background image

 
 
TOMASZ JASTRUN 

GORĄCY LÓD 

 
29 POWAŻNYCH I NIEPOWAŻNYCH  
OPOWIADAŃ O MIŁOŚCI NIEMIŁOŚCI 
 

 
 
WYDAWNICTWO 
JACEK SANTORSKI & CO 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„Miłość to pierwsza faza procesu rozmnażania się”. 

Biolog 

 
  „Ziemia kręci się wokół miłości”. 

Anonim 

background image

 
MORDERCA I DZIECKO 

 
 
Usta  były  tylko  pretekstem,  kiedy  wznosiłem  się  na  fali,  nie  interesowały  mnie;  ale 

pamiętałem,  że  u  wielu  kobiet  to  w  wargach  mieszkają  nerwowe  zakończenia  serca.  Oddawała 
pocałunki  umiejętnie.  Potem  ssałem  jej  sutki  -  nie  wiem,  czy  to  możliwe,  ale  byłem  pewien,  że 
jedna  miała  smak  pomarańczy,  a  druga,  chociaż  nie  mniejsza,  dojrzałej  mandarynki?  W  końcu 
położyłem  ją  na  brzuchu  i  jak  namiętny  kocur  wgryzłem  się  w  kark,  szukając  granicy  bólu.  I 
znalazłem  ją. Językiem  pobiegłem  wzdłuż  kręgosłupa  ku  pośladkom.  Takie  pośladki  zdają  się  na 
chwilę przed wybuchem. 

Masowałem je delikatnie, a potem rozchyliłem jak kielich kwiatu, by obnażyć ten najbardziej 

delikatny  i  wstydliwy  z  otworów.  Potem  znowu  wróciłem,  tam  gdzie  ludzie  już  bardziej 
konwencjonalnie zwykli spełniać powinność wobec  - natury... rozkoszy... nudy...  I wypełniłem ją 
sobą po brzegi. 

Odsunęła się, jak to czynią kobiety, kiedy kochają się bez miłości. Znałem ten odruch, ale było 

mi przykro - należałem do samców, którzy potrzebują czułości tak przed, jak i potem. 

Ubrała się szybko i bezwstydnie. Rozbieramy się na wznoszącej fali, wtedy nawet największe 

niezręczności  są  na  miejscu.  Inaczej  jest  z  ubieraniem  się.  Wciąganie  majtek,  nie  mówiąc  już  o 
rajstopach,  rzadko  ma  wdzięk.  Ona  z  wdziękiem  założyła  rajstopy.  Poprawiła  makijaż,  po  czym 
usiadła z czymś na ustach, co nawet jeśli było uśmiechem, to nie uśmiechała się do mnie. Tak, było 
w  niej  coś  intrygującego.  Zwykle  tajemnica  znika  już  w  łóżku,  a  najpóźniej  po  wyjściu  z  niego, 
teraz było inaczej. Czułem się coraz bardziej poruszony tym,  czego w niej nie rozumiałem. Jakie 
nosi imię, ile ma lat? Mogła mieć mniej niż trzydzieści lub o wiele więcej - jej ciało, chociaż przed 
chwilą obnażone, nadal było dla mnie zagadką. 

Piętnaście  minut  temu  utknęliśmy  w  przypadkowym  i  ciasnym  korytarzu  wagonu,  przytuleni 

do  siebie  brzuchami.  Rozwiązanie  tej  sytuacji  miało  miejsce  w  moim  przedziale.  Nie  było  więc 
czasu na rozmowę. Zapaliła papierosa. 

-  Przepraszam,  nie  zapytałam,  czy  mogę?  -  mówiła,  wydmuchując  dym  w  bok,  w  stronę 

uchylonego okna, jakby już się stało i nie mogło się odstać. 

- Nie palę, ale nie przeszkadza mi, w porządku - powiedziałem, chociaż nienawidziłem, kiedy 

ktoś przy mnie pali. 

Pociąg  zakołysał  mocniej  biodrami,  jakby  chciał  mi  przypomnieć,  że  jadę  do  Paryża,  w 

przedziale sypialnym pierwszej klasy, że powinienem być tu ze swoją żoną, ale nagle zachorowała. 
Zamiast  niej  jest  ze  mną  kobieta  z  sąsiedniego  przedziału,  nie  znam  nawet  jej  imienia,  chociaż 
przed chwilą obdarowaliśmy się nawzajem tym, co budzi największą odrazę ludzi i najbardziej ich 
ekscytuje. 

Nie  lubię  pociągów.  Zawsze  czuję  się  w  nich  brudno,  nawet  w  kilka  dni  po  podróży.  Jakby 

pociąg uwięziony na szynach zbierał wszystkie brudy zaokien 

nego  świata,  a  przecież  po  tym  zbliżeniu  czułem  się  oczyszczony.  Tak  chyba  czuje  się 

drapieżnik, gdy trafia kłem w szyjną tętnicę swojej ofiary. 

- Czy mężczyzna, który jedzie z panią... - pytałem niby od niechcenia. 
Przerwała mi z uśmiechem. 
- Ten mężczyzna śpi na dole, ja na górze, nie tylko dlatego, że jest taki ciężki. I mów mi ty, to 

nieładnie zaglądać komuś w tyłek, a potem nadal mówić pani... 

Nie  jestem  nieśmiały,  ale  zawstydziłem  się.  Powiedziała  to  jednak  tak  naturalnie,  że 

wulgarność szybko wyparowała ze słów. Zadzwonił mój telefon. 

- Pozdrów żonę ode mnie - powiedziała. Wyświetlił się nasz domowy numer. Gasząc w panice 
aparat, poczułem, że gaszę niedopałek na dłoni żony. 
Wyrzuciła  papierosa  przez  okno,  przejrzała  się  w  lustrze,  poprawiła  makijaż;  wyszła, 

zamykając  drzwi  przedziału,  jakby  odcinała  tasakiem  wszystko,  co  nas  połączyło.  Nie  było  tego 

background image

dużo, wystarczyło dmuchnąć. Otworzyłem szerzej okno, miałem nadzieje, że przy okazji wyfrunie 
też niepokój. Włączyłem telefon, by zadzwonić do żony, nie było zasięgu. 

Miłość, czym ona jest po latach, po ranach, które sobie zadaliśmy, rozpięta na ścianach naszego 

domu  jak  skóra  niedźwiedzia...  ale  jest  też  inna  miłość,  ta  pochowana  w  szafach,  ukryta  w 
szczelinach podłogi. Kiedy kilka lat temu żona chciała ode mnie odejść, uczucia zaczęły wychodzić 
z ukrycia, zabiedzone, z wyleniała sierścią. Z jej kamizelki, ukrzyżowanej na wieszaku, wyfrunął 
mól. Rozzłociłem go w dłoniach, jakbym był Panem Bogiem, który uciekającej chwili robi zdjęcie 
z fleszem. I wpadliśmy sobie na powrót w ramiona. Jednak po paru miesiącach wdałem się w kilka 
romansów. Jakbym chciał zapełnić jakąś szczelinę, jakbym nie wiedział, że ona nie ma dna. 

Wydawało  mi  się,  że  ktoś  stuka  do  drzwi.  Otworzyłem.  Stał  w  nich  on...  w  eleganckiej 

marynarce,  której  poły  wyglądały  jak  skrzydła  kondora.  Był  większy,  niż  myślałem.  Dla  takich 
ludzi powinny być osobne wagony. Poczułem trwogę, jak samiec na widok dwukrotnie większego 
przedstawiciela  tego  samego  gatunku,  gdy  obok  jest  samica  w  rui.  Mówił  ciepłym,  gardłowym 
głosem, było w nim coś łagodnego, zaskakująco łagodnego. Położył dziecinnym ruchem palec na 
ustach i wyszeptał - jeśli pan mnie wpuści, powiem coś... - rozejrzał się, jakby się bał, że ktoś może 
podsłuchać. Wcisnął się bokiem do przedziału, musiałem wejść na łóżko, by zrobić mu miejsce. 

-  Pan  się  nie  gniewa  -  powiedział  i  przysiadł  jednym  pośladkiem  na  zamkniętym  blacie 

umywalki, która skrzypnęła ostrzegawczo. 

Spróbowałem sobie wyobrazić, jak ją pokrywa, najpierw z przodu, potem od tyłu, ale nie dałem 

rady. Nie mieścił się nie tylko w mojej wyobraźni, ciasny przedział stał się nieznośnie mały. Był 
otyły, czułem jednak, że jego tusza, jak u słonia, jest osadzona na podkładzie z mięśni. Twarz miał 
jednak  łagodną,  nawet  ładną.  Sięgnął  do  kieszeni.  Pomyślałem  o  pistolecie,  chociaż  mógł  mnie 
rozgnieść gołymi rękami. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki dwa kieliszki i płaską 

butelkę koniaku. Nalał bezbłędnie jak kelner „Warsu”, biorąc poprawkę na kołysanie pociągu, 

podał mi kieliszek na dłoni nie mniejszej niż taca. 

- Zdrowie sąsiada - podniósł kieliszek. Zgłupiałem i gładko jak na przesłuchaniu ujawniłem 
swoje imię. Wypiliśmy. Przymknął okno i powiedział: 
- Napaliła panu, nie mogę jej oduczyć, choruję od dymu. 
Wiedział,  że  tu  była!  W  odruchu  samozachowawczym  kleciłem  jakieś  wyjaśnienie,  ale  nie 

układało  się  ono  w  eleganckie  kłamstwo.  Zanim  wyplątałem  się  z  kilku  nieskładnych  zdań, 
przerwał moją mękę i uroczyście dolał koniaku. 

- Wyluzuj się... ona ma nerwicę seksualną, jej macica... znicz olimpijski, wieczny ogień, tego 

nie da się ugasić, im częściej się go zalewa, tym bardziej płonie... rozumiesz pan...? 

Nie byłem pewien, czy rozumiem. Wolałem tego nie sprawdzać. Aby się pokrzepić, wypiłem 

koniak,  jak  połyka  się  pastylkę  na  uspokojenie.  Nie  wiadomo  kiedy  zawiązała  się  między  nami 
serdeczna nić, taką nić lepi pająk z lęku i z rozpaczy swoich ofiar. Zadał mi kilka pytań, stanowczo 
zbyt  osobistych  na  krótką  znajomość,  a  ja  odpowiedziałem  chyba  zbyt  szczerze.  Nagle  rozpłakał 
się.  Wyjął  z  kieszeni  chusteczkę,  kilka  drobnych  przedmiotów  wyleciało  z  niej,  tworząc  małą 
kaskadę dźwięków; podniosłem je usłużnie. 

Przejęła  mnie  delikatność  łez,  które  spływały  po  jego  zarośniętych  policzkach.  Najchętniej 

uciekłbym z przedziału, wagon nie daje jednak zbyt wielkich możliwości. Dopiłem swój koniak, a 
on,  nadal  płacząc,  pociągnął  z  butelki,  potem  podał  mi  ją  delikatnie,  jak  podaje  się  niemowlę. 
Wypiłem, mokra i ciepła szyjka butelki połączyła nas jak wspólna matczyna pierś. 

- Ja tak ją kocham, nie wyobrażasz sobie, ile we mnie miłości, kocham jej dłonie, palce u nóg... 

znamię na udzie... widziałeś? - gwałtownie zaprzeczyłem - twoja strata, nawet ten ogień w jej... też 
go kocham... A ona mi się wymyka, jak ona mi się wymyka... rozumiesz... 

Pociąg  znowu  mocniej  zakołysał,  a  ja  poczułem,  że  moja  głowa  kołysze  się  ponad  miarę. 

Uznał, że mu potakuję, i też pokiwał głową. Koniak trochę mnie znieczulił... ale monstrualność tej 
sceny  była  tak  wielka,  że  mogłem  obawiać  się,  czy  nie  zostanę  przez  nią  pożarty.  Słoń  z  małym 
ziarenkiem  pod  powieką,  krokodyl,  który  ociera  łzy  delikatną  chusteczką.  Ta  niemożliwa 
niezręczność zdawała się zadomawiać w przedziale. Dlatego ucieszyłem się, że zadzwonił telefon. 

background image

To była żona. Płakała. Cierpiała na nerki, ból był nie do zniesienia. Poczułem wielką ulgę, że jest, 
że chce dzielić się ze mną swoim cierpieniem. 

- Moja żona... - powiedziałem, tłumiąc czkawkę - rodzi... 
Pogratulował mi sceptycznie. Wyjaśniłem, że to tylko kamień. Nie zdziwił się... 
- Dobre i to, moja żona ma zdrowe nerki, ale ze mną nic nie urodzi... jestem impotentem. 
Chciałem  wyrazić  współczucie,  ale  nadal  miałem  wrażenie,  że  jestem  sam  na  sam  z 

oswojonym drapieżnikiem. Gdy wykonam nieostrożny ruch - zabije mnie. 

- Ja też bywam, czasami, każdemu zdarza się - powiedziałem pojednawczo. 
To  był  właśnie  ten  nieostrożny  ruch.  Wydawał  się  za  obszerny,  by  zmieścić  się  między 

łóżkami. Postanowiłem bronić się nogami... ale po chwili już wiedziałem - to nie na mnie poluje. 
Wydarł z łóżka prześcieradło, jak kawał mięsa z boku gazeli. Myślałem, że chce mnie nim zadusić, 
higienicznie  -  ale  on  tylko  skłębił  prześcieradło,  które  jak  piana  wypełniło  przedział.  Rozdarł  z 
trzaskiem  materiał  jak  bibułkę,  oddzielił  kawałek...  kątem  oka  ujrzałem,  że  tam  właśnie  nasze 
wydzieliny narysowały kontynent, jakiego nie ma na mapie świata. 

Powstała sytuacja, którą można by nazwać niezwykłą, ale jakoś ciężko było mi podziwiać jej 

nietypowość. 

Ujrzałem, że przeciska się do drzwi, ze swoim białym ochłapkiem  - na pożegnanie rzucił mi 

niemal pustą butelkę. Powiedziałem - dziękuje - co pewnie zabrzmiało idiotycznie. Zablokowałem 
drzwi i opróżniłem butelkę. 

Zostałem  sam  w  przedziale,  przepełnionym  wonią  potu,  męskich  perfum  adidas  i  koniaku. 

Teraz  dopiero  uświadomiłem  sobie,  że  nie  pamiętam  jej  zapachu.  Ja,  który  nieraz  imponowałem 
kobietom,  gdy  pochylając  się  nad  dłonią,  szyją  lub  policzkiem  bezbłędnie  wymieniałem  rodzaj 
perfum. Nie pachniała. Czy więc była tu na pewno? 

Obejrzałem okaleczony kłębek prześcieradła. Był złachmaniony jak moja dusza. Z sąsiedniego 

przedziału  dobiegły  mnie  odgłosy  kłótni.  Przystawiłem  ucho  do  ścianki,  ale  słyszałem  już  tylko 
stukot  kół  pociągu.  W  ten  stukot,  jak  w  rytm  serca,  wkradła  się  niemia-  rowość.  Ktoś  pukał  do 
moich drzwi... ten dźwięk był uparty, ale nie natarczywy. Postanowiłem, że mnie nie ma. Pukanie 
słabło, w końcu zamilkło. Za to działo się coś, w dalszej części korytarza. Włożyłem zatyczki do 
uszu i  poszedłem spać. Nie zastanawiałem się,  dlaczego pociąg stanął  na jakiejś  małej  zapyziałej 
stacji, aby znowu ruszyć. 

Obudziło  mnie  słońce.  Okolice  Paryża  tonęły  w  zieleni.  Tu  nawet  drzewa  zdawały  się  mieć 

swoją niezwykłą historię. Zadzwoniłem do żony - urodziła kamień, miał trzy milimetry długości. 

Pokrzepiony  dobrymi  wieściami  z  domu,  zrobiłem  kilka  przysiadów  i  dziesięć  pompek.  Na 

podłodze  chrobotał  jakiś  przedmiot...  ożywiony  ruchem  pociągu,  zataczał  się  biały  plastikowy 
flakonik,  znak  serca  czerwienił  się  na  nalepce.  Lekarstwo  pewnie  wypadło  z  kieszeni  mojego 
wczorajszego  gościa,  kiedy  wyjmował  chusteczkę.  Wsadziłem  flakonik  do  kieszeni,  by  z 
mieszanymi  uczuciami  wyjść  na  korytarz  -  należało  go  oddać,  ale  nie  paliłem  się  do  spotkania. 
Drzwi sąsiedniego przedziału były zamknięte. Na podłodze bieliła się otwarta koperta. Podniosłem 
ją. W środku leżał zwinięty strzępek prześcieradła. Wsadziłem go w panice na powrót do koperty i 
niby przypadkiem upuściłem na podłogę. Po czym zaszyłem się u siebie. 

Drzwi sąsiedniego przedziału były zamknięte też w dwie godziny potem, kiedy pociąg stawał u 

kresu podróży na Gare du Nord. Chyba nawet odetchnąłem z ulgą, że wśród wychodzących nie ma 
tej  pary,  z  którą  łączyło  mnie  niepokojąco  wiele,  jak  na  przelotność  znajomości.  Stanąłem  na 
peronie przy oknie ich przedziału - było zasłonięte. Bagażowy już dźwigał moją walizkę na wózek, 
powstrzymałem go z gniewem, na który nie zasłużył. Takie propozycje postarzają mnie. 

Podszedł konduktor, trzymał w ręku kopertę. 
- To pana? Leżała na podłodze obok przedziału. 
Wsadziłem kopertę do kieszeni. Uginając się pod ciężarem walizki, klnąc, że nie skorzystałem 

z propozycji bagażowego, powlokłem się w stronę postoju  taksówek. Chciałem  wyrzucić kopertę 
do kosza... jestem jednak zbieraczem kuriozów i nie potrafiłem się z nią rozstać. 

background image

W  hotelowym  pokoju  podniosłem  żaluzje,  by  odsłonić  dachy  Paryża.  I  zaciągnąłem  się 

zapachem  hotelu  -  jeśli  jest  francuska  miłość,  jest  też  francuski  zapach,  który  mieszka  w  tanich 
hotelach tego miasta. 

Otworzyłem  walizkę,  wyjąłem  skrawek  prześcieradła.  Na  brzegu  naszego  „kontynentu”,  w 

miejscu, które można nazwać „przylądkiem drapieżnej nadziei”, widniał adres napisany szminką... 
Rue  St.  Dominique  57.  Z  moich  domysłów  można  by  zbudować  kilka  powieści  kryminalnych. 
Żadna jednak nie miałaby sensownej puenty. Czy życie jednak nie dopuszcza finałów bez sensu? 

Chyba od razu wiedziałem, że ciekawość będzie mocniejsza od niepokoju, zawsze tak jest w 

moim  poplątanym  życiu.  Ciekawość  sama  w  sobie  nie  jest  jednak  bronią.  Czułem  się  więc 
niepewnie,  kiedy  po  seminarium,  uzbrojony  jedynie  w  mapę,  ruszyłem  na  poszukiwanie  rue  St. 
Dominiąue. Głowę miałem pełną gwaru rozmów, wypełnioną w przerwach spotkania - seminaria są 
przecież tylko kosztownym pretekstem, ich istotą są przerwy i nieobecności na wykładach. 

Z  reguły  błądzę,  ten  dom  znalazłem  bez  trudu.  Schody  były  kręte  i  mroczne  jak  moje  myśli. 

Wszedłem na pierwsze piętro, po czym nagle stanąłem, jakby zatrzymał mnie własny cień. Byłem 
przecież  tylko  ćmą,  odważną  ćmą,  która  chciała  zbliżyć  się  do  ognia.  Zbiegając  po  schodach,  w 
panice, która biegła za mną odgłosem moich kroków, ujrzałem oczyma wyobraźni ten ogień. 

Minęły  niemal  trzy  lata,  zanim  ponownie  znalazłem  się  w  Paryżu.  Przyjechałem  z  żoną. 

Historię  mego  małżeństwa  można  opisać  dobrymi  i  złymi  tygodniami.  To  miał  być  nasz  dobry 
tydzień. Zdecydowaliśmy się na młodzieńczy lot do Paryża... na kilka dni. 

Wybrałem ten sam hotel. Powitał mnie jego zapach, nic nie zmieniony. I jak za dawnych lat, 

zamykając drzwi pokoju, przytuliłem żonę. Kochaliśmy się w pośpiechu, nad głową kołysał mi się 
smukły  obcas  damskiego  bucika.  Dawna  przygoda  z  pociągu  zmalała,  była  już  nie  większa  niż 
ziarenko piasku; ale czułem je i bałem się, by nie wpadło nam w jakieś intymne miejsce. 

W  pobliskiej  restauracji  zamówiliśmy  ostrygi,  potem  metro  wiozło  nas  bez  planu.  Na  ulicy 

padał deszcz słońca. Nagle poczułem, że okoliczne domy i sklepy układają się we wzór znajomej 
mi ulicy... 

Poznałem ją od razu... szła z małym dzieckiem. Nie było szansy na unik, wpadliśmy na siebie. 

Nie wydawała się zaskoczona, nie miała też wątpliwości, że ja to jestem ja... 

- Znajoma z dawnych lat... - wyjaśniłem żonie. 
- Poznajcie małego... ma dwa lata... Mikołaj... 
-  Jak  mój  mąż!  -  wykrzyknęła  żona,  która  zawsze  szalała  na  widok  małych  dzieci.  Żołądek 

skurczył mi się w pięść. A żona nadal czuliła się do dziecka... - Jaki cudowny chłopiec, podobny do 
naszej Moniki, kiedy była mała, patrz... 

Dostrzegłem  to  podobieństwo  od  razu.  Kształt  brwi  w  mojej  rodzinie  wędruje  przez 

pokolenia... są lekko uniesione, jakby zdziwione. 

- Wszystkie ładne dzieci są do siebie podobne - odparłem oschle. 
- Niepodobny do pani, pewnie podobny do pani męża? - mówiła żona. 
- Mój mąż umarł trzy lata temu, w pociągu... - powiedziała jakby nigdy nic. I uśmiechnęła się. 
Zapadło niezręczne milczenie.... poprosiłem o numer telefonu, chociaż nie chciałem się z nią 

spotykać, już raczej wymazać to spotkanie mokrą ściereczką. Potem odciągnąłem żonę od dziecka... 
pomachało nam rączką, a potem utkwiło we mnie wskazujący paluszek, jakby mówiło: to on! 

 
 
 

URODZINY 

 
 
Obraz zajmuje niemal całą ścianę. Namalował go artysta, którego znał jej mąż, ona poznać go 

nie  zdążyła.  Płótno  zawisło  w  mieszkaniu  w  przeddzień  wyprawy  męża  w  Himalaje,  z  której  nie 
wrócił - czekała na niego kilka lat, chyba nadal czeka? 

Na obrazie stoi łysiejący mężczyzna, w okularach, nagi, z aparatem fotograficznym w dłoniach, 

czarny  pyszczek  obiektywu  skierowany  jest  w  stronę  buzi  dziecka.  Postacie  odbite  są  w  lustrze, 

background image

dlatego  kilkuletnia  dziewczynka,  która  spogląda  na  gołego  człowieka  z  zagadkowym 
półuśmiechem,  patrzy  zarazem  ku  nam  z  całą  siłą  dwuznacznego  spojrzenia.  Jest  niepokojąco 
podobna do niej, kiedy była mała. Czy to możliwe, że Robert pożyczył jej fotografię, by pozowała 
malarzowi? 

Ten malarz to znany artysta, widziała go nawet w telewizji, słyszała, że krytycy zaliczają jego 

sztukę  do  realizmu  magicznego.  Obraz  jest  perwersyjny  nie  tylko  dlatego,  że  nagość  mężczyzny 
kontrastuje  z  delikatnością  dziecka,  jest  coś  lubieżnego  w  półuśmiechu  dziewczynki,  a  męski 
kłębek płciowy wydaje się tylko czekać na znak jej powieki, by się rozwinąć. 

Niepokoi ją ten obraz, gdyż kojarzy się ze śmiercią męża. Niepokoi uśmiech dziewczynki, jej 

podobieństwo  do  niej,  a  obnażona  płeć  jakoś  nie  przystaje  do  łagodnej,  interesującej  twarzy 
polskiego inteligenta - gatunek człowieka, który wydaje się na wymarciu. 

Taki łysawy, z małą bródką, myślące oczy oprawione nieśmiało w okulary - lubiła takich. 
Od  chwili  zaginięcia  Roberta  nie  interesowała  się  mężczyznami.  Wygnała  ich  ze  swojej 

wyobraźni. Jedyny, który codziennie bywa w jej domu, stoi nagi na tym obrazie. 

Pracuje  w  biurze,  nie  w  jakimś  ważnym  urzędzie,  już  dawno  odłożyła  swoje  zawodowe 

ambicje  do  szuflady.  Żyła  życiem  męża,  jego  sukcesami,  kolejnymi  ośmiotysięcznikami.  Często 
wyjeżdżał.  Tam  daleko  i  wysoko  zdradzał  ją  z  górami,  które  mogła  zobaczyć  w  wyobraźni;  z 
kobietami, których nie potrafiła sobie wyobrazić. Tych zdrad była prawie pewna, nie chciała jednak 
znać  szczegółów.  Mąż,  starszy  od  niej  o  dziesięć  lat,  był  jej  pierwszym  mężczyzną  i  zarazem 
ostatnim  -  fascynacją  wielką  jak  te  szczyty  z  lodowymi  językami.  Bywał  opiekuńczy,  stanowczy, 
świetny  facet  na katastrofy, ale przerażał  go dramat codziennego życia.  Chyba dlatego uciekał  w 
góry, gdy wracał - wydawał jej się zimny i obcy. Nie mieli dzieci, chyba on nie mógł? Oparła się 
jednak o niego całym swoim życiem, a on tak często znikał, by w końcu odpłynąć na zawsze. 

Jutro ukończy trzydzieści pięć lat; jest ładna, ale skromną urodą, która niczego nie podkreśla, 

niczym się nie chwali. Lubi półmrok, w swoim przytulnym mieszkaniu zapala mało świateł, tylko 
boczne lampki o stonowanym, miodowym świetle. 

Zwłok męża nigdy nie wygrzebano spod lawiny. Kiedy nie ma ciała, nie odbędzie się pogrzeb - 

nie ma więc grudek ziemi, które tak złowrogo i nadaremnie stukają w trumnę, ani ciętych kwiatów, 
które więdnąc więcej  mówią o śmierci  niż wszystkie mowy pogrzebowe świata. Może on jednak 
żyje? - czasami myślała. 

Jego koledzy dzwonili, potem przestali. Była dla nich jak wyrzut sumienia, jeździli na kolejne 

wyprawy i wracali. 

Świat  wydawał  jej  się  mdły,  bez  kolorów.  Ludzie  zmienili  się,  pieniądze,  narzekanie  na  ich 

brak, to główny temat rozmów; już nawet nie mówiono o pogodzie, a przecież była wiosna, która w 
Polsce potrafi odmieniać zieleń w wielu przypadkach trudnej gramatyki tego kraju. 

W letnie sobotnie popołudnie siedziała w fotelu i piła kawę. Telefon milczał jak zwykle. Już 

nie czekała, że ktoś zadzwoni z ważną wiadomością, dzwoniły tylko pomyłki  - czy to hurtownia? 
Starała się być grzeczna, co nie było łatwe. 

Piła  kawę  z  niebieskiego  kubka  z  misiem,  był  nieco  dziecinny,  ale  to  jej  ulubiony  kubek. 

Spojrzała na obraz  - czy nie wisi za wysoko? Zapuścił korzenie w ścianę, strach byłoby  go teraz 
ruszać.  Czy  ten  malarz  ma  żonę,  rodzinę?  Gdzie  mieszka?  -  na  pewno  w  Warszawie,  wszyscy 
wielcy mieszkają w Warszawie. Jak kocha się ze swoją żoną, czy odkłada wtedy na bok okulary? - 
na  pewno  tak.  Podwinęła  delikatnie  spódnicę,  położyła  dłoń  na  brzuchu  i  pozwoliła  palcom,  by 
zagłębiły  się  między  uda...  była  sucha  i  niechętna;  stałam  się  zwierzęciem  bezpłciowym  - 
pomyślała.  Znowu  jak  nietoperz  wplątało  się  jej  we  włosy  to  straszne  słowo  „wdowa”.  Widziała 
wtedy kobietę, która ma płeć wysuszoną na wiór. 

Obraz spojrzał na nią, zdziwiony tym, co zrobiła. Zarumieniła się. Nagle ujrzała, że na płótnie, 

w  miejscu,  gdzie  ciemnieje  podbrzusze  mężczyzny...  coś  się  stało...  Zamknęła  oczy,  a  kiedy  je 
otworzyła, zobaczyła, że niewielki, chociaż wyraźny penis... nie jest już taki sam? 

Wstała i z bijącym sercem wyszła z pokoju. Po chwili jednak wróciła. Mężczyzna na obrazie 

miał wzwód. Chciała zadzwonić do kogoś, podzielić się swoim niepokojem, bliscy jednak stali się 
dalecy, bała się ośmieszenia. 

background image

Próbowała czytać książkę, nie mogła się skupić. Przez godzinę nie spojrzała na obraz. Potem 

wyszła  na  spacer.  Lubiła  drobny  wiosenny  deszcz,  kiedy  krople  uderzają  tak  delikatnie,  że 
uwalniają zapach z trawy, z ziemi i płyt chodnika. Szła bez celu, mogła więc spokojnie przyglądać 
się  sklepowym  wystawom.  Jak  te  ulice  zmieniły  się  przez  ostatnie  lata!?  Zawahała  się,  mijając 
pobliskie kino, nie potrafiła sama chodzić do kina. Gdy gasło światło, siadała obok samotność, by 
położyć zimną głowę na jej ramieniu, w miejscu gdzie on zawsze kładł swoją, kiedy nudził go film. 
Weszła do sklepu, szukała jak zwykle nowych owocowych jogurtów. 

W domu zaparzyła herbatę, otworzyła jogurt i u- siadła w fotelu. Polizała łyżeczkę, zamknęła 

oczy,  by  poczuć,  jak  smak  kokosu  cierpko  pieści  jej  podniebienie.  Spojrzała  na  płótno  -  członek 
mężczyzny  zmienił  swoją  postać.  Była  tego  pewna.  Prawie  pewna?  Niepokój  jednak  minął  - 
uśmiechnęła się - to przecież jest śmieszne, okropnie śmieszne - powiedziała do siebie. Postawiła 
krzesło  przed  obrazem,  stanęła  na  nim  i  wyciągnęła  dłoń  w  kierunku  mężczyzny,  nie  dotknęła 
jednak  płótna,  cofnęła  w  popłochu  rękę  -  pomyślała  -  okropnie  śmieszne,  a  ja  na  dodatek  się 
wstydzę. 

Usiadła  w  fotelu,  by  przytulić  się  do  stygnącej  herbaty.  Piła  powoli,  prawie  namiętnie, 

pojadając jogurtem.  Sięgnęła po książkę telefoniczną. Znała nazwisko artysty, okazało  się jednak 
bardziej  powszechne,  niż  można  się  spodziewać  -  imienia  nie  była  pewna?  Zajrzała  do  nowej 
encyklopedii powszechnej. Był tam! Miała więc imię i numer telefonu. 

Nie zamierzała dzwonić. Bała się znanych ludzi, a ludzi nieznanych, prawdę mówiąc, obawiała 

się niewiele mniej.  Co mogłaby mu  powiedzieć?  - pana obraz wisi w moim domu, męża nie ma, 
zginął,  a  pan  na  tym  obrazie...  jeśli  to  pan?...  dostał,  przepraszam  za  słowo...  wzwodu.  A  czy  ta 
perwersyjna dziewczynka to ja? 

Całkiem sprawnie powtarzała ten tekst w myślach. Numer telefonu malarza zapisała w notesie, 

wkrótce  jednak  gościł  na  stałe  w  jej  pamięci.  Nie  wiadomo,  jaki  impuls  skłonił  ją,  by  jednak 
zadzwonić.  Słońce  właśnie  chowało  się  między  domami,  liżąc  miodem  drzewa,  i  jak  zwykle  o 
zachodzie  ożywiły  się  ptaki,  przerażone,  że  słońce  zajdzie  raz  na  zawsze.  Ten  ostateczny  śpiew 
ptaków zawsze ją uskrzydlał. 

Gdy  usłyszała  męski  głos  w  telefonie,  chciała  odłożyć  słuchawkę,  powstrzymało  ją  poczucie 

przyzwoitości,  które  rosło  w  niej  od  dziecka  jak  drzewo  o  coraz  grubszych  konarach.  Mozolnie 
zbierała słowa. 

- Halo, tam jest ktoś? - męski głos pytał z lekką nutką zniecierpliwienia. 
- Jestem ja, przepraszam. 
Przedstawiła się i gorączkowo zaczęła mówić o obrazie, który wisi w jej mieszkaniu. Czuła, że 

potyka się o każde słowo, pomógł jej - tak, oczywiście, pamięta, jak może nie pamiętać, malował 
ten obraz długo, ale serdecznie, to ryzykowany obraz, prawda? Bardzo przeżył śmierć Roberta, nie 
zadzwonił, nie wiedział, co powiedzieć. 

Miał  młody,  ciepły  głos,  z  ciemnymi  pasemkami,  które  mogły  być  skrawkami  cienia  albo 

nawet smutku. 

-  Śmierć  zawsze  mnie  peszy,  ale  to  żadne  usprawiedliwienie,  gdybym  znał  panią,  ale  nie 

zdążyliśmy  się  poznać...  niech  więc  teraz  pani  przyjmie  wyrazy  współczucia...  Jak  to  się  stało, 
słyszałem,  że  nie  wiadomo...  Mam  nadzieję,  że  obraz  nie  powoduje  bólów  głowy,  jest  trochę 
nieprzyzwoity, znam ludzi, którzy skarżą się na moje obrazy, były nawet skargi na bezsenność... z 
Robertem chodziliśmy razem do liceum, nie wiedziała pani? 

Pozwoliła zasypać się słowami, szczęśliwa, że nie musi nic mówić, a słynny malarz nie gniewa 

się, jest nawet zadowolony, że zadzwoniła. Dobre słowa o Robercie były jak kubek gorącego mleka 
wylany  na  jej  zmarznięte  serce.  Nie  wspomniała  jednak  o  tym,  co  było  ukrytym  powodem  tego 
telefonu, malarz sam sprowokował ją pytaniem. 

- A jak się ma mój obraz? Dziewczynka nadal uśmiecha się, a może jest już kobietą? 
-  Dziewczynka nie zmieniła się... raczej ten człowiek... a to pan, prawda? 
- Skąd pani wie? 
- Nie wiem, tak pomyślałam. 
- To jestem chyba ja, ale taki... ja nie ja, tak bywa w sztuce... 

background image

- Coś zmieniło się chyba na obrazie... nie jestem pewna... ale to przecież niemożliwe, prawda? 
Roześmiał się serdecznie, chłopięco. Podobał mu się jej głos, była w nim ciepła bezradność i 

wdzięk,  który  wychylał  się  czasami  z  odstępów  między  słowami,  a  najmocniej  z  chwil 
zakłopotanego milczenia. 

-  Obrazy  zmieniają  się,  gdyż  my  się  zmieniamy  i  zmienia  się  świat,  ten świat  jest  bezczelny, 

prawda?  My  nic  a  nic  go  nie  obchodzimy.  I  jest  czas,  on  wszystko  zmienia,  czasami  robi  to 
podstępnie, nakłada nowe ramy na stare płótna. Dlatego po latach boję się spotykać swoje prace, to 
jak spotkać kogoś bardzo bliskiego, kto nagle jest obcy... ten obraz jednak chętnie zobaczę. 

Można więc powiedzieć, że sam się do niej zaprosił. Bała się tego spotkania, zarazem pragnąc 

go. Słyszała, że malarze gniewają się, że ich obrazy źle wiszą - a poza tym zanudzi go sobą, nie ma 
przecież nic do powiedzenia. Miał przyjść nazajutrz, po południu. 

Nie mogła zasnąć, przypomniała sobie ich rozmowę. Celebrowała własną odwagę; była pewna, 

że gdy mówił o upływie lat, jego słowa zasnuwały się chmurami. I zasnęła w tych chmurach. 

Obudził  ją  śpiew  ptaków,  które  odzyskały  nadzieję.  Była  rześka,  słoneczna  niedziela.  To  jej 

trzydzieste piąte urodziny. Kiedy myślała o swoim wieku, czuła w gardle grudkę goryczy, ale teraz 
grudka rozpuściła się w porannej krzątaninie. Po tej nocy czuła się wypoczęta, ale dopiero stojąc 
pod prysznicem, zrozumiała, że czuje się dobrze, po raz pierwszy od lat. 

Z  ręcznikiem  na  głowie  podeszła  do  obrazu.  Nic  nie  zmieniło  się  od  wczoraj,  czyli 

nieprzyzwoita zmiana utrwaliła się. 

- Świntuch - szepnęła i uśmiechnęła się na myśl, że tak mówi o kimś, kto jest w encyklopedii, a 

dzisiaj, nie do wiary, będzie jej gościem. 

Musi jeszcze posprzątać mieszkanie, upiec ciasto, malarz zapowiedział wizytę na piątą, to na 

szczęście  niezobowiązująca  godzina.  Czy  zdąży?  Po  śmierci  męża...  śmierć!  -  po  raz  pierwszy 
pomyślała  o  tej  nieobecności  tak  jednoznacznie  -  jej  czas  płynie  szybciej  niż  innym  ludziom... 
Coraz  częściej  czuje  się  żółwiem,  który  zagrzebał  się  w  piasku.  Kiedy  weszła  do  kuchni,  noże  i 
garnki  powiedziały  -  nie  zdążysz.  Dzień  przechylił  się  jak  klepsydra  i  usłyszała,  jak  ze  szmerem 
uciekają minuty. Ale po godzinie pracy już wiedziała; tym razem czas płynie inaczej... życzliwie. 
W południe sernik był gotowy. Znalazła też dwie butelki włoskiego wina, sprzed niepokojąco wielu 
lat. 

Przyszedł punktualnie. Kiedy otworzyła drzwi, spojrzała za wysoko, pewnie ze strachu, a może 

dlatego,  że  był  niższy,  niż  myślała.  Uścisk  jego  dłoni  był  miękki,  właśnie  taki,  jakiego  się 
spodziewała.  Przyniósł  tulipany,  kwiaty,  które  najbardziej  lubiła.  Skąd  wiedział?  Już  w  progu 
poczuł  zapach  ciasta  i  zaciągnął  się  nim...  Przyznał  się,  że  uwielbia  sernik,  a  w  mieszkaniach 
najbardziej  lubi  kuchnie.  Usiedli  więc  w  kuchni.  Poprosił  o  kawę,  sobie  zaparzyła  herbatę. 
Pokonując zmieszanie, po raz pierwszy spojrzała na niego uważnie. 

Miał  ponad  czterdzieści  lat,  czyli  nieco  więcej  niż  na  obrazie,  ale  to  był  on  -  nagi  pan  z 

aparatem. Jego bródka jeszcze czarna na płótnie, u niej w kuchni dreptała w kierunku siwizny. 

Był  bezpośredni,  skupiony  w  sobie,  lecz  nie  na  sobie.  Opowiadał,  że  w  malowaniu 

najtrudniejszą rzeczą jest... nie wierne odrysowanie ludzi i rzeczy, tak się wydaje laikom, a oddanie 
gry światła i  cienia. Przez chwilę wspominał  Roberta, ale szybko wyczuł, że lepiej  mówić o nim 
niewiele. Zjadł aż trzy kawałki ciasta. Poczuła, że odniosła sukces - pierwszy od lat. 

Jedząc, myślał... jest jakoś ładna, ale taką trudną urodą... i miła... Zebrał się w sobie, to nie było 

łatwe, i powiedział: 

-  A  teraz  zobaczymy  mój  obraz,  naprawdę  umieram  ze  strachu  -  roześmiał  się,  ale  w  tej 

wesołości był niepokój. 

Chciała  go  zatrzymać,  uprzedzić,  przestraszyła  się  -  pomyśli,  że  stało  się  to  z  jej  winy,  ale 

ogarnęły ją wątpliwości, może ma jakieś omamy? 

- Wiszę w salonie? - zapytał z ironią, jakby chciał podkreślić wieloznaczność słowa „wisieć”. 

Wyjaśniła - jest tylko pokój i salonik, na szczęście nie taki mały, pan maluje duże obrazy. 

-  Tylko  duże,  za  duże,  to  wielu  ludziom  sprawia  kłopot,  szczególnie  tym,  którzy  mają  małe 

mieszkania - powiedział... a widząc, że speszyła się, szybko dodał - przepraszam, nie to miałam na 
myśli. 

background image

Stanął naprzeciw obrazu, patrzył najpierw spod pochylonego czoła... była w tym pokora, ale też 

heroizm artysty, który po latach spotyka się ze swoją sztuką. Nagle napiął mięśnie, wyglądał teraz 
jak zapaśnik, który mocuje się sam ze sobą. 

Stała w progu zdziwiona, że jest tak beznadziejnie, tak głupio zdenerwowana.  Zdjął okulary, 

przetarł je i popatrzył na nią. Miała wrażenie, że ma wilgotne oczy, ale to było chyba złudzenie? 
Włożył okulary i zbliżył się do płótna. Potem odsunął się, wzruszył mocno ramionami, jakby chciał 
coś z nich zrzucić. 

- Pani wybaczy, że o to pytam, ale czy ktoś... czy ktoś przy nim majstrował, mam na myśli... 

domalował coś...? 

Poczuła, jakby ją uderzył... oparła się o framugę drzwi. 
- Domalować? Przysięgam, ja nie! 
- To zdumiewające, w takim razie nic nie rozumiem - powiedział. 
Usiadła w fotelu, odetchnęła głęboko. 
-  Nie  wiem,  czy  myślimy  o  tym  samym,  ale  ja  też  zauważyłam,  dostrzegłam  to  wczoraj,  a 

jeszcze  kilka  dni  temu  tego  nie  było,  coś  się  zmieniło  w  obrazie,  dlatego  dzwoniłam...  ja 
próbowałam to przecież powiedzieć panu przez telefon. 

- Czy myślimy o tym samym? - popatrzył jej w oczy, ale szybko uciekł ze spojrzeniem. 
Czuła się jak na egzaminie. 
- Chyba zmienił się pan, przepraszam, ten mężczyzna na obrazie, nie wiem, jak to powiedzieć... 
-    Ma...  ja  mam...  to  znaczy  on  ma  wzwód  -  powiedział  i  zdjął  okulary,  by  jeszcze  raz  je 

przetrzeć. 

- Chyba tak - powiedziała i odetchnęła z ulgą. Jednak nie myliła się! 
Podszedł  do  obrazu,  badał  go  uważnie,  poprosił  o  krzesło,  wszedł  na  nie.  Stała  z  boku  z 

wyrazem troski na twarzy. Mimo wszystkich obaw ujrzała jednak komizm tej sceny. Uśmiechnęła 
się, na wszelki wypadek tylko wewnętrznie. 

- Czy wyglądam jak lekarz wenerolog? - pytał, nie przestając badać podejrzanego miejsca. 
- Trochę tak - powiedziała, kryjąc uśmiech w skulonej dłoni. 
- Nic nie rozumiem, wygląda na to, że nikt tu nic... a pani ze mnie przecież nie żartuje, to nie 

jest jakiś dowcip? 

Popatrzył  na  nią  uważnie,  nie  groźnie,  tylko  jakoś  tak  smutno.  Jej  trwoga  mieszała  się  z 

rozbawieniem, bardzo chciało jej się płakać i śmiać zarazem. Zapewniła go pośpiesznie - nikt tu nie 
bywa pod jej nieobecność, a ona zupełnie nie potrafi malować, poza tym ma szacunek dla sztuki. 

-    Mówi  pani,  że  to  tak  od  niedawna...  zdumiewające,  byłbym  gotów  uwierzyć,  że  tak  było 

zawsze.  Pamiętam  jednak,  jak  malowałem  ten  obraz,  ten  właśnie  fragment  -  postawił  mocny, 
niemal dramatyczny akcent na „ten właśnie” - a więc ten właśnie fragment sprawiał mi szczególną 
trudność,  wielką  trudność,  chciałem,  by  to  miejsce  było  dyskretne,  obraz  jest  ryzykowny, 
wiedziałem  o  tym.  A  teraz  zrobił  się  okropnie  wulgarny...  -  mówił,  jakby  miał  do  kogoś  żal, 
zamilkł, po czym  ciągnął  dalej bardzo zatroskany...  - to  już jest seksualne molestowanie dziecka, 
sama pani przyzna... 

Zszedł  z  krzesła  energicznie,  aż  jęknęła  podłoga.  Patrzył  w  jej  stronę,  ale  unikał  spotkania 

oczu. Za to ona spojrzała teraz na niego odważnie, otwartą i uczciwą twarzą. Jak można było jej nie 
wierzyć, już bardziej nie ufał sobie. Ale  jednak, nie! Był pewien, pamiętał, co wtedy namalował. 
Nagle  uśmiechnął  się,  jakby  zrezygnowany.  Szybko,  niemal  gorliwie  odpowiedziała  mu  tym 
samym. Teraz poczuła, że już nie potrafi się powstrzymać... i wybuchnęła śmiechem. Zawahał się i 
dołączył do niej. 

Trzymał się za brzuszek, który coraz wyraźniej rysował się pod koszulą, rechotał tak zabawnie, 

że jego śmiech nie pozwalał zgasnąć jej rozbawieniu; ale ze śmiechem bywa podobnie jak z ogniem 
- kiedy jest zbyt gwałtowny, gasi sam siebie. 

Milczenie, jakie zapadło, było na początku nieco kłopotliwe. Nie pozwalała sobie na wesołość 

od  tak  wielu  lat,  że  czuła  się  oszołomiona,  jakby  wyszła  z  dusznego  pomieszczenia  na  mroźne, 
górskie  powietrze;  a  on  wstydził  się  swojego  chichotu  -  wiedział,  że  wydaje  z  siebie  osobliwe 

background image

dźwięki,  ćwiczył  inny  bardziej  estetyczny  śmiech,  ale  nie  opanował  go.  Po  chwili  konsternacji 
powiedział: 

- No to rozbawiliśmy problem, nie wiem jednak, czy sprawa nie zasługuje na powagę, mamy 

bowiem do czynienia z wydarzeniem cudownym, chociaż obraz nie dotyczy Matki Boskiej... pani 
jest wierząca? 

- Jestem,  ale po swojemu, rzadko chodzę do kościoła, więc nie uraził pan moich uczuć. Poza 

tym, ja nie wierzę w cuda. 

- Ja też nie, ale teraz chyba przyjdzie mi uwierzyć... 
-  A  może  było  już  coś  takiego  w  historii  sztuki,  myślę...  w  przypadku  dzieł  szczególnie 

wybitnych...? Popatrzył na nią podejrzliwie, mówiła jednak poważnie, więc jeśli nawet była w tych 
słowach naiwność, był też komplement, a jaki artysta nie jest głodny pochwał? 

Tłumaczył jej jak na wykładzie - nie słyszał, aby zdarzyło się coś takiego i obrazy zaczynały 

żyć  swoim  życiem.  W  przeszłości  palono  je,  przemalowywano,  dziurawiono.  O  zmianach 
samoistnych nie słyszał, były tylko te płaczące Matki Boskie i krwawiący Chrystus, ale to religijna 
histeria. 

- Może tak właśnie zaczyna się nowa era malarstwa?  - powiedział sarkastycznie. - Mój obraz 

inicjuje  erę  malarstwa  krnąbrnego  i  złośliwego.  Narządy  płciowe  na  obrazach  Rubensa  ożywają, 
falują  tłuste  pośladki  jego  kobiet,  faunom  rosną  penisy...  jaki  to  monstrualny  problem  dla 
historyków  sztuki,  horror  w  muzeach,  dzieciom  wstęp  zostanie  wzbroniony.  I  jakie  dramaty  dla 
żyjących artystów! 

Zamilkł, by jeszcze bardziej podnieść głos: 
- Przecież to  zdarzenie na moim  obrazie jest  destruktywne dla jego artystycznej  wartości! To 

prawie  kryminał!  I  oczywiście...  właśnie  mnie  musiało  coś  takiego  się  zdarzyć,  mam  już  takie 
pieskie szczęście. 

W  życiu  zwykle  przewidywał  złe  i  mroczne  zakończenia.  Przedwczoraj  w  jego  pracowni 

zabulgotały  rury,  jakby  jakiś  wielki  zwierz  płukał  gardło.  Pamiętał,  że  kiedyś  po  takim  płukaniu 
pękła jedna z rur i zalała mieszkanie sąsiadów, a zgromadzone w pracowni obrazy były zagrożone. 
Kiedy  w  panice  zadzwonił  do  administracji,  pytając,  co  ma  robić  -  młody  dziewczęcy  głos 
zaproponował,  by  wziął  pastylkę  na  uspokojenie.  Najgorsze,  że  skorzystał  z  tej  rady  -  co  go 
upokorzyło. Teraz te rury jakoś mu się połączyły z obrazem... nie sądził, by cała ta dziwna historia 
mogła się szczęśliwie zakończyć. 

Poprosił  ją  o  dyskrecję  w  sprawie  obrazu;  jeśli  coś  takiego  rozniesie  się  po  Warszawie,  to 

stanie się przedmiotem kpin. W swoim zafrasowaniu był dziecinny. Zobaczyła w nim nadąsanego 
chłopca i zupełnie przestała się go bać. 

- Może napije się pan wina? - zaproponowała. Lubił czerwone wino, zdziwił go wiek butelki, 

kiedy 

Mu ją pokazała. Robert przywiózł ją z włoskich Alp, gdzie szkolił młodych wspinaczy. O tym 

jednak  nie  wspomniała,  otwieranie  butelki  po  mężu  wydawało  jej  się  czymś  dwuznacznym,  lecz 
zdecydowała się bez wahania. 

Patrzyła, jak ostrożnie, ale precyzyjnie wchodzi korkociągiem w korek. Miał małe, misowate, 

ale  zręczne  dłonie.  Zanim  nalał  alkohol,  chciał  zabić  robaczka,  który  dzielnie  maszerował  po 
stoliku, jakby miał od dawna wyznaczony cel. 

- Niech pan tego nie robi - poprosiła - ja nie zabijam niczego, co żyje, mam już taką słabość. 
-  Rzeczywiście,  to  słabość...  ale  ładna  -  mówił,  niosąc  robaczka  na  dłoni  w  kierunku  okna, 

chociaż brzydził się robaków. 

Pił  wino  zbyt  łapczywie,  jak  na  człowieka,  który  bywał  często  we  Francji  i  we  Włoszech. 

Pochwalił wino. Po kilku kieliszkach poczuł się dobrze, prawie dobrze. Teraz, gdy zerkał na swój 
obraz, to, co jeszcze przed chwilą wydawało się nieszczęściem, złowrogą kpiną, widział jako coś w 
gruncie rzeczy zabawnego. 

Zwykle  nie  lubiła  alkoholu,  miała  słabą  głowę,  wiedziała,  że  musi  być  ostrożna.  Pytał  ją  o 

pracę. Poczuła się niewygodnie, miała taką szarą pracę. Przyznała się, że w swoim biurze z nudów i 
ze smutku zbiera uśmiechy ludzi. 

background image

- Jak to się robi? 
-  Zapamiętuję  uśmiechy,  mam  dobrą  pamięć,  a  ludzie  tak  rzadko  się  uśmiechają,  więc  to  nie 

jest trudne. 

- Co pani jeszcze zbiera? 
-  Smaki  jogurtów  -  powiedziała  prawie  szeptem.  Kiwnął  głową,  jakby  rozumiał  tę  słabość, 

kiedyś 

kolekcjonował  smaki  kobiet,  to  było  jednak  dawno.  Ona,  chociaż  znowu  czuła  się 

onieśmielona,  zapytała  go  o  dziewczynkę.  Nie,  nie  miał  nigdy  jej  fotografii,  namalował  dziecko, 
które przyśniło mu się pewnej nocy, a potem śniło się uparcie jeszcze kilka razy. Ta dziewczynka 
była podobna do córki sąsiadki, ale tylko podobna. 

- Teraz urosła i zbrzydła - westchnął z rezygnacją - ta córka sąsiadki, ma się rozumieć. 
Podeszła do biurka, by pokazać mu swoją fotografię z dzieciństwa. Patrzył długo i uważnie. 
- Wszystkie małe, ładne dziewczynki są jakoś do siebie podobne, ale tu nie do wiary, jest taka 

zbieżność wyrazu twarzy, zdumiewające! 

Pokręcił z niedowierzaniem głową. 
-  A  czy  pan...  bardzo  lubi  te  małe  dziewczynki?  Była  tak  przerażona  swoją  odwagą,  że  nie 

potrafiła 

tego ukryć, on jednak uśmiechnął się dobrotliwie. 
- Nigdy nie molestowałem dzieci, ale co na to poradzę, jest jakiś niezwykły erotyzm w małych 

dziewczynkach, w niektórych, ale ja nie byłem zagrożony nigdy, chyba nigdy...? 

Zadumał  się,  a  „chyba  nigdy”  zawahało  się  w  nim  jak  serce  dzwonu.  Nic  jednak  nie 

dopowiedział  i  wypił  kolejny  kieliszek  wina.  Niemal  bezwiednie  dała  mu  do  otwarcia  nową 
butelkę.  Kilka  razy  podszedł  do  swojego  obrazu,  jakby  chciał  dokonać  ostatecznej  ekspertyzy. 
Nagle  rozgadał  się  -  opowiedział,  w  jak  trudnej  sytuacji  jest  artysta  taki  jak  on,  który  uparł  się 
kontynuować sztukę, dla której płótno, farby, tradycja i literatura są istotą malarstwa. Dzisiaj sztuka 
wychodzi  poza  ramy,  szuka  sensacji,  rzyga  na  tradycję  lub  jej  nie  zna...  te  wszystkie  instalacje, 
spektakle to najazd barbarzyńców... 

Słuchała tego jak relacji dramatu ze świata, który jest odległy, ale bez trudu odnalazła w sobie 

żywe współczucie, nawet zaszkliły jej się oczy, kiedy zrezygnowany kilka razy powtórzył  - moja 
praca jest już bez sensu... 

Dowiedziała  się,  że  nie  ma  dzieci,  jego  żona  jest  lekarką,  lubi  ją,  ale  oddalili  się  od  siebie, 

wielokrotnie myśleli o rozwodzie, ale zawsze dochodzą do wniosku, że osobno będzie im jeszcze 
gorzej niż jest teraz. 

Chciała mu się zrewanżować czymś intymnym, ale nic takiego nie mogła znaleźć. Nie chciała 

mówić  o  Robercie,  a  w  jej  życiu  nie  było  przecież  nic  ciekawego.  Wypił  kolejny  kieliszek  - 
powiedział: 

- Zazdroszczę pani kolekcji uśmiechów i smaków, to zajmuje tak mało miejsca, a ja zmuszony 

jestem zbierać swoje obrazy, pani widzi jakie... jakie to... formaty - w głowie mu szumiało i plątał 
się  język  -  cała  pracownia  zawalona,  zapchana  piwnica,  nawet  mieszkanie,  to  dramat.  Trochę 
sprzedaję,  niechętnie  sprzedaję,  a  ludzie  niechętnie  kupują,  ten  typ  malowania  nie  jest  dzisiaj 
modny, a obraz sprzedany przepada albo jak ten oto popada w szaleństwo... Rozstaję się z płótnem 
jak z własnym dzieckiem, w obce ręce... 

Nagle kilka łez potoczyło się po jego zarośniętym policzku. Pośpieszyła z chusteczką, przyjął 

ją niechętnie, zdjął jednak okulary i wytarł oczy. Ona też się popłakała. Podał jej chusteczkę, nagle 
chwycił  jej  dłoń,  by  zamknąć  w  swojej.  Nie  broniła  się.  Zamknęła  oczy,  smakowała  jego  rękę, 
jakby to był uśmiechnięty jogurt, najcenniejszy okaz w jej kolekcji. Poczuła coś w dole brzucha... 
Pomyślała - nie jestem już wdową. 

- Mam prośbę do pani, do ciebie... możemy być na ty?... 
-  Tak  -  powiedziała,  a  to  „tak”  miało  w  sobie  rozległe  przyzwolenie  na  wszystko,  prawie  na 

wszystko. 

background image

Czekała teraz, że jego dłoń wyjdzie naprzeciw jej „tak” i że zmusi ją, by „tak” zawahało się, by 

w końcu zgodzić się na wszystko, na prawie wszystko... Nic takiego jednak się nie stało. Drgnęła, 
kiedy zaczął mówić, nie spodziewała się już słów. 

- Chciałbym przyjść tu z farbami i przywrócić mojemu obrazowi stan poprzedni, dobrze? 
Otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  niego.  Było  w  tym  spojrzeniu  coś  zaskakującego,  coś,  czego 

nigdy przedtem u niej nie widział. 

- Nie - powiedziała mocno, prawie ze złością. 
Przygarbił  się,  jakby  zapadł  się  w  siebie  i  półsennymi  dłońmi  wlał  reszkę  wina  z  butelki  do 

kieliszka,  po  czym  wypił  duszkiem.  Dostał  małej  czkawki,  zapytał,  gdzie  może  się  położyć, 
zaprowadziła go do łóżka, pomogła zdjąć buty. Położył się, okulary ustawił na stoliku szkłami do 
ściany  gestem  serdecznym,  którym  od  lat  zdejmował  je  przed  snem.  Przykryła  go  zielonym 
kocykiem.  Położyła  się  obok,  powiedziała:  -  A  ja  mam  dzisiaj urodziny  - ale chyba nie usłyszał, 
przytulił się do niej i zasnął. 

 
 
 
 

INTRUZ 

 
 
Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat, tyle samo lat ma nasza córka Maja. Wedle poważnych 

badań po siedmiu latach ma miejsce kryzys związku, ale naszego to nie dotyczy, był od początku 
kryzysem, chociaż kochamy się na swój sposób, nie ma przecież uniwersalnej miłości, każda jest 
odmienna. 

W  siódmym  roku  naszego  małżeństwa,  w  dniu  imienin  żony,  późnym  wieczorem  w  gęstym 

gwarze  przyjęcia  wkroczył  w  nasze  życie  pewien  mały  przedmiot.  Prezent  opakowany  był  w 
różowy  papier,  żona  dostała  go  od  swojej  przyjaciółki  Marzeny,  kobiety  wyzwolonej,  ale 
nieszczęśliwej. Wibrator wychylił swoją cielesną główkę z opakowania tak nie- spodziewanie, że 
musieliśmy w panice chować go przed córką. 

- Mamo, co to za prezent, pokaż? - nudziła Maja. 
Sam byłem ciekaw, ale obejrzeć go mogłem dopiero wieczorem, kiedy goście poszli, a Maja 

już  spała.  Wibrator  był  na  baterię,  cienki  jak  palec,  nawet  nie  jak  kciuk,  patrząc  na  niego,  nie 
miałem żadnych kompleksów. Byłem trochę zdenerwowany, ale starałem się nie okazywać emocji. 
Nigdy przedtem nie miałem w ręku wibratora, czułem się trochę tak, jakbym dotykał faceta, dziwne 
uczucie.  Żona  wykazała  całkowitą  obojętność  wobec  urządzenia,  chociaż  podejrzewała,  że 
Marzena, dając nam taki prezent, coś miała na myśli. 

Nasze  życie  seksualne  płynęło  do  tej  pory  jak  rzeka  o  uregulowanych  brzegach.  Kiedy 

poznałem Stefanię, nie posiadałem wielu seksualnych doświadczeń, a ona miała ich chyba jeszcze 
mniej? Siedem lat związku wzbogaciło nasze erotyczne arsenały, ale jeśli mam być szczery, to w 
ostatnim roku ma miejsce stagnacja, a może nawet kryzys? Przybycie wibratora powitałem więc z 
pewną nadzieją i czułem się rozczarowany obojętnością żony. 

Tej nocy kochaliśmy się jakby z większą wiarą i nadzieją. Wibrator stał na stoliku i spoglądał 

pobłażliwie  na  nasze  wysiłki.  Następnej  nocy  żona,  chociaż  niechętnie,  postanowiła  sprawdzić 
urządzenie. Były z tym pewne kłopoty. Przy każdej próbie dostawała ataku śmiechu. Nie mógł być 
włączony, nie chciała, abym jej pomagał, nie mogło palić się światło, w końcu wsadziła go sobie 
sama.  Przypominało  to  zabieg  ginekologiczny,  nie  byłem  więc  dobrej  myśli.  Żona  miała  pełne 
napięcia oczy, zrezygnowaną twarz. Czułem, że dla dobra sprawy powinienem wyjść z pokoju, co 
zrobiłem pod pretekstem siusiania. Było to zręczne taktyczne posunięcie. 

Kiedy  wróciłem  do  sypialni,  aparat  brzęczał  jak  pszczoła,  która  nurza  się  w  kielichu  kwiatu. 

Stefania była podłączona do swojej ręki i skupiona na płci, która z kolei skupiła się na wibratorze. 
Była w tym wielokrotnym skupieniu jedność i harmonia. Dawałem znaki Stefanii, że już jestem  - 

background image

nie  zostałem  jednak  zauważony.  Zmierzała  samotnie  i  nieubłaganie  w  kierunku  szczytu,  była  jak 
czołg... już nic nie mogło jej przeszkodzić. 

Nigdy jeszcze nie widziałem u żony takiego orgazmu. Patrzyłem z boku na przebieg wydarzeń, 

mogłem  więc  go  sobie  obejrzeć  w  całej  okazałości.  Potem  przytuliłem  się  do  żony  dumny  z  jej 
orgazmu,  chociaż  mój  udział  w  nim  był  niewielki.  Podrapała  mnie  za  uszami,  jakby  chciała 
powiedzieć,  że  pozory  mylą,  że  jestem  jednak  współautorem  sukcesu.  Przytuliła  się  do  mnie  i 
szybko zasnęła. Czułem się trochę zaniedbany, ale szczęście żony spłynęło na mnie jak łaska i ja też 
smacznie zasnąłem. 

Kilka następnych wieczorów stało pod znakiem wibratora. Oboje nabraliśmy pewnej śmiałości, 

by  nie  powiedzieć  wprawy,  nauczyłem  się  wślizgiwać  między  żonę  i  wibrator.  Czasami  było  to 
kłopotliwe, ale na razie dobrodziejstwa nowej sytuacji przeważały nad niedogodnościami. 

- Mamo, tato, dlaczego tak mało ze mną rozmawiacie, mama mnie już nie przytula, a tata nie 

przychodzi do mojego łóżka na dobranoc? - zapytała nagle Maja przy kolacji. 

Popatrzyliśmy na siebie ze wzajemnym wyrzutem. Od kiedy kobiety poszły do pracy, celebrują 

swój  orgazm,  czytają  kobiece  pisma,  mają  prawo  jazdy  i  zwierzają  się  ze  wszystkiego  swoim 
przyjaciółkom - pogłębia się chaos w rodzinach, a ogniska domowe płoną bez żadnego porządku. 

- Jesteś już duża, a takie duże dziewczynki są mniej przytulane - powiedziała Stefania. 
- Dzisiaj opowiem ci coś fajnego na dobranoc - postanowiłem być lepszy od żony. 
Wieczorem  wtuliłem  po  omacku  swój  nos  we  włosy  córeczki,  które  jak  złoty  deszcz  leżały 

rozsypane  na  poduszce,  zaciągnąłem  się  jej  zapachem,  pachniała  marzeniami  i  ciepłym  mlekiem; 
wtedy nagle poczułem okropną pustkę w głowie. A w pustkę wkradła się myśl - co też moja żona 
robi teraz sama w sypialni? 

- Opowiadałeś mi, tatusiu, już kiedyś tę historię - pożaliła się Maja. 
-  Wszystko  kiedyś  już  było,  córeczko  -  powiedziałem,  połknąłem  szybko  swoją  życiową 

mądrość  i  pocałowałem  córkę  na  dobranoc,  by  pośpieszyć  do  sypialni.  Drzwi  były  zamknięte. 
Wpadłem w panikę. Minęło kilka nieznośnie długich minut, zanim żona je otworzyła. Wyglądała na 
nieprzytomną,  a  ja  poczułem  się  intruzem  we  własnej  sypialni.  Na  stoliku  leżały  szczątki 
opakowania.  Nie  wierzyłem  własnym  oczom  -  żona  kupiła  nowy  wibrator,  bardziej  okazały.  Na 
szczęście  pozwoliła  mi  wziąć  udział  w  całej  operacji,  poszło  gładko,  więc  domyśliłem  się,  że 
urządzenie  było  już  sprawdzane  przed  moim  przybyciem,  a  próba  wypadła  pomyślnie.  Oboje 
byliśmy  zaskoczeni,  jak  mocno  na  żonę  podziałał  nowy  aparat,  miała  aż  trzy  orgazmy,  to  nasz 
życiowy rekord! 

Nowy wibrator stał się tym trzecim - była żona, byłem ja i był on, wcale nie jestem pewien, czy 

wymieniam w odpowiedniej kolejności.  Żona dopuszczała mnie do spółki, ale musiałem wkładać 
pewien wysiłek, by nie być odstawianym na bok. Bywało, że udawało mi się wejść w puste miejsce 
po urządzeniu, ale nie ma co ukrywać, dostawałem już tylko ochłapki. Czasami więc zaspakajałem 
się sam na boku. 

Wibratory stanęły obok siebie zamknięte w szafce, w której żona trzymała biżuterię. Mniejszy 

otrzymał imię Maciek, większy Roman. I Roman na razie wykolegował Maćka. 

Nasza  córka  zaczęła  mieć  kłopoty  w  szkole.  Katechetce  powiedziała,  że  nie  ma  żadnych 

pewnych dowodów na istnienie Pana Boga i to może być równie dobrze Pani Bóg. Okazuje się, że 
dowiedziała  się  takich  rewelacji  od  Marzeny,  panie  zdążyły  sobie  pogadać  na  pamiętnych 
imieninach  żony.  Poszedłem  na  rozmowę  z  wychowawczynią,  po  raz  pierwszy  -  do  tej  pory 
chodziła żona. Dawno już nie widziałem równie jadowitej idiotki. Nie sadzę, by moje spotkanie z 
wychowawczynią wyszło naszej córce na zdrowie, zapewne będziemy musieli ją przenieść do innej 
szkoły.  Ja  też  chętnie  bym  zmienił  pracę,  ale  wokół  szaleje  bezrobocie.  Mam  zgryźliwego  szefa, 
zatruwa  mi  życie.  Słyszałem,  że  w  ramach  postępu  faceci  też  zaczęli  mieć  klimakterium,  on  jest 
tego żywym dowodem. Wracam późno do domu, żony zwykle jeszcze nie ma, córka jest u babci, 
żona odbiera córkę od babci, ale kłócimy się - czemu to ja nie odbieram córki, dziecko płacze, nie 
chce bywać u babci; potem na zgodę wszyscy troje zaczynamy oglądać telewizję, ale zaraz kłócimy 
się, jaki film oglądać. Córka mówi, że chciałaby mieć takich rodziców, jakich ma Zosia - głupiutka 
- nie wie, że mama Zosi jest alkoholiczką. 

background image

Żona jest sfrustrowana pracą nie mniej  niż ja. Poza tym  ciągle odchudza się, ale bez skutku. 

Dlatego  chce  iść  do  kina  na  jakiś  wesoły  film.  Nie  mamy  jednak  z  kim  zostawić  Mai.  Dzień 
zaczyna się przechylać w kierunku sypialni. Żona popada w zamyślenie, wycisza się, a mną telepie 
niepokój.  Zaczynam  chyba  tęsknić  do  dawnych  czasów,  kiedy  nasze  seksualne  życie  płynęło  jak 
spokojna rzeka wśród uregulowanych brzegów. 

Tego  dnia  byłem  pełen  najgorszych  przeczuć,  chociaż  mój  niepokój  nie  potrafił  przybrać 

konkretnych kształtów. Chyba intuicyjnie nauczyłem się czytać z zachowania żony, że idą burzowe 
chmury. Intuicja to była domena kobiet, ale od kiedy zmężniały, oddały nam cześć swojej intuicji, 
na dobre i na złe. 

Żona  była  czuła,  nawet  pocałowała  mnie,  kiedy  szedłem  się  umyć.  Co  ona  znowu  knuje?  - 

pomyślałem.  Wkroczyłem  do  sypialni  jak  na  pierwszą  linię  frontu  uzbrojony  w  mocne 
postanowienie - skończył się czas kompromisów, walczę o swoje prawa; o prawo do pieszczoty, do 
własnego  orgazmu,  a  przede  wszystkim  do  pierwszeństwa;  nie  mogę  zabronić  żonie  używania 
wibratora,  wiem,  jak  dla  niej  jest  ważny,  musi  być  jednak  drugi  w  kolejce,  po  mnie.  Żona  leżała 
grzecznie  w  łóżku  przykryta  kołdrą.  Miałem  wrażenie,  że  znacznie  wyszczuplała  przez  ostatnie 
tygodnie.  Wszystko  było  jak  za  dawnych  czasów,  do  chwili  kiedy  odsłoniłem  kołdrę.  To,  co 
zobaczyłem, zwaliłoby mnie z nóg, gdyby nie to, że już leżałem. 

Żona nie była sama. Przytulało się do niej jakieś monstrualne urządzenie. 
- Co to jest? - wydukałem. 
- To jest Arnold - powiedziała jakby nigdy nic. 
A  potem  wyjaśniła:  -  Arnold...  aparat  wielofunkcyjny  do  masażu.  Odkryłam,  że  może  też 

służyć jako wibrator. 

Chciałem zaprotestować, ale straciłem głos. 
- Zamknij oczy - poprosiła. 
Nie  musiała  prosić,  same  mi  się zamknęły,  gdy  ujrzałem,  że  szykuje  się,  by  wepchnąć  sobie 

tego olbrzyma w miejsce tak delikatne. Arnold był podłączony do prądu, co potęgowało grozę. W 
mroku, w którym pogrążyłem się dobrowolnie, usłyszałem warkot wielofunkcyjnego aparatu. 

Nie wytrwałem długo ukryty za powiekami. Aparat wydawał się złowrogim pasożytem, który 

upodobał sobie płeć Stefanii. Drżała jego drżeniem, wibrowała razem z nim i już nie było wiadomo, 
kto  komu  dyktuje  warunki.  Oboje  byli  podłączeni  do  linii  wysokiego  napięcia,  drżały  okoliczne 
domy,  dygotał  nawet  księżyc  przylepiony  do  drżącej  szyby.  Orgazm  zbliżał  się  szybko  i 
nieubłaganie.  Chciałem  w  tej  dramatycznej  chwili  być  razem  ze  Stefanią,  ale  ona  w  swoim 
zapamiętaniu  nic  już  nie  wiedziała  o  mym  istnieniu.  Zerwałem  się  do  ucieczki,  co  zapewne 
uratowało mi życie. 

Nie wiem, czy to żona tak krzyczała, czy coś w niej, co było ukryte i o wiele od niej większe!? 

Jakie to przedpotopowe drapieżniki skrywają nasze piwnice? Jakie niebotyczne siły w nas drzemią? 
W  sypialni  pękło  lustro,  a  w  oknach  okolicznych  domów  zapaliły  się  światła  i  stanęli  w  nich 
piżamowcy. 

Nazajutrz  Maja  nie  poszła  do  szkoły,  a  ja  nie  pojechałem  do  pracy.  Żona  była  zamknięta  w 

sypialni,  z  Arnoldem.  Maskując  drżenie  rąk,  zebrałem  w  pośpiechu  garstkę  ubranek  córki,  na 
pewno  nie  to,  czego  potrzebuje  mała,  rozpuszczona  dziewczynka.  Do  tej  samej  torby  wrzucałem 
swoje osobiste rzeczy. Jak żałosne wydały się te szczątki mojego dawnego życia! Maja płakała, nie 
chciała  jechać  do  babci,  ja  też  nie  chciałem.  Na  razie  jednak  nie  było  dla  nas  miejsca  w  naszym 
domu. 

 
 
 
 

GORĄCY LÓD 

 
 

background image

Wyspa była inna, niż sobie ją wyobrażał. Z samolotu ujrzał postrzępioną bryłę lodu rzuconą na 

gorące, błękitne morze. Dużo podróżował, dotychczas jednak uniknął spotkania z Kretą. 

Nie  lubił  tłoku.  Ale  był  już  początek  października  i  wielki  tłum  odleciał  do  chłodnych, 

jesiennych miast z nietrwałym łupem opalenizny. 

Miejscowość leżała na południowo- zachodnim wybrzeżu, wciśnięta między skaliste góry. Miał 

szczęście.  To  była  mała  osada,  zalążek  przyszłej  urbanistycznej  katastrofy.  Już  pierwszego  dnia, 
zaledwie  kilka  kilometrów  od  domu  odnalazł  szczątki  ruin  antycznego  miasta.  Mimo  wszystko 
jestem  w  lepszym  stanie  niż  te  ruiny  -  pomyślał.  Sprawdził  swoją  wyobraźnię  -  nadal  potrafił 
zaludnić pustynne miejsce tłumem z dawnych epok, odbudować domy i ulice. Wracał  z gorącym 
plastrem słońca na twarzy, w upale, który był tu na miejscu. 

Dostał cichy pokój z widokiem na morze, taki, o jakim marzył. Kiedy po raz pierwszy stanął na 

balkonie,  zaniepokoił  się  siłą  tego  krajobrazu,  mnogością  odcieni  błękitu  wody  i  nieba.  I  jak 
wyraźna jest jego samotność na tym tle. Popatrzył na książki ułożone pośpiesznie w krzywą wieżę 
na stoliku. Jak zwykle wziął ich za wiele. Były jakąś formą polisy ubezpieczeniowej. 

Zbliżał się wieczór i postanowił wykąpać się w morzu - nie zrobił tego od razu po przylocie, 

kiedyś tak właśnie zaczynał każde wakacje. Spóźniony, ale nie śpiesząc się - do małego chlebaka, 
który  pamiętał  jego  ramię  sprzed  kilkunastu  lat,  wkładał  ręcznik,  okulary,  maskę  i  rurkę  do 
nurkowania.  Ta  oszczędność  ruchów  zdziwiła  go,  zwykle  wszystko  robił  szybko,  za  szybko. 
Czyżby bał się, że nieostrożnym gestem zburzy równowagę ducha, którą tu odzyskał, coś, o czym 
w ostatnich latach niemal zapomniał? Przez chwilę zastanawiał się, czy wziąć ze sobą szkicownik? 
Zostawił  go  jednak  za  zamkniętymi  drzwiami.  Na  schodach  zatrzymał  się  i  za-  kołysał  w  sobie. 
Wrócił do domu, zabrał zeszyt i ołówek. 

Woda  cierpliwą,  łagodną  dłonią  układała  ledwie  widoczne  fale,  zdawała  się  nieskończenie 

przezroczysta. Rafy koralowe nie były tak bogate jak w Morzu Czerwonym, na dnie leżało niewiele 
muszli  -  po  jedną  zanurkował,  ale  wyjęta  z  wody  od  razu  zwiędła,  więc  pozwolił  szybować  jej  z 
powrotem na dno. Kilka kolorowych ryb zarysowało niebieskie i zielone podwodne krajobrazy. W 
wodzie odzyskiwał lekkość i młodość. Nie chciał jej stracić i nie śpieszył się na brzeg. 

Kiedy w końcu wyszedł, kuśtykając po kamykach, ujrzał, że jest sam na plaży, a słońce chowa 

się  za  górski  horyzont,  nadając  wszystkim  małym  i  dużym  rzeczom  przejmującą  barwę.  Biel  i 
wszelkie odcienie błękitu królowały za dnia, zmrok zalewał ten świat barwą ciepłego miodu. Poczuł 
chłód,  włożył  koszulę  i  wyjął  szkicownik.  Pochylał  się  nad  nim  przez  chwilę,  ale  już  na  progu 
zadania poczuł, że jest pokonany przez naturę. 

Gdzieś daleko ujrzał kobiecą postać. Od razu rozpoznał, że jest młoda. Zmartwiła go ta łatwość 

odróżniania  wieku  choćby  po  ledwie  widocznej  sylwetce.  Kiedyś  łudził  się,  że  przynajmniej  z 
daleka wygląda tak młodo, jak czasami zdarza mu się czuć. Młodzi nie mają wyobraźni, jak długo i 
uparcie  młodość  potrafi  żyć  w  ludziach,  nawet  jeśli  czas  przesunął  ich,  skotłował  i  pokaleczył.  O 
swoim  wieku  zawsze  myślał  -  zostałem  przesunięty,  nie  zestarzałem  się.  To  młodzi  określają 
starość tak arogancko, bez litości, śmiertelnie pewni, że ich nie dotyczy. 

Stanęła na skalnym występie i pozwoliła, by rozwiał ją wiatr; włosy, czerwoną sukienkę  - ta 

czerwień  zdawała  się  płynąć  z  jej  wnętrza.  Było  to  wyzwanie  rzucone  światu,  ale  też  intymna 
zabawa ze sobą, tak zachowuje się dziewczyna, kiedy nikt jej nie widzi. Stała za daleko, by dostrzec 
szczegóły.  Miała  chyba  bardzo  jasne  włosy,  była  szczupła...  Zamknął  na  chwilę  oczy,  a  kiedy  je 
tworzył, oddaliła się tak bardzo, że ostatecznie straciła wiek i płeć. 

Narysował nagą dziewczynę z wyciągniętymi rękami, a w tym pośpiesznym szkicu najpełniej 

uwyraźniły się pośladki. Zawsze miał słabość do zaokrągleń tej części ciała, w czym nie różnił się 
od wielu  słynnych artystów. Kiedyś studiował  rysunki na wazach greckich. Sceny z życia ludzi  i 
bogów  były  zaledwie  pięknym  znakiem,  czym  mogło  być  malarstwo  Hellady,  a  czego  nigdy  do 
końca nie poznamy. Ze współczesnych chyba tylko Picasso potrafił równie pewnie i lekko nadawać 
linii  boski  owal.  Czy  tej  subtelności  nauczyły  Greków  pośladki  ich  dziewcząt  i  chłopców?  Ale 
przecież równie subtelny zarys potrafi mieć główka penisa... 

Kiedy leżał w łóżku i nie mógł zasnąć, wziął go do ręki. We wczesnej młodości niemal zawsze 

zasypiał  z  tym  braterskim  uściskiem,  potem  oddał  swoje  seksualne  zwierzątko  udom,  dłoniom  i 

background image

ustom  kilkunastu  kobiet,  a  teraz  znowu  został  z  nim  sam  na  sam.  Nie  był  już  taki  zadziorny, 
niesforny, gotowy wstać na każdą myśl, a czasami nawet zupełnie bezmyślnie. W ostatnich latach 
zdarzało  się, że buntował  się jak stary pies, który już nie chce podnieść głowy. Wtedy wpadał  w 
panikę,  że  tak  już  będzie  zawsze.  Więc  kiedy  teraz  urósł  mu  w  dłoni  i  tak  ciepło  ją  wypełnił  - 
pomyślał - mniej mnie, ale nadal jestem, jeszcze jestem. 

Nazajutrz  zaopatrzony  w  sprzęt  pływacki,  książki  i  szkicownik,  wyruszył  na  poszukiwanie 

pustej  plaży.  Znalazł  ją  wykutą  w  skałach.  Rozglądał  się  uważnie,  jakby  brał  to  miejsce  w 
posiadanie. Czytał po  angielsku historię Krety, z naiwnym  niedowierzaniem  - jak to  możliwe, że 
tak potężne piękno krajobrazu nie obroniło wyspy  przed lawiną najazdów i  rzezi? Poszukał  innej 
książki i wrócił po latach do greckiej mitologii. Wiele zapomniał z tej okrutnej baśni, która przecież 
wypełniała po brzegi świat jego dzieciństwa. Czas jednak pozacierał boskie oblicza i charaktery, po 
latach  nawet  Atena  o  sowich  oczach  zaskoczyła  go  swoim  ptasim  spojrzeniem  i  paskudnym 
usposobieniem. Nie inaczej stało się z wieloma kobietami jego życia. Jaki kolor oczu miała moja 
pierwsza żona? - pomyślał - i uciekł od tego pytania, gdy ujrzał, że nie potrafi zobaczyć tych oczu, 
kiedyś zdawało się kochanych na zawsze, a jednak one też znikły w otchłani Tartaru. 

Upał  złagodniał,  ale  lektury  nałożyły  mu  gorącą,  niemal  bolesną  obręcz  na  czoło.  Z  ulgą 

porzucił książki i zanurzył  się w morzu. Woda była ciepła, więc nawet  po godzinie pływania nie 
było mu zimno. Czuł, że jest kołysany między krajobrazem nieba i morskiego dna, oba zdawały się 
zrobione z tego samego materiału. Nawet nie zauważył, że jest tak daleko. W nagłej panice, która 
rosła jak lawina, płynął ku brzegowi. 

Siedziała  na  kamieniu,  mieszała  wodę  nogą  jak  herbatę  w  bezbrzeżnej  szklance.  Było  coś 

intymnego w tej czynności, chyba znowu nie wiedziała, że jest widziana? Nie miał wątpliwości, że 
to  jest  ta  dziewczyna,  chociaż  dzisiaj  miała  niebieską  sukienkę,  a  jej  włosy  ściemniały.  Nagle 
zrozumiał, że myślał o nieznajomej przez cały czas, od chwili gdy ją zobaczył. 

Wynurzył  się  ostrożnie,  jakby  bał  się  spłoszyć  ptaka;  siedziała  blisko,  nadal  go  nie  widząc, 

mogło być w tym coś nieprzyzwoitego, ale nie było. Ludzie, szczególnie kobiety, gdy myślą, że są 
same, zdejmują staniki min i makijaży  - bywają wtedy bardziej obnażone niż bez ubrania. Ale w 
niej  było  coś  naturalnego,  jakby  nie  miała  już  czego  zdejmować,  chociaż  siedziała  ubrana  ponad 
potrzeby gorącej plaży, nawet jej niewątpliwa uroda zdawała się być naturalna. I samotność. 

W  końcu  dostrzegła  go,  spłoszyła  się,  ale  kiedy  uśmiechnął  się,  odpowiedziała  uśmiechem. 

Dobrze  się  czuł  z  maską  podniesioną  na  czoło,  z  płetwami  w  dłoni.  Jak  żołnierz,  który  wraca  w 
rynsztunku  po  wykonaniu  zadania.  Odruchowo  wciągnął  brzuch  i  wypiął  klatkę  piersiową,  a 
kamyki pod stopami nagle zmiękły. 

Wymienili  ze  sobą  kilka  grzecznościowych  zwrotów  po  angielsku  -  woda  jest  taka  ciepła, 

miejsce piękne. Poznał, że nie jest Angielką... mówiła jednak tak dobrze w tym języku, że mogła 
pochodzić ze Skandynawii lub z Holandii. Różnica między Holland i Poland jest na tyle mała, że 
często  przy  pytaniu  „where  are  you  from?”  dochodzi  do  nieporozumień,  chyba  sympatycznych. 
Polska  skrzyżowana  z  Holandią  byłaby  znakomitym  krajem,  a  tak  bez  tej  Holandii  to  są  pewne 
problemy. 

Pierwsza odkryła nieporozumienie. 
- Możemy chyba mówić po polsku? 
O tak, nie miał wątpliwości, że tak. Odgrzebał swoje rzeczy, schowane pod dużym kamieniem, 

spakował sprzęt i książki. Zapadało między nimi milczenie, które nagle zaczęło uwierać. Tak z nim 
bywa,  potrafi  mieć  swoją  wagę,  zdarza  się,  że  milczenie  przyciąga  milczenie  i  pogrąża  w  sobie 
milczących. 

- Do  zobaczenia -  powiedzieli  jednocześnie, odchodząc w dwie  różne strony. Nie wypadło  to 

grzecznie. 

Potem  zastanawiał  się  nad  tembrem  jej  głosu,  mierzył  i  ważył,  ile  było  w  nim  prawdziwego 

ciepła, jak wiele zwykłej grzeczności? Rozważał różnicę między „do widzenia” a „do zobaczenia” - 
bardzo mu ta różnica urosła. Wtedy nagle zrozumiał, że nie może sobie znaleźć miejsca, nie potrafi 
skupić się na książkach, nie pomógł nawet nocny spacer i prysznic gwiazd, zwykle niezawodny na 
niepokój. 

background image

Utracił  więc  spokój  wewnętrzny,  po  który  tu  przyjechał.  Przed  samym  sobą  nie  chciał  się 

przyznać, jaki był tego powód. Pomyślał - między nami jest mniej więcej czterdzieści lat różnicy. 
To był prosty rachunek, ale bardzo nie podobała mu się ta liczba. Chciał ją zaokrąglić w dół, nie 
udawało się. 

Dlaczego  jest  sama?  Jego  samotność  była  na  miejscu,  jej  była  nietaktem,  może  nawet 

wyzwaniem wobec świata. Czy jeszcze jestem częścią tego świata?  - Oczywiście, że nie, ty głupi 
stary kutasie! - powiedział na głos, a para spacerująca mrocznym brzegiem morza odwróciła głowy 
w jego stronę. Na szczęście mówili po szwedzku. 

Spał źle, obudził się z ciężkim kamieniem w ramionach, na którym były wyryte słowa - mam 

za  wiele  lat,  jak  to  się  stało,  przecież  przed  chwilą  byłem  młody.  W  pomieszczeniu  panował 
grobowy mrok, ale kiedy odsunął żaluzje, pokój po brzegi wypełniło morze i niebo. Są krajobrazy, 
na tle których wszyscy jesteśmy w tym samym wieku. 

Znowu pływał,  czytał i robił szkice  - chociaż nie należał do malarzy natury. Był zawieszony 

między sztuką nowoczesną a tradycyjną. Coraz bardziej czuł się gdzieś pomiędzy, był więc w tym 
współczesnym  świecie  u  siebie,  nie  u  siebie,  ale  czy  jego  młodsi  koledzy  nie  czuli  podobnie? 
Jesteśmy balonikami na nitkach, coraz wyżej i wyżej, a poczucie zagubienia zgubiło swój wiek. 

Pod wieczór żal mu było dnia, że odchodzi wypełniony wrażeniami po brzegi, ale taki żal nie 

boli. Poczuł się też wolny od swoich lat i chyba od zalążka uczucia do nieznajomej? Ile było w tym 
uczucia  do  własnej  młodości,  która  odeszła,  zostawiając  niezliczoną  ilość  znaków  na  piasku  i  na 
skale... wydawały się wyryte na zawsze, a okazały się tylko na chwilę. 

Nazajutrz  w  sąsiedniej  miejscowości  pożyczył  samochód.  Wspinał  się  pojazdem  na  jedno  ze 

wzgórz,  ryzykując  jeśli  nie  podarcie  opon,  to  lot  z  urwiska.  Kiedy  w  końcu  dotarł  na  szczyt, 
otworzył  się krajobraz, który był  tak mocny, że sprawił  mu  ból.  Jesteśmy stworzeni,  by dzielić z 
kimś piękno świata. Przypomniał sobie swój ostatni, samotny pobyt w Paryżu. To miasto do szpiku 
kości  upokarza  ludzi  samotnych,  podobnie  czuł  się  teraz.  Wyjął  zeszyt  i  naszkicował  krajobraz. 
Sam był zdziwiony, jak szybko, łatwo i lekko rysuje pejzaż, chociaż nie robił tego od lat. Zamknął 
zeszyt. Nie mogąc sobie znaleźć miejsca w ciszy i w samotności, która nagle stała się niewygodna, 
zjechał do osady. Krążył tam i z powrotem, pozornie bez celu jak stary myszołów. 

Szła  z  małym,  czerwonym  plecaczkiem  w  kierunku  plaży.  Plecak  obnażył  jakiś  fragment  ze 

swojego wnętrza, zapewne skrawek ręcznika, który wydał mu się bardzo intymny i czuły. Bardzo 
chciałby być w tym plecaczku, wszystko jedno w jakiej postaci. 

Uśmiechnęła  się,  kiedy  zatrzymał  się  z  głową  w  otwartym  oknie  na  wysokości  jej  nagiego 

pępka. Starał się nie spoglądać w ten pępek, ale jak mógł tego nie robić, skoro pępek gapił się na 
niego małym,  złotym  kolczykiem;  patrzył  niestety  też na jego siwe włosy, które widziane z góry 
ujawniały zapewne początek małej łysiny na czubku głowy. Dlatego wyszedł z samochodu i oparł 
się o drzwi wozu. 

- Czy mógłbym podzielić się z panią krajobrazem? Tam byłem... - pokazał miejsce palcem, jak 

dziecko pokazuje samolot. 

- Tu wszędzie ładne krajobrazy, jak pan chce je dzielić? 
Zaskoczyła go ta odpowiedź, speszył się, czuł sztywność swoich słów, ale brnął dalej... 
-  Jest  droga  na  szczyt...  proszę  popatrzeć,  też  myślałem,  że  nie  powinno  być  takiej  drogi,  ale 

jest,  niemal  ścieżka  ledwie  na  jeden  samochód...  Przykro  mi  było  tam...  że  nie  mogłem  się 
podzielić... 

- I pomyślał pan, żeby podzielić się ze mną? 
- Nie tylko z panią, najpierw podzieliłem się z kartką papieru. 
Podał jej swój szkic. Wzięła go i spojrzała najpierw przelotnie, ale po chwili wróciła pilnym 

spojrzeniem do kartki. 

- To pan... tak sam? - zapytała podejrzliwie. Przypomniała mu się wtedy odpowiedź Cypriana 
Norwida  na  podobne  pytanie,  zadane  mu  przez  pewnego  poczciwca:  -  „Tak,  sam  maluję,  bo 

mnie  nie  stać  na  lokaja”.  Nie  zasłużyła  na  tak  złośliwą  odpowiedź,  to  pytało  dziecko  w  niej... 
Intuicyjnie czuł, że ona lubi malarstwo, a naiwne pytanie przecież było komplementem. 

background image

-  Malowanie  jest  moją...  -  chciał  powiedzieć  pracą,  ale  to  przecież  było  coś  więcej,  to  była 

modlitwa, radość, zbyt często rozpacz... - tylko to umiem, a pani, czuję, zna się na malarstwie... 

- Chciałam pójść na akademię, poszłam gdzie indziej... 
- Na prawo? 
- Skąd pan wie? 
-  Każdy,  kto  ma  dzisiaj  trochę  rozsądku,  idzie  na  prawo.  Ja  jestem  nierozsądny  i  chciałbym 

pojechać teraz na lewo, zapraszam... 

-  Nadal  chce  się  pan  podzielić  tym  krajobrazem,  mimo  że  już  pan  się  podzielił  jako  malarz, 

cholernie udanie, tak mi się wydaje... 

Mówiła,  oddając  szkic,  delikatnie,  jakby  kartka  była  z  cienkiej  porcelany.  Schował  rysunek, 

celebrując  w  myśli  słowa  „cholernie  udanie”,  i  ucieszył  się,  że  nie  użyła  tak  modnego  wśród 
młodych  słowa  „zajebiście”,  którego  nie  znosił.  Wsiadła  do  samochodu.  Też  delikatnie.  Miała 
krótką  spódniczkę,  widok  jej  nagich,  już  opalonych  nóg  powodował  ssanie  w  dole  jego  brzucha. 
Droga była dramatycznie trudna, bez żadnych zabezpieczeń, a przepaście kusiły, więc skupił się na 
prowadzeniu;  żołądek  wolny  od  nieprzyzwoitego  ssania  pobiegł  w  stronę  gardła.  Kiedy  po  raz 
pierwszy jechał tą karkołomną trasą, nie bał się, teraz czuł lęk przestrzeni, który panicznie narastał. 

- Nie boi się pani? 
- Jest za ładnie, żeby się bać, chociaż pewniej bym się czuła, gdybym to ja prowadziła. 
Poczuł się dotknięty. 
- Kiedyś startowałem w rajdach... 
- Nie o to chodzi. Zawsze pewniej się czuję, kiedy sama prowadzę, chociaż ja okropnie kiepsko 

prowadzę, więc pewnie byśmy pofrunęli - roześmiała się. 

Pomyślał,  że  coraz  bardziej  wszystko  w  niej  mu  się  podoba,  ta  dziewczyna  zrobiona  była  z 

różnych delikatności ostrożnie ze sobą zlepionych. 

W  obłokach  kurzu  wjechali  na  szczyt.  Wybiegła  z  samochodu  i  stanęła  w  miejscu,  które 

przyprawiło  go  o  zawrót  głowy,  wolałby  już  samemu  stać  na  brzegu  urwiska.  Nie  mógł  jednak 
oderwać  oczu  od  dziewczyny,  kiedy  wiatr  znowu  rozwiewał  jej  włosy.  W  o-  piętej  bluzce  i 
spódnicy, niestety, jedynie to mogła mu dać do rozwiania. Żeby tylko jej nie zepchnął w o- tchłań - 
zaniepokoił się. Nagle jej szczupła sylwetka przypomniała mu statuetkę kobiety na nosie pędzącego 
autostradą rolls-royce'a. I lęk minął. 

Nazajutrz pojechali obejrzeć Knossos. Potem wschodnie wybrzeże. Trzeciego dnia spróbował 

ją  pocałować.  Trudno  całować  kogoś,  z  kim  jest  się  na  pan  -  pani,  więc  w  restauracji  na  skarpie 
przeszli  na  „ty”.  Pomogła  w  tym  butelka  wina.  Jednak  nawet  po  tym  uroczystym  akcie  dwa  razy 
powiedziała mu przez pomyłkę „pan”. 

- Traktujesz mnie zbyt poważnie, bardzo mnie to martwi - powiedział i rzeczywiście zmartwił 

się. 

Aby zabić to zmartwienie albo je ostatecznie rozognić, pochylił się, by ją pocałować. 
Powstrzymała  go  delikatnie,  bez  oburzenia  czy  zdziwienia.  Tak  zachowuje  się  kobieta,  która 

odmawia,  ale  nie  zamyka  drzwi.  Chciał  stać  w  tych  otwartych  drzwiach  jak  najdłużej,  nie  mając 
pewności, ale też nie tracąc nadziei. 

Ona  jednak  poszła  brzegiem  morza,  które  pomału  gasło  na  skraju  nocy,  chociaż  fale  nadal 

bieliły się żywą pianą. Snuł się za nią jak jej pokorny cień. Usiadła blisko wody. Położył się obok i 
wsparł  głowę  na  jej  kolanach.  Bał  się,  że  strąci  ją  jak  piłkę  -  nie  zrobiła  tego.  Pogładziła  go  za 
uszami, jak starego, siwego psa; a on jak pies próbował odtworzyć mapę z jej zapachów. Nie szukał 
już ust - pogodził się, że są niedostępne. Jak przypływ i odpływ zbliżał się do jej piersi, a one wolne 
od  stanika,  młode  i  twarde  nie  odtrąciły  jego  ust.  Ssał  je  łapczywie  jak  niemowlę,  raz  jedną,  raz 
drugą,  jakby  nie  tylko  sycił  się  nimi,  ale  karmił  je  sprawiedliwie  na  zmianę.  Rozkołysała  się  jak 
matka.  I  oboje  zasnęli,  by  dać  się  obudzić  przez  pierwsze  uderzenie  ciepłego  wiatru,  w  które 
wplotły się chłodne pasma października. 

Ponownie obudził się już w swoim łóżku, w środku nocy, jeśli ta noc miała środek? Poczuł się 

samotny, tak bardzo jak jeszcze nigdy w dorosłym życiu; i znowu zasnął, mała kropka pod wielkim 
jak noc znakiem zapytania. 

background image

Rankiem był  w konfuzji, nie wiedział, kim jest i gdzie jest? Nie był nawet pewien, czuje się 

dobrze czy źle? Wiedział tylko, że dźwiga wielki ciężar, spojrzał w lustro - czy to były te minione 
lata, które niosły pozacierane wizerunki jego twarzy? Zwykle pamięć naszej twarzy nakłada się na 
siebie, zmiękczając i łagodząc obraz obecny - teraz czuł, że ta jego twarz ostatnia jest na wierzchu, 
zupełnie obnażona. Dlatego goląc się, na wszelki wypadek nie patrzył w lustro. 

Odsłonił okno - pokój jak zwykle zalało światło, wypełniło morze, ale to światło nie wyjaśniało 

nic. Czy był z nią umówiony? Wyszedł z domu bez śniadania, głodny i obolały, jakby boksował się 
z  kimś  we  śnie.  Nagle  przypomniał  sobie,  mówiła  o  znajomych,  którzy  mieli  przyjechać, 
przypomniał  sobie  o  tym  w  chwili,  kiedy  ich  zobaczył.  Nie  było  więc  czasu  na  ucieczkę  ani  na 
godne wyjście naprzeciw w odpowiednio dobranej masce. Zresztą tylko maska młodości była tu na 
miejscu, a więc ta niedostępna. Śmiali się, chłopcy, dziewczęta... i była jakaś okrutna arogancja w 
ich młodości, w urodzie, w poniżającym wzroście chłopców. 

Kiwnęła mu głową na powitanie jak znajomemu sprzedawcy gazet. Odpowiedział kiwnięciem 

głowy  jak  sprzedawca,  a  widząc,  że  nic  od  niego  nie  kupią,  spojrzał  w  stronę  innych 
przechodzących. 

ZIELONE OCZY 

 
 
Tak  już  jest  w  życiu,  że  to,  co  naprawdę  fascynujące,  prędzej  czy  później  sprawia  cholerny 

kłopot. Miałem wiele kobiet, podejrzanie pięknych i  niepokojąco brzydkich, zbyt  dojrzałych albo 
niedojrzałych  jak  zielone  śliwki.  Jakby  nie  było  niczego  pośredniego,  a  może  ten  środek  omijał 
mnie w osobistym życiu. Te piękne, dobre i miłe dziewczęta - trudno uwierzyć, że takie są na tym 
brzydkim,  złym  i  niemiłym  świecie  -  były  po  prostu  nudne  jak  długa  i  serdeczna  śmierć  w 
puchowej  kołdrze. Po kilku  tygodniach takiego związku, gdy zbliżała się  chwila pocałunku  - usta 
otwierały mi się odruchowo do ziewania, jakbym był rybą wyjętą z wody. 

Ta kobieta przybyła do  mojego domu  pewnego  letniego  wieczoru. Najpierw jednak ujrzałem 

kota,  dorodnego  kocura  niewiadomego  pochodzenia  z  obróżką  i  dzwoneczkiem.  Przemknął  jak 
rudy duch przez uchylone drzwi mieszkania. To był bezczelny kot. Zachowywał się tak, jakbym to 
ja był  intruzem  u siebie. Ofuknął  mnie, a potem patrząc mi bezczelnie, niemal  lubieżnie w oczy, 
nasikał na ważne dokumenty leżące na biurku. Kiedy ratowałem papiery, rozorał mi pazurami dłoń. 
Wtedy  poczułem  tę  wielką,  pierwotną  siłę,  jaką  daje  człowiekowi  walka  o  jaskinię  własnego 
mieszkania.  Rzuciłem  się  w  pogoń,  przewracając  kilka  krzeseł,  a  rudzielec  w  panicznej  ucieczce 
stłukł wazon, cenną pamiątkę rodzinną, i schował się pod szafą. Próbowałem wypłoszyć go kijem 
od miotły. W mrocznych czeluściach pod szafą płonęły jego zielone ślepia. Włożyłem narciarskie 
rękawiczki, a nawet gogle, by chronić oczy. 

Ktoś natarczywie zapukał do drzwi. Stała w nich dziewczyna w czerwonym szlafroku, bosa; z 

jej długich, czarnych, kręconych włosów kapała woda. 

- On tu jest!? 
Nie czekając na odpowiedź, wbiegła do mieszkania. Ujrzała krajobraz po bitwie. Popatrzyła na 

mnie swoimi nieprawdopodobnie zielonymi oczami, na rękawice, gogle i trzonek od miotły, który 
trzymałem  jak  siekierę.  Musiała  skojarzyć  te  przedmioty  z  dramatem  kota,  który  miauczał  pod 
szafą. 

- Morderca! - krzyknęła i zamierzyła się, by mnie spoliczkować. Szlafrok otworzył się, a pełne, 

kształtne piersi  wysunęły  się jak dwa zwierzątka o sterczących różowych pyszczkach. Wydawało 
mi się, że spojrzały ironicznie w stronę moich ust. 

-  Świnia  -  powiedziała,  zawiązując  szlafrok.  Uklękła  i  zaczęła  wabić  swojego  rudzielca.  Ten 

nie 

dał się długo prosić, po chwili był w już w jej ramionach. Stanąłem na ich drodze. 
-  A  moja  ręka,  mój  wazon!  -  krzyknąłem,  żądając  jakiegoś  zadośćuczynienia,  choćby  słowa 

„przepraszam”.  Wybiegła  na  klatkę  schodową.  Ruszyłem  za  nią,  by  zobaczyć,  jak  zamykają  się 
drzwi piętro wyżej. 

background image

Nazajutrz od sąsiadek dowiedziałem się, że dziewczyna tydzień temu wynajęła mieszkanie od 

Rosjanina,  niejakiego  Obuchowa.  Widziałem  go  tylko  raz.  Z  jego  zębów  można  by  odlać  dwa 
dzbanuszki, złoty i srebrny. 

Mieszkanki  mojej  kamienicy  wyglądały  jak  gruszki,  które  już  spadły  ze  swojego  drzewa. 

Patrzyły na mnie jak na gwałciciela dzieci i staruszek. Teraz znalazły sobie nowy obiekt fascynacji. 
Były pewne, że to Ukrainka i prostytutka, która sprowadzi na dom nieszczęście. Nie wiedziałem, co 
tym myśleć - wiedziałem tylko, że skaleczenie na ręce paskudziło się przez tydzień. 

Chciałem  spotkać  sąsiadkę.  Ale  nic  z  tego.  Zapewne  wstawała  w  południe,  a  wracała  o  tej 

porze nocy, gdy śpią nawet ludzie cierpiący na bezsenność, czyli tacy jak ja. 

Moja  kolejna  narzeczona  należała  do  tych  młodych,  miłych  i  niedojrzałych;  aleja  byłem 

zakochany - a przynajmniej tak mi się wydawało. Późnym wieczorem po seansie filmowym szliśmy 
do mnie, gdy usłyszałem hałas, jakby ktoś w panice wbijał gwoździe w schody, coraz bliżej... nagle 
coś miękkiego wpadło mi w ramiona. Pachniała kiepskimi papierosami i dobrym alkoholem. 

- Morderca kotów i podglądacz  - powiedziała i  roześmiała się śmiechem podkreślonym przez 

perły, których krople pieściły jej obnażoną szyję. Zdjęła bucik na anorektycznym obcasie - dobrze, 
że  się  nie  złamał  -  powiedziała,  całując  obcas.  Oparła  się  o  moje  ramię,  wsunęła  but  ostrożnie  i 
czule na małą stopę. Popatrzyła na moją dziewczynę, jakby dopiero teraz ją dostrzegła. 

-  Z  nią  też  będziesz  się  pieprzył?  -  zapytała.  Moja  przyjaciółka  miała  minę  dziecka,  któremu 

ktoś ukradł misia - jak szalona zbiegła po schodach. Jej włosy musnęły mi twarz. 

- Co tu jest grane? Kim ona jest dla ciebie?! - krzyknęła już w mieszkaniu dziewczyna. 
Miała  żal,  że  nie  stanąłem  w  jej  obronie...  pozwoliłem,  by  potraktowano  ją  jak  dziwkę:  -  co 

znaczą  te  słowa  „też  będziesz  się  z  nią...”!?  Jak  tu  odpowiedzieć  na  takie  pytanie?  Po  kolejnym 
kieliszku  wina  była  już  pewna  -  mam  romans  z  tą  „kurwą  z  góry”.  Ujrzałem  zwłoki  tego,  na  co 
czekałem  przez  cały  dzień.  Mogłem  sobie,  co  najwyżej,  otworzyć  kanał  erotyczny  w  telewizji. 
Włączyłem telewizor. Potem szarpaliśmy się przez chwilę przy drzwiach, po czym moja narzeczona 
przestała nią być. Opuściła gwałtownie i na zawsze moje mieszkanie, jak pokład tonącej platformy 
wiertniczej. 

Poczułem, że jestem znowu sam, cholernie sam, wyrzucony przez fale na bezludną wyspę. Jak 

na rozbitka było jednak we mnie mało rozpaczy, a wiele złości. 

Spojrzałem na zegarek. Była trzecia w nocy. Ubrałem się w białą koszulę i czarną marynarkę. 

W połowie byłem mordercą, a w pozostałej części chłopcem, który gotów jest narozrabiać. 

Stałem  przed drzwiami  piętro wyżej.  Miesiąc temu  wyglądały inaczej.  Teraz nowa lokatorka 

pomalowała je na fioletowo. W miejscu, gdzie bywa wizjer, jak żywe tkwiło porcelanowe czerwone 
oko. Zadzwoniłem, potem ponownie i jeszcze raz, ale słyszałem tylko, jak krzyk dzwonka rozlewa 
się po mieszkaniu, wypełnia wszystkie zakamarki i szpary w pokojach i wraca samotnie. W końcu 
zapukałem. Odpowiedziało miauczenie kota, brzęk dzwoneczka. Intuicja mówiła mi, że ona jest w 
domu.  Nacisnąłem  klamkę.  Drzwi  ustąpiły  miękko  i  niespodziewanie,  jak  czasami  ustępuje 
kobieta...  Przez  szczelinę  widziałem,  że  w  głębi  mieszkania  pali  się  światło.  Nie  powinienem 
wchodzić, ale byłem ćmą, która leci do ognia. Kot czmychnął mi spod nóg, znacząc w mroku drogę 
złotym  brzękiem  dzwoneczka.  Leżała  na  łóżku.  Byłaby  naga,  gdyby  nie  bardzo  oszczędna  nocna 
koszula, perły i okładka książki - czytała powieść Vonneguta. Czy to przypadek - pomyślałem - że 
lubimy tego samego pisarza? 

- Dobry wieczór - powiedziała, jakby na mnie czekała. 
Mam  już  taką  cechę,  że  im  bardziej  wstrząsające  zdarzenia  mają  miejsce,  tym  spokojniej 

reaguję.  Trzęsą mi się ręce podczas zwykłej  wizyty  w banku,  a w Meksyku przeżyłem  trzęsienie 
ziemi na stojąco, kiedy wszyscy wokół chodzili na czworakach. Koniec świata to coś dla mnie. 

- Czy przeprosisz mojego kota? - zapytała i przykryła się kocem. 
-  Jeśli  on  mnie  przeprosi.  Utraciłem  pamiątkowy  wazon,  a  ten  bydlak...  bydlaczek  - 

poprawiłem się, nie chcąc ranić jej uczuć - skaleczył mnie. 

Usiadłem w fotelu i bezczelnie położyłem nogi na taborecie. Poczułem się dziwnie swobodnie, 

nic tak nie łączy ludzi jak miłość do tych samych książek. 

- Kilka godzin temu zniszczyła pani mój związek. 

background image

- Dziecko obraziło się... 
- Pani jest dorosła? 
- Przekonasz się, jeśli rozepniesz mi naszyjnik. Ja nie potrafię. Dlatego nie śpię. Nic mnie tak 

nie drażni jak nie rozwiązane sprawy... 

Była jak pomnik, banalny, lecz piękny pomnik rozkapryszenia. Poczułem coś, co było podobne 

do wzruszenia, chociaż wzruszenie wydawało mi się teraz nie na miejscu... Spytałem bez sensu: 

- Perły są... prawdziwe? 
- Jak ja - powiedziała poważnie, bez kokieterii. 
- Nie zamykasz drzwi? 
- Czasami nie, kiedy na kogoś czekam... Poczułem, że zapala się we mnie ostrzegawcza 
lampka, ta która już kilka razy uratowała mi życie. Wiedziałem, że nie wolno lekceważyć tego 

światła. Może ona rzeczywiście jest prostytutką... narkotyki, mafia...? 

Kot  wskoczył  na  łóżko  i  patrząc  mi  niechętnie  w  oczy,  rozmruczał  się  między  jej  piersiami. 

Poczułem ukłucie - czyżby to była zazdrość? Teraz dopiero zobaczyłem, że mają takie same zielone 
oczy.  Wewnętrzna  lampka  nie  chciała  zgasnąć,  ale  za  to  szybko  gasła  moja  silna  wola.  Miałem 
ochotę  dać  w  łeb  zwierzakowi,  aby  ustąpił  miejsca  mojej  głowie;  czułem  jednak,  że  wtedy 
pogrzebię  swoją  szansę.  Na  co  liczyłem?  -  chyba  na  jakąś  bliskość,  ludzką,  a  może  nawet 
zwierzęcą,  gdy  sierść  ociera  się  o  sierść.  W  tej  dziewczynie  ujrzałem  połączenie  kobiecej 
delikatności i czegoś drapieżnego. Odwróciła głowę, obnażając szyję jak na ścięcie. To był ładny 
naszyjnik. 

Mam zręczne palce, jakbym się urodził do rozpinania bransoletek i biustonoszy, ale doprawdy, 

to  nie  był  jakiś  subtelny  zameczek,  a  miniaturowy  szyfr  w  kasie  pancernej.  Pochylając  się, 
poczułem jej zapach, pachniała jak sklepik z pachnidłami, do którego wszedłem kiedyś w Bombaju. 
Kot  mruczał,  a  to  mruczenie  nie  było  przyjazne.  Patrzył  na  mnie  z  zieloną,  zimną  nienawiścią. 
Takie  spojrzenia  widywałem  tylko  u  ludzi,  nigdy  u  zwierząt.  Badałem  wszystkie  miniaturowe 
strony naszyjnika, pot zalewał mi oczy - nie mogę - powiedziałem. 

- Musisz! - była w jej w głosie jakaś niespodziewana szorstkość. Kropla mojego potu spadła na 

jej  nagie  ramię.  Wzięła  ją  na  palec  i  zlizała.  Chciałem  pocałować  ją  w  usta,  pewien,  że  jeśli  jej 
wargom smakuje mój pot, to są już moje. Pomyliłem się. Odwróciła głowę. Kot poruszony naszym 
nieporozumieniem  ofukał  mnie.  Nagle  poczułem  zimną  wściekłość.  Dlaczego  mówi  się  zimna? 
Moja  wściekłość  była  gorąca.  Szarpnąłem  łańcuszek.  Perły  rozsypały  się  na  łóżko,  by  spadać  na 
podłogę z perlistym śmiechem. Chwyciłem kota za kark i cisnąłem jak poduszkę w stronę fotela; 
poleciał, ciągnąc za sobą smugę wrzasku. Zaczęła się śmiać jak opętana. 

Zrezygnowany położyłem się obok. Jej śmiech płonął nienaturalnie długo, po czym zgasł nie 

wiadomo  kiedy.  Zamknąłem  oczy.  Staczałem  się  w  poczuciu  przegranej  po  stromym  zboczu... 
Potem  byłem  w  półśnie,  ale  już  do  pełnego  snu  mogłem  zaliczyć  wrażenie,  że  ktoś  zdejmuje  mi 
buty,  a  potem  krawat.  Nie  ma  jednak  mężczyzny,  który  nie  obudzi  się,  gdy  dobierają  się  mu  do 
męskości.  Jest  w  nas  jakiś  pierwotny  lęk  przed  utratą  tego  niezwykłego  urządzenia,  zostawmy 
teorie Freuda - on sam musiał mieć niezły kłopot ze swoim fiutem. 

Nie mogłem jednak wtedy powiedzieć tego, co mówiłem potem, gdy znalazłem się w matni - 

że to wszystko stało się zupełnie bez mojej woli. Usiadła, oplotła mnie szczelnie udami, jakbyśmy 
zostali  stworzeni  dla  siebie  nawzajem.  Jej  piersi  pobiegły  do  moich  ust.  Chciałem  kierować 
przebiegiem  zdarzeń...  ale  to  ona  trzymała  mocno  cugle.  Nagle  gdzieś  pod  sufitem  zobaczyłem 
zielone  oczy.  Kot  siedział  przyczajony  na  półce  jak  żbik  gotowy  do  skoku.  Wypadłem  z  rytmu, 
moje konie potykały się... 

- Co się dzieje? - zapytała. 
- Nie mogę, kiedy on tak patrzy. 
Śmiejąc  się,  kontynuowała  swój  taniec,  opleciona  wokół  mojego  korzenia  -  niezwykła  żywa 

roślina. Pochyliła się, szepnęła mi do ucha, 

- Jest zazdrosny jak kocur o kocura. Gdyby mógł, poprzegryzałby nam gardła... 
Jak to się zdarza u mężczyzn, mój seks nie jest w pełni ze mną zintegrowany. Tylko dlatego 

mogłem heroicznie skończyć to, co zaczęliśmy. Wytrysk zabolał mnie. Krzyknęła, jakby do mojego 

background image

bólu dodała swoją rozkosz, zrobiła to za głośno jak na cienkie ściany domu, który ma uszy. Jakby 
przy okazji paznokciami zadrapała moją dłoń, tę samą, którą skaleczył jej kot. 

Potem  odsunęła  się  ode  mnie  jak  od  kogoś  obcego,  by  wturlać  się  gdzieś  głęboko  w  siebie. 

Wyciągnąłem  ku  niej  rękę,  ale  była  za  daleko,  pobrudziłem  krwią  prześcieradło.  Nie  widziałem 
kota, ale czułem jego spojrzenie, jakby lizał mnie zielony język jaszczurki. 

Pod jakimś pretekstem opuściłem w panice łóżko i mieszkanie. Schroniłem się w swoim łóżku, 

jak  zbieg.  Popatrzyłem  na  sufit.  Pomyślałem  -  tak  daleko,  tak  blisko.  Szybko  zasnąłem  owinięty 
myślą jak cienką kołdrą - jaki dziwny i pełen niepokojów jest ten świat? Obudziło mnie pukanie do 
drzwi. Chwaliłem się, że koniec świata to  coś dla mnie, nie dodałem jednak, że nie powinien on 
mieć policyjnego munduru i asysty sąsiadek. Policjant był grzeczny. 

-  Będzie  pan  łaskaw  się  ubrać,  musimy  porozmawiać.  Nie  powiem,  abym  nie  miał  złych 

przeczuć,  kiedy  jedna  ze  staruszek,  zarumieniona  zapewne  z  powodu  niezwykłości  zdarzeń, 
pokazała  suchym  jak  patyk  palcem  na  górę  i  oświadczyła,  skrywając  w  zmarszczkach  uśmiech  - 
zabita... ktoś przegryzł jej gardło. 

- Proszę się rozejść - powiedział szorstko policjant do kobiety. Dwóch mężczyzn w cywilnych 

ubraniach stanęło obok niego, patrząc na mnie jak na coś do zjedzenia. Wpuściłem ich bezwiednie 
do  mieszkania  i  poszedłem  do  łazienki.  Miałem  wrażenie,  że  jeden  miał  ochotę  mi  towarzyszyć. 
Ubierałem się, myśląc - to niemożliwe, ona taka gorąca jest teraz zimna jak nożyk mojej maszynki 
do golenia - drugi głos należał do mojego wewnętrznego prokuratora i nieubłaganie wyliczał to, co 
wczoraj  w  nocy  zostawiłem  tam  na  górze.  Ile  jest  plemników  w  jednej  porcji  nasienia?  -  zapytał 
mnie ręcznik, którym się wycierałem. Nie pamiętałem, ale wiedziałem, że każdy ma moją twarz. 

Podsunąłem  policjantom  krzesła,  a  sam  usiadłem  w  fotelu,  jakby  to  mogło  dać  mi  jakąś 

przewagę. Chciałem zaproponować, by najpierw przesłuchali kota, na szczęście nie zrobiłem tego. 
Zauważyłem,  że  mundurowi  patrzą  w  skupieniu  na  moją  skaleczoną  dłoń.  Schowałem  ją  do 
kieszeni, po czym wyjąłem jakby nigdy nic. Pomyślałem z goryczą - nie do wiary, to tak głupio i 
nieciekawie wygląda koniec świata? 

 
 
 
 

JAK WYTRESOWAŁAM LWA 

 
 
Mam  na  imię  Wiola.  Mieszkam  w  małym  mieście.  Przejdę  od  razu  do  rzeczy  -  położenie,  w 

jakim  się  znajduję,  jest  godne  pożałowania.  Mam  lat  prawie  szesnaście,  jestem  jedynaczką  i 
dziewicą. No może już niedokładnie dziewicą, co wyjaśnię potem. Muszę zaznaczyć, że oboje moi 
rodzice są ludźmi z wyższym wykształceniem, a ja chodzę do liceum i posiadam liczne zdolności. 
Jestem  ładna,  dokładnie  każdy  to  powie,  kto  mnie  tylko  widział,  jestem  inteligenta,  chociaż 
podobno leniwa, pięknie rysuję i piszę, gram na pianinie, mam smykałkę do wielu rzeczy. Ludzie 
myślą, że wszystko jest w porządku, a nie jest. 

Mój ojciec ma na boku inną panią. Ten bok nie jest do końca bokiem, przecież moja mama wie, 

gdzie  tata  przebywa  wieczorami.  Mama,  żeby  uspokoić  swoje  nerwy,  zmywa  wtedy  naczynia,  a 
twarz  ma  jak  ten  zlew.  W  dodatku  ta  pani...  dlaczego  ja  piszę  „pani”,  skoro  ona  jest  zwyczajną 
dziwką  -  przepraszam  za  impulsywny  język.  A  więc  ta,  przepraszam,  dziwka...  niestety  jest 
pracownicą mojego ojca w jego firmie budowlanej. Związek ten trwa od siedmiu, a może nawet od 
dziewięciu lat. Dokładnie nie orientuję się, jak długo istnieje ta chora sytuacja. Nawet mój tata już 
nie wie - no cóż, szczęśliwi czasu nie liczą. 

Jestem  postacią  szczerą,  gdy  pytam  go  wprost  -  tato,  czy  kochasz  tamtą  panią,  czy  ona  jest 

twoją kochanką? A on się śmieje i mówi - przestań, córeczko, pleść głupoty. 

Ja  jednak  swoje  wiem.  Owa  pani,  czyli,  przepraszam...  dziwka,  ma  odrębne  mieszkanie, 

wcześniej  mieszkała  z  rodzicami,  którzy  tolerowali  takie  życie  córeczki,  uprawiającej,  co  widać 
gołym okiem, swoistego rodzaju nierząd. Sprawa jest powszechnie znana w naszym mieście, więc 

background image

pomyślcie - jak się czuje taka młoda, ładna i wrażliwa dziewczyna, kiedy spaceruje ulicą, a wszyscy 
myślą: to jest właśnie córka tego, co romansuje z ową, przepraszam... dziwką. 

Jak przystało na kochankę, ona wydzwaniała do naszego domu, nic nie mówiła, tylko milczała 

w słuchawce. Kiedyś podsłuchałam to milczenie - obrzydliwość. Po miasteczku rozeszły się plotki, 
a dokładnie to wyszły one z mięsnego, gdzie pracuje brat tej dziwki, jako właściciel sklepu, że jego 
siostra dostała obrączkę zaręczynową od mojego taty. 

Te  incydenty  nabrzmiały,  gdy  byłam  młodziutka,  uczęszczałam  do  podstawówki  imienia 

generała  Sikorskiego.  Nie  kumałam  wtedy,  o  co  w  tym  wszystkim  biega,  a  potem  nie  chciałam 
dopuścić do siebie stanu rzeczy. On jednak stał się dla mnie zupełnie oczywisty, kiedy ukończyłam 
lat piętnaście. 

Obecnie  chodzę  do  liceum  imienia  Elizy  Orzeszkowej  i  mam  ekstremalnie  napięte  nerwy. 

Inaczej wyobrażałam sobie los szesnastoletniej panienki, jaką jestem. Nic a nic nie przesadzę, kiedy 
powiem, że jestem zdruzgotana. 

Próbowałam ratować rodzinę. Pewnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle, zażyłam kąpieli i 

powiedziałam  do  siebie  -  Wiola,  tak  dalej  być  nie  może,  Wiola  bierze  sprawy  w  swoje  ręce, 
dokładnie! Jeżeli tego nie załatwię, to nie nazywam się Wiola! 

Zaczęłam wszystko  bardzo grzecznie od rozmów z tatą. Zaznaczam  stanowczo, że ojciec nie 

pije alkoholu, w ogóle jest idealny abstynent, nie narkotyzuje się, nie bierze żadnych leków, nawet 
spać kładzie się o przyzwoitej godzinie. 

Najpierw  zapytałam  -  tatusiu,  czy  ty  wiesz,  co  wyprawiasz,  całe  miasteczko  patrzy  nam  w 

okna?  Udawał,  że  mnie  nie  słyszy.  Nie  miałam  innego  wyjścia  i  posunęłam  się  do  prymitywnej 
ostateczności. Wpadłam do pracy tej dziwki, czyli do firmy budowlanej mojego taty. I pobiłam ją! 
Do dzisiaj dla wszystkich ludzi w miasteczku stanowi to zagadkę, nawet dla mnie, skąd wzięłam 
tyle siły, żeby dorosłą kobietą rzucać o ścianę, jakby była piłką. Podkreślam, że kochanka mojego 
ojca jest tęga, ja też jestem niczego sobie, ale nie aż tak. 

Te  brutalne  zabiegi  jednak  nie  przyniosły  efektu.  Od  ojca  dowiedziałam  się,  że  jestem... 

bandytką.  Nie  wyrzuci  jej  z  pracy,  za  to  mnie  wyrzuci  z  domu,  jeśli  tylko  moja  stanowczość  się 
powtórzy. Uspokoiłam się na cały miesiąc, ale tylko do chwili, gdy mój tata oświadczył, że jedzie 
do znajomego lekarza, u którego leczy swój reumatyzm, niby po to, by odwdzięczyć mu się butelką 
koniaku.  Dokładnie  w  tym  czasie  postanowiłam  wyprowadzić  psa  na  spacer.  Nasz  jamnik 
szorstkowłosy  nazywa  się  Sebastian.  Przechodziłam  przypadkowo  obok  okien  kochanki  taty,  a 
piesek postanowił się wypróżnić, zerknęłam w górę, w jednym z okien mój tatuś zawieszał zasłony. 
Zawołałam  -  tato!  Popatrzył,  ale  nie  na  mnie,  tylko  na  psa  i  dalej  spokojnie  zawieszał  zasłony. 
Zamknął uchylone okno jakby nigdy nic i zgasił światło. Czekałam, byłam pewna, że zejdzie i coś 
powie  albo  nawet  wróci  do  domu.  Nic  z  tego.  Nie  miałabym  na  imię  Wiola,  gdybym  tego  nie 
zrobiła! Wytłukłam kochaneczce szyby w gniazdku, wszystkie co do jednej. 

Oczywiście po raz drugi mianował mnie bandytką i oskarżył o szpiegostwo, co jest oczywistą 

nieprawdą. Równie dobrze mógłby oskarżyć o to Sebastiana. Chciał mnie wyrzucić z domu, ale nie 
mógł tego zrobić, ponieważ sama się wyprowadziłam. 

Było już późno, a w miasteczku takim jak nasze ludzie idą spać z kurami, co miało tę zaletę, że 

nikt  nie  patrzył  na  mój  ból.  W  torbie  niosłam  bieliznę  na  zmianę,  sweterek,  drugą  parę  butów  i 
misia z dzieciństwa, bez niego nie potrafię zasnąć, generalnie to ja śpię coraz gorzej. Sytuacja, w 
jakiej  się  znalazłam,  musiała  zdruzgotać  psychikę  takiej  młodej  osoby  jak  ja.  Wielokrotnie 
planowałam  samobójstwo,  niestety  nie  wyszło.  Wujek  i  ciocia  widzą,  że  mam  chorą  duszę  i  że 
trzeba to jakoś wyjaśnić. Ale ani tatuś, ani mama nie dostrzegają mojego zdruzgotania. 

Myślałam o beznadziejności swojego położenia, idąc przez rynek, potem główną ulicą, aż na 

sam brzeg naszego miasteczka. Postanowiłam tym razem zabić się skutecznie, tak aby nikt nie miał 
wątpliwości, o co w tym wszystkim chodzi. 

Ostatni  dom  od  strony  kościoła  należy  do  pana  Romualda  Gubasa,  który  wykonuje  zawód 

fryzjera,  a  za  tym  domem  rozpościerają  się  zupełne  ciemności.  Gdyby  tam  była  przepaść,  to 
rzuciłabym się w nią, nie bujam... ja naprawdę znalazłam się poniekąd w stanie ostatecznym. 

background image

Postawiłam torbę na brzegu światła i tamtej ciemności, a sama usiadłam na słupku, myśląc o 

sposobie  unicestwienia  siebie.  Rzadko  płaczę,  ale  jak  już  mi  się  zdarzy,  to  wszystko  mi  płacze, 
nawet paznokcie. Płakałam nie wiem jak długo, w nieszczęściu czas płynie specyficznie. Psy pana 
fryzjera  wywąchały  mój  płacz,  biegały  za  ogrodzeniem  jak  szalone,  a  jeden  zawył,  psy  dobrze 
wiedzą,  w  jakim  stanie  znajduje  się  człowiek.  U  bramy  pojawił  się  pan  fryzjer,  czyli  Romuald 
Gubas. Moja mama się u niego strzyże, niestety chadza do niego też ta dziwka, kochanka mojego 
tatusia. Ja od dziecka strzygę się w sąsiednim zakładzie na rynku, który jest, szczerze mówiąc, po 
prostu konkurencją. 

- Wiola, co tu robisz w tych ciemnościach? - zapytał pan Gubas. 
Nie  wiem,  co  odpowiedziałam,  ale  ta  nowa  sytuacja  dobrze  podziałała  na  moją  psychikę. 

Wiola, weź się w garść - powiedziałam do siebie i zupełnie przestałam płakać. Pan Gubas musiał 
wiedzieć o kochance mojego tatusia, skoro wiedzieli wszyscy w naszym miasteczku, nie powinien 
się więc dziwić, że młoda i wrażliwa dziewczyna idzie z tego powodu, gdzie oczy poniosą, mimo 
tak późnej pory. 

-  Twojej  mamy  to  dawno  u  mnie  nie  było  na  strzyżeniu  -  powiedział  pan  Gubas,  który  nie 

powinien  mówić  o  mojej  mamie  w  tej  sytuacji,  ale  rozumiem,  że  on  był  mną  zaskoczony  i  nie 
wiedział, o czym ma rozmawiać z osobą, która siedzi na słupku obok jego domu o tak poważnej 
godzinie.  Odnoszenie  się  do  mnie  pana  Gubasa  wydawało  mi  się  wtedy  wielką  grzecznością, 
zupełnie niesłusznie, jak się potem okazało.  Stanęło  na tym,  że zostałam  zaproszona do niego na 
herbatę. 

Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam domu, który byłby tak okratowany z dołu, góry i nawet w 

środku. Ten dom jest, prawdę mówiąc, najbardziej skrajny ze wszystkich w naszym miasteczku, co 
w  dzisiejszych  czasach  jest  niebezpieczne.  Żona  pana  Gubasa  pojechała  do  swojej  ciotki  do 
Krakowa, o czym przekonałam się już w pomieszczeniu mieszkalnym. Miała wrócić jutro o piątej 
rano autobusem PKS. Ja wiem, że nie wypada ładnej dziewczynie w moim wieku być sam na sam z 
mężczyzną, było nie było w wieku średnim, ja po moim tacie to już rozumiem, do czego zdolni są 
mężczyźni w takim wieku. Ale sytuacja była wyjątkowa, uciekłam z domu, nie wykluczałam nawet 
popełnienia skutecznego samobójstwa. Osobie w takiej sytuacji należą się chyba pewne względy? 

- Pokłóciłaś się z mamą? - zapytał pan Romuald Gubas jakoś ostrożnie, jakby o tatę wolał nie 

pytać. 

-  Coś  w  tym  rodzaju,  ale  spoko  -  powiedziałam  tak,  bo  nie  chcę,  by  jakiś  fryzjer  prał  moje 

osobiste brudy. 

Pan Gubas zmienił sweter na marynarkę i zaproponował mi whisky, zapytał z sodą czy bez i 

zapytał też o lód. Nie byłam pewna, jak to wygląda z lodem i sodą, ale powiedziałam - „no jasne, że 
soda i lód”. Taka już jestem, że podejmuję szybko decyzję. Gdybym wiedziała, jakie to jest gorzkie 
paskudztwo, to poprosiłabym o coca- colę light. 

Pan Gubas opowiadał o Egipcie, gdzie był niedawno na wycieczce, wiedziałam od mamy, że 

był tam z żoną, moja mama wypomniała to mojemu tacie, który nigdzie z nią nie jeździ za granicę. 
A pan fryzjer opowiadał o tym Egipcie, jakby tam pojechał tylko sam, pokazywał zdjęcia piramid i 
pięciogwiazdkowego hotelu, w którym zamieszkiwał, jakbym nigdy nie widziała piramid i hotelu. 
Potem opowiadał, że kupuje sobie nowy samochód Opla Astrę. 

- A mój taka kupuje sobie land- rovera z napędem na cztery koła - powiedziałam, chociaż to nie 

była prawda. Pan Gubas jakby się zmartwił i wypił szybko swoje  paskudztwo z lodem i sodą. Ja 
piłam powoli, na filmach widziałam, że takie świństwo pije się powoli. 

Pytał,  kim  chcę  być  w  przyszłości,  mówił,  że  zna  kilku  profesorów  w  Krakowie,  którzy 

mogliby mi pomóc w dostaniu się na studia. Bardzo bym chciała uczyć się malować, ja potrafię tak 
narysować  konia,  że  jest  jak  żywy,  a  koń,  jak  wiadomo,  jest  bardzo  trudny  do  narysowania,  nie 
znam w naszym miasteczku nikogo, kto potrafi narysować konia. 

Opowiadał, że ćwiczy po sto pompek dziennie i żałuje, że w takim miasteczku jak nasze nie ma 

siłowni, w szkole był najlepszy na sto metrów i w skoku w dal. 

Pomyślałam, że to musiało być bardzo dawno. 

background image

Mówiliśmy o różnych rzeczach i nie powiem, całkiem dobrze nam się gadało i nawet prawie 

zapomniałam  o  swoim  bólu.  Nagle  pan  Gubas  zapytał,  czy  w  swoim  życiu  gładziłam  łysego  po 
głowie.  Tu  muszę  zaznaczyć,  że  pan  Gubas  ma  bardzo  mało  włosów,  szczerze  mówiąc,  to  jest 
prawie  łysy,  a  co  jeszcze  posiada,  zaczesuje  z  jednej  strony  na  drugą,  co,  przepraszam  wygląda 
idiotycznie. Nie wiem, czy to przypadek, ale wszyscy fryzjerzy, jakich znam, są łysawi, jakby ten 
zawód  był  szkodliwy  na  włosy.  Zgodnie  z  prawdą,  odpowiedziałam,  że  nigdy  nie  gładziłam... 
kiedyś  za  to  pogładziłam  po  pupce  niemowlę,  a  to  musi  być  całkiem  podobne  uczucie,  co  mu 
powiedziałam.  Pan  Gubas  spojrzał  na  mnie  jakoś  dziwnie,  oczy  miał  już  mgielne  i  nie  wiedzieć 
czemu powtórzył kilka razy - po pupie, po pupce. I zapytał, czy on za to może pogładzić mnie po 
włosach? Ja mam bardzo piękne włosy blond, o czym dobrze wiem, ponieważ o tym się mówi tu i 
ówdzie, ale było mi przyjemnie, że on sam tak spektakulamie odnosi się do moich włosów, jakby to 
było jakieś zwierzę, które pokazuje się za pieniądze w domu mody. Ale z drugiej strony pojęłam w 
mig, że to nie z serdeczności zaprosił mnie pan Gubas na herbatę. 

Ja nie jestem taka naiwna, jak się wydaje. Ja dobrze wiem, o co facetom tak naprawdę biega. 

Posiadam takiego tatusia, jakiego posiadam, a mama to mnie od dziecka ostrzegała. W mojej szkole 
też  dzieją  się  różne  rzeczy.  Jestem  w  klasie  ostatnia  jako  dziewica  i  mam  z  tego  powodu  wiele 
przykrości. Ale gdybyście popatrzyli na chłopaków z mojej szkoły, to wcale byście się nie dziwili, 
że nadal jestem w takim stanie. 

Ja osobiście to nic nie mam do tego pana fryzjera, ale tylko ślepa by nie widziała, że on jest 

taki  sam  jak  mój  tatuś,  a  może  nawet  gorszy.  Wystarczy,  że  żona  pojedzie  do  Krakowa  i  już  go 
nosi. Pan Gubas wypił sporą część tej whisky, a ja piłam powoli, jak przystało na damę. Czułam się, 
nie  powiem,  dziwnie,  jak  w  jednej  klatce  z  lwem.  Kiedyś  miałam  taki  sen;  tresuję  lwy,  tygrysy, 
pantery,  strzelam  z  bata,  one  są  mi  zupełnie  posłuszne,  a  wokół  ludzie  gapią  się  z  otwartymi 
gębami.  Pan  Gubas  był  trochę  takim  lwem,  no  może  już  co  nieco  wyleniałym  jak  ten  mój  miś  z 
dzieciństwa, którego zabrałam na ucieczkę. 

Jestem  postacią  szczerą,  kiedy  się  przyznam,  że  specjalnie  pozwoliłam  mu,  żeby  pogłaskał 

moje włosy, z ciekawości, co zrobi potem i co ja zrobię, jak on coś potem zrobi, ja czasami to sama 
nie wiem, co zrobię, i jestem tego ciekawa. 

Pan  Gubas  pogłaskał  moje  włosy,  nie  powiem,  głaskał  bardzo  dobrze,  co  nie  powinno  być 

dziwne, skoro jest fryzjerem. 

- Jeszcze whisky z sodą i lodem - poprosiłam, odsuwając swoją głowę. 
Wypiliśmy, to znaczy on do dna, a ja tylko trochę. 
Powiecie, że byłam  głupia, no może trochę głupia byłam, ale nie tak bardzo. Pozwoliłam się 

pocałować,  ale  tylko  w  policzek.  Pan  Gubas  wykazywał  wyraźne  oznaki  upojenia  alkoholowego, 
czemu  nie  można  się  dziwić,  biorąc  pod  uwagę  okoliczności.  I  pewnie  dlatego  mówił  jakoś 
odmiennie niż na początku, chwilami to, prawdę mówiąc, plótł bzdury. Poza tym prawił, że jestem 
piękna, nęcąca, a on od roku spoza szyby swojego zakładu spogląda, jak przemieszczam się ulicą w 
kierunku  szkoły.  Powiedział,  że  w  gruncie  rzeczy  jestem  całkiem  dorosła,  zapytał,  czy  mam 
jakiegoś chłopaka i czy kiedyś przytulałam się do kogoś, jak to robią ludzie już zupełnie pełnoletni? 
Przedstawił siebie jako człowieka doświadczonego, a ów człowiek wedle jego opinii jest najlepiej 
przygotowany, by wprowadzić w dojrzałe życie niedoświadczoną osobę, jaką jestem. Dokładnie po 
tych słowach pan Gubas uskutecznił coś zupełnie zaskakującego, mimo że byłam przygotowana w 
zasadzie  na  wszystko.  Rozpiął  rozporek.  Wyjął  z  niego,  co  mężczyźni  noszą  między  nogami. 
Szczerze mówiąc, nigdy tego nie widziałam w dorosłej postaci i tak na żywo, byłam nawet ciekawa, 
nie powiem, chociaż skłamałabym, że nie miałam pietra. Zdziwiło mnie, że to jest takie wydatne i 
nie pasuje do pana Gubasa, jakby należało do kogoś wyglądającego zupełnie odmiennie. Pan Gubas 
zapytał, czy mam ochotę dotknąć tego ręką. Powiedziałam, że ja jeszcze nigdy w życiu, natomiast 
ostatecznie mogę, jak mu tak zależy, ale pod warunkiem, że to jest absolutnie wszystko, do czego 
się ograniczę, w każdym innym przypadku zawiadomię osobiście pana Mariana Kowalczyka, który 
jest  komendantem  komisariatu  policji  w  naszym  miasteczku  i  grywa  z  moim  tatą  w  brydża.  Pan 
Gubas wypił do samego końca whisky z butelki i podał mi to swoje dziwadło. Było miękkie, ciepłe 
i  gładkie,  szczerze  mówiąc,  tak  właśnie  wyobrażałam  sobie  w  dotyku  fokę.  Błagał  mnie,  żebym 

background image

otwierała  i  zamykała  rękę,  a  wtedy  to,  co  było  w  środku  w  takiej  jakby  skórce,  chowało  się  i 
wysuwało,  i  miało  nawet  taki  pyszczek  z  czerwonymi  wargami,  który  się  uśmiechał.  Pan  Gubas 
stękał i jęczał, jakby był ranny w wypadku. 

I potem pan Gubas krzyknął całkowicie nie swoim głosem. Spanikowałam nie na żarty, że ma 

atak  serca  albo  coś  gorszego.  To,  co  wyskoczyło  z  pana  Gubasa,  nazywa  się  spermą,  wiem  to 
dokładnie z lektur. Na dodatek on chciał mnie po tym wydarzeniu pocałować, wyciągnął z kieszeni 
prezerwatywę, rozpakował i gadał przy tym okropne świństwa, których nie powinna słuchać młoda 
dziewczyna, jaką jestem. Straciłam cierpliwość, co zresztą przychodzi mi dosyć łatwo. I stanowczo 
krzyknęłam - leżeć, spokój!!! - a wtedy pan Gubas wstał i przewrócił się na podłogę. 

Korzystając  z  okazji,  poszłam  się  umyć.  W  łazience  wisiał  czerwony  szlafrok  żony  pana 

Gubasa, więc jakoś zrobiło mi się dziwnie, jakby ona sama osobiście wisiała w łazience i patrzyła, 
jak zużywam prawie całe mydło w płynie, żeby zmyć to, co wybyło z jej męża. 

Po powrocie ujrzałam, że pan Gubas leży na podłodze i chrapie, co uznałam za pewien swój 

sukces i za sprzyjającą okoliczność. Ale nie czułam się wcale dobrze po tym wszystkim, o nie. Nie 
można przecież powiedzieć, że nic się nie stało. Kiedy w trakcie swojej ucieczki weszłam do tego 
domu, byłam dziewicą, a teraz to już jestem niedokładnie. Moje zdruzgotanie wróciło i ponownie 
poczułam, że sytuacja, w jakiej generalnie się znalazłam, jest godna pożałowania. Wszyscy faceci 
są tacy sami, mój tatuś niestety też, nie zasługują na nic dobrego. 

A potem poczułam nagle, że jest we mnie względny spokój, wypiłam swoje whisky do końca i 

poszłam obejrzeć sypialnię państwa Gubasów. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego bajeranckiego 
łóżka, miało zakręcone złote poręcze zakończone złotymi łabędziami i obszerne lustro. Założę się, 
że pan Gubas na tym łóżku robi te rzeczy z panią Gubasową, a to wszystko odbija się w lustrze, co 
musi wyglądać bardzo nietypowo. 

Na szafce stała fotografia państwa Gubasów oprawiona w złotą ramkę, trzymali się za ręce na 

tle  piramid,  tych  samych,  które  przed  chwilą  widziałam  bez  nich.  A  w  środku  szafki,  kto  by  się 
spodziewał...  leżały  majteczki  pani  Gubasowej,  niektóre  koronkowe,  wielce  pomysłowe.  Idę  o 
zakład, że ona wygląda w nich jak słoń w koronkach, ludzie to są dziwni, czego się na co dzień nie 
widzi. Wyjęłam majteczki, a jedne takie fikuśne wzięłam sobie na pamiątkę, we wszystkich innych 
wycięłam nożyczkami dziurki w kroku i złożyłam na powrót, bardzo porządnie. Potem w dwa palce 
wzięłam  prezerwatywę,  która  leżała  obok  chrapania  pana  Gubasa  i,  prawdę  mówiąc,  wyglądała 
jakoś smutno po tym  rozpakowaniu.  Pocięłam  ją na kawałki i  poupychałam do kremu  przeciwko 
zmarszczkom i do pudru pani Gubasowej. Na lustrze narysowałam szminką konia. Okropnie trudno 
narysować szminką konia, ale  całkiem  dobrze mi  on wyszedł,  czym  potwierdziłam swój talent,  a 
obok  naszminkowałam  serce  przebite  strzałą.  Z  lodówki  wyjęłam  kiełbasę,  żeby  wychodząc  z 
domu, poczęstować nią psy. Ja bardzo szanuję psy, są lepsze od ludzi. 

Była dokładnie trzecia  w nocy. Wszystko  wokół  spało i  poczułam, że najbardziej lubię moje 

miasto, kiedy śpi i jest bezbronne. Nawet moja szkoła jest wtedy taka niegroźna i wcale nie złościł 
mnie mięsny sklep brata tej dziwki, który pachniał kiełbasą. Za szybą zakładu fryzjerskiego pana 
Gubasa stały fotografie różnych ufryzowanych pań, ale miny miały głupsze niż kiedykolwiek. 

Tylko w moim domu paliły się wszystkie światła. Był jak morska latarnia zapalona jedynie z 

uwagi na moją osobę, tak to odebrałam. Pomyślałam, że nie jestem Wiola, jeśli nie poradzę sobie z 
tą chorą sytuacją. Przecież potrafię pobić kochankę tatusia i  wytłuc jej publicznie szyby, a nawet 
wytresować fryzjerskiego lwa. Poczułam, że wstyd już mnie nie paraliżuje jak kiedyś i wcale nie 
robi mi się dziwnie wewnątrz. Rodzicie zepsuli moją wczesną młodość, ale reszta należy już tylko 
do mnie. Kropka. Nie nazywam się Wiola, jeśli będzie inaczej! 

 
 
 
 

TWÓRCZY NIEPOKÓJ 

 
 

background image

Młody  początkujący  poeta  pochodził  ze  wsi.  Dostał  się  na  studia  polonistyczne  na 

Uniwersytecie  Warszawskim  dzięki  punktom  preferencyjnym  za  pochodzenie.  Dzisiaj,  w  czasach 
gdy jest wolność i demokracja, a punktują już tylko pieniądze, widać, że to nie był taki niemądry 
pomysł, chociaż wtedy wydawały się kolejną formą politycznej opresji. Poeta debiutował w piśmie 
„Nowy  Wyraz”,  w  młodzieżowym  organie  -  ciepłym  przytułku  dla  młodych  zdolnych  i  młodych 
niezdolnych  z  lat  siedemdziesiątych  -  te  lata  sprzyjały  poezji,  jeśli  tylko  nie  następowała  swoimi 
delikatnymi  stopami  na  odciski  obowiązującej  ideologii.  Byli  nawet  tacy,  co  z  poezji  żyli,  lekko 
zalkoholizowani,  zwiewni,  nieco  patetyczni  i  bardzo  poetyccy.  O  tak,  łatwo  było  ich  poznać  na 
szarej  socjalistycznej  ulicy.  Ideologii  już  wtedy  nadgniły  dziąsła  i  wypadały  pierwsze  zęby. 
Cenzura była jednak nadal czujna, idiotyczna i uważna, ale też czujni i przyjaźni byli czytelnicy, w 
kraju na pół wolnym i na wpół zniewolonym. Czas nie był pieniądzem, ludzie mieli go więc pod 
dostatkiem,  pewnie  dlatego  myśleli  i  czytali  więcej  niż  obywatele  wolnego  świata,  gdzie  istniały 
inne formy zniewolenia, o których nawet nie śniło się w państwach obozu socjalistycznego. 

Młody poeta nie interesował się polityką. Na małej, biednej mazowieckiej wsi, skąd pochodził, 

ludzie  nie  lubili  komunizmu,  ale  to  przecież  najpierw  komunizm  nie  lubił  chłopów,  szczególnie 
tych,  co  gospodarowali  indywidualnie,  a  jaki  normalny  chłop  lubi  gospodarować  inaczej.  Ksiądz 
proboszcz  był  autorytetem,  chociaż  wszyscy  wiedzieli,  że  żyje  ze  swoją  służącą.  Kapłan  też 
mężczyzna  -  mówili  ludzie.  Z  czasów  wojny  zachował  się  obraz  świata  przekazywany  młodym, 
gdzie wszyscy się biją,  a chłop  i  tak jest najbardziej poszkodowany. Po wojnie nie było  lepiej,  a 
może nawet jeszcze gorzej, za Niemca istniała pewna jasność, a za Ruska to nic nie było pewne. Po 
takich  doświadczeniach  uznano,  że  najlepiej  robić  swoje,  czyli  co  się  da,  nie  wychylać  się,  nie 
narażać - takie motto życiowe młody człowiek wyniósł ze swojej wsi; i wielki szacunek dla miasta, 
a też dla sztuki oraz ludzi, którzy ją tworzą. Nie wiadomo skąd miał talent, na pewno nie po kimś, 
może od kwiatów, które jego matka pielęgnowała w ogródku - tak czule, ponad wiejskie zwyczaje. 

Był  znanym  prozaikiem.  Wielkim  jak  na  polską  prozę,  która  nie  była  nigdy  zbyt  duża. 

Podobnie jak niemal wszyscy znani polscy pisarze, miał za sobą przykrą przygodę z kapitalizmem - 
Polska tuż przed wojną była tak bardzo nie do zniesienia, że tylko wojna mogła to znieść. Potem 
przyszły okrutne doświadczenia okupacji hitlerowskiej i zdumiewający pakt z diabłem w czasach 
stalinowskich;  w  ostatnim  fragmencie  biografii  miał  w  dorobku  bunt  wobec  tego  najlepszego  z 
najlepszych ustrojów. Lata siedemdziesiąte to czas, kiedy ten bunt zakwitł w postaci kilku listów 
protestacyjnych,  które  jeśli  nie  wstrząsnęły  posadami  PRL-u,  to  na  pewno  wstrząsnęły  systemem 
nerwowym partyjnych aparatczyków. System miał jednak nadgniłe dziąsła, potrafił nimi memlać, 
opluwać,  lecz  nie  zagryzał.  Naród  był  konformistyczny,  jak  każdy  naród  po  latach  opresji, 
zmęczony, rozgoryczony, ale buntowników cenił - to bardzo polska tradycja. Nic dziwnego, że dla 
wielu prozaik był bohaterem. Nawet komunistyczna władza nie usunęła jego książek ze szkół. 

Młody poeta przeczytał więc kilka książek pisarza w ramach obowiązkowych lektur i zakochał 

się w tej literaturze. Miał wyśmienitą pamięć i wkrótce recytował obfite fragmenty jego prozy. Co 
nie znaczy, że zaniedbywał poezję. Polska już tradycyjnie obfitowała w wielkich poetów i młody 
początkujący twórca miał problem, do którego z nich wysłać kilka swoich wierszy. Wybrał T. nie 
dlatego,  że  jego  wiersze  lubił  najbardziej  -  jego  twarz  na  fotografii  miała  w  sobie  pewną 
przystępność, czego nie można było powiedzieć o twarzach innych poetów. Nie miał żadnej nadziei 
na odpowiedź. Tym większe było jego zaskoczenie, kiedy po miesiącu w skrzynce pocztowej wuja, 
u  którego  pomieszkiwał  kątem  -  znalazł  list;  na  jego  odwrocie  jak  pracowite  mrówki,  jedna  za 
drugą,  szły  pochyło  drobne  literki,  układały  nazwisko  i  adres  wielkiego  poety.  Nosił  się  z  tym 
listem przez kilka godzin, nie otwierał go ze strachu, co w nim zastanie, nie udał się na wykłady, 
dostał rozwolnienia. W liście była pochwała. Wielki poeta wyróżnił jeden wiersz szczególnie, ale 
uznał, że całość zasługuje na uwagę. 

Zauważony przez Pana Boga, niemal wniebowzięty, pobiegł do swojej dziewczyny, wyciągnął 

ją z wykładu i zaprosił do kawiarni „Harenda”. Tam poczęstował papierosami Marlboro, które kupił 
w pobliskim Hotelu Europejskim. Jego dziewczyna pochodziła w małego miasteczka, poznali się na 
studiach rok temu. Powiedziała, że odda mu się dopiero, gdy się zaręczy, więc zaręczył się z nią pół 

background image

roku temu. I mniej więcej wtedy utracili dziewictwo - nie było to łatwe i takie ekscytujące, jak się 
tego spodziewali, potem było jednak lepiej, coraz lepiej - chociaż tylko na twardej kanapie u wuja. 

Palili  w  „Harendzie”  papierosy  Marlboro  i  pili  herbatę  z  cytryną.  On  patrzył  na  papierosowy 

dym  kłębiący  się  pod  sufitem,  podążała  za  jego  spojrzeniem.  Wiedział,  że  imponuje  jej  swoimi 
wierszami, dzięki którym kiedyś na pewno będzie sławny. 

To  zapewne  na  fali  sukcesu,  jeszcze  tego  samego  dnia  wieczorem  zadzwonił  do  wielkiego 

prozaika,  z  automatu  -  miał  bowiem  umowę  z  wujem,  że  nie  korzysta  z  jego  telefonu.  Pisarz 
siedział  właśnie  nad  nową  powieścią,  która,  szczerze  mówiąc,  mu  nie  szła.  Nie  był  pewien,  czy 
chce  ją  drukować  w  kraju,  czy  odważy  się  uczynić  to  za  granicą.  Problem,  że  krajowa  wersja  z 
powodu cenzury musiała mieć odmienny kształt od wersji heroiczno- eksportowej, tak odmienny, 
że decyzja, której nie mógł na razie podjąć, miała wpływ, można powiedzieć, druzgoczący, na treść 
i formę utworu. Próbując być pośrodku i nie zamykać sobie ani jednej, ani drugiej drogi, tworzył 
istotę  bez  płci,  a  może  nawet  bez  twarzy.  Był  bliski  uświadomienia  sobie  istoty  problemu,  gdy 
zadzwonił telefon. 

Żony i syna nie było w domu, więc musiał podnieść słuchawkę. Poczuł nawet ulgę, że dzięki 

telefonowi  nie  musi  mierzyć  się  z  istotą  problemu,  a  potem  gniew,  że  traci  szansę  na  spojrzenie 
prawdzie w oczy. Czy chciał jednak jej spojrzeć? Jego halo przypominało okrzyk płoszący ptaki. 
Poeta, zamknięty w klatce telefonicznej budki, nie miał gdzie odfrunąć. Odpowiedział więc tylko 
milczeniem, a jeśli czasami mawia się, że kogoś zatkało - był to podręcznikowy przypadek takiego 
stanu.  Wielki  pisarz  powtórzył  jeszcze  dwukrotnie  „halo”,  a  to  trzecie  z  kolei  było  już  bardziej 
łaskawe,  gdyż  po  drugiej  stronie  słuchawki  usłyszał  oddech,  który  wydawał  mu  się  zdrowy  i 
młodzieńczy. Dopiero wtedy połknął korek i wyrzucił z siebie słowa. 

- Jestem pana wielbicielem. 
-  Tak?  -  powiedział  po  chwili  wahania  wielki  prozaik.  Już  kilka  razy  w  życiu  padał  ofiarą 

telefonicznych wygłupów, ale w głosie mówiącego była szczera admiracja, a tego nie da się ot tak 
zagrać. 

- Znam na pamięć fragmenty pana powieści. - Tak? 
Młody  człowiek  uznał  ten  znak  zapytania  za  zachętę  i  zacytował  kilka  fragmentów.  Pisarz 

poczuł, że odzyskuje utracone poczucie pewności siebie, a nawet humor. Roześmiał się. 

-  Ściąga  pan  teraz  z  moich  książek,  jestem  tego  pewien...  no  dobrze,  niech  pan...  w  try  miga 

zacytuje początek drugiej części „Skołtunionych”. 

W panice sięgnął w otchłań swojego mózgu i poczuł, jak ten fragment spływa mu z przewodu 

pamięci  w  okolice  nasady  nosa.  Odetchnął  głęboko,  zaciągając  się  wonią  telefonicznej  budki, 
pachniała postrzępioną, gnijącą książką telefoniczną... po czym wyrecytował... 

-  Przeciąg  zatrzasnął  drzwi.  Drobny  śnieg  wirował  przez  chwilę  na  progu  jak  srebrny  kurz. 

Łukasz wyskoczył z łóżka, wywrócił do góry brzuchem książkę, potrącił stolik... nagi, ze sterczącą 
męskością... 

-  Dziękuję,  wystarczy  -  roześmiał  się  -  jestem  zmuszony  panu  uwierzyć.  Od  kiedy  pan  mnie 

czyta? 

- Od dziecka. 
- A ile pan teraz ma lat, co pan studiuje? 
-  Dwadzieścia...  studiuję  polonistykę,  piszę  wiersze.  Jestem  pod  debiucie  w  „Nowym 

Wyrazie”... 

Pisarz westchnął sarkastycznie. 
- Idiotyczna nazwa Nowy Wyraz... to „wy”, „wy”. Za czasów mojej młodości wielce dbaliśmy, 

by nawet tytuły pism brzmiały ładnie... ale rozumiem, młodzi muszą gdzieś debiutować. 

- No tak, ja na razie piszę tylko wiersze. 
-  Poezja  piękna  sztuka,  bardzo  trudna,  pisanie  to  przywilej,  ale  niełatwo  być  pisarzem, 

szczególnie... dzisiaj. 

Prozaik  wiedział,  że  jego  telefon  jest  na  podsłuchu,  ale  lubił  mówić  rzeczy  z  lekka 

prowokacyjne, w końcu ci, co go podsłuchują, muszą się czymś pożywić. Przestraszył się jednak, 
że młody człowiek powie za dużo i założą mu na bezpiece teczkę. I tak mu założą po tej rozmowie! 

background image

Chłopak nie miał jednak nic do dodania w tej sprawie, a pisarz zaproponował  spotkanie. Jutro w 
kawiarni  „Świtezianka”  przy  placu  Unii  Lubelskiej.  Jest  bardzo  zajęty,  będzie  miał  tylko 
kwadrans... 

Odłożył słuchawkę... taki miły młody głos, sympatycznie naiwny. Chyba rzeczywiście zna na 

pamięć fragmenty moich książek, niesłychane! Ciekawe, jak wygląda? Głos przecież czasami myli, 
byleby  nie  był  łysy,  nie  lubił  łysych,  ale  w  tym  wieku  mało  kto  jest  łysy.  A  może  to  polityczna 
prowokacja, chłopak jest podstawiony? Ale jaki prowokator - pomyślał - nauczyłby się na pamięć 
fragmentów  moich  książek.  To  chyba  jednak  szczery  wielbiciel?  Zawsze  miał  grono  adoratorów, 
bez takiej wiernej grupy ciężko żyć artyście, kreuje przecież świat, w którym nic nigdy nie jest do 
końca pewne. 

Poeta  wyszedł  z  budki.  Kilka  razy  obszedł  dookoła  budynek,  gdzie  mieszkał.  Nie  można 

powiedzieć,  że  bezmyślnie  -  bardzo  wiele  myślał.  Zachowywał  się  jednak  tak,  jakby  nie  mógł 
znaleźć  wejściowej  bramy.  Czuł  się  „górnolotnie”,  a  w  tym  stanie  nikt  nie  ma  ochoty  wracać  do 
pomieszczenia, gdzie sufit bloku z wielkiej płyty wisi tuż nad głową. W końcu wszedł do domu i 
pojechał  windą,  która  była  podrapana,  jakby  wożono  nią  drapieżne  zwierzęta,  żarówka  została 
zabezpieczona  przed  kradzieżą  metalową  obręczą.  Wujostwo  już  zapewne  spali,  więc  po  cichu 
otworzył drzwi i nie myjąc się, zległ w łóżku. 

On też powtarzał w myślach rozmowę, punktując siebie - gdzie się wygłupił, a gdzie wypadł na 

dobrą ocenę. Po chwili usłyszał już znane sobie odgłosy miłosnych zapasów, jakim oddawała się 
wujenka z wujem. Młodym wydaje się, że ludzie w tym wieku już nie robią takich rzeczy, więc te 
naprzemienne,  cienkie  i  grube  głosy  brzmiały  zupełnie  surrealistycznie.  Poeta  uczył  się  teraz  o 
surrealizmie  w  literaturze,  więc  niemal  wszystko  wydawało  mu  się  trochę  surrealistyczne,  nawet 
jego własne wiersze jakby dryfowały w tę nadrealistyczną stronę. Tymczasem wujostwo doszli nie 
bez trudu na sam szczyt i zamilkli, jak przystało na ludzi, którym nawet w seksie przydałaby się już 
winda. 

Ówczesna Warszawa miała trzy artystyczne kawiarnie - „Świtezianka” do nich nie należała, ale 

miała dobrą opinię i nadawała się na mniej formalne i bardziej dyskretne spotkania. Znany pisarz 
umawiał się tu, gdy nie był pewien rangi i charakteru spotkania. 

Kiedy  ujrzał  młodzieńca,  od  razu  domyślił  się,  że  ten  pochodzi  ze  wsi  -  co  go  ucieszyło. 

Inteligentni, wrażliwi młodzi ludzie ze wsi to sól polskiej ziemi. Miał bujne włosy, co zauważył z 
satysfakcją, nie był za przystojny, to też dobrze, był za to silny, krępy, ale nie za bardzo w sobie. 
Twarz  miał  jasną,  prostą,  słowiańską,  z  niemal  złotymi  włosami,  znoszone  spodnie  nie  były 
wystarczająco opięte, by mógł ocenić zwartość pośladków... 

Młody  poeta  przywitał  się,  stukając  obcasami.  Zdziwił  się,  że  tak  delikatne  ręce  ma  wielki 

artysta. Jeszcze nie spotkał takich dłoni u mężczyzny. Pisarz przytrzymał jego rękę, jakby brał ją w 
posiadanie i łaskawie zwracał. Pokazał krzesło. Poeta usiadł na jego brzegu, nie dotykając oparcia. 
Pisarz  odsunął  zeszyt  z  notatkami,  na  które  jego  gość  zerknął  z  szacunkiem.  Pisarz  popatrzył 
przelotnie na zegarek, jakby chciał przypomnieć, że kwadrans to jest piętnaście minut. 

Potem  wypytał  o  dom  rodzinny.  Młody  poeta  opowiadał  niechętnie,  wstydził  się  swojego 

pochodzenia, dopiero po chwili uwierzył, że pisarzowi podoba się, że pochodzi z miejsca, gdzie za 
potrzebą biega się za stodołę. 

-  Tam  u  was  jest  więcej  prawdziwego  życia  niż  tutaj,  nawet  srając  jesteście  bliżej  natury  - 

powiedział dobitnie prozaik i spojrzał  głęboko w młode niebieskie oczy. Ujrzał tam to, czego się 
spodziewał,  panikę  i  niepokój,  że  słowo  tak  brutalne  tak  łatwo  i  przyjemnie  opuściło  wąskie,  ale 
ładnie narysowane usta. 

Pisarz miał smukłą twarz, ubraną w srebrne okulary, głębokie zielone oczy, brwi zapewne już 

siwe, farbowane na czarno, włosy przerzedzone, niemal siwe. Zmarszczki nie szpeciły tej twarzy, 
rzeźbiły  ją  prostymi  i  pewnymi  rysami.  Tak,  było  w  nim  coś  rasowego,  arystokratycznego; 
delikatność łączyła się ze stanowczością, nieśmiałość z pewnością siebie, jaką mają ludzie, którzy 
już są w historii literatury. 

Jeszcze  raz  przyjrzał  się  uważnie  chłopakowi.  Wrócił  bowiem  niepokój,  czy  ten  nie  jest 

agentem? Zadał mu niby mimochodem kilka pytań dotyczących swoich książek, dostał odpowiedzi, 

background image

które niemal zupełnie go uspokoiły. Zapytał, z kim ma zajęcia, znał wielu prowadzących ćwiczenia, 
a słynny profesor zasłużył sobie u niego na opinię starego osła cytatologa, który nie wiadomo gdzie 
ma łeb, a gdzie zadek. 

Poeta miał wielki szacunek dla profesora, chociaż nie ma co ukrywać, nudziły go te zajęcia - 

zasłużony filolog był specjalistą od cytatów, splatał z nich długie warkocze, którymi przyozdabiał 
swoje  wykłady.  Jako  że  poeta  miał  świetną  pamięć,  stary  profesor  stawiał  go  za  wzór  innym 
studentom;  ale  teraz  po  tak  drastycznej  krytyce  -  padła  przecież  z  nie  byle  jakich  ust  -  profesor 
wydał mu się większym nudziarzem niż kiedykolwiek. 

Z tego zakłopotania pochwalił się nagle listem od wybitnego poety. Prozaik spojrzał na niego 

badawczo.  I  westchnął.  Nie  chciał  robić  młodemu  przykrości,  ale  nie  cenił  słynnego  literata, 
szczerze mówiąc, to bardzo się nawzajem nie lubili. Zaczęło się przed wieloma laty od prestiżowej 
nagrody,  którą  miał  dostać  prozaik,  a  dostał  poeta.  Potem  doszły  animozje  polityczne  -  poeta 
drukował w pismach, w których żaden przyzwoity pisarz drukować nie powinien. 

- Artysta w nim dosyć duży, ale człowiek mały, tak bywa - powiedział dyplomatycznie. 
Jednak w oczach młodego poety pojawił się wielki zamęt, potem nawet coś w rodzaju buntu. 

Ale nic nie mówił. Zapadło więc milczenie, które nie było zręczne. 

- No już dobrze, dobrze, to pisarz na pewno wybitny, nie neguję. A to, że podobały mu się te 

wiersze, to  rzecz nie do zlekceważenia. Mam nadzieję, że przygotował  pan jakiś pakiecik  też dla 
mnie? 

Speszył się. Miał kilka wierszy w kopercie schowanych w kieszonce na sercu, ale nie podjął 

jeszcze decyzji, czy chce dać je prozaikowi. Bał się, że ewentualna nagana zniweluje radość, jakiej 
dostarczyła  mu  pochwała  poety.  Nie  wiedział  jeszcze,  że  jest  na  progu  drogi,  która  składa  się  z 
pochwał i nagan, nieustannego zdawania egzaminu w dziedzinie, która nie ma miar i granic, więc 
tego ostatniego egzaminu nie zdaje nikt. 

Wyjął  kopertę  i  wręczył  pisarzowi.  Ten  uśmiechnął  się  trochę  ironicznie,  ale  też  serdecznie, 

jego uśmiech jednak szybko zgasł, gdy ujrzał pilne spojrzenie młodej pary siedzącej przy sąsiednim 
stoliku.  Że  też  od  razu  nie  domyślił  się...  Agenci!  Miał  do  tego  nosa.  Taka  potajemnie 
przekazywana  koperta  wyglądać  musi  więcej  niż  podejrzanie  -  pomyślał  z  troską  o  młodym 
chłopcu, nie zapominając jednak też o sobie. Wyjął więc wiersze z koperty i ku przerażeniu poety 
zaczął je czytać nienaturalnie głośno. 

„Zachód zostawia różową bliznę. 
Rumienią się sad i dom drewniany, jakby 
Chciały być ze sobą na zawsze... „ 
-  Bardzo  proszę,  może  potem  -  błagał  poeta.  Pisarz  szybko  uznał,  że  koperta  została  już 

rozbrojona, rzucił okiem na podejrzaną parę i schował wiersze do kieszeni. 

- „Jakby chciały być ze sobą na zawsze...”, to nawet ładne zdanie - zamyślił się - niech się pan 

tak nie wstydzi, pisanie to jest jakiś rodzaj obnażania się, trzeba się tego uczyć, świadomego wstydu 
i bezwstydu... 

Nagle poczuł coś w rodzaju czułości dla tego delikatnego i wrażliwego chłopca, który chociaż 

wystrugany został z opornego materiału, gdzieś tam na zapadłej wsi, to jednak zakwitł delikatnymi 
liśćmi  - tak czasami puszcza pędy  głuchy pień.  Nagle położył  dłoń na jego ręce, w  geście, który 
chciał,  aby  był  ojcowski.  Ojciec  poety  jednak  nigdy  czegoś  takiego  nie  zrobił,  więc  jego  dłoń 
skuliła się jak owad, który udaje, że jest martwy, ale nie wycofał jej - nie śmiał. Po kilku minutach 
poczuł,  że  ciepło  małej  dłoni  wielkiego  człowieka  ożywia  jego  dłoń,  a  ten  niewielki  znak  życia 
wyczuł  prozaik.  Nie  jest  źle,  są  jakieś  szansę  -  pomyślał  i  poczuł  coś,  jakby  ssanie  w  żołądku. 
Cofnął rękę, a dłoń chłopca uciekła, powoli jak ptak, który do końca nie jest pewny, czy zwrócono 
mu wolność. 

Kwadrans  już  dawno  minął,  nie  miał  ochoty  rozstawać  się  z  młodym  człowiekiem,  wiedział 

jednak, że tak będzie lepiej.  Powiedział, że postara się pomóc w sprawach literackich, poprosił o 
telefon. 

background image

Pisarz został sam. Boleśnie odczuł samotność, co go zaskoczyło. Zamknął oczy i pogrążył się 

w jakimś ciemnym zakamarku swej duszy. Kiedy otworzył oczy, nie było już młodej pary. Jednak 
agenci - pomyślał, co nie poprawiało mu nastroju. 

Poeta,  idąc  chodnikiem,  wpadał  co  chwila  na  ludzi,  czuł  się  dziwnie,  surrealistyczne,  nie 

wiedział... pochwalono go czy zganiono, jest utalentowany czy nie? Był w kontuzji. 

Kiedy  spotkał  się  ze  swoją  dziewczyną,  czuł  się  nie  w  humorze.  Ta  pytała  go  o  szczegóły 

spotkania, ciekawa wszystkiego, ale on opędzał się od tych pytań jak od komarów. Dopiero teraz 
pojął,  że  nigdy  nie  rozumiała  literatury,  nic  a  nic,  tylko  ekscytowała  się  nią.  Świeciła  światłem 
odbitym od niego, a on miał tego światła tak mało, powinien je oszczędzać. 

Na  zajęciach  z  profesorem  cytatologiem  też  czuł  się  nieswój.  Po  kolejnym  seansie  cytatów 

pomyślał - co za osioł, na dodatek myli się. Podniósł rękę i dwukrotnie, choć nie bez trudu dobił się 
do  głosu,  by  poprawić  profesora.  Ten  spojrzał  na  niego  jak  skrzywdzone,  siwe  dziecko.  Kilka 
dziewcząt  popatrzyło  na  poetę  ze  zdumieniem,  nigdy  przedtem  nie  wyróżniał  się  niczym 
szczególnym. 

Szedł  w kierunku domu pieszo. Czuł się samotnie, gdyż pokłócił  się ze swoją dziewczyną, a 

tym razem postanowił, że to on poczeka, nie będzie pierwszy dzwonił. Stanął przez transparentem 
„WSZYSCY JESTEŚMY GOSPODARZAMI NASZEJ OJCZYZNY”. Zadumał się nad głębią tego 
zdania... Dalej wisiał napis „NARÓD Z PARTIĄ- PARTIA Z NARODEM”. Dotychczas traktował 
te  hasła  i  całą  propagandę  jak  krowa  trawę,  są  wśród  niej  osty,  starał  się  ich  po  prostu  nie  jeść. 
Teraz po raz pierwszy pochylił się, by dotknąć „poezji” wykuwanej w czeluściach propagandowych 
komórek PRL- u. Poczuł, że to jest nieprzyjemne w dotyku. 

W nocy nie mógł zasnąć. Kilka razy zapalał światło, próbował pisać wiersze. Nie szły mu. Coś 

się w nim łamało, nie wiedział co. 

Zadzwonił do pisarza nazajutrz wieczorem. Ten, chociaż nawet przed sobą nie przyznawał się 

do  tej  słabości,  czekał  na  jego  telefon.  Nie  mógł  się  skupić,  odłożył  pisanie  powieści  do  czasu 
wyjazdu do Obór - tak postanowił. 

Umówił  się  z  młodym  człowiekiem  w  „Domu  Pracy  Twórczej”  pod  Warszawą,  w  pięknym 

pałacyku zbudowanym przez króla Sobieskiego. Pisarze posiadali szereg takich domów rozsianych 
po całym kraju, spadek po czasach, gdy mieli być inżynierami ludzkich dusz. Większość znanych 
artystów  straciło  łaski  dworu,  ale  liczne  przywileje  zostały,  czasami  nawet  zostały  pałace,  jakby 
władza  liczyła,  że  oni  jeszcze  kiedyś  wrócą,  skruszeni.  A  może  to  była  już  tylko  kwestia 
przyzwyczajenia  -  szczerze  mówiąc,  obie  strony  przyzwyczaiły  się,  że  artystom  pewne  rzeczy 
należą się i już. Póki co rodzina pisarza wracała do Warszawy, a w tej sytuacji ucieczka do Obór 
była jedyną szansą na ocalenie twórczego spokoju, bez którego nie ma tworzenia. 

Poeta dostał dokładną instrukcję - jechał autobusem do Konstancina, potem szedł piechotą. Nie 

musiał  nawet  nikogo  pytać  o  drogę.  Słońce  świeciło  umiarkowanym  blaskiem,  w  sam  raz,  by 
wszystko  mogło  się  wykąpać  w  jego  cieple.  Skarpa  wiślana  malowniczo  załamywała  się  wśród 
starych drzew, tworząc mroczny wąwóz. To była poetycka okolica. 

Do pałacu prowadziła asfaltowa droga, która biegła wśród dębów, wpadając prosto jak strzelił 

w  bramę  pałacu,  dalej  rozwidlała  się,  opływając  trawnik  pełen  kwiatów,  by  połączyć  się  u  stóp 
tarasu. Było coś podniosłego w harmonii tego miejsca. 

Twórcy siedzieli na tarasie, rozpoznał kilka siwych głów z literackiego parnasu. Poczuł, że ma 

serce  w  gardle.  Wśród  obecnych  nie  ujrzał  jednak  głowy  prozaika,  tym  mocniej  więc  odczuł 
niepokój,  czy  jest  tu  na  swoim  miejscu?  Ten  siedział  półnagi  na  leżaku,  nieco  z  boku,  tuż  nad 
stawem i zerkał sponad książki na przybysza, bawiąc się jego zagubieniem. 

-  Witam!  -  zawołał  i  poprosił,  by  usiadł  na  kocu  obok  niego.  Zaczął  mu  opowiadać  o  tym 

miejscu,  gdzie  powstało  tyle  wybitnych  książek.  Poeta  rozpoznał  niemal  wszystkich  pisarzy  z 
tarasu,  za  co  został  pochwalony  -  pisarz  nawet  poczuł  małe  ukłucie  w  sercu,  a  nuż  młody  poeta 
wielbi wszystkich artystów jednakowo, zależało mu jednak, aby być wyróżnionym. 

Zbliżała się pora obiadu, który obok rozmów, brydża i wieczornej telewizji był największym 

urozmaiceniem pięknej monotonii tworzenia. Pisarz zaprosił poetę na obiad do pałacowej sali. Ten 
dziękował, mówił, że nie trzeba, a nawet że jadł już coś uprzednio. Został jednak wzięty pod ramię i 

background image

poprowadzony do sali. Był zbyt oszołomiony, by przyjrzeć się starym obrazom zdobiącym ściany, 
dobrze za to widział pokrzywioną, pociemniałą drewnianą posadzkę. Bał  się skrzyżować wzrok z 
olimpijskimi bogami, czuł w nich ironię, pewnie dlatego tak zaciekle piekł go kark. 

Trudno mu było jeść i słuchać pisarza, a tym bardziej z sensem odpowiadać na pytania i tarczą 

obojętności  osłaniać  się  przed  spojrzeniami  sali,  w  której  czuł  się  intruzem.  Pisarz  już  kończył 
deser, gdy on był zaledwie w połowie drugiego dania. Spocił się, poluzował krawat, rozpiął ciasny 
kołnierz białej koszuli. 

Wystroił  się,  jest  poruszony,  wszystko  robi  tu  na  nim  wielkie  wrażenie  -  myślał  prozaik, 

zjadając ostatni kęs czekoladowego tortu. Zamknął oczy, by do szpiku kości poczuć jego smak. 

 
Potem poszli na spacer, wśród drzew, z których wiele pamiętało ubiegłe stulecie. Pokazał mu 

pomnik na grobie psa, ławkę nad stawem, gdzie wpadł na pomysł, by napisać „Chmury w jeziorze” 
- możemy tu usiąść na chwil? - powiedział łaskawie, sadowiąc go na miejscu gdzie wtedy siedział. 

- A o wierszach powiem ci kilka słów, jak wypijemy herbatę w moim pokoju. Możemy mówić 

sobie na ty. 

- Ale ja... ja chyba nie dam rady - wydukał poeta. 
- Potrenujesz, to dasz radę - roześmiał się. 
Prozaik  mieszkał  w  jednym  z  gościnnych  pokoi  w  pałacu,  gdy  pisarze  szeregowi  ulokowani 

byli w dawnych czworakach. 

Zamówił  w  kuchni  dwie  herbaty  i  zaprosił  poetę  do  siebie.  Pokój  był  obszerny,  pałacowy, 

jasny,  miał  duże  małżeńskie  łóżko,  na  stoliku  stała  niemal  antyczna  maszyna  do  pisania, 
przypominająca  starego,  czarnego  mercedesa.  Wkręcona  kartka  zapisana  była  do  połowy. 
Wydawało się, że czeka niecierpliwie na ciąg dalszy. 

Wypili  herbatę,  wyjął  z  kredensu  butelkę  koniaku,  wypełnił  złotym  płynem  dwa  kieliszki. 

Poeta  nigdy  nie  pił  koniaku,  kiedy  teraz  spróbował,  jego  smak  przypomniał  mu  lekarstwo  z 
dzieciństwa. 

Pisarz  wyjął  z  szuflady  wiersze,  przejrzał  je,  poprawił  okulary,  spojrzał  sponad  oprawki  na 

poetę  i  przeczytał  te  fragmenty,  które  najbardziej  mu  się  podobały,  szeptem,  jakby  odmawiał 
modlitwę. Schował uroczyście wiersze do koperty i wręczył je poecie. 

-  Ciekawe,  tak,  to  ciekawe,  masz  talent,  naniosłem  trochę  poprawek,  garstkę  uwag,  ale 

rozumiem, jesteś skrępowany, przestudiujesz to w domu. 

Chłopak schował skwapliwie kopertę do kieszonki na sercu. Pisarz napełnił kieliszki, wypili za 

zdrowie poezji. 

- Wiesz, co to jest twórczy niepokój? - zapytał z głębin swego zamyślenia. 
Poeta speszył się, obawiał się, że jeżeli powie „tak”, będzie to jakieś nadużycie. 
-  Bez  tego  niepokoju  nie  ma  sztuki,  czasami  on  przychodzi  sam,  czasami  trzeba  ów  stan 

sprowokować  -  prozaik  uniósł  wysoko  głowę,  obnażając  niepokojąco  chudą  szyję,  wyglądał  jak 
wychudzony  gąsior,  poecie  zdawało  się,  że  połyka  szklany  kieliszek,  nie  połknął  go  jednak, 
odstawił na stolik. 

Wypił podobnie ekspresyjnie swoją porcję koniaku. Wtedy pisarz zapytał znienacka: 
- Masz dziewczynę? 
To nie było przyjemne pytanie - zastanawiał się w drodze do Obór, czy nie zakończyć swojego 

związku.  Powiedział  jednak  „tak”,  ale  niepewnie,  prozaik  wyczuł  wahanie,  domyślił  się,  że  ten 
związek to nic poważnego. 

- Widzisz... młody człowieku, w życiu wszystkiego powinno się spróbować, choćby raz, nawet 

raz być łajdakiem... Ja byłem łajdakiem w czasach stalinowskich, sam nie wiem, jak to mogło się 
stać? 

Łzy  pojawiły  się  w  oczach  pisarza.  Wzruszenie  zapił  koniakiem.  Uśmiechnął  się,  wtedy 

wydawał się młody. Są ludzie, którym nie starzeją się oczy i uśmiech. 

Milczeli  przez  jakiś  czas,  ale  poeta  po  raz  pierwszy  odczuł  to  milczenie,  jako  nierozłączną 

część  spotkania;  2e  w  braku  słów  nie  ma  nic  złego  -  wcześniej  w  takiej  sytuacji  czuł  się  winny. 
Wypili jeszcze kilka kieliszków. Poeta poczuł, że chce mu się spać. Wiersze leżące w kieszonce na 

background image

sercu poruszyły się, jakby miały swój puls, ale to musiało być złudzenie. Zamknął oczy. Poczuł na 
głowie dłoń pisarza, który szeptał coś sennie o skomplikowanych drogach do twórczego niepokoju. 
Chciał otworzyć oczy, ale nie mógł, powieki były za ciężkie. Poczuł się dzieckiem, którego dotyka 
czuła  ręka  matki,  ale  ręka  jego  matki  była  chropowata,  jak  narzędzie  wyrobione  od  pracy,  ta 
wydawała się jedwabiście gładka i miękka. Było to wszystko tak przyjemne, że stracił orientację, 
gdzie  podziewa  się  ta  dłoń.  Ona  jednak  szła  pewnie  swoimi  czułymi  drogami,  by  spotkać  się  z 
drugą i by już wspólnie rozpiąć mu rozporek. 

Kiedy otworzył oczy, ujrzał siwą aureolę głowy z jej bezbronnym różowym wnętrzem. Pisarz 

klęczał  między  jego  nogami.  Chciał  wstać,  ale  prozaik  nie  puszczał,  łypnął  tylko  okiem  sponad 
szkieł  jak  pies,  któremu  zabierają  kość.  Poeta  poczuł  lęk,  a  nawet  przerażenie,  że  straci 
przyrodzenie. Zamachnął się i palnął pięścią w sam środek źródła niepokoju. Pisarz przewrócił się, 
okulary  opuściły  jego  głowę,  by  z  żałosnym  chrobotem  potoczyć  się  pod  stół  i  zastygnąć  w 
nienaturalnej dla okularów pozie. 

Poeta  zapiął  rozporek  i  półprzytomny  wybiegł  z  pokoju.  Pisarz  wstał  z  trudem,  pojękując. 

Wyjął sztuczną szczękę, obejrzał ją - bez okularów prawie nic nie widział. Zaczął ich szukać, ale 
bez okularów nie mógł ich znaleźć. Oto kolejne błędne koło w moim życiu - pomyślał. 

Poeta  biegł  w  kierunku  bramy,  mijał  czworaki,  gdzie  mieszkali  pisarze.  Stukot  maszyn  do 

pisania, który płynął  miarowo z wielu  pokojów,  ułożył  się w marsz żałobny.  Bez żalu  dołożył  do 
tego stukot swoich podkutych butów na asfalcie. Dwie zaniepokojone siwe głowy wychyliły się z 
okien, by pilnie śledzić jego bieg. 

Na  przystanku  autobusowym  nie  było  żywej  duszy,  wisiał  tylko  plakat:  „POLSKA 

ZJEDNOCZONA  PARTIA  ROBOTNICZA  PRZEWODNIKIEM  NARODU”.  Rozejrzał  się, 
zerwał plakat i podarł go na kawałki. 

Prozaik znalazł w końcu okulary. Obejrzał się w lustrze. Wyglądał na człowieka, który wiele 

przeszedł. Usiadł przy maszynie. Wykręcił kartkę, podarł ją. Zanurzył twarz w dłoniach. I zapłakał. 

 
 

NOC 

 
 
Leżeli  na  plecach,  blisko,  ale  coraz  dalej  od  siebie.  Zapłakało  dziecko,  jak  kot.  Pobiegła  do 

drugiego pokoju. Szybko wróciła, przytuliła się i szepnęła: 

- Na dworze śnieg, taki wielki śnieg, jak za mojego dzieciństwa. 
- I mojego - powiedział i przytulił się do niej. 
Znowu byli sobie bliscy, jak kiedyś, a cisza zamknęła nad nimi czarny parasol. Ktoś zapukał do 

drzwi. Popatrzyli na zegarki, tylko jego świecił w mroku - pięć po dwunastej. Ściągnął brwi w znak 
zapytania. Położyła palec na ustach, szepnęła uspokajająco: 

- To nie może być nikt... to pewnie szalona sąsiadka... Dzwonek krzyknął krótko, potem długo i 

uparcie. 

Sięgnęła  po  szlafrok.  Wyskoczył  z  łóżka  i  zaczął  się  ubierać;  próbował  założyć  spodnie, 

poplątały  mu  się  nogi,  przewrócił  się.  Podeszła  do  drzwi,  spojrzała  przez  wizjer...  podbiegła  do 
niego z takim wyrazem twarzy, że przestraszył się jeszcze bardziej. 

- On? 
Pokręciła przecząco głową. 
- Kilku facetów, okropne gęby. Nie wiem, nie znam... Odetchnął z ulgą i powiedział: 
- Spokojnie, zapytaj, po prostu zapytaj kto. Zawiązała pasek na czerwonym szlafroku, lubił ją 
w tym szlafroku. Podeszła ostrożnie, na palcach do drzwi, zawahała się, ale pytała stanowczo: - 

kto tam? 

- Milicja, proszę otworzyć! Mamy nakaz! 
Zapinając koszulę, podszedł do drzwi. 
- Nie macie prawa przychodzić po dziesiątej. Co się dzieje? 
- Proszę otworzyć! Popatrzyli na siebie. 

background image

- Niemożliwe, to nie milicja, bandycki napad - powiedział. 
Podniósł  słuchawkę  telefonu.  Raz,  jeszcze  raz.  Była  głucha.  Podniosła  słuchawkę  drugiego 

aparatu,  wydawało  jej  się,  że  słyszy  pustkę  kosmosu.  Telewizor  w  drugim  pokoju  syczał  bez 
obrazu, jakby coś mu pękło w środku. Wyjrzeli przez okno. Noc była gęsta, mroźna, śnieżna. Nic 
podejrzanego  nie  działo  się  na  ulicach.  Nagle  drzwi  zachrobotały,  spod  ich  progu  wychylił  się 
nieśmiało błyszczący metalowy nosek. 

- Co to? - zapytała. 
- Chyba łom? - powiedział. 
Otworzyła  gwałtownie  drzwi,  zaskakując  dwóch  mężczyzn  we  wstydliwej  pozycji  kucznej, 

trzeci był w mundurze i siedział na schodach, jakby umywał ręce. Szybko schowali jakiś podłużny 
przedmiot,  wyprostowali  się,  nie  mieli  min  bandytów,  raczej  dzieci  przyłapanych  na  paleniu 
papierosów. Mundurowy, siwiejący już mężczyzna o szerokiej, budzącej zaufanie wiejskiej twarzy, 
wstał  i  pokazał  dokumenty.  Całe  towarzystwo  niespiesznie,  potykając  się  o  siebie,  weszło  do 
mieszkania. 

-  Mamy  nakaz  internowania  pana...  tylko  pana...  niech  się  pani  nie  denerwuje,  wiemy,  że  w 

domu jest małe dziecko - powiedział mundurowy. 

- Inter co...? - zapytał, poprawiając okulary. 
- Internowania. Czasowego zatrzymania. 
- Mnie? czasowego...? Na jakiej podstawie? A to dobre... właśnie mnie? 
- Bohdan, oni to zrobili, jednak zrobili - powiedziała, siadając bezwładnie w fotelu. 
- Pani mąż ma na imię Bohdan? - zapytał gruby funkcjonariusz, zaglądając do papierów. 
- Ten pan nie jest moim mężem. 
-  Wszyscy  tak  będę  gadać  tej  nocy  -  uśmiechnął  się  łysawy,  patrząc  na  rozbebeszone  łóżko  i 

fragmenty odzieży na podłodze - niech pan spakuje podręczne rzeczy, nie mamy czasu. 

- Niczego nie mam do pakowania. Ja z wami nie idę, to nieporozumienie. 
- Weźmiemy pana siłą. Skończył się wasz karnawał - powiedział stanowczo łysawy. 
- Chwileczkę, panowie, sprawdzimy dokumenty - wtrącił się mundurowy. 
Gruby pilnował drzwi, pozostali pochylili się nad dowodem osobistym. 
-  Stoi  tu  Bohdan,  a  nie  Jerzy,  nazwisko  też  zupełnie  odmienne  -  powiedział,  chrząkając, 

mundurowy,  zadowolony,  że  jego  hipoteza  okazała  się  słuszna.  Ten  nadgorliwy  bezpieczniak  nie 
podobał mu się. 

- Musimy przeszukać mieszkanie - powiedział stanowczo łysawy. 
- Tam śpi dziecko, proszę cicho - przestraszyła się. 
- Niech się pani nie martwi - uśmiechnął się mundurowy. 
- Łatwo panu tak mówić - odwzajemniła uśmiech. 
Gruby został przy drzwiach, a pozostali obeszli mieszkanie, łysawy zajrzał nawet pod łóżko i 

do szaf. 

-  A  pan,  co  tu  robi  w  tym  mieszkaniu?  -  pytał  łysawy,  czując,  że  jego  niechęć  do  ludzi  w 

okularach, na którą cierpiał od lat, jest głęboko słuszna. 

- Jestem znajomym tych państwa. 
Łysawy popatrzył jeszcze raz na łóżko. I spojrzał na okularnika z niemym wyrzutem. Pościeliła 

szybko łóżko, jakby chciała zatrzeć ślady. Czuła się bezbronna tylko w szlafroku, z gołymi nogami. 

- Co robimy? - zapytał gruby. 
- Jak to co, poczekamy, aż wróci - warknął łysawy i nie pytając nikogo o zgodę, rozsiadł się na 

kanapie. 

-  Może  by  zadzwonić...?  -  zaproponował  gruby.  Łysawy  popukał  się  w  czoło,  wtedy  gruby 

spłoszył 

się.  Milicjant  zdjął  na  chwilę  czapkę,  zajrzał  do  niej,  jakby  szukał  tam  czegoś,  i  ponownie 

założył  na  głowę. Po czym zapytał,  czy może usiąść na kanapie. Gruby  bez pytania usadowił  się 
obok na krześle. 

background image

Usiadł  obok  radia  i  włączył  aparat,  z  którego  wyciekło  trochę  żałosnego  szumu,  jak  z  kranu 

wycieka  resztka  wody.  Popatrzył  na  nią,  po  czym  zwrócił  się  do  nocnych  przybyszy,  jakby  w 
imieniu ich obojga. 

- Nie działają telefony, telewizja, radio, co wyście, na Boga, zrobili!? 
Nikt  nie  odpowiedział.  Funkcjonariusze  zamknęli  się  w  sobie,  ale  każdy  jakby  inaczej.  Ich 

miny zdawały się mówić, że oni też mają poczucie, że dzieje się coś wielkiego  - a ich rola w tym 
dziele, chociaż marginalna, może być jednak ponad siły. 

- Oni to  zrobili, nie do wiary, zrobili to...  -  schowała twarz w dłoniach.  Nagle zebrała włosy, 

podniosła do góry, obnażając długą, ładną szyję i spięła je, jakby była sama w pokoju. Potem poszła 
do łazienki. 

Wróciła umalowana, w eleganckim, czarnym kostiumie. 
- Jeżeli panowie zamierzacie tu czekać na mojego męża, to czekacie na próżno. Wróci pewnie 

za dwa dni. 

- Mamy czas do rana, poczekamy - powiedział łysawy. W pokoju zrobiło się ciasno. On chciał 

pogłaskać japo 

dłoni, ale odsunęła rękę. Nocni goście siedzieli naprzeciw olejnego obrazu; duży, niemal na pół 

ściany, przedstawiał kilka kresek i czerwoną kropkę na białym tle. Jeśli nie chcieli patrzeć jej i jemu 
w oczy, to musieli patrzeć na ten obraz. W ciszy słychać było, jak dom śpi, jak pracuje jego układ 
trawienny. 

On wstał i skierował się w stronę drzwi balkonu... 
- Proszę nie wychodzić na balkon! - powiedział stanowczo łysawy. 
Wrócił i usiadł ze słowami: 
- Dlaczego? Przecież nie po mnie przyszliście, moglibyście mnie puścić? 
- Poczeka pan z nami do rana. 
- To bez sensu. 
- Z mężem tej pani nie ma pan ochoty się spotykać, co nie? - powiedział ironicznie łysawy. 
To było zbyt brutalne pytanie, by na nie odpowiadać. Zapłakało dziecko, zerwała się i z ulgą 

pobiegła do dziecinnego pokoju. Łysawy wstał, chciał iść za nią, ale zawahał się i zrezygnował. 

- Zgrabna bestia - gruby puścił oko. 
Ale on udawał, że nic nie słyszy, nie widzi. Wyjął z półki książkę, zaczął ją czytać, lecz litery 

leżały bezładnie jak las, w który uderzyła wichura. Pomyślał - to pewnie z powodu stresu i odłożył 
książkę. 

Wróciła z pokoju dziecka, niosąc ze sobą łom. 
- A to co? 
-  Był  potrzebny  do  samochodu  -  tłumaczył  się  niezręcznie  gruby  i  skwapliwie  odebrał  jej 

narzędzie,  takie  nagie  w  swojej  prostocie;  postawił,  stukając  znacząco  o  podłogę  przedpokoju, 
jakby chciał powiedzieć - nie ma się czego wstydzić. 

- Noc długich łomów - roześmiała się histerycznie. 
- E tam, on nie taki długi - powiedział gruby. 
- Magda, daj spokój, po co teraz takie rozmowy. Ci panowie nie są za to odpowiedzialni, oni 

też są w jakimś sensie ofiarami. 

- Trzy ofiary z jednym łomem. 
- Magda, daj spokój. To nie jest takie proste. Rozmawialiśmy o tym niedawno.  „Solidarność” 

posunęła się za daleko... To musiało się tak skończyć... 

Odsunęła się od niego. Siedział teraz gdzieś pośrodku, między nią a nimi. 
- Rozumiem, jesteś zdenerwowana, po co jednak tak od razu... 
-  Nie  jestem  zdenerwowana.  Jaki  ja  mam  powód,  by  się  denerwować.  Jest  świetnie.  Taka 

piękna noc, nie miałam jeszcze nigdy takiej nocy. 

Kiedy podeszła do okna, dwóch zerwało się z kanapy. 
- Proszę nie otwierać, nie podchodzić za blisko. 
Stanęła jednak przy parapecie. Po chwili powiedziała: 
- Kibitki jadą na wschód, jedna za drugą. 

background image

Stanął obok, ale na wyciągnięcie ręki, wygiął się, by uchylić zasłonę. 
- Co ty, na Boga, opowiadasz? 
- Szare furgonetki wożą ludzi, wybierają nas z mieszkań po cichu... pacyfikacja podczas snu. 
Gruby też podszedł do okna. Pokiwał głową i zwrócił się do kolegów: 
- Chyba wszystko idzie dobrze? 
-  A  co  ma  źle  iść,  siadaj!  -  warknął  ze  złością  łysawy,  który  poczuł  nagle  jakiś  wielki  lęk. 

Gruby umierał ze strachu, a taki duży lęk jest zaraźliwy. 

Kiedy wszyscy już zajęli swoje miejsca, on powiedział do niej, tak by wszyscy usłyszeli. 
- Najważniejsze, żeby to było zrobione polskimi rękami, bez udziału Armii Czerwonej. Żeby to 

nie było kolejne przegrane powstanie.  Zresztą może to  nie dotyczy  całej  Polski? Może jest jakoś 
inaczej, niż myślimy, prawie nic nie wiemy, panowie też chyba mało wiedzą, poczekamy, do rana 
wszystko się wyjaśni. Jestem mimo wszystko dobrej myśli. 

- Jak przystało na członka partii - powiedziała. 
- Wiesz, że chciałem oddać legitymację, znasz powody, dlaczego nie... 
- Nic nie mów, proszę... 
Zapadło milczenie. Nie wytrzymał jednak długo i zapytał nie wiadomo kogo: 
-  Ciekawe,  jak  to  się  wszystko  skończy?  Czy  biorą  w  tym  udział  Rosjanie,  czy  nie?  To  jest 

kluczowa sprawa... 

- Pani przecież prosiła, by zamknął paszczę - mruknął łysawy. Spojrzał, jakby badał, czy może 

godnie  odpowiedzieć,  ale  na  twarzy  funkcjonariusza  zastał  minę,  która  nie  zachęcała  od  dialogu. 
Odsunął  się  więc  od  tej  trójki,  wziął  głęboki  oddech,  zanurkował  w  sobie.  I  stał  się  jakby 
nieobecny. 

Przez  godzinę  nic  się  nie  działo,  prawie  nic.  Mundurowy  poszedł  do  toalety,  za  nim  gruby. 

Mężczyźni  wymienili  między  sobą  kilka  szeptów,  jak  namawiają  się  mali  chłopcy.  Mundurowy 
sprawdzał jakieś dokumenty. Gruby przysnął. Ocknął się z niepokojem jak strażnik, który zaspał na 
służbie. Popatrzył na obraz i nagle zapytał z odwagą, jaką daje granica snu i jawy. 

- Czy to jest wypadek samochodowy... na tym obrazie? Jeśli państwo się nie pogniewacie... 
Zaczęła  się  śmiać,  histerycznie.  On  też  uśmiechnął  się,  ale  kiedy  gruby  popatrzył  na  niego 

kwaśno  -  szybko  zgasił  uśmiech.  Znowu  wszyscy  milczeli  takim  milczeniem,  które  bardziej  nie 
kleiło się niż kiepska rozmowa. Nagle wyjął legitymację, pokazał ją mundurowemu. 

-  Jestem  podobnie  jak  pan  w  partii.  Kieruję  organizacją  w  „Instytucie  Energii  Atomowej”, 

domyśla się pan, że to jest ważna instytucja. Proszę mnie wypuścić, niepokoję się o rodzinę... 

- Nie jestem w partii - powiedział mundurowy. 
- Nawet jak byłby posłem na Sejm, albo ministrem, to nic z tego... - powiedział gruby. 
Nie było już o czym mówić, o co spierać się. Tak naprawdę to każdy chciał być teraz gdzieś 

indziej. Czas płynął, robiąc swoje, i nawet łysawy funkcjonariusz poczuł senność. 

Nagle  dom  zadrżał,  jakby  noc  traciła  równowagę.  Wszyscy  stanęli  w  oknach.  Z  mroku  coś 

wypełzło na 

ulicę. 
Na  początku,  jak  we  śnie,  widzieli  słonie  idące  z  wyprężonymi  trąbami.  Dwa  czołgi  i 

transporter  opancerzony  wyglądały  nieprawdziwie  na  pustej  ulicy,  jechały  gęsiego,  miażdżąc 
światło ulicznych lamp. Czołgi pojechały dalej w mrok, transporter zakręcił i stanął, jakby chciał na 
zawsze unieruchomić skrzyżowanie. 

Nikt nie powiedział słowa, jakby to, co wypluła z siebie noc, mówiło samo za siebie. Wszyscy 

chyba  tak  samo  odczuli,  że  stało  się  coś  nieodwracalnego.  I  nic  już  nie  będzie,  jak  było.  Pomału, 
niechętnie wracali na swoje miejsca, a on poczuł, że już nie ma ochoty wychodzić z domu. Położył 
się w kącie łóżka, zdjął buty, okulary i zasnął. 

- To sobie pani znalazła gacha, przepraszam, że się wtrącam - powiedział gruby. 
Postanowiła nic nie mówić i udało się. Wszystko, co mogła powiedzieć, było o wiele gorsze od 

milczenia. Łysawy poczuł nawet coś w rodzaju szacunku dla milczenia tej kobiety. Ale równolegle 
pomyślał - doigrali się. Nie miał nic a nic sympatii dla tych, co postawili kraj na głowie, ale ruskich 

background image

też  nie  lubił,  a  kto  mógł  wiedzieć,  czy  oni  w  tym  nie  zakotłują?  Wszystko  się  pomieszało,  teraz 
trzeba zaprowadzić porządek. 

Przed  szóstą  rano,  kiedy  było  jeszcze  ciemno,  zaczęli  się  zbierać.  Wstawali  ostrożnie,  jakby 

bali się uszkodzić korzenie, które zapuścili w kanapie i w krześle. 

Obudził się, włożył okulary, rozejrzał się zdziwiony... 
- Weźmiemy go? - zapytał od niechcenia gruby. 
- A po co on nam - powiedział łysawy i zwrócił się do niej surowo - a jeżeli mąż wróci, jeśli 

wróci... pewnie go już mamy, to niech się zgłosi do nas, tak będzie najlepiej. A przy okazji... proszę 
podpisać deklarację lojalności. 

Podał jej kartkę. Przeczytała nieuważnie kilka razy. Pokręciła przecząco głową. 
-  A  skąd  pani  wie,  że  nie  internujemy  pani,  jak  pani  nie  podpisze,  a  dziecko  oddamy  do 

sierocińca? 

Wzruszyła ramionami. Jeszcze raz pokręciła przecząco głową i usiadła w fotelu. 
- Dobra, zostaw - powiedział mundurowy. 
- Ja mogę podpisać - powiedział on. 
Nikt  jednak  nie  chciał  jego  podpisu.  Wyszli  tak  cicho,  jakby  ich  nigdy  nie  było.  Zamknęła 

zasuwę  i  otworzyła  okno,  by  wywietrzyć  mieszkanie,  włączyła  telewizor.  Przemawiał  generał 
Wojciech Jaruzelski. Mówił prawie nie otwierając ust, mówił jak karabin maszynowy. 

- Noc, która przejdzie do historii - powiedział głosem, w którym była nutka patosu - szczęście 

w nieszczęściu, że zrobili to sami, Armia Czerwona póki co jest z boku. 

Chciał się do niej przytulić - powstrzymała go. 
- Powinieneś wyjść z nimi... 
Zaczął coś mówić, ale słowa powpadały jedne na drugie, prawdziwy karambol. 
-  Wiesz,  co  jest  najgorsze?  -  powiedziała.  -  My  nie  jesteśmy  od  nich  lepsi,  ty  i  ja.  My  też 

jesteśmy winni... 

Popatrzył  na  nią  jak  zraniony  ptak.  Podniósł  słuchawkę  telefonu,  był  martwy.  Położył 

słuchawkę, zapytał: 

- Naprawdę? 
- I nie dzwoń do mnie. Nigdy. 
Wyszedł,  trzaskając  drzwiami,  otworzył  je,  przeprosił  i  zamknął  delikatnie.  Zasunęła  zamek, 

obejrzała skaleczone łomem drzwi, wyglądały, jakby zadrapał je pazur diabła. Podeszła do dziecka, 
pocałowała w policzek, dziewczynka otworzyła oczy, uśmiechnęła się i zasnęła. 

Zamknęła  okno.  Na  skrzyżowaniu  stał  transporter  opancerzony.  Żołnierze  w  polowych 

mundurach grzali dłonie przy metalowych piecykach. Na chodnikach było wielu ludzi, więcej, niż 
powinno być w taki mroźny niedzielny ranek. Snuli się tam i z powrotem, szepcąc coś do siebie, 
muchy  w  pułapce  podwójnej  szyby.  Plakaty  „Solidarności”  oblepiały  wszystkie  ściany  i  słupy, 
jakby nigdy nic, ale po raz pierwszy wydawały się bezsilne. 

Szedł  kołyszącym  krokiem,  nawet  z  daleka  widziała,  że  poprawia  okulary  jak  Zbyszek 

Cybulski, minął autobusowy przystanek i zniknął na czarno- białej taśmie ulicy. 

Wydawało  jej  się,  że  słyszy  odgłosy  pierwszych  strzałów.  Prawdę  mówiąc,  czekała  na  to  z 

niepokojem, ale też z nadzieją. Przecież niemożliwe, by nie było oporu? Ale to tylko ktoś trzepał 
dywan na śniegu. Z pobliskiego nasypu pierwsze dzieci zjechały na sankach. 

 
 
 
 

DRUGI BRZEG 

 
 
To  miejsce  pamiętała  jeszcze  z  dziecięcych  wyjazdów  z  rodzicami.  Wieś,  która  w  sezonie 

zmienia  się  w  turystyczne  miasteczko.  Może  wybrała  je  z  tęsknoty  za  tamtym  czasem,  kiedy 
wydawało się, że nawet powietrze nigdy się nie zestarzeje i zawsze będzie młode? 

background image

Przyjechała tu jak do sanatorium, a przecież jest młoda i zdrowa... chyba że nazwać miłość - 

piękną chorobą, a brutalne zerwanie - wypadkiem. 

Ktoś polecił jej mały pokoik na poddaszu z widokiem na zatokę. Wrzesień zmierzał do swego 

końca, wczasowiczów było niewielu. W zimnym morzu nikt się nie kąpał, tylko wielbiciele desek 
ślizgali się po wodach zatoki jak kolorowe owady. 

Poszła  na  spacer.  Ceglany,  neogotycki  kościół  wydawał  się  jej  mniejszy  niż  w  dzieciństwie. 

Niemal wszystkie miejsca skurczyły się i zbladły. Fasadę kościoła naznaczyły ślady po pociskach z 
września 1939 roku jak przebyta ospa. Tak, to z tej czarnej marmurowej tablicy rodzice czytali jej o 
miejscowym proboszczu, który zginął w obronie Helu; ale jedno i drugie wydarzenie zdawały się 
teraz równoległe w czasie, a tak odległe, jakby nie zdarzyły się nigdy. 

Potem  rozkoszowała  się  smakiem  lodów  cytrynowych,  ten  smak  nie  rozpuścił  się  mimo 

upływu lat. Jak wtedy wyczuwała językiem kawałeczki kandyzowanej skórki, zatopionej w masie 
lekkiej  jak  pianka.  Nie  było  już  starszego  pana,  który  uśmiechał  się  zza  rogowych  oprawek  i 
nazywał ją swoją małą klientką. Za kontuarem stała kobieta, w jej oczach dostrzegła jego uśmiech, 
zapewne  wędrujący  dyskretnie  z  pokolenia  na  pokolenie,  podobnie  jak  tajemnica  lodowych 
smaków. 

Poszła  na  plażę,  była  pusta.  Lubiła  patrzeć  na  wodę,  czy  było  to  spokojne  jezioro,  czy 

wzburzone morze. Wracając, postanowiła zajść do sklepu. Przez szybę ujrzała znajomą sylwetkę. 
Ktoś  podobny  do  Piotra.  To  on!  -  nie  była  sama,  nawet  tyle  kilometrów  od  domu.  Widywali  się 
ostatnio  tak  rzadko...  Lubili  rozmawiać  o  książkach...  czuli  się  wtedy  jak  na  małej  wyspie,  gdzie 
byli sami. 

Obecność  Piotra  nad  morzem  wydała  jej  się  dziwna,  prawie  podejrzana.  Przecież  on  kochał 

góry, wspinał się, pokonując lęk przestrzeni, zwierzył jej się kiedyś z tego lęku... I dlaczego nie ma 
obok zgrabnej sylwetki Agnieszki? 

Był bardziej zdziwiony niż ona, która miała chwilę, by oswoić się z niespodzianką. Poszli do 

kawiarni  -  była  zamknięta  jak  większość  lokali  czynnych  jedynie  w  pełni  sezonu,  usiedli  więc  w 
smażalni ryb. 

Jak zwykle niczego przed nianie ukrywał. Postanowił rozejść się z Agnieszką, oboje zgodnie 

zdecydowali o rozstaniu. Przyjechał tu sam, by przetrawić decyzję. Poczuła coś, jakby wewnętrzny 
uśmiech - im też się nie udało. Zawstydziła się tej myśli, zdusiła ją w sobie tak mocno, że zabolało. 

Oboje  pomyśleli  chyba  o  tym  samym  -  przyjechali  tu  w  podobnym  czasie,  by  szukać 

samotności, a spotkali siebie. Osobne spędzenie wieczoru byłoby więc nietaktem wobec losu. Miał 
samochód,  zaprosił  ją  do  restauracji  w  pobliskim  mieście.  Zgodziła  się  szybko,  może  nawet  zbyt 
skwapliwie, ale obawiała się samotności w nieznanym miejscu. 

Nie  pojechali  jednak  nigdzie  -  zostali  w  smażalni  ryb,  zamówili  piwo.  Jest  coś  szczególnie 

czułego w zapachu piwa, stygnącej plaży i pobliskiego morza o zmierzchu. 

Piotr miał ładną, nieco ascetyczną twarz. Szczupły, wysoki, ciemne włosy i oczy, podkreślały 

wyraz  zatroskania,  który  z  kolei  wskazywał  drogę  przyszłym  zmarszczkom.  Należał  do  ludzi, 
którzy  potrafią  martwić  się  sobą,  bliskimi,  światem.  Wydawał  się  opiekuńczy,  ale  zarazem 
potrzebował opieki. W tym też byli do siebie podobni. Jego związek wypalił się, jak ognisko, gdzie 
była słoma. Dlatego wysoki ogień żył tak krótko. Rozstanie wygląda na higieniczne i bezbolesne... 

Znał  jej  historię,  kiedyś  opowiedziała  mu  ją  ze  szczegółami.  Był  zdziwiony  i  poruszony,  że 

porzucono  ją  tak  brutalnie,  że  nadal  cierpi,  że  nie  ma  nikogo.  Nie  lubił  tamtego  człowieka, 
zaniepokojony, kiedy z nim się związała, poczuł ulgę, gdy ją zostawił. 

Poszli  na  plażę.  Morze  słychać  było  mocniej  niż  za  dnia,  jakby  odbijało  się  o  ścianę  nocy. 

Księżyc złocił na nim swoją drogę. Byli sami... Wiedziała, że ją rozumie i rozumiało ją morze. Już 
dawno nie czuła się równie bezpiecznie. 

-  Wiem  od  moich  rodziców,  że  kiedyś  ludzie  mieli  czas,  teraz  czas  ma  nas  -  powiedział  ze 

smutkiem. 

- Ale teraz przecież mamy czas...! I bez tego nie ma czułości... - odparła. 

background image

Potraktował  te  słowa  jako  zaproszenie,  przytulił  się.  Położyli  się  obok  siebie  na  pisaku,  z 

rękami pod głową i patrzyli w gwiazdy. Na czystym niebie były tak wyraźne, jakby miały za chwilę 
spaść. Kiedy jest taka ulewa gwiazd, nikt nie powinien być sam... 

Szli, trzymając się za ręce. Nie zapaliła światła... położyli się w ubraniach na łóżku. Myśli w jej 

głowie tłukły się jak spłoszone ptaki w klatce. Ich usta znalazły się tak blisko siebie, że nie było już 
odwrotu.  Co  my  najlepszego  robimy?  -  szepnęła...  było  to  jak  zaklęcie  już  bez mocy  i  znaczenia. 
Nie odpowiedział, mówiły jego dłonie, nurkując delikatnie pod jej koszulę. Jej piersi ułożyły się w 
jego dłoniach jak owoce. Myślała z trwogą - jak to możliwe, że nie mam wyrzutów sumienia wobec 
Agnieszki...  a  jej  tak  bardzo  tu  nie  ma,  w  nim  ani  we  mnie...  nawet  nie  muszę  wyrzucać  jej  z 
łóżka... a przecież oni byli ze sobą tyle lat, jakby nigdy nie mieli się rozstać... czy tak musi być, że 
co wydaje się na zawsze, jest tylko na chwilę... i przecież ja go nie kocham... co będzie jutro? 

Kiedy rozpiął jej spodnie, jej płeć skuliła się i chciała uciekać, ale było już za późno... 
- Jesteś piękna... jak to możliwe, że na twoim ciele nie ma ani jednej linii prostej? 
Odzwyczaiła  się  od  czułości,  zawstydzona  odwróciła  głowę.  Roześmiała  się,  kiedy  leciutko 

ugryzł ją w czubek języka. Niepokój zniknął, jakby spłoszyła go ich wesołość. 

Zdziwiła się, czując w sobie jego kształt, inny od tego, który pamiętała. Nie powinnam być tak 

łatwa - pomyślała - co on sobie o mnie pomyśli? Ale to był ostatni wstyd... 

Otworzyła oczy... nad łóżkiem stał ich wspólny zapach. Dotknęła jego dłoni, jakby chciała się 

przekonać, że naprawdę jest obok. Uśmiechnął się, ale nie otworzył oczu. Przytulił ją. Nie potrafiła 
nazwać  stanu,  w  jakim  była,  i  przypomniała  sobie  czyjeś  słowa  -  ”szczęście  ma  to  do  siebie,  że 
niknie, gdy próbujemy je uchwycić”. 

Obudziła się w środku nocy. Leżał obok, widziała cień zarostu na jego twarzy i dołek między 

piersiami,  jak  zagłębienie  po  odcisku  jej  kciuka.  Spał  -  słuchała  go  przez  chwilę,  próbując 
dostosować swój oddech, ale zabrakło jej powietrza. I nie było miłosnych skrzypiec, które czasami 
słyszą kobiety, szukając usprawiedliwienia dla pożądania. 

Rankiem  nadal  spał  snem  uczciwym  i  głębokim.  Pusta  zatoka  w  porannej  mgle  marszczyła 

lekko  swoją  wodę.  Wstała  powoli  i  stąpając  niepewnie,  poszła  do  łazienki.  Nie  miała  ochoty 
zmywać  z  siebie  jego  zapachu.  Zanurzyła  ręce  pod  kranem,  pozwoliła,  by  woda  przepływała 
między palcami - jak życie, jak czas - pomyślała i zamknęła kran. Między placami nie zostało nic. 

Patrząc w lustro, ujrzała na szyi kilka ciemnych plamek. Ślady jego zębów przypominały małe 

nietoperze. W swojej twarzy ujrzała zmianę. Nie była pewna - postarzała się czy odmłodniała... na 
pewno  zmieniły  się  jej  oczy.  Poczuła,  jak  coś  budzi  się  w  niej  i  przeciąga  jak  kot  -  wstrzymała 
oddech, jakby bała się go spłoszyć. 

Jej  wewnętrzna  waga,  która  do  tej  pory  chwiała  się  pod  ciężarem  jednej  kropli,  stała  jednak 

teraz nieruchomo. 

Kiedy  wróciła  do  pokoju,  już  nie  spał.  Rozmawiał  przez  komórkowy  telefon.  Ściszył  głos, 

kiedy weszła, więc szybko wróciła do łazienki, udając, że o czymś zapomniała. Przytknęła ucho do 
drzwi... mówił: 

-  Nie...  jestem  zupełnie  sam...  tak,  chcę  do  ciebie  wrócić...  po  prostu  już  wiem,  że  na  pewno 

chcę być z tobą... 

Jej serce skurczyło się w piąstkę, wrócił dawny niepokój. Wskoczyła pod prysznic i odkręciła 

zimną wodę. To bolało, lecz przyniosło ulgę. Wytarła się ręcznikiem, żałując, że jest taki gładki. 

- Wszystko jest jak jest, a jak jest, jest dobrze - powiedziała do siebie. 
Gdy weszła do pokoju, pocałował ją niepewnie w policzek i poszedł się umyć. W dłoni trzymał 

kurczowo telefon, jakby bał się, że będzie zgubiony, jeśli go odłoży. 

Śniadanie zjedli osobno - jakby to było oczywiste. Potem spotkali się przy kiosku z gazetami. 

Chciał coś wyjaśnić, ale uśmiechnęła się. 

- Nic nie mów. Nie ma problemu, jest dobrze, jak jest. 
Zdziwił się, nawet trochę spłoszył, ale kiedy wyczuł mur jej stanowczości, nie powiedział nic. 
Potem już z daleka widziała, jak jedzie samochodem w kierunku Warszawy. 
Zaczęła się pakować, postanowiła wrócić nocnym pociągiem, ale zmieniła zdanie. Zostanie do 

jutra, może dłużej. To już nie ma znaczenia. Zatoka w słońcu przybliżyła dalekie wieże kościołów, 

background image

czerwone  dachy  domów  ledwie  zarysowane  na  jeszcze  zielonym,  ale  już  żółknącym  dalekim 
brzegu. Wczoraj nie widziała tego drugiego brzegu. 

 
 
 
 

RZESISTEK 

 
 
Na  wycieczkę  do  Egiptu  szykowali  się  od  lat.  Kiedy  jednak  podjęli  decyzję,  zaczęły  się 

kłopoty.  Ona  chce  koniecznie  jechać  do  Hurgady,  a  on  na  Synaj,  do  Sharem  Sheik.  W  ich 
mieszkaniu  licytują  się  kolorami  nieba  i  morza  prospekty  kilkunastu  biur  podróży,  trwają 
gorączkowe konsultacje ze znajomymi, którzy bywali w Egipcie. Nie mogą jednak dojść do zgody. 

Minęło  osiem  lat  od  chwili,  gdy  kupili  na  kredyt  mieszkanie.  Kredyt  niemal  spłacili,  została 

ostatnia rata. Dlatego postanowili wyjechać na urlop, po raz pierwszy od wielu lat. Wyjazd będzie 
nie  byle  jaki  -  na  urlopie  pocznie  się  ich  potomek.  On  chce,  aby  to  był  chłopiec,  ona  uważa,  że 
zasłużyła  sobie  na  dziewczynkę.  Do  tej  pory  nie  mogli  sobie  pozwolić  na  dziecko.  Jak  ma  się 
niepewną pracę w niepewnym kraju i kredyt do spłacenia, to dziecko jest luksusem. 

Znowu usiedli w kuchni przy stole, by przejrzeć ofery biur podróży. 
- Z Synaju jest dalej do piramid - mówiła. On jednak był uparty. 
- Tam są piękniejsze rafy koralowe, w okolicach Hurgady są zniszczone. 
Znajomi też byli podzieleni w opiniach. Mieli tego dosyć, oboje. I nagle, zaskakując samych 

siebie, zdecydowali się - pojadana Majorkę! Biuro było małe, ale oferowało niskie ceny. 

- Nie wiem, czy daruję ci te piramidy? - powiedziała, gdy wyszli z biura podróży. 
- Nie pooglądam sobie raf koralowych, pływając z rurką... na tej Majorce - mruknął. 
W nocy oboje kiepsko spali. 
Nazajutrz wrócił późno do domu i z kwaśną miną. 
Musiał  zapłacić  całą  sumę.  Nie  spodobała  mu  się  kobieta,  która  w  biurze  przyjęła  od  niego 

pieniądze. 

Pokłócili się, czyj to był pomysł z Majorką; wróciła do sprawy piramid, on do raf koralowych. 
Położyli się po obu brzegach łóżka, tak aby się nie dotykać. Nie było to łatwe, łóżko należało 

do  takich  półmałżeńskich.  Łóżko  dla  nieśmiałych.  Prędzej  czy  później  musiało  więc  dojść  do 
małego  spotkania,  a  z  niego  zrodziła  się  iskra.  Jego  dłoń  połączyła  się  z  jej  dłonią,  potem 
powędrowała niepewnie w kierunku łokcia, by podążyć ku piersi. Miała obfity biust, uwielbiał jej 
piersi,  a  ona  lubiła  taki  dotyk,  chociaż  nie  przyznawała  się  do  tego.  Jej  matka  zawsze  mawiała  - 
„Nie bądź łatwa, nawet jak masz ochotę, stawiaj opór, tylko to, co zdobywamy z trudem, cenimy, 
mężczyzna musi kobietę zdobywać, tylko dziwki ma łatwo”. Odsunęła więc jego dłoń w nadziei, że 
tak łatwo nie zrezygnuje. Jak zwykle miała rację. 

Obudzili się w dobrych nastrojach. Za tydzień lecą na Majorkę. Kiedy mył się pod prysznicem, 

ujrzał, że członek jest lekko zaczerwieniony. Pomyślał - wczoraj ciut przesadziłem. 

W  pracy,  kiedy  poszedł  do  ubikacji,  miał  wrażenie,  że  poranny  objaw  utrwalił  się,  a  może 

nawet  nastąpiło  zaognienie?  Chodził  kilka  razy  do  toalety,  by  to  sprawdzić.  W  końcu  był  już 
pewien  -  nie  wolno  tego  bagatelizować  przed  wyjazdem!  Do  kogo  jednak  iść  z  taką  delikatną 
sprawą? Do chirurga chyba nie? Szukał w książce telefonicznej. Dermatolog- wenerolog? Tak! Jak 
to  możliwe,  że  w  tym  fachu  pracują  niemal  same  kobiety?  Pewnie  chcą  pognębić  mężczyzn?  W 
końcu  znalazł  lekarza  płci  męskiej,  który  przyjmował  prywatnie  na  ulicy  Miłej.  Nazwa  ulicy  też 
miała pewne znaczenie, czytał: „dermatolog- wenerolog, duże doświadczenie w pracy szpitalnej”. 
Wyszedł na korytarz, by zadzwonić z telefonu komórkowego, tam też kręcili się pracownicy, więc 
wyniósł się na ulicę. 

Głos  lekarza  był  miękki,  niemal  czuły...  Od  razu  zrozumiał,  że  znalazł  odpowiedniego 

człowieka. Lekarz oświadczył jednak, że nie ma dzisiaj wolnego terminu. Tłumaczył, że sprawa jest 

background image

pilna, wyjeżdża na urlop, na daleką wyspę, bardzo prosi... Przekrzykując zgrzyt tramwaju, wyżebrał 
wizytę. 

Wrócił do biurka, ale po chwili poszedł do toalety i jeszcze raz obejrzał podejrzane miejsce. Po 

wyznaczonej  wizycie  -  wyglądało  jakby  mniej  groźnie...  Zaniepokoił  się  -  a  co  będzie,  jak  mnie 
wyśmieje, że przychodzę z czymś takim? Nic nie będzie - odpowiedział mu zdrowy rozsądek. 

Na ulicy Miłej nie mógł znaleźć miejsca, by zaparkować samochód, co uznał za zły znak. W 

poczekalni  siedziało  dwóch  mężczyzn.  Jeden  był  Wietnamczykiem.  Wydawało  mu  się,  że  to 
człowiek  z  wietnamskiej  budki  z  jedzeniem  z  placu  Konstytucji.  Wszyscy  Wietnamczycy  wydają 
się nam tacy sami. 

Drugi pacjent skubał nerwowo wąsy i podobnie jak on miał coś pod trzydziestkę. Twarz jego 

nawiedzał  nerwowy  tik,  jak  burzowe  niebo  bywa  przekreślane  błyskawicą.  Oblicze  Azjaty  było 
nieruchome. 

Z gabinetu wybiegł pacjent z taką miną, jakby przed chwilą żona zostawiła go na zawsze. Jego 

miejsce zajął Wietnamczyk. 

- Popatrz pan, jak nam się te żółtki rozmnożyły - powiedział mężczyzna z wąsem. 
- Tanie i niezłe są te ich potrawy - powiedział pojednawczo. 
- Tanie, bo szczury gotują i gołębie. Szczur podobno smakuje jak cielęcinka, nie poznasz pan - 

mężczyzna był nieubłagany. 

Zapadło milczenie, jakby obaj zastanawiali się nad tą szczurzą cielęcinka; ale tak naprawdę to 

byli  skupieni  na  swoim  dermatologicznym  nieszczęściu.  Lekarz  akcentował  w  anonsach 
wenerologiczną  specjalność,  nietrudno  się  więc  domyśleć,  że  niemal  wszyscy  siedzący  w  tej 
poczekalni mieli jakieś problemy dotyczące centralnej części ciała. 

Wietnamczyk wyszedł z gabinetu. Niósł swoją twarz, doskonale niezmienioną przez diagnozę. 

Wąsacz  rozpiął  kołnierzyk  i  jak  skazaniec  podążył  do  gabinetu.  Wizyta  trwała  długo,  miał  więc 
czas na refleksję. Żonę zdradził tylko raz, dwa lata temu, tak długo to przecież żadne paskudztwo 
się nie wylęga, chyba że AIDS?! Nagle lodowate szpony chwyciły go za uszy, by ciągnąć do góry. 
Przecież użył wtedy prezerwatywy! Kiedy szpony się o tym się dowiedziały, od razu zostawiły go 
w spokoju. Ta prezerwatywa miała taki skutek uboczny, że jako mężczyzna w pewnym sensie się 
skompromitował. Jak widać, nie ma tego złego... Czy jednak żona dobrze się prowadzi? 

Kiedy skrzypnęły drzwi gabinetu, serce podskoczyło mu jak pajacyk na sznurku. Jegomość do 

swego  wąsa  dodał  teraz  szelmowski  uśmiech,  a  ten  uśmiech  podciągał  jego  wąsy  komicznie 
wysoko.  W  takim  właśnie  stanie  opuszczał  biel  gabinetu  -  podręcznikowy  przypadek  człowieka, 
któremu kamień spadł z serca. Podali sobie nie wiedzieć czemu dłonie. 

- Gratuluję - powiedział. 
- A ja też sukcesu życzę - odparł i opuścił wąsy, by zniknąć w mroku klatki schodowej. 
Wszedł do gabinetu. Lekarz był niewysoki i niemal wszystko miał zaokrąglone - okulary, twarz 

i brzuch. Zagłębiał się w lekturze notatek. 

- Niech pan łaskawie siada - mówił, nie odrywając oczu od papierów. 
W  końcu  spojrzał  na  pacjenta  spojrzeniem  ciepłym,  żeby  nie  powiedzieć  czułym.  Ten  zaś 

poczuł, że spływa na niego otucha. 

- Co dolega łaskawemu panu? 
Próbował  możliwie  prostym  językiem  sformułować  istotę  dolegliwości,  ale  słowa  skołtuniły 

mu  się  w  ustach  i  powstał  jakiś  niemożliwy  supeł.  Lekarz  był  jednak  przygotowany  na  takie 
komplikacje. 

- Niech pan łaskawie pokaże. 
To zdanie musiał wypowiadać w tym  gabinecie tak często, że było ono gładkie, jak szkiełko 

utoczone przez morskie fale. Była w tej formule jakaś zniewalająca magiczna moc, gdyż wszyscy - 
duzi,  mali,  słabi  i  mocni,  nawet  pewien  minister,  wszyscy  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej 
różdżki wyjmowali swój przestraszony instrument. 

- Co my tu mamy, co tu mamy za niezwykłe piękności - lekarz powtarzał zwyczajowo te słowa, 

biorąc  sprawy  w  swoje  ręce.  Nagle  użył  dużego  szkła  powiększającego.  Zapadło  pełne  napięcie 
milczenie. Lekarz westchnął i odłożył szkło. 

background image

-  Może  pan  schować  -  powiedział  łaskawie,  by  po  chwili  namysłu  zapytać  -  nie  ma  pan 

przypadkiem cukrzycy? 

- Co!? - wykrzyknął. 
- Kiedy był badany cukier? - pytał lekarz. Przypomniał sobie, że pół roku temu robił badanie i 

że 

był jak najbardziej w normie. 
-  To  dobrze,  bardzo  dobrze  -  mówił  lekarz,  który  uznał,  że  jest  tylko  mały  stan  zapalny,  i 

przepisał  maść.  Kiedy  dowiedział  się,  że  pacjent  wyjeżdża  za  tydzień,  poprosił  o  wizytę,  za  dwa 
dni. 

Wrócił do domu z dwiema tubkami, które wykupił w aptece. Opowiedział żonie o wszystkim, 

śmiejąc się z siebie i ze swoich obaw. Ona jednak potraktowała całą sprawę zaskakująco poważnie. 
Wieczorem, kiedy byli już w łóżku, kazała sobie pokazać podejrzane miejsce. Nie chciał, krygował 
się, w końcu zamknął oczy i pozwolił na badanie. 

- Nie wygląda to wcale tak ładnie - powiedziała. 
- Tak uważasz? - powiedział i zamyślił się. 
Spali oboje kiepsko. Rankiem był zamyślony, przy śniadaniu mówił mało. Ona też zdawała się 

być nie w humorze. Powinna dzisiaj kupić kostium kąpielowy, ale przecież jest za gruba, by w nim, 
ot tak, pokazywać się na plaży. 

W pracy kilka razy smarował się leczniczym kremem. W południe zadzwoniła żona. Mówiła 

szeptem, by nie słyszały jej koleżanki z biura. Czuje coś, jakby swędzenie... Zapisała się jeszcze na 
dzisiaj do swojej pani ginekolog. 

- Pewnie mnie tym zaraziłeś - powiedziała. 
- No tak, tylko tego brakowało  - jęknął i poszedł do toalety, by znowu namaścić się kremem. 

Nie wyglądało to lepiej niż wczoraj. Zadzwonił do żony, nie zastał jej w pracy, była u ginekologa. 
Telefonowała  po  wizycie  -  lekarka  nie  jest  pewna...  ale  to  chyba  tylko  małe  zapalenie...  nic 
poważnego. 

Kiedy przyszedł do domu, żona płakała. Kupiła kostium kąpielowy - lustro powiedziało jej, że 

wygląda jak hipopotam w stringach. Kolację jadł sam. Żona nie jadła, oglądała w telewizji romans. 
Potem oboje wertowali przewodnik po Majorce. Na pociechę wybrali kilka pięknych miejsc, które 
muszą zwiedzić. 

Nazajutrz  jechał  do  lekarza  tramwajem,  a  ten  tramwaj  kołysał  go  i  wtedy  czuł,  że  jest  pełen 

dobrych myśli. Tym razem nie zastał nikogo w poczekalni. Doktor uśmiechał się dobrotliwie, nie 
musiał nic mówić, unosił z lekka brwi, a pacjent już sam robił, co trzeba. 

- Jak się pan czuje? - pytał, pochylając się ze szkłem powiększającym. 
- Ja... nie wiem, chyba nie jest gorzej? 
-  Ale  lepiej  też  nie  -  cedził  przez  zęby  lekarz,  wykonując  badanie  -  a  jak  nie  jest  lepiej  po 

dwóch  dniach,  to  znaczy,  że  jest  gorzej.  -  Wziął  na  pipetkę  kilka  kropel  jakiegoś  preparatu  i 
ostrzegł, że może zaszczypać. 

- Czuje pan coś? - zapytał. 
- Trochę szczypie - powiedział niepewnie. Lekarz patrzył przez lupę jak uczony, który lunetą 
bada  powierzchnię  księżyca.  Nagle  uniósł  do  góry  brwi  na  znak,  że  badanie  jest  skończone. 

Pacjent zaciągnął ostrożnie zamek błyskawiczny i zapytał: 

- Co pan o tym myśli, doktorze? 
Lekarz  miał  problem  z  diagnozą,  do  czego  się  przyznał  -  tak  również  objawia  się  klasa 

fachowca, który zjadł nie tylko zęby w pracy klinicznej. 

- Powiem szczerze, że nie jestem pewien... czasami trudno być pewnym... ale podejrzewam, że 

to... 

- Że to co? - zapytał jak przestraszone dziecko, które połyka własne pytanie. 
- To może być, drogi panie... rzęsistek. 
- Co to, na Boga!? 

background image

Lekarz zawarł istotę tego wiciowca w kilku podręcznikowych zdaniach. Dorzucił już zupełnie 

żartobliwie - to perfidne maleństwo potrafi wejść w szkodę, ale są gorsze choroby... to jest jak pisk 
myszy... 

Pytał gorączkowo, jak się tym zaraził, czy mógł zainfekować żonę? 
-  Jak  najbardziej  -  potwierdził  lekarz  -  mógł  pan  zarazić  żonę  przy  współżyciu,  ale  równie 

dobrze  ona  mogła  szanownego  pana  zarazić.  Kobiety  łatwiej  i  częściej  to  łapią,  a  znacznie 
dolegliwiej chorują. 

- Moja żona też ma jakby jakieś dolegliwości, ale podobno nic poważnego - wydukał. 
- No widzi pan - rzekł lekarz z odcieniem triumfu w głosie. 
Przepisał kilka lekarstw na receptę. Na osobnej karteczce drobnym maczkiem zanotował, co i 

kiedy zażywać. 

-  Pańska  żona  też  powinna  leczyć  się  równolegle,  inaczej  będziecie  się  zarażać  nawzajem  -  i 

dorzucił mimochodem - a na razie lepiej bzykanko zostawić owadom... rozumie pan, drogi panie... 

Wypisał recepty też dla żony. Potem jakby nigdy nic życzył im z uśmiechem miłego urlopu. W 

tej  dramatycznej  sytuacji  zdrowotnej  ów  uśmiech  mógł  choremu  wydać  się  ironiczny.  Mina 
pacjenta musiała być nietęga, skoro lekarz wyciągnął z portfela wizytówkę. 

-  Gdyby  coś  się  paskudziło,  niech  pan  łaskawie  do  mnie  zadzwoni,  bez  obaw...  -  ciągnął, 

podając wizytówkę, po czym przytrzymał ją palcami, jakby się droczył. Była zapewne w tym żarcie 
namacalna nadzieja, że konsultacja nie będzie konieczna. Na wizytówce widniały jego telefony, e- 
mail,  nawet  adres  domowy.  W  dobie  dramatycznej  walki  o  klienta  postawił  na  pełną  dyskrecję, 
pełną informację i maksymalną przystępność. 

Na przystanku tramwajowym poczuł grozę sytuacji, potęgowaną przez fakt, że są przecież na 

progu wyjazdu. Jeśli źródłem zakażenia była żona, to pytanie, gdzie ona się zaraziła? Przypuśćmy, 
że  jest  niewinna?  Od  jej  niewinności  ten  przeklęty  rzęsistek  nie  zniknie.  Jeśli  nie  zaprzestaną 
współżycia, będę się zarażać na zmianę, ujrzał perpetuum mobile infekcji. Jaki ma sens wyjazd na 
Majorkę bez seksu... to jakby zabrać tej wyspie słońce i błękit morza. 

Żona  zastała  go  w  domu  pochylonego  nad  lekturą  ulotek,  które  towarzyszą  nieuchronnie 

lekom.  Każda  z  nich,  jeśli  czyta  się  je  poważnie  i  dosłownie,  może  zrujnować  psychikę  nawet 
zdrowego człowieka. Ileż tam działań ubocznych i możliwych nieszczęść! 

Kiedy  w  końcu  spojrzał  na  żonę,  ujrzał  ją  w  rozpaczy.  W  sklepie  nie  chciano  wymienić  jej 

kostiumu na inny, bardziej przychylny. Na wieść, że nad rodziną zawisł cień rzęsistka, wykrzyknęła 
-  Jezus  Maria!  -  kiedyś  podejrzewano  u  niej  rzęsistka,  teraz  dawny  lęk  wrócił.  O  mały  włos  nie 
doszło  do  rękoczynów,  on  upierał  się,  że  zaraził  się  od  niej,  ona  mówiła,  że  wprost  przeciwnie. 
Zaczęli  sobie  wyciągać  różne  brudy  z  przeszłości,  wyglądało  to  groźnie,  pogodziła  ich 
encyklopedia zdrowia, kiedy pochylili się, by ją czytać. Nie była to lektura budująca. Rysunkowy 
portret  rzęsistka  z  długą  jakby  sztuczną  rzęsą  przyprawił  ich  o  mdłości.  Czytali:  „pierwotniak  z 
rodziny  wiciowców,  zakażenie  rzęsistkiem  następuje  głównie  w  czasie  stosunku,  ale  nie  tylko...”. 
Dalej  było  wiele  szczegółów,  które  dotyczyły  głównie  damskiej  pochwy  i  jej  przyległości,  gdzie 
rzęsistek  lubi  buszować.  Odsunął  książkę...  miał  dosyć,  ona  dalej  czytała.  Poraziło  ją  zdanie: 
„noworodki zakażają się rzęsistkiem od matki w czasie porodu”. To już ostatecznie niszczyło ich 
plany  prokreacyjne.  Znowu  czytali  oboje:  „rzęsistkiem  można  zarazić  się  w  publicznych 
urządzeniach toaletowych...”. Przypomniała sobie, jak przed laty lekarka tłumaczyła obrazowo - oto 
w  publicznej  toalecie  spadająca  kropla  moczu  odbija  się  od  muszli  i  wraca  na  powrót,  niosąc 
infekcję. Teraz to zjawisko miało wymiar kosmicznej katastrofy. 

Kiedy  skończyli  czytać,  porażeni  świeżo  nabytą  wiedzą,  odchylili  się  dramatycznie  w  dwie 

strony świata, aż zaskrzypiały oparcia krzeseł. 

-  I  to  wszystko  na  cztery  dni  przed  wyjazdem  na  Majorkę  -  powiedziała,  a  on  westchnął 

westchnieniem, które sięga woreczka żółciowego. 

Nazajutrz poszła do swojej lekarki. Ta postawiła inną diagnozę. To nie rzęsistek, podejrzewała 

opryszczkę. W tej sytuacji już bez wahania zdecydował się na telefon do lekarza. 

- Pana żona chodzi do kobiety ginekologa, czy do mężczyzny? - pytał doktor. Kiedy dowiedział 

się,  że  to  była  kobieta  -  westchnął,  jakby  potwierdziły  się  jego  obawy.  -  Może  pana  żona  ma 

background image

opryszczkę, ale pan jej nie ma - i dodał już zupełnie niefrasobliwie - proszę się nic nie przejmować, 
przy innych chorobach... to jest jak pisk myszy... 

-  Nie  przejmować  się,  kiedy  za  trzy  dni  jedziemy  na  Majorkę,  a  nie  mamy  diagnozy!  - 

wykrzyknął do już martwej słuchawki. 

Spotkał  się  z  żoną  na  mieście.  Szli  ulicą,  oboje  bardzo  zdenerwowani,  gestykulowali,  jakby 

zrywali reklamy ze słupów ogłoszeniowych. Ona skarżyła się na nieznośne swędzenie, on czuł, jak 
rzęsistek wżera mu się po cichu w organizm. Postanowili zmienić lekarzy. 

Nie wiedzieć czemu, pewnie z rozpaczy poszedł do lekarza kobiety i tam się obnażył. A jego 

wstyd nagle stał się mały, zupełnie malutki. 

-  Jak  pan  tak  ciągle  to  ogląda,  to  nic  dziwnego,  że  miejsce  tak  delikatne  jest  podrażnione  - 

powiedziała lekarka, która zupełnie zlekceważyła chorobę, a rzęsistka po prostu wykpiła. - To jest 
raczej problem psychiczny - uznała. 

-    Psychiczne  zapalenie,  psychiczny  rzęsistek,  swędzenie  też  psychiczne,  idiotka!  - 

wykrzykiwał na ulicy. 

Żona potraktowana została niewiele lepiej. Lekarz, który był znajomym znajomej, posądził ją, 

że ma urojenia. 

Przez  telefon  uzgodnili,  że  ma  miejsce  epidemia  urojonych  lekarzy,  a  polska  służba  zdrowia 

schodzi  na  psy,  na  urojone  psy;  a  ich  wyjazd  zbliża  się  krokami,  które  można  policzyć.  Coś 
okropnego! Nie chcieli się pakować, by nie zapeszyć. 

Zdecydował się wrócić do swojego lekarza. Wydał mu się najbardziej kompetentny. Był jednak 

już późny wieczór. Sytuacja stała się tak dramatyczna, że zadzwonił, nie patrząc na zegarek. 

-  A,  to  pan  -  powiedział  doktor  -  zdziwiony,  że  ktoś  dzwoni  tak  późno.  Zapewnił,  że  leki 

powinny podziałać, a rzecz nie jest na tyle poważna, by rezygnować z wyjazdu. 

Rano oboje znowu pobrali lekarstwa. Potem obejrzeli chore miejsca. Najpierw indywidualnie, 

potem sobie nawzajem. To zdumiewające, jak choroba i cierpienie zmienia ludzi - mimo długiego 
małżeńskiego  stażu  zachowali  wiele  wstydu  -  teraz  zatracili  go  zupełnie.  Oględziny  mówiły,  że 
rzęsistek nie ustępuje. 

-  Może  to  jest  galopujący  rzęsistek  -  była  po  świeżej  lekturze  biografii  Chopina  i  jego 

gruźliczej  choroby.  Potem  coś  mówiła  o  rzęsistku  złocistym,  on  upierał  się,  że  pomyliła  go  z 
gronkowcem.  Znowu  pokłócili  się.  Był  pewien,  że  z  Majorki  nici.  Bardziej  z  rozpaczy  niż  z 
przekonania, upierała się, że jednak pojadą. Zadzwonił do lekarza. 

- To pan jeszcze nie na urlopie? - pytał doktor, a cień zniecierpliwienia padał z każdego słowa. 
Chciał przyjechać do  gabinetu z żoną, domagał  się, by  wydał  ostateczną diagnozę... dla nich 

obojga  -  rzęsistek  czy  nie!?  Lekarz  miał  dosyć  -  mówił,  że  nie  jest  ginekologiem,  niech  mu  da 
spokój  ze  swoją  żoną.  Nie  ma  czasu.  Zaproponował  spotkanie  po  powrocie  z  urlopu.  I  odłożył 
słuchawkę. 

Miał dzień wolny od pracy i umówił się na kolację z byłym przyjacielem, w nadziei, że odnowi 

ten związek. Nastawił automatyczną sekretarkę, wyłączył komórkę. Chory dzwonił na próżno, na 
wszystkie telefony doktora, jak kiedyś „Titanic” słał gorączkowo ratunkowe sygnały. Lekarz w tym 
czasie szykował się na kolację. Dobierał krawaty i koszule... zadumał się nad perfumami... 

Siedzieli w półmroku przy kuchennym stole, liczyli, ile pieniędzy stracą, nie jadąc na Majorkę, 

minęły przecież wszystkie terminy, gdy mogli odzyskać choćby część sumy. Wyjazd był nazajutrz 
o  świcie.  Mogli  już  liczyć  tylko  na  cud  -  postanowili  o  ten  cud  walczyć  do  końca.  Wieczorem 
znalazł wizytówkę lekarza. 

Doktor stał przed swym domem na chodniku i czekał na taksówkę. Przystanęli dyskretnie za 

jego plecami i wysiedli z samochodu. 

- Przepraszam, panie doktorze - powiedział. Lekarz odwrócił się, spojrzał mało przytomnie. 
- Nasz wyjazd na Majorkę jest poważnie zagrożony... musi pan zadecydować... możemy jechać 

czy nie... przepraszam, że tak na chodniku... 

Oczy doktora wykazywały nadal niepokojącą nieobecność. By ocieplić tę niezręczną sytuację, 

przedstawił żonę. 

- To jest pana żona, coś takiego, mówi pan? - doktor starał się jakby zyskać na czasie. 

background image

- Marzena - przedstawiła się i podała mu dłoń, wiotką jak ogon wiewiórki. 
Zajechała taksówka. Lekarz wskoczył do niej jak do szalupy ratunkowej. Kiedy potem wbiegł 

do restauracji, były przyjaciel już siedział przy stoliku. Przez te dwa lata nieco wyłysiał i przytył, 
ale jego pełny u- śmiech obudził dawne uczucie. Kelner podał im dwie karty i oddalił się dyskretnie 
jak duch. Z ozdobnej zieleni płynęła łagodna muzyka. Był właśnie przy winach, gdy usłyszał... 

- Przepraszamy, że państwu przeszkadzamy... dla pana to chwilka... dla nas to kwestia życia i 

śmierci... jutro o świcie... samolot na Majorkę. 

Lekarz chciał podnieść głowę znad karty, była ciężka jak worek kartofli. Usłyszał łagodny głos 

swojego byłego przyjaciela. 

-  Czemu  państwo  stoicie,  proszę  usiąść  z  nami.  Nie,  to  niemożliwie  -  pomyślał  -  oni  się 

przecież 

nie  zgodzą.  Zgodzili  się  i  usiedli.  Spojrzał  spode  łba  na  swoich  prześladowców.  Siedzieli 

sztywno, jak uczniowie w klasie podczas odpytywania. 

Lekarz poczuł nieznośne parcie na pęcherz. Wstał i biegiem skierował się ku ubikacji. Jeszcze 

nie załatwił potrzeby, jeszcze był w drodze, a już czuł ulgę, że nie widzi tej przeklętej pary. Powziął 
postanowienie - do stolika już nie wraca. 

Stał  przy  pisuarze,  ale  jego  organizm  z  tajemniczych  powodów  nie  zezwalał,  by  ulżyć 

pęcherzowi.  Prostata,  albo  nerwy  -  sam  sobie  postawił  diagnozę.  Patrzył  na  swój  nieposłuszny 
interes, jakże podobny do tych, które badał codziennie, ale jakoś odmienny, ponieważ jego własny. 
Ujrzał na brzegu napletka coś... jakby małe zaczerwienienie. Chciał to zjawisko bliżej zbadać, ale 
zobaczył, że jakiś cień zakołysał się przy pisuarze. Podniósł głowę. 

- Jezus Maria, to pan - jęknął i rzucił się do ucieczki. Potrącił kelnera, tak dostał się na chodnik, 

z chodnika już było łatwo na ulicę... Pisk opon nie był podobny do pisku myszy. 

Byli  opaleni  jak  wszyscy  pasażerowie  charteru  „Polskich  Linii  Lotniczych”  i  podobnie  jak 

wszyscy przeglądali łapczywie gazety, głodni Polski, ale też pełni niepokoju, jakie to afery zrodził 
miniony tydzień, na ile powiększyła się dziura w narodowym budżecie, jaki nowy idiotyzm zakwitł 
na scenie politycznej? Ona pierwsza odłożyła pismo i skupiła się na swoim brzuchu, gdzie zapewne 
poczęło się nowe życie. 

- Popatrz! - wykrzyknął i pokazał jej nekrolog. 
- Boże... ten pan doktor...? - szepnęła i gestem dziecka położyła dłoń na ustach. 
Pokiwali  ze  smutkiem  głowami,  a  samolot,  jakby  w  odpowiedzi,  zakołysał  skrzydłami, 

szykując się do lądowania. 

 
 
 
 
 
 
 

KONIK POLNY 

 
 
Wróciła z Amsterdamu późno w nocy. Zadzwoniła dopiero rano, jej głos był zgaszony, jakby 

coś ją bolało. Prosiła, abym przyszedł na uczelnię. 

Stała  wśród  swoich  studentów,  taka  szczupła,  bardziej  zgrabna  niż  kiedykolwiek.  Brzeg 

zwiewnej niebieskiej sukienki pieścił jej kolana. Pamiętam czuły dotyk jej materiału, szelest, gdy 
opadała. Uwolniła się z tłumu i podeszła, unikając moich oczu. Chciałem pocałować ją w usta, nie 
pozwoliła, pocałowała mnie w policzek. Czy dlatego, że nie byliśmy sami? W jej zachowaniu coś 
mnie  niepokoiło...  chyba  nie  była  do  końca  obecna.  I  skąd  ten  brak  radości...?  Przecież  nie 
widzieliśmy się przez cały niemożliwie długi  tydzień. Po chwili byłem pewien  - jej oczy unikały 
moich. I wtedy już wiedziałem. Różne są jednak odcienie „wiem” - można wiedzieć i nie wierzyć. 

background image

Wiedziałem, ale nie wierzyłem. Ja, który tak łatwo tracę nadzieję, tym razem uparłem się, by jej nie 
tracić. 

Zaledwie tydzień temu wiozłem ją na lotnisko, taki pewny, że jest moja, na zawsze  - jeśli to 

słowo  cokolwiek  znaczy  w  naszym  świecie  na  chwilę.  Leciała  pożegnać  się  ze  swoim 
narzeczonym,  Holendrem,  o  którym  nie  wiedziałem  prawie  nic.  Poznała  go,  gdy  była  na 
stypendium w Londynie, postanowili zamieszkać razem w Amsterdamie. Wróciła do Polski jedynie 
po  to,  by  się  spakować.  Spotkała  mnie  w  Warszawie,  przypadkiem.  Jeśli  istnieje  przypadek? 
Wiedziałem,  że  mam  mało  czasu,  że  wyjeżdża.  Nigdy  jeszcze  nie  czułem  się  tak  zakrzątany 
uczuciowo i fizycznie. 

To  była  najbardziej  inteligentna  dziewczyna,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem,  jej  inteligencja 

czasami  parzyła  -  to  też  było  intrygujące.  Grała  dobrze  w  tenisa,  na  fortepianie.  I  tak  pięknie 
pachniała... to był jej naturalny zapach. Czasami podobnie pachną na drzewach nagrzane słońcem 
owoce.  Pretekstem  spotkania  był  tenis  -  zagraliśmy  -  potem  zaprosiłem  ją  do  domu.  Nawet  nie 
umyła  się,  nie  musiała.  Była  zwierzęciem  doskonale  czystym,  jak  kot.  Sam  nie  wiem,  kiedy 
położyłem głowę na jej kolanach. I czekałem. Zanurzyła dłonie w moich włosach. Nie opierała się, 
gdy  zsunąłem  jej  majteczki  i  zacząłem  pieścić  ustami.  Szybko  potknąłem  się  o  sznureczek. 
Roześmiała się i powiedziała: 

- Wiedziałam, że prędzej czy później... się natkniesz... bawiło mnie, co zrobisz? 
Pieściłem ją nadal. Miała silny, rozciągnięty w czasie orgazm, który zdawał się celebrować sam 

siebie. Potem wzięła mnie ustami, a moim nasieniem wypełniła pusty kieliszek po winie. Wszystko, 
co  robiła,  miało  rys  oryginalności.  Patrzyłem  na  ten  wypełniony  kieliszek,  sam  nie  wiem 
przerażony czy dumny z siebie? Tak właśnie wybrała mnie i Polskę, a do Holandii jechała tylko po 
to,  by  wszystko  mu  wytłumaczyć  i  pożegnać  się.  Jak  mogłem  nie  czuć  niepokoju?  -  nie  czułem. 
Zapomniałem, że nieobecni nie tylko nie mają racji, nie mają też czułych ust i dłoni. 

Do  kawiarni  szliśmy  w  milczeniu.  Bywa  milczenie,  które  daje  nadzieję.  O  tak,  zakochani 

posiadają rozległe kopalnie nadziei. 

- Tak to się jakoś stało... - powiedziała, kiedy usiedliśmy przy stoliku. Znowu nie patrzyła mi w 

oczy,  by  nagle  uśmiechnąć  się  z  zakłopotaniem.  Nie  wiedziałem,  że  potrafi  być  tak  zakłopotana, 
cała była zakłopotaniem. Z mojego powodu? Obok panicznego lęku poczułem coś w rodzaju dumy, 
że to właśnie ja wprawiam ją w taki niezwykły stan; ale to, co powiedziała za chwilę, przekonało 
mnie, że nie mam powodów do dumy ani do zbyt dużych nadziei. 

-  Wiesz,  już  na  lotnisku...  chciałam  mu  powiedzieć,  że  znalazłam  kogoś...  -  poprawiała  się  - 

ciebie... 

By nie patrzeć mi w oczy, patrzyła na moje ręce, mówiła teraz niemal szeptem. 
- Czekał na mnie, bardzo zmienił się... wtedy zrozumiałam, że nie mogę go zostawić. 
- Dlatego mnie zostawiasz? 
Jej wargi były zaciśnięte. Pamiętałem smak tych warg, kiedy były wyłączną własnością moich 

ust. 

-  Kocham  cię  -  chciałem,  żeby  to  wyznanie  było  nożem,  który  wbiję  w  jej  serce.  Spadło  jak 

upuszczona meduza. 

W  milczeniu,  które  stanęło  między  nami,  miałem  czas,  by  zrozumieć,  że  po  raz  pierwszy 

powiedziałem  kobiecie  „kocham”,  nie  będąc  w  niej,  a  poza  nią.  Z  taką  łatwością  mówiłem 
„kocham”,  gdy  kołysałem  się  jak  dziecko  w  ciepłej  kolebce  kobiecych  nóg.  A  tak  to  nigdy  nie 
traciłem  serca,  chociaż  głowę  chyba  czasami  tak...  chyba  tak?  Taki  już  jestem,  kiedy  umrę,  do 
mojej  trumny  w  ostatniej  chwili  wskoczy  „chyba”.  Ale  ją  pokochałem  przecież  na  pewno.  Po  raz 
pierwszy w życiu tak mocno kochałem. I teraz za karę tracę swoją miłość. Okrutne potwierdzenie 
tego,  co  zapewne  tkwi  we  mnie  od  dzieciństwa  -  nie  wolno  ci  kochać,  bo  wtedy  zostaniesz 
odtrącony i rzucony na dno samotności. 

Patrzyła  na  szklankę  herbaty.  Miałem  wrażenie,  że  rozpamiętuje  moje  zwierzenie,  ale  bez 

współczucia, raczej jak się ocenia odgłosy zwiastujące kłopoty. 

-  Kocham  cię  -  powiedziałem  jeszcze  raz,  już  inaczej,  jak  coś  się  daje  lub  zabiera.  Słowa 

spłynęły po niej, nagle martwej i zimnej. Poczułem, że mi się wymyka, na zawsze. 

background image

Jechaliśmy samochodem w stronę jej domu. Trzymałem się kierownicy jak jedynej rzeczy w 

życiu, którą potrafię jeszcze kierować. Wisła płynęła ciepło, leniwie, zupełnie beznadziejnie. Most 
otworzył przestrzeń, której tak brakuje w tym mieście. Na szybę spadł nagle z nieba konik polny. 
Zaparł  się  wszystkimi  nogami,  liczyłem  je,  ale  nie  mogłem  się  doliczyć.  Trzymał  się  szyby 
niepewnie jak tafli lodu. Powiększony przez szkło jak przez lupę, wydawał się wielki jak z epoki 
dinozaurów. 

- Jedź ostrożnie - po raz pierwszy spojrzała mi w oczy. Miała czułe oczy. Chociaż wiedziałem, 

że ta czułość jest nie dla mnie, zabrałem łapczywie dla siebie jej kawalątek. 

Gdy zjechaliśmy z mostu, poprosiła, abym zatrzymał się przy trawniku. Wzięła konika w dłoń 

delikatnie  jak  nawleka  się  nitkę  i  pobiegła  z  nim  w  wysoką  trawę.  Zazdrościłem  konikowi,  a 
przecież  byliśmy  w  tej  samej  sytuacji.  On  już  wolny  w  dżungli  trawy,  ale  czy  bezpieczny?  -  ja 
wolny, ale samotny. W jej mieszkaniu znalazłem kilka swoich koszul, w łóżku leżała moja piżama, 
miałem wrażenie, że zabieram rzeczy po zmarłym. W domu powąchałem piżamę, pachniała nią i 
mną, pachniała nami, a nas już przecież nie było. 

Potem często myślałem o tym koniku polnym, gdy moją trawą stało się mieszkanie. Zaszyłem 

się w nim grubą nicią milczenia. Wyłączyłem  telefon, po czym  szybko przywróciłem  mu  życie  - 
może  zadzwoni?  Mijały  miesiące.  Nie  zadzwoniła.  Traciłem  nadzieję,  by  nie  wiadomo  czemu 
odzyskiwać  ją  na  chwilę.  Każdy  telefon,  który  dzwonił,  był  nie  od  niej,  a  kiedy  milczał, 
wiedziałem,  że  to  ona  nie  dzwoni.  Miejsca,  gdzie  bywaliśmy  razem,  sklepy,  kawiarnie,  nawet 
okładki  wspólnie  przeczytanych  książek,  to  wszystko  bolało.  Jakby  mimochodem  wchodziłem  w 
jakieś  przypadkowe  kobiety,  jak  wchodzi  się  do  kolejnych  łódek,  by  płynąć  na  drugi  brzeg  i 
zobaczyć, że tam nie ma nic. Wtedy wsiadałem do innej, by wrócić  - zawsze na ten sam smutny 
brzeg. Coś stało się z moim sercem, z tym okazałym wielofunkcyjnym podrobem. Jak można było 
kiedyś wierzyć, że tam mieszkają uczucia? O ileż bardziej pewnym miejscem na uczucia jest czułe 
zakończenie penisa albo trudny do zdobycia szczyt łechtaczki. 

Przygarnąłem  bezdomną  kotkę.  Ja,  który  nigdy  nie  chciałem  mieć  zwierząt  -  wystarczą  mi 

moje  zwierzęta  wewnętrzne,  mawiałem.  Kotka  chorowała,  nabiegałem  się  do  weterynarza, 
wydałem sporo pieniędzy. Kiedy wyzdrowiała, stała się moją najlepszą przyjaciółką. Pieściłem ją 
na  pewno  zbyt  często,  protestowała,  gdy  wychodziłem,  kiedy  wracałem,  rzucała  się  na  mnie, 
żądając czułości. Sam nie wiem, kiedy uwierzyłem, że w tym kocie mieszka dusza mojej zmarłej 
ukochanej.  Zanurzałem  rękę  w  gęstym  futrze  i  zamykałem  oczy,  wsłuchując  się  w  kołysankę 
mruczenia. 

Minął  rok,  zaniedbałem  się  w  pracy,  ale  moja  praca  najwyraźniej  nie  przejęła  się  tym  za 

bardzo. Kotka wskakiwała często na parapet i przyczajona patrzyła namiętnie na gołębie i wróble, 
cała stawała się wtedy przyczajeniem. Zazdrościłem jej - gdybym ja potrafił się tak zatracić? 

Postanowiłem wyprowadzić ją na pierwszy spacer... w ten wielki, wspaniały, pachnący świat 

za szybą, który już zapomniała, a który też dla mnie stał się nieobecny, nie czułem już jego barw i 
zapachów. Kwitnął maj. Nie dla mnie. Spotykałem czasami starsze panie, spacerowały z kotami na 
smyczy, śmieszyło mnie to... a jednak kupiłem kocią smycz. 

Na początku przerażona, czołgała się na brzuchu, każdy dźwięk, mały ruch gałązki czy choćby 

cień przechodnia, wszystko było dla mojej kotki zapowiedzią katastrofy. Ale w końcu oswoiła się. 
W  pobliskim  parku  odkryła  trawę,  wąchała  jej  źdźbła,  kichnęła  subtelnie  jak  dama,  potem 
przestraszyła się śmiertelnie żuka, by przewrócić go łapana  grzbiet i  patrzeć z rozbawieniem, jak 
grzebie  nogami  powietrze.  Odetchnąłem  z  ulgą.  Po  raz  pierwszy  od  roku  poczułem  radość. 
Zamknąłem  oczy  i  całym  sobą  oparłem  się  o  drzewo,  smakując  plecami  chropowatą,  popękaną 
skórę. 

Z tego snu nie snu obudził mnie przeraźliwy wrzask. Nie miałem już smyczy w dłoni, a mój 

kot  walczył o życie z dalmatyńczykiem... by  ratować się ucieczką i zniknąć w pajęczynach okna 
piwnicy pobliskiego domu. 

Właścicielką psa była dziewczyna, która mieszkała na mojej  ulicy. Miała długie nogi,  proste 

włosy, smutne ciemne oczy. Ujrzałem w niej coś mrocznego i wysmuklę dramatycznego. Musiało 
być jej przykro, ale tuląc psa, wyraziła tylko pretensję - kotów nie wyprowadza się na spacer. 

background image

Szukałem  kota  przez  miesiąc.  Oblepiłem  wołaniem  o  pomoc  drzewa,  słupy  ogłoszeniowe  i 

bramy okolicznych domów. Na próżno. 

W miesiąc po wydarzeniu, późną nocą spotkałem dziewczynę. W skórzanym płaszczu wydała 

mi się jeszcze bardziej smukła. 

-  Nie lubię chodzić sama przez ten park - powiedziała stanowczo, jakby miała żal do parku. 
- Pójdziemy razem? - zaproponowałem. 
Znowu  zepsuły  się  latarnie,  było  ciemno,  tak  ciemno,  że  z  trudem  znaleźliśmy  swoje  usta. 

Oparła się o ławkę, wszedłem w nią ledwie rozchyloną. Jak to możliwe, że nie miała bielizny? Jej 
skórzany  płaszcz  skrzypiał  w  moich  dłoniach...  To  był  niezrozumiały,  zwierzęcy  akt  pod 
niepojętym niebem. Widziałem osobno każdą z tych gwiazd, koniki polne zastygłe w bryle lodu. 

 
 
 
 
 

MOLE 

 
 
Leżała inaczej niż zwykle, trochę z boku i chyba krzywo? Serce jej zabiło, jakby stało się jakieś 

nieszczęście.  Skąd  tam  tyle  kurzu?  Czubkiem  buta  poprawiła  wycieraczkę  i  przytknęła  ucho  do 
drzwi.  Usłyszała  śmiech  syna.  Odetchnęła  z  ulgą,  starła  chusteczką  szminkę  z  ust,  zapukała. 
Otworzył Marek. 

- Dlaczego sama nie otwierasz, przecież masz klucze? 
- Zapodziały się w torebce - od razu kiedy to powiedziała, poczuła, że zabrzmiało to dziwnie, 

nawet podejrzanie. Zaczęła grzebać w torebce, mówiąc do siebie, a tak naprawdę do niego... - nigdy 
nie mogę ich znaleźć... - podbiegł syn, uklękła i pocałowała go. Był już w piżamce, wzięła chłopca 
na  ręce,  zaniosła  do  łóżeczka.  Ułożyła  do  snu,  sama  położyła  się  obok  i  przytuliła.  Tu  czuła  się 
lepiej  niż  tam  w  salonie,  ale  miała  wyrzuty  sumienia,  że  nie  zmyła  z  siebie  zapachów  obcego 
świata. Zamknęła oczy, próbując nie myśleć... jak trudno jest nie myśleć - pomyślała. 

- Mamo, dlaczego chmury są brudne, a drzewa krzywe? - zapytał chłopiec. 
To  było  bardzo  trudne  pytanie,  zastanawiała  się,  co  odpowiedzieć,  na  szczęście  zasnął. 

Zasypiał  szybko,  był  szczęśliwym  dzieckiem,  nie  bał  się  świata,  więc  świat  pozwalał  mu  spać. 
Wróciła do kuchni. Pomyślała, że od chwili gdy przyszła, ani razu nie spojrzała mężowi w oczy, 
więc zmusiła się, by na niego popatrzeć. Zapytał: 

- Co tak na mnie patrzysz? 
- Chyba jesteś niewyspany? 
- Chyba tak... jak było u Ani? 
- Nudno, jak zwykle - mówiła, znowu nie patrząc mu w oczy. 
Pragnęła, by jak to  ostatnio bywało,  poszedł  wcześniej spać. On jednak zwlekał,  jak zwykle. 

Był mistrzem zwlekania, nie znosiła tego. I jak zwykle mruczał, że nie znosi swojej pracy, ma szefa 
debila,  a  Polska  się  sypie,  nie  ma  tu  przyszłości.  Wrócił  do  planów  emigracyjnych  sprzed  lat, 
marudził,  że  to  z  jej  winy  nie  wyjechali  i  teraz  mają  tu  taniec,  taniec  wokół  śmietnika.  Znała  na 
pamięć to gadanie, mogła mówić za niego. Chce zmienić kraj, gdyż nie może zmienić siebie. 

Kiedy  poszedł  do  łazienki,  zbliżyła  się  do  okna.  Ludzie  gasili  światła,  ale  jakby  niechętnie, 

większość z nich nie miała czasu na sen. Zamknięci w swoich klatkach, powtarzali się, nie wiedząc 
o tym. Kobieta w bieliźnie znowu prasowała, jakby kochała się z deską, siwy mężczyzna kołysał 
się,  oglądając  telewizję.  Ta  równoległość  istnień  przygnębiała  ją,  nie  czuła  solidarności  z  tymi 
ludźmi.  Nagle  poczuła,  że  ciepła  strużka  cieknie  jej  po  udzie.  Wstała,  wytarła  się  papierowym 
ręcznikiem  i  po  chwili,  tak  długiej  jakby  żałowała,  że  taki  los  spotka  mały  skrawek  papieru, 
wyrzuciła go do kuchennych śmieci. 

Otworzyła szafę, by schować żakiet - wyfrunął z niej mól. Schyliła się w obawie, że zawadzi ją 

skrzydłem.  Oblała  ją  fala  gorąca  -  mole  w  domu!?  Nie,  tego  nie  wytrzyma,  wszystko  tylko  nie 

background image

mole! Rzuciła się w po-goń, ale owad zniknął w mroku pokoju. Oczyma wyobraźni ujrzała dziury 
w  swetrach,  nawet  w  swojej  ulubionej  wełnianej  marynarce.  Usiadła  w  fotelu  i  rozpłakała  się. 
Ukryła ten płacz, gdy przedefilował w piżamie w paski, kierował się od lat wytyczoną ścieżką do 
sypialni. Skąd wynalazł taką piżamę, jak pasiaki z obozów koncentracyjnych? Czekała, aż zaśnie. 
On  też  zasypiał  bez  trudu.  Pewnie  ze  strachu  przed  światem?  -  i  prawie  zawsze  chrapał. 
Przynajmniej wie, że już śpi. 

Zrzuciła ubranie jak skórę. Majtki zwinęła w kulkę i nie patrząc, wrzuciła do umywalki z wodą. 

Pod prysznicem odzyskiwała jeśli nie wiarę w życie, to w przelotną przyjemność. Powąchała swoje 
przedramię, pachniało nim, a może tak tylko jej się wydawało. Teraz woda spłucze ten zapach, raz 
na zawsze. I już nigdy... - pomyślała, patrząc jak „zapach” i „nigdy”, trzymając się za ręce wpadają 
z potokiem do odpływu, by zniknąć w kanałach ściekowych miasta. Włożyła jedwabny, czerwony 
szlafrok i usiadła w fotelu. Mól błysnął na tle brązowej zasłony. Klasnęła w dłonie, co zabrzmiało 
wesoło i chyba było nie na miejscu. Zabiła go! Zadowolenie rozsypało się, gdy ujrzała na dłoniach 
złoty pył. Umyła ręce i delikatnie na palcach poszła do sypialni. 

Mąż już nie chrapał. Położyła się obok. Ciemność wydawała się dziurą wyżartą w suficie przez 

mole. Czuła się jak pestka wyłuskana z owocu,  raz na zawsze.  Leżała długo i  coraz bardziej bez 
snu.  Wstała  i  wyszła  z  sypialni  na  palcach.  Była  mokra  od  potu.  W  łazience  spojrzała  w  lustro, 
jakoś  tak  krzywo,  z  ukosa.  Mam  trzydzieści  trzy  lata,  a  wyglądam  na  czterdzieści  -  pomyślała. 
Usłyszała,  jak  gdzieś  daleko  łka  karetka  pogotowia.  Zajrzała  do  pokoju  dziecka.  Chłopiec  spał, 
wydawał się taki bezbronny wśród miasta, które po letnim dniu stygło w chłodzie nocy. 

Mieszkanie tonęło w mroku - wnętrze statku, który leży na dnie. Nasłuchiwała - to nie może 

być mól, one są ciche jak duchy, to pewnie ćma? Niepokój wrócił i nie chciał jej opuścić. Dziury w 
ubraniach wydały się teraz wielkie i nieuchronne. Podeszła po omacku do szafy i o- tworzyła ją z 
lękiem, że mole wyfruną z łopotem jak stado gołębi. Szafa była jednak milcząca, jak grób. Wyjęła 
kilka swetrów, nie chciała zapalać światła, mogło ją skaleczyć. Szukała śladów moli, nic jednak nie 
widziała, więc w nagłym gniewie wrzuciła skołtunione swetry na powrót na półki. Usiadła w fotelu. 
Już  nie  miała  wątpliwości  -  mieszka  w  dziurze  wyżartej  przez  mole.  Ten,  którego  zabiła,  jest 
potomkiem pramoli. Bez względu ile ich zamorduje, one wygrają. Czy my wszyscy nie mieszkamy 
w  takiej  dziurze  wygryzionej  w  materii  wszechświata?  Na  stoliku  stała  szminka  w  złotym 
opakowaniu, łowiąc strzępki światła zaokiennych latarni, próbowała nadal błyszczeć. Rozkręciła ją 
i pomalowała sobie usta. Pocałowała dłoń, ale nawet jeśli usta zostawiły na niej ślad, nie zobaczyła 
go. Zakręciła szminkę i postawiła na stoliku, a ta zgasła, jakby już nie chciała walczyć o światło. 

 
 
 
 

DZIEŃ ŻYCIA I ŚMIERCI 

 
 
Szczur mył łapkami pyszczek. Siedział w słupka na śnieżnobiałym brzegu klozetowej muszli, 

czarny i mokry od sedesowej wody. Był pewien, że śni, ale zwierzak spojrzał mu w oczy bardzo 
prawdziwie. Patrzyli na siebie jak zahipnotyzowani. Kiedy poruszył się, szczur skoczył do sedesu i 
zniknął w kanalizacyjnych czeluściach. Zostawił po sobie kilka kropel wody i naparstek czarnych 
włosów - dowód, że był tu naprawdę. 

Podbiegł do klozetu, by zamknąć pokrywę. Wyszedł z łazienki i usiadł w fotelu. Serce uderzało 

mu jak dzwon, jak dzwon, który bije na trwogę. Wstał, wyciągnął spod szafy dwa hantle, z kuchni 
wziął  ściereczkę  i  poszedł  do  łazienki.  Zaciskając  zęby,  wytarł  z  deski  wodę,  zgarnął  kilka 
szczurzych włosów, by wyrzucić ściereczką do śmieci. Hantle położył na desce. Wrócił do pokoju i 
usiadł w fotelu. 

Potem  wyniósł  śmieci.  Na  klatce  schodowej  spotkał  dozorczynię  -  unikała  go  od  dnia,  gdy 

rozmawiał z nią o piwnicy. Jego piwnica zniknęła mniej więcej miesiąc temu. Trzymał tam zbiór 
kuriozów, księgi z czasów stalinowskich, kilka starych parasoli, nawet stare krzesła - był do nich 

background image

przywiązany, pamiętały jego siedzenie, kiedy było jeszcze młode. Rzadko zachodził do piwnicy - to 
prawda  -  ale  to  nie  powód,  by  ją  kraść!  Właśnie  tak  powiedział  tej  kobiecie  -  ktoś  ukradł  mi 
piwnicę, znikła, pewnie wmurowana do innej... pani jest w tym domu dozorczynią. Proponował, że 
pójdzie z nią na dół i pokaże - piwnicy nie ma! Spojrzała wtedy na niego, jakby chciał ją zgwałcić. 
Tak przyzwyczaił się do powodzenia u kobiet, że jakoś nie brał pod uwagę swojego wieku. Z tym 
wiekiem było naprawdę tak, że czasami brał go aż za bardzo pod uwagę, a kiedy indziej zupełnie 
nie. 

Minął  od  tego  zdarzenia  miesiąc  i  teraz  dozorczyni,  kobieta  w  średnim  wieku,  obdarowana 

biustem  spiętrzonym  jak  wody  Niagary,  udawała,  że  go  nie  widzi.  Poruszenie  kwestii  szczura 
byłoby więc co najmniej nie na miejscu. 

Kiedy  wrócił  do  domu,  przejrzał  starannie  i  czujnie  wszystkie  pokoje,  stękając  zajrzał  pod 

szafy. Znalazł pająka - na szczęście z gatunku tych małych i nie- owłosionych, oraz wiele kłębków 
kurzu. Książki, które piętrzyły się w krzywych wieżach, nawet na krzesłach i na podłodze, zerkały 
na niego zezem, nie pamiętały go z tej przyziemnej pozycji. 

Otworzył notes i zastanawiał się, do kogo zadzwonić, by opowiedzieć o niezwykłym spotkaniu. 

Nie znalazł jednak nikogo, kto potrafiłby wysłuchać go ze zrozumieniem. Tacy ludzie wyjechali z 
Polski lub umarli. 

Pani Kazia przyszła jak zwykle spóźniona, po raz pierwszy jednak nie robił jej z tego powodu 

wyrzutów,  nie  wspomniał  nawet  o  kłębkach  kurzu.  Pewnie  dlatego  rozgadała  się  bardziej  niż 
zwykle. U nich na wsi wszyscy mówią, że będzie wojna. Co on o tym myśli? 

- Bóg da, by ludzie mieli rację - powiedział - wszystko szlag trafi i będzie spokój. 
- Na Boga się pan powołuje, a Boga się pan nie boi -  
powiedziała Kazia. 
-  A  nie  boję  się  -  odparł  szeptem.  Zawsze  mówił  szeptem  -  podobno  niedawno  w  kawiarni  u 

literatów ktoś powiedział o nim, że żyje szeptem. Po kilku dniach zastanowienia uznał, że w tych 
hałaśliwych czasach to jednak jest komplement. 

Kazia  zamilkła,  nie  ma  przecież  sensu  gadać  do  człowieka,  który  Stwórcy  się  nie  boi. 

Pomyślała - to na pewno Żyd, porządny człowiek, ale Żyd. 

Kiedy zaczęło się odkurzanie, jak zwykle położył się do łóżka i przykrył kołdrą. Odkurzanie to 

był  kataklizm,  prawdziwy  potop  zgiełku.  Tylko  w  łóżku  czuł  się  względnie  bezpiecznie.  Kazia 
szalała z tym odkurzaczem dłużej niż zwykle; wiedziała, jak źle to znosi, ale chciała się zemścić za 
lekceważenie  Boga.  Wystawił  spod  kołdry  rękę  i  dawał  jej  rozpaczliwe  znaki,  by  przestała. 
Uciszyła odkurzacz dopiero wtedy, gdy miał już zupełnie dosyć. 

Gramolił się z łóżka, a Kazia była już przy książkach. Burczała jak zwykle - te książki, stodoły 

na  kurz,  zjadły  półki...  teraz  zabierają  się  za  całe  mieszkanie  i  ciągle  ich  przebywa.  To  się  źle 
skończy... 

Okropnie  go  drażniło  to  gadanie,  gdyż  wiedział,  że  ma  rację.  Codziennie  wstawał  z 

postanowieniem - już ani jednej książki więcej - nie kupię ani jednej! Ale codziennie łamał słowo. 
Książki  były  nadal  trudno  dostępne,  więc  te  ważniejsze  sprzedawała  mu  spod  lady  znajoma. 
Rzadko je czytał, ale wszystkie przeglądał. 

-  A  ten  szlafrok  zjedzony  przez  mole,  to  mógłby  pan  wyrzucić  -  gderała  Kazia,  tym  bardziej 

gderliwie, gdyż pewna, że to całe gadanie jest po próżnicy. Nie ustępowała jednak... - Tacy starzy 
kawalerowie to niczego nie wyrzucą, są tacy skąpi, że nawet jak srają to krzyczą. 

Pomyślał ciepło o tym szlafroku, dostał go od Agnieszki. Była ładna, taka ładna, że kiedy na 

nią patrzył, miał ochotę ją zjeść. Mieszkał wtedy w domu  pisarzy, taki stalinowski kołchoz, a ten 
stalinizm przeżył chyba tylko dzięki kobietom? Żył poprzez kobiety, to nimi smakował życie. Tej 
Agnieszki to wszyscy mu zazdrościli. Nie tylko jej. Rudowłosa Szkotka, podobna do lalki, budziła 
nawet większe namiętności. Jej włosy płonęły na jego balkonie jak pochodnia. 

Ale żeśmy się skurwili za Stalina, wszyscy - pomyślał nagle - ale nigdy nie powie tego głośno, 

a  tym  bardziej  nie  napisze.  Inni  jednak  upadli  bardziej  niż  on.  Przypomniał  sobie,  jak  pewien 
partyjny dygnitarz od kultury zaproponował, by obejrzał sobie w szpitalu operację, na żywo  - miał 
opinię pisarza oderwanego od życia. Taka propozycja to był niemal partyjny rozkaz. Podczas tego 

background image

spektaklu  stracił  przytomność  i  sam  stał  się  pacjentem.  Chyba  wtedy  partia  uznała,  że  się  nie 
nadaje, i dała mu spokój. Z partii usunęli go za niepłacenie składek - uśmiechnął się na myśl, jaki 
był wtedy przebiegły. Potem zadumał się nad próżnością artysty, który duszę i ciało sprzeda za druk 
książek,  za  pochwały  -  żadna  prostytutka  nie  jest  skłonna  do  takich  poświęceń  jak  artysta.  A  ten 
cały  bunt  naszego  środowiska  w  stanie  wojennym  to  też  próżność.  Dlatego  on  w  tym  nie  bierze 
udziału. Ludzie są podli ze swojej istoty, dlatego jak komunę szlag trafi, to w jej miejsce wleje się 
nowa podłość. W Polsce nikt nie wie, jak wygląda idiotyzm kapitalizmu. Jak się ludzie dowiedzą, 
to  pójdzie  im  w  pięty.  On  tego  jednak  nie  dożyje.  Myślał  jednak  o  tym  „niedożyciu”  bez 
przekonania... To już chyba bardziej wierzył w śmierć, kiedy był młody. 

Pani  Kazia  zabrała  się  teraz  za  sprzątanie  toalety.  Najpierw  jednak  chciała  z  niej  dyskretnie 

skorzystać. Wtrącił się w jej zamiary. 

- Widzi pani te hantle? 
- Na sedesie ćwiczy pan ciężarkami? - zapytała z niedowierzaniem. 
-  Nie...  jak  to  powiedzieć,  ale  jeśli  chce  pani  skorzystać  z  toalety,  to  tylko  na  własną 

odpowiedzialność. 

-  A  na  czyją  mam  korzystać?  -  zapytała  pani  Kazia.  Podziwiał  u  niej  te  szybkie,  czasami 

błyskotliwe 

odpowiedzi.  Z  trudem  i  niechętnie  opowiedział  jej  o  szczurze.  Nie  przejęła  się  tym,  jak 

powinna. Wzięła tylko z kuchni długi nóż i zamknęła się w toalecie. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał 
szum spuszczanej wody. 

Zapłacił za sprzątanie i postanowił wyjść z domu, korzystając z energii tej kobiety, sam chyba 

nie miałby na to siły. 

Na  Starym  Mieście  znowu  krążyły  wzmocnione  milicyjne  patrole.  Pewnie  szykuje  się  jakaś 

manifestacja?  Po  ostatniej  demonstracji  gaz  łzawiący  stał  przez  kilka  dni  w  ciasnych  zaułkach 
Starówki  i  wyciskał  mu  łzy.  Płakał  nad  sobą  i  nad  tym  krajem,  a  trochę  nad  światem.  Na  murze 
pobliskiego  domu  ktoś  czarną  farbą  napisał:  „PRECZ  Z  KOMUNĄ  SOLIDARNOŚĆ 
ZWYCIĘŻY”. Ciekawe, dlaczego nie zdążyli tego zamalować? Na początku stanu wojennego byli 
szybcy,  teraz  robią  się  opieszali.  I  to  ich  zgubi.  Ten napis przypomniał  mu  o pewnej  kłopotliwej 
sprawie. Chłopak z podziemnego wydawnictwa zaproponował  druk książki  w drugim obiegu. To 
powieść, której nie chce opublikować PIW. Boją się nawet własnego cienia, a jego cień był zawsze 
dwuznaczny. Książka wyciekła jednak z wydawnictwa i zaczęła krążyć po mieście. Sprawiało mu 
to  przyjemność,  ale  budziło  też  niepokój.  Kusił  go  jednak  ten  druk  w  podziemiu,  przecież  wielu 
znajomych  pisarzy  zdecydowało  się  i  na  razie  nikogo  nie  aresztowano.  Ale  jego  sytuacja  była 
przecież bardziej delikatna. Zawsze taka była. Nie chciał stawać po żadnej stronie, tylko po stronie 
swego pisarstwa. Musi to jakoś dyplomatycznie załatwić. 

Czy  nie  podobny  problem  jest  z  tym  sedesem?  Podziemie  kanalizacyjne  i  podziemie 

„Solidarności” wydały mu się nagle niepokojąco podobne. Jak w tej sytuacji korzystać z toalety? W 
tym kraju nie da się żyć! Ukradli mu piwnicę. Wcześniej ukradli ojczyznę. Nie lubi Polski, tej w 
bliznach,  zniewolonej,  ale  nie  mniej  drażni  go  ta  walcząca.  Jest  pewien,  że  Polska  wolna,  jeśli 
kiedyś stanie się  wolna,  będzie nie do zniesienia. Sytuacja bez wyjścia.  Chyba że skoczy  śladem 
szczura głową w dół do sedesu. Jak sam tego nie zrobię, to mnie tam wsadzą - pomyślał. 

Ujrzał  trzech milicjantów przypasanych do długich pałek, jeden z nich jadł  loda. Upokarzają 

naród  przez  lizanie  -  pomyślał,  a  nawet  powiedział  to  półgłosem,  tak  by  nikt  nie  usłyszał.  W 
księgarni  znowu  kupił  kilka  książek,  jedną  spod  lady.  Już  od  dawna  na  witrynach  nie  było  jego 
powieści. Księgarnia bez jego książek jest jakoś uboga, niemal upokarzająca, ale co robić? 

Czasami  myślał,  że  już  skończył  się  jego  czas.  Na  Zachodzie  sztukę  mordują  pieniądze  i 

komercja, w Polsce narodowe powinności i cenzura. Chciał coś kupić do jedzenia, ale w pobliskim 
sklepie spożywczym  zastał tylko  ocet  i  musztardę. Przy okazji nas zagłodzą  - pomyślał. Jadał  na 
szczęście mało, oszczędnie. Jak każdy skąpiec uważał się tylko za człowieka oszczędnego. 

Kiedy wrócił do domu, sedes, chociaż zamknięty, spojrzał mu w oczy bielą swojej muszli. Nie 

mógł  przecież  załatwiać  się  na  podwórku,  z  sąsiadami  nie  miał  stosunków.  Drogę  przetarła  mu 
dzielna Kazia, sól polskiej ziemi, to za jej przykładem wziął kuchenny nóż i dzierżąc go w dłoni 

background image

uchylił pokrywę. Niczego podejrzanego nie dostrzegł. Postanowił, że nie będzie siadać i jak zwykle 
celebrować ten akt, o czym przypominała w ubikacji sterta książek i pism.  „Jest taki skąpy, że jak 
sra,  to  krzyczy”  -  przypomniał  sobie  słowa  Kazi.  Z  psychologicznego  punktu  widzenia... 
interesujące? 

Wyszedł z toalety w poczuciu małego triumfu, a nóż już nie wrócił do kuchni, wolał go mieć 

pod ręką. To był trudny dzień. Ale ani przez chwilę nie zapomniał, że wieczorem czeka go pewna 
przyjemność. Kilka dni temu zadzwoniła studentka, która pisze o nim pracę magisterską. Przyjdzie 
dzisiaj wieczorem. Nie wiadomo dlaczego, ale był pewien, że jest miła i ładna. Chciał kupić kilka 
ciastek, ale cukiernia jest za daleko, a ciastka są takie drogie. Znalazł w szufladzie starą czekoladę. 
Była sprzed wielu lat, ale czekolada chyba się nie starzeje, najwyżej gorzknieje, jak ja - pomyślał. 
Przejrzał kilka książek. Współczesna literatura, też ta na Zachodzie, jest mikra, takie nic. 

Zbliżała  się  godzina  spotkania.  Umył  się  dawnym  zwyczajem,  zawsze  mył  się  przed 

spotkaniem z kobietą, na wszelki wypadek. Teraz jednak nie wiedzieć czemu, powziął przekonanie, 
że studentka będzie brzydka i niemiła. I zupełnie stracił humor. 

Ktoś zapukał do drzwi, spojrzał w panice na zegarek - była czwarta, ze studentką umówił się 

przecież na piątą? Zastygł na chwilę... potem wysunął przed siebie ręce w bezradnym geście i wahał 
się od jednej dłoni do drugiej. W końcu podreptał na palcach i wyjrzał przez wizjer. Mężczyzna!? - 
postanowił  udawać,  że  nie  ma  go  w  mieszkaniu,  ale  niewiadoma  postać  po  drugiej  stronie  drzwi 
była uparta i wytrwała. 

- Kto tam?! - zapytał tonem, który jak mu się zdawało, powinien działać odstraszająco. 
- Jeremiasz... poznaliśmy się miesiąc temu, w kawiarni u pisarzy, potem byłem u pana... 
Przypomniał sobie - to chłopak z podziemnego wydawnictwa. N., prozaik związany z drugim 

obiegiem, znał go osobiście i polecał. Ręczył głową, że chłopak nie jest agentem. 

Za wiele nagłych zdarzeń jak na jeden dzień, czuł się zupełnie wytrącony z równowagi. Co za 

kraj, pieprzony monstrualny kraj, zamkniesz drzwi, jego historia włazi ci przez okna, zatrzaśniesz 
okiennice, wylezie przez rury kanalizacyjne... Teraz miał wrażenie, że historia czai się za drzwiami. 

- Nie byliśmy umówieni... - szepnął przez drzwi. 
-  Prosił  pan,  by  nie  dzwonić  -  odszepnął  chłopak.  Przypomniał  sobie  -  telefony  są  na 

podsłuchu, dlatego 

nie pozwolił, by chłopak zadzwonił, miał przyjść bez uprzedzenia, sam o to prosił. Co zrobić z 

tym  pasztetem?  Duże  ryzyko,  ale  co  robić?  Uchylił  drzwi  zabezpieczone  łańcuchem.  Potem  w 
desperackim geście rozpiął łańcuch, by z grymasem bezradności, szorstko, wciągnąć chłopaka do 
przedpokoju. 

- Czy tu się mówi? - szepnął chłopak. 
- Co to znaczy? - odszepnął. 
Chłopak  wyciągnął  notatnik,  długopis  i  napisał:  Jeśli  jest  podejrzenie,  że  jest  podsłuch, 

rozmowy piszemy na kartkach. 

No tak - pomyślał - tylko tego brakowało. Kiedyś na pewno miał podsłuch, teraz już nie jest dla 

nich  ważny,  chociaż  nigdy  nie  wiadomo.  Mogli  mu  go  zostawić  z  dawnych  lat.  Napisał  więc  na 
kartce: Z pewnością jest podsłuch!!! 

Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem i chociaż nie proszony, wszedł do kuchni, jakby już 

połączyła  ich  nić  konspiracji.  Usiadł  przy  kuchennym  stole,  wyciągnął  z  chlebaka  kilka  książek 
drukowanych w podziemiu, pokazał wymownie palcem na nazwę wydawnictwa, po czym wykonał 
gest ręką, że te książki i pisma daje w prezencie. 

Kiedy został skazany, by wziąć od chłopaka bibułę, poczuł, że wydarzenia wymykają się spod 

kontroli, a do skóry zaczyna mu się dobierać historia tego kraju. Patrzył chłopakowi przez ramię, 
gdy ten pisał na kartce. 

Egzemplarz jego powieści krąży po mieście, ale mają pecha, nie trafili na maszynopis, prosi o 

udostępnienie kopii. W wielkiej dyskrecji. Druk, rzecz jasna, bez wiedzy i zgody autora. 

Wziął kartkę, przeczytał jąuważnie, po czym spojrzał na chłopaka, jakby był burzową chmurą, 

z  której  ma  ochotę  paść  grom.  Potem  poszedł  do  pokoju  i  z  bolesnym  westchnieniem  wyciągnął 

background image

wtyczkę  telefonu  z  gniazdka.  Wytarł  chusteczką  pot  z  czoła,  usiadł  przy  stole  i  napisał:  Nikt  za 
panem nie szedł? 

Chłopak chwycił za długopis: Zaliczyłem dwie śluzy, dwa razy zmieniałem... 
Odłożył  długopis,  by  z  dyskretnym  uśmiechem  fachowca  wyciągnąć  z  chlebaka  ciemne 

okulary i czapeczkę. 

Jestem czysty - dopisał. 
Teraz  dopiero  poczuł  grozę  sytuacji.  Jak  wiele  ryzykuje  tym  spotkaniem.  Ci  młodzi 

zwariowali, wzorują się na Armii Krajowej, kto wie, czy to nie skończy się podobnym dramatem? 
Wycofać  się?  Z  drugiej  strony  szkoda...  przecież  za  kilka  lat  komunę  szlag  trafi,  to  pewne.  Ten 
system  gnije.  Będzie  korzystne  dla  jego  pisarstwa,  jeśli  kiedyś  encyklopedie  już  wolnego  kraju 
odnotują mu podziemną książkę. Druk bez wiedzy i zgody autora, to chyba jest pomysł!? Powieść 
starzeje się, to jego ostatnia książka, włożył w nią wiele serca i nie mniej wątroby. Gorzka książka, 
o Polsce. Kiedy ukończył ją pół roku temu, poczuł, że poniósł porażkę. Ale im dłużej ona czeka na 
druk, tym bardziej sobie ją ceni. Okropna sytuacja! Zamknął oczy i próbował skalkulować ryzyko 
druku lub jego zaniechania. Waga wahała się raz w tę stronę, raz w drugą. Coś okropnego! 

Podarł zapisane karteczki starannie, niemal na proch, chciał je spuścić w toalecie, ale zmienił 

zdanie i wyrzucił do śmieci. Po czym napisał na kartce: Maszynopis jest gdzieś w salonie. Ma pan 
pięć minut! Jeśli pan go znajdzie, proszę ze sobą zabrać, ale dyskretnie! Tak, żebym nie widział! A 
jeśli nie, to trudno! I druk bez wiedzy i zgody autora! 

Wykrzykniki były duże i wystawały ze zdań, jak strachy na wróble ze zboża. 
Chłopak wyglądał niepewnie... brał się za długopis, ale pisarz najwyraźniej nie miał ochoty na 

kontynuowanie dialogu.  Chłopak wstał  od stołu... Pokazał  mu drzwi salonu, półki i biurko, a sam 
jakby  nigdy  nic  zajął  się  przygotowaniem  herbaty  dla  studentki.  Myślał  jednak  o  czymś  innym. 
Byłoby źle, gdyby młodzi spotkali się w drzwiach, na szczęście jest sporo czasu, a osoby piszące 
prace  magisterskie  z  reguły  są  punktualne.  Znajdzie  czy  nie  znajdzie?  -  poczuł  mały  dreszczyk 
emocji. 

Chłopak buszował po salonie, było tam mniej książek niż w sypialni, ale i tak poruszanie się 

było  trudne  i  ryzykowne.  Znalazł  kilkanaście  maszynopisów,  strony  niektórych  były  zupełnie 
pożółkłe, jednak powieści nie było. 

Punktualnie po pięciu minutach pisarz stanął na progu i pokazał znacząco na zegarek. Chłopak 

spojrzał  na  niego  okiem  zranionej  sarny.  Pisarz  rozłożył  bezradnie  ręce.  Chłopak  pożegnał  się 
dosyć chłodno, włożył czapeczkę, okulary i wyszedł. Patrzył ukryty za firanką, jak niknie w głębi 
uliczki. Nikt za nim nie szedł. 

Włączył telefon. Czuł się źle po tej wizycie, tyle niepokoju, chyba jednak dobrze zrobił, to los 

dokonał wyboru. Zajrzał pod łóżko, gdzie leżał ukryty maszynopis powieści. Wyjął go na chwilę... 
zakrztusił się kurzem. Ta Kazia to jednak sprząta byle jak. 

Przejrzał  książki  i  pisma,  które  dostał  od  młodego  konspiratora.  Czcionka  była  jak  zwykle 

mała, chorobliwie mała, wersy naćkane gęsto, by oszczędzać papier. Pomyślał - tyle emocji w tych 
tekstach,  tyle  szlachetności,  świętego  oburzenia,  a  gdzie  literatura?  Już  tradycyjnie  w  tym  kraju 
walka  o  wolność  i  obowiązki  patriotyczne  zabierają  sztuce  uniwersalność...  Wzruszający,  ale 
zarazem irytujący zaścianek. 

Dzwonek zabrzmiał o piątej, tak punktualnie, że przestraszył się. Zapytał - kto? - odpowiedział 

mu głos jasny i czysty. Delektował się przez chwilę, rozpamiętując jego brzmienie. Wyjrzał przez 
wizjer, blondynka... 

Odruchowo  uchylił  drzwi  zapięte  na  łańcuch  i  dopiero  po  sprawdzeniu  otworzył  je  szeroko, 

jakby odsłaniał pomnik. Była tak ładna, że aż westchnął - jasne włosy, stalowe oczy, może trochę 
za wysoka? 

Uśmiechnęła  się,  niepewna,  jak  głęboki  może  być  uśmiech  powitania?  Stał  przez  chwilę 

oszołomiony,  taka  ładna  jak  kiedyś  Agnieszka.  Zaprosił  ją  do  saloniku,  poprosił,  by  zajęła  fotel. 
Szepnęła, że może usiąść na krześle. 

-  Ależ  to  miejsce  dla  gości,  przed  panią  siedział  tu  Y.  -  wymienił  nazwisko  popularnego  w 

Polsce pisarza. Szczerze mówiąc, to  bardzo go nie lubił,  ale spotykali się co kwartał,  zapewne by 

background image

pielęgnować  swoją  niechęć.  Teraz  jednak  wiedział,  że  to  nazwisko  i  ten  fotel  uświęcony 
siedzeniami  wielkich  ludzi  zrobi  na  niej  wrażenie.  Zaskakująco  mocno  chwycił  ją  za  ramię, 
posadził w fotelu. Skórę miała opaloną, chłodną i gładką. Usiadła, a krótka sukienka cofnęła się jak 
morska fala, obnażając jabłka kolan. 

Pomyślał, że miałby ochotę wgryźć się w te jabłka swoimi zębami, które, prawdę mówiąc, nie 

były już w pełni jego zębami. Zamknął oczy, by przetrawić ten obraz, i zapytał: 

- Pani studiuje polonistykę? Bardzo mało praktyczne studia? 
Dowiedział się, że pochodzi z małego miasteczka z północnej Polski. Pomyślał - nawet nasza 

kartoflana  prowincja  rodzi  takie  kwiaty.  Jest  delikatna  jak  płatek.  Szkoda,  że  nie  jest  młodszy  o 
pięć, no może o dziesięć lat. Życie bez kobiet traci resztkę sensu, ale nie powinien rezygnować. Czy 
jednak jego organizm przeżyłby zbliżenie? Strach to sprawdzać. 

Pytał jątrochę naiwnie jak dziecko, były to  odruchowe pytania pisarza, który zbiera materiał. 

Ciekawość świata nadal była w nim młoda, gibka i prężna. 

 
 
 
 
 
Mówiła,  że  najpierw  przeczytała  jego  okupacyjne  opowiadania,  jej  krewni  walczyli  w  Armii 

Krajowej,  babcia  była  łączniczką,  zginęła  w  powstaniu  warszawskim.  Płakała,  czytając  te 
opowiadania.  Potem  odkryła  jego  książki  o  miłości  -  mówiła,  czerwieniąc  się  co  jakiś  czas, 
najpewniej  wtedy  kiedy  wydawało  jej  się,  że  powiedziała  jakieś  głupstwo.  Pomyślał,  że  byłaby 
przeciętna, gdyby nie uroda i wdzięk. I wrażliwość, która pozwala rozumieć wszędzie tam, gdzie 
trzeba  poczuć  organem,  którego  nie  mają  mężczyźni.  Pisał  właściwie  dla  kobiet  i  dla  kobiecych 
mężczyzn, krążyły plotki, że ma pedalskie skłonności. 

-  Podobno...  przyjaźnił  się  pan,  to  znaczy  były  z  panem  najładniejsze  kobiety  tego  kraju?  - 

zapytała  i  omal  nie  spłonęła  ze  wstydu,  że  ośmieliła  się.  Uśmiechnął  się  i  skazał  ją  na  dłuższą 
chwilę milczenia... 

-  W  kraju  to  może  przesada,  ale  w  Warszawie,  kto  wie?  -  westchnął  i  zaciągnął  się  tym 

westchnieniem  głęboko,  tak  by  poczuć  zapach  przeszłości.  Nic  tak  nie  konserwuje  pamięci 
zapachu, jak westchnienie. 

Tak, był z wieloma kobietami, kiedyś próbował je policzyć, ale pogubił się. Zawarł chyba trzy, 

nie, cztery małżeństwa,  wszystkie były tylko  na  chwilę. Czy to  nie rozpaczliwa próba szukania... 
czego, ano właśnie, czego? 

Opowiadał  jej  o  Paryżu,  gdzie  spędził  wiele  lat,  słuchała  tego  jak  baśni  o  niedostępnym 

świecie. Jej rodzice mają rybne stawy. Zainteresowały go żywo te stawy. Dowiedział się, że nie jest 
łatwo prowadzić prywatny interes w takim czasie i w tym kraju. Opowiadała, jak te ryby wykradają 
im  po  nocach.  Pytał,  jak  się  te  ryby  karmi,  jak  się  je  wyławia?  Czy  szybko  rosną,  jak  się 
rozmnażają? Czy można taką rybę wziąć do ręki? Nigdy nie trzymał ryby w ręku - ptaka tak, ale 
ryby nie. 

Nagle zadzwonił telefon. Podszedł do aparatu i w gniewie wyciągnął przewód z gniazdka. 
- Przepraszam,  nie znoszę telefonu. A poza tym  taki  telefon...  - ściszył znacząco  głos  -  może 

służyć jako aparat podsłuchowy. Słyszała pani o tym? 

Nie  słyszała.  Badał,  jakie  ma  polityczne  poglądy.  Stan  wojenny  wstrząsnął  nią,  czytywała 

podziemne książki i pisma. Pomyślał - jednak warto wydać powieść w podziemiu. Kiedy zapytał o 
największe marzenie, odpowiedziała bez wahania. 

- Wyjechać do Paryża. 
- Na chwilę? - zapytał szeptem. 
- Na stałe - powiedziała. 
- A więc pani też, wszyscy wyjadą z tego kraju  - mówił z żalem, myśląc, kto będzie tu czytał 

jego książki? 

background image

Okazało się, że najbardziej przeżyła jego powieść „Niemiłość”. Ciekawe - nie utożsamiła się z 

kobietą, która nie mogła znaleźć uczucia... a tylko z tym mężczyzną, który, jak powiedziała  - nie 
był zdolny do miłości. 

Tu zaprotestował. Jego bohater miał w sercu sopelek lodu, kto go nie ma? Ale potrafił kochać, 

nie mógł tylko znaleźć odpowiedniej kobiety. 

- Tak mu się tylko zdawało - mówiła zaskakująco pewnie i stanowczo - on sam nie wiedział, że 

nie potrafi kochać, a to, co miał w sercu, to nie sopelek, to lodowiec. 

Chciał znowu protestować, ale poczuł jakiś chłód w klatce piersiowej, jakby nawiedził go duch 

polarnego niedźwiedzia i nic nie powiedział. 

Poszedł  do  kuchni  zagotować  wodę,  z  tego  wszystkiego  zapomniał  o  herbacie  i  czekoladzie. 

Chciała jednak już iść, nie pozwolił jej. Miała przecież jeszcze na kartce wiele pytań... Na kilka już 
odpowiedział, na inne odpowie przy następnym spotkaniu. 

-  Jeśli  pani  nie  ucieknie  do  Paryża?  -  zażartował.  Tymczasem  zmierzch  spadł  na  miasto, 

podszyty 

nierówno różowymi łatkami zachodu. 
-  Tak  ładnie  tutaj  -  powiedziała  stając  przy  oknie  i  patrząc  na  dachy  Starego  Miasta, 

wyostrzone przez gasnące słońce. 

Też wstał. 
-  Tak,  Stare  Miasto,  park  Łazienkowski  i  cmentarz  Powązkowski  to  trzy  najładniejsze 

fragmenty tego miasta - a poza tym nic. Warszawa spalona przez wojnę straciła duszę... a my, czy 
my mamy jeszcze duszę...? 

Mówił cicho, coraz ciszej. Podszedł do niej i stanął tak blisko, że poczuł jej zapach. Przeniknął 

go głęboko, do krwi. Drgnęła, ale nie poruszyła się. 

-  Przepraszam  -  szepnął  -  wiem,  że  to  nadużycie,  ale...  czy  mogę  panią  powąchać?  Tylko 

powąchać, jedynie kark... bardzo proszę nie odmawiać. 

- Nie wiem...? - powiedziała i zaczerwieniła się, jakby krew spływała jej po szyi. 
Obwąchał  jej  włosy,  potem  szyję.  Jak  opisać  zapach  -  szeptał  -  to  największe  wyzwanie  dla 

pisarza, wielekroć próbowałem i ponosiłem porażki. 

Wędrował nosem w dół jej szyi, potem w górę na złotą granicę włosów. Wtulił nos w kielich 

ucha,  to  tam  gromadzą  się  wszystkie  zapachy.  Nagle  poczuł,  że  kręci  mu  się  w  głowie  -  chyba 
przesadziłem - pomyślał. 

-  Ojej,  łaskocze  -  zachichotała  jak  podlotek  i  nie  patrząc  na  niego,  zebrała  swojej  notatki. 

Dygnęła  jak  mała  dziewczynka  -  dziękuję,  uciekam  -  powiedziała.  Stanęła  w  progu,  spojrzała  na 
niego, ale jakoś tak obojętnie, bez uśmiechu. I uciekła. 

Zamknął  drzwi  na  zasuwkę,  potem  na  łańcuch.  W  piersiach  czuł  gorycz  porażki,  w  głowie 

nadal  trwał  zawrót.  Pokręcił  nią  w  drugą  stronę,  ale  było  jeszcze  gorzej.  Poczłapał  do  łazienki... 
miał  wrażenie,  że  coś  tam  zobaczył.  Szczur  -  pomyślał  i  zatrzasnął  drzwi.  Chciał  iść  do  salonu, 
pomylił się, poszedł do sypialni. On nikogo nigdy nie kochał... i już nigdy... jego myśli miały jej 
zapach i głos. Potknął się o jakąś książkę. Ratując się, szukał podpory ręką, trafił na wieżę książek, 
patrząc  na  nie  z  boku,  coraz  bardziej  z  boku,  ujrzał  na  wierzchu  tytuł  „Mdłości”  Sartre'a  -  stary, 
komunistyczny osioł - pomyślał. Przewrócił się, ciągnąc za sobą lawinę książek, które waliły się z 
łoskotem. 

 
 
 
 

KARMINOWE MAJTECZKI 

 
 
Antoni zawsze czegoś szukał, okularów, telefonu komórkowego, gubił też nałogowo klucze i 

karty kredytowe. Lecz jako szef domu kultury w niewielkim M. radził sobie zaskakująco dobrze, 
miał  pomysły,  potrafił  zręcznie  dobrać  pracowników.  Posiadał  też  wyczucie  polityczne,  a  po 

background image

dziesięciu latach wolności i bujnego, lecz dzikiego wzrostu dżungli kapitalizmu w Polsce nawet w 
takiej  miejscowości  jak  M.  nie  jest  łatwo  poruszać  się  dyrektorowi  państwowej  placówki.  Nie 
miejsce tu, by rozwikływać sploty, które pokryły polityczną scenę M. - dotyczy to przecież całego 
kraju. Dlaczego nawet oczywista konieczność wstawienia nowych płyt  chodnikowych na rynku w 
pobliżu kościoła, w miejsce popękanych, stawała się problemem politycznym? Antoni radził sobie 
w tym bałaganie. Pracownicy lubili go, był grzeczny, walczył o ich pensje. 

Wiera  uczyła  w  jego  placówce  rysunku.  Była  z  pochodzenia  Rosjanką.  Nieduża,  zgrabna,  o 

nieco skośnych zielonych oczach i zadartym słowiańskim nosku. Mieszkała od roku w M., mówiła 
po  polsku  bez  większych  błędów,  jedynie  ze  śpiewnym  akcentem.  Rosyjski  połączony  z  polskim 
ma w sobie jakiś erotyzm, jakby łechtał podbrzusze języka. Kiedy Antoni słuchał, jak Wiera mówi, 
czuł  coś w piersiach; ale to  był  zaledwie jakiś zalążek  - nawet  nie warto  o tym wspominać. Czy 
Antoni był kobieciarzem? To słowo pachnie już myszką, ale w niewielkim miasteczku wiele rzeczy 
i  spraw  pachniało  myszką.  Na  zasadnicze  pytanie  należy  jednak  odpowiedzieć  stanowczo  -  nie. 
Dodajmy jednak szybko, że przecież każda cnota jest zagrożona przez związek nudy z od lat nie 
zaspokojonym  głodem  czułości.  Związek  Antoniego  z  Martusią  miał  takie  cechy.  Ich  współżycie 
seksualne  nigdy  nie  układało  się  dobrze.  Ona  byłaby  nawet  gotowa  To  zaakceptować,  podobno 
robili To prawie wszyscy, lecz istniał niestety aspekt higieniczny. Nigdy nie mogła się porządnie 
domyć, a plamy na prześcieradle zawstydzały ją... 

Mąż Wiery - Rysio, to zdrobnienie powstało zapewne na przekór zgrubień jego potężnego ciała 

-  był  mechanikiem  samochodowym.  Poznali  się  w  Moskwie,  dokąd  Rysio  pojechał  z  wycieczką 
Orbisu.  Ich  spotkanie  wiele  zawdzięczało  sklepowi  bezcłowemu  z  perfumami  na  lotnisku. 
Nieświadom  siły  próbek  z  kilkunastu  flakoników  -  pachniał  potem  jak  perfumeria,  w  którą  ktoś 
rzucił bombę. 

Koledzy obwąchiwali  go, zrobiła to  nawet  ładna  stewardesa w samolocie  - więc  gryzł  się ze 

wstydu. Jak wiadomo,  zdarzają się jednak w życiu  nieszczęścia, które prowadzą do szczęścia. W 
zatłoczonej windzie hotelu „Moskwa” ta suma zapachów zwietrzała, by połączyć się harmonijnie z 
wonią smarów, którymi przesiąkł mechanik. Wiera jechała w tej windzie, los stłoczył ich tuż obok 
siebie, śpieszyła na ostatnie piętro hotelu, gdzie uczyła rysunku dzieci dyplomatów. Nagle poczuła 
coś...  co  wstrząsnęła  nią  do  głębi.  To  był  zapach  zachodniej  Europy  zgwałcony  przez  jakąś 
swojskość. 

Połączyli się w akcie miłosnym nazajutrz, w pokoju numer 808, na ósmym piętrze. 
Po miesiącu, zupełnie niespodziewanie przybyła do Moskwy z dalekiej Polski mała paczuszka 

- w niej karminowe, koronkowe majteczki. Prezent zrobił na Wierze wielkie wrażenie. Przyjechała 
do  M.,  gdzie  pobrali  się.  Jak  każdy  związek  złudzenia  z  rzeczywistością,  małżeństwo  nie  było 
udane. Na miejscu okazało się, że on miał czas tylko dla samochodów, z natury mało mówił, nie 
miał  zbyt  wiele  do  powiedzenia  albo  mówić  nie  chciał.  Ich  życie  erotyczne  miało  swój  krótki 
burzliwy okres, ale ten czas minął. Z wyjątkiem dni, gdy wkładała koronkowe majteczki... 

Wiera  była  kobietą  namiętną.  Czuła,  że  się  marnuje  w  miasteczku.  Uczyła  rysunku  w 

placówce, prowadzonej przez Antoniego, i nudziła się. Nie tęskniła jednak za Moskwą, to nie jest 
miasto, za którym łatwo tęsknić. Doskwierał jej jednak jakiś brak, który rósł z każdym miesiącem. 
Kto jednak w M. nie czuł jakiegoś braku... 

Żona Antoniego nie pracowała na etacie, ale uważała, że ciężko haruje, pielęgnując swój stan 

bezdzietny,  podobno  nie  mogła  zajść  w  ciążę  -  Antoni  czasami  podejrzewał,  że  ciąża  byłaby  dla 
niej po prostu niehigieniczna. Zamiast dzieci dbała o jamnika Tuptusia i o cztery pokoje w domu, 
które nieustannie sprzątała. A przecież rzadko bywali u nich goście, stopniała im zupełnie grupka 
znajomych. Podobnie jak w dużych miastach, w niewielkim M. ludzie mieli coraz mniej czasu, by 
pielęgnować przyjaźnie. Nawet plotki i dowcipy zwiędły nie wiadomo kiedy. 

Z  tym  większym  zapałem  Martusia  tępiła  w  domu  tak  zwane  zapaszki.  Jest  zapaszek!  - 

krzyczała nawet w niedzielę i wyjmowała podstępnie ukryty w szafie but Antoniego, by poddać go 
zabiegowi dezynfekcji. 

Wierę poznała, gdy ta przyjechała do M. i zamieszkała ze swoim mechanikiem. 

background image

Rosjanka nie lubiła jej, miała wrażenie, że żona szefa ją obwąchuje, nie dowierzając, że ktoś ze 

wschodu może być czysty. 

Antoni  nigdy  nie  zdradził  żony,  a  jeśli  mamy  nadal  mówić  prawdę...  Martusia  była  jego 

pierwszą kobietą i jak dotychczas ostatnią, czyli jedyną. Ostateczność słowa ,jedyna” poczuł z całą 
siłą pewnego dnia, gdy jak zwykle w swoim gabinecie szukał okularów. Kiedy je w końcu znalazł, 
otworzył okno, by odetchnąć z świeżym majowym powietrzem. Wtedy ujrzał na chodniku Wierę. 
Pochyliła  się,  by  zapiąć  sprzączkę  brązowego  bucika.  Jej  pośladki  uwypukliły  granatową 
spódniczkę  do  granic  wytrzymałości  materiału,  a  też  męskiej  wyobraźni.  Antoni  poczuł  coś  w 
rodzaju bezradnej namiętności, a potem niechęć wobec ostateczności słowa ,jedyna”. 

Problem,  że Antoni  był  nieśmiały i  śmiertelnie bał  się żony.  Za to  Wiera nie była nieśmiała, 

nudziła  się,  czuła  się  zaniedbana,  a  szef  bawił  ją  swoim  roztargnieniem.  Nie  był  przystojnym 
mężczyzna,  ale  zawsze  dobrze  ubrany,  raczej  szczupły,  czysty,  nawet  nie  upijał  się...  Nie  miała 
wątpliwości - był pantoflarzem i wiernym mężem kobiety, której nie lubiła - tacy mężczyźni mogą 
być  ekscytującym  wyzwaniem.  Kilka  razy  złowiła  jego  namiętne  spojrzenie.  Wiedziała,  że  jest 
nieśmiały, więc pomogła mu. Zaproponowała, że zrobi portret... szkic przygotuje w pracowni, ale 
wykończenie wymaga spotkania i „malutkiej prywatności”. Ta „malutka prywatność” powiedziana 
półgłosem  na  schodach  domu  kultury  -  poruszyła  dreszczem  nie  tylko  serce  Antoniego,  ale  też 
czuły, męski splot znacznie poniżej serca. 

Umówili się na sobotę wieczór. U niego. 
Martusia miała siostrę w stolicy. Jej wyjazd do Warszawy w sobotę spadł mu jak z nieba, ale 

zaraz pojawiło się tyle niepokojów - stanowczo za wiele jak na jednego człowieka. Całe szczęście, 
że  żona  potwierdziła  w  telefonicznej  rozmowie  z  siostrą,  że  zabierze  ze  sobą  psa!  -  Antoni  nie 
wyobrażał sobie aktu zdrady na oczach Tuptusia. 

Ale nadal bał się, czy z tego nieba nie spadnie nagle grad wielki jak strusie jajka. Czy żona nie 

wróci prędzej, niż zapowiadała? Na pewno Wiera ma „poważne” wobec niego zamiary? I w końcu 
lęk największy - AIDS!!! Ta choroba przecież szaleje w Rosji! Ale jak, na Boga - w dniu wyjazdu 
żony - kierownik placówki kulturalnej ma dyskretnie dokonać takiego zakupu w M.? 

Spał  kiepsko  z  piątku  na  sobotę,  by  o  świcie  przypomnieć  sobie,  że  powinien  mieć  jedną, 

zabytkową... Szukał  jej przez dwie godziny, płoszony poranną krzątaniną Martusi, a kiedy stracił 
już  nadzieję  -  znalazła  się!  W  zakamarkach  biurka.  Szczęśliwy  schował  ją  szybko  do  jednej  z 
kieszeni garnituru. 

Wiera wiedziała o wyjeździe żony szefa, jej mąż jak zwykle pracował w swoim warsztacie do 

późnej  nocy.  Szykując  się  na  spotkanie,  poczuła  coś  jakby  powiew  wolności  i  nadziei  na  coś 
nowego,  jakby  za  chwilę  miała  zerwać  krępującą  ją  nić  nudy.  Po  krótkich  wahaniach  założyła 
karminowe koronkowe majteczki. Nie było jej lekko na duszy, gdy wciągała je, kołysząc biodrami, 
a cielesne klaśnięcie ściągacza na brzuchu zabrzmiało jak zrywanie pieczęci małżeństwa. Obejrzała 
się  w  lustrze.  Ostatnio  ciut  utyła,  ale  jej  pośladki  nadal  wdzięcznie  zaokrąglały  przestrzeń, 
„apeticzna  diewuszka”  -  powiedziała  do  siebie  i  roześmiała  się  serdecznie.  Mało  kto  potrafi  tak 
śmiać się do siebie. Wiera była z natury wesołą kobietą, zapewne nawet z lekka perwersyjną, ale 
czy taki talent może zakwitnąć w M.? 

Antoni biegał po kuchni, gdzie szykował kolację. Był dobrych kucharzem, teraz w pośpiechu 

doprawiał  jedzenie.  Kręcąc  się  między  garnkami  i  butelkami  wina,  zadzwonił  do  Warszawy  - 
Martusia szczęśliwie dotarła do siostry, pies zaszczekał serdecznie w słuchawkę. 

W  listopadzie  zmrok  zapada  szybko.  Wiera  niezauważona  weszła  do  domku  przy  ulicy 

Gwiaździstej, niosąc pod pachą blok do rysowania. 

Zjedli kolację, która była doprawdy smaczna. Gotujący mężczyzna zawsze wzruszy kobietę, a 

Rosjankę  w  szczególności.  Oboje  byli  zdenerwowani,  dlatego  zapewne  pili  wino  zbyt  szybko  i 
obficie.  Plotkowali  o  pracownikach  domu  kultury,  a  przy  okazji  nie  wiadomo  kiedy  przeszli  na 
„ty”. Wierze nagle zakręciło się w głowie, poszła na chwilę do toalety, lustrując chorobliwie czyste 
i  wypieszczone  mieszkanie.  Łazienka  była  śnieżnobiała,  lśniła,  jakby  wylizała  ją  armia  kotów. 
Wtedy ogarnęła ją nieprzeparta żądza, aby to wszystko zbrukać, tak szybko i gwałtownie jak to jest 
możliwe. 

background image

Wróciła i potrącając krzesło, wzięła blok. Antoni usiadł w fotelu, zrobił niemożliwie sztuczną 

minę,  jak  wszyscy  pozujący  do  obrazu  lub  fotografii.  Wiera  wybuchła  śmiechem,  a  ten  śmiech  - 
namiętny  i  szczery,  rozbroił  ich  skrępowanie.  Antoni  nagle  zapomniał  o  żonie,  o  wyrzutach 
sumienia, zapomniał nawet o AIDS. 

Chciał wstać, ale nie zdążył. Uklękła między jego kolanami. Próbował ją pocałować, zasłoniła 

się blokiem. Igrała tak z nim, śmiejąc się przez kilka minut, zasłaniała to dół, to górę, by w końcu 
ulec...  całował  niezręcznie  i  płytko  jak  młody  chłopiec.  Weszła  głęboko  w  jego  usta  swoim 
zgrabnym  językiem,  nigdy  jeszcze  nie  doświadczył  takiego  pocałunku...  Leżeli  na  dywanie, 
sięgnęła  ręką  do  jego  rozporka  -  w  pierwszym  odruchu  bronił  się...  Martusia  nigdy  tak  się  nie 
zachowywała, ale szybko uległ, a jego penis, jak spłoszony pies, najpierw skulił się, by po chwili 
dzielnie się nasrożyć. Zaśmiała się i wzięła go do ust. Widział coś takiego tylko na filmach, a teraz 
czuł  to  zjawisko  całą  swoją  istotą...  Wyuzdanie...  szalona...  czym  to  się  skończy?...  -  myśli  jak 
błyskawice rozświetliły jego niebo, groźne, ale dzikie i rozkoszne niebo. Do łóżeczka - zamruczała, 
gryząc  go  w  ucho,  trochę  za  mocno.  Nie  planował  użycia  małżeńskiego  łoża,  chciał  oszczędzić 
Martusi upokorzenia; ale dla Wiery niepokalana sypialnia tego domu było częścią wyzwania. 

Rozebrała  się,  została  tylko  w  koronkowych  majteczkach  i  w  szpilkach.  Szukał  gorączkowo 

prezerwatywy,  na  próżno  -  jak  zwykle  zgubiłem  -  pomyślał.  Nie  miał  jednak  czasu  na  rozpacz, 
porwany wielką falą, nie pamiętał, jak i kiedy ściągnął jej majteczki. 

Już dawno uspokoił się sufit, ściany i górski pejzaż na obrazie, gdzie nieporadnie namalowane 

góry tonęły we mgle. W pokoju unosił się tylko zapach namiętności. 

Pomyślał o żonie i stłumił w sobie odruch, by natychmiast wywietrzyć pokój. 
-  Ale  wiesz,  Wiera,  nie  wpłynie  to  na  nasze  stosunku  służbowe  -  powiedział,  przykrywając 

głowę kołdrą, by nie patrzeć, jak się ubiera. 

Zaśmiała się. 
-  Co  wpłynie,  to  wypłynie  -  powiedziała,  włożyła  biustonosz,  obejrzała  w  lustrze  szyję  -  nie 

było na niej śladów. Znalazła rajstopy - a gdzie moje majtki? - zapytała. 

Wstał i ubrał się, zakrywając nagość. Potem oboje szukali zaginionej garderoby. Na próżno  - 

majtek  nigdzie  nie  było.  Znikły,  jakby  zostały  pożarte  przez  jakieś  niewidzialne  i  żarłoczne 
seksualne zwierzę. Przetrząsnął nawet szafę... suknie żony zapachniały mu smutno, jak po zmarłej. 
W  marynarce  znalazł  prezerwatywę,  której  na  próżno  szukał,  schował  ją  do  biurka  w  dawne 
miejsce. Rozstali się bez czułości, chociaż zjednoczeni wspólnym problemem. 

Kiedy został sam - zrozumiał, że jest przygnieciony ciężarem winy. Piekło jednak zaczęło się w 

nocy.  Śniło  mu  się,  że  siedzi  z  Martusią  w  kuchni,  jedzą  śniadanie  -  jak  zwykle  jajeczka  w 
koszulkach,  gdy  na  parapecie  siada  wrona  w  karminowych,  koronkowych  majteczkach,  unosi  te 
majteczki  i  pokazuje  swoją  bezwstydną  płeć  -  zdumiewające  połączenie  męskości  i  kobiecości. 
Obudził go krzyk Martusi - był sam, zegarek wskazywał na szóstą rano. Gorączkowo zaczął szukać 
zguby, przetrząsnął jeszcze raz łóżko, wlazł pod nie chyba już po raz piąty, wszystko na próżno. 

Wiera  zadzwoniła  o  ósmej  rano.  Nie  miał  dla  niej  dobrych  wiadomości.  Wydawała  mu  się 

poirytowana.  Pomyślała  -  jak  mogłam  zadać  się  z  takim  łamagą.  On  zgubił  najważniejsze  majtki 
mojego  życia!  Antoni,  odkładając  słuchawkę,  pomyślał  -  co  teraz  będzie?  Pewne  ukojenie 
przyniosła mu praca zacierania śladów. W domu była imponująca rozmaitość środków czystości  - 
użył niemal wszystkich! Kilkakrotnie sprawdzał, czy nie ma śladu kropli wina, butelki wyniósł do 
śmietnika  sąsiada.  Pedantycznie  sprawdził  prześcieradło.  Znalazł  tam  dwa  jasne  włosy  Wiery, 
położył  je delikatnie na  dłoni, przyglądał  im się czule przez chwilę; zamyślił  się i  zastygł  w tym 
zamyśleniu na dłużej, wspominając to i owo, w końcu ze smutkiem pozwolił, by pamiątkę minionej 
namiętności wessała klozetowa muszla. 

Martusia  przyjechała  w  niedzielę,  w  samo  południe.  Tuptuś  roztuptał  mieszkanie,  a  ona  jak 

zwykle miała o coś żal do męża, nie zapamiętał nawet o co. 

- A ty, dlaczego taki nieswój? - zapytała go nagle. 
-  Głowa  mnie  boli  -  odpowiedział  i  to  była  prawda.  Przestraszył  się  -  czyżby  to  pierwsze 

objawy  AIDS?  -  zaraz  potem  stwierdził  -  jestem  idiota,  po  stokroć  idiota.  I  począł  myśleć  -  co 
zrobić, by w ogóle nie myśleć? Wieczorem doszedł do wniosku, że to wszystko może skończyć się 

background image

najzupełniej  dobrze.  Wiera  jest  z  natury  namiętna,  ale  nie  zadawała  się  przecież  z  byle  kim, 
majteczki przepadły na amen - to się zdarza. Przed pięcioma laty we własnym łóżku przepadł mu na 
zawsze ulubiony zegarek. 

Poczuł  ochotę na zimne  piwo. Ruszył  w kierunku lodówki,  wtedy usłyszał  przeraźliwy  krzyk 

Martusi. Pomyślał - to sen, Martusia ujrzała wronę. Kiedy wbiegł do sypialni, nie było tam wrony, 
były za to karminowe, koronkowe majteczki, które zwisały żałośnie jak martwy szczur trzymany za 
ogon w dwóch palcach, kiedy w drugiej dłoni Martusia dzierżyła poduszkę z wywiniętą poszewką. 

- To nic, to jest zupełnie nic - powiedział z tak wielkim przekonaniem, na jakie było go stać w 

tej sytuacji. 

-  Z  zapaszkiem!  Z  zapaszkiem,  toooo!!!-  wrzasnęła  Martusia  tak  przeraźliwie,  jakby  chciała 

rozedrzeć  ich  dom  w  kroku  -  a  Tuptuś  zawył,  by  cały  świat  usłyszał,  że  ten  dramat  ma  wymiar 
ostateczny. 

 
 
 
 

KLATKA 

 
 
W piątek wieczorem, kiedy zaczął padać śnieg, moja matka próbowała popełnić samobójstwo. 

Połknęła osiem pastylek, chociaż w pudełku było ich dwadzieścia. Połknęła o dwanaście za mało. 

Zrobiła  to  z  myślą  o  mnie,  jestem  tego  pewien.  Zawsze  miała  żelazny  charakter,  najpierw 

wykończyła mojego ojca, jestem ostatni w kolejce. 

Moja  mama  nauczyła  mnie,  że  życie  jest  metalowym  pudełkiem,  z  którego  wychodzimy 

jedynie  po  to,  by  zobaczyć,  że  przeszliśmy  do  następnego  -  dlatego  trzeba  być  twardym.  Chyba 
okazało  się,  że  jestem  za  miękki  na  takie  życie.  Czy  ona  nie  jest  za  twarda?  Stara  generałowa  o 
grubym głosie, postać godna pióra Gogola. Chwilami miałem wrażenie, że jest tak ostra, że kaleczy 
się o siebie samą. Kiedy wiek zabrał jej niemal całą władzę, okazało się, że trzymała w rękawie asa, 
w postaci resztki swojego życia. Nie zostało tego wiele, ale taka końcówka ma swoją wagę. 

Jechałem  za  karetką  pogotowia.  Pędziłem  korytarzem,  który  syrena  żłobiła  w  śnieżnych 

ulicach, odpadłem na granicy Mokotowa. 

Płukali jej żołądek, kiedy przybyłem na izbę przyjęć. To nie była moja żelazna matka - to była 

stara kobieta, której wywracano żołądek na drugą stronę. 

- Pewnie wyjdzie z tego  - powiedział lekarz - podłączymy ją do kroplówki na noc, niech pan 

przyjdzie jutro rano. 

Szpital działa na mnie jak krzyż na skazanego, kiedy już widzi młotek i gwoździe. Zakładanie 

na  buty  plastikowych  okryć,  podobnych  do  prezerwatyw,  przypomina,  że  wkraczamy  w  sferę 
piekielną, gdzie nawet seks jest chorobą śmiertelną. Wyszedłem z oddechem 

ulgi. 
Śnieg padał, gęsty, jakby te wszystkie spsiałe zimy z ostatnich lat postanowiły zmienić się w 

polarnego niedźwiedzia. Dach szpitala straszył białą sierść, gdy patrzyłem w stronę okna na trzecim 
piętrze, gdzie igła kroplówki wbita w błękitną żyłę pompowała białą krew. 

Wsiadłem  do  samochodu  i  ruszyłem  -  śnieg  na  szybach  bronił  się  przed  pracą  wycieraczek. 

Jechałem wpatrzony bezmyślnie w biel szyby, na szczęście ulice były puste. Miasto siedziało przy 
telewizorze, oglądało finał Wielkiego Brata. Myślałem - Wielcy Bracia, Wielkie Siostry, mam was 
w dupie, w kanałach ściekowych mego organizmu, który tylko w tym miejscu jest kompatybilny z 
kanałami  organizmu  tego  miasta.  W  tym  zbiorczym  przewodzie,  którym  kiedyś  spłyniemy  na 
warszawskie  cmentarze,  z  paproszkami  pamięci  o  finale,  z  kruszynkami  tysięcy  orgazmów,  z 
drobinkami smaku porannej kawy i parówek, by najpierw gnić, a potem wysychać, kruszyć się w 
nic. 

Znowu spróbowałem sobie wyobrazić wnętrze nic. Często tak próbuję. Czy to nie intrygujące - 

pustki jest najwięcej we wszechświecie, a nie można jej zobaczyć? 

background image

Zaczęło się to na pogrzebie babci. Miałem jedenaście lat. W tym pamiętnym tygodniu ujrzałem 

różne ważne rzeczy. Kiedy babcia chowała się przed śmiercią pod pierzyną i w ataku bólu zdarła z 
siebie okrycie, zobaczyłem  jej płeć, różowego pająka w pajęczynie. A więc to  tak  - pomyślałem. 
Potem umarła i już wiedziałem, że nigdy się nie obudzi. Ksiądz w kościele udawał kruka, otwierał 
szeroko dziób, krakał. Odwróciłem wtedy głowę i policzyłem łzy Chrystusa na krzyżu, a ten puścił 
do mnie oko i szepnął - tam jest NIC. Od tej pory wierzę w nic. Czy jestem pewien swojej wiary? 

Śnieg  sfruwał  z  dachu  samochodu.  Wycieraczki  załapały  i  nareszcie  ujrzałem  pysk  mojego 

miasta.  Szara  Warszawa  rozbieliła  się,  rozmarzyła  się  na  biało,  a  we  wszystkich  oknach  klatek 
domów srebrzyły się oczy Wielkiego Brata. 

Maryna oglądała wielki finał, ujrzałem to w jej źrenicach, kiedy otworzyła mi drzwi. 
Jeszcze jest trzeźwa - pomyślałem - czując, jak kamień spada mi z serca. Telewizor pracowicie 

pożerał  nasze  mieszkanie,  a  pyski  finalistów  napinały  się  jak  odbytnica  na  chwilę  przed 
wypróżnieniem. Za moment superwybraniec wypryśnie, szeleszcząc skrzydłami pieniędzy, a wielki 
tłum będzie klaskał i wył, tak rodzi się człowiek sukcesu. 

Nie mogłem wyłączyć telewizora, nie mogłem jej tego zrobić. Ona za to pozwoliła mojej ręce 

zajrzeć pod spódnicę, nie miała dzisiaj łaskotek, co zwykle psuje nam współżycie. Wszedłem w nią 
od tyłu - mogła więc oglądać telewizję, a ja przy okazji też. Mieliśmy orgazm w chwili ogłoszenia 
werdyktu.  Uważam  to  za  mój  wielki  sukces.  Za  nasz  sukces.  W  tym  kończącym  się  roku  nie 
mieliśmy zbyt wielu sukcesów. 

Nagle usłyszałem, że Maryna płacze. Z rozkoszy - pomyślałem - ale byłem w błędzie. Wygrała 

Ania,  a  ona  była  wielbicielką  Beaty.  Schowałem  fiuta  do  spodni,  jak  mały  zmięty  banknocik 
wydany byle jak. 

Poszedłem  do  łazienki,  nalałem  gorącej  wody,  wlazłem  do  wanny  z  westchnieniem  bólu. 

Pomyślałem  o  mamie,  ona  też  teraz  leży.  Chciałbym  kochać  moją  mamę,  ale  nie  mam  czym. 
Zamknąłem  oczy  i  ujrzałem,  jak  otwiera  się  kanał,  ten  wydawało  się  zasypany  na  zawsze;  jak 
wzbiera  fala  i  zmierza  ku  ujściu,  a  kiedy  tam  dotarła,  poczułem  ból,  jakby  płuca  były  za  małe. 
Kiedy krzyknąłem, Maryna wbiegła do łazienki, pewna, że umieram. 

- Pomyślałem o naszym orgazmie - powiedziałem jakby nigdy nic i podałem gąbkę - umyj mi 

plecy jak za dawnych dobrych lat. 

Nie uwierzyła mi, wrzuciła gąbkę do wody. Ujrzałem w jej oczach pierwszy kieliszek wina - o 

tak, byłem pewien, że sobie chlapnęła. Mówiła jednak jeszcze swoim głosem. 

- Drzesz się jak torturowany. 
- Moja matka próbowała popełnić samobójstwo, jest w szpitalu. 
- Naprawdę...? To niemożliwe! - A jednak. 
- Wyjdzie z tego? 
- Pewnie tak. 
Chyba zmartwiła się, że z mamą nie jest tak źle - zawstydziła się tego uczucia i szybko wyszła 

z łazienki. 

Nie jest zła ta moja Maryna. Nie wiem, od kiedy jest alkoholiczką, ona sama chyba tego nie 

wie? Oni nie chcą wiedzieć... 

Za  to  Jola,  moja  kochanka,  nie  ma  żadnych  nałogów,  jest  zawsze  trzeźwa,  można  na  niej 

polegać jak na poległym. Nic dziwnego, że nudzi mnie śmiertelnie. 

Maryna  też  mnie  zdradza...  nie  posiadam  na  to  dowodów,  dlaczego  miałaby  tego  nie  robić, 

skoro tak wiele kobiet to robi, wiem coś o tym, boja zdradzałem nieraz Marynę z kobietami, które 
zdradzają swoich mężów, ona, zanim mnie poznała, miała wielu kochanków, przyznała się tylko do 
dziesięciu, ja wiem jeszcze o trzech, miała ich pewnie ze trzydziestu plus ten obecny, może jest ich 
teraz  nawet  kilku,  czemu  nie  jestem  prawie  pewien,  że  jej  kochankiem  jest  mój  szef,  tańczyli 
przytuleni brzuchami na balu sylwestrowym... Broniłem się, ale nie ma bardziej podstępnego wroga 
niż wyobraźnia. Wszyscy kochankowie Maryny - dawni, pewni, niepewni połączyli się w jedność, 
ujrzałem oblicze mego szefa, jego obleśne niemal murzyńskie wargi, z których wyskoczył członek, 
drugi jak wąż i wbił się jadowicie w obnażony i bezbronny tyłeczek mojej Maryny... Jezuu... 

Znowu wbiegła do łazienki. 

background image

- Jeżeli będziesz tak się darł, sąsiedzi znowu wezwą policję, jak rok temu, a jeśli oni tego nie 

zrobią, ja to zrobię - a potem wyprowadzę się z domu. Mam dosyć! 

- Do Mariana...? Proszę bardzo, ależ proszę... tylko najpierw umyj się, Marian taki higienista, 

pobrudzi się moim nasieniem... 

Uderzyła mnie szczotką. Puściłem na nią zimną wodę z prysznica, za co oberwałem stołkiem. 

Wyskoczyłem z wanny. Dopadłem ją w okolicy telewizora, który wypluwał z siebie kolejną porcję 
mielonki. Nie uderzyłem mocno - byłem jednak nagi, a nagi wobec ubranego czuje się szczególnie 
bezbronny i gdy uderza, to mocniej o swoją nagość. 

Siniak pod jej okiem był jak sztandar na dachu budynku, kiedy mój guz schował się dyskretnie 

we włosach. Więc nawet lustro mówiło, że to ja powinienem wynieść się z domu. Ewakuacja po 
katastrofie.  Było  ich  już  kilka  w  przeszłości...  Na  szczęście  Ania,  nasza  czternastoletnia  córka 
pojechała na szkolną wycieczkę, nie musiała więc jak zwykle brać czyjejś strony. 

Do torby podróżnej wrzuciłem, co miałem pod ręką. Niosłem ze sobą żal, że pokłóciłem się z 

Jolą.  To  nie  jest  sytuacja,  w  której  można  sobie  pozwolić  na  brak  kochanki,  nawet  gdy  jest 
śmiertelnie  nudna.  Wiedziałem,  że  musi  minąć  sporo  czasu,  zanim  da  się  przeprosić,  ona  ma 
niemożliwie długi przewód wybaczania. Prawdę mówiąc, więcej mnie w niej drażni, niż nie drażni. 
Zaletą posiadania kochanki bywa to, że bierze się z niej, co ma najlepsze... 

Jurek zawsze ma dla mnie wolny pokój. Zapadł się w swoją samotność dziesięć lat temu, kiedy 

żona rzuciła go dla właściciela fabryki,  stał się  religijny, unika kobiet  - tłumaczy z niemieckiego 
filozoficzne teksty. 

- Znowu? To przyjedź - mówił przez telefon - wiedziałem, że tak powie. 
Przyjechałem. I jak zwykle na progu oświadczyłem: 
-  Nie  będziemy  gadać  o  kobietach,  o  chrześcijaństwie  ani  o  innych  religiach...  o  polityce  też 

nie... 

Co się porobiło z nami w tym kraju, że kłócimy się o wszystko, a ludzie, gdy spotykają się po 

długim  niewidzeniu,  obwąchują  swoje  polityczne  podogonia...  My  też,  całując  się  na  powitanie, 
byliśmy niepewni i czujni. 

Jurek  jest  bardzo  wysoki,  szczupły,  o  ascetycznej  twarzy,  którą  lubiłby  malować  El  Greco. 

Dzisiaj wydał mi się mniejszy i chudszy, jakby z latami zjadał sam siebie. Kiedy poznaliśmy się, 
byliśmy  chorobliwie  młodzi,  nie  wierzyliśmy  w  starość  ani  w  Boga.  Czas  jednak  zrobił  swoje. 
Jurek dwa razy lądował w szpitalu psychiatrycznym, rzuciła go żona i skończył na chrześcijaństwie 
jak  w  łódce  na  środku  dzisiejszego  jeziora  Genezaret.  Nie  jest  to  religijnie  łatwa  pozycja. 
Oglądałem to jezioro na żywo, woda jak woda. 

Rzadko widać u człowieka tak wyraźnie jak u Jurka, że wiara jest śmiertelnym lękiem przed 

życiem. Ja też umieram ze strachu, ale moje Nic jest jak dąb - stary i osmolony od uderzeń pioruna, 
ale korzeń ma mocny. 

W  milczeniu  wprowadził  mnie  do  pokoju,  który  z  latami  jest  coraz  bardziej  mój;  gdyby 

rozterki  zostawiały  ślady  na  ścianach,  byłby  nimi  wytapetowany.  Poszedł  zrobić  kawę,  a  ja 
zadzwoniłem na telefon komórkowy Ani. Zawsze mam wrażenie, że jej przeszkadzam. 

- Fajnie jest, Aniu? 
- Jest. 
- Wszystko OK? - OK. 
Jej małe, twarde odpowiedzi były jak korki, które zatykały kolejne butelki moich pytań. 
- Nie mam już pytań, całuję - ona mnie też, jakby odbijała piłkę. 
Jurek wrócił z kawą, usiedliśmy naprzeciw siebie. 
Potem  zapytał  o  matkę  i  zmartwił  się.  Niewielu  jest  już  ludzi,  których  martwią  problemy 

innych.  Nie  rozmawialiśmy  jednak  o  tym  co  najważniejsze,  jak  nie  mówi  się  o  górze,  na  którą 
strach wejść. Co z tego, że stwierdzimy - moje małżeństwo jest chore, jego samotność jest chora, 
kiedy źródła choroby ukryte są w skałach, do których nie mamy dostępu? 

Rozmawiając z Jurkiem, miałem wrażenie, że dotykam ważnych miejsc, czując, ale nie widząc 

jak ślepiec. Gdzieś we mnie była pusta przestrzeń, skondensowana jak mleko gwiezdnej drogi. Tam 
mieszka istota każdego z nas, mniej lub bardziej niedostępna. Na jej brzegu budujemy domy, tam 

background image

rosną nasze najważniejsze drzewa, ich korzenie oplatają serca, stamtąd czerpiemy energię życia i 
tam ją tracimy. Kto jednak potrafi zanurzyć dłoń w jednym z takich strumieni? Zwykle korzystamy 
z pośrednictwa rur zatrutych ołowiem... 

Ja dużo o sobie wiem... Czytam książki psychologiczne, dwa razy zaczynałem psychoterapię, 

ale  zakochiwałem  się  w  swoich  psychoterapeutkach  tak  intensywnie,  że  na  samym  progu  terapii 
byłem wyrzucany. Jednym z moich problemów są sprzeczności, delikatny cham i brutalny poeta. 

Po godzinie rozmowy z Jurkiem poczułem, że jestem psychicznie wycieńczony. Postanowiłem 

wyciągnąć go do kina, przyznał, że nie był w kinie od pięciu lat, odzwyczaił się, nie czuje się na 
siłach,  by  tak  nagle  to  zmieniać.  Nagle  spostrzegłem,  że  ciągnie  go  do  komputera  -  taktownie 
zapytałem,  czy  nie  pogniewa  się,  że  pójdę  sam  na  „Mullholand  Drive”  Lyncha.  Kiwnął  głową  i 
odwrócił się, zapewne by ukryć wyraz zadowolenia. Chodził późno spać, mój powrót przed pomocą 
nie był dla niego problemem. 

Kino było prawie puste, tym bardziej drażniła mnie grupka młodych ludzi, którzy usiedli tuż 

obok.  Jest  coś  takiego  we  mnie,  że  przyciągam  pchły,  pluskwy,  grypę,  wszelkie  postacie 
opryszczki. Pod koniec filmu, gdy już było dla mnie oczywiste, że istotna część jego urody polega 
na  tym,  że  jest  zagadką,  towarzystwo  zaczęło  się  awanturować.  Byli  upokorzeni  tym,  czego  nie 
rozumieli.  Fakt,  że  w  ogóle  mieli  taki  problem,  świadczy  o  pewnych  duchowych  komplikacjach. 
Nienawidzę jednak, kiedy budzi się mnie ze snu, w który wierzę - nie mam przecież łatwości wiary. 
Zwróciłem im grzecznie uwagę - ta grzeczność została zlekceważona. Wiedziałem, że uruchamiam 
lawinę zdarzeń, ale byłem już tylko jednym z kamyków. 

Moja młodzieńcza pasja do boksu musiała kiedyś skończyć się nieszczęściem. Kobiety zwykle 

łagodzą obyczaje, są jednak sytuacje, kiedy je zaostrzają. Nie powinienem jednak uderzać faceta, 
który  jest  z  dwójką  kolegów  -  niezdarnych,  ale  solidnie  zbudowanych  i  gotowych  ponieść 
uszczerbek na zdrowiu, byle nie skompromitować się w oczach dziewczyn. Miałem pecha, pech to 
moja specjalność - ktoś zostawił na podłodze butelkę po piwie. 

Zapadłem  się  w  coś,  co  zapewne  było  korytarzem  do  Nic,  ale  nie  udało  mi  się  uchwycić  tej 

chwili. Nic może być przeżyciem tylko wtedy, gdy zobaczy się jego brzeg. Czy komuś udało się? 

Byłem  w  drodze  między  snem  a  jawą,  spotkałem  tam  wiele  majaków,  słyszałem  rozmowy 

lekarzy,  którzy  brzmieli  łagodnie,  jakby  wszystko  było  już  po  tamtej  stronie;  a  tamta  strona, 
uwierzcie mi, nie jest taka zła, nie ma kantów i miejsc ostrych. 

Tu,  gdzie  są  kanty  i  miejsca  ostre,  ujrzałem  najpierw  kwiaty  namalowane  byle  jak,  zapewne 

przez kogoś chorego. Potem wydawało mi się, że widzę moją matkę na wózku inwalidzkim. 

- Mama? - spytałem w nadziei, że to nieporozumienie, które zaraz się wyjaśni. 
- Jestem, synku - odparła stanowczo, jak zwykle. Wyglądało na to, że to była moja prawdziwa 

mama. 

-  Mamo...  -  szepnąłem,  a  w  moim  głosie  musiała  być  nadzieja  i  przerażenie,  gdyż  szybko  i 

stanowczo powiedziała: 

-  Nie  martw  się,  synku,  twoja  mama  jest  z  tobą,  damy  sobie  radę.  Znowu  zrobiłeś  jakiś 

głupstwo... ale mama ci pomoże. Mama jest już prawie zdrowa, teraz czas na ciebie... 

Na mojej twarzy musiała zobaczyć znak zapytania, gdyż wyjaśniła: 
-  Jesteśmy  na  tym  samym  piętrze,  to  przecież  nasz  rejon...  inna  sprawa...  że  ten  szpital  jest 

skandalem,  jak  wszystkie  szpitale  w  tym  kraju,  oprócz  prywatnych,  na  które  nie  stać  uczciwych 
ludzi, ale damy sobie radę, już rozmawiałam w twojej sprawie z ordynatorem. 

- Mamo, daj spokój - jęknąłem. 
Nagle  w  drzwiach  stanęła  Maryna.  Od  razu  poznałem,  że  nie  była  trzeźwa...  Podbrzusze 

prawego oka już zżółkło, co było świadectwem upływu czasu. 

- Maryna? 
- Jestem - odpowiedziała jak w szkole. Zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, ujrzałem 
swoją córkę, szeptała... 
- Wyjdzie z tego, mamo? 
-  Już  wyszedłem  -  oświadczyłem,  ale  nie  zabrzmiało  to  przekonująco,  bo  Ania  miała  łzy  w 

oczach. 

background image

-  Co  tam  znowu  konspirujecie!  Patrzcie,  do  czego  doprowadziłyście  mojego  syna,  proszę 

mówić w mojej obecności głośniej! Ja słabo słyszę! - krzyknęła moja mama. 

- No to jesteśmy w domu - powiedziałem. 
- Głośniej, synku! 
- W domu!!! - wrzasnąłem. 
Wbiegły  dwie  pielęgniarki.  Zaczęły  usuwać  całe  towarzystwo.  Wtedy  pojawił  się  Jurek,  by 

powiedzieć, że się za mnie modli. Nie był jednak przekonujący w tym wyznaniu. 

- Nic - powiedziałem. 
Chyba  nie  usłyszał?  Chciał  zbliżyć  swoje  ucho  do  moich  ust,  ale  został  odciągnięty  przez 

pielęgniarki. 

Postanowiłem przenieść się w nic, zamknąłem oczy, nie udawało mi się. Tkwiłem w pułapce 

swojej  obandażowanej  głowy,  na  smyczy  kroplówki.  Jak  dochodzi  do  decydującej  rozgrywki,  to 
krzyżują  człowieka  na  łóżku  i  nie  ma  ucieczki.  Jak  nieskończona  jest  nieskończoność?  Czy  jest 
jedna?  W  zasadzie  musi  ich  być  nieskończenie  wiele,  jak  nieskończenie  dużo  bywa  wymiarów. 
Czyli  można  sobie  wyobrazić  nieskończoną  ilość  początków  układu  XYZ  i  każdy  układ  można 
uzupełniać nieskończoną liczbą osi i układy te nigdzie się nie krzyżują! Jeśli stykają się, to tylko 
niemal. Jak wygląda „niemal”? Te miejsca podobno niektórzy czasami widzą lub wydaje im się, że 
widzą. Jak to ma się do nic? Czy takie myślenie może rozsadzić czaszkę? Wielu ludzi na to umarło, 
ale lekarze nie diagnozują takich przypadków, nie mieszczą im się w głowie. 

Ujrzałem, jak rok, dzień, minuta i sekunda obnażają swoją oś, jak biegnie iskra o nieskończonej 

liczbie nóg i siada między moimi oczyma. 

 
 
 
 

KLUCZ 

 
 
Z latami odkryłem osobliwą prawidłowość; to, co stało się wczoraj, zdaje się istnieć w mojej 

prehistorii, a zdarzenia sprzed kilkunastu lat pamiętam wyraźnie i mocno. Ma to na pewno istotny 
wpływ  na  wygląd  naszego  prywatnego  muzeum  erotyki.  Zwykle  jest  ono  zamknięte  dla  obcych, 
zamykamy  je  nawet  przed  sobą.  Jak  wygląda  takie  muzeum  u  ludzi  w  podeszłym  wieku? 
Zastanawiałem  się  nad  tym  przez  lata  i  nawet  nie  zauważyłem,  kiedy  podszedł  mnie  czas, 
ukradkiem i podstępnie, by nagle rzucić na ostatni brzeg. Jestem pewien, że zostało mi niewiele lat i 
teraz  robię  remanent  wspomnień.  Jeden  z  bardziej  osobliwych  eksponatów  w  moich  zbiorach 
mieszka  w  odległym  czasie,  który  był  niemal  wczoraj.  Zatrzymałem  się  w  pewnym  pięknym 
mieście na południu Europy, w domu, gdzie przede mną zamieszkiwał pewien przystojny i słynny 
artysta. W filmach grywał zwykle amantów, w życiu podobno też. Został po nim w sypialni zapach 
jaśminu.  Co  jakiś  czas  dzwonił  telefon,  jedyny  sygnał  z  daleka,  jaki  nawiedzał  to  mieszkanie 
zasiedlone  przeze  mnie  przypadkiem  i  na  chwilę.  Wtedy  jeszcze  nie  wiedziałem,  że  ta  chwila 
dotyczy  w  równym  stopniu  całego  życia.  Jakaś  dziewczyna  dopominała  się  jego  głosu.  W  tym 
okresie  życia  czułem  się  bardzo  samotnie,  prawdę  mówiąc,  czekałem  na  pewien  telefon  z  kraju, 
chociaż  nie  wierzyłem  w  niego,  jak  nie  wierzę  w  Boga  -  czyli  mocno,  ale  nie  bezwzględnie.  W 
zamian przyjmowałem pokornie telefony, powiedzmy zastępcze, były one pewnym urozmaiceniem 
mojego smutku. Chwilami nawet czułem, że część łaski, która nie należała mi się, spada jednak na 
moją głowę. Tłumaczyłem dziewczynie, że go nie ma, nie będzie, on już tu nie mieszka... wielki 
człowiek wrócił do ojczyzny, gdzie uwodzi nie jedną, a miliony kobiet. 

Nie wierzyła, uparta, jak tylko uparta potrafi być miłość. Wiedziała o nim wiele  - jeśli nawet 

byli  ze  sobą  krótko,  to  na  pewno  intensywnie,  nie  zdążyła  jednak  zauważyć,  że  wielki  aktor  nie 
kochał nigdy nikogo, siebie też nie. 

Byłem  już  mniej  więcej  w  połowie  stypendium,  a  licząc  optymistycznie,  w  jednej  czwartej 

swojego  życia.  W  tym  mieście  pełnym  ludzi  skazany  na  siebie  samego.  Marnotrawiłem  czas, 

background image

rozpamiętując rozstanie, jakie przeżyłem kilka miesięcy temu. Rozstałem się z kobietą, która była 
mi  bliska,  ale  w  sposób,  który  w  uproszczeniu  nazwę  skomplikowanym.  Nigdy  nie  mieszkaliśmy 
razem,  przestaliśmy widywać się ze sobą i  chociaż nie wiem,  kto  zapoczątkował  te niespotkania, 
wiem, że zakopaliśmy się we wzajemnym milczeniu i nikt nie chciał go przerwać pierwszy. 

Powinienem uczyć się języka, którego wielkie morze szumiało za oknami, ale trudno to robić, 

unikając spotkań z ludźmi. Oglądałem za to często, zbyt często telewizję, która w tamtym czasie nie 
cierpiała  jeszcze  na  uporczywą  i  krwawą  biegunkę.  Świat  okolicznych  sklepów,  po  brudnej 
szarzyźnie  Polski  Ludowej,  zadziwiał  mnie  rozmaitością  luksusu  i  bogactwa  -  ten  nadmiar  nie 
przywodził na myśl  jeszcze żadnych niebezpieczeństw, ukrytą truciznę kapitalizmu  przyszło  nam 
poznać  o  wiele  później.  Wtedy  ten  świat  nie  był  mój,  nic  w  nim  nie  bolało,  zwiedzałem  go  jak 
przybysz z innej planety, zrobionej z gorszego materiału. 

Dziewczyna dzwoniła niemal codziennie, zwykle po szóstej. Zauważyłem ze zdziwieniem, że 

odruchowo staram się być o tej godzinie w domu. Pogodziłem się, że to jest jedyny telefon, na jaki 
mogę  liczyć,  jego  niezawodność  stała  się  dla  mnie  punktem  oparcia.  Głos  dziewczyny,  jej 
młodzieńczy  upór,  zakłopotanie,  że  to  jestem  tylko  ja...  wszystko  stało  mi  się  bliskie,  chwilami 
wierzyłem,  że  jestem  tym  upragnionym  nieobecnym.  Była  chyba  Polką,  ale  żyła  tu  zapewne  od 
dziecka, mieszała francuski z polskim, taki mariaż doprawdy potrafi być wdzięczny, miałem nawet 
wrażenie,  że  francuskie  „r”  pobudza  erotycznie  szelesty  i  szepty  polskiego  języka.  Nasze  dialogi 
stopniowo  wydłużały  się,  chociaż  oboje  starannie  unikaliśmy  szczegółów.  Wiedziałem,  że 
reprezentuję  wielkiego  nieobecnego,  jestem  niemal  duchem  mieszkania  opuszczonego  przez 
słynnego człowieka, nie powinienem więc istnieć za bardzo. Czasami oplatała moje słowa swoimi, 
z  wdziękiem  potykając  się  o  trudniejsze  wyrazy;  i  nie  wiadomo  kiedy,  w  coraz  szerszą  ramę 
naszych dialogów wkradły się refleksje na temat pogody, omówiliśmy nawet tragiczny wypadek w 
centrum miasta, a ze spraw bardziej ogólnych - smugę smutku, jaką zostawia po sobie upływ czasu. 

Nagle  zaproponowała  mi  spotkanie.  Był  to  grom,  ale  nie  z  jasnego  nieba,  marzyłem  o  takiej 

burzowej chmurze i nawet ją widziałem. W głębi duszy liczyłem na to spotkanie. 

Czy postanowiła spotkać się ze mną z rozpaczy, nudy, kaprysu, zamiast niego? Nie chciałem w 

to wnikać. Kiedy podawała mi swój adres, jej głos uzyskał fakturę jedwabiu, nigdy jeszcze tak do 
mnie nie mówiła - z nim pewnie rozmawiała tak zawsze... 

W  moim  kraju  chorującym  na  dolegliwy  brak  powszechny,  gdzie  tylko  wolny  czas  był  w 

nadmiarze,  czego  zresztą  wtedy  nie  docenialiśmy,  a  więc  w  tym  moim  biednym  kraju  istniało 
pojęcie opakowania zastępczego. Teraz ja byłem zapewne takim opakowaniem? 

Wahałem  się  -  bałem  się  spotkania  wyobraźni  z  rzeczywistością.  Postanowiłem,  że  ma 

niebieskie oczy i bardzo jasne włosy, usta pełne, nieco murzyńskie, gdyż słowa, które wypowiadała, 
wybrzuszały się apetycznie. Czy mogłem jej odmówić? - jej zapewne tak, ale sobie nie. 

Umówiliśmy  się  na  późny  wieczór.  Zaprosiła  mnie  do  siebie!  Kobietę  zaniepokoiłaby  taka 

propozycja,  w  każdym  mieszkaniu  jest  przecież  łóżko.  Myślałem  raczej  serdecznie  o  tym 
domowym  sprzęcie,  chociaż  ostrożna  wyobraźnia  nie  pozwalała  mi  wdawać  się  w  szczegóły. 
Poszedłem do pobliskiego sklepu. Kupiłem marynarkę, na którą od miesiąca patrzyłem  łakomym 
okiem, była stanowczo za droga jak na kieszeń stypendysty. Tego dnia ta sama cena wydawała mi 
się odpowiednia. 

 
Jechałem  metrem.  W  szybie  wagonu  ze  zdumieniem  odkryłem,  że  jestem  wygięty  w  znak 

zapytania,  który  podąża,  by  znaleźć  swoją  zagubioną  kropkę.  Przeniknął  mnie  do  krwi  zapach 
podziemnych  tuneli  tego  magicznego  miasta,  duszny,  gęsty,  dotykalny.  Od  tej  chwili  już  zawsze 
będzie mi się kojarzył z jakąś formą namiętności i samotności - czy nie są siostrami? 

Kupiłem kwiaty. Nigdy nikomu nie podarowałem takiej kwietnej potęgi. Bukiet wyglądał jak 

pysk  drapieżnika,  który  przed  chwilą  rozszarpał  ofiarę.  Ścięte  kwiaty  napawają  mnie  smutkiem, 
przecież nawet te najbardziej wytrwałe zwiędną po kilku dniach. Czy dając pięknym dziewczętom 
kwiaty, nie przypominamy o nietrwałości ich urody? 

Szukając adresu, kluczyłem wąskimi, wdzięcznie zaniedbanymi uliczkami. Kolce rozkrwawiły 

mi dłonie. Czym dłużej błądziłem, tym bardziej rosła moja pasja. 

background image

Rozpamiętywałem każdy schodek w tym znalezionym cudem domu, zagubionym w labiryncie 

uliczek.  On  też  tędy  chodził,  być  może  z  podobnie  bijącym  sercem  mijał  ozdobną  skrzynkę 
pocztową,  która  pamiętała  listy  przysyłane  z  frontów  pierwszej  i  drugiej  wojny  światowej.  Na 
korytarzu stał zapach pokrewny zapachowi jaśminu, ale to mogło być tylko złudzenie. 

Dozując  napięcie,  odczekałem  pod  drzwiami  kilka  minut.  Nawet  cisza  wydawała  się  piękna. 

Już chyba wtedy przeczuwałem, co teraz jest dla mnie oczywiste - największa przyjemność mieszka 
w oczekiwaniu na przyjemność. Dzwonek wydawał się zbyt brutalny, zapukałem. 

Drzwi  otwarły  się  tak  gwałtownie,  że  niemal  wpadłem  do  środka!  To  ja  -  powiedziała  -  i 

uśmiechnęła się, jakby chciała mnie połknąć. Musiałem na chwilę zamknąć oczy, by zrozumieć - to 
był  jej  głos.  Oniemiały  patrzyłem,  jak  obfitością  swego  ciała  wypełniała  drzwi!  Zdążyłem 
zauważyć, że twarz miałaby ładną, gdyby nie wylewała się ze swoich ram; ale nawet ten ślad urody 
był  przerażający.  Monstrum!  Gdyby  moje  oblicze  było  z  porcelany,  z  pewnością  zsunęłoby  się  z 
twarzy  i  roztrzaskało  o  schody.  Dałem  jej  szybko  kwiaty  na  pożarcie.  Utonęły  w  pulchnej  i 
zachłannej dłoni. Cofnąłem rękę w lęku, że ją stracę... i uciekłem. 

Wracałem jak ranny żołnierz po przegranej bitwie. Na próg swojego domu dotarłem o północy. 

Otwierając  drzwi,  usłyszałem  dzwonek  telefonu.  Północ  to  ulubiona  godzina  kobiety,  z  którą 
rozstałem  się  w  kraju,  o  tej  godzinie  zwykle  dzwoniła.  Klucz  drżał  mi  w  ręku,  w  końcu  drzwi 
ustąpiły. Przewracając w mroku krzesła, dobiegłem do telefonu. Słuchawka zaskowyczała jak ranne 
zwierzę i zamarła w dłoni, potem słyszałem już tylko głuchy puls telefonicznego kosmosu. 

Trzasnąłem pięścią w stół - jęknął blatem i czterema nogami. Próbowałem przypomnieć sobie 

jej  numer,  byłem  tak  zdenerwowany,  że  pomieszały  mi  się  cyfry.  Znalazłem  go  w  notesie,  ale 
zapomniałem,  jaki  jest  kierunkowy  do  Polski.  W  końcu  zadzwoniłem.  Po  pierwszym  sygnale 
chciałem odłożyć słuchawkę, po trzecim otwarła się nagle brama mojego kraju i ujrzałem uśpioną 
w mroku Warszawę, poczułem zapach kartoflanej zupy i majowego bzu. Zaspany głos był głosem 
obcego  mężczyzny.  Rzuciłem  słuchawkę.  Usiadłem  w  fotelu  z  twarzą  w  dłoniach.  Potem 
podszedłem do otwartych drzwi. Klucz tkwił w zamku, ironicznie i żałośnie. 

Minęło  tyle lat, nie wiem,  czy znalazłbym  dom  i  ulicę, gdzie wtedy mieszkałem, a ten klucz 

tkwi jak gwóźdź w drzwiach mojej pamięci. 

 
 
 
 

DZIURKA JAK MARZENIE 

 
 
Mariola urodziła się i dorastała w małym miasteczku, nazwijmy je na użytek tego opowiadania 

W.  Matka  dziewczyny  była  główną  księgową  w  szkole,  ojciec  pracował  jako  elektryk,  teraz  jest 
bezrobotny. Wolność, która w roku 1989 spadła na Polskę, potraktowała to miejsce dosyć brutalnie. 
Zbankrutowała mleczarnia, jedyny duży zakład w okolicy, gdzie pracował ojciec Marioli. Powstało 
za to kilkanaście sklepów pełnych towaru i duży, nowoczesny supermarket, który próbuje zjeść te 
małe. Z nadejściem wiosny, wraz z pyłkami lipy, rozsnuła się po miasteczku plotka, oparta zapewne 
na kombinacji liter w nazwie sklepu, że jego właścicielką jest Agnieszka Holland. 

W  sumie  miasteczko  byłoby  nieciekawe,  aż  wstyd  je  szczegółowo  opisywać,  jak  większość 

małych  miasteczek  na  świecie.  W  Polsce  jednak  historia  postarała  się  o  mroczny  i  niebanalny 
aneks,  nawet  do  banalnych  biografii.  Przed  wojną  niemal  połowa  ludności  to  byli  Żydzi.  Wojna 
odrąbała ich jak gałąź i spaliła. Miasto pochyliło się i odgięło w drugą stronę, jakby wahało się, co 
ma  zrobić.  Nic  nie  można  było  jednak  zrobić...  W  czasie  okupacji  działała  w  okolicy  Armia 
Krajowa. Hitlerowcy rozstrzelali dwudziestu pięciu mieszkańców w ramach odwetu za niefortunną 
akcję podziemia. Przypomina o tym marmurowa tablica na rynku z nazwiskami rozstrzelanych. Po 
wojnie w okolicznych lasach działały zbrojne grupy, które nie mogły pogodzić się z nowym ładem 
czy  nieładem  w  Polsce.  Urząd  bezpieczeństwa  zasiedlił  największy  budynek  -  każdy  był 
podejrzany, wielu  odczuło  to  na swojej  skórze. To już za Niemca było  lepiej  - mówili  niektórzy. 

background image

Stalinizm  szybko  tracił  kły,  potem  już  tylko  gnił  i  łatwiej  było  żyć.  Ale  nigdy  nie  jest  łatwo  w 
miasteczku, które jest jak na otwartej dłoni. 

Na  rynku  stoi  barokowy  kościół.  Ten  jedyny  naprawdę  zabytkowy  budynek  w  mieście 

królował do czasu, kiedy zbudowano hotel na ulicy Rewolucji Październikowej, teraz ta ulica nosi 
imię księdza Popiełuszki. Po co hotel w takiej małej mieścinie? Tu trzeba wyjaśnić, że od roku w 
województwie  jest  głośno  o  miasteczku.  Los  umieścił  je  na  nieznośnie  płaskiej  równinie,  gdzie 
ziemie  są  kiepskie,  tanie,  lecz  ta  ułomność  ujawniła  swoje  zalety.  Zamożny  Niemiec,  biznesmen 
polskiego  pochodzenia,  kupił  dwieście  hektarów  i  zbudował  na  brzegu  miasteczka  pola  golfowe. 
Koparki zdzierały skórę z hektarów nieużytków, zasiano rozmaite gatunki trawy pod czułym okiem 
nie mówiących po polsku specjalistów, na workach widniały zagraniczne napisy; ludzie mówili, że 
to  z  Niemiec  przywożą  trawę,  że  nasza  polska  się  nie  nadaje.  Byli  tacy,  co  dogadywali  -  nawet 
naszej trawy nie chcą w tej Europie. 

Golf  przybywał  nieśmiało  do  kraju,  gdzie  nie  ma  jeszcze  zbyt  wielu  obywateli,  którzy 

posiadają  pieniądze,  wolny  czas  i  cierpliwość.  Snobizmu  jest  za  to  tradycyjnie  pod  dostatkiem, 
mimo kryzysu. I to na razie wystarczyło, musiało wystarczyć. Przedsięwzięcie byłoby oczywiście 
bez sensu,  gdyby nie bliskość kilku dużych i średnich miast.  W. leży dogodnie między nimi,  jak 
pępek  w  środku  brzucha.  I  to  z  tych  dużych  ośrodków  przybywają  golfiści  na  swoich  stalowych 
rumakach. 

Pola  poświęcił  biskup,  wcześniej  jednak  doszło  do  konfliktów  w  łonie  miejscowego 

duchowieństwa,  kiedy  grupa  księży  związanych  z  Radiem  Maryja  u-  znała  pola  golfowe  za 
wylęgarnię moralnego występku - najgłośniej grzmiał miejscowy proboszcz. Biskup jednak wszedł 
na te pola, podmuch wiatru rozwiał mu fiolety... duchowny delikatnie uderzył kijem golfowym w 
piłeczkę. I przepłoszył diabła. 

Architektura  hotelu,  który  okazał  się  niezbędnym  dodatkiem  do  obiektu,  jest  wzorowana  na 

polskich dworkach i pałacach, zapewne dzięki tej niewiernej tradycji powstał budynek niepokojąco 
eklektyczny,  ale  niebrzydki.  Mariola  dostała  pracę  w  tym  hotelu,  który  nazwano  wdzięcznie  i 
oryginalnie - „Dziurka Jak Marzenie”. Ta nazwa zawstydziła miasteczko, ale okazało się, że warto 
było trochę się powstydzić - o W. mówiono nawet w telewizyjnych „Wiadomościach”. A wszyscy 
zainteresowani  nazywali  hotel  po  prostu...  „dziurką”.  Kariera  sprzątaczki  dla  dziewczyny,  która 
skończyła liceum i miała najlepsze w klasie oceny za wypracowania na dowolny temat, wydaje się 
wysoce  niewystarczająca.  Ale  obiecano  jej  awans  na  recepcjonistkę,  najpóźniej  po  roku.  W 
miasteczku,  gdzie  po  upadku  mleczarni  nie  ma  praktycznie  żadnej  pracy,  to  nie  były  złe 
perspektywy. 

Mariola miała swoją chwilę wielkości, kiedy w rocznicę Trzeciego Maja zagrała Ojczyznę w 

szkolnym  przedstawieniu  wystawionym  na  rynku.  Scena  nie  przypadkiem  stanęła  na  tle 
pamiątkowej  tablicy.  Dziewczyna,  budząc  zazdrość  koleżanek,  wystąpiła  w  czerwonych 
majteczkach,  w  białym  biustonoszu,  przewiązana  sztandarem  z  orłem,  który  ostrym  dziobem 
rozkuwa  sobie  kajdany.  Nic  nie  mówiła,  nie  musiała,  jej  obfity  biust  był  tak  wymowny,  że  rola, 
chociaż niema, zrobiła wielkie wrażenie na męskiej części publiczności. 

Na co dzień Mariola marzyła o wielkim świecie, mrużąc oczy, patrzyła uważnie na samoloty, 

które gdzieś tam niebotycznie wysoko płynęły ku dalekim krainom, czytała  „Twój Styl” i „Elle”, 
uwielbiała  kosmetyki,  opowieści  o  zamożnych  ludziach,  o  wielkich  i  zawrotnych  karierach;  ale 
najbardziej  lubiła  elegancką  i  wyrafinowaną  damską  bieliznę.  W  jedynym  miejscowym  sklepie  z 
bielizną  prowadzonym  przez  rodzinę  Majchrzaków  wybór  był  niewielki,  dlatego  wybrała  się  na 
zakupy  do  Warszawy.  Wróciła  późno  w  nocy,  zamyślona,  jak  czasami  zadumani  są  ludzie  po 
przyjęciu świętej komunii. Chociaż jedynaczka, u matki nie mogła spodziewać się zrozumienia dla 
takiej  słabości,  dlatego  wzbogaconą  kolekcję  majteczek  ukrywała  przed  rodziną.  W  wolne  dni 
zamykała  się  w  toalecie,  prała  ręcznie,  przymierzała  zbiory,  rozmawiała  z  lustrem.  Prasowanie 
celebrowała tylko w nocy, gdy wszyscy już spali. Kiedy szła do pracy, dobierała zwykle bieliznę w 
zależności od nastroju i koloru dnia; ale czasami czyniła na przekór, będąc więc w podłym nastroju, 
wkładała optymistyczne majteczki, a wtedy jej humor potrafił dostosować się do bielizny. Była z 

background image

natury osobą spokojną, pedantyczną, szybko nabrała wprawy w sprzątaniu i w ścieleniu łóżek, które 
po pieszczocie jej rąk wyglądały, jakby przed chwilą opuściły fabrykę pościelonych łóżek. 

Życie  erotyczne  Marioli  rozpoczęło  się  w  chwilę  po  skończeniu  szkoły.  Miała  wtedy 

osiemnaście  lat,  a  to  czas,  kiedy  większość  dziewczyn  nawet  w  takim  małym  miasteczku  ma  za 
sobą  rozbrojenie  miny  własnej  płci.  Ona  jednak  czekała  wytrwale  na  pełnoletność.  Chodziła  z 
kolegą z sąsiedniej klasy - chłopak był taki sobie, ale w miasteczku nie ma dużego wyboru bielizny, 
pracy i chłopaków. To był również jego pierwszy raz i nie wiadomo, kto lękał się bardziej. Kiedy 
już stało się... pomyśleli zgodnie - to jest tak, tylko tak? Powtórzyli więc zabieg jeszcze kilka razy, 
w ramach poprawki. Było lepiej, ale jedynie trochę. Zerwała z nim, by czekać na szczególną okazję. 

- Zmarnuje się ta nasza dziewczyna w tej dziurze - mówiła matka do ojca przy śniadaniu. Ten 

podjadał od rana czosnek, gdyż pił po kryjomu, o czym wiedzieli wszyscy oprócz jego żony. 

- Dziurka w dziurze - gderała matka - z tego nie może być nic dobrego. 
- A za rok to ja już pracuję na recepcji  - powiedziała Mariola. I pobiegła do hotelu. Miała na 

dzisiaj pewne plany i nadzieje, dlatego włożyła czerwone majteczki. 

W  każdym  pokoju  stał  telewizor  i  nieco  przyciężkie  meble,  które  przyjechały  z  Niemiec. 

Zainstalowano  dębowe  łóżka.  Lustra  w  łazienkach  były  obszerne,  obejmowały  całą  ludzką 
sylwetkę, może dlatego wśród gości panowała opinia, że te lustra są nieprzychylne. 

Zamieszkany  hotelowy  pokój  bywa  jak  wysepka,  gdzie  gromadzi  się  ten  cały  bałagan,  który 

zostaje  po  nas,  przeżuwaczach  życia.  Jesteśmy  żarłocznym  gatunkiem  dżdżownicy,  która  uparcie 
posuwa się do przodu i wydala, co zje, a zjada coraz więcej. Nasza rozrzutna cywilizacja zostawia 
po sobie Himalaje śmieci; a ten mały, indywidualny dorobek zamknięty jest w klatce hotelowego 
pokoju.  Sprzątanie  powinno  usuwać  co  niepotrzebne,  wszystko  inne  starannie  układać.  Lustra  w 
łazience  często  noszą  ślady  pasty  do  zębów,  pianki  do  golenia,  kobiecej  szminki  i  pudru.  Kiedy 
dziewczyna  pucowała  je  żółtą  szmatką,  czuła,  że  wyciera  oblicza  kolejnych  mieszkańców,  by 
zrobić miejsce nowym. Takie lustra w hotelach sąjak cmentarze twarzy. Smutek hoteli mieszka w 
przypomnieniu, że na tym świecie jesteśmy gośćmi tylko na chwilę. 

Wcześniej  Mariola  nie  wiedziała,  że  ludzie  znaczą  nie  tylko  dni,  ale  też  noce.  Prześcieradła 

nosiły  liczne  ślady;  plamy  czasami  przypominały  chmury,  czasami  ptaki,  raz  zdarzyła  się  nawet 
żyrafa.  Przy  okazji  odkryła,  że  zamożni  goście  „Dziurki”  przywożą  ze  sobą  zaskakująco  wiele 
garderoby. Minęło jednak trochę czasu, zanim ośmieliła się zajrzeć po raz pierwszy do walizki, ta 
pierwsza  była,  prawdę  mówiąc,  niedomknięta.  Bagaż  to  skarbnica  ludzkich  tajemnic,  podręczny 
skrót  człowieka  zabrany  w  podróż,  nic  dziwnego,  że  taka  walizka  bywa  dla  ciekawskich  wielką 
pokusą. 

Damska bielizna leżała zwykle na wierzchu, jakby prosiła się, by ją pogłaskać, dotknąć, nawet 

powąchać.  Majteczki  pachniały  dalekim  i  niedostępnym  światem.  Minęło  jednak  kilka  tygodni, 
zanim Mariola posunęła się o krok dalej. O jeden krok za daleko - ktoś  powie  -  ale my przecież 
nigdy nie wiemy, który krok w historii naszego życia zostanie tak nazwany. 

Kiedy  sobotnie  południe  opromieniał  blask  majowego  słońca,  w  hotelu  „Dziurka  Jak 

Marzenie”  pokój  numer  dziewięć  został  zamieszkany  przez  właścicieli  czarnego  jaguara. 
Dziewczyna  ledwie  musnęła  wzrokiem  piękną  parę,  szli,  a  raczej  płynęli  korytarzem  machając 
skrzydłami kijów golfowych. Zostały po nich dwie słodkie smugi, które splotły się w jedną męsko- 
- damskąwoń perfum. Od tego zapachu poczuła dreszcz gdzieś w dole brzucha. 

Kiedy  weszła,  by  sprzątać  ich  pokój,  telewizor  był  włączony,  ekran  wypełniał  program 

„fashion”, gdzie chodziły tam i z powrotem modelki... te zatrważająco szczupłe zjawy prezentowały 
damską bieliznę. Pracując, zerkała w telewizor. Starannie, chociaż pośpiesznie wybłyszczyła lustro, 
najpierw w pokoju, potem w toalecie, uporządkowała kremy do golenia, szminki, liczne narzędzia 
makijażu,  szampony.  Wszystko  w  najlepszym  gatunku.  Rozszalała  się  na  całego  odkurzaczem, 
ręcznie wypieściła łóżko. Pasja, z jaką sprzątała, miała otrzymać nagrodę w finale. Najpierw jednak 
schowała  odkurzacz,  wypiła  resztkę  wody  mineralnej,  wymyła  szklankę,  wytarła  ją,  postawiła  na 
stoliku,  zlustrowała  uważnie  pokój.  Był  niemal  doskonale  czysty.  Wyjrzała  na  korytarz,  gdzie 
czerwony dywan biegł samotnie ku schodom. 

background image

Zatrzasnęła  drzwi.  Po  czym  powoli,  uroczyście  otworzyła  szafkę.  Leżały  tam  majteczki 

ułożone jak na musztrze. Na  wierzchu pyszniły  się te najpiękniejsze, granatowe, ostro wycięte, z 
diamencikiem błyszczącym w koronkowych ustach - bielizna żywcem wyjęta z marzeń! Rozłożyła 
majteczki na łóżku, pogładziła palcem, a kiedy dotknęła brylancika - uśmiechnęła się i usiadła tuż 
obok jak pies, który pilnuje kości. Potem wstała i poszła do łazienki. Rozebrała się, wzięła prysznic, 
wytarła się pośpiesznie, ale starannie ręcznikiem. 

Naga  i  nieco  zalękniona  wróciła  do  pokoju.  Zamknęła  oczy  i  włożyła  granatowe  majteczki. 

Obejrzała  się  w  lustrze.  Leżały  znakomicie.  Niedawno  robiła  depilację,  jej  uda  były  gładkie  jak 
tafla  jeziora  w  bezwietrzny  dzień.  Obróciła  się  na  pięcie,  niestety  pośladki  wydały  się  nieco  za 
obfite,  musi  zacząć  się  odchudzać,  od  dzisiaj.  Pełne  piersi  sterczały,  jakby  podtrzymywał  je 
niewidoczny  biustonosz,  nie  potrzebowała  prawdziwego.  Położyła  się  ostrożnie  na  łóżku,  jakby 
bała się, że je uszkodzi. Modelki na ekranie nie demonstrowały już bielizny, a stroje sportowe nie 
wydawały się teraz przybyszami z innego świata. Patrzyła, jak zjawiają się i znikają, zjawiają się i 
znikają, jak we śnie. 

Śpiący nie liczą czasu, trudno więc powiedzieć, jak długo spała. Nie obudził jej szczęk zamka, 

uśmiechnęła się przez sen, gdy delikatnie skrzypnęły otwierane drzwi. Tak mocny sen mają zwykle 
ludzie młodzi, których nie nachodzą jeszcze lęki ani demony. 

Była  ładną,  trzydziestoletnią  kobietą,  o  zdecydowanie  krótko  ostrzyżonych  włosach 

ufarbowanych na rudo. 

Spojrzała  na  łóżko  i  stłumiła  okrzyk  dłonią.  On  miał  lat  niewiele  więcej,  szczupły, 

wysportowany  o  niepokojąco  żywych  niebieskich  oczach.  Położył  palec  na  ustach  i  popchnął  ją 
delikatnie, by weszła do pokoju. Zamknął drzwi ostrożnie, jakby były z porcelany. 

Dziewczyna spała, zakrywając nieprzytomnymi dłońmi piersi. Leżała trochę na boku, z nagą i 

kształtną  nogą,  która  z  nieświadomym  wdziękiem  ułożyła  się  na  drugiej  nodze.  Granatowe 
majteczki lśniły w półmroku brylancikiem. Patrzyli w milczeniu na tę zaskakującą scenę, próbując 
zrozumieć, że patrzą na to samo łóżko, na którym tak miło spędzili ostatnią noc. Potem wymienili 
się uśmiechami, które starły wyraz zaskoczenia z ich twarzy. On położył palec na jej ustach, ona 
uniosła  wysoko  brwi,  układając  je  w  dwa  znaki  zapytania.  Wziął  ubranie  dziewczyny  złożone 
starannie  w  kosteczkę,  spódniczkę,  bluzkę,  czerwone  majteczki,  schował  wszystko  do  szafki. 
Chciała  coś  powiedzieć,  ale  spojrzał  na  nią  groźnie,  po  chwili  jednak  zobaczyła  w  jego  oczach 
iskierki, które tak lubiła. 

- Co ty kombinujesz, ty wariacie? - szepnęła. 
- Przecież zawsze chcieliśmy... - mówił tak cicho, że ledwie słyszała... 
- Ona jest w moich majtkach...? - chciała obudzić dziewczynę, ale powstrzymał ją. 
- Doceń, myszko, perwersyjność tej sytuacji, coś takiego zdarza się raz na milion... 
Protestowała, ale zamknął jej usta pocałunkiem. Broniła się... tylko do chwili, gdy usta zaczęły 

rozpuszczać  się  w  jego  ustach.  Pomógł  jej  wyłuskać  się  z  sukienki.  Jej  czarne  majteczki  z 
brylancikiem  wśród  koronek  -  błysnęły,  jakby  dawały  magiczny  znak  siostrzanemu  brylancikowi 
majteczek granatowych, które oddychały, odsłaniając czuły pępek dziewczyny. 

Aż dziw bierze, że w takim małym miasteczku jak W. opowieść oparta na jednym i tym samym 

wydarzeniu, z jedną bohaterką w roli głównej, może mieć tak wiele kształtów i kolorów. Mówiono, 
że  w  hotelu  była  orgia  z  udziałem  dyrektora  placówki,  a  Mariola  wyskoczyła  przez  okno,  co 
brzmiało  dramatycznie  -  większość  przyznawała  jednak  po  chwili  wahania,  że  było  to  okno 
niskiego parteru. Istniały trzy główne wersje - dziewczyna miała biec przez miasto: zupełnie naga, 
tylko  w  majteczkach,  w  biustonoszu  i  w  majtkach.  Wymieniano  wiele  kolorów  majteczek,  wśród 
nich  nie  było  tylko  koloru  białego,  tak  przecież  powszechnego  w  świecie  bielizny.  Pewna  zacna 
emerytka  przysięgała,  że  na  własne  oczy  widziała  -  majtki  miały  z  przodu  brylant,  nie  byle  jaki, 
wielki  jak  kurze  jajko!  Mówiono,  że  ktoś  gonił  dziewczynę,  wymachując  golfowym  kijem, 
mówiono  o  psie,  a  nawet  o  czarcie.  Istniała  wersja,  w  której  półnaga  dziewczyna  była  zakuta  w 
łańcuchy. Jej  matka w stanie szoku miała trafić do szpitala, ojciec upił się i  podobno uparcie nie 
trzeźwiał. 

background image

Jedno było pewne, Mariola zniknęła... szczerze mówiąc, to cała rodzina stała się niedostępna 

dla  oczu  i  uszu  ciekawskich.  Komuś  jednak  udało  się  wywąchać  zapach  zupy  jarzynowej,  który 
ulatniał  się  z  mieszkania.  Sytuacji  nie  wyjaśniło  niedzielne  kazanie  księdza.  Kapłan  wyraźnie 
poirytowany  na  czasy,  w  jakich  przyszło  mu  żyć,  mówił  podniesionym  głosem  o  globalizacji 
satanizmu, o diabelskiej fascynacji rzeczami. Nawet majtki o wymyślnych kusicielskich kształtach - 
grzmiał ksiądz - stają się narzędziem diabła i prowadzą młodych do nieszczęścia. 

Nazajutrz  sklep  z  damską  bielizną  został  ogołocony  z  towaru,  a  właścicielka  pani 

Majchrzakowa pchnęła syna do warszawskiej hurtowni, wbijając mu pięścią do głowy przykazanie 
- tylko fikuśne! 

W samo  południe, w stanie wskazującym  na spożycie alkoholu, przed tablicą upamiętniającą 

męczeńską  śmierć  dwudziestu  pięciu  mieszkańców,  stanął  na  baczność  pewien  mężczyzna.  I  tak 
przemówił do dwudziestu pięciu zamordowanych: 

-  No  i  co,  chujowo  wam?  Oddaliście  życie  za  Polskę,  a  ojczyzna  wasza  zapierdala  tylko  w 

majtkach przez sam środek miasta. 

Dwudziestu  pięciu  męczenników  było  jednak  nadal  nieporuszonych.  Pijany  popatrzył 

badawczo na ich imiona, a widząc, że nic nie wskóra, podążył  w dół ulicy,  gdzie piwny ogródek 
pienił się pod biało-czerwonym parasolem. 

 
 
 
 

BALKON DO NIEBA 

 
 
Czy  to  nie  powinno  być  bardziej  proste?  Ilekroć  proponowałem  dziewczynie  spotkanie, 

czułem,  że  moje  kruche  serce  wisi  na  cienkiej  nitce,  a  kiedy  ona  powie  „nie”,  nitka  zerwie  się. 
Poznaliśmy się na jakimś przyjęciu, rozczuliła mnie jej niewinność; mieszkała w zielonej tęczówce 
oczu, w wiotkiej figurze, w uśmiechu, który swoim światłem opromieniał jej twarz. Kiedy słuchając 
mnie, unosiła brwi, widziałem skrzydła ptaka, który szybuje w stronę mojego ramienia. 

Zaproponowałem  spotkanie.  Kiedy  powiedziała  „chętnie”,  poczułem,  że  moje  rozkołysane 

serce nieruchomieje, aby znowu bić już spokojnym rytmem. 

Umówiliśmy się na Rynku Nowego Miasta, wybrałem to  miejsce, jedno  z nielicznych,  gdzie 

ocalało piękno architektury. Przyszedłem wcześniej i schowałem się w bramie. Chciałem zobaczyć, 
jaka  jest,  gdy  nie  wie,  że  ktoś  na  nią  patrzy.  Naburmuszyła  się,  widząc  moją  nieobecność. 
Zbliżyłem  się  zasłonięty  biały  liliami,  a  ona  uśmiechem  wytarła  nadąsanie.  Przyjęła  kwiaty, 
zanurzyła się w nich i zaciągnęła ich zapachem. 

- Czy słyszysz, jak to gra? - zapytałem, wskazując na kościół, klasztor i okoliczne budowle. 
- Co gra? - zapytała. 
Trochę  speszyło  mnie  to  pytanie  -  ona,  która  przypomina  utwór  muzyczny,  powinna  czuć 

harmonię i muzykę architektury. 

Nie jadała mięsa, nie jadała prawie nic, lubiła tylko ruskie pierogi, ale ta wybredność też była 

dla  mnie  wzruszająca.  Ujęty  delikatną  urodą  dziewczyny,  bez  trudu  wszystko  uznałem  w  niej  za 
ujmujące.  W  ekskluzywnej  restauracji  jakimś  cudem  dokopano  się  ruskich  pierogów,  z  tego 
wszystkiego  ja  też  je  zamówiłem.  I  nawet  mi  smakowały.  Odzywała  się  rzadko,  ale  potrafiła 
inteligentnie milczeć. Tak przynajmniej czytałem jej milczenie. Nie wiem, gdzie pracowała, nic o 
niej  nie  wiedziałem,  chociaż  chciałem  wiedzieć  wszystko.  Nie  potrafiłem  jednak  pytać.  Czy  ma 
jakiegoś mężczyznę? Może przed chwilą z nim zerwała? Intuicyjnie czułem, że jest tuż po rozstaniu 
i trafiłem na odpowiedni moment. Była tak delikatna i subtelna, że nie mogłem sobie jej wyobrazić 
w rękach innego mężczyzny niż ja - więc nie próbowałem. 

Na ulicy chciałem się pożegnać i umówić ponownie, gdy niespodziewanie zaprosiła mnie do 

siebie. Jakby nigdy nic. Nie potrafiłem odmówić, ale czułem, że jej delikatność stoi w niepokojącej 
sprzeczności  z  tym  zaproszeniem.  Jechałem  za  nią,  byłem  dobrym  kierowcą,  ale  to  cud,  że  nie 

background image

zgubiłem  się,  gwałciła  wszelkie  przepisy,  robiła  to  z  pewną  siebie  niewinnością.  Kiedy 
zaparkowaliśmy, byłem spocony jak po biegu. 

Obskurny budynek z lat sześćdziesiątych stał wtłoczony między stare domy. Winda wyglądała, 

jakby  wożono  nią  drapieżne  zwierzęta.  Czułem,  że  wstydzi  się  tej  windy,  więc  odruchowo 
zamknąłem  oczy.  Pokój,  który  wynajmowała,  był  jednak  gustownie  urządzony,  chociaż  miałem 
dojmujące  uczucie,  że  przedmioty  nie  pasują  do  siebie,  jakby  kupowały  je  zupełnie  różne  osoby. 
Boczne okno wychodziło na dach przylegającej do domu niższej kamienicy, takie okna są w Polsce 
z reguły okratowane, to było wolne od krat. 

- W lecie tu się opalam... czasami nago - powiedziała i chyba się zarumieniła. 
Nie  wiem,  kiedy  na  stole  pojawiło  się  wino,  ono  też  mnie  onieśmieliło,  to  ja  powinienem 

przynieść  wino,  ale  kto  mógł  się  spodziewać?  Nie  wiem,  kiedy  je  wypiliśmy,  jako  kierowca  nie 
powinienem  tego  robić,  nie  wiem,  kiedy  położyła  się  na  łóżku,  a  ja  usiadłem  na  jego  brzegu  i 
położyłem  rękę  na  jej  kolanie.  Nie  zareagowała.  To  była  jedna  z  trudniejszych  decyzji  w  mym 
erotycznym życiu, czy moja dłoń powinna powędrować w górę? Nie zdążyłem jej podjąć. 

- Może wolisz, żebym włożyła nocną koszulę, jest późno? - zapytała, trochę dziecinnie, jakby 

włożenie koszuli w tej sytuacji dotyczyło tylko snu. 

Pobiegła  do  łazienki  w  podskokach  jak  dziecko.  Wróciła  już  przebrana.  Miała  na  sobie 

bawełnianą, srebrną koszulę, ten materiał, lejący się jak woda i jak woda chłodny, pobudzał mnie 
erotycznie.  Teraz  położyłem  usta  na  jej  nodze.  Nie  poruszyła  się.  Jej  skóra  pachniała  morzem 
stygnącym po upalnym dniu. Moje wargi wpadły w poślizg. Chciałem zatrzymać się w okolicy uda, 
tam skóra była jeszcze bardziej gładka, jechałem więc dalej... 

Otworzyła  się,  jak  otwiera  się  drzwi  komuś  bliskiemu.  Nigdy  jeszcze  nie  smakowała  mi  tak 

płeć kobiety, łagodna potrawa, gdzie wszystkiego jest w sam raz. Szybko miała orgazm, subtelny, 
ale  głęboki.  Jej  szczyt  zmienił  się  w  nasze  wspólne,  wielkie  szumiące  pole  traw,  na  którym 
położyłem głowę, wdychając jej zapach. 

- Kocham cię - szepnęła, a ja poczułem, że rozpuszczam się w tych słowach jak kostka cukru w 

gorącej  herbacie.  Tak  długo  szukałem  swojej  miłości,  a  teraz  znalazłem  ją  nagle,  niemal 
przypadkowo.  Poczułem,  jak  rośnie  we  mnie  fala  uczucia,  gdy  uniosłem  się,  by  wejść  w  ten 
błogostan ze swoją burzą, usłyszałem pukanie do drzwi. Zastygła, stając się na chwilę posągiem, 
białym i doskonale harmonijnym. 

- To on - szepnęła. 
- Jaki on? - stłumiła pytanie, kładąc mi dłoń na ustach. 
Ubrała się szybko, sam  nie wiem, kiedy uczyniłem to samo. Stukanie zmieniło się w dźwięk 

bardziej brutalny, jakby ktoś kopał w drzwi. Pościeliła łóżko i w biegu, który przypominał taniec, 
pozacierała ślady naszej obecności. 

- A teraz wychodzimy przez okno, szybciutko! - szepnęła. 
Mówiła, jakby proponowała jakąś zabawę. Zgasiła światło. Wyjęła lilie z wazonu, najwyraźniej 

zamierzała zebrać je ze sobą. Zaprotestowałem. Wszedłem tu przez drzwi i zamierzam nimi wyjść... 
nic mnie nie obchodzi jakiś zazdrośnik. Powtórzyła coś kilka razy szeptem, nie rozumiałem słów, 
brzmiało to dosyć groźnie, bardziej przejąłem się siłą, z jaką ciągnęła mnie do okna. 

Po ciemnej stronie świata stała metalowa, składana drabinka. Poczułem się jak chłopiec, który 

po  kryjomu  wykrada  się  z  domu  -  dachy  zawsze  mnie  fascynowały,  chodzenie  po  nich  to  moje 
marzenie  z  dzieciństwa.  Było  ciemno,  pachniało  papą,  która  parowała  rozgrzana  upałem  dnia. 
Podała  mi  kwiaty,  uważnie,  by  nie  pognieść  płatków,  przymknęła  zręcznie  okno,  potem  wzięła 
bukiet,  a  ja  zostałem  obarczony  drabinką.  Chwyciła  moją  wolną  dłoń  i  zaskakująco  pewnie 
prowadziła po wąskiej, drewnianej kładce. 

- Po co to wszystko? - zapytałem. 
- Zabiłby - powiedziała tak bardzo nie swoim głosem, że uwierzyłem. 
Czy  to  jej  mężczyzna,  jakiś  szaleniec,  a  może  tylko  ojciec...?  Najlepiej,  gdyby  to  był  ojciec. 

Szliśmy  szybko,  czasami  po  omacku.  Na  szczęście  nie  mam  lęku  przestrzeni,  kiedyś  trochę 
wspinałem  się.  Nagle  uświadomiłem  sobie,  że  ona  chodzi  po  tych  dachach  swobodnie,  jak  po 
swoim mieszkaniu. Spróbowałem wyobrazić sobie nas w środku Warszawy, jak przemykamy się z 

background image

drabinką  i  liliami,  które  bielić  się  musiały  z  daleka  w  zamglonym  blasku  księżyca.  Domy  miały 
różną wysokość, ale znała wszystkie przejścia, musiała wielokrotnie przebywać tę drogę. W jednym 
z załomów muru wskazała miejsce, gdzie należy zostawić drabinkę. 

- A kwiaty? - zapytałem. 
- No wiesz! - w jej głosie odnalazłem szczere oburzenie. 
Miałem  wiele  pytań,  ale  nie  była  w  nastroju  do  rozmów.  Miała  jakiś  cel  i  pewnie  do  niego 

dążyła. Balkon w starym przedwojennym domu, nadkruszony zapewne w czasie powstania, wisiał 
w miejscu osobliwym, nieproporcjonalnie blisko dachu. 

-  To  tutaj  -  powiedziała  zadowolona,  jakbyśmy  w  końcu  znaleźli  odpowiednią  kawiarnię  - 

wystarczy spuścić się na rękach, ja potrafię, a ty? 

-  Wspinałem  się  -  powiedziałem  z  odcieniem  urażonej  męskiej  dumy,  by  dodać  ironicznie  - 

zawsze mniej więcej wiedziałem, po co schodzę ze szczytu, teraz nie wiem. 

- Ratuję nam życie - powiedziała takim tonem, jakby to było oczywiste i tylko ktoś tak naiwny 

jak ja mógł to przeoczyć. 

Pomogłem  jej  zejść  na  obszerny  balkon,  chociaż  sama  dawała  sobie  radę,  zręczna  jak 

wiewiórka. Rzuciłem kwiaty, by z młodzieńczym wdziękiem, tak przynajmniej mi się wydawało, 
zeskoczyć  na  balkon.  Za  szklanymi  drzwiami  paliło  się  światło.  Sam  nie wiem,  co  spodziewałem 
się  zobaczyć  -  wiem,  co  ujrzałem.  To  był  wzruszający,  realistyczny  obraz.  Dwoje  starych  ludzi 
siedziało przy okrągłym stole, jedli kolację, zerkając na telewizor. W pobliżu imbryczka z parującą 
herbatą leżał czarny, gruby kot zwinięty w kłębek, wyglądał, jak przed chwilą upieczony murzynek. 
Stary zegar na ścianie kołysał swoim złotym wahadłem. 

Zapukała  w  szybę.  Mężczyzna  odwrócił  się  od  telewizora,  położył  widelec  -  mrużąc  oczy 

spojrzał  w  stronę  balkonu,  powiedział  coś  do  żony,  a  potem  bez  wahania  podszedł,  by  otworzyć 
drzwi, jakby oczekiwał przybyszy z nieba. 

- Dasz lilie... - szepnęła takim tonem, jak uczy się dobrych manier młodych chłopców. 
-  No  tak,  domyślałem  się,  że  to  znowu  pani  -  powiedział  starszy  pan,  wpuszczając  nas  do 

mieszkania. 

Roześmiała się serdecznie, jakby odwiedzała o u- mówionej godzinie przyjaciół. 
- Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór. Chcę państwu przedstawić mojego przyjaciela. 
Czułem się jak w teatrze, a moja partnerka recytowała rolę, problem, że ja nie znałem swojej. 

Mężczyzna  nałożył  okulary  i  przyjrzał  mi  się  badawczo.  Popatrzył  na  nią  i  powiedział  z  naganą, 
która wydawała się tylko kokieterią: 

- Pani nieustannie mnoży przyjaciół... 
Uścisnął mi jednak serdecznie rękę i zaprosił do stołu. 
- Helu, sąsiadka z nowym przyjacielem! 
- Oby był równie sympatyczny jak poprzedni - odparła kobieta. 
Przedstawienie  więc  trwało  nadal.  Nagle  przypomniałem  sobie  swoją  rolę,  szarmancko 

podałem gospodyni kwiaty, całując ją w dłoń, która pachniała ciastem i  ziołami. Przyjęła kwiaty, 
rozpromieniła się i powiedziała: 

- Muszę przyznać, sąsiadko, że wszyscy twoi przyjaciele mają gust do kwiatów. I znowu taki 

ładny chłopiec... 

Nie czułem się w swojej trzydziestce ładnym chłopcem, nie czułem się dobrze, będąc jakimś 

kolejnym, który wręczał kolejne kwiaty, spadając zapewne z kolejnego nieba. Jak to możliwe, że 
coś,  co  było  w  najwyższym  stopniu  nienormalne,  ci  ludzie  traktowali  tak  naturalnie?  Zostały 
postawione dwa nowe talerze i zaproszono nas do stołu. Kot na chwilę podniósł głowę i spojrzał mi 
w oczy; miałem wrażenie, że uśmiechnął się. Widziałem uśmiechające się psy, uśmiechnięte koty 
należą do rzadkości. Nie byłem głodny, ale zgromiony jej spojrzeniem wepchnąłem w siebie dwie 
kanapki, potem wdałem się w polityczną dyskusję z gospodarzem. 

- Ach, ci mężczyźni, oni zawsze się kłócą o politykę - uśmiechnęła się do niej staruszka, a ona 

właśnie kopała mnie pod stołem, pewnie w intencji, abym miarkował swoje opinie. 

background image

Wstałem,  podziękowałem  za  kolację.  Powiedziałem  stanowczo  -  na  mnie  już  czas!  Byłem 

pewien, że pójdzie ze mną i wyjaśnię do końca całe to szaleństwo. Nie zamierzała mi towarzyszyć. 
W telewizji zapowiedziano serial, który lubiła. Poszedłem w stronę balkonu. 

-  Nie  tędy,  młody  człowieku,  teraz  można  drzwiami,  wszyscy  pana  koledzy  wychodzili 

drzwiami - pouczyła mnie gospodyni. 

Zamierzałem  spojrzeć  na  moją  ukochaną  okiem  bazyliszka,  zapewne  było  to  jedynie  oko 

rannego  jelenia?  Uśmiechnęła  się  tym  samym  niewinnym  uśmiechem,  który  stał  u  źródeł  naszej 
znajomości... 

Wychodziłem, odprowadzany przez całą trójkę, a nawet przez kota, który zeskoczył ze stołu, 

wygiął grzbiet i otarł się o moją nogę. I nie do wiary... to mnie zabolało. 

Otworzyłem  drzwi.  Sprawdziłem,  czy  są  schody.  Szedłem  nimi,  nie  zapalając  światła,  na 

wszelki wypadek, na jaki wszelki wypadek jednak nie wiedziałem. 

Nazajutrz  próbowałem  do  niej  zadzwonić,  numer,  który  mi  podała,  był  telefonem  Izby 

Wytrzeźwień.  Udało  mi  się  odnaleźć  jej  dom.  Był  wieczór,  wilgotny  i  ponury.  Stanąłem  przed 
drzwiami, z sercem w okropnym stanie, z nerwami jak struny harfy, w które uderzył nagły deszcz. 
Słyszałem, że ktoś jest w środku. Nikt jednak nie otwierał. Zacząłem walić pięścią w drzwi, potem 
w nie kopać - odpowiadały głucho jak pusta skorupa. 

 
 
 
 

RANDKA Z MROKIEM 

 
 
SMS zapukał do jej serca w niespodziewanym czasie i miejscu - „Stoję na skrzyżowaniu ulic i 

czekam na cud. Daj znak, że jesteś. Piotr”. 

Była  w  lesie,  ale  nie  sama,  podglądała  miłosne  zabawy  parki  z  rodziny  wróblowatych 

(Passerformes). Te ptaki lubią uwodzić się... gastronomicznie. Czy zna jakiegoś Piotra? Na razie nie 
miała czasu, by o tym myśleć. Samczyk podlatywał do samiczki, ta boczyła się nieco, on w dzióbku 
nosił kawałki roślin i nasiona, w końcu pozwoliła mu się nakarmić... zbliżał się piękny koniec tej 
gry, ale tego już nie zobaczyła... odfrunęły... 

Z  grudką  wzruszenia  i  zawodu  w  gardle,  że  nie  zobaczy  finału,  wróciła  do  wiadomości 

tekstowej, odczytała ją uważnie i dopiero teraz słowa wydały jej się tajemnicze. 

Jedyny Piotr, jakiego znała, już nie żyje. Wierzy, że i czasami z zaświatów dochodzą krótkie 

wiadomości i tekstowe, ale on umarł, zanim świat oplotły sieci komórkowych telefonów. 

Wracając  samochodem,  marzyła,  że  jest  czyżykiem,  i  jednym  z  tych,  który  nocuje  w 

przestworzach. Od dziecka jej pasją były ptaki. Rok temu w sieci lornetki złowiła przypadkiem parę 
w średnim wieku... ale to byli ludzie. W łysiejącej trawie kopulowali z pasją, on brał ją od I tyłu, 
gryząc w kark, jego pośladki poruszały się rytmicznie jak białe fale wznoszone tajemną siłą natury. 
Kiedyś  na  filmie  przyrodniczym  widziała  kopulujące  lwy,  wyleniały  samiec  był  uderzająco 
podobny  do  tego  mężczyzny  i  też  gryzł  w  kark  samicę.  W  tym  ludzkim  nieludzkim  obrazie 
najbardziej  podnieciła  ją  harmonia  brzydoty,  to,  co  robili,  wydawało  jej  się  piękne  w  swojej 
nieuchronnej  sile.  Coraz  częściej  wyobrażała  sobie  ludzi  starych,  jak  gramolą  się  na  siebie, 
nieporadni,  ale nadal  głodni  swego ciała, a może już tylko  jego wyobrażenia? Jestem zboczona  - 
myślała - nie, jestem bardziej normalna od tych kołtunów, którzy nawet swoje myśli zamykają na 
klucz. 

Co  ludzie  wiedzą  o  ludziach  -  niewiele,  o  ptakach  -  prawie  nic!  Czy  to  nie  cud,  że  stada 

czyżyków  śpią,  unosząc  się  znacznie  powyżej  powietrznych  korytarzy  wytyczonych  dla 
pasażerskich samolotów? Czyżyk śpi, kołując w stratosferze, na gałęzi usiąść nie potrafi, jego nóżki 
są  w  stanie  szczątkowym.  Czy  nie  jestem  takim  ptakiem?  -  pomyślała  -  zawsze  w  locie...  a  jak 
usiądę, to zginę. 

background image

W  domu  była  późnym  wieczorem.  Jeszcze  raz  odczytała  SMS.  Zamyśliła  się  i  wystukała 

klawiszami:,  Jestem  na  skrzyżowaniu,  ale  już  nie  wierzę  w  inne  cuda,  niż  cud  istnienia  mimo 
wszystko”. 

Wyłączyła telefon. Położyła się i zasnęła w locie. Jadła śniadanie, rzucając okiem na dziennik 

BBC. Znowu zamachy terrorystyczne w Jerozolimie. Jak nie wybucha bomba, to jakiś idiotyzm  - 
pomyślała, kiedy na innym programie ujrzała reklamę piwa. Włączyła telefon komórkowy. Miała 
wiadomość  tekstową  -  ”Moje  skrzyżowanie  jest  już  proste,  poszedłem  przed  siebie,  idę,  ale  nie 
widzę Ciebie. Piotr”. 

Uśmiechnęła się i napisała – „Jestem w koszulce nocnej, tak przezroczystej, że nikt mnie nie 

widzi. Patrzę w lustro i nie ma mnie”. 

Czekała  na  jego  odpowiedź,  a  jednak  drgnęła,  kiedy  przyszła,  czytała  -  „Nareszcie  wiem, 

czemu Ciebie nie widzę, chociaż czuję, że jesteś?” 

Zaczęła się zastanawiać, ile on ma lat? Jeśli napisał - ”Ciebie” z dużej litery, to nie może być 

bardzo młody? Ładne formy stopniały na progu nowego wieku. Pisała powoli, z namysłem - „Ja też 
czuję, że jesteś. Czuję nawet wszystkie Twoje lata, dwadzieścia jeden lat, ułożonych równo, jedno 
na drugim”. 

Odpowiedź przyszła szybko - „Skąd wiesz, że mam tyle lat?” 
Potem napisał, że jednak pomyliła się o rok, o niecały rok. Milczeli do obiadu. Zaczęła się bać, 

że  zapyta  ją  o  wiek.  Postanowiła,  że  napisze  prawdę.  Próbowała  go  sobie  wyobrazić.  Lubiła 
wysokich, szczupłych i młodych mężczyzn. 

Minął  tydzień,  a  on  wytrwale  i  uparcie  nie  pytał  o  jej  wiek.  Zaszli  już  tak  daleko  w  swojej 

skrzydlatej znajomości, że odkryła z przerażeniem, że nie ma odwagi, by napisać prawdę. Czy jest z 
nią szczery? Tej nocy pieściła się, myśląc o nim. Wiedziała o nim tak mało, że bez trudu posiadł 
wszystkie  zalety  mężczyzn,  jakich  kiedykolwiek  znała.  Ale  żaden  mężczyzna  nie  dał  jej  takiego 
orgazmu, do jakiego zdobią była jej dłoń. Gdyby kobietom, które palcem drażnią swoją łechtaczkę, 
świeciły  się  opuszki  palców?  Zobaczyła  te  światełka  na  ulicach  i  uśmiechnęła  się  do  swojej 
wyobraźni. 

Czasami chciała do niego zadzwonić, usłyszeć  głos, ale nie starczało odwagi. Miała podobno 

ładny głos? Z przerażeniem odkryła, że uzależniła się - czas bez wiadomości od niego wydawał się 
pusty.  Czasami  gotowa  była  wyjawić  prawdę,  żołądek  jednak  kurczył  jej  się  w  piąstkę,  gdy  w 
myślach  układała  słowa  -  ”Mam  pięćdziesiąt  dwa  lata,  jestem  po  klimakterium,  przeszłam  je 
zaskakująco łagodnie... Aten mój cholerny wiek... ma pewne zalety; nie zajdę w ciążę, nie kapryszę, 
jestem wspaniałą kochanką”. Napisała nawet pierwsze trzy słowa, ale wymazała je w popłochu. 

Wzięła  w  swojej  firmie  urlop,  na  tydzień.  I  chociaż  wiedziała,  że  to  idiotyczne,  że  nie  ma 

kosmetycznych  cudów,  poszła  do  najlepszego  zakładu  w  Warszawie,  gdzie  spędziła  pół  dnia. 
Zdziwiła się, że taki przyjemny jest masaż twarzy. Czuła się trochę jak zabytek podczas fachowej 
renowacji. Potem kupiła kilka drogich kremów. Przestała jeść, nigdy nie miała problemów z wagą, 
ostatnio jednak trochę przytyła, musi zrzucić trzy kilo. Wykupiła karnet do pobliskiej siłowni. Tam 
z  przerażeniem  stwierdziła,  że  jest  najstarszą  z  ćwiczących  kobiet.  Dziewczyna,  która  na 
przyrządzie  gimnastykowała  uda,  wstydziła  się  rozchylać  nogi,  zasłaniała  się  niezręcznie  ręką... 
potem  nagle  zaplotła  dłonie  na  szyi  i  otwierała  się,  rzucając  wyzwanie  światu.  Tak  też  bywa  - 
pomyślała. 

Wieczorem ułożyli kolejny dialog z SMS-ów. 
„Zrobiłem to” - napisał. 
„Zrobiłam to” - odpisała, wystukując niepewną ręką tekst. Drżała po orgazmie, a świat miał o 

wiele więcej kolorów niż zwykle. Tej nocy odzyskała marzenia, wróciło do niej nawet zabytkowe, z 
młodzieńczych lat - wyobrażała sobie, że jest człowiekiem ptakiem. 

Wzięła następny tydzień urlopu. To był już jego pomysł - spotkają się w nocy, w hotelu mniej 

więcej w środku drogi między ich miastami. 

To musi być dobry hotel. Nie zapalą światła. Najpierw wyrzezbią swoje dłonie, potem twarze, 

by poczuć smak ust i płci. Rozstaną się jak ślepcy i zabiorą ten smak ze sobą, na zawsze. Skąd znał 

background image

jej ukryte myśli, przecież tak właśnie wyobraziła sobie ich spotkanie? Nie mogła się zgodzić na to, 
że czytał jej marzenia. 

Zamilkła  na  pół  dnia,  nawet  wyłączyła  telefon,  bała  się,  że  nagle  zmieni  zasady  ich  flirtu  - 

zadzwoni, by uderzyć swoim głosem, pokaleczy, otworzy stare rany. Rozwód z mężem wpędził ją 
w jamę depresji, cierpiała przez pół roku, brała tabletki. Teraz wywalczyła względny spokój ducha, 
w potyczce z największym wrogiem każdego człowieka, ze sobą. 

Za oknem usłyszała głos ptaka, zerwała się na równe nogi, pobiegła do okna. Melodyjny śpiew 

do  złudzenia  przypominał  dźwięk  fletu.  Czy  to  wilga?  Nie  mogła  dostrzec  ptaka  w  liściach  lipy, 
która tak bujnie rozgałęziła się za oknem - pamięta, jak to drzewo było małym dzieckiem - nagle w 
zielonym  futrze  liści  znalazła  żółte  piórko  i  usłyszała  trzepot  skrzydełek.  Tak,  to  wilga  (Oriolus 
oriolus), żółty tułów, czarne skrzydła, czerwony dziób. Taka rzadkość, a sama wpadła jej w oko. To 
dobry I znak! 

Włączyła  telefon.  Zdziwiła  się,  że  tak  mocno  bije  jej  serce.  Aparat  milczał  długo,  by  nagle 

wykrzyknąć  kilka  razy.  Przybyło  pięć  SMS-ów!  Był  przerażony,  wymyślił  sobie,  że  miała 
wypadek.  Poczuła  strużkę  jego  czułości,  która  spłynęła  na  serce.  Odpisała  gorąco  i  szczerze, 
nierozsądnie  szczerze.  Chciała  zatrzymać  tę  ostatnią  wiadomość,  ale  było  za  późno. Wyfrunęła  z 
rąk, szybka jak jaskółka. Zgodziła się na spotkanie. 

Cały dzień poświęciła na szukanie hotelu. Koleżanka ze studiów, która zajmuje się pisaniem 

przewodników, doradziła hotel. Był bliżej jego miasta, ale trudno. Podobno przytulny, urządzony ze 
smakiem, z miłą obsługą; bez tego nalotu prowincji, który osadza się na przedmiotach i twarzach 
ludzi jak kurz. 

Kiedy wyobrażała sobie, jak kochają się w mroku, czasami zapalała się lampka niepokoju - jest 

w końcu tyle chorób... prezerwatywa...? - myślała o niej z niechęcią. Najbardziej jednak bała się, że 
już na samym progu przygody zapłonie słońce żarówki i rozsypią się złudzenia. Miała jak na swój 
wiek  jędrne  ciało,  kiedyś  lekarz  dermatolog  powiedział  –  „jest  pani  osobliwością  przyrodniczą”. 
Nie było jej wtedy miło, a teraz co chwila dotykała się, przypominając sobie te słowa. 

Zarezerwowała  w  hotelu  dwa  jednoosobowe  pokoje,  upewniła  się,  że  są  ciche  i  dyskretne. 

Zaraz potem chciała dzwonić, odwoływać. W desperacji napisała, że rezygnuje. Błagał ją, by tego 
nie robiła. Uległa... 

Pakowała się długo, jakby jechała za granicę. Wrzuciła większość rzeczy na powrót do szafy, 

wszystko, na co w końcu się zdecydowała, zmieściło się w niewielkiej torbie. 

 
Jechała,  trzymając  się  mocno  kierownicy.  Panika  narastała  w  niej  jak  pożar.  Gdyby  teraz 

przesłał  chociaż  jedną  nietaktowną  wiadomość,  zadrasnął  ją  niezręcznym  słowem,  wróciłaby  do 
domu. Jego zdania były jednak doskonałe, bez pęknięć. Czy czuła się oszustką? - tak i nie. Kto wie, 
czy to nie ostatnia szansa na przygodę, która ma smak młodości, potem może jechać już tylko do 
sanatorium  -  tam  to  będzie  miała  ogromne  powodzenie!  Ale  jeśli  teraz  poniesie  klęskę,  nigdy  już 
nie wróci do siebie jak nie wraca młodość. 

Kim on jest? Pisali tak często do siebie, lecz oboje jak ognia unikali szczegółów. Jeśli były, to 

tylko w czułości. W takim ubogim, a zarazem gęstym kontakcie między ludźmi szybko utrwalają 
się reguły gry, a ich naruszenie jest nietaktem. 

Myślała - on na pewno sporo czyta, podejrzanie wiele, przecież młodzi nic nie czytają. Może to 

zgrzybiały,  kaleki  facet  -  na  przykład  emerytowany  profesor  polonistyki,  który  się  podszywa...? 
Nie, w tych tekstach jest młodzieńcza świeżość i wrażliwość na poezję. 

Zaplanowała podróż na dwa dni. Życie nauczyło ją, że największą przyjemnością jest czekanie 

na przyjemność. Miała po drodze umówiony las,  nieco dalej zagajnik, od lat szykowała się do tej 
randki z ptakami. 

Przenocowała w podłym i podejrzanym hoteliku przy szosie, gdzie pośpieszna, płatna miłość 

zdawała  się  stemplować  ściany.  W  lesie  w  pobliżu  małej  wsi  upolowała  lornetką  kilka  cennych 
okazów ptaków. Nad małą rzeczką wypatrzyła słowika (Luscinia sp.). 

Słynny, ale tylko ze słyszenia, rozśpiewany w literaturze, a tak trudno go zobaczyć - jest mały i 

szary. Wiedziała, że szukać należy nisko nad ziemią, że nawet gdy jest się tuż tuż, to wymyka się 

background image

oczom. Jej się nie wymknął... Potem w koronach drzew najpierw wysłuchała, a potem wypatrzyła 
dzięcioła czarnego (Dryocopus martius). Taki duży, czarny, z czerwoną „czapką”, bębnił w pień jak 
zawodowy perkusista. 

Wracała  do  hotelu  w  poczuciu  triumfu.  To  na  tej  fali  dopłynęły  do  niej  dwa  SMS-  y.  Były 

coraz  bardziej  namiętne,  w  ostatnim  całował  ją  tak  głęboko,  że  dotknął  „łechtaczki  serca”.  Nie 
spodobała jej się ta metafora. 

Do celu zajechała późnym wieczorem. Nie chciała być za wcześnie, bała się też przyjechać za 

późno.  Hotelik  nie  był  tak  przytulny  i  elegancki,  jak  wypieściła  go  w  myślach.  Czy  oczekiwanie 
musi zawsze prześcigać rzeczywistość? Znowu poczuła lęk, że spotka go w holu lub na schodach. 

Recepcjonistka nie była ładna - kobieta bez wieku z nienaturalnym uśmiechem przylepionym 

do twarzy. Wydawało jej się, że uśmiecha się, gdyż coś wie... Zapytała stanowczo - czy ten pan z 
pokoju  pięć  już  przyjechał?  Kobieta  kiwnęła  głową,  a  uśmiech  nie  znikał  jej  z  twarzy.  Poczuła 
zawód, że nie zapłacił z góry za dwa pokoje, sama chciała teraz to zrobić... ale zmieniła zdanie... 

Kiedy  odbierała  dowód  osobisty,  poczuła  paniczny  lęk  -  ona  zaraz  coś  powie,  a  to  zabierze 

przestrzeń,  którą  do  tej  pory  wypełniała  wyobraźnią!  Na  przykład...  „ten  młody  człowiek,  który 
przyjechał,  jest  taki  podobny  do...”  Na  szczęście  kobieta  nie  lubiła  mówić,  jej  słowa  pożerał 
uśmiech, który nie był zwykłym, ludzkim odruchem, raczej maską, za którą ludzie ukrywają swoje 
nieszczęście. Ale to wszystko uświadomiła sobie, idąc już korytarzem. 

Zapach,  jaki  się  unosił,  był  wonią  lasu.  Pochodził  ]  zapewne  z  pigułek  wytworzonych  przez 

chemiczną fabrykę zapachów, ale ta przesadna leśna metafora działa ś mocno na jej zmysły. Szła 
szybko, tak szybko jak można iść, nie narażając się na zarzut biegu. Mijając Jego pokój, wyciszyła 
kroki. Przystanęła, nadstawiła ucha - pokój był cichy, jakby nikt w nim nie oddychał. Zobaczyła, że 
na  szczęście  ich  pokoje  nie  stykają  się  ścianami.  W  panice  otworzyła  drzwi,  jakby  ktoś  ją  gonił. 
Mogła teraz wziąć prysznic. Wyjrzała przez okno, to był niski parter, odkryła z ulgą, że jest wyjście 
do ogrodu. To jej droga ewakuacyjna... 

Zabrała ze sobą do łazienki telefon. Wycierała się po prysznicu, gdy napisał... - „Od godziny, 

która ma jednak więcej niż 60 minut, jestem w pokoju obok. Próbuję nie oddychać. Przyjdę za pięć 
dwunasta?” „Czekam” - odpisała. 

Butelkę  wina  postawiła  na  stoliku.  Sprawdziła  żaluzje  i  zasłony  w  oknach.  Zgasiła  światło, 

zasłony  były  szczelne,  nie  widziała  nawet  własnych  stóp,  może  szkoda,  tak  ładnie  pomalowała 
paznokcie. Po kilku depilacjach jej nogi były tak gładkie, że dłoń ślizgała się po skórze. Zapaliła 
światło,  by  zobaczyć,  jak  leżą  czarne  stringi  -  ich  cieniutki  pasek  chował  się  wśród  wzgórz  jej 
pośladków. Nie były tak twarde i elastyczne jak kiedyś, ale ich owal nadal miał wdzięk. Pomyślała 
-  wyglądam,  jakbym  miała  lat  czterdzieści,  no  może  trzydzieści  dziewięć...  mam  więc  o 
dziewiętnaście  za  dużo.  Zgasiła  światło  i  poczuła,  że  bierze  ją  w  objęcia  przerażenie.  Schowała 
twarz w dłoniach, zostawiając szparkę na nos. Zapaliła lampkę, założyła czarny elegancki kostium. 

Kiedy  zadzwonił  telefon,  serce  niemal  wyskoczyło  jej  przez  gardło.  Popatrzyła  na  numer,  to 

tylko  syn.  Chciał  pożyczyć  pieniądze...  Jest  bardzo  zajęta,  zadzwoni  jutro.  Słyszała,  jak  jej  serce 
uspokaja się, by znowu przyśpieszyć. 

Ta wiadomość była od niego - „Zastukam w Twoje drzwi za kwadrans”. 
Dlaczego taka krótka... bez czułości? Był niecierpliwy, powinna to zrozumieć. Zgasiła lampkę. 

Oswajała mrok, a może to mrok ją oswajał? Hotel szeptał, pomrukiwał, skrzypiała gdzieś podłoga, 
jak  nietoperze  przelatywały  za  ścianami  ledwie  słyszalne  słowa.  Ludzie  ptaki  -  pomyślała  - 
przycupnęli w swoich tymczasowych gniazdach. Siedziała w mroku, każda minuta wpadała w nią 
jak kamień w studnię bez dna. Otworzyła po omacku butelkę wina, wypiła kieliszek. Jej ulubione 
wino  było  zaskakująco  gorzkie.  Upiję  się  ze  strachu,  tylko  tego  brakowało  -  pomyślała...  Nalała 
sobie drugi kieliszek. 

Kiedy  zapukał,  drgnęła  i  rozlała  wino.  Chciała  podejść  od  drzwi,  nie  mogła.  Zastukał 

ponownie, mocniej. Za mocno.... Dlaczego jest taki brutalny? Potykając się o krzesło, wbiegła do 
łazienki, zgarnęła swoje rzeczy i wrzuciła do torby. Pukanie było natarczywe, nawet niegrzeczne? 
Usłyszała  za  drzwiami  pomruk,  męski,  gruby,  obcy.  Drzwi  balkonu  były  uchylone.  Chłodna  noc 
polizała ją po twarzy. Kalecząc się o kolce dzikich róż, dobrnęła na parking. Samochody spały jak 

background image

owce wilgotne od wieczornej rosy. Ten wóz nigdy jej nie zawiódł, więc czemu tak mocno biło jej 
serce - czy zapali? 

Jechała  czarną  nitką  szosy,  która  wymykała  się  cienistym  szponom  drzew.  Płakała.  Była 

czyżykiem, który wzbija się wysoko, coraz wyżej, ale nie może zasnąć. 

 
 
 
 

ROZBITKOWIE 

 
 
Nie widzieli się przez rok. Pomyślał - ten rok będzie jeszcze tylko przez chwilę otwarty - ale 

zbliża  się  grudzień  i  zamknie  mu  usta  zmarzniętą  monetą  jak  zmarłemu.  To  nie  był  dobry  czas; 
zarabiał pieniądze i je tracił, chorował i zdrowiał, cieszył się i miał depresję. Polska po dziesięciu 
latach wolności też była w kratkę, usłana łatami i wyspami nowego na starym i niechlujnym tle. 

Żonę... a właściwie byłą żoną- jakoś nie ma ładnego określenia na taką osobę po rozwodzie - 

widział  po  raz  ostami  na  rozprawie  rozwodowej.  Wydawała  się  tak  poruszona,  jakby  po  raz 
pierwszy grała główną rolę na scenie teatru. Dla niej to był koniec. On uważał, że zaczyna życie od 
nowa, wkrótce jednak przekonał się, że to tylko czkawka. 

Nawet jeśli w tym sądzie rozpacz żony miała teatralne formy, to jej łzy były prawdziwe - a on 

nie czuł nic. Patrzył na kobietę - musiał mieć takiego pecha, że to kobieta była sędzią - zastanawiał 
się, jak wygląda, kiedy kopuluje ze swoim samcem. Widział ją najpierw w todze, potem bez. Kiedy 
zapytali  go,  ile  razy  zdradzał  żonę  -  powiedział,  że  siedemset  osiemdziesiąt  i  pół.  Zrobiło  to 
wrażenie na sądzie, ale za tę połówkę został upomniany. 

Zgodził się na wiele, ale nie na wszystko  -  rozwód jest z jego winy, proszę bardzo... ale nie 

zapłaci wszystkiego, czego ona od niego żąda. Nie ma mowy! I musi odzyskać obraz... nie daruje 
tego obrazu ani patelni o grubym dnie. 

Nie był w tej dzielnicy od roku. Pamiętał, jak przed laty sadzono drzewa, teraz takie duże, by 

nie powiedzieć stare. 

Otworzyła  mu  szybko,  jakby  czekała  przy  drzwiach.  Nie  spojrzała  w  oczy,  patrzyła  gdzieś 

obok, ale miał wrażenie, że oceniła jego twarz i pomyślała - postarzał się. Zrewanżował się jej tym 
samym. 

Zaprosiła go do salonu łaskawie, jakby to nie on go urządził  - miał gust do mebli i obrazów, 

czasami spierali się... choćby o tę komódkę - no i po co? 

Kiedy parzyła herbatę, zajrzał do dawnego pokoju dziecka. Nie odchodź... boję się ciemności... 

- słyszał głos synka - opowiedz mi dlaczego...? To był jego okres „dlaczego?”, niemożliwie trudny. 
„Dlaczego pytasz dlaczego?” - zapytał go kiedyś w rozpaczy. Chłopiec naburmuszył się i już więcej 
nie pytał. Trochę naburmuszony jest do dzisiaj, podobno jeden ze zdolniejszych chirurgów...  - ale 
się porobiło, porobiło się, kurwa... myśli kłębiły się w nim jak burzowe chmury. 

W  przedpokoju  wisiał  obraz,  ten,  o  którym  chciał  porozmawiać.  Podejrzewał  kiedyś,  że  to 

Jacek  Malczewski,  ale  eksperci  tego  nie  potwierdzili.  Niby  kupili  go  razem,  ale  to  on  w  małym 
antykwariacie w Przemyślu wypatrzył zakurzone płótno. Kątem oka zobaczył w kuchni patelnię. Ile 
zrobił na niej naleśników... nikt nie robi takich naleśników jak on. 

Usiadł  w  fotelu  i  postanowił,  że  nie  wyjdzie  bez  obrazu  i  bez  patelni.  Pomyślał,  mogłaby  ją 

przynajmniej schować. Ukrycie obrazu byłoby błędem, rozsierdziłoby go, ale patelnia na wierzchu 
wyglądała na wyzwanie. 

Przyniosła herbatę - nadal nie słodzisz? - zapytała. 
Chciał ją wybadać, czy  ma jakiegoś mężczyznę  - właściwie był  pewien, że nie ma... chociaż 

kiedyś podobnie był pewien, że go nie zdradza, a już wie, że zdradzała. Teraz nie obchodzi go to 
nic. Tyle było płomieni między nimi - nie został po nich nawet popiół. 

Musi  porozmawiać  o  obrazie  i  patelni,  tylko  jak  zacząć?  Milczy,  jakby  spodziewała  się 

najgorszego. Po co jej ten obraz, nie czuje malarstwa. 

background image

Patrzył na półki z książkami, widział, że podąża wzrokiem za jego spojrzeniem, ale bez lęku... 

na  książkach  jej  chyba  nie  zależy?  Nie  znalazł  „Ruchomego  święta”  Hemingwaya  -  to  jego 
ulubiona powieść, musi ją mieć na powrót. Pomogła mu: 

- Książka jest w sypialni. Weź ja sobie, jak chcesz - powiedziała chyba z żalem, może nawet z 

tłumionym gniewem. 

- Mogę? - zapytał. 
- Już mówiłam - kiwnęła głową. 
Poszedł do sypialni. Tego tu kiedyś nie było! Nie mieli typowego małżeńskiego łoża, a teraz, 

kiedy  została  sama,  kupiła  sobie  obszerną  wersalkę.  Po  co  jej  taka  wersalka?  Na  jej  oparciu 
zobaczył małego misia... siedział tam jakby nigdy nic - pomyślał - pluszowy miś... od dawna chyba 
nie robi się ich z pluszu, ale nazwa została... co to jest właściwie plusz...? Taki poczciwy miś... to 
nie jest zabawka ich synka, musiała go kupić lub dostać niedawno? 

Kiedy wyjmował książkę z półki, wydawało mu się, że miś patrzy na niego z wyrzutem  - to 

przecież jego ulubiona powieść, sam ją kupił, więc o co chodzi? Spojrzał przez okno - często kiedyś 
przez  nie  patrzył,  teraz  to  już  nie  jest  jego  krajobraz.  Tam  gdzie  widniał  pusty  plac,  wzniesiono 
biurowiec.  Dużo  w  nim  szkła,  pęknięta  szklanka,  zawsze  czuje  obawę,  że  się  skaleczy  o  taką 
architekturę. 

Wychodząc, spojrzał na misia i nagle poczuł, że łzy płyną mu z gardła w kierunku oczu. Wrócił 

z  książką  do  salonu,  przytulił  ręce  do  gorącej  herbaty,  zamknął  mocno  powieki.  Milczała,  jakby 
spodziewała  się,  że  zaraz  coś  powie  i  sprawi  jej  przykrość.  Hemingway  leżał  na  stole  jakoś  tak 
głupio, jak łup wojenny. Wypił szybko herbatę i wstał. 

- Przepraszam, muszę już iść - pocałował ją w policzek, ten policzek był chłodny. 
- Zapomniałeś książki - podała mu Hemingwaya. Wyszedł z mieszkania. Na klatce schodowej 

nie 

zapalił światła, biegł po schodach dwa piętra w dół; dziwił się, że wszystkie stopnie są wyryte 

w  jego  pamięci.  Wsiadł  do  samochodu  i  ruszył  z  piskiem  opon.  Na  najbliższym  skrzyżowaniu 
zatrzymało  go czerwone światło. Widział z tego miejsca blask w oknach, które były kiedyś jego. 
Poczuł,  że  jest  mu  zimno.  Wokół  stygły  samochody  jak  zamarzająca  rzeka.  Zabłysło  zielone 
światło... pokruszona kra ruszyła w dół koryta ulicy. Płynął z nią coraz szybciej w głąb czarnego 
miasta. 

 
 
 
 

RÓŻE I KREW 

 
 
Róże patrzyły na niego przekrwionymi oczami. Było ich podobno sto, ale jemu wydawało się, 

że jest ich o wiele więcej. Przytuliła się do jego piersi, niepewnie, jakby badała stan rzeczy. Zapach 
jej włosów przeniknął go głęboko, tak czasami przenika chłód lub wzruszenie. Nadal jednak leżał 
bez ruchu, chociaż już czuł, że nie wytrzyma z tymi różami ani chwili dłużej. Wstał, jakby chciał 
strącić  jej  głowę  -  odsunęła  się  bez  słowa.  Chwycił  wazon,  zawahał  się...  wydawało  się,  że  go 
roztrzaska. Wyniósł do przedpokoju, postawił na podłodze. Nic nie powiedziała, jakby nie zależało 
jej na tych kwiatach. 

Położył się, a ona znowu przytuliła się, słuchała albo udawała, że słucha, jak bije jego serce. 

Poczuł,  że  budzi  się  w  nim  czułość,  ale  uciekła  spłoszona  obrazem,  który  wyobraźnia  rzuciła  na 
jego brzeg. Bił ją paskiem, czerwonymi pręgami znaczył białe pośladki. Ten obraz zniknął równie 
gwałtownie jak przyszedł. Teraz nie czuł już nic, był jak pustynia o zmierzchu. Musiała usłyszeć 
spokój w jego sercu i ośmielona rozchyliła usta. Wszedł w nie swoimi, ale niepewnie... Zachęcona 
tym,  co  uznała  za  przyzwolenie,  sięgnęła  do  jego  rozporka.  Zanurzył  ręce  w  jej  włosach  i  urósł. 
Czuł  jej  szorstki  język,  zaskakująco  delikatne  zęby.  Szybko  dochodził...  był  bliski  wytrysku,  w 
panice uwolnił się od jej ust, podwinął spódnicę, zsuwając do połowy ud czarne majteczki, wszedł 

background image

w nią od tyłu. Kołysali się przez chwilę, by upaść na łóżko ze spętanymi nogami. Teraz ona szybko 
pobiegła  na  swój  brzeg.  Niestety  -  dobrze  pamiętał  -  najmocniej  przeżywała  seks,  kiedy  miała 
wyrzuty sumienia. 

Jej ciało uciszyło się i wypogodziło jak po burzy. Wyszedł mokry od jej soków. Nad łóżkiem 

stał ich wspólny zapach, gęsty, podświetlony słabym światłem lampki. 

Zawsze  tego  pragnął,  ale  dopiero  teraz  się  ośmielił...  Jej  pośladki  rozluźniły  się,  obnażając 

anus,  subtelny  jak  pyszczek  ryby.  Wszedł  tam  bez  trudu,  dziwiąc  się,  że  nie  natrafia  na  opór.  Jej 
westchnienia były jak koktajl, gdzie wymieszano rozkosz i ból, ale ból nie przeważał... więc już bez 
obaw pobiegł  do końca.  Kiedy poczuł,  że zbliża się... pomyślał  o swoim ojcu, którego widział w 
kostnicy. Martwy ojciec był zawsze niezawodny, by obniżyć wysokość płomienia. Jeśli opadał zbyt 
nisko,  wystarczyło,  że  popatrzył  na  wzgórza  jej  pośladków  kołysane  przez  wspólną  falę  i  na  ten 
centralny  punkt,  który  otulał  jego  korzeń  skórką,  delikatną  jak  w  otwartym  orzechu.  Kilka  razy 
podchodził pod brzeg i wracał... w końcu wytrysnął, mocno, brutalnie, jakby pragnął, by niesienie 
wypłynęło jej ustami. Te usta były mokre, ale jedynie śliną. Lubił smak jej śliny. 

Zasnęła cicho, ciepło i bezbronnie. Nie mógł spać. Poszedł do drugiego pokoju. Czarna torebka 

spojrzała na niego skórzanym okiem. Rozejrzał się, wstrzymał oddech, jakby nasłuchiwał, czy dom 
śpi.  Otworzył  ją,  wyjął  notatnik  w  skórzanej  oprawie.  Znalazł  kilka  imion  i  dat,  które  go 
zainteresowały.  I  fotografię.  To  było  ich  ulubione  zdjęcie.  Jej  i  jego  głowy  nachylone  ku  sobie 
stykały się skronią - teraz była na niech tylko jego... Odbitka została przedarta na pół. Jego twarz, 
nie mając punktu oparcia, pochylała się bez sensu, a czułość miała żałosny wyraz, który kończył się 
na zerwanych ścięgnach papieru. 

Był pewien - to on odciął ją... i nosi teraz w portfelu. Pozwoliła mu na to - suka! Zapach, który 

poczuł, był zapachem katastrofy, tak pachnie zburzone miasto, szpital o świcie, gdy odchodzimy od 
łóżka zmarłego. 

Schował  szczątki  fotografii  do  kieszeni  i  jeszcze  raz  przejrzał  notes.  Nagle  pochylił  się,  jak 

wędkarz, kiedy ryba daje mu znak. Zakołysał się w sobie, zamknął oczy, zapisał numer telefonu na 
kartce. Wrzucił notes do torebki jak zdechłego szczura. 

Róże stały w korytarzu - krwawiły. Zajrzał do pokoju, spała smacznie, jakby nic się nie stało. 

Wrócił  i  nie  patrząc  na  jej  torebkę,  podniósł  słuchawkę.  Męski  głos  odezwał  się  szybko,  jakby 
warował przy aparacie. 

-  Witam!  -  rzekł  mocno,  jakby  wymierzał  cios.  Ktoś  zachwiał  się  po  drugiej,  niewidocznej 

stronie. - Myślał pan, że ona dzwoni... a to tylko ja. Niespodzianka? Przykro mi. 

Oddech po drugiej stronie przyspieszył... 
- Pan o mnie wie sporo... ja o panu prawie nic, no prawie... Agata była z panem w Tajlandii, 

kiedy poleciałem do Stanów. Spotkamy się? 

Odpowiedziało mu milczenie, zakończone pytaniem: 
- Kiedy? 
- Teraz? Mogę dojechać do centrum... w kwadrans. 
- Gdzie? 
- W „Czarnej Panterze” przy cmentarzu. To pewnie burdel czynny przez całą noc... tym lepiej... 

Mnie  pan  pozna,  widział  pan  przecież  moje  zdjęcie...  słucham?...  nie...  Agata  ze  mną  nie 
rozmawiała... To mój pomysł... Śpi teraz, miała piękny orgazm... a w finale wziąłem ją per rectum, 
zna pan wystarczająco łacinę...? 

Wyczuł  po  drugiej  stronie  zapiekłą  samczą  zazdrość.  I  o  to  mu  chodziło.  Rzucił  słuchawkę. 

Teraz obaj byli pokaleczeni. 

Miał piętnaście minut, taki mały kwadrans jak naczynie z kruchego szkła. Czas, który z niego 

wyciekał,  był  zabarwiony  na  czerwono.  Jednej  z  róż  próbował  ukręcić  łepek,  nastroszyła  się  i 
skaleczyła  go  swoim  kolcem.  Wszedł  do  pokoju,  stał  nad  jej  snem  jak  na  chwiejnej  trampolinie, 
wahał się. Pragnął widzieć przerażenie w jej oczach, ale kiedy tak spała, była niewinnym ieckiem, 
jej oddech rumienił się i zaokrąglał. Dotknął palcem jej warg, spała dalej... jakby nigdy nic... 

background image

Jechał szybko, za szybko przez mroczną i wyludnioną Warszawę. Domy spały albo udawały, 

że  śpią.  Czuł  się  płonącą  pochodnią,  która  frunie  czarnymi  korytarzami.  Zwolnił  przy  bramie 
cmentarnej i pomyślał - przyjemnie byłoby nie istnieć. 

To  był  jednak  burdel  pod  przykrywką  ekskluzywnego  klubu,  a  tandetne  atrybuty  cmentarne 

nadawały mu ostateczny wygląd. Dogadał się z obsługą  - czeka na kolegę, usiądą w saloniku, na 
razie porozmawiają. 

Poznał go bez trudu. Po wyrazie twarzy... Nie podali sobie rąk. Był wyższy od niego, blondyn, 

mocno zbudowany  - pomyślał  z niepokojem  -  chyba przystojny, na szczęście z lekką skłonnością 
do tycia. Musi mieć nieco ponad trzydzieści lat, dobrze ubrany - lustrował go uważnie, wybierając 
miejsce,  gdzie mógłby uderzyć. Dawno nie rozciągał  nóg, więc trudno byłoby kopnąć w szczękę 
kogoś tak wysokiego. Nagle powiedział: 

- Nie ma lepszego miejsca na naszą rozmowę niż burdel przy cmentarzu. 
- Marny dowcip - powiedział blondyn i podciągnął dłonią do góry jasne włosy. W jego twarzy 

było coś chłopięcego. 

Usiedli. Milczenie przykryło ich szklanym kloszem. Kuso ubrana kelnerka pochyliła nad nimi 

biust, rozkołysał się, jakby zamierzał wypaść. Zamówili piwo. 

- Jak było w Tajlandii? 
- Skąd pan wie? 
- Dostałem od niej pocztówkę. 
Wyraz niedowierzania jeszcze bardziej go udziecinnił. 
- Pokażę pocztówkę... jeśli będę mógł obejrzeć skrawek fotografii, tak... ten, który pan odciął... 

Mogę pomóc... jest w pana portfelu. A tu, proszę... brakująca część. 

Położył na stole swoją odciętą głowę. Blondyn wyjął portfel i wysupłał swoją część fotografii. 
Myślał,  że  już  nie  zaboli  -  zabolało.  Wyjął  jednak  obiecaną  kartkę  z  Tajlandii,  pokazał  mu 

palmy na plaży i uroczyście przeczytał: 

„Kochany,  plaża  jest  gorąca  i  gorące  jest  morze.  I  myślę  gorąco  o  Tobie.  Jak  by  tu  było 

cudownie, gdybyś Ty był! Całuję, Agata”. 

Wsunął  kartkę  w  jego  łakomą  dłoń.  Blondyn  czytał  uważnie,  udając,  że  czyta  byle  jak... 

Zwrócił pocztówkę, po czym ruchem skąpca zabrał ze stołu swój skrawek fotografii. 

- Żałowała pana... dlatego napisała - powiedział. 
Nie potrzebował  niczyjej  litości. Znowu poczuł niechęć, nawet  nienawiść do tego człowieka. 

Niech  jeszcze  raz  mnie  sprowokuje...  jedno  nieostrożne  słowo...  bulgotał  w  nim  gniew.  Blondyn 
zamknął się w sobie, jakby nic go nie obchodził jego gniew. 

- Dupek... ale z pana dupek - powtórzył. 
- Po to mnie pan tu ściągnął...? 
- Jest jeszcze kilka rzeczy, które chcę powiedzieć. 
- Nie muszę tego słuchać! 
Blondyn  wstał,  chciał  płacić  rachunek!  Zaprotestował,  nie  pozwoli,  by  jakiś  dupek  za  niego 

płacił. Nagle zwarli się ze sobą jak dwa zjeżone psy. 

Pojawił  się  ochroniarz,  ponury  typ  podobny  do  kłody  drzewa,  której  siekierą  zrobiono  kilka 

nieznacznych  wcięć.  Rozdzielił  ich  z  trudem,  lecz  pewnie,  jak  siłacz,  który  odgina  dwie  części 
podkowy. 

-  To  jest,  kurwa,  porządny  lokal...  jak  się  bić,  to  na  cmentarz  -  zachrypiał.  Usadził  ich  na 

krzesłach - a jak się pije tylko piwo bez panienek, to nie będzie zgody... Dwie czyste! - wrzasnął do 
kelnerki. 

Nie chcieli pić, ale wypili. Przysiadły się do nich dziewczyny, szybko zmyły się spłoszone ich 

ponurymi minami. Potem przysiadły się dwie następne - ich już nie odprawiali. 

Poszli razem, ale do dwóch osobnych pokoi. Wrócili po godzinie z niewyraźnymi minami, jak 

po badaniu prostaty. 

O  trzeciej  w  nocy  byli  już  przyjaciółmi,  nie  szkodzi,  że  była  to  przyjaźń  pijacka  -  dlaczego 

mamy  ją  cenić  mniej  od  innych?  Uścisnęli  sobie  dłonie,  a  ich  imiona  wypłynęły  na  wierzch, 
pokazując miękki brzuch. 

background image

W  alkoholowym  zamęcie  patrzyli  na  dwie  kręte  ścieżki,  które  wytyczyła  im  dziewczyna, 

unikały punktów stycznych - zetknęły się dopiero dzisiaj. 

Wezwali dwie taksówki, wgramolili się do jednej. Nie wiadomo, kto podał kierowcy adres. 
Zanurzyli się w milczeniu jak w beczce ze smołą. 
Znowu jacyś pojebańcy - pomyślał taksówkarz i podłożył nóż sprężynowy pod udo. 
Zapłacili, wysiedli, taplając się w kałuży nieporadnie jak to pijani, potem wytrwale patrzyli, jak 

znika światło taksówki, okręt pogrążający się w odmętach nocy. 

Niebo  było  pełne  gwiazd.  Tej  nocy  gwiazdy  były  jadowite  jak  szerszenie.  Wirowały  z  taką 

mocą, że chwycili się swoich ramion, by nie upaść. W samym środku tego kosmicznego wiru stał 
dom jak betonowe pudełko zapałek. 

Mocował się przez chwilę z kluczem - dorobił go po kryjomu w dniu, kiedy poczuł, że ją traci. 

W domu było ciepło i sennie. 

Blondyn  nie  chciał  wchodzić.  Może  lepiej,  że  ten  palant  zostaje  -  pomyślał,  wkraczając  do 

pokoju. W pokoju nie było nikogo. Zapalił górne światło, jego blask obierał go ze skóry. 

Łóżko było pościelone. Przebiegł wszystkie pokoje. 
Dom był pusty. Jej ulubiony piesek maskota siedział jak zwykle na fotelu. Chwycił go i ukręcił 

mu łepek. A róże zniknęły. 

Blondyn siedział na progu. 
- Znalazłeś tę kurwę? - pytał, nadając z trudem temu słowu właściwy kształt. To chyba nie był 

wyraz, którego chciał użyć. 

Usiadł obok niego na schodku i pokręcił przecząco głową. 
Był już świt. Spali na progu domu, odchyleni w dwie strony, jakby nawet przez sen obawiali 

się przesadnej bliskości. Obudził ich samochód. W bramie stała kobieta, ubrana w czarny elegancki 
kostium, bez maski makijażu, za to z maską niewyspania na twarzy. Stanęła przy furtce i patrzyła 
niepewnie w stronę ganku. W zaciśniętej dłoni trzymała telefon komórkowy... 

-  Mateusz  -  powiedziała  słabym  głosem,  stając  na  palcach.  -  Mateusz,  co  tu  robisz,  czemu 

twoja komórka milczy...? 

Blondyn zerwał się na równe nogi. On też wstał. 
- Kto to? - zapytał. To było głupie pytanie, wiedział, że to jego żona. 
Blondyn  poprawiał  zgniecioną  marynarkę,  wyjął  z  kieszeni  krawat,  chciał  go  wiązać.  Nie 

zawiązał, gdyż z drugiej strony ulicy zajechała taksówka. 

- No tak, mamy teraz moją starą- mamrotał, próbując połknąć kaca. 
Tleniona blondyna była zbyt wzburzona, by zwrócić uwagę na drugą kobietę. Lekka nadwaga 

obdarzyła  jej  postać  łagodnymi  zaokrągleniami,  maskując  oczywistą  dzikość  wątroby.  Kopnęła  w 
furtkę i wbiegła do zaniedbanego ogrodu. 

-  Będzie  cyrk,  trzymaj  się  -  wymamrotał  do  siebie,  a  potem  spokojnie  powiedział:  -  Daj  ty 

spokój, nie rób afery, upiłem się, to wszystko... 

Nie chciała spokoju. 
- Upiłeś się... z dziwką, co mnie obudziła o świcie...?! 
-  Do pani też dzwoniła jakaś dziewczyna? - nieśmiało zapytała kobieta w czarnym kostiumie. 
Nie dostała jednak odpowiedzi. 
Słowa  nie  chciały  już  więcej  rodzić  się  w  mdłym  i  wilgotnym  świetle  poranka.  Szli  do 

samochodów  prowadzeni  pod  rękę  przez  swoje  żony.  I  odjechali,  każdy  w  stronę  swego 
przeznaczenia. 

 
 
 
 
 
 

GŁOWA 

 

background image

 
Już jako mały chłopiec był zafascynowany, co dziewczynki mogą mieć między nogami? Wtedy 

poznał  jedynie  oszałamiają  tajemnicę  dziewczęcych  majtek,  gdy  te  niedostępne,  małe  istoty 
przewijały się na podwórkowym trzepaku. Leżał w łóżeczku i nie mógł zasnąć, a w kosmosie jego 
wyobraźni  płynęły  wyobrażenia  tajemnic  dziewczęcej  płci,  kosmiczne  statki  o  fantastycznych 
kształtach. Przyszedł jednak dzień, gdy począł namacalnie wędrować szlakami tajemnicy. 

Podróż  zaczęła  się  od  pani  Jasi,  gospodyni  domowej,  którą  jego  matka  znalazła  w  bałaganie 

mazowieckiej wsi, w nadziei, że zaprowadzi porządek w domu. Ta prosta  kobieta zapoznała go z 
tajnikami  dojrzałej,  jeśli  nie  przywiędłej  damskiej  tajemnicy,  po  czym  odeszła  w  dal,  którą  nie 
wiedzieć czemu nazywa się siną, ze srebrnym serwisem pod pachą. Wtedy wszystkim dziewczętom 
wytrysnęły biusty i urosły łonowe grzywy. 

Potem już sam uwodził kobiety albo je kupował. Było w nim coś takiego, coś tak gęstego, że 

przyciągał płeć żeńską, jakby wydzielał ukryty zapach, którym zniewalał swoje ofiary. Potem one 
szybko i gwałtownie odchodziły, porażone czymś dzikim, czego nie pojmowały, a co musiało być 
brakiem miłości. Te gwałtowne odejścia nie bolały go, czasami tylko czuł smugę żalu, podobną do 
przeciągu  w  ciemnym  korytarzu,  gdy  ktoś  na  chwilę  otworzy  drzwi.  Był  to  zapewne  żal  pająka, 
który nie zdążył wyssać całego miąższu z ofiary. Utrzymywał związki z kilkoma kobietami naraz, 
co zapewne było jednocześnie urozmaiceniem i zabezpieczeniem. 

Z  czasem  zacierały  mu  się  oblicza  płci  kolejnych  kobiet,  w  jeden  gorący  punkt  zlewała  się 

chwila,  gdy  zatracał  się  w  bezkresnych  i  pierwotnych  równinach  pleców,  po  których  biegła 
jaszczurka języka. Pamiętał smak słodkiego soku wyciskanego z owoców piersi, mroczne i duszne 
kłębowisko  wstydliwych  włosów.  Zbierał  wspomnienia  i  pamiątki,  które  mogły  pobudzać 
marzenia. Był właścicielem imponującej kolekcji łonowych włosów, miał takie trofea jak: damskie 
majteczki, pierścionki, parasolki, kapelusze. Doprawdy nie ma takiej rzeczy, której kobieta nie jest 
w stanie zostawić po szalonej nocy. 

Uprawiał  też  zawzięcie  i  upiększał  sztukę  masturbacji.  Marzył,  by  zaznać  smaku  oralnego 

seksu  z  samym  sobą.  Podjął  intensywną  gimnastykę  i  nawet  zaczął  uprawiać  jogę.  Chociaż 
zdecydowanie  zbliżył  się  do  swojego  celu,  brakowało  mu  jednak  kilku centymetrów,  aby  spełnić 
swe autoerotyczne pożądanie. 

Każda niedyspozycja organu rozkoszy napawała go panicznym lękiem, wystarczyła krostka na 

napletku,  małe  obtarcie  lub  przekrwienie  żołędzi.  Reagował  jak  malarz  na  groźbę  utraty  wzroku, 
muzyk  zalękniony,  że  ogłuchnie.  Chadzał  do  kilku  lekarzy  wenerologów,  których  odwiedzał  na 
zmianę - żadnemu do końca nie ufał. 

Przyszła  jednak  chwila,  kiedy  oddech  niepokoju  zagnieździł  mu  się  w  płucach  i  zaraził  sobą 

wszystkie następne. Odkrył z przerażeniem, że zwierzątko jego seksu już nie chce podnosić swojej 
główki.  Zaczął  unikać  kobiet  i  marzeń.  Przestał  chodzić  do  pracy.  Coraz  dłużej  spał,  sny  miał 
bezwonne, budził się przyssany do sflaczałej i suchej piersi poranka jak wielkie głodne niemowlę. 

Tego  dnia  padał  deszcz,  a  tysiące  kropel  uderzało  w  parapet  -  koncert  natury  żegnał 

odchodzące  lato.  Czuł  w  sobie  puste  miejsce,  wąskie  i  długie  jak  szyb  osierocony  przez  windę, 
która  powinna  rozwozić  mniej  lub  bardziej  fikcyjne,  ale  zawsze  życiodajne  poczucie  sensu 
istnienia. Od tego miejsca wiało szczególnie przenikliwym chłodem. 

Przejrzał swoją kolekcję, jak dorosły przypomina sobie znaczki z dzieciństwa. Zamknął oczy, 

by  przywołać  jakieś  bardziej  jędrne  i  cielesne  wyobrażenie  z  muzeum  wspomnień...  ale  to,  co 
przyszło, było wyleniałe, suche jak wiórek. 

Powlókł  się  do  łazienki,  by  ogolić  kilkudniowy  zarost.  Odsłanianie  twarzy  sprawiało  mu 

przykrość. Chociaż unikał własnego oblicza, dostrzegł, że nie wygląda ono tak samo jak niegdyś. W 
miarę golenia patrzył na siebie z coraz większym skupieniem. Ta twarz była jego, lecz niezupełnie. 
O  ileż  łatwiej  byłoby  wykrzyknąć  do  lustra  -  to  nie  ja,  nastąpiła  pomyłka,  oddaj  mi  moją  twarz! 
Oblicze było jednak nadal jego bezsporną własnością, chociaż oddalało się od dawnej podobizny, 
powoli, lecz nieubłaganie jak okręt, który odpływa od nabrzeża. Łysiał już od dawna, teraz jednak 
nie  znalazł  ani  jednego  włoska  na  głowie...  zmienił  się  też  jej  kształt  i  coś  jeszcze...  co  chyba 
najważniejsze, ale nieuchwytne. 

background image

Poszedł  do  kuchni  uspokoić  się  gorącą  herbatą.  Wilgotna,  lepka  substancja  na  czole  to  tylko 

pot.  Pił  herbatę,  parząc  sobie  podniebienie.  I  wrócił  do  łazienki.  To  była  jego...  chociaż  nie  jego 
głowa.  Zmusił  się  żelazną  siłą  woli,  by  patrzeć  na  siebie  uważnie.  Nie  miał  już  wątpliwości... 
Głowa zaczęła upodobniać się do... męskiego członka. 

Kilkakrotnie  odchodził  od  lustra,  aby  do  niego  wrócić.  Potem  mył  głowę  w  gorącej  wodzie, 

używając  całej  butelki  szamponu,  robił  to  gwałtownie,  jakby  chciał  najpierw  rozpienić,  a  potem 
zmyć  ten  szokujący  obraz.  Wycierając  się,  nagle  poczuł,  że  odnajduje  dawny  i,  zdawało  się, 
zagubiony na zawsze zalążek przyjemności, tę małą pesteczkę, która dotykana i pocierana zaczęła 
rosnąć.  Masował  głowę  ręcznikiem  zniewolony  tym  narastaniem.  Nagle  zadzwonił  domofon. 
Spojrzał w lustro. Głowa stała obnażona i nabrzmiała, a teraz nagle spłoszona więdła w oczach, by 
osiągnąć względnie przyzwoite, godne głowy wymiary. 

Dzwoniła pani Flora, listonosz, której nie udało mu się uwieść przed rokiem, niosła poleconą 

przesyłkę.  Szamotał  się  przez  chwilę  z  ręcznikiem,  otwierając  drzwi,  odruchowo  włożył  czapkę. 
Pani Flora stała ze swoją torbą, jakby od lat była w ostatnim miesiącu ciąży. 

- Czytelny podpis - powiedziała jak zwykle, a on jak zwykle podpisał się nieczytelnie. - Zimno 

panu? - zapytała kobieta, patrząc na jego czapkę. 

- Głowa mnie boli. Pokiwała swoją, poprawiła torbę. 
- Czy to widać? - zaniepokoił się. 
-  Co  ma  być  widać,  to,  że  pan  nieswój,  to  widać...  ale  rączki  przy  sobie  -  powiedziała  nieco 

zalotnie mundurowa, pamiętając o jego awansach sprzed roku. Pod uniformem listonosza kryło się 
jednak miękkie kobiece serce, które po kryjomu żałowało zeszłorocznej odmowy. 

- Chce pani, abym zdjął czapkę? 
- A co mi tam, jak chce, to niech zdejmie. 
- Jesteś pewna, Florciu? 
Cofnęła się spłoszona tym czułym, osobistym tonem, i pewnie z tego zdziwienia przytaknęła. 

Wysupłał  gorączkowo  głowę  z  czapki.  Wtedy  poczuł,  jak  ona  rośnie,  jak  nabrzmiewa.  Zamknął 
oczy i pozwolił, by wysoko pod wilgotne, jesienne niebo uniósł go krzyk kobiety. 

 
 
 
 

TAJEMNICA 

 
 
W dniu swoich czterdziestych urodzin zamknął duży projekt dla swojej firmy. Jakby te okrągłe, 

chłodne i deszczowe urodziny były jakimś sukcesem. Po raz pierwszy od wielu lat wziął urlop, ale 
na  razie  nigdzie  nie  wyjedzie.  Po  tym  całym  zagonieniu  przyjemnie  będzie  spotkać  się  ze  sobą. 
Rozpoczął się pierwszy niedzielny ranek tego spotkania. 

Apartament,  który  niedawno  kupił  na  dwudziestym  piętrze  luksusowego  bloku,  miał 

panoramiczne  okna,  które  otwierały  widok  na  jesienną  Warszawę.  To  miasto  bez  liści  jest 
bezbronne jak naga i podstarzała kobieta. Gdzieś tam pod siwym dachem horyzontu, zdawało mu 
się, że widzi swoje dawne mieszkanie, gdzie snuje się smutek jego byłej żony. Rozwiódł się z nią 
trzy lata temu. To rozstanie nadal boli. W sądzie wziął całą winę na siebie, by po latach ujrzeć, że 
żona równie ciężko zapracowała na rozpad ich związku. 

Niedawno, patrząc w lustro, nagle przemówił do swego odbicia - jestem zamożny! Dotychczas 

nie miał czasu, by to zauważyć. Amerykańska firma, dla której pracował, wymagała wiele i wiele 
płaciła.  Stojąc  przy  oknie  za  plecami,  czuł  swoje  mieszkanie,  pachnące  nowością,  przestronne, 
urządzone  przez  znajomego  projektanta  wnętrz.  W  dole  marszczyły  się  dachy  budynków,  dalej 
snuła  się  nitka  Wisły  -  pomyślał,  że  wygląda  jak  żylak.  Zasiadł  w  swoim  fotelu.  Poczuł,  jak 
niepokój znika, a w jego miejsce rozsiada się leniwa pustka. 

Każde  życie  jest  zagrożone  przez  pustkę,  dlatego  tak  maniacko  wypełniamy  je  krzątaniną, 

tysiącami  pozorów,  głupstwami,  które  udają,  że  są  ważne.  Jakby  nigdy  nic  snujemy  plany  na 

background image

przyszłość, mądre, ale ślepe pająki. Są jednak chwile, gdy jak w blasku błyskawicy widać, że każdy 
z nas jest tylko małą, mięsną kulką obdarzoną oczyma i mózgiem, na cienkiej nitce zawieszonej w 
niczym.  Tak  czuł  się,  wisząc  nisko,  a  zarazem  wysoko,  jakby  szczyt  był  wierzchołkiem 
wywróconym do góry dnem. 

Kiedy  serce  zamieniało  mu  się  w  sopel  lodu,  próbował  je  zwykle  rozgrzać  erotycznym 

wspomnieniem.  Ale  teraz  nie  mógł  się  skupić,  myślał  o  kilku  kobietach  naraz,  przenikały  się, 
pojawiały  się  ze  swoją  płcią,  udami,  ustami,  seksualna  hybryda.  W  końcu  pomyślał  o  Krystynie, 
czy pragnął jej jeszcze? Wyjechała na kilka dni, są razem, a jednak coraz bardziej osobno. Kiedy 
mieszka się w dzielnicach oddalonych przez brak czasu, erotyka staje się bezwonnym luksusem. 

Przeszedł się nerwowo po pokoju i ponownie zasiadł w fotelu, by zapalić fajkę. Miał ochotę z 

kimś  porozmawiać.  Przejrzał  notes,  od  razu  trafił  na  kilku  zmarłych.  W  notesie  martwi  prawie 
niczym  nie  różnią  się  od  żywych.  Nie  potrafił  skreślać  tych,  co  odeszli,  w  lęku,  że  nadal  jednak 
trochę  żyją.  Wstał,  by  otworzyć  pocztę  internetową,  ale  spłoszył  go  nadmiar  listów,  na  które 
powinien odpowiedzieć. Zgasił komputer. 

Przejrzał  „Rzeczpospolitą”  -  oduczył  się  czytania,  on,  który  kiedyś  nałogowo  czytał  książki, 

teraz  tylko  przegląda  prasę,  przebiega  przez  kilkanaście  telewizyjnych  programów.  Nagłówki 
politycznych tekstów przyprawiają go o mdłości. 

Wystukał  popiół  z  fajki,  wstał,  rozejrzał  się  jak  widz,  który  w  tłoku  po  spektaklu  szuka 

najlepszej drogi wyjścia. Wrzucił na siebie sportową kurtkę, wyszedł z mieszkania i ruszył w stronę 
windy. 

Kiedy  odprowadzony  czujnym  spojrzeniem  strażnika  minął  ogrodzenie,  znalazł  się  w  innym 

świecie.  Mieszkańcy  tego  budynku,  wyspy  zanurzonej  w  nie  najlepszej  dzielnicy  miasta,  rzadko 
opuszczali  swoją  luksusową  twierdzę  inaczej  niż  samochodem.  W  bramie  pobliskiego  domu, 
którego  skóra  była  chora  na  świerzb,  ujrzał  grupkę  pijaków.  Rozpoznał  kilka  twarzy,  z  każdym 
miesiącem bardziej opuchniętych, czerwonosinych. Alkoholicy w tym mieście tworzyli małe stada 
podobne do drapieżników, którym  alkohol rozmiękczył  kły i  połamał  pazury, nie byli  agresywni, 
gaworzyli ochrypłymi głosami, które nie trzymały się swoich dawnych form. Pomyślał - ci polscy 
pijacy mają w sobie jakąś małą metafizykę, postrzępione supełki na duszy i kolorowe szkiełka po 
stłuczonych  narodowych  butelkach.  Byli  na  wykończeniu,  ale  żywotni  ponad  miarę,  chwilami 
nawet zazdrościł im dobrego humoru i stadnej solidarności. 

Kilka  razy  przystawał,  jakby  prowadził  psa  na  niewidzialnej  smyczy.  Nie  wiedział,  chce  iść 

dalej, czy wracać? Pomyślał - tak ciężko pracuję dla świata, który już nie jest mój. 

W drodze powrotnej, tuż przy bramie, spotkał dziewczynę. Ona też wydawała się rozbitkiem. 

Kiedy  strażnik  otworzył  drzwi,  weszła  pewnie  do  środka,  jakby  mieszkała  tu  od  dawna.  Nie 
pamiętał jednak jej twarzy. Wyglądała na dwadzieścia lat z przecinkiem, który  w tym wieku jest 
ruchomy i ledwie widoczny. Należał do mężczyzn, który mają wpisany w siebie odruch oceniania: 
ładna, brzydka, zgrabna... Wymykała się takiej definicji. A to,  co uznał  za małe zaniedbanie... to 
chyba ślad po łzach? 

Wszedł do windy... po chwili wahania ruszyła jego śladem. Pomyślał  - co za czasy, nawet w 

windzie takiego domu dziewczyna boi się mężczyzny o łagodnym wyrazie twarzy. 

Była  szczupła,  zgrabna  -  lubił  takie  dziewczyny.  Smukłość  ukrywa  w  sobie  więcej  napięcia, 

miewa  cięciwę  i  strzały,  na  które  wrażliwe  było  jego  serce.  Szedł  za  nią  cień  smutku,  taki  cień 
zawsze  go  intrygował.  Kiedy  wybrał  swoje  piętro,  ona  po  chwili  wahania  zdecydowała  się  na 
następne.  Na  tym  ostatnim  ulokowano  jedynie  kilka  biur,  zamkniętych  tego  dnia.  Teraz  był  już 
pewien, że nie mieszka w tym domu. 

Winda  narusza  naszą  prywatną  przestrzeń,  kiedy  są  w  niej  tylko  dwie  osoby,  które  się  nie 

znają,  problem,  co  robić  z  oczami,  urasta  do  dramatycznych  wymiarów.  Ludzie  muskają  tylko 
wzrokiem  okolice  twarzy,  unikając  intymności  oczu  -  tylko  czasami,  niby  przypadkiem,  zamiotą 
coś rzęsami. Miała ładne oczy i kasztanowe włosy, których kolor wydał mu się naturalny. 

Wychodząc,  powiedział  -  dziękuję  -  odpowiedziała  milczeniem.  Stał  chwilę  przed  drzwiami 

swego mieszkania, jakby  nie był  pewien,  czy  chce wejść? Nie mógł  obrócić klucza, czyli znowu 
przez nieuwagę zostawił otwarte mieszkanie. 

background image

Postanowił zaparzyć herbatę, nalał wody do elektrycznego czajnika, ale myśl o nieznajomej nie 

dawała mu spokoju. Teraz był już pewien - jedynie dzięki niemu weszła do domu, bezwiednie ją tu 
zaprosił,  jest  zagubiona  i  nieszczęśliwa.  Nie  wiedział  dlaczego,  ale  czuł  się  jakoś  za  nią 
odpowiedzialny... 

Wyjrzał na korytarz - stała przy oknie z rozłożonymi ramionami, jakby chciała objąć krajobraz. 

Wyczuła jego spojrzenie. Obejrzała się. Nie zdążył się schować... trochę zawstydzony, powiedział: 

- Ja też lubię ten widok, ma więcej nadziei niż ten z moich okien. 
- Nie widzę tu żadnej nadziei, może latem? - mówiła cicho, ale stanowczo. 
- To już jest kwestia usposobienia. Pani jest, podejrzewam, osobą melancholijną. 
- Zdarza się - powiedziała nieco opryskliwie, jakby chciała zakończyć rozmowę. 
- To nie jest dobra pora roku, największy optymista ma w listopadzie złe chwile... 
Zapadło  milczenie,  które  szybko  stawało  się  niezręczne.  Za  to  milczenie  też  czuł  się 

odpowiedzialny. 

-  Mam  optymistyczną  herbatę,  nazywa  się  „radość  życia”,  spróbuje  pani?  Wiem...  nie znamy 

się,  czasy  są  takie,  że  strach  zawierać  przypadkowe  znajomości,  nawet  w  imię  radości  życia,  ale 
tym bardziej czasami powinniśmy... 

Milczała. Poczuł się jak clown w cyrku, któremu nie wyszedł numer. 
- OK - powiedziała, jakby wrzucała kamień do studni. 
Weszła do mieszkania nieufnie - kot, który bada nowe pomieszczenie. Usiadła w fotelu, w jego 

ulubionym. Poczuł mały dyskomfort z tego powodu. 

Nastawił czajnik, który szybko rozszumiał się. 
-  Jakoś  zimno  tu  -  powiedziała,  rozglądając  się  po  ścianach  i  chowając  głowę  w  ramionach. 

Domyślił się, że mówi o obrazach. 

- Tu wisi kilku czołowych polskich malarzy - wyjaśnił. 
- Musiało być im zimno, kiedy malowali - zauważyła sarkastycznie. 
Przełknął to nadspodziewanie łatwo, a przecież był dumny ze swojej kolekcji. 
- Zresztą... to wszystko nie ma znaczenia - dodała, jakby z lekkim żalem. 
Podał herbatę. Pijąc, trzymała oburącz kubek jak jego pierwsza dziewczyna. Być może właśnie 

to wzruszające, bliźniacze podobieństwo gestu skłoniło do go szczerości. 

Zaczął opowiadać o historii kupna mieszkania, o swoim rozwodzie, nawet o pracy. Zwykle nie 

był wylewny, a teraz czuł nieprzepartą chęć, by na wtulone w siebie kolana tej nieznajomej wylać 
jakiś  kawałek  swojego  życia.  Oswoić  ją,  obłaskawić,  nawet  rozczulić  -  tego  dnia  bardzo 
potrzebował bratniej duszy. 

Słuchała, jakby przycupnięta w sobie, nagle poprawiła włosy, a wtedy jej brązowe oczy nabrały 

blasku.  Jednak  z  całej  jej  postaci  biło  jakieś  nieszczęście.  To  też  otwierało  wrota  jego  zwierzeń. 
Ludzie w nieszczęściu są bezbronni, wydają się więc niegroźni dla naszej własnej bezradności. 

-  Jakoś  tak  dziwnie  się  porobiło...  nigdy  jeszcze  w  życiu  nie  miałem  równie  pewnej,  dobrej 

sytuacji materialnej, a czuję się bardziej idiotycznie biedny niż kiedykolwiek. 

- Dlatego zostałam zaproszona? - zapytała płasko. 
- Tak - powiedział po chwili wahania - wyczułem pani samotność. Dwie manie nie znoszą się 

nawzajem, dwie histerie tym bardziej, a kłopoty... tak. 

Nie  zaprzeczyła.  Miał  jednak  wrażenie,  że  czuje  się  nieswojo,  jakby  nie  mogła  przetrawić 

bliskości,  która  wytworzyła  się  bez  jej  woli  między  nimi.  Pokazał  jej  małego  słonika  z  kości, 
którego przywiózł z Afryki, starą rycinę i kilka fragmentów glazury z Holandii z czasów Vermeera, 
nieprzyzwoitą  rzeźbę  z  Tajlandii...  i  nawet  czarnego  kota,  z  wygiętym  grzbietem,  zabawkę  z 
dzieciństwa.  Opowiedział,  jak  w  stanie  wojennym  założył  podziemne  pismo  studenckie,  za  co 
wylano go z uczelni, którą ukończył z opóźnieniem, dopiero po latach. 

- Mieliśmy wtedy o co walczyć - powiedział z dumą, i zamilkł, jakby chciał od niej usłyszeć, 

co łatwo można usłyszeć od młodych - my już nie mamy o co walczyć, najwyżej o pieniądze. 

Nie powiedziała tego. Zamknęła się w sobie mocno, jakby miała już nigdy się nie otworzyć. 

Bez pytania dolał jej herbaty, piła ją w skupionym milczeniu. 

background image

Wstała,  by  zbliżyć  się  ostrożnie  do  zwisającego  bluszczu,  który  już  nie  może  ukąsić,  potem 

śmielej  obejrzała  kilka  kwiatów;  widać  było,  że  coraz  gorzej  znoszą  złe  traktowanie,  brak  wody 
albo  jej  nadmiar.  Fikusowi  oberwała  kilka  uschniętych  liści,  podlała  wszystkie  pnącza.  Robiła  to, 
nie pytając o pozwolenie, jak ratuje się rannych. Poczuł wzruszenie, nawet łzy w oczach. Usiadła i 
wtuliła  się  głębiej  w  fotel,  jakby  chciała  zasnąć  w  jego  skórzanych  ramionach.  Wtedy  poczuł 
pewność,  że  nosi  w  sobie  tajemnicę,  wokół  niej  jest  skupiona.  Zamknęła  na  chwilę  oczy  i 
otworzyła, jakby sprawdzała, czy świat wokół jest naprawdę. Dopiero teraz odniósł wrażenie, że po 
raz  pierwszy  mu  się  przygląda,  dyskretnie  i  uważnie,  a  potem  zerka  w  stronę  drzwi,  jakby  na 
wszelki wypadek mierzyła w myślach odległość, kreśląc drogę ucieczki. 

Zanurzył  się  w  fotelu.  Milczenie,  które  od  jakiegoś  czasu  zaległo  między  nimi,  na  początku 

nieznośne, nagle przybrało inną barwę i zdawało się na swoim miejscu. Zamknęła oczy, a on też 
poczuł wielką senność. 

Był bliski drzemki, kiedy ich stopy zetknęły się ze sobą, by odskoczyć w popłochu. Po chwili, 

nie otwierając oczu, położył  dłoń  na jej dłoni.  Drgnęła jak schwytany  pięciopalczasty motyl.  Nie 
próbowała jednak uciec - przestraszony owad. Miał zawsze ciepłe ręce. Po kilku minutach poczuł, 
że  jej  dłoń  topnieje.  Kiedy  była  równie  ciepła  jak  jego,  podniósł  ją  delikatnie  i  podzielił  na  pięć 
palców. Stawiały niewielki opór, by zupełnie ulec. 

- Pragnę cię - powiedział, ale to nie była prawda. Był tylko jej ciekaw. 
-  Mogę  to  zrobić  ręką  -  powiedziała  rzeczowo.  Rozpięła  mu  rozporek. Pieściła  go  wprawnie, 

jak w publicznym miejscu, gdzie pośpiech jest wskazany. 

Kiedy szczytował, umiejętnie zamknęła i otworzyła rękę. Nasienie pieczołowicie zgromadziła 

w  obu  dłoniach  i  ostrożnie  wstała,  by  obdarzyć  nim  doniczkę,  gdzie  szarzała  sucha  ziemia  po 
niedawno zmarłej roślinie. 

Tak  bardzo  chciał  się  do  niej  przytulić,  ale  poszła  umyć  ręce.  Poczuł  się  opuszczony,  nawet 

wykorzystany.  Zapinając spodnie, pokuśtykał do  drugiej łazienki. Poprzez szum  wody słyszał,  że 
wróciła,  rozmawiała  przez  telefon.  Usiadł  na  brzegu  wanny,  czekał,  by  skończyła,  nie  chciał  jej 
przeszkadzać. I była mu też potrzebna chwila samotności, może po to, by zbadać, jak bardzo czuje 
się teraz niezręcznie? 

Kiedy  wrócił  do  pokoju,  zobaczył,  że  słuchawka  przenośnego  telefonu  leży  na  dywanie,  jak 

przedmiot rzucony w popłochu. Zajrzał do sypialni. Głuchą pustką świecił korytarz. Dlaczego jest 
otwarty balkon? 

Wyjrzał przez okno. Mrówki i ludzie tak samo zachowują się, kiedy z nieba spada owad albo 

listek - biegną ku przybyszowi. Nie spojrzał tam po raz drugi, zamknął oczy i zobaczył ciszę. 

Osunął  się  na  fotel.  Całym  sobą  próbował  nie  myśleć,  jak  mogą  teraz  wyglądać  jej  oczy, 

dłonie, włosy... Spojrzała na niego słuchawka telefonu. Podniósł ją ostrożnie jak narzędzie zbrodni. 
Położył palec na klawiszu „redial”, po chwili wahania... przycisnął. 

- No i co!? - głos młodego człowieka nie brzmiał łagodnie. Milczeniem odpowiedział na jego 

uporczywe  -  halo!?  Do  kurwy  nędzy,  nie  strasz  mnie...  bardzo  cię  proszę,  nie  lubię,  jak  się  mnie 
straszy, nie znoszę  - złościł się chłopak  - odezwij się, no dobrze, możesz się nie odzywać, ja się 
tam,  kurwa,  nie  boję...  możesz  to  zrobić,  jak  chcesz,  no  zrób  to,  bardzo  proszę...  Dorotka,  jesteś 
tam... 

- Nie ma. Ona to zrobiła - powiedział spokojnie. Wyłączył telefon i rzucił brutalnie słuchawkę 

w kąt. Była przecież współwinna, ona też. 

Podszedł  do  doniczki.  Na  suchej  martwej  ziemi  widniał  wilgotny  ślad,  jak  zalążek  nowego 

życia  na  ziemi  jałowej.  Jeszcze  jedno  złudzenie  -  pomyślał.  I  spazmatycznie  zapłakał.  Płakał 
strumieniem, potem rzeką, by dotrzeć do morza. 

 
 
 
 

ZAZDROŚĆ 

 

background image

 
Popatrzył  na  zegarek.  Nie  był  zadowolony  z  tego,  co  zobaczył.  Jadwiga  powinna  być  już  w 

domu! Znowu poczuł lęk, gdzieś w okolicach słonecznego splotu. Najlepiej zadzwonić do pracy i 
dopytać się, kiedy wyszła? Ale trochę było mu wstyd... mówiąc bardziej precyzyjnie, wstyd był na 
razie większy niż niepokój. Zamiast telefonować, poszedł się wysiusiać. Jak zawsze do umywalki. 
Tylko  tak  prawdziwy  mężczyzna  może  się  porządnie  wysikać,  bez  ryzyka  kompromitacji.  Potem 
przejrzał  jej  stare  torebki.  Znalazł  kilka  nieważnych  biletów  autobusowych,  pogniecioną,  zieloną 
chusteczkę... czy nie miała jej przy sobie, kiedy spotkali się po raz pierwszy? Jest coś bezgranicznie 
smutnego w pustych damskich torebkach, są jak mieszkania po zmarłych. 

Usłyszał  chrobot  klucza  w  zamku.  Usiadł  w  fotelu  i  udawał,  że  studiuje  gazetę.  Kątem  oka 

przeczytał  nagłówek  -  „Czy  mafia  rządzi  Polską?”.  Kupował  czasami  narodowe  pisemka  - 
przesadzają,  ale  część  spisków  musi  być  prawdziwa.  Jak  inaczej  wytłumaczyć,  że  ten  kraj  się 
sypie?! 

- Gdzie byłaś? - zapytał. 
Tłumaczyła  się,  ale  jak  zwykle  marnie  -  fryzjerowi  zepsuł  się  aparat  do  suszenia  włosów, 

dlatego trwało to tak długo. Pomyślał, że też właśnie ona musi mieć zawsze takiego pecha? Ma niby 
nową  fryzurę,  ale  wygląda  to  na  krótki  fryzjerski  numerek...  co  robiła  potem?  Podszedł,  by  ją 
pocałować.  Bardziej  musnął  nosem,  niż  pocałował,  a  tak  naprawdę  to  próbował  zlokalizować 
zapachy,  które  przyniosła  z  miasta,  i  oddzielić  woń  perfum  od  obcych  woni.  Takie  zapachowe 
skrawki czepiają się człowieka jak rzepy. Była w dobrym humorze, chyba nawet uśmiechała się do 
siebie. Ma jakieś miłe wspomnienia? Jak bardzo chciałby wiedzieć, gdzie ona naprawdę była i co 
teraz myśli? 

Kiedy  brała  prysznic,  przytknął  ucho  do  drzwi,  podsłuchiwał,  jak  woda  szepce  z  jej  ciałem. 

Zamknął oczy, wyobrażał sobie srebrne strumienie, które liżąjej piersi i skupiają się na różowych 
sutkach.  Miała  duże  piersi.  Lubił  takie  piersi  u  kobiet.  Pomyślał  -  to  na  te  cycki  tak  lecą  faceci. 
Ujrzał nagle na tych piersiach obce, męskie dłonie. Otrząsnął się jak mokry pies, ale uczucie grozy 
trzymało się uparcie jego sierści. 

Jej telefon leżał na stoliku. Nie było prawie niczego w poczcie głosowej, tylko jeden SMS od 

Beaty... ta Beata to lepsze ziółko. Nie było zapisanych rozmów, odebranych i nieodebranych. Jego 
serce, najpierw powoli, a potem szybciutko pobiegło po schodach na sam czubek wieży niepokoju, 
by spojrzeć w dół, w przepaść. Wyczyściła wszystko! To dlatego położyła komórkę na wierzchu jak 
przynętę. Mało brakowało, by ją połknął. Ona go jednak nie docenia. Kto z czystym sumieniem tak 
czyści telefon? 

Wyszła  z  łazienki.  Usiadła  w  fotelu  i  jakby  nigdy  nic  zabrała  się  za  przeglądanie  pism 

kobiecych. Zapytał, czy zrobić jej herbatę? Spojrzała podejrzliwie i po chwili wahania powiedziała 
- tak. Postanowił być miły, nie może się zdradzić, że coś podejrzewa. Ostatnia burzliwa awantura 
nawiedziła ten dom dwa tygodnie temu. Najpierw ona wyprowadziła się, kiedy wróciła, puściły mu 
nerwy i wybiegł z mieszkania. Nic się wtedy nie wyjaśniło, raczej się ściemniło. Teraz wie, że do 
prawdy trzeba skradać się na palcach, powoli, wytrwale i po cichu. 

Podał jej herbatę, sobie też nalał jak zwykle trzy czwarte szklanki. Przeszkadzał jej w czytaniu, 

chciał pogadać. Czasami podczas takiej niby byle jakiej rozmowy, gdzieś tam między słowami leży 
zapomniany  okruszek,  kolejny  dowód  w  sprawie.  Pewnie  dlatego  dialog  im  się  nie  kleił,  ona 
musiała  coś  podejrzewać,  pilnowała  słów  i  tego  wszystkiego,  co  jest  między  nimi  -  czyściła  te 
miejsca jak nitką dentystyczną przerwy między zębami. 

Otworzył telewizor, na kanale Eurosport zaczynał się właśnie pierwszy etap „Tour de France”, 

kolarze nad siodełkami unosili pośladki wychudzone od znoju pedałowania. Ścisz głos - mruknęła 
pod nosem. I tak od słowa do słowa... wypomniał jej dzisiejsze spóźnienie. 

Gdzie  była,  u  fryzjera?...  ale  potem?  Wrócił  do  sprawy  Stefana,  jej  kolegi  ze  studiów, 

romansowała z nim, jeszcze zanim się poznali, nie mógł wybaczyć tego romansu - Stefan to dureń! 
Podejrzewa, że nadal się spotykają. 

Popukała się w czoło i jakby nigdy nic wróciła do swoich pism. Odparł, że jest inne miejsce, w 

które powinna się popukać. Odłożyła pisma i bezczelnie wzięła komórkę, by przy niej majstrować. 

background image

Przeklęte telefony komórkowe, teraz już nie da się kobiety upilnować, wiadomości przemykają jak 
nietoperze, niosąc w pyszczkach miłosne listy. 

Czas wyciekał jak powietrze z pękniętej piłki.  W milczeniu, jakie rozsiadło się między nimi, 

takie wyciekanie jest przykre i do niczego nie prowadzi. W epokach zgody w finale wieczoru bywa 
chociaż  wspólne  łóżko.  Teraz  nie  ma  mowy,  by  spać  w  jednym  łóżku.  Może  szkoda...  Podczas 
seksualnych operacji czasami patrzy jej głęboko w oczy. Ale rzadko jest pewien, co ukrywa się na 
dnie  jej  spojrzenia.  Zdrady  kobiety  powinny  zostawiać  trwałe  ślady.  To  niegodziwa  złośliwość 
natury,  że  zdradę  tak  łatwo  można  wymyć...  trochę  wody  i  mydła.  Kiedyś  interesował  się 
wykrywaczami  kłamstwa.  Urządzenie  jest  bardziej  niezawodne,  niż  się  myśli.  To  skandal,  że 
jedynie  nieliczne  instytucje  mają  wykrywacz.  Powinny  powstać  prywatne  zakłady,  gdzie  za 
niewielką opłatą można wykonać badanie. 

Przykrył się kołdrą i zgasił światło. Począł sobie wyobrażać, jak jego Jadwigę podłączono do 

wykrywacza... Najpierw zgodziła się... a tu raptem odrzuca przewody i czmycha. O suka... - syknął. 
Przewrócił się na drugi bok, szukał trzeciego, nie znalazł, więc wstał. Cicho, na palcach wszedł do 
sypialni. Oddychała równo i pewnie. Dobrze śpi - pomyślał, nie ma wyrzutów sumienia. 

Usiadł na krześle i podglądał jej sen. Nie jest już taka młoda, jak była - pomyślał i wzbogacił 

się o banalną refleksję - skoro minęło dziesięć lat od chwili, gdy się poznali, to trudno, by się nie 
zmieniła. Powinni mieć dzieci, na razie jednak walczą o pieniądze. Teraz na szczęście można bez 
trudu sprawdzić ojcostwo, to  wielki wynalazek  nowego wieku!  Ludzie jeszcze nie wiedzą, jak to 
odmieni  stosunki  męsko-  damskie.  Te  oszustki,  perfidne  krętaczki  w  sprawach  dziecka  nie  będą 
mogły już kłamać, DNA je zdradzi! Mieć nie swoje dziecko, nic o tym nie wiedząc - ta myśl była 
tak gorzka, że miał ochotę zwymiotować. 

Kiedy  jej  powieki  drgnęły,  spłoszył  się  i  zebrał  do  ucieczki,  ale  nie  otworzyła  oczu,  tylko 

zajęczała  przez  sen.  Nie  spodobał  mu  się  ten  jęk.  Próbował  go  nie  interpretować,  poszedł  do 
lodówki,  by  nową  falę  niepokoju  zagryźć  kawałkiem  wędliny.  Znowu  będzie  niewyspany,  całe 
szczęście, że jutro jest niedziela. Podszedł do lustra i obejrzał się z profilu. Półmrok nieco złagodził 
owal  brzucha.  Miał  brzuch,  nie  taki  duży,  koledzy  dorobili  się  większych,  ale  jednak...  Oj, 
niedobrze  -  szepnął  i  pomyślał,  że  na  tę  skargę  zasłużyło  jeszcze  kilka  ważnych  rzeczy  w  jego 
życiu. Położył się i nie wiedzieć kiedy zasnął, a „oj, niedobrze” zasnęło razem z nim. 

Rano udało im się nawiązać kontakt, najpierw był jakiś gest dłoni, potem zaproponowała, że 

zrobi mu kawę. Co ona knuje? - pomyślał, ale zgodził się. 

Niedziela  leniwie  rozwijała  swój  dywan,  na  początku  mokry  od  letniego  deszczu,  ale  ten 

deszczyk szybko się wypadał. I zaświeciło słońce. 

Poszli do kościoła na godzinę 11. Wziął ją pod ramię. Teraz była jego i tylko jego. I ludzie to 

widzieli. Poczuł nagle coś... nie było to duże, ale miękkie i ciepłe. Czy to jest szczęście? 

Po drodze spotkał dwóch swoich pracowników, ukłonili mu się ze słowami - dzień dobry, panie 

dyrektorze - wymagał, by pracownicy okazywali mu szacunek. 

Niemal pełen kościół wypełniały ludzkie szmery, jakby miała miejsce próba  generalna przed 

mszą. Znaleźli dobre miejsce pod starą amboną, która pociemniała od tysięcy kazań, ale od kiedy 
pojawiły  się  mikrofony,  wyszła  z  użycia.  Miał  tu  dobry  widok  na  obraz,  który  go  intrygował  - 
Judasz wskazuje swoim szponem na Chrystusa. 

Poszli  do  spowiedzi.  Najpierw  ona.  Zerkał  w  stronę  konfesjonału.  Ksiądz  chylił  się  swoim 

uchem  w  stronę  jej  ust  jak  wierzba  ku  tafli  jeziora.  Miał  wrażenie,  że  kapłan  cierpi.  Co  też  mu 
takiego opowiada? Skoro arcybiskup uwodził kleryków, to taki zwykły ksiądz... stłumił złe myśli w 
żołądku. Odeszła od konfesjonału z miną świętoszki, znał tę jej nabożną minę na pamięć. On też 
poszedł do spowiedzi, ale do innego księdza. 

Potem  przyjął  komunię  świętą,  ale  smak  opłatka  był  gorzki.  Kilka  dni  temu  miał  sen  - 

przyjmuje  opłatek,  a  jego  usta  zupełnie  wbrew  woli  chwyta  ją  palec  księdza  i  zaczynają  go  ssać. 
Coś okropnego, jaki sen! 

Tylu  ludzi  w  polskich  kościołach,  taki  rozmodlony  tłum,  a  tak  wiele  w  tym  kraju 

niemoralności, korupcji, zdrady. Jak to wytłumaczyć? Ludzie nie zasługują na pana Boga. Pomyślał 
o papieżu - jedyny człowiek godny zaufania. 

background image

Potem  poszli  na  spacer,  do  parku.  Kupili  sobie  lody  i  siedzieli  na  ławce,  patrząc,  jak 

przechadzają  się  ludzie, a  bachory  zachowują  się  zupełnie  niemożliwie  - rodzice  im  na  wszystko 
pozwalają.  Powinni  mieć  dziecko  -  syna  oczywiście.  On  by  go  już  dobrze  wychował!  Na  razie 
czekają,  muszą  przecież  powiększyć  mieszkanie  o  jeden  pokój.  Chciała  brać  pigułki 
antykoncepcyjne,  nie  pozwolił  -  to  grzech!  Może  więc  poczęcie  zdarzy  się  przypadkiem,  wtedy 
uszanuje wyrok nieba. 

- O której idziesz dzisiaj do matki? - zapytała. 
- Jak zawsze o piątej - mówił niewyraźnie, gdyż zabierał się do zjadania wafelka, taki wafelek 

nasączony lodami jest najsmaczniejszy. - A ty, co będziesz robić? 

- Idzie mój serial brazylijski. 
- Idiotyzm. 
- Dla ciebie, dla mnie nie.  ; Chciał jej coś powiedzieć, tak żeby poszło jej w pięty, 
ale  na  pobliskim  stawie  kaczor  zaczął  pokrywać  kaczkę  i  nie  było  wiadomo,  czy  ta  kaczka 

broni się, czy sprzyja mu? 

W domu zjedli obiad, musi przyznać, że jego kobieta robi dobre obiady. Kotlet schabowy był 

taki soczysty, że rozpuszczał się w ustach. 

Niedziela ślimaczyła się. Dlaczego te godziny nie mogą pobiec szybciej? Czas potrafi być taki 

złośliwy, raz goni, raz się wlecze, nigdy nie płynie w sam raz. Przebrał się i spędził trochę czasu w 
łazience. 

- Jak matka? - zapytała. 
- Już prawie nie kontaktuje, ale jakoś daje sobie radę - mówił, zawiązując buty. 
Włączyła  telewizor,  czekając  na  serial,  zanurzyła  się  w  reklamie  podpasek  „Always”. 

Pocałował ją i wyszedł. Tramwaj przyjechał nadzwyczaj szybko, jakby się z nim umówił. Wysiadł 
na następnym przystanku, rozejrzał się... Wsiadł to tramwaju, który jechał na powrót. Spoglądając 
w okno swojego mieszkania, odchylił się do tyłu, na wszelki wypadek, by nie zostać zauważonym. 
Ogląda  ten  idiotyczny  brazylijski  serial  -  pomyślał,  ze  złością.  Wysiadł  na  piątym  przystanku  i 
wolnym  krokiem  podążył  ku  wysokiemu  budynkowi.  Zawahał  się,  czy  jechać  windą,  w  końcu 
poszedł  na  piechotę,  dla  kondycji,  dokładnie  dziewięćdziesiąt  cztery  stopnie.  Nasłuchiwał,  stojąc 
pod drzwiami przez długą chwilę, potem zapukał - raz, przerwa, potem trzy razy. 

Rozejrzał  się,  schody  i  korytarz  były  puste.  Otworzyła  drzwi.  Ona  też  była  u  fryzjera!? 

Zablokował starannie zasuwkę i pocałował ją. 

- Ślicznie wyglądasz w nowych włosach. 
Tak naprawdę to te włosy bardzo go zaniepokoiły. Ona i żona, co za zbieg okoliczności. 
- A ja się sobie nie podobam - spojrzała w lustro i poprawiła fryzurę. 
Wyciągnął z kieszeni zawiniątko. 
-  Co  to,  prezent!?  -  klasnęła  w  dłonie  -  skórzane  rękawiczki?  -  przymierzyła,  ale  nic  nie 

powiedziała, więc domyślił się, że się nie spodobały. 

- Jak twoja żona? - zawsze tak pytała, kiedy była z czegoś niezadowolona. 
- Awanturuje się w kółko, masz szczęście, że jej nie znasz... 
- Co znowu nakłamałeś? Że jedziesz do matki? Gdzie odwaga, panie dyrektorze? 
- Ja nie muszę z niczego się tłumaczyć - zaczął się tłumaczyć. 
Nie wiedział, co zrobić z rękami, więc zabrał się do rozpinania jej spódnicy. Odepchnęła go. 
- Nic z tego. Twoja osobista sekretarka ma dzisiaj wolne... 
Usiadł  naburmuszony  na  kanapie.  Ona  zanurzała  się  w  fotelu  i  zaczęła  przeglądać  „Galę”. 

Otworzył telewizor, kolarze zbliżali się do mety.  - Ścisz głos - mruknęła pod nosem. Ściszył bez 
słowa.  Po  kwadransie,  kiedy  kolarze  wpadli  na  metę,  znowu  zaczął  się  do  niej  dobierać.  Była 
jednak uparta w swojej odmowie. 

- To może zlobię królicka? - pytał, dziecinnie sepleniąc. 
Milczała, nie odrywając oczu od pisma, była właśnie w dworku szóstej najbogatszej rodziny w 

Polsce  i  zwiedzała  ich  kuchnię.  Przykucnął  na  stołku,  dłonie  nastawił  jak  uszy  i  zaczął  piszczeć. 
Uparcie  trzymała  oblicze  w  powadze,  ale  na  króliczka  jak  zwykle  nie  było  siły,  więc  zaczęła 
chichotać - pan dyrektor, króliczek... 

background image

- Królicek zwolni chomicka z pracy, jak chomicek będzie niegzecny - piszczał, podskakując na 

stołku.  Rozpiął  rozporek,  zeskoczył  na  podłogę  i  biegł  ku  niej  na  czworakach,  machając  swoim 
ludzkim nieludzkim ogonem. 

 
 
 
 

BŁYSKAWICA 

 
 
Niedaleko Barcelony jest góra, która nazywa się Montserrat. Wygląda, jakby Bóg stworzył ją w 

jakimś  konkretnym  celu.  Jakie  mamy  jednak  prawo,  by  pytać  o  Boskie  cele,  skoro  nie  znamy 
własnych? 

Stoi  na  równinie,  samotna,  czerwonoruda,  jakby  ulepiona  z  piasku  zmienionego  w  zastygły 

płyn  przez  uderzenie  pioruna.  Na  jej  szczycie  jest  klasztor.  To  ku  niemu  szły  w  ten  dzień 
prześwietlony słońcem. Ona unoszona na krótkich, ale mocnych skrzydłach swoich dziewiętnastu 
lat, obok starsza siostra, która dźwigała zbliżający się nieuchronnie rozwód. 

Trudno  spotkać  miejsce  równie  poświęcone  kobietom  -  można  powiedzieć  -  poświęcone  im 

zdecydowanie  po  męsku.  Ze  ścian  spoglądają  surowe  święte,  bohaterki  Starego  i  Nowego 
Testamentu, udają, że nie widzą przechodzących. Dostrzegła wśród nich swoją patronkę. 

W  krypcie  stanęła  przed  czarną  figurą  Matki  Boskiej,  która  w  prawej  dłoni  trzymała  złote 

jabłko  szczęścia,  gdy  wysoko  pod  sklepieniem  anioły  grały  na  instrumentach.  Miały  uśmiech 
mężczyzny, z którym kilka tygodni temu przeżyła noc; jedną z tych, o których mówi się upojna, a 
która blednie, ale nigdy nie niknie, nawet po latach. 

Tak właśnie uśmiechał się, kiedy nie odsunęła jego niepewnej dłoni ze swojego kolana. Przed 

oczami przemknęło jej kilka scen, jego oddech złączony z jej oddechem, splecione dłonie i stopy. I 
ten moment, gdy nastąpiło rozwiązanie wszystkich problemów, wydawało się, że raz na zawsze; ale 
to była tylko chwila, której pozwolono trwać dłużej, niż zwykle trwają chwile. 

Wydawało się, że anioły patrzą z wysoka zgorszone kształtami jej wyobraźni - nawet w takim 

miejscu nie potrafiła nałożyć sobie smyczy. Wierzyła, że niektóre kościoły są zdolne czytać myśli 
wiernych; czy dlatego tak ciemnieją im ściany? Ten miał ściany niemal czarne, lecz nie przyszło jej 
do głowy, by nazwać je brudnymi. 

Zakręciło jej się w głowie. Wyszła z krypty na drżących nogach. Powietrze głównej nawy było 

chłodne,  pachniało  kadzidłem  -  ten  zapach  ją  uspokoił.  Poczuła  czyjś  wzrok.  Nie  był  to  jednak 
wzrok anioła. Wystarczy jej zwykle jedno spojrzenie, by wiedzieć, czy mężczyzna jest interesujący. 
Jej poczucie męskiego piękna nie było oryginalne. Na estetyczne zmysły wyobraźni działały czarne, 
kręcone włosy, oliwkowa karnacja, na tym tle białe, równe zęby, oczy głęboko i pewnie osadzone, z 
ukrytym tuż pod powierzchnią tęczówki płomykiem uśmiechu. Stał kilkanaście metrów od niej - jej 
ideał! - nosiła go w sobie od chwili, kiedy stała się kobietą, a więc od niedawna, ale czuła, że to 
było  sto  lat  temu.  Kto  nie  czeka  na  takie  spotkanie?  Czy  ta  nadzieja,  która  może  się  spełnić 
wszędzie i zawsze, nie jest jednym z motorów życia? 

Jakby  na  jej  prośbę  przeszedł  obok,  by  rzucić  kolejne  spojrzenie,  które  już  nie  mogło  być 

przypadkowe.  Ta  pewność  zapaliła  jej  myśli.  Odpowiedziała  uśmiechem,  nigdy  jej  nie  zawiódł, 
może dlatego, że uruchamiała go tylko wtedy, gdy była go pewna. Ze snu wyrwał ją szorstki szept 
siostry: 

- Nawet w kościele nie potrafisz się zachować! 
Na zewnątrz katedry rozlewał się skwar, jak olej na rozpalonej patelni, ale na nogach i rękach 

czuła gęsią skórkę. Czy w tym miejscu nie była to czarcia skórka? 

Stał  oparty  o  mur  okalający  dziedziniec,  jakby  dopełniał  mały  wyłom,  który  przez  setki  lat 

czekał specjalnie dla nich. Uśmiechał się... 

background image

Podeszła z uśmiechem, jakby oddawała mu pocałunek. Jego i jej „hej” podały sobie ręce. Padło 

pytanie, które ćwiczą młodzi i starzy we wszystkich szkołach języka, w nadziei, że kiedyś będzie to 
najważniejsze pytanie ich życia. „Do you speak English?” 

Mieli mało czasu, zresztą czas i słowa nie były już potrzebne. Siostra, czując powagę sytuacji, 

odeszła  na  bok.  Wsunął  jej  do  ręki  karteczkę,  dyskretnie,  jak  uczeń  przekazuje  koleżance 
ściągawkę. Nie patrząc w oczy, zapytał o imię. 

-  Monika?  -  pokiwał  głową  z  powagą,  jakby  tego  się  właśnie  spodziewał  i  teraz  otrzymał 

potwierdzenie. Już wolny zbiegł po schodach, bezszelestnie, jakby nigdy go nie było. 

Odwinęła kartkę, ostrożnie, jakby bała się, że wypadną z niej słowa. Był na niej magiczny znak 

nowego czasu, napisany pośpiesznym pismem adres z uśmiechniętą małpą w środku. 

Wiedziała,  że  więcej  go  już  nie  zobaczy,  znała  prawa,  które  rządzą  takimi  spotkaniami, 

intuicyjnie czuła, jak niebezpiecznie byłoby je zmieniać. W Polsce ktoś na nią czekał, jego istnienie 
czuła na szyi w uścisku naszyjnika. Szła powoli, za nią siostra cicho jak cień. 

Napisała  do  niego,  z  Warszawy.  Jak  mogła  tego  nie  zrobić?  Bała  się,  że  po  latach  męczyć 

będzie ją magia pytania - co by było gdyby...? 

Na  jej  list  odpowiedziała  cisza  tak  wielka  i  bez  granic,  że  w  mgnieniu  wiecznej  powieki 

wszystko wróciło na dawne ścieżki. 

Zapomniała  już  kolor  jego  oczu,  ale  pamięta  to  wrześniowe,  gorące  popołudnie  z  górą  we 

wstecznym lusterku spojrzenia, oświetloną błyskawicą słońca. 

 
 
 
 

KUSZENIE KSIĘDZA TOMASZA 

 
 
- Nie, o nie! - wykrzyknął ksiądz Tomasz i odwrócił głowę. 
Prezerwatywa nadal jednak kołysała się w palcach kobiety. Była pełna jakiegoś obrzydlistwa i 

księdzu zebrało się na mdłości. 

- Proszę to natychmiast zabrać! 
Włożyła prezerwatywę do torebki, ułożyła delikatnie, jakby to było niemowlę. 
- Ksiądz widzi, to jest dowód. 
- Nie powinna pani tego do mnie przynosić. 
- Ksiądz nie wierzył, więc musiałam pokazać. Ksiądz Tomasz pomyślał, że podczas pełnienia 

przez 

kilkanaście lat posługi  bożej  nie przydarzyło  mu się coś takiego.  Zamknęła torebkę. Dopiero 

wtedy  popatrzył  na  kobietę,  ale  tak,  by  nie  spotkały  się  ich  oczy.  Raczej  młoda,  z  nieco 
prowincjonalną, ale ładną twarzą w banalnej ramie złotych włosów, duży biust, krótka spódniczka 
w groszki obnażała nogi w seledynowych rajstopach, mocne ale zgrabne. Takie grube, a zgrabne - 
pomyślał. 

- Mieszkam sama, proszę księdza, od dwóch lat nie miałam mężczyzny, nie chcę bez ślubu, bo 

to grzech, a w takiej jak nasza miejscowości niech ksiądz mi znajdzie odpowiedniego chłopa, same 
pijaki. 

-  Ksiądz  nie  jest  od  znajdowania  mężów  -  powiedział  zadowolony,  że  rozmowa  zeszła  na 

racjonalne tory. 

- To trzecia w tym tygodniu, a wszystkie były pełne - westchnęła kobieta, jej twarz skrzywiła 

się w grymasie bezradności jak oblicze małej przestraszonej dziewczynki. 

Ksiądz  Tomasz  poczuł,  że  sytuacja  znowu  wymyka  mu  się  spod  kontroli,  a  diabeł  potężnie 

miesza ogonem w samym sercu świątyni. 

- Mam tego dosyć - powiedział kategorycznie - proszę to zgłosić na komisariacie policji. 
-  A  co  ksiądz  myśli,  toż  zgłosiłam,  w  same  oczy  temu  komendantowi  rzuciłam  dowodzik 

rzeczowy! - kiedy podnosiła głos, na powierzchnię wypływał „wiejski akcent”. 

background image

- Sza, cicho, proszę mi w zakrystii nie rzucać prezerwatywami - mówił szeptem, ale stanowczo. 
- Tu nie, tylko w komisariacie... a ksiądz wie, że ten komendant Kusiba to uszczypnął mnie w 

pośladek, cham jeden... ślad mam, takiego tam siniaka, że hej... mi to łatwo, proszę księdza, robią 
się siniaki, wszędzie, nawet nie trzeba mocno szczypać. 

- Kusiba!? Co też pani opowiada, niemożliwe!?  - ksiądz nagle przypomniał sobie, że wczoraj 

komendant  spowiadał  mu  się.  Podczas  spowiedzi  nic  nie  wspomniał  o  akcie  lubieżnym.  Takie 
czasy, że nikomu już nie można wierzyć. W czasach komunistycznych, kiedy komendant policji po 
kryjomu przychodził do spowiedzi, to niczego nie zatajał. 

- Tylko uszczypnął? - zapytał szeptem. 
-  Jemu  to  zawsze  ręce  chodzą,  wszystkie  się  skarżą,  jednej  znajomej  to  wsadził  rękę  pod 

spódnicę,  jak  przyszła  z  kradzieżą  torebki.  Na  mojej  osobie  tego  nie  próbował...  wie,  że  małe 
szczypanie to mu ujdzie... za inne to w łeb by dostał, dla mnie nie ma w takiej sprawie komendanta 
czy nawet... 

Popatrzyła na księdza i speszona zamilkła. Domyślił się - chciał na nią nakrzyczeć, ale przecież 

nie powiedziała tego, co zamierzała. Uśmiechnął się mimowolnie. Musiała zauważyć ten uśmiech, 
gdyż nagle rozpogodziła się i z małą kokieterią powiedziała: 

- No, księdzu to może bym nawet pozwoliła... 
Zapadła nagle cisza, jakby oboje śmiertelnie zawstydzili się takiej możliwości. Każda kolejna 

minuta  tej  ciszy  niepokojąco  ją  pogłębiała.  Tak  to  bywa  z  ciszą,  ona  potrafi  rozpędzić  się  jak 
samochód jadący z góry... 

Ksiądz poczuł, że się spocił. Pomyślał - Jezus Maria, mam wilgotne plecy, coś takiego - jedna 

kropla spłynęła mu spod pachy ku biodru. 

-  To  ja  już  pójdę  -  powiedziała  kobieta,  ale  nadal  siedziała,  jakby  nie  miała  wcale  ochoty 

nigdzie iść. 

- Tak, tak, z Bogiem, a wszystko będzie dobrze... prnszę tylko zamykać starannie drzwi. A jak 

to się powtórzy... 

- To ja idę do księdza! 
-  Do  mnie!?  -  ksiądz  Tomasz  wyciągnął  ręce,  jakby  odpychał  taką  ewentualność.  Chciał 

ponownie  zaproponować  policję,  ale  po  tym,  co  usłyszał,  było  mu  jakoś  niezręcznie;  a  poza  tym, 
tuż obok zażenowania, tliła się w nim iskierka ciekawości. Czy ona zmyśla? A jeśli to prawda, jak 
to wytłumaczyć? 

- To się na pewno nie powtórzy - powiedział. 
Kobieta  chciała  go  pocałować  na  pożegnanie  w  rękę  -  nie  pozwolił.  Starowiny  czasami  go 

całowały, ale taka młoda - co za pomysł - nie jest przecież papieżem. 

Został  sam.  Przeszedł  się  po  pokoju  kilka  razy,  tam  i  z  powrotem.  Czemu  był  taki 

zdenerwowany - nic się przecież nie stało. Czy ta kobieta nie jest szalona...? Chociaż nie wygląda 
na wariatkę, ma dobrą opinię w miasteczku. Pracuje jako urzędniczka w gminie, mieszka samotnie. 
Od tygodnia słyszy dźwięki lubieżne, kiedy zagląda do kuchni, nikogo nie ma, o świcie znajduje w 
koszu na śmieci pełne prezerwatywy. Coś takiego! 

Ksiądz  ukląkł,  dotykając  rękami  drewna  klęcznika.  Stary  klęcznik  miał  wytarte,  wyślizgane 

podpórki,  od  tysięcy  dotknięć  dłoni,  kolan,  łokci  wielu  pokoleń  księży  i  od  szeptu  niezliczonych 
modlitw. Ten klęcznik był dla niego nawet bardziej inspirujący religijnie niż kilka obrazów, które 
wisiały  w  zakrystii.  Dotykając  gładkiego  drewna,  miał  czasami  poczucie,  że  ściska  doskonale 
gładkie dłonie  Boga.  Było  mu  to  potrzebne szczególnie  w chwilach zwątpienia, a ksiądz Tomasz 
jak jego wielki imiennik miał chwile słabości. Mimo takiego tłumu wokół, tylu ciekawych uszu i 
oczu  otwartych  na  jego  kazaniach,  wesołej  krzątaniny  chrztów  i  smutnej  pogrzebów,  czuł  się 
bardzo samotny, coraz bardziej. Czy jeśli tak jest, to znaczy, że nie wierzę dostatecznie głęboko? 
Kiedy odpowiadała mu cisza, czuł się jeszcze bardziej samotny. Cały ten świat wokół pędzi gdzieś 
jak  szalony,  a  z  nim  Polska...  niby  wolna,  ale  inaczej  zniewolona...  Co  z  tego,  że  stoją  twierdze 
świątyń,  kiedy  wokół  potop  barbarzyństwa...  supermarkety,  świątynie  handlu,  narastająca 
brutalność,  pijaństwo,  pazerność,  zbrodnie  i  coraz  liczniejsze  samobójstwa.  Tydzień  temu  taki 
dobry  parafianin  przywiązał  sobie  kamień  do  szyi  i  wskoczył  do  studni.  Ludzie  nadal  chodzą  do 

background image

kościoła, ale wierzą jakby mniej, płyciej, młodzież zwykle stoi na dziedzińcu świątyni i gada jak na 
dyskotece.  Czasami  myślał,  że  może  lepiej  byłoby  pracować  w  mieście,  gdzie  zło  jest  bardziej 
ukryte,  a  wiara  ma  więcej  ścian,  lecz  koledzy  z  miasta  zazdrościli  mu  jego  małego  miasteczka. 
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. 

Miał przecież się modlić, ale skupienie nie przychodziło, myśli osuwały się jak kamyki, kiedy 

idzie się nieprzetartą górską ścieżką. W młodości nie dawał sobie rady z erotyką, miewał grzeszne 
sny,  budził  się  mokry...  z  poczuciem  winy.  Wiedział  o  wielu  kolegach  w  sutannach,  którzy  nie 
przestrzegali cnoty czystości  - czasami zazdrościł kapłanom innych wyznań, że mogli mieć żony. 
Czy  to  nie  jest  zgodne  z  naturą?  Miał  niemal  czterdzieści  lat,  a  tak  mało  wiedział  o  zbliżeniu 
kobiety  i  mężczyzny.  Jak  więc  podczas  spowiedzi  radzić  w  intymnych  sprawach?  Kościół  od 
tysiąclecia prowadził moralne wojny, gnębiony za komunizmu, dzisiaj triumfuje... ale na odcinku 
seksualnym  jest  porażka.  Kobiety  już  nawet  nie  spowiadają  się  z  pigułek  antykoncepcyjnych. 
Wystarczy otworzyć telewizję... kilka razy trafił na programy pornograficzne. Gasił telewizor, ale 
po chwili otwierał... Kiedy spowiadał się z tego koledze, ten wyśmiał go - „Tomaszu drogi, gdyby 
tylko  tak  księża  grzeszyli,  daj  sobie  spokój  z  poczuciem  winy”.  Był  na  początku  oburzony  na 
spowiednika, potem jednak odczuł ulgę. Dosyć z tym... zaczął się modlić, ale nadal potykał się o 
nowe myśli. Zrezygnowany poszedł do łóżka. Nie mógł jednak zasnąć. Majaczyły mu kobiece nogi 
w seledynowych rajstopach; „księdzu to może bym nawet pozwoliła” - co to znaczy? - zapytał sam 
siebie, a nieposłuszna wyobraźnia przyniosła odpowiedź. 

W  dwa  dni  potem  ktoś  zastukał  do  drzwi.  Spojrzał  na  zegarek,  była  dziesiąta  wieczorem. 

Gospodyni  już  poszła  do  domu,  był  sam.  Mnożyły  się  napady  na  kościoły,  w  województwie 
siedleckim  w  minionym  roku  najwięcej  zezwoleń  na  broń  otrzymali  księża.  Otworzył  szufladę  i 
wyjął pistolet; ale nie czuł niepokoju, lubił go trzymać w dłoni - czy to jednak nie grzech odczuwać 
przyjemność, kiedy trzyma się w dłoni śmierć? 

Na początku nie chciał wpuścić kobiety, co za godzina! - ale przecież w głębi duszy czekał na 

tą wizytę. Była w tej samej za krótkiej sukience, w butach na wysokim obcasie. Usiadła na krześle, 
chociaż  o  to  nie  prosił.  Kiedy  zasiadł  naprzeciw,  poczuł,  że  sprawia  mu  przyjemność  widok  jej 
prostodusznej  twarzy. Teraz był pewien... nie ma jeszcze trzydziestu lat. Krępowała  go sutanna  - 
lepiej  czułby  się  w  cywilnym  ubraniu,  ale  taki  nawał  pracy  tego  dnia,  że  nie  zdążył  się  nawet 
przebrać. 

Ma minę poważną, taką pewną siebie... myślał, patrząc z niepokojem na jej torebkę... Już chciał 

powiedzieć,  by  nie  pokazywała  mu  tych  świństw,  ale  nagle  uśmiechnęła  się,  jakby  odgadła  jego 
myśli. 

- Ja tego już nie mam. I wszystko już wiem. 
Roześmiała się nieco głupkowato, ale tak serdecznie, że też poczuł ochotę na śmiech. 
-  To  sąsiad  podrzucał,  zboczony,  ale  niegroźny,  znają  go  koleżanki  z  urzędu,  im  też...  Jest 

hydraulikiem, kilka razy zlew w kuchni naprawiał, dziwowałam się, że naprawia i naprawia, więc 
miał kiedy... a wcześniej to robił... wie ksiądz? 

Miał wrażenie, że mówiąc te ostatnie słowa, chce mu zajrzeć w oczy jak w otwarte okna, więc 

szybko je zamknął. Poruszył ramionami, jakby coś z nich zrzucał, otworzył oczy, by powiedzieć: 

- No, chwała Bogu, wszystko się wyjaśniło bez użycia czarnej magii. Co to za człowiek? 
- Nie zna go ksiądz, on nie chodzi do kościoła. 
- No tak -  powiedział, jakby to  było  oczywiste. Zapadła cisza, nie patrzyli na siebie, ale było 

tak miło, 

jakby jakieś święto po tylu niepokojach. Zaproponował, że zrobi herbatę. 
Roześmiała się - nie, nie, to ja zaparzę - i pokręciła głową tak energicznie, że wydawało mu się, 

że sieje wokół śmiechem i światłem. 

- Zaparzymy więc razem - postanowił. Pochylili się zgodnie nad imbryczkiem. Kiedy 
wrzątek zabulgotał, poczuł nagle jej zapach; woń perfum, potu i ciała uderzyły mu do głowy w 

oparach  herbaty.  Chciał  się  bronić,  ale  był  bezbronny.  I  pozwolił,  by  jej  dłoń  zanurzyła  się  w 
otchłaniach jego sutanny jak pracowita pszczoła w płatkach czarnego tulipana. 

 

background image

 
 
 

KRET 

 
 
Wybiegła na klatkę schodową. Artysta we mnie docenił siłę obrazu. Bieliły się krągłe pośladki, 

a  dojrzałe  rozkołysane  piersi  zastygły  w  półmroku,  w  ciszy  gęstej  jak  stary  miód.  Ta  nagość 
zdawała  się  goła  wielokrotnością  ścian  pełnych  blizn  i  zaschłego  brudu.  Jej  płeć,  spłoszony  kret 
wtulony w zakamarek ciała. 

W środku nocy dom tylko udawał, że śpi; widział wszystko źrenicami wizjerów i dziurek na 

klucze - zawahała się. Nie było tam przepaści, w którą warto się rzucić, a tylko drzwi, gdzie można 
zastukać i poczekać, aż zostaną otwarte. Stanie wtedy w nich sąsiad, emeryt, w piżamie w paski, 
która pamięta czarno- białe lata sześćdziesiąte. 

Przeczuwała, że nie wolno posuwać się o krok dalej. Odwróciła głowę, jakby u mnie szukała 

ratunku. W jej oczach znalazłem tylko wyraz bezmyślności. Nie miała gdzie wracać. Ja też byłem 
nagi,  ale  odmiennie,  nie  tak  biały,  pełny,  i  chroniła  mnie  stalowa  rama  półotwartych  drzwi. 
Uciekała jednak nie przede mną, raczej przed sobą. 

Chwyciłem ją za rękę, jak podrywa się na wędce rybę, i wrzuciłem na powrót do mieszkania. 

Łóżko było jedynym naturalnym dla nas miejscem, jak cela dla więźnia. Nagle zaczęła krzyczeć... 
Głośniej,  coraz  głośniej...  był  to  wrzask  krzywdzonej  kobiety.  Robiła  krótkie  przerwy,  by 
ukradkiem ocenić, jak ten krzyk odbija się w lustrze mojej twarzy. 

Pomyślałem o sąsiadach piętro niżej, mieszka tam kapitan policji kryminalnej. Jego żona, otyła 

jejmość,  kilka  lat  temu  poczuła  do  mnie  żywiołową  antypatię,  kiedy  widziała,  jak  idę  w 
towarzystwie  młodej  i  szczupłej  dziewczyny.  Jędrność  sąsiadki  zwiotczała  ostatnio  i  nie  mogłem 
oprzeć  się  wrażeniu,  że  to  mnie  właśnie  oskarża  o  stan  rzeczy,  który  zaistniał  w  jej  organizmie. 
Wrzasnąłem  -  cicho!  -  i  tylko  dolałem  oliwy  do  jej  krzyku.  Nagle,  sam  nie  wiem  kiedy, 
wymierzyłem jej policzek. To był mój debiut w biciu kobiet. Nie wyglądała na zaskoczoną, wprost 
przeciwnie  -  po  uderzeniu  jej  twarz  wracała  do  pionu,  a  uśmiech  triumfu  podobny  do  małego 
prześwitu w chmurze rozjaśnił kąciki ust. 

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że można zabić drugiego człowieka, że ten akt może być 

przyjemny,  bliski  seksualnej  ekstazy.  Sąsiedzi  uparcie  nie  reagowali  na  krzyki,  nieczułe  głuche 
czasy były dla mnie łaskawe. Ja w końcu też zobojętniałem. I ona miała dosyć. Zmęczona opadła na 
poduszki, w milczeniu, które było podobne do płaczu. Odwróciła się plecami, zakryła głowę kołdrą, 
a  kształtny  tyłeczek  zerkał  na  mnie  kudłatym  oczkiem  seksu.  Mój  drapieżnik  podniósł  główkę, 
jakby chciał zajrzeć jej w to oko, ale właściwa głowa powiedziała - nie. 

Spałem  w  osobnym  łóżku.  Męczyły  mnie  koszmary.  W  jednym  z  nich  zwiędła  żona  sąsiada 

otwierała dla mnie mięsny kwiat swojej płci, a ja zjadałem jego płatki, które miały smak wędzonej 
szynki. 

Obudziłem się za wcześnie, z metalicznym smakiem niewyspania, z niechęcią do tego obcego 

ciała  okutanego  kołdrą,  do  czarnych  skłębionych  włosów.  Kiedy  spała,  była  jeszcze  większą 
zagadką.  Umyłem  się  i  siadłem  do  komputera.  Tylko  w  nim  czułem  się  bezpiecznie.  Nagle  ktoś 
zastukał w półkę z książkami. Ze skłębionej pościeli, z czarnego strumyka włosów wystawała ręka 
tak biała, jakby należała do greckiej rzeźby, którą szalony archeolog zakopał płytko w moim łóżku. 

-  Pukam  do  serca  tego  pana  -  powiedziała  z  otchłani  pościeli,  a  wtedy  z  rzeźby  stała  się 

pomnikiem poczucia winy, przykrytym płachtą tuż przed uroczystym odsłonięciem. 

- Nie mam serca - odparłem, udając, że nadal jestem w ekranie. 
- Co się stało z sercem? 
- Podarte, wczoraj w nocy. 
Nie wytrwałem jednak długo w swoim chłodzie. Po chwili byłem  z nią na jednej  wznoszącej 

fali. Wytrysnąłem w jej ciepłe i głębokie usta. 

- Świntuch - wykrztusiła, połykając moje nasienie - w usta, za pierwszym razem... 

background image

Dziwią mnie kobiety, które mają żal do mężczyzny, że dobrowolnie coś robią, wedle formuły- 

,jak możesz, bydlaku, doprowadzać mnie do takiego szaleństwa?”. 

Jadła śniadanie z zapałem, jakby chciała zabić mój smak. Patrzyłem na nią - znaną, nieznaną. 
Byliśmy  przyjaciółmi  z  Internetu.  Ona,  emigrantka  z  Polski,  mieszkała  w  Stanach,  w  małej 

miejscowości  w  Pensylwanii.  Przyleciała  wczoraj  wieczorem.  Z  dwoma  tobołkami  i  pięcioletnią 
córką. Dziewczynka była nieznośna - nawet kiedy nic nie mówiła, co zdarzało jej się tylko wtedy, 
gdy  jadła  lody.  Bagaże  nie  miały  kółek  i  były  w  sam  raz  dla  młodego  człowieka,  który  trenuje 
podnoszenie ciężarów. Nie byłem młodzieńcem ani ciężarowcem. 

Tobołki okazały się nie tylko ciężkie, ale też nie- foremne, mój samochód buntował się... Kiedy 

w końcu upchnęliśmy bagaże, okazało się, że brakuje miejsca dla dziewczynki. Lubię dzieci, ale ją 
chętnie  zostawiłbym  na  lotnisku.  Rozpuszczona  bestia  zrobiła  awanturę...  dla  niej  było  tam  za 
ciasno. Pertraktacje trwały pół godziny. Zatęskniłem za swoim internetowym, higienicznym flirtem. 

W końcu dojechaliśmy na Ochotę, gdzie mieszkała jej młodsza siostra. Nie wiedziałem, że ma 

taką ładną siostrę... Uczyła się grać na flecie. Zawsze zastanawiałem się, czy gra na flecie ma jakiś 
wpływ na seksualne życie. Transport bagaży bez windy, to była katorga. Złorzecząc, zataszczyłem 
walizkę na Golgotę czwartego piętra. Ledwie żywy zwaliłem się na kanapę, która jękiem sprężyn 
odpowiedziała  na  moją  skargę.  Obok  siedziała  dziewczynka,  patrzyła  w  milczeniu  w  ścianę  z 
wyrazem bezgranicznej rozpaczy. Nagle zaczęła mówić: 

- Dlaczego tu nie ma telewizora? Dlaczego nie ma komputera? Po co myśmy tu przyjechali?  - 

powtarzała maniacko kruszyna, mieszając język  polski  z angielskim.  Jej matka próbowała w tym 
czasie wymienić się ze swoją siostrą wrażeniami z pięciu lat - przypominały dwa szampany, które 
wystrzeliły w siebie jednocześnie. 

Czułem  się  intruzem.  Z  prób  nawiązania  kontaktu  z  dzieckiem  nic  nie  wyszło  -  nie  byłem 

telewizorem ani komputerem. W końcu odlepiła się od siostry, podjęła decyzje, wydała dyspozycje. 

Jej mała podręczna walizeczka pojedzie ze mną, dziecko będzie oddane na noc do cioci... moja 

zamorska przyjaciółka z siostrą i znajomymi wybiera się do pubu. Nie mogłem jej towarzyszyć... 
miała przecież męża, a tam będą ich wspólni znajomi. Przyjedzie do mnie potem, na kolację. To nie 
był zły pomysł. Lubię czekać na przyjemność. Czekałem rok. 

Zapadł wieczór, jakby ktoś dyskretnie zamykał drzwi. Kiedy minęła północ, mała walizka jak 

przybysz z innej planety ożyła i zaczęła zerkać w moją stronę, najpierw pogodnie, potem ironicznie. 
O drugiej, wściekły i opuszczony, poszedłem spać. Po godzinie wstałem i w desperacji otworzyłem 
jej  bagaż.  Serce  biło  mi  mocno  jak  złodziejowi,  kiedy  otwiera  sejf.  Na  wierzchu  leżały  spięte 
gumką  pliki  fotografii.  Zdejmując  ją,  czułem  się  idiotycznie,  jakbym  nieprzytomnej  kobiecie 
ściągał majtki. Ujrzałem obce mieszkania, nieznanych ludzi, wśród których była ona, taka obca w 
tym  dalekim  świecie.  Na  fotografiach  powtarzał  swoją  twarz  mężczyzna,  który  wydawał  się  jej 
mężem,  błyszczały  uśmiechy  dziewczynki.  To  wszystko  było  bardziej  wstydliwe  od  bielizny,  do 
której też się dogrzebałem. Wnętrze walizki nic nie wyjaśniło. Upokorzony jak Adam, który dał się 
skusić jabłkiem, poszedłem spać. 

Obudził  mnie  dzwonek.  Była  czwarta.  Należę  do  ludzi,  których  nie  wolno  budzić  w  środku 

nocy w innej sprawie niż koniec świata. Przywiozła ją siostra. Przekazała mi roześmianą i pijaną- 
delikatnie, ale z wyraźną ulgą jak kłopotliwy bagaż. Patrzyłem, jak kształtny tyłeczek dziewczyny 
zbiega  ze  schodów  i  niknie  w  gorącej  warszawskiej  nocy.  Tak  już  jest,  że  najbardziej  pragniemy 
tego,  co  właśnie  zbiega  po  schodach,  by  zniknąć  na  zawsze.  Tak  zaczęła  się  ta  trudna  noc,  ze 
spektaklem na schodowej klatce... 

Teraz  jesteśmy  w  kuchni,  jemy  śniadanie,  ruchy  robaczkowe  naszych  przełyków  przesuwają 

dwa  jajka  na  miękko  w  kierunku  żołądka  w  zakłopotanym  milczeniu.  W  jej  żołądku  jest  moje 
nasienie.  Zawsze dziwi  mnie, że to  jest jakby nigdy nic... mniej,  niż można się było  spodziewać. 
Nasienie powinno świecić jak promieniotwórczy materiał. Im dłużej siedzieliśmy naprzeciw siebie, 
zjadając już tylko swoje milczenia, tym bardziej byłem pewien, że mieszka w niej zagadka, której 
nie widziałem w elektronicznych listach. 

- Masz kochanka? - zapytałem. 
- Męża? - udawała, że nie rozumie. 

background image

Byłem już pewien... w Stanach ma kogoś, ukrywała to przede mną w obawie, że mnie straci. 

Ukochany jej już nie chce... są tuż przed, a może nawet po rozstaniu. Okłamywała mnie przez rok 
naszego internetowego romansu. Byłem tylko deską ratunkową... protezą. Poczułem smak drewna 
w  ustach.  Trafnie  odczytała  moje  milczenie.  Wymieniliśmy  się  milczeniami,  tym  najbardziej 
dyskretnym dialogiem. 

Minął rok od tego spotkania. Cisza zalęgła się nad oceanem między nami; ale kiedy budzę się 

w środku nocy, czasami słyszę, jak przez moją klatkę schodową przebiega jej kret. 

 
 
 
 

KOLEKCJONERKA 

 
 
Zabrało mi trochę czasu, zanim zrozumiałem, że jestem zakochany. Ta dziewczyna wydawała 

mi się jednak doskonale niedostępna. Zwykle zdobywałem kobiety, na których mi zależało. Teraz 
czułem nadzieję i trwogę. Istotę tego lęku miałem zrozumieć za jakiś czas. 

Przyjechała do mnie, żeby pożyczyć książkę. Potrzebna była jej szybko, robiła zaocznie studia. 

Wszyscy żyjemy teraz w przyśpieszonym czasie - w pewnym sensie w czasie zaocznym. 

Zaproponowałem wino - pewien, że odmówi. Wypiła dwa kieliszki, duszkiem, a ja poczułem 

coś  w  rodzaju  żalu  -  Bordeaux  rocznik  93  zasłużyło  sobie  na  celebrację.  Piła  dalej,  chociaż 
przyjechała  samochodem.  Poszła  do  toalety,  słyszałem,  że  myje  zęby  -  jak  Bordeaux  łączy  się  z 
pastą?  Wkrótce  mogłem  to  poczuć.  Nie  powinienem  jej  całować  na  pierwszym  spotkaniu,  nie 
powinna dać mi tak łatwo swoich ust, pachnących miętową pastą, która na dodatek nie była moja. 
Potem  już  wiedziałem  -  w  torebce  nosi  pastę  do  zębów,  obok  prezerwatyw,  pastylek  na 
przeczyszczenie, obezwładniającego gazu - na który należy mieć pozwolenie - ona rzecz jasna go 
nie miała. 

Rozebrała się szybko, sprawnie, jak na samochodowych wyścigach zawodowe ekipy zmieniają 

maszynom  koła.  Na  niepewnym  brzegu  naszego  romansu  nie  powinniśmy  pieścić  się  w  tak 
wyrafinowany  sposób.  Zwinęła się potem  w kłębek jak kot,  który  napił się mleka. Wtuliła się we 
mnie  i  zasnęła.  Myślałem,  że  przynajmniej  zostanie  na  noc.  Obudziła  się  już  po  godzinie  - 
powiedziała,  że  musi  wracać.  Uważałem,  że  nie  powinna  jechać  swoim  samochodem.  Nie 
posłuchała mnie. Zadzwoniłem na jej komórkowy telefon, prosiłem, by prowadziła wolno, ale nie 
za ostrożnie, policja wyczuwa pijacką ostrożność. 

Na pożegnanie chciałem powiedzieć, „kocham” - powiedziałem „uwielbiam cię”. 
-  Ja  ciebie  też  -  odpowiedziała  ciepło,  jakby  to  słowo  od  dawna  wygrzewało  się  na  słońcu  i 

czekało na podanie. 

Spałem niespokojnie, w zapachu jej perfum i własnego potu na poduszce. Śniło mi się, że coś 

robię,  czego  nie  mogę  zrobić.  Obudziłem  się  z  ulgą.  Jej  smak  i  zapach  niemal  wywietrzał,  więc 
przestraszyłem się, że ją stracę. Na poduszce zostało jednak małe wgłębienie, odcisk jej głowy. Nie 
schowałem tej poduszki. Wypiłem pośpiesznie kilka łyków kawy. Spojrzałem na zegarek, spałem 
za  długo,  była  ósma.  Zadzwoniłem.  Nie  było  jej  jeszcze  w  pracy,  poczułem  się  zagubiony.  Nie 
chciałem  tak  wcześnie  dobijać  się  do  jej  komórki.  Ubrałem  się,  zjadłem  kanapkę,  obejrzałem  w 
BBC kilka nowych krwawych ochłapów ludzkiego szaleństwa. To się nie może dobrze skończyć, 
mruknąłem  do  siebie,  gasząc  telewizor  -  zgasł,  jak  kiedyś  zrobi  to  wszechświat,  skupiając  się  w 
jednym punkcie. 

O 8.30 zadzwoniła Monika. Jak zawsze, punktualnie. 
Opowiedziałem  jej  wczorajszy  dzień,  pomijając  wieczorną  przygodę.  Chyba  wyczuła,  że  w 

mojej opowieści jest czarna dziura. 

O 9.20 byłem w biurze. W pracy najciekawsze są podsłuchane rozmowy pracowników, więc 

wyszedłem do toalety. Siedząc na zamkniętym sedesie zadzwoniłem na jej biurowy telefon. Miała 
miły głos, urzędowo miły. Podała mi swój adres e- mailowy - powiedziała, że nie znosi pisać, ale 

background image

lubi  otrzymywać  listy.  Dobrze  trafiła.  Piszę  ładne  listy,  czasami  nawet  na  prawdziwym  papierze 
piórem z atramentem. Kto z mojej generacji jeszcze potrafi? Czy nie jestem więc jak most między 
starym i nowym? 

Wystukałem  szybko  kilka  listów.  Odpowiedziała  po  godzinie,  konwencjonalnie,  ale  ta 

ostrożność spodobała mi się. Boi się intymności, nie ma odwagi uczuć... nauczę ją. 

Nie  potrafiłem  się  skupić  w  pracy;  myślałem  o  jej  piersiach,  o  brzuchu,  ustach.  Nie  mogła 

chyba być sama? Kim jest jej przyjaciel... może rozstała się niedawno? Pod koniec dnia wszystkie 
przedmioty i twarze miały na sobie jakiś ślad tej dziewczyny. Zadzwoniłem. W jej głosie wyczułem 
nutę  niecierpliwości.  Czy  ktoś  był  u  niej?  Wkrótce  jednak  zaczęła  uśmiechać  się  przez  telefon, 
lubiła słuchać - ja lubiłem mówić. Dzisiaj nie ma czasu... jutro, wieczorem, w jej mieszkaniu... Nie 
przesłyszałem się. 

Poczułem, że boli mnie nawet oddech ulgi. Jak po wybuchu, wróciła fala niepokoju. Chciałem 

być  z  nią  blisko,  ale  bałem  się  tej  bliskości,  z  wymianą  potu,  spojrzeń,  oddechów,  w  których 
czasami  widać  dno  naszych  żołądków,  bylejakości  rannego  wstawania,  szumu  spuszczanej  w 
toalecie wody... 

Poza tym  przecież od lat byłem  z kimś, kto  mieszkał  daleko. Spotykaliśmy się codziennie w 

telefonie, w e-mailu. 

A teraz nawet kreśląc rzut pionowy sali konferencyjnej w nowym biurowcu, czułem delikatny 

dotyk jutrzejszego wieczoru. Dotykał mnie swoim brzegiem, jak kołnierz rozpiętej koszuli. 

Nie  mogłem  zasnąć.  Ja,  który  zasypiam  o  każdej  godzinie  w  każdym  miejscu.  Rano  byłem 

nieprzytomny. O 8.20 - zadzwoniła Monika z Londynu. Czekając na jej telefon, stroiłem głos, jak 
pieśniarz operowy szykuje się do występu. Nie pomogło. Po kilku moich słowach powiedziała - to 
teraz mów prawdę. 

Przyznałem się. Powiedziała, że nie może zabronić takich spotkań, chociaż odchorowała kilka 

moich kolejnych kobiet - mówiła, że cały nasz związek jest chorobą, nie zawsze piękną. Rozumie, 
że pragnę mieć swoje życie, lecz nie wolno mi kłamać. Zapytała, czy chcę, aby nadal dzwoniła i 
pisała? Była w tym pytaniu jakaś ostateczna nuta. 

- Tak - odpowiedziałem. 
-  Zadzwonię  jutro  -  poczułem  jej  łzę  na  swoim  policzku.  Czułem  się  parszywie,  ale  tylko  do 

chwili gdy odkryłem w sobie gniew. Jakie ma prawo karmić moje wyrzuty sumienia!? Ona, która 
codziennie  leży  pod  swoim  mężem,  z  zamkniętymi  oczami,  liczy  do  stu,  potem  czasami  jeszcze 
raz!!! Poczułem się lepiej. Żal i wściekłość bywają lekarstwem. 

Wieczorem  już  zupełnie  spokojny  kupiłem  tyle  kwiatów,  ile  zmieściło  mi  się  pod  pachą,  i 

wsiadłem  do  taksówki.  Mieszkała  w  eleganckim  kondominium.  Zaniepokoił  mnie  luksus  tego 
domu. 

Strażnik  obejrzał  mnie  dokładnie,  miałem  nawet  wrażenie,  że  zostałem  obwąchany.  Kiedy 

powiedziałem, do kogo jadę, uśmiechnął się zagadkowo. W windzie poprawiłem włosy i uczesałem 
dłonią twarz. 

Kiedy otworzyła drzwi, poczułem dreszcz, jaki czują tylko zakochani. Chciałem pocałować ją 

w  usta,  nadstawiła  policzek.  Ogarnął  mnie  niepokój,  czy  nie  ma  kogoś  w  mieszkaniu?  Byliśmy 
jednak sami. Niewielkie studio zostało urządzone ze smakiem. 

- Nie ma czego zwiedzać - powiedziała to jednak z odcieniem dumy. Spojrzałem na zamknięte 

drzwi  ozdobione  zabytkową  klamką,  w  tym  otwartym  na  przestrzał  mieszkaniu  wyglądały  jak 
przybysz z innego świata. 

- Tam jest malutki pokój, prawie garderoba, wielki bałagan, nie ma co pokazywać. 
Znowu piliśmy wino, tym razem nie robiła tego już tak łapczywie. Wydawała mi się bardziej 

spokojna,  nawet  skupiona  w  sobie.  Wielu  ludzi  odzyskuje  spokój  w  gnieździe  własnego 
mieszkania. Tym razem miałem poważny kłopot, by przekroczyć granicę mówienia o wszystkim i o 
niczym. Czy nie zagadałem swojej szansy na czułość? Przecież już kochaliśmy się, więc skąd ten 
dystans  i  moje  obawy?  Położyłem  dłoń  na  jej  dłoni,  była  jak  martwa.  Spłoszony  cofnąłem  rękę. 
Minęły dwie godziny, a im więcej mówiłem, tym bardziej byłem pewien, że oddalamy się od siebie. 
Nagle ziewnęła, rozbrajająco szeroko, i zamknęła oczy. Wstałem, by się pożegnać - pocałowałem ją 

background image

w policzek ze słowem „dobranoc”, które jednak ugrzęzło mi w gardle. Odpowiedziała pocałunkiem, 
ciepłym  i  wilgotnym.  Zostałem.  Przytuliła  się  do  mnie.  Była  równie  wilgotna,  kiedy  w  nią 
wszedłem - wtedy zadzwonił telefon stacjonarny. 

Wysunęła  się  spode  mnie.  Jej  halo  nie  brało  mnie  zupełnie  pod  uwagę.  Rozmawiała  z  kimś, 

kogo dobrze znała, taki dialog ma wyraźne kółka zębate, które idealnie pasują do siebie. Poczułem 
coś  w  rodzaju  niepokoju,  a  może  nawet  zazdrości.  Kilka  razy  powiedziała  „OK”,  „dokładnie”  i 
wróciła  do  łóżka,  by  zająć  poprzednią  pozycję.  Poczułem,  że  mój  organizm  buntuje  się.  Każdy 
mężczyzna wie, że nie wolno wtedy wpadać w panikę. Łatwo jednak mówić tonącemu - nie bój się. 
Na  szczęście  nie  zdążyłem  zatonąć,  zadzwonił  jej  telefon  komórkowy.  Ponownie  zostałem  więc 
odstawiony na bok. Kiedy udałem się do łazienki, popatrzył na mnie z lustra osobnik podobny do 
mnie,  lecz  o  kilka  lat  starszy,  o  kilkanaście  głupszy.  Odwróciłem  się  i  pobyłem  przez  chwilę  ze 
sobą.  Wyszedłem  z  łazienki  gotowy,  by  powiedzieć  ukochanej,  co  myślę  o  stosunkach 
przerywanych telefonicznymi rozmowami. Słuchawka leżała na stoliku, a ona spała z rozłożonymi 
rękami jak dziecko. Brzeg jej uda w ostatniej chwili chował się pod błękitną fałdą kołdry. 

Ubrałem się, zamówiłem taksówkę i wyszedłem. Kilkakrotnie zatrzymywałem się na schodach, 

a przyjazd taksówki potraktowałem jak wyrok. 

Od kierowcy dowiedziałem się, że Polska jest w rękach Żydów i masonów. 
-  Nie  mamy,  panie,  szansy,  znowu  nas  wyruchali  i  zjedli  -  wycharczał  wąsaty,  brzuchaty 

taksówkarz i mlasnął, jakby zjadał parówkę. 

- O pedałach pan zapomniał - powiedziałem. 
- Pamiętam - odparł. 
Popatrzyłem  w  jego  wsteczne  lusterko,  czy  mówi  poważnie  -  spotkały  się  tam  nasze  oczy, 

zatrzymał  dla  mnie  w  lusterku  słowiańskie,  dobrotliwe  spojrzenie,  by  potwierdzić  wagę  swoich 
słów. 

Kiedy nazajutrz zadzwoniła Monika, kluczyłem  między kłamstwem i prawdą- ale czułem, że 

wie, kiedy kłamię. Skróciłem rozmowę. Teraz przecież ważny był dla mnie inny telefon. 

Aparat jednak milczał. Postanowiłem nie dzwonić pierwszy i trwałem przy tym postanowieniu 

aż do wieczora. 

Odebrała telefon po tylu sygnałach, że nie odłożyłem słuchawki już chyba tylko z rozpaczy. Jej 

„halo”  było  doskonale  obojętne,  kamyk  utoczony  przez  tysiące  podniesień  słuchawki.  Oddychała 
szybciej niż zwykle. 

- Nie jesteś sama? - zapytałem. 
- Sama - odparła, ale miałem wrażenie, że irytuję ją i przeszkadzam. 
Zamilkłem, czekając na przeprosiny za wczorajszy wieczór. Z natury małomówna skorzystała z 

okazji, by skwapliwie zanurzyć się w milczeniu. W końcu powiedziała: 

- Zadzwonię do ciebie troszeczkę później. 
Było  w  tym  „troszeczkę”  niewiele  ciepła,  ale  wystarczyło,  abym  poczuł,  że  znowu  żyję.  Po 

godzinie  jednak  zacząłem  umierać.  Czułem,  że  piątkowy  wieczór  dryfuje  nie  wiadomo  gdzie. 
Zadzwoniła, kiedy już traciłem nadzieję. 

- Przepraszam, kiedy prasuję, zawsze jestem nie w humorze - powiedziała. 
- Dobrze się spało... wczoraj? 
-  Bardzo  dobrze  -  odpowiedziała.  Z  przykrością  zauważyłem,  że  nie  poczuła  ironii  w  moim 

pytaniu. 

Umówiła się ze mną na sobotę. Zaproponowałem teatr, wolała kino. Zasnęła pod koniec filmu. 

Pojechaliśmy  do  mnie.  Poprosiłem,  by  wyłączyła  komórkę  -  zrobiła  minę  dziecka,  któremu 
zabieram zabawkę. 

Należała do dziewczyn,  które mają orgazm  głęboko ukryty w swoim futerku. Kochając się z 

nią,  nie  myślałem  o  sobie,  a  tylko  o  niej.  Zasnęła  szybko,  jakby  się  gdzieś  śpieszyła,  nawet  nie 
zauważyła, że nie doszedłem na szczyt. 

Kiedy  obudziłem  się  -  zegarek  pokazał  ósmą.  Nie  było  jej  kosmetyków,  butów,  płaszcza. 

Leżałem sam. Niedziela płynęła opornie i powoli, jak to się zdarza niedzieli. 

background image

Jej  telefony  włączały  na  przemian  swoje  sekretarki.  Poczułem  nienawiść  do  automatycznych 

sekretarek, jakby były urzędniczkami, które nie podnoszą słuchawek. 

Rewolucja  komunikacyjna  doprowadziła  nas  do  sytuacji,  że  milczenie  kojarzy  się  tylko  ze 

zdradą lub ze śmiercią. 

Byłem nieprzytomny ze zdenerwowania, kiedy w końcu złapałem ją na komórkę. 
Zwinnie wywinęła się z awantury... musiała wcześniej wyjść, była w małej miejscowości pod 

Warszawą u rodziców, poza zasięgiem telefonu. To tłumaczenie było niewystarczające, ale póki co 
brałem łapczywie, co mi dawała. 

Przyjechałem do niej dopiero we wtorek. Chciała mi coś ważnego powiedzieć. Umierałem ze 

strachu. Byłem pewien: ma kogoś na stałe, to jest nasze ostatnie spotkanie... 

Posadziła mnie na krześle, by ogłosić wyrok - nie jest zupełnie wolna... jest z Pawłem... raczej 

była  z  nim...  jest  przecież  bardziej  ze  mną...  z  nim  tylko  trochę...  to  był  nieudany  związek...  jest 
bałaganiarzem... 

- Lubisz mnie, ponieważ lubię porządek? - zapytałem. 
- Nie tylko dlatego. 
Wiele  zawdzięcza  Pawłowi,  więc  ostateczne  rozstanie  z  nim  trochę  potrwa;  ale  chce  być  ze 

mną i tylko ze mną... Kiedyś nie zgodziłbym się na taki układ, teraz powiedziałem - poczekam. 

Pożegnaliśmy się podobno na chwilę, ale ta chwila trwała kilka dni. Milczenie miało złowrogi 

smak, uparłem się nie dzwonić pierwszy. 

Nie  zadzwoniłem.  Za  to  ja  pojechałem  do  niej,  pewien,  że  zastanę  tam  jego...  Chciałem 

wielkiej awantury, pięknej katastrofy... Była sama. Nadąsana, że jej nie uprzedziłem. 

Rozcałowałem  to  nadąsanie.  Miała  je  nawet  w  plecach,  które  masowałem  długo  i  wytrwale. 

Odkryłem  magiczne  miejsca  w  stopach,  na  pośladkach,  pod  łopatkami.  Kiedy  leżeliśmy  potem 
przytuleni do siebie, obiecała, że z nim zerwie. 

Nazajutrz oświadczyła mi, że Paweł już został odsunięty. Żal jej było chłopaka, załkała przez 

telefon  nad  jego  losem  i  nad  swoją  wiarołomnością.  Pomyślałem  -  to  przykre,  że  rozpacza,  ale 
chyba dobrze, że ma sumienie? 

Roberta, właściciela hurtowni, poznałem w kawiarni - chciała usłyszeć, co o nim myślę? Był 

biznesmenem z Lublina, przyznała, że ją adoruje. Miał to wypisane na twarzy, wyglądał, jakby był 
nieustannie głodny. Wodził za nią oczami jak pies za panią, która nosi miskę z jedzeniem; a ona 
wodziła go na pokuszenie, kołysząc biodrami. Żal mi go było, nie czułem się zazdrosny, ten facet 
nie miał  szans. Traktowałem go  więc serdecznie, ale nieco protekcjonalnie. Chyba wiedział, że z 
nią sypiam, patrzył na mnie jak na człowieka, który bywa w raju. Nie potrafił być dla mnie niemiły, 
ale byłem pewien, że po kryjomu życzył mi gwałtownej śmierci. Po tygodniu poczułem, że nastąpił 
okres naszego zbliżenia. Sypiała u mnie, ja u niej. Paweł często do niej dzwonił, czasami jeszcze 
spotykała się z nim, ale wierzyłem, że łączy ich tylko przyjaźń. 

Pozwoliłem,  chociaż  niechętnie  -  by  poszła  sama  na  bal  maskowy.  Uparłem  się  nie  być 

zazdrosnym. 

Przyjechała do mnie o pomocy. Znowu prowadziła wóz po alkoholu. Była przebrana za anioła i 

za  diabła...  pod  płaszczem  gniotły  się  anielskie  skrzydła,  a  ogonek  był  tak  długi,  że  musiała  go 
trzymać  w  ręku,  by  nie  plątał  się  między  nogami.  Na  czole  sterczały  jej  małe  różki.  Pachniała 
papierosami, perfumami, winem i sukcesem. Nie ma nic bardziej intrygującego dla mężczyzn niż 
kobieta, która jest skrzyżowaniem anioła i diabła, zapewne więc nie starczyło jej palców, by owijać 
wokół  nich  mężczyzn.  Z  jej  relacji  zrozumiałem,  że  najbardziej  oszołomiła  sobą  Bogdana,  szefa 
wielkiej firmy reklamowej. Miał żonę i dwójkę dzieci w Brukseli. Wrażenie, jakie na nim zrobiła, 
było tak duże, że nawet w moich ramionach nie mogła uwolnić się od wrażenia, jakie to zrobiło na 
niej. Tym energiczniej wchodziłem diabłu pod ogon, odsuwając mu delikatnie anielskie skrzydła. 

Rano  zadzwoniła  Monika.  Po  pierwszym  moim  słowie  ujrzała  w  łóżku  dziewczynę  - 

skaleczona powiedziała, że zadzwoni później. 

A  ona  ciągle  spała  jak  kot,  kiedy  czuje  się  bezpiecznie.  Przez  godzinę  siedziałem  obok, 

podglądałem jej sen. Niewidoczne dla mnie chmury marszczyły jej czoło, drżały powieki uderzane 
wewnętrznym  podmuchem.  Poczułem  żal,  że  nie  mogę  wejść  w  te  sny.  Pewnie  dlatego  ustami 

background image

dotknąłem jej rzęs. Zadrżały, przestraszyłem się, kiedy otworzyła oczy. Zamknęła je, uśmiechnęła 
się. Wszedłem pocałunkiem w ten uśmiech. 

Wieczorem jedliśmy obiad we włoskiej restauracji. Płomyk świecy pozwolił mi głębiej zajrzeć 

jej w oczy. Znaliśmy się już trzy tygodnie, a dopiero teraz zrozumiałem, co tak mnie intrygowało w 
jej  oczach.  Wyraz  nieodpowiedzialności,  całkowitej  nieodpowiedzialności.  Podobnie  swawolny 
ognik w spojrzeniu mają czasami dzieci. 

Zaniosłem to spojrzenie do domu, gdzie wracałem już sam. Byłem zaniepokojony, ale wzruszał 

mnie  wdzięk  jej  niedojrzałości.  Nazajutrz  pojechaliśmy  do  moich  znajomych.  Rozmawialiśmy  o 
sztuce i polityce. Nie odezwała się nawet jednym słowem. Kiedy byliśmy już sami, powiedziała - 
masz dziwnych znajomych, nic nie rozumiem z tego, co mówili - wyglądała na urażoną. 

Kilka razy podsłuchałem, jak rozmawiała przez telefon z koleżankami. Kiedy była pewna, że 

jej  nie  słyszę,  stawała  się  gadatliwa,  paplała,  jakby  pluskała  się  w  wannie  pełnej  piany.  Z 
mężczyznami  zawsze  rozmawiała  ostrożnie,  jakby  szła  po  polu  minowym,  patrząc  uważnie  pod 
nogi. Ze mną najchętniej milczała. 

Z  Bogdanem  spotkała  się  jeszcze  kilka  razy,  niestety  odkryłem,  że  kupował  jej  kosztowne 

prezenty, nowy telefon komórkowy należał do najtańszych. Z Pawłem pojechała na targi do Łodzi. 
Spędzili tam noc. Mieli mieszkać w osobnych pokojach. Byłem zazdrosny, chociaż Paweł wydawał 
się już niegroźny. Z Robertem chciała tradycyjnie spotkać się we trójkę, ale ja już nie godziłem się, 
by uczestniczyć w tych spektaklach. 

Paweł, Robert, Bogdan... te imiona w nic się nie układały, ale za każdym stał inny mężczyzna. 

Czekało  mnie jeszcze spotkanie z byłym  księdzem,  który zszedł  na złą drogę  - nigdy  jeszcze nie 
widziałem  równie  spłoszonego  człowieka.  Pojawił  się  też  kuśnierz,  stracił  dla  niej  głowę,  kiedy 
mierzyła w jego sklepie futro z szynszyli. Ponury typ o obliczu norki. Gangstera z Wołomina nie 
próbowała mi przedstawić, na szczęście. Za to opowiadała o nim... nieustannie. Edek, pseudonim 

Trzonek,  miał  być  ważną  figurą  w  podwarszawskiej  miejscowości,  znanej  z  mafijnych 

porachunków. Jak takiej subtelnej istocie mogła imponować naga, pozbawiona mózgu siła? 

Czasami zastanawiałem się, skąd ma czas i energię, by podtrzymywać te wszystkie kontakty? 

Liczba  zalotników  uspokajała  mnie.  Ktoś,  kto  pracuje  w  fabryce  czekolady,  nie  może  lubić 
czekolady. W ostateczności wystarczy jedna tabliczka tygodniowo. Tą tabliczką byłem ja. 

Zdarzały się jednak takie chwile, gdy traciłem  pewność siebie i  czułem, że wymyka mi się  - 

czy nie była podobna do kota, który chodzi własnymi drogami? 

Monika nadal dzwoniła, codziennie. Może tak już jest, że wszyscy wymykają się wszystkim. 

Cierpiała, mogłem niemal dotknąć jej bólu. Gdzieś w tle jej uczucia majaczył mi od czasu do czasu 
jej  maż,  śmiertelnie  w  niej  zakochany.  Zalewał  ją  spermą,  o  której  próbowałem  nie  myśleć  - 
czułością, o której czasami myślałem. 

Zbierałem  siły,  by  mojej  ukochanej  powiedzieć  o  tej  drugiej,  która  jest  daleko,  nie  ma  więc 

prawa być zazdrosna - ale bałem się. 

Zima  przyszła  niespodziewanie.  Równie  niespodziewanie  spotkałem  ją  na  ulicy.  Nie  wiem, 

jakie  piękne  istoty  oddały  swoje  skalpy  na  futro,  wyglądała,  jakby  w  nim  się  urodziła.  Skąd  ma 
takie  futro?  Nadal  nie  wiedziała,  że  na  nią  patrzę.  Wydawało  mi  się,  że  jest  coś  brutalnego  w 
wyrazie jej twarzy oprawionej w zwierzęcy puch  - nie wiedziałem, że może mieć taką twarz. Ale 
ten grymas od razu zniknął, kiedy mnie zobaczyła. 

Miała do mnie żal o to przypadkowe spotkanie. Coraz częściej miała żal o rzeczy, które nie są 

zależne  od  człowieka,  kieruje  bowiem  nimi  przypadek.  Złościła  się  jak  dziecko,  które  nie  uznaje 
praw rządzących światem - nigdy jednak nie krzyczała, częściej milczała, nadąsana. 

Dopiero  po  jakimś  czasie  zorientowałem  się,  że  to  ona  dyktuje  wszystkie  zasady  naszej  gry, 

która wtedy wydawała mi się podwójna jedynie w serdecznym sensie tego słowa. Spotykałem się z 
nią dwa, trzy razy w tygodniu, nie częściej - była zawsze zajęta. Sam nie wiem, kiedy zacząłem za 
nią pisać semestralne prace. Podjąłem nawet kroki, by zebrać materiał, który miał nam posłużyć do 
stworzenia pracy magisterskiej. 

Pewnego dnia wieczorem, jednego z tych wieczorów, który był nasz, w restauracji, którą tak 

lubiłem, zaczęła mówić po hiszpańsku z siedzącymi przy sąsiednim stoliku cudzoziemcami 

background image

- Znasz ten język? - zapytałem, spłoszony. 
- Troszeczkę - odparła skromnie, ale ja przecież słyszałem, że mówiła płynnie... 
W kilka dni potem w osłupienie wprawiła mnie czarna limuzyna, najnowszy model BMW. 
- Dostałam go w prezencie - uśmiechnęła się nieznacznie. Znałem ten jej triumfalny uśmiech - 

wkładała go ledwie widocznie na usta, gdy odnosiła jakiś sukces. 

- I ty, ty przyjęłaś taki, taki... prezent?! - słowa potykały się o siebie. 
Widząc moje wzburzenie, przestraszyła się. Wtuliła głowę w ramiona jak uwięziony ptak. 
- A co miałam zrobić? 
Była  w  tym  pytaniu  nagle  rozbrajająco  bezradna,  jak  dziecko.  Próbowałem  tłumaczyć  -  nie 

przyjmuje się takich prezentów, chyba że od męża lub ojca, nigdy od gangstera. 

- Ale Edek jest porządny gangster, fajny facet - powiedziała. 
- Idiotka!!! - wrzasnąłem. 
Popłakała  się.  Ja  też  się  popłakałem.  Płakałem  nad  sobą,  nad  nią,  nad  naszą  niedojrzałością. 

Obiecała oddać samochód. Podobno chciała to zrobić wczoraj, ale bała się zapytać mnie o zdanie. 

Jak  zawsze,  kiedy  miała  wyrzuty  sumienia,  kochała  się  ze  mną  gorliwie,  gotowa  na  każdą 

pieszczotę. Peszyła mnie jej seksualna dzikość, przepleciona wyrzutami sumienia. 

- Uderz mnie w twarz - szepnęła, gryząc mnie w ucho. 
Nie chciałem, ugryzła jeszcze raz, zabolało. 
- Mocniej - szepnęła błagalnie. 
Z piekącym boleśnie uchem spełniłem już łatwo jej życzenie, a im mocniej biłem, tym bardziej 

wydawała się szczęśliwa. 

Samochodu nie oddała. Podobno Trzonek zdenerwował się, a jego lepiej nie denerwować... nie 

chciał na powrót przyjąć prezentu. Poczułem, że wszystko zmierza w złą stronę. Byłem zmęczony. 
W  pracy  nie  mogłem  się  skupić.  Na  nieszczęście  dla  kraju,  na  szczęście  dla  mnie  kryzys  w 
budownictwie pogłębiał się z każdym miesiącem. 

To  były  fatalne  dni.  Zerwała  ze  mną  Monika.  Zwierzyłem  się,  że  kocham  dziewczynę. 

Odłożyła  słuchawkę.  Myślałem,  że  na  chwilę  -  zrobiła  to  na  zawsze.  Kazała  mi  przecież  mówić 
prawdę.  Nie  wiedziałem  jeszcze  wtedy,  że  szczerość  należy  do  najbardziej  względnych  rzeczy  w 
świecie rzeczy bezwzględnych. 

Przez  tydzień  badałem  dziurę  po  Monice.  Łączyła  się  gdzieś  z  otchłanią  kosmosu.  Czasami 

myślę, że jest w świecie pierwotne źródło energii i czułości, wspólny zbiornik, który w naszej epoce 
zaczyna  się  wyczerpywać.  Podobnie  jak  cierpliwość  całej  planety  wobec  jej  pasożytów.  Czy 
Monika  nie  zastępowała  mi  matki,  która  nigdy  nie  była  na  tyle  blisko,  abym  był  jej  pewien  do 
końca? 

A  ta  dziewczyna  była  moją  kochanką  i  córką.  Nawet  jeśli  wydawała  się  emocjonalnie 

niedojrzała, z tej słabości płynął jej wdzięk. Monika opiekowała się mną, jej czułość dawała mi siłę, 
by opiekować się dziewczyną. Moniką opiekował się jej mąż, im bardziej zdradzany, tym bardziej 
troskliwy. Komu więc moja ukochana przekazywała cząstkę mojej dla niej czułości? Wchodziłem 
na ścieżkę myślenia, która wiedzie w mrok. 

Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w ten mrok... Okna jej mieszkania były czarne. Pojechała 

do  Krakowa  -  tak  brzmiała  oficjalna  wersja.  Strażnik  przywitał  mnie  serdecznie,  gadałem  z  nim 
czasami o wszystkim i o niczym. Miałem wrażenie, że znowu uśmiechnął się zagadkowo, bo wie 
coś, czego nigdy mi nie powie. 

Zapasowe  klucze  znalazłem  kilka  dni  temu  w  jej  szufladzie.  Schowałem  je  do  kieszeni, 

odruchowo  -  powiedzmy,  że  je  pożyczyłem.  Drzwi  znały  mnie,  nie  stawiały  oporu.  Każde 
mieszkanie  ma  swój  odmienny  zapach.  W  tym  znajomym  mi  zapachu,  bez  niej,  było  coś 
niepokojąco  obcego.  Zapaliłem  ostrożnie  małą,  boczną  lampkę,  usiadłem  na  kanapie,  tam  gdzie 
zwykle. Automatyczna sekretarka mrugała czerwonym okiem. Spojrzały na mnie tajemnicze drzwi 
z ozdobną klamką. Nacisnąłem, były zamknięte. Obejrzałem klucze od mieszkania, wisiał przy nich 
mały kluczyk... pasował do tych drzwi. 

W  pokoiku  stało  gęste,  zatęchłe  powietrze,  mała  lampka  rzuciła  skąpe  i  mdłe  światło,  co 

potęgowało  poczucie  zaduchu.  Pokój  wyglądał  na  biblioteczne  pomieszczenie,  ściany  zostały 

background image

obudowane  półkami,  książek  jednak  stało  tam  niewiele.  Ta  zbieranina  przedmiotów  mogła 
przyprawić  o  zawrót  głowy.  Wydawały  się  zupełnie  przypadkowe,  ale  porządek,  w  jakim  je 
ułożono, sugerował co innego. 

Obok rzeźby z bursztynu stał pozłacany, niegus- towny przyrząd do pomiaru atmosferycznego 

ciśnienia, a dwie murzyńskie maski wisiały na wolnym kawałku ściany. Jakiś zdumiewający organ 
w formalinie, chociaż doprawdy obrzydliwy, wydawał się tu na miejscu. Pod tym obiektem wisiała 
karteczka  przytwierdzona  pineską  -  „Podarek  od  Sergiusza  Kowalskiego,  ordynatora  chirurgii  na 
Szaserów,  lat  45,  przystojny  blondyn”.  Inne  przedmioty  miały  podobne  insygnia.  Szybko 
wypatrzyłem  secesyjną  szkatułkę,  którą  dałem  jej  niedawno.  Martwiłem  się,  że  nie  stanęła  w 
salonie na stoliku. Co robiła tutaj? Karteczka informowała - „Krzysztof Marzecki, architekt lat 29”. 

To  byłem  ja.  Zawstydziłem  się,  że  nazywam  się  Marzecki.  Teraz  próbowałem  odczytać 

wszystkie napisy na raz, ogarnąć całość... ale było to niemożliwe. 

Znalazłem pustą butelkę po winie, które kiedyś piliśmy. Czytałem - „wieczór, z K.M 1. 29, u 

mnie, 12 sierpnia 2002 roku...” Był też mały posążek Buddy, który w tajemniczy sposób zniknął z 
mojego  biurka.  Sztuczny  penis  monstrualnych  rozmiarów  nosił  tajemnicze  insygnia  „ZW,  al  8,1. 
33/6”.  Wisiało  kilka  pejczów  -  jeden  był  nawet  z  ozdobną  rączką.  Ale  bardziej  poruszyła  mnie 
gruszka do lewatywy. Jaki rodzaj erotycznej pamięci może reprezentować lewatywa?! Napis głosił 
-  „Robert,  1.  25  igraszki  czerwcowej  nocy”.  Kuśnierza  można  było  łatwo  poznać  po  ogonach 
rozmaitych futrzaków. Kilkanaście krawatów też miało swoje imiona i adresy. Przedmioty układały 
się według kilku kluczy. Były m.in. pamiątki z egzotycznych wysp, tłoczył się zbiór przedmiotów 
najwyraźniej  przywłaszczonych  sobie  po  kryjomu,  były  prezenty,  a  też  pamiątki  kolacji  w 
luksusowych restauracjach. No i  te pejcze z lewatywą... Całość można określić jednym  słowem  - 
łupy! 

Wyszedłem jak archeolog po wstrząsającym  odkryciu,  skorzystałem  z życzliwości  ściany, by 

osunąć się na dywan. 

Mieszkanie oddychało, pojękiwała lodówka, skrzypiała podłoga, w sąsiednim mieszkaniu ktoś 

siusiał.  Ostatnia,  już  osobna  kropla  spadła  mi  niemal  na  głowę,  a  wodospad  spuszczanej  wody 
sprawił  ból.  Nagle  rozległ  się  stukot,  jakby  otwierano  drzwi,  to  włączyła  się  automatyczna 
sekretarka. Wzburzony mocny męski głos, który liczył, że natrafi na jakiś opór, zmagał się jedynie 
z własnym echem. 

-  Ja  zamorduję...  kurwa!  Dlaczego  wyłączasz  komórkę?!  Nie  rób  tego  więcej.  Jeśli  się  nie 

odezwiesz w ciągu godziny... to, kurwa, jadę do agencji towarzyskiej! 

Odsłuchałem  całą  taśmę.  Tłoczyło  się  kilkanaście  głosów,  faceci,  w  różnym  stopniu 

poirytowania,  były  groźby,  błagania,  kilka  potwierdzeń  spotkań.  W  tej  rozdrażnionej  menażerii 
tylko jeden głos był czuły i należał do mnie, niestety - „gdzie jesteś kochana, odezwij się”. Niektóre 
głosy  ucieleśniłem  bez  trudu,  najdonioślej  gardłował  kuśnierz,  a  były  ksiądz  szeptał  jadowicie. 
Szybko  pogubiłem  się  w  złowrogim  labiryncie  żalu  i  wdzięczności,  dat  i  godzin,  romantycznych 
uniesień i wulgarnych czułości. 

Spojrzałem  w  lustro.  Zdziwiłem  się  -  moja  twarz  była  cała,  włosy  mi  nie  posiwiały,  uszy, 

broda, nawet usta były na swoim miejscu. 

Moja  miłość  jak  po  uderzeniu  błyskawicy  spopielała  i  została  oprawiona  w  nienawiść. 

Roztrzaskałem  pięścią  lustro.  Chciałem  krwi,  niestety  moja  dłoń  była  cała,  za  to  twarz  teraz  w 
kawałkach  wyglądała  o  wiele  lepiej.  Byłem  człowiekiem  klęski,  od  pięści  do  jelit.  Musiałem 
uczynić  coś  wielkiego,  niebotycznego,  na  miarę  swego  nieszczęścia.  Postanowiłem  popełnić 
samobójstwo w tym pokoju łupów. Zrezygnowałem, kiedy pomyślałem, że mnie zasuszy i położy 
na najwyższej półce. 

W  wiszącym  na  ścianie  kalendarzu  znalazłem  adres  krakowskiego  hotelu  -  czy  tam  się 

zatrzymała? Nie miałem wątpliwości, że kopuluje z Pawłem. Pojechałem na dworzec i wsiadłem do 
ekspresu. W Krakowie miałem być o północy. 

Kiedy  pociąg  ruszył,  postanowiłem,  że  zaduszę  ją  krawatem,  który  dostałem  od  niej  w 

prezencie. Uwolniłem od jego fałszywego uścisku szyję i schowałem do kieszeni, ale on jak wąż co 
chwila wysuwał swój jadowity łepek. 

background image

Przez trzy godziny podróży myślałem o krzywdach, jakich doznałem, wyobraźnia otwierała mi 

kolejne przepaście. Kreśliłem różne scenariusze spotkania... byli oboje z Pawłem w łóżku, on był na 
niej, nie, ona na nim... jest sama, ale pachnie obcym samcem... wypiera się... wymuszam zeznania, 
dusząc ją krawatem. Pociłem  się ze złości, coś do siebie  gadałem,  jęczałem  i  warczałem. Starsza 
pani, która siedziała ze mną w przedziale, w popłochu przeniosła się do innego wagonu. 

Taksówka wiozła mnie do hotelu „Pod Różą” przez miasto puste i płaczące deszczem. Portier 

popatrzył na mnie spode łba. Przejrzał wykaz gości. Była w pokoju numer 45. 

Marudził, że wolałby nie dzwonić o tak późnej godzinie. Nie wiem, co było w moich oczach, 

ale kiedy spojrzałem w jego, podniósł słuchawkę. 

Miała nieprzytomny, zaspany głos, nie przestraszyła się - czy była więc sama? 
- Śniłeś mi się... jesteś w Krakowie... w hotelu...? ...chodź szybko do mnie...! 
W drzwiach rzuciła mi się na szyję. Poczułem, jak krawat wypełza z kieszeni i zsuwa się na 

ziemię.  Była  naga,  zawsze  spała  nago,  ciepła,  pachnąca  papierosami  i  snem  -  papierosami?  - 
przecież nie pali papierosów - ale ta myśl zatrzymała się w pół drogi zamknięta w pocałunku. 

 
 
 
 

SYZYF 

 
 
Ten rozdział ma zamknąć jego książkę, ale słowa poruszały się leniwie jak odmrożone mrówki. 

Nadal  nie  był  pewien,  gdzie  jest  mrowisko?  Popatrzył  głębiej  w  lustro  monitora  -  Narcyz,  który 
dożył  wieku  średniego  i  przestał  być  zadowolony  ze  swojej  twarzy.  Poczuł  samotność,  była  jak 
wydrążona w środku kula. Ktoś użył jego ręki, by podnieść słuchawkę i wystukać numer. 

- Ach, to ty - jej słowa polizały go po twarzy delikatnym, chropowatym języczkiem. Poczuł, że 

odzyskuje siły. 

- Próbuję pisać, nie mogę się skupić. 
-  Dlaczego?  -  czuł,  że  czeka  na  odpowiedź,  którą  już  miała  ułożoną  w  głowie.  Dał  jej,  co 

chciała. 

- Myślę tylko o tobie. 
- To przyjedź - szepnęła. 
Kochać  zaczęli  się  już  w  drzwiach.  Kiedy  przenieśli  się  na  łóżko,  po  raz  kolejny  odkrył,  że 

uwielbia jej pupę - najbardziej skupiony w sobie, zaokrąglony i wdzięczny tyłeczek, jaki był w jego 
rękach. 

Kiedy leżeli przytuleni do siebie, zapytała... - kochasz mnie? - szybko wycofała się, jakby bała 

się odpowiedzi... - nie mów nic, nie mów... pomilczymy, przytul się mocniej... 

Na  ulicy  głowił  się  nad  brzydotą  i  nudą  tego  miasta.  Jak  to  możliwe,  że  takie  miejsce  rodzi 

piękne  dziewczyny?  Było  mu  rześko,  jak  zwykle  gdy  przebiegł  kilka  kilometrów  -  udany  seks 
kojarzył mu się z bieganiem. Kiedy zajechał pod swój dom, poczuł niepokój. Dlaczego telefon nie 
dzwoni? Spojrzał z wyrzutem na mrugający zielonym okiem aparat. Zgasił silnik i patrzył z żalem 
na  bramę  wejściową,  odrapaną  i  poklejoną  plastrami  ogłoszeń.  Nie  miał  ochoty  ściskać  jej 
metalowej dłoni. Zamknął oczy i ujrzał nudę, która zjadała swój własny ogon. 

Zapalił silnik i zadzwonił do Joanny. Jak zwykle brakowało jej czasu, ale umówiła się z nim w 

pubie. Błyskotliwość tej dziewczyny zawsze ujawniała jakiś nowy płomyk. 

Czekała na niego przy stoliku schowanym w najciemniejszym kącie. Pomyślał - ona też ma w 

sobie podziemne, mroczne korytarze, w których ukrywa przerażenie życiem. Oczy dziewczyny były 
brązowe  jak  esencja  herbaty.  Rozgadała  się  -  opowiedziała  o  kilku  książkach,  które  ostatnio 
przeczytała. Zdziwił się. 

-  Jestem  ostatnim  pokoleniem,  które  jeszcze  załapało  się  na  wartości  -  powiedziała  z  dumą. 

Roześmiał  się.  Nagle  poczuł  stopę  na  swoim  udzie,  miała  czułą  stopę,  która  wolna  od  bucika 
potrafiła zmienić się w dłoń. Z pewnością doprowadziłaby go do finału, ale po spotkaniu z Martą to 

background image

nie było takie proste. Wyszli z pubu i jak tydzień temu zrobili to w budce telefonicznej. Oboje mieli 
słabość  do  miejsc,  gdzie  są  odciski  tysięcy  palców  i  stóp.  Udawała,  że  rozmawia  przez  telefon, 
łasiła się do publicznej słuchawki, zardzewiałej od przytuleń, szeptów i krzyków; mówiła jej czułe 
słówka, gdy on wykonywał swój erotyczny taniec. 

Potem zaproponował, że gdzieś usiądą – porozmawiają - na szczęście nie miała czasu. Wsiadł 

do samochodu, a kiedy pomachała mu ręką, poczuł na sercu braterski plasterek. 

Alicja  mieszkała  po  drodze,  ona  zawsze  była  po  drodze  i  zawsze  miała  czas.  Jej  mąż  był 

zwykle w podróży, więc mogła zajmować się tylko sobą. Czytywała wiersze liryczne i potajemnie, 
co  mu  kiedyś  wyznała  -  pisała  poezje.  Ten  romantyzm  kontrastował  z  postacią  jej  męża,  otyłego 
jegomościa, za którego najpewniej wyszła dla pieniędzy. Igrając z jej płcią, doznawał szczególnej 
satysfakcji,  rozpalał  ogień,  który  należy  do  finansowego  imperium  tego  bydlaka  -  dla  niej  to  też 
stanowiło  zapewne  jakąś  formę  zemsty.  Czy  dlatego  ich  seks  bywał  gorzko  namiętny?  Nie  była 
piękna,  ale  działała  na  niego.  Lubiła  w  chwilach  ekstazy  gadać  sprośności  -  to  typowe  dla 
kulturalnych, ale nadpobudliwych erotycznie kobiet, które tłumią swoje pierwotne instynkty. Tego 
wieczoru czuł, że jest już tylko byłym mistrzem świata... 

Potrzebował  teraz  chwili  spokoju.  Dziecko  Olgi  pewnie  już  spało?  Była  o  wiele  starsza  od 

niego, ale jak na kobietę czterdziestoletnią miała znakomitą figurę. Jej wiek fascynował go. Lubił 
na jej ciele te wszystkie miejsca z lekka nadgryzione zębem czasu, nagłą zmarszczkę, wzruszające 
pofałdowania. Takie uszczerbki stanowiły część dojrzałej urody Olgi - jak blizna potrafi rozświetlić 
doskonale piękną twarz; jak drogocenne naczynie, które posklejane czasami wygląda szlachetniej. 
Po wyczerpującym dniu jej zamiłowanie do seksu oralnego było wielką zaletą. 

Nie  miał  już  w  sobie  erotycznego  paliwa  oprócz  energii  języka.  Siła  jej  skurczów  budziła 

niepokój - chwilami bał się, że zostanie połknięty jak ten Jonasz i wyląduje w żołądku macicy. Gdy 
jak zwykle po burzy nastąpiła cisza - pomyślał - jak to przyjemnie, że ona nigdy o nic nie pyta. 

Kiedy zbliżył się do swego domu, jak zmora położyła mu się na piersi troska - jakie powinno 

być zakończenie książki? Bez dobrej puenty jest jak wspinaczka bez szczytu. 

W drzwiach tkwiła zwinięta kartka. Przeraził się - znowu ta szalona dziewczyna z sąsiedztwa, 

co upiera się, że jest z nim w ciąży. Na szczęście to był liścik od Agaty - miała aerobik w pobliskiej 
siłowni. Poczuł gniew - przecież prosił ją, by uprzedzała, kiedy chce wpaść! 

Czuł się mieszanką zapachu kilku kobiet, nie miał jednak ochoty na kąpiel - żal zmywać taki 

dorobek  dnia.  Spryskał  się  ulubionymi  damskimi  perfumami  i  włączył  komputer  -  dopiero  w 
otwartym monitorze jest u siebie. Od kilku dni dręczy go problem - jego bohater na próżno szuka 
obiektu miłości; zaopiekował się kotem, miał przygodę w pociągu, ucieka z kochanką przez okno... 
to wszystko poskładał w kilka opowieści, nadal jednak nie widzi zakończenia. 

Odszedł  od  komputera  i  popatrzył  w  lustro.  Coraz  mniej  lubił  swoją  twarz,  kilka  siwych 

włosów  wskazywało  drogę,  którą  będzie  kroczyć  bez  względu  na  to,  w  ilu  jeszcze  kobietach 
zanurzy  się...  Ta  myśl  sprawiła  mu  przykrość,  jakby  ktoś  bliski  popełnił  wobec  niego  nietakt. 
Zrobiło mu się zimno. Było cicho, tak cicho, że usłyszał swój żołądek. Miasto spało, ale ten sen nie 
miał w sobie nadziei. 

Przytulone do siebie spały też dwa telefony. Nawet to odczuł jako odtrącenie. Otworzył pocztę 

elektroniczną. Przybyło  kilkadziesiąt listów. Jaka szkoda, że Basia mieszka w Chicago, to bardzo 
męczące uprawiać z nią seks nad oceanem. Czy masz jakieś miejsce na ramieniu, gdzie mógłbym 
położyć swoją głowę? - napisał. I wysłał rakietę w internetowy kosmos, w stronę Ameryki. Poczuł 
się  opuszczony  przez  to  zdanie  i  jeszcze  bardziej  samotny.  Tak  samotny,  że  ujrzał  sto  tysięcy 
chorób, które przyczaiły się w dżungli jego ciała i czekały, by rzucić mu się do gardła. Połknął trzy 
proszki nasenne, popił winem, podkulił nogi i wtulił się w pępek poduszki. 

 
 
 
 
 

 

background image

TOMASZ JASTRUN - ur. 1950. Poeta, prozaik, 
eseista, krytyk literacki, reporter. 
W latach 70. i 80. związany z ruchem opozycyjnym. Laureat 
nagród, m.in.: Fundacji Roberta Gravesa, Fundacji 
Kościerskich, nagrody Kulturalnej NSZZ Solidarność za 
poezję z okresu stanu wojennego, nagrody Dziennikarzy 
Niezależnych im. A. Słonimskiego i nagrody literackiej 
paryskiej „Kultury”. 
Od 1986 roku stały felietonista paryskiej „Kultury”. Od roku 
1990 dyrektor Instytutu Polskiego w Sztokholmie i attache 
kulturalny w Szwecji. Felietonista m.in. „Twojego Stylu”, 
„Rzeczpospolitej”, miesięcznika „Architektura”. 
 
 
 
spis treści 
 

Morderca i dziecko 
Urodziny 
Intruz 
Gorący lód 
Zielone oczy 
Jak wytresowałam lwa 
Twórczy niepokój 
Noc 
Drugi brzeg 
Rzęsistek 
Konik polny 
Mole 
Dzień życia i śmierci 
Karminowe majteczki 
Klatka 
Klucz 
Dziurka Jak Marzenie 
Balkon do nieba 
Randka z mrokiem 
Rozbitkowie 
Róże i krew 
Głowa 
Tajemnica 
Zazdrość 
Błyskawica 
Kuszenie księdza Tomasza 
Kret 
Kolekcjonerka 
Syzyf