background image

 
 
 
 

LEANDRA LOGAN 

 

NIKT NIE POWINIEN BY

Ć 

SAM 

background image

PROLOG 
 - Jestem woln

ą kobietą, Danny! - wykrzyknęła z ulgą Joy Jones. - 

Już po wszystkim! 

Bardzo si

ę myliła. 

Detektyw Dan Burke  -  ciemna, pot

ężna  postać  w  zimowym 

płaszczu  z  postawionym  kołnierzem  -  stał  nieruchomo  pośrodku 

pokoju śródmiejskiego hotelu St. Paul, w którym mieszkali w czasie 

procesu.  Tego  ranka  spakowali  już  walizki,  przewidując  werdykt 

„winny". Teraz, kiedy zmierzch ogarnął miasto, detektyw nie był już 

taki pewien, czy los okaże się łaskawy dla Joy. 

Jeszcze raz przebiega

ł  w  myśli  własne  wyjaśnienia  - 

wyczerpujące, odwołujące się do odczuć, które powinny pojawić się w 

sposób  naturalny.  Koledzy  z  policji  zdążyli  już  przywyknąć  do  jego 

nieodgadnionej  miny  i  śmiertelnie  poważnego,  formalnego  stosunku 

do spraw, nie tylko służbowych. Z tego względu w wydziale zarobił 

sobie  na  przydomek  Burke  Paragraf.  Jedynie  Joy  nie  chciała 

zaakceptować maski nieprzeniknionego twardziela, którą nosił. 

Dan nadal nie m

ógł uwierzyć, że Joy znalazła sekretną furtkę do 

jego 

duszy i miała śmiałość bez przerwy jej używać. W czasie ośmiu 

tygodni,  które  spędzili  razem  w  zamknięciu  -  najpierw w specjalnie 

zabezpieczonym domu należącym do wydziału, a potem w hotelu - ta 

kobieta z lubością wyzwalała starannie skrywaną, radosną stronę jego 

osobowości. Rutynowa czynność ochrony świadka stała się dla niego 

przyjemnością, a sprawianie radości Joy - niemal obsesją. A teraz to 

wszystko miało się skończyć... Życie nie znało litości. 

 - Wolna, wolna jak ptak... - zanuci

ła radośnie Joy. 

Wirowa

ła  po  pokoju,  w  tańcu  zdzierając  z  siebie  skromny 

kostium urzędniczki, który nosiła na rozprawach, by podkreślić swoją 

wiarygodność  jako  świadka.  A  była  typem  jasnowłosej  nimfy, 

kształtnej  i  drobnej,  żywej  jak  beztroski  duszek,  który  za  nic  miał 
sztywne 

zasady Dana. I teraz rozkosznym gestem ciskała do kosza na 

śmieci części swego przebrania. 

Joy by

ła najbardziej pociągającą istotą, jaką Dan spotkał w ciągu 

trzydziestu lat swego życia. 

Teraz przysz

ła  kolej  na  biustonosz.  Zacisnął  powieki,  mając 

płonną nadzieję, że uspokoi rozedrgane nerwy. 

Uwaga, niebezpieczne zakr

ęty... Znał już tę drogę na pamięć. Ta 

kobieta  była  pokusą,  pierwszy  i  ostatni  raz  sprzeniewierzył  się 

background image

służbowym  obowiązkom.  Ochroniarz  nie  miał  prawa  do  rozkoszy. 

Jednak  Dan  nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  się  oprzeć  tej  kobiecie. 

Od początku był skazany. Rzucając się z głową w ten gorący romans, 

napawał się zakazaną radością - jakby wreszcie spełnił dawne, skryte 
mar

zenia  młodości,  by  ukraść  super  sportowy wóz  i  przejechać  się 

nim, dociskając gaz do dechy. 

Czy jednak na ko

ńcu tej drogi groziła mu katastrofa? 

Ka

żdy  mieszkaniec  Minnesoty,  który  oglądał  telewizję  albo 

czytał gazety, znał Joy Jones jako Kodak Comic, głównego świadka 

oskarżenia  w  procesie  Jerome'a  Berkleya  o  morderstwo.  Berkley, 
porucz

nik policji z St. Paul, zeznał, że nie było go w mieście, kiedy 

jego żona została bestialsko zamordowana. Twierdził, że w tym czasie 

przebywał  w  Laff  Trak  Comedy  Club,  oglądając  spektakl  w  loży 

właściciela klubu Theo Nelsona. 

Tymczasem jedna z gwiazdek tej  estrady, Joy, podwa

żyła  alibi 

Jerome'a  Berkleya.  Fenomenalna  fotograficzna  pamięć,  a  także 

skromny i prosty kostiumik sprawiły, że stała się jednym z najbardziej 

wiarygodnych  świadków.  Zaledwie  przed  kilkoma  godzinami 

porucznik został skazany za zamordowanie swojej żony. 

Danowi zaimponowa

ła ogromnie odwaga Joy, ryzykującej życie, 

by  mogła  zatriumfować  sprawiedliwość.  Sprawa  należała  do 

wyjątkowo  śliskich  i  ocierała  się  o  płynną  granicę,  jaka  dzieli 

służbową i przyjacielską lojalność od przestępstwa i zdrady. Bowiem 

Berkley pracował w tym samym wydziale co Dan, a Theo Nelson był 
starym kumplem Joy. 

Dlatego Joy by

ła wstrząśnięta, kiedy okazało się, że Laff Trak był 

przykrywką  dla  lewych  interesów  i  służył  do  prania  brudnych 

pieniędzy.  Dan  za  wszelką  cenę  chciał  uchronić  ją  przed  przykrymi 

przeżyciami,  ale  policjant  musi  być  realistą.  Wiedział,  że  będzie 

musiał przerwać pieśń wolności Joy - bo wcale jej nie odzyskała. 

Joy w

łączyła  radio  i  dźwięki  kolędy  wypełniły  bezosobowy 

hotelowy  pokój,  zmieniając  go  w  zaciszne  gniazdko.  Wyglądała  tak 

radośnie,  tak  pięknie,  gdy  kołysała  się  wdzięcznie  przy  muzyce  w 

delikatnej  koronkowej  bieliźnie.  Jasne  włosy  spływały  gęstą  lśniącą 

falą na nagie ramiona. 

Pami

ętał  ciemne  ponure  noce  w  twierdzy,  w  jaką  zmienił  się 

pilnie strzeżony dom, kiedy drżała jak wystraszone dziecko, dzielnie 

zmagając się z depresją, tak często towarzyszącą izolacji. Wystarczył 

background image

szelest gałęzi o mur czy dalekie szczeknięcie psa, by oboje wzdrygali 

się, nasłuchując czujnie. A jednak potrafiła zachować tę uroczą wesołą 

spontaniczność,  rozpraszającą  mroczne  myśli  Dana  jak  jasny  ciepły 

blask  słońca.  Coraz  chętniej  pozwalał  się  wciągać  w  kuszącą  grę 

uwodzenia,  choć  zdawał  sobie  sprawę,  że  oboje  zachowują  się  jak 

para  dzieciaków,  która  wreszcie  może  spełnić  zakazane marzenia. 

Gdy  odosobnienie  i  lęk  już  nieznośnie  im  dokuczały,  obiecał,  że  po 

procesie urządzi jej spokojne miłe święta w swoim domu. Ogromnie 

zapaliła  się  do  tego  pomysłu  i  odtąd  snucie  marzeń  o  Bożym 

Narodzeniu  we  dwoje  stało  się  dla  niej  lekarstwem  na  wszystkie 

trudne  chwile.  A  Dan  kłamał,  opisując  coraz  to  wspanialsze 

szczegóły. 

 -  Joy, nie podchod

ź  do  okna!  Ostry  rozkaz  zatrzymał  ją  w 

połowie obrotu, z ręką na zasłonie. 

 - Nie przesadzaj, przecie

ż jesteśmy na piętnastym piętrze. Nikt z 

przeciwka nie b

ędzie mnie podglądał, chyba żeby miał teleskop. 

Albo lunet

ę na lufie snajperskiej broni... 

Pos

łuchała jednak, choć niechętnie. Dan odetchnął, gdy miękkim 

krokiem podeszła ku niemu. 

 - Lepiej po

łóż się na łóżku - powiedział cicho. 

 -  Jak zwykle nami

ętność  pod  maską  służbisty  -  zaśmiała  się 

zmysłowo  i  otoczyła  mu  szyję  ramionami,  stając  na  palcach  na 

czubkach jego butów. Była tak wzruszająco drobna. 

Pochyli

ł się i zaczął całować ją z pasją i pożądaniem. Język Joy 

był  jak  płomień  w  jego  ustach.  Dan  był  podniecony do granic 

wytrzymałości. Dotąd nie reagował tak gwałtownie na żadną kobietę. 

Joy zaj

ęła  się  teraz  jego  ubraniem.  Płaszcz  opadł  ciężko  na 

ziemię, a za nim marynarka. Smukłe palce błyskawicznie uporały się z 
krawatem i guzikami koszuli, potem z paskiem. 

Spodnie  opadły  na 

buty,  a  ręce  kobiety  drażniąco  powolnym  ruchem  przesunęły  się  po 

udach mężczyzny. 

Krew t

ętniła  Danowi  w  żyłach,  podbrzusze  paliło  pożądaniem. 

Jednak  wewnętrzny  głos,  tak  często  tłumiony  przez  tę  szaloną 

uwodzicielkę, ostrzegał go, żeby nie ulegał. Przywołując resztki woli, 

chwycił Joy za przeguby i delikatnie pchnął na łóżko. 

 - Musimy porozmawia

ć, kochanie. 

 - Ale po... 

background image

 -  Teraz. Ci

ężki  oddech  unosił  pierś  Dana,  kiedy  przycisnął  jej 

palce do gor

ącej  skóry.  Były  takie  małe.  Cała  Joy  była  taka  mała. 

Gdyby tak mógł włożyć ją do kieszeni i przechować bezpiecznie aż do 

następnych świąt... 

 - Przecie

ż już koniec z niebezpieczeństwem, tak? - Miękki, niski 

głos i spojrzenie zielonych oczu były pełne obawy. 

 -  Nie ca

łkiem - rzekł łagodnie. - A w każdym razie niezupełnie 

tak, jak planowaliśmy. 

 -  Ale obieca

łeś!  -  Odskoczyła  od  niego  z  wściekłością, 

wyszarpując  dłonie.  -  Współpracowałam  i  zeznawałam,  więc  teraz 

powinnam być wolna! 

 -  Joy, prosz

ę, posłuchaj - powiedział bardzo poważnie. Mierząc 

go lod

owatym  spojrzeniem,  odsunęła  się  w  kąt  pokoju.  -  Ława 

przysięgłych  bez  zastrzeżeń  dała  wiarę  twoim  zeznaniom  i  uznała 

Jerome'a Berkleya winnym. Do tego czasu pewne kręgi nie brały cię 

zbyt poważnie, ale teraz sytuacja się zmieniła. 

S

łuchała w napięciu. Zobaczył, że dolna warga zaczyna jej drżeć. 

 - Dlaczego tak my

ślisz? 

 -  Pami

ętasz,  odebrałem  telefon  tam,  w  sądzie.  Dzwonił  mój 

informator, który... 

 -  Chcia

łeś  powiedzieć:  płatny  kapuś  -  prychnęła  z  pogardą, 

wyraźnie odzyskując rezon. 

 -  Informator  -  powtórz

ył  z  naciskiem,  zakładając  koszulę.  - 

Człowiek, który często przekazuje mi istotne wiadomości. 

Joy by

ła zdegustowana. 

 -  Zwyk

ły  donosiciel,  który  za  parę  dolarów  podsłuchiwałby 

własną matkę - oświadczyła, krzyżując ręce na piersi. - Gnida, która 
stale potr

zebuje  kasy,  bo  szwenda  się  po  barach  od  St.  Paul  do 

Minneapolis.  Po  sześciu  latach  pracy  w  nocnych  klubach  w  Twin 

Cities, mój drogi, wie się co nieco. 

Dan wzi

ął głęboki oddech. 

 -  Jak mo

żesz  go  osądzać,  kiedy  nawet  nie  chcesz  wiedzieć,  co 

miał mi do powiedzenia? 

 -  Nie chc

ę,  bo  to  było  o  mnie!  -  wykrzyknęła  łamiącym  się 

głosem.  -  Nie  chcę,  ponieważ  mam  już  dosyć  kłopotów  -  dodała, 

odwracając się do niego plecami. 

Chwyci

ł ją za ramiona i przygarnął. 

background image

 -  Wiem, ile przesz

łaś, kochanie - wyszeptał chrapliwie, gładząc 

jej  głowę,  wtuloną  w  białą  koszulę.  -  Klęska  Theo  i  wszystkie  te 
sprawy... 

Kiedy Joy po raz pierwszy pojawi

ła  się  na  posterunku  policji  i 

opowiedziała Danowi historię o Berkleyu, nie zdawała sobie sprawy, 
jak bardzo tym zaszkodzi Theo Nelsonowi, szefowi i przyjacielowi 

zarazem.  Wiedziała  oczywiście,  że  Theo  nie  jest  niewiniątkiem,  ale 

nie przypuszczała, że w klubie Laff Trak, w którym pracowała, pierze 

się brudne pieniądze. Chociaż to Jerome Berkley był mózgiem, udział 

Theo  w  tym  oszukańczym  procederze  był  znaczny  i  wstrząsnął  Joy. 

Wobec jej świadectwa Nelson zręcznie wycofał poprzednie zeznanie o 

obecności Berkleya w klubie w noc morderstwa. W rezultacie obronie 

udało się wywalczyć dla niego łagodny, tylko dwuletni wyrok. 

Joy westchn

ęła i uniosła na niego spojrzenie. 

 - Chyba jestem gotowa. Miejmy to ju

ż za sobą. 

 -  Wed

ług  mojego  informatora  jeszcze  kilku  skorumpowanych 

policjantów kręci się po Twin Cities. Takich, którzy uważają, że nadal 

im zagrażasz. 

Niepewnie przest

ąpiła z nogi na nogę na miękkim dywanie. 

 -  Ale dlaczego? Przecie

ż  powiedziałam  sądowi  wszystko,  co 

wiem. 

 - Oni obawiaj

ą się twojej fotograficznej pamięci. Uważają, że w 

każdej chwili może w niej coś zaskoczyć i nagle przypomnisz sobie, 

że  widziałaś  ich  w  klubie,  co  automatycznie  rzuciłoby na nich 
podejrzenia. 

 -  To, 

że  zapamiętałam  porucznika  Berkleya  siedzącego  w 

prywatnej loży Theo w wieczór morderstwa, a potem opuszczającego 

ją,  nie  znaczy  jeszcze,  że  mogłabym  równie  dokładnie  odtworzyć 

okoliczności każdego z przedstawień! - żachnęła się. 

 -  Wiem, Joy  -  Dan delikatnie uj

ął  jej  podbródek  i  pogładził 

opuszkami palców gładką skórę - ale zauważyłaś też, z kim rozmawiał 
wtedy Berkley, a nawet moment przekazania koperty wypchanej 

pieniędzmi  w  tygodniu  poprzedzającym  przestępstwo.  Była  to  z 

pewnością łapówka dla Nelsona za stworzenie Berkleyowi fałszywego 
alibi. 

 - Dobrze, tylko koperty nigdy nie odkryto! A Theo zaprzecza, 

że 

otrzymał choćby jednego centa. 

background image

 - Ale nie zmienia to faktu, 

że twój talent został doceniony przez 

kilku wspólników Berkleya, którzy nadal 

pozostają na wolności. 

 -  Zapami

ętuję  tylko  rzeczy,  na  które  zwracam  uwagę  - 

usprawiedliwiała się z rozpaczą Joy. - Zauważyłam tego policjanta, bo 

był  bardzo  przystojny.  A  noc,  w  czasie  której  zamordowano  jego 

żonę,  zapadła  mi  w  pamięć  tylko  dlatego,  że  Theo  przyprowadził 

jakieś namolne panienki, które się do niego kleiły. Słuchaj - zacisnęła 
palce na jego przegubie  - 

czy  nie  mógłbyś  rozpuścić  przez  tego 

swojego  informatora  wiadomości,  że  już  nic  nie  pamiętam,  że  chcę 

zapomnieć o tym wszystkim jak najszybciej i żyć normalnie? 

 - Bardzo bym chcia

ł, Joy, ale to nie jest takie proste. I dobrzy, i 

źli chłopcy noszą te same mundury. Nie wiem, komu teraz mogę ufać 
w naszym wydziale. 

 - Co chcesz przez to powiedzie

ć? 

 - 

Że nadal będziesz potrzebowała ochrony. 

 -  Ukryj

ę  się  w  suterenie  twojego  wspaniałego  starego  domu  - 

zaproponowała, w odruchu paniki. - I zrobimy sobie te nasze cudowne 

święta, które mi obiecałeś. 

 -  Nie, Joy. Rozmawia

łem  już  na  ten  temat  z  federalnymi.  Nie 

mieli zastrzeżeń, ponieważ pranie brudnych pieniędzy to przecież ich 

działka. 

Joy zesztywnia

ła w jego ramionach. 

 - Czy m

ówisz o tym, czego się domyślam? 

 - Tak, o federalnym programie ochrony 

świadków. Wierz mi, nie 

ma innego sposobu zapewnienia ci bezpieczeństwa. 

 - Mam ju

ż dosyć, z tylu rzeczy musiałam zrezygnować! 

 - Ale mo

żesz być z siebie dumna. 

 -  Daj spok

ój,  gdybym  wiedziała,  że  spełnienie  obywatelskiego 

obowiązku  będzie  mnie  tyle  kosztować,  nigdy  nie  zdecydowałabym 

się na zeznania - powiedziała płaczliwie. - Straciłam przyjaźń Theo i 

pracę,  a  także  zaufanie  ludzi  z  klubu  i  popularność  u  publiczności. 

Niektórzy  myślą,  że specjalnie wymyśliłam tę scenę z kopertą, żeby 

dodać sobie ważności. A ja przecież nigdy nie skrzywdziłabym Theo, 

kłamiąc w ten sposób! 

Dan skrzywi

ł  się  nieznacznie.  Zupełnie  nie  podzielał  jej 

sentymentu dla Nelsona. Tylko taki drań jak on potrafiłby wziąć Joy 

jako zakładniczkę, kiedy policja otoczyła Laff Trak. Ten kretyn, który 

nigdy nie nauczył się dobrze prowadzić, w szale porwał ją do jej wozu 

background image

i z pist

oletem  w  jednej  ręce,  a  figurką  świętego  Krzysztofa,  patrona 

kierowców,  w  drugiej,  wystartował  do  szaleńczej  ucieczki  przed 
radiowozami. 

 -  Przyszed

ł  czas  pożegnania,  co,  gliniarzu?  Ironia  pytania 

rozpłynęła  się  we  łzach.  Czyżby  liczyła,  że  się  z  nią  zwiąże? Nie, 

niemożliwe, po prostu zareagowała zbyt emocjonalnie, tak jak zwykle. 

Ale  przecież  nie  brakuje  jej  inteligencji  i  na  pewno  będzie  umiała 

trzeźwo ocenić swoje uczucia. Zresztą, cokolwiek by mówić, zupełnie 

do siebie nie pasują. Ona - żywiołowa, spontaniczna, prowadzi nocne 

życie,  ożywia  się  wieczorem  i  odsypia  do  południa,  i  on  - 

pedantyczny, opanowany, pracuje od świtu na dyżurze, a wieczór jest 
dla niego 

najlepszą porą na domowy relaks. 

Dobrze, by

ł  jeszcze  cudowny  seks.  Ale  na  jak  długo  może 

wystarc

zyć? 

 -  Joy, teraz wiem o tobie wszystko i b

ędę  wiedział,  jak  cię 

znaleźć.  Pojawię  się  na  pewno,  ale  sama  rozumiesz,  że  muszę 

dokończyć tę sprawę. 

 - Zd

ążysz przed świętami? 

 - W pi

ęć dni? To cholernie mało czasu! 

 - Przecie

ż obiecałeś, a ja ci zaufałam. 

 -  Joy, sam fakt, 

że jeszcze żyjesz, świadczy, że chyba znam się 

na tym, co robię - powiedział z urazą. 

 - Mam wra

żenie, że w ogóle nie żyję, bo zabrano mi wolność. 

 - Obiecuj

ę ci, że niedługo ją odzyskasz. Joy zacisnęła pięści. 

 - Jak 

śmiesz składać mi kolejne kłamliwe obietnice! Jak śmiesz! - 

wybuchnęła. 

Dan zd

ążył  chwycić  ją  za  przeguby,  zanim  drobne  piąstki 

wylądowały na jego piersi. Wtedy zadzwonił telefon. Jednym ruchem 

pchnął ją na łóżko. 

 - Sied

ź cicho - powiedział. - To może być jeden z tych, o których 

mówiłem. - Sięgnął po telefon. Odęte usta Joy pozostawały na razie 

zamknięte. 

 -  A, to ty.  -  S

łuchał  przez  dłuższą  chwilę,  przytakując 

kilkakrotnie. - 

Tak, tak, wspaniale. Tak, za pięć minut. 

 - Jeszcze nie s

łyszałam, żebyś tyle razy mówił „tak" w ciągu paru 

minut - 

zakpiła, wyciągając się z pogardliwą miną na łóżku. 

 - No to us

łyszałaś - burknął, zły, że tak go traktuje. Ciekawe, czy 

spróbowałaby  to  robić,  gdyby  pilnował  jej  jakiś  tępy  mięśniak.  - 

background image

Wychodzę na chwilę. Tylko się stąd nie ruszaj i nie podchodź do okna 

ostrzegł, sięgając po płaszcz. - I ubierz się - rzucił od drzwi. 

 - Danny? - zawo

łała za nim, nagle złagodniałym głosem. 

Ścisnął klamkę, aż zbielały mu palce. 
 - Tak, kochanie? - zapyta

ł ze ściśniętym gardłem. 

 - Co b

ędzie z naszym Bożym Narodzeniem? Powiedz prawdę. 

Usi

łowała  go  zatrzymać.  Była  jak  dziecko,  bo  tylko  dzieci 

przywiązują  taką  wagę  do  świąt.  Ale,  do  licha,  przecież  ma 

dwadzieścia pięć lat! Rzucił jej ostatnie, zniecierpliwione spojrzenie. 

 -  Teraz liczy si

ę  tylko  twoje  bezpieczeństwo,  Joy.  Dla  niego 

można chyba odżałować jedne święta. 

 -  Wiesz, kim jeste

ś,  Danie  Burke?  Cynicznym  łajdakiem! 

Zabawiałeś  się  ze  mną,  kiedy  była  okazja,  a  teraz  mnie  odrzucasz, 

jakbym była panienką na godziny! 

Dan nie by

ł w stanie spojrzeć Joy w oczy. 

 - Je

śli dbasz o swoje życie tak samo jak ja, zachowuj się wreszcie 

poważnie  i  rób,  co  ci  każę  -  rzucił  oficjalnym  tonem,  zamykając 

drzwi.  I  nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  mogłaby  go  nie 

posłuchać. Dlatego kiedy wróciwszy, zastał w pokoju tylko kartkę od 

niej, poczuł się jak skończony dureń. Przesłanie było krótkie: nie jest 

w  stanie  poświęcić  swojej  tożsamości  za  obietnicę  bezpieczeństwa  - 

dlatego musi być wolna, żeby żyć. 

Przeszuka

ł  pokój,  licząc,  że  znajdzie  coś,  co  podsunęłoby  mu 

wskazówkę  -  kartkę  z  notatką  albo  chociaż  książkę  telefoniczną 

otwartą na jakiejś stronie. 

Nie znalaz

ł  nic,  poza  drobnymi  monetami,  starą  bawełnianą 

koszulką i opakowaniami po hamburgerach. Potem przez całą noc na 

próżno szukał jej po Twin Cities, po wszystkich dworcach i hotelach - 

aż wreszcie zrozumiał, że odeszła i zabrała ze sobą coś jeszcze: jego 

serce. A właściwie kradła je już wcześniej, kawałek po kawałku, tak 

zręcznie, że nawet tego nie zauważył. 

background image

ROZDZIA

Ł 1 

Joy Jones, alias  Faye Fairway zamar

ła w pół kroku na chodniku 

koło  Tropical  Arms  Apartments  w  Orlando,  budynku,  w  którym 

wynajmowała mieszkanie. Niepowstrzymane fale emocji, potężne jak 

grzywacze  Atlantyku  bijące  w  pobliską  plażę,  burzyły  mur 

samozadowolenia, którym starała się odgrodzić od przeszłości. Minął 

już  prawie  rok,  odkąd  po  raz  ostatni  słyszała  z  cudzych  ust  swoje 

prawdziwe  imię  i  nazwisko.  Jak  bardzo  poruszyło  ją  to  imię, 

wymówione przez jowialnego właściciela domu, Henry Sheldona. 

Joy... ( Joy - ang. rado

ść (przyp. wydawcy))... Ta chwila była tak 

miła,  że  chciałaby  ją  zatrzymać.  Nie  poszła  dalej.  Stała  patrząc,  jak 

Henry  ustawia  dużego,  mechanicznego  Mikołaja  na  trawiastym 

placyku  przed  wejściem  do  trzypiętrowego  mieszkalnego  budynku z 

cegły.  Poły  czerwonego  kubraczka  były  rozchylone,  ukazując  sploty 
kolo

rowych  przewodów,  którymi  z  powodzeniem  można  by 

udekorować świąteczne drzewko. 

Stary mi

ły  gaduła  w  wypchanych  na  kolanach  roboczych 

spodniach pochyla

ł  swoją  okrągłą  postać  nad  elektrycznymi 

wnętrznościami  Mikołaja  i  grzebał  w  nich  śrubokrętem.  Czerstwą 
tw

arz zdobił szeroki uśmiech. 

 - W

łaśnie sobie mówiłem: „Radość temu światu", jak w kolędzie. 

Dlaczego mia

łaby  zmarnować  jeden  z  nielicznych  momentów 

czystego  szczęścia  w  tym  swoim  zwariowanym  życiu?  Czemu  nie 

mogłaby  choć  na  chwilę  uwierzyć,  że  ten  miły  człowiek  naprawdę 

zawołał  ją  po  imieniu?  Ciężka,  wypchana  torba  z  warzywami  nagle 

stała się lekka jak piórko, kiedy na ułamek sekundy poczuła się dawną 

Joy  Jones.  Nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo  było  jej  to 

potrzebne. Jak cenny okazał się moment, w którym przestała być Faye 

Fairway,  kelnerką,  zatrudnioną  na  pół  etatu  w  kafejce  na  sąsiedniej 

ulicy. Wróciła Joy Jones, aktorka estradowa z Minnesoty, którą ludzie 

uwielbiali  za  wrażliwość  i  cięty  dowcip  i  której  występy 

doprowadzały ich to do śmiechu przez łzy, to do płaczu ze śmiechu. 

Ju

ż  dwunasty  miesiąc  była  w  ciągłej  podróży,  zmieniając 

osobowości  tak  często  jak  inne  kobiety  szminki.  W  ucieczce  przed 

nieznanymi wrogami i własnym złamanym sercem odgrywała dalszy 

ciąg scenicznych wcieleń. Role sprawdzały się w życiu tak samo jak 

w  światłach  sceny  -  wszystkie dopracowane do najdrobniejszych 

szczegółów, przedstawiające pełnokrwiste kobiece postacie. Mimo to 

background image

zawsze Joy od jej kreacji dzieliła niewidzialna, cienka linia. Choć w 

każdej  chwili  wcielała  się  w  nie z przekonaniem, potrzebowała 

świadomości, że w głębi duszy jest kimś innym. 

 -  Podejd

ź  tu,  Faye,  i  powiedz,  czy  ci  się  podoba!  -  zawołał 

Henry, radośnie machając do niej ręką. 

Faye Fairway 

świetnie  wpasowała  się  w  społeczność  Tropical 

Arms Apartments. M

iała  swój  pierwowzór  w  postaci  wymyślonej 

przez Joy przed procesem Berkleya  -  ambitnej, bystrej kelnerki z 

włosami koloru meksykańskiej ostrej papryki i krągłymi biodrami, na 

których  potrafiła  wdzięcznie  opierać  tacę  z  domowym  obiadkiem  i 
zestawem przypraw

.  Zresztą  wybór  profesji  był  koniecznością,  gdyż 

Joy,  nadszarpnąwszy  poważnie  swoje  oszczędności,  potrzebowała 

dopływu gotówki. A trzeba przyznać, że nie narzekała na brak sutych 
napiwków. Inne wcielenia  - 

takie  jak  zbuntowana  księżniczka  z 

mitycznego kraju Dubinspan czy postrzelona blondynka, specjalistka 

od  reklamy,  nie  zawsze  dawały  szansę  zaczepienia  się.  Natomiast 

zajęcie kelnerki było pewniakiem, dlatego już trzeci raz Joy wcielała 

się w postać Faye. 

Wci

ągnęła głęboki, orzeźwiający haust oceanicznego powietrza i 

ruszyła przez trawnik, nieznacznym ruchem poprawiając rudą perukę 

niemiłosiernie grzejącą w głowę. 

 -  No, i co my

ślisz  o  moim  plastykowym  kumplu?  -  Henry 

Sheldon ściągnął ze spoconego czoła sfatygowany rybacki kapelusik i 

otarł je wierzchem dłoni. 

Joy wiedzia

ła doskonale, że z niepokojem czeka na jej aprobatę. 

Uśmiechnęła się do prawie trzymetrowego robota o poczciwej twarzy 

i  policzkach  czerwonych  jak  jabłuszka,  który  stanął  wciśnięty 

pomiędzy dwa osypane kwieciem krzaczki. 

 -  Jest wspania

ły!  I  tak  szybko  go  ustawiłeś,  zanim  zdążyłam 

wrócić ze sklepu. 

 - Ano... - Rozpromieni

ł się, opierając ręce na biodrach. - M o j a 

pani b

ędzie  zadowolona,  kiedy  jutro  Wróci z wyprawy do Tampy. 

Każdego  roku  narzekam,  że  za  dużo  jest  kłopotu  z  ustawianiem 
stareg

o Miko, a ona każdego roku podpuszcza dzieciaki z ulicy, żeby 

mnie o niego prosiły. I oczywiście zawsze daję się nabrać. 

 -  S

łyszałam,  że  sam  jesteś  niezłym  Świętym  Mikołajem  na 

wigilijnej kolacji w Tropical Arms. 

 - Fakt, ca

łkiem dobrze się bawię każdego roku - przyznał. 

background image

 - Uwielbiam karnawa

ł - rozmarzyła się Joy. 

 -  A ja uwielbiam  doprowadza

ć  moją  panią  do  zazdrości  - 

powiedział, mrużąc oko. 

 -  Poczucie humoru to warunek dobrych zwi

ązków  -  zauważyła 

Joy. 

Henry spojrza

ł na nią z uważną życzliwością. 

 -  A

ż  trudno  uwierzyć,  że  jeszcze  nie  wpadłaś  w  oko  jakiemuś 

przystojniakowi. 

Joy wzruszy

ła  ramionami,  a  zdradzieckie  wspomnienia  o  Danie 

Burke  zawirowały  jej  w  głowie.  Jej  uda  przeniknął  mimowolny 

dreszcz. T e n żałosny, trwający już rok dobrowolny celibat! 

 - Wiesz, zbyt cz

ęsto przenoszę się z miejsca na miejsce, by się z 

kimś wiązać - mruknęła, wiercąc czubkiem tenisówki w żwirze alejki. 

 - W takim razie jestem dumny, 

że zatrzymałaś się u nas na dłużej 

zapewnił ją szczerze Henry. - Nie  mówiąc już o tym, że ja i  moja 

pani będziemy ci dozgonnie wdzięczni za pożyczenie samochodu na 

wyprawę do siostry. Wrzucanie biegów w naszej terenówce wykańcza 

ją,  zwłaszcza  przy  dłuższych  jazdach.  Twój  plymouth  okazał  się 
wybawieniem. 

Joy u

śmiechnęła  się  skromnie,  choć  te  ciepłe  słowa  zrobiły  jej 

ogromną przyjemność. 

 - Ciesz

ę się, że mogłam pomóc. 

 - Tak

ą właśnie masz naturę, dziewczyno, czystą i prostą. Aż się 

prosi,  żeby  pojawił  się  jakiś  młody  człowiek,  który  doceniłby  twoje 

zalety. Przecież możesz poskładać swoje złamane serce. 

 - A wi

ęc zauważyłeś? - Zaczerwieniła się. 

 -  Jasne, trudno nie zauwa

żyć.  Cholera,  pomyślała,  a  jednak  źle 

grałam! 

 -  Przecie

ż  widzę,  że  nawet  nadchodzące  święta  cię  nie  cieszą - 

dodał z troską. 

 -  Wiesz, je

śli mam być szczera, to zawsze uważałam, że święta 

powiększają tylko samotność tych, którzy są samotni. 

 -  Ale ty nie jeste

ś samotną, Faye!  Masz przyjaciół tu, u nas, w 

Tropical  Arms.  Jesteśmy  jak  wielka  rodzina  i  jedna  potrzebująca 

dusza więcej nie zrobi nam różnicy. 

Joy s

łuchała z zadowoleniem, nie zauważywszy chytrego tonu w 

jego  głosie.  Bardzo  liczyła  na  świąteczną  gościnność  tych  ludzi. 

Będzie  to  skromne  Boże  Narodzenie,  nieporównywalne  do 

background image

wytęsknionych świąt z Danem w jego rodzinnym domu w St. Paul, ale 
wszystko by

ło  lepsze  niż  samotność.  Postanowiła,  że  jeśli  Dan  nie 

odpowie  na  kartkę,  którą  niedawno  mu  wysłała,  podając  aktualny 

adres, zostanie tutaj na dłużej. 

Dyskretnie podrapa

ła  się  pod  peruką.  Miłe,  domowe  Boże 

Narodzenie w czterdziestostopniowym upale! Na 

co  ci  przyszło, 

śnieżny króliczku z Minnesoty... 

Tymczasem Henry kl

ęknął  przed  Mikołajem  i  wpakował  głowę 

do  otwartego  brzucha,  celując  śrubokrętem  w  elektryczne 

wnętrzności. Za chwilę wystawił rękę, dając Joy rozpaczliwe znaki, że 
potrzebuje kombinerek. S

zybko  odstawiła  zakupy  i  ruszyła  mu  na 

pomoc. 

 - Przytrzymaj go teraz - zadudni

ł głos Henry'ego. - To precyzyjna 

robota, dziewczyno. 

Joy stan

ęła  za  plecami  kukły  i  objęła  ją  w  pasie.  Białe  futerko 

kaptura łaskotało ją w nos. Może Dan odpowie... Jeszcze jest czas. Do 

świąt zostało sześć dni. 

 -  Ju

ż  wiem,  przepalił  się  bezpiecznik  pod  pachą  -  oznajmił  z 

zadowoleniem Henry. 

Kiedy si

ę  poruszył,  Joy  mocniej  chwyciła  Mikołaja  i  nagle 

plastykowy  pas  na  okrągłym  brzuszysku  puścił  i  czerwone  spodnie 

opadły na lśniące buty. Teraz już nie wiedziała, czy ma śmiać się, czy 

płakać, bo przypomniała sobie Dana w hotelu w takiej samej sytuacji. 

Takim  właśnie  chciałaby  go  zapamiętać:  wrażliwym  i  męskim 

jednocześnie, seksownym i śmiesznym w opadniętych spodniach. 

 - Hej, co to, trz

ęsienie ziemi? - zaniepokoił się Henry. 

 - Przepraszam, 

źle go chwyciłam - wyjąkała, tłumiąc łzy. 

 - Dobrze si

ę czujesz, Faye? 

 - Tak , oczywi

ście - odparła i wtuliła twarz w białe futerko. 

 -  Wiesz, chcia

łem  cię  prosić  o  jeszcze  jedną  przysługę  - 

pow

iedział z wahaniem - ale teraz widzę, że może to nie... 

 - Ale

ż powiedz! 

 - No, po prostu potrzebuj

ę asystentki Mikołaja, która by chodziła 

ze mną i rozdawała prezenty. Zwykle robiła to moja pani, ale ostatnio 
kolano bardzo jej dokucza! 

 - Jasne, 

że ci pomogę! - wykrzyknęła. 

 -  Tylko lepiej schowaj gdzie

ś  tę  czarną  torebkę,  którą  ciągle 

nosisz. Nie bardzo będzie pasować do stroju. 

background image

Joy mimowolnie zerkn

ęła na czarną skórzaną saszetkę, przypiętą 

przy  jej  wąskiej  talii.  I  dziś  nie  bardzo  pasowała  do  białego 

płóciennego  kostiumiku  i  jasnej  bawełnianej  bluzki.  Ale  nie 

zdejmowała  jej ani na chwilę i nawet w pracy zakładała na uniform 

kelnerki.  Ta  torebka  była  jej  gwarancją  przetrwania,  pakietem 

ewakuacyjnym, gdyby nagle musiała rzucić wszystko i znów uciekać. 

Dzięki niej zyskiwała poczucie, że jest wolna. 

Wolna, by ucieka

ć...  Co  za  ironia!  Uciekła  z  domu,  by  chronić 

swą tożsamość, ale właściwie z każdym krokiem oddalała się od niej. 

Ale czy mogła inaczej wybrać? 

Och, Danny... Tak bym chcia

ła,  żeby  choć  na  te  parę  dni  świąt 

wróciło dawne życie, pomyślała. 

 -  Nie b

ój  się,  wystąpię  z  tej  okazji  bez  torebki  -  zapewniła 

Henry'ego. 

 -  Fajnie.  -  Starszy pan wysun

ął się z robota i zatarł  ręce.  - No, 

dobra,  wypróbujemy  go.  Włącz  go  do  gniazdka  w  ścianie,  tam,  za 
krzakami. 

Kiedy przycisn

ął  guzik  na  karku  Mikołaja,  ten  zaszumiał 

radośnie.  Sztywny  tułów  pochylił  się  w  ukłonie,  a  prawe  ramię 

wykonało zapraszający ruch. 

 - Cudnie! - Joy by

ła naprawdę zachwycona. 

 - Brakuje mu jeszcze po

światy wokół głowy - stwierdził Henry. - 

Muszę wymienić żarówkę. 

Joy okr

ążała figurę, porządkując fałdy czerwonego ubrania. 

 -  Wiesz, chyba b

ędziemy  mieli  jeszcze  jednego  gościa  przy 

świątecznym stole - powiedział nagle Henry. 

Zerkn

ęła na niego. Dobrotliwa twarz promieniała radością jak u 

dziecka, któ

re  wreszcie  wyjawiło  sekret.  Kiedyś  Joy  uwielbiała 

tajemnice, ale teraz ryzyko było zbyt wysokie. 

 - Pewnie kto

ś, kogo nie znam - wymamrotała. 

 -  No, nie wiem... Co

ś  mi  się  zdaje,  że  nie  jesteś  wcale  taka 

samotna - 

stwierdził z przekąsem. 

Joy drgn

ęła. Może kartka wysłana do Dana podziałała? 

 - Czy kto

ś o mnie pytał, Henry? 

 - Tak, tw

ój kuzyn. Przedstawił się jako Pat Fairway. Nie, to nie w 

stylu Dana. Coraz bardziej nie podobała się jej ta sprawa. 

 -  Chyba nie pos

łałeś  go  do  mojego  mieszkania?  -  zaniepokoiła 

się. 

background image

 - Jasne, 

że nie. Powiedziałem mu, że cię nie ma i nie wiem, kiedy 

będziesz.  Odpowiedział,  że  ma  jeszcze  parę  spraw  do  załatwienia,  a 
potem tu wróci. Ale ty chyba znasz tego faceta? 

Joy pokr

ęciła  głową,  mimowolnie  rozglądając  się  po  okolicy. 

Fikcyjna Faye i jej fikcyjny kuzyn - 

tego już było za dużo. 

 -  Nie znam. Kto

ś  się  podszywa  pod  mojego  kuzyna.  Henry 

szeroko otworzył oczy. 

 -  Sk

ąd  w  takim  razie  tyle  wie  o  tobie?  Wie,  że  jesteś  samotna, 

tęsknisz  za  domem  i  masz  już  dosyć  tej  tułaczki.  Zastanawiał  się 

nawet,  czy  ciągle  jeszcze  jeździsz  starym  zielonym  plymouthem. 

Nawet mi nie przyszło do głowy, że może coś kręcić. 

Dan wiedzia

ł to wszystko, bo opisała mu w kartce swoje uczucia - 

ale Dan nie straszyłby jej w ten sposób.' 

 - I co mu powiedzia

łeś? 

 -  Nic specjalnego  -  zastrzeg

ł, wyraźnie przejęty. - Mówiłem, że 

owszem,  masz  plymoutha,  ale  nie  znam  się  na  kolorach.  Chciał 

jeszcze  pogadać,  ale  zjawiła  się  pani  Min  -  ter spod 209. Kiedy 

chciałem go jej przedstawić, ulotnił się. 

Samoch

ód  był  zielony,  kiedy  uciekła.  W  pewnym  momencie  z 

ostrożności załatwiła sobie nowe tablice i kazała go polakierować na 

brązowo. Ten fałszywy kuzyn stanowczo za wiele wiedział! 

 - Mo

żesz mi go opisać? 

 -  Z trudno

ścią, bo okulary zakładam tylko do pracy. W każdym 

razie widziałem, że był raczej wysoki, miał ciemne włosy, kapelusz z 

szerokim  rondem,  okulary  słoneczne. No i wełniany  płaszcz  - 

wyobrażasz sobie, w taki upał! A tak naprawdę - wyznał ściszonym 

głosem - nie mogę ci nawet powiedzieć, czy to był mężczyzna. Miał - 

albo miała - taki dziwny, wysoki głos. Joy czuła, że ogarnia ją panika. 

 - Nie jeste

ś nawet pewny płci? 

 -  Czasem tak bywa. Mam na przyk

ład ciotkę w Oregonie, która 

potrafi  zgnieść  w  ręku  puszkę  konserw  i  regularnie  goli  wąsy  - 

usprawiedliwiał się. 

Joy dr

żała pomimo upału i nawet tego nie kryła. 

 - Nie podoba mi si

ę ta sprawa, Henry. 

 - W co ty wdepn

ęłaś, dziewczyno? - zapytał, z troską patrząc jej 

w oczy. - 

Tylko nie zaprzeczaj. Nie jest normalne, żeby młoda, ładna 

dziewczyna tułała się po świecie, stale oglądając się przez ramię, czy 

nikt jej nie śledzi. 

background image

 -  Chcia

łabym  ci  wszystko  wytłumaczyć,  ale  chyba  nie  ma  już 

czasu - 

odparła cicho. 

 - Tak, lepiej ju

ż idź. - Po ojcowsku poklepał ją po ramieniu. - Ja 

się jeszcze tutaj pokręcę, a kiedy się zjawi, dam mu popalić! 

Joy wzruszona serdecznie uca

łowała rumiane policzki. 

 - Musz

ę stąd zniknąć, Henry. Przynajmniej na razie. 

 - Dlaczego? Po prostu id

ź na górę i zawołaj policję. 

 -  Nie mog

ę,  Henry.  Ale  odezwę  się  do  ciebie.  Obiecuję  - 

powiedziała łamiącym się głosem i ruszyła w stronę domu. 

 - Hej, a co z naszym 

świątecznym przyjęciem? - zawołał za nią, 

ale pomachała mu tylko i zniknęła w drzwiach. 

background image

ROZDZIA

Ł 2 

W St. Paul w Minnesocie zapada

ł  zmierzch  i  zbliżała  się  pora 

kolacji. Reprezentacyjna Pendham Avenue, ciągnąca się daleko poza 

gwarne  śródmieście,  wyglądała  pięknie  o  tej  porze  roku.  Puchate 

czapy  śniegu  pyszniły  się  na  wysokich,  stromych  dachach  starych 

rezydencji,  ukrytych  za  drzewami.  W  ciepłym  świetle  stylowych 

latarni  dzieci  w  ciepłych  kurtkach  i  kolorowych  czapkach  grały  w 

zaimprowizowanego  hokeja  na  podjazdach,  przewracając  się  i 

pokrzykując. 

Z

łocista  limuzyna  przesuwała  się  ostrożnie  po  śliskiej 

nawierzchni.  Detektyw  policji  w  St.  Paul,  Dan  Burke,  siedząc  obok 

kierowcy,  obserwował  przez  omiataną  wycieraczkami  szybę 

rozbawione  dzieci.  Zdawało  mu  się,  że  wjechali  w  inny  bajkowy 

świat, zostawiając za sobą korki, smród i błoto śródmieścia. 

 - Dzieciaki, 

święta i śnieg! - Twarz Rexa Camerona, siedzącego 

za  kierownicą  nie  oznaczonego  policyjnego  wozu,  rozjaśnił  pełen 
zac

hwytu  uśmiech.  -  Zazdroszczę  ci,  stary,  że  wracasz  do  takiej 

sielanki po całym dniu tej cholernej policyjnej harówy. 

 -  Fakt, ca

łkiem  tu  jest  zacisznie  -  przyznał  mrukliwie  Dan, 

żałując, że pozwolił się dzisiaj podrzucić swemu partnerowi do domu. 
Rex chcia

ł pożyczyć limuzynę, ponieważ swój sportowy wóz wstawił 

do warsztatu. Dan aż za dobrze wiedział, co się stanie, kiedy dzieciaki 

rozpoznają samochód. 

I sta

ło  się.  Zaledwie  światła  reflektorów  padły  na  kolorową 

gromadkę, gracze rozproszyli się gwałtownie i wrzeszcząc: „Sknerus, 

Sknerus jedzie!", pochowali się za krzewami i pniami drzew. 

 - Wstydzi

łbyś się, Danny - powiedział z naganą Rex, odwracając 

się ku niemu. 

 - Wiesz, jakie s

ą bachory. Uwzięły się na mnie. 

Rex zatrzyma

ł  się  na  podjeździe  dwukondygnacyjnego domu 

Dana. Była to istna twierdza o szarych ścianach i białych okiennicach, 

zbudowana  w  1890  roku.  Zachowały  się  nawet  oryginalne 
architektoniczne ozdóbki - 

bliźniacze wieżyczki, a także spatynowany 

miedziany dach. Koledzy Danny'ego z pracy nazywali to miejsce 
Zamkiem. 

Zamek, tak jak i inne domy w starej dzielnicy Pendham, stanowi

ł 

atrakcję  St.  Paul  i  jego  chlubę.  Ojciec  Dana,  nieżyjący  już  senator 

Marcus  Burke,  spędził  w  tym  domu  całe  swoje  życie,  podobnie  jak 

background image

jego  ojciec.  Tu  Marcus  i  jego  żona Beth  wychowali Dana oraz jego 

starszą  siostrę  Gwen.  Dan  z  przekonaniem  kontynuował  tradycje 

rezydencji, przestrzegając odwiecznych reguł porządku dnia i spokoju 
nocy. 

Zanim jeszcze wysiad

ł  z  wozu,  zerknął  na  teren  posesji, 

sprawdzaj

ąc, czy któryś z tych utrapionych smarkaczy nie zakradł się, 

żeby  nabroić.  Duży  ogród  otoczony  był  oryginalnym,  pozieleniałym 

ze  starości,  kutym  ogrodzeniem.  W  całej  okolicy  tylko  Dan  i  Floyd 

Bixley  mogli  się  takim  poszczycić.  Tylko  oni  trzymali  się  swoich 

rodzinnych  siedzib.  I  choć  mieli niewiele wspólnego  -  Dan  miał 

trzydzieści  jeden  lat,  a  stary  Floyd  siedemdziesiąt  -  jak  więzy  krwi 

łączyło  ich  umiłowanie  tradycji.  Z  wyższością  dystansowali  się  od 

dorobkiewiczowskich sąsiadów, którzy z kolei patrzyli na nich jak na 
pustelników i dziwaków. 

Rex r

ównież  rozglądał  się  po  okolicy,  nie  tylko  z  zawodowym 

zainteresowaniem.  Dan  z  niechęcią  czekał,  co  jeszcze  wypatrzy.  Z 

okien wszystkich domów padały na śnieg kolorowe smugi światła, we 

wszystkich  oknach  pyszniły  się  pięknie  ustrojone  choinki.  Nawet 

Floyd  Bixley  wywiesił  wieniec  na  drzwiach.  Tylko  Zamek  Dana 

pozostał nie udekorowany, jakby jego właściciel zupełnie zapomniał, 

że zbliżają się święta. 

 - Wiem, 

że masz naturę samotnika, ale czy aby nie przesadzasz? 

zapytał z troską Rex, odwracając się ku partnerowi. 

Ostry profil Dana zastyg

ł jak kamienna rzeźba. 

 - Przecie

ż cholernie dobrze wiesz, jak skończył się dla mnie ten 

rok.  Dotąd  nie  mogę  sobie  darować,  że  naopowiadałem  Joy  tych 

wszystkich bajeczek o wesołych wspólnych świętach w mojej rodowej 
siedzibie. 

 - A ja ci

ągle trzymam dla ciebie zabawki na choinkę, których nie 

zdążyłem ci dać. Jutro ci je przywiozę. 

 - Nie, nie, to nie ma ju

ż sensu. W ostatnią sobotę napiekliśmy z 

Gwen  ciasteczek  i  umówiłem  się  z  nią  na  świąteczną  wizytę  w 

niedzielę, jak co roku. To wystarczy. 

 -  Ja uwielbiam takie rodzinne pieczenie, Danny, Pewnie, 

że 

uwielbia. Rodzinny z niego facet, pomyślał gorzko Dan. Sam pokłócił 

się z siostrą na temat Joy i omal nie spalili wypieków. 

 -  Hej, popatrz!  -  wykrzykn

ął  nagle  Rex,  pokazując  palcem  w 

kierunku  skrzyni  na  piasek,  stojącej  po  drugiej  stronie  ulicy.  -  Ten 

background image

chłopaczek  w  niebieskim  kombinezonie  zahaczył  się  butem  o  jakiś 
drut przy drzewie! 

 - Jeszcze nie znasz Timmy'ego Weavera! - za

śmiał się Dan. - Ma 

sześć lat i cholerną fantazję. Teraz pewnie udaje, że to biedne drzewko 

jest potworem, który złapał go za nogę i wciąga do swojej jaskini. Nie 

bój się, jego mamusia czuwa. Widzisz ten cień w bocznym oknie? 

 - Aha. - Rex zmru

żył oczy. - Kawał baby z niej. 

 -  Jane Weaver. 

Ósmy  miesiąc  ciąży,  ale  stale  ma  oko  na 

Timmy'ego. Zaraz zapuka w szybę i zabawa się skończy. 

 -  Sk

ąd  ty  to  wszystko  wiesz,  Sknerusie?  -  zapytał  Rex.  Dan 

westchnął. 

 -  Pani Nettel, moja wspania

ła  sąsiadka  i  gospodyni,  w  każdą 

sobotę  rano,  sprzątając  mi  chałupę,  raczy  mnie  porcją  najnowszych 

plotek  z  sąsiedztwa.  A  swoją  drogą,  gdyby  nie  porządne  stare 

ogrodzenie, te dzieciaki by mnie wykończyły. 

Rex zmarszczy

ł brwi. 

 -  Wiem, 

że  cenisz  tę  kobietę,  ale  ja  nie  mogę  się  jakoś  do  niej 

przekonać.  Tak  nagle  i  tajemniczo  wprowadziła  się  do sąsiedniego 

domu na początku zeszłego roku i już następnego dnia zaproponowała 

ci swoje usługi. 

 - Mo

że też czuła się samotna? - Dan wzruszył ramionami. 

 -  Nie wiem, ale lepiej by

ś  zadbał  o  znajomość  z  jakimiś 

młodszymi i ciekawszymi sąsiadkami. 

 - Wiesz, 

że nie lubię typowych sąsiedzkich pogaduszek. 

 - Ale przecie

ż rozmawiasz z panią Nettel. 

 -  G

łównie o policyjnym życiu. Bardzo ją to interesuje. A co do 

innych,  to  nie  byłbym  w  stanie  patrzeć,  jak  wyburzają  ściany  albo 

zrywają stare rzeźbione boazerie. 

 -  Nie przesadzaj, troch

ę  zmian  nie  zaszkodzi,  poza  tym  nie 

wszyscy lubią starocie. 

Dan zerkn

ął z dezaprobatą na mężczyznę za kierownicą, na jego 

starannie  przylizane  włosy  i  krawat  w  niezbyt  gustowny  czerwono  - 

zielony  wzór.  Rex  Cameron  był  rzetelnym  gliną  i  najlepszym 

partnerem, z jakim kiedykolwiek współpracował, ale nie miał za grosz 
wyczucia stylu ani szacunku dla starych rzeczy i tradycji. Mieszkanie 

urządził metalowymi meblami, a spał na wodnym łożu. 

W pracy uwa

żano  ich  początkowo  za  niezbyt  dobraną  parę. 

Ciemnowłosy  poważny  Dan,  konserwatysta,  który  najlepiej 

background image

odpoczywał  w  samotności  i  Rex  -  jasnowłosy,  żywy  i  kontaktowy. 

Smutny  wilczur  w  parze  z  radosnym  złotym  spanielem.  Okazało  się 

jednak,  że  ich  charaktery  doskonale  się  równoważą,  co  znakomicie 

przydawało  się  w  pracy. Dlatego Dan zawsze potrafił  zdobyć się na 

cierpliwość wobec partnera. 

 - Rex, wiem, 

że chcesz mi pomóc, ale proszę, daj spokój. 

Na ganku naprzeciwko zamruga

ło  światło.  To  był  już  ostatni 

sygnał  dla  Tima.  Chłopiec  niechętnie  ruszył  w  stronę  domu.  Dan 

otworzył drzwiczki samochodu. 

 - Dobranoc, stary. 
 -  S

łuchaj,  może  wejdę  na  chwilę  i  zadzwonię  do  warsztatu  - 

zdecydował nagle Rex, gasząc silnik i światła. - Jeśli mój fiero jest już 

gotowy,  sąsiad  odbierze  go  i  podjedzie  po  mnie.  Dobrze  jest  mieć 

takich sąsiadów, nie? 

Kiedy weszli przez skrzypi

ącą bramę, natychmiast dostrzegli, że 

ktoś już szedł tędy przed nimi. 

 - Spodziewa

łeś się jakichś gości, Danny? 

 -  Nie.  -  Ciemnoniebieskie oczy Dana lustrowa

ły  posesję  z 

czujnością drapieżnika. Odciski stóp były małe i ktoś je zostawił jakiś 

czas temu. Nowy śnieg zaczynał już je zasypywać. 

Pracuj

ąc  ze  sobą  od  lat,  w  różnych  okolicznościach,  obydwaj 

mężczyźni  rozwinęli  niemal  telepatyczną  więź.  Wystarczyło  jedno 

spojrzenie, by ocenić sytuację i porozumieć się bez słów. Dan ruszył 

pierwszy  alejką,  uważnie  wpatrując  się  w  ślady,  gotów  do 

natychmiastowej akcji. Rzadko sięgał po broń, ale wiedział, że ma ją 

w kaburze na szelkach pod pachą. Czuł się odpowiedzialny za swoich 

sąsiadów  -  jak zwykle policjanci.  Zresztą  odpłacali  mu  całkowitym 

zaufaniem i zwracali się do niego w każdej potrzebie. 

Doszed

ł  do  drzwi  i  ostrożnie  nacisnął  klamkę.  Nie  ustąpiła,  ale 

widać było, że ktoś usiłował się dostać do środka. 

Da

ł  znak  Rexowi,  ubezpieczającemu  go  z  tyłu,  i  rozdzielili  się, 

okrążając domostwo z dwóch stron. Dan stwierdził, że na framugach 

każdego  z  okien  parteru  poruszono  śnieg,  a  ziemia  pod  nimi  była 

zdeptana.  Widać  ten  ktoś  -  niski, o drobnych stopach  -  próbował 

dostać się przez okna albo przynajmniej zajrzeć do środka. 

Rex czeka

ł  na  niego  przy  tylnym  wejściu,  z  nieco  dziwnym 

wyrazem twarzy. 

background image

 -  Chyba ci si

ę to nie spodoba - stwierdził. Dan wszedł na kilka 

betonowych stopni, usiłując zajrzeć 

przez rami

ę  Rexa  za  firankę,  którą  pani  Nettel  zawiesiła  w 

kuchen

nych  drzwiach.  W  głębi,  na  stole  widać  było  na  wpół 

opróżniony dzbanek mleka i brudną szklankę. Duży niebieski talerz na 

ciasteczka był pusty, za to okruchy walały się po całym obrusie. Ktoś 

zrobił sobie ucztę z mistrzowskich wypieków Gwen. 

Rex nacisn

ął na klamkę, lecz nie ustąpiła. 

 -  Jakim cudem... Dan ju

ż  znał  odpowiedź.  Zbiegł  ku  niskim 

drzwiom do 

piwnicy. Zamkni

ęte były na solidną kłódkę, ale pokazał Rexowi, 

jak  łatwo  obluzować  bolce  skobla  w  spróchniałej  desce.  Dawno  już 

miał ją wymienić. 

 -  Widzisz,  tworzy si

ę  szpara  i  mała,  szczupła  osoba  może  się 

wślizgnąć. To musiał być dzieciak. I to odważny - dodał, zaglądając w 

ponury mrok własnej piwnicy. 

Otworzyli k

łódkę  i  weszli.  W  kwadracie  światła  na  brązowym 

linoleum  zobaczyli  wyraźne  ślady  wiodące  do  kuchni.  Dan  pokręcił 

głową. 

 -  Nigdy nie zostawiam tych drzwi otwartych, a zw

łaszcza teraz, 

kiedy ci

ągnie  zimnem.  Te  też  zamykam  -  dodał  z  irytacją,  widząc 

otwarte na całą szerokość drzwi lodówki oraz szafek. 

Kto

ś  musiał  tu  myszkować  -  ale  na  oko  nic  wartościowego nie 

zginęło ani nie zostało zniszczone. Kryształy, porcelana i różne cenne 

bibeloty tkwiły na swoich miejscach. Spustoszenia dokonano jedynie 

w  zapasach  świątecznych  słodyczy  -  najwyraźniej  chodziło  o 

młodocianego przestępcę. 

Postanowili natychmiast przeszuka

ć  dom.  Rex,  nie  pytając, 

sięgnął do szafki po latarkę i zszedł do piwnicy. Dobrze znał ten dom. 

Dan zdjął gruby płaszcz i ruszył do holu. Powoli wchodził na górę po 

trzeszczących  mahoniowych  schodach,  przyświecając  sobie 

kieszonkową  latarką.  Przyćmione  nocne  oświetlenie  domu  dawało 

jedynie poświatę, w której lśnił parkiet i meble. Miał do przeszukania 

trzy  pokoje  i  dwie  łazienki.  Wchodził  po  kolei  do  pomieszczeń, 

sprawdzając je dokładnie. Pani Nettel posprzątała solidnie, jak zwykle 
co dwa tygodnie. 

W  pokoju  do  szycia  nieżyjącej  już  matki  Dana 

piętrzyły  się  stosy  upranej  i  wymaglowanej  bielizny.  W  powietrzu 

unosił  się  świeży  zapach  pasty  i  środka  do  polerowania  mebli. 

background image

Wszędzie  panował  absolutny  porządek  i  wszystko  wydawało  się 

nietknięte. Wszystko, poza jego własną łazienką. 

To, co wy

łowił  z  mroku  snop  światła  latarki,  wystarczyło,  by 

Danny natychmiast sięgnął do kontaktu. Na chwilę dosłownie zamarł, 

patrząc  na  horrendalny  bałagan.  W  powietrzu  ciągle  jeszcze  wisiała 

mgła  wilgoci,  lustra  były  zaparowane,  podłoga  śliska  i  mokra,  a 

dywaniki  nasiąknięte  wodą.  Ręczniki kąpielowe,  zwinięte  w  kłąb, 

walały  się  obok  wanny.  Schylił  się,  by  podnieść  swoją  ulubioną 

szczotkę  do  włosów,  z  której  zwisały  długie,  bardzo  jasne  włosy.  Z 

irytacją  zatkał  tubkę  wypluwającą  z  siebie  czerwony  żel,  a  potem 

zacisnął Wargi, widząc własną szczoteczkę do zębów leżącą w kałuży 

wody  na  podłodze.  Żadne  dziecko  nie  ukoronowałoby  kradzieży 

ciastek myciem zębów! 

Jego spojrzenie przyci

ągnął stos rzeczy, zrzuconych za drzwiami, 

jakby  ktoś  błyskawicznie  się  rozbierał.  Zdumiał  się,  kiedy  zaczął  je 

oglądać. Intruz chyba nie zauważył, że w Minnesocie jest ostra zima. 

Ubrany  był  w  jednorazowy  płaszcz  przeciwdeszczowy,  który  można 

kupić w każdym supermarkecie, biały płócienny kostium, bawełnianą 

koszulkę  i  wąziutkie  figi.  Dan  znalazł  jeszcze  parę  brudnych, 

przemoczonych tenisówek, ale na próżno rozglądał się za stanikiem. 

Nie musiałby mieć nawet umysłu policjanta, by stworzyć sobie portret 

pamięciowy  poszukiwanego  przestępcy:  mała,  zgrabna  blondynka z 

kształtnym biustem, którego nie lubiła krępować. 

Joy! 
Dobrze, ale gdzie si

ę podziała? Dom jest cichy, a jego sypialnia 

pusta. Postanowił sprawdzić jeszcze raz. Tym razem zobaczył drobną 

postać  skuloną  na  kanapce  przy  oknie  wychodzącym  na  Pendham 
Aven

ue. Spała, tuląc w ramionach czarną, przypinaną w pasie torebkę, 

jakby to był ukochany miś. 

S

łodka, śliczna Joy, tak niewinna i ponętna, otulona w jego zbyt 

obszerny, biały frotowy szlafrok. 

Podniecenie i 

żal  dławiły  go  w  gardle,  gdy  zapalał  lampę  przy 

sto

le, by się jej lepiej przyjrzeć. Jak mogła się tu wprosić bez pytania, 

i to po numerze, jaki mu wykręciła? Ostrożność podpowiadała mu, że 

to pułapka, której za wszelką cenę powinien uniknąć. 

Joy poruszy

ła się i z niskim zmysłowym pomrukiem kotki zaczęła 

mo

ścić  się  wygodniej  w  szlafrokowym  gniazdku.  Danny  drgnął  i 

zacisnął pięści. Wiedział, że wpadnie w tę pułapkę. Grała, widział to 

background image

dobrze. Specjalnie upozorowała tę scenę, by wciągnąć go do łóżka i 

uwieść, żeby zapomniał o wszystkim. 

Bezsilny i zafascynowany, patrzy

ł na poróżowiałą od snu skórę i 

pasma jasnych włosów zakrywające twarz z rozkosznie rozchylonymi 

ustami.  Pasek  od  szlafroka  rozluźnił  się,  odsłaniając  pożądliwym 

oczom  więcej  ponętnych  tajemnic,  aż  w  wycięciu  pomiędzy  lekko 
rozchylonymi udami ukaza

ły się złote kędziorki. 

Żaden  mężczyzna  nie  byłby  w  stanie  patrzeć  na  to  spokojnie,  a 

Danny nie należał do wyjątków. Joy była małym cudem natury, każdy 

centymetr jej ciała podziwiał z zachwytem. Och, jaki męski i potężny 

czuł się przy niej... 

Zdradziecki skurcz w dole brzucha nagli

ł  go  natarczywie. 

Niczego  teraz  nie  pragnął,  jak  tylko  poczuć  się  wielkim  w  niej, 

wypełnić sobą to drobne, kształtne ciało. 

Podszed

ł i uniósł ją w ramionach, nie po raz pierwszy dziwiąc się, 

jak  może  być  tak  lekka  przy  swoim  nienasyconym  apetycie.  Włosy 

złotą  falą  spłynęły  mu  na  ramię,  a  małe  usta,  przytulone  do  jego 

policzka uśmiechały się tajemniczo. Czego oczekiwała od niego tym 

razem?  Przez  chwilę  kołysał  ją  w  ramionach.  Zdawało  mu  się,  że 
ziemia  usuwa si

ę  spod  stóp  jak  na  górskiej  kolejce.  Zamknął  oczy  i 

znów powróciło szaleństwo - szum krwi w uszach, gwałtowny łomot 

serca i uczucie wznoszenia się w górę, w górę, aż do szczytu i upadku. 

Jazda bez hamulc

ów,  z  pedałem  gazu  wciśniętym  do  podłogi. 

Taka, o jakiej zawsze marzył... 

Joy... 
Poruszy

ła  się  i  mruknęła  coś.  Otworzył  oczy,  wracając  do 

rzeczywistości.  Zauważył,  że  szlafrok  rozchylił  się  jeszcze  bardziej. 

Ukazała  się  kształtna  pierś,  osypana  czymś  dziwnym,  czyżby 

okruchami  ciasteczek?  Ale  przecież  najpierw  łasowała  w  kuchni,  a 

potem  dopiero  poszła  pod  prysznic...  Jeszcze  jedna  tajemnica. 

Pochylił się i ujął wargami słodki sutek, który momentalnie stwardniał 

pod jego dotknięciem. Smakowała cudownie. 

Musia

ł  wytężyć  całą  siłę  woli,  żeby  się  oderwać  i  wreszcie 

położyć ją na łóżku. Pasek od szlafroka rozluźnił się zupełnie i poły 

opadły ciężko, jakby w kieszeniach był ołów. 

Ale to nie by

ł ołów, tylko ciasteczka - chyba ze trzy tuziny. Miała 

kieszenie  wypchane  ciasteczkami!  Już  rozumiał  -  po prostu, jak 

dziecko, musiała mieć coś dobrego, żeby ukołysać się do snu. Ale nie 

background image

mógł  jej  wybaczyć,  że  tak  nakruszyła  mu  w  pościeli.  Paskudny 

zwyczaj! A przecież dobrze wiedziała, że nie znosi, kiedy ktoś je w 

łóżku. Zabraniał jej tego nawet gdy pilnował jej w specjalnym domu 

należącym do wydziału. 

Irytacja otrze

źwiła go nieco. Musiał zrobić z tym porządek, i to 

szybko. Rex za c

hwilę przyjdzie z dołu. Zamaszystym ruchem magika 

ods

łaniającego  skrzynię  z  przepiłowaną  kobietą,  ściągnął  z  niej 

szlafrok, a potem zaczął energicznie przetrzepywać prześcieradła. 

Joy, przetaczana bezceremonialnie po 

łóżku,  wcale  się  nie 

obudziła  -  albo  nie  chciała  się  budzić.  Wymamrotała  coś  tylko 

niewyraźnie.  Okrył  ją,  rozmyślając  gorzko,  że  nie  ten  scenariusz 

wyobrażał  sobie  w  czasie  ponurych  godzin  dyżurów  -  chłodny 
pedanty

czny glina w konfrontacji z ciepłą śliczną dziewczyną, która z 

niczym  się  nie  liczy,  tylko  chce,  żeby  jej  wybaczył  i  żeby  już 

wszystko było dobrze. 

background image

ROZDZIA

Ł 3 

Dan wypad

ł z pokoju, z łomotem zbiegł po schodach i zatrzymał 

się  dopiero  w  holu.  Dyszał  ciężko,  jak  po  wielkim  wysiłku.  Zaiste, 

oderwanie się od Joy w takim momencie było wielkim wysiłkiem. 

Z gabinetu po lewej dobiega

ła  rozmowa  telefoniczna. 

Najwidoczniej  Rex  umawiał  się  z  mechanikiem.  Choć  Dan  już  od 

dawna  zaakceptował  obecność  Rexa  w  swoim  życiu,  Joy  pozostała 

jego  obsesją  do  tego  stopnia  prywatną,  że  wyjątkowo  pragnął 

rozpracować jej sprawę sam. 

Jego elegancki partner ze s

łuchawką  przy  uchu  rozpierał  się  w 

kręconym  fotelu,  z  nogami  na  wypolerowanej  powierzchni 
antycznego biurka. 

 -  Wszystko w porz

ądku?  -  zagadnął  Rex,  odwracając  się  ku 

niemu i odkładając słuchawkę. 

 -  Tak. Na g

órze  nie  ma  nikogo.  To  musiał  być  któryś  z  tych 

wścibskich malców. 

 -  To znaczy, 

że  wszystko  gra.  Ale  najlepiej  byłoby,  Danny, 

gdybyś zabił te drzwi na głucho. 

Dan, zanim odpowiedzia

ł,  podszedł  i  zgarnął  nogi  partnera  z 

biurka. 

 -  Zrobi

ę  to  od  razu  jutro  rano  -  powiedział  spokojnie,  choć  w 

głębi  duszy  pragnął  natychmiast  pozamykać  cały  dom,  by  chronić 
swój skarb. Swój ukryty skarb - Joy. 

 -  Zrobili twojego fiero?  -  zapyta

ł, chcąc jak najszybciej skłonić 

Rexa do odejścia. 

 -  Tak, i maj

ą  otwarte  do  dziesiątej  wieczorem,  nie  muszę  się 

spieszyć. - Rex wstał i przeciągnął się leniwie. 

 -  W ka

żdym  razie  dzięki,  że  mi  tu  pomogłeś.  Nigdy  nie 

wiadomo, co... 

 - Stary, daj spokój, przecie

ż jesteśmy partnerami, nie? Zrobiłbyś 

tak samo. 

Dan przytakn

ął, ale zmarszczył brwi, widząc, że Rex podchodzi 

do  sekretarzyka  i  zaczyna  przeglądać  świąteczne  kartki,  które  pani 

Nettel starannie, ułożyła. 

 - Co robisz? 
 - Przegl

ądam jeszcze raz, bo nie mogę się nadziwić, że tyle szych 

pamiętało o skromnym gliniarzu. 

 - To znajomo

ści jeszcze z czasów kadencji ojca w Senacie. 

background image

 -  Pewnie te same szacowne pryki zwal

ą  ci  się  w  niedzielę  na 

przyjęcie, co? - zachichotał Rex. 

 - Owszem, taki zwyczaj wprowadzili rodzice - wyja

śnił sztywno 

Dan. - 

Staramy się z Gwen utrzymać tę tradycję. 

 -  Czekaj, a gdzie jest kartka od Joy? M

ówiłeś  przecież,  że  się 

odezwała - zainteresował się na nagle Rex. - Chyba nie włożyłeś jej 

pod poduszkę, żeby mieć miłe sny? 

Gdyby

ś tylko wiedział, kto śpi na mojej poduszce... 

 -  Nie wiem, gdzie

ś  się  musiała  zawieruszyć.  Może  pani  Nettel 

wyrzuciła ją przy sprzątaniu? 

 -  Ta stara pedantka? Chyba 

żartujesz.  -  Rex  przerzucił  jeszcze 

stertę kopert, które Dań odłożył, by mieć adresy nadawców. - Koperty 

też nie ma. Na mój nos coś tu jest nie w porządku. 

 -  Mo

że ktoś z moich bliskich chciał, żebym zapomniał o Joy? - 

W głosie Dana zabrzmiał zaczepny ton. Czy ten facet wreszcie sobie 
pójdzie? 

 - Nie ja - zaprzeczy

ł żywo Rex. - Chyba pamiętasz, jak mówiłem, 

że  jest  dla  ciebie  stworzona?  Ani  twoja  siostra  Gwen,  bo  zdrowo 

zmyła  ci  głowę  za  zwodzenie  Joy,  więc  chyba  ją  lubiła.  A  swoją 

drogą, może będziesz się śmiał, ale przez chwilę miałem wrażenie, że 

Joy się znalazła. 

Ten potw

ór był niesamowicie bystry! 

 - Sk

ąd taki pomysł, stary? 

 -  Sam nie wiem.  -  Cameron wzruszy

ł  ramionami.  -  Te  małe 

ślady, ciasteczka... 

 -  Wiem, gdzie jest Joy, w

łaśnie  dzięki  tej  kartce  -  wyjaśnił 

pośpiesznie Dan. 

 -  Dobrze, a obaj zdajemy sobie spraw

ę, że jest już bezpieczna i 

że można ją zabrać z Orlando. 

 - Uhm... - Dan skrzy

żował ramiona na piersi. 

 - Czekaj, co ty masz na brodzie? - Rex przyjrza

ł mu się uważnie. 

 -  Co? Gdzie?  -  Palce Danny'ego natrafi

ły  na  kryształki  cukru, 

przyczepione do odrastającego zarostu. 

 - Nie s

ądziłem, że jeszcze zostały w tym domu jakieś ciastka. 

Cholera, ma na mnie dowód! - 

pomyślał nerwowo Danny. 

 - Po

łakomiłem się na okruszki, niestety. 

 - Tak my

ślałem. Słuchaj, jeśli jesteś głodny, może byśmy zajrzeli 

do  twojej  lodówki.  Pomogę  ci  coś  upichcić.  A  na  początek 

background image

moglibyśmy uszczuplić twój zapas tej znakomitej brandy. Co ty na to? 

Rex zatarł ręce. 

Dzwonek telefonu wybawi

ł Dana od odpowiedzi. Jakiś głos pytał, 

czy  to  Pizza  Pantry.  Musiał  wykorzystać  tę  okazję,  żeby  wreszcie 

pozbyć się Rexa. 

 - Nie. - Kiedy us

łyszał trzask odkładanej słuchawki, powtórzył z 

przejęciem:  -  Nie,  niestety  nie  wszystko  jest  w  porządku.  Och,  pani 

Nettel,  pani  szósty  zmysł  jest  niesamowity.  Ktoś  się  włamał  przez 

drzwi do piwnicy. Na szczęście nic nie zginęło. Intruz połakomił się 
na ciast

eczka,  a  potem  widać  się  spłoszył.  Ależ  proszę  się  tak  nie 

przejmować,  nie  może  pani  pilnować  mi  domu  dwadzieścia  cztery 

godziny  na  dobę.  Sam  posprzątam,  to  tylko  trochę  okruchów. 

Naprawdę?  No  trudno,  jeśli  pani  naprawdę  chce...  W  takim  razie 
czekam. 

Rex,  kt

óry  przysłuchiwał  się  uważnie  rozmowie,  zrobił  ponurą 

minę. 

 -  Je

śli  ona  ma  tu  przyjść,  to  ja  wybywam  -  oświadczył,  w 

pośpiechu  ściągając  swój  płaszcz  z  wieszaka.  -  Nie mam ochoty 

patrzeć, jak ten babsztyl będzie się tu panoszyć. Jeszcze, nie daj Boże, 

rozpędu  zacznie  zdejmować  nitki  z  mojej  marynarki.  A  wiesz 

dobrze, że możesz to robić tylko ty i moja żona. 

 -  Dzi

ęki ci za wszystko, stary - powiedział Dan, odprowadzając 

go do drzwi. 

Kiedy tylko Rex wyszed

ł,  jak  młodzieniaszek  pognał  na  górę. 

Zapowiadało się naprawdę radosne Boże Narodzenie. 

Joy obudzi

ła  się  i  zobaczyła  Dana  siedzącego  w  fotelu  przed 

kominkiem.  Przeglądał  zawartość  jej  czarnej  torebki.  Przetarła  oczy, 

zastanawiając  się  przez  chwilę,  czy  aby  nie  śni.  Ale  trzeszczące  na 
palenisku polana i 

fala  błogiego  ciepła  przekonały  ją,  że  widok  jest 

realny. 

Wyrazisty m

ęski  profil  wspaniale  rysował  się  na  tle  płomieni. 

Patrząc  na  niego,  Joy  po  raz  pierwszy  od  dawna  poczuła,  że  jest 

całkowicie bezpieczna. 

 -  Hej, glino, a gdzie nakaz rewizji?  -  Pogrozi

ła  mu  żartobliwie 

palcem na powitanie. 

Dan wsta

ł z fotela i podszedł do łóżka. 

 -  I to m

ówi  ktoś,  kto  bez  pytania  używa  mojej  szczoteczki  do 

zębów i... 

background image

 -  Dobrze ju

ż,  dobrze,  grzeb  sobie.  I  tak  nic  ciekawego  nie 

znajdziesz. 

 - Fakt, nie ma tam wiele - przyzna

ł, odkładając torebkę na stolik. 

Wyciągnął  ramiona  w  bok,  prostując  plecy.  Mięśnie  zaznaczyły  się 

pod  nieskazitelnie  białą  koszulą.  Dla  Dana  domowe  pielesze 

oznaczały jedynie zdjęcie marynarki, poluzowanie krawata i rozpięcie 

guzika pod szyją. Dobrze, że chociaż odpiął kaburę spod pachy. 

 -  Ostatnio straci

łam  wszystko  -  westchnęła.  -  Szczęście,  czas  i 

pieniądze. 

 -  Ubranie chyba te

ż  -  zauważył,  pokazując  na  przyniesione  z 

łazienki rzeczy. 

 -  Zaraz ci wszystko wyt

łumaczę  -  zapewniła  pospiesznie,  bo 

dopiero 

teraz zdała sobie sprawę, że jest naga pod kocami. 

 - Zatrzyma

łem szlafrok do wyjaśnienia jako dowód - powiedział 

oskarżycielsko. 

Joy nerwowo obliza

ła wargi. 

 - Oddaj mi ciasteczka, a wszystko ci wyja

śnię. 

 - Wyrzuci

łem je, bo się pokruszyły. 

 - Jak mog

łeś! 

 - Tego ju

ż za wiele! - Dan porzucił żartobliwy ton. Był naprawdę 

zły. - Nie dość, że narozrabiałaś, to jeszcze masz wymagania! 

Joy zrobi

ło  się  przykro.  Dan  krytykował  jej  impulsywne  i  nie 

przemyślane posunięcia. Być może powrót do niego był błędem. Ale 

myśl,  że  Danny  mógłby  przestać  za  nią  tęsknić  i  pożądać  jej,  była 

przerażająca.  Dopiero  samotne  życie  przekonało  ją,  że  właśnie  ten 

mężczyzna dawał  jej wyjątkowe poczucie bezpieczeństwa, spokoju i 

stabilizacji.  Owszem,  był  konserwatywny,  uparty  i  często  zbyt 

zamknięty w sobie, by do niego dotrzeć - ale odpowiadał jej. 

Nale

ży  wyjaśnić  sprawę  do  końca,  nawet  gdyby  prawda  miała 

okazać się bolesna. Musi zadać mu to pytanie. 

 -  Danny, czy jeste

ś  wściekły  dlatego,  że  wróciłam?  -  Drżenie 

głosu zdradzało jej napięcie. 

 - Przede wszystkim jestem w

ściekły, że odeszłaś - odparł. - Czy 

rozumiesz tę różnicę, Joy? 

 -  Jasne, 

że  rozumiem!  Okropnie  żałowałam  odchodząc,  uwierz 

mi - 

zapewniła pospiesznie. - Ale nie miałam wyjścia, bo chciałeś mi 

zrujnować życie. 

background image

 -  Chcia

łem  cię  chronić  najlepiej,  jak  potrafiłem!  Nie  będzie 

wyjaśniał, że jej odejście stanowiło dla niego przykrą  niespodziankę 

nie tylko osobistą, ale i zawodową. Dotąd nie rozumiał, jak właściwie 

udało się jej wymknąć spod kontroli. 

Ze z

łością wycelował w stronę Joy palec, 

 -  Mia

łem  cię  wtedy  przekazać  funkcjonariuszom  federalnym 

realizującym  program  ochrony  świadków.  Odtąd  oni,  nie  ja, 

czuwaliby nad tobą. A ty zniknęłaś i nie wiedziałem nawet, gdzie cię 

szukać. I żadnego znaku życia, aż do tej kartki! 

 - Przykro mi, je

śli sprawiłam ci kłopot - powiedziała miękko. 

 -  K

łopot?  -  Ciemne  brwi  Dana  zbiegły  się  w  jedną  linię  nad 

nosem. - 

Nazywasz to kłopotem?! Ty wydarłaś mi serce i zabrałaś ze 

sobą. 

 -  Naprawd

ę?  -  Uśmiechnęła  się  z  zamglonymi  szczęściem 

oczami. 

 -  Mog

łabyś  przynajmniej  udawać,  że  ci  przykro  -  żachnął  się, 

przysiadając obok niej na krawędzi łóżka. 

 - Po prostu jestem szcz

ęśliwa, że mogę być tu z tobą - odważyła 

się na szczerość i popatrzyła mu prosto w oczy. 

 -  Po prostu masz szcz

ęście,  że  tu  jesteś.  Nawet  nie 

przefarbowałaś  włosów  -  zauważył  z  naganą,  przegarniając  palcami 

jasne, długie pasma. 

Joy przeszed

ł dreszcz pod dotknięciem czułej męskiej dłoni, która 

powoli przesuwała się ku jej piersiom. 

 -  Nosi

łam  perukę.  Nie  chciałam  farbować  -  wyznała.  -  Masz 

poj

ęcie, jak niewiele zostało na tym świecie prawdziwych blondynek? 

 - Nie wiem - burkn

ął, ciągle jeszcze rozżalony. - I nie wiem, ile 

ich zostało w twoim świecie. 

Joy zabawnie zmarszczy

ła nos. 

 -  Peruka ca

łkowicie  zmieniła  mój  wygląd.  Jak  nie  wierzysz,  to 

popatrz na starego Szekspira  - 

wskazała gestem stojącą na komodzie 

rzeźbę. 

Dan chwil

ę  patrzył  na  marmurowe  popiersie  szacownego 

dramaturga, frywolnie przystrojone zmierzwioną rudą peruką. 

 -  W porz

ądku. - Kiwnął głową, jakby wygląd rzeźby przekonał 

go o sku

teczności  zmiany.  -  Dzięki  Bogu,  że  nie  będziesz  już  jej 

potrzebowała. 

background image

Tego akurat nie by

ła pewna, ale mogła pomyśleć o tym dopiero 

rano.  Teraz,  gdy  niebezpieczeństwo  zostało  zażegnane,  do  głosu 

doszła  inna  potrzeba  -  potrzeba  fizycznego  kontaktu.  Dan  też  go 

pragnął. Joy była tego pewna. Palce przeczesujące jej włosy i gładzące 

twarz dosłownie iskrzyły napięciem. 

 -  Dotykaj mnie, Danny  -  poprosi

ła  ciężkim,  omdlewającym 

głosem. 

W u

łamku  uderzenia  serca  znalazła  się  w  jego  ramionach.  A 

potem,  kiedy  wgniatał  ją  w  poduszki,  chłodny  i  gładki  materiał 

koszuli drażniąco przesunął się po jej sutkach. Ciężar potężnego ciała 

sprawiał, że czuła się zachwycająco drobna i kobieca. 

Nie mog

ła  się  ruszyć,  ą  miała  ochotę  szaleć,  zedrzeć  z  niego 

ubranie, wić się, opleść nogami jego biodra. Ale wiedziała, że Dan jest 

systematyczny  i  dokładny  nawet  w  łóżku.  Brał  kobietę  niespiesznie, 

delektując się długą, wstępną grą. 

 -  Najgorsze ju

ż  za  tobą,  wiesz?  -  wyszeptał  jej  w  ucho.  - 

Diabelnie kusiłaś los, zjawiając się tutaj nie zapowiedziana, ale teraz 

już wszystko w porządku. 

O Bo

że, czy on musi myśleć w takiej chwili? Wszystko popsuje. 

Niechętnie uniosła się na łokciach. 

 - Okay, glino, o co ci chodzi? Dan z trudem oderwa

ł usta od jej 

szyi. 

 -  Ostatnich dw

óch  przestępców  zostało  złapanych.  Okazało  się, 

że są policjantami, o czym już wcześniej donosił mój informator. 

 - Kiedy to si

ę stało, Danny? 

 - Bo ja wiem? Dawno, jakie

ś pół roku temu. Gdybyś nie uciekła, 

już wtedy byłabyś wolna. 

Kto w takim razie 

śledził ją w Orlando? Zimny dreszcz przeszedł 

jej po krzyżu. Jednym pchnięciem zsunęła z siebie Dana i okryła się 

prześcieradłem. 

 -  Hej, co si

ę stało? - zaprotestował, a potem zaniepokoił się na 

dobre, zobaczywszy w jej oczach lęk. 

 -  Kto

ś  ciągle  na  mnie  poluje,  Danny  -  wyznała  cicho.  W  jego 

spojrzeniu  pojawił  się  ten  sam  strach.  Nadzieja,  którą  łudziła  się 

jeszcze Joy, prysnęła. Opuściła głowę na piersi. Dan objął jej szczupłe 

ramiona i potrząsnął nią. 

 - Opowiedz mi wszystko. 
Teraz by

ł policjantem prowadzącym rutynowe przesłuchanie. 

background image

Zacz

ęła  więc  mówić.  Kiedy  doszła  do  Henry  Sheldona  i jego 

opowie

ści o dziwnym kuzynie Faye Fairway, ożywił się. 

 - Jak on wygl

ądał? 

 -  To by

ł  ktoś  w  przebraniu.  Dziwnym,  bo  wyglądał  jak 

mężczyzna, a mówił jak kobieta. 

 - Nie wierz

ę! 

 -  Naprawd

ę,  Dan.  I  w  dodatku to wszystko twoja wina!  - 

wyrzuciła z siebie Joy, wybuchając płaczem. 

 - Moja wina? - zdumia

ł się. 

 -  Tak  - 

łkała,  zakrywając  twarz  dłońmi.  -  Ktokolwiek  to  był, 

zdobył informacje ze świątecznej kartki, którą ci wysłałam - że jestem 
w Orlando, nazywam si

ę Faye Fairway, że tęsknię... 

Zgubiona kartka, kt

órej  tak  szukał  Rex!  Czyżby  instynkt 

policjanta go nie zawiódł? Z drugiej strony, trudno było uwierzyć, że 

zdrada zaczęła się tu, w jego własnym domu. 

Joy natychmiast dostrzeg

ła wyraz powątpienia na jego twarzy. 

 -  Danny, niestety, wszystkie informacje fa

łszywego  kuzyna 

mogły  pochodzić  tylko  z  kartki.  Te  zdania  o  mojej  samotności, 

tęsknocie za domem, wszystko... 

 - Zastanawiam si

ę, czy ten ktoś nie włamał się do ciebie tam, w 

Orlando? Może czegoś szukał? 

 -  Te

ż  o  tym  pomyślałam.  Dlatego  kiedy  zadzwoniłam  do  pana 

Sheldona, aby mu zameldować, że jestem bezpieczna, zapytałam o to. 

 - Powiedzia

łaś, gdzie jesteś? - przerwał jej ostro. 

 -  Ale

ż  skąd!  -  oburzyła  się.  -  On  nadal  myśli,  że  jestem  Faye 

Fairway. Powiedzia

ł,  że  tamten  już  nie  wrócił,  ale  że  nadal będzie 

miał oko na  moje  mieszkanie. Tylko wiesz, Danny, ja naprawdę nie 

miałam  niczego  wartościowego  -  tylko  tę  torebkę  z  dokumentami  i 

kartami,  stary  samochód  i  parę  ciuchów.  To  mnie  chciał  złapać  ten 
dziwny przebieraniec! 

Dan, cho

ć  niechętnie,  doszedł  do  wniosku,  że  jego  dom  był 

ostatnim miejscem, w którym powinna znaleźć się Joy, zwłaszcza jeśli 

to kartka naprowadziła tajemniczego osobnika na jej trop. 

 - Kartka, kt

órą wysłałaś, nabrała dla mnie wielkiego znaczenia - 

zaczął powoli. - Ona... poruszyła mnie bardziej, niż się spodziewałem. 

Ale  powrót  tutaj  był  nieodpowiedzialnym  i  nie  przemyślanym 
krokiem. 

background image

 -  Taka ju

ż  jestem,  działam  pod  wpływem  chwili  i  emocji  - 

usprawiedliwiała  się  drżącym  głosem,  choć  w  środku  buntowała  się 

przeciwko zarzutom. Ten facet był nieznośny! - Ty mi już po prostu 

nie  chcesz  pomagać  -  oświadczyła  wyzywająco.  -  Teraz, kiedy 

spełniłam swój obowiązek, nie obchodzi cię, że może ktoś chce mnie 

zabić! 

Danowi z trudem uda

ło się zachować spokój. Wiedział, co będzie, 

jeśli wybuchnie. Już raz utracił ją w ten sposób. 

 -  Nie wiemy na pewno, czy ten kto

ś  chce  cię  zamordować. 

Przecież nie musisz się już bać Jerome'a Berkleya. Został skazany w 

Illinois na pięćdziesiąt lat. 

Popatrzy

ła na niego ze zgrozą. 

 -  Przypominam ci, 

że  on  zabił  własną  żonę,  ponieważ 

dowiedziała się o jego nielegalnej działalności! 

 -  Grunt pali

ł  mu  się  pod  nogami  i  próbował  kryć  brudne 

machinacje w Laff Trak  - 

wyjaśnił  Dan.  -  Ale  teraz  już  mu  nie w 

g

łowie mścić się na tobie. Donoszą mi, że jest wzorowym więźniem i 

stara się o wcześniejsze zwolnienie. 

 -  Aha... Ale za

łożę  się,  że  Theo  Nelson  jest  nadal  wściekły  na 

mnie za to, że go wsypałam - powiedziała, nerwowo szarpiąc palcami 

rozluźniony węzeł krawata Dana. 

Dan czule uj

ął jej drobną twarz w dłonie. 

 - Gdyby kto

ś naprawdę chciał cię zlikwidować w Or - lando, już 

dawno byś nie żyła - zapewnił. Było to słabe pocieszenie, ale nie miał 
lepszego. 

 - W takim razie to jakie

ś szaleństwo, Dan! 

 -  Tylko z pozoru. I w tym szale

ństwie  musi  być  metoda, jak 

zawsze. Jeśli chcemy dalej żyć w spokoju, musimy ją znaleźć. 

 -  A ty ju

ż  nie  masz  na  to  ochoty,  prawda?  -  Joy  westchnęła  z 

rezygnacją. - Och, Danny... Czy możesz mnie objąć, choć na chwilę, 

żebym  mogła  zapomnieć?  Tylko  tyle,  niczego  więcej  nie  będę  od 

ciebie chciała. Jeśli nie masz ochoty... 

 - Ale

ż oczywiście, że mam. - Szybko poprawił poduszki. Gdy się 

o  nie  oparł  i  wyciągnął  ku  niej  ramiona,  Joy  potulnie  przylgnęła  do 

jego  szerokiej  piersi.  Dan  nie  mógł  się  nadziwić,  jak  wiele  postaci 

zdążyła  ukazać  mu  w  czasie  jednego  tylko  wieczoru  -  samodzielnej 

impulsywnej  kobiety,  zmysłowej  uwodzicielki,  wściekłego 

oskarżyciela i wreszcie teraz - przerażonej słabej istotki. 

background image

 - Tak si

ę boję - wyszeptała przepraszająco. - Ale wiem, że z tobą 

jestem bezpieczna. Sam powiedz, czy to ma sens? 

 - Ma... - Delikatnie masowa

ł palcami jej gładki kark. Kiedy ufnie 

wtuliła  się  w  jego  ramiona,  odprężył  się.  Poczuł,  że  Joy  wróciła 

naprawdę. Wróciła do niego, w jego objęcia. 

 - Za

śnij, kochanie - wyszeptał jej we włosy. 

 -  Zasn

ę.  Tylko  na  dobranoc  opowiedz  mi  o  świątecznych 

tradycjach tego domu, żeby mogły mi się przyśnić. 

Dan zrobi

ł zbolałą minę. 

 - Dobrze... 
 - Powiedz o drzewku. Nie zd

ążyłam obejrzeć go, kiedy byłam na 

dole. 

 -  A... jeszcze nie jest ustawione. Joy otworzy

ła  jedno  oko  i 

popatrzyła na niego podejrzliwie. 

 - Kto zwykle to robi? Gwen? 
 - Nie. Wzywam dekoratorów z domu towarowego. 
 - Uu... 
 -  Tak jest lepiej. Nie musz

ę  się  o  to  martwić.  Joy  nawet  nie 

usiłowała ukryć ziewnięcia. 

 -  Poza tym mam szans

ę  wziąć  udział  w  twoim  gwiazdkowym 

przyjęciu. 

 -  Masz. Odb

ędzie  się  w  niedzielę.  Danny  patrzył,  jak  zasypia 

ukołysana jego słowami. 

Wiedzia

ł,  że  śni  o  wspaniałym  rodzinnym  Bożym  Narodzeniu, 

którego tak naprawdę nigdy w tym domu nie było. 

background image

ROZDZIA

Ł 4 

W czwartek rano zaspana Joy przydrepta

ła  do  kuchni,  kiedy  z 

drzwi  prowadzących  do  piwnicy  wyłonił  się  Dan,  owiany  mroźnym 

podmuchem.  Był  już  ubrany  do  pracy,  w  szary  garnitur  i  białą 

koszulę. 

 -  Gor

ąca  dziewczyna  z  ciebie  -  powiedział  na  powitanie.  Joy 

wzdrygnęła  się,  kiedy  chłód  zakradł  się  pod  luźną  bawełnianą 

koszulkę. 

 - Na Florydzie spa

łam nago. 

 -  Wyobra

żam  sobie,  jakie  tam  miałaś  komfortowe  warunki  - 

mruknął,  długo  i  z  przesądną  dokładnością  szurając  nogami  na 
wycieraczce. 

Joy przygryz

ła wargę, zaniepokojona jego złym nastrojem. Sama 

była  w  znakomitym  humorze.  Znalazła  się  dokładnie  tam,  gdzie 

chciała, a Dan był najlepszym ochroniarzem, a w dodatku najbardziej 

intrygującym  mężczyzną,  jakiego  znała.  Poza  tym  czekało  ją 

upragnione  Boże  Narodzenie.  Tyle  razy  marzyła,  że  spędza  je  z 

Danem w tym pięknym starym domu. 

Tylko czy on by

ł  równie  zadowolony  z  rozwoju  sytuacji,  z  jej 

niespodziewanej wizyty? 

 -  Co, glino, zgubi

łeś służbową broń? - zagadnęła ze śmiechem, 

patrząc wymownie na młotek w jego ręce. 

 -  Nie. Po prostu zabija

łem  zewnętrzne  drzwi  do  piwnicy  na 

głucho,  żeby  już  nikogo  nie  kusiły  -  odparł,  odkładając  młotek  na 

półkę. - Mam jeszcze zamiar zainstalować przy drzwiach wejściowych 

i  kuchennych  dodatkowe  zasuwy.  To  powinno  ostudzić  zapały 

nieproszonych gości. 

Go

ści?  Sądząc  z  lodowatego  tonu,  powinien  raczej  powiedzieć 

„intruzów". Dobry humor Joy momentalnie się ulotnił. 

 -  S

łuchaj,  może  ja  też  powinnam  sobie  pójść?  -  zapytała  z 

rozdrażnieniem, patrząc, jak Dan sadowi się w milczeniu przy stole. 

 - Nie b

ądź śmieszna! 

 - Naprawd

ę uważasz, że jestem śmieszna? 

 -  Och, tylko nie 

łap  mnie  za  słówka  -  żachnął  się,  odgarniając 

kosmyk z czoła. 

 -  Wczoraj uzna

łeś,  że  mój  przyjazd  tutaj  był  nie  przemyślany, 

nieodpowiedzialny, więc niepotrzebny. 

 - Przemawia

ł przeze mnie zawodowy policjant. 

background image

 -  Kto w takim razie tuli

ł mnie całą noc, Danny? Policjant? Kim 

był ten mężczyzna? 

Dan z niepewn

ą miną pokręcił głową. Zapędziła go w kozi róg! 

Uważał, że zna samego siebie, a myśl, że mógłby wymazać z pamięci 

Joy, była po prostu nie do przyjęcia. Dobrze, ale jak jej to wyjaśnić? 

Tymczasem w Joy wzbiera

ła  furia.  Opacznie  zrozumiała  jego 

milczenie. 

 -  Jak w og

óle  mogło  mi  powstać  w  głowie,  że  właśnie  tu 

powinnam si

ę schronić! - wybuchnęła. - Idę na górę spakować swoje 

rzeczy. A ty się przez ten czas zdecyduj, którymi drzwiami powinnam 

wyjść. 

Dan b

łyskawicznie chwycił ją za przegub. 

 -  Pu

ść!  -  wrzasnęła,  usiłując  się  wyrwać  z  żelaznego  uścisku. 

Dan zerwał się na równe nogi, wywracając krzesło. 

 -  Zostaniesz tutaj, dop

óki  ta  cała  afera  się  nie  wyjaśni!  - 

wykrzyknął, unieruchamiając jej drugą rękę. 

 -  Masz refleks jak na my

śliciela, glino! - zakpiła. Dan oddychał 

głośno, a krawat mu się przekrzywił. 

 - Wyobra

ź sobie, że tym razem wyjątkowo najpierw działałem, a 

potem myślałem. 

Joy przesta

ła się wyrywać. Tęskne, smutne spojrzenie zielonych 

oczu  pochwyciło  spojrzenie  oczu  niebieskich.  Padło  pytanie,  które 

wreszcie musiało zostać zadane. 

 -  Jak mo

żesz  mi  pomóc,  jeśli  nawet  nie  wiesz,  co  do  mnie 

czujesz? 

 -  Chroni

łem  wielu,  nie  tracąc  czasu  na  analizowanie  uczuć  do 

nich  - 

odparł  sucho.  Stalowe  palce  wpiły  się  w  jej  ramię.  -  To 

zwyczajna rutyna. 

 - Sytuacja, w kt

órą zabrnęliśmy, nie jest już zwyczajna. Bliskość, 

jaka... 

 -  Dobrze, ju

ż  dobrze  -  zbagatelizował  -  nie ma sensu teraz 

roztrząsać  tego  tematu.  Muszę wszystko  jeszcze  raz  przeanalizować. 

W  każdym  razie  jednego  jestem  pewien,  Joy  -  nikomu innemu nie 

powierzyłbym pilnowania ciebie. Dlatego czuj się u mnie jak w domu. 

 -  Och, dzi

ęki, Danny - powiedziała z westchnieniem ulgi. - Nie 

wyobra

żałam sobie innego miejsca, gdzie mogłabym się podziać w te 

święta. 

background image

 -  Mo

że  w  takim  razie  napijemy  się  kawy?  -  spytał,  wymownie 

zerkając na ekspres. 

Joy ze 

śmiechem wyzwoliła się z jego rąk. 

 -  Masz szcz

ęście, glino. Jako Faye Fairway byłam mistrzynią w 

parzeniu i podawaniu 

kawy. Usiądź. 

 -  Dzi

ęki.  -  Dan  z  zadowoleniem  usadowił  się  przy  okrągłym 

dębowym stole. 

Od rana zaj

ął  się  nie  tylko  zabezpieczeniem  drzwi.  Na  białym 

obrusie nie było widać najmniejszego okrucha. Stół był już nakryty na 

dwie osoby, sztućce i serwetki starannie porozkładane. Obok stały, do 

wyboru,  pudełka  z  najbardziej  zdrowymi  zbożowymi  płatkami  i 
mieszankami. 

Joy, 

świadoma, że Dan śledzi każdy jej ruch, niespiesznie krzątała 

się  przy  blacie.  Humor  i  nadzieja  wróciły.  Kobiecy  instynkt 

podpowiadał jej, co ma robić. 

 -  Prosz

ę  -  oznajmiła  z  uśmiechem,  stawiając  na  stole  dwie 

filiżanki. 

 -  Joy, jak chcesz, potrafisz by

ć  aniołem.  -  Dan  napawał  się 

zapachem świeżo parzonej kawy. 

Anio

łem? - Joy zmarszczyła nos. 

 - Nie by

łabym tego pewna - mruknęła, ocierając się o niego jak 

kotka. - 

Uważaj, bo pokażę ci diabelskie sztuczki. 

 - Ale najpierw musisz co

ś zjeść. - Dan pogroził jej łyżeczką, jak 

ojciec grymaszącemu dziecku. 

Niech

ętnie  sięgnęła  po  pudełko,  nawet  nie  patrząc,  co  wybiera. 

Przyrządziła  sobie  skromną  porcję,  ale Dan natychmiast dosypał  jej 

więcej i dolał mleka. Przez długą chwilę jedli w milczeniu. Wreszcie 

Dan  odłożył  łyżkę  i  zapatrzył  się  przed  siebie.  Nie  zauważał  jej 

znaczących  spojrzeń.  Joy  nie  znosiła  chwil,  gdy  nie  zwracał  na  nią 
najmniejszej uwagi, ale w

iedziała  z  doświadczenia,  że  należy  je 

przeczekać. 

Dan si

ęgnął po kawę i pociągnął łyk. 

 -  My

ślałem  o  twojej  świątecznej  kartce.  Nadal  trudno  mi 

uwierzyć, że ktoś może jeszcze czegoś od ciebie chcieć. Dowody są 
jednak ewidentne - 

dodał szybko, widząc jej minę. - A jeśli dodać do 

tego, że kartka zniknęła z mojego sekretarzyka... 

 -  Trzyma

łeś  ją  na  wierzchu?  -  Joy  omal  nie  wypuściła  z  ręki 

filiżanki. 

background image

 -  No wiesz, pani Nettel, jak zwykle, uporz

ądkowała  papiery  na 

biurku  i  odłożyła  kartkę  razem  z  innymi  na  sekretarzyk  -  tłumaczył 

się.  -  Zawsze  tak  robi,  a  mnie  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  chować 

kartkę, skoro sprawa Berkleya została zamknięta. 

 - Ilu, wed

ług ciebie, podejrzanych wchodzi w rachubę? 

 - Troje. 
 -  Och.  -  Joy usadowi

ła  się  wygodniej.  Nic  dziwnego,  że  rano 

biedakowi nie dopisywał humor. - Sami swoi, co? 

 -  Tak  -  przyzna

ł  niechętnie.  -  Rex  i  Gwen  byli  tu  w  sobotę. 

Piekliśmy ciasteczka. 

 - Ta trzecia osoba to pani Nettel. Kim ona w

łaściwie jest? 

Dan u

śmiechnął się. 

 -  Od roku jest moj

ą  najbliższą  sąsiadką,  -  Ile ma lat?  -  drążyła 

Joy. 

 -  Wygl

ąda  na  jakieś  pięćdziesiąt  pięć.  Pozostajemy  w 

przyjacielskich stosunkach. Sprząta u mnie w środy i w soboty, a poza 

tym niezmiernie interesuje ją moja policyjna praca. Zawsze mamy o 

czym pogadać. 

 - Kobiety w 

średnim wieku wyglądają teraz całkiem atrakcyjnie - 

stwierdziła z przekąsem Joy. 

 -  Nie b

ój  się,  ona  na  mnie  nie  dybie  -  zaśmiał  się  cicho.  -  To 

klasyczny typ matrony zabawiającej się w detektywa. A do tego jest 

wspaniałą uczynną sąsiadką. 

 -  Jednak interesuje j

ą  twoja  praca  w  policji.  Może  kiedyś 

zagadnęła cię o sprawę Laff Trak? Może czekała na jakąś informację 

i...  doczekała  się,  kiedy  przysłałam  kartkę?  To  przecież 

zastanawiające,  że  wprowadziła  się  zaraz  po  procesie.  Co  ona 

przedtem robiła? Co o niej wiesz? 

 - Przesta

ń, te podejrzenia wydają mi się bezsensowne. Nie tylko 

mi nie pomagasz, ale jeszcze rozpraszasz - 

westchnął. 

 -  To wspaniale  -  przeci

ągnęła  się  -  ale  będziesz  musiał  coś 

wymyślić.  Nie  mam  cieplejszego  ubrania,  nie  mówiąc  już  o 
kosmetykach czy szczo

teczce  do  zębów.  No,  rozwiąż  ten  problem, 

detektywie Burke. 

 -  Nie ma 

żadnego  problemu.  Gwen  zostawiła  trochę  rzeczy  w 

swojej dawnej sypialni. Pierwsze drzwi, naprzeciwko schodów. 

Joy zerwa

ła się natychmiast. 

 - Ale ona jest prawie tak wysoka jak ty! 

background image

 -  No, nie a

ż  tak.  Coś  sobie  wybierzesz.  Zaczekaj...  jest  jeszcze 

parę pudeł ubrań, które zbierałem dla kościołów i szkół, do wysłania 

za ocean. A jeśli chodzi o kosmetyki, to pewnie też coś się znajdzie. 

Joy stan

ęła  przed  nim  w  wyzywającej  pozie,  z  rękami  na 

b

iodrach.  Właśnie  te  biodra,  okryte  krótką  koszulką,  przyciągnęły 

wzrok Dana. 

 - Chyba wiesz, czego najbardziej potrzebuj

ę? 

 - Hm, podejrzewam, 

że... 

 - Nic z tego! Nowego przebrania. Przecie

ż pojawi się pani Nettel. 

Powinnam jednak kupić sobie coś do charakteryzacji. Jeżeli zostawisz 

mi klucz, będę mogła na chwilę wyskoczyć na miasto... 

 -  Wybij to sobie z g

łowy.  Musisz  zadowolić  się  tym,  co 

znajdziesz  w  domu.  Ja  też  nie  będę  miał  czasu,  żeby  ci  coś  kupić  - 

zapowiedział kategorycznie. 

 -  Ale znajdziesz chocia

ż  chwilę,  żeby  przepytać  twojego 

słynnego informatora? Może jest coś nowego w sprawie Berkleya? 

 -  Zaczynasz by

ć  całkiem  niezła  w  tej  robocie  -  burknął 

ironicznie. 

 -  Pani Nettel ma wreszcie konkurencj

ę.  -  Joy  nie  mogła  się 

powstrzymać,  by  nie  objąć  go  za  szyję  i  przytulić  się  do  szerokiej 

piersi.  Biedaczysko.  Jeszcze  nigdy  nie  spotkała  kogoś  tak  bardzo 

potrzebującego zrozumienia i czułości. 

 -  Wiem, jak b

ędziesz się musiał gimnastykować, żeby utrzymać 

sprawę w sekrecie przed Rexem i innymi - powiedziała miękko. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  uda  się  jakoś  zataić  twoją  obecność.  W 

niedzielę  odbędzie  się  przyjęcie,  a  pani  Nettel  przychodzi  sprzątać 
dwa razy w tygodniu. 

Joy wypr

ężyła pierś, gotowa na najwyższe poświęcenie. 

 - Zostaj

ę tu, nawet gdybym miała sama wysprzątać tę chałupę! 

 - Wystarczy, je

śli sprzątniesz po sobie łazienkę. 

 - Masz racj

ę, jak zwykle - pokiwała skruszona głową. 

 -  Dobrze, kiedy wr

ócę,  zastanowimy  się, co dalej - powiedział, 

zerkając na zegarek. - Rex będzie tu za chwilę i nie chciałbym, żeby 
cz

ekał;  Nie  odbieraj  telefonów,  włączę  sekretarkę,  No,  pójdę  już.  - 

Usiłował podnieść się z krzesła, ale Joy przylgnęła do niego. 

 - Poudawajmy jeszcze troch

ę, zanim wyjdziesz - szepnęła mu do 

uchą. - Udawajmy, że nad nami wisi wielka jemioła. 

 - Ale ja naprawd

ę... 

background image

Joy zamkn

ęła mu usta długim namiętnym pocałunkiem. 

W kilka chwil p

óźniej  złocista  limuzyną  zahamowała  na 

podjeździe.  Dan  pojawił  się  w  progu  dopiero  po  trzecim  klaksonie. 

Gwałtownie  wypadł  z  domu,  z  przekrzywionym  krawatem  i 

rozwianym włosem. Płaszcz miał przerzucony przez ramię. 

 -  Czy

żby  Dan  Burke  wczoraj  zabalował?  -  zachichotał  na 

powitanie Rex. 

 -  Co

ś  ty,  byłem  zajęty  domową  robotą  -  burknął  Dan,  ciskając 

płaszcz na tylne siedzenie i zapinając pasy. 

 - 

Żartujesz,  ile  czasu  może  zająć  zabijanie  drzwi do piwnicy i 

zbieranie okruchów ze stołu? 

 -  Musia

łem  jeszcze  odgarnąć  śnieg  z  chodnika  -  tłumaczył  się 

niewyraźnie  Dan,  pilnie  wpatrzony  w  widok  za  oknem.  -  Takie  są 
przepisy. 

 - O, bracie! - Rex komicznie wywr

ócił oczami. 

 -  Mieszkasz w 

śródmieściu,  to  nie  wiesz,  jakie  utrapienia  mają 

właściciele  posesji.  Poza  tym  powinienem  dawać  dobry  przykład  - 

stwierdził Dan tonem, który świadczył dobitnie, że nie ma ochoty na 

dalszą rozmowę. Z irytacją skonstatował, że Rex zerka na niego znad 
kierownicy. 

A

ż do popołudnia Dan nie miał ani jednej wolnej chwili. Udało 

mu się wydzwonić informatora, akurat Rex wyszedł po chińskie dania. 

Umówił  się  na  wpół  do  siódmej  w  The  Jigger,  niewielkim  barze  w 

pobliżu. Jego informator często wybierał ten lokal na miejsce spotkań, 

więc  Dan  przypuszczał,  że  musi  mieszkać  niedaleko.  Nigdy  jednak 

tego  nie  sprawdził.  Wzajemna  dyskrecja  była  podstawą  ich 

współpracy. 

Dan wszed

ł  do  ciemnawego  wnętrza  trochę  spóźniony. 

Informator  czekał  na  niego  przy  stoliku  w  kącie,  skąd  łatwo  mógł 
obser

wować  wejście,  sam  nie  rzucając  się  w  oczy.  Dan  nieznacznie 

skinął  mu  głową,  i  podszedł  do  aparatu  wiszącego  na  ścianie,  by 

przekazać  Joy  wiadomość,  kiedy  wróci.  Potem  zamówił  w  barku 

napój imbirowy oraz whisky i ze szklankami w ręku przysiadł się do 
informatora. 

 -  Cholerny dzisiaj t

łok.  Ludzie  powariowali  przed  świętami  - 

zagaił, pociągając łyk. 

 -  Ludzie w og

óle  wariują.  -  Mężczyzna  wzruszył  ramionami, 

przypalając papierosa. - Na szczęście mój biznes nie jest sezonowy. 

background image

 -  Fakt.  -  Dan przygl

ądał  się  spod  oka  siedzącemu  naprzeciw 

mężczyźnie w sportowej kurtce, wyglądającemu o wiele starzej niż na 

czterdzieści parę lat. Blizny na policzku świadczyły, że nie obce mu 

były  bójki.  Cofająca  się  linia  włosów  wydłużała  i  tak  już  pociągłą 

twarz,  którą  przecinały  zbyt  szerokie  usta  ukazujące  w  uśmiechu 

pożółkłe  krzywe  zęby.  Dan  wiedział,  że  pod  tą  nieciekawą 

powierzchownością  kryje  się  spryciarz,  którego  wychowała  ulica, 

specjalista  w  swoim  fachu.  Informator  uważał  z  kolei  Dana  za 

profesjonalistę.  Miał,  jak  zwykle,  w  zanadrzu  ciekawe  wiadomości 

warte pieniędzy, które za nie otrzymywał, a poza tym uwielbiał gadać, 

więc  Dan  nie  musiał  ciągnąć  go  za  język.  Dzisiaj  jednak  chciał  jak 

najszybciej zakończyć spotkanie, gdyż w domu czekała na niego Joy. 

M

ężczyzna  był  najwyraźniej  poirytowany.  To  zły  znak.  Danny 

doskonale wiedział, że uwielbia sypać rewelacjami jak z rękawa, by 

zrobić  na  detektywie  jak  największe  wrażenie.  Jeśli  miałby  jakieś 

nowinki  na  temat  Berkleya,  prawdopodobnie  przetrzymałby  go 

jeszcze  trochę  z  tajemniczym  uśmiechem,  a  potem  zalał  potokiem 

słów,  zanim  Dan  zdążyłby  otworzyć  usta.  Teraz,  niestety,  było 
inaczej. 

 - Jak my

ślisz, czy sprawa Berkleya już przyschła? - zagadnął od 

niechcenia Dan, bawiąc się szklanką. 

 - Niekoniecznie, a co? 
 - Co

ś jest jeszcze na rzeczy? - sondował Dan. 

 -  Ee, nie.  -  M

ężczyzna  wychylił  whisky  do  dna.  Dan  skinął  na 

kelnerkę. 

 - W takim razie co masz na my

śli? 

 -  Ksi

ążkę. - Mężczyzna zachichotał. - Ten oskarżyciel, William 

Harris, ten, co usadził Berkleya, więc on pisze książkę o procesie. Nie 
wi

edziałeś  o  tym?  -  Spojrzał  kpiąco na Dana poprzez kłęby 

papierosowego dymu.  - 

Chyba  twoja  siostra  dalej  wodzi  się  z  tym 

palantem? 

 -  Tak, dalej wodzi si

ę  z  tym  palantem  -  potwierdził  Dan, 

zaciskając zęby. - Co z książką? 

 -  Diabli, my

ślałem,  że  wiesz.  Ja  sam  dostałem  cynk  prosto  od 

Theo Nelsona, z kicia w Stillwater, Zaglądam tam do niego parę razy 

w  miesiącu.  Połówkę  ze  swoich  dwóch  lat  odsiadki  już  zaliczył.  A 

Harris  chce  daleko  zajść  -  myśli  otworzyć  prywatną  kancelarię  i 

background image

zostać  jednym  z  tych  sławnych  prawników,  co  to  ich  potem  Oprah 

albo Donahue zapraszają do siebie. 

Dana ogarn

ął gniew na myśl, że taka miernota jak Harris miałaby 

sobie przypisać sukces. To dzięki harówce całego zespołu i zeznaniu 

Joy  miał  gotowe  orzeczenie  ławy  przysięgłych,  ale sam pewnie 

uważał, że zawdzięcza je własnemu błyskotliwemu talentowi. 

 -  Harris by

ł dwa razy u Theo. Pewnie liczył, że Theo jako szef 

Laff  Trak  miał  swoje  wtyki  i  wiedział,  jak  kręci  się  cała  pralnia 
Berkleya..  - 

Urwał  na  chwilę,  by  pociągnąć  łyk  whisky.  -  Sam pan 

porucznik Berkley ni cholery nie ma zamiaru pomóc Harrisowi. Ten 

facet  marzy  tylko,  żeby  cały  świat  zapomniał,  jakim  to  jest 

morderczym ścierwem. 

 - A Theo Nelson zgodzi

ł się na współpracę? 

 - Na razie nie. Tylko nie pytaj, dlaczego si

ę ociąga. Może lubi się 

podrażnić z Harrisem. To w końcu niezła rozrywka, co? 

 - Jako

ś mnie to nie bawi - uciął Dan, myśląc w duchu, że sam z 

lubością  podpuściłby  Harrisa.  W  trakcie  procesu  często  ścinał  się  z 

prokuratorem,  gdyż  nie  zgadzał  się,  by  dla przyspieszenia sprawy 
nagina

ć zeznania do linii oskarżenia. Zasadą Dana była maksymalna 

obiektywność. 

 -  To wszystko, co masz?  -  zapyta

ł.  Mężczyzna  wyszczerzył 

pożółkłe od tytoniu zęby. 

 - A czego by

ś chciał? 

 - Wiedzie

ć, czy sprawa naprawdę się skończyła. 

 -  Znaczy si

ę,  proces  Berkleya  o  morderstwo?  -  upewnił  się  ze 

zdziwioną  miną  mężczyzna.  -  Jasne. Gracze wypadli z gry, 

komediowa  buda  Theo  zamknięta  -  to  co  zostało  jeszcze  do 

wychapania? Nic. A swoją szosą wpadka Berkleya była na rękę Theo. 

Wydmuchał  dwa  kłęby  dymu  z  nozdrzy  i  wgniótł  kopcący 

niedopałek w górę innych, piętrzących się w blaszanej popielniczce. - 

Dostał  lekki  wyrok  i  jeszcze  się  w  życiu  odkuje.  Nie  podejrzewam, 

żeby się brał za mokrą robotę. To tylko naiwniak, który myślał, że jest 

cwany,  a  pozwolił,  żeby  Berkley  robił  go  w  konia  w  jego  własnym 
klubie. 

W

ątpliwości Dana na temat Theo Nelsona odżyły. Ta góra sadła 

lubiła pozować na faceta, który nie ma szczęścia, ale zmuszenie Joy 

do  nadstawiania  głowy  było  zwyczajnym  świństwem  wobec 
wieloletniej przyja

ciółki i lojalnego pracownika. 

background image

 -  Nieraz my

ślę  o  forsie,  którą  Berkley  przekazał  Theo  przed 

morderstwem  - 

wymamrotał  w  zamyśleniu  mężczyzna.  -  Wiesz,  tę 

działkę za stworzenie fałszywego alibi. Joy Jones nie wymyśliła sobie 

tej  koperty.  Jasna  sprawa,  że  Theo idzie w zaparte, ale skurczybyk 

miał cały tydzień, żeby ją gdzieś ukryć. 

 - Mo

że, ale się pewnie nigdy nie dowiemy, jak naprawdę było - 

stwierdził obojętnym tonem Dan i wysączył do końca swój ciepły już 
teraz napój.  - 

Skontaktujemy  się  jeszcze.  -  Sięgnął  do kieszeni 

płaszcza  po  rękawiczki.  Wraz  z  nimi  niepostrzeżenie  wyciągnął 

banknot i dyskretnie wsunął go pod popielniczkę. - Daj mi znać, jak 

coś wypłynie. 

M

ężczyzna  zręcznie  przesunął  banknot  pod  swoją  paczkę 

papierosów. 

 - B

ędziesz pierwszym, do którego zadzwonię. 

 - I ostatnim. 
M

ężczyzna wysunął rożek banknotu, by zerknąć na nominał. 

 - Za t

ę cenę mogę ci to gwarantować. 

background image

ROZDZIA

Ł 5 

Dochodzi

ła ósma wieczór, kiedy Dan skręcił w Pendham Avenue. 

Zaparkował  służbowy,  nie  oznakowany  samochód  obok  rzędu 
skrzy

nek pocztowych i czujnym spojrzeniem obrzucił dom. Wszystko 

wydawało się w porządku. Spuszczone żaluzje w oknach podkreślały 

ponury  wygląd  domostwa,  który  pogłębiały  świątecznie  przybrane  i 

rozjarzone światłem sąsiednie posesje. 

Dan wyszed

ł  z  wozu  i  w  świetle  reflektorów  wyjął  pocztę  ze 

swojej skrzynki. Westchnienie ulgi uleciało mu z warg. A właściwie 

czego oczekiwał? Że szalona Joy zorganizuje orkiestrę dętą i' będzie 

paradować  po  Pendham  Avenue  dyrygując  „Jingle  Bells"?  Może 

jednak powinien zaufać jej rozsądkowi i wręczyć klucze do domu, o 

które tak się przymawiała? 

Nie, za du

że ryzyko. Zaczęłoby się od kluczy do domu, potem do 

skrzynki  na  listy,  a  potem  do  samochodu.  Nie  mógłby  normalnie 

funkcjonować, wiedząc, że Joy może w każdej chwili wybrać pocztę 
ad

resowaną  do  niego  albo  uruchomić  jego  zamknięty  w  garażu  na 

tyłach  domu  wóz,  żeby  rozbijać  się  po  okolicy.  T  e  g  o  by  już  nie 

zniósł, choćby nie wiem jak go prosiła i czarowała. 

Niepokojem napawa

ł go fakt, że nie może nadążyć za tą szaloną 

dziewczyną,  za  jej  pomysłami,  które  fascynowały  go  i  zarazem 

irytowały.  Zdawała  się  stale  mu  wymykać.  Czasem  aż  trudno  było 

uwierzyć,  że  naprawdę  go  pragnie.  Przecież  jest  spokojny  i 

systematyczny  i  lubi,  żeby  wszystko  w  życiu  układało  się  według 
ustalonego planu. Jest zu

pełnym jej przeciwieństwem. 

Co j

ą w takim razie w nim pociąga? 

Seks? Pokr

ęcił  głową,  uśmiechając  się  do  siebie  skrycie.  Ta 

możliwość pochlebiała mu, ale go nie satysfakcjonowała. Świąteczna 

kartka  od  Joy  zupełnie  go  rozkleiła  i  wyzwoliła  sprzeczne  uczucia - 

gniew, ulgę, uniesienie, irytację. Nie potrafił się w nich wyznać. Sam 

już nie wiedział, co naprawdę czuje do Joy. Czyżby zaangażował się 

bardziej, niż przypuszczał? 

Wzdychaj

ąc  zamknął  skrzynkę.  Jeszcze  dziesięć  lat  temu 

listonosz  wchodził  na  ganek  i  wrzucał  pocztę  przez  szparę  w 
drzwiach. Dawne dobre czasy... 

Odwracaj

ąc  się,  spostrzegł  kątem  oka  Jane  Weaver.  Była  już  w 

mocno zaawansowanej ciąży. Kiedy go zobaczyła, skręciła na jezdnię, 

background image

kierując  się  w  jego  stronę.  Dan  natychmiast  zesztywniał.  Ludzie  nie 
m

ieli tu zwyczaju podchodzić do Sknerusa. Dlaczego w takim razie... 

Nagle zrozumia

ł. Rany boskie, pewnie zaczyna rodzić! Tylko taki 

powód  wchodziłby  w  grę.  Mógł  się,  co  prawda,  już  pochwalić 

odebraniem  porodu  na  służbie,  ale  wtedy  zaistniały  wyjątkowe 
okoli

czności. 

 - Dobry wieczór, detektywie Burke! 
 - Dobry wieczór, pani Weaver! - 

Dan zacisnął dłoń na listach. - 

Czy wszystko w porządku? 

 -  Tak, oczywi

ście  -  odpowiedziała,  obrzucając  go  wesołym 

spojrzeniem. 

Dan, nie nawyk

ły  do  żadnych  kontaktów  z  sąsiadami,  o 

swobodnych  pogaduszkach  nie  wspominając,  nerwowo  przestąpił  z 

nogi na nogę, starając się wytrzymać wzrok pani Weaver, z którego 

wyzierała nie skrywana ciekawość. 

 - Czy mog

ę coś dla pani zrobić? - zapytał uprzejmie. 

 -  Dzi

ękuję,  nic  mi  nie  potrzeba.  Chciałam  tylko  złożyć  panu 

świąteczne życzenia. 

 -  Ach, tak, wzajemnie. Mog

ę  podać  pani  pocztę?  -  zapytał  z 

galanterią, wyciągając rękę po kluczyk, 

 -  To mi

ło  z  pana  strony,  ale  zabrałam  ją  wcześniej.  Wtedy 

właśnie  zobaczyłam...  -  Popatrzyła  na  niego  z  ukosa.  -  Zresztą  pan 
wie. 

 - Ja? 
Br

ązowe  kombi  zatrzymało  się  tuż  obok  z  rykiem  klaksonu. 

Szyba od strony kierowcy opuściła się i rozległo się głośne: 

 -  Cze

ść,  Jane,  cześć,  detektywie!  To  był  George  Maynard, 

trzydziestoośmioletni prawnik. 

Pani Nettel twierdzi

ła, że bezskutecznie usiłuje opanować grę na 

saksofonie. 

 - Dobry wieczór - 

powtórzył Dan, usilnie starając się o uśmiech. 

Co się stało? Od lat mieszkał w rodzinnym domu, samotnie, separując 

się od sąsiadów, nie tracąc czasu na sąsiedzkie uprzejmości. Dlaczego 

nagle, w ciągu jednego dnia, pracowicie wznoszony przez niego mur 
oboj

ętności  został  sforsowany?  Z  jakiego  powodu  niespodziewanie 

stał się atrakcyjny dla tych obcych przecież ludzi? 

background image

 - Pani, zdaje si

ę, chciała mi coś powiedzieć? - Odwrócił się znów 

do J

ane.  A  ona...  zrobiła  coś  niesłychanego:  wyciągnęła  rękę  i 

poklepała go po ramieniu! 

 -  Chcia

łam  tylko,  żeby  pan  wiedział  -  mówię  w  imieniu  nas 

wszystkich - jak bardzo cenimy pana za to, co pan dla niej robi. 

 - Dla niej? 
 - Och, niech pan nie b

ędzie taki skromny - konspiracyjnie zniżyła 

głos. - Pani Nettel powiedziała nam, że zbiera pan rzeczy dla misji, ale 

jeszcze do tego zaprosił pan do siebie na święta samą misjonarkę! 

Czekanie, by wreszcie pu

ściła jego dłoń, dłużyło się Danowi jak 

żaden inny moment w jego życiu. 

 -  Przepraszam, spiesz

ę  się  do  domu  -  bąknął,  nie  patrząc  jej  w 

oczy. 

 -  Ach, oczywi

ście.  Musi  pan  zobaczyć  niespodziankę!  Koniec 

świata,  jeszcze  coś?  Dan,  zaciskając  pięści  w kieszeniach, zaczekał 

cierpliwie,  aż  Jane  Weaver  zniknie  za  ogrodzeniem swego domu. 

Dopiero  wtedy  usiadł  za  kierownicą  i  skręcił  w  alejkę  za  rogiem, 

prowadzącą  do  garaży  na  tyłach  domów.  Senna  zwykle  uliczka 

rozbrzmiewała  radosnymi  okrzykami.  W  światłach  lamp  kłębił  się 

kolorowy  tłumek.  A  wszystko  to  działo  się  za  jego  własnym 

ogrodzeniem,  na  rodzinnej  posesji.  Zahamował  i  zaskoczony 

wpatrywał się w ruchliwą grupę małych postaci, którym przewodziła 

inna, trochę większa. 

Kto 

śmiał naruszyć spokój jego azylu? 

Dan zahamowa

ł  przed  bramą  i  wyskoczył  z  samochodu.  Długie 

poły  zimowego  płaszcza  powiewały  złowieszczo,  gdy  zmierzał 

szybkim krokiem w stronę intruzów. 

Zamarzni

ęty  niewielki  staw  z  tyłu  domu  został  oczyszczony  i 

wygładzony na lodowisko. Na tafli wesoło uwijali się mali łyżwiarze. 

Pomiędzy nimi, w samym środku, królowała Joy, wykręcając piruety 

na  śmiesznych,  biało  -  czerwonych  dziecięcych  łyżwach. 

Najwyraźniej  skorzystała  z  jego  rady  i  z  paczek,  które  przygotował, 

wybrała  sobie  ciepłe  ubranie  -  niebieską  kurtkę  z  kapturem  i 

workowate, powiewające brązowe spodnie. 

Ta scena przypomnia

ła  Danowi  dzieciństwo.  Przed  świętami 

Bożego  Narodzenia  ojciec,  który  pragnął  zademonstrować  opinii 

publicznej nieco mniej oficjalny wizerunek, zwykł zapraszać na łyżwy 

i gorącą czekoladę okoliczne dzieci. Zachęcał, żeby dobrze się bawiły, 

background image

a pote

m,  gdy  zaproszeni  jednocześnie  goście  i  dziennikarze  wyszli, 

kazał im znikać grzecznie i szybko. Dan i Gwen po wspólnej zabawie 

wracali wtedy do pustego domu, udając, że niczego nie rozumieją. 

Prawdziwe oblicze powa

żanego  senatora  Burke  i  jego  uroczej 

żony  Beth  różniło  się  zasadniczo  od  lansowanego  publicznie 

wizerunku.  Wyborcy  uwielbiali  dostojnego  senatora  i  szykowną 

kobietę  u  jego  boku.  Ta  pokazowa  para  z  uśmiechem  patrzyła  w 

obiektywy  kamer,  wypychając  naprzód  milutkie  dzieciaki  o 

zaróżowionych policzkach. Dla Dana i Gwen były to jedyne chwile, 

gdy rodzice nie tylko ich zauważali, ale tulili i całowali. A w czterech 

ścianach rodzinnej rezydencji starsza o cztery lata Gwen była dla brata 

matką, siostrą i przyjaciółką. Nie pozwalano im bawić się w ogrodzie, 

a tym bardziej na ulicy. Gdyby, nie daj Boże, zdenerwowali sąsiada, 

zbili szybę czy podeptali kwiatki, prasa zaraz by roztrąbiła, że senator 

Burke nie potrafi sobie poradzić z własnymi dziećmi. 

Nawet po latach widok bawi

ących się wesoło dzieci wywoływał u 

Dana ukłucie żalu. Ale najgorsze były święta. Oboje musieli siedzieć 

ze służbą w domu, podczas gdy rodzice uświetniali swoją obecnością 

najrozmaitsze  spotkania  towarzyskie,  a  w  pięknie  przystrojonych 

domach inne dzieci spędzały święta ze swoimi bliskimi.  Oczywiście 

ich dom był zawsze udekorowany najokazalej... Dlatego właśnie teraz 

Dan chciał, żeby stał pusty i ciemny. Bez ciepła domowego ogniska 

świąteczne ozdoby niewiele znaczyły. 

Rok temu 

łudził się, że jest mu pisane szczęście rodzinne z Joy. - 

ale on

a uciekła. Wróciła w najgorszym momencie. Musi być czujny. 

Lepiej już w nic nie wierzyć. Rozczarowania są nazbyt bolesne. 

Nie wiedzia

ł,  jak  długo  stał  tak  w  półmroku,  pogrążony  w 

niewesołych  myślach.  Nagle  wyrwał  go  z  zadumy  ostry  dziecięcy 

głosik, oznajmiający z przerażeniem, że pojawił się Sknerus. Drobne 

postacie  błyskawicznie  zjechały  z  lodowiska  i  zaczęły  w  pośpiechu 

ściągać łyżwy. Po chwili z tupotem zniknęły za rogiem. Została tylko 

Joy, kreśląca szybkie chaotyczne figury, i malec, który dłużej szukał 

w śniegu swoich butów i teraz nakładając je w pośpiechu, przewrócił 

się na lód. 

Dan podszed

ł  do  niego  niespiesznym sztywnym krokiem i 

spojrza

ł  z  góry  na  piegowatą  zarumienioną  od  mrozu  twarzyczkę. 

Przerażone oczy wpiły się w jego twarz. 

 - Spokojnie, Jeremy. 

background image

 -  Sk

ąd  pan  wie,  jak  mi  na  imię?  Ja  nic  nie  zrobiłem!  - 

wykrzyknął płaczliwie Jeremy. 

 - Znam was wszystkich. Policjanci wiedz

ą takie rzeczy. 

 -  Ale nie zaaresztuje mnie pan? Dan zacisn

ął  usta,  kiedy 

chłopczyk  uskoczył  przed  jego  wyciągniętą  pomocną  ręką.  Ten 

dzieciak  się  go  bał!  Doskonale  znał  ten  strach.  Taki  sam  odczuwał 

kiedyś, gdy stawał nad nim surowy ojciec - senator. Ostatnią rzeczą, 

jakiej pragnął, było wzbudzanie lęku, zwłaszcza w dzieciach. 

 - Jeremy, co ty opowiadasz, nie mam zamiaru ci

ę aresztować! 

 - Przecie

ż pan nie znosi dzieci. - zachlipał chłopiec. - Pan by nas 

wszystkich powsadzał do więzienia! - Zerknął z nadzieją na Joy, ale 

umyślnie odjechała w najdalszy kąt ślizgawki. Jednak jej zacięta mina 

nie uszła uwagi Dana. Czy Joy go znienawidzi? 

 -  To absolutna nieprawda!  -  zaprzeczy

ł  gwałtownie  i  szybko 

przykląkł na lodzie. - Posłuchaj, mały - uniósł palcem brodę chłopca - 

nigdy  nie  byłem  zły  na  dziecko.  Mam  po  prostu  bardzo  ciężką  i 

denerwującą  pracę,  więc  muszę  mieć  spokój  w  domu,  żeby  po niej 

odpocząć. 

 -  Och  -  sapn

ął  Jeremy.  Dan  pogrzebał  w  kieszeni  palta, 

wyciągnął chusteczkę i podsunął małemu pod nos. 

 -  Dmuchaj, mocno! Jeszcze raz  -  nakaza

ł. - Założę się, że twoi 

rodzice  też  czasami  proszą,  żebyś  był  cicho  i  nie  przeszkadzał, 
prawda? 

Kiedy Jeremy zn

ów  podniósł  na  niego  oczy,  w  jego  spojrzeniu 

było więcej zakłopotania niż strachu. 

 -  Jasne, ale pan chce, 

żeby  tak  było  cały  czas  -  odpowiedział 

rezolutnie. 

 -  Fakt. Chyba zapomnia

łem,  jak  to  jest  być  dzieckiem,  jak 

myślisz? 

 - Na pewno pan zapomnia

ł - przytaknął bezlitośnie Jeremy. 

 - S

łuchaj, stary, mam pewną propozycję dla wszystkich dzieci z 

okolicy  - 

uśmiechnął  się  Dan.  -  Co  byście  powiedzieli,  gdybym 

pozwolił wam tu jeździć - oczywiście w pewnych godzinach? 

 - Naprawd

ę, panie detektywie? 

 -  Powiedz innym dzieciom, 

że  coś  wymyślimy.  -  Dan  pomógł 

chłopcu zawiązać buty. - Ale będziecie musieli dotrzymać słowa i dać 

mi spokój o innych porach, kiedy będę chciał odpocząć. 

background image

 -  Tak jest, detektywie Burke!  -  zawo

łał  wesoło  Jeremy  i 

zarzuciwszy  łyżwy  na  plecy,  pognał  do  bramy.  -  Cześć,  siostro!  - 

zawołał w przelocie do Joy. 

 - Dobranoc, Jeremy! - odkrzykn

ęła z uśmiechem. 

 - Siostro? - zdziwi

ł się Dan, pewnym krokiem wchodząc na lód, 

Uchwycił Joy, zanim zdołała mu się wyślizgnąć. 

 -  Uwa

żaj  -  syknęła.  -  Z  jednej  strony  śledzi  cię  z  okna  pani 

Nettel, a z drugiej Jeremy z mamą. 

Dan nie wiedzia

ł, jakie pomysły ma jeszcze w zanadrzu Joy, ale 

uzna

ł, że trzeba stanowczo przerwać to przedstawienie. 

 -  Och, twoja kostka, siostro!  -  wykrzykn

ął  z  komicznym 

wsp

ółczuciem. - Zaraz ci pomogę! - Jednym ruchem zarzucił ją sobie 

na ramię i zaniósł do domu. 

 -  Hej, Dan, zostawi

łam  tam  tenisówki!  -  krzyczała  bezsilnie. 

Zamarła  z  wrażenia,  kiedy  wszedł  do  domu  i  bez  najmniejszego 

wahania  w  zaśnieżonych  butach  udał  się  na  piętro,  nie  zważając  na 

mokre  ślady.  Dopiero  na  górze,  w  sypialni,  zrzucił  ją  na  łóżko,  aż 

podskoczyła do góry. 

 -  Ooch, Danny.  -  Joy a

ż  przymknęła  zielone  oczy.  -  Co za 

cudowna gwałtowność! 

 -  Przynios

łem  cię  tutaj  tylko  dlatego,  żeby  cię  ustrzec  przed 

wzrokiem ciekawskich  - 

wyjaśnił,  rozpinając  jej  kurtkę,  pod  którą 

znalazł jaskrawoczerwoną koszulkę. Twarde czubki piersi prężyły się 

pod bawełną. - Przecież ci mówiłem, że masz nie wychodzić z domu - 

burknął, z trudem odwracając od nich wzrok. 

 -  Musia

łam się trochę przewietrzyć, więc wyszłam do ogrodu - 

wyjaśniła bez śladu zakłopotania. - Zauważyłam, że pod śniegiem jest 

lód i od razu pomyślałam o łyżwach w garderobie Gwen. Oczyściłam 

lodowisko i zaczęłam jeździć. 

 - A wtedy dzieci ci

ę zauważyły - domyślił się. 

 -  Czy nigdy nie przysz

ło  ci  do  głowy,  żeby  je  zaprosić?  I 

dlaczego nazwały cię Sknerusem? 

 - Musz

ę przyznać, że nie utrzymywałem kontaktów z sąsiadami. 

Starałem  się  raczej  separować,  żeby  mieć  spokój.  Myślałem  tylko  o 

sobie, nie zważając na innych. 

 - Wi

ęc niech te święta wszystko zmienią! - wykrzyknęła radośnie 

Joy.  - 

Dlaczego  nie  zainstalowałeś  jeszcze  lampek?  Tak  wiele  mi 

opowiadałeś o świątecznej iluminacji. 

background image

Sk

ąd  miała  wiedzieć,  że  opisywał  jej  wyidealizowany  obraz  z 

dawnych dziecięcych lat? 

 - Rex zawsze mi je w

łączał, ale kiedy zniknęłaś, nie miałem już 

do tego głowy. 

K

łamał. Kupił je w ostatniej chwili, w zeszłym roku, tylko po to, 

żeby uświetnić ich wymarzone wspólne święta, do których nie doszło. 

 - W takim razie w

łączmy je teraz! 

 -  Hej, czy

żbyś  już  zapomniała,  że  się  ukrywasz?  -  upomniał  ją 

Dan. - 

Trzeba siedzieć cicho i nie ściągać na siebie uwagi. 

Joy spowa

żniała i przygryzła wargę. 

 -  Masz racj

ę.  Już  sam  mój  przyjazd  musiał  wzbudzić 

zainteresowanie. 

 -  A za kogo w

łaściwie  uważają  cię  moi  sąsiedzi?  -  zapytał  z 

uśmiechem. 

 -  No c

óż  -  skromnie  spuściła  oczy  -  wiesz,  jaką  mam 

wyobraźnię... Sam mnie prosiłeś, żebym przejrzała rzeczy do wysyłki, 

pamiętasz? I kiedy natrafiłam na stary habit, doznałam olśnienia. 

 - S

łowem, zyskałaś nowe wcielenie do kolekcji? 

 -  W

łaśnie.  Muszę  powiedzieć,  że  to  bardzo  ambitne  wcielenie. 

Ale lubię takie wyzwania. - Oczy Joy zalśniły. - Potrzebuję nowego 
audytorium. - 

Usiadła na łóżku i zaczęła zdejmować łyżwy. - Dzieci to 

znakomita  publiczność  -  szczera, spontaniczna. Od razu po nich 
wida

ć, co myślą i czują. 

 - Zupe

łnie jak ty... 

 - Mo

żliwe - zachichotała. - Przyznasz, że miałam dobry pomysł? 

Niewinna zakonnica, którą zaprosiłeś na święta. Wszyscy wiedzą, że 

zbierałeś rzeczy dla misji dobroczynnej. Oczywiście ta misja już ma 

nazwę  i  swojego  przedstawiciela.  Światowa  Misja  Dobrej  Woli, 

siostra  Constance  Clarence,  do  usług.  Wiesz,  Dan,  najbardziej 

przekonujące są najprostsze kłamstwa. 

 -  W ci

ągu  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin  skłamałem 

więcej  razy  niż  w  ciągu  całego roku  -  sarknął  i  pochyliwszy  się, 

pomógł jej zdjąć buty. - Jakoś żadne z tych kłamstw nie wydawało mi 

się proste. 

 - Mmm... Jak dobrze. 
 - Co dobrze? - Zmarszczy

ł brwi. 

 - Rozcierasz mi palce u nóg. - 

Poruszyła nimi z rozkoszą. - Udało 

mi się umalować kosmetykami Gwen. O zmroku jakoś uszło. 

background image

Dan przyjrza

ł  się  uważnie  jej  twarzy.  Rzeczywiście,  Joy  była 

mistrzynią  wcieleń.  Jasne,  wąskie  brwi  zmieniły  się  w  ciemne  łuki. 

Rzęsy  zostały  odpowiednio  przyciemnione.  Pełne  wargi  zwęziła 

cielistą szminką. Nawet skórę miała bledszą niż zwykle. 

 -  Jutro jeszcze udoskonal

ę  to  przebranie  -  szepnęła,  przytulając 

się do niego. 

Och, jak dobrze by

łoby  zamknąć  ją  w  ramionach  i  trzymać 

mocno, zanurzając twarz w pachnące włosy. Opanował się z trudem. 

 -  Musz

ę  przyznać,  że  to  znakomite przebranie  -  pochwalił 

profesjonalnym tonem.  - 

Ale  proszę  cię,  dość  tych  niespodzianek. 

Wiesz, że lubię planować i przewidywać. 

 - Och, ty stary glino! 
 - Po prostu nie chc

ę sobie i tobie szarpać nerwów. 

Joy ucieszy

ła się skrycie. Dan, który tak się nią przejmował! To 

było jak wchodzenie z nim na nowe nieznane terytorium. 

 -  Och, Danny, gdyby

ś  tylko  potrafił  być  bardziej  elastyczny  w 

pewnych sprawach, nie... 

Drgn

ęli oboje, gdy zadźwięczał dzwonek u kuchennych drzwi. 

 -  Cholera!  -  Dan zerwa

ł się z łóżka. - Zostań tu i siedź cicho - 

polecił. - Zaraz wrócę. 

Za zas

łonką  na  szybie  zobaczył  siwe  loki  pani  Nettel.  Na  jego 

widok podniosła do góry ośnieżone, stare tenisówki Joy. 

 - Witaj, Dan - powiedzia

ła z uśmiechem, wchodząc do środka. - 

Siostra Clarence z

ostawiła je w śniegu, więc przyniosłam, bo później 

mogłaby ich nie znaleźć w zaspie. 

 -  Dzi

ęki.  -  Dan  postawił  zgubę  na  dywaniku.  -  Siostra 

nadwerężyła sobie kostkę i musiałem ją tu przynieść. 

 -  Czy to co

ś  groźnego?  -  Zatroszczyła  się  natychmiast  pani 

Nettel. 

 - Och, nie, szybko minie. - Machn

ął ręką, z rozpaczą obserwując, 

jak  pani  Nettel  zdejmuje  buty,  sadowi  się  za  kuchennym  stołem  i 

zaczyna  czyścić  zaparowane  szkła  okularów.  Było  mu  głupio, 

ponieważ  po  raz  pierwszy  od  kiedy  poznał  tę  sympatyczną  starszą 

kobietę, chciał tak szybko się jej pozbyć. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  nie  przejąłeś  się  zbytnio  tym  lodowiskiem, 

Dan? 

 - Jako

ś przeżyłem. 

background image

 - Siostra Clarence dos

łownie przyciąga dzieciaki jak magnes. W 

życiu czegoś takiego nie widziałam! 

Dan sta

ł  oparty  o  blat,  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi.  Był 

piekielnie  głodny  i  zmęczony.  Ale  za  żadne  skarby  nie  mógł  się  do 

tego  przyznać,  bo  pani  Nettel  natychmiast  zabrałaby  się  do 
przygotowania kolacji. 

 - M

ówiła, że jest misjonarką? - zagadnął lekkim tonem. 

 -  Tak.  -  Okulary wyl

ądowały  na  nosie.  Niebieskie  oczy 

popatrzyły na niego. - Światowa Misja Dobrej Woli. Nie słyszałam o 
takiej, ale tyle jest dzisiaj organizacji charytatywnych... 

 - Bardzo si

ę cieszę, że mogłem zaprosić ją na święta. 

 - Nie mog

ła lepiej trafić - powiedziała ciepło starsza pani. 

 -  Dobry wieczór, kochana pani N.!  - 

dobiegł  głos  z  góry.  Dan 

westchnął  w  duchu,  słysząc  skrót,  którego  używali  tylko bliscy 
znajomi pani Nettel. Joy jak zwykle zd

ążyła się już zaprzyjaźnić. 

 - Czy siostra nie powinna le

żeć? - zaniepokoiła się pani Nettel. 

 - Nic takiego mi nie jest, naprawd

ę. Dan patrzył zafascynowany, 

jak  kuśtykając  weszła  do  kuchni, ubrana w habit. Przemiana była 

zadziwiająca. Wyglądała zupełnie inaczej, z odświeżonym makijażem 

i włosami schowanymi pod powiewającym czarnym welonem. Figurę 

miała  teraz  pełniejszą.  Nawet  nie  próbował  się  domyślać,  jak  to 

osiągnęła  -  ale  efekt  był  bardzo  przekonujący.  Duży  biust  i  krągłe 

biodra uwydatniały się wśród fałd habitu. 

 -  Od lat nie widzia

łam zakonnicy w tak staromodnym habicie - 

zauważyła pani Nettel. 

 - Jeste

śmy zakonem ubogim - wyjaśniła skromnie Joy, nabożnie 

splatając  ręce  pod  bujnym  biustem.  -  Czy  Dan  pani  nie  mówił?  - 

zagadnęła, siadając wyprostowana na brzeżku krzesła. 

 - Co mia

ł mi powiedzieć, siostro? 

Dan rzuci

ł  Joy  ostrzegawcze  spojrzenie.  Odpowiedziała  mu 

błyskiem  oburzenia  w  oku,  ganiąc  go  za  wieczny  brak  zaufania. 

Przecież byłą mistrzynią improwizacji i doskonale wiedziała, co robić, 

kiedy się staje na scenie. 

 -  Mamy do pani wielk

ą prośbę, pani Nettel - zaczęła poważnie, 

patrząc  z  udaną  nadzieją.  -  W  końcu  jest  pani  autorytetem  w  tej 
okolicy. 

 -  Naprawd

ę?  -  Starsza  pani  najwyraźniej  poczuła  się  mile 

połechtana. 

background image

 - Ale

ż oczywiście! Chciałam powiedzieć, że kostka nie dolega mi 

na tyle, bym nie mogła chodzić, ale czuję, że nie powinnam na razie 

jeździć na łyżwach. 

 - Siostra powinna jednak i

ść do lekarza. Joy uspokoiła ją gestem 

ręki. 

 -  Nie ma najmniejszej potrzeby, prosz

ę  mi  wierzyć.  Samo 

przejdzie. Mam jednak nadzieję, że zdoła pani wytłumaczyć nas przed 
dzie

ćmi. Za bardzo bym się denerwowała, gdyby jeździły beze mnie. 

Pani Nettel skin

ęła głową ze zrozumieniem. 

 -  Prosz

ę  zostawić  to  mnie,  siostro.  Dan  powie  siostrze,  jak 

potrafię dbać o jego interesy tutaj. 

 -  Potrafi, potrafi  -  westchn

ął  z  zabawną  rezygnacją.  -  Jeszcze 

jedna opiekuńcza siostra. 

 - Raczej mamusia - poprawi

ła go z dumą. 

 - W ka

żdym razie jestem pani bardzo wdzięczny, że zatroszczyła 

się o siostrę pod moją nieobecność - powiedział tonem sugerującym 

pożegnanie. 

 -  Drobiazg. B

ędę  mogła dzisiaj spokojnie wziąć się do robótki, 

wiedząc, że siostra ma się lepiej. A zatem do soboty. W sobotę pięknie 

tu posprzątam na niedzielną uroczystość. 

 - Cudownie - rozpromieni

ł się Dan, odprowadzając panią Nettel 

do drzwi. - 

Mnie nie będzie, bo niestety mam służbę. Siostra ustali z 

dekoratorem, jak ma ozdobić drzewko i dom. 

Joy specjalnie czeka

ła, aż położą się do łóżka, by porozmawiać o 

pani Nettel. Dan przysypiał już ze zmęczenia. Chciał, by spali razem, 

lecz jednocześnie prosił, by odsunęła się z poduszką na brzeg łóżka, 

żeby  zredukować  pokusę  do  minimum.  Joy  przystała  na  wszystko, 

choć  niechętnie;  Wiedziała  jednak,  że  nie  zmrużyłby  oka,  gdyby 

przeniosła się do innego pokoju. 

 - Danny? 
 - Tak, kochanie? - Ci

ężko odwrócił się na bok. 

 - Nie 

śpisz? 

 - Nie bardzo. Ci

ągle myślę o twoim wystrzałowym biuście. 

 - Och, to nic takiego. Tylko biustonosz z darów, i paczka waty. 
 -  Rzeczywi

ście,  w  tej  wersji  mało  pociągające  -  ziewnął.  Joy 

przestraszyła się, że zaraz zaśnie. 

 -  Wyobra

żam  sobie,  jak  ci  ciężko,  kiedy  musisz  podejrzewać 

bliskich sobie ludzi - 

powiedziała poważnie. 

background image

 - Uhm... 
 -  Lubisz pani

ą  Nettel,  prawda?  -  Nerwowo  skubnęła  brzeg 

bawełnianej  koszulki,  służącej  jej  jako  koszula  nocna.  -  Ja  też  ją 

polubiłam, ale ze wszystkich trzech podejrzanych... 

 - Joy, to nie jest tani krymina

ł - zaprotestował, nagle otwierając 

oczy.  - 

Jak  w  ogóle  można  nazywać  ich  podejrzanymi?  Gwen  jest 

moją  siostrą,  a  Rexa  traktuję  jak  brata.  Owszem,  oboje  są 

apodyktyczni  i  chcieliby  mną  rządzić,  ale  robią  wszystko  w  jak 
najlepszej wierze. Podo

bnie bliska jest mi pani Nettel. Zwątpiłbym w 

ich  uczciwość  tylko  wtedy,  gdyby  pojawiły  się  niepodważalne 
dowody. 

 -  Musi by

ć  jakiś  sposób  na  udowodnienie,  kto  jest  winny  - 

nalegała - i jakie są jego powiązania z tym fałszywym kuzynem, który 

pytał o mnie w Orlando. 

 - Te sprawy wymagaj

ą czasu. Pamiętasz, co mówiłem ci dzisiaj o 

rozmowie z informatorem? 

 - Jasne. Nie rozumiem tylko, co tu mo

że mieć do rzeczy książka 

Williama Harrisa? 

 -  By

ć  może  nic  -  burknął,  przekręcając  się  na  drugi  bok.  -  Na 

wszelki wypa

dek  nie  ujawniaj  się  przed  nim,  dopóki  nie  będziemy 

mieli  pewności.  Musisz  być  bardzo  ostrożna  podczas  niedzielnej 

uroczystości. 

 - A b

ędę na niej? 

 - Ciekawe, jak m

ógłbym cię powstrzymać? 

 -  Oczywi

ście  że  byś  mnie  nie  powstrzymał,  ale  zaproszenie 

przyjmuj

ę. - Pochyliła się i ucałowała go w policzek kłujący zarostem. 

 -  Kochanie, postaraj si

ę  usnąć,  a  śledzenie  i  myślenie  zostaw 

mnie. 

Joy patrzy

ła,  jak  Dan  zamyka  oczy  i  natychmiast  odpływa  w 

krainę snu. Wątpiła w powodzenie jego śledztwa. Zbyt emocjonalnie 

traktował owe trzy osoby, by podejść do nich w swój profesjonalny, 

chłodny sposób. Potrzebował pomocy. 

Musi mu pomóc  -  jako siostra Clarence, przedstawicielka 

Światowej Misji Dobrej Woli. Przede wszystkim należy mieć oko na 

tę panią Nettel. I odkryć prawdziwe motywy jej działania. 

Tak, dopiero kiedy b

ędzie  miała  dowody,  powie  wszystko 

Danowi.  Powie  mu,  że  nieraz  widywała  jego  ukochaną  panią  N.  w 

background image

klubie Laff Trak. I o jej wizytach w biurze Theo Nelsona, z których 

zawsze wychodziła dziwne podekscytowana. 

background image

ROZDZIA

Ł 6 

 -  A, tu jeste

ś!  -  Gwen  Burke  otworzyła  drzwi  do  pokoju 

przesłuchań i zobaczyła Dana zajadającego z apetytem gotowy lunch z 
papierowej tacki. 

Wygl

ądała  bardzo  szykownie  w  kostiumie  morskiego  koloru,  z 

ciemnymi  włosami  zaczesanymi  w  gładki  węzeł.  Była  wysoką 

posągową  pięknością  o  wyrazistych  jak  u  brata  rysach  i  niebieskich 

oczach.  I  podobnie  jak  Dan  traktowała  obowiązki  zawodowe 

nadzwyczaj  sumiennie.  Pracowała  jako  księgowa  w  dużej  firmie 

mającej swą siedzibę o kilka przecznic dalej. 

 - Lunch w pokoju przes

łuchań? - zaśmiała się. - Ładnie, ładnie. 

 -  Oficjalnie to pomieszczenie nazywa si

ę pokojem wywiadów - 

poprawił  ją.  -  I  ma  tę  wielką  zaletę,  że  nikt  mi  tu  nie  przeszkadza. 

Może się skusisz? 

Gwen podesz

ła do biurka i zerknęła na tackę. 

 -  Hm, szynka, salami i trzy rodzaje sera... Chyba rzeczywi

ście 

podzielisz się ze mną, braciszku. 

Przysun

ęła sobie krzesło i zabrała się do jedzenia. 

 -  Najpierw zajrza

łam  do  twojego  gabinetu  -  wyjaśniła,  skubiąc 

liść  sałaty.  -  Rex  rozmawiał  przez  telefon.  Na  mój  widok  odłożył 

słuchawkę i wierz mi, popatrzył na mnie jak na raroga. 

 - Serio? - Dan wyj

ął dwa jogurty i podsunął jej jeden. 

 -  To do niego niepodobne. Mo

że  to  była  prywatna  rozmowa? 

Opowiedz dokładnie, co się stało. 

 -  Kiedy wesz

łam,  właśnie  kładł  do  głowy  komuś,  jak 

skomplikowane może okazać się dotrzymanie danego słowa. Na mój 

widok burknął coś, cisnął słuchawkę i poinformował  mnie, że jesteś 

właśnie  tutaj.  Zostałam  jeszcze  przez  chwilę  i  zaczęłam  wspominać 

ten  sobotni  wieczór,  który  tak  miło  spędziliśmy  we  troje,  piekąc 

ciasteczka. A potem rzuciłam niewinną uwagę na temat jego nowego 

zegarka. Wyraźnie się spłoszył. Powiedział, że nie powinien nosić go 
do pracy, a potem - 

wyobraź sobie - kazał mi wyjść! 

 - Dlaczego zainteresowa

łaś się akurat jego zegarkiem? 

 - Bo to by

ł rolex! 

 - Poprzednio go nie nosi

ł. Na pewno bym zauważył. 

 - Dan spowa

żniał. - Jesteś pewna, siostrzyczko? 

 - Potrafi

ę rozpoznać rolexa, braciszku - stwierdziła sucho Gwen. 

Widziałam takie zegarki nie tylko na wystawie. 

background image

Ciemne brwi Dana zbieg

ły się w wyrazistą linię. 

 -  Sk

ąd  wziął  pieniądze  na  taki  kosztowny  i  elegancki  zegarek? 

Jeździ wozem średniej klasy i ma małe mieszkanie. 

 -  W dodatku z wodnym 

łożem  -  uzupełniła  Gwen.  Dan  w 

zamyśleniu żuł kanapkę. 

 - Mo

że te panienki, na które chętnie przymyka oko, zrzuciły się 

na prezent. Najlepiej jeśli sama zapytasz go o to, na przykład podczas 

bożonarodzeniowego spotkania u mnie w domu. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  będzie  mądry  i  od  razu  mnie  przeprosi  - 

rzuciła,  zerkając  na  swój  własny,  zdobiony  brylancikami  zegarek.  - 

No, dobrze, a dlaczego chciałeś się ze mną zobaczyć? 

 -  Musimy om

ówić  wszystkie  sprawy  związane  z  organizacją 

przyjęcia  i  podjąć  ostateczne  decyzje.  -  Była  to  tylko  częściowa 

prawda. Dan chciał przede wszystkim wysondować, co Gwen wie na 
temat za

ginionej kartki od Joy i podpytać ją o Williama Harrisa. Nie 

mógł  zrozumieć,  co  opętało  jego  tak  zawsze  rozsądną  1  ostrożną 

siostrę. Ten Harris kompletnie zawrócił jej w głowie. 

 -  Wyobra

ź  sobie,  że  odezwali  się  Winstonowie,  Prestonowie  i 

Calhounowie! - po

wiedziała podekscytowana. 

 - Bardzo si

ę cieszę. Gwen przyjrzała mu się badawczo. 

 - Braciszku, naprawd

ę się cieszysz? 

 -  Jasne, przecie

ż  to  tradycja.  Ludzie  lubią  się  u  nas  spotkać,  a 

tobie się to podoba. 

 -  To mi pomaga zwalczy

ć  złe  wspomnienia,  wiesz  o  tym 

doskonale - 

wyjaśniła z urazą Gwen. 

 -  Owszem, wiem. Po 

śmierci  rodziców  dom  wydawał  mi  się 

pusty  i  też  uważałem,  że  dobrze  jest  otoczyć  się  znanymi, 

ustosunkowanymi ludźmi, w dodatku przyjaciółmi rodziców. 

 - I nadal tak jest. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. 
Dan wzruszy

ł ramionami. 

 -  Rex sugerowa

ł,  żebym  zaprosił  naszą  policyjną  drużynę 

baseballową. 

 -  Co? T

ę  bandę  wielbicieli  wodnych  materacy  i  piwa  w 

puszkach? 

 -  Daj spok

ój,  Gwen,  pytałaś  mnie  o  zdanie,  więc  ci 

powiedziałem. 

 - Ty naprawd

ę nie jesteś dziś sobą - stwierdziła oskarżycielskim 

tonem. - 

Co się z tobą dzieje? Dotąd nawet nie przyszłoby ci do głowy 

background image

zapraszać  na  przyjęcie  ludzi  z  takich  sfer.  Chyba  się  na  nich 

zapatrzyłeś, bo przedziałek masz bardziej na lewo niż zwykle. 

Jasne, czesa

ł  się  w  samochodzie,  bo  Joy  czule  zwichrzyła  mu 

czuprynę na pożegnanie. On jej zresztą też. O mało nie spóźnił się do 
pracy. 

 - Mo

że postanowiłem żyć bardziej na luzie - rzucił prowokująco. 

 - Luz do ciebie nie pasuje - uci

ęła, a potem pochyliła się i ujęła 

go  za  rękę.  -  Mówię  o  tym,  braciszku,  bo  martwię  się  o  ciebie. 

Pamiętaj, że w razie czego zawsze możesz na mnie liczyć. 

 -  Daj mi spokój!  - 

Gwałtownie  wyszarpnął  rękę.  -  W y  - 

starczająco trzęsłaś się nade mną przez cały zeszły rok. 

 -  Tylko dlatego, 

że ta komediantka... jak jej tam, Kodak Comic 

potraktowała  cię  w  sposób  bezceremonialny  -  oświadczyła  sztywno 
Gwen.  - 

Wygląda  na  to,  że  zepsuje  ci  i  tegoroczne  święta.  Przecież 

widzę, że wcale się nie cieszysz. 

 -  Po pierwsze, ona ma imi

ę:  Joy.  A  po  drugie,  nie  ma  nic 

wspólnego z moimi nastrojami  - 

stwierdził kategorycznie, doskonale 

wiedząc,  że  jest  dokładnie  odwrotnie.  Gwen  wyciągnęła  mylne 

wnioski. Był w znakomitym humorze. Całą noc leżał obok Joy, czuł 

jej obecność, w każdej chwili, gdyby tylko chciał... 

 - S

łuchasz mnie, Dan? 

 -  Tak, oczywi

ście.  -  W  porę  przypomniał  sobie  o  obecności 

siostry.  - 

Słuchaj,  ktoś  ukradł  świąteczną  kartkę,  którą  przysłała  mi 

Joy - 

oznajmił lekkim tonem, czekając na efekt. 

 - Kartk

ę od Joy? Naprawdę? To dziwne. 

 - Bardzo. 
 -  Dan, pos

łuchaj  mojej  rady,  znajdź  sobie  nową  dziewczynę  i 

zaproś ją na świąteczne przyjęcie. 

 - A ty przyjdziesz ze swoj

ą sympatią? 

 - Jasne. William bardzo si

ę na to cieszy. 

 - S

łyszałem, że pisze książkę o procesie Berkleya. Gwen drgnęła. 

 - W

łaśnie miałam ci o tym powiedzieć. 

 -  Wcze

śniej doniósł mi o tym płatny informator - wyjaśnił Dan 

nie bez złośliwej satysfakcji. 

 -  William jest na razie na etapie opracowywania notatek i 

robienia planu wywiadów. 

background image

 -  Ju

ż  zaczął  je  przeprowadzać  -  sprostował  Dan.  -  Dwa razy 

odwiedził  Theo  Nelsona,  właściciela  Laff  Trak  Comedy  Club  w 

więzieniu Stillwater. 

Gwen westchn

ęła z rezygnacją. 

 - W porz

ądku, masz rację. William pracuje nad książką. Obawiał 

się, że będziesz wściekły, i dlatego starał się trzymać to w tajemnicy 
przed tob

ą. 

 - Dlaczego mia

łbym być wściekły? 

 -  Zazdro

ść  zawodowa.  A  poza  tym  uraza,  że  zajął  miejsce  w 

moim sercu - 

gładko wyrecytowała Owen. 

 -  Bo

że,  co  za  nonsensy  -  prychnął  Dan.  Albo  Harris  naprawdę 

wierzył w te bzdury, albo wymyślił je specjalnie, by odciągnąć jego 

uwagę od czegoś o wiele ważniejszego. Taki wybieg sprawdzał się na 

rozprawie sądowej. 

 -  My

ślę,  że  Theo  Nelson  nie  był  zachwycony,  że  prokurator, 

który  go  wsadził  do  więzienia,  pisze  o  nim  książkę  -  zauważył 

trzeźwo. 

 -  William obieca

ł  mu  duży  udział  w  zyskach  ze  sprzedaży 

książki. - Gwen była wyraźnie dumna z narzeczonego. - Zresztą Theo 
wyjdzie za rok. 

 - Harris by

ł zadowolony z tych wizyt? 

 -  Niezupe

łnie.  Pierwszy  raz  był  wręcz  zły.  Za  drugim  razem 

poszło  trochę  lepiej.  To  było  tego  dnia,  kiedy  piekliśmy  ciasteczka. 

Spotkałam się z nim, poszliśmy do mnie i... wreszcie się odprężył. - 

Uciekła wzrokiem w bok. 

 - Czy rozmawia

ł z kimś jeszcze? 

 - Pr

óbował kontaktować się z Berkleyem, ale on nie życzył sobie, 

by odgrzebywano jego sprawę. Prawdę mówiąc, nie chciał zamienić z 

Williamem nawet słowa. 

 -  Zastanawiam si

ę,  czy  rozmawiał  też  z  Rexem.  Oczy  Gwen 

rozszerzyły się. 

 - My

ślisz, że ten rolex mógłby być łapówką od Williama, a to, co 

usłyszałam na temat lojalności, miałoby dotyczyć sprawy Berkleya? - 
sp

ytała mocno zaniepokojona. 

 - Nie wiem, Gwen - odpar

ł Dan. 

 - Danny, to nie ma sensu. 

background image

Ma, stwierdzi

ł  w  duchu,  jeśli  Harris  wynajął  Rexa,  by  odnalazł 

Joy. Czyżby aż tak bardzo chciał ją przepytać? Nie ma wyjścia, musi 

odkryć karty. 

 -  Gwen, czy William by

ł  zainteresowany odszukaniem i 

spotkaniem się z Joy? 

 -  Ja przynajmniej nic o tym nie wiem. Zreszt

ą, co w tym złego, 

gdyby nawet chciał z nią porozmawiać? Ona jest teraz w bezpiecznym 
miejscu, prawda? 

 -  Nie wiem  -  odpowiedzia

ł  i  uznał,  że  mimo  wszystko  jest 

szczery. 

 -  Jasne, sk

ąd masz wiedzieć, skoro ci uciekła. Dan, powiedz mi 

wreszcie,  dlaczego  dopytujesz  się,  czy  William  pisze  książkę  i  czy 

rozmawia z połową miasta? 

Oczywi

ście,  że  miałby  w  nosie  tę książkę,  gdyby  nie Joy.  Tego 

jednak nie mógł Gwen zdradzić. 

 - S

łyszałem, że porzuca posadę i otwiera kancelarię? - zagadnął, 

mając nadzieję, że zmiana tematu odwróci uwagę siostry. 

 -  Dobrze s

łyszałeś.  -  W  głosie  Gwen  znów  zabrzmiała  nuta 

dumy.  - 

Chciałabym,  żebyś  aprobował  mój  wybór,  Danny.  William 

okazał się mężczyzną, o jakim zawsze marzyłam. I tak świetnie pasuje 

do naszego kręgu towarzyskiego! 

Dan wiedzia

ł doskonale, że to aluzja do Joy. W przeciwieństwie 

jednak  do  tego  bezwzględnego  typa,  który  dla  kariery  był  gotów  na 

wszystko,  Joy  była  uczciwa,  serdeczna  i  dobra.  No,  może  nazbyt 
wybuchowa i uparta. 

 -  Dobrze, Gwen, zostawi

ę  Harrisa  w  spokoju,  jeśli  przestaniesz 

tępić Joy, zgoda? - zaproponował. 

 -  Zgoda. Tyle 

że  będziesz  musiał  znosić  obecność  Williama  na 

przyjęciu - zaśmiała się. 

 -  Ju

ż dobrze, dziecino. - Puścił do niej oko. - Odtąd jestem dla 

ciebie Świętym Mikołajem. 

 - 

Święty Mikołaj... Tak o tobie mówi siostra Constance Clarence 

ze  Światowej  Misji  Dobrej  Woli  -  wyrecytowała  Gwen  z 
entuzjazmem. - 

Ona jest zresztą niesłychanie tajemnicza. 

Dan zacisn

ął pięści, ale pokręcił głową z uśmiechem. 

 - Pani Nettel jest niepoprawna. 
 -  Sk

ądże,  ona  jest  perłą  wśród  gospodyń  -  zaprzeczyła  żarliwie 

Gwen.  - 

Dzwoniłam do niej, żeby się upewnić, czy przyjdzie pomóc 

background image

nam  w  przygotowaniach  do  niedzielnego  przyjęcia.  Wtedy 

wspomniała  o  twoim  gościu.  Szkoda,  że  sam  mi  o  niej  nie 

powiedziałeś - zakończyła z wymówką. 

 -  Wreszcie jeste

śmy kwita - odparował. - Ty milczałaś na temat 

książki Harrisa, a ja o poczciwej siostrzyczce. 

 -  Trudno, niech ci b

ędzie.  Jesteśmy  kwita  -  zgodziła  się 

niechętnie i wstała zza biurka, kierując się ku drzwiom, 

 -  Chcia

łem opowiedzieć ci o siostrze, ale bałem się, że  możesz 

mieć zastrzeżenia. 

 - Ja? Zastrze

żenia? Zawsze popierałam akcje charytatywne! 

 -  Siostra Constance Clarence jest kochan

ą,  pełną  poświęcenia 

duszą,  która  nie  ma  się  gdzie  podziać  w  tym  obcym  mieście.  Misja 

wiedziała, że zbieram dla nich rzeczy, więc skontaktowała się ze mną, 

prosząc o gościnę. 

 -  Ale tamta misja nazywa

ła  się  chyba  jakoś  inaczej.  -  Gwen w 

zamyśleniu zmarszczyła brwi. 

 -  Och, wiesz jak szybko rozprzestrzeniaj

ą  się  wieści  - 

zbagatelizował.  -  Jedna  siostrzyczka  powie  drugiej  i  tak  to  się 
odbywa... 

Gwen nie mia

ła powodu wątpić w wyjaśnienia brata. 

 -  Ciesz

ę  się,  że  siostra  Clarence  będzie  na  naszym  przyjęciu  - 

rzekła, stojąc już z ręką na klamce. - A propos, czy poczęstowałeś ją 
moimi ciasteczkami? 

Ha! Pocz

ęstowałem! 

 -  Co, pewnie nie przysz

ło ci to do głowy? - Gwen uśmiechnęła 

się, widząc minę Dana. - Nic nie szkodzi, nadrobimy to przy deserze. 
Podam je do kawy, razem z lodami pistacjowymi. 

Dan poczu

ł  się  nieswojo.  Przypomniał  mu  się  zasypany 

okruchami stół. Uświadomił też sobie, ile serca i pracy włożyła w te 

wypieki  Gwen.  Trudno,  Joy  będzie  musiała  wziąć  się  dzisiaj  do 
roboty. 

 -  No, dobrze, id

ę  -  oznajmiła  Gwen.  -  Chciałabym  wierzyć,  że 

wszystko  z  tobą  w  porządku.  I  dzięki  za  poczęstunek.  Bardzo  mi 

smakował lunch w pokoju przesłuchań. 

Otworzy

ła drzwi i cofnęła się, widząc, że  w progu stoi William 

Harris. 

 -  To ty, kochanie!  -  wykrzykn

ął zdziwiony. Dan uśmiechnął się 

do 

przystojnego prokuratora. Mógł mu tylko pozazdrościć sukcesów. 

background image

Ten  mężczyzna  o  młodzieńczej  sylwetce,  sympatycznej  twarzy, 

modnie ostrzyżonych włosach i niewielkiej wypielęgnowanej bródce 

był  w  stanie  owinąć  sobie  wokół  palca  każdą  ławę  przysięgłych. 
Star

zał się dystyngowanie, zachowując znakomitą formę. 

William obj

ął  Gwen,  zerkając  podejrzliwie  na  Dana  zza  jej 

ramienia. 

 - Czy

żbyś wstał lewą nogą? - spytał z przekąsem. 

 -  William, on wie o ksi

ążce  -  szepnęła  mu  do  ucha  Gwen, 

wysuwając się z jego objęć. 

 - W

łaśnie miałem mu o niej powiedzieć. 

 - Tak? I szuka

łeś mnie? - spytał ironicznie Dan. 

 -  Owszem, ale skoro spotka

łem  Gwen, najpierw odprowadzę ją 

do biura. 

 - Harris, musz

ę z tobą pomówić - oznajmił Dan. 

 - Do 

świąt mam urlop. Pewnie to nic pilnego. - Harris beztrosko 

machnął ręką. - Pogadamy na przyjęciu. 

Wyszli. Dan opar

ł  łokcie  o  blat  biurka  i  zamyślił  się.  Sporo  się 

dzisiaj  dowiedział.  Przede  wszystkim  zyskał  pewność,  że  Gwen  nie 
ma 

pojęcia o powrocie Joy, a Rex boryka się z problemami, o których 

wola

łby nie mówić. Zabolało go, że siostra nie jest z nim szczera, gdy 

w grę wchodzi jej ukochany William. Kto wie, czy nie byłaby zdolna 

wykraść  dla  niego  pocztówkę  Joy,  gdyby  uznała,  że  przyda  mu  się 

jako materiał do książki, albo jeszcze gorzej - gdyby chciał wyśledzić 

Joy.  Czy  jednak  okłamałaby  brata?  Uświadomił  sobie,  że  gdy 

wspomniał o kradzieży pocztówki, nie zaprzeczyła otwarcie. 

 -  Je

żeli  chodzi  o  świąteczne  wypieki,  to  mam  doświadczenie 

jedynie w jedzeniu ich - 

ostrzegła Joy, widząc, jak Dan stawia na stole 

kuchennym dwie wielkie torby z zakupami. 

 -  Tak w

łaśnie  przypuszczałem.  -  Odwrócił  się  i  ogarnął  ją 

spojrzeniem.  - 

Mimo  wszystko  cieszę  się,  że  cię  widzę  -  dodał  i 

uśmiechnął się czule. 

Cho

ć Joy miała na sobie sprany bawełniany podkoszulek i białe, 

nie pierwszej młodości spodnie, na szczęście nie aż tak workowate jak 

te,  w  których  jeździła  na  łyżwach,  wyglądała  świeżo  i  pociągająco. 

Złote włosy lśniły, a w oczach miała radość. Dan najchętniej porwałby 

ją w ramiona i zaniósł do sypialni. 

 - Znalaz

łam stację, która nadaje same kolędy - powiedziała cicho 

Joy. Och, jeśli on tak jej pragnie, czemu jej nie przytuli? 

background image

Dan s

łuchał  przez  chwilę  muzyki  płynącej  z  radia,  a  potem 

podszedł  do  Joy  i  zamknął  ją  w  uścisku.  Fala  gorąca  natychmiast 

ogarnęła całe jej ciało. Przylgnęła żarliwie do Dana. 

 - Tak tego potrzebowa

łam,. Danny... - wyszeptała. 

 -  Wiem, czego potrzebujesz  -  odpar

ł,  opierając  podbródek  na 

czubku  jej  głowy.  -  Ciągle  o  tym  myślę  i  postaram  się  spełnić 

wszystkie  twoje  marzenia.  Chcę,  żeby  te  święta  były  dla  nas 

najpiękniejsze. Musimy tylko... 

Joy wspi

ęła się na palce i żartobliwym gestem rozwichrzyła  mu 

ciemne  włosy.  Kosmyki  opadły  na  czoło,  nadając  mu  rozkosznie 

niedbały i seksowny wygląd, który sprawił, że Joy poczuła słabość w 
kolanach. 

 - Co musimy? Mów szybko. 
 -  Musimy wzi

ąć  się  za  ciasteczka  -  oznajmił  z  niekłamanym 

żalem. 

 - Najpierw wezm

ę się za ciebie - powiedziała głosem drżącym z 

pożądania.  -  Chcę  się  z  tobą  kochać  w  kuchni,  tak  jak  kiedyś. 

Pieczenie może poczekać. 

Dan spiorunowa

ł  ją  spojrzeniem  i  na  wszelki  wypadek 

unieruchomił jej nadgarstki. 

 -  Wyjad

łaś  je,  a  dobrze  wiesz,  że  nie  może  ich  zabraknąć  w 

niedzielę. 

 - Nie mo

że... - powtórzyła smętnie. 

 -  Chyba odebra

łaś  moją  wiadomość  na  automatycznej 

sekretarce? 

 - A wysy

łałeś jakąś? Dan zagryzł wargi. 

 - Przecie

ż prosiłem, żebyś odbierała po pięciu sygnałach. 

 -  No tak, ale wcze

śniej  zapowiadałeś,  żebym  w  ogóle  nie 

odbierała.  Więc  myślałam,  że  mnie  sprawdzasz  -  tłumaczyła 
nieporadnie. 

 - Mog

łaś odsłuchać taśmę potem. 

 -  No, dobrze, nauczy

łam  się  tego  na  pamięć  -  przyznała  z 

wesołym błyskiem w oku i szeroko otworzyła drzwi lodówki. 

Dan nie m

ógł się powstrzymać od głośnego westchnienia ulgi na 

widok  starej  makutry,  należącej  jeszcze  do  jego  babci,  wypełnionej 

pięknie wyrobionym ciastem. 

background image

 -  Od pocz

ątku  wierzyłem  w  siostrę  Constance  Clarence  - 

powiedział  i  oblizując  się  łakomie,  sięgnął  do  misy.  Zanim  Joy 

zdążyła zaprotestować, nabrał ciasta na palec i spróbował. 

 - No, dziecino, zabieramy si

ę do roboty. - Energicznie zatarł ręce. 

- Nie m

iej mi za złe, że tak się przejmuję, ale te ciasteczka przeszły do 

rodzinnej  tradycji.  Musieliśmy  z  Gwen  czymś  wypełnić  pierwsze 

święta bez rodziców, kiedy zginęli w katastrofie lotniczej. Zabraliśmy 

się  do  wypieków,  prowadząc  przy  tym  nie  kończące  się  rozmowy. 

Przeanalizowaliśmy  wtedy  całą  historię  rodziny.  -  Westchnął, 

wyjmując z kredensu stolnicę. - A ciasteczka bardzo się udały i odtąd 

zawsze je piekliśmy. Zwłaszcza Gwen niesłychanie się wprawiła. 

 - Twoja siostra od pocz

ątku mnie nie lubiła, prawda? 

 - Gwen uwa

ża, że wie najlepiej, co jest dla mnie dobre - przyznał 

szczerze. - 

Tylko dwa razy rozmawiała z tobą w czasie procesu i na tej 

podstawie wydała osąd. Sama jest powściągliwa, więc raziła ją twoja 

otwartość i żywiołowość. Ale największą pretensję miała do ciebie o 

to,  że  mnie  zostawiłaś,  ponieważ  wiedziała,  jak  bardzo  mnie  to 

obeszło. 

 -  Tak mi przykro, Dan  -  powiedzia

ła  miękko  Joy.  -  Odejście 

wydawało  mi  się  jedynym  wyjściem.  Przez  cały  czas  myślałam  o 
powrocie. 

Dan przygl

ądał się, jak Joy kuca przy piekarniku i nastawia go. 

Zachowywała  się  tak  naturalnie,  jakby  była  w  swoim  mieszkaniu  i 

robiła  to  co  dzień.  Zaczął  sobie  wyobrażać,  jak  to  by  było,  gdyby 

wracając po pracy, zastawał w domu Joy. 

 - Spe

łnia się marzenie. - Cichy głoś Joy wdarł się w jego myśli. 

 - Taak... 
 -  Bo

że  Narodzenie  w  twoim  domu.  W  tym  wielkim,  pięknym 

starym domu. 

Dan poczu

ł, że znów sztywnieje. Świąteczny kicz i farsa. Czy ta 

obsesja nigdy go nie opuści? Sam jest sobie winien. Po co ją zwodził? 

 - Przesada, w tej cha

łupie hulają przeciągi jak w starej stodole - 

burknął, wzruszając ramionami. - Idę na górę, przebrać się. I rozpalę 
kominek w salonie. 

Pracowali razem wytrwale, z przerw

ą na lekką kolację. 

 -  Czy Rex te

ż  się  przyłączy  do  świątecznego  szaleństwa?  - 

zagadnęła w pewnym momencie Joy. 

background image

 - Och, nie przepu

ściłby takiej okazji - zaśmiał się Dan, wkładając 

kolejną  blachę  do  pieca.  Za  chwilę  zmarszczył  brwi,  przypominając 

sobie, co mówiła Gwen. - A jednak trudno przewidzieć jego reakcje. 

Uwielbia  towarzystwo,  a  odnosi  się  wrażenie,  że  nie  zawsze  potrafi 

się dobrze bawić. 

 - Czasami, kiedy piskl

ęta są wypychane z gniazda, gdzie indziej 

szukają ciepła - zauważyła łagodnie Joy. 

 - Mo

żliwe. Choć akurat rodziców wspomina bardzo dobrze. 

 - W takim razie zawa

żyły późniejsze doświadczenia. - Oczy Joy 

zabłysły. - Ja aż do siedemnastego roku życia mieszkałam z matką w 

eleganckim pensjonacie. Nigdy nie była ze mnie zadowolona. Kiedy 

byłam jeszcze dzieckiem, miała wypadek samochodowy. Procesowała 

się  i  dostała  duże  odszkodowanie.  Odtąd  nie  pracowała.  I  nigdy  nie 

ruszyła się dalej niż do baru na rogu. 

 - A co si

ę stało z twoim ojcem? 

 - W og

óle go nie znałam - powiedziała drewnianym głosem Joy, 

patrząc  w  okno.  Pamięć  podsunęła  jej  obraz  matki  -  jej 

niezadowoloną, zgorzkniałą twarz. - Przez całe lata utrzymywałyśmy 

się  dzięki  tym  pieniądzom,  ale  skąpiła  mi  wszystkiego.  A  potem 

spotkała faceta i w ogóle zabrakło tam dla  mnie  miejsca. On chciał, 

żebym została - wzdrygnęła się - a matka chciała mnie wyrzucić, bo 

uważała,  że  go  uwodzę.  Sama  stamtąd  uciekłam!  Pracowałam  jako 

kelnerka  w  różnych  klubach  w  okolicy.  Tak  potrafiłam  zabawiać 

ludzi, że stałam się znana i pozwolili mi wystąpić na scenie. Dobrze 

mi  poszło.  Resztę  już  znasz.  -  Odwróciła  się  od  okna  i  popatrzyła 
Danowi w oczy. - Teraz chyba rozumie

sz, że nie zwodziłam cię wtedy 

w hotelu, mówiąc, że marzę o prawdziwych świętach. Och, Dan, jak 

mi  ciebie  brakowało.  -  Nagle  wtuliła  się  w  jego  ramiona.  -  Nigdy 

nikogo tak nie potrzebowałam. Mój opiekunie, mój Święty Mikołaju... 

Danny opar

ł podbródek na czubku jej głowy, przymykając oczy. 

Ta kobieta bezustannie zmuszała go do obrachunków z samym sobą. 

Niestety,  prawda  była  smutna  -  łatwiej  było  mu  odgrywać  rolę 

opiekuna  i  wybawcy  niż  Świętego  Mikołaja,  niosącego  jej  w 

prezencie szczęście. 

background image

ROZDZIA

Ł 7 

 - Pobudka, 

śpiochu! 

Joy zamruga

ła i przeciągnęła się, słysząc głos Dana dobiegający z 

sąsiadującej  z  sypialnią  garderoby.  Widziała  go  w  otwartych 

drzwiach. Kończył się ubierać i właśnie wybierał krawat. 

 -  To okropne, 

że  muszę  cię  zostawić  i  iść  do  pracy  w  sobotę  - 

powiedział, starannie wiążąc węzeł. 

 - Nie trzeba by

ło tak późno kłaść się spać - ziewnęła. 

 - Nie 

żałuję tego - zauważył z uśmiechem Dan. 

Usiad

ła  na  łóżku,  podciągając  kolana.  Przegadali  cały  wieczór. 

Joy  odważyła  się  powrócić  do  wspomnień  z  dzieciństwa i wczesnej 

młodości,  a  Dan  okazał  się  uważnym  i  pełnym  zrozumienia 

słuchaczem.  Joy  zrobiło  się  lekko  na  sercu  -  otworzyła  się  przed 

Danem i zrzuciła ciążące jej brzemię. 

 -  B

ędziesz  dziś  sprawdzał  różne  poszlaki?  -  zapytała,  wracając 

myślami do rzeczywistości. 

 - Musz

ę próbować, może coś się wyjaśni. 

 - S

łuchaj, a może ktoś sądzi, że to ja mam kopertę z pieniędzmi, 

którą Berkley przekazał Theo tamtej nocy w klubie? 

Dan zmarszczy

ł brwi i zbliżył się do łóżka. 

 -  Rozwa

żałem  taki  wariant  -  przyznał.  -  O takiej  możliwości 

wspominał  również  mój  informator.  Ktoś  mógłby  liczyć  na  to,  że 

odbierze  ci  te  pieniądze.  Zadzwonię  dzisiaj  z  biura  do  Henry'ego 

Sheldona i dowiem się, czy ktoś jeszcze o ciebie pytał. 

 -  Przeka

ż  mu  moje  serdeczne  pozdrowienia  -  powiedziała 

miękko. 

 - Dobrze. 
 -  Je

śli  naprawdę  chodzi  o  pieniądze,  William  Harris  odpada  - 

stwierdziła  nagle.  Wiedziała,  że  ta  uwaga  nie  zachwyci  Dana  i  nie 

pomyliła się. Włączył prokuratora do kręgu podejrzanych ze względu 

na książkę. Natomiast Joy, tak samo jak Gwen, uważała, że William 

jest  uroczy  i  sympatyczny.  Wyczuwała,  że  Dan  go  nie  lubi  i 

najchętniej wsadziłby go za kratki, aby nie mógł spotykać się z Gwen. 

Najwyraźniej uważał, że Harris nie jest wystarczająco dobry dla jego 
siostry. 

 - Trzeba te

ż się dowiedzieć, dlaczego pani Nettel zamieszkała w 

sąsiedztwie  zaraz  po  procesie  -  stwierdził,  zapinając  marynarkę.  - 

Rexowi  od  początku  to  się  nie  podobało,  tak  samo  jak  jej  natrętnie 

background image

oferowana pomoc. Nie słuchałem go, ponieważ zrobiła na mnie dobre 

wrażenie.  Była  bardzo  miła  i  wykonywała  swoją  pracę  doskonale  - 

teraz zaczynam myśleć, że zbyt doskonale. A może to ona szukała cię 
w Orlando? 

Joy mia

ła wielką ochotę opowiedzieć mu o wizytach pani Nettel 

w  Laff  Trak  Comedy  Club,  u  Theo  Nelsona.  Był  kiedyś  jej 
przyjaciele

m  i  bez  względu  na  wszystko,  co  się  później  wydarzyło, 

była  mu wdzięczna, że załatwił jej pierwszy angaż. Jeśli pani Nettel 

wdała  się  z  nim  w  interesy,  powinna  najpierw  sama  wyjaśnić,  jaki 

miały  charakter.  Dan  najwyraźniej  nie  znosił  nie  dokończonych 
spraw

. Ciążyły mu, nie dawały spokoju i nie pozwalały zapomnieć o 

pracy  nawet  we  własnym  domu.  Trochę  się  dziwiła,  że  nie  jest  w 

stanie oddzielić czasu pracy i miłości. Jej przyszłoby to łatwo. 

 -  Dasz sobie rad

ę sama? - zapytał z ukrytą troską. Każdy nerw 

prof

esjonalistki  w  ciele  Joy  zadrżał,  gotów  do podjęcia  wyznania. 

Lekko  zeskoczyła  z  łóżka,  wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  Dana 
prosto w usta. 

 -  Nie martw si

ę  o  mnie  i  pędź  do  pracy,  gliniarzu.  Wszystko 

będzie w porządku, obiecuję. 

Dana nie trzeba by

ło  dwa  razy  prosić.  Ruszył  pospiesznie  do 

drzwi. 

Kiedy zabrzmia

ł  dzwonek  u  drzwi,  Joy  szybko  włożyła  habit  i 

okulary.  Domyśliła  się,  że  to  pani  Nettel,  której  Dan  nie  zostawił 
kluczy do domu. 

 -  Dzie

ń dobry. Przepraszam, że musiała pani chwilkę poczekać, 

ale  byłam  zajęta  na  górze  segregowaniem  darów  -  powiedziała  Joy, 

otwierając drzwi. 

 -  Nic nie szkodzi.  -  Starsza pani u

śmiechnęła  się  i  dodała:  - 

Cieszę się, że będę dziś miała towarzystwo siostry. Zwykle w soboty, 

gdy skończę pracę, ucinamy sobie z Da - nem pogawędkę, a czasem 
nawet plotkujemy. 

Joy rozumia

ła teraz, jakim sposobem pani Nettel przekonała Dana 

do siebie. Zorientowała się, że nie utrzymuje kontaktów z sąsiadami i 

wykorzystała  jego  samotność.  Tym  bardziej  należało  zbadać  tę 

sprawę.  Joy  już  zdążyła  zapomnieć,  że  ma  trzymać  się  z  daleka  od 

śledztwa  i  tylko  grzecznie  przyjąć  posłańca  ze  świątecznym 
drzewkiem. 

background image

 - Zaraz sprawdz

ę, czy Dan nie zostawił mi czegoś do zszycia w 

garderobie  - 

powiedziała pani Nettel. - O, jest kawa, jak zwykle. - Z 

aprobatą zerknęła do kuchni, gdzie w ekspresie podgrzewała się kawa. 

Chętnie się napiję, kiedy skończę porządki. 

Nawet gdy usiad

ła wreszcie przy kuchennym stole, nie pozostała 

bezczynna.  Zaczęła  polerować  srebrną  cukiernicę.  Joy  z  filiżanką  w 

ręku stała przy oknie, zerkając na dziedziniec z tyłu domu. 

 - Brakuje siostrze dzieciaków, co? 
 - Jest pani spostrzegawcza, pani N. - przyzna

ła Joy. 

 - Rzeczywi

ście, od razu je polubiłam. 

 - Z wzajemno

ścią - uśmiechnęła się starsza pani. - Przepadają za 

siostrą. Rodzice byli pełni podziwu, że tak od razu zorganizowała im 

siostra znakomitą rozrywkę. Świetnie się bawiły. Potrafię to docenić, 

niech siostra mi wierzy, przez lata byłam związana z show - biznesem. 

Joy z trudem ukry

ła  wrażenie,  jakie  zrobiły  na  niej  słowa 

„rozrywka" i „show  - 

biznes".  Pani  N.  była  stanowczo  zbyt  bystra. 

Najwyższy czas przejść do ofensywy. Dolała jej kawy i usiadła przy 
stole. 

 -  Czy poza prac

ą  u  Dana  ma  pani  jakieś  inne  zajęcia?  - 

zagadn

ęła, starając się mówić lekkim tonem. 

 - Teraz ju

ż nie, ale przez całe lata byłam księgową. 

 -  Ruchy pani Nettel sta

ły  się  nagle  szybsze.  Ściereczka  do 

polerowania 

śmigała jej w rękach. Najwidoczniej nie odpowiadał jej 

temat rozmowy. Czyżby ż powodu Theo Nelsona? 

Joy nasypa

ła sobie trzy łyżeczki cukru i zamyśliła się, mieszając 

kawę.  Wizyty  pani  Nettel  jako  księgowej  w  Laff  Trak  były  jak 

najbardziej usprawiedliwione. I nie musiało to wcale znaczyć, że brała 

udział w praniu brudnych pieniędzy. 

 - Zapewne jest ju

ż pani na emeryturze - zagadnęła od niechcenia. 

Pani

ą Nettel wyraźnie zaczęła dziwić jej ciekawość. 

 -  Przez dwadzie

ścia  pięć  lat  prowadziłam  własną  firmę,  a  teraz 

moim  głównym  zajęciem  jest  dbanie  o  Dana.  -  Obfite  łono 

zafalowało; -  On jest dla  mnie jak  rodzony syn. I tylko to się liczy. 

Nie mam ochoty wracać do przeszłości. 

Nawet je

śli  w  przeszłości  była  koperta  z  okrągłą  sumką  za 

fałszywe alibi dla Theo? Joy bardzo chciałaby uwierzyć pani Nettel, 

zwłaszcza  że  ją  polubiła.  Ale  równie  dobrze  demonstracyjne 

zainteresowanie losem Dana mogło posłużyć do innych celów. 

background image

 -  A skoro ju

ż  rozmawiamy,  siostro,  chciałabym  również  o  coś 

spytać. Jakie siostra ma plany na najbliższą przyszłość? 

 - Czemu pani pyta? - Joy mocniej 

ścisnęła uszko filiżanki. 

 - Mój znajomy jest producentem w lokalnej telewizji - 

wyjaśniła 

z  ożywieniem  starsza pani.  -  Szuka  kogoś  ciekawego,  kto 

poprowadziłby nowy program dla dzieci. Tylko obawiam się, że przy 

tylu obowiązkach i tak tradycyjnej regule zakonu siostra nie mogłaby 

przyjąć tej propozycji. 

Niestety  -  to by

ła  wymarzona  propozycja  dla  Joy  Jones,  ale  nie 

dla siostry Clarence. Wspaniałe, twórcze zajęcie. Kontakty z ludźmi, a 

zwłaszcza z ukochanymi dzieciakami... Lepiej nie robić sobie nadziei. 

Musiałaby ujawnić swoją tożsamość, żeby przyjąć tę posadę. 

 -  Mam zbyt du

żo zajęć, a poza tym  w każdej  chwili  mogę być 

skierowana gdzie indziej - 

powiedziała ze skrywanym żalem Joy. 

 - Szkoda, wielka szkoda. - Pani Nettel a

ż cmoknęła. 

 - Siostra zd

ążyła już zżyć się z naszą społecznością, a na dodatek 

sprawić, że Dan wreszcie poweselał. Ludzie są zachwyceni, ponieważ 

mogą  zamienić  z  nim  parę  słów,  jak  to  z  sąsiadem.  Od  dawna 

tłumaczyłam im, że to nie żaden zrzęda i sknerus, ale przekonali się 

dopiero dzięki siostrze. 

 - Nie mog

ę powiedzieć, że moja świąteczna misja zakończyła się 

całkowitym  sukcesem.  To  sztuczne  bezduszne drzewko, które zaraz 

przyniosą ze sklepu, będzie moją klęską. 

 - Zgadzam si

ę całkowicie! - przyklasnęła starsza pani. 

 - Przecie

ż to cała przyjemność pojechać i wybrać żywe drzewko. 

Zawsze  mają  jakieś  wady,  nierówne  gałązki  -  ale  przynajmniej  są 
praw

dziwe i pachnące. 

Joy unios

ła oczy ku niebu. 

 - 

Święte słowa. 

 -  Dawniej w tym domu musiano ubiera

ć  choinkę.  Wiem,  bo 

kiedyś znalazłam na strychu piękne stare bombki. Niektóre są nawet 

ręcznie malowane. 

 - Mog

łybyśmy to zrobić - zaproponowała Joy. 

 -  Znalaz

łam  przy  telefonie  wizytówkę  z  nazwiskiem  tej 

ekspedientki  z  domu  towarowego,  u  której  Dan  zamawiał  choinkę  - 

powiedziała pani Nettel. - Zadzwonię do niej i odwołam zamówienie. 

A potem pojedziemy wybrać prawdziwe drzewko. 

background image

 - Cudownie! - Joy a

ż zapiszczała z zachwytu. Wiedziała, że Dan 

zapomni  o  złości,  kiedy  zobaczy  prawdziwe,  pachnące  drzewko 

ustrojone  w  stare  bombki.  Nie,  pani  Nettel  nie  mogła  być  wrogiem 

Dana.  Kto  chciałby  jeździć  w  taki  mróz  po  mieście,  żeby  wyszukać 

choinkę,  a  potem  dusić  się  w  kurzu  na strychu  -  tylko po to, by 

ucieszyć swego sąsiada? 

Podczas gdy Joy wsiada

ła do samochodu pani Nettel, Dan zmagał 

się  z  obowiązkami,  usiłując  dzielić  czas  pomiędzy  bieżącą  robotę  a 

sprawę  Joy.  Czas  uciekał.  Joy  nie  mogła  bez  końca  ukrywać  się  u 
niego jako siostra Clarence. 

Dzie

ń  zaczął  od  wizyty  w  laboratorium.  Gdy  poprosił  o 

sprawdzenie  pani  Nettel,  wyjmując  z  torby  żelazko  z  odciskami  jej 

palców,  młody  pracownik  nieznacznie  uniósł  brwi.  Dan  nieraz 

opowiadał o starszej pani w samych superlatywach i żartowano nawet 

z niego, że na stare lata znalazł sobie opiekuńczą mamusię. Wypełnił 

jednak polecenie bez słowa. 

Nast

ępnym posunięciem było skontaktowanie się z gospodarzem 

apartamentów  w  Orlando.  Znając  życzliwość,  jaką  Henry  Sheldon 

miał  dla  Joy,  wiedział,  że  będzie  musiał  rozmawiać  bardzo 

dyplomatycznie. Powoli wystukał numer Tropical Arms Apartments. 

 - Halo, pan Sheldon? Tu m

ówi detektyw Dan Burke z Wydziału 

Policji St. Paul. Badam sprawę Faye Fairway... Tak, jest w tej chwili 

bezpieczna i  ma się dobrze. Chciałem  zapytać, czy po jej wyjeździe 

nie  zaobserwował  pan  czegoś  podejrzanego?  Może  ktoś  się  kręcił, 

rozpytywał o nią? Spokojnie, jak zwykle, powiada pan.... Dobrze, jeśli 

coś się zdarzy, proszę mnie zawiadomić. Nie, lepiej do domu. Proszę 

zapisać numer. 

Dan sko

ńczył  rozmowę  i  skrzywił  się  z  niezadowoleniem.  Już 

miał odłożyć telefon na stos papierów, kiedy rozległ się sygnał. 

 - Detektyw Burke, s

łucham. 

 -  Chcia

łbym  mówić  z  Rexem  Cameronem.  -  Głos  był  męski, 

ostry i zupełnie mu nie znany. 

 - Nie ma go dzisiaj. 
 - Nie zasta

łem go w domu, a mam pilną sprawę. 

 - Rex bierze czasami dy

żury na mieście w soboty - poinformował 

Dan,  obracając  w  palcach  ołówek.  -  Czy  mam  mu  przekazać,  kto 

dzwonił? 

background image

 -  Tak. Prosz

ę  powtórzyć  mu,  że  dzwonię  od  Thackera, 

potwierdzić, iż zadanie na wczoraj zostało wykonane. 

 -  Pod jakim numerem jest pan osi

ągalny?  -  Dan tak mocno 

przycisnął ołówek do kartki w notesie, że złamał grafit. Podany przez 

nieznajomego  kod  kierunkowy  był  identyczny  z  tym,  którego  sam 

przed  chwilą  użył,  telefonując  do  Orlando.  Człowiek  od  Thackera, 

kimkolwiek był, znajdował się na Florydzie. 

Dan zamy

ślił się. Jakie sprawy mógł mieć Rex w tej części kraju i 

co  zlecił  temu osobnikowi od Thackera? Najchętniej  wolałby  nie 

dociekać. Ktoś jednak wykradł kartkę od Joy... I jeszcze ten cholerny 

rolex. Z westchnieniem wystukał zapisany przed chwilą numer. 

 -  Agencja Thackera. W czym mo

żemy  panu  pomóc?  -  zapytał 

miły kobiecy głos. 

 - Rozwa

żam możliwość skorzystania z waszych usług. 

 - Polecamy si

ę, proszę pana. 

 - Czy mo

że mi pani podać wysokość stawki godzinowej? 

 - Raczej nie, prosz

ę pana, gdyż zależy ona od rodzaju usługi. Na 

początku  umawiamy  klientów  z  pracownikiem  operacyjnym. 
Zapotrzebowanie jest rozpatrywane i dopiero wówczas przedstawiamy 
nasze warunki. 

No, je

śli to nie jest agencja detektywistyczna, jutro pojawia się na 

własnym przyjęciu w rudej peruce Joy! 

 - Nie pomyli

łem się chyba - jesteście agencją detektywistyczną? 

 - Zgadza si

ę, proszę pana. 

 -  Dobrze. Pozwol

ę sobie zadzwonić za parę dni. Do widzenia i 

dziękuję. 

Dan d

ługo jeszcze nie odejmował słuchawki od ucha, a jego palec 

tkwił na przycisku rozłączenia. Traktował Rexa niemal jak brata, ale 

musiał  stawić  czoło  sytuacji,  choćby  podejrzenia  miały  się  okazać 

prawdziwe.  Jeśli  to  rzeczywiście  Rex  ścigał  Joy,  jaki  mógłby  mieć 

motyw?  Złoty  zegarek  sugerowałby,  że  działa  na  czyjeś  zlecenie. 

Dobrze płatne zlecenie. William Harris nie należał do biednych. Gwen 

także trudno byłoby do nich zaliczyć. Theo Nelson również powinien 

mieć pieniądze - jeśli istniała koperta i udało mu się ją w porę ukryć. 

W ka

żdym razie należało jak najszybciej porozmawiać z Rexem 

By

ła już dziesiąta, gdy Dan dotarł do domu i stanął w drzwiach 

własnej  sypialni,  Joy  tkwiła  w  fotelu  skulona  i  owinięta  pledem, 

zaczytana  w  jakimś  tanim  wydawnictwie  z  kolorową  okładką.  Z 

background image

pewnością nie z jego biblioteki. Nie podejrzewał też, by podsunęła je 

pani Nettel. Skąd w takim razie wytrzasnęła to czytadło? 

 -  P

óźniej  już  nie  mogłeś  przyjść,  glino  -  powiedziała 

niezadowolonym tonem, sięgając po elegancką skórzaną zakładkę. 

 - Przepraszam, ale mia

łem włamanie w północnej stronie miasta. 

 - A widzia

łeś drzewko? - zapytała niecierpliwie. 

 -  Nie, od razu wszed

łem  na  górę.  A  w  ogóle,  gdzie  się 

podziewałaś? Telefonowałem parę razy w ciągu dnia. 

Joy przygryz

ła wargę. 

 - Moja wina. Powinnam w

łączyć automatyczną sekretarkę. 

 -  Zadzwoni

łem,  kiedy  tylko  zdobyłem  parę  informacji  o  pani 

Nettel. 

 - Och... 
 -  Poniewa

ż  się  nie  odżywałaś  i  nie  zastałem  cię  w  domu,  na 

wszelki  wypadek  zadzwoniłem  do  niej.  Była  miła,  jak  zwykle,  i 

wydawało się, że wszystko jest w porządku. 

Na twarzy Joy pojawi

ł się niepokój. 

 - Kim ona jest, Danny? 
 -  Jeszcze nie wiem. Musia

ła  znakomicie  zatrzeć  za  sobą  ślady, 

ponieważ jest osobą bez przeszłości, jak gdyby pojawiła się na świecie 

w momencie kupna domu w sąsiedztwie. 

 -  Czy... czy to ona? Dan zacz

ął  przemierzać  pokój  wielkimi 

niespokojnymi krokami. 

 -  Nie mam poj

ęcia,  ale  z  całą  pewnością  coś  tu  jest  nie  w 

porządku.  Sprawa  Rexa  też  nie  wygląda  za  dobrze.  Agencja 

detektywistyczna  z  Florydy  rzeczywiście  działa  z  jego polecenia. 

Tym,  kto  o  ciebie  rozpytywała  mógł  być  prywatny  detektyw.  Być 

może  chciał  potwierdzić  twoją  tożsamość  albo  zadać  ci  parę  pytań. 
Tylko po co? O co tu chodzi? 

 -  W takim razie ju

ż  lepiej  ci  powiem  -  westchnęła  Joy  z 

poczuciem winy. 

 -  Co takiego?  -  Odwr

ócił się z miną, która nie wróżyła niczego 

dobrego. 

 -  Widzia

łam  panią  Nettel  kilka  razy  w  klubie  u  Theo. 

Odpowiedzią był wściekły, nieartykułowany pomruk. 

 -  Nie denerwuj si

ę.  -  Wyciągnęła  rękę  i  pogładziła  go 

uspokajająco.  -  Nie  chciałam  zawracać  ci  głowy,  dopóki  sama  nie 

sprawdzę. W końcu Theo był moim przyjacielem. Przyjrzałam się dziś 

background image

uważnie pani Nettel i trochę pociągnęłam ją za język. Rozmawiała ze 

mną bardzo szczerze. 

 - Mo

że w takim razie powiesz mi o niej coś, czego nie udało mi 

się dowiedzieć, na przykład dlaczego zmieniła nazwisko? 

 -  Co? Nie mam zielonego poj

ęcia. Doszłam do wniosku, że jest 

niewinna i spotykała się z Theo wyłącznie w sprawach służbowych, 

jako księgowa. 

 - Ksi

ęgowa? 

 -  Tak sobie wydedukowa

łam,  ponieważ  opowiadała,  że  przez 

dwadzieścia  pięć  lat  wykonywała  ten  zawód  i  miała  nawet  własną 

firmę. Wspomniała, że bardzo cię polubiła i uważa niemal za syna. 

 - Nie jeste

ś pewna, czy była księgową w Laff Trak? 

 - Na sto procent nie. Spotykali si

ę tylko w biurze, a nie na scenie 

czy za kulisami. I często przynosiła ze sobą teczkę. 

 - Sam nie wiem, co o tym s

ądzić... Gdyby pani Nettel miała złe 

zamiary,  w  ciągu  tego  roku  mogłaby  je  wiele  razy  zrealizować  - 

powiedział, marszcząc brwi. 

 - Dlatego te

ż na pewno nie zatrudniła się u ciebie, żeby wpaść na 

mój trop. 

 -  S

ą jeszcze inne  motywy - zemsta za Theo Nelsona, koperta z 

pieniędzmi... 

 -  To nie mog

ła  być  ona,  Danny.  Dzisiaj  zaoferowała  mi  -  jako 

siostrze zakonnej  - 

możliwość  pracy  w  lokalnej  telewizji  w 

specjalnym programie dla dzieci. 

Danny w desperacji roz

łożył ręce. 

 -  Rany boskie, przecie

ż  ona  miała  mi  tylko  sprzątać  dom! 

Dlaczego wszystko kręci się wokół niej? 

 - A mo

że raczej wokół mnie? 

 -  W takim razie propozycja pracy by

łaby prowokacją obliczoną 

na to, że się ujawnisz. 

Joy prze

łknęła ślinę. Jeżeli naprawdę o to chodziło, to pani Nettel 

prawie się udało. Ale nie powiedziała tego głośno. 

 - Nie b

ój się - uspokajała. - Pani Nettel wierzy święcie, że jestem 

siostrą Clarence. 

 - Chcia

łbym być pewien, że tak jest. 

 - Przekonasz si

ę. - Szybkim ruchem odrzuciła koc i zerwała się z 

fotela. - 

A teraz zapomnij o kłopotach i chodź obejrzeć drzewko. 

Dan powi

ódł za nią zmęczonym spojrzeniem. 

background image

 -  Najch

ętniej  poszedłbym  po  prostu  do  łóżka,  kochanie.  Marzę 

tylko o gorącym prysznicu i pościeli. 

 - Panny, prosz

ę, zrób to dla mnie. 

 - A co tu mo

że być ciekawego? Przecież wiem, co zamawiałem. 

Chyba nie brakuje gałązek? 

Joy niecierpliwym ruchem odrzuci

ła grzywkę znad czoła. 

 -  Sam m

ówiłeś,  że  chciałbyś,  żebym  miała  swoją  wymarzoną 

Gwiazdkę. 

Dan usi

łował rozmasować sobie obolały, zesztywniały kark. 

 - Dobrze, p

ójdę, ale tylko rzucę okiem. 

 -  Stój, glino!  - 

krzyknęła,  gdy  tylko  przestąpił  próg  ciemnego 

pokoju,  - 

Zawsze  chciałam  to  powiedzieć  -  usprawiedliwiała  się  z 

chichotem. Namacała kontakt i zapaliła światło. W rogu pokoju, obok 

fortepianu, coś zalśniło kolorowo. 

Dan stan

ął  jak  wryty,  ze  zdumieniem  przyglądając  się 

cherlawemu świerczkowi przystrojonemu w stare bombki. 

 -  To... Ty chyba nie...  -  wyj

ąkał.  -  Gdzie  jest  moje  śliczne 

drzewko z równiutkimi 

gałązkami,  dokładnie  wymierzone,  sięgające 

sufitu? - 

W jego głosie zabrzmiała irytacja. 

 -  Twoje cudo zosta

ło  w  sklepie  -  poinformowała  z  satysfakcją 

Joy. 

 -  Pos

łuchaj, jestem bardzo tolerancyjny, ale wszystko ma swoje 

granice. Przywyk

łem wybierać sobie takie choinki, jakie lubię. 

 -  Dan, prosz

ę,  popatrz  jeszcze  raz.  -  Ujęła  go  za  rękę  i 

podprowadziła bliżej. - Czy nie jest piękniejsze i prawdziwsze? 

Dan uj

ął  w  palce  pachnącą  lasem  gałązkę.  Ręcznie  malowana 

kolorowa bombka, na której uśmiechał się dobrotliwie Święty Mikołaj 

jadący  na  saneczkach,  zakołysała  się  i  zamigotała.  Przymknął  oczy, 

jakby poraził go nagły blask wspomnień. 

Joy czeka

ła  w  napięciu,  co  powie,  a  kiedy  uparcie  milczał, 

odezwała się: 

 -  Dan, nie masz poj

ęcia,  jaka  byłam  szczęśliwa,  kiedy 

zg

adałyśmy  się  z  panią  Nettel,  że  obie  nie  lubimy  sztucznych 

drzewek!  Zjeździłyśmy  pół  miasta,  zanim  znalazłyśmy  tę  choinkę, 

wyobrażasz  sobie?  -  Zacisnęła  palce,  widząc  jego  surową  minę.  - 

Dobrze, wiem, że nie powinnam się ruszać z domu, ale już wszyscy w 
ok

olicy  znają  mnie  jako  siostrę  Clarence.  Chyba  że  chodzi  ci  o  ten 

romans? Zapewniam cię, że pani Nettel nie widziała, jak go kupuję. 

background image

Sama  poszłam  do  księgarni.  Sprzedawca  nawet  mrugnął  do  mnie, 

kiedy  płaciłam.  Pewnie  myślał,  że  to  coś  jak  owoc  zakazany  albo 
prezent dla... 

 - Dosy

ć! - uciął. - Nie chodzi o książkę ani o jazdę po mieście. 

 -  Ale jeste

ś  wściekły.  Nie  urażony,  tylko  po  prostu  wściekły. 

Dlaczego? - 

nalegała. 

 - Ju

ż ci mówiłem, przekroczyłaś pewną granicę. - Puścił ozdobny 

choinkowy łańcuch, jakby nagle sparzył mu rękę. - Posunęłaś się za 

daleko.  Nie  chcę,  żeby  cokolwiek  przypominało  mi  święta  z 

dzieciństwa,  ten  udawany  gwiazdkowy  nastrój,  tę  sztuczną  rodzinną 

życzliwość. Przez lata męczyłem się, żeby o nich zapomnieć. Wiem, 

jakie  są  twoje  oczekiwania,  Joy,  ale  i  ty  powinnaś  zrozumieć,  że  na 

pewne rzeczy nie mogę się zgodzić - mówił coraz szybciej i z coraz 

większą złością. - Jaki byłem naiwny, kiedy myślałem, że uszanujesz 

moje  obyczaje.  Ale  ty  musiałaś  koniecznie  zrobić  wszystko  po 
swojemu! 

 - Pró

bowałam tylko zmienić coś na lepsze. - Łzy napłynęły jej do 

oczu. 

 - Dla mnie to wcale nie jest lepsze - stwierdzi

ł zimno. 

 -  Danny, powiedz, w czym naprawd

ę  zawiniłam?  -  zawołała 

płaczliwie, rzucając się ku niemu, ale odsunął się sztywno i wyszedł z 
pokoj

u. Czekała jeszcze chwilę, nie wierząc, że mógł ją tak zostawić. 

Ale z góry, z łazienki, dobiegł ją szum napuszczanej do wanny wody. 

Dan brał kąpiel, o której tak marzył... 

Ten d

źwięk  przywrócił  Joy  do  rzeczywistości.  Podeszła  do 

choinki i z wściekłością zaczęła zdzierać z niej ozdoby, aż na dywan 

posypały się igły. Potem odwróciła się na pięcie i zbiegła ze schodów. 

Jednym ruchem zgarnęła z wieszaka płaszcz Dana i nie zważając, że 

pod  spodem  ma  tylko  bawełnianą  koszulkę,  legginsy,  a  na  nogach 
tenisówki, wy

biegła na dwór, zamiatając śnieg połami zbyt długiego 

okrycia. 

S

ąsiedzi,  z  panią  Nettel  na  czele  zdziwiliby  się,  widząc  siostrę 

Clarence  z  burzą  jasnych  włosów,  biegnącą  w  rozwianym  męskim 

płaszczu, w tenisówkach, prosto przed siebie, w zimowy pejzaż parku. 

Zatrzyma

ła się na chwilę na chodniku, poznaczonym kolorowymi 

światełkami  rozjarzonych  świątecznych  dekoracji.  Teraz  wydały  się 

jej takie puste i fałszywe. Rozmyły się, gdy nowa fala łez napłynęła 
jej do oczu. 

background image

Sama w taki mr

óz. I nie ma dokąd pójść... 

background image

ROZDZIA

Ł 8 

Dan zakr

ęcił  wodę  i  dobiegło  go  z  dołu  trzaśniecie  frontowych 

drzwi. Wytarł się z piorunującą szybkością, narzucił szlafrok i pędem 

zbiegł do holu, uspokajając się w myśli, że Joy na pewno nie wpadła 

na pomysł, aby wyjść. A jednak jego płaszcz zniknął z wieszaka. Miał 

jeszcze  nadzieję,  że  wybiegła  tylko  do  ogrodu.  Jednak  widok 

półotwartej  bramy  upewnił  go,  że  stało  się  najgorsze.  Potykając  się, 

wsunął  nogi  w  wysokie  buty,  mocniej  zacisnął  pasek  szlafroka  i 

wybiegł z domu. 

Zobaczy

ł Joy daleko, u wylotu ulicy. Złożył dłonie w trąbkę i nie 

zważając  na  sąsiadów,  krzyknął,  żeby  natychmiast  wracała.  Na 

dźwięk  jego  głosu  podskoczyła  nerwowo,  a  jasne  włosy  zalśniły  w 

świetle lamp. 

Buty Dana zadudni

ły  na  chodniku.  Zimne  powietrze  dostało  się 

pod  rozwiewający  się  w  biegu  szlafrok.  Na  szczęście  temperatura 

powietrza zaczynała się podnosić. 

Joy przyspieszy

ła  kroku.  Czarne  poły  obszernego  płaszcza 

powiewały, gdy pędziła w stronę parku pod zbawczą osłonę drzew. 

Tylko nie tam, Joy! - b

łagał ją przyspieszając. 

Park Pendham by

ł miłym miejscem w dzień, szczególnie w porze 

letniej.  Sieć  wyasfaltowanych  ścieżek,  które  schodziły  się  w  środku 

parku,  przy  niewielkim  jeziorku,  ściągała  tu  tłumy  rowerzystów, 

wrotkarzy  i  biegaczy.  Zimą  ruch  był  mniejszy,  choć  w  ciągu  dnia 
przychodzili tu spacerowicze, co wytrwalsi biegacze i - dla odmiany - 

łyżwiarze.  Wieczorami  park  pustoszał  i  raczej  nie  należało  kusić 
losu... 

Dan przebieg

ł przez ulicę i zatrzymał się przed ceglaną bramą. Do 

parku w szlafroku?! Zgroza! 

 - Joy! - zawo

łał rozpaczliwie. - Joy, wracaj! - Odpowiedziała mu 

cisza.  Nadjeżdżał  samochód.  Dan  skrył  się  przed  jego  światłami, 

przekraczając bramę. Ruszył alejką, potem skręcił w drugą, od czasu 

do  czasu  uważnie  nasłuchując.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  jego 
wprawne ucho wychwy

ciło w zimowej ciszy słaby okrzyk. 

 - Joy, kochana! - wykrzykn

ął i rzucił się w mrok. 

 -  No, no, wygl

ądasz jeszcze lepiej ode mnie. - Joy wyłoniła się 

zza  drzewa  otulona  w  zbyt  obszerny  płaszcz.  -  Ale  nawet  teraz  się 
kontrolujesz, ty superglino. - 

Oskarżycielko wyciągnęła palec w jego 

stronę. 

background image

 - Czy ja naprawd

ę wyglądam na faceta, który się kontroluje? Co 

wobec tego powinienem zrobić, żebyś uznała, że straciłem kontrolę? - 

zapytał rozżalony, spoglądając na swoje gołe, owłosione nogi. 

 -  Daj spok

ój,  to  się  nie liczy.  -  Pokręciła  głową,  otulając  się 

ciaśniej połami płaszcza. - Jeśli nawet Joy Jones nie zdołała skruszyć 

twojej skorupy, nikt już tego nie zrobi. 

Dan podszed

ł bliżej i ujął w dłonie jej drobną twarz. 

 -  Nie doceniasz si

ę.  Właśnie  ci  się  to  udało.  Przez  ciebie  się 

rozkleiłem. 

Zadr

żała pod smutnym spojrzeniem ciemnych oczu. 

 -  Te ozdoby choinkowe specjalnie schowali

śmy  z  Gwen  na 

strychu,  żeby  nigdy  nie  ujrzały  światła  dziennego.  Są  dla  nas 

symbolem fałszu, samotności i bólu. Nie mogliśmy się zdobyć na to, 

żeby je wyrzucić. 

Wargi Joy zacz

ęły drżeć. 

 -  Och, Dan, czemu mi tego wcze

śniej  nie  powiedziałeś? 

Dlaczego nie byłeś ze mną szczery, tak jak ja byłam z tobą? 

 - Ja... nie s

ądziłem, że to będzie konieczne. 

 -  Nie b

ędzie konieczne otwarcie przede  mną swego serca? Czy 

wiesz, jak to boli, kiedy się kocha? 

D

łonie Dana zabłądziły pod płaszczem na jej ramiona i zacisnęły 

się na nich kurczowo. 

 - Ty mnie kochasz? 
 - Jasne, g

łuptasie! 

 -  Wcze

śniej  usłyszałem  od  ciebie  tyle  różnych  rzeczy,  że  skąd 

mogłem wiedzieć - powiedział z wyrzutem. 

 -  Ba

łam się - odwróciła wzrok - że nie usłyszę tego samego od 

ciebie. 

 -  Us

łyszysz.  Kocham  cię  -  wyznał  ze  spokojną  pewnością.  - 

Naprawdę,  Joy.  Widzisz,  Gwen  i  ja  byliśmy  parą  samotnych 

dzieciaków,  pozbawionych  miłości  rodziców.  Dla  ojca  liczyła  się 
jedynie jego kariera polityczna, podobnie jak dla matki, która 

przypominała  sobie,  że  ma  dzieci  tylko  wtedy,  gdy  trzeba  było 

stworzyć wizerunek męża, a zarazem troskliwego i kochającego ojca 

rodziny.  Życie  rodzinne było  dla  nich  jedynie  nudną  koniecznością, 

której  za  wszelką  cenę  starali  się  unikać.  Wszystkie  święta 

celebrowane  były  na  pokaz,  wobec  tłumu  zaproszonych  gości  i 

dziennikarzy. Na co dzień zajmowała się nami służba. Przetrwaliśmy 

background image

to  jakoś  tylko  dzięki  silnej  więzi,  jaka  nas  połączyła.  -  Jego usta 

wykrzywił  na  moment  lekki  uśmieszek.  -  Ktoś  patrzący  z  boku 

powiedziałby,  że  jako  rodzeństwo  jesteśmy  wobec  siebie  zaborczy, 

nadopiekuńczy i nazbyt wścibscy, ale taka była cena przetrwania. 

 -  Dobrze, jestem w stanie zrozumie

ć  wszystko poza jednym  - 

dlaczego  wciąż  wydajecie  przyjęcia  bożonarodzeniowe,  na  które 
zapraszacie starych znajomych rodziców? 

 -  W czasie tych przyj

ęć  rodzice  byli  razem  z  nami  w  domu.  I 

chcieli, żebyśmy się cieszyli i bawili, przynajmniej dopóki nie rozeszli 

się  goście  i  prasa.  Ale  nawet  to  było  dla  nas  bezcenne.  Głupie, 
prawda? 

 - Nie, Danny! - zaprzeczy

ła gorąco. - Na pewno nie głupie. Może 

tylko trochę sentymentalne i szalone. 

Dan chwyci

ł Joy za ramiona i pociągnął w stronę kępy drzew. 

 -  Je

śli  myślisz,  że  tylko  na  takie  szaleństwa  mnie  stać,  to  się 

mylisz  - 

powiedział.  -  Zaraz  ci  to  udowodnię.  -  Przyparł  ją  do 

szerokiego pnia dębu, z satysfakcją zauważając drżenie drobnego ciała 

i  gwałtowne  pulsowanie  tętna  w  odchylonej  szyi.  Zawładnął 

gwałtownie jej ustami, a gdy na chwilę się od niej oderwał, usłyszał 

to,  na  co  czekał  -  niski,  namiętny  pomruk  kobiety,  która  pożąda 

mężczyzny. 

 - Och, Danny, tak bardzo ci

ę pragnę. Była taka piękna w blasku 

zimowego  księżyca,  odbitym  od  śniegu.  Jej  oczy  błyszczały,  jasne 

lśniące włosy okalały twarz o porcelanowej cerze. Była samą pokusą. 

Dan nie miał zamiaru dłużej się jej opierać. 

Do licha z twoj

ą  samokontrolą,  ty  głupku!  Do  licha  z  całym 

cholernym światem! 

Niecierpliwym ruchem rozpi

ął jedyne dwa guziki płaszcza. Zbyt 

obszerne o

krycie  spłynęło  jej  z  ramion,  odsłaniając  smukłą,  drobną 

postać.  Pod  koszulką  rysowały  się  piersi.  Pochwycił  je  chciwymi 

rękami,  a  kiedy  cienka  bawełna  zaczęła  mu  przeszkadzać,  odsłonił 

nagie ciało. Joy spazmatycznie wciągnęła powietrze, gdy gorące wargi 
D

ana przypadły do jej skóry. 

 - A mo

że to nie jest szaleństwo? - wyszeptał chrapliwie. 

 - Jest! Wspania

łe! - zapewniła bez tchu. 

 -  Zimowe warunki, co?  -  za

żartował,  ale  ciało  Joy  wychynęło 

właśnie  z  ciemności  i  przylgnęło  do  niego  jak  palący  płomień. 
Ciemn

ość stała się nagle przyjazna jak mrok ciepłej sypialni. 

background image

 - Chc

ę być w tobie, cały - szepnął. 

 - To na co czekasz, glino? - ponagli

ła przez zaciśnięte zęby. 

Dan w

ślizgnął  się  pod  rozchylone  poły  płaszcza,  jednocześnie 

ujmując Joy pod ramiona i unosząc w górę. Potem odwrócił się tak, że 

teraz  on  opierał  się  plecami  o  drzewo.  Z  przewrotnym  uśmieszkiem 

okryła ich połami płaszcza, odgradzając od krainy zimy. 

Dan przymkn

ął  oczy,  gdy  fala  wewnętrznego  napięcia  wznosiła 

się,  w  miarę  jak  wchodził  w  miękką  kobiecość Joy. Pod powiekami 

rozjarzył  się  czerwony  punkt.  Od  nieznośnie  długiego  czasu 

przypominał wulkan na krawędzi wybuchu. I teraz żar jak lawa pędził 

przez  jego  żyły  z  dziką  siłą,  zmiatając  po  drodze  wszystkie  opory  i 

wahania. Nie liczyło się już nic, poza słodkim wyzwoleniem. 

Po chwili rozkosz spe

łnienia ogarnęła ich oboje. Dan mocno oparł 

się o twardy pień dębu. Szeroką pierś unosił ciężki oddech. Joy tuliła 

się  do  niego  czule  i  miękko,  okrywając  jego  twarz  drobnymi 

pocałunkami.  Stopniowo  pomiędzy  ich  rozgrzane  ciała  zaczęły  się 

zakradać kąśliwe jęzory zimna. 

 -  Chod

źmy  do  domu  -  mruknął  Dan,  wzdrygając  się  i 

przyciągając ją mocniej do siebie. 

 -  Chod

źmy...  -  powtórzyła  jak  echo.  Przytuleni,  szybko  ruszyli 

alejką. 

Kiedy dochodzili do drzwi domu, kulili si

ę  już  z  zimna  na 

wietrze.  Temperatura  znów  zaczęła  spadać.  Dan  chwycił  klamkę  i 

naparł na drzwi, ale nie ustąpiły. Kiedy zrobił to po raz drugi i trzeci, 

coraz bardziej nerwowo, Joy skojarzyła wreszcie, co się stało. 

 - Bo

że, to niemożliwe - załkała w poczuciu bezsilności. 

 - Niestety, drzwi si

ę zatrzasnęły i nie mamy kluczy - potwierdził 

sucho Dan. - 

Trzeba zapukać do pani Nettel. 

 - Do pani Nettel? Po co? - 

żachnęła się Joy. - Żeby nas zaprosiła 

na gorące kakao? 

 - Po klucz. 
 - Ona ma klucz od twojego domu? 
 -  Ma. Da

łem  go  jej,  żeby  się  zabezpieczyć  przed  przypadkami 

takimi jak ten - t

łumaczył się, zakłopotany. - Tak się przecież robi. W 

końcu to moją gospodyni. 

Joy westchn

ęła tylko i z rezygnacją ruszyła do bramy. 

 -  Zaraz, koteczku  -  zatrzyma

ł  ją  za  łokieć.  -  Najpierw musimy 

zamienić ubranka, nie uważasz? 

background image

Pani Nettel d

ługo  nie  otwierała.  Tak  długo,  że  stracili  już 

nadzieję.  Stali,  trzęsąc  się  z  zimna  i  wpatrując  w  oświetlony 

świątecznie dom. Dopiero kiedy Joy wpadła na pomysł, by załomotać 

srebrną  kołatką,  dały  się  wreszcie  słyszeć  szurające  kroki  i  przez 

szparę wyjrzała podejrzliwie głowa w papilotach. 

 -  Dan, na Boga, co si

ę  stało?  -  wykrzyknęła,  składając  ręce  do 

piersi. - 

Złapałeś złodzieja? 

 -  Nie, pani Nettel, niech si

ę  pani  nie  denerwuje.  Po  prostu 

przy

padkiem  zatrzasnęły  mi  się  drzwi  i  muszę  prosić  o  zapasowy 

klucz. 

 -  Ach, 

żebym ja tylko wiedziała, gdzie go  mam! - Starsza pani 

nerwowo splotła palce. - Wejdź do środka, a ja poszukam. 

Dan odm

ówił uprzejmie, a w tym momencie rozległo się donośne 

kichnięcie. Pani Nettel natychmiast wyjrzała na ganek. 

 -  Tam za krzakami jest jaka

ś  blondynka  -  oznajmiła,  patrząc 

podejrzliwie na złotą głowę Joy, sterczącą z daleka pośród gałązek. 

Joy mocniej otuli

ła  się  szlafrokiem.  Niestety,  był  o  wiele  mniej 

ciepły niż płaszcz. 

Pani Nettel w

łożyła  ręce  w  kieszenie  domowej  sukni  i  ogarnęła 

Dana  uważnym  spojrzeniem.  Nie  uszły  jej  uwagi  nie zasznurowane 
buty i go

łe  łydki,  podejrzanie  kontrastujące  z  zapiętym  na  ostatni 

guzik płaszczem. 

Danny wi

ł  się  pod  jej  spojrzeniem  jak  złapany  na  gorącym 

uczynku nastolatek. 

 - Niech mi pani wierzy, nie 

śmiałbym pani niepokoić, gdyby nie 

wyjątkowe okoliczności. Zdaję sobie sprawę, że... 

 -  Nie musisz si

ę  tłumaczyć,  chłopcze  -  przerwała  mu 

wyrozumiale.  - 

Ja też kiedyś byłam młoda. Powiedz mi tylko, co się 

stało z moją kochaną siostrą Clarence? Chyba oszczędziłeś jej widoku 

swoich hm... swobodnych poczynań? 

 -  Sk

ąd,  gdzież  bym  śmiał  robić  coś,  co  mogłoby  urazić  siostrę 

Clarence  - 

zapewnił  solennie.  -  Siostra  wyjechała  i  wróci  dopiero 

jutro. 

 - Na ca

łe szczęście. - Pani Nettel pokiwała głową. - Trzeba dbać 

o  to  urocze  stworzenie.  No,  dobrze,  idę  wreszcie  poszukać  tego 
klucza. - 

Pospiesznie podreptała do holu, przymykając za sobą drzwi. 

 - Wytrzymaj jeszcze troch

ę - rzucił w stronę krzaków. - Zaraz go 

znajdzie. 

background image

 -  Gdybym ja mia

ła  ten  klucz,  od  razu.  wiedziałabym,  gdzie  go 

położyłam - pomstowała Joy. 

 -  Nast

ępnym  razem  dostaniesz  swój.  I  zostawisz  go  w  domu  - 

zaśmiał się. 

Drzwi otworzy

ły się i klucz został wsunięty w dłoń Dana. 

 - Bardzo pani dzi

ękuję i jeszcze raz przepraszam! 

 -  Na twoim miejscu nie wpu

ściłabym  tej  blondynki  do  domu  - 

szepnęła konfidencjonalnie starsza pani. - Potrzebujesz takiej kobiety 
jak nasza siostra Clarence. Oczywi

ście,  gdyby  nie  składała  ślubów 

zakonnych. Dobranoc państwu - zakończyła głośno, zamykając drzwi. 

 - 

„Nie  wpuściłabym  tej  blondynki  do  domu"  -  powtórzyła  z 

oburzeniem Joy, wyciągając się w łóżku Dana. - „Potrzebujesz takiej 

kobiety jak siostra Clarence". Jak ona mogła tak powiedzieć! 

 - Nie dziw si

ę, przecież ledwo cię widziała w tych krzakach. 

Joy opar

ła mu głowę na piersi i przeczesywała palcami szorstkie 

włosy. 

 -  Rzeczywi

ście,  chyba  mnie  polubiła  w  tym  cnotliwym 

wcieleniu. Ja też jestem skłonna ją polubić - jeśli nie okaże się, że to 

właśnie ona mnie prześladuje. 

Umilkli na chwil

ę, delektując się własną bliskością i komfortem 

iście  królewskiego  łoża.  Joy  zmrużyła  oczy  i  już  prawie  zasypiała, 

kiedy ożywiła ją nagła myśl. 

 -  Danny, czy my

ślisz,  że  zrobiłeś  błąd,  tracąc  swoją  słynną 

samokontrolę i kochając się ze mną? 

 - Przesta

łem już być zdolny do myślenia, Joy - wyznał szczerze. 

 - Dan, b

ądź poważny. - Uszczypnęła go delikatnie. 

 - Jestem, kochanie. - Przygarn

ął ją do siebie, by ułożyła głowę w 

zagłębieniu jego ramienia. 

 -  Nic tak naprawd

ę  się  nie  zmieniło.  Nadal  jesteś  tym  samym 

sztywnym facetem - 

powiedziała poważnie. 

Dan zmarszczy

ł ciemne brwi. 

 -  Czy

żby,  kotku?  Nie  czujesz,  jak  moje  emocje  burzą  się  pod 

powierzchnią, w każdej chwili grożąc wybuchem? 

 - Dobrze, ju

ż nie będę cię kusić. Przynajmniej dzisiaj 

 - obieca

ła łaskawie. 

 - Dzi

ęki, bo nie mam siły ruszyć nawet palcem - zaśmiał się. 

Joy z b

łogim  westchnieniem  wtuliła  się  w  niego  mocniej  i 

wsunęła nogę pomiędzy jego nogi. 

background image

 -  Chcesz, zawrzyjmy uk

ład,  Danny:  już  więcej  nie  będę  cię 

bezecnie kusić, dobrze? 

 - Jasne. - Obj

ął ją mocno, zaborczo i z zadowoleniem. 

 - Tylko mam tak

ą małą uwagę: ty w ogóle nie potrafisz robić nic 

innego, jak tylko bezecnie mnie kusić, dniem i nocą. 

background image

ROZDZIA

Ł 9 

Stan

ąć twarzą w twarz z Nelsonem okazało się dla Joy niełatwym 

przeżyciem.  Nie  było  już  jednak  odwrotu  sprzed  szyby  więziennej 

rozmównicy. Joy nie przypuszczała, że znajdzie się w takim miejscu 

przed samym Bożym Narodzeniem. 

Patrzy

ła  na  mięsistą  okrągłą  twarz  o  wydatnych  wargach  i 

przenikliwym  spojrzeniu  małych  oczu.  Dopóki  nie  wyszły  na  jaw 

brudne machinacje, traktowała Theo jak dobrodusznego i zabawnego, 

choć  nieco  humorzastego  wujka.  Potrafił  się  dobrze  maskować. 

Dopiero  później,  w  dramatycznych  okolicznościach,  poznała  jego 

prawdziwe  oblicze.  Kiedy  przy  śniadaniu  wpadła  na  pomysł,  żeby 

odwiedzić Theo i spróbować trochę go wybadać, Dan miał poważne 

obiekcje. Nie zaprzeczał, że Nelson może wiedzieć coś, co pomoże im 

rozwikłać zagadkę i wpaść na ślad tajemniczego osobnika, ale obawiał 

się,  że  Joy  źle  zniesie  spotkanie  z  Theo  -  dawnym  przyjacielem i 

byłym szefem, na którym tak bardzo się zawiodła i z którym łączą się 

złe wspomnienia. 

 - Co u ciebie s

łychać, Theo? 

Skrzywi

ł  się  i  wzruszył  ramionami,  obrzucając  krytycznym 

spojrzeniem jej sceniczny makijaż i tandetną zieloną garsonkę. 

 - I to ma by

ć Esther Emerson, sąsiadka, która się o mnie martwi? 

 - Mam du

żo takich postaci w zapasie, przecież wiesz. - Machnęła 

lekceważąco ręką. 

 -  Dobra, mniejsza o nazwisko, ale my

ślałem,  że  to  jakaś 

poczciwa dusza, która chce mi pomóc. 

 - Chc

ę ci pomóc, Theo. 

 - Ty? Przecie

ż to przez ciebie mnie zapudłowali. Ten drań śmie 

ją jeszcze oskarżać! Sam bez mrugnięcia okiem oświadczył w sądzie, 

że nie rozstawał się z Jerome'em Berkleyem podczas przedstawienia. 

W ten sposób krył nie tylko wspólnika w podejrzanych interesach, ale 

mordercę... I jeszcze teraz ma czelność zgłaszać pretensje! Z gniewu 

zacisnęła  pięści,  ale  nadal  się  uśmiechała.  Przyjechała  tu  w 

określonym  celu  i  osiągnie  go.  Wyśle  sygnał,  który  zmusi 

prześladowcę, by się ujawnił. Wizyta u Theo miała dać początek całej 
akcji. 

 - Donosicielka, kt

óra mnie wsypała, pojawia się po roku i mówi, 

że  chce  mi  pomóc!  -  Theo  nie  krył  wrogości.  -  Nie opowiadaj 

bajeczek, i tak nie dam się nabrać, dziecino. 

background image

 -  Miej pretensj

ę  do  Berkleya,  że  zamordował  swoją  żonę  - 

od

paliła. 

 - Ten dure

ń wszystko zaprzepaścił, i to z powodu baby. 

 - Wiedzia

łeś, dlaczego potrzebuje alibi? 

 - Nie, ja... - urwa

ł, zerknął na nią podejrzliwie i wycelował w nią 

gruby paluch.  - 

Posłuchaj,  dziewczyno,  Berkley mnie nie kupił.  Był 

szefem w tym i

nteresie, a ja tylko wykonywałem polecenia. I tyle. 

 -  Uhm...  -  przytakn

ęła  sceptycznie  Joy.  Dałaby  wiarę  tym 

opowieściom, gdyby na własne oczy nie widziała wędrującej z rąk do 

rąk koperty. 

 -  Gliny mi uwierzy

ły  -  przypomniał  skwapliwie.  -  Nie  miałem 

wyjścia,  bałem  się.  -  Odchrząknął,  nie  patrząc  jej  w  oczy.  -  Lepiej 

powiedz, po co tu przyjechałaś. 

 -  Chcia

łam  się  z  tobą  zobaczyć.  -  .  Nie  odwiedzałaś  mnie 

wcześniej. 

 - Ukrywa

łam się - oznajmiła obojętnym tonem. 

 - Co

ś chyba o tym słyszałem. - Theo przeczesał palcami rzadkie 

włosy. - I co, już w porządku? 

 -  Nie. Kto

ś  jeszcze  za  mną  chodzi.  -  Pilnowała  się,  by  niczego 

nie  sugerować.  -  Stąd  to  przebranie.  Wróciłam  do  Twin  Cities,  ale 

musiałam się przyczaić. 

 -  I wyobra

żasz  sobie,  że  dobry  wujek  Theo  tu,  zza  kratek, 

zadziała  i  namierzy  twojego  cienia,  co?  -  Z  kpiącym  uśmiechem 

rozparł się w krześle. 

By

ł  ostatnią  osobą,  na  jaką  by  liczyła.  Chciała,  by  pomyślał,  że 

nie  miała  do  kogo  się  zwrócić  i  że  go  potrzebuje.  O  to  właśnie 

chodziło. 

 - Przecie

ż jesteś moim przyjacielem i masz tyle kontaktów... 

 -  Nasza przyja

źń  skończyła  się,  kiedy  wygadałaś  wszystko 

glinom, koteczku - 

sarknął. 

Joy z trudem opanowa

ła się, by nie wybuchnąć. 

 -  Najpierw ty, szefu

ńciu,  wziąłeś  mnie  jako  zakładniczkę!  - 

wycedziła przez zaciśnięte zęby. 

 -  Pistolet nie by

ł  nawet  naładowany  -  sapnął  Theo,  splatając 

palce na wydatnym brzuchu. - 

A ja musiałem wiać. Mam nadzieję, że 

nie mówiłaś nikomu, jakiego miałem pietra w czasie tego pościgu? - 

dodał żałośnie. 

background image

 -  Tak si

ę bałeś, że musiałeś mi przez cały czas trzymać pistolet 

przy głowie. 

 -  Och, przesta

ń,  powtarzam,  że  nie  był  naładowany.  A  swoją 

drogą, masz jeszcze tego śmiesznego grata? - zagadnął. 

 -  No, no, tylko nie grat! Trudno, 

żeby  był  szybszy  od 

podrasowanych wozów policji, ścigających nas na pełnym gazie. 

 - Tak tylko sobie powiedzia

łem. Pomyślałem, że pewnie nim już 

nie jeździsz. 

 -  Na razie po

życzyłam  go  znajomym,  a  tu  przyjechałam 

taksówką. 

 -  W ka

żdym  razie  zapamiętaj,  Joy,  naprawdę  nie  chciałem  cię 

skrzywdzić - powiedział miękko. 

 - Chyba ju

ż pójdę - stwierdziła nagle. 

Dan mia

ł rację. Niełatwo było stanąć oko w oko z przeszłością. 

Zresztą już osiągnęła cel - dała znać o swoim powrocie. Teraz, jeśli 

przypuszczenie  o  powiązaniach  Theo  jest  słuszne,  tropiący  ją 

nieznajomy powinien złapać przynętę i wyjść z cienia. 

 -  Nie id

ź  jeszcze  -  poprosił  nieoczekiwanie  Theo.  -  Nie 

spodziewam się gości a zaraz święta... 

Dobrze wiedzia

ł,  drań,  jak  grać  na  jej  sentymentach!  Opadła  z 

powrotem na krzesło. 

 - Wyst

ępowałaś gdzieś od tamtego czasu? - zagadnął. 

 - Nie by

ło okazji. Podróżowałam - odparła krótko. 

 -  Masz talent  -  przyzna

ł  z  ociąganiem.  -  Powinnaś  wrócić  na 

scenę. 

 - Nie martw si

ę, wrócę. A jakie są twoje plany? Odsiedziałeś już 

pół wyroku. Co będziesz robił po wyjściu z więzienia? 

 -  Jedno wiem na pewno. Pozb

ędę  się  klubu  -  stwierdził 

niechętnie.  -  Wiesz,  kiedy  zaczynałem  dziesięć  lat  temu,  grałem 

uczciwie. A potem okazało się, że nie było to możliwe... 

Joy pokiwa

ła  głową.  Theo  zawsze  będzie  uważał  się  za  ofiarę 

fatalnego zbiegu okoliczności. 

 -  W takim razie zacznij od nowa  -  poradzi

ła  z  pokrzepiającym 

uśmiechem. 

 -  Kto wie, kto wie... Ale gdzie

ś  daleko  stąd.  Joy  gorączkowo 

zastanawiała  się,  jak  wprowadzić  do  rozmowy wątek  pani  Nettel. 

Theo nie mógł się dowiedzieć, że poznała starszą panią przez Dana. 

 - Nikt z klubu ci

ę nie odwiedza? - zapytała podchwytliwie. 

background image

 - Kelnerki, Gina i Jackie. I Barry. 
 - A ta starsza pani? 
 - Która? 
 - No wiesz, ta... kt

óra ci tak działała na nerwy . Księgowa. Theo 

stał się czujny. 

 - Zaraz, zaraz, a ja ci o niej m

ówiłem? 

 - Oczywi

ście. Nie pamiętasz? 

 - Pami

ętam, ale lepiej nie mówmy o niej, dobra? 

 -  W porz

ądku.  Zresztą  nawet  nie  wiem,  jak  się  nazywa...  - 

Zawiesi

ła  głos  w  nadziei,  że  Nelsonowi  niechcący  wymknie  się 

prawdziwe nazwisko pani Nettel, ale on tylko zacisnął usta. 

 -  No, nie b

ędę  cię  zatrzymywał  -  stwierdził  po  chwili  Theo.  - 

Trochę poprawiłaś mi humor. Trzymaj się. 

 - Ty te

ż, Theo. Joy opuściła więzienie i wsiadła do czekającej na 

nią taksówki. 

 - Dok

ąd mam panią teraz zawieźć? - zapytał kierowca. 

 -  Z powrotem  do Bayport, do restauracji, z której pan mnie 

zabrał. 

Jazda by

ła  zbyt  krótka,  by  Joy  zdążyła  przemyśleć  rozmowę  z 

Theo.  Kiedy  zatrzymali  się  pod  niewielką  skromną  restauracją, 

zapłaciła i pospiesznie wysiadła. 

Nikt z go

ści  nie  poświęcił  nawet  spojrzenia  niskiej kobiecie w 

niemodnym,  tandetnym  kostiumie  i  narzuconej  na  niego  męskiej 

dżinsowej  kurtce.  Rozglądała  się  bezradnie  po  zatłoczonej  sali, 

szukając stolika, przy którym uprzednio piła kawę. Nagle ktoś chwycił 

ją za ramię i szarpnął. 

 - O, to ty! - wyszepta

ła, szybko przysiadając się do Dana. 

 - A kt

óżby inny? Już zdążyłaś narobić tu nowych znajomości? - 

syknął. 

 -  Co

ś  ty,  w  tym  koszmarnym  wcieleniu?  -  zachichotała.  - 

Dlaczego zmieniłeś miejsce? 

 -  Ten stolik jest bardziej na uboczu. D

ługo  cię  nie  było  - 

powiedział z wyrzutem. 

Joy uspokoi

ła  go  promiennym  uśmiechem.  Dan  zachował  się 

cudownie. Kiedy w

reszcie przekonała go przy śniadaniu, że musi się 

zobaczyć  z  Nelsonem,  bardzo  jej  pomógł.  Zadzwonił  do  więzienia 

Stillwater  i  uzyskał  widzenie  dla  niejakiej  Esther Emerson. Potem 

pojechali pod miasto, do Bayport. Z niechęcią musiał przyznać, że od 

background image

tego momentu powinien trzymać się na uboczu i pozwolić działać Joy. 

Uzgodnili, że nie odwiezie jej pod więzienie swoim samochodem. 

Z u

śmiechem słuchał, jak Joy składa kelnerce duże zamówienie. 

Nawet  nie  mrugnął  okiem,  kiedy  na  deser  poprosiła  o  dwa  rodzaje 
szarlotki. 

Kiedy kelnerka przynios

ła napoje, nie wytrzymał i poprosił, żeby 

zaczęła opowiadać. 

 - Theo s

ądził, że chcę posłużyć się jego kontaktami, aby wykryć, 

kto mnie szpieguje - 

zaczęła z ożywieniem. 

Rysy Dana st

ężały. 

 - S

ądzisz, że jednak je uruchomi? 

 - Nie mam poj

ęcia. Ciągle ma do mnie żal. 

 - Pyta

ł cię o coś? 

 -  Tak. Zainteresowa

ł  się  na  przykład,  czy  nadal  jeżdżę  swoim 

samochodem. Pytał, czy mówiłam komuś, jak bardzo się bał w czasie 

pościgu.  Chyba  mu  ulżyło,  kiedy  powiedziałam,  że  nie.  Chciał  też 

chyba wysondować, gdzie teraz mieszkam. 

Dan s

łuchał uważnie, obracając w palcach szklankę. 

 - Czy wspomina

ł coś o pani Nettel? 

 - Sam z siebie - nie. Stara

łam się skierować rozmowę na jej temat 

i dowiedzieć, jak  brzmi jej prawdziwe nazwisko,  ale  oznajmił,  że  w 

ogóle nie chce o niej mówić. 

 - My

ślisz, że ma jej coś za złe? 

 - Nie mam poj

ęcia. 

 -  R

ównie dobrze może mieć coś do ukrycia w związku z osobą 

pani Nettel. 

 - Tak, Danny. Przykro mi, 

że tak niewiele udało mi się uzyskać. 

Praktycznie nic. Tyle że Theo wie, że znowu tu jestem. Miałeś rację, 

trzeba było dać sobie spokój - westchnęła. 

 - Nie martw si

ę, nie spodziewałem się wiele po twoim spotkaniu 

z Nelsonem. To śliski typ. Gra na dwa fronty. Miejmy nadzieję, że w 

końcu wyjaśni się sprawa nieznajomego, który depcze ci po piętach. 

Na razie zapomnij o nim i bierzmy się do jedzenia. Nie możemy za 

długo tutaj siedzieć, żeby nie zwracać na siebie uwagi. 

Skin

ął na kelnerkę. 

 -  Czy mo

że  pani  przynieść  mi  taką  samą  szarlotkę  jak  dla  tej 

pani? 

background image

 - Trzeba si

ę pospieszyć, niedługo przyjdą goście - zawołał Dan z 

łazienki. Za chwilę pojawił się w progu sypialni, wykąpany i świeżo 

ogolony.  Popatrzył  na  Joy,  która  stała  przy  komodzie  w  różowych 

majteczkach  i  dużych  rozmiarów  biustonoszu,  który  wypychała 

gąbkami zabranymi z łazienki. 

 -  Tylko si

ę  nie  śmiej  -  ostrzegła,  oglądając  rezultat  swoich 

wysiłków  w  lustrze.  -  Pewnie  byś  wolał,  żebym  zawsze  miała  taki 

wystrzałowy biust, co? 

 -  Wcale nie  -  powiedzia

ł  niskim  głosem,  podchodząc  i 

przyciągając ją do siebie. 

Joy zarzuci

ła Danowi ręce na szyję i przytuliła się całym ciąłem. 

Połączyli się w namiętnym pocałunku, gotowi natychmiast zapomnieć 

o całym świecie. Byli jak dwie połówki tego samego jabłka i niewiele 

było trzeba, by ich ciała przeniknął dreszcz zapowiadający  cudowne 

przeżycia.  Jeden  pocałunek,  jedna  pieszczota  wzniecała  gorące 

pożądanie domagające się spełnienia. 

 -  Danny, nied

ługo  zacznie  się  przyjęcie  -  wyszeptała  bez 

przekonania Joy. - 

Zaraz tu będzie pani Nettel. 

Dan wymamrota

ł  coś  niewyraźnie  w  odpowiedzi  i  rozpoczął 

podniecającą  wędrówkę  po  ciele  Joy.  Jego  wilgotne  wargi  i  czułe 

dłonie  docierały  do  najbardziej  odległych  zakątków,  wzbudzając 

pożar  w  sercu  Joy  i  doprowadzając  ją  do  granicy  wytrzymałości. 

Teraz  nic  już  nie  było  ważne,  poza  pochłaniającą  wszystko  falą 

żarliwego  pożądania  i  naglącego  wyczekiwania.  Zdążyła  jeszcze 

pomyśleć, że Dan stracił wreszcie swą słynną powściągliwość i płonie 
tak jak ona. A potem, gdy Dan wyzwo

lił  ją  z  fig  i  wypchanego 

biustonosza,  dała  się  poprowadzić  fali,  która  miała  wynieść  ją  na 

szczyt rozkoszy. Krzyknęła i wpiła paznokcie w ramiona Dana, który 

wypełnił  ją  sobą  i  podjął  odwieczny  miłosny  rytm,  przedłużając 

moment  spełnienia,  by  dać  im  obojgu  jak  największą  satysfakcję. 

Chwila ekstazy wybuchła wszystkimi kolorami tęczy i wydarła z ich 

gardeł  miłosne  okrzyki.  Nieprzytomni,  bezsilni,  zapadli  się  w  sobie, 

by jak najdłużej zachować to niezwykłe wrażenie bliskości i oddania. 

 -  Mo

że zamkniemy drzwi od środka - wyszeptał Dan w chwilę 

później - i będziemy się kochać i kochać, bez końca, Joy, siedząc na 

łóżku ze skrzyżowanymi nogami, mrugnęła do niego z zachwytem. 

 - Nie mia

łabym nic przeciwko temu, ale... ktoś tu musi wykazać 

się rozsądkiem. Idziesz ze mną pod prysznic? 

background image

ROZDZIA

Ł 10 

 -  Oto osoba, kt

órą  chciałam  poznać!  Choć  Joy,  przebrana  za 

siostrę  Constance  Clarence,  stała  tyłem  do  kuchennych  drzwi, 

rozpoznała  głos  Gwen,  wybijający  się  spośród  gwaru  rozmów  w 

salonie. Właśnie układała na srebrnej paterze świąteczne wypieki, gdy 

w progu pojawiła się siostra Dana. 

 - Domy

ślam się, że jesteś Gwen - powiedziała Joy głosem siostry 

Clarence.  - 

Korzystam  z  gościny  u  Dana  i  staram  się  odwdzięczyć, 

pomagając w pracach domowych. 

 -  I to wspaniale pomagaj

ąc  -  wtrąciła  z  przekonaniem  pani 

Nettel, wchodząc do kuchni z pustą tacą. 

 - Mam nadziej

ę, że nie jest to przytyk do mnie - powiedziała ze 

śmiechem Gwen. - Wiem, obiecałam pomóc i kajam się, ale William 

dał  tak  doskonały  popis  przy  fortepianie,  że  nie  mogłam  sobie 

odmówić przyjemności posłuchania, jak gra. 

 -  Mam a

ż  za  wielu  pomocników  -  sarknęła  pani  Nettel.  -  Nie 

wiem 

po co Dan zaangażował tyle osób. 

Joy i Gwen wymieni

ły porozumiewawcze spojrzenia. 

Pani Nettel uwa

żała, że organizowanie przyjęcia to wyłącznie jej 

specjalność. 

 -  Wynajmowanie student

ów  jako  kelnerów  to  tradycja,  którą 

utrzymuję od dawna - wyjaśniła Gwen, po czym wyciągnęła rękę do 
Joy. - 

Miło mi poznać siostrę - powiedziała serdecznie. 

 -  Dan wiele mi o tobie opowiada

ł.  Choć,  zdaniem  Joy,  Gwen 

prz

ywiązywała zbytnią wagę do form towarzyskich, była inteligentna i 

sympatyczna. Ta kobieta nie dbała o pozory skromności, nosiła głowę 

wysoko  i  trzeba  przyznać,  że  miała  klasę.  Tego  wieczoru  wyglądała 

szczególnie  elegancko.  Ciemne  lśniące  włosy  były  spięte  perłową 

klamrą,  a  wąska  tunika  z  przezroczystymi  rękawami  podkreślała 

figurę. Szyję i przegub ręki zdobiła skromna złota biżuteria. Joy sama 

by  się  tak  ubrała,  gdyby  nie  krępowały  jej  zakonne  reguły 
najnowszego wcielenia. 

 - To bardzo mi

ło ze strony siostry, że zgodziła się spędzić okres 

świąt w domu mojego brata - powiedziała Gwen z uśmiechem, który 

wydawał się szczery. - Dana trzeba przed każdymi świętami wprawić 
w odpowiedni nastrój. - 

Wycelowała wymanikiurowany palec w Joy. - 

Jest w siostrze coś wyjątkowego, coś... 

background image

Joy zamruga

ła  spłoszona.  Czyżby  Gwen  zaczęła  domyślać  się 

czegoś? 

 - ...co

ś, co napełnia nas nadzieją i każe myśleć a świecie bardziej 

radośnie - ciągnęła z entuzjazmem Gwen. 

Joy u

śmiechnęła  się,  skrywając  ulgę.  Wzrok  miała  skromnie 

opuszczony

, jak na zakonnicę przystało. 

 -  Czasem tak mi m

ówią  -  przyznała  cicho,  usiłując  sobie 

jednocze

śnie  wyobrazić,  co  zrobiłaby  Gwen,  gdyby  dowiedziała  się, 

że komplementuje tę narwaną Joy Jones! 

 - Ona jest 

święta - oznajmiła z przekonaniem pani Nettel. 

 - Och, pani Nettel, prosz

ę tak nie mówić. 

 -  Widz

ę, że zadbała siostra nawet o ułożenie moich ciasteczek - 

zauważyła Gwen z dumą. 

 - A, tak. - Joy splot

ła ręce, by ukryć ich drżenie. Na razie Gwen 

nie  zauważyła  różnicy,  ale  jeśli  smak  będzie  inny...  Wstrzymała 

oddech, kiedy siostra Dany'ego wzięła jedno na spróbowanie. 

 - Mmm, musz

ę przyznać, że się udały - stwierdziła, przymykając 

oczy z lubością. 

 - 

Święta racja! - rozpromieniła się Joy. - Jeśli mam być szczera, 

już się zdążyłam poczęstować. Nie mogłam się po prostu oprzeć. 

Spojrzenie Gwen ogarn

ęło  pulchny  biust  siostry  Clarence  i  jej 

rozłożyste biodra. 

 - C

óż, wszystkie mamy swoje słabości - powiedziała znacząco. 

Sztuka u

śmiechania  się  przez  zaciśnięte  zęby  nie  jest  łatwa,  ale 

Joy się udało. Gwen sugerowała, że siostra Constance jest gruba! Jaka 

szkoda, że nie mogła zobaczyć, co kryje się pod habitem. 

 -  Widz

ę,  że  najciekawsza  część  przyjęcia  odbywa  się  tutaj  - 

zawołał  Dan,  wchodząc  do  kuchni  i  ogarniając  kobiety  bystrym 
spojrzeniem niebieskich oczu. Joy mrugn

ęła  do  niego  ukradkiem  na 

znak, że wszystko jest w porządku. 

 -  Staram si

ę,  żeby  siostra  czuła  się  u  nas  dobrze  -  powiedziała 

Gwen, sięgając po następne ciasteczko. 

Dan obserwowa

ł ją z równym niepokojem jak przed chwilą Joy. 

 - Pycha! - oceni

ła Gwen, popijając szampanem. Joy i Dan znów 

wymienili konspiracyjne spojrzenia. 

 - No dobrze, a gdzie jest William? 
 -  Niestety, ci

ągle  zabawia  gości  w  salonie,  bębniąc  na  moim 

starym steinwayu - 

odparł Dan, nalewając sobie szampana. 

background image

 -  Braciszku, obieca

łeś,  że  będziesz  dla  niego  miły  -  upomniała 

Gwen. 

 -  Po prostu powinienem dba

ć  o  dobry  humor  moich  gości  - 

wzruszył ramionami. - Być może nie wszyscy są miłośnikami talentu 
Williama. 

 -  Czy Rex si

ę pojawił? - Gwen pospiesznie zmieniła temat. - Z 

reguły  przychodzi  pierwszy, ubrany w jeden z tych swoich 

krzykliwych garniturów i dopada stołu, żeby zdążyć się objeść. 

 -  Tym razem jeszcze go nie ma, ale czekam na niego z 

ut

ęsknieniem - odparł Dan. 

 - Mo

że wypadł mu dyżur? - poddała Joy. 

 -  No c

óż,  nie  należy  tak  długo  zostawiać  gości  samych  - 

stwierdziła Gwen - chodźmy. 

 - Id

ź, a my za chwilę przyjdziemy - powiedział Dan. 

 -  O, nie, braciszku! Wiem, 

że  najchętniej  spędziłbyś  całe 

przyjęcie  w  kuchni,  ale  na  to  ci  nie  pozwolę.  I  nie  będziesz  mi  tu 

ukrywał siostry Clarence! 

Joy pos

łusznie ruszyła za rodzeństwem. Kiedy weszli do salonu, 

Dan zauwa

żył  z  ulgą,  że  klawiatury  dotykała  o  wiele  wprawniejsza 

ręka. Miejsce Harrisa przy imponującym czarnym instrumencie zajęła 

sędzina  Sądu  Najwyższego,  która  w  wolnym  czasie  grywała  z 

Orkiestrą Kameralną St. Paul. William stał przy stole z zakąskami, z 

zapałem  pochłaniając  apetyczne  kanapeczki.  Z  wypiętą  piersią, 

łypiący  okiem  -  nieodparcie  przypominał  Danowi  pawia.  Kiedy 

dostrzegł wchodzącą trójkę, natychmiast ruszył w ich stronę. 

 -  Kochanie,  strasznie d

ługo  poprawiałaś  sobie  makijaż  - 

powiedział,  głośno  cmokając  Gwen  w  policzek.  Nie  omieszkał  też 

poklepać po plecach Dana. 

 -  Williamie, poznaj siostr

ę  Constance  Clarence  ze  Światowej 

Misji Dobrej Woli. 

 - Mi

ło mi. Wiele o siostrze słyszałem. Joy skinęła głową, starając 

się jak najlepiej wcielić w postać skromnej zakonnicy. Przydało się jej 

dotychczasowe  doświadczenie  wyniesione  ze  sceny.  Kiedy  wreszcie 

będzie znowu mogła na nią powrócić? - pomyślała z utęsknieniem. 

 - S

łyszałam, że pisze pan książkę o procesie Jerome'a Berkleya - 

zagadnęła,  jak  gdyby  chciała  okazać  swemu  rozmówcy  specjalne 
zainteresowanie. 

background image

 -  Rzeczywi

ście,  piszę.  -  Harris  był  zachwycony.  -  Czy siostra 

miała okazję zapoznać się z tą sprawą? 

 - Rozpisywa

ła się o niej cała prasa. 

Dan rzuci

ł Joy ostrzegawcze spojrzenie, widząc, że zaczyna igrać 

z ogniem. Harris dostrzegł je i zinterpretował po swojemu. 

 -  Tw

ój  dobroczyńca,  siostro,  niezbyt  lubi  ten  temat.  Może  w 

ogóle uważa, że książki nie są potrzebne - stwierdził zgryźliwie. 

 - Nie widz

ę niczego złego w samym opisaniu sprawy Berkleya - 

zaoponował  Dan,  starając  się  powściągnąć  narastającą  złość.  - 

Znajomość okoliczności zbrodni może być pouczająca. 

 -  Albo lukratywna  -  uzupe

łnił  bez  skrępowania  Harris.  - 

Spodziewam się niezłych zysków. 

 -  M

ógłbym  sam  śmiało  opisać  niejedną  historię  wziętą  z  życia, 

ale  uważam,  że  nie  należy  nadużywać  funkcji  pełnionych  w  służbie 

społecznej  -  żachnął  się  Dan.  Niecierpliwym  gestem  strząsnął  rękę 
Gwen ze swojego ramienia. - 

A skoro już jesteśmy przy tym temacie, 

to  uważam,  że  nie  powinieneś  wciągać  w  swoje  podejrzane  sprawy 
mojej siostry. 

Joy z niepokojem patrzy

ła  na  Dana.  Nie  zwykł  do  tego  stopnia 

tracić panowania nad sobą. Najpierw w sposób widoczny zirytował się 

na  wzmiankę  o  Reksie,  a  teraz  niepotrzebnie  napadł  na  Williama 

Harrisa. Czuła się po trosze odpowiedzialna za jego stan ducha, gdyż 

robiła  mu wyrzuty, że trzyma na wodzy swoje emocje i bezustannie 

stara się kontrolować. Nie wzięła pod uwagę, że człowiek, który przez 

trzydzieści  jeden  lat  był  skryty  i  zamknięty  w  sobie,  nie  potrafi 

odnaleźć się w tej nowej dla niego sytuacji. 

 - Nie rozumiem, dlaczego ca

ła sprawa była trzymana przede mną 

w tajemnicy - 

ciągnął Dan, odpowiadając zdawkowym uśmiechem na 

pozdrowienia gości. 

 -  Nie wspomnia

łem ci o książce, ponieważ nie chciałem, żebyś 

odniósł  wrażenie,  że  wciskam  się  za  jednym  zamachem  w  twoje 

zawodowe i prywatne życie - wyznał cicho Harris. 

 - Prywatne? - Czarne brwi Dana zbieg

ły się w jedną linię. 

 -  Chodzi o moje oficjalne zar

ęczyny z Gwen. Od kilku tygodni 

nosiłem się z zamiarem zakomunikowania ci tego w Boże Narodzenie. 

Wiem,  że  potrzebujesz  czasu,  żeby  to  przetrawić.  Po  ślubie 

prawdopodobnie przeniesiemy się do Kalifornii. Chcę tam rozpocząć 

prywatną praktykę, kiedy tylko książka wyrobi mi nazwisko. 

background image

 -  Mia

łam powiedzieć ci o tym dzisiaj sama - wtrąciła nerwowo 

Gwen. 

 -  Nie martw si

ę, nie stracisz swojej siostrzyczki - szybko dodał 

Harris.  - 

Co  roku  będziemy  zjawiać  się  na  święta  w  tym  zacisznym 

gniazdku.  - 

Spojrzeniem  pełnym  zadowolenia  ogarnął  tłum  gości.  - 

Tyle  wpływowych  osób  w  jednym  miejscu,  takiej  okazji  nie  można 

zmarnować! 

Dan ju

ż  miał  wybuchnąć,  ale  poczuł  dłoń  Joy,  delikatnie,  lecz 

stanowczo przytrzymującą jego zaciśniętą pięść. Dotknięcie było tak 

uspokajające, jakby wzięła go w ramiona. 

 -  No c

óż,  w  takim  razie  gratuluję  wam  obojgu  -  powiedział 

sztywno i z wysiłkiem. 

 - Dzi

ęki, braciszku. - Gwen wyraźnie ulżyło. 

 - Dan chcia

ł przedstawić mnie paru osobom - odezwała się Joy. - 

Jeśli pozwolicie.... 

 - Jestem ci wdzi

ęczny, kochanie - szepnął Dan, gdy się oddalili. - 

To był ciężki moment. 

 - Gwen jest du

żą dziewczynką i wie, co robi - powiedziała Joy. Z 

przerażeniem  spostrzegła,  że  jej  ręka  zmierza  w  czułym  geście  ku 
policzkowi Dana. W takich momentach odgrywanie roli siostry 

Clarence stawało się szczególnie uciążliwe. 

 -  Wcale nie uwa

żam  Gwen  za  dziecko.  -  Dan z rozbawieniem 

patrzył,  jak  gwałtownie  cofnęła  rękę.  -  Najwyższy  czas,  by  założyła 

własną  rodzinę  i  razem  z  nią  pielęgnowała  świąteczną  tradycję  na 

własną rękę. W tym domu my będziemy dbali o święta. 

 - B

ędziemy? - Joy popatrzyła na niego błyszczącymi oczami. 

 -  Jasne. Gwen dojrza

ła  do  własnego  życia,  zresztą  tak  jak  i  ja. 

Gdyby tylko wykazała lepszy gust... 

 - To jej wybór, Dan - 

przypomniała mu Joy. 

 -  Racja. A teraz chod

ź, przedstawię cię. To ostatnia okazja, byś 

poznała tyle ważnych osobistości. Za rok będziemy obchodzili święta 
w mniejszym gronie. 

Kiedy o pierwszej w nocy przyj

ęcie powoli zmierzało do końca, 

pojawił się Rex. 

 -  Hej!  -  wtargn

ął  do  salonu  energicznym  krokiem,  gotowy  do 

zabawy, w czerwonej sportowej marynarce, zielonej koszuli i 

obcisłych  czarnych  dżinsach.  Joy  śledziła  go  z  głębi  przejścia  do 
jadalni. 

background image

Z nieco ospa

łej  i  przerzedzonej  grupy  gości  odezwały  się 

życzliwe pozdrowienia. Rex znany był tu od dawna. 

Dan, rozmawiaj

ący z senatorem z Maryland na temat rozgrywek 

hokeja, zerknął na zegarek. Kiedy tylko był wolny, podszedł do Rexa. 

 - Stary, gdzie si

ę, do cholery, podziewałeś? 

 - Spokojnie, zgredzie, niby co si

ę takiego stało? 

 - Przyj

ęcie już się prawie kończy. 

 -  Mia

łem  randkę.  -  Rex  wprawnym  gestem  przeczesał  złote 

kędziory. - Z dziewczyną niezbyt pasującą do tych dam, które noszą 

majątek  na  szyi,  i  facetów,  których  smokingi  na  pewno  nie  są 

wypożyczone. 

 - Taak, rozumiem. - Dan nie rozwija

ł tematu. Miał świadomość, 

że  i  tak  czeka  ich  rozmowa  w  sprawie  powiązań  Rexa  z  agencją 

detektywistyczną z Florydy. 

 -  Dan, przy wej

ściu  ktoś  poczęstował  mnie  bombową 

wiadomością. Podobno zawitała do ciebie zakonnica. To prawda? 

 -  W Bo

że Narodzenie zdarzają się cuda - odparł enigmatycznie 

Dan. 

 - No dobra, ale... - urwa

ł Rex, kiedy spostrzegł postać w habicie 

wkraczającą do salonu ze srebrną tacą pełną parujących filiżanek. 

 -  Siostra Constance Clarence ze 

Światowej Misji Dobrej Woli - 

oznajmił ceremonialnie Dan, rozbawiony zdumieniem przyjaciela. 

Jednak Rex szybko si

ę pozbierał. 

 - A, rozumiem. Wynaj

ąłeś siostrę do pomocy. 

 -  Wynaj

ąłem  studentów,  ale  już  sobie  poszli.  Siostra  Clarence 

pomaga mi z własnej woli. 

 - W takim razie przyprowadzi

ła ją tu jedna z szanownych dam - 

próbował Rex. 

 - Nie. 
 - M

ów, bo nie zgadnę! 

 -  Goszcz

ę  ją  u  siebie  przez  święta.  Rex  w  zdumieniu  otworzył 

usta. 

 - Stary, co ci odbi

ło? 

 - Mog

ę cię zapytać o to samo. 

 - Rany boskie, Dan, przesta

ń się bawić w kotka i myszkę! 

 -  Wczoraj przyj

ąłem  telefon  do  ciebie,  partnerze  -  rzucił 

gniewnie Dan. - 

Potem sprawdziłem to i owo i odkryłem, że na boku 

przeprowadzasz małe prywatne śledztwo. 

background image

Rex straci

ł nagle humor. 

 - Jakim prawem... 
 -  Dan  -  zawo

łała Gwen z holu - chodź, Frysowie i Spenserowie 

już się żegnają. O, cześć, Rex. 

 - Cze

ść, staruszko! - Wzniósł ku niej swój kieliszek. 

 -  Zaraz wracam  -  powiedzia

ł Dan i szybko się wycofał. Był tak 

wściekły, że bał się własnych reakcji. Za dużo jak na jeden wieczór. 

Wystarczyłaby najmniejsza prowokacja Rexa, żeby wybuchnął. A za 
wszelk

ą cenę chciał uniknąć sceny przy gościach. Szanował dawnych 

przyjaciół ojca. To przyjęcie było ostatnim i pragnął, by zachowali o 
nim jak najlepsze wspomnienia. 

W ko

ńcu  zostało  tylko  najściślejsze  grono  -  Gwen, Joy, pani 

Nettel  i  raczący  się  obficie  szampanem  Rex.  Zgromadzili  się  wokół 

fortepianu  i  słuchali,  jak  Harris  gra  ckliwą  wiązankę  kolęd  i 

świątecznych  piosenek.  Nikt  poza  Joy  nie  zauważył,  że  Dan  trącił 

Rexa w łokieć i wywabił go z pokoju. 

Szybko wybieg

ła  za  nimi  do  kuchni,  ale  nikogo  nie  zastała. 

Sp

ostrzegła  tylko  nie  domknięte  tylne  wyjściowe  drzwi.  Wyjrzała 

oknem,  a  to,  co  zobaczyła,  sprawiło,  że  z  ust  wyrwał  jej  się  głośny 
okrzyk. 

 - Co si

ę stało, siostro? - Gwen stanęła obok niej. 

 -  Eee... w

łaśnie  podziwiam,  jak  obaj  panowie  szaleją  tam  w 

śniegu,  zupełnie  jak  chłopcy  -  improwizowała  Joy  z  wymuszoną 

wesołością. 

Tymczasem Rex uraczy

ł  Dana  silnym  ciosem  w  szczękę.  Dan 

rzucił  się  na  niego  wściekle  i  obaj  przetoczyli  się  po  oblodzonym 

chodniku, wpadając w zaspę. To jeden, to drugi był górą, a przez cały 

czas bez opamiętania okładali się pięściami. 

 -  Co

ś  mi to nie wygląda na zabawę niewinnych chłopczyków - 

skomentowała Gwen. 

 - Och, obaj troch

ę wypili i pewnie muszą się wyżyć - usiłowała 

bagatelizować sprawę Joy. 

 -  To w ogóle niepodobne do Dana, siostro.  - 

Gwen  była  coraz 

bardziej zaniepokojona. 

Rex zdecydowanie podziela

ł  jej  opinię,  zwłaszcza  że  został 

gwałtownie postawiony na nogi i chwycony za klapy. 

background image

 -  Cz

łowieku,  co  cię  napadło?  -  sapnął,  usiłując  wyrwać  się 

Danowi.  - 

Błagam,  uważaj,  ta  marynarka  kosztowała  mnie  aż  trzy 

paczki! 

 - 

Żartujesz?! - Na moment Dan zwolnił chwyt. 

 - Jakbym ci kiedy

ś skłamał! Dan znów rzucił się Rexa i wcisnął 

mu twarz w śnieg. 

 -  Chyba do nich p

ójdę  -  stwierdziła  Joy,  kiedy  pani  Nettel  i 

William Harris weszli do kuchni. 

 -  Siostro, nie!  -  zaprotestowa

ła  Gwen,  chwytając  ją  za  rękę.  - 

Siostra jest zbyt subtelna, żeby mieszać się w tak niesmaczne sceny. 

Joy odsun

ęła  ją  jednak  grzecznie,  lecz  stanowczo  i  ruszyła  do 

drzwi. 

 - Siostro, prosz

ę! Lepiej niech William... Joy była już na dworze. 

Mężczyźni  mocowali  się  zapamiętale  i  nawet  nie  zauważyli,  gdy 

stanęła nad nimi. 

 - Przesta

ńcie, idioci - krzyknęła, aż echo rozległo się po ogrodzie 

i szarpnęła Dana za kołnierz, próbując odciągnąć go od przeciwnika. 
Dan, który w szale walki uz

nał to za kolejny atak Rexa, gwałtownym 

chwytem odepchnął ją od siebie. Rex, widząc, co się dzieje, rzucił się, 
by 

zaasekurować  jej  upadek.  Niestety,  zdołał  tylko  pochwycić 

skrawek  długiego,  czarnego  welonu.  Siostra  Clarence  z  głuchym 

stęknięciem  wylądowała  na  ziemi.  Welon  i.  kornet  zostały  w  ręku 

Rexa. Fala bujnych, złotych włosów rozsypała się po śniegu. 

 - Wi

ęc to ty, Joy! - wykrzyknął triumfalnie Rex. - Chwała Bogu, 

Dan jest uratowany! 

Joy le

żała nieruchomo na śniegu, z wzrokiem wbitym w czarne, 

aksamit

ne niebo nad sobą. Nagle wypełniła je twarz Dana. Minę miał 

bardzo przejętą, gdy zdejmował jej z nosa pogięte metalowe okulary. 

 -  Nie wiedzia

łem, że to ty, kochanie - wykrztusił, czule gładząc 

jej czoło. 

 -  Nie wiedzia

łeś,  że była przebrana za zakonnicę? - zdziwił się 

jego partner. 

 - Durniu, nie wiedzia

łem, że siedzi mi na plecach! Pozostali już 

wylegli przed dom i otoczyli ich kręgiem. 

 -  Joy Jones!  -  krzykn

ęła  wysokim  głosem  Gwen,  zaciskając 

pięści.  -  O,  nie,  tylko  nie  to!  Ty  nie  możesz  być  siostrą  Constance 
Clarence. 

background image

Joy usiad

ła wreszcie, przyglądając się kręgowi twarzy nad swoją 

głową. William Harris patrzył z góry, z wyniosłym uśmiechem. Pani 

Nettel stała z boku z miną pełną dezaprobaty. 

 -  Nie do wiary, to ta blondynka, kt

óra  ukrywała  się  wczoraj  w 

krzakach pod moim domem - 

wykrztusiła, 

 - Co? Blondynka? W krzakach? - dopytywa

ła się Gwen. - No nie, 

Joy Jones, już myślałam, że niczym mnie nie zaskoczysz! 

 -  Przymknij si

ę,  Gwen  -  burknął  Dan,  opiekuńczym  gestem 

obejmując Joy. 

 - Co

ś takiego, nigdy bym nie pomyślał, że ona tu wróci - mruknął 

pod nosem William Harris. - 

A w każdym razie, nie do ciebie, Dan. 

 -  Co to wszystko ma znaczy

ć?  -  dopytywała  się  Gwen. 

Przestąpiła  niecierpliwie  z  nogi  na  nogę  i  poślizgnęła  się  w 

pantofelkach  na  oblodzonej  ścieżce.  Narzeczony  podtrzymał  ją 
niezgrabnie.  - 

Zrobiła  idiotów  z  nas  wszystkich  -  powiedziała 

oskarżycielsko. 

 - Joy musia

ła udawać dla własnego bezpieczeństwa - odparował 

Dan. - 

Nie istnieje coś takiego jak Światowa Misja Dobrej Woli. 

Na twarzy jego siostry pojawi

ł się złośliwy uśmieszek. 

 -  Joy Jones, odk

ąd  się  tylko  pojawiłaś,  zaczęły  się  kłopoty. 

Najpierw zawróciłaś w głowie Danowi, uwodząc go w czasie procesu. 

Potem  złamałaś  mu  serce,  odchodząc,  a  wreszcie  nastawiłaś  go 

przeciwko  jego  najbliższym,  narzucając  mu  ten  głupi  pomysł  z 

przebieraniem się. 

 -  Chcia

łbym  usłyszeć  wyjaśnienie  -  wtrącił  William  Harris 

ch

łodnym,  zawodowym  tonem.  -  Dlaczego mianowicie Joy Jones 

potrzebowała  dalszej  ochrony?  Proces  dawno  już  się  skończył,  a 
wszyscy wspólnicy Berkleya z Laff T

rak siedzą. 

 - Kto

ś ciągle na mnie poluje, William - powiedziała Joy drżącym 

głosem.  -  I  chcę,  żeby  wreszcie  przestał!  Rozumiesz?  Niech  to  się 

wreszcie skończy! 

Dr

żała w ramionach Dana. Nie dawały jej ochrony. Któraś z tych 

otaczających ich kręgiem osób była jej wrogiem. Joy czuła, że koniec 

rozwiązania zagadki jest już bliski. 

Łza stoczyła się jej po policzku, a potem następna. Zamrugała i 

spojrzała na Rexa. 

 - Nie wiem niczego, co mog

łoby zaszkodzić komukolwiek z was 

powiedziała  cicho  i  płaczliwie.  -  Ale  ktoś  zobaczył  moją  kartkę  w 

background image

poczcie  Dana  i  znalazł  mnie.  Proszę,  zostawcie  mnie  w  spokoju. 

Naprawdę nic nie wiem; Chcę po prostu wreszcie żyć normalnie. 

 -  Nie powiniene

ś  jej  tu  ukrywać,  Dan  -  stwierdził  Harris.  Jego 

spojrzenie  złagodniało.  -  Przykro mi,  Joy,  że  nie  zwróciłaś  się  po 

ochronę do mnie, tylko do tego detektywa. A przecież tak ufałaś mi w 

czasie procesu. Jeszcze nie jest za późno. Jeszcze możesz przejść pod 

opiekę mojego urzędu. Choćby zaraz. 

Joy mocniej wtuli

ła się w ramiona Dana. 

 - Zm

ęczyła mnie biurokracja panująca w urzędzie, Williamie. Ja 

naprawdę  nie  jestem  bazą  danych,  pełną  kompromitujących 

informacji.  Jeśli  ktokolwiek  z  was  obawia  się  mojej  fotograficznej 

pamięci, to jest po prostu głupi. A jeśli myślicie, że mam forsę, którą 
Theo Nel

son  dostał  za  fałszywe  alibi,  to  jesteście  jeszcze  głupsi. 

Zapomnijcie  o  tym,  dobrze  wam  radżę.  Tylko  Theo  wie,  gdzie  ona 

jest, A on nie będzie mówił. Nadal zapiera się wszystkiego. 

 -  Widzia

łaś  się  z  Theo  Nelsonem  w  więzieniu  bez  oficjalnego 

pozwolenia? - 

oburzył się Harris. 

 -  Ty te

ż nie pytałeś o pozwolenie, kiedy zbierałeś  materiały do 

swojej książki - wtrącił zimno Dan. 

 - Nelson ci to powiedzia

ł? 

 -  Ja powiedzia

łam  Danowi,  Williamie  -  przyznała  niechętnie 

Gwen. 

Harris przygryz

ł wargę. 

 - A, rozumiem. Braciszek ci

ągle nie może się bez ciebie obejść. 

 - Harris, uwa

żaj, co mówisz. - Dan pogroził mu pięścią. 

 - Je

śli Theo znów coś kombinuje - Harris, ignorując go, zwrócił 

się  do  Joy  -  wolałbym  to  wiedzieć.  Czy  powiedział  ci  coś 

interesującego? 

Joy zerkn

ęła na Dana i napotkała jego ostrzegawcze spojrzenie. 

 -  Raczej nie. Rozmawiali

śmy  o  moich  planach  artystycznych  i 

wspominaliśmy o tej szalonej ucieczce, po której trafił do więzienia. 

 - Tchórzliwy hipokryta - 

skrzywił się z niesmakiem Harris. - W 

jednej  ręce  trzymał  pistolet,  którym  cię  terroryzował,  a  w  drugiej 

świętą figurkę! 

 -  Chyba nie s

ądzisz,  że  Joy  łączy  coś  z  Theo  i  jego  brudnymi 

interesami? - 

zapytał zaczepnie Dan. 

Harris nie spuszcza

ł oczu z Joy. 

background image

 - Ucieczka z nim mog

ła się wydawać podejrzana - powiedział o 

ton  mniej  uprzejmym  głosem.  -  Po  namyśle  wykluczyłem  tę 

możliwość.  Natomiast  chętnie  porozmawiałbym  z  tobą  na  użytek 

mojej książki. 

 - Do licha z t

ą twoją książką! - zagrzmiał Dan. 

 -  Wi

ęc  przez  cały  czas  ją  tu  ukrywałeś?  -  powiedziała  z  urazą 

Gwen. - 

Nie rozumiem, Dan, co chciałeś przez to osiągnąć. 

Pier

ś Dana unosił ciężki oddech. 

 - Chcia

łem odkryć, kto ją śledził, a jednocześnie mieć pewność, 

że będzie bezpieczna. 

 - Tak, jasne! - ironicznie pokiwa

ła głową. - I nie zaufałeś nawet 

rodzonej sio

strze. Mało tego, posunąłeś się do oskarżeń pod adresem 

nas wszystkich. Mam tego dosyć, wracam do siebie. 

 -  Gwen, poczekaj, musimy porozmawia

ć.  -  Dan  usiłował 

chwycić za powiewny rękaw sukni, ale wyrwała mu się ze złością. 

 -  Nie ma mowy!  -  sykn

ęła  rozzłoszczona.  -  Co  sobie  goście 

pomyślą,  kiedy  się  o  tym  dowiedzą?  Dla  nich  Constance  Clarence 

była poczciwą siostrzyczką o złotym sercu. 

 -  Serce Joy jest tak samo z

łote  jak  serce  siostry  miłosierdzia  - 

oświadczył  z  mocą  Dan.  -  I  mało  mnie  obchodzi,  co  sobie  ludzie 

pomyślą. Mam swoje własne życie i obchodzą  mnie tylko ludzie  mi 
bliscy - Joy, ty, przyjaciele. 

 - Pozw

ól jej iść, Danny - poprosiła zmęczonym głosem Joy. 

 - Tak, Dan, musia

łbyś mnie chyba zaaresztować, żeby mnie teraz 

zatrzymać - skwapliwie dodała Gwen. 

 - Nie wpad

łem na to. - Oczy zwęziły mu się w szparki. 

 -  Dzi

ęki,  braciszku!  -  krzyknęła  łamiącym  się  głosem.  -  A 

łudziłam  się,  że  wreszcie  będę  miała  prawdziwe,  szczęśliwe  Boże 

Narodzenie.  Jestem  zaręczona  z  człowiekiem,  którego  kocham, 
zamierzam stwo

rzyć  z  nim  dom  -  a  ty  zrobiłeś  z  tego  farsę,  Dan! 

Lekceważysz  i  wyśmiewasz  książkę  Williama,  a  panna  Jones  robi 

niesmaczny  popis  przed  naszymi  gośćmi.  Jeśli  rzeczywiście  miałeś 

zamiar ją ukryć, dlaczego nie wynająłeś dla niej czegoś po cichu? 

 - Mo

że ty byś tak zrobiła, ale ja nie! - oburzył się Dan. 

 -  Ty w og

óle myślisz, że jesteśmy bandą kryminalistów, którzy 

dybią na twoją bezcenną Joy. Jeszcze nigdy nikt tak mnie nie obraził 
jak ty. 

background image

 - Wiedzia

łem, że tak powiesz. Tego nie dało się uniknąć. Spróbuj 

mnie 

zrozumieć - musiałem albo ukryć Joy i jakoś to zakamuflować, 

albo  powiedzieć  ci  wszystko  i  oczekiwać  takiego  właśnie  wybuchu 
oburzenia.  - 

Dan  wzruszył  ramionami.  - Ciekawe, co ty byś zrobiła, 

siostrzyczko,  gdyby  na  miejscu  Joy  był  twój  ukochany  William?  - 

Gwen  już  otwierała  usta,  ale  nie  dał  jej  dojść  do  słowa.  -  I nie 

zapominaj, że jednak ktoś z was musiał zabrać tę kartkę świąteczną. 

Krąg  podejrzanych  jest  bardzo  wąski,  a  ten,  kto  przeprowadzał 

wywiad w Orlando, znał wszystkie zawarte w kartce informacje. 

 - Co

ś takiego! - zdumiał się Rex. 

 - Ja jej nie zabra

łam - zastrzegła Gwen. - Czy widziała tego, kto 

ją śledził? 

 - Je

śli chcecie się dowiedzieć więcej, chodźcie do środka. - Dan 

wzdrygnął  się.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  ciągle  stali  na 
mrozie. - 

Usiądziemy przy kominku i wszystko sobie wyjaśnimy. 

 - Nie ma mowy!  - naburmuszy

ła się Gwen. - Chodź, Williamie. 

M a m już dosyć. 

Harris spojrza

ł na nią z wahaniem. 

 -  Chyba powinni

śmy zostać, kochanie. - Niepewnie przestąpił z 

nogi na nogę na oblodzonym chodniku. 

 -  Zapomnij wreszcie o tej cholernej ksi

ążce!  -  wybuchnęła  i 

energicznie szarpiąc go za ramię, zmusiła do odejścia. 

 - Jeszcze porozmawiamy, Dan - rzuci

ł Harris, oglądając się przez 

ramię. 

 - Ja te

ż wracam do siebie, Dan - oświadczyła sucho pani Nettel. - 

Stanowczo za dużo wrażeń jak na jeden wieczór. 

 - Nie martw si

ę, stary - pocieszał swego partnera Rex, gdy szli w 

stronę  domu.  -  Ja  zostanę.  Usiądziemy  przed  kominkiem,  nalejemy 

sobie  brandy  i  wreszcie  szczerze  pogadamy  o  przyjaźni  i  urwanych 
k

lapach mojej pięknej marynarki. 

background image

ROZDZIA

Ł 11 

Dan nape

łnił  już  trzy  pękate  kieliszki  brandy,  gdy  do  pokoju 

weszła Joy, tym razem bez kornetu i habitu. 

 -  Z

łapiecie  katar,  jeśli  dalej  będziecie  siedzieć  w  tych  mokrych 

rzeczach - 

powiedziała z naganą. 

 - Z

łapiesz coś gorszego, Rex, jeśli nie zaczniesz wreszcie gadać - 

ostrzegł Dan, zdejmując marynarkę. 

 -  W porz

ądku,  przestań  się  złościć.  Tylko  pod  tym  warunkiem 

wybaczę ci, że tak paskudnie potraktowałeś gościa, który w dodatku 
jest twoim przyjacielem, nie wsp

ominając  już  o  mojej  wyjściowej 

marynarce.  Powinienem  był  domyślić  się,  że  zjawiła  się  Joy,  kiedy 

odkryłeś  to  nietypowe  włamanie  -  mówiąc  to,  Rex  zdjął  czerwoną 

marynarkę i z troską obejrzał nadszarpnięte klapy. 

 - Zostaw to! - ofukn

ął go Dan. 

 - Dobra, zostawi

ę, jak wystawisz mi czek na trzysta dolarów. 

 - Wola

łbym już kupić ci coś, w czym nie wyglądałbyś jak pajac - 

stwierdził  Dan,  mierząc  Rexa  niechętnym  spojrzeniem.  Niełatwo 

przychodziło  mu  zadać  to  pytanie.  Musiał  jednak  wyjaśnić  raz  na 

zawsze  całą  sprawę.  -  Jak to  jest, przyjacielu, że  facet  z  raczej 

skromną pensyjką policjanta kupuje sobie ekstrawagancką marynarkę 

i jeszcze dokłada do niej rolexa, co? 

 -  Oho, widz

ę,  że  stałem  się  prawdziwym  podejrzanym.  Dla 

świętego spokoju ci odpowiem. Mam takie małe źródełko pieniędzy, 

na  boku,  rozumiesz?  Czasem  kupię  sobie  coś  ekstra.  A  rolex... 

dostałem go w prezencie. 

Dan niecierpliwie kr

ążył  wokół  fotela,  na  którym  usiadł  Rex  z 

kieliszkiem w ręku. 

 - Dosta

łeś w spadku? 

 - Nie. Zas

łużyłem sobie na niego. 

 - A co ci

ę łączy z Florydą? 

Rex nie usi

łował już obrócić sprawy w żart. Jasne krzaczaste brwi 

zbiegły się nad ostrym nosem. 

 -  Cz

łowieku, mówię ci jeszcze raz, że to nie twoja sprawa. Ale 

widzę, że... 

 -  Spr

óbuj zrozumieć moją sytuację. - Dan starał się uspokoić. - 

Myślałem tylko o tym, jak ochronić Joy. Żeby tego dokonać, byłem 
gotów na wszystko. 

 - Rex, powiedz mu - poprosi

ła łagodnie Joy. - On się zadręczy. 

background image

 -  Tak, rozumiem. Zreszt

ą  przyjaźń  zobowiązuje,  nie?  Więc, 

Danny, jest tak, że ciągną się  moje dawne sprawy natury osobistej i 

przez to zaniedbałem przyjacielskie i służbowe obowiązki. 

 - I chcesz pewnie powiedzie

ć, że nie zabrałeś tamtej pocztówki? 

 -  Absolutnie nie!  -  zaprzeczy

ł  żywo  Rex.  -  Dostaję  własne 

pocztówki i też mam kłopoty z pewną kobietą. 

 -  Ciekawe  -  wycedzi

ł  powoli  Dan.  -  Zawsze  chwaliłeś  się 

kawalerską swobodą. 

 - Cz

łowieku, skończyłem już trzydzieści pięć lat i miałem swoje 

życie,  zanim  wstąpiłem  do  policji.  Tylko  nie  patrz  tak  na  mnie! 

Zawsze byłem prawomyślnym obywatelem. Po prostu, kilkanaście lat 

temu...  można  powiedzieć..  .  zmieniłem  skórę  i  narodziłem  się  na 
nowo. 

 - Czy by

łbyś łaskaw się streszczać? 

 -  Dobra. Kr

ótko  mówiąc,  w  młodości  byłem  znanym 

piosenkarzem  - 

wyznał Rex z ironicznym uśmiechem. - Dziewczyny 

wprost szalały za  mną.  Nie  mogłem spokojnie pokazać się  w hotelu 
czy na ulicy. 

Dan zatrzyma

ł  się  tak  gwałtownie,  że  brandy  chlusnęła  mu  z 

kieliszka. 

 -  Teraz rozumiem, sk

ąd  ten  dopływ  pieniędzy.  -  Joy  pokiwała 

głową. 

Rex z powa

żną miną wychylił się do przodu w fotelu. 

 -  To prawda, kochani, przysi

ęgam.  I  łatwo  będzie  mi  to 

udowodnić. O, posłuchajcie! 

Wyprostowa

ł  się,  nabrał  powietrza  i  pełnym  głosem  zaśpiewał 

początek jednego ze swoich przebojów. 

 - Znam ten g

łos! - wykrzyknęła z podnieceniem Joy. - To Velvet. 

 - Jaki Velvet? - Dan by

ł już u kresu wytrzymałości. 

 - Taki duet, niesamowicie popularny w latach siedemdziesi

ątych 

wyjaśniła  Joy.  -  Miał  w  repertuarze  sentymentalne  ballady,  a 

nastolatki w całej Ameryce łkały. 

 - Cholera, jakim cudem mi to umkn

ęło? - Dan pociągnął głębszy 

łyk. 

 -  Rzeczywi

ście,  jak?  Rex  i  Mandy  Velvet  wykonywali  parę 

naprawdę znanych utworów. 

 -  Konkretnie cztery, Joy  -  skromnie u

ściślił  Rex.  - 

Utrzymywaliśmy się na listach przebojów przez kilka lat. A kiedy to 

background image

się  skończyło,  byłem  zadowolony,  że  występowałem  pod 

pseudonimem.  Mogłem  spokojnie  zejść  z  estrady  i  rozpocząć  nowe 

życie pod prawdziwym nazwiskiem, bez kostiumów i polakierowanej 

szopy  na  głowie.  Teraz  na  zdjęciach  z  tamtych  lat  wydaję  się  sobie 

dziwaczny, ale wtedy byłem naprawdę popularny. 

 -  Wi

ęc  nie  byliście  z  Mandy  małżeństwem?  -  dopytywała  się  z 

ciekawością Joy. 

 - A jak

że, pobraliśmy się pod nazwiskiem Cameron. - Rex przez 

chwilę kontemplował bursztynowy płyn przelewający się w pękatym 

kieliszku, jakby patrzył w szklaną kulę wróżki. - Mandy i ja byliśmy 

jak woda i ogień. A kiedy nasza gwiazda zbladła, jakoś to zniosłem, 

ale ona się załamała. Z początku prasa się nami interesowała, a potem 

już nikt nawet nie wiedział, czy w ogóle żyjemy. 

 - Smutne. - Joy pokiwa

ła głową ze zrozumieniem. 

 - Po prostu tak jakby

śmy umarli. I wierz mi albo nie, Danny, ale 

przez cały czas w tamtym wariackim, włóczęgowskim życiu tęskniłem 

za  stabilizacją.  Jeszcze  dziś  potrafię  się  cieszyć,  że  nikt  mnie  nie 

nachodzi  w  moim  własnym  domu,  że  moje  zdjęcia  nie  trafiają  na 

pierwszą stronę jakiegoś brukowca, a moje życie prywatne nikogo nie 

interesuje.  Sława  ma  swoje  drugie  oblicze.  Nie  ma  sposobu,  żeby 

zamknąć drzwi przed publiką. 

 -  Dobrze, ale co to wszystko ma wsp

ólnego  z  agencją 

detektywistyczną z Florydy? - nie ustępował Dan. 

 - C

óż, Mandy w końcu się pozbierała. Minęło parę lat od naszego 

rozwodu i, jak się pewnie domyślacie, znów spróbowała w branży. I 

udało się jej. Pewnie słyszeliście o Amandzie Germain? 

 - Amanda Germain mia

łaby mieć coś wspólnego z takim typem 

jak ty? - za

śmiał się sceptycznie Dan. 

 - Tak - naje

żył się Rex. 

 - Przecie

ż to gwiazda! 

 -  Zgadza si

ę.  Spełniły  się  jej  marzenia.  Teraz  mieszka  na 

Florydzie. Niedawno zwróciła się do mnie o pomoc. - Westchnął. - Na 

samą myśl o naszym spotkaniu po tylu latach poczułem się nieswojo. - 

Potrząsnął  głową,  najwyraźniej  odpędzając  wspomnienia.  -  Od razu 

głupio  się  zaczęło,  bo  przysłała  mi  rolexa,  zupełnie  jak  gdybym 

potrzebował  łapówki.  Ja  wynająłem  dla  niej  detektywa  z  agencji, 

działając jako pośrednik. 

background image

 - Rozmawia

łeś właśnie z nią, kiedy Gwen weszła do gabinetu? - 

domyślił się Dan. 

 - Tak. Wiesz, podejrzewa

łem, że te jej kłopoty to jakiś pretekst. 

 -  Czy wszystko ju

ż  w  porządku,  Rex?  -  zatroszczył  się  jego 

partner. 

 - Niestety, nie. Wygl

ąda na to, że będę musiał po świętach wziąć 

wolne, żeby do niej polecieć. 

 - Nie martw si

ę, stary, wszystko będzie dobrze. - Dan podszedł i 

serdecznie poklepał go po ramieniu. - Nie masz pojęcia, chłopie, jak 

mi  ulżyło.  I  wreszcie  przestałem  ci  zazdrościć,  że  umiesz  sobie 

poradzić  ze  zwariowanymi babami  -  zaśmiał  się  cicho,  nasłuchując, 

jak  zareaguje  Joy.  Ponieważ  milczała,  odwrócił  się  i  zobaczył,  że 

zasnęła  w  fotelu,  z  pustym  kieliszkiem  w  dłoniach.  Przeżycia 

wieczoru i brandy zrobiły swoje. Dan uśmiechnął się i pogładził ją po 

włosach. 

 - Chod

źmy się przespać, a jutro popatrzymy na sprawy świeżym 

okiem  - 

powiedział  Rex,  wstając  i  przeciągając  się,  aż  zatrzeszczały 

mu kości. 

 - Dzi

ęki ci, stary. I przepraszam. - Dan wyciągnął do niego rękę. 

 - W porz

ądku, nie ma sprawy. Czy nie uważasz, że powinniśmy 

wywieźć stąd Joy w bezpieczne miejsce? 

 -  Zapomnia

łeś, że to już Wigilia, - Dan zerknął na zegarek. - A 

poza tym ona śpi. Nie chciałbym jej budzić. 

 -  W porz

ądku,  w  takim  razie  daj  mi  tylko  koc  i  poduszkę. 

Prześpię się na kanapie - powiedział Rex, ziewając. 

Nad ranem, jeszcze przed bladym zimowym 

świtem,  ciszę 

uśpionego  domu  rozdarł  dzwonek  telefonu.  Chwilę  później  w 

drzwiach sypialni zamajaczyła wysoka postać. 

 -  Dan!  -  Na wp

ół  rozbudzona  Joy  przylgnęła  lękliwie  do  jego 

ranienia. 

 -  Spokojnie, dziecinko, to tylko ja  -  odszepn

ął  Rex,  ubrany  w 

szary dres Dana, przykucając przy łóżku. 

 -  Prze

łączę  na  głośnik  -  zdecydował  szybko  Dan  i  podniósł 

słuchawkę. 

 - S

łucham, Burke. 

 - Dan? 
 - To ty? - Dan z Rexem wymienili zaskoczone spojrzenia, 
 - Ja. Mog

ę mówić? 

background image

 - Wyrwa

łeś mnie z łóżka i jeszcze się pytasz? 

 - Dosta

łem pięćdziesiąt dolców za ten telefon. 

 - Od kogo? 
 - Nie mam poj

ęcia. Wsunięto mi pod drzwi kartkę z banknotem 

w środku. 

 - Co na niej by

ło? - niecierpliwił się Dan. 

 - 

Że  twój  dom  jest  udekorowany  -  odczytał  jego  płatny 

informator. - Wiesz, o co tu chodzi? 

 -  Nie. Mój dom jest jedynym nie udekorowanym domem w 

okolicy. 

 - W ka

żdym razie jeszcze nigdy nie kapnęła mi taka łatwa forsa - 

zachichotał informator. 

 - Pos

łuchaj... 

 - Wiem, wiem, mam nie wyrzuca

ć tego świstka. Ale to nić ci nie 

da. Parę liter wyciętych z gazety, nic więcej. 

Powiedziawszy to, wy

łączył się. Rex zmarszczył brwi w namyśle. 

 -  Mo

że  to  ktoś  z naszego  komisariatu  wpadł  na  głupi  pomysł  - 

stwierdził z namysłem. - Chłopaki często podśmiewają się z twojego 

zamku. A twoja niechęć do dekoracji jest znana. 

Dan wzruszy

ł ramionami. 

 -  W takim razie nie by

łoby  źle,  gdyby  ktoś  powiesił  mi  na 

drzwiach wieniec. 

 - Och, ja ju

ż nie zasnę - poskarżyła się Joy, odrzucając kołdrę. 

 - Dlaczego, przecie

ż dopiero szósta - zaprotestował Rex. 

Ale Joy ju

ż uwijała się po pokoju, zbierając ubranie. 

 - Ju

ż ty się lepiej nie odzywaj, Velvecie! - prychnęła. - Najpierw 

mnie straszysz, a potem dziwisz się, że nie mogę zasnąć. 

 - Zapomnia

łaś, że uśpiła cię historia mojego życia - odparował ze 

śmiechem. 

Jasna g

łowa Joy mignęła na schodach. 

 - Id

ę sprawdzić, co to za dekoracja! - krzyknęła z dołu. 

 - Poczekaj, zaraz schodzimy - zawo

łał za nią Rex. 

 -  Nie powiniene

ś  pozwolić,  żeby  nazywała  mnie  Velvetem, 

Danny - poska

rżył się Rex. - Tyle lat trzymałem to w tajemnicy. 

 - Dobrze, pogadam z ni

ą. 

 - Powiedz jej, niech wie, kto tu jest szefem! 
 - Tak, 

łatwo ci mówić - mruknął Dan. - Kobiety takie jak Joy są 

nie do okiełznania. 

background image

 - Wiem co

ś o tym - westchnął Rex. - Mogłyby sobie podać ręce z 

moją Mandy. Ależ mi ta baba dała szkołę! 

 -  A jednak polecisz do niej  -  u

śmiechnął  się  Dan,  podając  mu 

świeżą bieliznę z komody. 

Rex z niedowierzaniem obejrza

ł slipy. 

 - Stary, one s

ą wyprasowane! 

 - Tak, przez pani

ą Nettel. 

 -  Nie rozumiem tej kobiety.  -  Rex potrz

ąsnął  jasną  głową.  - 

Przecież nie płacisz jej fortuny ani nie uratowałeś jej życia, a ona dba 

o ciebie wręcz chorobliwie. 

 - Po prostu mnie lubi. Nie przysz

ło ci to do głowy? 

 - Joy te

ż cię lubi, a jednak nie wpadła na pomysł, żeby prasować 

ci gacie. 

 -  Dlatego potrzebne mi s

ą  obie  panie  -  wyznał  z  szelmowskim 

uśmiechem  Dan,  zapinając  dżinsy.  -  A  jeśli  już  mowa  o  moich 

kobietach,  to  wybieram  się  dzisiaj  do  Gwen.  -  Spoważniał.  -  Po raz 

pierwszy nie wiem, czy mogę jej zaufać. 

Rex przytakn

ął ze zrozumieniem. 

 - Ja tymczasem pow

ęszę koło pani Nettel. 

 - Cholera, czuj

ę, że odpowiedź jest blisko, a ciągle nie mogę jej 

znaleźć. 

 - Cierpliwo

ści, stary. To już niedługo. 

 -  Gdybym tylko mia

ł  tę  fotograficzną  pamięć  Joy!  Byłbym 

Sherlockiem Holmesem w Twin Cities. 

Wreszcie, ubrani, zeszli na d

ół. Hol był pusty. 

 -  Ona wysz

ła.  A  mówiłem,  żeby  poczekała  -  zdenerwował  się 

Dan, zerkając przez okno. 

Joy, ubrana w jego star

ą  kurtkę,  rękawiczki  i  wełnianą  czapkę, 

zdążyła  już  wyjąć  z  szopy  szuflę  i  zabierała  się  właśnie  do 
zasypywania makabrycznego napisu, wymalowanego czerwonym 

sprayem na zaśnieżonym trawniku. 

 - Widzisz, co tam jest napisane? - Rex wyjrza

ł mu przez ramię. 

 -  Kill joy...(Kill  -  ang. zabi

ć,  joy  -  ang.  radość,  również  imię 

bohaterki  -  prz

yp.  tłum.)  Rany, boskie,  Rex,  zaczyna  się!  - 

Błyskawicznie włożył buty i bez kurtki wyskoczył na dwór. 

 - Uwa

żaj, jakiś facet biegnie ulicą i ma coś w ręku - krzyknął za 

nim Rex. 

background image

Na szcz

ęście  to  sąsiad,  George  Maynard,  spieszył  na  pomoc  z 

własną szuflą do śniegu. 

 -  Dzie

ń  dobry,  detektywie.  Jakiemuś  łobuzowi  należałoby 

przetrzepać skórę - powiedział z dezaprobatą. 

 -  Niech go tylko dopadn

ę! - powiedział groźnie Dan. Za chwilę 

do pomocy pojawił się mąż Jane Weaver. 

Razem z Rexem, kt

óry również zaopatrzył się w łopatę, stanowili 

grupę  ochotników  zdolnych  do  uprzątnięcia  śniegu  z  całej  posesji. 

Dan poczuł nagle radość z poczucia wspólnoty z tymi ludźmi. Teraz 

zrozumiał,  co  tracił  przez  całe  lata  izolowania  się.  Tę  cudowną 

odmianę  sprawiła  Joy.  Boże,  dlaczego  właśnie  teraz  musi  ją  stąd 

wysłać? Lecz nie miał innego wyboru. 

 - Chodzi o zagro

żenie twojego życia - oświadczył Dan w godzinę 

później,  myjąc  w  zlewie  szklankę  po  soku  pomarańczowym.  Joy 

podeszła i przytuliła się do niego czule. 

 -  Ale ja nie chc

ę się z tobą rozstawać. Ujął w dłonie jej drobną 

twarz. 

 - B

ędziesz musiała, kochanie. Muszę rozmówić się z Gwen, sam. 

Przez ten czas popilnuje cię Rex. 

 -  Dzieciaku, chcemy, 

żebyś  miała  swoje  wymarzone  święta.  - 

Rex uspokajająco poklepał ją po plecach. 

 - Ale dzisiaj, kiedy sko

ńczysz, będziemy razem, prawda, Danny? 

zapytała płaczliwie. 

Dan pog

ładził ją po policzku. 

 -  Joy, nie b

ędę  kłamał.  Rex  zabierze  cię  stąd  do...  Jej  oczy 

zapłonęły zielonym ogniem. 

 - O, nie! Nie ma mowy! 
 -  Zabierze ci

ę  na  nasz  posterunek,  bo  jeszcze raz trzeba 

spróbować zebrać informacje o pani Nettel. Poczekasz tam na  mnie. 

Kiedy przyjadę, będę już pewnie coś wiedział. 

 - I wtedy wrócimy tutaj? - 

zapytała z nadzieją. 

 -  Nie wcze

śniej,  aż  dopadnę  tego,  kto  ci  grozi  -  powiedział 

twardo Dan. 

 - I nasze kolejne Bo

że Narodzenie przepadnie... 

 -  Joy, zrozum, robi

ę  co  mogę,  żebyśmy  je  spokojnie  spędzili 

razem. 

background image

 - Po co te wszystkie podchody - naburmuszy

ła się. - Nie mógłbyś 

po  prostu  zamknąć  drzwi  na  cztery  spusty,  włączyć  nastrojowej 
muzyki, przygas

ić światła i... 

 - Nie mog

ę - uciął z irytacją. - To by niczego nie załatwiło. 

Tym razem Joy wyczu

ła, że nic już nie zyska. Dan był znów tym 

dawnym, apodyktycznym przedstawicielem prawa. 

 - Dobrze - skrzywi

ła się niechętnie. - Widzę, że nic do ciebie nie 

dociera. 

Nawet nie zauwa

żył, jak bardzo była urażona. Nie spostrzegł też, 

że  kiedy  w  kwadrans  później  wychodziła  z  Rexem,  pod  luźnym 

niebieskim swetrem  przypięła czarną torebkę, z którą nie rozstawała 

się  w  podróżach.  Z  sypialni  zdążyła  zadzwonić  do  pana  Sheldona i 

podała  mu numer  karty kredytowej,  by zarezerwował i opłacił w jej 

imieniu  lot  na  Florydę.  Pozostało  tylko  jak  najszybciej  dotrzeć  na 
lotnisko. 

background image

ROZDZIA

Ł 12 

 -  Jestem na ciebie w

ściekła,  Dan!  -  Tymi  słowami  Gwen 

przywitała  Dana  już  od  progu.  -  I wytrzyj  porządnie  buty,  zanim 
wejdziesz. 

Dan pos

łuchał odruchowo, gdyż przed oczami miał jeszcze obraz 

rozczarowanej Joy. Zawiódł ją na całej linii. Nie potrafił jej ochronić, 

nie  potrafił  być  nawet  Świętym  Mikołajem.  Wszedł  do  słonecznego 

salonu i z ciężkim westchnieniem opadł na kanapę. 

Gwen w domowej sukni odwr

óciła  się,  by  zgasić  telewizor. 

Lśniące, zielone poły rozwiały się jak skrzydła. 

 -  Czemu zawdzi

ęczam  twą  wizytę,  braciszku?  -  zapytała 

sztywno. 

Dan odpowiedzia

ł jej chłodnym spojrzeniem. 

 - Musimy porozmawia

ć. 

 - Kto tak zadecydowa

ł? - Niebieskie oczy zalśniły wyzywająco. 

 - Siadaj - powiedzia

ł niemal służbowym tonem. 

 -  Traktujesz mnie jak jakiego

ś  przestępcę  -  poskarżyła  się, 

splatając ręce na kolanach. 

 - Gwen, ci

ągle miałem nadzieję, że nie dojdzie do tej rozmowy, 

ale niestety, potrzebuj

ę konkretnych odpowiedzi. I to szybko! 

 - Spos

ób, w jaki podstępnie przemyciłeś pod swój dach tę Jones 

w przebraniu zakonnicy, był niesmaczny! 

 - Nie, Gwen. Szukasz dziury w ca

łym, bo drażni cię to, co czuję 

do Joy

, i fakt, że zataiłem przed tobą jej powrót. 

 - A dlaczego nie mia

łoby mnie drażnić? - żachnęła się. 

 -  Musia

łem  chronić  Joy  przed  wszystkimi,  nawet  przed  tobą,  z 

wielu powodów  - 

odparł  i  widząc,  że  siostra  chce  coś  powiedzieć, 

szybko dodał: - Joy była koronnym świadkiem w poważnej sprawie. 

Ten,  kto  ją  prześladuje,  dobrze  o  tym  wie.  Już  w  czasie  procesu 

wyznaczono mnie, bym ją chronił. I nawet gdyby ona dla mnie nic nie 

znaczyła, spełniałbym swój obowiązek jako policjant i ochroniarz. 

Ciemne brwi Gwen zbieg

ły się pod jego ostrym spojrzeniem. 

 -  Wydajesz si

ę  cały  czas  sugerować,  że  też  jestem  w  to 

zamieszana. 

 -  Czy znienawidzisz mnie, Gwen?  -  zapyta

ł  niespodziewanie.  - 

Za  to,  że  muszę  zadać  parę  pytań?  Za  to,  że  być  może  popsuję  ci 

święta? 

background image

 -  Wi

ęc  o  co  chodzi, Dan?  -  Zacisnęła  usta  i  wyprostowała  się, 

cała napięta. 

Odchrz

ąknął, usiłując zapomnieć o emocjach. 

 - Niezbyt podoba mi si

ę to, co robi William Harris. Dlatego chcę 

od ciebie jasnych odpowiedzi. 

 -  No wiesz!  -  Wykona

ła  gwałtowny  ruch  głową,  aż  zalśniły 

czarne włosy. - Owszem, przyznaję, że William zapędził się za daleko 

w  krytyce.  Z  pewnością  wydaje  ci  się  rywalem  i  pod  względem 

profesjonalnym,  i  osobistym.  Być  może  też  przyjęłam  wiele  jego 

opinii na wiarę, ale nie zapominaj, że go kocham. Natomiast o jedno 

możesz być spokojny: nasze stosunki nie mają z tym nic wspólnego. - 

Westchnęła ciężko. - Jesteś moim bratem. Chcę ci tylko pomóc. 

Dan kiwn

ął głową, częściowo tylko ułagodzony. 

 -  Powiedzmy raczej, 

że  niekoniecznie  chciałaś  mi  dokuczyć. 

Usiłowałaś się mną zaopiekować jak troskliwa matka, której rolę już 

dawno  przyjęłaś.  Postanowiłaś  więc,  że  trzeba  coś  zrobić  z  Joy.  Na 

przykład  śledzić  ją,  żeby  się  wystraszyła.  Świąteczna  kartka  okazała 

się bardzo pomocna. 

 - To nielogiczne. - Gwen spojrza

ła mu prosto w oczy. - Przecież 

Joy, przerażona,  że ktoś ją śledzi, rzuciła się  w twoje ramiona, a na 

tym właśnie najmniej mi zależało. 

Dan z trudem ukry

ł ulgę. 

 - Ciesz

ę się, że to słyszę, siostrzyczko - powiedział, podrywając 

się  z  kanapy.  -  I  obiecuję,  że  spróbuję  się  jakoś  przyzwyczaić  do 

Williama. Wydaje się, że niedługo wejdzie do naszej rodziny. 

 -  Och, braciszku, nie mog

łeś  mi  zrobić  lepszego  świątecznego 

prezentu. - 

Rzuciła mu się na szyję i uściskała serdecznie. 

 -  Dobrze ju

ż,  Gwen  -  powiedział  z  uśmiechem.  -  Teraz  muszę 

iść. Rex pilnuje Joy i szuka jakichś danych o pani Nettel. Tylko ona 

mogła zabrać tę pocztówkę, nikt inny. 

 - Danny? 
Mia

ła dziwnie niepewną minę. 

 - Co si

ę stało? 

 -  Czy nie bra

łeś pod uwagę możliwości, że osoba, która wzięła 

kartkę, jest poza tym absolutnie niewinna? 

 - Nie. 
 -  A jednak. To by

łam  ja.  Twarz  Dana  poczerwieniała 

gwałtownie. 

background image

 - I przez ca

ły czas ją miałaś? 

 - Zrobi

łam to, bo cię kocham, Dan, a nie dlatego, że nienawidzę 

Joy. Przypadkiem zobaczyłam, jak smęcisz się nad tą kartką w sobotę 

i w odruchu współczucia schowałam ją do torby. William też uznał, że 

dobrze zrobiłam. 

 - W takim razie Harris j

ą czytał? 

 - No tak. I to on wrzuci

ł ją w ogień. Ale powtarzam ci, braciszku, 

że nawet nie przyszłoby mi do głowy ścigać tej dziewczyny. 

Jednak William Harris m

ógł wpaść na taki pomysł... 

 - Musz

ę już iść, Gwen - powtórzył. - Nie mów nikomu o naszej 

rozmowie. Pamiętaj, nikomu. Zrobisz to dla mnie? 

Odprowadzi

ła go do drzwi. 

 - Mo

żesz na mnie liczyć, Dan. Wiesz, że cię kocham. 

 - Weso

łych Świąt, Gwen - powiedział, całując ją serdecznie. 

Śródmieście  St.  Paul  wypełniał  świąteczny  tłum.  Dan 

manewrował  wozem  w  plątaninie  wąskich  uliczek  koło  katedry,  by 

podjechać do komendy od tyłu. W gabinecie zastał Rexa. 

 - W

łaśnie szukałem cię u Gwen - powiedział na widok Dana. 

 - A gdzie Joy? Zesz

ła do bufetu? Rex zagryzł wargę. 

 - Zgubi

łem ją, Dan. 

 -  Cz

łowieku,  nie  mogłeś  jej  upilnować  przez  głupie  dwie 

godziny! - 

wykrzyknął Danny, zaciskając pięści. 

 - Teraz wiem, 

że ona to zaplanowała, stary. Wylała sobie sok na 

sweter i pobiegła do łazienki. Nie spodziewałem się tego. 

 -  Cholera, powinienem si

ę  domyślić,  że  tak  będzie  -  zaklął 

Danny. 

 -  Jeszcze nie koniec z

łych  wieści  -  kontynuował  Rex  z 

zafrasowaną miną. - Sprawdziłem tę Nettel. Pomyślałem, że skoro jest 
ksi

ęgową,  powinna  być  zarejestrowana  w  związku.  Trop  był  dobry. 

Okazało  się,  że  naprawdę  nazywa  się  Shirley  Nelson  i  jest  siostrą 
Theo. 

 - O rany! 
 -  Przykro mi, stary. Zdaj

ę sobie sprawę, jak ją ceniłeś. Ale sam 

wiesz najlepiej, jak opiekuńcze potrafią być siostrzyczki. Cud, że nie 

udusiła cię w twojej własnej piwnicy. 

 - Natomiast kartk

ę od Joy ukradła moja siostra - dorzucił Dan. 

 - My

ślisz, że jest czysta, prawda? 

 - Ona - tak, ale czyta

ł to też William Harris. 

background image

 - K

ółko się zamyka. Musimy natychmiast odnaleźć Joy. 

Dan z trosk

ą potarł skronie. 

 - Ale od czego zacz

ąć? 

 - Spr

óbuj postawić się na jej miejscu, Danny. 

 - Nie potrafi

ę. Za bardzo się o nią martwię. Może ty spróbuj. 

 - Hm, gdybym to by

ł ja... poszukałbym jakiejś miłej bezpiecznej 

przystani na święta. 

 - Dobrze! - rozpromieni

ł się Dan. - Jesteś genialny. 

 - Przysiad

ł na krawędzi biurka i przysunął sobie telefon. 

 -  Dzwoni

ę  na  lotnisko  i  sprawdzam  ostatni  lot  do  Orlando,  a 

potem do kompanii telefonicznej, żeby dowiedzieć się, czy z mojego 
domu przeprow

adzono rozmowę międzystanową. 

 -  A dlaczego po prostu nie zadzwonisz do Sheldona?  -  zapyta

ł 

Rex. 

 - Poniewa

ż nie chcę, żeby Joy znów uciekła. 

Kiedy Joy zesz

ła na płytę lotniska w Orlando, od razu spostrzegła 

Henry'ego Sheldona z żoną Alice. Uprzedziła ich przez telefon, że nie 

będzie miała na głowie rudej peruki, więc rozpoznali ją od razu. 

 -  Cudownie, 

że  przyjechałaś,  spędzisz  z  nami  święta.  Właśnie 

pakowałam  zabawki  dla  dzieci  z  sąsiedztwa,  kiedy  zadzwoniłaś.  - 

Alice Sheldon ucałowała ją w oba policzki. 

 -  No, w sam

ą  porę  odzyskałem  moją  małą  pomocnicę  - 

rozpromieni

ł  się  Henry  Sheldon,  zamykając  ją  w  niedźwiedzim 

uścisku. - Masz jakiś bagaż, dziecinko? 

 - 

Żadnego. - Joy z trudem łykała łzy. Ci ludzie byli tacy dobrzy, 

tacy serdeczni. 

 -  Oczywi

ście  wszystkie  twoje  rzeczy  są  tak,  jak  je  zostawiłaś, 

Faye, a samochód stoi bezpiecznie w garażu. 

 -  Och, mam wam tyle do powiedzenia  -  westchn

ęła  Joy,  kiedy 

szli  w  stronę  wyjścia.  -  Zaczynając  od  tego,  kim  naprawdę  jestem  i 

dlaczego w ogóle do was trafiłam. 

 - Wspaniale - ucieszy

ł się Sheldon. - Moja pani uwielbia ciekawe 

historie. 

Joy sp

ędziła  popołudnie  na  dekorowaniu  jadalni.  Jej  okna 

wychodziły na ulicę i często łapała się na tym, że zerka na samochody 

i przechodniów z wyczekiwaniem i obawą jednocześnie. Zaczęła już 

żałować  swojej  impulsywnej  decyzji.  Dan  na  pewno  się  zamartwia. 

Ale należy mu się! Czy musiał postawić na swoim, jak zwykle? 

background image

Dan bez trudu dowiedzia

ł  się,  że  z  jego  domowego  numeru 

przeprowadzono  rozmowę  telefoniczną  z  Orlando,  a  także  że 
dokonano rezerwacji dla Faye Fairway na lot do Orlando. Lotnisko w 

Orlando potwierdziło, że samolot wylądował czterdzieści minut temu. 

Steward  zapamiętał  Faye,  ponieważ  bez  przerwy  popłakiwała,  Dan 

poprzysiągł sobie, że osobiście obetrze te łzy i nigdy już nie pozwoli 

Joy odejść. 

Kiedy Rex wszed

ł  do  gabinetu  z  kanapkami  i  mlekiem,  Dan 

obracał w palcach swój portfel. 

 - Jaki masz plan? 
 - Lec

ę do Orlando. Wybierasz się ze mną? 

 - Spr

óbowałbyś mnie nie wziąć! - zaperzył się Rex. 

 - Mamy kup

ę czasu, samolot odlatuje za dziewięćdziesiąt minut. 

Rex popatrzy

ł na niego sceptycznie. 

 - Wcale nie by

łbym taki pewien. Może powinniśmy pojechać tam 

osobno, wtedy któryś z nas będzie miał szansę odlecieć. 

 -  Nie panikuj. Dlaczego mia

łbym  sterczeć  na  lotnisku,  kiedy 

mogę tu coś jeszcze zrobić? Na pewno zdążę. 

 - A jest jeszcze jaki

ś lot? 

 - Jest, ale za dwadzie

ścia minut. Nie dam rady. 

 -  S

łuchaj,  gdybyśmy  się  nie  spotkali,  umówmy  się  tam  na 

miejscu, u Sheldona. Uważaj na siebie. Shirley Nelson może być nie 
gorsza od swojego braciszka. 

 - Nie martw si

ę, partnerze. - Dan wepchnął kanapkę w kieszeń i 

ruszył do wyjścia. - Jadę do domu. Jeśli pani Nettel jest u siebie, Joy 

powinna być bezpieczna na Florydzie. 

Bo

żonarodzeniowe  przyjęcie  u  Sheldonów  było  w  pełnym  toku. 

Joy bezwiednie porównywała ten radosny tłumek z nobliwymi gośćmi 

Dana.  Już  na  pierwszy  rzut  oka  było  widać,  że  ludzie  zebrani  w 

jadalni Tropical Arms Apartments znają się dobrze, co więcej, lubią. 

Joy z u

śmiechem obciągnęła krótką czerwoną spódniczkę. Stroju 

dopełniała  biała  bluzka,  czerwone  bolerko  i  białe  skarpetki.  Tylko 

nieodłączna  torebka  i  pasek  wyróżniały  się  czernią.  W  takim  stroju 

zmarzłaby  na  kość  w  Minnesocie.  Chyba  że  ktoś  ogrzałby  ją  przy 

kominku...  Przeszła  do  kuchni,  by  pomóc  Alice  Sheldon.  Właśnie 

pochyliła się nad wazą i ująwszy łyżkę, miała nalewać sorbet, kiedy 

ktoś mocno uszczypnął ją w pupę. Z piskiem wypuściła łyżkę z ręki, 

background image

aż chlusnął zielony napój, i oburzona odwróciła się do stojących z tyłu 

chłopców. 

 - Kt

óry to taki mądry? 

Kilka par oczu patrzy

ło na nią ze zdziwieniem. 

 -  Dlaczego si

ę  złościsz?  Pewien  Mikołaj  powiedział,  że  jak  się 

podszczypuje elfa, to sanki z prezentami jadą szybciej - wyjaśnił mały 
rudzielec. 

 - I to wcale nie by

ł wujo Sheldon! - wykrzyknął z podnieceniem 

jego kumpel. 

 -  Nie wierzcie w takie bajeczki  -  uci

ęła,  żartobliwie  grożąc  im 

palcem. - 

A teraz idźcie pomóc pani Sheldon roznosić ciasteczka. 

W chwil

ę później coś trąciło ją w bok. 

 -  Znowu? Czy wy...  -  nie doko

ńczyła.  Tknięta  przeczuciem 

odwróciła się i zobaczyła wysoką postać Świętego Mikołaja z potężną 

białą  brodą  i  krzaczastymi  brwiami.  Wcale  nie  był  dobroduszny. 

Brutalnie przypierał ją do stołu, a ucisk na jej żebra bynajmniej nie był 

żartobliwym 

uszczypnięciem. 

Było 

to 

dotknięcie 

luty 

małokalibrowego, ale groźnego pistoletu, dyskretnie ukrytego w dłoni 

odzianej w białą rękawiczkę. 

 - Kto... - Joy poczu

ła nagle, że mą sucho w ustach. 

 -  Wychod

ź stąd. Już! - rozkazał chrapliwy, szorstki głos. Kiedy 

się  zawahała,  spod  białych  brwi  zabłysło  groźne  spojrzenie.  -  Jeśli 

zacznę  strzelać  tutaj,  komuś  może  stać  się  krzywda.  Chyba  nie 

chciałabyś psuć dzieciom świąt. No, jazda! 

Pos

łusznie wyszła z kuchni i zaczęła razem z nim przepychać się 

przez  tłum  do  wyjścia.  Pomimo  upału  strumyczek  zimnego  potu 

spływał jej po plecach. Czy ktokolwiek zorientował się, że coś jest nie 

w porządku? Miała taką nadzieję. Przecież opowiedziała Sheldonom 

wszystko. Prędzej czy później zaniepokoją się jej nieobecnością. Musi 

tylko zwlekać jak najdłużej. 

 -  Pos

łuchaj,  wiem,  że  nie  chcesz  mnie  skrzywdzić  -  zaczęła 

niepew

nie.  Kiedy  jednak  spróbowała  się  odwrócić,  żeby  spojrzeć  w 

twarz  prześladowcy,  lufa  jeszcze  boleśniej  wpiła  się  w  jej  żebra.  - 

Rozumiem, pewnie nie chcesz, żebym cię rozpoznała. 

 - Tak b

ędzie lepiej i dla ciebie. 

 - Powiedz mi tylko, czego ode mnie chcesz - wyj

ąkała błagalnie. 

 -  Twojego wozu  -  sykn

ął  głos.  Wszystkiego  się  spodziewała, 

tylko nie tego. 

background image

 - M

ój wóz jest w garażu. 

 -  Nie k

łam!  Tydzień temu go nie było.  I teraz też nie  ma.  -  W 

głosie nieznajomego pojawił się ton groźby. 

 -  Po

życzyłam  go  pani  Sheldon,  kiedy  jechała  do  Tampy  - 

wyjaśniła, siląc się na spokój. - Już dawno nim wróciła, naprawdę. 

 -  Poka

ż  mi  go.  -  Brutalnym  pchnięciem  lufy  skierował  ją  do 

garażu. 

Joy, potykaj

ąc  się,  ruszyła  przez  trawnik,  mijając  mechaniczną, 

kiwającą się postać Świętego Mikołaja. 

Zamek by

ł  wyłamany.  Ciemne  wnętrze  garażu  kontrastowało  z 

zalanym  słońcem  podwórzem.  Obawy  Joy  rosły.  Mimochodem 

pomyślała o kolejnych nieudanych świętach. 

 - Ruszaj si

ę! - warknął głos, a twarda dłoń w rękawicy gniewnie 

pchnęła ją do przodu. Lufa pistoletu ani na moment nie oderwała się 
od jej boku. 

 -  Tu jest.  -  Joy z ulg

ą pokazała starego, brązowego plymoutha, 

stojącego w ostatnim boksie. 

 - Mia

łaś zielony wóz! 

 -  Kaza

łam  przemalować  na  brązowo.  Krzyknęła,  kiedy 

niecierpliwa  ręka  ześlizgnęła  się  na  jej  brzuch. Zorientowała  się,  że 

napastnikowi  chodzi  o  torebkę.  Nagle  chwycił  ją  garścią  za  włosy  i 

zmusił, by uklękła przy stalowym filarze, podtrzymującym sklepienie. 

 - Obejmij s

łup rękami! 

 - Nie, prosz

ę - jęknęła rozpaczliwie Joy. 

 -  Ju

ż!  Jęknęła  jeszcze  głośniej,  kiedy  twardy  but  kopnął  ją  w 

łydkę.  Już  nie  protestowała,  gdy  napastnik  ciasno  związał  jej 

przeguby, przyciskając je do filaru. Potem szybko otworzył samochód 

i  zaklął  paskudnie.  Serce  Joy  zabiło  pod  wyszywanym  bolerkiem. 
Tym razem lu

fa pistoletu znalazła się przy jej skroni. 

 - Gdzie jest figurka 

świętego Krzysztofa? 

 - Co? - Jej m

ózg w panice pracował na najwyższych obrotach. 

 -  By

ła na desce rozdzielczej! Bezlitosny but znów dosięgnął jej 

łydki. 

 - To naprawd

ę twój stary wóz? 

 - Tak, i figurka tam by

ła, musi tam być - wyszeptała histerycznie 

Joy. Łzy spływały jej po twarzy. 

 - My

śl! 

 - Nie wiem! 

background image

Tym razem dosta

ła  cios  w  twarz.  Krew  popłynęła  z  rozbitej 

wargi. 

 - Tylko nie pr

óbuj ze mną grać! Joy myślała gorączkowo i nagle 

z  ulgą  przypomniała  sobie, jak Alice Sheldon, sadowiąc  się  za 

kierownicą jej samochodu przed odjazdem do Tampy, wyśmiewała się 

z naiwnych kierowców, którzy wierzą w opiekę świętych. Joy śmiała 

się w duchu, przypominając sobie Theo Nelsona, który w czasie jazdy 
kurczo

wo ściskał figurkę. Dlatego nie protestowała, gdy Alice zdjęła 

świętego, by zrobić miejsce dla torby z termosem i kanapkami. 

Zamruga

ła opuchniętymi od płaczu oczami. Boże, ale gdzie Alice 

wsadziła tego świętego? Do... do... 

 - Schowek! - wykrzykn

ęła. Fałszywy Mikołaj natychmiast rzucił 

się  do  wozu,  dudniąc  buciorami  po  betonowej  posadzce.  Po  chwili 

wrócił,  triumfalnie  unosząc  w  dłoni  tandetną  plastykową  statuetkę. 

Potem odczepił jej dno i podłubawszy chwilę we wnętrzu, wyciągnął 

jakiś pakiecik. 

Joy nie chcia

ła już nic więcej wiedzieć. 

 - Id

ź stąd! - krzyknęła. - Proszę, zostaw mnie już! 

 - Daj kluczyki. Do samochodu. 
 - Aa... ju

ż wiem, powinny być schowane pod fotelem kierowcy - 

wykrztusiła, drżąc z obawy, by znów do niej nie podszedł. 

Musia

ły tam być,  bo kroki skierowały się do zasuwanych drzwi 

garażu.  Ożywczy  strumień  morskiego  powietrza  uderzył  w  nozdrza 

Joy. Ostrożnie wyjrzała zza zasłony skrępowanych rak. Zaraz będzie 

po  wszystkim,  powtarzała  sobie  w  duchu,  walcząc  z  ogarniającą  ją 

histerią.  Czerwona  czapka  mignęła  nad  dachami  wozów.  Miała 

nadzieję,  że  stary gruchot zapali. Zapalił!  Nierówny  odgłos 

zapuszczanego  silnika  był  dla  niej  najpiękniejszą  kolędą.  Zabłysły 

reflektory i maszyna zaczęła wytaczać się z boksu. Joy oparła czoło o 

zimną stal filaru, łkając - tym razem z radości. 

Nagle zapiszcza

ły  hamulce,  rozległy  się  okrzyki  i  zatupotały 

kroki. W garażu czy na zewnątrz? 

Po chwili w jej polu widzenia pojawi

ł się Święty Mikołaj, ale na 

jego futrzanym kołnierzu spoczywała silna dłoń. Dłoń Dana. Był tutaj 

kipiał gniewem. Jednym ruchem cisnął przebierańca na ziemię. 

Joy z trudem pr

óbowała wstać, opierając się o słup. 

background image

 -  Dan!  -  Nawet nie usi

łowała  opanować  łez.  Ich  oczy  spotkały 

się,  a  wtedy  Dan  błyskawicznym  gestem  zerwał  kaptur  z  głowy 
napastnika, razem z 

brodą i wąsami. 

 -  Ty draniu  -  wycedzi

ł  przez  zęby.  -  Pluję  sobie  w  brodę,  że 

wcześniej się nie domyśliłem. - Z obrzydzeniem pchnął narzeczonego 

Gwen w stronę dwóch umundurowanych funkcjonariuszy z Orlando. - 
Joy, kochana! - 

Przykucnął przy niej i szybko oswobodził z więzów. 

By

łaby  upadła,  gdyby  nie  podtrzymał  jej  i  nie  przytulił,  nie 

zważając na krew plamiącą flanelową koszulę. 

 - Lepiej zawie

źmy ją do szpitala - odezwał się z boku Rex. 

Joy stanowczo pokr

ęciła głową. 

 - Nie, nie trzeba. Zaraz poczuj

ę się lepiej - wyszeptała, wtulając 

twarz w miękkie fałdy koszuli - tej samej, którą założył dziś rano. Jaki 

długi był ten straszny dzień! 

 - Glino, powiedz mi tylko jedn

ą rzecz. 

 - Co, Joy? - Delikatnie poca

łował ją w czoło. 

 - Dlaczego tak cholernie d

ługo się nie zjawiałeś? 

background image

EPILOG 
 - Dobrze ci, kotku? 
 - Jak nigdy! - Joy wygodniej umo

ściła się na sofie i tuląc się do 

Dana,  popatrzyła  na  drzewko,  błyszczące  od  ozdób  i  świateł.  Był 

wieczór. Cudem udało im się wrócić w porę, by spędzić go w domu. 

Joy miała parę siniaków i zadrapań, ale czuła się już dobrze i niemal 

zapomniała  o  niedawnych  chwilach  grozy.  I  choć  nadeszły 

wymarzone wspólne święta i wreszcie mogli posiedzieć w domu przy 

choince, świadomi, że Joy nic już nie zagraża, niedawno wyjaśniona 
sprawa nie dawa

ła im spokoju. 

 - Kto by wpad

ł na pomysł, że Williamowi Harrisowi tak zależało 

na książce, że przystał na układ z Nelsonem w zamian za rewelacje, 
jakie ten mu zdradzi? - 

odezwała się w pewnym momencie Joy. 

 - Theo musia

ł dostawać szału w tej celi, wiedząc, że kluczyk od 

schowka  bankowego,  który  ukrył  w  figurce  świętego  Krzysztofa, 

może przepaść na zawsze. 

 -  I wtedy pojawi

ł  się  William  Harris  zbierający  materiały  do 

książki. Co za okazja, czyż nie? Któż mógłby lepiej mnie wyśledzić i 

zdobyć upragniony kluczyk jak nie prokurator? 

 -  T o porozumienie pomi

ędzy  dwoma  zdeterminowanymi 

facetami wymusiły okoliczności - stwierdził Dan. - Nelson, wiedząc, 

że ma szansę na wyjście, za wszelką cenę chciał odzyskać pieniądze, 

które  przekazał  mu  Berkley.  Harris  gotów  był  zrobić  wszystko  dla 

sławy,  jaką  miałaby  mu  przynieść  książka.  Mogę  sobie  tylko 

wyobrazić, jaki był wściekły, kiedy Theo zaproponował mu ten układ. 

 - 

Tak, Theo okaza

ł  się  większym  spryciarzem,  niż 

przypuszczałam  -  przyznała  Joy.  -  Porwał  mnie  w  moim  własnym 

wozie  po  to,  by  niepostrzeżenie  schować  kluczyk  w  figurce.  A  ja, 

naiwna, myślałam, że ściska tego świętego, bo boi się Szybkiej jazdy! 

 - Nigdy nie wygl

ądał mi na osobę, która powierza swój los niebu 

zachichotał Dan. - Myślę, że ważył po prostu swoje szanse. Gdybyś 

wywiozła  go  w  bezpieczne  miejsce,  pewnie  uciekłby  z  figurką. 

Tymczasem, widząc, co się święci, zdążył ją odstawić, jeszcze zanim 

cię zatrzymali. I nie mógł wiedzieć, że dybali na ciebie ludzie z siatki 

Jerome'a Berkleya. Ani tego, że wyjedziesz z miasta. Być może potem 

miał zamiar jakoś wyłudzić od ciebie tę figurkę. 

 -  Tak, je

śli  chodzi  o  Theo,  przejrzałam  na  oczy  głównie  dzięki 

tobie - 

przyznała. 

background image

 -  Pilnowa

ł  się,  żeby  nie  pisnąć  słowa  na  temat  pieniędzy.  W 

śledztwie przez cały czas uparcie zaprzeczał, że Jerome zapłacił mu za 
milczenie. 

 -  W

łaśnie,  A  kiedy  go  odwiedziłam,  odgrywał  starego  dobrego 

przyjaciela  - 

skrzywiła się Joy.  - Założę się, że tylko czekał, aż pan 

prokurator  Harris  zawiadomi  go,  że  wróciłam  i  mam  jeszcze  swój 
samochód. 

 -  Tak, tw

ój  stary  gruchot  okazał  się  kluczem  do  całej  sprawy  - 

potwierdził Dan. 

 -  Harris mia

ł  związane  ręce,  ponieważ  włączyłeś  mnie  do 

Programu Ochrony Świadków. 

 - W

łaśnie. Sam przyznał, że nie mógł wtedy nic wskórać. Potem, 

kiedy  uciekłaś,  dobrze  zacierałaś  za  sobą  ślady  -  aż  do  momentu 

wysłania  do  mnie  kartki  świątecznej.  To  była  wielka  gratka  dla 

Harrisa, kiedy Gwen przyniosła ją do domu i pokazała mu. Nareszcie 

miał twój adres! Teraz zaczął się starać, żeby jak najszybciej zdobyć 
klucz dla Nelsona. Poje

chał do Orlando i najpierw przeszukał garaż. 

Zobaczył, że nie ma wozu, ale nie wiedział, czy wyjechałaś na dłużej 

czy  tylko  na  trochę.  Skąd  mógł  przypuszczać,  że  pożyczyłaś 

samochód  Alice  Sheldon  i  teraz  jest  w  Tampie?  Chciał  to  zbadać, 

więc  przedstawił  się  panu  Sheldonowi  jako  twój  kuzyn.  Nie  miał 

ochoty na bezpośrednią konfrontację z tobą, bo bał się, że może zostać 

rozpoznany.  Dlatego  czaił  się  po  drugiej  stronie  ulicy,  czekając,  aż 

nadejdziesz i dowiesz się o wizycie tajemniczego kuzyna. 

 - Musia

ł dostać szału, kiedy połapał się, że uciekłam na piechotę 

z satysfakcją powiedziała Joy. 

 -  Zgadza si

ę.  Był  zrozpaczony.  Liczył,  że  kiedyś  wreszcie 

przyjdziesz  do  niego,  bo  będziesz  chciała  znać  odpowiedzi.  Nie 

przypuszczał, że dasz mi jeszcze jedną szansę. Pewnie nie wziął pod 

uwagę tego, jak działam na kobiety - uśmiechnął się Dan. 

 - I tak jak wszyscy da

ł się zwieść mojemu przebraniu zakonnicy - 

podkreśliła z dumą. 

 -  Przynajmniej do momentu, w kt

órym  Rex  ściągnął  ci  kornet. 

Musiał  być  pod  wrażeniem,  bo  wtedy  przestał  się  pilnować  i 

wspomniał  o  Theo,  trzymającym  w  czasie  ucieczki  rewolwer  w 

jednym  ręku,  a  figurkę  w  drugiej.  O  tym  nie  mówiono  przecież  na 

procesie!  Później  próbował  zmusić  cię,  byś  wróciła  do  samochodu. 

Dlatego  zostawił  ten  krwawy  napis  na  śniegu  i  zapłacił  mojemu 

background image

informatorowi  za  powiadomienie  nas  o  tym.  Liczył,  że  znów  będę 

chciał  cię  ukryć,  a  ty  postanowisz  uciec  na  własną  rękę,  bo  już  cię 

znał.  Uciec  tam,  gdzie  jest  samochód,  żeby  mieć  swobodę  ruchów. 

Ale nie przypuszczał, że wóz jest nadal w Orlando. 

 -  W takim razie musia

ł śledzić twój dom, a potem mnie i Rexa, 

czyhając na moment, kiedy ucieknę - kontynuowana z podnieceniem 
Joy. - 

Dobrze mnie wyczuł, drań. 

 - Ale nie wzi

ął pod uwagę mnie - stwierdził nie bez dumy Dan. 

Potem,  poważniejszym  tonem,  dodał:  -  Mam  nadzieję,  że  Gwen 

potrafi znaleźć w sobie siłę i pogodzi się z sytuacją. 

 -  Bardzo jej wsp

ółczuję  -  powiedziała  łagodnie  Joy.  Dan 

delikatnie  przeciągnął  opuszkami  palców  po  świeżym  zadrapaniu  na 
jej policzku. 

 - Jestem ci wdzi

ęczny, że tak ją dzisiaj pocieszałaś. Nie była dla 

ciebie zbyt miła. Podziwiam twoją cierpliwość i wyrozumiałość. 

 - 

Żadnej  kobiecie  nie  życzyłabym  takiego  cynicznego  -  drania 

jak Harris. 

 -  Je

śli  jeszcze  się  łudziła,  wystarczyło,  by  zobaczyła,  jak cię 

potraktował.  Harris  ostro  się  kontrolował  i  odgrywał  przed  nią 

zakochanego  przez  całe  osiemnaście  miesięcy.  Przede  wszystkim 

liczył  na  jej  towarzyskie  koneksje,  bo  wiedział,  że  mogą  mu  być 
potrzebne. 

 - Twoja siostr

ą będzie się znów musiała nauczyć ufać i kochać - 

stwier

dziła z powagą Joy. - Pomożemy jej, prawda? 

 - Jasne, je

śli tylko będziemy mogli. 

 -  Jak my

ślisz,  czy  pani  Nettel  wybaczy  nam  podejrzenia?  - 

zastanawiała się głośno, obwodząc palcem krawędź jego ucha. 

 -  Na pewno  -  o

świadczył  Dan,  krzywiąc  się  pod  łaskoczącym 

dotknięciem.  -  Ta  biedna  kobieta  po  prostu  chciała  mi  się 

odwdzięczyć,  że  uniemożliwiłem  jej  bratu  dalsze  podejrzane 

machinacje.  Zmieniła  nawet  nazwisko,  żeby  uniknąć  plotek  po 
procesie. 

 -  Nie s

ądzę,  żebyś  w  natłoku  spraw  pamiętał  o  zaproszeniu  do 

tel

ewizji od jej znajomego producenta, ale dla porządku spytam. 

 - Owszem, pami

ętałem i zapytałem o to, kiedy poszedłem do niej 

z butelką wina na przeprosiny - oświadczył z dumą, wypinając pierś. - 

Ale nie łudź się, przemawiał przeze mnie egoizm. Po prostu wiem, że 

jeśli w jakiś sposób nie wyciągnę cię z tych zadymionych lokali i nie 

background image

zmuszę  do  pracy  w  dzień,  nie  będziemy  mieli  dla  siebie  ani  jednej 

nocy.  Pani  Nettel  była  wspaniała,  bo  od  razu  do  niego  zadzwoniła. 
Masz spotkanie jutro o drugiej. 

 -  Ooch, kocham  ci

ę,  gliniarzu!  Dan  z  błogim  uśmiechem 

przyciągnął Joy do siebie. 

 -  Tylko nie wsi

ąknij  w  to  z  głową,  kochanie.  Musi  ci  jeszcze 

zostać trochę czasu dla męża i domu. Dla prawdziwego domu i całej 
bandy dzieciaków. 

 - To brzmi po prostu bosko! - rozpromieni

ła się Joy. 

 - Nie mog

ę się doczekać, kiedy będę mogła wymyślać imiona dla 

tych Wszystkich małych brzdąców. 

 - Hola! - zaprotestowa

ł Dan. - Ty masz po prostu jakąś estradową 

obsesję, jeśli chodzi o imiona i nazwiska, zwłaszcza zaczynające się 
na te same lit

ery. Mam już dosyć Constance Clarence, Esther Emerson 

czy Faye Fairway. Nie mógłbym znieść Buddy, Balbiny, a zwłaszcza 

już  Bobo!  Dlatego  ustalmy  od  razu,  że  to  ja  wymyślę  imiona  dla 
dzieci. 

 -  Ciekawe!  -  Zjadliwie pokiwa

ła głową. - A do Joy Jones jakoś 

nie 

masz zastrzeżeń? 

 - Sk

ądże, kochanie - zapewnił, gładząc ją po włosach. - Kocham 

ją. 

 - I pewnie nie wiesz, 

że to całkiem świeże nazwisko? - zapytała 

niewinnie. 

 - Co takiego?! 
 -  To co s

łyszysz. Przybrałam je, kiedy zaczęłam występować w 

klubie. 

 - Jak si

ę w takim razie naprawdę nazywasz? - Dan zręcznie udał, 

że wziął to za dobry dowcip. 

 - To ty jeste

ś detektywem, Danny Burke, więc bierz się do roboty 

odparła Joy z przewrotnym uśmieszkiem. 

 -  Dobrze, skoro sama si

ę  napraszasz  -  stwierdził  groźnie.  - 

Wy

cisnę  z  ciebie  całą  prawdę,  i  to  gołymi  rękami.  Wyśpiewasz 

wszystko, ptaszyno. 

Joy unios

ła  brwi,  aż  zetknęły  się  z  jasną  grzywką.  Już  czuła 

szorstkie palce mężczyzny błądzące pod jej koszulką. 

 - My

ślisz, że ci się uda, glino? 

 -  Mam swoje sposoby, dziecinko. I ostrzegam, wezm

ę  cię  W 

obroty na całą noc. 

background image

Zielone oczy Joy rozb

łysły oczekiwaniem. 

 - W takim razie bierz si

ę do roboty, glino - zamruczała jak kotka. 

Pokaż, co potrafisz.