background image

Kaiser Janice 

 

Tajemniczy Narzeczony 

 

Arianna Hamilton krążyła nerwowo po pokoju, obracając na palcu pierścionek zaręczy-

nowy. Był to najpiękniejszy klejnot, jaki kiedykolwiek widziała — trzykaratowy brylant osa-

dzony  w  platynie.  Kiedy  dostała  go  od  Marka  w  Dniu  Zakochanych,  była  nieprzytomna  ze 

szczęścia. 

Zdjęła pierścionek, zacisnęła go w dłoni i podeszła do okna. Spojrzała na szarzejące w 

mroku,  ciche,  zasypane  liśćmi  Murray  Hill  i  pomyślała  o  eleganckim  domu,  który  Mark  dla 

nich kupił. Gdy przypomniała sobie, jak go urządzali w marzeniach, miała ochotę się rozpła-

kać.  Trudno  uwierzyć,  że  ich  pragnienia  nigdy  się  nie  spełnią.  Zrozumiała,  że  choć  bardzo 

kocha Marka Lindsaya, nie może go poślubić. 

Odezwał się telefon. Pewnie jej siostra bliźniaczka dzwoni z Aspen. Arianna chwyciła 

słuchawkę. 

- Halo? Zara? 

— Nie, kochanie, to ja— usłyszała głos Marka. — Chciałem 

ci tylko powiedzieć, że się spóźnię. Posiedzenie zarządu trochę się przeciągnęło, a teraz 

utknąłem w korku. Ale będę niedługo. Za jakieś piętnaście, dwadzieścia minut. 

—  Dobrze,  Mark.  Jeszcze  nie  zaczęłam  szykować  kolacji.  Mogę  się  do  tego  zabrać  w 

każdej chwili. 

—  Nie  śpiesz  się.  Przywiozę  butelkę  szampana.  Pamiętasz,  że  do  ślubu  pozostał  tylko 

miesiąc? Chyba możemy to uczcić. 

— Och, Mark — szepnęła ze łzami w oczach. 

— Wiem, że jestem sentymentalnym głupcem, ale cię kocham. 

Arianna zagryzła usta niemal do krwi. 

— Do zobaczenia — wyjąkała. Odwiesiła słuchawkę i otarła łzy. Jak mu to powie, na 

Boga? 

Przeszła do sypialni, otworzyła szafę i popatrzyła na suknię ślubną. Tygodniami chodzi-

ła po sklepach, szukając wymarzonej kreacji. Gdy już straciła nadzieję, ujrzała ją na wystawie 

niewielkiego butiku. 

Wpadła do sklepu, chwyciła to dzieło kunsztu krawieckiego i ruszyła do przymierzalni, 

zrzucając pośpiesznie okrycie. Gdy delikatny atłas spłynął na jej biodra, nabrała pewności, że 

background image

właśnie tego szukała. Na myśl, że nigdy nie włoży tej idealnej wprost sukni, serce o mało nie 

pękło jej z żalu. 

Dręczyła ją niepewność. Może głupio robi? Teoretycznie Mark Lindsay to idealny kan-

dydat  na  męża.  Jest  przystojny,  ma  doskonałe  maniery,  pochodzi  ze  znamienitej  rodziny  i 

pewnego dnia zostanie właścicielem banku Lindsay Sć Soames. Co ważniejsze, od początku 

wiedziała, że Mark naprawdę jej pragnie — to czuły, troskliwy kochanek. Nigdy nie wątpiła 

w szczerość jego uczuć, ale... 

Właśnie to „ale” nie dawało jej spokoju. Nie potrafiła sprecyzować, co ją gnębi. Mark 

to chodzący ideał, ale jego miłość raczej ją przytłaczała, niż cieszyła. 

Telefon znowu się odezwał. 

— Sprawa życia i śmierci, co? — powiedziała jej siostra. 

—  Przełożyłam  spotkanie,  żeby  do  ciebie  zadzwonić.  Mam  nadzieję,  że  to  naprawdę 

coś ważnego, Ań. 

— Zara — odparła drżącym głosem — odwołuję ślub. 

— Co takiego?! 

- Odwołuję... 

— Słyszałam, co powiedziałaś, Arianno. Pytam dlaczego? Co się stało? 

— Właściwie nic. Po prostu opadły mnie wątpliwości. 

— Ale jeszcze niedawno uważałaś, że Mark to ósmy cud świata. 

—  Może  na  tym  polega  problem.  Wiem,  że  to  zabrzmi  krętyńsko,  ale  czasami  mam 

wrażenie, że jest zbyt wspaniały. Jedyne, czego pragnie, to mnie uszczęśliwić. 

— Boże, to straszne — zażartowała Zara. 

— Pewnie myślisz, że oszalałam. Często budzę się w środku nocy i sama się nad tym 

zastanawiam. Chyba podświadomie czegoś się boję. 

— Rozmawiałaś o tym z Markiem? 

— Próbowałam, ale jest tak we mnie zakochany, że opacznie odbiera moje słowa. Bę-

dzie tu dziś wieczorem. Zamierzaliśmy spędzić weekend w domku letniskowym, który należy 

do jego rodziny. W tej sytuacji nigdzie nie pojadę. — Arianna umilkła, i dopiero po dłuższej 

chwili rzekła drżącym głosem: — Chcę mu zwrócić pierścionek zaręczynowy. 

— Jesteś pewna? — spytała Zara. — Całkowicie pewna? 

— Jestem. Noszę się z tym zamiarem już od jakiegoś czasu. W kółko o tym myślę. 

— Czy wydarzyło się coś szczególnego? Pokłóciliście się? 

— Nie. Mark nigdy nie podniósł na mnie głosu ani nie stracił panowania nad sobą. Cza-

sami nawet żałuję, że tak się nie stało. 

background image

W słuchawce znowu zapadła cisza. Tym razem trwała dłużej. Ariannie serce waliło jak 

młotem. 

—  Zawsze  lubiłaś  ostrych  facetów  —  powiedziała  w  końcu  Zara.  —  Drani  o  złotym 

sercu. Rozumiem, że Mark może być dla ciebie za miękki. 

— Czyli nie jestem wariatką? 

— Oczywiście, że jesteś, ale dla mnie to nie nowina. 

Arianna odetchnęła z ulgą. Chociaż były bliźniaczkami, miały zupełnie inne usposobie-

nia i zainteresowania. Zara skończyła prawo i zamieszkała w Aspen. Natomiast Arianna pra-

cowała  jako  redaktorka  w  dużym  wydawnictwie  i  nie  wyobrażała  sobie  życia  poza  Nowym 

Jorkiem. 

Obie czuły się szczęśliwe. Martwiło je tylko to, że nie mogą częściej się widywać. Bra-

kowało im zwłaszcza tych spotkań, od kiedy dwa lata temu zmarła ich babka ze strony ojca, 

Ellen Hamilton. Po katastrofie lotniczej, w której zginęli ich  rodzice, osierocając dziesięcio-

letnie dziewczynki, zabrała wnuczki do siebie, do Denver. 

— Zdajesz sobie sprawę, że odwołując ślub w ostatniej chwili, narazisz na kłopoty wie-

le osób? — spytała Zara. 

- Owszem — odparła Arianna. - Nie masz pojęcia, jak mi przykro. Wiem, że ty, Darcy i 

Laura kupiłyście już suknie dla druhen, a Laura nawet bilet do Nowego Jorku. 

— Ja też — rzekła Zara. — I tak mogę przyjechać, chyba że nie chcesz. 

—  Och,  pewnie,  że  chcę.  Nie  wiem,  co  mogłoby  mi  lepiej  zrobić.  Skoro obie  z  Laurą 

macie  bilety,  to  może  spotkamy  się  we  cztery.  Z  bólem  serca  stwierdzam,  że  suknie  trzeba 

spisać na straty, ale podróży me musicie odwoływać. 

—  Masz  rację.  Poza  tym,  nie  widujemy  się  tak  często,  jak  to  sobie  obiecałyśmy  po 

skończeniu ogólniaka. 

— Świetnie. Któregoś wieczoru możemy odwiedzić salon Madame Wu. Chyba ci o nim 

nie  opowiadałam,  ale  to  szczególne  miejsce.  Ciasteczka  szczęścia,  które  tam  podają,  mają 

czarodziejską moc! Ich przepowiednie się spełniają! 

— Arianno, ty naprawdę zwariowałaś. 

— To ciekawe miejsce, Zaro. Na pewno ci się spodoba. 

— Zamilkła, a kiedy znowu się odezwała, w jej głosie wyczuwało się wahanie. — Ale 

nie musimy tam chodzić, jeśli me będziesz miała ochoty. Przede wszystkim chciałabym wy-

nagrodzić wam straty, jakie przeze mnie poniosłyście. 

— Śpij spokojnie — rzekła Zara. — Jakoś to przeżyjemy. Gorzej będzie z Markiem. 

— Wiem. — Głos.Arianny drżał. — Jestem przerażona. 

background image

— Dasz sobie radę. Nigdy nie bałaś się trudnych decyzji. I bez względu na to, co zro-

bisz, masz moje pełne poparcie. Chyba wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. 

— Dzięki. To bardzo dużo dla mnie znaczy — odrzekła Arianna. — Jesteś jedyną oso-

bą, której mogę się zwierzyć. Mamy tylko siebie. 

— To prawda — westchnęła Zara. — Dobrze o tym wiem. 

— Dzięki za wszystko. 

— Kocham cię, siostrzyczko. Głowa do góry. Wszystko dobrze się ułoży. Jak zawsze. 

— Do zobaczenia za parę tygodni. 

 

ROZDZIAŁ1 

 

Mark Lindsay wjechał wypożyczonym samochodem na serpentynę, która prowadziła do 

Independence Pass, i wkrótce był już na samym wierzchołku. Zjechawszy na pobocze, spoj-

rzał na łagodnie pochylone, pokryte śniegiem łąki rozciągające się od góry Elbert na północy 

aż  do  szczytu  La  Piatu  na  południu.  Był  dopiero  początek  paŸdziernika  i  śnieg  sprawiał  na 

nim niesamowite wrażenie, tym bardziej że dwa dni temu wrócił z Karaibów. 

Przez ostatni miesiąc Mark żył w rozterce. Wreszcie trzydziestego września, w dniu, w 

którym mial się odbyć jego ślub z Arianną, postanowił polecieć na Martynikę, by się przeko-

nać,  czy  narzeczona.  rzeczywiście  pragnie  od  niego  odejść.  Przez  myśl  mu  nie  przeszło,  że 

trzy dni później znajdzie się w Górach Skalistych. Mark uchylił szybę, by zaczerpnąć świeże-

go powietrza i objąć wzrokiem pełne majestatu góry. Choć słońce grzało mocno, na wysoko-

ś

ci  trzech  tysięcy  sześciuset  metrów  panował  chłód.  Odetchnął  głęboko,  myśląc  ze  zdziwie-

niem o nauczce, jaką dostał od życia. 

Decyzja Arianny o zerwaniu zaręczyn całkowicie go zaskoczyła. 

— Nie chodzi o to, że cię nie kocham, Mark -. powiedziała, zwracając mu pierścionek. 

— Ale... 

— Ale co? 

— Nie wiem. Chyba nie jestem jeszcze gotowa. 

—  Nie  jesteś  gotowa  —  powtórzył.  —  Zgadzam  się,  że  siedmiomiesięcme  zaręczyny 

nie należą do najdłuższych na świecie, lecz... 

— Mark — przerwała mu, wstając od stołu — to nie jest kwestia czasu. — Byli w jej 

mieszkaniu w Murray HiJl. Niewielki salonik rozjaśniaŁ chybotliwy płomień świecy. 

— Ale powiedziałaś, że nie jesteś gotowa. 

background image

Podeszła  do  okna  i  odwrócona  tyłem  do  Marka,  patrzyła  na  roziskrzony  światłami 

Manhattan. Mark nigdy nie zapomni tego widoku — jej drobnego, smukłego ciała, miękkich 

rudych loków, błyszczących w świetle świecy, wąskiej talii i krągłych bioder... Arianna stała 

mu się tak bardzo bliska, pokochał ją całym sercem, a ona go zraniła. 

— Nie chodzi o ciebie, Mark - wyjaśniła — ale o mnie. Nie potrafię ci tego wytłuma-

czyć. Po prostu wydaje mi się, że powinnam odczuwać coś innego. 

— Chodzi o to, czy mnie kochasz, czy nie. 

Arianna odwróciła się od okna i popatrzyła na niego błyszczącymi oczami. 

— To nie jest takie proste. Naprawdę nie jest. 

— No dobrze — rzekł — odłóżmy na razie ślub. 

Potrząsnęła głową. 

— Nie, to byłoby nie w porządku z mojej strony, gdybym kazała ci czekać. Za pół roku 

mogę czuć to samo co teraz. 

— Chcę spróbować — odparł. — Co byś pomyślała o mnie, gdybym od razu pozwolił 

ci odejść? 

Łzy popłynęły jej z oczu. 

— Może zasługujesz na kogoś lepszego, kto potrafi cię docenić. Tak, na pewno zasłu-

gujesz ha kogoś takiego. 

Na początku był w szoku. Z pewnością jego durna została zraniona, me rozumiał, co się 

stało. Przez parętygodni czekał, żyjąc nadzieją. Myślał, że Arianna odzysku zdrowy rozsądek, 

ż

e zerwała zaręczyny ze strachu przed życiową decyzją. Gdy jednak nie otrzymał od niej żad-

nej wiadomości, doszedł do wniosku, że przyczyny jej zachowania powinien szukać w czym 

innym. 

Nie tylko on był zaskoczony i rozczarowany. 

— Co się dzieje z tą dziewczyną? — spytała jego matka, gdy podzielił się wieścią z ro-

dzicami. — Te spotkania z gwiazdarni filmowymi musiały przewrócić jej w głowie. 

— Nie w tym rzecz, mamo. 

— Może i nie, kochanie. Arianna na pewno jest  śliczną dziewczyną,  ale  nie jedyną na 

ś

wiecie. W Meredith też byłeś zakochany. I jeśli chcesz znać moje zdanie, to ona bardziej do 

ciebie pasowała. Jaka szkoda, że zginęła w tej straszliwej kraksie samochodowej. 

Jego  matka  miała  słabość  do  Meredith  Peyton,  kobiety,  z  którą  był  zaręczony  parę  lat 

temu,  ale  trzeba  przyznać,  że  odkąd  pojawiła  się  Arianna,  Julia  Lindsay  ani  razu  nie  wspo-

mniała  nieżyjącej  narzeczonej  syna.  Jednak  nie  ulega  wątpliwości,  że  dla  Julii  właśnie  ona 

była  uosobieniem  idealnej  żony  —  z  dobrej  rodziny,  właściwie  wychowanej,  należącej  do 

background image

ś

mietanki towarzyskiej. Ze stratą Meredith pogodził się wiele lat temu, ale me chciał znowu 

zostać  sam.  Szczerze  pokochał  Ariannę.  Nie  był  pewien,  czy  Ań  rzeczywiście  uważała,  że 

zasługuje na kogoś lepszego, czy po prostu próbowała osłodzić rozstanie. 

Musiał dowiedzieć się, co naprawdę kryło się za decyzją o zerwaniu. Zadzwonił do niej 

do pracy. 

— Richard? — spytała, podnosząc słuchawkę. 

- Nie, Arianno, to ja, Mark. 

— Och, Mark, wybacz mi — odparła zakłopotana. — Miałam dwa telefony jednocze-

ś

nie, musiałam więc wcisnąć zły guzik. Richard Gere jest na drugiej linii. Ma tylko potwier-

dzić termin spotkania. Możesz chwilkę poczekać? — Wyłączyła się na parę sekund. — Prze-

praszam — powiedziała, włączając się z powrotem. 

— Mam nadzieję, że w Hollywood wszystko w porządku. 

— Starał się, by nie usłyszała sarkazmu w jego głosie. 

— Richard zastanawia się nad napisaniem książki i jego agent chce, żeby omówił ze in-

ną szczegóły. To zwykła procedura. 

Arianna przybrała pojednawczy, a nawet przepraszajy ton. To go zdziwiło, nie miała już 

przecież wobec niego żadnych zobowiązań. 

— Dzwonię do ciebie, ponieważ nasza podróż poślubna na Martynikę została wcześniej 

opłacona,  a  trudno  żądać  zwrotu  pieniędzy  na  tydzień  przed  wyjazdem.  Myślałem,  że  sam 

pojadę, ale muszę przeprowadzić ważną transakcję. Przyszło mi do głowy, że może ty miała-

byś ochotę wykorzystać swój bilet i rezerwację w Maison des Carabes. 

— Proponujesz, żebym wybrała się w tę podróż, chociaż 

ś

lub się nie odbędzie? 

— Wszystko zapłacone, Arianno. Dlaczego nie skorzystać z okazji? 

W słuchawce zapadła cisza. Mark czekał. 

— Myślisz, że jestem nieczuła i niewrażliwa, prawda? 

Był zaskoczony, słysząc nutę cierpienia w jej głosie. 

— Sądzisz, że łatwo mi było zerwać zaręczyny? 

— Arianno, nie miałem zamiaru... 

— Och, to nie twoja wina. Nie dziwię się, że tak Ÿle o mnie myślisz. 

— Słuchaj, inaczej te bilety się zmarnują. Pomyślałem, że może zechcesz je wykorzy-

stać, to wszystko. 

Znowu zapadła cisza. 

background image

— Chyba nie będę w stanie — odparła po chwili. — To miał być nasz miesiąc miodo-

wy... to znaczy... o Boże... nie jestem zimna jak głaz. 

— Te bilety nie są mi potrzebne. Prześlę ci je razem z rezerwacją hotelową. Zrobisz z 

tym, co zechcesz. 

Choć  Mark  słyszał  silne  wzburzenie  w  jej  głosie  i  nie  miał  wątpliwości,  że  czuje  się 

winna, nic nie wskazywało nato, że zmieni decyzję. 

Nie chciał wywierać na nią żadnego nacisku, miał jednak nadzieję, że Arianna się z nim 

skontaktuje. W końcu zrozumiał, że sam musi doprowadzić do spotkania. 

W następny piątek, w przeddzień ich planowanego ślubu, zadzwonił do wydawnictwa. 

Ku  jego  rozczarowaniu,  okazało  się,  że  Arianna  wybrała  się  na  kolację  z  Richardem  Gere. 

Mark nie potrafił opanować zazdrości. Spytał asystentkę, czy będzie w pracy w poniedziałek i 

dowiedział się, że wbrew temu, co powiedziała, wybiera się na Martynikę. Nie zastanawiając 

się  długo,  postanowił  polecieć  za  nią  na  Karaiby.  Ich  ostatnia  rozmowa  przekonała  go,  że 

Arianna nie jest w najlepszym stanie ducha. Postanowil, że porozmawia z nią szczerze i zrobi 

wszystko, by do niego wróciła. A jeśli mu się to nie uda, może przynajmniej pozostaną przy-

jaciółmi. 

Sprawy  me  potoczyły  się  po  jego  myśli.  W  hotelu  na  Martynice  zastał  wprawdzie 

Ariannę,  ale w towarzystwie mężczyzny.  Z początku był oburzony i wściekły — tak bardzo 

starał się sprostać jej oczekiwaniom, a ona go zdradziła. Okazało się jednak, że był w błędzie. 

Arianna nie przyleciała na Karaiby. Pojechała do Aspen. To Zara zamieszkała w hotelu wraz 

ze swym przyjacielem, korzystając z rezerwacji siostry bliźniaczki. 

— Ari doszła do wniosku, że praca najlepiej leczy złamane serce — wyjaśniła mu Zara 

w holu Maison des Caralbes. 

Ta uwaga rozbudziła ciekawość Marka. 

— Naprawdę ma złamane serce czy tylko tak mówisz, żeby mnie pocieszyć? 

Popatrzyła na niego uważnie. 

— Niech to zostanie między nami, ale Arianna nie jest do końca przekonana, czy słusz-

nie postąpiła, odwołując ślub. 

To była najlepsza wiadomość, jaką usłyszał od miesiąca. 

— Tak powiedziała? 

— Nie, ale znam Ari jak własne pięć palców — odparła Zara. — Zawsze myślimy tak 

samo, nawet jeśli dochodzimy do różnych wniosków. Mark, nie chcę ci robić nadziei, ale mu-

sisz wiedzieć, że moja siostra wciąż się zastanawia, co do ciebie czuje. 

— Tylko to chciałem usłyszeć — rzekł. — Jadę do Aspen. 

background image

— Nie śpiesz się tak. 

— Myślisz, że to zły pomysł? 

—  Może  i  dobry,  ale  musisz  się  przygotować  do  rozmowy.  Im  lepiej  zrozumiesz  jej 

uczucia, tym łatwiej dopniesz celu. 

Mark potrząsnął głową. 

— Szkoda, że wcześniej nie poprosiłem cię o radę. No, 

dobra, zamieniam się w słuch. Tylko mów bez ogródek, nie bój się, że mnie zranisz. 

—  Mark,  z  opowieści  Ań  wynika,  że  jesteś  chodzącym  ideałem.  Troskliwy,  delikatny, 

uprzejmy  i  kochający.  Może  dla  niej  okazałeś  się  zbyt  idealny.  Wiem,  że  czasami  czuła  się 

przytłoczona  twoją  miłością.  Nie  chcę  powiedzieć,  że  marzy  o  mężczyźnie  obojętnym,  ale 

jeśli masz zamiar doprowadzić ją do ołtarza, to zachowuj się tak, by musiała zabiegać o twoje 

względy. Ona potrzebuje kogoś, kto trzymałby ją w niepewności, a nie spełniał każdą jej za-

chciankę. Ań uwielbia wyzwania. Pamiętaj o tym, to jest klucz do jej serca. 

Słowa Zary otworzyły mu oczy. Nagle zobaczył swój związek z Ańanną w zupełnie in-

nym  świetle.  Oczywiście,  że  czuła  się  przytłoczona  jego  miłością,  skoro  robił  wszystko,  by 

uważała  go  za  wspaniałego  mężczyznę  —  zgadywał  każde  jej  życzenie,  zwracał  szczególną 

uwagę  na  to,  by  jej  nie  urazić  ani  nie  zdenerwować.  Jak  na  ironię,  wyrządził  w  ten  sposób 

więcej złego niż dobrego. Co gorsza, był nieuczciwy wobec siebie. Udawał kogoś innego. 

Wydawało mu się, że tragedia, która rozegrała się na oblodzonej drodze w Connecticut 

parę  lat  temu,  nadał  miała  wpływ  na  jego  życie.  Wciąż  czuł  się  odpowiedzialny  za  śmierć 

Meredith i nosił smutek w sercu. 

Kiedy pojawiła się Arianna, zaczął zachowywać się nienaturalnie. Otoczył ją nadmierną 

troską. Powodowała nim obawa przed ponowną stratą, a także, początkowo nie uświadomio-

na, potrzeba spłacenia długu wobec nieżyjącej Meredith. Na szczęście Zara uzmysłowiła mu 

prawdę. Zrozumiał, że postępował głupio. 

Nie  wszystko  było  stracone,  ponieważ  dzięki  Zarze  miał  pretekst  do  ponownego  spo-

tkania z Ańamią. Zdarzyło się coś nieprawdopodobnego — na lotnisku wzięto Zarę za Arian-

nę i wręczono jej maszynopis, który, jak się okazało, ujawniał tajemnice mafii. 

—  Będę  spokojniejsza,  jeśli  to  ty  przekażesz  go  Ań  —  powiedziała  Zara,  ostrzegając 

go, że bierze na siebie duże ryzyko. — Niektórzy ludzie są gotowi zabić, byle tylko ten ma-

szynopis nie wpadł w niepowołane ręce. Mówię poważnie. Wolałabym, żeby Ańanna w ogóle 

go nie dostała, ale nie mogę podejmować za nią decyzji. Zostawiam to tobie. 

Teraz stanął przed poważnym dylematem. Cieszył się, że ma pretekst, by spotkać się z 

Arianną, ale wiedział też, że maszynopis wystawia ją na niebezpieczeństwo. Bał się, że jeśli 

background image

będzie próbował ją ochraniać, potraktuje to jako kolejną próbę ograniczania jej swobody. Mu-

siał znaleźć sposób, by jej pomóc, nie wzbudzając jej protestów. 

Zara nie miała żadnych sugestii. 

— Jesteś w trudnej sytuacji — rzekła — ale powinieneś sam 

sobie z tym poradzić. 

Przyrzekł, że będzie strzegł Ańanny jak oka w głowie. Zapakował maszynopis i złapał 

najbliższy samolot do Miami. „Irm razem niczego nie będzie udawał. 

Mark po raz ostatni wciągnął w płuca rześkie górskie powietrze, popatrzył w lusterko i 

wjechał  na  szosę.  Od  Aspen  dzieliła  go  niecała  godzina  drogi,  a  tam  czekała  kobieta,  którą 

kochał,  Zdziwi się, kiedy  go zobaczy, ale to zdziwienie będzie niczym w porównaniu z nie-

spodzianką, jaką jej szykuje. Zara uparcie twierdziła, że jej siostra pragnie mężczyzny, o któ-

rego względy musi zabiegać. I będzie zabiegała, postanowił w duchu. 

Arianna weszła do sklepu przy Mili Street, w którym codziennie odbierała opóźniony o 

jeden dzień egzemplarz „The New York Timesa”. Właściciel wyjął z ust fajkę i kiwnął 

głową na powitanie. 

—  Witaj,  Zaro  —  rzeki.  —  Musiało  tu  przyjechać  jeszcze  kilku  nowojorczyków,  bo 

sprzedałem wszystkie „Timesy”. Ale dla ciebie jeden zostawiłem. 

— Dzięki — odparła z uśmiechem, wyjmując z torebki banknot pięciodolarowy. 

Mężczyzna położył na ladzie gazetę razem z resztą. Arianna podziękowała mu i wyszła. 

Nie zawracała sobie głowy wyprowadzaniem go z błędu. Po paru próbach tłumaczenia, że nie 

jest Zarą, tylko jej siostrą bliźniaczką, doszła do wniosku, że lepiej dać sobie z tym spokój. 

Obiecała Zarze podczas pożegnarna w Nowym Jorku, że będzie się dobrze sprawowała. 

— Za nic w świecie me ośmielę się zepsuć ci reputacji 

— zapewniła z uśmiechem. — Wiem, że małe miasteczka są specyficzne. 

Wolałabym po powrocie do domu nie dowiedzieć się, że zostałam usunięta z palestry. 

Błagam cię tylko o jedno: nie udzielaj żadnych porad prawnych — odparła Zara. 

Arianna obiecała solennie spełnić prośbę siostry. 

Dotarła  do  Main  Street,  skręciła  ńa  zachód  i  z  gazetą  pod  pachą  poszła  dalej  wolnym 

krokiem,  napawając  się  górskim  jesiennym  powietrzem.  Lubiła  spacery,  a  w  Nowym  Jorku 

nie miała na nie zbyt wiele czasu. Podczas pobytu w Aspen wsiadła do samochodu Zary tylko 

raz, by pojechać do supermarketu. Większość czasu spędzała w domu i pracowała, choć nie 

tak dużo, jak to sobie zaplanowała. Głowę wciąż miała nabitą myślami o Marku. 

Dziś  rano  redagując  tekst,  przypomniała  sobie,  jak  na  nią  spojrzał,  gdy  rozstali  się  na 

początku września. Jak na mężczyznę, któremu właśnie zwrócono pierścionek zaręczynowy, 

background image

Mark  zachował  zadziwiający  spokój.  Choć  miał  zgaszone  spojrzenie  i  smutny  uśmiech,  nie 

powiedział niczego, co złamałoby jej serce. 

—  Dla  mnie  najważniejsze  jest  to,  że jesteś  szczęśliwa.  Nawet  jeśli  to  oznacza,  że  nie 

możesz być ze” mną. Ale ja nadał będę cię kochał. 

Arianna spojrzała na zegarek. Na Martynice zbliżała się pora kolacji. Gdyby z nim nie 

zerwała, byliby teraz razem-w podróży poślubnej, może właśnie w tej chwili siedzieliby przy 

stoliku  w  restauracji.  Wcześniej  kochaliby  się  ze  sobą  raz,  może  dwa  —  najpierw  rano,  po 

kąpieli w krystalicznie czystej morskiej wodzie, potem w trakcie przygotowań do kolacji. 

Przeżyliby  cudowne  chwile.  Maik  był  czułym,  oddanym,  pozbawionym  egoizmu  ko-

chankiem.  ¯ aden  mężczyzna  nie  rozumiał  lepiej  jej  potrzeb.  Ale  choć  doznawała  rozkoszy, 

przeżywała  także  rozczarowanie.  Chciałaby,  żeby  czasami  zapamiętywał  się  w  miłości,  był 

bardziej  spontaniczny.  Pomyślała,  że  może  właśnie  na  tym  polegał  problem.  Gdy  ktoś  jest 

doskonały, łatwo przewidzieć, jak się zachowa, a przez to staje się nudny. 

Arianna  śkarciła  się  w  duchu.  Wiele  kobiet  uznałoby,  że  zwariowała?  W  końcu  czuli 

kochankowie nie rodzą się na zimą. 

Może szuka dziury w całym. A poza tym, jaką ma szansę na znalezienie kogoś lepsze-

go? 

Ale po co się zadręcza? Przywiozła ze sobą mnóstwo roboty. Powinna myśleć o niej, a 

nie o tym, co mogło się wydarzyć. Zwróciła pierścionek, teraz musi ponieść konsekwencje tej 

decyzji. Pociechę znajdzie w pracy i dlatego na niej musi skupić całą energię. Nie da się jed-

nak  ślęczeć  nad  tekstem  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Potrzebuje  jakiejś  rozrywki. 

Jesienią w Aspen niewiele się dzieje. Po tłumach letników nie ma już śladu, a narciarze jesz-

cze nie przyjechali. Miasteczko ożywi się dopiero zimą. 

— Dzięki — odparła Lina. — Może tak zrobię. — Po czym odłożyła słuchawkę. 

Arianna  też  miała  ochotę  zadzwonić  do  siostry,  ale  me  chciała  psuć  jej  wakacji.  Wie-

działa,  że  Zara  pojechała  na  Karaiby,  by  w  egzotycznej  scenerii  odpocząć  od  codzienności. 

Miała nadzieję, że pozna kogoś naprawdę interesującego i godnego uwagi. Zara uchodziła za 

poważniejszą  z  bliźniaczek  i  rzadko  umawiała  się  na  randki.  Arianna  uważała,  że  odrobina 

beztroskiej zabawy dobrze zrobi jej siostrze. Po co niepokoić ją telefonami i zawracać głowę 

swoimi problemami. 

Jedyną niespodzianką był telefon od przyjaciółki Zary, Liny Prescott. 

—  A  niech  to  —  powiedziała  Lina,  kiedy  Arianna  wyjaśniła  jej,  kim  jest.  —  Macie 

identyczne głosy. 

Arianna roześmiała się. 

background image

— I jesteśmy do siebie podobne jak dwie krople wody. 

— Wiedziałam, że Zara ma siostrę w Nowym Jorku, i wi 

Nie przerywając spaceru, rozłożyła gazetę i rzuciła okiem na nagłówki. Jeden z artyku-

łów dotyczył środkowego wschodu. Inny — dyskusji w Kongresie na temat budżetu. Już mia-

ła  złożyć  gazetę,  kiedy  przyciągnęła  jej  uwagę  relacja  ze  strzelaniny  na  lotnisku  Johna  F. 

Kennedy”ego. 

Przebiegła  wzrokiem  kilka  pierwszych  akapitów,  odnotowując  w  pamięci,  że  zabito 

gangstera o nazwisku Sal Corsi. Autor artykułu nie podał żadnego motywu zbrodni. 

Widziałam  twoje  zdjęcia,  lecz  nie  spodziewałam  się  tu  ciebie.  Myślałam,  że  to  Zara 

wróciła. 

—  Zmieniła  plany  —  odparła  Ariaima.  —  Miałam  opłaconą  podróż  na  Karaiby,  a  nie 

mogłam pojechać, więc Zara wybrała się tam za mnie. 

— Do diabła! 

Lina wydawała się bardzo zmartwiona i Arianna spytała, czy stało się coś złego. 

— Owszem, dlatego muszę porozmawiać z Zarą. 

— Więc zadzwoń do niej. Mieszka w Maison Carai”bes. Bez trudu zdobędziesz numer 

telefonu. 

malał tylko, że Corsi miał porachunki z szefami nowojorskiej mafii. Zwróciła uwagę, że 

morderstwa dokonano mniej więcej w tym samym czasie, w którym samolot Zary odlatywał 

do Miami. Była ciekawa, czy to zabójstwo ma coś wspólnego z tajemniczym panem X, który 

męczył  ją,  by  przeczytała  jego  demaskatorską  książkę  o  mafii.  Spławiła  go,  obiecując,  że 

skontaktuje się z nim po powrocie z wakacji. Doszła do skrzyżowania i właśnie miała przejść 

przez  jezdnię,  gdy  usłyszała  zgrzyt  hamulców.  Spojrzała  za  siebie  i  zobaczyła  samochód 

zjeżdżający na pobocze. Jednocześnie usłyszała: 

— Cześć, Zara, podwieŸć cię? 

Glos wydał się jej znajomy, lecz pomyślała, że to niemożliwe. A może zdarzył się cud? 

Pochyliwszy się, zajrzała przez szybkę. Za kierownicą siedział mężczyzna, z którym niedaw-

no była zaręczona i z którym zerwała. Arianna wpatrywała się w mego bez słowa przez dłuż-

szą chwilę. 

— Mój Boże — powiedziała w końcu. — Skąd się tu wziąłeś? 

Uśmiechnął się szeroko. 

—  Przejeżdżałem  przez Kolorado  i  pomyślałem  sobie,  że  przy  okazji  mogę  odwiedzić 

niedoszłą szwagierkę. 

Wpatrywała się w niego w napięciu, zastanawiając się, czy ją oszukuje. 

background image

— Kogo? 

— No, Zara, wskakuj! 

Arianna wciąż była w szoku. Przecież rozmawia z mężczyzną, który parę dni temu miał 

zostać  jej  mężem.  Czy  naprawdę  jej  me  poznał?  Pełna  sceptycyzmu  otworzyła  drzwiczki  i 

wsiadła do samochodu. 

— Pytam poważnie, co tu robisz? 

— Nie będę kłamał — odparł. — Przyjechałem, żeby się z tobą zobaczyć. 

— Ale dlaczego? 

Wzruszył ramionami i westchnął. 

— Pomyślałem, że moglibyśmy pogadać o Ariannie. 

Naprawdę wziął ją za Zarę. Coś podobnego! Oczywiście trzeba będzie wyjaśnić tę po-

myłkę.  Zanim  jednak  zdążyła  otworzyć  usta,  położył  jej  rękę  na  kolanie,  uśmiechnął  się 

dziwnie, a w jego łagodnych brązowych oczach pojawiły się figlarne błyski. 

— A przy okazji możemy pogadać io tobie. 

- O mnie? - wyjąkała. 

Roześmiał się cicho. 

— To chyba jasne, że pociągają mnie dziewczyny w twoim typie. 

— Mark! 

— ¯ artowałem — odparł, puszczając do niej oko. — Ale rzeczywiście chcę z tobą po-

gadać.  —  Wrzucił  bieg  i  samochód  ruszył.  —  Mów,  jak  mam  jechać.  Znam  adres,  ale  nie 

wiem, gdzie skręcić. 

— Jeszcze dwie przecznice. Potem w prawo. 

Spojrzała na niego, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło. To musi być ja-

kiś żart. Ale przecież Mark jest szczery jak złoto. Nie zwykl kłamać i oszukiwać, a to ozna-

cza, że naprawdę wziął ją za Zarę. 

Jeszcze raz pomyślała, że powinna wyprowadzić go z błędu, zanim poczuje się zakłopo-

tany, Jednak diabeł, który  siedział w Ariannie, poradził jej, by poczekała i zobaczyła, co się 

stanie.  Uwielbiała  płatać  figle.  Niestety,  Mark  tego  nie  rozumiał  —  pewnie  dlatego,  że  brał 

ż

ycie zbyt serio. 

 

ROZDZIAŁ 2. 

 

Mark zaparkował we wskazanym miejscu, przed domem w stylu wiktoriańskim, i wyłą-

czył silnik. Arianna była zaniepokojona, a mimo to szalenie zaintrygowana. Wreszcie coś się 

background image

działo! Zamiast zadręczać się myślami, czy postąpiła słusznie, zrywając z Markiem, ma oka-

zję poznać go z zupełnie innej strony. Zapowiadała się świetna zabawa. 

— O czym chcesz porozmawiać? — spytała. 

— Wiem, że między mną a Arianną wszystko skończone 

— rzekł. — Nie potrałę jednak przejść nad tym do porządku. Chciałbym zrozumieć dla-

czego. 

— Czy Arianna nie podała ci żadnego powodu? — spytała, zachęcając go do mówienia. 

— Och, próbowała się tłumaczyć. ale nie bardzo jej to wyszło. Szczerze mówiąc, chyba 

sama nie wiedziała, o co jej chodzi. 

Oczy Arianny rozbłysły gniewem, ale jakoś zachowała spokój. 

— Pewnie nie chciała cię zranić. Wiesz, że jest bardzo uczciwa. 

— Och, tak, ona nigdy nie kłamie — odparł, pocierając ręką policzek. — Ale nadal jej 

nie rozumiem. 

Nagle odezwało się w niej poczucie winy. Mark byłby niesłychanie zakłopotany, gdyby 

wiedział, z kim naprawdę rozmawia. Nie chciała  sprawiać mu przykrości, już wystarczająco 

się przez nią wycierpiał. Powinna natychmiast mu wyjawić, kim jest. Ale jak często, do dia-

bła, kobieta ma szansę usłyszeć prawdę o sobie, i to z ust mężczyzny? 

— Skoro chcesz o tym pogadać — powiedziała. słodkim głosem — to może wejdziesz 

do środka i napijesz się kawy? 

— Z przyjemnością — odrzekł. 

Mark  sięgnął  po  neseser  leżący  na  tylnym  siedzeniu.  Wysiedli  z  samochodu  i  poszli 

podjazdem w kierunku domu. 

— Ładnie tu — powiedział. — Uwielbiam małe miasteczka. 

— Naprawdę? — spytała ze zdziwieniem. Włożyła klucz do zamka i popatrzyła przez 

ramię. — Arianna powiedziała mi, że jesteś typowym mieszczuchem. 

— Bo jestem — odparł — ale we mnie siedzi paru różnych facetów. Myślę, że Arianna 

do końca mnie nie poznała. Wiesz, że zwykła widzieć to, co chce. 

— Pleciesz bzdury! 

Mark uniósł ze zdziwieniem brwi i zrozumiała, że przesadziła. Musi trzymać nerwy na 

wodzy, jeśli chce coś z niego wyciągnąć. 

— Może rzeczywiście jest zajęta sobą, ale to nie znaczy, że 

nie obchodzą jej inni. Wiem, że troszczyła się o ciebie. — Otworzyła drzwi i weszła do 

ś

rodka. 

background image

— Masz rację, jest zajęta sobą. Czasami tak bardzo, że nie wie, co się dookoła niej dzie-

je. Jak można troszczyć się o człowieka, którego zupełnie się nie zna? 

Te słowa dotknęły ją do żywego, lecz nie mogła tego okazać. 

— Naprawdę tak myślisz czy przemawia przez ciebie zramona durna? 

Uśmiechnął się dziwnie, ale zaraz spoważniał. 

— Arianna to wspaniała kobieta i jeszcze długo będzie dla niej miejsce w moim sercu. 

Ariannę zaczęło dławić w gardle i oczy zaszły jej łzami. Słysząc jego czuły głos, omal 

się nie załamała. 

— Ale musisz przyznać — kontynuował — że twoja siostra zachowuje się jak rozpiesz-

czone dziecko. 

— Słucham?! 

— Jest zapatrzona w siebie — wyjaśnił. 

Oblała się rumieńcem, lecz odwróciła głowę, by tego nie zauważył. 

— Czy nie osądzasz jej zbyt surowo? — spytała, starając się opanować drżenie głosu. 

— Zawsze uważałam, że jest dojrzała i otwarta na problemy innych. 

Mark westchnął. 

— Nie chcę Ÿle oniej mówić, ale dziwi mnie twoja reakcja. Ań sama mi powiedziała, 

ż

e kiedyś oskarżyłaś ją o nazbyt egoistyczne postępowanie, o kierowanie się w życiu własną 

wygodą. 

— Siostry czasami mówią sobie takie rzeczy. To nie znaczy, że jej me szanuję. Czuj się 

jaku siebie w domu. Nastawię czajnik. 

Ańanna  wyszła,  mrucząc  gniewnie  pod  nosem.  Nie  powinna  tak  się  denerwować.  Nic 

dziwnego, że jego słowa były przepełnione goryczą. Przecież odeszła od niego, zerwała zarę-

czyny. 

Czekając, aż woda się zagotuje, zastanawiała się, co by na to powiedziała Zara. Zanim 

doszła do jakichkolwiek wniosków, usłyszała, że Mark wchodzi do kuchni. Zerknęła za siebie 

i zobaczyła, że stoi oparty o framugę drzwi, z rękami założonymi na piersi. Przyglądał się jej 

z miną, jakiej nigdy u niego me widziała. W ogóle był jakiś inny niż zazwyczaj. 

— Pomóc ci? — spytał. 

— Nie — odparła. — Dzięki. Tylko nasypię kawy do kubków. 

—. Kawa rozpuszczalna? To bardziej w stylu Arianny. Kiedyś mi mówiła, że jesteś sta-

roświecka.  Mielesz  kawę  w  młynku,  pieczesz  chleb  i  robisz  przetwory.  Chyba  wiele  z  tych 

przedmiotów pochodzi z kuchni twojej babci, prawda? — Mark rozejrzał się dokoła. 

background image

— Mmasz rację — wyjąkała. — Wolę kawę mieloną, ale właśnie mi się skończyła. Jeśli 

me chcesz takiej, to mogę... 

— Nie, nie, wystarczy mi rozpuszczalna. Po prostu trochę się zdziwiłem. 

Nerwowo  wsypywała  kawę  do  kubków.  Czuła,  że  Mark  nie  spuszcza  z  niej  wzroku. 

Wyprowadzało  ją  to  z  równowagi,  bo  wiedziała,  że  to  spojrzenie  było  przeznaczone  dla  jej 

siostry. 

— Wiesz, me mogę się nadziwić. Jesteście do siebie podobne jak dwie krople wody, i to 

w najdrobniejszych szczegółach. A przecież macie tak odmienne charaktery. 

— Owszem — odparła drwiącym głosem Arianna. — Ona jest tą złą bliźniaczką. 

Mark zaśmiał się. 

— Przepraszam, jeśli powiedziałem coś przykrego na jej temat. Wiem, że ją kochasz i 

ż

e ma wiele zalet. — Zbliżył się i dodał szeptem: — Jestem pewien, że tobie też ich me bra-

kuje, Zaro. 

— Słucham?! 

— Istnieją między wami różnice, ale muszą też być i podobieństwa. A skoro tak, to za-

pewne masz cechy, które pociągały mnie u niej. 

Arianna oniemiała. Czy  Mark próbuje ją poderwać? Nie patrzył na mą tak, jak się po-

winno patrzeć na niedo%ą szwagierkę. Przejął ją chłód. Oparła się o blat stołu. 

— Mark, spotkaliśmy się tylko raz. W ogóle się nie znamy. 

— To prawda — odparł z uśmiechem — ale nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy poznali 

się lepiej. 

Ten drań z nią flirtuje. Nie do wiary. 

— Sądziłam, że przyjechałeś porozmawiać o Ań — powiedziała, udając obojętność. 

— To prawda, ale byłbym nieuczciwy, gdybym ci nie Powiedział, że bardzo się zmieni-

łaś od naszego spotkania — szepnął. — Albo ja patrzę na ciebie zupełnie innymi oczami. 

Arianna pobladła. 

— Jakto? 

Zastanowił się. 

— Nie zrozum mnie Ÿle, Zaro, ale teraz wydajesz mi się bardziej podobna do Arianny. 

Odetchnęła  z  ulgą,  lecz  nadal  było  jej  przykro,  że  mężczyzna,  którego  miała  poślubić 

parę dni temu, flirtuje z jej siostrą. Czy zerwanie zaręczyn tak mało go obeszło? 

— Może widzisz to, co chcesz — powiedziała lekkim 

tonem. 

background image

—  A  może  widzę  kogoś,  kto  ma  mnóstwo  zalet  Arianny,  ajecinocześnie  nie  jest...  — 

Głos mu zadrżał. 

—  Rozpieszczonym  dzieckiem  —  zacytowała  go,  przybierając  ton  ostrzejszy,  niż  za-

mierzała. 

Roześmiał się. Podeszła do kuchenki sprawdzić, czy woda się zagotowała. Błyskawicz-

nie pokonał dzielącą ich odległość. Stanął za nią tak blisko, że poczuła zapach wody koloii-

skiej od Gucciego, którą mu podarowała na walentynki. 

— Na pewno nie chcesz, żebym ci pomógł? — spytał. 

— Nie,dam sobie radę — odparła, zerkając na niego przez ramię. 

Przysunął się jeszcze bliżej. 

— Wiesz, że pachniesz tak jak Ariamia? To Chanel, prawda? 

— Owszem. 

Kiedy  chwycił  ją  za  ramiona  i  odwrócił  twarzą  do  siebie,  odskoczyła  jak  oparzona. 

Uśmiechnął  się  szeroko.  Przy  swoich  stu  siedemdziesięciu  ośmiu  centymetrach  wzrostu  nie 

mógł  uchodzić  za  olbrzyma,  ale  był  prawie  dwadzieścia  centymetrów  od  niej  wyższy.  I  z 

pewnością nie zachowywał się jak niedoszły szwagier. 

— Wiesz co, dokonałem zaskakującego odkrycia. 

Bala się zapytać, co ma na myśli. 

— Bardzo mi się podobasz. 

— Mark, daj spokój! 

- Co w tym złego? To komplement. 

— Nie powinieneś mi tego mówić — zaprotestowała. 

— Dlaczego? Przecież to prawda. Nawet pachniesz jak Ań. 

—  Myślisz,  że  kobieta  lubi  przypominać  mężczyźnie  kogoś  innego,  nawet  jeśli  jest  to 

jej bliźniaczka? — powiedziała, gdyż nic innego nie przyszło jej do głowy. 

Mark uśmiechnął się. 

—  No  wiesz,  nie  jestem  taki  głupi.  Potrafię  cię  docenić.  Myślę,  że  związek  z  Arianną 

nie okazałby się czymś specjalnym w porównaniu z tym, co mógłbym przeżyć z tobą, Zaro. 

— Coś podobnego — wyszeptała. 

Ś

cisnął ją za ramiona. Potem, ku jej przerażeniu, przyciągnął ją do siebie. Dobry Boże, 

czy zamierza ją pocałować? 

— Powiedz prawdę — szepnął. — Nigdy nie przyszło ci do  głowy, że stanowimy do-

braną parę? 

— Nie! 

background image

— Naprawdę? 

— Mark, nie poznaję cię — powiedziała niebacznie i natychmiast spróbowała naprawić 

błąd. — To znaczy Ań zupełnie inaczej cię opisywała. 

— Cóż, może była tak zajęta sobą, że nie zdążyła mnie poznać. 

Arianna oniemiała. Czy to naprawdę Mark Lindsay, czy też jego bliźniak, o którego ist-

nieniu mc nie wiedziała? 

Zanim zrozumiała, co się dzieje, Mark ją pocałował. Nie po przyjacielsku ani bratersku, 

lecz jak namiętny kochanek. Przesunął ręką po jej plecach, objął ją w talii i przytulił, dokład-

nie  tak,  jak  gdyby  była  jego  narzeczoną.  Serce  waliło  jej  jak  młotem,  mimowolnie  zaczęła 

odpowiadać na jego pieszczoty. Lecz nagle przypomniała sobie, za kogo ją bierze. Do diabła, 

nie  może  się  z  nim  całować.  Nawet  gdyby  chciała.  Maik  całował  nie  ją,  tylko  Zarę.  Przy-

najmniej tak mu się wydawało. 

Odepchnęła go od siebie. 

— To już zaszło za daleko! — krzyknęła. — Nie widzisz, że nie jestem Zarą? Na litość 

boską, przecież to ja, Arianna! 

Uśmiechnął się szeroko, zniewalająco. 

— Jestem oburzona, że wziąłeś mnie za Zarę i próbowałeś uwieść! To jest... to jest... 

— Co takiego? 

— Sama nie wiem. Uważałam cię za uczciwego człowieka, Marku Lindsay, ale widzę, 

ż

e w ogóle cię me znałam! 

Odrzucił do tyłu głowę i roześmiał się serdecznie. 

— Myślisz, że to zabawne? — Wyminęła go i podeszła do stołu. 

Maik potrzebował trochę czasu, żeby opanować wybuch śmiechu. 

— Cały czas wiedziałem, że to ty. Trochę się zabawiłem. 

— Wiedziałeś? 

- Tak. 

— Jak mogłeś! Nie miałam pojęcia, że jesteś taki... taki bezwzględny. Och Maik! To do 

ciebie niepodobne. 

Wzruszył ramionami. 

— Wiem. 

— Chyba w ogóle cię nie znam. 

— W tym rzecz. Nie żartowałem, kiedy mówiłem, że byłaś zapatrzona w siebie i dlate-

go wielu rzeczy nie dostrzegałaś. 

Ogarnął ją gniew. A może powinna czuć się zraniona albo zakłopotana? 

background image

— Chcę cię jednak pocieszyć — rzekł. — Nie całowałem Zary, tylko ciebie. 

Spiorunowała go wzrokiem. 

— Akurat. Skąd wiedziałeś, że tu jestem? 

- Zara mi powiedziała. 

— Nie wierzę. Znalazłeś się w niezręcznej sytuacji i teraz 

próbujesz z niej wybrnąć. 

— Nie, mówię prawdę. 

Położyła ręce na biodrach i popatrzyła na niego wyniośle. 

—  W  takim  razie  muszę  ci  powiedzieć,  że  postąpiłeś  nieuczciwie.  Dżentelmen  tak  by 

się nie zachował. 

—  Ach,  tak.  Cóż,  me  pamiętam,  żebyś  próbowała  mnie  powstrzymać  i  wyjaśnić,  kim 

jesteś — zauważył, idąc wolno w jej kierunku. 

Skrzywiła się. 

—  To  zupełnie  co  innego.  Ja  nie zamierzałam  cię  oszukiwać.  Ty  przyjechałeś  z  takim 

planem. 

— Daj spokój, oboje dobrze się bawiliśmy. Tylko że ja lepiej odegrałem swoją rolę. — 

Zatrzymał się, puścił do niej oko i dodał: — Chyba nie zaprzeczysz? 

Zignorowała jego pytanie. 

— To niepodobne do ciebie — powtórzyła z wyrzutem w głosie. 

— Nie, moja droga. To niepodobne, do kogoś, kogo uważałaś za swojego narzeczone-

go. 

—  Chyba  nie  sugerujesz  —  powiedziała  ze  złością  —  że  zamierzałam  poślubić  czło-

wieka, którego właściwie me znałam? 

—  Owszem,  ale  to  nie  do  końca  twoja  wina.  Chciałem  uchodzić  w  twoich  oczach  za 

kogoś  innego.  Nie  robiłem  tego  w  złej  wierze,  lecz  zachowywałem  się  tak,  jak  tego,  moim 

zdaniem, oczekiwałaś. 

Arianna czuła, że mówi szczerze. 

— Nie wiem, co powiedzieć — wyznała bezradnie. 

— Wiesz co — w jego oczach pojawiły się figlarne błyski 

— takiej jeszcze cię nie widziałem. Posmutniała. 

— Zrobiłeś ze ninie idiotkę. 

—  Och,  daj  spokój  —  rzucił  niecierpliwie,  dotykając  jej  włosów.  —  Nic  się  nie  stało. 

Po prostu jesteś zaskoczona, że trochę się zabawiłem twoim kosztem. 

Zadrżała mimo woli. 

background image

— Mark, nie jesteś tym mężczyzną, którego znałam. 

Przesunął palcami po jej policzku. Ariannie nawet jego dotyk wydawał się inny. Wzbu-

dzał w niej zupełnie nowe uczucia. Na litość boską, co się z nią dzieje? Przecież to ten sam 

mężczyzna,  za  którego  nie  chciała  wyjść  za  mąż,  ponieważ  znudził  ją  swoją  dobrocią,  tro-

skliwością i opiekuńczością. 

— Może dlatego, że miłość jest ślepa — powiedział, patrząc na jej usta. Pogłaskał jąpo 

ramieniu i Arianna znów zadrżała. 

—  Przedtem  myślałem,  że  oboje  się  oszukujemy  —  kontynuował.  —  Ale  teraz,  kto 

wie? Skoro nie grozi nam małżeństwo, może nawet zostaniemy przyjaciółmi. 

- Mark - wyjąkała - to nie w porządku. 

— Nibyco? 

Nie  mogła  mu  powiedzieć,  że  chodzi  o  jego  uwodzicielski  sposób  bycia.  Jeszcze  by 

pomyślał, że lubi, gdy ją kokietuje. 

— Arianno? 

Zagwizdał czajnik i chwila oczarowania minęła. 

— Przepraszam — powiedziała. Prześlizgnęła się mu pod 

ramieniem i podeszła do kuchenki. Gdy nalewała wodę do 

kubków, Mark usiadł przy małym stoliku, który Zara dostała 

od babci. Manna przyniosła kubki z parującą kawą i jeden 

z nich podała Markowi, po czym także usiadła. 

Zdołała się jakoś wziąć w garść i przybrała rzeczowy ton. 

—  Naprawdę  myślisz,  że  się  oszukiwaliśmy?  Aż  do  dzisiejszego  dnia  uważałam,  że 

znamy się całkiem dobrze. 

—  Nie  wszystko  jest  takie,  jak  nam  się  wydaje  —  stwierdził  sentencjonalnie  i  łyknął 

kawy. 

—  Chyba  więc  wybraliśmy  najlepsze  rozwiązanie.  —  Uśmiechnęła  się  nieśmiało.  — 

Przyjechałeś, żeby się o tym upewnić? 

—  Nie,  szczerze  mówiąc,  Zara  prosiła,  żebym  coś  ci  przekazał.  Bardzo  się  martwi  o 

ciebie. 

— O czym tym mówisz? 

- Kiedy spotkałem Zarę na Martynice... 

— Byłeś na Martynice? 

— Tak, poleciałem tam, żeby zobaczyć się z tobą, ale zastałem Zarę — wyjaśnił. 

— Tylko mi nie mów, że się w niej zakochałeś. 

background image

Mark roześmiał się. 

— Nie, kogoś sobie znalazła i była bardzo nim zajęta. Po rozmowie z Zarą uświadomi-

łem  sobie,  że  podjęłaś  słuszną  decyzję.  Szkoda, że  nam  się  nie  udało,  ale musimy  się  z  tym 

pogodzić.  Najbardziej  cieszę  się  z  tego,  że  zostaniemy  przyjaciółmi.  Wiesz,  chyba  wolę  cię 

taką, jaką naprawdę jesteś. 

Pomyślała, że to miłe, nawet jeśli nie jest do końca szczere. Może zostaną przyjaciółmi, 

ale to nie będzie łatwe. Nie po tym, co razem przeżyli. Dobrze, że atmosfera się rozładowała. 

— Mamy ważną sprawę do omówienia — rzeki. — Jestem tu między innymi dlatego, 

ż

e Zara nalegała, bym przywiózł ci maszynopis. 

— Maszynopis? 

— Tak. Jest w mojej torbie. To pamiętniki demaskujące 

mafię,  które  jakiś  gangster  dal  jej  na  lotnisku  Kennedy”ego.  Najwidoczniej  ten  facet 

pomylił ją z tobą. 

— O Boże! — Przyłożyła rękę do ust. 

— Wiesz coś o tym? 

— Przez kilka tygodni pewien mężczyzna namawiał mnie, bym przeczytała tekst o no-

wojorskim świecie przestępczym. Zapewniał, że to materiał na prawdziwy bestseller. Ostatni 

raz rozmawiałam z nim przez telefon tuż przed planowanym wyjazdem na Martynikę. Spławi-

łam faceta pod byle pretekstem. Widocznie jego cierpliwość się wyczerpała i postanowił mnie 

zmusić do przeczytania maszynopisu. 

— Cóż, skończyło się na tym, że ciał go Zarze. 

— Biedactwo — rzekła Arianna. — Chcąc nie chcąc, ma teraz na głowie moje proble-

my. 

— Zara twierdzi, że grozi ci niebezpieczeństwo. Śledzono ją aż na Karaiby. Kiedy się 

pojawiłem, z radością przekazała mi ten maszynopis. 

— Ale czy mafia nie uważa, że Zara wciąż go ma? Bo jeśli tak, to raczej jej grozi nie-

bezpieczeństwo. 

Mark upił łyk kawy. 

— Ten nowy, przyjaciel Zary, Alec, świetnie nadaje się na anioła stróża. Jest byłym po-

licjantem  i  z  tego,  co  widziałem,  chętnie  zaopiekuje  się  twoją  siostrą.  Jednak  wcześniej  czy 

później te typy zorientują się, że maszynopis zniknął. Zara jest przekonana, że wtedy zaczną 

cię szukać. Zgadzam się z nią i uważam, że powinnaś przedsięwziąć jakieś środki ostrożności. 

Szczerze mówiąc, oboje wolelibyśmy, żebyś jak najszybciej pozbyła się tego maszynopisu. 

— Najpierw chciałabym go przeczytać. 

background image

Wiedziałem, że nie przepuścisz okazji. 

— Na tym polega moja praca, Mark. 

— Och, wiem — odparł. — Przyniosę torbę. 

Wyszedł  z  kuchni,  a  Arianna  nadal  siedziała  przy  stole,  kompletnie  oszołomiona.  To 

wszystko  było  zupełnie  nieprawdopodobne.  Nagle  przypomniała  sobie  artykuł  w  „Timesie” 

na temat gangstera zastrzelonego na lotnisku. Zaczęła się zastanawiać, czy może to mieć jakiś 

związek z maszynopisem. 

Poderwała  się  na  nogi  i  ruszyła  do  salonu.  W  drzwiach  omal  nie  zderzyła  się  z  Mar-

kiem. 

— Dokąd to? — spytał, usuwając się na bok. 

— Muszę coś sprawdzić — wyjaśniła. — Zaraz wracam. 

Znalazła  gazetę  w  pokoju  i  przyniosła  ją  do  kuchni.  Mark  wyjął  maszynopis  z  torby  i 

położył go na stole, ale Arianna tak była zaaferowana artykułem, że nie zwróciła na to uwagi. 

— Sal Corsi — mruknęła. — Ciekawe, czy to może być pan X. 

- Sal Corsi? — spytał Mark. 

—  Tak  nazywał  się  gangster,  którego  zabito  na  lotnisku  Kennedy”ego  mniej  więcej 

wtedy, kiedy Zara tam była. 

Mark popukał palcem w stronę tytułową maszynopisu. \Vidnialo na niej nazwisko auto-

ra — Salyatori Corsi. 

— O mój Boże — szepnęła i spojrzała na Marka. Nie wyglądał na zadowolonego. 

— Lepiej się spakuj — powiedział poważnym tonem. 7Na pewno tu przyjadą, to tylko 

kwestia czasu. 

Po raz pierwszy przestraszyła się me na żarty. Potem ogarnęło ją zupełnie nie znane do-

tąd uczucie. Zapragnęła, by Mark wziął ją w ramiona, pocieszył, ochronił. Aby sprawił, żeby 

poczuła się bezpieczna. Obie z Zarą musiały być silne 

i liczyć tylko na siebie. Za wcześnie utraciły rodziców. Dopiero teraz było widać, jak ta 

strata odbiła się na ich życiu. 

— No dobrze — odparła — ale co mam ze sobą zrobić? 

— Zastanawiałem się nad tym od spotkania z Zarą. Przyjaciele moich rodziców, Berg-

stromowie,  mają  domek  letniskowy  niedaleko  stąd,  w  pobliżu  Vail.  Nikt  w  nim  teraz  nie 

mieszka,  a  wiem,  gdzie  są  klucze.  Zostaniesz  tam,  dopóki  nie  wymyślimy  czegoś  lepszego. 

Jeśli Corsi nie żyje, to może powinnaś oddać ten maszynopis policji. Wtedy mafia nie miała-

by powodu, by cię ścigać. 

background image

Arianna patrzyła w skupieniu na pokaŸny plik kartek. To prawda, z mafią nie ma żar-

tów, a na pewno będzie się nią interesować. Z drugiej strony nadarza się niepowtarzalna oka-

zja zdobycia sławy. 

— Zapewne masz rację — powiedziała — ale pomyśl, czego bym się wyrzekła. Wiesz, 

jakie to może mieć znaczenie dlamojej kariery? 

— Arianno, najważniejsze jest twoje bezpieczeństwo. 

— Nie wiadomo, jak daleko posunął się Corsi w demaskowaniu mafii. Na pewno się te-

go nie dowiem, dopóki nie przeczytam maszynopisu. Zaraz więc się do niego zabieram. 

— Nie mogę zostawić ci maszynopisu i odjechać w siną dal, ponieważ przyrzekłem Za-

rze, że zadbam o twoje bezpieczeństwo. — Zamilkł na chwilę, rozważając wszelkie możliwo-

ś

ci. — Co myślisz o tym, żebym zawiózł cię do yail? W ten sposób dotrzymałbym obietnicy. 

Podczas  jazdy  moglibyśmy  porozmawiać.  Mam  wrażenie,  że  nie  powiedzieliśmy  sobie 

wszystkiego, a czułbym się lepiej, gdybyśmy pozostali przyjaciółmi. 

Arianna  zastanowiła  się  nad  jego  słowami.  Były  wyważone,  rozsądne  i  nie  słyszała  w 

nich nuty determinacji. Wręcz przeciwnie, Mark zachowywał się jak człowiek, który wciąż ją 

kocha, ale jest gotów ułożyć sobie życie bez niej. Dlaczego teraz sprawiało jej to przykrość? 

Czy się zmieniła? A może on się zmienił? 

 

ROZDZIAŁ 3 

 

Mark podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Była cicha 

i spokojna. Jakiś chłopiec przejechał rowerem, wzbijając 

w  górę  pożólkłe  liście.  Z  domu  po  drugiej  stronie  ulicy  wyszła  kobieta,  zajrzała  do 

skrzynki na listy, po czym wróciła do 

ś

rodka. Gdzieś w oddali szczekał pies. 

Czy w tak spokojnym miejscu może być niebezpiecznie? Niestety tak. Kiedy usłyszał o 

zabójstwie  Corsiego,  pożałował,  że  w  ogóle  pokazał  Ariannie  maszynopis.  Ale  stało  się. 

Przynajmniej się zgodziła, by zawiózł ją do yail. Na początek dobre i to. 

Arianna, która właśnie się pakowała, minęła go w drodze do 

pralni. Uśmiechnęła się niepewnie, ale nic nie powiedziała. Po 

chwili wróciła z naręczem ubrań i dopiero wtedy się odezwała: 

— Mark, wiem, że z natury jesteś ostrożny, ale czy trochę nie przesadzamy? Jestem re-

daktorką. Dlaczego ktoś miałby 

mnie skrzywdzić? 

background image

— Nie chodzi o ciebie, Arianno, leczo maszynopis. Teraz, kiedy już wiem o Corsim, je-

stem pewien, że mafia zrobi wszystko, by nie dopuścić do rozpowszechnienia zawartości ma-

szynopisu. 

Na jej twarzy odmalowało się wahanie. 

—  Słuchaj  —  rzekł  —  jeśli  uważasz,  że  celowo  wyolbrzymiam  niebezpieczeństwo,  to 

grubo się mylisz. Czułbym się o wiele lepiej, gdyby ten maszynopis w ogóle nie istniał. 

— Gdyby go nie było, nie zabierałbyś mnie do Vail. 

— Nie, pewnie zaprosiłbym cię na kolację. 

Uniosła brwi. 

— Jesteś bardzo pewny siebie, panie Lindsay. 

—  Nie  mam  nic  do  stracenia,  kwiatuszku.  —  Uśmiechnął  się  szeroko.  —  Może  kiedy 

indziej  porozmawiamy  o  moich  zamiarach.  Teraz  lepiej  jedŸmy.  Ludzie  mafii  mogą  zjawić 

się w każdej chwili. 

— Nie mogą być gorsi od ciebie! 

Maik był w dobrym nastroju. Poczuł się o wiele lepiej, kiedy przestał udawać. Miło by-

ło zaskakiwać Ariannę na każdym kroku. 

Z rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu. Słyszał, że Arianna odebrała go w sypialni i 

z kimś rozmawiała. Po kilku minutach odłożyła słuchawkę i zeszła na dół. 

— To była przyjacióła Zary, Lina Prescott. Próbowała się z nią skontaktować, lecz kie-

rownik hotelu powiedział, że się wymeldowała. — Arianna miała zmartwioną miną. — Och, 

Mark, chyba Zarze nic się nie stało? 

— Przypuszczam, że zaszyła się gdzieś ze swoim przyjacielem. Pamiętasz, mówiłem ci, 

to eksglina, więc na pewno panuje nad sytuacją. Nie ma sensu się martwić, tym bardziej że i 

tak nie możemy nic zrobić. Lepiej zadbajmy o twoje bezpieczeństwo, a to oznacza, że powin-

niśmy ruszać w drogę. 

Arianna skinęła głową. 

 

— Masz rację. Odniosłam jednak wrażenie, że Linie szalenie zależy na rozmowie z Za-

rą, a jeśli i mnie tu nie będzie? 

—  Przecież  Zara  i  tak  najpierw  pojedzie  do  Nowego  Jorku.  Zostaw  jej  wiadomość  u 

siebie w domu. 

— Dobry pomysł. Napiszę do niej kartkę. To powinno 

załatwić sprawę. 

background image

—  Świetnie,  ale  wyślesz  ją  z  yail  —  stwierdził  Mark.  —  Nie  chcę  tu  zostawać  dłużej 

niż to naprawdę konieczne. 

— Zgoda, jestem już prawie spakowana. — Ruszyła do drzwi i nagle się zatrzymała. — 

Mark, mogę cię o coś spytać? 

— Oco? 

— Czy Zara wpadła ci w oko? 

Mimowolny uśmiech przebiegł mu po twarzy. 

- Mark! 

—  Cóż,  jest  niesamowicie  do  ciebie  podobna.  —  Miał  minę  niewiniątka.  —  Ale  nie 

martw się, nigdy nie postawiłbym cię w kłopotliwej sytuacji. 

Obrzuciła go długim, taksującym spojrzeniem. 

— Miesiąc temu uwierzyłabym ci, ale teraz... 

— Miesiąc to sporo czasu. 

Maik  dzwonił  do  swojego  biura  w  Nowym  Jorku,  kiedy  Arianna  wróciła  do  pokoju. 

Sprawdziła, czy wszystkie okna i drzwi kuchenne są zamknięte. Walizki stały już przy  wyj-

ś

ciu.  Musiała  tylko  pamiętać,  żeby  włączyć  alarm.  Usłyszała,  że  Mark  przekazuje  ostatnie 

polecenia swemu asystentowi. Ze sposobu, w jaki to robił, wynikało, że bardzo mu spieszno 

wyruszyć w drogę. 

Arianna przyjrzała się mu ukradkiem.  

Podszedł do drzwiczek od strony kierowcy i otworzył je. 

- No, dalej - rzeki. - Wskakuj. 

Arianna  była  szczerze  zdziwiona.  Przyzwyczaiła  się,  że  najpierw  pozwała  jej  zająć 

miejsce, a dopiero później sam siada za kierownicą. Natychmiast ruszyli w drogę. Maszyno-

Pis położyła sobie na kolanach., aby czytać go w czasie jazdy. 

— Obserwowałem ulicę  — powiedział. — Nie zauważyłem żadnych podejrzanych ty-

pów. Chyba na razie jesteś bezpieczna. 

przyjechał do Aspen, był inny niż jej narzeczony. Ten nieznany Mark intrygował ją. 

Miał taką samą szczupłą, wysportowaną sylwetkę i szlachetne rysy twarzy, ale układ ust 

jakby  się  zmienił.  Teraz  wyrażały  większą  stanowczość.  A  łagodne  brązowe  oczy,  które  tak 

bardzo kochała, wydawały się spoglądać surowo. Malowały się w nich pewność siebie i zde-

cydowanie. 

Musiała stwierdzić, że Mark stał się bardziej energiczny, a zarazem bardziej pociągają-

cy. A może to wiszące nad nią niebezpieczeństwo tak pobudziło jej zmysły? 

background image

—  Wszystko  załatwione  —  powiedział,  odkładając  słuchawkę.  —  Mam  jeszcze  parę 

dni wolnego. 

— To okropne, że odciągam cię od pracy. Przecież mogę sama pojechać do Vail. 

— I pozbawić mnie całej przyjemności? — Ruszył drzwi, przy których stały jej walizki. 

Zgarnęła ze stołu pamiętniki Corsiego. 

— Przyjemności? — spytała. 

— Może powinienem powiedzieć „ewentualnej przyjemności”. Wszystko zależy od te-

go, na ile będziesz chętna do współpracy. — Wziął walizki, a ona otworzyła mu drzwi. 

—  Mark,  mam  nadzieję,  że  nie  proponujesz  mi niczego,  na  co  nie  mogłabym  się  zgo-

dzić? 

— Nie, chyba że moja strategia ci się nie spodoba. 

— Strategia? Myślisz, że to wojna? 

— Mam nadzieję, że nie. Ale nigdy nie wiadomo. 

Arianna zamknęła dom i poszła za nim do wynajętego samochodu. Patrzyła, jak wkłada 

walizki do bagażnika i opuszcza klapę. 

— Po raz pierwszy, odkąd się znamy, czuję się zwolniony 

— Daj spokój, Mark — odparła wzruszając ramionami. — Myślisz, że rozpoznałbyś ta-

kiego typka? 

— Oczywiście. Mają charakterystyczny wygląd. 

Patrzyła na niego z rosnącym zainteresowaniem. 

— Widzę, że jesteś bardzo pewny siebie. Może wiesz, na czym polega twoja taktyka? 

— Jasne. — Mark kiwnął głową. 

Ariamię rozbawiło jego zachowanie. Pomyślała z uznaniem, że jednak postawił na swo-

im. Był wesoły, uśmiechnięty, ale stanowczy. Nie mogła się nadziwić, że to ten sam mężczy-

zna, z którym zerwała zaręczyny. 

Jechali prawie pól godziny i minęli już Carbondale po lewej stronie autostrady. Uwagę 

Arianny całkowicie pochłonęła lektura maszynopisu. 

— Coś podobnego! Niemożliwe! — powiedziała, unosząc głowę znad tekstu. 

— Tak dobre czy tak złe? 

— Nie spodoba ci się to, co powiem — odparła. — To material na autentyczny bestsel-

ler. Zawiera nieprawdopodobne informacje, odsłania kulisy różnych operacji, ujawnia powią-

zania.  Już  rozumiem,  dlaczego  mafia  chce  za  wszelką  cenę  zdobyć  maszynopis.  Corsi  zgro-

madził  dowody  przeciwko  każdemu,  kto  z  nią  współpracował  w  Nowym  Jorku.  A  teraz  to 

wszystko jest w moich rękach. 

background image

Mark milczał. Sprawdziły się jego najgorsze przeczucia. 

—  Nie  martw  się  —  powiedziała  Arianna,  usiłując  powściągnąć  entuzjazm.  —  To  nie 

twój problem. Mówię poważnie. 

— Cieszę się ze wżględu na ciebie — rzeld. — Naprawdę się cieszę. Wiem, ile to może 

znaczyć dla twojej kariery. Tylko co ci po sukcesie, jeśli zginiesz? 

— Ludzie, którzy pozwalają, by strach rządził ich życiem, nigdy do niczego nie docho-

dzą. 

- Wiem o tym, ale me każde ryzyko warto podejmować. Co innego być odważnym, a co 

innego — głupim. 

— Niewątpliwie masz rację — powiedziała nieco ostrzejszym tonem. — Zgadzamy się 

co do zasady, ale dla każdego z nas granica między odwagą a głupotą przebiega gdzie indziej. 

Mark zacisnął zęby. Przewidywał, że tak się stanie. Gdy tylko opuścili Aspen, Arianna 

poczuła  się  bezpieczniej i  powróciła  jej  dawna  pewność  siebie.  Taką  miała  naturę.  Niestety, 

rozsądek opuścił ją wraz ze strachem. 

Słuchaj  —  rzekł  —  chyba  nie  zdajesz  sobie  sprawy,  z  czym,  a  co  ważniejsze  z  kim, 

masz do czynienia. To nie jest zabawa w kotka i myszkę. 

Odwróciła gwałtownie głowę i popatrzyła na niego z oburzeniem. 

—  Wiem  o  tym  doskonale.  A  swoją  drogą,  dlaczego  uważasz  się  za  eksperta  w  tych 

sprawach? W końcu jesteś bankierem. 

Chciał to wyjaśnić, lecz w porę ugryzł się w język. Już itak za dużo powiedział. Teraz 

powinien  zrobić  wszystko,  by  ją  odwieść  od  zamiaru  wydania  książki.  Jeśli  mu  się  nie  uda, 

będzie musiał przejść do planu B. Wszystko wskazywało na to, że sprawy potoczą się właśnie 

w tym kierunku. 

Przez  następne  czterdzieści  pięć  minut  Arianna,  pochylona  nad  tekstem,  co  jakiś  czas 

rzucała  pełne  zachwytu  uwagi.  Raz  tylko  przerwała  czytanie,  by  przytoczyć  mu  anegdotkę, 

która szczególnie ją rozbawiła. 

Gdy  jechali  autostradą  międzystanową  numer  70,  nad  górami  gromadziły  się  burzowe 

chmury. Arianna była tak pochłonięta lekturą, że chyba nie słyszała dalekich jeszcze grzmo-

tów. Dopiero kiedy niebo zupełnie się zachmurzyło i trzasnął piorun, podniosła wzrok i spoj-

rzała przez okno. 

— Chyba wjeżdżamy w burzę — zauważyła, rozglądając „ się wokół niezbyt przytom-

nie. 

— Już wjechaliśmy. 

background image

—  Wiem,  że  kiepski  ze  mnie  kompan  —  rzekła,  obrzucając  go  przepraszającym  spoj-

rzeniem.  —  Ale  to  fantastyczna  opowieść.  Jeśli  nie  możesz  cieszyć  się  razem  ze  mną,  to 

przynajmniej mi nie dokuczaj. 

Mark potrząsnął głową i roześmiał się. 

— Myślisz, że dzięki Corsiemu staniesz się sławna i bogata? 

—  Och,  tekst  trzeba  od  początku  do  końca  starannie  zredagować,  ale  treść  jest  wprost 

sensacyjna. I wszystko udokumentowane. Spójrz! — Wzięła w palce pasek papieru. — Zna-

lazłam  to  między  stronami.  Instrukcja,  jak  wyjąć  oryginalne  dokumenty  z  tajnej  skrytki  w 

Brooklynie. To będzie dowód w sprawie o korupcję. 

— Chyba nie muszę ci mówić, kto jeszcze bardziej od ciebie chciałby to dostać w swoje 

ręce. 

— Wydaje mi się, że oboje postawiliśmy sprawę jasno. 

— Owszem. Co zamierzasz? 

— Muszęzadzwonić do Jerry”ego, gdy tylko dojedziemy do Vail. Z pewnością zażąda, 

abym natychmiast wracała do Nowego Jorku. 

Mark nie odezwał się ani słowem. Nie lubił redaktora naczelnego Pierpont Books, Jer-

ry”ego  Saltera,  ponieważ  bezlitośnie  wykorzystywał  Ariannę,  a  ta  chętnie  się  na  to  godziła. 

Ambitna  pracoholiczka  i  wymagający  szef  to  groŸna  para.  Mark  próbował  wytłumaczyć 

Ariannie,  że  głupio  postępuje,  lecz  była  przekonana,  iż  w  końcu  obejmie  stanowisko  Jer-

ry”ego, a tym samym jej wysiłek zostanie nagrodzony. 

Pioruny waliły coraz częściej i zaczęło padać. Mark włączył wycieraczki. 

— Daleko jeszcze? — spytała Arianna, patrząc w niebo. 

— Parę kilometrów.  Będę musiał zapytać o drogę. Moi rodzice często tu przyjeżdżali, 

ale ja nie byłem w Vail od kilku lat. 

— Czy jest tam telefon? 

— Przypuszczam, że tak. 

— Może na wszelki wypadek zadzwonię z automatu. 

Mark zmarszczył brwi. 

— Dobrze by było, gdybyś nie podawała aktualnego adresu. 

— Dlaczego? Chyba nie sugerujesz, że Jerry by mnie zdradził? 

— Świadomie nie, ale lepiej, żeby nie wiedział za dużo. Poza tym w tę sprawę są wcia-

gnięci przekupieni policjanci i sędziowie. Trzeba też brać pod uwagę możliwość podsłuchu. 

— Mark, czy wiesz o czymś, o czym mi nie mówisz? 

— Bez komentarza. 

background image

— Znowu w coś się ze mną bawisz — rzekła. — Próbujesz wyprowadzić mnie z rów-

nowagi. 

— Owszem, ale idzie mi to coraz gorzej. 

— Przynajmniej jesteś na tyle przyzwoity, żeby się do tego 

przyznać. 

Mark westchnął w duchu. Tak, plan B jest nie do uniknięcia. 

Deszcz  przemienił  się  w  ulewę  i  musiał  zmniejszyć  prędkość  samochodu.  Zbliżali  się 

do przedmieść, w strumieniach wody z trudem dostrzegł zjazd do stacji benzynowej. 

— Zadzwonisz, a ja zapytam o drogę. 

Sięgnęła na tylne siedzenie po kurtkę. Mark wjechał na teren stacji i zatrzymał się przed 

dystrybutorem  paliwa.  Choć  bak  był  opróżniony  tylko  do  połowy,  postanowił  zatankować. 

Arianna  położyła  maszynopis  na  podłodze.  Milczała  przez  chwilę.  Mark  miał  nadzieję,  że 

wzięła sobie do serca jego ostrzeżenia, choć zbytnio na to nie liczył. 

Gdy wyłączył silnik, popatrzyła na niego. 

— Nie martw się, nie powiem Jerry”emu, gdzie jestem. 

- Dzięki. 

— Nie chcę się z tobą kłócić. Doceniam twoją pomoc. 

Mark wzruszył ramionami. 

—  Wolałbym  cię  zawieŸć  na  spotkanie  z  Richardem  Gere.  Arianna  wysiadła  z  samo-

chodu. Mark patrzył, jak biegnie  w strugach deszczu, drobna i wiotka, tak droga jego sercu. 

Wiedział, żeją zadziwia, i cieszył się z tego. 

Nie  miał  wątpliwości,  jaki  będzie  efekt  jej  rozmowy  z  Jer-  rym.  Naczelny  zażąda,  by 

jak najszybciej wróciła do Nowego Jorku — i do czekającej na nią mafii. Czy powinien zmu-

sić ją do posłuszeństwa, ryzykując, że na zawsze utraci jej miłość? Z pewnością. Nie ma za-

miaru narażać jej ¯ ycia. 

Napełnił bak i wycierał ręce, kiedy Arianna wróciła. Sprawiała wrażenie przygnębionej. 

— Wszystko w porządku? 

— Tak — odparła, wsiadając do samochodu. 

Mark zdziwił się, że jest taka spokojna. Może się pomylił. Może wiadomość o maszy-

nopisie  wcale  nie  poruszyła  Jerry”ego.  Pomyślał,  ¯ e  później  o  tym  porozmawiają,  i  poszedł 

zapłacić za benzynę. 

Wszedł na stację, by zapytać o dojazd do domku Bergstromów. Droga była skompliko-

wana i musiał obejrzeć ją na mapie. Domek znajdował się w odległej okolicy, powyżej Vail, 

na zboczu. 

background image

Kiedy wrócił do samochodu, Arianna nadal wyglądała na przygnębioną. 

— Nie jesteś zadowolona z rozmowy? — spytał. 

— Jerry”ego zelektryzowała wiadomość, że mam książkę Corsiego. Oczywiście chciał, 

ż

ebym jak najprędzej wróciła do Nowego Jorku. 

— To chyba nie wszystko? 

Westchnęła. 

— Chyba rzeczywiście mafia nie cofnie się przed niczym, by zdobyć maszynopis i do-

kumenty. 

— Naprawdę? Co się stało? 

— Jerry powiedział, że było włamanie do wydawnictwa. Mój gabinet został dokladme 

przetrząśnięty. Nie rozumiał dlaczego, dopóki nie powiedziałam mu o maszynopisie. 

— Wybacz, ale chciałoby się rzec „A nie mówiłem!” 

— Fakt. Teraz jestem pewna, że to poważna sprawa i że grozi mi niebezpieczeństwo. 

— Wcale się nie cieszę, że to słyszę. 

-  Nie  mam  jednak  zamiaru  rezygnować  z  wydania  książki.  To  był  tylko  drobny  incy-

dent. 

— Przestań owijać w bawełnę — powiedział. — Wal prosto z mostu. Co właściwie za-

mierzasz? 

Odwróciła się od okna, przez które patrzyła nie widzącym wzrokiem. 

— Powiedziałam Jeny”emu, że potrzebuję paru dni na przemyślenie tego wszystkiego. 

— Icoonnato? 

— Chciał, żebym natychmiast przesłała mu maszynopis. Odmówiłam i to go zezłościło. 

— Jaki miły. — Mark włączył silnik. 

— Jednak nie mogę siedzieć nad tym w nieskończoność 

— stwierdziła. —  Zamierzam przejrzeć dokładnie tekst, dokonać jego oceny  i opraco-

wać tak, by nadawał się do druku. 

Mark zawrócił na autostradę, Przez te parę dni w Vail, pod jego opieką, Arianna będzie 

bezpieczniejsza niż w Nowym Jorku. A dla niego może to być chwila wytchnienia. Potrzebo-

wał trochę czasu na dopracowanie planu i właśnie nadarzała się okazja. 

Wciąż padało, ale nie tak mocno jak poprzednio. Do zjazdu do centrum Vail pozostało 

jeszcze parę kilometrów. 

Jeszcze na autostradzie Arianna przerwała milczenie. 

— Czy to możliwe, żeby stracić życiową jakichś gangsterów? 

— Los nie zawsze nam sprzyja. 

background image

— Dzięki, Mark, to bardzo pocieszające. 

Przyspieszył, by wyminąć samochód z przyczepą kempingową. 

— Cóż ja mogę wiedzieć? Przecież jestem tylko bankierem. 

— A mówiąc poważnie, co byś zrobił na moim miejscu? 

— Naprawdę chcesz wiedzieć? Przekazałbym maszynopis Corsiego FBI i wyjaśnił, jak 

znaleźć oryginalne dokumenty. 

— Cudownie. A co z książką? Zapomniałbyś o niej? 

—  Książka  ci  nie  ucieknie.  Gdy  bandyci  zostaną  aresztowani  i  osądzeni,  możesz  spo-

kojnie ją wydać. 

Potrząsnęła głową. 

— Nie rozumiesz, na jakiej zasadzie to działa, Sukces zależy od tego, czy książka ukaże 

się we właściwym momencie. Zainteresowanie skandalem szybko przemija. 

— Za to ludzkie życie jest bezcenne. 

— Spójrzmy prawdzie w oczy, Mark, mamy do wielu spraw zupełnie inne podejście. 

— Wiem — odparł z uśmiechem. — Dlatego oddałaś mi pierścionek zaręczynowy. 

— Nie o to mi chodziło. — Zmarszczyła brwi. — Nie przeszkadzałeś mi w robieniu ka-

riery. 

— Przykro mi to mówić, kwiatuszku, ale te czasy już minęły. Teraz masz do czynienia 

ze złym i upartym przeciwnikiem. 

Uśmiechnęła się. 

— Czy to groŸba? 

— Nie. Właściwie chcę ci coś zaproponować. Masz dwa, trzy dni, zanim wpadniesz z 

deszczu pod rynnę. 

— Zanim wrócę do Nowego Jorku, owszem. 

—  Gdy  tylko  wejdziesz na  pokład  samolotu,  zaczniesz  robić ze  swoim życiem,  co  ze-

chcesz. Ale dopóki jesteś ze mną, ja odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. Będziesz musiała 

przyjąć moje warunki. Musisz słuchać mnie we wszystkim. 

Przyjrzała się mu uważnie, jakby go nie poznawała. Nie powiedziała ani słowa, ale wie-

dział, co myśli. „Co, u diabła, stało się z Markiem Lindsayem?” Cóż, zniknął, razem ze swo-

im  bezsensownym  pragnieniem,  by  zmiatńć  pył  sprzed  jej  stóp.  Prze,z  następne  parę  dni  on 

będzie panem sytuacji. 

— Zgoda? — spytał. 

Skinęła głową. 

background image

—  Zgoda.  Mam  nadzieję,  że  jakoś  to  przeżyję.  Możesz  mną  dyrygować,  dopóki  nie 

wejdę do samolotu. 

Stłumił  uśmiech.  Biedactwo.  Jeszcze  nie  wiedziała,  że  samolot,  do  którego  ją  wsadzi, 

nie będzie leciał do Nowego Jorku. 

 

ROZDZIAŁ 4 

 

Ariaima schroniła się pod zadaszonym wejściem do sklepu i trzymając przed sobą torbę 

z zakupami, obserwowała zalaną deszczem ulicę. Mark pognał do samochodu, tłumacząc, że 

nie ma sensu, by oboje mokli. Dobrze wiedziała, że przemokłaby do suchej nitki, gdyby prze-

biegła nawet parę kroków. 

Kiedy samochód podjechał, wskoczyła szybko do środka i położyła torbę na tylne sie-

dzenie. Mark miał mokre włosy i twarz, lecz chyba mu to me przeszkadzało. 

— Czy wolno mi powiedzieć, że wyglądasz jak typowa gospodyni domowa? 

— Tylko spróbuj — odparła z groŸną miną. 

— Przyznaj się. To dlatego nie chciałaś za mnie wyjść. Nie mogłaś znieść myśli o ro-

bieniu zakupów, gotowaniu, sprzątaniu i zajmowaniu się kochanym mężulkiem. 

— Zgadłeś. 

—. Nie zapominaj, że zgodziłaś się mi podporządkować przez najbliższe dni — powie-

dział, gdy wyjechali z parkingu. 

— Ale tylko w sprawach dotyczących mojego bezpieczeń 

stwa. 

— Nieuważnie słuchałaś. Powiedziałem: „we wszystkim”. Może nawet będziesz miała 

okazję się przekonać, jak mogłoby wyglądać nasze małżeństwo. 

— Nie opowiadaj bzdur, jeszcze ci uwierzę i nerwy mnie poniosą. 

Wybucimął śmiechem. 

To  dobrze,  że  atmosfera  się  rozładowała.  Mark  nie  zachowywał  się  jak  odtrącony  na-

rzeczony, nie miał do niej pretensji, nie demonstrował humorów. Po prostu chciał jej pomóc 

w niecodziennej sytuacji. Może dlatego czuła się tak swobodnie w jego towarzystwie. Oczy-

wiście  me  miała  zamiaru  rzucać  mu  się  w  ramiona.  A  jednak,  mimo  niebezpiecżeństwa,  za-

czynało się robić zbyt miło. W jej głowie odezwały się dzwonki alarmowe. 

Arianna starała się być obiektywna. Mark był tym samym przystojnym mężczyzną, któ-

rego niedawno zamierzała poślubić. I nadal jej się podobał. Ale na tym kończyły się wszysti-

de analogie między tym, co było sześć tygodni temu, a tym, co jest teraz. Mark równie dobrze 

background image

mógł być atrakcyjnym nieznajomym. Zastanawiała się, czy poprzednio zupełnie go nie znała, 

czy tak bardzo się zmienił. 

Jeszcze jedna sprawa nie dawała jej spokoju.  Nie powiedział jej, dlaczego pojechał na 

Karaiby. 

— ZdradŸ mi, po co poleciałeś na Martynikę. 

Popatrzył na mą z rozbawieniem. 

— Naprawdę chciałabym wiedzieć. 

— To była nagła decyzja — odparł. — Zamierzałem cię zapytać, czy jesteś świadoma 

tego, co robisz. W końcu sam na to sobie odpowiedziałem. 

— To znaczy? 

— Słusznie postąpiłaś, Arianno. Facet, z którym byłaś zaręczona, nie pasował do ciebie. 

Ciekawe, czy przemawia przez niego fałszywa durna, czy jest szczery. 

— A teraz poważnie: jak oceniasz moją decyzję? 

Brał właśnie zakręt i musiał skupić uwagę na drodze, ale udał, że się zastanawia. 

— Moim zdaniem wyświadczyłaś nam obojgu przysługę. Nic by nie wyszło z tego mał-

ż

eństwa. 

„Nic by nie wyszło” — powtórzyła w myśli. 

— Więc pewnie plujesz sobie w brodę, że utknąłeś tu ze mną. 

— Nie, właściwie jestem zadowolony. 

Ariannę ogarnęło uczucie zawodu. Mark co prawda nie wykręcał się od odpowiedzi, ale 

nie potrafiła przycisnąć go do muru. Cały czas stosował uniki. Dlaczego? Co chciał osiągnąć? 

Wszystko jedno. Nie ma sensu się tym zadręczać. Powinna się odprężyć i zapomnieć o 

tym,  co  ich  łączyło.  Od  tej  pory  będzie  traktowała  go  jak  przyjaciela  i  unikała  rozmów  o 

sprawach osobistych. 

— Pytam z czystej ciekawości. — Przerwała milczenie, łamiąc jednocześnie daną sobie 

przed chwilą obietnicę. — Czy podczas trwania naszej znajomości oszukiwałeś sam siebie? 

— Chcesz wiedzieć, czy naprawdę cię kochałem? — Popatrzył na nią z ukosa. — Czy 

to ma jakieś znaczenie? 

— Właściwie nie. Lepiej zmielimy temat. 

— Świetnie. 

Arianna  czekała, lecz Mark nie odezwał się ani słowem. Zabębniła palcami po szybie. 

W końcu dała upust złości. 

— Wiesz co, jestem zdziwiona, że tak szybko pogodziłeś się z naszym rozstaniem. 

— Więc jednak chcesz o tym pogadać. 

background image

—  Nie!  —  zaprzeczyła,  oblewając  się  rumieńcem.  —  Zapomnij,  że  to  powiedziałam. 

Nie wiem, co się ze mną dzieje. 

— Najwidoczniej czujesz się winna. 

— Winna? 

— Tak. Masz wyrzuty sumienia, że tak mnie potraktowałaś, zgadza się? 

—  Nie  do  końca,  choć  rzeczywiście  ta  decyzja  drogo  mnie  kosztowała.  Przeżywałam 

prawdziwe męki, zanim postanowiłam zwrócić ci pierścionek zaręczynowy. 

—  Wierzę  ci,  kwiatuszku.  ¯ adne  z  nas  nie  wiedziało,  jak  się  zachować  w  tej  sytuacji. 

Proponuję, żebyś już przestała dręczyć się tym, co się wydarzyło w przeszłości, i zastanowiła 

się, co upichcisz mi na kolację. 

- Drań. 

Roześnńał się. 

— Widzę, że lepiej się czujesz. 

Pogoda znowu się pogorszyła i Mark musiał się skoncentrować na prowadzeniu samo-

chodu. Od czasu do czasu deszcz ustawał, by po chwili lunąć z jeszcze większą silą. 

Gdy wąską serpentyną dojechali do rozwidlenia dróg, Mark musiał sprawdzić na mapie, 

którą  z  nich  wybrać.  Po  piętnastu  minutach  wjechali  w  boczną,  wysypaną  żwirem  dróżkę, 

która  doprowadziła  ich  do  parkingu.  Zgodnie  z  ich  przewidywaniami  był  zupełnie  pusty. 

Mark zatrzymał samochód w pobliżu schodów prowadzących do domków letniskowych. Po-

kazał Ariannie skrzynkę na listy, na której widniało nazwisko Bergstromów. 

— Jesteśmy na miejscu. Wszystko się zgadza. 

Nie  było  sensu  czekać,  aż  deszcz  przestanie  padać.  Mark  wziął  bagaże,  Arianna  we-

pchnęła rękopis Corsiego do jednej z walizek i chwyciła torbę z zakupami. Szybkim krokiem 

ruszyli do domku. 

Było nie tylko mokro, ale i zimno. Wyobraziła sobie, jak się grzeją przy kominku, ska-

zani na swoje towarzystwo. Zupełnie jakby Mark z góry to ukartował. Przez chwilę zastana-

wiała się, czy to możliwie. Raczej nie. Pewnie los spłatał im figla. 

Szła tak szybko, jak mogła, ale ciężka torba utrudniała 

ruchy. Choć deszcz zalewał jej oczy, ujrzała zarys dachu. 

Chciała dotrzeć do domu, zanim rozmoknięta torba rozleci 

się na kawałki. Już była blisko, kiedy potknęła się o korzeń 

i razem z zakupami runęła jak długa na ziemię. Torba pękła 

i mleko zaczęło się sączyć po błotnistej dróżce. 

background image

Mark popatrzył na nią zatroskanym wzrokiem, ale gdy się upewnił, że jest cała i zdro-

wa, kąciki ust uniosły mu się w uśmiechu. 

— Jeśli zrobisz choć jedną złośliwą uwagę, zabiję cię. 

Wyglądał na zdziwionego. 

— Jakże mógłbym ci dokuczać w takiej chwili. 

— Lepiej uważaj. 

Postawił walizki, żeby pomóc jej wstać. Pochylił się, a Arianna popatrzyła mu w oczy. 

Na chwilę zapomnieli o padającym deszczu. 

— Wiesz co? — mruknął w końcu. — Masz błoto na policzku. 

Arianna spróbowała zetrzeć je ręką. 

— Nie tak — rzeki. — Tylko rozmazujesz. 

Wyciągnął chusteczkę i starł błoto z jej twarzy. To był 

bardzo miły gest. Nie pamiętała, żeby kiedyś zrobił coś podobnego. 

— Czy to należy do obowiązków ochroniarza? — spytała. 

— Niezupełnie. 

Odsunął się i popatrzył na rozrzucone produkty. 

— Zostawmy to. Później wrócę i wszystko pozbieram. 

Wziął bagaże i ruszyli w stronę domku. Gdy znaleźli się na ganku, Arianna schroniła się 

pod daszkiem, a Maik podszedł do najbliższego okna, by poszukać klucza za okiennicą. Za-

błocona i drżąca z zimna, obserwowała jego poczynania. 

—  Przynajmniej  nie  możesz  powiedzieć,  że  nudzisz  się  ze  mną  po  zerwaniu  zaręczyn 

— rzeki, wracając na ganek i otwierając drzwi. 

Weszli  do  środka.  Arianna  rozejrzała  się  po  przytulnym  wnętrzu.  Przed  kamiennym 

kominkiem stały ciężkie kanapy obite brązową skórą. Na ścianach wisiały indiańskie kilimy, 

a po całym pokoju porozstawiane były typowo amerykańskie naczynia z gliny oraz wiklinowe 

koszyki. Na szczęście drewniana podłoga była polakierowana, me będzie więc musiała godzi-

nami jej szorować, by usunąć błoto, którego nanieśli. 

— Ściągnij ubranie, aja poszukam jakiegoś ręcznika —powiedział Mark. 

Nie czekając na odpowiedŸ, poszedł do łazienki. Arianna nie miała ochoty się rozbie-

rać,  ale  jeszcze  mniej  jej  się  uśmiechało  siedzenie  w  mokrych  rzeczach.  Zdjęła  wszystko  z 

wyjątkiem  stanika  i  majtek.  Bielizna  także  była  przemoczona,  ale  nie  chciała  zostać  nago. 

Objęła się ramionami i czekała na Marka. 

— Och, czuję się jak w raju — powiedziała, gdy owinął ją ogromnym, puszystym ręcz-

nikiem kąpielowym. 

background image

Energicznym ruchem wytari jej plecy, po  czym  rąbkiem ręcznika osuszył twarz. Przy-

pomniała sobie, że zachował się podobnie, gdy brali razem prysznic u niego w domu. Potem 

się kochali, nie zawracając sobie głowy suszeniem włosów. 

Przyciskając ręcznik do szyi, popatrzyła na niego spod mokrych rzęs. Nagle zapragnęła, 

by wziął ją w ramiona i przytulił do siebie. On tymczasem powiedział: 

— Poszukam w kuchni jakiejś torby na nasze zakupy. — Po czym wyszedł. 

Była  rozczarowana.  Wolałaby,  żeby  Mark  raczej  nią  się  zainteresował  niż  zakupami. 

Niewykluczone,  że  postępował,  tak  z  rozmysłem.  Może  chodziło  mu  właśnie  o  to,  żeby  ją 

dręczyć. Jeśli tak, to świetnie mu szło. 

Arianna  była  pewna,  że  gdy  Mark  wróci,  odegra  jakąś  romantyczną  scenę,  by  znowu 

wyprowadzić  ją  z  równowagi.  Lecz  nawet  nie  próbował  tego  robić.  Ze  zdziwieniem  stwier-

dziła, że trzyma ją na dystans. Razem przygotowali kolację i zjedli ją przy kominku. 

Potem wzięła gorący prysznic . Powinna była się ubrać, zamiast tego narzuciła szlafrok 

na gołe ciało. Marka zastała w pokoju, leżał na dywanie przed kominkiem. 

— No, no — powiedział, patrząc ze zdziwieniem na jej szlafrok i bose stopy. — Czy to 

jakaś inna kobieta? Lepiej się czujesz? 

—  O  wiele,  dzięki.  —  Wyciągnęła  się  obok  niego.  —  Pomyślałam,  że  dosuszę  włosy 

przy kominku. 

Rozplątała  mokre  loki.  Poły  szlafroka  rozchyliły  się,  odsłaniając  udo.  Zakryła  się  po-

spiesznie, ale Mark zdążył zauważyć, że pod szlafrokiem jest naga, choć powstrzymał się od 

uwag. Jego milczenie wprawiło ją w zakłopotanie. 

— Jeśli cito przeszkadza, mogę włożyć dres. 

— Ależ w żadnym razie. 

Objęła kolana ramionami i wpatrywała się w ogień. Nie do końca rozumiała zachowa-

nie Marka. Jego spokój wydał się jej pozorny. Co czuł? Gniew, zniechęcenie, żal, pożądanie, 

milóść? Nie może pozostawić tego pytania bez odpowiedzi. 

— Mark, dlaczego tak się zmieniłeś? 

Przekręcił się na bok, twarzą do niej i podpari głowę ręką. 

— Chyba należy ci się wyjaśnienie — odparł. — To żadna tajemnica. Kiedy rozmawia-

łem z Zarą na Martinice, powiedziała coś, co otworzyło mi oczy. 

— To znaczy? 

Zamilkł na chwilę, jakby dobierał w myśli słowa. 

— Ujmijmy to w ten sposób: pomogła mi zrozumieć, że nie byłem sobą. Odgrywałem 

pewną rolę, co fatalnie się skończyło. 

background image

— Możesz mówić jaśniej? 

Położył rękę na jej bosej stopie i zaczął ją pieścić. Stłumiła drżenie, by nie okazać, jaką 

przyjemność jej to sprawia. 

—  Zrozumiałem,  że  traktowałem  cię  tak,  jakbyś  była  Meredith.  Pozwoliłem,  by  prze-

szłość zaciążyła na naszym związku. Ludzie często to robią. Drogo zapłaciłem za swoją głu-

potę. Na szczęście nic c się nie stało. 

— Meredith to dziewczyna, z którą się zaręczyłeś tuż po studiach? Ta, która zginęła? 

— Tak. Próbowałem uniknąć błędów, które, moim zdaniem popełniłem podczas związ-

ku z Meredith. I w efekcie zachowywałem się nienaturalnie w okresie naszego narzeczeństwa. 

— Jakich błędów? 

Popatrzył na nią sceptycznie. 

— Naprawdę chcesz o tym rozmawiać? 

— Tak, chcę cię zrozumieć. 

— To bardzo proste — rzekł. — Obwiniałem się o to, co się stało... ojej śmierć. 

— Zginęła w wypadku samochodowym, prawda? 

—  Tak,  ale  uważałem,  że  to  moja  wina.  Meredith  była  bardzo  zdenerwowana,  kiedy 

prowadziła wóz. Tego wieczoni byliśmy na przyjęciu i się pokłóciliśmy. Powiedziałem jej coś 

przykrego, a ona wybiegła z płaczem. Nie zrobiłem niczego, by ją zatrzymać. Pozwoliłem jej 

wyjść i już nigdy nie zobaczyłem jej żywej. 

—  To  straszne,  ale  zaręczam  ci,  że  nie  ponosisz  winy  za  jej  śmierć.  Nie  możesz  brać 

odpowiadzialności za wypadek Samochodowy, w którym nie uczestniczyłeś. 

— Sądziłem, że gdybym był bardziej wrażliwy i czuły, a mniej samolubny, to wciąż by 

ż

yła. Byłem młody, pewny siebie i dotknąłem ją do żywego. Po jej śmierci przysiągłem sobie, 

ż

e szczęście i dobro ludzi, których kocham, będę stawiał na pierwszym miejscu. 

— I trochę w tym przesadziłeś. 

— Niestety. 

— Szkoda, że wcześniej mi o tym nie powiedziałeś, Mark. 

— Nie zdawałem sobie sprawy, co się dzieje. Czułem, że cię tracę, ale swoim zachowa-

niem jeszcze pogarszałem Sytuację. Przeszedłem samego siebie w zabieganiu o twoje wzglę-

dy. 

Arianna wpatrywała się w ogień. 

— Aja nie powiedziałam ci, co czuję. 

— To wszystko moja wina. 

background image

— Nie, ludzie powinni dzielić się swoimi myślami. W pewnym sensie cię rozczarowa-

łam. 

— Aja cię oszukiwałem. Dobrze jest być troskliwym, lecz trzeba też być uczciwym. To 

niewybaczalne, gdy się udaje kogoś innego. 

— I zrozumiałeś to dzięki mojej siostrze. 

—  Niestety,  za  późno.  —  Podniósł  się,  by  dołożyć  parę  polan  do  kominka.  Po  chwili 

snop iskier buchnął z paleniska. 

Arianna  pomyślała,  że  taką  rozmowę  powinni  odbyć  dawno  temu.  Wiedziała,  że  na 

równi z Markiem ponosi winę za rozpad ich związku. Ale podobnie jak on, nie zdawała sobie 

sprawy z istoty problemu. Teraz pozostawało tylko jedno pytanie. Jeśli Mark udawał przez te 

wszystkie miesiące, to jaki jest naprawdę? 

— Jeszcze nie jest za późno, żeby sobie wybaczyć — powiedziała. 

— To prawda — przytaknął, po czym pochylił się i pocałował ją w stopę. Przebiegł ją 

miły dreszczyk. 

— Czy tak mają wyglądać pańskie przeprosiny, panie Lindsay? — spytała rozbawiona. 

— Powiedzmy, że obraz twojego nagiego ciała nie daje mi 

spokoju. 

Podwinęła pod siebie nogi i szczelnie otuliła się szlafrokiem. 

— Nie powinnam ci mówić, że nie mam nic pod spodem. 

A najlepiej gdybym się ubrała.  

— Ale tego nie zrobiłaś. 

— Chcesz powiedzieć, że próbuję cię uwieść? 

— A próbujesz? 

— Oczywiście, że nie! Miałam tylko zamiar wysuszyć — Nie! 

Popatrzyła mu uważnie w oczy, gdy objął ją w talii, zamykając w żelaznym uścisku. 

—  Może  tamten  Mark  zbyt  mi  nadskakiwał  —  rzekła  —  ale  przynajmniej  miałam  do 

niego zaufanie. 

— Aja myślałem, że lubisz życie pełne niebezpieczeństw, Ari. Sądziłem, że ten biedak, 

z którym się zaręczyłaś, był za poważny, zbyt ugrzeczniony, za bardzo przytłaczał cię swoją 

miłością. 

— Natomiast ty nie zawahałbyś się mnie wykorzystać? 

— Możesz się o tym przekonać — odparł. — Chcesz się ze mną kochać? 

sobie włosy przy kominku — odrzekła, poliząsając lokami. 

—Wiem, że jesteś dżentelmenem. Przecież ci zaufałam. 

background image

—  A  dokładnie  komu?  Mężczyźnie,  który  udawał  przez  te  wszystkie  miesiące,  czy 

prawdziwemu Markowi? 

Roześmiała się nerwowo. 

- Pytam poważnie. 

— Daj spokój, Mark. Możesz coś ukryć albo do czegoś się zmusić, ale w dalszym ciągu 

jesteś sobą. 

— Na pewno? 

Ciągle” się uśmiechała, lecz on pozostawał poważny. 

- Mark... przestań. Zauwazyłam różnicę, ale... 

— Co odkryłaś? że jestem kompletnie inny, niż myślałaś? że zrzuciłem maskę i zoba-

czyłaś nieznajomego mężczyznę? 

Ś

ciągnęła poły szlafroka. 

— Teraz drażnisz się ze mną. 

— Przyznaję, że trochę się bawię tą sytuacją. Ale znasz powiedzenie „Nie ma dymu bez 

ognia” 

Przysunął  jej  dłoń  do  ust  i  pocałował  koniuszki  palców.  Zrozumiała,  że  ją  uwodzi.  A 

kobieta nie może pozwalać na to mężczyźnie, z którym zerwała. Nie była jednak całkowicie 

pewna, że chce, by przestał. 

— Tego jednego nigdy nie udawałem — powiedział. — Moje zainteresowanie tobą by-

ło w stu procentach szczere. Pociągałaś mnie, i to bardzo. 

Patrzyła, jak bawi się jej palcami. 

— Czy to oznacza, że męczyzna, który przywiózł mnie na to odludzie, udaje? 

Mark chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. 

- Trzeba będzie to sprawdzić. 

— Cóż, niewiele mnie to obchodzi. Tamten może by się tym przejął, ale ja nie. 

— Mark, przeszedłeś samego siebie. — Uśmiechnęła się. 

— Byłabym pod wrażeniem, gdyby to nie było takie zabawne. 

— Traktuję to jak wyzwanie — rzekł z poważną miną. Blask ognia padał na jego twarz. 

I pocałował ją. Najpierw delikatnie, potem bardziej namiętnie i żarliwie. Rozwiązał pa-

sek szlafroka i nakrył dłonią jej pierś. 

Arianna wsunęła mu pałce we włosy i odchyliła głowę, by zajrzeć mu w oczy. 

— Nie przyszło ci do głowy, że to może być zły pomysł? 

— szepnęła. 

— Przemknęła mi taka myśl — odparł chrapliwym głosem 

background image

— ale nie zastanawiałem się nad tym. 

Pocałował  kąciki  jej  ust.  I  zanim  zdążyła  coś  powiedzieć,  musnął  wargami  jej  piersi. 

Arianna  jęknęła  i  zamknęła  oczy,  gdy  poczuła,  że  jego  usta  przesuwają  się  leniwie  po  jej 

brzuchu. Mark drażnił językiem jej nagle wrażliwą skórę, doprowadzał ją do szaleństwa. Była 

coraz bardziej podniecona i myślała wyłącznie o miłosnym spełnieniu. Tymczasem on nagle 

pocałował ją w rękę i zaprzestał pieszczot. 

Oddychała  gwałtownie,  zastanawiając  się,  jak  mogli  posunąć  się  tak  daleko.  Ich  pożą-

danie  powinno  już  dawno  wygasnąć,  a  tymczasem  Mark  pociągał  ją  tak  samo  jak  kiedyś.  I 

choć nie mogła powiedzieć, że nie poznaje w nim dawnego kochanka, to jednak wydał się jej 

inny — bardziej namiętny, bardziej żarliwy. A może to ona się zmieniła? 

Pogłaskała go po policzku. 

— Nadal lubię twoje pieszczoty — wyznała. 

— Aja twoje. 

— Ale może niepotrzebnie komplikujemy sobie życie? 

— Przecież niczego od tego nie uzależniam — powiedział, wodząc palcem po jej pęp-

ku. — A ty? 

— Nie, Mark, ale kochanie się w chwili słabości jest 

błędem. 

— Będziesz więc miała wyrzuty sumienia — mruknął, przyciskając usta do jej pępka. 

— Niech cię diabli wezmą, Mark — wyszeptała z trudem. 

— To nie w porządku. 

Jeszcze raz przesunął ustami po jej brzuchu, a potem po udzie. 

— Nie zamierzam zachowywać się jak dżentelmen. Przymknęła oczy i poddała się jego 

pocałunkom. Miała wrażenie, że czas przestał płynąć, a każda sekunda trwa wieki. 

Odsunął się na chwilę, by zrzucić z siebie ubranie. Widziała, jak światło bijące od ko-

minka pełza po jego piersi. Kiedy 

się rozebrał, wziął ją w ramiona i zaczął pieścić. Wstrząsnął nią dreszcz rozkoszy. Od-

dychała coraz szybciej, gwałtowniej, aż w końcu zaczęło brakować jej powietrza. 

Wiedziała, że Mark cieszy się swoim zwycięstwem. Nawet nie próbowała mu się opie-

rać. A teraz już było za późno. Pożądała Marka. Ale którego z nich? Przekonała się, że ten nie 

znany jej Mark zawsze dostaje to, czego chce. 

Po chwili poczuła go w sobie i wiedziała, że wygrał. 

background image

Kiedy  osiągnęła  szczyt  rozkoszy,  krzyknęła.  Mark  opadł  na  nią  wyczerpany.  Słyszała, 

ż

e krople deszczu bębnią o dach i ogień trzaska w kominku. Czuła na sobie ciepło jego ciała, 

ich serca biły jednym rytmem. 

Nie chciała myśleć, chciała poddać się nastrojowi chwili, ale nurtowało ją pytanie: Dla-

czego go porzuciła? Po paru sekundach, które przeciągnęły się w minuty, uświadomiła sobie, 

ż

e wcale go nie porzuciła, ponieważ to nie był Mark Lmdsay — przynajmniej nie ten, którego 

znała. 

Dawny  Mark  wyznawałby  jej  teraz  miłość.  Nowy  nawet  o  tym  nie  wspomniał.  Ale  to 

dobrze.  Tu  nie  chodziło  o  miłość,  a  wzajemny  pociąg,  pożądanie,  któremu  nie  potrafili  się 

oprzeć. 

 

ROZDZIAŁ 5 

 

Mark siedział na ganku, słuchając śpiewu ptaków i szumu wiatru przeczesującego gałę-

zie sosen. Był w świetnym nastroju. Zawsze lubił kochać się z Arianną, ale ostatnia noc była 

zupełnie wyjątkowa. Nie przypomniał sobie, żeby przedtem okazywała taką namiętność. Gdy 

kochali się po raz drugi, w łóżku, miał wrażenie, że jeszcze bardziej go pożąda. Jednak potem 

stała się bardzo milcząca i kiedy zapadł w płytki sen, wymknęła się do swojego pokoju. 

Nadstawił uszu, lecz dom wciąż wypełniała cisza. Doszedł do wniosku, że Ariannie nie 

ś

pieszy się do spotkania z nim. Nawet aromat świeżo zaparzonej kawy nie zwabił jej na dół. 

Dlatego Mark wyszedł na ganek. 

W powietrzu czuło się jesień. Lubił tę porę roku. Cieszył się, że udało mu się wyrwać 

na  łono  natury.  Był  szczęśliwy,  że  jest  z  Arianną.  Szkoda  tylko,  że  ta  sytuacja  nie  będzie 

trwała wiecznie. Kiedy wrócą do miasta, mogą się już nigdy więcej me spotkać. 

— Mark! — dobiegło z głębi domu. 

Wstał i wszedł do środka. Ańanna była w pokoju frontowym, ubrana w dżinsy i sweter. 

Wyglądała piękniej niż kie- 

dykolwiek. 

— Dzień dobry. Dobrze spałaś? 

— Owszem. — Sprawiała wrażenie lekko zakłopotanej. — A ty? 

— Świetnie. 

— Cieszę się. 

— Kawa gotowa. 

— Cały dom nią pachnie. 

background image

Idąc za Arianną do kuchni, Mark podziwiał jej zgrabną sylwetkę. 

— Masz ochotę na jajecznicę? — spytał. 

— Jeśli smażysz dla siebie, to zjem trochę. — Wzięła kubek i nalała sobie kawy. — ty 

też chcesz, Mark? 

— Na razie dziękuję. 

Arianna usadowiła się na wysokim stołku przy kuchennym blacie. Mark nie był dobrym 

kucharzem, ale gdy spędzali noc razem, to zazwyczaj on robił śniadanie. Ari wolała 

przygotowywać kolacje. 

Zerknął na nią. Popijała kawę, lecz podchwyciła jego spojrzenie. 

— Możemy porozmawiać o ostatniej nocy? 

— Możemy  rozmawiać,  o czym  chcesz, kwiatuszku. Zamieniam się w słuch. — Prze-

szukał kredens i znalazł chili w proszku, suszoną pietruszkę i sól czosnkową. Z zestawu przy-

praw, jakie używał, brakowało tylko tymianku. Będzie musiał poradzić sobie bez niego. 

Arianna upiła jeszcze jeden łyk kawy, zanim zaczęła mówić. 

— Cóż... nadal siebie pragniemy. 

— I to jak! — odparł, stawiając patelnię na kuchence. Wrzucił już jajka do miski, dodał 

przyprawy i zaczął ubijać masę trzepaczką. 

—  Udany  seks  to  nie  wszystko.  Nie  chciałabym  cię  urazić,  ale  dzisiejsza  noc  niczego 

nie  zmieniła.  Mogłabym  powiedzieć:  „Było  nam  świetnie  w  łóżku,  może  powinniśmy  dać 

sobie  jeszcze  jedną  szansę”,  ale  zabrzmiałoby  to  sztucznie.  Maik  sprawdził,  czy  patelnia  się 

rozgrzała, przykręcił gaz i wlał jajka. 

— Jasne. Wiadomo, że jedna jaskółka nie czyni wiosny. 

— Nie o to chodzi. To po prostu za mało. Nie wyobrażam sobie, jak ludzie mogą brać 

ś

lub tylko dlatego, że odpowiadają sobie seksualnie. Chodzi mi o to... myślę... no, cóż... 

— Zamilkla, zmieniła pozycję, po czym upiła łyk kawy. 

— Mam wrażenie, że próbujesz coś mi powiedzieć. — 

Uśmiechnął się. — Może przejdziesz do sedna. 

— W porządku. — Zdecydowanym ruchem odstawiła kubek. — Myślę, że powinniśmy 

skończyć z flirtowaniem i miłosnymi podchodami. Ta noc była wspaniała, jak powiedziałam, 

ale wszystko skomplikowała. — Westchnęła. — Czy nie możemy zostać przyjaciółmi? 

— Nie ma sprawy. 

Wsunął kromki chleba do opiekacza. Kiedy wyskoczyły z maszynki, rozłożył je na dwa 

talerze i podzielił jajecznicę. Jeden z talerzy postawił przed Anną. Podał jej nóż i widelec, 

po czym sam usiadł. Przez chwilę jedli w milczeniu. 

background image

— Już zapomniałam, że smażysz taką pyszną jajecznicę 

— odezwała się wreszcie. — A może to ten klimat tak na mnie działa. Podobno w gó-

rach wszystko lepiej smakuje. 

— Tak jak dzisiejsza noc. — Maik uśmiechnął się szeroko. 

Rzuciła mu karcące spojrzenie. 

— Co mogę powiedzieć? — Wzruszył ramionami. — Siła pokusy jest wielka. 

— Świetnie się bawisz, prawda?! — wybuchnęła. — Domyślam się, że nie potraktowa-

łeś poważnie ani jednego mojego słowa. 

Podniósł obie ręce, jakby się poddawał. 

— Wybacz mi, naprawdę się postaram. Obiecuję. 

Potrząsnęła głową i zerknęła w stronę okna. 

— Ładna pogoda. 

— Owszem. Burza się skończyła, wyszło słońće. Piękny 

dzień. 

— A na mnie czeka ciekawa lektura. 

Maik zawsze był trochę  zazdrosny o pasję, zjaką oddawała się pracy. Jednak teraz nie 

zamierzał  się  wtrącać.  Najważniejsze,  żeby  była  szczęśliwa.  Problem  polegał  na  tym,  że  z 

redagowaniem tej książki wiązało się poważne niebezpieczeństwo. Ochrona Arianny była dla 

niego większym wyzwaniem niż zdobycie jej serca. 

—  Opowiedzieć  ci  coś  śmiesznego?  —  spytała  Arianna.  —  Zanim  Zara  wyjechała  na 

Martynikę, wybrała się razem z Laurą i Darcy na kolację do Madame Wu. 

— Chińskiej restauracji, w której rozdaje się gościom przepowiednie? 

— Właśnie tej. Nie mogłam z nimi pójść i Zara przyniosła mi moją wróżbę. 

Maik zjadł trochę jajecznicy. 

— Jak brzmiała? 

— Nigdy nie oceniaj książki po okładce. 

Roześmiał się. 

— Niezbyt oryginalne. 

— Nie — odparła — ale pasuje do sytuacji, me uważasz? Gdy Corsi skontaktował się 

ze  mną  po  raz  pierwszy,  pomyślałam,  że  to  wariat.  A  teraz  prawdopodobnie  dzięki  niemu 

otrzymałam życiową szansę. 

— A on stracił życie — dodał Mark, odrywając kawałek 

background image

— Mark, cholernie dobrze wiesz, że to może trwać miesiącami. Tak czy inaczej, muszę 

pojechać do Nowego Jorku, wydobyć dokumenty, które Corsi tam ukrył. Posłużą za dowody 

w tej sprawie. 

Wziął głęboki oddech, zanim spytał: 

— Czy mam rozumieć, że to ostateczna decyzja? 

Taką mam pracę, Mark. Dzięki za troskę, ale... 

— Daj mi święty spokój? 

— Jestem już dużą dziewczynką — powiedziała. 

Owszem,  była  dorosła  i  zdecydowana  na  wszystko.  Jeśli  nie  zdołał  przemówić  jej  do 

rozumu, będzie musiał uciec się do innych metod. Nawet jeśli go za to znienawidzi.” 

— Nie pozwolisz mi o tym zapomnieć, prawda? 

— Nawet jeśli mi powiesz, że jutro wychodzisz za mąż za jakiegoś faceta, to itak będę 

cię pilnował, dopóki ta sprawa się nie skończy. — Mark czuł, że ogarnia go wzruszenie. 

— Jestem pewna, że przesadzasz. 

— A ty nie doceniasz powagi sytuacji. 

Arianna ugryzła kawałek tosta. 

— Będziemy się kłócili? 

— Możliwe. — Mark podniósł dzbanek i dolał jej kawy. 

—  Przykro  mi  to  mówić,  ale  ten  feralny  maszynopis  może  stać  się  Ÿródłem  nieustan-

nych sporów między nami. 

— Mogę ci powiedzieć, żebyś się nie wtrącał w moje 

— Aja mogę cię tu zatrzymać. 

Uniosła brwi ze zdumienia. 

— Wbrew mojej woli? 

Mark doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie zmienić 

Dokończenie  czytania  maszynopisu  Sala  Corsiego  zajęło  Ariannie  zaledwie  parę  go-

dzin.  Podekscytowana  i  uśmiechnięta  wyciągnęła  się  na  sofie.  Zamierzała  jeszcze  raz  prze-

czytać cały tekst i tym razem zrobić notatki. Już poczyniła w myśli kitkanaście uwag redak-

torskich. 

Po śniadaniu Mark powiedział, że ma parę rzeczy  do załatwienia, i pojechał do miasta 

Nie wiedziała, co może tam robić, poza wysłaniem faksu, ale me zawracała sobie tym głowy. 

Wspomnienie ostatniej nocy me dawało jej spokoju. 

To niepodobne do niej, by tak zatracić się w miłości. Było to tym dziwniejsze, że prze-

cież rzuciła Marka. Rano próbowała nie pokazać po sobie, jak bardzo czuje się zakłopotana, 

background image

— Proszę — rzekł — zrób kopię maszynopisu Corsiego, zanim oddasz ją FBI. Będziesz 

miała nad  czym pracować. SiedŸ  cicho, dopóki będzie trwało śledztwo. A kiedy sprawa się 

zakończy, opublikujesz ten swój bestseller. 

ale  obawiała  się,  że  nadal  będzie  wystawiana  na  pokusę.  Oczywiście  najlepszym  roz-

wiązaniem byłby natychmiastowy wyjazd, ale obiecała Markowi, że zostanie tu parę dni, by 

się  przekonać,  czy  rzeczywiście  grozi  jej  niebezpieczeństwo.  Jednak  już  zaczynała  żałować 

obietnicy. 

Wczesnym  popołudniem  Arianna  miała  już  za  sobą  powtórną  lekturę  jednej  czwartej 

tekstu. Maik nie dał znaku życia. Jedząc lunch, zastanawiała się, co mogło go zatrzymać. 

Jeszcze  raz  spojrzała  nazegarek.  Wyjechał  ponad  sześć  godzin  temu  i  nawet  nie  za-

dzwonił.  To  niepodobne  do  niego.  Może  coś  mu  się  stało?  Mafia  mogła  dotrzeć  do  Zary  i 

zmusić  ją  do  wyjawienia,  komu  przekazała  maszynopis.  W  yail  widziano,  jak  Maik  bierze 

benzynę,  a  ona  robi  zakupy.  Boże  drogi,  nawet  pytali  o  drogę  do  tego  domku.  Może  już  go 

mają! 

Na myśl o tym ciarki przeszły jej po plecach, ale szybko przywołała się do porządku. 

Cały dzień czytała o zabójstwach, wendetach i wojnach gangów. Była tak przejęta opo-

wieścią Corsiego o przemocy i korupcji, że nie mogła jasno myśleć. 

Arianna zwinęła się w kłębek na kanapie i spróbowała analizować tekst. Lecz co chwila 

myślała  o  Marku  i  zerkała  nerwowo  na  zegarek.  Wreszcie  kolo  czwartej usłyszała,  że  drzwi 

frontowe się otwierają. Maik wszedł do środka, niosąc torbę z zakupami. 

— Gdzie byłeś? — spytała niespokojnym głosem. 

— Zdobyłem parę steków na obiad — odparł. 

— Zajęło cito siedem godzin? 

Uśmiechnął się kwaśno. 

- Zauważyłaś? 

— Maik, to ty cały czas twierdzisz, że grozi nam niebezpieczeństwo. Martwiłam się, że 

coś ci się stało. 

— Nie bój się, prędzej połknę kapsułkę z trucizną, niż im powiem, gdzie jesteś. 

— To nie jest śmieszne — stwierdziła. — A mówiąc poważ- 

nie, gdzie byłeś? 

— Och, musiałem załatwić parę telefonów, a skoro już ruszyłem się z domu, to pokręci-

łem się po mieście. Sądziłem, że będziesz się rozkoszowała ciszą i spokojem. 

— Cieszyłabym się nimi jeszcze bardziej, gdybyś mnie 

uprzedził, o której wrócisz. 

background image

Maik przysiadł na oparciu fotela. 

—  Teraz  rozumiem,  co  ludzie  mają  na  myśli,  mówiąc,  że  trudno  przyzwyczaić  się  do 

małżeństwa. Robisz mi wymówki, choć jestem tylko odtrąconym narzeczonym. 

— Powinieneś być zadowolony, że martwi się o ciebie, zamiast mnie strofować — od-

parła niezadowolona. 

— Bardzo mi to pochlebia, ale wolałbym, żebyś choć w połowie doceniła moją troskę o 

ciebie. 

— Niepotrzebnie rozpoczęłam rozmowę na ten temat. 

Maik uśmiechnął się i wstał. 

— Jak długo zamierzasz jeszcze pracować? Mam coś na przekąskę, steki i butelkę char-

donnay. 

To obudziło jej czujność. 

— Zaplanowałeś coś na wieczór? 

— Tylko smaczną kolację i miłą rozmowę. 

Nie  wiedziała,  czy  mu  wierzyć.  Może  ma  nadzieję,  że  poprzednia  noc  się  powtórzy. 

Wgłębi duszy sama nie byłaby. od tego, ale trzeba się liczyć z konsekwencjami. 

— Chyba zrobię sobie przerwę — rzekła. — Może wieczorem popracuję. 

— Jak sobie życzysz, kwiatuszku — odparł, idąc do kuchni. 

„Kwiatuszku”,  powtórzyła  w  myśli  i  przypomniała  sobie,  jak  bardzo  lubiła,  gdy  tak  ją 

nazywał. To miłe, że nie bacząc na okoliczności, wciąż tak się do niej zwraca. Tego wieczoru 

jednak mu nie ulegnie. Przecież nie można zerwać z mężczyzną, a potem zostać jego kochan-

ką. To oczywisty nonsens. Powinna trzymać go na dystans. Odłożyła maszynopis i posżła do 

kuchni. Maik wypakowywał prowianty. 

— Wiem, że to drażliwy temat — zaczęła — ale muszę zarezerwować bilet na samolot. 

Kiedy zamierzasz wracać? 

Maik odwrócił się do niej. Sądząc po minie, był raczej zrezygnowany niż zły. 

— Myślałem, żeby wyjechać pojutrze. 

Arianna miała nadzieję, że wyruszą jutro rano, ale nie chciała go naciskać. Tak bardzo 

jej pomógł, że może zgodzić się na tę drobną zwłokę. 

— I złapać jakiś wieczorny samolot? 

— Owszem. 

Wstawił  chardonuay  do  lodówki  i  schował  resztę  zakupów.  Zostawił  tylko  małe  kana-

peczki w kształcie paluszków, które teraz układał na talerzu. 

— Wino się schłodzi za dwadzieścia minut. Może się napijesz? 

background image

To była kusząca propozycja. Podeszła do blatu i wspięła się na”stołek. Wiedział, jak ją 

podejść.  A  ona  szybko  wytlumaczyła  sobie,  że  ciężko  pracuje  i  należy  się  jej  trochę  odpo-

czynku. Jeśli tylko zachowa ostrożność, to nic się nie stanie. Ale czy będzie mogła — i chcia-

ła — trzymać go na dystans? 

Doszła do wniosku, że bez pierścionka na palcu czuje się 

o wiele swobodniejsza. A ponieważ zaczęła zachowywać się 

naturalnie, to i Maik się zmienił. Tytko dlaczego nieustannie 

o nim myśli? Powinna trzymać się planu. 

— Dużo spraw udało ci się załatwić przez telefon? 

— Najważniejsze i najpilniejsze. 

— Pomyślałam, że pewnie chcesz skorzystać z faksu. 

Znowu podniósł na nią wzrok. 

— Właściwie nie był mi potrzebny. 

—  Poświęciłeś  dla  mnie  swój  czas  —  rzekła.  —  Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz  miał 

przez to kłopotów w pracy. 

- Arianno, traktuję ten wyjazd jak nie zaplanowane wakacje. 

— To świetnie. 

Skończył układać kanapeczki i wrzucił oliwki do miski. Podsunął jej jedno i drugie. 

— Chcesz spróbować? Wzięła oliwkę. 

— Spotykałeś się z kimś po naszym rozstaniu? 

Widziała po jego minie, że go zaskoczyła. Szybko jednak odzyskał rezon. 

—  Nie,  wciąż  cię  opłakuję.  Chyba  nie  dojdę  do  siebie  przez  najbliższe..,  no  powiedz-

my... dwa tygodnie. 

Wiedziała, że sobie pokpiwa, a mimo to zrobiło się jej przykro. 

— Mam nadzieję, że jakoś się pozbierasz. 

—  Robię,  co  mogę.  —  Zjadł  kanapkę.  —  A  ty,  kwiatuszku?  Oszalałaś  na  punkcie  Ri-

charda Gere? 

— Łączy nas wyłącznie praca. 

Maik uśmiechnął się drwiąeo. 

— Ten facet jest lepszym aktorem, niż myślałem. 

— Chcesz mi powiedzieć komplement? 

Dotknął delikatnie jej policzka. 

— Czemu nie? 

background image

Arianna uśmiechnęła się. Jak to się dzieje, że teraz w towarzystwie Marka czuje się le-

piej niż podczas ich narzeczeństwa? Mało tego, ten uparty, narzucający swą wolę i stanowczy 

mężczyzna pociągał ją o wiele silniej niż układny, zgadujący jej życzenia, przesadnie troskli-

wy narzeczony. 

— Pozwól, że zadam ci hipotetyczne pytanie — powiedział Mark, biorąc następną ka-

napkę. — Czy twoim zdaniem lepiej pasujemy do siebie jako kochankowie, czy jako małżon-

kowie? 

Wzięła jeszcze jedną oliwkę. 

—  Cóż,  ujmijmy  to  tak.  Gdybym  szukała  kochanka,  byłbyś  idealnym  kandydatem.  — 

Podrzuciła oliwkę i złapała ją ustami. — Nie to chciałeś usłyszeć, prawda? 

Uśmiechnął się lekko. 

Przyglądała mu się, rozczarowana, że nie potrafi przyprzeć go do muru. 

— Mark, przecież widzę, że chcesz mnie o coś zapytać. Dlaczego nie powiesz, o co na-

prawdę ci chodzi? 

— Wiesz, o co? 

Z roztargnieniem zabębniła palcami o blat. 

—  Dziś  rano  powiedziałam  ci,  że  koniec  z  seksem,  i  teraz  usiłujesz  mnie  uwieść,  by 

udowodnić, że nie można ci się oprzeć. Przejrzałam cię na wylot, Mark. Nie jesteśmy jednak 

dziećmi, żeby ulegać każdej pokusie. 

Kiwnął z zadumą głową. 

— Użyłaś celnego argumentu, Arianno. 

— Naprawdę? Nie jestem pewna, czy trafił ci do przekonania. W głębi duszy wcale cię 

nie obchodzi, co będę jutro 

czuła. 

Jego twarz nabrała surowego wyrazu. 

— Byliśmy zaręczeni przez wiele miesięcy i cały czas tro 

szczyłem się o  ciebie.  Za bardzo się troszczyłem, do diabła. Teraz chcę,  żebyś sama o 

siebie zadbała. 

Wzięła głęboki oddech. 

— Wiesz, że nie mogę ci się sprzeciwić. 

— A zatem nie ma problemu. 

Mark  zmiótł  okruszki  z  blatu.  Widać  było,  że  odzyskał  już  panowanie  nad  sobą.  Pod-

szedł do lodówki, wyciągnął butelkę i otworzył ją. Potem nalał wina w dwa kieliszki i posta-

wił przed Arianną. 

background image

— Napiję się — powiedział. — Ciebie nie będę namawiał, zrobisz, jak zechcesz. 

Wzięła kieliszek i pódniosła go do ust, pałrząc wyzywają- 

cym wzrokiem. 

— Mam ci tylko jedno do powiedzenia, Mai*u Lindsay 

— nie ciesz się przedwcześnie. Kąciki jego ust drgnęły. 

— Gdzieżbym śmiał, kwiatuszku. 

Wypiła  jeszcze  jeden  łyk.  Nie  potrzebowała  przepowiedni  Madame  Wu,  by  wiedzieć, 

jak zakończy się dzisiejszy wieczór. To było z góry przesądzone. 

 

ROZDZIAŁ 6 

 

Kiedy Arianna obudziła się następnego ranka, Marka przy niej nie było. Odczuła ulgę, 

ponieważ  na  myśl  o  wczorajszym  wieczorze  i  upojnej  nocy  ogarnęło  ją  zakłopotanie.  Dwa 

kieliszki chardonnay, bordeaux do kolacji, ogień na kominku, uwodzicielskie sztuczki Marka 

— nie potrafiła się temu wszystkiemu oprzeć. 

Tak jak poprzedniej nocy kochali się najpierw przed kominkiem, potem w łóżku. Połą-

czyła ich namiętność i pasja, nie zabrakło czułości. Zanim zasnęli po miłosnych uniesieniach 

Mark wziął ją w ramiona i długo tulił w objęciach. Milczał jednak, nawet słówkiem nie zdra-

dził się ze swoimi uczuciami. 

Właściwie nie wiedziała, czego od niego oczekuje. Nie chciała o tym myśleć, bo musia-

łaby  sobie  odpowiedzieć  na  wiele  trudnych  pytań,  na  przykład  dlaczego,  u  diabła,  zerwała 

zaręczyny. 

Wstała  z  łóżka.  Pociągnęła  nosem,  ale  nie  poczuła  aromatu  świeżo  zaparzonej  kawy. 

Może Mark jeszcze jej nie przygotował. 

Narzuciła  szlafrok  i  wyruszyła  na  poszukiwanie,  lecz  nie  zastała  go  ani  w  drugiej  sy-

pialni,  ani  w  pokoju  frontowym,  ani  w  kuchni.  Wyszła  na  ganek,  jednak  i  tam  go  nie  było. 

Zawołała Marka po imieniu. Nie było odpowiedzi. Pomyślała, że poszedł na spaćer, więc po-

stanowiła wziąć prysznic i się ubrać. 

Gdy  pół  godziny  nóźniej  wyszła  ze  swojego  pokoju,  Mark  nadal  nie  dał  znaku  życia. 

Rozejrzała się uważnie po domu, mając nadzieję, że zostawił jej jakąś wiadomość, lecz nicze-

go nie znalazła. Zajrzała do jego pokoju i zobaczyła, że wszystkie rzeczy zostały. Może zno-

wu pojechał do miasta? 

background image

Postanowiła się nie martwić. Zrobiła sobie grzankę i kawę. Po śniadaniu zabrała się do 

redagowania.  Pracowała  przez  kilka  godzin,  starając  się  odpędzić  niepokój.  Wreszcie  Mark 

stanął w drzwiach. 

— A już podejrzewałam, że ulotniłuś się na dobre — powiedziała, starając się, by w jej 

głosie me było słychać wymówki. 

Uśmiechnął się przelotnie. 

— Przepraszam, ale nie przypuszczałem, że tak długo mnie nie będzie. Pojechałem do 

miasta odebrać faks od Marcii. Wydawało mi się, że jestem śledzony. 

— śledzony? 

— Przez kilku facetów. Kiedy wyjeżdżałem z miasta, robiłem wszystko, żeby ich zgu-

bić. Chyba mi się to udało, choć nie dałbym głowy. 

Odłożyła maszynopis i wstała. 

— Ocli, Mark, myślisz, że to... 

- Oni? Całkiem możliwe. 

Zadrżała. Mark podszedł i przytulił ją. Czuła, że w jego ramionach mc jej nie grozi. 

— Nie zauważyłeś? 

Uśmiechnął się. 

— Może troszkę. 

 

— Nie martw się, Arianno — pocieszył ją. — Damy sobie radę. 

Chciałaby mu wierzyć, ale jeśli groziło jej niebezpieczeństwo w małej chatce w Górach 

Skalistych, to gdzie będzie bezpieczna? Na pewno nie w Nowym Jorku. 

Przyszło jej do głowy, że Mark chce ją tylko nastraszyć i odwieść od jutrzejszego wy-

jazdu. Po chwili uznała, że to niepodobne do niego. Był z gruntu uczciwy i prostolinijny. 

— Jak oni wyglądali? — spytała. 

— Typowo. Nie przyjrzałem się im dokładnie, ale na pewno nie byli to ani turyści, ani 

mieszkańcy yail. 

Arianna obrzuciła go badawczym spojrzeniem. 

— Mark, nie nabierasz mnie, prawda? 

—  Dobrze  o  tym  wiesz,  Marku  Lindsay.  —  Uściskała  go  czule.  —  Co  powiesz  na  to, 

ż

ebym cię zaprosiła na kolację, kiedy wrócimy do domu? Sam wybierzesz restaurację. 

— To ma być foma podziękowania? 

— Owszem, a poza tym uczcimy naszą... przyjaŸń. 

— Teraz tak to będziemy nazywali? Masz lepszą propozyję? 

background image

—  Moje  pomysły  się  nie  sprawdzają.  Dobrze,  pozwolę  ci  się  zaprosić  na  kolację,  by 

uczcić naszą przyjaŸń. Poza tym niczego nie obiecuję. 

Arianna roześmiala się, przyciągnęła go do siebie i pocałowała w usta. 

— To nie jest temat do żartów, Ańanno. 

Z pewnością miał rację. Westchnęła. 

— Nic nie przychodzi łatwo. 

Ten sukces może cię zbyt drogo kosztować, kwiatuszku. 

—  Nie  dam  się  zastraszyć.  Nikt  nie  odbierze  mi  tej  szansy.  Nawet  banda  bezwzględ-

nych morderców! 

Mark kiwnął głową. 

— Wiedziałem, że to powiesz. 

— Dobrze mnie znasz. 

Dotknął loków okalaj ącyęh jej twarz. 

— Ostatnia noc podobała mi się o wiele bardziej od dzisiejszego poranka — wyznał. 

— Mnie też. 

— Naprawdę? 

— To mi wystarczy. 

Mark ujął jej twarz w dłonie ijuż miał ją pocałować, kiedy drzwi frontowe otworzyły się 

z hukiem i kilku zamaskowanych mężczyzn wpadło do środka. Arianna krzyknęła. Mark za-

słonił ją sobą i stanął przed napastnikami. 

— Co, do diabła, robicie?! — wrzasnął. — Kim jesteście?! Czego chcecie?! 

Trzech mężczyzn ruszyło do przodu, spychając ich w róg pokoju. Arianna skamieniała 

ze zgrozy. Trzymała się kurczowo Marka. Mężczyźni zbliżyli się jeszcze o krok, niczym sta-

do wilków okrążające swoją ofiarę. 

Mark  poczęstował  pięścią  najbliżej  stojącego.  Potem  okręcił  się  na  pięcie  i  z  wprawą 

zawodowego  karateki  pchnął  drugiego  mężczyznę  stopą  w  ramię,  lecz  trzeci  rzucił  się  na 

Marka i powalił go na podłogę. Arianna patrzyła przerażona, jak dwaj pozostali przyszli mu z 

pomocą i razem obezwładnili Marka. Czwarty mężczyzna natychmiast podszedł i chwycił ją 

za ramię. To wszystko działo się tak szybko, że wprawiło ją w stan kompletnego oszołomie-

nia. Była zbyt przerażona, by się odezwać. 

Wpatrywała  się  z  trwogą  w  zamaskowane  twarze.  Było  ich  pięciu.  Tęgi  mężczyzna, 

który sprawiał wrażenie ich przywódcy, podszedł do niej. Widziała tylko dwa brązowe krążki 

w otworach wyciętych na oczy w jego kominiarce. 

— Gdzie maszynopis, szanowna pani? 

background image

Anna  zerknęła  na  Marka.  Wciąż  leżał  na  podłodze,  przygnieciony  przez  trzech  męż-

czyzn. Potem popatrzyła na stolik do kawy. Oczy mężczyzny powędrowały za jej wzrokiem. 

— Tam? spytał. Podszedł do stolika i podniósł plik kartek. Przejrzał je pobieżnie. 

— Cholera, nie wiedziałem, że Salie zna tyle słów. — Mówił ze wschodnim akcentem 

jak mieszkaniec Nowego Jorku albo New Jersey. Zwrócił głowę w kierunku Marka. 

—  Chłopcy,  podnieście  tego  Jackie  Chana.  Lepiej  weŸcie  go  na  muszkę,  bo  jeszcze 

złamie któremuś rękę. 

Mężczyźni dŸwignęli Marka na nogi. Jeden z nich wy- 

ciągnął broń. 

— Macie to, po co przyszliście — odezwał się Mark. — WeŸcie to i idŸcie stąd. 

Mężczyzna spiorunował go wzrokiem. 

— Pytał cię ktoś o zdanie? 

— Ona zaczęła to czytać dopiero dzisiaj. — Mark nie dawał za wygraną. — Nawet nie 

wie, o czym Corsi pisze. 

Bandyta przyjrzał się uważnie stronom maszynopisu. 

— Tak? A kto porobił te uwagi na marginesie? — Potrząsnął głową z niesmakiem. — 

Zamknij się, kolego, i pozwól, że ja będę zadawał pytania. — Odłożył maszynopis i podszedł 

do Arianny. — Co jeszcze Sal ci dał, skarbie? 

Mężczyzna trzymający ja za ramię wzmocnił uścisk. ¯ ołądek podszedł jej do gardła. 

— Dostałam tylko maszynopis. 

— A dokumenty? 

— Nie było niczego takiego — odparła. — Wyłącznie to, co 

pan widzi. 

Bandyta cmoknął głośno. 

— Szefie, może gdybyśmy zanurzyli jej głowę w sraczu, toby sobie przypomniała. 

— Może później — zdecydował przywódca. — Zabierzcie tę parę zakochanych gołąb-

ków do innego pokoju i zwiążcie ich, żeby nie zwiałi. — Obrzucił ich przenikliwym spojrze-

niem. 

—  Zastanówcie  się,  co  ciekawego  macie  mi  do  powiedzenia,  a  ja  tymczasem  rzucę 

okiem na te brednie i postanowię, co z wann zrobić. Jeszcze coś. Im bardziej będę zadowolo-

ny, tym będę milszy. Jeśli doprowadzicie mnie do szału, możecie pożegnać się z życiem. — 

Uśmiechnął się szyderczo, po czym odprawił ich machnięciem ręki. 

background image

Gdy  go  mijali,  Arianna  zauważyła  tatuaż  na  jego  ręce.  To  było  połączenie  amerykań-

skiego orla, kuli ziemskiej i kotwicy. Znała ten symbol, ponieważ chłopak, z którym spotyka-

ła się na studiach, służył w korpusie marynarki i miał taki sam tatuaż. 

Bandyci zaprowądzili ich do pokoju Marka. Jeden z nich wyjął kawałek liny z kieszeni 

kurtki.  Skrępowali  im  ręce  na  plecach,  potem  kazali  usiąść  na  łóżku.  Związali  im  nogi  w 

kostkach i przewrócili na lóżko, tak że leżeli twarzą do siebie. 

— Wygodnie wam? — spytał jeden. 

— Może chcieliby poduszki? — dodał drugi. 

— Albo masaż. 

Roześmieli się i skierowali się do wyjścia. 

— Śpijcie dobrze — powiedział któryś, zamykając drzwi. 

Zrozpaczona Arianna popatrzyła Markowi w oczy. 

— Wybacz mi — rzekła, tłumiąc szloch. 

— Jeśli można tu kogoś winić, to raczej mnie. Najwidoczniej nie byłem wystarczająco 

ostrożny. 

— Nie obwiniaj się. Próbowałeś mnie ostrzec, ale nie chciałam cię słuchać. 

— Zostawmy ten temat — powiedział zrezygnowanym 

głosem. 

— Och, Maik, myślisz, że nas zabiją? — Wciąż me mogła uwierzyć w to, co się stało. 

To przypominało jakiś koszmar. 

Maik przestrzegał ją przed mebezpieczeiistwem, lecz do głowy jej me przyszło, że spo-

tka ich coś tak strasznego. 

— Nie. Gdyby mieli taki zamiar, nie zakładaliby kommiarek. Trup i tak nikogo me zi-

dentyfikuje. 

To brzmiało sensownie. Zrobiło jej się trochę raŸniej. 

— Obyś miał rację. 

— W tych okolicznościach powinniśmy współpracować z nimi. Sdząc z pytaii, interesu-

je ich maszynopis Corsiego oraz dokumenty potwierdzające jego zarzuty. Gdzie jest kartka z 

informacją, jak je zdobyć? 

Ańanna  musiała  się  zastanowić.  Znalazła  ją  podczas  jazdy  z  Aspen  do  Vail.  Co  z  mą 

zrobiła?  Nagle  sobie  przypomniała.  Wetknęła  ją  do  schowka  w  drzwiach  wypożyczonego 

samochodu. Maik odetchnął z ulgą, kiedy mu to powiedziała. 

— Świetnie. Jeśli od razu nie znajdą wszystkiego, czego szukają, będziemy mieli trochę 

czasu. Gdy wrócą i zażądają informacji o dokumentach, próbuj kręcić. 

background image

— Ajeśli zaczną nas torturować? 

— Kłam, dopóki będziesz mogła. 

— Dlaczego? Co nam to da? 

Zawahał się. 

— Mam pewien plan, kwiatuszku. 

— Plan? Czego? 

— Uratowania się. 

— W jaki sposób? 

— Szczegóły są nieistotnej ale potrzebuję twojej po- 

mocy. 

Popatrzyła na niego sceptycznie. Jak to sobie wyobrażał? Byli związani i nie mogli się 

ruszać. Nie jej pomocy potrzebował, ale oddziału komandosów. 

—  Posłuchaj,  Arianno  —  powiedział  poważnym  tonem.  —  Wiem,  że  to  dziwnie  za-

brzmi, ale w zegarku mam zainstalowany sygnalizator. W tej pożycji nie mogę go uruchomić, 

jednak gdybym przekręcił się do ciebie plecami, może tobie by się udało. 

— O czym ty, do licha, mówisz? 

— O wydostaniu się stąd — odparł. — Mówię ci, że możemy wezwać pomoc, jeśli zdo-

łasz włączyć sygnalizator. Tak szybko mnie skrępowali, że nie zdążyłem nic zrobić. 

Arianna pomyślała, że chyba Maik postradał zmysły. 

— Obawiam się, że miałeś zbyt wiele wrażeń. Spróbuj się odprężyć. 

— Ari — nie dawał za wygraną —ja nie żartuję. Mam sygnalizator, z którego mogę ko-

rzystać w nagłych wypadkach. Pomóż mi wezwać pomoc. 

— To znaczy kogo? 

- Nieważne. 

— Jak to, nieważne? 

— Martwi mnie duża odległość — rzekł, puszczając mimo uszu jej pytanie — oraz gó-

ry. Nie jestem pewien, czy sygnał zostanie odebrany. 

Była prawie pewna, że zwariował. 

—  Kochanie,  wiem,  że  się  denerwujesz,  ale  wszystko  będzie  dobrze.  Obiecuję  ci.  Po-

wiem tym draniom, gdzie włożyłam kartkę, a wtedy na pewno nas puszczą. 

— Posłuchaj, Arianno, ci ludzie są niebezpieczni i może nie mamy już dużo czasu. Czy 

mogłabyś łaskawie odwrócić się do mnie plecami? 

Przybrał ostry i stanowczy ton, zupełnie nie pasujący do dawnego Marka, ani nawet do 

rycerskiego mężczyzny, który ostatnio tak ją pociągał. To prawda, że zostali pokonani przez 

background image

napastników, ale Mark dzielnie się bronił. Trzeba było trzech mężczyzn, żeby  go obezwład-

nić. A to mistrzowskie pchnięcie stopą naprawdę ją zaskoczyło. 

— Kiedy się nauczyłeś samoobrony? 

— Arianno, to nie pora na pytania. 

— Cóż, chciałabym wiedzieć. Nigdy mi nie mówiłeś, że potrafisz robić takie rzeczy. Na 

pewno nie nauczyłeś się walczyć jak karateka, oglądając filmy. 

— Nie, przeszedłem odpowiednie szkolenie. 

— Kiedy?Poco? 

— Słuchaj — odparł, tracąc cierpliwość — możemy porozmawiać o tym  później. Od-

wróć się i włącz sygnalizator w moim zegarku, zanim będzie za późno. 

Westchnęła  i  przekręciła  się  na  bok.  Mark  zrobił  to  samo,  po  czym  przysunął  się  do 

niej, tak by ich ręce się stykały. 

— Najpierw musisz znaleźć zegarek — poinstruował ją. 

— 0” Boże, tak mocno związali mi ręce, że są zupełnie zdrętwiałe. Dobrze, że mogę po-

ruszać palcami. 

— Pospiesz się. 

Musiała  podciągnąć  się  na  łóżku.  Od  razu  wymacała  linę,  ale  dostanie  się  do  zegarka 

sprawiło jej trochę kłopotu. 

— Nareszcie — rzekła. — Czuję szkiełko. 

— W porządku. Jeśli przesuniesz po nim palcami w kierunku mojego nadgarstka, to tra-

fisz na dwa malutkie pokrętła. Musisz znaleźć to, które jest na wysokości mego kciuka. 

— A gdzie masz kciuk? 

— Nie wiem, chyba go wyczujesz. 

— Świetnie. — Pomacała palcami dokoła, ale miała tak niewielką możliwość manewru, 

ż

e trudno jej było cokolwiek znaleźć. Wtem jej palec wskazujący zawadził o coś. 

— Chyba znalazłam pokrętło — powiedziała podekscytowanym głosem. 

— Wyczuwasz drugie? 

— Nie. — Przesunęła palcami najdalej jak mogła. — Tak, jest tutaj. — Miała wrażenie, 

ż

e wszystko jest odwrócone do góry nogami. — Cholera — zdenerwowała się — Nie udami 

się. 

— Owszem, uda. Już prawie je mamy. 

Nagle drzwi otworzyły się i jeden z mężczyzn wszedł do sypialni. Zobaczył, że są od-

wróceni do siebie plecami. 

— Co się stało? Pokłóciliście się? 

background image

— Nie podoba mi się jego oddech — powiedziała niezadowolonym tonem Arianna. 

— Na pewno nie próbujecie uciec? 

— Nie mogę ruszać nawet małym palcem, tak mocno mnie związaliście. 

— Myślcie o tych dokumentach. Szef zaczyna się niecierpliwić 

Ku ich uldze wyszedł. 

- Dzięki Bogu - rzekła Arianna. 

Natychmiast wróciła do mozolnych poszukiwań. Tym razem szybciej odnalazła maleń-

kie pokrętła. 

— W porządku, chyba wiem, które jest właściwe — stwierdziła. 

— Kręć w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, aż do oporu. 

—  W  kierunku  odwrotnym  do  ruchu  wskazówek  zegara?  Mark,  w  tym  położeniu,  nie 

wiem, czy to ma być z góry na dół, czy z lewa do prawa. 

— Po prostu kręć do tyłu. W stronę swojego kciuka. 

Z trudem wykonała polecenie. 

— Zrobione. Dalej nie chce się kręcić. 

— Mogłabyś dostać za to medal — stwierdził. 

— Wystarczy mi wolny dzień na zakupy. 

— Dobra robota. Teraz pozostaje nam tylko mieć nadzieję, 

ż

e sygnał został odebrany. 

Mark  ścisnął  jej  palce.  Jego  dotyk  uspokajał.  Podczas  gorączkowych  starań  o  urucho-

mienie sygnalizatora zapomnieli o strachu, ale teraz poczucie zagrożenia i bezsilności powró-

ciło. 

— Myślisz, że nic nam się me stanie? — spytała drżącym głosem Ańanna. 

— Bardzo bym chciał, kochanie. Wszystko zależy od tego, czy nasze wezwanie zostało 

odebrane — powiedział to z takim przekonaniem, jakby naprawdę wiedział, co robi. 

— Mark — odezwała się po chwili — proszę, powiedz mi, co się dzieje. 

— Być może pomoc jest już w drodze. 

— Ale kto ma nam pomóc? 

Milczał jak załdęty. 

— Mark? — Słyszała, że próbuje się przekręcić. 

-. Arianno — poprosił — odwróć się do mnie. 

Gdy spełniła jego życzenie, zobaczyła, że wpatruje się 

mą intensywnie. 

— O co chodzi? — spytała. 

background image

— Czy kiedykolwiek cię zawiodłem? 

Była ciekawa, do czego zmierza. 

— Nie, Chyba nie. 

— Teraz też tego nie zrobię. Musisz mi zaufać, to wszy- 

stko. 

— Ale dlaczego me możesz mi niczego wyjaśnić? 

Nie odpowiedział. 

—  To  policja?  Powiadomiłeś  ich,  że  mafia  może  się  tu  pojawić?  Tym  zajmowałeś  się 

przez ostatnie dni? 

Nadal  milczał.  Arianna  doszła  do  wniosku,  że  tak  właśnie  postąpił.  Spiskował  z  poli-

cjantami  za  jej  plecami,  a  teraz  nie  chce  się  do  tego  przyznać.  O  Boże,  pomyślała.  ¯ eby  to 

było prawdą! Jak w tych okolicznościach Maik mógł pomyśleć, że będzie na niego zła. Jego 

zapobiegliwość może uratować im życie! 

— Słuchaj, nie martw się, że zrobiłeś coś bez mojej wiedzy 

— powiedziała. — Gdybym się o tym dowiedziała, pewnie bym się wściekła. Nie prze-

czę. Okazało się, że miałeś rację. 

— Jeszcze nie jesteśmy wolni, Ariamio. Mam nadzieję, że później będziemy mieli oka-

zję pośmiać się z tego. 

— Cieszę się, że wszystkim się zająłeś Obiecuję, że już nigdy nie będę uprzykrzała ci 

ż

ycia. Myliłam się, to fakt. 

Człowiek powinien przyznać się do błędu. Tego wymaga zwykła przyzwoitość. 

Mark się uśmiechnął. Arianna obrzuciła go zdziwionym 

wzrokiem. 

— owiedzialam coś śmiesznego? — spytała. 

— Nie wiem, nagle wydało mi się dziwne, że rozmawiamy o zasadach,  na jakich uło-

ż

ymy nasze stosunki, nie wiedząc, czy za godzinę będziemy jeszcze żyli. 

— Ani czy w ogóle będą nas łączyły jakieś stosunki — dodała. 

— No właśnie. 

— Och, Mark, tak mi przykro. Zachowałam sięjak ostatnia egoistka, myśląc wyłącznie 

o  swojej  karierze.  Gdybyśmy  skontaktowali  się  z  FBI,  tak  jak  proponowałeś,  nigdy  nie  do-

szłoby do tego napadu. 

Mark wyciągnął szyję i zdołał pocałować ją w usta. 

— Zrobię, co w mojej mocy — mruknął. — Nie pozwolę, by coś ci się stało. Obiecuję. 

background image

Łzy popłynęły jej po policzkach, zwilżyły włosy. Arianna przysunęła się do niego naj-

bliżej, jak mogła. Pocałowała go w brodę. 

— Dziękuję, że jesteś — szepnęła. 

— Kocham cię, Arianno. 

— Dlaczego to się zdarzyło właśnie teraz, kiedy zaczęło nam być ze sobą tak dobrze? 

— Myślisz, że zdołalibyśmy ich namówić, żeby rozwiązali nas na pół godziny? 

— To nie jest śmieszne. Naprawdę się boję. 

—  Miejmy  nadzieję,  że  sygnał  został  odebrany.  To  może  być  nasza  jedyna  szansa  — 

powiedział ponurym głosem. 

 

ROZDZIAŁ 7 

 

Co  dziesięć,  piętnaście  minut  któryś  z  napastników  wchodził  do  pokoju,  by  rzucić 

okiem  na  Marka  i  Ariannę,  lecz  żaden  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Pomoc  nie  nadchodziła. 

NajwyraŸniej sygnalizator nie zadziałał. 

— Gdzie są twoi przyjaciele? — wyszeptała Arianna. 

— Nie wiem, ale za wcześnie tracić nadzieję. Mają długą 

drogę do pokonania. 

To dalo jej do myślenia. Policja przyjechałaby z Vail. Skąd jadą przyjaciele Marka, jeśli 

nie z pobliskiego miasteczka? Z Denver? Z Waszyngtonu? 

— Mark, kogo wezwałeś? FBI? 

Westchnął, najwyraŸniej niezadowolony z tego, że się do- 

pytuje. 

— Czemu jesteś taki tajemniczy? 

— Ariaimo, czasami lepiej nie wiedzieć. 

Co się z nim dzieje? Czy  wymyslił sobie to wszystko? Pewnie zbyt szybko uwierzyła, 

ż

e jego plan jest prawdziwy. Zanim zdążyła zadać mu kolejne pytanie, dwóch mężczyzn we-

szło do pokoju. 

— No dobra, szanowna pani — powiedział jeden z nich. 

— Pora wszystko wyśpiewać. 

Obaj byli potężni, więc bez trudu chwycili ją za ramiona 

i podnieśli z łóżka. Ariannie serce waliło jak młotem, gdy 

zaczęli ją rozwiązywać. Rozmasowała zdrętwiałe nadgarstki 

i spojrzała na Marka, zastanawiając się, czy widzi go po raz 

background image

ostatni. 

— Co z nią zrobicie? — spytał. 

— Zamknij gębę! — usłyszał w odpowiedzi. 

Jeden z gangsterów ruszył•w stronę drzwi. Drugi chwycił ją za ramię i zaprowadził do 

frontowegó pokoju, w którym ich przywódca, człowiek. z tatuażem na ręce, siedział na kana-

pie. Na stoliku do. kawy leżał maszynopis Sala  Corsiego. Arianna nie widziała twarzy męż-

czyzny, gdyż wciąż mial kominiarkę, lecz jego gesty zdradzały zniecierpliwienie. 

— Siadaj — powiedział, wskazując krzesło naprzeciw siebie. 

Popchnięta w kierunku krzesła, usiadła i zaczęła masować sobie nadgarstki. Zerknęła na 

otaczajych ją zamaskowanych mężczyzn, próbując opanować strach chwytający ją za gardło. 

— Wygląda na to, że Salie wszystko wyśpiewał, wszystko co do joty — z niesmakiem 

stwierdził mężczyzna. — Co dostałaś poza maszynopisem? 

— Nic — odparła drżącym głosem. 

— Salie ukrył gdzieś kupę dokumentów i muszę je znaleźć. 

Nadeszła  krytyczna  chwila.  Czy  ma  wyjawić  prawdę,  czy  kłamać?  Czuła,  że  powinna 

się bronić. Mark też ją prosił, by starała się wywieść ich w pole. 

— Skąd, u diabła, mam wiedzieć, co z nimi zrobił? Jestem tylko redaktorką. 

— Skoro chcesz opublikować te gryzmoły, to musisz mieć dowody, że Salie nie wyssał 

sobie tego wszystkiego z palca. 

 Nikt nie chce procesu. Wiesz o tym równie dobrze, jak on wiedział. Gdzie są dokumen-

ty? 

— Ja ich nie mam. 

Pogroził jej palcem. 

— To już słyszałem. Zmień płytę. 

Narastający gniew pomógł Ariannie przezwyciężyć strach. Jak ten drań śmie tak do niej 

mówić! 

— Chciałabym je zobaczyć tak samo jak wy. Mężczyzna potrząsnął głową. 

— Chyba masz kłopoty ze słuchem. — Zwrócił się do swoich ludzi: — Chłopcy, który 

z was ma ochotę przepłukać jej uszyw sraczu? 

— Ja, szefie — powiedział któryś. 

— W porządku — odparł szef. — Zabieraj się do roboty. 

Ariannę ogarnęło przerażenie. Jeden z mężczyzn podszedł do niej i chwycił ją za ramię. 

— Chwileczkę — zaprotestowała. — Powiedziałam tylko, że chciałabym je zobaczyć. 

Nie powiedziałam, że nie wiem, gdzie ich szukać. 

background image

— Zostaw ją — powiedział szef. — No więc, gdzie są? 

Mężczyzna puścił ją. Opadła z powrotem na krzesło, wściekła, że została pokonana. 

- W tajnej skrytce w Brooklynie. 

— To za mało; skarbie. Musisz podać więcej szczegółów. 

—  Zapomniałam  adresu  —  rzekła  —  ale  jest  zapisany  na  kartce,  którą  zostawiłam  w 

samochodzie Marka. 

— Czy twój facet ma kluczyki? 

— Chyba tak. 

Dał znak jednemu ze swych ludzi. 

— Przynieśje. 

Po  chwili  mężczyzna  wrócił  z  kluczykami.  Pobrzękując  nimi,  wyszedł  z  domu.  Pokój 

zaległa cisza. 

— Co zamierzacie z nami zrobić? — w przyplywie odwagi 

spytała Ariarma. 

— Jeszcze nie podjąłem decyzji — odparł szef bandy. 

— Nie jesteśmy dla was żadnym zagrożeniem — zapewniła go. — Nie wiemy, jak wy-

glądacie... no i przecież wam pomogłam. 

— Trzeba cię było długo namawiać. — Wskazał na jednego z gangsterów. — Zwiąż z 

powrotem tę babę i odstaw do jej faceta. 

Arianna odetchnęła. Na razie nie zamierzają zrobić im nic złego. Jeśli przyjaciele Marka 

niedługo  się  pojawią,  to  może  wszystko  dobrze  się  skończy.  Zakładając  oczywiście,  że  na-

prawdę istnieją. 

Kiedy  weszła  dn  sypialni,  na  twarzy  Marka  pojawiła  się  ulga.  Mężczyźni  związali  ją, 

rzucili na łóżko niczym worek kartofli, po czym zniknęli. Arianna odwróciła się do Marka. 

— Zmusili mnie do powiedzenia o skrytce na listy — wyznała z bólem. — Jeden z nich 

poszedł zabrać kartkę. 

— Wszystko w porządku, kwiatuszku, robiłaś, co mogłaś. 

— Myślałam, że jeśli wystarczająco długo będę ich zwodziła, to policja, FBI czy licho 

wie kto, wreszcie się pojawi. 

— Może nie dostali wiadomości. 

I właśnie w tej chwili usłyszeli szum silnika. Najpierw wzięli go za samolot, ale potem 

warkot helikoptera stał się bardzo wyraŸny. Wsłuchiwali się w napięciu. 

— To mogą być oni — z ożywieniem powiedział Maik. 

— Myślisz, że jesteśmy uratowani? 

background image

— Mam taką nadzieję. 

Mieli  wrażenie,  że  helikopter  krąży  nad  domem.  We  frontowym  pokoju  rozległy  się 

krzyki. Usłyszeli drugi śmigłowiec, może i trzeci, a potem długi terkot strzałów. 

— Karabin maszynowy — ponurym głosem stwierdził Maik. 

- O mój Boże - wyjąkała Arianna. 

Strzelanina, krzyki oraz  warkot helikopterów trwały  krótko. Parę razy  słyszeli wrzesz-

czących z bólu mężczyzn. Pótem wszystko ucichło. 

— Mark? — spytała. — Co się dzieje? 

— Ciii — odrzekł. — Słuchaj! 

Oboje  milczeli.  Warkot  helikopterów  cichł,  stawał  się  coraz  słabszy.  Po  jakimś  czasie 

ustal zupełnie. 

Wiatr  jęczał  cicho  wśród  sosen.  Tylko  ptaki  świergotały  wesoło,  rozpraszając  ponury 

nastrój. Arianna próbowała zgadnąć, co się dzieje. Mark wciąż nasłuchiwał. 

Drzwi frontowe otworzyły się gwałtownie. Rozległy się strzały i tupot butów. Arianna 

wstrzymała oddech. Czuła, że nerwy ma napięte jak struny. 

Potem drzwi do sypialni odskoczyły z taką siłą, że ściany się zatrzęsły. Arianna krzyk-

nęła  na  widok  potężnego  mężczyzny  w  polowym  mundurze  i  panterce,  który  trzymał  w  rę-

kach automat. Z pomazanej zieloną i brązową farbą twarzy patrzyły na nich niespokojne oczy. 

— Jesteśmy sami! — krzyknął Maik. — Wszystko w porządku. 

- Pan Lindsay? 

- Tak. 

— Są tutaj! — zawołał olbrzym do swoich niewidocznych towarzyszy. 

W pokoju pojawił się drugi mężczyzna, tak samo ubrany i uzbrojony. Jego surowe spoj-

rzenie nieco złagodniało na ich widok, 

— Ilu ich było? — spytał, zwracając się do Marka. 

— Pięciu. 

— Mamy ich wszystkich. — Wyszedł.z pokoju, ajego kolega opuścił broń i przewiesił 

ją sobie przez ramię. 

— Może nas rozwiążecie — zasugerował Mark. 

— Jasne. 

Mężczyzna oparł karabin o ścianę, wyciągnął nóż z pochwy i podszedł do łóżka. 

Najpierw rozciął sznury na rękach Arianny, apotem uwolnił Marka. 

— Dobrze się pani czuje? — spytał, gdy usiadła na brzegu łóżka. 

— Tak — odparła. — Dzięki wam. — Popatrzyła na Marka, który okrążał łóżko.  

background image

— I Markowi, oczywiście. 

Położył jej ręce na ramionach. Przywarła do niego, drżąc na całym ciele. 

W pokoju frontowym rozległy się głosy. 

— Są tutaj, panie kapitanie — powiedział ktoś i po chwili pojawił się starszy łysiejący 

mężczyzna w spodniach koloru khaki i granatowej wiatrówce. 

— Och, Mark — powiedział z uśmiechem. — Cieszę się, że jesteś cały i zdrowy. 

Uścisnęli sobie dłonie. 

— Ja też się cieszę, możesz mi wierzyć — odparł Mark. 

— Poznaj pannę Hamilton. 

— A tak, to ta młoda dama. Witam panią. 

— Dzień dobry — powiedziała Arianna i podała rękę kapitanowi. 

— Jones — przedstawił się. Kąciki jego ust lekko się uniosły. — Chyba nic się pam nie 

stało. Miło mi, że przybyliśmy na czas. 

— Nie tak jak mnie, zapewniam pana. 

Mężczyzna znowu zwrócił się do Marka. 

— Myślę, że powinniście natychmiast wyjechać. 

— Owszem, 

— Na szczęście ten dom leży na odludziu, a w sąsiedztwie chyba nikt nie mieszka. 

— Tak mi się wydawało — przytaknął Mark. — Ale nie wiadomo, kiedy ktoś się poja-

wi. 

Ariamia była trochę zdziwiona zażyłością Marka z panem Jonesem, lecz powstrzymała 

się  od  komentarzy.  Razem  z  nimi  weszła  do  frontowego  pokoju.  Na  podłodze  leżały  ciała 

dwóch  gangsterów. Wciąż mieli kominiarki na twarzach,  a z ich piersi sączyła się krew.. W 

pokoju  było  jeszcze  trzech  mężczyzn  w  mundurach,  których  twarze  pokrywały  barwy 

ochronne.  Jeden  z  nich  przykrywał  plastikową  folią  ciało  leżące  najbliżej  drzwi.  Arianna 

zbladła. Marki Jones pośpiesznie wyprowadzili ją z domu. 

— Gdzie pozostali? — spytał Mark, gdy wyszli, na świeże powietrze. 

— Dwóch w lesie za domem, a jeden na parkingu. Jedne zwłoki już zostały usunięte — 

poinformował go Jones. — Z resztą uwiniemy się w mgnieniu oka. 

— Czy budynek bardzo ucierpiał? — spytał Mark, spoglądając na fasadę domu. 

— Nie. Najważniejsze, żeby zrobić porządek w środku. 

— SprawdŸcie, czy nie ma dziur po kulach — polecił Mark. 

—  Jeśli  będą,  trzeba  je  załatać.  Możemy  utrzymywać,  że  to  myśliwi  strzelali  tu  przez 

pomyłkę. 

background image

— Dobry pomysł — zgodził się Jones. 

Arianna  słuchała  z  coraz  większym  zdumieniem.  Mark  zachowywał  się  tak,  jakby  był 

członkiem  tej  grupy.  Widziała,  że  traktują  go  z  szacunkiem.  Nie  mógł  być  w  tak  zażyłych 

stosunkach z lokalną policją, a tym bardziej z FBI. 

— Nie spodziewam się żadnych kłopotów ze strony miejscowych władz — mówił Jo-

nes  —  ale  nasze  możliwości  działania  na  tym  tezenie  są  bardzo  ograniczone.  Najlepiej  by 

było, gdybyśmy zrobili porządek i wynieśli się stąd jak naj szybciej. 

— Zgadzam się — rzeki Mark. 

Arianna popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Zachowywa się jak dowodzący akcją. 

— Mark — pociągnęła go za rękę. 

— Chwileczkę — rzekł i wyswobodził dłoń. — Muszę porozmawiać z panem Jonesem. 

Możesz trochę poczekać? 

Mężczyźni  odeszli  parę  kroków,  a  ona  tymczasem  obserwowała  przybyłych.  Nie  za-

chowywali się jak policjanci, zaczęła więc wątpić, czy mają coś wspólnego z elitarną jednost-

ką  komandosów,  jak  z  początku  przypuszczała.  Nie  mieli  żadnych  insygniów  ani  znaków 

identyfikacyjnych na mun 

durach. 

Mark  i  Jones  wciąż  byli  pogrążeni  w  ożywionej  rozmowie,  kiedy  w  oddali  usłyszała 

warkot silnika. Helikopter wzmósł się nad wierzchołki drzew i poleciał w kierunku Vail. Ma-

szyna znajdowała się zbyt daleko, by mogła dobrze się 

jej przyjrzeć, ale odniosła wrażenie, że nie jest własnością wojska. 

Mark wrócił do mej po paru minutach, gdy Jones zaczął konferować z jednym ze swych 

ludzi. Sądząc po jego minie, nie był szczególnie zadowolony, ale wydawał się trochę spokoj-

niejszy. 

— Co tu się dzieje? — spytała Arianna. 

— Podjęliśmy z panem Jonesem decyzję o natychmiastowym wyjeŸdzie. Powiedziałem 

mu,  że  będziesz  chciała  zabrać  swoje  rzeczy.  Pozwolisz,  żeje  spakuję?  Lepiej,  żebyś  nie 

wchodziła do środka. 

Wzięła głęboki oddech. 

— Mark, kim są ci ludzie? To nie policjanci. 

- Nie. 

— A zatem, kim są? 

background image

—  Arianno  —  rzekł,  biorąc  ją  za  rękę  —  może  później  o  tym  porozmawiamy.  Teraz 

musimy jak najszybciej się stąd wydostać. To bardzo ważne. UsiądŸ sobie na schodkach — 

poprosił. 

— Wrócę za parę minut. Obiecuję, że wszystko dobrze się skończy. 

Arianna spełniła jego prośbę, ale była pewna, że dzieje się coś bardzo dziwnego. Wtem 

przypomniała sobie o czymś. 

— Mark! — krzyknęła za nim. 

Był już w środku, więc tylko wysunął głowę przez otwarte 

drzwi, 

- Co? 

— Maszynopis. Nie mogę go zostawić. 

Jego twarz przybrała posępny wyraz. 

— W porządku. 

Po niecałych pięciu minutach wyszedł z domu w towarzystwie mężczyzny, który niósł 

jej  walizki.  Mark  wręczył  Ariannie  papierową  torbę.  Gdy  zajrzała  do  środka,  zobaczyła  we-

pchnięte bezładnie kartki maszynopisu. 

— Musimy jechać — powiedział, biorąc walizki od mężczyzny. 

Podeszli do Jonesa. 

— Wszystko gotowe? — spytał uprzejmie, patrząc jednocześnie na zegarek. 

Ruszyli  w  stronę  parkingu.  Arianna  rzuciła  Markowi  kilka  pytających  spojrzeń,  lecz 

udał, że niczego nie zauważył. W połowie drogi wybuchnęła: 

— Nikt się nie dowie o tej strzelaninie, prawda?! Nikogo o niej nie powiadomisz i bę-

dziesz udawał, że nic się nie stało. 

— Ariimno, proszę cię — rzucił zniecierpliwionym tonem. 

— Później o tym porozmawiamy. 

— Nie chcę brać w tym udziału — ostrzegła go. 

— Pani nie bierze w tym udziału, panno Hamilton — wtrącił Jones. — To się w ogóle 

nie wydarzyło. 

— Jak to się nie wydarzyło?! Co pan opowiada! — rzuciła niezbyt grzecznie, ale była 

naprawdę zdenerwowana. — Zostaliśmy napadnięci przez gangsterów. Zabiliście ich, by nas 

ratować. 

— Proszę mi wierzyć — rzekł Jones — lepiej będzie, jeśli potraktuje to pani jak zty sen. 

¯ aden niewinny człowiek me został poszkodowany i tylko to się liczy. 

background image

Arianna oniemiała. Udział Marka w tej operacji niepokoił ją coraz bardziej. Wzięła go 

za rękę i odciągnęła na bok, by Jones ich nie słyszał. 

—  Co  się,  u  diabła,  dzieje?  —  spytała  szeptem.  —  Wiesz,że  nie  wolno  nam  opuścić 

miejsca zbrodni. Musimy coś zrobić. 

— Właśnie, Arianno. Zabieram cię stąd. 

— Ale także robisz ze mnie wspólnika. Daj spokój, Mark, chyba nie oczekujesz, że wy-

jadę jakby nigdy nic. 

—  Arianno,  powiedziałem,  że  porozmawiamy  we  właściwym  czasie.  A  to  nie  jest  od-

powiednia chwila. Proszę cię, uspokój się. Już itak Ÿle się stało, że zostałaś wciągnięta w tę 

operację. 

Mark nigdy nie zwracał się do niej tak ostrym tonem. Co się z nim stało, skąd to prze-

obrażenie? 

Można  było  odnieść  wrażenie,  że  Mark  nie  związał  się  z  tymi  ludŸmi  wciągu  paru 

ostatnich dni. Wyglądało nato, że był członkiem tej grupy. 

Gdy dotarli na parking, zobaczyli jeszcze dwa śmigłowce 

—jeden duży, drugi mały — oraz kilku uzbrojonych mężczyzn. Były to raczej helikop-

tery transportowe niż wojskowe, ale ich znaki identyfikacyjne zostały zamalowane. Podeszli 

do mniejszej maszyny. 

—  Mark  —  Arianna  przytrzymała  go  za  rękę  —  a  co  z  tą  kartką,  na  której  był  adres 

skrytki na listy? 

Zagryzł wargi z irytacji, lecz nic nie powiedział. 

—  Panie  Jones!  —  krzyknął.  —  Gdzie  jest  kartka  z  mojego  samochodu?  Powinien  ją 

mieć ten gangster, którego złapaliście na parkingu. 

Jones wyjął z kieszeni kurtki kawałek papieru, podał go Markowi, a ten wręczył kartkę 

Ariannie. Włożyła ją do torby, w której był maszynopis. 

— To wszystko? — spytał Jones. 

Mark spojrzał na nią. 

— Coś jeszcze? 

—  Nie  —  odparła,  a  pod  nosem  dodała:  —  Ale  byłabym  szczęśliwsza,  gdybym  wie-

działa, co się dzieje. 

Nic nie wskazywało nato, że Mark usłyszał te słowa. 

Pomógł jej wsiąść do helikoptera, po czym wrzucił ich bagaże i dopiero wtedy usadowił 

się  obok  mej  w  tyle  maszyny.  Jones  odszedł  na  bok,  by  porozmawiać  z  jednym  ze  swoich 

ludzi.  Potem  wszedł  na  pokład  i  zajął  miejsce  obok  pilota.  Wydał  mu  kilka  instrukcji  i  roz-

background image

siadł się wygodnie w fotelu. Rozległ się ryk silnika. Po chwili oderwali się od zbocza i wznie-

ś

li w powietrze. 

Arianna zerknęła na Marka. 

— Dokąd lecimy? Czy to ściśle tajne? 

—  Ściśle  tajne.  —  Uśmiechnął  się  złośliwie,  ale  jednocześnie  wziął  ją  za  rękę  i  czule 

uścisnął. 

Manna odtworzyła w pamięci piekło ostatnich godzin. Napad, wysłani sygnału wzywa-

jącego pomoc i ich dramatyczne ocalenie. To było jak zły sen. Albo jak kiepski film. 

Mark  obiecał,  że  jej  wszystko  wyjaśni.  Obrzuciła  go  zaciekawionym  spojrzeniem.  Co 

do jednego nie miała wątpliwości. To nie był ten sam człowiek, z którym się zaręczyła. Wyj-

rzała przez okienko i popatrzyła na słońce. Sądząc po jego położeniu, lecieli w kierunku po-

łudniowym albo południowo-wschodnim. 

— Mark, wracamy do Aspen? 

Kiwnął głową. 

— Owszem. 

— Dlaczego? 

— Bo tam jest najbliższe lotnisko. 

Czekała na dalsze wyjaśnienia. ale z jego ust nie padło ani jedno słowo. 

— Więc zabierasz mnie z powrotem do Zary? 

— Nie—odparł. 

— A gdzie? 

— Zobaczysz. 

Ańanme  zdecydowanie  nie  podobało  się  to  wszystko,  ale  me  bardzo  mogła  narzekać. 

Przecież uratował ją przed mafią. 

Niemniej jednak... 

— Możesz uchylić rąbka tajemnicy? 

— Będzie na nas czekał samolot, którym polecimy w bezpieczńe miejsce. Tam będzie-

my mieli dużo czasu na wyjaśnienia. Wiem, że to wszystko jest trudne do zrozumienia 

— dodał — ale w tej chwili nic nie mogę na to poradzić. Obiecałem, że we właściwym 

czasie wszystko ci wytłumaczę, i dotrzymam słowa. Na razie musisz mi zaufać. 

Łatwo mu mówić, pomyślała. 

 

ROZDZIAŁ 8 

 

background image

W  linii  powietrznej  odległość  miedzy  Vail  i  Aspen  wcale  nie  była  taka  duża.  Wystar-

czyło przelecieć nad pasmem gór, co dla helikoptera było dziecinną igraszką. Widząc z góry 

Aspen, które względnie dobrze znała, Ańanna odczuła ulgę. Pragnęła jak najszybciej znaleźć 

się na ziemi. 

Ś

migłowiec  wylądował  w  odległej  części  lotniska,  z  dala  od  budynku  portu,  co  wcale 

jej ąie ucieszyło. W pobliżu stał samolot, do którego drzwi były otwarte, a schodki spuszczo-

ne.  Zrozumiała,  że  chcą  ją  zabrać  prosto  do  samolotu.  Nie  ma  co  marzyć  o  kupnie  gazet  w 

kiosku na lotnisku. 

Pierwszy  wysiadł  Jones,  drugi  Mark,  który  poczekał,  by  jej  pomóc.  Arianna  zeszła  na 

dół, przyciskając do piersi torbę z maszynopisem. 

— To nasz samolot — powiedział Mark. 

— Nie wsiądę do niego, dopóki wszystkiego mi nie wy- 

jaśnisz. 

Mark spojrzał na Jonesa, który szedł już w kierunku schodów, po czym zerknął niecier-

pliwie na zegarek. 

— Nie możesz poczekać, aż wejdziemy na pokład? 

— Nie, teraz albo nigdy. 

— Dlaczego? 

— Jeśli nie spodoba mi się twoja opowieść, to podziękuję ci za dalszą pomoc. 

— Wiedziałem, że kiedyś będę musiał stawić temu czoło 

— rzekł. — Ale nie przypuszczałem, że dojdzie do tego na lotnisku w Aspen. 

¯ ołądek podszedł jej do gardła. Oto miała się dowiedzieć, że w ogóle nie znała Marka 

Lindsaya. 

— Idziecie?! — zawołał Jones. 

— Za chwilę! — odkrzyknął Mark. — Nie czekaj na nas. 

— Odwrócił się do niej. Jego twarz odzwierciedlała wahanie. NajwyraŸniej zastanawiał 

się, jak jej to powiedzieć. 

Postanowiła mu pomóc. 

— Nie jesteś tym, z kim byłam zaręczona, prawda, Mark? 

— Oczywiście, że jestem, Po prostu nie wszystko o mnie wiesz. — Wziął głęboki od-

dech i popatrzył na pokryte śniegiem góry. — Od kilku lat należę do organizacji, która wyko-

nuje...  powiedzmy,  bardzo  delikatne  zadania.  To  agenda  rządowa,  jej  działalnośd  jest  ściśle 

tająa. 

— Jesteś szpiegiem? 

background image

— Detektywem, dokładniej rzecz biorąc 

Nie posiadała się ze zdumienia. 

—  Zamierzaliśmy  wziąć  siub,  Marku  Lindsay,  a  ty  dopiero  teraz  mi  mówisz,  e  jesteś. 

drugim Jamesem Bondem? 

Wzruszył ramionami. 

— Przecież się me pobraliśmy, czyż nie? 

— Ale mieliśmy! 

— Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, kwiatuszku. 

— A gdybym wyszła za ciebie? — Jej oczy zwęziły się z gniewu.  

— Powiedz prawdę. Przyznałbyś się do wszystkiego przed ślubem czy dopiero podczas 

nocy poślubnej? 

— Jasne, że zamierzałem powiedzieć ci o tym przed slubem,Ari. 

— Nie wiem, czy ci wierzyć. Po tym, co dzisiaj zobaczyłam, sądzę, że wolałbyś pocze-

kać, aż sprawa sama się wyda. Na przykład przy wkładaniu bielizny do twojej szuflady znala-

złabym książkę kodów albo strój Supermana. 

Roześmiał się, po czym rzucił przelotnę spojrzenie w stronę samolotu. 

—  Arianno,  nie  chciałem,  żeby  tak  wyszło,  ale  ci  gangsterzy  nie  żartowali,  jak  sama 

zdążyłaś  się  przekonać.  Nie  miałem  wyboru.  I  pamiętaj,  że  udało  się  nam  wyjść  cało  z  tej 

opresji. Wolałbym, żebyś doceniła ten fakt. 

—  Doceniam.  Rzecz  w  tym,  że  me  jesteś  tym,  za  kogo  się  podawałeś.  Nie  rozumiesz, 

jakie  to  było  oszustwo? Myślałam,  że  zaręczyłam  się  ze zwyczajnym  mężczyzną,  a  tymcza-

sem okazuje się, że jesteś... superagentem! 

— Zapewniam cię, że to bardziej prozaiczne zajęcie, niż ci się wydaje. A skoro pozna-

łaś prawdę, czy możemy już iść? 

— Nie, dopóki nie odpowiesz na jeszcze jedno pytanie.  I to szczerze. Dla kogo pracu-

jesz? Dla strony amerykańskiej? 

- Tak. 

- Dla CIA? 

— Bez komentarzy. 

— Nic więcej nie możesz mi powiedzieć? 

—  Daj  spokój  —  rzekł.  —  Odpowiedziałem  na  twoje  pytania.  Wyjeżdżamy.  Natych-

miast.  Nie  wiem,  czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  powagi  sytuacji.  Następnym  razem  będzie  ich 

dziesięciu. 

background image

Nie  mogę  ściągnąć  korpusu  marynarki  dla  twojej  ochrony,  ale  mógę  cię  wywieŸć  w 

bezpieczne miejsce. 

— Co się stało z miłym, usłużnym, troskliwym mężczyzną, z którym byłam zaręczona? 

- Zerwałaś z nim - odparł oschłym tonem. 

—  W  porządku,  Batmanie  —  powiedziała  z  rezygnacją  Arianna.  —  Zabierz  mnie  do 

swojej jaskini. 

Parsknął śmiechem. 

Nagle ogarnął ją niepokój. 

— Mark, ale tak naprawdę to nie jest jaskinia? 

Lecieli już dwadzieścia minut, a Arianna me mogła otrząsnąć się ze zdumienia wywo-

łanego tym, co usłyszała od Marka. Jones, który pewnie miał w zapasie parę innych nazwisk, 

zajął miejsce tuż za pilotem. Ona i Mark siedzieli z tylu. Dziwne, ale na pokładzie znajdowała 

się  stewardesa,  śliczna,  młoda  Japonka  mówiąca  płynną  angielszczyzną.  Nie  miała  na  sobie 

munduru linii lotniczych, tylko szarą spódnicę i białą jedwabną bluzkę. 

— Czy przynieść pani coś do picia, panno Hamilton? — zapytała uprzejmie. 

— Może poproszę o wodę— odparła Arianna. 

— A pan, panie Lindsay? 

— Nic, dziękuję. 

Stewardesa skinęła wdzięcznie głową i wycofała się na 

zaplecze. 

 Arianna wzięła Marka za rękę, który wydał się zdziwiony, ale i uradowany tym gestem. 

Teraz,  gdy  gniew  opadł,  poczuła  się  zagubiona  i  chciała,  by  ją  uspokoił.  Co  gorsza,  miała 

wyrzuty  sumienia,  że  przysporzyła  mu  tylu  kłopotów.  Wszystkiemu  winien  jej  upór.  Gdyby 

posłuchała Marka i przekazała maszynopis FBI, nic by się nie wydarzyło. Gangsterzy nie zo-

staliby zabici, a ona nie naraziłaby siebie i Marka na niebezpieczeństwo. 

Niedawne  przerażenie,  poczucie  bezradności,  czekająca  ją  niewiadoma  spowodowały, 

ż

e się rozkleiła. Otarła łzy, zanim zaczęły spływać po policzkach. Nie uszło to.uwagi Marka. 

— Hej, co się stało, kwiatuszku? 

— Och, tak bardzo mi przykro, że masz przeze ninie tyle kłopotów. 

— To nie twoja wina. 

— Oczywiście, że moja. Myślałam wyłącznie o sobie. Słusznie powiedziałeś, że zależy 

mi tylko na sukcesie. 

Stewardesa przyniosła jej szklankę wody mineralnej. 

Arianna podziękowała i upiła łyk. 

background image

— Dręczy mnie świadomość, że zapłaciłam wysoką cenę za poznanie prawdy o sobie. 

Okropnie wysoką cenę, jeśli weŸmie się pod uwagę śmierć tych mężczyzn. 

— Oni nie byli wzorowymi obywatelami, Arianno. 

— Nie, ale byli ludŸmi. A co z Salem Corsim? 

— Nie możesz się obwiniać o to, że zginął. Nawet nigdy się z mm nie spotkałaś. 

— Nie, ale gdybym inaczej podeszła do tej sprawy, to może by żył. A co z Zarą, moją 

własną siostrą? 

—  Hej  —  wtrącił  Mark  —  chyba  się  zagalopowałaś.  Dobrze,  że  dostałaś  nauczkę,  ale 

nie możesz brać na siebie wszystkich grzechów świata. 

— Naprawdę nie czujesz do mnie żalu, Mark? 

— Oczywiście, że nie. 

Ś

cisnęła go za rękę i położyła mu głowę na ramiemu. 

Z ulgą stwierdziła, że Mark szpieg jest tak samo troskliwy i czuły jak dawny Mark. 

Udało się jej zasnąć, a po przebudzeniu przekonała się, że lot 

w nie znanym jej kierunku trwa. Mark siedział parę foteli dalej 

i gawędził ze stewardesą. Dowiedziała się, że Mark prowadzi 

podwójne życie. Czy to oznaczą że w jego życiu były i są inne 

kobiety?  Manna  uświadomja  sobie,  że  popadz  w  przesadę.  Stewardesa  zauważyła,  że 

Arianna już nie śpi. Natychmiast wstała i podeszła do niej. 

— Dobrze, że pani się obudziła — powiedziała. — Niedługo lądujemy. Czy ma pani na 

coś ochotę? Może przynie jeszcze szklankę wody? Albo kanapkę? 

— Nie, dziękuję — odparła Manna. Wyjrzała przez okienko i zobaczyła, że już zmierz-

cha. — Gdzie jesteśmy? 

— Nie wiem — odparła młoda kobieta. —Musi pani zapytać pana Lindsaya. 

Gdy odeszła, Mark powrócił na swoje miejsce. Arianna przywołała na usta uśmiech. 

— Śliczna dziewczyna. Towarzyszyła ci w poprzednich akcjach? 

Mark uśmiechnął się. 

— Nie. Szczerze mówiąc, poznałem ją dzisiaj. 

— Mężczyzna, który kryje w sobie tyle tajemnic, musi być pociągający. 

— Ciebie to pociąga? 

— Bez komentarzy — odparła jego słowami. 

Znowu wyjrzała przez okienko. Nadal znajdowali się na dość dużej wysokości, choć w 

dole można było dostrzec światełka. 

— Wciąż lecimy. 

background image

— Miałaś nadzieję, że to sen? 

— Sama nie wiem. 

— Poczujesz się lepiej, kiedy wylądujemy i zjesz coś ciepłego. 

—  Na  pewno  nie  powiesz  mi,  gdzie  jesteśmy,  ale  może  przynajmniej  mi  zdradzisz,  w 

jakim kraju? 

— Nadał w Stanach. 

— Więc nie zostanę wymieniona na sowieckiego szpiega? 

—  Kwiatuszku,  to  jest  samolot  pasażerski,  a  nie  szpiegowski  —  powiedział,  ściskając 

jej rękę. 

— Już nie wiem, w co mam wierzyć. 

—  Bardzo  miprzykro  z  tego  pówodu  —  odrzekł.  —  Naprawdę  chcę,  żebyś  czuła  się 

bezpieczna. 

— Jak długo zostaniemy tam, dokąd się udajemy? 

— Jeszcze nie wiem. Pewnie parę dni. 

— Czy będę miała coś do powiedzenia wtej sprawie? 

— Owszem, ale po ostatnich wydarzeniach domagam się prawa weta. 

Kiedyś Arianna czułaby  się dotknięta taką uwagą, ale przysporzyła mu już tylu kłopo-

tów, że teraz nie bardzo miała prawo się żalić. 

— Jak sobie życzysz, zero, zero, siedem. 

Mark ścisnął ją delikatnie za ramię. 

— To mi się podoba. Może już dawno powinienem ci pokazać swoją szpiegowską kry-

jówkę. 

Spojrzała na niego. 

— Na razie szczęście ci dopisuje, agencie Lindsay, ale na twoim miejscu nie igrałabym 

z losem. 

Uśmiechnął się szeroko. 

— Dzięki za ostrzeżenie. 

Mark  wydawał  się  o  wiele  weselszy  niż  kiedyś.  Może  dlatego,  że  wreszcie  mógł  być 

sobą. 

Stewardesa poprosiła ich o zapięcie pasów. Ariaima jeszcze raz spojrzała na pogrążoną 

w mroku ziemię. Tylko na zachodzie niebo było na tyle jasne, że na jego tle rysowały się po-

strzępione  sylwetki  gór.  Poza  nielicznymi  światełkami  nie  dostrzegła  żadnych  oznak  życia. 

Równie dobrze mogli lądować na Księżycu. 

— Twoja kryjówka jest w lesie? — spytała, nie odrywając wzroku od okienka. 

background image

— Owszem. 

— Często tu przyjeżdżasz? 

— Nie. 

— Założysz mi przepaskę na oczy, dopóki me znajdę się w swojej celi? 

— Rozważaliśmy z Jonesem taką możliwość — odpowiedział ze śmiechem — ale do-

szliśmy do wniosku, że to nie będzie konieczne. 

Arianna spojrzała na Jonesa, który nie zwracał na nich uwagi przez całą podróż. 

— Więc on jest dowódcą? — spytała Marka. 

— Niezupełnie. Ale możesz tak o nim myśleć, jeśli to ma poprawić ci samopoczucie. 

Spojrzała Markowi w oczy. 

— Chcę cię o coś spytać. Gdybyśmy byli małżeiistwem i chciałabym, żebyś zrezygno-

wał ze swojego zajęcia, zrobiłbyś to? 

— Nie wyszłaś za mnie, kwiatuszku, więc pytanie jest 

bezprzedmiotowe. 

Powiedział  to  lekko,  jakby  nie  rozumiał,  jak  bardzo  ją  zaskoczyła  ta  sytuacja.  Skoro 

Mark nie wyjawił jej, kim jest naprawdę, to co jeszcze przed nią ukrywa? 

— Czy twoi rodzice wiedzą, czym się zajmujesz? 

— Chyba lepiej będzie nie rozmawiać na ten temat. 

— Ale ja chcę wiedzieć, czy tylko mnie utrzymywałeś w nieświadomości. 

—  Mój  ojciec  zdaje  sobie  sprawę  z  pewnych  rzeczy.  Nic  więcej  me  mogę  ci  powie-

dzieć. 

Obrzuciła go karcącym wzrokiem. 

— Bawi cięta sytuacja. Naprawdę cię bawi. Nie mam codo tego wątpliwości. A ja przez 

cały czas wierzyłam, że pracujesz w rodzinnej firmie. 

— Znasz to powiedzenie, kwiatuszku. Nigdy nie oceniaj książki po okładce. 

 

ROZDZIAŁ 9 

 

Kiedy samolot dotknął ziemi, Ariannę, która zdołała trochę odprężyć się  podczas lotu, 

ponownie ogarnął niepokój. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak bezradna, rzucona na pa-

stwę losu, pozbawiona możliwości kontroli nad biegiem zdarzeń. 

Samolot  kołował  po  pasie  startowym,  aż  w  końcu  zatrzymał  się  przed  małym  budyn-

kiem, który w niczym nie przypomniał dworca lotniczego. Doszła do wniosku, że wylądowali 

na terenie prywatnym. Stewardesa przyniosła Ariannie torbę z maszynopisem, którą schowała 

background image

na czas lotu. Jones wstał i się przeciągnął. Po raz pierwszy, odkąd weszli na pokład samolotu, 

odwrócił się i rzucił jej niedbały uśmiech. 

Tymczasem otwarto drzwi i podstawiono schodki. Stewardesa stanęła przy wyjściu, by 

ich pożegnać. Jones ruszył pierwszy, po nim Arianna i Mark. 

Powitał  ich  przenikliwie  zimny  podmuch  wiatru.  Domyśliła  się,  że  są  na  płaskowyżu. 

Sądząc po kierunku i czasie lotu, najprawdopodobniej znaleźli się w Montanie. 

Jones ruszył wolnym krokiem w kierunku zaparkowanego w pobliżu samochodu o nie-

określonym kolorze. Arianna stała na pasie startowym, drżąc z zimna i przyciskając do siebie 

torbę  z  maszynopisem.  Czekała,  aż  Mark  pożegna  się  ze  stewardesą.  Wreszcie  podszedł  do 

niej, objął ją ramieniem i szybkim krokiem poprowadził do samochodu. 

— Naprawdę jej nie znasz? — Arianna nie mogła się powstrzymać przed zadaniem tego 

pytania. 

- Nie. 

— Nie byłoby w tym nic złego — rzekła. — Urok Jamesa Ronda polega między innymi 

na tym, że jest obiektem pożądania każdej kobiety. 

— Do mnie kolejka jest dość krótka. 

Arianna zauważyła, że kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu. 

— Fałszywa skromność — mruknęła pod nosem, jednak na tyle głośno, by ją usłyszał. 

Za kierownicą samochodu siedział mężczyzna w średnim wieku, ubrany po cywilnemu. 

Jones zajął miejsce obok niego. Mark otworzył Ariannie tylne drzwiczki i wsiadł za mą. Kie-

rowca uruchomił silnik i ruszyli. Minęli bramę i znaleźli się na brukowanej drodze. W zasięgu 

wzroku me było żadnych domów. 

Ujechali zaledwie parę kilometrów, gdy Jones zwrócił się do Arianny: 

— Nie byliśmy w stanie dostatecznie przygotować się na pam przyjazd, panno Hamil-

ton, musieliśmy trochę... no powiedzmy, improwizować. Zazwyczaj nie mamy gości. 

— Domyślam się — odparła. 

— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zapewnić pani jak najlepsze warunki, ale 

tabaza została zaprojektowana pod kątem potrzeb naszego personelu. 

— Oczywiście, panie Jones. Doskonale to rozumiem i jestem panu ogromnie zobowią-

zana. 

Przyjął ze spokojem jej podziękowanie. 

—  Obawiam  się,  że  muszę  panią  prosić,  by  przebywała  wyłącznie  w  swoim  pokoju, 

części wypoczynkowej lub kafeterii. Może pani opuszczać tę strefę tylko w towarzystwie ko-

goś z personelu. Mam nadzieję, że to nie będzie zbyt uciążliwe ograniczenie. 

background image

— Nie, babcia zawsze mnie uczyła, że trzeba podporządkować się regułom, które obo-

wiązują w innych domach. 

Jones  uśmiechnął  się,  chÓć  nie  był  pewien,  czy  przemawia  przez  nią  uprzejmość,  czy 

sarkazm. 

— Muszę także panią prosić, by nie rozmawiała z członkami personelu o ich pracy ani o 

wyposażeniu  bazy  —  takie  pytania  mogą  ich  postawić  w  niezręcznej  sytuacji.  Pan  Lindsay 

będzie  pani  jedynym  Ÿródłem  informacji.  Rozwiązaniem  alternatywnym  byłoby  odizolowa-

nie pam od otoczenia, lecz pan Lindsay zapewnił mnie, że to nie będzie 

konieczne. 

Arianna zerknęła na Marka. 

— Jego zaufanie mi pochlebia. I obiecuję, panie Jones, że nie zawiodę ani jego, ani pa-

na. 

- Wspaniale. 

Mark podniósł jej dłoń do ust i pocałował palce. Ten drobny gest sprawił jej prawdziwą 

przyjemność. 

Przejechali trzy albo cztery kilometry; zanim zbliżyli się do ogromnego, słabo oświetlo-

nego kompleksu budynków, ogrodzonego drutem kolczastym. Choć nie przypominało to wię-

zienia, ogólne wrażenie było przygnębiające. 

Bramy strzegli dwaj mężczyźni w mundurach. 

Arianna pomyślała, że już samo położenie bazy gwarantuje jej bezpieczeństwo. 

Zastanawiała się, co Maik robi w organizacji zajmującej się szpiegostwem. Czy praca w 

banku była tylko przykrywką? Czy w rzeczywistości jest specem od szyfrów, bomb, elektro-

nicznej  inwigilacji  czy  jakichś  innych  tajnych  zadań?  Nie  mogła  pojąć,  jak  to  możliwe,  że 

przez tyle miesięcy nie domyśliła się, iż ją okłamuje. Ale tak właśnie było. 

Samochód zatrzymał się przy niskim budynku, który  wyglądał jak sklep lub magazyn. 

Zdziwiła się. Czy tu mieszkają członkowie personelu? Jeśli tak, to pomieszczenia muszą być 

dość prymitywne. 

Wysiedli z wozu. Jones poprowadził ich do niskich schodów, którymi wchodziło się na 

mały, betonowy ganek. Wejścia broniły podwójne stalowe drzwi. Nigdzie nie było okien. 

Nad  drzwiami  umieszczono  żarówkę  w  metalowej  oprawie,  która  kołysała  się  na  wie-

trze.  Arianna  wzdrygnęła  się  na  widok  ponurego  budynku,  miała  nadzieję,  że  wewnątrz  bę-

dzie przytulniej. 

background image

Kiedy Jones otworzył drzwi,. zalało ich jasne światło. Znaleźli się w pustym, dość prze-

stronnym holu, który z trżech stron otaczały niewielkie przeszklone pomieszczenia biurowe. 

Przez duże szyby widać było ludzi w cywilnych ubraniach. 

Na czwartej ścianie znajdował się rząd wind, trochę dziwny w jednopiętrowym budyn-

ku. 

—  Przepraszam  na  chwilę  —  zwrócił  się  do  nich  Jones.  Arianna  zerknęła  na  Marka, 

który podchwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się lekko. 

— Musisz przyznać, że trochę tu nietypowo. 

— Cóż, nie jest to eleganckie biuro na Manhattanie, z jakim zawsze mi się kojarzyłeś. 

— Jeśli lubi się ryzyko, trzeba za to płacić. 

Jones  skierował  się  w  stronę  wind,  dając  im  znak,  by  szli  za  nim.  Pojawił  się  też  kie-

rówca z bagażami. 

— Wezmę je — rzekł Maik. — Nie ma sensu, żeby zwoził pan to wszystko na dół. 

— Spec od wszystkiego — mruknęła. 

— To normalne, kiedy się pracuje dla rządu. 

Czekali  na  windę.  Nie  było  sygnalizatora  pięter,  ale  nie  ulegało  wątpliwości,  że  mogą 

jechać tylko w dół. 

Wreszcie  wszyscy  troje  wsiedli  do  windy.  Tu  także  nie  było  przycisków  z  numerami 

pięter, tylko strzałki w górę i w dół. 

— Jednak jedziemy do jaskini Batmana — odezwała się, przerywając ciszę. 

— W pewnym sensie — odparł Mark z lekkim uśmiechem. 

— Mam nadzieję, że nie cierpi pani na klaustrofobię, panno Hamilton? 

— Ja też mam taką nadzieję. 

Winda zjeżdżała z dużą szybkością w dół. W końcu dŸwig stanął i drzwi otworzyły się 

bezszelestnie. 

Arianna pierwsza wyszła do niewielkiego holu. Trzy pary podwójnych drzwi znajdowa-

ły się po jego trzech stronach. Drzwi naprzeciw były zamknięte, pozostałe — otwarte. Za ni-

mi widać było dwa długie korytarze. Pan Jones wskazał przejście po lewej stronie. 

—  Do  kafeterii,  pokojów  wypoczynkowych  i  małej  biblioteki  tamtędy  —  powiedział. 

—  Do  kwater  tędy.  —  Przeszedł  przez  drzwi  po  prawej  stronie  i  ruszył  korytarzem.  Mark  i 

Arianna poszli za nim. 

— Czasami dobre towarzystwo jest ważniejsze od warunków, w jakich się mieszka — 

rzucił półgłosem Mark. 

Zwolniła, by Jones ich nie słyszał. 

background image

— Czy to znaczy, że będę dzieliła z tobą pokój? 

— Można by to załatwić. 

-. Na pewno inne dziewczyny zero, zero, siedem same wskakiwały mu do łóżka, ale ja 

spróbuję się oprzeć jego czarowi. 

— Lubię wyzwania. 

Drzwi  biegnące  wzdłuż  korytarza  były  ponumerowane,  zupełnie  jak  w  hotelu.  Jedne 

otworzyły  się  i  w  progu  stanęła  drobna  Azjatka.  Nie  była  tak  atrakcyjna  ani  tak  młoda  jak 

stewardesa.  Na  ich  widok  uśmiechnęła  się,  przechyliła  lekko  głowę  i  oddaliła  się  śpiesznie. 

Arianna obejrzała się za nią. Miała krótko obcięte włosy, była ubrana w spodnie i bluzę. 

— Czy mi się wydaje, czy jest tu mnóstwo Azjatów? 

— Nie wydaje ci się — odparł Mark. 

Skręcili w boczny korytarz, w którym znajdowało się sześcioro drzwi. Ścianę na końcu 

korytarza zdobiło malowidło przedstawiające odrzutowce bojowe w zwartym szyku. 

Jones  zatrzymał  się  przy  przedostatnich  drzwiach  po  lewej  stronie.  Wyjął  z  kieszeni 

klucz. 

Panno Hamilton — rzekł — to pani pokój. — Otworzył drzwi, włączył światło i cofnął 

się, by ją przepuścić. 

Arianna weszła do pokoju. Był urządzony po spartańsku, lecz sprawiał przyjemne wra-

ż

enie. Pojedyncze łóżko, szatka nocna, na której stała lampka i telefon, stół, dwa krzesła, ko-

módka  i  telewizor.  Na  ścianach  wisiały  trzy  reprodukcje  litograficzne,  które  przedstawiały 

różnego typu pociski. 

— Miło tu — powiedziała, rozglądając się dokoła. 

— Tam jest łazienka — rzekł Jones, wskazując drzwi w korytarzu. 

— Nie odczuwam chorobliwego lęku przed zamkniętymi pomieszczeniami — wyznała 

Arianna  —  ale  chciałabym  wiedzieć,  ile  ton  głazów  będzie  wisiało  nad  moją  głową,  kiedy 

będę spała? 

— Jesteśmy jakieś sto metrów pod ziemią — odparł Jones. 

— Rachunki za ogrzewanie nie są wysokie. 

— Ale widok z okien mało ciekawy. 

— Pewnie czujesz się tu jaku siebie w domu, Batmanie. 

Mark i Jones wymienili rozbawione spojrzenia. Arianna podeszła do stołu i położyła na 

nim torbę z maszynopisem. Jones wręczył jej klucz do pokoju. 

— Czy jest pani głodna, panno Hamilton? Kafeteria jest już zamknięta, ale mogę popro-

sić, by przyniesiono pani coś do jedzenia. 

background image

Potrząsnęła głową. 

— Nie, naprawdę dziękuję. 

— Jesteś pewna, Arianno? — spytał Mark. — Cały dzień nie 

miałaś mc w ustach. 

— Chyba straciłam apetyt z nadmiaru wrażeń. 

— Musimy dbać o ciebie. — Skierował wzrok na Jonesa. 

— Czy mógłbyś zamówić dla nas jakiś lekki posiłek? 

— Oczywiście. — Po czym zwracając się do Arianny, dodał: — Kafeteria jest otwarta 

od  szóstej  do  dziewiątej  trzydzieści  rano.  Może  pani  zejść  na  śniadanie,  kiedy  będzie  pam 

miała ochotę. 

— Dziękuję. 

— Obok znajduje się bar, w którym o każdej porze dnia — Czy zabiłeś kogoś w życiu? 

- Nie. 

i nocy dostanie pani coś do picia i do zjedzenia. Proszę śmiało z niego korzystać. 

— Jest pan bardzo gościnny. 

Jones  uśmiechnął  się,  po  czym  wręczył  Markowi  klucz  do  jego  pokoju  i skierował  się 

do wyjścia. 

— A teraz was pożegnam. Mieliście ciężki dzień i na pewno oboje jesteście zmęczeni. 

Niedługo przyniosą wam kolację. Dobranoc. 

Jones zamknął za sobą drzwi. Arianna oparła się o stół i popatrzyła na Marka. 

— Przysięgasz? 

— Przysięgam. 

Obrzuciła go badawczym spojrzeniem. 

— Pewnie byś zaprzeczył, nawet gdyby to była prawda. 

— Nie wiem, co mógłbym powiedzieć, żeby cię przekonać. 

— Tak więc wygiąda kryjówka szpiega. 

Usiadł na łóżku i wypróbował materac. 

— Szczerze mówiąc, wolę własne łóżko. Byłoby nam wygodniej. 

Arianna roześmiala się. 

—  Ledwo  Jones  wyszedł  za  próg,  a  my  już  rozmawiamy  o  wspólnej  nocy.  Czy  w  ten 

sposób chcesz uniknąć kłopotliwych pytań? 

— To nie pytania stanowią problem — odparł — tylko odpowiedzi. 

— Mam ci wierzyć? 

— Wolałbym, żebyś mi wierzyła. 

background image

Arianna ucieszyła się, słysząc te słowa. 

— Czy to twój największy problem? — spytał. 

— Nie, jest jeszcze jeden — odparła, zabierając się do rozpakowywania rzeczy. — Dla-

czego chciałeś się ze mną ożenić? 

— Czy to nie jest oczywiste? Teraz nie. 

— Dlaczego? 

— Bo teraz wydaje mi się, że po prostu chciałeś mieć przykrywkę. 

— Gdyby chodziło mi tylko o przykrywkę, nie mierzyłbym tak wysoko. 

— Jaki z tego wniosek? 

— Qiciałem się z tobą ożenić, ponieważ cię kochałem. 

Poszukała wzrokiem jego oczu, gdyż nagle ogarnął ją niepokój. 

— Mówisz jak prawdziwy tajny agent. 

Mark uśmiechnął się. 

— Naprawdę chciałabym wiedzieć, jak bardzo niebezpieczna jest twoja praca. 

— Co masz na myśli? 

—  No,  wiesz.  Na  przykład  te  kapsułki  z  trucizną.  Kiedy  wspomniałeś  o  nich  po  połu-

dniu, tylko żartowałeś, prawda? 

— Owszem. 

Arianna przeszła przez pokój, wiedząc, że Mark wodzi za nią wzrokiem. 

— Co się stało, Arianno? 

— Wciąż nie mogę pogodzić się z myślą, że ten łagodny, dobrze wychowany bankier, 

za którego o mały włos nie wyszłam za mąż, jest szpiegiem. Mark, powiedz mi, że to sen, a 

może niewybredny żart. Cokolwiek. 

— Nie jestem szpiegiem. 

— Detektywem, niech ci będzie. 

Spoważniał, ale zaraz uśmiech rozpogodził mu twarz. 

— ChodŸ tutaj — powiedział, wyciągając rękę. 

Arianna podeszła do niego niepewnym krokiem. Ujął jej dłoń i pogłaskał czule. 

— Musisz uwierzyć, że to wszystko nie ma żadnego wpływu na moje uczucia do ciebie 

— powiedział cicho. — Są takie same jak zawsze. 

— Mark, czy nie rozumiesz, że jesteś zupełnie innym człowiekiem, niż mi się wydawa-

ło? Już choc”by z tego powodu inaczej na ciebie patrzę. 

— I bardziej ci się podobam? 

— Nie jestem pewna. 

background image

— Czyżby? 

— Muszę przyznać, że trochę mnie intrygujesz. Ale to zupełnie naturalne. Gdybym ni z 

tego, ni z owego oświadczyła, że jestem szpiegiem, ty czułbyś zapewne to samo. 

—  Może  masz  rację.  —  Mark  przytrzymał  ją  za  biodra  i  posadził  sobie  na  kolanach. 

Przycisnął twarz do jej włosów i wciągnął powietrze. — Zawsze uwielbiałem zapach twego 

ciała. 

Ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go w usta. 

— Chcę  ci zadać jeszcze jedno pytanie — rzekła. — Szalenie zależy mi na tym, żeby 

usłyszeć prawdę. Bez względu na to co powiesz, nigdy nie wykorzystam tego przeciw tobie. 

Muszę znać prawdę o dziewczynach Lindsaya. Dużo ich było? Czy zdarzyło się, że musiałeś 

uwieść jakąś ponętną agentkę wrogiego wywiadu? 

Mark odrzucił do tyłu głowę i roześmial się głośno. 

— Arianno, naoglądałaś się za dużo filmów. 

— To nie jest odpowiedŸ na moje pytanie — oburzyła się. 

— Nie musiałem uwodzić żadnych pięknych agentek. Brzydkich też nie. I nie ma żad-

nych dziewczyn Lindsaya... może z jednym wyjątkiem. 

Uniosła brwi. 

— Ja się nie liczę, bo nie wiedziałam, że jesteś zero, zero, siedem. 

— Ale będziesz pierwszą dziewczyną, dla której stracił głowę — powiedział, tuląc ją do 

siebie. 

— Naprawdę pierwszą? 

— Przysięgam na głowę mojej matki. 

— A nie na swoją głowę? 

Uśmiechnął się szeroko. 

— Przy mojej pracy to niebezpieczne. 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi. 

— Albo kurier z poufną wiadomością — powiedział — albo kolacja. 

—  Och,  Mark  —  odparła,  podnosząc  się  z  jego  kolan  —  wygadujesz  takie  bzdury,  że 

już sama nie wiem, w co wierzyć. 

—  Czasami  lepiej  nie  wiedzieć  —  rzeki,  puszczając  do  niej  oko.  Podszedł  do  drzwi  i 

otworzył je. 

W progu stała pucołowata kobieta z tacą w rękach. 

— Przyniosłam kolację dla dwóch osób. 

— Świetnie — powiedział Mark. — Proszę wejść. 

background image

Kobieta skinęła Ariannie głową, po czym postawiła tacę na stole. 

— Jedzenie i kawa — wyjaśniła. — Mam nadzieję, że będzie smakowało. 

— Na pewno będzie smakowało — zapewnił Mark. 

Gdy kobieta opuściła pokój, podszedł do stołu i podniósł metalową pokrywkę. 

—  Co  my  tu  mamy?  Szynkę,  zieloną  fasolkę  i  tłuczone  ziemniaki.  A  tutaj?  —  spytał, 

unoząc drugą pokrywkę. — Szynkę, zieloną fasolkę i tiuczone ziemniaki. Co wolisz? 

— Myślę — odparła, podchodząc do mego — że zdecyduję się na szynkę, zieloną fa-

solkę i tiuczone ziemniaki. 

-. Świetny wybór, madame — stwierdził, obejmując ją ramieniem. — Ja wezmę to sa-

mo. 

— Cieszę się, że kazałeś zamówić kolację. Nagle poczułam głód. — Spojrzała na talerz. 

— Siadajmy do stołu. 

Posiłek upłynął im w przyjemnym nastroju. Wreszcie zdolali się odprężyć. Wyszli cało 

z nie lada opresji i uratowali cenny maszynopis. Arianna czuła się tak jak w najlepszym okre-

sie ich narzeczeństwa. 

— Wiesz co? — odezwała się. — Trochę mnie przerażasz. 

- Wspomniałaś już o tym. 

— To jest... ciekawe. Nie powiem, że podniecające, choć to chyba dokładniejsze okre-

ś

lenie stanu moich uczuć. 

— Dlaczego mi o tym mówisz? 

— Próbuję zrozumieć, co się ze mną dzieje. Jeśli mylę się co do ciebie, to rozwiej moje 

złudzenia. 

—  Ostatnią  rzeczą,  jaką  bym  zrobił,  to  rozwiał  złudzenia  pierwszej  dziewczyny  Lind-

saya. 

Uśmiechnęła się. Nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek prowadzili tak żarto-

bliwą, a zarazem szczerą rozmowę. Przeczesała palcami włosy i wyciągnęła nogi w swobod-

nej pozie. 

— Co za dzień. Na pewno wyglądam jak straszydło. 

— Wręcz przeciwnie. Wyglądasz pięknie. 

— Czy superbohaterom wolno mówić taicie rzeczy? Powinna. cię otaczać aura tajemni-

czości. 

Uśmiechnął się szeroko. 

— Ale nadal jestem mężczyzną. — Ściszając głos, dodał: — I nadal cię kocham, Arian-

no. Przedtem nigdy nie bałem się tego mówić i teraz też się nie boję. 

background image

Nie spuszczał z niej wzroku. Poczuła, że się czerwieni, ale zmusiła się, by spojrzeć mu 

w oczy. 

— O czym myślisz? — spytał. 

Wiedziała, że jej odpowiedŸ zaważy na całym wieczorze, jeśli nie na jej całym pobycie 

tutaj. Ale jak mogła mu się zwierzyć ze wszystkiego, co czuła? Od rana jej nastrój zmienił się 

ze  sto  razy.  Przeżyła  silny  wstrząs.  Groziło  jej  niebezpieczeństwo,  a  nawet  śmierć.  Jednak 

dobre rzeczy też się zdarzyły tego dnia. 

— Masz kłopot z odpowiedzią? 

Arianna skinęła głową. 

— Cóż, kwiatuszku, czyny Są ważniejsze od słów. 

Mark wstał i okrążył stół. Bez wahania podniósł z krzesła i pocałował w usta. 

Arianna westchnęła. 

— Wszystko się zmieniło w ciągu jednego dnia. 

— Zabawne, ale mnie wydajesz się wciąż taka sama. — Pogłaskał ją delikatnie po po-

liczku. — Chcesz być dziewczyną Lindsaya? 

— Aż boję się odpowiedzieć. 

— Dlaczego? Nie ufasz mi? 

—  Dwadzieścia  cztery  godziny  temu  bez  wahania  odpowiedziałabym  twierdząco,  ale 

teraz... 

Uśmiechnął się szeroko, po czym pocałował ją w czubek 

nosa. 

- Widzę, że muszę odzyskać twoje zaufanie. Może znajdziemy jakieś wygodne miejsce i 

przedyskutujemy tękwestię? 

— W tej chwili marzę tylko o tym, żeby wziąć prysznic. 

— Nie widzę przeszkód. 

— Chyba nie ma sensu mówić, żebyś tu poczekał — rzekła. 

— Ale itak to powiem. — Odwróciła się i poszła do łazienki. 

Odkręciła  wodę,  zdjęła  sweter  i  biustonosz.  Rozpinała  dżinsy,  kiedy  drzwi  otworzyły 

się i w progu stanął Mark. 

— Jesteśmy na moim terytorium, kwiatuszku. 

— I jestem twoim więŸniem? 

— Moim gościem. 

— Boję się spytać, co to znaczy. 

background image

Z  zachwyconym  uśmiechem  na  ustach  Mark  podszedł  do  Arianny.  Ujął  jej  twarz  w 

diome  i  pocałował  delikatnie  w  usta.  Potem  sięgnął  do  jej  piersi.  Arianna  nie  poruszyła  się, 

lecz przemknął ją dreszcz. Mark przesunął ustami po jej nagim ramieniu i szyi. Westchnąw-

szy cicho, odchyliła do tyłu głowę. Zamknęła oczy i opuściła ramiona. Tak, była jego więŸ-

niem. 

 

ROZDZIAŁ 10 

 

Kiedy Arianna weszła pod prysznic, Mark stanął tuż za nią. Strumień wody był bardzo 

silny i poczuła na twarzy i szyi igiełki ciepła. Mark objął jej piersi i zaczął drażnić sutki, po 

czym pochylił się, by łatwiej mu było chwycić zębami koniuszek jej ucha. 

Tak bardzo chciała go pocałować, lecz nie pozwolił jej się odwrócić. Gdy wsunął rękę 

między jej uda, odczuła takie podniecenie, że nie mogła opanować drżenia. 

- Och, Mark. Nie przerywaj - szepnęła. 

•  Oparła  mu  głowę  na  ramieniu,  tak  że  strumień  wody  padał  wprost  na  jej  twarz.  Nie 

zważała na to, cała skupiła się na tym, co miało nastąpić, czujna, a zarazem rozedrgana. 

Najpierw  tylko  się  z  mą  droczył,  muskając  koniuszkami  palców  jej  ciało,  potem  deli-

katnie przesuwał dłonią po brzuchu i udach. Pragnęła go coraz bardziej. Kiedy myślała, że już 

dłużej tego nie zniesie, Mark zaczął ją pieścić. Arianna próbowała mocniej przycisnąć do sie-

bie jego dłoń, ale dozował rozkosz w dostatecznie małych dawkach, by trzymać ją na granicy 

miłosnego spełnienia. 

To była tortura, ale najsłodsza tortura, jaką znała. 

Wkrótce  zaznała  tak  niewysłowionej  rozkoszy,  że  nie  zdołała  nad  sobą  zapanować. 

Kiedy w końcu przestała drżeć, poczuła. się taka słaba, że omal nie upadła. Otworzyła oczy, 

obróciła  się  w  ramionach  Marka  i  spojrzała  na  niego.  Był  ogromnie  podniecony.  Znowu  go 

zapragnęła. Chciała poczuć go w sobie. Natychmiast. 

Gdy  tak  się  stało,  westchnęła  zadowolona,  doznając  uczucia  niezwykłego  zespolenia, 

intensywnej bliskości. Po raz pierwszy w życiu całkowicie podporządkowała się Markowi. 

Kiedy nadeszło spełnienie, było tak oszałamiające, że zakręciło się jej w głowie, prze-

wróciłaby się, gdyby jej nie trzymał. Pozwolil, by jej stopy zeslizgnęły się z jego bioder, ale 

zanim dotknęły podłogi, wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. 

Ociekała  wodą,  lecz  wcale  się  tym  nie  przejęła.  Wszystko  przestało  się  liczyć.  Choć 

wciąż  półprzytomna,  zauważyła,  że  z  łazienki  przestał  dobiegać  szum  prysznica.  Po  chwili 

Mark wrócił z dwoma ręcznikami. Jednym ją przykrył, drugim zaczął się wycierać sam. 

background image

Patrzyła na niego, wiedząc, że to ten sam mężczyzna, 

z którym kochała się dziesiątki razy. A mimo to zupełnie go 

nie poznawała. Kiedy się wytarł, zaczął ścierać krople wody 

z ciała Arianny. Potem położył się i wziął ją za rękę. 

Westchnęła z zadowolenia. 

— „Więc teraz już oficjalnie jestem dziewczyną Lindsaya? 

— Oczywiście — odparł, całując jej palce. 

Później,  gdy  leżała  obok  niego,  pomyślała,  że  ten  niezwyczajny,  szalony  wybuch  na-

miętności był zakończeniem niezwyczajnego, szalonego dnia, podczas którego dobrze znany, 

poczciwy Mark przeistoczył się w nieobliczalnego, tajemniczego nieznajomego. 

Kochał się z nią, ale kogo nosił w sercu? 

Odwrócił się do niej i przycisnął jej rękę do policzka. 

— Dobrze się czujesz, Arianno? 

—  Tak  —  odparła  z  westchnieniem.  —  Może  jestem  trochę  przytłoczona  tym  wszyst-

kim. 

Przytulił ją do siebie. 

— Za dużo zwaliło się dziś na twoją głowę — rzekł, całując ją w skroń. — Przykro mi. 

Gdybym mógł, oszczędziłbym ci tych wrażeń, ale nie miałem wyboru. 

Odsunęła  się,  by  spojrzeć  mu  w  oczy.  Było  zbyt”  ciemno,  żeby  mogła  coś  z  nich  wy-

czytać. 

— Kiedy zostałeś tajnym agentem? 

— Jakieś trzy lata temu. Dużo wcześniej, niż się poznaliśmy. 

— No tak. To wszystko jeszcze jest dla ciebie nowe. 

— Aż za bardzo. ¯ e wstydem muszę przyznać, że w Vail wystarczyło trzech mężczyzn, 

ż

eby mnie pokonać. Następnym razem będę lepiej przygotowany. 

Przesunęła palcami po jego torsie. Pomyśleć, że od początku ich znajomości prowadził 

podwójne życie. Mark powiedział, że naprawdę ją kocha, a to, że jest szpiegiem, me ma nic 

wspólnego z jego uczuciami. Była ciekawa, czy to prawda. 

— Czy miałeś wyrzuty sumienia, że mnie okłamujesz?— spytała. 

— Miałbym, gdyby moje kłamstwa wpływały na nasze życie. 

— Nigdy cię nie pytałam, co robisz podczas swoich podróży zagranicznych, ale gdyby-

ś

my się pobrali, mogłabym się tym zainteresować. Jak byś się wtedy zachował? 

— Trzymałbym cię z dala od spraw, o których nie musisz wiedzieć. 

Podparla głowę ręką i popatrzyła mu w oczy. 

background image

— Równie dobrze mógłbyś mi nie mówić o sprawach, o których nie chciałbyś, żebym 

wiedziała. Na przykład o miłosnych eskapadach z dziewczynami Lindsaya. 

— Nie było żadnych dziewczyn, Arianno. Przysięgam. 

— Ani randek w moskiewskim nocnym klubie czy schadzek w paryskim hotelu? 

— Nie — odparł. — Ani jednej. 

— Myślałam, że kobiety rzucały się na ciebie. 

Jasne, że chodziłem na randki, ale wiedziałaś o tym. 

—  Czy  którejś  z  nich  wyznałeś,  że  prowadzisz  podwójne  życie?  —  Pogłaskała  go  po 

ramieniu. 

—  Moja  praca  wymaga  dyskrecji  —  odparł,  uśmiechając  się  lekko.  —  Nie  wolno  mi 

zdradzać tajemnic służbowych. 

Pocałowała go w policzek. 

— Nawet gdybyś był torturowany, nic byś nie powiedział? 

— Są tortury... i tortury. 

Przebiegła palcami po jego brzuchu i biodrach. 

— A taką torturą coś bym z ciebie wydusiła? 

Roześmiał się. 

— Tego ci nie powiem. 

— Gdybym nie widziała tych oddziałów, helikopterów itrupów na własne oczy, nigdy 

bym w to nie uwierzyła — rzekła. 

— Co oko widzi, to głowa zrozumie, kwiatuszku. 

Arianna spojrzała na zegarek leżący na szafce nocnej. Wzięła go do ręki. 

Arianno. 

— Wygląda jak zwykły zegarek — powiedziała. 

— To cud współczesnej techniki. 

I pomyśleć, że wystarczyło pokręcić trochę tą gałeczką. 

— Ostrożnie — ostrzegł ją Mark. — Teraz nie potrzebujemy wsparcia oddziałów para-

militarnych. 

Pogłaskał ją po głowie i przez chwilę leżeli w milczeniu. 

— Wiem, że pówinnam wziąć odpowiedzialność za swoje życie, ale muszę ci coś wy-

znać. 

— Co, kwiatuszku? 

— Mam ochotę oddać się pod twoją opiekę. 

— Właśnie to powinnaś zrobić. 

background image

— Nie, Mark, wcale nie, ale jestem tak zmęczona tym wszystkim, że nie mam siły z to-

bą walczyć. 

— I nie powinnaś, chcę ci tylko zapewnić bezpieczeństwo,Arianno. 

W pokoju nie było okien, więc gdy Mark obudził się, musiał spojrzeć na zegarek, by zo-

rientować się, która godzina. Na szczęście nie zgasili światła w łazience i przez lekko uchylo-

ne  drzwi  sączyło  się  teraz  do  pokoju.  Arianna  spała  mocno,  nie  chciał  jej  budzić,  lecz  nie 

mógł oprzeć się pokusie i przytulił do siebie jej drobne ciało. Gdy wziął ją w ramiona, zapro-

testowała cicho, ale wkrótce ułożyła się wygodnie i spała dalej z błogim uśmiechem na twa-

rzy. 

To była kolejna cudowna noc — może nawet wspanialsza od tej, którą spędzili w yail. 

Czuł, że Arianna się zmieniła, pewnie dlatego, że i on był inny. Jak na ironię, im bardziej ją 

prowokował, tym łatwiej mu ulegała. Jednak nigdy w życiu nie byłby w stanie jej skrzywdzić 

czy zranić. 

Cieszył się ze swego triumfu, lecz nie wiedział, co się stanie,  gdy Arianna odkryje, że 

sprawy  wyglądają  nieco  inaczej.  Musi  się  dowiedzieć,  co  czuje  do  niego,  mężczyzny,  który 

zrzucił maskę. 

Na razie nie miał powodu do narzekań. Arianna obdarzyła go nieopisaną rozkoszą. Gdy 

ochłonęli po pierwszym zbliżeniu, kochali się po raz drugi. I to zupełnie inaczej. Tym razem 

przypominała raczej tygrysicę niż kotkę. Nie miała żadnych zahamowań. 

Jednak  nie  odniósł  nad  nią  całkowitego  zwycięstwa.  Wkrótce  ich  miłośne  uniesienia 

przestaną  jej  wystarczać  i  powróci  do  praęy  nad  maszynopisem.  A  on  stanie  przed  tym  sa-

mym  problemem  co  poprzednio  —  jak  ją  przekonać,  żeby  poczekała  z  wydaniem  książki, 

dopóki sprawa nie zostanie zakończona. 

Co prawda, redagowanie maszynopisu dałoby jej zajęcie. Postanowił, że załatwi dla niej 

komputer.  W  ten  sposób  zyska  trochę  czasu,  choć  trudno  powiedzieć  ile  —  parę  dni,  może 

tydzień. 

Mark  postanowił  wziąć  prysznic.  Wciągnął  spodnie  i  poszedł  do  swojego  pokoju,  nie 

chcąc budzić Arianny. Ledwo zamknął za sobą drzwi, zadzwonił telefon. To była Marcia Al-

len, jego asystentka z Nowego Jorku. 

— Wiem, że jest wcześnie powiedzialą — ale chciałam jak najszybciej przekazać panu 

wiadomość.  Skontaktowałam  się  z  Francuzami  i  Niemcami.  Spotkanie  można  przełożyć  do-

piero  na  początek  przyszłego  roku.  Wszystkie  wcześniejsze  terminy  nie  odpowiadają  albo 

jednej, albo drugiej stronie. Co pan zdecyduje? 

— Cholera. To było do przewidzenia. A nie mogę się stąd ruszyć. 

background image

— Zatem umówić ich na styczeń? 

—  Nie  —  rzeki  Mark,  pocierając  podbródek.  —  Muszę  sfinalizować  tę  umowę.  Teraz 

albo nigdy. 

- Spotkanie ma się odbyć w poniedziałek po południu w pańskim biurze. Niewykluczo-

ne, że rozmowy przeciągną się na wtorek. Czy zorganizować panu transport do Nowego Jor-

ku? 

—  Nie,  dam  sobie  radę.  Nie  mam  pojęcia,  kiedy  przyjadę,  lecz  będę  najpóźniej  w  po-

niedziałek rano. 

— W porządku — odparła Marcia. — Coś jeszcze? 

— W jakim nastroju jest mój ojciec? 

— Coraz bardziej się niecierpliwi. Narzeka na pańskie hobby, jak to nazywa. 

— Nie mogę go za to winić. Czy wie, gdzie teraz jestem? 

— Powiedziałam mu, że jest pan w Kolorado, później już z nim nie rozmawiałam na ten 

temat. Właściwie sama nie wiem, gdzie pan obecnie przebywa. 

— Szczerze mówiąc, ja też nie bardzo się orientuję. A jeśli chodzi o ojca, to zostawmy 

to tak, jak jest. Nie ma sensu niepotrzebnie komplikować sprawy. 

— Dobrze. 

— Dzięki, Marcio. 

—  Powodzenia.  Nie  wiem,  czym  pan  się  teraz  zajmuje,  ale  przypuszczam,  że  tym,  co 

zwykle. 

- Właściwie to nie. Trochę czym innym. 

- Powstrzymam się od pytań. 

— Do zobaczenia za parę dni. — Mark odłożył słuchawkę i westchnął. Będzie musiał 

wyjechać i zostawić Ariannę samą. Zdawał sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł, ale 

nie miał wyboru. 

Arianna leżała jeszcze, zbierając myśli. Przeciągnęła się, wspominając przeżycia ostat-

niej nocy. Stali się sobie z Markiem tacy bliscy! 

— Och, Mark — powiedziała głośno. Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. 

Gdzie  on  się  podziewa?  Spojrzała  na  zegarek.  Dochodziła  dziewiąta.  Coś  podobnego, 

ale długo spała! 

Nagle przypomniała sobie o śniadaniu. Była ciekawa, czy Mark na nią czeka. Tak czy 

inaczej musi wstać, ubrać się i przejść do kafeterii. 

Szybko wzięła prysznic, ułożyła włosy, zrobiła makijaż i ubrała się. Gdy zakładała kol-

czyki, jej wzrok padł na telefon. Może powinna zadzwonić do Jerry”ego? Podniosła słuchaw-

background image

kę, ale me było sygnału. Telefon był  głuchy. Co  to oznacza? ¯ e jej nie wierzą? Co jeszcze? 

Spostrzegła kartkę przyczepioną do drzwi. Mark pisał, że próbuje znaleźć dla niej komputer, 

by mogła pracować. To poprawiło jej humor. 

W  kafeterii  byłó  już  niewielu  gości.  Dwóch  Japońcżyków  ubranych  w  białe  koszule  i 

ciemnobrązowe spodnie popijało herbatę przy stoliku ustawionym pośrodku sali. W rogu sie-

dzieli starszy mężczyzna i młoda kobieta. Za kontuarem urzędował barman. 

Arianna wzięła tacę, położyła na mej sztućce oraz serwetkę. Przesunęła się wzdłuż lady 

i postawiła na tacy miseczkę z owocami. Właśnie sięgała po bułkę, gdy stanęła za nią wysoka 

kobieta o miłym wyglądzie i czarującym uśmiechu. 

— Niewiele dla nas zostało — powiedziała, wskazując na resztki potraw. 

— Rzeczywiście — odparła Arianna, ciesząć się, że meznajoma pierwsza ją zagadnęła. 

Podeszła do barmana, który wyglądał tak, jakby chciał jak najszybciej wrócić do łóżka. 

— Chyba nie mam wyboru — powiedziała Arianna. Najednej z patelni była resztka ja-

jecznicy, na drugiej pai plasterków bekonu i kilka parówek. 

— Jeżeli nie chce pani japońskiej zupy i ryżu — odparł sennym głosem. 

— Nie, proszę trochę jajecznicy 

Poczekała, aż napełni jej talerz, po czym wzięła jeszcze sok pomarańczowy i kawę. Za-

niosła  tacę  do  stolika,  od  którego  odeszli  już  Japończycy.  Gdy  zestawiała  iaczynia,  stanęła 

przy niej kobieta, z którą zamieniła parę słów przy kontuarze. 

— Czy mogę się przysiąść? — spytała. — Nie cierpię sama jeść, szczególnie kiedy je-

stem w podziemiach. 

— Oczywiście — odrzekła Manna. — Bardzo proszę. 

—  Kate  Throop  —  przedstawiła  się  ciemnowłosa  kobieta,  poprawiając  okulary.  Była 

dobrze po czterdziestce. 

— Manna Hamilton. 

— Długo pracujesz dla Consolidated? 

Dla kogo? 

— Naszej spółki. 

Manna doszła do wniosku, że to żargonowe określenie tajnej organizacji. 

— Och, nie. Właściwie jestem tu gościem. 

— Naprawdę? Dziwne miejsce na składanie wizyt. 

— Bo dziwne okoliczności mnie do tego zmusiły. 

— Sama jestem tu dopiero od tygodnia — rzekła Katu, popijając kawę. — Jeszcze ty-

dzień i wyjeżdżam, dzięki Bogu. 

background image

Manna wiedziała, że nie powinna zadawać pytań, ale inicjatywa wyszła od Kate Thro-

op. W końcu nic się nie stanie, jeśli trochę sobie pogadają. 

— A ty długo jesteś w spółce? — spytała, gdy zaspokoiła pragnienie sokiem pomarań-

czowym. 

— Nie pracuję  w Consolidated — wyjaśniła Kate. — Jestem konsultantką z zewnątrz. 

Problemy z personelem to moja specjalność. Domyślasz się, że trudno im tu ściągnąć ludzi do 

pracy.  Wynajęli  mnie,  bym  przygotowała  projekt  zmian,  dzięki  którym  to  miejsce  stanie  się 

bardziej  atrakcyjne.  —  Ściszyła  głos.  —  Przykro  mi  to  mówić,  ale  najlepiej  byłoby  zrezy-

gnować z tych podziemi. Oczywiście nie chcą o tym słyszeć. 

— Dlaczego? Chodzi o względy finansowe? 

— Nie, to ich nic me kosztuje. Rząd oddał im tę bazę prawie za darmo. 

— Rząd? — zdziwiła sie Arianna. 

— Owszem. Po zakończeniu zimnej wojny nie była już mu potrzebna. 

Arianna patrzyła zdziwiona. 

— Kiedyś była tu baza pocisków jądrowych. Nie wiedziałaś? 

- Nie. 

— Japończycy się nie wzbraniają przed przebywaniem w tym specyficznym miejscu — 

rzekła Kate, odkrawając kawałek pasztecika. — Ale to głównie fachowcy wysokiej klasy. Nie 

opłaca  się  sprowadzać  kucharzy,  pracowników  obsługi  czy  nadru.  A  z  najbliższego  miasta, 

oddalonego  od  bazy  o  jakieś  sześćdziesiąt  kilometrów,  nikt  nie  chce  przyjechać,  możesz  mi 

wierzyć. — Włożyła do ust kawałek pasztecika. 

Teraz  Arianna  była  naprawdę  zdezorientowana.  Mogła  tylko  założyć,  że  Kate  Throop 

nie wiedziała o tajnej misji, którą przynajmniej parę osób miało do spełnienia. 

— A czym dokładnie zajmuje się Consolidated? — spytała 

niewinnie. 

Kate wydawała się tak samo zdziwiona jak Arianna. 

— Badaniami nad rozwojem komunikacji satelitarnej. To spółka joint-yenture założona 

przez amerykański i japoński kapitał. Nie wiedziałaś? 

Arianna.wzruszyła ramionami. 

— Miałamo tym dość ogólne pojęcie. 

— Staram się jak mogę. Przedstawiłam im kilka propozycji, ale nie są w stanie zbudo-

wać tu czegoś nowego, więc mogą tylko zapewnić ludziom komfortowe warunki ¯ ycia i nie-

słychanie wysokie zarobki. Ale to nic nowego. Najczęściej przyciąga się ludzi pieniędzmi. 

background image

Arianna  jadła  i  słuchała  Kate.  Zastanowiło  ją,  że  jej  praca  nie  miała  nic  wspólnego  z 

tym, co robi Mark. Czyżby jego działalność była otoczona taką tajemnicą, że nawet konsul-

tant z zewnątrz nie może się o niej dowiedzieć? 

—  Osobiście  chciałabym  jak  najszybciej  wrócić  do  Kalifornii  —  ciągnęła  Kate.  — 

Przyjęłam to zlecenie, bo mój mąż, Terry, aktualnie przebywa w Montanie. On podróżuje po 

całym świecie. 

— Pracuje dla Consolidated? 

— Nie, nie. Dla innej firmy, która wprowadza na rynek najnowsze zdobycze techniki. 

Ariannie przyszło do głowy, że jest poddawana próbie, ale natychmiast porzuciła tę nie-

dorzeczną myśl. Kate Throop musiała być albo najlepszą aktorką na świecie, albo osobą tak 

niewinną jak ona. Pewnie obie nie miały pojęcia o tym, co się tu naprawdę dzieje. 

— Wiesz, czego najbardziej mi brakuje? — spytała Kate. 

— Mojej wnuczki Emmy. Emmy Rose Heid. Uwielbiam ją. 

— Ile ma lat? 

— Dwa ipół. 

— To wspaniały wiek — przyznała Arianna, choć niewiele wiedziała na ten temat. 

Przypomniała  sobie  słowa  Marka:  „Nie  chcę,  żebyśmy  się  spieszyli,  ale  musisz  wie-

dzieć,  że  zawsze  lubiłem  dzieci.  Kiedy  nadejdzie  właściwa  pora,  miło  będzie  mieć  dwójkę 

takich berbeci” 

Siedząc sto metrów pod ziemią i słuchając opowieści Kate Throop o malutkiej Emmie 

Rose, zastanawiała się, czy jej uczucia do Marka zmieniły się w ciągu tych paru dni. Gdyby 

jeszcze raz wsunął jej pierścionek zaręczynowy na palec, zdjęłaby go czy przyjęła z radością? 

A  co  Mark  teraz  zanuerza?  Wyznał,  że  ją  kocha,  ale  nie  powiedział  ani  słowa  o  pier-

ś

cionku, małżeństwie, dzieciach i całej reszcie. 

- Arianno? 

Zamrugała nerwowo, domyślając się, że Kate zadała jej 

pytanie. 

— Przepraszam — rzekła. — Ostatnio często popadam w zamyślenie. 

— Zagadałam cię na śmierć. 

— Nie, nie o to chodzi — odparła Arianna. — Mam za sobą ciężkie dni. O co pytałaś? 

— Czym się zajmujesz? 

—  Och.  —  Miała  do  wyboru  kilka  odpowiedzi.  Może  powiedzieć,  że  przeprowadza 

wywiady  ze  sławnymi  ludŸmi,  że  bawi  się  W  kotka  i  myszkę  z  mafią  albo  że  romansuje  z 

tajnym agentem. Wybrała najbezpieczniejsze i najprostsze rozwiązanie. 

background image

— Redaguję książki, Kate — wyjaśniła. — W Nowym Jorku. 

— A zatem, co tu robisz? 

Arianna rozważała właśnie w myśli możliwe odpowiedzi, gdy do kafeterii wszedł Mark. 

— Romansuję ze szpiegiem — odrzekła. 

Kate roześmiała się. 

— Innymi słowy, to nie moja sprawa. 

— Nie chciałam cię urazić. Po prostu nie mogę powiedzieć 

prawdy. To tajemnica. 

Kate rzuciła .jej porozumiewawcze spojrzenie, gdy Mark podszedł do stolika. 

— Dzień dobry — rzekł. — Widzę, że zjadłaś śniadanie. 

Arianna przedstawiła go swojej nowej przyjaciółce. 

— Kate opowiadała mi właśnie o Emmie Rose — wyjaśniła Markowi. — Jej dwuipół-

letnia wnuczka uwielbia się malować, przebierać i w ogóle udawać. 

— Bratnia dusza — stwierdził. 

— Też tak sobie pomyślałam! 

 

ROZDZIAŁ 11 

 

— Dobrze, że znalazłaś sobie koleżankę — rzeki Mark, gdy wyszli z kafeterii. 

— Nie martw się, Kate jest konsultantką z zewnątrz. Chyba nie wie, co tu naprawdę się 

dzieje. 

— Lepiej nie rozmawiaj z nią na ten temat 

— Nie mówiłam jej, czym się zajmujesz. W końcu nie chcę, by mnie rozstrzelali. 

— Nie sądzę, żeby kara była aż tak surowa — powiedział ze śmiechem. 

Gdy przechodzili przez hol, Arianna zerknęła na drzwi do tajnych pomieszczeń. 

— Czy kiedykolwiek zamierzasz mi powiedzieć, co właściwie robisz? — spytała. 

— Musisz zaspokoić swoją ciekawość? 

— Cóż, niektórych rzeczy sama się domyśliłam. Na przykład, że kiedyś mieściła się tu 

baza pocisków jądrowych. 

— Chyba wystarczy zobaczyć podziemia, żeby na to 

wpaść. 

—  Owszem,  ale  pewne  sprawy  są  dla  mnie  niejasne  —  rzekła,  gdy  weszli  w  korytarz 

prowadzący do ich pokojów. — Nie wszyscy, którzy tu pracują, są szpiegami. Na terenie tej 

bazy wykonuje się też zwyczajną pracę. 

background image

—  Rzeczywiście  musimy  porozmawiać  —  stwierdził  Mark  niezbyt  zadowolonym  to-

nem. 

Arianna  nie  chciała  go  rozgniewać,  ale  doszła  do  wniosku,  że  ma  prawo  znać  choć 

część prawdy. Mark odezwał się dopiero w swoim pokoju. 

— Udało mi się zdobyć dla ciebie komputer — powiedział, otwierając drzwi. — Teraz 

będziesz mogła pracować. 

Odsunął się na bok, by ją przepuścić. Podeszła obejrzeć komputer a Mark usiadł na łóż-

ku i obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Nadal jej nie powiedział, o czym chce rozżnawiać. 

—  No,  więc  —  rzekła.  —  Zamieniam  się  w  słuch.  —  Usiadła  na  krześle,  które  stało 

obok łóżka. 

— Przejęliśmy tę bazę od wojska ze względu na jej położenie i urządzenia telekomuni-

kacyjne. 

— Kto my? Consolidated? 

— Skąd wiesz o Consolidated? 

— Od Kate. Wcale jej nie pytałam. Sama mi powiedziała, i to nie proszona. 

Mark wyraŸnie się zmieszał. 

— Consolidated służy tylko za przykrywkę. 

- Tak myślałam. Dla CIA? 

— Nie, CIA nie ma z tym nic wspólnego. Pracuję dla specjalnej organizacji wywiadow-

czej, która nazywa się Alfa. Naszym zadaniem jest wywiad gospodarczy. 

— Wywiad gospodarczy? 

— Prawdziwa walka między państwami całego świata rozgrywa się na płaszczyźnie go-

siodarczej. Skoro Stany Zjednoczone promują wolny handel, to rząd musi mieć pewność, że 

napływ  towarów  z  zagranicy  oraz  aktywność  firm  międzynarodowych  nie  zaszkodzi  żywot-

nym  interesom  państwa.  W  rezultacie  jesteśmy  siłami  bezpieczeństwa  dwudziestego  pierw-

szego wieku. 

—  Z  tego  co  mówisz,  wynika,  że  przekazujesz  informacje  dotyczące  operacji  banko-

wych. 

— Można tak to okmślić. 

Skrzyżowała nogi. 

— Twoja działalność nie ma więc nic wspólnego z wykańczaniem wrogich agentów, z 

kapsułkami z trucizną ani z tymi wszystkimi bzdurami, jakie pokazują w f1mach z Jamesem 

Bondem.. 

background image

— Jedyne, co mnie łączy z zero, zero, siedem, to dziewczyny — powiedział, puszczając 

do niej oko. 

— Ale ja jestem pierwsza, zgadza się? 

— Zgadza. 

— Nie wiem, dlaczego miałabym ci wierzyć. Odkąd cię znam, cały czas mnie oszuku-

jesz. 

— Nie, po prostu nie mówię ci wszystkiego. Najważniejsze — rzekł Mark — że jesteś 

bezpieczna i możesz w spokoju pracować nad swoją książką. Ja będę musiał na parę dni cię 

opuścić. Wyjeżdżam. 

— W tajnej misji? 

— Powiedzmy: w interesach — odparł z uśmiechem. 

Aja oczywiście muszę tu zostać? 

— Nie uważasz, że tak będzie najlepiej? Chyba me zapomniałaś, co się wydarzyło. 

— Owszem, ale nie mogę się tu ukrywać do końca życia. 

Wstał, podszedł. do krzesła, na którym siedziała Arianna, i pogłaskał ją po głowie. 

—  Jestem  tak  samo  niezadowolony  jak  ty  Manno,  ale  pamiętaj,  że  zostaliśmy  do  tego 

zmuszeni. 

Wiem. I”lko że czuję się taka bezradna. 

—  Posłuchaj  —  rzekł,  biorąc  ją  za  rękę  i  podnosząc  z  krzesła.  —  Obiecuję,  że  znaj-

dziemy jakieś wyjście z tej sytuacji i będziesz mogła wrócić do Nowego Jorku. 

— Jak to sobie wyobrażasz? — spytała, gdy wziął ją w ramiona. 

— Nie obmyśliłem jeszcze szczegółowego planu, ale mam parę pomysłów. 

— Których oczywiście nie możesz mi zdradzić? 

Wziął ją pod brodę i popatrzył w oczy. 

— Wiem, że proszę o zbyt wiele, ale czy mogłabyś mi zaufać jeszcze ten jeden raz? 

- Dobrze - odparła. - Zaufam ci. Pod jednym warunkiem. 

- Jakim? 

— ¯ e nie będę siedziała tu w nieskończoność Chcę mieć pewność, iż w ciągu kilku, no, 

może kilkunastu dni będę mogła wrócić do domu. 

— To rozsądny układ. 

Arianna poczuła się lepiej. Rozwiązanie nie było idealne, ale oboje wykazali się dobry-

mi chęciami. Poza tym Mark okazał pełne zrozumienie dla jej potrzeb. Pomyślała, że bardzo 

się zmienił pod tym względem. 

— Co się roi w tej ślicznej główce? — spytał, muskając jej policzek opuszkami palców. 

background image

— Nie mam zamiaru ci mówić. Nawet dziewczyny Lindsaya mają prawo do swoich se-

kretów. 

Pocałował ją delikatnie w usta i uśmiechnął się. 

— Kiedy wyjeżdżasz? — spytała. 

— Jutro. 

— To jest nasz ostatni wspólny dzień? 

— Na razie tak. Wrócę za trzy, najdalej cztery dni. 

— Nie powinnam się do tego przyznawać, ale już zaczynam za tobą tęsknić. 

— Ja też będę tęsknił. 

Znowu pomyślała o przyszłości, o tym, jak ułoży się jej życie po powrocie do Nowego 

Jorku. Miała nadzieję, ze będą się spotykali. Dręczyły ją jednak pewne wątpliwości. 

— Jak chcesz spędzić ten dzień? — spytał Mark. 

— A co mam do wyboru? 

— Możesz oddać się pracy, a wtedy zejdę ci z oczu — odparł. — Albo zabiorę cię na 

przejażdżkę po okolicy. Możemy też zostać tutaj. Powiedz, na co masz ochotę, Arianno. 

Zastanowiła się. 

— Cóż, jeśli mam tu spędzić jeszcze parę dni, to będę miała mnóstwo czasu na pracę. 

Myślę, że najchętniej pobyłabym trochę na świeżym powietrzu. 

— świetnie! Wezmę dżipa. Pojedziemy nad małe jeziorko w  górach. Są  tam specjalne 

tereny rekreacyjne dla naszych pracowników. Możemy wziąć ze sobą lunch. 

— To mi się podoba, Mark. 

— Tymczasem zaniosę komputer do twojego pokoju. Mam także skaner, więc będziesz 

mogła wrzucić maszynopis na twardy dysk. Wolisz tak pracować prawda? 

— Owszem. Doskonale to zorganizowałeś. 

Gdy Mark instalował sprzęt, Ańaiina wróciła do jego pokoju po skaner. Właśnie wtedy 

zauważyła telefon. Pod wpływem impulsu podeszła i podniosła słuchawkę. Usłyszała sygnał. 

Widocznie tylko gościom tu nie wierzono. 

Arianna nie należała do miłośników natury, ale rześkie górskie powietrze i blask słońca 

podziałały  na  nią  niczym  eliksir  życia.  Gdy  jechali  w  góry  pożyczonym  dżipem,  czuła  się 

oszołomiona wolnością. 

¯ wirowa droga zaczęła wić się pod górę. Trawy i krzewy, charakterystyczne dla prerii, 

stopniowo ustępowały miejsca karłowatym sosnom. Arianna zerknęła na Marka, wciąż zafa-

scynowana jego tajemniczością. 

background image

— Wiesz co — powiedziała — miałam dużo czasu na przemyślenia. I wciąż nie mogę 

zrozumieć, jak to było możliwe, że prowadziłeś podwójne życie, a ja niczego me podejrzewa-

łam. 

— Kiepski byłby ze mnie agent, gdybym dał się tak od razu rozszyfrować. 

- Ale... 

— Więc co sądzisz o moim hobby? 

Zastanawia się przez chwilę. 

— Myślę, że jest w porządku. Co więcej, zaimponowałeś mi. Tylko żeby ci się w gło-

wie nie przewróciło — ostrzegła. 

Mark obserwował drogę, a wiatr rozwiewał jego brązowe włosy. Rzadko nosił okulary 

prżeciwsłoneczne, tak jak teraz, ale wydał sięjej w nich szczególnie tajemniczy i pociągający. 

Dlaczego wcześniej tego me zauważyła? 

— Martwisz się, że prawdą wyszła na jaw? — spytała. — Za każdym razem, gdy wyje-

dziesz z miasta na kilka dni, będę wiedziała po co. 

— Zamierzasz mnie śledzić? 

Arianna uświadomiła sobie, że sprawa ich wspólnej przyszłości pozostaje otwarta. 

— Obcowanie ze szpiegiem jest trudniejsze, niż przypuszczalam — powiedziała. — Za-

łożę się, że nic się przed tobą nie 

ukryje. 

— Mam ci powiedzieć, co Richard Gere zamówił dla ciebie na kolację? 

— Mark, chyba nie...! 

— Nie. — Zachichotał. — Nie nadużywam środków, którymi dysponuję. 

— Chyba że chodzi o uratowanie byłej narzeczonej z rąk 

mafii. 

— Czasami robię wyjątki. 

Zapach  sosen  stawał  się  coraz  bardziej  intensywny.  Wreszcie  dojechali  nad  jezioro. 

Przy jego brzegu stały dwa małe skromne domki. Wokół nie było żywej duszy. 

Postanowili pójść na spacer, może nawet obejść całe 

jezioro. 

Choć ta wycieczka była  bardziej w stylu  Zary,  Arianna czuła się szczęśliwa. Kto wie? 

Może spędzi zycie z mężczyzną, za którego me tak dawno nie chciała wyjść? 

Wiatr jęczał cicho za oknem. Arianna podciągnęłi koc pod brodę i przypomniała sobie 

niedŸwiedzia, którego widzieli na skraju lasu tuż przed zachodem słońęa. Wiedziała, że przed 

background image

zimą misie stają się bardziej żarłoczne, ale Maik zapewnił ją, że drobne blondynki nie są ich 

przysmakiem. 

— Od kiedy tak dobrze znasz obyczaje dzikich zwierząt? 

— spytała. — Czy to także wchodzi w zakres szkolenia? Roześmiał się. 

—  Jasne.  Nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  człowiek  zostanie  zrzucony  na  Syberię  —  zażar-

tował. 

To  się  wydarzyło  parę  godzin  temu.  Zamiast  wracać  pośpiesznie  do  bazy,  napalili  w 

kominku w jednym z domków. Lunch, który wzięli z baru, nie był najlepszy, ale po spacerze 

w  górskim  czystym  powietrzu  apetyt  im  dopisywał.  Gdy  się  posilili,  Maik  zdjął  materac  z 

łóżka,  położył  go  przed  prostym  kamiennym  kominkiem  i  zaprosił  Ariannę  na  małą  sjestę. 

Poczucie  bliskości  i  zrozumienia,  świadomość,  iż  niedługo  się  rozstaną,  spowodowała,  że 

padli  sobie  w  ramiona.  Kochali  się  żarliwie  i  czule.  Gdy  wrócili  do  rzeczywistości,  Arianna 

powiedziała: 

— Mark, wiem, że masz mnóstwo powodów, by się nie zgodzić, ale chciałabym utrzy-

mać nasz związek, kiedy już będziemy w domu i wszystko wróci do normy. 

— Co rozumiesz przez normę? — spytał. 

— Dobre pytanie. Stosunki między nami zmieniły się raz na zawsze. 

— Tak, ale myślę, że na lepsze. 

— Ja też — rzekła, przytulając się do niego. 

Maik pocałował ją delikatnie. 

— Nic na siłę— powiedział. —Zobaczymy, jak wszystko się ułóży. 

Arianna  była  zadowolona  z  takiego  rozwiązania.  Mimo  niebezpieczeństwa  ich  przy-

szłość rysowała się optymistycznie. 

 

ROZDZIAŁ 12 

 

Wrócili  późno.  Gdy  przejeżdżali  przez  bramę,  Arianna  zauważyła,  że  tablica  przy 

wjeŸdzie nie była już, tak jak poprzednio, zasłonięta. Widniał na niej napis: Zakłady Conso-

lidated. Zaczęła się zastanawiać, czy tego wieczoru, kiedy się zjawili, znak był zasłonięty ze 

względu na nich. Nie zapytała o to Marka, gdyż wiedziała, ¯ e za kilka godzin wyjeżdża, i nie 

chciała psuć nastroju. 

Zanim położyli się do łóżka, Arianna czytała, a Mark zajął się papierkową robotą, która 

pewnie wiązała się z jego misją. Kiedy w końcu wsunęli się pod kołdrę, przytulili się do sie-

bie i momentalnie zasnęli. 

background image

Arianna spała tak mocno, że nie czuła, jak Mark nad ranem pocałował ją na pożegnanie. 

Dopiero rankiem uświadomiła sobie ze smutkiem, że wyjechał. 

Wcześnie  poszła  na  śniadanie.  Zamierzała  zjeść  je  w  samotności.  Chociaż  sama  nie 

miała ochoty na pogawędki, mimowolnie przysłuchiwała się rozmowom wokół niej. 

Części w ogóle nie rozumiała, gdyż prowadzone były po japońsku, a z pozostałych nie 

dowiedziała  się  niczego  ciekawego.  Z  pewnością  nie  były  to  rozmowy  szpiegów.  Na  ogół 

dzielono się uwagami na temat satelitów i systemów telekomunikacyjnych. Zastanawiała się, 

ile osób pracuje dla Alfy, a ile dla Consolidated. 

Po śniadaniu wróciła do pokoju, żeby popracować. Strona po stronie wskańowała cały 

maszynopis.  Było  to  nudne  zajęcie,  które  zajęło  jej  mnóstwo  czasu,  ale  przynajmniej  miała 

rezerwową kopię. 

Tekst wymagał starannej obróbki. Sal Corsi nie był literatem, lecz udało mu się zebrać 

bardzo interesujący, obfitująćy w fakty materiał. 

Praca tak ją pochłonęła, że zerknęła na zegarek dopierow tedy, gdy poczuła głód. O ma-

ły włos nie przegapiła lunchu. 

Wpadła do baru w osiatniej chwili. Ucieszyła się na widok Katu Throop, która właśnie 

kierowała się w stronę stolika. 

— 0, cześć — powiedziała na widok Arianny. — Zająć ci miejsce? 

— Jasne, dzięki. 

Arianna podeszła do lady, wzięła z niej talerz z rybą, gotowanymi kartoflami i surówką, 

po czym przysiadła się do stolika Kate. 

- Widzę, że jesteś w świetnym nastroju - powiedziała do swej nowej przyjaciółki. 

— Wczoraj wydarzyło się coś niezwykłego. Co takiego? 

— Terry i ja dostaliśmy kasetę z Emmą Rose. 

— Twoją wnuczką. 

— Tak. Nigdy tak ślicznie nie wyglądała. 

Uśmiechając się, Arianna zdjęła talerz z tacy, którą położyła na krześle. 

— Niech zgadnę. Kąpała się w wannie z gumową kaczuszką. 

— Pudlo — zażartowała Kate. — Sfilmowali ją podczas malowania paznokci. Uwielbia 

to. Szkoda, że me widziałaś, jak się uśmiecha do kamery i pokazuje paznokietki. 

— To musiało być urocze — stwierdziła Ananna. 

— Ciesz się, że nie przywiozłam ze sobą magnetowidu. 

— Kate zjadła trochę. — A ty co robiłaś? 

— Wczoraj urządziliśmy sobie piknik nad jeziorem. 

background image

-. Och, tam jest świetny teren do zabawy i wypoczynku. 

Arianna  uśmiechnęła  się  w  duchu  na  wspomnienie  zabawy,  jaką  wymyślili  sobie  z 

Markiem. 

— Owszem. 

—  Obejrzałam  go  ze  względów  zawodowych  —  wyjaśniła  Kate.  —  Piękne  miejsce, 

oczywiście tutejsi nie widzą w nim nic szczególnego. Ale Japończycy i Amerykanie z innych 

stanów lubią je odwiedzać. Jest wyjątkowo atrakcyjne dla rybaków. 

Kilku  mężczyzn,  którzy  siedzieli  za  Arianną,  wybuchnęło  śmiechem.  Kate  popatrzyła 

na  nich  z  życzliwością.  Sprawiała  wrażenie  bardzo  miłej  osoby.  Arianna  była  ciekawa,  czy 

naprawdę me ma pojęcia o istnieniu Allr. Trudno było uwierzyć, że Kate zajmowała się spra-

wami personelu, a mimo to nie wiedziała, iż niektórzy jego członkowię są tajnymi agentami. 

A może Katu została podstawiona, by mieć na mą oko? 

• Z gwaru rozmów Ariannę dobiegł głos mężczyzny, który siedział za nią. Wydał się jej 

znajomy.  Mówił  z  akcentem  typowym  dla  mieszkańców  wschodniego  wybrzeża,  jakby  po-

chodził z Nowego Jorku albo New Jersey. Kogo jej przypominał? 

Nagle  doznała  olśnienia.  Jego  głos  brzmiał  dokładnie  tak  samo  jak  głos  przywódcy 

gangsterów, którzy napadli ich w Vail. Bardzo dziwne. Przecież ten mężczyzna nie żyje. Od-

wróciła  się,  by  na  niego  spojrzeć.  Oczywiście  nie  byłaby  w  stanie  rozpoznać  go,  ponieważ 

napastnicy byli zamaskowani, ale mężczyzna przy sąsiednim stoliku miał taką samą sylwetkę 

jak jej prześladowca. 

Nagle widelec wypadł jej z dłoni. Spostrzegła bowiem, że ten człowiek miał na ręce ta-

tuaż — dokładnie taki sam jak szef bandy. 

Mężczyzna  odwrócił  się,  słysząc  brzęk  widelca  o  podłogę,  i  napotkał  jej  wzrok.  Spra-

wiał wrażenie zaskoczonego. Jednak po chwili zapanował nad sobą iodwrócił się do kolegów. 

Jego reakcja była potwierdzeniem, którego potrzebowała. To był ten sam człowiek! 

Serce  waliło  jej  jak  miotem.  Gangsterzy  zostali  zabici!  Przynajmniej  Jones  tak  powie-

dział. Nawet jeśli przywódcy grupy udało się uciec, to co robił w tajnej bazie rządowej odda-

lonej o setki kilometrów od miejsca strzelaniny? 

— Dobrze się czujesz? — spytała Kate, widząc, że coś się stało. 

Arianna była tak spięta, że nie mogła wydusić ani słowa. Spojrzała szybko przez ramię. 

Mężczyzna wychodził, zostawiając na stoliku nie dokończony posiłek. Gdy doszedł do drzwi, 

odwrócił się i spojrzał na nią. Nie miała już najmniejszych wątpliwości, że to jeden z napast-

ników. 

- Arianno? 

background image

— Kate, widzisz tego faceta? — spytała szeptem. — Tego przy drzwiach, w białej ko-

szuli i brązowych spodniach. 

- Tak 

— Znasz go? 

— Wydaje mi się, że jest kierownikiem magazynu — odparła Kate, poprawiając okula-

ry. = Chyba nazywa się Lipski. Pochodzi z Nowego Jorku. 

—  O  mój  Boże  —jęknęła  Manna,  przyciskając  ręce  do  ust.  Nie  miała  pojęcia,  co  się 

dzieje, prócz tego, że stała się ofiarą jakiejś wielkiej mistyfikacji. 

— Czy mogę coś dla ciebie zrobić? — Kata była coraz bardziej zaniepokojona. 

Arianna nie mogła wyjść z osłupienia. Popatrzyła w oczy Kate i doszła do wniosku, że 

musi komuś zaufać. Na pewno babcia malutkiej Emmy Rose nie współpracuje z bandą oszu-

stów, gangsterów czy szpiegów. 

— Kate — powiedziała drżącym głosem — nie odpowiadaj mi, jeśli nie chcesz. Wolę, 

ż

ebyś  nic  nie  mówiła,  niż  kłamała.  Ale  muszę  się  czegoś  dowiedzieć  i  błagam,  powiedz  mi 

prawdę. Czy mieści się tu dowództwo tajnej organizacji rządowej o nazwie Alfa? 

Kata Throop zrobiła zdumioną minę. 

— Arianno — odparła łagodnie — mają tu bardzo dobrego lekarza. Co prawda, nigdy 

się u niego nie leczyłam, ale znam przebieg jego kariery zawodowej. Jeśli chcesz,.. 

—  Nie  jestem  chora  ani  na  ciele,  ani  na  umyśle  —  tłumaczyła  Arianna.  —  Wiem,  że 

trudno w to uwierzyć, ale mężczyzna, który właśnie wyszedł, brał udział w napadzie na mnie 

i udawał gangstera. 

Kate z zatroskaną miną pogłaskała Ańannę po ręce. 

— Gdybyś mi podała nazwisko swego pracodawcy... kogoś, kto cię tu przywiózł, mo-

głabym się z nim skontaktować i... 

— Mark wyjechał. Dziś rano w taj.., w interesach, powieszedł, powinien być trupem. 

dzmy. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę z tego, co tu się dzieje, ale ja mam stuprocen-

tową pewność, że muszę się stąd wynieść. 

Kate zmarszczyła brwi. Biedna kobieta, pewnie myślała, że Arianna cierpi na urojenia. 

Cóż,  rzeczywiście  zachowywała  się  dziwnie,  ale  miała  powody.  Tamten  mężczyzna  był  za-

skoczony jej widokiem. I nie przez przypadek natychmiast wyszedł. 

— Słuchaj — zwróciła się do Kate. — Wiem, co sobie myślisz. Na twoim miejscu też 

bym uważała, że mam do czynienia z wariatką. Udowodnię ci, że jestem przy zdrowych zmy-

słach, jeśli pójdziesz ze mną do pokoju. 

Kate Throop rozejrzała się po sali, jakby szukała pomocy. 

background image

— Nie tylko ty cierpisz z powodu izolacji od świata. Za zwyczaj ludzie wpadają w de-

presję dopiero po paru miesiącach, ale.. 

— W porządku — rzekła Arianna. — Umówmy się tak. Przeczytasz kawałek pewnego 

maszynopisu. Jeśli po pięciu minutach nie przyznasz mi racji, pójdę do lekarza. 

— To rozsądna propozycja — odparła Kate. — Chcesz najpierw skończyć lunch? 

— Szczerze mówiąc, niczego bym me prze{knęła. To zabrzmi dziwnie, ale mężczyzna, 

który przed chwilą stąd wyszedł powinien być trupem. 

Kate siedziała na łóżku, przerzucając pierwsze strony maszynopisu. Była zdumiona. 

— Czytałam o gangsterze, którego zabito na lotnisku w Nowym Jorku. Czy on to napi-

sał? 

Arianna wskazała nazwisko autora na stronie tytułowej. 

— Mafia go zabiła, próbując przechwycić ten maszynopis 

—  wyjaśniła.  —  Niektórzy  sędziowie  i  policjanci  mieliby  poważne  kłopoty,  gdyby 

książka się ukazała, więc mafia robi wszystko, żeby do tegó nie dopuścić. 

— I myślisz, że kierownik magazynu jest gangsterem? 

— Nie wiem, ale jestem pewna, że uczestniczył w napa- 

dnie na mnie. 

Kate potrząsnęła głową. 

— Coś podobilego! Prowadzę spokojne życie. Podobne historie oglądałam w kinie lub 

telewizji. 

¥rianna opowiedziała jej o zmaskowanych bandytach, którzy napadli na nią i Marka w 

yail, oraz o tym, jak Mark wykorzystał swe powiązania z Alfą, by ich uratować. 

— Jones, dowodzący  całą akcją, przywiózł nas tutaj. Powiedziano mi, że tu mieści się 

siedziba Alfy, dla której Consolidated jest tylko przykrywką. 

—  Na  pewno  nie  znam  wszystkich,  którzy  tu  pracują  ale  rozmawiałam  z  wieloma, 

przejrzałam teczki personalne właściwie wszystkich osób, z wyjątkiem Japończyków, i mogę 

cię zapewnić, że nikt nie zajmuje się tu szpiegostwem. 

— Może agentami Alfy są wyłącznie Japończycy. 

—  Trudno  mi  powiedzieć,  ale  dobrze  zńam  Isao  Hayashi,  japońskiego  kadrowca.  Za-

pewnił mnie, że ci ludzie są wysoko kwalifikowanymi naukowcami, inżynierami i technika-

mi. Poza tym, nie wiem, kiedy mieliby szpiegować, skoro cały czas pracują. 

— Ich kadrowiec też może być członkiem Alfy. 

— Powiem szczerze: mam wrażenie, że ktoś próbuje wywieść cię w pole. 

background image

—  A  co  z  oddziałami  paramilitamymi,  które  nas  uratowały?  Helikopterami  i  samolo-

tem? 

— Nie słyszałam o żadnych oddziałach i helikopterach, ale wiem, że dyrekcja Consoli-

dated ma samolot do dyspozycji. 

Arianna  zastanowiła  się.  Czy  to  wszystko  mogło  być  mistyfikacją?  Jeśli  tak,  to  Mark 

brał  w  niej  udział.  Ale  dlaczego?  Nagle  zrozumiała.  Była  zdecydowana  wracać  jak  najszyb-

ciej  do  Nowego  Jorku,  a  Mark  tego  nie  chciał.  Czy  urządził  to  przedstawienie  tylko  po  to, 

ż

eby ją zatrzymać? Napewno tak. Nie było innego wytłumaczenia. 

Kate — rzekła — muszę jak najszybciej dostać się do 

Nowego Jorku. Jak to zrobić? 

— Chyba najlepiej byłoby pojechać do Great Falls, a stamtąd złapać samolot, ale to ka-

wał drogi, prawie sto pięćdziesiąt kilometrów. 

— Jak tam najszybciej dotrzeć? 

—  Autobusem  Consolidated.  Podstawiają  go  dla  pracowników.  Ale  wyjeżdża  dopiero 

wieczorem. 

— Nie jestem pewna, czy oni tak łatwo mnie stąd wypuszczą. 

— Oni? 

—  Może  nie  ma  żadnej  Alfy,  ale  ktoś  pomaga  Markowi  podtrzymywać  tę  fikcję.  Na 

pewno  ten  rzekomy  przywódca  mafii  z  tatuażem  na  zęce.  Muszą  być  i  inni.  Nie  wiem,  czy 

posunęliby się tak daleko, by zatrzymać mnie tu siłą. 

— Z tego wynika, że chcesz się stąd wymknąć? 

— Tak. Im szybciej, tym lepiej. 

Kate zastanawia się przez chwilę. 

— Mam samochód. Dziś wieczorem zamierzałam spotkać się z Terrym  w Great  Falis. 

Nie  obowiązują  mnie  godziny  pracy,  mogę  więc  wyjechać  o  dowolnej  porze.  Podwiozę  cię, 

jeśli chcćsz. 

— Naprawdę? Będę ci wdzięczna do grobowej deski. 

—  Wciąż  nie  mogę  uwierzyć,  by  któryś  z  tutejszych  pracowmków  był  zamieszany  w 

napad. 

—  Mnie  też  nie  przyszłoby  to  do  głowy,  gdybym  nie  zauważyła  tego  mężczyzny  — 

powiedziała  ze  smutkiem  Arianna.  —  Okazuje  się,  że  mój  były  narzeczony  jest  bardziej 

przedsiębiorczy, niż mi się wydawało. Delikatnie mówiąc, zostałam wystrychnięta na dudka. 

— Kiedy chcesz wyjechać? 

Ańanna spojrzała na zegarek. 

background image

— Gdy tylko się spakuję i przegram wszystkie pliki na dyskietki. 

 

ROZDZIAŁ 13 

 

Mark stał przy oknie, patrząc na panoramę Nowego Jorku. Był dżdżysty niedzielny po-

ranek. W taki dzień ludzie najchętniej zostają w domu, czytają gazety w łóżku albo jedzą bez 

pośpiechu  śniadanie,  czekając  na  popołudniowy  mecz  piłki  nożnej  w  telewizji.  Mark  już  od 

wielu dni żył w napięciu i jeszcze długo nie będzie mógł sobie pozwolić na luksus 

odpoczynku. 

Rzadko kto bywał w siedzibie Federalnego Biura Siedczego w niedzielę o tak wczesnej 

porze,  ale  po  ich  wczorajszym  spotkaniu  FBI  uznało  sprawę  za  wystarczająco  pilną,  by  we-

zwać z Waszyngtonu szefa wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną oraz zerwać z 

łóżka Buda Aronsona, prokuratora generalnego Nowego Jorku. 

Teraz naradzali się w sąsiednim pokoju, a Mark czekał cierpliwie. 

Długo ze sobą walczył, zanim podjął tę decyzję, lecz doszedł do wniosku, że jedynym 

sposobem  zakończenia  sprawy  jest  powiadomienie  o  niej  FBI.  Gdy  tylko  przyjechał  do  No-

wego Jorku, natychmiast się z nim skontaktował. 

Drzwi otworzyły się i Walter Eyans, szef wydziału do walki z przestępczością zorgani-

zowaną, oraz Hap Murphy, agent z nowojorskiego biura, weszli do pokoju. 

—  Bud  Aronson  był  z  kimś  umówiony,  więc  poprosił,  byśmy  skończyli  bez  niego  — 

wyjaśnił Eyans, zapraszając Marka, żeby do nich dołączył. Gdy usiedli, Mark po jednej stro-

nie stołu konferencyjnego, dwaj urzędnicy FBI po drugiej, Eyans dodał: — Nie musimy panu 

mówić, jakie to może mieć reperkusje. 

— Moim głównym zmartwieniem jest Ańanna. 

— Szkoda, że nie przywiózł pan ze sobą maszynopisu. 

— Cóż, myślę, że decyzja należy do Arianny. Ja tylko pośredniczę w tej  sprawie.  Nie 

mam  zamiaru  niczego  jej  kraść.  Jeśli  będę  mógł  jej  zaproponować  jakiś  rozsądny  układ,  to 

może. sama wam go zwróci. 

— Na tym polega problem — ponurym głosem podsumował Eyans. — Ona jest w po-

siadaniu dowodów licznych przestępstw. Na ich podstawie można oskarżyć winnych, apotem 

wytoczyć im proces. Bud Aronson wystąpi o nakazy aresztowania, gdy tylko dowody znajdą 

się w naszych rękach. 

— Arianna na pewno będzie chciała gwarancji, że pozwolicie jej opublikować te mate-

riały. 

background image

— Nie możemy jej tego zagwarantować, przynajmniej dopóki postępowanie sądowe nie 

zostanie zakończone. 

— Musi być jakieś wyjście — upierał się Mark. 

—  Proszę  posłuchać  —  rzekł  Muiphy.  —  Przyznaje  pan,  że  dopóki  będzie  miała  ma-

szynopis, jej życie pozostanie zagrożone. Jedyne, co może zrobić, to przekazać nam te mate-

riały. Wtedy wszyscy będą bezpieczni. Bud twierdzi, że nawet nie będzie musiała zeznawać. 

Uwolni się od tej sprawy. Wydaje mi się, że to sensowne rozwiązanie. 

- Nie zna pan Arianny - odparł Mark. 

— To z pewnością odważna kobieta — przyznał Eyaiis — ale nie wiem, czy zdaje sobie 

sprawę z powagi sytuacji. Radzę jej powiedzieć, że nie ma wyboru. Powinna z nami współ-

pracować, jeśli chce mieć zapewnione bezpieczeństwo. 

— Niewątpliwie — odrzekł Mark — ale nie mogę jej do 

niczego zmusić. 

- Mamy związane ręce - stwierdził Eyans. - To sprawa nie mająca precedensu. 

— W porządku — rzekł Mark, widząc, że dalsza rozmowa mija się z celem. — Spróbu-

ję ją przekonać, ale to może potrwać. Jeżeli nie mają panowie więcej pytali, to już sobie pój-

dę. 

— Jakie są pańskie plany, panie Lmdsay? 

— Jutro rozpoczynam ważne negocjacje, więc przez jakiś czas będęw mieście. 

— Radziłbym uważać. Jeśli mafia wie, że ma pan dostęp do maszynopisu, a wszystko 

na to wskazuje, mogą pana szukać. 

— Nie zbliżam się do swojego mieszkania, proszę mi wierzyć. 

— Mieszka pan w hotelu? 

— Nie, w domu, który kupiłem parę miesięcy temu. Jak na ironię, mieliśmy zamieszkać 

w  nim  z  Arianną  po  ślubie.  Po  zerwaniu  zaręczyn  nie  miałem  ochoty  się  do  niego  wprowa-

dzić. Dopiero teraz okoliczności mnie do tego zmusiły. 

— Zdaje się, że nie nudzi się pan z panną Hamilton — zauważył z przekąsem Eyans. 

— Och, facet musi wykazać się pomysłowością, żeby dotrzymać jej kroku. 

— Nie wątpię. 

Mark  opuścił  budynek  Federalnego  Biura  Śledczego,  nie  wiedząc,  czy  coś  osiągnął. 

Najważniejsze, że agenci federalni zostali ponformowani o sprawie. Zastanawiał się, co teraz 

zrobić z Arianną. Nie mógł jej trzymać w nieskończoność w bazie Consolidated w Montanie. 

Zatrzymał taksówkę i pojechał do domu w Gramercy Park. Dom był nie umeblowany, 

ale poprzedniego popołudnia kupił materac i parę ręczników, by mieć na czym spać i wytrzeć 

background image

się po kąpieli. Dla potrzeb robotników, którzy przeprowadzali tu remont, zainstalował telefon 

i na szczęście nigdy nie chciało mu się go odłączyć. 

Pomyślał, że zadzwoni do Arianny. Chciał usłyszeć jej głos i powiedzieć, że do niej tę-

skni. Podszedł do telefonu i wybrał numer centrali Consolidated w Montanie. 

—  Och,  pan  Lindsay  —  powitała  go  telefonistka.  —  Pan  Almquist  próbował  skontak-

tować się z panem. Już łączę. 

Mark czekał zaniepokojony. Coś musiało przytrafić się Ariannie. Na pewno coś złego. 

W końcu George Almquist, dyrektor zakładów, podniósł słuchawkę. 

— Mark, cieszę się, że dzwonisz — powiedział. — Mamy pewien problem. Panna Ha-

milton zniknęła. 

— Co takiego? 

— Chyba odkryła, że to nie jest tajna jednostka. Z tego, co wiem, rozpoznała jednego z 

ludzi, których posłaliśmy do Kolorado na prośbę Jonesa. Tak czy owak, wyjechała. 

Mark nie krył zaniepokojenia. 

— Czułem, że nie da się długo oszukiwać. Nie wiesz, dokąd uciekła? 

—  Nie.  Po  prostu  opuściła  Consolidated  razem  z  panią  Throop,  naszą  konsultantką; 

Spróbuję odnaleźć Kate i dowiedzieć się, dokąd zawiozła pannę Hamilton. 

—  Będę  zobowiązany  —  odparł  Mark.  —  Ale  chyba  wiem,  jaki  jest  cel  jej  podróży. 

Kiedy wyjechała? 

— Wczoraj około trzeciej po południu. 

Mark  zastanowił  się.  Do  tej  pory  zdążyłaby  objechać  pół  świata.  Miała  wystarczająco 

dużo czasu, by dotrzeć do Nowego Jorku. 

— Gdybyś się czegoś dowiedział — zwrócił się do Almquista — bardzo proszę o wia-

domość. 

— Oczywiście. 

— Znajdziesz mnie w moim domu w Nowym Jorku albo w biurze. 

Podał mu numer telefonu do domu, po czym odwiesił słuchawkę. Zabawa się skończy-

ła. Gdy Arianna zorientowała się, że została oszukana, pewnie przestała wierzyć w grożące jej 

niebezpieczeństwo i wpakowała się w kłopoty. Na myśl o tym zrobiło mu się zimno. Meredi-

th też się na niego zezłościła, i to tak bardzo, że uciekla tylko po to, by zginąć. 

Arianna  oglądała  przez  okno  autobusu  wsie  i  miasteczka  Connecticut.  Czuła  się  tak, 

jakby już cały tydzień spędziła na 

lotniskach,  w  samolotach  i  w  autobusie  relacji  Boston  —  Nowy  Jork,  którym  właśnie 

jechała. Przez ten czas tylko parę razy się zdrzemnęła. Z braku snu nie  mogła jasno myśleć. 

background image

Musiała  się  spieszyć,  nie  miała  wyboru,  jeśli  chciała  jak  najprędzej  dostarczyć  maszynopis 

Jerry”emu. Książka mogła stać się prawdziwą sensacją, ale nie można było zwlekać z jej wy-

daniem. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  naraża  się  na  ogromne  niebezpieczeństwo.  Podczas  długiej 

jazdy z Kate Throop do Great Falis miała okazję wszystko przemyśleć. Doszła do wniosku, że 

powinna możliwie najdyskzetniej wrócić do Nowego Jorku. Nawet jeśli napad na nią był mi-

styfikacją, to włamanie do jej biura i morderstwo Corsiego zdarzyły się naprawdę. 

Pomyślała, że wynajmie pokój w jakimś małym hoteliku. Potem wpadła na jeszcze lep-

szy  pomysł.  Dom  Marka.  Stał  pusty,  a  ona  miała  do  niego  klucz.  Będzie  idealhą  kryjówką 

Jeśli dworzec autobusowy w Broriksie nie będzie obserwowany, wszystko pójdzie dobrze. 

Ale im bardziej autobus zbliżał się do Nowego Jorku, tym większy smutek ją ogarniał. 

Choć była bliska największego sukcesu w życiu, nie szalała z radości. Prawdę mówiąc, miała 

poczucie pustki i zawodu. I wiedziała dlaczego. Przez Marka. 

Kiedy uświadomiła sobie, że padła ofiarą oszustwa, targnął nią gniew. Nie mogła sobie 

wybaczyć, że tak łatwo dała się nabra. Im dłużej jednak o tym myslala, tym lepiej rozumiała, 

ż

e Mark próbował ją chronić. 

Była pod wrażeniem. Gdyby  nie przypadkowe spotkanie z wytatuowanym mężczyzną, 

nadal  siedziałaby  przy  komputerze  w  swoim  pokoju,  dziesiątki  metrów  pod  ziemią,  wierząc 

głęboko, że Mark uratował jej życie. 

Wciąż nie wiedziała, kim naprawdę jest ani w jaki sposób zorganizował tę maskaradę: 

Co do jednego miała pewność. 

Jest  niezwykle  przebiegły.  Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  szalenie  pociągający.  Do  końca 

ż

ycia  nie  zapomnie  jaka  była  podekscytowana,  kiedy  jej  powiedział,  że  jest  agentem  tajnej 

organizacji rządowej. 

Czuła się trochę rozczarowana, że to wszystko okazało się 

kłamstwem. Nie miała nic przeciwko zostaniu dziewczyną szpiega, ale takie rzeczy zda-

rzają się tylko w filmach. Niestety. 

Było już późne popołudnie, kiedy taksówka zatrzymała się przed domem Marka. Arian-

na zapłaciła kierowcy i wysiadła. Spojrzała na fasadę budynku, do którego miała wprowadzić 

się po ślubie, i ogarnęła ją nostalgia. Nie była w tym miejscu, odkąd zerwała zaręczyny. Może 

popełnia  błąd,  przyjeżdżając  tu  teraz.  Nie  przyszło  jej  jednak  do  głowy  bezpieczniejsze 

schronienie. 

Wniosła bagaże na ganek i nacisnęła dzwonk, by się upewnić, że Mark nikomu nie wy-

najął  domu.  Odczekała  chwilę,  mm  otworzyła  kluczem  drzwi.  Weszła  do  środka,  rozejrzała 

background image

się wokół i stwierdziła, że dom jest nie umeblowany. A tak wspaniale urządzili go w marze-

niach! 

Arianna  otrząsnęła  się  ze  wspomnień.  Gdy  weszła  do  kuchni,  zauważyła,  że  telefon 

wciąż wisi na ścianie. Podniosła słuchawkę i z radością usłyszała sygnał. Nie zwlekając, wy-

kręciła numer Jerry”ego. 

Odebrał i zdziwił się, słysząc jej głos. 

— Arianno, gdzie jesteś? I czy masz ze sobą maszynopis? 

— Ja też się cieszę, że u ciebie wszystko w porządku, Jerry. 

—  O  rany,  wiesz,  że  cię  uwielbiam.  Swietnie,  że  dzwonisz.  Martwiłem  się  o  ciebie. 

Sprawa Sala Corsiego nabiera rozgłosu. Więc kiedy będę mógł zobaczyć maszynopis? Jesteś 

w Nowym Jorku? 

— Tak, ale muszę mieć jeszcze tydzień na redakcję. 

— Fantastycznie. Domyślam się, że ten maszynopis... 

— Zwali cię z nóg. To będzie absolutny bestseller. Corsi wymienia mnóstwo nazwisk. 

A co najważniejsze, mam dostęp do wszystkich dokumentów, które potwierdzają jego oskar-

ż

enia. 

— Arianno, jesteś wspaniała. 

—  Mam  zamiar  się  ukrywać,  dopóki  nie  skończę  pracy.  Ale  potrzebuję  paru  rzeczy, 

przede wszystkim komputera i drukarki. 

— Możesz skorzystać Z mojego laptopa. Przyślę ci też kogoś do pomocy. 

—  Nikogo  nie  potrzebuję,  przynajmniej  na  razie.  Dobrze  by  było,  gdybyś  się  zajął 

prawną stroną tego przedsięwzięcia. 

— Już to zrobiłem. 

— A zatem, najważniejszą sprawą jest zdobycie dokumentów Corsiego. 

— To też mogę załatwić — powiedział. — Gdzie ich szukać? 

Przypomniała sobie, że Mark przestrzegał ją przed podsłuchem. 

— Chyba nie powinniśmy rozmawiać otym przez telefon. 

— No to się spotkajmy — zaproponował Jerry. — Gdzie ci pasuje? 

— Pamiętasz dom Marka? 

Zawahał się. 

— Ulicę tak. 

— Numer osiemset dwanaście. 

— O której mam być? 

— Załatwmy to jak najszybciej. 

background image

— Dobra, biorę komputer i przyjeżdżam. 

Odwiesiła  słuchawkę,  zadowolona,  że  w  końcu  kontroluje  sytuację.  Wciąż  cieszyła  ją 

perspektywa wydania bestselleru, ale o wiele mniej niż kiedyś. Głowę miała nabitą myślami 

oMarku. 

Powiedział, że ją kocha, chociaż z nim zerwała. A on wciąż ją pociągał... nie, nie tylko 

pociągał. Kochała go, ale nie była pewna, czy może ufać swoim uczuciom. 

Gdy wróciła do pokoju frontowego, usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Pomyślała o ma-

szynopisie,  przypomniała  sobie  wszystkie  opowieści  o  tym,  co  mafia  robi  z  ludŸmi,  którzy 

wchodzą jej w drogę, i serce w niej zamarło. Stała nieruchomo i patrzyła z przerażeniem, jak 

drzwi  otwierają  się,  wpuszczając  do  pokoju  trochę  światła.  Stał  w  nich  Mark!  Był  w  adida-

sach, szortach i podkoszulku. Pot lal się z niego strumieniami. 

— Arianno — wykrzyknął na jej widok. — Co tu robisz? 

— Kiedy włączył światło, zobaczyła, że jest zdziwiony tak samo jak ona. 

Potrzebowała paru sekund, by dojść do siebie. 

— Ucieklam — powiedziała w końcu. — Ale co ty tu robisz? 

— Biegałem — wyjaśnił, zamykając drzwi — żeby spalić trochę energii. 

— Tajna misja się skończyła czy to kolejna maskarada? 

— Powiedzieli mi, że uciekłaś i że wiesz o wszystkim. 

—  Mark  uśmiechnął  się  blado.  —  Wyjątkowe  sytuacje  wymagają  wyjątkowych  środ-

ków. 

Arianna  nie  wiedziała,  jak  zareaguje  na  jego  widok,  ale  wyglądał  tak  rozbrajająco  w 

spórtowym stroju i miał tak skruszoną minę, że serce jej zmiękło. 

— A skoro o tym mowa, to chciałabym ci zadać parę pytań 

— powiedziała. — Niektórych rzeczy się domyśliłam, ale nie wszystko jest dla mnie ja-

sne.  —  Jej  oczy  zwęzily  się.  —  Napad  był  oszustwem,  prawda?  Gangsterzy  byli  pracowni-

kami Consolidated. 

— Zgadza się. 

— A zegarek? Nie było w nim żadnego sygnalizatora, tak? 

Potrząsnął głową. 

— Nie, noszę ten zegarek od lat. 

— Mark — powiedziała, kłądąc ręce na biodrach. — Nie wstyd ci? Jak poważny ban-

kier może udawać Jamesa Bonda? 

Ruszył w jej kierunku. 

— Podobała ci się ta gra, prawda, Arianno? 

background image

— Chyba tak — odparła z bijącym sercem. 

— Wciąż jesteś zła? 

— Z początku byłam wściekła. 

Stanął przed nią. 

— A teraz? 

— Zastanawiam się, czy ty byłeś taki przebiegły, czy ja taka naiwna. 

— Och, ja byłem przebiegły. To nie ulega wątpliwości. 

— Aż za — stwierdziła, obrzucając go zaciekawionym spojrzeniem. — A swoją drogą, 

jak  to  wszystko  zorganizowa-.  leś?  Helikoptery,  oddziały  paramilitarne,  strzelaninę?  Znasz 

kogoś z Hollywood czy co? 

Uśmiechnął się szeroko. 

— Teraz, gdy przyznałaś, że dobrze się bawiłaś, chciałabyś poznać wszystkie moje se-

krety, tak? 

Uniosła brwi. 

— Nie uważasz, że przyzwoitość nakazuje powiedzieć mi 

prawdę? 

Mark rozejrzał się po pokoju. 

— Szkoda, że nie ma tu na czym usiąść. Padam z nóg. 

— Westchnął. — Zostają nam schody. 

Osunął się na nie z ulgą. Arianna usiadła obok. 

— Kiedy jechaliśmy do Vail, uświadomiłem sobie, że nie będę w stanie odwieść cię od 

pomysłu  powrotu  do  Nowego  Jorku  —  zaczął.  —  Wtedy  przyszedł  mi  do  głowy  ten  plan. 

Przez te parę dni, kiedy jeŸdziłem do miasteczka, udało mi się wszystko zorganizować. 

— Chcesz powiedzieć, że wynająłeś ludzi, żeby zaaranżowali to przedstawienie? 

— Nie musiałem nikogo wynajmować, kwiatuszku. Po prostu poprosiłem o pomoc mo-

ich przyjaciół z Alfy. 

— Daj spokój, Mark. Gra skończona. Nie ma żadnej Alfy. 

— Zapewniam cię, że jest. 

— I chcesz mi powiedzieć, że naprawdę jesteś tajnym 

agentem? 

—  W  pewnym  sensie.  Trochę  ubarwiłem  swoją  opowieść,  ale  Alfa  zajmuje  się  tym,  o 

czym ci mówiłem. I współpracuję z nimi — choć raczej jako człowiek z zewnątrz. 

— Mów dalej, chcę usłyszeć całą tę historię. 

background image

— Jakieś trzy lata temu przedstawiciele Alfy nawiązali kontakt z naszą firmą. Przedtem 

nigdy nie słyszeliśmy o tej organizacji. Jest otoczona ścisłą tajemnicą. W każdym razie, Alfa 

chciała ze względów politycznych finansować jakąś spółkę w Ameryce Południowej. To nie 

była  korzystna  inwestycja,  ale  Alfa  potrzebowała  naszej  pomocy.  A  ponieważ  nie  proszono 

nas  o  wyłożenie  pieniędzy  naszych  inwestorów,  bo  fundusze  miały  napływać  z  innego 

Ÿródła,  zgodziliśmy  się.  Od  tamtej  pory  kilka  razy  współpracowałem  z  Alfą.  Dostarczałem 

im informacji, jak przy przedsięwzięciu w Rosji, albo pomagałem w przekazywaniu kapitału. 

Piecz w tym, że Alfa miała wobec mnie dług wdzięczności, a ja  chciałem, by  wyświadczyli 

mi przysługę. 

— I to nie byle jaką. 

— Masz rację. Trzeba było włożyć sporo wysiłku w przygotowanie tej operacji. Wtedy, 

kiedy nie było mnie w domu przez cały dzień, spotkałem się z Jonesem, żeby wszystko zapla-

nować. 

— Jestem pod wrażeniem. 

— Całe szczęście, że nie musieliśmy nikogo zabić — zażartował. 

Więc jednak Consolidated jest przykrywką dla działalności Alfy? 

—  Nie,  Consolidated  zostało  utworzone  przy  cichej  pomocy  rządów  Stanów  Zjedno-

czonych i Japonii. Alfa pomagała w tym przedsięwzięciu i Jones zna kilku ważnych ludzi w 

Consolidated, między innymi George”a Almquista, dyrektora zakładów. Almquist udostępnił 

nam  samolot  oraz  zaproponował  zamieszkanie  w  bazie.  Oddziały  paramilitarne  to  tak  na-

prawdę zespoły ratownicze z Kolorado. Chłopcy otrzymali hojne wynagrodzenie za swój wy-

stęp. A helikoptery Jones wynajął od spółki handlowej. 

Arianna skinęła głową. 

— I domyślam się, że te ciała były pomazane ketchupem. 

— Czerwoną farbą. 

— Mark — rzekła, szturchając go łokciem — mam ochotę urwać ci głowę. Przez ciebie 

dręczyły mnie koszmarne sny. 

— A mnie prześladował inny koszmar — że to ty zostałaś zastrzelona. Jesteśmy kwita. 

Arianna  popatrzyła  mu  w  oczy,  uświadamiając  sobie,  że  choć  to  wszystko  było  jedną 

wielką mistyfikacją, on wcale nie jest oszustem. 

— W pewnym sensie jesteś szpiegiem, czy tak? — spytała. 

— Powiedzmy sympatykiem tajnej organizacji. 

— A zatem Mark, którego kiedyś znałam, i Mark, którego widziałam w Vail i Monta-

nie, to jedna i ta sama osoba. 

background image

— Zgadza się. Kiedy opowiedziałem ci o rozmowie z Zarą, i moim postanowieniu, by 

przestać się oszukiwać, mówiłem szczerze. — Wziął ją za rękę. — Gdybym zachowywał się 

tak od samego początku, chyba nie czułabyś się przytłoczona moją miłością. 

Arianna popatrzyła qiu w oczy. 

— To także i moja wina. Nie doceniłam cię, bo  byłam za bardzo zajęta swoją karierą. 

No i nie mówiłam ci, co czuję. 

— Zabawa polegała na tym, żeby być sobą bez względu na konsekwencje. 

Arianna spojrzała na niego wymownie. 

— Jednak nie pozwoliłeś mi wrócić do Nowego Jorku. 

—  Zmagałem  się  ze  sobą,  uwierz  mi.  Nie  chciałem  być  nadopiekuńczy,  ale  zdawałem 

sobie  sprawę  z  twojej  lekkomyślności.  W  końcu  doszedłem  do  wniosku,  że  twoje  życie  jest 

ważniejsze od wszystkiego. Jeśli trzeba będzie kłamać i oszukiwać, będę kłamał i oszukiwał. 

Arianna spojrzała na ich splecione dłonie i ogarnęło ją wzruszenie. Miała ochotę rzucić 

mu się na szyję. 

— Jestem ci taka wdzięczna, Mark — wyznała. — Musisz wiedzieć, że te ostatnie wy-

darzenia nauczyły mnie pokory. 

— O Boże, chyba nie zamierzasz zakochać się we mnie, kwiatuszku? 

— Oczywiście, że nie. Nie posunęłabym się tak daleko. 

Roześmiał się. 

— Czeka nas zażarta walka. 

— A wiesz dlaczego, Mark? 

— Dlaczego? 

— Bo chcę być dziewczyną Lindsaya, ale nie chcę być .jedną z wielu jego dziewczyn. 

Ani nawet jedną z kilku. Chcę być tą jedną jedyną. 

— Hrnm — rzeki, gładząc ją po policzku. — Z tym może być pewien problem. 

— Co chcesz przez to powiedzieć? 

—  Alfa  wymaga  od  swoich  ludzi  poświęceń.  Oczekuje,  że  dobry  agent  nie  cofnie  się 

przed niczym, nawet przed uwodzeniem pięknych kobiet. 

— Musimy jeszcze raz się zastanowić nad twoją współpracą z Alfą — odparła, mrużąc 

oczy. 

Mark ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w usta. Pomyślała, że ukrywanie się wcale 

nie  jest  takim  złym  pomysłem.  Jednocześnie  usłyszała,  że  przed  domem  trzasnęły  drzwi  sa-

mochodu. 

- Och - rzekła. 

background image

— Co się stało? 

— To pewnie Jerry. 

— Jerry? 

— Tak, zanim wróciłeś, zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że tu jestem. Zamierza-

liśmy porozmawiać o książce. 

— Chyba nie mam co liczyć na to, że oddasz mu ten cholerny maszynopis. 

— Szczerze mówiąc, kusi mnie, żeby to zrobić. 

— Cóż, zostawiam ci wolną rękę. Idę na górę wziąć prysznic. 

Pocałowała go. 

— Pozwól mi zaprosić się na kolację, Mark. 

- Przemyslę to - odpowiedział, uśmiechając się zagadkowo. 

Dała  mu  jeszcze  jednego  kuksańca.  Mark  wstał  ze  śmiechem  i  wbiegł  po  schodach. 

Odezwał się dzwonek u drzwi i Arianna poszła powitać swego szefa. Nadeszła chwila trium-

fu, ale tak naprawdę cieszyła ją myśl o kolacji z ukochanym mężczyzną. 

 

ROZDZIAŁ 14 

 

Arianna otworzyła drzwi. Na progu stal Jerry, szczupły, przedwcześnie posiwiały czter-

dziestolatek z laptopem w rękach. Widać było, że jest przerażony. 

— Jerry, co się stało? 

Ledwo  wymówiła  te  słowa,  dwóch  nieznajomych  wyłoniło  się  z  mroku,  wzięło  Jer-

ry”ego  pod  ręce  i  wepchnęło  go  do  środka.  Nie  wiadomo  skąd  pojawiło  się  jeszcze  dwóch 

męż 

czyzn. 

— Co się tu dzieje? — spytała. — Kim jesteście? Stojący obok niej mężczyzna pchnął 

ją do tylu, by pokazać, że to nie zabawa. 

— Zamknij się — powiedział. 

— Oco chodzi? 

— powiedziałem, żebyś się zamknęła, paniusiu, i wcale nie żartuję. 

Ańaima stała naprzeciw czterech bandytów i biednego Jerry”ego, który pobladi ze stra-

chu  i  skulił  ramiona,  jakby  w  każdej  chwili  oczekiwał  ciosu.  Mężczyzna,  który  wcześniej 

popchnął  Ariannę,  teraz  chwycił  ją  za  ramię.  Był  niski,  tęgi,  miał  ospowatą  twarz  i  ciemne, 

przylizane  włosy.  Nosił  ciemnoniebieski  prążkowany  garnitur,  śmierdział  czosnkiem  i  niko-

tyną. 

background image

— Masz książkę? — spytał. 

— Słucham? 

Książkę, cholera jasna, książkę Corsiego. Gdzie ona jest? 

Jerry jęknął. 

— Ja-ja nie wiedziałem — wyjąkał. — Rzucili się na ninie, gdy tylko wysiadłem z tak-

sówki, Arianno. Ja naprawdę... 

— Uciszcie tego kretyna! 

Potężny  mężczyzna  z  włosami  przyciętymi  najeża  ubrany  w  zbyt  obszerną  marynarkę 

uderzył Jerry”ego W ramię. Pozostałi zaczęli przeszukiwać pokój. Wszyscy czterej wyglądali 

jak typowi gangsterzy. 

— Och — rzekła Arianna — znowu udajemy bandytów. 

Mężczyźni  wydawali  się  kompletnie  zaskoczeni,  kiedy  roześmiała  się  i  podeszła  do 

schodów. 

—  Bardzo  śmieszne,  Mark!  —  krzyknęła.  —  Powinieneś  się  wstydzić,  że  wtedy  mnie 

oszukałeś. A teraz mnie jest głupio, że dałam się nabrać! — Popatrzyła na mężczyzn, którzy 

nadal sprawiali wrażenie bezgranicznie zdumionych. — Muszę stwierdzić, chłopcy, że jeste-

ś

cie o wiele lepsi od tamtej bandy. Wyglądacie jak prawdziwi gangsterzy. 

— O czym ona gada? — spytał mężczyzna z fryzurą najeża. 

— Nie mam pojęcia — odparł jego kompan. — Ktoś jest na górze czy ci się w głowie 

pokręciło, paniusiu? 

— Spędziłeś dużo czasu w kinie — stwierdziła. — Masz dobrą pamięć do dialogów. 

Potrząsnął głową. 

— To wariatka, chłopcy. Właśnie tego nam było trzeba. 

Arianna  roześmiała  się.  Potem,  me  zwracając  uwagi  na  obecnych,  podeszła  do  Jer-

ry”ego. 

— To taki żart — wyjaśniła. — Maik ich wynajął. 

— Ańanno — z rozpaczą w głosie szepnął Jerry — nie widzisz, że om nie żartują? Co 

się z tobą dzieje? 

— Dobre pytanie — stwierdził jeden z mężczyzn, podchodząc do Arianny i chwytając 

ją po raz drugi za ramię. Odwrócił ją gwałtownym szarpnięciem. 

— Jest ktoś na górze? 

— Tylko James Bond. 

Mężczyzna uderzył Ariannę w twarz, aż głowa jej odskoczyła. 

— Co robisz?! — krzyknęła, dopiero teraz zdając sobie sprawę z powagi sytuacji. 

background image

Zignorował ją, zwracając się do pozostałych mężczyzn: 

— Al, ty i Carlo rozejrzyjcie się po chałupie. — Popatrzył na nią oczyma bez wyrazu, a 

gdy otworzył usta, owiał. ją zapach czosnku. 

— No, dobra, siostro, książka. Chcę ją mieć natychmiast. 

— Na miłość boską, Arianno — odezwał się Jerry. — Zrób, o co cię proszą. 

— Maik? — zawołała drżącym głosem. - Już po chwili z góry doszły ją odgłosy szamo-

taniny i krzyki. O Boże, pomyślała, to dzieje się naprawdę. 

Zerknęła na swe bagaże, do których wcisnęła maszynopis. Przywódca napastników za-

uważył jej spojrzenie. 

— Książka jest w walizce, skarbie? 

Na szczycie schodów zrobiło się zamieszanie. Po chwili pojawiło się dwóch mężczyzn. 

Prowadzili między sobą Marka owiniętego płaszczem kąpielowym. 

— Zobacz, kogo znaleźliśmy, Brnie — zawołał jeden z nich. 

Gdy wszyscy trzej zeszli na dół, Ariarina dostrzegła wyraz niepokoju na twarzy Marka. 

Przeszedł ją dreszcz. 

— No dobra — odezwał się Ernie — starczy tego. Carlo, przynieś tu walizki. Paniusia 

da nam książkę i ząbierzemy dupy w troki. 

Arianna popatrzyła z rozpaczą na Marka. 

- Maik? 

Walizki już stały u jej stóp. 

— Otwórz je — rozkazał Brnie. — I to szybko. 

Arianna pochyliła się i otworzyła neseser, w którym był maszynopis. Wyciągnęła  go i 

podała mężczyźnie. 

— To wszystko? 

— Owszem. 

—  Wydaje  mi  się,  że  nasz  przyjaciel  Sal  zgromadził  trochę  dokumentów  na  poparcie 

tego, co tu- napisał — rzeki Ernie. 

—Maszje? 

— Nie — odparła. 

— Ale wiesz, gdzie są, prawda? 

Zawahała się. 

-Nie. 

— W moich uszach to zabrzmiało jak „tak”, skarbie. Oddaj je! I to migiem. 

background image

—  Nie  mam  ich  —  rzekła  stanowczym  tonem.  —  Corsi  powiadomił  mnie,  że  posiada 

konkretne dowody i może mi je przekazać, jeśli to będzie konieczne. Nie spodziewał się, że 

tak szybko go zabijecie — zmyślała na poczekaniu Arianna, modląc się w duchu, by jej uwie-

rzyli. 

— Wiesz, co jest gorsze od brzydkiej baby? — spytał Brnie. 

— Głupia baba. Gonzo — rzekł do olbrzyma ostrzyżonego na 

jeża — przystaw temu chuderlakowi pukawkę do głowy. A ty, Al, kochasiowi tej kre-

tynki. 

Ku  przerażeniu  Arianny  mężczyźni  wykonali  polecenie.  Jerry  spocił  się  ze  strachu. 

Mark patrzył przed siebie ponurym wzrokiem. Arianna zaczęła drżeć. 

— A teraz się zabawimy w „ty-wybierasz-kto-dostanie” — powiedział Brnie. — Jeden 

z chłopców pociągnie za spust. Potem policzę do pięciu. Jeśli przez ten czas me powiesz mi, 

gdzie są dokumenty, to drugi zrobi to samo. Będzie niezła zabawa. 

— Nie odważycie się! — wybuchnęła Arianna. 

— Pozwolę ci wybrać — odparł. — Któ pierwszy, twój szef czy chłopak? 

— Arianno — jęknął Jerry — na litość boską! 

Jeśli ty nie wybierzesz — dodał — ja to zrobię. — Przeno 

sił spojrzenie zjednego mężczyzny na drugiego. 

- Arianno! - krzyknął Jerry. 

— Wszyscy  gotowi? — spytał  Brnie, uśmiechając się szeroko. — Pora sprawdzić, jak 

bardzo jej na was zależy. 

—  Dokumenty  są  w  tajnej  skrytce  w  Brooklynie.  Adres  jest  zapisany  na  kartce,  którą 

mam w torebce. 

—  Rozsądna  kobitka  —  pochwalił  Ernie.  —  Zobaczymy  jeszcze,  czy  prawdomówna. 

Carlo, przynieś jej torebkę. 

Arianna wyjęła karteczkę i podała Erniemu. Przyjrzał się jej uważnie. 

—  Doskonale.  —  Pogłaskał  ją  po  policzku  niczym  dobroduszny  dziadek.  —  Chłopcy 

— powiedział — pora się zbierać. 

Bandyci  schowali  już  broń,  gdy  drzwi  frontowe  otworzyły  się  z  hukiem  i  grupa  męż-

czyzn z pistoletami w dłoniach wpadła do pokoju. 

— FBI! — rozległo się. — Nie ruszać się! 

Agenci  federalni  błyskawicznie  złapali  Erniego  i  jego  ludzi,  popchnęli  ich  pod  ścianę, 

rozbroili i założyli im kajdanki. 

Arianna zerknęła na Marka. Był najwyraŸniej zdumiony. 

background image

— Arianno — powiedział Jerry. — Gdybyś im pozwoliła mnie zastrzelić, wylałbym cię 

z pracy, przysięgam, że bym cię wylał. 

— Przeszło mi przez myśl, żeby zająć twoje stanowisko 

— zażartowała. — Ale doszłam do wniosku, że lepiej będzie, jeśli mi w tym pomożesz. 

Jeden z agentów FBI podszedł do Marka. 

— Panie Lindsay — rzekł — znowu się spotykamy. 

—  Witam,  agencie  Murphy  —  odparł.  —  Przybyliście  w  samą  porę.  —  Zerknął  na 

Ariannę i puścił do niej oko. 

— Marku Lindsay — odezwała się — znowu mnie nabrałeś? 

Murphy podszedł do niej. 

— Panna Hamilton, jak się domyślam. 

Popatrzyła na niego wściekle spod przymrużonych po- wiek. 

— Więc pan jest z FBI; tak? 

— Tak, proszę pani. Hap Murphy z nowojorskiego Biura Federalnego. 

— I przypuszczam, że nie ma pan odznaki, agencie Murpy. 

— Owszem, mam. 

Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął kartę identyfikacyjną w skórzanej oprawce, 

którą rozłożył jednym ruchem. Arianna przyjrzała się dokładnie legitymacji. Widniało na niej 

nazwisko  Murphy”ego  i  pieczęć  Federalnego  Biura  Śledczego.  Potrząsnęła  z  niedowierza-

niem głową. 

— Jest pan prawdziwym agent? 

— Jak najprawdziwszym, panno Harnilton. 

Przycisnęła ręce do ust. 

— A ci faceci naprawdę są z mafii? 

Murphy popatrzył na zakutych w kajdanki mężczyzn, których pilnowali agenci. 

— To jest Ernie „Salami” Fapolli. Śledzimy go, odkąd Corsi zginął na lotnisku Kenne-

dy”ego. On obserwował pana Saltera, a my obserwowaliśmy-jego. Od dzisiejszego ranka za-

częliśmy się także kręcić wokół domu pana Lindsaya. Zrobiło się ciekawie, kiedy wszyscy tu 

się zjawili. 

— Mój Boże — rzeki Jerry. — Wlazłem jak w paszczę lwa. 

— Sądzę, że wszyscy tu przyszli z tego samego powodu 

— rzeki Murphy, patrząc na maszynopis rozrzucony po podłodze. — Domyślam się, że 

to jest książka Corsiego. 

Arianna i Jerry wymienili spojrzenia. 

background image

-  Będę  musiał  ją  zabrać  jako  dowód  rzeczowy  -  rzekł  Mur-  phy.  Gestem  wskazał  jed-

nemu z agentów, by pozbierał kartki. 

— Ale najpierw pozwoli nam pan zrobić fotokopie, prawda? — wtrącił się Jerry. 

— Obawiam się, że nie, panie Salter. 

— Ale cóż w tym złego? 

—  To  bardzo  delikatna  sprawa,  nie  wolnó  nam  niczego  zaniedbać.  Właściwie  muszę 

spytać, czy nie zrobiła pani żadnej kopii? 

Arianna westchnęła. 

— Owszem, jest na dyskietkach, które mam w torebce 

— Czy może mije pani oddać? 

Wyjęła dyskietki, na które przegrała w Montanie książkę, i wręczyła je agentowi Mur-

phy”emu. 

— Dziękuję — powiedzfał. — I jeszcze jedna ważna sprawa 

— dokumenty potwierdzające zarzuty Corsiego. 

Arianna podniosła z podłogi karteczkę, którą Ernie upuścił, gdy FBI wpadło do pokoju. 

Podała ją Murphy”emu. 

— Oddaję panu materiały, dzięki którym mogłam zrobić karierę. Mam nadzieję, że zda-

je pan sobie z tego sprawę — rzekła: 

— System prawny musi chronić nas wszystkich — odparł Murphy. 

— Czy nie możemy pójść na kompromis? My zajmiemy się książką, a wy śledztwem? 

— spytał Jerry. 

Murphy potrząsnął głową. 

— Obawiam się, że nie. Musimy ją zatrzymać, dopóki proces nie zostanie zakończony. 

— Wtedy już będzie za późno. 

— Przykro mi. A teraz, proszęmi wybaczyć. —Zwrócił się do swoich kolegów: — No 

dobra. Zabierzmy stąd tych facetów. 

Arianna,  Mark  i  Jeny  patrzyli,  jak  agenci  wyprowadzają  gangsterów  przed  dom.  Ma-

szynopis, dyskietki i adres tajnej skrytki zniknęły wraz z nimi. 

— No cóż — stwierdziła ze smutkiem Arianna — przynajmniej mieliśmy trochę zaba-

wy. 

— Przez chwilę myślałem, że pozwolisz, by zabito nas 

— rzekł Jerry, wręczając jej laptopa. Spojrzała na Marka. 

— Do pewnego momentu byłam pewna, że to wszystko 

ukartowałeś. 

background image

— Miałem zamiar wynająć bandę rosyjskich najemników do tej roboty,  ale prawdziwi 

gangsterzy mnie ubiegli. — Mark pocałował ją w czoło. 

— Dlaczego oddałaś dyskietki? — spytał niezadowolony Jerry. — FBI nigdy by się nie 

dowiedziało, że je masz. 

— Dopóki książka nie znalazłaby się na półkach księgarskich. 

— Mamy dobrych firawników. 

Spojrzała Markowi w oczy, myśląc o czekającym ich wieczorze. 

—  Może  jestem  zbyt  uczciwa,  Jerry  —  wyjaśniła.  —  Chyba  powinnam  trzymać  się 

gwiazd filmowych, polityków i pań z wyższych sfer. 

— Moglibyśmy o tym pogadać — odparł, spoglądając na zegarek, — Na razie nie po-

zostaje  mi  nic  innego,  jak  wrócić  do  domu  i  wypić  butelkę  whisky.  Zobaczymy  się  jutro  w 

biurze, Arianno? 

— Chcę wziąć parę dni wolnego, Jerry. 

— Jeden ci wystarczy. Dó zobaczenia we wtorek rano. 

—  Ruszył  w  stronę  drzwi.  —  Och,  miło  było  cię  spotkać,  Mark.  Podoba  mi  się  twój 

dom — dodał, po czym wyszedł. 

Arianna wzięła Marka za ręce. 

— Brak mi słów. Największe atrakcje w Disneylandzie nie mogą się równać z godziną 

spędzoną z tobą. 

Pogłaskał ją po policzku. 

— Jaką godzinę masz na myśli? 

Uśmiechnęła się i zarumieniła. 

— Nie masz przypadkiem łóżka na górze? 

— Nie, ale mam materac. 

— Wystarczy. 

— Do czego? 

— Do przesłuchania, któremu chcę cię poddać po kolacji. 

— Znasz wszystkie moje sekrety, kwiatuszku. Nie mam już żadnych. 

Popatrzyła mu w oczy. 

— Wiesz co? Cieszę się, że tak to się skończyło. 

— A to dlaczego? 

— Nie było mi pisane wzbudzić sensancji na rynku księgarskim. 

Mark wziął ją w ramiona. 

background image

—  Powiedz  mi  prawdę.  Gdybym  dał  ci  kopię  maszynopisu,  wzięłabyś  ją  bez  zastano-

wienia, prawda? 

— Ale mi nie dasz. Jedyna kopia znajdowała się na tych dyskietkach, które FBI zabrało. 

Mark potrząsnął głową. 

— Na pewno? A jak przepisałaś książkę na dyskietki? 

— No, z komputera, którymi dałeś w Montanie. 

— Właśnie. Z twardego dysku, prawda? 

— Zgadza się! — Otworzyła usta ze zdziwienia. —Zupełnie o tym zapomniałam! Jesz-

cze jedna kopia jest w komputerze, który został w podziemiach! 

— Bingo! 

— Jeśli nie zośtała skasowana. Poza tym, Consolidated może mi jej nie wydać. 

— To prawda. 

—  Ale  Alfa  jest  twoim  dłużnikiem,  prawda,  Mark?  Nie  mógłbyś  do  nich  zadzwonić  i 

poprosić, żeby jeszcze raz przegrali maszynopis na dyskietki i przysłali je nam do domu? 

—  Tylko  że  jest  pewien  problem  —  odparł.  —  Alfa  już  nie  jest  moim  dłużnikiem. W 

gruncie rzeczy, teraz ja mam wobec nich dług wdzięczności. 

Zmarszczyła brwi. 

— Co to oznacza? 

— Jeśli czegoś od nich chcę, to muszę się zgodzić na podjęcie się kolejnych misji. Kie-

dy będą mnie potrzebowali, nie będę mógł odmówić. 

— Innymi słowy, którejś nocy, gdy będziemy w łóżku, zadzwoni telefon i będziesz mu-

siał pobiec na tajne rendez 

-yous z jakąś atrakcyjną blondyną, która okaże się szwedzką agentką. 

— Właśnie. 

—  A  ponieważ  będziesz  zobowiązany  do  zachowania  tajemnicy,  nigdy  nie  będę  wie-

działa, co jest prawdą, a co fikcją, kiedy jesteś wobec mnie szczery, a kiedy kłamiesz dla do-

bra kraju. 

— Obawiam się. że tak. 

Arianna przygryzła wargę. 

-. To tak, jakbym musiała zdecydować, które dziecko oddać na pożarcie wilkowi. 

— ¯ ycie jest skomplikowane — powiedział. — Ceną sławy jest wieczna niepewność. 

Pogłaskał ją po policzku. 

background image

— Więc, na co się decydujesz, Arianno? — spytał. — Czy mam zadzwonić do George” 

a  Almquista  i  poprosić,  by  mi  przysłał  dyskietki  z  kopią  maszynopisu  Corsiego,  czy  chcesz 

wiedzieć, gdzie naprawdę spędzam każdą noc? 

Zmrużyła oczy. 

— Mark, zaimponowałeś mi, ale stwierdzam, że drań z ciebie. 

Roześmiał się. 

— Zawsze możesz wybrać... jak powiedział Emie. 

Potrząsnęła głową. 

— Dobrze się bawisz, prawda? 

— Daj spokój, po prostu jestem ciekaw, na co się zdecydujesz. 

Arianna spojrzała na niego chytrze. 

— Później ci powiem. Jak zjem kolację i wypróbuję ten materac. 

— To brzmi jak szantaż. 

— Chyba się nie boisz. 

Mark uśmiechnął się kwaśno. 

— Już itak wiem, co zrobisz, Arianno. 

— Naprawdę? 

— James Bond nigdy się nie myli, prawda? 

— James Bond nigdy nie zadowala się jedną kobietą. 

Ujął jej twarz w dłonie. 

— To prawda, ale James Bonci nie zna ciebie. 

Koniec książki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image