KATHIE DENOSKY
Dom na wzgórzu
Cykl: PrzeŜyj to inaczej
Getaway
Tłumaczyła: Renata Stasińska-Soprych
PROLOG
– Szanowni państwo, prosimy o uwagę. Wszystkie loty z Międzynarodowego
Lotniska O’Hare zostają odwołane z powodu bardzo intensywnych i ciągle
nasilających się opadów śniegu. Powiadomimy pasaŜerów, kiedy pasy startowe
znowu będą czynne.
W hali odlotów rozległy się pomruki niezadowolenia. Na trzy dni przed
ś
więtami BoŜego Narodzenia chicagowskie lotnisko było po brzegi wypełnione
podróŜnymi.
Większość zrezygnowanych pasaŜerów spacerowała niespiesznie po hali. Trzy
siedzące niedaleko siebie kobiety, w tym jedna z dzieckiem, patrzyły przez wielkie
okna na padający na zewnątrz śnieg.
W końcu odezwała się jedna z nich.
– No to ładnie nam się zaczynają święta, co? – rzekła.
Pozostałe dwie zwróciły się w jej stronę.
– Nazywam się Megan – ciągnęła. – Mieszkam w Springfield w stanie Illinois i
wybieram się do Knoxville w Tennessee. Mam niewielki domek niedaleko Parku
Narodowego Smoky Mountains i postanowiłam spędzić tam święta. – Po chwili
spojrzała na siedzącą po prawej stronie brunetkę. – A pani?
– Mam na imię Kayla i mieszkam w Salem w stanie Oregon. Lecę na tydzień
do St Croix na Wyspach Dziewiczych, by spotkać się z kimś, kogo znam ze szkoły –
odpowiedziała i nerwowo spojrzała na zegarek. – Mam na dzisiejszą noc
zarezerwowany pokój w hotelu w Miami. Samolot na wyspy wylatuje dopiero jutro
wczesnym rankiem. Mam nadzieję, Ŝe na lotnisku w Miami juŜ nie będzie takich
komplikacji.
Po chwili odezwała się siedząca po lewej stronie Megan kobieta z małą
dziewczynką.
– A ja nazywam się Greta, a to moja córka, Lilly – rzekła, patrząc czule na
dziewczynkę. – Mieszkamy w Kennebunk w stanie Maine, a lecimy do Houston
odwiedzić dziadków Lilly.
– Tak, lecimy do dziadków – potwierdziła dziewczynka. – Nie byłyśmy tam
bardzo, bardzo długo. Od śmierci taty.
Kobiety spojrzały na Gretę z sympatią.
– To musi być dla pani bardzo trudny okres – zauwaŜyła Kayla. – Kiedy
odszedł pani mąŜ?
– Trzy lata temu. To stało się tak nagle. Miał zaledwie trzydzieści osiem lat.
Obie bardzo za nim tęsknimy. Trudno mi widywać się z teściami, choć nalegali, by ich
odwiedzić kilka miesięcy po jego śmierci. Głupio mi, Ŝe tak długo zwlekałam z
zabraniem do nich Lilly – wyjaśniła Greta, spoglądając przez okno. – Mam nadzieję,
Ŝ
e teraz, kiedy wreszcie się wybrałyśmy, uda nam się do nich dotrzeć.
Kayla spojrzała na zegarek, by przerwać krępującą ciszę.
– Nie wiem, jak wy, ale ja chętnie bym coś przegryzła. Chodząc po lotnisku,
widziałam parę restauracji. Jestem pewna, Ŝe uda nam się znaleźć miejsce w którejś z
nich. Będzie nam wygodniej niŜ tu, w hali odlotów. MoŜe macie ochotę mi
towarzyszyć?
Megan wstała.
– Bardzo chętnie – odparła. – Chodźmy tam, napijemy się czegoś. Jak długo
moŜna tak siedzieć i patrzeć na burzę śnieŜną?
Kobiety udały się do najbliŜszej restauracji – „Admiral”. Po kilku godzinach
poznały się na tyle dobrze, Ŝe mogły porozmawiać ze sobą o swych prywatnych
sprawach.
– Czy ktoś z rodziny wyjdzie po ciebie w Knoxville? – spytała Kayla,
zwracając się do Megan.
– Nie. Mój dziadek zbudował ten domek, a kiedy zmarł, odziedziczyłam go po
nim. Będę więc tam sama – westchnęła. – Czułam, Ŝe muszę wyjechać ze Springfield
na jakiś czas. Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo cięŜkie. Parę tygodni temu
zwolniono mnie z pracy, a wierzcie mi, koniec roku to nic najlepszy okres na szukanie
nowej roboty. A do tego niedawno rozstałam się z męŜczyzną, z którym spotykałam się
przez ostatnie dwa lata. Nie jestem z tego powodu zrozpaczona, ale muszę przyznać,
Ŝ
e rozstanie uraziło moją dumę.
Spojrzała na Kaylę.
– A kim jest ten twój stary znajomy? Jakąś miłością sprzed lat?
Kayla roześmiała się.
– AleŜ skąd! To moja przyjaciółka, Karyn. Znamy się od trzeciej klasy
podstawówki. Kiedy zrobiłyśmy maturę, jej rodzina przeprowadziła się na Wschodnie
WybrzeŜe, ale na szczęście utrzymywałyśmy kontakt telefoniczny i mailowy.
Odwiedziłam ją teŜ parę razy. Karyn znalazła świetną pracę na Manhattanie. I
chociaŜ jesteśmy w stałym kontakcie, nie widziałyśmy się od kilku lat. Chcemy to
nadrobić.
– To wspaniale, Ŝe masz przyjaciółkę od tak dawna – rzekła Greta. – Mnie tak
pochłonęło małŜeństwo i wychowywanie córeczki, Ŝe straciłam kontakt ze wszystkimi
znajomymi z liceum. A ty co robiłaś po maturze?
– Poszłam na studia – odpowiedziała Kayla. – Zresztą wcale ich jeszcze nie
skończyłam. Jestem na prawie i mam wraŜenie, Ŝe nigdy nie uda mi się zrobić
dyplomu.
Nagle podano kolejną informację o tym, Ŝe udało się uruchomić część pasów
startowych. Kobietom było trudno się rozstać, poniewaŜ przez te kilka godzin
rozmowy poczuły do siebie wielką sympatię. KaŜda z nich cieszyła się, Ŝe mogła
podzielić się swymi przeŜyciami, poraŜkami i obawami z osobami, których zapewne
juŜ nigdy w Ŝyciu nie zobaczy.
– Słuchajcie, skoro wszystkie wracamy tego samego dnia przez Chicago, moŜe
w drodze powrotnej choć na chwilę uda się nam tu spotkać i podzielić wraŜeniami? –
zaproponowała Kayla. – Byłoby fajnie!
– Ja juŜ teraz mogę wam powiedzieć, jak będzie wyglądał mój urlop –
zapewniła Megan. – W górach zapadnę w sen zimowy i prześpię cały pobyt. MoŜe
obudzę się dopiero na wiosnę?
Kayla zwróciła się do Grety.
– A moŜe ty z Lilly chciałabyś się ze mną spotkać w drodze powrotnej?
– Oczywiście – odpowiedziała z uśmiechem. – Chętnie wysłucham twojej
relacji z St Croix.
– Ja teŜ – zawtórowała Megan. – Spodziewajcie się mnie na tym spotkaniu.
Chętnie się dowiem, Ŝe przynajmniej wy miałyście udany urlop.
Kobiety uściskały się na poŜegnanie, a następnie ruszyły przez zapełnioną halę
odlotów i udały się do odpowiednich bramek.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Ciepły strumień powietrza owiewał Megan Bennett, jadącą wynajętym
jeepem, nie dopuszczając do wnętrza auta chłodu zimnego grudniowego wieczoru.
Ten ciepły strumień nie mógł jednak rozwiać jej ponurego uczucia pustki. Westchnęła
głęboko. Po raz pierwszy w swoim dwudziestosześcioletnim Ŝyciu miała zamiar
samotnie spędzić święta.
Jechała teraz przez Harmony Falls, urokliwe miasteczko w stanie Tennessee.
W zmierzchu wczesnego wieczoru migające światełka, którymi były przystrojone
drzewa po obu stronach głównej ulicy, wiecznie zielone wieńce przewiązane duŜymi
czerwonymi kokardami, zawieszone na prawie kaŜdych drzwiach, i elektryczne
ś
wieczki błyszczące w oknach większości domów, przypominały jej malarstwo
Thomasa Kinkade.
Przyjechałam tu, Ŝeby uciec od świąt BoŜego Narodzenia i wylądowałam w
samym środku świątecznej scenerii, pomyślała z ironią, skręcając w wąską, ośnieŜoną
drogę wiodącą prosto w górę Whisper Mountain.
Gdy światła miasteczka zostały z tyłu, Megan skupiła całą uwagę, Ŝeby nie
ześlizgnąć się w dół ze stromej, krętej drogi. Zamiast spędzania świąt w
odosobnionym domku na stokach Smoky Mountains, mogłaby spędzić je w Illinois, w
Springfield, w towarzystwie jednego ze swoich przyjaciół, lub przyjąć zaproszenie
rodziców na wyprawę do dŜungli w Costa Rica, gdzie zamierzali podpatrywać Ŝycie
egzotycznych ptaków. ZwaŜywszy jednak wszystko, co wydarzyło się w ciągu
ostatnich kilku miesięcy, nie miała ochoty na jakiekolwiek towarzystwo ani
ś
więtowanie czegokolwiek. Wszystko, czego pragnęła, to jakoś przetrwać te święta, z
nadzieją, Ŝe nadchodzący rok będzie lepszy od tego, który właśnie się kończył.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy los boleśnie ją doświadczył. Rozstała się
z męŜczyzną, z którym spotykała się od dwóch lat, uznawszy, Ŝe ich związek nie ma
przyszłości. Wskutek załamania się koniunktury została zwolniona z biura podróŜy,
gdzie pracowała jako agentka. Ale największym ciosem była niespodziewana śmierć
jej ukochanego dziadka, który zmarł na udar mózgu.
Gdy w świetle reflektorów samochodu zobaczyła pierwszy słupek płotu
okalającego niewielki dom, zwolniła, by wjechać na niezwykle stromą ścieŜkę
wiodącą juŜ bezpośrednio do celu. Nigdy tu nie była, ale dziadek Bennett w swoich
opowieściach o wyprawach na połów pstrągów przedstawiał jej to miejsce tak
dokładnie, Ŝe trafiłaby tutaj nawet bez mapy.
Zaparkowała samochód na pozbawionej drzew i zarośli przestrzeni przed
zadaszonym szerokim gankiem, zbudowanym z drewnianych bali. Jakiś czas siedziała
w samochodzie, starając się ogarnąć wzrokiem domek, który odziedziczyła po
dziadku. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy uzmysłowiła sobie, Ŝe od piątego roku Ŝycia
spędzała w jego towarzystwie kaŜde BoŜe Narodzenie.
ChociaŜ dziadek nie celebrował świąt w tradycyjny sposób, dziewczynka
zawsze z niecierpliwością oczekiwała na ferie świąteczne, podczas których miała go
dla siebie cały czas. Zaraz po uroczystym odpakowaniu prezentów jej rodzice
wyjeŜdŜali, a ona siedziała razem z dziadkiem przy kominku w jego gabinecie, piła
gorące kakao i zajadała się pysznymi ciasteczkami, które piekła jego gospodyni.
Starszy pan opowiadał o swoich wędrówkach po Smoky Mountains i o cudownym
spokoju, którego doznawał za kaŜdym razem, gdy wracał do swojego domku.
Dziewczynka słuchała i marzyła o dniu, w którym będzie mogła zobaczyć to wszystko
na własne oczy.
– Mam nadzieję, Ŝe zaznam tutaj tego samego spokoju, którego doznawałeś ty,
dziadku – szepnęła Megan, po czym wysiadła z samochodu i weszła na schodki
ganku.
Piętnaście minut później na kominku płonął ogień, w dzbanku parzyła się
kawa, a większość rzeczy zdołała juŜ wnieść do domu. Stojąc we frontowych
drzwiach, rozglądała się po przytulnym wnętrzu chaty. Uznała, Ŝe dokonała słusznego
wyboru, decydując się na spędzenie świąt właśnie tutaj. Będzie mogła nie tylko w
spokoju zastanowić się nad swoją przyszłością i obmyślić plan szukania nowej pracy,
ale poczuje się tak jak dawniej, jakby znowu była ze swoim ukochanym dziadkiem.
Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na pokój, wyszła na zewnątrz sprawdzić, w
jakim stanie technicznym znajduje się domek, który stał zupełnie pusty od ponad
roku. Ale gdy odnalazła skrzynkę z głównym wyłącznikiem prądu i włączyła
zasilanie, stwierdziła z ulgą, Ŝe wszystko działa bez zarzutu.
Przyszło jej na myśl, Ŝe zanim powróci do Illinois, będzie musiała odwiedzić
przyjaciela dziadka, Lucasa McCabe, by podziękować mu za opiekę nad domkiem.
ZaleŜało jej, aby starszy pan nadal go doglądał, więc chciała udzielić mu dalszych
instrukcji w tej sprawie. Tymczasem musiała przynieść z samochodu resztę bagaŜy, w
których znajdowała się Ŝywność zakupiona po drodze w Pigeon Forge. Potem
Odgrzeje w piekarniku pizzę, oblecze świeŜą pościel i nareszcie usiądzie przed
kominkiem z filiŜanką dymiącej, aromatycznej kawy i ksiąŜką, którą kupiła w kiosku
z upominkami na lotnisku O’Hare w Chicago, kiedy oczekiwała na zapowiedź
opóźnionego rejsu jej samolotu.
PogrąŜona w myślach, wyciągnęła ostatnie dwie torby z bagaŜnika
samochodu, zatrzasnęła klapę i skierowała się w stronę domu. Zrobiła zaledwie kilka
kroków, gdy z gęstwiny drzew otaczających dom wyskoczył męŜczyzna ze strzelbą w
ręku.
– To teren prywatny. Co pani tu robi? Zaskoczona Megan upuściła torby, a z
jej ust wyrwał się okrzyk przeraŜenia.
Lucas McCabe nie wiedział, co myśleć, gdy wyszedłszy ze swojego warsztatu
stolarskiego, zobaczył smuŜkę dymu nad domkiem Sama Bennetta. Czym prędzej
sięgnął po swoją nieco staroświecką strzelbę i skrywając się w gęstwinie lasu, pobiegł
w górę stromizny. Dotarcie do domu Sama, Ŝeby przepędzić intruza, zajęło mu trochę
czasu, ale ostatnią osobą, której się tam spodziewał, była drobna i pełna wdzięku
blondynka, która swym krzykiem z pewnością obudziła wszystkie niedźwiedzie, od
dawna pogrąŜone w zimowym śnie.
– Halo, proszę pani! Niech się pani uspokoi! – zawołał z nadzieją, Ŝe jego głos
przebije się przez wrzask kobiety.
– Kim... kim pan jest? – Dziewczyna cofnęła się o krok. – Czego pan chce?
Nie mam gotówki przy sobie, ale proszę, niech pan... niech pan weźmie moje czeki
podróŜne i... karty kredytowe – zaproponowała uprzejmie, po czym rozejrzała się
dokoła w poszukiwaniu drogi ucieczki.
– Nie chcę pani pieniędzy, czeków ani kart kredytowych – oznajmił Lucas,
pomagając sobie przeczącymi ruchami głowy dla większej czytelności tego
komunikatu.
Starał się ze wszystkich sił nie potęgować jej przeraŜenia, oczywiście na ile
było to moŜliwe dla męŜczyzny o jego posturze, w dodatku trzymającego w ręku duŜą
strzelbę zdolną powalić łosia, więc podchodził do niej powoli, podczas gdy ona cofała
się, dając mu wzrokiem do zrozumienia, Ŝe zaraz zacznie wrzeszczeć jak schwytana
w sidła dzika kotka.
Lucas westchnął głęboko. Tylko tego brakowało. Po dwunastu godzinach
spędzonych w warsztacie, gdzie robił zabawki na prezenty dla dzieci, wśród których
były drewniane pociągi i kołyski dla lalek, marzył tylko o szklance zimnego piwa,
gorącym prysznicu i kilku godzinach bezczynnego oglądania telewizji. Zajmowania
się rozhisteryzowaną kobietą w ogóle nie przewidywał w dniu dzisiejszym.
– Musiała się pani zgubić albo zabłądzić – zauwaŜył, starając się o naturalny
ton głosu. – Nie ma tu nigdzie w tej okolicy Ŝadnego wolnego lokum do wynajęcia na
ś
więta, a ten dom naleŜy do rodziny Bennettów. Tak więc będzie musiała pani
opuścić to miejsce – dodał, Ŝeby nie robiła sobie Ŝadnych nadziei.
Po takim wyjaśnieniu dziewczyna cofnęła się jeszcze kilka kroków.
– Pan znał Sama Bennetta? – zapytała z niedowierzaniem.
Lucas zmarszczył czoło.
– Kim pani jest, proszę pani? – odpowiedział pytaniem.
– A kim pan jest? – zapytała, zadzierając butnie podbródek.
– Pierwszy zapytałem.
Kobieta westchnęła z rezygnacją, co Lucas odebrał jako zgodę na
proponowaną przez niego kolejność pytań i odpowiedzi.
– Jestem Megan Bennett. Sam Bennett był moim dziadkiem – objaśniła
nieznajomego.
– NiemoŜliwe. Pani jest za stara na jego wnuczkę – oświadczył.
Reakcja Megan była natychmiastowa.
– A skąd pan wie, ile mam lat?
Lucas roześmiał się głośno. Kimkolwiek by była ta mała osóbka, pomyślał,
trzeba jej przyznać, Ŝe potrafi trzymać fason. PrzeŜywszy bowiem spory szok z
powodu jego niespodziewanego wychynięcia z lasu, przypominała teraz zajadłego
małego pieska, który właśnie zapędził szopa pracza na drzewo. Niewiele kobiet na
ś
wiecie, o jej delikatnej aparycji, zgodziłoby się stanąć twarzą w twarz z
nieznajomym męŜczyzną, wyŜszym od nich o przynajmniej trzydzieści pięć
centymetrów i cięŜszym o jakieś czterdzieści kilogramów, który w dodatku trzyma w
ręku dwulufowy karabin na bizony.
– Sam wiele razy opowiadał mi o swojej małej wnuczce. Nie mogła mieć
więcej niŜ jakieś dziesięć, no, moŜe jedenaście lat. NajwyŜej dwanaście – dodał z
przekonaniem.
– Jak pan widzi, jestem starsza.
– Bardzo odkrywcze... – powiedział, zanim zdołał się powstrzymać.
Dziewczyna gwałtownie potrząsnęła głową.
– Mój wiek nie ma tu nic do rzeczy. Kim pan jest i skąd pan znał mojego
dziadka?
– Widzi pani, Sam Bennett i ja byliśmy przyjaciółmi – zaczął, bo pomyślał, Ŝe
moŜe ta dziewczyna mówi prawdę. – Mój ojciec doglądał tego domu dla Sama przez
dwadzieścia lat. A potem, po jego śmierci, robię to ja.
– Pan się nazywa McCabe? – spytała, trzęsąc się z zimna. Miała na sobie tylko
gruby czerwony sweter, który nie dawał skutecznej ochrony przed mrozem.
– Mam na imię Lucas. – Kiwnął głową w kierunku domku. – Niech pani
wejdzie do środka i ogrzeje się trochę, a ja tymczasem pozbieram pani zakupy i
wniosę je do domu. A potem porozmawiamy.
– To nie... n... nie jest konieczne, panie M... McCabe – zapewniła go, ale bez
przekonania, czując, jak jej zęby uderzają o siebie niczym kastaniety.
Tymczasem McCabe z ufnością wręczył jej swoją broń i delikatnie popchnął
ją w stronę ganku.
– Proszę wejść do domu, zanim nabawi się pani zapalenia płuc.
Trzymając strzelbę, jak uśpionego jadowitego węŜa, który moŜe obudzić się w
kaŜdej chwili, obrzuciła go nieufnym spojrzeniem, po czym jednak zdecydowała się
pójść za jego radą.
Lucas odprowadził ją wzrokiem, potem odwrócił się i zabrał się do zbierania
leŜących w śniegu zakupów. Podniósł ostatnią puszkę kukurydzy, wszedł do domku i
otarłszy się o Megan, złoŜył wszystko na ladzie kuchennej.
Postanowił, Ŝe gdy tylko upewni się, czy ta młoda dama jest rzeczywiście tym,
za kogo się podaje, to albo powie jej, Ŝeby zabierała stąd swój zgrabny tyłeczek i
nigdy więcej nie pojawiała się w tych stronach, albo... albo to on wyniesie się czym
prędzej do własnego domu i spróbuje zapomnieć o jej istnieniu.
– Dziękuję panu – powiedziała miękko, co wywołało u niego jakiś
niepokojący dreszcz.
– Cieszę się, Ŝe przynajmniej tyle mogłem dla pani zrobić, tym bardziej Ŝe to
ja jestem sprawcą tego bałaganu – odpowiedział z galanterią. Kobieta wręczyła mu
swoje prawo jazdy.
– Proszę, Ŝeby juŜ więcej nie było Ŝadnych nieporozumień co do mojej
toŜsamości – oznajmiła stanowczo. – Myślę, Ŝe teraz nie będzie miał pan juŜ
wątpliwości, Ŝe naprawdę jestem Megan Bennett.
Oniemiały ze zdumienia Lucas wziął z jej rąk dokument i przez dłuŜszą
chwilę studiował go niczym policjant z drogówki.
– Przepraszam panią za to moje niedowiarstwo, ale dziadek pani ciągle
powtarzał, Ŝe jego wnuczka jest małą dziewczynką.
Dziewczyna przygryzła dolną wargę, a jej ładne, szmaragdowe oczy wypełniły
się łzami.
– Myślę, Ŝe dziadek nie chciał pogodzić się z tym, Ŝe stałam się dorosła.
Na kilka minut zapanowało milczenie. Przerwał je Lucas.
– Przykro mi z powodu odejścia Sama. Był bardzo dobrym człowiekiem i obaj
spędziliśmy mnóstwo czasu na łowieniu ryb we wszystkich okolicznych strumieniach.
– Chrząknął znacząco i zaczął przeciskać się w kierunku drzwi. Uznał bowiem, Ŝe
będzie lepiej, jeśli natychmiast znajdzie się na świeŜym powietrzu, gdyŜ nie wiadomo,
z jakiego powodu poczuł przemoŜną chęć, by wziąć dziewczynę w ramiona i jakoś ją
pocieszyć.
– Przywiozę... hmm... jutro trochę drewna do kominka.
– Czy chce pan, Ŝebym zapłaciła za nie teraz? – zapytała Megan, sięgając po
leŜącą na stole portmonetkę.
Lucas, który właśnie otwierał drzwi, odwrócił się nagle.
– Nie, i nie będzie mi pani płaciła za nie ani teraz, ani jutro.
– Ale...
Energicznie pokręcił głową.
– Sam i ja zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Na pewno Ŝyczyłby sobie,
Ŝ
ebym się panią opiekował.
Zanim Megan zdąŜyła oznajmić mu, Ŝe nie potrzebuje niczyjej opieki, Lucas
podniósł swoją dwulufową strzelbę z miejsca, w którym ją połoŜyła, i nie oglądając
się, zniknął za drzwiami. Wtedy dopiero odetchnęła pełną piersią.
Spodziewała się, Ŝe przyjaciel dziadka będzie duŜo starszy i zupełnie nie była
przygotowana na spotkanie z kimś takim, jak Lucas McCabe.
Miał proste włosy w kolorze tytoniowego brązu, które zawadiacko opadały mu
na prawą stronę czoła, sięgając brwi, ciemne oczy, które zdawały się przenikać ją na
wskroś, i ciepły uśmiech, który mógłby stopić połowę czap lodowych na szczytach
gór. Był jednym z najprzystojniejszych męŜczyzn, jakich do tej pory spotkała w
swoim Ŝyciu.
Ale nie tyle jego niepospolita uroda zrobiła na niej największe wraŜenie, ile
władcza postura.
Gdy wszedł, wypełnił sobą niemal cały domek. Miał ponad metr osiemdziesiąt
wzrostu, szeroką pierś i długie ramiona, w których mógł utulić kaŜdą kobietę
przekonaną, Ŝe właśnie zawalił się jej świat.
Serce Megan podskoczyło nagle, gdy w pewnej chwili zdała sobie sprawę, o
czym ona w tej chwili myśli.
PrzecieŜ wcale nie potrzebowała męŜczyzny, który wspierałby ją
emocjonalnie. Nathan Kennedy skutecznie pomógł jej to zrozumieć. Myślała bowiem
naiwnie, Ŝe męŜczyzna, z którym była przez dwa lata, wesprze ją w trudnym dla niej
czasie, zaraz po śmierci dziadka. Ale Nathan szybko wyprowadził ją z błędu, gdy
oznajmił, Ŝe jej emocjonalne przeŜycia powodują jego dyskomfort psychiczny i
poprosił, Ŝeby skontaktowała się z nim po pogrzebie, gdy wszystko powróci juŜ do
normy.
Tak było sześć miesięcy temu i od tego czasu nie zamieniła z nim ani słowa.
Wprawdzie dzwonił do niej kilka razy, nagrywając się na automatycznej sekretarce i
prosząc o kontakt, ale prędzej doczekałby się zamarznięcia piekła niŜ wiadomości od
niej.
Ona tymczasem uzmysłowiła sobie, Ŝe straciła wystarczająco duŜo czasu i
energii w swoim Ŝyciu na to, by dowiedzieć się, jak bardzo moŜna zawieść się na
męŜczyznach. Była młodą, niezaleŜną kobietą o silnej osobowości, mocno stąpającą
po ziemi i dającą sobie radę ze wszystkim, co Ŝycie stawiało jej na drodze.
Później jednak, gdy zasypiając w przytulnym łóŜku przymknęła oczy i
wyobraziła sobie wysokiego ciemnowłosego męŜczyznę o ciepłym spojrzeniu i
zniewalającym uśmiechu, który zapraszał ją, Ŝeby połoŜyła głowę na jego ramieniu –
zapomniała o całym boŜym świecie.
ROZDZIAŁ DRUGI
Lucas rozpoczął następny dzień od załadowania na cięŜarówkę obiecanego
drewna do kominka i właśnie dorzucił na pokaźny stos jeszcze jedną kłodę, kiedy z
jego ust wyrwało się soczyste przekleństwo. Nagle bowiem pomyślał o swoim
poczuciu odpowiedzialności. Miał przecieŜ pilną pracę do wykonania na gwiazdkowe
przyjęcie dla dzieci z Harmony Falls, a doglądanie teraz wnuczki Sama bynajmniej
nie sprzyjało terminowemu wywiązaniu się z tego zadania. Tocząc w sobie walkę
między wyrzutami sumienia a świadomością odpowiedzialności, nadal jednak rzucał
polana na samochód.
W dzieciństwie rodzice wpoili mu zasadę pomagania bliźnim, ale z drugiej
strony był przekonany, Ŝe Sam Bennett chciałby, Ŝeby pomógł jego wnuczce, dopóki
będzie tu przebywała. Zatrzasnął więc klapę i wsunął się za kierownicę.
Tej nocy źle spał. Przewracał się z boku na bok, a jego myśli błądziły wokół
kobiety, która zatrzymała się w domku jego przyjaciela. JednakŜe w chwili, w której
podniósł się z łóŜka, doszedł do wniosku, Ŝe chyba postradał zmysły.
Megan Bennett w niczym nie przypominała jego Ŝony. Sue Ellen była wysoką
i bezsprzecznie atrakcyjną kobietą o łagodnym usposobieniu. Miał w niej oddaną
przyjaciółkę i kochankę, a chociaŜ ich małŜeństwo być moŜe nie było oparte na
wielkiej namiętności, Lucas nie miał wątpliwości, Ŝe spędziliby ze sobą resztę Ŝycia,
gdyby tylko Sue Ellen Ŝyła. Do dziś nie mógł ani zrozumieć tego, co się stało, ani
pogodzić się ze śmiercią Ŝony.
Megan była dokładnym przeciwieństwem Sue Ellen. Co więcej, kobiety w jej
typie wcale go nie pociągały. Była drobnej budowy, trochę nerwowa i bardzo sprytna.
Dlatego Lucas zupełnie nie umiał wytłumaczyć sobie, dlaczego od momentu, kiedy
ujrzał ją wrzeszczącą wniebogłosy, nie moŜe przestać o niej myśleć.
Skręciwszy na ścieŜkę prowadzącą do domku Sama, odetchnął głęboko.
Wykona to, czego Sam oczekiwałby od niego i dopilnuje Megan w czasie jej pobytu
w Whisper Mountain, następnie poŜegna ją, uda się w drogę powrotną do Illinois i
zajmie własnymi sprawami.
Zadowolony ze swojego postanowienia, zaparkował cięŜarówkę jak najbliŜej
domku, wysiadł z kabiny i zaczął układać polana w zgrabną stertę pod gankiem.
Zrobił wszystko, co było w jego mocy, Ŝeby przestać zaprzątać sobie głowę wnuczką
Sama Bennetta i skoncentrować myśli na swoim warsztacie i czekających na
wykończenie drewnianych zabawkach, co jednak nie przeszkodziło mu zauwaŜyć jej
natychmiast, kiedy wyszła na ganek.
– Czy na pewno nie muszę zapłacić panu za drewno do kominka? – upewniła
się i posłała mu nieśmiały uśmiech.
Na dźwięk jej głosu poczuł w Ŝyłach falę gorąca. CięŜkie polano, które
wyciągnął właśnie z cięŜarówki, wypadło mu z rąk, gdyŜ Megan wyglądała lepiej, niŜ
ją sobie zapamiętał. Jej długie blond włosy niczym pasemka złotego jedwabiu
układały się na miękkiej granatowej bluzie, a pięknie wykrojone usta właśnie
obdarzały go pięknym i przyjaznym uśmiechem, który omal nie powalił go na kolana.
Zakłopotany, schylił się po upuszczone bierwiono.
– Jak powiedziałem juŜ wczoraj wieczorem, Sam zobowiązał mnie, Ŝebym
zapewnił pani wszystko, cokolwiek pani potrzebuje.
– No cóŜ, jeśli nie chce pan pieniędzy za drewno, niech pan przyjmie
przynajmniej zaproszenie na kawę i ciasteczka, które właśnie wyjęłam z piekarnika.
SkrzyŜowała ramiona, podkreślając tym gestem swój piękny, pełny biust, na
który natychmiast zwrócił uwagę. Widok koniuszków jej piersi, uwypuklonych przez
dotkliwe zimno przenikające przez jej bluzę, przyprawił go o zawrót głowy.
– Musi pani być zimno w tej bluzie – zauwaŜył. – Jest na pewno kilka stopni
poniŜej zera – zapewnił ją pośpiesznie, chociaŜ czuł, Ŝe temperatura jego ciała
podnosi się gwałtownie. – Niech pani wejdzie do domu, a ja przyjdę, gdy skończę
układać drewno.
– Rzeczywiście jest dość chłodno – odpowiedziała, rozcierając ręce. – Ile
czasu to panu zajmie?
– Nie dłuŜej niŜ pięć, moŜe dziesięć minut. - Uśmiechnęła się i zawróciła do
ś
rodka.
– Przygotuję kawę.
Lucas odprowadził ją wzrokiem. Był przekonany, Ŝe z taką ilością adrenaliny,
jaką miał juŜ w Ŝyłach, mógłby rozładować samochód, zanim zdąŜyłaby zamknąć za
sobą drzwi.
Zaklął siarczyście, niezadowolony z siebie i swoich buzujących hormonów.
Sięgnął po następne polano, zastanawiając się nad przyczynami tego typu gorących
doznań. Dlaczego ta mała kobietka działa na niego w tak niezwykły sposób?
Nie mógł powiedzieć, Ŝe po śmierci Ŝony Ŝył jak mnich. Miał za sobą wiele
randek i chociaŜ nie był nigdy z tego szczególnie dumny, zdarzyło mu się kilka razy
wylądować w łóŜku z kobietami jedynie po to, Ŝeby zaspokoić potrzebę fizyczną.
Megan jednak, w Ŝadnym wypadku, nie mogła być jedną z nich. Co więcej, zwykle w
ogóle nie zwracał uwagi na kobiety w jej typie.
Nagle, pod wpływem jakiejś myśli, w kąciku jego ust pojawił się uśmiech.
JeŜeli zajęła się pieczeniem czegoś, najprawdopodobniej zrobiła to z myślą o kimś
bliskim, kto prawdopodobnie wkrótce ją tu odwiedzi.
Byłoby dobrze. Gdyby bowiem miała kogoś przy sobie, nie musiałby przez
cały czas się o nią troszczyć. A zatem, gdy tylko ułoŜy tę stertę, wykręci się jakoś z
zaproszenia na kawę, pojedzie do domu i zaszyje się w swoim warsztacie.
A Megan Bennett i jej gość będą mogli sami zadbać o siebie.
Megan właśnie wyciągała z piekarnika blaszkę pełną świeŜo upieczonych,
gorących rogalików, kiedy usłyszała mocne pukanie do drzwi.
– Proszę wejść! – krzyknęła przez ramię. OdłoŜyła blaszkę i odwróciwszy się,
zobaczyła go stojącego w zakłopotaniu w drzwiach i pokazującego na swoją
cięŜarówkę.
– Co się stało?
– Muszę... eeeee... juŜ wracać. Mam sporo pracy.
Zaproszenie na kawę było jedynie formą rewanŜu za drewno, za które nie
chciał przyjąć pieniędzy. Właściwie powinna się ucieszyć, Ŝe odmawia. Ale z
jakiegoś niezrozumiałego powodu poczuła się rozczarowana.
– Pamiętam, jak dziadek mówił, Ŝe wykonuje pan piękne meble na
zamówienie – powiedziała, starając się, by jej ton zabrzmiał naturalnie. – Czy pracuje
pan teraz nad czymś specjalnym? Skinął głową, potwierdzając jej domysł.
– Mam trochę rzeczy do zrealizowania na Gwiazdkę.
– Czy jest pan przekonany, Ŝe nie ma pan czasu nawet na wypicie filiŜanki
kawy i zjedzenie kilku moich rogalików? – zapytała. – Bardzo mnie interesuje pana
opinia na temat... – urwała.
Z wahaniem zsunął z rąk rękawiczki i wepchnął je do kieszeni kurtki.
– Na jaki temat?
– Na temat moich rogalików. – Wzięła do ręki blaszkę i zsunęła ciastka na
półmisek. – Przepis pochodzi jeszcze od gospodyni dziadka i właśnie po raz pierwszy
odwaŜyłam się upiec je właśnie według tego przepisu.
Zamknął za sobą drzwi i wszedł do środka.
– A czy nie moŜe pani zapytać o to kogoś, dla kogo piecze pani te rogaliki i z
kim zamierza pani spędzić te święta?
Zwróciła ku niemu zdziwioną twarz.
– A dlaczego uwaŜa pan, Ŝe ktoś koniecznie miałby tu ze mną być?
– Chce pani spędzić tu święta zupełnie sama? – spytał z niedowierzaniem.
– Tak. – Załadowała piekarnik nową porcją rogalików. – Będę tylko ja i
ostatnia powieść mojego ulubionego pisarza. Zdecydowałam się nie obchodzić świąt
w tym roku.
Kiedy znów na niego spojrzała, zauwaŜyła, Ŝe przesunął się w głąb kuchni.
– Nie zamierza pani nawet ubrać choinki?
– Nie. – Omal nie parsknęła śmiechem, zobaczywszy niemal dziecinne
zdziwienie na jego męskiej twarzy. – W tym roku uciekam przed świętami i dlatego
przyjechałam tutaj.
– Dlaczego?
– A dlaczego nie? – Uśmiechnęła się dyskretnie, widząc, jak zdejmuje roboczą
kamizelkę i wiesza ją na poręczy krzesła. W swej czerwonej kraciastej koszuli,
dŜinsach i cięŜkich roboczych butach przypominał teraz drwala, ale skojarzenie to
prysło, gdy zobaczyła, jak odpina mankiety, podwija rękawy koszuli, odsłaniając
muskularne ręce i usiadłszy przy stole, sięga po podaną filiŜankę kawy.
W tym samym momencie uświadomiła sobie, Ŝe ten męŜczyzna całkowicie
zmienił jej wyobraŜenia o pięknie męskiego ciała. Z wraŜenia przełknęła ślinę i czym
prędzej zajęła się czynnościami kuchennymi.
– Nie lubi pani świąt? – drąŜył.
– To nie tak – wyjaśniła pośpiesznie, wzruszając nerwowo ramionami. – Nie
miałam ochoty walczyć z komarami w lasach na Costa Rica, tylko po to, Ŝeby przez
moment zobaczyć arę szkarłatną lub tukana.
– No dobrze, ale nadal nie rozumiem, dlaczego spędza pani święta BoŜego
Narodzenia sama?
Uśmiechając się, przysunęła sobie krzesło i usiadła po przeciwnej stronie
stołu.
– Właśnie dlatego, Ŝe moi rodzice wolą przedzierać się przez dŜungle
Ameryki Środkowej w poszukiwaniu rzadkich lub zagroŜonych wyginięciem ptaków,
niŜ spędzać święta w Springfield, skąd większość z nich odleciała na zimę. – Sięgnęła
po rogalik. – Zaprosili mnie, Ŝebym pojechała z nimi, ale znając moje szczęście,
pewnie złapałabym jakieś tropikalne choróbsko.
– No, a przyjaciele? – zapytał, częstując się rogalikiem.
– Nie chciałam się narzucać ze swoim towarzystwem. – Wzruszyła ramionami
i podniosła się, Ŝeby wyjąć z piekarnika następną blaszkę. – A poza tym większość z
nich postanowiła spędzić tegoroczne święta w taki sam sposób jak ja. Kilka tygodni
temu wszyscy straciliśmy pracę, bo biuro podróŜy, w którym pracowaliśmy, zostało
zlikwidowane. – Gdy skończyła układać nową partię na półmisku, usiadła z powrotem
i przysunęła do siebie filiŜankę z kawą. – W kaŜdym razie, nigdy jakoś szczególnie
nie celebrowałam świąt BoŜego Narodzenia. Dziadek nie przykładał wagi do
przestrzegania tradycji.
Sama zdumiała się własną szczerością. Dlaczego opowiadała temu facetowi o
czymś, o czym nie rozmawiała nawet z najbliŜszymi przyjaciółmi?
– Czy chce pani powiedzieć, Ŝe nie miała choinki nawet wtedy, kiedy była
dzieckiem? – zapytał z dezaprobatą.
– Oczywiście, Ŝe miałam. – Ugryzła kawałeczek gorącego rogalika. – Mama i
tata zawsze ubierali drzewko na kilka tygodni przed świętami. Lecz gdy tylko
rozpoczynały się ferie, wręczali mi jakiś absurdalnie drogi prezent, rozbierali choinkę
i po drodze na lotnisko podrzucali mnie do dziadka.
– Nigdy nie spędzali z panią świąt? Dokąd jeździli? – dopytywał.
Zanim jednak utwierdził się w krytycznej opinii o jej rodzicach, Megan
pośpieszyła z wyjaśnieniem.
– Obawiam się, Ŝe z mojej winy odniósł pan mylne wraŜenie o moich
rodzicach. Miałam cudowne dzieciństwo, tylko Ŝe było ono niekonwencjonalne. –
Uśmiechnęła się do siebie na myśl o nieortodoksyjnych rodzicach. – Zawsze
upewniali się, czy zdaję sobie sprawę, Ŝe jestem dla nich najwaŜniejsza i czy wiem, Ŝe
mnie bardzo kochają. Ale ojciec jest profesorem ornitologii, a matka pasjonatką
obserwowania przyrody, oczywiście w szczególności ptaków. Wszystkie przerwy w
zajęciach szkolnych były jedynymi okazjami, w których podejmowali swoje
przyrodnicze wycieczki, Ŝeby odnajdywać i fotografować rzadkie i egzotyczne ptaki.
Lucas sięgnął po jeszcze jednego rogalika, równocześnie rozwaŜając to, co
powiedziała.
– Chce pani powiedzieć, Ŝe zawsze spędzała wakacje z Samem?
Przytaknęła.
– Cudownie spędzaliśmy ze sobą czas. To była nasza własna tradycja.
Siadaliśmy ze skrzyŜowanymi nogami przy kominku w jego jaskini, piliśmy gorące
kakao i jedliśmy takie rogaliki jak te, a on opowiadał mi o swoich wyprawach i
przygodach. – Zaczęła nerwowo skubać roŜek papierowej serwetki. – To będą moje
pierwsze święta BoŜego Narodzenia bez dziadka.
Widząc wzruszoną Megan, Lucas z najwyŜszym trudem opanował przemoŜną
chęć wzięcia jej w ramiona... Oczywiście tylko po to, aby ją pocieszyć...
– Czy pani wie, czego pani potrzeba? – zapytał, ująwszy jej drobne ręce
swoimi potęŜnymi dłońmi. ChociaŜ chciał tylko tym gestem dodać jej otuchy, poczuł
nagle gorąco, które przez jego stwardniałą od pracy skórę rąk popłynęło aŜ do ramion,
po czym rozlało się po jego szerokiej piersi. Dobrze pamiętał swoje pierwsze święta
po śmierci Sue Ellen. Było to jedno z najgorszych przeŜyć w jego Ŝyciu i nie był
pewien, jak poradziłby sobie wtedy bez pomocy swoich przyjaciół.
Zmarszczywszy czoło, potrząsnęła przecząco głową.
– Nie potrafię teraz o niczym myśleć i nie mam pojęcia, czego mi potrzeba.
– Dobrze to rozumiem – powiedział i podniósł się z krzesła, nie uwalniając
jednak jej rąk ze swoich dłoni. – Powinna pani zacząć obchodzić święta na własny
sposób... całkiem inaczej niŜ do tej pory.
– Dlaczego?
– A dlaczego nie? Niech pani załoŜy kurtkę i buty.
– Ale po co? - Roześmiał się.
– Mówi pani jak jedna z tych papug z Ameryki Środkowej, za którymi
uganiają się teraz pani rodzice. Proszę się ciepło ubrać. Ma sypnąć śnieg, a
temperatura juŜ spadła o kilka stopni.
ZałoŜył roboczą kamizelkę i był juŜ pewien, Ŝe postradał swój zdrowy
rozsądek. Początkowo nie miał zamiaru pić kawy z Megan ani rozmawiać z nią o tym,
jak spędzała w przeszłości święta. Jednak kiedy po otwarciu drzwi domku jego wzrok
spoczął na jej rozkosznym, zgrabnym tyłeczku, gdy zajęta wyjmowaniem blaszki z
rogalikami, pochyliła się nad piekarnikiem, poczuł, Ŝe przestaje myśleć racjonalnie.
Potem, kiedy zaczęli rozmawiać i dowiedział się, jak bardzo tęskni ona za Samem, i
Ŝ
e nigdy nie miała tradycyjnych świąt BoŜego Narodzenia, po prostu nie mógł
pozostać obojętny.
Jego przyjaciele pomogli mu przeŜyć pierwsze święta bez Ŝony. Teraz on
powinien pomóc Megan, która znalazła się w podobnej sytuacji. Przynajmniej tym
tłumaczył swoje zachowanie wobec wnuczki Sama Bennetta.
– Co będziemy robili
?
– zapytała z nutą niechęci w głosie, wkładając buty.
– Jedziemy po choinkę dla pani. – Uśmiechnął się szeroko, po czym zdjął z
wieszaka przy drzwiach kurtkę Megan i szarmancko pomógł jej się ubrać.
Zamarła na chwilę.
– Nie potrzebuję drzewka.
– Czy przywiozła pani moŜe ze sobą jedną z tych sztucznych choinek? –
zapytał.
– No nie, ale...
Wyprowadził ją na ganek, a potem w dół po schodkach, ale zanim zdołała
zaprotestować, wyjął z samochodu siekierę i skierował się do lasu.
– Zatem potrzebne jest pani drzewko.
– Chwileczkę, proszę mnie posłuchać – nalegała, starając się nadąŜyć za nim,
gdy brnęli przez śnieŜne zaspy.
– Słuchałem pani uwaŜnie przez cały czas. Dlatego teraz tutaj jesteśmy. –
Przystanął, Ŝeby dać jej moŜliwość zrównania się z nim. – Nie moŜe pani mieć
tradycyjnych świąt bez prawdziwego drzewka...
– Wcale mnie pan nie słuchał – przerwała. – Gdyby tak było, pamiętałby pan,
Ŝ
e nie obchodzę świąt w tym roku.
– AleŜ pamiętam. – Uśmiechnął się. – Powiedziała pani, Ŝe przyjechała tutaj,
Ŝ
eby uciec przed świętami.
– No właśnie. Ale nie mogę tego zrobić, skoro nalega pan, Ŝebym miała tę
głupią choinkę. – Zatrzymała się nagle i podparła pod boki. – A właściwie, dlaczego
tak się pan uparł?
Lucas wzruszył ramionami. Nie umiał wytłumaczyć, dlaczego zaleŜało mu na
poprawieniu nastroju wnuczki Sama Bennetta.
– Powiedzmy, Ŝe wiem, jak to jest, kiedy spędza się święta po odejściu kogoś
bliskiego.
– Upływ czasu złagodził wprawdzie ból po stracie Sue Ellen, ale wciąŜ jeszcze
pamiętał, jak się czuł, kiedy nadeszły pierwsze samotne święta. – Miałem przyjaciół,
którzy podtrzymali mnie na duchu po śmierci Ŝony. Pani przyjaciół tutaj nie ma, więc
spróbuję ich zastąpić.
– Och, Lucas, przepraszam. – Dotknęła jego ramienia. – Nie zdawałam sobie
sprawy. Kiedy to było?
– Ponad pięć lat temu. – Zatrzymał się przed nieduŜym cedrem, zastanawiając
się, czy na pewno tylko pięć lat. – W pewnym sensie wydaje się, jakby upłynęło duŜo
więcej czasu – rzekł po namyśle.
– Co się stało?
– Białaczka. Dowiedzieliśmy się w maju. – Podniósł siekierę i wykonał
ukośne nacięcie u podstawy pnia. – W sierpniu było juŜ po wszystkim.
– Chyba była bardzo młoda. - Przytaknął.
– Umarła na trzy tygodnie przed swoimi dwudziestymi piątymi urodzinami.
Megan nagle zawstydziła się. Litowała się nad sobą z powodu nieudanego
roku, ale nie przeŜyła czegoś tak silnie destrukcyjnego, jak śmierć małŜonka lub
któregoś z rodziców. Lucas doświadczył juŜ jednego i drugiego.
– Teraz rozumiem, jak panu musiało być cięŜko – powiedziała ze
współczuciem.
Wykonał kilka ukośnych nacięć po drugiej stronie pnia, po czym chwyciwszy
jego górną część, zaczął naginać drzewko, które w pewnym momencie złamało się z
głośnym trzaskiem i upadło na miękki śnieg.
– Były chwile, kiedy nie chciało mi się Ŝyć. – Wyprostował się i spojrzawszy
uwaŜnie na nią, dodał: – Ale przetrwałem, poniewaŜ moi przyjaciele nie pozwolili mi
się poddać. Uzmysłowili mi, Ŝe muszę się podnieść i iść naprzód. I mieli rację.
– Chyba nie rozumie pan tego, o co mi chodzi – powiedziała Megan, chcąc
wyjaśnić mu swoją postawę. – Nie usiłuję schować się przed Ŝyciem. Ja tylko nie
mam ochoty na pewne celebracje.
– Skoro pani tak mówi. – Uniósł jedną ręką pień drzewka i trzymając siekierę
w drugiej, zaczął je ciągnąć za sobą po śniegu w kierunku domu. – Zakładam się, Ŝe
gdy je postawimy, poczuje się pani zupełnie inaczej.
Wlokła się za nim i piorunowała wzrokiem jego szerokie plecy. Dlaczego
męŜczyźni są przekonani, Ŝe zawsze znajdują najprostsze i najlepsze rozwiązanie w
kaŜdej sytuacji?
Zła jak osa, pochyliła się, Ŝeby nabrać pełną garść śniegu, ulepiła twardą kulę i
rzuciła ją w niego, trafiając w sam środek pleców.
– Ma pan rację, panie McCabe – przyznała radośnie. – JuŜ czuję się duŜo
lepiej.
Wypuścił z ręki siekierę i połoŜył drzewko.
– Wiesz, co to oznacza? – zapytał z udawaną powagą.
– śe zrezygnowałeś z pomysłu przystrojenia mojego domu? – zaśmiała się
przekornie, sięgając po następną porcję śniegu – Nie! – Figlarny uśmiech na jego
twarzy zapowiadał odwet. – To oznacza wojnę. – Miękka kula śniegowa trafiła ją z
przodu i rozpadłszy się, oprószyła buty.
– Masz za swoje! – Wycelowała i patrzyła z przyjemnością, jak kolejna kula
ś
niegu ląduje na jego ramieniu. – Nie chcę Ŝadnych świątecznych dekoracji.
Sięgnął po jeszcze jedną garść śniegu i zrobił w jej kierunku kilka kroków.
Odwróciła się, Ŝeby uciec, ale zaczepiła butem o coś znajdującego się pod śniegiem i
w momencie, kiedy jego pocisk trafił ją w plecy, przewróciła się w zaspę.
Lucas natychmiast znalazł się przy niej.
– Megan, nic ci się nie stało?
Objęła go ramieniem, gdy pomagał jej się podnieść.
– Wszystko w porządku – uspokoiła go i... wsunęła swoją pełną śniegu rękę w
okolice kołnierza jego rozpiętej flanelowej koszuli.
Ku jej zaskoczeniu, nawet się nie wzdrygnął.
– O, jak miło. Tylko Ŝe następnym razem musisz zrobić to bardziej
precyzyjnie, bo nasypałaś mi śniegu między koszulę a kamizelkę.
Wstrzymała oddech, gdy zobaczyła w przeciągłym spojrzeniu jego oczu
niepokojący błysk. Nagle spowaŜniał.
– Chodźmy – powiedział. – Musimy wrócić do domu i ubrać choinkę.
– Myślisz, Ŝe zawsze moŜesz postawić na swoim, tak? – zapytała zaczepnie,
gdy podniósł siekierę i dźwignął drzewko.
Wzruszył ramionami i zaczął iść w kierunku domu.
– Nie zawsze.
Megan otrzepała się ze śniegu i posłusznie szła za nim. Być moŜe wygrał
pierwszą bitwę, ale nie wygra wojny. Nie miała zamiaru robić niczego, na co nie
miała ochoty. Łącznie z przystrajaniem choinki.
– Kiedy będę robił stojak, ty przygotuj jakieś dekoracje – poprosił Lucas, gdy
weszli do środka.
– O rany. Nie przywiozłam Ŝadnych ozdób, więc myślę, Ŝe powinniśmy dać
sobie spokój z tą choinką – powiedziała beztrosko, nie kryjąc cienia złośliwego
uśmiechu.
Jego chłopięcy uśmiech spowodował, Ŝe omal nie przewróciła się o swoje
własne, wyłoŜone futrem zimowe buty.
– Doskonale.
– Nie rozumiem... – Miała niejasne podejrzenie, Ŝe on doskonale zdaje sobie
sprawę, iŜ w domku nie znajdzie się nic, co chociaŜ z daleka mogłoby przypominać
ozdobę choinki.
Pomógł jej zdjąć kurtkę i powiesił ją na wieszaku.
– Prawdziwej, tradycyjnej choinki nie przystraja się ozdobami kupionymi w
sklepach ani Ŝadnymi połyskującymi łańcuchami – oznajmił zdumionej dziewczynie.
– No to czym?
– Kruchymi ciastkami posypanymi cukrem, praŜoną kukurydzą, wstąŜkami...
czymkolwiek, co jest dostępne w domu. – Dotyk jego ręki, gdy lekko popchnął ją w
stronę kuchni, wywołał w niej rozkoszny dreszcz. – Więc lepiej zajmij się
pieczeniem.
– A jeśli nie mam juŜ składników? – zapytała, starając się opanować swój
nienaturalny ton.
– Nie wierzę – odparł i roześmiał się. – Masz wszystko, czego ci potrzeba –
dodał miękko, przyprawiając ją o mocniejsze bicie serca. – Mąkę, cukier i masło.
Wystarczy na dwie blaszki.
– Ale nie mam foremek – oznajmiła prawie z triumfem.
– Nie będą ci potrzebne – odpowiedział z takim przekonaniem, Ŝe miała
ochotę wrzeszczeć ze złości. – NoŜem poodcinasz kawałki ciasta, a szklanką
poodciskasz koła. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kamizelki i wyjął
ołówek. Z metalowej oprawki na jego końcu zdjął gumkę, wręczył go coraz bardziej
zdumionej dziewczynie. – A tego moŜesz uŜyć do wycinania dziurek na brzegu
kaŜdego ciastka. Kiedy będą gotowe, dziurki zmniejszą się w sam raz, Ŝeby przewlec
przez nie sznureczki. Proste? Posłała mu pełne wściekłości spojrzenie.
– Nie zamierzasz się poddać, prawda?
– Oczywiście, Ŝe nie! – Uśmiechnął się szeroko i wskazał na piecyk. – Bierz
się do roboty. Gdy wrócę z oprawioną choinką, pierwsza porcja juŜ będzie stygnąć.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Megan z najwyŜszym trudem powstrzymała
się, Ŝeby czymś w nie nie rzucić. Nie potrzebowała i nie chciała, Ŝeby Lucas McCabe
ingerował w jej świąteczne plany, a raczej w ich brak. I nie miała najmniejszego
zamiaru pozwolić mu, Ŝeby zmuszał ją do wykonywania czegokolwiek, czego nie
chce robić.
A jednak, wygłaszając w myślach prelekcję na temat wszystkich upartych,
pewnych swych racji męŜczyzn, i mrucząc do siebie waŜniejsze fragmenty tego
wykładu, sięgnęła do torby z mąką i zaczęła odmierzać ilość potrzebną do
przygotowania dwóch blaszek kruchych ciasteczek.
ROZDZIAŁ TRZECI
Jesteś, McCabe, osłem dziewiątej kategorii, powtarzał sobie Lucas, taszcząc
oprawioną choinkę w kierunku domku.
Przyjechał do posiadłości Bennetta tylko po to, Ŝeby dostarczyć drewno do
palenia w kominku i sprawdzić, czy wnuczka Sama niczego nie potrzebuje. Następnie
planował czym prędzej wrócić do warsztatu, Ŝeby skończyć partię drewnianych
zabawek dla dzieci, które miały znaleźć się na gwiazdkowym przyjęciu w Harmony
Falls. A tymczasem pomaga jej w przygotowaniu świątecznych dekoracji.
Po osadzeniu drzewka w surowo wyglądającym stojaku udał się do swojej
cięŜarówki po strzelbę, która leŜała w kabinie, po czym zawrócił do lasu. Na jaki
pomysł wpadł tym razem? OtóŜ postanowił zestrzelić gałąź jemioły, którą zauwaŜył
na wielkim dębie, niedaleko miejsca, gdzie znalazł drzewko na choinkę.
Megan wystarczająco jasno dała mu do zrozumienia, Ŝe przyjechała do
Whisper Mountain, Ŝeby uniknąć boŜonarodzeniowego zamieszania, a on mimo to za
wszelką cenę chciał stworzyć jej świąteczny nastrój.
Zazwyczaj nie mieszał się w Ŝycie innych ludzi i gdyby rzeczywiście wierzył,
Ŝ
e ona wie, czego chce i zdaje sobie sprawę z tego, co mówi, zabrałby się stąd i
zostawił ją w spokoju. Nie postąpił tak jednak, poniewaŜ uwaŜał, Ŝe ona wcale nie
ucieka przed świętami, lecz obwinia je o swoją samotność. I nawet nie jest tego
ś
wiadoma.
Zastanawiał się, skąd wzięła się u niego przemoŜna chęć uszczęśliwienia tej
dziewczyny. PrzecieŜ nie pragnęła jego pomocy. Oczywiście, kiedy jego przyjaciele
nie pozwolili mu zostać samemu podczas pierwszych świąt po śmierci Sue Ellen, czuł
się tak samo jak Megan. Odsyłał ich wszystkich do diabła i bojkotował ich pomysły.
Ale Sam na pewno by nie chciał, Ŝeby jego wnuczka była nieszczęśliwa. I z pełnej
szacunku pamięci o nim Lucas zamierzał zrobić, co tylko było w jego mocy, Ŝeby
temu zapobiec.
Wszedł do domku.
– Jak tam? Ciasteczka gotowe? – zapytał od progu, siląc się na wesołość.
– Bardziej gotowe być nie mogą – wycedziła i wzrokiem wskazała leŜącą na
stole tacę. – Jednak nóŜ w roli wykrojnika do ciasta nie dał oczekiwanego przez ciebie
efektu.
Oparł drzewko o drzwi i podszedł bliŜej, Ŝeby ocenić jej starania.
– Co to jest? – Wskazał na ciasteczko o niezidentyfikowanym kształcie.
Spojrzenie, jakie mu posłała, świadczyło, Ŝe nie ma najlepszego zdania na
temat jego inteligencji.
– A jak myślisz?
– Gwiazdka?
Przewróciła oczami dla podkreślenia najwyŜszego stopnia zdumienia, po czym
wskazała na obiekt poddawany jego krytyce.
– To przecieŜ domek. Nie widzisz komina?
– Och, rzeczywiście. – Nie dostrzegał nic, co przypominałoby komin, ale
wolał się do tego nie przyznawać.
– Wyglądałyby trochę lepiej, gdybym miała trochę farbek spoŜywczych do
kolorowania wypieków lub czegoś do ich dekorowania.
Lucas usłyszał rozczarowanie w jej głosie i zrobiło mu się jej Ŝal. Objął ją
ramieniem i przytulił na pocieszenie.
– Zobaczysz, jak fajnie będą wyglądały, jak je zawiesimy na drzewku.
Nie przypuszczał jednak, jakie wraŜenie zrobi na nim ten z pozoru niewinny
przyjacielski gest i Ŝe objąwszy ją, dozna czegoś w rodzaju elektrycznego wstrząsu.
Niewiele teŜ brakowało, Ŝeby przytulił ją jeszcze mocniej i pocałował.
– Gdzie będzie stała choinka – zapytał, przytomniejąc w porę.
– Nie... nie jestem jeszcze pewna – odpowiedziała zmieszana.
– Jest niewysoka – zastanawiał się głośno – więc moŜe na tym stoliku?
Przeniosę go w kąt pokoju.
Poczekał, aŜ Megan zabierze stojącą na nocnym stoliku lampę i małą statuetkę
czarnego niedźwiedzia, po czym przeniósł stolik na wybrane miejsce.
– Masz coś, Ŝeby połoŜyć na spodzie? – spytał jeszcze, umieszczając drzewko
na blacie.
Megan zastanowiła się przez chwilę.
– MoŜe znajdę jakieś prześcieradło. Będzie się nadawało?
W zamyśleniu przygryzała dolną wargę i wyglądała przy tym tak ponętnie, Ŝe
uznał za bezpieczniejsze natychmiast się od niej odsunąć. Przytakując, skierował się
do drzwi.
– To ja w takim razie poszukam jakiejś nitki albo sznurka.
Dwie godziny później Megan siedziała po turecku na podłodze przed
kominkiem i przewlekała nitkę przez ostatnie, chyba milionowe, ziarno praŜonej
kukurydzy. Zawiązawszy nitkę, poddała swą pracę oględzinom Lucasa.
– Gotowe – oznajmiła z ulgą.
Po tę kukurydzę Lucas specjalnie pojechał do domu. Przywiózł ogromną torbę
z Ŝółtymi ziarnami i jakiś przedpotopowy przyrząd z długą rączką, słuŜący do ich
praŜenia. Uparł się teŜ, Ŝe najlepszy do wykonania tej tradycyjnej czynności będzie
kominek. Wszystko to stanowiło w oczach Megan niezwykły, acz interesujący
eksperyment.
Uniósł wzrok znad gwiazdy, którą właśnie wycinał z kawałka kartonu i
potaknął z uznaniem.
– Zrobiłaś świetną robotę. Teraz zawieś to na drzewku.
Spojrzała krytycznie na wijące się na podłodze pasma kukurydzianych
koralików.
– Są chyba za długie na taką małą choinkę.
– Są idealne. Zobaczysz.
Podniosła się z podłogi i z dreszczem emocji zaczęła wieszać długi łańcuch,
oplątując drzewko dookoła z dołu do góry. Ku jej miłemu zaskoczeniu, łańcuch
skończył się dokładnie na wierzchołku choinki.
– Masz miarkę w oczach? – zapytała, nie mogąc ochłonąć ze zdumienia.
– No widzisz, mówiłem ci, Ŝe nie będzie za długi. – Wziął do ręki rolkę folii
aluminiowej i oderwał kawałek odpowiedniej długości. – Jeszcze tylko obłóŜ tym
gwiazdę i umieść ją na wierzchołku drzewka. I gotowe.
– Nie moŜesz tego zrobić sam? PrzecieŜ to wszystko to nie mój pomysł.
Zapomniałeś?
Roześmiał się, po czym wstał i skierował do drzwi.
– O, nie. Ja mam jeszcze coś do zrobienia – odpowiedział tajemniczo.
– Co takiego?
Mrugnął do niej okiem, co sprawiło, Ŝe jej serce zabiło mocniej... –
Zobaczysz.
Po chwili wrócił z naręczem zielonych gałązek w jednej ręce i z młotkiem w
drugiej.
– A to co? – zdumiała się.
– Jemioła – wyjaśnił i przyłoŜył gwóźdź do jednej z belek sufitu przy
drzwiach wejściowych.
Po kilku uderzeniach młotkiem gałąź znalazła się pod pułapem.
– Dla mnie wygląda to bardziej na jakiś chwast niŜ na jemiołę – oznajmiła z
przekąsem.
Lucas uniósł swą ciemną brew.
– To dzika jemioła. Nie widziałaś jej nigdy? Uśmiechnęła się niepewnie.
– Przyznam, Ŝe nie.
– No, to ją masz u siebie. Prawdziwą jemiołę. MoŜesz się jej teraz przyjrzeć. –
Wyciągnął rękę i pomógł jej wstać.
Kiedy poczuła mocny uścisk jego twardej dłoni, wstrzymała oddech.
– Przyjrzeć? – spytała nieswoim głosem.
Ich spojrzenia spotkały się. Megan nie umiałaby określić, jak długo patrzyli
sobie w oczy, zdawało się jej bowiem, Ŝe czas się zatrzymał. Dopiero trzask palącego
się w kominku polana przerwał chwilę zauroczenia na tyle, Ŝe szybko wyrwała rękę z
jego dłoni.
– To moŜe ja... ja juŜ zawieszę tę gwiazdę – zaproponowała niepewnie. –
Tylko Ŝe nie mam pojęcia, jak ją umocować.
Zachowując pozorną obojętność, Lucas podszedł do wieszaka na płaszcze i
sięgnąwszy do kieszeni kamizelki, wyciągnął drut do czyszczenia fajki i rolkę
samoprzylepnej srebrnej taśmy. Z drutu zrobił otwarte małe kółeczko, które
przymocował z tyłu gwiazdy kawałkiem taśmy i wręczył ją Megan.
– Powinno spełnić swoje zadanie.
Gdy brała od niego gotową do zawieszenia gwiazdę, ich palce spotkały się.
Jego dotyk wywołał u niej tym razem uczucie silnego mrowienia w całej ręce.
Obróciwszy się w stronę choinki, wspięła się na palce, Ŝeby zamocować ozdobę na
szczycie drzewka, ale okazało się, Ŝe do wykonania tego zadania jest po prostu nieco
za niska.
– Musisz mi pomóc – westchnęła, usiłując wręczyć mu z powrotem gwiazdę.
– W Ŝadnym wypadku – odrzekł z wyszukaną galanterią. – Ta choinka jest
twoja, więc sama musisz zawiesić na niej gwiazdę.
Gdy objął ją w talii, aŜ podskoczyła.
– Co ty... sobie wyobraŜasz? – Pytanie zamarło jej na ustach, gdy uniósł ją jak
piórko do góry na odpowiednią wysokość.
– Dosięgniesz teraz?
Poczuła na plecach jego ciepły oddech. Bez protestu zagięła ciasno drut wokół
czubka choinki.
– Z... zrobione. – Jej serce wykonało kilka nadprogramowych uderzeń, kiedy
jej pupa otarła się o jego szeroką klatkę piersiową, gdy powoli opuszczał ją na
podłogę.
– Teraz wygląda naprawdę ładnie – powiedział, zrobiwszy dwa kroki do tyłu,
bardzo pomocne w opanowaniu męskich emocji. Stali oboje w milczeniu, przez kilka
niespokojnych sekund, zanim ostatecznie odwrócił się i ruszył do drzwi. – Robi się
późno. Muszę wracać do domu.
Megan odprowadziła go do wyjścia.
– Dziękuję, Ŝe poświeciłeś mi tyle czasu... Naprawdę to doceniam.
– Nie Ŝartuj. – W szerokim uśmiechu pokazał białe zęby, załoŜył płaszcz, a
następnie delikatnie oparł ręce na jej ramionach. – PrzecieŜ wiem, Ŝe miałaś ochotę
wyrzucić mnie stąd razem z tą nieszczęsną choinką.
Megan uśmiechnęła się blado.
– No cóŜ, przyznaję, Ŝe jej nie chciałam, ale wygląda naprawdę wspaniale i
pięknie pachnie w całym domu. Ale ciastka wyglądałyby duŜo lepiej, gdybym miała
foremki zamiast noŜa.
– UŜyjesz ich w przyszłym roku.
– W przyszłym roku? - Pokiwał głową.
– Pamiętaj! To początek twojej własnej świątecznej tradycji.
Patrzyła na niego coraz bardziej zaskoczona, starając się zrozumieć jego
intencje, gdy zsunął dłonie z jej ramion i ujął jej ręce.
– Stoimy pod jemiołą, Megan.
Podniosła głowę, jakby chciała upewnić się, Ŝe to, co mówi jest prawdą.
– Rzeczywiście.
– Czy mógłbym zatem uczynić zadość zwyczajom i cię pocałować? – zapytał
nieśmiało.
– T... tak.
– Jesteś pewna?
– Nie. – Zaprzeczyła ruchem głowy. – To znaczy, tak.
– Czyli? – Musnął płatek jej ucha. – Czy chcesz, Ŝebym cię pocałował, czy
nie? – Tym razem ton jego głosu był rzeczowy, a pytanie skonstruowane w sposób
klarowny.
Nawet przelotny dotyk jego ust był dla jej delikatnej, wraŜliwej skóry
wystarczająco silną podnietą, Ŝeby pośpiesznie sformułować jednoznaczną
odpowiedź.
– Myślę... Ŝe chciałabym.
Cofnął się, Ŝeby ją zobaczyć i odsunął palcem kosmyk włosów, który opadł jej
na policzek.
– Cieszę się, poniewaŜ spędziłem z tobą całe popołudnie, Ŝeby to się stało.
– T... tak?
Nie odpowiedział, tylko nagle pochylił się i ustami dotknął jej warg. Megan
przymknęła oczy i zapomniała o boŜym świecie, o choince, ozdobach i krzywych
ciastkach. Lucas delikatnie gryzł jej wargi i przesuwał po nich usta tak, Ŝe czuła jego
pocałunek niemal kaŜdą komórką swojego ciała. Powoli, lecz zdecydowanie
przyciągnął ją do siebie.
Jego potęŜna i mocna klatka piersiowa oraz silne długie ręce, którymi
obejmował ją w talii, kontrastowały z jej drobną postacią przenikniętą teraz
nieznanym rozkosznym dreszczem oczekiwania. Kiedy ich języki się zetknęły, Megan
rozchyliła usta. Nikt nigdy dotąd nie całował jej w taki sposób.
Obejmując rękami szyję Lucasa, poddawała się odwaŜnie jego pocałunkowi i
coraz bardziej lgnęła do niego. Dopiero po chwili zorientowała się, Ŝe opuściwszy
niŜej ręce, uniósł jej biodra i przyciągnął do siebie tak, Ŝe poczuła jego podniecenie i
ogarniającą ją falę gorąca. Chwyciwszy kurczowo flanelową koszulę na jego szerokiej
piersi, jakby bała się, Ŝe mięknąc i topiąc się od nadmiaru ciepła, spłynie z niego na
podłogę, przestraszona swoją pośpieszną reakcją, usiłowała odepchnąć go od siebie.
– P... proszę cię, nie...
– W porządku, kochanie. – Uwolnił ją z uścisku, trzymając jednak nadal w
objęciach. – To był tylko pocałunek.
Potrząsnęła przecząco głową i spojrzała mu wymownie w oczy.
– Nie, nie sądzę.
– Lepiej będzie, jak sobie pójdę – powiedział i sięgnął do gałki u drzwi. –
Mam jeszcze coś do skończenia w warsztacie.
– Dziękuję – odpowiedziała niepewnie, nie wiedząc, co jeszcze chciałaby
powiedzieć.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Uśmiechnął się zagadkowo i tak miło,
Ŝ
e znowu poczuła, jak mięknie jej serce. – Mam nadzieję, Ŝe tobie teŜ było miło.
Wiedziała dobrze, Ŝe ma na myśli ich pocałunek.
– To znaczy... dziękuję za drewno do kominka i za choinkę – dodała
pospiesznie, lekko zawstydzona.
– Rozumiem. – Otworzył drzwi, zachowując nad wyraz pogodne oblicze. –
Cieszę się, Ŝe mogłem ci pomóc.
Zanim zdołała wykrztusić cokolwiek, mrugnął do niej porozumiewawczo i
wyszedł.
Megan patrzyła jeszcze przez chwilę w oszołomieniu na drzwi, które
zamknęły się za nim, zadając sobie pytanie, co, u licha, zmusiło ją do przyjazdu tutaj?
Nie dość, Ŝe jednak nie uda jej się uniknąć świątecznego zamieszania, to jeszcze musi
mieć do czynienia z najbardziej upartym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkała.
Gdy spojrzała na jemiołę wiszącą u góry, jej serce zatrzepotało jak złapany w
potrzask ptak. W porządku, jest nieznośny, ale całuje świetnie. Co do tego nie miała
cienia wątpliwości.
Dość tego, zganiła się w duchu. Nie obchodzi cię ani Lucas McCabe, ani
Ŝ
aden inny męŜczyzna.
PołoŜyła się na tapczanie i zwinąwszy w kłębek jak kot, patrzyła w zamyśleniu
na trzaskające w ogniu kominka polana. Trzeba było połoŜyć kres wszelkim
niedorzecznościom i nonsensom. Nie była typem kobiety skłonnej poddać się
przelotnym flirtom, bez względu na to, jak bardzo kuszące czy przyjemne byłyby
pocałunki męŜczyzny.
Do tej pory z nikim nie udało jej się stworzyć udanego związku. I chyba nie
potrafiła właściwie oceniać męŜczyzn. Ze swoim chłopakiem spotykała się przez dwa
lata i przez ten czas nie zauwaŜyła, Ŝe jest on płytkim egocentrykiem. Odkryła to
dopiero w chwili, kiedy uświadomiła sobie, Ŝe nie ma juŜ ochoty go widywać.
Widok Ŝarzących się głowni w kominku wprowadzał nastrój spokoju,
sprzyjający wszelkim refleksjom. Megan pomyślała, Ŝe Nathan Kennedy mógłby brać
u Lucasa lekcje postępowania z kobietami. Nathan wycofał się natychmiast, gdy dała
mu do zrozumienia, Ŝe oczekuje od niego wsparcia i psychicznego ukojenia, podczas
gdy Lucas wręcz zmusił ją, by przyjęła jego pomoc i uzmysłowił jej, Ŝe,
paradoksalnie, pragnie właśnie tego, przed czym uciekała.
Westchnęła głęboko i przykryła stopy kolorową narzutą z prawdziwej
afgańskiej wełny. Nic wielkiego się nie stało, myślała, ale nie będzie juŜ Ŝadnych
pocałunków pod jemiołą i kolejnych wizyt Lucasa. Przyjechała tutaj tylko po to, Ŝeby
przemyśleć i przygotować sobie plan szukania pracy i odpocząć od kłopotów. Na
pewno nie po to, Ŝeby ich sobie przysparzać.
Około północy Lucas pogasił światła w warsztacie i wyszedł na zewnątrz.
Ogarnęła go cisza spokojnej, mroźnej, zimowej nocy. Udało mu się pokryć bejcą
drewniane kołyski dla lalek, lecz pociągi musiały jeszcze poczekać na montaŜ aŜ do
jutra rana. Czuł się bardzo zmęczony i z przyjemnością myślał o tym, Ŝe nareszcie
połoŜy się spać.
Spojrzawszy do góry w kierunku domu Bennetta, zobaczył przebijającą się
przez ciemności niewyraźną smuŜkę światła. Drzewa, które oddzielały jego posesję
od domu, w którym teraz znajdowała się Megan, nie pozwalały mu zorientować się,
czy pochodzi ono z wnętrza, czy od lampy oświetlającej ganek. Tak czy owak, nie
miało to znaczenia. Wiedząc, Ŝe niedaleko od niego, w domu Sama Bennetta, jest
teraz kobieta, która w dziwny sposób zaprząta mu myśli, zastanawiał się, czy
kiedykolwiek odzyska spokój.
Początkowo usiłował wmówić sobie, Ŝe tylko stara się pomóc jej przeŜyć
pierwsze święta bez ukochanego dziadka. Ale gdzieś pomiędzy dwoma zdarzeniami:
zabawą w śnieŜki i zamieszaniem wywołanym zawieszaniem bezkształtnych ciastek
na choince – przyznał się, Ŝe w jego postępowaniu jest coś więcej niŜ tylko chęć
bezinteresownej pomocy. Dokonał nawet dokładnego rachunku sumienia. Najpierw w
drodze po praŜoną kukurydzę, a potem juŜ wieczorem. Uznał wówczas, Ŝe nie ma
Ŝ
adnego powodu, dla którego oboje nie mogliby cieszyć się swoim towarzystwem, tu
w Whisper Mountain, jako dwoje przyjaciół.
Było teŜ więcej niŜ prawdopodobne, Ŝe Megan nie pragnie powaŜnego
zaangaŜowania się w jakikolwiek związek. Miała zamiar być sama podczas świąt i on
takŜe. Ale dlaczego nie mieliby spędzić tego czasu razem i dobrze się przy tym
bawić? Potem ona wróci do Illinois, a on zostanie tutaj, w Whisper Mountain. Będzie
nadal pracował spokojnie w swoim warsztacie i miło wspominał czas, który razem
spędzili. Nie docenił jednak magii pocałunku pod jemiołą. W pierwotnym zamiarze
miał być lekki i przyjemny – pocałunek między dwojgiem przyjaciół. Ale w chwili,
gdy dotknął jej ust swoimi, poczuł Ŝywy ogień. Cholera, nawet tylko wspomnienie
tego pocałunku wystawiało go na cięŜką próbę.
Wziąwszy głęboki wdech mroźnego nocnego powietrza w celu obniŜenia
wewnętrznej temperatury, zaczął zastanawiać się, dlaczego tak silnie reaguje na
Megan. Do Sue Ellen zalecał się przez rok, był jej męŜem przez pięć lat i nigdy nie
doświadczył takiej namiętności w czasie jednego pocałunku. Intuicja podpowiadała
mu, Ŝe Megan równieŜ nie przeŜyła dotąd niczego podobnego.
PogrąŜony w myślach, ciągle patrzył na światło sączące się z domu Sama.
Nagle zrobiło się ciemno. Domyślił się, Ŝe pewnie poszła spać. Oczyma wyobraźni
widział, jak włoŜywszy na siebie piŜamę czy koszulkę, wsuwa się do łóŜka i nagle
zapragnął znaleźć się przy niej, objąć ją i przytulić.
Kolejny raz podniecił się, niczym nadpobudliwy nastolatek, mocno więc
zawstydził się i zganił odpowiednimi słowami własną, jak to określił, głupotę.
NiewaŜne, co wiedzie ich na pokuszenie, i nie chodzi o bolesną cenę, jaką
moŜe zapłacić za pragnienie zdobycia Megan. To się nie ma prawa zdarzyć,
powiedział sobie bardzo wyraźnie. Pominąwszy fakt, Ŝe była wnuczką jego
przyjaciela, Sama Bennetta, Lucas mógłby przysiąc, Ŝe w jego ocenie dziewczyna
absolutnie nie była typem kobiety nadającej się na przelotny romans. A on nie miał do
zaoferowania nic więcej.
On i Sue Ellen byli bez wątpienia szczęśliwym małŜeństwem. Ale Lucas
McCabe nie był aŜ tak głupi, Ŝeby myśleć, Ŝe szczęście w Ŝyciu musi się powtórzyć.
Szanse, Ŝeby znalazł drugą kobietę, która byłaby szczęśliwa, wiodąc spokojne,
wiejskie Ŝycie przy jego boku, były praktycznie równe zeru.
Wchodząc na schodki swojego domu, odwrócił się jeszcze raz, Ŝeby spojrzeć
na dom Sama Bennetta. Zrobi, co tylko w jego mocy, Ŝeby umilić Megan święta.
Uczyni to dla Sama, to wszystko. Ale nie będzie juŜ Ŝadnych grzesznych,
poŜądliwych pocałunków pod jemiołą, czy pragnień, by objąć ją i przytulić.
ROZDZIAŁ CZWARTY
– Odejdź – mamrotała przez sen Megan, zakopując się głębiej w pościeli.
Kiedy pukanie do frontowych drzwi domu stało się głośniejsze, odrzuciła
kołdrę na bok, podniosła się i usiadła na skraju łóŜka. Pomimo rozespania, od razu
domyśliła się, kto o tak nieludzkiej porze puka do drzwi. Postanowiła, Ŝe
niezwłocznie da mu do zrozumienia, Ŝe jest tym zaledwie średnio zachwycona. Jej
podróŜny budzik nastawiony był na godzinę siódmą rano. Wprawdzie jeszcze
niedawno wstawała o szóstej, Ŝeby zdąŜyć do biura, ale teraz nie pracowała, a nawet
gdyby było inaczej, znajdowała się właśnie na urlopie.
Zetknąwszy się bosymi stopami z twardą, zimną podłogą, zaczęła piszczeć i
podskakiwać, rozglądając się za pantoflami.
– Czekaj, McCabe, niech no tylko otworzę drzwi...
W końcu ciepłe, podbite czerwonym futerkiem pantofle znalazły się pod
łóŜkiem i Megan pośpiesznie wsunęła w nie zimne nogi. Była juŜ na to najwyŜsza
pora, gdyŜ pukanie do drzwi rozlegało się nie tylko w domu, ale teŜ w najbliŜszej
okolicy.
– Megan, jesteś tam?!
– Przestań hałasować... – zrzędziła pod nosem. Przebiegła przez pokój,
otworzyła energicznie drzwi i omiotła go wzrokiem. – Czy wiesz, która jest godzina?
– Dzień dobry! – zawołał wesoło i spojrzał na zegarek. – Ósma – oznajmił
radośnie.
Zdziwiona potrząsnęła głową z grymasem niezadowolenia.
– Nieprawda, siódma.
– Zmieniłaś strefę czasową – wykrzyknął tryumfalnie. – Tu jest godzina
później niŜ w Illinois.
– A niech to diabli... – Wstrząsnął nią dreszcz wskutek zimnego podmuchu od
uchylonych drzwi. – Co... co sprowadza cię tu o tak wczesnej porze, panie...?
Wydawał się rozkojarzony.
– Co... co takiego?
PodąŜyła za jego wzrokiem. No tak, wszystko jasne. W pośpiechu, Ŝeby nie
zdemolował drzwi, zapomniała nałoŜyć szlafrok. Pomimo Ŝe nie miała na sobie
przeźroczystego, zwiewnego peniuaru, tylko nocną koszulę z flaneli, jej piersi
odznaczały się pod nią tak wyraźnie, Ŝe ich sterczące, wskutek zimną, koniuszki
zdawały się przebijać miękki materiał.
ZałoŜyła ręce i skuliła ramiona, jakby chciała obronić się przed zimnem,
chociaŜ czuła gorąco na policzkach.
– Co tu robisz? – Oderwał od niej wzrok i spojrzał jej w oczy.
– Ja rozpalę ogień, a ty ubierz się w tym czasie – zaproponował.
– Wolałabym wrócić do łóŜka. – W jej głosie brzmiał upór.
– Nie moŜesz. – Przesunął się obok niej, Ŝeby połoŜyć na kuchennym stole
zielone gałęzie, które przyniósł ze sobą, po czym umieścił na ladzie worek z
artykułami spoŜywczymi i diabli wiedzą z czym jeszcze. – Mamy mnóstwo roboty.
– O czym ty, u licha, mówisz
?
– Zatrzęsła się cała z oburzenia. – I... i co to za
las na moim stole?
– Marzniesz. – PołoŜył swoje wielkie dłonie na jej ramionach i obrócił ją,
kierując w stronę sypialni. – Przyrzekam, Ŝe wszystko ci wyjaśnię, jak się ubierzesz.
Widząc, Ŝe dalszy opór nie ma sensu, Megan udała się do sypialni, Ŝeby
załoŜyć na siebie bluzkę, dŜinsy i ciepłe skarpety. Kiedy wróciła do salonu, Lucas
umieszczał właśnie ekran ochronny przed buzującym w kominku ogniem.
– Za chwilę będzie ciepło – obwieścił zadowolony. – Zaparz kawy, a ja
tymczasem pójdę do samochodu po drut.
– Chwileczkę. – Ujęła się pod boki. – MoŜe najpierw wyjaśnisz mi, co ty
znowu kombinujesz? – Wskazała na stos zieleni na stole.
– Musisz mieć wieniec nad drzwiami – wyjaśnił jej z taką powagą, jakby
właśnie uzasadnił, dlaczego Ziemia musi krąŜyć dokoła Słońca.
– Nie chcę Ŝadnego wieńca.
– Bo nie wiesz, Ŝe chcesz. Tak samo, jak z choinką. – Uśmiechnął się
szelmowsko. – Ale teraz podoba ci się, co, moŜe nie?
Spojrzała na drzewko i wiszące na nim ozdoby – ciastka i praŜoną kukurydzę.
– No cóŜ, nie wygląda najgorzej, ale myślałam, Ŝe na tym koniec.
Potrząsnął głową i skierował się do drzwi.
– Jak zawiesimy wieniec, zajmę się oświetleniem ganku. Umocuję światełka
wzdłuŜ poręczy, a ty w tym czasie zrobisz piernik z imbirem.
– Nie mam produktów – pośpieszyła z odpowiedzią, ciesząc się, Ŝe
storpedowała przynajmniej jeden jego zamiar.
– AleŜ masz. – Wskazał na torbę, leŜącą na ladzie. – Wziąłem w obroty
Margie Lou, szefową największego sklepu w Harmony Falls i kazałem jej wrzucić tu
wszystko, co moŜe ci się przydać. Łącznie z przepisem na przepyszny piernik.
– Widzę teraz, Ŝe angaŜujesz do swojej świątecznej krucjaty wszystkich w
okolicy – jęknęła Megan. – Czy to, Ŝe pozwoliłam na postawienie świątecznego
drzewka, to mało?
– Bynajmniej. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. – Pamiętasz? Budujesz
własną tradycję spędzania świąt. Choinka jest tylko jednym z jej elementów.
Kiedy wyszedł po ten swój drut, rzuciła okiem na zielone gałązki
pozostawione na stole i zabrała się do robienia kawy.
– Co za natręt... – westchnęła z cięŜkim sercem.
Megan zmarszczyła czoło na widok wieńca w kształcie elipsy.
– Czy przypadkiem nie powinien być okrągły? – rzuciła nieco kąśliwie.
– Myślę, Ŝe wygląda całkiem nieźle – oznajmił, bardzo z siebie zadowolony,
wręczając jej szeroką rolkę czerwonej aksamitnej wstąŜki. – Ale następnym razem na
pewno będzie lepiej.
– A ileŜ to takich wieńców wykonał pan osobiście, panie „złota rączka”? –
zapytała ironicznie, odmierzając długość wstąŜki z nadzieją, Ŝe wystarczy jej na
przyzwoitą kokardę.
– No cóŜ, prawdę mówiąc... – Zarumienił się trochę.
Gdy jego głos załamał się, Megan wybuchnęła śmiechem.
– Aha. Czyli debiut...
– Coś w tym rodzaju. – Uśmiechnął się rozbrajająco.
Gdyby w tym momencie zmierzyć temperaturę Megan, pewnie nie
wystarczyłoby skali na takim specjalnym termometrze, który mierzy erotyczne
podniecenie. Przyrzekłszy sobie, Ŝe nie odezwie się juŜ ani słowem, połoŜyła wstąŜkę
na stole i buntowniczo ujęła się pod boki.
– A czy ty masz u siebie w domu wieniec? – zapytała zaczepnym tonem.
Kiedy skwapliwie przytaknął, zauwaŜyła, Ŝe ma przynajmniej na tyle
przyzwoitości, by nie patrzeć jej bezczelnie w oczy.
– Zawsze kupuję jeden w Pigeon Forge lub w Gatlinburgu jeszcze w
listopadzie, kiedy odstawiam swoje meble do jednego z tamtejszych sklepów –
wyjaśnił.
– Kupujesz? No pięknie! – wykrzyknęła z udawanym oburzeniem i zaczęła się
ś
miać.
– Ładnie się śmiejesz – zauwaŜył Lucas, wyciągnął ręce i nagle posadził ją
sobie na kolanach.
Czując jego twarde jak dwa konary dębu uda i silne ręce, którymi objął ją w
talii, z wraŜenia niemal przestała oddychać.
– Lucas... co ty robisz?
– Nie mam pojęcia – odpowiedział bez większego sensu. Jego gorący oddech
na jej szyi wprawiał ją w zmysłowe drŜenie. – Ale przynajmniej wiem teraz jedno.
– Co takiego?
– Wiem, Ŝe chcę cię znowu pocałować. – Jego głos stał się miękki i
aksamitny.
– To chyba nie jest dobry pomysł – odparła równie delikatnym tonem.
PołoŜył palec wskazujący na jej policzku i potrząsnął głową.
– Chyba nie. – Uśmiechnął się rozbrajająco. – Ale konwenanse i to, czego
pragniemy, nie zawsze idą w parze, prawda, kochanie?
– Nie zawsze – powtórzyła szeptem.
– Czy chcesz mnie pocałować, Megan?
PrzecieŜ juŜ obiecała sobie, Ŝe nie będzie Ŝadnych pocałunków z tym facetem,
bez względu na okoliczności. A jednak tym razem jej pragnienie było silniejsze od
postanowienia.
Jego brązowe oczy nabrały barwy ciemnej czekolady, gdy pochylił się nad nią,
Ŝ
eby dotknąć ustami jej warg.
– Och, jak miękko, jak słodko... – Pieścił słowami wargi Megan, zanim je
dotknął koniuszkiem języka.
Dreszcz rozkoszy przebiegł przez ciało Megan. Rozchyliła zapraszająco usta.
Lucas docenił to zaproszenie i delikatnie wsunął swój język w głąb jej ust. Serce
dziewczyny biło jak szalone, tłocząc w jej Ŝyły fale gorącej krwi. Siedząc na jego
kolanach, przesunęła się tak, Ŝeby być jeszcze bliŜej niego, zarzuciła mu ręce na szyję
i wplotła palce w jego włosy. Mimo Ŝe miała zamknięte oczy, raz po raz pojawiały się
w nich oślepiające rozbłyski, a serce podskakiwało i gubiło rytm, gdy poczuła
napierającą na jej udo jego podnieconą męskość.
Kiedy uniósł jej bluzę i wsunął pod nią dłoń, sięgając aŜ do koronkowego
biustonosza opinającego krągłe piersi, zdawało się jej, Ŝe roztopi się niczym garstka
ś
niegu. DrŜącymi palcami usiłowała jeszcze rozpiąć guziki jego miękkiej flanelowej
koszuli, ale gdy stawiły opór jej rozdygotanym palcom, nagle oprzytomniała. Co, u
licha, wyprawia i do czego to prowadzi? Coś takiego nie zdarzyło się jej dotąd nigdy
w Ŝyciu.
– Spokojnie, kochanie – powiedział Lucas, któremu najwidoczniej udzielił się
jej nastrój. Delikatnie wycofał rękę i poprawił jej bluzę. – Nie musisz się martwić. Nie
pozwolimy sobie na więcej.
Zmieszana swoim zachowaniem i bardzo zaŜenowana z tego powodu, starała
się uniknąć jego badawczego spojrzenia.
– Normalnie... to... ja jeszcze nigdy... tak.. – zająknęła się.
Ujął jej twarz w obie dłonie, a ona czuła się tak, jakby dotykał ją całą swoimi
twardymi spracowanymi rękami. Jej policzki płonęły i Ŝałowała, Ŝe nie moŜe teraz
zapaść się pod ziemię.
– Wszystko w porządku, Megan. – Pocałował ją tak czule, Ŝe w jej oczach
pokazały się łzy.
– ZawiąŜ tę kokardę, a ja tymczasem wbiję gwóźdź w drzwi, Ŝeby zawiesić
wieniec.
Megan aŜ zesztywniała ze zdumienia. Jak moŜna tak od razu być gotowym do
tak prozaicznych czynności po tym wszystkim, co między nimi zaszło? Widocznie
wszystko spłynęło po nim jak woda po kaczce!
Po chwili namysłu zdecydowała, Ŝe najlepszy sposób na opanowanie emocji
będzie wykonanie kilku głębokich oddechów, po czym potakująco skinęła głową.
– Dobrze. Ale nie obiecuję, Ŝe ta kokarda będzie udana.
Kiedy chciała powstać z jego kolan, objął ją ramionami.
– Właśnie! Wiesz co? Ja teŜ nie obiecuję...
– Masz na myśli ten wieniec?
– Nie. – Przytulił ją na moment do siebie i postawił na nogi, po czym podniósł
się i pochyliwszy się nad nią, uśmiechnął się szeroko. – Nie obiecuję, Ŝe nie pocałuję
cię znowu – wyszeptał jej do ucha.
Wyszedłszy na zewnątrz, Lucas zaczerpnął dla uspokojenia spory haust
zimnego powietrza. Igrał z ogniem i cholernie dobrze zdawał sobie z tego sprawę. W
ś
wiecie, w którym Ŝyła Megan, on zdawał się nie mieć wyboru. Powiedział juŜ sobie,
Ŝ
e sprawy pomiędzy nimi mają utrzymywać się w lŜejszej konwencji, nic więcej
ponad przyjaźń. Ale nie mógł powstrzymać się, Ŝeby nie wziąć jej w ramiona,
dokładnie tak samo, jak nie mógł przestać oddychać. I jeśli nawet pomyślał, Ŝe ich
wczorajszy pocałunek pod jemiołą był dla niego jedynie nic nie znaczącym epizodem,
to teraz nie mógł wyobrazić sobie nawet w części, co będzie czuł, kładąc się do łóŜka
dziś wieczorem.
Gdy sięgnął po młotek, pudło z gwoździami i zestaw migoczących lampek,
które nabył przy okazji kupowania niezbędnych składników potrzebnych do zrobienia
piernika, zastanawiał się, jak długo moŜna wytrzymać bez snu. Przez ostatnie dwie
noce bowiem przewracał się z boku na bok z powodu kobiety, która wywróciła jego
ś
wiat do góry nogami.
I gotów byłby załoŜyć się, Ŝe nie dane mu będzie zaznać przyzwoitego
odpoczynku, dopóki ona stąd nie wyjedzie.
Kręcąc z dezaprobatą głową, rozwiesił pośpiesznie światełka wzdłuŜ poręczy
ganku, a następnie, ująwszy palcami jednej ręki stosowny gwóźdź, drugą chwycił
pokaźny młotek. Właśnie wziął zamach i chciał wykonać fachowe uderzenie, gdy
Megan, pod wpływem sobie tylko wiadomej myśli, uchyliła drzwi, wskutek czego
obuch młotka rozminął się z główką gwoździa. Nie rozminął się za to z kciukiem i
palcem wskazującym Lucasa.
– Mam tę kokardę... – nagle urwała, zakrywając dłonią usta.
– Kur... A niech to... – Gwóźdź wypadł z ręki Lucasa, który na szczęście w
porę zdał sobie sprawę z tego, na co się zanosi i zdąŜył nieco osłabić uderzenie.
– Och, Lucas, bardzo przepraszam. Bardzo boli? – Megan troskliwie ujęła
jego rękę. – PokaŜ.
Oba palce, dzięki jego zawodowemu refleksowi, nie ucierpiały aŜ tak bardzo,
lecz gdyby nawet uległy rozklepaniu niczym srebrna blaszka, udawałby, Ŝe nic się nie
stało, uśmiechając się przy tym promiennie. Jak mogłoby być inaczej? Megan miękko
ujęła jego dłoń i głaszcząc palce Lucasa, szukała miejsca urazu, co sprawiało mu z
kaŜdą sekundą coraz większą rozkosz i odwracało jego myśli od miejsca bólu.
– Wszystko porządku – oznajmił nienaturalnym głosem.
– Nieprawda. – Megan pokazała mu ślady jego krwi na koniuszkach swoich
palców.
Wzruszył ramionami, nie rozumiejąc, dlaczego robi tyle zamieszania wokół
paru głupich zadrapań.
– Daj spokój. PrzeŜyłem juŜ o wiele gorsze rany.
– Wejdźmy do środka. Poszukam bandaŜa. Pomimo Ŝe jego ręka wielkości
niedźwiedziej łapy była dwa razy większa od jej dłoni, trzymała ją tak, jakby to była
kosztowna filiŜanka z kruchej porcelany.
Rozbawiony, zaczął tłumaczyć jej, dlaczego nie powinna kłopotać się tak
banalnym przypadkiem, ale nie słuchała go i kazała mu usiąść przy stole.
– Zaraz wrócę, tylko poszukam jakiejś apteczki. Patrzył, jak Megan
gorączkowo przeszukuje łazienkę. Rozpamiętywał czuły, pieszczący dotyk jej palców
na swojej dłoni i oczekiwał niecierpliwie, kiedy wróci i podejmie znowu rolę
pielęgniarki.
Dawno nie miał w swoim otoczeniu kobiety, która otaczałaby go taką troską,
tak się nim interesowała. Kiedyś jego matka robiła to, co zwykle czynią wszystkie
troskliwe matki, ale Ŝona była juŜ zbyt praktyczna i pragmatyczna, Ŝeby nadmiernie
przejmować się czymkolwiek. Przypomniał sobie teraz, ku swemu zaskoczeniu, Ŝe
Sue Ellen nie była nadmiernie skłonna do okazywania współczucia i Ŝe czasami
bezskutecznie oczekiwał od niej przejawów troski czy choćby najmniejszego
zainteresowania.
Zawsze myślał, Ŝe Sue Ellen ma bardzo spokojną naturę. Ale moŜe tak
naprawdę była po prostu zbyt chłodna?
– Tak mi przykro z tego powodu – powiedziała Megan, śpiesząc z powrotem, i
uklękła, Ŝeby zająć się opatrunkiem.
Lucas otrząsnął się ze swoich myśli i próbował jeszcze raz zbagatelizować
całe zdarzenie.
– Nie przejmuj się. To nic takiego.
– Ja tylko chciałam zapytać cię, czy jesteś gotów, Ŝeby zawiesić ten wieniec.
Nie chciałam cię zranić.
– I nie zrobiłaś tego. To ja trzymałem w ręku młotek.
Obserwował, jak delikatnie przeciera jego skaleczenia antyseptyczną
ś
ciereczką, a potem aplikuje jakąś przeciwbakteryjną maść na uszkodzenia i wszelkie
otarcia skóry.
– Ale gdybym nie otworzyła drzwi właśnie w tym fatalnym momencie, nic by
ci się nie stało. – Wyjęła z pudełeczka dwa kawałki samoprzylepnego bandaŜa,
którymi w przemyślny sposób owinęła zranione miejsca.
Poczuł ogarniające go od wewnątrz ciepło, którego nie umiał sobie
wytłumaczyć i które nie dawało mu Ŝadnego komfortu. Ogarnęło go przemoŜne
pragnienie, Ŝeby nagle pochwycić Megan w ramiona, ale na razie, wysiłkiem woli,
zdecydował, Ŝe najlepiej będzie, jeśli trochę się od niej odsunie.
– Dzięki. – Podniósł się, pomógł jej wstać i wyciągnął obandaŜowany kciuk w
kierunku drzwi. – A teraz pójdę wbić ten nieszczęsny gwóźdź, dobrze?
Uśmiechnęła się w sposób, który spowodował u niego gwałtowny wzrost
ciśnienia krwi, zakłócił miarową pracę serca i spokojny oddech.
– Nie chcesz, Ŝebym ci pomogła?
Och, tak, bardzo potrzebował jej pomocy, ale nie takiej, jaką właśnie
oferowała.
– No, to moŜe zajmij się piernikiem.
– JuŜ się robi – oznajmiła z dumą. – Ciasto chłodzi się w lodówce od godziny.
– Spojrzała na zegar umieszczony na piekarniku. – Wyjmę je za jakieś dziesięć minut,
Ŝ
eby przygotować wszystkie elementy na domek z piernika.
Lucas zatrzymał się w drodze do drzwi i na chwilę zaniemówił z wraŜenia.
– CzyŜbyś wzięła sprawy w swoje ręce? – zapytał z podziwem.
– Nie tak szybko. Najpierw zawieś na drzwiach wieniec, a potem przyjdź mi
pomóc. – Uśmiechnęła się obiecująco.
Poczuł gwałtowny skurcz w okolicy serca i suchość w gardle. W co, do
cholery, się wpakował?
– Ale... ja... nie mam pojęcia, jak robi się domek z piernika.
– Wszystko to twój pomysł, nie pamiętasz? Poza tym, chcę tylko od ciebie,
Ŝ
ebyś dopilnował właściwych wymiarów ścian – długości i wysokości. – Przygryzła w
zamyśleniu dolną wargę.
– Z pewnością znajdziesz w samochodzie coś do mierzenia, na przykład taką
zwijaną metalową taśmę, prawda?
– A tak, mam w samochodzie. To się nazywa taśma miernicza. – Roześmiał
się z ulgą.
– W porządku. A więc wyobraź sobie, ze bierzesz udział w waŜnym
stolarskim przedsięwzięciu.
Godzinę później Lucas juŜ szykował się do wyjścia, gdy jego wzrok znów
natknął się na jej kształtne pośladki. Dziewczyna pochyliła się bowiem nad
piekarnikiem, by wyjąć blaszkę z piernikiem, a kiedy wyprostowała się, wyglądała
niemniej ponętnie z czerwonymi od gorąca policzkami i jedwabistym kosmykiem
włosów, opadającym na czoło.
Westchnął cięŜko i podniósł się z trudem. Był męŜczyzną o wystarczająco
silnej woli i dostatecznym krytycyzmie, Ŝeby zdać sobie sprawę, na ile moŜe sobie
pozwolić. Spędził cały dzień na walce o pohamowanie Ŝądzy i utrzymanie swych rąk
przy sobie, z miernym, jak to ocenił, skutkiem. Oprócz tego naprawdę musiał wrócić
do pracy. Bo jeśli natychmiast nie wróci do warsztatu, diabli wezmą zabawki, które
ma skończyć na jutrzejsze przyjęcie.
– No, to wszystko gotowe – skwitował, sięgając po swoją kamizelkę. – A
mnie czeka robota po powrocie do domu.
– Gdybyś chciał, mogłabym coś przygotować na obiad – zaproponowała z
uśmiechem, kładąc na ladzie kuchenną rękawicę. – Jeśli jesteś głodny...
Przełknął ślinę, chociaŜ jego głód nie miał nic wspólnego z jedzeniem.
Potrząsnął przecząco głową i skierował się do wyjścia.
– Dzięki za propozycję, ale nie jestem głodny.
– Zanim wyjdziesz, chciałabym cię o coś poprosić – zagadnęła,
odprowadzając go do drzwi.
– O co takiego? – zapytał z nadzieją, Ŝe nie straci ostatniej krztyny rozsądku,
jaka mu jeszcze została i zdoła utrzymać ręce przy sobie.
– Chciałabym, Ŝebyś nie budził mnie jutro ze zdrowego snu z powodu jakiejś
jeszcze innej świątecznej tradycji, o której sobie przypomnisz, dobrze?
W jej oczach błysnęły szelmowskie ogniki i w tym momencie jego mocne, jak
mu się wydawało, postanowienie prysło jak bańka mydlana. Wziął ją w ramiona i
przyciągnął do siebie, pochylając się tak, Ŝeby ich głowy się zetknęły.
– Myślę, Ŝe zadbaliśmy o wszystko, z wyjątkiem tego... – Przykrył swoimi
wargami jej miękkie kształtne usta.
Nie opierała się. Ta drobna, pełna wdzięku, apetyczna kobietka przyprawiała
go o zawrót głowy. Oplotła jego szyję ramionami i z całej siły naparła na niego swym
drobnym ciałem. Serce Lucasa tłukło się w klatce jego Ŝeber jak dziki ptak. Czuł
narastające podniecenie, cudowną słodycz, która najprostszą drogą spłynęła mu z
krwią aŜ do pachwin. Jęknął, przytłoczony swym podnieceniem, przesuwając w dół
jej pleców ręce, Ŝeby ująć nimi jej rozkoszną pupę i podnieść ją ku sobie. Kiedy cała
drŜąca w jego uścisku, wyszeptała jego imię, omal nie upadł na kolana. Jeszcze nigdy
w Ŝyciu tak mocno nie pragnął Ŝadnej kobiety. I jeszcze nigdy nie bał się tego tak
bardzo.
Starając się oprzytomnieć, ucałował ją w czoło. ZauwaŜył, Ŝe jest oszołomiona
tym, co się stało, dlatego powstrzymał się, Ŝeby znów nie wziąć jej w objęcia.
– Muszę juŜ jechać – wyszeptał drŜącym głosem.
– Tak chyba będzie najlepiej – odparła zakłopotana.
– UwaŜaj na siebie, kochanie – powiedział jeszcze, otwierając drzwi i
wychodząc na ganek.
– Wesołych świąt, Lucas.
Popatrzył na nią przez kilka długich chwil, przeŜywając jeszcze raz wszystko,
co między nimi zaszło.
– Wesołych świąt, Megan.
Lekko chwiejnym krokiem zszedł po schodkach ganku i wsiadł do
samochodu. Kiedy juŜ wyjechał na drogę prowadzącą do domu, w uszach zabrzmiały
mu jak echo jej słowa na poŜegnanie. Wiedział, Ŝe nie złoŜy jej kolejnej wizyty, i
pomyślał, Ŝe ona takŜe o tym wiedziała.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Rzuciwszy ksiąŜkę na poduszkę, Megan z trudem powstrzymywała się, Ŝeby
nie zalać się łzami. Dlaczego czuła się taka samotna? PrzecieŜ przybyła tutaj, do
Smoky Mountains, właśnie po to, Ŝeby być sama.
Jednak gdy popatrzyła na niewielką choinkę znajdującą się w kącie pokoju, a
potem na krzywą chatkę z piernika, stojącą na gzymsie kominka, zrozumiała, Ŝe
samotność jest ostatnią rzeczą, której pragnie. Serce zabolało ją, gdy uświadomiła
sobie, Ŝe Lucas wyraźnie dał jej do zrozumienia, Ŝe nie wróci. Brakowało jej jego
towarzystwa, choć trudno jej było się do tego przyznać.
W odróŜnieniu od jej poprzedniego chłopaka, Nathana, który nie miał dla niej
czasu, gdy najbardziej go potrzebowała, Lucas rzucił wszystko, Ŝeby jej pomóc, mimo
iŜ nawet nie przeszło jej przez myśl, by go o to prosić. Co więcej, perfekcyjnie ją
rozszyfrował. Przejrzał jej wymówki i zorientował się, Ŝe ona wcale nie ucieka przed
ś
więtami BoŜego Narodzenia, a wręcz przeciwnie...
To on uzmysłowił jej, Ŝe przyjechała do Smoky Mountains – miejsca, o
którym dziadek opowiadał jej z tak wielką miłością – poniewaŜ usiłowała jeszcze raz
przeŜyć wszystko, czego doznawała, kiedy spędzali święta razem. I to dlatego
powiedział jej, Ŝe musi przestać tkwić w przeszłości i zacząć budować własne Ŝycie.
Nerwowo otarła łzę, która spłynęła jej po policzku. Cały problem polegał na
tym, Ŝe nowe zwyczaje, o których mówił, miały związek z nim samym. Teraz nie
miała wątpliwości, Ŝe ile razy spojrzy na jakąś choinkę lub zawiąŜe duŜą czerwoną
kokardę na jakimś wieńcu, przed jej oczami pojawi się Lucas.
Dlatego najlepiej będzie, jeśli przestaną się widywać.
Rozmyślania Megan przerwało pukanie do drzwi. Poderwała się z miejsca. To
musi być Lucas. Był przecieŜ jedyną osobą, którą znała w Whisper Mountain.
Wzięła głęboki wdech i sięgnęła do gałki przy drzwiach.
– Dzień dobry, Lucas.
Na jego twarzy malowała się powaga.
– Czy coś się stało – zaniepokoiła się.
– MoŜna tak powiedzieć.
– Wejdź. – Wykonała zapraszający gest i szerzej otworzyła drzwi.
Wyraźnie nieswój, potrząsnął głową i nerwowo potarł ręką kark.
– Nie jestem przyzwyczajony do takich rzeczy, ale nie mam wyboru.
Potrzebuję twojej pomocy.
– Co się stało – Ujęła go pod ramię i wprowadziła do środka. – Dobrze się
czujesz?
Spojrzał na nią w osłupieniu. – Bardzo dobrze. Dlaczego pytasz?
– Myślałam... – Nagle zrobiło jej się po prostu głupio. – NiewaŜne. A teraz
powiedz, o co chodzi?
Lucas patrzył na nią przez chwilę, po czym jego urodziwą męską twarz
ozdobił promienny uśmiech.
– Martwisz się o mnie?
– Nie.
– Kłamczucha – skwitował bardzo zadowolony.
– Czy powiesz mi wreszcie, co się dzieje? – zapytała speszona, Ŝe
rozszyfrował ją z taką łatwością.
– Potrafisz malować? – Ton pytania był jak najbardziej powaŜny.
– To zaleŜy. W zeszłym roku pomalowałam sama moje mieszkanie i wyszło
całkiem nieźle. – Zaśmiała się. – Ale na zajęciach plastycznych w mojej szkole
ś
redniej pan od rysunków zawsze twierdził, Ŝe nigdy nie będę drugim Rembrandtem
czy Picassem.
– ZałóŜ kurtkę. Trzeba pomalować tuzin pociągów i musimy uporać się z tym
do popołudnia... I właśnie taka jest moja prośba.
Lucas obserwował z przyjemnością, jak Megan załoŜyła kosmyk swoich
jedwabistych blond włosów za ucho, po czym wzięła do ręki wagonik i zaczęła
malować go czerwonym akrylowym lakierem. Nie miał zamiaru prosić jej o pomoc
przy pracach wykończeniowych, ale kiedy zorientował się, Ŝe w Ŝaden sposób nie
zdąŜy przygotować zabawek na dzisiejszy wieczór, zwrócił się do osoby
odpowiedzialnej za to opóźnienie.
Jadąc do niej, powiedział sobie, Ŝe prosi ją o pomalowanie pociągów jedynie
dlatego, Ŝe to przez nią nie skończył roboty na czas. W końcu, gdyby nie zmitręŜył
tyle czasu na wyciągnięcie jej z domu i szukanie drzewka, a potem ozdabianiu jej
domu, wszystko juŜ dawno byłoby gotowe. Musiał jednak przyznać przed sobą, Ŝe
była to tylko częściowa przyczyna jego prośby. Reszta bowiem wiązała się z czymś
nieuchwytnym, a zarazem głęboko odczuwalnym. OtóŜ w pracy najzwyczajniej na
ś
wiecie przeszkadzała mu... tęsknota za Megan. Nie namyślał się długo. Zadowolony,
Ŝ
e znalazł pretekst do kolejnej wizyty, wskoczył do cięŜarówki, uruchomił silnik i
popędził drogą wznoszącą się stromo w kierunku jej domu.
Megan odłoŜyła pomalowany wagonik i sięgnęła po kolejny.
– Jak długo zajmujesz się produkcją zabawek dla dzieci w Harmony Falls?
– Od dwudziestu lat. – Kończył właśnie malowanie złotą farbą kół parowozu.
– KaŜdy w mieście robi coś na to przyjęcie. Ja daję drewniane zabawki dla dzieci.
Margie Lou, szefowa centralnego magazynu handlowego, robi większą ilość
domowych dŜemów dla kobiet. Jim Ed ze stacji benzynowej daje w prezencie
wszystkim palącym męŜczyznom nowe fajki, które wykonuje z kolb kukurydzy. Nikt
nie wychodzi z przyjęcia bez prezentu.
– Rozumiem, Ŝe Harmony Falls nie ma zbyt wielu mieszkańców –
powiedziała zaskoczona sympatycznym miejscowym zwyczajem.
– Jakieś sto pięćdziesiąt osób – objaśnił. – Dlatego robimy tego tak duŜo. Dla
niektórych ta impreza to ich całe święta.
Przestała na chwilę malować i popatrzyła na niego z powagą.
– To bardzo miłe i wygląda bardziej na zebranie rodzinne niŜ spotkanie
publiczne.
Oboje milczeli przez chwilę.
– Mogłabyś dołączyć do nas – zaproponował dwornie, powaŜnie
odchrząknąwszy, niczym urzędnik magistratu, który ma właśnie zabrać głos na
zebraniu rajców miejskich. Miał zamiar zaproponować jej to juŜ poprzedniego
wieczoru, ale ich ostatni pocałunek sprawił, Ŝe zapomniał o całym świecie. – To na
pewno lepsze niŜ samotne spędzanie Wigilii – objawił jej oczywistą prawdę. Megan
odłoŜyła pomalowany wagonik obok pozostałych i potrząsnęła głową przecząco.
– Dzięki, doceniam zaproszenie, ale lepiej będzie, jeŜeli z niego nie
skorzystam. – Wstała od stołu i podeszła do umywalki znajdującej się w kącie
warsztatu, Ŝeby zmyć z rąk ślady akrylowej farby. – Prawdopodobnie trochę
poczytam, a potem połoŜę się wcześniej spać
– JeŜeli zmienisz zdanie...
– Nie zmienię. – Zdjęła z wieszaka kurtkę i załoŜyła ją pośpiesznie. Nagle
zapragnęła zostać sama, choćby przez chwilę. – Pamiętasz? Przyjechałam tutaj, bo nie
mam ochoty na to całe świąteczne zamieszanie – powiedziała, starając się nadać
swoim słowom ton rozbawienia. – Nie wywiązałabym się z danej sobie obietnicy,
gdybym wzięła udział w takim przyjęciu.
Lucas skierował się do umywalki.
– Odwiozę cię do domu.
– Nie! – Nie chciała, Ŝeby zabrzmiało to tak opryskliwie. Zobaczywszy
grymas niepewności i dezorientacji na jego twarzy, uśmiechnęła się, chcąc zatrzeć
szorstkość swojej odmowy. – Stąd mam do domu tylko kilkaset metrów, a trochę
ruchu dobrze mi zrobi. – Zanim jednak otworzyła drzwi, dodała jakby na pocieszenie.
– Baw się dobrze.
Szła szybko do góry ścieŜką, którą wskazał jej Lucas, ale zdołała przebyć
zaledwie kilka metrów, gdy jej oczy napełniły się łzami. Dlaczego jego zaproszenie na
przyjęcie wzbudziło w niej uczucie osamotnienia, jakiego nie doznała nigdy dotąd? –
Czy nie powinna wykorzystać szansy uczestniczenia, w bądź co bądź sympatycznej
imprezie, rozmyślała, brnąc przez kopny śnieg. Nagle dotarło do niej, Ŝe zna
odpowiedzi na wszystkie te pytania, a takŜe przyczynę smutku, który nagle wypełnił
jej duszę. OtóŜ Lucas zaproponował jej, Ŝeby przyłączyła się do nich, ale nie poprosił,
aby poszła tam jako jego towarzyszka. I za to powinna być mu wdzięczna. Właśnie
dlatego było jej o wiele łatwiej odrzucić zaproszenie.
Otarła policzki z łez i kroczyła dzielnie wśród drzew w drodze do domu. Teraz
zrozumiała, dlaczego jej dziadek tak dobrze wyraŜał się o Lucasie. Silny, pracowity,
troskliwy i opiekuńczy, był typem męŜczyzny, który potrafił dostrzec kogoś będącego
w potrzebie i natychmiast oferował swą pomoc. Ale najbardziej niezwykłą jego cechą,
odróŜniającą go od wszystkich męŜczyzn, z którymi miała do czynienia, było to, Ŝe
zdołał całkowicie zburzyć jej spokój ducha.
BoŜe, jaka ja jestem głupia, strofowała się za to, Ŝe ani na chwilę nie przestaje
o nim myśleć.
Lucas, zajęty ładowaniem pudełek z zabawkami do swojego samochodu,
doszedł do wniosku, Ŝe gdyby miał piasek w ilości równowaŜnej jego rozumowi, nie
napełniłby nim nawet naparstka. Jest kompletnym idiotą, więc nic dziwnego, Ŝe
Megan odrzuciła jego propozycję. Zamiast poprosić ją, tak jak początkowo zamierzał,
Ŝ
eby poszła na to przyjęcie razem z nim, rozmawiał z nią w taki sposób, jakby mu na
jej obecności w ogóle nie zaleŜało. Bez względu więc na to, jak bardzo źle czuł się
teraz, musiał przyznać, Ŝe postąpił sobie na przekór.
Zatrzasnął klapę skrzyni cięŜarówki i skierował się do kabiny. Zamiast jednak
wsiąść do samochodu, stanął przy nim i zaczął tęsknie patrzeć na migocące słabo
ś
wiatełka domu na wzgórzu.
Nie, nie pozwoli jej samotnie spędzić Wigilii. Bez niej nie pójdzie na to
przyjęcie. Wsunął klucze od domu do kieszeni spodni i zasiadł za kierownicą.
Silnik odezwał się niczym konie u sań rwące się do jazdy, więc czym prędzej
włoŜył odpowiedni bieg i wyjechał z podwórka. Nawet gdyby nie zastanawiał się, i
tak skierowałby samochód na drogę prowadzącą do domu Megan. Niech się dzieje co
chce, pomyślał, Megan musi być na tej imprezie.
Pięć minut później zatrzymał samochód przed jej domem, wysiadł z
samochodu, dostojnym krokiem wszedł po schodkach na ganek i uroczyście zapukał
do drzwi.
– Prawdopodobnie wcześniej kaŜe mi iść do diabła – wymamrotał, tracąc
nieznacznie pewność siebie. – Wcale nie będę miał o to do niej pretensji – dodał, nie
wiedząc, kogo chciałby w ten sposób usprawiedliwić.
– Co tu robisz
?
– zapytała uprzejmie, otwierając drzwi. – CzyŜbyś
zrezygnował z tej wspaniałej imprezy? – Wyglądała na cokolwiek zdziwioną.
– Przyjechałem, Ŝeby cię zabrać.
ChociaŜ patrzyła na niego jak na wariata, wyglądała, jego zdaniem, bardzo
pociągająco.
– Nigdzie nie jadę!
Lucas powiódł ją do środka, zamykając za sobą drzwi.
– No, to ja takŜe – oświadczył wesoło.
– Ale ty musisz. – Zacisnęła obie piąstki i oparła je na kształtnych biodrach
dla wywołania wraŜenia stanowczości. – Zrobiłeś te wszystkie zabawki. Dzieciaki nie
będą miały prezentów, jeśli tam nie pojedziesz.
Lucas wzruszył ramionami z doskonale udawaną obojętnością.
– Wygląda na to, Ŝe w tym roku niczego nie dostaną.
Na jej twarzy pojawił się grymas ogromnej dezaprobaty.
– Nie moŜesz im tego zrobić – oświadczyła z całą mocą.
– W takim razie będzie lepiej, jeśli załoŜysz kurtkę.
– Dlaczego? – zapytała tak zdumiona, Ŝe omal się nie roześmiał.
– PoniewaŜ bez ciebie nigdzie się nie wybieram – powiedział powaŜnie.
– Nie bądź śmieszny, Luca-a-a-s! – Wykrzyknęła z przeraŜeniem, gdy nagle
pochylił się, objął rękoma jej nogi wokół kolan i podniósł ją wysoko, przewiesił sobie
wygodnie przez ramię. – Co ty sobie wyobraŜasz?
– Zdejmij z wieszaka kurtkę – powiedział uprzejmie, otwierając drzwi. –
ZałoŜysz ją w samochodzie.
– Co się z tobą dzieje? – Zachowujesz się jak jakiś jaskiniowiec – sapnęła z
wściekłością i sycząc jak kobra, zerwała kurtkę z wieszaka.
– Działam jak stary zbój z Tennessee, moja droga – wyjaśnił jej, gdy juŜ
siedziała w samochodzie.
– Jak kto?!
Zaśmiał się na widok wyrazu zaskoczenia malującego się na jej ładnej buzi.
– Nie widziałaś nigdy na kreskówkach zbója, który niesie na ramieniu
porwaną dziewczynę?
– MoŜe, ale co to ma do rzeczy...?
– PoniewaŜ nie chciałaś jechać ze mną, więc musiałem uciec się do
stosowanej przez róŜnych opryszków metody wywierania nacisku – powiedział,
zamykając drzwi po jej stronie, po czym obszedł z przodu samochód i zajął miejsce za
kierownicą.
Megan obrzuciła go wściekłym spojrzeniem.
– Nie jestem odpowiednio ubrana. Wziął ją za rękę.
– Meg, to jest Harmony Falls. Mieszkają tu zwyczajni, bezpretensjonalni
ludzie. To, co masz na sobie jest w porządku – zawyrokował krótko. – Jak to? DŜinsy
i bluza mają być odpowiednim strojem na przyjęcie? – Minę miała taką, jakby kazał
jej uwierzyć, Ŝe KsięŜyc jest zrobiony z sera.
– No jasne. – Uścisnął delikatnie dłoń Megan, by dodać jej otuchy. – Wierz
mi, Ŝe będziesz czuła się bardzo dobrze.
– Bardzo w to wątpię.
Przepełniony optymizmem, uruchomił silnik i nareszcie ruszyli.
– Zawrzyjmy umowę. Jeśli nie będziesz się dobrze bawić, natychmiast cię
stamtąd zabiorę i przywiozę do domu. Co ty na to?
Megan odetchnęła z ulgą, gdy weszła do udekorowanej sali szkoły
podstawowej w Harmony Falls i rozejrzała się wokół. Lucas nie kłamał, mówiąc, Ŝe
wszyscy ubrani będą w codzienne stroje.
– Och, jakŜe cieszę się, Ŝe nareszcie mam okazję cię poznać – zaczepiła ją
jakaś kobieta w średnim wieku. – Twój dziadek zawsze zaglądał do mojego
magazynu w drodze ze swoich rybackich wypraw. Tak mi przykro, Ŝe nie ma go juŜ
wśród nas – To powiedziawszy, uścisnęła ją serdecznie.
– Dziękuję pani – odpowiedziała Megan, poruszona jej naturalną szczerością.
– Megan, to jest Margie Lou Smith – powiedział Lucas, szczerząc zęby, gdy
pomagał jej zdjąć kurtkę. – Poznajcie się, panie, a ja tymczasem przyniosę zabawki
dla dzieci.
– Nie przeszkadzaj sobie i rób, co do ciebie naleŜy – oznajmiła z
nadzwyczajną swobodą Mary Lou, machając niedbale ręką w stronę drzwi. –
Zabieram Megan ze sobą. Chcę ją wszystkim przedstawić.
Dziesięć minut po wejściu na salę Megan stała przy stole z zakąskami,
zachwycona otaczającymi ją ludźmi; bezpośrednimi i przyjacielskimi. Wszyscy
serdecznie wspominali jej dziadka, wyraŜali Ŝal z powodu jego odejścia i radość, Ŝe
mogą nareszcie poznać jego wnuczkę.
– Jak się bawisz? – zapytał Lucas, podchodząc do niej.
Uśmiechnęła się zadowolona i wzięła z jego rąk kubek z aromatycznym
ponczem.
– Trudno mi samej w to uwierzyć, ale cieszę się, Ŝe mnie tu zaciągnąłeś.
– Czy to oznacza, Ŝe nie chcesz wrócić do domu
?
– uśmiechnął się
promiennie.
– Nie ma mowy. – Zatoczyła wzrokiem po wystrojonej sali. – Ludzie z
Harmony Falls są cudowni.
– Lucas, czy zechciałbyś uroczyście otworzyć imprezę i wręczyć dzieciom
prezenty? – zwrócił się do McCabe’a jakiś męŜczyzna w kraciastej flanelowej koszuli
i kombinezonie, który właśnie podszedł do nich z drugiego końca sali.
– Wygląda na to, Ŝe jesteś pilnie potrzebny. – Ich ręce zetknęły się, gdy
odbierała mu szklankę z ponczem.
Musiał odczuć to w taki sam sposób, co spostrzegła po wyrazie jego oczu i
ekscytującym uśmiechu.
– Będę z powrotem za kilka minut – obiecał. Jej serce zabiło mocniej, gdy
zobaczyła, jak idzie przez salę w kierunku duŜej choinki stojącej po przeciwnej
stronie, wokół której zgromadziła się grupka dzieci i z jaką radością rozdaje im
prezenty. Uśmiech, który nie schodził mu z twarzy, wyraŜał więcej, niŜ mogłyby
wyrazić słowa. Był to męŜczyzna, dla którego moŜna było stracić głowę. W tej chwili
uświadomiła sobie, jak blisko jej do zakochania się w tym człowieku.
– Wszystko w porządku? – Pytanie Lucasa przerwało jej myśli.
Zmieszana nieco i zaskoczona jego szybkim powrotem, skinęła głową,
obserwując jakiegoś męŜczyznę, który wręczał fajki kilku starszym dŜentelmenom.
– Co będzie teraz? – odpowiedziała pytaniem.
– Dopiero zacznie się prawdziwa zabawa – oznajmił jej z tajemniczym
uśmiechem.
– Na prawdę? – Pociągnęła łyk ponczu. – A co to będzie?
– Zagra Leroy Barker ze swoją kapelą – objaśnił. – Gdy dzieciaki zajmą się
swoimi nowymi zabawkami lub pójdą spać, dorośli będą tańczyć.
– Lubisz tańczyć?
– Tylko powolne tańce.
– Tak jak znakomita większość męskiej populacji. – Uśmiechnęła się,
rozbawiona.
Lucas podszedł bliŜej i pochylił się nad nią.
– Jestem pewien, Ŝe gdy oboje znajdziemy się na środku parkietu i przytulimy
do siebie, ty takŜe polubisz wolne tańce – wyszeptał jej do ucha.
Kiedy ostatnie prezenty zostały rozdane i Lucas, ująwszy rękę Megan, wyszedł
z nią na środek sali, musiała przyznać, Ŝe miał absolutną rację. NiewaŜne było, jaki
kawałek country właśnie gra kapela, nie miały znaczenia słowa piosenki. Wolny,
nastrojowy taniec z Lucasem był cudowny i liczyło się tylko to, Ŝe trzyma ją bardzo
blisko siebie. Ktoś mądry przygasił światła, co stworzyło intymny nastrój. Ukryta w
jego szerokich ramionach, które oddzielały ją od całego świata, czuła się tak, jakby na
sali byli tylko oni we dwoje.
Megan, podtrzymywana przez jego silne ręce, pozwoliła nieść się w tańcu
niczym na falach.
Kiedy jeszcze bardziej przyciągnął ją do siebie, jego umięśnione uda zdawały
się generować w niej ładunki elektryczne, które rozpływały się kaŜdym nerwem po
całym ciele. Poczuła jego twardą męskość, która napierała na jej brzuch i wpiła palce
w miękki materiał jego flanelowej koszuli, Ŝeby nie krzyczeć z rozkoszy. Kołysząc się
w takt muzyki, nie potrzebowali Ŝadnych słów. Milcząco dał jej do zrozumienia, jak
bardzo jej pragnie, a ona juŜ nie kryła, Ŝe potrzebuje go równie mocno.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
– Dziękuję ci, Ŝe namówiłeś mnie na to przyjęcie. – Zwróciła się do niego, gdy
zajechali na podwórko przed jej domem.
– Namówiłem? To chyba nie jest odpowiednie określenie.
– No cóŜ, chyba nie sądzisz, Ŝe podziękuję ci za porwanie – odparła
zadowolona.
Popatrzyła na prezenty, które trzymała na kolanach, czekając aŜ wysiądzie z
samochodu i otworzy jej drzwi.
– PowaŜnie, Lucas. Bawiłam się cudownie. I jestem wzruszona
wspaniałomyślnością tych ludzi.
– Mówiłem ci, Ŝe nikt nie wychodzi z tego przyjęcia z pustymi rękami. Cieszę
się, Ŝe ci się podobało.
Popatrzyła na niego wymownie.
– Wejdziesz do środka? Napijemy się kawy.
Ich spojrzenia spotkały się, gdy musnął końcami palców jej policzek – Bardzo
chciałbym wejść, Megan. Ale nie chcę kawy.
Wstrzymała oddech.
– Ja... ja chyba teŜ nie chcę kawy – powiedziała, zastanawiając się, czy ten
kobiecy głos, który słyszy, na pewno naleŜy do niej.
– Na pewno chcesz, Ŝebym wszedł?
– Tak – odpowiedziała bez wahania.
Jego twarz pojaśniała, gdy ujął ją pod rękę.
– Jesteś pewna, kochanie? Jeśli oboje znajdziemy się w tym domu, to...
Megan połoŜyła palec na jego ustach.
– Wiem, Lucas.
Spędziła cały wieczór, tańcząc z nim i przytulając się do jego szerokiej,
męskiej klatki piersiowej, dlatego wiedziała, Ŝe teraz nastąpi ciąg dalszy. Słusznie,
czy nie, pragnęła kochać się z tym fantastycznym facetem.
Lucas pochylił się i pocałował ją czule. Weszli do domu. Powiesił ich rzeczy
na wieszaku i właśnie zamykał drzwi na klucz, gdy Megan podbiegła do choinki i
połoŜyła pod nią prezenty, którymi została obdarowana na przyjęciu.
Kiedy odwróciła się do niego, popatrzył na nią tak, Ŝe ugięły się pod nią
kolana. Wyciągnął do niej rękę, zaprowadził ją do sypialni, zapalił lampę stojącą przy
łóŜku i delikatnie przyciągnął do siebie.
– Masz tremę, kochanie? – Jego przytłumiony baryton wywołał u niej dreszcz
nieznanego podniecenia.
– Trochę.
– Nie bój się. – Musnął wargami jej usta.
– Przysięgam, Ŝe nigdy cię nie skrzywdzę.
– Wiem.
Ich usta połączyły się w długim pocałunku. Megan delektowała się jego
smakiem i upajała jego siłą. Lucas wsunął dłonie pod jej bluzę i sięgnąwszy do jej
piersi, zaczął delikatnie draŜnić ich stwardniałe koniuszki. Jej podniecenie narastało
aŜ do bólu, wywołując cichy jęk rozkoszy.
– Spokojnie, kochanie. – Gryzł delikatnie jej szyję i płatki uszu, po czym
odpiął haftkę stanika.
– Mamy przed sobą całą noc. Nie musimy się nigdzie spieszyć.
– Całą noc? – zapytała z niedowierzaniem.
– Nie byłam... to znaczy, nie wiedziałam... Ŝe to aŜ...
– Chłopcom z twoich stron przydałaby się lekcja poglądowa – zaŜartował, a
Megan przyznałaby mu rację, gdyby tylko była w stanie wydobyć z siebie głos.
Zapragnęła dotykać go, więc trzęsącymi się palcami zaczęła rozpinać guziki
jego flanelowej koszuli, całując przy tym kaŜde odsłaniane miejsce. Jej usiłowania
przyniosły szybszy efekt, niŜ się spodziewała, bo nagle drgnął, a z jego piersi wydobył
się jęk.
– Kochanie, jeśli utrzymasz takie tempo, zrobisz ze mnie największego
kłamcę.
Rozpięła mu koszulę i zaczęła głaskać jego umięśnioną klatkę piersiową.
– Co masz na myśli? – zapytała. Zaczął całować koniuszki jej palców.
– Będziemy musieli poczekać, aŜ odzyskam siły, Ŝebym mógł pokazać, co to
znaczy kochać się przez całą noc.
Jej wzrok powędrował wzdłuŜ jego klatki piersiowej i zatrzymał się poniŜej
sprzączki paska spodni.
– Ach, tak... rozumiem... masz mały problem.
– Mały? – parsknął.
– O, BoŜe! – Jej policzki oblały się purpurą. – Powiedziałam... nie, nie miałam
na myśli... niczego złego. Naprawdę nie chciałam cię urazić...
Ku jej zaskoczeniu, roześmiał się głośno.
– Kochanie, czy ty masz pojęcie, jaka jesteś atrakcyjna?
Zaprzeczyła gwałtownym ruchem głowy, zbyt zawstydzona, Ŝeby zdobyć się
na odpowiedź.
Pochwycił ją w ramiona i zaczął całować tak, Ŝe mocno wczepiła się w niego
palcami.
– Nie chcę, Ŝebyś czuła się zaŜenowana, czy myślała, Ŝe mnie czymkolwiek
obraziłaś. – Podniósł jej bluzę do góry i jednym sprawnym ruchem zdjął ją z niej
razem z biustonoszem. Objął jej nagą kibić, pochylił się do jej ponętnych piersi i
zaczął wodzić po nich ustami. – Jesteś cudowna.
DrŜąc z podniecenia, zaczęła pośpiesznie ściągać z niego koszulę.
– Jesteś piękny jak bóg. – Delikatnie przesunęła palcami po jego
umięśnionych ramionach i falującym torsie.
– Faceci nie są piękni. Jesteśmy skonstruowani w niewyszukany, prosty
sposób. Linie proste z zachowaniem kilku kątów dla poprawienia wizerunku i prawie
zero zaokrągleń. – Uklęknął, Ŝeby zdjąć jej buty i skarpety. Kiedy się podniósł, jego
czekoladowe oczy błyszczały poŜądaniem, które natychmiast jej się udzieliło,
objawiając się wzmoŜonym biciem serca i coraz płytszym i szybszym oddechem. –
Prawdziwe piękno jest zaklęte w idealnych, boskich krągłościach – powiedział
mentorskim tonem znawcy i konesera, choć skądinąd wiedział, Ŝe wie o tym byle
głupek noszący spodnie. – Takich jak twoje. – Sięgnąwszy do haftki jej spodni,
rozpiął ją i zsunął spodnie Megan wzdłuŜ jej bioder.
Jego szorstkie dłonie pieściły jej jedwabiste uda i wilgotniejące zagłębienie w
miejscu, gdzie się łączą. Czując, Ŝe zaraz zawiodą ją własne nogi, zarzuciła mu na
szyję ramiona.
Gdy z kolei sięgnął do zapięcia swoich dŜinsów, odsunęła jego rękę i przejęła
inicjatywę.
– Ja się tym zajmę, dobrze? – Spojrzała mu pytająco w oczy. – Chcesz?
– Och, tak.
Wstrząsnął nim dreszcz rozkoszy, gdy rozpiąwszy mu spodnie, przesuwała
palcami po jego bawełnianych bokserkach.
– Nie doprowadź mnie do końca za szybko – poprosił zdławionym głosem i
chwycił ją za przegub dłoni. – Nie mam szansy nad tym zapanować, więc uwaŜaj.
– Hmm. Wygląda na to, Ŝe problem staje się coraz większy – powiedziała z
uśmiechem.
Zaśmiał się, po czym szybko zsunął z siebie dŜinsy i spodenki.
Gdy ujrzała go w całej męskiej okazałości, z jej ust wyrwał się jęk zachwytu.
Ten męŜczyzna miał imponująco wspaniałe ciało.
– MoŜesz sobie nie myśleć, Ŝe jesteś piękny, bo wystarczy, Ŝe ja tak myślę –
wykrztusiła.
Potrząsnął głową i znowu wziął ją w ramiona.
– Ty jedna jesteś piękna.
Kontrast pomiędzy jego owłosioną, szorstką skórą a jej delikatną i kobiecą
zachwycił ją i jeszcze bardziej podniecił. Oplotła rękoma jego tors, jakby chciała
zawiesić się na nim.
– Nie mam juŜ siły... – jęknęła i poddała się miękko.
– PołóŜmy się, dobrze? – zaproponował.
Odgarną kolorową kołdrę i ku jej zaskoczeniu, wziął ją na ręce i delikatnie
połoŜył na środku duŜego łóŜka. Zobaczyła, jak wyciągnął coś z kieszeni leŜących na
podłodze spodni, wsunął to pod poduszkę i połoŜył się obok niej.
LeŜąc w jego uścisku, zamknęła oczy, oddając się przyjemności bycia tak
blisko niego.
– Mmm... jak cudownie – wyszeptała szczęśliwa.
– Obiecuję ci, Ŝe będzie jeszcze cudowniej, kochanie – powiedział, wplatając
palce w jej włosy.
Gorący pocałunek, który znowu połączył ich wargi, był tak namiętny, Ŝe
zdawał się ogarniać ją płomieniem. Lucas całował teraz jej szyję i obojczyk, po czym
zaczął całować piersi, aŜ dotarł ustami do twardych sutek. Gdy dotknął ich językiem,
wpiła mu palce w ciemne włosy.
Ssąc je i gryząc leciutko, wsunął rękę między jej gorące uda. Megan poddała
się jego pieszczotom bez reszty. Nagle poruszyła się niecierpliwie i gwałtownie do
niego przycisnęła.
– Lucas, p... proszę... – jęknęła spazmatycznie.
– Co, kochanie? – Uniósł głowę.
– Chcę ciebie...
– Teraz?
– Tak!
– Ale mamy kochać się całą noc – powiedział i nagle odsunął się od niej.
Zobaczyła, jak otwiera foliowe opakowanie. Do świtu spalę się na węgiel –
szepnęła namiętnie.
– Nie pozwolę, Ŝeby tak się stało – odpowiedział, rozdzieliwszy delikatnie
swoim kolanem jej nogi. Wszedł między jej uda i uśmiechnął się.
– No, pokaŜ mi teraz, jak bardzo mnie pragniesz, Megan – poprosił
namiętnym szeptem.
Był oczarowany, gdy przejęła inicjatywę, prowokująca i gotowa go przyjąć.
– Kochaj mnie teraz, Lucas.
Objął ją ramionami i zaczął poruszać się w niej powoli, a ona, ulegając
narastającemu poŜądaniu, wtopiła się w niego, trzymając mocno zaplecione ręce na
jego szerokich plecach, aŜ nagle targnął nią spazm rozkoszy. Usłyszała jeszcze, jak
wypowiedział jej imię, by po chwili dołączyć do niej.
Głęboka czerń nocy przybladła niepostrzeŜenie i przeszła w perłowoszare
ś
wiatło świtu.
Megan patrzyła z przyjemnością na przystojnego męŜczyznę, który leŜał obok
niej, obejmując ją lekko rozluźnionym w czasie snu ramieniem i uśmiechała się, gdy
od czasu do czasu wypowiadał przez sen jej imię albo podświadomie przyciągał ją
mocniej do siebie.
W ciągu tej długiej zimowej nocy Lucas wykazywał wielką troskę o to, Ŝeby
czuła się wspaniale. I udało mu się, bo nigdy w całym swoim
dwudziestosześcioletnim Ŝyciu nie było jej tak dobrze jak teraz, gdy trzymał ją w
swoich silnych ramionach.
Obserwowała go pogrąŜonego we śnie oczami pełnymi łez szczęścia. To nic,
Ŝ
e znała go dopiero od kilku dni. Czuła, Ŝe kocha go z całego serca.
Delikatnie dotykając koniuszkami palców jego policzka, rozpamiętywała
wszystko, co zrobił dla niej w ciągu tych kilku dni. Pokazał jej, Ŝe święta to coś duŜo,
duŜo więcej niŜ czas wolny z racji ferii i drogie prezenty. Wspólna wyprawa do lasu
wśród śniegu po kolana po świąteczne drzewko, siedzenie razem przed kominkiem,
roztaczającym ciepło na cały dom, i robienie łańcucha z praŜonej kukurydzy albo
wycinanie gwiazdy z kartonu i owijanie jej srebrną folią – wszystko to składało się na
cudowny czas i tworzyło prawdziwie świąteczną atmosferę.
Megan zdała sobie teraz sprawę, jak wiele Lucas zrobił dla niej, i musiała ze
wstydem przyznać, Ŝe wcale mu tego nie ułatwiała, a wręcz przeciwnie, sama
uczyniła dla niego bardzo mało. Ale co mogła zrobić? W jaki sposób mogła
odwdzięczyć mu się za to wszystko?
Wysunęła się spod jego ręki, wstała z łóŜka, włoŜyła pantofle, zarzuciła na
siebie szlafrok i weszła do salonu. Gdy rozpalała ogień w kominku, Ŝeby przegonić
chłód poranka, który, nieproszony, zdąŜył juŜ rozgościć się w domu, wpadła na
pomysł, co zrobić dla niego.
Kiedy jej spojrzenie powędrowało do kuchni, w kącikach jej ust pojawił się
uśmiech. Poda mu śniadanie do łóŜka. Tak, to na pewno sprawi mu przyjemność.
Byle tylko nie obudził się, zanim wszystko nie będzie gotowe... Czym prędzej
przystąpiła do działania i po niedługim czasie pojawiła się w drzwiach sypialni,
trzymając w rękach tacę, na której znajdowały się dwie filiŜanki dymiącej
aromatycznej kawy i dwa talerze pełne rozmaitych pyszności.
– Wesołych świąt, śpiochu.
– Wesołych świąt, kochanie – mruknął Lucas i po omacku poklepał materac
obok siebie. Dopiero wtedy skonstatował z przeraŜeniem, Ŝe nie ma jej w łóŜku. W
napięciu obrócił się na wznak. – Która godzina? – zapytał, zrywając się z posłania.
– Nie wstawaj. Dostaniesz dziś śniadanie do łóŜka.
– Szalona kobieto! – wykrzyknął przejęty. – Niepotrzebnie zadałaś sobie tyle
trudu – dodał, podniósłszy się, Ŝeby wziąć z jej ręki tacę. – Nikt, nigdy przedtem nie
podawał mi śniadania do łóŜka – powiedział wzruszony.
– Kiedyś musi być pierwszy raz – Wręczyła mu widelec. – Mam nadzieję, Ŝe
lubisz jajecznicę.
Z nadzwyczajną ostroŜnością, Ŝeby nie zrzucić całej zawartości talerza na
podłogę, czy, co gorsza, na pościel, nachylił się, Ŝeby ją pocałować.
– Mało rzeczy na świecie jest lepszych od jajecznicy – oznajmił i omal się nie
oblizał. – Ale tu jest więcej pyszności! – zawołał odkrywczo.
Megan podniosła do ust grzankę.
– ZasłuŜyłeś sobie na to wszystko. Chcę ci pokazać, Ŝe jesteś dla mnie kimś
wyjątkowym.
Gdyby uśmiech mógł podnosić, Lucas, znalazłby się na orbicie
okołoziemskiej. – Dziękuję, kochanie – powiedział tylko, nie wiedząc, co mógłby
dodać. O ile bowiem pamięć go nie myliła, nigdy w całym swoim długim,
trzydziestodwuletnim Ŝyciu nie zaznał takiej troski jak w tym momencie.
Skonfundowany, postanowił zmienić temat rozmyślań.
– Kiedy twoi rodzice wracają z tej swojej wyprawy? – zapytał.
– Nie wcześniej niŜ w połowie stycznia – odpowiedziała, popadając w
zadumę. – Wiesz, moi rodzice są niekonwencjonalni i bardzo ich za to kocham, ale
kiedy będę miała własną rodzinę, chcę spędzać kaŜde święta z męŜem i dziećmi.
Chcę, Ŝeby zawsze wiedzieli, Ŝe są najwaŜniejszą częścią mojego Ŝycia i Ŝe
najcenniejszym prezentem jest czas, który moŜemy dzielić razem ze sobą. –
Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. – Muszę ci podziękować, Ŝe
uzmysłowiłeś mi to wszystko, Lucas.
Z wraŜenia omal nie udławił się kawałkiem przysmaŜonego, chrupiącego
boczku.
– Mnie?!
– Tak, tobie. – Obdarzyła go wdzięcznym spojrzeniem, które przyprawiło go o
wyraźniejsze bicie serca. – Poświęciłeś swój czas, Ŝeby pokazać mi, czym są święta
BoŜego Narodzenia.
Uczucie w piersi Lucasa rozrosło się tak, Ŝe omal nie rozsadziło mu klatki
piersiowej. I to go bardzo wystraszyło.
Potrzebował dystansu i zaczął zastanawiać się, jak to zrobić, Ŝeby nie zranić
jej uczuć. Decydując się na połowiczną prawdę, spojrzał na jej podróŜny zegarek,
stojący na nocnym stoliku.
– Cholera! Muszę jechać do domu. Piętnaście minut temu miałem zadzwonić
do mamy i złoŜyć jej świąteczne Ŝyczenia.
– Gdzie ona mieszka? – zapytała Megan, zabierając tacę z pustymi talerzami.
– Wyprowadziła się na Florydę zaraz po śmierci ojca, Ŝeby być blisko swojej
siostry – powiedział, wstając z łóŜka.
Trochę zawstydzony, zabrał się do zbierania swoich rzeczy, które, w porywie
namiętności, porozrzucał wczoraj po podłodze. Jego matka rzeczywiście mieszkała ze
swoją siostrą w Orlando i rzeczywiście miał do niej zadzwonić z Ŝyczeniami. Tyle, Ŝe
niekoniecznie właśnie teraz.
Kiedy skierował się w stronę drzwi, zobaczył Megan i zatrzymał się jak wryty.
Robiła wraŜenie kompletnie załamanej, jakby właśnie była świadkiem jego odejścia.
Na nieszczęście, im bardziej chciał zostać, tym bardziej potrzebował czasu dla siebie,
Ŝ
eby wszystko przemyśleć.
Wykonał głęboki oddech, podszedł do niej i pocałował ją, z najwyŜszym
trudem opierając się pragnieniu wzięcia jej znowu do łóŜka. Poprzestał tylko na
dotknięciu końcami palców jej atłasowego policzka.
– Dziękuję ci za wczorajszy wieczór i za dzisiejszy poranek. Nawet nie wiesz,
jak duŜo to wszystko dla mnie znaczyło.
– Cieszę się – szepnęła nieswoim głosem. Pomyślał, Ŝe jeśli nie zmusi się do
wyjścia, nie wyjdzie od niej juŜ nigdy.
– Przepraszam, kochanie, ale muszę iść.
– Rozumiem – odpowiedziała spokojnie. Nie miał pojęcia, jakim kosztem
udało jej się zachować obojętność.
Gdy znalazł się na zewnątrz, jego poczucie winy wzrosło dziesięciokrotnie i
poczuł się jak palant. Ale nic nie moŜna było na to poradzić. Potrzebował czasu, Ŝeby
poradzić sobie z uczuciami, które mogły spowodować całkowity rozpad jego
poukładanego świata.
Nie było sensu, Ŝeby im zaprzeczyć, czy je zlekcewaŜyć. Próbował je
okiełznać, ale teraz zrozumiał, Ŝe prowadził z góry przegraną bitwę.
Lucas zakochał się w Megan.
Nadeszła chwila, w której musiał powaŜnie zastanowić się, co dalej zrobić z tą
miłością.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Lucas oparł się o poręcz ganku swojego domu, spoglądając w zadumie na
ś
wiatła w domu Bennetta. Po tym, jak niczym pies z podwiniętym ogonem uciekł z
miejsca, w którym przebywała Megan, spędził cały dzień w swoim warsztacie, myśląc
tylko o tym, Ŝe się w niej zakochał.
A więc co zamierza z tym zrobić? Co moŜe z tym zrobić?
Nie był pewien, co tak naprawdę myśli o nim Megan. Wiedział tylko, Ŝe w
jakiś sposób zaleŜy jej na nim. Nie była typem kobiety, która poszłaby z nim do łóŜka,
gdyby było inaczej. Ale czy to znaczy, Ŝe go kocha? Kiedyś myślał, Ŝe jego zmarła
Ŝ
ona kocha go tak, jak on ją. Ale teraz, myśląc o tym z perspektywy czasu, wcale nie
był tego taki pewien.
Sue Ellen kochała go tak, jak była w stanie. Ale teŜ, musiał to przyznać, ich
małŜeństwo dalekie było od doskonałości.
Gdy tak się gapił w stronę domu na wzgórzu, przypomniał sobie coś, co
Megan powiedziała dziś rano, i co dało mu do myślenia. Pomimo Ŝe jej rodzice
kochali ją, zawsze przedkładali swoje wakacje nad jej sprawy. To wyjaśnia, dlaczego
ona chce spędzać kaŜde święta z rodziną, by pokazać męŜowi i dzieciom, Ŝe są dla
niej najwaŜniejsi.
Poczuł kamień na sercu i zrobiło mu się niedobrze. Byłoby szaleństwem
utrzymywać, Ŝe przez te kilka dni poznali się oboje bardzo dobrze. Ale dotarło do
niego ponad wszelką wątpliwość, Ŝe to on chce być tym męŜem i ojcem tych dzieci.
Niestety, były teŜ inne rzeczy, które naleŜało wziąć pod uwagę. Jej Ŝycie
toczyło się w Illinois, a jego miejscem na ziemi było Whisper Mountain. Wygląda na
to, Ŝe tutaj, owszem, podoba się jej, ale jest tylko gościem. Czy byłaby szczęśliwa,
gdyby zamieszkała tu na stałe?
Lucas czuł, Ŝe ta sytuacja go przerasta. Nie był wcale mądrzejszy teraz, niŜ
gdy wychodził z jej domu dziś rano. Ale jedno nie ulegało wątpliwości. Musi
zobaczyć ją znowu, nawet gdyby miał jej powiedzieć tylko „do widzenia.”
Rezygnując z próby czytania czegokolwiek, Megan nawet nie usiłowała się
oszukiwać. Zgasiła lampę przy łóŜku i usiadła, pogrąŜona w ciemności, objąwszy
rękoma podciągnięte kolana.
W kominku dopalały się polana, rzucając na ściany czerwone, drgające cienie,
a ona myślała, Ŝe nadszedł czas spojrzenia prawdzie w oczy. Lucas nie wróci tu
dzisiaj, ani jutro, ani... nigdy.
W oczach Megan co chwila pojawiały się łzy. Najwidoczniej jej znajomość
męŜczyzn pozostała na poziomie sprzed sześciu miesięcy. Pomyliła się co do Nathana
Kennedy’ego, a teraz okazało się, Ŝe takŜe co do Lucasa.
Niecierpliwym gestem otarła po raz setny łzy. Spędziła cały dzień,
zastanawiając się, czy Lucas poszedł z powodu jakiejś jej niezręcznej uwagi, czy teŜ
doszedł do wniosku, Ŝe ich intymny kontakt okazał się nieporozumieniem, o którym
trzeba jak najszybciej zapomnieć. Nie mógł juŜ szybciej wyjść z jej domu dziś rano,
myślała z ironią, ani nie zapomniał powiedzieć, Ŝe zaraz wróci.
Czuła, Ŝe jej serce rozpadło się na kawałki, gdy zdała sobie sprawę z tego, ile
Lucas dla niej znaczy mimo tak krótkiego czasu ich znajomości. Nigdy juŜ nie
doświadczy tyle dobrego z innym męŜczyzną, i do końca Ŝycia nie przeboleje tej
miłości.
Najlepiej zatem będzie, jeśli jutro rano opuści Whisper Mountain. W ten
sposób nie narazi się na ryzyko zobaczenia go znowu i definitywnie skończy z
torturowaniem siebie uczuciami, które nie dają widoków na przyszłość.
– Megan? Nie śpisz?
Na odgłos pukania do drzwi, podskoczyła tak, jakby Ŝarząca się w kominku
głownia wpadła nagle do jej łóŜka.
– Odejdź, Lucas! – zawołała przez cały dom. Nawet jeŜeli kochała go z całego
serca, był w tym momencie ostatnią osobą na świecie, którą chciałaby zobaczyć.
Jedno jego spojrzenie wystarczyłoby, Ŝeby zorientował się, Ŝe zakochała się w nim
bez pamięci. Była jednak zbyt dumna, Ŝeby pokazać mu, jaka była głupia.
– Megan, co się stało?
– Nic. Idź sobie.
– Cholera! – wrzasnął. – Kochanie, masz dwie moŜliwości. Albo otworzysz
drzwi, albo je wykopię.
– Nie ośmielisz się.
– No to uwaŜaj. – Ton jego głosu nie pozostawiał Ŝadnych wątpliwości, Ŝe to
zrobi.
Podeszła i energicznie otworzyła drzwi.
– Czego chcesz, Lucas – Nic ci nie jest? – Nie czekając na zaproszenie,
przeszedł obok niej. – Dlaczego nie chcesz mnie widzieć?
– No właśnie. – Zamknęła drzwi, Ŝeby resztki ciepła nie uciekły z domu.
Westchnęła głęboko i odwróciła się do niego. – Jest jakiś powód, dla którego
zatrzymałeś się tutaj?
– Jest. Musimy porozmawiać – powiedział twardo, zdejmując kurtkę. Wyjął
coś z kieszeni kurtki, po czym powiesił ją na wieszaku.
– To moŜe jutro. Jestem naprawdę zmęczona i... – Przeczącym ruchem głowy
potwierdziła niechęć do jakiejkolwiek rozmowy i... do wszystkiego.
– Płakałaś – powiedział, podchodząc do niej. Zanim zareagowała, objął ją
ramionami i przyciągnął mocno do siebie. – Co się stało, kochanie?
– N... nic. – Próbowała wyłuskać się z jego ciepłego uścisku, a przy tym
bardzo się starała, by nie wybuchnąć spazmatycznym szlochem.
– Widzę, Ŝe tak. – Poprowadził ją w kierunku kanapy, usiadł i wziął ją na
kolana. Chciała wstać, ale przytrzymał ją. – No powiedz, Megan. Rozmawiaj ze mną.
– Roz... rozmyślałam o moim biednym dziadku.
– Mów prawdę. – Potrząsnął głową. Obtarł łzę na jej policzku. – Chcesz
wiedzieć, co myślę?
– Nie.
– Myślę, Ŝe płakałaś przeze mnie – powiedział miękko. – Wiem, Ŝe uraziłem
cię swoim zachowaniem dziś rano.
Jego niski, aksamitny głos wywołał w niej dreszcz podniecenia, ale całą siłą
woli starała się to zignorować.
– NiewaŜne... sprawa zamknięta. – Skłamała. Powstrzymywanie się od płaczu
było z kaŜdą sekundą coraz trudniejsze.
– Warto o tym porozmawiać, kochanie. – Zobaczył jeszcze jedną łzę na jej
policzku i Scałował ją. – Chcę ci opowiedzieć pewną historię, Megan. I chcę, Ŝebyś
mi obiecała, Ŝe wysłuchasz jej do końca, zanim cokolwiek powiesz.
– Niech ci będzie – zgodziła się.
– Kilka dni temu pracowałem do późna w moim warsztacie, gdy zauwaŜyłem
smugę dymu unoszącą się z komina domu mojego starego przyjaciela, Sama Bennetta.
Kiedy udałem się na miejsce, Ŝeby zbadać, co tam się dzieje i wyszedłem z lasu,
zobaczyłem najpiękniejszą blondynkę na świecie, która na mój widok zaczęła
wrzeszczeć wniebogłosy. – Przełknął ślinę. – Gdy udało mi się nakłonić ją, Ŝeby
zrezygnowała z próby obudzenia wszystkich niedźwiedzi w Whisper Mountain,
dowiedziałem się, Ŝe jest wnuczką Sama.
A więc uwaŜał, Ŝe jestem piękna? – pomyślała ze zdziwieniem. Zagryzła
dolną wargę, Ŝeby zamaskować jej drŜenie.
– Skończyłeś?
W odpowiedzi pocałował ją w czoło.
– Tak czy owak, pomyślałem, Ŝe Sam Ŝyczyłby sobie, Ŝebym zaopiekował się
jego wnuczką podczas jej pobytu w jego domu.
A więc odwiedzał ją jedynie z powodu respektu, jaki miał dla dziadka.
– Proszę... wolałabym nie... słuchać tego... więcej – powiedziała
zrezygnowana.
– Nie przerywaj, bo teraz będzie najwaŜniejsze. – Lucas uspokajającym
gestem pogładził jej plecy swoją szeroką dłonią. – Gdy odkryłem, jak bardzo tęskniła
za Samem, i Ŝe przyjechała w góry, poniewaŜ był to pewien sposób, Ŝeby znowu
poczuć się bliŜej niego, postanowiłem pomóc jej przetrwać pierwsze święta bez
niego.
– Ja... nie zdawałam sobie sprawy aŜ do wczoraj... Ŝe jest to powód, dla
którego tu przyjechałam – przyznała.
– Wiem, kochanie. – Przyciągnął ją do siebie. – Lecz pomiędzy szukaniem dla
ciebie drzewka na choinkę a wspólną zabawą na przyjęciu w Harmony Falls zdarzyło
się coś, co... Czy chcesz wiedzieć, co się stało?
– Ja... nie, nie jestem pewna, czy... – Jej głos załamał się zupełnie.
– Spójrz mi w oczy.
– Nie! – Wiedziała, Ŝe jeśli to uczyni, wybuchnie płaczem.
Ujął delikatnie jej podbródek i przekręcił go tak, Ŝeby ich spojrzenia się
spotkały. Wyraz jego ciemnych, brązowych oczu zdawał się uprzedzać jego słowa i
spowodował, Ŝe serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
– Zakochałem się w cudownej wnuczce Sama. - Na ułamek sekundy serce
Megan przestało bić.
– Naprawdę?
– Nie moŜe być juŜ chyba nic bardziej prawdziwego na świecie.
– Och, Lucas, ja ciebie takŜe kocham – powiedziała, zarzucając mu ramiona
na szyję. – Tak bardzo...
Pocałował ją czule.
– Ale historia nie kończy się na tym, kochanie.
– A co jest dalej? – zapytała, uśmiechając się przez łzy.
– To zaleŜy od wnuczki Sama. – Wręczył jej przedmiot, który wyjął wcześniej
z kieszeni swojej kurtki. Było to pudełeczko opakowane w grube, workowe płótno i
przewiązane czerwoną wstąŜką. – Ale najpierw, chciałbym, Ŝebyś je otwarła.
DrŜącymi palcami rozwiązała wstąŜkę i zdjęła opakowanie. Kiedy podniosła
wieczko, zobaczyła w środku maleńką, misternie wykonaną kołyskę.
– Och, Lucas, jakie to cacko. Czy ty sam to zrobiłeś
?
Skinął głową.
– Zaraz po naszym rozstaniu, dziś rano. Resztę dnia spędziłem w warsztacie.
Tam mi się najlepiej myśli.
– Ale co to ma wspólnego z dalszą częścią twojej historii? – zapytała, wodząc
opuszkiem palca po prześlicznych ornamentach.
– Mam nadzieję, Ŝe wnuczka Sama zgodzi się zostać moją Ŝoną – powiedział
lekko zachrypniętym z przejęcia głosem. – I jeśli się zgodzi, zrobię jej duŜą kołyskę,
Ŝ
eby nasze dzieci miały w czym spać.
Łzy płynęły po policzkach Megan. Nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Lucas wyjął z przepaścistej bocznej kieszeni spodni olbrzymią kraciastą
chustkę i osuszył z łez jej twarz.
– Mam nadzieję, Ŝe są to łzy szczęścia. – Kiedy skwapliwie przytaknęła,
obdarzył ją w sposób, w jaki tylko on mógł to zrobić, jeszcze jednym, męskim,
szerokim i szczerym uśmiechem. – Nie spodziewałem się, Ŝe cię znajdę, kochanie.
Ale teraz, gdy juŜ cię mam, nie pozwolę ci nigdy odejść. Czy zechcesz wyjść za mnie,
Megan i pozwolisz mi zrobić kołyskę dla naszych dzieci?
– T... tak – wykrztusiła wzruszona. – Kocham cię bardziej, niŜ kiedykolwiek
zdołasz to sobie wyobrazić, Lucas.
– I ja cię kocham, skarbie.
Gdy trzymał ją tak blisko siebie, zadała mu niezwykle rzeczowe pytanie:
– Będziemy mieszkali u ciebie, czy u mnie?
– Czy myślisz, Ŝe mogłabyś być szczęśliwa, Ŝyjąc tu, w górach?
Delikatnie ujęła w dłonie jego twarz.
– Uwielbiam to miejsce. Nie chcę mieszkać nigdzie indziej. Spróbuję znaleźć
pracę w Pigeon Forge lub w Gatlinburgu, a jeśli mi się to nie uda, będę szczęśliwa,
mogąc zostać w naszym domu z naszymi dziećmi.
– Czy chcesz poczekać ze ślubem do powrotu twoich rodziców?
– Tak. Być moŜe, to zainspiruje ich do zrobienia tego samego – uśmiechnęła
się do swych myśli.
– Kochanie, ja chyba musiałem coś przeoczyć – powiedział speszony. –
Chcesz, Ŝeby twoi rodzice odnowili przyrzeczenia małŜeńskie?
Wybuchnęła śmiechem.
– Pamiętasz
?
Mówiłam ci, Ŝe są dość niekonwencjonalni. – Są ze sobą od
prawie trzydziestu lat, ale nigdy nie czuli potrzeby, by się pobrać.
Lucas wyglądał na nieco zaskoczonego, co nie zdziwiło jej nadmiernie,
zdąŜyła bowiem zauwaŜyć, jak wielką wagę przywiązuje on do tradycji.
– Ale ty się zgadzasz zostać moją Ŝoną? – zapytał lekko zaniepokojony.
– Oczywiście!
Na jego przystojnej twarzy odmalował się wyraz ulgi.
– Będę musiała pojechać do Springfield, Ŝeby spakować się i zlikwidować
moje mieszkanie, ale wrócę – jak tylko będę mogła najszybciej. Chcę, Ŝebyśmy
jeszcze w tym miesiącu rozpoczęli przygotowania do naszego ślubu. – Uśmiechnęła
się pod wpływem jakiejś nagłej myśli. – Nie mogę się doczekać, Ŝeby zobaczyć miny
Grety i Kayli, gdy spotkam się z nimi w Chicago.
– Czy to twoje przyjaciółki?
– Poznałyśmy się kilka dni temu, kiedy nasze loty z lotniska O’Hare w
Chicago zostały odwołane niemal w tym samym czasie z powodu burzy śnieŜnej.
Przegadałyśmy kilka godzin i od razu się polubiłyśmy...
Jego wargi, cały czas wędrujące po wraŜliwej skórze Megan, nie ułatwiały jej
koncentracji i wciąŜ budziły rozkoszne dreszcze.
– Gdy okazało się, Ŝe wracamy tego samego dnia, obiecałyśmy sobie, Ŝe
spotkamy się i kaŜda z nas opowie o tym, jak się jej udało uciec od świętowania, a
takŜe od trudnej codzienności...
– To miły pomysł – przyznał i delikatnie pocałował ją za uchem. – A wiesz, Ŝe
ja teŜ coś sobie obiecałem?
– T... ty obiecałeś sobie? – zapytała, nie skrywając ciekawości.
Tuląc ją do swojej szerokiej piersi, nagle wstał i trzymając ją w ramionach,
skierował się do sypialni.
– Obiecałem sobie, Ŝe zaraz pokaŜę ci, jak zamierzam kochać się z tobą kaŜdej
nocy przez resztę naszego wspólnego Ŝycia.
– Mmm... podoba mi się ta obietnica – mruknęła, przeciągając się jak
zadowolona kotka.
EPILOG
Lustrując wzrokiem zatłoczony hol Międzynarodowego Lotniska O’Hare,
Megan namierzyła Kaylę, Gretę i jej małą córeczkę Lilly, siedzące we wnęce
nieopodal wejścia.
– CzyŜby panie czekały na mnie? – zagadnęła je wesoło.
– O, jesteś! – powitała ją radośnie Kayla. – Właśnie zaczęłyśmy się
zamartwiać, czy przypadkiem nie przegapiłaś swojego lotu.
– A potem przyszło nam do głowy, Ŝe moŜe skróciłaś swoją świąteczną
eskapadę, Ŝeby jak najszybciej znaleźć się w domu – dodała Greta.
Megan usiadła przy stoliku naprzeciwko obu koleŜanek.
– Mój lot z Knoxville rzeczywiście opóźnił się trochę z powodu burzy –
wyjaśniła im.
Dziewczyny roześmiały się. Wszystkie były w znacznie lepszych nastrojach niŜ
przed ponad tygodniem.
– No to opowiadajcie o swoich świętach. Kayla, jak się miewa twoja
przyjaciółka w St Croix? Jak potoczyły się sprawy w Houston, Greta?
– Zanosi się na to, Ŝe wuj Brodie będzie moim nowym tatusiem – ogłosiła Lilly
i ziewając, wdrapała się na kolana Grety. – Będziemy mieszkać w prawdziwym forcie.
– Naprawdę? – zapytały jednocześnie Megan i Kayla, po czym oderwały
wzrok od małej i skierowały go na jej matkę.
– Mów, Greta! – zaŜądała Kayla. Greta nie dała się prosić.
– Brat mojego zmarłego męŜa, Brodie, nauczył mnie, Ŝe miłość jest darem zbyt
cennym, Ŝeby go odrzucić. Mamy więc zamiar pobrać się. Gdy tylko Lilly i ja
spakujemy wszystko, natychmiast przyjedziemy do niego do Luizjany. On jest
wojskowym w stopniu kapitana i został oddelegowany do szkolenia Ŝołnierzy w Fort
Polk.
– Moje gratulacje – powiedziała Kayla i uśmiechnęła się promiennie.
Megan z całego serca przyłączyła się do gratulacji Kayli.
– Naprawdę podzielam waszą radość. – Gdy zauwaŜyła ten sam promienny
wyraz szczęścia na twarzy Kayli, zapytała: – Czy ty teŜ masz w zanadrzu jakąś
niespodziankę, Kayla?
– Faktycznie – śmiejąc się, przyznała Kayla. – Moja przyjaciółka nawet się nie
pokazała na tej egzotycznej wyspie. Zamiast siebie przysłała swojego brata.
Spryciara. Domyśliła się, Ŝe od dawna jestem zakochana w Marku, więc postanowiła
wystąpić w roli swatki. No i udało się jej. Pobieramy się w czerwcu, tuŜ po mojej
sesji. On pracuje w Dystrykcie Kolumbii, dlatego przenoszę się do Georgetown na
semestr jesienny.
– W ten sposób twoja najlepsza przyjaciółka będzie teraz równieŜ twoją
szwagierką – zauwaŜyła Megan. – To wspaniale!
– Wszystkiego najlepszego, Kayla – dorzuciła Greta. – No, ale co z tobą,
Megan? Czy spędziłaś święta tak, jak chciałaś? W ciszy i samotności?
– Szczerze mówiąc, nie.
– Nie wystawiaj na próbę naszej cierpliwości – poprosiła Greta. – Powiedz,
co się wydarzyło?
– Pewnie i ty teŜ kogoś spotkałaś – odgadła Kayla.
Megan uśmiechnęła się tajemniczo.
– Spotkałam absolutnie fantastycznego męŜczyznę. Ma na imię Lucas. Nie
pozwolił mi rozczulać się nad sobą. Nalegał, Ŝebym spędziła normalne, tradycyjne
ś
więta, no i...
– Przeprowadzasz się do Tennessee, czy on przyjedzie do Illinois? –
zainteresowała się Greta.
– Ja zamieszkam w Tennessee, gdy tylko zlikwiduję swoje mieszkanie –
oznajmiła uszczęśliwiona Megan. – Lucas i ja planujemy się pobrać, gdy tylko wrócą
moi rodzice z tej swojej egzotycznej wyprawy.
– Cudownie słyszeć, Ŝe i twoje sprawy ułoŜyły się tak dobrze, Megan –
powiedziała Kayla.
– A ja się cieszę, Ŝe wszystkim nam się udało – dorzuciła Greta i zerknęła na
zegarek. – Szkoda, Ŝe nie moŜemy zostać z wami dłuŜej, ale zaraz mamy samolot.
– Ja teŜ. – Megan sięgnęła po swoją torbę podróŜną.
– Dajcie mi wasze adresy – zaproponowała Greta. – Ja podam wam mój.
Bardzo chciałabym, Ŝebyśmy pisywały do siebie i moŜe jeszcze nieraz się spotkały?
Co wy na to?
– To wspaniały pomysł. – Megan wyciągnęła ze swojej torebki notesik i
długopis. – Zapiszę wam mój nowy adres w Tennessee – powiedziała z dumą.
Po wymianie wszystkich adresów i solennym obiecaniu sobie nawzajem, Ŝe na
pewno będą utrzymywały kontakt, uściskały się i pobiegły. KaŜda do swojego wyjścia.
Ich świąteczne wakacje okazały się stokroć lepsze, niŜ mogły to sobie
wyobrazić. Czy był to uśmiech losu? Cenny prezent pod choinkę! PrzecieŜ kaŜda z
nich znalazła swoją miłość, szczęście, no i... dwie nowe przyjaciółki. A wszystko dzięki
temu, Ŝe zbuntowały się i postanowiły nie obchodzić w tym roku świąt BoŜego
Narodzenia w sposób tradycyjny. Chciały uciec od rutyny, uciec w nieznane...
Ale tak naprawdę, to od czego uciekały? Czy tylko od świątecznej rutyny? Czy
moŜe od nieciekawej, pozbawionej miłości, codzienności?