background image

Henry R. Haggard

Pierścień królowej Saby

Queen Sheba’s Ring

Tłumaczyli: A. i K. Jankowscy

Wydanie oryginalne: 1910

Wydanie polskie: 1991

background image

Rozdział I

Pojawienie się pierścienia

Chyba każdy czytał monografię – zdaje się, że to właściwe słowo – pióra mego drogiego 

przyjaciela,   profesora   Ptolemeusza   Higgsa,   opisującą   płaskowyż   Mur   w   Afryce 
środkowopółnocnej, starożytne podziemne miasto znajdujące się w górach otaczających ów 
płaskowyż i nieznane plemię abisyńskich Żydów, a raczej ich wymieszanych z innymi rasami 
potomków, które je zamieszkiwało. Rozmyślnie piszę  „chyba każdy”, bo aczkolwiek prace 
takie czyta nieliczne grono specjalistów, to jednak interesuje się nimi też szersza publiczność, 
szczególnie jeśli wychodzą one spod pióra tak znanych z wojowniczego usposobienia osób, 
jak Ptolemeusz Higgs. Żeby nie wprowadzać zamieszania, może lepiej wyjaśnię od razu o co 
mi chodzi.

Otóż przeciwnicy i wrogowie profesora Higgsa, których  –  czy to ze względu na swe 

znakomite   osiągnięcia   naukowe,   czy   też   z   przyczyny   ostrych   i   bezkompromisowych 
wystąpień polemicznych – ma bardzo wielu, zarzucają mu, że... hmm... mija się z prawdą. Nie 
dalej jak dzisiejszego ranka jeden z jego adwersarzy zamieścił w gazecie list, w którym  – 
nawiązując  do wykładów  jakiegoś  poszukiwacza  przygód  wygłoszonych  w  Towarzystwie 
Brytyjskim parę lat temu – zastanawia się, czy profesor Higgs nie odbył podróży do Mur na 
jakimś niezwykłych rozmiarów żółwiu, zamiast na wielbłądzie.

Te   niecne   insynuacje   rozsierdziły   profesora,   który  –  jak   już   zaznaczyłem  –   nie   jest 

bynajmniej łagodnym barankiem. Zaledwie przed godziną, nie zważając na moje perswazje, 
opuścił  swoje  mieszkanie   z  biczem   ze  skóry  hipopotama,   znanym  w  Egipcie  pod  nazwą 
korbaczą, w zamiarze wyjaśnienia owemu oszczercy niewłaściwości jego postępowania. Aby 
nie dopuścić do publicznego skandalu, pozwoliłem sobie wszakże zatelefonować do owego 
gentlemana,   który  –  choć   tak   śmiało   i   groźnie   pisze  –  jest   raczej   mizernej   postury   i 
bojaźliwego usposobienia, i poradzić mu, by usunął się w porę z drogi. Sądząc z nagłego 
zakończenia naszej rozmowy, pojął w lot moją aluzję. W każdym razie mam nadzieję, że to 
się dobrze skończy. Jednak na wszelki wypadek porozumiałem się już z adwokatem mego 
obrażonego przyjaciela.

background image

Myślę, że po tym wstępie czytelnik już wie, że piszę tę książkę nie po to, bym ja czy ktoś 

inny   stał   się   znaną   osobą,   ani   nie   dla   zdobycia   pieniędzy,   których   braku   na   razie   nie 
odczuwam, lecz jedynie w celu przedstawienia nagiej prawdy. Zresztą tyle plotek krąży na 
temat tego, gdzie byliśmy i co się nam przydarzyło, że wyjaśnienie tych spraw jest chyba 
konieczne. Nabrałem takiego przekonania, gdy tylko skończyłem czytać wspomniany wyżej, 
pełen złośliwości i insynuacji, list. Natychmiast, jeszcze przed śniadaniem, zatelegrafowałem 
do Ofiwera Orme’a, bohatera tej  historii,  jeśli ma  ona w ogóle jakichś  bohaterów, który 
odbywa  właśnie przyjemną  podróż dookoła świata,  z pytaniem,  czy wyraża  na to zgodę. 
Dziesięć minut temu otrzymałem odpowiedź z Tokio. A oto jej treść:

„Rób, co uważasz za konieczne, ale zmień, proszę, wszystkie nazwiska itd., bo planuję 

wracać przez Amerykę i nie chcę żadnych wywiadów. Japonia to miły kraj”.

Dalej   następują   zdania   dotyczące   spraw   prywatnych,   których   nie   ma   tu   potrzeby 

przytaczać. Oliwer zawsze wysyła dziwaczne telegramy.

Sądzę, że nim przystąpię do opisu naszych przygód, powinienem się krótko przedstawić 

czytelnikowi.

Nazywam się Ryszard Adams i jestem synem cumberlandzkiego rolnika i Walijki. Płynie 

więc w moich żyłach celtycka  krew, co może wyjaśnia moje umiłowanie podróży i inne 
rzeczy.   Jestem   już   starszym   człowiekiem   i   myślę,   że   zbliżam   się   do   końca   swej   drogi 
życiowej. W każdym razie obchodziłem niedawno sześćdziesiąte piąte urodziny. A oto mój 
wygląd, tak jak przedstawia go stojące przede mną lustro: wysoki, szczupły (nie ważę więcej 
niż sto czterdzieści funtów – pustynia wyciągnęła ze mnie cały tłuszcz, jeśli jakiś posiadałem) 
mężczyzna o piwnych oczach i pociągłej twarzy, zakończonej przyciętą w szpic siwą bródką, 
która kolorem nie różni się od włosów na głowie. Muszę szczerze wyznać, że mój obraz w 
lustrze,  które  przecież  nie  kłamie,  przypomina  mi  starego  capa. Zresztą  krajowcy,  wśród 
których   przebywałem,   a   szczególnie   ludzie   Mahdiego,   których   byłem   przez   pewien   czas 
więźniem, nazywali mnie często Białym Capem.

Tyle, jeśli chodzi o mój wygląd. Co do profesji – jestem lekarzem starej szkoły. Proszę 

pomyśleć, co to znaczy! Kiedy byłem studentem, zabiegi odkażające były zupełną nowością i 
jeśli je, w ogóle stosowano, to środki dezynfekujące rozpylano za pomocą wielkiej maszyny 
na   kółkach,   która   do   złudzenia   przypominała   urządzenia   używane   dziś   do   oprysków   w 
ogrodnictwie.

Studia skończyłem z dobrymi ocenami i byłem dosyć wziętym lekarzem. Jednakże w 

życiu   każdego   człowieka   zdarzają   się   momenty,   które   bez   względu   na   to,   jak   je 
usprawiedliwiać, nie przynoszą mu szczególnej chwały, kiedy przedstawi się je w obojętnym 
na wszystko druku. Krótko mówiąc, w ojczyźnie nie zatrzymywały mnie żadne więzy, a że 
byłem ciekaw świata, podróżowałem przez wiele lat, zarabiając na życie praktyką lekarską. 
Nie było to zbyt trudne, jako że byłem dobry w swoim fachu.

Czterdzieste   urodziny   obchodziłem   w   Kairze.   Wspominam   o   tym   tylko   dlatego,   że 

background image

właśnie   tam   poznałem   Ptolemeusza   Higgsa,   który   mimo   młodego   wieku   cieszył   się   już 
sporym  uznaniem  ze względu  na niezwykłe  zdolności  do nauki języków  i osiągnięcia  w 
archeologii. Pamiętam, że mówiono żartem, iż potrafi biegle kląć w piętnastu językach, a w 
trzydziestu dwóch całkiem dobrze i że czyta hieroglify z taką łatwością, z jaką biskup czyta 
„Timesa”.

Wyleczyłem go z duru brzusznego, ale ponieważ wydał swoje wszystkie oszczędności na 

skarabeusze czy coś w tym rodzaju, nie chciałem zapłaty. Muszę stwierdzić, że nigdy mi nie 
zapomniał tej drobnej przysługi, gdyż mimo swych wad (osobiście nigdy bym nie zostawił go 
samego   w   pokoju,   w   którym   znajdowałby   się   jakiś   przedmiot   mający   ponad   tysiąc   lat), 
Ptolemeusz jest od tamtej pory moim dobrym przyjacielem i zawsze mogę na niego liczyć.

W   Kairze   ożeniłem   się   z   Koptyjką   arystokratycznego   pochodzenia.   Według   tradycji 

rodzinnej wywodzili się oni od Lagidów, królów egipskich. Jest to zupełnie możliwe, a nawet 
prawdopodobne.   Moja   żona   była   chrześcijanką   i   osobą   wykształconą.   Ale   oczywiście 
pozostała   kobietą   Wschodu,   a   małżeństwo   z   taką   kobietą,   jak   starałem   się   później 
wytłumaczyć  innym,  jest dla Europejczyka  rzeczą bardzo niebezpieczną, szczególnie jeśli 
zdecyduje się pozostać na Wschodzie, gdzie jest pozbawiony kontaktów z ludźmi swojej rasy 
i nie cieszy się szacunkiem miejscowej społeczności. Jednak mimo iż krok ten zmusił mnie do 
wyjazdu z Kairu i zamieszkania w Asuanie, który był wówczas mało znaną mieściną, Bóg 
jeden wie, jak byliśmy szczęśliwi, dopóki nie zabrała mi jej, a z nią radości życia, zaraza.

Dosyć o tym. Są to sprawy zbyt bolesne i intymne, aby o nich pisać. Zostało mi jedyne 

dziecko, syn, którego  –  aby dopełnić kielich goryczy  –  porwali ludzie Mahdiego, gdy miał 
zaledwie dwanaście lat.

I tak oto doszedłem do historii będącej właściwym tematem tej książki. Nie ma jej kto 

opisać – Oliwer nie chce, Higgs nie może (tam, gdzie w grę nie wchodzi archeologia czy w 
ogóle nauka, Higgs jest do niczego), muszę więc to zrobić ja. W każdym razie, jeśli okaże się 
nudna, to będzie to moja wina, a nie tej historii, która  –  mówię to z ręką na sercu  –  jest 
naprawdę osobliwa.

Rok  temu, pewnego grudniowego dnia, po kilkudziesięcioletniej nieobecności w Anglii 

znalazłem  się w Londynie. Tegoż jeszcze wieczoru zastukałem do drzwi domu profesora 
Higgsa   przy   Guildford   Street.   Otworzyła   mi   jego   gospodyni,   pani   Reid,   chuda   i   ponura 
starsza niewiasta, która nieodparcie przypomina mi zawsze ożywioną mumię. Powiedziała, że 
profesor jest co prawda w domu, ale podejmuje kolacją pewnego gentlemana, w związku z 
czym powinienem przyjść następnego dnia. Z trudem udało mi się ją przekonać, aby raczyła 
powiadomić swego chlebodawcę, że przybył do niego z wizytą stary przyjaciel z Egiptu.

Pięć minut później odnalazłem salon Higgsa, który pani Reid łaskawie wskazała mi z 

dołu, nie fatygując się, aby mnie tam osobiście zaprowadzić. Był to duży, na całą szerokość 
domu, pokój, przedzielony pośrodku łukiem, w którym niegdyś znajdowały się rozsuwane 

background image

drzwi. Wewnątrz panował półmrok, który rozpraszały tylko świece płonące na zastawionym 
do   kolacji   stole.   Ich   blask   wydobywał   z   ciemności   niezwykłą   kolekcję   antyków,   wśród 
których   znajdowało   się  parę   mumii  o  zakrytych  złotymi   maskami   twarzach,   stojących   w 
swych   sarkofagach   przy   ścianie.   W   drugim   końcu   pokoju   dostrzegłem   jednak   lampę 
elektryczną wiszącą nad zawalonym książkami biurkiem, a w jej świetle mego przyjaciela, z 
którym nie widziałem się od dwudziestu lat, i jego gościa.

Opiszę najpierw Higgsa, którego  –  stwierdzam to z całą odpowiedzialnością  –  nawet 

najwięksi   wrogowie   uważają   za   jednego   z   najwybitniejszych   archeologów   i   znawców 
martwych języków, aczkolwiek nikt nie domyśliłby się tego z jego powierzchowności. Higgs 
ma   czterdzieści   pięć   lat,   jest   niski   i   tęgi,   o   rumianej   twarzy,   ogniście   rudych   włosach   i 
brodzie.  Oczy  –  kiedy można  je ujrzeć, gdyż  na ogół nosi duże niebieskie  okulary  –  są 
nieokreślonego koloru, ale ich spojrzenie jest kłujące jak igła. Ubiera się tak nieporządnie i w 
tak znoszone rzeczy, że – jak wieść niesie – policja stale go przegania, biorąc za włóczęgę. 
Tak wyglądał, i nadal wygląda, mój najdroższy przyjaciel, profesor Ptolemeusz Higgs. Mam 
nadzieję, że nie poczuje się urażony, kiedy to przeczyta.

Wygląd jego gościa, który siedział przy biurku z brodą opartą na rękach, słuchając z 

raczej   nieobecną   miną   jakiegoś   uczonego   wywodu,   wyraźnie   kontrastował   z   wyglądem 
Higgsa.   Był   to   dobrze   zbudowany,   szczupły   w   talii,   lecz   szeroki   w   ramionach 
dwudziestopięcio  –  czy dwudziestosześcioletni mężczyzna. Rysy twarzy miał tak ostre, że 
gdyby nie błyszczące czarne oczy, można by go posądzić o zbytnią surowość, włosy proste, 
krótko obcięte  i ciemne  jak oczy.  Ogólnie biorąc,  wyglądał  na inteligentnego  i zdolnego 
człowieka, a kiedy się uśmiechał, przyjemnie było  nań popatrzeć. Taki był  i jest kapitan 
Oliwer Orme. Powinienem jeszcze wyjaśnić, że jest jedynie kapitanem ochotniczych wojsk 
inżynieryjnych,  choć  – jak dowiódł  w wojnie burskiej, skąd właśnie powrócił  –  również 
świetnym   żołnierzem.   Sprawił   na   mnie   wrażenie   człowieka,   którego   los   nie   darzy 
szczególnymi względami. Na jego twarzy wyraźnie malował się smutek. Być może właśnie 
dlatego poczułem do niego sympatię  od pierwszego spojrzenia. Dla mnie  los też nie był 
łaskawy.

Kiedy stałem tak, przypatrując się im, Higgs podniósł wzrok znad papirusa, czy co to tam 

było, i dostrzegł mnie, ale nie rozpoznał w półmroku.

–  Kim,   do   diabła,   pan   jest?  –  wykrzyknął   cienkim   i   ostrym   głosem,   który   zawsze 

przybiera, kiedy jest zły albo zaniepokojony. – I co pan robi w moim pokoju?

–  Uspokój się  –  powiedziałem.  –  Przecież gospodyni powiedziała ci, że przyszedł twój 

przyjaciel.

–  Owszem,  tylko  że  nie przypominam  sobie żadnego  przyjaciela  z taką  capią  brodą. 

Podejdź no, przyjacielu. Wszystko w porządku.

Podszedłem więc i stanąłem w kręgu światła rzucanym przez lampę elektryczną.
– Kto to może być? Kto to może być? – mruczał Higgs. – Zaraz, zaraz... to twarz starego 

background image

Adamsa, ale on nie żyje już od dziesięciu lat. Podobno załatwili go mahdyści. Słuchaj no, 
cieniu dawno zmarłego Adamsa, bądź tak dobry i powiedz, jak się nazywasz. Po co mamy 
tracić czas po próżnicy?

– Nie muszę się przedstawiać, Higgs, bo sam już wymieniłeś moje nazwisko. Poznałbym 

cię wszędzie, tyle że kiedyś nie miałeś jeszcze siwych włosów.

–  Mniejsza z tym. Nie będziemy rozmawiać o kolorach. To bezpośredni skutek mojej 

sangwinicznej natury. No, Ryszardzie – bo to na pewno ty – naprawdę szczerze się cieszę, że 
cię znowu widzę, tym bardziej że nie odpisałeś na moje ostatnie listy i nie wyjaśniłeś skąd 
wytrzasnąłeś  te  skarabeusze  z czasów  pierwszej dynastii.  Mogę ci powiedzieć,  że pewne 
złośliwe bestie podają w wątpliwość ich autentyczność. Adams, stary, serdecznie witam... – 
złapał mnie za ręce i zaczął nimi potrząsać. W tym momencie jego wzrok padł na pierścień, 
który miałem na palcu.  – A to co? Niezwykła rzecz! Ale nieważne, opowiesz mi o tym po 
kolacji. Pozwól, że ci przedstawię mego przyjaciela. To kapitan Orme, bardzo dobry znawca 
arabskiego, orientujący się co nieco w egiptologii.

– Pan Orme – przerwał młody człowiek, kłaniając mi się.
–   Pan   czy   kapitan   –  wszystko   jedno.   Chodzi   mu   o   to,   że   nie   jest   zawodowym 

wojskowym, choć przeszedł całą wojnę burską i został trzy razy ranny, w tym raz w płuca. A 
oto i zupa. Pani Reid, proszę przynieść jeszcze jedno nakrycie. Jestem strasznie głodny. Nic 
nie   pobudza   mi   tak   apetytu,   jak   odwijanie   mumii   z   zawojów.   To   bardzo   wyczerpujące, 
intelektualnie i fizycznie, zajęcie. Jedz, człowieku, jedz! Pogadamy potem.

A więc jedliśmy – głównie Higgs, bo on zawsze miał niezwykły apetyt, może dlatego, że 

w owym czasie był praktycznie absolutnym abstynentem. Orme jadł z umiarem, a ja  –  jak 
przystało   komuś,   kto   przez   wiele   miesięcy   odżywiał   się   jedynie   daktylami   –  głównie 
warzywa, które, oprócz owoców, składają się na moją normalną dietę. To znaczy, jeśli można 
je dostać, bo w potrzebie wystarczy mi byle co.

Kiedy   skończyliśmy   i   stanęły  przed   nami   kieliszki   z   porto,   Higgs   nalał   sobie   wody, 

zapalił długą faję z pianki morskiej i podał nam tytoń w urnie, w której kiedyś znajdowało się 
serce jakiegoś dostojnika z czasów faraonów.

– A teraz, Ryszardzie –  powiedział, kiedy nabiliśmy fajki  –  mów, co sprowadza cię z 

Krainy Cieni. Mów, przyjacielu, mów!

Zdjąłem z palca pierścień. Była to właściwie szeroka obrączka z jasnego złota, taka jaką 

nosi  wiele  kobiet,   z dużym  szafirem,   w  którym  wygrawerowany  był  jakimś   starożytnym 
pismem dziwny napis. Spytałem Higgsa, czy potrafi go odczytać.

– Czy potrafię? Oczywiście – odparł i wyciągnął szkło powiększające. – A ty nie? No tak, 

faktycznie... Przypominam sobie, że nigdy nie dawałeś sobie rady z tekstami mającymi więcej 
niż pięćdziesiąt lat. Oho! To starohebrajski! Zaraz, zaraz... już mam...  „Dar władcy... nie, 
Wielkiego Salomona, Umiłowanego przez Jah, dla pięknej Makedy, Królowej Saby, Córki 
Królów, Dziecka Mądrości”.

background image

Oto, co głosi napis na twoim pierścieniu, Adams. Naprawdę wspaniała rzecz. „Królowa 

Saby   –   Bath   Melachim,   Córka   Królów”,   a   do   tego   jeszcze   stary   Salomon.   Znakomite, 
znakomite!   –  dotknął   pierścienia   językiem   i   sprawdził   złoto   zębami.  –  Hm,   świetnie 
podrobione. Skąd to wytrzasnąłeś?

– O, nie ma w tym żadnej tajemnicy – odparłem ze śmiechem. – Kupiłem od poganiacza 

osłów w Kairze za trzydzieści szylingów.

–  Naprawdę?  –  spytał podejrzliwie.  –  Powiedziałbym, że ten kamień wart jest więcej, 

choć,   oczywiście,   może   to   być   zwykłe   szkiełko.   Ale   ten   napis   jest   pierwszorzędny. 
Ryszardzie – rzekł poważnie – próbujesz mnie nabrać, ale wiesz, że Ptolemeusza Higgsa nie 
można wziąć na takie kawały. Ten pierścień to bezczelne fałszerstwo, ale kto wykonał napis? 
Jego autor musi świetnie znać starohebrajski.

–   Nie   wiem   –  odparłem.  –  Nie   wiedziałem   nawet,   że   to   hebrajski.   Myślałem,   że 

staroegipski. Mogę powiedzieć tylko tyle, że dała mi go, a raczej pożyczyła, pewna dama, 
która nosi tytuł Walda Nagasta i jest podobno potomkinią Króla Salomona i Królowej Saby.

Higgs podniósł pierścień do góry i jeszcze raz dokładnie go obejrzał, a potem – niby w 

roztargnieniu – wsunął do kieszonki kamizelki.

–  Nie chcę być  niegrzeczny,  więc nie będę ci zaprzeczał  –  rzekł z westchnieniem.  – 

Powiem tylko tyle, że gdyby mówił mi to ktoś inny, to nazwałbym go zwykłym łgarzem. 
Choć oczywiście, jak wie każdy uczeń, Walda Nagasta, czyli Dziecko Królów,  znaczy po 
etiopsku prawie to samo, co Bath-Melachim po hebrajsku.

W tym miejscu kapitan Orme wybuchnął śmiechem i powiedział:
–  Łatwo   się   przekonać,   Higgs,   dlaczego   nie   cieszysz   się   sympatią   w   kręgach 

archeologów. Sposób, w jaki prowadzisz polemikę, bardziej pasuje do dzikusa z kamienną 
siekierą niż do uczonego.

– Jeśli otwierasz usta tylko po to, żeby popisać się swoją ignorancją, Oliwerze, to lepiej 

byś  zrobił, gdybyś  siedział cicho. Człowiek, który używa kamiennej siekiery, nie jest już 
dzikusem.   Ale   może   pozwolisz   doktorowi   Adamsowi   dokończyć.   Krytykować   możesz 
później.

– Może kapitan Orme nie chce, żebym nudził go swoją opowieścią – rzekłem.
Orme natychmiast odparł:
– Przeciwnie, bardzo bym chciał ją usłyszeć... Oczywiście, jeśli nie ma pan nic przeciw 

temu.

Zastanowiłem się chwilę, gdyż  –  prawdę mówiąc  –  nie chciałem, z różnych powodów, 

wtajemniczać   w   tę   sprawę   nikogo   oprócz   Higgsa,   który  mimo   swej   popędliwej   natury   i 
niewyparzonego   języka,   był   człowiekiem   absolutnie   godnym   zaufania.   Jednak   instynkt 
podszepnął   mi,   że  dla  kapitana   Orme’a  mogę  zrobić  wyjątek.   Było   coś  w  jego piwnych 
oczach, co wzbudzało sympatię.  Poza tym  jego obecność u Higgsa akurat tego wieczoru 
wydała   mi   się   znacząca,   bo   zawsze   uważałem,   że   nic   na   tym   świecie   nie   dzieje   się 

background image

przypadkowo i że w najbardziej błahych sytuacjach można dostrzec zrządzenie losu czy też 
działanie jakiegoś bezwzględnie obowiązującego prawa, za pomocą którego nieznana moc 
kieruje naszymi poczynaniami.

–  Nie,   skądże  –  odparłem.  –  Pana   twarz   i   przyjaźń   z   profesorem   są   wystarczającą 

gwarancją pana uczciwości. Muszę jednak prosić, aby zaręczył pan słowem honoru, że bez 
mojego pozwolenia nie powtórzy pan nikomu nic z tego, co pan tu usłyszy.

– Ależ oczywiście – powiedział. W tym momencie wtrącił się Higgs:
– To wystarczy.  Chyba nie chcesz, żebyśmy przysięgli na Biblię? A więc mów. Kto 

sprzedał ci ten pierścień, gdzie się podziewałeś przez ostatnich kilkanaście lat i skąd teraz 
przybywasz?

–  Przez   pięć   lat   byłem   więźniem   ludzi   Mahdiego.   Gdybym   się   rozebrał,   to 

zobaczylibyście   świadectwo   tego   wypisane   na   mym   grzbiecie.   Jestem   chyba   jedynym 
człowiekiem, któremu darowali życie, mimo iż nie przeszedł na islam. Oszczędzili mnie, bo 
przydałem się im jako lekarz. Resztę czasu poświęciłem na szukanie mego syna, Roderyka. 
Chyba go pamiętasz? Jesteś przecież jego ojcem chrzestnym.

– No jasne – rzekł Higgs zupełnie innym tonem. – Nie dalej jak parę dni temu natrafiłem 

na stary list z życzeniami bożonarodzeniowymi od niego. Ale co się stało? Nic o tym nie 
słyszałem.

– Któregoś dnia poszedł, wbrew mojemu zakazowi, zapolować na krokodyle i porwali go 

ludzie Mahdiego. Miał wtedy dwanaście lat. Było to krótko po śmierci jego matki. Od tamtej 
pory nie ustaję w poszukiwaniach, ale biedny chłopak przechodzi z rąk do rąk. Zdobył wśród 
tubylców   rozgłos   jako   śpiewak,   co   pozwala   mi   iść   jego   tropem.   Z   racji   pięknego   głosu 
Arabowie   nazwali   go   śpiewakiem   Egipskim.   Zdaje   się   też,   że   nauczył   się   grać   na   ich 
instrumentach.

– A gdzie teraz jest? – spytał Higgs takim głosem, jakby bał się usłyszeć odpowiedź.
– Jest, a przynajmniej był, w niewoli u półnegroidalnego plemienia Fungów, które żyje w 

północnej części Afryki Środkowej. Po upadku Mahdiego udałem się tam. Zajęło mi to parę 
lat. Pojechałem z karawaną beduińskich kupców, przebrany za jednego z nich.

Pewnej nocy obozowaliśmy w dolinie niedaleko potężnego  muru otaczającego święte 

miejsce, gdzie znajduje się posąg boga Fungów. Podjechałem do muru. Przez otwartą bramę 
usłyszałem,   że   ktoś   śpiewa   pięknym   tenorem   po   angielsku.   Był   to   hymn,   którego   sam 
nauczyłem syna. Zaczyna się od słów: „Pozostań ze mną, tak szybko mrok zapada”.

Zszedłem z konia i wśliznąłem się do środka. Na ławce między dwoma lampami siedział 

młody człowiek i śpiewał. Słuchał go spory tłum. Ujrzałem jego twarz i mimo iż nosił turban 
i wschodnie szaty, poznałem mego syna. Ogarnęło mnie szaleństwo. Krzyknąłem: „Roderyk! 
Roderyk!” Poderwał się na równe nogi i zaczął rozglądać się wokół. Jego słuchacze też się 
poderwali. Któryś z nich zauważył mnie czającego się w cieniu.

Skoczyli   na   mnie   z   wściekłym   okrzykiem,   bo   swoją   obecnością   skalałem   ich 

background image

sanktuarium. Widząc, że moje życie wisi na włosku, rzuciłem się do ucieczki. Tak, po tylu 
latach poszukiwań, wolałem raczej uciec niż zginąć! Chociaż zostałem zraniony oszczepem i 
leciał na mnie grad kamieni, udało mi się dopaść konia. Ponieważ odcięli mi drogę do obozu, 
puściłem się na oślep przed siebie. Tak silny jest u nas instynkt samozachowawczy! Kiedy 
byłem   już   dość   daleko,   obejrzałem   się   i   zobaczyłem,   że   nasz   obóz   płonie.   Fungowie 
zaatakowali Beduinów, z którymi podróżowałem, myśląc prawdopodobnie, że przyczynili się 
do tego świętokradztwa. Potem dowiedziałem się, że wybili tych nieszczęśników do nogi, 
choć ja, który niechcący sprowadziłem na nich zgubę, uratowałem się.

Galopowałem  przez   dłuższy  czas   stromą   drogą pod  górę.  W ciemnościach   słyszałem 

rozlegające się wokół ryki lwów. Pamiętam, że jeden skoczył na mego konia. Biedne zwierzę 
zarżało przeraźliwie. Co było dalej – nie wiem. Kiedy się ocknąłem – było to chyba tydzień 
później  –  leżałem   na   werandzie   okazałego   domu,   a   wokół   krzątały   się   ładne   kobiety   o 
abisyńskich rysach.

– Pewnie przedstawicielki któregoś z zaginionych plemion Izraela – zauważył ironicznie 

Higgs, puszczając kłąb dymu z fajki.

–  Coś   w   tym   rodzaju.   O   szczegółach   opowiem   później.   Na   razie   przedstawię 

najważniejsze fakty.  Otóż ludzie ci, zamieszkujący miasto  Mur, pod którego bramą  mnie 
znaleźli, nazywają się Abati i twierdzą, że należą do plemienia abisyńskich Żydów, którzy 
zostali  wyparci   ze  swej  ojczyzny  i   czterysta  czy  pięćset   lat   temu   przybyli  na   tereny,   na 
których obecnie żyją. Rzeczywiście, mają pewne cechy semickie i wyznają religię, która jest 
jakąś   zniekształconą   formą   judaizmu.   Jest   to,   pewnie   na   skutek   małżeństw   zawieranych 
między spokrewnionymi ze sobą rodami, rasa zdegenerowana i wymierająca. Mają zaledwie 
około   dziewięciu   tysięcy   mężczyzn   zdolnych   do   noszenia   broni,   podczas   gdy   podobno 
jeszcze trzy-cztery pokolenia temu mogli wystawić dwadzieścia tysięcy, i żyją w ciągłym 
strachu przed otaczającymi ich ze wszystkich stron Fungami, którzy nienawidzą ich za to, że 
Abati zamieszkują górską fortecę, która niegdyś należała do nich.

– No i co było dalej? – spytał Higgs.
– Nic szczególnego. Próbowałem ich namówić, aby pomogli mi uwolnić syna, ale mnie 

wyśmiali. Powoli doszedłem do przekonania,  że w całym  tym  plemieniu  jest tylko  jedna 
wartościowa osoba  –  ich władczyni, która nosi pompatyczne  tytuły Walda Nagasta, czyli 
Dziecko Królów, i Takla Warda, czyli Pączek Róży, bardzo ładna i dzielna kobieta o imieniu 
Makeda.

– To jedno z imion pierwszej Królowej Saby – mruknął Higgs. – Innym było Belchis.
– Pod pozorem opieki medycznej – mówiłem dalej – gdyż inaczej ich przeklęta etykieta 

uniemożliwiłaby mi dostęp do tak czcigodnej osoby, dużo z nią rozmawiałem. Powiedziała 
mi,   że   bożek   Fungów   jest   olbrzymim   sfinksem,   a   przynajmniej   tak   się   domyśliłem   na 
podstawie jej opisu, bo sam go nie widziałem.

– Co?! –  Higgs aż podskoczył  na krześle.  –  Sfinks w Afryce Środkowej? A zresztą, 

background image

czemu nie? Podobno niektórzy z pierwszych faraonów mieli kontakty z tamtą częścią Afryki, 
a nawet pochodzili stamtąd. Zdaje się, że Makrizi znają taką legendę. Przypuszczam, że ten 
sfinks ma głowę barana.

– Powiedziała mi też – ciągnąłem dalej – że wśród Fungów istnieje podanie, czy raczej 

wierzenie, które stało się niemal jednym z artykułów ich wiary, iż jeśli ten sfinks, który  – 
nawiasem mówiąc – ma głowę lwa, nie barana, i nazywa się Harmak...

– Harmak! – znowu przerwał mi Higgs. – To jedno z imion egipskiego sfinksa. Harmakis, 

bóg świtu.

– Jeśli ten bożek – podjąłem na nowo – zostanie zniszczony, to Fungowie będą musieli 

opuścić swój kraj i powędrować na południe, przekraczając wielką rzekę. Zapomniałem jej 
nazwy, ale myślę, że musi to być odnoga Nilu.

Zauważyłem wtedy, że w takiej sytuacji Abati powinni się postarać zniszczyć sfinksa. 

Makeda roześmiała się i stwierdziła, że to zupełnie niemożliwe, gdyż jest on wielki jak góra, 
a poza tym  jej  poddani dawno już stracili  odwagę i inicjatywę.  Wolą siedzieć  w swoim 
żyznym,   otoczonym   górami   kraju,   karmiąc   się   opowieściami   o   minionej   świetności   i 
zabiegając o szumne, choć puste, tytuły, niż stawić czoła wrogu, który może ich zmiażdżyć w 
każdej chwili.

– Spytałem, czy ona też woli takie życie. „Absolutnie nie” odpowiedziała, „ale co mogę 

zrobić?”

– Uwolnij mnie, panie, od Fungów – dodała z przejęciem – a dam ci nagrodę, o jakiej nie 

śniłeś. Jest tu, w jaskini, całe podziemne miasto, pełne skarbów pogrzebanych z dawnymi 
władcami jeszcze zanim tu przybyliśmy. Dla nas są one bezwartościowe, gdyż będąc otoczeni 
przez wrogów nie możemy z nikim prowadzić handlu, ale wiem, że ludzie z innych krajów 
kochają złoto.

– Nie chcę złota – odparłem. – Chcę uwolnić swojego syna.
– Wobec tego –  powiedziała Walda Nagasta  –  musisz najpierw pomóc nam zniszczyć 

bożka Fungów. Czy nie ma żadnych środków, za pomocą których można to osiągnąć?

–  Są takie  środki  –  odparłem  i wyjaśniłem  jej, jak mogłem,  właściwości  dynamitu  i 

innych materiałów wybuchowych.

– Jedź do swego kraju – wykrzyknęła z entuzjazmem – i wróć z tym i z ludźmi, którzy 

potrafią to zrobić. Obiecuję im wszystkie bogactwa Mur. Tylko w ten sposób możesz uzyskać 
moją pomoc w uwolnieniu syna.

– No i jak się to skończyło? – spytał Higgs.
–  Dali mi trochę złota i eskortę na wielbłądach, które dosłownie spuszczono na linach 

ukrytą   ścieżką   w   górach.   Z   tymi   ludźmi   przemierzyłem   pustynię   i   dotarłem   po   wielu 
tygodniach bezpiecznie do Asuanu. Zostawiłem ich tam szesnaście dni temu i kazałem czekać 
na mój powrót. Dziś rano przypłynąłem do Anglii i jak tylko upewniłem się, że żyjesz i 
znalazłem twój adres w książce telefonicznej, którą dostałem w hotelu, zjawiłem się u ciebie.

background image

– A dlaczego właśnie u mnie? Co chcesz, żebym zrobił? – spytał Higgs.
– Dlatego u ciebie, że wiem jak bardzo interesują cię wszelkie starożytności. Chcę tobie 

pierwszemu   dać   szansę   zdobycia   nie   tylko   bogactwa,   ale   też   sławy   odkrywcy 
najwspanialszych zabytków przeszłości, jakie są na świecie.

– Dużo mi z tego przyjdzie, kiedy utną mi głowę – mruknął Higgs.
– Jeśli natomiast chodzi o to, co masz zrobić – mówiłem dalej – to chcę, żebyś znalazł 

kogoś, kto zna się na materiałach wybuchowych i podejmie się wysadzenia bożka Fungów.

– No, to akurat prosta sprawa – powiedział Higgs, wskazując fajką kapitana Orme’a. – On 

jest   inżynierem   z   zawodu,   żołnierzem   i   zdolnym   chemikiem.   Poza   tym   zna   arabski,   bo 
wychowywał się w Egipcie. To człowiek, jakiego ci trzeba... jeśli zgodzi się pojechać.

Pomyślałem chwilę, a potem spojrzałem na niego i spytałem:
– Czy pojedzie pan, kapitanie Orme, jeśli omówimy warunki?
– Jeszcze wczoraj –  odparł, zaczerwieniwszy się trochę  –  powiedziałbym  „Na pewno 

nie”. Dzisiaj jednak mogę pana zapewnić, że się nad tym zastanowię... to znaczy, jeśli Higgs 
też zgodzi się pojechać i wyjaśni mi parę spraw. Ale muszę pana ostrzec, że we wszystkich 
trzech   specjalnościach,   które   wymienił   Higgs,   jestem   tylko   amatorem,   choć   w   jednej 
zdobyłem pewne doświadczenie.

–  Przepraszam,   kapitanie,   ale   czy  mógłby   mi   pan  powiedzieć,   dlaczego   w   przeciągu 

dwudziestu czterech godzin zmienił pan tak radykalnie swoje plany? Jeśli uważa pan moje 
pytanie za niewłaściwe, proszę nie odpowiadać.

–  Nie jest niewłaściwe, ale kłopotliwe  –  odparł, czerwieniąc się ponownie.  –  Mimo to 

lepiej   jest   być   szczerym,   toteż   powiem   panu.   Wczoraj   uważałem   się   za   spadkobiercę 
olbrzymiej fortuny. Przyjechałem tu z Południowej Afryki, wcześniej niż miałem zamiar, na 
wieść   o   śmiertelnej   chorobie   mego   wuja,   którego   miałem   zostać   dziedzicem.   Dzisiaj 
dowiedziałem się, że rok temu poślubił potajemnie stojącą niżej od siebie kobietę i ma z nią 
dziecko, które oczywiście odziedziczy cały jego majątek, gdyż nie zostawił testamentu. Ale to 
nie wszystko. Wczoraj uważałem, że niedługo poślubię kobietę, z którą byłem zaręczony, ale 
i tu doznałem przykrego rozczarowania. Dama ta  –  dodał z goryczą  –  pragnęła poślubić 
spadkobiercę Antoniego Orme’a, ale nie chce wyjść  za mąż  za Oliwera Orme’a, którego 
roczne dochody nie przekraczają sumy 10000 funtów. No cóż, nie winie specjalnie jej ani jej 
rodziny  –  nie wiem, czyja to była decyzja  –  szczególnie że ma na widoku lepszy związek. 
Oczywiście jej decyzja znacznie uprościła sprawy – skończył, podniósł się i odszedł w drugi 
koniec pokoju.

– Przykra sprawa – szepnął Higgs. – Potraktowano go haniebnie – i zaczął wyrażać swoją 

opinię   o   owej   damie,   jej   rodzinie   i   nieboszczyku   Antonim   Ormie,   armatorze,   w   takich 
słowach, że gdybym chciał je wiernie przytoczyć, to fragment ten nie nadawałby się do druku. 
W świecie badaczy starożytności elokwencja profesora Higgsa jest dobrze znana, nie muszę 
więc rozwodzić się nad tą sprawą.

background image

– Nie rozumiem tylko jednego, Adams –  dodał głośno, widząc że Orme obrócił się w 

naszą   stronę  –  i   myślę,   że   obaj   chcielibyśmy   to   wiedzieć.   Jaki   ty   masz   interes   w   tym 
wszystkim?

– Obawiam się, że źle to przedstawiłem, choć wydawało mi się, że mówię jasno. Mam 

tylko  jeden cel  –  uwolnić syna, jeśli jeszcze żyje. Higgs, postaw się w moim  położeniu. 
Wyobraź sobie, że nie masz nikogo bliskiego oprócz jedynego dziecka i że to dziecko zostało 
porwane. Wyobraź sobie, że wreszcie, po wielu latach poszukiwań, słyszysz znowu jego głos, 
widzisz jego twarz – już dojrzałą, ale tę samą, że masz przed sobą kogoś, za kogo – gdybyś 
miał czas pomyśleć  –  oddałbyś życie. l że w tej samej chwili rzuca się na ciebie wyjący, 
fanatyczny tłum i pod wpływem pierwotnego instynktu, który zna tylko jedno hasło – „Ratuj 
życie!” –  zapominasz o miłości i o wszelkich szlachetnych uczuciach. Na koniec wyobraź 
sobie tego tchórza, przebywającego o parę mil od dziecka, które tak haniebnie porzucił, bez 
żadnej   możliwości   uwolnienia   go   czy   choćby   skomunikowania   się   z   nim,   z   powodu 
tchórzostwa tych, wśród których znalazł schronienie.

– No dobrze –  rzekł Higgs.  –  Wyobraziłem  sobie  to wszystko,  co tak pompatycznie 

odmalowałeś, i co z tego? Jeśli myślisz, że możesz mieć za to do siebie pretensje, to nie 
zgadzam się z tobą. Nie pomógłbyś synowi dając sobie poderżnąć gardło. Zresztą może jemu 
też by poderżnęli.

– Sam nie wiem – powiedziałem. – Tyle o tym myślałem, że wydaje mi się, iż okryłem 

się   hańbą.   No,   mniejsza   z   tym.   Nadarzyła   się   okazja   i   postanowiłem   z   niej   skorzystać. 
Makeda, która pewnie też dużo myślała o pewnych sprawach, złożyła mi propozycję – zdaje 
się, bez zgody czy wiedzy swojej rady. Powiedziała: „Pomóż mi, a ja pomogę tobie. Ocal mój 
lud, a ja spróbuję ocalić twojego syna. Zapłacę za twoje usługi i za usługi tych, których 
przyprowadzisz ze sobą”.

Odparłem jej, że to beznadziejna sprawa, gdyż nikt nie uwierzy w moją opowieść, na co 

zdjęła z palca ten sygnet, który masz w kieszeni, Higgs, i powiedziała:  „Moje przodkinie 
nosiły go od czasów Makedy, Królowej Saby. Jeśli są w twoim narodzie uczeni ludzie, to 
odczytają napis na nim i przekonają się, że nie kłamiesz. Zabierz go na dowód, że mówisz 
prawdę. Weź także tyle złota, ile będzie trzeba, żeby kupić te środki, które wysadzają góry w 
powietrze, i zapłacić ludziom, którzy się na nich znają. Ale nie bierz więcej niż dwóch czy 
trzech, bo więcej nie damy rady przeprowadzić bezpiecznie przez pustynię. I wracaj, żeby 
ocalić swego syna i mnie”. Oto cała historia, Higgs. Podejmiesz się tego, czy mam szukać 
gdzie indziej? Musisz się szybko zdecydować, bo nie mam czasu do stracenia. Chcę wrócić 
do Mur, zanim zacznie się pora deszczowa.

– Masz tu trochę tego złota, o którym mówiłeś?
Wyciągnąłem z kieszeni kurtki skórzany woreczek i wysypałem parę sztuk na stół. Higgs 

obejrzał je dokładnie.

– Monety kółkowe – powiedział. – Mogą to być pieniądze anglosaskie czy jakiekolwiek 

background image

inne. Wiek nieokreślony, ale wydaje się, że jest to złoto z małą domieszką srebra... Tak, o 
tutaj, kawałek metalu utlenił się. Ta jest bez wątpienia stara.

Potem wyjął z kieszonki pierścień i jeszcze raz dokładnie obejrzał przez lupę.
– Wydaje się, że to autentyk. Kiedyś można mnie było oszukać, ale teraz rzadko zdarza 

mi się mylić. No i jak, Adams? Musisz mieć to z powrotem? Zaufanie to rzecz święta! Tylko 
ci go pożyczono! W porządku, zabierz go. Ja tego nie chcę. A co do twojej propozycji... 
ryzykowne zadanie. Gdyby złożył mi ją ktoś inny, powiedziałbym mu, żeby sobie poszedł 
do... Mur. Ale ty, stary, ocaliłeś mi kiedyś  życie i nie chciałeś pieniędzy.  Wiedziałeś, że 
jestem spłukany.  Nie zapomniałem tego. Poza tym,  z powodu pewnej sprzeczki, o której 
raczej nie słyszałeś w Afryce Środkowej, robi się tu dla mnie za gorąco. Myślę, że pojadę z 
tobą. A co ty powiesz, Oliwerze?

– Och! – odparł Orme, budząc się z zamyślenia. – Jeśli ty się zdecydowałeś, to ja też. Jest 

mi wszystko jedno, gdzie pojadę.

background image

Rozdział II

Rada sierżanta Quicka

W tym momencie na zewnątrz zrobił się straszny tumult. Trzasnęły drzwi wejściowe, 

odjechała   galopem   dorożka,   świsnął   przeraźliwie   gwizdek   policjanta   i   rozległ   się   tupot 
ciężkich kroków na parterze. Dobiegło do nas wezwanie:  „W imieniu króla”, na które inny 
głos odparł: „Tak, i królowej, i reszty rodziny królewskiej. Chcecie to wziąć, to spróbujcie, 
platfusy!   Dalej   mi   z   łapami,   cymbały,   bo   jak   sieknę,   to  porozwalam   te   wasze   puste 
makówki!”

Potem usłyszeliśmy łomot, jak gdyby ktoś spadał ze schodów, któremu towarzyszyły 

okrzyki przerażenia i oburzenia.

– A to co u diabła? – krzyknął Higgs.
–  Sądząc   po   głosie,   to   Samuel...   to   znaczy   sierżant   Quick  –  odparł   z   wyraźnym 

niepokojem kapitan Orme. – Czego on tu może szukać? Aha, już wiem. To ma coś wspólnego 
z tą cholerną mumią, którą odwinąłeś z zawojów dziś po południu i kazałeś mu przynieść po 
kolacji.   Zaledwie   skończył,   otworzyły   się   z   impetem   drzwi   i   wszedł   postawny   facet   o 
wyglądzie wojskowego, trzymając na rękach jakieś ciało owinięte w prześcieradło. Położył 
swój bagaż na stole, między kieliszkami z winem.

– Przepraszam, kapitanie –  zwrócił się do Orme’a –  ale zgubiłem głowę nieboszczki. 

Zdaje się, że została na dole, z policjantami. Nie miałem się czym bronić przed nimi, więc 
walnąłem ich ciałem. Myślałem, że jest sztywne i mocne, ale niestety głowa odpadła i jest 
teraz w areszcie.

Kiedy sierżant Quick skończył mówić, drzwi otworzyły się ponownie i wpadło dwóch 

policjantów w potarganych mundurach. Jeden z nich trzymał za włosy, jak najdalej od siebie, 
wysuszoną głowę mumii.

– Co to ma znaczyć?! – krzyknął swoim charakterystycznym, piskliwym głosem Higgs. – 

Dlaczego wdarliście się do mojego domu? Macie nakaz?

– Tam! – odrzekł pierwszy policjant, wskazując na owiniętą prześcieradłem mumię.
– l tu! – dodał drugi, podnosząc jej głowę. – Aresztujemy tego człowieka pod zarzutem 

background image

przenoszenia w tajemnicy zwłok przez ulicę i zaatakowania nas za pomocą tych zwłok, kiedy 
chcieliśmy go zatrzymać dla wyjaśnienia. – No, mistrzu – rzekł, zwracając się do sierżanta – 
pójdziesz z nami spokojnie czy mamy ci pomóc?

Sierżant,   któremu   gniew   odebrał   mowę,   rzucił   się   w   stronę   mumii   najwyraźniej   z 

zamiarem ponownego użycia jej jako broni. Policjanci wyciągnęli pałki.

–  Stać  –  krzyknął   Orme   wbiegając   między   zwaśnione   strony.  –  Czyście   wszyscy 

poszaleli? Wiecie, że ta kobieta zmarła cztery tysiące lat temu?

– O rany!  –  powiedział ten, który trzymał  głowę, zwracając się do towarzysza.  –  To 

pewnie jedna z tych mumii, które trzymają w Muzeum Brytyjskim. Wygląda na strasznie 
starą i czuć ją jakimś balsamem, nie? – to mówiąc, powąchał głowę i odłożył ją na stół.

Potem   zaczęły   się   wyjaśnienia   i   w   końcu   obaj   policjanci,   odzyskawszy   dzięki   wielu 

kielichom porto nadszarpniętą godność osobistą, odeszli, zadowoliwszy się, zamiast Quicka, 
listą nazwisk wszystkich zainteresowanych, włącznie z mumią.

–  Dobrze   wam   radzę,   chłopcy  –  usłyszałem   głos   odprowadzającego   ich   sierżanta  – 

zapamiętajcie   sobie,   że   nie   zawsze   jest   tak,   jak   się   wydaje.   Facet,   który   się   zatacza   i 
przewraca, niekoniecznie musi być pijany. Może być głodny albo chory. Tak samo ciało nie 
musi być ciałem tylko dlatego, że jest sztywne i zimne. Sami widzieliście, że to może być 
mumia, a to zupełnie inna sprawa. Czy gdybym włożył taki mundur jak wy, to zaraz stałbym 
się policjantem? Dobre nieba, mam nadzieję, że nie! Jestem wojskowym, choć na razie w 
rezerwie.   Musicie,   chłopcy,   uważnie   studiować   ludzką   naturę   i   zbierać   obserwacje,   to 
dowiecie się, jaka jest różnica między świeżymi zwłokami a mumią, i wiele innych rzeczy. 
Weźcie sobie moje słowa do serca, to zostaniecie inspektorami i nie będziecie musieli ganiać 
codziennie po ulicach za pijakami. Dobranoc.

Kiedy spokój został przywrócony, a bezgłowa mumia złożona w sypialni Higgsa, gdyż 

Orme   stwierdził,   że   nie   może   w   obecności   zwłok,   nawet   jeśli   mają   parę   tysięcy   lat, 
rozmawiać o interesach, podsumowaliśmy naszą dyskusję. Przede wszystkim sporządziłem na 
propozycję Higgsa umowę określającą cele wyprawy i nasz udział w ewentualnych zyskach. 
Mieliśmy je podzielić na trzy równe części. W przypadku śmierci jednego czy dwu z nas jego 
czy ich udział miał przypaść pozostałemu czy też pozostałym. Nie chciałem się zgodzić na ten 
punkt umowy, jako że nie pragnąłem bogactw, lecz jedynie uwolnienia syna. Orme i Higgs 
nalegali jednak, abym się na to zgodził, gdyż  w przyszłości będę musiał z czegoś żyć, a 
gdybym nawet nie potrzebował pieniędzy, to na pewno przydadzą się one memu synowi, jeśli 
go uwolnimy, więc w końcu poddałem się.

Potem kapitan  Orme  bardzo rozsądnie  zauważył,  że powinniśmy dokonać wyraźnego 

podziału   obowiązków.   Stanęło   na   tym,   że   ja   będę   przewodnikiem,   Higgs   ekspertem   od 
staroci,   tłumaczem   i,   ze   względu   na   swą   dużą   wiedzę,   doradcą   w   sprawach   ogólnych, 
natomiast   kapitan   Orme   inżynierem   i   dowódcą,   z   tym   wszakże   zastrzeżeniem,   że   w 
przypadku różnicy zdań decyduje głos większości.

background image

Przepisawszy na czysto ów osobliwy dokument, podpisałem go i dałem Higgsowi, który 

zawahał   się   trochę,   ale   obejrzawszy   jeszcze   raz   dokładnie   pierścień,   złożył   swój   podpis, 
mrucząc, że i tak nic z tego nie wyjdzie, i przekazał umowę Orme’owi.

–  Zaczekajcie   chwilę  –  rzekł   kapitan  –  zapomniałem   o   czymś.   Chciałbym,   żebyśmy 

zabrali   ze   sobą   mego   starego   sługę,   sierżanta   Quicka.   Przyda   się   nam,   tym   bardziej   że 
będziemy   mieli   do   czynienia   z   materiałami   wybuchowymi.   Ma   w   tym   względzie   duże 
doświadczenie po służbie w wojskach inżynieryjnych. Jeśli się zgodzicie, to zawołam go i 
spytam, czy pojedzie. Myślę, że jest gdzieś w pobliżu.

Skinąłem głową, gdyż ta afera z mumią i policjantami świadczyła, że sierżant może być 

przydatnym człowiekiem. Siedziałem koło drzwi, więc otworzyłem je Orme’owi i w tej samej 
chwili   wyprostowana   postać   sierżanta   Quicka,   który   najwidoczniej   opierał   się   o   nie, 
dosłownie wpadła do pokoju i rąbnęła sztywno o podłogę niczym przewrócony drewniany 
żołnierzyk.

–   No,   nie   –  powiedział   Orme,   kiedy   jego   giermek,   nie   mrugnąwszy   nawet   okiem, 

pozbierał się z podłogi i stanął służbiście wyprostowany. – Co u diabła tam robiliście?

–  Stałem na warcie, panie kapitanie. Myślałem, że ci policjanci mogą się rozmyślić i 

wrócić tu. Jakie rozkazy?

– Jadę do Afryki Środkowej. Kiedy będziecie gotowi?
– Pocztowy do Brindisi wyrusza jutro wieczorem, jeśli chce pan jechać przez Egipt, panie 

kapitanie, ale jeśli przez Tunis, to w sobotę o 7.15 rano z Charing Cross. Tylko że, jak 
rozumiem, trzeba będzie zabrać broń i materiały wybuchowe, a zdobycie tego i odpowiednie 
zapakowanie, żeby celnicy nie znaleźli, może zająć trochę czasu.

– Jak rozumiem... – powtórzył Orme. – A na jakiej podstawie tak rozumiecie?
–  Drzwi w starych domach, panie kapitanie, często mają szpary a ten gentleman  –  tu 

wskazał na Higgsa – ma głos donośny jak gwizdek na psa. Niech pan się nie obraża. Czysty 
głos to wspaniała rzecz... to znaczy, kiedy drzwi są szczelne...  –  chociaż kamienna twarz 
sierżanta Quicka nawet nie drgnęła, to w jego oczach, skrytych pod krzaczastymi brwiami, 
dostrzegłem wesoły błysk.

Wybuchnęliśmy śmiechem, włącznie z Higgsem.
– A zatem chcecie się przyłączyć? – rzekł Orme. – Ale mam nadzieję, że zdajecie sobie 

sprawę z tego, że to niebezpieczne przedsięwzięcie i możecie już nie wrócić?

–  Panie kapitanie, pod Spion Kop też było niebezpiecznie. Tak samo w tym wąwozie, 

gdzie wszyscy oprócz pana, mnie i tego marynarza zostali zabici. Przepraszam pana, ale nie 
ma czegoś takiego jak niebezpieczeństwo. Człowiek rodzi się i umiera, a to, co robi między 
narodzinami i śmiercią, nie czyni żadnej różnicy.

– Brawo! – powiedziałem. – Widzę, że ma pan taki sam punkt widzenia, jak ja.
– Wielu ludzi, proszę pana, myślało tak od czasu, kiedy stary Salomon dał to – tu wskazał 

na pierścień Królowej Saby leżący na stole – tej damie. Proszę mi wybaczyć, panie kapitanie, 

background image

ale co z zapłatą? Jako kawaler z przekonania, nie mam nikogo na utrzymaniu, ale jak pan wie, 
mam siostry, które mają rodziny.  Proszę nie myśleć, panie kapitanie, że jestem chciwy  – 
dodał pospiesznie  –  ale jak panowie rozumiecie,  jasne ustalenia  na początku oszczędzają 
kłopotów na końcu – tu wskazał na naszą umowę.

– Jasna sprawa. Co chcecie, sierżancie? – spytał Orme.
–  Nic   poza   normalną   pensją,   panie   kapitanie,   jeśli   nic   nie   uzyskamy,   ale   jeśli   coś 

zdobędziemy, to czy pięć procent nie będzie za dużo?

– Niech będzie dziesięć – zaproponowałem. – Sierżant Quick tak samo ryzykuje życiem, 

jak my.

– Bardzo panu dziękuję – odparł – ale moim zdaniem to byłoby za dużo. Chcę tylko pięć 

procent.

Dopisaliśmy więc, że sierżant Quick ma otrzymać pięć procent ogólnych zysków pod 

warunkiem, że będzie zachowywał się przyzwoicie i słuchał rozkazów. Potem on też podpisał 
umowę i dostał szklankę whisky z wodą, aby wypić za powodzenie wyprawy.

– A teraz, panowie –  powiedział, nie korzystając z krzesła, które podsunął mu Higgs, 

najwidoczniej   dlatego,   że   wolał   z   przyzwyczajenia   podpierać   ścianę  –  jako   skromny 
szeregowiec z pięcioprocentowym udziałem w tym ryzykownym przedsięwzięciu, proszę o 
pozwolenie powiedzenia paru słów.

Otrzymawszy   nasze   zgodne   pozwolenie,   spytał   ile   waży   skała,   którą   trzeba   będzie 

wysadzić.

Odparłem, że nie wiem, bo nie widziałem bożka Fungów, ale prawdopodobnie ma takie 

rozmiary, jak katedra św. Pawła.

– Czyli że trzeba będzie ją dobrze poruszyć – rzekł sierżant. – Dynamit byłby w sam raz, 

ale takie ilości ciężko by było przewieźć na wielbłądach przez pustynię. Panie kapitanie, a 
może pikryniany?  Pamięta pan te nowe pociski Burów, które tylu  naszych  wyprawiły do 
nieba?

– Tak, pamiętam – odparł Orme – ale teraz mają silniejsze środki... nazywają się chyba 

azoimidy  –  nowe związki azotu o niesamowitych właściwościach wybuchowych. Jutro się 
zorientujemy, sierżancie. – W porządku, panie kapitanie, ale kto za to zapłaci?

Nie da się kupić takich ilości za nic. Według mojego wyliczenia koszt tej wyprawy, to 

znaczy   materiałów   wybuchowych,   broni,   amunicji   i   innych   potrzebnych   rzeczy,   bez 
wielbłądów, wyniesie nie mniej niż 1 500 funtów.

–  Myślę, że mam tyle w złocie  –  powiedziałem.  –  Królowa Makeda dała mi tyle, ile 

mogłem zabrać.

–  Jeśli zabraknie  –  wtrącił Orme  –  to choć jestem biedny, znajdę w razie czego 500 

funtów. Dajmy więc spokój pieniądzom. Najważniejsze pytanie to, czy wszyscy zgadzamy się 
wziąć udział w tej wyprawie i wytrwać do końca, bez względu na to, jaki ten koniec będzie?

Odparliśmy wszyscy, że się zgadzamy.

background image

– Czy ktoś chce coś jeszcze powiedzieć?
– Tak – rzekłem. – Zapomniałem powiedzieć, że jeśli dotrzemy do Mur, to nikomu z was 

nie wolno zalecać się do Makedy. Uważają ją za coś w rodzaju świętej. Może wyjść za mąż 
tylko za kogoś ze swego rodu i gdyby któremuś z was przyszło do głowy umizgiwać się do 
niej, to wszyscy możemy przypłacić to życiem.

– Słyszysz, Oliwerze? – powiedział Higgs. – Zdaje mi się, że to ostrzeżenie skierowane 

jest pod twoim adresem, bo reszta z nas ma już te sprawy raczej za sobą.

– No wiesz – odparł kapitan, swoim zwyczajem rumieniąc się znowu. – Jeśli mam być 

szczery, to też czuję się, jakbym miał to już za sobą, tak że jeśli chodzi o mnie, to sądzę, że 
uroki tej czarnej damy nie wchodzą w rachubę.

–  Niech   pan   nie   będzie   zbyt   pewny   siebie,   panie   kapitanie  –  rzekł   sierżant   Quick 

scenicznym szeptem. –  Z kobietą nigdy nic nie wiadomo. Jednego dnia jest jak trucizna, a 
drugiego jak miód – Bóg wie dlaczego. Niech pan nie będzie zbyt pewny siebie, bo jeszcze 
może   się   okazać,   że   będzie   pan   za   nią   łaził   na   kolanach.   Tak   samo   ten   gentleman   w 
okularach, a ja, choć nie cierpię bab, będę zamykał pochód. Jeśli pan chce, może pan kusić 
los, panie kapitanie, ale niech pan nie kusi kobiety, żeby przypadkiem ona pana nie skusiła, 
tak jak to się już raz stało.

– Przestańcie gadać bzdury i zawołajcie dorożkę – powiedział zimno. Orme. Natomiast 

Higgs wybuchnął śmiechem,  a ja, pamiętając twarz  „Pączka Róży”  i jej melodyjny głos, 
zamyśliłem się. Ładna mi  „czarna dama”! Ciekaw byłem, co Orme powie, kiedy ujrzy jej 
oblicze.

Sierżant Quick wcale nie był taki głupi, jak się wydawało jego zwierzchnikowi. Kapitan 

Orme   był   na   pewno   pod   każdym   względem   znakomitym   partnerem   w   czekającym   nas 
przedsięwzięciu, ale wolałbym, żeby był starszy albo żeby jego narzeczona nie pospieszyła 
się z zerwaniem zaręczyn. Wiedziałem z doświadczenia, że w trudnych i niebezpiecznych 
sytuacjach, szczególnie na Wschodzie, lepiej jest wyeliminować ryzyko romansu...

background image

Rozdział III

Polowanie Higgsa

Z całej naszej podróży przez pustynię do gór otaczających płaskowyż Mur warte uwagi 

czytelnika jest, jak sądzę, zaledwie parę zdarzeń. Pierwsze z nich miało miejsce w Asuanie, 
gdzie   na   kapitana   Orme’a   czekał   list   i   kilka   telegramów.   Ponieważ   zdążyliśmy   się   już 
zaprzyjaźnić,   pokazał   mi   je.   Z   telegramów   wynikało,   że   dziecko   będące   owocem 
potajemnego małżeństwa jego wuja zachorowało i zmarło, a ponieważ jego matka a wdowa 
po   wuju   zachowała   jedynie   pewne   sprzęty   i   rzeczy   osobiste,   Orme   stał   się   na   powrót 
dziedzicem wielkiej fortuny. Pogratulowałem mu i powiedziałem, że w tych okolicznościach 
nie będziemy zapewne mieli przyjemności podróżować dalej w jego towarzystwie.

– A dlaczego?  –  spytał.  –  Powiedziałem,  że biorę udział w tej wyprawie  i nie mam 

zamiaru się wycofać. Zresztą podpisałem nawet stosowny dokument.

– Istotnie – odparłem – ale sytuacja się zmieniła. To, co było dobre dla przedsiębiorczego 

i odważnego młodzieńca bez specjalnych zasobów, nie musi być dobre dla człowieka, który 
ma wszystko, czego mu potrzeba. Pomyśl tylko jakie otwierają się przed tobą perspektywy. 
Jesteś młody, inteligentny, masz odpowiednią pozycję społeczną i wielką fortunę. Nie ma 
teraz   takiej   rzeczy   w   Anglii,   której   nie   mógłbyś   dokonać.   Możesz   zostać   członkiem 
parlamentu i rządzić krajem. Jeśli zechcesz, możesz stać się członkiem Izby Lordów. Możesz 
poślubić   każdą   kobietę,   z   wyjątkiem   osób   z   rodziny   królewskiej.   Krótko   mówiąc,   bez 
specjalnego wysiłku z twojej strony, masz zapewnioną karierę. Nie odrzucaj lekkomyślnie 
takich   darów   losu   dlatego   tylko,   że   zobowiązałeś   się   wziąć   udział   w   wyprawie.   Możesz 
umrzeć z pragnienia na pustyni albo zginąć w walce z wojownikami jakiegoś nieznanego 
plemienia.

– Nigdy nie przywiązywałem zbytniej wagi do takich czy innych darów losu – odparł. – 

Kiedy straciłem ten jar, nie rozpaczałem, a teraz, kiedy go na powrót znalazłem, nie będę 
szalał z radości. Tak czy inaczej, jadę z wami i nie możesz mi w tym przeszkodzić. W końcu 
spisaliśmy umowę. Tyle tylko, że teraz, kiedy mam tak dużo do stracenia, powinienem spisać 
testament i wysłać do kraju, a to strasznie nudne zajęcie.

background image

W trakcie tej rozmowy wszedł Higgs z arabskim handlarzem, targując się zawzięcie o 

jakiś stary przedmiot. Kiedy wreszcie pozbył  się handlarza, wyjaśniłem mu nagłą zmianę 
sytuacji Orme’a. Na to Higgs, który mimo iż różnie z nim bywa w sprawach małej wagi, w 
doniosłych jest bezinteresowny, powiedział, że zgadza się ze mną i że Orme powinien, dla 
własnego dobra, zrezygnować z wyprawy i wrócić do domu.

–  Możesz sobie, stary, darować te przemowy choćby z tego względu  –  odparł Orme, 

rzucając mu list, z którym ja też w jakiś czas później się zapoznałem. Był to list od owej 
młodej damy,  która zerwała zaręczyny,  gdy los odwrócił się od Orme’a. Teraz ponownie 
zmieniła zdanie i choć nie wspomniała o tym, zdaje się, że to właśnie wiadomość o śmierci 
owego niewygodnego dziecięcia skłoniła ją do tego kroku.

– Odpisałeś na to? – spytał Higgs.
– Nie –  odparł Orme, zaciskając usta.  –  Nie odpisałem i nie mam zamiaru odpisywać. 

Chcę wyruszyć jutro do Mur i dotrzeć tam, jeśli los będzie łaskawy, a na razie mam zamiar 
obejrzeć te rzeźby naskalne przy katarakcie.

– No to sprawa załatwiona – rzekł Higgs po jego wyjściu – i muszę powiedzieć, że jestem 

rad, że się tak stało, bo mam wrażenie, że przyda nam się wśród tych Fungów. Poza tym 
przypuszczam,  że gdyby on zrezygnował, to Quick też, a chciałbym  wiedzieć,  co byśmy 
zrobili bez Quicka?

Potem odbyłem rozmowę z rzeczonym Quickiem w tej samej sprawie, przedstawiając mu 

swoją   opinię.   Sierżant   wysłuchał   wszystkiego   z   szacunkiem,   który   zawsze   był   miły   mi 
okazywać, a kiedy skończyłem, powiedział:

– Najmocniej przepraszam, ale myślę, że i ma pan rację, i nie. Każda sprawa ma dwie 

strony, prawda? Mówi pan, że byłoby niemądrze ze strony kapitana, gdyby teraz, kiedy ma 
tyle forsy, dał się zabić. Faktem jest, że życie to rzecz pospolita i wszędzie tego pełno, a 
pieniądze  to rzadkość i ciężko na nie trafić. W końcu nie podziwiamy królów, tylko  ich 
korony, nie milionerów, tylko ich miliony, ale przecież milionerzy nie zabierają ich ze sobą 
do   grobu.   Opatrzność,   tak   jak   Natura,   nie   lubi   marnotrawstwa   i   wie,   że   te   miliony 
zmarnowałyby się na drugim świecie, a tak ten, który umiera, zapewnia chleb, choć w tym 
przypadku należałoby raczej powiedzieć „marcepany”, drugiemu.

Tym niemniej zgadzam się z panem, że to grzech nie skorzystać z takiej okazji. Ale teraz 

druga strona tej sprawy. Znam tę damę, z którą był zaręczony kapitan. Gdyby posłuchał mojej 
rady,   to   nigdy   by   do   tego   nie   doszło,   bo   ze   wszystkich   żmij,   jakie   widziałem,   ona   jest 
najbardziej   żmijowata,   choć  –  trzeba   przyznać  –  ładna.   Salomon   powiedział   kiedyś   w 
przypływie złego humoru, że nie zdarzyło mu się spotkać uczciwej kobiety, ale gdyby znał 
pannę... mniejsza o to, jak się nazywa... to powiedziałby to nawet gdyby był w anielskim 
nastroju i powtarzałby do końca życia. Nikt nie powinien przyjmować z powrotem służącego, 
którego wyrzucił, dlatego że służący przeprasza i mówi, że mu przykro, bo inaczej jego panu, 
zanim się obejrzy, będzie jeszcze bardziej przykro. A tym bardziej nie można przyjmować z 

background image

powrotem narzeczonej. Już lepiej się utopić... Wiem to, bo sam kiedyś próbowałem.

– Ale –  mówił dalej  –  to jeszcze nie wszystko. Kapitan obiecał przecież udział w tej 

wyprawie, a jeśli człowiek ma umrzeć, to lepiej jeśli umrze nie złamawszy słowa. A poza 
tym, jak powiedziałem w Londynie, kiedy podpisałem umowę, nikt nie umrze, zanim nie 
przyjdzie jego czas i nie przydarzy się nikomu nic oprócz tego, co się ma przydarzyć. Dlatego 
nie ma co zawracać sobie głowy. W tym względzie ludzie Wschodu są mądrzejsi niż ludzie 
Zachodu.

A teraz pójdę przypilnować wielbłądów i tych pół-żydów, których pan nazywa Abati, 

choć dla mnie to nie żadni Abati, ale zwykli złodzieje. Wczoraj nakryłem ich, jak zaglądali do 
puszek z azoimidami, myśląc pewnie, że to dżem. Jak dalej będą tam pchali swoje brudne 
łapy, to może się zdarzyć coś takiego, że faraoni poprzewracają się w grobach, a dziesięć plag 
egipskich wyda się niewinną rozrywką.

Skończywszy tę orację, Quick wyszedł i w odpowiednim czasie wyruszyliśmy w drogę 

do Mur.

Drugim wartym, być może, wzmianki wydarzeniem było to, co się nam przydarzyło po 

dwóch miesiącach podróży.

Po wielu tygodniach męczącej wędrówki przez pustynię – jeśli dobrze pamiętam, było to 

jakieś dwa tygodnie po tym, jak Orme wszedł w posiadanie psa o nazwie Faraon, o którym 
będę jeszcze miał dużo do powiedzenia – dotarliśmy do oazy Zeu, w której zatrzymałem się 
już w drodze z Mur do Egiptu. Oaza ta nie jest duża, ale znajdują się w niej źródła wspaniałej 
wody i gaje palm daktylowych. Przywitano nas tam serdecznie, gdyż za pierwszym pobytem 
udało mi się wyleczyć szejka zapalenia oka i paru innych ludzi z różnych dolegliwości. Tak 
więc,  mimo   iż  pragnąłem   jechać   jak  najszybciej   dalej,  zgodziłem   się  z resztą,   że  należy 
posłuchać przewodnika karawany, sprytnego i zaradnego, ale, moim zdaniem, niepewnego 
Abati o imieniu Szadrach. i zostać w Zeu tydzień albo trochę dłużej, aby nasze wielbłądy 
wypoczęły i nabrały ciała po uciążliwej drodze.

Ten Szadrach, nazywany przez towarzyszy z jakiegoś, nieznanego mi wówczas powodu 

Kotem, miał na twarzy trzy podłużne, równoległe blizny, które  –  jak mi powiedział  –  były 
śladami pazurów lwa. Lwy były wielkim utrapieniem dla mieszkańców Zeu, gdyż w pewnych 
porach roku, prawdopodobnie kiedy brakowało im pożywienia, schodziły ze wzgórz, których 
łańcuch rozciągał się ze wschodu na zachód około pięćdziesięciu mil na północ od oazy, i 
porywały owce, wielbłądy i inne zwierzęta domowe, a niekiedy nawet ludzi. Ponieważ biedni 
Zeusi   praktycznie   nie   posiadali   broni   palnej,   zdani   byli   na   łaskę   i   niełaskę   lwów,   które 
oczywiście w tych warunkach bardzo się rozzuchwaliły. Jedyne, co mogli zrobić Zeusi, to 
zamykać na noc swoje zwierzęta w specjalnych zagrodach o kamiennych murach i chronić się 
samemu w chatach, które między zachodem a wschodem słońca opuszczali bardzo rzadko, i 
to   tylko   po   to,   aby   dorzucać   drzewa   do   ognisk,   które   rozpalali   w   celu   odstraszenia 
drapieżników od wioski.

background image

„Lwi sezon” był akurat w pełni, ale przez pierwsze pięć dni naszego pobytu w oazie nie 

widzieliśmy ani śladu tych bestii, mimo iż w nocy słyszeliśmy w oddali ich ryki. Jednak 
szóstego dnia obudził nas głośny lament dochodzący z położonej o pół mili dalej wioski. 
Kiedy poszliśmy tam o świcie, aby dowiedzieć się, co się stało, spotkaliśmy smutną procesję. 
Na jej czele szedł siwowłosy naczelnik, a za nim grupa zawodzących kobiet, które z wrażenia, 
a może na znak żałoby, nie założyły ubrań, i czterech mężczyzn niosących coś na zrobionych 
z plecionych gałązek drzwiach.

Wkrótce dowiedzieliśmy się wszystkiego. Otóż dwa czy trzy głodne lwy wskoczyły przez 

dach z liści palmowych do chaty jednej z żon naczelnika, której szczątki znajdowały się na 
owych drzwiach, i nie tylko zabiły ją, ale porwały też jej syna. Naczelnik zmierzał właśnie do 
nas,   abyśmy   pomścili   śmierć   jego   bliskich   i   zabili   lwy,   tym   bardziej   że   skoro   raz 
posmakowały ludzkiego mięsa, mogą stale napadać na bezbronnych mieszkańców oazy.

Przez tłumacza, który znał arabski, gdyż nawet Higgs nie rozumiał ich języka, wyjaśnił 

nam w chaotycznych słowach, że lwy zaległy niedaleko, wśród piaszczystych wydm, między 
którymi znajduje się, otoczone gęstą trzciną, źródło i błagał, abyśmy zabili bestie.

Nie powiedziałem nic z tego prostego powodu, że choć bardzo lubię polowanie, miałem 

ważniejsze sprawy na głowie i nie chciałem tracić czasu na tropienie lwów. Trzeba wiedzieć, 
kiedy można polować, a kiedy należy dać sobie z tym spokój, i wydawało mi się, że dopóki 
nie   zabraknie   nam   pożywienia,   nie   powinniśmy   tykać   strzelb.   Jednakże,   jak   się 
spodziewałem, Orme zapalił się do pomysłu naczelnika. Poparł go z miejsca Higgs, który od 
niedawna poczuł w sobie żyłkę myśliwską i wyobrażał sobie, że jest znakomitym strzelcem. 
Wykrzyknął głośno, że nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności, tym bardziej że jest 
pewien, iż lwy są w rzeczywistości tchórzliwe i znacznie się je przecenia.

Od tej chwili zacząłem przeczuwać nieszczęście. Mimo to powiedziałem, że pójdę z nimi. 

Zrobiłem to po części dlatego, że od dawna nie ustrzeliłem żadnego lwa, a miałem z nimi od 
czasu kiedy o mało mnie nie zabiły w górach Mur porachunki, po części zaś dlatego, że 
znając pustynię i Zeusów o wiele lepiej niż Higgs i Orme myślałem, że mogę się przydać.

Przygotowaliśmy więc strzelby i amunicję, do czego po namyśle dodaliśmy dwie duże 

butelki wody, i zjedliśmy obfite śniadanie. Kiedy już zbieraliśmy się do odejścia, podszedł do 
mnie Szadrach i spytał, dokąd się wybieramy. Kiedy mu powiedziałem, rzekł:

–  A co was obchodzą, panie, te dzikusy i ich kłopoty? Jeśli paru z nich zginie, to nie 

będzie to miało żadnego znaczenia. Jeśli chcecie zapolować na lwy, to wiesz, panie, że jest 
ich wiele tam, dokąd jedziecie, bo lew jest bogiem Fungów i dlatego nigdy nie zabijają oni 
tych zwierząt. A pustynia wokół Zeu jest bardzo niebezpieczna i może się wam przytrafić coś 
złego.

– No to chodź z nami – wtrącił się Higgs, który nie lubił Szadracha. – Oczywiście z tobą 

będziemy zupełnie bezpieczni.

–   O   nie   –  odparł.  –  Ja   i   moi   ludzie   odpoczywamy.   Tylko   wariat   poluje   na   dzikie 

background image

zwierzęta, z których nie ma żadnego pożytku, kiedy może odpoczywać. Mało nam pustyni i 
jej   niebezpieczeństw?   Gdybyś   wiedział,   panie,   o   lwach   tyle,   co   ja,   to   zostawiłbyś   je   w 
spokoju.

– My też mamy dosyć pustyni, ale nie polowania – rzekł Orme, który dobrze mówił po 

arabsku.  –  Leżcie  sobie, jeśli chcecie. My pójdziemy zabić bestie, które niepokoją ludzi, 
przyjmujących nas tak gościnnie.

– Niech tak będzie – odparł Szadrach z uśmiechem, który wydał mi się złośliwy.  – To 

dzieło lwa  –  dodał wskazując na okropne blizny na swej twarzy. Oby Bóg Izraela ustrzegł 
was przed lwami. Pamiętajcie, panowie, że wielbłądy wypoczęły i pojutrze ruszamy dalej... 
Jeśli pogoda się utrzyma, bo kiedy na tych wzgórzach zerwie się wiatr, nikt, kto się znajdzie 
wśród nich, nie ujdzie z życiem.  –  Przyłożył rękę do oczu, aby osłonić je przed słońcem, 
przyjrzał się uważnie niebu, a potem mruknął coś jeszcze, odwrócił się i zniknął za chatą.

Podczas tej rozmowy sierżant Quick, oddalony od nas o kilkanaście kroków, pochłonięty 

był zmywaniem naczyń po śniadaniu i wydawało się, że nie zwraca w ogóle uwagi na to, co 
się dzieje wokół. Orme zawołał go i po chwili Quick stanął przed nim na baczność. Nie 
zapomnę, jak dziwnie wyglądał w tym otoczeniu – w skrupulatnie pozapinanym mundurze, z 
dokładnie wygoloną, kamienną twarzą, starannie przyczesanymi i pociągniętymi brylantyną 
czy jakimś jej odpowiednikiem włosami i bystrym spojrzeniem, któremu nic nie umykało.

– Idziecie z nami, sierżancie? – spytał Orme.
–  Nie,   chyba   że   to   rozkaz,   panie   kapitanie.   Lubię   sobie   trochę   zapolować,   ale   pod 

nieobecność trzech oficerów ktoś musi trzymać straż przy naszych rzeczach, więc myślę, że 
lepiej będzie, jak zostanę tu z Faraonem.

–  Chyba macie rację, sierżancie. Tylko przywiążcie Faraona, żeby za mną nie pobiegł. 

No, co jeszcze chcecie powiedzieć? Mówcie!

– Tylko jedno, panie kapitanie. Chociaż brałem udział w trzech kampaniach między tymi 

Arabami (dla Quicka wszyscy mieszkańcy Afryki na północ od równika byli Arabami, a na 
południe  –  Murzynami),   nie   znam   dobrze   ich   języka.   Ale   zorientowałem   się,   że   temu 
facetowi,   którego   nazywają   Kotem,   nie   podoba   się   wasza   wycieczka,   a   on,   za 
przeproszeniem, panie kapitanie, może być taki czy inny, ale na pewno nie jest głupi.

–  Nic   na   to   nie   poradzę,   sierżancie.   Przede   wszystkim   nie   możemy   ulec   teraz   jego 

kaprysom.

– Racja, panie kapitanie. Skoro się wciągnęło flagę na maszt, nie można jej ściągać. Na 

pewno wrócicie cało i zdrowo, jeśli tak wam pisane.

Uspokoiwszy swoje obawy, sierżant przejrzał nasze wyposażenie, aby upewnić się, czy 

czegoś   nie  brakuje,  sprawdził   strzelby,  po  czym  zameldował,   że  wszystko  w   porządku  i 
wrócił   do   zmywania   naczyń.   Nikt   z   nas   nie   spodziewał   się,   w   jakich   okolicznościach 
przyjdzie nam spotkać się z nim ponownie.

Wyszliśmy z wioski, prowadzeni przez naczelnika, który jednocześnie spełniał funkcję 

background image

tropiciela, i tłum uzbrojonych w dzidy i łuki Zeusów. Przeszedłszy około mili wzdłuż skraju 
oazy,   skręciliśmy   w   piaski.   Pustynia   miała   tu   zupełnie   inny   charakter   niż   na   całej 
dotychczasowej   trasie   naszej   wędrówki.   Tworzyły   ją   wysokie,   niekiedy   na   trzysta   stóp, 
wydmy   piaskowe   o   spadzistych   zboczach,   poprzedzielane   dolinami   wyżłobionymi   przez 
wiatr.

Na pewnej przestrzeni, tam gdzie docierało wilgotne powietrze z oazy, wydmy porośnięte 

były roślinnością. Wkrótce jednak znaleźliśmy się na właściwej pustyni i przez jakiś czas 
wspinaliśmy   się   na   wydmy   i   zsuwaliśmy   się   po   ich   stromych,   ruchomych   zboczach,   aż 
wreszcie ze szczytu jednej z nich naczelnik wskazał nam porośnięte zieloną trzciną miejsce w 
rodzaju tych, które w Afryce Południowej nazywane są nieckami lub, z holenderska, vlei. 
Wyjaśnił na migi, że tam właśnie zaległy lwy. Zsunąwszy się ze zbocza, rozstawiliśmy się. Ja 
stanąłem nieco powyżej  niecki, a Higgs i Orme trochę niżej, po obu jej stronach. Potem 
kazaliśmy Zeusom zajść lwy z drugiej strony i wypłoszyć na nas, bo chociaż trzcina rosła 
gęsto wzdłuż biegu podziemnego strumienia, był to wąski i długi nie więcej niż na ćwierć 
mili pasek.

Zaledwie   nagonka   weszła,   choć   bardzo   niechętnie,   w   las   trzcin,   usłyszeliśmy   głośne 

zawodzenie,  świadczące,  że coś się stało. Jakoż po chwili wyłoniło  się z gąszcza dwóch 
naganiaczy niosąc szczątki syna naczelnika, którego lwy porwały w nocy.

Zaraz   potem   ujrzeliśmy,   mniej   więcej   w   połowie   długości   bagna,   uchodzącego   lwa 

samca, który kierował się ku wydmom. Higgs, którego stanowisko wypadło akurat z tamtej 
strony, miał go na około dwieście jardów, co  –  jak wie każdy myśliwy polujący na grubą 
zwierzynę  –  było   za   dużą   odległością   na   skuteczny   strzał.   Ale   profesor   oczywiście   nie 
wiedział   o   tym,   a   będąc  –  jak  wszyscy   świeżo   upieczeni   łowcy  –  żądny  krwi,   podniósł 
strzelbę i wypalił, jakby strzelał nie do lwa, lecz do królika. Jakimś cudem trafił. Kula z 
ekspressu

*1

 weszła za przednią łopatką i utkwiła w komorze

*

, kładąc zwierza trupem.

– Widzieliście?! – krzyknął rozentuzjazmowany Higgs. Potem, nie zatrzymując się nawet, 

aby zmienić wystrzelony nabój, puścił się biegiem w stronę leżącego lwa. Orme i ja, nie 
posiadając się ze zdumienia, pobiegliśmy za nim.

Biegnąc skrajem bagna, Higgs przebył jakieś sto jardów, gdy nagle z trzcin wyskoczył 

prosto   na   niego   drugi   lew,   a   raczej   lwica.   Miggs   obrócił   się   szybko   i   natychmiast,   nie 
złożywszy   się   nawet   dobrze,   wystrzelił   z   lewej   lufy.   Pocisk   oczywiście   nawet   nie   tknął 
rozzłoszczonego zwierza. W następnej sekundzie zobaczyliśmy z przerażeniem, że Higgs leży 
na plecach, a nad nim stoi, warcząc i młócąc ogonem, rozsierdzona lwica.

Biegnąc   dalej   w   jego   kierunku,   zaczęliśmy   się   drzeć,   co   sił   w   gardłach,   tak   samo 

wrzeszczeli Zeusi, choć nie kwapili się iść Higgsowi z pomocą. Skutek tego był taki, że lwica, 
zamiast  rozszarpać profesora na kawałki, zwróciła łeb najpierw  w  jedną, potem w drugą 

1

*

 Ekspress – strzelba myśliwska o dwu lufach gwintowanych, używana do polowań na grubego zwierza (przyp. 

tłum.)
* Komora – w gwarze myśliwskiej serce zwierzyny (przyp. tłum.)

background image

stronę.   Ponieważ   miałem   stanowisko   dużo   bliżej   Higgsa   niż   Orme,   znajdowałem   się   już 
zupełnie blisko, może trzydzieści jardów od niego, ale bałem się strzelać, żeby przypadkiem, 
zamiast  zwierza, nie zabić przyjaciela.  Tymczasem lwica doszła do siebie i rozłożyła  się 
całym cielskiem na Higgsie z wyraźnym zamiarem odgryzienia mu głowy.

Zdecydowałem, że nie mogę dłużej zwlekać, bo inaczej za moment będzie po profesorze. 

Lwica była o wiele dłuższa niż on i jej zad znajdował się za stopami Higgsa.

Wymierzyłem szybko w tę część i nacisnąłem spust. Sekundę potem usłaszałem głuche 

uderzenie kuli. Lwica podskoczyła z rykiem i zawahawszy się chwilę, zaczęła uciekać w 
stronę wydmy. Lewa tylna łapa zwisała jej bezwładnie.

Teraz wypalił również Orme, ale wzniósł tylko obłoczek kurzu pod brzuchem zwierza. 

Chociaż miał repetier

*

  i mógł strzelać dalej, lwica zniknęła za grzbietem wzgórza, zanim 

zdążył oddać następny strzał. Zostawiając ją, podbiegliśmy do Higgsa. Myśleliśmy, że jest 
martwy albo co najmniej bardzo pogryziony, ale ku naszej uldze i zdumieniu profesor szybko 
się poderwał – miał nawet na nosie swe niebieskie okulary – i ładując w biegu strzelbę puścił 
się za lwicą.

– Wracaj! – krzyknął za nim Orme.
–  Za nic  w  świecie!  – wrzasnął  Higgs.  –  Jeśli  wam  się zdaje, że  pozwolę jakiemuś 

wielkiemu kotu siedzieć mi bezkarnie na brzuchu, to jesteście w błędzie.

Orme dogonił go na szczycie pierwszego wzniesienia, ale ani jego, ani moje – kiedy do 

nich dołączyłem – perswazje nie zdały się na nic. Stwierdziliśmy, że oprócz zadraśnięcia na 
nosie, z którego krew rozmazała mu się na twarzy, nie odniósł żadnej rany, ale za to mocno 
ucierpiała jego duma. Na próżno tłumaczyliśmy mu, że powinien się cieszyć, iż cała historia 
zakończyła się szczęśliwie i zadowolić się jednym lwem.

– A dlaczego?  –  powiedział.  –  Adams  zranił tę bestię, a ja wolę zabić dwa lwy niż 

jednego, a poza tym mam rachunek do wyrównania. Ale jeśli się boicie, to możecie wracać.

Muszę wyznać, że chciałem skorzystać z jego rady, ale Orme’a zirytował jego docinek.
– No już dobrze, to załatwia sprawę – powiedział.
– Musiałeś doznać wstrząsu przy tym upadku, bo inaczej nie mówiłbyś tak. Spójrz, tu jest 

trop. Widzisz krew? Chodźmy za nim. W każdej chwili możemy ją zobaczyć, ale nie próbuj 
więcej dalekich strzałów, Higgs. Nie zabijesz drugiego lwa na dwieście pięćdziesiąt jardów. – 
W porządku – odparł Higgs. – Nie obrażajcie się. Nie miałem nic złego na myśli. Chciałem 
tylko powiedzieć, że pokażę tej bestii, jaka jest różnica między białym a Zeusem.

Poszliśmy   więc   za   tropem,   wspinając   się   po   wydmach.   Po   półgodzinnym   marszu 

zobaczyliśmy lwicę na szczycie wzgórza, o jakieś pięćdziesiąt jardów przed nami. Widok ten 
dodał nam sił. Dogoniło nas też paru Zeusów, którzy – choć bez zapału – przyłączyli się do 
tropienia.

Tymczasem zbliżało się południe i zrobił się taki upał, że gorące powietrze zaczęło drgać 

* Repetier – broń myśliwska powtarzalna, umożliwiająca wyrzucenie łuski z lufy i wprowadzenie nowego 
naboju za pomocą jednego ruchu zamka

background image

i wydawało się, jakby nad piaskiem tańczyły roje muszek. Mimo takiej spiekoty, słońce było 
niewidoczne,  zakryte  mgłą.  Zapanowała dziwna, niespotykana  nawet na pustyni,  cisza, w 
której słychać było  osypujący się z krawędzi wydm piasek. Zeusi zaczęli się niepokoić i 
wskazywać dzidami w górę, a potem do tyłu, na oazę, którą straciliśmy już z oczu. W końcu, 
ponieważ nie zważaliśmy na ich znaki, zniknęli.

Chciałem podążyć za nimi, domyślając się, że musieli mieć jakiś bardzo poważny powód, 

żeby odejść, ale Higgs nie chciał dać za wygraną, a Orme, który zdawał się nadal przeżywać 
głupią uwagę profesora, tylko wzruszył ramionami i nic nie powiedział.

– Niech sobie uciekają ci tchórze! – krzyknął Higgs, przecierając okulary i spoconą twarz. 

– Spójrz! Tam ona jest, na lewo. Jeśli obiegniemy tę wydmę, to przetniemy jej drogę.

Obiegliśmy więc wydmę, ale – choć znaleźliśmy świeżą krew – nie spotkaliśmy lwicy. 

Szliśmy jej tropem jeszcze wiele mil, skręcając to w jedną, to w drugą stronę, aż nie tylko 
mnie, ale i Orme’a zaczął denerwować upór Higgsa. W końcu, kiedy zwątpiliśmy już, że ją 
dojdziemy, podnieśliśmy ją nagle z jakiegoś zagłębienia. Kiedy wspinała się na przeciwległe 
zbocze, oddaliśmy do niej kilka strzałów. Jeden z nich był celny, gdyż zrolowała, a potem 
usiadła na zadzie i zaczęła ryczeć. Unieruchomił ją strzał kapitana, ale Higgs, który  –  jak 
wielu niedoświadczonych myśliwych – był bardzo zazdrosny o swe osiągnięcia, stwierdził z 
miejsca, że lwica jest jego. Uważaliśmy, że nie warto się sprzeczać i nie próbowaliśmy go 
wyprowadzać z tego przeświadczenia.

Wspięliśmy się z trudem na wzgórze i tuż za jego krawędzią znaleźliśmy lwicę. Siedząc 

na zadzie, wyglądała  jak wielki pies. Nie mogła  się ruszyć,  więc tylko ryczała  groźnie i 
machała przednimi łapami.

– Teraz moja kolej, szanowna pani – krzyknął Higgs i chybił ją gładko z odległości pięciu 

jardów. Drugi strzał był lepszy. Padła martwa.

–  Chodźcie!  – krzyknął z podnieceniem profesor.  –  Oskórujemy ją. Siedziała na mnie, 

więc teraz ja mam zamiar przez wiele dni siedzieć na niej.

Zabraliśmy się więc do pracy, choć nie podobał mi się wygląd nieba. Miałem już spore 

doświadczenie z pustynią i wolałbym  zostawić zwierzę i wracać jak najszybciej do oazy. 
Praca ta zajęła nam wiele czasu, bo z nas trzech tylko ja znałem się na skórowaniu i panował 
straszny upał.

Wreszcie skończyliśmy i przełożywszy skórę przez strzelbę, żeby można ją było nieść we 

dwóch, napiliśmy się wody z butelek. (Złapałem Higgsa na obmywaniu drogocennym płynem 
krwi z twarzy i rąk). Potem wyruszyliśmy w drogę powrotną, ale szybko stwierdziliśmy, że 
nie   mamy   najmniejszego   pojęcia,   w   której   stronie   znajduje   się   oaza.   W   pośpiechu 
zapomnieliśmy zabrać ze sobą kompas, a słońce, według którego moglibyśmy się kierować w 
normalnych warunkach i które nie zawiodło nas dotychczas, znajdowało się za mgłą.

Postanowiliśmy wobec tego pójść na wzgórze, na którym zabiliśmy lwicę, i wrócić po 

własnych śladach. Wydawało się to proste, gdyż wzgórze znajdowało się nie dalej niż pół mili 

background image

od nas.

Dotarliśmy do niego, stękając z wysiłku, tylko po to, by stwierdzić, że jest to zupełnie 

inne   wzgórze.   Po   chwili   zastanowienia   ruszyliśmy   w   stronę   właściwego   wzgórza,   z   tym 
samym rezultatem.

Zagubiliśmy się na pustyni!

background image

Rozdział IV

Wiatr śmierci

– Prawda jest taka –  powiedział Higgs tonem kapłana przekazującego głos wyroczni  – 

prawda jest taka, że wszystkie te przeklęte wzgórza są tak podobne do siebie, jak paciorki w 
naszyjniku mumii. Daj mi tę butelkę z wodą, Adams. Gardło mam suche jak piec.

– Nie – odparłem krótko. – Niedługo będziesz miał jeszcze suchsze.
–  O co ci chodzi? A, rozumiem! Ale to nonsens. Ci Zeusi znajdą nas, a w najgorszym 

przypadku będziemy musieli poczekać, aż zajdzie słońce.

Zaledwie   skończył   mówić,   gdy   w   powietrzu   rozległ   się   dziwny,   świszczący   dźwięk. 

Słyszałem to już nieraz i wiedziałem, że wydają go miliony trących się o siebie ziaren piasku. 
Odwróciliśmy się, żeby zobaczyć skąd dochodzi i w oddali dostrzegliśmy pędzącą ku nam z 
niezwykłą   szybkością   potężną,   gęstą   chmurę,   którą   poprzedzały   pojedyncze   słupy   i   leje 
utworzone z takich samych, tylko mniejszych chmur.

– Burza piaskowa – rzekł Higgs z pobladłą twarzą. – Źle z nami! Tak to jest, kiedy się 

wstanie z łóżka lewą nogą. Nie, to twoja wina, Adams. Wczoraj wieczorem, mimo moich 
protestów, podałeś mi sól (profesor ma wiele przesądów tego rodzaju, co u osoby tak uczonej 
jest   wyjątkowo   absurdalne),   i   co   teraz   zrobimy?   Schronimy   się   po   zewnętrznej   stronie 
wzgórza, dopóki nie przejdzie?

–  Nie   łudź   się,   że   przejdzie.   Nie   zostało   nam   nic   oprócz   modłów  –  powiedział   z 

rezygnacją   Orme.   Nie   znam   nikogo,   z   wyjątkiem   może   sierżanta   Quicka,   który   prawie 
mógłby być jego ojcem, kto w obliczu niebezpieczeństwa zachowałby tak zimną krew, jak 
Oliwer. – Zdaje się, że gra skończona – dodał. – No, cóż, Higgs, zabiłeś dwa lwy, a to już jest 
coś.

–  Do diabła z lwami! Możesz umrzeć, jeśli chcesz, świat nie odczuje braku ciebie, ale 

pomyśl   jaka   byłaby   strata,   gdyby   mnie   się   coś   przydarzyło!   Nie   mam   zamiaru   dać   się 
zdmuchnąć  przez ten cholerny wiatr. Chcę jeszcze pożyć,  żeby napisać książkę o Mur  – 
odparł   Higgs   i   zaczął   wygrażać   pięścią   nadciągającej   chmurze.   Wyglądał   naprawdę 
imponująco. Przypominał mi Ajaksa urągającego piorunom.

background image

Ja tymczasem zastanawiałem się, co robić.
– Słuchajcie!  – powiedziałem.  – Naszą jedyną szansą jest zostać tu, gdzie jesteśmy, bo 

jeśli się stąd ruszymy, to zostaniemy żywcem pogrzebani. Spójrzcie, tam jest kawałek twardej 
ziemi  –  wskazałem na płytę skalną odsłoniętą przez burzę.  –  Szybko, połóżmy się tam i 
nakryjmy tą skórą! Może uchroni nas przed uduszeniem przez piasek. Biegiem! Nadchodzi!

Nadchodziła z potężnym rykiem i wyciem. Zaledwie zdołaliśmy się ułożyć na skale tyłem 

do chmury,  przywierając, zwyczajem  wielbłądów, ustami i nosami do ziemi  i nakrywszy 
głowy skórą, przy czym  łapy przycisnęliśmy własnymi  ciałami,  aby nie zerwał jej wiatr, 
burza   gwałtownie   uderzyła   na   nas.   Leżeliśmy   tak   wiele   godzin,   nie   mogąc   wyjrzeć   ani 
rozmawiać, gdyż jej ryk zagłuszał słowa. Od czasu do czasu unosiliśmy się tylko trochę na 
rękach i na kolanach, aby strząsnąć gromadzący się na nas piach, gdyż inaczej znaleźlibyśmy 
się żywcem w grobie.

Cierpieliśmy straszne katusze  –  upał, zaduch, smród lwiej skóry, pył wciskający się do 

nosa i do gardła i grożący nam uduszeniem  oraz pragnienie,  gdyż  nie mogliśmy w tych 
warunkach skorzystać z naszych szczupłych zapasów wody. Ale najgorszy ze wszystkiego 
był   ból,   powodowany   ciągłym   tarciem   ostrych   ziarenek   piasku   lecących   z   prędkością 
huraganu. Może to wydać się niewiarygodne, ale w końcu piasek podziurawił nasze lekkie 
ubrania i wygarbował nam skórę.

–  Nic dziwnego, że mumie egipskie mają taki piękny połysk  –  mamrotał mi do ucha 

Higgs  –  nic dziwnego! Moje piszczele będą się teraz w sam raz nadawały do polerowania 
butów Quicka do konnej jazdy. Niech diabli porwą te lwy! Dlaczego podałeś mi wczoraj sól, 
ty ośle? Teraz czuję ją na plecach.

Potem zaczął pleść coś bez sensu i jęczał od czasu do czasu.
Niewykluczone, że ta piaskowa tortura uratowała nam życie, ponieważ gdyby nie ten ból, 

moglibyśmy zapaść z wyczerpania i pragnienia w sen, z którego nigdy byśmy się już nie 
obudzili.   Wtedy  jednak   nie   odczuwaliśmy   bynajmniej   wdzięczności   dla   smagających   nas 
bieży piasku, gdyż ból stał się w końcu prawie nie do zniesienia. Orme powiedział mi potem, 
że zaczął w pewnym momencie roić, iż zbił kolosalną fortunę na sprzedaży Chińczykom 
sekretu nowej  tortury,  polegającej na smaganiu  ciała  ofiary strumieniem gorącego piasku 
wyrzucanego z dmuchawy.

W końcu straciliśmy rachubę czasu. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że burza trwała 

pełnych   dwadzieścia   godzin.   Przez   większą   jej   część   musieliśmy,   mimo   bólu,   być 
nieprzytomni. W każdym razie pamiętam, że w pewnej chwili ujrzałem twarz syna, a więc 
musiały mnie dręczyć halucynacje. Zaraz potem poczułem się tak, jakby mnie przypiekano 
gorącym  żelazem.  Ostatkiem  sił podniosłem się i stwierdziłem,  że burza przeszła i moją 
poobcieraną   skórę   przypala   słońce.   Starłszy   z   oczu   piasek,   spojrzałem   na   ziemię   i 
spostrzegłem dwa kopczyki wyglądające jak mogiły, z których wystawały białe nogi. Para 
dłuższych nóg poruszyła się, piasek zafalował i wyłonił się spod niego Oliwer Orme, mówiąc 

background image

coś bezładnie zduszonym głosem.

Staliśmy przez chwilę i spoglądaliśmy na siebie. Przedstawialiśmy zaiste niesamowity 

widok.

–  Czy on nie żyje?  –  mruknął Orme, wskazując na wciąż pogrzebanego pod piaskiem 

Higgsa.

– Obawiam się, że masz rację – odparłem – ale sprawdźmy.
Zaczęliśmy go z trudem odgrzebywać. Kiedy wreszcie unieśliśmy skórę, twarz profesora 

była cała czarna i przykro było na nią patrzeć, ale ku naszej uldze stwierdziliśmy, że żyje, bo 
poruszył ręką i jęknął. Orme spojrzał na mnie.

– Woda by go uratowała – powiedziałem.
Wtedy   przeżyliśmy   chwilę   niepewności.   Jedną   z   butelek   opróżniliśmy   jeszcze   przed 

burzą,  ale  druga, duża patentowa  flaszka  w  filcowym  pokrowcu  z kauczukową  zakrętką, 
powinna być w trzech czwartych pełna, o ile w tym strasznym upale woda nie wyparowała. 
Gdyby tak się stało, oznaczałoby to, że Higgs umrze, a wkrótce potem – jeśli nie nadejdzie 
pomoc   –  także   my.   Orme   odkręcił   zakrętkę,   gdyż   mnie   za   bardzo   drżały   ręce,   a   potem 
wyciągnął   zębami   korek,   który   na   szczęście   przewidujący   Quick   wetknął   pod   zakrętkę. 
Trochę   wody,   która   dzięki   Bogu   nie   wyparowała,   prysnęło   na   suche   jak   pergamin   usta 
Orme’a. Widziałem, że zagryzł je aż do krwi, walcząc z pokusą, aby zaspokoić pragnienie. 
Oparł się jej jednak i nie wypiwszy ani kropli, wręczył mi butelkę, mówiąc po prostu:

– Jesteś najstarszy, Adams. Ty podziel.
Teraz ja musiałem przeciwstawić się pokusie, ale udało mi  się. Usiadłem,  oparłem o 

kolano głowę Higgsa i wpuściłem kilka kropel między jego spieczone wargi.

Skutek był magiczny, bo nie minęła minuta a profesor usiadł, chwycił flaszkę obiema 

rękami i usiłował mi ją wydrzeć.

– Ty okrutny bydlaku! Ty okrutny, samolubny bydlaku! – jęknął, kiedy mu ją wyrwałem.
– Słuchaj, Higgs – powiedziałem ochrypłym głosem. – Orme i ja też bardzo potrzebujemy 

wody, a nie wypiliśmy ani kropli. Ale mógłbyś wypić wszystko, gdyby ocaliło ci to życie. 
Tylko że nie ocali. Zgubiliśmy się na pustyni i musimy oszczędzać wodę. Jeśli teraz wszystko 
wypijesz, to za parę godzin znowu będziesz spragniony i umrzesz.

Pomyślał chwilę, a potem podniósł głowę i powiedział:
– Rozumiem... Przepraszam. To ja jestem samolubnym bydlakiem. Ale jest tu dużo wody, 

napijmy się po parę łyków. Inaczej nie będziemy mogli iść.

Napiliśmy   się   więc,   odmierzając   cenny   napój   małym   kauczukowym   kubkiem,   który 

mieliśmy ze sobą. Jego pojemność była mniej więcej taka, jak kieliszka do porto. Każdy z nas 
wypił,   a   właściwie   wolno   wysączył,   trzy   takie   kubki.   Cóż   to   znaczyło   wobec   naszego 
pragnienia! Czułem, że gdybym wypił nawet galon

*

, to poprosiłbym o więcej. Jednak nawet 

ta niewielka ilość wody przywróciła nam siły.

* Galon – angielska miara objętości ciał płynnych równa 4,54 I. (przyp. tłum.)

background image

Wstaliśmy   i   rozejrzeliśmy   się,   ale   burza   zupełnie   zmieniła   otoczenie.   Tam,   gdzie 

wznosiły   się   wysokie   na   kilkaset   stóp   wzgórza,   teraz   były   doliny,   natomiast   tam,   gdzie 
rozciągały się doliny, znajdowały się wzgórza. Na miejscu pozostała tylko wydma, na której 
się   schroniliśmy,   gdyż   pod   warstwą   piasku   była   płyta   skalna.   Próbowaliśmy   określić   na 
podstawie pozycji słońca, w której stronie leży oaza, ale te wysiłki nie na wiele się zdały, 
gdyż nasze zegarki stanęły i nie wiedzieliśmy, która jest godzina, i w jakim miejscu na niebie 
powinno być słońce.

Higgs,   na   którego   upór,   osłabienie   i   wyczerpanie   nie   miały   najmniejszego   wpływu, 

pokazywał jedno miejsce, a Orme inne. Zaczęli się nawet spierać, czy oaza leży na prawo czy 
na lewo od nas. Tymczasem ja ponownie usiadłem i zacząłem się zastanawiać. Przez mgiełkę 
na horyzoncie mogłem dostrzec niewyraźne punkty, będące prawdopodobnie wzgórzami, z 
których – jak mówili Zeusi – schodziły nękające ich lwy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, 
że mogą to być zupełnie inne wzgórza.

– Słuchajcie – powiedziałem – jeśli na tych wzgórzach żyją lwy, to musi tam być woda. 

Postarajmy się dotrzeć do nich, a może po drodze zobaczymy oazę.

Potem zaczął się straszny marsz. Lwia skóra, która ocaliła nam życie, była wysuszona 

przez słońce i twarda jak deska, więc zostawiliśmy ją, ale strzelby zabraliśmy ze sobą. Cały 
dzień brnęliśmy przez wydmy, zatrzymując się od czasu do czasu, aby napić się łyk wody i 
mając nadzieję, że ze szczytu następnej wydmy dojrzymy ekipę ratunkową prowadzoną przez 
Quicka, a może samą oazę.  I  rzeczywiście, w pewnym momencie zobaczyliśmy ją, pełną 
bujnej zieleni, w odległości jakichś trzech mil, ale kiedy dotarliśmy do wzgórza, za którym 
powinna się była znajdować, przekonaliśmy się, że była ona tylko mirażem. Z rozpaczy o 
mało   nie  pękły  nam  serca.  Dla  ludzi  umierających   z  pragnienia  miraż  ten  był  okrutnym 
szyderstwem natury.

W końcu zaczęło się zmierzchać, a do wzgórz było jeszcze daleko. Nie mieliśmy już sił, 

aby   iść   dalej,   więc   osunęliśmy   się   na   piasek.   Leżeliśmy   na   brzuchach,   gdyż   grzbiety   i 
siedzenia mieliśmy tak posiekane piaskiem i spieczone słońcem, że każda inna pozycja była 
torturą. Nasz skromny zapas wody był już na wykończeniu. Nagle Higgs trącił nas i wskazał 
przed siebie.

Idąc wzrokiem za jego ręką, zobaczyliśmy na zboczu wydmy, nie dalej niż trzydzieści 

jardów od nas, rysujący się wyraźnie na tle nieba sznur antylop, ciągnących na żer.

– Strzelajcie – wymamrotał. – Ja mogę chybić i spłoszyć je. – Po ostatnich przejściach 

Higgs stracił poprzednią pewność siebie.

Orme i ja wolno podnieśliśmy się na kolana i odciągnęliśmy kurki. Tymczasem wszystkie 

antylopy, z wyjątkiem ostatniej, która szła o jakieś dwadzieścia jardów za resztą, zniknęły już 
za grzbietem wydmy. Orme nacisnął spust, ale strzelba nie wypaliła. Jak się później okazało, 
do mechanizmu spustowego dostał się piach.

Ja   też   trzymałem   zwierzynę   na   muszce,   ale   oślepiało   mnie   zachodzące   słońce,   a 

background image

osłabienie i świadomość, że od tego strzału zależy nasze życie, sprawiały, iż trzęsły mi się 
ręce. Nie mogłem jednak zwlekać, bo za chwilę antylopa miała zniknąć po drugiej stronie 
wydmy.

Strzeliłem, ale już w momencie naciskania spustu wiedziałem, że chybiłem. Zrobiło mi 

się słabo. Tymczasem antylopa odskoczyła parę jardów w prawo i zatrzymała się. Zwierzę 
nigdy przedtem nie słyszało odgłosu strzału, spojrzało więc z zaciekawieniem w kierunku, 
skąd ów dźwięk dobiegł.

Strzeliłem   rozpaczliwie   ponownie,   prawie   nie   celując,   i   tym   razem   trafiłem.   Kula 

uderzyła poniżej gardła i położyła zwierzę trupem na miejscu. Z wysiłkiem wgramoliliśmy 
się na zbocze i zabraliśmy się do posiłku, o którym żaden z nas wolałby nie pamiętać. Na 
szczęście dla nas antylopa musiała niedawno pić wodę.

Zaspokoiwszy w ten wstrętny sposób głód i pragnienie, przespaliśmy się trochę przy 

tuszy antylopy. Obudziliśmy się zadziwiająco pokrzepieni i wykroiwszy parę kawałów mięsa, 
ruszyliśmy dalej. Zorientowaliśmy się po gwiazdach, że oaza musi leżeć gdzieś na wschód od 
nas,   ale   ponieważ   między   nią   a   miejscem,   gdzie   się   znajdowaliśmy,   ciągnęły   się 
nieprzerwanie   tylko   owe   wydmy   piaskowe   a   charakter   pustyni   przed   nami   zaczął   się 
zmieniać, zdecydowaliśmy, że bezpieczniej – jeśli w ogóle do takiej sytuacji pasuje to słowo 
–  będzie posuwać się nadal w stronę łańcucha wzgórz. Szliśmy przez całą resztę nocy. O 
świcie zjedliśmy trochę surowego mięsa, które skropiliśmy resztką wody.

Wydmy skończyły się. Pomiędzy nami a wzgórzami leżała usiana kamieniami równina. 

Wydawało się, że jest do nich już niedaleko, ale w rzeczywistości był to jeszcze kawał drogi. 
Coraz bardziej tracąc siły i potykając się, kontynuowaliśmy marsz. Nie napotkaliśmy nigdzie 
wody,   choć   gdzieniegdzie   rosły   pojedyncze   krzaczki.   Żuliśmy   ich   twarde   i   aromatyczne 
liście. Zawierały one nieco wilgoci, ale wysuszyły nam gardła niczym ałun.

Higgs, który był  najmniej  wytrzymały  z nas  trzech,  poddał  się pierwszy,  chociaż  do 

końca walczył z zadziwiającym samozaparciem ze swą słabością. Nawet nie zauważyliśmy 
kiedy wyrzucił strzelbę, której nie miał sił nieść. Gdy nie mógł się już utrzymać na nogach, 
wzięliśmy go z Ormem pod ramiona i prowadziliśmy go, jak dwa słonie rannego towarzysza.

Jakieś  pół  godziny potem  mnie  też   opuściły  siły.  Chociaż  podeszły w  latach,  jestem 

wytrzymały, odporny na trudy i przyzwyczajony do pustyni. Kto zresztą by nie był po wielu 
latach niewoli u mahdystów? Mimo to nie mogłem już iść. Zatrzymałem się i powiedziałem, 
żeby mnie zostawili i szli dalej. Orme w odpowiedzi podał mi ramię. Oparłem się o nie, bo 
życie jest drogie wszystkim, szczególnie tym, którzy mają po co żyć, którzy – jak ja – mają 
do spełnienia ważny cel, choć, prawdę mówiąc, mimo wszystko było mi wstyd.

Posuwaliśmy się tak jeszcze przez pewien czas, wyglądając jak dwóch pijanych, których 

towarzysz nie chce zostawić na pastwę tego okrutnego policjanta, jakim jest śmierć. Orme 
musi być zadziwiająco silny. A może to jego szlachetny charakter i współczucie w obliczu 
naszej tragicznej niemocy dodały mu sił?

background image

Nagle   padł,   jak   gdyby   otrzymał   strzał   prosto   w   serce   i   leżał   bez   zmysłów.   Higgs 

zachował jeszcze resztkę przytomności. Mamrotał coś chaotycznie o tym, że podejmowanie 
takiej   wyprawy   po   to   tylko,   by   strzelić   parę   lwów   było   czystym   szaleństwem.   Nie 
odpowiedziałem nic, ale w pełni zgadzałem się z nim. Potem umysł zaćmił mu się i zaczął 
sobie wyobrażać, że jestem duchownym. Ukląkł na piasku i zaczął mi spowiadać się ze swych 
grzechów. Nie zwracałem specjalnej uwagi na to, co mówi, bo myślałem o własnych, ale z 
tego,   co   do   mnie   dotarło,   zrozumiałem,   że   polegają   one   głównie   na   bezprawnym 
przywłaszczeniu sobie różnych antyków lub na oszukaniu innych osób przy kupowaniu takich 
staroci.

Aby go uspokoić, gdyż obawiałem się, że zupełnie zwariuje, dałem mu rozgrzeszenie i 

Higgs padł bezwładnie obok Orme’a. I oto przyjaciel, którego zawsze kochałem, gdyż nawet 
jego   wady   wydawały   mi   się   sympatyczne,   leżał   martwy   lub   umierający,   podobnie   jak 
wspaniały młody człowiek u jego boku, a ja też czułem, że śmierć się do mnie zbliża. Mym 
ciałem wstrząsały dreszcze, a przed oczami zaczęły pojawiać się ciemne plamy. Ogarnęły 
mnie wspomnienia z pięknych, odległych lat dzieciństwa. Szczególnie wyraziste było jedno – 
bożonarodzeniowego   przyjęcia,   na   którym   poznałem   dziewczynkę   o   błękitnych   oczach, 
ubraną jak elf. Kochałem  się w niej przez dwa tygodnie.  Potem obrazy szczęśliwych  lat 
przesłoniła   wizja   czekającej   wszystkich   ciemności,   czarnego   łona,   z   którego   mamy   się 
powtórnie narodzić, jeśli istotnie czeka nas odrodzenie.

Co mogłem zrobić? Pomyślałem o rozpaleniu ognia. Odstraszyłby on przynajmniej lwy i 

inne drapieżniki, które inaczej mogły dopaść nas, zanim zdążylibyśmy skonać. Sama myśl o 
tym, że leżąc bezwładnie czulibyśmy ich kły rozszarpujące nasze ciała, była przerażająca. Nie 
miałem jednak siły, aby uzbierać gałązek na ognisko. Musiałbym obejść duży obszar, gdyż w 
pobliżu było ich niewiele. Zostało mi kilka naboi  –  dokładnie trzy  –  w sztucerze. Resztę 
wyrzuciłem po drodze, aby łatwiej mi się szło. Postanowiłem wystrzelać je, gdyż w mojej 
sytuacji nie mogły mi się już przydać ani dla zdobycia pożywienia, ani dla obrony, choć jak 
się   wkrótce   przekonałem  –  myliłem   się.   Nie   można   było   wykluczyć,   że   nawet   na   tej 
bezkresnej pustyni znajdzie się ktoś, kto usłyszy strzały, a jeśli nie – no cóż, to dobranoc.

Usiadłem   więc   i   wystrzeliłem   pierwszy   nabój,   zastanawiając   się,   jak   dziecko,   gdzie 

spadnie pocisk. Potem zasnąłem. Obudziło mnie wycie hieny. Rozejrzawszy się, dostrzegłem 
zupełnie blisko jej płonące ślepia. Wymierzyłem  w nie i strzeliłem. Usłyszałem skowyt  i 
tarzanie   się,   a   potem   wszystko   ucichło.  „No,   ta   hiena   nie  potrzebuje   już   pożywienia” 
pomyślałem.

Przerażała   mnie   cisza   pustyni.   Była   ona   tak   nieznośna,   że   prawie   zapragnąłem 

towarzystwa   hieny.   Trzymając   broń   skierowaną   lufą   prosto   w   niebo,   wystrzeliłem   trzeci 
nabój. Potem ująłem dłoń Higgsa – w końcu była to jakaś więź, ostatnia więź łącząca mnie z 
ludźmi i światem – i opadłem na piach, pogrążając się w czarną otchłań śmierci.

Ocknąłem się i uświadomiłem, że ktoś sączy mi do ust wodę. „Niebo” pomyślałem, gdyż 

background image

wtej chwili woda i niebo były dla mnie synonimami. Wypiłem dość dużo, choć absolutnie nie 
tyle, ile chciałem, lecz tyle, na ile pozwolił mi ten, kto mnie poił. Potem uniosłem się na 
rękach i spojrzałem. W czystym powietrzu pustyni gwiazdy świeciły niezwykle jasno. W ich 
blasku   zobaczyłem   nade   mną   twarz   sierżanta   Quicka.   Spostrzegłem   także   siedzącego   i 
rozglądającego się nieprzytomnie Orme’a. Duży, żółty pies o głowie podobnej do mastifa 
lizał jego rękę. Poznałem go od razu. Był to pies, którego Orme kupił od spotkanych po 
drodze nomadów i nazwał Faraonem, gdyż miał on posłuch u innych psów. Poznałem też dwa 
stojące nieopodal wielbłądy. A więc znajdowałem się nadal na ziemi... chyba że wszyscy 
przenieśliśmy się w zaświaty.

– Jak nas znaleźliście, sierżancie? – spytałem słabym głosem.
– To nie ja, doktorze – odparł Quick – lecz Faraon. W takich sprawach pies przydaje się 

bardziej niż człowiek, bo potrafi zwęszyć to, czego nie można zobaczyć. Doktorze, jeśli czuje 
się pan lepiej, to niech pan zerknie na pana Higgsa. Boję się, że już po nim.

Spojrzałem   na   Higgsa   i   choć   nic   nie   powiedziałem,   pomyślałem   to   samo.   Leżał 

bezwładnie,   z   opadniętą   szczęką.   Oczu   nie   mogłem   dojrzeć,   gdyż   zakrywały   je   czarne 
okulary.

– Wody – powiedziałem i Quick wlał mu trochę do ust.
Woda znikła, ale profesor nie poruszył się, rozpiąłem więc jego koszulę i przyłożyłem 

ucho do jego piersi. Początkowo nic nie słyszałem, później jednak rozpoznałem słabiutki, 
ledwie wyczuwalny szmer.

–   Jest   nadzieja   –  odparłem   w   odpowiedzi   na   pytające   spojrzenia.  –  Nie   macie 

przypadkiem trochę brandy, sierżancie? – dodałem.

– Jeszcze nigdy nie wybrałem się bez tego w podróż – rzekł z urazą Quick, wyciągając 

metalową flaszkę.

– Dajcie mu trochę – powiedziałem.
Quick nie poskąpił trunku. Efekt był natychmiastowy. Higgs usiadł, łapiąc powietrze i 

kaszląc.

– Brandy! Co za świństwo! Ja nie piję! Nigdy wam nie wybaczę! Głupi żart! Wody, wody 

– wykrztusił chrapliwym głosem.

Daliśmy  mu   butelkę.  Przypiął   się  do niej  i  wypiłby  wszystko,  gdybyśmy   mu   jej  nie 

odebrali. Powoli zaczął dochodzić do siebie. Zerwał okulary, które miał cały czas na nosie i 
spojrzał na Quicka.

–   Rozumiem   –  powiedział.  –  A   więc   w   końcu   nie   umarliśmy,   choć   może,   po   tych 

wszystkich przejściach, szkoda, że nie zasnęliśmy na zawsze. Co się stało?

– Nie wiem – odparł Orme. – Spytaj Quicka.
Ale sierżant był  już zajęty rozpalaniem ogniska i zawieszaniem kociołka,  do którego 

wrzucił puszkę ekstraktu rosołowego. Po piętnastu minutach popijaliśmy zupę, gdyż mimo iż 
Quick zabrał ze sobą także inne wiktuały, nie byliśmy w stanie przełknąć niczego twardego. 

background image

Och, cóż to była za wspaniała uczta! Kiedy skończyliśmy, Quick przyniósł koce i przykrył 
nas nimi.

– Śpijcie, panowie – powiedział. – Ja i Faraon będziemy czuwać.
Ostatnie,   co   pamiętam,   to   widok   sierżanta,   który   był   na   swój   sposób   religijnym 

człowiekiem i nie wstydził się tego, klęczącego na piasku i modlącego się.

Wyjaśnił nam później, że jako fatalista wiedział, oczywiście, że zdarzy się, co ma się 

zdarzyć,   ale   mimo   to   uważał   za   stosowne   podziękować   mocom   niebieskim,   które   tak 
wszystkim  pokierowały,  by  w  tym  wypadku   koniec  był   radosny,  nie  smutny.  Naprzeciw 
niego leżał Faraon, z jednym okiem utkwionym w Orme’a. Jako pies, urodzony i wychowany 
na   Wschodzie,   zdawał  sobie   bez  wątpienia  sprawę  z   wagi   publicznych  modłów,   a  może 
uważał, że nie należy mu się za to co zrobił wdzięczność i szacunek.

Kiedy obudziliśmy się, słońce było już wysoko a widok Quicka smażącego na patelni 

boczek z puszki i Faraona bacznie przyglądającego się sierżantowi czy może raczej patelni z 
boczkiem świadczył o tym, że nasze ocalenie nie było snem.

– Spójrz – powiedział do mnie Orme, wskazując na wzgórza. – Jest do nich jeszcze parę 

mil. Było czystym szaleństwem myśleć, że uda nam się do nich dotrzeć.

Skinąłem głową, a potem obróciłem się, żeby spojrzeć na Higgsa, który właśnie obudził 

się. Było na co patrzeć. Jego ogniście rude włosy były pełne piasku, dolna część garderoby 
gdzieś   zniknęła  –  zapewne   po   drodze   pozbył   się   resztek   spodni   boleśnie   ocierających 
poranione ciało  –  a jasna skóra, nie wyłączając twarzy, była cała pokryta bąblami. Był tak 
zmieniony, że nie poznałby go największy wróg. Ziewnął, przeciągnął się, co i u człowieka, i 
u zwierzęcia jest zawsze dobrym znakiem, i zażyczył sobie kąpieli.

–  Obawiam się, że będzie  pan musiał  umyć  się w piasku, jak ci brudni Arabowie  – 

powiedział Quick, salutując. – W tym suchym kraju nie możemy marnować wody na kąpiel. 
Ale mam tubkę maści gojącej, grzebień i lusterko – dodał i wyjął z kieszeni te przedmioty.

–  Istotnie, sierżancie  –  rzekł Higgs, biorąc je od niego.  –  To świętokradztwo myśleć o 

użyciu wody dla takich celów. Mam zamiar nigdy już nie marnować jej w taki sposób.  – 
Potem spojrzał w lusterko i opuścił je na ziemię z okrzykiem: – Dobry Boże, to jestem ja?

– Proszę, niech pan uważa – powiedział surowo sierżant. – Sam mi pan mówił parę dni 

temu, że to nieszczęście stłuc lusterko. Poza tym nie mam drugiego.

– Zabierzcie je –  rzekł Higgs.  –  Nie chcę go więcej oglądać. Doktorze, posmaruj mi 

twarz... I resztę ciała, jeśli starczy maści.

Posmarowaliśmy się więc wszyscy. Początkowo skóra piekła nas jak ogień, ale potem 

poczuliśmy pewną ulgę. Ostrożnie usiedliśmy do śniadania.

– A teraz sierżancie – powiedział Orme, wypiwszy piąty kubek herbaty – opowiedzcie, 

jak nas znaleźliście.

– Jest niewiele do opowiadania, panie kapitanie. Ci Zeusi wrócili bez was, a ponieważ nie 

znam ich języka, nie zrozumiałem nic z tego, co mówili. No, ale zaraz dałem Szadrachowi i 

background image

spółce do zrozumienia, że bez względu na to, czy wieje wiatr śmierci, jak go nazywają, czy 
nie, muszą się udać ze mną na poszukiwanie was i w końcu wyruszyliśmy, choć mówili, że 
jestem szalony,  bo na pewno już nie żyjecie.  Prawdę mówiąc,  Szadrach pozwolił  swoim 
ludziom pojechać ze mną dopiero wtedy, kiedy spytałem go, czy też chce być martwy – tu 
sierżant poklepał ponuro kolbę swego rewolweru.

–  Jak się okazało, miał rację, gdyż  nigdzie nie mogliśmy was znaleźć, a po pewnym 

czasie wielbłądy stanęły i nie chciały iść dalej. Zgubił się też gdzieś jeden Abati i do tej pory 
się nie odnalazł. Musieliśmy więc wracać do oazy. Szadrach nie chciał wyjechać drugi raz na 
poszukiwania nawet kiedy burza minęła. Nie było sensu spierać się z tą świnią, więc nie 
chcąc się splamić jego krwią wziąłem dwa wielbłądy i wyruszyłem sam z Faraonem.

Pomyślałem   sobie,   choć   nie   potrafiłem   wytłumaczyć   tego   Abatim,   że   jeśli   w   ogóle 

jeszcze żyjecie, to prawie na pewno skierowaliście się w stronę wzgórz, gdyż wiedziałem, że 
nie macie kompasu i nie będziecie widzieli żadnych innych znaków na pustyni. Jechałem 
więc przez równinę rozpościerającą się między pustynią i wzgórzami, równolegle do nich, 
obserwując   cały   czas   wydmy.   Jechałem   przez   cały   dzień,   ale   kiedy   zapadł   zmierzch, 
zatrzymałem  się, bo nic nie było  widać. Zszedłem z wielbłąda i siedziałem  tam ze dwie 
godziny, rozmyślając, co robić dalej, kiedy zauważyłem, że Faraon nadstawia uszu i patrzy na 
zachód. Spojrzałem w tamtą stronę i wydało mi się, że widzę słaby promyk światła strzelający 
w górę. Pomyślałem, że może to być ogień ze strzelby.

Słuchałem, ale nie dobiegł mnie żaden dźwięk. Parę sekund później pies znowu nastawił 

uszu, jakby coś usłyszał. To mnie przekonało. Wsiadłem na wielbłąda i pojechałem w stronę, 
gdzie, jak mi się zdawało, widziałem ten błysk. Jechałem około dwóch godzin, strzelając od 
czasu do czasu z rewolweru, ale ponieważ nie słyszałem żadnej odpowiedzi, dałem temu 
spokój i zatrzymałem się. Jednak Faraon nie zrezygnował. Wietrzył, skowyczał, wybiegał 
przed siebie i wracał, jakby chciał mnie skłonić do dalszej jazdy, aż w końcu skoczył i znikł w 
ciemnościach. Wkrótce usłyszałem jego szczekanie w odległości kilkuset jardów. Pojechałem 
więc tam i znalazłem was, jak początkowo myślałem, martwych, l to cała historia, panie 
kapitanie.

– Z dobrym zakończeniem, sierżancie. Zawdzięczamy wam życie.
– Za przeproszeniem, panie kapitanie – odparł skromnie Quick – nie mnie, lecz przede 

wszystkim Opatrzności, która zadbała o to, może jeszcze przed naszym narodzeniem, a potem 
Faraonowi. To mądry pies, choć ostry w stosunku do niektórych  osób. Zrobił pan dobry 
interes, kupując go za butelkę whisky i scyzoryk.

Oazę dojrzeliśmy dopiero o świcie następnego  dnia, podróżowaliśmy bowiem bardzo 

wolno. Ponieważ mieliśmy tylko dwa wielbłądy, dwóch z nas musiało iść pieszo. Jak łatwo 
zgadnąć, jednym z tych dwóch był cały czas sierżant, a drugim kapitan. Spośród znanych mi 
ludzi Orme jest w takich sprawach najmniej samolubny. Nic nie mogło go skłonić, by dosiadł 
wielbłąda choć na pół godziny, tak że kiedy szedłem pieszo, wielbłąd był bez jeźdźca. Higgsa 

background image

z kolei nic nie mogło skłonić, aby – raz dosiadłszy wielbłąda – zszedł z niego choć na chwilę, 
mimo że bolało go siedzenie.

–  Tu jestem i tu zostanę  –  powtarzał  po angielsku, francusku i w wielu wschodnich 

językach. – Tyle się nałaziłem po tej przeklętej pustyni, że wystarczy mi do końca życia.

Obydwaj   drzemaliśmy   na   siodłach,   kiedy   obudził   mnie   głos   Quicka   nakazującego 

wielbłądom stanąć. Spytałem, co się stało.

– Zdaje się, że to Arabowie – odparł, wskazując na chmurę kurzu zbliżającą się do nas.
– Jeśli tak – powiedziałem – to najlepiej zrobimy, nie okazując strachu i jadąc dalej. Nie 

sądzę, żeby nam coś zrobili.

Trzymając broń w pogotowiu, posuwaliśmy się dalej, wziąwszy Orme’a i Quicka między 

wielbłądy.   Wkrótce   spotkaliśmy   się   ze   zdążającą   z   przeciwka   karawaną   i,   ku   naszemu 
zdumieniu, zobaczyliśmy na jej czele Szadracha we własnej osobie, jadącego na dromaderze, 
którego dała mi jego pani, królowa Abatich. Stanęliśmy twarzą w twarz i patrzyliśmy na 
siebie.

– Na brodę Arona! To wy, panowie? – wykrzyknął. – Myśleliśmy, że nie żyjecie.
– Na włosy Mojżesza! Tak się domyślam – odparłem ze złością – widząc, że odjeżdżacie 

z naszymi rzeczami – i wskazałem na juczne wielbłądy, obładowane naszym dobytkiem.

Potem   popłynęły   wyjaśnienia   i   usprawiedliwienia,   które   nie   znalazły   uznania 

przynajmniej w oczach Higgsa. Z jego ust popłynął na głowy Szadracha i jego towarzyszy, 
zaskoczonych   biegłością   profesora   w   tej   materii,   strumień   wymyślnych   wschodnich 
przekleństw i inwektyw w kilku arabskich dialektach. Higgsowi dzielnie sekundował sierżant 
Quick po angielsku.

Orme słuchał tego dość długo, po czym powiedział:
– Wystarczy, stary. Jeśli nie przestaniesz, sprowokujesz awanturę. Sierżancie, bądźcie tak 

dobrzy i powstrzymajcie język. Spotkaliśmy ich, więc nic się nie stało. A teraz, Szadrach, 
wracacie z nami do oazy. Musimy parę dni odpocząć.

Szadrach miał nadąsaną minę i bąknął coś, że to my powinniśmy zawrócić i jechać z 

nimi.   Wyciągnąłem   na   to   pierścień   Królowej   Saby,   podetknąłem   mu   pod   oczy   i 
Powiedziałem:

–  Rób, jak chcesz, ale odpowiesz za swoje nieposłuszeństwo, kiedy staniesz przed tą, 

która cię wysłała, bo nawet jeśli my czterej umrzemy – tu spojrzałem na niego wymownie – 
nie uda ci się utrzymać tego w tajemnicy. Jest tu zbyt wielu świadków.

Skłonił się bez słowa przed świętym pierścieniem i zawróciliśmy wszyscy do Zeu.

background image

Rozdział V

Faraon sprawia kłopot

Minęło   następnych   sześć   tygodni   i   wreszcie   charakter   otoczenia   zaczął   się   zmieniać. 

Przebywszy – według moich szacunków – przynajmniej tysiąc mil, zbliżyliśmy się do granicy 
pustyni.   Od   owej   przykrej   przygody   w   pobliżu   oazy   nie   zdarzyło   się   już   nic   godnego 
wzmianki. Prawdę mówiąc, podróż była strasznie monotonna, aczkolwiek – przynajmniej dla 
Higgsa i dla Orme’a, dla których było to zupełnie nowe doświadczenie  –  miało to pewien 
dziwny urok.

Dzień po dniu przemierzaliśmy bezkresne morze piasku, nie spotykając nikogo, nawet 

Beduinów. Co ranka z piasków na wschodzie wynurzało się wielkie, czerwone słońce, by 
wieczorem zniknąć w piaskach na zachodzie. Co noc oglądaliśmy księżyc, ten sam, który 
widziały miliony mieszkańców ludnych miast, zmieniający pustynię w srebrzyste morze i 
konstelacje gwiazd, które wskazywały nam kierunek marszu, majestatycznie przesuwające się 
po czystym niebie. A jednak cały czas towarzyszyła nam świadomość, że ten ogromny, pusty 
kraj  deptały  kiedyś   stopy ludzi.   Świadczyły  o  tym   znajdujące  się  tu  i  ówdzie   studnie,  z 
których czerpaliśmy wodę.

Ba, zapuszczały się tu niegdyś potężne armie i ginęły w starciu z siłami przyrody, bo oto 

pewnego   dnia   w   miejscu,   gdzie   ostatnia   burza   zdmuchnęła   piach,   odsłaniając   skałę, 
natknęliśmy się na tysiące szkieletów ludzkich i zwierzęcych, wśród których leżały groty 
strzał, ostrza mieczów, szczątki zbroi i malowanych drewnianych tarcz.

Może armię tę wysłał Aleksander Wielki, a może jakiś inny, żyjący przed nim władca, o 

którym zaginęła pamięć. W każdym razie zginęli wszyscy. Leżały przed nami kości wodzów i 
zwykłych żołnierzy, a nawet ciągnących za wojskiem markietanek i nierządnic, bo ich kości 
znalazłem osobno, jak gdyby nieszczęsne kobiety, nękane pragnieniem i smagane piaskiem, 
skupiły się razem, szukając w sobie nawzajem oparcia. O, gdyby te kości mogły mówić, jakże 
straszna byłaby ich opowieść!

W oazach, zasypanych teraz piaskiem, istniały też niegdyś miasta, a przynajmniej wioski. 

Dwukrotnie natrafiliśmy na częściowo odsłonięte przez ruchome piaski resztki kamiennych i 

background image

glinianych  budowli, które przed wiekami były świadkami ludzkich trosk i nadziei, wśród 
których rodzili się, kochali i umierali ludzie, gdzie żyły piękne dziewczęta, bawiły się dzieci i 
ścierało się dobro ze złem. Może żył tam i zapisywał swe skargi jakiś Hiob, a może jakiś król 
Sodomy, który cierpiał za swą rozwiązłość, świat jest bardzo stary  –  tyle my, mieszkańcy 
Zachodu, dowiedzieliśmy się z kontemplacji szczątków dawno zmarłych ludzi i ich dzieł.

W końcu, pewnego wieczoru, na tle czystego nieba, dostrzegliśmy mglisty zarys gór w 

kształcie   podkowy.   Był   to   łańcuch   górski   otaczający   Mur.   Następnego   ranka   zaczęliśmy 
schodzić   przez   zalesiony   kraj   ku   szerokiej   rzece,   która   jest,   jak   sądzę,   dopływem   Nilu, 
aczkolwiek nie dysponuję w tym względzie pewnymi informacjami. Jechaliśmy jakąś starą 
drogą, pożywiając się obficie, gdyż wokół było mnóstwo zwierzyny i trawy dla wielbłądów, 
które po długim poście jadły tyle, że o mało nie pękły. Na trzeci dzień dotarliśmy do rzeki. 
Przybyliśmy tam w ostatniej chwili, ponieważ góry okryte były chmurami i widać było, że na 
równinie rozciągającej się między nimi i rzeką już pada. Zaczynała się pora deszczowa i 
gdybyśmy spóźnili się choć o kilka dni, to wezbrane wody rzeki mogłyby uniemożliwić nam 
przeprawę.   Znaleźliśmy   starożytny   bród   i   przebyliśmy   go   bez   trudności.   Woda   sięgała 
wielbłądom nieco powyżej kolan.

Na drugim brzegu odbyliśmy naradę, gdyż znajdowaliśmy się już na terytorium Fungów i 

w każdej chwili mogliśmy stanąć twarzą w twarz z prawdziwym niebezpieczeństwem. Mniej 
więcej   o   pięćdziesiąt   mil   przed   nami   wznosiło   się   warowne   Mur,   ale  –  jak   wyjaśniłem 
towarzyszom  –  problem polegał  na tym,  jak bezpiecznie  przebyć  te pięćdziesiąt  mil.  Do 
udziału w naradzie zaprosiliśmy Szadracha. Na moją prośbę przedstawił sytuację.

– Tam – powiedział – wznosi się niezdobyta twierdza Abatich, ale cała ta rozległa dolina 

w zakolu rzeki jest ojczyzną dzikich Fungów, którzy mają dziesiątki tysięcy wojowników. Ich 
główne miasto, Harmak, leży dokładnie naprzeciw kamiennego posągu ich boga, który też 
nazywa się Harmak...

– Harmak – to znaczy Harmakis, bóg świtu. Ci Fungowie musieli mieć coś wspólnego ze 

starożytnymi Egipcjanami, a może wywodzą się z tego samego pnia, co oni – przerwał mu 
triumfującym głosem Higgs.

– Nie wątpię w to, stary – powiedział Orme. – Zdaje się, że mówiłeś już nam o tym w 

Londynie,   ale   w   szczegóły   archeologiczne   będziemy   się   zagłębiali   później,   jeśli   jeszcze 
będziemy żyli. Tymczasem pozwól mówić Szadrachowi.

–  To   miasto,   które   liczy   chyba   z   pięćdziesiąt   tysięcy   mieszkańców   –  mówił   dalej 

Szadrach  –  strzeże przejścia, którym musimy dostać się do Mur. Prawdopodobnie właśnie 
dlatego zostało tam zbudowane.

Orme spytał, czy nie można się tam dostać inną drogą, gdyż  –  jak zrozumiał  – nasze 

poselstwo spuszczono z góry na linach. Szadrach odparł, że choć istotnie wielbłądy i ich 
ładunek spuszczono na dół, to jest absolutnie niemożliwe, aby dało sieje wciągnąć tą samą 
drogą na górę, gdyż przeszkadza temu zwisająca skała.

background image

– A czy nie można objechać gór i spróbować dostać się z drugiej strony? – nie ustępował 

Orme. – Może istnieje jakaś inna droga?

– Jest taka droga o osiem dni podróży na północ – odparł Szadrach – ale o tej porze roku 

nie można się tam dostać. Obok gór znajduje się wielkie jezioro, z którego wypływa rzeka 
Ebur, opasująca dwoma ramionami cały kraj Fungów. Teraz zaczęły już padać deszcze na 
północy i jego poziom musi być bardzo wysoki. Wąski pas równiny oddzielający je od Gór 
Mur na pewno zmienił się w niedostępne bagno.

–  No  to   może   moglibyśmy   dostać   się   do  Mur   tą   drogą,  którą   wy  się  wydostaliście, 

gdybyśmy zostawili wielbłądy? – Orme nie dawał za wygraną.

– Gdyby wiedziano, kiedy przybędziemy i spuszczono nam liny, to byłoby to możliwe. 

Ale musielibyśmy zostawić na dole cały ładunek – powiedział Szadrach, a ja potwierdziłem, 
że mówi prawdę.

–  Biorąc pod uwagę, co to za ładunek i w jakim celu wieźliśmy go taki kawał drogi, 

trzeba to absolutnie wykluczyć – rzekł Orme. – W takim razie powiedz nam, Szadrachu, jak 
mamy się przedostać do Mur.

– Jest tylko jeden sposób, o synu Orme’a. Musimy kryć się w dzień i maszerować nocą. 

Może nam się uda, jeśli taka będzie wola Boga. Z okazji Święta Wiosny, Fungowie będą 
pojutrze o świcie składać ofiarę swemu bożkowi, ale zaczną – zgodnie ze swoim zwyczajem – 
świętować już po zachodzie słońca. Będą jeść, pić i weselić się. Ściągną też straże, aby mogły 
wziąć   udział   w   zabawie.   Właśnie   dlatego   tak   zaplanowałem   podróż,   abyśmy   dotarli   w 
przeddzień tego święta. Może wtedy, z boską pomocą, uda się nam prześliznąć i o pierwszym 
brzasku znaleźć się na drodze prowadzącej w górę, do Mur. Dam znać moim rodakom, że już 
jesteśmy, żeby byli w razie czego w pobliżu i pomogli nam.

– Jak to zrobisz? – spytał Orme.
– Podpalę te trzciny – wskazał na suche zarośla nad wodą obok nas. Tak ustaliliśmy przed 

wyjazdem z Mur. Jeśli Fungowie zobaczą ogień, to pomyślą, że wzniecili go jacyś rybacy.

Orme wzruszył ramionami i powiedział:
– No cóż, przyjacielu, ty znasz to miejsce i tych ludzi, a ja nie, więc musimy robić, co 

mówisz. Ale powiem od razu, że jeśli – jak wynika z tego, co mówicie – zginiemy, gdybyśmy 
wpadli w ręce Fungów, to twój plan wydaje mi się bardzo niebezpieczny.

– Owszem, jest niebezpieczny – odparł, dodając drwiącym tonem: – Ale myślałem, że nie 

jesteście tchórzami.

– Tchórzami? Ty sukinsynu! – wrzasnął Higgs. – Jak śmiesz do nas tak mówić? Widzisz 

tego   człowieka?  –  wskazał   na   sierżanta   Quicka,   który   stał   sztywno   wyprostowany, 
przyglądając się Szadrachowi ponuro i najwyraźniej rozumiejąc z grubsza o czym toczy się 
rozmowa.

–   On   znaczy   u   nas   najmniej,   wykonuje   tylko   rozkazy   (tu   sierżant   zasalutował),   ale 

zapewniam cię, że ma więcej odwagi w małym palcu niż ty w całym ciele, a nawet – z tego, 

background image

co wiem – niż wszyscy Abati razem wzięci. Sierżant zasalutował, mrucząc cicho:

–  Mam   nadzieję,   że   tak   jest.  Będąc   chrześcijaninem,   mam   taką   nadzieję,   ale   dopóki 

człowiek nie znajdzie się w opałach, nigdy nic nie wiadomo.

–  Używasz   wielkich   słów,   panie  –  odparł   Szadrach   bezczelnie,   bo  –  jak   chyba   już 

powiedziałem  –  nienawidził profesora, który wyczuwał w nim łajdaka i nie szczędził mu 
docinków – ale jeśli Fungowie cię dostaną, to przekonasz się, jak jest naprawdę.

– Mam go strzelić w łeb, panie kapitanie? – spytał Quick z zadumą w głosie.
– Uspokójcie się, proszę – uciął Orme. – Mamy Przed sobą i tak dość kłopotów, więc nie 

szukajmy   nowych.   Zdążycie   załatwić   swoje   sprzeczki,   kiedy   prześliźniemy   się   między 
Fungami.

Potem odwrócił się do Szadracha.
– Przyjacielu –  powiedział  –  nie pora na gniew. Jesteś naszym przewodnikiem, więc 

prowadź nas, jak uważasz za stosowne. Pamiętaj tylko, że jeśli dojdzie do walki, to zgodnie z 
życzeniem moich towarzyszy, ja jestem dowódcą. Nie zapominaj też o tym, że ostatecznie 
będziesz   musiał   zdać   sprawę   z   tego,   co   robisz   przed   swoją   władczynią,   którą,   jak   się 
dowiedziałem   od   doktora,   jest   Walda   Nagasta,   Córka   Królów.   A   teraz   dosyć   słów! 
Pójdziemy, gdzie będziesz chciał. Ty jesteś za to odpowiedzialny!

Szadrach skłonił się ponuro, obrzucił Higgsa pełnym nienawiści spojrzeniem i udał się do 

swoich zajęć.

– Lepiej by było, gdyby pan pozwolił dać mu w łeb – monologował Quick. – To by mu 

dobrze zrobiło, a nam może oszczędziło kłopotów, bo szczerze mówiąc, nie podoba mi się ten 
ćwierć-Żyd.

Potem oddalił się, aby doglądnąć wielbłądów i sprawdzić strzelby, a my weszliśmy do 

namiotów przespać się tyle, na ile pozwolą na to komary. Jeśli chodzi o mnie, to spałem 
bardzo krótko, ponieważ dręczyły mnie obawy o to, co nas czeka. Aczkolwiek wiedziałem, 
jak niezwykle  trudno jest dostać się do Mur inną drogą, taką chociażby,  jak ta, którą  je 
opuściłem, mając karawanę wielbłądów obładowanych  strzelbami, amunicją i materiałami 
wybuchowymi, to jednak lękałem się przeprawy przez ziemie Fungów.

Co więcej, uświadomiłem sobie, że Szadrach nalegał na trzymanie się tej drogi przez upór 

i przekorę, aby wbrew nam, Anglikom, których skrycie nienawidził, postawić na swoim, a 
może z jakichś tajemniczych, znanych tylko sobie powodów. Tak czy inaczej znajdowaliśmy 
się na jego łasce i niełasce, gdyż z racji okoliczności, w jakich po raz pierwszy znalazłem się 
w tym miejscu i w jakich je opuściłem, nie mogłem być przewodnikiem. Gdybym spróbował 
wziąć na siebie tę rolę, to Szadrach i pozostali Abati bez wątpienia natychmiast opuściliby 
nas,   zostawiając   wszystko   na   naszych   głowach.   Mogliby   to   zrobić   zupełnie   bezpiecznie, 
zważywszy,  że   nigdy  nie   mielibyśmy  już  okazji  przedstawić  ich   władczyni   tej   sprawy z 
naszego punktu widzenia.

O zachodzie słońca przyszedł Quick, aby mnie powiadomić, że Abati ładują bagaż na 

background image

wielbłądy.

–  Nie  podoba  mi   się  to  wszystko,   doktorze  –  mówił,  pomagając   mi   zapakować  mój 

skromny dobytek. – Nie ufam Szadrachowi. Jego kompani nazywają go Kotem i zdaje się, że 
to jest dla niego właściwe określenie. Już teraz pokazuje pazury. Prawda jest taka, że nas 
nienawidzi i wolałby wrócić do tego Pur czy Mur, zostawiwszy nas gdzieś po drodze. Szkoda, 
że pan nie widział, jak przed chwilą spojrzał na profesora. Żałuję, że kapitan nie pozwolił mi 
dać mu w łeb. Jestem pewien, że to by bardzo pomogło.

Los chciał jednak, by Szadrach dostał w końcu „w łeb”, chociaż od kogoś innego. A było 

to tak. Zgodnie z twierdzeniem Szadracha, że trzeba to zrobić, aby dać znać strażnikom Abati, 
choć w świetle późniejszych wypadków wcale nie jestem pewien, czy sygnał ten nie był 
przeznaczony   także   dla   innych   oczu,   podpalono   trzciny.   Potem,   jak   zostało   ustalone, 
wyruszyliśmy w drogę, zostawiając za sobą płonący pas zarośli i całą noc jechaliśmy przy 
świetle gwiazd wyboistym, niewątpliwie starym, traktem.

O pierwszym brzasku zjechaliśmy z drogi i, szczęśliwie nie natknąwszy się na nikogo, 

rozbiliśmy obóz wśród zarośniętych krzakami ruin jakiegoś miasta, znajdujących się prawie 
pod stromymi skałami Mur. Zjedliśmy śniadanie składające się z zimnego mięsa, gdyż nie 
śmieliśmy rozpalać ognia, a potem ja objąłem wartę, a reszta położyła się spać. Kiedy słońce 
wzniosło się wyżej i rozproszyło mgłę, zobaczyłem, że znajdujemy się w gęsto zaludnionym 
kraju, któremu nieobca jest cywilizacja. Pod nami, nie dalej niż piętnaście czy szesnaście mil, 
doskonale   widoczne   przez   wojskową   lornetkę,   leżało   wielkie   miasto   Harmak,   którego 
podczas poprzedniej podróży nie widziałem, jako że minąłem je nocą.

Było  to miasto typowe dla środkowozachodniej  Afryki, o szerokich ulicach  i dużych 

targowiskach, z tysiącami białych domów o płaskich dachach. Najbardziej okazałe otoczone 
były ogrodami. Opasywał je wysoki i gruby mur zbudowany z wysuszonej na słońcu cegły. 
Przed bramami, których dostrzegłem dwie, wznosiły się żyzne pola uprawne, na których, jako 
że była wczesna wiosna, widać było kiełkującą zieleń.

Za pasem pól widać było wielkie stada pasącego się bydła i koni, przemieszane z dziką 

zwierzyną,   co   potwierdzało   usłyszane   przeze   mnie   podczas   pierwszego   pobytu   w   Mur 
wiadomości,   że   Fungowie   nie   mieli   broni   palnej   albo   że   mieli   jej   niewiele,   gdyż   w 
przeciwnym razie antylopy trzymałyby się z dala od zwierząt domowych. W oddali, niemal 
na horyzoncie, dostrzegłem zarysy innych miast, a może wsi. Najwidoczniej był to liczny 
naród, a przy tym trudno byłoby określić go mianem dzikusów. Nic dziwnego, że nieliczne 
plemię Abatich bało się tak bardzo Fungów, mimo że oddzielały ich nieprzebyte góry.

Około jedenastej zmienił mnie Orme. Nie miałem mu nic do zakomunikowania, więc 

wszedłem   do   namiotu   i   położyłem   się.   Zasnąłem   z   miejsca,   choć   gdybym   był   mniej 
zmęczony, ze zmartwienia pewnie nie zmrużyłbym oka. A powodów do niepokoju miałem 
wiele. Nadchodzącej nocy musieliśmy prześliznąć się koło Fungów i przed południem dotrzeć 
do Mur. Gdyby się to nam nie udało, to czekała nas albo natychmiastowa śmierć w walce, 

background image

albo, co znacznie gorsze, pojmanie przez barbarzyńców, a później egzekucja, poprzedzona 
prawdopodobnie torturami.

Oczywiście, mogło nam się udać. Mając dobrych przewodników i jadąc nocą, mogliśmy 

dotrzeć do Mur bez przeszkód, gdyż teren wokół niego był rozległy a droga pusta i mało 
uczęszczana, tak że jeślibyśmy nie natknęli się na straże, których – jak nam powiedziano – nie 
powinno   tam   być,   nasza   niewielka   karawana   miała   duże   szansę   prześliznąć   się   nie 
zauważona. Szadrach zdawał się uważać, że wszystko pójdzie gładko, problem jednak w tym, 
że podobnie jak Quick, nie ufałem mu. Nawet Makeda, władczyni Abati, nie dowierzała mu 
albo tak mi się wydawało.

W   każdym   razie   powiedziała   mi,   zanim   wyjechałem   z   Mur,   że   wybrała   go   do   tego 

zadania dlatego, że jest odważny i sprytny i jako jeden z nielicznych spośród jej ludzi przebył 
w młodości pustynię, dzięki czemu zna drogę. – Ale, doktorze – dodała znacząco – uważaj na 
niego, bo nie bez powodu nazywają go Kotem. Uważaj, bo gdyby nie fakt, że trzymam jego 
żonę i dzieci jako zakładników i gdybym nie była pewna, że pragnie uzyskać kawałek ziemi, 
który obiecałam mu w nagrodę, nie powierzyłabym cię nigdy jego opiece.

Po wielu tygodniach spędzonych z nim musiałem zgodzić się z opinią Makedy i sierżanta 

Quicka, który znał się na ludziach.

– Niech pan mu się przyjrzy, doktorze – rzekł Quick, kiedy przyszedł powiedzieć mi, że 

mogę się położyć spać, bo bez względu na to, czy była kolej na jego wartę czy nie, zawsze 
zdawał się pełnić służbę. – Niech pan mu się przyjrzy – wskazał na Szadracha, który siedział 
w cieniu drzewa i szeptał coś z dziwnym i nieprzyjemnym uśmiechem do dwóch ze swoich 
podwładnych. – Jeśli dobry Bóg stworzył kiedy łotra z krwi i kości, to siedzi on właśnie pod 
tym drzewem. Jestem przekonany, że chciał się pozbyć nas w Zeu i przywłaszczyć  sobie 
nasze   rzeczy.   Mam  nadzieję,   że  nie   spróbuje  znowu  takiej  sztuczki  dziś   w  nocy.   Nawet 
Faraon nie może go znieść.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, uzyskałem dowód potwierdzający jego słowa. Faraon, 

ten wielki, żółty pies Orme’a, który znalazł nas na pustyni, usłyszawszy nasze głosy, wylazł z 
jakiegoś zakamarka, w którym leżał, i machając ogonem ruszył w naszą stronę. Kiedy mijał 
Szadracha, zatrzymał się i zaczął głucho warczeć, jeżąc sierść na grzbiecie, na co Szadrach 
rzucił w niego kamieniem. W następnej chwili Szadrach leżał na plecach a Faraon, który był 
potwornie silnym zwierzęciem, siedział mu na piersiach z wyraźnym zamiarem rozszarpania 
gardła.

Odciągnęliśmy go, zanim zdążył zrobić Szadrachowi jakąś poważniejszą krzywdę, ale 

wyraz   twarzy   naszego   przewodnika   wrył   mi   się   w   pamięć.   Wykrzywiona   wściekłością   i 
strachem, z nabrzmiałymi i posiniałymi bliznami, wyglądała jak oblicze diabła.

Po   tym   incydencie   poszedłem   spać,   zastanawiając   się,   czy   nie   jest   to   mój   ostatni 

odpoczynek na tym świecie i czy wycierpiawszy tyle dla mego syna będę mógł kiedykolwiek 
oglądać jego twarz, jeśli w ogóle znajdował się on jeszcze wśród żywych.

background image

Pod   wieczór   obudził   mnie   straszny   zgiełk,   w   którym   rozróżniłem   przenikliwy   głos 

Higgsa wykrzykującego słowa, których nie śmiem tu powtórzyć, ujadanie Faraona i zduszone 
jęki  i   przekleństwa   któregoś   z  Abatich.   Wyskoczywszy   z  namiotu,  zobaczyłem  osobliwy 
widok.   Higgs   trzymał   głowę   Szadracha   pod   lewym   ramieniem,   w   krawacie  –  jak 
nazywaliśmy to, kiedy chodziłem do szkoły, a prawą pięścią walił go z całej siły, której mu 
bynajmniej nie brakuje, w nos. Obok, trzymając Faraona za obrożę, którą zrobiliśmy ze skóry 
padłego wielbłąda, stał sierżant Quick z wyrazem ponurego zadowolenia na twarzy, a wokół, 
gestykulując  wschodnim  zwyczajem  i  wydając  gardłowe  okrzyki  złości,   kręciło  się  kilku 
Abatich. Orme’a nie było, gdyż akurat spał.

– Higgs, co robisz? – krzyknąłem.
– Nie... wi... dzisz? – wysapał, akcentując każdą sylabę ciosem w wydatny nos Szadracha. 

– Tłukę tego bydlaka. Aa, gryziesz, tak? No to masz, to masz, to masz! 0 rany, ale ma twarde 
zęby! No, chyba będzie miał dosyć  –  powiedział i nagle puścił pokrwawionego Abatiego, 
który padł na ziemię i z trudem łapał powietrze. Jego towarzysze, widząc trudną sytuację 
swego   przywódcy,   podeszli   do   profesora   w   niedwuznacznych   zamiarach.   Jeden   z   nich 
wyciągnął nawet nóż.

–  Odłóż to, synu  –  rzekł Quick  –  bo zaraz spuszczę psa. Ma pan pod ręką rewolwer, 

doktorze?

Nawet   jeśli   ów   człowiek   nie   zrozumiał   słów   Quicka,   to   ich   znaczenie   musiało   być 

oczywiste,   gdyż   schował   nóż   i   cofnął   się.   Reszta   poszła   za   jego   przykładem.   Również 
Szadrach podniósł się z ziemi i poszedł za nimi. Odszedłszy kilka jardów, odwrócił się jednak 
i patrząc z wściekłością zapuchniętymi oczami na Higgsa, powiedział:

– Możesz być pewien, przeklęty goju, że ci za to odpłacę.
W tym momencie pojawił się na scenie Orme i spytał, ziewając:
– Co się, u diabła, dzieje?
– Dałbym pięć szylingów za butelkę lemoniady z lodu – rzekł Higgs, jakby nie słyszał 

pytania.   Potem   wypił   kubek   letniej,   mętnej   wody,   który   podał   mu   Quick,   i   zwracając 
naczynie, powiedział: – Dziękuję, sierżancie, lepsze to niż nic, a poza tym niebezpiecznie jest 
pić   zimne   napoje,   kiedy   człowiek   jest   zgrzany.   Co   się   dzieje?   O,   nic   takiego!   Ten   łotr 
Szadrach chciał otruć Faraona, i to wszystko. Przyglądałem mu się spod oka i zauważyłem, że 
dobrał się do puszki ze strychniną, a potem wziął kawałek mięsa, zwilżył je, obtoczył  w 
truciźnie i rzucił psu. Złapałem je w samą porę i wyrzuciłem za ten mur. Jeśli chcesz, możesz 
go   tam   poszukać.   Zapytałem   Szadracha,   dlaczego   to   zrobił.  „Żeby   było   cicho,   kiedy 
będziemy przejeżdżali koło Fungów” odparł, a potem dodał, że tak czy inaczej jest to groźne 
bydlę, bo chciał go ugryźć dziś rano. Wtedy mnie poniosło i rzuciłem się na łajdaka. Chociaż 
rzuciłem   boks   już   dwadzieścia   lat   temu,   wkrótce   byłem   górą,   bo  jak  pewnie   zdążyliście 
zauważyć, ludzie Wschodu nie umieją bić się na pięści, i to wszystko. Dajcie mi jeszcze jeden 
kubek wody, sierżancie.

background image

– Mam nadzieję, że wszystko – odparł Orme, wzruszając ramionami. – Prawdę mówiąc, 

stary, byłoby mądrzej zostawić twarz Szadracha w spokoju, dopóki nie znajdziemy się w 
Mur. No, ale co się stało, to się nie odstanie, a zresztą zrobiłbym to samo, co ty, gdybym 
zauważył, że próbuje otruć Faraona. – Poklepał psa po głowie. Lubiliśmy go wszyscy, mimo 
iż okazywał przywiązanie tylko do Orme’a, nas po prostu tolerując.

– Może spróbowałbyś opatrzyć jego nos i uśmierzyć trochę jego gniew – rzekł Orme do 

mnie. – Znasz go lepiej niż my. Daj mu strzelbę. Albo nie, nie rób tego. Jeszcze strzeli komu 
w   plecy   i   powie,   że   to   przez   przypadek.   Obiecaj   mu,   że   dostanie   strzelbę,   jak   tylko 
znajdziemy się w Mur. Wiem, że bardzo chce mieć taką broń, bo nakryłem go, kiedy usiłował 
wykraść karabin ze skrzyni. Zresztą obiecaj mu, co chcesz, w granicach rozsądku.

Poszedłem więc, zabrawszy butelkę arniki i plaster, i znalazłem Szadracha otoczonego 

współczującymi   ziomkami.   Płakał   z   wściekłości,   mówiąc,   że   w   jego   niegodnej   osobie 
spotkała cały ich starożytny, wybrany naród zniewaga. Zrobiłem, co mogłem, starając się 
ukoić jego fizyczny i psychiczny ból. Powiedziałem, że jest sam sobie winien, skoro chciał 
otruć Farona tylko dlatego, że ten próbował go ugryźć. Odparł, że chciał go zabić z zupełnie 
innego powodu i powtórzył dokładnie to wszystko, co powiedział Higgsowi, że mianowicie 
pies może zdradzić naszą obecność, kiedy będziemy się przemykali koło Fungów. Poza tym 
groził profesorowi zemstą i tak złorzeczył, że w końcu uznałem, iż należy położyć temu kres.

– Słuchaj, Szadrach – powiedziałem – jeśli nie odwołasz zaraz tych słów i nie pogodzisz 

się z Higgsem, to zostaniesz związany i osądzony.  Może będziemy mieli większą szansę 
przekraść się bezpiecznie do Mur, jeśli zostawimy cię tu martwego niż z tobą jako wrogiem.

Usłyszawszy to, natychmiast zmienił ton i powiedział, że teraz rozumie, iż postąpił źle. 

Mało tego, jak tylko opatrzyłem mu twarz, odszukał Higgsa i pocałował go w rękę, gorąco 
przepraszając i zapewniając, że zapomniał o wszystkim i będzie go kochał jak brata.

– Bardzo dobrze, przyjacielu – rzekł na to Higgs, który nigdy nie żywił do nikogo długo 

urazy – tylko nie próbuj znowu otruć Faraona. Ja obiecuję ze swej strony nie wspominać o tej 
sprawie, kiedy dotrzemy do Mur.

– Zupełnie inny człowiek, co, doktorze? – zauważył sarkastycznie Quick, obserwując tę 

budującą scenę. – Zginął bez śladu przykry charakter, nie ma żadnego żydowskiego gadania o 
oku za oko i zębie za ząb, przeciwnie – całuje się pięść, którą dostało się w nos... Mimo to nie 
ufałbym tej świni, gdybym nie miał go w zasięgu nogi. Szczególnie po ciemku, co nas czeka 
dziś w nocy – dodał znacząco.

Nie odpowiedziałem nic, bo chociaż w pełni zgadzałem się z sierżantem, nie można było 

nic zrobić, a gadanie o tym, że sprawy źle wyglądają, mogło je tylko pogorszyć.

Tymczasem   zbliżała  się  noc  i,  sądząc  ze  zbierających   się chmur  i  coraz   silniejszego 

wiatru, burza. Mieliśmy wyruszyć  krótko po zachodzie słońca, to znaczy mniej więcej za 
godzinę.   Zapakowałem   swoje   rzeczy   i   pomogłem   Higgsowi   przygotować   jego   bagaż,   po 
czym udaliśmy się na poszukiwanie Orme’a i Quicka. Znaleźliśmy ich bardzo zajętych w 

background image

jednym z pomieszczeń zrujnowanego budynku. Pozornie wyglądało na to, że Quick sortuje 
funtowe   puszki   tytoniu   czy   proszku   do   pieczenia,   a   Orme   sprawdza   działanie   baterii 
elektrycznej, dokładnie oglądając zwoje pokrytego izolacją drutu.

– Co to za zabawa? – spytał Higgs.
–  Lepsza   niż   ta,   którą   miałeś   z   Szadrachem.   Chyba   diabeł   cię   podkusił,   żebyś   mu 

rozkwasił nos. Ale lepiej zabierz stąd fajkę, stary. Podobno te azoimidy palą się spokojniej 
niż węgiel. Mimo to nigdy nie wiadomo. Klimat albo przewożenie mogły zmienić ich skład i 
działanie.

Higgs  pospiesznie odszedł, i to na odległość dobrych  pięćdziesięciu  jardów, wysypał 

tytoń z fajki i wrócił, zostawiwszy przezornie nawet pudełko z zapałkami na zewnątrz.

– Nie ma czasu, więc o nic nie pytaj – rzekł Orme, kiedy Higgs już otwierał usta, aby coś 

powiedzieć. – Sam wszystko wyjaśnię. Dziś w nocy wyruszamy w dziwną podróż – czwórka 
białych  i około tuzina podejrzanych  ćwierć-Żydów  –  więc pomyśleliśmy  z Quickiem,  że 
warto mieć coś takiego pod ręką. Prawdopodobnie nie będziemy tego potrzebowali, a jeśli 
będziemy potrzebowali, to nie uda nam się z tego skorzystać, ale kto wie? No dobrze, starczy. 
Dziesięć puszek, dosyć, żeby wysadzić połowę Fungów, jeśli będą tak uprzejmi i usiądą na 
nich.   Quick,   weźcie   pięć   puszek,   baterię   i   trzysta   jardów   drutu.   Ja   wezmę   tyle   samo. 
Nastawiliście zapalniki, tak? W porządku, ja też. – Potem bez zbędnych słów umieścił swój 
przydział w kieszeniach kurtki. Quick zrobił to samo ze swoją porcją. Na koniec zamknęli 
skrzynkę, z której to wyjęli, i załadowali ją na wielbłąda.

background image

Rozdział VI

Ucieczka z Harmaku

Posuwaliśmy się w takim szyku: na przedzie jechał jeden z Abatich, który podobno znał 

każdy jard drogi, dalej Orme i sierżant Quick, prowadząc wielbłądy z ładunkiem materiałów 
wybuchowych,   za  nimi  ja, aby  mieć   cały  czas   na  oku cenne  zwierzęta  i  tych,  którzy je 
prowadzili, potem pozostałe wielbłądy, wiozące nasze bagaże, zapasy żywności i inne rzeczy, 
a na końcu Higgs i dwaj Abati.

Powinienem tu wyjaśnić, że ten szyk zaproponował Szadrach, mówiąc, iż gdyby jechał 

przodem i zdarzyło się coś przykrego, to po zajściu z Higgsem przypisano by to chęci zemsty 
z   jego   strony,   jeśli   natomiast   będzie   zamykał   karawanę,   to   nie   da   podstaw   do   takich 
podejrzeń.   Usłyszawszy   to,   Higgs,   który   ma   wspaniałomyślną   naturę,   postanowił,   że   w 
dowód zaufania pojedzie razem z Szadrachem. Tak się przy tym upierał, a Szadrach wydawał 
się   tym   tak   uszczęśliwiony,   że   w   końcu   Orme,   który   teraz,   gdy   groziło   nam 
niebezpieczeństwo, objął dowództwo wyprawy, zgodził się, acz niechętnie, na ten plan.

Jego zdaniem najlepiej byłoby, gdybyśmy wszyscy czterej trzymali się razem, choć w 

takiej sytuacji, bez względu na to, jakie wybralibyśmy dla siebie miejsce, nie moglibyśmy 
dopilnować w ciemnościach wielbłądów i ich ładunku, który był dla nas równie cenny, jak 
życie. W każdym razie, zdecydowawszy raz dostarczyć go do Mur, uważaliśmy, że musimy 
to zrobić za wszelką cenę,  być  może  dlatego, iż my,  Anglicy,  przekładamy  dobrowolnie 
przyjęty obowiązek nad własne bezpieczeństwo czy wygody.

Dobrze czy źle, ale na tym w końcu stanęło, gdyż w tak kłopotliwym położeniu człowiek 

robi to, co mu się w danej chwili wydaje najlepsze. Jak przekonało się wielu niefortunnych 
dowódców, łatwo jest być mądrym po szkodzie, ale w krytycznej sytuacji trzeba się na coś 
zdecydować.

Słońce   zaszło,   zrobiło   się   ciemno   i   jednocześnie   zaczął   wiać   wiatr   i   padać   deszcz. 

Wyruszyliśmy, o ile mogliśmy się zorientować, przez nikogo nie zauważeni i kierując się w 
dół, wyjechaliśmy z powrotem na starą drogę. Posuwaliśmy się w zupełnej ciszy, gdyż kopyta 
wielbłądów  nie czyniły żadnego  hałasu, w stronę Harmaku,  którego światła  od czasu do 

background image

czasu, gdy chmury podnosiły się wyżej, widzieliśmy przed sobą, nieco w lewo od drogi.

Mimo   iż   odbyłem   wiele   podróży,   nie   przypominam   sobie,   żeby   któraś   była   bardziej 

denerwująca   i   nieprzyjemna   niż   ta.   Panowały   iście   egipskie   ciemności,   w   których   tylko 
niekiedy mignęło odległe światełko, przez otwory w płaszczach z wełny wielbłądziej lał się 
na plecy deszcz i wkrótce byliśmy zupełnie przemoczeni. Po upałach na pustyni byliśmy 
nieodporni na ziąb i chłodny wiatr przenikał nas do kości. Ale te niewygody, choć naprawdę 
dokuczliwe,   były   niczym   w   porównaniu   z   dręczącą   nas   niepewnością.   Czy   uda   nam   się 
prześliznąć  niezauważenie do Mur czy też, po tylu  trudach i cierpieniach, przyjdzie  nam 
zginąć na drodze, tuż przed upragnionym celem? Oto było pytanie!

Minęły trzy godziny. Znajdowaliśmy się już naprzeciw świateł Harmaku czy jakiejś innej 

osady  położonej  w  dolinie  po  naszej  prawej   stronie.  Na  razie  wszystko   szło  dobrze,  jak 
świadczyły o tym informacje przekazywane szeptem przez naszych przewodników.

Nagle wprost przed nimi rozbłysło światło, choć było jeszcze dość daleko. Zaraz potem 

od przodu karawany dobiegło ciche „Stać!” Zatrzymaliśmy się więc. Niebawem pojawił się 
jeden z jadących na czele Abatich, informując nas, że na drodze pokazał się oddział jazdy 
Fungów. Odbyliśmy krótką naradę. Podjechał do nas Szadrach i powiedział, że jeśli trochę 
poczekamy, to może odjadą, gdyż zapewne pojawili się na drodze przypadkowo, w związku z 
ich świętem. Nakazał nam absolutną ciszę. Nie wiedząc, co robić, zastosowaliśmy się do jego 
słów i czekaliśmy.

Myślę,  że  zapomniałem  powiedzieć,   iż  na  wszelki   wypadek  umieściliśmy   Faraona  w 

wielkim   koszu,   w   którym   często   podróżował   w   czasie   przeprawy   przez   pustylię, 
przytroczonym  do boku wielbłąda  Orme’a. Leżał  tam spokojnie aż do owej  nieszczęsnej 
chwili, kiedy Szadrach odjechał ode mnie, aby pomówić z kapitanem. Wtedy to, wyczuwszy 
zapach swego śmiertelnego  wroga, zaczął wściekle ujadać. W następnej chwili wybuchło 
okropne zamieszanie. Szadrach rzucił się do tyłu. Światło z przodu zaczęło się szybko zbliżać 
ku nam. Przednie wielbłądy zeszły z drogi, idąc – jak przypuszczam – swoim zwyczajem za 
przewodnikiem   karawany.   Orme,   Quick   i   ja   znaleźliśmy   się,   nie   wiem   jak,   razem   w 
ciemnościach. Myśleliśmy, że Higgs też jest z nami, ale okazało się, że byliśmy w błędzie. 
Usłyszeliśmy   krzyki   i   obce   głosy   przemawiające   w   nieznanym   nam   języku.   W   świetle 
błyskawicy, bo burza nadal szalała nad naszymi głowami, zobaczyliśmy kilka rzeczy naraz. 
Przede wszystkim dromadera profesora, którego nie można było pomylić z innym, gdyż miał 
zupełnie białą sierść i dziwny zwyczaj chodzenia i biegania z głową przekrzywioną na bok. 
Na   jego   grzbiecie   siedział   człowiek,   który   na   pewno   nie   był   Higgsem.   Dopiero   wtedy 
odkryliśmy, że nie ma go z nami i zaczęliśmy się obawiać najgorszego.  –  Jego wielbłąda 
dopadł Fung – powiedziałem.

– Nie Fung, lecz Szadrach – odprł Quick. – Poznałem jego wstrętną mordę.
Poza tym zobaczyliśmy, że nasze juczne wielbłądy oddalają się szybko nie tylko od nas, 

ale też od drogi, na której znajdowali się jeźdźcy w białych burnusach. Orme kazał nam 

background image

jechać za wielbłądami, myśląc, że na którymś z nich może być Higgs. Ruszyliśmy, ale nim 
przebyliśmy dwadzieścia jardów po polu porośniętym zbożem czy czymś takim, usłyszeliśmy 
przed sobą głosy, które na pewno nie należały do Abatich. Najwidoczniej błyskawica, która 
ukazała  postać Fungów, oddała im identyczną  przysługę i nadjeżdżali,  aby nas zabić  lub 
pochwycić.

Mogliśmy zrobić tylko jedno – odwrócić się i uciekać. Tak też zrobiliśmy, nie wiedząc 

gdzie jedziemy, ale starając się nie tracić z sobą kontaktu.

Może kwadrans później, akurat gdy wjeżdżaliśmy do gaju palmowego czy między jakieś 

inne drzewa, które zasłaniały wszystko przed nami, ciemności rozdarła inna błyskawica, choć 
jej światło było już znacznie słabsze, gdyż burza przesunęła się nad góry Mur, zostawiając za 
sobą tylko straszną ulewę. Jechałem ostatni i tak się złożyło, że właśnie obejrzałem się za 
siebie. Nawet w słabym świetle ujrzałem Fungów nie dalej niż pięćdziesiąt jardów za nami. 
Szukali nas wszędzie, gdyż rozwinęli się w długą tyralierę, byłem jednak pewien, że na razie 
nie dostrzegli nas w gęstym cieniu drzew.

– Szybciej! – powiedziałem. – Wkrótce tu będą.
Usłyszałem, jak Ouick mówi:
–  Niech pan puści cugle wielbłądowi, panie kapitanie. On widzi w ciemności i może 

wróci na drogę.

Orme postąpił zgodnie z tą radą, tym bardziej że w czarnej jak smoła nocy i tak nie było 

nic widać. Okazało się, że pomysł był dobry, gdyż wielbłądy ruszyły rzędem bystro przed 
siebie, najpierw po miękkiej ziemi, a potem po twardej drodze. Po jakimś czasie wydało mi 
się, że przestało padać, gdyż od kilku sekund nie spadła na mnie ani jedna kropla, ale z 
odgłosu kopyt wielbłądów, którym odpowiadało echo, wywnioskowałem, że jedziemy jakimś 
sklepionym   przejściem   czy   tunelem.   Jechaliśmy   dalej   i   w   końcu,   mimo   ciemności 
potęgowanej gęstym deszczem, zacząłem rozróżniać kształty przypominające domy, choć nie 
paliło   się  w  nich  żadne   światło,  pewnie   dlatego,  że   było   już  nad   ranem.   Uderzyła  mnie 
straszna myśl – jesteśmy w Hamraku! Podzieliłem się moimi obawami z towarzyszami.

–  Bardzo   możliwe  –  odparł   szeptem   Orme.  –  Może   nasze   wielbłądy   zostały   tutaj 

wyhodowane i zmierzają do stajni. No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak jechać dalej.

Jechaliśmy więc w ciszy, przerywanej od czasu do czasu tylko szczekaniem psów. Na 

szczęście Faraon leżał spokojnie w swoim koszu i nie odpowiadał, gdyż miał zwyczaj udawać 
zupełną obojętność w obliczu innego psa, dopóki nie zbliżył się na tyle, by mógł go dopaść 
jednym skokiem i zagryźć. Po pewnym czasie przejechaliśmy przez jeszcze jedną sklepioną 
bramę, a jakieś sto pięćdziesiąt jardów dalej wielbłądy nagle się zatrzymały. Quick zsiadł i po 
chwili usłyszałem jego głos:

– Brama. Wymacałem na niej jakieś figury z brązu. Zdaje się, że nad bramą jest wieża, a 

po obu stronach mury. Wygląda to na pułapkę. Lepiej zatrzymajmy się tutaj, dopóki się nie 
rozwidni. Nie można zrobić nic innego.

background image

Połączyliśmy wielbłądy liną, aby się nie rozeszły i schroniliśmy się przed deszczem pod 

wieżą. Aby zabić czas i podtrzymać siły, gdyż byliśmy zmoknięci i przemarznięci do szpiku 
kości, zjedliśmy trochę konserw i biszkoptów i pokrzepiliśmy się paroma kieliszkami brandy 
z flaszki, którą miał Quick. Alkohol trochę nas rozgrzał, choć nawet gdybyśmy wypili po 
butelce, nie podniosłoby to nas na duchu. Nie było wśród nas Higgsa, który najpewniej już 
nie żył, Abati zgubili się albo zdezerterowali, a my sami zabłądziliśmy do twierdzy Fungów, 
którzy wyłapią nas jak ptaki w sieci i zarżną, jak tylko odkryją naszą obecność. Znaleźliśmy 
się w położeniu nie do pozazdroszczenia.

Zmęczony   i   przybity,   zacząłem   drzemać.   Orme   siedział   cicho,   natomiast   sierżant, 

zauważywszy,  że nie  ma  się czym  przejmować,  bo i tak  stanie się  to, co się musi  stać, 
pokrzepiał się na duchu mrucząc w kółko hymn zaczynający się od słów:

„Za tym padołem łez szczęśliwa jest kraina,
Gdzie życie bez smutków i nieszczęść człowiek rozpoczyna”.
Na szczęście dla nas, tuż przed świtem niebo przestało lać łzy na ten padół. Przejaśniło 

się i ukazały się gwiazdy, choć na dole leżała jeszcze tak gęsta mgła, że nic nie było widać. 
Potem nad morzem mgieł ukazała się tarcza słoneczna, ale widoczność była nadal kiepska i 
ograniczona do paru jardów.

„Za tym padołem łez szczęśliwa jest kraina...”  mruczał Quick pod nosem chyba po raz 

pięćdziesiąty, gdyż najwidoczniej nie znał żadnej innej pieśni religijnej pasującej do naszej 
sytuacji. Nagle przestał mruczeć i wykrzyknął:

– Oho, tutaj są jakieś schody! Jeśli pan pozwoli, panie kapitanie, wejdę na górę.
Chwilę potem zawołał nas cicho:
– Chodźcie tu, panowie. Zobaczycie ciekawy widok.
Wdrapaliśmy   się   po   schodach   i   znaleźliśmy   się   na   szczycie   jednej   z   dwu   wież 

wznoszących się nad bramą. Wieże te były częścią umocnień okalających od południa miasto, 
które nie mogło być niczym innym niż stolicą Fungów. Ponad mgłą sterczały potężne skały 
Mur, przedzielone głęboką doliną znajdującą się prawie naprzeciw miejsca, gdzie staliśmy. W 
dolinę tę wlewało się światło słoneczne, ukazując naszym oczom zadziwiający i przejmujący 
lękiem widok. Z oparów mgły wyłaniała się ogromna sylwetka lwa wyciosanego w czarnej 
skale, leżącego z podniesioną głową, zwieńczoną uraeusem, staroegipską oznaką władzy w 
kształcie węża. Posąg był oddalony od nas o dobrą milę, nie sposób więc było ocenić jego 
wielkość, ale było oczywiste, że nikt z nas nie widział ani nawet nie słyszał o tak potężnym, 
monolitycznym monumencie.

W porównaniu z nim  słynny Sfinks w Gizie wydawał się zabawką. Była to po prostu 

góra, ociosana w ciągu wielu lat cierpliwej pracy przez jakiś zaginiony lud na kształt lwa. 
Wznosząc   się   ponad   kotłującą   się   mgłą,   oświetlony   czerwonym   światłem   poranka, 
przejmował swą grozą i majestatem, tak że zapomnieliśmy o naszym położeniu i patrzyliśmy 
jak urzeczeni. Wreszcie odzyskałem głos.

background image

– Bożek Fungów! – powiedziałem. – Nic dziwnego, że te dzikusy uważają ten posąg za 

boga.

– Największy monolit na świecie – rzekł cicho Orme – a Higgs nie żyje. Och, gdyby go 

zobaczył, pewnie umarłby bez żalu! Szkoda, że to nie mnie dostali. Wolałbym, żeby to mnie 
spotkał   taki   los!  –  westchnął   i   załamał   ręce,   gdyż   taką   już   ma   naturę,   że   zawsze   myśli 
najpierw o innych.

– To właśnie to mamy wysadzić – monologował Quick. – Hmm, te ażurowe szerszenie 

czy jak tam to nazywają (miał na myśli azoimidy) nieźle żądlą, ale będziemy musieli solidnie 
się napracować, jeśli w ogóle tam się dostaniemy. Trochę szkoda, bo ten kociak jest dosyć 
ładny.

– Schodzimy – powiedział Orme. – Musimy się zorientować, gdzie jesteśmy. Może w tej 

mgle uda nam się uciec.

– Chwileczkę! – odparłem. – Widzisz to? – wskazałem na iglicę skalną wystającą z mgły 

mniej więcej o milę na południe od sfinksa, a jakieś dwie mile od nas. – To Biała Skała. W 
rzeczywistości wcale nie jest biała, ale nocują na niej sępy i od ich odchodów czubek nabrał 
takiego koloru. Nie widziałem jej wcześniej, bo minąłem ją w nocy, ale wiem, że obok niej 
znajduje   się   wejście   do   wąwozu,   który   prowadzi   do   Mur.   Szadrach   nam   o   tym   mówił, 
pamiętasz? Gdyby udało nam się dostać do niej, to może ocalilibyśmy życie.

Orme rzucił na nią okiem i powtórzył:
– Schodzimy. Mogą nas tutaj zauważyć.
Szybko   zeszliśmy   i   zaczęliśmy   gorączkowo   badać   otoczenie.   Oto,   co   udało   nam   się 

ustalić.   Brama   pod   wieżą   składała   się   z   dwu   potężnych   drewnianych   skrzydeł,   obitych 
mosiężnymi czy miedzianymi płytami, wytłaczanymi w dziwne figury przedstawiające ludzi i 
zwierzęta. Płyty te wyglądały na bardzo stare. W obu skrzydłach znajdowały się otwory, 
przez które broniący się mogli strzelać z łuków. Jednak najbardziej istotny dla nas był fakt, że 
brama nie miała żadnego zamka i że jedynym zabezpieczeniem były potężne zasuwy, które 
mogliśmy odciągnąć.

–  Zmiatajmy stąd, dopóki nie rozwieje się mgła  –  powiedział  Orme. –  Przy odrobinie 

szczęścia możemy dotrzeć do przejścia.

Przyznaliśmy mu rację i pobiegłem po wielbłądy, które leżały tuż za bramą. Jednak zanim 

do nich dotarłem, Quick zawołał mnie z powrotem.

– Niech pan spojrzy, doktorze – powiedział, wskazując na jeden z otworów.
Spojrzałem i w gęstej mgle zobaczyłem oddział jeźdźców zbliżający się do bramy.
Musieli dojrzeć nas na szczycie wieży. – Postąpiliśmy jak durnie, włażąc tam! – krzyknął 

Orme.

Zaraz potem odskoczył nagle. Zrobił to w samą porę, gdyż przez otwór, przy którym 

przed chwilą znajdowała się jego twarz, przeleciała dzida i utkwiła w ziemi za bramą. Na 
płytach z drugiej strony bramy zagrzechotały ostrza innych dzid.

background image

–  Nie   mamy   szczęścia  –  rzekł   Orme.  –  Wszystko   skończone,   chcą   wyważyć   wrota. 

Myślę, że lepiej będzie, jeśli damy im odpór. Macie strzelby? Wybierzcie sobie stwory i na 
mój znak zacznijcie strzelać. Tylko dobrze celujcie. Nie zmarnujcie ani jednego naboju. Teraz 
– raz, dwa, trzy – ognia!

Daliśmy ognia w zbity tłum Fungów, którzy zeskoczyli z koni i biegli ku bramie, aby ją 

wyważyć.   Trudno   było   spudłować   na   taką   odległość,   a   w   magazynkach   naszych 
powtarzalnych karabinów mieściło się po pięć naboi. Kiedy rozwiał się dym, naliczyłem z pół 
tuzina napastników leżących na ziemi. Reszta uciekała zataczając się i kulejąc, najwidoczniej 
odniosła rany. Wielu poraniły kule, które przeszły przez ciała leżących.

Skutek tej nawały ognia był nie tylko natychmiastowy, ale i zbawienny dla nas. Fungowie 

byli na pewno odważni, ale nigdy nie zetknęli się z  bronią wielostrzałową. Żyli w zupełnej 
izolacji i jeśli słyszeli o broni palnej albo nawet mieli jakieś stare muszkiety, kupione od 
beduińskich   handlarzy,   to   nie   wiedzieli   nic   o   straszliwej   sile   rażenia   współczesnych 
karabinów.

Nie można ich zatem winić za to, że w obliczu nagłej śmierci, która pewnie wydała się im 

skutkiem   działania   jakichś   czarów,   opuściła   ich   cała   odwaga.   Tak   czy   inaczej,   poszli   w 
rozsypkę, zostawiając na placu boju zabitych i rannych.

Pomyśleliśmy znowu o ucieczce, która na pewno była jedynym rozsądnym wyjściem, ale 

wahaliśmy się trochę, bo trudno było nam uwierzyć, że Fungowie zostawili wolną drogę. 
Sądziliśmy,  że wycofali  się poza zasięg kul i czekają na nas. Kiedy tak traciliśmy czas, 
zastanawiając   się,   co   począć,   mgła   przerzedziła   się   i   mogliśmy   dokładnie   ocenić   naszą 
sytuację. Przed nami znajdowała się szeroka, otwarta przestrzeń, ograniczona z dwóch stron 
murami, które stykały się z murami właściwego miasta. Znajdowaliśmy się więc w czymś w 
rodzaju korytarza, chroniącego bramę miasta, przez które przejechaliśmy w ciemnościach, nie 
zdając sobie sprawy z tego, gdzie zdążamy.

– Brama z drugiej strony jest otwarta – powiedział Orme, pokazując ruchem głowy wielki 

portal po przeciwnej stronie placu.

–  Chodźmy tam zobaczyć, czy uda się nam ją zamknąć. Jeśli nie, to długo się tu nie 

utrzymamy.

Przebiegliśmy szybko przez plac. Brama była bliźniaczo podobna do tej, której przed 

chwilą broniliśmy, tylko znacznie większa. Ponieważ nie było tam nikogo, kto mógłby nam 
przeszkodzić, wspólnymi siłami, choć z wielkim trudem, zdołaliśmy obrócić na zawiasach 
najpierw   jedno,   potem   drugie   skrzydło   bramy   i   zasunąć   liczne   sztaby   i   rygle.   Dwóch 
mężczyzn nie dokonałoby tego za nic na świecie, ale było nas trzech, a zagrożenie dodało 
nam sił. Potem wróciliśmy do pierwszej bramy i, jako że nic się nie działo, skorzystaliśmy z 
okazji, aby trochę zjeść i wypić parę łyków. Quick stwierdził filozoficznie, że można umrzeć 
równie dobrze o pełnym, jak o pustym brzuchu, a przed śmiercią przynajmniej człowieka nie 
ssie głód.

background image

Kiedy przechodzilśmy przez plac, mgła raptownie znikła, ale teraz, gdy słońce wzniosło 

się wyżej i ogrzało wilgotną ziemię, podniosła się na powrót.

– Sierżancie – rzekł Orme – na pewno wkrótce znowu nas zaatakują. Pora podłożyć minę, 

dopóki nie widzą, co robimy.

– Właśnie o tym myślałem, panie kapitanie – odparł Quick. – Może doktor potrzyma straż 

przy wielbłądach, a kiedy zobaczy, że ktoś wysuwa głowę zza muru, przywita go na dzień 
dobry. Wiemy, że z niego doskonały strzelec – dodał, poklepując mój karabin.

Skinąłem   głową   i   obaj,   obładowani   zwojami   drutu   i   blaszankami   wyglądającymi   na 

puszki z tytoniem, skierowali się w stronę kamiennego podwyższenia pośrodku placu, które 
przypominało   ołtarz,   ale   było   prawdopodobnie   podium,   na   którym   miejscowi   handlarze 
wystawiali na sprzedaż niewolników i inne towary. Nie wiem dokładnie, co tam robili, gdyż 
byłem zbyt pochłonięty obserwowaniem murów, których szczyty były dobrze widoczne nad 
zalegającą w dole mgłą.

Niebawem   moja   czujność   została   nagrodzona,   bo   na   murze   nad   tą   potężną   bramą   z 

drugiej strony placu, w odległości około stu pięćdziesięciu jardów ode mnie, pojawił się jakiś 
wódz, ubrany w białe szaty i wspaniały turban czy inne, podobne nakrycie głowy, i zaczął się 
tam przechadzać, potrząsając groźnie dzidą i wykrzykując coś.

Położyłem się na brzuchu i bardzo dokładnie wycelowałem. Jak mówił Quick, jestem 

rzeczywiście   dobrym   strzelcem   i   od   wielu   lat   ćwiczyłem   się   w   tej   sztuce,   jednak   nawet 
najlepszemu zdarza się chybić, a choć osobiście nie miałem nic przeciw temu strojnisiowi, 
tym razem nie chciałem spudłować. Nagła i tajemnicza śmierć tego dzikusa mogła wywrzeć 
wielkie wrażenie na jego ludziach.

Wreszcie zatrzymał się dokładnie nad środkiem bramy i zaczął wykonywać jakiś taniec 

wojenny, odwracając od czasu do czasu głowę, aby wrzasnąć do swoich po drugiej stronie 
muru.   To   była   moja   szansa.   Skupiłem   się,   jakbym   mierzył   do   tarczy   a   od   tego   strzału 
zależało, czy wygram zawody. Na wypadek, gdyby strzał zgórował, wycelowałem nieco niżej 
i płynnym ruchem nacisnąłem spust. Rozległ się huk wystrzału. Człowiek na murze przestał 
tańczyć i wrzeszczeć i stał nieruchomo. Najwidoczniej usłyszał świst przelatującej kuli, ale 
był nietknięty.

Odciągnąłem   zamek,   wyrzucając   pustą   łuskę   i   miałem   zamiar   strzelić   ponownie,   ale 

spojrzawszy na mur, zobaczyłem, że nie ma potrzeby, gdyż wódz Fungów zaczął się kręcić na 
piętach jak bąk. Okręcił się tak z niewiarygodną szybkością trzy czy cztery razy, potem nagle 
rozłożył ręce i runął tyłem z muru. Zza bramy dobiegł pełen złości i zawodu jęk tłumu.

Już żaden Fung nie pokazał się na murze, więc skoncentrowałem uwagę na strzelnicach w 

bramie   za   mymi   plecami   i   widząc   kilku   jeźdźców   na   skale   w   odległości   czterystu   czy 
pięciuset jardów, gdzie nie było mgły, otworzyłem do nich ogień. Drugim strzałem strąciłem 
jednego   z   nich   z   siodła.   Inny,   który   musiał   być   odważnym   wojownikiem,   natychmiast 
zeskoczył z konia, przerzucił towarzysza, martwego czy żywego, przez siodło, wskoczył za 

background image

nim   i   odjechał,   razem   z   resztą,   galopem.   Posłałem   za   nimi   jeszcze   parę   kul,   ale   nie 
wyrządziłem im już żadnej szkody.

Wyglądało na to, że teraz droga do Mur jest czysta i zacząłem żałować, że nie ma przy 

mnie   Orme’a   i   Quicka,   ponieważ   moglibyśmy   spróbować   ucieczki.   Zastanawiałem   się 
właśnie,   czy   ich   nie   zawołać,   kiedy   zobaczyłem,   że   wracają,   ciągnąc   za   sobą   drut   i 
zagrzebując   go   w   piasku.   W   tej   samej   chwili   usłyszałem   potężne   uderzenia,   które   nie 
pozostawiały   żadnej   wątpliwości   co   do   ich   natury.   Najwyraźniej   Fungowie   próbowali 
wyważyć   bramę   za   pomocą   tarana.   Wybiegłem   naprzeciw   kapitanowi   i   sierżantowi   i 
opowiedziałem o swoich poczynaniach.

– Dobra robota – rzekł spokojnie Orme. – Sierżancie, podłączcie druty do baterii, tylko 

mocno i dokładnie. Sprawdziliście ją, co? Doktorze, bądź tak dobry i odrygluj bramę. Nie, 
sam nie dasz rady, zaraz ci pomogę. Przygotuj wielbłądy i popraw im popręgi. Ci Fungowie 
za chwilę uporają się z bramą. Nie mamy czasu do stracenia.

– Co zamierzasz zrobić? – spytałem, wykonując jego polecenia.
– Urządzić im pokaz ogni sztucznych. Wprowadź wielbłądy do bramy, ale tak, żeby nie 

uszkodziły kopytami drutów. O tak... No, a teraz weźmy się za te zasuwy. O rany, jak ciężko 
się przesuwają. Dziwię się, dlaczego Fungowie nie naoliwią ich. Jedno skrzydło wystarczy. Z 
drugim dajmy sobie spokój.

Pracując w pocie czoła, odsunęliśmy rygle i uchyliliśmy jedno skrzydło bramy. O ile 

mogliśmy się zorientować, w pobliżu nie było nikogo. Bojąc się naszych kul czy z jakiegoś 
innego powodu, znajdujący się tam przedtem oddział znikł.

– No to co, zaryzykujemy i puścimy się tędy? – spytałem.
– Nie – odparł Orme. – Gdybyśmy to zrobili, to nawet jeśli za tym wzniesieniem nie ma 

Fungów,   ci,   którzy   są   w   mieście,   szybko   nas   dogonią   na   koniach.   Musimy   ich   solidnie 
wystraszyć,   zanim   się   stąd   wyrwiemy.   Może   wtedy   reszta   da   nam   spokój.   A   teraz 
posłuchajcie. Kiedy dam znak, wyprowadźcie wielbłądy na jakieś pięćdziesiąt jardów, nie 
bliżej,  bo nie znam siły tych  nowych  materiałów  wybuchowych.  Może  być  większa, niż 
myślę. Ja poczekam aż Fungowie znajdą się na minie i wtedy nacisnę kontakt, a potem, mam 
nadzieję, dołączę do was. Jeśli nie, to jedźcie tak szybko, jak będziecie mogli w kierunku 
Białej Skały, a gdyby udało się wam dostać do Mur, to przekażcie ode mnie pozdrowienia 
Dziecku Królów, czy jak tam się ona nazywa, i powiedzcie, że chociaż nie było mi dane 
zaproponować   jej   swoich   usług,   to   sierżant   Quick   zna   się   równie   dobrze   na   materiałach 
wybuchowych jak ja. Dopilnujcie też, żeby osądzono i powieszono Szadracha, jeśli okaże się 
winnym śmierci Higgsa. Biedny Higgs! Bardzo by mu to się podobało.

– Przepraszam, panie kapitanie –  powiedział Quick  –  ale ja zostanę z panem. Doktor 

może się sam zająć wielbłądami.

– Bądźcie tak dobrzy, sierżancie, i słuchajcie rozkazów. I nie wyrywajcie się gadaniem, 

skoro nikt was o to nie prosi, dobrze? A teraz dosyć słów. Dla osiągnięcia celu tej ekspedycji 

background image

jeden z nas musi zachować całą skórę.

– Wobec tego, panie kapitanie – odparł Quick – może ja zostanę tu z tą baterią?
– Nie – uciął stanowczo Orme. – No i proszę, brama w końcu puściła – wskazał na zgraję 

konnych i pieszych Fungów wdzierającą się z krzykiem na plac. – Wybierzcie dowódców i 
walcie   do   nich!   Chcę   ich   trochę   powstrzymać,   żeby   zaatakowali   gęstą   kupą,   nie   w 
rozproszeniu.

Podnieśliśmy karabiny i zaczęliśmy strzelać. Tłum był tak zbity, że jeśli chybiliśmy do 

jednego, to trafiliśmy innego, zabijając i raniąc wielu innych. Skutek straty wielu dowódców, 
nie mówiąc już o pośledniejszych wojownikach, był dokładnie taki, jak przewidział Orme. 
Fungowie, zamiast rzucić się grupkami wprost na nas, parli na boki, tak że wkrótce cała druga 
strona   placu   zalana   była   wielotysięcznym   tłumem,   dosłownie   morzem   ludzi,   w   które 
miotaliśmy kulami jak chłopcy kamykami w fale.

W   końcu,   pod   naporem   tych,   którzy   zostali   z   tyłu,   przednie   szeregi   dzikiego   tłumu, 

pałającego żądzą zniszczenia trzech wyposażonach w nową, straszną broń białych, zaczęły 
posuwać się ku nam. Był to przerażający widok. Nigdy nie widziałem podobnego.

– Teraz przestańcie strzelać i róbcie, co powiedziałem – rozkazał Orme. – Zatrzymajcie 

wielbłądy pięćdziesiąt jardów za bramą, nie bliżej, i czekajcie, dopóki nie zobaczycie, jak się 
to skończy. Gdybyśmy mieli się już nie spotykać, żegnajcie. Szczęśliwej drogi!

Poszliśmy więc. Quick dosłownie płakał ze wstydu i z gniewu.
–  Dobry Boże!  –  wykrzyknął.  –  Dobry Boże, pomyśleć, że ja, Samuel Quick, sierżant 

saperów   odznaczony   pięcioma   medalami,   przeżyłem   cztery   kampanie   po   to,   żeby   zostać 
odesłany, jak jakiś brzuchaty kapelmistrz, z bagażami, i zostawić swego kapitana samego 
przeciw  trzem tysiącom  negrów! Doktorze,  jeśli  on nie wróci,  niech pan  ucieka  sam.  Ja 
zostanę. Wolę polec razem z nim. To wszystko. No, to już pięćdziesiąt kroków, kładźcie się, 
bydlęta – mówiąc to, rąbnął ze złością jednego z wielbłądów kolbą karabinu.

Z miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy, mieliśmy widok przez uchyloną bramę na to, co się 

za   nią   działo.   Plac   wyglądał   jak   Hyde   Park   w   czasie   wielkiego   niedzielnego   zebrania, 
zapełniony ludźmi, których pierwsze szeregi minęły już podobne do ołtarza podium w jego 
centrum.

– Dlaczego on nie wypuszcza tych szerszeni? –  mruczał Quick. Aha, wiem już, o co 

chodzi. Niech pan spojrzy – wskazał na Orme’a, który skulił się za zamkniętym skrzydłem 
bramy i wyglądał zza niego na plac, ściskając w ręku baterię.  –  Chce ich podpuścić bliżej, 
żeby więcej załatwić. On...

Nie dosłyszałem ostatniego zdania, bo nagle ziemia zatrzęsła się a w niebo buchnął wielki 

płomień. Widziałem, jak kawał muru z jednej strony placu przesunął się, a potem wyleciał w 
górę. Zamknięte skrzydło bramy zachwiało się i zaczęło w wesołych podskokach pędzić w 
naszą stronę, a przed nim biegła jakaś postać. Potem z nieba posypały się różne przedmioty.

Były to głównie kamienie, z których na szczęście żaden w nas nie trafił, ale także rzeczy 

background image

bardziej nieprzyjemne. To niesamowite uczucie dostać z tyłu pięścią oderwaną od ciała, a 
mnie się właśnie to przydarzyło, przy czym w pięści tej zaciśnięta była dzida. Wielbłądy 
próbowały poderwać się i uciec, ale ponieważ są to z natury flegmatyczne zwierzęta, a w 
dodatku nasze były związane, udało się nam je uspokoić.

Kiedy robiliśmy to, nieco automatycznie, bo wstrząs spowodowany wybuchem oszołomił 

nas,   postać   uciekająca   przed   tańczącym   skrzydłem   bramy   dopadła   nas   i   przez   kurz   i 
opadające   szczątki   murów   rozpoznaliśmy   w   niej   Orme’a.   Zataczał   się   jak   pijany,   miał 
osmaloną twarz i brakowało mu połowy ubrania, które musiał zerwać podmuch eksplozji. Z 
głowy spływała mu krew. Ale w prawej dłoni nadal ściskał baterię i z miejsca zorientowałem 
się, że wszystkie kości ma całe.

– Bardzo dobra mina – powiedział ochrypłym głosem. – Nie mogą się z tym równać te 

melanitowe   pociski   Burów.   Uciekajmy,   dopóki   wróg   nie   otrząsnął   się   z   szoku  –  dodał, 
wskakując na wielbłąda.

Chwilę potem ruszyliśmy kłusem w stronę Białej Skały.  Z Harmaku dobiegały jęki i 

zawodzenia.   Dopadliśmy   szczytu   wzniesienia,   na   którym   postrzeliłem   jeźdźca   i,   jak   się 
spodziewałem, okazało się, że Fungowie wystawili za nim silny oddział straży, który miał 
odciąć nam drogę, gdybyśmy zdecydowali się na ucieczkę. Teraz jednak, przerażeni tym, co 
się stało, a co musiało wydać się im jakąś nadprzyrodzoną katastrofą, sami zmykali w prawo i 
w lewo, co sił w koniach.

Tak więc przez pewien czas jechaliśmy nie niepokojeni przez nikogo, lecz – ze względu 

na stan Orme’a – niezbyt szybko. Kiedy przebyliśmy prawie połowę odległości dzielącej nas 
od Białej Skały, obejrzałem się i zobaczyłem, że ściga nas oddział w sile około stu jeźdźców, 
który prawdopodobnie wyjechał z innej bramy.

– Popędź wielbłądy – krzyknąłem do Quicka – bo nas dogonią!
Zaczął okładać je biczem i przeszły w nierówny galop, ale jeźdźcy zbliżali się coraz 

bardziej.   Pomyślałem,   że   już   po   nas,   tym   bardziej   że   zza   Białej   Skały   wyłonił   się   inny 
oddział.

– Odcięli nas! – krzyknąłem.
– Chyba nie – odkrzyknął Quick. – Wyglądają na inne wojsko.
Przyjrzałem się uważniej i stwierdziłem, że ma rację.
Było  to inne wojsko, gdyż powiewał nad nimi sztandar Abatich. Nie mogłem go nie 

rozpoznać, bo obejrzałem go dokładnie, kiedy byłem ich gościem. Była to dziwna, zielona 
flaga   w   kształcie   trójkąta,   przedstawiająca   Salomona   siedzącego   na   tronie   i   otoczonego 
złotymi   hebrajskimi   napisami.   Poza   tym,   za   flagą,   w   otoczeniu   gwardii   przybocznej, 
dostrzegłem ubraną na biało postać kobiecą. Była to Córka Królów we własnej osobie!

Jeszcze dwie minuty i znaleźliśmy się wśród nich. Zatrzymałem wielbłąda i obejrzałem 

się. Fungowie zabrali się do odwrotu. Po wydarzeniach tego ranka najwidoczniej nie mieli 
ochoty walczyć z przeważającą siłą.

background image

Dama w bieli podjechała do nas.
– Witajcie, przyjaciele – wykrzyknęła do mnie, gdyż poznała mnie od razu. – Który z was 

jest dowódcą?

Pokazałem   na   obszarpanego   Orme’a,   który   siedział   z   półprzymkniętymi   powiekami, 

chwiejąc się na siodle.

– Szlachetny panie – zwróciła się do niego – jeśli możesz, opowiedz mi, co się zdarzyło. 

Jestem Makeda, Królowa Abatich, którą zwą Córką Królów. Spójrz na symbol na mej głowie, 
a przekonasz się, że mówię prawdę – mówiąc to, odrzuciła welon i odsłoniła złoty diadem, 
będący oznaką jej godności.

background image

Rozdział VII

Barung

Na dźwięk jej miłego głosu (który zawsze stanowił jeden z jej największych uroków) 

Orme otworzył oczy i spojrzał na nią.

–  Zadziwiający   sen  –  mruknął.  –  Mimo   wszystko   musi   być   coś   z   prawdy   w   tych 

muzułmańskich wierzeniach. Nadzwyczaj piękna kobieta, a ten złoty diadem pasuje do jej 
włosów.

– Co mówi twój towarzysz, panie? – spytała mnie Makeda.
Wyjaśniwszy najpierw, że ucierpiał  od wstrząsu, przetłumaczyłem  wszystko  słowo w 

słowo, na co Makeda zaczerwieniła się aż po śliczne, fiołkowe oczy i pospiesznie opuściła 
welon. W zamieszaniu, które potem nastąpiło, usłyszałem, jak Quick mówi:

– Nie, nie, panie kapitanie, to nie jest żadna hurysa. Jest królową z krwi i z kości, i choć 

to ciemna Żydówka, jest najładniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Niech się pan 
ocknie,   panie   kapitanie,   jest   już   pan   poza   zasięgiem   tego   piekielnego   ognia.   Pochłonął 
Fungów, nie pana.

Słowo „Fung” ocuciło Orrne’a.
– Tak, rozumiem –  powiedział.  –  Zatruły mnie  wyziewy tych  azoimidów,  ale to już 

przechodzi. Adams, zapytaj tę damę ilu ma z sobą ludzi. Co ona mówi? Około pięciuset? 
Niech natychmiast zaatakują Harmak. Obie bramy, zewnętrzna i wewnętrzna, leżą w gruzach. 
Fungowie myślą, że zbudzili diabła i uciekną. Może zadać im cios, po którym będą dochodzić 
do siebie przez wiele lat, ale trzeba to zrobić natychmiast, zanim się otrząsną, bo w końcu są 
bardziej przerażeni niż osłabieni.

Makeda wysłuchała uważnie tej rady.
–  Podoba mi się to, to bardzo dobry pomysł  –  odparła swym dziwnym, archaicznym 

arabskim, kiedy skończyłem tłumaczyć. – Ale muszę zasięgnąć zdania mojej Rady. Gdzie jest 
mój wuj, książę Jozue?

– Tutaj, pani – odparł głos spomiędzy tłoczących się z tyłu Abatich i po chwili wyłonił się 

spośród nich, siedzący na białym koniu, otyły mężczyzna około pięćdziesiątki, o śniadej cerze 

background image

i zadziwiająco okrągłych, dużych oczach. Odziany był w typowo orientalne, bogato zdobione 
szaty, na których miał kolczugę. Głowę wieńczył mu hełm z wykonanymi ze stalowych kółek 
policzkami,   co   w   sumie   nadawało   mu   wygląd   grubego   krzyżowca   z   czasów 
wczesnonormańskich, tyle że bez krzyża.

– To jest ten Jozue? – spytał Orme, który znowu zaczął z lekka majaczyć. – Napuszony 

kogut, co? Sierżancie, powiedzcie Jozuemu, że mury Jerycha zostały zburzone, więc nie musi 
dąć w swoją fanfarę. Z jego wyglądu wnoszę, że musi to być niezły fanfaron.

– Co mówi twój towarzysz? – spytała Makeda.
Przetłumaczyłem środek przemowy Orme’a, pomijając uwagi wstępne i końcowe, ale 

nawet to rozśmieszyło ją, gdyż wybuchnęła śmiechem i powiedziała, wskazując na Harmak, 
nad którym wciąż unosiły się kłęby kurzu.

– Tak, tak, Jozue, mój wuju, mury Jerycha zostały zburzone. Czy nie skorzystasz z tej 

okazji? Jeśli tak, to za godzinę czy dwie będziemy oboje albo martwi, albo – jeśli Bóg da – 
wolni na wiele lat od zagrożenia ze strony Fungów.

–  Chyba   jesteś   szalona,   Córko   Królów.   Nas,   Abatich,   jest   tutaj   zaledwie   pięciuset   a 

Fungów dziesiątki tysięcy. Gdybyśmy zaatakowali, pożarliby nas. Czy pięciuset ludzi może 
stanąć przeciw kilkudziesięciu tysiącom?

–  Zdaje się, drogi wuju, że dzisiejszego ranka stanęło przeciw nim tylko trzech ludzi i 

dało   sobie  radę,   ale  prawdą   jest,  że   należą  oni  do  innej  rasy niż   Abati  –  powiedziała  z 
sarkazmem. Potem odwróciła się do swoich ludzi i zawołała: – Kto z was pojedzie ze mną, 
jeśli ja, słaba kobieta, ośmielę się zaatakować Harmak?

Odpowiedziało jej kilka głosów: – Ja! – i wystąpiło z ociąganiem parę świetnie ubranych 

osób. To było wszystko.

– Sami widzicie, ludzie Zachodu! –  powiedziała Makeda, zwracając się do całej naszej 

trójki.  –  Dziękuję za wspaniałe czyny, których dokonaliście i za waszą radę. Niestety, nie 
mogę z niej skorzystać, gdyż mój naród nie jest... wojowniczy. – Ukryła twarz w dłoniach.

Wtedy w szeregach jej ludzi podniosła się wielka wrzawa. Wszyscy zaczęli mówić naraz. 

Szczególnie   puszył   się   Jozue.   Wyciągnął   wielki   miecz   i   zaczął   nim   wymachiwać, 
wykrzykując   donośnym   głosem   o   swoich   przewagach   w   młodości   i   wymieniając   imiona 
wodzów Fungów, których jakoby pokonał w walce sam na sam.

– Mówiłem wam, że z tego szelmy fanfaron pierwszej klasy – rzekł słabym głosem Orme, 

natomiast sierżant wybuchnął z głębokim oburzeniem:

–  Dobry   Boże,   co   za   tchórzliwa   zgraja!   Doktorze,   przecież   oni   baliby   się   wyzwać 

sędziego na meczu piłki nożnej. Gdyby Faraon wyskoczył ze swego kosza (w którym głośno 
szczekał), to rozpędziłby tę całą hałastrę! O rany... Słuchaj no, ty kundlu  –  zwrócił się do 
Jozuego,   który   potrząsał   mieczem   niebezpiecznie   blisko  –  schowaj   ten   swój   tłuczek   do 
kartofli,  bo  jak  cię  gwizdnę...  –  na  co szlachetny  książę,  który choć  nie  zrozumiał   słów 
Quicka, domyślił się ich znaczenia, schował szybko miecz do pochwy i cofnął się.

background image

Zresztą wszyscy Abati rzucili się, jak jeden mąż, do odwrotu i zaczęli tłoczyć się przy 

wejściu na przełęcz, gdyż nagle ukazało się trzech dowódców Fungów, którzy puścili się 
galopem w naszą stronę. Jeden z nich miał twarz zasłoniętą kapturem, w którym wycięte były 
otwory na oczy. Dzielni Abati tak się spieszyli, że wkrótce zostaliśmy tylko my trzej i Córka 
Królów na wspaniałej klaczy.

– Poselstwo – powiedziała Makeda, przypatrując się zbliżającym jeźdźcom, nad którymi 

powiewała   biała   flaga   uwiązana   do   dzidy.   –  Doktorze,   czy   podjedziecie   ze   mną,   aby 
porozmawiać z wysłannikami Fungów? – Nie czekając na odpowiedź, wysunęła się o jakieś 
pięćdziesiąt jardów i zatrzymała konia, abyśmy mogli obrócić wielbłądy i dołączyć do niej. 
Zaledwie to zrobiliśmy, trzej wspaniale wyglądający Fungowie zbliżyli się do nas w pełnym 
galopie, z dzidami skierowanymi w naszą stronę.

– Stójcie spokojnie, przyjaciele – rzekła Makeda – nie mają złych zamiarów.
Kiedy skończyła mówić, Fungowie, arabskim zwyczajem, ściągnęli konie nogami, unieśli 

dzidy w górę i skłonili się. Potem ich przywódca, nie ten w kapturze, ale inny, przemówił w 
dialekcie, który – spędziwszy tak wiele lat wśród ludzi pustyni – rozumiałem bardzo dobrze.

–   O   Waldo   Nagasto,   Córko   Salomona   –  powiedział  –   mówimy   w   imieniu   sułtana 

Barunga, syna  Barunga, potomka setek pokoleń naszych  władców. Mamy przekazać  jego 
słowa trzem dzielnym białym ludziom, którzy są twoimi gośćmi. Oto, co mówi Barung. „Tak 
jak ten Gruby Biały, którego już pojmałem, jesteście bohaterami. We trzech broniliście bramy 
przed całą moją armią. Za pomocą broni białych ludzi zabijaliście nas z daleka, jednego tu, 
drugiego tam. Potem, za sprawą potężnych czarów, sprowadziliście na nas grzmoty, pioruny i 
trzęsienie ziemi, wysłaliście dziesiątki z nas na łono boga, skruszyliście mury i uciekliście z 
tego piekła.

A teraz, o biali ludzie, słuchajcie, co proponuje wam Barung. Porzućcie Abatich, tych 

tchórzliwych kundli, pawianów, kryjących się i szwargocących wśród skał, i przejdźcie do 
niego. On daruje wam nie tylko życie, ale wszystko, czego zapragną wasze serca-ziemie, 
kobiety i konie. Zostaniecie jego doradcami i będziecie żyć szczęśliwie. Co więcej, postara 
się ze względu na was ocalić życie waszemu bratu, Grubemu Białemu, którego oczy patrzą 
przez czarne okna, który zionie ogniem i łzy swoich nieprzyjaciół, jak nikt przed nim. O tak, 
choć kapłani postanowili już złożyć go w ofierze podczas najbliższego święta, Barung postara 
się oszczędzić go, czyniąc go, jak Śpiewaka Egipskiego, kapłanem Harmaka i oddając go w 
ten sposób na zawsze bogu, z którym wasz brat, jak powiada, zna się od tysięcy lat”. Takie 
jest nasze posłanie.

Kiedy przetłumaczyłem Orme’owi i Quickowi zasadniczą treść tej oracji, zatrzymując dla 

siebie obelgi pod adresem Abatich, gdyż po skurczu twarzy Makedy zorientowałem się, że 
wszystko zrozumiała, Orme, który – przynajmniej na pewien czas – doszedł do siebie, rzekł:

–  Powiedz tym ludziom, żeby przekazali sułtanowi, iż jest szlachetnym człowiekiem i 

bardzo   mu   dziękujemy   za   jego   wielkoduszną   propozycję,   a   także   że   przykro   nam,   iż 

background image

musieliśmy zabić wielu jego ludzi w sposób, który pewnie uważa za niesportowy, ale że 
chyba  rozumie,  iż musieliśmy  to zrobić, aby ocalić  własną skórę. Powiedz mu  także,  że 
poznawszy już trochę Abatich tutaj i w drodze do tego kraju, najchętniej przyjąłbym jego 
propozycję, ale chociaż dotychczas nie znaleźliśmy wśród nich prawdziwych mężczyzn, tylko 
–  jak słusznie powiada  – tchórzliwe kundle i pawiany, to –  tutaj skłonił krwawiącą głowę 
przed Makedą  –  spotkaliśmy kobietę o szlachetnym sercu. Jesteśmy, a przynajmniej mamy 
być, jej gośćmi, przybyliśmy tu z daleka, aby jej służyć i jeśli sama nie zechce się z nami 
rozstać, to nie opuścimy jej.

Przetłumaczyłem całość wiernie, a wszyscy, szczególnie Makeda, słuchali w napięciu. 

Kiedy rozpatrzyli nasze słowa, ten, który przemawiał w imieniu sułtana, odparł, iż kierujące 
nami motywy godne są najwyższego szacunku, tym bardziej iż Fungowie w pełni zgadzają się 
z naszą opinią na temat władczyni Abatich. A skoro tak, to zmienią nieco propozycję, gdyż 
znają dobrze zdanie sułtana i mają upoważnienie do tego.

– O pani Mur –  mówił dalej, zwracając się bezpośrednio do Makedy  –  piękna córko 

wielkiego Harmaka i ziemska królowo, proponujemy tobie to samo, co zaproponowaliśmy 
białym panom, twym gościom. Barung, nasz sułtan uczyni cię swą pierwszą żoną, a gdyby ci 
to nie odpowiadało, będziesz mogła poślubić kogo zechcesz  –  i tu, może przez przypadek, 
oczy posła zatrzymały się na chwilę na Ormie.

– Porzuć więc swoich nikczemnych ludzi, którzy, niczym króliki, boją się wytknąć nosy 

zza skał, kiedy na zewnątrz stoi zaledwie trzech ludzi z kijami  –  spojrzał na dzidę, którą 
trzymał w dłoni – i zamieszkaj wśród nas. Posłuchaj nas, pani, znamy dobrze twoją sytuację. 
Robisz, co możesz, w zupełnie beznadziejnej sprawie. Gdyby nie ty i twoja odwaga, Mur 
byłoby nasze już trzy lata temu, tak jak było przed przybyciem twojego plemienia. Dopóki 
możesz   znaleźć   choć   setkę   dzielnych   wojowników,   uważasz,   że   miejsce   to   jest   nie   do 
zdobycia. Może nawet masz tylu, choć wiemy, że nie ma ich tutaj. Strzegą bramy na górze. 
Owszem,   z garstką  swoich  górali,  którzy mają   równie  dzielne   serca  jak  ich  przodkowie, 
udawało ci się do tej pory opierać się potędze Fungów, ale kiedy zobaczyłaś, że zbliża się 
koniec, zaufałaś swej kobiecej mądrości i posłałaś po tych białych ludzi, aby przybyli ci na 
pomoc   ze   swymi   czarami,   obiecując   zapłacić   im   złotem,   którego   masz   tak   wiele   w 
grobowcach naszych dawnych władców i w skałach tych gór.

–  Kto ci to powiedział, głosie Barunga?  –  spytała cicho Makeda, odzywając się po raz 

pierwszy. – Ów człowiek z Zachodu, którego wzięliście do niewoli, ten, którego nazywacie 
Grubym Białym?

–  O nie, Waldo Nagasto, pan Czarne Okna na razie nie powiedział  nam nic, oprócz 

różnych rzeczy o dziejach naszego boga, z którym – jak już powiedzieliśmy – wydaje się znać 
od dawna i któremu z tej przyczyny natychmiast go poświęciliśmy. Ale są inni ludzie, którzy 
mówią nam o wielu rzeczach, bo w czasach zawieszenia broni nasi ludzie handlują trochę ze 
sobą,   a   tchórze   zostają   często   szpiegami.   Wiedzieliśmy,   na   przykład,   ostatniej   nocy,   że 

background image

przybyli tu ci biali ludzie, choć jest prawdą, że nie wiedzieliśmy nic o ich magicznym ogniu, 
bo w przeciwnym razie nie pozwolilibyśmy przemknąć się ich wielbłądom, na których może 
być go więcej...

– Mogę was pocieszyć, że jest znacznie więcej – wtrąciłem.
– Ach! –  odparł poseł, potrząsając ze smutkiem głową.  –  A my pozwoliliśmy  Kotu, 

którego nazywacie Szadrachem, uciec tylko z tym,  na którym siedział wasz gruby brat, i 
nawet   oddaliśmy   mu   go,   kiedy   okulał   w   wypadku.   No   cóż,   nie   mamy   szczęścia.   Bez 
wątpienia Harmak rozgniewał się dziś na nas. Ale jaka jest twoja odpowiedź, Waldo Nagasto? 
Odpowiedz nam, Różo Mur.

– A jak może ona brzmieć, o wysłannicy Barunga? – rzekła Makeda. – Wiecie, że moja 

krew i urząd każą mi bronić Mur do ostatka.

– A więc będziesz to robiła – nalegał poseł – bo gdy oczyścimy je z pawianów i królików, 

co  –  gdybyś  się do nas przyłączyła  –  zrobilibyśmy od razu, spełniając złożoną przez nas 
przysięgę odzyskania starożytnego Skalnego Miasta naszych przodków, osadzimy cię tam z 
powrotem, jako jego panią, rządzącą w imieniu Barunga i damy ci poddanych, z których 
będziesz mogła być dumna.

–  To   niemożliwe,   wysłanniku   Barunga,   gdyż   byliby   oni   czcicielami   Harmaka,   a 

pomiędzy nim i Jehową, któremu służę, panuje wojna – odparła zdecydowanie.

– Tak słodki Pączku Róży, panuje między nimi wojna i trzeba przyznać, że dzięki magii 

tych białych Harmak przegrał pierwszą bitwę. Lecz nadal siedzi tam w swojej glorii i chwale, 
taki, jakim uczyniły go na początku duchy  –  wskazał dzidą dolinę bożka.  –  Znasz naszą 
przepowiednię – że dopóki Harmak nie podniesie się i nie odleci stąd, bo tam dokąd odleci, 
muszą się udać Fungowie  –  a więc, powiadam, do tej pory, to znaczy zawsze, będziemy 
zamieszkiwać tę równinę i to miasto.

– „Zawsze” to tylko słowo, wysłanniku Barunga. – Potem przerwała i po chwili dodała 

wolno: – Czyż pewna brama Harmaku nie odleciała daleko stąd dzisiejszego ranka? A jeśli 
wasz bóg podzieli los tej bramy i swoich czcicieli, którzy odlecieli razem z nią? Albo jeśli 
otworzy się ziemia i połknie go? Tam nie będziecie mogli za nim pójść. Albo jeśli osuną się 
góry i pogrzebią go na zawsze? Albo jeśli z nieba spadnie piorun i rozbije go w proch? Co 
wtedy?

Na te, brzmiące proroczo, słowa, posłowie zadrżeli i zdawało mi się, że na chwilę ich 

czarne twarze poszarzały.

– Wtedy, o Córko Królów – odparł uroczyście ich mówca – Fungowie przyznają, że twój 

bóg jest potężniejszy od naszego i że nasza świetność przeminęła.

Powiedziawszy   to,   umilkł   i   zwrócił   oczy   na   trzeciego   posła,   tego,   który   miał   twarz 

zasłoniętą kapturem z otworami na oczy.  Wówczas człowiek ten zerwał szybkim ruchem 
kaptur ukazując szlachetne oblicze, nie czarne, jak u jego towarzyszy, lecz koloru miedzi. 
Miał około pięćdziesięciu lat, głęboko osadzone, pałające oczy, orli nos i falującą, siwą brodę. 

background image

Złoty naszyjnik świadczył o jego wysokiej godności, ale kiedy zobaczyliśmy drugą im złotą 
ozdobę na jego głowie, wiedzieliśmy, że jest to godność najwyższa, jako że był to symbol 
królewskiej   władzy,   używany   przez   faraonów   egipskich,   dwa   splecione   węże   o   głowach 
wzniesionych do ciosu, ten sam symbol, który zdobił głowę Harmaka.

Kiedy odkrył twarz, jego towarzysze rzucili się przed nim na ziemię, krzycząc: – Barung! 

Barung! – a my trzej, chyba bezwiednie, zasalutowaliśmy. Nawet Makeda pochyliła głowę.

Sułtan   odpowiedział   na   nasze   pozdrowienia   uniesieniem   włóczni.   Potem   przemówił 

poważnym, spokojnym głosem:

–  O Waldo Nagasto i wy, biali ludzie, synowie wielkich ojców, przysłuchiwałem się 

waszej rozmowie z mymi sługami. Potwierdzam ich słowa i dodam coś od siebie. Żałuję, że 
moi dowódcy próbowali was zabić minionej nocy. Modliłem się do boga i nic o tym nie 
wiedziałem, bo nigdy by do tego nie doszło. Dobrze mi odpłacono za ten niecny czyn, gdyż 
cała armia nie może walczyć z czterema ludźmi, nawet jeśli, dzięki tajemnej mocy, mogą oni 
pokonać tę armię. Zaklinam was, a także ciebie, Różo Mur, przyjmijcie ofiarowaną wam 
przyjaźń, bo inaczej niedługo zginiecie wszyscy, a z wami przepadnie wasza mądrość. Proszę 
was o to, bo dość mam już wojny z garstką tych, którymi gardzimy.

O Waldo Nagasto, urągasz i grozisz naszemu bogu, ale jest on zbyt potężny dla ciebie, a 

siła, która potrafi rozbić w pył parę cegieł i pogruchotać kości ludziom, jest zbyt mizerna, aby 
uczynić coś temu, który powstał z serca góry i ma w sobie ducha wieczności. Ale mimo to 
pytam – nawet jeśli pisane jest inaczej, to cóż wam z tego przyjdzie? Jeśli spodoba się bogu 
opuścić nas dzięki waszej sztuce, to i tak pozostaną tu Fungowie, aby go pomścić. Dopiero 
nasyciwszy zemstę, pójdą za nim. A zatem przysięgam tu na mój majestat i kości przodków 
spoczywające w grotach Mur, że spośród wszystkich Abati oszczędzę tylko ciebie, Córko 
Królów, przez wzgląd na twe wielkie serce, i tych  oto trzech białych,  twych  gości, jeśli 
ocaleją z bitwy, gdyż szanuję ich odwagę i mądrość. Jeśli chodzi o waszego brata, Czarne 
Okna, którego schwytałem, musi być złożony w ofierze bogu, gdyż przyrzekłem to, chyba że 
przyjmiecie moją propozycję. Wtedy zwrócę się do boga z prośbą, by darował mu życie, ale 
nie wiem, jaki będzie jej skutek. Ustąpcie zatem,  a oszczędzę nawet Abatich.  Będą żyli, 
służyli nam jako niewolnicy i wysławiali sławę Harmaka.

–  To nie może być! Nie może być!  –  krzyknęła Makeda, uderzając małą dłonią w łęk 

siodła.  –  Jehowa, którego czcił mój przodek, Salomon, Jehowa, którego czci mój naród od 
tylu pokoleń, miałby składać hołd bożkowi zrobionemu przez ręce, które stworzył? Mój lud 
zmarniał, stracił wiarę i zbłądził, jak Izrael na pustyni. Wiem o tym. Może nawet nadszedł dla 
nich, którzy nie są już, jak dawniej, wojownikami, czas ostatecznej zagłady. Trudno, jeśli tak, 
niech umrą jako ludzie wolni, a nie niewolnicy. W każdym razie ja, w której żyłach płynie 
najlepsza krew mojej rasy, nie proszę cię, Barungu, o litość. Nie będę zabawką w twoim 
domu. W najgorszym wypadku mogę zawsze umrzeć, spełniwszy swój obowiązek wobec 
mego Boga i tych, którzy mnie wychowali. Oto moja odpowiedź jako Córki Królów. Lecz 

background image

jako kobieta  –  dodała łagodniejszym  głosem  –  dziękuję ci za uprzejmość. Kiedy zostanę 
zabita, jeśli tak mi pisane, pomyśl o mnie jako o tej, która się nie ugięła, lecz stanęła do 
beznadziejnej walki. – Głos jej się załamał.

– Zawsze będę tak myślał – odparł poważnie. – Czy skończyłaś?
– Jeszcze nie. Jeśli chodzi o tych dzielnych mężów z Zachodu, oddaję ich tobie, Barungu. 

Zwalniam   ich   z   przyrzeczenia.   Dlaczego   mieliby   ginąć   za   straconą   sprawę?   Obiecałeś 
darować   im   życie,   a   może   też   ich   bratu,   twojemu   więźniowi,   jeśli   obrócą   swą   mądrość 
przeciw mnie. Masz także innego więźnia... wspomniałeś o nim, a może zrobił to twój sługa – 
Śpiewaka Egipskiego. Jest on synem jednego z tych ludzi, może zgodzisz się oddać go ojcu.

Przerwała, ale Barung nic nie odpowiedział.
– Idźcie, przyjaciele – podjęła na nowo, zwracając się do nas. – Dziękuję wam za to, że 

odbyliście taką długą podróż w mojej sprawie i zadaliście potężny cios moim wrogom. W 
nagrodę prześlę wam złoto. Sułtan dopilnuje, aby dotarło do was bezpiecznie. Dziękuję wam. 
Chciałabym was lepiej poznać, ale może znowu spotkamy się w bitwie. Żegnajcie.

Skończyła i mimo skrywającego jej twarz welonu widziałem, że przygląda się nam w 

napięciu. Sułtan też przyglądał się nam, gładząc swą długą brodę, z wyrazem oczekiwania w 
oczach, gdyż widocznie zaciekawiła go ta gra i zastanawiał się, jak się skończy.

– Nic z tego –  odparł Orme, kiedy zrozumiał o co chodzi.  –  Higgs nigdy by nam nie 

wybaczył,   gdyby   dowiedział   się,   jak   się   zhańbiliśmy,   nie   mając   żadnej   gwarancji,   że 
uratujemy go od śmierci. Jest zbyt wielkoduszny, gdy w grę wchodzą wielkie sprawy. Ale 
oczywiście ty, doktorze  –  dodał pospiesznie  –  masz swoje własne sprawy do załatwienia i 
musisz sam podjąć decyzję, co robić. Myślę, że mogę mówić także za sierżanta.

–  Podjąłem już decyzję  –  odpowiedziałem.  –  Myślę, że mój syn też by mi nigdy nie 

wybaczył, ale jeśli jest inaczej, no to cóż, tak musi być. Poza tym Barung niczego mi nie 
obiecał w jego sprawie.

– Powiedz mu zatem, jakie jest nasze stanowisko –  rzekł Orme.  –  Piekielnie boli mnie 

głowa i chcę się położyć, na ziemi czy w ziemi – wszystko mi jedno.

Zakomunikowałem więc sułtanowi nasze postanowienie, choć prawdę mówiąc, czułem 

się tak, jakby mi ktoś wsadził nóż w serce, bo być tak blisko spełnienia swych najdroższych 
pragnień,   a   potem   wyrzec   się   tego   tylko   po   to,   by   dotrzymać   obietnicy,   którą   dało   się 
przywódczyni zgrai nędznych tchórzy w nadziei na osiągnięcie tego upragnionego celu, było 
czymś bardzo bolesnym. Gdybyśmy poddali się z honorem, to przynajmniej ujrzałbym syna, 
a tak mogłem go już nigdy nie zobaczyć.

Pod wpływem nagłego impulsu dodałem wszakże jedną rzecz, a mianowicie poprosiłem 

sułtana, aby powtórzył Higgsowi całą naszą rozmowę, by bez względu na to, co się z nim 
stanie, mógł poznać dokładnie naszą sytuację.

– Na Harmaka! – rzekł Barung po wysłuchaniu mnie. – Bardzo bym się na was zawiódł, 

gdybyście odpowiedzieli inaczej, kiedy kobieta pokazała wam, jak należy postąpić. Słyszałem 

background image

o was, Anglikach, już wcześniej. Opowiadali mi o was kupcy arabscy, na przykład, że jeden z 
was zmarł bohaterską śmiercią broniąc miasta nad Nilem przed wyznawcą Proroka, który sam 
się nazywał prorokiem.

Chciałem się sam przekonać ile jest prawdy w tych opowiadaniach, i przekonałem się, 

biali panowie. Jestem pewien, że wasz brat, Czarne Okna, będzie z was dumny nawet w 
paszczy lwa. Nie obawiajcie się, dowie się o wszystkim, o czym tu rozmawialiśmy. Śpiewak 
Egipski, który – jak się okazało – mówi jego językiem, opowie mu o tym i ułoży pieśń, którą 
będzie się śpiewać nad waszymi szacownymi grobami. A teraz żegnajcie! Oby los pozwolił 
mi  skrzyżować  z jednym  z was miecze,  zanim się to wszystko zakończy.  Nie nastąpi to 
szybko, bo potrzebujecie wypoczynku, szczególnie ten syn boga, który jest ranny – wskazał 
na Orme’a. – Córko Królów, o sercu godnym króla, podaj mi dłoń i pozwól odprowadzić się 
do swoich ludzi. Wolałbym, żeby byli bardziej ciebie warci. O, wolałbym, żeby mój lud był 
twoim ludem.

Makeda wyciągnęła rękę, a sułtan ujął ją i trzymając w swojej dłoni pojechał z nią w 

kierunku przełęczy wiodącej do Mur.

Kiedy   zbliżyliśmy   się   do   wejścia   na   przełęcz,   gdzie   stłoczyli   się   Abati,   obserwując 

stamtąd naszą rozmowę z Fungami, usłyszałem,  jak mruczą:  –  Sułtan, sułtan we własnej 
osobie! – i spostrzegłem, że książę Jozue szepce coś do skupionych koło niego oficerów.

– Uważaj, doktorze – rzekł mi Orme do ucha. – Jeśli się nie mylę, ten kundel coś knuje.
Zaledwie skończył mówić, kiedy Jozue i jego kompani, z dobytymi mieczami, wznosząc 

groźne okrzyki, puścili się galopem i otoczyli naszą małą grupkę.

– Poddaj się, Barung – ryknął Jozue. – Poddaj się albo zginiesz!
Sułtan popatrzył na niego z zaskoczeniem, a potem powiedział:
–  Gdybym miał jakąkolwiek broń (odrzucił swą dzidę, kiedy ujął rękę Makedy), to na 

pewno jeden z nas by zginął, ty wieprzu w ludzkiej skórze!

Potem odwrócił się do Makedy i rzekł:
–  Córko   Królów,   wiedziałem,   że   twoi   ludzie   są   podstępnymi   tchórzami,   ale   czy 

pozwolisz, aby tak odnosili się do posłów, którzy przybywają z białą flagą?

– Nie, nigdy! –  krzyknęła.  –  Wuju Jozue, nie okrywaj mnie hańbą! Przynosisz wstyd 

naszemu narodowi! Cofnij się i daj sułtanowi Fungów odjechać wolno.

Ale nie zamierzali tego zrobić! Pokusa była zbyt silna.
Popatrzyliśmy po sobie.  – Brudna gra! –  powiedział Orme.  –  Jeśli go pojmają, my też 

okryjemy się hańbą. Zasłońcie sułtana, sierżancie, i jeśli ten nędznik Jozue będzie próbował 
jakichś sztuczek, wpakujcie mu kulę w łeb.

Quickowi nie trzeba było tego powtarzać. Uderzywszy swego wielbłąda kolbą karabinu, 

najechał na Jozuego, krzycząc:

– Z drogi, kundlu!
Koń księcia przestraszył się i stanął dęba, a jego jeździec ześliznął się po zadzie i rąbnął 

background image

tyłkiem w ziemię. Wyglądał żałośnie, siedząc tak na piachu w swych wspaniałych szatach i w 
zbroi.

Wykorzystując   zamieszanie,   które   potem   nastąpiło,   otoczyliśmy   sułtana   i 

odeskortowaliśmy   go   do   jego   towarzyszy,   którzy   widząc,   że   święci   się   coś   niedobrego, 
nadjeżdżali galopem.

–  Jestem waszym dłużnikiem  –  powiedział Barung  –  ale chciałbym, byście zrobili dla 

mnie coś jeszcze. Wróćcie, proszę, do tego wieprza w zbroi i powiedzcie, że Barung, sułtan 
Fungów, zrozumiał z jego zachowania, iż pragnie się z nim zmierzyć w pojedynku i choć nie 
ma zbroi jak on, czeka na niego tu i teraz.

Pojechałem więc z tym wyzwaniem, ale Jozue był zbyt sprytny, by dać się wciągnąć w 

jakieś   niebezpieczne   przedsięwzięcie.   Odparł,   że   nic   nie   sprawiłoby   mu   większej 
przyjemności niż strącenie głowy z karku tego niewiernego psa, ale że, niestety, wskutek 
zachowania się jednego z nas, spadł z konia i uszkodził sobie grzbiet, tak że ledwie może stać, 
więc nie jest zdolny do pojedynku.

Wróciłem   i   przekazałem   tę   odpowiedź.   Barung   nic   nie   odpowiedział,   tylko   się 

uśmiechnął. Poten zdjął swój złoty naszyjnik i wręczył go Quickowi za to, że – jak powiedział 
– skłonił księcia Jozuego do wykazania się umiejętnościami jeździeckimi, jeśli nie odwagą. 
Potem skłonił się każdemu z nas i nim Abati zdecydowali się, czy go gonić czy nie, odjechał z 
towarzyszami galopem w stronę Harmaku.

Tak oto poznaliśmy się z Barungiem, sułtanem Fungów, barbarzyńcą, który miał wiele 

zalet, takich jak choćby odwaga, wspaniałomyślność, szczodrość i umiejętność doceniania 
tych samych cech nawet u wroga. Być może wpływ na ukształtowanie się tych zalet miała 
jego matka, która, jak mi powiedziano, była Arabką wysokiego rodu, pojmaną przez Fungów 
w czasie jednej z wojen i poślubioną potem przez ojca Barunga.

background image

Rozdział VIII

Złowieszczy cień losu

Jazda przez przełęcz prowadzącą na płaskowyż Mur była długa i dość ciekawa. Wątpię, 

czy   jest   na   świecie   inne   miejsce   zamieszkane   przez   ludzi,   które   byłoby   tak   znakomitą 
naturalną twierdzą. Droga, którą się posuwaliśmy, została pierwotnie wyżłobiona nie przez 
ludzi, lecz przez potoki wody, wypływające być może z wielkiego jeziora, które niegdyś bez 
wątpienia zajmowało cały teren otoczony górami, choć obecnie ma średnie rozmiary, mniej 
więcej   dwadzieścia   na   dziesięć   mil.   Jednakże   później   musieli   nad   nią   pracować   dawni 
mieszkańcy Mur, gdyż na skałach wciąż widniały ślady ich narzędzi.

Przez parę pierwszych mil droga jest szeroka i wznosi się tak łagodnie, że owej strasznej 

nocy, gdy po ujrzeniu syna przypadek, a raczej Opatrzność pozwoliła mi uciec, mój koń mógł 
ją przebyć galopem. Ale od miejsca, gdzie lwy powaliły biedne zwierzę, jej charakter zmienia 
się. W pewnych partiach jest tak wąska, że trzeba iść czy jechać gęsiego między wysokimi na 
kilkaset stóp skalnymi  ścianami.  Niebo wygląda  tam niczym  błękitna wstążka i nawet w 
południe ścieżka pogrążona jest w półmroku. W innych miejscach natomiast zbocze jest tak 
strome,   że   zwierzęta   juczne   z   trudem   mogą   ustać   na   nogach.   Zresztą   wkrótce   zmuszeni 
byliśmy przesiąść się z wielbłądów na konie, które były przyzwyczajone do tej drogi. Jeszcze 
w innych przebiega ona skrajem ziejących przepaści. Pół tuzina ludzi mogłoby tam opierać 
się całej armii. Poza tym przechodzi przez dwa tunele, ale nie wiem, czy są one naturalne, czy 
też zostały wydrążone przez człowieka.

Prócz tych  wszystkich  naturalnych  przeszkód  dla najeźdźcy,  drogę w  paru miejscach 

przegradzają potężne bramy z wieżami, przed którymi znajdują się fosy albo głębokie rowy, 
które można przebyć tylko po mostach zwodzonych. Przejść tych dzień i noc strzegą straże 
stacjonujące w wieżach. Czytelnik łatwo więc zrozumie dlaczego, mimo tchórzostwa Abatich 
i   wciąż   ponawianych   ataków,   Fungom   nie   udawało   się   od   stuleci   odzyskać   starożytnej 
twierdzy, którą podobno Abati wydarli im za pomocą jakiegoś podstępu.

Powinienem   tutaj   dodać,   że   choć   istnieją   dwie   inne   drogi   na   płaskowyż  –  ta,   którą 

opuszczono wielbłądy na sznurach, gdy wyruszałem ze swoją misją do Egiptu i inna, na 

background image

północy, gdzie znajdują się wielkie bagna – to obie z nich są tak samo, a może nawet bardziej, 
niedostępne, w każdym razie dla nieprzyjaciela nacierającego z dołu.

Nasza kawalkada musiała przedstawiać dziwny widok, wspinając się tą okropną drogą. 

Najpierw  jechał  oddział  żydowskich  notabli  na koniach,  tworząc  długi sznur kolorowych 
strojów i błyszczących zbroi. Cały czas gadali, gdyż wydawali się nie mieć żadnego poczucia 
dyscypliny. Następnie szedł oddział pieszych, uzbrojonych w dzidy, a raczej dwa oddziały, 
między którymi jechała Córka Królów, paru jej dworzan i ważniejszych dowódców oraz my, 
pewnie dlatego – jak zauważył Quick – że w przypadku zaskoczenia piechocie było trudniej 
uciekać niż konnicy. Na końcu jechała reszta kawalerii. Ostatnie ich szeregi miały obowiązek 
odwracać się co jakiś czas i sprawdzać, czy nie jesteśmy ścigani oraz informować o tym 
głośnym krzykiem.

Nie można powiedzieć, żeby ktoś ze środkowej grupy był w radosnym nastroju. Orme, 

chociaż do tej pory trzymał głowę do góry, najwidoczniej nie wydobrzał jeszcze po wstrząsie 
spowodowanym wybuchem. Było z nim tak źle, że musiało go podtrzymywać dwóch ludzi, 
aby nie spadł z siodła. Poza tym był na pewno głęboko przybity faktem, że honor zmusił nas 
do   zostawienia   Higgsa   jego   losowi,   co   równało   się   przyzwoleniu   na   jego   pewną   i 
prawdopodobnie okrutną śmierć. Jeśli on się tak czuł, co miałem powiedzieć ja? Zostawiłem 
nie tylko przyjaciela, ale także syna, w rękach pogan.

Twarzy Makedy nie było widać spod zakrywającego ją welonu, ale w jej postawie było 

coś, co świadczyło o głębokim wstydzie i rozpaczy. Siedziała na koniu z opuszczoną głową, 
przygarbiona, co doskonale widziałem, bo jechałem z tyłu i nieco z boku za nią. Myślę też, że 
niepokoiła się o Orme’a, ponieważ często odwracała się w jego stronę, jak gdyby badała w 
jakim jest stanie. Jestem też pewien, że była oburzona na Jozuego i swych dowódców, gdyż 
kiedy usiłowali do niej zagadywać, nie tylko nie odpowiadała, ale zdawała się nie zwracać na 
nich najmniejszej uwagi. Jeśli chodzi o samego księcia, to wydawał się bardzo zirytowany, 
aczkolwiek najwyraźniej doszedł już do siebie po obrażeniach grzbietu, które uniemożliwiły 
mu stoczenie pojedynku z sułtanem, bo w pewnym miejscu, gdzie trudno było przejechać, 
zeskoczył z konia i raźno pobiegł do przodu. W każdym razie, gdy zwracali się do niego 
podwładni, odpowiadał im przekleństwami, a jego stosunek do nas, szczególnie do Quicka, z 
pewnością   nie   był   przyjazny.   Gdyby   spojrzenia   mogły   zabijać,   to   jestem   pewien,   że 
padlibyśmy martwi, zanim zdążylibyśmy dotrzeć do bramy Mur.

Ta tak zwana brama była głównym wyjściem z przełęczy. Stamtąd zobaczyliśmy po raz 

pierwszy leżącą przed nami, rozległą, otoczoną ze wszystkich stron górami, równinę. Pięknie 
wyglądała w słońcu. Niemal u naszych stóp znajdowało się, częściowo skryte w cieniu palm i 
innych drzew, zabudowane domami o płaskich dachach, miasto. Zajmowało ono dość dużą 
przestrzeń,  jako że każdy większy budynek  otoczony był  ogrodem,  a poza  tym  nie  było 
potrzeby ogradzać go murem obronnym czy innymi fortyfikacjami. Na północ od miasta, jak 
daleko   sięgnąć   okiem,   rozciągały   się   na   łagodnym,   biegnącym   ku   jezioru,   stoku   pola 

background image

uprawne, wśród których rozrzucone były domy i gdzieniegdzie wioski.

Aczkolwiek   wiele   można   było   zarzucić   Abatim,   przyznać   trzeba,   że   byli   świetnymi 

rolnikami,   takimi,   jakimi   musieli   być   ich   rzekomi   przodkowie,   dawni   mieszkańcy   Judei. 
Widocznie jakiś ślad dawnych zalet przetrwał w ich żyłach, bo bez względu na to, jak bardzo 
oddalili się od takich zajęć, Żydzi pierwotnie zajmowali się uprawą roli i choć pod presją 
różnych wydarzeń zatracili wiele ze swych dawnych cech, szczególnie ową nieustraszoną 
odwagę, o której wspomina Tytus, ta umiejętność pozostała.

Nie znajdując żadnego innego ujścia dla swej energii i nie mając z kim handlować, Abati 

całą swą uwagę skupili na ziemi. Z niej i dla niej żyli  i umierali, a ponieważ jej obszar 
ograniczony był łańcuchem gór, ten, kto miał jej najwięcej, był najznaczniejszym między 
nimi, ten, kto miał mało, znaczył mało, a ten, który nie miał w ogóle ziemi, był praktycznie 
niewolnikiem. Ich prawo było oparte na prawie gruntowym, ich ambicje, ich przestępstwa i 
wszystko   inne   wiązało   się   z   ziemią,   z   której   owoców   żyli   i   która,   dzięki   handlowi 
wymiennemu, zapewniała części z nich bogactwo. Nie mieli żadnego systemu monetarnego, 
rolę pieniędzy spełniały miary zboża i innych produktów rolnych, konie, wielbłądy, ziemia i 
tak dalej.

A przy tym, jak na ironię, ich kraj jest najbogatszy w złoto i inne metale ze wszystkich, o 

jakich słyszałem, nawet w Afryce  –  tak bogaty, że, zdaniem Higgsa, starożytni Egipcjanie 
ściągali   stamtąd   corocznie   haracz   w   złotych   sztabach   wartości   milionów   funtów.   Jestem 
skłonny w to uwierzyć,  bo widziałem starożytne kopalnie, w większości odkrywkowe, w 
których ścianach wciąż jeszcze widać było żyły złota. Jednak dla owych rzekomych Żydów 
nie przedstawiało ono żadnej wartości. Proszę to sobie wyobrazić! Jak powiedział Quick, 
wszystko postawione tam było na głowie i taki stan rzeczy musiał być dla każdego dobrego 
chrześcijanina nieomylnym znakiem zbliżającego się końca świata.

Wracając   do   księcia   Jozuego,   który   był,   zdaje   się,   wodzem   naczelnym   całej   armii, 

napomniał  on strażników przy ostatniej  bramie  w utartych  najwyraźniej  słowach, by byli 
dzielni i jeśli zajdzie potrzeba, rozprawili się z niewiernymi jak ktoś tam z niejakim Ogiem, 
królem Baszanu, i innymi nieszczęsnymi osobami odmiennej wiary. W odpowiedzi dzielni 
wojownicy pogratulowali mu udanego powrotu z niebezpiecznej wyprawy.

Kiedy zakończyły się te formalności, szczęśliwy tłum odrzucił żelazną dyscyplinę, aby 

rozkoszować się urokami pokoju. Chyba żadna zwycięska armia, wracająca z ryzykownej 
wyprawy,   nie   była   nigdy   bardziej   gorąco   witana.   Gdy   wkroczyliśmy   na   przedmieścia, 
wybiegły kobiety, niektóre bardzo piękne, i rzucając kwiaty pod stopy nieulękłych śmiałków, 
zaczęły ściskać i całować swych mężów i ukochanych, i wszystko to tylko dlatego, że owi 
waleczni rycerze doszli do końca przełęczy i wrócili z powrotem!

– Na Boga, doktorze – wykrzyknął szyderczo Quick, ujrzawszy ten entuzjazm – czuję się 

jakbym był  nie wiem jakim bohaterem, l pomyśleć, że kiedy wróciłem z wojny burskiej, 
gdzie za zasługi, których nie będę wymieniał, zostałem odznaczony przez największego osła, 

background image

jaki kiedykolwiek paradował w mundurze generała, a pod Spion Kop zostawiono mnie na 
polu bitwy z kulą w płucach, donosząc do kraju, że zginąłem, nie zainteresował się mną w 
mojej wiosce pies z kulawą nogą, mimo że powiadomiłem proboszcza, nawiasem mówiąc 
mego szwagra, którym pociągiem przyjeżdżam. Mówię panu, doktorze, nikt mi nawet nie 
postawił piwa, nie mówiąc już o whisky czy winie – tu wskazał na niewiastę, która podawała 
akurat dzban z tym trunkiem któremuś z dzielnych wojaków.

– A jeśli chodzi o zarzucanie ramion na szyję i pocałunki – ciągnął dalej, wskazując inną 

scenę – to moja stara matka, która jeszcze wtedy żyła, powiedziała tylko, że ma nadzieję, że 
skończyłem się wreszcie obijać po różnych dziurach, jak nazywała wojaczkę, i zabiorę się 
wreszcie do uczciwej pracy i dodała, że lepiej późno niż wcale. No cóż, doktorze, ta sama 
rzecz różnie wygląda w zależności od okoliczności, a może od krwi i klimatu, co na jedno 
wychodzi,  a ja nie czułem zawodu, że nie dostałem  tego, czego nigdy nie oczekiwałem. 
Zresztą czego miałbym oczekiwać, skoro innym, którzy więcej dokonali, powiodło się jeszcze 
gorzej, jak naszemu kapitanowi? Ale, jak mi Bóg miły, ci Abati przyprawiają mnie o mdłości 
i wolałbym nie mieć z nimi nic wspólnego. Stary Barung to jest facet w sam raz dla mnie.

Jadąc główną ulicą Mur, cały czas otoczeni wiwatującym tłumem, dotarliśmy w końcu do 

głównego placu, dużej otwartej przestrzeni, porośniętej bujnie – jako że klimat był gorący a 
góry   dostarczały   obfitych   opadów  –  drzewami   i   kwiatami.   Po   przeciwnej   stronie   placu, 
otoczony   podwójnymi   murami,   między   którymi   biegła   fosa,   stał   długi,   niski   budynek   o 
białych ścianach i złoconych kopułach. Za nim wznosiła się stroma skała.

Był to pałac. Podczas mojej poprzedniej bytności w Mur odwiedziłem go zaledwie parę 

razy, przyjęty na oficjalnej audiencji przez Córkę Królów. Wzdłuż pozostałych boków placu 
wznosiły się otoczone ogrodami rezydencje wielmożów i dygnitarzy, a po zachodniej stronie, 
wśród innych  budynków  użyteczności  publicznej  widniała synagoga,  zbudowana na wzór 
świątyni wzniesionej przez Salomona w Jerozolimie, tylko rzecz jasna, w mniejszej skali.

Zatrzymaliśmy   się   u   wrót   pałacu   i   Jozue   spytał   Makedę   z   nadąsaną   miną,   czy   ma 

zaprowadzić  „gojów”, jak nas uprzejmie nazywał, do domu dla pielgrzymów w zachodniej 
części miasta.

–   Nie,   wuju   –  odparła   Makeda  –  ci   panowie   zostaną   umieszczeni   w   gościnnych 

pomieszczeniach pałacu.

– W gościnnych pomieszczeniach pałacu? To niesłychane – zagulgotał Jozue, nadymając 

się niczym indor.  –  Pamiętaj, siostrzenico, że nie jesteś jeszcze mężatką. Nie mieszkam w 
pałacu i nie mogę cię bronić.

– O tym zdążyłam się już przekonać dziś na równinie – odparła – ale jakoś potrafiłam się 

sama obronić. A teraz, proszę, dość już. Uważam, że moi goście muszą być tam, gdzie są już 
ich rzeczy, w najbezpieczniejszym miescu w Mur. Ty, wuju, jesteś, jak nam powiedziałeś, 
ciężko ranny,  co uniemożliwiło  ci przyjęcie  wyzwania  od sułtana  Fungów. Jedź więc do 
siebie i odpocznij. Zaraz przyślę ci swego nadwornego lekarza. Dobranoc, wuju. Kiedy się 

background image

wykurujesz, spotkamy się znowu, bo mamy dużo spraw do omówienia. Nie, nie, jesteś bardzo 
uprzejmy, ale nie będę cię już zatrzymywać ani minuty dłużej. Idź się położyć, wuju, i nie 
zapomnij podziękować Bogu, że cię ocalił od tak wielu niebezpieczeństw.

Na tę subtelną drwinę Jozue pobladł z wściekłości jak indyk, kiedy korale z purpurowych 

staną mu się białe. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, Makeda zniknęła w bramie, 
ulżył  więc   sobie   klnąc   nas,  a  szczególnie   Quicka,  przez   którego  spadł   z  konia.  Na  jego 
nieszczęście, sierżant znał arabski na tyle, by zrozumieć ogólne znaczenie jego wypowiedzi, 
toteż odparł natychmiast:

–   Zamknij   mordę,   kundlu,   i   nie   wybałuszaj   tak   ślepiów,   żeby   ci   przypadkiem   nie 

wypadły.

– Co ten goj mówi? – wybełkotał Jozue, na co Orme, ocknąwszy się z letargu, odparł po 

arabsku:

–  Mówi on, o Książę Książąt, abyś raczył zamknąć swe szlachetne usta i trzymał swe 

czcigodne oczy w ich naturalnej oprawie, aby ich nie zgubić.

Słysząc te słowa, ci, którzy stali w pobliżu, wybuchnęli głośnym śmiechem, gdyż jedną z 

cech Abatich kompensujących nieco ich rozliczne przywary było poczucie humoru.

Nie wiem dokładnie, co było potem, bo Orme zasłabł i musiałem się nim zająć. Kiedy się 

obejrzałem,   brama   była   już   zamknięta   i   kolorowo   ubrana   służba   prowadziła   nas   do 
gościnnego skrzydła pałacu.

Pokoje,   które   dla   nas   przeznaczono,   okazały   się   obszernymi,   chłodnymi   komnatami, 

których ściany wyłożone były barwną glazurą pokrytą pięknymi wzorami. Umeblowanie było 
dość skąpe i składało  się z różnych  sprzętów  wykonanych  z bogato barwionego drewna. 
Skrzydło   gościnne   pałacu   było,   jak   zauważyliśmy,   właściwie   osobnym   budynkiem,   z 
własnym, oddzielnym wejściem. O ile mogliśmy się zorientować, z głównym budynkiem nie 
łączył   go   żaden   korytarz.   Przed   frontem   był   mały   ogród,   a   z   tyłu   dziedziniec   otoczony 
budynkami,   w   których  –   jak   nas   poinformowano   –  umieszczono   nasze   wielbłądy.   Nie 
zdążyliśmy zanotować więcej szczegółów, gdyż  zapadał zmierzch, a zresztą nawet gdyby 
było widno, byliśmy zbyt zmęczeni, aby rozejrzeć się dokładniej.

Poza tym Orme czuł się bardzo źle, tak źle, że ledwie mógł iść, wspierając się na naszych 

ramionach.   Mimo   to   nie   spoczął,   nim   się   nie   upewnił,   że   nasze   bagaże   znajdują   się   w 
bezpiecznym miejscu. Nie dał sobie przetłumaczyć, że powinien się natychmiast położyć i 
zmusił   nas,   byśmy   podprowadzili   go   pod   okute   miedzianą   blachą   drzwi,   za   którymi 
znajdowały się paczki i skrzynki zdjęte z naszych wielbłądów. Na jego żądanie otworzono to 
pomieszczenie.

– Policzcie pakunki, sierżancie – powiedział.
Quick spełnił rozkaz, licząc je przy świetle lampy, którą trzymał dowódca straży. – O ile 

mogę się zorientować wszystko w porządku, panie kapitanie – zameldował w końcu.

– Dobrze, sierżancie. Zamknijcie drzwi i zabierzcie ze sobą klucze.

background image

Sierżant wykonał posłusznie i ten rozkaz, a kiedy dowódca straży sprzeciwił się oddaniu 

kluczy,   naskoczył   na   niego   tak   gwałtownie,   że   ten   z   miejsca   przestał   protestować   i 
wzruszywszy ramionami odszedł, aby – jak przypuszczam – donieść o tym przełożonym.

Potem udało się nam wreszcie zapakować Orme’a do łóżka. Ponieważ uskarżał się na 

nieznośny ból głowy i nie mógł wziąć do ust nic, z wyjątkiem mleka i wody, zaaplikowałem 
mu silny środek nasenny ze swojej apteczki, upewniwszy się przedtem, że nie ma żadnych 
poważnych ran. Ku naszej wielkiej uldze środek zadziałał już po dwudziestu minutach i Orme 
zapadł w sen, z którego obudził się dopiero po wielu godzinach.

Quick i ja umyliśmy się, zjedliśmy posiłek, który nam przyniesiono, a potem ustaliliśmy 

dyżury, które mieliśmy na zmianę pełnić przez całą noc przy łóżku Orme’a. Około szóstej 
rano,   kiedy   wypadała   akurat   moja   zmiana,   Orme   obudził   się   i   poprosił   o   coś   do   picia. 
Podałem   mu   wodę,   którą   szybko   przełknął,   a   potem   zaczął   majaczyć.   Zmierzyłem   mu 
temperaturę i stwierdziłem, że ma silną gorączkę. W końcu zasnął na powrót, ale budził się co 
jakiś czas i chciał pić.

Makeda przysłała dwukrotnie, w nocy i wczesnym rankiem, służące, aby dowiedzieć się, 

jaki   jest   stan   jego   zdrowia,   aż   w   końcu,   widocznie   niezadowolona   z   odpowiedzi,   około 
dziesiątej   przed   południem   przyszła   osobiście,   w   towarzystwie   dwóch   dam   i   starego 
gentlemana z długą, siwą brodą, w którym domyśliłem się lekarza nadwornego.

– Czy mogę go zobaczyć? – spytała niespokojnie.
Odpowiedziałem, że może, pod warunkiem, że zarówno ona, jak i osoby towarzyszące 

będą zupełnie cicho. Potem wprowadziłem ją do zaciemnionego pokoju, gdzie Orme stał u 
szczytu łóżka niczym niemy posąg. Tylko lekkie skinienie głowy świadczyło, że Orme zdaje 
sobie sprawę z jej obecności. Popatrzyła na zaczerwienioną twarz Orme’a i jego czoło czarne 
od gazów, które tam uderzyły i zauważyłem, że w jej pięknych fiołkowych oczach pokazały 
się łzy. Potem nagle odwróciła się i wyszła. Za drzwiami odprawiła władczym ruchem swój 
orszak i spytała mnie szeptem:

– Czy on będzie żył?
– Nie wiem –  odparłem, bo uważałem, że lepiej będzie, jeśli pozna prawdę.  –  Jeśli to 

tylko wpływ wstrząsu, zmęczenia i gorączki, to będzie, ale jeśli odłamek, który zranił go, 
uszkodził czaszkę, to...

– Ocal go! –  szepnęła.  –  Dam ci wszystko, co... nie, przepraszam, po co mam kusić 

ciebie, który jesteś jego przyjacielem, jakąś nagrodą? Błagam tylko, ocal go. Ocal!

–  Zrobię,  co będę mógł,  pani, ale jego życie  jest teraz w  innych  rękach niż moje  – 

odparłem.   W   tym   momencie   podeszły   towarzyszące   jej   osoby   i   położyły   kres   naszej 
rozmowie.

Do dzisiaj wspomnienie owego starego rabina, nadwornego lekarza Makedy, prześladuje 

mnie niczym zmora senna, bo był to największy dureń ze wszystkich znanych mi szarlatanów. 
Łaził za mną po całym budynku i sugerował zabiegi, które nawet w średniowieczu uznano by 

background image

za   idiotyczne.   Do   najmniej   szkodliwych   należał   pomysł   nasmarowania   głowy   biednego 
Orme’a maścią zrobioną z masła i utłuczonych kości martwo narodzonego dziecka oraz inny 
–  napojenia go jakimś świństwem uprzednio pobłogosławionym przez kapłanów. Inne były 
tego rodzaju, że ich zastosowanie zabiłoby go w pół godziny.

Pozbyłem   się   go  w   końcu,  przynajmniej   na   jakiś   czas,   i   wróciłem   do   czuwania   nad 

chorym. Było to smutne zajęcie, gdyż moje umiejętności i wiedza lekarska absolutnie nie 
pozwalały   odpowiedzieć   mi   na   pytanie,   czy   będzie   żył   czy   umrze.   Współcześni   młodzi 
lekarze być może potrafiliby to stwierdzić, a przynajmniej  powiedzieliby,  że potrafią, ale 
trzeba pamiętać, że moje wiadomości medyczne są już zupełnie przestarzałe. Czy może być 
inaczej, skoro swoje najlepsze lata spędziłem na pustyni, bez żadnej możliwości zapoznania 
się z nowymi osiągnięciami medycyny?

W ten sposób minęły trzy bardzo denerwujące dni. Nie mówiłem o tym  nikomu, ale 

obawiałem się, że Orme doznał jakiegoś urazu czaszki i umrze, a w najlepszym razie będzie 
do końca życia sparaliżowany. Jednak Quick był odmiennego zdania. Powiedział, że widział 
już dwóch ludzi w takim stanie, po wybuchu pocisku obok nich, i że obaj wrócili do zdrowia, 
choć jeden z nich został idiotą.

Ale pierwszy sygnał nadziei, że skończy się to dobrze, otrzymałem od Makedy. Przyszła 

na trzeci wieczór i posiedziała  trochę przy Ormie,  podczas  gdy jej świta trzymała  się w 
pewnej odległości. Kiedy wyszła od niego, na jej twarzy malował się zupełnie inny wyraz – 
wyraz radości. Sprawiło to, że spytałem ją, co się stało.

– Och, on będzie żył! – odpowiedziała.
– A na jakiej podstawie uważasz tak, pani? – pytałem dalej.
Zarumieniła się.  –  Nagle spojrzał na mnie  –  powiedziała  –  i w moim własnym języku 

spytał, jaki kolor mają moje oczy. Odpowiedziałam, że zależy to od tego, w jakim świetle się 
je widzi.

– Nic podobnego – rzekł na to. – Są zawsze fiołkowe, bez względu na to, czy jest jasno 

czy ciemno. – Zawahała się. – Doktorze, proszę mi powiedzieć, co to za kolor – fiołkowy?

– To kolor pewnych dzikich kwiatów rosnących wiosną na Zachodzie, bardzo pięknych, 

przyjemnie pachnących, które są ciemnobłękitne jak twoje oczy, Makedo.

–  Naprawdę, doktorze? Nie znałam tych kwiatów, ale czy to ważne? Twój przyjaciel 

będzie   żył   i   będzie   normalny.   Człowieka   umierającego   nie   interesuje   kolor   oczu   żadnej 
kobiety, a wariat nie rozróżnia prawidłowo kolorów.

– Cieszysz się, Córko Królów? – spytałem.
– Oczywiście – odparła. – Skoro, jak mi powiedziano, tylko on zna się na tych ogniach, 

które przywieźliście ze sobą, to dla mnie jest bardzo ważne, żeby nie umarł.

– Rozumiem – powiedziałem. – Módlmy się, żeby udało się nam utrzymać go przy życiu. 

Ale są różne ognie, Makedo, a nad tymi, które palą się fiołkowym płomieniem, mój przyjaciel 
nie ma żadnej mocy. W tym kraju one właśnie mogą okazać się najbardziej niebezpieczne.

background image

Na te słowa Makeda zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem od stóp do głowy. Potem nagle 

rozśmiała się cicho w sposób, który jest dla niej charakterystyczny i nie mówiąc nic, skinęła 
na swe damy i wyszła.

– Kobieta to bardzo zmienna istota, doktorze – zauważył Quick, który przyglądał się tej 

scenie.  –  Ta  tutaj, na przykład,  przychodzi  jak zmęczona  szkapa,  powłócząc  nogami,  bo 
słyszałem jak szorowała obcasami po podłodze, a wychodzi jak ogier szukający klaczy  – 
głowa w górze, nogi same ją niosą. Jak pan by to wyjaśnił, doktorze?

– Ją o to spytaj, Quick. Czy kapitan zjadł zupę, którą przyniosła?
– Do ostatniej kropli, proszę pana, a jeszcze potem próbował pocałować ją w rękę. Jest 

zupełnie oszołomiony, biedak. Widziałem na własne oczy. Będzie mu głupio, jak dojdzie do 
siebie.

–  Bez   wątpienia,   sierżancie.   Ale   tymczasem   cieszmy   się,   że   i   jej,   i   jemu   trochę   się 

poprawiło. Jeśli przyniesie ona jeszcze jakąś zupę, a mnie tu nie będzie, to pozwólcie mu 
zjeść. Zawsze należy ustępować chorym i kobietom.

– Tak jest, doktorze... ale   –  dodał nagle z posępną miną  –  chorzy czasami wracają do 

zdrowia, a co z kobietami?

–  Na razie mamy dość innych zmartwień  –  odparłem. Idźcie lepiej zażyć trochę ruchu, 

teraz moja zmiana. – Ale w duchu pomyślałem, że los rzuca już na nas swój złowieszczy cień, 
a kryje się on w fiołkowych oczach Makedy.

Żeby nie przedłużać, powiem, że był to punkt zwrotny w historii choroby Orme’a. Od 

tego dnia jego stan szybko się poprawiał, bo  –  jak się okazało  –  nie doznał jednak urazu 
czaszki, a wszystko było tylko następstwem wstrząsu. Podczas rekonwalescencji często, a 
właściwie, jeśli mnie pamięć nie myli, codziennie odwiedzała go Córka Królów. Oczywiście 
były to wizyty oficjalne, to znaczy zawsze towarzyszyło jej kilka dam, ten stary osioł, lekarz 
nadworny i jeden lub dwóch sekretarzy i oficerów należących do świty.

Ponieważ jednak przenosiliśmy teraz  Oliwera na dzień do wielkiej  sali  recepcyjnej  a 

orszak Makedy zatrzymywał się, pewnie zgodnie ceremoniałem, zaraz za progiem, podczas 
gdy ona rozmawiała z nim w drugim końcu pomieszczenia, jej wizyty miały w rzeczywistości 
charakter   prywatny.   Co   prawda   ja   i   Quick   asystowaliśmy   przy   tych   rozmowach,   ale   nie 
zawsze   mogliśmy   być   obecni,   ponieważ   teraz,   gdy   naszemu   pacjentowi   nie   groziło   już 
niebezpieczeństwo, często wyjeżdżaliśmy, aby zbadać Mur i jego otoczenie.

Można by spytać o czym rozmawiali w czasie tych wizyt. Mogę powiedzieć tylko tyle, że 

z   tego,   co   słyszałem,   głównym   tematem   była   polityka   Mur   i   jego   odwieczna   wojna   z 
Fungami. Mimo to musieli poruszać też inne tematy, kiedy nie słyszałem, gdyż przypadkiem 
odkryłem, iż Orme doskonale orientuje się w prywatnych sprawach Makedy, o których mógł 
się dowiedzieć tylko z jej ust.

Kiedy   jednak   ośmieliłem   się   zauważyć,   że   nie   jest   chyba   zbyt   rozsądne,   by   młody 

człowiek o takiej pozycji jak on pozwalał sobie na taką zażyłość z dziedziczną władczynią 

background image

wybranego narodu, odparł ze śmiechem, że nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, jako że 
według   starożytnego   prawa   może   ona   poślubić   jedynie   kogoś   ze   swego   rodu,   co 
automatycznie wyklucza wszelkie komplikacje. Wiedziałem, że Makeda ma wielu kuzynów, 
spytałem więc, który z nich jest tym szczęśliwcem.

– Żaden z nich – odparł. – Prawdę mówiąc, zdaje mi się, że jest oficjalnie zaręczona z 

tym swoim grubym wujem, z tym, który tak się chwali i pyszni, ale nie muszę dodawać, że 
jest to tylko formalność, na którą przystała, aby inni trzymali się od niej z daleka.

–   Aha!   –  powiedziałem.  –  Ciekaw   jestem,   czy   książę   Jozue   też   uważa   to   tylko   za 

formalność.

– Nie wiem, co on uważa i nie interesuje mnie to – powiedział, ziewając. – Wiem tylko, 

że rzeczy przedstawiają się tak jak powiedziałem i że ten kundel ma taką samą szansę na 
poślubienie Makedy, jak ty na poślubienie cesarzowej chińskiej. A teraz, żeby skończyć już te 
sprawy matrymonialne i przejść do rzeczy poważniejszych – masz jakieś wieści o Higgsie i 
swoim synu?

– Ty masz lepszy dostęp do tajemnic państwowych niż ja – powiedziałem sarkastycznie, 

gdyż irytował mnie rozwój wydarzeń i jego głupota. – Co słyszałeś?

–  Nie wiem skąd Makeda o tym wie, ale powiedziała mi, że obaj są zdrowi i dobrze 

traktowani. Tylko tyle, że nasz przyjaciel Barung uparł się dotrzymać słowa i biedny Higgs 
ma zostać złożony w ofierze za dwa tygodnie, licząc od dziś. Oczywiście trzeba temu jakoś 
zapobiec, i zrobię to, nawet gdyby miało to mnie kosztować życie. Nie sądź, że cały ten czas 
myślałem  tylko  o  sobie,  bo to  nieprawda,  kłopot  tylko   w  tym,   że  nie  potrafię   obmyśleć 
żadnego planu uratowania go, który by wytrzymał krytykę.

–  No to co można tu zrobić, Oliwerze? Nie rozmawiałem o tym  z tobą, kiedy byłeś 

jeszcze słaby, bo bałem się, żeby cię nie przygnębić, ale teraz, gdy się już dobrze czujesz, 
musimy podjąć jakąś decyzję.

– Wiem, wiem – powiedział żarliwie – i zapewniam cię, że prędzej sam oddam się w ręce 

Barunga i jeśli nie będę mógł ocalić Higgsa, zginę razem z nim, niż pozwolę, żeby sam tam 
umierał.  Posłuchaj  –  na pojutrze Córka Królów zwołała wielką naradę, w której musimy 
wziąć udział, gdyż odroczono ją tylko ze względu na moją chorobę. Podczas narady ma być 
osądzony   ten   łotr   Szardach.   Spodziewam   się,   że   zostanie   skazany   na   śmierć.   Mamy   też 
oficjalnie   zwrócić   Pierścień   Królowej   Saby,   który   pożyczyła   ci   Makeda,   abyś   mógł   go 
przedstawić na dowód prawdziwości swojej opowieści. Może czegoś się tam dowiemy. W 
każdym razie będziemy się musieli zdecydować na jakąś konkretną akcję. A teraz chcę odbyć 
pierwszą przejażdżkę po tak długim pobycie w łóżku. Chodź, Faraon  –  powiedział do psa, 
który przez cały czas jego choroby tkwił tak uparcie przy łóżku, że trudno go było odciągnąć, 
aby coś zjadł – jedziemy na spacer, Faraon. Słyszysz, wierny piesku?

background image

Rozdział IX

Przysięga

Dwa albo trzy dni po tej rozmowie, nie pamiętam już dokładnie kiedy, Makeda zwołała 

wielką naradę w swym  pałacu. Kiedy weszliśmy,  w otoczeniu strażników, jakbyśmy byli 
więźniami, do sali, w której miała się odbyć, ujrzeliśmy kilkaset Abatich siedzących rzędami 
na ławkach. W drugim, półkulistym, podobnym do apsydy, końcu siedziała Córka Królów na 
złoconym, a może nawet szczerozłotym, tronie o poręczach zakończonych lwimi głowami. 
Ubrana była w srebrzyście połyskującą szatę, ceremonialny welon wyszywany w gwiazdy, 
również srebrne, a na głowie miała złoty diadem z pojedynczym kamieniem, który wyglądał 
na rubin. Mimo iż była drobna, w tym stroju wyglądała bardzo dystyngowanie i uroczo, tym 
bardziej że cienki niczym pajęczyna welon czynił ją nieco tajemniczą.

Za tronem stali żołnierze uzbrojeni w dzidy i miecze, a po obu jego bokach i z przodu 

zebrał się dwór, liczący co najmniej  setkę osób, włączając w to damy,  które siedziały w 
dwóch grupach, po prawej i lewej ręce Makedy. Każdy członek dworu miał wspaniały strój, 
stosowny do jego godności.

Byli   tam   dowódcy   wojska,   z   księciem   Jozue,   w   tej   podobnej   do   normańskiej   zbroi 

kolczej, na czele. Byli też sędziowie w czarnych płaszczach i kapłani w uroczystych szatach, 
właściciele ziemscy,  z których  ubioru zapamiętałem tylko długie buty,  oraz ludzie zwani 
Mistrzami   Rynku,   których   zadaniem   było   ustalanie   kursu   wymiany   produktów,  a   z   nimi 
przedstawiciele innych profesji.

Krótko mówiąc, zebrała się tam cała arystokracja Mur, a każdy jej członek nosił, jak 

potem   odkryliśmy,   jakiś   pompatyczny   tytuł   odpowiadający   naszemu   księciu,   jaśnie 
oświeconemu,   czy   szlachetnemu,   nie   mówiąc   już   o   książętach   krwi,   z   których 
najprzedniejszym był Jozue.

Chociaż   tak   wspaniały   i   uroczysty,   spektakl   ów   sprawiał   w   pewnym   sensie   żałosne 

wrażenie, będąc w gruncie rzeczy nędzną kopią ceremoniału z czasów minionej świetności 
tego narodu. Ukazywała to dobitnie wielka sala, w której się zgromadzili, bo choć było to 
wydarzenie wzbudzające zainteresowanie całej społeczności, ci, którzy mieli prawo w nim 

background image

uczestniczyć, zapełniali zaledwie jej czwartą część.

Z wielką pompą i przy dźwiękach muzyki poprowadzono nas szeroką nawą, jeśli mogę ją 

tak   określić,   bo   cały   ten   budynek,   z   apsydą   i   podtrzymującymi   sklepienie   kolumnami, 
przypominał   mi   katedrę,   przed   tron,   gdzie   nasza   eskorta   padła,   wschodnim   zwyczajem, 
plackiem na ziemię, a my skłoniliśmy się, zgodnie z zachodnią etykietą. Potem podsunięto 
nam krzesła, po krótkiej przerwie odezwał się głos trąbki i z bocznej komnaty wyprowadzono 
skutego kajdanami i ciężko przestraszonego naszego byłego przewodnika, Szadracha.

Nie ma potrzeby opisywać dokładnie procesu, który potem nastąpił. Trwał dosyć długo, a 

my trzej zostaliśmy powołani na świadków, aby opisać sprzeczkę na temat Faraona, która 
miała miejsce między naszym towarzyszem, Higgsem, a Szadrachem. Jednakże ostatecznych 
dowodów winy oskarżonego dostarczyły zeznania jego kompanów, którym zagrożono chłostą 
w przypadku mówienia nieprawdy.

Ludzie   ci,   jeden   po   drugim,   przysięgali,   że   opuszczenie   Higgsa   zostało   wcześniej 

starannie   zaplanowane.   Wielu   z   nich   dodawało,   że   Szadrach   prowadził   już   wcześniej 
zdradzieckie knowania z Fungami i zawarł z nimi umowę, na mocy której mieliśmy być 
zatrzymani, a on i reszta Abatich puszczeni wolno z wielbłądami niosącymi nasze bagaże, i że 
w związku z tym zawiadomił Fungów, podpalając trzciny, o naszym zbliżaniu się.

Szadrach bezczelnie wyparł się wszystkiego, a w szczególności tego, jakoby zepchnął 

Higgsa z dromadera i sam zajął jego miejsce.

Jednakże te łgarstwa nic mu nie pomogły, gdyż po konsultacji z Córką Królów wystąpił 

jeden z sędziów i skazał go na jakąś szczególnie okrutną, zarezerwowaną tylko dla zdrajców, 
karę śmierci. Poza tym jego cały majątek miał przejść na własność państwa, a żona i dzieci 
stać   się   publicznymi   niewolnikami,   co   oznaczało,   że   mężczyźni   będą   musieli   zostać 
żołnierzami, a kobiety zostaną przydzielone pewnym dostojnikom, według ich rangi.

Kilku z tych, którzy brali razem z nim udział w spisku mającym na celu wydanie nas 

Fungom, również zostało pozbawionych majątku i skazanych na służbę w armii, co było u 
Abatich odpowiednikiem naszej kary ciężkich robót.

Tak oto, wśród, zawodzenia skazanych oraz ich rodzin i przyjaciół, zakończył się ów 

niezwykły proces. Przytoczyłem tu jego krótki opis tylko z tego powodu, że rzuca pewne 
światło na stosunki społeczne panujące wśród Abatich. Czy może mieć jakąś nadzieję na 
przetrwanie naród, który przestępców skazuje nie na więzienie, lecz na służbę wojskową, a 
ich żony i córki, mimo iż niewinne, czyni niewolnicami sędziów lub tych, których wskażą 
sędziowie? Trzeba wszakże dodać, że w tym przypadku oskarżeni w pełni zasłużyli na taki 
los,   gdyż   nawet   uwzględniwszy   fakt,   iż   część   świadków   mogła,   z   powodów   osobistych, 
złożyć fałszywe zeznania, nie podlegało wątpliwości, iż zdradzili tych, którymi – z rozkazu 
swej władczyni – mieli się opiekować.

Kiedy proces dobiegł końca i wyprowadzono Szadracha, który błagał o litość i próbował, 

jak nędzny kundel, całować nasze stopy, publiczność, która przyszła, aby go obejrzeć i ujrzeć 

background image

nas, obcych, rozeszła się. Wówczas wezwano imiennie, każdego z osobna, członków Tajnej 
Rady, jeśli mogę tak nazwać tę instytucję. Kiedy wszyscy zebrali się wokół tronu, poproszono 
nas, abyśmy podeszli i zajęli wśród Rady przeznaczone dla nas miejsca.

Potem nastąpiła przerwa, w czasie której, postępując zgodnie z wcześniej otrzymanymi 

instrukcjami,   podszedłem   do   tronu   i   położyłem   pierścień   na   poduszce   trzymanej   przez 
jednego z oficerów, a ten podał ją Makedzie.

– Córko Królów – powiedziałem  – zwracam starożytny pierścień, który pożyczyłaś mi, 

abym mógł go przedstawić w swej ojczyźnie na dowód prawdy moich słów. Wiedz, że dzięki 
niemu udało mi się przekonać naszego brata, który został pojmany przez Fungów, człowieka 
obeznanego ze wszystkim, co ma związek z przeszłością, aby podjął się tego zadania, a za 
jego pośrednictwem również obecnego tu kapitana Orme’a i jego sługę, żołnierza.

Wzięła   pierścień   i,   zbadawszy   go,   pokazała   kapłanom,   którzy   potwierdzili   jego 

autentyczność.

– Chociaż rozstałam się z nim z lękiem i obawą, ten święty pierścień spełnił swój cel – 

odparła. – Dziękuję ci, panie, że zwróciłeś go nietkniętym mnie i memu ludowi.

Włożyła go na palec i na tym skończyła się ta część ceremonii.
Potem jeden z oficerów oznajmił donośnym głosem:
– Teraz przemówi Walda Nagasta!
Powtórzyli to wszyscy zebrani i zapanowała cisza.
–  Przybysze   z  kraju  Zachodu  zwanego  Anglią  –  zaczęła  Makeda  –  zechciejcie  mnie 

wysłuchać.   Znacie   naszą   sprawę  –  otaczają   nas   zewsząd   Fungowie,   którzy   chcą   nas 
zniszczyć.   Wiecie,   że   doprowadzona   do   rozpaczy   skorzystałam   z   okazji,   iż   jeden   z   was 
zawędrował tu rok temu i uprosiłam go, aby udał się do swego kraju i sprowadził stamtąd 
ognie i ludzi, którzy się na nich znają, aby zniszczyć  bożka Fungów. Albowiem lud ten 
twierdzi,   że   zgodnie   ze   starożytnym   proroctwem   opuści   ten   kraj,   jeśli   bożek   zostanie 
zniszczony.

– Przepraszam Córko Królów – przerwał Orme – ale pamiętasz chyba, że zaledwie parę 

dni temu Barung, sułtan Fungów, oznajmił, iż w takim przypadku jego lud pozostanie tu 
nadal, aby pomścić swego boga, Harmaka, i że tobie jedynej spośród Abatich daruje życie.

Na te złowieszcze słowa radni zadrżeli i zaczęli coś mruczeć. Ale Makeda wzruszyła 

tylko ramionami.

– Powiedziałam wam, co głosi starożytna przepowiednia  – odparła  – a co do reszty, to 

słowa nie są czynami. Myślę, że jeśli ten diabeł, Harmak, odleci stąd, to Fungowie udadzą się 
za nim. W przeciwnym wypadku dlaczego składaliby ofiary Trzęsieniu Ziemi, które uważają 
za złe bóstwo i lękają się go? I dlaczego pięćset lat temu, kiedy trzęsienie ziemi zburzyło 
część ukrytego, podziemnego miasta, które pokażę wam jutro, opuścili Mur i zamieszkali na 
równinie, aby – jak mówili – strzec Harmaka?

– Nie wiem – rzekł Orme. – Gdyby był tu nasz brat, którego schwytali Fungowie, może 

background image

potrafiłby to wyjaśnić,  gdyż  zna sposób rozumowania  takich dzikich, czczących  bałwany 
ludów.

– Niestety, o synu Orme’a – powiedziała Makeda – za sprawą zdrajcy, którego właśnie 

skazaliśmy,  nie  ma  go tu, a poza  tym,  nawet  gdyby  był,  może  nie  potrafiłby nic o tym 
powiedzieć. W każdym razie przepowiednia głosi tak, jak mówiłam, i z tego powodu my, 
Abati, pragniemy zniszczyć tego obrzydłego bożka, ku którego czci wielu z nas zginęło w 
paszczach lwów. A teraz pytam – pochyliła się, spoglądając na Oliwera – czy zrobicie to dla 
mnie?

– Powiedz o nagrodzie, siostrzenico – wtrącił grubym głosem Jozue, widząc, że wahamy 

się, co odpowiedzieć. – Słyszałem, że ci goje z Zachodu są bardzo chciwi i że żyją i umierają 
dla złota, którym my gardzimy.

– Niech pan spyta, panie kapitanie – krzyknął Quick – czy gardzą też ziemią. Nie dalej 

niż wczoraj widziałem, jak jeden z nich chciał poderżnąć drugiemu gardło za kawałek nie 
większy od miejsca na psią budę.

– Właśnie – poparłem Quicka, bo wyznaję, że słowa Jozuego ubodły mnie. – I zapytaj go 

jeszcze, czy Żydzi nie zrabowali w dawnych czasach złota Egipcjanom, czy Salomon, którego 
uważają za swego przodka, nie handlował złotem z Ofirem i na koniec, czy nie wie, że jego 
pobratymcy w innych krajach uczynili złoto swoim bogiem.

Orme, który przemawiał w naszym imieniu, skierował wszystkie te pytania do Jozuego, i 

zrobił to z wielką przyjemnością, gdyż go nie cierpiał. Część Rady, która nie należała do 
koterii   księcia,   przyjęła   to   z   uśmieszkami,   a   nawet   otwartymi   wybuchami   śmiechu. 
Widziałem też, że zaczęły drgać srebrne ozdoby na woalce Makedy, jak gdyby ona też nie 
mogła powstrzymać śmiechu. Tym niemniej uważała widocznie, że lepiej będzie nie dopuścić 
do odpowiedzi Jozuego – gdyby się na jakąś zdobył – bo odparła sama:

–  Prawda   jest   taka,   przyjaciele,   że   mamy   tu   niewielki   pożytek   ze   złota,   gdyż   będąc 

otoczeni ze wszystkich stron przez wroga, nie możemy prowadzić z nikim handlu i używamy 
go wyłącznie do wyrobu ozdób. Gdybyśmy byli w innej sytuacji, bez wątpienia cenilibyśmy 
je tak samo, jak cała reszta świata, Żydzi i goje, i stanie się tak, kiedy zostaniemy uwolnieni 
od   wrogów.   Dlatego   mój   wuj   jest   w   błędzie,   uważając   za   cnotę   to,   co   zostało   na   nas 
wymuszone   przez   okoliczności,   tym   bardziej   że   jak   mówi   wasz   sługa  –  tu   wskazała   na 
sierżanta – moi ludzie uczynili ziemię swoim złotem i poświęcają całe swoje życie i energię 
na jej zdobywanie, nawet jeśli mają już dosyć gruntów.

– A więc ci goje nie chcą żadnej nagrody za swe usługi? – spytał szyderczo Jozue.
–  Nic podobnego, książę  –  odparł Orme.  –  Jesteśmy najemnikami, bo niby z jakiego 

innego powodu mielibyśmy się wtrącać do spraw między tobą (powiedział to ze szczególnym 
naciskiem) i resztą a sułtanem, który choć jest półdzikusem, ma, naszym zdaniem, pewne 
cnoty, jak choćby, na przykład, odwagę i honor? Jeśli ryzykujemy życiem, wykonując nasze 
zadania, to nie jesteśmy tak dumni, aby odmówić przyjęcia tego, co możemy zarobić. Niby 

background image

dlaczego mielibyśmy odmawiać przyjęcia zapłaty? Tym bardziej że niektórzy z nas nie są 
bogaci, a nasz brat, który przez zdradę jednego z waszych ludzi, może być już uważany za 
martwego, ma w Anglii biedną rodzinę, której należy się jakieś zadośćuczynienie za jego 
stratę?

–  No właśnie, dlaczego?  –  wykrzyknęła  Makeda.  –  Słuchajcie zatem,  przyjaciele!  W 

swoim   własnym   imieniu   i   w   imieniu   całego   mego   ludu   obiecałam   wam   tyle   złota,   ile 
będziecie mogli przewieźć na wielbłądach i pokażę wam je jeszcze dzisiaj, jeśli pójdziecie ze 
mną tam, gdzie jest ono ukryte.

– Najpierw praca, potem płaca  –  odparł Oliwer.  –  Wobec tego powiedz nam,  Córko 

Królów, jaka to ma być praca?

– Musicie przysiąc – jeśli pozwala wam na to wasza chrześcijańska wiara – że przez rok, 

licząc  od  dnia  dzisiejszego,  będziecie  mi  służyć,  walczyć   dla  mnie  i  będziecie   posłuszni 
naszym prawom, starając się cały czas zniszczyć bożka Harmaka. Po tym czasie będziecie się 
mogli udać, dokąd zechcecie, zabierając z sobą obiecaną zapłatę.

– A jeśli przysięgniemy, pani – spytał Oliwer po namyśle – to jaka będzie nasza pozycja 

w tej służbie?

– Ty, synu Orme’a, będziesz kierował całym przedsięwzięciem, a więc w tym zakresie 

będziesz głównym dowódcą, a twoi towarzysze będą pod twoimi rozkazami, więc możesz im 
nadać takie godności, jak ci się podoba.

Na te słowa wśród zakutych w zbroje wodzów Abatich rozległ się szmer niezadowolenia.
– A więc mamy słuchać rozkazów tego obcego, o Córko Królów? – spytał w ich imieniu 

Jozue.

– Tak, wuju, we wszystkim, co dotyczy tego wielkiego przedsięwzięcia. Czy znasz się na 

ogniach,  które przywieźli?  Czy zdołalibyście  wszyscy razem,  tak jak to zrobili oni trzej, 
obronić bramę przed całą armią Fungów i wysłać ich w powietrze?

Przerwała i czekała, ale panowało ponure milczenie.
– Nie odpowiadacie, bo nie potraficie tego – podjęła na nowo Makeda.  – A zatem, dla 

naszego własnego dobra, musicie się pogodzić z faktem, że przez krótki czas będziecie pod 
rozkazami tych, którzy posiadają umiejętności i siłę, jakiej wam brakuje.

Nadal nikt nie odpowiadał.
– Pani –  rzekł Orme w tej złowrogiej ciszy  –  jesteś tak dobra, że chcesz uczynić mnie 

dowódcą swoich żołnierzy, ale czy oni będą mnie słuchać? l kim są twoi żołnierze? Czy 
wszyscy wasi mężczyźni noszą broń?

– Niestety, nie –  odparła, koncentrując się na drugim pytaniu, zapewne dlatego, że nie 

potrafiła odpowiedzieć na pierwsze.  –  Niestety, nie! W dawnych czasach, gdy władali moi 
wielcy przodkowie, było inaczej. Wtedy nie baliśmy się Fungów. Ale teraz moi ludzie nie 
chcą być żołnierzami. Mówią, że odrywa to ich od pracy i rozrywek, które kochają, że nie 
chcą marnować swoich młodych lat. Mówią, że to poniżające słuchać rozkazów dowódców, 

background image

że wojna jest barbarzyństwem i że trzeba z tym skończyć, podczas gdy Fungowie cały czas 
tylko   czekają,   aby   wymordować   wszystkich   naszych   mężczyzn   a   kobiety   uczynić 
niewolnicami.   Tylko   zupełni   biedacy   i   ludzie   zdeprawowani   oraz   ci,   którzy   wykroczyli 
przeciw prawu, służą w wojsku, ale nie mogą być dowódcami. Och, właśnie dlatego Abati 
skazani   są   na   zagładę  –  tu   odrzuciła   nagle   woalkę   i,   nie   bacząc   na   naszą   obecność, 
wybuchnęła płaczem.

Nie   pamiętam,   bym   kiedykolwiek   widział   bardziej   przygnębiający   widok   niż   ten  – 

pięknej,   dzielnej   kobiety   rozpaczającej   w   obecności   całej   swej   Rady   nad   ostatecznym 
upadkiem ludu, nad którym  przyszło jej panować. Będąc przyzwyczajony do wschodnich 
demonstracji uczuć, milczałem, ale Orme był tak głęboko poruszony, że obawiałem się, by 
nie zrobił jakiegoś głupstwa. Poczerwieniał, potem zbladł i już podnosił się z miejsca, aby 
podejść do niej, ale w porę chwyciłem go za ramię i przytrzymałem. Quick natomiast uniósł 
oczy i wlepił wzrok w sufit, jak gdyby modlił się. Usłyszałem, że mruczy:

– Boże, pomóż tej nieszczęsnej istocie! To perła rzucona między te wszystkie świńskie 

ryje. Hmm, rozumiem, że jestem tu teraz czymś w rodzaju generała i jeśli nie dam im solidnej 
szkoły, to nie nazywam się Samuel Quick.

Tymczasem pośród dworzan, którzy czuli, że poddano ich, razem i każdego z osobna, 

surowej  krytyce,  zapanowała  konsternacja  i słychać  było  pełne  oburzenia  szepty.  W  tym 
krytycznym momencie książę Jozue, jak zwykle, przejął sprawy w swoje ręce. Podniósł się z 
krzesła i klęknąwszy, nie bez trudu, przed tronem, rzekł:

–  O Córko Królów, dlaczego zasmucasz nas takimi słowami? Czyż nie broni cię Bóg 

Salomona?

– Bóg broni tych, którzy potrafią obronić się sami – odparła, łkając, Makeda.
– Czyż nie masz wielu dzielnych dowódców?
– A cóż są warci dowódcy bez armii?
–  I  czyż  nie  masz  mnie,   swego  wuja, narzeczonego  i  oblubieńca?  –  położył   dłoń  w 

miejscu, gdzie jak przypuszczał, znajdowało się jego serce i spojrzał na nią, wywracając swe 
rybie oczy.  –  Czy gdyby nie przeszkodzili mi ci goje, w których zdajesz się pokładać taką 
wiarę  –  ciągnął dalej  –  nie wziąłbym parę dni temu do niewoli Barunga i nie pozbawił go 
głowy?

– A Abatich honoru, którego resztki jeszcze niektórzy posiadają.
– Pobierzmy się, o Pączku Róży, a wkrótce uwolnimy się od Fungów. Jesteśmy bezradni, 

bo jesteśmy rozdzieleni, ale kiedy się połączymy, zatryumfujemy. Powiedz, Makedo, kiedy 
się pobierzemy?

– Kiedy zostanie całkowicie zniszczony bożek Harmak i Fungowie odejdą stąd na zawsze 

–  odparła   z   irytacją.  –  Ale   czy   to   odpowiednia   pora,   aby   rozmawiać   o   małżeństwie? 
Zamykam posiedzenie Rady. Niech kapłani przyniosą zwoje, aby przybysze z Zachodu mogli 
złożyć przysięgę, a potem wybaczcie mi, że was opuszczę.

background image

Zza tronu wyłonił się pysznie ubrany gentleman w nakryciu głowy przypominającym mi 

nieco   czapkę   biskupią,   z   zawieszoną   na   piersiach,   wysadzaną   z   grubsza   oszlifowanymi 
kamieniami szlachetnymi, blachą, którą do połowy zakrywała jego broda.

Osobnik   ów,   wyglądający   na   najwyższego   kapłana,   trzymał   w   ręku   podwójny   zwój 

pergaminowy,   pokryty   znakami,   będącymi  –  jak   później   odkryliśmy  –  zniekształconym 
pismem   hebrajskim,   bardzo   starym,   które   potrafiło   odczytać   jedynie   trzech   lub   czterech 
Abatich, jeśli w ogóle którykolwiek z nich znał się na tym. W każdym razie była to, jak nam 
powiedziano, księga praw, którą przed wiekami przywieźli z Abisynii ich ojcowie, razem z 
pierścieniem królowej Saby i kilkoma innymi zabytkami, między innymi kołyską (co było 
jawnym łgarstwem) dziecka króla Salomona i Belchis, pierwszej znanej królowej Saby. Zwój 
ów, który od pokoleń używany był przez Abatich podczas wszystkich ważnych ceremonii, 
takich   jak   zaprzysiężenie   królowej   i   wodzów,   został   nam   teraz   wręczony,   abyśmy   go 
pocałowali,   składając   w   imię   Jehowy   i   Salomona   (uderzyło   nas   to   dziwne   zestawienie) 
przysięgę wierności i posłuszeństwa i uroczyście zobowiązując się wykonać to wszystko, co 
już wcześniej wymieniłem.

– Zdaje się, że za wiele się od nas wymaga – powiedział Oliwer, kiedy odczytano nam 

wszystko i przetłumaczyłem to Quickowi. – Myślisz, że powinniśmy złożyć tę przysięgę?

– Tak –  odparłem, gdyż nie widziałem innej możliwości osiągnięcia celu, który skłonił 

mnie do wzięcia udziału w tej przygodzie. Potem sierżant, którego Orme specjalnie poprosił o 
to, wyraził, pomyślawszy trochę, swoją opinię.

– Panie kapitanie – powiedział – mamy tu, trzej biali, do czynienia z tłumem afrykańskich 

ćwierć-Żydów   i   jedną   prawdziwą   damą.   Wydaje   mi   się,   że   najlepiej   będzie,   jeśli 
przysięgniemy   robić   to,   czego   od   nas   chcą,   ufając   że   ta   dama   pomoże   nam   wybrnąć   z 
kłopotów,   bo   w   przeciwnym   razie   będziemy   w   tym   kraju  zwykłymi   awanturnikami,   bez 
żadnej   oficjalnej   pozycji   i   możemy   zostać   znienacka   zastrzeleni   przez   nieprzyjaciół   czy 
jakichś buntowników. Musimy również pamiętać o profesorze i synu doktora. Dlatego mówię 
– przysięgnijmy robić to, co mieści się w granicach rozsądku, zachowując wierność Koronie 
Brytyjskiej i ufając losowi. Widzi pan, panie kapitanie, i tak jesteśmy w ich mocy, więc ta 
przysięga nam nie zaszkodzi, natomiast może pomóc, podczas gdy odmowa jej złożenia na 
pewno   obraziłaby   tych   śmierdzieli,   a   może   także   tę   damę.   Mogłoby   to   mieć   przykre 
konsekwencje.

– Myślę, że chyba macie rację, sierżancie – powiedział Orme. – Tak czy inaczej, jeśli się 

powiedziało A, trzeba powiedzieć B.

Potem odwrócił się do Makedy,  która przyglądała się tej konferencji, prowadzonej w 

nieznanym   języku,   z   pewnym   niepokojem,   a   przynajmniej   takie   odniosłem   wrażenie,   i 
powiedział po arabsku:

– O Córko Królów, wiele się od nas w tej przysiędze wymaga, albowiem będąc w tym 

kraju obcymi i nie znając waszych praw ani zwyczajów, mamy w istocie przysiąc stosować 

background image

się do reguł, które mogą obrócić się przeciw nam. Złożymy ją jednak, ufając iż nie dopuścisz 
do   takiej   sytuacji.   Zastrzegamy   wszakże,   iż   pozostaniemy   lojalnymi   poddanymi   naszego 
władcy,   z   wszystkimi   przysługującymi   nam   z   tego   tytułu   obowiązkami   i   prawami. 
Zastrzegamy sobie także, przed przystąpieniem do tej służby lub w trakcie jej wykonywania, 
pełną   swobodę   poczynań   zmierzających   do   uwolnienia   naszego   przyjaciela   i   towarzysza, 
obecnie więźnia Fungów, a także syna jednego z nas, który znajduje się u nich w niewoli, i 
domagamy się w tym zakresie wszelkiej pomocy, jakiej będziesz mogła nam udzielić. Poza 
tym żądamy, abyś w przypadku gdybyśmy mieli być sądzeni za jakiekolwiek wykroczenie 
przeciw twej przysiędze była naszym jedynym sędzią i by nikt nie miał prawa brać udziału w 
takim procesie. Jeśli przyjmiesz te warunki, przysięgniemy.  Jeśli nie, nie złożymy żadnej 
przysięgi i będziemy działać w zależności od tego, jak będzie wyglądała sytuacja.

Potem poproszono nas, abyśmy się cofnęli, ponieważ Córka Królów musiała zasięgnąć 

opinii swych doradców. Trwało to dosyć długo, gdyż najwidoczniej zdania doradców różniły 
się między sobą. W końcu jednak argumenty Makedy i tych, którzy ją popierali, musiały 
przeważyć.   Zawołano   nas   i   poinformowano,   że   nasze   warunki   zostały   przyjęte   i 
wprowadzone   do   tekstu   przysięgi   i   że   władczyni   i   Rada   Abatich   będzie   ich   wiernie 
przestrzegać.

Złożyliśmy więc nasze podpisy i przysięgliśmy,  całując księgę, a raczej  zwój. Potem 

odprowadzono   nas,   bardzo   zmęczonych,   gdyż   ceremonia   ta   była   niezwykle   nużąca,   do 
przydzielonych   nam   pomieszczeń.   Tam   zjedliśmy   obiad,   albowiem   Abati,   wschodnim 
zwyczajem, jedli główny posiłek w samo południe, a potem oddawali się sjeście.

Około czwartej po południu wyrwało mnie z drzemki warczenie Faraona. Przypłaszczony 

do drzwi, najwyraźniej ze strachu przed psimi zębami, stał jakiś człowiek. Okazało się, że jest 
to posłaniec od Makedy, która pytała, czy chcielibyśmy udać się z nią do miejsca, jakiego 
nigdy   nie   widzieliśmy.   Oczywiście   zgodziliśmy   się   i   posłaniec   zaprowadził   nas   do 
zakurzonej, nie używanej sali na tyłach pałacu, gdzie niebawem dołączyła do nas Makeda w 
towarzystwie trzech dam dworu i paru ludzi z zapalonymi  lampami,  tykwami  z olejem i 
wiązkami pochodni.

–  Niewątpliwie, przyjaciele  –  powiedziała Makeda, która tym razem była bez welonu i 

doszła, zdaje się, całkowicie do siebie po porannym załamaniu – widzieliście w Afryce i na 
innych   lądach   wiele   cudownych   miejsc,   ale   chcę   wam   teraz   pokazać   takie,   które  –   jak 
przypuszczam – jest dziwniejsze od nich wszystkich.

Idąc za nią, podeszliśmy do drzwi w końcu sali, które jej słudzy otworzyli, zdejmując 

ciężkie  sztaby,  a potem zamknęli  za nami.  Znaleźliśmy się w długim,  wykutym  w skale 
korytarzu, który biegł w dół. Po pewnym czasie przeszliśmy przez następne drzwi i naszym 
oczom   ukazała   się   największa   jaskinia,   jaką   kiedykolwiek   oglądaliśmy.   Była   ona   tak 
ogromna, że słabe światło naszych lamp nie docierało do sklepienia, a z boków ukazywało 
niewyraźne kształty, które okazały się zrujnowanymi budynkami.

background image

– Widzicie  podziemne  miasto  – Mur –  powiedziała  Makeda, unosząc w górę lampę, 

abyśmy mogli lepiej się rozejrzeć. – Tutaj starożytni, którzy byli przodkami Fungów, mieli 
swą tajemną twierdzę. Te ruiny były kiedyś spichrzami i świątyniami, ale jak już mówiłam, 
wieleset lat temu zniszczyło je trzęsienie ziemi. Zawaliła się też wtedy znaczna część jaskini, 
tak że są tu miejsca, gdzie jest niebezpiecznie wchodzić. Chodźcie i obejrzyjcie to, co z nich 
pozostało.

Poszliśmy za nią w głąb jaskini. Nasze latarnie i pochodnie wyglądały w tej zupełnej 

ciemności   niczym   gwiazdy.   Widzieliśmy   szczątki   spichrzów,   wypełnione   prochem,   który 
prawdopodobnie był niegdyś  zbożem, a w końcu dotarliśmy do potężnego, pozbawionego 
dachu,   budynku,   którego   wnętrze   zasłane   było   pogruchotanymi   kolumnami   i 
poprzewracanymi   posągami,   pokrytymi   tak   grubą   warstwą   kurzu,   że   z   trudnością 
rozpoznaliśmy w wielu z nich kształty sfinksów.

– Gdyby Higgs był tutaj! – powiedział z westchnieniem Oliwer i podszedł do Makedy, 

która przywoływała go, aby pokazać mu coś innego.

Zostawiwszy świątynię, w której niebezpiecznie było się poruszać, zaprowadziła nas do 

źródła,   z   którego   woda   tryskała   do   wykutego   w   skale   basenu,   a   stamtąd   podążała   dalej 
specjalnymi otworami.

–   Spójrzcie,   ta   fontanna   jest   bardzo   stara   –  powiedziała   Makeda,   wskazując   na 

cembrowinę basenu z parocalowym zagłębieniem w miejscu, gdzie pokolenia czerpiących 
wodę opierały ręce, ścierając twardą skałę.

– Jak oni oświetlali tę ogromną jaskinię? – spytał Oliwer.
– Nie wiemy – odprła Makeda – ponieważ z lamp nie mieliby tu wielkiego pożytku. To 

tajemnica, którą zabrali ze sobą do grobu. Nikt z Abatich nie próbował jej odkryć. Jest też 
tajemnicą, jak to się dzieje, że tu, tak głęboko we wnętrzu góry, jest stale świeże powietrze. 
Nie wiemy nawet, czy ta jaskinia jest dziełem natury, czy wydrążyli ją ludzie.

–  Przypuszczam,  że i jedno, i drugie  –  rzekłem.  – Ale powiedz mi,  pani, czy Abati 

wykorzystują w jakiś sposób tę ogromną jaskinię?

–  Trzymamy   tu   trochę   zboża   na   wypadek   oblężenia  –  odparła,   po   czym   dodała   ze 

smutkiem:  –  Ale jest go za mało, żeby mogło się naprawdę przydać, bo prawie wszystkie 
zapasy pochodzą z moich posiadłości. Na próżno proszę ludzi, aby dostarczali tu choć setną 
część swoich zbiorów. Każdy mówi, że da, jeśli tylko da sąsiad i w rezultacie nikt nie daje. A 
może przecież przyjść taki dzień, że tylko zapasy zboża mogą uratować ich od głodu... na 
przykład gdyby Fungowie zdobyli dolinę.  –  Odwróciła się z gniewem i poszła dalej, aby 
pokazać nam stajnie, w których dawni właściciele jaskini trzymali konie. Na skalnej podłodze 
nadal widać było ślady kół ich powozów.

– Mili ludzie, ci Abati –  powiedział do mnie Quick.  – Gdyby nie  kobiety i dzieci, a 

przede wszystkim ta dama, którą zaczynam czcić jak pan kapitan, to cieszyłbym się widząc 
ich przyciśniętych głodem.

background image

–  Jest  jeszcze  jedno miejsce,  które  chcę wam  pokazać  –  powiedziała  Makeda,  kiedy 

obejrzeliśmy stajnie, zastanawiając, co skłoniło dawnych Fungów do tego, by trzymać konie 
pod ziemią. – Pewnie będziecie chcieli je zobaczyć, gdyż są tam skarby, które są, czy będą, 
wasze. Chodźcie!

Szliśmy długimi korytarzami, z których ostatni rozszerzał się nagle i opadał stromo w dół. 

Mniej więcej po pięćdziesięciu krokach kończył się ślepą ścianą. Tutaj Makeda kazała swym 
damom dworu i służącym zatrzymać się. Spełnili to polecenie nadzwyczaj ochoczo, choć w 
owej chwili  nie  domyślaliśmy  się powodu tej  skwapliwości.  Potem poszła w  kąt jaskini, 
pokazała kupę kamieni i poprosiła mnie, abym je odrzucił. Zrobiłem to, aczkolwiek nie bez 
trudu,   i   ukazała   się   dziura,   wystarczająco   duża,   by  zmieścił   się  w   niej   człowiek.   Wtedy 
odwróciła się do swego orszaku i powiedziała:

– Wiem, że uważacie, iż w tym miejscu straszy i że nawet najodważniejsi z was za nic by 

tam nie weszli. Ale ja i ci przybysze nie boimy się. Dajcie nam zatem tykwę z olejem i parę 
pochodni i zaczekajcie tu na nas. Zostawcie w otworze zapaloną lampę, abyśmy mogli trafić z 
powrotem, gdyby nasza zgasła. Bez dyskusji. Macie spełnić rozkaz. Nie ma tam żadnego 
niebezpieczeństwa. Powietrze jest czyste, choć gorące. Wiem o tym, bo byłam tam już parę 
razy.

Potem podała rękę Oliwerowi i przy jego pomocy wśliznęła się do dziury. Poszliśmy za 

nią i znaleźliśmy się w innej jaskini, gdzie – tak, jak powiedziała – temperatura była o wiele 
wyższa niż na zewnątrz.

– Co to za miejsce? – spytał Orme cicho, jak gdyby czuł respekt czy obawę.
– Grobowce dawnych królów Mur – odparła. – Zaraz zobaczycie – i ponownie wzięła go 

za rękę, gdyż zejście było strome i śliskie.

Szliśmy przez około czterysta jardów, cały czas w dół. Nasze kroki odbijały się głośnym 

echem od ścian  tunelu,  a wokół latarni  krążyły  setki  nietoperzy.  W  końcu doszliśmy do 
miejsca, gdzie korytarz rozszerzał się, tworząc coś w rodzaju areny. Makeda skręciła w prawo 
i zatrzymała się przed jakimiś przedmiotami, z których niektóre połyskiwały biało, mówiąc:

– Patrzcie!
Naszym oczom ukazał się kamienny tron. Na nim i koło niego leżały ludzkie kości. Była 

wśród   nich   czaszka   w   groteskowo   przechylonej   złotej   koronie.   Inne   przedmioty  –  berła, 
pierścienie, naszyjniki, fragmenty zbroi i broń były przemieszane z kośćmi. Wokół tronu 
leżały kręgiem inne szkielety, mogło ich być pięćdziesiąt albo i więcej, i należące do nich 
ozdoby.

Przed każdym z nich stała miedziana lub srebrna taca, na której piętrzyły się drogocenne 

przedmioty,   takie   jak   złote   kubki   i   wazy,   przybory   toaletowe,   naszyjniki,   pektorały, 
bransolety, kolczyki i paciorki wycięte ze szlachetnych kamieni, złote monety i setki innych 
rzeczy cenionych przez ludzi od początków cywilizacji.

– Domyślacie się zapewne – powiedziała Makeda, kiedy gapiliśmy się z rozdziawionymi 

background image

ustami na ten niezwykły widok – że ten na tronie był królem. Ci, którzy leżą wokół niego, 
byli dowódcami jego wojsk, strażnikami i kobietami. Kiedy go grzebano, przyniesiono tu 
jego skarby, przyprowadzono świtę i służbę i zabito. Jeśli zdmuchniecie kurz, przekonacie 
się, że na skale pod szkieletami  nadal widać plamy krwi, a na ich czaszkach  i kościach 
karków widocznie są ślady ciosów mieczy.

Quick, który miał  dociekliwą  naturę, podszedł do szkieletów  i stwierdził, że Makeda 

mówiła prawdę.

– O rany! – powiedział, odkładając czaszkę człowieka, którego zmęczeni najwidoczniej 

oprawcy nie zdołali uśmiercić pierwszym  ciosem.  –  Cieszę się, że nie służyłem dawnym 
królom   Mur.   Ale   ta   zabawa   trwa   w   Afryce   dalej,   bo   kiedy   walczyłem   na   Zachodnim 
Wybrzeżu, natknąłem się na taki grób, który miał nie więcej niż dwa tygodnie, tyle tylko że 
tamtych biedaków pogrzebano żywcem.

– Być może – powiedziała Makeda, kiedy przetłumaczyłem jej uwagę sierżanta. – Ale nie 

sądzę, żeby ten zwyczaj  mógł się spodobać mojemu narodowi  –  roześmiała się, a potem 
rzekła:  –  Chodźmy   dalej,   przyjaciele,   jest   tu   wielu   królów,   a   lampy   nie   będą   się   paliły 
wiecznie.

Jakieś dwadzieścia kroków dalej znaleźliśmy inny tron, a na nim i wokół niego kości, 

leżące tam, gdzie odpadały w miarę rozkładu ciała nieboszczyka. Również wokół tego tronu 
leżały   szkielety   nieszczęśliwców,   którym   wypadło   towarzyszyć   władcy   w   jego   ostatniej 
podróży, a przed każdym z nich stała taca z przedmiotami ze złota i innymi kosztownościami. 
Przed tronem leżały też kości psa z wysadzaną drogimi kamieniami obrożą.

Potem podeszliśmy do trzeciego z kolei pochówku, jeśli można to tak nazwać, gdzie 

Makeda   wskazała   na   szkielet,   przed   którym   stała   taca   z   flakonikami,   zawierającymi 
najwidoczniej   stosowane   niegdyś   leki,   i   kilkoma   prymitywnymi   instrumentami 
chirurgicznymi.

– Powiedz, doktorze –  spytała z uśmiechem  –  czy chciałbyś być nadwornym lekarzem 

dawnych królów Mur, jeśli to miasto nosiło wówczas tę samą nazwę?

–  Nie,   pani,   ale   chciałbym   obejrzeć,   jeśli   pozwolisz,   jego   narzędzia  –  odparłem   i 

włożyłem je do kieszeni. Później znalazłem między tymi instrumentami, wykonanymi nie 
wiem ile tysięcy lat temu  –  gdyż zdania uczonych są w tym względzie podzielone  –  takie, 
które w zmodyfikowanej formie są nadal używane.

Niewiele więcej mam do powiedzenia o tym niesamowitym grobowcu. Przechodziliśmy 

od jednego tronu do drugiego, aż w końcu mieliśmy już dość ciągłego oglądania kości i złota. 
Nawet   Quick,   który   we   wczesnej   młodości   pomagał   ojcu,   wiejskiemu   zakrystianowi,   w 
związku   z   czym,   tak   jak   ja  –  aczkolwiek   z   innych   względów  –  oglądał   szkielety,   z 
profesjonalnym zainteresowaniem, poczuł się znużony. W każdym razie stwierdził, że w tym 
rodzinnym grobowcu jest niemiłosiernie gorąco i jeśli jej wysokość – jak nazywał Makedę – 
pozwoli, to zostawimy resztę nieboszczyków w spokoju i uznamy oględziny za zakończone.

background image

Ale   akurat   wtedy   doszliśmy,   według   moich   wyliczeń,   do   pochówku   numer   25   i 

zatrzymaliśmy   się,   aby   go   obejrzeć,   gdyż   wyglądało   na   to,   że   złożony,   a   właściwie, 
posadzony tam władca był największym spośród znajdujących się w grobowcu. Wskazywał 
na to fakt, że wokół jego tronu znajdowało się prawie trzy razy więcej szkieletów niż wokół 
tronów innych królów i że złożono tam niesamowite skarby, między innymi złote posążki 
przedstawiające mężczyzn  i kobiety, a może bogów, których  czcili poprzedni mieszkańcy 
Mur. Ten potężny władca był jednak garbusem o monstrualnej czaszce. Być może umysł miał 
równie   zdeformowany   jak   ciało,   albowiem   w   czasie   uroczystości   żałobnych   złożono   w 
ofierze nie mniej niż jedenaścioro dzieci, z których dwoje, sądząc ze zniekształconych kości, 
musiało   być   jego   potomkami.   Ciekawe,   co   działo   się   w   Mur   i   okolicach,   kiedy   rządy 
sprawował ów garbus. Niestety, historia milczy na ten temat.

background image

Rozdział X

W świetle zapałki

–  Tutaj zaczynamy zawracać, bo ta jaskinia jest okrągła  –  powiedziała Makeda przez 

ramię.

Ale Oliwera, do którego były skierowane te słowa, nie było przy niej, gdyż za pomocą 

instrumentu, który wyjął z kieszeni, dokonywał pomiarów za tronem garbatego króla.

Podeszła do niego i zapytała z ciekawością, co to za przyrząd i do czego służy.
– Nazywamy to kompasem – odparł Oliwer. – Właśnie pokazuje mi on, że stoimy tyłem 

do wschodu. Pokazuje mi też na jakiej znajdujemy się wysokości nad poziomem morza, to 
znaczy wielkiej wody, której nigdy nie widziałaś, Córko Królów. Powiedz mi teraz, co byśmy 
znaleźli po drugiej stronie, gdybyśmy mogli przejść przez tę skałę?

– Mówiono mi, że znajduje się tam bożek Fungów – odparła. – Ten, którego widzieliście 

przed wysadzeniem bramy Harmaku. Ale w jakiej jest odległości – nie wiem. Doktorze, niech 
pan pomoże mi dolać oliwy do lamp, bo płomień jest już niski, a ci zmarli nie byliby dobrym 
towarzystwem w ciemnościach. Tak przynajmniej myślą moi ludzie, bo żaden z nich nigdy 
nie ośmieli się wejść tutaj. Kiedy, parę lat temu, odkryliśmy tę jaskinię i zobaczyliśmy, co 
zawiera, wszyscy uciekli i zostawili mnie samą. Ale ja obeszłam całą jaskinię. O tu, w kurzu, 
widać ślady moich stóp.

Nalałem oliwy do lamp, a tymczasem Oliwer robił pospiesznie pomiary, których wyniki 

zapisywał w notesie.

–  No i czego się dowiedziałeś, przyjacielu?  –  spytała  Makeda, kiedy w końcu, nieco 

niechętnie, dołączył do nas, gdyż poganiała nas do powrotu.

–  Nie tyle, ile mógłbym się dowiedzieć, gdybyś dała mi więcej czasu, pani  –  odparł, a 

potem dodał tonem wyjaśnienia: – Sprowadzono mnie tu jako inżyniera, to znaczy człowieka, 
który buduje umocnienia, budynki i tak dalej, a to wszystko wymaga pomiarów i obliczeń. Na 
przykład ludzie, którzy wydrążyli albo przystosowali te jaskinie do swoich potrzeb, musieli 
być inżynierami, i to niezłymi.

–  Mamy   takich   ludzi   wśród   nas  –   powiedziała.  –  Wznoszą   tamy,   kopią   rowy 

background image

nawadniające   i   stawiają   domy,   choć   nie   tak   dobre,   jak   w   dawnych   czasach.   Ale   pytam 
ponownie – czego się dowiedziałeś, inżynierze?

– Tylko tego, że znajdujemy się teraz nieco powyżej miasta Harmak, którego położenie 

nad poziomem morza zmierzyłem przypadkiem, kiedy tam byliśmy oraz że za tym tronem 
prawdopodobnie   znajdowało   się  kiedyś  przejście,   które  zostało  później  zamurowane.  Ale 
proszę, pani, abyś o tym nikomu nie mówiła i abyś na razie nie zadawała mi więcej pytań, bo 
nie mogę dać na nie pewnych odpowiedzi.

–  Widzę, że jesteś równie skryty, jak mądry  –  powiedziała z lekkim sarkazmem.  –  No 

cóż, skoro nie chcesz mi zdradzić swoich myśli, zatrzymaj je dla siebie.

Oliwer skłonił się w milczeniu.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Mijaliśmy liczne grupy szkieletów, ale nie zwracaliśmy 

teraz na nie prawie w ogóle uwagi, być może dlatego, że ciężkie, pełne kurzu powietrze 
osłabiło nas. Zauważyłem tylko, a raczej spostrzegawczy Quick zwrócił mi uwagę na fakt, że 
im dłużej szliśmy, tym trony władców otoczone były mniejszą liczbą szkieletów, a ofiary 
złożone u ich stóp były coraz mniej wartościowe. Kiedy minęliśmy pięć czy sześć takich 
grup, liczba szkieletów zmniejszyła się do kilku, na pewno należących do ulubionych żon, 
którym uczyniono ów wątpliwy zaszczyt.

Pod koniec były już tylko szkielety monarchów, i to dość blisko jeden drugiego, a ze 

skarbów zostały tylko regalia i ich osobista biżuteria. Przy kilku ostatnich nawet to zostało 
zastąpione ozdobami ze złotej folii, a miejsce tac z kosztownościami zajęły zwykłe, gliniane 
dzbany, które prawdopodobnie nie zawierały nic oprócz jadła i wina. Na ostatnim zajętym 
tronie,   bo   zostało   jeszcze   kilka   pustych,   leżały   kości,   które  –  sądząc   z   ich   niewielkich 
rozmiarów   i   leżących   wśród   nich   małych   bransolet   –  były   szczątkami   kobiety.   Jej   nie 
towarzyszyły już żadne inne szkielety. Brak było także przy nich jakichkolwiek ofiar.

– Na pewno – powiedziała Makeda, kiedy zwróciłem na to jej uwagę – w owym czasie 

ich państwo podupadło i zbiedniało,  bo inaczej,  po tylu  królach,  nie pozwoliliby rządzić 
kobiecie.   Zresztą,   jak   widać,   uważali,   że   nie   mogą   sobie   pozwolić   na   grzebanie   z   nią 
kosztowności.   Mogło   to   być   po   tym   trzęsieniu   ziemi,   kiedy   w   Mur   zostało   niewielu 
mieszkańców, krótko przed wzięciem go przez nas w posiadanie.

–  A gdzie chowacie zmarłych z twojego rodu, pani?  –  spytał Oliwer, patrząc na puste 

trony.

– O, nie tutaj – odparła. – Mówiłam wam już zresztą, że odkryliśmy to miejsce dopiero 

parę lat temu. Szczątki moich przodków spoczywają w grobach na zewnątrz, a ja wolę spać 
po prostu w ziemi, gdzie będę mogła żyć w trawie i kwiatach, jeśli nie w jakiś inny sposób. 
Ale dość już o śmierci. Niedługo, kto wie, jak szybko, będziemy tacy sami, jak oni – rzekła i 
zadrżała.  –   Tymczasem   jeszcze   oddychamy,  więc   cieszmy   się   tym.   Zobaczyliście   waszą 
zapłatę. Czy jesteście zadowoleni?

–  Jaką zapłatę?  –  spytał Oliwer.  –  Śmierć, nagrodę za życie? Jak mogę odpowiedzieć, 

background image

dopóki nie przekroczę jej bram?

Tę filozoficzną dysputę przerwało nagłe zgaśniecie lampy Quicka.
– Tak też mi się wydawało, że coś nie w porządku z tym cholernym knotem – powiedział 

sierżant  – ale nie mogłem go podkręcić, bo nie ma czym. Te stare lampy oliwne nigdy nie 
były dobre. Oho, doktorze, pańska też zaraz zgaśnie – i zaledwie zdążył to powiedzieć, kiedy 
faktycznie zgasła.

– Knoty! – krzyknęła Makeda. – Zapomnieliśmy zabrać zapasowe knoty, a co bez nich 

zrobimy? Sama oliwa nic nam nie da. Chodźmy szybko, do wyjścia jeszcze daleko, a nikt, z 
wyjątkiem najwyższych kapłanów, nie ośmieli się wejść tutaj, aby nas szukać. – Wziąwszy 
Oliwera za rękę, zaczęła biec. Nie pozostało nam nic innego, jak pobiec za nimi.

– Spokojnie, doktorze, spokojnie – powiedział Quick. – Jak mówi książka, którą państwo 

daje   w   prezencie   podoficerom,   ale   potem   potrąca   jej   koszt   z   ich   zarobków,   w   obliczu 
niebezpieczeństwa   towarzysze   broni   powinni   trzymać   się   razem.   Niech   pan   się   oprze   na 
moim ramieniu. No tak, tak myślałem – im większy pośpiech, tym mniejsza szybkość. Niech 
pan spojrzy  –  wskazał na biegnące  postacie,  teraz już daleko przed nami,  z jedną lampą 
oświetlającą im drogę.

W następnej chwili Makeda odwróciła się, podnosząc lampę i wołając nas. W słabym 

świetle   widziałem   jej   piękną   twarz   i   błyszczące,   srebrne   ozdoby   na   sukni.   Wyglądała 
niesamowicie w tej ogromnej jaskini, ale trwało to ułamek sekundy, bo płomień jej lampy 
zmienił się w czerwoną iskierkę, a potem zgasł.

– Zostańcie na miejscu i krzyczcie od czasu do czasu – zawołał Oliwer. – Zaraz do was 

przyjdziemy.

–  Tak  jest,  panie   kapitanie   –  odpowiedział  sierżant  i   natychmiast  wrzasnął.   Ściany  i 

sklepienie jaskini zaczęły odbijać jego głos echem ze wszystkich stron, tak że niebawem 
zupełnie straciłem orientację.

– W porządku, jesteśmy już blisko – odparł Oliwer, ale jego głos dobiegł z lewej strony, i 

to takiej odległości, że Quick uważał za stosowne wrzasnąć jeszcze raz.

Niedługo usłyszeliśmy Oliwera z prawej strony, a potem z tyłu.
–  Nie można tutaj polegać na głosie, echo jest zbyt mylące  –  powiedział sierżant  –  ale 

chodźmy, zdaje się, że ich zlokalizowałem. – Zawołaliśmy, żeby teraz oni zostali na miejscu i 
poszliśmy w stronę, gdzie naszym zdaniem powinni byli się znajdować.

Efekt był taki, że wkrótce potknąłem się o jakiś szkielet i znalazłem się na ziemi, wśród 

tac z kosztownościami, ściskając czule czaszkę, którą wziąłem za but Quicka.

Podniósł   mnie   jakoś   i   ponieważ   nie   wiedzieliśmy,   co   począć,   usiedliśmy   między 

nieboszczykami   i   zaczęliśmy   nasłuchiwać.   Tymczasem   nasi   towarzysze   znaleźli   się 
widocznie daleko od nas, gdyż głos Orme’a docierał do nas słabo i nie wiadomo z której 
strony.

– Skoro, jak idioci, wyruszyliśmy w takim pośpiechu, że zapomnieliśmy nawet zabrać ze 

background image

sobą zapałki, to nie pozostaje nam nic innego, jak siedzieć i czekać  –  powiedziałem.  –  Na 
pewno ci Abati pokonają w końcu swój strach przed duchami i zaczną nas szukać.

– Sam bym chciał pokonać strach – odparł sierżant. – Te umarlaki nie przeszkadzały mi 

przy świetle, ale w ciemnościach to zupełnie inna sprawa. Nie słyszy pan, jak grzechocą 
piszczelami i gadają coś wokół nas?

– Słyszę coś – powiedziałem – ale to na pewno echo naszych własnych głosów.
–  No   więc   zamknijmy   usta.   Może   one   też   ucichną,   bo   ta   rozmowa   wcale   nie   jest 

przyjemna.

Zamilkliśmy, ale nadal słychać było dziwne mruczenie, dochodzące wyraźnie od ściany 

jaskini   za   naszymi   plecami.   Przypominało   mi   to   coś,   co   już   kiedyś   słyszałem,   choć   nie 
mogłem przypomnieć sobie gdzie. Dopiero potem olśniło mnie, że było to w Galerii Szeptów 
w katedrze św. Pawła w Londynie, którą zwiedzałem, kiedy byłem chłopcem.

Minęło   dobre   pół   godziny   i   nadal   nie   było   żadnego   znaku   ani   Abatich,   ani   naszej 

brakującej pary. Quick zaczął obmacywać swoje ubranie. Spytałem go, co robi.

– Zdaje mi się, doktorze, że powinienem gdzieś mieć zapałkę stearynową. Pamiętam, że 

wymacałem ją w którejś kieszeni kurtki w dniu, kiedy wyjeżdżaliśmy z Londynu. Gdybym 
mógł ją teraz znaleźć! Mamy kupę pochodni, bo cały czas trzymałem ich wiązkę, choć nie 
pomyślałem o nich, kiedy zgasła mi lampa.

Nie   bardzo   wierzyłem   w   tę   jego   zapałkę,   więc   nic   nie   powiedziałem,   ale   sierżant 

kontynuował poszukiwania. Po pewnym czasie wykrzyknął:

– No i jest! Była pod podszewką. Lepek jest cały. Doktorze, niech pan trzyma koło mnie 

pochodnie. Uwaga, ognia! – zapalił zapałkę i przytknął ją do nasyconych żywicą pochodni.

Natychmiast żywo zapłonęły, rozświetlając ciemność. W ich blasku ujrzałem przelotnie 

dziwny,  choć nie pozbawiony uroku widok. Zdaje się, iż zapominałem powiedzieć, że w 
środku pieczary stał ołtarz, prawdopodobnie używany w czasie ceremonii pogrzebowych. Był 
to   prosty   blok   czarnego   kamienia,   z   wyrytym   na   nim   schematycznie   ludzkim   okiem, 
opierający się na, również kamiennych, sfinksach. Wiodły do niego stopnie.

Na   najniższym   z   nich,   wystarczająco   blisko,   byśmy   mogli   ich   wyraźnie   zobaczyć, 

siedzieli   Oliwer   Orme   i   Makeda,   Córka   Królów.   Siedzieli   bardzo   blisko   siebie.   Prawdę 
mówiąc, Oliwer obejmował ją ramieniem i całował w usta.

– W tył zwrot! – syknął sierżant tonem komendy. – Zaczekajmy!
Staliśmy   więc   przez   pewien   czas   tyłem   do   nich,   a   potem,   głośno  kaszląc   z   powodu 

gryzącego dymu pochodni, przeszliśmy na drugą stronę jaskini i przypadkiem natknęliśmy się 
na zbłąkaną parę. Muszę wyznać, że nie wiedziałem, co powiedzieć, ale Quick stanął na 
wysokości zadania.

– Cieszę się, że pana widzę, panie kapitanie – powiedział. – Martwiłem się już o pana, ale 

na szczęście  znalazłem zapałkę pod podszewką kurtki. Gdyby był  tu z nami  profesor, to 
mielibyśmy   zapałek   pod   dostatkiem,   co  jest   argumentem   na   rzecz   tego,   żeby  kopcić   jak 

background image

komin, nawet w towarzystwie dam. Nic dziwnego, że jej wysokość poczuła się słabo, bo 
strasznie tu gorąco. Dobrze, że pan jej nie zostawił samej, panie kapitanie. Musimy ruszać. 
Będzie pan mógł pomóc jej iść? Ja nie mogę, bo zraniłem sobie nogę na zębach jakiegoś 
króla, a poza tym mam całe naręcze pochodni do niesienia. Ale może woli pan, żeby zajął się 
nią doktor? Co pan mówi? Że sam pan się nią zajmie? Takie tu echo, że trudno zrozumieć, co 
ktoś   mówi...   No  dobrze,  chodźmy  już, bo  te  pochodnie  kiedyś   się  skończą,   a chyba  nie 
chciałby pan, żebyśmy spędzili tu całą noc z tą słabą damą? Tym bardziej że Abati mogliby 
powiedzieć,   że   zrobiliśmy   to   celowo.   Niech   pan   weźmie   pod   ramię   jej   wysokość,   panie 
doktorze, i chodźmy. Ja pójdę przodem z pochodniami.

Oliwer nie odpowiedział ani słowem na tę przemowę, tylko spoglądał na nas podejrzliwie 

znad   Makedy,   która   była   najwyraźniej   nieprzytomna.   Ocknęła   się   dopiero,   kiedy 
pospieszyłem jej z pomocą medyczną, ale powiedziała, że pójdzie sama, to znaczy oparta na 
ramieniu Orme’a.

Tak więc w końcu zabraliśmy się stamtąd. Wystarczyło nam pochodni aż do wąskiego, 

idącego w górę korytarza. Kiedy skręciliśmy za załom, zobaczyliśmy w górze palącą się, 
wstawioną w otwór w ścianie, lampę i dalej poszło nam już bez kłopotów.

–  Słuchaj  –  powiedział do mnie z udaną obojętnością Oliwer, kiedy szykowaliśmy się 

wieczorem do snu – zauważyłeś coś szczególnego w Krypcie Królów?

– O tak – odparłem – wiele różnych rzeczy! Oczywiście ja nie jestem takim pasjonatem 

archeologii, jak Higgs, ale uważam, że jest to absolutnie unikatowe miejsce. Gdybym  na 
przykład miał skłonność do romantycznych uniesień, to nie omieszkałbym zwrócić uwagi na 
kontrast między tymi martwymi władcami a ich młodą i piękną następczynią, pełną życia i 
miłości  –  tu   Oliwer   spojrzał   na   mnie   podejrzliwie  –  miłości   do   swego   ludu,   która 
niewątpliwie...

–   Daj   spokój!   Nie   chcę   słuchać   wykładu   z   filozofii,   podpartego   przykładami 

historycznymi. Interesuje mnie, czy zauważyłeś coś oprócz szkieletów i złota, kiedy ten osioł 
Quick nagle włączył światło... to znaczy chciałem powiedzieć, kiedy zapalił tę zapałkę, którą 
na nieszczęście miał w kieszeni.

Poddałem się i zaprzestałem uników.
– No dobrze, skoro chcesz znać prawdę – powiedziałem – to ja sam nie zauważyłem zbyt 

wiele, bo wzrok mam już nie najlepszy. Ale sierżantowi, który ma sokole oczy, wydawało się, 
że całujesz Makedę. Twoje późniejsze zachowanie zdaje się potwierdzać, że się nie mylił. 
Poza tym wyjaśnia to pewne dziwne odgłosy, które słyszeliśmy przed zapaleniem pochodni. 
Właśnie   dlatego   sierżant   zaproponował,   żebyśmy   odwrócili   się   tyłem.   Ale,   oczywiście, 
możemy być w błędzie. Chcesz powiedzieć, że sierżantowi przywidziało się to wszystko?

Oliwer   zaczął   przeklinać   sierżanta   i   życzyć   jego   zmysłowi   wzroku   wszystkigo 

najgorszego, ale potem, w przypływie szczerości, jako że wykręty nigdy nie były jego mocną 
stroną, wyznał:

background image

–  Nie   jesteście   w   błędzie.   Ja   i   Makeda   kochamy   się   i   wyszło   to   na   jaw   w   tych 

ciemnościach. Myślę, że to niezwykłe otoczenie tak na nas podziałało.

– Z moralnego punktu widzenia bardzo mnie to cieszy –  powiedziałem  –  bo uścisków 

powstałych tylko pod wpływem niezwykłego otoczenia nie można pochwalać. Ale z każdego 
innego punktu, w naszym obecnym położeniu, ta sytuacja wydaje mi się okropna, chociaż 
Quick, który jest nadzwyczaj bystrym obserwatorem, ostrzegał mnie przed tym od samego 
początku.

– Niech diabli  porwą Quicka!  –  wykrzyknął Orme.  –  Jeszcze dziś dam mu miesięczne 

wypowiedzenie.

–  Nie radzę  –  odparłem  –  bo wtedy zmusisz go, żeby przyjął służbę u Barunga, gdzie 

byłby dla nas bardzo groźny. Słuchaj, Oliwerze, daj spokój żartom, bo sprawa jest bardzo 
poważna.

–  Dlaczego? Co w tym złego?  –  oburzył się.  –  Oczywiście, ona jest w jakiejś części 

Żydówką a ja chrześcijaninem, ale to nie jest bariera nie do pokonania. Poza tym ona jest 
królową, ale zupełnie nie liczącego się kraju. W Europie bylibyśmy równi sobie. A to, że jest 
ze Wschodu, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. W każdym razie przynajmniej w twoich 
oczach nie powinno to być żadną przeszkodą. A jeśli chodzi o resztę, to czy kiedykolwiek 
spotkałeś tak piękną kobietę?

–   Nigdy!   –  odparłem   z   przekonaniem.   –  Co   prawda   każdy   zakochany   uważa   swoją 

wybrankę za najpiękniejszą kobietę na świecie, ale przyznaję, że twoja jest chyba najbardziej 
oryginalną i czarującą ze wszyskich, jakie spotkałem w Afryce Środkowej. Wątpię tylko, czy 
będzie to jakimś pocieszeniem dla mnie i dla Quicka, kiedy będą podrzynali nam gardła, choć 
dla ciebie może tak. Słuchaj, Orme, czy nie mówiłem ci jakiś czas temu, że jedyne, czego ci 
stanowczo nie wolno robić, to zalecać się do Córki Królów?

– Tak? Nie przypominam sobie. Mówiłeś mi tyle różnych rzeczy – odparł dość chłodno, 

ale nagły rumieniec zdradził go.

W   tym   momencie   Quick,   którego   wejścia   nie   zauważyliśmy   w   ferworze   rozmowy, 

kaszlnął sucho i powiedział:

–  Niech pan nie wini, doktorze, pana kapitana za to, że sobie nie przypomina. Nic nie 

szkodzi   bardziej   pamięci   niż   wstrząs   spowodowany   wybuchem.   Sam   nieraz   widziałem 
podczas   wojny   burskiej,   jak   po   wybuchu   wielkiego   pocisku   najdzielniejsi   żołnierze 
zapominali, że mają obowiązek zostać na miejscu a nie uciekać jak króliki. Nawet mnie się to 
zdarzyło.

Roześmiałem się, a Oliwer powiedział coś, czego nie dosłyszałem, lecz Quick mówił 

dalej, nie speszony:

–  Ale   fakt   jest   faktem   i   jeśli   pan   kapitan   zapomniał,   to   tym   bardziej   trzeba   mu   to 

przypomnieć. Tamtego wieczoru, w domu profesora w Londynie, ostrzegł go pan, ale pan 
kapitan odpowiedział, że uroki tej Murzynki nie wchodzą w rachubę...

background image

–  Murzynki!   –  wykrzyknął   Orme.  –  Nigdy  nic   takiego   nie   powiedziałem,   nawet   nie 

pomyślałem. To bezczelność z waszej strony wkładać mi w usta takie słowa. Murzynka! Coś 
takiego! To profanacja.

–  Bardzo przepraszam, panie kapitanie. Teraz, kiedy się zastanowiłem, przypomniałem 

sobie, że powiedział pan  „uroki tej czarnej damy”. A ja prosiłem, żeby pan nie był  zbyt 
pewny siebie, bo jeszcze może się tak stać, że będzie pan za nią łaził na kolanach, a ja sam, 
Samuel Quick, będę zamykał pochód. No i proszę, stało się, jak mówiłem, a najgorsze w tym 
jest to, że nie mogę pana winić, bo jak przepowiedziałem w tym proroctwie  –  choć wtedy 
jeszcze nie wiedziałem, że to proroctwo –  sam jestem w takim stanie, choć, oczywiście, z 
należnym szacunkiem, to znaczy zamykam pochód.

– Chyba nie chcecie mi powiedzieć, że się zakochaliście w Córce Królów? – rzekł Oliwer 

spoglądając na groźne oblicze sierżanta.

– Za przeproszeniem, panie kapitanie, właśnie to chcę powiedzieć. Jeśli na królową może 

patrzeć kot, to dlaczego nie może się w niej zakochać człowiek? Tak czy inaczej, moja miłość 
na pewno nie będzie konkurować z pańską. Dla mnie ta miłość oznacza stanie na warcie, a 
może cios nożem w brzuch, a dla pana... no cóż, widzieliśmy to dzisiaj w jaskini, choć jak to 
się skończy, trudno przewidzieć. Mimo to, panie kapitanie, jako ten, który do tej pory nie 
oglądał się za kobietami, mówię, niech pan się zabiera energicznie do dzieła, nawet gdyby 
miało   się   to   źle   skończyć,   bo   ta   pani,   choć   pół-Żydówka,   a   ja   nie   znoszę   Żydów,   jest 
najlepszą,   najmilszą,   najpiękniejszą   i   najdzielniejszą   kobietą,   jaką   kiedykolwiek   nosiła 
Ziemia.

W tym momencie Oliwer złapał go za rękę i potrząsnął nią gorąco. Mogę dodać, że coś z 

jego opisu musiało dojść do uszu Makedy, bo od tej pory, aż do samego końca, traktowała 
sierżanta z – jak to nazywają Francuzi – „nadzwyczajnymi względami”.

Ale ja nie byłem zakochany i nikt nie potrząsał moją ręką, więc zostawiwszy tych dwóch, 

aby mogli   do woli  roztrząsać   cnoty  i  zalety Córki  Królów, poszedłem  spać,  wypełniony 
najgorszymi przeczuciami. Jakiż ze mnie głupiec, myślałem, że nie zażądałem kategorycznie 
od   Higgsa,   by   towarzyszący   nam   ekspert   od   materiałów   wybuchowych   był   człowiekiem 
żonatym. Kiedy jednak głębiej się nad tym zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że może 
nie   tylko   nie  polepszyłoby   to  sprawy,   ale   jeszcze   mogłoby   przysporzyć  kłopotów  natury 
etycznej, gdyż nawet żonaci bywają czasem słabi.

Prawda była taka, że Makeda była wybitnie atrakcyjną kobietą. Wyjątkowej piękności 

towarzyszył   osobisty   urok   i   siła   charakteru.   Poza   tym   jej   sytuacja   musiałaby   poruszyć 
każdego prawdziwego mężczyznę. Mimo całej otaczającej ją pompy, była w istocie zupełnie 
bezradna   i   bezbronna   i   zupełnie   samotna   wśród   narodu   tchórzy,   których   bezskutecznie 
usiłowała ocalić, a gdyby udało się jej, razem z nimi, uniknąć zagłady, czekał ją smutny i 
odrażający   los,   mianowicie   małżeństwo   z   tym   grubym   fanfaronem,   jej   własnym   wujem. 
Wszyscy doskonale wiemy, jakiemu uczuciu bliskie jest współczucie, a katastrofa nastąpiła 

background image

trochę szybciej, niż się spodziewałem. To wszystko.

Niewątpliwie ten dzielny i przystojny młody Anglik, który trafił pod jej opiekę chory, po 

dokonaniu wielkiego czynu, musiał w porównaniu z mężczyznami, którzy ją dotąd otaczali, 
wydawać się jej prawdziwym księciem z bajki. Pomagała go pielęgnować, a on okazywał 
wdzięczność za jej uprzejmość i łaskawość, więc to, co nastąpiło, musiało nastąpić, jak dzień 
po nocy.

Ale jak to się skończy? Wcześniej czy później ten sekret musi się wydać, bo i tak już 

szlachta Abatich, jeśli mogę ich tak, z braku lepszego terminu, nazwać, a szczególnie książę 
Jozue, zaczęła być zazdrosna o względy, które temu przybłędzie okazywała ich pani, i pilnie 
obserwowała oboje, i co się później stanie? Według prawa Abatich każdego spoza ściśle 
określonego stopniem pokrewieństwa kręgu, kto ośmielił się igrać z uczuciami Córki Królów, 
czekała śmierć. Nie było w tym zresztą niczego dziwnego, bo przecież zasiadała ona na tronie 
ze względu na swe rzekomo bezpośrednie pochodzenie od Salomona i pierwszej Makedy, 
królowej Saby, a zatem nie można było dopuścić do najmniejszej nawet domieszki obcej krwi 
w rodzie panującym.

Co   więcej,   złożywszy   przysięgę   na   wierność   i   posłuszeństwo,   Orme   znalazł   się   pod 

rządami   ich   prawa.   Na   koniec,   znając   charakter   obojga,   nie   mogłem   mieć   najmniejszej 
nadziei, że jest to tylko przelotny flirt.

Bez wątpienia tam, w Grobowcu Królów, ci dwoje podpisali sami na siebie, a przy okazji 

na mnie i na Quicka, wyrok śmierci. Taki będzie musiał być koniec naszej przygody i moich 
długich poszukiwań zaginionego syna.

background image

Rozdział XI

Próba ratunku zawodzi

Śniadanie następnego ranka spożywaliśmy w dosyć ponurym nastroju. Za milczącą zgodą 

nikt z nas nie napomknął nawet słowem o zdarzeniach z poprzedniego dnia ani o naszej 
rozmowie przed snem.

Prawdę mówiąc, nie prowadziliśmy w ogóle żadnej rozmowy zasługującej na to miano, 

bo nie wiedząc, co dalej robić, uznałem, że najlepiej pokażę swój stan ducha, zachowując 
surowe   milczenie,   Quick   zdawał   się   pogrążony   w   filozoficznej   zadumie,   a   Orme   był 
podniecony   i   roztargniony,   jak   gdyby   tworzył   jakiś   poemat,   co   chyba   faktycznie   miało 
miejsce. W samym  środku tego smętnego posiłku zjawił się posłaniec z wiadomością, że 
Walda Nagasta chciałaby nas przyjąć za pół godziny.

Obawiając   się,   by  Orme   nie   powiedział   czegoś   głupiego,   odpowiedziałem   krótko,   że 

stawimy się wedle życzenia i posłaniec wyszedł, a my zachodziliśmy w głowę dlaczego chce 
się z nami zobaczyć.

W   oznaczonym   czasie   wprowadzono  nas   do   małej   sali   audiencjonalnej.   Kiedy 

przekraczaliśmy próg, szepnąłem do Oliwera:

– W imię twojego własnego, jej i nas dobra zaklinam cię, żebyś był ostrożny. Zwracają 

uwagę nie tylko na twoje słowa, ale i na twoją twarz.

– W porządku, stary – odparł, rumieniąc się nieco. – Możesz być o to spokojny.
– Chciałbym, żeby tak było – mruknąłem.
Potem skłoniliśmy się ceremonialnie Makedzie, która siedziała w otoczeniu paru sędziów 

i dowódców, w tym księcia Jozuego, rozmawiając z dwoma pospolicie wyglądającymi ludźmi 
w   prostych,   brązowych   szatach.   Powitała   nas   i,   po   zwykłej   wymianie   uprzejmości, 
powiedziała:

– Przyjaciele, wezwałam was z takiego oto powodu. Kiedy ludzie ci prowadzili zdrajcę 

Szadracha na egzekucję, poprosił o chwilę zwłoki. Zapytany o powód, jako że jego prośba o 
ułaskawienie   została   odrzucona,   odparł,   że   jeśli   darują   mu   życie,   to   powie,   jak   można 
uratować waszego przyjaciela.

background image

– Jak? – spytaliśmy jednocześnie Orme i ja.
– Nie wiem – odpowiedziała – ale na szczęście ci ludzie postąpili mądrze i wstrzymali się 

z wykonaniem wyroku. Wprowadźcie go – rzuciła służbie.

Otworzyły się drzwi i wszedł Szadrach z rękami związanymi na plecach i w kajdanach na 

nogach. Był to zupełnie inny Szadrach niż w czasie podróży do Mur. Miał rozbiegane oczy i 
szczękał zębami, a padłszy na twarz przed Waldą Nagastą, zwinął się i usiłował pocałować 
but Orme’a. Strażnicy podnieśli go z powrotem na nogi a Makeda powiedziała:

– Co masz nam do powiedzenia, nim umrzesz, zdrajco?
– To sekret, o Pączku Róży. Czy muszę mówić w obecności tylu osób?
– Nie – odparła i kazała większości z obecnych, włączając w to katów i żołnierzy, opuścić 

salę.

–  Ten   człowiek   jest   niebezpieczny   i   nie   będzie   go   komu   powstrzymać  –  powiedział 

nerwowo Jozue.

–  Ja się nim zajmę, wasza wysokość  –  odparł Quick w swej marnej arabszczyźnie  i 

stanąwszy za Szadrachem dodał po angielsku: – No a teraz, Kotku, zachowuj się grzecznie, 
bo pożałujesz.

Kiedy   wszyscy,   którym   Makeda   kazała   to   zrobić,   opuścili   salę,   ponownie   kazano 

Szadrachowi   wyjaśnić   w   jaki   sposób   można   uratować   człowieka,   którego   wydał   w   ręce 
Fungów.

– W taki oto sposób, Córko Królów – odparł. – Czarne Okna uwięziony jest, jak wiemy, 

we wnętrzu bożka.

– Skąd o tym wiesz?
–  Wiem, o pani, a zresztą powiedział tak sułtan, prawda? Otóż mogę pokazać tajemną 

ścieżką do tego bożka. Ja, zwany Kotem, ponieważ potrafię się tak dobrze wspinać, odkryłem 
tę ścieżkę, kiedy byłem chłopcem, i potem, kiedy schwytali mnie Fungowie i rzucili lwom na 
pożarcie, skąd mam te blizny na twarzy, skorzystałem z niej i uciekłem. Daruj mi życie, o 
Córko Królów, a pokażę wam tę ścieżkę.

–  Nie   wystarczy   pokazać   ścieżkę  –  powiedziała   Makeda.  –  Musisz,   psie,   ocalić 

przybysza, którego zdradziłeś. Jeśli tego nie zrobisz, umrzesz. Rozumiesz?

– To ciężkie słowa, pani – odparł. – Czy jestem Bogiem, żeby obiecywać, że ocalę tego 

obcego, który może już nie żyje? Ale zrobię, co będę mógł, bo wiem, że jeśli mi się nie uda, 
zginę, a jeśli mi się powiedzie, oszczędzisz mnie. W każdym razie pokażę wam drogę do 
miejsca, gdzie jest, czy był, uwięziony, ale ostrzegam, że jest ona bardzo trudna.

– Tam, gdzie ty pójdziesz, my też możemy iść  – powiedziała Makeda.  – Powiedz nam 

teraz, co trzeba zrobić.

Wyjaśnił więc, a kiedy skończył, wtrącił się książę Jozue, mówiąc, iż nie przystoi, by 

Córka   Królów   narażała   swą   świętą   osobę   na   takie   niebezpieczeństwo.   Wysłuchała   jego 
sprzeciwów, a potem podziękowała za troskę.

background image

– Mimo to pójdę tam – powiedziała. – Nie ze względu na tego obcego, którego nazywają 

Czarne Okna, ale dlatego, że jeśli istnieje jakieś sekretne wyjście z Mur, to muszę je znać. 
Zgadzam się jednak z tobą, drogi wuju, że nie mogę się udać w taką drogę bez ochrony i 
dlatego proszę, żebyś był gotów w południe wyruszyć z nami, gdyż jestem pewna, że przy 
tobie wszyscy będziemy bezpieczni.

Jozue zaczął się wykręcać, ale nie chciała go słuchać.
– Nie, nie – powiedziała. – Jesteś zbyt skromny. To sprawa honoru Abatich. Tym, który 

zdradził i wydał Czarne Okna, był, niestety, Abati i Abati, a mianowicie ty, musi go ocalić. 
Często mówiłeś mi, wuju, jak świetnie wspinasz się po skałach. Teraz będziesz mógł się 
popisać swymi umiejętnościami i odwagą przed tymi przybyszami. To rozkaz, nie mów już 
nic więcej – wstała, dając tym znak, że audiencja skończona.

Tego samego popołudnia Szadrach, znanymi tylko sobie ścieżkami, poprowadził naszą 

małą grupę ku krawędzi zachodniej ściany płaskowyżu Mur. Co najmniej tysiąc pięćset stóp 
pod nami rozciągała się wielka równina, na której, w odległości kilku mil, widać było miasto 
Harmak. Nie było jednak widać sfinksa w dolinie, gdyż zasłaniała go zwisająca nad nim 
skała.

– No i co teraz? – spytała Szadracha Makeda, która miała na sobie prosty, chłopski strój 

ze skór owczych, a mimo to wyglądała uroczo.  –  Tu jest skała, tam równina. Nie widzę 
żadnej łączącej je ścieżki, a mój mądry wuj powiada, że nigdy o takiej nie słyszał.

– Pani –  odparł Szadrach  –  teraz ja muszę przejąć dowództwo, a wy musicie pójść za 

mną. Ale najpierw sprawdźmy, czy nic i nikogo nie brakuje.

Potem obszedł dookoła całą grupę i policzył  wszystkich. Było nas ogółem szesnaście 

osób: Makeda, książę Jozue, my trzej, uzbrojeni w karabiny i rewolwery, Szadrach i kilku 
górali,   wybranych   ze   względu   na   umiejętność   wspinaczki   i   odwagę,   bo   nawet   w   Mur 
zachowali się dzielni ludzie, szczególnie między pasterzami i myśliwymi, którzy żyli wśród 
skał. Ci dzielni przewodnicy obładowani byli  linami, lampami  i lekkimi drabinami, które 
można było łączyć razem.

Kiedy   wszystko   sprawdzono   i   wypróbowano   drabiny,   Szadrach   podszedł   do   kępy 

rzadkich krzaków rosnących na samej krawędzi przepaści. Znalazł wśród nich duży, płaski 
kamień.   Po   odsunięciu   kamienia   ukazały   się   prowadzące   w   dół   schody,   aczkolwiek   ich 
stopnie były bardzo zniszczone potokami płynącej tędy niewątpliwie w porze deszczowej 
wody.

– To jest droga, którą dla jakiś swoich celów wykonali starożytni – wyjaśnił Szadrach. – 

Jak już mówiłem, odkryłem ją przypadkiem, kiedy byłem chłopcem. Ale jeśli ktoś się boi, 
niech na nią nie wchodzi, bo jest bardzo stroma i trudna.

Jozue, który miał już dość długiej jazdy, a potem marszu przez góry do skraju przepaści, 

zaczął   żarliwie   namawiać   Makedę,   aby   porzuciła   zamiar   zejścia   do   tej   strasznej   dziury. 
Oliwer poparł go, mówiąc niewiele, ale za to rzucając dużo wymownych spojrzeń, gdyż w 

background image

tym punkcie, choć z odmiennych przyczyn, zgadzał się całkowicie z księciem.

Ale nie chciała ich słuchać.
– Drogi wuju – powiedziała – któż by się bał przy tobie, takim doświadczonym „góralu”? 

Skoro   doktor,   który   mógłby   być   naszym   ojcem   (jeśli   chodzi   o   Jozuego,   to   nie   było   to 
prawdą), chce iść, to ja też chyba mogę? Poza tym, gdybym tu została, to na pewno chciałbyś 
zostać ze mną, aby mnie chronić i nigdy bym sobie nie wybaczyła, że pozbawiłam cię okazji 
wzięcia udziału w takiej przygodzie. Zresztą, tak jak ty, ja też lubię wspinaczki. Chodźmy, 
szkoda czasu.

Powiązaliśmy się więc linami. Pierwszy szedł Szadrach, za nim Quick, który, jako jego 

strażnik, nie chciał słyszeć o innej kolejności, i paru górali z drabinami, lampami, oliwą, 
jedzeniem i innymi przedmiotami. Potem, w drugiej grupie, dwóch górali, Oliwer, Makeda, ja 
i Jozue. Pozostali górale zamykali pochód, niosąc zapasowe drabiny, liny, i tak dalej.

Mimo   iż   schody   były   prawie   pionowe   i   zniszczone,   przez   pierwszych   dwieście   stóp 

nikomu z nas, oprócz Jozuego, schodzenie nie sprawiało trudności. Słyszałem za plecami jego 
sapanie i narzekania. Potem zaczynał się chodnik biegnący stromo na wschód i po około 
pięćdziesięciu krokach kończący się drugim szybem o takiej samej głębokości, jak pierwszy. 
Stopnie były tu o wiele bardziej starte, najpewniej w wyniku działania wody, sączącej się ze 
ścian szybu. Dodatkową trudność sprawiał fakt, że wdzierające się z dołu powietrze stale 
groziło zgaszeniem lamp.

Przy końcu szybu zachowały się tylko nieliczne stopnie i schodzenie stało się bardzo 

niebezpieczne. W pewnym momencie Jozue pośliznął się i z okrzykiem przerażenia runął w 
dół.   Spadł   prosto   na   mnie   i   gdybym   akurat   nie   miał   dobrego   oparcia   dla   rąk   i   nóg, 
wpadlibyśmy obaj na Makedę i wszyscy stoczyli się w przepaść, prawdopodobnie ponosząc 
śmierć na miejscu.

Wytrzymałem jednak to niespodziewane uderzenie w plecy, a tymczasem Jozue zacisnął 

ramiona   wokół   mojej   szyi   i   byłby   niechybnie   mnie   udusił,   gdyby   nie   nadeszli   górale 
posuwający się za nami i nie uwolnili mnie od niego akurat w chwili, kiedy byłem już bliski 
omdlenia. Kiedy go odciągnęli i wzięli między siebie, bo powiedziałem, że nie zrobię ani 
kroku dalej, jeśli będę znowu miał go za plecami, zeszliśmy po drabinie postawionej przez 
pierwszą grupę na drugi poziom, gdzie zaczynał się inny, również biegnący na wschód, długi 
chodnik, zakończony zejściem do trzeciego szybu.

Tutaj pojawił się wielki problem, co zrobić z księciem Jozue, który zaklinał się, że nie 

pójdzie dalej i domagał się, aby odprowadzono go z powrotem na szczyt, choć Szadrach 
zapewniał   go,   że   od   tego   miejsca   droga   jest   o   wiele   łatwiejsza.   W   końcu   musieliśmy 
przedstawić tę sprawę Makedzie, która szybko ją rozwiązała.

– Drogi wuju – rzekła – mówisz, że nie możesz iść dalej, natomiast my nie możemy tracić 

czasu i czekać na ludzi, którzy musieliby cię odprowadzić. Dlatego wydaje się, że będziesz 
musiał tu zostać i poczekać na nasz powrót. Gdybyśmy nie wrócili, postaraj się sam wdrapać 

background image

na górę. Żegnaj wuju. To miejsce jest bezpieczne i wygodne, więc postąpisz rozsądnie, jeśli 
zostaniesz tu i trochę odpoczniesz.

– Kobieto bez serca! – zagulgotał Jozue, trzęsąc się ze strachu i wściekłości jak galareta. 

–  Zostawiłabyś   swego   narzeczonego   samego   w   tej   wstrętnej   dziurze   i   poszła   z   obcymi, 
wspinając się jak dzika kotka po skałach? Jeśli ja muszę zostać, ty też zostań.

– Nic z tego! – odparła stanowczo Makeda. – Miałabym tu zostać, żeby potem mówiono, 

że Córka Królów bała się iść tam, gdzie poszli jej goście?

Skończyło się na tym, że Jozue powędrował dalej w środku trzeciej grupy, złożonej z 

górali, którzy praktycznie musieli go nieść.

Szadrach  mówił   prawdę.   Z   jakiegoś   powodu   schody   były   dalej   w   znacznie   lepszym 

stanie, tyle że wydawało się, iż nigdy się nie skończą. Obliczyłem, że zanim dotarliśmy do 
celu, przebyliśmy dobrych dwanaście tysięcy stóp szybami we wnętrzu góry. Wreszcie, kiedy 
byłem już skrajnie wyczerpany a Makedzie zaczynało brakować tchu i musiała iść wsparta na 
ramieniu Oliwera, ciągnąc mnie za sobą jak psa na sznurku, zobaczyliśmy strumyk światła 
wpadający przez mały otwór do tunelu. U wejścia do kolejnego szybu zastaliśmy czekających 
na nas Szadracha i resztę. Skłonił się i powiedział, że musimy się odwiązać, zostawić lampy i 
iść za nim. Oliwer spytał go dokąd prowadzi ostatni szyb.

–  Na jeszcze niższy poziom,  panie  –  odpowiedział  –  ale nie można  tam zejść, gdyż 

kończy się on rozpadliną, w której Fungowie trzymają święte lwy.

–   Ach   tak!   –  powiedział   Oliwer   i   szybko   spojrzał   na   Quicka,   który   skinął   głową   i 

gwizdnął.

Potem poszliśmy za Szadrachem i wkrótce znaleźliśmy się na tarasie o rozmiarach kortu 

tenisowego, który natura lub ręka człowieka wydrążyła w zboczu góry. Podszedłszy do skraju 
tarasu, gdzie rosły paprocie i kilka gęstych, zielonych krzewów, kryjących nas doskonale 
przed wzrokiem ewentualnych obserwatorów, zobaczyliśmy, że od tego miejsca skała opada 
prostopadle na głębokość kilkuset stóp. Nie widzieliśmy jednak zbyt dobrze, co kryje się w tej 
ziejącej otchłani, po części dlatego, że pogrążona była w cieniu, a po części z innego powodu.

Otóż z przepaści wznosiła się podłużna, czarna skała, którą początkowo wzięliśmy za 

zaokrąglone wzgórze. Sterczał z niej potężny blok kamienny, zakończony czymś w rodzaju 
postrzępionego   krzaka   wielkości   niezłego   domku.   Koniec   owego   bloku   znajdował   się 
dokładnie naprzeciw nas, odległy nie więcej niż o trzydzieści – czterdzieści stóp.

– Co to jest? – spytała Makeda Szadracha, oddając jednemu z górali kubek, z którego piła 

wodę.

– Nic innego, o Waldo Nagasto, jak tył potężnego posągu boga Fungów, który ma postać 

lwa – odparł Szadrach. – Ten wielki blok skalny o końcu podobnym do krzaka to jego ogon. 
Na pewno z tej platformy, na której teraz stoimy, dawni kapłani, w czasach, kiedy władali 
jeszcze i równiną, i Mur, oglądali to, co chcieli zobaczyć, sami nie będąc widziani. Spójrz, o 
pani –  wskazał na wyżłobienia w skale –  myślę, że kiedyś był tu ruchomy most łączący tę 

background image

platformę z końcem ogona, choć musiał zbutwieć dawno temu. Ale i bez niego przechodziłem 
tą drogą.

Popatrzyliśmy na niego ze zdumieniem. W ciszy, która potem nastąpiła, usłyszałem głos 

Makedy szepczącej do Oliwera:

– Może tędy uciekł od Fungów, a może w ten sposób spotykał się z nimi, jako ich szpieg.
–  A   może   jest   zwykłym   kłamcą  –  wtrącił   Quick,   który   również   usłyszał   jej   słowa. 

Wyjaśnienie Quicka wydawało mi się najbardziej przekonujące.

–  Czyż nie obiecałem ci, pani, uratować Czarne Okna? Posłuchaj zatem, co powiem  – 

rzekł Szadrach. – Tym, których więżą wewnątrz posągu, Fungowie pozwalają przechadzać się 
bez straży rano i wieczorem po jego grzbiecie. Tak przynajmniej postępują z panem Czarne 
Okna... Nie pytaj mnie, pani, skąd o tym wiem, ale to prawda. Przysięgam na swoje życie, 
które chcę ocalić. A oto mój plan. Mamy ze sobą drabinę, która sięgnie stąd do ogona bożka. 
Kiedy pan Czarne Okna pokaże się na grzbiecie posągu, co – jeśli żyje – na pewno zrobi, bo 
człowiek siedzący cały dzień w ciemnicy kocha światło i świeże powietrze, wtedy paru z nas 
musi tam przejść i wrócić z nim. Chyba najlepiej by było, żebyś to zrobił ty, panie – zwrócił 
się do Orme’a – bo gdybym poszedł ja sam, czy nawet z paroma ludźmi, to po tym, co się 
stało, pan Czarne Okna mógłby mi nie ufać.

– Głupcze – przerwała mu Makeda – przecież nikt nie zdoła tego zrobić?
– O pani, nie jest to takie trudne, jak się wydaje. Parę kroków nad przepaścią, a potem ze 

sto stóp po ogonie, który jest płaski u góry i tak szeroki, że można  po nim nawet biec, 
zwracając tylko uwagę na wycięcia, l nic więcej. No ale jeśli pan Orme boi się, choć nie 
sądzę, bo tyle słyszałem o jego odwadze... – łotr wzruszył ramionami i przerwał.

– Jeśli się boi... – powiedział Oliwer. – Wcale się nie wstydzę, że czuję lęk przed taką 

przeprawą. Ale jeśli będzie trzeba, to pójdę tam, jednak nie wcześniej nim zobaczę mojego 
brata samego na tej skale, bo może to być podstęp, żeby wydać mnie Fungom, wśród których, 
jak wiem, masz przyjaciół.

– To szaleństwo. Nie pójdziesz – powiedziała Makeda. – Spadniesz i roztrzaskasz się. Nie 

pójdziesz – mówię.

– A dlaczego miałby nie iść, siostrzenico? – wtrącił się Jozue. – Szadrach ma rację, dużo 

słyszeliśmy o odwadze tego goja. Niech pokaże, co potrafi.

– Dobrze, wuju –  naskoczyła na księcia jak tygrys.  –  Ale ty pójdziesz z nim. Trzeba 

udowodnić, że wśród starożytnego  plemienia  Abatich  są tacy,  którzy nie cofną się przez 
zrobieniem tego, co ośmieli się zrobić jakiś „goj”.

Usłyszawszy to, Jozue natychmiast umilkł. Nie pamiętam, czy jeszcze mówił coś albo 

robił w związku z tym, co było potem.

Nastąpiła cisza, w której Oliwer usiadł i zaczął ściągać buty.
– Dlaczego to robisz, przyjacielu? – spytała zdenerwowana Makeda.
– Dlatego, pani –  odparł  –  że jeśli muszę tam iść, to bezpieczniej będzie zrobić to w 

background image

skarpetkach. Nie obawiaj się, pani – dodał łagodnie – od dzieciństwa jestem przyzwyczajony 
do takich sztuczek i kiedy służyłem w armii mojego kraju, z przyjemnością uczyłem tego 
żołnierzy, choć faktem jest, że to zadanie jest znacznie trudniejsze niż wszystko, co robiłem 
do tej pory.

– Mimo to boję się – powiedziała.
Tymczasem Quick też usiadł i zaczął zdejmować buty.
– Co robicie, sierżancie? – spytałem.
– Przygotowuję się, doktorze, towarzyszyć panu kapitanowi w tej wyprawie.
– To nonsens – powiedziałem. – Jesteście za stary na taki sport. Jeśli już ktoś powinien 

tam iść, to raczej ja, bo przecież może też tam być mój syn. Mimo to nie mam zamiaru 
próbować, bo wiem, że zakręciłoby mi się w głowie i w sekundę byłbym martwy na dole, co 
tylko przygnębiłoby wszystkich.

–  Oczywiście  –  wtrącił   Oliwer,   który   słyszał   naszą   rozmowę.  –  Ja   tu   rozkazuję   i 

zabraniam wam obu iść za mną. Pamiętajcie, sierżancie, że gdyby mi się coś przydarzyło, to 
macie obowiązek zająć się materiałami wybuchowymi i wykorzystać je, jeśli będzie trzeba. 
Oprócz mnie, tylko wy się na tym znacie. A teraz idźcie dopilnować przygotowań i obmyślcie 
plan kampanii, bo chcę odpocząć i muszę mieć spokój. Moim zdaniem Szadrach blaguje i nie 
zobaczymy w ogóle profesora, ale na wszelki wypadek trzeba być przygotowanym.

A   zatem   poszliśmy   z   Quickiem   dopilnować,   aby   mocno   związano   dwie   drabiny. 

Przywiązaliśmy też na wierzchu parę desek, które mieliśmy ze sobą, żeby można było łatwiej 
przejść   po   nich.   Spytałem,   czy   pójdzie   jeszcze   ktoś   oprócz   Orme’a   i   Szadracha,   ale   nie 
otrzymałem  odpowiedzi,  ponieważ   wszyscy  bali  się   przeprawy  nad  przepaścią.   W  końcu 
jednak zgłosił się człowiek o imieniu Jafet, jeden z górali, któremu Córka Królów obiecała 
darować za to kawałek ziemi i uroczyście przyrzekła wobec wszystkich, że w przypadku jego 
śmierci przekaże tę ziemię jego rodzinie.

Kiedy   wszystko   było   już   gotowe,   zapanowało   głuche   milczenie,   gdyż   mieliśmy   tak 

napięte   nerwy,   że   nie   byliśmy   w   stanie   rozmawiać.   Ciszę   tę   przerwał   nagie   groźny   ryk 
wydobywający się z dna przepaści.

– Teraz jest pora karmienia świętych lwów, które Fungowie trzymają w zagrodzie przy 

cokole posągu  –  wyjaśnił Szadrach. Potem dodał:  –  Jeśli nie uda nam się go uratować, to 
myślę, że dziś w nocy rzucą go im na pożarcie. Jest pełnia księżyca, więc obchodzą dziś 
święto. Ale może być, że zaczekają do następnej pełni, kiedy zjadą się na modły wszyscy 
Fungowie.

Informacja ta nie podniosła oczywiście nikogo na duchu, choć Quick, który zawsze starał 

się zachować optymizm, stwierdził, że jest na pewno fałszywa.

W dolinie Harmaka zaczęły zbierać się cienie, co wskazywało, że słońce chowa się za 

góry. Gdyby nie dziwny blask na wschodniej stronie nieba, przepaść byłaby już pogrążona w 
mroku. Tymczasem na odległym wzniesieniu, które musiało być głową sfinksa, pojawiła się, 

background image

wyraźnie widoczna na tle nieba, postać i zaczęła śpiewać. Gdy usłyszałem ten głos, omal nie 
zemdlałem. Prawdę mówiąc, upadłbym, gdyby w porę nie podtrzymał mnie Quick.

– Co się stało, Ryszardzie? – spytał Oliwer z miejsca, gdzie prowadził szeptem rozmowę 

z Makedą, podczas gdy Jozue patrzył na nich pałającym wzrokiem. – Higgs się pokazał?

– Nie –  odparłem  –  ale, dzięki Bogu, mój syn żyje. To jego głos. Och, jeśli będziesz 

mógł, ocal też jego.

Nastąpiło wielkie poruszenie i ktoś wetknął mi w ręce lornetkę, ale czy to dlatego, że była 

źle nastawiona, czy też że przeszkadzał mi stan moich nerwów, nie mogłem przez nią nic 
dojrzeć. Wziął ją więc Quick i zaczął przekazywać informacje.

– Wysoki, szczupły mężczyzna w białych szatach, ale z tej odległości i przy tym świetle 

nie mogę dojrzeć twarzy. Można by do niego krzyknąć, ale to by zdradziło naszą obecność. 
Oho, skończył śpiewać i zniknął. Zdaje się, że wskoczył w otwór w skale, co znaczy, że jest 
zdrowy, bo inaczej by nie skakał. Głowa do góry, doktorze, ma pan powód do radości.

– Tak – powiedziałem – mam powód do radości, ale po tylu latach poszukiwań chciałbym 

mieć większy. Pomyśleć tylko, że jestem tak blisko niego, a on nic o tym nie wie.

Po zniknięciu mego syna na grzbiecie sfinksa pojawiło się trzech Fungów w długich 

szatach, uzbrojonych w dzidy, a za nimi trębacz z rogiem czy też wydrążonym ciosem słonia. 
Przeszli od szyi aż do ogona i z powrotem. Nie znalazłszy nic, gdyż, oczywiście, nie mogli 
nas dojrzeć skrytych za krzakami na tarasie, o którego istnieniu, a tym bardziej jakimkolwiek 
związku z Mur, na pewno nic nie wiedzieli, zniknęli tam, skąd się wyłonili. Przedtem jeszcze 
trębacz zadął w róg.

– Obchód wieczorny. To samo widziałem w Gibraltarze –  powiedział sierżant. –  O, do 

diabła! Jednak Kotek nie kłamał... jest tam – wskazał postać, która pokazała się na grzbiecie 
sfinksa zaraz po zejściu straży.

Był   to   bez   wątpienia   Higgs.   W   swoim   poobijanym   kasku   i   ciemnych   okularach,   z 

nieodłączną fają, zapisywał coś w notesie z takim spokojem, jak gdyby siedział przed nowym 
eksponatem w Muzeum Brytyjskim.

Zaparło   mi   dech   ze   zdumienia,   bo   dotąd   jakoś   nie   wierzyłem,   że   naprawdę   go 

zobaczymy,   natomiast   Orme,   podnosząc   się   spokojnie   ze   swego   miejsca   przy   Makedzie, 
powiedział tylko tyle:

– Tak, to nasz przyjaciel. A więc do roboty. Szadrach, przerzuć drabinę i idź pierwszy. 

Chcę mieć pewność, że niczego nie knujesz.

– Nie –  wtrąciła  się Makeda.  –  Ten pies nie pójdzie, bo nigdy nie wróci od swoich 

przyjaciół,   Fungów.   Człowieku  –   powiedziała,   zwracając   się   do   Jafeta,   górala,   któremu 
obiecała ziemię – idź pierwszy i przytrzymaj drabinę, kiedy będzie przechodził ten pan. Jeśli 
wróci cało, dostaniesz dwa razy tyle.

Jafet skłonił się. Wysunięto drabinę i oparto na nierównościach skały, które przedstawiały 

włosy na ogonie sfinksa. Góral stał przez chwilę ze zwróconą w górę twarzą i uniesionymi 

background image

rękami. Najwyraźniej modlił się. Potem kazał swoim towarzyszom trzymać mocno koniec 
drabiny, wypróbował ją nogą i spokojnie, będąc odważnym człowiekiem, przeszedł na drugą 
stronę. Po chwili siedział na skale naprzeciw nas.

Teraz przyszła kolej na Oliwera. Skinął głową Makedzie, której twarz była blada jak 

płótno, i mruknął coś, czego nie dosłyszałem. Potem odwrócił się i uścisnął mi dłoń.

– Jeśli będziesz mógł, ocal mego syna – wyszeptałem.
–  Zrobię, co będę mógł  –  odparł.  –  Sierżancie, jeśli mi się coś przytrafi, znacie swoje 

zadanie.

– Postaram się i bez względu na okoliczności pójdę za pana przykładem, panie kapitanie, 

choć będzie trudno – odpowiedział Quick trochę drżącym głosem.

Oliwer wszedł na drabinę. Oceniałem, że wystarczy dwanaście, może czternaście kroków, 

żeby znalazł się po drugiej stronie. Połowę tej odległości przebył zupełnie pewnie. Jednak 
kiedy znalazł się dokładnie w środku drogi, jedno z ramion drabiny, mimo wysiłków Jafeta, 
zsunęło się nieco, skutkiem czego deska przywiązana do szczebli przechyliła się o jakiś cal w 
prawo i niewiele brakowało, aby Oliwer spadł w przepaść. Chwiał się przez moment, jak 
trzcina na wietrze, usiłując złapać równowagę i iść dalej, potem zatrzymał się i powoli osunął 
się na czworaki.

– Och! – jęknęła Makeda.
– Ten goj stracił głowę – zaczął Jozue z zadowoleniem, którego nie potrafił ukryć. – On... 

zaraz...

Nie dokończył, gdyż Quick odwrócił się i, grożąc mu pięścią, powiedział po angielsku:
– Zamknij swój plugawy ryj, ty świnio, jeśli nie chcesz pójść za nim.
Jozue nie zrozumiał słów, ale dobrze zrozumiał gest, więc wolał zamilknąć.
Odezwał się za to góral po drugiej stronie:
– Nie bój się, panie, już wszystko w porządku.
Przez chwilę Oliwer pozostawał w tej skurczonej pozycji na desce, która była jedyną 

osłoną broniącą go przed śmiercią czyhającą na dnie przepaści. Potem, kiedy patrzyliśmy, 
wstrzymując oddech, podniósł się i z absolutnym spokojem przeszedł na drugą stronę.

– Dobra robota! – powiedział Quick i zwracając się do Jozuego, spytał:
– Dlaczego wasza wysokość się nie cieszy? Zostaw ten nóż, bo zaraz będzie o jednego 

wieprza mniej na świecie – i pochyliwszy się, wytrącił sztylet, który Jozue obracał w dłoni, 
utkwiwszy w sierżancie swe okrągłe oczy.

Teraz   wtrąciła   się   Makeda,   która   wszystko   widziała.  –   Drogi   wuju   –  powiedziała  – 

siedzisz tu bezpiecznie, a tam dzielni ludzie ryzykują życiem. Proszę cię, bądź cicho i nie 
wszczynaj zwad.

W   następnej   chwili,   całkowicie   pochłonięci   tym,   co   działo   się   po   drugiej   stronie 

przepaści,   zapomnieliśmy   o   Jozuem.   Po   krótkiej   przerwie   dla   nabrania   oddechu   czy 
uspokojenia nerwów, Orme podniósł się i poprzedzany przez Jafeta, zaczął się wspinać na tę 

background image

wyciętą   w   kształcie   krzaka   skałę,   aż   dotarł   do   trzonu   ogona   sfinksa.   Tam   odwrócił   się, 
pomachał do nas ręką i poszedł dalej za góralem. Szedł zupełnie pewnie aż do miejsca, gdzie 
zaczynał   się   ogon.   Wówczas   wyłoniła   się   pewna  trudność,   gdyż   musieli   wdrapać   się   po 
gładkiej, lekko wypukłej skale na podobny do tarasu grzbiet posągu. Wkrótce jednak pokonali 
tę przeszkodę i na parę sekund zniknęli z pola widzenia w szczelinie między udem a ciałem 
sfinksa, która, oczywiście, miała parę stóp głębokości. Potem pojawili się znowu, zmierzając 
w stronę łopatek. Właśnie tam stał Higgs, zwrócony do nas tyłem, nie zdając sobie zupełnie 
sprawy z tego, co dzieje się za jego plecami.

Oliwer wyprzedził Jafeta, podszedł do profesora i dotknął jego ramienia. Higgs odwrócił 

się, gapił się przez chwilę na stojącą przed nim parę, po czym, chyba z wrażenia, usiadł na 
skale. Postawili go na nogi i Orme wskazał na platformę, na której staliśmy, najwyraźniej 
wyjaśniając  sytuację i tłumacząc mu,  co trzeba robić. Potem nastąpiła  krótka i ożywiona 
wymiana zdań. Przez lornetkę widzieliśmy nawet, jak Higgs potrząsa głową. Powiedział im 
coś, z czym się widocznie zgodzili, bo zaraz odwrócił się, dał krok czy dwa i znikł, jak się 
potem dowiedziałem, po to, aby sprowadzić mego syna, bez którego nie próbował uciec.

Mijał czas. Wydawało się nam, że trwa to wieki, choć upłynęła może minuta. Potem 

usłyszeliśmy krzyki. Ujrzeliśmy ponownie biały kask Higgsa, a potem całego profesora z 
dwoma   ściągającymi   go   w   dół   strażnikami.   Krzyknął   po   angielsku,   a   jego   słowa,   choć 
niewyraźne, dotarły do nas:

– Uciekajcie! Zatrzymam te diabły. Uciekajcie, cholerni idioci!
Oliwer wahał się, choć Jafet ciągnął go do odwrotu, ale kiedy w otworze pojawiły się 

głowy   jeszcze   kilku   Fungów,   machnął   z   rozpaczą   ręką,   odwrócił   się   i   zaczęli   uciekać. 
Przodem biegł Oliwer, potem Jafet, a za nimi, wymachując nożami, zgraja kapłanów czy 
wojowników, podczas gdy Higgs kotłował się z tymi, którzy go trzymali.

Potem wszystko rozegrało się błyskawicznie. Oliwer zsunął się po zadzie sfinksa na jego 

ogon, za  nim Jafet,  a potem,  jeden po drugim,  trzech  Fungów, którzy najwidoczniej  nie 
bardziej  troszczyli  się o oparcie dla stóp niż Arabowie kręcący się niczym  jaszczurki  po 
egipskich piramidach. Zresztą nie zważali też na to ani Oliwer, ani Jafet, lecz pędzili po 
ogonie jak po bieżni stadionu. Oliwer dopadł drabiny i w sekundę był już w jej połowie. 
Trzymaliśmy mocno jej koniec, kiedy nagle usłyszeliśmy krzyk jego towarzysza. Jeden z 
Fungów chwycił Jafeta za nogę i góral rymnął twarzą na drabinę.

Oliwer zatrzymał się i powoli odwrócił, wyjmując rewolwer. Złożył się, strzelił i Fung, 

puściwszy nogę Jafeta, rozrzucił ramiona i runął w przepaść. Nie przypomianam sobie, co 
było dalej, pamiętam tylko, że niebawem znaleźli się wśród nas i ktoś krzyknął: – Ściągnąć 
drabinę.

– Nie – powiedział Quick. – Zaczekajcie trochę.
Zacząłem się zastanawiać o co mu chodzi, gdy wtem zobaczyłem, że wchodzi na nią 

trzech dzielnych Fungów. Drugi trzymał ręce na ramionach pierwszego, a trzeci na ramionach 

background image

drugiego i posuwali się tak, gęsiego, zagrzewani okrzykami towarzyszy.

– Teraz! – krzyknął sierżant. – Ciągnąć! Ciągnąć! Biedni Fungowie! Zasłużyli na lepszy 

los.

–  Trzeba   osłabiać   nieprzyjaciela   przy   każdej   sposobności  –  skomentował   sierżant, 

otwierając   ogień   do   pozostałych   Fungów,   zgromadzonych   na   grzbiecie   sfinksa.   Wkrótce 
porzucili tę pozycję, gdyż była nie do utrzymania, zostawiając kilku zabitych czy rannych.

Kiedy   umilkły   strzały,   usłyszałem,   jak   Quick   mówi   do   Jozuego   w   swej   kiepskiej 

arabszczyźnie.

–  Czy  wasza   wysokość   nadal   uważa,   że   my,   goje,   jesteśmy   tchórzami?   Choć   trzeba 

przyznać, że ci Fungowie wcale nam nie ustępują odwagą.

Jozue nic nie odpowiedział. Odwróciłem się do Oliwera, który ukrył twarz w dłoniach. 

Wydawało się, że płacze.

–  Co   się   stało,   przyjacielu?  –  spytała   Makeda   głosem   nabrzmiałym   łzami   (łzami 

wdzięczności, jak myślę). – Dokonałeś wielkiego czynu i wróciłeś cało. Wszystko skończyło 
się dobrze.

–   Nie   –  odparł,   zapominając   pod   wpływem   przygnębienia   o   należnym   jej   tytule.  – 

Wszystko skończyło się źle. Nie udało mi się i jeszcze tej nocy rzucą mego brata lwom na 
pożarcie. Powiedział mi o tym.

Nie wiedząc, co odrzec, Makeda wyciągnęła rękę do dzielnego górala, który towarzyszył 

Orme’owi. Ucałował ją z szacunkiem.

– Jafecie – powiedziała – jestem z ciebie dumna. Dostaniesz cztery razy tyle, ile miałeś 

dostać i od dziś jesteś dowódcą wszystkich górali.

– Powiedz, co się stało – zwróciłem się do Oliwera.
– A o czym tu mówić? – odparł. – Pamiętałem o twoim synu. Higgs też. Nawet pierwszy 

o nim wspomniał. Zdaje się, że się zaprzyjaźnili. Powiedział, że bez niego nie ucieknie i że 
zaraz go przyprowadzi, bo jest on w pobliżu. Poszedł po niego i musiał natknąć się na straże, 
które – jak przypuszczam – słyszały nasze głosy. To, co było potem, sami widzieliście. Dziś 
w nocy, dwie godziny po wschodzie księżyca ma się odbyć uroczyste złożenie Higgsa w 
ofierze   bogu.   Opuszczą   go   na   dno   skalnego   kotła,   w   którym   trzymają   lwy.   Kiedy   go 
zobaczyliśmy, sporządzał właśnie testament, gdyż Barung obiecał dostarczyć go nam.

– Doktorze – powiedział sierżant konfidencjonalnym szeptem, kiedy wysłuchał opowieści 

Orme’a – czy mógłby pan trochę potłumaczyć dla mnie? Chcę pogadać z Kotem, a za mało 
znam arabski.

Skinąłem   głową i  podeszliśmy  do  rogu tarasu,  gdzie   stał  samotnie   Szadrach,  patrząc 

bacznie i słuchając.

–   Hej,   ty   –  powiedział   sierżant   (przekazuję   jego   słowa   wiernie,   pomijając   mój, 

zmieniający je nieco, przekład).  –  Chcę z tobą pogadać, tylko  jeśli będziesz kłamał  albo 
próbował jakiś sztuczek, to jeden z nas nie wróci stąd żywy. Kapujesz?

background image

Szadrach odparł, że rozumie.
– Dobrze. Mówiłeś nam, że kiedyś Fungowie złapali cię i rzucili tym świętym lwom, ale 

udało ci się uciec. Teraz opowiedz, jak to było.

– Było to tak. Po ceremonii, której nie warto opisywać, opuszczono mnie w koszu na dno 

przepaści, tak jak normalny pokarm dla lwów. Potem podniesiono za pomocą łańcuchów 
kratę oddzielającą to miejsce od legowiska lwów.

– No i co było dalej?
– Co było dalej? Weszły lwy, a ja schowałem się w cieniu, przy samej ścianie przepaści i 

siedziałem tam skulony, aż któryś z tych diabłów zwęszył mnie i machnął łapą. O, tu są ślady 
jego szponów – wskazał blizny na twarzy. – Te szpony ukłuły mnie jak skorpiony. Oszalałem 
z bólu i ze strachu. Skoczyłem na ścianę jak kot, goniony przez psy, na mur. Wczepiłem się w 
nią nogami, paznokciami, nawet zębami. Jeden z lwów podskoczył i zerwał mi z nogi kawał 
ciała. O tu, tu – pokazał ledwie widoczne w półmroku ślady. – Cofnął się, żeby wziąć rozpęd 
do następnego skoku. Nade mną była maleńka półka skalna, tak mała, że zmieścić się na niej 
mógł   tylko   sokół   i   nic   więcej.   Napiąłem   wszystkie   mięśnie,   poderwałem   się   w   górę   i 
chwyciłem się jej, podciągając nogi, tak że lew chybił przy drugim skoku. Zdobyłem się na 
wysiłek, jaki może się zdarzyć raz w życiu i udało mi się jakoś wciągnąć na tę półkę. Oparłem 
na niej jedno kolano, przyciskając się całym ciałem do skały. Wtedy skała ustąpiła i wpadłem 
do   jakiegoś   tunelu.   Potem   wdrapałem   się   po   omacku   na   szczyt   góry.   O   Boże   Izraela! 
Wspinałem się jak pawian, wyczuwając drogę chyba węchem i tysiąc razy będąc o krok od 
śmierci.   Trwało   to   dwa   dni   i   dwie   noce.   Ostatniej   nocy   nie   wiedziałem,   co   robię.   Ale 
odnalazłem drogę i dlatego ludzie nazywają mnie od tamtej pory Kotem.

– Rozumiem – powiedział Quick zupełnie innym głosem, w którym słychać było pewien 

ton uznania. – Choć z ciebie wielki łotr, nie brak ci odwagi. A teraz, pamiętając o tym, co ci 
zapowiedziałem – klepnął kolbę rewolweru – powiedz, czy lwy nadal karmi się w tym samym 
miejscu?

–  Tak   myślę.   Dlaczego   mieliby   je   zmieniać?   Ofiary   spuszcza   się   z   wnętrza   posągu, 

między jego tylnymi nogami są drzwi. Miejsce karmienia lwów jest w zagłębieniu skały, pod 
tarasem, na którym stoimy. Nikt nie widział mojej ucieczki, więc nikt nie szukał drogi, którą 
uciekłem. Myśleli, że lwy pożarły mnie, tak jak pożarły tysiące innych ofiar. Nikt tam nie 
wchodzi, tylko kiedy lwy się nażrą, wracają na swoje legowisko i wtedy ci, którzy się nimi 
zajmują, opuszczają kratę. Posłuchajcie – usłyszeliśmy daleko w dole głuchy trzask – właśnie 
ją opuścili. Kiedy rzucą im Czarne Okna, a może jeszcze innych, podniosą ją z powrotem.

– Czy ta dziura w skale jest tam nadal?
– Na pewno, choć nie sprawdzałem tego.
– No to, chłopcze, możesz już iść – zakończył ponurym głosem Quick.

background image

Rozdział XII

Jaskinia lwów

Wróciliśmy   do   pozostałych   i   opowiedzieliśmy   o   tym,   czego   dowiedzieliśmy   się   od 

Szadracha.

–  Jaki   macie   plan,   sierżancie?  –  spytał   Oliwer   po   wysłuchaniu   wszystkiego.  – 

Powiedzcie, bo ja nic nie mogę wymyślić, mam mętlik w głowie.

– Nie wiem, ile wart jest mój plan, panie kapitanie, ale myślę, że powinienem dostać się 

przez tę dziurę, o której mówił Szadrach, do jaskini lwów. Potem, kiedy spuszczą profesora i 
podniosą   kratę,   powstrzymam   lwy   za   pomocą   karabinu,   a   on   wskoczy   na   wcześniej 
przygotowaną drabinę. Ja za nim, jeśli będę mógł.

– Znakomity pomysł! – pochwalił Oliwer. – Ale nie możecie iść sami. Pójdę z wami.
– Ja też – powiedziałem.
– Co obmyśliliście? – spytała z niepokojem Makeda, gdyż oczywiście nie zrozumiała ani 

słowa z naszej, prowadzonej po angielsku, rozmowy. Wyjaśniliśmy jej nasz plan.

– Jak to, przyjacielu  –  zwróciła  się z wyrzutem  do Oliwera  –  chcesz  dziś  drugi  raz 

ryzykować życiem? Wystawiasz na próbę wspaniałomyślność Boga.

–  Wystawiałbym ją na jeszcze większą próbę, gdybym opuścił przyjaciela w potrzebie, 

pani.

Zaczęła się żywa dyskusja. W końcu ustalono, że jeśli będzie to możliwe, zejdziemy aż 

na brzeg jaskini lwów, Oliwer, Quick i Jafet, który natychmiast  zgłosił się na ochotnika, 
wejdą   do   niej,   a   ja   zostanę   z   paroma   góralami   przy   otworze,   aby   osłaniać   ich   odwrót. 
Nalegałem, aby zgodzili się na mój bardziej aktywny udział, ale nie chcieli o tym słyszeć, 
argumentując – nie bez racji zresztą – że jestem najlepszym strzelcem z całej naszej grupy i 
bardziej   się   przydam,   będąc   na   górze,   jeśli,   jak   mieliśmy   nadzieję,   księżyc   będzie   jasno 
świecił.

Wiedziałem jednak, że naprawdę uważali, iż jestem za stary na takie przedsięwzięcie i 

chcieli, bym uniknął ryzyka.

Potem   wyłonił   się   problem,   kto   ma   zejść   ostatnim   szybem   na   miejsce   akcji.   Oliwer 

background image

chciał, aby Makeda wróciła na szczyt góry i zaczekała tam, ale z miejsca odparła, że nie ma 
mowy, aby mogła wrócić bez naszej pomocy, a poza tym jest zdecydowana obejrzeć koniec 
całej sprawy. Nawet Jozue nie chciał wracać. Myślę, że nie ufał góralom, którzy musieliby go 
odprowadzić na szczyt, a którzy nie darzyli go sympatią.

Zaproponowaliśmy, żeby pozostał na tarasie do naszego powrotu, jeśli w ogóle wrócimy, 

ale pomysł ten podobał mu się jeszcze mniej niż poprzedni. Zwrócił nam uwagę na fakt, który 
w pośpiechu przeoczyliśmy,  a mianowicie, że Fungowie wiedzą już o nowym przejściu i 
mogą zrobić to samo, co my, to znaczy przerzucić most nad przepaścią i zaatakować Mur.

– I co bym zrobił, gdyby zastali mnie tu samego? – spytał dramatycznym głosem.
Makeda   odparła,   że   nie   wie   tego,   ale   że   trzeba   zablokować   wyjście   tunelu,   którym 

dostaliśmy się na taras, aby trudno było je sforsować.

– Tak – poparł ją Oliwer – a jeśli wyjdziemy z tego cało, to trzeba wysadzić ten szyb i 

upewnić się, że nie będzie można go już nigdy wykorzystać.

– Ten szyb może nam się jeszcze przydać, panie kapitanie – zauważył Quick.
–  Jeśli   chcemy   założyć   ładunki   pod   sfinksa,   to   jest   lepsza   droga,   przez   Grobowiec 

Królów.   Z   pobieżnych,   przeprowadzonych   przeze   mnie   obliczeń   wynika,   że   jest   stamtąd 
niedaleko do posągu. W każdym razie teraz, kiedy Fungowie o nim wiedzą, ten szyb na nic 
się nam już nie przyda.

Potem zabraliśmy się do zasypywania otworu tunelu. Było to trudne zadanie, ale w końcu 

górale pod naszym kierunkiem uporali się z tym, i to z niezłym skutkiem, gdyż zablokowali 
go   odłamkami   skały   w   taki   sposób,   że   bez   materiałów   wybuchowych   jego   sforsowanie 
musiałoby zabrać dużo czasu.

Tymczasem Jafet, Szadrach i sierżant, który cały czas go pilnował, poszli zbadać ostatni 

szyb,   prowadzący   do   jaskini   lwów.   Ku   naszej   uldze   wrócili,   akurat   gdy   kończyliśmy 
zasypywanie wyjścia tunelu, z wiadomością, że po usunięciu paru głazów da się nim zejść, 
oczywiście przy użyciu lin i drabin.

A zatem, w takiej samej kolejności, jak poprzednio, przystąpiliśmy do zejścia i po pół 

godzinie, gdyż miał ze trzysta stóp głębokości, znaleźliśmy się bez przeszkód na jego dnie. 
Była   tam   pełna   nietoperzy   komora,   ewidentnie   wydrążona   przez   człowieka.   Tak,   jak 
powiedział   Szadrach,   w   jej   wschodniej   ścianie   osadzony   był   duży,   podłużny   głaz, 
odpowiednio wyważony, aby mogła go okręcić wzdłuż pionowej osi jedna osoba. Odsłaniały 
się wówczas po obu stronach otwory,  przez które można  było, skuliwszy się, swobodnie 
przejść.

Obróciliśmy cichutko te prymitywne drzwi i wyjrzeliśmy. Księżyc był już dość wysoko i 

jego blask zaczynał wypełniać przepaść. Na oświetlonym srebrzyście tle rysował się wyraźnie 
gęsty cień, sięgający jakieś trzysta stóp w górę. Wiedzieliśmy,  że rzucają go gigantyczne 
tylne   łapy   sfinksa   wystające   poza   górę,  na   której   spoczywał,   łapy,   spomiędzy   których  – 
według Szadracha –  Fungowie powinni opuścić w koszu Higgsa. W cieniu, a także po obu 

background image

jego stronach rozciągała się licząca kilkaset jardów kwadratowych arena, na której karmiono 
lwy. Dobiegał stamtąd wstrętny odór charakterystyczny dla wszystkich miejsc zamieszkanych 
przez drapieżniki, zmieszany z mdłym zapachem rozkładającego się mięsa. Miejsce to było z 
trzech   stron   otoczone   pionowymi   ścianami   skalnymi,   a   z   czwartej   zamknięte   murem,   w 
którym widniały otwory zakryte prawdopodobnie metalowymi kratami, gdyż przesączało się 
przez nie światło księżyca.

Zza muru dochodziły ryki, pomrukiwanie i prychanie. Najwidoczniej znajdowały się tam 

legowiska lwów.

Warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Otóż na ziemi bezpośrednio pod nami leżały 

szczątki, które sądząc z odzieży i włosów, były smutnymi resztkami ludzkich ciał. Ktoś, zdaje 
się Szadrach, powiedział, że jest to to, co zostało z Fungów zrzuconych z drabiny i z tego, 
którego zastrzelił Orme na ogonie sfinksa.

Przez pewien czas patrzyliśmy w milczeniu na to straszliwe miejsce. Potem Oliwer wyjął 

zegarek – był to repetier – i uruchomił go.

–  Higgs powiedział mi  –  rzekł  –  że mają go rzucić lwom dwie godziny po wzejściu 

księżyca,   czyli   mniej   więcej   za   piętnaście   minut.   Sierżancie,   myślę,   że   powinniśmy   się 
przygotować.

– Tak jest, panie kapitanie – odparł Quick – ale wszystko jest już gotowe, nawet te bestie, 

sądząc z ich ryków, z wyjątkiem chyba Samuela Quicka, który jeszcze nigdy w życiu nie czuł 
się  gorzej  przygotowany  niż teraz.  No, Kotku  –  zwrócił  się do Szadracha  –  wysuwaj  tę 
drabinę.   Oto   pana   karabin,   panie   kapitanie,   i   sześć   zapasowych   magazynków,   po   pięć 
pocisków półpłaszczowych w każdym. Nie trzeba będzie więcej, a nie ma sensu dodatkowo 
się obciążać.  W prawej kieszeni, panie kapitanie,  niech pan pamięta.  Ja mam  tyle  samo. 
Doktorze, a tu zapas dla pana, kładę na tym kamieniu. Jeśli pan się tu położy, będzie pan miał 
dobre światło i oparcie dla łokcia. Przy tej odległości powinno się panu dobrze strzelać nawet 
przy świetle księżyca. Panie kapitanie, lepiej niech pan zabezpieczy rewolwer. W każdym 
razie ja tak zrobię. Możemy spaść z drabiny, a ta nowa broń ma bardzo czułe spusty. Jafet też 
jest już gotowy,  więc  niech  pan da rozkaz  do wymarszu  i  ruszamy.  Doktor wytłumaczy 
Jafetowi, co trzeba robić.

– Schodzimy po drabinie –  powiedział  Orme  –  i posuwamy się około pięćdziesięciu 

kroków, w cień, gdzie nas nie będzie widać i gdzie, według Szadracha, opuszczają kosz. Tam 
poczekamy, aż go opuszczą. Jeśli będzie w nim profesor, to znaczy ten – dodał, zwracając się 
do Jafeta – którego Fungowie i wy nazywacie Czarne Okna, to masz go złapać i zaprowadzić, 
a jeśli trzeba będzie, zanieść do drabiny. Kilku górali musi być w pogotowiu na wypadek, 
gdyby   trzeba   było   mu   pomóc.   Waszym   zadaniem,   sierżancie,   moim   i   doktora   będzie 
powstrzymanie  lwów. Będziemy się wycofywać strzelając, a doktor będzie osłaniał nas z 
góry. Jeśli lwy dostaną któregoś z nas, to będziemy musieli go zostawić, gdyż byłoby głupotą 
poświęcić niepotrzebnie życie  dwóch osób. Jeśli chodzi o resztę, to wy sierżancie i Jafet 

background image

musicie się zachowywać w zależności od rozwoju wypadków i własnej oceny sytuacji. Nie 
czekajcie   na   rozkazy  ode   mnie,   bo   może   nie   będę   mógł   ich   wydać.   A   teraz   idziemy. 
Ryszardzie, jeśli nie wrócimy, to odstawisz bezpiecznie Córkę Królów do Mur. Żegnaj, pani.

–  Żegnaj  –  odparła   zdecydowanym   głosem   Makeda.   W   ciemności   nie   widziałem   jej 

twarzy. – Jestem pewna, że wkrótce wrócisz razem ze swym bratem.

W tym momencie wtrącił się Jozue. – Nie pozwolę, żeby ci goje okazali się odważniejsi 

niż ja – powiedział. – Nie mam takiej straszliwej broni jak oni, więc nie pójdę z nimi w głąb 
jaskini, ale zejdę na dół i będę pilnował drabiny.

–   Dobrze,   panie   –  odpowiedział   zaskoczony   Orme.  –  Cieszę   się,   że   chcesz   nam 

towarzyszyć. Tylko pamiętaj, że musisz potem szybko wdrapać się na górę, bo wygłodzone 
lwy będą nas atakować. Nie bierzemy też na siebie odpowiedzialności, jeśli coś ci się, panie, 
przydarzy.

– Na pewno lepiej zrobisz, jeśli zostaniesz tutaj, wuju – powiedziała Makeda.
– Żebyś potem ze mnie szydziła? Nie, stawię czoła lwom – i powoli przelazł przez otwór 

i zaczął schodzić po drabinie. Złaził tak wolno, że kiedy, po krótkiej przerwie, przyszła kolej 
na Quicka, sierżant zastał go w połowie drogi i niechcący popędził, depcząc mu po palcach.

Parę minut później przechyliłem się przez krawędź i zobaczyłem, że wszyscy, oprócz 

Jozuego, który z powrotem wszedł pięć czy sześć stóp na drabinę i stał tam, zwrócony twarzą 
do areny, trzymając się z obu stron skały szeroko rozpostartymi  rękami i wyglądając jak 
ukrzyżowany, byli już dość daleko. Bojąc się, że ktoś może go tam dojrzeć, mimo iż zasłaniał 
go cień, poprosiłem Makedę, aby kazała mu wrócić. Zaczęła go namawiać do powrotu, ale 
bez rezultatu, więc w końcu daliśmy mu spokój.

Tymczasem pozostała trójka zniknęła w cieniu sfinksa. Wielki, okrągły księżyc wznosił 

się coraz wyżej, zalewając pozostałą część tej kostnicy powodzią światła. Panowała zupełna 
cisza,   przerywana   tylko   od   czasu   do   czasu   pojedynczym   rykiem.   Teraz   widziałem   już 
wyraźnie kraty w murze, a nawet przesuwające się za nimi potężne cienie. Potem zauważyłem 
coś   jeszcze  –  sylwetki   ludzi   gromadzących   się   na   murze,   choć   nie   widziałem   skąd   tam 
przychodzą. Przybywało ich coraz więcej, aż w końcu stanęły ich tam całe setki, gdyż mur 
był szeroki jak gościniec. Najwidoczniej przyszli obejrzeć ceremonię składania ofiary.

–  Książę  –  powiedziałem szeptem do Jozuego  –  musisz zejść z drabiny albo zdradzisz 

naszą obecność. Nie, jest już za późno, żeby wejść z powrotem, bo księżyc świeci tuż nad 
twoją głową. Zejdź, bo puścimy drabinę i spadniesz.

Chcąc nie chcąc, musiał więc zejść. Schował się między rosnącymi tam krzakami, gdzie 

nie było go zupełnie widać i, prawdę mówiąc, zapomnieliśmy o jego istnieniu.

Daleko z góry, przypuszczam, że z grzbietu sfinksa, dobiegły do nas niewyraźne dźwięki 

uroczystej pieśni. Potem ucichły i usłyszeliśmy krzyki. Nagle pieśń zabrzmiała ponownie. 
Makeda, która klęczała obok mnie, dotknęła mego ramienia i wskazała na cień rzucany przez 
sfinksa. Był on coraz rzadszy, gdyż z obu stron prześwietlał go blask księżyca. Podniosłem 

background image

głowę i na wysokości może dwustu stóp nad ziemią spostrzegłem duży, wolno opuszczający 
się przedmiot. Niewątpliwie był to kosz z Higgsem. Nie wiem, czy była to przypadkowa 
zbieżność czy nie, ale akurat w tym momencie zaczęły straszliwie ryczeć lwy za murem. 
Może te, które tkwiły na posterunku przy kratach, zobaczyły lub zwęszyły znajomy kosz i 
oznajmiały to reszcie.

Kosz powoli zniżał się, aż kiedy znalazł się parę stóp nad ziemią, zaczął się kołysać jak 

wahadło w przód i w tył, za każdym razem zataczając większy łuk. W końcu, kiedy wychylił 
się   poza   cień   rzucany   przez   sfinksa,   popuszczono   gwałtownie   linę,   kosz   przechylił   się   i 
wypadła z niego jakaś, bardzo drobna na tle tej rozległej przestrzeni, postać. Chociaż z tej 
odległości widzieliśmy niewiele, natychmiast rozpoznałem w tym człowieku Higgsa, gdyż 
przy upadku zsunął mu się z głowy jego charakterystyczny kask tropikalny. Podniósł się z 
ziemi i kuśtykając, zaczął się rozglądać za kaskiem. Znalazł go, włożył na głowę i zaczął 
otrzepywać kurz z kolan. W tym momencie rozległ się metaliczny szczęk.

– Och, podnoszą kratę! – wyszeptała Makeda.
Potem rozległy się inne dźwięki, tym razem wydawane przez dzikie bestie, które poczuły 

ofiarę,  i przez  ludzkie  bestie,  zgromadzone  na górze i krzyczące  z podniecenia.  Profesor 
odwrócił   się   i   zobaczył   lwy.   Przez   chwilę   wydawało   się,   że   rzuci   się   do   ucieczki,   ale 
rozmyślił   się,   nacisnął   mocniej   kask   na   czoło,   skrzyżował   ramiona   i   stał   nieruchomo, 
przypominając   mi,   być   może   z   powodu   niskiej   sylwetki,   widziany   kiedyś   obraz, 
przedstawiający wielkiego Napoleona patrzącego na klęskę swej armii.

Jest mi niezwykle trudno opisać to, co potem nastąpiło, gdyż widzieliśmy nie jedną, lecz 

kilka  rozgrywających  się jednocześnie  scen. Lwy na przykład  nie zachowały się tak, jak 
można było się spodziewać. Myślałem, że wbiegną przez otwarte bramy i natychmiast rzucą 
się na ofiarę, ale czy to dlatego, że nakarmiono je już po południu, czy też uważały, iż jeden 
człowiek nie jest wart takiego zachodu, postąpiły zupełnie inaczej.

Weszły   niespiesznie,   dwoma   rzędami.   Były   tam   samce,   samice,   na   pół   wyrośnięta 

młodzież i małe, baraszkujące lwiątka, w sumie pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt sztuk. Tylko 
dwa czy trzy spojrzały na profesora, natomiast reszta rozeszła się po całym placu. Niektóre 
znikły w cieniu rzucanym przez skały.

Tam przynajmniej jeden z nich musiał poruszać się dość szybko, gdyż zaledwie parę 

sekund później rozległ się okropny wrzask i wychyliwszy się przez krawędź, zobaczyłem 
księcia   Jozuego   wspinającego   się   po   drabinie   szybciej   niż   jakikolwiek   zapalacz   lamp 
gazowych w dawnym Londynie.

Ale długi, cienki kształt, który sunął za nim, był szybszy. Zwierz uniósł się na tylne łapy, 

wyciągnął przednią, zbrojną w potężne szpony i machnął nią. Trafił nieszczęsnego Jozuego w 
zadek i wydawało się, że przyszpilił go do drabiny. Potem ściągnął łapę w dół i – o nieba! – 
jak Jozue zawył. Potem zwierz uniósł drugą łapę, aby powtórzyć ten zabieg. Wychyliłem się z 
otworu tak, że jeden z Abatich trzymał mnie za nogi, żebym nie spadł i strzeliłem. Udało mi 

background image

się trafić lwa w łeb. Zwalił się bezwładnie, zdzierając z Jozuego dolną część odzieży.

Parę sekund później książę znalazł się wśród nas i poczłapał w kąt. Leżał tam, jęcząc, pod 

opieką górali, gdyż nie miałem czasu zajmować się nim.

Kiedy rozwiał się dym, zobaczyłem, że Jafet dopadł do Higgsa i pokazuje mu gestami, 

aby   uciekał,   podczas   gdy   dwa   lwy,   samiec   i   samica,   stoją   w   niewielkiej   odległości   i 
przyglądają się im. Higgs, po paru krótkich słowach, wskazał na kolano. Widocznie uszkodził 
je przy upadku i nie mógł biec. Jafet stanął na wysokości zadania. Wskazał na swoje plecy i 
pochylił się. Higgs objął go ramionami za szyję, a Jafet wyprostował się i poniósł go na 
barana, jak jeden uczniak drugiego w czasie przerwy.

Samiec   usiadł   na   zadzie,   jak   wielki   pies,   i   przyglądał   się   im   bez   zbytniego 

zainteresowania, ale lwica, powodowana widocznie kobiecą ciekawością, puściła się za nimi, 
obwąchując Higgsa, który obejrzał się przez ramię. Zdjął z głowy swój poobijany kask i 
cisnął nim w lwicę. Trafił ją w łeb. Warknęła, chwyciła zębami kask, bawiła się nim przez 
chwilę jak kot kłębkiem wełny, a potem, znudziwszy się tą zabawą, wydała krótki, groźny 
ryk,  przebiegła  parę kroków i sprężyła  się do skoku, bijąc o boki ogonem.  Nie mogłem 
strzelać, gdyż pocisk, żeby ją trafić, musiałby najpierw przejść przez Jafeta i Higgsa.

Kiedy myślałem już, że koniec z nimi, z cienia huknął strzał i lwica zwinęła się, bijąc 

łapami i gryząc ziemię. W tym momencie obudził się bierny dotąd samiec i skoczył, ale nie 
na ludzi, lecz na ranną towarzyszkę. Wywiązała się straszliwa walka, ale w kłębach kurzu i 
sierści nie widzieliśmy ani jej przebiegu, ani końca.

Tłum  zgromadzony  na  murze,   zdawszy  sobie  sprawę  z sytuacji,  zaczął  się  drzeć  jak 

opętany. Jego podniecenie  – udzieliło się spokojnym dotąd lwom. Zaczęły ryczeć i biegać, 
trzymając  się   głównie  cienia.   Tymczasem  Jafet   powoli  zbliżał   się  ze   swym  ciężarem  ku 
drabinie.

Wtedy z cienia rzucanego przez sfinksa dobiegły szybkie strzały i niebawem w świetle 

księżyca   ukazali   się   Orme   i   Quick,   za   którymi   pędziła   krótkimi   susami   gromada 
rozwścieczonych lwów. Widać było, że nie stracili głowy i działają zgodnie z planem.

Jeden z nich zatrzymał się i otworzył gęsty ogień do ścigających ich bestii, a tymczasem 

drugi przebiegł kilka kroków w stronę drabiny, wkładając w biegu nowy magazynek. Potem 
on zaczął strzelać, a jego towarzysz umknął parę kroków za niego. W ten sposób powalili 
wiele lwów, gdyż na tak małą odległość nie sposób było nie trafić, a pociski ekspansywne 
unieruchomiały zwierzęta, nawet jeśli strzały nie były śmiertelne. Ja też otworzyłem ogień 
nad ich głowami i choć przy tym słabym świetle wiele moich strzałów było spudłowanych, 
reszta dosięgła kilka lwów, które wyglądały szczególnie groźnie.

Wszystko przebiegało dobrze do czasu, gdy cała czwórka, to znaczy Jafet z Higgsem na 

grzbiecie, Orme i Quick, znalazła się nie dalej niż dwadzieścia kroków od drabiny. Obie pary 
oddzielało kilkanaście jardów, gdyż szli z różnych stron. Myśleliśmy już, że są bezpieczni i 
zaczęliśmy krzyczeć radośnie, podczas gdy setki widzów zgromadzonych na murze wyły z 

background image

wściekłości, widząc, że ofiara się wymyka. Na szczęście Fungowie bali się zejść do jaskini, 
gdyż lwy nie przebierają i ich czciciel jest dla nich równie smacznym kąskiem, jak i profan.

Wtedy nagle sytuacja się zmieniła. Pojawiło się wiele nowych lwów, które zdawały się 

wychodzić   ze   wszystkich   kątów.   Otoczyły   ludzi   i   choć   odgłosy   strzałów,   których   nigdy 
przedtem nie słyszały, powstrzymywały je przed natychmiastowym atakiem, widać było, że 
opanowała je żądza krwi.

W pewnym momencie na pół wyrośnięty lew skoczył na Jafeta i Higgsa i powalił ich na 

ziemię. Strzeliłem i trafiłem go w bok. Ryknął i ugryzł się w zranione miejsce, a potem stanął, 
warcząc, nad rozciągniętą  na ziemi parą, ale z bólu zapomniał jakby o nich. Krąg lwów 
zacieśniał się. Widzieliśmy ich pałające w ciemności ślepia. Dzięki swym karabinom, Orme i 
Quick mogliby się przebić, ale nie chcieli zostawić Higgsa i Jafeta. Wydawało się, że za 
chwilę nastąpi straszny koniec.

–  Za mną!  –  krzyknęła Makeda, która przez cały czas stała przy mnie i wstrzymując 

oddech obserwowała tę scenę, i postawiła nogę na drabinie. Szarpnąłem ją do tyłu.

– Nie! – krzyknęła i wyrwała się. – Za mną Abati! Czy kobieta ma wam dać przykład?
Nie pamiętam, jak zszedłem po tej drabinie ani w jaki sposób zeszli za mną górale, ale 

myślę, że większość z nich stoczyła się lub spadła na łeb, na szyję z tych trzydziestu stóp. W 
każdym razie trzeba im przyznać, że nie stchórzyli i poszli za swą królową, wyjąc jak demony 
i wymachując długimi nożami.

Efekt tej nagłej odsieczy był nadzwyczajny. Lwy, wystraszone kotłowaniną i hałasem, 

cofnęły się, a potem rozbiegły we wszystkie strony. Rannego lwa, który stał nad Higgsem i 
Jafetem, nie mogąc czy nie chcąc się ruszyć, zakłuto nożami.

Nim minęło pięć minut, byliśmy wszyscy z powrotem w tunelu.
W taki oto sposób ocaliliśmy Higgsa przed śmiercią w jaskini lwów strzegących bożka 

Fungów.

background image

Rozdział XIII

Przygody Higgsa

Rzadko zdarzało mi się oglądać tak zmęczonych i sponiewieranych ludzi, jak ci, którzy 

tuż przed świtem wyłonili się ze starożytnego szybu w górach Mur. Ale, z jednym wyjątkiem, 
byli   to   ludzie   szczęśliwi.   Przeszliśmy   wszak   zwycięsko   przez   wiele   niebezpieczeństw   i 
osiągnęliśmy nasz cel – uratowaliśmy Higgsa, co w tych warunkach wielu wydawałoby się 
niemożliwe. A przecież był wśród nas, ze zranionym kolanem i bez kasku, ale poza tym cały i 
zdrowy, jeśli nie liczyć kilku zadraśnięć zadanych pazurami tego młodego lwa. l dalej miał na 
nosie to, co tubylcy nazywali „czarnymi oknami”.

Nawet książę Jozue, choć ucierpiał od szponów i paradował w worku, gdyż lew pozbawił 

go dolnej części odzienia, był szczęśliwy. Czyż nie zszedł do jaskini lwów, okrywając się w 
ten sposób wiekuistą sławą? Czyż nie zapewniłem go, że jego chlubne razy, mimo iż bolesne 
(prawdę mówiąc, jeszcze przez parę dni po ich zasklepieniu się poruszał się sztywno jak 
mumia i jeśli nie stał, to musiał leżeć nieruchomo na brzuchu albo trzeba go było nieść), nie 
są śmiertelne? l czyż nie ocalał i nie znalazł się z powrotem na górze, w co prawdopodobnie 
zupełnie już zwątpił? Nic dziwnego, że był szczęśliwy.

Tylko ja nie mogłem brać udziału w ogólnej radości, bo choć ocalał mój przyjaciel, mój 

syn nadal pozostawał w niewoli u Fungów. Ale nawet w tej sprawie rzeczy mogłyby przybrać 
gorszy   obrót,   gdyż   dowiedziałem   się,   że   traktowano   go   dobrze   i   nie   groziło   mu   żadne 
niebezpieczeństwo. Ale o tym napiszę nieco dalej.

Nigdy nie zapomnę sceny powitania z Higgsem, kiedy znalazł się już w naszej dziurze, 

wejście zasunięto głazem i zapalono lampy. Siedział na podłodze, jego rude włosy płonęły jak 
pochodnia, ubranie miał porwane i poplamione krwią, a zmierzwiona broda pokrywała mu 
całą twarz. Ogólnie biorąc, wyglądał tak niechlujnie, że trudno to opisać. Poza tym śmierdział 
lwem. Z tym wszystkim kontrastowały niebieskie okulary w wykwintnej drucianej oprawce. 
Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął swą wielką faję, która jakimś cudem wyszła cało ze 
wszystkich opresji, jakie przydarzyły się jej właścicielowi.

– Poproszę o tytoń – powiedział. (Były to jego pierwsze słowa!) – Mój się skończył, choć 

background image

oszczędzałem do ostatka, żeby móc zapalić, zanim wsadzą mnie do tego śmierdzącego kosza.

Podałem mu pudełko z tytoniem. Nabił fajkę i kiedy ją zapalał, światło zapałki padło na 

twarz przyglądającej mu się ze zdumieniem Makedy.

– Cóż za niezwykle piękna kobieta! – powiedział. – Co ona tu robi? l kto to w ogóle jest?
Wyjaśniłem mu, na co podniósł się, a właściwie spróbował się podnieść, sięgnął ręką do 

kasku, którego, oczywiście, nie było, żeby się skłonić i zwrócił się do niej swą piękną, płynną 
arabszczyzną, mówiąc, jak bardzo się cieszy z tego niespodziewanego zaszczytu, i tak dalej.

Pogratulowała   mu   szczęśliwej   ucieczki   z   jaskini.   W   tym   momencie   spoważniał   i 

powiedział:

–  Tak,   to   była   przykra   sprawa.   Sam   już   nie   wiem,   czy   nazywam   się   Daniel   czy 

Ptolemeusz Higgs. – Potem odwrócił się do nas: – Słuchajcie, przyjaciele. Nie myślcie, że nie 
dziękuję   wam,   bo   jestem   niewdzięcznikiem.   Po   prostu   jeszcze   nie   doszedłem   do   siebie. 
Adams, twój syn ma się dobrze, to wspaniały facet. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Czy nic mu 
nie grozi? Jest bezpieczny jak statek w porcie! Stary Barung, porządny facet, choć rzucił mnie 
lwom na pożarcie – kapłani go do tego zmusili – bardzo go lubi i chce wydać za niego swoją 
córkę.

W tym momencie górale oznajmili, że wszystko gotowe już jest do drogi, a więc, kiedy – 

pokrzepiony wieściami Higgsa – opatrzyłem Jozuego, zabraliśmy się do mozolnej wspinaczki 
i w końcu, jak już wspomniałem, dotarliśmy szczęśliwie na powierzchnię. Nie był to jednak 
koniec naszych trudów, gdyż trzeba było zabezpieczyć wylot szybu, aby Fungowie, którzy 
wiedzieli już o istnieniu tego przejścia, nie mogli z niego skorzystać.

Nie było chwili do stracenia, bo kiedy mijaliśmy wejście na taras, z którego Oliwer i Jafet 

dostali się do sfinksa, usłyszeliśmy po drugiej stronie zbudowanego przez nas muru głosy 
ludzi. Widocznie kapłani czy strażnicy sfinksa, rozwścieczeni ucieczką ofiary,  zdołali już 
przerzucić most nad przepaścią i szykowali się do szturmu. Zmusiło nas to do pośpiechu. 
Gdyby udało im się wedrzeć do tunelu przed nami, marny byłby nasz los, gdyż w najlepszym 
przypadku zginęlibyśmy powoli z głodu w najniższym szybie.

Toteż  jak  tylko   znaleźliśmy  się  na  powierzchni  i  prowizorycznie   zamknęliśmy  wylot 

tunelu, Quick –  choć ledwie trzymał się na nogach  –  pogalopował z Makedą, Szadrachem, 
który, zgodnie z umową, odzyskał wolność, i dwoma góralami do pałacu w Mur po ładunki 
wybuchowe. Reszta z nas, gdyż Miggs nie zgodził się odjechać z Quickiem a do przeniesienia 
Jozuego brak nam było ludzi, pozostała na miejscu, pilnując wyjścia. Właściwie pilnowali go 
Abati, a my spaliśmy nie wypuszczając karabinów z rąk. Koło południa powrócił Quick w 
towarzystwie wielu ludzi z lektyką, przywożąc wszystkie potrzebne materiały.

Odrzuciliśmy kamienie i Oliwer, Jafet i kilku innych zeszli na pierwszy poziom założyć 

ładunki. Krótko potem powrócili. Oliwer, z lekko pobladłą twarzą i trochę zdenerwowany, 
krzyknął,   abyśmy   odeszli   do   tyłu.   Sam   też   poszedł   za   nami,   odwijając   drut   ze   szpuli. 
Zatrzymał się w pewnej odległości od szybu i nacisnął guzik baterii, którą trzymał w dłoni. 

background image

Usłyszeliśmy stłumiony wybuch. Ziemia zadrżała nam pod stopami, jak przy trzęsieniu a z 
wylotu szybu poleciały w górę kamienie.

Po tunelu pozostało tylko niewielkie wgłębienie w ziemi.
– Szkoda mi ich – powiedział Oliwer – ale trzeba to było zrobić.
– Kogo ci szkoda? – spytałem.
– Kapłanów czy też wojowników Fungów. Pełno ich na wszystkich poziomach, żywych 

lub martwych. Deptali nam po piętach. No cóż, tą drogą nikt już nigdy nie przejdzie.

Później, w gościnnych pomieszczeniach pałacu w Mur, Higgs opowiedział nam swoją 

historię. Po zdradzie Szadracha, który jak się okazało, chciał wydać nas wszystkich, gdyż 
profesor podsłuchał jego rozmowę z dowódcą oddziału Fungów, schwytano go i uwięziono 
wewnątrz sfinksa, gdzie były rozległe lochy wykute przez lud, którego dziełem był posąg. 
Tam odwiedził go Barung i poinformował o spotkaniu z nami. Powiedział mu też, że nie 
zgodziliśmy   się   skorzystać   z   szansy   uwolnienia   go   za   cenę   złamania   obietnicy   danej 
Makedzie.

–   Wiecie   –  mówił   Higgs  –  kiedy   to   usłyszałem,   to   najpierw   ogarnęła   mnie   złość   i 

pomyślałem,   że  jesteście   bydlakami.  Ale  kiedy  potem   przemyślałem   wszystko  spokojnie, 
dostrzegłem drugą stronę sprawy i doszedłem do wniosku, że postąpiliście słusznie, choć nie 
powiem, żebym się cieszył na myśl, że zostanę rzucony jak porcja koniny zgrai świętych 
lwów. Barung, na swój sposób wspaniały facet, zapewnił mnie, że nie ma innego wyjścia, 
jeśli nie chce poważnie obrazić kapłanów, którzy są tam bardzo potężni, i ściągnąć na cały 
naród straszliwe przekleństwo.

Tymczasem jednak starał się zapewnić mi jak najlepsze warunki. Mogłem na przykład 

przechadzać   się   po   grzbiecie   sfinksa,   rozmawiać   z   kapłanami,   bardzo   podejrzliwymi   i 
niedostępnymi ludźmi, i badać cały ich system wiary. Na podstawie tych rozmów nie mam 
żadnych wątpliwości, że wywodzi się on ze starożytnego Egiptu. Prawdę mówiąc, dokonałem 
wielkiego odkrycia, które – jeśli uda nam się stąd kiedykolwiek wydostać – uwieczni moje 
imię.   Otóż,   jak   dowodzą   tego   liczne   podobieństwa   zwyczajów   i   wierzeń,   Fungowie   i 
starożytni   Egipcjanie   musieli   mieć   wspólnych   przodków.   Co   więcej,   Fungowie,   których 
głównym  ośrodkiem było  wówczas Mur, utrzymywali  za czasów Starego Państwa, aż do 
dwudziestej dynastii, jeśli nie dłużej, żywe kontakty z Egipcjanami. Przyjaciele, wyobraźcie 
sobie, że w jednym z lochów znalazłem napis wyskrobany na ścianie przez człowieka, który, 
po dwudziestoletnim pobycie w Egipcie, został na życzenie Fungów odesłany do Mur przez 
Ramzesa II! Napis ten wyskrobał na dzień przed rzuceniem go świętym lwom, co już wtedy 
było od dawna praktykowanym zwyczajem. Skopiowałem ten napis w swoim notesie. Mówię 
wam  –  wykrzyknął   tryumfalnie  –  mam   poświadczoną   kopię   tego   napisu,   i   to   dzięki 
Szadrachowi, oby Bóg błogosławił tego łotra!

Pogratulowałem mu serdecznie tego sukcesu i zanim zdążył przystąpić do opisu innych 

background image

szczegółów archeologicznych, poprosiłem, aby powiedział mi coś o synu.

–   O   –  powiedział   Higgs  –  to   bardzo   miły   młody   człowiek,   a   przy   tym   niezwykle 

przystojny. Jestem dumny, że mam takiego chrześniaka. Bardzo się wzruszył, kiedy usłyszał, 
że   szukasz   go   od   wielu   lat.   Nadal   mówi   po   angielsku,   choć   z   arabskim   akcentem   i, 
oczywiście,   chce   uciec.   Na   razie   jednak   nie   wiedzie   mu   się   źle,   gdyż   jest   głównym 
śpiewakiem boga, a ze stanowiskiem tym łączy się wiele przywilejów. Mówiłem ci już, że w 
przeddzień następnej pełni księżyca ma poślubić jedyną córkę Barunga, prawda? Uroczystość 
ta ma się odbyć w mieście Harmak i ma to być ślub, jaki zdarza się raz na wiele pokoleń. 
Krótko mówiąc, będzie to przyjęcie dla całego ludu. Bardzo chciałbym być na nim obecny, 
ale  niestety nie  będę mógł.  Na szczęście  twój syn,  inteligentny człowiek,  obiecał  mi,  że 
wszystko zapisze i mam nadzieję, że kiedyś dostanę te notatki.

– A czy jest przywiązany do tej dzikuski? – spytałem z niepokojem.
– Przywiązany? O nie, zdaje mi się, że nigdy jej nie widział i wie tylko tyle, że jest to 

prosta   dziewczyna   i   ma   podobno   wybuchowy   charakter.   Jest   on   jednak,   jak   można   się 
spodziewać po kimś, kto przechodził tak zmienne koleje losu, stoikiem i bierze rzeczy takimi, 
jakimi są, dziękując niebu, że nie jest gorzej. Widzisz, jako mąż córki sułtana, nie będzie 
musiał się obawiać lwów i będzie miał dużo do powiedzenia, chyba żeby się za bardzo kłócili. 
Ale nie wnikajmy zbyt głęboko w sprawy domowe, bo było wiele innych ważnych rzeczy, 
które   interesowały   nas   obu.   Chciał   wiedzieć   wszystko   o   tobie   i   o   twoich   planach,   a   ja, 
naturalnie, chciałem dowiedzieć się wszystkiego o Fungach, o ich wierzeniach i rytuałach 
związanych z Harmakiem, tak że rozmawialiśmy bez przerwy. Prawdę mówiąc, żałuję, że nie 
mogliśmy pobyć ze sobą dłużej, bo bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Ale bez względu na to, co się 
stanie, myślę, że zapisałem wszystkie najważniejsze sprawy, o których mi powiedział  –  tu 
klepnął w gruby notes.

– Byłoby naprawdę straszne, gdyby zżarł to jakiś lew – dodał. – Mniejsza o mnie, może 

być jeszcze wielu dobrych, a nawet lepszych egiptologów, ale wątpię, by któremuś z nich 
zdarzyła się okazja przeprowadzenia takich badań u źródła. Na wszelki wypadek postarałem 
się jak mogłem zabezpieczyć te notatki. Najważniejsze z nich przepisałem takim miejscowym 
atramentem czy czymś tam na owczych skórach i zostawiłem pod pieczą twego syna. Miałem 
nawet zamiar zostawić mu oryginał, ale na szczęście w podnieceniu przed tą podróżą do 
jaskini lwów zapomniałem o tym.

Zgodziłem się z nim, że istotnie miał wyjątkową okazję i szczęście jako archeolog i Higgs 

podjął na nowo, pykając fajkę:

–  Oczywiście   kiedy   Oliwer   pojawił   się   tak   nieoczekiwanie   na   grzbiecie   sfinksa, 

pamiętając o twoim naturalnym pragnieniu odzyskania syna, zrobiłem, co mogłem, aby go 
wyrwać stamtąd. Ale nie było go w pomieszczeniu, w którym spodziewałem się go znaleźć. 
Zamiast niego byli kapłani, którzy słyszeli naszą rozmowę, a resztę znacie. No, ale w sumie 
skończyło się to dobrze, choć muszę przyznać, że ten zjazd w koszu do jaskini lwów wystawił 

background image

moje nerwy na niezłą próbę. Spuszczali mnie z wysokości dwustu, a może i trzystu stóp, a 
lina była poprzecierana od częstego używania.

– O czym wtedy myślałeś? – spytał z zaciekawieniem Oliwer.
– O czym? Niewiele myślałem, bo bałem się. Zastanawiałem się tylko, czy święty Piotr 

miał   takie   same   wrażenia,   kiedy   opuszczano   go   w   koszu,   czy   pierwsi   męczennicy 
chrześcijańscy odczuwali to samo na arenie amfiteatru, czy Barung, z którym pożegnałem się 
dość czule, przyjdzie rano i będzie mnie szukał jak Dariusz Daniela oraz ile ze mnie zostanie 
do rana. Poza tym  miałem  nadzieję, że któraś  z tych  bestii dostanie  zapalenia  wyrostka, 
zżarłszy moje okulary. Daję słowo, przyprawiało mnie o mdłości, szczególnie podczas tego 
kołysania  na końcu. Nigdy nie mogłem znieść  kołysania.  Ale lepiej, że się tak stało, bo 
spadłbym z ogona sfinksa, zanim zdołałbym przejść choć jard. Chodzenie po linie nigdy nie 
było moją specjalnością... i naprawdę jesteście wszyscy trzej najlepszymi  przyjaciółmi  na 
świecie. Nie myślcie, że skoro wam wylewnie nie dziękuję, to zapomniałem, co dla mnie 
zrobiliście. A teraz mówcie o sobie, bo chcę wiedzieć, jak stoją sprawy. Nie spodziewałem 
się, że spotkamy się przed dniem Sądu Ostatecznego.

Opowiedzieliśmy mu więc wszystko. Słuchał z otwartymi ustami. Kiedy doszliśmy do 

opisu Grobowca Królów, nie mógł usiedzieć z podniecenia.

– Chyba niczego nie dotykaliście – prawie wrzeszczał. – Chyba nie okazaliście się takimi 

wandalami, żeby czegoś dotykać? Wszystko musi być skatalogowane  in situ,  trzeba zrobić 
rysunki. Jeśli to możliwe, to trzeba przenieść poszczególne grupy szkieletów z otaczającymi 
je darami, żeby można było wszystko ustawić tak samo w muzeum. No, mam przed sobą 
przynajmniej półtora miesiąca pracy, i pomyśleć, że gdyby nie wy, znajdowałbym się teraz w 
kiszkach jakiegoś śmierdzącego świętego lwa!

Następnego ranka zostałem wyrwany ze snu przez Higgsa, który wszedł, kuśtykając, w 

jakiejś przedziwnej piżamie, którą sporządził przy pomocy Quicka.

– Słuchaj, stary – rzekł – powiedz mi coś więcej o tej dziewczynie, Waldzie Nagaście. Co 

za słodka buzia! I jaka odwaga! Oczywiście takie rzeczy mnie nie interesują, od dwudziestu 
lat nie oglądam się za kobietami, a jeśli zobaczę jakąś wieczorem, to rano już o niej nie 
pamiętam, ale, jak pragnę zdrowia, kiedy ta na mnie spojrzała, to zrobiło mi się tu jakoś 
dziwnie – puknął się w środek piżamy – choć może poczułem się tak dlatego, że stanowiła 
taki kontrast z lwami.

– Ptolemeuszu – powiedziałem poważnie – musisz zdać sobie sprawę, że zalecanie się do 

niej jest bardziej niebezpieczne niż pobyt w jaskini lwów. Co więcej, jeśli nie chcesz jeszcze 
bardziej skomplikować spraw swymi niewczesnymi uczuciami, pozostań lepiej przy starych 
zwyczajach i zostaw w spokoju jej spojrzenia. Mówiąc krótko, zakochał się w niej Oliwer.

–  No i bardzo dobrze. Zdziwiłbym się, gdyby tak nie było, ale co to ma wspólnego ze 

mną? Dlaczego ja nie miałbym się w niej zakochać? Choć przyznaję – powiedział smutnym 
głosem,   spojrzawszy   krytycznie   na   swą   okrągłą   sylwetkę  –  że   ma   większe   szansę,   tym 

background image

bardziej że jest tu dłużej niż ja.

– Tym bardziej że ona też jest w nim zakochana. – Opowiedziałem mu, co zobaczyłem w 

Grobowcu Królów.

Najpierw wybuchnął gromkim śmiechem, a potem nagle bardzo się oburzył.
–  To skandal! Jak on mógł tak się zachować! Skompromitował nas wszystkich, ten... 

szczęściarz. Przez te jego egoistyczne zapędy miłosne nie będzie końca kłopotom. Zupełnie 
prawdopodobne, stary, że i ty, i ja mizernie skończymy przez tego erotomana. Przecież on 
gotów zaniedbać interesy, uganiając się za tą śliczną Żydówką... To znaczy, jeśli ona w ogóle 
jest Żydówką, bo przez tyle wieków musieli wymieszać się z innymi rasami i w jej żyłach na 
pewno płynie sporo innej krwi, a poza tym pierwsza królowa Saba, jeśli w ogóle istniała, była 
Etiopką. Jako przyjaciel tyle od niego starszy, że mógłbym być jego ojcem, porozmawiam z 
nim o tym poważnie.

– W porządku – rzuciłem za nim, kiedy pokuśtykał z powrotem, aby się wykąpać – tylko 

jeśli masz trochę rozsądku, to nie rozmawiaj o tym z Makedą. Po tym, jak wczoraj gapiłeś się 
na nią z otwartą gębą, mogłaby cię źle zrozumieć.

Później wezwano mnie do księcia Jozuego, abym zmienił mu opatrunki. Jego rany, mimo 

iż niegroźne, były bardzo bolesne. Kiedy wszedłem, z miejsca zauważyłem zmianę na jego 
twarzy. Podobnie jak Quick i Oliwer, uważałem go dotąd za zwykłego tchórza i fanfarona. 
Teraz wszakże dostrzegłem jego prawdziwą naturę i zrozumiałem, że choć jest tchórzem i 
pyszałkiem, to jest także bardzo niebezpiecznym i zdecydowanym na wszystko człowiekiem, 
który za wszelką cenę będzie starał się zaspokoić swe ambicje.

Kiedy go opatrzyłem i powiedziałem, że moim zdaniem rany nie będą miały żadnych 

poważnych skutków dla jego zdrowia, gdyż wszelki brud, jaki znajdował się na pazurach lwa 
i mógłby doprowadzić do zakażenia, został prawdopodobnie na grubym ubraniu, które Jozue 
miał na sobie podczas wyprawy, powiedział:

– Lekarzu, chciałbym z tobą porozmawiać na osobności.
Skłoniłem się, a on odprawił swoich ludzi i rzekł:
–  Córka Królów, dziedziczna władczyni tego kraju, postanowiła, w pewnym sensie na 

przekór zaleceniom Rady, zatrudnić was, gojów, abyście za pomocą sztuk, których jesteście 
mistrzami, zniszczyli naszych odwiecznych wrogów, Fungów, i obiecała wam za to sowitą 
zapłatę. Otóż chciałbym, abyście zrozumieli, że choć uważacie się za wielkich ludzi i z tego, 
co wiem, jesteście chyba nimi w swoim kraju, to tu jesteście tylko sługami, jak wszelcy inni 
najemnicy, których spodoba nam się wynająć.

Jego ton był tak obraźliwy, że choć może mądrzej byłoby nic nie mówić, nie mogłem się 

powstrzymać od odpowiedzi.

–  To   ciężkie   słowa,   książę  –  powiedziałem  –  muszę   ci   zatem   wyjaśnić   jaka   jest 

prawdziwa cena, za którą zgodziliśmy się podjąć tego zadania i wystawić na związane z nim 
ryzyko. Ja mam nadzieję odzyskać syna, który jest w niewoli u waszych wrogów. Kapitan 

background image

Orme   poszukuje   przygód,   gdyż   jest   w   swoim   kraju   zamożnym   człowiekiem   i   nie   musi 
zabiegać o zdobycie bogactwa. Ten, którego nazywacie Czarne Okna, a którego prawdziwe 
nazwisko brzmi Higgs, robi to z czystej miłości do wiedzy. W Anglii i na całym Zachodzie 
słynna   jest   jego   znajomość   wymarłych   ludów,   ich   języków   i   zwyczajów   i   podjął   tę 
niebezpieczną podróż tylko po to, aby móc je tutaj badać. Jeśli chodzi o Quicka, to jest on 
człowiekiem Orme’a, zna go od dziecka, służył pod nim w wielu wojnach i przybył tu tylko 
dlatego, by być ze swym panem.

– Aaa! – powiedział Jozue. – Sługa, osoba bez żadnego znaczenia, a mimo to ośmiela się 

grozić mnie, wielkiemu księciu Abatich.

– W obliczu śmierci, książę, wszyscy ludzie są równi. Zachowałeś się tak, że mogło się to 

skończyć okropną śmiercią jego pana, który akurat dokonywał bohaterskiego czynu.

– A co mnie obchodzą bohaterskie czyny jego pana? Widzę, że cenicie takie rzeczy a 

ludzi,  którzy to robią,  uważacie  za wielkich  i wspaniałych.  Ale my nie.  Nie ma  takiego 
dzikusa wśród Fungów, który by nie zrobił tego, co Orme, a nawet więcej. A dlaczego? Bo 
jest dzikusem. My, ludzie kulturalni, cywilizowani, mamy więcej rozumu. Dano nam życie po 
to, byśmy się nim cieszyli, a nie lekceważyli i nadstawiali karki pod miecz. Dlatego na pewno 
nazywacie nas tchórzami.

–  Jednak, książę, ci, którzy noszą zaszczytny według ciebie tytuł tchórza, najszybciej 

mogą zginąć. Za waszymi bramami stoją Fungowie i tylko czekają, by unieść miecze nad 
waszymi karkami.

– I właśnie dlatego wynajęliśmy was, goju. Mimo wszystko nie żywię urazy do waszego 

sługi, Quicka.  Jest on Fungiem,  tyle  że o białej  skórze, i zachowuje się zgodnie  ze swą 
barbarzyńską naturą. Dlatego wybaczam mu, jednak na przyszłość niech się strzeże! A teraz 
poważniejsza sprawa. Córka Królów jest młoda, piękna i dzielna. Nowa twarz z obcego kraju 
może pobudzić jej wyobraźnię. Ale – dodał znacząco – niech właściciel tej twarzy pamięta 
kim jest ona, a kim on, niech pamięta, że każdego spoza kręgu tych, w których żyłach płynie 
starożytna krew Salomona, kto by ośmielił się podnieść wzrok na prawnuczkę królowej Saby, 
czeka śmierć, powolna i okrutna śmierć. To samo czeka wszystkich, którzy mu pomagają. Na 
koniec niech pamięta, że ta wysoko urodzona pani, z którą on, nieznany goj, ośmiela się 
rozmawiać jak równy z równą, jest od dziecka zaręczona ze mną i chociaż, jak to kobiety, 
zdaje się kpić ze mnie, niedługo zostanie moją żoną, a my, Abati, zazdrośnie strzeżemy czci 
naszych kobiet. Zrozumiałeś?

–  Tak,   książę  –  odparłem,   siląc   się   na   spokój,   bo   kipiałem   z   gniewu.  –  Ale   ja   też 

chciałbym, żebyś coś zrozumiał. Otóż jesteśmy przedstawicielami rasy, która obejmuje swym 
ramieniem pół świata, i tym różnimy się od niewielkiego plemienia Abatich, o którego sławie 
nic nam nie wiadomo, że zazdrośnie strzeżemy naszego własnego honoru i nie potrzebujemy 
opłacać   obcych   najemników,   aby   walczyli   za   nas   z   wrogiem.   Ufam,   książę,   że   kiedy 
następnym razem przyjdę opatrzyć twe rany, to będą one z przodu, a nie z tyłu. l jeszcze 

background image

jedno. Nie radzę ci grozić kapitanowi, którego nazywasz gojem i najemnikiem, bo możesz się 
przekonać, że nie zawsze dobrze jest być tchórzem, choćby się miało nie wiem jak starożytną 
krew w żyłach.

Potem, nie posiadając się z wściekłości, opuściłem go. Czułem, że zachowałem się jak 

kompletny głupiec, ale nie mogłem siedzieć spokojnie i słuchać, jak ten nadęty łotr, który 
określa się mianem księcia i szczyci się własnym tchórzostwem, znieważa takich ludzi, jak 
moi   towarzysze,   że   nie   wspomnę   już   o   sobie   samym.   Odprowadził   mnie   groźnym 
spojrzeniem, a jego ludzie, którzy kręcili się w końcu wielkiej sali, gdzie z nim rozmawiałem, 
patrzyli   na   mnie   spode   łba.   Zdałem   sobie   sprawę,   jak   niebezpieczny   jest   ten   bydlak   i 
zacząłem żałować, że Quick, zamiast dać mu po twarzy, nie skręcił mu karku w tunelu.

Moi towarzysze też żałowali, że się tak nie stało, kiedy opowiedziałem o tej rozmowie, 

ale  myślę,  że otworzyłem  im,  a szczególnie  Oliwerowi, oczy na powagę sytuacji.  Potem 
poinformował mnie, że rozmawiał z Makedą i że poważnie zaczęła się lękać o nasze, a nawet 
o swoje bezpieczeństwo. Powiedziała mu, że Jozue jest zdolny do wszystkiego i że cieszy się 
poparciem większości Abatich, zawistnych, nikczemnych i nietolerancyjnych ludzi, którzy 
nadrabiają chytrością i przebiegłością brak odwagi.

Jednak   dobrze   widziałem,   że   grożące   Makedzie   i   Oliwerowi   niebezpieczeństwo   nie 

rozluźniło ich związku ani nie osłabiło uczucia. Ba, zdawało się nawet, że zbliżyło ich to 
jeszcze bardziej do siebie. Krótko mówiąc, wszystko zmierzało – do tragicznego końca, a my 
mogliśmy tylko stać z boku i bezsilnie się przyglądać.

Po południu tego samego dnia, kiedy miałem ową nieprzyjemną rozmowę  z Jozuem, 

wezwano nas  na  posiedzenie  Rady.  Poszliśmy,  nie  bez  pewnych  obaw, spodziewając  się 
kłopotów.   Na   miejscu   okazało   się,   że   istotnie   są   kłopoty,   ale   innego   rodzaju,   niż 
przypuszczaliśmy. Zaledwie weszliśmy do sali, w której siedziała na tronie Makeda, otoczona 
swym   karykaturalnie   pompatycznym   dworem,   gdy   otworzyły   się   wielkie   drzwi   i 
wprowadzono   trzech   siwobrodych   mężczyzn   w   długich   szatach,   w   których   natychmiast 
rozpoznaliśmy   wysłanników   czy   posłów   Fungów.   Ludzie   ci   skłonili   się   zawoalowanej 
Makedzie, a potem odwróciwszy się w stronę, gdzie staliśmy, z dala od Abatich, również 
nam. Na Jozuego, którego podtrzymywało  dwóch służących, gdyż nie mógł nawet stać o 
własnych siłach, ani na resztę notabli i kapłanów nie zwrócili w ogóle uwagi.

– Mówcie – powiedziała Makeda.
– Pani –  zaczął rzecznik poselstwa  –  przysyła nas sułtan Barung, syn Barunga, władca 

Fungów. A oto jego słowa: „Rękami i mądrością białych panów, których wezwałaś na pomoc, 
wyrządziłaś ostatnio dużo szkód naszemu bogu, Harmakowi, i mnie, jego słudze. Zniszczyłaś 
jedną z bram mego miasta, a z nią wielu moich poddanych. Uwolniłaś z mych rąk więźnia, 
zabierając  Harmakowi  należną  mu  ofiarę i sprowadzając tym  samym  na nas  jego gniew. 
Zabiłaś wiele świętych zwierząt, za których pośrednictwem Harmak przyjmuje nasze ofiary, 
wielu   kapłanów   i   strażników   boga   w   podziemnym   przejściu.   Co   więcej,   moi   szpiedzy 

background image

donoszą, że planujesz dalsze wystąpienia przeciwko bogu i przeciw mnie. A zatem powiadam 
ci, że za te i za inne niecne czyny zniszczę cały twój naród, który do tej pory oszczędzałem. 
Niedługo   poślubię   moją   córkę   białemu   człowiekowi,   kapłanowi   Harmaka,   zwanemu 
Śpiewakiem Egipskim, który jest podobno synem lekarza w twojej służbie, a kiedy odprawię 
te uroczystości i mój lud zakończy żniwa, podniosę miecz i nie spocznę, dopóki nie będzie już 
Abatich.

Wiedz,   że   ostatniej   nocy,   kiedy   zabiliście   święte   lwy   i   porwaliście   ofiarę,   Harmak 

przemówił   do   swych   kapłanów   i   objawił   im   przyszłość.   A   oto   jego   proroctwo  –  «Nim 
skończycie zbiory, moja głowa będzie spać na Równinie Mur». Nie wiemy, co to znaczy, ale 
wiemy, że nim skończymy zbiory, ja czy ten, który obejmie rządy po mnie, położy się do snu 
w moim mieście Mur.

A teraz wybierajcie – albo natychmiast się poddacie, albo nadejdzie wasz koniec. Jeśli się 

poddacie, to oprócz tego psa, Jozuego, który kilka dni temu chciał  mnie,  wbrew ogólnie 
przyjętym zwyczajom, podstępnie zabić, i dziesięciu innych, których wymienię, daruję wam 
życie. Jozuego jednak i tych dziesięciu powieszę, gdyż nie są godni umierać od miecza. Jeśli 
natomiast   stawicie   opór,   to   przysięgam   na   samego   Harmaka,   że   oprócz   białych   panów, 
których  darzę  szacunkiem  za ich  odwagę, i  tego twego sługi,  który stanął  razem  z nimi 
ostatniej   nocy   w   jaskini   lwów  –  zginą   wszyscy   wasi   mężczyźni,   a   wszystkie   kobiety,   z 
wyjątkiem ciebie, Waldo Nagasto, gdyż masz wielkie serce, zostaną moimi niewolnikami. 
Jaka jest twoja odpowiedź, o pani Abatich?”

Makeda popatrzyła po twarzach członków Rady i zobaczyła malującą się na nich trwogę. 

Widzieliśmy, że wielu dosłownie trzęsie się ze strachu.

–  Moja odpowiedź będzie krótka, wysłańcy Barunga  –  powiedziała  –  ale wypada, aby 

najpierw ci, którzy reprezentują tu lud, przemówili w jego imieniu. Jozue, mój wuju, jesteś 
pierwszą osobą w Radzie. Co masz do powiedzenia? Czy chcesz poświęcić swoje życie i 
życie dziesięciu innych, których imion nie znam, aby między nami i Fungami zapanował 
pokój?

– Co?! – wrzasnął Jozue w porywie wściekłości. – Czyżbym dożył tej chwili po to, aby 

słuchać, jak jakaś Walda Nagasta proponuje, żeby oddać mnie, pierwszego księcia jej kraju, 
swego wuja i narzeczonego, w ręce naszych odwiecznych wrogów, którzy powieszą mnie jak 
niedołężnego psa? Czy tych nieznanych dziesięciu, którzy bez wątpienia znajdują się w tej 
sali, dożyło tej chwili po to, aby usłyszeć wydany na siebie wyrok?

– Nie, wuju. Pytałam tylko, czy życzysz sobie tego. To wszystko.
–  A więc odpowiadam, że ani ja sobie tego nie życzę, ani tych dziesięciu, ani reszta 

Abatich.   O   nie,   będziemy   walczyć   z   Fungami   i   pobijemy   ich,   a   kamień   z   ich   bożka   o 
zwierzęcej głowie zużyjemy do budowy synagogi i do brukowania dróg. Słyszycie, dzikusy? 
–  zwrócił się do Fungów i, podtrzymywany przez służących, podkuśtykał do wysłanników 
sułtana, śmiejąc się im w twarz.

background image

Posłowie zmierzyli go spokojnie wzrokiem od stóp do głowy. – Słyszymy i cieszy nas to 

–  odparł ich rzecznik  – gdyż my, Fungowie, wolimy rozstrzygać nasze spory mieczem, nie 
układami. A tobie, Jozue, radzimy umrzeć przed naszym wejściem do Mur, gdyż sznur nie 
jest jedynym znanym nam sposobem egzekucji.

Wszyscy trzej skłonili się uroczyście, najpierw Córce Królów, potem nam i odwrócili się, 

aby odejść.

– Zabić ich! – wrzasnął Jozue. – Obrazili mnie, księcia!
Ale nikt nie podniósł na nich ręki. Wyszli spokojnie na plac, gdzie czekała eskorta z ich 

końmi.

background image

Rozdział XIV

Szadrach spotyka Faraona

Po wyjściu posłów zaległa ciężka cisza, gdyż nawet lekkomyślni Abati zrozumieli, że 

wybiła  ich  godzina.   Potem  nagle  wszyscy  członkowie   Rady  zaczęli  mówić  naraz,  robiąc 
wrzask   jak   stado   małp,   przy   czym   nikt   nie   słuchał   drugiego.   W   końcu   wystąpił   jakiś 
wspaniale odziany jegomość, chyba kapłan, i krzykiem uciszył całą czeredę.

Kiedy się uspokoili, zaczął ze zdenerwowania mówić, że to my, goje, sprowadziliśmy na 

Mur to całe niszczęście, gdyż przedtem Abati, choć zagrożeni, żyli w spokoju i chwale  – 
właśnie tak powiedział: „w chwale!” – przez całe wieki. Ale teraz użądliliśmy Fungów, jak 
szerszeń byka, i wprawiliśmy ich w taką wściekłość, że chcą rozdeptać Abatich. Dlatego 
zaproponował, aby natychmiast wydalono nas z Mur.

W   tym   momencie   zobaczyłem,   że   Jozue   szepce   coś   na   ucho   stojącemu   obok   niego 

człowiekowi, który zaraz krzyknął:

– O nie, bo z miejsca pojechaliby do swego przyjaciela Barunga, takiego samego dzikusa 

jak oni i znając nasze tajemnice, wykorzystaliby je przeciw nam. Trzeba ich natychmiast 
zabić! – wyciągnął miecz i zaczął nim wymachiwać.

Podszedł   do   niego   Quick   i   przyłożył   mu   rewolwer   do   głowy.  –  Opuść   ten   miecz  – 

powiedział – bo zaraz poznasz koniec tej historii.

Dzielny wojownik opuścił miecz i Quick wrócił do nas.
Teraz zabrała głos Makeda. Mówiła dość spokojnie, choć widziałem,  że trzęsie się z 

gniewu.

– Ci ludzie są naszymi gośćmi – powiedziała. – Przyjechali tu, aby nam służyć. Chcecie 

zamordować swoich gości? Zresztą, co by wam z tego przyszło? Może nas ocalić tylko jedno, 
zniszczenie bożka Fungów, gdyż zgodnie z ich starą przepowiednią, opuszczą swoje miasto, 
kiedy zostanie on zniszczony. A jeśli chodzi o tę nową przepowiednię kapłanów Harmaka, że 
zanim skończą zbiory, głowa tego bożka będzie spać na Równinie Mur, to jak może do tego 
dojść,   jeśli   zostanie   zniszczony?   Chyba   że   znaczy   to,   iż   Harmak   będzie   spał   w   niebie. 
Dlaczego zatem boicie się gróźb opartych na tym, co nie może się zdarzyć?

background image

Ale czy wy potraficie zniszczyć  tego fałszywego boga? Czy ośmielicie się walczyć z 

Fungami? Dobrze wiecie, że nie, bo gdyby tak było, to czy musiałabym posyłać po tych ludzi 
Zachodu? A może myślicie, że ułagodzicie Barunga, zabijając ich? O nie, chociaż jest naszym 
wrogiem, jest dzielnym  i honorowym  człowiekiem i gdy się o tym  dowie, rozgniewa się 
jeszcze bardziej i zemści jeszcze okrutniej. Poza tym będziecie musieli poszukać sobie wtedy 
innej Waldy Nagasty, bo ja, Makeda, nie chcę być królową takich ludzi.

– To niemożliwe – powiedział ktoś – jesteś, pani, ostatnią kobietą królewskiej krwi.
– A więc weźmiecie sobie taką, która nie jest królewskiej krwi, albo wybierzecie nowego 

władcę, jak Żydzi Saula, bo jeśli zabijecie moich gości, wstyd i hańba nie pozwolą mi dłużej 
żyć.

Zdaje się, że te słowa przestraszyły Radę. Jeden z nich spytał, co w takim razie mają 

robić.

– Co robić? – odparła, odrzucając woalkę. – Przecież jesteście mężczyznami! Stwórzcie 

armię, weźcie każdego, kto może unieść miecz. Pomóżcie tym obcym, a oni poprowadzą was 
do   zwycięstwa.   O   Abati,   czyżbyście   chcieli,   aby   was   zarżnięto   jak   barany?   Czyżbyście 
chcieli, aby wasze kobiety stały się niewolnicami, a wasza rasa przestała istnieć?

– Nie! – krzyknęło kilku z nich.
– A więc brońcie się! Nadal jest was wielu, ci przybysze znają się na prowadzeniu wojen 

i poprowadzą was, jeśli za nimi pójdziecie. Zdobądźcie się na odwagę, a przysięgam wam, że 
nim   zakończą   się   żniwa,   to   nie   Fungowie   będą   siedzieli   w   Mur,   ale   Abati   w   Harmaku. 
Skończyłam, a teraz róbcie, co chcecie  –  podniosła się z tronu i opuściła salę, dając nam 
gestem znak, abyśmy zrobili to samo.

Koniec tego był taki, że Rada Abatich zawarła z nami pokój. Z charakterystyczną dla 

siebie pompą i pedanterią przysięgli na Zwój Praw, że udzielą nam wszelkiej pomocy w 
walce z Fungami, a nawet będą słuchali naszych rozkazów, z tym tylko zastrzeżeniem, że 
będą   one   wymagały   potwierdzenia   kilkuosobowej   rady   ich   dowódców.   Mówiąc   krótko   i 
dosadnie,   ponieważ   bardzo   się   bali,   zapomnieli   na   pewien   czas   o   nienawiści   do   nas, 
cudzoziemców.

Opracowano zatem pewne posunięcia, między innymi Rada, jedyny organ – oczywiście 

oprócz królowej  –  władny do podejmowania decyzji w sprawach państwa, gdyż Abati nie 
mieli   żadnych   ciał   przedstawicielskich,   ogłosiła   na   pewien   czas   powszechną   mobilizację. 
Powiem tu od razu, że decyzja ta spotkała się z ogólnym sprzeciwem. Abati byli narodem 
rolników i nienawidzili służby wojskowej. Co prawda od dziecka słyszeli o groźbie ataku ze 
strony Fungów, ale atak taki nigdy nie nastąpił. Otoczeni nieprzebytym murem gór, Abati żyli 
niczym na niedostępnej wyspie, a Fungowie znajdowali się zawsze po drugiej stronie.

Nigdy nie doświadczyli rzezi ni grabieży, a ich wyobraźnia była zbyt uboga, aby mogli 

zrozumieć, co znaczą owe słowa. Domy w płomieniach, mężczyźni wycięci w pień, kobiety i 
dzieci uprowadzone w niewolę – wszystko to wydawało się im bajką, nierealną opowieścią z 

background image

gatunku tych, które snuli w długie wieczory podczas pory deszczowej ich poeci. Takie rzeczy 
mogły   przytrafić   się   w   zamierzchłych   czasach   Kanaanitom,   Jebuzytom   i   Amalekitom,   o 
których wspominała ich Księga Praw, ale nie mogły przytrafić się im, żyjącym bezpiecznie i 
wygodnie Abatim. W owej Księdze ostatecznie zawsze zwyciężali Izraelici, mimo iż Filistyni 
albo Fungowie stali u ich bram. Trzeba bowiem pamiętać, iż nie zawiera ona opisu upadku 
Jerozolimy i strasznej zagłady jej mieszkańców. O tym wydarzeniu Abati nie wiedzieli prawie 
nic.

Nic więc dziwnego, że nasze komisje poborowe – choć właściwszym słowem byłoby tu 

„łowcy rekrutów” – nie spotykały się z przychylnym przyjęciem. Wiem o tym dobrze, gdyż 
zadanie   to   powierzono   mnie.   Zostałem   oczywiście   doradcą   miejscowych   dowódców. 
Niejednokrotnie   w   wioskach   położonych   na   brzegach   pięknego   jeziora   witał   nas   grad 
kamieni. Doszło nawet do przypadków aktywnego oporu i nie odbyło się bez rozlewu krwi. 
Ostatecznie jednak udało nam się jakoś sformować pięcio – czy sześciotysięczną armię, ale 
dezercja była na porządku dziennym, a parę razy zamordowano usiłujących przeciwdziałać 
temu oficerów.

– To beznadziejna sprawa, doktorze, zupełnie beznadziejna – mówił Quick. – Co można 

zrobić z takim stadem świń, z których każda rwie się tylko do koryta albo obojętnie gdzie, 
tylko   nie   do   wroga?   Im   szybciej   dopadną   ich   Fungowie,   tym   lepiej   dla   wszytkich 
zainteresowanych i gdyby nie było mi żal jej wysokości, to taka byłaby moja rada dla pana 
kapitana i dla was wszystkich, panowie: „Uciekajcie z tej diabelskiej dziury co sił w nogach i 
zostawcie Abatich ich losowi”.

–  Zapominacie, sierżancie, że mam osobisty powód, żeby tu zostać. Reszta chyba też. 

Profesor na przykład jest zafascynowany szkieletami w Grobowcu Królów.

– Tak, a pan kapitan czymś przyjemniejszym niż szkielet. No cóż, musimy doprowadzić 

to do końca, chociaż zdaje mi się, że nie wszyscy doczekamy tej chwili. Z drugiej strony, jeśli 
człowiek żył w zgodzie ze swymi zasadami, to to, czy będzie żył parę lat krócej czy dłużej nie 
ma wielkiego znaczenia. W końcu czy jest ktoś oprócz was, panowie, komu będzie brakować 
Samuela Quicka?

Potem,   nie   czekając   na   odpowiedź,   odmaszerował   wyprostowany   jak   trzcina   pomóc 

pstrokato ubranym oficerom Abatich, których szczerze i z wzajemnością nienawidził, wpoić 
świeżo sformowanej  kompanii elementy musztry,  a ja zacząłem  się zastanawiać jakie też 
obawy czy przeczucia wypełniły jego uczciwą duszę.

Musztrowanie   rekrutów   nie   było   jednak   głównym   zadaniem   Quicka.   Codziennie, 

przynajmniej przez sześć godzin, pomagał Oliwerowi w wielkim dziele drążenia tunelu z 
Krypty   Królów   do   cokołu,   na   którym   spoczywał   bożek   Fungów.   Było   to   bardzo   trudne 
przedsięwzięcie i prawdopodobnie nie dałoby się urzeczywistnić, gdyby nie fakt, że domysł 
Orme’a o istnieniu  niegdyś  przejścia  prowadzącego  z końca  jaskini ku sfinksowi znalazł 
potwierdzenie.   Przejście   takie   znaleźliśmy   za   tronem,   na   którym   spoczywały   kości   króla 

background image

garbusa.   Otwór   był   zamurowany,   ale   z   tym   poradziliśmy   sobie   łatwo.   Dalej   był   tunel 
opadający stromo w dół. Przeszliśmy nim bez kłopotów kilkaset jardów, ale dalej ściany i 
sklepienie   były   tak   popękane,   że   w   obawie   przed   tąpnięciem   musieliśmy   je   podpierać 
drewnianymi stemplami.

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie strop zupełnie się zawalił, prawdopodobnie w 

wyniku trzęsienia ziemi, które zniszczyło dużą część podziemnego miasta. Jeśli można było 
zaufać instrumentom i obliczeniom Oliwera, to miejsce to znajdowało się około dwieście 
jardów   od   dna   jaskini   lwów,   do   której   pewnie   ów   tunel   niegdyś   prowadził.   Oczywiście 
powstał problem, co robić dalej. Odbyliśmy w tym celu naradę, na którą zaprosiliśmy Makedę 
i   kilku   znaczniejszych   Abatich.   Oliwer   wyjaśnił   im,   że   gdyby   nawet   udało   się   oczyścić 
zawalony odcinek tunelu, to i tak na nic by się to nie zdało, gdyż w końcu znaleźlibyśmy się 
prawdopodobnie w jaskini lwów.

– A zatem jaki masz plan? – spytała Makeda.
– Pani – odparł – mam zniszczyć Harmaka za pomocą materiałów wybuchowych, które 

przywieźliśmy tu z Anglii. Przede wszystkim chciałbym zapytać, czy nadal jest to twoim 
życzeniem?

–  A dlaczego miałabym się  z  niego wycofać?  –  odparła Makeda.  – Co masz przeciw 

niemu?

– Dwa zastrzeżenia, pani. Jako akt wojny czyn ten byłby bez znaczenia, gdyż nawet jeśli 

założymy, że sfinks zostanie zniszczony a pewna liczba kapłanów i strażników zginie, to w 
jaki sposób polepszy to waszą sytuację? Po drugie zniszczenie sfinksa jest bardzo trudnym, a 
może nawet niewykonalnym zadaniem. To prawda, że materiały, którymi dysponujemy, mają 
potężną siłę niszczenia, ale czy można mieć pewność, że wystarczy ich dla rozsadzenia takiej 
góry litej skały? Nie mogę obliczyć jej masy, nie znając jej rozmiarów ani kubatury lochów 
znajdujących  się wewnątrz sfinksa, l na koniec, jeśli mamy podjąć próbę dokonania tego 
dzieła, to trzeba będzie wydrążyć przynajmniej trzystujardowy tunel, prowadzący najpierw w 
dół, a potem idący ku górze i wrzynający się w podstawę posągu. Jeśli w dodatku mamy 
zakończyć to wszystko w przeciągu półtora miesiąca, to znaczy do dnia ślubu córki Barunga, 
to będą musiały przy tym pracować bez przerwy dzień i noc setki ludzi, a i tak nie wiadomo, 
czy uda się zmieścić w tym terminie.

Makeda zastanawiała się chwilę, a potem spojrzała na Oliwera i rzekła:
– Przyjacielu, znasz się na tym, więc powiedz nam szczerze, co myślisz. Co zrobiłbyś, 

będąc na moim miejscu?

–  Poprowadziłbym, pani, wszystkich zdolnych do władania bronią mężczyzn na miasto 

Fungów w noc wielkiego święta, kiedy nie trzymają warty. Wysadziłbym bramy Harmaku, 
wziął miasto szturmem, odepchnął Fungów i potem, gdyby było to konieczne, rozsadziłbym 
w proch sfinksa od wewnątrz.

Makeda   odbyła   naradę   ze   swą   świtą,   która   zdawała   się   bardzo   zaniepokojona   takim 

background image

pomysłem, a potem przywołała nas z powrotem i zakomunikowała swoją decyzję.

– Ci panowie, moi doradcy –  powiedziała z nutą pogardy w głosie  –  twierdzą, że twój 

plan jest szalony i nigdy go nie poprą, ponieważ nikt nie zdoła namówić Abatich do tak 
niebezpiecznego   przedsięwzięcia,   jakim   byłby   atak   na   miasto   Harmak.   Uważają,   iż 
przepowiednia mówi, iż Fungowie wyniosą się z równiny po, a nie przed zniszczeniem ich 
boga i że dlatego trzeba go zniszczyć. Przypominają też, że zarówno ty, jak i twoi towarzysze 
przysięgliście służyć przez rok Abatim i że należy do was wykonywanie, a nie wydawanie 
rozkazów i że warunkiem otrzymania przez was obiecanej zapłaty jest zniszczenie bałwana, 
do którego modlą się Fungowie. Oto decyzja, którą Rada oznajmiła ustami księcia Jozuego. 
Książę rozkazuje, abyście natychmiast zabrali się do tego, po co sprowadzono was do Mur.

–  Czy jest to również twój rozkaz, Córko Królów?  –  spytał  z poczerwieniałą twarzą 

Oliwer.

–  Ponieważ  ja  również  myślę,   że  Abati  za   nic  nie   zgodzą  się   na  wzięcie  udziału  w 

szturmie na Harmak, jest to także mój rozkaz, aczkolwiek ja sama nigdy nie wyraziłabym go 
w takiej formie.

– Dobrze, Córko Królów, zrobię, co będę mógł. Tylko nie wiń nas, jeśli zakończy się to 

inaczej,  niż   się spodziewają  twoi  doradcy.   Proroctwo  jest  jak kij  o  dwóch końcach.   Nie 
wierzę,  by tak  waleczny naród, jak Fungowie uciekł  i zostawił  was  tryumfujących  tylko 
dlatego, że zostanie zniszczone kamienne wyobrażenie ich boga, jeśli w ogóle da się to zrobić 
w tak krótkim czasie i za pomocą środków, jakimi rozporządzamy. Na razie proszę, abyś dała 
mi  dwustu pięćdziesięciu ludzi wybranych  spośród górali, nie spośród ludzi z miasta,  do 
pomocy w wykonaniu zadania. Niech wybierze ich Jafet i niech on nimi dowodzi.

– Stanie się, jak sobie życzysz – odparła.
Skłoniliśmy   się   i   ruszyliśmy   do   wyjścia.   Gdy  przechodziliśmy   koło   członków   Rady, 

Jozue powiedział specjalnie głośno, abyśmy usłyszeli:

– Dzięki Bogu, że tym gojom pokazano wreszcie, gdzie jest ich miejsce.
Oliwer odwrócił się tak gwałtownie, że Jozue cofnął się, myśląc, że chce go uderzyć.
–  Uważaj, książę  – powiedział  –  żeby,  zanim się to wszystko skończy, nie pokazano 

tobie,  gdzie jest twoje miejsce. Może ono być  bardzo nisko  –  tu spojrzał wymownie  na 
podłogę.

Przystąpiliśmy   zatem   do   pracy.   Była   ona   nie   tylko   ciężka,   ale   i   niebezpieczna.   Na 

szczęście,   oprócz   azoimidów,   przywieźliśmy   też   ze   sobą   kilka   skrzynek   dynamitu,   który 
bardzo   nam   się   teraz   przydał.   Wywiercono   dziurę   w   przedniej   ścianie   tunelu   i   założono 
ładunek. Potem wszyscy wycofali się do Jaskini Królów. Po odpaleniu, kiedy opadł dym, co 
trwało dość długo, nasi ludzie wynieśli pokruszoną skałę i zabieg trzeba było powtórzyć.

W wąskim tunelu panowała wysoka temperatura, a powietrza było tak mało, że lampy 

ledwie   się   tliły.   Kiedy   przedłużyliśmy   go   o   sto   stóp,   myśleliśmy,   że   trzeba   będzie 
zrezygnować z planu, gdyż dwóch górali zmarło z uduszenia, a reszta, mimo iż byli to dzielni 

background image

ludzie,   odmówiła   ponownego   wejścia   do   tunelu.   W   końcu   jednak   udało   się   Orme’owi   i 
Jafetowi przekonać kilku z nich i krótko potem powietrze znacznie się poprawiło. Myślę, że 
trafiliśmy na jakąś szczelinę czy szyb wychodzący na zewnątrz.

Istniały też inne zagrożenia, szczególnie niebezpieczeństwo osunięcia się sklepienia w 

miejscach, gdzie skała była zwietrzała. Wielki kłopot sprawiały nam podziemne źródła, na 
które natrafiliśmy parę razy. Woda w nich przesycona była miedzią czy innymi minerałami, 
które   nadawały   jej   właściwości   kwasowe,   a   że   trzeba   było   wynosić   ją   w   drewnianych 
kubłach, przez  które łatwo przeciekała, stopy i ręce zatrudnionych przy tym ludzi pokryte 
były bąblami. Uporaliśmy się w końcu z tym problemem, przekopując wąski kanał, który 
odprowadził ją do zniszczonego przez trzęsienie ziemi, a położonego na niższym poziomie, 
starego tunelu.

Pracowaliśmy   więc   w   wielkim   trudzie   i   znoju.   Właściwie   należałoby   powiedzieć,   że 

pracowali Oliwer, Quick i górale. Higgs starał się pomagać, jak mógł, ale po pewnym czasie 
wysoka temperatura stała się dla niego, człowieka o dużej tuszy, nie do zniesienia. Zajął się 
więc w końcu nadzorowaniem składania materiału z wykopu w Grobowcu Królów, opieką 
nad magazynem i innymi tego typu sprawami. Tak przynajmniej uważano, gdyż w istocie 
większość   czasu   poświęcał   na   wykonywanie   rysunków   pochówków,   katalogowanie 
przedmiotów znajdujących się w jaskini i penetrowanie ruin podziemnego miasta. Prawdę 
mówiąc, zamysł zniszczenia sfinksa napawał go zgrozą.

– I pomyśleć – mówił – pomyśleć, że ja, który całe życie pomstowałem na brak opieki 

nad zabytkami i namawiałem do ratowania najdrobniejszych pamiątek przeszłości, mam teraz 
przyczynić   się   do   zniszczenia   najwspanialszego   obiektu,   jaki   wznieśli   starożytni!   Nawet 
wandal zapłakałby z rozpaczy. Modlę się, żeby wam się nie udało. Jakie to ma znaczenie, że 
Abati przestaną istnieć? Tyle o stokroć lepszych ludów wyginęło przed nimi. Jakie miałoby 
znaczenie   to,   że   zginęlibyśmy   razem   z   nimi,   gdyby   ten   wspaniały   sfinks   pozostał   dla 
przyszłych pokoleń? Dzięki Bogu, że przynajmniej go widziałem, bo wy chyba nie będziecie 
mieli takiej możliwości. O cholera! Znowu jakiś dureń sypie śmieci na czaszkę numer 14!

Pracowaliśmy   bez   przerwy,   każdy   na   swoim   odcinku,   gdyż   roboty   w   wykopie   nie 

ustawały nawet na chwilę. Oliwer ze swą ekipą pracował w dzień, Quick ze swoją w nocy, po 
tygodniu Quick przechodził na dzienną zmianę, Oliwer na nocną, i tak w kółko. Czasami 
zaglądała do jaskini Makeda, aby zorientować się w postępie prac. Zauważyłem, że jej wizyty 
zawsze wypadają wtedy, kiedy Oliwer ma wolne. Wówczas pod jakimś pretekstem zaszywali 
się gdzieś w zakamarkach podziemnego miasta. Na próżno przestrzegałem ich przed tym i 
mówiłem, że każdy ich krok jest śledzony przez kręcących się nieustannie wokół nich szpicli, 
gdyż dwukrotnie złapałem takich gagatków na gorącym uczynku. Oboje byli zakochani w 
sobie po uszy i nie chcieli mnie w ogóle słuchać.

W owym czasie Oliwer opuszczał podziemne miasto tylko dwa czy trzy razy w tygodniu, 

a i to na godzinę  czy dwie,  aby zaczerpnąć  świeżego powietrza.  Właściwie w ogóle nie 

background image

odpoczywał. Z tego też powodu zrobił sobie łóżko w jednym z pomieszczeń starej świątyni. 
Sypiał   tam   praktycznie   bez   ochrony,   jedynie   z   Faraonem,   który  towarzyszył   mu   wiernie 
nawet pod ziemią, u boku.

Było zaiste przedziwne, jak pies przystosował się do ciemności. Inne zmysły, szczególnie 

węch, zastępowały mu doskonale wzrok. Stopniowo poznał też wszystkie szczegóły naszej 
operacji, tak że kiedy ładunek był założony i gotowy do odpalenia, podnosił się i wybiegał z 
wykopu jeszcze przed ludźmi.

Pewnej nocy o mało nie doszło do tragedii, której się obawiałem. A że do niej nie doszło, 

zawdzięczamy właśnie Faraonowi. Około szóstej wieczorem Oliwer zszedł z ośmiogodzinnej 
zmiany, zostawiając w tunelu, do czasu przyjścia Quicka z jego grupą, Higgsa. Ja byłem w 
tym czasie na zewnątrz, w związku z buntem, który wybuchł w jednym z oddziałów świeżo 
stworzonej armii.  Oddział ów składał  się w większości z ludzi, których  u nas  zwano by 
chłopami małorolnymi. Zażądali oni, by rozpuścić ich do domów, gdyż muszą oplewić swoje 
zagony. Nie pomagały prośby ani groźby i w końcu trzeba było wezwać samą Córkę Królów, 
by wpłynęła na nich swym autorytetem.

Kiedy   wreszcie   udało   się   jej   zażegnać   kryzys,   była   tak   zdenerwowana,   że   ostro   i 

stanowczo   odprawiła   swój   orszak,   by   nie   patrzeć   na   tych   ludzi   i   poprosiła   mnie,   abym 
towarzyszył jej do jaskini.

U wejścia do tunelu spotkaliśmy Oliwera, z którym prawdopodobnie była już wcześniej 

umówiona, i kiedy zdał jej sprawę z postępu robót, odeszła z nim, jak zwykle, w jakiś kąt 
jaskini. Poszedłem w pewnej odległości za nimi, bynajmniej nie z ciekawości ani nie po to, 
aby   ujrzeć   nowe   dziwy   podziemnego   miasta,   którego   miałem   już   serdecznie   dość,   lecz 
dlatego, że podejrzewałem, iż ktoś będzie ich śledził.

Zniknęli za załomem, w miejscu, z którego, jak wiedziałem nie było innego wyjścia, więc 

zgasiłem lampę, usiadłem na przewróconej kolumnie i czekałem, aż ponownie zobaczę ich 
światło.   Wtedy   miałem   zamiar   wycofać   się.   Kiedy   tak   siedziałem,   rozmyślając   o   wielu 
rzeczach,   prawdę   mówiąc   bardzo   przygnębiony,   wydało   mi   się,   że   coś   się   koło   mnie 
poruszyło i natychmiast zapaliłem zapałkę. Jej światło padło na twarz człowieka, w którym od 
razu rozpoznałem jednego ze strażników przybocznych księcia Jozuego, choć nie byłem w 
stanie stwierdzić, czy szedł w stronę Oliwera i Makedy, czy już stamtąd wracał.

– Co tu robisz? – spytałem.
– A co cię to obchodzi, lekarzu? – odpowiedział.
W tym momencie zgasła zapałka i zanim zdążyłem zapalić drugą, wśliznął się jak wąż w 

ruiny i zniknął.

W pierwszej chwili chciałem powiedzieć Makedzie i Oliwerowi, że są śledzeni, ale potem 

doszedłem do wniosku, że byłoby to i dla nich, i dla mnie żenujące, a poza tym ów szpieg 
najpewniej da im już w tym dniu spokój, więc zszedłem do Krypty Królów pomóc Higgsowi. 
Zaraz potem, na długo przed swą zmianą, przyszedł Quick, gdyż nie miał zaufania do Higgsa 

background image

jako   kierownika   robót   przy   wykopie.   Skorzystaliśmy   z   tego   i   wyszliśmy   z   dusznego   i 
brudnego   tunelu,   a   później,   dla   rekreacji,   zajęliśmy   się   katalogowaniem   i   opisywaniem 
zbiorów.

– Gdyby udało nam się wywieźć to wszystko z Mur – powiedział, zatoczywszy ręką łuk – 

to przynajmniej na trzy dni stalibyśmy się najsławniejszymi ludźmi w Europie, a w dodatku 
bylibyśmy bogaci.

– Ptolemeuszu – odparłem – będziemy mieli szczęście, jeśli uda nam się wywieźć z Mur 

życie, a o wywiezieniu tych kości i skarbów możemy tylko pomarzyć – i opowiedziałem mu o 
tym, co widziałem.

Na jego okrągłej twarzy pojawił się niepokój.
– Niedobrze – powiedział. – Ale nie winie go. Sam prawdopodobnie postępowałbym tak 

samo, gdybym miał szansę, ty też  –  gdybyś był ze dwadzieścia lat młodszy. Nie winie ani 
jego, ani jej, bo chociaż różni ich rasa i wykształcenie, zostali stworzeni dla siebie i dopóki 
żyją, nic ich nie rozłączy. Równie dobrze można by oczekiwać, że magnes i okruch żelaza, 
położone obok siebie, zostaną oddzielnie, i, jak wszyscy w takim stanie, nie potrafią utrzymać 
swej miłości w tajemnicy. A archeologia też kryje pewne niebezpieczeństwa, ale nie jest tak 
groźna jak kobieta, chociaż przez nią wylądowałem w jaskini lwów. Jak myślisz, stary, co 
będzie dalej?

–  Nie wiem, ale wydaje mi się zupełnie prawdopodobne, że Oliwer zostanie w końcu 

zamordowany, a my podzielimy jego los, a w najlepszym przypadku zostaniemy wypędzeni z 
Mur. No, czas na obiad. Jeśli będę miał okazję, to ich ostrzegę.

Poszliśmy więc do świątyni  znajdującej się w największej jaskini, gdzie trzymyliśmy 

zapasy   a   Oliwer   miał   swą   kwaterę   główną.   Zastaliśmy   go   tam   oczekującego   na   nas   z 
obiadem, bo posiłki przynoszono nam gotowe z pałacu. Kiedy zjedliśmy, odprawiliśmy sługi 
pałacowe, zapaliliśmy fajki i nakarmiliśmy Faraona zostawionymi dla niego resztkami. Potem 
powiedziałem Oliwerowi o szpiegu, którego nakryłem w trakcie śledzenia jego i Makedy.

– No i co z tego? – spytał, czerwieniąc się swoim zwyczajem. – Zaprowadziła mnie tylko 

po to, żeby mi pokazyć stary napis na kolumnie w północnej nawie.

–  Jeśli tak, to zrobiłaby lepiej pokazując go mnie –  powiedział Higgs.  –  Jakie tam są 

litery?

– Nie wiem – odpowiedział ze wstydem. – Nie mogła go znaleźć.
Zapanowało niezręczne milczenie. W końcu przerwałem je.
– Oiiwerze – powiedziałem – myślę, że nie powinieneś spać tu sam. Masz w tym miejscu 

zbyt wielu wrogów.

–   Bzdury!   –  odparł.  –  Chociaż   faktem   jest,   że   Faraon   zachowywał   się   niespokojnie 

ostatniej nocy, a raz obudziłem się i wydawało mi się, że słyszę kroki. Pomyślałem sobie, że 
to duchy, w które zacząłem już prawie wierzyć po tylu dniach spędzonych w tym miejscu, i 
położyłem się na powrót.

background image

– Nie pieprz! –  powiedział wulgarnie Higgs.  –  Spałem z tyloma  mumiami, że gdyby 

istniały duchy, na pewno bym któregoś zobaczył, a nie widziałem nic. To ten stary Jozue 
nasyła te duchy. Słuchaj, stary, zostanę  tu  z  tobą na noc, bo Quick musi być w tunelu, a 
Ryszard   musi   nocować   na   zewnątrz   na   wypadek,   gdyby   potrzebowano   go   w   sprawach 
wojska.

– Mowy nie ma – rzekł Oliwer. – Wiesz, że jest tu dla ciebie za duszno i że nawet nie 

zmrużysz oka. Nie chcę w ogóle o tym słyszeć.

– To chodź z nami do pałacu. Będziesz spał w przydzielonych nam pokojach.
–  Nie mogę. Koło pierwszej sierżant będzie miał bardzo trudną pracę i obiecałem, że 

przyjdę mu pomóc, jeśli zadzwoni – wskazał telefon polowy, który na szczęście zabraliśmy z 
Anglii, umieszczony obok łóżka.

–  Poszedłbym  z wami, gdyby urządzenie  to miało jeszcze kilkaset jardów drutu, ale, 

niestety, nie ma, a ja muszę być w każdej chwili pod ręką.

Właśnie   w   tym   momencie   zabrzęczał   dzwonek   i   Orme   złapał   za   słuchawkę.   Przez 

następne pięć minut wydawał jakieś, zupełnie niezrozumiałe dla nas, polecenia.

– No i sami widzicie –  rzekł, odwieszając słuchawkę.  –  Gdyby mnie tu nie było, to 

prawdopodobnie zawaliłoby się sklepienie tunelu i zabiło paru ludzi. Nie, nie, nie mogę stąd 
odejść.   Ale   nie   obawiajcie   się.   Mając   rewolwer,   telefon   i   Faraona,   jestem   zupełnie 
bezpieczny. A teraz dobranoc. Idźcie już, bo jutro muszę być wcześnie na nogach i chcę 
trochę pospać.

Następnego  ranka,   około  piątej,   obudziło  mnie  i   Higgsa   pukanie  do  drzwi.   Kiedy  je 

otworzyłem, wszedł zabrudzony ziemią, gdyż – jak nam powiedział – dopiero co wyszedł z 
wykopu, Quick.

– Panowie, pan kapitan chce się z wami jak najszybciej widzieć – rzekł z ponurą miną.
– A co się stało, sierżancie? – zapytał, ubierając się, Higgs.
– Sam pan wkrótce zobaczy, profesorze – odparł lakonicznie Quick. Nie udało nam się 

wydobyć z niego ani jednego słowa więcej.

Pięć   minut   później   maszerowaliśmy   szybkim   krokiem,   prawie   biegnąc,   przez   ruiny 

podziemnego  miasta.  Każdy z nas  niósł  lampę.  Pierwszy dopadłem  starej  świątyni,  gdyż 
Quick był bardzo zmęczony i został z tyłu, a Higgsowi brakowało tchu w dusznej atmosferze 
i nie mógł za mną nadążyć. Przy wejściu stał Oliwer z zapaloną lampą. Widać było, że czeka 
na nas. Obok niego siedział Faraon. Kiedy nas zwęszył, podbiegł, merdając ogonem.

–  Chodźcie za mną  –  powiedział cichym, poważnym głosem Orme.  –  Chcę wam coś 

pokazać.  –  Poprowadził nas do pokoju kapłana, sanktuarium czy czym tam było kiedyś to 
miejsce, w którym sypiał. Zatrzymał się w drzwiach, opuścił lampę, wskazując jakiś ciemny 
kształt leżący na prawo od łóżka, i powiedział: – Spójrzcie!

Na posadzce leżał trup mężczyzny, a obok niego wielki nóż, który musiał mu wypaść z 

ręki. Od pierwszego spojrzenia rozpoznaliśmy twarz, nawiasem mówiąc – bardzo spokojną, 

background image

jakby człowiek ów pogrążony był w głębokim śnie. Było to bardzo dziwne, gdyż gardło miał 
dosłownie rozszarpane.

– Szadrach! – wykrzyknęliśmy jak na komendę.
Był to Szadrach, nasz były przewodnik, który zdradził, Szadrach, który, ratując życie, 

pokazał nam w jaki sposób możemy ocalić Higgsa. Szadrach, nikt inny!

– Zdaje się, że Kotek szukał zdobyczy, ale natknął się na psa – zauważył Quick.
–  Rozumiecie,   co   się   wydarzyło?  –  spytał   twardym   głosem   Oliwer.  –  Może   lepiej 

wyjaśnię wszystko, zanim cokolwiek tu ruszymy. Szadrach musiał się tu wśliznąć w nocy – 
nie wiem kiedy, bo spałem – w sobie wiadomym celu. Ale zapomniał o swym starym wrogu, 
Faraonie, no i Faraon go zagryzł. Widzicie jego gardło? Faraon nie warczy, kiedy gryzie, a 
Szadrach nie mógł, oczywiście, wydobyć z siebie głosu ani zrobić nic innego, bo wypadł mu 
nóż. Kiedy godzinę temu obudził mnie telefon, pies smacznie spał, bo jest przyzwyczajony do 
dzwonka telefonu, z głową na ciele Szadracha. Powstaje pytanie, dlaczego Szadrach wszedł w 
nocy do mego pokoju z nożem w ręku?

– Nietrudno na nie odpowiedzieć – rzekł Higgs wysokim głosem, jak zawsze w chwilach 

podniecenia. – Przyszedł tu, aby cię zamordować, ale Faraon był szybszy, i to wszystko. Ten 
pies to najlepszy zakup, jakiego kiedykolwiek dokonałeś.

– Tak –  odparł Orme  –  przyszedł tu, żeby mnie zamordować  –  mieliście jednak rację 

mówiąc, że się narażam, śpiąc tu sam – ale kto go przysłał?

–  Może się pan nad tym zastanawiać przez resztę życia, panie kapitanie  –  powiedział 

Quick – ale myślę, że prędko byśmy zgadli, gdbyśmy spróbowali.

Potem wysłaliśmy do pałacu człowieka z wiadomością o tym, co się stało i nim minęła 

godzina, zjawiła się Makeda w towarzystwie Jozuego i kilku innych członków Rady. Kiedy 
zrozumiała, co się wydarzyło, przeraziła się. Spytała surowo Jozuego, czy wie coś o tym. 
Oczywiście okazało się, że jest absolutnie niewinny i nie ma najmniejszego pojęcia, kto nasłał 
mordercę. Inni też nic nie wiedzieli. W ich zgodnej opinii Szadrach chciał to zrobić z zemsty i 
spotkała go za to sprawiedliwa kara.

Tyle   tylko,   że   jeszcze   tego   samego   dnia   otruto   biednego   Faraona.   Niech   będzie 

błogosławiona jego pamięć.

background image

Rozdział XV

Przeczucie sierżanta Quicka

Od tamtej pory wszystkich nas, a szczególnie Oliwera, strzegli dzień i noc dobrani ludzie, 

których   uważano   za   nieprzekupnych.   W   rezultacie   wiedliśmy   życie   tak   nudne,   że   nawet 
niewolnicom   w   haremie   zapewne   żyło   się   ciekawiej.   Byliśmy   zupełnie   pozbawieni 
prywatności, gdyż nasza ochrona zaglądała do wszystkich kątów. Specjalnie wyznaczeni do 
tego ludzie próbowali wszystkich potraw i napojów, zanim wzięliśmy choć kąsek do ust, 
ponieważ obawiano się, by nie spotkał nas los Faraona, którego śmierć zasmuciła nas tak 
bardzo, jak gdyby był kochanym przez nas człowiekiem.

Myślę, że najbardziej przykre było to dla Oliwera i Makedy, gdyż w tych warunkach 

możliwości potajemnego spotykania się były ograniczone prawie do zera. Kto będzie szeptał 
swojej uwielbianej czułe słówka, jeśli dwóch uzbrojonych po zęby żołnierzy ma rozkaz nie 
spuszczać go ani chwilę z oka, szczególnie gdy ta ukochana jest akurat władczynią żołnierzy, 
a   ów   zakochany   nie   może   się   z   nią   pod   żadnym   pozorem   spoufalać?   Po   służbie   nawet 
najbardziej wierni strażnicy lubią sobie pogadać. Oczywiście skutek był taki, że zakochana 
para, nie bacząc na związane z tym ryzyko, zaczęła się spotykać, a ich zażyłe stosunki stały 
się publiczną tajemnicą i w całym kraju zatrzęsło się od plotek.

Mimo różnorodnych niedogodności, owe środki ostrożności odniosły jednak skutek, gdyż 

nie otruto ani nie poderżnięto gardła żadnemu z nas, choć stale spotykały nas tajemnicze 
przygody,  i tak pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na zboczu wzgórza, runęła na nas 
ogromna   skała   i   tylko   cudem   uniknęliśmy   zmiażdżenia.   Innym   znowu   razem,   kiedy 
przejeżdżaliśmy obok gęstych zarośli, przemknęła obok nas chmura strzał. Jedna z nich zabiła 
konia pod Higgsem. Ale, oczywiście, ani przeszukiwanie wzgórza, ani zarośli nie przyniosło 
żadnych   rezultatów.   Co   więcej,   odkryto   wielki   spisek   zawiązany   przeciw   nam   przez 
niektórych wielmożów i kapłanów, ale taki był stan umysłów w Mur, że Makeda nie śmiała 
podjąć   wobec   nich   żadnych   kroków   i   ograniczyła   się   tylko   do   zakomunikowania   im 
prywatnie, że ich machinacje są jej znane.

Trochę   później   stosunek   do   nas   uległ   jednak   znacznej   poprawie,   a   stało   się   to   z 

background image

następującego   powodu.   Pewnego   dnia   zjawiło   się   w   pałacu   dwóch   pasterzy   z   grupą 
towarzyszących im osób, mówiąc, że mają coś ważnego do zakomunikowania. Kiedy ich 
wypytano z czym przychodzą, obaj oświadczyli, że gdy paśli owce na zachodnich skałach, 
pojawił się nagle na szczycie wzgórza oddział piętnastu Fungów, którzy spętali ich i zawiązali 
im oczy, po czym, nie szczędząc szyderstw, kazali zanieść posłanie dla Rady i białych ludzi.

A oto treść tego posłania: „Lepiej pospieszcie się ze zniszczeniem posągu Harmaka, bo w 

przeciwnym  razie jego głowa, zgodnie  z przepowiednią,  przeniesie  się do Mur, a za nią 
podążą Fungowie, bo wiedzą już którędy mają iść”.

Potem zostawili obu pasterzy na skale, gdzie było ich z daleka widać i gdzie faktycznie 

następnego   ranka   znaleźli   ich   towarzysze,   ci   sami,   którzy   przyszli   z   nimi   do   Mur   i 
potwierdzili ich opowieść.

Oczywiście dokładnie zbadano tę sprawę, ale kiedy dotarła na miejsce specjalna grupa 

„śledcza”, nie znalazła ani śladu Fungów, z wyjątkiem dzidy, zatkniętej końcem w ziemię, z 
ostrzem skierowanym w stronę Mur, najwyraźniej po to, aby napędzić strachu Abatim. Nie 
znaleziono nic więcej, gdyż tymczasem spadł ulewny deszcz i zatarł wszystkie ślady. Wiem o 
tym dobrze, bo sam byłem członkiem owej grupy dochodzeniowej.

Mimo   drobiazgowych   poszukiwań   prowadzonych   przez   znających   się   na   rzeczy 

myśliwych nie udało się stwierdzić i, prawdę mówiąc, pozostaje dla mnie tajemnicą do tej 
pory, w jaki sposób dostali się tam i jak wycofali się Fungowie. Wszystkie miejsca, gdzie 
można było ewentualnie sforsować skalny mur oddzielający kraj Abatich od równiny, były 
pod   ciągłą   obserwacją,   tak   że   było   absolutnie   wykluczone,   aby   wdrapali   się   tamtędy. 
Pozostawało tylko uznać, iż Fungowie odkryli jakąś nieznaną ścieżkę, a skoro mogło się nią 
wdrapać piętnastu wojowników, to mogło to też zrobić piętnaście tysięcy.

Tylko   gdzie   znajdowało   się   to   przejście?   Na   próżno   obiecywano   wielkie   nagrody   w 

postaci ziemi i zaszczytów dla tego, kto je odnajdzie, bo choć stale zgłaszali się amatorzy 
owych nagród informując, że właśnie znaleźli sekretną drogę, wszystkie odkrycia okazały się 
wytworem fantazji. Rzekomymi przejściami mogły się przedostać do Mur jedynie ptaki.

Wreszcie Abati zaczęli się naprawdę bać, bo historia opowiedziana przez pasterzy była 

powtarzana, z barwnymi dodatkami, z ust do ust. Była to sytuacja porównywalna chyba tylko 
z tą, w jakiej znaleźlibyśmy się my, Anglicy, gdybyśmy się nagle dowiedzieli, że na wyspie 
wylądowała potężna wroga armia i, odciąwszy połączenia telefoniczne i kolejowe, maszeruje 
na Londyn. Można sobie łatwo wyobrazić wpływ takich wieści na naród, który był cały czas 
święcie   przekonany,   że   inwazja   jest   absolutnie   niemożliwa.   Myślę   jednak,   że   my 
znieślibyśmy to lepiej niż Abati i nie pogrążyli się w skrajnej rozpaczy.

Ich   chełpliwość   i   buńczuczność,   pewność   siebie   i   zadufanie   zniknęły   bez   śladu.   Nie 

słychać już było gadania o niezdobytej  „skalistej fortecy Mur”. Teraz rozprawiali tylko o 
zdyscyplinowanych, strasznych oddziałach Fungów, którzy byli zahartowani w bojach, i o 
tym, co stanie się z nimi, cywilizowanymi i miłującymi pokój Abati, kiedy zjawią się w Mur 

background image

te oddziały. Krzyczeli, że zostali zdradzeni i domagali się krwi niektórych członków Rady. 
Tchórzliwy   Jozue   stracił   na   pewien   czas   popularność,   natomiast   Makeda,   która   zawsze 
zachęcała do zbrojnego oporu, była wychwalana pod niebiosa.

Opuścili   swoje   zagrody   i   gospodarstwa,   gromadząc   się   w   miastach   i   wioskach, 

przemienionych na swego rodzaju obozy warowne. Religia, która praktycznie od dawna nie 
istniała,   gdyż   zachowali   tylko   pewne   elementy   judaizmu,   jeśli   w   ogóle   wyznawali   go 
kiedykolwiek, wróciła nagle do łask. Kapłani stali się najbardziej poszukiwanymi  ludźmi, 
składano w ofierze bydło i barany, a nawet podobno, wzorem nieprzyjaciół, Fungów, tu i 
ówdzie   ludzi.   W   każdym   razie   bez   przerwy   zanudzano   Wszechmogącego,   aby   zniszczył 
znienawidzonych Fungów i uchronił swój lud, czyli Abatich, przed skutkami ich własnego 
tchórzostwa i płynących z niego karygodnych zaniedbań.

Świat już niejeden raz oglądał takie sceny i na pewno zobaczy je jeszcze wielokrotnie. 

Tak to bywa, gdy jakiś naród, nawet potężniejszy niż Abati, nadmiernie uwierzy w swoje 
bezpieczeństwo i pogrążywszy się w luksusie i uciechach, utraci siłę i odwagę.

Koniec końców ogarnął Abatich obsesyjny strach tylko  z  powodu tego, co zwiadowcy 

Fungów powiedzieli owym pasterzom, a co nie było niczym innym jak powtórzeniem słów 
przekazanych nieco wcześniej Radzie przez posłów Barunga, a mianowicie, że jeśli Abati nie 
pospieszą się ze zniszczeniem Harmaka, to przeniesie się on do Mur. W jaki sposób posąg o 
takich rozmiarach, czy choćby sama jego głowa, może w ogóle przenieść się na inne rniejsce 
–  nikt   się   nie   zastanawiał.   Było   jednak   dla   wszystkich   oczywiste,   że   jeśli   zostanie   on 
zniszczony, to nie będzie czego przenosić i że my, goje, jesteśmy jedynymi osobami, które 
mogą tego dokonać. Tak więc my też zyskaliśmy na krótki czas wielką popularność. Wszyscy 
byli dla nas niezwykle uprzejmi i schlebiali nam na różne sposoby. Nawet Jozue kłaniał się 
nam, kiedy nas widział. Zaczęto przejawiać wielkie zainteresowanie postępem naszych prac. 
Odwiedzały nas przeróżne deputacje i dostojne osoby i zachęcały do wzmożonych wysiłków.

Ustały   zupełnie   wrogie   działania   w   rodzaju   tych,   o   których   wspomniałem.   Nie   truto 

naszych psów (dostaliśmy ich kilka), nie spadały na nas znienacka leżące niby stabilnie głazy, 
koło   naszych   uszu   nie   świszczały   strzały.   Ba,   mogliśmy   się   nawet   zupełnie   bezpiecznie 
poruszać bez eskorty, gdyż – na razie – wszyscy byli zainteresowani w tym, aby nic się nam 
nie   stało.   Ja   jednak   nie   dawałem   się   zwieść   tym   pozorom   ani   na   moment   i   cały   czas 
ostrzegałem towarzyszy, by mieli się na baczności, gdyż w każdej chwili może powiać mniej 
pomyślny wiatr.

Tymczasem pracowaliśmy, pracowaliśmy i jeszcze raz pracowaliśmy! Bóg jeden wie, jak 

pracowaliśmy. Zadanie było nie byle jakie, a przecież mieliśmy i inne. Trzeba było przebić 
nie pamiętam już jak długi tunel przez litą skałę, nie dysponując ani odpowiednimi do tego 
celu  narzędziami,  ani   wykwalifikowanymi  robotnikami,   a  przy  tym   należało   to  zrobić   w 
określonym   terminie.   Pojawiły   się   setki   nieprzewidzianych   przeszkód   i   trudności,   ale 
wszystkie zostały pokonane. Wielokrotnie życiu naszemu i naszych  robotników zagrażało 

background image

niebezpieczeństwo,   ale   udało   się   uniknąć   najgorszego.   A   odpowiedzialność   za   wszystko 
spoczywała na barkach jednego człowieka, Oliwera Orme’a, który mimo iż był inżynierem, 
nie miał wielkiego doświadczenia w prowadzeniu tak gigantycznych przedsięwzięć.

Prawdą   jest,   że   to,   ile   człowiek   jest   wart,   okazuje   się   dopiero   w   niezwykłych 

okolicznościach, gdyż Orme stanął na wysokości zadania, a sposobu, w jaki się z nim uporał, 
nie   waham   się   nazwać   bohaterskim.   Jeśli   nie   był   akurat   w   tunelu   i   bezpośrednio   nie 
nadzorował prac, to przeprowadzał skomplikowane obliczenia, i to za pomocą tych  kilku 
prostych   instrumentów,   które   miał   do   dyspozycji.   Bo   przecież   gdyby   popełnił   choć 
najdrobniejszy   błąd,   to   cały   ten   trud   poszedłby   na   marne,   a   jedynym   rezultatem   długiej 
harówki byłaby zupełnie bezużyteczna dziura wydrążona w skale. Poza tym musiał rozwiązać 
najtrudniejszy   problem,   a   mianowicie   tak   wybrać   miejsca   rozlokowania   ładunków 
wybuchowych, aby osiągnąć pożądany skutek.

W   końcu,   po   nadludzkich   wysiłkach,   ukończyliśmy   podkop.   Cały   zapas   materiałów 

wybuchowych, prawie wszystko, co przetransportowaliśmy do Mur na czterech wielbłądach, 
został rozmieszczony w tyluż oddzielnych komorach wydrążonych w skale, w której wykuty 
był sfinks.

Komory te znajdowały się o około dwadzieścia stóp jedna od drugiej, choć gdybyśmy 

mieli więcej czasu, przedłużylibyśmy tę odległość dwukrotnie, gdyż wówczas efekt wybuchu 
byłby o wiele silniejszy. Z obliczeń Orme’a wynikało, że zostały one wykute dokładnie w 
środku podstawy posągu i około trzydziestu stóp pod nim. W rzeczywistości obliczenia te 
były niezbyt dokładne, gdyż – jak się później okazało – ładunki zostały umieszczone bardziej 
na wschód, gdzie znajdowała się głowa sfinksa, i nieco wyżej od podstawy. Jeśli jednak wziąć 
pod uwagę fakt, że nie mieliśmy okazji dokonać pomiarów monumentu i widzieliśmy go 
praktycznie   tylko   raz,   z   daleka,   i   do   tego   w   warunkach   nie   sprzyjających   dokładnej 
obserwacji, to te drobne błędy nie są właściwie warte wzmianki. Godne podziwu jest to, że 
ogólny plan, oparty na czysto hipotetycznych szacunkach, okazał się aż tak dokładny.

A więc wreszcie  wszystko  zostało przygotowane  i w komorach  umieszczono  żelazne 

pudła z azoimidami i laski dynamitu, które miały posłużyć jako detonatory. Przeciągnięto od 
nich druty do jaskini, i pomieszczenia te zasypano piaskiem. Całe to nieprzyjemne zadanie 
wykonali w całości Orme i Quick. Potem przystąpiono do kolejnego etapu prac, czyli do 
zasypywania tunelu. Zdaje się, że trzeba to było zrobić – tak przynajmniej ja to zrozumiałem 
–  po to, by rozprężające się gazy nie poleciały w kierunku, gdzie był najmniejszy opór, to 
znaczy w stronę jaskini. Zadanie to utrudniała potrzeba wykucia dodatkowego małego kanału 
w   skale   dla   przeprowadzenia   drutów,   aby   zmniejszyć   w   ten   sposób   niebezpieczeństwo 
uszkodzenia ich podczas zasypywania podkopu. Oczywiście, gdyby doszło do tego, obwód 
elektryczny zostałby przerwany i ładunek nie eksplodowałby.

Ustalono, że miny zostaną odpalone w noc pełni księżyca, podczas której  – jak nam 

powiedziano i co potwierdzili szpiedzy –  mają się odbyć zaślubiny córki Barunga z moim 

background image

synem.   Wybrano   akurat   ten   termin   dlatego,   że   sułtan   oznajmił,   iż   jak   tylko   skończą   się 
ceremonie ślubne, które zbiegały się z zakończeniem żniw, chce uderzyć na Mur.

Przemawiał  też  za  tym  inny powód. Otóż wiedzieliśmy,  że  owej  nocy strzec  posągu 

będzie tylko niewielka liczba strażników i kapłanów oraz że na pewno nie będzie wśród nich 
mego syna. Było to dla nas ważne z tego względu, że w przeciwieństwie do Abatich, my, 
chrześcijanie, nie żywiliśmy do Fungów żadnej nienawiści i zależało nam na tym, aby zginęło 
ich jak najmniej.

W końcu nadszedł ów decydujący dzień. Wszystko, z wyjątkiem blokowania tunelu, a 

właściwie dodatkowego uszczelniania jego wejścia, przy czym pracowało nadal około setki 
ludzi, było ukończone. Druty przeciągnięto aż do tego małego pomieszczenia starej świątyni, 
w którym Faraon rozszarpał gardło Szadrachowi. Górale strzegli dosłownie każdego ich cala, 
aby ktoś nie uszkodził ich przez przypadek czy sabotaż.

Orme wypróbował baterie elektryczne –  dwie, na wypadek gdyby jedna zawiodła –  ale 

nie podłączył jeszcze do nich drutów. Stały na posadzce, wyglądając zupełnie niewinnie, a 
my czterej siedzieliśmy wokół nich jak czarownicy wokół kociołka czekający na spełnienie 
się jakichś zaklęć. Nie byliśmy bynajmniej w radosnym nastroju. Czy ktokolwiek mógłby się 
cieszyć,   czując   takie   napięcie?   Prawdę   mówiąc   Orme   sprawiał   wrażenie   kompletnie 
wyczerpanego. Ciągły wysiłek fizyczny i umysłowy spowodował, że schudł i nabrał ziemistej 
cery. Nie mógł ani jeść, ani palić. Z wielkim trudem udało mi się namówić go, aby napił się 
trochę wina. Nie poszedł nawet spojrzeć jak zakończono prace ani nie sprawdził przewodów.

–  Sami   możecie   to  zrobić  –  powiedział.  –  Ja  zrobiłem   wszystko,   co   mogłem.   Teraz 

będzie, co ma być.

Po obiedzie położył się i spał przez parę godzin. Około czwartej ludzie, którzy pracowali 

przy zasypywaniu wejścia do tunelu, zakończyli pracę i pod dowództwem Quicka wyszli z 
podziemnego miasta.

Potem Higgs i ja wzięliśmy lampy i przeszliśmy wzdłuż drutów, które leżały w płytkim 

rowku,   przysypane   piaskiem.   Co   parę   kroków   odgarnialiśmy   piasek   i   sprawdzaliśmy 
przewody. Nie znalazłszy żadnego uszkodzenia, wróciliśmy do świątyni. U wejścia do niej 
spotkaliśmy Jafeta, który przez cały czas prowadzenia robót był naszą podporą. W gruncie 
rzeczy bez jego pomocy nigdy, a w każdym razie na pewno na czas, nie ukończylibyśmy 
tunelu, gdyż cieszył się dużym autorytetem wśród Abatich.

W świetle lampy ujrzeliśmy, że ma zafrasowaną twarz.
– Co się stało? – spytałem.
–   Och,   doktorze   –  powiedział.  –  Mam   coś   do   powiedzenia   kapitanowi   Orme’owi. 

Zaprowadźcie mnie do niego.

Wyjaśniliśmy   mu,   że   Orme   śpi   i   nie   można   mu   przeszkadzać,   lecz   Jafet   powtórzył 

prośbę, dodając:

– Chodźcie ze mną. Wy też musicie to usłyszeć.

background image

Obudziliśmy więc Oliwera, który zerwał się z łóżka ze strachem, myśląc, że pojawiły się 

jakieś komplikacje z miną.

– Co się stało? – spytał Jafeta. – Czyżby Fungowie przecięli przewody?
– Nie, panie, coś o wiele gorszego. Odkryłem, że książę Jozue uknuł spisek, aby porwać 

tę, której imię jest wielkie.

– Co? Opowiedz wszystko dokładnie.
– Jest niewiele do opowiedzenia. Mam paru przyjaciół. Jeden z nich – mój krewny, ale 

nie pytajcie, jak ma na imię – jest w służbie księcia. Wypiliśmy razem trochę wina, bo bardzo 
tego potrzebowałem, i chyba to rozwiązało mu język. W każdym razie powiedział mi coś, a ja 
mu wierzę. Otóż dla swego własnego dobra i dla dobra całego ludu książę chce, abyście 
zniszczyli bożka Fungów i dlatego ostatnio dał wam spokój. Ale w przypadku gdyby się wam 
udało, nie wiadomo co będzie. Książę boi się, że Abati mogą z wdzięczności uczynić was 
wielkimi dostojnikami.

– Wobec tego jest osłem! – przerwał mu Quick. – Abati nie wiedzą, co to wdzięczność.
– Boi się też innych rzeczy – ciągnął dalej Jafet. – Na przykład tego, że Córka Królów 

może w dowód wdzięczności zacząć darzyć cię szczególnymi względami, panie  –  rzekł do 
Orme’a, który odwrócił głowę. – A książę jest zaręczony z królową i pragnie ją poślubić z 
dwóch  powodów.  Po  pierwsze,   dzięki   temu   małżeństwu   stałby  się   najznaczniejszą  osobą 
wśród Abatich, a po drugie ostatnio doszedł do wniosku, że mógłby stracić tę, którą kocha, i 
właśnie dlatego uknuł spisek.

– Jaki spisek? – spytał Oliwer czy Ptolemeusz, bo Jafet przerwał.
– Nie wiem – odparł Jafet – i nie sądzę, żeby wiedział to mój przyjaciel. W każdym razie 

nie powiedział mi tego. Zrozumiałem tylko tyle, że Córka Królów ma zostać przewieziona do 
zamku księcia Jozuego, znajdującego się po drugiej stronie jeziora, o sześć godzin jazdy stąd, 
i zmuszona do natychmiastowego poślubienia księcia.

– Coś takiego – rzekł Oliwer. – A kiedy to ma się stać?
–  Nie   wiem,   panie.   Wiem   tylko   tyle,   ile   powiedział   mi   przyjaciel.   Uważałem,   że 

powinienem wam jak najszybciej donieść o tym. Spytałem go jednak o termin i powiedział 
mi, że ma to chyba być w przeddzień następnego szabasu.

– Następny szabas będzie za pięć dni, a więc nie jest to taka pilna sprawa – rzekł Orme z 

westchnieniem ulgi. – Jesteś pewien, że twój przyjaciel mówił prawdę, Jafecie?

–  Nie, panie, nie jestem, tym bardziej że zawsze był łgarzem. Mimo to uważałem, że 

powinienem wam o tym powiedzieć.

–  To ładnie z twojej strony,  ale szkoda, że nie dałeś mi się najpierw wyspać.  Teraz 

przejdź się wzdłuż drutów i sprawdź, czy wszystko w porządku, a potem wróć i powiedz, jak 
to wygląda.

Jafet skłonił się i wyszedł.
–  No i co myślicie  o tym wszystkim? –  spytał Oliwer, jak tylko Jafet znalazł się poza 

background image

zasięgiem głosu.

– To bzdury – odparł Higgs. – Tu wszędzie roi się od plotek, a to, co mówił Jafet, to jedna 

z nich.

Umilkł i spojrzał na mnie.
– Hmm –  powiedziałem  –  zgadzam się z Ptolemeuszem. Gdyby przyjaciel Jafeta miał 

faktycznie coś do powiedzenia, to przekazałby więcej szczegółów. Nie wątpię, że jest wiele 
rzeczy, które Jozue chciałby zrobić, ale myślę, że przynajmniej na razie powstrzyma się od 
działania. Jeśli chcesz mojej rady, to nie mów o tym nikomu, a już szczególnie Makedzie.

– A więc wszyscy jesteśmy tego samego zdania. A co wy o tym sądzicie, sierżancie? – 

spytał Oliwer, zwracając się do Quicka, który stał w kącie pozornie zatopiony w myślach.

– Wedle rozkazu, panie kapitanie – odparł, stając na baczność. – Ja, za przeproszeniem, 

nie zgadzam się z panami, oprócz jednego punktu, że mianowicie nie można o tym mówić jej 
wysokości,   bo   ma   i   bez   tego   za   dużo   zmartwień   na   głowie,   a   poza   tym   mogłaby   się 
przestraszyć. Myślę jednak, że coś w tym może być, bo ten Jafet jest głupi, ale uczciwy, a 
uczciwym czasem zdarza się dojrzeć to, co trzeba. W każdym razie on uważa, że coś w tym 
jest, a to już według mnie zasługuje na uwagę.

–  No więc co wobec tego należy zrobić, sierżancie?  Zgadzam się, że nie można  nic 

mówić   Córce   Królów,   a   ja   nie   mogę   opuścić   tego   miejsca   przynajmniej   do   dziesiątej 
wieczorem...  Co tam rysujecie?  –  wskazał  na pokrytą  kurzem posadzkę, na której  Quick 
kreślił coś palcem.

–  Plan prywatnych apartamentów jej wysokości, panie kapitanie. Powiedziała panu, że 

chce trochę odpocząć o zachodzie słońca albo wcześniej, bo większą część minionej nocy 
spędziła na nogach, prawda? Jej sypialnia jest tutaj, przed nią pokój, w którym śpią jej damy 
dworu, a z tyłu wysoki mur i rów, którego nie można przebyć.

–  Zgadza   się   prawie   dokładnie  –  przerwał   mu   Higgs.  –  Dostałem   pozwolenie   na 

sporządzenie planu pałacu, więc wiem. Tylko że jest tam jeszcze korytarz, szeroki na sześć, a 
długi na dwadzieścia stóp, prowadzący z pokoju dam do pomieszczenia straży pałacowej.

–  Właśnie, profesorze, i jeśli dobrze pamiętam, ten korytarz ma zakręt, tak że dwóch 

dobrze uzbrojonych ludzi może go bronić nawet przed dużą grupą napastników. Otóż może 
byśmy tak obaj, profesorze, spędzili dzisiejszą noc w pokoju straży? Będzie pusty, bo straż 
trzyma wartę przy bramie pałacu. Tutaj nie będziemy potrzebni, bo jeśli pan kapitan nie da 
rady odpalić tej miny, to ja na pewno tego nie zrobię. Na wszelki wypadek zostanie z nim 
doktor, a przewodów będzie pilnował Jafet. Może w jego gadaniu nie ma ani źdźbła prawdy, 
ale kto to wie? Jeśliby okazało się, że miał rację, to nigdy byśmy sobie tego nie darowali. Co 
pan na to, profesorze?

– Ja? Zrobię, co chcecie, chociaż wolałbym wdrapać się na skały i obejrzeć, co się będzie 

działo.

– I tak nic byś nie zobaczył – rzekł Oliwer – może z wyjątkiem błysku wybuchu, a więc, 

background image

jeśli nie masz nic przeciw temu, to chciałbym, żebyś poszedł z sierżantem. Chociaż jestem 
przekonany, że nie powinniśmy alarmować Makedy, to odczuwam o nią pewien niepokój. 
Gdybym wiedział, że tam jesteście, to by mi ulżyło.

–  A więc załatwione  –  odparł Higgs.  –  Zaraz tam idziemy. Słuchaj, daj nam ten swój 

telefon, i tak nie jest ci tu już potrzebny. Wystarczy drutu, żeby przeciągnąć go do pałacu i 
jeśli aparat będzie działał, to będziemy cały czas w kontakcie.

Dziesięć minut później skończyli przygotowania. Quick podszedł do Oliwera, wyprężył 

się i powiedział:

– Gotowi do wymarszu. Ma pan jeszcze jakieś rozkazy, panie kapitanie?
–  Chyba nie, sierżancie  –  odparł, podnosząc wzrok znad baterii, którym przyglądał się 

jakby były  jego pupilkami.  –  Znacie  ustalenia.  O  dziesiątej,   to  znaczy za  dwie  godziny, 
nacisnę guzik. Bez względu na to, jak się potoczą się sprawy, nie zrobię tego wcześniej, bo 
syn doktora, nie mówiąc już o innych nieszczęśnikach, może jeszcze wtedy będzie wewnątrz 
sfinksa. Szpiedzy donoszą, że uroczystości weselne zaczną się nie wcześniej niż trzy godziny 
po wschodzie księżyca.

– To samo słyszałem, kiedy byłem ich więźniem – rzekł Higgs.
– Zapewne – odparł Orme – ale lepiej jest odczekać trochę dłużej, na wypadek gdyby z 

jakiegoś powodu uroczystości opóźniły się. A zatem muszę tu pozostać do dziesiątej. Możesz 
być pewien, Ryszardzie, że pod żadnym pozorem nie nacisnę guzika wcześniej. Zresztą sam 
tu będziesz. Co będzie potem, nie wiem, ale jeśli nie wyjdziemy z jaskini, to lepiej przyjdźcie 
nas poszukać. Rozumiecie – nie można wykluczyć jakiegoś wypadku. Myślę, że to wszystko, 
sierżancie.   Dajcie   znać   przez   telefon,   jeśli   będzie   się   coś   działo   i   po   pół   do   jedenastej 
zacznijcie nas szukać. Do widzenia.

– Do widzenia, panie kapitanie – odparł Quick, podał dłoń Orme’owi i nie mówiąc już nic 

więcej, wziął lampę i wyszedł.

Pod   wpływem   nagłego   impulsu   wyszedłem   za   nim,   zostawiając   Orme’a   i   Higgsa 

rozprawiających o czymś przed rozstaniem. Kiedy przeszliśmy tak z pięćdziesiąt kroków w 
przeraźliwej ciszy podziemnego miasta, wśród ruin ziejących z obu stron, sierżant zatrzymał 
się nagle i powiedział:

– Nie wierzy pan w przeczucia, co?
– Ani trochę – odparłem.
– Cieszę się, doktorze. Otóż zdarzyło mi się coś takiego dziś rano. Wydało mi się, że nie 

zobaczę już więcej ani kapitana, ani pana.

– To kiepska wróżba dla nas, Quick.
– Nie, doktorze, nie dla was, ale dla mnie. Myślę, że wy obaj, a także profesor, wyjdziecie 

z tego wszystkiego cało. To mnie wzywają tam, na górze, a przynajmniej tak mi się wydaje. 
No cóż, nie  martwię  się tym  specjalnie, bo choć nigdy nie byłem  świętym,  starałem się 
zawsze wypełniać swoje obowiązki, a skoro ma być koniec, to będzie. Jeśli tak jest mi pisane, 

background image

to   musi   tak   być,   prawda?   Wszystko   jest   przesądzone   jeszcze   zanim   się   urodzimy.   Tak 
przynajmniej zawsze myślałem. Mimo to ciężko mi się rozstawać z panem kapitanem, bo 
zajmowałem się nim, kiedy był jeszcze małym dzieckiem i chciałbym wiedzieć, czy udało mu 
się wyjść cało z tej parszywej dziury i ożenić się z tą piękną panią. Ale nie wątpię, że tak się 
stanie.

– Bzdury, sierżancie – powiedziałem szorstko. – Ta ciężka praca i napięcie osłabiły wasz 

system nerwowy. Będziecie się jeszcze z tego śmiać.

– Być może, doktorze. Myślę nawet, że ma pan rację. Ale gdyby okazało się inaczej, to 

kiedy z powrotem znajdziecie się w Anglii z częścią dobytku tych nieboszczyków – wskazał 
głową Grobowiec Królów – pamiętajcie o moich trzech siostrzenicach. Niech pan nie mówi 
nic o tym,  co tu panu powiedziałem, panu kapitanowi, bo mogłoby go to rozstroić, a do 
dziesiątej, nawet może potem, musi być spokojny i opanowany. Tylko gdybyśmy mieli się już 
więcej   nigdy   nie   zobaczyć,   niech   mu   pan  powie,   że   Samuel   Quick   przesyła   mu   wyrazy 
szacunku   i   życzy   bożego   błogosławieństwa.   Tego   samego   życzę   panu,   doktorze,   i   pana 
synowi. Nadchodzi profesor, a zatem żegnam.

Chwilę potem odeszli, a ja stałem i patrzyłem za nimi, dopóki światła ich latarni nie 

zniknęły w mroku.

background image

Rozdział XVI

Harmak przybywa do mur

Powoli   i   w   bardzo   złym   nastroju   wracałem   do   świątyni,   idąc   wzdłuż   kabla 

telefonicznego,   który   rozwinęli   Higgs   i   Quick.   Nie   bardzo   wierzyłem   w   złe   przeczucia 
sierżanta.   Byłem   przekonany,   że   powstały   one   pod   wpływem   warunków,   w   jakich   się 
znaleźliśmy i otoczenia, które fatalnie oddziaływało na nasze umysły, nawet na stan ducha 
pogodnego z natury i zawsze pełnego optymizmu Higgsa.

Weźmy na przykład mój przypadek. Miałem oto uczestniczyć w wydarzeniu, które mogło 

spowodować śmierć mego jedynego syna. To prawda, że uważaliśmy, iż tej właśnie nocy 
będzie brał ślub w oddalonym o parę mil mieście i że doniesienia szpiegów potwierdzały tę 
informację, ale czy mogliśmy mieć pewność, że w ostatniej chwili nie zostanie zmieniona 
data   lub miejsce  ślubu?  Powiedzmy,  na  przykład,  że  ceremonia  owa  odbędzie  się  nie  w 
mieście, jak pierwotnie ustalono, lecz na dziedzińcu koło sfinksa i że obudzona przez nas 
straszliwa energia wyśle jej uczestników w nicość...

Na myśl  o tym  zrobiło mi  się zimno,  lecz  rzecz  trzeba było  doprowadzić do końca. 

Musiałem   zaryzykować,   ufając,   że   do   Roderyka   uśmiechnie   się   szczęście.   A   gdyby   to 
wszystko   udało   się   i   uniknął   niebezpieczeństwa,   to   czy   nie   czekało   go   coś   być   może 
gorszego? On, chrześcijanin, zostałby mężem dzikuski czczącej kamienną statuę lwa, dobrze 
strzeżonym   więźniem   stanu,   na   którego   uwolnienie   nie   mógłbym   wówczas   mieć   nawet 
najmniejszej nadziei. Było to okropne. Wyłaniały się także inne komplikacje. Gdyby nasz 
plan   się   powiódł   i   posąg   został   zniszczony,   to   byłem   święcie   przekonany,   że   Fungowie 
wpadliby   we   wściekłość.   Znali   jakąś   tajemną   drogę   do   twierdzy   Abatich.   Na   pewno 
skorzystaliby   z   niej.   Wdarliby   się   tu   i   urządzili   straszliwą   rzeź,   której   my   bylibyśmy 
pierwszymi ofiarami.

Wszedłem do pomieszczenia, w którym siedział pogrążony w zadumie Oliwer. Był sam, 

gdyż Jafet sprawdzał przewody.

–  Martwię się o Makedę  –  powiedział.  –  Boję się, że w opowieści Jafeta może tkwić 

ziarno prawdy. Chciała być z nami, błagała niemal ze łzami, żebyśmy pozwolili jej przyjść 

background image

tutaj.   Nie   zgodziłem   się,   bo   trzeba   się   liczyć   z   możliwością   jakiegoś   wypadku.   Wstrząs 
spowodowany wybuchem może uszkodzić sklepienie jaskini i tak dalej... Prawdę mówiąc, 
myślę, że ja też nie powinienem być tutaj. Może lepiej wyjdź stąd i zostaw tu mnie samego.

Odpowiedziałem, że absolutnie nie zrobię tego, gdyż takiego zadania nie można zostawić 

jednemu człowiekowi.

–  Masz rację  –  rzekł na to.  –  Mogę zasłabnąć, stracić głowę czy coś w tym rodzaju. 

Żałuję teraz, że nie zainstalowaliśmy baterii w pałacu. Można to było zrobić, podłączając do 
przewodów kabel telefonu. Ale prawdę mówiąc, obawiam się o te baterie. Są nowe, lecz czas 
i   klimat   zrobiły   swoje   i   myślałem,   że   zbyt   duża   odległość   od   ładunków   może   wpłynąć 
niekorzystnie i uniemożliwić ich odpalenie. Dlatego wybrałem to miejsce. O, dzwoni telefon. 
Ciekawe, co nam chcą powiedzieć.

Złapałem słuchawkę i usłyszałem zadowolony głos Higgsa oznajmiającego, że dotarli 

bezpiecznie do celu.

– Pałac wydaje się zupełnie pusty – dodał. – Spotkaliśmy tylko jednego strażnika. Myślę, 

że wszyscy inni, oprócz Makedy i paru dam dworu, uciekli, bojąc się że może na nich w 
wyniku eksplozji runąć skała.

– Ten człowiek tak powiedział? – spytałem Higgsa.
– Tak, coś w tym rodzaju. Chciał nas zresztą zatrzymać, mówiąc, że książę Jozue zakazał 

wpuszczać   nas,   gojów,   do   prywatnych   apartamentów   Córki   Królów.   No,   ale   szybko   to 
załatwiliśmy i uciekł. Dokąd? Nie wiem. Pewnie, żeby o tym zameldować.

– A jak Quick? – spytałem.
–  Tak, jak zwykle.  Szepcze  pacierze  w  kącie,  wyglądając  z tymi  swoimi  strzelbami, 

rewolwerami i nożami jak jakiś melancholijny zbój. Wolałbym, żeby się nie modlił – dodał 
Higgs, a w jego głosie wyczułem lekką nutę oburzenia. – Czuję się przez to trochę dziwnie, 
jakbym powinien się do niego przyłączyć, a ja nie potrafię się modlić w obecności innych. 
Halo! Poczekaj chwilę, dobrze?

Po dłuższej przerwie dobiegł mnie znowu głos Higgsa.
– Już w porządku – powiedział. – Usłyszała nas jedna z dam Makedy i wyszła zobaczyć, 

kto tu jest. Kiedy Makeda dowie się, że to my, to pewnie przyjdzie tu, bo ta dziewczyna 
powiedziała, że się denerwuje i nie może spać.

Okazało się, że Higgs miał rację, bo dziesięć minut później telefon zadzwonił ponownie. 

Tym razem była to Makeda, więc oddałem słuchawkę Oliwerowi i odszedłem na drugi koniec 
salki.

Prawdę mówiąc, ucieszyłem się z tego telefonu, gdyż podniósł Oliwera na duchu i skrócił 

trochę czas oczekiwania.

Jakąś godzinę później zjawił się Jafet. Wyglądał na ciężko przestraszonego. Jak zwykle, 

spytaliśmy, czy coś się stało drutami.

– Nie – jęknął – ale spotkałem ducha.

background image

– Jakiego ducha, ośle? – powiedziałem.
–  Ducha   jednego   z   tych   królów,   którzy   są   pochowani   w   jaskini.   Tego   z 

powykrzywianymi  kośćmi, który siedzi na najdalszym tronie. Tylko, że teraz miał ciało i 
wyglądał straszliwie. Mówię wam – to bardzo groźny człowiek, a raczej duch.

– Aha... A czy ci coś powiedział?
– O tak! Dużo mówił, tylko źle go zrozumiałem, bo sypał słowami jak płonąca szczapa 

iskrami, a jego język trochę się różnił od mojego. Zdaje się, że pytał mnie, jak my, nędzni 
Abati, ośmielamy się zniszczyć jego boga, Harmaka. Powiedziałem, że jestem tylko sługą i że 
powinien o to spytać was.

– I co on na to?
–  Odparł, że Harmak przybędzie do Mur, żeby się z nami policzyć,  a obcy najlepiej 

zrobią, jak stąd szybko uciekną. To wszystko, co z tego zrozumiałem. Nie pytajcie mnie o nic 
więcej. Nie wejdę do tej jaskini, choćby obiecywano mi tytuł książęcy.

– Słyszał, co nam powiedzieli posłowie Barunga – powiedział obojętnym tonem Oliwer – 

a w tym miejscu każdy może po pewnym czasie zobaczyć ducha. Powtórzę to Makedzie. 
Ubawi się.

– Nie robiłbym tego na twoim miejscu – rzekłem. – To wcale nie jest zabawne, a poza 

tym ona też może boi się duchów. Zresztą  –  wskazałem na zegarek leżący na stole obok 
baterii – jest już za pięć dziesiąta.

Ach, te ostatnie pięć minut! Wydawały się ciągnąć wieki całe. Siedzieliśmy jak posągi, 

każdy pogrążony w swoich myślach. Jeśli chodzi o mnie, to chyba zacząłem majaczyć. Po 
głowie   snuły   mi   się   różne   obrazy,   ale   jakieś   zamazane,   jakby   nie   były   tworami   mego 
własnego   umysłu.   Wbiłem   wzrok   w   zegarek.   W   migoczącym   świetle   lampy   i   przy   tym 
zdenerwowaniu wydawało mi się, że duża wskazówka przybrała ogromne rozmiary i porusza 
się od jednej ściany do drugiej.

Orme zaczął głośno odliczać.  –  Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć  – teraz! – i jednocześnie 

nacisnął   guzik   jednej,   a   zaraz   potem   drugiej   baterii.   Zanim   dotknął   drugiego   guzika 
poczułem, że skała pod nami zakołysała się – żadnym innym słowem nie da się opisać tego 
wrażenia. Potem wielki, ważący kilka ton głaz, który spełniał rolę poprzecznej belki nad 
drzwiami, zachwiał się i spadł, zupełnie zamykając wyjście.

Gdzieś dalej posypały się też inne głazy, czyniąc wielki hałas. Stołek wysunął się spode 

mnie   i   znalazłem   się   na   podłodze.   Potem   rozległ   się   stłumiony   huk   i   przez   jaskinię 
przetoczyła się fala powietrza, ginąc z jękiem i zawodzeniem w zakamarkach podziemnego 
miasta. Jej podmuch zgasił nasze lampy. Na koniec, może minutę potem, usłyszeliśmy głuche 
uderzenie, jakby coś bardzo ciężkiego spadło na ziemię daleko od nas.

Po tym wszystkim nastąpiła zupełna, charakterystyczna dla tego miejsca cisza.
– No to po wszystkim –  powiedział Oliwer zduszonym głosem, który w tej absolutnej 

ciemności zdawał się docierać do mnie z daleka.  –  Nie musiałem się niepokoić, pierwsza 

background image

bateria była dobra, bo kiedy naciskałem guzik drugiej, poczułem jak zatrzęsła się ziemia. 
Ciekaw jestem – mówił dalej, jakby sam do siebie – w jakim stopniu te prawie półtorej tony 
azoimidów   zaszkodziło   naszemu   sfinksowi.   Według   moich   obliczeń   powinien   zostać 
rozerwany na pół, ale nie jest to takie pewne. Wybuch mógł wyrwać tylko wielką dziurę w 
jego ciele, szczególnie jeśli były tam jakieś kanały czy szczeliny, którymi wydostała się część 
gazów. Ha, jeśli będziemy mieli szczęście, to może później przekonamy się o tym naocznie. 
Ryszardzie, zapal lampy. A to co? Posłuchaj!

Kiedy skończył mówić, dobiegły nas skądś ciche, przerywane dźwięki, przypominające 

odgłosy stłumionych odległością strzałów karabinowych.

Pomacałem koło siebie i odnalazłszy słuchawkę telefonu, przyłożyłem ją do ucha. W 

jednej chwili wszystko stało się jasne. Po drugiej stronie linii strzelano z karabinów i odgłosy 
te docierały do nas przez odłożoną słuchawkę. Bardzo słabo, lecz wyraźnie słyszałem Higgsa 
mówiącego:  –  Uwaga,   sierżancie,   tam   biegnie   inny!  –  i   odpowiedź   Quicka:   –  Niżej, 
profesorze,   na   miłość   boską,   niech   pan   strzela   nisko!   Wystrzelał   pan   naboje.   Niech   pan 
załaduje! Oto magazynek, i niech pan nie strzela za często. Aaa! dostałem, ale ja też mam 
tego diabła. Nie rzuci już więcej żadną dzidą.

–   Zostali   zaatakowani!   –  krzyknąłem.  –   Quick   jest   ranny.   Teraz   mówi   Makeda. 

„Oliwerze, ratuj! Uderzyli na nas ludzie Jozuego. Ratuj!”

Potem wszystko zagłuszyły krzyki, którym odpowiedziały gęste strzały i akurat kiedy 

Oliwer chwycił słuchawkę, połączenie zostało przerwane. Na próżno krzyczał przerażonym 
głosem w słuchawkę. Równie dobrze mógłby starać się skomunikować z Marsem.

–  Przecięto kabel!  –  zawołał, rzucając słuchawkę i chwytając latarnię, którą udało się 

zapalić Jafetowi. – Idziemy, tam mordują ludzi. – Skoczył do drzwi i stanął bezradnie przed 
kamiennym blokiem tarasującym przejście.

– Dobry Boże! – wrzasnął. – Jesteśmy zamknięci. Jak my się wydostaniemy? Jak się stąd 

wydostaniemy?  –  Zaczął biegać wokół pokoju i nawet próbował skakać, jak przestraszony 
kot, na ściany. Trzykrotnie próbował dosięgnąć wierzchu muru – pomieszczenie to nie miało 
dachu  –  i  za  każdym   razem   spadał,   gdyż  ściany były  za  wysokie.   Złapałem  go  w  pół  i 
przytrzymałem, choć rzucał się i próbował wyrwać.

–  Uspokój się  –  powiedziałem.  –  Chcesz się zabić? Nie na wiele się przydasz martwy 

albo ranny. Daj mi pomyśleć.

Tymczasem Jafet nie próżnował, gdyż on też usłyszał owe złowrogie odgłosy docierające 

przez telefon i odgadł ich znaczenie. Najpierw podbiegł do bloku zamykającego przejście i 
spróbował go odsunąć, ale, oczywiście, była to daremna próba. Potem odszedł kilka kroków i 
przyjrzał mu się uważnie.

–  Myślę, doktorze, że można się tam wdrapać  –  powiedział.  –  Pomóżcie mi  –  wskazał 

drugi koniec ciężkiego stołu, na którym znajdowały się baterie. Przysunęliśmy go do drzwi. 
Oliwer, widząc o co chodzi, wskoczył na stół razem z Jafetem. Potem, idąc za wskazówkami 

background image

Jafeta, Orme oparł czoło o blok i wypiął plecy. Jafet stanął mu na ramionach i wyciągnąwszy 
ręce,   zdołał   uchwycić   krawędź   głazu.   Ja   podtrzymywałem   stół,   aby   się   nie   przesunął. 
Następnie podniosłem jedną ręką lampę do góry, aby Jafet mógł lepiej widzieć. Wczepiwszy 
się palcami stóp w jakieś nierówności bloku, zaczął się wdrapywać i po chwili znalazł się na 
nim, chyba ze dwadzieścia stóp nad podłogą.

Reszta   była  dość  łatwa.   Jafet  zdjął   swą  lnianą,  długą   szatę   i  zrobiwszy  na  niej  parę 

węzłów, spuścił ją na dół. Na tej zaimprowizowanej linie, przy pomocy podpierającego mnie 
od dołu Oliwera, Jafet wciągnął mnie na górę. Potem obaj wciągnęliśmy Oliwera, który bez 
słowa przerzucił ciało przez mur i puściwszy ramię Jafeta, opadł po drugiej stronie. Następnie 
przyszła kolej na mnie. Spadałem z dużej wysokości i myślę, że gdyby nie chwycił mnie 
Oliwer, nie wyszedłbym z tego bez obrażeń, i tak na moment zaparło mi dech. Na końcu 
zeskoczył,   miękko   jak   kot,   Jafet.   Wcześniej   opuścił   lampy,   więc   po   chwili   ruszyliśmy 
pospiesznie do wyjścia z jaskini.

– Uważajcie – krzyknąłem. – Wokół na pewno leżą głazy.
Okazało się, że miałem słuszność, gdyż w tym samym momencie Oliwer potknął się i 

przewrócił, tłukąc się dotkliwie. Zaraz się poderwał, ale posuwaliśmy się już wolniej, gdyż 
drogę blokowały setki ton kamieni, które wybuch oderwał od sklepienia. Runęły również 
liczne budynki podziemnego miasta, ale zapewne przewrócił je podmuch, który odczuliśmy 
też w świątyni. W końcu dobrnęliśmy do końca jaskini i stanęliśmy przerażeni, gdyż tam, 
gdzie ściana zatrzymała falę powietrza, całe miejsce zawalone było stertami głazów.

– Mój Boże, zdaje się, że jesteśmy odcięci od świata! – wykrzyknął zrozpaczony Oliwer.
Ale Jafet skakał już, z lampą w ręku, z głazu na głaz i niebawem zawołał zza szczytu 

rumowiska:

– Zdaje się, panowie, że jest tu przejście, choć bardzo trudne. – Wskazał na postrzępiony 

otwór w skale, wyrwany pewnie przez podmuch. Z trudem i ryzykując zdrowiem, a może 
nawet życiem, jako że wiele kamieni leżało luźno i w każdej chwili groziło osypaniem się, 
przeleźliśmy przez rumowisko i prześliznęliśmy się przez otwór. Modliliśmy się w duchu, 
aby potężne drzwi prowadzące do wyjścia z podziemnego miasta nie były zatrzaśnięte, w 
takim wypadku bowiem nie zdołalibyśmy ich we trzech otworzyć. Na szczęście nasze obawy 
okazały się bezpodstawne. Wybuch wyrwał drzwi z zawiasów i rzucił na ziemię.

Pobiegliśmy   tunelem   z   rewolwerami   w   dłoniach.   Dotarliśmy   wkrótce   do   sali 

audiencjonalnej,   pustej   i   pogrążonej   w   ciemnościach.   Tam   skierowaliśmy   się   na   lewo   i 
przebiegliśmy przez kilka komnat. W ostatniej z nich, z której można się było dostać do bram 
pałacu, znaleźliśmy pierwsze ślady tragedii, gdyż jej podłoga pokryta była plamami krwi.

Orme wskazał w biegu na nie. Nagle z ciemności wyskoczył jak kozioł z zarośli jakiś 

człowiek i przyciskając ręce do boku, gdzie najwidoczniej miał ranę, przebiegł koło nas. 
Wpadliśmy do korytarza prowadzącego do prywatnych apartamentów Córki Królów. Jego 
podłoga zasłana  była  trupami  i rannymi.  Dostrzegłem,  że jeden z trupów ściska w dłoni 

background image

przerwany kabel telefonu. Myślę, że złapał go w przedśmiertnym skurczu, przerywając w ten 
sposób naszą łączność z pałacem.

Wbiegliśmy   do   małego   przedpokoju,   w   którym   płonęły   lampy   i   w   ich   świetle 

zobaczyliśmy scenę, której nigdy nie zapomnę.

Na pierwszym planie leżał stos trupów w barwach księcia Jozuego. Za nimi siedział na 

krześle  sierżant  Quick.  Wydawał  się  dosłownie   poszarpany  na  strzępy.   W  jego  ramieniu 
tkwiła głęboko strzała, której nikt nie próbował wyjąć, głowa, którą Makeda ocierała mokrym 
płótnem... nie, nie chcę opisywać jego ran.

Obok, oparty o ścianę, również pokrwawiony i wyraźnie wyczerpany, stał Higgs. Z tyłu 

za   Makeda   słaniały   się,   płacząc   i   załamując   dłonie,   dwie   czy   trzy   damy   dworu.   Na   ten 
okropny widok stanęliśmy w miejscu jak wryci. Nikt nic nie mówił. Odebrało nam z wrażenia 
mowę.

Umierający Quick otworzył oczy, podniósł rozciętą straszliwie ciosem miecza dłoń do 

oczu,   jakby   chciał   osłonić   je   przed   światłem   i   przez   chwilę   patrzył   na   nas.   Ach,   jakże 
wzruszający był  to obraz! Potem podniósł się z krzesła, dotknął gardła, pokazując w ten 
sposób,   jak   myślę,   że   nie   może   mówić,   zasalutował   Orme’owi,   wskazał   na   Makedę   i   z 
triumfalnym uśmiechem padł martwy na ziemię.

Taki był koniec dzielnego i szlachetnego sierżanta Quicka.
Trudno jest mi opisać to, co nastąpiło potem, gdyż zapanowało ogólne zamieszanie. Poza 

tym szok i ból po stracie Quicka zamroczyły mi pamięć. Pamiętam tylko, że Oliwer i Makeda 
padli  sobie w  ramiona.  Pamiętam  też, że gdy oderwała  się od Oliwera, powiedziała  tym 
swoim majestatycznym głosem, wskazując na ciało Quicka:

–  Tam   leży   ten,   który  pokazał   nam,   jak   należy   umierać.   Twój   rodak,   Oliwerze,   był 

bohaterem. Powinieneś zawsze czcić jego pamięć, bo uchronił mnie przed losem gorszym niż 
śmierć.

– Co tu się stało? – spytał Oliwer Higgsa.
–  Jak   wam   powiedziałem   przez   telefon,   dostaliśmy   się   tu   bez   przeszkód.   Potem 

rozmawiała z tobą Makeda, dopóki nie przerwałeś, mówiąc że musisz pomówić z Jafetem. 
Potem, punktualnie o dziesiątej, usłyszeliśmy huk wybuchu. Właśnie przygotowywaliśmy się, 
żeby wyjść i zobaczyć, jaki był tego skutek, kiedy zjawił się Jozue, oznajmił, że Harmak 
został zniszczony i zażądał, aby Córka Królów „z ważnych powodów państwowych”  udała 
się z nim do jego zamku. Odmówiła, a kiedy dalej nalegał, wykopałem go z pałacu. Nie 
ujrzeliśmy go już więcej, ale parę minut potem posypał się na nas z korytarza grad strzał i 
rzucili się na nas jego ludzie z okrzykiem „Śmierć gojom! Ratować Różę!”

Zaczęliśmy więc strzelać i położyliśmy wielu z nich, ale Quicka ugodziła w ramię strzała. 

Trzykrotnie zrywali się do ataku i trzykrotnie odparliśmy ich. W końcu zabrakło nam naboi i 
zostały tylko rewolwery, ale też wystrzelaliśmy z nich wszystkie pociski. Na pewien czas 
wycofali się, ale potem znowu natarli i wydawało się, że wszystko skończone.

background image

Wtedy Quick wpadł w szał. Złapał miecz jakiegoś martwego Abatiego i skoczył na nich, 

rycząc jak ranny bawół. Pocięli go, ale mimo to wyparł ich z korytarza.

Kiedy ostatni uciekli, sierżant przewrócił się. Z pomocą tych kobiet przyniosłem go tutaj, 

ale nie mógł już mówić. No i wtedy wy się pojawiliście. Odszedł. Niech spoczywa w pokoju. 
Myślę, że dobry Bóg wynagrodzi go na tamtym świecie, bo jeśli na tym żył kiedykolwiek 
jakiś bohater, to nazywał się Samuel Quick! – Profesor odwrócił się, zdjął okulary i wytarł 
oczy wierzchem dłoni.

Z żalem, którego nie da się opisać, podnieśliśmy ciało walecznego Quicka i złożyliśmy je 

na łożu w sypialni Makedy, gdyż uparła się przy tym, mówiąc iż człowiek, który zginął w jej 
obronie, nie może leżeć nigdzie indziej. Zaiste był to dziwny widok – stary wojak, którego 
twarz po obmyciu wyglądała spokojnie, a nawet pięknie, ułożony do ostatniego snu w łożu 
Córki   Królów.   Łoże   to   było,   pamiętam   dobrze,   wykonane   z   jakiegoś   czarnego   drewna 
inkrustowanego złotem, z zasłonami z białego muślinu wyszywanego w złote gwiazdy, takie 
same, jak te, które Makeda miała na welonie.

Leżał tam na białej nasyconej wonnościami pościeli ze spracowanymi rękami złożonymi 

na  piersiach,  a my podchodziliśmy  po kolei,  aby po raz ostatni  popatrzeć  na twarz tego 
uczciwego człowieka i wiernego żołnierza. Umarł tak, jak żył i jak chciałby umrzeć – zginął 
na posterunku. Cześć jego pamięci!

Zostawiliśmy go i wyszliśmy do zachlapanego krwią przedpokoju, gdzie opatrzyłem rany 

Higgsa. Otrzymał cięcie mieczem w głowę, cios dzidą w udo, a twarz miał skaleczoną strzałą, 
ale na szczęście żadna z tych ran nie była groźna. Potem odbyliśmy krótką naradę.

– Przyjaciele – powiedziała Makeda, wsparta na ramieniu ukochanego – nie możemy tu 

pozostać. Nie jesteśmy tu bezpieczni. Spisek mego wuja nie powiódł się, ale obawiam się, że 
wkrótce wróci tu z tysiącem ludzi, a wtedy...

– O czym myślisz? – spytał Oliwer. – O ucieczce z Mur?
– Jak możemy stąd uciec, skoro przejścia strzegą ludzie Jozuego, a za górami czekają na 

nas Fungowie? – odparła. – Abati nienawidzą was i teraz, kiedy ukończyliście swoje dzieło, 
zabiją   was   przy   pierwszej   okazji.   O   czemuż   sprowadziłam   was   do   tych   fałszywych   i 
niewdzięcznych ludzi! – Zaczęła płakać, a my spoglądaliśmy po sobie bezradnie.

Wtedy Jafet, który przez cały czas siedział w kucki na podłodze, kołysząc się i zawodząc 

wschodnim zwyczajem z żalu po śmierci Quicka, którego bardzo lubił, podniósł się, podszedł 
do Córki Królów i padł przed nią na twarz.

– O Waldo Nagasto – powiedział – wysłuchaj słów twego sługi. Tylko trzy mile stąd, u 

wejścia na przełęcz, obozują moi ludzie, górale, którzy nienawidzą księcia Jozuego. Uciekaj 
do nich, o Waldo Nagasto. Staną za tobą i będę słuchać moich rozkazów. Przecież uczyniłaś 
mnie ich wodzem. Kiedy się tam znajdziemy, postąpisz jak będziesz uważała za słuszne.

Makeda spojrzała pytająco na Oliwera.
– Myślę, że to dobra rada – powiedział. – W każdym razie wśród górali nie będziemy na 

background image

pewno   w   gorszej   sytuacji   niż   w   tym   nie   bronionym   przez   nikogo   pałacu.   Każ   swoim 
kobietom przynieść dla nas płaszcze, żeby nikt nas nie poznał po drodze i chodźmy.

Pięć minut później przekradliśmy się, stąpając po trupach i umierających, do bocznej 

bramy pałacu. Była otwarta a zwodzony most nad fosą opuszczony. Niewątpliwie tędy wiodła 
droga odwrotu zbirów Jozuego. W długich płaszczach z podobnymi do mnisich kapturami, 
które   Abati   nosili   nocą   lub   podczas   deszczu,   wyglądaliśmy   na   mieszkańców   Mur. 
Przeszliśmy szybko przez duży plac i wmieszaliśmy się w tłum zgromadzony po jego drugiej 
stronie. Byli  tam mężczyźni,  kobiety i dzieci. Czyniąc  wrzask jak stado małp w koronie 
drzewa, wszyscy patrzyli na górę za pałacem, pod którą znajdowało się podziemne miasto.

Przez   tłum   przedzierał   się   oddział   jeźdźców,   więc   obawiając   się,   by   nie   rozpoznali 

Oliwera po jego wysokim wzroście, skryliśmy  się w cieniu  rosnących  obok drzew. Tam 
odwróciliśmy się i spojrzeliśmy na górę, która była obiektem takiego zainteresowania tłumu. 
Akurat w tym momencie zza przesłaniającej go dotąd chmury wyłonił się księżyc i ujrzeliśmy 
niesamowity widok.

Góra za pałacem wznosiła się na wysokość około stu pięćdziesięciu stóp, gdzie wystawał 

z niej poziomo podłużny skalny blok, który Abati zwali Głową Lwa, choć osobiście do tej 
pory nie dostrzegłem  w nim specjalnego podobieństwa do tego  zwierzęcia.  Teraz jednak 
nazwa   ta   była   jak   najbardziej   uzasadniona,   jako   że,   spoglądając   na   leżące   w   dole   Mur, 
spoczywała na niej głowa bożka Fungów. W świetle księżyca głowa zlewała się w jeden 
kształt ze skałą i wydawało się, że sfinks przeniósł się w całej swej okazałości na szczyt góry.

– Och! – jęknął Jafet. – Przepowiednia spełniła się! Głowa Harmaka przyleciała spać do 

Mur.

–  Chcesz powiedzieć chyba, że my ją tu przysłaliśmy  –  powiedział szeptem Higgs.  – 

Uspokój się, człowieku! Nie rozumiesz, że to tajemna moc naszych proszków oderwała ją od 
ciała i rzuciła na tę górę?

–   Tak   –  wtrąciłem  –  a   wstrząs,   który   odczuliśmy   w   jaskini,   był   spowodowany   jej 

upadkiem.

–  Nie obchodzi mnie,  co ją tu sprowadziło  –  odparł Jafet, który zdawał się zupełnie 

rozstrojony tym wszystkim, przez co przeszedł. – Wiem tylko tyle, że przepowiednia spełniła 
się i Harmak przyleciał do Mur, a tam, gdzie jest Harmak, przyjdą Fungowie.

– To bardzo dobrze –  odparł wykazując zupełny brak współczucia Higgs.  –  Wreszcie 

będę mógł go zmierzyć i narysować.

Zauważyłem jednak, że Makeda też się trzęsie, gdyż ona również uznała to za zły omen. 

Nawet Oliwer milczał, pewnie dlatego, że obawiał się, iż będzie to miało zgubny wpływ na 
postawę Abatich.

Nie było w tym zresztą nic dziwnego, bo z rozmów wokół nas wynikało jasno, że już się 

poddają temu  wpływowi.  Wszyscy byli  tak  samo  przerażeni  jak Jafet. Przeklinali  gojów, 
wstrętnych   czarowników,   którzy   zamiast   zniszczyć,   jak   obiecywali,   bożka   Fungów, 

background image

sprowadzili go na Mur.

Muszę   tu  zaznaczyć,   że  istotnie  mieli  rację.  Jak  się  później  przekonaliśmy,   cała   siła 

eksplozji, zamiast zniszczyć korpus sfinksa, skierowała się przez wydrążone w nim korytarze 
w kierunku jego głowy. Sprężone gazy oderwały ją jak zabawkę i wystrzeliły w powietrze. 
Przeleciawszy   kawał   drogi,   spadła   na   skały   Mur,   gdzie   prawdopodobnie   pozostanie   na 
zawsze.

–  No cóż  –  powiedziałem,  kiedy gapiliśmy się na ten niezwykły widok  –  dziękujmy 

Bogu, że nie poleciała dalej i nie spadła na pałac.

–  Och,   gdyby   tak   się   stało  –  szepnęła   Makeda   wylęknionym   głosem  –  to   naprawdę 

moglibyście dziękować Bogu, bo przynajmniej byłabym już wolna od wszystkich kłopotów. 
Chodźmy, przyjaciele, zanim nas rozpoznają.

background image

Rozdział XVII

Odnajduję syna

Nasza droga ku przełęczy biegła przez obóz świeżo sformowanej armii Abatich. To, co 

tam zobaczyliśmy,  przekonało nas wymowniej  niż  wszystkie  raporty,  jak kompletna  była 
demoralizacja tego ludu. Tam, gdzie powinny być straże, nie było nikogo, tam, gdzie powinni 
być żołnierze, byli oficerowie rozmawiający z kobietami, a gdzie powinni być oficerowie, 
siedziały, pijąc wino, amatorki uciech z żołnierzami.

W tym ogólnym bałaganie przeszliśmy przez nikogo nie widziani, a w każdym razie nie 

pytani, aż do miejsca, gdzie stał regiment górali, złożony w większości z pasterzy, ubogich 
ludzi żyjących na wewnętrznych zboczach górskiego muru otaczającego płaskowyż. Ludzie 
ci, mający niewiele wspólnego ze swymi współplemieńcami z równiny, byli twardzi i prości, 
dzięki czemu zachowali pewne pierwotne ludzkie cechy, takie jak odwaga i wierność.

Głównie z tego pierwszego, a po części i drugiego powodu, Jozue wyznaczył im miejsce 

na obóz tuż obok wejścia na przełęcz. Wiedział dobrze, że w przypadku ataku można będzie 
polegać tylko na nich. Poza tym uważał na pewno, że lepiej będzie trzymać ich z daleka 
podczas realizacji planów obróconych przeciw Córce Królów, którą ci prości ludzie darzyli 
niemal boską czcią.

Jak tylko  znaleźliśmy się na granicy ich obozu, natychmiast  rzuciła  nam się w oczy 

różnica między nimi a resztą Abatich. Podczas gdy inne regimenty mijaliśmy nie niepokojeni 
przez nikogo, tu zaraz zatrzymała nas warta. Jafet szepnął coś do ucha jej dowódcy, który 
zmierzył   nas   surowym   spojrzeniem.   Potem   skłonił   się   zawoalowanej   Córce   Królów   i 
zaprowadził nas do ogniska, przy którym siedzieli, rozprawiając o czymś, dowódca całego 
oddziału i jego podwładni. Na jakieś słowo czy znak, który jednak umknął naszej uwadze, 
dowódca, stary człowiek z długą, siwą brodą, wstał i powiedział:

– Przepraszam, ale muszę zobaczyć wasze twarze.
Makeda odrzuciła kaptur i stanęła tak, że światło księżyca padało jej na twarz. Ujrzawszy 

ją, dowódca padł na kolana, mówiąc:

– Rozkazuj, o Waldo Nagasto.

background image

– Zbierz oddział. Potem wydam rozkazy – odparła i usiadła na ławce przy ognisku. My 

trzej i Jafet stanęliśmy za nią.

Dowódca wydał oficerom rozkazy i niebawem górale, w liczbie nieco powyżej pięciuset, 

stanęli po trzech stronach placu przed nami. Kiedy wszyscy się zbierali, Makeda weszła na 
ławkę, odrzuciła kaptur, aby wszyscy widzieli jej twarz i przemówiła.

– Ludzie z gór, tej nocy, tuż po zniszczeniu bożka Fungów, przyszedł do pałacu mój wuj, 

książę Jozue, domagając się, abym udała się z nim do jego pałacu po drugiej stronie jeziora. 
Mówił, że czyni to z powodów państwowych, ale obawiam się, że chciał mnie zabić albo 
uwięzić.

Na te słowa wśród górali zapanowało poruszenie.
–   Czekajcie   –  powiedziała   Makeda,   podnosząc   rękę  –   to   jeszcze   nie   wszystko. 

Odpowiedziałam   księciu   Jozue,   że   jest   zdrajcą   i   lepiej   zrobi,   jeśli   odejdzie.   Odszedł   z 
pogróżkami   i   nie   wiem   kiedy   wycofał   straże,   które   powinny   pilnować   bram   pałacu. 
Tymczasem   wieść   o   grożącym   mi   niebezpieczeństwie   dotarła   do   obcokrajowców 
znajdujących  się w służbie u mnie i dwóch z nich, ten, który zwany jest Czarne Okna i 
którego uratowaliśmy od śmierci w jaskini lwów, i żołnierz o nazwisku Quick, przyszło, aby 
mnie strzec. Pan Orme i doktor Adams  zostali w jaskini, żeby wysłać iskrę, która miała 
zniszczyć bożka Fungów. Zaraz potem zjawiła się zgraja ludzi księcia Jozuego, aby mnie 
porwać.

Wtedy Czarne Okna i jego towarzysz stoczyli walkę w mojej obronie, broniąc tylko we 

dwóch   wejścia   do   moich   komnat.   Za   pomocą   swojej   straszliwej   broni   zabili   wielu 
napastników. Koniec tej walki był taki, że wojownik Quick rzucił się na tych, którzy pozostali 
przy życiu i wyparł ich z pałacu, ale sam został przy tym śmiertelnie ranny. Tak, ten dzielny 
człowiek poległ ratując Córkę Królów przed jej własnym ludem, a Czarne Okna również 
odniósł rany – widzicie jego owiniętą głowę. Potem przybyli pan Orme i doktor Adams, a z 
nimi wasz brat Jafet, którzy omal nie postradali życia w podziemnym mieście, i wiedząc, że 
nie   jestem   już   bezpieczna   w   pałacu,   gdzie   nawet   moja   sypialnia   zbroczona   jest   krwią, 
przyprowadzili mnie do was. Czy obronicie mnie, ludzie z gór?

– Tak, tak! – odparł jej potężny krzyk. – Rozkazuj, a my wszystko wykonamy. Co mamy 

robić, Córko Królów?

Makeda zebrała wszystkich oficerów i po kolei spytała ich o zdanie.
Część z nich uważała, że należy dowiedzieć się, gdzie znajduje się Jozue i natychmiast 

zaatakować. – Trzeba zgnieść głowę węża, to jego ogon przestanie się wić! – mówili. Muszę 
przyznać, że spodobała się nam ta propozycja.

Ale Makeda nie chciała o tym słyszeć.
– Jak to? – wykrzyknęła. – Mam wszczynać wojnę domową, kiedy u naszych bram stoi 

wróg? – Potem, zwracając się do nas, dodała: – Czy tych kilkuset ludzi, choćby byli nie wiem 
jak dzielni, może stanąć przeciw tysiącom pod wodzą Jozuego?

background image

– No to co chcesz zrobić? – spytał Orme.
– Wrócić z góralami do pałacu i tam bronić się przed wszystkimi nieprzyjaciółmi.
– Dobrze –  odparł.  –  Dla tych, którzy są i tak zgubieni, każda droga jest jednakowo 

dobra. Muszą zaufać gwiazdom.

– Właśnie – zawtórował mu Higgs – a im wcześniej pójdziemy, tym lepiej, bo boli mnie 

noga i chce mi się spać.

Makeda wydała więc oficerom polecenia. Przekazali je żołnierzom, którzy odpowiedzieli 

krzykiem i zaczęli zwijać obóz.

Wtedy to zdarzył się najszczęśliwszy moment w moim życiu. Całkowicie wyczerpany i 

przybity, siedziałem na składanym krześle, czekając na rozkaz do wymarszu, gapiłem się bez 
zainteresowania   na   Oliwera   i   Makedę   rozmawiających   poważnie   i   od   czasu   do   czasu 
potrząsałem za ramię siedzącego obok Higgsa, aby nie zasnął. Nagle usłyszałem podniecone 
głosy   i   w   jasnym   świetle   księżyca   zobaczyłem   kilku   Abatich   prowadzących   jakiegoś 
człowieka. Po ich strojach poznałem, że należą do oddziału, który pilnował bram w dolnej 
części przełęczy.

Nie   zwróciłem   początkowo   specjalnej   uwagi   na   ten   incydent,   pomyślałem   tylko,   że 

pewnie schwytali jakiegoś szpiega, ale gwar i ogólne poruszenie uświadomiły mi, że stało się 
coś   niezwykłego.   Podniosłem   się   więc   i   podszedłem   do   grupki   górali   otaczających   tego 
człowieka. Kiedy się do nich zbliżyłem, rozstąpili się i skłonili z szacunkiem, patrząc na mnie 
z pewnym zaciekawieniem.

Wtedy dopiero zobaczyłem  dokładnie więźnia. Był  to wysoki, atletycznie  zbudowany 

młodzieniec, odziany w odświętne szaty, ze złotym łańcuchem na szyi. Kiedy zastanawiałem 
się, co też może robić tu w chwili ogólnego wzburzenia i niepokoju tak nieodpowiednio 
ubrana osoba, odwrócił głowę i w blasku księżyca dostrzegłem ciemne oczy, owalną twarz, 
zakończoną szpiczastą, czarną bródką i regularne rysy. Poznałem go natychmiast.

Był to mój syn, Roderyk!
W następnej chwili, po raz pierwszy od tak wielu lat, ściskałem go w ramionach.
Pamiętam, że pierwsze moje słowa były typowe dla nas, Anglosasów, bo choćbyśmy nie 

wiem jak długo żyli na Wschodzie czy gdzie indziej, nigdy nie potrafimy wyzwolić się  
przyjętych u nas konwencji i zwyczajów językowych. Słowa te brzmiały: – Jak się masz, mój 
chłopcze, i w jaki sposób dostałeś się tutaj?

Odparł na to, prawda że wolno i z obcym akcentem:
– Dziękuję, ojcze, dobrze. A dostałem się tu na swych własnych nogach.
Tymczasem   przykuśtykał   Higgs   i   gorąco   przywitał   się   z   Roderykiem,   bo  –  jak   już 

wspominałem – bardzo się zaprzyjaźnili podczas pobytu profesora w niewoli u Fungów.

– Myślałem, że dziś w nocy masz brać ślub – powiedział.
– Tak, tak –  odparł Roderyk –  według pojęć Fungów jestem już na pół żonaty, co mi 

zupełnie nie odpowiada. Popatrz, to jest strój ślubny  –  wskazał na swą bogato wyszywaną 

background image

szatę.

– No to gdzie jest twoja żona? – spytał Higgs.
– Nie wiem i nie dbam o to – odparł – bo nie podoba mi się ona. Zresztą i tak nie jestem 

jeszcze   właściwie   jej   mężem.   Ceremonia   ślubna   między   dwojgiem   Fungów   o   wysokiej 
pozycji   trwa  dwa  dni  i  dopóki  się nie  skończy,  małżeństwo   nie  jest  ważne.  Jeśli   będzie 
chciała, poślubi kogoś innego. Ja też.

– Co się zatem stało? – spytałem.
–  Kiedy   skończyliśmy   ucztę   weselną,   ale   jeszcze   zanim   stanęliśmy   przed   kapłanem, 

usłyszeliśmy nagle potężny grzmot i zobaczyliśmy bijący w niebo słup ognia, na szczycie 
którego   unosiła   się   głowa   Harmaka.   Zniknęła   tam   i   nie   pokazała   się   już   więcej.   Wtedy 
wszyscy poderwali się i zaczęli krzyczeć:

– To czary białego człowieka! Czary białego człowieka! Biały człowiek zabił boga, który 

siedział   tam   od   początku   świata.   Proroctwo   spełniło   się!   Skończyły   się   dni   Fungów! 
Uciekajcie, Fungowie, Uciekajcie!

Sułtan Barung zaczął drzeć na sobie szaty i też krzyczał:  – Uciekajcie, Fungowie! –  a 

moja niedoszła żona też darła szaty, ale nic nie mówiła, tylko biegła jak antylopa. Wszyscy 
pobiegli na wschód, w kierunku wielkiej rzeki, i zostawili mnie samego. Wtedy podniosłem 
się i też pobiegłem, ale na zachód, bo wiedziałem od niego  –  wskazał na Higgsa  –  co to 
wszystko   znaczy   i   dlatego   nie   przestraszyłem   się.   Biegłem,   nie   spotykając   nikogo,   aż 
dotarłem do przełęczy. Tam natknąłem się na strażników i opowiedziałem im swoją historię, 
tak że nie zabili mnie, ale pozwolili przejść i w końcu dotarłem tutaj bezpiecznie i, dzięki 
Bogu, bez żony. l to koniec mojej opowieści.

– Obawiam się, że źle zrobiłeś, synu – powiedziałem. – Wpadłeś z deszczu pod rynnę.
– Z deszczu pod rynnę? – powtórzył. – Nie rozumiem. Ojcze, musisz pamiętać, że byłem 

mały,   kiedy   mnie   porwali   i   od   tamtej   pory   aż   do   czasu.,   kiedy   spotkałem   Higgsa,   nie 
mówiłem po angielsku. Dopiero wtedy dał mi książkę, Biblię, ale włożył ją do kieszeni, kiedy 
spuszczali go do lwów. (W tym momencie Higgs zaczerwienił się po uszy, gdyż nikt nigdy 
nie  podejrzewał  go, surowego krytyka  wszystkich  religii,  o noszenie  Biblii  w  kieszeni,  i 
mruknął coś o „dawnych zwyczajach Hebrajczyków”.)

–  No więc potem  –  mówił dalej Roderyk  –  czytałem ciągle tę książkę i, jak widzicie, 

przypomniałem sobie angielski.

– Powstaje teraz pytanie – rzekł Higgs, najwyraźniej chcąc jak najszybciej zmienić temat 

– czy Fungowie powrócą?

– O, tego to nie wiem! Nie mogę powiedzieć. Myślę, że nie. Ich przepowiednia mówi, że 

Harmak miał polecieć do Mur, ale kiedy wszyscy zobaczyli, jak jego głowa leci do nieba, 
zaczęli uciekać na wschód i chyba uciekają do tej pory.

– Ale Harmak przybył do Mur, Roderyku – powiedziałem. – A przynajmniej jego głowa. 

Spadła na górę sterczącą nad miastem.

background image

– Och, ojcze –  powiedział.  –  To wszystko zmienia. Kiedy Fungowie dowiedzą się, że 

spoczywa  tu głowa Harmaka, na pewno przyjdą za nim, bo ona jest dla nich największą 
świętością. Przyjdą, tym bardziej że chcą wywieszać wszystkich Abatich.

–  Miejmy nadzieję, że się o tym nie dowiedzą  –  odparłem, aby zmienić temat. Potem 

wziąłem   Roderyka   za   rękę   i   zaprowadziłem   go   do   Makedy,   która   stała   nieco   z   boku, 
przysłuchując się rozmowie. Oczywiście, niewiele z niej zrozumiała. Wyjaśniłem w kilku 
słowach, jakie spotkało mnie szczęście i przedstawiłem jej Roderyka. Powitała go bardzo 
uprzejmie i powiedziała mi, że cieszy się, iż odzyskałem syna. Roderyk przyglądał się jej z 
niekłamanym podziwem. Potem odwrócił się do nas i powiedział łamaną angielszczyzną:

–  Walda   Nagasta   to   piękna   kobieta.   Nic   dziwnego,   że   król   Salomon   pokochał   jej 

pramatkę. Gdyby córka Barunga, moja żona, była taka jak ona, to myślę, że pobiegłbym z 
Fungami ku wielkiej rzece.

Oliwer   przetłumaczył   jego   słowa   i   wszyscy,   łącznie   z   Makedą,   wybuchnęliśmy 

śmiechem. Dobrze nam zrobiła chwila wesołości tej tragicznej nocy.

Tymczasem oddział zdążył  się przygotować do wymarszu i podzielić na dwie części. 

Zanim jednak wyruszyliśmy, dowódca patrolu, który przyprowadził Roderyka, zażądał, aby 
go zostawić, gdyż chcą go oddać w ręce Głównodowodzącego, księcia Jozuego. Oczywiście 
odmówiliśmy, na co spytał szorstko:

– Z czyjego rozkazu?
Usłyszała to Makeda, z której obecności oficer ów nie zdawał sobie sprawy, i działając 

pod wpływem impulsu, wystąpiła naprzód, odkryła twarz i powiedziała:

– Z mojego. Pamiętaj, że władczynią Abatich jest Córka Królów, a nie książę Jozue i że 

ludzie pojmani przez jej żołnierzy są jej jeńcami, a nie jego. Wracaj na swoje stanowisko!

Oficer spojrzał, skłonił się i odszedł ze swym oddziałem, ale nie na przełęcz, jak mu 

kazano, lecz do Jozuego. Doniósł mu o przybyciu syna jednego z gojów i o ucieczce Fungów, 
przerażonych zniszczeniem ich bożka.

Ta miła dla Abatich wiadomość rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy, tak że jeszcze nie 

zdążyliśmy   wyruszyć,   gdy   usłyszeliśmy   głośne   okrzyki   radości,   którymi   powitał   ją   tłum 
zgromadzony na wielkim placu.  Ciemne  chmury,  które  od kilku tygodni  wisiały nad ich 
głowami, nagle rozproszyły się. Szaleli z radości. Rozpalili ogniska, pili wino, ściskali się i 
pysznili swą odwagą, która skłoniła potężnych i straszliwych Fungów do ucieczki.

Wśród ogólnej radości nikt nie zwracał uwagi na nasz oddział, dopóki nie znaleźliśmy się 

w połowie placu, około pół mili od pałacu. Zobaczyliśmy tam nagle przed sobą zwarte szeregi 
jazdy, liczącej dwa czy trzy tysiące ludzi, która wyraźnie starała się przeciąć nam drogę. 
Mimo to nie zatrzymaliśmy się, dopóki nie podjechało do nas paru oficerów i zwracając się 
do dowódcy górali, nie spytało, dlaczego opuścili swoją pozycję i gdzie się udaje.

– Dlatego, że mam taki rozkaz – odparł. – Jest tu ktoś ważniejszy ode mnie.
– Ten goj, Orme? Książę Jozue rozkazał, aby przyprowadzić go i jego towarzyszy. Muszą 

background image

zdać sprawę z tego, co robili tej nocy.

– Córka Królów rozkazała, abym odstawił ich do Pałacu – odparł góral.
–  Jej   rozkaz   jest   nieważny,   bo   nie   został   potwierdzony   przez   Radę  –  powiedział 

bezczelnie jego rozmówca.  –  Macie wydać nam gojów, Córkę Królów, którą zagarnęliście, 
wrócić na swoje stanowiska i czekać na rozkazy księcia Jozuego.

Tego Makedzie było już za dużo.
–  Brać ich!  –  krzyknęła gniewnie. Jej rozkaz został natychmiast wykonany.  –  A teraz 

utnijcie głowę temu zuchwalcowi, który ośmielił się żądać wydania mnie i moich oficerów, i 
dajcie   jego   kompanom,   żeby   zanieśli   ją   księciu   Jozuemu   jako   moją   odpowiedź   na   jego 
bezczelną decyzję.

Usłyszawszy   to,   ów   oficer,   tchórz   jak   wszyscy   Abati,   padł   na   twarz   przed   Makedą, 

usiłując ucałować jej suknię i błagając o litość.

– Psie! – odpowiedziała. – Byłeś jednym z tych, którzy ośmielili się wtargnąć do moich 

komnat. O, nie kłam, zapamiętałam twój głos i słyszałam jak inni zdrajcy wołali do ciebie po 
imieniu. Skończyć z nim!

Próbowaliśmy się za nim wstawić, ale nie chciała nas słuchać. Nawet Orme’a.
– Prosicie o litość dla zabójcy waszego brata? – spytała, mając na myśli Quicka. – Nie 

cofnę rozkazu.

Górale odciągnęli go i wkrótce zobaczyliśmy ponury orszak wracający z miejsca, gdzie 

się zatrzymali. Jeden z górali niósł coś na tarczy. Podeszli do stojących naprzeciw szeregów i 
usłyszeliśmy gniewny pomruk tłumu.

– Naprzód! Do pałacu! – rozkazała Makedą.
Regiment uformował się w czworobok, biorąc w środek Makedę i nas, i ruszył.
Wtedy zaczęła się walka. Otoczyły nas ze wszystkich stron gromady Abatich, ale bojąc 

się walki wręcz, zasypały nas strzałami, które zabiły lub zraniły pewną liczbę naszych. Nasi 
górale też byli łucznikami i mieli potężniejsze łuki. Czworobok zatrzymał się, a pierwsze 
szeregi przyklęknęły.  Potem, na znak dowódcy, górale naciągnęli olbrzymie  łuki, których 
używali do polowań na lwy, i wypuścili strzały. Strzelały, na zmianę, pierwszy i drugi szereg.

Na otwartej przestrzeni i do takiego tłumu trudno było chybić, tym bardziej że Abati, 

którzy nie mieli żadnego wojennego doświadczenia, walczyli chaotycznie. Ich lekkie zbroje 
nie stanowiły żadnej przeszkody dla ciężkich strzał o żelaznych grotach z zadziorami. Po 
dwóch minutach zaczęli się cofać, po trzech uciekali w popłochu, zostawiwszy na placu boju 
zabitych i rannych. Tak musieli uciekać przed strasznymi długimi łukami Anglików Francuzi 
pod   Grecy   i   Poictiers.   Los   sprawił   bowiem,   iż   byliśmy   świadkami   takiej   właśnie 
średniowiecznej bitwy.

Oliwer, który obserwował uważnie przebieg walki, podszedł do Jafeta i szepnął mu coś 

do ucha. Ten skinął głową i pobiegł szukać dowódcy regimentu. Wkrótce zobaczyłem, o co 
chodziło Oliwerowi, gdyż boki oddziału odsunęły się, a tył przesunął do przodu i wzmocnił 

background image

środek.

Teraz górale maszerowali w dwóch potrójnych szeregach, między którymi szło zaledwie 

kilkunastu   żołnierzy,   otaczając   Makedę   i   trzymając   tarcze   w   górze,   aby   osłonić   ją   od 
zbłąkanych   strzał.   Za   nimi   szliśmy   my   czterej   i   jeszcze   kilkunastu   górali,   niosących   na 
tarczach rannych.

Pozostawiwszy zabitych, zaczęliśmy się posuwać w stronę pałacu, cały czas pod gradem 

strzał. Dwa razy próbowali nas zaatakować Abati i dwa razy zmusiły ich do odwrotu owe 
straszne   łuki.   Potem   górale   wyciągnęli   na   komendę   swoje   krótkie   miecze   i   ruszyli   do 
kontrnatarcia.

Pięć minut później było po wszystkim. Żołnierze Jozuego rzucili broń i pierzchnęli na 

boki. Część z nich uciekła przez otwarte bramy i opuszczony most na dziedziniec pałacu. Za 
nimi, a raczej wśród nich, pędzili górale, mordując bez litości, gdyż byli za daleko i nie 
słyszeli   lub   nie   chcieli   słyszeć   rozkazów   Makedy   i   swych   oficerów,   którzy   kazali   im 
oszczędzać nieprzyjaciela.

Tak zakończył się ten dziwny, toczony przy świetle księżyca, bój. To prawda, że nie była 

to wielka bitwa, gdyż brało w niej udział około czterystu ludzi naszej i trzy – cztery tysiące 
z drugiej strony, ale pochłonęła wiele istnień i stała się początkiem ostatecznej zagłady.

No cóż, na razie byliśmy bezpieczni, gdyż było pewne, że po tej lekcji Jozue nie będzie 

próbował bez długich przygotowań szturmować podwójnej linii murów i fosy otaczających 
pałac. Ale i tak czekały nas nowe kłopoty, gdyż nagle – nie dowiedzieliśmy się nigdy z jakiej 
przyczyny  –  stanęło   w   płomieniach   skrzydło   pałacu,   w   którym   znajdowały   się  prywatne 
apartamenty Makedy.

Osobiście przypuszczam, że pożar spowodowała lampa, którą zostawiliśmy zapaloną przy 

łożu Makedy, kiedy położyliśmy na nim ciało sierżanta Quicka. Może przewrócił ją jakiś 
ranny, który szukał tam schronienia, a może przeciąg zarzucił na nią te haftowane złotem 
zasłony? W każdym razie ogień szybko objął wybijane drewnem komnaty i gdyby nie fakt, że 
wiał przeciwny wiatr, strawiłby na pewno cały pałac. W tej sytuacji udało nam się jednak 
ograniczyć pożar, ale ze skrzydła, w którym wybuchł, pozostały tylko kamienne, okopcone 
ściany.

Taki   był   pogrzebowy   stos   sierżanta   Quicka.   Pomyślałem,   patrząc   na   płomienie,   że 

pogrzeb miał imponujący.

Kiedy zburzyliśmy korytarz łączący płonące skrzydło z resztą pałacu, ten sam, w którym 

walczyli   Quick   i   Higgs,   pożar   został   praktycznie   opanowany,   mogliśmy   więc   trochę 
odpocząć.

Makeda z kilkoma damami, wśród których znajdowała się jej stara niańka, zajęła parę 

pustych pomieszczeń, jakich wiele było w pałacu, a my położyliśmy się, a raczej padliśmy, w 
pokojach gościnnych, i z miejsca zasnęliśmy. Obudziliśmy się dopiero wieczorem.

Pamiętam, że obudziłem się z uczuciem, iż śnił mi się dziwny sen, w którym radość 

background image

mieszała  się z rozpaczą. Oliwer i Higgs spali jak zabici, ale Roderyk,  nadal w ślubnych 
szatach, wstał już i siedział przy moim łóżku z zaintrygowaną miną.

– A więc jesteś – powiedziałem, biorąc go za rękę. – Myślałem, że to wszystko tylko mi 

się śniło.

– Nie, ojcze – odparł swą dziwną angielszczyzną. – To nie sen, wszystko prawda. Dziwny 

ten   świat,   ojcze!   Popatrz   na   mnie.   Przez   tyle   lat  –  dwanaście...   czternaście  –  byłem 
niewolnikiem   u   dzikusów,   śpiewałem   dla   nich...   kapłanem   bożka   Fungów,   zawsze   bliski 
śmierci, ale nie zginąłem. Potem sułtan Barung polubił mnie, mówił, że pochodzę z białych i 
muszę   być  mężem  jego  córki.   Potem  twój   brat,  Higgs,  zostaje  więźniem  i   mówi  mi,   że 
szukasz mnie przez te wszystkie lata. Potem Higgs rzucony lwom, a wy go ratujecie. Potem, 
wczoraj, ja poślubiony córce sułtana, której nigdy nie widziałem, tyle co dwa razy w święta. 
Potem głowa Harmaka leci do nieba i wszyscy Fungowie uciekają i ja też uciekam i znajduję 
ciebie. Potem bitwa, wielu zabitych, strzała zadrapuje mi szyję, ale ja nie ranny – tu pokazał 
rysę nad żyłą szyjną – a teraz znowu razem. Och, ojcze, bardzo dziwny świat! Myślę, że jest 
gdzieś Bóg, który opiekuje się nami.

– Ja też tak myślę, mój chłopcze – odparłem – i mam nadzieję, że będzie to robił dalej, bo 

– powiadam ci – jesteśmy w gorszej sytuacji, niż byłeś między Fungami.

– O, nie przejmuj się tym, ojcze – odparł wesoło, gdyż był pogodnego usposobienia. – Jak 

mówią Fungowie, nie ma domu bez drzwi, choć wiele ludzi ślepych ich nie widzi. Ale my nie 
ślepi, bo dawno już byśmy nie żyli. Znajdziemy drzwi, ale idzie człowiek do ciebie.

Tym człowiekiem okazał się Jafet. Wysłała go Córka Królów, abyśmy przyszli, gdyż ma 

dla   nas   nowiny.   Obudziłem   więc   pozostałych   i   kiedy   zmieniłem   opatrunki   Higgsowi, 
poszliśmy. Znaleźliśmy ją w wieży bramnej wewnętrznego muru umocnień. Powitała nas z 
dość smutną miną. Spytała Oliwera, jak mu się spało, a Higgsa  –  czy bolą go rany. Potem 
zwróciła się do mego syna i pogratulowała mu szczęśliwego ocalenia i odnalezienia ojca w 
miejsce utraconej żony.

– Zaprawdę, jesteś szczęśliwym człowiekiem, synu Adamsa, mając tak kochającego ojca. 

Ilu synów ma ojców, którzy by przez czternaście lat, porzuciwszy wszystko, szukali ich z 
narażeniem   życia,   cierpiąc   głód   i   niewolę,   znosząc   ciosy,   upał   i   chłód   pustyni?   Takie 
przywiązanie okazał mój przodek Dawid do swego brata Jonatana, a taka miłość przewyższa 
miłość kobiety. Winieneś mu ją odpłacić i pamiętać o tym do ostatniej godziny swego życia, 
synu Adamsa.

–  Będę   o   tym   pamiętał,   o   Waldo   Nagasto  –  odparł   Roderyk   i   nie   krępując   się   ich 

obecnością,  objął  mnie  za   szyję  i  pocałował.   Nie  przesadzę,   jeśli   powiem,  że   ten  objaw 
synowskiego   przywiązania   wynagrodził   mi   z   nawiązką   wszystkie   trudy,   które   dla   niego 
wycierpiałem. Przekonałem się bowiem, że nie cierpiałem dla kogoś, kto nie jest tego wart, co 
niestety zdarza się często na tym gorzkim świecie.

W tym momencie damy dworu Makedy przyniosły jedzenie i zjedliśmy to wieczorne 

background image

„śniadanie”.

– Nie jedzcie za dużo – powiedziała ze smutnym uśmiechem – bo nie wiem na jak długo 

wystarczy   nam   zapasów.   Posłuchajcie!   Otrzymałam   propozycję   od   mego   wuja,   Jozuego. 
Przyniosła ją strzała, nie człowiek... Myślę, że nikt nie chciał przyjść, bojąc się, by nie spotkał 
go taki sam los, jak tego zdrajcę wczoraj – pokazała nam strzałę, do której przymocowany był 
kawałek pergaminu. Rozwinąwszy go, przeczytała głośno:

O Waldo Nagasto, wydaj gojów, którzy zapanowali nad tobą swoimi 

czarami i doprowadzili do tego, że przelałaś krew tylu swoich ludzi –  a z 
nimi   oficerów   górali,   a   reszcie   zostanie   darowane   życie.   Tobie   też 
przebaczę i uczynię cię swą żoną. Jeśli odmówisz, zginą wszyscy, którzy są 
przy tobie, a tobie samej nie gwarantuję niczego.

Na rozkaz Rady – Jozue, książę Abatich.

– Jaką dać odpowiedź? – spytała, patrząc na nas z zaciekawieniem.
– Na honor – odparł Orme, wzruszając ramionami – gdyby nie chodziło o tych wiernych 

ci   oficerów,   to   uważam,   że   powinnaś   przyjąć   te   warunki.   Jesteśmy   tu   zamknięci   jak   w 
pułapce, garstka otoczona przez tysiące, które jeśli nawet boją się wziąć pałac szturmem, 
mogą nas zmusić głodem do poddania się, jako że miejsce to nie ma zapasów na wypadek 
oblężenia.

– Zapominasz o jednym z tych warunków, Oliwerze! –  powiedziała, pokazując palcem 

ustęp   listu,   w   którym   Jozue   stwierdzał,   że   uczyni   ją   swą   żoną.  –  I   co,   dalej   doradzasz 
poddanie się?

– Jakże bym mógł! – odparł, czerwieniąc się, i zamilkł.
–  Zresztą   nieważne,   co   mi   radzicie  –  powiedziała   z   uśmiechem  –  bo   już   wysłałam 

odpowiedź, też przyczepioną do strzały. Spójrzcie, oto kopia.

Potem odczytała ten list.

Do mego zbuntowanego ludu.
Wydajcie mi mego wuja, Jozuego, i członków Rady, którzy podnieśli na 

mnie miecz, abym mogła ukarać ich zgodnie z naszym odwiecznym prawem, 
a   reszcie   z   was   nie   stanie   się   żadna   krzywda.   Jeśli   odmówicie,   to  
przysięgam, że zanim nadejdzie następny nów księżyca, Mur pogrąży się w  
takiej   żałobie,   w   jakiej   znalazło   się   miasto   Dawida,   kiedy   barbarzyńcy 
zatknęli swe sztandary na jego murach. Oto słowa, które spłynęły na mnie,  
Córkę Salomona, w nocy, a powiadam wam, iż są prawdziwe. Róbcie, co  
chcecie albo co musicie zrobić, gdyż nasz i wasz los już się zdecydował. Ale  

background image

wiedzcie, że jedyna wasza nadzieja we mnie i w panach z Zachodu.

Walda Nagasta.

– Co chciałaś powiedzieć, Makedo, pisząc o „słowach, które spłynęły na ciebie w nocy”? 

– spytałem.

–  To, co napisałam  –  odparła spokojnie.  –  Kiedy rozeszliśmy się o świcie, zasnęłam 

twardo i w śnie stanęła przede mną wyniosła, czarnowłosa kobieta o królewskiej postawie. 
Od razu wiedziałem, że to moja wielka przodkini, ukochana Salomona. Popatrzyła na mnie 
smutnym, ale  –  jak mi się wydawało  –  kochającym wzrokiem. Potem odsunęła zasłonę z 
grubej chmury skrywającą przyszłość i zobaczyłam księżyc w nowiu nad czarnymi ruinami 
Mur, którego ulice zasłane były trupami. Pokazała mi też inne rzeczy, które się wydarzą, choć 
nie mogę o tym mówić, a potem podniosła ręce, jakby mnie błogosławiła, i znikła.

–  Stare   hebrajskie   proroctwa!   Bardzo   interesujące  –  mruknął   pod   nosem   Higgs.   Ja 

natomiast w głębi duszy przypisałem ten sen podnieceniu i wyczerpaniu. W istocie tylko 
dwóch spośród nas było poruszonych tym snem  –  mój syn bardzo, Oliwer trochę, pewnie 
dlatego, że wszystko, co mówiła Makeda, przyjmował jak ewangelię.

–  Na pewno stanie się tak, jak mówisz, Waldo Nagasto –  powiedział z przekonaniem 

Roderyk. – Dni Abatich są policzone.

– Dlaczego tak mówisz, synu? – spytałem.
– Dlatego, ojcze, że wśród Fungów miałem od dziecka dwa urzędy – śpiewałem hymny 

do boga i tłumaczyłem sny. O, nie śmiej się! Mogę powiedzieć o wielu, które spełniły się tak, 
jak je odczytałem, na przykład sen Barunga, który wytłumaczyłem tak, że głowa Harmaka 
przyleci do Mur. l spójrz, jest tu – odwróciwszy się, pokazał widoczną z okna wieży ponurą, 
lwią   głowę   bożka,   spoczywającą   na   skale   i   obserwującą   Mur   niczym   drapieżne   zwierzę 
ofiarę, zanim na nią skoczy. – Wiem, które sny są prawdziwe, a które nie. To dar, jak mój 
głos. Wiem, że ten sen jest prawdziwy. To wszystko.

Zauważyłem,  że kiedy kończył  mówić  jego oczy spotkały się z oczami  Makedy i że 

wymienili jakieś dziwne spojrzenia.

Jeśli chodzi o Orme’a, to powiedział tylko tyle:
– Wy, ludzie Wschodu, jesteście bardzo dziwni. Jeśli wierzysz w to, Makedo, to może coś 

w tym być. Ale rozumiesz, że twoja odpowiedź oznacza walkę do ostatka, bardzo nierówną 
walkę. – Spojrzał na hordy Abatich gromadzące się na wielkim placu.

– Tak – odparła cicho – rozumiem, ale bez względu na to, w jakich jesteśmy kłopotach i 

jak dziwne mogą się wydać rzeczy, które się wydarzą, nie obawiajcie się końca tej walki, 
przyjaciele.

background image

Rozdział XVIII

Spalenie pałacu

Orme   miał   rację.   Odpowiedź   Makedy   oznaczała   walkę,  „nierówną   walkę”.   Byliśmy 

zamknięci  w pałacu,  którego jedno skrzydło  strawił  pożar. Ze względu na otaczający go 
podwójny   mur   i   fosę,   mogła   go   zdobyć   tylko   liczna   i   waleczna   armia,   składająca   się   z 
żołnierzy gotowych oddać życie. Była to dla nas sprzyjająca okoliczność, jako że Abati nie 
byli waleczni i przerażała ich sama myśl już nie tylko o tym, że mogą zginąć, ale nawet o 
tym, że mogą zostać ranni.

Ale na tym kończyły się nasze przewagi. Odjąwszy zabitych w czasie nocnej potyczki, 

nasza   załoga   liczyła   nieco   powyżej   czterystu   ludzi,   z   których   około   pięćdziesięciu   było 
rannych, w tym część ciężko. Poza tym górale wystrzelali większość strzał i nie mieliśmy 
żadnych   możliwości   uzyskania   nowych.   Jednak   najgorsze   było   to,   że   pałac   nie   posiadał 
zapasów   żywności   na   wypadek   oblężenia,   a   górale   mieli   zaledwie   trzydniowe   racje 
pożywienia, składające się z suszonego mięsa koziego i czegoś w rodzaju sucharów z mąki 
kukurydzianej zmieszanej z kaszą jęczmienną. Tak więc zdawaliśmy sobie sprawę od samego 
początku,   że   jeśli   nie   uda   nam   się   zdobyć   więcej   żywności,   to   nasze   położenie   będzie 
zupełnie beznadziejne.

Istniało   też   inne   niebezpieczeństwo.   Choć   sam   pałac   był   murowany,   to   jego   liczne 

złocone   kopuły   i   wieżyczki   były   z   drewna,   przez   co   całą   budowlę   łatwo   było   podpalić. 
Uzyskaliśmy już zresztą dowód tego. Dach też wykonany był  ze starych  pni cedrowych, 
pokrytych   cienką   warstwą  cementu,  a  wnętrza  wyłożone   boazerią  z  jakiegoś   żywicznego 
drewna.

Natomiast otaczające nas wojska Jozuego miały pod dostatkiem broni i żywności i choć 

składały   się   z   tchórzliwych   i   niezdyscyplinowanych   mieszkańców   doliny,   to   były 
wystarczająco silne, aby zastosować wobec nas blokadę.

Przygotowaliśmy się jak można było w tej sytuacji najlepiej, ale nie widziałem zbyt wiele 

z   tych   przygotowań,   ponieważ   przez   cały   dzień   zajmowałem   się   opatrywaniem   rannych. 
Pomagał mi w tym syn i kilku  „sanitariuszy”, których praktyka „lekarska”  ograniczała się 

background image

dotąd do leczenia bydła i owiec. Bez odpowiedniej ilości bandaży, środków znieczulających i 
innych   leków  nie   mogłem   wiele   zdziałać.   Choć  apteczkę   miałem  nieźle   wyposażoną,   jej 
zawartość nie na wiele się przydała. Mimo to robiłem, co mogłem i ocaliłem życie kilku 
ludziom. Niestety u wielu innych wywiązała się gangrena i ich los był przesądzony.

Tymczasem Higgs – nie zważając na rany, które bardzo mu dolegały – i Orme też robili, 

z pomocą Jafeta i pozostałych dowódców, co było w ich mocy. Dokładnie zbadano pałac i 
umocniono   wszystkie   słabe   miejsca.   Wyznaczono   straże,   a   resztę   górali   podzielono   na 
oddziały gotowe w każdej chwili do odparcia szturmu. Pewną liczbę ludzi przeznaczono do 
wyrabiania brzechw strzał z pni cedrowych, których mnóstwo znajdowało się w stajniach i 
pomieszczeniach  gospodarczych,  oraz  grotów  i pierzysk,  których  na  szczęście  znaleziono 
duży   zapas   w   jednej   z   wartowni.   Zabito   i   poćwiartowano   kilka   koni   pozostawionych   w 
stajniach, a ich mięso zasolono.

Na   murach   zgromadzono   sterty   kamieni,   którymi   wybrukowane   były   dziedzińce 

pałacowe, aby zrzucić je na głowy atakujących. Przygotowano też kadzie z olejem i wodą, 
które stale trzymano na ogniu, by w razie potrzeby zrobić z nich taki sam użytek, jak z 
kamieni.

Jednak, ku naszemu rozczarowaniu, Abati nie kwapili się do bezpośredniego szturmu. 

Takie desperackie i niebezpieczne sposoby prowadzenia wojny nie były w ich stylu. Woleli 
kryć się za różnymi zasłonami, przede wszystkim za drzewami parku naprzeciw bram pałacu, 
i stamtąd razić strzałami każdego, kto pokazał się na murach, a nawet posyłać strzały w górę, 
jak Normanowie pod Hastings, aby, spadając, raziły znajdujących się na dziedzińcach pałacu. 
Chociaż ta ostrożna taktyka  kosztowała nas wielu ludzi, zdobyliśmy dzięki niej mnóstwo 
strzał, których przecież bardzo nam brakowało. Zbieraliśmy je skrzętnie i posyłaliśmy na 
powrót, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Nie wyrządziliśmy im jednak większych szkód, 
gdyż starali się nie odsłaniać.

W ten sposób minęły trzy męczące dni, w czasie których nic się nie działo, jeśli nie liczyć 

nieśmiałej próby, bo inaczej nie można tego nazwać, ataku, którą Abati podjęli drugiej nocy, 
usiłując pod osłoną ulewnego deszczu sforsować główną bramę. Ich zamiar odkryliśmy od 
razu  i  odparliśmy  atak  trzema  „salwami”  strzał  i  kilkunastoma   pociskami   karabinowymi. 
Pocisków   tych   Abati   bali   się   straszliwie.   Ponieważ   mieliśmy   prawie   tuzin   karabinów, 
wybraliśmy paru najbystrzejszych  górali, pokazaliśmy,  jak obchodzić się z bronią palną i 
daliśmy im wolne karabiny. Choć przeważnie chybiali, ich ogień, poparty naszymi, bardziej 
celnymi strzałami, skutecznie zniechęcił napastników. Przekonawszy się na własnej skórze o 
sile rażenia naszej broni, nie pokazywali się aż do zapadnięcia zmroku w odległości bliższej 
niż pięćset jardów.

Trzeciego dnia po południu zwołaliśmy naradę, aby obmyślić jakiś plan działania, gdyż 

ostatnie dwadzieścia cztery godziny dowiodły, że taki stan rzeczy jak dotychczas nie może 
dalej trwać. Przede wszystkim żywności zostało nam tylko tyle, by przez dwa dni nie cierpieć 

background image

zupełnego głodu. Poza tym  w tej atmosferze bezczynności nasi żołnierze, choć dzielni w 
bezpośrednim   starciu,   zaczęli   upadać   na   duchu.  Zbierali   się  w   grupki  i   mówili   o  swych 
żonach i dzieciach i o tym, co się z nimi stanie w rękach Jozuego, a także o swych trzodach i 
polach. Nie mieli wątpliwości, że zostaną one zniszczone a ich domy spalone. Na próżno 
Makeda obiecywała dać im pięć razy tyle, kiedy skończy się wojna. Było oczywiste, że jej 
wynik uważali za przesądzony. Poza tym argumentowali, nie bez racji, że nic nie zwróci im 
zabitych dzieci.

Podczas tej smutnej narady przedyskutowaliśmy wszelkie możliwe plany po to tylko, by 

stwierdzić,   że   w   gruncie   rzeczy   sprowadzają   się   one   do   alternatywy  –  poddać   się   albo 
chwycić byka za rogi i zaatakować nocą Jozuego. Na pierwszy rzut oka to drugie wyjście 
wyglądało na samobójstwo, ale w rzeczywistości nie był to tak beznadziejny plan, jak może 
się   wydawać.   Ponieważ   Abati   byli   wielkimi   tchórzami,   było   zupełnie   możliwe,   że 
zaatakowani przez kilkuset zdecydowanych na wszystko ludzi, rzucą się do ucieczki, a kiedy 
stanie się jasne, że Córka Królów odniosła zwycięstwo, większość jej poddanych ukorzy się i 
podda jej woli. Zdecydowaliśmy się więc na takie rozwiązanie, tym bardziej iż wiedzieliśmy, 
że poddanie się oznacza śmierć dla nas, a dla Makedy wybór między ostatecznym, smutnym 
rozwiązaniem jej kłopotów a małżeństwem pod przymusem.

Trzeba jednak było przekonać do tego górali. Jafet, który brał udział w naradzie, poszedł 

zwołać wszystkich, z wyjątkiem pełniących akurat wartę, a kiedy zebrali się na wewnętrznym 
dziedzińcu pałacu, przemówiła do nich Makeda.

Nie pamiętam dokładnie słów tej przemowy, ale była wyjątkowo piękna i chwytała za 

serce. Przedstawiła dokładnie nasze położenie i powiedziała, że nie możemy dłużej trwać w 
niepewności, ale zdecydować się albo na walkę, albo na poddanie się.

–  Choć   jestem   młoda  –  rzekła  –  nie   zależy   mi   na   życiu.   Raczej   zginę,   niż   zawrę 

małżeństwo z człowiekiem, którym gardzę i oddam się w ręce tych zdrajców.

Ale są tu ludzie, którzy przybyli do nas na moje zaproszenie i służyli mi wiernie. Jeden z 

nich oddał życie w mojej obronie. A teraz, łamiąc przyrzeczenie dane przeze mnie i przez 
Radę, grozi się im śmiercią. Czy wy, moi poddani, nie wiecie, co to honor i gościnność? Czy 
będziecie się temu przyglądali w milczeniu?

– Nie! – krzyknęła większość, ale niektórzy milczeli, a pewien starszy dowódca wystąpił 

z szeregu, skłonił się i powiedział:

–  Córko Królów, spójrzmy prawdzie w oczy. Czyż wszystkie te kłopoty nie wzięły się 

stąd, że zapałałaś miłością dla tego cudzoziemca, Orme’a? Czyż, według naszych praw, nie 
jest to miłość zakazana? Czyż nie jesteś zaręczona z księciem Jozue?

Makeda zastanawiała się chwilę, zanim odpowiedziała. Potem rzekła:
– Przyjacielu, moje serce jest moją prywatną własnością. Dlatego w tej sprawie sam sobie 

odpowiedz. Co się zaś tyczy mego wuja Jozuego, to jeśli istniała między nami jakaś wiążąca 
nas umowa, została ona zerwana owej nocy, kiedy przysłał tu swoich sługusów, aby mnie 

background image

uprowadzili w jakieś nieznane miejsce. Czy chciałbyś, abym poślubiła zdrajcę i tchórza? Oto 
moja odpowiedź.

– Nie! – znowu odkrzyknęła większość górali.
W ciszy, która potem zapanowała, znowu odezwał się, z przebiegłością godną Szkota, ów 

stary dowódca:

– W sprawie, którą tu podniosłaś, o Córko Królów, nie wyrażę swego zdania, ponieważ 

będąc tylko kobietą, choć wysoko urodzoną, i tak byś mnie nie posłuchała, lecz poszła za 
głosem serca. Ze swym narzeczonym, Jozuem, załatw to tak, jak sobie życzysz. Ale i my 
mamy z nim coś do załatwienia. Jozue jest jak żółw z długim językiem. Wydaje się powolny, 
ale nigdy nie chybia muchy, w którą celuje. Stanęliśmy za tobą i zabiliśmy wielu jego ludzi, 
tak jak on kilku z nas. Nie zapomni tego. Dlatego wydaje mi się, że powinniśmy jak najlepiej 
wykorzystać gniazdo, które tu uwiliśmy. Lepiej jest zginąć w bitwie niż na szubienicy. A 
zatem, skoro nie możemy tu dłużej zostać, ja osobiście chcę wyjść stąd tej nocy i walczyć za 
ciebie, mimo iż Jozue ma tak wielu ludzi a nas jest tak mało. Jeśli dożyję świtu, będę się 
uważał za wybrańca losu.

Te   twarde,   lecz   rozsądne   słowa   musiały   przekonać   opornych,   gdyż   zmienili   zdanie. 

Ustaliliśmy zatem, że spróbujemy się przedrzeć przez oblegające nas wojsko Jozuego około 
pierwszej w nocy, gdyż wyrwani z głębokiego snu Abati zapewne łatwo wpadną w panikę.

Los jednak zrządził, że plan ten nie doszedł do skutku i chyba dobrze, że tak się stało, bo 

jestem przekonany, iż skończyłoby się to dla nas fatalnie. Prawdopodobnie udałoby się nam 
przedrzeć przez pierścień oblegających, ale potem ci z nas, którzy wyszliby z tego z życiem, 
zostaliby otoczeni i kiedy skończyłyby się zapasy strzał i amunicji, zostalibyśmy wzięci do 
niewoli lub wycięci w pień.

Są to wszakże rozważania czysto teoretyczne, ponieważ wypadki przybrały inny obrót. 

Być może Abati wyczuli nasze zamiary i nie mieli ochoty na walkę ze zdecydowanymi na 
wszystko ludźmi.

Noc była tak ciemna, że nie było widać nawet na stopę. Do tego silny wiatr wiejący ze 

wschodu   głuszył   wszystkie   dźwięki.   Wartę   pełniło   zaledwie   kilku   ludzi,   gdyż   przed 
czekającym nas zadaniem powinniśmy byli solidnie wypocząć. Zresztą nie obawialiśmy się 
szturmu.

Około ósmej Roderyk, który pełnił wartę w wieży nad bramą, a miał niezwykle czuły 

słuch, przyszedł z wiadomością, że słyszał jakieś głosy za fosą. Natychmiast kilku z nas udało 
się   z   nim   na   wieżę,   ale   nic   nie   usłyszeli   i   doszli   do   wniosku,   że   Roderyk   musiał   się 
przesłyszeć. Wróciliśmy więc na swoje miejsca i cierpliwie czekaliśmy na wschód księżyca. 
Księżyc jednak nie pokazał się, a raczej nie widzieliśmy go, ponieważ niebo było całkowicie 
zakryte   czarną   warstwą   chmur   burzowych,   zwiastujących   zbliżający   się   okres   wielkich 
upałów. Ponieważ tymczasem wiatr ucichł, chmury wisiały nieruchomo, zasłaniając i księżyc, 
i gwiazdy.

background image

Mniej  więcej  po godzinie  odwróciwszy się  po coś, ujrzałem  na  niebie  światło,  które 

wziąłem za meteoryt  spadający koło góry wznoszącej się za pałacem, tej samej, na którą 
spadła głowa Harmaka.

– Spójrz, spada gwiazda – powiedziałem do Oliwera, który był koło mnie.
–  To nie gwiazda, to ogień  –  odparł przestraszonym głosem. Nim skończył mówić, ze 

szczytu góry zaczęły lecieć na drewniane i suche jak pieprz budynki na tyłach pałacu, a co 
gorsza, także na jego złocone kopuły, płonące kule.

– Nie rozumiesz, o co chodzi? – powiedział. – Przywiązali nasycone żywicą pakuły do 

strzał i dzid. Chcą nas wykurzyć ogniem. Niech trąbią na alarm. Alarm!

Za chwilę w budynkach pałacowych zaczęło wrzeć jak w ulu. Półśpiący górale biegali 

tam i z powrotem, krzycząc wniebogłosy. Również ich dowódcy darli się i wrzeszczeli jak 
opętani,  okładając  swych   ludzi   pięściami  i   płazując  mieczami,   aż  w   końcu  udało   się  im 
zaprowadzić pewien porządek.

Potem wszyscy rzucili się do gaszenia ognia, który pokazał się już w kilku miejscach. 

Usiłowania te były od samego początku skazane na niepowodzenie. Co prawda w fosie, którą 
zasilał strumień spływający z owej góry za pałacem, było mnóstwo wody, ale Abati nie znali 
żadnych pomp. Jeśli w jakimś budynku wybuchł ogień, to zostawiali go na pastwę płomieni, 
pilnując   tylko,   by   pożar   nie   rozprzestrzenił   się   na   sąsiednie   domy.   Poza   tym   w   pałacu 
znajdowało się niewiele wiader, dzbanów i innych naczyń.

Te, które udało nam się znaleźć, napełniliśmy jednak wodą i ustawiwszy ludzi w sznur 

podawaliśmy rąk do rąk w najbardziej zagrożone miejsca, czyli praktycznie wszędzie. Inni 
tymczasem   starali   się   zahamować   rozprzestrzenianie   się   ognia,   burząc   partie   budynku 
stykające się z ogarniętymi płomieniami pomieszczeniami.

Wszystko to nie zdało się jednak na nic, bo jak tylko ugaszono ogień w jednym miejscu, 

wybuchał w kilku innych. Cały czas bowiem leciały na nas płonące strzały, lampy i garnki 
wypełnione   płonącą   oliwą.   Był   to   naprawdę   niesamowity   widok,   jakby   nastał   dzień 
Armageddonu,   kiedy   to   płonące   strzały   spadające   z   nieba   zniszczyć   mają   wszystkich 
niegodziwych.

Mimo   to   nie   poddawaliśmy   się.   My,   czterej   biali,   staliśmy   na   dachu   i   z   kilkoma 

żołnierzami pod wodzą Jafeta laliśmy wodę na stojące w ogniu pozłacane kopuły. Niedaleko 
nas, owinięta czarnym płaszczem, stała w towarzystwie kilku dam jej dworu Makeda. Była 
zupełnie spokojna, choć obok niej padały płonące strzały i dzidy. Natomiast jej towarzyszki 
płakały i załamywały ręce, a jedna z nich dostała ataku histerii. Makeda kazała więc im zejść 
na dziedziniec, mówiąc, że wkrótce do nich dołączy. Uciekły natychmiast, chcąc znaleźć się 
jak najdalej od ognistych strzał, z których jedna ugodziła właśnie człowieka z kubłem wody w 
ręku. Jego ubranie natychmiast się zajęło. Stracił głowę i zeskoczył z dachu, zabijając się na 
miejscu.

Na prośbę Oliwera podbiegłem do Córki Królów, aby odprowadzić ją w jakieś bardziej 

background image

bezpieczne miejsce, ale nie chciała się nawet ruszyć z miejsca.

– Pozwól mi tu zostać – powiedziała. – Jeśli mam umrzeć, to umrę tutaj. Ale nie myślę, 

że jest mi to sądzone. – Odrzuciła kopnięciem włócznię, która padła na cementowy dach tuż 
obok niej.

– Mój lud nie lubi wprawdzie bić się – rzekła z gorzką drwiną – ale zna różne wojenne 

sztuczki, bo trzeba przyznać, że dobrze to obmyślili. Brak im odwagi, ale okrucieństwa mają 
w nadmiarze. Posłuchaj, jak z nas szydzą. Pytają, czy wolimy się tu upiec żywcem, czy wyjść 
i dać sobie poderżnąć gardła. Och! – zacisnęła pięści – że też musiałam się urodzić królową 
tego przeklętego plemienia. Niech ich wszystkich porwie Szeol! Nie skinę nawet palcem, aby 
ocalić ich od wiecznej męki.

Umilkła   na   chwilę   i   usłyszałem   dochodzące   z   dołu,   zza   bramy,   krzyki:  –  No   i   jak, 

gołąbki? Opaliły się wam piórka? Pójdziecie na pasztet!  –  Zadowolony z siebie dowcipniś 
wybuchnął gromkim śmiechem.

Los  zrządził  jednak,  że  to  on poszedł  „na pasztet”. Kiedy płomienie  strzeliły  wyżej, 

dojrzałem go stojącego w gronie słuchaczy i śpiewającego sprośną piosenkę o Makedzie, 
której słów nie chcę tu przytaczać. Złożyłem  się i strzeliłem mu prosto w łeb. Przy tym 
świetle był to zupełnie dobry strzał, zresztą jedyny, jaki oddałem owej nocy. Mam nadzieję, 
że był to też ostatni strzał oddany przeze mnie do człowieka.

Kiedy chciałem opuścić Makedę i wrócić do Oliwera z wiadomością, że uparła się zostać 

na dachu, nastąpiła ostateczna katastrofa. Między stajniami znajdowała się duża szopa z suchą 
paszą   dla   pałacowych   koni   i   wielbłądów.   Nagle   stanęła   w   ogniu,   który   zaczął   się 
rozprzestrzeniać we wszystkich kierunkach. Wszyscy górale, zwykli  żołnierze i dowódcy, 
wyskoczyli z pałacu i rzucili się zbitą masą ku bramie. Na dachu zostaliśmy tylko my czterej, 
Jafet i Makeda. Staliśmy bezradnie, nie wiedząc, co robić. Usłyszeliśmy,  jak opada most 
zwodzony, a potem, jak pęka pod naporem tłumu górali brama w drugim pierścieniu murów.

Ktoś, myślę, że był to Jozue, wrzasnął:
– Zabijajcie kogo chcecie, moje dzieci, ale biada temu, kto skrzywdzi Córkę Królów! Ona 

jest moim łupem!

Potem   dobiegły   nas   straszne   jęki   i   ujrzeliśmy   okropny   widok.   Podstępni   Abati 

przeciągnęli za bramą liny – to właśnie odgłosy tej pracy usłyszał Roderyk. Przerażeni górale, 
uciekając   od   ognia,   wpadali   na   te   liny   i   przewracali   się.   Nie   mogli   się   podnieść,   gdyż 
naciskali   ich   z   tyłu   inni.   Nie   wiem,   co   się   z   nimi   stało,   ale   na   pewno   wielu   zostało 
zadeptanych na śmierć, a wielu innych zabili ludzie Jozuego. Ufam jednak, że części z nich 
udało się przedrzeć, gdyż w porównaniu z resztą Abatich byli niczym lwy, choć, jak całemu 
plemieniu, brak im było ducha do wytrwałej walki.

To właśnie na początku tego zamieszania zastrzeliłem owego sprośnego śpiewaka.
– Niepotrzebnie to zrobiłeś, stary! – krzyknął Higgs swym piskliwym głosem, bo w tej 

wrzawie nie sposób było mówić normalnym głosem. – Pokazałeś w ten sposób tym świniom, 

background image

gdzie jesteśmy.

– Nie sądzę, żeby chcieli się tu do nas dostać! – odkrzyknąłem.
Potem przez dłuższą chwilę patrzyliśmy w milczeniu na to, co się dzieje za bramą.
– Chodźmy – powiedział w końcu Oliwer, ujmując Makedę za rękę.
–  Gdzie   chcesz   iść,   Oliwerze?  –  spytała   Makeda,   wyrywając   dłoń.  –  Raczej   spłonę 

żywcem, niż poddam się Jozuemu!

–  Chcę iść do podziemnego miasta –  odparł.  –  To jedyne miejsce, gdzie się możemy 

schronić. Nie mamy czasu do stracenia. Czterech ludzi z  karabinami może się tam bronić 
przed tysiącem napastników. Chodźmy.

– Niech będzie, jak chcesz – rzekła, pochylając głowę.
Zeszliśmy schodami, które łączyły dach z komnatami, gdyż mieszkańcy pałacu, jak inni 

ludzie Wschodu, spędzali na dachu wiele czasu, a nawet spali tam w upalne noce. Zrobiliśmy 
to dosłownie w ostatniej chwili, gdyż ogień dotarł już do pomieszczeń na piętrze i przez 
pęknięcia w murze przenikały na klatkę schodową języki płomieni i czarny, duszący dym.

Zresztą ściana ta przewróciła się akurat w chwili, kiedy Roderyk, który szedł na końcu, 

schodził z ostatnich stopni. Wiedziony typową dla młodych ciekawością, został trochę dłużej 
na dachu, chcąc obejrzeć rozgrywającą się za bramą smutną scenę i niewiele brakowało, aby 
przypłacił to życiem.

Na parterze nie groziło nam już bezpośrednio żadne niebezpieczeństwo, jako że pałac 

płonął od góry. Mieliśmy nawet czas, aby pójść do naszych sypialni i zabrać część swoich 
rzeczy.   Na   szczęście   wśród   zabranych   przedmiotów   znalazły   się   też   nasze   notatki,   które 
dzisiaj mają bezcenną wartość. Obładowani całym tym dobytkiem, spotkaliśmy się w sali 
audiencyjnej. Mimo iż było w niej nieznośnie gorąco, wyglądała tak jak zwykle. Godzinę 
potem przestała istnieć.

Z lampami w dłoniach dotarliśmy do drzwi korytarza prowadzącego do podziemnego 

miasta, nie spotkawszy po drodze żywego ducha.

Gdyby Abati byli innymi ludźmi, to z powodzeniem mogliby nas pochwycić, gdyż most 

zwodzony był nietknięty. Bali się jednak zapewne, by nie ogarnęły ich płomienie i nie wpadli 
do   pałacu.   Tak   oto   uratowało   nas   ich   tchórzostwo.   Muszę   jednak   dodać   gwoli 
sprawiedliwości, że być może nie mogli się przedrzeć przez zwały leżących w bramie żywych 
i martwych górali.

Takie w każdym razie usłyszeliśym później wyjaśnienie.
Dotarliśmy zatem bezpiecznie do owej wielkiej jaskini, przedostawszy się przez mały 

otwór między głazami  zwalonymi  tam siłą wybuchu.  Potem zatkaliśmy tę dziurę paroma 
kamieniami w taki sposób, że nie można ich było usunąć bez wielkiego hałasu. Zostawiliśmy 
tylko niewielki, kręty tunel, którym w razie potrzeby mógł się przecisnąć jeden człowiek.

Zasypywanie otworu odłamkami skał, w czym brała udział nawet Makeda, odwróciło na 

pewien  czas  nasze  myśli  od smutnej  sytuacji,  w  jakiej  się znaleźliśmy,  i poprawiło  nam 

background image

humory. Kiedy jednak skończyliśmy tę pracę i zapanowała charakterystyczna dla tej wielkiej 
jaskini, przeraźliwa cisza, nasze podniecenie ulotniło się bez śladu. Zdaliśmy sobie sprawę, że 
uniknęliśmy  nagłej  śmierci  w  czerwonych  płomieniach  po to  tylko,  by powoli  skonać  w 
czarnych podziemiach.

Mimo   to   staraliśmy   się   nie   upadać   na   duchu.   Zostawiwszy   Higgsa,   aby   pilnował 

zatarasowanego   przejścia,   co   właściwie   było   zbyteczne,   gdyż   pożar   pałacu   był   naszym 
najlepszym   strażnikiem,   poszliśmy   wzdłuż   kabla   telefonicznego,   który   biedny   Quick 
przeciągnął   owej   nocy,   kiedy   wysadziliśmy   Harmaka,   w   głąb   jaskini.   Tak   doszliśmy   do 
świątyni, w której mieliśmy kwaterę główną podczas robienia podkopu. Do pomieszczenia, 
które zajmował wówczas Oliwer, a z którego wydostaliśmy się z takim trudem, nie mogliśmy 
oczywiście wejść, gdyż blok skalny tarasował drzwi. W świątyni było jednak wiele innych 
pomieszczeń,   aczkolwiek   wszystkie   zanieczyszczone   były   odchodami   nietoperzy,   które 
tysiącami dostawały się do podziemnego miasta jakimś sobie tylko znanym wejściem. Jedna z 
tych salek służyła nam za magazyn. Oczyściliśmy ją z grubsza i przeznaczyliśmy dla Makedy.

Obejrzawszy ciemne wejście do tej izby, Makeda powiedziała:
–  Wygląda jak grobowiec. No cóż, w grobie czeka nas odpoczynek, a jestem bardzo 

zmęczona. Zostawcie mine tu, proszę. Położę się spać. Gdyby nie ty, Oliwerze, to chciałabym 
się już nigdy nie obudzić.

Ach, Oliwerze – dodała porywczo, nie bacząc na to, że mówi przy nas, gdyż w obliczu 

czekającego nas niechybnie końca przestała zważać na pozory  –  dlaczego się narodziłeś? 
Chyba po to, by sprowadzić nieszczęście na mą głowę. A jednak radość, którą czuję, gdy 
jestem z tobą, wynagradza mi wszystkie cierpienia i nawet jeśli anioł, który przywiódł cię do 
mojego kraju, nazywa się Azrael, to błogosławię go, gdyż dzięki niemu poznałam swą duszę. 
Rozpaczam   tylko   nad   twym   losem   i   gdyby   moja   śmierć   mogła   uratować   ci   życie,   to 
umarłabym z radością.

Oliwer poruszony do głębi, podszedł do niej i zaczął jej coś szeptać do ucha. Wydaje mi 

się, że odgadłem charakter tej propozycji. Wysłuchała go ze smutnym uśmiechem, a potem 
uczyniła taki ruch ręką, jakby chciała go odepchnąć:

– Nie, nie – powiedziała – to szlachetna propozycja, ale gdybym z niej skorzystała, to bez 

względu na to, gdzie się znajdę po śmierci, byłaby na mnie krew tego, który mnie kochał. 
Może nawet zostałabym ukarana za tę zbrodnię wiecznym oddzieleniem od ciebie. Poza tym 
wierzę niezłomnie, że choć teraz przyszłość wygląda tak czarno, jak wnętrze tej jaskini, to 
wszystko ułoży się jeszcze dla nas dobrze... na tym lub na tamtym świecie.

Powiedziawszy   to,   weszła   do   przygotowanego   dla   niej   pomieszczenia,   a   Oliwer   stał 

nieruchomo i patrzył na nią jak w transie.

– Nie wątpię, że jeśli o nich chodzi, będzie tak, jak powiedziała – rzekł do mnie cicho 

Higgs – ale chciałbym wiedzieć, jak to się skończy dla nas. My nie mamy żadnej czarującej 
damy, która przeprowadziłaby nas przez Styks.

background image

– Niepotrzebnie zastanawiasz się nad tym – odparłem ponuro. – Moim zdaniem sprawa 

jest jasna i niedługo będzie w tej jaskini parę szkieletów więcej, i to wszystko. Nie rozumiesz, 
że Abati będą pewni, iż spłonęliśmy w pałacu?

background image

Rozdział XIX

Głód

Miałem rację. Abati myśleli, że spaliliśmy się. Nie przyszło im do głowy, że mogliśmy 

schronić się w podziemnym mieście. Taki przynajmniej wniosek wyciągnąłem z faktu, że nie 
próbowali nas tam szukać, dopóki nie dowiedzieli się o nas w sposób, który zaraz opiszę. Ten 
brak zagrożenia ze strony nieprzyjaciół sprawiał, że dni i noce były jeszcze bardziej okropne. 
Gdybyśmy  musieli  odpierać  ataki,  walcząc  z przeważającymi  siłami,  to przynajmniej  nie 
siedzielibyśmy bezczynnie i mielibyśmy czym zaprzątać sobie głowy.

Ale panował absolutny pokój. Zmienialiśmy się przy wejściu, pilnie nasłuchując, czy nie 

zabrzmią czyjeś kroki. Niestety, nikt nie przerywał ciszy. Doszło w końcu do tego, że miękkie 
uderzenia skrzydeł nietoperzy brzmiały w naszych uszach niczym łopot skrzydeł orlich, a my 
sami  rozmawialiśmy  szeptem,  gdyż  normalny  głos  stał się  nie do zniesienia  dla  naszych 
nerwów.

Mimo   to   na   pierwszych   kilka   dni   znaleźliśmy   sobie   pewne   zajęcie.   Oczywiście 

pierwszym   naszym   zadaniem   było   zgromadzenie   żywności.   Mieliśmy   trochę   zapasów   w 
pomieszczeniach starej świątyni, mięso w puszkach, które przywieźliśmy z Londynu, ale w 
czasie pracy nad wykopem prawie wszystko zostało zjedzone. Przypomnieliśmy sobie, że 
Makeda mówiła nam o zbożu z jej posiadłości, którego pewną ilość składano co roku w 
podziemiach na wypadek oblężenia Mur, więc zapytaliśmy ją, gdzie są te zbiorniki.

Zaprowadziła nas w miejsce, gdzie w podłodze znajdowały się okrągłe kamienne płyty z 

metalowymi   uchwytami,   przypominające   pokrywy   miejskich   studzienek   kanalizacyjnych, 
tylko większe. Z wielkim trudem podnieśliśmy jedną z nich. Przy podnoszeniu odniosłem 
wrażenie, że nie ruszano jej chyba od czasów, gdy w Mur rządzili królowie, których szczątki 
spoczywały teraz w jaskini. Odczekaliśmy trochę, aby do wnętrza zbiornika napłynęło świeże 
powietrze i spuściliśmy na linie Roderyka, aby zobaczył, co jest w środku. Chwilę potem 
usłyszeliśmy jego głos:

– Chcę wyjść. Nie jest tu przyjemnie.
Wyciągnęliśmy go i spytaliśmy, co znalazł.

background image

– Nic do jedzenia – odparł. – Tylko kupa kości i szczur, który przebiegł mi przez nogę.
Sprawdziliśmy jeszcze dwa zbiorniki, z takim samym rezultatem –  pełne były ludzkich 

kości.   Potem   przepytaliśmy   Makedę,   która   po   zastanowieniu   powiedziała,   iż   przypomina 
sobie, że jakieś pięć pokoleń wcześniej nawiedziła Mur wielka zaraza i że słyszała, iż chorych 
umieszczono   w   podziemnym   mieście,   aby   nie   zarażali   innych.   Kości,   które   znaleźliśmy, 
musiały   być   ich   szczątkami.   Informacja   ta   spowodowała,   że   pospiesznie   zamknęliśmy 
zbiorniki, aczkolwiek w naszej sytuacji nie miało znaczenia, czy zarazimy się czy nie.

Ponieważ jednak była pewna, że zboże jest gdzieś zmagazynowane, poszliśmy do innej, 

oddalonej od tej groty, gdzie również były takie zbiorniki. Otworzyliśmy pierwszy z nich i 
tym razem trud nasz został wynagrodzony, jeśli można tak nazwać fakt, że na dnie zbiornika 
znaleźliśmy kupę kurzu, który przed laty był  zbożem.  Reszta zbiorników, z których  dwa 
zostały  –  jak   świadczyła   data   wyciśnięta   na   workowej   pieczęci  –  zamknięte   trzy   lata 
wcześniej, była zupełnie pusta.

Wtedy Makeda zrozumiała, co się stało.
–  Zaiste   Abati   są  narodem  łotrów!  –  powiedziała.  –  Dowódcy,   którzy  mieli  się  tym 

zajmować,  zamiast  magazynować zboże, kradli je! Oby dożył  i czasów, kiedy będzie im 
brakować chleba bardziej niż dzisiaj mnie!

Wróciliśmy w milczeniu do naszej kwatery. Czy można było coś mówić, skoro jedzenia 

zostało nam tylko na jeden skąpy posiłek? Wody mieliśmy w bród, ale nic do jedzenia. Kiedy 
otrząsnęliśmy się trochę z szoku, naradziliśmy się, co robić dalej.

–  Gdyby   udało   się   nam   przedostać   przez   tunel   wydrążony   dla   założenia   miny  – 

powiedział Oliwer – to moglibyśmy uciec przez jaskinię lwów, które pewnie zostały zabite 
podczas wybuchu.

– Złapaliby nas Fungowie – rzekł na to Higgs.
– Nie – wtrącił Roderyk – wszyscy Fungowie uciekli. A zresztą nawet jeśli nas złapią, to 

wszystko, nawet moja żona, lepsze od tej czarnej dziury.

–  Sprawdźmy,  czy to możliwe  –  zaproponowałem i ruszyliśmy,  aby zbadać rzecz na 

miejscu.

Kiedy dotarliśmy do przejścia prowadzącego z miasta do Krypty Królów, okazało się, że 

wybuch zburzył część ściany, tak że mogliśmy tam wejść nie gęsiego, jak przedtem, lecz 
ramię w ramię. Oczywiście pochówki były rozrzucone po całej jaskini. Wszędzie walały się 
kości, metalowe przedmioty i potrzaskane trony. Jednak sklepienie i ściany nic nie ucierpiały.

– Co za wandalizm! – jęknął Higgs, zapominając nawet o swym okropnym położeniu. – 

Dlaczego nie pozwoliłeś mi zabrać stąd tych rzeczy, Orme?

– Dlatego, że mogliby pomyśleć, iż je kradniemy, stary. Poza tym ci górale byli bardzo 

przesądni, a nie chciałem, żeby stąd uciekli. A zresztą jakie to ma teraz znaczenie? Gdybyś to 
przeniósł do pałacu, to wszystko by spłonęło.

Tymczasem   dotarliśmy   do   końca   jaskini,   gdzie   stał   tron   garbatego   króla.   Z   miejsca 

background image

zorientowaliśmy się, że przyszliśmy na próżno. Tunel był całkowicie zasypany pokruszoną 
skałą i nie było mowy o tym, żeby udało się nam go oczyścić nawet za pomocą materiałów 
wybuchowych, których zresztą i tak już nie mieliśmy.

Tak więc runęła nasza ostatnia nadzieja.
Stanęliśmy też wobec jeszcze jednego problemu – zaczął się wyczerpywać zapas oleju do 

lamp. Kiedy policzyliśmy dzbany zgromadzone w czasie prac nad tunelem, okazało się, że 
oleju wystarczy tylko na trzy doby dla czterech lamp: po jednej dla Makedy, dla nas i dla 
strażnika przy wejściu do podziemnego miasta oraz jednej dla potrzeb ogólnych.

Faktycznie z tej ostatniej korzystał głównie Higgs. Może on być znakomitym przykładem 

człowieka,   który  jest   ogarnięty   tak   silną   pasją,   że   nie   rezygnuje   z  niej   nawet   w   obliczu 
śmierci. Przez wszystkie dni spędzone w jaskini, nie zważając na głód i osłabienie, łaził, 
dopóki ostatecznie nie zabrakło mu sił, z dużym koszem w ręku do Krypty Królów. Szedł tam 
z pustym koszem, a przynosił go wypełniony po brzegi złotymi naczyniami i innymi cennymi 
przedmiotami,   które   wygrzebywał   spomiędzy   kości   i   odłamków   skał.   Potem   nocami 
katalogował   je   pracowicie   w   notesie   i   pakował   do   pustych   skrzynek   po   materiałach 
wybuchowych, które dokładnie zamykał, przybijając wieka gwoździami.

–  Po co ty to, do diabła, robisz?  –  spytałem z rozdrażnieniem, kiedy zamykał  chyba 

dwudziestą.

–  Nie  wiem   –  odparł   słabym  głosem,  bo  jak  my  wszyscy,  żył  tylko   wolą.  –  Chyba 

dlatego, że wyobrażam sobie cały czas, jak przyjemnie byłoby rozpakować te skrzynki w 
Londynie,   po   pierwszorzędnym   obiedzie   składającym   się   ze   smażonej   ryby   i   grubego 
befsztyka... – oblizał wargi. – Tak, tak – ciągnął dalej – wyjmować te rzeczy jedna po drugiej, 
pokazywać je... – tu wymienił nazwiska wielu dyrektorów wielkich muzeów, z którymi żył 
jak pies z kotem – i patrzeć, jak z zazdrości i wściekłości wydzierają sobie włosy z łbów i 
zastanawiają  się,  jak  by  mnie   pozbawić   tego  wszystkiego  –  tu   zaśmiał  się,  jakby  był  w 
najlepszej formie.

–  Oczywiście   nigdy   do   tego   nie   dojdzie  –  dodał   smutno  –  ale   może   pewnego   dnia 

znajdzie  je tu i zabierze  do Europy jakiś  inny facet,  a jeśli będzie  to  porządny gość, to 
opublikuje moje notatki, których kopię wkładam do każdej skrzynki, i uczyni moje nazwisko 
nieśmiertelnym. No, idę znowu. Muszę jeszcze wypełnić cztery skrzynki, zanim skończy się 
olej. Do jednej muszę zapakować tę złotą głowę, choć będzie mi ciężko przenieść ją tu bez 
odpoczynku. Słuchaj, co to za choroba, że nagle uginają się pod tobą nogi i stwierdzasz, że 
siedzisz   na podłodze,   nie  wiedząc,  jak się  tam  znalazłeś?   Nie  wiesz?  No  to nie   będę  ci 
zawracał głowy. Mówię ci, że to przez ten stały kontakt ze skałą.

Biedny, stary Higgs! Nie chciałem mu mówić, że przyczyną jego choroby jest głód.
No więc dalej chodził, nosił, katalogował i pakował. Pamiętam, że ostatnią rzeczą, którą 

przyniósł,   była   właśnie   ta   złota   głowa,   wspaniała   podobizna   jakiegoś   prehistorycznego 
władcy, która potem wzbudziła takie zainteresowanie na całym świecie. Ponieważ była za 

background image

ciężka,   aby   osłabiony   Higgs   mógł   ją   unieść,   musiał   ją   toczyć   przed   sobą,   co   wyjaśnia 
przyczyny pewnych uszkodzeń widocznych na nosie władcy i na jego koronie.

Nigdy nie zapomnę widoku profesora, kiedy wyłonił się z ciemności, idąc na kolanach – 

przez co poprzecierał sobie spodnie, tak że widać było gołą skórę  –  przy słabym świetle 
lampy, którą od czasu do czasu podnosił do góry, tocząc z trudem wielki, żółty przedmiot.

–  No   to   przyniosłem   ją   tu   w   końcu  –  wysapał   triumfalnie.   Przyglądaliśmy   się   mu 

obojętnym wzrokiem. – Jafet, pomóż mi zawinąć ją w matę i włożyć do skrzynki. Nie, ośle... 
twarzą do góry... o, tak. Mniejsza o rogi, nasypię tam monet i innych drobiazgów. – Mówiąc 
to, zaczął wypróżniać kieszenie,  których poleciał złoty deszcz. Potem dosypał parę garści 
piachu i innych śmieci zebranych z podłogi i przykrył całość kocem z koziej wełny, który 
ściągnął ze swojego łóżka.

Potem, bardzo powoli, przykrył skrzynię wiekiem i zabił gwoździami, odpoczywając co 

parę uderzeń młotka. Przyglądaliśmy się temu beznamiętnie, dziwiąc się tylko tej dziwnej 
formie szaleństwa.

W końcu wbił ostatni gwóźdź, usiadł na skrzynce, włożył rękę do wewnętrznej kieszeni 

kurtki, aby wyciągnąć notes i zemdlał. Z trudem podniosłem się i polewałem mu twarz wodą, 
dopóki nie ocknął się i nie osunął na podłogę, gdzie zasnął. W tym czasie zgasła pierwsza 
lampa.

– Zapal ją, Jafecie – powiedziała Makeda. – Tak tu ciemno.
– O Córko Królów – odparł Jafet – zrobiłbym to, gdybym mógł, ale nie ma już oleju.
Pół   godziny   potem   zgasła   druga   lampa.   Przy   świetle   trzeciej   poczyniliśmy   takie 

przygotowania,   jakie   mogliśmy   zrobić   w   naszej   sytuacji,   bo   wiedzieliśmy,   że   niebawem 
ogarnie nas zupełna ciemność. Przynieśliśmy parę dzbanów wody, przysunęliśmy do siebie 
broń i amunicję i rozłożyliśmy parę koców, aby ułożyć się na nich pokotem do ostatniego, jak 
myślałem, snu.

Kiedy byliśmy zajęci tymi czynnościami, w krąg światła wpełzł Jafet. Zobaczyłem nagle 

jego wynędzniałą twarz wyłaniającą się z mroku jak duch z grobu.

– Moja lampa zgasła – jęknął. – Zaczęła przygasać, kiedy byłem na straży przy wejściu, a 

w połowie drogi tutaj zupełnie wysiadła. Gdyby nie drut od tej „rzeczy, która mówi”, to nigdy 
bym do was nie trafił. Zabłądziłbym w mieście i zginął sam między duchami.

– No, ale jesteś tu – powiedział Oliwer. – Masz jakieś wieści?
– Nie, panie. To znaczy mam, ale niewiele. Odsunąłem parę kamieni, którymi zatkaliśmy 

dziurę, i doczołgałem się do miejsca, gdzie padło na mnie błogosławione światło dnia. Był to 
tylko promyk, ale jednak światło dnia. Zdaje się, że coś zawaliło wyjście z jaskini, może 
przewrócony mur pałacu. W każdym razie wyjrzałem przez szparę i zobaczyłem same ruiny. 
Jeszcze dymią. Z ruin dochodziły głosy pokrzykujących do siebie ludzi.

Jeden z nich krzyknął do towarzysza, iż to bardzo dziwne, że skoro goje i Córka Królów 

zginęli w płomieniach, to nigdzie nie można znaleźć ich kości. Tamten odparł, że to istotnie 

background image

dziwne, ale że tacy czarownicy, jak ci goje na pewno wymknęli się którędyś. Powiedział też, 
że wolałby osobiście, żeby tak było, bo na pewno wcześniej czy później zostaną odkryci i 
skazani na powolną śmierć, na którą zasłużyli, zwodząc Córkę Królów i sprowadzając śmierć 
na tylu Abatich. Potem, bojąc się, żeby mnie nie znaleźli i nie zabili, bo sądząc po głosach, 
byli już blisko, wycofałem się. I to wszystko.

Nic na to nie powiedzieliśmy, bo i co można było powiedzieć? Siedzieliśmy wokół lampy 

i patrzyliśmy ponuro, jak powoli gaśnie. Kiedy płomyk zaczął migotać, podskakując jakby 
był żywym stworzeniem, biedny Jafet wpadł nagle w panikę.

–  O   Waldo   Nagasto  –  krzyknął,   rzucając   się   jej   do   stóp  –  nazwałaś   mnie   dzielnym 

mężczyzną,   ale   jestem   dzielny   tylko   tam,   gdzie   świeci   słońce   i   gwiazdy.   Tutaj,   w 
ciemnościach, pośród złych duchów, gdzie kąsa mnie głód, jestem wielkim tchórzem. Nawet 
Jozue nie jest takim tchórzem, jak ja. Wyjdźmy na światło dzienne, póki jeszcze jest czas. 
Oddajmy się w ręce księcia. Może okaże litość i daruje nam, a przynajmniej tobie, życie. A 
jeśli umrzemy, to przynajmniej w blasku słońca.

Ale Makeda potrząsnęła tylko głową, wobec czego zwrócił się do Orme’a:
– Panie, czyżbyś chciał mieć krew Córki Królów na swych rękach? Czy tak odpłacisz za 

jej miłość? Wyprowadź ją stąd. Nie stanie się jej tam żadna krzywda, a tu nędznie zginie.

–  Słyszysz, Makedo, co mówi ten człowiek?  –  powiedział ponuro Orme.  –  Nie można 

odmówić mu racji. Dla nas rzeczywiście jest bez znaczenia, czy zginiemy z rąk Abatich, czy 
tutaj z głodu, a prawdę mówiąc, myślę, że wolelibyśmy nawet to pierwsze, natomiast na 
ciebie na pewno nikt nie ośmieli się podnieść ręki. Pójdziesz?

– Nie! – odparła porywczo. – Jozue ośmieli się podnieść na mnie rękę i wolę umrzeć sto 

razy niż dać mu się dotknąć. Niech się dzieje, co ma się dziać, bo jak ci mówiłam, święcie 
wierzę, że otworzą się przed nami drzwi, których na razie nie widzimy. A jeśli się mylę, to 
cóż  –  są inne drzwi, przez które chcę przejść razem z tobą, Oliwerze, a za tymi drzwiami 
czeka nas wieczny spokój. Każ temu człowiekowi być cicho albo przepędź go stąd. Niech 
mnie więcej nie niepokoi.

Płomyk lampy skurczył się. Zamigotał raz, drugi, trzeci, za każdym razem ukazując blade 

twarze nas sześciorga, siedzących wokół lampy jak trupy w grobie.

Potem zgasł.
Ile jeszcze czasu spędziliśmy w tym miejscu? Myślę, że przynajmniej trzy doby, jeśli nie 

więcej, ale oczywiście prędko straciliśmy rachubę. Na początku cierpieliśmy męki z głodu, 
który na próżno chcieliśmy oszukać wodą. Niewątpliwie utrzymała nas ona przy życiu, ale 
nawet Higgs, który – przypominam – był zupełnym abstynentem, wyznał mi później, że na 
zawsze obrzydł mu widok i smak wody. l faktycznie, teraz, jak inni ludzie, pije piwo i wino. 
Były to straszne tortury. Zjedlibyśmy dosłownie wszystko. Prawdę mówiąc, profesor złapał i 
zjadł nietoperza, który jakimś trafem zaplątał mu się we włosy. Pamiętam, że zaproponował 
mi nawet kęs i bardzo się ucieszył, kiedy odmówiłem.

background image

Jednak najgorsze z tego wszystkiego było to, że jednak mieliśmy trochę jedzenia, kilka 

twardych sucharów, ale celowo je oszczędzaliśmy, z myślą o Makedzie. A robiliśmy to tak. 
Co   pewien   czas   oznajmiałem,   że   pora   na   posiłek   i   dawałem   Makedzie   suchara.   Potem 
wszyscy udawaliśmy, że też jemy, mówiąc, jak bardzo czujemy się pokrzepieni i jak bardzo 
chcielibyśmy zjeść więcej. Mlaskaliśmy przy tym i gryźliśmy kawałek twardego drzewa, tak 
że musiała słyszeć odgłosy jedzenia.

Ta żałosna farsa trwała przez czterdzieści osiem godzin, a może nawet dłużej, aż w końcu 

Jafet, który zupełnie stracił ducha i nie miał ochoty na dalsze odstawianie przedstawienia, 
zdradził nas, nie pamiętam już jak. Od tej chwili Makeda nie chciała nawet tknąć jedzenia, co 
zresztą nie robiło już większej różnicy, bo i tak został nam tylko jeden suchar. Podziękowała 
mnie i pozostałym za takie względy okazane kobiecie i oddała suchara Jafetowi, który rzucił 
się na niego niczym wilk.

Jakiś czas po tym wypadku odkryliśmy, że Jafeta brakuje. W każdym razie nie mogliśmy 

go nigdzie wymacać i nie odpowiadał na wołania. Doszliśmy zatem do wniosku, że odczołgał 
się gdzieś, aby umrzeć i, przykro powiedzieć, przestaliśmy o nim myśleć, jako że w końcu 
wszystkich nas czekał ten sam los.

Przypominam sobie, że zanim zapadliśmy w ostatni sen, dostaliśmy wszyscy jakiegoś 

dziwnego ataku. Zniknęły bóle głodowe, a z nimi łaknienie jedzenia. Opanowała nas wielka 
wesołość i staliśmy się bardzo gadatliwi. Roderyk, na przykład, opowiedział mi całą historię 
Fungów i opisał swoje życie wśród nich, a także wśród innych plemion. Co więcej, wyjaśnił 
Higgsowi   wszystkie   tajemne   szczegóły   ich   wiary   w   Harmaka.   Profesora   niezmiernie   to 
zainteresowało, tak że próbował nawet przy świetle paru zapałek, które nam jeszcze zostały, 
robić jakieś notatki. Kiedy wyczerpał już i ten temat, śpiewał nam swym pięknym głosem 
angielskie hymny i pieśni arabskie. Oliwer i Makeda rozmawiali radośnie, gdyż słyszałem ich 
śmiech. Jak się zorientowałem, Oliwer próbował uczyć ją angielskiego.

Ostatnią  rzeczą,  jaką  pamiętam,  była  scena,  którą ukazał  mi  blask jednej  z ostatnich 

zapałek.   Makeda   siedziała   obok   Oliwera,   z   głową   wspartą   na   jego   ramieniu,   z 
rozpuszczonymi włosami i swymi dużymi oczami wpatrzonymi w jego białą jak u mumii 
twarz. On obejmował ją ręką.

Po drugiej stronie, opierając się o ścianę, stał mój syn. Obok niego Higgs, z którego 

pozostał   zaledwie   cień   dawnego   profesora,   poruszał   ołówkiem   w   powietrzu,   starając   się 
najwyraźniej   zapisać   coś   na   swym   słomkowym   kapeluszu,   który   trzymał   w   lewej   dłoni, 
wyobrażając sobie prawdopodobnie, że to notes. Widok kapelusza chroniącego przed słońcem 
w miejscu, w którym nigdy nie padł nawet promyk słońca, wydał mi się tak komiczny, że 
wybuchnąłem śmiechem. Kiedy zapałka zgasła, zacząłem żałować, że nie spojrzałem na jego 
twarz, by przekonać się, czy ma na nosie swoje ciemne okulary.

– Na co przyda się słomkowy kapelusz i słoneczne okulary w niebie? – mruczałem pod 

nosem, a Roderyk, obejmując mnie ramieniem, odpowiedział, zdaje się:

background image

– Kapłani Fungów powiadają, że Harmak miał kiedyś kapelusz, ale nie wiem, czy nosił 

okulary.

Potem opanowało mnie uczucie, jakbym obracał się szybko w jakiejś ogromnej wirówce 

o kształcie leja, spadając coraz bardziej w dół, aż w końcu zapadłem w ciemność większą 
nawet od panującej w jaskini, w ciemność, która – wiedziałem o tym – była śmiercią.

Potem zdałem sobie niejasno sprawę z tego, że ktoś mnie niesie. Słyszałem jakieś głosy, 

ale nie rozumiałem, co mówią. Później poraziło mnie światło, od którego piekielnie rozbolały 
mnie oczy. Wszystkimi mymi członkami, jak ciałem człowieka, którego w ostatniej chwili 
uratowano od utonięcia, wstrząsnął paroksyzm. Potem wlano mi coś ciepłego do gardła i 
zasnąłem.

Kiedy   się   obudziłem,   stwierdziłem,   że   znajduję   się   w   nieznanym   mi   dużym   pokoju. 

Leżałem na łóżku i w świetle słońca padającym przez okna zobaczyłem Roderyka, Orme’a i 
Higgsa leżących na innych łóżkach, ale nadal pogrążonych we śnie.

Do pokoju weszło kilku Abatich, wnosząc jedzenie, jakąś zupę z pływającymi  w niej 

kawałkami mięsa. Podali mi ją w drewnianej misce i natychmiast pochłonąłem ją chciwie. 
Potem   zaczęli   potrząsać   mymi   towarzyszami,   którzy   w   końcu   obudzili   się,   prawie 
automatycznie zjedli zupę i ponownie zapadli w sen. Ja też zasnąłem, podziękowawszy niebu 
za to, że jeszcze żyję.

Co kilka godzin budzili mnie ci ludzie, wchodząc z miskami zupy lub kaszy, aż w końcu 

doszedłem do siebie i zacząłem trzeźwo myśleć. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że na łóżku 
naprzeciw mojego siedzi Higgs i przypatruje mi się badawczo.

– Słuchaj, stary – powiedział – czy my jeszcze żyjemy, czy jesteśmy w Hadesie?
– Nie może to być Hades – odparłem – bo są tu Abati.
– Masz rację – odparł. – Abati mogą iść tylko do piekła, a tam nie ma bielonych ścian i 

łóżek. Oliwerze, obudź się. W każdym razie nie jesteśmy już w jaskini.

Oliwer uniósł się na łóżku i spojrzał na nas.
– Gdzie jest Makeda? – spytał. Pytanie to pozostało bez odpowiedzi, dopóki nie obudził 

się Roderyk.

–  Pamiętam coś  –  powiedział.  –  Wynieśli nas wszystkich z jaskini. Był z nimi Jafet. 

Córkę Królów zabrali w jedną, a nas w drugą stronę. Nic więcej nie wiem.

Krótko   potem   znów   pojawili   się   Abati   z   jedzeniem.   Tym   razem   był   to   posiłek 

solidniejszy niż zupa. Przyszedł z nimi lekarz, nie ten stary idiota, którego przyprowadziła 
kiedyś   Makeda   do   chorego   Orme’a,   lecz   inny,   zbadał   nas   i   oznajmił   to,   co   już   i   tak 
wiedzieliśmy, a mianowicie że wrócimy do zdrowia. Zarówno jego, jak i służących, którzy 
przynieśli   jedzenie,   zasypaliśmy   pytaniami,   ale   nie   dostaliśmy   żadnej   odpowiedzi,   gdyż 
najwidoczniej zostali zmuszeni przysięgą do milczenia. Udało nam się ich jednak przekonać, 
aby   przynieśli   nam   wody   do   umycia.   Razem   z   wodą   dostarczyli   kawałek   gładko 
wypolerowanego   metalu,   który   służył   za   lusterko.   Ledwie   poznaliśmy   nasze   twarze,   tak 

background image

zmieniły się w czasie tej głodówki w ciemnicy. Aczkolwiek strażnicy nic nie mówili, ich 
postawa   wskazywała,   że   nasze   życie   jest   poważnie   zagrożone.   Patrzyli   na   nas   łakomym 
wzrokiem, jak terier na króliki, które za moment mają być wypuszczone z klatki. Poza tym 
Roderyk,   który,   jak   chyba   już   powiedziałem,   jest   obdarzony   wyjątkowym   słuchem, 
podsłuchał prowadzoną przez dwóch z nich rozmowę.

– Kiedy wreszcie przestaniemy usługiwać tym psom? – spytał jeden.
– Rada jeszcze nie zdecydowała, ale myślę, że jutro albo pojutrze, bo goje odzyskują już 

siły. To będzie ładne widowisko.

Tego   samego   wieczoru,   tuż   przed   zachodem   słońca,   usłyszeliśmy   krzyki   tłumu 

zgromadzonego przed barakiem, w którym byliśmy uwięzieni:

– Wydajcie nam gojów! Wydajcie nam gojów! Mamy już dosyć czekania!
W końcu tłum usunęli żołnierze.
Przedyskutowaliśmy   nasze   położenie   po   to   tylko,   by   dojść   do   wniosku,   że   nic   nie 

możemy zrobić. Nie mieliśm w tym kraju żadnych przyjaciół oprócz Makedy, a ona była 
prawdopodobnie również uwięziona i nie mogła się z nami porozumieć. Nie widzieliśmy też 
żadnej możliwości ucieczki.

– Z deszczu pod rynnę – podsumował sytuacją Higgs. – Żałuję, że nie dali nam umrzeć w 

jaskini. Wolałbym to niż być rozszarpanym na kawałki przez tłum Abatich.

– Tak – odparł Oliwer z westchnieniem, gdyż myślał o Makedzie – ale te mściwe bestie 

ocaliły nas od śmierci głodowej właśnie po to, żeby nas własnoręcznie zabić za zdradę stanu.

– Za zdradę stanu! – wykrzyknął Higgs. – Mam nadzieję, że kara za tę zbrodnię nie jest tu 

taka jak w średniowiecznej Anglii. Już samo powieszenie nie jest miłe, a ta reszta... brr!

– Nie przypuszczam, żeby Abati studiowali historię Europy – wtrąciłem się – ale nie ma 

sensu ukrywać przed tobą, że mają swoje własne sposoby. Słuchajcie, przyjaciele, mam w 
swojej apteczce coś, co trzymałem na wypadek najgorszego  –  tu wyciągnąłem buteleczkę 
zawierającą  tabletki  z  szybko  działającą   trucizną  i   dałem   każdemu   po  jednej.  –  Jeśli   się 
zorientujecie, że chcą was wziąć na tortury albo zgładzić w jakiś wyrafinowany sposób, to 
radzę wam to zażyć. W każdym razie ja mam zamiar to zrobić i pozbawić Abatich uciechy 
oglądania moich cierpień.

– To wszystko brzmi bardzo dobrze – powiedział Higgs, chowając tabletkę do kieszeni – 

ale problem w tym, że nigdy nie mogłem połknąć żadnej tabletki bez wody i wątpię, czy te 
bydlaki dadzą mi coś do popicia. Chyba będę musiał ją ssać. Och, gdyby tak los mógł się 
odwrócić!

Minęły trzy dni i nic nie wskazywało, by pragnienie Higgsa miało się spełnić. Przeciwnie, 

z jednym wyjątkiem, los sprzysiągł się przeciw nam. Tym wyjątkiem była obfitość jedzenia, 
dzięki czemu odzyskiwaliśmy zdrowie i siły o wiele szybciej niż można było się spodziewać. 
Nasza   sytuacja   była   dokładną   ilustracją   powiedzenia  „Jedzmy   i   pijmy,   bo   jutro   możemy 
umrzeć”.

background image

Wydaje mi się jednak, że jakoś nikt z nas nie wierzył, że umrzemy, choć nie jestem w 

stanie powiedzieć, czy było tak dlatego, że wszyscy, oprócz biednego Quicka, wyszliśmy cało 
już z tylu opresji, czy też że natchnął nas nadzieją optymistyczny sen Makedy. W każdym 
razie jedliśmy z apetytem, gimnastykowaliśmy się na wewnętrznym dziedzińcu więzienia i 
staraliśmy   się   nabrać   jak   najwięcej   sił,   czując,   że   niedługo   mogą   się   nam   one   przydać. 
Najbardziej przygnębiony z nas wszystkich był Oliwer, ale martwił się nie o siebie, lecz o 
Makedę i o jej los, choć prawie nic nam o tym nie mówił. Natomiast w najlepszym humorze 
był Roderyk. Od tak dawna żył w obliczu nieustannie grożącej mu śmierci, że oswoił się z 
myślą o niej i traktował taką sytuację jako najzupełniej normalną.

– To wszystko dobrze się skończy, ojcze – mówił beztrosko. – Kto może wiedzieć, co się 

zdarzy? Może wyciągnie nas z tej dziury Córka Królów? W końcu silna z niej była krowa, 
czy... jak to nazywacie?... jałówka?... i może solidnie pobóść Jozuego, jeśli zapędzi ją w ślepy 
róg. A może stanie się coś innego.

– Na przykład co? – spytałem.
– Nie wiem, nie mogę powiedzieć, ale może Fungowie? Nie myślę, że skończyliśmy już z 

nimi,   że   daleko   uciekli.   Jutro   mogą   się   namyślić   i   wrócić.   Ale  –  dodał   smutno  –  mam 
nadzieję, że nie wróci z nimi moja żona, bo jak na mój gust, ma za duży temperament. W 
każdym razie głowa do góry! Jeszcze nie zginęliśmy, mamy dobre jedzenie i przyjemnie jest 
odpocząć po tym podziemnym mieście. Teraz muszę opowiedzieć profesorowi jeszcze coś o 
ich religii.

Krytyczny moment nastąpił następnego ranka po tej rozmowie. Zaledwie skończyliśmy 

śniadanie,  gdy drzwi naszego pokoju otworzyły  się z hukiem i weszło kilku oficerów  w 
barwach Jozuego. Jeden z nich kazał nam wstać i iść za nim.

– Dokąd? – spytał Orme.
– Na wasz proces, goju. Córka Królów i jej Rada będzie was sądzić za zamordowanie jej 

poddanych – odparł surowo oficer.

– To dobrze – rzekł Higgs z westchnieniem ulgi. – Skoro sądowi przewodniczy Makeda, 

to   możemy   być   pewni   uniewinnienia,   jeśli   nie   przez   wzgląd   na   nas   wszystkich,   to 
przynajmniej ze względu na Orme’a.

–  Nie  ciesz  się  na  zapas   –  szepnąłem   mu  do  ucha.  –  Okoliczności   są szczególne,  a 

kobieca zmienność jest dobrze znana.

– Ryszardzie – powiedział, patrząc na mnie z oburzeniem – jeśli będziesz tak mówił, to 

się pogniewamy. Makeda i zmienność coś takiego! To zniewaga. Radzę ci, uważaj, żeby nie 
usłyszał tego Oliwer. Czyżbyś zapomniał, że ona go kocha?

– Nie – odparłem – ale pamiętam też o tym, że ją kocha Jozue a ona jest jego więźniem.

background image

Rozdział XX

Proces i po procesie

Ustawili nas rzędem, czterech obszarpanych facetów, o zarośniętych w różnym stopniu 

twarzach. To znaczy zarośnięci byli moi towarzysze, bo ja już od wielu lat nosiłem brodę. W 
więzieniu pozbawieni byliśmy brzytwy i nożyczek.

Na dziedzińcu czekał na nas oddział żołnierzy, którzy otoczyli nas potrójnym kordonem. 

Myśleliśmy,  że zrobili to, aby uniemożliwić nam ucieczkę, ale jak tylko przekroczyliśmy 
bramę przekonaliśmy się, że te środki ostrożności miały ochronić nas przed samosądem ze 
strony   rozwścieczonego   tłumu.   Wzdłuż   całej   drogi   z   więzienia   do   budynku   sądu,   gdzie 
prowadzono nas, jako że pałac doszczętnie spłonął, stały setki ludzi spragnionych naszej krwi. 
Było   coś   niesamowitego   i   przerażającego   w   widoku   barwnie   odzianych   kobiet,   a   nawet 
dzieci, o wykrzywionych nienawiścią twarzach, wygrażających nam pięściami i plujących na 
nas.

–  Dlaczego   was   tak   nienawidzą,   skoro   tyle   dla   nich   zrobiliście?  –  spytał   Roderyk, 

wzruszając ramionami i robiąc unik przed kamieniem, który o mało nie trafił go w głowę.

–   Z   dwóch   powodów   –  odparłem.  –  Przede   wszystkim   dlatego,   że   ich   władczyni 

pokochała jednego z nas i że przez nas wielu z nich straciło życie. Poza tym nienawidzą 
cudzoziemców i, jak większość tchórzy, są z natury okrutni, a teraz, kiedy nie obawiają się 
już Fungów, myślą, że mogą nas bezpiecznie zabić.

– A jednak Harmak przyleciał do Mur  –  rzekł Roderyk, wskazując na głowę sfinksa 

spoczywającą   na   skale  –  a   tam,   gdzie   leci   Harmak,   idą   Fungowie.   Każą   Abatim   drogo 
zapłacić za moje życie, bo jestem ważnym człowiekiem wśród Fungów, mężem córki sułtana. 
Ci głupcy są jak dzieci. Myślą, że nie ma Fungów, bo ich nie widzą. Za rok, a może nawet za 
miesiąc, przekonają się, że jest inaczej.

– Mam nadzieję, że się tak stanie, mój chłopcze – powiedziałem – ale obawiam się, że to 

nam nic nie pomoże.

Dochodziliśmy już do sądu, w którym kapłani i uczeni mężowie Abatich rozpatrywali 

cywilne i niektóre kryminalne sprawy. Poszturchując i popędzając, przepchnięto nas przez nie 

background image

szczędzący   nam   drwin   tłum   większych   posiadaczy   ziemskich   i   żołnierzy   do   wielkiej, 
zapełnionej po brzegi sali.

Pośrodku była pusta przestrzeń przeznaczona dla zwaśnionych stron czy też więźniów i 

ich obrońców, a obok, pod ścianą, krzesła dla sędziów. Siedziało na nich pięciu członków 
Rady, w tym Jozue, a pośrodku, w swym welonie i ceremonialnych szatach Makeda, która 
przewodniczyła rozprawie.

– Dzięki Bogu jest bezpieczna! – szepnął Oliwer z westchnieniem ulgi.
– Owszem – odparł Higgs – ale co ona tam robi? Powinna być na ławie oskarżonych, a 

nie wśród sędziów.

Doszliśmy   do   tej   pustej   przestrzeni   i   uzbrojeni   w   miecze   żołnierze   popchnęli   nas   w 

miejsce, gdzie mieliśmy stać. Choć skłoniliśmy się jej wszyscy, zauważyłem, że Makeda nie 
zwróciła najmniejszej uwagi na nasze ukłony. Odwróciła tylko głowę i powiedziała coś do 
siedzącego po jej prawej ręce Jozuego, który roześmiał się.

Potem   nagle,   bez   żadnych   wstępów,   zaczął   się   proces.   Wystąpił   ktoś   w   rodzaju 

prokuratora i wniósł przeciw nam oskarżenie. Obwiniał nas o to, że będąc w służbie Abatich, 
zdradziecko  wykorzystaliśmy  swoją pozycję  jako najemni  dowódcy i rozpętaliśmy wojnę 
domową, w której wielu ludzi postradało życie, przy czym część z nich zginęła z rąk naszych 
i naszego nieżyjącego towarzysza. Poza tym zostaliśmy oskarżeni o spowodowanie pożaru, w 
wyniku którego spłonął pałac królewski, oraz o najcięższą zbrodnię, a mianowicie o porwanie 
i uwięzienie w podziemnym mieście Waldy Nagasty, Róży Mur, która odzyskała wolność 
tylko dlatego, że nasz wspólnik, niejaki Jafet, zdradził miejsce jej przetrzymywania.

Warto   zauważyć,   że   w   oskarżeniu   nie   było   ani   śladu   aluzji   do   związku   Makedy   z 

Oliwerem. Przedstawiwszy akt oskarżenia, prokurator spytał, co mamy na swoją obronę. W 
imieniu nas wszystkich zabrał głos Oliwer. Powiedział, iż prawdą jest, że były walki i zginęli 
ludzie, a także że zmuszono nas do schronienia się w jaskini, ale jeśli chodzi o resztę, to 
Córka Królów zna całą prawdę i jeśli ma ochotę, to może odpowiedzieć za nas.

W tym momencie publiczność zaczęła krzyczeć. – Przyznają się! Skazać ich na śmierć! – 

i tak dalej, natomiast sędziowie powstali z miejsc i zaczęli się naradzać z Makedą.

–  Na Boga, zaczynam  wierzyć,  że ona chce nas wydać!  –  wykrzyknął  Higgs, na co 

Oliwer odwrócił się i kazał mu powstrzymać język. Potem powiedział: – Gdybyśmy byli w 
innym miejscu, to odpowiedziałbyś za tę potwarz!

W końcu sędziowie powrócili na swe miejsca i Makedą podniosła rękę. Na sali zrobiło się 

cicho   jak   makiem   zasiał.   Wtedy   Makedą   przemówiła   zimnym,   opanowanym   głosem, 
zwracając się do nas:

– Przyznaliście się, goje, do wzniecenia wojny domowej w Mur i do zabicia wielu jego 

mieszkańców.   Nie   ma   potrzeby   przedstawiać   tu   żadnych   dowodów,   bo   o   waszej   winie 
świadczą rzesze wdów i dzieci pozbawionych ojców. Co więcej, jak stwierdził mój oficer, 
jesteście   winni   zbrodni   uprowadzenia   mnie   do   jaskini   i   przetrzymywania   mnie   tam   w 

background image

charakterze zakładniczki.

Te słowa zamurowały nas. Tylko Higgs wykrzyknął: – Dobry Boże, cóż za kłamstwo! – 

Reszta z nas milczała.

–  Za   te   przestępstwa  –  mówiła   dalej   Makeda  –  zasłużyliście   na   okrutną   śmierć.  – 

Przerwała na chwilę i podjęła na nowo:

– Mimo to skorzystam z przysługujących mi uprawnień i daruję wam karę. Jeszcze dziś 

zostaniecie wypędzeni z Mur. Możecie zabrać cały wasz dobytek, który znaleziono w jaskini i 
w innych miejscach. Dostaniecie też wielbłądy dla przewiezienia was i waszego bagażu. Jeśli 
którykolwiek z was powróci kiedykolwiek do Mur, zostanie natychmiast przekazany w ręce 
kata. Czynię to tylko dlatego, że na początku waszej służby zawarliśmy pewną umowę i choć 
tak bardzo zawiniliście, nie chcę, by cześć i honor Abatich został splamiony choćby cieniem 
podejrzenia. Wynoście się stąd, żebyśmy nigdy już nie musieli oglądać waszych twarzy!

Po tej przemowie tłum zgromadzonych w sali wybuchnął okrzykami radości, aczkolwiek 

słyszałem też głosy:

– Nie, zabić ich! Zabić!
Kiedy opadła wrzawa, Makeda ponownie zabrała głos.
– O szlachetni i wspaniałomyślni Abati, widzę, że pochwalacie ten akt miłosierdzia. W 

odległych krajach, o których może nie słyszeliście, żyją ludy uważające się za równie wielkie 
jak my. Żaden z nich nie będzie mógł nam zarzucić, że jesteśmy bezlitośni. Nie chcecie, aby 
szeptano, że my, dzieci Salomona, nie mający sobie równych na całym świecie, obeszliśmy 
się   surowo   ze   zbłąkanymi   psami,   które   trafiły   do   naszych   bram,   prawda?   Poza   tym 
przywołaliśmy tu te psy, aby złowiły dla nas pewną bestię, bestię o lwiej głowie, zwaną 
Harmakiem   i   trzeba   oddać   im   sprawiedliwość,   że   złowiły   ją.   Dlatego   oszczędźmy   im 
stryczka, mimo iż nań zasłużyli, i pozwólmy im uciec stąd z kością. Na pewno uważają, że 
zasłużyli na tę kość. Jakie znaczenie ma dla bogatych Abatich jakiś gnat? Ważne, że nasza 
święta ziemia nie została splugawiona krwią gojów.

– Przywiązać im gnat do ogonów i niech uciekają! – rozległy się krzyki.
– Stanie się tak, o mój ludu! A teraz, kiedy skończyliśmy z tymi psami, chcę powiedzieć 

coś jeszcze. Może myśleliście albo słyszeliście, że byłam dla nich, szczególnie dla jednego z 
nich – tu spojrzała na Oliwera – zbyt łaskawa. Cóż, są psy, które nie pracują dobrze, jeśli się 
nie pogłaska ich po głowie. Dlatego głaskałam tego psa. Przecież zna się na rzeczach, na 
których my się nie znamy, na przykład na tym, jak zniszczyć bożka Fungów. O Abati, czyżby 
ktoś z was naprawdę uwierzył, że ja, Córka Królów, w której żyłach płynie szlachetna krew 
Salomona i królowej Saby, chcę oddać swą dłoń jakiemuś przybłędzie, gojowi, który przybył 
tu, aby wynająć się jak zwykły wyrobnik? Czy naprawdę uwierzyliście, że ja, uroczyście 
zaręczona z księciem księciów, mym wujem Jozue, mogłam choć przez chwilę przedłożyć 
nad niego takiego człowieka jak ten?  –  tu jeszcze raz spojrzała na Oliwera, który zrobił 
gwałtowny  ruch,   jakby  chciał   coś   powiedzieć.   Ale   zanim   zdążył   otworzyć   usta,   Makeda 

background image

podjęła na nowo:

– Ale jeśli uwierzyliście w to, nie domyślając się, że cały czas pracuję dla dobra swego 

ludu, to wkrótce zostaniecie wyprowadzeni z błędu, bo oto zapraszam was dziś wieczór na 
wielką uroczystość moich zaślubin, gdzie zgodnie ze starożytnym zwyczajem stłukę kielich z 
tym, który następnej nocy zostanie moim mężem.

Podniosła się, skłoniła trzykrotnie zebranym i podała rękę Jozuemu.
On też wstał, nadawszy się niczym indyk, ucałował jej dłoń i wygulgotał jakieś słowa, 

których nie dosłyszeliśmy.

Rozległy się radosne okrzyki, a potem zapanowała na chwilę cisza. Wtedy odezwał się 

Oliwer.

–   Pani   –  powiedział   zimno  –  my,   goje,   słyszeliśmy   twoje   słowa.   Dziękujemy   ci   za 

uznanie naszych zasług, a mianowicie zniszczenie, kosztem wytężonej pracy, bożka Fungów. 
Dziękujemy także za to, że w swej wspaniałomyślności pozwalasz nam, w nagrodę za nasze 
usługi, opuścić Mur i zabrać z sobą to, co do nas należy, ciężkie słowa i zniewagi, zamiast 
skazać nas na śmierć w mękach. Zaprawdę świadczy to o twej i twego ludu hojności. Nigdy 
tego nie zapomnimy i opowiemy o tym w swym kraju, jeśli dane nam będzie znów go ujrzeć. 
Mamy też nadzieję, że wieść o tym dotrze do uszu dzikich Fungów i że w końcu zrozumieją, 
iż prawdziwa wielkość i szlachetność leży nie w broni, lecz w sercu ludzi. Ale mam jeszcze 
ostatnią   prośbę   do   ciebie,   Waldo   Nagasto.   Chciałbym   raz   jeszcze   ujrzeć   twą   twarz,   aby 
przekonać się, że to ty sama powiedziałaś to wszystko, że pod tym welonem nie kryje się inna 
osoba, a jeśli okaże się, że to ty we własnej osobie, to chciałbym zabrać ze sobą wierny 
wizerunek kobiety tak dbającej o swój kraj i tak szlachetnej dla swych gości, jak to pokazałaś 
dzisiaj.

Wysłuchała go, a potem powoli uniosła welon, ukazując oblicze, jakiego jeszcze u niej 

nie widziałem. Była to bez wątpienia Makeda, ale Makeda zupełnie zmieniona. Miała bladą 
twarz,   co   było   normalne   po   tym,   co   przeszła,   zaciśnięte   usta   i   pałające   oczy.   Jednak 
najbardziej   uderzyła   mnie   jej   mina,   jednocześnie   wyzywająca,   lekceważąca   i   bolesna. 
Wyznaję,  że nie  mogłem  przeniknąć  jej  uczuć,  ale  odniosłem  wrażenie,  że jest  fałszywą 
kobietą, lecz zarazem wstydzi się swej fałszywości.

Na moment jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Orme’a, ale choć patrzył na nią błagalnie, 

nie zauważyłem, by jej spojrzenie złagodniało. Przeciwnie, malowało się w nim wyzwanie i 
drwina.   Potem,  roześmiawszy  się  szyderczo,   opuściła   welon,  odwróciła   się  do  Jozuego  i 
zaczęła z nim rozmawiać. Oliwer stał przez dłuższą chwilę jak oniemiały. Trwało to na tyle 
długo, że Higgs zdążył szepnąć mi do ucha:

– To naprawdę okropne. Wolałbym się znowu znaleźć w jaskini lwów niż patrzeć na to.
Kiedy   kończył   mówić,   zauważyłem,   że   Oliwer   sięgnął   nagle   ręką   do   boku,   gdzie 

zazwyczaj nosił rewolwer. Oczywiście nie znalazł broni, bo ją nam odebrano. Zaczął więc 
grzebać w kieszeni i po chwili wyciągnął truciznę, którą mu dałem, i podniósł do ust. Ale 

background image

zanim zdążył ją włożyć, mój syn, który stał obok niego, zobaczył, co się święci. Szybkim 
ruchem wytrącił mu tabletkę z dłoni i rozdeptał na proszek.

Oliwer podniósł rękę, jakby chciał go uderzyć, a potem padł bez zmysłów na podłogę. 

Makeda musiała też widzieć to wszystko, bo jej ciałem wstrząsnął dreszcz i zacisnęła tak 
mocno dłonie na oparciach fotela, że zbielały jej kostki palców. Ale powiedziała tylko tyle:

– Ten goj zemdlał, bo rozczarowała go dana mu zapłata. Zabierzcie go stąd i pozwólcie 

jego   towarzyszowi,   doktorowi   Adamsowi,   zająć   się   z   nim.   Kiedy   dojdzie   do   siebie, 
wyprowadźcie ich z Mur. Dopilnujcie, żeby wyjechali stąd cało i zdrowo i dajcie im dużo 
żywności, aby nie mówiono, że darowaliśmy im życie po to tylko, by zginęli z głodu za 
naszymi bramami.

Potem   machnęła   dłonią,   dając   znak,   że   proces   skończony,   podniosła   się   i   wyszła   z 

sędziami tylnymi drzwiami.

Otoczył nas silny oddział straży. Paru  z  nich złożyło Oliwera na nosze. Wynieśli go z 

sądu, a my poszliśmy za noszami.

– Patrzcie – szydzili Abati, koło których przechodziliśmy – patrzcie na tę świnię, która 

myślała,   że   przytuli   Pączek   Róży   do   serca.   Zamiast   róży  ma   teraz   cierń.   Czy   ta   świnia 
zdechła?

Podobnie uwagi wymieniali na temat nas wszystkich. Dotarliśmy bezpiecznie do naszego 

więzienia. Tam zabrałem się za cucenie Oliwera. Kiedy w końcu przyszedł do siebie, wypił 
kubek wody i powiedział:

– Widzieliście wszystko, nie ma więc potrzeby mówić o tym. Proszę was o jedno: jeśli 

jesteście moimi przyjaciółmi, nigdy nie wymieniajcie przy mnie nawet imienia Makedy. Na 
pewno miała powody, żeby się tak zachować. Poza tym została wychowana inaczej niż my i 
jej   kodeks   postępowania   jest   odmienny   od   naszego.   Nie   wolno   nam   jej   osądzać.   Byłem 
wielkim głupcem, i to wszystko. Teraz płacę za swoją głupotę, a raczej zapłacono mi za nią. 
Zjedzmy jakiś obiad, bo nie wiadomo, kiedy będziemy mieli okazję na następny posiłek.

Nic na to nie odpowiedzieliśmy, ale zauważyłem, że Roderyk odwrócił się, aby ukryć 

uśmiech. Zastanawiałem się, co go rozśmieszyło.

Zaledwie  skończyliśmy  jeść, kiedy przyszedł  oficer i powiedział,  że czas  już, byśmy 

ruszali w drogę. Towarzyszący mu ludzie rzucili nam ubranie, między innymi cztery piękne 
płaszcze   z   wielbłądziej   wełny.   Zrzuciliśmy   nasze   szmaty,   gdyż   trudno   inaczej   nazwać 
ubranie, w którym wyniesiono nas z podziemnego miasta, i przebraliśmy się. Wyglądaliśmy 
jak Abati z wyższych klas.

Potem wyprowadzono nas z baraku. Na zewnątrz czekały na nas wielbłądy. Wystarczył 

mi   rzut   oka,  aby  przekonać  się,  że   dostaliśmy   najlepsze  wierzchowce,   jakie  można   było 
znaleźć   w   Mur.   Oliwerowi   przydzielono   nawet   ulubionego   dromadera   Makedy,   którego 
używała nieraz zamiast konia podczas uroczystości państwowych. Oliwer rozpoznał go od 
razu i zaczerwienił się aż po czubki włosów na ten niespodziewany, jedyny, jaki spotkał go po 

background image

wyjściu z więzienia, gest uprzejmości.

– Chodźcie, goje – powiedział oficer – i policzcie swoje rzeczy, żebyście nie mówili, że 

coś wam ukradliśmy. Tutaj jest wasza broń i amunicja, ale dostaniecie ją dopiero za bramami, 
żebyście  nie zamordowali  kogoś po drodze. Na tych  wielbłądach  są skrzynki,  w których 
przywieźliście wasz magiczny ogień. Znaleźliśmy je zamknięte w podziemnym mieście, ale 
nie sprawdzaliśmy, co jest w środku. Nie interesuje to nas. Puste czy nie, zabierzcie je ze 
sobą. Są wasze. Te wielbłądy  –  wskazał na dwa inne  –  niosą w jukach zapłatę za wasze 
usługi, ale Córka Królów żąda, abyście otworzyli je dopiero w Egipcie albo w swoim kraju, 
bo nie chce kłótni na temat wysokości zapłaty. Reszta wielbłądów niesie żywność. Poza tym 
macie jeszcze dwa zapasowe zwierzęta. A teraz wsiadajcie i jedźcie stąd.

Usadowiliśmy   się   więc   na   ozdobnych   siodłach   klęczących   dromaderów   i   po   paru 

minutach zdążaliśmy już przez Mur w stronę przełęczy. Odprowadzała nas wyjąca tłuszcza i 
parę razy zdawało  się, że dokonają na nas  samosądu, ale  odpędzili  ich konwojujący nas 
strażnicy.

–  Zdajesz sobie sprawę, Ryszardzie  –  szepnął do mnie podniecony Higgs  –  że w tych 

dwudziestu pięciu skrzynkach zabieramy najcenniejsze skarby z Grobowca Królów? Kiedy 
doszedłem do siebie po tej głodówce, pomyślałem,  że musiałem być  szalony pakując tak 
troskliwie najcenniejsze przedmioty i zapełniając puste miejsca w skrzynkach monetami i 
różnymi drobiazgami, ale teraz widzę, że musiał mnie natchnąć tym pomysłem jakiś dobry 
duch. Jeśli uda nam się dowieźć to bezpiecznie do domu, to będzie znaczyło, że nie na darmo 
odgrywałem Daniela w jaskini lwów i nie na darmo omal nie umarłem z głodu. Ba, już dla 
samej tej złotej głowy zgodziłbym się przejść to wszystko raz jeszcze. Szybciej, szybciej, 
żeby się nie rozmyślili. To zbyt pięknie, aby mogło być prawdziwe.

Akurat w tym momencie na jego nosie wylądowało zgniłe jajko rzucone przez jakiegoś 

czarującego  młodzieńca.  Rozlało  się  mu  po twarzy,  zamazując  okulary,  i przerwało  jego 
przemowę, a właściwie zmieniło jej ton. Widok ten był tak absurdalny, że nie mogłem się 
pohamować i wybuchnąłem śmiechem. Śmiech ten bardzo mi ulżył i poczułem się tak, jakby 
nasze kłopoty zbliżały się wreszcie do końca.

U wejścia na przełęcz czekał na nas Jozue we własnej osobie. W swych najwspanialszych 

szatach i kolczudze jeszcze bardziej przypominał żabę niż zwykle.

– Żegnajcie, goje – złożył nam szyderczy ukłon. – Życzymy wam, byście jak najszybciej 

dostali się do piekła albo w inne miejsce odpowiednie dla takich świń, jak wy. Ty, Orme, 
posłuchaj. Mam dla ciebie posłanie od Waldy Nagasty. Żałuje bardzo, że nie może cię prosić, 
abyś został na uroczystość naszych zaślubin. Zrobiłaby to, ale jest pewna, że gdybyś się tam 
zjawił, ludzie  poderżnęliby ci gardło i splugawiliby twoją psią krwią świętą ziemię  Mur. 
Prosiła mnie też, abym ci przekazał, że ma nadzieję, iż pobyt u nas nauczył cię rozumu i że w 
przyszłości nie będziesz taki naiwny, by traktować każdą kobietę, która wyzyskuje cię dla 
swoich celów, jako ofiarę twoich wątpliwych  wdzięków. Dziś wieczorem i jutro w nocy 

background image

pomyśl o naszym szczęściu i wypij kubek wina za Waldę Nagastę i jej męża. No i co, nie 
życzysz mi rozkoszy, goju?

Orme zrobił się blady jak prześcieradło i wbił wzrok w Jozuego. Potem w jego szarych 

oczach pojawił się dziwny wyraz, zupełnie jakby doznał olśnienia.

–  Kto wie, książę  –  powiedział cichym głosem  –  co może się zdarzyć, zanim słońce 

wzejdzie trzy razy nad Mur? Nie wszystko, co się dobrze zaczyna,  dobrze też się kończy. 
Przekonałem się o tym i ty może się przekonasz. W każdym razie, wcześniej czy później 
nadejdzie także dla ciebie czas zapłaty i możesz zostać zdradzony, tak jak ja. Powinieneś 
mnie raczej prosić o to, żebym wybaczył twej duszy zniewagi, którymi obrzucasz mnie w 
godzinie tryumfu, nie wstydząc się tego, że nie mogę ich pomścić.  –  Skończył  i pogonił 
swojego wielbłąda.

Kiedy   mijałem   Jozuego,   zobaczyłem,   że   jego  twarz   pobladła   jak  przed   chwilą   twarz 

Oliwera, a jego wielkie okrągłe oczy o mało nie wyszły mu z głowy.

– O czym on mówi? – rzekł do jednego ze swych towarzyszy. – Oby nie wykrakał nam 

jakiegoś   nieszczęścia.   Zaraz   go...   nie,   niech   sobie   jedzie.   Gdybym   złamał   przed   ślubem 
przysięgę,   to   mogłoby   to   odwrócić   ode   mnie   dobry   los.   Niech   jedzie!  –  Popatrzył   za 
Oliwerem z trwogą i nienawiścią.

Było to nasze ostatnie spotkanie z Jozuem, wujem Makedy i pierwszym wśród książąt 

Abatich.

Pojechaliśmy przełęczą. Kolejne bramy umocnień otwierały się przed nami i zamykały 

natychmiast po naszym przejeździe. Nie przeciągaliśmy tej jazdy. Nasi strażnicy chcieli się z 
nami   rozstać   jak   najszybciej,   a   my   też   mieliśmy   dość   ich   towarzystwa.   Jak   tylko 
przejechaliśmy przez ostatnią bramę, Abati  –  albo bojąc się Fungów, albo spiesząc się, by 
wziąć   udział   w   uroczystościach   weselnych  –  rzucili   nam   na   pożegnanie   ostatnie 
przekleństwo, odwrócili się i odjechali.

Ciesząc się, że wreszcie się ich pozbyliśmy i prosząc Boga, byśmy już nigdy, ani na tym, 

ani na drugim świecie, nie musieli oglądać Abatich, powiązaliśmy wielbłądy linami w długą 
karawanę i ruszyliśmy przed siebie.

Wyjechaliśmy na równinę w tym samym miejscu, w którym przed kilkoma miesiącami 

rozmawialiśmy   z   Barungiem,   sułtanem   Fungów,   i   gdzie   biedny   Quick   natarł   swym 
wielbłądem na konia Jozuego, dzięki czemu ów bohater spadł z siodła. Zatrzymaliśmy się tam 
na chwilę, aby uzbroić się w karabiny i rewolwery, których do tej pory nie pozwolono nam 
nawet tknąć.

Było nas tylko czterech a musieliśmy pilnować długiej karawany, więc rozdzieliliśmy się. 

Ja z Higgsem pojechaliśmy na czele, ponieważ z nas wszystkich najlepiej znałem pustynię i 
drogę, Oliwer jechał w środku, a Roderyk, który miał znakomity słuch i wzrok i dzięki długiej 
praktyce potrafił poradzić sobie z upartymi lub chcącymi zejść z drogi wielbłądami, zamykał 
karawanę.

background image

Po prawej ręce leżało wielkie miasto Harmak. Wydawało się zupełnie opustoszałe. Widać 

było odbudowaną bramę, którą wysadziliśmy w powietrze, ale nikt przez nią nie przejeżdżał. 
Na polach stały dojrzałe zboża, ale nikt ich nie zbierał. Najwyraźniej Fungowie na zawsze 
opuścili swój kraj.

Potem znaleźliśmy się naprzeciw doliny Harmaka. Potężny sfinks trwał nadal na swoim 

miejscu. Brak mu było tylko głowy, która „przeniosła się” do Mur, a w jego szyi i barkach 
widać było głębokie szczeliny spowodowane wybuchem. Z jaskini lwów nie dobiegały żadne 
dźwięki. Niewątpliwie wszystkie zwierzęta zginęły.

–  Nie uważasz –  spytał Higgs, w którym na nowo obudziła się pasja archeologa  –  że 

moglibyśmy poświęcić pół godzinki i przyjrzeć się Harmakowi z bliska? Oczywiście Roderyk 
i ja dobrze znamy jego wnętrze, jaskinię lwów i tak dalej, ale dałbym wiele, żeby zobaczyć 
resztę i zrobić parę pomiarów, l tak musimy gdzieś rozbić obóz, a jeśli nie uda nam się 
odnaleźć aparatu fotograficznego, to o świcie mógłbym wykonać kilka rysunków.

–  Chyba oszalałeś  –  odparłem i Higgs dał spokój, ale nie może mi tego wybaczyć do 

dzisiejszego dnia.

Popatrzyliśmy   ostatni   raz   na   Harmaka,   boga,   którego   chwałę   zniszczyliśmy,   i 

pojechaliśmy   szybko   dalej.   Kiedy   znaleźliśmy   się   niedaleko   ruin,   w   których   Szadrach 
usiłował otruć Faraona, zaczęło się zmierzchać. Niedaleko owych ruin znajdowała się woda i 
skrawek łąki, na których mogły się popaść wielbłądy, więc zdjęliśmy z nich bagaże, co nie 
było łatwym zadaniem, i rozbiliśmy obóz.

Zanim   zupełnie   się   ściemniło,   Roderyk   pojechał   na   rekonesans.   Niebawem   wrócił   i 

powiedział, że nikogo nie widział, zjedliśmy więc kolację z zapasów, które dali nam Abati. 
Obawialiśmy  się, że  jedzenie  może  być  zatrute,  ale  nie mieliśmy  innego  wyjścia.  Potem 
naradziliśmy się, co dalej robić.

Chodziło o to, czy mamy jechać starą trasą do Egiptu, czy korzystając z tego, że bagna 

wyschły, skierować się na północ drogą, o której mówił nam Szadrach. Sądząc z mapy, była 
ona krótsza i Higgs bardzo nalegał, żeby ją właśnie wybrać. Jak potem odkryłem, czynił tak 
dlatego, iż spodziewał się znaleźć tam jakieś inne obiekty ciekawe dla archeologa.

Ja   natomiast   byłem   zdania,   żeby   jechać   drogą,   którą   już   znaliśmy.   Była   co   prawda 

dłuższa i bardzo niewygodna, ale za to dość bezpieczna, gdyż na tej rozległej pustyni raczej 
nie groziło nam spotkanie z ludźmi, którzy mogliby na nas napaść. Oliwer, będąc dowódcą, 
wysłuchał wszystkiego, co mieliśmy do powiedzenia i do niego należała ostateczna decyzja.

Jednak  ostatecznie   spór  rozstrzygnął   Roderyk.   Powiedział,  że   gdybyśmy   udali  się   na 

północ, to prawdopodobnie natknęlibyśmy się na Fungów. Kiedy zapytałem, dlaczego tak 
sądzi, odparł, że co prawda nie spotkał nikogo podczas rekonesansu, ale nie dalej niż tysiąc 
jardów   od   obozu   natrafił   na   ślad   przemarszu   wielkiej   armii.   Z   różnych   znaków 
wywnioskował, że było to wojsko Barunga i przeszło tamtędy najpóźniej przed dwunastoma 
godzinami.

background image

– Może jest z nimi moja żona, więc wolałbym nie jechać tamtędy – dodał.
– Dokąd mogą zmierzać? – spytałem.
– Nie wiem – odparł – ale myślę, że chcą zaatakować Mur z drugiej strony albo znaleźć 

nowe ziemie gdzieś na północy.

– A zatem pojedziemy starą trasą  –  zakończył dyskusję Oliwer.  –  Ja też, jak Roderyk, 

mam już dość mieszkańców tego kraju. A teraz kładźmy się spać. Potrzebujemy wypoczynku.

Wstaliśmy   około   drugiej   w   nocy   i   zanim   zaczęło   świtać,   objuczyliśmy   wielbłądy   i 

wyruszyliśmy   w   dalszą   drogę.   O   brzasku   przekonaliśmy   się,   że   Roderyk   mówił   prawdę. 
Drogę przecinały ślady tysięcy kopyt koni i wielbłądów. O tym, że była to armia Fungów, 
świadczyło parę porzuconych lub zgubionych przedmiotów, takich jak strzała i turban, które 
nie mogły należec do żadnego innego ludu.

Na szczęście nie spotkaliśmy nikogo i jadąc szybko, dotarliśmy w południe do rzeki Ebur. 

Przeprawiliśmy się przez nią bez kłopotów, bo stan wody był niski. Za rzeką teren wznosił 
się. Podróżowaliśmy przez całe popołudnie, a na noc rozbiliśmy obóz już w lesie.

Przed świtem obudził mnie Higgs, który właśnie miał wartę.
– Przepraszam, stary, że cię wyrwałem ze snu – powiedział – ale niebo za nami wygląda 

bardzo dziwnie. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego. Pomyślałem sobie, że może 
chciałbyś to zobaczyć.

Podniosłem   się   i   spojrzałem.   Na   tle   czystego,   rozgwieżdżonego   nieba   rysował   się 

wyraźnie   potężny   masyw   Mur.   Widniała   nad   nim   dziwna,   czerwona   poświata.   Od   razu 
domyśliłem się, co to oznacza, ale powiedziałem tylko:

– Obudźmy Orme’a.
Oliwer nie spał. Prawdę mówiąc, myślę, że przez całą noc nie zmrużył oka. Była to noc 

poślubna Makedy. Stał na małym wzniesieniu, patrząc na góry i łunę nad nimi.

– Mur płonie – powiedział poważnie. – O mój Boże, Mur płonie! – odwrócił się i odszedł.
W tej samej chwili podszedł do nas Roderyk.
–  Fungowie dostali się do Mur  –  powiedział  –  i teraz wyrzynają Abatich. Ten wieprz 

Jozue ma bardzo gorące przyjęcie weselne, bo Barung nienawidzi go za to, że kiedyś chciał 
go złapać podstępem. Nigdy tego nie zapomniał. Często o tym mówił.

– Biedna Makeda! – powiedziałem do Higgsa. – Ciekawe, co się teraz z nią stanie.
– Nie wiem – odparł – ale chociaż kiedyś, jak wszyscy, zachwycałem się tą dziewczyną, 

to uważam, że zasłużyła na najgorsze. Trzeba przyznać jednak –  dodał po chwili  – że dała 
nam bardzo dobre wielbłądy, nie mówiąc już o ich ładunkach.

Ale ja tylko powtórzyłem: – Biedna Makeda!
Następnego dnia nie ujechaliśmy daleko, bo chcieliśmy, żeby wielbłądy przed wejściem 

na pustynię dobrze się najadły, a i sami chcieliśmy nabrać nowych sił. Byliśmy przy tym 
pewni, że nikt nas nie goni, więc nie spieszyło  się nam.  Na noc zatrzymaliśmy się przy 
strumyku płynącym u stóp wzgórza. O świcie obudził nas trzymający straż przy wielbłądach 

background image

Roderyk. Krzyczał, żebyśmy wstawali, bo ktoś nas tropi. Poderwaliśmy się i chwyciliśmy 
strzelby.

– Gdzie oni są? – spytałam.
– Tam, tam – powiedział, wskazując na wzgórze za nami.
Obiegliśmy szybko zasłaniające nam widok krzaki i zobaczyliśmy na zboczu samotnego 

jeźdźca. Jego koń musiał być bardzo zmęczony,  gdyż  szedł powoli, z opuszczoną głową, 
ciężko   robiąc   bokami.   Jeździec   miał   na   sobie   długi   płaszcz   z   kapturem   i   wyglądał   na 
zwiadowcę. Higgs podniósł karabin i wypalił, ale Oliwer podbił mu broń, tak że kula przeszła 
wysoko i powiedział:

– Nie bądź durniem. Jeśli to tylko jeden człowiek, to nie musimy go zabijać, a jeśli jest 

ich więcej, to twój strzał ściągnie ich tutaj.

Jeździec   pogonił   konia,   ale   zmęczony   wierzchowiec   zbliżał   się   do   nas   powoli. 

Zauważyłem, że postać na koniu jest niewielkiego wzrostu. „Chłopiec”  pomyślałem  „który 
przybywa z jakąś wiadomością”.

Kiedy zbliżył się do nas, zsunął się z konia i stał bez ruchu.
– Kim jesteś? – spytał Oliwer, bacznie przyglądając się zakurzonej twarzy.
– Przywożę ci, panie, pewien znak – odparł nieznajomy cichym, niewyraźnym głosem. – 

Oto on – podał mu pierścień.

Poznałem go od razu. Był to pierścień królowej Saby, który pożyczyła mi Makeda na 

poparcie mych słów, kiedy wyruszałem do Anglii. Jak już wspomniałem, zwróciłem go jej z 
wielką pompą podczas naszej pierwszej publicznej audiencji. Na jego widok Oliwer pobladł.

–  Jak   wszedłeś   w   jego   posiadanie?  –  spytał   ochrypłym   głosem.  –  Czy   ta,   do  której 

należał, nie żyje?

– Tak – odparł przybysz, sztucznym, jak mi się wydało, głosem. – Córka Królów, którą 

znałeś, nie żyje i nie potrzebując już tej starożytnej oznaki swej władzy przekazała go tobie. 
Zachowała cię do końca we wdzięcznej pamięci.

Oliwer ukrył twarz w dłoniach i odwrócił się.
– Ale – mówił dalej wolno przybysz – Makeda, kobieta, którą podobno kiedyś kochałeś...
Odjął dłonie od oczu i patrzył z oczekiwaniem.
– ...  kobieta, którą kiedyś podobno... kochałeś... nadal żyje. Kaptur zsunął się z głowy 

przybysza i w świetle wschodzącego słońca zobaczyliśmy kryjącą się pod nim twarz.

Była to twarz Makedy!
Zapanowało milczenie, które było prawie nie do zniesienia.
– Oliwerze, mój panie – spytała Makeda – czy przyjmujesz pierścień królowej Saby?

background image

Posłowie Makedy

Zwanej niegdyś  Waldą Nagastą i Taklą Wardą, to znaczy Córką Królów i Pączkiem 

Róży, dziedzicznej władczyni Abatich, potomków Salomona i Saby.

Ja, Makeda, piszę to na polecenie Oliwera, mego pana, który pragnie, abym wyraziła 

pewne rzeczy własnymi słowami.

Zaprawdę wszyscy mężczyźni są głupcami, a największym głupcem jest Oliwer, choć, 

zdaje się, niewiele mu ustępują uczony mąż, którego Abati zwali Czarne Okna, i doktor Syn 
Adama. Tylko ten, który nazywa się Roderyk, dziecko Adama, nie jest tak ślepy, albowiem 
dorastał wśród Fungów i innych ludów pustyni i nauczył się od nich mądrości. Wiem o tym, 
gdyż powiedział mi, że tylko on przejrzał mój plan ocalenia ich, ale nic o tym nie mówił 
towarzyszom,  bo  chciał  jak  najszybciej   uciec   z  Mur,  gdzie   groziła   im  wszystkim   pewna 
śmierć. Ale może kłamie, aby zrobić mi przyjemność.

A  teraz   przystąpię  do  sedna sprawy.  Nie  będąc  biegła  w  piśmie,   opowiem  wszystko 

pokrótce.

Wyniesiono mnie z podziemnego miasta razem z moim panem i resztą. Byłam zbyt słaba, 

aby się zabić, bo w przeciwnym wypadku raczej odebrałabym sobie życie niż dała się pojmać 
memu przeklętemu wujowi, Jozuemu. Mimo to miałam więcej sił niż reszta, ponieważ, jak się 
dowiedziałam, oszukiwali mnie, udając, że też jedzą suchary, podczas gdy nic nie mieli w 
ustach, czego nigdy im nie wybaczę. Zdradził nas Jafet, z jednej strony waleczny człowiek, z 
drugiej jednak tchórz, jak wszyscy Abati. Doprowadził go do tego głód, który  –  przyznać 
trzeba  –  jest   wyjątkowo   groźnym   przeciwnikiem.   Jafet   wyszedł   z   jaskini,   powiedział 
Jozuemu, gdzie się ukrywamy i oczywiście zaraz przyszli po nas.

A więc zabrali mojego pana i pozostałych,  a mnie zanieśli w inne miejsce i karmili, 

dopóki nie wróciły mi siły. Och, jak smaczny był ten miód, bo niczego innego nie mogłam 
wziąć do ust, który zjadłam po tylu dniach głodówki!

Kiedy nabrałam już sił, przyszedł do mnie książę Jozue i powiedział:
– Teraz wpadłaś w moją sieć. Jesteś moja.
– Głupcze – odparłam – twoja sieć utkana jest z powietrza. Ucieknę z niej.
– Jak? – spytał.

background image

–  Przez   śmierć,   którą   mogę   sobie   zadać   na   sto   różnych   sposobów.   Jeden   z   nich 

udaremniłeś,   ale   jakie   to   ma   znaczenie,   skoro   zostało   tyle   innych?   Pójdę   tam,   gdzie   nie 
możesz mnie prześladować swoją miłością.

– Dobrze, Córko Królów – powiedział – ale co będzie z tym wysokim gojem, który cię 

zauroczył, i z jego towarzyszami? Oni też nabrali sił i każdy z nich umrze w pewien sposób 
(którego ja, Makeda, nie będę tu opisywała, gdyż są rzeczy, o jakich nie powinno się pisać). 
Jeśli ty umrzesz, to umrą i oni. Powiadam ci, zginą jak wilk schwytany przez pasterzy, jak 
pawian złapany przez rolnika.

Przemyślałam   to   i   doszłam   do   wniosku,   że   nie   ma   z   tej   sytuacji   żadnego   wyjścia. 

Postanowiłam więc zawrzeć układ.

–   Jozue   –  powiedziałam  –  jeśli   puścisz   wolno   tych   ludzi,   to   przysięgam   ci   na   imię 

królowej Saby, że zostanę twoją żoną. Jeśli natomiast zabijesz ich, to nie dostaniesz mnie.

W końcu zgodził się, bo pragnął mnie i związanej z tym władzy.
Wtedy odegrałam przedstawienie. Przyprowadzono przed moje oblicze mego pana i jego 

towarzyszy i w obecności wszystkich ludzi szydziłam z nich, plułam im w twarz, a oni – och, 
głupcy! – uwierzyli, że jest tak naprawdę. Uniosłam welon, żeby mogli zajrzeć mi w oczy, a 
oni uwierzyli także w to, co zdawali się widzieć w moich oczach! Zapomnieli, że jestem 
kobietą i jeśli potrzeba, potrafię udawać. Tak, zapomnieli o tym, że muszę oszukać także 
innych, wszystkich Abatich, którzy rozerwaliby ich na strzępy, gdyby zorientowali się, że 
udaję.   To,   że   musiałam   przekonać   nawet   mego   pana,   iż   jestem   najbardziej   niegodziwą 
kobietą,   jaka   kiedykolwiek   stąpała   po   ziemi,   było   dla   mnie   najgorszym   zadaniem.   Ale 
zrobiłam to, a on temu nie może zaprzeczyć, bo często o tym później rozmawialiśmy.

Udało   mi   się   i   w   końcu   odjechali   ze   wszystkim,   co   mogłam   im   dać,   choć   dobrze 

wiedziałam, że ani mój pan, ani doktor, Syn Adama, któremu Bóg zwrócił dziecko, nie dbają 
o to. Cieszył  się tylko Czarne Okna, lecz nie dlatego, że kocha bogactwo, ale że wielbi 
wszystko, co stare i brzydkie, bo z takich rzeczy uczynił sobie boga.

A zatem odjechali, a dla mnie zaczęły się męki piekielne, bo wiedziałam, że mój pan 

uważa mnie za fałszywą kobietę i że nigdy nie pozna prawdy, że nie dowie się, co zrobiłam, 
aby ocalić mu życie, chyba że w końcu dotrze do swego kraju i otworzy skrzynki z daną mu 
przeze mnie zapłatą. Ale bałam się, że nigdy ich nie otworzy, i przez cały ten czas będzie 
myślał, że jestem żoną Jozuego i... och, nie mogę o tym pisać! A ja, ja tymczasem będę 
martwa i nie będę mu mogła powiedzieć, jak było naprawdę, dopóki nie spotkamy się w kraju 
śmierci, jeśli mężczyźni i kobiety mogą tam w ogóle rozmawiać ze sobą.

Bo taką właśnie chciałam pójść drogą. Kiedy Oliwer i jego towarzysze odjechaliby już 

tak   daleko,   że   nie   można   by  ich   było   dogonić,   powiedziałabym   Jozuemu   i   Abatim   całą 
prawdę w słowach, które pamiętano by przez wiele następnych pokoleń i zabiłabym się na ich 
oczach, by Jozue stracił żonę, a Abati Córkę Królów.

Siedziałam przez całą ucztę w Dniu Przygotowań z uśmiechem na ustach. Minął ten dzień 

background image

i   następny   i   nadszedł   wieczór   ślubu.   Rozbiliśmy   szklankę,   dopełniając   ceremonii.   Jozue 
podniósł   się,   aby   wobec   wszystkich   kapłanów   i   właścicieli   ziemskich   złożyć   uroczyste 
ślubowanie. Pożerał mnie swym obrzydłym wzrokiem, bo byłam już jego. Ale ja ściskałam 
sztylet ukryty w rękawie, bo tak bardzo go nienawidziłam, że mogłam zabić i jego.

Wtedy przemówił Bóg i spełnił się sen, który mi się wcześniej przyśnił. Z oddali dobiegł 

pojedynczy krzyk, a potem inne krzyki i usłyszeliśmy kroki maszerujących oddziałów. W 
niebo strzeliły języki ognia i wszyscy zaczęli pytać „Co się stało?” A potem z tysięcy gardeł 
zgromadzonych na uczcie ludzi wydobył się jeden wielki wrzask: – Fungowie! Fungowie!

–  Chodź!  –  krzyknął Jozue i chwycił mnie za ramię, ale wyciągnęłam sztylet i puścił 

mnie. Rzucił się z innymi panami do ucieczki i pozostałam sama pod złotym baldachimem.

Koło mnie przebiegali ludzie. Uciekali bez walki, szukali schronienia w podziemnym 

mieście i wśród skał, a za nimi biegli Fungowie, niszcząc wszystko ogniem i mieczem, aż w 
końcu całe Mur stanęło  w płomieniach.  A ja siedziałam  i patrzyłam,  czekając  aż i mnie 
dosięgnie śmierć.

Nie wiem, jak długo tak siedziałam. W końcu pojawił się przede mną Barung, z mieczem 

czerwonym od krwi w dłoni.

– Witaj, Córko Królów – powiedział. – Widzisz, że Hamrak przyleciał spać do Mur.
– Tak – odparłam – Harmak przyleciał spać do Mur, a wielu z tych, którzy tu mieszkali, 

zasnęło razem z nim. Ale co z tego? Powiedz, Barungu, zabijesz mnie czy mam się zabić 
sama?

– Ani jedno, ani drugie, Córko Królów – odpowiedział. – Czyż nie złożyłem ci obietnicy 

u wejścia na przełęcz, kiedy rozmawiałem z tobą i ludźmi z Zachodu? Sułtan Fungów nigdy 
nie łamie słowa. Tak jak przysięgałem,  odebrałem z powrotem miasto, które kiedyś  było 
nasze, i oczyściłem je ogniem  –  tu wskazał na szalejące płomienie.  –  Teraz odbuduję je i 
będziesz w nim moją namiestniczką.

– Nie – odparłam – ale zamiast tego, co mi wtedy przyrzekłeś, proszę cię o trzy rzeczy.
– Wymień je – rzekł Barung.
– Po pierwsze daj mi dobrego konia i żywności na pięć dni i pozwól swobodnie odjechać. 

Po drugie, odnajdź pewnego górala o imieniu Jafet, który pomógł mi, i uczyń go swoim 
dostojnikiem. Po trzecie, oszczędź resztę Abatich.

– Pojedziesz, gdzie chcesz. Myślę, że wiem dokąd się wybierzesz – odparł Barung. – Moi 

zwiadowcy widzieli minionej nocy czterech białych jadących na świetnych wielbłądach w 
stronę Egiptu i donieśli mi o tym, kiedy prowadziłem swoje wojsko tajemnym przejściem, 
które   pokazał   mi   Harmak.   Ale   powiedziałem:  „Niech   jadą   w   spokoju.   Ci   dzielni   ludzie, 
którzy   stali   się   przedmiotem   szyderstw   Abatich,   powinni   odzyskać   wolność”.   Tak, 
powiedziałem to, choć jeden z nich był mężem mojej córki. Ale ona nie miałaby pożytku z 
męża, który wolał uciec do ojca niż zostać z nią, a więc powinien też odjechać, bo gdybym 
sprowadził go z powrotem, musiałby zginąć.

background image

–   Tak   –  rzekłam   śmiało.  –  Pojadę   za   ludźmi   z   Zachodu.   Dość   mam   Abatich.   Chcę 

zobaczyć inne kraje.

– I odnaleźć ukochanego, który teraz myśli źle o tobie – powiedział, głaszcząc brodę. – 

Hmm, nie można mu się dziwić, bo widzę, że odbywa się tu uczta weselna. Powiedz, co 
chciałaś zrobić, Córko Królów? Przytulić tłustego Jozuego do piersi?

– Chciałam przytulić do piersi tego oto męża – powiedziałam, pokazując sztylet.
–  Myślę, że był on przygotowany przede wszystkim dla Jozuego  –  powiedział Barung, 

uśmiechając się. – Jesteś jednak dzielną kobietą, która nie zawahała się ocalić ukochanego za 
cenę swojego własnego życia. Ale zastanów się dobrze, Córko Królów. Pochodzisz z rodu 
rządzącego od wielu pokoleń i możesz nadal pozostać królową, podległą tylko mnie. Czy 
osoba, w której żyłach płynie starożytna krew królewska, potrafi znieść służbę dla człowieka 
w obcym kraju?

–  O  tym  właśnie   chcę  się   przekonać,   Barungu.  Jeśli  nie   będę  tego   mogła   znieść,  to 

powrócę tu, ale nie po to, aby dalej rządzić Abatimi. Nie chcę mieć z nimi już nic wspólnego. 
Jednak serce mówi mi, że zniosę tę służbę.

– Rzekłaś, Córko Królów – powiedział, składając mi ukłon. – Czeka na ciebie najlepszy z 

moich koni. Pojedzie z tobą dla ochrony pięciu wojowników. Będą ci towarzyszyć, dopóki 
nie zobaczysz  obozu ludzi z Zachodu.  Szczęśliwy jest ten, któremu  pisane jest, by nosił 
słodko pachnący Pączek Róży na swoim sercu. Jeśli chodzi o twoje pozostałe życzenia, to 
człowiek o imieniu Jafet jest w moich rękach. Oddał się nam sam, mówiąc, że po tym, co 
zrobili białym, jego przyjaciołom, nie chce walczyć w obronie swych rodaków. Wydałem już 
też   rozkaz,   aby   zaprzestać   rzezi,   gdyż   będę   potrzebował   Abatich   jako   niewolników.   Są 
tchórzami, ale znają wiele pożytecznych rzemiosł. Zginie jeszcze tylko jeden człowiek, Jozue, 
który chciał zabić mnie podstępnie u wejścia na przełęcz. Nie proś, bym darował mu życie, bo 
przysięgam na głowę Harmaka, że twoje prośby będą daremne.

Nie prosiłam więc, bojąc się, że tylko rozgniewam Barunga.
O   świcie   wyruszyłam   z   pięcioma   Fungami.   Kiedy   przejeżdżaliśmy   przez   rynek, 

zobaczyłam Abatich, którzy ocaleli z rzezi. Fungowie spędzili ich jak bydło, aby dowiedzieli 
się   o   tym,   co  ich   czeka.   Był   wśród   nich   książę   Jozue.   Jeden  człowiek   prowadził   go   na 
postronku zarzuconym na szyję, a drugi popychał, gdyż Jozue wiedział, że idzie na śmierć i 
opierał się. Ujrzał mnie i padł przede mną plackiem, płacząc i błagając, abym go ocaliła. 
Powiedziałam, że nie mogę mu pomóc, choć Bóg mi świadkiem, iż mimo całego zła, które 
wyrządził mnie, memu panu, Oliwerowi i jego towarzyszom, mimo iż przez niego zginął ów 
dzielny człowiek, który bronił mnie przed jego siepaczami, wstawiłabym się za nim, gdybym 
tylko mogła. Niestety, nie mogłam, bo choć spróbowałam jeszcze raz, Barung nie chciał mnie 
słuchać. Powiedziałam więc:

–  Błagaj,   Jozue,   tego,   który   ma   dzisiaj   władzę   w   Mur,   bo  ja  nie   mam   żadnej.   Sam 

zgotowałeś sobie ten los i musisz dalej iść drogą, którą wybrałeś.

background image

–  A jaką drogą jedziesz ty, Makedo, na koniu z równiny? Ach, niepotrzebnie pytam. 

Jedziesz szukać tego przeklętego goja, którego rozszarpałbym na strzępy, gdybym mógł. Tak 
samo rozszarpałbym ciebie.

Potem wymyślając mi, Jozue skoczył  w moim kierunku, jakby chciał zrzucić mnie z 

konia,   ale   ten,   który   trzymał   postronek,   szarpnął   nim.   Jozue   przewrócił   się   i   więcej   nie 
widziałam jego twarzy.

Ach,   jakże   smutna   była   jazda   przez   ten   plac.   Setki   pojmanych   do   niewoli   Abatich, 

mężczyzn,  kobiet  i dzieci,  krzyczało  do mnie  ze łzami,  abym  ocaliła  ich  od śmierci  lub 
niewoli u Fungów. Ale odparłam na to:

– Wybaczam wam występki przeciwko mnie i tym dzielnym ludziom, którzy walczyli dla 

was, ale spójrzcie w wasze serca, Abati, i powiedzcie, czy sami możecie sobie wybaczyć? 
Gdybyście   posłuchali   mnie   i   tych,   których   sprowadziłam,   by   nam   pomogli,   być   może 
odparlibyście Fungów i zachowali wolność. Ale byliście tchórzami, nie chcieliście walczyć 
jak mężczyźni,  nie pilnowaliście nawet skalistych ścian tej fortecy,  a lud, który nie chce 
walczyć, musi wcześniej czy później popaść w niewolę u tych, którzy są gotowi do walki.

Nie mam już, Oliwerze, nic więcej do dodania, oprócz tego, że cieszę się, iż tyle zniosłam 

i zyskałam radość, którą się dziś cieszę. Nie chcę też wracać na tron Mur, które ma innego 
władcę.


Document Outline