background image

SARAH WEST 

 

 

 

Przytul mnie 

(PrzełoŜyła: Barbara Gentkowska) 

 

 

background image

Rozdział 1 

 

Laine  zobaczyła  ich  w  bramie  parku.  Zacisnęła  kurczowo    palce  na  brzegu  ławki,  była 

bardzo zdenerwowana. MęŜczyzna miał na sobie obszarpane dŜinsy i wypłowiały podkoszulek. Był 

wysoki. Widziała go kiedyś na zdjęciu. Obrzuciła spojrzeniem niesforną, jasnobrązową czuprynę i 

pociągłą, wyrazistą twarz, ale całą uwagę skupiła na dziecku. Dziewczynka, trzymając go za rękę, 

podskakiwała rozradowana, szczebiocząc i śmiejąc się. 

Laine  zadrŜała.  Przez  chwilę  nie  mogła  złapać  oddechu.  IleŜ  to  czasu  czekała  na  ten 

moment?  Miała  wraŜenie,  Ŝe  przez  ostatnie  osiem  lat  -  od  chwili,  gdy  odwróciła  się  od  swego 

ś

piącego dziecka i pośpiesznie opuściła szpital - czekała na to spotkanie. 

Nie  powinna  tu  przychodzić.  Nie  przypuszczała,  Ŝe  będzie  to  takie  przykre.  Ogarnęło  ją 

uczucie  wszechogarniającej  pustki.  Pragnęła  tylko  jednego  -    nie  zemdleć.  Kilka  szybkich 

oddechów...  Tęsknym  wzrokiem  wpatrywała  się  w  twarz  dziewczynki  okoloną  długimi  jasnymi 

lokami,  które  spływały  aŜ  na  ramiona.  Nie  dostrzegła  Ŝadnego  podobieństwa  do  swojej  szerokiej 

twarzy o wystających kościach policzkowych. 

- Tatusiu, jak myślisz, czy będą tam baranki? 

Dziecięcy  głosik  przeszył  ją  na  wskroś.  Spojrzała  na  twarz  męŜczyzny.  Uśmiechał  się  z 

czułością  do  małej  osóbki,  a  na  twarzy  miał  wypisaną  miłość  do  dziecka.  To  głęboko  poruszyło 

Laine. 

- Nie wiem kurczaczku. Chyba tak. Ale Rafferty będzie na pewno. 

Jego łagodny i przyjemny  głos potrącił w niej jakąś głęboko ukrytą strunę. Jak mogła być 

zazdrosna  o  kogoś,  kto  ubóstwiał  swą  córkę,  kto  wychował  ją  od  niemowlęcia, a  w  kaŜdą  sobotę 

zabierał  ją  do  zoo  w  pobliskim  parku?  A  jednak  czuła  zazdrość,  dotąd  obcą  jej  racjonalnej, 

chłodnej psychice. 

- Kocham Raffertego! Tatusiu, czy moŜemy wziąć taką owieczkę do domu? 

-  Wiesz,  Ŝe  nasi  sąsiedzi  nie  byliby  tym  zachwyceni.  A  poza  tym  nie  mamy  dość  trawy, 

Ŝ

eby ją wykarmić. 

- PrzecieŜ moglibyśmy kupować dla niej jedzenie. Tak bardzo chciałabym mieć owieczkę. 

- Obawiam się łobuziaku, Ŝe Fruitcake musi ci wystarczyć. 

- Tylko Fruitcake? 

Właśnie ją  mijali.  Ogarnęło ją  przeraŜenie.  Czuła,  Ŝe  nie  moŜe  pozwolić  im  tak  po  prostu 

odejść. Jedno spojrzenie to za mało. Musi ją poznać, mówić do niej, dotknąć, przytulić... Zupełnie 

nie zdając sobie z tego sprawy wstała i poszła za nimi. Nie była to świadoma decyzja, po prostu - 

impuls. 

background image

Pamiętała,  Ŝe  Agencja  Adopcyjna  starała  się  za  wszelką  cenę,  aby  Laine  uniknęła  tego 

spotkania. 

Czuła się teraz tak, jakby traciła cząstkę samej siebie. Stara rana, którą czas prawie uleczył, 

otworzyła  się  na  nowo.  Jake  Bennington  -  dobrze  znała  to  nazwisko,  podobnie  jak  imię 

dziewczynki, Abigail - pokazał karnet i oboje weszli na dziedziniec. 

Mała  z  okrzykiem  zachwytu  podbiegła  do  dwóch  nowo  narodzonych  jagniąt,  łapczywie 

ssących mleko swej matki. 

Laine jak automat szła za nimi. 

- CzyŜ nie są śliczne...? 

W głosie Abby słychać było radość ośmioletniego dziecka z poznania czegoś nowego. 

- Oczywiście. Są teŜ bardzo delikatne. 

Jake przykucnął obok córeczki i ostroŜnie gładził jedno z jagniąt. 

Poczuła do niego niechęć, nie wiadomo dlaczego. 

- Ja teŜ mogę...? 

- OstroŜnie, kochanie. Nie przestrasz ich. 

Dwie  głowy,  męŜczyzny  i  dziecka,  pochyliły  się nad zwierzątkami.  Nie  było  między  nimi 

miejsca dla nikogo obcego. 

Laine  dyskretnie  otarła  łzy  i  w  końcu  posłuchała  głosu  rozsądku.  Nie  moŜna  tego 

przedłuŜać! Zebrała się resztką sił i odeszła. 

Przez cały weekend walczyła sama ze sobą. Przyjechała do Burchester, by odnaleźć córkę. 

Teraz jednak musi wyjechać. 

Ze  znalezieniem  pracy  i  mieszkania  nie  będzie  problemu.  Na  wykwalifikowanych 

księgowych z praktyką zawsze jest zapotrzebowanie. 

Jednak  wciąŜ  nie  mogła  się  zdecydować.  Jeśli  teraz    wyjedzie,  straci  z  Abby  wszelki 

kontakt.  Gdyby  tu  została,  mogłaby  ją  czasami  widywać.  Wiedziała,  do  której  szkoły  chodzi, 

mogłaby  ją  obserwować  na  boisku  i  gdy  wraca  do  domu.  Po  prostu  -  przelotne  spojrzenia,  które 

dają spokój jej zgłodniałej duszy. Mogła teŜ widzieć jak dorasta, wychodzi za mąŜ... 

Nie,  to  tylko  przedłuŜyłoby  jej  cierpienie!  Chyba  lepiej  nie  wiedzieć  co  się  dzieje  z 

dzieckiem, lepiej go nigdy więcej nie widzieć. 

Jak  rozsądna  i  opanowana  była  wtedy,  gdy  podejmowała  tę  decyzję!  Jednak  później 

nastąpiło to okropne poczucie winy i zrozumienie, Ŝe porzuciła coś bardzo cennego! 

Przez  lata  trudnych  studiów,  pod  lawiną  faktów  i  cyfr,  starała  się  zapomnieć  o  dziecku. 

Jednak  kiedy  nieoczekiwanie  pojawiła  się  moŜliwość  odszukania  córki,  skorzystała  z  niej  bez 

wahania. Teraz właśnie zbiera owoce tej decyzji. 

background image

Ranek  przyniósł  ulgę.  Przez  kilka  godzin  nie  będzie  miała  czasu,  by  dręczyć  się  myślą  o 

trudnych  sprawach.  Musiała  wstać  i  pojechać  do  centrum  Burchester  -  do  Victorian  Mansion  - 

gdzie mieściło się biuro jej szefa. 

Gdy  weszła  do  swego  pokoju,  czekała  na  nią  wiadomość.  Miała  spotkać  się  ze  swym 

współpracownikiem Rogerem Prentice. Miał pięćdziesiąt lat, ale był uosobieniem energii. W ciągu 

ostatnich  dni  przejął  na  siebie  prawie  cały  cięŜar  bieŜących  spraw.  Jego  gabinet  był  jak  zwykle 

zawalony stosem papierów piętrzących się dosłownie wszędzie. 

- Całkiem cię zasypało! - krzyknęła na powitanie. - Jak sobie z tym dajesz radę? 

Odwzajemnił się zdawkowym uśmiechem. 

- Nie narzekam. Siadaj. 

Usiadła  na  wolnym  krześle,  zakładając  nogę  na  nogę.  Miała  na  sobie  kremową,  płócienną 

spódniczkę, którą włoŜyła korzystając z ciepłego wiosennego dnia. W połączeniu z zieloną bluzką 

tworzyła zestaw bardzo kobiecy. 

- W piątek po południu, gdy ciebie juŜ nie było, odebrałem telefon. 

- Byłam u Jacksona - wtrąciła szybko. 

- Wiem. Umówiłem cię z klientem na dzisiejsze popołudnie. Chyba jesteś wolna...? 

-  Nie  ma  sprawy,  choć  mam  mnóstwo  innej  roboty.  Do  środy  mam  oddać  sprawozdanie 

podatkowe dla Jacksona. 

- Ta sprawa to tylko  wstępna rozmowa. Facet nazywa się Jake Bennington. Ma w okolicy 

kilka klubów odnowy biologicznej. 

Laine przełknęła ślinę. Poprzez szum w uszach usłyszała swój własny głos. 

- Ma tu przyjść? 

-  Tak.  Chce,  byśmy  udzielili  mu  porady  w  sprawach  finansowych.  Chodzi  o  przelew 

gotówki.  Ma  z  tym  jakieś  problemy,  a  ty  jesteś  specjalistką  w  poŜyczkach.  Zajmiesz  się  nim, 

dobrze? 

Wstała. W głowie miała zamęt. Nie wiedziała, co ma myśleć. Była zdecydowana wyjechać, 

a tu sam los postawił na jej ścieŜce Jake'a Benningtona. 

- Dzięki ci, Roger. Oczywiście, spotkam się z nim. 

Zupełnie  oszołomiona  wróciła  do  swego  gabinetu  i  cięŜko  opadła  na  fotel.  Patrzyła 

niewidzącym wzrokiem na zaśmiecone biurko. 

Jake  Bennington!  Stanął  przed  nią  jak  Ŝywy:  wysoki,  szczupły,  mocny.  Człowiek,  na 

którym moŜna się oprzeć. Był idealną reklamą systemu odnowy biologicznej, którą propagował. 

Huśtając się na krześle myślała, Ŝe będzie teraz dla niego pracować. Oczywiście! 

background image

Wszystko,  co  miała  zrobić,  to  spotkać  się  z  nim  i  zająć  jego  sprawą:  uczciwie,  logicznie, 

profesjonalnie. Jest po prostu jednym z klientów. 

Kiedy punktualnie o trzeciej zjawił się w jej pokoju, musiała przywołać cały swój chłodny 

profesjonalizm,  by  spokojnie  go  przywitać.  Wyglądał  inaczej  niŜ  wtedy,  w  parku.  W 

nieskazitelnym,  szarym  garniturze  mógłby  być  przykładem  eleganckiego  businessmana. 

Promieniował jakąś tajemniczą siłą i męskością. 

- Miło mi pana poznać, panie Bennington. 

-  Panna  Tyson,  prawda?  Mam  nadzieję,  Ŝe  dobrze  wymawiam  pani  nazwisko  -  wyciągnął 

rękę. - Dzień dobry. 

Laine  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  znają  się  od  lat.  Ku  swemu  zdziwieniu  zobaczyła  w  jego 

oczach iskierki sympatii. 

- Witam pana! MoŜe filiŜankę herbaty? 

Jego uśmiech przyprawił ją o przyśpieszone bicie serca. 

- Chętnie. Dziękuję. 

- Proszę usiąść. Za moment wrócę. 

Zamówiła herbatę, szczęśliwa, Ŝe chwilowa przerwa pozwoli jej odzyskać równowagę. 

W  tym  czasie  Jake  postawił  na  podłodze  swą  wypchaną  teczkę  i  wydobył  z  niej  plik 

dokumentów. 

- Czy zna pani moją sprawę? 

- Chodzi o przelew gotówki? 

-  Zgadza  się.  Potrzebuję  kolejnej  poŜyczki, ale  bank  nie chce mi jej  udzielić  bez  większej 

ilości danych i odpowiednich zabezpieczeń. 

- Na co pan chce przeznaczyć ten kredyt? 

- Chcę wyposaŜyć klub, który otwieram w przyszłym miesiącu. 

- Rozumiem. Ile pan posiada klubów? 

- Pięć. Ten będzie szósty. 

- A działa pan, jeśli się nie mylę, zaledwie rok? 

- Osiemnaście miesięcy. Ma to jakieś znaczenie? 

- Za szybko się pan rozwija. To dość powszechny problem. 

- No cóŜ, pani się na tym zna. Co powinienem zrobić w tej sytuacji? 

-  Proszę  dać  mi  trochę  czasu.  Zanim  udzielę  porady,  muszę  się  zorientować  w  sprawie, 

takŜe w banku. 

- To brzmi optymistycznie, panno Tyson, ale ja nie mam czasu. Wierzyciele depczą mi po 

piętach. 

background image

Laine uśmiechnęła się. 

- Przystopujemy ich, przynajmniej czasowo. Poczekają, gdy im powiem, Ŝe zgłosił się pan 

po poradę finansową. 

Uśmiechnął się szeroko. Jego pociągłą twarz pokryła siateczka bruzd i zmarszczek, tworząc 

interesujący rysunek. 

- To juŜ coś! - znowu się uśmiechał. 

Zignorowała ten uśmiech. Odpędziła głupie myśli i spróbowała skupić się na sprawie. 

-  Chciałbym  rozwinąć  sieć  klubów  w  miastach  na  terenie  całego  kraju  -  powiedział 

zbierając  się  do  wyjścia.  -  Kultura  fizyczna  jest  potrzebna.  Czy  widziała  pani  któryś  z  moich 

klubów? 

Laine  zarumieniła  się.  Przypomniała  sobie,  jak  przychodziła  do  klubu  Burchester,  by 

zdobyć informacje o jego prywatnym Ŝyciu, o miejscach, gdzie najczęściej bywa... 

Właśnie tam dowiedziała się o jego sobotnich wizytach w parku. 

 - Jeśli chodzi o ścisłość, to byłam w jednym z tutejszych klubów - przyznała. - Wspaniały! 

- Świetnie! A inne pani widziała? 

Potrząsnęła głową. Jake spojrzał na zegarek. 

-  Jeśli  nie  ma  pani  nic  przeciwko  temu,  moglibyśmy  pojechać  do  Birmingham.  Mam  tam 

dwa kluby. Obydwa są większe od tutejszego. 

- Dobrze - Laine nagle zapragnęła odrobiny szaleństwa. Jake patrzył na nią w taki sposób, 

Ŝ

e serce zabiło jej szybciej. Taki mały wypad w interesach, to przecieŜ nic złego - usprawiedliwiała 

się w myślach. A ze sprawą Jacksona na pewno zdąŜy. 

-  W  porządku  -  podniosła  się  z  krzesła.  -  Wprawdzie  mam  jeszcze  mnóstwo  pracy,  ale 

skusił mnie pan. Muszę duŜo wiedzieć o pańskich interesach, bym mogła dobrze się nimi zająć. 

- Ja zaś muszę wiedzieć wszystko o pani! 

Miękko  wymówione  słowa  i  ton  jego  głosu  sprawiły,  Ŝe  przeszył  ją  dreszcz.  Gdy 

zdejmowała płaszcz z wieszaka, drŜały jej ręce. Nie była przygotowana na takie komplikacje. Ale 

taki miły, niezobowiązujący kontakt na płaszczyźnie interesów pozwoli jej nadal widywać córkę, a 

tego bardzo pragnęła. Zdecydowała się. 

W  ostatniej  chwili  ogarnęła  ją  panika.  Jak  mogła  osobiście  angaŜować  się  w  związek  z 

męŜczyzną, który był przez osiem lat opiekunem jej córki? 

Jednak odrzuciła te obawy. 

- Nie usłyszy pan nic ciekawego, panie Bennington. 

- Proszę mi mówić Jake... 

Zostawiła sekretarce wiadomość dokąd się wybiera, po czym wyszli. 

background image

- Panie Bennington... 

- Jake -  poprawił, otwierając drzwiczki białego sportowego wozu. 

Patrzyła,  jak  przekręca  kluczyk  w  stacyjce,  a  potem  -  gdy  silnik  zapalił  -  jak  wrzuca 

wsteczny bieg. 

- Czy jest jakiś powód, dla którego musimy być tacy oficjalni? - zapytał łagodnie. - Czy nie 

moŜemy się bliŜej poznać?... PrzecieŜ nie jest to sytuacja: pacjent_lekarz. 

-  Nie  -  zaśmiała  się  z  zakłopotaniem.  -  Zawodowych  przeciwwskazań  nie  ma,  ale  mimo 

wszystko sądzę, Ŝe nie jest to zbyt dobry pomysł. 

-  Więc  będę  musiał  cię  przekonać.  Twoja  sekretarka  nazywała  cię  Laine.  Czy  to  skrót  od 

Elaine? 

- Nie. Takie imię otrzymałam na chrzcie. Moja matka chciała, Ŝeby było niezwykłe. 

- Podoba mi się, bo pasuje do ciebie. 

Jechali autostradą. 

“BoŜe!  -  myślała  gorączkowo.  -  Nie  chcę  zostać  stroną  w  trójkącie”.  Myśl  o  tym,  Ŝe 

przybrany  ojciec  Abby  jest  kobieciarzem  spowodowała,  Ŝe  poczuła  się  głupio.  Jednak  przecieŜ 

kochał jej dziecko; moŜe naleŜało mu wybaczyć tę słabostkę? 

Włączył  radio  i  w  samochodzie  rozległ  się  dźwięk  elektrycznych  gitar.  Laine  oparła  się 

wygodniej i obserwowała szeroką wstęgę autostrady. Jake zjechał w stronę miasta i włączył się w 

ruch uliczny. Wjechał w jakąś uliczkę i zatrzymał wóz przed duŜym ośrodkiem. 

UwaŜnie obejrzała szyld nad drzwiami. 

- Podobają mi się nazwy, jakie nadajesz swoim klubom. 

- “Hygeia”. Pomyślałem, aby wezwać boginię zdrowia! 

- JuŜ widzę jak kluby “Hygeia” wyrastają w całym kraju jak grzyby po deszczu. To dobrze 

brzmi. 

Ośrodek  wyglądał  wręcz  imponująco.  Nie  miała  Ŝadnych  wątpliwości,  na  co  poszły 

pieniądze.  Jeśli  przy  budowie  innych  klubów  był  tak  samo  rozrzutny,  to  nic  dziwnego,  Ŝe  miał 

kłopoty finansowe! 

- Pieniędzy tu nie oszczędzano - zauwaŜyła cierpko. 

- Nie - powiedział. - WłoŜyłem w to całego siebie. Inne są skromniejsze. Pozostałe obiekty 

wyposaŜyłem dokonując mało zmian, chociaŜ dręczyło mnie, Ŝe muszę oszczędzać. 

- Trzeba rozwijać interes stopniowo, w miarę jak będzie przynosił zyski. 

- Na pewno będzie! - stwierdził z wiarą. 

background image

Sala gimnastyczna wyglądała niczym jakieś rusztowanie z rur i prętów krzyŜujących się we 

wszystkich moŜliwych kierunkach. Kiedy podeszli bliŜej, poszczególne elementy zaczęły nabierać 

sensownych kształtów. Większość przyrządów była zajęta. 

Jake gestem przywołał męŜczyznę o wyglądzie emerytowanego boksera, lekko łysiejącego 

ze spłaszczonym nosem. 

- Jak idzie? - zapytał Jake. 

- W porządku, szefie. Wszystko zajęte. 

Jake poklepał go po ramieniu. 

- Dobra robota, Len. 

-  Sauny  są  tam  -  wyjaśnił  Jake.  -  U  góry  jest  druga  sala  gimnastyczna:  drabinki, 

równowaŜnie, liny, materace. Sporo ludzi woli tradycyjny rodzaj ćwiczeń. 

Mówiąc  to  zaprowadził  ją  na  górę.  Kilku  męŜczyzn  trenowało  szermierkę.  Inna  grupa 

ć

wiczyła karate czy teŜ judo. 

- Wspaniała sala! 

- A obok wejścia, widzisz, mamy bufet! 

- Zdrowa Ŝywność i Ŝadnego alkoholu?... 

-  Zgadłaś.  Sprzedajemy  frytki  i  róŜne  chrupki.  Czy  chcesz obejrzeć  pozostałe  budynki?  A 

potem pozwolisz zaprosić się na obiad? 

Uśmiechał się. Z jego oczu moŜna było wyczytać, Ŝe chce nawiązać z nią bliŜszy kontakt. 

Napotkawszy jego wzrok Laine poczuła, Ŝe się rumieni. Ale za chwilę ogarnął ją chłód. Spojrzała 

na zegarek. 

- Czy twoja Ŝona nie czeka na ciebie? - zapytała. 

Twarz Jake'a do tej pory tak bardzo oŜywiona, w jednej chwili posmutniała. Schował się jak 

ś

limak do skorupki. Przymknął oczy, a zmarszczki wokół ust pogłębiły się... 

- Moja Ŝona - powiedział oschle - umarła trzy lata temu, ale dobrze,  Ŝe mi przypomniałaś. 

Moja córka jest zawsze taka nieszczęśliwa, jeśli nie ma mnie w domu wieczorem. 

Miała  wraŜenie,  jakby  ktoś  zdzielił  ją  obuchem  w  głowę.  Nie  wiedziała  o  tym!  Podczas 

poszukiwań nie natknęła się na tak istotny szczegół! 

- Jake, tak mi przykro. 

CóŜ więcej mogła powiedzieć? Wyrazy Ŝalu czy przeprosiny były nie na miejscu. Nie znała 

przecieŜ jego Ŝony, a jego samego poznała dopiero dziś. 

- Odwiozę cię. 

Był uprzejmy, ale poprzednia swoboda zniknęła bez śladu. Schował się w sobie, był daleki i 

chłodny. Podwiózł ją na parking, gdzie stała jej toyota i poŜegnał się. 

background image

- Dobranoc Jake. Zadzwonię, gdy będę miała jakieś dane. 

- Zadzwoń do domu. Tam mam swoje biuro. 

Nawet  nie  wysiadł  z  samochodu.  Skinął  głową,  nacisnął  pedał  gazu  i  odjechał.  Laine 

poczuła  się  jak  ukarana.  Ale  za  co?...  Pytając  o  jego  Ŝonę?...  A  moŜe  dostrzegł  w  jej  głosie 

złośliwość?... śe teŜ nie sprawdziła, Ŝe jest wdowcem! Jednak świadomość tego faktu wywołała w 

niej niezwykłe oŜywienie. Nie do wiary! A więc miała szansę zostać przybraną matką swojej córki! 

Szybko odsunęła tę pokusę.  Czy naprawdę chciałaby zostać Ŝoną Jake'a, czy kogokolwiek 

innego? 

Z drugiej strony sam los stwarzał jej sytuację, Ŝe moŜliwość bycia z córką stała się realna! 

Musi  wykorzystać  tę  szansę.  Nigdzie  nie  wyjedzie.  Bez  względu  na  konsekwencję,  pozostaje  w 

Burchester. 

 

 

background image

Rozdział 2 

 

Zaparkowała  wóz  i  weszła  na  werandę.  Przez  drzwi  frontowe  wchodziło  się  wprost  do 

pokoju  wypoczynkowego,  który  zajmował  prawie  parter  tego  niewielkiego  domku.  Do 

pomieszczeń na górze prowadziły małe kręcone schodki. Zaniosła rzeczy do swego pokoju i rzuciła 

je na krzesło. 

Zeszła na dół. Oparła czoło o chłodną szybę. Słońce właśnie powoli zachodziło i długi cień 

wypełniał  tę  niewielką  zamkniętą  przestrzeń;  dywan  delikatnych,  róŜowo_liliowych  kwiatów 

oświetlały zachodzące promienie. Laine uniosła głowę, urzeczona tym pięknem. 

Nagle roześmiała się sama do siebie. Odwróciła się na pięcie i podeszła do wielkiej kanapy, 

stojącej  na  środku  pokoju.  Z  rozkoszą  zapadła  w  miękkie,  pluszowe  poduchy.  Wyciągnęła  nogi  i 

załoŜywszy ręce pod głowę, rozkoszowała się błogim odpoczynkiem. 

Nie ma się czym przejmować! Miała dom, przynajmniej tak długo, jak była w stanie spłacać 

raty. Była szczęśliwa w Burchester. Lubiła swoją pracę, a dom był inwestycją, którą lata studiów 

pełnych  wyrzeczeń  uczyniły  realną.  Tak.  Z  której  strony  by  nie  patrzeć,  pozostanie  w  Burchester 

miało sens. 

W nagłym przypływie energii pobiegła do kuchni. Była głodna. Wspomnienie obiadu, który 

odrzuciła, wywołało w niej lekki Ŝal. 

No  cóŜ,  przeszłości  nie  zmieni,  liczy  się  tylko  jutro!  Jutro,  które  takŜe  moŜe  oznaczać 

bliskie kontakty z córką. 

Te  marzenia  i  plany  spowodowały  bezsenną  noc.  Nazajutrz  ostro  zabrała  się  do  pracy. 

Uporawszy się z najpilniejszą sprawą Jacksona, wzięła się za dokumenty Jake'a. Nie było to łatwe. 

Panował w nich taki bałagan, Ŝe mało kto mógłby się w tym połapać. Zawierały jednakŜe wszelkie 

potrzebne  dane.  Uporządkowanie  tego  wszystkiego  zajęło  jej  środę  i  czwartek,  ale  w  piątek  rano 

wiedziała juŜ, co zrobić, by uratować jego interesy. 

Sięgnęła po telefon. Przez dłuŜszą chwilę zastanawiała się, co ma powiedzieć. Wybierając 

numer  pomyślała,  Ŝeby  lepiej  nie  było  go  w  domu,  ale  gdy  usłyszała  w  słuchawce  kobiecy  głos, 

serce podskoczyło jej do gardła. 

Szybko opanowała się. 

- Czy mogę prosić pana Benningtona? 

- Niestety, nie ma go w tej chwili. MoŜe coś przekazać? 

- Jak mogę się z nim skontaktować? To waŜne. 

- Niestety, to będzie trudne, bo ma dziś do załatwienia mnóstwo spraw. A kto mówi? 

background image

-  Nazywam  się  Laine  Tyson  z  firmy  Prentice and  Co.  Czy  mogłaby  pani  przekazać,  Ŝeby 

zadzwonił do mnie? Będę w biurze do wpół do szóstej. 

- Oczywiście, proszę pani. Powinien wrócić do tego czasu. 

- Dziękuję. Do widzenia. 

“Kim  była  ta  kobieta?  -  myślała  zdenerwowana.  -  Prawdopodobnie  gospodyni.  PrzecieŜ 

potrzebował  kogoś  do  sprzątania,  do  opieki  nad  Abby,  gdy  był  nieobecny.  Spokojnie!  Bądź 

rozsądna! Denerwować się tylko dlatego, Ŝe kobieta odebrała telefon!” Właściwie, co to ją mogło 

obchodzić?  Jednak  nie  była  w  stanie  ukryć  niepokoju  nawet  sama  przed  sobą,  więc  zanim  około 

piątej zadzwonił telefon, siedziała jak na szpilkach. 

- Pan Bennington! - oznajmiła sekretarka. 

- Słucham! 

- Laine, właśnie dowiedziałem się, Ŝe dzwoniłaś. 

Z ulgą wsłuchiwała się w jego głos. Było w nim odpręŜenie i przyjaźń. Odetchnęła z ulgą i 

zaczęła mówić, o co chodzi. 

- ...Więc jak widzisz, musimy się zobaczyć i to jak najszybciej. Czy będzie to moŜliwe dziś 

po południu, czy musimy czekać do poniedziałku? 

- A moŜe spotkamy się dziś wieczorem lub w czasie weekendu? Czy ci to odpowiada? 

Ogarnęła ją fala gorąca. 

- Oczywiście, jeśli to tylko moŜliwe, zawsze idziemy klientowi na rękę. 

- To się nazywa obsługa. Dziś wieczorem, moŜe o ósmej? 

- Świetnie. Będę o ósmej. 

OdłoŜyła słuchawkę. Ciekawe, czy Abby będzie juŜ spała? Czy zobaczę ją? 

Znała  otoczenie  domu,  w  którym  mieszkała  jej  córka.  Przechodziła  tamtędy  kilka  razy. 

Miejsce  było  raczej  opustoszałe,  więc  nie  chciała  się  tam  częściej  pojawiać,  bez  wywołania 

podejrzeń.  Park  miejski,  to  zupełnie  co  innego.  Właśnie  z  tego  powodu  go  wybrała,  aby  ją 

zobaczyć  po  raz  pierwszy.  Teraz  właśnie  zobaczy  wnętrze  tego  szacownego  domu!  Nawet,  jeśli 

tam  nie  ujrzy  Abby,  zawsze  będzie  mogła  przywołać  obraz  miejsca,  w  którym  ona  przebywa. 

Wystarczy, Ŝe będzie pamiętać ją i JAke'a. 

Wzięła się w garść i zajęła się przekopywaniem dokumentów. 

Z  ulgą  zakończyła  pracę,  zabrała  swoje  rzeczy  oraz  papiery  Jake'a.  Czuła,  Ŝe  zbliŜa  się 

nieuniknione. 

Ten wieczór będzie kamieniem milowym. Bez względu na to jak się sprawy potoczą. 

 

*** 

background image

 

Podjechała przed dom Jake'a i zatrzymała się przed frontowymi drzwiami. 

Wysiadła,  zabierając  z  tylnego  siedzenia  jego  dokumenty.  Nacisnęła  dzwonek.  Usłyszała 

czyjeś kroki i dziecięcy głosik uciszający psa. 

Drzwi ostroŜnie uchyliły się na tyle, by przez wąską szparę mogło wyjrzeć dziecko i pies. 

Laine  przycisnęła  do  piersi  teczkę  z  dokumentami,  zasłaniając  się  nimi  jak  tarczą.  Tak 

chciała porwać małą w stęsknione ramiona i przytulić. Oczy dziewczynki błyszczały ciekawością, 

ale uśmiechała się w sposób wymuszony. 

- Dobry wieczór! 

- Dobry wieczór! Jestem Laine Tyson. Miałam zobaczyć się z twoim tatą. 

- Abby! - w głębi domu rozległ się ten niezapomniany głos. - Poproś pannę Tyson! PrzecieŜ 

nie wejdzie, gdy stoisz w drzwiach! 

Abby odsunęła się i zawołała psa. 

- Fruitcake (Fruitcake - tort owocowy), do nogi! 

Laine  uśmiechnęła  się.  Napięcie,  które  do  tej  pory  odczuwała,  zelŜało.  A  więc  to  była 

Fruitcake!  Od  razu  było  widać  czemu  ten  piesek  zawdzięcza  swoje  imię.  Jego  piękną,  kremową 

sierść niemal na całym ciele zdobiły małe brązowe plamki. 

Abby miała na sobie błękitną nocną koszulkę w róŜowe króliczki i włosy związane gumką. 

Drobne paluszki wyglądały z puszystych domowych kapci. Pachniała mydłem i talkiem. 

Laine podniosła wzrok na Jake'a stojącego parę kroków dalej. 

- Dobry wieczór, Jake. 

- Witaj. Abby, teraz, gdy juŜ zobaczyłaś pannę Tyson, moŜesz iść do łóŜka. Za pięć minut 

przyjdę powiedzieć ci dobranoc. 

- Czy muszę? - Abby zamknęła drzwi. 

- Musisz, naprawdę. Mamy z panną Tyson duŜo pracy. No, marsz na górę! 

- No dobrze - Abby uśmiechnęła się grzecznie. - Dobranoc. 

- Dobranoc, Abby. Bardzo się cieszę, Ŝe cię poznałam. 

Gdyby wiedzieli jak bardzo. 

Oboje  patrzyli  na  dziecięcą  figurkę  wdrapującą  się  wraz  z  nieodstępną  Fruitcake  po 

schodach. Jake odwrócił się do Laine. 

- Proszę dalej. Daj te papierzyska. Nie sądziłem, Ŝe jest tego tak duŜo. Jeszcze płaszcz... 

- Dziękuję. 

Zdjęła jasny, lekki prochowiec i podała Jake'owi. 

background image

Miała  na  sobie  swoją  ulubioną  letnią  sukienkę  z  długimi  rękawami.  Wiedziała,  Ŝe  ta 

Ŝ

ółtobrązowa  tonacja  odbija  się  złotym  światłem  w  jej  włosach,  a  szeroka,  powiewna  spódnica 

podkreśla  szczupłość  talii  i  nóg.  Szeroki  brązowy  pasek  i  długie  kolczyki  z  tygrysiego  oka 

dopełniały całości. 

Jake zaprowadził ją do salonu urządzonego wygodnie i ze smakiem, chociaŜ meble i dywan 

wyglądały  na  nieco  podniszczone.  Łagodne  odcienie  zieleni  i  błękitu  tworzyły  atmosferę  miłego 

chłodu i zachęcały do wypoczynku. Kominek i wiśniowe lampy dodawały ciepłego blasku. 

- MoŜe drinka? Szkocka, brandy czy sherry? 

- Jeśli moŜna, poproszę brandy z imbirem. 

Jake podszedł do baru. Gdy przygotowywał drinki, przyglądała się jego wysokiej, szczupłej 

postaci,  szerokim  barkom  i  wąskim  biodrom.  Tym  razem  miał  na  sobie  spodnie  od  dresu  i  białą 

koszulkę gimnastyczną. 

Wzięła szklaneczkę z napojem i uśmiechając się podniosła do ust. 

- Na zdrowie! 

Jake upił nieco i odstawił szklaneczkę. 

- Pójdę sprawdzić, czy Abby jest w łóŜku. Zaraz wracam. 

Laine uśmiechnęła się z przymusem. 

- Jest cudowna. Musisz być z niej bardzo dumny. 

- I jestem. 

Gdy wyszedł, zacisnęła drŜące dłonie na szklance, przymknęła oczy usiłując powstrzymać 

łzy cisnące się do oczu. Musi wziąć się w garść, inaczej nic z tego nie będzie. 

To nic! To przecieŜ pierwszy raz! Pierwszy raz moŜe rozmawiać ze swoim dzieckiem, które 

kiedyś  musiała  zostawić.  Następnym  razem  będzie  łatwiej.  Szczęście,  Ŝe  Jake  wyszedł. 

Przynajmniej miała czas, by się uspokoić, opanować wzruszenie. 

Dopiła drinka i otarła oczy. 

- Za mocne? 

- Troszeczkę - z ulgą chwyciła się tego pomysłu. - Nie powinnam pić tak szybko. 

Jake uśmiechnął się. 

- Widzę, Ŝe prawie skończyłaś. Zrobić ci jeszcze? 

- Nie, dziękuję. Chyba mam dość. 

Wziął swoją szklankę i dopił zawartość. 

- No to bierzemy się do pracy. Chodźmy do mojego gabinetu. Wezmę papiery. 

Przeszli do niewielkiego pokoju, w którym stało biurko, parę krzeseł i półki z ksiąŜkami. 

- Ciekawy jestem, co takiego wymyśliłaś - powiedział, gdy usiedli. 

background image

W  ciągu  następnej  godziny  Laine  omawiała  swoje  wyliczenia.  W  końcu  przeszła  do 

wniosków. 

- Jake, nie moŜesz pozwolić sobie na taką poŜyczkę. Nie będziesz w stanie spłacać kredytu. 

Pochłonie to większość twoich dochodów. Nie jest to rozsądne! 

Jake wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. 

-  Nie  zgadzam  się.  Mam  juŜ  ziemię  i  budynki.  Jeśli  nie  wykorzystam  tego,  będę  płacił 

czynsz i podatek za nie. 

-  To  prawda,  ale  moŜesz  zrobić  z  tych  pomieszczeń  tradycyjne  sale  gimnastyczne  i 

wyposaŜać  je  w  nowy  sprzęt  w  miarę  osiągania  zysku.  W  tym  czasie  skoncentruj  się  na 

zwiększeniu dochodów z dotychczasowych obiektów. 

Zamyślony Jake nadal przemierzał pokój. Laine zamarła, nie chciał przyjąć jej rozwiązania. 

Jego firma moŜe upaść. “Moja rada ci nie w smak - myślała ze złością - a nikt inny lepszej ci nie 

udzieli. Rób, co chcesz. Mnie to nie obchodzi.” 

Ale  obchodziło  ją.  Nawet  bardzo.  Nie  tylko  z  tego  powodu,  Ŝe  wszystko  co  dotyczyło 

Jake'a, dotyczyło równieŜ Abby, ale dlatego, Ŝe chciała stać się częścią ich Ŝycia. Jeśli Jake odrzuci 

jej ekspertyzę, odrzuci równieŜ ją. 

Przestał chodzić po pokoju. 

- Nie podoba mi się twoje rozwiązanie - powiedział szorstko. - Ale “nie po to trzymam psa, 

by samemu szczekać” - jak to się mówi. Zrobię tak, jak zaproponowałaś. 

Uśmiechnął się, a ona odetchnęła z ulgą. 

- To dobrze. Z mniejszą poŜyczką nie powinno być trudności. 

- Więc postanowione. Napijesz się jeszcze? 

- Nie powinnam. Jadę samochodem. 

- Więc moŜe kawy? Zostaw to wszystko i chodźmy do salonu. 

Laine połoŜyła papiery na biurku, zabierając tylko swoje notatki. 

- Usiądź. Zaraz zrobię kawę. 

W  chwilę  później  na  stoliku  obok  kominka  bulgotał  ekspress  do  kawy.  Pojawiły  się  dwie 

filiŜanki, śmietanka, cukier i herbatniki. 

Jake wyciągnął się w fotelu, uśmiechając się do niej jak aktor filmowy. 

- Powiedz, jak to się stało, Ŝe taka piękna kobieta została doradcą finansowym? 

-  A  co  ma  jedno  z  drugim  wspólnego?  Zawsze  lubiłam  matematykę,  mam  ścisły  umysł. 

Pomyślałam, Ŝe szkoda go marnować. Poza tym to dobry zawód. Mój ojciec pracuje w księgowości 

w wielkiej firmie i to on podsunął mi myśl o studiach. Chciał, abym była lepsza niŜ on. 

- I udało ci się. Twoi rodzice mieszkają tutaj? 

background image

- Nie, mieszkają w Surrey, na południe od Londynu. Teraz rzadko ich widuję. 

- Brakuje ci ich? 

- Czasami, choć nie byliśmy zŜyci... 

W przeciwnym wypadku nigdy by nie nalegali, Ŝeby porzuciła swoje dziecko, bez względu 

na nią samą i jej odczucia. Gdyby ojciec chciał ją przyjąć oraz dziecko wtedy, gdy robiła maturę, a 

potem zdawała egzaminy na pierwszy rok College'u... Wtedy na pewno poradziłaby sobie. Ale nie 

dali jej szansy. Ojciec postawił ultimatum: albo odda dziecko do adopcji, albo wyrzucą ją z domu i 

będzie  musiała  Ŝyć  z  zasiłku  dla  bezrobotnych.  W  wieku  siedemnastu  lat  takie  ultimatum  jest 

wyrokiem! 

Ekspress przestał bulgotać i Jake pochylił się, by napełnić filiŜanki. 

- Śmietanki? 

- Odrobinę i bez cukru. 

- Poczęstuj się herbatnikiem. 

- Dziękuję. A gdzie są twoi rodzice? - zapytała. 

- Są za granicą. Ojciec jest wykładowcą na uniwersytecie w Kanadzie. 

- To dlatego ty teŜ byłeś kiedyś naukowcem? 

Laine przełknęła ślinę. Jak mogła tak się wygadać! Uśmiechnęła się niewyraźnie. 

-  Bringstone  to  plotkarska  mieścina.  Wiem,  Ŝe  zanim  zająłeś  się  Klubami  Odnowy, 

wykładałeś historię współczesną. 

PrzecieŜ  mogła  trafić  na  tę  wiadomość  przypadkiem.  Nie  mógł  podejrzewać,  Ŝe  celowo 

zbierała  o  nim  informacje,  a  w  Biurze  Adopcyjnym  powiedziano  jej  o  nowych  rodzicach  jej 

dziecka. 

- To prawda - uśmiechnął się w sposób, który Laine przyprawił o drŜenie. - Nie wyglądam 

na naukowca? 

- Wyglądasz. Masz inteligentną twarz. 

-  Dzięki!  Rzeczywiście,  studiowanie  bawiło  mnie  i  byłem  nawet  niezłym  historykiem,  ale 

wykłady  śmiertelnie  mnie  nudziły.  Trzymałem  się  tego,  póki  Ŝyła  moja  Ŝona,  ale  po  jej  śmierci 

postanowiłem  zmienić  styl  Ŝycia.  Potrzebowałem  czegoś  bardziej  aktywnego,  gdzie  mógłbym  się 

sprawdzić jako przedsiębiorca. Stąd Kluby Odnowy. 

Laine zdobyła się na odwagę. Musi porozmawiać o jego byłej Ŝonie. 

- Powiedz mi, dlaczego ona umarła? 

- Umarła na raka - powiedział szorstko. - Powinniśmy się byli tego spodziewać. Krótko po 

naszym ślubie była operowana, ale myśleliśmy, Ŝe kuracja jest zakończona. 

- Potem urodziła się Abby...? - Laine wstrzymała oddech. 

background image

-  Abby  nie  jest  naszym  dzieckiem.  śona  moja  była  tak  nieszczęśliwa,  Ŝe  nie  moŜe  mieć 

dzieci,  Ŝe  zdecydowaliśmy  się  na  adopcję.  Wzięliśmy  ją,  gdy  miała  dwa  tygodnie.  Kocham  ją 

jednak jak własną córkę. 

Ciekawe,  jak  by  zareagował,  gdyby  powiedziała  mu  prawdę:  “ona  jest  moja!”  Te  słowa 

dźwięczały  jej  w  głowie,  ale  nie  odwaŜyła  się  powiedzieć  ich  głośno.  Zamiast  tego,  z  bólem 

wyszeptała: 

- Rozumiem. 

-  CięŜko  jest  samotnie wychowywać dziecko, ale  kochałem  moją  Ŝonę  i  nie  mogę  zdobyć 

się na to, by ktoś zajął jej miejsce. 

“To wiele wyjaśnia” - myślała Laine upijając z filiŜanki duŜy łyk kawy. 

- Jak sobie radzisz?   

- Pani  Foale, z którą rozmawiałaś, spędza z nią większość czasu. Jest wdową i mieszka z 

córką.  Od  poniedziałku  do  piątku  po  południu  mieszka  u  nas.    W  weekendy  jest  u  córki,  która 

właśnie wtedy potrzebuje kogoś do dzieci. Układ ten działa nieźle. 

Więc  to  nie  przyjaciółka!  Słysząc,  co  mówił  o  wprowadzeniu  kogoś  innego  na  miejsce 

zmarłej Ŝony, nie była tym zdziwiona, jednak mimo woli ulŜyło jej. 

-  Biedna  kobieta  -  Laine  skryła  swoje  prawdziwe  uczucie  pod  maską  sympatii.  -  Czy  ona 

ma coś w Ŝyciu dla siebie? 

Jake zmarszczył brwi. 

- Ona lubi zajmować się dziećmi. Poza tym w weekendy wyjeŜdŜa z rodziną za miasto, nie 

jest więc Ŝadną męczennicą - dodał. 

Na  jej  delikatnej  twarzy  pojawił  się  rumieniec,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  okazała  się 

malkontentką. 

-  Przepraszam  -  szepnęła  -  nie  chciałam  krytykować.  Po  prostu  zdziwiło  mnie,  Ŝe  spędza 

cały swój czas zajmując się cudzymi dziećmi. 

- Wielu ludzi to robi. Ja na przykład nie rozumiem, jak matka Abby mogła porzucić swoje 

dziecko? Jaką osobą musiała być? Samolubną babą bez serca! 

Laine  zdrętwiała.  Nigdy  nie  przypuszczała,  Ŝe  ktoś  moŜe  ją  oceniać  w  ten  sposób.  Tępo 

wpatrywała się w filiŜankę zaciśniętą w dłoniach. Zmusiła się jednak, by powiedzieć: 

- A jeśli ona była młoda i nie miała innego wyjścia? 

Jake Ŝachnął się. 

-  Zawsze  jest  jakieś  wyjście.  Ta  dziewczyna  zdecydowała  się  porzucić  dziecko,  które  tak 

nieodpowiedzialnie urodziła. Nie była zamęŜna, ale co z tego? 

Jej zesztywniałe wargi ledwie wymówiły słowa: 

background image

- MoŜe nie powinniśmy sądzić jej zbyt ostro. Nie znamy wszystkich okoliczności. 

Dziękowała  teraz  niebu,  Ŝe  nie    wyznała  prawdy.  Czuła  jednak  wielką  potrzebę 

usprawiedliwienia  tego  postępku.  Chciała,  Ŝeby  Jake  pomyślał  nieco  łagodniej  o  tamtej 

dziewczynie.  Niestety,  nie  było  to  moŜliwe.  Jeśli  chce  go  widywać,  musi  zachować  swoją 

tajemnicę. On nigdy nie moŜe dowiedzieć się prawdy. W pewnym momencie zorientowała się, Ŝe 

Jake ją uwaŜnie obserwuje. Zdobyła się na desperacką odwagę, by wytrzymać to spojrzenie. 

- Powinieneś być jej wdzięczny chociaŜ za to urodzenie, inaczej nie miałbyś Abby. 

- No  tak. Ale nie mogę przejść do porządku dziennego nad faktem, Ŝe ktoś porzuca swoje 

dziecko. 

- Ona nie porzuciła, ale oddała je. Wam. 

Wzruszył ramionami. 

- W tej sprawie jesteśmy najwyraźniej odmiennego zdania. Jeszcze kawy? 

Zapomniała o swojej filiŜance. Szybko dopiła resztki i podała ją Jake'owi. 

- Czy Abby wie, Ŝe jest adoptowana? - wykrztusiła z siebie. 

MoŜe  nie  powinna  kontynuować  tego  tematu,  ale  musiała  się  dowiedzieć,  czy  Abby  była 

ś

wiadoma, Ŝe ma gdzieś naturalnych rodziców: matkę, ojca... 

Nadal  trudno  było  jej  myśleć  o  ojcu  Abby;  męŜczyźnie,  który  ją  zostawił  w  tak  trudnym 

momencie. 

Jak  mogła  być  aŜ  tak  naiwna,  aby  sądzić,  Ŝe  atrakcyjny,  dwudziestodziewięcioletni 

męŜczyzna  nie  jest  Ŝonaty,  i  Ŝe  jest  naprawdę  zakochany  w  niedojrzałym  siedemnastoletnim 

podlotku? Ale wówczas była tak zadurzona, Ŝe wierzyła we wszystko. Po prostu oddała całą siebie, 

aŜ  do  zatracenia.  Tak,  jak  tylko  młodość  potrafi  to  robić.  Ufała  Peterowi  we  wszystkim,  nawet 

jeŜeli  chodziło  o  środki  zapobiegawcze.  Wspomnienie  jego  twarzy  wykrzywionej  złością,  gdy 

dowiedział się, Ŝe jest w ciąŜy, pozostanie jej na zawsze w pamięci. 

- Pozbądź się tego - powiedział wówczas. 

- Peter! - wykrzyknęła w zdumieniu. - Nie chcesz naszego dziecka? Po prostu pobierzemy 

się wcześniej niŜ planowaliśmy, to wszystko. 

- Mówię ci, Laine, pozbądź się dziecka. Albo koniec z nami. 

-  Ale...  Nie  mogę!  Czy  ty  tego  nie  rozumiesz?  Nie  mogę  zabić  naszego  dziecka!  Czy 

naprawdę nie moŜemy się pobrać? 

- Oczywiście, Ŝe nie. Ty idiotko! - Laine z przeraŜeniem patrzyła, jak uprzejmy, troskliwy, 

kochający  męŜczyzna  zmienia  się  w  zwierzę.  -  Jestem  Ŝonaty,  więc  jak  mogę  się  z  tobą  oŜenić? 

Laine, jeśli chcesz mieć tego bachora, z nami wszystko skończone. 

- JuŜ jest skończone - powtórzyła tępo. Jak mogłaby jeszcze go kochać, ufać mu? 

background image

Cichy głos Jake'a nagle przerwał wspomnienia. 

- Tak. Abby wie o tym. 

Wróciła do rzeczywistości. DrŜącą ręką podniosła filiŜankę do ust. 

-  Powiedzieliśmy  jej,  gdy  była  dostatecznie  duŜa.  Nie  chcieliśmy,  by  dowiedziała  się  od 

“pokątnych Ŝyczliwych”. Wie, Ŝe bardzo jej pragnęliśmy i Ŝe ją kochamy... I ja ją kocham, bardzo. 

- Czy ona myśli czasami o swojej prawdziwej matce? 

-  Nie  sądzę.  Nigdy  o  niej  nie  mówi.  Po  śmierci  Jane  dość  szybko  doszła  do  siebie,  więc 

myślę, Ŝe niczego jej nie brakuje. 

- Musi jej brakować matki. 

- Być moŜe, ale pani Foale jest naprawdę wspaniałą opiekunką. 

Ton jego głosu wskazywał, Ŝe temat został wyczerpany, więc dopiła kawę i zaczęła zbierać 

się do wyjścia. 

- Muszę iść. Daj mi znać, kiedy będziesz rozmawiał z dyrektorem banku. Oczywiście, jeśli 

sobie Ŝyczysz, abym była przy tym. 

-  Dobrze  -  podniósł  się z  fotela.  -  Dziękuję,  Laine.  Doceniam twoją  pracę.  Będę  z  tobą  w 

kontakcie. 

Dopomógł  jej  włoŜyć  płaszcz  i  podał  dokumenty.  Odprowadzając  ją  do  drzwi,  był 

zamyślony.  Gdy  je  otworzył,  czuła,  Ŝe  się  waha.  Mogłaby  przysiąc,  Ŝe  zastanawiał  się  nad 

następnym posunięciem. 

- Dobranoc - powiedziała wyciągając rękę. - Dziękuję za dobrą kawę. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - uścisnął jej dłoń. 

Znów się zawahał, wokół oczu pojawiły się lekkie zmarszczki. 

- MoŜe jednak dasz się zaprosić któregoś wieczoru na kolację? 

Laine uśmiechnęła się. 

- Chętnie - odpowiedziała szczerze. 

- We wtorek? 

- We wtorek. 

- Zostaw mi swój adres. Wpadnę po ciebie. 

Wracała  do  domu  w  optymistycznym  nastroju.  Oczywiście  nawet  nie  kryła  tego,  Ŝe 

zaproszenie sprawiło jej przyjemność, nie udawała teŜ, Ŝe jest to “zwykłe” zaproszenie. 

Jake  na  pewno  sądzi,  Ŝe  to  jego  magnetyczna  osobowość    tak  na  mnie  działa. 

Dowartościowanie  jego  męskiego  “ego”  na  pewno  mu  nie  zaszkodzi.  ChociaŜ,  gdyby  nie  Abby, 

czy naprawdę tak bardzo zaleŜałoby mi na spotkaniu z nim? 

Nie miała gotowej odpowiedzi na to pytanie. 

background image

 

 

 

background image

Rozdział 3 

 

Była  juŜ  w  połowie  drogi  do  furtki,  gdy  samochód  Jake'a  zatrzymał  się  przed  jej  domem. 

Ten męŜczyzna zburzył w jej Ŝyciu zwykły, chłodny spokój. Ale tylko przez niego mogła dotrzeć 

do Abby, swojej córki. 

- Co za punktualność! 

Uśmiech  i  podziw,  który  dostrzegła  w  jego  brązowych  oczach  sprawiły,  Ŝe  przez  chwilę 

zabrakło jej tchu. 

Musnął palcami pęk szyfonowych róŜ przypięty do jej paska. Czerwona wstąŜka, którą były 

związane, spływała łagodnie wzdłuŜ czarnej aksamitnej spódnicy, która falowała przy kaŜdym jej 

ruchu. 

- Piękne kwiaty. Pozwól, wezmę twoje okrycie. 

Głos  odmówił  jej  posłuszeństwa,  więc  tylko  uśmiechnęła  się  podając  mu  pelerynkę  ze 

sztucznego  futra.  ChociaŜ  dzień  był  słoneczny  i  ciepły,  jednak  jej  lekka  bluzeczka  z  głębokim 

dekoltem  była  zbyt  lekka  na  majowy  wieczór.  Delikatnie  połoŜył  futro  na  tylnym  siedzeniu  i 

pomógł jej wsiąść. 

Biała  koszula  w  połączeniu  z  gustownym  krawatem  i  miękkim  ciemnoszarym  garniturem 

nadawała jego i tak pociągającej powierzchowności, jakiś dodatkowy urok. 

Laine  czuła  dreszcz  podniecenia.  Siedząc  obok  niego  w  luksusowym  samochodzie  była 

zdenerwowana  jak  nastolatka  na  swojej  pierwszej  randce.  Nie  była  pewna,  czego  on  właściwie 

spodziewa się po tej znajomości. 

Przypuszczała,  Ŝe  chodzi  mu  o  mały  flirt,  bez  głębszych  zobowiązań.  Sądziła  tak  na 

podstawie  tego,  co  mówił  o  zmarłej  Ŝonie.  Wszystko  czego  pragnęła,  to  móc  czasami  widywać 

Abby. 

- Pensa za twoje myśli! 

Głos Jake'a wyrwał ją z zamyślenia. 

-  Nie  są  tyle  warte.  -  Roześmiała  się,  kryjąc  chwilowe  zmieszanie.  -  ChociaŜ  moŜe  tak. 

Myślałam o Abby. 

- W takim razie są warte więcej - zgodził się z uśmiechem. 

- Jak ona się miewa? 

- W porządku. Zrobiła na tobie wraŜenie? 

- Abby i Fruitcake tworzą tak interesującą parę... 

background image

Starała się mówić spokojnie, ale głos jej drŜał. Zdanie o Abby wyrwało jej się najzupełniej 

podświadomie.  Po  prostu  chciała  rozmawiać  o  córce.  Jednak  wiedziała,  Ŝe  w  ten  sposób  igra  z 

ogniem. Mogła powiedzieć więcej niŜ zamierzała. Szybko zmieniła temat. 

- Kiedy będą szczenięta? 

- Najprawdopodobniej za parę tygodni. Co z nimi zrobimy, kiedy się urodzą? 

Jego głos brzmiał wesoło, lecz Laine wyczuwała coś innego pod maską wesołości. 

-  Nie  powinniście  mieć  z  tym  kłopotów  -  stwierdziła.  Nagle  wpadł  jej  do  głowy  pewien 

pomysł. - Sama chętnie wezmę jednego - powiedziała. - Tylko, Ŝe nie ma mnie prawie cały dzień w 

domu... Muszę to jeszcze przemyśleć. 

-  Wspaniale.  Jeden  biedak  z  głowy!  Muszę  pozbyć  się  teŜ  innych.  Abby  pewnie  będzie 

zrozpaczona. 

Jake wjechał na główny parking i wyłączył silnik. 

- Carlton jest tuŜ za rogiem. Znasz tę restaurację? 

- Słyszałam o niej, ale nigdy tam nie byłam. 

Ujął  ją  pod  ramię  i  poprowadził  w  kierunku  wejścia.  Pasowali  do  siebie  i  tworzyli  ładną 

parę. 

-  Zadziwiające  -  podjął  rozmowę.  -  MęŜczyźni  ustawiają  się  chyba  w  kolejce,  Ŝeby  cię 

zaprosić na kolację? 

Ton  głosu  sugerował,  Ŝe  to  miało  być  pytanie  zaczepne.  Laine  nie  wiedziała,  jak  na  nie 

zareagować. 

- Jestem w Burchester dopiero kilka miesięcy. 

-  Naprawdę?  -  Na  szczęście  porzucił  dalsze  rozwaŜania  na  ten  temat.  -  Gdzie  przedtem 

mieszkałaś? W Surrey, z rodzicami? 

- Nie. Wyjechałam do Londynu studiować ekonomię i od tego czasu nie mieszkam w domu. 

Wynajmowałam mieszkanie w Sydenham. 

- A dlaczego przeprowadziłaś się tutaj? 

Właśnie  wchodzili  do  restauracji  i  pytanie  to  pozostało  bez  odpowiedzi. Miała  wprawdzie 

zmyśloną historyjkę na ten temat, ale mimo wszystko czuła się niepewnie. 

Kierownik  sali  powitał  Jake'a  jak  stałego  bywalca  i  zaprowadził  ich  do  osobnego  stolika. 

Ciepłe  górne  światło  dawało  przytulną,  intymną  atmosferę,  a  małe  lampki  rzucały  romantyczny, 

róŜowy blask na stoliki. Gdy usiedli, kelner podał im menu. 

- Mają tu wspaniałą sałatkę z homara - zauwaŜył. - Zawsze ją zamawiam, gdy tu jestem. A 

ty, co wybierasz? 

- Jeśli tak zachwalasz homara, dam mu szansę, ale na początek proszę o melona. 

background image

Obawiając się spojrzeć mu w oczy, uwaŜnie studiowała kartę: najpierw przystawki, potem 

danie  główne.  W  końcu  jednak  podniosła  głowę.  Napotkawszy  jego  badawczy  wzrok  poczuła 

dreszcz, który przeszył jej ciało. Zamrugała powiekami, by wyrwać się spod tego uroku. 

OdwaŜyła się w końcu i zaczęła obserwować jego pociągłą twarz o interesujących rysach i 

gorące  spojrzenie  brązowych  oczu.  Zwycięski  uśmiech  błądzący  na  jego  ustach  sprawił,  Ŝe 

skapitulowała. 

Dopiero wtedy Jake pozwolił jej dojść do siebie. Zaczęli rozmowę, a Laine zauwaŜyła, Ŝe 

prowadzi  ją  swobodnie.  Poruszyli  wszystkie  moŜliwe  tematy:  od  polityki,  poprzez  historię  i 

turystykę na Ŝeglarstwie skończywszy. 

Posiadał  jacht  kabinowy  na  Soarze  i  zachwalał  rozkosze  spływu  w  dół  rzeki,  zwłaszcza 

podczas pięknej letniej pogody. 

- Byłabyś tym zachwycona. 

Powiedział  to  tak  ciepło,  więc  pomyślała,  Ŝe  zaprasza  ją  w  ten  sposób  na  jedną  ze  swych 

wypraw, ale on zaczął mówić o czym innym. 

Czekali na deser i Jake nakrył jej dłoń swoją ręką. 

Była zaskoczona. Jak daleko sięgała pamięcią, nigdy nie lubiła by ktokolwiek, z wyjątkiem 

matki, jej dotykał. Potem pojawił się Peter i przez krótki czas promieniała w jego objęciach. 

Nie zabrała ręki, przyjmując ten gest jak część miłego wieczoru. Zdumiona myślała, Ŝe juŜ 

kilka  razy  byli  tak  blisko  siebie:  najpierw  w  samochodzie,  potem  idąc  od  parkingu  w  stronę 

restauracji, teraz ich kolana spotykały się pod stołem. Nie miała nic przeciwko temu. 

MoŜe drgnęła pod wpływem tych myśli, moŜe z innego powodu, bo Jake odwaŜniej ścisnął 

jej rękę i zaczął delikatnie pieścić wnętrze jej dłoni. Nie cofnęła ręki, bo chciała, by to trwało jak 

najdłuŜej. 

Jego  ciemne,  brązowe  oczy  z  tęsknotą  patrzyły  na  jej  twarz,  a  Laine  zastanawiała  się, 

dlaczego on to robi? 

Podano deser i prysł intymny nastrój. Jake wyprostował się i uśmiechnął. 

- Na co masz ochotę? 

Spojrzała na kuszący zestaw i wybrała biszkopt z kremem, z dodatkiem sherry. Sięgając po 

łyŜeczkę stwierdziła, Ŝe od czasu wejścia do Carltona ani razu nie pomyślała o Abby, bowiem Jake 

zaabsorbował  ją  całkowicie.  Głos  rozsądku  mówił:  “strzeŜ  się!  Taka  sytuacja  moŜe  tylko 

powiększyć twój ból. To moŜe być kolejne rozczarowanie”. CzyŜ nie ostrzegał jej,  Ŝe nie pragnie 

trwałych  związków?  Czy  naprawdę  chciała  być  z  tym  człowiekiem?  Lata  całe  nie  odczuwała 

najmniejszej ochoty, by z kimkolwiek się wiązać. Co ją tak odmieniło? Czy to rezultat spotkania z 

Abby i wstrząsu, jakiego wówczas doznała? 

background image

Pochyliła  się  nad  deserem  próbując  rozeznać  się  we  własnych  uczuciach.  MoŜe  Jake 

pociąga ją dlatego, Ŝe jest blisko  Abby i cząstka jej tęsknoty za dzieckiem przypada na niego? 

On  równieŜ  umilkł,  zatopiony  w  swoich  myślach.  Gdy  kelner,  przywoŜąc  zestaw  serów, 

zmienił nakrycia, Jake wymamrotał coś niezrozumiałego, co miało oznaczać podziękowanie. 

Po chwili podszedł do nich kierownik sali. 

- Telefon? JuŜ idę. Przepraszam, Laine, muszę się dowiedzieć, czego chce pani Foale. 

- Oczywiście. 

Laine patrzyła jak szedł w stronę bufetu,  a serce podchodziło jej do gardła. Dlaczego pani 

Foale dzwoniła do restauracji? Czy to Abby...? Co mogło się stać? 

Wyraz twarzy Jake'a potwierdził jej najgorsze obawy. 

- Co się stało? 

- Abby - powiedział powaŜnie - jest przeziębiona, boli ją gardło i gorączka się podnosi. Pani 

Foale wezwała doktora, no i muszę iść. Przepraszam cię, Ŝe nasza kolacja kończy się w ten sposób. 

Poproszę, by wezwano dla ciebie taksówkę. 

- Nie kłopocz się o mnie. 

Nie chciała narzucać się  Jake'owi. 

-  Dobranoc,  Laine.  Dziękuję  za  miły  wieczór.  Musimy  go  kiedyś  powtórzyć.  MoŜe  wtedy 

nic nam nie przeszkodzi. 

Podniósł  jej  dłoń  do  ust.  Muśnięcie  gorących  warg  przyprawiło  ją  o  drŜenie,  a  na  twarzy 

pojawił się rumieniec. 

- Dobranoc, Jake. Ja równieŜ dziękuję. Mam nadzieję, Ŝe z Abby to nic powaŜnego. 

Chciała dodać: “i pozdrów ją ode mnie!”, ale byłaby to być moŜe zbytnia poufałość. 

Przytrzymał jej  rękę, jakby  zupełnie  zapomniał, Ŝe  musi jechać.  Uśmiechnął  się  i  odszedł. 

Patrzyła, jak szybkim krokiem podchodzi do bufetu i płaci rachunek. Wyszedł, nie oglądając się za 

siebie. Wtedy poczuła się osamotniona. 

Czy kaŜde zbliŜenie będzie się tak szybko i bezlitośnie kończyło? Czego więcej mogła się 

spodziewać?  Poznali  się  dopiero  tydzień  temu,  widzieli  raptem  trzy  razy  i  to  w  sprawach 

zawodowych.  Z  jakiej  racji  miał  jej  zaproponować,  by  wróciła  z  nim  do  chorego  dziecka,  które 

widziała  raz  w  Ŝyciu  i  to  zaledwie  przez  kilka  minut?  Nie  miała  najmniejszego  powodu,  by  być 

taka nieszczęśliwa. 

Jednak tym razem zdolność logicznego rozumowania opuściła ją zupełnie i uczucia wzięły 

górę. MoŜe właśnie dlatego tej nocy zasnęła z dłonią, którą Jake pocałował, przyciśniętą do ust? 

  

*** 

background image

 

Obudziła  się  wczesnym  rankiem.  Z  niecierpliwością  czekała  na  rozsądną  godzinę,  Ŝeby 

zadzwonić do Jake'a. 

“Pytanie o zdrowie Abby powinno być odebrane jako zwykła uprzejmość” - przekonywała 

samą siebie, sięgając po słuchawkę. Miała wszelkie podstawy, by zadzwonić. 

-  Jake?  Tu  Laine.  Chciałam  tylko  zapytać  jak  się  czuje  Abby?  -  zdawało  się  jej,  Ŝe  był 

zdyszany. 

-  Laine?  -  w jego  głosie  brzmiała szczera  radość.  -  Z  Abby  wszystko  w  porządku.  Doktor 

mówi,  Ŝe  to  wietrzna  ospa  i  Ŝe  za  parę  dni  pojawi  się  wysypka.  To  raczej  nieprzyjemna  niŜ 

niebezpieczna choroba. 

- Chwała Bogu! Mam nadzieję, Ŝe nie wyciągnęłam cię z łóŜka? Jakby brakuje ci tchu. 

Roześmiał się. 

-  Przed  chwilą  biegałem.  Robię  to  kaŜdego  ranka,  zwykle  nieco  wcześniej.  Za  późno  na 

spanie. 

- Mogłam się domyśleć! Mówiłeś mi, Ŝe uprawiasz jogging. Właśnie wychodziłam do pracy 

i chciałam się dowiedzieć, co z Abby. Cieszę się, Ŝe to nic powaŜnego. 

- Laine, jeszcze raz dziękuję za telefon. 

Jechała  do  pracy  uśmiechnięta,  nucąc  pod  nosem  jakąś  melodię.  Nie  pamiętała,  kiedy 

ostatnio czuła się tak wspaniale! 

Ranek  nie  był  zbyt  pogodny.  Nisko  wiszące  chmury  zapowiadały  deszcz,  ale  dziś  miasto 

wydawało  się  jej  wyjątkowo  promienne.  Jednak  Ŝycie,  mimo  wszystko,  jest  cudowne!  Abby 

wkrótce wyzdrowieje, a Jake się na nią nie gniewa. 

Kiedy weszła do biura, sekretarka juŜ siedziała za biurkiem. 

- Dzień dobry, Laine. Wyglądasz na szczęśliwą. Udana randka? 

- Czy szczęście zawsze musi się wiązać z męŜczyzną? - Laine ściągnęła brwi. 

- To mi wygląda na ten rodzaj szczęścia - powiedziała Jane z tajemniczą miną. 

- MoŜesz myśleć, co chcesz - odparła wchodząc do swego pokoju. 

Z ulgą zamknęła za sobą drzwi. Sekretarka nie miała racji. Była szczęśliwa, bo z Abby było 

wszystko  w  porządku.  Fakt,  Ŝe  Jake  był  dla  niej  miły,  teŜ  był  waŜny,  bo  jej  kontakt  z  Abby  nie 

zostanie zerwany. 

Sama nie chciała przyznać się przed sobą, co jest prawdą. 

Kiedy wyszła na lunch, deszcz przestał padać. Spacerowała po starym mieście. Zatrzymała 

się,  bo  z  wystawy  patrzyło  na  nią  białe,  puszyste  stworzonko  o  mądrych  szklanych  ślepkach. 

Szybko weszła do sklepu. Musiała je kupić. 

background image

- Proszę o tego baranka z wystawy... 

- SłuŜę pani. Jest dość drogi, bo to ręczna robota. 

- Nie szkodzi. 

Dla  Abby  będzie  doskonały!  Nie  namyślając  się  kupiła  zabawkę,  a  potem  w  sklepie 

papierniczym ozdobny papier i kartkę okolicznościową. 

Zapakowała  prezent  i  wysłała  na adres Jake'a.  Jak  on  to  potraktuje? Baranek  był  pierwszą 

rzeczą,  jaką  mogła  kupić  swemu  dziecku.  Nie  mogła  się  powstrzymać,  bez  względu  na 

konsekwencje. 

Jednak,  gdy  wróciła  do  domu,  cała jej  euforia  zniknęła  bez  śladu.  Skąd  mogła  wiedzieć  o 

tym,  Ŝe  Abby  podobały  się  baranki?  Przypadek?  Czy  nie  naraŜa  się  tym  samym  na  odkrycie,  Ŝe 

obserwowała z ukrycia córkę? Jake rozpozna to natychmiast! 

“Jeśli mnie odrzuci, to trudno...” 

 

*** 

 

Dwa  dni  później,  wróciwszy  do  domu  znalazła  pod  drzwiami  list,  a  w  nim  duŜe,  okrągłe 

pismo. 

DrŜącymi  rękoma  podniosła  róŜową  kopertę.  Pieściła  wzrokiem  dziecięce  pismo,  kaŜde 

słowo, kaŜdą literkę... Poszła do kuchni po nóŜ, by otworzyć list. 

W środku była róŜowa kartka z ilustracją do bajki “O czym szumią wierzby”. Podobnie jak 

adres, list był równieŜ starannie wykaligrafowany. Przeczytała go jednym tchem: 

“Droga Panno Tyson, 

Dziękuję  za  prezent.  Nazwałam  baranka  Larry.  Tatuś  mówi,  Ŝe  to  niezbyt  oryginalnie,  ale 

mnie  się  podoba.  Kocham  go  bez  względu  na  to,  jak  się  nazywa.  Wczoraj  w  nocy  Fruitcake 

urodziła szczenięta. Jest ich sześć. Tatuś mówił, Ŝe moŜe Pani weźmie jednego. Mam nadzieję, Ŝe 

tak,  ale  będzie  Pani  musiała  poczekać  osiem  tygodni,  bo  tyle  czasu  muszą  być  ze  swoją  mamą. 

Dziękuję za Larry'ego. 

Kochająca Abby”. 

Przeczytała  list  kilka  razy.  Ogromny  krzyŜyk  pod  podpisem  miał  oznaczać  chyba 

pocałunek.  Przycisnęła to miejsce do ust, po czym połoŜyła kartkę na stole i starannie wygładziła 

załamania. To będzie jej najdroŜsza pamiątka. Rzecz, którą dotykała jej Abby. 

“CzyŜby  to  był  powód,  dla  którego  cieszyła  ją  pieszczota  Jake'a  -  zaczęła  się  nagle 

zastanawiać.  -  CzyŜby    to  była  świadomość,  Ŝe  te  ręce  przed  paroma  godzinami  gładziły  jej 

dziecko...?” 

background image

MoŜliwe.  Sama  nie  wiedziała,  co  naprawdę  do  niego  czuje.  Przebywanie  w  jego 

towarzystwie sprawiało jej przyjemność, Ŝe jego dotyk ekscytował, a jednocześnie dawał poczucie 

bezpieczeństwa.  Podobał  się  jej.  Był  to  ten  typ  męŜczyzny,  który  zawsze  ją  pociągał:  silny,  a 

jednak czuły, dobrze zbudowany, ale inteligentny. MęŜczyzna, którego nawet mogłaby poślubić... 

gdyby nie był przybranym ojcem Abby. CóŜ, kolejna komplikacja scenariusza jej Ŝycia... 

Czekała na telefon od niego, ale nie dzwonił. Sama nie chciała tego robić. Abby była juŜ na 

pewno  zdrowa,  więc  nie  miała  Ŝadnego  pretekstu,  nawet  słuŜbowego.  Sprawa  Jake'a  została 

zakończona właściwie juŜ w czasie pierwszej wizyty. 

Minęło  dziesięć  dni.  Dziesięć  dni,  w  czasie  których  Laine  coraz  bardziej  podupadała  na 

duchu.  AŜ  pewnego  ranka  Jane  zaanonsowała,  Ŝe  przyszedł  pan  Bennington.  Na  jego  widok  jej 

serce zabiło szybciej. Wstała, by go przywitać. Jej drobna dłoń prawie zniknęła w jego szczupłej, 

opalonej ręce. 

Oboje byli bardzo spięci. 

-  Witaj,  Laine  -  jego  szeroki  uśmiech  spowodował,  Ŝe  zmarszczki  wokół  ust  stały  się 

wyraźne.  -  Miło  cię  znowu  widzieć!  Wybacz,  Ŝe  wcześniej  się  nie  odezwałem,  byłem  zajęty. 

Jestem dopiero teraz. 

- Ach, tak. Zapewne organizowałeś nowy klub? 

-  Owszem,  ale  nie  tylko  to.  Twoje  cyferki  dały  mi  sporo  do  myślenia.  Zrozumiałem,  Ŝe 

zaciąganie poŜyczek na taką skalę, niestety, prowadzi do upadku. 

- Siadaj - powiedziała wskazując mu krzesło. 

Sama zajęła miejsce za biurkiem. Uznała, Ŝe powinna zachować pewien dystans. 

- Cieszę się, Ŝe cię przekonałam. 

Jake usiadł zakładając nogę na nogę. 

-  Potrzebowałem  kapitału,  którego  nie  musiałbym  spłacać  od  razu.  Zacząłem  więc 

zastanawiać się i w końcu skontaktowałem się z pewnym bogatym przyjacielem mojego ojca. 

- śeby poŜyczyć od niego? - spytała z przekąsem. 

-  Nie.  Prosiłem,  Ŝeby  zainwestował  w  moje  przedsięwzięcie.  Mam  dobrą  hipotekę. 

Dotychczasowa działalność teŜ rozwijała się pomyślnie, więc nie musiałem go długo przekonywać. 

Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  warto  zaryzykować.  On  będzie  udziałowcem,  a  ja,  za  ustalone 

wynagrodzenie,  zajmę  się  prowadzeniem  interesu.  Zyski  będziemy  dzielić  równo,  choć 

początkowo większość pójdzie na dalszą rozbudowę firmy. 

- To brzmi wspaniale. Czy juŜ podpisaliście umowę? 

-  Wczoraj  -  uśmiechnął  się  widząc  jej  zdumioną  minę.  -  Nie  martw  się.  MoŜe  i  jestem 

hazardzistą, ale na pewno nie głupcem. Skontaktowałem się z moim prawnikiem, który dokładnie 

background image

sprawdził umowę. Nie ma w niej Ŝadnych niejasności, Ŝadnych kruczków. Ben Harvers to uczciwy 

businessman. 

- W takim razie jego wsparcie finansowe będzie nieocenione. Bardzo się cieszę. Wiem, co 

to dla ciebie znaczyło. Jakie są twoje najbliŜsze plany? 

-  Chcę  wyposaŜyć  mój  ostatni  nabytek.  Widzisz,  sukces  całego  przedsięwzięcia  zaleŜy  od 

tego, czy kaŜdy z moich klubów będzie oferował to, czego Ŝaden inny ośrodek tego typu nie jest w 

stanie zapewnić. Chodzi o wystrój, o pracowników, o sprzęt. Jeśli wejdziesz do któregokolwiek z 

domów handlowych, to juŜ na pierwszy rzut oka wyrabiasz sobie zdanie o całej sieci, o towarze i o 

usługach, które ci oferują. Chcę, Ŝeby w moim przypadku było tak samo. 

Tak. On wiedział czego chce i Laine była pewna, Ŝe mu się uda. Był to ten typ męŜczyzny, 

który odnosi sukces we wszystkim, za co się weźmie. 

-  No  cóŜ,  teraz,  gdy  jesteś  wielkim  posiadaczem,  chciałabym  usłyszeć,  Ŝe  odegrałam 

choćby drobną rolę w twoim sukcesie - powiedziała z uśmiechem. 

-  Drobną?  Myślę,  Ŝe  zrobiłaś  dla  mnie  duŜo.  Pokazałaś  mi  właściwy  kierunek,  a  to  jest 

wręcz nieocenione. 

- Cieszę się, Ŝe mogłam ci pomóc. 

-  W  sprawie  prowadzenia  ksiąg  rachunkowych  powiedziałaś  wszystko,  Laine,  ale  nie 

poznałem  twego  systemu  tak  dobrze,  Ŝeby  go  wprowadzić  u  siebie.  Mogłabyś  się  tym  zająć? 

MoŜesz to jakoś usystematyzować? 

- Oczywiście, ale nie za darmo... 

- Nie dbam o koszty, byle tylko ktoś wykonał tę robotę. Poza tym, chciałem zainteresować 

cię swoją osobą i moimi planami. 

- CzyŜby? - spojrzała na niego podejrzliwie. Bawiła się piórem, by ukryć drŜenie rąk. Co on 

właściwie chciał przez to powiedzieć? 

- Laine! To, Ŝe nie odzywałem się tyle czasu wcale nie oznacza, Ŝe nasz wspólny wieczór 

nie  sprawił  mi  przyjemności.  Naprawdę,  miałem  w  związku  z  interesami  mnóstwo  spraw  na 

głowie. A w dodatku Abby była chora... 

Abby! Całkiem o niej zapomniała... 

- Jak ona się czuje? - spytała szybko, mając nadzieję, Ŝe nie zauwaŜył jej przeoczenia. Jak 

to się stało, Ŝe widok Jake'a wymiótł jej z głowy kaŜdą inną myśl? 

- Swędzi ją skóra i jest trochę nieznośna. Doktor mówi, Ŝe to świadczy o rekonwalescencji. 

Prawdopodobnie pójdzie do szkoły w przyszłym tygodniu. Pani Foale jest bardzo dzielna, zajmuje 

się Fruitcake i szczeniętami i w ogóle wszystkim. 

- Ach tak! Abby pisała mi w liście... 

background image

- To miło z twojej strony, Ŝe o niej pamiętałaś. Abby była uszczęśliwiona - Jake mówił to 

tak ciepło. - Ale to nie było konieczne. Ta zabawka musiała być bardzo droga? 

-  Nie  ma  sprawy  -  powiedziała  sztywno.  Co  on  sobie  myśli?  Wbrew  temu,  co  twierdził, 

wydawało się, Ŝe cieszy się z tego, Ŝe przysłała tę zabawkę. 

Spojrzał na zegarek. 

-  Jest  wpół  do  szóstej.  MoŜe  pojedziesz  ze  mną  odwiedzić  Abby?  Mogłabyś  zobaczyć 

młode  Fruitcake.  Są  jeszcze  bardzo  małe,  ale  juŜ  bardziej  przypominają  psy  niŜ  obdarte  ze  skóry 

króliczki. 

- Chę... chętnie. Dziękuję! - Serce waliło jej jak młot. 

Jego uśmiech całkowicie ją  zniewalał. 

Uporządkowała  biurko,  zabrała  torbę  i  płaszcz.  Uspokoiła  się,  ale  oczy  błyszczały  jej  z 

podniecenia. 

Jake  wprowadzał  ją  w  swoje  prywatne  Ŝycie.  Nagle  majowe  słońce  zaczęło  świecić 

wszystkimi barwami tęczy. 

 

 

 

background image

Rozdział 4 

 

- Spójrz! CzyŜ nie są cudowne? MoŜesz zabrać którego chcesz. Ja najbardziej lubię tego. 

Abby  miała  krosty  na  czole  i  całe  mnóstwo  rozrzuconych  po  całej  twarzy  i  rękach.  Laine 

zamrugała  oczami,  usiłując  ukryć  nagłe  łzy  cisnące  się  do  oczu.  Abby  wyglądała  teraz  jak 

Fruitcake. 

Szczeniak w czułych objęciach dziewczynki wydał pisk protestu, gdy ścisnęła go mocniej, 

składając na jego małym łebku swój pocałunek. Laine głaskała długi, centkowany pyszczek. 

- Czy wiesz, kto jest ich ojcem? - spytała. 

- Podejrzewamy charta z naprzeciwka - usłyszała głęboki głos Jake'a. 

Obejrzała  się.  Stał  za  jej  plecami,  przyglądając  się  ich  poczynaniom.  Gdy  spotkała  jego 

ciepłe spojrzenie, szybko odwróciła wzrok. Znów zagubiła się pod jego wpływem. 

- To by wyjaśniało długi pysk i małe uszka - szepnęła. - I ten ziemisty kolor! 

- Czy zatrzymacie któreś ze szczeniąt? 

- Tatusiu, zatrzymajmy, proszę!... 

Jake westchnął zrezygnowany. 

-  Widzisz,  co  narobiłaś.  Nie  będę  miał  teraz  chwili  spokoju,  dopóki  nie  powiem  tak!  Ale 

tylko jednego - powiedział z udaną srogością. 

- Przepraszam! - Laine roześmiała się, widząc, Ŝe Jake tylko Ŝartuje. 

Wchłaniała ciepłą atmosferę tego domu. Wyjęła z koszyka drobne, złociste stworzonko. 

- Wezmę chyba tego - powiedziała głaszcząc długie, jedwabiste uszka. - Nazwę go Goldie. 

- To nie brzmi oryginalnie -  zaprotestowała Abby. 

- Larry teŜ nie brzmiała oryginalnie - przypomniała jej. 

- No  tak... - Abby zmieszała  się, lecz zaraz odzyskała rezon. - Ale to tylko była  zabawka. 

Jednak Ŝywy pies powinien mieć bardziej niezwykłe imię. 

- A jak ty byś go nazwała? 

Abby pomyślała chwilkę. 

- Coffe! - odparła tryumfalnie. 

- Bardzo oryginalnie! - podsumował Jake z powaŜną miną. 

Laine marzyła, aby uściskać małą! 

W tym momencie  przyszła pani Foale mówiąc, Ŝe czas do łóŜka. 

- Nie chcę iść spać. Jeszcze nie... 

Jake natychmiast stłumił jej dziecięcy bunt. 

background image

- Tak kazał doktor, moja damo. Jesteś jeszcze rekonwalescentką. śadnego wysiadywania do 

późna, dopóki nie będziesz zupełnie zdrowa i nie wrócisz do szkoły. Na górę, Ŝabko! Będę u ciebie 

za pięć minut. 

Widząc jak pani Foale, macierzyńskim gestem zabiera Abby na  górę, Laine pomyślała, Ŝe 

Jake jest szczęściarzem mając taką opiekunkę do dziecka. Poczuła wielką sympatię do tej kobiety. 

Dziewczynka jest w dobrych rękach. 

-  No,  tak  -  powiedział  Jake  z  nagłym  oŜywieniem,  gdy  tylko  obie  zniknęły.  -  Zabiorę  ten 

cały kram z powrotem do składziku, gdzie jego miejsce. Fruitcake! Idziemy! 

Podniósł wielki kosz ze szczeniakami i wyszedł z pokoju. Fruitcake deptała mu po piętach, 

by nie stracić z oczu swoich dzieci. Laine zatonęła w miękkiej sofie, rozkoszując się uczuciem, Ŝe 

zaczyna naleŜeć do tego domu. 

- Idę tylko do Abbyna “dobranoc” i zabieram cię na kolację, zgoda? 

- Chętnie, ale nie jestem odpowiednio ubrana na taką okazję - stwierdziła Laine, patrząc na 

swą bawełnianą spódnicę i bluzkę w paski. 

- Znam takie jedno miejsce... 

Popatrzyła  na  niego:  zwinny,  szczupły,  w  miękkiej  bluzie  z  jaskrawym  napisem  “Kluby 

Zdrowia Hygeia”. 

- Napijesz się? 

- Chętnie. Poproszę Cinzano z wodą sodową i cytryną. 

- JuŜ się robi! 

Drink pomógł jej opanować chaos myśli. Kiedy w końcu wyszli z domu, była spokojna. Nic 

jednak  nie  mogło  ukryć  faktu,  Ŝe  była  szczęśliwa.  Oczy  błyszczały  jakąś  ukrytą  radością, 

promieniującą  z  jej  całej  istoty.  Była  z  Jake'em,  a  on  okazał  się  swobodnym,  a  jednocześnie 

uwaŜającym, wesołym i troskliwym kompanem, jakby cieszył się jej obecnością, tak samo jak ona 

nim. 

Siedząc  w  ogródku  w  nadbrzeŜnym  pubie,  zajadając  jajka  w  majonezie  i  zapiekane 

paszteciki,  Laine  uświadomiła  sobie,  Ŝe  podobnie  czuła  się  mając  siedemnaście  lat.  Wtedy 

pozwoliła, by uczucia ją poniosły. Wtedy teŜ prysły jej marzenia. Zamyślona, smarowała masłem 

kawałek  pasztecika.  Czy  tamto  wspomnienie  rzuca  cień  na  obecne  jej  Ŝycie?  PrzecieŜ  mogła  się 

znów  zakochać.  Nie  było  w  tym  nic  złego.  Odsunęła  od  siebie  wszelkie  myśli  o  miłości.  JuŜ 

zapomniała jak Ŝywe, jak radosne jest to uczucie i jak bardzo moŜna być wtedy szczęśliwym. 

Uśmiechnęła się pogodnie do męŜczyzny siedzącego naprzeciw. Wiedziała, Ŝe nie powinna 

się  go  bać.  śe  drugi  raz  popełni  ten  sam  błąd.  Jałowe  rozwaŜania  nie  miały  sensu.  Była  teraz 

background image

starsza, bardziej doświadczona, lepiej potrafiła ocenić charakter człowieka. Jake był zupełnie inny 

niŜ Peter Styles. Tym razem nie moŜe się zawieść. 

MoŜe  kochać Jake'a bez obaw. Będzie milczała o swojej przeszłości. Ogarnięta nową falą 

niepokoju poczuła, Ŝe dostaje gęsiej skórki. Odsunęła jednak złe myśli. 

Po kolacji Jake odwiózł ją do jej samochodu, który był zaparkowany pod jego domem. 

-  Zaraz  będzie  ciemno.  Nie  chcę,  Ŝebyś  sama  wracała  po  nocy.  Wstąp  na  kawę,  a  potem 

odwiozę cię. 

Widać  było,  Ŝe  on  równieŜ  nie  ma  ochoty  kończyć  tego  wieczoru.  Zaśmiała  się  w  duchu. 

Podczas pierwszego spotkania nie martwił się  tak o jej bezpieczeństwo! 

- A moŜe pojedziesz do mnie? Ja teŜ mam kawę! 

- Świetnie! - jego oczy były pełne radości i czegoś jeszcze... - Więc prowadź! 

Podjechali  pod  jej  dom.  Laine  wpuszczała  Jake'a  z  uczuciem  małego  tryumfu.  JuŜ  nie 

chciała  za  wszelką cenę trzymać  go z  daleka  od  swego  Ŝycia.  Teraz  nie pragnęła  niczego  więcej, 

jak tylko móc dzielić je z nim. Dzielić z nim swoje Ŝycie! 

- Pięknie tu u ciebie - powiedział ciepło. 

- Usiądź, zaraz przygotuję kawę. 

Najwyraźniej  nie  miał  ochoty  siedzieć  bezczynnie.  W  czasie,  gdy  ona  parzyła  kawę, 

podszedł do drzwi prowadzących do patio i odkrył sposób ich otwierania. Wyszedł do zacienionego 

ogrodu i rozkoszował się wonnym powietrzem wieczoru. 

- Nie jest tak duŜy, jak twój - powiedziała Laine podchodząc do niego - ale dla mnie akurat. 

Nie jestem teŜ dobrą ogrodniczką. 

- Ja równieŜ nie - przyznał. - Wolę inne rodzaje aktywności. Wprawdzie cieszę się, Ŝe mam 

duŜy ogród, Abby ma gdzie się bawić, ale strzyŜenie trawników, to ponad moje siły! 

- Na szczęście mój ogród jest wyłoŜony płytami, a wśród kwiatów chwasty nie są widoczne. 

Uwielbiam tu siedzieć, kiedy jest ładna pogoda, ale teraz robi się trochę chłodno. Lepiej chodźmy 

do środka. Kawa jest gotowa. 

Gdy  wrócili  do  pokoju,  Laine  zapaliła  lampę  i  zaciągnęła  story.  Ich  Ŝywe  kolory 

podkreślały zieloność mebli i kremowy odcień dywanu. Były podszyte grubą tkaniną i zwieszając 

się  fałdami  całkowicie  odcinały  pokój  od  świata  zewnętrznego.  Aura  intymności  pogłębiła  się. 

Usiadła obok Jake'a na sofie. 

Odstawiając  filiŜankę  pochylił  się,  a  jego  ramię  musnęło  ją  w  przelocie.  Laine  odniosła 

wraŜenie, Ŝe siedzi teraz odrobinę bliŜej, tak jakby nieco się przysunęli... 

Najprawdopodobniej  było  to  złudzenie,  po  prostu  podświadoma  potrzeba  zbliŜenia.  Był 

teraz tak blisko, Ŝe wystarczyło, by połoŜył rękę na oparciu, a juŜ nie mogłaby odchylić głowy nie 

background image

opierając  się  o  nią.  W  chwili,  gdy  jej  włosy  musnęły  rękaw  bluzy  Jake'a,  w  Laine  coś  pękło. 

Poczuła rozkoszne dreszcze, ciepłe i zniewalające. 

Oparła głowę o jego silne ramię, całą swą osobą chłonąc intymny kontakt. 

-  Abby  cię  lubi  -  cichy  szept  przerwał  ciszę.  Oddech  Jake'a  musnął  delikatnie  jej  ucho. 

Laine przymknęła oczy. 

- Tak myślisz? 

- Tak. Podarowała ci swego ulubionego szczeniaka! 

- Ja teŜ ją lubię. Jak mogłabym się jej oprzeć? 

- Z łatwością, gdybyś tylko trafiła na jej dąsy! 

Laine  roześmiała  się,  aby  nie  zdradzić  prawdziwych  uczuć.  Przypomniała  sobie  swoje 

własne  fochy  i  pomyślała,  Ŝe  Abby  moŜe  być  taka.  Jej  humory  do  tego  stopnia  rozbijały  Ŝycie 

rodzinne,  Ŝe w końcu matka i ojciec przestali ją rozumieć. MoŜe właśnie dlatego nie pomogli jej, 

gdy miała kłopoty. No cóŜ, ale od tego czasu upłynęło wiele lat. 

- Często się dąsa? 

- Dzięki Bogu, nie. Wolę, jak się złości. Mogę wtedy na nią krzyczeć, ale te dąsy... Wtedy 

w ogóle nie moŜna do niej dotrzeć. 

- To musi bardzo utrudniać jej wychowanie. 

Jake zaśmiał się. 

- Kochany kurczak! Ja tu mówię o Abby jak o małej terrorystce, a w gruncie rzeczy ona jest 

najmilszym stworzeniem pod słońcem! 

- Takie odniosłam wraŜenie. Chyba jeszcze nie przeŜywa tak zwanego “trudnego wieku”. 

- Nie wywołuj wilka z lasu! 

Jego głos brzmiał pogodnie, choć zawierał jakąś nieuchwytną, dziwną nutę. Podejrzewała, 

Ŝ

e on wcale nie myśli o tym, co mówi. 

Jego  ręka  była  coraz  bliŜej  i  bliŜej,  aŜ  objęła  ramię  Laine.  Przygarnął  ją  do  siebie. 

Wstrzymała oddech. 

Jej  wargi,  miękkie  i  chętne  czekały  na  pocałunek.  Usta  męŜczyzny  dotknęły  ich,  najpierw 

ostroŜnie.  Lecz  po  chwili,  stal  się  bardziej  namiętny.  Upłynęło  sporo  czasu  zanim  przerwał 

pocałunek. 

Ten  pocałunek  wyzwolił  w  Laine  taką  falę  szczęścia, jakiego  nigdy  przedtem  nie  zaznała. 

Będąc  z  Peterem  nie  odczuwała  tego.  Nie!  To  przeŜycie  było  jedyne  w  swoim  rodzaju, 

nieporównywalne, moŜliwe tylko z tym właśnie męŜczyzną. 

Laine  nie  wiedziała,  ile  trwało  to  wzajemne  rozkoszowanie  się  sobą,  ale  kiedy  doszli  do 

siebie, kawa była zimna. 

background image

Nagle  Jake  odsunął  się  od  niej  i  usiadł  na  drugim  końcu  sofy,  kryjąc  twarz  w  dłoniach. 

Laine spojrzała nań oszołomiona. 

- Jake? - spytała. - Co się stało? Co ja takiego zrobiłam? 

-  Przepraszam!  -  potrząsnął  głową.  -  Nic  nie  zrobiłaś.  Byłaś  taka  słodka,  taka  ciepła. 

Przepraszam - powtórzył. - Lepiej juŜ pójdę. Nie martw się. Dobranoc, Laine. 

Podniósł się. Ona wstała równieŜ. 

- Nie musisz się usprawiedliwiać - powiedziała głucho. - Ja teŜ tego chciałam, sprawiło mi 

to przyjemność... Czy musisz juŜ iść? Nawet nie wypiłeś kawy. 

- Naprawdę, juŜ muszę. Przepraszam. Dobranoc. 

Obcy,  znów  obcy...  Odszedł.  Z  jękiem  opadła  na  sofę.  Siły  ją  nagle  opuściły,  w  głowie 

miała chaos. 

PrzecieŜ  Jake  był  w  niej  zakochany.  Jak  ona  w  nim.  Czuła  to  całym  swym  kobiecym 

instynktem. Dlaczego poszedł? 

Przywołała wspomnienia ostatnich dni i nagle coś zaczęło jej świtać. On walczył z duchem 

zmarłej  Ŝony.  Prawdopodobnie  Jake  był  typem  monogamisty.  Nie  naleŜał  do  męŜczyzn 

przerzucających się z kwiatka na kwiatek. Nadal czuł się związany z Jane, więc walczył z tą siłą, 

która juŜ od pierwszego spotkania przyciągała ich do siebie. 

CzyŜby  ta  lojalność  miała  rozbić  jej  wszystkie  nadzieje?  Nadzieję,  by  być  blisko  dziecka, 

nadzieję, by stać się dla Jake'a czymś więcej, niŜ tylko przyjaciółką?... 

Głębokie cienie pod oczami następnego ranka świadczyły o nieprzespanej nocy. 

Coś  jednak  z  tej  nocy  zostało.  Postanowiła,  Ŝe  nie  pozwoli  Jake'owi  zagrzebać  się  w 

przeszłości. Ona sama robiła to zbyt długo, ale w końcu odrzuciła okowy bólu i wątpliwości. Musi 

pomóc mu wyrwać się z tego bezsensownego poczucia lojalności. 

Jeśli  ma  przełamać  jego  opór,  musi  przebywać  w  jego  towarzystwie!  Prosił  ją  o 

wprowadzenie  nowego  systemu  księgowania...  MoŜe  go  poprosić,  by  ją  zapoznał  ze  swymi 

podwładnymi. Normalnie poradziłaby sobie sama, ale to był specjalny przypadek. 

 

*** 

 

-  Szczeniaki  mogą  juŜ  jutro  być  zabrane  od  matki.  Czy  nie  zechciałabyś  jutro  wieczorem 

przyjechać po Goldie? 

Tętno waliło jej w skroniach. Te tygodnie ciszy, które upłynęły od dnia, kiedy wyjmowała z 

koszyka “swojego” pieska, były trudne do zniesienia. 

background image

Widywała  Jake'a,  ale  on  utrzymywał  chłodny  dystans.  Zachowywał  się  tak,  jakby  tamten 

intymny  wieczór  w  ogóle  nie  istniał.  ChociaŜ,  moŜe  niezupełnie  tak.  Nie  był  juŜ  taki  swobodny, 

taki ciepły, jak przedtem. To, co mogło ich zbliŜyć, jeszcze ich oddaliło od siebie. 

Ale  teraz  znów  zobaczy  Abby!  CzyŜby  to  było  złudzenie,  czy  teŜ  faktycznie  głos  Jake'a 

nieco złagodniał od czasu ich ostatniego spotkania? Raz czy dwa, przyłapała go, jak patrzył na nią 

ukradkiem. Wyraz jego oczu sprawiał,  Ŝe krew zaczynała szybciej krąŜyć. On się nią interesował, 

to było pewne. Nie było pewne, co zamierzał w związku z tym zrobić. 

-  Dobrze,  jutro.  -  Uśmiechnęła  się  zza  biurka.  -  Wszystko  juŜ  przygotowałam  -  koszyk, 

miskę,  jedzenie,  tackę  z  trocinami.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  będzie  tak  bardzo  tęskniła  za  matką  i 

rodzeństwem. 

- NajwyŜej dzień lub dwa. Przyjedź prosto po pracy, to zobaczysz się z Abby. Potem gdzieś 

pójdziemy. 

- Będę musiała zawieźć szczeniaka do domu i zająć się nim. 

- Ach tak, co za głupiec ze mnie. Więc moŜe innym razem? 

Takie niezobowiązujące zaproszenie, ale jednak! Laine za wszelką cenę nie chciała zdradzić 

radości rozsadzającej ją. 

- Chętnie. 

Jake podniósł się, biorąc aktówkę. 

- W takim razie do jutra. 

Odwrócił się i ruszył szybko w kierunku drzwi, jakby bał się swoich reakcji, jeśli zostanie 

chwilę dłuŜej. 

Laine patrzyła na niego, jak odchodzi i uśmiech pełen miłości został na jej ustach. 

Okazało się, Ŝe Abby nie chce oddać Ŝadnego pieska. 

-  Tak  bym  chciała  je  wszystkie  zatrzymać  -  mówiła  widząc  jak  Goldie  wdrapuje  się  na 

ramię Laine i liŜe ją po twarzy... W szarych oczach zalśniły łzy. 

- Czy na pewno będzie jej u Laine dobrze? - zapytała ojca. 

Jake uśmiechnął się wyrozumiale. 

- Na pewno będzie jej dobrze - zapewnił. - W tym wieku większość piesków musi opuścić 

swoją mamę. Znaleźliśmy dla nich dobre, kochające domy. Nie martw się, mała. 

- Obiecuję ci, Ŝe się nią dobrze zaopiekuję. - Laine włoŜyła wyrywającego się szczeniaka do 

kosza i opatuliła kawałkiem flaneli. 

- Trzeba jej dawać jeść cztery razy dziennie. Pamiętaj! 

-  Nie  zapomnę,  będę  chodziła  na  lunch  do  domu  i  wtedy  ją  nakarmię  -  schyliła  się  i 

chwyciła małą w objęcia. 

background image

Moment wydawał się odpowiedni. 

- Nie martw się, kochanie. Goldie będzie u mnie dobrze. Przywiozę ją kiedyś do ciebie... - 

przerwała nagle i spojrzała pytająco na Jake'a. 

- Świetnie! 

Patrzył na nią tak dziwnie... Laine zamrugała powiekami. CzyŜby łzy? Nie, na pewno nie. 

- No to umowa stoi - powiedziała z oŜywieniem. - Na razie! 

- We wtorek? - cicho zapytał Jake, stawiając kosz z psiakiem na tylnym siedzeniu. 

- Tak! 

- Więc do wtorku. Zadzwonię do ciebie o wpół do ósmej. 

Laine uśmiechnęła się patrząc w jego ciemne oczy. 

- Będę czekał z niecierpliwością. 

- Ja równieŜ. Do widzenia, Abby - schyliła się, by pocałować dziecko, które nagle zarzuciło 

jej ręce na szyję. 

- Przyjedź do mnie jak najszybciej i weź z sobą Goldie - poprosiła mała. 

Laine z trudem powstrzymywała łzy. Ten wybuch uczuć córki rozbroił ją zupełnie. 

- Obiecuję - powiedziała cicho. 

Pomachała im jeszcze na poŜegnanie, wiedząc, Ŝe jej serce zostaje razem z nimi. 

Do wtorku niedaleko i znów zobaczy Jake'a. A Abby? Uśmiechnęła się do swoich myśli. Ją 

teŜ niedługo zobaczy. 

Wtorkowy  wieczór  był  prawie  powtórzeniem  ich  pierwszej  kolacji,  tyle,  Ŝe  tym  razem 

Ŝ

adne waŜne sprawy nie zakłóciły spotkania. No i przyjął zaproszenie na kawę. 

Laine czuła się niepewnie, nie wiedząc czego się spodziewać. Tym razem Jake panował nad 

sobą. Usiadł na krześle, chcąc uniknąć intymnego zbliŜenia. Jego oczy przez cały wieczór mówiły 

zupełnie co innego. W końcu zaczął zbierać się do wyjścia. 

Przy drzwiach zatrzymał się. 

- Laine - wyszeptał. - Wyglądasz dziś uroczo. Do twarzy ci w tej zielonkawej sukni. 

- Miło mi, Jake. Ja teŜ ją lubię. 

- Dobranoc i dziękuję za cudowny wieczór. 

Jego wargi były gorące i miękkie, ale tym razem trwało to krótko. Wsiadł do samochodu i 

odjechał zanim Laine zdąŜyła się otrząsnąć. 

Goldie juŜ  się  zadomowiła, a  Laine  stwierdziła,  Ŝe  pies  szalejący  na jej widok  sprawia jej 

wiele radości. 

Jake zadzwonił w piątek. 

background image

-  Laine?  Wybieramy  się  z  Abby  na  naszą  łódkę,  na  weekend.  Była  taka  nieszczęśliwa  z 

powodu piesków, więc pomyślałem, Ŝe warto ją gdzieś zabrać. MoŜe wybrałabyś się z nami? 

- Ja? - Usłyszał zdumienie w jej głosie i roześmiał się. 

-  Tak,  ty!  Z  pewnością  będziesz  zadowolona  z  wycieczki.  Tam  jest  fantastyczna  sieć 

szlaków wodnych, raj dla włóczykijów. Co ty na to? 

- Sama nie wiem! Bardzo bym chciała, ale co z Goldie? 

- Nie ma sprawy. Przywieź ją do nas. Pani Foale nakarmi wszystkie psy. Przyjedziesz? 

- Dobrze! 

- No to postanowione - słychać było, Ŝe jest zadowolony. - Zabierz śpiwór! 

- Oczywiście, a co z jedzeniem? 

-  Ja  się  tym  zajmę.  Po  prostu  zabierz  tylko  coś  do  spania.  Bądź  gotowa  jutro  rano,  około 

dziesiątej! 

- Chyba, Ŝe mnie w nocy zabiją! - odpowiedziała. 

 

*** 

 

Laine  leŜała  na  dachu  kabiny  rozkoszując  się  słońcem.  Jake  siedział  przy  sterze.  Łódka 

leniwie płynęła w dół wąskiej rzeczki. 

- To się nazywa Ŝycie! - pomyślała. - Pogoda jest wspaniała. 

Jake miał na sobie tylko szorty. Jego brązowa skóra błyszczała w słońcu, mięśnie napinały 

się przy kaŜdym ruchu. Laine oparła policzek na skrzyŜowanych rękach. 

- Zajmę się jedzeniem. Napijesz się czegoś? 

- Abby! - zawołał dziewczynkę, która leŜała na dziobie i moczyła w wodzie patyk. - Chcesz 

pić? 

- Wolę loda! 

- W porządku, lody są w lodówce. 

Laine  zwinnie  zeskoczyła  z  dachu.  Szkarłatny  kostium  kąpielowy  świetnie  podkreślał    jej 

zgrabną, smukłą figurę. ZauwaŜyła, Ŝe Jake na nią patrzy. Wchodząc do kabiny przypomniała sobie 

ten moment, gdy po raz pierwszy znaleźli się na pokładzie. 

Kabina  wydała  jej  się  wówczas  bardzo  mała  i  miała  tylko  dwie  koje.  “Jak  on  sobie 

wyobraŜa spanie?” pomyślała. Jake jakby czytał w jej myślach. 

- Dziewczęta zajmują kabinę! - oznajmił. 

- A gdzie ty będziesz spał? - zapytała. 

- W forpiku jest jeszcze jedna koja, widzisz? 

background image

- AleŜ tam jest strasznie ciasno i nie ma okna... 

-  Nie  szkodzi,  za  to  jest  luk.  Dopóki  nie  będzie  padać,  będę  miał  powietrza,  ile  dusza 

zapragnie. 

- Będzie ci tam wygodnie? 

-  Zwykle  ja  tam  śpię  -  wtrąciła  Abby  i  bardzo  to  lubię,  ale  tatuś  mówi,  Ŝe  w  czasie  tej 

wycieczki będę mieszkać z tobą. 

- Przepraszam. Przeze mnie macie same kłopoty! 

- Nic nie szkodzi! - Abby szczerze uśmiechnęła się. - Będzie wesoło! 

Laine zerknęła na jedno i na drugie. 

- Dopóki nie poŜałujecie, Ŝe wzięliście mnie ze sobą! 

- Nie obawiaj się! 

Spojrzał na nią w taki sposób, Ŝe serce jej zadrŜało... 

- Piwa? 

- Prosto z puszki? 

- JuŜ się robi! 

Popijając  piwo,  usiadła  obok  Jake'a,  w  otwartym  kokpicie,  zaś  Abby  z  lodem  wróciła  na 

swoje  ulubione  miejsce  na  dziobie.  Jej  pomarańczowy  kapok  odbijał  się  jaskrawo  od  krajobrazu 

pełnego brązów i zieleni.  

Dwa razy przepłynęli obok niewielkich miasteczek, kilkakrotnie mijali  śluzy. Wszystko to 

było dla Laine czymś zupełnie nowym i cieszyła się kaŜdą chwilą tego cudownego dnia. 

Pod wieczór Jake nieco zwolnił tempo. 

- Zacumujemy tutaj na noc - postanowił. - Zjemy w gospodzie. 

Powoli  skierował  motorówkę  w  stronę  przystani.  Gdy  dobili  do  pomostu,  chwycił  za 

pachołek i zwrócił się do Laine: 

- Skocz na brzeg i zacumuj dziób. Abby rzuci ci linę. 

- Ja to zrobię - usłyszeli głos dziecka. Dziób właśnie zbliŜał się do pomostu. Abby z liną w 

ręku chlupnęła w wodę z wielkim pluskiem. 

Laine  zdrętwiała patrząc na zbliŜający się pomost. 

- Zgniecie ją! Łap za bosak i odepchnij nas! - krzyknął Jake. 

Chwyciła  bosak,  próbując  odepchnąć  łódź  od  pomostu.  W  tym  czasie  Jake  złapał  boję 

ratunkową i pobiegł na dziób. 

-  Abby,  podpłyń  do  bojki  -  krzyknął  widząc,  Ŝe  wylądowała  blisko  od  podskakującej  na 

falach figurki. - Nie utoniesz, płyń! 

Łódka znów zaczęła odpływać. 

background image

- Laine, zahacz bosak o deski i trzymaj! 

Nerwowo zaczęła szukać punktu zaczepienia. W końcu znalazła jakiś sęk i juŜ łatwiej było 

utrzymać łódź. 

Odpychała lub przyciągała motorówkę, starając się utrzymać ją w jednym miejscu, aby Jake 

mógł wyciągnąć dziewczynkę na pokład. 

- Zostań tam i nie ruszaj się! - krzyknął do dziecka. 

Kilka  osób  siedzących  w  gospodzie,  widząc  co  się  dzieje,  wybiegło  na  pomost.  Przy  ich 

pomocy łódka została szybko przycumowana.  

Abby siedziała na rufie jak mokry psiak, dygocząc z zimna i emocji. Laine chciała podejść 

do małej, utulić ją, ale powstrzymała się. To była rola Jake'a. 

-  No  i  co  mądralo?  -  zapytał.  -  JuŜ  zapomniałaś,  czego  cię  uczyłem  i  chciałaś  zrobić  po 

swojemu? Opłaciło się? 

- No nie... - szlochała dziewczynka. 

- Nigdy więcej tego nie rób, O.K.? 

Jego głos złagodniał. Abby patrzyła na niego przez łzy i potrząsnęła głową. 

- No, chodź. Trzeba cię wysuszyć! 

Abby zerwała się i mocno objęła go. 

- Tatusiu, tak mi przykro!... 

Jake czule potarmosił mokrą czuprynkę. 

- Mam nadzieję! Popatrz na Laine! Przestraszyła się jak nigdy w Ŝyciu! 

Abby zerknęła na pobladłą twarz kobiety, po czym szybko wtuliła się w ojca. 

- Zimno mi! 

- Czy mogę ci pomóc? - spytała Laine. Nie bardzo wiedziała, czy powinna się wtrącać, ale 

tak bardzo pragnęła zająć się małą. 

-  PomóŜ  temu  łobuzowi  wysuszyć  się  i  przebrać  w  suche  rzeczy  -  powiedział  z 

wdzięcznością - a ja sprawdzę, czy łódź jest dobrze zacumowana. 

Abby ruszyła do kabiny. Laine ruszyła za nią, jej oczy błyszczały. Wreszcie mogła zająć się 

swym dzieckiem, tak jak matka. 

 

 

background image

Rozdział 5 

 

- Jak ci poszło? - usłyszała głos Jake'a. 

Abby juŜ spała, a Laine właśnie wkładała Goldie do podróŜnego koszyka. 

Czy  naprawdę  musiał  o  to  pytać?...  Gdy  rozbierała  Abby  z  mokrych  rzeczy,  wycierała,  a 

potem  przebrała  ją  w  suche,  ciepłe  ubranie,  poczuła,  Ŝe  wypełnia  powinność,  która  jest  w  niej. 

Zmuszono ją kiedyś, by oddała to dziecko, a teraz trzymała je w objęciach. Odzyskała jakąś waŜną 

część samej siebie... 

Spojrzała na Jake'a, jej błyszczące oczy i gorący rumieniec powiedziały mu duŜo więcej niŜ 

słowa... 

- Cieszę się - powiedział. - Wiesz, ludzie na łódce szybko się poznają. To niezły test na to, 

czy do siebie pasują. Myślę, Ŝe wyszło nam świetnie, a ty? 

- Ja takŜe tak myślę. 

Później, po posiłku, usiedli w ciemnym kokpicie. 

Nie  dotykali  się,  a  jednak  Laine  czuła,  Ŝe  nawiązała  się  między  nimi  silna  więź,  bez 

zbędnych słów. 

W końcu uśmiechnął się, a jego oczy zaświeciły w mroku. 

- Zejdź na dół, Laine. Zamknij bulaje - o mnie się nie martw. Wejdę przez luk. 

Nie było Ŝadnego tarcia, Ŝadnej niezręczności... Pasowali do siebie po prostu. 

Gdy usłyszała jego miękki śmiech i zobaczyła wyciągnięte ku sobie ramiona... wtuliła się w 

nie bez wahania, chętnymi ustami przyjmując jego pocałunek. Serce biło jej mocno... 

- Cudowne zakończenie cudownego weekendu - szepnął całując ją namiętnie. Silne ramiona 

mocno obejmowały jej drŜące ciało... 

- Laine... Chciałbym... - wyrwało mu się. - Zresztą, niewaŜne... 

“Co  chciał  powiedzieć?  -  zastanawiała  się.  -  śe  pragnie,  aby  została...?  A  moŜe,  Ŝe  mają 

przed sobą wspólną przyszłość...?” 

Czuła  jego  namiętność,  lecz  czuła  równieŜ,  Ŝe  coś  go  powstrzymuje.  Ale  tak  gorąco  ją 

całował... Na wspomnienie przeszył ją rozkoszny dreszcz. 

Wydobyła z koszyka śpiącego psiaka i zanurzyła twarz w jego futerku. 

- Jestem głupia, Goldie - wyznała - zakochałam się. Co o tym sądzisz? 

Goldie sapnęła i polizała ją po policzku... 

Minęło  kilka  dni,  zanim  Jake  znowu  się  odezwał.  Słysząc  w  słuchawce  jego  głos  miała 

ochotę śpiewać ze szczęścia. Dzwonił, by zaprosić ją na koncert w Birmingham. 

- Mam dwa bilety na jutro - oznajmił - powiedz, Ŝe pójdziesz! 

background image

- Z przyjemnością. 

-  To  świetnie.  Przyjadę  po  ciebie  wcześniej,  to  wybierzemy  się  przedtem  na  kolację.  Do 

zobaczenia, kochanie. 

“Kochanie”?  Zatkało ją.  Jake  nie  miał  zwyczaju  rozrzucać  takich  słów jak  confetti? Co  to 

“kochanie”  miało  znaczyć?  Czy  to  tylko  przejęzyczenie?  A  moŜe  naprawdę  znaczyło  to,  co  tak 

bardzo pragnęła usłyszeć? 

Przez cały wieczór był troskliwy, czarujący, dowcipny i promieniował jakimś nieodpartym 

urokiem. Laine czuła, Ŝe pogrąŜa się coraz bardziej. 

Prowadząc  samochód,  Jake  zaczął  pogwizdywać  jakąś  wesołą  melodię.  Laine  uniosła 

głowę, by na niego spojrzeć. Wchłaniała w siebie tę atmosferę! 

W  pewnym  momencie  przestał  gwizdać  i  posmutniał.  To,  co  powiedział,  zabrzmiało  jak 

ostry dźwięk telefonu przerywający ciszę. 

-  Laine,  niepokoję  się  o  klub  w  Burchester.  Przy  obecnych  podatkach  będę  zmuszony  go 

zamknąć. 

Laine wróciła do rzeczywistości, bo jej myśli odbiegły daleko od spraw zawodowych. 

W zamyśleniu przygryzła wargi. 

-  ZauwaŜyłam,  Ŝe  dochody  ostatnio  się  zmniejszyły.  W  porównaniu  z  zeszłym  rokiem 

spadły na łeb na szyję. CzyŜby interes się załamał? 

- Nie. Byłem tam niedawno i stwierdziłem, Ŝe ruch jest taki jak zwykle. MoŜe to ten nowy 

system księgowania? 

- NiemoŜliwe. UŜywamy ciągle tego samego. Czy tam jest nowy kierownik? 

- Danny Matthews jest od kilku miesięcy. Dlaczego pytasz? 

- Chyba powinieneś go mieć na oku. 

- Cholera! - Jake był poirytowany. - Nie mogę go zwolnić. Jest po staŜu. 

-  Po  prostu  przez  jakiś  czas  miej  na  niego  oko.  Nie  dopuść,  aby  zaczął  cokolwiek 

podejrzewać! 

- MoŜe to byłoby najlepsze rozwiązanie! 

-  Wtedy  zacznie  znowu.  Nie,  Jake,  musisz  być  ostroŜny!  Teraz  nie  masz  dostatecznych 

dowodów,  by  go  zwolnić,  ale  jeśli  cię  straszył  Związkami,  moŜesz  mu  zagrozić  publicznym 

ujawnieniem jego sprawek. 

- Fakt. Muszę mieć mocne dowody, zanim zrobię jakiś ruch. W końcu to tylko podejrzenia. 

Będę tam moŜliwie często zaglądał. Zwłaszcza, Ŝe on w przyszłym tygodniu jedzie na urlop. 

background image

-  Fantastycznie!  Na  ten  czas  przyjmij  na  jego  miejsce  kogoś,  komu  całkowicie  ufasz. 

UwaŜnie przejrzyj rachunki. Jeśli przychody wrócą do poprzedniego poziomu, będziesz miał go w 

ręku. 

-  Dobrze,  zrobię  jak  mi  radzisz.  Dziękuję  ci.  Przepraszam,  Ŝe  znów  zawracam  ci  głowę 

moimi problemami. 

- Nie ma sprawy! Cieszę się, Ŝe mogę ci pomóc. 

- No, jesteśmy na miejscu. Czy jestem zaproszony? 

- JakŜe bym śmiała puścić cię do domu bez odrobiny kawy? 

Gdy  Laine  weszła  z  kawą,  Jake  leŜał  na  kanapie.  Na  jej  widok  wstał,  by  pomóc  odstawić 

tacę. 

- Chodź do mnie - szepnął pociągając ją ku sobie. 

Laine  drŜąc  z  emocji,  zapadła  w  miękkie  poduszki.  Objął  ją  i  zaczął  całować  długo, 

namiętnie... Przymknęła oczy pozwalając unieść się zapamiętaniu. 

-  Kochanie  -  wyszeptał  unosząc  głowę.  -  Nie  wiem,  jak  mogłem  dotąd  Ŝyć  bez  ciebie. 

Wyjdziesz za mnie? 

Laine  podniosła  głowę.  Wprawdzie  miała  nadzieję  na  jakiś  trwalszy  związek,  ale  takiej 

propozycji  się  nie  spodziewała.  Przynajmniej  jeszcze  nie  teraz.  Znali  się  krótko,  a  poza  tym  sam 

przecieŜ mówił, Ŝe nie chciałby, Ŝeby jakakolwiek kobieta zajęła miejsce jego zmarłej Ŝony. 

Widząc jej zaskoczoną minę Jake dokończył: 

- Wiem, Ŝe pragnąc, abyś przeniosła się do nas, proszę o zbyt wiele, ale... Abby i ja... tak  

bardzo ciebie potrzebujemy... 

Laine  miała  wraŜenie,  Ŝe  jakaś  gwałtowna  fala  wstrząsnęłą  całą  jej  istotą.  To  było  wprost 

niewiarygodne! W chwili, gdy krótkie “tak” miała na końcu języka, w ogóle nie pomyślała o Abby! 

Czy umie dochować tajemnicy? 

Właściwie  do  tej  pory  nic  innego  nie  robiła.  CóŜ  takiego  mogłoby  się  zdarzyć  w 

przyszłości,  aby  jej  sekret  wyszedł  na  jaw?  Kochała  Jake'a!  Niczego  na  świecie  tak  nie  pragnęła, 

jak zostać jego Ŝoną. 

Uśmiechnęła się do ciepłych, brązowych oczu, czekających na odpowiedź. 

- Tak - wyszeptała. 

On  zaś  wydał  jakiś  nieartykułowany  okrzyk  i  porwał  ją  w  ramiona.  Trwali  tak  objęci, 

ciesząc się sobą, swą bliskością i tym, Ŝe naleŜą do siebie. 

Gdy w końcu Jake poruszył się, podniosła głowę. 

- Kiedy? - zapytała. 

- Jak najszybciej. Masz coś przeciwko? 

background image

- Nie. Kocham cię, Jake. 

-  Laine!  -  szeptał,  gorączkowo  całując  jej  twarz  -  Laine,  tak  bardzo  cię  potrzebuję.  Czy 

chcesz mieć huczne wesele? 

- Niekoniecznie, a ty? 

- Absolutnie. Im mniej ludzi, tym lepiej. 

Chyba  jednak  Jake  miał  wciąŜ  poczucie  winy  z  powodu  powtórnego  małŜeństwa  - 

pomyślała. 

-  Ale  w  kościele,  dobrze?  -  poprosiła.  -  Nie jestem  aŜ  tak  gorliwą  chrześcijanką, ale  mam 

wraŜenie, Ŝe nasz ślub będzie wówczas bardziej prawdziwy. 

-  Najmilsza,  moŜe  być  wszędzie,  byleby  był!  Kościół  to  dobre  miejsce,  ale  rodzicom 

powiem dopiero po fakcie. Nie chcę ich tu ciągnąć, a pewnie czuliby, Ŝe to obowiązek zjawić się na 

uroczystości. A twoi? 

Zawahała  się...  Na  pewno  czuliby  się  dotknięci,  dowiadując  się  o  wszystkim  post  factum, 

ale byli częścią jej dramatu... Chciała wejść w przyszłość wolna od tego, co było. 

A  co  z  Abby?  Ona  była  raczej  dopełnieniem  jej  szczęścia,  a  nie  powodem,  dla  którego 

wiązała się z Jake'm. Abby zbliŜyła ich do siebie, ale jej uczucia dla Jake'a nie miały nic wspólnego 

z pragnieniem połączenia się z córką. 

- Sądzę, Ŝe powinnam ich zaprosić. Mimo wszystko są moimi rodzicami. I uwaŜam, Ŝe ty 

teŜ powinieneś zaprosić twoich! 

-  Tak,  masz  rację.  Jest  jeszcze  moja  siostra,  choć  wątpię,  czy  przyjedzie,  mieszka  w 

Singapurze. Ale Ŝadnych ciotek, wujków, ani przyjaciół rodziny! 

- Zgoda. Cicha uroczystość bez zbędnego szumu! 

Gdy  Jake  odjechał,  Laine  wyciągnęła  się  na  sofie,  by  przemyśleć  to  wszystko.  Tak  wiele 

wydarzyło się w tak krótkim czasie! Jednak jej szczęście nie było pełne. Tkwił w nim mały cierń! 

Jake nigdy nie powiedział jej, Ŝe ją kocha. Potrzebował - owszem, ale ani słowem nie wspomniał o 

miłości. 

MoŜe  juŜ  nigdy  jej  nie  pokocha?  MoŜe  będzie  musiała  Ŝyć  ze  świadomością,  Ŝe  jest  tą 

drugą... 

No  cóŜ...  Prawdopodobnie  decydował  się  na  małŜeństwo  ze  względu  na  Abby.  Wzruszyła 

ramionami. Niech i tak będzie. Wchodziła w ich Ŝycie pozbawiona złudzeń. 

Ma  szansę,  by  być  blisko  osób,  które  kocha.  Jake  ją  lubił,  a  nawet  poŜądał...  To  jej  musi 

wystarczyć. 

 

*** 

background image

 

Mała  Abby  przyjęła  wiadomość  o  małŜeństwie  normalnie,  ale  bez  entuzjazmu.  Laine 

poczuła się zawiedziona. 

- Jak będę cię teraz nazywać? - zapytała dziewczynka. 

-  MoŜesz  nadal  mówić  do  mnie  Laine  -  odpowiedziała  ze  smutkiem  -  ale  jeśli  wolisz 

“mamo”, będzie mi bardzo miło. 

- Aha - odparła zamyślona. Nagle jej oczy rozbłysły. - Czy mogę być twoją druhną? 

To pytanie zaskoczyło Laine. 

-  Wprawdzie  nie  pomyślałam  o  tym  -  powiedziała  ostroŜnie  -  ale  moŜe  to  dobry  pomysł. 

Jake, co o tym sądzisz? Abby będzie na pewno ślicznie wyglądała? 

-  Dziewczyny,  róbcie jak  chcecie.  Jeśli  chodzi  o  mnie,  nie  dam  się  wbić  w  Ŝaden  frak ani 

cylinder! 

- Nawet nie marzyłyśmy, byś wkładał coś tak dystyngowanego! Prawda, Abby? 

Abby zachichotała. 

- Wyglądałbyś przezabawnie, tato. Laine, jaką będziesz miała suknię? 

- Chyba nałoŜę coś kremowego - wyszeptała Laine. 

- Kolor będzie dobry... - przyznała Abby. - Czy ja mogę mieć zieloną sukienkę? 

- To nie jest dobry kolor na ślub. 

- Dlaczego? 

- Mówią, Ŝe przynosi nieszczęście. 

- Chyba w to nie wierzysz? 

-  Niezupełnie,  ale  wolałabym  nie  ryzykować!  MoŜe  zgodzisz  się  na  błękit?  Z  zieloną 

szarfą? - dodała pragnąc zadowolić córkę. 

- Zresztą, zobaczymy. 

- O.K. Kiedy zrobimy zakupy? 

- Niedługo - obiecała Laine, całując ją w złocistą główkę. - Niedługo. 

Ś

lub  miał  się  odbyć  w  sierpniu.  Kilka  tygodni  upłynęło  im  na  gorączkowych 

przygotowaniach. Laine sprzedała dom bez większych kłopotów, choć zajęło jej to trochę czasu. 

Na sukienkę kupiła piękną kremową satynę oraz pajęczą koronkę ze złotej nici. 

Pani Foale poleciła jej dobrą krawcową i juŜ podczas pierwszej przymiarki Laine wiedziała, 

Ŝ

e suknia będzie dobrze uszyta. 

Lejący  materiał  cudownie  podkreślał  figurę,  a  pokrycie  go  złotą  koronką  nadawało  całej 

kreacji niepowtarzalny urok. 

- Wygląda pani jak księŜniczka - krawcowa wyraziła szczery zachwyt. 

background image

Sukienkę dla Abby kupili w domu mody. Dziewczyna była zachwycona jedwabną kreacją, 

którą w końcu upolowali. Stała teraz przed ojcem, pokazując jak pięknie wygląda. 

-  Wybrudzisz  ją  -  Laine  była  nieubłagana.  -  Wcale  nie  mam  ochoty  mieć  na  swym  ślubie 

druhny w poplamionej sukience. 

- Wtedy zostawimy cię w domu - zagroził Jake. 

-  Nie  zrobisz  tego  -  Abby  mu  uwierzyła.  Patrzyła  teraz  to  na jedno,  to  na  drugie  z  bardzo 

niepewną miną. 

Laine musiała powstrzymać się, by nie wybuchnąć śmiechem. 

- Więc czemu jej nie zdejmiesz? - zapytała łagodnie. - Chodź, pomogę ci. 

Abby skapitulowała, ale humor się jej poprawił, bo pani Foale poprosiła na kolację. 

Jake większość czasu spędzał w klubie w Burchester, próbując rozwiązać zagadkę niskich 

dochodów. Miał teŜ sporo pracy z przygotowaniem do otwarcia nowego ośrodka, co miało nastąpić 

na tydzień przed ich ślubem i wymagało sporo zachodu. 

Kiedy Danny Matthews wyjechał na urlop, zyski z klubu Burchester wróciły do normy. Po 

powrocie, gdy znów przejął kierownictwo, znowu spadły. 

- Czy potrzebne ci są inne dowody? - zapytała Laine. - Facet kradnie. 

-  Nabrał  mnie  -  podsumował  Jake  -  zwykle  byłem  znawcą  ludzi.  Tym  razem  nie  miałem 

nosa. Jutro się z nim rozprawię. 

- Masz kogoś na jego miejsce? 

-  Owszem.  Colin  Lacey,  pomocnik  Lena  Castora,  będzie  się  nadawał.  To  odpowiedzialny 

facet, dobrze mu idzie z klientami. 

- Cieszę się, Ŝe załatwisz to przed naszym wyjazdem. 

- Ja równieŜ. Będę mógł za tydzień o wszystkim zapomnieć. 

- O wszystkim? 

-  Oczywiście  z  wyjątkiem  nas!  Laine,  chodź  tu.  Nie  całowałem  cię  przez  ostatnie  pół 

godziny! 

 

*** 

 

Rodzice Jake'a przylecieli z Montrealu na kilka dni przed ślubem i Laine pojechała do jego 

domu, by ich przywitać. 

Jake  był  wierną  kopią ojca, ale jak  ta  drobna  blondyneczka  zdołała  urodzić  tak  potęŜnego 

syna? Laine nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Była tak filigranowa, Ŝe mogła swobodnie przejść 

pod jego wyciągniętym ramieniem. 

background image

- Tak bardzo się cieszymy - powiedziała matka Jake'a, gdy tylko znalazła się z Laine sam na 

sam. - Dobrze, Ŝe cię ma. Był tak zrozpaczony, gdy umarła Jane. Myśleliśmy, Ŝe nigdy się z tego 

nie otrząśnie, ale widocznie nie jest pisane męŜczyznie, by zbyt  długo pozostawał samotny. 

- Ma Abby - szepnęła Laine, zawstydzona tą rozmową. 

- Dziecko nigdy nie zastąpi Ŝony. A teraz Jake będzie mógł mieć własnego syna! Czy to nie 

cudowne? 

Laine z wysiłkiem opanowała się. 

- Chciałabym, Ŝeby tak się stało, ale Abby jest mu bardzo bliska, kocha ją. 

-  My  równieŜ  ją  kochamy,  ale  adoptowane  dziecko  nigdy  nie  będzie  takie  jak  własne, 

prawda? 

- Nie wiem - przyznała Laine. - Chyba niektórzy ludzie są w stanie o tym zapomnieć. 

- No cóŜ, tak czy inaczej mamy nadzieję, Ŝe wkrótce doczekamy się nowego członka klanu 

Benningtonów. Siostra Jake'a ma troje dzieci, mówił ci o tym? 

- Owszem. Szkoda, Ŝe nie mogli przylecieć na ślub, ale cudownie, Ŝe wy jesteście. 

- Jake mówi, Ŝe twoi rodzice przyjeŜdŜają jutro. Cieszysz się? 

-  Oczywiście.  Oni  nie  znają  Jake'a.  Mieszkają  daleko  i  nie  mogli  nas  odwiedzić,  a  my 

byliśmy zbyt zajęci, by jechać do Surrey. 

Pani  Foale  znów  okazała  się  nieoceniona  i  zgodziła  się  nadal  u  nich  pracować.  W  ten 

sposób pytanie, czy Laine ma rzucić pracę, nie zostało postawione. 

Gdy  przyjechali  rodzice,  Laine  ze  smutkiem  przyglądała  się  ich  twarzom.  Ojciec  miał 

zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, matka nieco mniej, ale wyglądali, jakby Ŝycie odebrało im wszelką 

radość. Zestarzeli się przedwcześnie. 

Byli  znacznie  mniej  ruchliwi  od  rodziców  Jake'a,  od  nich  duŜo  starszych.  Matka  Jake'a 

wyznała,  Ŝe  fryzura  kosztuje  ją  sporo  zachodu:  trwała,  farbowanie,  ale  czuje  się  młodsza,  gdy  w 

lustrze  nie  widzi  siwizny.  Matka  Laine  nie  przywiązywała  takiej  wagi  do  swego  wyglądu.  Miała 

włosy szpakowate, krótko obcięte, bez śladu ondulacji. 

Wyglądało,  Ŝe  akceptują  Jake'a,  chociaŜ  Laine  nie  była  pewna,  czy  wypływa  to 

rzeczywiście z sympatii, czy tylko z uprzejmości. 

- Masz szczęście, Laine - powiedziała matka, gdy  były same. - Z twoją przeszłością... JuŜ 

myśleliśmy, Ŝe poszłaś w odstawkę! Powiedziałaś mu?... 

Laine była przekonana, Ŝe matka to wywlecze. 

- Nie, mamo. 

background image

-  Nie  powiedziałaś?!  Ty  głupia  dziewczyno!  Sama  pakujesz  się    w  kłopoty.  Pewnie  bałaś 

się,  Ŝe  cię  rzuci,  gdy  pozna  prawdę.  No  cóŜ,  nie  mogę  cię  winić  za  to,  Ŝe  jesteś  ostroŜna. 

Prawdopodobnie tak by postąpił. 

Co będzie, gdy Jake się dowie, Ŝe miała kochanka i urodziła dziecko?... 

Nigdy nie pytał jej o przeszłość. Ona bała się, Ŝeby cokolwiek mu powiedzieć. 

-  To  nie  tak,  mamo  -  powiedziała,  usiłując  przekonać  samą  siebie.  -  Po  prostu  to  pytanie 

nigdy nie padło. On bierze mnie taką, jaka jestem i ja tak samo. Przeszłość się nie liczy. 

-  Powinnaś  przyjechać  do  domu  i  tam  wziąć  ślub  -  powiedział  później  ojciec.  -  To 

zaoszczędziłoby twojej matce trudów podróŜy. 

-  Ale  teraz  tu  jest  mój  dom  -  zaoponowała.  -  Nie  mogłam  przecieŜ  ściągać  Jake'a  do 

Leatherhead. 

- Ale nas mogłaś! Zawsze byłaś egoistką. 

- Nie musieliście przyjeŜdŜać - odparła. Czuła się uraŜona. 

Ojciec  nie  miał  prawa  tak  powiedzieć.  JakŜe  teraz  Ŝałowała,  Ŝe  nie  posłuchała  Jake'a,  aby 

nie zapraszać rodziców. 

-  No  cóŜ,  ale  jesteśmy  -  wtrąciła  pani  Tyson.  -  Ojciec  przyjechał,  by  cię  poprowadzić  do 

ołtarza. Mam nadzieję, Ŝe to będzie ładna ceremonia. 

-  Będzie  tylko  bliska  rodzina  -  powiedziała  zimno.  -  Chcieliśmy,  Ŝeby  uroczystość  była 

skromna. 

 

*** 

 

Jednak,  gdy  następnego  dnia  Laine  włoŜyła  swą  ślubną  suknię,  matka  zaprzestała 

wygłaszania cierpkich uwag. 

-  Wyglądasz  ślicznie,  kochanie.  WciąŜ  masz  takie  piękne  włosy,  a  te  złociste  koronki 

jeszcze dodają im blasku. Chciałabym, Ŝebyś była szczęśliwa. 

-  Dziękuję,  mamo  -  Laine  uniosła  kremowy  welon,  przytrzymywany  pękiem  kwiatów 

pomarańczy otoczonych chmurą złotych liści. Ucałowała matkę. - Idź juŜ na dół. Samochód moŜe 

być w kaŜdej chwili. 

- Po co taki wydatek dla mnie jednej! - Pani Tyson nie mogła powstrzymać się od uwag. 

- Mogę sobie na to pozwolić, mamo. Chcę jechać tylko z ojcem, zgodnie ze zwyczajem. 

Ku jej zdumieniu w oczach matki pojawiły się łzy. 

-  Moja  piękna  córka  -  wyszeptała.  -  Zawsze  chcieliśmy  dla  ciebie  wszystkiego,  co 

najlepsze. Mamy tylko ciebie. PrzeŜyliśmy wtedy takie rozczarowanie... 

background image

- Wiem, mamo - Laine z trudem powstrzymywała łzy. - Popełniłam błąd i płaciłam za to, aŜ 

do tej chwili. Teraz zaczynam od nowa. śycz mi szczęścia! 

Obie  kobiety  padły  sobie  w  objęcia.  “Gdyby  ona  była  taka  przedtem!”  -  myślała  ze 

smutkiem  Laine,  po  raz  pierwszy  zdając  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  brakowało  jej  przez  te 

wszystkie lata matczynej miłości i zrozumienia. 

W pół godziny później Laine kroczyła główną nawą, starego, kamiennego kościółka. 

Jake  wyglądał  wspaniale  w  jasnoszarym  garniturze,  śnieŜnobiałej  koszuli  i  srebrnym 

krawacie. 

Podziw i uczucie, które zobaczyła w jego oczach, wynagrodziły jej wysiłek, aby dla niego 

wyglądać jak najpiękniej. Odwróciła się, by podać małej Abby swój ślubny bukiet. Dziewczynka z 

namaszczeniem wzięła kwiaty. 

Przysięgę  małŜeńską  składała  czystym,  pewnym  głosem,  który  pięknie  współbrzmiał  z 

głębokim  barytonem  Jake'a.  Jego  mocny  uścisk,  pocałunek  w  zakrystii,  były  obietnicą  na 

przyszłość. Obietnicą bezpieczeństwa i namiętności. 

Najtrudniejsze  było  rozstanie  z  Abby,  kiedy  po  zakończeniu  uroczystości  wyjeŜdŜali  na 

swój  miodowy  miesiąc.  Dziewczynka  została  pod  opieką  pani  Foale,  w  towarzystwie  rodziców 

Jake'a. 

Laine wiedziała, Ŝe nie ma Ŝadnych powodów do niepokoju, więc łajała siebie w duchu za 

głupie, irracjonalne łzy. 

 Jechali autostradą na południowy zachód. Oparta wygodnie na tylnym siedzeniu, oddała się 

rozmyślaniu  na  temat  wydarzeń  minionego  dnia  -  o  nagłym  przypływie  uczuć  matki,  o  Abby  - 

dumnej i szczęśliwej. I w tym wszystkim obraz Jake'a, gdy patrzył jak idzie ku niemu główną nawą 

kościoła. Ta cudowna chwila na zawsze pozostanie w jej pamięci! 

Późnym wieczorem zajechali na parking przed starym zajazdem na skraju Dartmoor. 

W ramionach męŜa znalazła szczęście, o jakim nie marzyła. 

-  Moja  piękna,  cudowna  Ŝona  -  usłyszała  czuły  szept  w  środku  nocy.  -  NajdroŜsza,  jak 

dobrze, Ŝe zgodziłaś się wyjść za mnie. 

- Och, kochany! 

Była  szczęśliwa,  bezgranicznie  szczęśliwa,  ale...  do  tej  pory  nie  usłyszała  słowa  “kocham 

cię”. 

 

 

background image

Rozdział 6 

 

W ciągu najbliŜszych tygodni Laine przekonała się, iŜ niepotrzebnie się bała, Ŝe Jake zapyta 

o przeszłość. 

Nie  interesowały  go  jej  poprzednie  miłości,  chociaŜ  poznał  kaŜdy,  nawet  najdrobniejszy 

szczegół jej ciała lepiej, niŜ linie na własnej dłoni. 

Po miodowym miesiącu, Laine potrzebowała kilku tygodni, by stać się częścią tej rodziny, 

by  odczuć,  Ŝe  te  subtelne  więzy  łączące  ją,  Jake'a  i  dziecko  zostały  w  końcu  zadzierzgnięte. 

Przypomniała  sobie  BoŜe  Narodzenie:  Jake'a,  patrzącego  z  wyrozumiałością  na  ich  wybryki, 

podekscytowaną  Abby...  Wciągnęli  ją  w  sam  środek  swoich  zwyczajów,  swojej  radości.  Czegoś 

takiego brakowało jej w ciągu tych ostatnich lat. 

Od nowego roku Jake zaczął rozszerzać swoje “imperium”. W związku z tym zdarzało się, 

Ŝ

e  często  był  poza  domem.  Jego  najnowszy  ośrodek  miał  powstać  pod  Londynem,  co  oznaczało 

dłuŜszą nieobecność. 

- Jeśli chcę, Ŝeby sieć klubów objęła cały kraj, muszę mieć w stolicy oparcie - wyjaśniał ze 

swym  zwykłym  zapałem.  -  Miałem  szczęście,  Ŝe  trafiło  mi  się  to  miejsce  w  Enfield.  Do  moich 

celów nadaje się idealnie. Niedaleko stąd do West Endu, gdzie chciałem załoŜyć następny klub. 

-  Nienawidzę,  gdy  cię  nie  ma  w  domu  -  Laine  ogarnął  buntowniczy  nastrój.  Tak  bardzo 

chciała mieć męŜczyznę, którego kochała coraz mocniej, zawsze przy sobie. 

- Wiem, kochanie. Nie lubię tego tak samo jak ty - pocałował ją czule. - Będę z powrotem 

najszybciej jak się uda, ale bez sensu byłoby dojeŜdŜać codziennie. Popracuję równieŜ wieczorem i 

dzięki temu będę mógł wrócić wcześniej. 

Westchnęła. 

- Im większe staje się twoje imperium, tym dalej będziesz musiał podróŜować - stwierdziła 

ponuro. - Abby równieŜ tęskni za tobą. 

- Znałaś moje plany, kiedy zgodziłaś się wyjść za mnie - powiedział szorstko. - Jeśli chcę 

odnieść sukces, muszę tak działać. W końcu, kiedy jestem nieobecny, Abby ma ciebie, za co jestem 

ci niezmiernie wdzięczny. I ty teŜ nie jesteś sama. 

Czuła, Ŝe za chwilę się rozpłacze. Nie, nie moŜe. Jake nie potrzebował głupiej idiotki, która 

chce go omotać i zatrzymać przy sobie. Nie było to w jej stylu. 

- Owszem, Abby dotrzymuje mi towarzystwa, ale ona nie zastąpi mi ciebie. Gdy ciebie nie 

ma, ona... ona czuje się uraŜona moją opieką. 

- Wydaje ci się, kochanie - powiedział nieco łagodniej. 

Odwróciwszy się by ją ucałować, dostrzegł łzy na jej policzkach. 

background image

- Nie płacz, najdroŜsza. Będę z powrotem, zanim obie zdąŜycie za mną zatęsknić. 

Jake  w  ogóle  nie  rozumiał  uczucia  osamotnienia,  które  w  miarę jak jego  wyjazdy  stawały 

się częstsze, ogarniało ją coraz bardziej. 

Uniosła się na łokciu. 

- Powinieneś juŜ wstać - powiedziała chłodno - spóźnisz się na spotkanie. 

Jake spojrzał na budzik i wyskoczył z łóŜka. 

- Masz rację! 

Pobiegł do łazienki, całkowicie pochłonięty planami na rozpoczęty dzień. 

- Czy moja walizka gotowa? 

- Owszem - Laine ze złością wiązała szlafrok. - Śniadanie będzie za dziesięć minut. 

“Co się dzieje?” - myślała budząc Abby, odgrzewając fasolę, gotując jajka, przygotowując 

grzanki. Co się stało z tym ciepłem, z czułym zrozumieniem, które wytworzyło się między nimi w 

ciągu tych pierwszych, cudownych tygodni ich małŜeństwa? Dlaczego tak ją denerwowały wyjazdy 

Jake'a? PrzecieŜ wiedziała, Ŝe po ślubie będzie takŜe zajęty. Wtedy jej to nie przeszkadzało. Miała 

Abby  i swoją pracę... 

MoŜe dlatego odbiera wszystko w ten sposób,  Ŝe Jake nie jest tak  zaangaŜowany jak ona? 

Westchnęła. Tak, to prawda. Była zaledwie namiastką kobiety, którą kochał. 

Nigdy  nie  zostawiał  swojej  pierwszej  Ŝony  samej,  a  Abby  tylko  w  wyjątkowych 

przypadkach.  Teraz  zaś  oczekiwał,  Ŝe  ona  zaakceptuje  jego  częste  nieobecności,  zrozumie  jego 

pracę,  Ŝe  będzie  zajmować  się  dzieckiem.  Nalała  mleko  do  filiŜanek  i  odstawiła  kartonik  do 

lodówki, zamykając z trzaskiem drzwi. Tak, teraz moŜe zostawiać córkę z czystym sumieniem. 

Powinna była o tym wszystkim pomyśleć, kiedy za niego wychodziła, ale wtedy namiętność 

poniosła  ją  w  krainę  szczęścia.  Nic  poza  tym  się  nie  liczyło.  Teraz  zobaczyła  wszystko  bardziej 

realnie. 

Smarowała kanapki jak automat. 

Abby  jej  nie  wystarczała.  Pragnęła  Jake'a,  całego  Jake'a.  RównieŜ  jego  zaangaŜowania, 

miłości, nie tylko poŜądania. 

Zresztą  zawiodła  się  na  swojej  córce.  Kiedy  Jake  znajdował  się  w  pobliŜu,  mała  była 

pogodna i kochająca, lecz gdy wyjechał traciła humor i stawała się nieznośna. 

Wcale  nie  dlatego,  Ŝeby  jej  nie  lubiła.  Czasami  bardzo  Ŝywiołowo  okazywała  jej  swoją 

sympatię.  Po  prostu  dla  niej  była  obcą  kobietą,  nie  mogła  zastąpić  jej  ojca,  którego  ubóstwiała. 

Czuła się opuszczona i to odbijało się w jej zachowaniu. 

No cóŜ, zrozumienie faktu wcale nie czyni Ŝycia łatwiejszym. Zwłaszcza, jeśli tęskni się za 

miłością córki prawie tak samo jak za miłością męŜa. 

background image

Abby i Jake weszli razem, gdy ona rozkładała talerze na stole. W garniturze był przystojny, 

Ŝ

e serce znowu jej się ścisnęło. Abby miała na sobie stare dŜinsy i powyciągany sweter. 

- Dzięki. 

Uprzejmość Jake'a draŜniła ją. 

Szybko zjadł śniadanie, szybko wypił kawę. 

-  Dostaniesz  niestrawności  -  ironicznie  zauwaŜyła  Abby.  -  Tato,  naprawdę  musisz 

wyjeŜdŜać? Mam teraz ferie, a zawsze gdzieś się w tym czasie wybieraliśmy... 

- Nie tym razem, maleńka. Jestem zbyt zajęty. Laine pracuje. Poproś panią Foale, Ŝeby cię 

gdzieś zabrała. 

- To nie to samo! 

- Mogę wziąć dzień wolnego - szepnęła Laine. 

- Nie trudź się! 

Abby zerwała się z krzesła i jak burza wypadła z kuchni. 

- Teraz widzisz, co miałam na myśli - powiedziała do męŜa. 

- Jestem spóźniony. Jakoś sobie poradzisz - cmoknął ją w policzek i juŜ był przy drzwiach. - 

Zadzwonię wieczorem. Telefon do hotelu zapisałem w notesie, leŜy koło aparatu... 

- Do widzenia.  

Czy to jest ten Jake, unikający jej wzroku, zabiegany, przepracowany? Był obcy. 

Powoli weszła po schodach i zajrzała do pokoju Abby. Dziecko, zwinięte w kłębek leŜało 

na tapczanie słuchając muzyki. 

Laine wyłączyła radio i usiadła na brzegu łóŜka. Abby spojrzała na nią obraŜona. 

- Słuchałam muzyki! 

- Abby, porozmawiajmy. Kochanie, kiedy twojego ojca nie ma w domu, brakuje mi go tak 

samo jak tobie. 

- Nie wyjeŜdŜał tak często, zanim się nie pojawiłaś. 

-  Wiem  o  tym  -  mówiła  przez  ściśnięte  gardło.  CzyŜby  Abby  czytała  w  jej  myślach...?  - 

Spróbuj  go  zrozumieć!  Jest  bardzo  zajęty  pracą,  a  teraz,  gdy  my  mamy  siebie  do  towarzystwa, 

sądzi,  Ŝe  moŜe  spokojnie  wyjechać  na  dłuŜej.  A  moŜe  jednak  wezmę  wolny  dzień  i  gdzieś  się 

wybierzemy? 

- Nie, dziękuję. Poproszę panią Foale, jeśli będę chciała wyjść, chociaŜ i tak dzisiaj nie jest 

zbyt ładnie. Idź do pracy, Laine. 

-  Abby!  -  Laine  mocno  przytuliła  córkę,  ale  dziewczynka  pozostała  sztywna  i 

naburmuszona. - Lepiej juŜ pójdę. Wrócę dziś później. Pewnie nie zdąŜę nakarmić psów, zrobisz to 

za mnie? 

background image

- Tak.  

Abby  sturlała  się  z  łóŜka  i  poszła  pobawić  się  z  psiarnią.  W  tym  momencie  przyszła  pani 

Foale. 

Laine  jechała  do  pracy  w  nastroju  idealnie  pasującym  do  dzisiejszego  deszczowego 

poranka. Luty był w tym roku wyjątkowo ponury. Około południa nieco się przejaśniło. 

Blade słońce przedarło się przez chmury, rzucając wątłe promienie na jej biurko. 

Zastanawiała się, czy pani Foale wyszła z Abby na spacer. Co teraz robi Jake? 

Westchnęła  cięŜko  i  w  nagłym  przypływie  energii  znowu  zabrała  się  do  pracy.  Była  tak 

zajęta, Ŝe zapomniała o dręczących ją troskach. 

Pół godziny później zadzwonił telefon. 

- To pani Foale - usłyszała zaniepokojony głos sekretarki. - Jest bardzo zdenerwowana. 

Laine skurczyła się w sobie “Jake!? Abby?!” 

-  Połącz  mnie  z  nią  -  powiedziała  krótko,  czując,  Ŝe  jakaś  lodowata  ręka  chwyta  ją  za 

gardło. 

- Pani Bennington? - usłyszała drŜący głos gospodyni. - Chodzi o Abby. Nie dopilnowałam 

jej. Wybiegła na ulicę... 

Laine czuła jak jej zasycha w ustach. Słuchawka omal nie wyśliznęła się ze spoconej ręki. 

- Proszę powiedzieć po prostu, co się stało? - krzyknęła. 

-  Bawiła  się  z  psami  w  ogrodzie.  Coffe  i  Goldie  szalały  jak  zwykle  i  pewnie  wypadły  na 

drogę, Abby wybiegła za nimi... - pani Foale przerwała. 

- I co się stało? 

-  Byłam  w  kuchni,  gotowałam  obiad,  nagle  usłyszałam  pukanie  do  drzwi.  MęŜczyzna  był 

blady  jak  śmierć.  Potrącił  Abby  samochodem...  powiedział,  Ŝe  wyjeŜdŜał  zza  zakrętu,  nie  miał 

Ŝ

adnych szans, by ją ominąć... 

Krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Pokój  wirował.  Z  całej  siły  chwyciła  się  za  biurko.  Dalsze 

słowa pani Foale słyszała poprzez narastający szum w uszach. 

-  Zabrali  ją  do  szpitala.  Była  nieprzytomna  i...  mocno  krwawiła.  Natychmiast  wezwałam 

karetkę. Przyjechali bardzo szybko... 

- Gdzie ona jest? - przerwała te wyjaśnienia. 

Pani Foale podała adres szpitala, Laine natychmiast zerwała się na nogi. 

- Czy zawiadomiła pani pana Jake'a? 

- Próbowałam dzwonić pod ten numer, który zostawił, ale go nie było. 

- Proszę spróbować jeszcze raz i zostawić wiadomość. Będę w szpitalu. 

- Dobrze. Zostanę tutaj, dopóki pani nie wróci. 

background image

- Dam znać, gdy się czegoś dowiem. 

OdłoŜyła  słuchawkę.  Wyjaśniła  Rogerowi  Prentice  co  się  stało,  zabrała  swoje  rzeczy  i 

pojechała do szpitala. Natychmiast zaprowadzili ją na urazówkę. 

-  Nazywam  się  Laine  Bennington  -  przedstawiła  się  pielęgniarce  takim  tonem,  Ŝe  ta 

spojrzała na nią zaniepokojona. - Moja córka... co z nią?... 

-  Teraz  jest  u  niej  lekarz.  Proszę  zaczekać  tutaj.  Doktor  powie  pani,  jak  tylko  skończy 

badanie. 

Laine  cięŜko  opadła  na  wskazane  krzesło.  JakŜe  pragnęła  teraz,  Ŝeby  Jake  był  tutaj,  Ŝeby 

doktor pospieszył się, Ŝeby z Abby nie było tak źle jak jej podpowiadała wyobraźnia... 

Minuty wlokły się w nieskończoność, a mózg Laine powoli zmieniał się w malutką bryłkę 

lodu, ukrytą gdzieś głęboko, gdzie nie docierał Ŝaden, nawet najmniejszy promyk myśli. 

Głos  lekarza  usłyszała  jak  przez  lodową  ścianę.  Mówił,  Ŝe  potrzebna  jest  operacja,  aby 

zlikwidować  ucisk  kości  czaszki  na  mózg.  Dziecko  miało  złamane  ramię  i  Ŝebra,  było  bardzo 

potłuczone. 

Tyle mógł stwierdzić przy wstępnych oględzinach. 

Lewa połowa twarzy dziewczynki stanowiła jeden ogromny siniak, chociaŜ krew została juŜ 

zmyta. Oczy  były  zamknięte,  długie  rzęsy  rysowały  się  złotym  łukiem  na  tle  bladości  policzków. 

CięŜko łapała powietrze. Laine czuła, Ŝe jakaś lodowata dłoń znowu chwyta ją za gardło. 

- Abby! - tyle tylko wyrwało się jej ze ściśniętego gardła. 

-  Proszę  się  nie  martwić.  Jest  w  cięŜkim  stanie,  to  prawda,  ale  wyjdzie  z  tego.  Zaraz  ją 

zoperujemy.  Proszę  pójść  teraz  do  bufetu  i  wypić  herbatę.  Siostra  poprosi  panią,  gdy  będzie  po 

wszystkim. 

Sama  nie  wiedziała  jak  odnalazła  bufet.  Zamówiła  herbatę,  upiła  łyk  i  siedziała,  tępo 

wpatrując  się  w  stygnący  płyn.  Zupełnie  straciła  poczucie  czasu.  Ludzie  wchodzili  i  wychodzili, 

ona czekała. 

Kiedy  ktoś  usiadł  naprzeciw  niej,  zaledwie  rzuciła  na  niego  okiem.  Czyjaś  ciepła  dłoń 

objęła jej palce mocnym, bezpiecznym uściskiem. 

- Laine, to ja! 

- Jake? - powiedziała drętwo. 

Wyostrzone rysy aŜ nadto wymownie świadczyły o tym, jak bardzo cierpiał. 

-  Jestem  tutaj,  z  tobą  i  z  Abby!  Właśnie  przewoŜą  ją  z  sali  operacyjnej.  Za  pięć  minut 

będziemy mogli ją zobaczyć. Chodźmy! 

Laine  sztywno  podniosła  się  z  krzesła  i  pozwoliła  się  prowadzić  na  górę  i  dalej,  po 

niekończących się korytarzach. 

background image

Abby była na reanimacji. 

-  Teraz  śpi  -  poinformował  chirurg,  gdy  znaleźli  się  w  jej  pokoju  -  proszę  jej  nie 

przeszkadzać. Powinna obudzić się za godzinę i wtedy dowiemy się, czy nie nastąpiło uszkodzenie 

mózgu. 

 Ze wszystkich stron dziewczynki zwisały jakieś rurki, przewody. Głowę miała do połowy 

ogoloną.  Wielki  opatrunek  ostro  odcinał  się  od  nagiej  skóry.  Stłuczenia  na  twarzy  wyglądały 

groźnie.  Złamana  ręka  sterczała  poza  łóŜko,  drobna  dłoń  była  cała  sina.  Dziewczynka  oddychała 

równo i nieco lŜej. 

Laine  nie  słyszała  ani  słowa  z  tego,  co  mówił  lekarz.  Twierdził  on,  Ŝe  wkrótce  rany  się 

zagoją. 

Podbiegła  do  łóŜka,  jakby  ktoś  przypiął  jej  skrzydła.  Nieco  przeraŜona  sprzętem 

otaczającym drobną figurkę, uchwyciła się jakiegoś drąŜka. 

-  Abby!  -  jęknęła.  -  O,  moje  dziecko,  moje  biedne  dziecko!  JuŜ  nigdy  cię  nie  zostawię. 

Przysięgam, juŜ nigdy! 

Była  zupełnie  nieświadoma,  Ŝe  Jake  stoi  obok  i  jak  ogłuszony  patrzy  to  na  zrozpaczoną 

Ŝ

onę, to na pielęgniarkę siedzącą obok. 

Powoli podszedł do niej i mocno ujął ją za ramię. 

- Ona wyzdrowieje. JuŜ nie ma niebezpieczeństwa. Nie słyszałaś, co mówił doktor? Tyle, Ŝe 

nie  obudzi  się  przez  najbliŜszą  godzinę  -  nabrał  głęboko  powietrza.  -  Chodźmy  do  domu, 

przebierzesz się. 

- Nigdzie się stąd nie ruszę - powiedziała ostro. 

- Laine, musimy porozmawiać. 

- Porozmawiać? 

Odpowiadała  jak  automat,  nie  czując  nic  poza  przejmującym  bólem.  Cała  uwaga,  cała  jej 

miłość skupiła się na dziecku. Bardzo chciała jej pomóc. Jake był w tej chwili jedynie intruzem. 

-  Laine  -  w  głosie  męŜczyzny  było  słychać  wahanie.  -  PrzeŜywasz  to  tak,  jakby  ona  była 

twoim własnym dzieckiem! 

- Bo jest. Abby jest moją córką. 

Wszystko czego teraz pragnęła, to Ŝeby ją zostawił w spokoju.  

Jake  podszedł  do  łóŜka  i  omijając  aparaturę  pochylił  się  nad  Abby.  Laine  patrzyła,  jak 

opalone palce delikatnie niczym piórko gładzą czoło dziewczynki, jak usta całują jej główkę. 

- W takim razie zostawiam was razem - wyszeptał cicho. 

Laine nie spuszczała oka z Abby. 

 

background image

*** 

 

Jake wrócił do szpitala przynosząc trochę rzeczy, które mogły się przydać. 

Abby  nadal  spała  i  pielęgniarka  przyniosła  dla  Laine  krzesło.  Jake  postawił  obok  drugie. 

Był  zamyślony.  Siedzieli  w  zupełnym  milczeniu  do  chwili,  gdy  pielęgniarka  zaczęła  budzić 

dziewczynkę. 

- Nie chcemy, Ŝeby zapadła w stan śpiączki - wyjaśniła. 

Gdy  Abby  zatrzepotała  rzęsami,  z  ust  Laine  wyrwało  się  westchnienie  ulgi.  Pielęgniarka 

zmierzyła  puls  i  temperaturę,  po  czym  dyskretnie  wycofała  się  na  bok.  Laine  podeszła  do  łóŜka. 

Abby spojrzała na nią przelotnie, patrzyła w stronę Jake'a. 

- Tatuś! - wyszeptała z bladym uśmiechem. 

Jake pochylił się nad córeczką. 

- Hej, maleństwo! Jak się czujesz? 

Abby przymknęła oczy. 

- Boli - poskarŜyła się. 

- Wiem, kochanie, ale wkrótce będzie lepiej. 

Delikatnie ucałował jej czoło i usiadł. Pielęgniarka znów podeszła, by zająć się małą. 

Laine rozpłakała się. Jej córka wyzdrowieje, poznała ich, mówiła przytomnie. 

Wspomnienie  tego  strasznego  przeraŜenia,  które  trzymało  ją  w  lodowatym  uścisku  było 

jeszcze  wciąŜ  Ŝywe,  ale  pamiętała  je  teraz  bardziej  mgliście.  Jake  podszedł,  a  Abby  do  niego 

pierwszego się odezwała. Stłumiła w sobie uczucie zazdrości i spojrzała na niego zmuszając się do 

uśmiechu. Ale Jake odwrócił głowę. CzyŜby zrobiła coś takiego, Ŝe się za nią wstydził? 

Przyznała się kim jest! Nic w tym dziwnego, Ŝe tak na nią patrzył. Powinna była zachować 

swój sekret, jeśli nie chciała stracić Jake'a. Patrząc na niego zrozumiała, Ŝe wszystko skończone. 

Abby  takŜe  utraciła.  Podpisując  dokumenty  adopcyjne  zrzekła  się  wszelkich  praw  do 

dziecka. To Jake był jej prawnym opiekunem.  

Straciła ich oboje. Te istoty, które kochała nad Ŝycie. 

Wyczerpana i niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, czuła jak czyjeś silne ramiona kładą ją na 

łóŜku. Ktoś umył jej twarz, ręce, zrobił zastrzyk. Z ulgą zapadła w sen. 

 

*** 

 

background image

Młody  organizm  dziewczynki  szybko  sobie  radził  z  chorobą  i  wkrótce  moŜna  było  ją 

przenieść  na  oddział  dziecięcy.  Lekarze  zachęcali  rodziców,  Ŝeby  zostawali  przy  swych 

pociechach, więc Laine nie miała problemów z przedłuŜeniem pobytu w szpitalu. 

W  tym  czasie  wróciła  nieco  do  równowagi,  ale  nadal  bała  się  spojrzeć  Jake'owi  w  oczy. 

Jeszcze nie teraz. 

Wystarczyło, Ŝe spotykała go podczas jego częstych odwiedzin w szpitalu, ale zostać z nim 

sam na sam, wytrzymać jego złość - to było ponad jej siły. 

Siedziała  cały  czas  przy  Abby,  czytała  jej  bajki,  zabawiała  ją  i  obserwowała,  czy  nie 

pojawiają się symptomy jakichś ukrytych obraŜeń, co na szczęście nie wystąpiło. 

Próbowała  tłumić  w  sobie  uczucie  zazdrości,  które  zawsze  ją  ogarniało  na  widok 

rozpromienionej Abby witającej się z ojcem. 

Nie  wiedziała,  jak  teraz  wyglądają  jego  interesy.  W  kaŜdym  bądź  razie  do  Londynu  nie 

wrócił.  Był  tam  parokrotnie  na  krótko.  Do  szpitala  przyjeŜdŜał  co  najmniej  dwa  razy  dziennie, 

przywoŜąc Abby owoce, czekoladę, ksiąŜki i róŜne inne prezenty, które poprawiały jej humor. 

 Z  nią  rozmawiał  rzadko,  całą  uwagę  skupiając  na  córce.  Dziewczynka  nie  dostrzegała 

Ŝ

adnego  zgrzytu  w  stosunkach  między  nimi;  początkowo  była  zbyt  słaba,  potem  zbyt 

zaabsorbowana swoimi własnymi sprawami. 

W  końcu  Laine  stwierdziła,  Ŝe  nie  ma  juŜ  Ŝadnych  powodów,  by  nadal  pozostawać  przez 

cały czas przy dziecku, a jej łóŜko mogło być potrzebne innym rodzicom. 

Nie  mogła  jednak  odejść,  nie  wyjawiając  prawdy.  Dziewczynka  była  juŜ  na  tyle  zdrowa  i 

dostatecznie duŜa, Ŝeby zrozumieć.  

Zaczekała do popołudnia, kiedy dzieci odpoczywały i kiedy było zupełnie cicho. Podeszła 

do łóŜka małej i rozsunęła zasłonki. 

- Czemu to robisz? 

- Chcę z tobą porozmawiać, Abby. Niedługo wracam do domu. Jesteś juŜ na tyle zdrowa, Ŝe 

poradzisz sobie beze mnie. Masz teraz mnóstwo przyjaciół. 

Abby posmutniała słysząc, Ŝe zostanie sama w obcym otoczeniu. 

- Ale będziesz mnie odwiedzać? 

-  Oczywiście  kochanie.  Będę  codziennie  i  tatuś  teŜ.  Abby,  czy  myślałaś  kiedykolwiek  o 

swojej prawdziwej mamie? 

Szare  oczy  spojrzały  na  nią  zdumione.  Laine  zadrŜała.  Czy  to,  co  chce  zrobić,  było 

mądre?... Nie miała jednak wyboru. Teraz, kiedy Jake juŜ wiedział... 

- Czasami... 

- A czy chciałabyś ją poznać? 

background image

Abby skurczyła się w sobie. 

- Nie wiem. Mogłabym jej nie polubić. PrzecieŜ ona mnie nie chciała! 

Laine przymknęła oczy i zebrała siły. 

- Wiem, Ŝe mnie lubisz, kochanie. MoŜe trudno będzie ci w to uwierzyć, ale... to ja jestem 

twoją matką. I bardzo ciebie pragnęłam - dodała cicho. 

Oczy  Abby  zrobiły  się  ogromne.  W  ciągu  tych  ostatnich  dni  wytworzyła  się  między  nimi 

jakaś szczególna więź, pojawiło się ciepło, którego nie było przed wypadkiem dziewczynki. Laine 

widziała, jak teraz to wszystko pryska niczym bańka mydlana. 

- To... to niemoŜliwe! - powiedziała Abby z niedowierzaniem. 

- Ty byś mnie nie oddała obcym! 

Laine odwaŜnie wytrzymała jej spojrzenie, chociaŜ miała wraŜenie, Ŝe serce jej pęka. 

- Musiałam, kochanie. 

Jak  wytłumaczyć  dziecku  ten  problem?  Szukając  właściwych  słów  nagle  przypomniała 

sobie pewien obrazek: Abby tuląca do piersi małego psiaka. 

- Pamiętasz, jak się czułaś wtedy, gdy musiałaś poŜegnać się ze szczeniętami Fruitcake? 

Oczy dziewczynki wypełniły się łzami. Kiwnęła głową. 

- Więc spróbuj sobie wyobrazić, co ja wówczas czułam, gdy musiałam ciebie oddać - głos 

jej się załamał. - Nie mogłam cię zatrzymać. Nie miałam pieniędzy, do domu  teŜ  nie mogłam cię 

zabrać. 

- Dlaczego nie byłaś zamęŜna? Ludzie, którzy mają dzieci, są małŜeństwem. 

- Twój prawdziwy ojciec nie chciał ani ciebie, ani mnie -  powiedziała Laine połykając łzy. 

- Gdzie on jest? Mogę go zobaczyć? 

Laine była przygotowana na to pytanie. Potrząsnęła głową. 

-  Ulotnił  się  na  długo  przed  twoim  przyjściem  na  świat.  Nigdy  go  od  tego  czasu  nie 

widziałam.  Jake  jest  twoim  ojcem  i  bardzo  cię  kocha.  On  jest  wspaniałym  męŜczyzną,  zupełnie 

innym od tego, który nas zostawił. Jake nigdy by tego nie zrobił. Kochaj go więc, Abby, kochaj tak 

mocno, jak tylko potrafisz! 

Delikatna twarzyczka dziecka rozjaśniła się. 

- Kocham was oboje - stwierdziła. 

Laine myślała, Ŝe serce wyskoczy jej z piersi. 

- Będziemy naprawdę prawdziwą rodziną, dobrze? 

- Och, Abby, mam nadzieję, Ŝe tak będzie. 

Pochyliła się, by przytulić to drobne ciałko, łzy płynęły jej po policzkach. “BoŜe” - modliła 

się - “BoŜe, spraw, Ŝeby Jake to zrozumiał!” 

background image

Nagle  ktoś  rozsunął  firanki.  Laine  obejrzała  się  i  serce  podskoczyło  jej  do  gardła:  to  był 

Jake. Pospiesznie odwróciła głowę. Poczucie winy i zmieszania, aŜ nazbyt wyraźnie malowały się 

na jej twarzy. 

- Tatusiu! - Abby wyciągnęła zdrową rączkę. - Tatusiu, tak się cieszę, Ŝe przyszedłeś. Laine 

mówi, Ŝe jest moją prawdziwą mamą! Czy to nie wspaniałe? Będziemy teraz prawdziwą rodziną! 

Jake  rzucił  Laine  wrogie  spojrzenie  i  mocniej  przytulił  Abby,  tak  jakby  chciał  zatrzymać 

swój stan posiadania. 

- Musiałam - spojrzała na niego błagalnie. 

- Po co? 

- PoniewaŜ... PoniewaŜ nie mogłam dłuŜej znieść kłamstwa - wyszeptała bez tchu. 

Jake ściszył głos, bojąc się, Ŝe ludzie mogą ich usłyszeć, ale to nie zmieniło faktu, Ŝe mówił 

ostrym tonem. 

- Ale przy mnie ci się to nie wymknęło, prawda? Nie, to byłoby dla ciebie zbyt trudne! A 

pomyślałaś, co czuje Abby? 

-  Owszem  -  Laine  równieŜ  mówiła  twardo.  Musiała  wytrzymać  jego  oburzenie.  -  Ona 

myślała  o  swoich  prawdziwych  rodzicach.  Jake,  kaŜde  dziecko  o  tym  by  myślało.  To  nie  byłoby 

fair pozbawiać jej prawa do... 

- Do jej ojca? Jakie on ma prawo? 

- śadnego! Nawet nie wiem, gdzie on jest! 

Oczy dziecka zapełniły się łzami i dwa strumyki pociekły jej po policzkach. 

-  Przestańcie  -  szlochała. - Przestańcie  krzyczeć! Ty  jesteś moim  prawdziwym  tatą  i  to  na 

zawsze. Nie chcę nikogo innego! Po prostu chcę, byśmy się stali prawdziwą rodziną. Cieszę się, Ŝe 

mi Laine powiedziała! 

Dziecko  bezbłędnie  odczytało  ich  intencje.  Ignorując  Jake'a,  delikatnie  pogłaskała  rączkę 

małej. 

- Przepraszam, kochanie - powiedziała cicho. - Pójdę juŜ i zostawię cię z tatusiem. 

- Ale niedługo znów przyjdziesz, mamo? 

Teraz Laine juŜ nie mogła powstrzymać się od szlochu. 

- Jutro rano - szepnęła. 

Oczka dziewczynki rozbłysły. 

-  Lekarz  mówi,  Ŝe  szybko  zdrowieję  i  niedługo  wrócę  do  domu.  Umieram  z  tęsknoty  za 

Fruitcake, Goldie i Coffe. 

background image

Laine  otarła  łzy  i  włoŜyła  chusteczkę  z  powrotem  do  kieszeni.  Napotkała  wzrok  Jake'a  i 

teraz jej spojrzenie było jasne. Minął kryzys. Abby wyzdrowieje i zaakceptuje nowe relacje między 

nimi. Jednak oczy Jake'a mówiły, Ŝe nie da się tak łatwo przekonać. 

 

 

background image

Rozdział 7 

 

 Weszła do środka i dom wydał się jej jakiś dziwny. Opuszczony, nieznany, nieprzyjazny. 

Usłyszała jazgot, który podniosły psy zamknięte w składziku, ale nie miała ochoty, by je przywitać. 

Ogarniało  ją  coraz  większe  osamotnienie.  Pomyślała,  Ŝe  to  jest  pewnie  przeczucie 

przyszłości, gdy to miejsce przestanie być jej domem. 

Powoli  poszła  na  górę  do  sypialni.  Jake  wkrótce  będzie  z  powrotem  i  rozmowa  jest 

nieunikniona.  Mając  w  perspektywie  widmo  separacji,  będzie  musiała  zmobilizować  cały  swój 

zapas  logiki, elokwencji,  miłości  i  zrozumienia,  Ŝeby  go  przekonać.  Jeśli zaś  odwróci  się  od  niej, 

będzie potrzebowała sporo odwagi, by Ŝyć gdzieś z dala od nich. 

Szybko zrzuciła ubranie i weszła do łazienki. Marzyła o gorącej kąpieli. LeŜała w wannie, 

aŜ woda zaczęła stygnąć, czując jak spływa z niej całe zmęczenie. Nic jednak nie mogło uspokoić 

natłoku myśli kłębiących się w jej głowie. 

Gdyby  wcześniej  zdecydowała  się  stanąć  z  nim  twarzą  w  twarz,  zastanawiała  się 

niespokojnie, gdyby wytłumaczyła mu, Ŝe źle zrozumiał jej słowa?... 

Nie  podobało  mu  się  to,  Ŝe  powiedziała  Abby  całą  prawdę.  Gdy  dziewczynka  po  raz 

pierwszy zwróciła się do niej “mamo”, na jego twarzy wyraźnie widać było złość i zazdrość. 

Jake  był  zazdrosny!  Ona  równieŜ.  CzyŜby  do  tego  sprowadzało  się  ich  małŜeństwo?  Do 

rozszarpywania  resztek  miłości?...  Lecz  w  takim  przypadku  zostałby  tylko  jeden  wygrany,  na 

pewno nie ona. Ona się wycofa. Abby wkrótce zapomni... 

Na  tę  myśl  przeszył  ją  gwałtowny  dreszcz.  Wyskoczyła  z  wanny.  Szybkimi  ruchami 

wycierała ciało, jakby od tego miało zaleŜeć jej Ŝycie. Potrzebowała ruchu, Ŝeby choć trochę ukoić 

skołatane nerwy. 

Odszukanie Abby, znajomość z Jake'm, poślubienie go było tajemnicą. Jej tajemnicą, teraz 

juŜ ujawnioną. Nie Ŝałowała teŜ nowego Ŝycia, które w niej rozwijało się. Tak, była w ciąŜy. 

Do  tej  pory  nie  była  tego  pewna,  ale  pielęgniarki  w  szpitalu  potwierdziły  jej 

przypuszczenie. Utrzyma to dziecko, do diabła, utrzyma je! Jeśli będzie musiała odejść, Jake nigdy 

się nie dowie. Ale sam jest sobie winien. Mógł być mniej nieugięty. 

Laine  siedziała  przed  lustrem  szczotkując  włosy,  kiedy  wrócił  Jake.  Owiana  zapachem 

olejku kąpielowego i mydła wyszła mu naprzeciw. WłoŜyła miękki peniuar w odcieniu koralowym 

-  jego  ulubiony.  Postanowiła  uŜyć  kaŜdej  broni  ze  swego  kobiecego  arsenału.  Cicho  zeszła  po 

schodach.  Gruby  dywan  i  miękkie  kapcie  tłumiły  jej  kroki.  Z  salonu  usłyszała  brzęk  szkła,  gdzie 

Jake przygotowywał sobie drinka. 

- Jak się czuje Abby? 

background image

Jake drgnął jak ukłuty szpilką, rozlewając alkohol. 

- Jest szczęśliwa. 

Pociągnąwszy  spory  łyk  whisky  zacisnął  usta.  Zmarszczki  na  jego  zmęczonej  twarzy 

pogłębiły się, zwłaszcza na czole i wokół ust. Nieustępliwe oczy Ŝarzyły się jak dwa węgle. 

Oblizała wargi, nie chciała dać poznać po sobie, jak jest zdenerwowana. 

- Ona mnie potrzebuje, Jake - powiedziała wolno. - Ja teŜ jej potrzebuję. 

- Potrzebujesz!? - zapytał złowrogo. - Od kiedy? Była szczęśliwa do tej pory... Ty... Ty nie 

potrzebujesz nikogo... Co moglibyśmy ci dać? JuŜ raz ją porzuciłaś. Zrobisz to znowu, kiedy tylko 

będzie ci wygodnie?! 

- Nie! - krzyknęła zdławionym głosem. - Jake, proszę, posłuchaj. Kiedy Abby się urodziła, 

miałam siedemnaście lat. Myślałam, Ŝe kogoś kocham, ten męŜczyzna był duŜo starszy ode mnie. 

Zaufałam mu, obiecał się ze mną oŜenić, ale... on był Ŝonaty. 

Jake  zaczął  nerwowo  chrząkać,  ale  Laine  zupełnie  to  zignorowała.  Musiała  skończyć  swą 

historię, dopóki jeszcze ma siłę. Zwięźle. Tak, spokojnie! Opowiedziała, co się wydarzyło. 

-  Widziałeś  moich  rodziców  -  dodała  na  zakończenie.  -  Jake,  ja  naprawdę  nie  miałam 

wyboru. 

- Jak ją odnalazłaś? - padło pytanie. 

-  Zupełnie  przypadkowo  -  wraz  z  rosnącą  nadzieją jej głos nabrał  mocy. -  Wysłano  mnie, 

abym skontrolowała księgi rachunkowe Agencji Adopcyjnej. Nie mogłam w to uwierzyć. Głęboko 

schowałam wspomnienia o moim dziecku, aby nie bolało tak bardzo. 

Jake mruknął coś, Laine mówiła dalej. 

-  Wkrótce  odkryłam,  Ŝe  łatwo  mogę  zajrzeć  do  archiwum,  chociaŜ  nie  wchodziło  ono  w 

zakres mojej kontroli. Pokusa jednak była zbyt silna! - głos się jej załamał. - Po prostu musiałam 

znaleźć swoje dziecko. 

Jake  gwałtownie  odwrócił  się  i  ponownie  napełniał  swoją  szklaneczkę.  Nie  mógł 

wytrzymać wzroku Laine. Ona zaś odzyskała panowanie nad sobą i kontynuowała opowieść. 

-  Pewnego  wieczoru,  kiedy  wszyscy  juŜ  wyszli,  zajrzałam  do  akt  i  sprawdziłam,  kim 

jesteście i gdzie mieszkaliście w momencie adopcji. 

- Przeprowadziliśmy się! 

- Ludzie, którzy kupili wasz dom, podali mi nowy adres. 

-  Więc  naduŜyłaś  przewagi,  którą  dawało  ci  twoje  stanowisko  i  z  zimną  krwią 

wykorzystałaś to. Wyszłaś za mnie, by stać się matką Abby! 

background image

- Zawsze nią byłam. Nie, Jake, to był zupełnie nieoczekiwany obrót sprawy. Jedyne, czego 

pragnęłam, to zobaczyć córkę, dowiedzieć się, jak ona moŜe wyglądać. Nigdy nie miałam innego 

zamiaru... 

- CzyŜby?! 

Ton lodowatej pogardy odebrała jak policzek. 

- Jake, przypomnij sobie, jak się poznaliśmy? - zaŜądała. 

- Przez Devlin, Prentice and Co. - stwierdził. - Udało ci się wkręcić w moją sprawę! Co za 

okazja! 

-  Prawdę  mówiąc,  omal  nie  stchórzyłam.  Chciałam  po  prostu  zwiać  i  uniknąć  spotkania  z 

tobą.  Potem  jednak  pomyślałam,  Ŝe  przecieŜ  to  niczemu  nie  moŜe  zaszkodzić.  Wiedziałam,  Ŝe 

byłeś  Ŝonaty,  a  tylko  w  ten  sposób  mogłam  widywać  Abby...  No  cóŜ!  Musiałabym  być  chyba 

ś

więtą, Ŝeby odrzucić taką szansę. Zdawało się, Ŝe samo przeznaczenie kieruje tym wszystkim. Nie 

miałam zamiaru odbierać jej tobie. 

Jake  był  zmęczony.  Poczuła  wielką  ochotę,  by  wygładzić  zmarszczki  na  jego  czole, 

całować jego usta, aŜ ich zacięty wyraz zamieni się w miłość... 

- A ja tańczyłem, jak mi zagrałaś! - mruknął. - Zauroczyło mnie twoje cholernie atrakcyjne 

ciało. Twoje ciepło i Ŝyczliwość dla Abby. 

 - PrzecieŜ chciałeś mieć dla niej matkę - szepnęła. - I znalazłeś. Oraz Ŝonę, która cię kocha. 

Nie wyszłabym za ciebie, gdybym cię nie pokochała. 

-  Teraz  łatwo  tak  mówić!  -  krzyknął  szyderczo.  -  Jeśli  mnie  kochasz,  to  czemu  cię  tu  nie 

było?  W  tych  dniach  nie  musiałaś  zostawać  z  Abby  na  noc!  Czy  moŜesz  sobie  wyobrazić,  jak 

bardzo czułem się samotny? Jak mogę uwierzyć w to, co mówisz? Jak mogę ci zaufać? 

-  Jake,  tak  mi  przykro!  Po  prostu  bałam  się  ciebie.  Czułam  się  tak  bardzo  winna! 

Zasłaniałam  się  Abby    jak  parawanem,  przyznaję  to,  ale  nigdy  nie  skłamałam  -  powiedziała  z 

naciskiem. - Ja tylko, niech mi Bóg wybaczy, ukryłam prawdę. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, 

odsądziłeś matkę Abby od czci i wiary! Pamiętasz? Jak mogłam się przyznać wiedząc, Ŝe wówczas 

odwrócisz się ode mnie? A tego nie chciałam. Kochałam cię juŜ wtedy tak bardzo, Ŝe Abby prawie 

się nie liczyła. 

- Niezła bajeczka! 

-  Ale  prawdziwa.  Bardzo  silnie  przeŜyłam  jej  wypadek,  ale  chyba  kaŜda  matka  na  moim 

miejscu reagowałaby podobnie. 

Laine nerwowo ściskała palce. Tak bardzo chciała, Ŝeby Jake ją zrozumiał. 

-  PrzeŜyliśmy  razem  cztery  cudowne  miesiące.  Przekonałeś  się,  Ŝe  nie  jestem  istotą  bez 

serca,  którą chciałeś  ze mnie  zrobić.  Gdybym  naprawdę  była  pozbawiona uczuć, czy  trudziłabym 

background image

się, by zmieniać pracę, przenosić do innego miasta po to tylko, by choć raz rzucić okiem na swoje 

dziecko? OskarŜasz mnie po prostu o to, Ŝe pragnęłam jej za bardzo! Tego się nie da pogodzić! 

-  Drobny  wyrzut  sumienia  -  stwierdził,  a  Laine  trochę  ulŜyło.  OskarŜał  ją  z  mniejszym 

przekonaniem. 

W końcu odkryła swoją ostatnią kartę. 

-  Kocham  cię,  Jake.  Dobrze  nam  było  ze  sobą.  Abby  nas  potrzebuje.  Nie  rozbijaj 

szczęśliwej rodziny! 

Jake  wypił  drinka  i  nalał  sobie  jeszcze  trochę  czystej  wódki.  Kiedy  znowu  spojrzał  na 

Laine, juŜ nie był taki pewny siebie. 

-  Nie  wiem  -  wyszeptał  ochryple.  -  Ja  juŜ  nic  nie  wiem,  Laine.  Być  moŜe  ona  naprawdę 

naleŜy do ciebie - głos mu się załamał. - Pozwolę jej odejść z tobą. 

- Nie! - krzyknęła Laine. Nie mogła powstrzymać łez. - Nie, Jake. To ty ją wychowałeś, ona 

cię  kocha.  Odejdę  sama.  Nigdy  nie  powinnam  była  tu  przyjeŜdŜać,  teraz  to  wiem.  Ale 

pomyślałam... kiedy prosiłeś, abym wyszła za ciebie, Ŝe jeśli będziesz w stanie pokochać mnie tak 

jak  ja  kocham  ciebie,  to  wszystko  będzie  w  porządku.  To  się  jednak  nie  stało.  Ty  nie  przestałeś 

kochać Jane. 

- I nie przestanę! - krzyknął. 

Laine  opadła na sofę, kryjąc twarz w dłoniach. 

- No cóŜ, to juŜ koniec, prawda Jake? 

- MoŜe nie. MoŜe uda się nam coś ocalić z tego galimatiasu! Nie mogę tutaj jasno myśleć. 

Pójdę do klubu. Nie wrócę na noc. 

Laine    miała  wraŜenie,  Ŝe  jakaś  olbrzymia  ręka  ściska  ją  za  serce,  ale  zmusiła  się,  by 

powiedzieć: 

- MoŜe przenocujesz w pokoju gościnnym... 

- Nie - przeciął dyskusję. W drzwiach odwrócił się, a jego oczy patrzyły łagodnie i smutno. 

- Zobaczymy się jutro. 

ś

adnego  “do  widzenia”,  nic.  Laine  siedziała  tam,  gdzie  ją  zostawił,  przenikliwy  chłód 

osamotnienia przenikał ją do szpiku kości. Cierpiała, myśląc, jak wiele bólu sprawiła Jake'owi... 

Później,  kiedy  juŜ  nakarmiła  głodne  psy,  weszła  na  górę  i  połoŜyła  się  do  duŜego  łóŜka. 

Wtuliła się w kołdrę, która wciąŜ jeszcze przechowywała zapach Jake'a. 

Z  niespokojnej  drzemki  wyrwało  ją  gwałtowne  dobijanie  się  do  drzwi.  Z  przeraŜeniem 

wyskoczyła z łóŜka. Abby! Pewnie miała zapaść! 

background image

Spojrzała  na  zegarek.  Było  parę  minut  po  trzeciej.  Pośpiesznie  narzuciła  szlafrok  i 

popędziła do drzwi. Serce waliło jej, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi. Na schodach stał 

policjant. Przed domem zaparkował radiowóz. 

- Pani Bennington? 

- Tak - nie poznała swego głosu, był tak zmieniony. 

- Czy pani mąŜ jest w domu? 

- Nie. 

- Nie wie pani, gdzie on jest? 

- Jest w klubie odnowy biologicznej. 

MęŜczyzna ściągnął brwi. 

- Tak, w klubie “Hygeia” - ogarnęła ją nowa fala strachu. 

- Czy coś się stało? 

- Chwileczkę, proszę pani. 

Podszedł do samochodu i powiedział przez otwarte okno: 

- On jest w środku. Daj im znać. 

MęŜczyzna  za  kierownicą  wziął  mikrofon  i  zaczął  coś  do  niego  mówić.  Laine myślała,  Ŝe 

umiera ze strachu. 

- Co się z nim dzieje? 

-  Nie  wiemy,  proszę  pani.  Palą  się  zabudowania  klubu.  Jeśli  tu  go  nie  ma,  to  nie  wiemy, 

gdzie on moŜe być. StraŜ poŜarna sprawdza, czy ktoś nie został w środku. 

- Powinien być w sali do masaŜu! Zawieźcie mnie do niego! 

- Oczywiście, proszę pani. Proszę wziąć płaszcz. Zaraz przekaŜę pani dalsze informacje. 

- Dobrze! - porwała z wieszaka jakiś stary tweed i zarzuciła na ramiona. - Jestem gotowa. 

 Oficer rozmawiał przez radiotelefon. Policjant odwrócił się do Laine i spojrzał przez ramię 

na otwarte drzwi. 

- Czy dom jest zabezpieczony? Ma pani klucze? 

- Zostawiłam na górze. 

Idąc  po  torebkę  miała  wraŜenie,  Ŝe  nogi  waŜą  setki  kilogramów,  a  schody  są  niezdobytą 

górą. Musiała uwaŜać, by nie upaść. Przejście przez długi korytarz było brnięciem przez bagno. 

W  końcu  policjant  zamknął  za  nią  drzwi  i  pomógł  wsiąść  do  samochodu.  Gdy  tak  pędzili 

przez  noc,  wyobraźnia  podpowiadała  jej  najbardziej  przeraŜające  obrazy.  Jaki  horror  czekał  ją  na 

końcu tej drogi? Jake nie moŜe zginąć! Ta cała Ŝywotność, energia, miałaby przepaść?! 

Z budynków strzelały w górę słupy ognia. Wiele razy oglądała takie sceny w telewizji. Tym 

razem to nie był film, wszystko było prawdziwe. 

background image

Gdy  wysiadła  z  samochodu,  uderzyła  w  nią  ściana  dymu  i  gorąca...  Przez  chwilę  stała 

patrząc z niedowierzaniem na to piekło. Wokół zgromadził się tłum. Byli to ludzie ewakuowani z 

sąsiednich budynków. Policjanci, straŜacy, samochody, węŜe - wszystko migało jej przed oczyma. 

Potem  zaczęła  gorączkowo  przyglądać  się  poszczególnym  twarzom  szukając,  tej  jednej 

jedynej. Nie znalazła. 

- Jake! - krzyknęła z całych sił. - Jake!... 

Zaczęła  biec  w  stronę  płonących  budynków,  by  odszukać  i  uratować  go.  Jakiś  straŜak 

usiłował ją zatrzymać, ale odepchnęła go i pobiegła dalej. Miała skrzydła u ramion. 

Była  tuŜ  przy  bramie  i  juŜ  wbiegała  w  szalejące  płomienie,  gdy  chwyciły  ją  czyjeś  silne 

ramiona. 

-  Proszę  mnie  puścić!  -  krzyknęła,  na  próŜno  usiłując  uwolnić  się  z  Ŝelaznego  uścisku.  - 

Muszę go ratować. Jake! 

- Zabijesz się! - usłyszała. 

- Nic mnie to nie obchodzi. - przerwała. 

Głos męŜczyzny był znajomy. Odwróciła się powoli i zobaczyła twarz Jake'a. 

Jego oczy błyszczały dziwnym blaskiem. 

- NajdroŜszy, ty Ŝyjesz! 

Wtuliła się w jego ramiona. Czuła, jak mocno bije mu serce. Czy to naprawdę on? 

Pachniał potem, a koszulka była mokra. W tym uścisku wydawał się tak bardzo rzeczywisty 

i bardzo jej bliski. 

- Gdzie byłeś? - szepnęła. 

-  Nie  mogłem  zasnąć,  więc  wyszedłem  się  przebiec.  Wróciłem,  a  tu  całe  piekło  się 

rozpętało. Kiedy zobaczyłem, Ŝe biegniesz w stronę ognia... 

Podszedł do nich straŜak. 

- Czy Jake Bennington to pan? 

-  Tak  -  Jake  rozluźnił  uścisk.  -  Przepraszam,  Ŝe  sprawiłem  tyle  kłopotu.  Wyszedłem 

pobiegać. 

-  Dobrze,  Ŝe  nic  się  panu  nie  stało.  Przeszukiwaliśmy  zabudowania,  bo  otrzymaliśmy 

wiadomość,  Ŝe  jest  pan  prawdopodobnie  w  sali  do  masaŜu.  Ta  część  budynku  okazała  się  być 

całkowicie niedostępna. Ogień musiał zostać podłoŜony w kawiarni znajdującej się poniŜej. 

- PodłoŜony? - Jake wpadł mu w słowo. - Twierdzi pan, Ŝe to nie był przypadek? 

- Na to wygląda. Ale nie moŜemy tu stać! 

Odsunął ich na bezpieczną odległość, po czym pytał dalej: 

- Jest pan ubezpieczony? 

background image

- Tak, oczywiście. 

- Kiedy pan wyszedł z domu? 

- Dokładnie nie wiem, gdzieś koło drugiej. Tak, chyba tak. 

- Czy nie widział pan kogoś, kto się tu włóczył? 

- Nie. Nie zauwaŜyłem nic szczególnego. Na ulicy było raczej pustawo. 

- Proszę pana, kto miałby jakiś cel, aby panu zaszkodzić? 

Laine wstrzymała oddech; co ten facet sugerował? 

Jake był wstrząśnięty. 

- O kim pan pomyślał? - zapytał policjant. 

- On nie mógł się do tego posunąć! Nie mogę w to uwierzyć... 

- Kto? Szukamy po prostu jakiegoś punktu zaczepienia na początek. Jeśli się pan myli, nie 

szkodzi, sprawdzimy to. 

- Jeden z moich pracowników - odparł Jake. 

Laine ścisnęła go za ramię, a Jake uspakajająco pogłaskał jej dłoń. 

-  Musiałem  go  zwolnić  za  nieuczciwość  i  dziś  wieczorem  przyszedł  wyładować  na  mnie 

swój gniew. Nie mógł znaleźć sobie pracy i mówił, Ŝe to moja wina! 

- Czy byli przy tym świadkowie? 

- Oczywiście. 

- Jak on się nazywa? 

- Danny Mathews - Jake podał takŜe inne dane. 

- Dziękuję panu, panie Bennington. MoŜe odwieźć pana i Ŝonę do domu? 

- Nie, dziękuję sierŜancie. Za rogiem mam samochód. Poradzimy sobie. 

- Jutro poprosimy pana o złoŜenie zeznań. Skontaktujemy się z panem. 

Czuła  się  przy  Jake'u  tak  bardzo  bezpieczna...  Jego  ręka  obejmująca  talię  była  ciepła  i 

mocna. Podeszli do samochodu. 

- Czy to moŜliwe, Ŝeby Danny był aŜ tak mściwy? A jeśli to nie on, to kto jeszcze chciał cię 

skrzywdzić...? 

-  Spokojnie  moja  maleńka.  Nie  sądzę,  Ŝeby  chciał  mnie  zabić.  Nie  mógł  wiedzieć,  Ŝe 

zostanę tu na noc. Wkrótce się to wyjaśni. 

Usiadła na przednim siedzeniu. Jake usiadł obok. Ze zdenerwowania nie mogła zapiąć pasa. 

Jake pochylił się, by jej pomóc. Poczuła na policzku jego oddech. Patrzyła na jego usta, znajdujące 

się  teraz  tak  blisko.  Instynktownie  rozchyliła  wargi  oczekując  pocałunku.  Nie  musiała  czekać  na 

odpowiedź. Przymknęła oczy pod wpływem jego czułych pieszczot. 

background image

Prowadził jedną ręką, drugą obejmując Laine. Ciepło tego uścisku, rozlewało się po jej ciele 

i docierało do skołatanego serca. 

W domu zdjął z niej płaszcz i zaprowadził na górę, prosto do łóŜka. 

-  Wskakuj,  kochanie  -  powiedział  rozwiązując  pasek  u  szlafroka.  -  Tam  się  najszybciej 

rozgrzejesz. 

- A ty? - spytała drŜącym głosem. 

- Muszę wziąć prysznic. Daj mi pięć minut. 

Usiadł obok niej, ujmując jej dłonie. Patrzył na nią, pewnie i ciepło. 

-  Laine,  tak  bardzo  cię  potrzebuję.  Dziś  w  nocy  zrozumiałem,  Ŝe  nigdy  nie  pozwolę  ci 

odejść. 

Zalała ją fala niewysłowionego szczęścia. 

- Jake, bardzo cię kocham! 

- Wiem najmilsza - głaskał ją po głowie, łagodnie i czule.  

- Jak mógłbym w to wątpić: dla mnie ryzykowałaś Ŝycie. 

- Bez ciebie nie miałoby ono dla mnie Ŝadnej wartości - wyszeptała. 

-  NajdroŜsza!  -  całował  ją  znów  i  znów,  jakby  nigdy  nie  miał  przestać.  -  Zapomnijmy  o 

przeszłości. Liczy się tylko jutro. 

- Będziemy rodziną? - zapytała wstrzymując oddech. 

- Niczego bardziej nie pragnę. 

- Ja równieŜ. Wprawdzie mnie nie kochasz, ale postaram się, Ŝebyś był szczęśliwy... 

-  Ja  cię  nie  kocham?  -  wykrzyknął.  Jego  ręce  objęły  ją  mocno.  -  Ja  cię  ubóstwiam,  moja 

droga.  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  cię  ujrzałem,  usiłowałem  sobie  wmówić,  Ŝe  to  nieprawda. 

Miałem wraŜenie, Ŝe w ten sposób zdradzam Jane. Hamowałem się więc, nawet bardziej niŜ było 

trzeba. Nie byłbym równieŜ tak załamany, tak wściekły, gdyby mi na tobie nie zaleŜało! 

Laine usiłowała stłumić w sobie to rosnące uczucie tryumfu i radości. 

- Dziś w nocy powiedziałeś mi, Ŝe wciąŜ kochasz Jane - przypomniała cicho. 

-  Kocham,  ale  to  inna  miłość.  NaleŜy  do  przeszłości.  Jane  na  zawsze  pozostanie  w  mym 

sercu, nie mogę o niej zapomnieć, tak samo, jak część mego serca naleŜy do Abby. Jednak ty jesteś 

moim  Ŝyciem,  moją  miłością,  wszystkim  czego  pragnę  i  poŜądam.  Wybacz,  Ŝe  wcześniej  ci  tego 

nie powiedziałem. 

W oczach Laine pojawiły się łzy szczęścia. 

-  Czy  w  twoim  sercu  znajdzie  się  miejsce  dla  kogoś  jeszcze?  -  zapytała  widząc  jego 

zdziwienie. 

background image

Odsunął  ją  na  wyciągnięcie  ramion,  a  gdy  zobaczył  jej  promienną  twarz,  jego  zdumienie 

zmieniło się w niepohamowaną radość. 

- To znaczy?... 

-  To  mały  dodatek  do  naszej  “naprawdę  prawdziwej  rodziny”,  jak  mówi  Abby.  Myślę,  Ŝe 

teŜ będzie zadowolona, nie sądzisz? 

- Ale nie tak, jak ja! 

- Tak bardzo chciałam ci dać twoje własne dziecko - szepnęła. 

- Sprawiasz, Ŝe spełniają się moje wszystkie marzenia... 

- Miałeś wziąć prysznic? - zdołała wyszeptać, kiedy na chwilę przestał ją całować. 

- Później - zamruczał. - Teraz mam waŜniejsze sprawy na głowie...