym przewodem paliwowym od przerażającej wizji 

spotkania z rodzicami Kirka.

background image

A gdzie twoje złote pantofelki, Kopciuszku?

Kayla była zabawna. Drwiła z siebie i z rodziców, kiedy zręcznie wyprowadzała z 

korków swojego sporego volkswagena. Jej żarty stłumiły trochę strach, który zasiał we mnie 

Kirk.

Dowiedziałam się, że kością międzypokoleniowej niezgody stał się ostatnio samochód 

Kayli,   ponieważ   państwo   Steven-sowie   -   będąc   zagorzałymi   zwolennikami   aut   rodzimej 

produkcji - nie akceptują zakupu córki. Dowiedziałam się też, że już zdążyła rzucić ostatniego 

chłopaka (tego, który został przedstawiony rodzicom) oraz że od pewnego czasu pozuje do 

aktu.

- Czekam na moment, w którym mama i tato zorientują się, że jestem naga przez cały 

czas, który spędzam z Larsem - zachichotała radośnie.

Jej śmiech był zaraźliwy, więc i mnie powoli poprawiał się nastrój. Jeszcze zanim 

zjechaliśmy z autostrady, zaczęłam myśleć, że wszystko dobrze się ułoży. Potem wjechaliśmy 

na  przedmieścia  Newton. Znalazłam  się nagle  wśród dwupiętrowych  wiktoriańskich  willi 

otoczonych bujną zielenią, na tle której białe, szpiczaste płotki wydawały się jeszcze bielsze. 

Krajobraz jak z obrazów Normana  Rockwella.  Tylko  że na jego obrazach nie widziałam 

nigdy   osób   podobnych   do   mnie.   Coś   mi   mówiło,   że   państwo   Stevensowie   również   nie 

widzieli tu nikogo takiego.

Kayla zatrzymała się przed jednym z domów. Po chwili stałam w przestronnym holu.

- A to musi być Angela! - usłyszałam, kiedy pani Stevens wypuściła z objęć Kirka. 

Wydawało mi się, że patrzy na mnie, jakby zastanawiała się, czy mnie uściskać, czy wyprosić 

na ulicę.

Wiedziałam,   że   rodzice   Kirka   dobiegają   siedemdziesiątki.   Wyglądali   na   dużo 

młodszych   i   byli   o   wiele   wyżsi,   niż   sobie   wyobrażałam.   Oboje   mieli   na   sobie   dresy  ze 

sztucznego   włókna,   model   1986,   oferta   specjalna   któregoś   z   popularnych   katalogów 

wysyłkowej sprzedaży.

- Phil, spójrz tylko! - Matka Kirka odwróciła się do męża.

- Czyż ona nie jest podobna do tej aktorki? Wiesz, o kim myślę.

- Skąd, na Boga, mam wiedzieć, o kim myślisz! - Pan Stevens spojrzał na nią z pełną 

niedowierzania irytacją.

- O tej, która grała maltretowaną żonę, która uwodzi tego młodego człowieka w tym 

filmie, który...

background image

- Pewnie masz na myśli Marisę Tomei - podsunął Kirk. Ale wcześniej zmierzył mnie 

wzrokiem,   jakby   chciał   sprawdzić,   czy   bardziej   przypominam   uwodzicielkę,   czy 

maltretowaną żonę.

- Ludzie często mi to mówią - uśmiechnęłam się niepewnie.

- Czy Marisa Tomei nie jest aby z pochodzenia Latynoską?

- Pan Stevens przyjrzał mi  się z uwagą. - A mówiłeś,  że Angela jest Włoszką! - 

wykrzyknął do Kirka z pretensją w głosie.

- Marisa Tomei jest Włoszką - upierała się pani Stevens.

- Przecież oglądaliśmy razem „Mojego kuzynka”.

- To, że grała Włoszkę, wcale nie znaczy,  że jest Włoszką - zacietrzewił się pan 

Stevens bardziej, niż było warto. Czułam, jak wokół mnie narasta napięcie. Ocaliła mnie

Kayla, która złapała moją walizkę i pociągnęła mnie za sobą.

- Chodź, pokażę ci twój pokój.

 „Mój” pokój utrzymany był w biało-różowej kolorystyce: biała boazeria, białe meble 

i puszysta różowa narzuta na łóżku, na którym ułożono ze trzydzieści pluszowych zwierzątek 

różnej wielkości. Do tego piętrowy domek dla lalek w rogu i bujany fotel z największą lalką, 

jaką widziałam w życiu. Dowiedziałam się od Kayli, że to dawny pokój Kate. Nie mogłam 

sobie wyobrazić, że można mieszkać w podobnym wnętrzu po ukończeniu siódmego roku 

życia. A przecież Kate musiała tu mieszkać do dnia ślubu!

Kayla   zaprowadziła   mnie   jeszcze   do  łazienki   na   końcu   korytarza   i,   wręczając   mi 

ręczniki, powiedziała:

-  Muszę  zrobić  przypis  na  temat   rodziców.  Oboje  urodzili  się  i  wychowali  tu,  w 

Newton. Tu się poznali. Innymi słowy: niewiele świata widzieli. - Zastanawiała się chwilę, 

szukając właściwych słów. - Powiem tak. Jeśli ktoś nie wysuwa nosa ze swojej maleńkiej 

planety, to w końcu zaczyna traktować wszystkich, którzy nie są stąd, z czymś w rodzaju 

wrogiej   obojętności.   Proszę,   nie   traktuj   tego   osobiście.   Oni   nie   mają   złych   zamiarów.   - 

Zmarszczyła brwi. - Przynajmniej taką mam nadzieję - dodała.

Kiwnęłam  głową, chociaż  po jej krótkiej przemowie  pełna byłam  jak najgorszych 

przeczuć. Ale rozumiałam aż za dobrze, co chciała mi powiedzieć. W końcu moja własna 

mama bywała równie małostkowa. Liczyłam tylko, że ja nigdy taka nie będę.

- Chodźmy na dół - przerwała moje rozmyślania Kayla. - Kirk na pewno opanował już 

sytuację.

Kirk   rzeczywiście   opanował   sytuację.   Popijając   mrożoną   herbatę,   gawędził   z 

rodzicami w salonie.

background image

- O! Są nareszcie! - zawołała na nasz widok pani Stevens i zerwała się z fotela, żeby 

podać mi szklankę. - Usiądź i odpocznij. Musisz być zmęczona po podróży.

-   Dziękuję.   -   Z   uśmiechem   przyklejonym   do   twarzy   usiadłam   obok   Kirka   na 

dwuosobowej sofie.

Wystarczył   jednak   rzut   oka   na   przeciwległą   ścianę,   żeby   uśmiech   zniknął.   Nad 

głowami  państwa Stevensów zobaczyłam  starannie  oprawione, rodzinne zdjęcie  wielkości 

sporego plakatu. Na pierwszym planie w środku siedział pan Stevens z żoną i Kaylą z jednej 

strony oraz Kate i jej mężem z drugiej. Dalej był Kirk i... - nie wierzyłam własnym oczom - 

elegancka blondynka z wielkimi niebieskimi oczami. To była Susan! Wiedziałam, że to ona, 

bo znalazłam kiedyś jej zdjęcia w starym albumie Kirka. Co to, do cholery, miało oznaczać?

Nie wiem, czy Kirk zauważył, co się ze mną dzieje. W każdym razie nie powiedział 

ani słowa. A ja musiałam natychmiast wziąć się w garść, bo jego mama uznała, że nadszedł 

czas towarzyskiej konwersacji.

- Kirk powiedział nam, że jesteś aktorką, Angela - zaczęła.

-   Uhm...   Tak.   Można   chyba   tak   powiedzieć.   Poczułam   się   jak   na   castingu.   Do 

obsadzenia była rola przyszłej synowej, ale konkurencja zapowiadała się ostro - wystarczyło 

spojrzeć na fotografię, żeby się przekonać, że Susan bez wysiłku i przy pełnej aprobacie 

rodziny Stevensów umiałaby wcielić się w tę postać.

- W tej chwili Angela współprowadzi program „Rośnij zdrowo” - wtrącił Kirk, niczym 

mój agent.

- Chyba o nim nie słyszałam - powiedziała uprzejmie pani Stevens.

- Gimnastyka dla dzieci na kanale pięćdziesiątym czwartym - wyjaśniłam.

- Gimnastyka dla dzieci! Ale obciach! - Kayla klepnęła się w solidne udo i ryknęła 

śmiechem.

Poszłabym w jej ślady, ale w porę zauważyłam spojrzenie, które pani Stevens wbiła w 

córkę.

- Programem zainteresowała się ostatnio jedna z poważnych stacji - Kirk postanowił 

skierować rozmowę na właściwe tory.

- Podoba mi się to - powiedziała pani Stevens z poważną miną. - Ja również uważam, 

że dzieci należy formować od najmłodszych lat. Wychowanie fizyczne wdraża do dyscypliny. 

W dzisiejszych czasach młodzi ludzie nie wiedzą, co to jest prawdziwa dyscyplina. Biorą 

narkotyki. Przychodzą do szkoły z bronią...

-   Tak.   Gimnastyka   rzeczywiście   rozwija   w   dzieciach   poczucie   obowiązku   - 

przytaknęłam. I zanim się spostrzegłam, plotłam poetyczne bzdury o korzyściach płynących z 

background image

uprawiania ćwiczeń. Zupełnie jak Rena. A wszystko pod okiem Susan, która uśmiechając się 

niestrudzenie, przypatrywała mi się z fotografii.

Zanim skończyłam swój manifest, byłam nie tylko zmęczona, ale zdegustowana sobą. 

Państwo   Stevensowie   natomiast   chyba   byli   pod   wrażeniem.   Kirk   też.   Patrzył   na   mnie   z 

aprobatą i promieniał z dumy. Wywnioskowałam z jego miny, że zdałam egzamin celująco. 

W takim razie dlaczego czułam się tak, jakbym wpadła do rowu z brudną wodą?

- Szkoda, że ty nie brałaś udziału w takim programie, Kayla - zwrócił się pan Stevens 

do córki dokładnie w chwili, w której przyciągała do siebie miseczkę z fistaszkami. - Na 

pewno byś na tym skorzystała. Zawsze ci mówiłem, Carol - tu popatrzył na żonę - że w 

dzieciństwie powinniśmy bardziej zachęcać ją do sportu. Patrz, co z niej wyrosło.

Zranił tym Kaylę. Wiem, bo zauważyłam wyraz jej oczu. Trwało to tylko mgnienie, 

ale na pewno się nie myliłam. Zaraz potem Kayla nabrała garść orzeszków i z wojowniczą 

miną zaczęła wrzucać je sobie do ust, nie spuszczając przy tym wzroku z ojca.

- Przypuszczam, że to dzięki ćwiczeniom masz taką dobrą figurę, Angela. - W tonie 

pani Stevens usłyszałam aprobatę. - Popatrz tylko na jej ramiona, Phil.

Spojrzałam   przepraszająco   na   Kaylę,   chociaż   sama   nie   wiem,   za   co   chciałam   ją 

przeprosić.   Za   rodziców?   Czy   może   za   swoje   mięśnie   wyćwiczone   w   pocie   czoła?   Na 

szczęście sama Kayla nie czuła do mnie urazy.

-   Słyszałam,   że   mieszkasz   w   East   Village   -   zagaiła,   sięgając   po   następną   porcję 

fistaszków.

- Tak, tak. - Prawie podskoczyłam z zadowolenia. Kayla trafiła w dziesiątkę. O East 

Village mogłam mówić godzinami.

Było   to   miejsce   z   charakterem   i   artystycznym   odchyleniem,   mieszanka   różnych 

kultur, istniejących w symbiozie obok siebie.

- Uwielbiam East Village - oświadczyła Kayla. - Graliśmy tam nawet jedno nasze 

przedstawienie. W P.S. 122. Znasz ten teatr? Świetne miejsce.

- Jesteś nie tylko fotografką, ale i aktorką? - zapytałam zdziwiona, przypominając 

sobie, że brała udział w grupowej wystawie w Smithsonian Institute.

- Ja twierdzę, że ekshibicjonistką - mruknął pan Stevens ponurym tonem.

Kayla zignorowała jego uwagę.

- Nie. Zrobiłam to tylko raz. W „Obnaż swoje ciało, obnaż swoją duszę”. Słyszałaś o 

tym?

Czy słyszałam? Ja to nawet widziałam!

- Grałaś w tym?! - zawołałam.

background image

- O mój Boże! Tylko mi nie mów, że oglądasz takie bezeceństwa! - Pani Stevens też 

musiała słyszeć o przedstawieniu.

- Uhm... - mruknęłam.

Nie miałam zamiaru przyznawać się, że byłam skrępowana, oglądając widowisko, w 

którym  brała udział Kayla, chociaż  podziwiałam  odwagę sześciu biorących  w nim udział 

aktorek. Wystąpiły kompletnie nagie - po to, żeby opowiedzieć publiczności o zniewoleniu 

kobiet i o męskiej dominacji. Jak na mój gust było w tym trochę za dużo... złości. We mnie 

też, ale trudno się dziwić, skoro wydałam na bilet dwadzieścia cztery i pół dolara.

Po tym epizodzie mój udział w konwersacji ograniczył się niemal do zera. Wydawało 

się, że występy państwa Stevensów nigdy się nie skończą. Poczułam ulgę nie do opisania, 

kiedy Kayla przerwała w pół słowa przemówienie matki o braku szacunku wobec wartości 

rodzinnych, charakteryzującym dzisiejsze pokolenie trzydziestolatków (czytaj: mnie, Kaylę, a 

nawet   Kirka,   który   również   nie   był   żonaty)   i   zaproponowała   wyjazd   do   miasta.   Kirk, 

szczęśliwy,   że   ma   pretekst   do   opuszczenia   rodzinnego   salonu,   natychmiast   zerwał   się   z 

krzesła.

-   Musimy   pokazać   Angeli   miasto   -   powiedziała   Kayla.   -   Poza   tym   trzeba   kupić 

pieczywo na jutro. Ty zawsze kupujesz za mało - zwróciła się do matki.

- Byłoby w sam raz, gdybyś jadła mniej - prychnął pan Stevens, ale Kayla była już za 

drzwiami.

Kirk złapał mnie za rękę i wyszliśmy za nią. Dopiero w samochodzie poczułam się 

znowu sobą - najwyraźniej nielubiany przez państwa Stevensów volkswagen był jedynym 

miejscem, w którym mogłam się odprężyć. Tak jak Kayla zaczęłam doceniać niemieckie auta.

- Wszystko w porządku? - zapytał Kirk, dotykając mojego ramienia.

Odwróciłam się do niego i pokiwałam głową. Teraz wszystko rzeczywiście było już w 

porządku.

Miałam cichą nadzieję, że „miasto” znaczy Boston, do którego nie było zbyt daleko, 

ale okazało się, że jedziemy do Newton. Zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy na spacer po 

małych uliczkach - pełnych uroku, przyznaję, i całkowicie innych od miejsc, w których się 

wychowałam. Było tu dużo czyściej, ale tutejsi mieszkańcy wyglądali identycznie, te same 

miny, ten sam styl ubierania się. Chyba w Lee & Laurie, pomyślałam na widok kilku dobrze 

znanych mi kurtek.

Przez całą drogę Kayla gadała jak najęta. Pokazywała różne miejsca i opowiadała 

historie ze swojej młodości. Przed miejską biblioteką przypomniała sobie, że do dzisiaj nie 

oddała książki, którą pożyczyła jeszcze w szkole średniej.

background image

- Myślę, że w holu wisi tam moje zdjęcie razem z listem gończym - zachichotała.

Potem wstąpiliśmy do piekarni, gdzie Kayla kupiła trzy bagietki i torbę ciasteczek, 

które   natychmiast   zaczęła   jeść.   Na   widok   apetycznych   czarno-białych   biszkoptów   kiszki 

zagrały mi marsza z głodu. Już miałam się poczęstować, kiedy Kirk wykrzyknął ze zgrozą:

- Kayla! Mama przygotowuje obiad. Wiesz, że oni wcześnie siadają do stołu...

Racja. Obiad. Nie wypada napychać się przed pierwszym wspólnym obiadem. Gdyby 

przy   stole   u   mojej   mamy   ktoś   mało   jadł,   uznałaby   go   za   dziwaka.   Albo   za   osobę   źle 

wychowaną. Zrezygnowałam z ciastek i, przełykając ślinę, patrzyłam z zazdrością, jak Kayla 

z niewzruszonym spokojem pakuje do ust jedno po drugim.

- I jak ci się tu podoba? - zapytał Kirk, kiedy już obeszliśmy całe miasteczko.

Widziałam, jak z uszczęśliwioną i dumną miną rozgląda się dokoła.

- Bardzo tu... miło - odpowiedziałam.

- Uśmiech! - zawołała w tej samej chwili Kayla, celując w nas obiektywem aparatu.

Przytuliłam się do Kirka i uśmiechnęłam szeroko. Przez chwilę poczułam się jak mała 

dziewczynka pozująca do zdjęcia. Miałam nadzieję, że kiedyś to zdjęcie zawiśnie nad kanapą 

w salonie Stevensów.

Po powrocie do domu zastaliśmy panią Stevens krzątającą się przy garnkach i pana 

Stevensa, który siedział przy kuchennym stole i słuchał radia.

- Jesteście! - zawołała z promiennym uśmiechem na nasz widok. - Phil, podaj mi steki 

z lodówki.

- Przecież widzisz, że jestem zajęty! - Popatrzył na nią z wyrzutem i przyłożył ucho do 

głośnika.

Nie zaszczycając ojca nawet jednym spojrzeniem, Kayla podeszła do lodówki i wyjęła 

mięso.

- Chętnie pomogę - zaoferowałam się.

- Nie, nie. Jesteś tu gościem. - I poprosiła Kaylę, żeby pokroiła cebulę.

Kirk usiadł obok ojca i wsadził nos w gazetę, którą znalazł na stole.

-   Cholera!   Te   patałachy   znowu   przegrały!   -   zawołał.   Zerknęłam   mu   przez   ramię. 

Chodziło o drużynę  Red Sox oczywiście.  Przegrali  z Yankees. Wyobraziłam sobie, że w 

domu Justin musiał skakać ze szczęścia.

A potem już nic się nie działo. Siedziałam z założonymi rękami, a Kayla z matką 

przygotowywały   obiad.   Jedno   było   pocieszające   -   u   nas   w   domu   podział   obowiązków 

przedstawiał się podobnie: mężczyźni zbijali bąki, a kobiety biegały jak szalone, żeby zdążyć 

z obiadem na czas. Ten układ zawsze mnie złościł, ale dzisiaj wolałabym siekać sto ząbków 

background image

czosnku niż siedzieć tu jak idiotka i nie mieć do kogo otworzyć ust. W końcu pan Stevens 

oderwał się od radia i wyszedł do ogrodu rozpalić węgiel (w naszym domu było podobnie - 

grilowaniem  mięsa  zajmowali  się  mężczyźni).  Chwilę  później  siedliśmy do obiadu.  Było 

rzeczywiście wcześnie, ale ja nie miałam nic w ustach od śniadania. Umierałam z głodu. 

Jednak kiedy Kirk wrzucił mi na talerz zdjęty z rusztu stek, z przerażeniem odkryłam, że 

mięso jest niedopieczone. Co gorsza, jako jarzynę podano brokuły, których nienawidzę. Dla 

niepoznaki nałożyłam na talerz kilka zielonych różyczek i sięgnęłam po ziemniaki. Dużo 

ziemniaków. Musiałam przecież coś jeść.

- Smakuje ci? - uśmiechnęła się do mnie pani Stevens.

- Oczywiście - odpowiedziałam, krojąc stek na maleńkie kawałki, żeby wszystkim 

wydawało się, że go jem. - Piękny serwis.

Żałowałam, że porcelana nie jest jadalna.

- Prawda? - ucieszyła się pani Stevens. - Jest w rodzinie od czasów mojej prababki. A 

sztućce należały do Stevensów. Czy wiesz, że drzewo genealogiczne rodziny mojego męża 

sięga czasów „Mayflower”? - Spojrzała na mnie przepraszająco.

- Mówimy wciąż o sobie i nawet nie zapytaliśmy cię jeszcze o twoją rodzinę...

Odłożyłam widelec i dość bezmyślnie wypaliłam:

-  Wiemy  tylko,   że  mój   pradziadek   przyjechał   do Nowego Jorku  z Neapolu.  Miał 

stoisko z owocami na ulicy Delancey, tuż pod Mostem Brooklyńskim.

- O! - Pani Stevens wydawała się lekko zakłopotana.

-   Tato   Angeli   założył   największy   na   całym   Brooklynie   warsztat   z   częściami 

zamiennymi do samochodów - wtrącił Kirk z dumą. Najwyraźniej postanowił mi pomóc i 

poprawić wizerunek mojej rodziny w oczach swoich bliskich.

-   Naprawdę?   -   zainteresował   się   pan   Stevens.   -   Hm.   W   dzisiejszych   czasach   to 

niełatwy interes. Bo co tu reperować w tym fabrycznym szmelcu? Męczysz się z takim autem 

przez kilka lat, a potem wymieniasz na nowe. Nie wydaje mi się, żeby zapotrzebowanie na 

części było takie jak kiedyś.

Dreszcz przeszedł mi po plecach, bo jego słowa zabrzmiały jak ponura przepowiednia 

rychłego końca rodzinnego biznesu.

- Czy twój tato sam prowadzi warsztat? - dopytywała się pani Stevens.

- Już nie. Przejęli go moi bracia. Ojciec nie żyje od czterech lat.

- O mój Boże! Młodo umarł - zafrasowała się pani Stevens, przykładając dłoń do 

swojej kwitnącej, mimo dość podeszłego wieku, twarzy.

background image

- Taaak, chyba tak. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat. Umarł na raka - dodałam, widząc 

jej pytające spojrzenie.

- To straszna choroba... Atakuje znienacka. - Popatrzyła na mnie ze współczuciem i 

zaraz potem potoczyła dumnym wzrokiem po swojej tryskającej zdrowiem rodzinie. - Mówi 

się, że skłonność do raka się dziedziczy. Czy w waszej rodzinie ktoś jeszcze chorował?

Dojmująca   samotność.   Właśnie   tak.   Czułam   dojmującą   samotność,   kiedy   nocą 

leżałam w różowym pokoju pełnym pluszowych zwierzątek. Brakowało mi Kirka, który na 

pewno spał już sobie spokojnie w swojej sypialni. Gdzieś za moją głową tykał głośno budzik. 

Dochodziła jedenasta. W Nowym Jorku nigdy nie chodziłam spać tak wcześnie.

Ciąg dalszy wieczoru był równie koszmarny. Skóra mi cierpła, kiedy przypominałam 

sobie   uprzejme   uśmiechy,   którymi   pani   Stevens   kwitowała   kolejne   informacje   o   mojej 

przeszłości. Kiedy okazało się, że studiowałam na dość pośledniej uczelni, nie mogła się 

powstrzymać,   żeby   nie   wspomnieć   błyskotliwej   akademickiej   kariery   Susan.   Moje 

dzieciństwo spędzone na Brooklynie stało się dla niej pretekstem do wygłoszenia mowy o 

chuligańskich ekscesach w podejrzanych dzielnicach Nowego Jorku.

Co   gorsza,   Kirk   próbował   rozładować   atmosferę,   opowiadając   o   romansie   mojej 

babci, i tylko pogorszył sytuację. Jego rodzice byli wyraźnie zgorszeni.

- W jej wieku! - zawołała pani Stevens, jakby babcia oddawała się prostytucji, a nie 

dość niewinnej w gruncie rzeczy grze w pokera z miłym starszym panem.

Kiedy   więc   padło   hasło   pójścia   spać,   żeby   wypocząć   przed   jutrzejszym   wielkim 

dniem,   byłam   bezgranicznie   szczęśliwa.   Zdążyłam   jednak   zauważyć,   że   rodzice   Kirka 

rozeszli się w przeciwnych kierunkach, co znaczyło, że śpią w oddzielnych sypialniach. Kayla 

nie wróciła do Bostonu, bo według pani Stevens, o tej porze młode kobiety nie powinny 

jeździć same samochodem, i z wyraźną ulgą zeszła do swojego dawnego pokoju w suterenie, 

dokąd zesłano ją w czasach, kiedy była jeszcze zbuntowaną nastolatką.

Gdybym  chociaż mogła komuś opowiedzieć, jak bulwersujące podziałały na panią 

Stevens różne fakty z mojego życia. Na przykład Justinowi. W gruncie rzeczy to było bardzo 

śmieszne. Dlaczego więc jeszcze się z tego nie śmiałam?

Wyszłam z łóżka i wygrzebałam z torby komórkę. Kto wie? Może zastanę Justina w 

domu?  Ale nie było  zasięgu. Co to za miejsce,  do cholery!  Postanowiłam spróbować na 

zewnątrz. Powoli, stopień po stopniu, zeszłam na dół, umierając ze strachu przy każdym 

skrzypnięciu schodów. Dopiero w holu odważyłam się odetchnąć.

background image

Przed   drzwiami   wejściowymi   stanęłam   jak   wryta.   Nie   były   zamknięte   na   klucz. 

Czyżby  w tej  okolicy nikt  nie  włamywał  się  do domów?  Chyba  że...  Musiałam  trzymać 

wyobraźnię na wodzy, bo inaczej szybko wróciłabym na górę.

Ale rzeczywistość okazała się znacznie gorsza. Zrobiłam pierwszy krok i... dotknęłam 

nogą czyjegoś ciała. Krzyk zamarł mi w gardle.

- Ciii! - usłyszałam głos Kayli. Machnęła w moją stronę zapalonym papierosem. - Nie 

chcę, żeby się zbudzili. Nie mam siły słuchać kazania o szkodliwości palenia.

- W porządku. Po prostu nie spodziewałam się tu nikogo.

- Usiadłam obok niej na stopniu.

- Ani ja.

- Nie mogłam spać. - Poczułam się w obowiązku wyjaśnić, dlaczego tu jestem. Nie 

mogłam   przecież   jej   powiedzieć,   że   w   środku   nocy   zamierzałam   telefonować   do   innego 

faceta. Tego chyba nie zrozumiałaby nawet ona.

- Chcesz? - Wyciągnęła w moją stronę paczkę marlboro. Patrzyła, jak rzucam się na 

papierosa, i dodała: - Wiedziałam, że palisz.

- Właściwie to nie. Czasem popalam. - Zaciągnęłam się głęboko.

I tylko w myślach dodałam, że palę, od kiedy myślę o małżeństwie z jej bratem. 

Siedziałyśmy   więc   w   milczeniu.   Dookoła   panowała   ciemność.   I   taka   cisza,   jakiej   nie 

doświadczyłam   jeszcze   nigdy   w   życiu.   Wcale   mi   się   to   nie   podobało.   Wtedy   właśnie 

postanowiłam, że nigdy nie wyprowadzę się z Nowego Jorku. Ktoś taki jak ja potrzebuje 

hałasu. Tłumów i przede wszystkim - światła. Skąd mogę wiedzieć, czy w ledwo widocznym 

żywopłocie nie czai się seryjny morderca? W Nowym Jorku łatwiej jest się bać - widzisz, co 

może ci grozić. A tu, w Nowej Anglii? Nie wiadomo, co kryje się za schludnymi, białymi 

płotkami. Ani kto nosi niewinne z pozoru dresy.

- Masz jeszcze siłę na kontakty z naszymi rodzicami?

- Kayla chyba czytała mi w myślach.

- Nie są tacy źli.

- Pewnie - prychnęła. - Są dobrym argumentem na to, żeby w ogóle nie wdawać się w 

małżeństwo. Przynajmniej dla mnie. Widziałaś? On wciąż na nią wrzeszczy.

Nie nazwałabym tego wrzaskiem. Pan Stevens kwestionował każde słowo żony. Nie 

liczył się z jej opinią. Ignorował to, co jej wydawało się ważne.

Zadrżałam. Kirk także kwestionował wszystko, co mówiłam.

Na   przykład   wczoraj.   Patrzył   na   mnie   jak   na   głupią,   kiedy   kazałam   mu   oglądać 

program o złym przygotowaniu samolotów. No dobrze. Wczoraj trochę przesadziłam. Ale nie 

background image

mogłam mieć pewności, że jego spokój i zdrowy rozsądek złagodzą moje fobie, kiedy już 

będziemy małżeństwem. A jeśli będzie odwrotnie, bo Kirk w ogóle nie zechce ich zauważyć?

- Więc myślicie o tym, żeby się pobrać - bardziej stwierdziła, niż zapytała Kayla, 

kolejny raz odkrywając to, co chodziło mi po głowie.

- Coś w tym rodzaju - mruknęłam i zgasiłam papierosa na schodku.

Zaśmiała się.

- Mój brat to twardy orzech. Wydaje mi się, że Susan musiała mocno go naciskać. Nie 

udało się jej, bo za wcześnie zaczęła. Kirk był wtedy pochłonięty pracą. Teraz chyba założy 

już swój interes. Z tego, co mówił przy obiedzie, wynika, że ma poważnego, stałego klienta.

- Uhm. - Kiwnęłam głową. Kayla mówiła o tej cholernej propozycji Norwood. Skąd 

mogła wiedzieć, że kontrakt z nimi omal nie zrujnował naszego związku.

W jednej chwili zapomniałam o wątpliwościach co do mojej wspólnej przyszłości z 

Kirkiem. Miałam nadzieję, że teraz, kiedy program dla Norwood jest skończony, odzyskam 

swojego chłopaka. Brak konsekwencji? Może.

- A ty? Masz zamiar wyjść kiedyś za mąż? - zapytałam.

- Ja? - Bezwiednie podniosła z ziemi wyrzucony przeze mnie niedopałek. - Sama nie 

wiem. Nie czułabym się dobrze w małżeństwie. To nie dla mnie.

Chyba nadszedł czas, żebym i ja zastanowiła się, czy małżeństwo to coś dla mnie.

Następnego   dnia   zbudził   mnie   płacz   dziecka.   Otworzyłam   oczy,   nieprzytomna   i 

przerażona,   bo   właśnie   śniło   mi   się,   że   wzięliśmy   z   Kirkiem   ślub   i   zamieszkaliśmy   w 

suterenie rodzinnego domu Stevensów. Zanim ocknęłam się na dobre, myślałam, że to nasze 

dziecko tak płacze. Na szczęście przypomniałam sobie o siostrzenicy Kirka. Pani Stevens 

wspominała wczoraj, że Kate i Kenneth przyjadą wcześniej, żebyśmy mogli razem pójść do 

kościoła.

Musiałam wziąć prysznic, żeby nabrać sił do spotkania z rodziną Stevensów w pełnym 

wydaniu. Złapałam ręczniki i torbę z przyborami toaletowymi i powędrowałam do łazienki. 

Po   drodze   zajrzałam   do   Kirka.   Zobaczyłam   starannie   pościelone   łóżko   -   w   tym   pokoju 

narzuta miała kolor jasnoniebieski. Jego nie było.

Zanim się wykąpałam i wysuszyłam włosy, dziecko na szczęście ucichło. Zeszłam na 

dół dopiero po chwili. Potrzebowałam czasu na makijaż i wybór ciuchów. Zdecydowałam, że 

podkoszulek   i   jedwabne   spodnie   będą   o   tej   porze   najodpowiedniejsze.   Tak   uzbrojona 

pojawiłam się w salonie.

Pani   Stevens   w   nowym   dresie   bawiła   się   na   podłodze   z   ciemnowłosym 

niemowlakiem,   w   kącie   pan   Stevens   czytał   gazetę,   a   Kayla   i   Kirk   siedzieli   na   kanapie, 

background image

pogrążeni w rozmowie ze szczupłą kobietą o błyszczących  niebieskich oczach. Obok stał 

wysoki facet z nieco potarganą brodą. Musieli to być Kate i Kenneth.

- Wstałaś! - zawołała na mój widok pani Stevens. - Baliśmy się, że prześpisz cały 

dzień.

Nie byłby to najgorszy pomysł.

Zostałam przedstawiona i usadzona na kanapie obok Kirka. Kayla podniosła się, żeby 

przygotować mi filiżankę świeżej kawy - nawet nie próbowała częstować mnie jasnobrązową 

lurą   ze  szklanego  dzbanka   stojącego   na  stole.   Sięgnęłam  po|  bułki   i  półkruche  ciastka  z 

lukrem i zaczęłam jeść, szczęśliwa, że tym razem nie podano żadnego trującego jedzenia.

Stwierdziłam też z ulgą, że pojawienie się Kimberly miało zbawienne dla mnie skutki, 

gdyż cała uwaga otoczenia skupiła się na niej. Kate i Kenneth okazali się dosyć mili, chociaż 

każdą naszą wymianę  zdań przerywały okrzyki  pani Stevens, która żądała od wszystkich 

podziwiania wyczynów małej.

Dziecinny show został bezlitośnie przerwany przez pana Stevensa, który spojrzał na 

zegarek i poderwał się gwałtownie.

-   Już   prawie   dwunasta,   a   ty   się   bawisz!   -   Popatrzył   na   żonę   oskarżycielskim 

wzrokiem. - Przecież mamy być w kościele kwadrans po pierwszej. Spóźnimy się!

- O Boże! - Pani Stevens natychmiast poderwała się z podłogi. - Trzeba przebrać 

Kimberly. - Potem spojrzała na siebie i zawołała z paniką w głosie: - Wszyscy musimy się 

przebrać!

Zapanował   ogólny   chaos.   Kenneth   został   wysłany   do   samochodu   po   sukienkę   do 

chrztu, a Kate musiała pobiec na górę po pampersy. Pan Stevens przyglądał się krytycznie 

wszystkim po kolei, a potem wyszedł. Tylko Kayla ani drgnęła i spokojnie piła kawę.

- Kościół jest pięć minut drogi stąd. - Wzruszyła ramionami i sięgnęła po ciastko.

- Wiem, ale znasz mamę. - Kirk także wstał. - Idziesz? - Odwrócił się do mnie.

Kiedy   wyjmowałam   z   walizki   nową   niebieską   sukienkę,   byłam   podniecona   jak 

dziecko w święta Bożego Narodzenia. Od kiedy ją kupiłam, nie mogłam doczekać się dnia, w 

którym nareszcie w niej wystąpię.

Odrobina lycry sprawiła, że wszystkie zmarszczki i za-gniecenia wyprostowały się 

natychmiast, kiedy tylko włożyłam ją na siebie. Leżała bez zarzutu. No cóż, westchnęłam, 

takie rzeczy nie bez powodu kosztują sto pięćdziesiąt dolarów. Posmarowałam jeszcze włosy 

balsamem i włożyłam klapki. Byłam gotowa.

Postanowiłam zapukać do Kirka i sprawdzić, co u niego.

background image

Stał   pośrodku   pokoju   w   ciemnogranatowych   spodniach   od   garnituru   i   niezapiętej 

koszuli i prasował marynarkę.

- Cześć - powiedziałam.

- Cześć. - Odstawił żelazko i spojrzał na mnie. - No, no. Ale seksownie wyglądasz!

Nie   byłam   pewna,   czy   to   dobrze,   czy   źle.   Zauważyłam   jednak,   że   jest   lekko 

spłoszony.

- Ty też jesteś niczego sobie. - Podeszłam i przesunęłam dłonie po jego plecach pod 

koszulą.

Odskoczył ode mnie jak oparzony.

- Angie! Przestań. Moi rodzice są zaledwie piętro niżej.

- Chciałeś powiedzieć: aż całe piętro niżej - droczyłam się z nim. Znów przyciągnęłam 

go do siebie i przekornie pocałowałam jego nagą pierś.

- Angie - jęknął cały napięty.

- Dobrze już, dobrze.

Puściłam go i usiadłam na łóżku. Najwyraźniej w tym domu seks był rzeczą zakazaną. 

Przypomniałam   sobie   oddzielne   sypialnie   rodziców   Kirka.   Stanął   mi   przed   oczami   gest, 

którym jego matka odtrąciła dłoń męża, kiedy chciał pomóc jej wstać z podłogi. Może w tym 

domu zakazana jest wszelka czułość?

Czekając na Kirka, rozglądałam się po jego pokoju. Podobnie jak u Kate, i tu nic nie 

zmieniło się od czasów jego młodości - piłkarskie trofea na półkach, kolekcja podkładek pod 

piwo z różnych pubów, modele samochodzików. Typowy pokój nastolatka. Podniosłam się, 

żeby z bliska obejrzeć zdjęcia, i wbiło mnie w podłogę.

-  A  to  co,  do diabła?   - zapytałam   może  trochę   za  głośno. Stałam  przed  kolażem 

złożonym z sześciu zdjęć. Na wszystkich był Kir k z Susan.

- O czym mówisz? - zapytał, wiążąc krawat.

- Dlaczego wszędzie wiszą fotografie Susan? Nawet tu nie mieszkałeś, kiedy byliście 

ze sobą! A ten portret rodzinny w salonie? O co tu chodzi?

- To pomysły mojej matki. Chyba chciała, żeby Susan... czuła się tu jak w domu. Tak 

się do nich przyzwyczaiła, że nie zauważa, co na nich jest. Nie przejmuj się głupstwami, 

Kluseczko.

Nie   byłam   przekonana,   ale   nie   było   sensu   z   nim   dyskutować.   Po   chwili   razem 

zeszliśmy na dół. Na mój widok matka Kirka otworzyła szeroko oczy.

- O mój Boże, Angela! Co ty masz na sobie?

background image

Wiedziałam już, że moje zdjęcia nigdy nie zawisną na ścianach tego domu. Nie mam 

na to nawet cienia szansy. Zerknęłam na Kirka. Mierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, 

próbując zrozumieć, o co chodzi matce.

- To piękna sukienka - zreflektowała się pani Stevens. - Ale nie do kościoła. Masz 

odkryte ramiona! - Powiedziała to tak, jakbym co najmniej miała odkryte piersi.

Poczułam się jak ekshibicjonistka.

- O co chodzi? - zapytała Kate, wchodząc do pokoju. Miała na sobie spódnicę w 

kolorze kości słoniowej i taki sam żakiet. Kenneth, który wszedł zaraz za nią, niósł Kimberly 

spowitą w niekończące się zwoje białego jedwabiu. Nawet Kayla miała na sobie skromny 

kostium.

- Mamo! Sukienka jest w porządku - powiedział Kirk.

- W kościele dawno nie obowiązują tak surowe zasady - dodała Kate.

- I bardzo niedobrze! - Pani Stevens z uniesioną głową wyszła do holu, żeby za chwilę 

wrócić z czymś, co z daleka przypominało koronkowy szal, z bliska zaś okazało się tandetną 

imitacją   koronki.   Czymś   takim   przykryła   moją   sukienkę   za   sto   pięćdziesiąt   dolarów.   Co 

gorsza, materiał śmierdział naftaliną, więc natychmiast zaczęłam kichać.

- No widzisz? Już masz katar - triumfowała. - Musisz mieć na sobie coś ciepłego.

Kirk westchnął i spojrzał na mnie przepraszająco.

- Chodźmy!  - powiedziała pani Stevens. - Tato czeka w samochodzie. Pewnie się 

niecierpliwi.

Przyjechaliśmy na miejsce o całe pół godziny za wcześnie. Korzystając z okazji, pani 

Stevens zarządziła sesję zdjęciową przed kościołem. Ja wystąpiłam w roli fotografa. Nie dość 

na   tym.   Zanim   weszliśmy   do   kościoła,   Kenneth   z   nadzieją   w   oczach   zapytał,   czy 

zechciałabym sfilmować całą ceremonię, i wcisnął mi do rąk kamerę. Dobra. Nie miałam nic 

przeciw   temu.   Tym   samym   przysługiwało   mi   najlepsze   miejsce   -   tuż   obok   najbliższej 

rodziny. Czyli tuż obok Kirka.

Zyskałam  coś jeszcze.  Spokój. Kamera  skutecznie  oddzielała  mnie  od Stevensów. 

Widząc na ekranie maleńkie postacie, sama poczułam się tak, jakbym była bardzo, bardzo 

daleko. Tam, gdzie chciałabym być teraz naprawdę.

Widziałam   w   obiektywie,   z   jaką   czułością   Kirk   przygląda   się   Kimberly.   Kiedy 

podczas chrztu Kate podała mu dziewczynkę, uśmiechał się do niej radośnie. A potem tym 

samym radosnym wzrokiem popatrzył na mnie. Zadrżałam. Był gotowy na dziecko. W jego 

spojrzeniu wyczytałam nadzieję, że ja też jestem gotowa.

background image

Chcąc nie chcąc, po chrzcie wylądowałam znowu w domu Stevensów, gdzie zostałam 

przedstawiona dziesiątkom różnych krewnych i pociotków jako dziewczyna Kirka. Raz nawet 

jako jego narzeczona. Lapsus popełniła sama Kate, ale zrozumiała pomyłkę, kiedy zobaczyła, 

jak rumienię się po cebulki włosów.

Nie umiałabym wytłumaczyć swojej reakcji. Przecież jeszcze niedawno nie pragnęłam 

niczego innego. Jeszcze teraz nie odstępowałam Kirka ani na krok, jakbym za wszelką cenę 

chciała przekonać siebie, że nic się nie zmieniło. Może dlatego od powrotu do domu, a raczej 

od momentu, w którym wrzuciłam jej wstrętny szal z powrotem do szafy, pani Stevens nie 

spuszczała ze mnie podejrzliwego wzroku.

Reszta popołudnia zatarła mi się w pamięci. Był zimny bufet, ciepłe dania, a potem 

tort, który z wielkim zaangażowaniem roznosiłam gościom. Chyba podświadomie chciałam 

zaskarbić sobie sympatię matki Kirka. Udało mi się nawet wymknąć do kuchni i odszorować 

kilka garnków, zanim mnie tam nakryła pani Stevens. Zbeształa mnie za to, że zniknęłam i 

nie   pożegnałam   się   z   jej   cioteczną   babką   Bertą,   która   z   powodu   reumatyzmu   wyszła 

wcześniej z przyjęcia.

Żałowałam, że ja nie mam takiego szczęścia.

Potem nadszedł czas otwierania prezentów. Nie było ich wiele - Biblia dla dzieci, 

kilka sukieneczek  i plastikowa arka Noego z kompletem  małych  zwierzątek. Nie miałam 

szansy sprawdzić, czy istnieje niebezpieczeństwo udławienia się nimi przez dziecko, bo pani 

Stevens   zabierała   każdy   prezent,   zanim   Kimberly   zdołała   położyć   na   nim   małe   łapki. 

Podejrzewałam, że w licznych kartach z życzeniami mogą kryć się solidne czeki, ale nie 

miałam pewności.

Kayla rzeczywiście kupiła swojej chrześnicy krzyżyk, chociaż, jak zauważyłam, nie 

był to tradycyjny złoty bibelot. Na widok usatysfakcjonowanej miny matki rozjaśniła się ze 

szczęścia. Najwyraźniej nie byłam jedyną osobą, która chce zasłużyć na aprobatę tej rodziny.

Mój prezent okazał się największy ze wszystkich. Umierałam z niecierpliwości, kiedy 

Kimberly zachęcona przez mamę oddarła kawałek opakowania. Resztę zrobili za nią dorośli.

- To mała kasa - powiedziała Kate. - Śliczna. Dzięki, Angela.

- Co za pouczająca zabawka - oznajmiła pani Stevens. Pozwoliła nawet małej nacisnąć 

dźwignię. Rozdzwoniły się dzwonki. Szuflada wyskoczyła z trzaskiem, a plastikowe monety 

rozsypały się na dywan. Zachwycona Kimberly sięgnęła po jeden z kolorowych krążków i 

zamierzała  wepchnąć go sobie do buzi. O Boże! Rzuciłam się na kolana, żeby wszystko 

pozbierać.   Jakie   jeszcze   niebezpieczeństwa   kryją   się   w   głębinach   pozornie   niewinnej 

zabawki?   Udało   mi   się   wyjąć   groźny   pieniążek   z   zaciśniętej   piąstki   Kimberly,   czym 

background image

oczywiście doprowadziłam ją do łez. Na szczęście pani Stevens nie zauważyła niczego, zajęta 

rozmową o korzyściach, jakie przynosi poznanie wartości pieniądza w młodym wieku.

- Nie ma nic gorszego niż długi - zawyrokowała. - Uważam, że osoby kupujące na 

kredyt   są   moralnie   podejrzane.   O   dziwo,   tym   razem   pan   Stevens   zgodził   się   z   nią   bez 

protestu. Ja też energicznie  pokiwałam głową. I wtedy zamarzyłam,  żeby nasz jutrzejszy 

samolot rozbił się po drodze do Nowego Jorku. Przynajmniej nie musiałabym podejmować 

decyzji, czy chcę być kolejną panią Stevens, nie mieć długów i głęboko chować swoją kartę 

Visa, aby nie wydać się nikomu osobą moralnie podejrzaną.

W   nocy   śniły   mi   się   koszmary.   Kiedy   obudziłam   się   rano,   byłam   kompletnie 

wyczerpana. Miałam dość udawania Doskonałej Dziewczyny. Na szczęście Kate i Kenneth 

wyjechali wcześnie rano, nie musiałam więc bać się bliskich spotkań z małymi dziećmi, które 

z taką łatwością doprowadzam do płaczu (lub - jeśli kto woli - narażam na niebezpieczeństwo 

uduszenia się). Kiedy pani Stevens i Kayla przygotowywały w kuchni śniadanie, zasiadłam w 

salonie z numerem  „Cosmopolitan”, nie ukrywając  okładki z półnagą modelką,  w każdej 

chwili gotowa do rozmowy na temat pism, które czytuję. Nie miałam wątpliwości, że pani 

Stevens,   widząc   tytuły   w  rodzaju   „Radosny  seks   -   od   zaraz”   czy   „Jak   osiągnąć   orgazm 

doskonały”, natychmiast zaczęłaby taką rozmowę. Niestety była zbyt zajęta, żeby zobaczyć, 

co czytam.

W   tej   sytuacji   oświadczyłam   podczas   śniadania,   że   głosowałam   na   Clintona   (tak, 

rozmowa w końcu zeszła na ten zakazany temat, ale nie ja go zaczęłam, tylko pan Stevens, 

oskarżając   Clintona   o   doprowadzenie   do   rozpadu   amerykańskiej   rodziny.   Według   mnie, 

powodem wybuchu były niedogotowane jajka na miękko, których ja nawet nie spróbowałam 

z obawy przed salmonellą). W tej sytuacji pani Stevens wolała rozmawiać o pogodzie.

- Zapowiada się piękny dzień. Dzieci, weźcie rowery i pojedźcie gdzieś na wycieczkę 

- zaproponowała.

Nie przesadzam - nazwała nas „dziećmi”.

Kayla, puszczając do mnie oko, wymówiła się umówionym wcześniej spotkaniem z 

Larsem, ale Kirk natychmiast skorzystał z okazji. Złapał mnie za rękę i odciągnął od stołu, 

zanim przeszliśmy do kolejnego niebezpiecznego tematu.

- Co, u diabła, w ciebie wstąpiło? - zapytał, kiedy już wyjechaliśmy na ulicę na dwóch 

górskich rowerach, z dziesięciu stojących w garażu.

- Nie rozumiem, o co ci chodzi - odpowiedziałam z niewinną miną i wyrwałam do 

przodu, pedałując najszybciej, jak umiałam,  chociaż nie miałam pojęcia, dokąd jedziemy. 

background image

Kiedy Kirk mnie dogonił, zmusiłam się do uśmiechu. - Ścigajmy się do końca tej ulicy! - 

zawołałam.

Liczyłam, że się go pozbędę, i nie pomyliłam się. Pognał przed siebie, a ja po raz 

pierwszy   podczas   całego   weekendu   poczułam   się   naprawdę   dobrze.   Wiatr   rozwiewał   mi 

włosy i świszczał w uszach.

Na rogu dogoniłam Kirka.

- Pokażę ci resztę mojego miasteczka, chcesz? - zaproponował.

Jechaliśmy teraz powoli, a on pokazywał mi domy, w których mieszkali jego koledzy 

z dzieciństwa, park, gdzie grał w baseball, i boisko do futbolu, który z zapałem trenował w 

szkole średniej. Zostawiliśmy rowery i wdrapaliśmy się na trybuny, żeby chwilę pogrzać się 

na   słońcu,   ale   ja   nie   mogłam   usiedzieć   w   miejscu.   Pochylona   obserwowałam   stalową 

konstrukcję, na której opierały się siedzenia. Nagle wcisnęłam się w szparę pomiędzy dwoma 

rzędami ławek i usiadłam na metalowej poprzeczce rusztowania.

- Co robisz? - Kirk zajrzał do mnie  z góry.  Właściwie nie  wiedziałam,  co robię. 

Trochę kręciło mi się w głowie, bo do ziemi było daleko, ale postanowiłam przemóc strach. 

Przesunęłam się do pionowego słupa i zaczęłam schodzić. Kiedy dotknęłam stopami ziemi, 

podniosłam głowę - Kirk był tuż, tuż. Zeskoczył z ostatniego poziomu i pociągnął mnie za 

sobą na trawę. Chwilę się siłowaliśmy, ale pokonał mnie bez kłopotu i przygwoździł całym 

sobą do ziemi. Skorzystałam z okazji i pocałowałam go mocno w usta. Poczułam, jak jego 

ciało drgnęło. Oddał pocałunek, potem podniósł się na łokciach, żeby na mnie spojrzeć.

- Wiesz - powiedział - pod tymi trybunami przeżyłem swój pierwszy raz.

- Nie! Poczekaj, niech zgadnę. Ona była kapitanką drużyny dziewczyn,  które was 

dopingowały.

Zaśmiał się i pocałował mnie w czubek nosa.

- Coś w tym rodzaju. Żonglowała pałeczkami na paradach. Była w tym całkiem niezła.

Wyobraziłam sobie młodego Kirka, na którego polują wszystkie dziewczyny,  jakie 

coś znaczą w szkole. Nagle nabrałam ochoty, aby być jedną z nich.

Włożyłam   ręce   pod   jego   koszulę   i   przesunęłam   po   wilgotnej   od   potu   skórze   na 

piersiach. Spojrzałam mu w oczy. Widziałam, że przyjął wyzwanie. Uniósł moją koszulkę, 

rozpiął stanik i ustami zaczął pieścić moje sutki.

- Zróbmy to. Teraz - powiedziałam i zanim zdążył zaprotestować, usiadłam i zsunęłam 

szorty,  a potem bieliznę. Spłoszył  się, ale tylko na chwilę. Potem rozejrzał się dookoła i 

stwierdziwszy, że wokół nie ma żywej duszy, szybko rozpiął szorty. Zaczęliśmy się kochać.

background image

Zamknęłam   oczy.   Byłam   teraz   jedną   z   cheerleaderek.   Miałam   szesnaście   lat   i 

uwodziłam kapitana szkolnej drużyny futbolowej. A może nie? Może to był Vincent? Stanęła 

mi przed oczami jego twarz. Czy kiedyś w życiu będę jeszcze kochać kogoś tak mocno, jak 

kochałam Vincenta? Stop. O co mi chodzi? Przecież kocham Kirka. I chcę za niego wyjść.

Zresztą w tym momencie nie to było ważne. Chodzi o seks. Poruszałam się coraz 

szybciej. Obraz Vincenta zniknął. Na jego miejscu pojawił się ktoś inny - jakiś ciemnowłosy 

facet wydawał mi się znajomy, ale za nic nie mogłam go rozpoznać. I nagle do mnie dotarło, 

że to mój dawny nauczyciel salsy. Kocham się z przystojniakiem z kursu tańca! Przyznaję - 

czułam się podniecona jak nigdy dotąd. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam... Kirka. Na 

tym nie koniec - w jego oczach zobaczyłam czułość.

- To jest wspaniałe - powiedział. - Ty jesteś wspaniała. Potem zaczął całować moje 

usta, oczy, brwi. Chciałam powiedzieć mu to samo, ale nie mogłam. Nie byłam pewna, z kim 

kochałam się przed chwilą.

Wracaliśmy  inną  drogą. Jechaliśmy  powoli - jak na zwolnionym  filmie.  Kiwałam 

głową, kiedy Kirk pokazywał mi kolejne ciekawostki, ale w środku miałam pustkę. Kiedy 

zeskoczyliśmy   z   rowerów   przed   znajomą,   dwupiętrową   willą,   nie   od   razu   weszliśmy   do 

środka. Stałam za Kirkiem, który patrzył na dom, na starannie utrzymany trawnik i na rośliny 

w donicach, ustawione po obu stronach schodów, jakby widział to wszystko pierwszy raz w 

życiu.

- Wiesz - odezwał się po chwili - zawsze marzyłem, że kiedyś tu zamieszkam.

I wtedy pustka, którą czułam,  ustąpiła miejsca strachowi. Strach rósł, kiedy zaraz 

potem dodał:

- Kiedyś, kiedy już zwiążę się z odpowiednią osobą.

-   I   popatrzył   na   mnie   w   taki   sposób,   że   nie   można   było   mieć   wątpliwości.   Tą 

odpowiednią osobą byłam ja.

Powinnam   skakać   z   radości.   Czekałam   na   taką   deklarację   od   wielu   miesięcy. 

Dlaczego więc miałam ochotę złapać rower i pedałować co sił do Nowego Jorku?

- Jesteś pewien, że chciałbyś mieszkać tak blisko rodziców? - zapytałam.

-   Dlaczego   nie?   -   uśmiechnął   się   szeroko.   -   Robią   się   coraz   starsi.   Mogą   mnie 

potrzebować.

To już nie był strach. To była panika. W wyobraźni miałam obraz niedołężnej pani 

Stevens,   która   dalej   decyduje   o   wszystkim   -   od   domowych   wydatków   poczynając,   na 

sprawach synowej kończąc.

- A co z twoją firmą? W Nowym Jorku jest łatwiej pozyskiwać klientów.

background image

-   Myślę   o   przyszłości.   O   czasach,   kiedy   ja   będę   mieć   już   stałe   kontrakty,   a   ty 

zrezygnujesz z pracy w „Rośnij zdrowo”. Może po to, żeby nasze dzieci rosły zdrowo? - Kirk 

popatrzył na mnie wstydliwie.

Przełknęłam ślinę. „Nie kochasz go aż tak mocno” - szeptał mi do ucha jakiś głos. 

Dreszcz przeszedł mi po plecach. Czy kochałam go na tyle, żeby opuścić Nowy Jork? Żeby 

zrezygnować ze swoich marzeń?

Później odbył się pożegnalny obiad. Pani Stevens serwowała gulasz jagnięcy z takim 

zapałem, jakby od tego, co teraz zje jej syn, zależało, czy przeżyje później w Nowym Jorku.

Chyba winiła mnie za jego niedożywienie, bo ściskając mnie na do widzenia (trzeba 

powiedzieć, że było to cokolwiek wymuszone), wzdrygnęła się i zawołała:

- Skóra i kości!

Rzeczywiście czułam się jak cień. Cień dawnej Angeli.

Wobec wątpliwości, które mną targały, strach przed lotem okazał się pestką. Po prostu 

nie wystąpił. Zniknął. Nie pojawił się ani w taksówce, która wiozła nas na lotnisko, ani nawet 

w samolocie.

Siedzący obok mnie Kirk czytał z uwagą jakieś pismo komputerowe. Potem wyjął z 

podręcznej   torby   laptopa   i   najwyraźniej   miał   zamiar   wziąć   się   do   pracy.   Patrzyłam   na 

rozjaśniający się ekran komputera i myślałam, że taki już jest ten Kirk. Trzeźwy. Skupiony na 

tym, co uzna za ważne. Wykorzystujący wszelkie okoliczności.

Za to przecież go kochałam. Sama chciałam postępować podobnie.

Wyciągnęłam rękę i wierzchem dłoni pogłaskałam go po policzku, tak jakbym chciała 

przejąć choć trochę tego żaru dla siebie.

- Wszystko w porządku? - zapytał z uśmiechem.

- Tak.

Ale wcale nie byłam tego pewna.

background image

Nowy Jork, stan... euforii

Kiedy   szczęśliwie   wróciliśmy   do   stanu   Nowy   Jork   i   wysiedliśmy   z   samolotu   na 

lotnisku La Guardia, najchętniej ucałowałabym ziemię. Powstrzymała mnie świadomość, że 

zaśmiecona   płyta   lotniska   jest   prawdziwą   wylęgarnią   zarazków.   Może   zrobiłabym   to, 

gdybyśmy wylądowali na sterylnym Logan, ale lotniska Logan nie znosiłam. Wolałam brudną 

La Guardię.

Dobrze   było   wrócić   do   domu.   Cieszyło   mnie   wszystko,   nawet   scena   na   postoju 

taksówek   przed   halą   przylotów,   gdzie   dwaj   niezwykle   eleganccy   biznesmeni   walczyli 

zażarcie o taksówkę.

- Odwal się, cwaniaku. Byłem pierwszy - oznajmił wyższy i zdecydowanie silniejszy z 

nich.

No właśnie, pomyślałam.  Tak zachowuje się rasowy nowojorczyk,  niepodobny do 

obłudników z Nowej Anglii, którzy chełpią się tym, że zachowują pozory uprzejmości, nawet 

jeśli najchętniej utopiliby człowieka w łyżce wody.

Tu czuję się jak u siebie w domu, stwierdziłam z zadowoleniem, gdy stanęliśmy w 

kolejce. Potem przypomniałam sobie, że Kirk urodził się i wychował w Nowej Anglii i muszę 

przyznać, że ogarnęło mnie poczucie winy.

Nieważne, pomyślałam, biorąc go pod rękę. Teraz jest takim samym nowojorczykiem 

jak ja, Grace, a nawet Justin. Ale nie. Justin był bardziej nowojorski od Kirka ze względu na 

swoją bezgraniczną miłość do tego cudownego miasta.

Justin...   Nie   mogłam   się   doczekać,   kiedy   dotrę   do   domu   i   znów   go   zobaczę. 

Ucieszyłoby mnie też spotkanie z Grace. Mimo że moja najlepsza przyjaciółka traktowała 

mnie ostatnio z kąśliwą złośliwością, strasznie się za nią stęskniłam. Pewnie dlatego, gdy 

nareszcie wsiedliśmy do taksówki, przerwałam Kirkowi, który podawał kierowcy swój adres.

- Będą dwa przystanki. Drugi na skrzyżowaniu Dziewiątej Ulicy z Pierwszą Aleją.

- Jedziesz do siebie? - spytał zaskoczony.

- No... tak. Mam huk roboty, no i muszę odstawić tam walizę...

Myślę, że wizja mojego bagażu, który musiałby taszczyć na górę, tak przeraziła Kirka, 

że wysiadając beze mnie przed swoją kamienicą, sprawiał wrażenie zadowolonego.

- Zadzwonię do ciebie jutro - obiecał. Potem złapał swoją torbę podróżną, niezdarnie 

pocałował mnie w policzek i wygramolił się z tylnego siedzenia.

background image

Taksówka jechała Drugą Aleją w stronę East Village, a ja poczułam się jak nowo 

narodzona.   Tutaj   wszystko   jest   możliwe,   pomyślałam,   gdy   mijaliśmy   teatr,   w   którym 

święciłam tryumfy jako Fefu w sztuce „Fefu i przyjaciele”.

Cholera jasna, to przecież Nowy Jork.

Wciągnęłam jakoś walizę na drugie piętro. Pomógł mi David z B3, którego spotkałam 

w holu. Pomyślałam o kanapie Justina. David zawsze się przydawał, kiedy sąsiedzi byli w 

potrzebie. Wsunęłam klucz do zamka. Nie mogłam się doczekać spotkania z Justinem. Od 

razu   opowiem   mu   o   kretyńskim   weekendzie   spędzonym   wśród   zadzierających   nosa 

mieszkańców Nowej Anglii.

Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, uderzyła mnie dziwna cisza panująca w mieszkaniu. 

Żadnej   muzyczki   w   tle,   żadnego   szczęku   naczyń   dobiegającego   z   kuchni.   Wszystko 

wskazywało na to, że go nie ma. Byłam rozczarowana.

Tylko ja, trzy kanapy, cztery telewizory, sześć lamp, parapet... I azalia.

Z   westchnieniem   zaciągnęłam   walizę   na   środek   salonu.   Na   stoliku   leżała   kartka 

napisana jego ręką.

Witaj  w domu,  Angiel  Poleciałem  na  Florydę,  żeby zrobić Lauren  niespodziankę. 

Wracam w przyszłym tygodniu. Pamiętaj o podlewaniu Bernadetty!

Bernadetta to zapewne azalia. Nasza mała roślinka ma teraz imię.

Zgniotłam kartkę i próbowałam trafić papierową kulką do kosza, ale chybiłam, więc 

poczułam się jeszcze bardziej rozczarowana. Fajnie ma taki Justin. Leci sobie na Florydę, 

kiedy mu przyjdzie ochota.

Taka Lauren też ma fajnie, dodałam po chwili. Jej chłopak rzuca wszystko i rusza w 

daleką podróż, żeby spotkać ukochaną.

No i dobrze, podsumowałam, chwytając konewkę i maszerując do kuchni po wodę. 

Skoro to Bernadetta ma dotrzymywać mi towarzystwa, muszę ją podlać.

Mam także Grace, przypomniałam sobie, gdy podlewałam azalię.

Usadowiłam się na kanapie numer trzy,  która w szybkim tempie stawała się moją 

faworytką, prawdopodobnie ze względu na bliskość wielu ważnych urządzeń technicznych 

znajdujących się w naszym mieszkaniu. Na przykład pilota. I telefonu. Podniosłam słuchawkę 

i  zamierzałam  wybrać  numer  do  Grace,   ale  przypomniałam   sobie,  że  muszę  natychmiast 

poinformować   o   swoim   powrocie   do   domu   pewną   osobę,   nim   zacznie   wydzwaniać   do 

wszystkich szpitali i pytać o nazwiska ofiar wypadków, które zdarzyły się w bliższej i dalszej 

okolicy. - Angela! - krzyknęła z ulgą matka, kiedy powiedziałam pierwsze słowo. - Dzięki 

Bogu, jesteś cała i zdrowa.

background image

Uśmiechnęłam się. Miło wiedzieć, że istnieje ktoś, kto nie uważa moich obaw za 

bezsensowne.

- Tak, wróciłam do domu.

- I jak było? - spytała. Dopiero kiedy ustaliła, że nie odniosłam żadnych obrażeń na 

ciele, zainteresowała się stanem mojego ducha.

-   Całkiem...   fajnie   -   odparłam.   -   Rodzina   Kirka   jest...   miła.   -   Musiałam   tak 

powiedzieć. Nie mogłam sobie pozwolić na wyciąganie pochopnych wniosków na podstawie 

jednego weekendu spędzonego ze Stevensami. Na pewno nie wobec swojej mamy. Nie byłam 

jeszcze gotowa do formułowania ostatecznych opinii. Poza tym - nie musiałam się do tego 

zmuszać. Przecież byłam zaręczona, prawda?

- Dobrze cię karmili? - zapytała z kolei. Moja matka ocenia rodziny na podstawie 

ilości jedzenia, które są w stanie wmusić w człowieka.

- Tak. - W końcu się starali, no nie? Skąd mieli wiedzieć, że nie lubię surowych 

kotletów. Zresztą szwedzki stół podczas chrzcin był w porządku... o ile ktoś lubi sklepowe 

jedzenie podane na tackach z folii aluminiowej. - Co u Buni? - zapytałam.

- Kiedy się z nią widziałam, czuła się dobrze. Wyobraź sobie, że Artie Matarazzo 

zabrał ją niedawno na tańce do klubu seniora. Nie do wiary, co? Przecież babcia gardziła 

klubem   seniora   i   nie   raczyła   się   nawet   zapisać!   -   zawołała   matka,   jakby   oburzało   ją 

korzystanie z przywilejów bez opłaconych składek.

Odniosłam wrażenie, że dokucza jej samotność. Opowiedziała mi, że Joey i Miranda 

zabrali dzieciaki i spędzili cały weekend na Long Island, a Sonny wybrał się z Vanessą do jej 

rodziców. Mama przywykła spędzać Dzień Pracy w rodzinnym gronie, a tu dzieci dorosły. 

Teraz żyliśmy własnym życiem. Mama również powinna się na to zdecydować.

- Co dzisiaj robiłaś? - zapytałam.

-   Odwiedziłam   twojego   ojca   -   powiedziała,   co   oznaczało,   że   poszła   na   cmentarz 

świętego Jana. Grób ojca jest chyba najlepiej utrzymany ze wszystkich, bo mama nieustannie 

sadzi nowe kwiatki albo pielęgnuje te, które zasadziła wcześniej.

-   Mamo,   potrzebujesz   jakiegoś   hobby   -   powiedziałam.   Albo   faceta.   Tego   już   nie 

dodałam. Właściwie mnie samą przeraził ten pomysł. Nie potrafiłam sobie wyobrazić matki z 

obcym   mężczyzną.   Jednak   tato   odszedł   dobre   kilka   lat   temu,   a   ona   skończyła   zaledwie 

pięćdziesiąt dziewięć lat.

-   Ależ   skąd.   -   Usłyszała   współczucie   w  moim   głosie   i   natychmiast   próbowała   to 

wykorzystać. - To kiedy wpadniesz na obiad?

background image

- Wkrótce - obiecałam, unikając konkretnych zobowiązań. Nie chciałam ryzykować 

samotnej wizyty i wyjaśnień, do których byłabym wówczas zmuszona. Nie miałam ochoty 

jechać do niej z Kirkiem - nie teraz, kiedy porobiło się między nami coś dziwnego. Coś, 

czego sama dobrze nie rozumiałam. Rozmowę z mamą miałam z głowy. Teraz mogłam już 

zadzwonić do Grace. Miałam nadzieję, że rozmawiając z nią, odprężę się nareszcie.

- Cześć, to ja - powiedziałam, gdy odebrała.

- Cześć, Angie - odparła - zaczekaj chwilkę. - Usłyszałam, że z kimś rozmawia. Z całą 

pewnością był to jakiś facet. Potem stuknęły zamykane drzwi.

- Kto to był? - zapytałam. Może Drew? Może pogodzili się w czasie weekendu!

- Billy.

- Aha - wymamrotałam rozczarowana. - Nie będę zawracać ci głowy, skoro masz 

gościa... - Po co trzymać ją przy telefonie, skoro właśnie ma ochotę zaszaleć.

-   Mogę   rozmawiać   -   przerwała.   -   Wychodził,   kiedy   zadzwoniłaś.   Spędził   u   mnie 

sobotnią i niedzielną noc. Tym razem sprawdził się nieco lepiej - dodała, tłumiąc chichot.

I to wystarczy? Na tym jej teraz zależy? Znalazła prawdziwą miłość i ją odrzuciła. A 

teraz   zadowala   ją   zwykła   erotyczna   przewalanka?   Nim   zdążyłam   się   zastanowić   nad   jej 

nowym podejściem do facetów, Grace zmieniła temat.

- Jak tam weekend u rodziny Kirka? - zapytała.

- Udany - odparłam natychmiast. Nie mam pojęcia, dlaczego okłamałam najlepszą 

przyjaciółkę. Może chciałam udowodnić Grace (albo sobie), że monogamia się sprawdza.

-   Fajne   chrzciny.   Urocze   niemowlę.   -   I   głośne,   pomyślałam,   wspominając   częste 

wrzaski   Kimberly.   -   Omówiliśmy   z   Kirkiem   wiele...   spraw.   Mam   nad   czym   myśleć.   - 

Oględnie mówiąc.

- Dobra nowina - odparła Grace, jakby trochę zaskoczona.

- W takim razie pokonałaś wielką przeszkodę. O człowieku można coś powiedzieć 

dopiero po spotkaniu z jego rodzicami.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytałam przerażona. Czy to znaczy, że po ślubie 

Kirk może się upodobnić do swoich starych?

- Aha, trafiłam w czuły punkt. Jesteś pewna, że u ciebie wszystko gra?

- No pewnie.

Grace   była   inteligentna.   I   wrażliwa.   Nie   dało   się   jej   okłamywać   bezkarnie. 

Wiedziałam już, że nie odprężę się podczas tej rozmowy. Wolałam skończyć ją co prędzej.

Kiedy obudziłam się następnego ranka, dalej nie wiedziałam, co u mnie nie gra. Z 

niechęcią   wyruszyłam   do   studia.   W   pracy   z   trudem   się   wyrabiałam   -   czułam   się 

background image

nieszczęśliwa, więc wszystko mnie bolało i marnie kojarzyłam. Przygnębienie zmieniło się w 

strach,   kiedy  po   nagraniu   Rena   wezwała   mnie   i   Colina   do   swego   gabinetu.   Okazało   się 

jednak, że nie chodzi o mój brak zaangażowania, ale o przyszłość naszego programu.

Rena, puchnąc z dumy, oznajmiła, że zainteresowany nami kanał to Fox. W przyszłym 

tygodniu spotyka się z dwoma ich przedstawicielami w celu omówienia kontraktu. Colin był 

zachwycony. Kirk również, kiedy zadzwoniłam do niego, jadąc do domu. Cieszył się tym 

bardziej, że właśnie dzwonili do niego z Norwood. Przejrzeli jego projekty i chcieli z nim 

omówić szczegóły. Miał jechać do siedziby firmy do Chicago.

- To jest to, Angie. Jeśli dojdziemy do porozumienia, dostanę największe zlecenie w 

całej mojej zawodowej karierze. Oni mają biura w całych Stanach. Wszędzie pojawi się moje 

oprogramowanie.

Złożyłam mu gratulacje. Czemu nie? Spełniały się jego marzenia, a moje... odchodziły 

w siną dal. Ledwie majaczyły na horyzoncie.

Po południu z ponurą miną poszłam do Lee & Laurie. Nie rozweseliło mnie nawet 

przeglądanie nowego jesiennego katalogu, który właśnie nam dostarczono. Na szczęście nie 

musiałam jeszcze rozmawiać z szefostwem o szykującym się kontrakcie. Gdybym zdradziła 

za   wcześnie,   że   prawdopodobnie   niedługo   porzucę   pracę,   bo   jeśli   sprawa   wypali,   będę 

musiała skończyć z innymi zajęciami, wyrzuciliby mnie sami.

Z dziewczynami było inaczej. Nawet gdybym chciała opowiedzieć im o otwierających 

się   przede  mną   perspektywach,   nie  miałabym   szans.  One   interesowały  się  jedynie  moim 

rychłym ślubem i weselem.

- Jak tam weekend z rodzicami Kirka? - zapytała Michelle, ledwie weszłam do sali.

Doreen   i   Roberta   kręciły   się   w   pobliżu,   spragnione   nowin,   więc   oznajmiłam,   że 

rodzina Stevensów jest przemiła i że mnie zaakceptowała.

Kłamałam. Więcej - zdałam sobie sprawę, że całe moje życie to fałsz. Kiedy więc 

Kirk zadzwonił i zaprosił mnie po pracy do siebie, odmówiłam. Zaraz potem poczułam się 

zawiedziona, bo nie zaprotestował. Za dwa dni miał lecieć do Chicago, więc sporo musiał 

jeszcze przygotować. Tak powiedział. Domyślam się, że ledwie odłożył słuchawkę, wrócił do 

laptopa, rzucił się w wir pracy i całkiem o mnie zapomniał.

Mogłam tylko czerpać pociechę z faktu, że pewne rzeczy jednak się nie zmieniły.

Kiedy   wieczorem   wróciłam   do   ciemnego   mieszkania,   poczułam   się   samotna   jak 

nigdy.  Co  gorsza,  kiedy po  wejściu  do przedpokoju  wymacałam   kontakt,  światło  się  nie 

zapaliło. Najwyraźniej spaliła się żarówka. Pod nieobecność mego rosłego współlokatora nie 

miałam szans, żeby ją wymienić. Lawirując wśród toreb z sortowanymi śmieciami i stosów 

background image

prasy, znalazłam drogę do salonu. Miałam nadzieję, że trafię na jedną z sześciu lamp, nim 

potknę się i skręcę kark. Nagle ujrzałam przy oknie ciemną sylwetkę. Ogarnięta strachem 

zatrzymałam   się   natychmiast.   Intruz   pochylił   się   ku   oknu,   jakby   zamierzał   ukraść... 

Bernadettę?

-  Ratunku!   -  krzyknęłam,  choć   wiedziałam,   że  należy  uciekać.   Nagle  zapaliło   się 

światło. Ulżyło mi, gdy ujrzałam Justina czulącego się do cholernej azalii.

- Co ci odbiło? - zapytał, oddychając ciężko. Najwyraźniej sam też się wystraszył.

- Mnie? A ty, czemu siedzisz tutaj po ciemku, do diabła?

- Wcale nie. Próbuję tylko odzyskać duchową równowagę. Pomyślałam,  że chyba 

rzeczywiście mu odbiło. Serce powoli zaczynało mi bić w normalnym tempie.

- Dlaczego jesteś w domu? Sądziłam, że wrócisz dopiero w przyszłym tygodniu.

Wzruszył ramionami i znowu utkwił spojrzenie w oknie.

- Skróciłem pobyt.

- Przeleciałeś taki kawał drogi i po dwóch dniach wróciłeś z Florydy?

- Nie miałem ochoty tam zostać.

- Justin, co się stało? - zapytałam, podchodząc bliżej. Próbowałam spojrzeć mu w 

oczy, lecz odwrócił wzrok.

- Lauren i ja... Chyba zerwaliśmy.

- Co ty gadasz? Jesteś z nią czy nie?

- Była tam z innym facetem - wykrztusił. - Na imię ma Bob, Rób albo jakoś podobnie. 

Zjawiłem się u niej bez uprzedzenia. No wiesz, to miała być niespodzianka. - Roześmiał się z 

goryczą. - Rzeczywiście byłem mocno zaskoczony.

- Biedny Justin. - Wzięłam go za rękę.

- Jakoś to przeżyję - zapewnił, ale gdy wreszcie popatrzył na mnie, wiedziałam, że jest 

mu ciężko, ponieważ jego jasnozielone oczy były strasznie smutne.

- Chodź, siadaj - zaproponowałam, ciągnąc go na kanapę. - Opowiedz mi wszystko.

Kiedy w końcu usadowiliśmy się wygodnie - ja po turecku, wpatrzona w jego profil, 

on oparty o poręcz, z niewidzącym  wzrokiem wbitym  w ciemny ekran telewizora, Justin 

wzruszył ramionami i powiedział:

- Nie ma o czym opowiadać. Nie wymagaliśmy od siebie wierności, nie było takiej 

umowy. Po prostu wydawało mi się... - Westchnął przeciągle. - Wydawało mi się, że inni nie 

będą jej interesować. Wiesz, chyba zakładałem pochopnie, że nasz związek jest poważniejszy, 

niż wydawało się Lauren.

background image

Ciekawe,  jak mieli  się naprawdę zintegrować,  skoro Lauren osiemdziesiąt  procent 

swego czasu spędzała o tysiące kilometrów stąd? Nie chciałam jednak podawać w wątpliwość 

powagi ich związku teraz, kiedy Justin cierpiał, więc milczałam.

- Byłem głupi. Wydawało mi się, że wystarczy komuś powiedzieć, że się go kocha.

To powinno wystarczyć, uświadomiłam sobie nagle z ciężkim sercem. Tymczasem 

miłość skłania nas czasem do wariackich postępków: na przykład zamawiamy azalie, których 

nie chcemy, albo narażamy się na niebezpieczeństwa i koszty podróży samolotem, żeby być 

bliżej tych, których kochamy. Tylko że, zapytałam samą siebie, dlaczego musimy się aż tak 

męczyć, żeby być bliżej nich?

- Justin, trudno jest utrzymać związek, jeśli ludzi dzieli wielka odległość.

-   Aha   -   mruknął,   znów   patrząc   w   dal.   Nie   wiem,   czy   zrozumiał,   co   do   niego 

powiedziałam. Chyba nie, bo podniósł wzrok i spojrzał na mnie, jakby uderzyła go nowa 

myśl. - Hej, jak minął weekend z rodziną Kirka?

- Całkiem... nieźle. - Teraz ja odwróciłam wzrok.

-   Co   się   stało?   Podpadli   ci,   co?   Karmili   cię   surowymi   kotletami   i   opowiadali 

koszmarne historyjki o małym Kirku, który lubił pokazywać się w sukienkach siostry?

- Nie - powiedziałam. Nikt nie umiał rozśmieszyć mnie tak jak Justin. Od razu zrobiło 

mi się lepiej. - Wcale mi nie podpadli...

Chyba nie kłamałam. Nie podpadli mi, co nie znaczy, że ich polubiłam. Sądzę, że 

mogłabym  z nimi  wytrzymać...  gdybym  musiała.  O rany!  Na szczęście  mieszkają  o pięć 

godzin stąd.

- Nie jestem pewna, czy mnie polubili - dodałam.

- Na pewno. - Justin popatrzył na mnie, mrużąc oczy. - Wszyscy cię lubią, Angie. 

Jesteś bystra, dowcipna. I śliczna jak diabli - żartobliwie rozwichrzył mi włosy. - Wiesz, że 

przypominasz  Marisę   Tomei?  Pewnie  nikt   ci   jeszcze   o  tym  nie  mówił,   co?  -  mruknął  z 

uśmiechem, ponieważ to był taki nasz prywatny żarcik.

Postanowiłam zmienić temat.

- Justin, teraz, kiedy Lauren zniknęła z horyzontu, powinieneś zająć się własnymi 

sprawami. Zdecyduj, co chcesz dalej robić, i zacznij nad tym pracować. Jesteś szczęśliwy, 

kiedy bierzesz do ręki kamerę. Albo gitarę. Powinieneś w końcu przygotować ten recital, o 

którym od dawna mówiłeś. Tak myślę.

Gitara   gitarą,   ale   na   moje   wyczucie   Justin   to   rasowy  filmowiec.   Tak   czy   inaczej 

powinien wziąć się do roboty, zamiast siedzieć z nosem spuszczonym na kwintę. Ostatnio 

zajmował się głównie muzyką, więc dlatego namawiałam go do niej.

background image

- Wiem, wiem - przytaknął, a następnie z uśmiechem poklepał moje kolano. - Tak 

zrobię, Angie. Sam czuję taką potrzebę.

Uśmiechnęłam się do niego, ale byłam zaniepokojona. Słyszałam to już wiele razy. 

Zastanawiałam   się,   czego   trzeba,   żeby   Justin   naprawdę   zaczął   urzeczywistniać   swoje 

marzenia.

Po pewnym  czasie uświadomiłam sobie, że wszystko, co powiedziałam Justinowi, 

odnosi się również do mnie. Nagle zrozumiałam, o co tu chodzi. Najprawdopodobniej dlatego 

następnego ranka obudziłam się pełna zapału. Na samą myśl o tym, że i ja powinnam znaleźć 

sobie własne poletko, poczułam się spokojna i szczęśliwa.

Jak na skrzydłach pomknęłam do studia. Nie zdołował mnie nawet ogłupiający skwar, 

który poczułam na schodach metra. Nie rozkleiłam się na widok samotnego gitarzysty, który 

za marne centy wrzucane do puszki śpiewał na peronie

o   swoich   problemach.   Zwykle   taki   widok   mocno   mnie   dołował.   Tym   razem 

zobaczyłam,   że   śpiewając,   uśmiecha   się   do   siebie,   i   doszłam   do   wniosku,   że   facet   jest 

szczęśliwy. Chyba robi to, na co ma ochotę.

Po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni pomyślałam, że warto mieszkać w Nowym 

Jorku. Z tutejszymi ludźmi identyfikuję się bez trudu. Co mnie obchodzą Stevensovie oraz ich 

pokrętna wizja świata? Co mnie obchodzi Viveca, która stworzyła sobie fałszywy obraz mojej 

osoby?

Byłam teraz na najlepszej drodze do tego, aby żyć długo

1 szczęśliwie, przy czym sama sobie wytyczałam szlak.

W   studiu   szalałam.   Odfajkowując   rutynowe   zajęcia,   ryczałam   niczym   lew, 

naśladowałam ptasie trele (no dobra, podkładaliśmy odgłosy dżungli, ale i tak byłam cała w 

skowronkach). Nawet Rena stwierdziła, że rozpiera mnie nowa energia.

- Tak trzymaj, a szefowie kanału od jutra zaczną się do nas dobijać z kontraktem w 

ręku - powiedziała.

Aha, pomyślałam, idąc do szatni, żeby przebrać się w swoje ciuchy, już widzę, jak 

pukają do moich drzwi. I jak to ja stawiam warunki, bo tamci z całą pewnością nie wspomną 

o dodatku na ubrania robocze oraz aneksie do ubezpieczenia dotyczącym kuracji dla moich 

sfatygowanych stawów.

Wychodząc, pożegnałam się z Colinem.

- Nie jemy dziś śniadanka? - zapytał.

-   Dzisiaj   nie   -   odparłam.   Byłam   strasznie   zajęta.   Szłam   urzeczywistnić   swoje 

marzenia.

background image

W   drodze   do   domu   złapałam   egzemplarz   „Backstage”,   a   potem   jak   za   dawnych 

dobrych   czasów,   kiedy   szlifowałam   bruki,   szukając   angażu,   poszłam   do   kawiarenki 

internetowej przy Pierwszej Alei, kilka przecznic od mojego domu. Zamówiłam największą 

możliwą   cafe   latte,   usiadłam   na   wysłużonym,   paskudnie   miękkim   krześle   przy   oknie   i 

zaczęłam przeglądać anonse o castingach.

Pierwsze strony trochę mnie rozczarowały, ale czytałam dalej, dla kurażu popijając 

kawę. Nagle dostrzegłam ogłoszenie zamieszczone jakby specjalnie dla mnie.

„Wszystko dla miłości”. Reżyser, laureat wielu nagród, szuka aktorki; wiek 25-32 (to 

ja!), mile widziana powierzchowność z akcentami etnicznymi (mieszanka włosko-irlandzka to 

moja specjalność), do roli dziewczyny, która poświęca wszystko dla miłości (coś o tym wiem, 

prawda?), zdjęcia w stanie Maine, październik (wprawdzie to nie w Massachusetts, ale blisko, 

więc natychmiast odezwało się moje poczucie humoru).

Przesłuchania miały się odbyć pod koniec tygodnia!

To był znak. Na pewno. Od razu widać, że to idealna rola dla Angeli Di Franco, 

pechowej narzeczonej. Zakreśliłam ogłoszenie. Przy okazji przejrzałam również ogłoszenia 

listy   speców   od   castingu   i   agentów.   Postawiłam   krzyżyk   przy   tych,   którzy   prosili   o 

przysyłanie pocztą zdjęć i kaset z przesłuchań. Nie mogłam uzależniać swojej przyszłości od 

jednego przesłuchania. Tak samo jak nie mogłam stawiać w życiu  wyłącznie  na jednego 

faceta.

Gdy   lista   była   gotowa,   pobiegłam   do   sklepu   papierniczego   po   koperty   i   papier 

podaniowy. Wróciłam do domu i zabrałam się do roboty. Zanim nadeszła pora, żeby ruszać 

do   Lee   &   Laurie,   dziesięć   listów   było   gotowych.   Z   dużym   strachem   wrzucałam   je   do 

skrzynki. Bałam się, że dostanę same odmowy, lecz to mnie nie odstraszyło. Zdążyłam już 

nabrać rozpędu i nic nie zdołałoby mnie powstrzymać.

Kiedy Kirk poleciał do Chicago, ulżyło mi. Nie miałam ochoty wtajemniczać go w 

swoje plany dotyczące aktorskiej przyszłości. Byłam przesądna i bałam się, że zbyt wczesne 

odkrycie kart przyniesie mi pecha. I jeszcze jedno. Podejrzewałam, że nowe pomysły na życie 

wcale mu się nie spodobają. Dla niego najważniejszy był mój udział w „Rośnij zdrowo”. 

Dzwonił wieczorem w przeddzień wyjazdu bardzo podekscytowany.

-   Wiesz   co?   Przekręć   do   mnie,   jeśli   odezwą   się   w   sprawie   twojego   kontraktu   - 

poprosił.

Jasne, pomyślałam sobie. Odłożyłam słuchawkę i natychmiast sięgnęłam po wybór 

tekstów. Zdecydowałam się na scenę, która zawsze dobrze mi wychodziła, i ostro zabrałam 

się do pracy. Harowałam dniem i nocą, żeby dobrze wypaść w piątek. Tydzień zleciał mi tak 

background image

prędko, że ledwie zauważyłam nieobecność Kirka. Justin, któremu udzielił się mój entuzjazm, 

sfilmował mnie, kiedy monolog został dopracowany do ostatniego szczegółu. Potem przejrzał 

materiał i zaproponował poprawki.

* * *

Muszę przyznać, że nadal martwię się o Justina. Życie przecieka mu między palcami. 

Rozumiem, że jeszcze nie doszedł do siebie po rozstaniu z Lauren, choć od powrotu z Florydy 

w   ogóle   o   niej   nie   wspomina,   ale   powinien   wreszcie   zabrać   się   do   pracy.   Najwyraźniej 

unikanie   rozmowy   to   męski   sposób   na   kłopoty.   Mam   tylko   nadzieję,   że   będę   dla   niego 

pozytywnym   wzorcem.   Może   pod   moim   wpływem   ruszy   wreszcie   tyłek   i   zacznie 

urzeczywistniać swoje marzenia?

Bo mnie wydawało się, że wszystkie drzwi stoją przede mną otworem. Nigdy dotąd 

nie   byłam   taką   optymistką.   Tydzień   później   poczułam   się   jeszcze   pewniej.   Ale   wtedy 

zadzwonił  asystent  reżysera  odpowiedzialny za obsadę i oznajmił,  że docenia  mój  talent, 

chociaż na razie nie ma dla mnie roli.

- W przyszłości na pewno coś pani zaproponuję. Przyrzekam zadzwonić, gdy pojawią 

się nowe możliwości - zakończył.

Wprawdzie rozmowa dobrze wróżyła na przyszłość, bo ludzie od castingu w ogóle nie 

dzwonią,   jeśli   nie   mają   konkretnej   propozycji,   ale   wyznam   szczerze,   że   ogarnęło   mnie 

przygnębienie.

Zaczęłam rozpaczać, że facet nigdy więcej nie zadzwoni. Na domiar złego przez cały 

tydzień nie odezwał się żaden z agentów i reżyserów, do których napisałam. Inni, owszem, 

wydzwaniali. Gdy wróciłam z Lee & Laurie, odsłuchałam wiadomość, którą zostawiła mi 

Viveca Withers. Dowiedziała się nieoficjalnie, że Fox dojrzał do negocjowania kontraktu i 

prosiła   o   telefon   na   wypadek,   gdybym   chciała   z   nią   omówić   swoje   sugestie.   Nie 

oddzwoniłam.

Rzecz jasna, dzwonił też uradowany Kirk. W przyszłym tygodniu Norwood zamierzał 

podpisać z nim kontrakt.

- Chodźmy w piątek na kolację, żeby to uczcić - zaproponował i dodał, że pozwolił już 

sobie zarezerwować stolik w restauracji Blue Water Grill.

-   Oświadczy  się   -   uznała   Michelle,   kiedy  powiedziałam   jej   o   piątkowej   randce   z 

Kirkiem. Wyszłyśmy na papierosa przed budynek Lee & Laurie.

- Ależ skąd - zaprotestowałam, chyba trochę zbyt stanowczo. - Mamy tylko uczcić 

fakt, że złapał nowego klienta.

background image

- O rany! - Popatrzyła na mnie jak na głupią, unosząc brwi ze zdziwienia. - Jeszcze nie 

pojęłaś, na czym polega męski punkt widzenia? Faceci zyskują stały dochód i zaczynają czuć 

się  jak prawdziwi  żywiciele.  Kiedy widzą,  że  są w  stanie  utrzymać   żonę  i  dzieci,   nagle 

zachciewa im się rodziny.

- Ale on nawet nie oglądał pierścionków. Ani razu nie byliśmy u jubilera.

- Zapewne wziął sprawy w swoje ręce. - Wzruszyła ramionami.

- Mylisz  się - odparłam.  - Kirk nie  wydałby  takiej  forsy,  nie  wiedząc,  co mi  się 

podoba. Pod tym względem jest bardzo... praktyczny.

Protestowałam,   ale   gdzieś   w   głębi   ducha   podejrzewałam,   że   Michelle   może   mieć 

rację.   Kirk   zatelefonował   jeszcze   w   piątek   po   południu.   Powiedział,   że   stolik   mamy 

zarezerwowany na ósmą i że spotkamy się na miejscu, bo Blue Water Grill znajduje się w 

połowie drogi między naszymi domami.

- Tylko się nie spóźnij - dodał wesoło. - To będzie dla nas wyjątkowy wieczór.

W   tej   sytuacji   mogłam   zrobić   tylko   jedno:   kupie   paczkę   papierosów.   Justina   na 

szczęście nie było w domu - dziwne, ostatnio w piątki nigdzie nie wychodził - więc szykując 

się do wyjścia, wypaliłam trzy, jednego za drugim. Robiłam to oczywiście za zamkniętymi 

drzwiami  swojej  sypialni,  a dym  wydmuchiwałam  na zewnątrz,  przewieszając się niemal 

przez parapet. W międzyczasie robiłam makijaż, mierzyłam ciuchy i próbowałam ujarzmić 

włosy, które skręcały się w loki za każdym razem, gdy wystawiałam głowę za okno.

Oczywiście   spóźniłam   się   na   randkę   z   powodu   zapałek.   Wszystko   dlatego,   że   w 

drodze zachciało mi się papierosa. Nie mogłam zapalić, bo nie miałam zapałek. Byłam taka 

nabuzowana, że omal nie nawrzeszczałam na sprzedawcę z kiosku domagającego się pięciu 

centów   za   pudełko,   zapewne   dlatego,   że   nie   kupiłam   w   jego   ekskluzywnym   punkcie 

handlowym   niczego   więcej.   Miał   czelność   ofuknąć   mnie,   kiedy   wręczyłam   mu 

dwudziestodolarowy   banknot,   czyli   całą   moją   kasę.   Żeby   załagodzić   sytuację,   wzięłam 

opakowanie gumy do żucia, która i tak była mi potrzebna dla odświeżenia oddechu przed 

powitalnym całusem (zwykle niezbyt gorącym: buzia w ciup, zaciśnięte wargi). Zanosiło się 

także na uścisk po oświadczynach, o ile Michelle miała rację. O Boże, oby jej przewidywania 

się nie sprawdziły!

Kocham   Kirka,  ale   mam   absolutną   pewność,  że   wybrany   przez   niego  pierścionek 

będzie nie do przyjęcia. Czy wypada poruszyć tę kwestię? Kiedy dziewczyna może wystąpić 

z sugestią, że warto byłoby wymienić pierścionek i nie zepsuć przy okazji romantycznego 

nastroju?   Co   na   to   zasady   dobrego   wychowania?   Na   pewno   istnieją   jakieś   wskazówki. 

Niewiele narzeczonych za pierwszym razem dostaje pierścionek swoich marzeń, prawda?

background image

Albo wymarzonego faceta, odezwał się mój wewnętrzny głos. Stop. Nie ze mną te 

numery. Takie rzeczy może wygadywać tylko ktoś w rodzaju Klaudii. A ja jestem szczęśliwa, 

do jasnej cholery. A raczej mam być szczęśliwa.

Niech padnę, ale dopnę swego.

-   Jest   pani   sama?   Kolacja?   Wskazać   stolik?   -   zapytał   szef   sali,   gdy   weszłam   do 

restauracji. Kto samotnie jada kolacyjki w Blue Water Grill? Zapewne Klaudia. Ja na pewno 

nie!

- Jestem umówiona. Mój znajomy pewnie już czeka.

- Ach tak - odparł. - Proszę za mną.

No tak, od razu wiedział, o kim mówię, co oznaczało, że punktualny do przesady Kirk 

skarżył się na mnie personelowi.

Siedział sam, a na mój widok uśmiechnął się promiennie, więc zrozumiałam, że wcale 

nie jest zły, tylko strasznie się cieszy, bo już przyszłam.

Wtedy zdjął mnie jeszcze większy strach.

- Cześć, kochanie - powiedział. Jak szalona żułam miętową gumę na krótko przedtem, 

nim przycisnął wargi do moich ust, więc nic nie poczuł. - Ślicznie wyglądasz.

-  Dzięki  -  odparłam,  lustrując  wzrokiem  bluzkę  i  spódnicę,   jakbym   dopiero  teraz 

uświadomiła sobie, z jakiej okazji tak się wystroiłam. Na czarno. Ten kolor wydał mi się 

najodpowiedniejszy.

- Pozwoliłem  sobie zamówić  butelkę szampana. Szampan?  Musiałam mieć bardzo 

zdziwioną minę, bo zaraz dodał:

- Przecież świętujemy. Aha, kontrakt z Norwood.

Ale kiedy popatrzyłam na Kirka i poczułam na sobie ciepłe spojrzenie lśniących oczu, 

odniosłam wrażenie, że powód może być inny.

O Boże! O Boże! O Boże!

- Zajrzałem do menu. Mają tu znakomite owoce morza.

- Racja, jedzenie - przypomniałam sobie, że mamy zjeść kolację.

Ciekawe, co dodają do tych wszystkich wymyślnych sosów, którymi polewają swoje 

dania? Na pewnie dziś wieczorem zatruję się i padnę. Umrę jak amen w pacierzu, a Kirk 

schowa   zaręczynowy   pierścionek   do   pudełeczka   i   będzie   żyć   dalej,   długo   i   szczęśliwie. 

Oczywiście   wcześniej   trochę   porozpacza.   Niedługo.   Wyobrażam   sobie,   jak   zawiadamia 

rodziców. Jego matka współczująco kiwa głową, ale w głębi ducha cieszy się, że jej wnuki 

nie będą słabowite jak ja. Kayla by mnie żałowała. Tego jestem pewna. Urządziłaby nawet 

teatralne zaduszki na moją cześć. W P.S. 122. Stałabym się sławna.

background image

No i proszę, gdybym wykorkowała, wszystko świetnie by się ułożyło.

- Można przyjąć zamówienie? Kirk spojrzał na mnie z nadzieją.

Zawsze   zamawiam   łososia,   kiedy   nie   ma   nic   innego.   Dzisiaj   byłam   psychicznie 

wykończona   i   nie   miałam   cierpliwości   wysłuchiwać   monologu   kelnera   wyliczającego 

składniki co wytworniejszych dań. Poza tym doszłam do wniosku, że mimo wszystko chcę 

żyć. Tymczasem kelner gapił się na mnie, czekając na zamówienie. Niech się dzieje, co chce.

- Łosoś z rusztu - odpowiedziałam machinalnie.

- Dla  mnie  homar,  na parze  - oznajmił  Kirk. Wygląda  na to,  że wyjdę  za  faceta 

jadającego niemal żywe stworzenia. Wystarczy rzut oka na jego nieszczęsną ofiarę i przez 

całą noc nie zmrużę oka.

Na szczęście podali szampana. Poczułam coś w rodzaju ulgi i natychmiast wypiłam 

duszkiem zawartość kieliszka, nie czekając, aż kelner naleje wina Kirkowi.

- Angie! - rzucił, unosząc swój kieliszek i spoglądając na mnie. Kelner tymczasem 

umieścił butelkę w wiaderku z lodem i zniknął.

- Co? - mruknęłam, z zadowoleniem odstawiając kieliszek.

- Sądziłem, że wzniesiemy toast - wyjaśnił. Ale wpadka!

- Przepraszam, ale...

- Nie szkodzi, zaraz ci doleję. - Wyjął butelkę z wiaderka i napełnił mój kieliszek.

O   rany,   naprawdę   był   w   świetnym   humorze.   Nie   przejmował   się   żadnym   z 

popełnionych przeze mnie głupstw. Wyglądało na to, że Kirk jest reformowalny. Poważnie 

mnie to zaniepokoiło. Gdzie się podział tamten ponurak? Nagle za nim zatęskniłam.

Mimo oporów uniosłam kieliszek.

- Za nas - powiedział Kirk, stukając się ze mną. Jednym haustem wypiłam połowę 

szampana, a następnie, wierna swemu postanowieniu, żeby tego wieczoru zachowywać się, 

jak należy, zapytałam:

- Czy nie powinniśmy raczej wypić za ciebie, kochanie? Uczcijmy twój kontrakt na 

oprogramowanie dla Norwood.

Uśmiechnął się, wyciągnął rękę ponad blatem stolika i dotknął mojej dłoni.

- Otwiera się przed nami nowy, wspaniały świat. Popatrzyłam mu w oczy lśniące od 

promyków świec.

A może to miłość je rozświetliła? Tak na mnie patrzył, że naprawdę mógłby ukrywać 

pierścionek w kieszeni swetra, który dzisiaj włożył.

O Boże!

background image

Szampan zaszumiał mi w głowie i dlatego w przypływie szczerości opowiedziałam 

mu o wysłanych ofertach, na które nie dostałam odpowiedzi. Nawet widok homara podanego 

przez kelnera nie przerwał tego potoku słów.

Kirk sączył wino, pożerał nieszczęsnego homara i współczująco kiwał głową. Kiedy 

się wreszcie odezwał, zdziwiła mnie trafność jego uwag.

- Nie powinnaś się tak szarpać, Angie. Wiem, że przywykłaś walczyć o sukcesy, i 

całkiem   możliwe,   że   jesteś   uzależniona   od   tej   nerwowej   szarpaniny.   Może   warto,   żebyś 

podpisała ten kontrakt, zarobiła trochę pieniędzy i dla odmiany po prostu chwilę cieszyła się 

życiem. Przecież nie musisz wiązać się z tą stacją na zawsze. Popracuj dla nich przez pewien 

czas, żeby łatwiej było ci żyć.

Zapewne   szampan   uderzył   mi   do   głowy,   bo   przyznałam   Kirkowi   rację.   Istotnie, 

powinnam ułatwić sobie życie. Do tej pory wszystko było takie trudne. Może naprawdę warto 

podpisać   kontrakt?   Mogłabym   nadal   chodzić   na   przesłuchania.   Jedno   nie   przeszkadza 

drugiemu. Miałabym nawet więcej czasu na szukanie angażu, bo mogłabym rzucić pracę w 

Lee & Laurie.

Kirk dobrze kombinuje, pomyślałam. Gdy nasza kolacja dobiegła końca, a on się nie 

oświadczył, byłam niemal rozczarowana. Ale nie całkiem. W ciągu ostatnich dwóch tygodni 

zrozumiałam, że wszystko pójdzie gładko, jeśli będę cierpliwa. Pośpiech jest niewskazany. 

Michelle   miała   rację.   Dojrzał,   żeby   się   zdeklarować.   Złapał   kontrakt   z   Noorwood,   więc 

spróbuje i mnie złapać.

O mój Boże!

Chciało mi się palić, ale nie mogłam, rzecz jasna, sięgnąć po papierosa, gdy ramię 

przy ramieniu szliśmy z Kirkiem do jego mieszkania.

-   Cześć,   Henry   -   przywitał   się   wesoło   z   portierem,   gdy   byliśmy   w   holu.   Henry 

uśmiechnął się i mrugnął do mnie, jakbyśmy dzielili jakiś sekret.

Na samą myśl o papierosie śliniłam się niczym pies Pawłowa.

Korciło   mnie,   żeby   zwiać.   Bąknęłam   coś   o   późnej   porze,   lecz   mimo   oporów 

wylądowałam   w   łóżku   Kirka.   Był   super,   chociaż   niewiele   brakowało,   żeby   zapomniał   o 

prezerwatywie. Na szczęście zachowałam trochę rozsądku i przypomniałam mu w ostatniej 

chwili.

Seks wpływa kojąco. Albo otępia. Najlepszym dowodem niech będzie to, że wszystkie 

moje obawy co do przyszłości naszego związku zniknęły, kiedy zaczęłam znowu uprawiać go 

z Kirkiem. Nagle zachciało mi się robić to wszędzie: w publicznej toalecie, w magazynie Lee 

& Laurie (podobno tam nikt nie podgląda). Całkiem mi się to podobało. Urzeczywistniły się 

background image

wszystkie moje szalone fantazje erotyczne. Kirk realizował własne przy każdej nadarzającej 

się sposobności. Wkładał mi łapy pod spódnicę nawet w pustawym kinie, kiedy w sobotni 

wieczór oglądaliśmy jakiś francuski film. Nie poznawałam samej siebie. Cóż za dramatyczna 

przemiana! Nie znoszę tracić choćby kawałka filmu i zawsze z wielką uwagą śledzę rozwój 

akcji. Do kina nigdy się nie spóźniam. Raz zdarzyło się nawet, że to ja popędzałam Kirka z 

obawy,   że   nie   zdążymy   na   czołówkę.   Wtedy   jednak   sporo  mi   chyba   umknęło,   bo  nagle 

zobaczyłam końcowe napisy i nie miałam pojęcia, na co właściwie przyszliśmy.

Byłam jak otępiała, ale to dobrze. Łatwiej mi było znieść, że telefon milczy, a spece 

od castingu wcale się o mnie nie biją. Została mi tylko Viveca Withers, która zachowała się 

jak najlepsza przyjaciółka i jedyna ostoja. Poprosiłam Renę, żeby do niej zadzwoniła, kiedy 

kontrakt   będzie   gotowy.   Wkrótce   dostałam   wiadomość,   że   papiery   przyszły.   Viveca 

zaproponowała termin spotkania, który mi odpowiadał. Miałam przyjść do niej w najbliższy 

poniedziałek, żeby wszystko omówić. Tego samego wieczoru, kiedy już leżeliśmy w łóżku, 

uroczyście oznajmiłam nowinę Kirkowi. Ta błaha w gruncie rzeczy informacja podnieciła go 

do   tego   stopnia,   że   kochał   się   ze   mną   tak,   jakbyśmy   próbowali   sceny   do   filmu 

pornograficznego. Porównanie było trafne jeszcze z innego powodu: aktorski trening trochę 

mi  się przydał, kiedy przyszło do orgazmu.  Chyba  zaczynałam rozumieć,  o co chodzi w 

monogamii. Kto związał się na dobre, brnie dalej niezależnie od tego, co czuje. Cokolwiek się 

zdarzy, gramy dalej, prawda?

Kiedy ja dojrzałam wreszcie do monogamii oraz jej monotonii, Justin niespodziewanie 

zaczął uganiać się za spódniczkami. A raczej to różne laski za nim latały. Zaczęło się od 

wiadomości   przekazywanych   zmysłowym   głosem   automatycznej   sekretarce.   Następnie 

pewnego   wieczoru   po   powrocie   z   Lee   &   Laurie   zastałam   w   mieszkaniu   śliczniutką 

blondynkę, siedzącą wygodnie na mojej kanapie (tak, tak, całkowicie zawłaszczyłam numer 

trzy). Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak się wściekłam na widok tej wesolutkiej panienki, 

która  szarogęsiła   się  w  naszym   salonie.  Na  szczęście  udało  mi  się  ukryć   złość,  zanim   z 

łazienki wyszedł Justin (dzięki Bogu, kompletnie ubrany) z gitarą w ręku.

- Cześć, Angie, pamiętasz Jennę z Black Fence?

- Cześć, Angela - powiedziała Jenna, radośnie machając do mnie na powitanie.

Odsłoniłam zęby w jakiejś parodii uśmiechu. Jenna to cycata barmanka z Black Fence. 

Najwyraźniej   Justin   poznał  ją  w  czasie   jednej   ze  spędzonych   tam   nocy.   Ostatnio   znowu 

mówił coś o swoim występie na piątkowym otwartym koncercie.

- Miałem właśnie zagrać parę kawałków, które przygotowuję na koncert - powiedział, 

kładąc gitarę na kolanach.

background image

Pisał ostatnio piosenki? Nic mi o tym nie mówił.

Jenna rozparła się wygodnie na kanapie. Poły jej bluzki rozchyliły się, ukazując goły, 

płaski brzuch. Odechciało mi się słuchania

- Muszę popracować nad monologiem - oznajmiłam i od-maszerowałam do swojego 

pokoju. Weszłam do środka, trzaskając drzwiami. Tak. Można było zamknąć je ciszej.

Rzecz jasna, nawet nie otworzyłam wyboru tekstów, tylko rzuciłam się na łóżko jak 

obrażona   nastolatka.   Z   rękami   splecionymi   na   piersi   rzucałam   pod   nosem   kalumnie   na 

Justina. Chciał, żeby to Jenna posłuchała jego piosenek. Jenna, nie ja. Jasne. Barmanka z 

Black Fence na pewno gotowa jest załatwić mu występ. Ma takie możliwości. W jej gotowość 

i dobre chęci nie wątpię, ale moim zdaniem jedno i drugie dotyczy nie sztuki, tylko całkiem 

innej sfery życia. Moim zdaniem biedy Justin zamiast sławy zyska... paskudną chorobę.

Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Potem zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak 

bardzo przejmuję się jednym, mizernym podbojem Justina. Pewnie dlatego, że wcześniej nie 

miałam okazji widzieć go w akcji, bo przedtem zawsze wybierał sobie kobiety, od których 

dzieliła go odległość tysięcy kilometrów.

Dzisiejszy obrazek wytrącił mnie z równowagi. I to znacznie bardziej, niż gotowa 

byłam przyznać.

Parę dni później, idąc po schodach, zobaczyłam, że Justin stoi w drzwiach mieszkania 

4B i gawędzi przyjaźnie z naszą sąsiadką, Tanią Burkę. Ogarnęła mnie straszna irytacja. Ta 

dziewczyna praktycznie uwiesiła się na nim, więc nie mógł zrobić ruchu w żadną stronę.

Postanowiłam ułatwić mu podjęcie decyzji.

- Justin, masz chwilkę? Żarówka w holu się przepaliła. Mógłbyś ją zmienić?

-   Jasne,   Angie   -   odparł,   odsuwając   się   od   Tani,   która   wyraźnie   była   z   tego 

niezadowolona. - Dzięki za wszystko, Taniu. Naprawdę jestem twoim dłużnikiem.

- Nie ma sprawy, Justin - powiedziała z promiennym uśmiechem, wpatrzona w niego 

jak w obraz. - Wpadaj, kiedy zechcesz. Dniem i nocą...

Dziwka,   pomyślałam,   otwierając   drzwi.   Wpadłam   do   holu   i   rzuciłam   torbę   na 

podłogę. Z trudem hamowałam wściekłość. A Justin jakby nigdy nic chwycił krzesło z jadalni 

i sprawdzał jego wytrzymałość.

- Co ty robisz, do diabła? - zapytałam. Popatrzył na mnie, zbity z tropu.

- Potrzebuję krzesła, żeby na nim stanąć i zmienić żarówkę.

-   Nie   o   to   mi   chodzi!   -   odparłam   rozzłoszczona.   -   Czemu   się   z   nią   zadajesz?   - 

ciągnęłam,   gwałtownym   ruchem   wskazując   drzwi   do   korytarza.   -   Przecież   to   osiedlowa 

dziwka. Często się z niej śmialiśmy, pamiętasz? Niespełna miesiąc temu żartowałeś sobie, że 

background image

powinna   zainstalować   obrotowe   drzwi,   bo   przez   te   wszystkie   zamki   i   łańcuchy   pod   jej 

drzwiami powstaje zator i faceci się niecierpliwią.

Justin wybałuszył na mnie gały.

- Pomyślałaś, że Tania i ja... - Nagle wybuchnął śmiechem. - Daj spokój, Angie. 

Przecież dobrze mnie znasz.

- Czyżby? - zapytałam, spoglądając w zielone oczy i próbując doszukać się Justina, 

którego dawniej znałam i uwielbiałam.

- Wpadłem na nią w korytarzu. Spytała o Lauren. Sam nie wiem, kiedy dałem się 

zaprosić na kieliszek wina i opowiedziałem jej, co i jak. Wyobraź sobie, ma na stojaku do 

butelek kilka niezłych roczników. Byłem pod wrażeniem...

- To się rzucało w oczy.

- Angie, Tania była strasznie miła. Pamiętała, że Lauren i ja długo byliśmy razem, 

więc chciała się tylko upewnić, czy się już pozbierałem...

- Aha, tam w korytarzu sprawiałeś wrażenie zbolałego nieszczęśnika.

- A co ty wiesz? - żachnął się nagle. - Ciągle stąd znikasz, więc nie da się z tobą 

pogadać. Jak tylko masz chwilę, pędzisz do swojego kochasia. Nie masz zielonego pojęcia, co 

się ze mną dzieje.

Poczułam coś na kształt wyrzutów sumienia, ale niesłusznie. Przecież ostatnio nie 

wracałam do domu na noc, żeby nie natknąć się na Jennę albo jakąś inną lafiryndę rozwaloną 

na mojej kanapie.

- Wydawało  mi  się, że nie życzysz  sobie mojego towarzystwa,  kiedy trzymasz w 

domu ten swój... harem!

- Harem? - Parsknął śmiechem. - Do diabła, o czym ty mówisz?

-   A   Jenna?   Nie   pamiętasz?   Tamtego   wieczoru   tylko   czekała,   żeby   usiąść   ci   na 

kolanach.

- Przyjaźnię się z Jenną. Jest miła. Pomaga mi załatwić: recital...

- Przecież to zwykła barmanka! Uważasz, że obmacywanie kretynki nalewającej piwo 

sprawi, że zdobędziesz wielką sławę? Raczej wątpię, żeby ci się udało.

- Angie! Słyszałaś chyba, że przyjaźnię się z Jenną - powtórzył. - Uważaj, co mówisz. 

I dowiedz się, że właśnie ona - barmanka, która nie wiadomo czemu wydaje ci się takim 

zagrożeniem - załatwiła mi termin na recital w Black Fence!

O rany! Ostatnio za bardzo daję się ponosić emocjom. O mały włos przegapiłabym 

coś naprawdę ważnego.

- Nie! - zawołałam. - Justin, to cudownie. Mów, kiedy występ!

background image

- W piątek wieczorem.

- W ten piątek?

- Zgadza się.

- Justin, przecież to za dwa dni! Przygotowałeś repertuar?

- No pewnie. Od powrotu z Florydy pracuję całymi wieczorami, tylko że ty o tym nie 

wiesz.

- Dlaczego nie pisnąłeś słówka? Justin, dwa dni to za mało, żeby wysłać zaproszenia 

do agentów, a nawet zawiadomić wszystkich znajomych! - zawołałam, w myśli robiąc listę 

osób szczerze życzliwych Justinowi. Uzbierało się ich całkiem sporo.

- Wyślę im e-maile - odparł, wzruszając ramionami.

- Moim zdaniem nie mailuje się do agentów w ostatniej chwili.

- Zaprosiłem C.J. - Nieźle. Ale C.J. mieszkał aż w Westchester. - Poza tym łowcy 

talentów są stałymi bywalcami Black Fence.

- Chyba trochę za bardzo zdajesz się na przypadek. Nie wiadomo, kiedy znowu uda ci 

się załatwić sobie solowy występ. Powinieneś wykorzystać szansę. Ściągnąć, kogo się da...

- Przestań, Angie, za bardzo się przejmujesz. Jakoś to będzie.

Zmartwienia to moja specjalność, więc się zamartwiałam. Jak miałam przestać, skoro 

mój współlokator i najlepszy przyjaciel stawał się coraz bardziej zagadkowy? I na pewno 

coraz   gorzej   się   prowadził.   Wiem,   bo   wieczorem   zadzwoniła   do   niego   kolejna   siksa   o 

głębokim, zmysłowym głosie i akurat ja podniosłam słuchawkę.

Mimo  to postanowiłam być  wielkoduszna i pomóc mu, na ile potrafię. Do piątku 

zostało niewiele czasu, więc jedyne, co mogłam teraz zrobić, to wysłać maile do wszystkich 

znajomych, których namiary miałam, i zaprosić ich na piątek do klubu. Potem wybrałam się 

do Kirka, żeby nie patrzeć na Justina siedzącego na kanapie i emablującego kolejną zdzirę, 

którą nieświadomie zauroczył. Tak - nieświadomie. Byłam coraz bardziej pewna, że choć 

kobiety - od kiedy Lauren zniknęła z horyzontu - lgnęły do niego jak muchy do miodu, on nie 

zdawał sobie sprawy ze swego niewątpliwego uroku.

W   chwilach   przerwy   otępiałam   się,   uprawiając   seks   z   Kirkiem.   Tym   razem   na 

kuchennym stole. I na dywanie w salonie. A potem na biurku w jego sypialni. Kiedy już 

uznałam, że udało mi się zagłuszyć (także w dosłownym znaczeniu tego wyrazu) wszelkie 

niepokoje   dotyczące   Justina,   uświadomiłam   sobie,   że   powinnam   się   martwić   nie   tylko   o 

niego, lecz także o siebie.

background image

Położyłam głowę na ramieniu Kirka, żeby zaczerpnąć tchu, i spojrzałam w dół na 

papiery, wcześniej ułożone w równiutkich stosikach, a w czasie naszego małego erotycznego 

interludium zrzucone z biurka na podłogę...

Na jednym z wydruków był chyba brylant.

- Kirk? - mruknęłam. Zmrużyłam oczy i wytężyłam wzrok. Zgadza się, na zdjęciu był 

pierścionek z brylantem, poniżej krótki opis.

-   Hm?   -   wymamrotał   z   ustami   przy   mojej   szyi,   jakby   zasypiał,   kompletnie 

wyczerpany.

- Co... co to jest? - zapytałam niecierpliwie, wskazując leżącą na podłodze fotografię. 

Odwrócił   głowę,   żeby   zobaczyć,   o   co   mi   chodzi,   potem   spojrzał   na   mnie   z   trochę 

rozczarowaną miną.

- A, to. To żadna tajemnica, ale chciałem zrobić ci niespodziankę.

Bałam się, że serce wyskoczy mi z piersi.

- Rozmawialiśmy o małżeństwie i tak dalej - ciągnął - więc uznałem, że warto zrobić 

mały rekonesans, i dlatego pochodziłem trochę po sklepach. Wygląda na to, że w jubilerskiej 

branży sporo się dzieje. Spójrz tylko na ten pierścionek. - Schylił się, żeby podnieść zdjęcie. - 

Sporo trzeba wiedzieć, nim człowiek zainwestuje swoje pieniądze w takie cacko.

- Masz rację - przytaknęłam.

Popatrzyłam na kartkę, a potem w jego szare oczy. Owszem, warto jest dużo wiedzieć, 

zanim podejmie się decyzję w sprawie pierścionka... albo mężczyzny.

Usiadłam i słuchając w milczeniu uczonych wywodów na temat szlifu, czystości i 

wagi szlachetnych kamieni, uświadomiłam sobie, jak dobrze już znam Kirka. Dużo lepiej niż 

kiedyś. Teraz mogłam przewidzieć niemal każde jego zachowanie. To dodawało mi pewności 

siebie, ale było trochę przerażające.

Jakie to dla niego typowe: roztropnie i drobiazgowo zbiera wszelkie informacje nawet 

wówczas, gdy ma się zdobyć na wyjątkowo romantyczny gest. Nie zauważa tylko, że w tym 

czasie cały romantyzm zdąży ulotnić się bezpowrotnie.

- Angie? Pomyślałem, że moglibyśmy razem przejść się po sklepach... rozejrzeć się. 

Chciałbym wiedzieć, co ci się podoba, nim... - Przerwał i dodał z uśmiechem: - Spotkajmy się 

w piątek. O piątej mam spotkanie z klientem, ale potem moglibyśmy...

- W najbliższy piątek? - przerwałam. - Ale w najbliższy piątek Justin ma występ - 

wymamrotałam, czepiając się pierwszej lepszej wymówki.

- Jaki występ?

background image

- Nie zdążyłam ci powiedzieć. W piątkowy wieczór Justin daje recital w klubie Black 

Fence.

- Angie, wiesz, że nienawidzę zadymionych knajp - zaprotestował.

-   Wyluzuj,   Kirk.   Musisz   przyjść.   Justin   potrzebuje   duchowego   wsparcia.   Trzeba 

zrobić tłum, bo inaczej właściciel lokalu pomyśli, że Justin nie jest w stanie przyciągnąć 

publiczności. Kto wie, może wśród widzów będzie jakiś łowca talentów, który pod wpływem 

entuzjazmu   publiki   zdecyduje   się   dać   Justinowi   szansę?   -   dodałam,   choć   w   głębi   ducha 

miałam w tej kwestii spore wątpliwości. Trudno oczekiwać, żeby uśmiechnęło się do niego 

szczęście, skoro zwlekał do ostatniej chwili.

- No dobra, w sobotę wylatuję dopiero o dziewiątej wieczorem. Możemy się spotkać, 

gdy skończysz pracę, i trochę połazić?

- Nie rozumiem, po co ten pośpiech - odparłam, spoglądając w jego roziskrzone oczy. 

Uśmiechnął się.

- Mojej dziewczynie już się nie spieszy? - Zachichotał. - Chodzi o to, że jeśli Norwood 

podpisze ze mną kontrakt także na obsługę filii, w przyszłym tygodniu będę okropnie zajęty. 

Chciałbym mieć to z głowy, zanim polecę do Chicago.

Z głowy? Nagle uświadomiłam sobie, że mego kandydata na męża znam aż za dobrze. 

Nawet zaręczyny są dla niego kolejnym punktem harmonogramu, który należy odfajkować i 

tyle. Zrobiło mi się smutno.

A jednak machinalnie zgodziłam się na wstępny rekonesans; wspomniałam nawet, że 

znam sklep, który w soboty jest otwarty do siódmej. Byłam tam z Michelle, kiedy szukała 

bransoletki.

Nie protestował. Wręcz przeciwnie: ucieszył się, że mamy konkretny cel, więc nasz 

mały wypad do świata brylantów będzie krótki i przyniesie konkretne efekty.

Poczułam   ulgę.   Zdobyłam   się   też   na   uśmiech,   gdy   przypomniał   mi   się   Rudy.   I 

pierścionek.

Boże drogi, łatwo poszło. Chyba zbyt łatwo.

background image

Z pozoru zwykła roślina doniczkowa

W piątek wieczorem udało mi się zaciągnąć opornego Kirka do klubu Black Fence. W 

ostatniej chwili zachęciłam też do przyjścia kilku znajomych. Oczywiście przez wzgląd na 

Kirka nie mogłam zawiadomić Josha, a Michelle odpadła z powodu facetów. Zbyt  wiele 

pokus w jednym pomieszczeniu.

Rzecz jasna, zjawił się Colin: wystrojony, zapięty pod szyję, cały na niebiesko. Często 

nosił niebieskie rzeczy, bo podkreślały kolor jego oczu. Podkochiwał się w Justinie, który nic 

o tym nie wiedział. Zresztą nie miał głowy do takich spraw, bo w chwili, gdy przyjechaliśmy, 

zagarnęła go horda dwudziestu paru znajomych Jenny ściągniętych przez nią na ten ważny 

koncert i okupujących dwa stoliki na samym przodzie.

Strasznie się ucieszyłam na widok Grace, która wyglądała zabójczo, choć miała na 

sobie tylko zwykłe dżinsy i czarny top odsłaniający ramiona i dekolt. Ale jaki to był dekolt! 

Nie zabrakło również Klaudii. Weszła tuż za Grace, zamotana w te swoje czarne szmaty, i 

rozejrzała się po zadymionej sali udekorowanej plakatami, w której kłębił się tłum gości w 

różnym wieku. Po chwili namysłu wkroczyła w strefę mroku. Muszę przyznać, że byłam jej 

wdzięczna za przyjście, bo nasza gromadka prezentowała się raczej skromnie.

Przedstawiłam Klaudię wszystkim siedzącym przy stoliku, a Grace przywitała się z 

Colinem i Kirkiem. Potem obie usiadły razem i natychmiast zaczęły plotkować o gościach, 

zachwycając się co bardziej męskimi spośród zgromadzonych w sali facetów. Zastanawiałam 

się, czy te dwie wariatki nigdy nie zmądrzeją, a tymczasem Colin radośnie paplał z Kirkiem o 

szykującym się kontrakcie. Rano spotkał się z agentem. Twierdził wprawdzie, że przez sobotę 

i niedzielę  musi wszystko  przemyśleć,  lecz  mimo  to byłam  pewna, że jest zdecydowany 

przyjąć   zaproponowane   warunki   i   podpisać   umowę.   Zanotowałam   sobie   w   pamięci,   że 

pojutrze   muszę   do   niego   zadzwonić   i   wypytać   o   szczegóły   przed   czekającym   mnie 

spotkaniem.

- Wiem, że Angie jest strasznie przejęta - powiedział Kirk, obejmując mnie ramieniem 

i   przyciskając   tak   mocno,   że   omal   nie   zakrztusiłam   się   przełykanym   właśnie   haustem 

margarity.

Nie   mogłam   się   skupić   na   rozmowie,   bo   jednocześnie   słyszałam   głos   Klaudii 

mówiącej do Grace:

- To on? - Wskazała ręką Justina, który opuścił swoje towarzystwo, wszedł na scenę i 

szykował się do koncertu.

background image

- Justin we własnej osobie - przytaknęła Grace.

-   Świetny   facet   -   uznała   Klaudia,   obrzucając   mego   współ-lokatora   taksującym 

spojrzeniem.   Można   powiedzieć,   że   niemal   rozbierała   go   wzrokiem.   -   Na   miłość   boską, 

gdzieś ty go ukryła?

Poczułam   dziwne   ukłucie   w   sercu,   które   z   pewnością   nie   było   spowodowane 

przełkniętym właśnie alkoholem. Grace od razu spostrzegła, że czuję się nieswojo, obrzuciła 

mnie bacznym spojrzeniem i odparła:

- Ja go nie ukryłam. To współlokator Angie, nie mój.

-   Kochana   Angelo,   strasznie   jesteś   pazerna.   Nie   dość,   że   zawłaszczyłaś   jednego 

przystojniaka - strofowała mnie Klaudia, wskazując ręką, w której trzymała papierosa, na 

Kirka, szczęśliwie pogrążonego nadal w rozmowie z Colinem - to w domu czeka na ciebie 

drugi facet. Mamusia cię nie nauczyła, że wszystkim należy dzielić się z przyjaciółkami?

Chciałam się odciąć, jak należy, lecz w tej samej chwili do naszego stolika podszedł 

Justin, więc darowałam sobie kąśliwą ripostę.

-   Witam   wszystkich.   Cieszę   się,   że   przyszliście,   chociaż   informacja   o   koncercie 

pojawiła się tak późno - zagadnął, pokazując w uśmiechu piękne zęby.

- Ten facet mnie rozgrzewa - dobiegł mnie głos uradowanej Klaudii szepcącej do 

Grace. - Ciepło, ciepło, mój kochany, a może być gorąco.

Grace spojrzała na mnie, jakby oczekiwała, że zareaguję.

Oczywiście starałam się zachować kamienną twarz, obserwując Colina, który wstał i 

na powitanie otworzył ramiona przed Justinem.

- Jak się masz, stary? - zapytał Justin, jak zawsze przyjacielsko klepiąc go po plecach. 

Podejrzewam, że Colin był bliski ataku serca.

- Cześć, Kirk. - Justin obszedł moje krzesło i uścisnęli sobie z Kirkiem dłonie. - 

Dzięki, że wpadłeś, stary.

- Nie mogłem tego przegapić - odparł Kirk, daremnie udając, że nie przygląda się 

mojemu współlokatorowi.

- Witaj, Grace! - zawołał Justin, ignorując mnie kompletnie.

- Świetnie wyglądasz. - Grace wstała, żeby go uścisnąć.

- O Boże, nie widzieliśmy się ze sto lat! Musisz częściej wpadać w nasze rejony.

- Dziwne, że tego nie robi, skoro wiadomo, jak uwielbia miejskie życie - wtrąciłam, 

pokazując   wymownym   gestem   wszystkich   facetów   dookoła.   Udała,   że   tego   nie   widzi   i 

odwróciła się do Klaudii.

- Justin, przedstawiam ci Klaudię, moją szefową u Roxanne Dubrow.

background image

- Bardzo mi miło - wdzięczyła się Klaudia. Niczym prawdziwa hrabina podała mu 

rękę do pocałunku. Chyba jej odbiło. Pewnie wyobraża sobie, że bryluje w arystokratycznych 

salonach.

Justin,   rzecz   jasna,   nie   zorientował   się,   co   jest   grane,   i   niezdarnie   uścisnął   dłoń 

skierowaną grzbietem ku górze. Potem poszedł przywitać się z resztą gości.

Nie  spuszczałam   z  niego  oka, kiedy witał   się  z kilkoma  swoimi   znajomymi  przy 

sąsiednim   stoliku.   Siedziała   z   nimi   efektowna   ruda   laska,   którą   rozpoznałam.   Była 

producentką paru jego krótkich filmów.

Justin,   który   czarował   gości,   wydał   mi   się   znowu   obcym   człowiekiem.   Tak   jak 

podczas naszego pierwszego spotkania na zajęciach aktorskich. Dokładnie pamiętałam, jak 

mnie wówczas przerażał. Musiało minąć trochę czasu, zanim odkryłam,  że nie ma wcale 

skłonności do łamania kobiecych serc, ale jest poczciwym kolekcjonerem wygodnych kanap i 

lojalnym przyjacielem.

Tym   razem   nie   czułam   strachu,   lecz   z   jakiegoś   powodu   byłam   poważnie 

zaniepokojona. Co gorsza, zauważyłam, że zbliża się czas jego wyjścia na scenę. Całkiem 

wytrąciło   mnie   to   z   równowagi.   Czyżby   Justin   w   ogóle   nie   miał   zamiaru   się   ze   mną 

przywitać? Z wielkim ożywieniem zaczęłam mówić coś do Grace, żeby pokazać, że mi to 

zwisa,   kiedy  nagle   ktoś   dotknął   mojego   ramienia.   Podskoczyłam.   Kiedy  się   odwróciłam, 

zamiast obcego faceta ujrzałam starego przyjaciela.

-   Dzięki,   Angie.   -   Przykucnął   obok   krzesła   i   wpatrywał   się   we   mnie   zielonymi 

oczyma.

- Za co?

- Że ściągnęłaś tu tych wszystkich ludzi. Wiem, że trochę cię dziś zaniedbywałem...

- Przyjaciele muszą sobie pomagać, nie? - przerwałam, zaglądając mu w oczy. Przez 

chwilę nie potrafiłam określić, co wyrażają. Czyżby to była trema? - Dasz sobie radę tam, na 

scenie? - zapytałam z obawą.

- Spoko. Nie nawalę - zapewnił. - Zresztą nie wygląda na to, żeby ważniacy z branży 

pofatygowali się na mój koncert - dodał, wymownie spoglądając na wytarte T-shirty i sprane 

dżinsy tłumnie zebranej publiczności.

I zanim zdążyłam powiedzieć, że trzymam za niego kciuki, Justin zerknął pospiesznie 

na Kirka, nadal pogrążonego w rozmowie z Colinem, i pocałował mnie w same usta.

- To na szczęście - wyjaśnił z uśmiechem zapierającym dech w piersiach i odszedł.

Odwróciłam się do Grace, która uniosła brwi, jakby chciała zapytać, co jest grane.

background image

No   właśnie,   zastanawiałam   się.   Dotknęłam   warg,   które,   ku   memu   zaskoczeniu, 

delikatnie pulsowały.

Justin wszedł na scenę. Wszystkie szalone myśli, które przelatywały mi przez głowę, 

w jednej chwili ustąpiły miejsca obezwładniającemu strachowi. Błagam, Panie Boże, spraw, 

żeby mu dzisiaj dobrze poszło, modliłam się, patrząc, jak sięga po mikrofon.

- Jaki dziś macie nastrój? - zagaił.

Odpowiedzią  było  radosne  pokrzykiwanie  publiczności.  Grace włożyła  nawet  dwa 

palce do ust i głośno gwizdnęła.

-   Dużo   tu   mamy   nowojorczyków?   -   spytał   Justin.   Znowu   rozległy   się   okrzyki. 

Uderzyłam   dłonią   w   stół,   niechcący   rozchlapując   piwo   Kirka,   który   rzucił   mi   karcące 

spojrzenie. Udałam, że tego nie widzę.

- Uwielbiam nasze miasto - westchnął Justin, biorąc próbne akordy.

W końcu zaczął grać, najpierw niby z wahaniem, potem coraz śmielej, jakby nabierał 

pewności siebie. Melodia była szybka, chwytliwa, utrzymana w klimacie rytmicznego bluesa.

Taka była liścia raz z drzewem rozmowa: Dla nas obu sprawa to wcale nienowa. 

Ciepły promyk słońca, ożywczy, milutki Świecąc na mnie, wywoła życiodajne skutki. Foooo 

- toooo - synteza! Foooo - toooo - synteza!

Byłam   tak   zaskoczona,   że   mimo   woli   parsknęłam   śmiechem.   Tylko   Justin   mógł 

napisać   piosenkę   dotyczącą   zjawiska,   o   którym   zwykli   ludzie   zapominają,   gdy   mają   w 

kieszeni maturę. Jak wpadł na taki pomysł? Po minach innych słuchaczy poznałam, że są 

równie zaskoczeni fotosyntezą z refrenu. Widziałam głowy pochylone ku sobie, dobiegały 

mnie   stłumione   chichoty.   Justin   śpiewał   dalej,   a   ja   odruchowo   zaczęłam   bujać   stopą. 

Publiczność kiwała się w rytm melodii.

Powiedział tak słupek kiedyś do pręcika:

Bez ciebie sens mego istnienia zanika.

Gdyby na mnie nie padał życiodajny pyłek

Czekałby nas rychły wegetacji schyłek!

Foooo - toooo - synteza!

Foooo - toooo - synteza!

Fo - fo - fo - fo - fo - fo - fo - fo

Fotosynteza!

To dobry start...

Nim refren zabrzmiał po raz drugi, cała publika wprost oszalała. Cała - z wyjątkiem 

Kirka, który pochylił się i szepnął mi do ucha:

background image

- Co to za bzdury?

Odwróciłam się, żeby na niego popatrzeć z wyższością (przynajmniej taki miałam 

zamiar),   ale   nie   wiem,   czy   zauważył,   bo   natychmiast   przeniosłam   wzrok   na   Justina, 

kończącego   piosenkę   przy   akompaniamencie   okrzyków   zachwyconej   publiczności.   Grace 

odwróciła się do mnie i mrugnęła okiem. Obie biłyśmy brawo jak szalone. Colin promieniał, 

Klaudia wzniosła brwi, jakby nie dowierzała, że tak się dobrze bawi, słuchając wierszowanej 

pochwały świata roślinnego. Kirk przewracał oczyma. Nie zwracałam na niego uwagi, co nie 

było trudne, bo Justin znów pochylił się ku mikrofonowi.

- Zmieniamy nastrój - mruknął i zaczął grac smutną, rzewną melodię.

Kto by przypuszczał, że ten pogodny wesołek umie pisać takie ckliwe kawałki. To był 

prawdziwy blues, a słowa... Po prostu serce ściskało się z żalu.

Razem w oknie stać...

To wszystko, czego chcę,

Patrząc na obcy świat,

Nie mogę zapomnieć cię,

Bo miłość nadal trwa,

A moja najdroższa

Odeszła.

Zagubiony i samotny. 

To ja...

Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Publiczność: wsłuchiwała się w czysty, mocny 

głos Justina, śpiewającego smutnego bluesa o smutnym mężczyźnie świadomym ogromnej 

straty. Byłam jak zahipnotyzowana. Inne dziewczyny też uległy czarowi piosenki, jeśli sądzić 

po rozmarzonym wyrazie ich oczu.

Gdy ucichł ostatni akord, publiczność zareagowała entuzjastycznie. Grace, ja, Klaudia 

i Colin zerwaliśmy się na równe nogi. Klaudia miała taką minę, jakby zamierzała natychmiast 

zdjąć stanik i rzucić go pod nogi swemu idolowi. A niech ją wszyscy diabli!

Oczarowana publiczność jadła Justinowi z ręki. Zrobiło mi się wstyd, że jeszcze przed 

chwilą wątpiłam w jego sukces.

Zabrzmiała kolejna, liryczna, ale nieco szybsza piosenka.

Moja miła nie jest doskonała.

Wino odstawia, wody by chciała.

Najbardziej lubi słoneczne dni,

Wciąż o nich śni.

background image

W zgodzie z naturą żyje

Ta moja Bernadetta...

Ta moja Bernadetta.

Wybuchnęłam śmiechem.

- Bernadetta to jego azalia - poczułam się w obowiązku wyjaśnić tym  wszystkim, 

którzy odwrócili się i patrzyli na mnie zdumieni.

Nikt nie wiedział, o co chodzi, ale to nie miało znaczenia. Chwytliwy rytm porwał 

słuchaczy, którzy zaczęli wyklaskiwać rytm. Kiedy Justin po raz drugi zaintonował refren, 

cała sala śpiewała z nim.

Natychmiast potem zaczął następną piosenkę, tak samo wpadającą w ucho, z tekstem 

równie osobliwym, w którym mowa była  o zapuszczaniu korzeni i sięganiu głową nieba. 

Zaczynałam rozumieć, o co chodzi w tym recitalu. Zanim uradowany Justin skończył występ i 

zszedł ze sceny, żegnany burzliwymi oklaskami widowni, wszystko stało się dla mnie jasne.

- I co sądzicie? - zapytał, przysiadając się do nas.

- Fantastycznie! - zawołaliśmy jednocześnie. Tylko Kirk nie przyłączył się do chóru i 

patrzył na Justina jak na niepełnosprawnego umysłowo.

- Zatytułowałem ten recital „Piosenki dla Bernadetty” - powiedział, robiąc do mnie 

oko.

-   Kim   jest   ta   Bernadetta?   -   zapytała   Klaudia,   pochylając   się   w   jego   stronę.   - 

Prawdziwa szczęściara. - Najwyraźniej nie uwierzyła w żadną azalię.

- Zgadza się. Przyniosła mi szczęście. Zmieniła moje życie

- przytaknął Justin, nadal spoglądając na mnie. - Ma wielką zaletę: niezależnie od 

okoliczności stale jest ze mną. Nie odstępuje mnie ani na krok.

Byłam trochę rozczarowana, że wszystkie piosenki dotyczyły zwykłej azalii. W końcu 

mógł zaśpiewać coś o mnie. Też ma mnie pod ręką. Ale niech tam. Najważniejsze, że Justin 

tak dobrze wypadł. Dawno nie widziałam, żeby był taki radosny i ożywiony. Za nic w świecie 

nie przepuściłabym takiej okazji.

Za to Kirk miał dość.

- Możemy już iść? - zapytał scenicznym szeptem, kiedy Jenna przechyliła się nad 

stołem, żeby cmoknąć Justina w policzek. Zaproponowała nam wszystkim kolejkę na koszt 

firmy.

- Dlaczego? Jeszcze wcześnie.

- Jestem zmęczony, a rano czeka mnie mnóstwo pracy. - Opadł bezwładnie na oparcie 

fotela. - Dobija mnie ten cholerny dym. - Machnął ręką w stronę Klaudii, która przed chwilą 

background image

znowu się zaciągnęła. Przysunął się bliżej, żeby nikt prócz mnie go nie usłyszał. - Poza tym 

nie mogę już słuchać zachwytów nad tym kretyństwem.

- Zazdrościsz mu - odcięłam się szeptem i spiorunowałam go wzrokiem.

- Ja? - Wybuchnął śmiechem. - Jemu? Daj spokój, Angela. No, wychodzisz czy nie?

Wstał. Nie wiedziałam, co robić. Patrzyłam, jak podchodzi do drzwi i przystaje, jakby 

czekał, aż podejmę decyzję.

- Ja... Muszę już iść - mruknęłam, wstając.

- Teraz? - zaprotestował Justin. - Jenna zaraz poda nam drinki!

- No właśnie, Angie, musisz zostać! - zawołała Grace.

- Zabawa dopiero się rozkręca.

- Kirk jest zmęczony, a ja rano muszę być w pracy - tłumaczyłam. Nim zdołali mnie 

namówić, pożegnałam się i wyszłam z klubu. Kirk właśnie łapał taksówkę.

- Zachowałeś się jak ostatni gbur - powiedziałam.

- Dlaczego? - Popatrzył na mnie, opuszczając rękę.

- Nawet się nie pożegnałeś!

- Posłuchaj, Angie. Chciałaś, żebym przyszedł, więc przyszedłem, choć przed podróżą 

mam huk roboty, o czym doskonale wiesz...

- Mieliśmy uczcić sukces Justina. Powinniśmy z nim zostać, skoro udało mu się...

- A właściwie co mu się udało? - przerwał zirytowany.

- O czym on właściwie śpiewał? Przecież to bez sensu!

- Teksty dotyczyły jego azalii - zaczęłam mu tłumaczyć.

- No wiesz, tej dostarczonej kiedyś przypadkowo. - Nagle uświadomiłam sobie, że kto 

jak   kto,   ale   Kirk   na   pewno   nie   zrozumie,   na   czym   polega   dowcip,   nawet   jeśli   usłyszy 

prawdziwą historię tej rośliny.

-   Aha,   teraz   rozumiem.   I   chcesz,   żebym   się   z   tego   śmiał?   To   naprawdę   bardzo 

śmieszne, Angie. Ubawiłem się do rozpuku. A teraz chyba możemy już jechać. I bez nas 

twojemu kumplowi nie zabraknie fanów.

- Ty naprawdę jesteś zazdrosny!

- Nieprawda! - zaprzeczył. - Nie widzę powodu, żeby kadzić temu facetowi. Przecież 

zdajesz sobie sprawę, że choćbyśmy go w nieskończoność poklepywali po plecach, choćby 

tamta laska postawiła mu jeszcze wiele kolejek, on i tak do niczego nie dojdzie.

- Jest wyjątkowo utalentowany, ale do tej pory nie miał okazji, żeby się wybić.

Kirk burknął pogardliwie i znów podniósł rękę, żeby zatrzymać taksówkę.

background image

-   Bzdura!   Nawet   gdyby   podano   mu   wszystko   na   złotej   tacy,   nie   potrafiłby 

wykorzystać szansy. Powiedz szczerze, czy widziałaś, żeby on kiedyś solidnie pracował?

Trafiony, zatopiony. Sama od miesiąca zadaję sobie takie pytanie.

- Oczywiście wiem, że w przemyśle rozrywkowym trudno się wybić - ciągnął Kirk - 

ale spójrz na siebie. Ty próbujesz. Starasz się przynajmniej. Chcesz do czegoś dojść.

Popatrzyłam na niego. Czyżby? Ciekawe do czego. Tak się składa, że mój ewentualny 

kontrakt i współpraca z „Rośnij zdrowo” prowadzi... donikąd.

Zapewne ta myśl sprawiła, że zawahałam się, kiedy taksówka zatrzymała się, a Kirk 

otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka.

- Chodź, Angie, jedziemy! - rzucił.

Nadawaliśmy   na   innych   częstotliwościach.   Poczułam   się   jak   przybysz   z   innej 

planety... Albo jak Bernadetta, zapierająca się korzeniami z całych sił, żeby nikt nie wyrwał 

jej z doniczki.

- Nie jadę.

- Dobra. - Zacisnął zęby, trzasnął drzwiami i odjechał. Zostałam sama. Musiałam teraz 

wrócić do klubu i stawić czoło znajomym.

- Co się stało? - zapytała Grace.

- Nic - odparłam beztrosko. - Kirk był wykończony, więc pojechał do domu, a ja... 

wolałam   zostać.   -   Popatrzyłam   na   Justina,   który   opróżniał   właśnie   kolejny   kieliszek   w 

towarzystwie Klaudii i Colina. Podniósł wzrok i zobaczył mnie.

- Cześć. Wiedziałem, że wrócisz - oznajmił uradowany. Gdy usiadłam, przysunął się 

do mnie z krzesłem. Czułam się trochę niezręcznie, bo Grace puściła do mnie oko. Wcześniej 

obserwowała Kirka i tak samo jak ja była  oburzona jego zachowaniem. Na szczęście nie 

musiałam niczego więcej tłumaczyć ani za nic przepraszać, bo niespodziewanie do naszego 

stolika podszedł C.J. z Danielle, swoją żoną.

-   Cześć,   stary!   Jednak   wpadłeś!   -   zawołał   Justin,   zrywając   się   z   krzesła.   Objął 

serdecznie swoich dawno niewidzianych przyjaciół.

- Udało się, jak widzisz. Przyjechaliśmy do miasta, żeby przesłuchać nowy zespół, 

który mamy na oku, więc postanowiliśmy wpaść również na twój koncert...

- Niestety, już się skończył - przerwał Justin, nadal uśmiechnięty od ucha do ucha, 

jakby w ogóle nie przejmował się tym, że przeszła mu koło nosa życiowa szansa zrobienia 

kariery w branży muzycznej.

-   Występ   był   rewelacyjny   -   usłyszałam   nagle   własny   głos.   -   Wcale   bym   się   nie 

zdziwiła, gdyby poprosili Justina o następny koncert w przyszłym tygodniu.

background image

Całe   siedzące   przy   stole   towarzystwo   przytaknęło   ochoczo.   C.J.   zareagował   jak 

prawdziwy profesjonalista - natychmiast poprosił Justina o przygotowanie taśmy demo.

- Dobra, stary, ale najpierw skończę piwo - roześmiał się Justin i uniósł szklankę.

Nagle przemknęło mi przez myśl, że Kirk trafił w samo sedno. Wygląda na to, że 

Justin ma wyjątkowy talent do marnowania okazji, nawet jeśli mu się coś podsuwa pod sam 

nos. Z filmem było podobnie. Za debiut dostał nagrodę, ale porzucił reżyserię. A w życiu 

prywatnym? Dopiero kiedy Lauren poleciała na Florydę, uświadomił sobie, że ją kocha.

Teraz   cieszył   się   z   sukcesu  i   wydawało   się,   że   niczego   więcej   nie   trzeba   mu   do 

szczęścia.   No,   może   poza   piwem.   Ale   właśnie   Jenna   postawiła   przed   nim   kolejną   pełną 

szklankę. Tak naprawdę Justin wciąż uciekał. Przed wszystkim. Na przykład przed miłością. 

Dlatego zawsze wybierał kobiety, które były daleko. Dlatego z góry zakładał, że wszystkie 

marzenia są nieosiągalne. A ja, biegając przez kilka ostatnich tygodni z przesłuchania na 

przesłuchanie, nabrałam pewności, że to drugie jest niewybaczalnym błędem.

Goście jeden po drugim opuszczali bar. Najpierw wyszedł C.J. z Danielle, bo czekała 

ich długa jazda do Westchester. Grace wyszła z Klaudią, bo umówiły się, że razem pojadą 

taksówką, żeby było taniej. Colin gotów był siedzieć całą noc i słuchać Justina, ale i jego 

zmogło zmęczenie, więc pojechał do domu.

W końcu zostałam sama z Justinem. Piechotą ruszyliśmy przez miasto.

- Mimo naszych obaw wszystko się udało, co? - zagadnęłam.

- Aha - przytaknął ze wzrokiem utkwionym w chodnik.

- Dlaczego tego nie wykorzystałeś? Powinieneś opracować pełny recital, nagrać taśmę 

demo, jak proponował C.J.

- Może i tak. Ale wiesz - wybuchnął śmiechem - ten koncert dałem dla hecy. Wcale 

nie jestem pewny, czy...

- Justin! - przerwałam, zatrzymując się w pół kroku. - Czy ty nie widzisz, co się 

dzieje?

- Co niby się dzieje? - Popatrzył na mnie, kompletnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi.

-   Na   niczym   nie   potrafisz   się   skupić.   To   się   nazywa   słomiany   ogień.   Nie 

wykorzystujesz  fantastycznych  szans! Publiczność była  tobą zachwycona, kumpel  chce ci 

pomóc, proponuje ci nagranie płyty...

- Wiem, wiem. Masz rację - odparł wymijająco i szybko zmienił temat: - Słyszałem, 

że Colin szykuje się do podpisania kontraktu z Foxem. A ty? Zamierzasz zostać w „Rośnij 

zdrowo”?

background image

Widziałam, że przygląda mi się z ukosa. Westchnęłam, bo nagle powróciły wszystkie 

moje wątpliwości.

- Sama nie wiem. To wielka szansa...

- Albo definitywny kres wszelkich szans.

- W końcu trzeba się na coś zdecydować, żeby rozpocząć kolejny życiowy etap. To 

zawsze wiąże się z jakimiś zobowiązaniami.

- Naprawdę uważasz, że dzięki temu programowi zrobisz ważny krok naprzód?

- Nie - przyznałam - ale zapewnię sobie życiową stabilizację. Sam przyznasz, że to 

ważny argument za przyjęciem tej propozycji. Ale dalej zamierzam szukać roli swojego życia 

i chodzić na przesłuchania. - Opowiedziałam mu o telefonie od asystenta reżysera i jego 

zapewnieniach, że coś dla mnie znajdzie. Justin był zachwycony.

- Fantastycznie!  Ale wiesz, co ci powiem?  Jeśli podpiszesz kontrakt, w ogóle nie 

będziesz mogła szukać roli swojego życia. Oni kupią cię na wyłączność. I ty mi zarzucasz, że 

marnuję okazje? A sama co robisz? Całkowicie się ich pozbawiasz! Nie widzisz tego?

Miał rację. Jeśli podpiszę kontrakt na udział w „Rośnij zdrowo”, a potem dostanę inną 

propozycję, znajdę się w sytuacji bez wyjścia. Sporo czasu minie, zanim zdołam unieważnić 

umowę.

- Skąd pewność, że ktokolwiek zaproponuje mi rolę? - zapytałam. - A jeśli to moja 

ostatnia szansa?

Justin może sobie mówić, co chce, ale na razie nic nie zapowiadało, że posypią się 

ciekawe propozycje. Bałam się, że jak nie podpiszę umowy z Foxem, mogę zostać na lodzie.

- Angie, nie wolno ci tak myśleć. Przestań świrować. Jesteś piękna i utalentowana. 

Asystent   reżysera   zadzwonił,   aby   cię   o   tym   zapewnić   i   zapowiedzieć,   że   za   jakiś   czas 

znajdzie coś dla ciebie. Mało kto ma taki fart - tłumaczył z uśmiechem.

- Nie zapominaj, że mieszkasz w Nowym Jorku. Tutaj wszystko jest możliwe. Sam 

jestem tego najlepszym przykładem. Śpiewam o jakiejś cholernej azalii i ludzie to kupują.

Publika szaleje. Musisz być czujna i gotowa, żeby wykorzystać swoje pięć minut.

Dobrze mówił. Pochopne decyzje zemszczą się wcześniej czy później. Rzecz w tym, 

żeby wiążąc się na stałe, dokonać odpowiedniego wyboru.

Podniosłam wzrok i zorientowałam się, że stoimy przed naszą kamienicą. Justin wyjął 

klucze i otworzył drzwi. Szłam przodem po schodach i pierwszy raz od wielu dni było mi 

lekko na sercu.

- Jestem wykończony - mruknął Justin, kiedy weszliśmy do mieszkania. - Natychmiast 

walę się do wyra.

background image

Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się do niego.

- Dzięki.

- Za co? - Odwrócił się, żeby na mnie popatrzeć.

- Przypomniałeś mi, że jeszcze wszystko przede mną.

- Angie, z nas wszystkich ty masz największe szansę na wielką karierę - zapewnił 

pogodnie, objął mnie i przytulił z całej siły.

Wtedy   poczułam   ten   sam   dreszcz,   który   przebiegł   mnie,   gdy   przed   koncertem 

pocałował mnie na szczęście. Z Justinem chyba było podobnie, bo odskoczył jak oparzony, 

byle dalej ode mnie. Omal nie wpadł na kanapę numer trzy.

- Dobra, idę do łóżka - mruknął i, unikając mojego wzroku, pomaszerował do sypialni. 

Starannie zamknął za sobą drzwi.

Poszedł sobie, a ja nadal czułam ciepło jego ciała. Cholera jasna, co się dzieje?

Znałam odpowiedź, ale nie śmiałam jej wypowiedzieć nawet w myślach. Pobiegłam 

do swego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz. To był jedyny sposób, żeby udaremnić szalony 

pomysł, który nam obojgu przyszedł do głowy.

Nie miałam wątpliwości, że byłoby to czyste wariactwo. Oboje za dużo wypiliśmy. To 

nasze jedyne usprawiedliwienie. Może znalazłyby się też inne.

Położyłam się do łóżka, ale przysięgam, że przez całą noc nie zmrużyłam oka.

background image

Ja biorę brylant (byle duży), a wy zatrzymajcie sobie męża

Kirk zadzwonił, żeby się upewnić, czy spotykamy się po południu. Ani słowem nie 

wspomniał o wieczornym incydencie, co mi się wydało dziwne, bo ja wciąż gotowałam się ze 

złości na myśl o jego wczorajszym postępowaniu. Wobec Justina oczywiście. Ale dla facetów 

w typie Kirka ludzkie uczucia prawie się nie liczą. Ja jestem inna. Do dzisiaj byłam wściekła. 

Nie mogłam jednak wyrazić swoich uczuć, bo rozmowa była za krótka.

- Spotkajmy się o czwartej trzydzieści na rogu Dwudziestej Siódmej i Piątej. Jeśli 

przyjdziesz punktualnie, będzie dość czasu na obejrzenie sklepów, a ja bez problemu zdążę na 

samolot. Tylko się nie spóźnij, Angie - ostrzegł.

-   Jesteś   pewny,   że   zdołasz   wykroić   tę   chwilę   na   spotkanie   ze   mną?   -   zapytałam 

ironicznie. Zirytował mnie tą aluzją do mego braku punktualności.

- Tak, o ile zjawisz się na czas. Tak. Jasne.

Odłożyłam słuchawkę i zobaczyłam, że Michelle nie spuszcza ze mnie oka. Na pewno 

podsłuchiwała.

- Kurczę, dlaczego mi nie powiedziałaś, że idziesz do Rudy’ego?! - zapytała z miną 

wyrażającą i radość, i oburzenie.

No właśnie. Dlaczego jej o tym nie wspomniałam? Chyba miałam na głowie za wiele 

spraw. Przesłuchanie, występ Justina, ten cholerny kontrakt...

Prawda, kontrakt. Powinnam zadzwonić do Colina i sprawdzić, co powiedział jego 

agent. Muszę wiedzieć, co nam proponują. Nie zamierzam rezygnować, póki się nie dowiem, 

z czego właściwie rezygnuję.

- Poczekaj chwilę! - zawołałam do Michelle, która już otwierała usta - chyba po to, 

żeby udzielić mi kilku dobrych rad dotyczących polowania na zaręczynowy pierścionek.

- Zaraz wracam. - Zerwałam się z krzesła i pobiegłam do drugiego aparatu, który był 

na zapleczu. Musiałam porozmawiać na osobności.

Po wysłuchaniu relacji Colina utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogę podpisać 

kontraktu,   chociaż   na   początku   omal   się   nie   złamałam:   Fox   oferował   dobre   pieniądze   i 

ubezpieczenie zdrowotne. Colin nie mógł ochłonąć z wrażenia, kiedy o tym mówił. Potem 

jednak okazało się, że umowę trzeba podpisać na trzy lata. Co gorsza - zawierała klauzulę 

wyłączności.   Najwyraźniej   właściciele   stacji   liczyli,   że   program   chwyci,   a   wtedy   drogo 

sprzedadzą czas reklamowy. Nie mogli więc pozwolić, żeby prowadzący - czyli Colin i ja - 

sprzedawali swój wizerunek gdzie indziej, bo mogłoby to kolidować z charakterem „Rośnij 

background image

zdrowo”. Z tego wniosek, że gdyby w ogóle pozwolili mi występować, mogłabym zagrać 

najwyżej Anię z Zielonego Wzgórza.

Po   odłożeniu   słuchawki   poczułam   coś   na   kształt   ulgi.   Za   chwilę   przestanę 

występować   w   „Rośnij   zdrowo”.   Tej   jednej   jedynej   rzeczy   dotyczącej   mojej   przyszłości 

mogłam być pewna. Dobre i to, stwierdziłam z zadowoleniem.

Zadowolenie prysło, kiedy wróciłam do naszego biurowego boksu. Michelle czekała 

niecierpliwie z tysiącem dobrych rad, dotyczących kolejnego poważnego kroku, do którego 

się   szykowałam.   Tylko   że   ona   mówiła   tylko   o   pierścionku,   a   ja   zastanawiałam   się   nad 

facetem...

Po   skończonej   zmianie   byłam   istnym   kłębkiem   nerwów.   No   tak,   kwadrans   po 

czwartej, ale to nie moja wina. W ostatniej chwili pojawiła się niezdecydowana klientka. 

Długo wahała się, który z szafirowych sweterków ma kupić: w serek czy w łódkę. Co ja bym 

dała, żeby mieć wyłącznie takie problemy.

Gdy wybiegłam na ulicę, natychmiast zachciało mi się palić. Ostatnio przyzwyczaiłam 

się, że po wyjściu z pracy od razu zapalam papierosa, więc rano już odruchowo wrzucam do 

torby całą paczkę. Zaciągnęłam się głęboko i popędziłam co sił w nogach z obawy, że Kirk 

mnie zabije, jeśli się spóźnię. Jednak dawka nikotyny wcale nie ukoiła moich skołatanych 

nerwów. Odwrotnie - zaczęłam panikować, bo uświadomiłam sobie, że nie mam gumy do 

żucia i Kirk wyczuje, że paliłam.

Rzuciłam   papierosa   na   chodnik   (zachowuję   się   jak   Michelle!),   ale   natychmiast 

poczułam, że mój organizm tego nie wytrzyma. Zapaliłam drugiego, chociaż wiedziałam, że 

postępuję jak wariatka. Na swoje usprawiedliwienie miałam jedno - mam wyjść za mąż, a to 

okropnie męczące. No wiecie: mąż, dzieci, kredyt mieszkaniowy, wspólne konto. O Boże, o 

Boże, o Boże. Zaciągnęłam się głęboko. Omal nie weszłam na jezdnię na czerwonym świetle 

- nie zauważyłam, że zgasło zielone. Mogło dojść do wypadku. Cofnęłam się na chodnik i 

paliłam zachłannie - należała mi się nagroda za to, że nie straciłam życia. Natomiast jeśli 

chodzi o rozum i zdrowy rozsądek... Te straciłam chyba bezpowrotnie.

Rozejrzałam   się.   Dookoła   błyskały   światłem   reklamy   na   Times   Sąuare.   Tłumy 

turystów przewalały się obok. W tym miejscu witaliśmy kiedyś z Justinem Nowy Rok. To 

wtedy wypowiedziałam życzenie, że chcę być sławna i szczęśliwa.

Może jednak z moim rozumem nie jest tak bardzo źle? Przecież teraz, kiedy już wiem, 

że   porzucę   „Rośnij   zdrowo”   bez   żalu,   mam   realną   szansę   na   urzeczywistnienie   swoich 

zawodowych marzeń. A także na osiągnięcie szczęścia w życiu. Niezłe perspektywy!

background image

Niezłe perspektywy dotyczyły dalszej przyszłości. Bliska przyszłość nie zapowiadała 

się różowo. Uświadomiłam sobie to, kiedy dotarłam na skrzyżowanie Czterdziestej Siódmej z 

Piątą   i   zobaczyłam   czekającego   na   mnie   Kirka.   Już   z   daleka   widziałam,   że   zirytowany 

rozgląda się dookoła i nerwowo spogląda na zegarek.

Nie czułam się winna, tylko wkurzona, tak samo jak wczoraj, kiedy zmusił mnie do 

wyjścia z klubu, twierdząc, że ma ciekawsze rzeczy do roboty. Teraz też całą swoją postawą 

dawał do zrozumienia, że chętnie zająłby się czymś innym.

Nie  zdobyłam  się nawet na  to, żeby pocałować  go na powitanie.  Chyba  tego  nie 

zauważył. Chwycił mnie za rękę i szybko ruszył przed siebie. Dopiero po chwili zorientował 

się, że nie wie, dokąd idziemy, więc zdał się na mnie.

Przed stalowymi drzwiami sklepu Rudy’ego ogarnęło mnie dziwne podniecenie... A 

może strach?

- To naprawdę tutaj? - zapytał Kirk, gdy szliśmy ciemnym korytarzem.

- Rudy ma tu sklep.

- To wygląda raczej na szemraną melinę - mruknął.

Dobrze by było. Chętnie wypiłabym kieliszek czegoś mocniejszego. Dla kurażu. Ze 

strachu ciarki chodziły mi po plecach.

Ale gdy weszliśmy do sklepu, zobaczyłam Rudy’ego i od razu poczułam się lepiej. 

Miał dzisiaj na sobie koszulę w czerwone paski, rozpiętą pod szyją i odsłaniającą kosmaty 

tors ozdobiony złotymi łańcuchami, a do tego krzykliwe, jaskrawoniebieskie spodnie.

-   Cześć,   Rudy   -   powiedziałam   z   uśmiechem,   gdy   podniósł   głowę   znad   gazety 

rozłożonej   na   gablotach.   W   grubych   paluchach   ozdobionych   złotymi   sygnetami   trzymał 

papierosa.

- Jak się masz, skarbie?! - zawołał i cały się rozpromienił. Złożył  gazetę, wrzucił 

papierosa   do   popielniczki   i   ruszył   w   naszą   stronę.   -   Jesteś   coraz   piękniejsza   -   ciągnął, 

wyciągając krótkie ramiona, żeby mnie uścisnąć.

Szczerze mówiąc, chciałam się do niego przytulić, chociaż zapach wody kolońskiej 

zapierał dech w piersiach. Z ulgą pomyślałam, że przynajmniej jeden człowiek ucieszył się 

dziś   na   mój   widok.   Zerknęłam   na   Kirka,   który   obserwował   nasze   wylewne   powitanie   z 

podejrzliwym błyskiem w oku.

- To on? - szepnął Rudy, jakby sądził, że tylko ja go usłyszę. Nadal trzymał mnie za 

rękę i tulił w objęciach.

- Tak. Rudy Michelangelo, Kirk Stevens - przedstawiłam obu panów, dając Kirkowi 

znak, żeby podszedł bliżej. Wyciągnął rękę, którą Rudy energicznie uścisnął.

background image

- Michelangelo? Serio? Czy to pana prawdziwe nazwisko? - upewnił się Kirk. Rudy 

wybałuszył oczy, puścił rękę Kirka i popatrzył na mnie.

- Nazywam się tak samo jak słynny rzeźbiarz - wyjaśnił, gestem wskazując Dawida, 

którego   przyrodzenie   było   dziś   ozdobione   grubą   złotą   bransoletą   oraz   kosztownymi 

łańcuchami. Od razu to spostrzegłam.

- Kirk przyszedł ze mną obejrzeć pierścionki - oznajmiłam i nagle postanowiłam nie 

ukrywać,   że   jeden   z   nich   zadatkowałam   podczas   poprzedniej   wizyty.   -   Pamiętasz   ten 

pierścionek, który pokazywałeś mi, kiedy byłam tutaj z Michelle?

- Skarbie, nie musisz nic wyjaśniać. Rudy zna twój gust. Głowę ma nie od parady i 

znakomitą pamięć - oznajmił, pukając się palcem w czoło.

Odwrócił się, sięgnął po zapalonego papierosa i podszedł do gablotki, w której leżały 

pierścionki.

Kirk nie miał chyba nic przeciwko temu, że na własną rękę zrobiłam wcześniej mały 

rekonesans. Gdy szliśmy za Rudym, pochylił się i szepnął:

- Skąd wytrzasnęłaś tego dziwaka?

- To kuzyn Michelle - odparłam przyciszonym głosem.

- Jesteś pewna, że to legalny sklep?

- Ma wszelkie niezbędne pozwolenia - żachnęłam się, jakby obraził mojego krewnego.

Gdy stanęliśmy przy kasetce, Rudy znów odłożył papierosa do popielniczki, otworzył 

zamykaną na klucz szufladkę i wyjął małe cudo, w którym zakochałam się od pierwszego 

wejrzenia.

Włożyłam  je na palec i wyciągnęłam rękę przed siebie. Pierścionek wydał  mi się 

równie piękny jak za pierwszym razem.

- Jesteś pewna swojego wyboru? - Kirk pochylił się i oglądał go ze wszystkich stron.

- Naturalnie! - przytaknęłam. W tej chwili nie miałam najmniejszych wątpliwości, że 

pierścionek to strzał w dziesiątkę, ale narzeczony tracił punkty.

Kirk raz jeszcze obejrzał brylant, a potem zerknął na Rudy’ego.

- Ma pan lupę? Chciałbym dobrze obejrzeć kamień.

- Jasna sprawa. Nasz klient, nasz pan - zapewnił Rudy, zerkając na mnie. Z szuflady 

znajdującej się za jego plecami wyjął szkło powiększające i podał Kirkowi, a potem wziął 

papierosa. Zaciągał się głęboko, wydmuchując kłęby dymu. Przyglądał się, jak Kirk z lupą 

przy oku, spowity w chmurę dymu, pochyla się nad pierścionkiem.

- Czy mógłby pan... - Kirk pomachał ręką, jakby chciał rozproszyć kłęby dymu, które 

ja wciągałam w płuca, tym razem jako bierny palacz.

background image

- A tak! Wybacz, stary - powiedział jowialnie Rudy. Zaciągnął się ostatni raz i zdusił 

niedopałek w popielniczce. Potem mrugnął do mnie ponad głową Kirka, który znowu pochylił 

się nad pierścionkiem.

- Widzę tu czarne plamki. Co to jest? - Kirk wyprostował się i zerknął na Rudy’ego.

- Plamki? O czym pan mówi? - Rudy zabrał mu pierścionek i lupę, żeby dokonać 

pospiesznych oględzin, a potem odsunął szkło powiększające i dmuchnął na brylant. - Popiół. 

Wybacz, stary - mruknął. Klejnot i lupa wróciły do rąk Kirka, a tymczasem Rudy paplał o 

szlifie i przejrzystości kamienia. - Brylant jest niemal bez skazy. Doskonałe, rzecz jasna, nie 

istnieją.

- Ile trzeba zapłacić za coś takiego? - zapytał Kirk.

- Chce pan znać cenę pierścionka? - Rudy uważnie przyjrzał się jego twarzy. Robił 

wrażenie, jakby postanowił nie rozstać się z klejnotem za żadną cenę. - Dziesięć tysięcy 

dolarów - oznajmił bez mrugnięcia okiem.

- Ależ, Rudy! Myślałam... - zaczęłam, ale zamilkłam, kiedy na mnie spojrzał. Coś 

knuł. Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Zaczęłam się niepokoić.

- Zaplanowałem wydanie trochę mniejszej sumy - bąknął Kirk.

-   Taka   piękna   dziewczyna   zasługuje   na   piękny   pierścionek.   Daj   spokój,   stary, 

mówimy o twojej przyszłej żonie.

Ma rację, pomyślałam. Przecież w tej chwili robimy z Kirkiem krok w tę właśnie 

stronę. To pierścionek na całe  życie.  Podniosłam oczy.  Kirk miał  raczej  niepewną minę. 

Pomyślałam   o   jego   rzeczowym   podejściu   do   finansów   i   ostrożności   we   wszystkich 

działaniach.   Może   tak   trzeba?   Może   to   idiotyzm   brnąć   w   długi   tylko   po   to,   żeby   kupić 

pierścionek? Nawet jeśli ma to być pierścionek na całe życie.

- Pokaż nam kilka innych, Rudy - odezwałam się niespodziewanie dla siebie samej.

Popatrzył na mnie z wyrzutem, jakbym dopuściła się zdrady. Przez chwilę wydawało 

się, że ma ochotę zadać mi jakieś pytanie, ale zrezygnował i mruknął:

- Dobra. Skoro sobie życzysz...

Wyciągał pierścionki z okrągłymi kamieniami, bo wiedział, że takie najbardziej lubię, 

ale żaden nie wyglądał na moim palcu tak ślicznie jak pierwszy. Po chwili wyczułam, że 

stojący za mną Kirk zaczyna się niecierpliwić. Rudy także był zirytowany, nie wiem tylko, 

czy na Kirka, czy na mnie. W końcu przymierzyłam platynowy pierścionek z prostą obrączką 

i pojedynczym, niespełna jednokaratowym kamieniem. Rudy wiedział, że jego cena jest dla 

Kirka do przyjęcia.

background image

- Całkiem ładny - powiedziałam, z nadzieją spoglądając na Kirka. Ale Kirk patrzył na 

zegarek.

-   Chyba   musimy   uciekać.   Nie   mogę   spóźnić   się   na   samolot.   Podoba   ci   się   ten 

pierścionek?

Wahałam się, bo miałam zamęt w głowie. Nagle poczułam, że Rudy chwyta mnie za 

rękę. Popatrzyłam na niego, zaskoczona.

- Pierścionków tutaj nie brakuje. Nie będzie ten, to będzie inny. Przemyśl sprawę i 

zobaczymy,  co dalej. - Popatrzył  mi głęboko w oczy, jakby dawał coś do zrozumienia. - 

Pamiętaj, że to bardzo ważne postanowienie - dodał.

Wiedziałam, że nie chodziło mu o pierścionek.

Kiedy wyszliśmy na ulicę, musiałam biec, żeby dotrzymać Kirkowi kroku.

- Po co ten pośpiech? - zapytałam, kiedy wreszcie się z nim zrównałam. - Dopiero 

szósta. Twój samolot startuje o dziewiątej.

- W przeciwieństwie do ciebie nie lubię się spóźniać. Gdybym nie zdążył, następny lot 

mam dopiero o jedenastej, a już o dziewiątej rano spotykam się z Kenem Norwoodem, więc 

chcę być świeży i wyspany. Nie sądziłem, że to nam zajmie tyle czasu.

- Wybacz, że przeze mnie straciłeś tyle czasu - odparłam cierpko. - Ustalając termin 

ślubu, powinniśmy uważać, żeby nie kolidował z twoimi spotkaniami. Michelle na pewno zna 

adres kościoła, gdzie można załatwić sprawę ekspresowo, nie wysiadając z auta. Raz, dwa 

będziemy po ślubie. Wynajmiemy auto...

Kirk zreflektował się w końcu.

-   Dobra,   Angie,   przepraszam   za   ten   pośpiech.   Wynagrodzę   ci   to   po   powrocie. 

Będziemy chyba mieli kolejną okazję do świętowania, prawda? To w poniedziałek spotykasz 

się   z   agentem,   żeby   uzgodnić   kontrakt?   -   upewnił   się,   podnosząc   rękę,   żeby   zatrzymać 

taksówkę.

-   Właśnie.   O   tym   też   nie   mieliśmy   czasu   porozmawiać.   Zdecydowałam,   że   nie 

podpiszę tej umowy.

- Dlaczego? - Opuścił ramię i zmarszczył brwi.

-   Rozmawiałam   z   Colinem,   który   był   na   rozmowie   w   piątek.   Według   tego,   co 

powiedziała Rena, oboje mamy być zatrudnieni na podobnych warunkach. Colin mówi, że 

kontrakt zawiera klauzulę wyłączności, co oznacza, że bez zgody szefów Foxa nie mogłabym 

zagrać żadnej roli.

- I co z tego? - zapytał, jakby nie rozumiał, o czym mowa.

background image

- To poważne ograniczenie. W tym czasie nie mogłabym przyjąć żadnej roli. Przez 

trzy lata miałabym związane ręce.

- Chcesz powiedzieć, że rezygnujesz z pieniędzy, które są pewne, bo ktoś ewentualnie 

chciałby cię w czymś obsadzić? - Popatrzył na mnie jak na wariatkę.

-   Ewentualnie?   -   powtórzyłam   ze   złością.   Nagle   doznałam   olśnienia:   mężczyzna, 

którego zamierzałam poślubić, w którym pokładałam ogromne nadzieje, ani trochę we mnie 

nie   wierzy.   -   Chodzę   na   przesłuchania.   Wysyłam   zdjęcia.   Nie   zamierzam   się   w   życiu 

ograniczać do skoków i skłonów z grupą dzieci!

- Rozumiem, że nie podpiszesz kontraktu. - Kirk patrzył na mnie, mrużąc oczy.

- A uważasz, że powinnam?

- Masz coś w zamian? - prychnął ze złością. - Chcesz spędzić całe życie, biegając z 

jednego   przesłuchania   na   drugie?   Wszystko   dla   dwusekundowego   ujęcia,   w   którym 

krzyczysz,   widząc   wylatującą   z   okna   ofiarę   morderstwa?   Ach   tak.   Liczysz   na   karierę 

teatralną. Będziesz stać za sceną i wdychać kurz, żeby pokazać się w roli, którą w najlepszym 

razie obejrzy jeden procent mieszkańców tego miasta!

Po jego przemowie odżyły wszystkie moje obawy. Przez kilka sekund umierałam ze 

strachu.   Na   szczęście   przypomniałam   sobie,   że   postanowiłam   się   nie   bać.   Wszystko   się 

zmieniło. Ja też się zmieniłam. Po rozmowie z asystentem reżysera, któremu chciało się do 

mnie zadzwonić, uwierzyłam, że mam szansę. Zmieniłam się także dzięki Justinowi.

Byłam   pewna,   że   trzeba   próbować.   Wiedziałam   również,   że   będę   potrzebowała 

duchowego   wsparcia.   Miałam   nadzieję,   że   udzieli   mi   go   mężczyzna,   którego   zamierzam 

poślubić.

- Tym razem mi się uda, jestem tego pewna - odparłam zdecydowanie, czerpiąc siłę z 

tych słów. - Wybiję się, ale potrzebuję bliskiego człowieka, który stanie za mną murem.

O to chodzi w małżeństwie, prawda, Kirk? Niezależnie od sytuacji trzeba być ostoją 

dla ukochanej osoby. Kirk pokiwał głową.

- Aha, rozumiem. Ty masz biegać po teatrach i grać za darmo, a ja będę sobie urabiać 

ręce po łokcie i zdobywać pieniądze, których będziesz potrzebować, kiedy wyjdzie na jaw, że 

twoje aktorskie rojenia to zwykłe mrzonki! Doskonały plan, Angie. Gdzie zostałem w nim 

uwzględniony?   Czy   nie   przyszło   ci   do   głowy,   że   ty   też   masz   być   ostoją   dla   mnie?   A 

zastanawiałaś   się,   kto   będzie   wychowywać   nasze   dzieci,   skoro   ty   zamierzasz   gonić   za 

błahostkami? Bo ja nie, dlatego że ktoś z nas będzie musiał pracować na chleb.

- Tak sobie to wyobrażasz? - Otworzyłam szeroko oczy. - Mam siedzieć w domu i 

niańczyć twoje dzieci, a ty będziesz robić karierę?! - Nagle stało się dla mnie oczywiste, że 

background image

nie   chcę   żadnych   dzieci.   A   przynajmniej   nie   chcę   ich   mieć   z   nim.   Potem   dokonałam 

następnego odkrycia: za mało go kocham. On mnie też nie kocha. W każdym razie nie za 

bardzo.

Bolesne odkrycie. Takie odkrycia sprawiają, że człowiek cierpi. Nie ma na to rady. 

Zaczęłam płakać. Naprawdę! Wylewałam potoki łez, bo wiedziałam, że nie mogę wyjść za 

Kirka. Gdybym go poślubiła, nie osiągnęłabym już w życiu niczego. Ta myśl sprawiła, że 

jeszcze bardziej posmutniałam. Na widok mojej zapłakanej twarzy Kirk wpadł we wściekłość.

- Daj spokój, Angie. Dlaczego ze wszystkiego musisz robić tragedię?!

- Robić tragedię? - powtórzyłam i nagle mój smutek zamienił się w złość.

- Wiesz, zapomnijmy na razie o tej rozmowie - Kirk westchnął i pokręcił głową. - 

Pogadamy po moim powrocie. Muszę zdążyć na samolot. Nie mam teraz czasu na głupstwa.

-   Te   głupstwa   stanowią   treść   mojego   życia!   Nie   zamierzam   się   zadowalać 

namiastkami. Ani w życiu, ani w sklepie jubilerskim...

- Aha, o to ci chodzi... Jesteś na mnie zła, bo nie chciałem wydać dziesięciu tysięcy 

dolców na błyskotkę?

- Pierścionek nie ma tu nic do rzeczy, ty głupku!

- Rozumiem, teraz masz mnie za głupka. Wspaniale. To prawda. Czuję się jak ostatni 

głupiec.  Szczerze  mówiąc,  nie mam  pojęcia, po co  się w to wpakowałem.  Ty nalegałaś, 

żebyśmy wzięli ślub, a teraz nagle zaczynasz stawiać warunki.

- Mam tylko jeden: wymagam, żebyś mnie kochał. Kirk westchnął ciężko.

- Przecież wiesz, że cię kocham.

- Nie dość mocno. - Pokręciłam głową. - Ja też za mało cię kocham, co oznacza, że nie 

stać mnie na prawdziwe poświęcenie.

- Możemy pogadać o tym, kiedy wrócę? Chciałbym zdążyć na samolot...

-   Nie   będzie   żadnej   rozmowy,   Kirk   -   przerwałam.   Podjęłam   już   decyzję   i   mimo 

ogromnego cierpienia, albo właśnie dlatego, musiałam doprowadzić sprawę do końca. - To 

już koniec.

- Tak chcesz to rozegrać? - odparł, a oczy błysnęły mu gniewnie. - Jesteś kretynką, 

Angie. - Znowu uniósł rękę i dodał: - Muszę jechać. Ja żyję w konkretnej rzeczywistości i 

nadal tak będzie.

Wskoczył do pierwszej taksówki, która się zatrzymała, i zatrzasnął drzwi. Kierowca 

ruszył z piskiem opon.

Zostałam   sama   na   chodniku.   Wokół   migotały   tysiące   świateł,   a   we   mnie   powoli 

wygasały wszelkie uczucia do Kirka.

background image

W taksówce wybuchnęłam płaczem i łkałam przez całą drogę. Kierowca zerkał na 

mnie współczująco, a gdy zabrakło mi chusteczek, dał mi swoją. Podziękowałam, wylewając 

następne strumienie łez.

-   Drobiazg!   -   powiedział,   uśmiechając   się   do   mnie.   -   Nie   co   dzień   człowiek   ma 

przyjemność wieźć prawdziwą gwiazdę, panno Tomei.

Rozszlochałam się jeszcze bardziej, więc dał mi całą paczkę chusteczek. Rzecz jasna, 

oddałam mu ją, gdy dotarliśmy na miejsce. Opanowałam się nieco, zapłaciłam za kurs i jako 

Marisa   Tomei   złożyłam   autograf   na   podsuniętej   przez   taksówkarza   karteczce.   Fajnie 

przynajmniej, że dzięki mnie ktoś zachował złudzenia w dniu, w którym moje rozwiały się 

niczym poranna mgła.

Gdy weszłam do mieszkania, Justin siedział na kanapie numer trzy.  Wyglądał tak 

samo jak wczoraj wieczorem, ale zamiast pilota trzymał w ręku gitarę. Wydawał się bardzo 

zadowolony z życia, ale zmienił się na twarzy, kiedy mnie zobaczył.

- Co się stało? - zapytał i zaniepokojony nie na żarty odłożył gitarę.

-   Ja...   Kirk...   my...   zerwaliśmy   ze   sobą!   -   łkałam,   rzucając   się   w   jego   ramiona. 

Wylewałam   potoki   łez,   więc   jego   koszulka   natychmiast   przemokła.   Szlochając, 

opowiedziałam mu wszystko.

Gdy skończyłam, ogarnął mnie spokój, jakiego od dawna nie czułam. Niestety trwało 

to tylko chwilę. Potem, jak to zwykle bywa, ogarnęły mnie wątpliwości.

- Justin, błagam, powiedz mi,  że dobrze zrobiłam, że nie odrzuciłam...  wspaniałej 

przyszłości.

- Oczywiście, że postąpiłaś, jak należy - zapewnił, ujmując moje dłonie i spoglądając 

w oczy. - Potrzeba ci innego faceta, Angie. - Uśmiechnął się. - Nie możesz zostać żoną kogoś, 

kto kibicuje drużynie Red Sox. - Starał się mnie rozweselić i nie zawiódł się. Zrobiło mi się 

lżej na sercu, chociaż wciąż byłam pełna obaw.

- Co mam teraz zrobić? - spytałam, uświadamiając sobie, że po weekendzie zostanę 

bez narzeczonego oraz bez pracy w telewizyjnym show.

- Ja to co? - odparł, obejmując dłońmi moją twarz. - Wyruszysz na podbój świata i 

zostaniesz gwiazdą.

Wiem, że chciał mnie pocieszyć, ale sama myśl, że mam znowu stanąć twarzą w twarz 

z innymi ludźmi i zaryzykować kolejną porażkę, sprawiła, że posmutniałam.

- Ale czy będę szczęśliwa? - zapytałam go, spoglądając w cudowne, zielone oczy, 

jakbym chciała wyczytać z nich odpowiedź.

background image

- Nie pozwolę, żeby było inaczej - zapewnił, wpatrzony we mnie. - Możesz osiągnąć 

wszystko,  czego  pragniesz. Jesteś mądra,  utalentowana.  I piękna  - dodał, jakby czytał  w 

myślach i wiedział, że brak mi pewności siebie.

W tej chwili trudno było uznać mnie za urodziwą: oczy zapuchnięte, ciemne smugi z 

tuszu na policzkach. Ale gdy Justin wpatrywał się we mnie, naprawdę poczułam się piękna. 

Wierzyłam  mu.  Uwierzyłabym  we wszystko, co by mi wtedy powiedział,  lecz zdarzenia, 

które nastąpiły w chwilę później, nie mieściły mi się w głowie. Justin pocałował mnie nagle 

tak, jakbym rzeczywiście była najpiękniejszą kobietą świata.

Dopiero wtedy odkryłam, jakie on ma cudowne usta. Nigdy w życiu nie całowałam 

słodszych. Rozkoszowałam się ich smakiem, lecz nagle przyjazny pocałunek zmienił się w 

namiętną pieszczotę. Poddałam się temu z rozkoszą. To było cudowne uczucie.

Nagle otworzyłam szeroko oczy i popatrzyłam na Justina.

- Co my robimy? - zapytałam.

- Nie mam pojęcia - szepnął, wpatrzony we mnie. Najwyraźniej nie myśląc wiele, też 

poddał się tej chwili.

Zanim   się   spostrzegłam,   oboje   zaczęliśmy   zdzierać   z   siebie   ubrania   -   ja   jeszcze 

niecierpliwiej   niż   on.   To   było   jak   wyzwanie.   Albo   objawienie.   Tak   długo   mieszkaliśmy 

razem,   ale   po   raz   pierwszy   zobaczyłam   go   całkiem   rozebranego.   Z   obnażonym   torsem 

wyglądał   rewelacyjnie.   A   nagi...!   Był   jak   młody   bóg.   Widziałam,   że   on   także   jest   mną 

zachwycony,   bo   gdy   pomógł   mi   zrzucić   bieliznę   (ogarnął   mnie   nagły   wstyd   i   dlatego 

potrzebowałam jego pomocy) i leżał już obok mnie na kanapie, odsunął się nieco, żeby na 

mnie spojrzeć.

- Angie, zawsze wiedziałem, że jesteś fantastyczna, ale teraz... - Urwał i tylko patrzył, 

jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu.

Potem dotykał mnie tak, że w końcu zaczęłam krzyczeć.

Wreszcie czułam, ze żyję.

I było mi z tym dobrze.

Tak dobrze, że chwilami ogarniało mnie przerażenie.

Kiedy   we   mnie   wszedł   i   znaleźliśmy   wspólny   rytm,   spojrzałam   w   jego   oczy   i 

poczułam, że...zawsze go znałam.

background image

Miłość istnieje i nie ma na nią sposobu

Ilekroć myślę, że omal nie związałam się z człowiekiem, który kompletnie nie potrafił 

mnie zrozumieć, pojawia się pytanie, gdzie ja miałam rozum. Kwestia ta wypłynęła także 

podczas spotkania z Grace. Umówiłyśmy się na kolację.

- Jesteś zakochana w Justinie - powiedziała, uśmiechając się do mnie nad kieliszkiem 

wina, kiedy wyjawiłam jej swoją tajemnicę.

- Zakochana? - powtórzyłam. Już miałam zaprotestować, ale nie mogłam, bo mówiła 

prawdę.   Zakochałam   się   do   szaleństwa   w   moim   zielonookim   współlokatorze 

kolekcjonującym rupiecie, który nie potrafił się zdecydować, co chce w życiu osiągnąć.

No i rób, co chcesz, na miłość nie ma rady. Wierzcie mi, gdybym znała jakiś sposób 

na miłość, wykorzystałabym go na pewno, ponieważ byłam śmiertelnie przerażona. Miałam 

wrażenie, że porwała mnie trąba powietrzna. Szaloną miłość do Justina można było porównać 

tylko do potężnego tornada, a ja byłam uzależniona od ukochanego, więc straciłam kontrolę 

nad swoim życiem.

Tak, rzeczywiście byłam zakochana. To okropne.

I cudowne.

Miłość   dodała   mi   energii.   Biegałam   po   mieście,   polując   na   ciekawe   propozycje. 

Viveca Withers pierwsza spostrzegła tę zmianę. Co więcej, w jej przypadku mój entuzjazm 

okazał się zaraźliwy.  Ona także z zapałem wzięła się do roboty.  Dostałam wkrótce kilka 

fajnych rólek w serialach telewizyjnych. Niby nic wielkiego, ale pokazałam się na małym 

ekranie.  Potem odezwał się Robert Foley,  asystent  reżysera,  ten od filmu  „Wszystko  dla 

miłości”. Miał dla mnie propozycję. Oczywiście musiałam pójść na zdjęcia próbne. Justin 

pomagał mi przygotować scenkę.

- Cześć, kochanie - powiedział, gdy wróciłam do domu po siedmiogodzinnej pracy w 

Lee & Laurie.

Przygotowywał   właśnie   sos   do   marinary.   Nie   wspomniałam   jeszcze,   że   świetnie 

gotuje, prawda? Po powrocie do domu czekała na mnie nie tylko gorąca kolacja, ale także 

rozpalony do czerwoności mężczyzna. No właśnie! I gdzie ja miałam rozum przez tyle lat?

Weszłam do kuchni, a Justin pochylił się i pocałował mnie tak, jakbym wróciła po 

siedmiu tygodniach, nie siedmiu godzinach.

- Co słychać w pracy? - zapytał, nakrywając rondel pokrywką.

background image

- Nudno, jak zawsze, ale Michelle nareszcie zaczęła się do mnie odzywać. - Przez 

jakiś   czas   milczała   obrażona.   Miała   pretensje,   że   z   wyprawy   do   jubilera   wróciłam   bez 

zaręczynowego pierścionka... i bez narzeczonego. Ale już jej przeszło. Zapewne dlatego, że 

Justin wpadł raz do Lee & Laurie na krótką pogawędkę. Michelle go obejrzała i zmieniła 

zdanie. Zrehabilitowałam się w jej oczach.

- Wiesz, co masz robić, Angie - powiedziała, kiedy wyszedł.

Jasne, że  wiem.  Ale Michelle  nigdy by tego  nie zrozumiała.  W  moim  związku z 

Justinem nie ma miejsca na żadne gierki. Nie są mi potrzebne. Tylko jego potrzebuję. I mam 

go. Co noc.

Miałam go też po kolacji przy świecach. Wszystko tak jak on lubi. Potem leżałam w 

jego   łóżku   mocno   przytulona   i   cudownie   zaspokojona.   Taka   pewna...   taka   ukochana. 

Wiedziałam, że Justin podziela moje odczucia. Wyczytałam to z jego spojrzenia.

- Rozmawiałem dzisiaj z Sammym. To mój znajomy - powiedział, odgarniając mi z 

policzka kosmyk włosów. Pamiętasz Sammy’ego, prawda? Był z nami na jednym roku. Był 

na moim koncercie w Black Fence, ale musiał wyjść zaraz po występie, więc nie mieliśmy 

okazji pogadać.

- Chyba wiem, o kim mówisz - odparłam. - Drobny, niewysoki, prawda? Strasznie 

zabawny. Co u niego?

-   Przed   miesiącem   wrócił   z   Vegas.   W   ubiegłym   roku   pracował   tam   jako   komik. 

Występował w kasynach i nocnych klubach. Jego zdaniem piosenki o Bernadetcie są bardzo 

zabawne. Uważa, że mogę zrobić wielką karierę estradową. Postanowiłem zamienić teksty 

piosenek na monologi i spróbować szczęścia.

- Jak to? - spytałam, zdumiona nowym pomysłem Justina.

- Zostanę komikiem.

- Chyba żartujesz - odparłam z niedowierzaniem. Piosenki o Bernadetcie rzeczywiście 

okazały się zabawne, ale nie wydaje mi się, żeby główną intencją autora było rozbawienie 

publiczności.

- Rzucisz muzykę? Kiedy zaczynasz osiągać sukcesy w tej dziedzinie...?

- Racja, ale wiesz, że to nie muzyka była moją pasją. Aha, dochodzimy wreszcie do 

meritum.

- Mogę spytać, co nią jest?

- Oczywiście film.

background image

Westchnęłam z ulgą. Od początku uważałam, że jego prawdziwym powołaniem jest 

film. To tłumaczyło, dlaczego nie wykorzystał sukcesu, którym zakończył się jego występ w 

klubie Black Fence.

- W takim razie dlaczego nie zajmiesz się filmem? - zapytałam.

- Nakręciłem już film, Angie - odparł, a w jego głosie zabrzmiał gniewny ton, którego 

dotąd   nie   słyszałam.   -   Włożyłem   w   pracę   całego   siebie   i   sama   widzisz,   dokąd   mnie   to 

zaprowadziło.

- Dostałeś nagrodę krytyków. Ludzie z branży interesowali się tobą. Zaszedłbyś o 

wiele dalej, ale uciekłeś w aktorstwo.

- Gdyby nie ta ucieczka - odciął się - nie poznałbym ciebie. Zrobiło mi się ciepło na 

sercu, a moja determinacja rosła. Nie mogłam pozwolić, żeby mój ukochany zmarnował sobie 

życie.

- Justin, nie możesz zdawać się na przypadek, jeśli coś pragniesz, musisz się temu 

poświęcić.

- Raz już skupiłem się na kręceniu, ale do tego trzeba czasu, pieniędzy...

- Zamiast martwić się o pieniądze, zacznij szukać ludzi gotowych zainwestować w 

twoje produkcje. Wystarczy, że pokażesz, komu trzeba, swój debiutancki film...

- Nie chodzi o pieniądze - przerwał z naciskiem i roześmiał się ponuro. - Mam tyle 

forsy,   że   nie   wiem,   co   z   nią   robić.   Świetnie   mi   płacili   za   reklamówki,   a   fundusz 

powierniczy...

- Jaki fundusz? - spytałam, zbita z tropu.

- Powierniczy - odparł łagodniej. - Rodzice zgromadzili spory majątek, nim... odeszli. 

Nieruchomości,   polisa   ubezpieczeniowa.   Wuj   spieniężył   wszystko   i   ustanowił   dla   mnie 

fundusz powierniczy. Mogę z niego korzystać, odkąd skończyłem dwadzieścia jeden lat. Na 

razie nie było potrzeby. Nic więcej nie zostało mi... po rodzicach.

Zaczęłam   nagle   rozumieć   pewne   dziwactwa   Justina.   Niechęć   do   korzystania   z 

funduszu powierniczego, kolekcja starych francuskich mebli jego ciotki i wuja zagracających 

nasze mieszkanie, nowe sprzęty, które tak chętnie kupował. Pieniądze i przedmioty stanowiły 

dla   Justina   swego   rodzaju   parasol   bezpieczeństwa.   Chętniej   przywiązywał   się   do 

przedmiotów niż do ludzi. Pewnie dlatego, że stracił najbliższych.

- Justin, czego się boisz?

- Niczego, Angie. Staram się być szczęśliwy.

- Ale prawdziwe szczęście wymaga dokonywania wyborów! Skoro pragniesz robić 

filmy, musisz się tym zająć.

background image

- Nie chcę po raz drugi przez to przechodzić, Angie. Serce mi się krajało, gdy film 

trafił na półki, choć tak się nad nim napracowałem. Muszę iść dalej. Moim zdaniem sprawdzę 

się jako komik. Mam takie przeczucie. Kiedy pojadę do Vegas.

- Słucham?

- Do Vegas. Sammy leci tam za miesiąc, więc się z nim zabiorę. Powiedział, że mogę 

mieszkać u niego. Wprowadzi mnie do branży.

- Nie rozumiem. W Nowym Jorku też są lokale zatrudniające komików. Dlaczego nie 

chcesz od nich zacząć?

- Ale w Vegas Sammy ma swoje dojścia. Nie rozumiesz, że tu sam musiałbym się 

przebijać? Zresztą miejscowa publiczność nie jest łatwa. Wyrobię sobie nazwisko i wtedy 

wrócę.

- A co z twoją pracą?

- Pete bez trudu znajdzie zastępstwo na czas mojej nieobecności. Dał mi tę pracę tylko 

dlatego, że jesteśmy kumplami.

- Co ze mną? - zapytałam w końcu, bo ta sprawa od początku naszej rozmowy nie 

dawała mi spokoju.

- Nadal  będziemy  parą.  - Spojrzał  na mnie.  - Są telefony,  e-maile.  Poza  tym  nie 

zamierzam tkwić tam do końca życia. Posiedzę sześć miesięcy, może rok.

Cały rok!

- Justin!

- Co?

- Widzisz, co się dzieje?

- No co?

- Znowu uciekasz. Porzucasz swoje marzenia. Opuszczasz mnie!

- Nieprawda, Angie. Wcale cię nie opuszczam. Nadal będziemy razem.

- To samo obiecywałeś Lauren, prawda? Denise? Wiesz, co ci powiem? Tylko wtedy 

ci się wydaje, że jesteś zakochany, kiedy od kobiety dzielą cię setki kilometrów!

- Teraz jest inaczej, Angie...

- Dlaczego? - Usiadłam i groźnie popatrzyłam mu w oczy. - Nic się nie zmieniło. 

Obawiasz się, że jeśli pomieszkamy razem jeszcze miesiąc albo rok, naprawdę zacznie ci na 

mnie zależeć? Nie daj Boże, prawda?

- Aha, już wiem, do czego zmierzasz - odparł, kiwając głową. - Myślisz, że jeśli 

zostanę   i...   i   ożenię   się   z   tobą,   będziemy   naprawdę   szczęśliwi?   -   Pokręcił   głową.   -   Nie 

rozumiem, dlaczego kobiety uważają ślub za gwarancję szczęścia.

background image

- Myślisz, że chcę zaciągnąć cię do ołtarza? - spytałam z niedowierzaniem. - Ja cię 

kocham,   głupku.   Doskonale   wiesz,   że   gdybyś   się   oświadczył,   jak   ostatnia   kretynka 

zgodziłabym   się   za   ciebie   wyjść,   bo   strasznie   chcę   z   tobą   być.   Nie   sądzisz   chyba,   że 

naprawdę chciałabym spędzić życie z facetem, który nałogowo kolekcjonuje meble? Nic z 

tych rzeczy.  Przerażasz mnie, Justin. Tak jest od początku naszej znajomości. Ale odkąd 

zaczęliśmy... - gestem wskazałam zmiętą pościel - odkąd zaczęliśmy to robić, w ogóle nie 

panuję nad uczuciami. Mimo tych cholernych kanap oraz innych dziwactw nie mogę przestać 

cię kochać!

- Cholera jasna, ja też cię kocham! - wrzeszczał Justin, jakby to wyznanie strasznie 

go... rozzłościło.  - Nikogo dotąd tak nie kochałem,  Angie! Nie mogę  tego  zmienić.  Mój 

wyjazd do Vegas nie ma wpływu na naszą miłość. Dlatego wiem, że nam się uda.

- Mylisz się, Justin. Nie uda się nam. - Byłam tego pewna. Nie mamy szans, póki on 

będzie uciekał od wszystkiego, co naprawdę kocha.

Nie   miałam   innego   wyjścia.   Tym   razem   ja   postanowiłam   uciec.   Kłóciliśmy   się 

okropnie, ale nie zmieniłam zdania. Roztrzęsiona i przygnębiona spakowałam, co mi wpadło 

w rękę, i odeszłam.

Dopiero teraz zrozumiałam, czemu do tej pory trzymałam się z daleka od jedynego 

mężczyzny, którego naprawdę kochałam. Prawdopodobnie od początku wiedziałam, że tylko 

on może złamać mi serce.

Złapałam taksówkę, choć nie miałam pojęcia, dokąd chcę jechać. Kiedy kierowca 

spytał o adres, kazałam się zawieźć do Grace. Modliłam się w duchu, żeby ją zastać. Oby 

tylko była sama.

Moje błagania zostały wysłuchane.

- Angie, co się stało? - zapytała, otwierając drzwi. Minę miałam ponurą, więc od razu 

wiedziała, że coś jest nie tak.

-   Zerwałam,   Grace.   Rozstałam   się   z   Justinem.   On   jedzie   do   Vegas.   Chce   zostać 

komikiem. Śmieszne, co?

- Wejdź, zrobię ci drinka.

Usiadłyśmy na kanapie z kieliszkami w rękach i wszystko jej opowiedziałam.

-   Prawdę   mówiąc,   Angie,   jestem   zaskoczona   -   powiedziała,   kiedy   skończyłam.   - 

Justin, który mówi takie rzeczy? Wiesz, kariera w Las Vegas... To niepodobne do niego. 

Owszem, nie potrafi skupić się na jednej dziedzinie, ale zawsze był ci bardzo oddany. Jako 

przyjaciel był niezawodny.

background image

- I o to chodzi, Grace. Przyjaciel! Strach go ogarnął, kiedy okazało się, że łączy nas 

coś więcej. Ja też się bałam, ale gotowa byłam podjąć ryzyko.

- No widzisz. Faceci są niereformowalni - mruknęła ponuro. - Zawsze wychodzi na to, 

że nie można na nich liczyć.

Obie posmutniałyśmy. Ciekawe. Zawsze wydawało mi się, że Drew jest mężczyzną, 

na którego można liczyć. Postanowiłam jeszcze raz spróbować.

- A Drew? Wiem, że nie chcesz o nim rozmawiać, ale ja naprawdę nic nie rozumiem. 

Dlaczego rzuciłaś kogoś, kto był tak ci oddany?

- Taaak. Ale Drew nie był oddany mnie, ale mojemu obrazowi.

- Nie rozumiem.

-   Stworzył   sobie   w   wyobraźni   mój   obraz   i   nie   chciał   z   niego   rezygnować.   Nie 

obchodziło go, kim naprawdę jestem.

- Dobrze cię znam, Grace. Czy dałaś mu chociaż szansę, żeby cię naprawdę poznał? 

Przecież ty nie dopuszczasz ludzi do siebie.

-   Jego   dopuściłam   -   odpowiedziała   ponuro.   -   Opowiedziałam   mu   nawet   o   swojej 

biologicznej matce.

- Wiem. Sama mówiłaś, że się tym nie przejął.

- Przejął się, Angie. Bardziej, niż myślałam. - Westchnęła.

Widziałam, że nareszcie jest gotowa do zwierzeń. Nie ponaglałam jej. Czekałam. - 

Nie chciałam się do tego przyznać nawet tobie - ciągnęła. - Po powrocie z Westport Drew 

zaczai mówić o małżeństwie. I o dzieciach. Ja też tego chciałam. Poważnie! Ale wiedziałam, 

że nie mogę zobowiązać się do niczego, dopóki nie poznam swojej prawdziwej matki.

Serce zabiło mi mocniej. A więc Grace zdecydowała się wreszcie. Potem zrobiło mi 

się przykro, że w tym krytycznym momencie zapomniała o mnie. Tak bardzo chciałabym jej 

wtedy pomóc.

- Widziałaś ją? Jaka jest? - zapytałam. - Spotkałyście się czy tylko rozmawiałaś z nią 

przez telefon?

- Nie - powiedziała cicho. - Skończyło się na zamiarach. Za bardzo się bałam. Bałam 

się   tak,   że   opowiedziałam   wszystko   Drew.   I   wiesz   co?   Okazało   się,   że   on   jest   bardziej 

przerażony ode mnie. Angie! On się bał, że moja matka okaże się kimś, z kim jemu nie będzie 

wypadało utrzymywać kontaktów. Że sypia pod mostem. Albo poszukuje złota na Alasce. A 

potem... - głos jej się załamał - potem zaczął patrzeć na mnie, jakby chciał sprawdzić, czy 

wypada mu ze mną utrzymywać kontakty.

Oczy zaszły jej łzami.

background image

- Wydaje mi się, że on wolałby o niczym nie wiedzieć. Bo Drew woli pozory od 

prawdy. Grace Noonan, córka profesora i nauczycielki muzyki. To dobrze brzmi, prawda? 

Nie chce wiedzieć nic więcej. A ja chcę.

- No to ją odszukaj. Dlaczego tego nie zrobiłaś? Zadałam jej proste pytanie, ale kiedy 

na mnie spojrzała, w jej oczach był paniczny strach.

- Nie wiem - wyjąkała. - Nie. To nieprawda. Wiem. Co zrobię, jeśli Drew miał rację? 

Jeśli okaże się, że będę się jej wstydzić? Albo że ona będzie wstydzić się mnie? I wcale nie 

zechce mnie poznać?

Grace   rozpłakała   się   w   głos.   Łkała   rozpaczliwie,   a   ja   nie   umiałam   jej   pomóc. 

Trzymałam ją w ramionach i czekałam, aż wypłacze cały swój ból. Szkoda, że tak długo z 

tym zwlekała. W końcu wzięła głęboki oddech i uniosła głowę.

- Obie jesteśmy dobre - uśmiechnęła się do mnie smutno. - Chyba muszę poszukać 

kremu od Roxanne Dubrow, nie? Bo będziemy mieć spuchnięte oczy.

Znalazła krem. Wiedziałam, że tylko udaje wesołą. I wiedziałam, że nie mogę jej tak 

zostawić.

- Słuchaj, Grace. Nie masz ochoty tego teraz słuchać, ale nie przerywaj mi. Musisz to 

zrobić. Musisz zobaczyć się z matką. To jest jak drzazga, która siedzi w twoim ciele. Dopóki 

jej nie wyrwiesz, będzie cię bolało.

Zapadła cisza. Grace wpatrywała się w swoje dłonie zaciśnięte na kolanach.

- Dobrze - powiedziała w końcu. - Pomyślę o tym. Ale niczego nie mogę obiecać.

- Dobra. Nie proszę cię o nic więcej. Na razie - uśmiechnęłam się do niej. - Chyba 

należy się nam następne bacardi, prawda?

Pokiwała głową.

Przegadałyśmy całą noc, sącząc koktajle. Całkiem jak za dawnych dobrych czasów, 

kiedy byłyśmy nastolatkami. Oczywiście wtedy wystarczała nam coca-cola. Zero alkoholu. 

Tylko dziewczyńskie zwierzenia. Tej nocy Grace wyznała mi, że tajemniczy Bili zniknął z jej 

życia. I bardzo dobrze.

- To było do przewidzenia - mruknęła. - Pod tym względem mnie nie zawiódł. Od 

początku wiedziałam, że nie można na nim polegać - dodała, gdy rozkładałyśmy kanapę, na 

której miałam spać.

-   W   razie   czego   masz   mnie   -   przypomniałam,   spoglądając   na   świeżą   pościel.   - 

Pamiętasz o tym?

- Oczywiście - zapewniła. Starannie wygładziła prześcieradło i spojrzała mi w oczy. - 

Jesteśmy przecież najlepszymi przyjaciółkami.

background image

- I zawsze tak będzie.

* * *

Następne   dni   poświęciłam   Grace.   Na   rozkładanej   kanapie   rozłożyłam   swój   obóz. 

Gadałyśmy po nocach jak za dawnych lat, biegałyśmy po sklepach (dziewczyny od czasu do 

czasu muszą sprawić sobie nowe ciuchy), wybrałyśmy się też do salonu piękności, który 

znajdował   się   niedaleko   mieszkania   Grace.   Ona   zafundowała   sobie   pełny   zabieg 

pielęgnacyjny z masażami i okładaniem błotem. Mnie też chciała go postawić, ale jej nie 

pozwoliłam. Ograniczyłam się do twarzy. Jacuzzi dostałyśmy gratis.

Nabierałam   podejrzeń,   że   ta   nasza   bliskość   zaczynała   jej   trochę   dokuczać.   Była 

szalenie   niezależna,   więc   z   trudem   znosiła   obecność   obcej   osoby   -   nawet   jeśli   była   to 

najlepsza przyjaciółka - która dniem i nocą zmuszała ją do autoanalizy.

Nie   poddawałam   się,   ponieważ   czułam,   że   potrzeba   jej   teraz   obecności   kogoś 

bliskiego. Ale może niekoniecznie chodziło o moją obecność?

- Grace, powinnaś chyba odwiedzić rodziców - wpadłam na ten pomysł pewnej nocy, 

kiedy znowu zręcznie wymigała się od poważnej rozmowy o sobie.

Wiedziałam, że przybrani rodzice zawsze byli za tym, by Grace spotkała się z rodzoną 

matką. Zawsze stali za nią murem, nawet wówczas kiedy jako buntownicza nastolatka trochę 

rozrabiała. Pobyt u nich dobrze jej zrobi. Niech spędzi z nimi trochę czasu, choćby po to, 

żeby upewnić się, jak bardzo ją kochają.

- Moi rodzice nie mieszkają już na Long Island. Zapomniałaś, że przenieśli się do 

Nowego Meksyku? Wielka ucieczka z centrum świata. Emeryci urzeczywistniają sen o dolce 

vi ta w wymarzonym domu na pustyni.

- W takim razie weź urlop i jedź do nich w odwiedziny - nalegałam. - Potrzebujesz 

trochę czasu dla siebie.

W   końcu   uległa   moim   namowom.   Albo   chciała   się   ode   mnie   uwolnić,   bo   miała 

powyżej uszu moich natarczywych pytań o uczucia i duchowe potrzeby, albo zrozumiała w 

końcu,   że   potrzebuje   kojącej   obecności   bliskich,   którzy   ją   wychowali   i   kochali.   Zrobiła 

rezerwację i po kilku dniach poleciała do Nowego Meksyku. Na odjezdnym zapewniła mnie, 

że mogę u niej mieszkać, jak długo zechcę, ale wiedziałam, że nie mogę już dłużej trwać w 

zawieszeniu.

- A co ty zamierzasz robić? - zapytała mnie wieczorem, gdy jej spakowana walizka 

stała już przy drzwiach.

background image

- Stanąć oko w oko z własnym życiem. Podjęłam męską decyzję - najwyższy czas 

wracać   do  składu  mebli  używanych.   Czekała  mnie  konfrontacja   z  trzema  kanapami   oraz 

trudnym współlokatorem.

Podczas   tygodniowego   pobytu   u   Grace   postanowiłam,   że   nawet   gdyby   mój 

zwariowany romans z Justinem dobiegł końca, będę wspierać ukochanego w jego decyzjach, 

nawet jeśli uznam je za szalone. Zapewne przesądziły o tym niezliczone wiadomości, które 

zostawiał mi w poczcie głosowej, informując, że matka do mnie wydzwania albo że znalazł w 

„Backstage” informację o castingu, który powinien mnie zainteresować.

Starał się, jak mógł, uratować naszą przyjaźń.

Powinnam brać z niego przykład.

Gdy przestąpiłam próg naszego mieszkania, od razu wiedziałam, że Justina tam nie 

ma. Było strasznie cicho. Jego obecność było widać i słychać, a kiedy znikał, ogarniało mnie 

wrażenie samotności i pustki. Zapewne po moim zniknięciu Justin też czuł pustkę, bo starał 

się czymś ją zapełnić. I zapełnił. Najlepiej było to widać w salonie, gdzie obok kanapy numer 

trzy zobaczyłam mocno zniszczony fotel, a na jednym ze stolików klatkę na ptaki, rzecz jasna 

bez lokatorów. Natomiast w kuchni (gdzie zajrzałam, żeby się upewnić, czy Justina na pewno 

nie   ma)   dostrzegłam   nową   kuchenkę   mikrofalową.   Stała   na   starej.   Omal   nie   parsknęłam 

śmiechem. Zakupy były dowodem, że naprawdę za mną tęsknił. Opuściłam go, toteż szukał 

pociechy wśród przedmiotów.

Zapragnęłam   nagle,   żeby   przestał   się   szwendać   po   świecie   i   wrócił   do   domu. 

Chciałam go zobaczyć i upewnić się, że jest tym samym Justinem, którego znam i kocham. 

Potrzebowałam wyraźnego potwierdzenia, że pozostaniemy dobrymi przyjaciółmi.

Postawiłam torbę na kanapie numer trzy i poszłam do łazienki. Nagle uświadomiłam 

sobie, że parapet okienny jest pusty. Bernadetta zniknęła.

Wynikało z tego, że Justin wyniósł się na dobre.

background image

Serce wiele wytrzyma (i dzięki Bogu)

Wiedziałam, że trudno mi będzie tkwić bez Justina w dobrze znanym otoczeniu, więc 

zapakowałam   do   torby   swoje   zdjęcia,   teksty   oraz   trochę   czystych   ubrań   i   wróciłam   do 

pustego   mieszkania   Grace.   Tam   cisza   była   mniej   dokuczliwa   niż   u   nas.   Mój   ukochany 

postanowił   rozpocząć   nowe   życie,   i   to   szybciej,   niż   sądziłam.   Powinnam   wziąć   z   niego 

przykład i zająć się swoimi sprawami.

Czekały   mnie   nie   lada   wyzwania.   Przede   wszystkim   musiałam   poszukać   nowego 

mieszkania.   Nie   było   mowy,   żebym   została   tutaj   z   Justinem   po   jego   powrocie   z  Vegas. 

Wystarczyło, że zobaczyłam dżinsy rzucone niedbale na krzesło lub jedną z kaset filmowych, 

które były wszędzie, bo nie mieściły się już na półkach, i natychmiast miałam oczy pełne łez. 

Wreszcie stało się dla mnie jasne, że mogę liczyć tylko na siebie. Z braku kandydatów do 

partnerskiego związku będę musiała zadowolić się własnym towarzystwem.

Pogrążona w smutnych myślach siedziałam na kanapie w pustym mieszkaniu Grace. 

Powinnam wertować ogłoszenia  o wynajmie  lokali,  lecz chwilowo nie mogłam  się na to 

zdobyć. Nagle zadzwonił telefon komórkowy.

Wygrzebałam z torebki aparat. Może Justin dzwoni, żeby powiedzieć, że wraca do 

domu, bo ma dość Vegas, że marzy o powrocie do Nowego Jorku, że chce wziąć mnie w 

ramiona, że chce być znowu blisko swojej ukochanej, że...

Gdy nacisnęłam OK i popatrzyłam na wyświetlacz, okazało się, że to moja matka.

- Gdzie ty się podziewasz? Powinnaś być w domu. Dochodzi północ! - zawołała. - 

Próbuję dodzwonić się do ciebie, bo mama... to znaczy babcia miała atak serca. Okropnie ją 

bolało!

- Gdzie jest? - rzuciłam i bez chwili namysłu zaczęłam wciągać dżinsy na cienką 

piżamę.

- W szpitalu Kings County. Angela, błagam, weź taksówkę. Nie jedź metrem! O tej 

porze niebezpiecznie...

- Dobra, dobra! - przerwałam. - Zaraz tam będę.

Miałam wrażenie, że taksówka nigdy nie dojedzie na miejsce. Do szpitala było daleko, 

a ja umierałam z niepokoju. Wyjęłam komórkę. W pierwszym odruchu chciałam zadzwonić 

do Justina, ale zmieniłam zdanie i wybrałam numer Grace. W Nowym Meksyku była dopiero 

dziewiąta. Byle tylko nie wyłączyła telefonu!

background image

- Cześć, Angie. Co tam? - Grace odebrała natychmiast. Słysząc znajomy, ciepły głos, 

zupełnie się rozkleiłam.

- Chodzi o Bunię... - rozpłakałam się. - Marnie z nią. Wylądowała w szpitalu. To 

chyba zawał.

- O Boże! Angie, byłaś u niej? Jak się czuje?

- Właśnie jadę do szpitala. Jestem przerażona. Boję się, że... odejdzie, nim tam dotrę. 

Mama strasznie histeryzowała.

- Angie, wiesz, że ona lubi przesadzać. A babcia ma końskie zdrowie i nigdy się nie 

poddaje. Będzie walczyć. Pamiętasz, jak siłowała się z nami na rękę, kiedy byłyśmy małe?

- To było dawno temu, a ona w ogóle na siebie nie uważa. Je wszystko, na co ma 

ochotę, a ostatnio postarała się o... narzeczonego - opowiadałam, zastanawiając się, czy jedna 

z tych jej rzekomych partyjek pokera nie była powodem nagłej zapaści.

- Naprawdę? - Grace wybuchnęła śmiechem. - A nie mówiłam, że to dziarska kobieta? 

Wyjdzie   z   tego,   skoro   w   tym   wieku   potrafi   jeszcze   usidlić   mężczyznę.   Kto   jest   tym 

szczęściarzem? - Artie Matarrazzo.

- Pan Matarrazzo? No to super. Założę się, że ładna z nich para. Nie martw się, twoja 

babcia wcale się nie wybiera na tamten świat. Przed nią jeszcze kawał życia.

- Tylko że ona bez opamiętania korzysta z jego uroków. Jej serce nie wytrzyma tempa, 

jakie sobie narzuciła.

Grace milczała chwilę.,

- Szkoda, że nie mogę być z tobą - powiedziała. -Planowałam powrót na poniedziałek 

wieczorem, ale może uda mi się zabrać wcześniejszym samolotem...

- Nie, nie! Bez przesady. Dam sobie radę - zapewniłam, spoglądając przez szybę na 

pustą o tej porze ulicę. - Chciałabym już być na miejscu.

- A co z Justinem? Gdzie jest? Spróbuj do niego zadzwonić, Angie. Wiesz, że na 

niego zawsze można liczyć.

- Byłam dziś u nas w mieszkaniu, ale go nie zastałam. Może wyjechał do Vegas. Nie 

mam pojęcia, gdzie się podziewa. Nic już o nim nie wiem. - Pamiętaj - masz mnie. Dzwoń, 

kiedy chcesz.

- Wiem - odparłam. W oddali pokazał się jasno oświetlony gmach. - Widzę już szpital. 

Muszę kończyć. 

- Jasne.

background image

Nienawidzę szpitali, a szczególnie Kings County, bo mój ojciec w ostatnich latach 

życia często tu przebywał. Niedobre wspomnienia odżyły, kiedy pełna obaw jechałam windą 

na oddział intensywnej terapii. Od recepcjonistki wiedziałam, że tam leży babcia.

W  małej  poczekalni  zobaczyłam  prawie wszystkich  członków  naszej  rodziny oraz 

wystraszonego   pana   Matarrazzo.   Znów   przypomniałam   sobie   tatę.   Sonny   chodził   po 

korytarzu   z   kubkiem   kawy   w   dłoni.   Kiedy   mnie   zobaczył,   zdobył   się   na   uśmiech,   ale 

natychmiast uświadomił sobie, dlaczego przyjechałam.

Na powitanie uścisnął mnie bez słowa. Zapytałam o zdrowie Vanessy, którą zmusił do 

pozostania w domu, żeby oszczędzić jej wzruszeń. Objęłam Joeya i Mirandę, a następnie 

podeszłam do pana Matarrazzo, który popłakiwał ukradkiem, kiedy go przytuliłam.

- Przysięgam,  że naprawdę graliśmy w karty!  - zapewnił. Wkrótce pozwolono mi 

wejść do separatki babci. Czuwała przy niej mama z różańcem w ręku.

- Mamo - szepnęłam.

Odwróciła się natychmiast. Oczy miała podkrążone i smutne. Tak wygląda ktoś, kto 

stracił nadzieję. Uścisnęła mnie mocno i kurczowo wczepiła się palcami w moje ramię. Nie 

puściła   mnie   nawet   wtedy,   kiedy   podeszłam   do   babci,   która   wyglądała   na   pogrążoną   w 

głębokim śnie, ale rurkami i przewodami podłączona była do aparatury medycznej.

- Jak ona się czuje? - zapytałam.

- Marnie. - Mama pokręciła głową.

Na szczęście okazało się, że przesadzała. Po rozmowie z dyżurnym lekarzem trochę 

się uspokoiłam.

- Pani babcia jest pod dobrą opieką i wkrótce dojdzie do siebie. Bardziej martwię się o 

pani matkę. Powinna wrócić do domu i odpocząć.

Wkrótce   Sonny   odwiózł   do   domu   ją   i   mnie.   Artie   chciał   sam   prowadzić   swój 

samochód, choć moim zdaniem jako osiemdziesięciolatek powinien zapomnieć o nocnych 

eskapadach.  Joey i Miranda pojechali  za nim,  aby się upewnić, że bezpiecznie  dotarł do 

domu.

Z trudem zapędziłam mamę do łóżka, bo ubzdurała sobie, że musi zrobić mi kolację. 

Wybiłam jej to z głowy. I tak nie byłabym w stanie przełknąć ani kęsa.

Gdy rano przyjechałyśmy  do szpitala, babcia siedziała na łóżku i grała w karty z 

młodym przystojnym mężczyzną ubranym w niebieski uniform. Kamień spadł mi z serca.

- Buniu! - zawołałam uszczęśliwiona, a zarazem mocno zaniepokojona, bo uparcie 

wracała do starych grzeszków.

background image

- Angela! - odparła radośnie, zapominając na moment o kartach. Wyciągnęła ramiona, 

więc uścisnęłam ją natychmiast.

Mama podeszła bliżej, pocałowała ją w policzek i zarekwirowała karty.

- Co to ma znaczyć, mamo? W twoim stanie?! - strofowała babcię, ale spojrzenie 

miała łagodne. Wyraźnie jej ulżyło, ale karty i tak schowała. -

-   Trudno,   Oskarze   -   westchnęła   babunia,   zwracając   się   do   młodego   człowieka.   - 

Zagramy   później.   Nie   zapominaj,   że   należą   mi   się   dwa   batoniki.   -   Zalotnie   zatrzepotała 

rzęsami. Oskar wybuchnął śmiechem.

- Oczywiście, pani Caruso. Przegrałem. Niestety, dziś nie mam już czasu na rewanż. A 

co do batoników, muszę sprawdzić, czy pani dieta nie wyklucza czekolady.

- Królestwo za lody o smaku snickersa! - jęknęła dramatycznie.

- Zobaczymy,  co da się zrobić, droga pani - odparł, chichocąc znowu. Skinął nam 

głową i wyszedł.

- Jak się czujesz? - spytała mama.

-   Doskonale!   Nie   rozumiem,   dlaczego   wszyscy   są   tacy   wystraszeni.   Mama   z 

niedowierzaniem pokręciła głową.

- Idę poszukać lekarza. Zaraz się okaże, czy naprawdę wydobrzałaś., Gdy wyszła, 

babcia zwróciła się do mnie.

- Cieszę się, że jesteś, Angie. Ostatnio w ogóle się nie pokazujesz...

- Przepraszam, babciu... - Ogarnęło mnie poczucie winy.

- Nie przejmuj się! Jesteś młoda. Musisz się bawić.. Mam nadzieję, że korzystasz z 

życia.   Bo   Kirk   to   już   przeszłość,   co?   Nawet   go   lubiłam,   ale   moim   zdaniem   był   zbyt 

przyziemny.

- U mnie wszystko w porządku, ale martwię się o ciebie, babciu. Mama twierdzi, że o 

siebie nie dbasz. Powinnaś się lepiej odżywiać. I nie wolno ci zarywać nocy... z Artiem.

- Twoja matka zawsze martwi się na zapas - żachnęła się babcia. - Nawiasem mówiąc, 

powinna się cieszyć, że Artie dotrzymywał mi towarzystwa tamtego wieczoru. To on wezwał 

karetkę. Twoja matka dostała ataku histerii i nic poza własnym strachem jej nie obchodziło.

- Babciu, ona cię strasznie kocha, więc obawia się...

- Wiem, wiem. Ja też ją kocham, wolałabym jednak, żeby dała mi święty spokój. 

Jestem dorosłą kobietą, a ona traktuje mnie jak dziecko. Bywa też opryskliwa dla Artiego. Na 

szczęście   on   tak   łatwo   się   nie   zraża.   Pracuje   nad   nią.   Tego   lata   pomagał   jej   hodować: 

pomidory. Był tu przed chwilą. Niedawno wyszedł, ale wróci. Obiecał coś dla mnie załatwić.

background image

Uśmiechnęłam się. Taka Bunia tylko kiwnie palcem, a facet biegnie, gdzie kazała, 

niczym chłopiec na posyłki. A ja nie mam nikogo do pomocy.

Tak mi się przynajmniej wydawało. Bo kiedy usiadłam, żeby z nią porozmawiać, 

nagle   zmieniła   się   na   twarzy.   Byłam   pewna,   że   to   kolejny   atak,   ale   tymczasem   ona 

uśmiechnęła się radośnie... i zrobiła kokieteryjną minę. Uspokoiłam się natychmiast. U babci 

taka mina oznaczała jedno. Od razu wiedziałam, co jest grane.

- No i proszę! Cześć, przystojniaku! - zawołała, a ja odwróciłam się, żeby sprawdzić, 

którego ze swoich wielbicieli wita tak gorąco.

Na widok niespodziewanego gościa sama omal nie dostałam zawału. W drzwiach stał 

Justin.   Miał   na   sobie   wypłowiałe   dżinsy   i   T-shirt   z   napisem   „Yankees”   i   uśmiechał   się 

promiennie.

- Buniu! - zawołał. - Co pani robi w szpitalu?! Chyba zaszła jakaś pomyłka. Wygląda 

pani świetnie! - Wszedł do separatki i uścisnął ją, czemu była ogromnie rada.

- Bój się Boga, Justin! Całe wieki cię nie widziałam! Gdzieś ty się podziewał?

- To wina pani wnuczki. Na pewno się nie przyznała, że zgłupiałem na jej punkcie, 

co? - odpowiedział, podchodząc w końcu do mnie.

Przykucnął przy krześle, na którym siedziałam, i pocałował mnie w usta. Ponad jego 

ramieniem widziałam rozanieloną twarz babci. Patrzyła na nas i oczy jej się śmiały.

- Co u ciebie, Angie? - zapytał.

- W porządku. A u ciebie? - W głowie mi huczało. Chciałam zapytać go o tyle rzeczy! 

- Myślałam, że wyjechałeś.

- Właśnie wróciłem. Grace zadzwoniła do mnie w nocy i powiedziała, co się stało. 

Przyleciałem tu pierwszym samolotem. Pojechałem do domu, ale nikogo tam nie zastałem, 

więc natychmiast ruszyłem do szpitala. Martwiłem się o babcię... i o ciebie.

- Jak zdołałeś dotrzeć tu z Vegas tak szybko? - zapytałam, wciąż trochę oszołomiona. 

Zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy popatrzyłam w jego cudowne oczy.

- Nie byłem w Vegas. Zaniosło mnie do Chicago - odparł krótko, jakby uważał, że to 

już wszystko tłumaczy. Wstał i znowu popatrzył na babcię. - Jak się czuje moja ulubienica? - 

zapytał z ujmującym uśmiechem, którym podbił jej serce w chwili, kiedy zobaczyła go po raz 

pierwszy.  Było  to podczas rodzinnego obiadu, na który zaciągnęłam go dobrych parę lat 

temu.

- Już lepiej - zapewniła. - Nie może być inaczej, skoro wokół mnie kręcą się sami 

przystojni mężczyźni. Szkoda, że nie widziałeś mojego doktora. Oczu nie można oderwać! 

Jakby na zawołanie lekarz wszedł do separatki. Moja matka deptała mu po piętach.

background image

-   Panie   doktorze,   niech   pan   na   nią   nakrzyczy.   Ona   w   ogóle   mnie   nie   słucha...   - 

przerwała. - O! Justin! Co ty tutaj robisz? - zapytała, a on podbiegł i przytulił ją mocno.

- A co, nie wolno mi odwiedzić chorej Buni? - odpowiedział z uśmiechem, kiedy już 

wypuścił ją z objęć.

Cała moja rodzina była równie uradowana, co zdziwiona jego obecnością. Wkrótce 

dołączył  do nas zdyszany Artie, niosąc pod pachą sporą brązową torbę, którą ukradkiem 

wręczył babci. Ona próbowała niepostrzeżenie wepchnąć ją do szuflady, ale matka wyczuła 

pismo nosem.

- Co tam chowasz, mamo? Artie, znowu coś knujecie!

Energicznym   krokiem   podeszła   do   szafki,   wyjęła   torebkę   i   zajrzała   do   środka. 

Widziałam, jak oczy robią się jej coraz większe. Nie mówiąc ani słowa, włożyła rękę do torby 

i wyjęła ekierka w polewie czekoladowej.

- Nie zawiera cukru ani tłuszczu! - tłumaczył się Artie, a widząc, że babcia popatrzyła 

na niego z wyrzutem, dodał szybko: - Wiem, wiem. Prosiłaś o snickersy, ale w tej sprawie nie 

licz na mnie, moja droga. Zależy mi na tym, żebyś była ze mną jeszcze długie lata.

- Och, Artie! Ale z ciebie drań - powiedziała z czułością, ujmując jego dłoń.

W końcu poproszono nas, żebyśmy sobie poszli. I bardzo dobrze, ponieważ babcia 

wydawała się już nieco znużona, a ja chciałam zostać sam na sam z Justinem i zadać mu te 

wszystkie   pytania,   które   kłębiły   się   w   mojej   głowie.   Joey   i   Miranda   zaproponowali,   że 

odwiozą   nas   do   domu   swoim   cadillakiem,   rocznik   1967.   Justin   doceniał   pasję   Joeya   do 

starych samochodów, więc gadali obaj przez całą drogę, a z powodu korków jechaliśmy w 

żółwim tempie. Gdy wreszcie dotarliśmy do domu, byłam okropnie nabuzowana - nie tylko z 

powodu niezaspokojonej ciekawości.

- Justin, dlaczego... - zaczęłam, ledwie weszliśmy do salonu.

Umilkłam, gdy objął dłońmi moją twarz i pocałował mnie zachłannie. Nie byłam w 

stanie ustać na nogach. Mocno przytuleni osunęliśmy się na kanapę numer trzy.

- Strasznie się za tobą stęskniłem - powiedział, kiedy w końcu musiał zaczerpnąć tchu. 

- Dlaczego nie odbierałaś moich telefonów?

- Jeszcze się pytasz?! Justin! Myślałam, że mnie rzuciłeś. Nie było cię w domu, kiedy 

wróciłam. Nawet... Bernadetta też zniknęła. - Zbita z tropu popatrzyłam na parapet. - Gdzie 

ona jest?

- Dałem ją na przechowanie Pete’owi. Do głowy mi nie przyszło, żeby powierzyć ją 

Tani,   zwłaszcza   że   podczas   ostatniej   wizyty   zauważyłem   u   niej   marniejącego   fikusa. 

Bernadetta jest w dobrych rękach. Wiesz, że Pete podczas studiów pracował w żłobku?

background image

- Mniejsza z tym. Gdzie byłeś?

- Pojechałem do Chicago. A konkretnie do Oak Park, na jego obrzeżach. To moje 

rodzinne strony.

- Dlaczego tam wróciłeś?

- Musiałem przemyśleć kilka spraw. Dawno nie byłem na grobie rodziców. Zajrzałem 

do nich. Odwiedziłem też kumpli ze szkoły. Wujek Luigi bardzo się ucieszył, gdy wpadłem.

- Wujek Luigi? Pierwszy raz o nim słyszę.

- Aha. Ma w Chicago kilka włoskich restauracji. Chyba nie myślisz, że to od ciebie 

nauczyłem się przygotowywać marinarę - parsknął śmiechem. - Ale ty nie jesteś Włochem! 

Skąd się wziął ten wujek Luigi?

- Siostra mojej mamy wyszła za niego za mąż, a z tego wniosek, że jestem Włochem... 

przez   powinowactwo.   Znam   sposób,   żeby   utrwalić   ten   stan   rzeczy   i   zrobić   ze   mnie 

prawdziwego Włocha - mruknął, rozpinając guziki moich dżinsów.

- Chwileczkę! - zawołałam, chociaż pod wpływem jego dotknięcia od razu zrobiło mi 

się gorąco. - Byłam pewna, że wybierasz się do Vegas.

Westchnął ciężko, kiedy stało się jasne, że nie dam się zbyć ogólnikami.

- Nie jadę do Vegas. Nowy Jork to moje miejsce na ziemi. Poza tym - nie mogę bez 

ciebie żyć. Gdyby nie ty... - Popatrzył na mnie i westchnął głęboko. - Przyznaję, że miałaś 

rację. Wujek Luigi myśli podobnie. Powiedział mi to, zanim jeszcze mu wyznałem, że jesteś 

Włoszką. Radził mi wrócić do robienia filmów. Powinienem to zrobić choćby dla niego, bo to 

on sfinansował mój pierwszy film. Dopiero teraz przyznał mi się, że był wściekły,  kiedy 

zrezygnowałem z reżyserowania. Skoro więc mam robić filmy, muszą to być filmy o Nowym 

Jorku i jego ludziach. Podczas pobytu w Oak Park zacząłem pisać scenariusz. Połączenie 

filmu gangsterskiego, zwariowanej farsy, popularnego widowiska i komedii romantycznej. 

Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie szukać odtwórczyni roli głównej. Chyba zwrócę 

się do Marisy Tomei.

- Justin! - krzyknęłam, dając mu kuksańca. Ogarnęła mnie szalona radość.

- Wiesz, że cię kocham, prawda? - zapytał. - Kocham cię, szalona wariatko.

- Kto tu jest szalony?  Chyba  ty,  cwaniaczku  - odparłam,  przytulając  się mocno  i 

całując Justina do utraty tchu. Pragnęłam go do szaleństwa.

Kochaliśmy się jak wariaci na kanapie numer trzy, numer dwa, numer jeden...

background image

Epilog

Na Manhattanie stale nas przybywa

W   sobotni   wieczór   ja,   Justin   i   Grace   wracaliśmy   do   domu   taksówką.   W   oddali 

widzieliśmy   migocący   światłami   Manhattan.   Wracaliśmy   z   Villa   Napoli   na   Brooklynie. 

Fajny, przytulny lokalik. Odbyły się tam chrzciny. Zgadniecie czyje? Oczywiście córeczki 

Sonny’ego i Vanessy, która przyszła na świat przed trzema tygodniami. Narodziny maleńkiej 

Carmelli (imię dostała po babci, która była  tym zachwycona) były dla Sonny’ego wielką 

niespodzianką, ponieważ na sto procent spodziewał się syna. Jednak śliczna dziewczynka 

natychmiast stała się jego oczkiem w głowie. A moja mama po prostu zwariowała na jej 

punkcie. Wciąż by ją tylko nosiła na rękach. Nie można się doprosić, żeby powierzyła komuś 

tę super odpowiedzialną w jej mniemaniu czynność. Dzisiaj udało mi się potrzymać’ maleńką 

w   czasie   ceremonii,   bo   zostałam   jej   chrzestną   mamą.   Sprawdziłam   się   w   tej   roli.   Nie 

zapłakała ani razu, kiedy ją trzymałam. Może dlatego, że za nami stał Justin i robił zabawne 

miny.

Miałam   więcej   powodów   do   radości.   Właśnie   dostałam   rolę   w   nowym   serialu 

telewizyjnym. Moja bohaterka nazywa się Lisa Petrelli. Tak, wiem. Nie powinnam się tak 

ekscytować. To mała rólka, a cały serial składa się na razie z paru odcinków pilotażowych. 

Cóż,   pożyjemy,   zobaczymy,   ale   i   tak   się   cieszę.   Mam   wreszcie   szansę   sprawdzić   się   w 

telewizji.

Ciekawe,   czy   zgadniecie,   gdzie   Justin   i   ja   byliśmy   w   ubiegłym   tygodniu. 

Odwiedziliśmy   mego   kumpla   Rudy’ego   Michelangelo.   No,   no,   nie   przesadzajcie.   Nie 

poszliśmy   tam   po  zaręczynowy   pierścionek.   Z  takimi   decyzjami   nie  należy  się   spieszyć. 

Szukaliśmy ładnego krzyżyka dla Carmelli. Jak się zapewne domyślacie, Rudy natychmiast 

dał się oczarować Justinowi. Na odchodnym przytulił mnie i szepnął:

- Dobry wybór. Tym razem cena będzie do przyjęcia. 

Taksówka zatrzymała się przed naszą kamienicą.

- Słuchajcie, jesteśmy na miejscu - mruknął senny Justin, mrugając powiekami.

Grace także zasypiała. Kiedy wsparta o siedzącego w środku Justina pochyliłam się, 

żeby cmoknąć ją w policzek,  widziałam,  że opadają jej powieki. Justin, nie zważając na 

niemrawe protesty,  wcisnął jej do ręki pieniądze za kurs. Wysiedliśmy,  nie wdając się w 

dyskusję, i pomachaliśmy jej na pożegnanie.

background image

Kiedy taksówka ruszyła, weszliśmy po schodach - ramię w ramię, niczym stare, dobre 

małżeństwo.   Po   smacznym   jedzeniu   i   bogatym   we   wrażenia   dniu   byliśmy   przyjemnie 

ociężali. W czasie ceremonii i przyjęcia Justin kolekcjonował wspomnienia, żeby je potem 

wykorzystać w scenariuszu, nad którym pracował jak szalony od swojego powrotu z Chicago. 

Czytałam już pierwszą wersję. Jest zabawna, ciepła, ale nie czułostkowa, a miejscami nawet 

drapieżna. Nic dziwnego. Justin to facet, a jego film ma nawiązywać do kina gangsterskiego, 

więc należy się liczyć z tym, że będzie kilka trupów, przynajmniej w pierwszych scenach.

W scenariuszu jest też duża rola dla Angie Di Franco. Wstępnie obiecałam Justinowi, 

że zastanowię się, czy znajdę czas, aby ją zagrać, ale prawdę mówiąc, już dawno podjęłam 

decyzję. Żadna aktorka nie przepuści takiej okazji. Justin podjął rozmowy z potencjalnymi 

sponsorami. Wielu z nich pamiętało jego pierwszy film, więc ucieszyli się, że laureat nagrody 

krytyków wraca do branży, w której odnosił największe sukcesy.

Ja też byłam z tego zadowolona. Gdy weszliśmy do mieszkania, pocałowałam go w 

nadziei, że mimo senności obudzę w nim namiętnego kochanka. Nie rozczarowałam się.

Zasypiając w jego ramionach, uświadomiłam sobie, że nareszcie wszystko jest tak, jak 

chciałam. Jedynym moim problemem był nadmiar mebli zagracających mieszkanie, ale i w tej 

sprawie   rozpoczęłam   już   negocjacje   z   Justinem.   Nie   będą   łatwe,   ale   wierzę,   że   mi   się 

powiedzie.

W końcu to drobiazg. Ważne jest, że wreszcie żyłam  pełnią  życia. I mimo  braku 

pierścionka czułam się naprawdę... zaręczona.


Document Outline