background image

Klich nie chce mówić, jak naciskał na pilotów 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Niekończąca się opowieść o naciskach na pilotów w 
trakcie tzw. incydentu gruzińskiego ma jeszcze 
jednego bohatera. Jak ustalił "Nasz Dziennik", 
poproszony o konsultacje minister obrony 
narodowej Bogdan Klich osobiście zalecił zmianę 
trasy lotu i lotniska docelowego z Ganji na Tbilisi 
12 sierpnia 2008 roku. Informacje o tym znajdują 
się w aktach z postępowania Wojskowej 
Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Tego 

istotnego szczegółu nie znajdziemy jednak w sporządzonej dopiero w lutym br. notatce 
kpt. Grzegorza Pietruczuka, udostępnionej mediom przez Departament Kadr 
Ministerstwa Obrony Narodowej. Dlaczego służby prasowe MON nie zebrały wszystkich 
danych i nie udzieliły wyczerpującej informacji, uwzględniającej także rolę szefa resortu 
w procesie nacisków, o które oskarżany jest wyłącznie Lech Kaczyński?
 
 
Przez ponad dwa lata Bogdan Klich ani w jednym wystąpieniu nawet się nie zająknął na 
temat swojego udziału w łańcuchu decyzji podejmowanych w trakcie słynnego 
prezydenckiego lotu do Gruzji. A miałby o czym opowiadać. Konkluzja z analizy materiałów 
prokuratorskich jest taka: albo żadnych nacisków nie było i wszczęto normalną procedurę 
niezbędną do ewentualnej korekty planu lotu, albo naciski były i szef MON publicznie 
przyzna się do swojej w nich roli, bo w rozmowie z szefem Sztabu Generalnego WP gen. 
Franciszkiem Gągorem rekomendował zmianę trasy lotu wbrew stanowisku załogi. 
Relacje kpt. Grzegorza Pietruczuka, dowódcy załogi Tu-154M, dotyczące tzw. incydentu 
gruzińskiego nie ukazują pełnego obrazu wydarzeń z 12 sierpnia 2008 roku. Co więcej, 
spisana w tym roku notatka Pietruczuka - na wyraźne polecenie gen. Artura Kołosowskiego, 
szefa Departamentu Kadr MON - została efektownie udramatyzowana. W odróżnieniu od 
lakonicznego meldunku pilota z 2008 r. sugeruje, że Lech Kaczyński nie tylko naciskał na 
załogę, ale także odgrażał się wyciągnięciem konsekwencji wobec nich za niewykonanie 
polecenia lotu do Tbilisi. 
Jak już informował "Nasz Dziennik", sprawa nacisków na załogę Tu-154M w rzeczywistości 
nie jest tak jednoznaczna, jak sugeruje to notatka kpt. Pietruczuka. W relacji tej brakuje 
chociażby informacji, że na decyzję prezydenta Kaczyńskiego dotyczącą wydania polecenia 
lotu do Tbilisi wpływ miała postawa ambasadora Gruzji w Warszawie, który towarzyszył 
polskiej delegacji i sugerował, że jest w stanie telefonicznie załatwić wszelkie formalności z 
wykonaniem takiego lotu, czego faktycznie nie zdołał uczynić. W relacjach nie ma także 
informacji dotyczącej całego procesu podejmowania decyzji o przebiegu lotu. Tymczasem z 
akt postępowania prokuratorskiego wynika, że po wydaniu polecenia lotu do Tbilisi przez 
Lecha Kaczyńskiego w tej sprawie czynione były liczne konsultacje - nie tylko z płk. 
Tomaszem Pietrzakiem, szefem 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który w 
rozmowie z prezydentem poparł decyzję załogi odmawiającej lotu do Tbilisi, ale też z 
Dowództwem Sił Powietrznych, Sztabem Generalnym Wojska Polskiego oraz ministrem 
obrony narodowej.  
Generał Krzysztof Załęski, zastępca dowódcy Sił Powietrznych, meldował 12 sierpnia 2008 r. 
do bezpośredniego przełożonego gen. Andrzeja Błasika: "po krótkiej konsultacji z dowódcą 
36. SPLT warunków wykonania lotu oraz istniejącego zagrożenia w obszarze powietrznym 
Gruzji, jak i mając świadomość, kto jest na pokładzie samolotu, postanowiłem skonsultować 
powyższą decyzję z pierwszym zastępcą, a następnie z szefem Sztabu Generalnego Wojska 

background image

Polskiego". Generał Załęski wyraźnie zaznaczył, że w tej sprawie szef Sztabu Generalnego 
WP Franciszek Gągor rozmawiał z Bogdanem Klichem, szefem MON, a po "potwierdzeniu 
decyzji przez pierwszego zastępcę, a następnie przekazaniu mu przez szefa SG również 
decyzji ministra obrony o wykonaniu lotu zgodnie z życzeniem Prezydenta RP, przekazałem 
polecenie ustne potwierdzone odręcznym pismem do dowódcy 36. SPLT". 
W czasie trwania konsultacji gen. Załęski przekazał na pokład samolotu - ministrowi 
Władysławowi Stasiakowi - informację, że załatwiane są zgody na przelot do Tbilisi oraz by 
delegacja nie czekała w Simferopolu na ustalenia, ale udała się zgodnie z planem do Ganji. 
Ten etap podróży miał dać sztabowi w kraju czas na załatwienie niezbędnych zezwoleń na 
przelot do Tbilisi. Załodze informacja dotycząca właśnie czynionych ustaleń nie została 
przekazana.  
Analizując bieg wydarzeń z 12 sierpnia 2008 roku, Wojskowa Prokuratura Okręgowa uznała, 
że rozkaz gen. Załęskiego należy rozumieć w kontekście przebazowania samolotu. Jak 
zaznaczył w swojej konkluzji prokurator ppłk Kazimierz Haładaj, celem rozkazu gen. 
Załęskiego było "spowodowanie wdrożenia przez dowódcę JW2139 procedur mających na 
celu wykonanie lotu z Ganji do Tbilisi zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie 
procedurami". 
Jednak zebrany w aktach materiał uprawnia twierdzenie, że w czasie kiedy życzenie 
prezydenta było przedmiotem analiz w Polsce, jeszcze przed wydaniem rozkazu załodze 
przez gen. Załęskiego, problem został rozwiązany na pokładzie samolotu w Simferopolu. 
Prezydent zgodził się z argumentacją załogi, sugestiami swoich ministrów oraz płk. 
Krzysztofa Olszowca, szefa ochrony, którzy odradzali lot do Tbilisi i Lech Kaczyński polecił 
wykonanie lotu zgodnie z planem - do Ganji. W efekcie gen. Załęski w meldunku ocenił, że 
decyzja załogi była odpowiedzialna. 
Tymczasem wszelkie formalne uzgodnienia na przelot z Ganji do Tbilisi zostały poczynione 
13 sierpnia 2008 roku. W tym też dniu wpłynęło z Kancelarii Prezydenta RP oficjalne 
zapotrzebowanie na wykonanie lotu z Tbilisi do Warszawy, a w związku z tym konieczne 
było przebazowanie maszyny z Ganji do Tbilisi. W tym kontekście wydaje się więc 
uprawnione twierdzenie, że prokuratorska interpretacja rozkazu gen. Załęskiego (z 12 
sierpnia) mogła zostać sporządzona niejako po fakcie - mając na uwadze przebieg wydarzeń z 
13 sierpnia. Za taką tezą przemawia również relacja gen. Załęskiego, który meldując: "mając 
świadomość, kto jest na pokładzie samolotu", wyraźnie sugerował, że lot do Tbilisi miałby się 
odbyć z VIP-ami na pokładzie. Tę świadomość - podobnie jak i zagrożeń związanych z lotem 
- musiał mieć także Bogdan Klich, szef MON, z którym konsultowana była trasa przelotu, a 
jednak zadecydował, by wydać załodze rozkaz wykonania lotu "zgodnie z życzeniem" 
prezydenta RP. Szef resortu obrony, który dysponował pełnymi informacjami na temat 
sytuacji w Gruzji, zgodził się z oceną prezydenta i widział możliwość lotu do Tbilisi. O tych 
decyzjach szefa resortu obrony - będących przecież także formą nacisku na załogę - nie 
poinformowali jednak ani Departament Kadr MON, który upublicznił tylko notatkę pilota 
rzekomo w odpowiedzi na zainteresowanie mediów sprawą, ani też służby prasowe MON, 
które w odpowiedzi na pytania mediów powinny były wydać precyzyjny komunikat na temat 
wydarzeń z 12 sierpnia 2008 roku.  
O wyjaśnienie wątpliwości dotyczących incydentu poprosiliśmy rzecznika prasowego 
ministra Bogdana Klicha. Wczoraj otrzymaliśmy zapewnienie, że zostanie dla nas 
przygotowane możliwie precyzyjne stanowisko ministra dotyczące jego roli w procesie 
decyzyjnym związanym z incydentem gruzińskim. 
 
  

Marcin Austyn 

background image

Hamulcowy polskiej dyplomacji 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki, 
rozmawia Paulina Jarosińska
 
 
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski 
przedstawił w Sejmie informację w sprawie założeń 
polskiej polityki zagranicznej na kolejny rok. Jak 
Pan ocenia to wystąpienie?
 
- Było to niewątpliwie hurraoptymistyczne exposé, co 
akurat nie dziwi, ponieważ taki specyficzny entuzjazm 

wybija z każdej wypowiedzi pana ministra. To kontynuacja narracji na temat polityki 
zagranicznej, która według Sikorskiego jest pasmem sukcesów, a zarazem próba wmówienia 
opinii publicznej, że pozycja Polski na arenie międzynarodowej jest silna. Kilka elementów 
bardzo mnie uderzyło. Po pierwsze, nie uważam, aby wystąpienie szefa resortu spraw 
zagranicznych inaugurujące debatę na temat polskiej dyplomacji zawierało jakiekolwiek 
konkrety. Nie znalazłem w nim żadnego konstruktywnego argumentu legitymizującego tezę, 
że polityka zagraniczna kierowana przez Radosława Sikorskiego spowodowała, iż Polska ma 
naprawdę silną pozycję. Abstrahując od tego, że takiej tezy nie da się obronić, minister nie 
potrafił operować żadnymi konkretami. Zabrakło naświetlenia chociażby tego, kto jest 
naszym partnerem strategicznym w zakresie energetyki, a przecież to jest niezwykle ważne 
pole polityki zagranicznej. Padło mnóstwo słów, które jednak w żaden sposób nie zarysowały 
nam obrazu strategii obecnego rządu w przestrzeni międzynarodowej. Było to typowe dla 
obecnej ekipy rządzącej przemówienie o charakterze propagandowym. Zapewnienia, że 
mamy silną pozycję w Europie, świetne relacje z Rosją itp., naprawdę nie wystarczą do 
przekonania opinii publicznej, że nasz kraj liczy się jako gracz polityczny na arenie 
międzynarodowej. Ani słowa o bezpieczeństwie energetycznym, o sojuszu militarnym. 
Sikorski nie zaprezentował nawet konkretów w tak eksponowanym przez obecny rząd 
temacie, czyli w relacjach z Rosją. Było to bardzo ubogie przemówienie. 
 
Sikorski stwierdził, że bilans ostatnich trzech lat dla stosunków polsko-rosyjskich jest 
pozytywny. Jego zdaniem, sprawdziła się "zasada wzajemności" jako podłoże dla tych 
relacji. Raport MAK, akta katyńskie, Gazociąg Północny - z miejsca obalają tę tezę.
 
- Nie wiem, o jakim sukcesie mówił minister Sikorski. Ani sprawa śledztwa smoleńskiego, 
ani recepcja raportu MAK, w którym jednostronnie winą obciążono polską stronę, nie wpisują 
się w budowanie silnej pozycji naszego państwa w stosunku do Rosji. Na czym polega ta 
dobra współpraca? O jakiej przestrzeni współpracy mówił Sikorski? Chodziło o energetykę, 
gospodarkę? Tutaj nie może być mowy o jakichkolwiek dobrych owocach relacji z Rosją. 
Dokonało się znaczne przesunięcie akcentów w zakresie polityki regionalnej i trudno 
przedstawiać to w kategoriach sukcesu. Powiem dość ostro: obecny rząd zdradził w pewnym 
sensie sojusz z tymi państwami, które prezydent Lech Kaczyński dynamicznie wspierał. 
Mówienie o jakiejkolwiek współpracy z Rosją, w dodatku w tak oderwany od rzeczywistości 
sposób, jest chwytem czysto marketingowym, pustym, a w swym wydźwięku nawet 
tragikomicznym. Nie uzyskaliśmy żadnych korzyści z odrzucenia politycznego 
zaangażowania w regionie. Absolutnie żadnych. Skorzystała na tym Rosja i na jej dyktat 
polski rząd przystał. Nie jesteśmy decydentami czy nawet mediatorami na linii Rosja - Unia 
Europejska. A taką szansę mieliśmy. Co najwyżej Unia podsuwa nam rozwiązania, na które 
oczywiście przystajemy. Polska znowu stała się przedmiotem, a nie podmiotem. Jest coś, co 
zyskaliśmy, a co być może Sikorski bał się wprost nazwać: tzw. święty spokój. Jednak za taką 

background image

bierność później trzeba płacić wysoką cenę. Utrata dynamiki, potrzeby bycia aktywnym 
aktorem oraz partycypowania w polityce międzynarodowej spowodowała być może również 
pozytywną opinię w zachodnich gremiach czy nawet w UE, ale jest to "sukces" pozorny i 
kompletnie bezproduktywny. 
 
"Są w Polsce ludzie, którzy na wiecznej wrogości do Rosji budują swoje polityczne 
credo. My odrzuciliśmy logikę, według której wszystko, co złe dla Rosji, musi być dobre 
dla Polski". Władimir Putin jakoś nie boi się forsować na forum międzynarodowym 
swoich interesów, które - stosując retorykę Sikorskiego - nie są dobre dla Polski. A 
premierowi Tuskowi na kilka dni odebrało mowę po tym, jak gen. Anodina w 
oficjalnym dokumencie dosłownie zdeptała polską załogę i dowódcę Sił Powietrznych.
 
- Stosowanie technik public relations w polityce wewnętrznej w celu pozbawienia polityki 
treści, a okraszenia jej tylko spektakularną formą, jest czymś nieuczciwym, ba, 
niebezpiecznym dla jakości życia publicznego. Natomiast kreowanie w ten sposób polityki 
zagranicznej jest już czymś karygodnym. Mam wrażenie, i zapewne nie tylko ja, że niestety 
na tym opiera swoje założenia w tym zakresie szef polskiej dyplomacji. Retoryka 
propagandowa Sikorskiego zadziwia przy tym nieumiejętnością (niechęcią?) trzymania się 
faktów. 
 
Przemówienie pełne frazesów współgra jednak z polityką pustych gestów. Sikorski 
wyraził radość, że dobrze o Polsce przez te ostatnie trzy lata pisały najważniejsze 
zachodnie gazety...
 
- Sikorski zastosował agenda setting, czyli bardzo dobrze znany w marketingu politycznym 
zabieg polegający na wybraniu kilku artykułów, które odpowiadają jego tezie. Równie dobrze 
ja mógłbym wybrać konkretne teksty w niemniej szacownej prasie zachodniej, które 
krytycznie odnosiły się do polityki Donalda Tuska. Kolejny pusty chwyt. Ekspertów, 
komentatorów interesują inne źródła niż wybrane artykuły w nawet największych dziennikach 
europejskich. Kluczowe są dane na temat inwestycji, tego, co udało się wywalczyć dla kraju 
w ważnych instytucjach unijnych. Wskaźniki pozaekonomiczne, czyli demograficzne czy 
społeczne, także mogą być bazą do budowania wizerunku kraju. Jeżeli nie ma faktów i 
konkretów, to się je konstruuje i przekonuje się potem opinię publiczną, że coś jest, choć tego 
nie ma. Jest pewna granica, linia demarkacyjna w operowaniu chwytami erystycznymi. Jeśli 
to przemówienie miało być kolejnym takim chwytem, próbą pustej obrony własnego rządu, to 
niewątpliwie ten cel został osiągnięty. Natomiast jeśli miało to być zaprezentowanie spójnej 
wizji polityki zagranicznej, to Sikorski na tym polu poniósł porażkę. 
 
Minister spraw zagranicznych jako sukces postrzega próbę reaktywacji Trójkąta 
Weimarskiego, którą zainicjowano poprzez spotkanie Sarkozy - Merkel - Komorowski 
w Warszawie. Słusznie?
 
- Na pewno reaktywacja była przedstawiana właśnie jako taki cel. Trudno jednak dziś mówić 
o jakichkolwiek owocach tego spotkania i oczekiwać, że od dziś Polska, Francja i Niemcy 
będą odczuwały wzmożoną wspólnotę interesów. Mówiąc o tym, Sikorski kierował się raczej 
myśleniem życzeniowym. Platforma specjalizuje się w tworzeniu spektakularnych, ale w 
gruncie rzeczy dość pustych eventów. Spotkanie Trójkąta miało taki charakter. Nie poszły za 
tym przecież inne posunięcia. Nie wykluczam, że taka reaktywacja nastąpi, ale jest 
zdecydowanie za wcześnie, aby postrzegać to w kategoriach sukcesu w polityce 
międzynarodowej. Świadczy to również o tym, jak słaba jest polska polityka zagraniczna, 
skoro minister Sikorski musiał sukcesem nazwać próbę reaktywacji Trójkąta Weimarskiego. 
 
Pana zdaniem, rząd ma pomysł na polską prezydencję? 

background image

- Prezydencja może mieć bardzo pozytywne skutki dla kraju członkowskiego. Może być 
sposobnością, aby państwa peryferyjne przestały być peryferyjnymi. W tym celu 
organizowane są przeróżne fora i kongresy, ale konieczne jest również, aby był pomysł na 
prezydencję. Moim zdaniem, może być to szansa dla Polski. Pytanie - czy będzie 
wykorzystana? To, co zaprezentował minister spraw zagranicznych, niestety nie daje na to 
nadziei. Polski rząd nie przedstawił swoich celów na prezydencję - nie zaprezentował, o co 
ma zamiar walczyć i na jakich polach planuje dokonać korekt. Ten czas może być po prostu 
zmarnowany. To nie powinien być jeden wielki huczny raut. 
 
Relacje z USA są przyjazne i dojrzałe - zapewnił Sikorski. To dość enigmatyczne 
stwierdzenie...
 
- Relacje z USA są stabilne, ale to raczej skutek wieloletniej polityki. Natomiast trzeba jasno 
powiedzieć, że została zmarnowana szansa na to, aby Stany Zjednoczone zaangażowały się 
politycznie w naszym regionie, w dużej mierze przez obawy przed reakcją Rosji. Polski rząd 
zastosował taktykę "ucieczkową", czyli "lepiej nie zaogniać stosunków, Rosja jest blisko, 
Stany Zjednoczone daleko". Podsumowując: dojrzałość, o której mówił Sikorski, nie może 
przeradzać się w pasywność i marazm. Zresztą te dwie cechy charakteryzują w ogóle styl 
uprawiania polityki zagranicznej przez Sikorskiego. Jest to strategia na przetrwanie. To 
naprawdę za mało dla państwa w środku Europy. Podsumowując, polityka międzynarodowa 
jest pewną grą interesów i każdy z graczy musi wykonywać jakieś kroki, aby z tej gry nie 
wypaść. Oprócz pomysłu - "co", trzeba również wiedzieć "jak". W przypadku obecnego rządu 
nie ma takiego pomysłu, mało tego, zdaje się, że nie ma również determinacji, aby o nasz 
interes skutecznie zawalczyć. 
 
Dziękuję za rozmowę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Dowódca załogi nie był nowicjuszem 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Z kpt. pilotem Robertem Nowakowskim, szkolnym 
kolegą ppłk. Roberta Grzywny i mjr. Arkadiusza 
Protasiuka, rozmawia Marta Ziarnik
 
 
Pamięta Pan okoliczności, w których poznał 
członków załogi Tu-154M?
 
- Z załogi tupolewa miałem okazję poznać Arka 
Protasiuka i Roberta Grzywnę. Nasze drogi 
skrzyżowały się na unitarce [okres próbny przed 

przysięgą wojskową] do jeszcze wtedy Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. 
Było to w 1993 roku. Wszyscy zakwaterowani zostaliśmy we wspólnej sali. I to właśnie 
między innymi Arek i Robert - absolwenci liceum lotniczego - jako bardziej obyci ze 
środowiskiem wojskowym, byli dla mnie swego rodzaju osobami wprowadzającymi. 
 
Któryś z nich w szczególny sposób utkwił Panu w pamięci? 
- Po zakończonym okresie unitarnym, zwieńczonym przysięgą wojskową i immatrykulacją, 
nasze drogi nieco się rozeszły. Arek Protasiuk został przydzielony do innej grupy 
szkoleniowej niż ja i Robert Grzywna. Miało to swoje istotne konsekwencje. Różne grupy 
szkoleniowe miały praktyki w różnych okresach i na innych lotniskach. Dodatkowo praktyki 
trwały zwykle kilka miesięcy, także w późniejszym okresie częściej przebywałem z Robertem 
i to właśnie jego miałem okazję najlepiej poznać. 
 
Wyróżniał się w jakichś dziedzinach? 
- Życzyłbym sobie mieć więcej takich kolegów jak mój imiennik. Mogę tu wypowiadać się 
jedynie w swoim imieniu, ale wydaje mi się, że Robert miał pozytywny wpływ nie tylko na 
mnie, ale i na pozostałych naszych kolegów. Jak nikt inny potrafił on poprawić nastrój nawet 
najtwardszemu pesymiście. Świetnie grał na instrumentach klawiszowych i znał wręcz 
nieprawdopodobną liczbę utworów muzycznych. Pamiętam, że parodia disco polo w jego 
wykonaniu zawsze doprowadzała nas do łez i zakwasów mięśni brzucha. Obaj z Arkiem 
zawsze starali się prowadzić aktywny tryb życia. Lubili sport, między innymi świetnie jeździli 
na nartach. Robert wiele razy i z nieukrywaną dumą pokazywał mi filmiki swojej córki 
Martynki, szusującej po stoku pod czujnym okiem taty. 
 
Utrzymywaliście Panowie kontakty po ukończeniu szkoły w Dęblinie? 
- Po promocji w Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych, która miała miejsce w 1997 
roku, nasze drogi, niestety, znacznie się rozeszły. Co prawda utrzymywaliśmy stały kontakt z 
Robertem, ale oczywiście nie było to już to samo, co za czasów studenckich. Od czasu do 
czasu widywaliśmy się przelotnie podczas urlopów, ale znacznie częściej dochodziło do 
krótkich spotkań podczas wylotów do Warszawy lub na innych lotniskach. Ostatni nasz 
wspólny dłuższy pobyt miał miejsce miesiąc przed katastrofą, na obozie szkoleniowo-
kondycyjnym w Zakopanem. 
 
Grzywna i Protasiuk byli skłonni do podejmowania ryzykownych zachowań w 
powietrzu?
 
- W tej kwestii mogę się wypowiedzieć tylko w ograniczonym zakresie i tylko jeśli chodzi o 

background image

Roberta, bo z nim spędzałem więcej czasu. Z okresu szkoły nie przypominam sobie sytuacji, 
w której można by wyciągać wnioski o nadmiernym ryzyku czy o ryzykownym jego 
zachowaniu podczas lotów itp. Od 1997 roku lataliśmy już jednak w innych jednostkach i na 
różnych typach samolotów, także nic więcej w tej sprawie nie mogę powiedzieć. W 
kontaktach towarzyskich nigdy też nie zauważyłem u niego żadnych ryzykownych czy 
nieracjonalnych zachowań. 
 
Czy Pan - jako pilot - dopuszcza myśl, że mjr Protasiuk mógł ryzykować w Smoleńsku z 
obawy np. przed konsekwencjami odmowy lądowania?
 
- Wątpię w taką możliwość. Członkowie rządowego tupolewa nie byli nowicjuszami. Mieli 
wylatane z najważniejszymi osobami w państwie setki godzin i z pewnością potrafili być 
asertywni. Tutaj niektórzy przypominają o incydencie podczas lotu do Tbilisi. Wobec załogi - 
między innymi również wobec Arka - próbowano co prawda wyciągnąć konsekwencje 
służbowe za działanie zgodne z prawem i w dobrej wierze. I mogło to mieć niekorzystny 
wpływ nie tylko na tamtą załogę, ale i na innych pilotów pracujących w 36. Specjalnym Pułku 
Lotnictwa Transportowego. Ale wysuwanie wniosków, że dowódca załogi świadomie podjął 
ryzyko lądowania z obawy przed ewentualnymi konsekwencjami, jest naprawdę 
niedorzeczne. 
 
Z informacji rosyjskiego MAK wynika, że załoga Tu-154M działała nieprawidłowo i 
nieracjonalnie.
 
- W raporcie MAK nie ma przykładów takich nieracjonalnych zachowań. To powinien być 
dokument bezstronny i przedstawiający tylko fakty i ewentualnie prawdopodobne teorie w 
przypadku braku możliwości jednoznacznego określenia jakichś przyczyn. Natomiast 
wskazuje jako główną przyczynę błędy załogi Tu-154M. 
 
Jak ocenia Pan pracę rosyjskich kontrolerów z 10 kwietnia? 
- Jestem w stanie sobie wyobrazić, że stale pogarszające się warunki atmosferyczne i 
świadomość rangi przylatującej zagranicznej delegacji powodowały, iż obsada wieży 
smoleńskiego lotniska działała pod olbrzymią presją. Do tego trzeba dodać, że Smoleńsk 
Północny jako nieczynne lotnisko wojskowe miał bardzo ograniczone możliwości 
technicznego zabezpieczenia przylotu polskiej delegacji. Mam tu na myśli głównie 
przestarzały sprzęt naprowadzania i brak możliwości lotniskowych służb meteorologicznych 
w szybkim przesyłaniu danych o bieżącej pogodzie i jej trendach w lotniczych depeszach 
METAR i TAF. Podejrzewam, że gdyby załoga mogła zapoznać się z najświeższymi 
depeszami z lotniska Siewiernyj, decyzja o starcie mogła być przesunięta o kilka godzin. Ale 
to już są spekulacje. 
 
Dlaczego - Pana zdaniem - nie skierowano załogi od razu na inne lotnisko? 
- Kontrolerzy powinni zdecydowanie zabronić podejścia i lądowania na Siewiernym i 
skierować tupolewa na lotnisko zapasowe. Jednak Rosjanie zachowywali się biernie w tej 
sytuacji. Nie zabronili załodze wykonania próbnego podejścia do lądowania w nadziei, że po 
stwierdzeniu rzeczywistych warunków poniżej minimum załoga podejmie samodzielną 
decyzję o lądowaniu na lotnisku zapasowym i tym samym zostanie zdjęta z Rosjan wszelka 
odpowiedzialność odnośnie do ewentualnych opóźnień i utrudnień w związku z zaistniałą 
sytuacją. 
 
Raport MAK całkowicie obarcza odpowiedzialnością za katastrofę załogę tupolewa, 
zdejmując ją z kontrolerów.
 
- Raport nie jest do końca obiektywny. Gdyby kontrolerzy zdecydowanie zareagowali na 

background image

pogarszające się warunki meteorologiczne i zamknęli lotnisko, wówczas do tej katastrofy by 
nie doszło. MAK całkowicie bagatelizuje lub pomija jakiekolwiek możliwe błędy lub 
niedociągnięcia rosyjskiej strony. Dlatego myślę, że w ten sposób MAK zdyskredytował się 
jako bezstronna komisja badająca przyczyny katastrofy. 
 
Jak ocenia Pan dotychczasowy tok śledztwa w sprawie katastrofy i sposób jego 
prowadzenia?
 
- Śledztwo ciągle jeszcze trwa i myślę, że na tym etapie bardzo ciekawe mogą okazać się 
wnioski po lotach porównawczych na bliźniaczej jednostce o numerze burtowym 102. Wyniki 
te mogą potwierdzić lub obalić kilka hipotez związanych z decydującymi fazami feralnego 
lotu. 
 
Czego nadal brakuje Panu w dochodzeniu? 
- Chyba wszyscy czekamy na szybkie i sprawne przekazanie wszystkich akt i dowodów 
stronie polskiej, ponieważ dopiero wtedy będzie można zweryfikować prace polskich i 
rosyjskich specjalistów i definitywnie rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. 
 
Dziękuję za rozmowę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Amerykanie pogrozili Gronkiewicz-Waltz? 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Co skłoniło Radosława Sikorskiego, ministra spraw 
zagranicznych, do interwencji u Hanny 
Gronkiewicz-Waltz w obliczu groźby zamknięcia 
Muzeum płk. Ryszarda Kuklińskiego? Wiele 
wskazuje na to, że zareagowały władze USA, które 
zapowiedziały, że w przypadku zamknięcia izby 
pamięci prezydent Warszawy nie będzie mogła 
wjechać na terytorium Stanów Zjednoczonych. 
Faktem jednak jest, że oburzenie Polaków w kraju 

i za granicą miało niebagatelny wpływ na cofnięcie decyzji Urzędu m.st. Warszawy o 
podwyższeniu czynszu, a co za tym idzie - zachowaniu placówki.
 
 
Muzeum, w którym znajduje się Izba Pamięci płk. Ryszarda Kuklińskiego na warszawskiej 
Starówce, groziło zamknięcie z powodu zaskakującego podwyższenia czynszu przez Zakład 
Gospodarowania Nieruchomościami Dzielnicy Śródmieście. W związku z tym, że dr Józef 
Szaniawski, dyrektor muzeum, utrzymujący z własnej kieszeni tę placówkę, nie był w stanie 
sprostać zaproponowanym stawkom, kolejnym krokiem podjętym przez Urząd m.st. 
Warszawy było wypowiedzenie umowy najmu lokalu. ZGN Dzielnicy Śródmieście 
wyznaczył nawet termin jej zamknięcia na 17 lutego. Jednak do tego nie doszło. - Była 
wspólna narada z Wojciechem Bartelskim, burmistrzem Śródmieścia, i okazało się, że można 
obniżyć czynsz. Pan dyrektor Szaniawski wyraził na to zgodę i tak sprawa się skończyła - 
informuje Olga Johann, wiceprzewodnicząca Rady Warszawy. 
Zaskakująca jest ta nagła zmiana decyzji prezydent Gronkiewicz-Waltz co do przyszłości 
lokalu przy ul. Kanonia 20/22, gdzie znajduje się muzeum. Nieco światła rzuca na tę sprawę 
"Tygodnik Solidarność", który dotarł do nieoficjalnych informacji, z których miałoby 
wynikać, że wobec perspektywy zamknięcia placówki Amerykanie zagrozili Hannie 
Gronkiewicz-Waltz zakazem wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych. Jak donosi czasopismo, 
władze tego państwa zaalarmowały również Radosława Sikorskiego, ministra spraw 
zagranicznych, o pogorszeniu stosunków dyplomatycznych z Polską. Ten ostatni wysłał 
zatem pismo do prezydent Warszawy, w którym sprzeciwił się zamknięciu muzeum. Sam 
Szaniawski nic nie wie na temat domniemanych zabiegów Amerykanów. Wskazuje natomiast 
na ogromną mobilizację Polonii na świecie, która telefonowała do niego, by dowiedzieć się 
szczegółów dotyczących groźby zamknięcia muzeum i kierowała wnioski do amerykańskich 
urzędów odpowiedzialnych za wydawanie wizy obcokrajowcom. Zaznacza jednak, że nie 
wie, czego one dotyczyły.  
O tym, że chodziło w nich m.in. o uniemożliwienie Gronkiewicz-Waltz możliwości wyjazdu 
do USA, informuje natomiast Maciej Wąsik, szef klubu PiS w Radzie m.st. Warszawy. - 
Myślę, że nacisk opinii publicznej, zarówno krajowej, jak i przede wszystkim Polonii 
amerykańskiej, oraz działania, które mogły prowadzić do tego, iż pani Gronkiewicz-Waltz 
zostałaby uznana w Stanach Zjednoczonych za persona non grata zadecydowały, iż poleciła 
ona swoim urzędnikom utrzymać dotychczasowe warunki najmu dla Izby Pamięci płk. 
Kuklińskiego - podkreśla Wąsik. 
Dodaje, że radni m.st. Warszawy z PiS również protestowali przeciw zamiarom likwidacji 
placówki. 
 
  

background image

Jacek Dytkowski 

SKOKI na rzecz ewangelizacji 
Radio Maryja, 2011-03-19 

Wczoraj w gmachu Wyższej Szkoły Kultury 
Społecznej i Medialnej w Toruniu nastąpiło 
uroczyste podpisanie umów regulujących 
współpracę Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-
Kredytowych z Fundacją Lux Veritatis. Do przed 
dwoma laty podpisanej umowy między Fundacją a 
Skokiem Stefczyka w zakresie nieodpłatnych 
przelewów na dzieło Radia Maryja oraz karty 
płatniczej, która w trakcie użytkowania stale 
wspomaga dzieła prowadzone przez ojców 

redemptorystów dołączyło sześć spółdzielczych kas: SKOK Wybrzeże, SKOK 
Wspólnota, SKOK Zachodnia, SKOK im. Unii Lubelskiej, SKOK Jowisz oraz Polska 
SKOK. 
 
  

Prawie dwa lata temu zostało zawarte porozumienie między Fundacją Lux Veritatis a Kasą 
Stefczyka w sprawie krzewienia edukacji przeciwdziałającej wykluczeniu społecznemu, 
nieodpłatnych przelewach na Radio Maryja, karty płatniczej, której użytkowanie wspiera 
dzieło Radia Maryja oraz ufundowania specjalnego fundusz stypendialnego dla studentów 
Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Wczoraj do części podjętych przed dwoma 
laty inicjatyw dołączyło sześć spółdzielczych kas SKOK Wybrzeże, SKOK Wspólnota, 
SKOK Zachodnia, SKOK im. Unii Lubelskiej, SKOK Jowisz oraz Polska SKOK. -Wszystkie 
placówki kas, które są oznaczone portretem naszego patrona Franciszka Stefczyka, będą 
przyjmować przelewy na Radio Maryja i Telewizję Trwam nieodpłatnie - mówi Grzegorz 
Bierecki, prezes Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej. - Oprócz tego 
współpracujemy przy wydawaniu karty płatniczej przy rachunku oszczędnościowo-
rozliczeniowym dla słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam. To jest specjalna 
karta płatnicza, która zawiera znak projektu "w rodzinie". Część środków z jej 
funkcjonowania jest przeznaczona na wsparcie dzieła, jakim jest Radio Maryja i dzieła przy 
nim powstałe. Za każdym razem, kiedy klient płaci taką kartą w sklepie, część prowizji, którą 
pobierają różne organizacje płatnicze trafia na wsparcie fundacji Lux Veritatis - dodaje prezes 
i jak zaznacza, że nie jest to dodatkowy koszt ponoszony przez posiadacza takiej karty. - Jest 
koszt ponoszony przez sprzedawcę oraz wydawcę karty, czyli Spółdzielcze Kasy 
Oszczędnościowo-Kredytowe. Część tych środków, tej prowizji, przekazywana będzie na 
fundację Lux Veritatis - podkreśla prezes Bierecki.  
O. Tadeusz Rydzyk, podpisujący umowy w imieniu Fundacji Lux Veritatis, zapytał o kolejne 
możliwości stypendialne dla studentów WSKSiM. - Stypendia obecnie funduje Kasa 
Stefczyka. Jeśli zarządy pozostałych kas zdecydują się na podjęcie tej współpracy, pewnie 
będziemy mieli kolejną uroczystość - odpowiedział Grzegorz Bierecki" prezes Krajowej 
Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej.  
  

Katarzyna Cegielska, Toruń  

 

background image

Ewangelia 
2011-03-19 

Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej 
Maryi Panny 
 

Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził 
się Jezus, zwany Chrystusem. Z narodzeniem Jezusa 
Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, 
z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła 
się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, 
Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie 
chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić 

Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, 
synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego 
jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi 
swój lud od jego grzechów . Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł 
Pański. 

Mt 1,16.18-21.24a 

 

 

Święty Józef - patron Kościoła naszych czasów 

2011-03-19 

Skłonni jesteśmy postrzegać Jana Pawła II przede 
wszystkim jako silnego przywódcę Kościoła, 
którego Opatrzność zesłała nam na trudne czasy, 
duchowy autorytet, mistyka, bohatera szczególnie 
młodych ludzi. Umyka nam czasem przez to coś 
bardzo prostego, niemalże przyziemnego: że był on 
przede wszystkim dla nas jak ojciec. Nie powinno 
to być niczym nowym, wszak jednym z określeń 
namiestnika Chrystusowego na ziemi jest tytuł 

"Ojciec Święty". W osobie "Papieża z dalekiego kraju" sformułowanie to nabrało 
szczególnego wyrazu. Gdzie szukać źródeł owego duchowego ojcostwa? Wydaje się, że 
jednym z nich jest szczególny kult, jaki Papież Polak miał do św. Józefa, Opiekuna 
Świętej Rodziny. W czasie gdy także w naszej Ojczyźnie trwa nieustanna batalia o 
poszanowanie godności każdego człowieka, nie możemy też zapominać, że Jan Paweł II 
wskazał właśnie św. Józefa jako wielkiego rzecznika sprawy obrony życia ludzkiego od 
pierwszej chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci.
 
 
Jan Paweł II był ojcem dla milionów młodych ludzi, którzy przybywali na Światowe Dni 
Młodzieży, takim go postrzegali pielgrzymi, z którymi spotykał się podczas audiencji i ponad 
stu pielgrzymek apostolskich. Starsi i młodsi, zdrowi i chorzy, bogaci i biedni - wobec 
wszystkich był Ojcem Świętym. Aby chociaż trochę zrozumieć istotę tego papieskiego 
duchowego ojcostwa, spróbujmy zatrzymać się przy postaci św. Józefa. Karol Wojtyła 
spotykał się z nim już od dziecka, gdyż był związany z wadowickim sanktuarium św. Józefa 

background image

Ojców Karmelitów Bosych. Tam właśnie przyjął szkaplerz karmelitański, tam uczył się też 
miłości do Matki Bożej. Już jako Papież przekazał jako dar Pierścień Rybaka, aby 
przyozdobić obraz św. Józefa w wadowickiej świątyni. 
Swej szczególnej czci dla św. Józefa dał wyraz, dedykując Opiekunowi Świętej Rodziny 
jedną ze swych adhortacji apostolskich, aby "wszyscy żywili coraz większe nabożeństwo do 
patrona Kościoła powszechnego i miłość do Odkupiciela, któremu on tak przykładnie służył". 
Poświęcony człowiekowi, któremu "Bóg powierzył straż nad swymi najcenniejszymi 
skarbami", papieski dokument "Redemptoris custos" został podpisany 15 sierpnia 1989 roku. 
Wątki, które można w nim odnaleźć, pojawiły się wielokrotnie wcześniej w katechezach 
papieskich, licznych rozważaniach, tekstach maryjnych. Adhortacja zawiera refleksje 
dotyczące duchowej pielgrzymki Opiekuna Świętej Rodziny, począwszy od Jego pełnej 
zaufania zgody na podjęcie zadań, które mu Bóg wyznaczył (a które - jak podkreśla 
wielokrotnie Jan Paweł II - można potraktować jako echo tak ważnego dla historii zbawienia 
"fiat", wypowiedzianego przez Matkę Chrystusa), aż po aspekty ludzkiej miłości, łączącej go 
z Maryją i Jezusem.  
Znamienne jest to, że Jan Paweł II wiele miejsca poświęca ukazywaniu prawdziwie ludzkiego 
oblicza ojcostwa św. Józefa. Nie jest to przypadek. Wiedział, że tylko osoba "z krwi i kości", 
na wskroś bliska nam, "uwikłana" w ziemskie realia - a jednak potrafiąca odnaleźć się w nich, 
mimo przeciwności wytrwać w wierności Bogu, uszanować Tajemnicę - może fascynować, 
być czytelnym wzorem dla człowieka przełomu wieków. 
 
W służbie ojcostwa 
Skłonni jesteśmy postrzegać osobę Opiekuna Świętej Rodziny jako element tła historii 
zbawienia. Często w refleksji teologicznej, praktyce duszpasterskiej jego ojcostwo jest 
ukazywane z dużym dystansem. Raczej akcentowana jest prawda, skądinąd słuszna, że 
prawdziwym Ojcem Jezusa był Bóg. Święty Józef - co podkreślają kaznodzieje - był "tylko" 
opiekunem. Więcej - w naszym myśleniu o nim nie brakuje stereotypów: podstarzały pan, 
któremu Opatrzność przypisała zaszczytną rolę w historii zbawienia, funkcjonujący na 
obrzeżach Ewangelii; zajęty ciężką pracą w warsztacie, posłuszny poleceniom anioła, został 
wpleciony w bieg wydarzeń, których nijak nie potrafił pojąć. Patron mężczyzn, ojców, rodzin. 
Rodzi się w tym miejscu chęć postawienia nieco prowokacyjnego pytania: czy ktoś taki może 
być patronem dla ludzi, którzy nade wszystko cenią sobie dynamizm, inicjatywę, 
przebojowość? Jaki wzór w św. Józefie znajdują młodzi ojcowie? 
Jan Paweł II burzy stereotypy. Ukazuje w swym nauczaniu św. Józefa jako kogoś, kto 
aktywnie uczestniczy w historii zbawienia. Tu nie ma miejsca na tani sentymentalizm - jest 
twarda ojcowska miłość, troska o codzienny byt, świadomość odpowiedzialności za zadania, 
jakie z woli Bożej przyszło mu wypełnić. Jest miejsce na ludzką miłość, realizującą się "przez 
gesty codziennego życia rodzinnego", manifestującą się przez służbę, składanie daru z siebie, 
"ze swego serca i wszystkich zdolności". Ojciec Święty, autor (jeszcze jako biskup Krakowa) 
ważnego dzieła "Miłość i odpowiedzialność", ten aspekt życia św. Józefa w adhortacji 
szczególnie mocno akcentuje. Miłość ta była pełna, autentyczna, pozbawiona gry pozorów. 
Może być - jak podkreśla Papież - wbrew stereotypom i fałszywym opiniom, wzorem miłości 
zwyczajnej, codziennej, na wskroś ludzkiej także na progu XXI wieku!  
Prawdziwa i odpowiedzialna miłość zawsze otwarta jest na życie ludzkie. Święty Józef 
uchronił Jezusa od okrucieństwa Heroda i wszystkich jego popleczników. Właśnie dlatego w 
niezwykle doniosłej homilii w sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu (4 czerwca 1997 r.) 
Jan Paweł II określił Opiekuna Świętej Rodziny wielkim rzecznikiem sprawy obrony życia 
ludzkiego od pierwszej chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Polecił jednocześnie Bożej 
Opatrzności i świętemu Józefowi życie ludzkie, zwłaszcza życie nienarodzonych w naszej 
Ojczyźnie i na całym świecie. I to kolejny bardzo ważny temat do refleksji w czasie naszych 

background image

rekolekcji. 
 
Obronić każde życie 
Jan Paweł II, nauczając w taki sposób o św. Józefie, ukazuje zarazem wielkie znaczenie 
ojcostwa w świecie, który je w tragiczny sposób zdeprecjonował, zmarginalizował - 
szczególnie w krajach, "gdzie religia i życie chrześcijańskie kwitły, dziś zaś wystawione są na 
ciężką próbę". Nie służą temu wzrastająca liczba rozwodów czy sprowadzenie rodzicielstwa 
do techniki. Dziś ojcowie zdezerterowali, pozostawili wychowanie dziecka żonie, 
zdystansowali się od zadań, jakie powinni wypełnić. Stali się niejako dodatkiem do nowo 
powstałego życia. Jan Paweł II widzi rysujące się zagrożenia i zarazem dostrzega szansę na 
zmianę tego stanu rzeczy. Nazywa św. Józefa "patronem Kościoła naszych czasów". "Kościół 
widzi w nim wspaniały wzór nie tylko dla poszczególnych stanów życia, ale dla całej 
chrześcijańskiej wspólnoty". Widzi w nim szansę na odrodzenie się i przywrócenie 
pierwotnego blasku słowu "ojciec". Jeżeli się to nie dokona, całą cywilizację chrześcijańską 
czeka tragiczna w skutkach degradacja. 
Degradacja czeka nas również, gdy ludzkość się nie opamięta i nie zacznie troszczyć się o 
życie poczęte. Właśnie w kaliskim sanktuarium św. Józefa, obrońcy i troskliwego opiekuna 
Jezusa, Jan Paweł II przestrzegał: "Miarą cywilizacji - miarą uniwersalną, ponadczasową, 
obejmującą wszystkie kultury - jest jej stosunek do życia. Cywilizacja, która odrzuca 
bezbronnych, zasługuje na miano barbarzyńskiej. Choćby nawet miała wielkie osiągnięcia 
gospodarcze, techniczne, artystyczne oraz naukowe". Mocne to słowa. Okazuje się bowiem, 
że kraje szczycące się tym, że są wysoko rozwinięte cywilizacyjnie poprzez to, że legalizują 
aborcję, eutanazję, in vitro, w rzeczywistości są barbarzyńskie! W osobistym przygotowaniu, 
i jako cały Naród, do beatyfikacji Jana Pawła II, musimy zadać sobie pytanie: jak wygląda 
sprawa obrony życia ludzkiego w naszej Ojczyźnie? Smutną prawdę obnażyła choćby debata 
związana z próbą legalizacji zapłodnienia in vitro w Polsce. Posłowie, którzy określają się 
katolikami, nie są w stanie przyjąć jednoznacznych rozwiązań, które byłyby zgodne z 
nauczaniem Kościoła, i odrzucić tę nazywaną "zakamuflowaną aborcją" metodę jako 
niemoralną. - Bądźcie solidarni z życiem! - wołał Ojciec Święty przed laty w sanktuarium 
Świętego Józefa w Kaliszu. To wezwanie przed beatyfikacją naszego wielkiego rodaka 
powinno dotrzeć do każdego z nas i skłonić do działania. 
 
  

ks. Paweł Siedlanowski 

 
 
 

  

 

W najbliższą środę zapraszamy na spotkanie rekolekcyjne ze św. Tomaszem z Akwinu, 
którego Ojciec Święty w encyklice "Fides et ratio" nazwał mistrzem sztuki myślenia. 
 
  

 

Święty Józef jest wzorem dla pokornych, których chrześcijaństwo wynosi do wielkich 
przeznaczeń; dowodzi on, że aby być dobrym i autentycznym naśladowcą Chrystusa, nie 
trzeba dokonywać "wielkich rzeczy", ale wystarczy posiąść cnoty zwyczajne, ludzkie, proste - 
byle prawdziwe i autentyczne. (Jan Paweł II, Redemptoris custos, 24) 

background image

 
  

 

POMYŚL! - Jaka jest twoja rodzina? Czy jest otwarta na życie i odrzuca wszystko to, co w 
nie godzi? - Jeśli jesteś ojcem - czy robisz wszystko, co w twojej mocy, aby twoja rodzina 
stawała się sanktuarium życia, szkołą miłosierdzia, miejscem kształtowania się dojrzałości 
ludzkiej? - Czy jesteś tym, który uczy odpowiedzialności, wierności danemu słowu, trwania 
przy raz obranych zasadach? - Czy masz odwagę bronić nauczania Jana Pawła II w kwestii 
obrony życia ludzkiego? - Czy nie popierasz osób, wydawnictw, publikacji, które służą 
cywilizacji śmierci? Od odpowiedzi na te pytania naprawdę wiele zależy... 
 
  

 

Modlitwa Papieża Leona XIII do św. Józefa Do Ciebie, święty Józefie, uciekamy się w naszej 
niedoli. Wezwawszy pomocy Twej Najświętszej Oblubienicy, z ufnością również błagamy o 
Twoją opiekę. Przez miłość, która Cię łączyła z Niepokalaną Dziewicą Bogarodzicą i przez 
ojcowską Twą troskliwość, którą otaczałeś Dziecię Jezus, pokornie błagamy: wejrzyj 
łaskawie na dziedzictwo, które Jezus Chrystus nabył Krwią swoją, i swoim potężnym 
wstawiennictwem dopomóż nam w naszych potrzebach. Opatrznościowy Stróżu Bożej 
Rodziny, czuwaj nad wybranym potomstwem Jezusa Chrystusa. Oddal od nas, ukochany 
Ojcze, wszelką zarazę błędów i zepsucia. Potężny nasz Wybawco, przybądź nam łaskawie z 
niebiańską pomocą w tej walce z mocami ciemności. A jak niegdyś uratowałeś Dziecię Jezus 
z niebezpieczeństwa, które groziło Jego życiu, tak teraz broń świętego Kościoła Bożego od 
wrogich zasadzek i od wszelkich przeciwności. Otaczaj każdego z nas nieustanną opieką, 
abyśmy za Twoim przykładem i Twoją pomocą wsparci mogli żyć świątobliwie, umrzeć 
pobożnie i osiągnąć wieczną szczęśliwość w niebie. Amen. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Oni wskażą prezesa 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Sejm wybrał pięciu członków powstającej Rady 
Instytutu Pamięci Narodowej, której głównym 
zadaniem będzie rozpisanie konkursu i wskazanie 
kandydata na prezesa IPN. Stanowisko to wakuje 
od blisko roku po śmierci Janusza Kurtyki w 
katastrofie smoleńskiej. Głosowanie zbojkotowało 
PiS. Członkowie tego ugrupowania uważają, że 
kandydatów nie sprawdzono pod kątem 
współpracy ze służbami specjalnymi.
 

 
Do Rady IPN zostali wybrani: badacz dziejów najnowszych prof. Andrzej Chojnowski; 
obecny członek Kolegium IPN z rekomendacji PiS, były doradca prezesa IPN prof. Antoni 
Dudek; prof. Andrzej Friszke, historyk okresu PRL, były członek Kolegium IPN; inny badacz 
PRL prof. Andrzej Paczkowski, obecny członek Kolegium IPN z rekomendacji PO; i dr hab. 
Tadeusz Wolsza (PAN), historyk dziejów najnowszych. Podczas sejmowego głosowania 
najwięcej posłów poparło Paczkowskiego (253 głosy), Dudka (250), Chojnowskiego i 
Friszkego po 245 głosów oraz Wolszę (236). Pozostali kandydaci uzyskali nieznaczące 
poparcie. 
Głosowanie zbojkotowali posłowie PiS. W ich ocenie, jest ono nieważne, ponieważ 
kandydatów nie sprawdzano pod kątem pracy w cenzurze PRL i współpracy z obecnymi 
służbami RP. - Jeśli tej wiedzy nie mamy, to wybór będzie nieważny - mówił Ryszard 
Terlecki (PiS). Jednak zdaniem marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny, nawet gdyby miał taką 
wiedzę, to jest ona ściśle tajna i nie mógłby się z nią podzielić. Po tym stwierdzeniu poseł PiS 
Antoni Macierewicz zapowiedział, że nie będzie głosował. Za jego przykładem poszli inni 
parlamentarzyści PiS, poza jednym.  
Szef Zgromadzenia Elektorów, którzy wskazywali kandydatów na członków Rady, prof. Jan 
Kofman ocenił, że protesty PiS są niezasadne. - Praktyka była taka, że przeszłość takich osób 
sprawdzano po wyborze - podkreślił. Kofman przyznał, że nie ma precyzyjnego zapisu o 
sprawdzaniu, czy kandydaci nie mają powiązań z obecnymi służbami RP. 
- Wszyscy to są historycy zawodowi, ze znaczącym dorobkiem naukowym - mówi poseł 
Zbigniew Girzyński (PiS), z wykształcenia historyk. - Z wyjątkiem prof. Friszkego, który 
działa na rzecz środowiska "Gazety Wyborczej", reszta starała się zachowywać pewien 
dystans i obiektywizm w swoich działaniach, natomiast zobaczymy, jak się ukształtuje potem 
cały skład Rady IPN - dodaje poseł.  
Swoich kandydatów do Rady wyłonił już wcześniej Senat. Senatorowie wybrali dr. hab. 
Grzegorza Motykę (PAN), specjalizującego się w tematyce ukraińskiej i historii UPA. 
Środowiska kresowe zarzucają mu "gloryfikację" nacjonalistów ukraińskich. Drugim 
członkiem Rady został prof. Bolesław Orłowski (PAN) zajmujący się dziejami techniki. 
Dwóch kandydatów ma jeszcze wskazać prezydent Bronisław Komorowski. Według 
medialnych spekulacji mają to być prokurator IPN Antoni Kura i sędzia Sądu Najwyższego w 
stanie spoczynku Andrzej Wasilewski. 
Nie wiadomo, kiedy ostatecznie ukonstytuuje się nowa Rada. Rzecznik IPN Andrzej Arseniuk 
zaznaczył, że aby p.o. prezes Instytutu zwołał posiedzenie tego gremium, najpierw do 
Instytutu muszą wpłynąć oficjalne informacje o wyborze członków Rady. - Obecnie nie 
można jeszcze określić terminu jej zwołania - stwierdził. 
Głównym zadaniem Rady będzie rozpisanie konkursu i wskazanie kandydata, spoza swego 
grona, na prezesa IPN. 

background image

Według mediów, faworytami mają być szefowie oddziałów IPN: warszawskiego - Jerzy 
Eisler, i krakowskiego - Marek Lasota, oraz prof. Paweł Machcewicz. 
- Z tych trzech nazwisk wydaje mi się, że najbardziej właściwym człowiekiem, sprawnym 
organizacyjnie, byłby dr Lasota - ocenia Girzyński. - Każdy ma spory dorobek naukowy, 
natomiast jeśli chodzi o zdolności organizacyjne, mam duże uznanie dla dr. Lasoty, mimo że 
to nie jest człowiek z mojego obozu politycznego, był radnym PO przecież, ale wykazał się 
dużymi organizacyjnymi sukcesami, czego nie mogę powiedzieć o panu Machcewiczu, który 
od kilku lat nie może zorganizować muzeum II wojny światowej. A ta inicjatywa jest 
wspomagana ogromnymi środkami finansowymi - mówi.  
- Najbardziej się obawiam przy wyborze prezesa niższej większości sejmowej, my jako PiS 
musieliśmy szukać porozumienia z innymi środowiskami politycznymi, ponieważ 
obowiązywała większość kwalifikowana, natomiast w tym przypadku PO nie będzie 
potrzebowała szukać takiego porozumienia z uwagi na zwykłą większość głosów - zwraca 
uwagę poseł. 
 
  

Zenon Baranowski 

 

 

Opozycja nie składa broni 

Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Opozycja planuje strategię działań, po tym jak 
sejmowa Komisja Obrony Narodowej odrzuciła 
wniosek o dezyderat w sprawie publikacji "białej 
księgi" zawierającej kalendarium oraz 
dokumentację działań i decyzji rządu związanych z 
badaniem przez stronę polską i rosyjską przyczyn i 
okoliczności katastrofy smoleńskiej. Zdaniem 
posłów Prawa i Sprawiedliwości, istotne jest, żeby 
środki przez nich podejmowane były częścią 

dobrze zorganizowanej i spójnej akcji. 
 
- Nie składamy broni, pomimo tego, że koalicja rządząca - niestety razem z Sojuszem Lewicy 
Demokratycznej - odrzuciła nasz dezyderat. Chodziło nam przecież o zwykły spis 
faktograficzny. Nie było to nic groźnego dla obecnych rządów. Okazało się jednak, że oni coś 
przed nami ukrywają - ocenia odrzucenie dezyderatu przez sejmową Komisję Obrony 
Narodowej poseł Marek Opioła (PiS). Parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości 
zastanawiają się obecnie nad sposobami uzyskania od rządu informacji, które miała zawierać 
proponowana przez nich "biała księga". - Są to rzeczy dla nas bardzo ważne i zamierzamy je 
skonsultować. Istnieje przecież Parlamentarny Zespół ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-
154M z 10 kwietnia 2010 r., więc chcemy skoordynować wzajemne działania - zauważa 
Opioła. Podkreśla, że istotne jest, żeby były one spójne, "jak to miało miejsce do tej pory". 
Ludwik Dorn (niezrzeszony), który uzasadniał na środowym posiedzeniu komisji wniosek o 
dezyderat dotyczący "białej księgi", wskazuje na szereg możliwości podjęcia dalszych 
działań. Jego zdaniem, jeszcze jesienią ubiegłego roku można było powołać rodzaj "zespoliku 
poselskiego, ale nie tylko poselskiego, i żądać bardzo konkretnych informacji". - Jeżeli 

background image

większość rządowa odmawia opublikowania "białej księgi", wtedy można dopytywać o 
pewne konkretne sprawy, o których się wie, lecz niejasno, bądź podejrzewa, że one istnieją - 
informuje Dorn. W jego opinii, takie możliwości stwarza tryb interpelacji i zapytań 
poselskich. - Byłoby to rolą posłów, ale mogą również w te działania angażować się osoby 
niebędące parlamentarzystami w trybie dostępu do informacji publicznej - konkluduje poseł. 
Autorami wniosku o uchwalenie dezyderatu zwracającego premierowi uwagę, by 
doprowadzić do opublikowania dokumentu podającego m.in. podłoże podejmowanych 
decyzji w sprawie wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, są posłowie PiS. Próbowali go 
przeforsować na środowym posiedzeniu sejmowej komisji. Dorn, uzasadniając wniosek, 
podkreślił, że część opinii publicznej, środowisk eksperckich, politycznych nie podziela 
pozytywnej oceny, jaką wystawił sobie premier Donald Tusk w sprawie jego działań 
dotyczących wyjaśnienia przyczyn katastrofy, w której zginął prezydent Lech Kaczyński wraz 
z całą delegacją 10 kwietnia 2010 roku. - Chcielibyśmy, żeby w "białej księdze" znalazł się 
całokształt decyzji podejmowanych przez rząd. Mamy bowiem na ten temat do czynienia z 
ostrym sporem i kontrowersją. Problem polega na tym, że do dziś zbiór bezspornych faktów 
na ten temat jest bardzo niewielki - argumentował Dorn. 
Zaznaczył, że wciąż premier do tej pory nie udzielił informacji, na jakich rekomendacjach i 
ekspertyzach opierał się, m.in. gdy zadecydowano, że podstawą prawną dla prowadzonego 
dochodzenia będzie "konwencja chicagowska i jej 13 załącznik".  
Zabiegi posłów PiS o uchwalenie dezyderatu nie spodobały się parlamentarzystom PO. Poseł 
Czesław Mroczek (PO) próbował zbagatelizować problem, uzasadniając, że ten temat 
katastrofy smoleńskiej i zastosowanych procedur prawnych był już wielokrotnie wyjaśniany 
na posiedzeniach komisji sejmowych oraz przez samego szefa rządu. - Premier mówił, że 
bierze na siebie odpowiedzialność za wybór konwencji chicagowskiej. Może to wam się 
podobać lub nie - stwierdził. Posłowie PO próbowali zablokować rozpatrywanie dezyderatu. 
Mroczek postawił w tym celu wniosek formalny, by zakończyć dyskusję. Jednak Mariusz 
Kamiński, poseł PiS, wskazał, powołując się na ekspertyzy Biura Analiz Sejmowych, że 
podczas posiedzenia komisji nie można zabronić części dyskusyjnej podczas rozpatrywania 
dezyderatu. Jego opinię potwierdził Stanisław Wziątek (SLD), przewodniczący komisji.  
- Wniosek, jaki przedłożył poseł Dorn, ma doniosłe znaczenie. Nie reprezentuje on żadnej ze 
stron debaty. To wniosek, którego spodziewałbym się m.in. po przewodniczącym komisji - 
starał się przekonać parlamentarzystów PO do uchwalenia dezyderatu poseł Antoni 
Macierewicz (PiS). Zaznaczył, że niepokój budzą m.in. zadziwiające przecieki do mediów 
sugerujące winę załogi za spowodowanie katastrofy oraz zwlekanie z ujawnieniem polskiego 
raportu końcowego Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego Jerzego 
Millera, ministra spraw wewnętrznych i administracji, która ma wyjaśnić, co wydarzyło się 10 
kwietnia pod Smoleńskiem. Dodał jednocześnie, że oczekuje również wytłumaczenia, 
dlaczego nie zaangażowano w śledztwo Sojuszu Północnoatlantyckiego. - Prosimy o jawną 
dokumentację obrazującą proces podejmowania decyzji w trybie administracyjnym - mówił 
Macierewicz. Wyraził opinię, że ewentualne odrzucenie dezyderatu będzie świadczyło, że 
posłowie PO chcą chronić rząd premiera Tuska, "który ma coś do ukrycia". 
Niestety jego obawy potwierdził dalszy przebieg posiedzenia. Wziątek zarządził głosowanie. 
Zwyciężyli przeciwnicy uchwalenia dezyderatu. Większość - 15 posłów - była przeciw 
uchwale, w stosunku do 12 popierających ją. 
 
  

Jacek Dytkowski 

 

background image

Parulski: Mogli nas deportować 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Ustne uzgodnienia dokonane ze stroną rosyjską tuż 
po katastrofie Tu-154M w Smoleńsku nie dawały 
polskim śledczym pewności, że przed oficjalnym 
przyjęciem wniosku o pomoc prawną zostaną 
dopuszczeni do czynności na terenie katastrofy. Jak 
sugerował gen. Krzysztof Parulski, zastępca 
prokuratora generalnego, podczas wysłuchania 
przed senacką Komisją Obrony Narodowej, 
"polscy śledczy jako umundurowani oficerowie 

NATO mogli być deportowani w momencie postawienia stopy na rosyjskim gruncie". 
 
Tuż po przylocie polskich prokuratorów wojskowych do Smoleńska, w nocy z 10 na 11 
kwietnia 2010 roku, odbyło się posiedzenie, w którym oprócz polskich prokuratorów 
uczestniczyli po stronie polskiej funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i 
szef Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Głównej Żandarmerii. Spotkanie miało 
na celu określenie ram współpracy ze stroną rosyjską. W tym czasie wprawdzie wniosek o 
pomoc prawną był już sformułowany, jednak nie został jeszcze przesłany faksem stronie 
rosyjskiej. Tymczasem działania strony polskiej miały być nim mocowane. - A więc 
wszystko, co czyniliśmy, to były wstępne ustne uzgodnienia, które miały nam zapewnić 
niejako możliwość jak najbardziej skutecznego działania w interesie Polski - relacjonował 
gen. Krzysztof Parulski. Wśród tych ustnych uzgodnień znalazło się zapewnienie Rosjan, że 
polscy oficerowie mają prawo do udziału w czynnościach na miejscu katastrofy oraz to, że 
śledczy w ogóle mogą przebywać na terenie Federacji Rosyjskiej. - Byliśmy przecież 
umundurowanymi oficerami NATO i mogliśmy być po prostu deportowani w momencie 
postawienia stopy na rosyjskim gruncie. A zostaliśmy przyjęci jako partnerzy do rozmów - 
mówił gen. Parulski. Strony podczas spotkania pod przewodnictwem Aleksandra Bastrykina, 
pierwszego zastępcy prokuratora generalnego, ustalili zakres działań i Rosjanie m.in. zgodzili 
się na propozycję strony polskiej, by ze wszystkich zwłok pobierać podwójne próbki do 
badań genetycznych (na potrzeby badań genetycznych w Polsce i Rosji). Co ciekawe, 
Rosjanie już wówczas byli pewni, że katastrofa nie była efektem działania osób trzecich. Jak 
jednak zapewnił gen. Parulski, dla polskich śledczych ta sprawa wciąż nie jest zamknięta. - Ja 
żadnych porozumień z Rosjanami, mówiących o tym, że wykluczamy kwestie zamachu, nie 
zawierałem (...) polska prokuratura prowadzi niezależne śledztwo i już w pierwszych dniach 
przekazywaliśmy, że jedną z wersji tego śledztwa jest kwestia zamachu. My tego nie 
negowaliśmy - zaznaczył. Jak uznał, Rosjanie w swoich działaniach już w pierwszych dniach 
przeprowadzili ekspertyzy, które miały potwierdzić albo wykluczyć użycie odpowiednich 
materiałów wybuchowych na pokładzie samolotu Tu-154M. Śladów takich materiałów na 
elementach wraku badania rosyjskie nie wykazały. 
W ocenie mec. Bartosza Kownackiego, pełnomocnika kilku rodzin ofiar katastrofy, sam fakt, 
iż zezwolono polskim oficerom na wjazd na teren Federacji Rosyjskiej i dopuszczono ich do 
prac na miejscu katastrofy, bazując tylko na ustnych ustaleniach, pokazuje, że sprawnie 
działając w tej wyjątkowej sytuacji, można było wiele uzyskać od strony rosyjskiej. Jak 
ocenił, wypowiedź gen. Parulskiego przed senacką komisją była zbyt pochopna. Jeśli byłoby 
inaczej, to powstaje pytanie o podejście polskich śledczych do wykonywanych w Smoleńsku 
czynności. - Sytuacja była wyjątkowa i należało wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. 
Mogę tylko wyrazić moją nadzieję, że prokuratorzy nie kierowali się obawą o deportowanie 
czy zatrzymanie przez stronę rosyjską. Byłoby bardzo źle, gdyby tak się działo. Taka sytuacja 

background image

mogłaby ograniczać zakres podejmowanych przez nich działań. Mam nadzieję, że żaden z 
prokuratorów na poważnie nie brał pod uwagę takiej okoliczności - ocenił. Jak zaznaczył 
mec. Kownacki, zawsze najważniejsze jest dobro śledztwa i nie można go ważyć np. z groźbą 
deportacji. - Lepiej jest się narazić, liczyć się z deportacją, ale należy skrupulatnie 
wykonywać swoje obowiązki. Zresztą nie sądzę, by Rosjanie posunęli się do takiego 
rozwiązania. Mielibyśmy wówczas bardzo jasną ocenę ich intencji - dodał. 
 
  

Marcin Austyn 

Przez kogo drożeje cukier 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Sejm debatował nad wnioskiem posłów Prawa i 
Sprawiedliwości o odwołanie Marka Sawickiego ze 
stanowiska. Poparcie wniosku PiS zapowiedział też 
SLD. Premier Donald Tusk oceniał, iż Sawicki jest 
świetnym ministrem, Sawicki tłumaczył, że w 
rolnictwie "tragedii nie ma", opozycja zwracała 
natomiast uwagę na pogarszającą się pod rządami 
PO - PSL sytuację na rynkach rolnych i drożejącą 
żywność na sklepowych półkach.
 

 
Po zgłoszeniu wotum nieufności wobec ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka oraz 
ministra obrony narodowej Bogdana Klicha opozycja postanowiła przekonać, że w polskim 
rządzie nie powinien zasiadać także minister rolnictwa Marek Sawicki. Pod adresem szefa 
resortu rolnictwa wnioskodawcy z Prawa i Sprawiedliwości wysunęli pokaźną liczbę 
zarzutów. Minister rolnictwa w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Jurgiel 
powiedział, iż złożenie wniosku o wotum nieufności wobec Sawickiego było koniecznością, 
aby minister dłużej "nie krzywdził polskiej wsi", a do złożenia wniosku - wyjaśniał Jurgiel - 
posłów PiS skłoniły opinie wielu mieszkańców wsi, których minister Sawicki miał zawieść. - 
Złożyliśmy wniosek o wotum nieufności wobec ministra Sawickiego, bo nie poprawia się na 
wsi. Działania ministra prowadzą do ubóstwa polskiej wsi - stwierdził Jurgiel. Zaznaczył, że 
powodów, dla których minister Sawicki powinien przestać być ministrem, jest wiele. W 
ocenie Jurgiela, polityka prowadzona przez rząd wobec polskiej wsi doprowadziła do 
destabilizacji na rynkach rolnych - m.in. do zapaści na rynku mleka, wieprzowiny czy zbóż. 
Zarzucono Sawickiemu m.in., że za jego rządów zmniejszyło się pogłowie krów, 
likwidowane są kolejne mleczarnie, a minister zgodził się na postulaty zawarte w przeglądzie 
Wspólnej Polityki Rolnej likwidacji kwot mlecznych od 2015 r., jak również wyraził zgodę 
na likwidację dopłat do prywatnego przechowywania serów oraz dopłat do zakupu śmietanki, 
masła i masła skoncentrowanego. 
Opozycja zwracała uwagę, że już niedługo możemy stać się importerem mięsa wieprzowego. 
Wyliczono, iż pod rządami ministra Sawickiego doszło do gwałtownego spadku pogłowia 
trzody chlewnej w naszym kraju, do poziomu z 1964 roku, a działania dużych grup 
producentów mięsa, najczęściej powiązanych z kapitałem zagranicznym, spowodowały 
napływ mięsa z innych krajów. Ministrowi rolnictwa zarzucono również, że spóźnił się z 
wnioskiem do Unii Europejskiej o podjęcie decyzji w sprawie wprowadzenia cła na dostawy 
zbóż spoza Unii, a ponadto szef resortu rolnictwa miał nie zareagować na sprowadzanie do 
kraju tanich i słabej jakości zbóż z innych państw. 

background image

Jurgiel wytknął też Sawickiemu prowadzenie nieskutecznej polityki europejskiej. Do 
priorytetów rozpoczynającej się w czerwcu naszej półrocznej prezydencji w Unii Europejskiej 
nie wpisano bowiem działań na rzecz zrównania dopłat dla polskich rolników z unijnymi 
dopłatami dla rolników z Europy Zachodniej. A w zaakceptowanym przez rząd w mijającym 
tygodniu programie naszej prezydencji nie zapisano jednoznacznie, czy chcemy równych 
dopłat, czy nie. - To jest półtora miliarda euro rocznie więcej dla polskich rolników. W 7-
letniej perspektywie budżetowej Unii to 42 miliardy złotych więcej dla polskiej wsi. Dlaczego 
pan nie chce dać tych pieniędzy polskim rolnikom? - pytał Jurgiel. Klub Prawa i 
Sprawiedliwości zarzucił ministrowi rolnictwa także wprowadzenie chaosu i nepotyzm w 
instytucjach rolnych - m.in. nieprawidłowości przy zwalnianiu pracowników. Minister 
Sawicki został również oskarżony o lekceważenie dezyderatów, które do niego kieruje 
sejmowa komisja rolnictwa, zmniejszanie środków na rolnictwo i rozwój obszarów wiejskich.  
Opozycja wytknęła także drożyznę w sklepach. Jurgiel stwierdził, iż rząd prowadzi politykę 
pod hasłem: "Wszystko po 5 złotych - chleb, cukier, benzyna". Ceny cukru akurat już dawno 
5 złotych przekroczyły. O to jednak, kto jest winien tak gwałtownego wzrostu cen cukru, 
toczyła się zaciekła dyskusja. Jurgiel zarzucił Sawickiemu, że to minister rolnictwa 
doprowadził do ograniczenia produkcji cukru w Polsce. Premier Donald Tusk winił 
Krzysztofa Jurgiela, który jako minister rolnictwa rozmawiał na temat reformy rynku cukru w 
Brukseli. Jurgiel z kolei oświadczył, iż jest dumny z tego, że na tę reformę się nie zgadzał. 
Prezes PSL, wicepremier Waldemar Pawlak oświadczył z kolei, iż wysokie ceny cukru to 
efekt spekulacji na rynkach światowych. Spekulacji najwyraźniej musieli jednak uniknąć nasi 
sąsiedzi z Czech czy Niemiec, gdzie można się w cukier zaopatrzyć nawet za połowę jego 
ceny w Polsce.  
Ministra rolnictwa bronił premier Tusk. Szef rządu przekonywał, że Sawicki jest świetnym 
ministrem rolnictwa, który zarówno na forum rządu, jak i w Brukseli broni interesu polskich 
rolników. - 10 miliardów złotych więcej wart jest eksport polskich artykułów rolnych i 
spożywczych niż import. Także dzięki polityce zagranicznej rządu minister Sawicki mógł 
uzyskać 2,6 miliarda tej nadwyżki w Rosji i 2,5 miliarda w Niemczech - wyliczał premier. 
Zawsze w takich przypadkach można jednak zapytać: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest 
tak źle?  
Merytorycznego odniesienia się do zarzutów premier jednak unikał. Zdecydowaną większość 
swojego przemówienia poświęcił atakom na Prawo i Sprawiedliwość. Tusk oskarżył PiS, iż 
"połamało sobie zęby na wielkich miastach" i dlatego teraz wymyśliło strategię: "uderzamy 
na polską wieś", gdyż od kilku tygodni intensywnie krytykuje politykę rządu wobec wsi.  
Do zarzutów opozycji merytorycznie próbował ustosunkowywać się minister Sawicki. Ocenę 
sytuacji miał jednak zupełnie inną niż opozycja. - Szczególnie boli mnie zarzut braku 
prowadzenia aktywnej polityki europejskiej. Walczę o aktywną, prorozwojową politykę rolną, 
o odejście od historycznych uwarunkowań i oparcie płatności bezpośrednich na obiektywnych 
kryteriach. Opowiadam się za tym, by budżet na Wspólną Politykę Rolną był nie mniejszy niż 
obecnie - mówił Sawicki. Zaznaczył, iż jako minister uczestniczył we wszystkich 
posiedzeniach Rady Ministrów UE, zgłaszając wnioski dotyczące m.in. podjęcia interwencji 
na rynku mleka, wieprzowiny i zbóż. Sawicki wyjaśniał m.in., że jesteśmy liderem w 
wykorzystaniu unijnych środków w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 
2007-2013, w latach 2010-2012 uzyskaliśmy dodatkowe środki na dopłaty bezpośrednie na 
kwotę 90 milionów euro, a kondycja materialna polskich rolników się poprawia. - Nie 
oznacza to wcale, że sytuacja w rolnictwie jest dobra, ale tragedii też nie ma - dodał Sawicki. 
 
  

Artur Kowalski 

background image

To doraźne rozwiązanie 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Z poseł Małgorzatą Sadurską, sprawozdawcą 
projektu PiS dotyczącego zmian w systemie 
emerytalnym, rozmawia Małgorzata Goss
 
 
Projekt PiS dotyczący zmian w systemie 
emerytalnym, który wprowadzał zasadę 
dobrowolności przynależenia do OFE, został 
odrzucony przez Sejm w pierwszym czytaniu 
głosami koalicji rządzącej PO - PSL.
 

- Nasz projekt powstał z myślą o tym, aby przywrócić zasadę równości wszystkich Polaków i 
wolności decydowania, czyli stan zgodny z Konstytucją. Reforma emerytalna z 1999 r. 
podzieliła Polaków: jednym dała możliwość swobodnego wyboru, innych przypisała do 
starego systemu emerytalnego, jeszcze innych zmusiła do przyjęcia systemu opartego na 
prywatnych funduszach kapitałowych. Platforma, odrzucając nasz projekt, pokazała, że jest 
przeciwna prawu obywateli do swobodnego wyboru, a jedyny cel, który jej przyświeca, to 
doraźne załatanie dziury budżetowej. Doraźne - podkreślam - bo to, że rząd nie będzie musiał 
odprowadzać 5 proc. składki, tj. ok. 13-14 mld zł rocznie do OFE, ograniczy tylko na 
najbliższe lata konieczność zadłużania finansów publicznych, natomiast za 20-30 lat, gdy 
osoby obecnie aktywne zawodowo będą przechodzić na emeryturę, pojawi się problem, jak 
znaleźć dodatkowe środki, żeby im te emerytury z ZUS wypłacić. W projekcie rządowym nie 
ma ani słowa, jak tę kwestię rozwiązać. Wszystko zdominowała chęć jak najszybszego 
uchwalenia zmian, bez poważnej debaty, bez pochylenia się nad długoterminowym 
zbilansowaniem systemu. Odrzucony został również nasz wniosek o wysłuchanie publiczne 
projektu, przy którym każdy obywatel, ekspert, organizacja społeczna mogliby się 
wypowiedzieć, co o nim sądzą. 
 
Czy projekt PiS, poprzez przyznanie swobody wyboru, rozwiązuje dylemat: łatać dziurę 
budżetową dzisiaj czy zabezpieczać przyszłe emerytury, by nie okazały się za niskie?
 
- Projekt PiS stoi pośrodku. Wprowadzenie zasady dobrowolności spowodowałoby, jak 
wynika z badań, że 75 proc. Polaków mogłoby się zdecydować na powrót do ZUS. Reforma 
emerytalna się nie sprawdziła, wszyscy wiemy, jak niskie są świadczenia. Powrót do ZUS 
tych osób oznacza, że ich składka emerytalna w całości trafi do ZUS. Tym samym 
wypełniamy postulat rządu, aby przesunąć środki do ZUS, ale przy zachowaniu swobody 
wyboru obywateli, a nie na siłę. Co zaś do wysokości przyszłych emerytur Polacy powinni 
zadecydować, czy wolą mieć emeryturę ze starego systemu, której minimalny poziom jest 
gwarantowany przez państwo, czy też wolą zaryzykować, powierzając środki OFE. W filarze 
kapitałowym o wysokości świadczenia decyduje nie tylko efektywność pomnażania środków, 
ale także moment przejścia na emeryturę - jeśli ubezpieczony zrobi to w chwili hossy na 
giełdzie, to jego świadczenie może być wyższe, i odwrotnie - w chwili bessy zmaleje. Ważne 
jest również to, że emerytury starego systemu mają gwarancje waloryzacji, ale w przypadku 
emerytur kapitałowych waloryzacji nie ma, a potencjalne świadczenie rośnie, o ile fundusz 
uzyska nadwyżkę. Można się zastanawiać, czy fundusze emerytalne będą zainteresowane 
wykazywaniem wyższego zysku. Uważam, że nie. 
 
Podstawą tradycyjnego systemu ubezpieczeń społecznych był zawsze system 
repartycyjny, polegający na finansowaniu emerytów przez pokolenie pracujące, ale ten 
system jest podatny na zmiany demograficzne. Starzenie się społeczeństwa sprawia, że 

background image

staje się on coraz bardziej niewydolny. 
- Sprawa demografii jest bardzo trudnym problemem, z którym zderzało się i będzie zderzać 
wiele rządów. Rząd Platformy, mimo zapowiedzi w kampanii wyborczej, że ściągnie 
młodych Polaków z zagranicy, żeby pracowali w Polsce, nic w tym kierunku nie zrobił. 
Bezrobocie na poziomie 13,1 proc. jest przeogromne. Od 1 maja 2004 r. z Polski wyjechało 2 
mln 400 tys. młodych Polaków, którzy są efektywni demograficznie, bo nie tylko mogą 
pracować na emerytury, ale też mogą mieć dzieci. Ten czynnik dodatkowo popsuł nam 
demografię. Aby ten problem rozwiązać - konieczne jest interweniowanie na rynku pracy 
poprzez aktywne formy walki z bezrobociem oraz wprowadzenie pakietu ustaw 
prorodzinnych, solidnie finansowanych, nie tak jak uchwalona niedawno ustawa żłobkowa. 
Nie wierzę, że uda się rządowi poprawić demografię. Funduszu pracy nie ma, ustawy 
rodzinne są w powijakach... Tymczasem państwo powinno brać na siebie odpowiedzialność 
za bezpieczeństwo emerytalne swoich obywateli. Nowy system oparty jest na zasadzie 
zdefiniowanej składki, tzn. wiemy, ile wpłacamy do systemu, ale nie wiemy, jakie otrzymamy 
świadczenie. Robiłam symulacje, jak będzie wyglądała przyszła emerytura w dwóch 
wariantach - przed wprowadzeniem tego rozwiązania i po jego wprowadzeniu. Powiem tak - 
gdybym miała możliwość powrotu do ZUS, natychmiast bym to zrobiła. Jeśli państwo nie 
weźmie odpowiedzialności za emerytury z nowego systemu i wypłata będzie się odbywała na 
zasadzie: ile sobie człowiek nazbiera, z takiej puli będzie miał wypłacone, to ludzie pójdą 
tam, gdzie najbliżej, czyli do gminy po pomoc społeczną. Tylko że pomoc społeczna jest 
finansowana z dochodów własnych gminy. Państwo znowu umywa ręce! Gdzie jest więc 
odpowiedzialność państwa za swoich obywateli? Dlatego uważamy, że nikogo do takiego 
systemu nie można zmuszać. Jeśli ktoś chce być w OFE, bo wierzy rynkom, chce ryzykować 
na giełdzie, ma do tego prawo, ale jeśli bardziej ufa państwu i jego gwarancjom, niech 
wybierze ZUS. W 2000 r. Polacy podejmowali decyzje pod wpływem dezinformacji. 
 
A jeśli państwo zbankrutuje? Taką możliwość chce wprowadzić Unia Europejska. Co 
wtedy z emeryturami z ZUS?
 
- A jaka jest gwarancja, że nie zbankrutują powszechne towarzystwa emerytalne? Ryzyko w 
przypadku państwa jest mniejsze, bo państwo, nawet jeśli będzie miało problemy, ma więcej 
narzędzi reagowania niż prywatne instytucje. Gdy zaczynała się reforma, towarzystw 
emerytalnych było więcej, dziś jest ich tylko czternaście, bo łączyły się między sobą. Co 
więcej, spodziewany się wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nakazującego 
Polsce zniesienie limitów inwestowania OFE za granicą. Umożliwi to przepływ środków 
emerytalnych na rynki europejskie i światowe. A rynki są obecnie bardzo niestabilne. 
Obawiam się, czy środki te będą bezpieczne. Ludzie bardziej ufają państwu niż prywatnym 
funduszom, na które nie mają żadnego wpływu. 
 
Zwiększenie limitów inwestowania na giełdzie i umożliwienie inwestowania OFE w 
instrumenty pochodne zwiększa tę niepewność?
 
- Ludzie, którzy pracują przez całe życie, muszą mieć zagwarantowane przez państwo 
emerytury. Może należałoby także zreformować ZUS? A swoją drogą, jeśli porównać 
zarządzanie przez ZUS funduszem rezerwy demograficznej (FRD) z inwestowaniem przez 
towarzystwa emerytalne środków OFE, to FRD mniej stracił niż OFE. Gdyby OFE zaczęły 
konkurować pomiędzy sobą wynikami, ścigać się w obniżaniu prowizji, słowem - gdyby 
przestały działać w zmowie, ich wiarygodność byłaby większa. Niestety, tych kwestii rząd nie 
dotyka w swoim projekcie. W obecnej sytuacji dużo pewniejszą i bardziej wiarygodną 
instytucją jest ZUS. 
 
Dziękuję za rozmowę. 

background image

Fukushima znów dymi 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Nad uszkodzoną przez zeszłotygodniowe trzęsienie 
ziemi i falę tsunami elektrownią atomową 
Fukushima I znów unosił się wczoraj dym. Agencja 
bezpieczeństwa nuklearnego podkreśla jednak, iż 
nie wie, co było jego przyczyną. Tymczasem służby 
ratunkowe informują, że wciąż rośnie bilans ofiar 
kataklizmu. Zdaniem japońskiej policji, należy 
mówić o łącznej liczbie 16 tys. zabitych bądź 
zaginionych.
 

 
Dym zaczął się wczoraj rano unosić nad reaktorem nr 2, gdzie kilka dni wcześniej doszło do 
eksplozji. Rzecznik japońskiej agencji bezpieczeństwa nuklearnego podkreślił, iż nie są znane 
przyczyny jego wystąpienia. Jego zdaniem, dym mógł być związany z uszkodzeniem, do 
którego doszło podczas ostatniej eksplozji. Eksperci mówią jednak, iż nie można wykluczyć, 
że doszło do kolejnego wybuchu. Agencja wyraziła również nadzieję, że do dzisiejszego dnia 
uda się naprawić cztery kable elektryczne, które dostarczają prąd do dwóch reaktorów. 
Podłączenie tych kabli wznowi bowiem zasilanie systemów chłodzących w elektrowni. 
Japońskie Siły Samoobrony poinformowały bowiem, że nie będą już schładzać reaktorów 
poprzez zrzucanie wody morskiej ze śmigłowców, oddelegowując do tego zadania wojsko, 
któremu oddano do dyspozycji wozy strażackie. Agencja Kyodo podała, że do pomocy 
wysłano też z Tokio 130 strażaków. 
Również wczoraj Japonia przyznała, iż rzeczywiście sytuacja w uszkodzonej elektrowni jest 
gorsza, niż początkowo sądziła, i podniosła z 4 do 5 jej ocenę w 7-stopniowej 
Międzynarodowej Skali Wydarzeń Nuklearnych i Radiologicznych (INES). To z kolei, jak 
zauważa Agencja Associated Press, na którą powołuje się PAP, stawia sytuację w japońskiej 
elektrowni na równi z wypadkiem z 1979 roku w elektrowni Three Mile Island w 
amerykańskim stanie Pensylwania. Agencja wyjaśnia, że w skali INES poziom 4. opisywany 
jest jako mający lokalne następstwa, z kolei poziom 5. - ma już dalej idące konsekwencje. 
Charakteryzuje się on m.in. poważnymi uszkodzeniami rdzeni paliwowych, przedostaniem się 
do atmosfery znacznych ilości związków promieniotwórczych oraz dużym 
prawdopodobieństwem "znaczącego wystawienia na nie społeczeństwa". Tymczasem 
zdaniem francuskiej agencji nadzorującej bezpieczeństwo w elektrowniach atomowych, 
Japonia powinna ocenić wypadek w Fukushimie na 6. Ponadto przebywający w Japonii 
dyrektor generalny oenzetowskiej Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) 
Yukiya Amano podkreślił, że uważa sytuację w Japonii za "skrajnie niebezpieczny wypadek 
wymagający międzynarodowej współpracy". - Społeczność międzynarodowa jest tym 
skrajnie zaniepokojona. Ważne, by ściśle współpracować, walcząc z tym [kryzysem] - dodał 
w rozmowie z dziennikarzami.Najnowsze dane dotyczące ofiar kataklizmu, który nawiedził 
północno-wschodnią Japonię, mówią o 6539 zabitych i 2409 rannych. Przy czym w dalszym 
ciągu około 10 tys. osób uznaje się za zaginione. Tydzień po tragicznej katastrofie tysiące 
Japończyków uczciło wczoraj minutą ciszy pamięć jej ofiar dokładnie w godzinę katastrofy, 
czyli o godz. 14.46 czasu miejscowego. 
 
  

Marta Ziarnik 

  

background image

 

Interwencja lada chwila 
Nasz Dziennik, 2011-03-19 

Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję w sprawie 
zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Libią oraz zezwolenia 
na podjęcie działań w celu ochrony ludności cywilnej przed 
atakami sił zbrojnych wiernych Muammarowi Kadafiemu. 
Libia deklaruje, że wstrzyma operacje wojskowe, ale 
jednocześnie grozi wszystkim, którzy podejmą interwencję na 
jej terytorium.
 
 
Rezolucja, która została uchwalona z inicjatywy Francji i Wielkiej 

Brytanii, przy poparciu USA, zawiera upoważnienie do "użycia wszelkich koniecznych 
środków", co jest tradycyjnym określeniem przy zezwoleniu na zastosowanie siły militarnej. 
Oznacza to, że obok wprowadzenia strefy zakazu lotów wojskowych nad Libią możliwe staje 
się użycie wojsk przeciw armii Kadafiego. Dokument ten przyjęto stosunkiem głosów 10 do 
0, a pięć państw: Rosja, Chiny, Niemcy, Indie i Brazylia, wstrzymało się od głosu. 
Barack Obama wezwał wczoraj reżim w Trypolisie do natychmiastowego spełnienia 
warunków postawionych przez Radę Bezpieczeństwa. Są to: natychmiastowe zawieszenie 
broni, w tym działań wymierzonych w ludność cywilną; zatrzymanie oddziałów 
posuwających się w stronę Bengazi oraz wycofanie ich z Adżdabii, Misraty i Zawii; 
przywrócenie dostaw wody, gazu i elektryczności do wszystkich obszarów; a także 
zezwolenie na docieranie pomocy humanitarnej do całego społeczeństwa libijskiego. - 
Pozwólcie mi wyrazić się jasno: warunki te nie podlegają negocjacjom. Jeżeli Kadafi nie 
podporządkuje się rezolucji ONZ, społeczność międzynarodowa wyciągnie z tego 
konsekwencje. Rezolucja zostanie wyegzekwowana poprzez akcję militarną - oświadczył 
prezydent USA. 
Rzecznik prasowy francuskiego rządu Fran÷ois Baroin zadeklarował wczoraj rano, że 
"uderzenie nastąpi szybko w najbliższych godzinach".  
Zgodnie z podpisanym porozumieniem Francja i Wielka Brytania powinny otrzymać 
amerykańską pomoc technologiczną (informacje satelitarne, zakłócenia elektromagnetyczne 
itp.). Ataki lotnicze wiążą się jednak z dużym ryzkiem dla ludności cywilnej, głównie w 
przypadku bombardowania miast, gdzie może dochodzić do niepotrzebnych ataków. Francja 
w tej operacji chce grać kartą arabską i usprawiedliwia swoją interwencję troską o ochronę 
ludności cywilnej masakrowanej przez siły Kadafiego. Dzisiaj ma się odbyć w Paryżu 
zebranie Unii Europejskiej, Unii Afrykańskiej i Ligi Arabskiej dotyczące Libii. 
Mimo że władze Libii poinformowały, iż zamierzają dostosować się do zapisów 
oenzetowskiej rezolucji, i zadeklarowały wstrzymanie działań wojskowych, to jednocześnie 
potępiły ten dokument, zaś Muammar Kadafi zagroził, że "zgotuje piekło" tym, którzy 
zaatakują Libię. Z kolei syn dyktatora Saif al-Islam stwierdził, że Libia nie odczuwa strachu 
po przegłosowaniu przez Radę Bezpieczeństwa ONZ wspomnianej rezolucji. Wcześniej siły 
wierne Kadafiemu zbombardowały kontrolowane przez rebeliantów miasto Misrata, około 
200 km na wschód od Trypolisu. Również w nocy było ono ostrzeliwane z ciężkiej broni. 
Aby strefa zakazu lotów obowiązywała w rzeczywistości, siły międzynarodowe potrzebują 
czasu na jej wprowadzenie. Szef sztabu amerykańskich sił powietrznych generał Norton 
Schwartz uważa, że może to zająć nawet tydzień. W jego opinii, krok ten będzie wymagał 
zaangażowania zarówno ze strony wojsk europejskich, jak i amerykańskich. Zdaniem 
amerykańskich mediów, ataki na lotnictwo Kadafiego mogą zacząć się szybciej, bo już w 

background image

niedzielę. Informują jednak, że najprawdopodobniej siły USA nie będą uczestniczyły w 
pierwszych akcjach. Główna odpowiedzialność spocznie na Wielkiej Brytanii i Francji, przy 
zapewnionym wsparciu części krajów arabskich. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron 
oświadczył, że Londyn wkrótce zacznie kierować swoje myśliwce do baz, z których będą 
mogły egzekwować wprowadzenie strefy zakazu lotów nad Libią. Wielka Brytania rozmieści 
myśliwce typu Tornado i Tajfun oraz samoloty-cysterny i maszyny rozpoznawcze. Swoją 
gotowość do przyłączenia się do operacji wyraziły także Dania i Norwegia. Polski rząd 
zadeklarował niesienie pomocy humanitarnej dla uchodźców. 
Na drugim biegunie znalazły się Rosja i Niemcy, które w jednoznaczny sposób wykluczyły 
swój udział w operacji przeciwko wojskom Kadafiego. Niemiecki rząd teoretycznie wyraża 
zadowolenie z rezolucji ONZ, ale MSZ przyznało, że uważa ją za ryzykowną. 
 
  

Łukasz Sianożęcki 

Współpraca WM, FLC, PF