background image

ADAMS AUDRA

Mężczyzna ze snu

The Bachelor’s Bride

Tłumaczyła: Weronika Żółtowska

background image

PROLOG

Pokój   był   nieskazitelnie   biały.   Barwę   czystego   śniegu   miały   ściany, 

zasłony, firanki spływające ciężkimi fałdami z otwartych okien, wielkie łoże 
okryte   jedwabną   pościelą.   Ocieniał   je   półprzezroczysty,   jasny   baldachim. 
Sypialnia wydawała się nieco staromodna i... bez najmniejszej skazy.

Lśniła bielą.
Ciemnowłosa   dziewczyna   położyła   głowę   na   jedwabnej   poduszce   i 

wyciągnęła ramiona ku wezgłowiu. Pokój tonął w bladej, srebrzystej poświacie 
księżyca.   Tajemnicza   piękność   spoglądała   szeroko   otwartymi   oczyma   na 
mężczyznę,   który   szedł   w   stronę   łóżka   bez   pośpiechu,   lecz   zdecydowanie. 
Trzymał   w   dłoni   papierosa.   Miał   na   sobie   biały   letni   garnitur   i   nie   dopiętą 
koszulę tej samej barwy.

Uśmiechnął się; dziewczyna odpowiedziała uśmiechem. Nie odsunęła się, 

gdy nieznajomy usiadł obok niej na posłaniu. Wodził spojrzeniem po urodziwej 
twarzy   i   zgrabnej   postaci.   Pieścił   dziewczynę   spojrzeniem.   Jego   oczy   były 
zielone jak szmaragdy, z ciemniejszą obwódką wokół tęczówki. Dziewczyna 
powiedziała kilka słów, a mężczyzna wybuchnął śmiechem. W kącikach jego 
oczu pojawiły się zmarszczki, które sprawiły, że wyrazista twarz straciła nagle 
wyraz surowości i determinacji.

Odłożył   papierosa   do   białej   popielniczki,   pochylił   się   i   pocałował 

dziewczynę, która się nie broniła. Była w siódmym niebie. Rozkoszowała się 
czułym   dotykiem   jego   warg.   Nieznajomy   podniósł   głowę   i   z   uśmiechem 
popatrzył   na   ciemnowłosą   piękność.   Zielone   oczy   straciły   wyraz   powagi   i 
zalśniły dziwnym blaskiem.

To było pożądanie.
Mężczyźni   często   spoglądali   na   nią   w   ten   sposób,   ale   w   oczach 

nieznajomego była jakaś wyjątkowa siła. Dziewczyna zadrżała nagle ze strachu. 
A   może   to   nie   obawa,   tylko   podniecenie?   Uniosła   rękę   i   odgarnęła 
nieznajomemu z czoła kosmyk jasnych włosów. Mężczyzna wtulił policzek w 
jej dłoń. Dziewczyna poczuła ciepło jego gładkiej skóry.

Przysunął się jeszcze bliżej.
– Chcę się z tobą kochać – szepnął.
–   Tak   –   odparła   przeciągle,   rozkoszując   się   brzmieniem   tego   słowa. 

Mężczyzna zamknął jej usta pocałunkiem.

Rozchyliła wargi i poczuła dotknięcie jego języka, który wdarł się do jej 

ust z siłą morskiej burzy. Nikt jej tak dotąd nie całował – z pasją, ogniem i 
zachłannością.   Poddała   się   zielonookiemu   mężczyźnie,   całkowicie   zdana   na 
jego wolę. Zrobiła to chętnie i spontanicznie.

Silne dłonie powoli sunęły w górę po jej ramionach, aż objęły piersi. 

background image

Nieznajomy przez chwilę bawił się ramiączkami letniej sukienki, a potem zsunął 
je delikatnie i łagodnym ruchem obnażył kształtny biust. Dziewczyna czuła jego 
natarczywe spojrzenie.

Mężczyzna   dotknął   palcami   sutków,   które   stwardniały   pod   wpływem 

delikatnej   pieszczoty.   Uśmiechnął   się   znowu,   szepcząc   z   niekłamanym 
zachwytem   żarliwą   pochwałę   jej   urody.   Czułe   słowa   zupełnie   oszołomiły 
dziewczynę.

Zamknęła   oczy,   gdy   dotknął   wargami   jej   piersi.   Zaskoczył   ją   żar 

pocałunków. Jej ciało płonęło. Męskie dłonie sunęły w dół. Wślizgnęły się pod 
sukienkę. Opuszki palców muskały smukłe uda.

– Rozsuń nogi – szepnął mężczyzna, tuląc głowę do piersi dziewczyny. 

Gorący oddech parzył nagą skórę.

Posłuchała go, spragniona śmielszych pieszczot. Jej cierpliwość została 

wystawiona na ciężką próbę. Minęło sporo czasu, nim męskie dłonie uwolniły ją 
od bielizny. Poczuła między udami jego smukłe palce.

Krzyknęła   pod   wpływem   zmysłowej   pieszczoty.   Nieznajomy   uniósł 

głowę   i   pocałował   dziewczynę   zaborczo,   tłumiąc   jęk,   który   wydała,   gdy 
poznawał sekrety jej kobiecości. Dotyk jego dłoni był zdecydowany, a zarazem i 
czuły.   Dziewczyna   zatraciła   się   w   rozkosznych   doznaniach.   Była   gotowa, 
rozpalona, udręczona pożądaniem.

Nie wystarczały jej odważne męskie pieszczoty. Rozpięła białą koszulę i 

wsunęła palce we włosy porastające muskularny tors. Jej dłonie sunęły w dół, aż 
trafiły na pasek od spodni.

Palce   mężczyzny   znieruchomiały   na   moment,   lecz   po   chwili   znów 

poczuła ich niespieszne, łagodne i zdecydowane dotknięcie. Wyprostował się i 
obserwował   dziewczynę,   która   przez   dłuższą   chwilę   zmagała   się   z   oporną 
klamrą   paska.   Nie   odrywał   roziskrzonego   spojrzenia   od   kobiecych   dłoni 
obejmujących   jego   męskość.   Ogarnięta   żądzą   dziewczyna   zapomniała   o 
wstydzie.

Patrzyli   sobie   w   oczy,   gdy   niecierpliwe   dłonie   rozpalały   w   ciałach 

pożądanie. Dziewczyna pierwsza odwróciła wzrok. Zacisnęła powieki, ulegając 
przemożnej rozkoszy, która pulsowała w niej jak wszechogarniająca światłość.

– Teraz – szepnął mężczyzna. Dziewczyna nie protestowała.
Przykrył ją swoim ciałem. Poczuła go w sobie. Żaden mężczyzna nie 

posiadł jej dotąd w sposób tak zupełny i całkowity. Uniosła biodra. Poruszali się 
zgodnie w odwiecznym tańcu kobiet i mężczyzn, który stanowił niewyczerpane 
źródło najczystszej rozkoszy. Dziewczyna bez oporu się jej poddała. Wpatrzona 
w twarz kochanka, radowała się, że potrafi dotrzymać mu kroku, że umie go 
zadowolić,   że   zdolna   jest   odczuwać   tak   wielkie   pożądanie.   Czuła,   jak   ciało 
kochanka tężeje w jej objęciach.

Długo odpoczywali. W końcu mężczyzna uniósł się na łokciu. Oczy mu 

background image

jaśniały w srebrzystym blasku księżyca. Gdy się uśmiechnął, dziewczyna ujrzała 
drobne zmarszczki w kącikach oczu. Pocałował ją w czubek nosa i ona również 
się uśmiechnęła.

Przyglądała   mu   się   uważnie.   Miał   opaloną   twarz,   wydatne   kości 

policzkowe i bardzo jasne włosy opadające na czoło. Pomyślała, że mogłaby go 
pokochać.   Był   przystojny,   męski,   opiekuńczy.   Wpatrywała   się   w   urodziwą 
twarz.

Twarz ze snu...

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kropka   zmieniła   kolor   na   niebieski.   Na   wszelki   wypadek   dziewczyna 

przyjrzała się jej pod światło.

Wlepiła spojrzenie w barwny punkcik.
Nie miała żadnych wątpliwości. Błękitny jak niebo w letni dzień.
Rachel Morgan przysiadła na toaletce stojącej w łazience niewielkiego 

mieszkania,   które   było   zarazem   jej   pracownią.   Westchnęła   głęboko. 
Przeprowadzanie trzeciej próby nie miało sensu. Wynik okazałby się taki sam.

Była w ciąży.
Jak to możliwe? Oto jest pytanie!
Ręce jej drżały, jakby nagle straciła panowanie nad sobą. To absurdalne... 

po prostu nierzeczywiste. Odkąd przeniosła się do Nowego Jorku, nie była z 
nikim związana. Zamieszkała w wielkim mieście przed dwoma laty, po śmierci 
matki i zerwaniu zaręczyn z Tomem. W życiu Rachel nie było od tamtej pory 
żadnego mężczyzny. Zbyt wiele miała życiowych problemów, by znaleźć czas 
na randki. Przygryzła wargi, starając się powstrzymać łzy. Bezrobotna kobieta 
spodziewa się dziecka. Piękna perspektywa!

Usiłowała dociec, jak to możliwe. Była rozsądną kobietą. Zdawała sobie 

sprawę,   że   niepokalane   poczęcie   jest   zjawiskiem   unikalnym.   Najwyraźniej 
erotyczny sen o nieznajomym w białym garniturze miał jakieś odniesienia do 
rzeczywistości.

Zadzwonił telefon. Rachel podniosła się niechętnie i przeszła z łazienki 

do pokoju w kształcie litery L, który pełnił funkcję kuchni, salonu oraz sypialni. 
Przysiadła na łóżku i podniosła słuchawkę.

– Halo?
– Mówi Trudy. Cześć, Rachel. Wspaniale, że cię zastałam. Chyba mam 

dla ciebie pracę. Jeden z naszych dostawców szuka...

– Jestem w ciąży.
– Co?
– Słyszałaś.
– Jak to?
– Sama nieustannie zadaję sobie takie pytanie. Siedzę tu i usiłuję coś 

wykombinować. – Nie wspomniała, że musi prócz tego walczyć z mdłościami i 
zapanować nad roztrzęsionymi nerwami.

– Nie ruszaj się z domu – poleciła Trudy. – Zaraz do ciebie przyjadę.
Pół   godziny   później   Rachel   usłyszała   dzwonek.   Nacisnęła   guzik 

domofonu i czekała w korytarzu na charakterystyczny dźwięk zatrzymującej się 
windy.   Otworzyła   drzwi,   oparła   się   o   framugę   i   obserwowała   swoją 
przyjaciółkę, idącą pospiesznie w jej stronę. Wysoka, szczupła, rudowłosa Trudy 

background image

Levin  stanowiła  doskonały  przykład  kobiety  wyzwolonej  i  zdeterminowanej. 
Była ambitna i pewna siebie; odnosiła wielkie sukcesy w branży kosmetycznej.

Gdy Rachel przyjechała do Nowego Jorku, na pierwszy rzut oka można w 

niej było rozpoznać dziewczynę z małego miasteczka. Pewnego dnia zgubiła się 
w metrze i wówczas niebiosa zesłały jej na pomoc Trudy. Kuta na cztery nogi 
piękność z Manhattanu pomogła nowicjuszce i zaopiekowała się nią jak kwoka 
bezbronnym   kurczęciem.   Od   razu   przypadły   sobie   do   serca   i   zostały 
przyjaciółkami.

– To mi się nie mieści w głowie – rzuciła Trudy. Minęła Rachel i wpadła 

do mieszkania. Zawsze dokądś się spieszyła.

Rachel odwróciła się powoli i zamknęła drzwi.
– Jeszcze zasuwa i łańcuch – przypomniała Trudy, rzucając wielką torbę 

na kuchenny stół.

Rachel posłuchała z uśmiechem. Przyjaciółka zawsze ją strofowała i nie 

szczędziła   rad,   jak   uniknąć   niebezpieczeństw   wielkiego   miasta.   Rachel 
wiedziała,   że   apodyktyczna   panna   Levin   troszczy   się   na   serio   o   jej 
bezpieczeństwo, i dlatego bez dyskusji wykonywała polecenia.

– Mów, co się stało.
Rachel   sięgnęła   po   leżące   na   kuchennym   blacie   pudełeczko   z   testem 

ciążowym. Z pozornym spokojem podsunęła je Trudy pod nos.

– Czysty błękit.
– Nie do wiary – jęknęła Trudy.
– Ciągle to sobie powtarzam – mruknęła ponuro Rachel.
Zajęła się parzeniem herbaty, próbując opanować stargane nerwy.
– Czuję się urażona. Wiesz niemal wszystko o mnie i Jake’u. Po każdej 

randce   zdawałam   ci   szczegółowe   sprawozdanie,   prawda?   Dlaczego   mi   nie 
powiedziałaś, że kogoś masz? – wypytywała naburmuszona Trudy.

– Z nikim się nie widuję.
– W takim razie...
– Sama nie wiem. – Rachel bezradnie pokręciła głową.
– Absurd.
–   Oczywiście.   Problem   w   tym,   że   nie   mam   pojęcia,   kto   jest   ojcem. 

Jedynie tamten sen...

– Sen?
– Opowiadałam ci, co mi się śniło, pamiętasz? To było wówczas, gdy 

chorowałam na grypę.

– Erotyczny sen o mężczyźnie w białym ubraniu?
– Tak. Właśnie ten – potwierdziła Rachel z ironicznym uśmiechem.
– Dobrze. Musimy to przemyśleć – stwierdziła Trudy opadając na krzesło.
– Napijesz się herbaty? – zapytała Rachel.
– Tak. Wrzuć do kubka plasterek cytryny i pół...

background image

– Wiem. Pół torebki słodziku.
Rachel  nakryła  do   stołu.   Na   miniaturowym  blacie  położyła   serwetki   i 

łyżeczki.   Obok   postawiła   dzbanek   pełen   gorącego   naparu   z   herbacianych 
listków. Z  wdzięcznością popatrzyła na Trudy. To prawdziwe szczęście, gdy 
można komuś zaufać. Rachel zrobiło się lżej na sercu.

Gdy usiadły przy stole, napełniły filiżanki i zaczęły pić gorącą herbatę, 

Trudy położyła rękę na dłoni przyjaciółki.

– Opowiedz mi wszystko od początku.
– Problem w tym, że początku w ogóle nie pamiętam. Wiem tylko, jaki 

był koniec.

– W takim razie słucham.
– To się zdarzyło, gdy zachorowałam. Pamiętasz?
– Owszem. Tego dnia moja firma wydała przyjęcie. Promowaliśmy nowe 

perfumy. Nieco wcześniej złapałaś paskudną grypę.

– Tak, lekarz przepisał mi antybiotyk. Czułam się nieco lepiej, ale nie 

miałam ochoty wychodzić z domu. Mimo to udało ci się mnie namówić, żebym 
wzięła udział w tym przyjęciu.

– Z tego wniosek, że jestem wszystkiemu winna.
– Nie opowiadaj bzdur. Po prostu zależało ci, żebyśmy poszły razem na 

bankiet. Tłumaczyłaś, że powinnam wyrwać się z domu, poznać nowych ludzi, 
nawiązać kontakty pomocne w znalezieniu pracy.

–   Pamiętam.   Zostałyśmy   prawie   do   końca.   Przyjęcie   odbywało   się   w 

starej   zbrojowni.   Był   straszny   tłok.   Rozdzieliłyśmy   się   i   potem   długo   nie 
mogłam cię znaleźć. Obeszłam wszystkie sale chyba ze sto razy, ale nigdzie cię 
nie dostrzegłam. Po prostu zniknęłaś.

– W ogóle tego nie pamiętam.
– Znalazłam  cię wreszcie  na schodach.  Siedziałaś  na  stopniu  z głową 

opartą o balustradę, jakbyś drzemała. Wystarczył rzut oka, abym przestraszyła 
się nie na żarty. Byłaś okropnie blada i skarżyłaś się na mdłości. Natychmiast 
cię   stamtąd   zabrałam.   Pojechałyśmy   do   ciebie   taksówką.   Pamiętasz   z   tego 
cokolwiek?

– Nie. Wiem, że poszłyśmy na bankiet. Jak przez mgłę przypominam 

sobie wystrój sali. Piłam coś... To był poncz.

– Jakiś idiota go wzmocnił.
–   Nie   czułam   smaku.  W  tym   momencie   film   mi   się   urwał.   –   Rachel 

patrzyła z rozpaczą na przyjaciółkę. Trudy wzięła ją za rękę. Była zatroskana.

– Opowiedz mi ten sen.
– To bardzo trudne. Nie umiem się w tym rozeznać.
– Spróbuj.
– Widziałam nieznajomego mężczyznę – oznajmiła Rachel, wzdychając 

ciężko. – Potem...

background image

– Kochaliście się?
– Tak – odparła zarumieniona Rachel.
– W śnieżnobiałym pokoju?
– Tak.
– Kiedy miałaś ten sen po raz pierwszy? – zapytała Trudy.
–   Podczas   choroby.   Leżałam   w   łóżku   całe   dwa   tygodnie.   Kiedy 

gorączkowałam, sen wielokrotnie się powtarzał. Po wyzdrowieniu nie miałam 
go ani razu.

– Jak dawno zaczęłaś śnić?
– Przed sześcioma tygodniami.
– Jak długo trwa ciąża? – zapytała Trudy.
– Prawdopodobnie sześć tygodni.
– Zagadka rozwiązana.
– Och, Trudy. Przecież to bzdura!
– Kochanie, w czasie przyjęcia szukałam cię ponad godzinę. Na pewno z 

kimś wyszłaś. Trzeba tylko ustalić, kto to był. – Trudy w zamyśleniu gładziła 
palcem dolną wargę. – Opisz mi mężczyznę ze snu. Może go znam.

– Nosił biały garnitur i koszulę.
– Bardzo mi pomogłaś – mruknęła kpiąco Trudy. – Przyjęcie odbyło się w 

połowie czerwca. Był upał. Większość gości miała jasne ubrania.

– To był wysoki blondyn o zielonych oczach – dodała Rachel.
– Ciekawy rysopis.
Rachel przymknęła powieki. Oglądane we śnie obrazy stanęły jej przed 

oczyma. Zadrżała.

–   Palił.   Miał   piękny   uśmiech,   a   w   kącikach   oczu   drobne   zmarszczki. 

Mówił niskim, wibrującym głosem, niczym Harrison Ford. – Rachel spojrzała z 
nadzieją na przyjaciółkę. – I co?

– Sama nie wiem. Pamiętasz coś jeszcze?
– Miał cudowne usta.
– Co przez to rozumiesz? – wypytywała Trudy. Rachel odwrócił wzrok.
– Nie wiem, jak to ująć – mruknęła, zerkając na przyjaciółkę. Czuła, że 

się rumieni.

–   Nie   czas   na   fałszywy   wstyd,   Rachel.   Musisz   mi   podać   więcej 

szczegółów – przekonywała Trudy.

– Zaborcze.
– Proszę?
– Jego usta były gorące i zaborcze.
–   Dużo   pamiętasz   z   tamtej   nocy   –   odparła   Trudy,   ze   zrozumieniem 

kiwając głową.

– Chyba tak – przyznała jej rację przyjaciółka, z uwagą oglądając swoje 

paznokcie.

background image

– Coś jeszcze przychodzi ci do głowy?
–   Niewiele.   –   Rachel   przygryzła   wargę.   –   Chwileczkę,   pamiętam,   że 

tamten   mężczyzna   mówił   z   ledwie   wyczuwalnym   obcym   akcentem.   Mógł 
pochodzić z Francji.

– Raczej z francuskiej części Kanady.
– Słucham? Wiesz, o kim mówię? – zapytała z nadzieją Rachel.
– Nie jestem pewna, ale rysopis wydaje się znajomy.
– Mów prędko. Na miłość boską, Trudy, muszę wiedzieć!
– To mój szef.
– Niemożliwe! Reid James?
– Owszem, Reid James, czyli znacznie odmłodzone wcielenie Roberta 

Redforda.

– O Boże! Byłam przekonana, że to sen.
– Najwyraźniej się pomyliłaś – odparła Trudy, spoglądając znacząco na 

talię przyjaciółki.

Reid nie mógł się doczekać końca nudnego zebrania. Niech już będzie po 

wszystkim!   Teraz.   Natychmiast!   Był   śmiertelnie   znudzony.   Z   trudem   unosił 
ciężkie powieki. Czego ci ludzie od niego chcą? Po co tyle gadają? Przecież 
mogliby powiedzieć krótko, z czym przyszli, i wynieść się do diabła!

Oparł podbródek na dłoni i pokiwał głową, udając, że przysłuchuje się 

dyskusji.   Miał   nadzieję,   że   nikt   nie   zauważy,   jak   nudzą   go   wywody 
podwładnych.   Nie   miał   do   pracowników   żadnych   zastrzeżeń.   Problem   był 
poważniejszy. Reid był śmiertelnie znudzony wszystkim, co działo się w jego 
życiu.

Miał trzydzieści pięć lat. Osiągnął sukces, o jakim większość młodych 

ludzi   może   tylko   śnić.   Po   dziesięciu   latach   wytężonej   pracy   zorganizował 
przedsiębiorstwo   obracające   milionami   dolarów.   Był   w   centrum 
zainteresowania. Jedni go podziwiali, inni zawzięcie krytykowali.

Gdy   osiągnął   wszystko,   poczuł   się   zmęczony.   Miał   dosyć   ustawicznej 

harówki. Pragnął, by inna osoba lub grupa osób przejęła zarządzanie korporacją. 
Postanowił się wycofać. Myślał o tym, odkąd przed trzema laty umarła jego 
matka. Udowodnił obojgu rodzicom, że jest kimś. Ojciec oficjalnie uznał Reida 
za   swego   potomka   dopiero   wówczas,   gdy   młody   przedsiębiorca   zarobił 
pierwszy milion dolarów.

Reid James postanowił wziąć bezterminowy urlop, ale łatwiej było podjąć 

decyzję, niż wprowadzić ją w czyn. Ciągle to odwlekał, a przyczyn było wiele: 
kolejne   ważne   zebranie,   którego   nie   można   opuścić;   następny   przełom, 
decydujący o losach korporacji; jeszcze jeden atak nieuczciwej konkurencji.

Miał tego dość. Stracił zainteresowanie sprawami przedsiębiorstwa. Czas 

z tym skończyć. Natychmiast!

Reidowi pozostał do rozwiązania tylko jeden problem. Gdy się z nim 

background image

upora, będzie mógł odejść. Lękał się jednak, że przyjdzie mu długo szukać tego, 
czego pragnął.

Potrzebował celu, który nada sens jego dalszej egzystencji.
–   Przepraszam   –   powiedział,   wstając   z   miejsca.   Mówca   urwał   w   pół 

słowa, ale szef w ogóle się tym nie przejął. W sali zapanowała martwa cisza. – 
Muszę wyjść – oznajmił i ruszył ku drzwiom.

Czuł na sobie zdziwione spojrzenia pracowników. Nikt się nie odezwał. 

Nie   mieli   odwagi.   Decyzje   szefa   zawsze   były   ostateczne.   Nikt   ich   nie 
kwestionował.

Reid   szedł   w   stronę   biura.   Wcale   się   nie   spieszył.   Przystawał, 

odpowiadając życzliwie na pozdrowienia swych podwładnych. Znał wszystkich 
z imienia i nazwiska. To było dla niego niesłychanie ważne. Musiał walczyć z 
uporem, by odzyskać prawo do własnego nazwiska, ale gdy już dopiął swego, 
postanowił zachować to, które w sierocińcu nadały mu siostry zakonne.

Wszedł   do   biura,   w   którym   urzędowała   jego   asystentka,   Charlotte 

Mercier, strzegąca gabinetu szefa przed nieproszonymi gośćmi. Była jego prawą 
ręką.   Pilnowała   terminów,   samodzielnie   prowadziła   korespondencję   i 
podpisywała listy w imieniu pracodawcy. Reid ufał jej całkowicie i nie miał 
wątpliwości, że nawet po jego odejściu Charlotte da sobie radę z prowadzeniem 
firmy.   Ilekroć   wspominał   o   takiej   ewentualności,   asystentka   udawała 
zaniepokojoną, ale na pewno uporałaby się bez jego pomocy z każdą trudną 
sprawą.

Charlotte podniosła głowę znad papierów i podała szefowi plik różowych 

karteczek, na których zanotowała, kto dzwonił. Reid przejrzał je pospiesznie. 
Większość z powrotem rzucił na biurko, co oznaczało, że asystentka powinna 
samodzielnie podjąć decyzje w tych sprawach. Ów prosty rytuał powtarzał się 
codziennie.   Reid   niechętnie   odpowiadał   na   telefony.   Charlotte   sięgnęła   po 
karteczki. Wybrała kilka z nich. Reszta trafiła do kosza.

– Kiedy dzwonił Mazelli? – zapytał Reid, spoglądając na jedyną kartkę 

wartą zainteresowania.

– Pół godziny temu.
Reid   skinął   głową.   Postanowił   jak   najszybciej   skontaktować   się   z 

prywatnym   detektywem   nazwiskiem   Eddy   Mazelli.   Facet   miał   opinię 
najlepszego   w   branży,   a   jednak   przez   sześć   tygodni   od   podpisania   umowy 
niczego   się   nie   dowiedział.   Na   jego   usprawiedliwienie   można   było   jedynie 
powiedzieć, że sprawa zlecona przez Reida była wyjątkowo skomplikowana.

Reid   czuł   się   bezsilny   i   to   doprowadzało   go   do   furii.   Rzadko   tracił 

panowanie   nad   sytuacją.   W   tej   sprawie   od   początku   jakaś   zagadkowa   i 
nieprzewidywalna siła kierowała jego poczynaniami.

Daremnie   łudził   się,   że   z   czasem   zapomni   o   tamtej   niezwykłej   nocy. 

Może   ciemnowłosa   dziewczyna   zapadła   mu   w   pamięć,   bo   od   dawna   nie 

background image

spotykał się z kobietami? Nieprawda! Szczerze i otwarcie przyznał w duchu, że 
po   raz   pierwszy   w   życiu   poznał   tak   wyjątkową   istotę.   Chwile   spędzone   z 
tajemniczą   nieznajomą   wydały   mu   się   cudowną   bajką.   Śliczna   brunetka 
emanowała wewnętrznym spokojem, nie przejmowała się konwenansami, była 
pełna   radości   życia,   łagodna,   kobieca,   urocza,   namiętna   i...   kochająca.   Nie 
sądził, że są na świecie takie kobiety.

Był przerażony, gdy o tym myślał.
Kochali się z pasją, ale nie robili przecież nic szczególnego. Problem nie 

w   tym,   jak   doszło   do   miłosnego   zbliżenia;   najważniejsze   były   odczucia 
zrodzone w sercach przypadkowych kochanków.

Reid zapomniał o całym świecie, gdy nieznajoma dziewczyna znalazła się 

w jego ramionach. Wiedział, że takie rzeczy się zdarzają, ale sam nigdy tego nie 
doświadczył, chociaż miał wiele kobiet.

W   pierwszej   chwili   poczuł   strach,   lecz   wkrótce   ogarnęła   go   wielka 

radość, a potem ogromna niecierpliwość, z którą nadal się borykał.

Dziewczyna zniknęła. Opuścił ją tylko na moment, by przynieść coś do 

picia. Gdy wrócił, nie zastał już w holu tajemniczej nieznajomej. Rozpłynęła się 
w powietrzu. Często zadawał sobie pytanie, czy spotkał ją na jawie, czy we śnie.

W końcu doszedł do przekonania, że naprawdę była w białej sypialni. 

Poduszka   nadal   pachniała   jej   perfumami.   Gdy   nadeszła   pora,   by   zmienić 
pościel, Reid zachował się jak kompletny idiota i zabronił sprzątaczce dotykać 
łóżka.   Zrobił   Bogu   ducha   winnej   kobiecie   awanturę   i   uspokoił   się   dopiero 
wtedy, gdy potulnie wyszła z sypialni.

Nieznajoma   była   kobietą   z   krwi   i   kości.   Ta   myśl...   wspomnienie   o 

cudownej kochance nie dawało mu spokoju. Z pewnością istniała naprawdę.

–   Proszę   mnie   połączyć   z   Mazellim   –   polecił   sekretarce   i   ruszył   ku 

drzwiom gabinetu.

– Czeka tam Trudy Levin – oznajmiła Charlotte, podnosząc słuchawkę.
– Czego chce? – zapytał Reid, kładąc dłoń na klamce.
– Nie mówiła. Koniecznie chce z tobą porozmawiać. Twierdzi, że sprawa 

jest ważna – odparła asystentka, wzruszając ramionami. Szef pokiwał głową.

– Zaraz się dowiem, o co chodzi. Czekam na połączenie z Mazellim.
Reid James otworzył drzwi gabinetu.
– Trudy przyprowadziła jakąś dziewczynę – dodała Charlotte.
– Cześć, Reid. – Trudy powitała szefa uśmiechem. James ucieszył się na 

jej widok. Lubił tę dziewczynę i wysoko oceniał jej pracę. Była zdolna, uczciwa, 
ambitna. Te cechy były dla niego bardzo ważne. Sam je również posiadał. Tak 
mu się przynajmniej wydawało.

–  Witaj, Trudy  –  odrzekł,  podchodząc  do  biurka.  – W  czym  mogę  ci 

pomóc?

Kątem oka dostrzegł ciemnowłosą kobietę stojącą przy oknie. Odsunęła 

background image

ręką zasłonę i podziwiała wspaniałą panoramę miasta. Nagle odwróciła głowę i 
spojrzała  na  niego  przez   ramię.  Reid  zamrugał  powiekami,  jakby  oślepił  go 
blask słońca tworzący wokół twarzy nieznajomej świetlistą aureolę.

Coś ścisnęło go za gardło, gdy pojął, kto przed nim stoi.
– Rachel – szepnął zdławionym głosem. Trudy westchnęła głęboko. Reid 

spojrzał na nią z roztargnieniem.

– Widzę, że nie muszę was sobie przedstawiać – stwierdziła panna Levin.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– Wiesz, jak się nazywam?
– Znam tylko imię.
Wcale się nie zmieniła. Wszystko, prócz nastroju, było w niej takie same. 

Tamtego wieczoru zdawała się wesoła, beztroska, pogodna. Teraz stała przed 
nim kobieta zdenerwowana, pełna obaw, zakłopotana. Jedynie oczy pozostały 
identyczne: szare tęczówki z ciemniejszą obwódką – niemal w kolorze włosów.

– Mazelli na linii – oznajmiła Charlotte przez wewnętrzny telefon.
Reid podszedł do aparatu, nie odrywając wzroku od Rachel, jakby się 

lękał, że ponownie straci ją z oczu.

– Tak? – rzucił podnosząc słuchawkę. Nerwowo uderzał palcami w blat 

biurka. Słuchał przez moment swego rozmówcy.

– Dobrze. Niech mi pan wyśle rachunek. – Popatrzył Rachel prosto w 

oczy. – Rozumiem. W porządku. Nie będzie mi pan więcej potrzebny.

Reid odłożył słuchawkę. Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w 

Rachel, jakby zobaczył ducha. Dziewczyna nie była w stanie oderwać od niego 
wzroku.

– Mimo wszystko przedstawię was sobie – mruknęła Trudy. – Rachel 

Morgan. Reid James.

– Witaj – powiedziała półgłosem Rachel.
– Niesamowite! Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Po tym, co zrobiłaś?
–   Nie   rozumiem.   –   Zdezorientowana   Rachel   wodziła   spojrzeniem   od 

Trudy do Reida. – Czym cię uraziłam?

Reid   zaniemówił.   Stał   przez   moment   z   otwartymi   ustami,   nie   mogąc 

wykrztusić słowa. Zacisnął wargi, gdy przemknęło mu przez myśl, że wygląda 
okropnie głupio.

– Kpisz ze mnie, prawda?
– Nie – odparła Rachel, wolno kręcąc głową.
– Czy możesz na chwilę zostawić nas samych? – powiedział Reid do 

Trudy.

– Nie jestem pewna, czy to rozsądne – zawahała się.
– Rachel nie przywykła do twoich wybuchów złości. Wyglądasz w tej 

chwili na potencjalnego mordercę.

– Idź i przestań się martwić. Od dawna nie rzucam się rozmówcom do 

gardła. Kobiety są przy mnie całkiem bezpieczne.

–   Chyba   jednak   zostanę   –   oznajmiła   Trudy,   spoglądając   na   szefa   z 

pobłażliwym uśmiechem.

– Lepiej nie. To bardzo osobista sprawa.
– Domyślam się, o co chodzi – mruknęła Trudy.

background image

– Czyżby? – odparł Reid, unosząc brwi. – To ciekawe, ponieważ ja sam 

jestem całkiem zdezorientowany.

Z trudem panował nad sobą. Ogarnęła go wściekłość. Czuł, że lada chwila 

wybuchnie.

– Możesz iść – wtrąciła Rachel. Trudy popatrzyła na nią z niepokojem. 

Dziewczyna drżała jak liść na wietrze.

– Proszę, zostaw nas samych.
– Zgoda. – Trudy podeszła do drzwi. – Czekam w sąsiednim pokoju. 

Zawołaj mnie, gdyby coś było nie tak.

–   Przystanęła   położywszy   rękę   na   klamce   i   rzuciła   Reidowi 

porozumiewawcze spojrzenie. – Ty również możesz na mnie liczyć, szefie.

Gdy   Trudy   wyszła,   Reid   okrążył   biurko   i   dotknął   stylowego   fotela 

ustawionego w pobliżu.

– Usiądź – powiedział cicho. Dziewczyna stała bez ruchu. Reid dodał: – 

Proszę.

Przywykł do wydawania poleceń i rzadko używał tego słowa. Starał się 

bardziej   niż   zwykle,   bo   chciał   zrobić   na   Rachel   dobre   wrażenie.   Nie   mógł 
dopuścić, by po raz drugi przestraszyła się i uciekła. Nie miał pojęcia, czemu 
poprzednio zniknęła. Trzeba się natychmiast dowiedzieć, kim właściwie jest ta 
ciemnowłosa dziewczyna i co się z nią stało tamtego wieczoru. Nie zamierzał po 
raz wtóry kusić losu.

–   Proszę   –   powtórzył   z   naciskiem.   Rachel   w   końcu   go   posłuchała. 

Zbliżyła się do fotela i usiadła. Reid zajął miejsce na kanapie. Oddzielał ich 
tylko wąski blat stolika.

– Czy możesz mi powiedzieć, co zaszło tamtej nocy?
–   poprosiła   cicho   Rachel.   Siedziała   wyprostowana.   Dłonie   ułożyła   na 

kolanach.

– Chciałem ci zadać to samo pytanie. – Reid uniósł brwi.
Dziewczyna pokręciła głową.
– Nie wiem. Do niedawna sądziłam, że to był tylko sen – odparła cicho.
– Sen?
– Tak. Zrozum, byłam wtedy poważnie chora. Po tamtym przyjęciu dwa 

tygodnie walczyłam z grypą. Wieczorem bardzo źle się poczułam. Zemdlałam 
pod koniec bankietu. Nie pamiętam, co się działo. Trudy mi powiedziała, że ty 
wydałeś to przyjęcie.

–   Owszem.   To   była   promocja   nowych   perfum.   Wynajęliśmy   dawny 

arsenał. Tam cię poznałem – opowiadał, starannie dobierając słowa. – Długo 
rozmawialiśmy.

– Tak?
O co tu chodzi? Dlaczego Rachel twierdzi, że niczego nie pamięta?
–  Wyszliśmy   razem.   –   Patrzyła   na   Reida   szeroko   otwartymi   oczyma. 

background image

Pochyliła się w  jego stronę  i  kiwnęła głową,  zachęcając,  by mówił  dalej. – 
Poszliśmy na spacer i wkrótce dotarliśmy do mojego mieszkania. Nic z tego nie 
pamiętasz?

– Nie – odparła cicho. – Co było dalej?
– Poszliśmy na górę.
– Do twego mieszkania?
– Tak. Oglądałaś salon.
– A potem?
– Weszliśmy do sypialni.
Rachel spuściła wzrok. Czuła, że się rumieni.
– Spójrz na mnie – zachęcił ją Reid. Podniosła oczy. – Naprawdę sobie 

tego nie przypominasz?

– Niestety. Brałam wówczas antybiotyki. Wypiłam trochę ponczu...
– Jakiś idiota wlał do wazy sporo alkoholu.
–   Trudy   mi   o   tym   wspomniała.   Nie   mam   pewności,   czy   lekarstwa   i 

alkohol tak na mnie podziałały, ale tamten wieczór jest czarną dziurą.

– Miałem wrażenie, że  czujesz   się  doskonale  – wtrącił  Reid.  – Byłaś 

niezwykle ożywiona, promienna.

– Pozory mylą.
– Pamiętasz, jak się kochaliśmy?
– Nie... Dopiero później wróciły do mnie strzępy wspomnień. Sądziłam, 

że to sen.

– Już o tym wspomniałaś. Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?
Rachel westchnęła ciężko. Dygotała na całym ciele. Musiała usiąść prosto 

w fotelu i zacisnąć ręce na oparciach, by opanować drżenie.

– Dokonałam pewnego odkrycia.
– Mianowicie? – zapytał Reid.
– Spodziewam się dziecka.
Reid nie odrywał wzroku od jej twarzy. Do tej chwili sądził, że żadna 

wiadomość nie wstrząśnie nim bardziej od nagłej wizyty tej dziewczyny. Mylił 
się. Zachował wprawdzie kamienną twarz, ale serce waliło mu tak, jakby miało 
lada chwila wyskoczyć z piersi.

– Przyszłaś tu, by mi powiedzieć, że jestem ojcem tego dziecka?
– To jedyne rozsądne wyjaśnienie – odparła.
– Przychodzi mi do głowy kilka innych możliwości.
Rachel zacisnęła dłonie w pięści. Trzeba zachować spokój i kontrolować 

emocje. Jej położenie i tak było wyjątkowo kłopotliwe. Trudno się dziwić, że 
Reid przyjął usłyszaną wiadomość z niedowierzaniem. Miał prawo znać prawdę, 
choćby trudno mu było w nią uwierzyć.

– Domyślałam się, że taka będzie twoja reakcja – stwierdziła, zwilżając 

językiem suche wargi.

background image

–   Nie   sądzę,   żebyś   umiała   przewidzieć   moją   reakcję   –   mruknął 

opryskliwie i lekceważąco.

– Wręcz przeciwnie. Uznałeś, że przyszłam tu po pieniądze. Mylisz się. 

Niczego od ciebie nie chcę. – Rachel wstała. – Trudy i ja przeanalizowałyśmy 
fakty i odtworzyłyśmy wydarzenia tamtego wieczoru. Poprosiłam, żeby mnie tu 
przyprowadziła. Sądziłam, że masz prawo znać prawdę. To wszystko. – Rachel 
ruszyła w stronę drzwi. – Nie będę cię więcej nachodzić.

– Stój – rzucił Reid tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Proszę sobie zapamiętać, że nie jestem pańską podwładną. Nie będzie 

mi pan rozkazywać – oświadczyła zimno.

– Wróć. – Rachel stała nieruchomo jak posąg. Reid zacisnął zęby i dodał: 

– Proszę.

Stała   przy   drzwiach,   spoglądając   w   zielone   oczy   rozjarzone   dziwnym 

blaskiem. Intensywność tego spojrzenia przyciągała jak magnes. Rachel zrobiła 
parę kroków w stronę Reida.

– Nie mam ci nic więcej do powiedzenia – stwierdziła kategorycznie.
– Być może. Ja natomiast chciałbym z tobą spokojnie porozmawiać, o ile 

nie masz nic przeciwko temu.

– Słucham.
– Zapalisz? –  rzucił Reid, wyjmując  papierośnicę,  ale  natychmiast  się 

zreflektował.   –   Oczywiście,   że   nie.   Ten   nałóg   jest   ci   obcy.   Spróbowałaś 
papierosa jako szesnastolatka i zrobiło ci się niedobrze.

Rachel wyprostowała się dumnie. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. 

Opowiadała  Reidowi  o swoim życiu.  Zwierzała  się. Na  pewno  sporo o  niej 
wiedział, a tymczasem dla niej ten przystojny mężczyzna był jedynie postacią z 
prasowej kroniki towarzyskiej i opowieści Trudy. Znała go z cudzych relacji.

Jedno   wiedziała   na   pewno:   był   ojcem   jej   dziecka.   Niespodziewanie 

zachwiała się na nogach.

–   Chyba   powinnam   usiąść   –   oznajmiła   słabym   głosem   i   podeszła   do 

skórzanego fotela ustawionego przy biurku.

– Napijesz się kawy albo herbaty? – zapytał Reid.
– Poproszę o filiżankę herbaty.
Reid przycisnął guzik wewnętrznego telefonu i wydał polecenie.
– Nie wyglądasz najlepiej – oznajmił zatroskanym głosem.
– Nic mi nie jest. To zawrót głowy. – Podniosła na niego oczy. – Wszyscy 

mówią, że tak często bywa w moim stanie.

Reid   skinął   głową,   zapalił   papierosa   i   zaciągnął   się   głęboko   dymem. 

Charlotte   przyniosła   na   tacy   herbatę   w   prześlicznej   filiżance   z   chińskiej 
porcelany.   Tego   serwisu   używała   jedynie   wówczas,   gdy   w   gabinecie   Reida 
gościli bardzo ważni kontrahenci lub politycy. Szef rzucił asystentce zdumione 
spojrzenie. Charlotte uśmiechnęła się tajemniczo jak Mona Lisa, co dowodziło, 

background image

że sporo wie.

Niech diabli porwą Trudy! Ta dziewczyna ma długi język. Trzeba ukrócić 

plotki, bo w przeciwnym razie, nim wybije piąta, wszyscy pracownicy będą 
znali osobliwą nowinę.

– Dziękuję – powiedziała Rachel, biorąc filiżankę z rąk Charlotte.
– Na zdrowie, kochanie – odparła asystentka. – Proszę mnie wezwać, jeśli 

będzie pani czegoś potrzebowała.

– Zostaw nas samych, Charlotte – polecił Reid. Sekretarka uśmiechnęła 

się i popatrzyła znacząco na szefa, który rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie i 
wymownie pokręcił głową. Potem zaczął się ukradkiem przyglądać siedzącej 
przy biurku Rachel. Mimo woli poczuł wzruszenie. Tak było zawsze, ilekroć o 
niej myślał. Przypomniał sobie wieczór sprzed sześciu tygodni.

Miał wtedy za sobą trudny dzień. Gdy o piątej skończył urzędowanie, 

głowa pękała mu z bólu. Nie miał ochoty jechać na bankiet promujący nowe 
perfumy jego firmy, ale w końcu dał się przekonać. Przez jakiś czas krążył po 
salach   arsenału,   ściskał   dłonie   znajomych   i   wdzięczył   się   do   dziennikarzy. 
Goście   wyjątkowo   dopisali.   W   salach   bankietowych   panował   wielki   tłok. 
Przyjęcie   odbywało   się   w   starej   zbrojowni   wynajętej   specjalnie   na   ten   cel. 
Budynek   stał   niedaleko   miejsca,   gdzie   mieszkał   Reid.   Gospodarz   przyjęcia 
odczuwał silną pokusę, by wymknąć się niepostrzeżenie. Wtedy ujrzał piękną 
nieznajomą.

Jak   w   romantycznym   filmie,   ich   oczy   spotkały   się   ponad   głowami 

nieprzeliczonych gości. Reid, niewiele myśląc, podszedł do dziewczyny, która 
uśmiechnęła się do niego. Natychmiast zapomniał o bólu głowy. Rozmawiali o 
wszystkim i o niczym – jak to na przyjęciu. Reid co chwila wybuchał śmiechem, 
ubawiony   dowcipami   ciemnowłosej   nieznajomej.   Niełatwo   było   go 
rozśmieszyć, ale tamtej nocy stał się cud.

Poprosił,   by   zaczerpnęli   świeżego   powietrza.   Rachel   nie   miała   nic 

przeciwko   temu.   Wyszli,   nie   zwracając   niczyjej   uwagi.   Noc   była   gorąca   i 
wilgotna. Gdy minęli kilka przecznic, ogarnęło ich zmęczenie. Reid machinalnie 
ruszył ku swemu domowi. Gdy znaleźli się w pobliżu, zaproponował, by weszli 
na górę i napili się czegoś dla ochłody. Nowa znajoma chętnie na to przystała.

Pogrążony we wspomnieniach, Reid nie odrywał wzroku od Rachel, która 

małymi łykami piła gorącą herbatę. Patrzyła na niego przez delikatną mgiełkę 
unoszącą się znad filiżanki.

Reid   znowu   poczuł   koło   serca   znajome   ciepło.   Tamtego   wieczoru 

doznawał   podobnego   wzruszenia.   Rachel   była   taka...   naturalna.   Niczego   nie 
udawała.   Rozmawiali,   jakby   ich   łączyły   długie   lata   znajomości.   W   pewnej 
chwili   zachwyciła   się   wystrojem   salonu.   Reid   postanowił   jej   pokazać   całe 
mieszkanie. W końcu dotarli do sypialni. Na widok ogromnego łoża Rachel 
zaczęła sobie kpić z jego właściciela. Reid zachęcił ją, by sama się przekonała, 

background image

że jest bardzo wygodne. Rachel bez oporów wyciągnęła się na białej jedwabnej 
pościeli.

Ich   spojrzenia   znowu   się   spotkały.   Reid   poczuł   nieprzezwyciężoną 

potrzebę, by podejść bliżej. Usiadł na posłaniu.

Rachel nie okazała zakłopotania. Reid pochylił się i pocałował ją. To mu 

się wydawało całkiem naturalne.

W   tej   samej   chwili   zapomniał   o   całym   świecie.   Czas,   miejsce, 

okoliczności straciły dla niego znaczenie. Nie panował nad sobą. Kochali się 
bez najmniejszych zahamowań, z radością i zadowoleniem – jakby byli ze sobą 
od lat.

Reid   nie   potrafił   zapomnieć   tamtej   nocy.   Był   przekonany,   że   tamto 

doznanie było dla Rachel równie wyjątkowe jak dla niego. Nie umiał przyjąć do 
wiadomości, że zapomniała, co razem przeżyli.

Czyżby Rachel prowadziła z nim jakąś grę? Reid nie umiał odpowiedzieć 

na   pytanie.   Trzeba   sprawdzić   tę   dziewczynę.   Była   przyjaciółką   Trudy,   co 
świadczyło na jej korzyść. Panna Levin pracowała u niego od dawna i cieszyła 
się zaufaniem szefa.

Scenariusz   dotyczący   rzekomego   ojcostwa   był   Reidowi   dobrze   znany. 

Usłyszał kiedyś podobną nowinę. Wtedy był już ważną figurą i swoje życiowe 
sprawy mógł załatwiać jak należy. Miał dwadzieścia parę lat, gdy pewna kobieta 
usiłowała   mu   wmówić,   jakoby   spłodził   z   nią   dziecko.   Reid   poddał   się 
koniecznym badaniom, udowodnił, że powódka kłamie, i wygrał proces. Cała 
sprawa kosztowała go mnóstwo pieniędzy i upokorzeń.

Od tamtej pory wiązał się z kobietami rzadko i niechętnie. Było ich w 

jego życiu coraz mniej, chociaż gazety rozpisywały się o rzekomych romansach 
przystojnego   milionera.   Doszło   do   tego,   że   całymi   miesiącami   zachowywał 
dobrowolną wstrzemięźliwość. Ilekroć decydował się na erotyczną eskapadę, 
dbał skrupulatnie, by nie miała żadnych nieprzewidzianych konsekwencji.

Zdawał sobie jednak  sprawę,  że  prezerwatywy bywają  zawodne. Tego 

rodzaju   niespodzianka   spotkała   jego   rodziców.   Reid   James   czuł   się   winny 
wobec Rachel. Nie powinien był na początku rozmowy podawać w wątpliwość 
jej prawdomówności.

– Lepiej się czujesz? – zapytał, gdy postawiła na tacy pustą filiżankę.
– Tak. Herbata dobrze mi zrobiła. – Podniosła oczy na Reida. – Czy mam 

coś jeszcze wyjaśnić?

– Jeśli to, co mówisz, jest prawdą...
– Zaręczam, że tak.
– Powinienem chyba zapytać, jak zamierzasz postąpić. Rachel bawiła się 

delikatną filiżanką.

– Istnieją rozmaite... możliwości – odparła cicho.
– Wiem. Postanowiłaś już, co zrobisz?

background image

– Nie – powiedziała dziewczyna, wolno kręcąc głową. Podniosła wzrok i 

spojrzała na Reida. Długo patrzyli sobie w oczy. Czytali w nich pytania, na które 
nie potrafili jeszcze odpowiedzieć. Reid zgasił papierosa.

– Mogę ci pomóc w podjęciu decyzji?
– Czy to oznacza, że mi wierzysz?
– Sam nie wiem – odparł, siadając w fotelu.
–   W   takim   razie   dlaczego   chcesz   wiedzieć,   jak   zamierzam   postąpić? 

Wkrótce opuszczę twój gabinet i pewnie się więcej nie zobaczymy. Przyrzekam, 
że nie będę cię nachodzić.

–   Istnieje   spore   prawdopodobieństwo,   że   mówisz   prawdę   –   odparł 

rzeczowo   Reid.   –  W  takim   wypadku   nie   pozwolę,   żebyś   mnie   odsunęła   na 
margines,   Rachel.   Zrobię,   co   do   mnie   należy.   Poważnie   traktuję   swoje 
obowiązki.

– Nie jesteś za mnie odpowiedzialny. Potrafię zadbać o siebie i dziecko.
– Zobaczymy.
– Czy zamierza pan mnie śledzić, żeby się o tym przekonać, panie James? 

– rzuciła drwiąco. Świadomie użyła formy grzecznościowej. Reid wstał.

– Szczerze mówiąc, już wynająłem prywatnego detektywa. Poleciłem mu 

ciebie odnaleźć. Nie mów do mnie per pan. Taki oficjalny ton jest nie na miejscu 
po   tym,   co   między   nami   zaszło,   prawda?   Wiesz,   że   mam   na   imię   Reid.   – 
Zawahał się i popatrzył dziewczynie prosto w oczy. – Tamtej nocy... powtarzałaś 
je bez przerwy.

– Nie pamiętam – wyjąkała.
Reid okrążył biurko i podszedł do Rachel, która podniosła wzrok. Miał 

dziwny wyraz twarzy, a jego oczy lśniły niezwykłym blaskiem. Położył ręce na 
oparciu fotela, tak że dziewczyna była niemal unieruchomiona.

– W takim razie odświeżę ci pamięć.
Dotknął ustami jej warg. Rachel siedziała zupełnie nieruchomo, lecz nie 

próbowała się opierać. Przymknęła oczy, gdy zaczął ją całować. Pod wpływem 
nagłego   impulsu   rozchyliła   wargi   i   poddała   się   pieszczocie   języka.   Oboje 
wiedzieli, że między kochankami tak właśnie powinno być.

Reid   czuł   się   jak  alkoholik   po  długiej   abstynencji.  Wreszcie   mógł  się 

rozkoszować   smakiem   warg   Rachel.   Serce   biło   mu   w   piersi   jak   oszalałe. 
Pocałunek stawał się coraz bardziej zaborczy, z każdą chwilą namiętniejszy. 
Rachel wydała jęk, który dźwięczał Reidowi w głowie, w sercu, w duszy jak 
najpiękniejsza   muzyka.   Ramiona,   na   których   się   opierał,   drżały   z   wysiłku. 
Poczuł dziwną słabość, którą lękał się nazwać. Niespodziewanie ogarnął go lęk.

Przerwał pocałunek, ale się nie odsunął od Rachel.
Patrzyli sobie w oczy. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. 

Oddechy były urywane jak po długim biegu.

– Przepraszam – szepnął. Rzadko poczuwał się do winy. Nie miał pojęcia, 

background image

czemu prosi Rachel o przebaczenie. Wiedział tylko, że musi to zrobić.

– Dlaczego mnie pocałowałeś? – zapytała, opuszkami palców dotykając 

spuchniętych warg.

Reid   zacisnął   pięści   i   zrobił   krok   do   tyłu.   Potrząsnął   głową,   jakby   z 

trudem wracał do rzeczywistości. Nie znał odpowiedzi na pytanie Rachel.

–   Chciałem   tylko   sprawdzić,   czy   doznania,   które   sama   uważałaś 

dotychczas za sen, nie są przypadkiem wytworem mojej wyobraźni.

Rachel   skinęła   głową.   Wiedziała,   co   Reid   chce   przez   to   powiedzieć. 

Usiłował przekonać samego siebie, że przeżycia tamtej pamiętnej nocy były dla 
nich   obojga   czymś   więcej   niż   tylko   przyjemnym   epizodem   po   nudnym 
przyjęciu. Nie myśleli teraz o dziecku. Rachel nurtował tylko jeden problem, 
podobnie   jak   Reida.   Chciała   mieć   namacalny   dowód,   że   kochała   się   z   tym 
mężczyzną na jawie, a nie we śnie.

Namiętny pocałunek stanowił dla obojga dostateczne potwierdzenie.
Rozległo się pukanie do drzwi. Trudy wsunęła głowę do gabinetu.
– Żyjecie oboje? – zapytała kpiąco.
– Tak – odparł Reid, idąc w stronę biurka. – Jesteśmy cali i zdrowi.
– Mogę wejść? – rzuciła Trudy.
–   Oczywiście   –   odparła   skwapliwie   Rachel.   Popatrzyła   wymownie   na 

Reida, by dać mu do zrozumienia, że temat uważa za wyczerpany. Badawcze 
spojrzenie zielonych oczu dowodziło czegoś zupełnie innego.

– Sądzę, że wszystko już omówiliśmy... – powiedziała niepewnie.
– Mogę do ciebie zadzwonić? – zapytał Reid.
– Raczej nie... – Rachel wodziła spojrzeniem od Trudy do Reida. – Cóż, 

odezwij się, jeżeli masz ochotę.

– Zadzwonię.
– Doskonale.
– Odwiozę cię do domu – stwierdziła Trudy, podchodząc do przyjaciółki. 

Zerknęła na swego szefa. – Chyba nie będę ci tu potrzebna?

Reid pokręcił głową. Odprowadził gości do drzwi. Rachel odwróciła się 

niespodziewanie. Była zakłopotana, ale wyciągnęła rękę.

– Do widzenia... Reid.
– Dzięki za wizytę – powiedział uprzejmie i uścisnął podaną mu dłoń. 

Zrobił   to   spokojnie,   z   pozorną   obojętnością,   ale   zielone   oczy   nadal   lśniły 
dziwnym blaskiem. Rachel nie wiedziała, co o tym myśleć. Może Reid sam nie 
potrafi się rozeznać w swoich uczuciach? Pożegnała go słabym uśmiechem.

Reid   długo   stał,   patrząc   na   drzwi   wiodące   do   korytarza,   za   którymi 

zniknęła Rachel oraz Trudy. Charlotte daremnie czekała, aż szef się odezwie i 
wyda jej polecenia. Po chwili wróciła do pisania na maszynie. Znajomy odgłos 
wyrwał Reida z zamyślenia.

– Charlotte – rzucił, idąc w stronę gabinetu. – Połącz mnie z Mazellim.

background image

Rachel   poszła   do   lekarza,   który   potwierdził   wyniki   próby   ciążowej. 

Pierwszy   tydzień   sierpnia   zszedł   jej   na   rozmyślaniach.   Należało   wszystko 
przeanalizować.   W   rozmowie   z   Reidem   podkreśliła,   że   istnieje   kilka 
ewentualności. Trzeba było szybko dokonać wyboru. Czasy się zmieniły. Nie 
było   żadnego   przymusu.   Mimo   to   czuła,   że   decyzja   praktycznie   już   została 
podjęta. Rachel skończyła trzydzieści lat. Nie był to podeszły wiek, ale trudno 
udawać nastolatkę. Idealna pora na urodzenie dziecka. Gdyby wyszła za Toma, 
właśnie   teraz   myśleliby   o   powiększeniu   rodziny.   Do   małżeństwa   jednak   nie 
doszło. Od tamtej pory żaden inny kandydat do ręki Rachel nie pojawił się na 
horyzoncie.

Niespodziewanie   stanął   jej   przed   oczyma   Reid   James.   Skarciła   się   w 

duchu. Trzeba szybko o nim zapomnieć. Ten mężczyzna jej nie ufał. Rachel nie 
miała sił i ochoty, by zabiegać o względy tego gbura. Przez całe życie usiłowała 
pozyskać sobie innych ludzi. Zabiegała o ich miłość. Gdyby miała znowu czynić 
podobne starania, Reid James byłby ostatni na liście kandydatów.

Stanęły jej przed oczyma tytuły artykułów poświęconych przystojnemu 

milionerowi. Kolorowe magazyny często o nim pisały. Trudy chętnie podtykała 
je   swojej   przyjaciółce.   Wszędzie   nazywano   Reida   doskonałą   partią.   Był 
kawalerem,   do   którego   wzdychały   wszystkie   zamożne   panny   na   wydaniu. 
Rachel skrzywiła się z niesmakiem. Jak mógł pomyśleć, że chciała wyłudzić od 
niego   pieniądze!   Też   coś!   Gdyby   naprawdę   goniła   za   forsą,   sprzedałaby 
skandalizującą opowieść o swoim romansie jednemu z brukowców. Za krótki 
wywiad   dostałaby   kupę   forsy.   Na   szczęście   dla   Reida,   nie   szukała   taniej 
popularności.

Mogła polegać tylko na sobie. Trzeba uporać się z życiowym problemem. 

Reid James twierdził, że chce z nią jeszcze porozmawiać, ale Rachel podjęła 
decyzję, nie oglądając się na przystojnego uwodziciela.

Postanowiła   urodzić   i   wychować   jego   dziecko.   Inne   rozwiązania   nie 

wchodziły w grę. Zdawała sobie sprawę, że nie będzie jej łatwo. Odziedziczyła 
po   matce   niewielką   sumę,   ale   było   oczywiste,   że   pieniądze   stopnieją 
błyskawicznie, o ile nie podejmie pracy. Rachel czuła się w Nowym Jorku jak 
ryba w wodzie, ale życie w wielkim mieście było kosztowne. Nawet gdyby Reid 
zechciał jej pomóc, z trudem wiązałaby koniec z końcem.

Niechętnie   rozważała   tę   ostatnią   możliwość.   Przeczuwała,   że   gdyby 

pozwoliła   pewnemu   siebie   milionerowi   wkroczyć   w   swoje   życie,   wkrótce 
zacząłby samowolnie decydować o losach jej i dziecka. Nie chciała się grzać w 
blasku   jego   sławy.   Była   przekonana,   że   i   maleństwu   takie   rozwiązanie   nie 
wyszłoby   na   dobre.   Ceniła   własną   niezależność   i   postanowiła   jej   strzec.  W 
obecnej sytuacji najlepszym rozwiązaniem był powrót do Ohio, do rodzinnego 
domu.

background image

Rachel poczuła skurcz w żołądku na samą myśl o takiej możliwości. Jej 

ojciec   ożenił   się   powtórnie   dwa   miesiące   po   śmierci   pierwszej   żony.   Córka 
długo nie mogła mu tego wybaczyć. Z czasem doszli do porozumienia, ale nie 
było między nimi serdeczności. Decyzja o powrocie do domu okazała się dla 
Rachel bardzo trudna.

Niełatwo   uwolnić   się   od   wspomnień.   Matka   Rachel   chorowała   ciężko 

przez   dwa   lata.   Córka   pielęgnowała   ją   z   prawdziwym   oddaniem.   Związek 
państwa   Morgan   od   początku   nie   należał   do   udanych,   ale   gdy   nieszczęsna 
kobieta   podupadła   na   zdrowiu,   ujawniły   się   najgorsze   cechy   charakteru   jej 
męża. Czuł się nieswojo w domu, gdzie rytm codziennych zajęć wyznaczała 
choroba. Spędzał tam niewiele czasu. Ciężar odpowiedzialności przerzucił na 
barki córki.

Rachel   nie   czuła   się   wykorzystywana.   Bardzo   kochała   matkę, 

podtrzymywała ją na duchu w chorobie, a po śmierci wspominała z czułością. 
Niestety, dobrowolne poświęcenie kosztowało ją nie tylko dwa lata życia. Tom, 
który   początkowo   bez   sprzeciwu   godził   się   na   przesuwanie   daty   ślubu,   po 
dwóch latach stracił wreszcie cierpliwość i znalazł kobietę gotową poświęcić mu 
znacznie więcej czasu niż pochłonięta wieloma obowiązkami narzeczona.

W dzień po pogrzebie matki Rachel usłyszała od Toma, że pokochał inną 

dziewczynę, z którą postanowił się ożenić. Dla Rachel śmierć matki i niemal 
jednoczesne zerwanie zaręczyn było ciosem ponad siły, ale jakoś się pozbierała. 
Dwa miesiące później ojciec przedstawił córce swoją przyjaciółkę i oznajmił, że 
wkrótce ją poślubi. Nowa żona miała zamieszkać w ich domu – tam gdzie żyła i 
umarła matka Rachel.

Straciła cierpliwość. W dniu ślubu wygarnęła ojcu, co o nim myśli. Po 

kłótni, która wtedy nastąpiła, oboje byli wściekli i rozdygotani. Zrodziła się 
między   nimi   nienawiść.   Tak   przynajmniej   sądziła   wówczas   Rachel.   Tego 
samego   dnia   wyprowadziła   się   z   domu.   Zamieszkała   na   krótko   u   szkolnej 
koleżanki.

Nowy Jork był dla niej idealnym schronieniem. Mogła zniknąć w tłumie i 

zapomnieć o życiowych porażkach. Wkrótce na nowo odkryła w sobie wolę 
życia. Czasami miała wrażenie, że matka czuwa nad nią z daleka. Bez trudu 
znalazła pracę w niewielkiej filii znanego domu mody. Dyplom studium dla 
projektantów okazał się dobrą rekomendacją. Jej modele i wiedza o tkaninach 
zyskały   spore   uznanie.   Znalazła   wygodne   lokum,   poznała   Trudy.   Po   raz 
pierwszy od paru lat miała wrażenie, że odzyskuje życiową równowagę.

Niespodziewanie wszystko runęło jak domek z kart. Rachel straciła pracę. 

Zarząd   firmy   podjął   decyzję   o   redukcji   zatrudnienia.   Postanowiono   zwolnić 
pracowników   o   najkrótszym   stażu;   na   pierwszy   ogień   poszła   Rachel.   Od 
czterech miesięcy daremnie szukała pracy. Musiała zarobić chociaż parę groszy, 
kelnerowała   więc   codziennie   przez   kilka   godzin   w   barze   za   rogiem. 

background image

Odziedziczonych po matce pieniędzy szybko ubywało.

Niechętnie myślała o powrocie do domu, ale doszła do wniosku, że to 

najlepsze   rozwiązanie,   skoro   postanowiła   urodzić   dziecko.   Podjęła   decyzję. 
Wiele spraw budziło w niej obawy i wątpliwości, ale uparła się, że przy tym 
postanowieniu wytrwa niezłomnie.

Nareszcie dokonała wyboru.
Zaterkotał dzwonek u drzwi. Zwlekła się z łóżka. Trudy obiecała wpaść 

do niej po pracy i przynieść  coś  do jedzenia. Rachel nie miała apetytu, ale 
zdawała   sobie   sprawę,   że   jeśli   niczego   nie   zje,   Trudy   zrobi   jej   wykład   o 
zgubnych   skutkach   głodówki.   Z   dwojga   złego   wolała   potulnie   zjeść 
przyniesione smakołyki.

Nacisnęła guzik domofonu. Czekając na Trudy, szybko nakryła do stołu. 

Wkrótce rozległo się energiczne pukanie. Rachel otworzyła drzwi. Na progu 
stała przyjaciółka dźwigająca wielką torbę.

–   Kupiłaś   wszystko,   co   było   w   restauracji?   –   spytała   Rachel   z 

pobłażliwym uśmiechem.

– Nie mędrkuj, kochanie. Znam cię jak zły szeląg i wiem, że niczego 

sobie nie ugotujesz, więc zrobiłam większe zakupy. Zostanie ci trochę na jutro.

– Jesteś niemożliwa – odparła Rachel.
– Dlatego tak mnie lubisz. – Trudy postawiła torbę na stoliku i poklepała 

przyjaciółkę po ramieniu. Gdy usiadły do kolacji, dodała z chytrą miną: – Nieźle 
się dogadujemy, prawda?

– Rozumiemy się w pół słowa – przyznała Rachel, dziobiąc widelcem ryż 

smażony z chińskimi przyprawami.

–  Przyszło  mi  do  głowy  –  zaczęła  ostrożnie Trudy  –  że  mogłybyśmy 

razem zamieszkać.

– We dwie?
– Tak.
– O co ci chodzi? – zapytała podejrzliwie Rachel.
– O ciebie. O mnie. Powinnaś się przenieść do mego mieszkania.
– Och, Trudy...
– Wszystko można jakoś zorganizować. Damy sobie radę. Późno wracam 

z pracy. Mogłabyś pomagać mi w sprzątaniu...

– To bez sensu. Twoje mieszkanie jest za małe. Ledwie starcza w nim 

miejsca dla ciebie.

– Nieprawda. Mam sporą wnękę. Można tam ustawić kołyskę. Łóżko dla 

ciebie umieścimy w pokoju.

– A Jake?
– Dlaczego pytasz?
–   Najwyraźniej   macie   się   ku   sobie.   Co   ukochany   powie   na   dziką 

lokatorkę w twoim uroczym mieszkanku? – zapytała Rachel, kiwając głową. – 

background image

Troje w jednej sypialni to za dużo, kochanie. Kiedy przyjdzie na świat dziecko, 
będzie nas czworo.

–   Nie   widzę   problemu.   W   gromadzie   zawsze   weselej.   Nie   marudź. 

Zobaczysz, będzie wspaniale.

–   Nie.   –   Rachel   energicznie   pokręciła   głową   i   ujęła   dłoń  Trudy.   Łzy 

stanęły jej w oczach. – Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałam. 
Dzięki za troskę, ale nie mogę przyjąć twojej propozycji. Już wiem, co zrobię.

– Zamieniam się w słuch.
Rachel splotła palce i w milczeniu patrzyła na talerz z jedzeniem. Nie 

była   w   stanie   wykrztusić   słowa.   Wydawało   jej   się,   że   gdy   oznajmi   swoją 
decyzję, nie będzie już miała odwrotu.

– I cóż? – mruknęła zniecierpliwiona Trudy. Rachel podniosła wzrok i 

napotkała zatroskane spojrzenie przyjaciółki.

– Postanowiłam wrócić do domu.
– To niemożliwe! Będziesz się tam czuła zupełnie obco.
– Zarezerwowałam bilet na samolot.
– Dzwoniłaś do ojca?
– Nie. Zrobię to jutro. – Rachel popatrzyła na zirytowaną Trudy. – Nie 

mam innego wyjścia.

– Wręcz przeciwnie.
– Czyżby? Jaką widzisz ewentualność?
– Jedna istnieje na pewno. Reid.
– Nie. – Rachel zdecydowanie pokręciła głową.
– Dlaczego? Ten facet jest nieprzyzwoicie bogaty. Może ci pomóc znaleźć 

pracę, urządzić się...

–   Nie.   To   wykluczone.   Nie   przyjmę   od   niego   pieniędzy.   Teraz   nie 

potrafię. Może kiedy dziecko dorośnie... Powinno studiować.

– Dlaczego tak się upierasz? Wytłumacz mi, na litość boską!
Rachel nie była w stanie dokończyć kolacji. Wyrzuciła resztki jedzenia do 

kosza na śmieci.

– Czułabym się fatalnie, gdyby Reid utrzymywał mnie i dziecko. Nie chcę 

mieć wobec niego długu wdzięczności. Pomyśl o dziennikarzach. Wyobrażasz 
sobie, co by pisali, gdyby prawda wyszła na jaw? Ulubieniec nowojorskich dam 
i dziewczyna z prowincji! Już widzę te tytuły.

– Jakoś to zniesiesz!
– Nie chcę tego znosić! Pragnę urodzić dziecko w spokoju. Dziennikarze 

nie będą mnie nazywali kolejną ofiarą uwodzicielskiego Reida Jamesa! Obejdę 
się bez jego pomocy. Nie musi mi niczego proponować. – Umilkła na chwilę. – 
Pamiętaj, że w ogóle o tym nie wspomniał.

– Racja – przyznała Trudy. – Jestem pewna, że gdybyś go...
– Mam go prosić, tak? Czy wyobrażasz sobie, co bym czuła?

background image

– Dlaczego jesteś taka uparta? – Trudy podeszła i przytuliła Rachel. – 

Reid wiele może dla ciebie zrobić.

– Jego starania przyniosły dość niespodziewany efekt, prawda?
–   Jesteś   niesprawiedliwa   –   odparła   Trudy.   –   To   wspaniały   człowiek. 

Przyznaję, że wygląda na odludka. Miał trudne dzieciństwo.

– Gdzie się wychował?
Niespodziewanie zadzwonił telefon. Rachel podniosła słuchawkę.
– Proszę?
– Rachel? Jak się czujesz?
To był Reid. Rachel usiadła na brzegu łóżka i bezgłośnie oznajmiła Trudy, 

kto dzwoni.

– Dzięki, doskonale.
– Chyba nie masz nic przeciwko temu, że dzwonię. Trudy dała mi numer 

twojego telefonu.

– Nie. Miło, że o mnie pamiętasz.
– Właśnie o tobie plotkowałyśmy – zawołała Trudy. Rachel pogroziła jej 

palcem.

– Czego sobie życzysz? – zapytała Reida.
– Chciałbym się z tobą zobaczyć... Musimy porozmawiać.
Rachel przymknęła oczy i zagryzła wargę.
– Podjęłam decyzję.
– Jaką?
– Urodzę dziecko.
Reid James odetchnął z ulgą. Czyżby mimo wszystko obchodziła go ta 

sprawa?

– Cieszę się.
– Naprawdę? – odparła z niedowierzaniem.
– Tak. Czy możemy się spotkać?
– Po co?
– Musimy wszystko omówić i zaplanować.
– Nie będziemy robić żadnych planów. Postanowiłam wrócić do domu.
– Słucham?
– Jadę do Ohio.
– Czy to ostateczna decyzja?
– Tak. Wszystko już załatwiłam – skłamała.
Reid długo milczał. Rachel nieomal czuła jego oburzenie i złość. Serce 

biło jej w piersi coraz mocniej.

– Rozumiem – powiedział w końcu. – W takim razie to jest...
– Pożegnanie – dokończyła za niego.
Nie   sądziła,   że   tyle   ją   będzie   kosztowało   wypowiedzenie   tego   słowa. 

Ledwie   znała   Reida   Jamesa.   Ten   człowiek   był   jej   niemal   obcy.   Gdyby   nie 

background image

osobliwy splot okoliczności, po tamtej nocy nie spotkaliby się więcej. Reid był 
dla Rachel mężczyzną ze snu. Niespodziewanie wyszło na jaw, że to człowiek z 
krwi i kości. Spotkanie w biurze wytrąciło Rachel z równowagi.

Czuły kochanek ze snu istniał na jawie. Co więcej, łączyło ich niezwykłe, 

rzeczywiste,   a   zarazem   tajemnicze   przeżycie.   W   sercu   Rachel   kiełkowały 
uczucia, których nie umiała nazwać.

– Muszę już kończyć – powiedziała zdławionym głosem.
– Trudno – odparł łagodnie. Nie była w stanie przerwać rozmowy. Reid 

zapytał: – Rachel? Jesteś tam?

– Tak – wykrztusiła.
– Dasz mi znać, kiedy dziecko...
– Tak. Oczywiście. Do widzenia, Reid. Zdecydowanym ruchem odłożyła 

słuchawkę, ale jeszcze długo zaciskała na niej dłoń.

– Stało się – mruknęła z irytacją zawiedziona Trudy.
– Tak – westchnęła Rachel. – Wszystko skończone.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Nie   wolno   się   poddawać.   Tak   sądził   Reid.   Czas   pokaże,   jak   to   się 

skończy.

Rachel Morgan bardzo się myli, uważając, że wolno jej pojawić się w 

jego życiu, przynieść nowiny, które poraziły go jak grom z jasnego nieba, a 
potem   odprawić   ojca   swego   dziecka   niecierpliwym   gestem   kapryśnej 
primadonny.

Wykluczone! Taka sytuacja jest nie do przyjęcia – zwłaszcza teraz, gdy 

okazało się, że Rachel pragnie urodzić dziecko.

Reid   cieszył   się...   To   za   mało   powiedziane:   był   uszczęśliwiony,   gdy 

usłyszał, jaką podjęła decyzję. Zdał sobie sprawę, że z niepokojem czekał na tę 
wiadomość. Nie miał pojęcia, co by zrobił, gdyby Rachel postanowiła inaczej. 
Jednego   był   pewny:   za   wszelką   cenę   próbowałby   ją   przekonać   do 
macierzyństwa.

Nie chciał stracić Rachel. Tylko od niej zależało, jaką rolę zechce odegrać 

w   jego   życiu.   Najpierw   musiał   ją   przekonać,   że   jako   mężczyzna   wart   jest 
zainteresowania.   Powinien   starannie   zaplanować   kolejne   posunięcia.   Był 
doskonałym   strategiem.   Przez   całe   życie   wyznaczał   sobie   ambitne   cele   i 
nieustępliwie dążył do ich realizacji, chociaż niekiedy sukces graniczył z cudem. 
Był przekonany, że i tym razem dopnie swego.

Postanowił   zaopiekować   się   Rachel.   Wynajmie   jej   mieszkanie   w 

porządnej   dzielnicy   –   blisko   parku,   by   w   pogodne   dni   mogli   chodzić   z 
dzieckiem na spacer. Zatrudni do pomocy młodej mamie doświadczoną nianię... 
albo lepiej dyplomowaną pielęgniarkę, która będzie się zajmować jego synem... 
albo córeczką. To bez znaczenia. Najważniejsze, że będzie miał dziecko.

Nie   uważał   się   za   człowieka   przesądnego   lub   religijnego,   mimo   to 

przypuszczał, że spotkanie sprzed kilku tygodni było im obojgu pisane. Bóg czy 
los,   gwiazdy   lub   jakaś   potężna   siła   zdecydowały,   że   ich   drogi   się   spotkały. 
Przeczucie mówiło Reidowi, że ta dziwna znajomość ma głęboki, choć ukryty 
sens.

Jednego był pewny: Rachel nie wyjedzie do Ohio. Trzeba znaleźć sposób, 

by ją zatrzymać w Nowym Jorku. Skoncentrował się na argumentach, jakich 
powinien użyć. Krzykiem i groźbami niczego nie wskóra. Rachel była na to zbyt 
niezależna. Trzeba się odwołać do jej rozsądku oraz niezawodnej logiki.

Nie   zaszkodzi   też   zaapelować   do   uczuć.   Dziwne   wzruszenie   ogarnęło 

Reida, gdy przypomniał sobie, jak łagodna i pełna ciepła potrafi być Rachel. 
Twierdziła, że nie pamięta niezwykłych chwil spędzonych we dwoje. Reid nie 
zapomniał   ani   sekundy.   W   zamyśleniu   dotknął   wskazującym   palcem   dolnej 
wargi, zastanawiając się nad kolejnym posunięciem. Z roztargnieniem rozglądał 

background image

się po gabinecie. Nagle zadzwonił jeden z telefonów stojących na biurku. Była 
to prywatna linia Reida. Numer znało tylko kilka osób.

– Słucham – mruknął Reid, podnosząc słuchawkę.
– Tu Mazelli. Mam dla pana pewne informacje.
– Szybko się pan uwinął.
–   Znałem   nazwisko   dziewczyny.   To   bardzo   ułatwia   śledztwo,   panie 

James. Od razu powiem, że Rachel Morgan nie jest wcale tajemniczą postacią.

Reid z powątpiewaniem kręcił głową.
– Słucham. Czego pan się dowiedział?
– Rachel ma trzydzieści lat. Pochodzi z małego miasteczka. Jej życiorys 

nie zawiera żadnych rewelacji. W szkole była prymuską, co niedziela chodzi do 
kościoła... Rozumie pan, co mam na myśli. Jej matka zmarła przed dwoma laty. 
Długo przedtem chorowała. Rachel pielęgnowała ją z prawdziwym oddaniem. 
Ojciec powtórnie się ożenił...

– Kiedy?
– Dwa miesiące po śmierci pani Morgan.
– Ciekawe.
– Owszem. Przyjemniaczek, co?
– Zna pan więcej faktów z jej życia?
– Była zaręczona z Tomem Walcottem. To agent ubezpieczeniowy z jej 

miasteczka. Facet zerwał zaręczyny i ożenił się z inną. Ma już dzieciaka. – 
Mazelli umilkł na chwilę. – Przyjrzałem się datom i doszedłem do wniosku, że 
rozstał się z Rachel mniej więcej w tym samym czasie, gdy zmarła jej matka.

– Jeszcze jeden miły facet. – Reid miał coraz wyraźniejszy obraz sytuacji. 

Mazelli   opowiedział   krótko,   czym   Rachel   zajmowała   się   w   Nowym   Jorku. 
Przedstawił również jej obecną sytuację. Reid milczał.

– Wygląda na to, że panna Morgan nie ma łatwego życia.
– Słuszna uwaga. Coś jeszcze?
– To już wszystko. Aha, mam jej adres, numer telefonu, wyciąg z konta 

bankowego...

– Proszę mi podać adres Rachel.
Mazelli podyktował Reidowi nazwę ulicy, numer domu i mieszkania.
– Byłbym zapomniał o ważnym szczególe. Panna Morgan zarezerwowała 

bilet w jedną stronę na samolot do Ohio.

– Kiedy zamierza lecieć?
– W ostatni piątek sierpnia.
– Dzięki. Dobra robota, Mazelli.
– Zawsze do usług, szefie.
– Na pewno chętnie znów z nich skorzystam. Pogrążony w zadumie Reid 

spoglądał na biały arkusz papieru, na którym zanotował adres Rachel. Wyrwał 
kartkę z notesu, złożył ją starannie i wsunął do kieszonki białej koszuli. Sięgnął 

background image

po marynarkę wiszącą na oparciu fotela, odruchowo poprawił krawat i mankiety, 
a potem ruszył ku drzwiom gabinetu.

Rachel postanowiła wyjechać pod koniec miesiąca. Reid miał niewiele 

czasu,   ale   się   tym   nie   przejmował.   Przywykł   do   rozmaitych   przeciwności. 
Konieczność ich przezwyciężania dodawała mu zapału i energii.

Charlotte wyszła już z biura. Reid zostawił jej kartkę z informacją, że 

następnego dnia nie pojawi się w pracy. Zapowiedział, że nieobecność może 
potrwać   trochę   dłużej.   Poczuł   szaloną   radość,   gdy   zrozumiał,   że   znalazł   to, 
czego   daremnie   szukał   od   dawna.   Miał   wreszcie   życiowy   cel,   który 
usprawiedliwiał   nieobecność   w   biurze.   Czekało   go   wyzwanie   nadające   sens 
wszelkim poczynaniom.

Miał powód, by dalej żyć.
Było nim dziecko...
I Rachel.

Rzeczy Rachel zostały już spakowane. Dziewczyna spojrzała ponuro na 

kartonowe pudełka zawierające skromny dobytek. Robiło jej się coraz smutniej. 
Po   przyjeździe   do   Nowego   Jorku   szybko   zrozumiała,   że   wynajęcie 
umeblowanego mieszkanka będzie znacznie tańsze niż kupowanie potrzebnych 
sprzętów.  Wiadomo,  że   prowizorka   trwa  najdłużej! W  ciasnej   klitce  zamiast 
kilku tygodni spędziła całe dwa lata. Nie chciała zagracić mieszkania i dlatego 
niewiele rzeczy kupowała.

Usiadła   wśród   pudeł,   czekając   na   pracowników   firmy   zajmującej   się 

przeprowadzkami. Ostatni wieczór w Nowym Jorku zamierzała spędzić z Trudy, 
ale w ostatniej chwili zdecydowała się wyjechać trochę wcześniej. W ten sposób 
będzie   miała   dość   czasu,   by   zaraz   po   przyjeździe   rozmówić   się   z   ojcem. 
Rankiem zadzwoniła do Trudy. Rozmawiały długo i serdecznie. Obie miały łzy 
w oczach.

Gdy   pomyślała   o   powrocie   do   rodzinnego   domu,   niespodziewanie 

odkryła, że nie łączy już tego miejsca z matką lub własnym dzieciństwem i 
młodością. To był teraz dom ojca... i jego drugiej żony, Sally.

Zabrakło   jej   odwagi,   by   zadzwonić   do   nich   i  zwierzyć   się   ze   swoich 

kłopotów.

Otrząsnęła się z zadumy i przygryzła wargę. Podjęłam właściwą decyzję, 

powtarzała sobie w duchu raz po raz.

Rozległ się dzwonek domofonu. Rachel z westchnieniem ulgi nacisnęła 

guzik otwierający drzwi wejściowe. To na pewno fachowcy od przeprowadzek. 
Rozejrzała się po niewielkim mieszkaniu w kształcie litery L, by sprawdzić, czy 
wszystko zostało spakowane. Zaglądała do kartonowych pudełek, gdy rozległo 
się pukanie do drzwi.

– Proszę wejść. Wszystko jest przygotowane.

background image

– Rachel?
Odwróciła się, słysząc znajomy głos. Ujrzała Reida. Miał na sobie dżinsy 

i niebieską sportową koszulę. Stał na progu z ręką na klamce.

– Reid! Skąd się tu wziąłeś?
– Mogę wejść?
– Oczywiście. – Rachel wstała i odgarnęła do tyłu spadające na twarz 

włosy. Była zakłopotana. Wskazała ręką pakunki i powiedziała niepewnie: – Jak 
widzisz, jestem w trakcie przeprowadzki.

– Tak sądziłem. – Reid zamknął drzwi i ruszył w głąb pokoju. – A więc 

przychodzę w samą porę.

– Co przez to rozumiesz?
– Zamierzam cię przekonać, żebyś nie wyjeżdżała.
Gdy Trudy zadzwoniła do szefa z wiadomością, że Rachel postanowiła 

wyjechać   nieco   wcześniej,   Reid   ubrał   się   pospiesznie   i   kazał   natychmiast 
wyprowadzić auto z garażu. Rozsądek podpowiadał mu, że gdyby się rozminęli, 
może pojechać za Rachel do Ohio. Z drugiej strony jednak sądził, że ma lepsze 
widoki   na   osiągnięcie   upragnionego   celu,   póki   Rachel   Morgan   pozostaje   w 
Nowym Jorku. Gdy powróci do rodzinnego domu, trudno ją będzie stamtąd 
wyciągnąć.

Reid nie wątpił, że prędzej czy później dopnie swego.
– Obawiam się, że przyjechałeś za późno – odparła z uśmiechem Rachel. 

Popatrzyła na zegarek. – Mój samolot startuje za dwie godziny.

– Mógłby odlecieć bez ciebie.
– Wykluczone.
– Czy zechcesz przynajmniej wysłuchać, co mam do powiedzenia, nim 

się pożegnamy?

– Nie dręcz mnie, Reid. – Rachel przymknęła oczy. – Wszystko, co mi 

leżało na sercu, usłyszałeś już przez telefon. Nie jest mi łatwo. Wolałabym, 
żebyś   nie   utrudniał   mi   życia,   robiąc   w   ostatniej   chwili   niepotrzebne 
zamieszanie.

– Nie cieszysz się z powrotu do domu. Może to powinno być dla ciebie 

wskazówką.

– Jaki z tego wniosek?
– Twój wyjazd to nieporozumienie.
– Nie mam innego wyjścia – odparła smutno Rachel.
–   Nieprawda.   Jest   kilka   innych   możliwości.   Wolisz   ignorować   ludzi 

gotowych ci pomóc.

– Mówisz o sobie?
– Tak.
– Nie zgadzam się.
– Dlaczego?

background image

– Nie chcę twoich pieniędzy. Ani ja, ani dziecko nie jesteśmy na sprzedaż.
– Taka myśl nie postała mi w głowie! Spróbuj popatrzeć na to z innej 

perspektywy. Proponuję ci pomoc, a nie forsę. Nie będziesz musiała wracać do 
ojca z lękiem i niepewnością.

– Skąd możesz wiedzieć, co odczuwam, myśląc o powrocie do Ohio?
– Nie wiem na pewno. To jedynie domysły.
– Sprawdziłeś mnie, co? – mruknęła zaczepnie.
– Owszem. Przez kilka ostatnich lat nie było ci łatwo. Rachel poczuła łzy 

pod powiekami. Coś ścisnęło ją za gardło. Z trudem odzyskała panowanie nad 
sobą.   Popatrzyła   Reidowi   prosto   w   oczy   –   zielone,   czujne,   spokojne, 
beznamiętne. Dlaczego tak ją dręczył?

– Czemu się nade mną znęcasz? – zapytała drżącym głosem.
– Chcę tylko, żebyś tu została.
– Zależy ci na dziecku, prawda?
– Przecież to na jedno wychodzi.
– Ja tak nie uważam.
Reid zacisnął usta i popatrzył Rachel prosto w oczy. Nagle rozległ się 

dzwonek. Dziewczyna stała jak zahipnotyzowana. Poraziła ją wewnętrzna siła 
patrzącego na nią mężczyzny. Dzwonek zabrzmiał ponownie.

– Muszę otworzyć. – Rachel ominęła Reida zagradzającego jej drogę. 

Nacisnęła guzik domofonu. – To fachowcy od przeprowadzek.

– Odeślij ich.
– Nie mogę...
– Owszem, możesz.
– Nie. – Rachel energicznie pokręciła głową. Reid podszedł i chwycił ją 

za ramiona.

– Porozmawiaj ze mną. Wysłuchaj przynajmniej moich argumentów.
– Samolot...
– Wiem. Mój samochód czeka na dole. Pojedziemy razem na lotnisko. 

Jeśli nie zdołam cię przekonać, wrócę tu i dopilnuję, żeby twoje rzeczy dotarły 
bezpiecznie do Ohio. Zgoda?

– Dlaczego właściwie...
– Czas ucieka, Rachel, mam tylko dwie godziny, żeby cię przekonać do 

pozostania w Nowym Jorku. Nie odbieraj mi tej szansy, dobrze?

Nim zdążyła odpowiedzieć, dobiegł ich zza drzwi niski stłumiony głos.
– Jesteśmy z firmy transportowej.
Reid   popatrzył   Rachel   w   oczy.   Nie   zaprotestowała,   gdy   odsunął   ją 

delikatnie i otworzył drzwi. Uznał, że milczenie oznacza zgodę.

–   Już   panów   nie   potrzebujemy   –   powiedział   krótko   do   stojącego   w 

korytarzu robotnika.

– Jak to? Mam zlecenie. Tu jest napisane...

background image

– Wszystko się zgadza. Panna Morgan zmieniła zdanie. – Reid sięgnął do 

kieszeni i wyciągnął portfel. Wręczył mężczyźnie banknot o wysokim nominale. 
– To za fatygę.

– Klient nasz pan – stwierdził mężczyzna, zerkając na banknot, a potem 

na Reida. Odwrócił się i ruszył w stronę windy, mamrocząc coś pod nosem.

Reid zamknął drzwi i stanął twarzą w twarz z Rachel.
– Postawiłeś na swoim – stwierdziła dziewczyna. – Moje rzeczy miały 

dotrzeć do Ohio za tydzień. Ciekawe, jak długo przyjdzie mi teraz na nie czekać.

– Obiecuję, że w ciągu tygodnia je odzyskasz, choćbym miał wynająć 

ciężarówkę i przywieźć je osobiście.

–   Muszę   jechać   na   lotnisko   –   oznajmiła   Rachel.   Czuła   się   dziwnie 

skrępowana, przebywając z Reidem sam na sam w niewielkim pokoju.

– Pojedziemy moim samochodem – stwierdził zdecydowanie Reid, biorąc 

dwie walizki.

Rachel skinęła głową. Gdy wyszli z mieszkania, zamknęła drzwi na klucz 

i chciała go schować do kieszeni, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Podała 
Reidowi pęk kluczy. – Weź je. Obiecałeś dopilnować transportu moich rzeczy.

–   Zgoda,   ale   nie   przesądzaj   sprawy.   Przypuszczam,   że   te   rzeczy   tu 

pozostaną.

–   Jesteś   pewny,   że   postawisz   na   swoim?   –   zapytała   z   wymuszonym 

uśmiechem Rachel, gdy czekali na windę.

– Zwykle tak się dzieje.
– Tym razem będzie inaczej – odparła zdecydowanie. Reid pochylił się 

nad   nią.   Jego   twarz   była   tak   blisko,   że   Rachel   mogła   policzyć   drobne 
zmarszczki w kącikach cudownych, zielonych oczu.

– Nie bądź naiwna, Rachel. Właśnie tym razem muszę dopiąć swego.
Gdy znaleźli się na dole, Reid poprowadził Rachel do czekającej przed 

domem limuzyny. Był spory ruch, ale szofer Reida był doskonałym kierowcą i 
szybko przejechał przez zatłoczone śródmieście. Wkrótce znaleźli się w tunelu 
wiodącym   prosto   na   lotnisko.   Rachel   obserwowała   ukradkiem   milczącego 
Reida.   Od   kwadransa   siedzieli   ramię   przy   ramieniu,   a   tymczasem   on   nie 
wypowiedział ani słowa.

Jaki to człowiek?
Z tego, co wiedziała, jasno wynikało, że Reid James ma wszystko, o czym 

marzy większość ludzi. Był przystojny, bogaty, inteligentny. Początkowo nie 
było mu łatwo, ale z czasem zyskał powszechne uznanie. Gazety rozpisywały 
się o jego rzekomych romansach, ale nic nie wskazywało, na to, żeby bohater 
sensacyjnych artykułów traktował owe znajomości poważnie.

Rachel   odwróciła   głowę   i   patrzyła   na   przejeżdżające   samochody.   Nie 

powinna mu w ogóle wspominać o dziecku. Początkowo sądziła, że ojciec ma 
prawo   wiedzieć   o   narodzinach   potomka,   ale   nie   przypuszczała   wówczas,   że 

background image

Reid zacznie ingerować w jej życie.

Uchodził za mężczyznę chłodnego i opanowanego, który nie angażuje się 

uczuciowo. Trudy przypisywała te cechy dzieciństwu spędzonemu w sierocińcu 
i   zapewne   miała   rację.   Reid   wyrósł   na   samotnika,   który   nie   lubił   zdradzać 
prawdziwych uczuć. Wolał realizować kolejne życiowe cele i wspinać się po 
szczeblach kariery. Bardziej interesowała go sama walka niż zwycięstwo.

Czy dlatego tak uporczywie zabiegał o jej względy?
Nie   mogła   pozwolić,   by   traktował   ją   niczym   łowieckie   trofeum. 

Przeczuwała, że gdyby przejął kontrolę nad jej życiem, byłaby zgubiona. Reid 
miał tajemniczy urok, któremu z wolna ulegała. Ilekroć znalazł się w pobliżu, 
szybko traciła rozsądek i poddawała się owemu czarowi. Postępowała inaczej 
niż   zwykle,   jakby   nie   była   sobą.   Reid   potrafił   jej   zamącić   w   głowie;   był 
ogromnie przekonujący. Zapewne dlatego poszła za nim jak zahipnotyzowana w 
czasie pamiętnego bankietu. Alkohol i lekarstwa silnie na nią podziałały, ale 
znacznie   większy   wpływ   miał   na   jej   zachowanie   jasnowłosy   mężczyzna   o 
zielonych oczach.

Była wobec niego bezbronna. Mógł ją boleśnie zranić. Postanowiła w 

duchu, że mu na to nie pozwoli. Dosyć się w życiu nacierpiała. Dawno temu 
postanowiła,   że   zbuduje   wokół   siebie   mur   i   nie   pozwoli,   by   ktokolwiek   ją 
skrzywdził. Nie podda się uczuciom i zwalczy przywiązanie do tego człowieka. 
Nie   miała   innego   wyjścia.   Gdyby   pozwoliła   uczuciom   rozkwitnąć,   a   potem 
została   porzucona   lub   odepchnięta,   przeżyłaby   tragedię,   jakiej   nie   można 
porównać   z   poprzednimi   nieszczęściami.   Nie   mogła   sobie   na   to   pozwolić. 
Musiała przecież wychować dziecko.

– Jak sądzisz, dlaczego się w ogóle spotkaliśmy? – zapytał nagle Reid, 

jakby umiał czytać w myślach.

– Nie wiem. Tamtej nocy oboje popełniliśmy błąd...
–   Nie   mów   tak.   Rozmaicie   można   oceniać   tamto   spotkanie,   ale   z 

pewnością nie była to życiowa omyłka.

– Zgoda. Jak ty byś je opisał?
– Długo o tym myślałem. Za każdym razem dochodzę do tych samych 

wniosków.

– A mianowicie?
– Takie było nasze przeznaczenie – oznajmił, patrząc jej prosto w oczy.
– Mówisz o dziecku?
– Owszem, ale nie tylko. Chodzi również o ciebie i o mnie.
– Naprawdę tak sądzisz? Mnie to nie przekonuje.
– Dlaczego? Podaj mi choć jeden powód?
– Czy ja wiem? – Rachel wzruszyła ramionami. – Tak bywa. Nie mnie 

pierwszej zdarzyła się nieprzewidziana ciąża. Przypadek...

– Nie. – Reid ujął ją za rękę. – To nie był przypadek, Rachel. Użyłem 

background image

prezerwatywy.

– Naprawdę? – wypytywała z niedowierzaniem.
– Tak.
–   Wcale   się   nie   dziwię,   że   początkowo   potraktowałeś   mnie   bardzo 

nieufnie. – Dotknięcie silnej męskiej ręki było czułe i przyjemne. Rachel cofnęła 
dłoń.

– To prawda, ale szybko zmieniłem zdanie.
–   Dlaczego?   Czyżby   przekonał   cię   raport   prywatnego   detektywa? 

Zapewne przekonałeś się, że prowadzę nudne, monotonne życie.

– Nie – odparł z uśmiechem Reid. – Zmieniłem zdanie dużo wcześniej. 

Powiedzmy, że przekonanie o twojej prawdomówności zrodziło się... tutaj. – 
Mężczyzna położył rękę na sercu.

– I to wystarczyło?
– Gdybyś mnie lepiej znała, wiedziałabyś, że ten argument jest dla mnie 

najważniejszy. Zawsze tak było.

– Właściwie nic o tobie nie wiem.
– Dowiedziałaś się wszystkiego, co ma znaczenie. – Zielone oczy Reida 

lśniły niczym szmaragdy.

Jego krótkie i zagadkowe odpowiedzi coraz bardziej intrygowały Rachel. 

Reid bardzo umiejętnie starał się ją przekonać, by zapomniała o uprzedzeniach.

– Co masz na myśli?
–   Wiesz   doskonale,   że   pragnę   opiekować   się   tobą   i   dzieckiem.   Chcę 

dzielić z wami życie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by tak się stało.

– Nawet jeśli będę temu przeciwna?
– Dobre pytanie. Czy zastanawiałaś się, czego naprawdę chcesz, Rachel?
– Owszem. Pragnę spokojnie wychować dziecko.
– W rodzinnym domu, gdzie mieszka twój ojciec ze swoją nową żoną?
– Masz rację. Gdyby to ode mnie zależało, wolałabym inny wariant, ale 

nie mam wyboru.

– Możesz przyjąć moją propozycję.
– To wyjście jest korzystne wyłącznie dla ciebie.
– Raczej dla nas obojga, a przede wszystkim dla dziecka. Dwoje rodziców 

radzi sobie z wychowaniem malucha znacznie lepiej niż samotna matka.

–   Żyjemy   w   latach   dziewięćdziesiątych.   Wiele   kobiet   samodzielnie 

wychowuje dzieci.

– To wcale nie znaczy, że tak być powinno.
–   Do   czego   zmierzasz?   –   powiedziała   Rachel,   rzucając   mu   badawcze 

spojrzenie. – Chcesz mi wynająć mieszkanie? Zatrudnisz niańkę do dziecka?

– Początkowo taki miałem zamiar, ale przemyślałem sprawę.
– I cóż?
–   Mam   niewielki   dom   w   Connecticut.   Nigdy   tam   nie   mieszkałem. 

background image

Właściwie zapomniałem o tym domu. Na szczęście Charlotte odświeżyła mi 
pamięć. – Reid popatrzył Rachel w oczy. – Czy wiesz, że Charlotte jest tobą 
zachwycona?

– To bardzo miła osoba.
– Owszem. Do tego ma głowę na karku. Gdy wspomniała przypadkiem o 

domu   w   Connecticut,   pomyślałem,   że   dziecko   miałoby   tam   znacznie   lepsze 
warunki   niż   w   apartamencie   na   Manhattanie.   Tobie   również   by   się   tam 
podobało.

Limuzyna stanęła przed budynkiem portu lotniczego. Szofer wysiadł, by 

otworzyć drzwi. Rachel zamierzała wysiąść, ale Reid chwycił ją za rękę.

– Co ty na to?
– Bardzo interesująca oferta, ale nie mogę jej przyjąć.
– Dlaczego?
Rachel nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie mogła wyznać mu prawdy. 

Rzecz w tym, że bała się mężczyzny, który budził w niej tyle ciepłych uczuć i 
miał nad nią ogromną władzę. Najbardziej obawiała się, że wystarczy odrobina 
serdeczności z strony Reida, by pokochała go na śmierć i życie.

– Nie przyjmuję jałmużny – odparła, unosząc dumnie głowę. Wysiadła z 

auta i ruszyła w stronę budynku portu lotniczego. Reid pospieszył za nią.

–   Wolisz   cierpieć   w   milczeniu   niż   przyjąć   moją   pomoc   –   odparł, 

spoglądając na nią ponuro.

– Mam swoją dumę. Wolę zamieszkać z ojcem.
– I jego drugą żoną – dodał uszczypliwie Reid. Rachel skinęła głową, 

rzucając mu nieprzyjazne spojrzenie. Podała bilet pracownikowi linii lotniczych, 
który umieścił na walizkach nalepki z adresem.

Reid   niecierpliwym   gestem   odgarnął   włosy   z   czoła.   Rachel   była 

najbardziej upartą dziewczyną, z jaką kiedykolwiek miał do czynienia. Czyżby 
nie posiadała za grosz rozsądku? Dlaczego nie może zrozumieć, że jego plan 
jest korzystny dla nich obojga i dla dziecka? Czemu chce wrócić do rodzinnego 
domu, gdzie trudno jej będzie wytrzymać? Reid doszedł do wniosku, że nie 
powinien rezygnować. Postanowił walczyć do upadłego.

Rachel załatwiła już wszystkie formalności. Wyciągnęła do Reida rękę, 

chcąc się pożegnać.

–   Do   zobaczenia,   Reid.   Dziękuję   za   podwiezienie   i   za   propozycję 

pomocy. Muszę już iść.

– Poczekaj, jeszcze nie skończyłem. – Reid przytrzymał jej dłoń.
– Nic nowego już od ciebie nie usłyszę – odparła zdecydowanie i ruszyła 

w stronę rękawa prowadzącego bezpośrednio do samolotu.

Reid nie umiał przegrywać.
Ruszył   za   upartą   dziewczyną   i   chwycił   ją   za   ramię.   Zniecierpliwiona 

Rachel westchnęła.

background image

– Reid...
– Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie umiałem cię przekonać, ale postaraj 

się myśleć rozsądnie. Zapewniam, że mój dom jest dość obszerny, byśmy tam 
mogli zamieszkać we troje. Pragnę być przy tobie i dziecku, obserwować jego 
rozwój. Nie chcę być tatusiem, który wysyła czeki i od czasu do czasu zabiera 
malucha na lody.

– Co ty pleciesz? Chcesz zamieszkać ze mną i dzieckiem?
– W pewnym sensie.
– Jak to?
– Wszystko zależy od ciebie.
– Mam być twoją utrzymanką?
–   Źle   mnie   zrozumiałaś,   Rachel.   Nie   chciałbym   zostać   ojcem   na 

przychodne.   Moim   zdaniem   wszyscy   troje   powinniśmy   żyć   pod   jednym 
dachem. Jest na to sposób.

– Jaki?
– Chcę, żebyś za mnie wyszła.
Rachel osłupiała. Przez chwilę nie była w stanie wykrztusić ani słowa.
– Chyba oszalałeś – stwierdziła kategorycznie. Potrząsnęła głową, jakby 

próbowała wrócić do rzeczywistości. Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.

– Nie – dobiegł ją z tyłu głos Reida. Zignorowała go.
– Słyszałaś? Powiedziałem, że jestem przy zdrowych zmysłach. Wiem, co 

robię.

– Czyżby? – mruknęła, spoglądając na Reida przez ramię.
– Oczywiście.
–   W   takim   razie   wytłumacz,   dlaczego   chcesz   się   ze   mną   ożenić   – 

powiedziała,   zatrzymując   się   niespodziewanie.   Reid   wyciągnął   ją   z   długiej 
kolejki pasażerów oczekujących na wejście do samolotu.

– Ślub rozwiąże wszystkie nasze problemy – oznajmił stanowczo.
Rachel   okazała   wreszcie   pewne   zainteresowanie   propozycją   Reida, 

którego oczy znów rozbłysły.

– Ty postawisz na swoim. Moje kłopoty zaś nie zostaną rozwiązane.
–   Rachel,   czy   interesuje   cię   dobro   dziecka,   czy   raczej   własne 

samopoczucie?

– Ważne jest dla mnie jedno i drugie. Dużo gotowa jestem poświęcić dla 

tego maleństwa, ale nie mogę składać w ofierze ani swego życia, ani uczuć. Jeśli 
stanę się męczennicą, dziecko na pewno nie będzie szczęśliwe.

– Twoim zdaniem małżeństwo ze mną będzie koszmarem?
–   W   pewnym   sensie.   –   Rachel   wybuchnęła   nerwowym   śmiechem   i 

smutno   pokiwała   głową.   –   Nic   nas   nie   łączy.   Pochodzimy   z   odmiennych 
środowisk. Nie pasowałabym do twojego świata. Nie zamierzam się upodobnić 
do   ludzi   z   twego   otoczenia.   Sądzę,   że   zaproponowałeś   mi   ślub,   bo   tak   ci 

background image

nakazuje męska duma oraz poczucie obowiązku. Zapewniam, że dziecko wiele 
dla mnie znaczy i nie stanie się nigdy elementem przetargowym.

Pasażerowie   wsiadali   już   do   samolotu.   Obsługa   lotniska   podawała 

ostatnie komunikaty.

– Moja duma nie ma tu nic do rzeczy.
–   Reid,   proszę,   daj   mi   spokój.   Nie   wrócę   z   tobą   do   miasta.   Nie 

zamieszkamy razem. Nie będzie żadnego ślubu. Pochlebia mi twoja propozycja, 
ale zapewniam, że nic by z tego nie wyszło. Trudno nawet powiedzieć, czy łączy 
nas zwykła ludzka sympatia. Przykro mi, że się zawiodłeś w swoich rachubach, 
ale nie dość jest wyrazić życzenie, by sprawy ułożyły się po twojej myśli.

Rachel   poczuła   łzy   pod   powiekami   i   szybko   odwróciła   głowę.   Reid 

dotknął   jej   ramienia.   Pracownik   lotniska   spojrzał   z   irytacją   na   spóźnioną 
pasażerkę.

– Puść mnie – szepnęła Rachel. – Muszę już iść.
– Rachel, daj mi jeszcze jedną...
– Wybij to sobie z głowy. Przemyśl swoją propozycję... Czy poprosiłbyś, 

żebym   za   ciebie   wyszła,   gdybym   nie   była   w   ciąży?   –   Nim   Reid   zdążył 
odpowiedzieć, uniosła rękę, jakby nie chciała go już słuchać. – Namyśl się, 
zanim odpowiesz. Przyjmij do wiadomości, że tamta noc była pomyłką. Oboje 
popełniliśmy głupstwo. Musisz się z tym pogodzić.

Dłoń   Reida   opadła.   Rachel   zniknęła   w   rękawie   prowadzącym   do 

samolotu.   Reid   stał   nieruchomo,   patrząc,   jak   pracownik   lotniska   opuszcza 
barierkę. Podszedł do okna i obserwował samolot kołujący na pas startowy.

Nie pogodził się z klęską.
Cała ta gadanina o błędach nie miała sensu. Odkąd Reid sięgał pamięcią, 

wmawiano mu, że przyszedł na świat z powodu niefortunnej pomyłki. Nie dał 
się przekonać i po dziś dzień był głęboko przekonany, że każde wydarzenie ma 
głęboki sens.

Nie, Rachel, mylisz się. To nie była pomyłka. Moja w tym głowa, abyś 

zmieniła zdanie.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Rachel   siedziała   przy   stole   w   jadalni.   Miejsce   po   drugiej   stronie 

zajmowała uśmiechnięta Sally.

–   Masz   jakieś   plany   na   jutro,   Rachel?   –   zapytała   pani   Morgan, 

podsuwając pasierbicy półmisek z fasolką szparagową.

– Powinna się rozejrzeć za jakąś robotą – rzucił Al Morgan, nie dając 

córce dojść do słowa.

– Zamierzałam to zrobić, tato.
– Nie łudź się, że szybko coś znajdziesz – perorował Al. – Więcej u nas 

bezrobotnych niż w wielkim mieście. Dobra posada to rzadkość.

– Na pewno coś znajdę.
– Mam nadzieję.
– Rachel da sobie radę – dodała Sally, gładząc dłoń Ala. Małżonkowie 

wymienili porozumiewawcze spojrzenia i jak na komendę uśmiechnęli się do 
dziewczyny,   która   od   razu   spostrzegła,   że   ojciec   czuje   się   niezręcznie,   ale 
doceniła   jego   wysiłki.   Bardzo   się   starał.   Oboje   mieli   sporo   dobrych   chęci. 
Rachel powtarzała sobie w duchu, że jedynie to się liczy. Od początku zdawała 
sobie sprawę, że sytuacja nie będzie łatwa. Wszyscy czuli się dziwnie. Rachel 
mieszkała w rodzinnym domu od tygodnia. Jej cierpliwość była na wyczerpaniu.

Całkiem zapomniała, że jej ojciec do każdej rozmowy musi wtrącić swoje 

trzy   grosze.   Nie   miał   złych   intencji.   Po   prostu   z   natury   był   skłonny   do 
pouczania.   Żywił   głębokie   przekonanie,   że   na   wszystkim   się   zna,   i   zawsze 
chciał mieć ostatnie słowo.

Rachel odłożyła widelec.
– Nic nie zjadłaś – powiedziała zatroskana Sally, spoglądając znacząco na 

talerz pasierbicy.

– Dziękuję, Sally. Nie mam apetytu.
– Za mało jesz. Została z ciebie skóra i kości.
– Moim zdaniem Rachel wygląda świetnie – wtrącił Al.
– Chyba pójdę na górę, wezmę prysznic i wcześnie położę się spać – 

oznajmiła dziewczyna, wstając od stołu.

– Oszczędzaj ciepłą wodę. Zbiornik jest mały – usłyszała głos ojca, gdy 

była już na schodach.

Zawsze to samo, pomyślała, ściskając poręcz. Co gorsza, nie powiedziała 

jeszcze ojcu i Sally o dziecku. Zadowolili się stwierdzeniem, że wróciła, bo 
chwilowo nie miała pracy i przeżyła zawód miłosny. Zamierzała powiedzieć 
całą prawdę zaraz po przyjeździe, ale ojciec i macocha przywitali ją tak ciepło, 
że nie chciała od razu psuć im nastroju.

Przez   cały   tydzień   odkładała   tę   rozmowę   na   później.   Zasłaniała   się 

background image

argumentem, że nie nadeszła jeszcze odpowiednia chwila. Wczoraj pomagała 
Sally, która robiła wielkie pranie. Macocha zachęcała ją, by poplotkowały trochę 
o swoich mężczyznach, jak to bywa między kobietami. Niewiele brakowało, by 
Rachel wyznała, co jej leży na sercu, lecz niespodziewanie zadzwonił telefon.

Rachel była zaskoczona, gdy odkryła, że Sally da się lubić. Nie sądziła, że 

tak będzie. Przypuszczała, że trudno jej będzie opanować niechęć do kobiety, 
która   zajęła   miejsce   matki.   Sally   była   jednak   serdeczna,   miła   i   szczera. 
Dokładała wszelkich starań, by pasierbica czuła się dobrze w rodzinnym domu.

Mimo   to   Rachel   nadal   uważała   się   za   intruza.   W   Ohio   niewiele   się 

zmieniło, ale dwa lata spędzone w Nowym Jorku sprawiły, że Rachel stała się 
niezależna i zapomniała o dawnych lękach. Polubiła samą siebie.

Nie podobało jej się to, że kładzie uszy po sobie, byle tylko zadowolić 

ojca. Udawała grzeczną córeczkę. Obawiała się, że jeśli nadal będą mieszkać 
pod jednym dachem, przywyknie do tej roli i nie będzie w stanie postępować 
inaczej.

Weszła   po   schodach,   wzięła   z   pokoju   szlafrok   oraz   świeżą   bieliznę   i 

pomaszerowała   do   łazienki.   Gdy   odkręciła   kurek   z   gorącą   wodą,   niewielkie 
pomieszczenie szybko wypełnił obłok pary. Rachel przyglądała się w lustrze 
swej obnażonej postaci, która niewiele się do tej pory zmieniła. Pomyślała nagle 
o Reidzie. Miała wrażenie, że spogląda w zielone, roziskrzone namiętnością 
oczy   –   zupełnie   jak   we   śnie,   który   stał   się   jawą.   Odkąd   się   rozstali,   coraz 
częściej wspominała tamtą noc.

Myślała o Reidzie Jamesie dniem i nocą, chociaż próbowała wziąć się w 

garść i zapomnieć o uczuciach, które zrodziły się podczas krótkiej znajomości z 
tym niebezpiecznym mężczyzną. Potrafiła zająć umysł innymi problemami, ale 
w jej sercu Reid zadomowił się na dobre. Gdy rozmawiali po raz ostatni, w jego 
głosie brzmiała dziwna żarliwość, która dowodziła, że nie chodzi mu wyłącznie 
o dziecko.

Ciekawe, jak by się zachował, gdyby przyjęła oświadczyny? Zapewne 

próbowałby się wykręcić albo zwodziłby ją obietnicami rychłego ślubu, licząc 
na to, że matka jego dziecka tak czy inaczej zgodzi się pozostać w Nowym 
Jorku. Rachel nie przypuszczała, by Reid mówił poważnie, gdy prosił ją o rękę.

A jeśli było inaczej?
Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy.
– Wzięłaś już prysznic?
– Chwileczkę, tato! – krzyknęła, wskakując pod strumień ciepłej wody. 

Namydliła   się   błyskawicznie,   opłukała   ciało,   wytarła   je   do   sucha,   narzuciła 
szlafrok, w ostatniej chwili chwyciła zapomnianą bieliznę i wyszła z łazienki. 
Zniecierpliwiony ojciec czekał w korytarzu.

– Przepraszam – mruknęła, umykając do swego pokoju. Wytarła mokre 

włosy. W pokoju po drugiej stronie korytarza rozległy się konspiracyjne szepty 

background image

ojca i Sally. Rachel nie była już senna. Postanowiła wyrwać się z domu choćby 
na   chwilę   i   odetchnąć   świeżym  powietrzem.   Zrzuciła   szlafrok   i   sięgnęła   do 
szafy po niebieską lnianą koszulę i szeroką dżinsową spódnicę.

W korytarzu zastanawiała się przez moment, czy powiedzieć ojcu i Sally, 

że wychodzi, ale uznała, że to będzie krótki spacer, więc nie ma o czym mówić. 
Jak złodziej skradała się ku drzwiom. Cichutko wyszła przed dom.

Było znacznie chłodniej, niż sądziła. Powinna chyba włożyć sweter. Po 

chwili doszła do wniosku, że woli marznąć niż zawrócić.

Nareszcie czuła się wolna.

Reid   od   dawna   nie   prowadził   furgonetki.   Daremnie   wiercił   się   na 

siedzeniu,   próbując   usadowić   się   wygodniej.   Był   nazbyt   wymagający. 
Przewróciło mu się w głowie. Nic dziwnego, skoro najczęściej podróżował na 
tylnym siedzeniu limuzyny.

Zaskoczyła go własna nieustępliwość. Był wściekły, gdy Rachel mimo 

wszystko wyjechała. Nie mógł jej tego darować. Skąd u niej tyle dumy? Za 
kogo ta dziewczyna się uważa? Szybko opanował gniew. Od dawna wiedział, że 
złość w niczym mu nie pomoże. Nawet w sytuacjach bez wyjścia starał się 
trzymać   nerwy   na   wodzy.   Nie   warto   tracić   energii,   która   może   być   lepiej 
spożytkowana.

Wrócił   do   miasta,   wynajął   ciężarówkę,   zapakował   do   niej   dobytek 

Rachel, kupił mapy samochodowe i najszybciej, jak to było możliwe, ruszył do 
Ohio. Mógł zlecić dostarczenie rzeczy jakiejś firmie albo wysłać w uciążliwą 
podróż swojego szofera, a samemu polecieć samolotem, lecz postanowił inaczej. 
To była dla niego próba odwagi i wytrwałości. Jeśli dojedzie bez przeszkód do 
rodzinnego miasteczka Rachel, z pewnością uda mu się namówić dziewczynę, 
by z nim wróciła.

Odkąd opuściła Nowy Jork, nieustannie o niej myślał. W owych snach na 

jawie   stawała   się   z   wolna   osobą   całkiem   inną   niż   do   tej   pory.   Tajemnicza 
kochanka   usunęła   się   w   cień.   Reid   coraz   częściej   nazywał   Rachel   swoją 
dziewczyną.

Nie zaprzątał sobie głowy gadaniną psychologów, którzy twierdzili, że 

trudne dzieciństwo komplikuje mu kontakty z ludźmi. Musiał jednak przyznać, 
że po raz pierwszy od wielu lat czuje się mocno związany z inną ludzką istotą – 
na dobre i złe. Uświadomił sobie prawdę z pozoru nadzwyczaj banalną: nie 
ulegało wątpliwości,  że Rachel  nosi  pod sercem jakąś  cząstkę  jego  samego. 
Takiego kapitału nie mógł spisać na straty. Nie zamierzał się poddać. Prędzej 
czy później Rachel i dziecko staną się częścią jego życia. Czuł się jak człowiek, 
który   w   ciemnym   tunelu   widzi   przed   sobą   niewielką   plamkę   słonecznego 
blasku. Ta niezłomna i stała nadzieja świadczyła zapewne, że Rachel nie jest mu 
obojętna. Bał się jeszcze do tego przyznać – nawet przed samym sobą.

background image

Otrząsnął się z zadumy i zaczął myśleć praktycznie. Wszystko w swoim 

czasie.   Był   już   niemal   u   celu   podróży.  Trzeba   najpierw   odnaleźć   dom   ojca 
Rachel.   Zwolnił,   skręcił   w   przecznicę   i   zaczął   się   rozglądać,   sprawdzając 
numery.

Rachel   początkowo   nie   zwróciła   uwagi   na   niebieską   furgonetkę. 

Kierowca zwolnił, skręcając w ulicę, i przepuścił pieszych. Ruszyła w stronę 
domu. Była zdumiona, gdy auto zatrzymało się przed jej furtką. Wstrzymała 
oddech na widok Reida wyskakującego z szoferki.

– Co tutaj robisz? – zapytała niepewnie.
–   Wypełniam   obietnicę   –   powiedział,   otwierając   bagażnik,   w   którym 

piętrzyły się pudła z jej rzeczami.

Rachel zdziwiła się, że spotkanie z Reidem sprawiło jej taką radość. Jej 

serce kołatało niespokojnie. Była ogromnie przejęta. Długo patrzyli na siebie 
bez słowa.

Ich oczy wreszcie się spotkały. Była w nich... serdeczność i radość ze 

spotkania. Reid odetchnął z ulgą. W głębi ducha obawiał się, że Rachel wcale 
nie będzie uszczęśliwiona jego widokiem. Gdy wsiadł do furgonetki i ruszył w 
drogę, starał się o tym nie myśleć, ale przez kilka ostatnich godzin niepokój 
stopniowo w nim narastał. Reid miał wrażenie, jakby kamień spadł mu z serca. 
Odgarnął włosy, próbując ukryć zmieszanie.

– Jesteś chyba zmęczony – powiedziała cicho Rachel.
– Nie zatrzymywałem się po drodze.
– Niepotrzebnie zadałeś sobie tyle trudu. Reid uznał, że czas przerwać tę 

grę pozorów.

–   Musiałem   to   zrobić   –   oznajmił,   łagodnym   ruchem   dotykając   jej 

policzka. Uśmiechnął się.

Rachel spoglądała na  niego jak urzeczona. Śniła na jawie. Patrzyła w 

zielone   oczy,   widziała   drobne   zmarszczki   i   opadający   nieustannie   kosmyk 
jasnych włosów. Już miała ulec pokusie i odgarnąć go z czoła, gdy rozległ się 
głos Ala Morgana:

– Rachel? Kto przyjechał?
– Mój znajomy, tato. Przywiózł rzeczy z Nowego Jorku.
Ojciec   Rachel   otworzył   drzwi   i   zszedł   ostrożnie   po   cementowych 

schodkach. Reid wyciągnął do niego rękę, niepewny, jak go przyjmie starszy 
pan.   Ten   człowiek   miał   prawo   zwymyślać   go   od   najgorszych   i   na   dodatek 
solidnie mu przyłożyć.

Panowie uścisnęli sobie dłonie, a Rachel dokonała prezentacji.
– To miło, że zadał pan sobie tyle trudu, by pomóc Rachel – stwierdził 

pan Morgan, obrzucając córkę i przybysza badawczym spojrzeniem.

– Rachel wiele dla mnie znaczy – odparł spokojnie Reid.

background image

– Czyżby? – mruknął Al, zerkając pytająco na córkę.
–  Wnieśmy   pudła   do   domu   –   zaproponowała   Rachel,   by   przerwać   tę 

dziwną rozmowę.

–   Oczywiście   –   powiedział   skwapliwie   Reid,   zadowolony,   że   uniknie 

dalszego śledztwa. Miał również inny powód: chciał jak najszybciej uporać się z 
robotą i porozmawiać z Rachel w cztery oczy.

– Przytrzymaj tylko drzwi furgonetki – powiedział do Rachel, gdy obaj z 

Alem Morganem zabrali się do dźwigania kartonów.

– Moja córka nie jest rozpieszczoną księżniczką – gderał Al, podnosząc 

ciężką paczkę i maszerując w stronę domu. – Może nam pomóc. Nic jej nie 
będzie.

Reid   odwrócił   się   i   popatrzył   badawczo   na   Rachel,   która   z   wielkim 

zainteresowaniem oglądała dywaniki leżące na podłodze furgonetki. Odstawił 
pudło i delikatnie uniósł twarz dziewczyny.

– Nie powiedziałaś mu, zgadłem?
– Zrobię to – mruknęła, odwracając wzrok.
– Kiedy?
– Wkrótce.
– Będziesz czekać, aż sam zauważy?
– Powiem mu wcześniej.
– Dlaczego do tej pory nie zdobyłaś się na to?
– Tak się złożyło.
– Zadałem ci pytanie!
– Niczego nie rozumiesz! – odparła zirytowana jego natarczywością.
– Masz rację. Nie mam pojęcia, o co chodzi. – Wepchnął pudło do środka 

i zamknął tylne drzwi furgonetki. – Ale wkrótce się dowiem. Idziemy. – Ujął 
Rachel za łokieć i pociągnął ku szoferce. Otworzył drzwi i wymownym gestem 
wskazał jej fotel dla pasażera.

–   Co   chcesz   zrobić?   –   zapytała   nieco   oszołomiona,   gdy   pomagał   jej 

wsiąść.

– Zamierzam porwać cię na chwilę.
– Mój ojciec...
– Porozmawiam z nim – przerwał jej Reid i zatrzasnął drzwi.
Rachel   obserwowała   go,   jak   podbiegł   do   wychodzącego   z   domu  Ala 

Morgana. Rozmawiali przez chwilę. Rachel pochwyciła zdziwione spojrzenie 
ojca i uspokajająco kiwnęła głową. Starszy pan wzruszył ramionami i odszedł.

–   Co   mu   powiedziałeś?   Chciałabym   też   wiedzieć,   dokąd   jedziemy   – 

wypytywała zirytowana, gdy Reid wsiadł do auta.

– Twój ojciec nie miał nic przeciwko temu, żebym cię zaprosił na kawę. 

Oznajmiłem mu, że chcemy pogadać o dawnych dobrych czasach – stwierdził z 
wymuszonym uśmiechem.

background image

– A właściwie dokąd jedziemy? – zapytała chłodno Rachel, gdy samochód 

wyjechał   z   osiedla,   wrócił   na   autostradę   i   przyspieszył.   Nie   doczekała   się 
odpowiedzi. Po kilku minutach wjechali na parking przydrożnego motelu.

–   Chyba   żartujesz!   –   zawołała   Rachel,   gdy   auto   się   zatrzymało.   Reid 

wyjął kluczyki ze stacyjki i odwrócił głowę ku swojej pasażerce.

– Wynająłem pokój. Proszę, żebyś tam ze mną poszła.
– Po co?
– A jak sądzisz? – zapytał z dziwnym uśmiechem.
– Nie mam pojęcia. Właśnie dlatego zadałam ci to pytanie.
Reid pochylił się w jej stronę.
– Chcę z tobą spokojnie porozmawiać. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. 

To   idealne   miejsce.   –   Spostrzegł   wahanie   dziewczyny   i   dodał:   –   Obiecuję 
trzymać ręce przy sobie.

– Nie tego się obawiam.
– A co cię niepokoi?
Rachel zagryzła wargę. Problem w tym, że w ogóle nie czuła lęku. Była 

podekscytowana. Od dziwnej lipcowej nocy, która utonęła w mgle niepamięci, 
Rachel   nigdy   nie   spotkała   się   z   Reidem   sam   na   sam.   Niezwykłe   doznania 
wracały tylko we śnie.

– Zgodzisz się? – nalegał Reid. Popatrzył jej w oczy. Skinęła głową.
Pokój   okazał   się   słabo   oświetlony   i   chłodny,   ale   dość   czysty.   W 

przydrożnych motelach bywało znacznie gorzej. Rachel usiadła na stojącym w 
kącie krześle. Reid podszedł do podwójnego łóżka i włączył nocną lampkę.

– Co się z tobą dzieje? – zapytał Rachel. – Dlaczego nie powiedziałaś 

ojcu, że spodziewasz się dziecka?

– Nie było okazji.
– Jak mam to rozumieć?
– Po prostu nie mogłam się na to zdobyć. Zabrakło sposobności. Całkiem 

nieźle   się   rozumiemy.   Wszystko   układa   się   doskonale.   Nie   chciałam   tego 
zniszczyć.

– Czy tym grozi szczera rozmowa córki z ojcem?
– Nic nie rozumiesz. Tata i ja nigdy nie umieliśmy się dogadać.
– Wiem o tym.
– Domyślam się. Wynająłeś przecież detektywa. Szkoda słów. Co jeszcze 

o mnie wiesz?

–   Znam   tylko   najważniejsze   fakty   z   twego   życia.   Proszę   o   więcej 

szczegółów.

–   Zgoda.   Opowiem   ci   wszystko   od   początku.   Niełatwo   było   Rachel 

wrócić   do   przeszłości.   Gdy   mówiła   o   wielkiej   kłótni   z   ojcem,   nagle   się 
rozpłakała.   Łzy   płynęły   po   bladych   policzkach.   Zakłopotana,   otarła   je 
wierzchem dłoni, ale po chwili oczy miała znowu mokre. Rozszlochała się na 

background image

dobre.

Reid   podbiegł  do   niej.  Objął   zrozpaczoną   dziewczynę,  która  łkała   jak 

dziecko.

– Wszystko będzie dobrze – szepnął. – Wypłacz się. Posłuchała jego rady. 

Reid wziął ją na ręce, zaniósł do łóżka, ułożył na pościeli i mocno przytulił. 
Rachel długo płakała. W końcu dostała czkawki. Reid, rozczulony tą dziecięcą 
reakcją,   odgarnął   kosmyk   ciemnych   włosów   i   delikatnie   pocałował   w   czoło 
zapłakaną dziewczynę.

Rachel powoli się uspokajała. Reid nie wypuścił jej z objęć, chociaż łzy 

przestały już płynąć, a czkawka ustała. Wcale nie miał ochoty rozluźnić uścisku. 
Długo leżeli przytuleni. Za oknami było zupełnie ciemno. Rachel powtarzała 
sobie, że pora wysunąć się z opiekuńczych męskich ramion, lecz odwlekała tę 
chwilę. Było tak cudownie. Znowu ktoś się o nią troszczył. Powieki ciążyły jej 
jak   ołów.   Zmęczona   długim   płaczem,   wolno   zapadała   w   drzemkę.   Gdy 
zamknęła oczy, usłyszała niespodziewanie głos Reida:

–   Nim   się   rozstaliśmy,   powiedziałaś   kilka   słów,   które   zapadły   mi   w 

pamięć. Chodziło o to, że dziecko nie będzie miało szczęśliwego dzieciństwa, o 
ile ty nie znajdziesz w sobie radości życia. Odpowiedz mi szczerze, Rachel. Czy 
za   siedem   miesięcy...   za   rok   naprawdę   będziesz   tu   szczęśliwa?   –   Przytulił 
policzek do jej włosów. – Ofiaruj ten czas mnie. Jeśli będziesz rozczarowana, 
możesz zawsze wrócić do rodzinnego domu.

– O czym ty mówisz? – zapytała, unosząc mokrą od łez twarz.
–   Rozmawialiśmy   na   ten   temat,   nim   wsiadłaś   do   samolotu.   –   Reid 

popatrzył w oczy Rachel. – Wyjdź za mnie. Zamieszkajmy razem. Pozwól mi 
sobie pomóc. Zrób to dla dziecka, skoro jesteś zbyt dumna, by w tej sytuacji 
pomyśleć o sobie. Zostań ze mną przynajmniej do chwili narodzin maleństwa. 
Jeśli potem zechcesz odejść, nie będę cię zatrzymywał.

– Masz na myśli rozwód?
– Owszem. Ty podejmiesz decyzję.
– Skąd mam wiedzieć, czy nie mącisz mi w głowie tylko po to, żebym 

wróciła do Nowego Jorku?

– Masz moje słowo. – Reid umilkł na chwilę. – Jeśli zechcesz, dam ci to 

na piśmie.

Nim   Rachel   zdążyła   odpowiedzieć,   Reid   stracił   głowę.  Wyglądała   tak 

ślicznie z zafrasowaną miną i mokrymi od łez rzęsami. Musnął wargami jej usta, 
ale to mu nie wystarczyło. Pocałował ją namiętnie, zaborczo. Przetoczyli się na 
środek łóżka. Rachel objęła go za szyję i wsunęła palce w jasne włosy. Reid na 
moment uniósł głowę, a potem wpił się zachłannie w jej wargi, rozkoszując się 
ich smakiem, chłonąc znajomy zapach. Rachel była znowu w jego ramionach. 
W tym momencie nic innego nie miało znaczenia. Gdy się wreszcie opamiętali i 
nieco ochłonęli, pocałował ją w czubek nosa.

background image

– Nie proszę o szybką odpowiedź – mruknął drżącym głosem. – Przemyśl 

moje oświadczyny.

Przyciągnął Rachel łagodnym ruchem i objął ją mocno.
– Reid...
– Nic nie mów. Odpocznij.
Zamknęła   oczy,   daremnie   próbując   wziąć   się   w   garść.   Gdy   leżała   w 

objęciach Reida, nie była w stanie myśleć.

Czuła ciepło jego ciała, chłonęła nozdrzami zapach, słyszała wibrujący 

głos...

Reid spostrzegł, że Rachel zasnęła. Z westchnieniem ulgi wtuliła się w 

jego ramiona i zaczęła oddychać głęboko, regularnie. Uniósł głowę, delikatnie 
przesunął dłonią po ciele dziewczyny i dotknął płaskiego jeszcze brzucha.

–   Cześć,   maleństwo   –   szepnął,   wsuwając   rękę   pod   niebieską   bluzkę. 

Łagodnym ruchem pieścił gładką skórę.

Po chwili głowa opadł mu na poduszkę. Był zmęczony. Niespodziewany 

wybuch tłumionych od dawna uczuć i namiętności zupełnie go wyczerpał. Czuł 
piasek   pod   powiekami.   Przymknął   oczy   i   zastanawiał   się,   jaką   przyjmie 
strategię, jeśli Rachel znowu odrzuci jego propozycję. Zdawał sobie sprawę, że 
to przełomowa chwila. Co mógł jej ofiarować prócz forsy i opieki? Odruchowo 
zacisnął palce na niebieskiej koszuli Rachel i niepostrzeżenie zapadł w sen.

Rachel   obudziła   się   w   mrocznym   pokoju   oświetlonym   jedynie   słabą 

żarówką nocnej lampki. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest. Oblizała 
suche wargi i daremnie próbowała się podnieść. Obejmowało ją męskie ramię. 
Reid spał z dłonią na jej brzuchu. Ściskał w palcach materiał niebieskiej bluzki.

Ostrożnie uniosła się na łokciu. Reid leżał na boku, z głową odrzuconą do 

tyłu. Był pogrążony w głębokim śnie, którego tak bardzo potrzebował. Rachel 
ostrożnie wysunęła się z jego ramion. Nie chciała obudzić wyczerpanego długą 
jazdą mężczyzny, ale musiała odetchnąć świeżym powietrzem i zebrać myśli. 
Żar bijący od jego ciała był równie obezwładniający jak namiętne pocałunki.

Podeszła   do   drzwi,   otworzyła   je   po   cichu   i   stanęła   na   cementowych 

płytach   chodnika   prowadzącego   do   niskich   pawilonów   motelu.   Chłodne 
powietrze szybko ją otrzeźwiło. Przymknęła drzwi, zostawiając wąską szparę, i 
odetchnęła głęboko. Pora wracać do domu. Ojciec będzie się niepokoił, zacznie 
ją wypytywać... Nie miała ochoty tłumaczyć się przez cały wieczór.

Reid   doskonale   wybrał   moment   na   ponowienie   oświadczyn.   Rachel 

musiała przyznać, że w rodzinnym domu nie jest szczęśliwa. Wybaczyła ojcu, że 
wkrótce po śmierci jej matki ożenił się powtórnie. Polubiła Sally i nie miała za 
złe   tej   obcej   kobiecie,   że   panoszy   się   w   jej   domu.   Problem   w   tym,   że 
stosunkowo   krótki   nowojorski   epizod   całkowicie   odmienił   sposób   myślenia 
dziewczyny. Lubiła życie, jakie tam prowadziła, i bardzo za nim tęskniła.

Podniosła głowę, by popatrzeć w gwiazdy. To prawda, że nie można dwa 

background image

razy   wejść   do   tej   samej   rzeki.   Powroty   są   bardzo   trudne,   czasami   wręcz 
niemożliwe.

Drzwi otworzyły się szeroko.
– Ale mnie  przestraszyłaś  – mruknął z  wyraźną ulgą  Reid, pocierając 

jednodniowy zarost na policzku. – Byłem przekonany, że odeszłaś... – Zamilkł, 
lecz oboje wiedzieli, co ma na myśli. Sądził, że Rachel zniknęła po raz drugi.

–   Chciałam   tylko   odetchnąć   świeżym   powietrzem...   –   oświadczyła, 

wracając do pokoju – ...i spokojnie pomyśleć.

– O czym? – zapytał niespokojnie Reid.
– O twojej propozycji i mojej sytuacji rodzinnej.
Reid z trudem panował nad sobą. Nie umiał przewidzieć, co za chwilę 

usłyszy. Krew szumiała mu w uszach. Odwrócił się, podszedł do stołu, wyjął 
papierosa z leżącej tam paczki i zapalił go, próbując ukryć drżenie rąk.

– Co postanowiłaś? – Rachel milczała. Reid patrzył na nią przez obłok 

dymu. – Rachel? Powiedz...

–   Musisz   rzucić   palenie   –   odparła   pozornie   bez   związku   z   tematem 

rozmowy.

– Jasne – zgodził się skwapliwie i zmrużył oczy, czekając na odpowiedź.
– Kiedy to zrobisz?
– Za jakiś czas.
– A konkretnie?
– Dlaczego pytasz?
– Sama nie wiem. Palenie szkodzi – odparła, wzruszając ramionami.
– Komu?
– Tobie.
– To mój problem.
– A także osób z twego otoczenia.
Reid   z   namysłem   obserwował   trzymanego   w   dłoni   papierosa.   Nagle 

podniósł wzrok i uśmiechnął się chytrze.

– Jeśli za mnie wyjdziesz, natychmiast rzucę palenie.
–   Nigdy   nie   dajesz   za   wygraną   –   stwierdziła   Rachel,   wybuchając 

śmiechem.

– To prawda.
– Co zrobisz, jeśli przyjmę twoje oświadczyny?
– Przyjmij je, a sama się przekonasz.
Długo   patrzyli   na   siebie   z   uśmiechem.   Rachel   spoważniała.   Reid 

obserwował   ją   w   skupieniu.  W  pięknych   szarych   oczach   widział   niepokój   i 
zakłopotanie. Milczał. Nie miał innego wyjścia. Rachel musiała podjąć decyzję. 
Cała jego przyszłość zależała od jej postanowienia. Czekał na wyrok.

Rachel   podeszła   do   niego,   sięgnęła   po   papierosa   i   zgasiła   go   w 

popielniczce.   Nagle   przestraszyła   się   własnej   śmiałości.   Najwyraźniej 

background image

próbowała   dać   coś   Reidowi   do   zrozumienia.   Serce   kołatało   jej   w   piersi 
niespokojnie,   a   w   ustach   zrobiło   się   sucho.   Na   twarzy   Reida   pojawił   się 
uśmiech,   a   zielone   oczy   zalśniły   dziwnym   blaskiem.   Zrobił   krok   w   stronę 
Rachel, która podniosła rękę ostrzegawczym gestem.

– Będziemy razem przez rok. Zobaczymy, jak się między nami ułoży. Na 

pewno zostanę z tobą do czasu rozwiązania.

Reid delikatnie uniósł jej twarz i długo patrzył w szare oczy. Rachel czuła 

się jak zahipnotyzowana. Nie mogła się poruszyć, ale w ogóle nie zwracała na to 
uwagi. Chciała tak stać przez całą wieczność. Reid całował delikatnie jej usta, 
policzki, szyję. Podniósł głowę na moment i szepnął:

– Jedźmy do domu.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Ceremonia była skromna.
Rachel   miała   na   sobie   prosty   jasny   kostium   w   odcieniu   lilaróż   oraz 

kapelusz z szerokim rondem w tym samym kolorze, na którego kupno namówiła 
ją Trudy. Reid i jego narzeczona stawili się przed sądowym urzędnikiem, by 
złożyć przysięgę małżeńską.

Pannie młodej owa uroczystość wydawała się całkiem nierealna. Miała 

wrażenie, że na ślubnym kobiercu stoi jakaś inna kobieta, natomiast ona sama 
obserwuje wszystko z boku. Mes Laraby, adwokat Reida, w ostatniej chwili 
zgodził   się   zostać   świadkiem,   co   wydawało   się   naturalne,   skoro   wczesnym 
rankiem i tak był umówiony z Reidem na rozmowę.

Od   powrotu   do   Nowego   Jorku   w   życiu   Rachel   zapanował   ogromny 

zamęt. Miała wrażenie, że jest postacią z dziwacznej kreskówki, gdzie wszystko 
dzieje   się   w   zawrotnym   tempie.   Narzeczeni   biegali   po   urzędach   załatwiając 
potrzebne   zaświadczenia.   Trudy   ciągała   swoją   przyjaciółkę   po   eleganckich 
sklepach   w   poszukiwaniu   odpowiedniej   kreacji.   Rachel   miała   wrażenie,   że 
wtajemniczone osoby robią dobrą minę do złej gry i nie wiedzieć czemu kręcą 
się jak w ukropie. Wszyscy udawali ogromnie zadowolonych.

Po   zakończeniu   ceremonii   Reid   pocałował   żonę,   a   właściwie   musnął 

tylko jej wargi. Panna młoda była rozczarowana. Ten zdawkowy pocałunek nie 
dodał   jej   otuchy.   Obawiała   się,   że   ich   małżeństwo   pozostanie   tym,   czym 
wydawało się w tej chwili: pozorem i blagą.

–   Idziemy?   –   zapytał   Reid,   gdy   podpisali   dokumenty   i   uścisnęli   dłoń 

sędziego.

– Tak – odparła Rachel i pozwoliła się wyprowadzić z sali znajdującej się 

w   gmachu   sądu.   W   korytarzu   natknęli   się   przypadkiem   na   reportera,   który 
przygotowywał relację z procesu. Dziennikarz rozpoznał Reida i natychmiast 
zrobił   młodej   parze   kilka   zdjęć.   Nowożeńcy   umknęli   do   czekającej   przed 
gmachem limuzyny.

Rachel   ściskała   drżącymi   palcami   mały   bukiet   z   bladoróżowych 

storczyków. Próbowała wziąć się w garść.

– Wszystko w porządku? – zapytał Reid, uśmiechając się do żony, która 

skinęła głową.

Świadomie wprowadziła go w błąd. W gruncie rzeczy była przygnębiona. 

Marzyła, by uciec na drugi koniec świata. Jak mogła do tego stopnia stracić 
głowę? W jaką kabałę dobrowolnie się wpakowała? W tej chwili nie potrafiła 
sobie   wyobrazić   nic   gorszego.   Niespodziewanie   ujrzała   oczyma   wyobraźni 
przerażający obraz. Zdawało jej się, że jest związana, unieruchomiona, bezsilna. 
Brakowało jej powietrza.

background image

Siedząca   naprzeciwko   Trudy   uważnie   obserwowała   przyjaciółkę. 

Pochyliła się i ścisnęła jej rękę. Dwie kobiety spojrzały sobie w oczy. Rachel 
uśmiechnęła   się   smutno   do   rozpromienionej  Trudy,   która   zaczęła   paplać   jak 
najęta o ruchu ulicznym, wspaniałej pogodzie i paru innych bzdurach. Rachel 
utkwiła   wzrok   w   przyciemnionej   szybie.   Była   zadowolona,   że  Trudy   wciąż 
trajkocze,   nie   próbując   wciągnąć   jej   do   rozmowy.   Uparte   milczenie   żony 
zaniepokoiło Reida.

– Dobrze się czujesz? – zapytał, biorąc ją za rękę.
– Tak – skłamała. – Całkiem nieźle.
Wkrótce   znaleźli   się   w   eleganckim   mieszkaniu.   Weszli   do   chłodnego 

korytarza. Głos perorującej z ożywieniem Trudy odbijał się echem w obszernym 
holu.   Rachel   zaczynała   kojarzyć   fakty.   Jej   przyjaciółka   była   poważnie 
zaniepokojona.   Ciekawe,   dlaczego?   W   czasie   przygotowań   do   ślubu   zadała 
sobie wiele trudu, by wszystko zostało załatwione jak należy. Od chwili gdy 
Reid   wrócił   z   Ohio,   była   jego   najwierniejszą   sojuszniczką.   Bez   przerwy 
wynajdywała Rachel jakieś zajęcia, pilnując, by przyjaciółka nie miała czasu na 
rozmyślania i zmianę decyzji.

Rachel musiała przyznać, że wszystko jakoś się ułożyło. Nawet rozmowa 

z ojcem, której bardzo się obawiała, miała wyjątkowo spokojny przebieg. Al był 
uradowany.   Nie   rozmawiał   z   córką   tak   szczerze,   odkąd   jego   pierwsza   żona 
zaczęła   chorować.   Twierdził,   że   wyczuł   pismo   nosem.   Ze   sposobu,   w   jaki 
Rachel   oraz   jej   znajomy   patrzyli   sobie   w   oczy,   wiele   można   było 
wywnioskować.

Wiele osób cieszyło się z pomyślnego zakończenia sprawy. Zwyciężył 

rozsądek.   Skoro   wszystko   dobrze   się   ułożyło,   dlaczego   panna   młoda   czuje 
dziwny uścisk w gardle? Czemu umiera ze strachu na samą myśl o wspólnym – 
choć z założenia tymczasowym – życiu z Reidem?

Rachel obserwowała męża, który zapraszał nielicznych gości na obiad do 

utrzymanej   w   ciemnych   barwach   jadalni.   In   dłużej   na   niego   patrzyła,   tym 
bardziej   ją   zadziwiał.   Wiele   przeszedł   w   dzieciństwie,   lecz   nie   poddał   się 
przeciwnościom losu. Dzięki wewnętrznej sile stworzył własny, niepowtarzalny 
styl   bycia.   Poruszał   się   bez   pośpiechu,   jakby   nieustannie   miał   świadomość, 
dokąd zmierza i co chce osiągnąć. Przypominał panterę, która zaspokoiła głód i 
teraz igra z ofiarą. Pod nienagannymi manierami kryła się pierwotna siła. Rachel 
od pierwszej chwili odczuwała nieprzeparty pociąg do tego mężczyzny, który 
emanował ową tajemniczą mocą.

Miała wrażenie, że tylko ona reaguje w ten sposób na jego obecność. 

Trudy   odnosiła   się   do   szefa   z   koleżeńską   poufałością,   a   tymczasem   Rachel 
drżały dłonie i serce podchodziło do gardła, ilekroć czuła na sobie spojrzenie 
szmaragdowych oczu Reida.

Na przykład teraz. Podał jej kieliszek szampana. Odmówiła, zadowalając 

background image

się wodą mineralną.

– Grzeczna dziewczynka – szepnął Reid, muskając ręką jej policzek. Jego 

palce były ciepłe, a dotknięcie łagodne i podniecające zarazem. Gdy cofnął dłoń, 
odruchowo chciała się do niego przytulić i omal nie straciła równowagi. W tej 
samej   chwili   usłyszała   dobiegający   z   tyłu   głos   dowcipkującej   Trudy.   Gdy 
rozmawiała z przyjaciółką, znowu ogarnął ją gwałtowny strach. Jak to się dzieje, 
że   ten   mężczyzna   ma   nad   nią   taką   władzę?   Nie   ulegało   wątpliwości,   że 
odczuwają wzajemne pożądanie. Czy można się doszukać w ich związku czegoś 
więcej?   Bała   się   odpowiedzi   na   to   pytanie.   Zbyt   długo   walczyła   o   swoją 
niezależność. Nie mogła pozwolić, by ktoś znowu całkowicie nią zawładnął.

Reid z niepokojem obserwował żonę. Czyżby ogarnęły ją wątpliwości? 

Łudził się, że tak nie jest. Chciał jej zapewnić poczucie bezpieczeństwa i dlatego 
wczesnym rankiem spotkał się z Julesem, by przygotować korzystną dla Rachel 
umowę małżeńską. Dokumenty były gotowe do podpisania. Reid pamiętał o 
swojej obietnicy; przyrzekł Rachel, że określi czarno na białym, jakie są ich 
wzajemne prawa i obowiązki. To doda jego żonie pewności siebie i sprawi, że 
nieco zagubiona dziewczyna nabierze do niego zaufania.

Nie miał pojęcia, dlaczego tak bardzo pragnie, by Rachel mu ufała. Sam 

rzadko   pozwalał   sobie   na   taki   luksus,   chociaż   niezłomną   wiarę   w   drugiego 
człowieka  cenił  ponad  wszystko.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  Rachel  musi  być 
całkiem   pewna   jego   dobrych   intencji,   by   spokojnie   przeżyć   następny   rok. 
Wiedział, dlaczego niechętnie przyjęła oświadczyny; obawiała się, że utraci z 
trudem zdobytą niezależność.

Znał dobrze ten strach. Odczuwał go przez całe życie. Każda znajomość – 

zarówno prywatna, jak i zawodowa – oznaczała zagrożenie. Długie lata walczył 
z potworem nieufności, który zagnieździł się w jego sercu. Reid nie zaznał w 
życiu   ani   prawdziwej   miłości,   ani   szczerej   przyjaźni,   ale   przypuszczał,   że 
łatwiej byłoby mu się zakochać niż uwierzyć komuś bez zastrzeżeń. Ten sam lęk 
widział u Rachel. Choć z całego serca pragnął zatrzymać przy sobie ją i dziecko, 
postanowił zadbać przede wszystkim o to, by żona nie czuła się jak w pułapce. Z 
zadumy   wyrwało   go   postukiwanie   łyżeczką   o   kieliszek.   Trudy   zamierzała 
wygłosić mowę.

– Proponuję wznieść toast za państwa młodych. – Jules i Charlotte unieśli 

kieliszki. – Za Rachel i Reida... – Uśmiechnęła się do nowożeńców i dodała 
niemal modlitewnym tonem: – Byliście sobie przeznaczeni.

– Proszę, proszę – rzucił ironicznie Jules i dopił szampana.
–   Cieszę   się   waszym   szczęściem   –   oznajmiła   wzruszona   Charlotte, 

ocierając łzy białą lnianą serwetką. Mocno uścisnęła rękę szefa. – Tego ci było 
trzeba.

–   Dzięki.   Zastanawiam   się,   czy   jesteś   przygotowana   na   wszelkie 

konsekwencje dzisiejszej uroczystości – odparł z uśmiechem.

background image

– O czym ty mówisz? – Charlotte i pozostali goście spojrzeli pytająco na 

pana młodego.

– Dzisiejszy dzień wiele zmienił w moim życiu. Po powrocie do biura 

znajdziesz na biurku list, ale zdradzę ci swój sekret już teraz. Postanowiłem 
odejść. To ostateczna decyzja. Od dziś ty rządzisz firmą.

– Co ty mówisz, Reid? – zapytał Jules, parskając nerwowym śmiechem.
– Dokładnie to, co usłyszałeś. Na jakiś czas wycofuję się z interesów.
– A konkretnie? – Jules nie dawał za wygraną.
– Jeszcze nie zdecydowałem. – Reid popatrzył na Rachel. – Z pewnością 

na rok... albo dłużej.

– Reid, nie możesz tak po prostu odejść...
–   Mogę,   Jules.   Podjąłem   decyzję   i   zrobię,   co   uważam   za   słuszne. 

Charlotte zajmie się firmą. Ma sporą praktykę. Od dawna sama musi dawać 
sobie radę. Może liczyć na pomoc moich prawników i doradców. – Reid ujął 
dłoń zakłopotanej asystentki i dodał: – Nie gap się na mnie. Przestań udawać, że 
jesteś zdziwiona. Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy.

– Owszem... ale nie przypuszczałam, że mówisz poważnie.
– Jak najpoważniej.
– To dziwne – powiedział Jules, nie kryjąc zdumienia. – Nie wspominałeś 

mi nigdy, że chcesz się wycofać.

– Do tej pory nie miałem powodu, by to zrobić – odparł Reid i spojrzał 

wymownie na Rachel. – Sytuacja się zmieniła.

Wpatrywał się w twarz żony, niepewny jej reakcji na usłyszane słowa. 

Przyjęła  je  obojętnie. Co naprawdę  myślała?  Reid zapragnął  nagle wyprosić 
gości  za   drzwi.   Chciał   zostać   z   Rachel   sam   na   sam,   wziąć   ją   w   ramiona   i 
przekonać,   że   wszystko   będzie   dobrze.   Postanowił,   że   uczyni   wszystko,   by 
dotrzymać słowa i zapewnić jej spokojną, szczęśliwą egzystencję. Stawką w tej 
grze było jego własne szczęście. W głębi serca czuł, że postawił wszystko na 
jedną kartę, którą było to szalone, niespodziewane małżeństwo. Przegrana nie 
wchodziła w rachubę.

– Co będziesz teraz robić? – nie dawał za wygraną Jules.
– Po prostu żyć – podpowiedziała pracownikowi Trudy.
Reid pomyślał, że trafiła w dziesiątkę.
– Dziękuję, Trudy. – Pan młody spojrzał znowu na swego adwokata. – 

Będę cieszył się życiem, Jules. Mam chyba dość forsy, by sobie na to pozwolić, 
nie sądzisz?

– Z twoim majątkiem można sobie pozwolić na wszystko – odparł Jules z 

westchnieniem.

– A więc nie ma przeszkód. – Reid wstał. – Przepraszam, Rachel i ja 

musimy omówić pewną sprawę.

– Przecież wszystkie dokumenty...

background image

– Będziemy w salonie, Jules. Przyjdź do nas za pięć minut. – Ujął rękę 

żony. – Pozwól na chwilę, Rachel.

Zaskoczona panna młoda poszła za nim bez słowa.
– Co się stało? – zapytała nieco zaniepokojona, gdy rozsuwane drzwi 

salonu zamknęły się za nimi.

–   Chciałem   ci   zadać   to   samo   pytanie   –   odparł   Reid.   Sięgnął   po 

wykałaczkę schowaną w małej kieszonce marynarki. Wsadził do ust patyczek 
nasączony miętową esencją.

Zacisnął zęby na pachnącym drewienku i westchnął z ulgą. Nie palił od 

pamiętnej rozmowy  w motelu,  kiedy to  Rachel zgodziła  się  na  małżeństwo. 
Wolał paść trupem niż złamać dane jej przyrzeczenie. Wyjął patyczek z ust, 
potrzymał chwilę w palcach i ponownie zacisnął na nim zęby. Był świadomy, że 
postępuje jak idiota, nie mógł jednak zapanować nad potrzebą wykonywania 
gestów typowych dla palacza. Z głodem nikotynowym radził sobie znacznie 
łatwiej.

Rachel   z   ciekawością   przyglądała   się   mężowi.   Był   ogromnie 

zaaferowany. Co go tak poruszyło? Z pewnością nie jej zachowanie.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała na pytanie Reida.
–   W   takim   razie   dlaczego   od   rana   sprawiasz   wrażenie   nieobecnej 

duchem?

–   To   dla   mnie   bardzo   ważne   chwile   –   odpowiedziała,   wzruszając 

ramionami. Podeszła do okna. – Nie co dzień zdarza mi się brać ślub.

– Mnie również.
Rachel uznała, że czas postawić sprawę jasno.
– Jak sobie wyobrażasz nasze małżeństwo?
– Wszystko zależy od ciebie.
–   Ja   mam   decydować?   –   Rachel   zacisnęła   wargi.   –   Trudno   mi   w   to 

uwierzyć, Reid.

– Nic  na  to nie  poradzę. Mogę  tylko  przyrzec, że  dotrzymam swoich 

obietnic.

– Łącznie z przysięgą małżeńską?
– O co ci chodzi, Rachel? – zapytał, mrużąc oczy.
– Masz nie najlepszą reputację, mój drogi – odparła z wahaniem.
– Dziennikarze lubią przesadzać, Rachel.
–   Zapewne,   ale   jedno   chciałabym   ci   uświadomić.   Nie   pozwolę   się 

upokorzyć ani ośmieszyć.

– Domyślam się, że pytasz, czy w moim życiu będą inne kobiety?
– Tak.
Reid popatrzył z uśmiechem na żonę.
– Nie będzie innych kobiet, Rachel.
Nie spodziewała się, że Reid tak łatwo przyjmie jej warunki. Uniosła 

background image

brwi, nie kryjąc zdumienia.

– Czy to oznacza, że postanowiłeś...
– Żyć w celibacie? Owszem, jeśli sobie tego życzysz.
– Życzę sobie jasnej i wyraźnej odpowiedzi na moje pytanie.
Reid wyjął z ust wykałaczkę i wrzucił ją do popielniczki. Wolnym, lecz 

zdecydowanym   krokiem   podszedł   do   Rachel   i   spojrzał   jej   w   oczy.   Poczuła 
zapach jego ciała i natychmiast poddała się dziwnej słabości. Nie była w stanie 
odwrócić wzroku. Stała bez ruchu, czekając na jego odpowiedź.

– Sądzę, że parę spraw musimy od razu wyjaśnić. – Reid ujął dłoń żony, 

ucałował czule i położył na swoim ramieniu. Chwycił drugą rękę i niespiesznie 
powtórzył łagodną pieszczotę.

– A konkretnie? – wykrztusiła z trudem Rachel. Mąż objął ją w talii i 

przyciągnął do siebie.

– Jaką odpowiedź chcesz usłyszeć, Rachel? Czy mam wyznać, że pragnę, 

aby to było prawdziwe małżeństwo? Chcę, byśmy żyli pod jednym dachem i 
spali w tym samym łóżku. Pragnę cię. Marzę, by znowu się z tobą kochać. To 
chciałaś   wiedzieć?   –   Reid   bez   pośpiechu   odpinał   guziki   fiołkowej   bluzki, 
odsłaniając koronkową bieliznę. Musnął dłonią piersi okryte beżową tkaniną. 
Sutki   Rachel   stwardniały   natychmiast.   Reid   uradowany   tą   reakcją   pochylił 
głowę tak, że jego twarz dotknęła niemal policzka żony. Rachel poczuła jego 
gorący oddech. – Proszę, abyś zechciała rozważyć taką ewentualność.

Nim zdążyła odpowiedzieć, wziął ją w ramiona i pocałował zachłannie. 

Przymknęła oczy.

– Rachel, zgódź się, bardzo proszę – mruknął po chwili, muskając ustami 

najpierw   górną,   a   potem   dolną   wargę   żony.   Przesunął   po   nich   kciukiem   i 
szepnął: – Otwórz usta.

Przypomniała   sobie   tamtą   pamiętną   noc   i   całkiem   straciła   głowę. 

Usłuchała   Reida.   Oszołomiona   namiętnymi   pocałunkami,   zacisnęła   palce   na 
jego marynarce.

Odsunął się niespodziewanie. Oboje z trudem chwytali powietrze. Reid 

szybko zapiął rozchyloną bluzkę.

– Czy odpowiedziałem na wszystkie twoje pytania? – szepnął.
Rachel   nie   potrafiła   wykrztusić   ani   słowa.   Była   równie   zdumiona 

wyznaniem męża, jak i porażającą siłą jego namiętności. Radość, oszołomienie i 
strach walczyły ze sobą w jej sercu, które waliło jak młotem. Gdyby znowu 
wziął ją w ramiona, szeptałaby „tak” aż do utraty tchu. Nagle usłyszeli ciche 
pukanie do drzwi. Reid nie zwrócił na nie uwagi.

– Czy wiesz, na co liczę?
– Tak – odparła z trudem.
– A... twoja odpowiedź?
Rachel odwróciła głowę, unikając jego wzroku.

background image

– Nie wiem...
Właściwie podjęła już decyzję. W głębi serca marzyła o tym samym, co 

Reid. Chciała, by ich małżeństwo było udane – prawdziwe, jak mówił Reid. 
Oczyma wyobraźni widziała, jak śpią w jednym łóżku. Pragnęła budzić się naga 
w jego ramionach, czuć na brzuchu jego dłoń śledzącą ruchy maleństwa. Na 
samą   myśl   o   tym   Rachel   mąciło   się   w   głowie.   Obezwładniająca   tęsknota 
odbierała jej rozum i tamowała oddech.

Chciała wyznać Reidowi całą prawdę, ale coś ją powstrzymało. Nadal 

dręczył   ją   trudny   do   sprecyzowania,   niewytłumaczalny   strach,   że   ulega 
złudzeniom, że prawda jest całkiem inna, a Reid bawi się jej kosztem i stwarza 
pozory, bo zależy mu tylko na dziecku.

Nic dziwnego. Dlaczego mężczyzna, którego uwielbiają niemal wszystkie 

kobiety, miałby obsesyjnie pragnąć kogoś takiego jak ona? Rachel nie uważała 
się za byle kogo, ale Reid mógł przecież wybierać: marzyło o nim mnóstwo 
piękności. Miała tylko jeden atut, który dawał jej nad nimi przewagę: dziecko – 
jego dziecko.

Tak bardzo pragnęła objąć Reida, pogłaskać go po policzku, wyznać, że 

pragnie go równie mocno...

Usłyszeli głośne pukanie. Rachel odsunęła się od męża, zaciskając dłonie 

w pięści. Reid patrzył na nią uparcie. Krew pulsowała mu w skroniach. Rachel 
go odtrąciła. Zacisnął zęby. Czuł się upokorzony. Był wściekły, że tak się przed 
nią obnażył.

Po   chwili   westchnął   głęboko.   Trudno.   Zaryzykował   i   przegrał.   Nie 

pierwszy i nie ostatni raz wyszedł na idiotę.

Oboje   znajdowali   się   w   trudnym   położeniu.   Jeśli   Rachel   potrzebuje 

więcej czasu, by zebrać myśli i podjąć decyzję, on jej to umożliwi.

Pukanie do drzwi zabrzmiało natarczywiej.
– Kto tam? – zawołał zirytowany Reid.
– Mogę wejść? – W uchylonych drzwiach ukazała się głowa Julesa.
– Proszę – odparł Reid. Adwokat wyciągnął z teczki plik dokumentów i 

podał je Rachel.

– Co mam z tym zrobić?
– Reid nie powiedział ci, o co chodzi? – Jules wodził spojrzeniem po 

twarzach młodych małżonków.

– Nie – odparła Rachel. – O co...
– Przejrzyj te papiery – wtrącił Reid. Żona popatrzyła na niego badawczo. 

Otworzyła skoroszyt. To był ich kontrakt małżeński. Podniosła wzrok. – Czy...

– Dałem słowo, że sformułuję na piśmie wszystkie moje zobowiązania. 

Dotrzymałem słowa. – Popatrzył jej prosto w oczy i dodał nieco łagodniejszym 
tonem: – Może zechcesz przeczytać te dokumenty.

Rachel spełniła jego prośbę. Powoli brnęła przez kolejne paragrafy; pięć 

background image

stron   prawniczego   bełkotu,   ale   znaczenie   kontraktu   na   pierwszy   rzut   oka 
wydawało się oczywiste.

– Nie prosiłam cię o pieniądze – powiedziała, rzucając dokumenty na 

niski stolik. – Nie jestem na sprzedaż. Nie podpiszę tych papierów.

– Musisz...
– Zamknij się, Jules – rzucił Reid.
– Posłuchaj mnie, przyjacielu. Gdyby doszło do rozwodu, Rachel będzie 

miała prawo do połowy twojego majątku – denerwował się adwokat.

Reid   patrzył   na   niego   z   kamienną   twarzą.   Jego   oczy   przypominały 

zielonkawe okruchy lodu. Po chwili zapytał:

– Jeśli rzeczywiście dostałaby połowę forsy, ile by mi zostało?
– Trudno w tej chwili policzyć. Wszystko zależy...
– Zostałbym bez grosza?
– Ależ nie!
– W takim razie nie ma się czym martwić. Zostaw nas samych, Jules – 

mruknął Reid i odwrócił się ku Rachel.

– Jako twój adwokat muszę stanowczo zaprotestować...
– Idź już – przerwał mu Reid. Wkrótce zostali w salonie tylko we dwoje.
– Zapomnijmy o tym. – Reid wyrzucił do kosza plik dokumentów. Rachel 

odetchnęła   z   ulgą.   Czuła   niesmak   podczas   lektury   tego   niedorzecznego 
kontraktu.   Wyceniono   w   nim   kobietę   niczym   przedmiot   wystawiony   na 
sprzedaż. Można ją było mieć za określoną sumę. Przez moment Rachel miała 
wrażenie,   że   została   po   prostu   wynajęta   w   celu   urodzenia   zarozumiałemu 
milionerowi upragnionego potomka. Obrzydliwe uczucie!

Nie   chciała   pieniędzy   Reida.   Pragnęła   dostać   od   niego   coś   znacznie 

ważniejszego.   Poczuła   łzy   pod   powiekami.   Zagryzła   wargi,   żeby   się   nie 
rozpłakać. Czy żądała nazbyt wiele, prosząc, by cenił ją dla niej samej?

– Przepraszam. Jules niepotrzebnie się napracował – powiedziała cicho, 

gdy Reid podszedł do niej.

– Nie martw się o niego.
–   Reid,   nie   umiem   tego   ogarnąć.   Wszystko   się   dzieje   za   szybko.   – 

Podniosła na męża załzawione oczy. – Boję się.

– Nie przyszło ci do głowy, że ja również odczuwam lęk?
– Ty?
– Tak, ja też. Dla mnie to również całkiem nowe doświadczenie.
– Naprawdę masz zamiar nie pracować przez rok?
– Oczywiście.
– Co będziesz robił?
– Trudy dobrze to ujęła. Chcę po prostu żyć. – Wyciągnął rękę do żony. – 

Żyj razem ze mną, Rachel. – Po chwili wahania podała mu dłoń i podniosła 
wzrok, napotykając uważne spojrzenie zielonych oczu. – Zaufaj mi, moja droga. 

background image

Wiem,   że   nie   chcesz   pieniędzy.   Mnie   natomiast   bardzo   zależy   na   twoim 
zaufaniu. Oboje podjęliśmy spore ryzyko. Być może do tej pory żadne z nas nie 
ryzykowało tak wiele. Zrobię wszystko, by się nam udało.

– Wierzę ci – odparła Rachel – chociaż nie umiem powiedzieć, dlaczego 

tak jest.

– A więc zrobiliśmy pierwszy krok.
Nim zdążyła spytać, jaki będzie następny, w uchylonych drzwiach stanęła 

Trudy.

– Mogę wejść? Charlotte i ja musimy wracać do biura. Chciałyśmy się z 

wami pożegnać.

Reid skinął na obie kobiety, zapraszając je do salonu. Charlotte podeszła 

do   szefa,   by   omówić   kilka   bieżących   spraw.   Trudy   podbiegła   do   Rachel, 
uściskała ją i szepnęła:

– Będziesz z nim spała dziś w nocy?
– Trudy!
– Jesteś okropnie tajemnicza!
– Nie sądzę, żebym się na to zdecydowała.
– Poprosił cię?
– W pewnym sensie...
– Nie masz na niego ochoty?
– Przestań się wygłupiać, Trudy. W ogóle się nad tym nie zastanawiałam 

– skłamała Rachel, spoglądając na Reida pogrążonego w rozmowie z Charlotte.

– Nie wierzę ci.
– Trudno.
– Nie sądziłam, że jesteś taką wariatką. Tysiące samotnych dziewczyn 

oddałoby wszystko, byle znaleźć się dziś na twoim miejscu.

– Być może, ale tu chodzi o moją przyszłość.
– Może być cudownie, Rachel.
– Tego się obawiam – odparła dziewczyna z wymuszonym uśmiechem.
– Możemy iść? – zapytała Charlotte, zwracając się do Trudy. Ta skinęła 

głową i ucałowała przyjaciółkę na pożegnanie. Charlotte podeszła, by uściskać 
żonę szefa.

–   Bądź   dla   niego   wyrozumiała   –   szepnęła.   –  To   wspaniały   człowiek, 

chociaż sam nie zdaje sobie z tego sprawy.

– Postaram się – odparła Rachel. Od razu polubiła asystentkę Reida. Ta 

mądra kobieta budziła zaufanie.

– Zaopiekuj się nią, Reid – rzuciła na odchodnym Trudy.
– Taki mam zamiar.
– Przyszła mi do głowy pewna myśl – oznajmiła Trudy, ujmując się pod 

boki. – Jeśli postarasz się oczarować Rachel, a wiem, że to potrafisz, rezultaty 
mogą przejść twoje najśmielsze oczekiwania.

background image

– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Może się w tobie zakocha.
– Mało prawdopodobne – odparł Reid, wybuchając śmiechem.
– Nie wykluczam, że i ty się w niej zakochasz.
–   Czas   wracać   do   biura,   Trudy   –   odparł   Reid,   niespodziewanie 

poważniejąc.

– Miłość to wspaniałe uczucie – oznajmiła pogodnie Trudy, zachichotała, 

pomachała ręką nowożeńcom i wyszła. Charlotte pospieszyła za koleżanką.

Reid zamknął drzwi. Przez chwilę stał bez ruchu. Potem odwrócił się i 

badawczym   spojrzeniem   zmierzył   Rachel,   która   poczuła   się   jak   robak 
umieszczony pod mikroskopem.

– O co chodzi? – zapytała w końcu.
– Nieważne – odparł z roztargnieniem Reid i potrząsnął głową. Słowa 

Trudy nadal brzmiały mu w uszach.

Zakochać się... Śmieszny pomysł! W ich związku miłość znaczyła równie 

mało jak  pieniądze.  Z  pewnością Rachel  jest  tego samego  zdania. Przyjaźń, 
poczucie bliskości, zaufanie, wspólne wychowywanie dziecka – to właśnie ich 
łączyło. Miłość nie była im potrzebna do szczęścia. Gwałtowne uczucie mogło 
tylko zaszkodzić ich małżeństwu. Po co wprowadzać niepotrzebne zamieszanie? 
Nie szukał miłości i doskonale się bez niej obywał. Wątpił, czy to uczucie w 
ogóle istnieje.

Popatrzył   na   Rachel,   która   wpatrywała   się   w   niego,   jakby   ujrzała 

dwugłowego smoka. Może istotnie przypominał takie monstrum?

– Chciałabym się odświeżyć i przebrać – stwierdziła.
–   Oczywiście   –   odrzekł   skwapliwie.   –   Twoje   rzeczy   są   na   górze.   – 

Pokazał ręką spiralne schody. Rachel weszła po nich na piętro.

Niespodziewanie znalazła się... tam. Znowu była w śnieżnobiałej sypialni 

Reida. To był pokój z jej snu.

–   Chyba   najlepiej   będzie,   jeśli   zostaniemy   tu   na   noc,   a   jutro   rano 

pojedziemy do Connecticut.

Rachel poczuła, że coś ściska ją za gardło. Wpadła w panikę. Nie mogła 

spać w tym pokoju... w tym łóżku!

–  Ta   sypialnia...   Nie   zostanę   tutaj   –   wykrztusiła,   patrząc   z   obawą   na 

Reida.

– Pamiętasz, Rachel? – zapytał, mrużąc oczy.
– Niewiele.
–   Czy   to   było   dla   ciebie   tak   przerażające   doznanie,   że   sam   widok 

sypialni... i łóżka przejmuje cię dreszczem?

– W żadnym wypadku. – Rachel energicznie pokręciła głową.
– W takim razie o co chodzi?
– Gorąco tu.

background image

– Włączę klimatyzację.
– I ta biel – dodała w zadumie dziewczyna.
– Nie lubisz bieli?
–   Wolałabym,   żebyśmy   tu   nie   nocowali.   –   Jak   mogła   opowiedzieć 

Reidowi swój niezwykły sen?! Na pewno uznałby ją za wariatkę.

– Zgoda. – Reid powtarzał sobie w duchu, że musi być cierpliwy. Wolno 

pokiwał   głową.   –   Będzie   tak,   jak   chcesz.   Wyjedziemy   do   Connecticut   po 
południu,   gdy   zrobi   się   nieco   chłodniej.  W  domu   są   jeszcze   trzy   sypialnie. 
Będziesz mogła wybierać.

Rachel czuła, że Reid jest zirytowany, ale nie miała wyboru. Ten pokój ją 

przytłaczał. Za nic w świecie nie zostałaby tu na noc.

–   Rachel?   –   zaczął   niepewnie   Reid.   –   Wprawdzie   nie   doszliśmy   do 

porozumienia,   czy   pragniemy   żyć   jak   mąż   i   żona,   ale   jedno   chciałbym   ci 
uświadomić: nasze małżeństwo musi być dopełnione zgodnie z obowiązującym 
prawem.

– Sądziłam, że załatwiliśmy wszystkie formalności.
– Jeszcze nie.
– Czy możesz wyrażać się jaśniej? – odparła zaniepokojona Rachel.
– Małżeństwo musi zostać skonsumowane... tu lub w Connecticut.
Skonsumowanie małżeństwa! To staromodne wyrażenie długo brzmiało 

im w uszach. Rachel pomyślała, że ów zwrot mimo wszystko pasuje do stylu 
Reida.   Ten   wspaniały   mężczyzna   był   trochę   staroświecki.   Bardziej   niż   inni 
ludzie   dbał   o   formy   towarzyskie   i   dobre   maniery.   Sprawiał   wrażenie 
dżentelmena   z   ubiegłego   stulecia   zagubionego   w   dwudziestym   wieku,   który 
przestrzega reguł odmiennych niż jego bliźni.

– Rozumiem – wymamrotała. – Kiedy... powinniśmy...
– Jak najszybciej. Oczywiście jeżeli ci to nie zaszkodzi.
Zostawił   jej   furtkę.   Mogła   wykręcić   się   złym   samopoczuciem   albo 

zdrowiem rosnącego w jej łonie dziecka i odkładać sprawę w nieskończoność. 
Dobro maleństwa i jego matki za bardzo leżało Reidowi na sercu, by domagał 
się   od   Rachel   wypełnienia   małżeńskich   powinności.   Zdawała   sobie   z   tego 
sprawę, ale kłamstwo nie przeszłoby jej przez gardło.

Popatrzyła Reidowi prosto w oczy. Jego spojrzenie wiele mówiło. Była w 

nim determinacja, a prócz tego... niepewność, która sprawiła, że Rachel nagle 
pomyślała o mężu z czułością.

– A zatem kiedy?
Pożądanie   zawładnęło   sercem   i   umysłem   Reida.   Mięśnie   stężały   w 

mgnieniu oka. Tryumfował. Zaryzykował i wyszedł z tej próby zwycięsko. Z 
radości mąciło mu się w głowie. Nie odrywał wzroku od twarzy Rachel, która 
stała bez ruchu jak zaczarowana.

– Chyba nie mamy powodu, by to odwlekać, prawda?

background image

–   Nie   –   odparła   pospiesznie.   –   Masz   rację.  A  więc   kiedy?   Reid   nie 

dowierzał własnemu szczęściu. Odrzekł zdecydowanym tonem:

– Dziś wieczorem.
– Zgoda. – Rachel wolno skinęła głową. Dziś wieczorem!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Na   widok   domu   Reida   Rachel   ogarnęło   zdumienie.   Spodziewała   się 

ujrzeć   imponującą   rezydencję   urządzoną   podobnie   jak   miejski   apartament 
milionera. Przypuszczała, że tylko otoczenie będzie inne; w Connecticut zamiast 
eleganckich kamienic powinna ujrzeć piękne stare drzewa.

Dom był prześliczny.
Stał   niecały   kilometr   od   głównej   drogi.   Miał   staroświecki   wdzięk 

zamieszkanej od pokoleń wiejskiej siedziby; łakomy kąsek dla mieszczucha, 
który szuka cichego schronienia.

Żadnego blichtru ani pretensji do wyszukanego stylu. Dębowe belki z 

naturalnymi przebarwieniami dodawały budynkowi uroku i ciepła. Rachel była 
zdziwiona, że Reid kupił skromny, bezpretensjonalny dom. Nie znała męża od 
tej strony. Znajomi Reida byliby równie zaskoczeni jego wyborem.

Frontowe drzwi skrzypiały przy otwieraniu. Reid odwrócił się do Rachel, 

którą zaniepokoił wyraz jego twarzy. Jej nowo poślubiony mąż był śmiertelnie 
poważny. Dziewczyna była pełna obaw. Uśmiech zniknął powoli z jej twarzy.

– Co się stało? – zapytała szeptem.
– Wszystko powinno być tak, jak należy – odparł cicho. Nim zdążyła 

odpowiedzieć, wziął ją na ręce i przeniósł przez próg. Objęła męża za szyję. 
Reid nie postawił żony na podłodze. Trzymając ją w ramionach, szedł długim 
korytarzem.

– Dawno tu nie zaglądałem – oznajmił, przytulając ją mocniej. – Wystrój 

domu jest bardzo skromny.

Popatrzył w szare oczy Rachel, lśniące i szeroko otwarte ze zdumienia. 

Dopiero w chwili gdy schował klucz do kieszeni, zdał sobie sprawę, jak bardzo 
mu zależy, by Rachel spodobał się ten dom. Na jej twarzy widział zdumienie. 
Zapewne   spodziewała   się   zamieszkać   w   eleganckiej   rezydencji.   Pragnął   jej 
wynagrodzić ten zawód.

Niewiele myśląc, pochylił głowę i delikatnie pocałował Rachel, która od 

razu   rozchyliła   usta,   spragniona   śmielszej   pieszczoty.   Reid   nie   tracił   czasu. 
Tęsknota i pożądanie zawładnęły nim bez reszty, gdy poczuł dotknięcie ciepłego 
języka dziewczyny. Opanował się ostatkiem sił. Gdyby tego nie zrobił, wkrótce 
kochałby   się   z   nią   na   podłodze.   To   był   dla   nich   obojga   trudny   dzień. 
Długotrwała jazda okazała się bardzo męcząca. W tej sytuacji niełatwo było 
Reidowi   udawać,   że   jest   spokojny   i   opanowany.   Bał   się   nieoczekiwanego 
wybuchu   uczuć   i   namiętności;   nie   chciał   utracić   kontroli   nad   swoim 
zachowaniem.

Nowożeńcy powinni się kochać inaczej. Skoro postanowili spać dzisiaj 

razem, ta noc musi być wyjątkowa, szczególna, godna zapamiętania na całe 

background image

życie. Jeśli Rachel zazna w ramionach męża prawdziwej rozkoszy, może potem 
sama zapragnie...

– To na szczęście – mruknął, odrywając wargi od jej ust. Uśmiechem 

starał się pokryć zmieszanie. Przytulił Rachel, a potem bez pośpiechu rozluźnił 
uścisk i postawił żonę na podłodze.

Reid zrobił krok do tyłu i odgarnął włosy z czoła, próbując wziąć się w 

garść. Zaskoczyła go intensywność niedawnych doznań i odczuć. Gdy Rachel 
zawitała do wiejskiego domu, który był jedynym miejscem bliskim jego sercu, 
ogarnął   go   dziwny   niepokój.   Reid   był   ogromnie   przejęty   i   zaskoczony 
gwałtownością   swojej   reakcji.   Odwrócił   się,   mając   nadzieję,   że   Rachel   nie 
zwróci uwagi na to wzburzenie. Miał je wypisane na twarzy.

–   Trzeba   sporo   wysiłku,   żeby   ten   dom   prezentował   się   jak   należy. 

Wszelkie decyzje pozostawiam tobie – powiedział.

– Moim zdaniem to piękny dom. Wnętrze jest cudowne – odparła Rachel, 

zaglądając do salonu. Reid dotknął jej policzka. Ty jesteś cudowna, przemknęło 
mu przez głowę. Uśmiechnął się do żony.

– Chodź. Obejrzymy inne pokoje.
– Nie będę tu niczego zmieniać – oznajmiła Rachel, patrząc w zielone 

oczy Reida. – Od razu pokochałam ten dom.

Na górze były trzy sypialnie. Żadna z nich nie została urządzona na biało. 

Jeden z pokoi szczególnie spodobał się Rachel. Z przyjemnością się po nim 
rozglądała: niezbyt duży, wyjątkowo przytulny, jasny i słoneczny. Mimo woli 
pomyślała, że złocisty blask sączący przez duże okna na pewno rozproszy mrok 
panujący w jej sercu.

Na   umeblowanie   składała   się   szafa   z   wiśniowego   drewna,   elegancka 

toaletka, ogromne łóżko z dwiema nocnymi szafkami oraz stół nakryty obrusem 
z tego samego materiału, z którego uszyto zasłony i kapę na łóżko. Rachel z 
uśmiechem przesunęła dłonią po staromodnej tkaninie.

Ktoś zadał sobie wiele trudu, by wszystko zostało uszyte jak należy.
– Podoba ci się ta sypialnia? – zapytał Reid, stając tuż obok Rachel, która 

skinęła głową.

– Jest twoja.
Dziewczyna zwróciła uwagę na wybór zaimka: twoja, a nie nasza.
– Dzięki – odparła zastanawiając się, co o tym myśleć.
–   Zwiedzanie   domu   zakończone.   Czas   na   kolację,   nie   sądzisz?   Jesteś 

głodna?

W chwili gdy  Reid  wypowiedział  te słowa,  jego żona  poczuła  wielką 

ochotę  na ryż z  chińskimi  przyprawami. Odkąd Trudy  uraczyła  przyjaciółkę 
orientalnymi   potrawami   w   dniu,   gdy   Rachel   podjęła   ostateczną   decyzję 
dotyczącą   urodzenia   dziecka,   przyszła   matka   nie   mogła   się   obejść   bez 
ulubionego dania.

background image

–   Jedźmy   do   restauracji   –   zaproponował   Reid.   Rachel   skrzywiła   się 

wymownie. – W takim razie może przywiozę coś do domu?

– Chińskie jedzenie?
– Oczywiście, skoro masz na nie apetyt – odparł z uśmiechem Reid.
– Zrobię wszystko, byle dostać miskę ryżu po chińsku.
– To brzmi niezwykle obiecująco, Rachel.
– Proszę też o duszone warzywa – dodała, chichocząc.
Red starał się dogodzić żonie. Sam wyjął z auta wszystkie bagaże, nie 

pozwalając jej tknąć ich palcem. Następnie przez godzinę krążył po okolicy, 
szukając   chińskiej   restauracji.   Na   pustkowiach   Connecticut   niełatwo   było 
znaleźć taki lokal. Powrócił do domu z miną tryumfatora.

–   Proszę   bardzo!   Duszone   warzywa,   ryż   z   przyprawami,   krewetki, 

wołowina z brokułami, kurczak z groszkiem...

– Po co tyle tego nakupiłeś?
–   Zapomniałem   spytać,   co   chcesz   zjeść   jako   główne   danie,   i   dlatego 

zamówiłem wszystkiego po trochu.

Rachel pałaszowała ulubiony ryż wielką łyżką. Reid jadł pałeczkami.
– Jak się tego nauczyłeś? – mruknęła, podnosząc do ust kolejną porcję.
– Przed laty często podróżowałem w interesach do Hongkongu. Często 

miałem okazję używać pałeczek. – Reid podał żonie krewetkę. – Spróbuj.

– Nie sądzę...
–   Daj   się   skusić,   Rachel.  Tylko   odrobinkę.   Otwórz...   Reid   powolnym 

ruchem niósł krewetkę do jej warg.

Rozchyliła usta, by chwycić smaczny kąsek. Reid delikatnie przesunął 

chropowatą   pałeczką   po   dolnej   wardze   dziewczyny.   Jak   zahipnotyzowani 
patrzyli sobie w oczy. Rachel zapomniała o trzymanej w ustach krewetce. Dużo 
czasu minęło, nim zaczęła ją żuć. Reid nie odrywał wzroku od twarzy żony, póki 
nie przełknęła ostatniego kęsa.

–  To   łatwe   –   powiedział   cicho,   odkładając   pałeczki.   –   Potrzeba   tylko 

nieco praktyki.

– Chyba się nie nauczę. Nie mam zdolności manualnych.
– Jestem innego zdania – odparł Reid z dziwnym uśmiechem. – Z czasem 

dojdziesz do perfekcji. To bardzo przyjemne.

Rachel szybko pojęła, że nie rozmawiają wcale o jedzeniu pałeczkami. 

Poczuła, że się rumieni, pochyliła głowę i utkwiła spojrzenie w talerzu pełnym 
smakołyków.

– Napijesz się herbaty?
Podniosła wzrok. Reid trzymał w ręku dzbanek.
– Bardzo chętnie – odparła, podsuwając kubek. Reid nalał gorącej herbaty 

najpierw Rachel, potem sobie. Dziewczyna popijała ją małym łykami. Objęła 
dłońmi kubek, przymknęła ciężkie powieki i westchnęła.

background image

– Jesteś zmęczona? – zapytał czule Reid.
– Trochę.
–  Oszukujesz.  Zabierz  herbatę  do  sypialni  i  połóż  się  do  łóżka.  Ja   tu 

posprzątam.

Rachel   popatrzyła   na   niego   ze   zdziwieniem.   Do   czego   zmierzał?   Czy 

chciał jej dać do zrozumienia, że powinna się przygotować do nocy poślubnej? 
Kiedy zjawi się w jej sypialni?

– Chętnie się położę – odpowiedziała, wstając z krzesła i biorąc kubek.
– Dobranoc, Rachel.
– Idziesz... na górę?
– Jeszcze nie teraz. Muszę tu posprzątać.
– W takim razie dobranoc.

Rachel   z   zachwytem   przyglądała   się   nocnej   koszuli.   Cieniutka   biała 

satyna połyskiwała w blasku ognia, który Reid rozpalił w kominku po zachodzie 
słońca, gdy na dworze zrobiło się chłodno. Z roztargnieniem przesunęła dłonią 
po wydekoltowanym, lśniącym fatałaszku. To oczywiste, że krótko będzie go 
miała na sobie.

Nocna koszula była prezentem od Trudy, która oznajmiła dowcipnie, że 

każda oblubienica powinna mieć taki drobiazg w ślubnej wyprawie. Rachel nie 
chciała urazić koleżanki; musiała przyjąć szykowny prezent, chociaż nie sądziła, 
że będzie miała okazję tę koszulę włożyć.

Sprawy ułożyły się zupełnie inaczej. Reid poprosił, żeby spędzili razem 

noc poślubną, a Rachel na to przystała. Wkrótce mąż przyjdzie do jej sypialni.

Marzyła, by się z nim kochać. Bardzo tego chciała. Nikogo dotąd tak 

bardzo nie pragnęła. Mimo to nadal dręczyły ją obawy. Kobieta, która oddała się 
Reidowi   w   miejskim   apartamencie,   była   dla   niej   nie   znaną   istotą,   tworem 
wyobraźni,   postacią   cudem   uwolnioną   od   lęków   i   zahamowań   dręczących 
prawdziwą   Rachel.   Tamta   zmysłowa   kobieta   nie   znała   trosk,   lekceważyła 
wszelkie zakazy, oddała się bez namysłu, gotowa przyjąć wszystko, co chciał jej 
ofiarować kochanek.

Być może Rachel naprawdę była w głębi ducha ową namiętną istotą, ale 

nie potrafiła na zawołanie pozbyć się narastających w niej od lat uprzedzeń i 
zahamowań. Niewiele miała do tej pory erotycznych doświadczeń. Trudno ją 
było nazwać kobietą zmysłową. Czego właściwie Reid się po niej spodziewał?

Rachel   rzuciła   koszulę   na   łóżko   i   ukryła   twarz   w   dłoniach.   Była 

przekonana, że rozczaruje męża, jeśli pozostanie sobą. Nie chciała go zawieść – 
nie tej nocy. Być może nigdy więcej nie będzie już miała okazji, by się z nim 
kochać.

Może powinna zejść na dół i poprosić, żeby przyszedł do jej sypialni? Nie 

umiała się na to zdobyć. Wyszłoby na to, że błaga go o miłosną noc. Z drugiej 

background image

strony   jednak   cóż   w   tym   było   złego?   Dlaczego   nie   miałaby   go   zachęcić? 
Wystarczy nałożyć tę prześliczną koszulkę, zejść do kuchni i zadać pytanie.

–   Przepraszam,   Reid   –   powiedziała   na   głos   do   pustych   ścian.   –   Czy 

zamierzasz skonsumować dzisiejszej nocy nasze małżeństwo?

Zaczęła   chichotać,   rozbawiona   własnym   postępowaniem.   Po   co   się 

oszukiwać? Nie ośmieli się tego zrobić. Reid na pewno zemdlałby z wrażenia, 
gdyby postawiła sprawę jasno.

Wiedział,   co   robi,   zostawiając   ją   w   niepewności.   Zyskał   nad   nią 

przewagę. Jak ma się zachować świeżo poślubiona małżonka? Spać w nocnej 
koszuli czy nago? Czekać na oblubieńca czy schować się pod kołdrą i zasnąć?

Po namyśle Rachel nałożyła koszulkę, wślizgnęła się do łóżka i przykryła 

do pasa. Tak powinno być dobrze. Ogarnęło ją zmęczenie. W sypialni robiło się 
coraz cieplej. Zapomniała o strapieniach. Przymknęła powieki i zapadła w sen.

Obudziła się niespodziewanie. Nie miała pojęcia, co ją wybiło ze snu. Po 

chwili zrozumiała. Reid stał w drzwiach. Ledwie widziała jego twarz. Pokój 
rozświetlały   tylko   polana   żarzące   się   słabo   w   kominku.   Rachel   nie   miała 
pojęcia,   która   jest   godzina.   Zerknęła   na   budzik,   ale   to   nic   nie   dało.   Był 
odwrócony tarczą w przeciwną stronę. Spała chyba bardzo mocno. Jak długo? 
Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.

– Mogę wejść? – zapytał Reid.
– Naturalnie – odparła, siadając na posłaniu. Ręce jej drżały. Zapytała 

cicho: – Która godzina?

– Zaraz wstanie świt. Nie mogłem zasnąć. Chcesz, żebym sobie poszedł? 

– zapytał niepewnie, spoglądając na Rachel, która zdawała sobie sprawę, że 
Reid wyczuwa jej zakłopotanie. Pokręciła głową.

– Nie.
Reid rzucił w ogień wykałaczkę, którą nerwowo ściskał zębami. Podszedł 

do wielkiego łóżka. Rachel odgarnęła potargane włosy. Kołdra podciągnięta aż 
pod brodę zsunęła się nagle. Reid nie odrywał wzroku od głębokiego dekoltu jej 
koszulki. Chwycił brzeg kołdry i odrzucił ją na bok.

– Piękny widok – oznajmił, błądząc wzrokiem po smukłej postaci okrytej 

białą satyną.

– Ta koszula to prezent od Trudy.
– Przypomnij mi, żebym dał tej dziewczynie podwyżkę.
Zachichotała nerwowo. Reid wciąż miał na sobie koszulę i dżinsy. Co 

robił, gdy spała? Dlaczego przyszedł do sypialni dopiero o świcie? Serce Rachel 
kołatało się w piersi jak oszalałe. Krew pulsowała jej w skroniach.

Modliła się w duchu, by nie stchórzyć. Posunęła się, robiąc mu miejsce i 

bez   słowa   poklepała   materac.   Nie   zwracała   uwagi   na   dziwne   oszołomienie, 
które poczuła, gdy Reid usiadł na łóżku i pochylił się w jej stronę.

background image

– Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo cię pragnę, Rachel? – zapytał tak 

cicho i czule, że omal nie zemdlała z wrażenia.

– Opowiedz mi o tym.
– Znam lepszy sposób.
– To bardzo interesujące – odparła, dotykając ręką jego policzka.
Pochyliła   się,   widząc,   że   Reid   chce   ją   pocałować.   Rozchyliła   wargi   i 

poddała się namiętnej pieszczocie, o której tak długo marzyła. Zaskoczyła ją 
zachłanność   i   niecierpliwość   ich   obojga,   chociaż   tego   właśnie   mogła   się 
spodziewać. Tak było zawsze, ilekroć Reid ją całował. Budził w niej szaloną 
tęsknotę, by oddać mu się bez reszty – ciałem, duszą i sercem, które już teraz do 
niego należało.

Reid   zsunął   delikatnie   ramiączka   nocnej   koszuli.   Opuszkami   palców 

pieścił kształtne piersi.

– Jeśli chcesz, żebym wyszedł, powiedz mi to.
– Nie. Zostań.
Reid zsunął cieniutką tkaninę aż do talii Rachel i objął dłońmi biust żony. 

Cofnęła się niespodziewanie.

–   Skarbie,   doprowadzasz   mnie   do   szaleństwa.   –   Reid   odsunął   się 

natychmiast.

– Nie. Zostań, proszę.
– Rachel, musisz coś postanowić. Czy naprawdę chcesz ze mną być?
– Tak – odparła. – Nie odchodź. Czy mógłbyś...
– Słucham?
– Myślę, że powinieneś się rozebrać.
– Mam zdjąć ubranie?
– Tak – szepnęła.
Reid   wstał   z   łóżka.   Rozpiął   guziki   koszuli,   wyciągnął   ją   z   dżinsów   i 

zrzucił buty. Rachel spostrzegła, że się spieszy, jakby dręczył go lęk, że jego 
wybranka zmieni zdanie, nim weźmie ją znów w ramiona – co przecież było 
możliwe.

Rachel  zdobyła   się   na   odwagę,   uklękła  na   pościeli,   przysunęła   się   do 

brzegu posłania w chwili, gdy stojący przy łóżku Reid zsunął z ramion koszulę. 
Wyprostowała się i wyciągnęła rękę, nie dotykając jego torsu.

– Pomożesz mi? – zapytał szeptem Reid, rzucając koszulę w róg sypialni. 

Miał na sobie tylko spodnie. Rachel zamarła w bezruchu. Reid rozpiął pasek i 
czekał. Po chwili dodał: – Śmiało. Rozbierz mnie.

Rachel przymknęła oczy, pochyliła się lekko i dotknęła policzkiem torsu 

męża. Nagie piersi musnęły skórę jego brzucha, gdy otarła się o niego niczym 
zadowolona   kotka.   Wciągnęła   w   nozdrza   przyjemny   zapach   jego   wody 
kolońskiej   pomieszany   z   wonią   męskiego   ciała.   Bez   pośpiechu,   ale 
zdecydowanie,   sięgnęła   ręką   do   suwaka   dżinsów.   Słyszała   szybkie,   głośne 

background image

uderzenia serca swego męża i to dodało jej odwagi. Powoli uwolniła Reida od 
spodni i bielizny.

Głaskała i okrywała pocałunkami jego nagi tors. Jej dłonie zsuwały się 

coraz niżej, by w końcu objąć nabrzmiałą męskość. Usłyszała spazmatyczne 
westchnienie Reida. Jeszcze nim go dotknęła, zdała sobie sprawę, że jest bardzo 
podniecony,   gotowy   kochać   się   z   nią   natychmiast   tak   szaleńczo,   by   oboje 
zapomnieli o całym świecie.

– Rachel...
Jej imię zabrzmiało jak magiczne zaklęcie... Niczym westchnienie z głębi 

serca. Oczarowana brzmieniem niskiego głosu, pieściła ukochanego mężczyznę, 
wodząc   dłońmi   po   jego   wrażliwej   i   rozpalonej   pożądaniem   skórze.   Poznała 
opuszkami palców każdy jej skrawek.

Reid stracił panowanie nad sobą. Chwycił Rachel w objęcia, szukając 

zachłannie jej ust. Poddała się natarczywej pieszczocie jego języka. Pocałunek 
był tak namiętny i obezwładniający, że po chwili oboje dygotali z tęsknoty, 
żądzy i natłoku trudnych do pojęcia wrażeń.

Reid wypuścił z objęć żonę, która opadła bez sił na łóżko. Po chwili oboje 

byli   całkiem   nadzy.   Reid   położył   się   obok   swojej   wybranki.   Obsypywał 
kształtny biust pocałunkami tak delikatnymi jak dotknięcie motylich skrzydeł, a 
potem objął wargami nabrzmiałe sutki.

– Rachel... – Wymawiał to imię jak magiczną formułę. Gorący oddech 

parzył skórę dziewczyny. Zachłanne usta wędrowały coraz niżej, całując płaski 
brzuch. Rachel odruchowo uniosła biodra, jakby zachęcała męża do śmielszych 
pieszczot.   Reid   skwapliwie   przystał   na   to   nieme   zaproszenie.   Rachel   była 
zawstydzona   i   zażenowana.   Odwróciła   twarz   i   wtuliła   głowę   w   poduszkę, 
próbując się ukryć. Miała wrażenie, że spada w przepaść głową na dół – wprost 
na   groźne   skały.   Czuła   wstyd,   lecz,   posłuszna   pierwotnemu   odruchowi, 
rozsunęła uda, spragniona zuchwałych pocałunków.

Nie była przygotowana na taką intensywność odczuć. Znieruchomiała na 

chwilę.   Nie   zdołała   stłumić   przeciągłego   jęku   rozkoszy.   Zasłoniła   twarz 
poduszką i odsunęła się od męża niespodziewanie.

– Spójrz na mnie – usłyszała głos Reida. Bez słowa pokręciła głową.
– Proszę, Rachel.
– Nie mogę.
– Nieprawda. Po prostu odwróć głowę i otwórz oczy.
– Nie. Wstydzę się.
– Dlaczego?
– Całkiem się zapomniałam.
– Dlatego jesteś zażenowana? Nie ma się czego wstydzić. Ciesz się. – 

Reid zmusił ją, żeby odwróciła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. – Jestem 
tobą zachwycony.

background image

– Naprawdę?
–   Jak   możesz   pytać?   –   odparł,   przytulając   się   do   niej.   Czuła   między 

udami jego męskość. Patrzyli sobie prosto w oczy. Reid szepnął namiętnie: – 
Pragnę ciebie. Czy ty również mnie chcesz? Powiedz to, Rachel.

– Tak – szepnęła, rozkoszując się brzmieniem tego słowa.
– Nie chcę cię skrzywdzić – szepnął, wsuwając dłoń między jej uda.
– Wszystko będzie dobrze.
– Jesteś tego pewna?
– Tak.
Przylgnęła   całym   ciałem   do   Reida,   który   wsunął   się   w   nią   łagodnym 

ruchem. Objęła go mocno za szyję. Poruszał się bez pośpiechu, wchodząc w nią 
coraz   głębiej,   lecz   uważnie.   Uniosła   biodra,   jakby   chciała   mu   wyjść   na 
spotkanie.   Cudownie   było   czuć   tę   oszałamiającą   jedność   –   z   każdą   chwilą 
doskonalszą   i   pełniejszą.   Nikt   jej   dotąd   tak   nie   posiadł.   Raz   tylko   –   w 
pamiętnym śnie – doznała podobnej rozkoszy.

Długo odpoczywali. Reid przyglądał się żonie, która sprawiała wrażenie 

zamyślonej.

– Nad czym się zastanawiasz? – spytał wreszcie.
– Przypomniałam sobie twoje słowa.
– Jakie?
–   Wspomniałeś   o   konieczności   skonsumowania   małżeństwa.   Czy   na 

pewno uczyniliśmy zadość wszelkim formalnościom? – zapytała z figlarnym 
błyskiem oczu. Reid wybuchnął śmiechem i mocno pocałował żonę w usta.

– Tak, Rachel. Staliśmy się prawdziwym małżeństwem.
– Jesteś o tym przekonany? – zapytała, klękając na łóżku. Reid popatrzył 

na nią ze zdziwieniem, gdy przysunęła się bliżej i usiadła mu na biodrach.

– Co ty knujesz? – zapytał. Był uradowany, a zarazem nieco zdziwiony. 

Rachel pochyliła się i, zamiast odpowiedzieć, namiętnie go pocałowała. Reid 
podniósł się, objął żonę w talii i popatrzył jej prosto w oczy.

– Masz rację. Spróbujmy jeszcze raz – szepnął, dotykając niemal wargami 

jej ust. – Lepiej się upewnić.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Gdzie jest Reid? – zapytała Trudy.
– W ogrodzie. Kosi trawnik – odparła Rachel.
– Proszę?
–   Dobrze   słyszałaś.   Porządkuje   trawniki.   Zarosły   chwastami   niczym 

tropikalna   dżungla.   Wszystko   tu   rośnie   jak   szalone.   Reid   walczy   z   tym 
gąszczem od dwóch tygodni.

Czternaście   dni   byli   małżeństwem   i   mieszkali   pod   jednym   dachem. 

Pogoda im sprzyjała. Nastało ciepłe babie lato. Wrzesień pięknie się zapowiadał. 
Każdego ranka Rachel szczypała się ukradkiem, by sprawdzić, czy to nie sen.

Gdy obudziła się po szalonej nocy, była w łóżku sama. Przespała cały 

ranek. W sypialni czuć było miły zapach świeżo zaparzonej kawy, który zwabił 
ją   do   kuchni,   gdzie   krzątał   się   Reid.   Najwyraźniej   postanowił   uraczyć   żonę 
jagodziankami   własnego   wypieku.   Właśnie   sprzątał   po   uwieńczonych 
powodzeniem wysiłkach.

Rachel   była   wzruszona   jego   staraniami   i   nieco   zażenowana   po 

niezapomnianej   miłosnej   nocy.   Kochali   się   tak   namiętnie   i   zachłannie,   że 
pragnęła, by mąż do końca świata nie wypuszczał jej z ramion. Wmawiała sobie, 
że nie jest zmysłową kobietą, ale wystarczyło jedno dotknięcie Reida, by jej 
namiętność   znów   się   objawiła.   Przez   kilkanaście   dni   Rachel   łudziła   się,   że 
wkrótce znowu będzie mogła ujawnić swoją drugą naturę.

Daremnie.
Reid nie przyszedł więcej do jej sypialni. Był wobec żony pełen kurtuazji, 

ale   zachowywał   dystans,   trzymał   się   od   niej   z   daleka   i   unikał   jak   ognia 
wszelkiego fizycznego kontaktu.

Bardzo dbał o nią. Razem szukali dobrego lekarza, który czuwałby we 

właściwy sposób nad przyszłą mamą. Zaproponował również, by zapisali się do 
szkoły rodzenia. Rachel czuła się przy nim coraz lepiej – niemal jak prawdziwa 
żona. W ich związku brakowało tylko jednego elementu.

Reid   dostrzegł   z   daleka   miłego   gościa,   pomachał   ręką   na   powitanie   i 

wyłączył kosiarkę.

– Wygląda na... szczęśliwego – powiedziała cicho Trudy.
– Mówisz to z niedowierzaniem – odparła Rachel, spoglądając badawczo 

na przyjaciółkę. – Sama mu radziłaś, żeby cieszył się życiem.

– Nie sądziłam, że potrafi.
Wkrótce   dołączył   do   nich   pan   domu.   Rachel   wyciągnęła   rękę,   by 

strzepnąć źdźbło trawy wplątane w jego włosy. Reid odsunął się natychmiast. 
Jego   żona   pochwyciła   zdziwione   spojrzenie   Trudy.   Przyjaciółka   Rachel 
taktownie milczała.

background image

–   Opowiadajcie   –   poprosiła   po   chwili,   spoglądając   na   młodych 

małżonków. – Jak wam się tu żyje?

– Wspaniale!
– Cudownie!
– To widać. – Trudy pokiwała głową. – Bardzo się cieszę.
– Co słychać w firmie? – zapytał Reid, pospiesznie zmieniając temat.
– Spory zamęt. Telefony dzwonią nieustannie.
– Naprawdę?
– Musisz wiedzieć, że twoja decyzja o wycofaniu się z interesów narobiła 

dużo zamieszania, a ślub to największa sensacja ostatnich dni. Na chodnikach 
Nowego Jorku wala się mnóstwo złamanych serc porzuconych przez oszalałe z 
rozpaczy twoje wielbicielki, drogi szefie.

– Trudy oczywiście przesadza – wtrącił Reid, spoglądając z niepokojem 

na Rachel.

– Czyżby?
– Oczywiście.
–   Żadnej   młodej   damie   nie   złamałeś   serca?   –   spytała   Rachel, 

zahipnotyzowana spojrzeniem zielonych oczu męża.

– Nic mi o tym nie wiadomo.
– A ta mała blondyneczka z Long Island? – kpiła Trudy, zachwycona 

nieoczekiwaną sceną zazdrości między szefem i jej przyjaciółką.

– Nie znam żadnej blondyneczki z Long Island – odparł zdecydowanie 

Reid, rzucając Trudy ostrzegawcze spojrzenie.

– Niemożliwe! W ubiegłym roku asystowała ci wytrwale na wszystkich 

imprezach   dobroczynnych.   Na   imię   ma   Tiffany,   nazwiska   nie   pamiętam. 
Ostatnio   dzwoniła   codziennie.   Dodam,   że   miała   twój   prywatny   numer.   Nie 
przyjęła   do   wiadomości,   że   wyjechałeś,   i   domagała   się   stanowczo,   żeby 
Charlotte przełączyła rozmowę do twojego gabinetu. Zaproponowałam twojej 
niezrównanej asystentce, żeby dała Tiffany wasz numer telefonu...

– Chyba cię zamorduję! – zawołał Reid.
–   Charlotte   również   uznała,   że   to   głupi   pomysł.   –   Trudy   nagle 

spoważniała. – Powinieneś złożyć jakieś oświadczenie. Ludzie prześcigają się w 
domysłach na temat zagadkowej oblubienicy milionera. Miasto trzęsie się od 
plotek. Musisz oficjalnie przedstawić Rachel i ukrócić tę bezsensowną gadaninę.

– Masz rację – odparł Reid. – Wydamy przyjęcie. Niezbyt wystawne. 

Urządzimy je w moim apartamencie. Zaprosimy tylko najważniejszych ludzi. 
Zadzwonię do Charlotte. Niech przygotuje listę gości.

– Po co ten bankiet? – zapytała Rachel.
– Nie po co, tylko dla kogo. Dla ciebie. Musimy przestrzegać określonych 

reguł. Przedstawię w towarzystwie moją świeżo poślubioną małżonkę.

– Doskonały pomysł – uznała Trudy.

background image

– Nie sądzę, żebym musiała...
– To najlepsze wyjście – przerwał Reid. – Nie chcę, żeby po narodzinach 

dziecka krążyły jakieś plotki. Przyjęcie ukróci głupie domysły.

Jasne,   stwierdziła   z   goryczą   Rachel.   Chodzi   mu   wyłącznie   o   dziecko. 

Odruchowo położyła dłoń na brzuchu. Nieświadomie coraz częściej powtarzała 
ten gest. Reid postanowił ukręcić łeb wszelkim plotkom co do swego potomka. 
Nie   życzył   sobie,   by   ciekawscy   z   wypiekami   na   twarzach   liczyli   miesiące. 
Wszyscy musieli uznać za pewnik, że jego dziecko pochodzi z prawego łoża.

Rachel coraz lepiej rozumiała swego męża i gotowa była wiele dla niego 

poświęcić.

W głębi duszy podejrzewała, że jest w nim zakochana.
–   Jeżeli   sądzisz,   że   to   najlepsze   wyjście   z   sytuacji,   zgadzam   się   na 

przyjęcie.

– A zatem decyzja została podjęta. – Reid ruszył w stronę łazienki. – 

Trudy,   zrzuć   miejskie   łachy   i   przebierz   się   w   coś   wygodniejszego.   Później 
zajmiemy się papierkową robotą. Zaraz wracam. Wezmę tylko prysznic.

– Do zobaczenia wkrótce – odparła Trudy, pochyliła się ku przyjaciółce i 

zapytała konspiracyjnym szeptem: – Co tu się dzieje?

– Nic – odparła Rachel, unikając jej wzroku.
– Bzdura. Wodzicie za sobą oczyma, kiedy się wam zdaje, że nikt nie 

patrzy, ale kiedy chcesz dotknąć Reida, twój cudowny małżonek odskakuje na 
bok jak oparzony.

– Głupstwa mówisz.
– Nie  próbuj  mącić  w głowie  najlepszej przyjaciółce. Żyję  z  tego, że 

pilnie obserwuję ludzi. Chodzicie wokół siebie na paluszkach. Co tu się święci? 
Sądziłam, że z nim sypiasz...

– Tylko raz.
– Co? Jeden raz? W ciągu dwóch tygodni? Masz kłopoty? Źle się czujesz?
– Jestem w świetnej formie! – Rachel zerwała się z krzesła i zaczęła 

nerwowo spacerować po pokoju. – Nigdy w życiu nie byłam zdrowsza. Podobno 
większość ciężarnych kobiet cierpi na mdłości, ale mnie nic nie dolega. Czuję 
się wspaniale.

– W takim razie co stoi na przeszkodzie?
– Reid zachowuje się dziwnie. Unika mnie jak ognia. Nie pozwala się 

tknąć nawet palcem. Zachowuje dystans.

– Coś z nim jest nie tak?
– Skądże. – Oczy Rachel zabłysły na wspomnienie miłosnej nocy. Dodała 

cicho: – Wszystko w porządku.

– A zatem kochaliście się tylko raz?
– Tak. Reid oznajmił, że małżeństwo musi zostać skonsumowane.
– Teraz rozumiem! Ach, to jego klasztorne wychowanie...

background image

– Jak sądzisz, co powinnam zrobić?
– Uwieść go! To oczywiste.
– Chyba żartujesz.
– Nie, mówię całkiem poważnie. Reid najwyraźniej czeka, abyś zrobiła 

pierwszy krok.

– To szaleństwo. – Rachel pokręciła głową. – Tamtej nocy udowodnił 

ponad wszelką wątpliwość, że nie należy do wstydliwych. To absurd twierdzić, 
że czeka, bym ja przejęła inicjatywę.

Trudy podeszła do przyjaciółki i wzięła ją za ręce.
–   Spróbuj   popatrzeć   na   to   inaczej.   Reid   powiedział,   że   małżeństwo 

powinno   być   skonsumowane,   a   ty   się   zgodziłaś.   Jego   zdaniem   spełniłaś 
małżeński obowiązek i nie masz ochoty tego powtarzać. Czeka na twój sygnał.

– Jesteś pewna?
– Przychodzi ci do głowy inny pomysł?
– Nie.
– W takim razie co masz do stracenia?
Rachel położyła dłoń na niewielkiej wypukłości brzucha.
– Nic – powiedziała głośno. Skuliła się ze strachu, gdy przyszło jej do 

głowy, że może stracić wszystko.

„Może się w niej zakochasz...”
Słowa Trudy nieustannie brzmiały w głowie Reida. Do tej pory nie sądził, 

że coś podobnego może się przytrafić samotnikowi, mężczyźnie o kamiennym 
sercu. Ostatnio stracił tę pewność. Czyżby naprawdę zakochał się w Rachel. Co 
zrobi, jeśli ukochana nie odwzajemni tego uczucia i... odejdzie?

Rachel, trzymaj się ode mnie z daleka...
I   tak   go   nie   posłucha.   Proszę   bardzo,   właśnie   idzie   przez   świeżo 

wykoszony trawnik krokiem wolnym, lecz zdecydowanym. Może tęskni równie 
mocno jak on? Ogarnęła go złudna nadzieja, chociaż nie potrafił w to uwierzyć.

–   Cześć   –   powiedziała   z   uśmiechem   Rachel.   –   Przyniosłam   ci   wodę 

mineralną z lodem.

– Dzięki – odparł, wyłączając kosiarkę. Wziął od żony plastikowy kubek i 

wypił łapczywie jego zawartość.

– Wkrótce będzie obiad – oznajmiła.
– Dobra nowina.
–  Wstawiłam   przed   chwilą   do   piecyka   zapiekankę   z   szynką   i   żółtym 

serem. Mam nadzieję, że dopisuje ci apetyt – stwierdziła z uśmiechem.

Reid otarł spoconą twarz i podał żonie pusty kubek.
– Umieram z głodu – odparł, mimo woli pożerając ją wzrokiem. Po chwili 

dodał, mierząc własną postać krytycznym spojrzeniem: – Wyglądam, jakbym się 

background image

tarzał w trawie niczym idiota.

– Mogę cię otrzepać – zaproponowała Rachel, rzucając kubek na trawnik. 

Jej dłonie wolno sunęły w górę po muskularnych udach. – Chyba naprawdę 
jesteś idiotą – szepnęła, tłumiąc śmiech. Czuła, że Reid znieruchomiał.

Rachel nie zamierzała dać za wygraną. Postanowiła iść za radą Trudy i 

uwieść własnego męża. Podeszła bliżej, wspięła się na palce i musnęła ustami 
jego wargi.

– Co ty robisz? – szepnął Reid.
– Pocałowałam cię.
– Jestem brudny i spocony.
Rachel   przesunęła   dłońmi   po   wilgotnym   torsie   i   zarzuciła   mężowi 

ramiona na szyję.

– Mniejsza z tym.
Przesunęła czubkiem języka po jego wargach – najpierw nieśmiało, potem 

trochę pewniej. Objął ją z całej siły i gwałtownie oddał pocałunek. Odchylił do 
tyłu głowę Rachel i całował zachłannie jej szyję i ramiona. Dotknął językiem 
małego zagłębienia tuż za uchem, które od dawna go fascynowało. Zdawał sobie 
sprawę, że powinien wypuścić ją z objęć, nim będzie za późno.

– Rachel... nie kuś mnie.
– Dlaczego? – zapytała, zsuwając w dół elastyczną bluzkę bez ramiączek. 

Reid jęknął, patrząc na jej biust.

– Dlatego – mruknął, obejmując dłońmi obnażone piersi.
–   Nadal   nie   rozumiem.   –   Rachel   gładziła   muskularny   tors   porośnięty 

gęstymi włosami.

–   Bo   nad   sobą   nie   panuję   –   wykrztusił.   Pospiesznie   rozsunął   suwak 

szortów żony i wsunął dłoń między jej uda.

– Mnie to nie przeszkadza.
– Chcesz się kochać tu, na trawie?
– Piękne miejsce... – Drżała w objęciach Reida. Zacisnęła palce na jego 

ramionach.

– Masz rację, skarbie.
Osunęli się na trawnik. Dłoń Reida wsunęła się głębiej między uda żony.
– Tego ci było trzeba?
– Tak... Nie – szepnęła. – To za mało.
Reid znieruchomiał na moment. Potem jego dłoń przesunęła się wolno po 

nieznacznie zaokrąglonym brzuchu, w którym rosło jego dziecko. Tysiące myśli 
i uczuć kłębiły się w jego umyśle i sercu. Rachel położyła rękę na jego dłoni.

– Pragnę cię – szepnęła.
– Powiedz mi to jeszcze raz.
Uniosła   się   na   łokciu,  przesunęła  dłoń   w  dół   po  jego   torsie,  a   potem 

jeszcze   niżej.   Czuła,   że   Reid   gotów   jest   kochać   się   z   nią   w   każdej   chwili. 

background image

Uśmiechnęła się uradowana, że ma nad nim taką władzę.

– Pragnę ciebie. Weź mnie. Tu, natychmiast.
Reid pochylił głowę. Podała mu usta do pocałunku. Śmiałe pieszczoty nie 

mogły ich obojga zaspokoić. Pospiesznie zrzucili ubrania i przylgnęli do siebie 
nagimi ciałami. Reid zawahał się na moment.

– Musimy uważać.
–   Nie,   Reid,   wszystko   będzie   dobrze.   Weź   mnie.   Wszedł   w   nią 

zdecydowanie. Opierał się na łokciach, a jego ramiona obejmowały głowę żony, 
która głaskała go po nagich plecach i pośladkach. Uniosła nogi i splotła je za 
plecami ukochanego.

– Tak... – westchnęła przeciągle, gdy zaczął się w niej poruszać.
Szybowała wolno ku wielkiej światłości. Pragnęła Reida coraz bardziej, 

stawała   się   coraz   zachłanniejsza.   Uniosła   w   górę   biodra,   wychodząc   mu   na 
spotkanie. Poruszali się w jednym rytmie.

– Reid... Reid... Reid... – powtarzała jego imię jak magiczne zaklęcie.
– Rachel... nie mogę czekać – szepnął chrapliwie.
– Wiem.
– Rachel... Najmilsza... Rachel...
Gdy wrócili do rzeczywistości, przez chwilę jak w transie patrzyli sobie w 

oczy. Reid głaskał żonę po policzkach, strzepując delikatnie źdźbła trawy z jej 
twarzy.

– Rachel...
– Tak?
– Ja...
– Panie James? Jest pan tam? Przywiozłem zamówione narzędzia...
Małżonkowie zerwali się na równe nogi. W pośpiechu naciągnęli szorty. 

Reid   klął   półgłosem.   Rachel   błyskawicznie   włożyła   bluzkę.   Ubrali   się   w 
rekordowym   tempie.   Gdy   właściciel   sklepu   z   narzędziami   wyłonił   się   zza 
żywopłotu, wyglądali całkiem przyzwoicie, chociaż sprawiali wrażenie trochę 
roztargnionych.

– Widzę, że dobrze trafiłem! – ucieszył się pan McCaffrey i pomachał im 

ręką na powitanie. Zdjął baseballową czapkę z firmowym napisem i ukłonił się 
Rachel.   –  Witam   panią.   Przywiozłem   wszystko,   co   zamówił   mąż.   Byłem   w 
okolicy, więc to żadna fatyga. Nie będzie pan musiał jeździć do miasta.

–   Jestem   panu   bardzo   wdzięczny   –   odparł   Reid,   biorąc   paczkę   z 

narzędziami. – Niepotrzebnie zadał pan sobie tyle trudu.

– Dla mnie to żaden kłopot. – Właściciel sklepu uśmiechnął się szeroko. 

Popatrzył z niepokojem na młodych małżonków. – Używał pan nowej kosiarki?

– Tak... niedawno ją... wyłączyłem – odparł niepewnie Reid.
– Nie powinna tak rozrzucać trawy. Cali jesteście nią obsypani! Muszę 

zobaczyć, co się z nią dzieje.

background image

Pan   McCaffrey   oglądał   maszynę,   szukając   usterek.   Ponad   jego   głową 

Reid   popatrzył   z   uśmiechem   na   żonę.   Rachel   przygryzła   wargę,   próbując 
opanować chichot.

– Wracam do kuchni. Muszę sprawdzić, co z naszym obiadem.
– Boże, całkiem zapomniałem! – wykrzyknął pan McCaffrey, podnosząc 

głowę. – Dym wali z okna kuchni! Zajrzałem, przechodząc...

–   Moja   zapiekanka!   –   krzyknęła   Rachel   i   pobiegła   do   domu.   Obaj 

mężczyźni odprowadzili ją wzrokiem.

– Zapiekanka? – spytał podejrzliwie właściciel sklepu.
– Cały obiad w jednym naczyniu.
– Można się tym najeść?
– Raczej nie.
–   Moja   kobieta   też   miała   trochę   problemów,   nim   pojęła,   jak   chłopu 

dogodzić.   –   Pan   McCaffrey   ze   zrozumieniem   pokiwał   głową.   –   Trochę 
cierpliwości. Pańska żona też się nauczy.

Reid nie odrywał wzroku od Rachel, która biegła  do kuchni co sił w 

nogach.

– Nie ma obawy, drogi panie. To bardzo zdolna dziewczyna.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Państwo James spóźnili się na własne przyjęcie znacznie bardziej, niż 

wypadało.

– Dzięki Bogu! Nareszcie jesteście! – mruknęła na ich widok zirytowana 

Charlotte.   Goście   dobrani   starannie   przez   asystentkę   Reida   powitali   młode 
małżeństwo gromkimi okrzykami. Spóźnieni gospodarze zrobili furorę.

Gdy weszli do salonu, tłum zaintrygowanych gości natychmiast ruszył w 

ich   kierunku.   Charlotte   szybko   i   taktownie   ustawiła   kolejkę   chętnych   do 
powitania  młodej  pary. Wszyscy  patrzyli  z  ciekawością   na  wybrankę  Reida. 
Rachel czuła się jak egzotyczna panda sprowadzona do zoo ku uciesze gapiów.

Na   domiar   złego   niemal   wszyscy   robili   dowcipne   uwagi   na   temat 

horrendalnego spóźnienia gospodarzy. Reid odpowiadał, że utknęli w korku, ale 
Rachel   ciągle   się   rumieniła.   Była   przekonana,   że   goście   już   wiedzą,   czemu 
młodzi małżonkowie przyjechali tak późno.

Mimo zażenowania, Rachel czuła się wspaniale. Była lekko oszołomiona 

i dlatego prawie nie zwracała uwagi na otaczający ją tłum. Po nagłym wybuchu 
namiętności   przez   cały   dzień   nieustannie   szukali   się   wzrokiem,   świadomi 
niewygasłego jeszcze pożądania. Zabrakło im czasu, by o tym porozmawiać, 
lecz oboje zdawali sobie sprawę, że coś się zmieniło w ich związku.

Rachel była uradowana, że mąż przestał jej unikać. Mogła go dotknąć, 

kiedy miała na to ochotę. Inni uznaliby to za dziecinadę, ale dla niej dzisiejsze 
przeżycie stanowiło istotny przełom, który szybko oczyścił fatalną atmosferę 
wiejskiego domu. Co najdziwniejsze, od chwili gdy Rachel przejęła inicjatywę i 
łamiąc niepisany zakaz, pocałowała Reida, mąż patrzył w nią jak w tęczę i nie 
szczędził czułości.

Gdy   szykowali   się   do   wyjścia,   poprosiła   go   o   pomoc   w   zasunięciu 

umieszczonego na plecach zamka sukienki. Wystarczyła na to jedna chwila, ale 
Reid   zwlekał,   muskając   opuszkami   palców   delikatną   skórę   żony.   Jego   dłoń 
sunęła wolno ku górze, jakby w ogóle się nie spieszyli. Potem złożył czuły 
pocałunek na karku Rachel, u nasady włosów. Ciepły oddech pieścił jej skórę i 
przyprawiał   o   dreszcze.   Oboje   zapomnieli   o   suwaku.   Reid   włożył   ręce   pod 
tkaninę i objął nagie piersi.

Rachel   oparła   się   plecami   o   muskularny   tors   męża,   który   przytulił   ją 

mocno. Przylgnęła pośladkami do jego ud. Był podniecony. Słyszała tuż przy 
uchu namiętny szept. Reid powtarzał raz po raz jej imię, jakby w ten sposób 
chciał wyrazić swoje najskrytsze pragnienia, które jedynie ona mogła spełnić.

Oboje zapomnieli o rozsądku.
Kochali się przy drzwiach, na stojąco, choć do łóżka mieli zaledwie kilka 

kroków. Przed kilkoma godzinami w ogrodzie zaspokoili nagłe pożądanie, a 

background image

mimo   to   znowu   ogarnęło   ich   szaleństwo   namiętności,   jakby   spotkali   się   po 
wielu tygodniach rozłąki.

Rachel musiała potem uprasować zmiętą suknię. Nie starczyło jej czasu 

na ułożenie włosów. Kilkoma ruchami grzebienia zaczesała je do tyłu i pobiegła 
do   frontowych   drzwi.   Makijaż   zrobiła   w   samochodzie,   przeglądając   się   w 
bocznym   lusterku.   Jazda   do   Nowego   Jorku   była   ryzykowną   przygodą.  Auto 
mknęło, podskakując na wybojach, a Rachel spokojnie malowała rzęsy i usta. 
Nie była zadowolona ze swego wyglądu, ale w ogóle się tym nie przejmowała.

Spisała na straty swój towarzyski debiut.
Gdy   małżonkowie   powitali   gości   i   wmieszali   się   w   tłum,   Rachel 

odnalazła Trudy. Była wdzięczna przyjaciółce za dobrą radę. Uwiedzenie męża 
okazało się doskonałym pomysłem. Po pewnym czasie wymknęły się ukradkiem 
na   górę,   do   białej   sypialni,   żeby   poplotkować   jak   dawniej.   Trudy   uważnie 
przyglądała się rozpromienionej Rachel. Nagle podniosła rękę i wyciągnęła z 
rozpuszczonych włosów suchą gałązkę oraz kilka źdźbeł trawy. Nie musiała o 
nic pytać.

– Cudownie!
– Co cię tak zachwyciło? – Usłyszały znajomy, niski głos. Natychmiast 

odwróciły   się   w   stronę   drzwi.   Rachel   poczuła   dziwną   słabość.   To   uczucie 
ogarniało ją zawsze na widok Reida.

– Mówiłam, że... Rachel wygląda cudownie w tej sukni.
–   Owszem   –   potwierdził   Reid,   stając   obok   żony.   Dotknął   ręką   jej 

policzka. – Promienieje urodą. Wszyscy to mówią.

Reid nie mógł oderwać spojrzenia od swojej wybranki. Czuł, że robi z 

siebie idiotę, ale nie mógł nic na to poradzić. Przed chwilą daremnie szukał jej 
wzrokiem. Ogarnęła go panika. Tak samo jak poprzednim razem... przemknęło 
mu   nagle   przez   myśl.   Przypomniał   sobie,   jak   przemierzał   sale   zbrojowni, 
wypatrując tajemniczej brunetki.

Umierał ze strachu na samą myśl, że Rachel mogłaby odejść. Życie bez 

tej cudownej kobiety stałoby się puste. Egzystencja Reida straciłaby wszelki 
sens, gdyby nie mógł rozmawiać z żoną, dotykać jej, kochać się z nią. Dzięki 
Rachel doczeka się wkrótce potomka. Dziecko było dla niego wielką nadzieją i 
nowym wyzwaniem. Zdawał sobie sprawę, że Rachel nie wie, ile dla niego 
znaczy, ale nie potrafił jej tego uświadomić. Biznesmen, któremu niestraszne 
były trudne negocjacje, daremnie próbował znaleźć właściwe słowa, by wyznać 
żonie, jak bardzo jest mu bliska.

Starał   się   okazać   to   inaczej   i   żywił   nadzieję,   że   Rachel   wszystko 

zrozumie.

Spojrzał w jej szare oczy. Długo patrzył w nie jak urzeczony. Opamiętał 

się dopiero wówczas, gdy usłyszał dyskretne pokasływanie Trudy. Zdał sobie 
sprawę, że nie są sami.

background image

– Do zobaczenia w salonie – rzuciła z uśmiechem panna Levin, mrugnęła 

porozumiewawczo do Rachel i zniknęła za drzwiami.

– Jak się czujesz? – zapytał Reid.
– Doskonale – odparła Rachel.
Pochylił głowę i pocałował ją czule, a zarazem namiętnie.
– Może tu zostaniemy? – zaproponował.
– Lepiej nie... Goście będą nas szukać...
– Nie odważą się...
– Charlotte...
Reid westchnął ciężko.
–   Masz   rację.   Ona   nie   będzie   miała   żadnych   skrupułów.   Cóż   robić? 

Idziemy.

Rachel   była   zmęczona   i   uszczęśliwiona   zarazem.   Przeżycia   tego   dnia 

całkiem   ją   wyczerpały.   Po   popołudniu   Reid   był   dla   niej   wyjątkowo   czuły. 
Rozkoszowała się potęgą własnej kobiecości. Wszystko się nagle zmieniło tylko 
dlatego,   że   nie   kryła   przed   ukochanym   swego   pożądania.   Uśmiechnęła   się 
tajemniczo. Rada Trudy była na wagę złota.

Wydawało się Rachel, że w jej życiu pojawił się wreszcie promyk nadziei. 

Była   niemal   pewna,   że   związek,   który   miał   im   obojgu   umożliwić   wspólne 
wychowywanie   dziecka,   stanie   się   prawdziwym   małżeństwem.   Rachel   miała 
nadzieję, że słowa Trudy okażą się prorocze. Może z czasem Reid ją pokocha... 
Z lękiem uświadomiła sobie, że sama jest w nim zakochana po uszy.

– Masz ochotę na poncz? – Rachel odwróciła się natychmiast. Ujrzała 

Julesa.   Laraby   podał   jej   szklankę   z   napojem.   Rachel   była   spragniona,   ale 
zawahała się, nim podniosła ją do ust.

–   Mam   nadzieję,   że   nie   przyszło   nikomu   do   głowy   dolać   do   niego 

alkoholu. – Uśmiechnęła się do adwokata, który należał do wąskiego grona osób 
świadomych, jak i dlaczego została żoną Reida.

– Nie ma obawy. To czysty sok owocowy – odparł z uśmiechem Jules. – 

Sam nalewałem.

– Dzięki. – Rachel śmiało upiła łyk napoju.
– Zawsze do usług – odparł adwokat. – Co myślisz o przyjęciu?
– Wspaniałe. Charlotte stanęła na wysokości zadania.
– Sporo umie załatwić – mruknął Jules – ale ma jedną wadę: nie jest 

Reidem.

– Co masz na myśli? – zapytała Rachel, spoglądając na niego z uwagą.
– Chyba wyraziłem się jasno. – Jules wzruszył ramionami. – Charlotte 

jest świetną organizatorką, ale nie wytrzymuje porównania z Reidem Jamesem. 
Dobrze sobie radzi, ale na dłuższą metę... Powiem tylko, że odejście Reida nie 
wyjdzie przedsiębiorstwu na dobre.

– To jedynie dłuższy urlop, a nie emerytura – odparła żartobliwie Rachel.

background image

– Tak powiedział Reid, ale obawiam się, że postanowił zrezygnować z 

pracy. – Jules popatrzył znacząco na Rachel. – Zrobił to dla ciebie.

– Absurd!
– Zgadzam się. Z drugiej strony jednak w rozmowach z Charlotte często 

powtarzał, że pragnie się wycofać z interesów. Los bywa złośliwy. Wygląda na 
to, że Reid jest na najlepszej drodze do osiągnięcia tego celu. Im dłużej będzie 
korzystał z urlopu, tym trudniejszy stanie się jego powrót. Reid James traci 
wiarygodność... i siłę przebicia.

– Wolałbyś na pewno, aby zachował jedno i drugie, prawda?
– Oczywiście. Podobnie myślą wszyscy, którzy mu dobrze życzą. Reid 

przyzna nam rację, gdy trochę ochłonie. Zapewne nie uświadamia sobie, ile go 
może kosztować ta milutka przygoda na łonie natury.

Rachel znieruchomiała. A więc małżeństwo i wychowanie dziecka to dla 

Julesa jedynie milutka przygoda! Po chwili namysłu odparła:

– Reid jest mądrym i przenikliwym człowiekiem. Bez niczyjej pomocy 

zbudował własne imperium. Z pewnością będzie potrafił je utrzymać.

– To mi się podoba! Masz rację. – Jules od razu poweselał. Przez chwilę 

obserwował Reida. – Popatrz na tego faceta. Świetnie się tu bawi. Uwielbia tę 
atmosferę. Lubi pociągać za sznurki, przekonywać ludzi, panować nad nimi. Na 
dłuższą metę nie umie się bez tego obejść.

Rachel nie odrywała wzroku od męża. Reid krążył wśród gości, ściskał 

podane dłonie, z każdym zamieniał parę słów. Jules miał rację. Jego szef był w 
swoim   żywiole.   Pełen   energii,   wesoły,   ożywiony   –   tak   samo   jak   podczas 
bankietu, na którym go poznała. Mężczyzna strzygący trawnik przy wiejskim 
domu   w   Connecticut   wydawał   się   całkiem   zwyczajny   i   mało   ambitny   w 
porównaniu z przebojowym człowiekiem interesu, który panował nad tłumem 
zgromadzonych w salonie gości niczym urodzony przywódca.

Ile czasu potrzeba, by Reida zaczęła nudzić zabawa w życie rodzinne? 

Czy jego marzenie o spokojnej egzystencji w domu na prowincji przetrwa zimę? 
A  może   po   prostu   zmieni   zdanie   dopiero   po   narodzinach   potomka?   Kiedy 
nastąpi ta chwila?

– Nim spadnie pierwszy śnieg, Reid będzie miał powyżej uszu rozkosznej 

sielanki.  Wróci   do   pracy   wypoczęty   i   gotowy   do   wielkich   czynów.   –   Jules 
zdawał   się   czytać   w   jej   myślach.   –   Oboje   wiemy,   jaka   była   umowa. 
Postanowiliście mieszkać pod jednym dachem do czasu narodzin dziecka.

–   Niczego   nie   podpisaliśmy.   –   Rachel   rzuciła   adwokatowi   badawcze 

spojrzenie.

–   Mniejsza   o   dokumenty.   –   Jules   wzruszył   ramionami.   –   Jesteście 

związani umową ustną w obecności świadka. Byłem przy waszej rozmowie. – 
Życzliwie poklepał Rachel po ramieniu i dodał ciszej: – Nie martw się. Reid 
zawsze dotrzymuje słowa. Dał ci przecież do zrozumienia, że dziecko jest dla 

background image

niego   najważniejsze.   Oczywiście   twoje   dobro   także   leży   mu   na   sercu.   Po 
upływie roku będziesz wolna, jak sobie tego życzyłaś. Pamiętam doskonale, 
jakie było twoje stanowisko.

– Dzięki... za wyczerpującą informację.
– Gdybyś miała najmniejsze wątpliwości dotyczące swojej sytuacji albo 

przyszłości dziecka, dzwoń śmiało. Chętnie odpowiem na każde twoje pytanie.

– To miło z twojej strony.
– Drobiazg! Ty i Reid zawsze możecie na mnie liczyć. Nie zapominaj, że 

byłem świadkiem na waszym ślubie.

Rachel zdobyła się na wymuszony uśmiech, chociaż coś ściskało ją za 

gardło.

Dziecko jest dla Reida najważniejsze. Tak powiedział Jules.
Nie byli prawdziwym małżeństwem. Nic prócz spodziewanego potomka 

ich nie łączyło.

Rachel   wzięła   się   w   garść.   Nie   mogła   płakać,   chociaż   czuła   łzy   pod 

powiekami. Ręce jej drżały. Objęła dłońmi szklankę i podniosła ją do warg, 
udając, że pije sok.

– Wzbudziłaś ogólny zachwyt! – usłyszała głos uradowanej Charlotte.
– Naprawdę?
– Zapewniam cię, że tak! Co się stało?
– Nic. – Rachel westchnęła głęboko. – Zupełnie nic. Wspaniałe przyjęcie, 

Charlotte. Doskonale wszystko zorganizowałaś. Chciałam ci podziękować.

–   Naprawdę   dobrze   się   czujesz?   –  Asystentka   Reida   patrzyła   na   nią 

badawczo. – Nie jest ci słabo?

– Poza zmęczeniem nic mi nie dolega.
–   Goście   niedługo   zaczną   się   rozchodzić.   To   już   koniec   przyjęcia. 

Wystarczy,   że   wyjdzie   parę   osób,   a   reszta   pójdzie   za   ich   przykładem: 
Zostaniecie tu na noc, czy wrócicie do Connecticut?

– Nie mam pojęcia – odparła Rachel. – Wolałabym pojechać do domu, ale 

wszystko zależy od mojego męża. To on decyduje.

– Dokąd chcesz jechać? – zapytał Reid obejmując żonę w talii. Rachel 

znieruchomiała.

– Do domu.
– Dziś wieczorem?
– Chyba nie masz nic przeciwko temu.
– Wolałbym zostać.
– A ja nie.
– Zapomniałem. – Reid wzruszył ramionami i z pogodnym uśmiechem 

wyjaśnił Charlotte: – Moja żona nie znosi białej sypialni. Zgoda. Mam dziś tyle 
energii, że bez trudu zawiozę nas oboje do domu.

–   Wygląda   na   to,   że   mógłbyś   nawet   góry   przenosić   –   odparła   z 

background image

uśmiechem Charlotte.

– Chyba masz rację. Jestem dziś królem życia!
– Goście zbierają się do wyjścia. Muszę ich pożegnać. Przepraszam.
Bankiet   się   zakończył.   Rachel   została   wprowadzona   do   eleganckiego 

towarzystwa, które było nią zachwycone. Nie czuła jednak zadowolenia, tylko 
pustkę. Dano jej do wyraźnie do zrozumienia, że nie spełni się jej ukrywane w 
głębi serca marzenie.

Rachel była milcząca. Dopiero gdy wsiedli do auta, Reid zrozumiał, że 

stało się coś złego. W sypialni wyglądała na szczęśliwą i pełną nadziei. Potem 
nagle spochmurniała. Czuł wyraźnie jej niechęć. Umiał rozpoznawać nastroje 
żony. Słodka, łagodna, kochająca Rachel zniknęła jak sen. Obok Reida siedziała 
osoba chłodna, opanowana i pełna rezerwy. Skąd ta zmiana?

– Czujesz się zmęczona, kochanie? – zapytał cicho.
–   Jesteśmy   sami,   Reid.   Nie   musisz   udawać.   Zrobiłam,   co   do   mnie 

należało. Zagrałam z powodzeniem rolę szczęśliwej pani James.

– Nie wiem, o czym mówisz, Rachel. Co się stało dziś wieczorem?
– Powiedzmy, że jedna z twoich dawnych przyjaciółek otworzyła mi oczy 

– skłamała Rachel i zacisnęła usta.

Reid nie odpowiedział. Zerknął ukradkiem na żonę, a potem skupił się na 

prowadzeniu auta. Był przekonany, że Rachel coś przed nim ukrywa. Znów się 
mu wymykała; bardzo go to bolało. Czy, mówiąc o zagraniu roli żony, chciała 
mu tylko dokuczyć? A może naprawdę tak myśli? Kpiła z niego, ale tak objawia 
się czasami niepewność i cierpienie. Znał to z własnego doświadczenia.

Ubolewał nad własną naiwnością. Puszył się dziś niczym paw. Z dumą 

przedstawiał   znajomym   uroczą   żonę,   a   tymczasem   ona   najwyraźniej   chciała 
tylko wypełnić podjęte wcześniej zobowiązania i wreszcie odzyskać wolność.

Kochała się z nim dzisiaj. Sama  do niego przyszła. I cóż? Nie warto 

przypisywać   takim   faktom   nazbyt   wielkiego   znaczenia,   przestrzegł   samego 
siebie. Zdarzało mu się uwodzić kobiety, by osiągnąć pewien cel. Świadomie 
udawał wówczas, że odczuwa coś więcej niż tylko pożądanie.

Zrobiło   mu   się   ciężko   na   sercu.   Był   przygnębiony   świadomością,   że 

Rachel zapewne nic do niego nie czuje. Jej zdaniem mąż powinien wypełniać 
określone funkcje: być ojcem ich dziecka, opiekunem, żywicielem.

Czas pozbyć się złudzeń. Bądź realistą, Reid. Dostałeś wszystko, o co 

prosiłeś. Rachel wyszła za ciebie. Będziesz uczestniczył w wychowaniu dziecka. 
Nie żądaj zbyt wiele. Nie proś o więcej. Jak zawsze... spotka cię rozczarowanie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Przepowiednia   Julesa   zaczęła   się   sprawdzać,   gdy   z   końcem   listopada 

spadł pierwszy śnieg. Reid znudził się pielęgnowaniem trawnika. Zaczął jeździć 
do Nowego Jorku – początkowo raz w tygodniu. Około Bożego Narodzenia 
spędzał   już   w   mieście   dwa   dni.   Po   Nowym   Roku   wyjeżdżał   regularnie   w 
poniedziałki, środy i piątki.

Dziecko rozwijało się. Rachel z niesmakiem patrzyła na obszerne ciuchy, 

które   z   konieczności   musiała   teraz   nosić.   Co   miesiąc   odwiedzała   lekarza. 
Badanie   ultrasonograficzne  wykazało,  że  maleństwo  jest  zdrowe.  Lekarz  nie 
zdołał natomiast określić jego płci. Rodzice w ogóle się tym nie przejęli.

W lutym Rachel zaczęła urządzać pokój dziecinny. Do tej pory kpiła sobie 

z przyszłych matek, które z zapałem mościły dla potomstwa wygodne gniazdko. 
Teraz   sama   uległa   tej   samej   potrzebie.   Była   stałą   klientką   paru   sklepów   z 
artykułami   dziecięcymi.   Polubiła   mieszkańców   pobliskiego   miasteczka. 
Wyglądała na szczęśliwą mężatkę i zachowywała się tak, jak na panią domu 
przystało. Gdyby nie to, że jej mąż sypiał w odległym pokoju po drugiej stronie 
korytarza, czułaby się jak prawdziwa żona. Reid twierdził, że nie chce zakłócać 
jej spokoju, co byłoby nieuniknione, skoro zwykle pracował do późnej nocy. 
Komputer   zainstalowany   w   jego   sypialni   był   połączony   z   urządzeniami 
elektronicznymi w nowojorskim biurze. Reid mógł kontrolować wszystko, co 
działo się w jego firmie.

Od dnia bankietu w miejskim apartamencie Reid ani razu nie odwiedził 

sypialni żony. Rachel wmawiała sobie, że przyszły ojciec troszczy się po prostu 
o zdrowie matki swego potomka, ale w głębi ducha zdawała sobie sprawę z 
tego, że prawda jest inna. Podczas ostatniej wizyty lekarz wyraźnie podkreślił, 
że nic nie stoi na przeszkodzie, by nadal się kochali, jeśli mają na to ochotę.

Rachel   wiedziała,   że   mąż   coraz   bardziej   odsuwa   się   od   niej,   jakby 

przeczuwał, że narodziny dziecka mogą wiele zmienić w ich życiu. Nie mogła 
sobie darować, że pochopnie zaproponowała, by na próbę spędzili pod jednym 
dachem tylko rok. Ilekroć próbowała do tego wrócić, Reid bagatelizował sprawę 
i zmieniał temat.

Podczas   weselnego  przyjęcia  twierdził,  że  pragnie   cieszyć   się  życiem. 

Rachel nie sądziła, że tak to będzie wyglądać. Zaczynała ją nużyć ta ponura 
egzystencja.   Z   obawą   myślała,   jak   będzie   wyglądać   ich   wspólne   życie   po 
narodzinach dziecka. Reid najwyraźniej walczył ze sobą, z nią, z uczuciem, 
które zakiełkowało w ich sercach.

Była przygnębiona, bo nie potrafiła do niego dotrzeć. Zastanawiała się 

ciągle, jak pokonać lęk i nieufność męża. Pragnęła być mu bliska i potrzebowała 
jego bliskości. Nie chciała pozostać jedynie matką ich dziecka.

background image

W   końcu   znalazła   sposobność,   by   przełamać   opory   Reida.   Pewnego 

niedzielnego   poranka   zeszli   do   salonu   i,   usadowieni   wygodnie   w   fotelach, 
czytali poranne gazety. Nagle dziecko zaczęło kopać. Rachel położyła dłoń na 
brzuchu i zaczęła go delikatnie masować.

– Reid...
– Słucham? – odparł, podnosząc oczy znad gazety.
– Podejdź tu.
– Źle się czujesz? – Reid przeskoczył przez niski stolik i pochylił się nad 

żoną, która potrząsnęła głową.

– Nie – powiedziała, biorąc go za rękę. Położyła ją sobie na brzuchu. – 

Poczekaj.

Maleństwo zdawało się wyczuwać bliskość ojca, który od razu poczuł 

energiczne szturchnięcie.

– Boże...
Rachel uśmiechnęła się radośnie.
– Często kopie?
–   Owszem   –   przytaknęła   kiwając   głową.   –   Zazwyczaj   wówczas,   gdy 

ciebie przy mnie nie ma.

Reid udał, że nie rozumie łagodnej wymówki, choć wiedział, że na nią 

zasługuje. Rachel nie powinna się dowiedzieć, czemu ostatnio znikał z domu. 
Sprawy firmy mało go obchodziły.

Próbował uciec przed uczuciami, jakie dla niej żywił.
Wkrótce nadejdzie czas porodu. Rachel będzie musiała zdecydować, czy 

chce z nim zostać, czy woli odejść. Od dnia pamiętnego bankietu ich kontakty 
cechowała   chłodna   uprzejmość.   Znowu   oddalili   się   od   siebie   –   przede 
wszystkim   z   jego   winy.   Chwilami   odnosił   wrażenie,   że   Rachel   wcale   nie 
zamierza   go   opuścić...   ale   nie   był   tego   pewny.   Zdawał   sobie   sprawę,   że 
wszystko psuje, i próbował się zmienić. Daremnie. Zawsze tak reagował. Miał 
nadzieję, że przy Rachel pozbędzie się chłodu i nieufności, ale był nadmiernym 
optymistą. Przyzwyczajenia okazały się zbyt silne. Ilekroć był z kimś związany, 
zaczynały   go   dręczyć   wątpliwości.   Na   nic   się   nie   zdały   mądre   rady 
doświadczonych terapeutów. Reid nadal nie umiał przywiązać się na dobre i złe, 
zaufać bezgranicznie drugiemu człowiekowi... kochać z całego serca.

Rachel  była  mu  ogromnie  bliska.  Przez   krótki  czas  miał  wrażenie,  że 

pokonał dawne uprzedzenia, lecz strach znowu go paraliżował i kazał zwątpić w 
sens owych starań. Reid odwołał się do rozsądku i stłumił uczucia, posłuszny 
bezlitosnej logice.

Chroń   samego   siebie,   powtarzał   w   duchu.   Ona   z   tobą   nie   zostanie. 

Wkrótce cię zostawi. Tak samo jak inni.

W głębi ducha marzył jednak, by los dał mu niezbędne gwarancje. Miał 

nadzieję, że Rachel udowodni ponad wszelką wątpliwość, iż należy do niego 

background image

ciałem i duszą. Chciał, by tak było zawsze. Pragnął owej pewności, chociaż sam 
nie umiał jej dać.

Był   na   siebie   wściekły,   ponieważ   nie   potrafił   zwyciężyć   własnych 

uprzedzeń i słabości. Ogarnęła go straszliwa tęsknota. Zacisnął zęby. Było mu 
ciężko na sercu.

Ukląkł na podłodze przed żoną. Miał dość tej udręki.
Rachel   odsunęła   delikatnie   jego   dłoń   i   zaczęła   masować   brzuch   w 

miejscu, gdzie kopnęło ją maleństwo.

– Spróbuj sam. Czasami na to reaguje.
Przez kilka chwil Reid w skupieniu muskał opuszkami palców delikatną 

skórę. Omal nie odskoczył, gdy dziecko szturchnęło jego dłoń, aż zafalowały 
mięśnie wydatnego brzucha.

– Mała się obraca – szepnęła z przejęciem Rachel.
– To dziewczynka? – zapytał cicho Reid.
– Chyba tak.
– Skąd wiesz?
– Nie mam pojęcia. Po prostu czuję. Jesteś zły?
– Skądże!
Podniósł oczy na Rachel. Była uśmiechnięta, rozradowana, promienna. 

Poczuł ogromne wzruszenie. Nie mógł wykrztusić ani słowa. Jego serce było jak 
otwarta rana, gdy klęczał przed żoną, gotowy przyjąć wszystko, co zechce mu 
ofiarować.

Rachel patrzyła na niego rozkochanym wzrokiem.
Pogłaskała męża po policzku. Łzy stanęły mu w oczach. Na ich widok 

serce   zabiło   jej   mocno.   Miała   wrażenie,   że   lada   chwila   wyskoczy   z   piersi. 
Delikatnie wodziła palcami po mokrych od łez policzkach, a potem odgarnęła 
kosmyk włosów wiecznie opadający na czoło.

– Reid... – szepnęła łagodnie.
Stracił głowę słysząc, jak Rachel wypowiada jego imię. Uczucia wzięły 

górę i porwały go niczym letni wiatr. Podniósł się z klęczek, oparł ręce na fotelu 
i pochylił się nad żoną.

Rachel znieruchomiała, czując na sobie spojrzenie szmaragdowych oczu. 

Nadzieja obudziła się w jej sercu. Miała wrażenie, że nawet Reid słyszy jego 
kołatanie.

Proszę,   proszę...   błagała   w   duchu,   patrząc   mu   w   oczy,   pocałuj   mnie. 

Oboje tego pragniemy.

Reid usłuchał jej niemego błagania. Pochylił głowę i musnął wargami 

rozchylone usta. Łagodna pieszczota natychmiast rozpaliła w nim pożądanie, 
które   wybuchło   jak   płomień   tłumiony   zbyt   długo.   Reid   jęknął.   Uległ 
namiętności,   nie   zważając   na   głos   rozsądku,   który   uparcie   nakazywał   mu 
ostrożność.

background image

Tylko jeden pocałunek... jeszcze chwila. Zaraz wypuści Rachel z objęć...
Nie mógł się powstrzymać. Całował żonę zachłannie. Rozsunął poły jej 

szlafroka. Jego usta i dłonie sunęły coraz niżej. Pragnął Rachel. Czuł, że i ona 
go pożąda. Nie umiał wprawdzie bez reszty poddać się namiętnościom, posiąść 
Rachel i oddać całego siebie, ale mógł dać rozkosz tej cudownej kobiecie.

Popatrzył   żonie   w   oczy.   Rachel   zwilżyła   wargi   koniuszkiem   języka. 

Mąciło mu się w głowie. Pożądała go! Tęskniła za nim! Był w siódmym niebie 
widząc, że podobnie jak on jest całkiem owładnięta namiętnością. Nikt go dotąd 
tak nie pragnął.

Ukląkł   i   nie   odrywając   wzroku   od   zdziwionych   szarych   oczu   żony, 

położył   ręce   na   jej   biodrach.   Zrozumiała,   co   chce   zrobić,   i   próbowała   się 
odsunąć. Delikatnie pogłaskał jej uda.

– Pozwól mi.
– Reid, ja...
– Rachel, proszę.
Jedno krótkie słowo złamało jej opór. Reid nigdy jej o nic nie prosił, nie 

błagał, niczego od niej nie chciał. Skoro zrobił to w owej chwili, nie powinna się 
bronić. Powoli osunęła się na oparcie fotela.

–   Zamknij   oczy   –   usłyszała   cichy   szept.   –   Odpręż   się.   To   bardzo 

przyjemne. – Poczuła na udach jego oddech. Już się nie broniła. Chłonęła każde 
jego   dotknięcie,   każdą   pieszczotę.   Zapomniała   o   całym   świecie.   Straciła 
poczucie czasu.

– Jesteś piękna – usłyszała głos Reida. – Tak bardzo cię pragnę.
– Możemy... – szepnęła pochylając się nad nim.
– Nie – przerwał.
– Lekarz powiedział...
– Ja nie mogę.
Odsunął   się,   wstał   i   odszedł   w   drugi   kąt   pokoju.   Rachel   otuliła   się 

szlafrokiem i usiadła wyprostowana w fotelu.

– Dlaczego? Wytłumacz mi.
– To dla mnie ryzykowne.
Rachel przymknęła powieki. Długo nie otwierała oczu. Postanowiła, że 

nie będzie go o nic prosić. Wyszłaby na idiotkę. Skoro Reid nie chce się z nią 
kochać i pragnie tylko zaspokoić udręczoną pożądaniem kobietę, nie ma sensu 
go do czegokolwiek zmuszać.

–   Sądzisz,   że   kochać   się   ze   mną   to   zbyt   wielkie   ryzyko   dla   twej 

równowagi ducha, prawda? – zapytała ironicznie. Reid odwrócił się od niej. – 
Przyznaj wreszcie, że nie chodzi tu wcale o seks.

– Chciałem dać ci rozkosz. Sądziłem, że tego pragniesz.
–   Dzięki   za   przysługę,   ale   to   za   mało.   Chcę   cię   mieć   i   oddać   ci   się 

zarazem. Chcę się z tobą kochać. To bardzo ważne.

background image

– Pragnęłaś rozkoszy. Dałem ci ją.
– Nie. Najważniejsza jest miłość. – Rachel odetchnęła głęboko. – Kocham 

cię.

– Nie mów tak. – Reid był wstrząśnięty.
– Czemu?
– To nieprawda.
– Mówię to, co czuję. Dlaczego nie możesz mi zaufać? Chciałeś, żebym 

ci uwierzyła. Zdobyłam się na to. Zostałam twoją żoną, zdecydowałam się na 
przeprowadzkę   do   tego   domu.   Czy   nie   możesz   odpłacić   własnej   żonie 
podobnym zaufaniem?

Reid nie odpowiedział. Odwrócił się i pokręcił tylko głową. Nie mógł się 

na to zgodzić, nie potrafił zaakceptować jej argumentów.

– Trudno ci mnie rozumieć, prawda? – zapytała Rachel. – Ja z kolei nie 

jestem w stanie pojąć twoich obaw.

– Wcale tego nie oczekuję.
– Spróbuj mi wytłumaczyć, o co chodzi – poprosiła, nie odrywając od 

niego wzroku.

Reid unikał jej spojrzenia. Szare oczy błagały go o dar, którego nie był w 

stanie ofiarować. Jako człowiek naznaczony piętnem cierpienia nie był zdolny 
spełnić owej prośby.

– To dla mnie zbyt trudne. Jest we mnie... skaza. Nie potrafię dać ci tego, 

czego pragniesz.

–  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  jesteś  w  stanie  nikogo  pokochać?  Moim 

zdaniem zbyt wiele myślisz o nieszczęśliwym dzieciństwie. Nie wierzę ci, Reid. 
Chcę ci pomóc. Zaufaj mi.

Nie odpowiedział. Potrząsnął tylko głową i ruszył ku schodom. Po chwili 

trzasnęły głośno drzwi jego sypialni. Mały pokój w końcu korytarza od pewnego 
czasu   był   dla   Reida   schronieniem...   kryjówką.   Rachel   westchnęła   głęboko. 
Poczuła ogromne zmęczenie. Daremnie usiłowała przeszkodzić mężowi, który 
bez litości dręczył samego siebie.

Była wyczerpana. Z wolna traciła nadzieję. Pochyliła głowę i wybuchnęła 

płaczem.

Reid   spacerował   nerwowo   po   niewielkiej   sypialni.   Był   wzburzony. 

Chwycił   ołówek   i   zacisnął   na   nim   zęby.   Nie   palił   od   sześciu   miesięcy,   ale 
chwilami miał wielką ochotę sięgnąć po papierosa. Z rozpaczą myślał, że żadna 
kobieta nie była mu tak bliska jak Rachel. Przy niej zaczął rozumieć, czym jest 
miłość. Był prawie pewny, że zakochał się w swojej ślicznej żonie.

Ty idioto, powtarzał sobie w duchu, wróć do salonu, powiedz to Rachel, a 

potem idź z nią do łóżka.

Musiałby wiele zaryzykować. Z drugiej strony w interesach zawsze kusił 

background image

los i nie znał lęku. Dlaczego w życiu prywatnym zachowywał się jak tchórz? 
Czemu zwodził Rachel...

Tak dłużej być nie może. Trzeba podjąć jakąś decyzję. Prosiła, by jej 

zaufał,   i   miała   rację.   Uwierzyła   mu,   zgodziła   się   na   małżeństwo   i 
przeprowadzkę. Zrobiła wszystko, o co prosił – dla dobra ich związku. A jednak 
do tej pory nie potrafił całkiem zaufać żonie i nie chciał wyznać całej prawdy o 
swoim życiu.

Czy miał wybór? Zrób to, człowieku, skarcił się w duchu. Wyznaj jej 

wszystko.   Dość   wahania!   Nie   ukrywaj   niczego.   Powiedz   jej   o   wszystkich 
swoich życiowych klęskach i pomyłkach. Rachel to zrozumie albo postanowi 
odejść.

Teraz albo nigdy, pomyślał idąc ku drzwiom.

– Mówiłaś serio?
Rachel   drgnęła   gwałtownie,   słysząc   głos   męża.   Serce   waliło   jej   jak 

młotem.

–   Proszę?   –   wyjąkała,   odwracając   głowę.   Wytarła   dłonią   łzy   na 

policzkach.

– Pytałem, czy naprawdę chcesz mnie zrozumieć.
– Tak. Mówiłam poważnie – oznajmiła stanowczo, choć nie była pewna, o 

co mu chodzi.

– W takim razie... Zabieram cię na przejażdżkę, zgoda?
– Dokąd jedziemy?
– To będzie długa podróż. Możesz się na nią zdobyć?
– Tak. Chętnie wyrwę się z domu na jakiś czas.
– Doskonale. Wyprowadzę samochód.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił Reid.
Rachel ocknęła się z drzemki, usiadła prosto i zerknęła na samochodowy 

zegar.   Jechali   ponad   dwie   godziny.   Przetarła   oczy   i   wyjrzała   przez   okno. 
Okolica była pagórkowata. Stali przed dużym, nieco zniszczonym budynkiem w 
wiktoriańskim stylu. W pobliżu nie było innych domów. Wokół rosły sosny i 
bujna trawa widoczna spod śniegu.

Przyjechali do klasztoru.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Gdy zapukali do klasztornej furty, otworzyła im zakonnica w skromnym 

ciemnym   welonie   obwiedzionym   szeroką   białą   lamówką   z   wykrochmalonej 
lnianej tkaniny. Miała na sobie granatowy habit, szary fartuch i solidne półbuty.

–   Synku!   Jaka   miła   niespodzianka!   –   Niemłoda   zakonnica   była 

wyjątkowo energiczna jak na swój wiek. Chwyciła Reida za ręce i wciągnęła do 
sporego przedsionka.

– Siostro Konstancjo! Proszę zobaczyć, kto nas odwiedził, – zawołała. Do 

korytarza wbiegła zakonnica w identycznym habicie.

–   Co   się   stało,   siostro   Małgorzato?   Nie   do   wiary!  Toż   to   nasz   drogi 

podopieczny!

– Witajcie, siostrzyczki. – Reid ucałował obie zakonnice. – Co u was 

słychać?

– Wszystko w porządku.
–   Siostro   Małgorzato,   siostro   Konstancjo,   oto...   –   zaczął,   obejmując 

ramieniem Rachel... – moja żona.

–   Żona!   –   zawołały   jednocześnie   obie   zakonnice.   –   Bogu   niech   będą 

dzięki!

–   Podejrzewałyście,   że   nigdy   się   nie   ożenię,   zgadłem?   Siostrzyczki 

zgodnie pokiwały głowami i podeszły do Rachel, biorąc ją za ręce.

– Witaj,  kochanie  – powiedziała furtianka. – Twoja wizyta to  dla nas 

wielka radość.

– Och, Małgorzato, popatrz! Będzie i dziecko!
Zakonnice   spojrzały   na   siebie   porozumiewawczo   i   skinęły   głowami. 

Najwyraźniej rozumiały więcej, niż chciały powiedzieć. Spoglądały z czułością 
na żonę swego wychowanka.

–   Bardzo   się   cieszę,   że   tu   przyjechałam   –   odparła   cicho   uradowana 

Rachel. Gorączkowo szukała właściwych słów. Reid przyszedł jej z pomocą.

– Drogie siostrzyczki, nakarmcie głodnego.
– Ten chłopak nigdy się nie zmieni – stwierdziła z westchnieniem siostra 

Konstancja. – Biegnę do kuchni.

Siostra   Małgorzata   zaprowadziła   gości   do   rozmównicy.   Małżonkowie 

popatrzyli sobie w oczy. Reid lękał się, że Rachel okaże mu litość. Nie pragnął 
współczucia – zwłaszcza od niej. Chciał, by spojrzała na niego z miłością i 
zrozumieniem.

– Dawno u was nie byłem – powiedział. – Chwilami mam wrażenie, że 

tutaj czas stoi w miejscu.

– Przecież wiesz, mój chłopcze, że stronimy od świata i jego nowinek – 

odparła siostra Małgorzata i zwróciła się do Rachel. – Mieszkamy w tym domu 

background image

od siedmiu lat. Reid nam go podarował. Nasz  kanadyjski klasztor spalił się 
doszczętnie. Jesteśmy ubogim zakonem. Nie stać nas było na odbudowę dawnej 
siedziby. Groziło nam rozproszenie po rozmaitych domach zakonnych, ale Reid 
do tego nie dopuścił. Kupił budynek, w którym osiadło nasze zgromadzenie. 
Okazał nam wiele serca.

– Nie wiedziałam – odparła cicho Rachel. Zastanawiała się, co jeszcze 

usłyszy o mężu podczas odwiedzin w klasztorze. Jeśli Reid zamierzał ujawnić 
przed nią jaśniejszą stronę własnej natury, z pewnością był na najlepszej drodze.

Do   rozmównicy   weszła   siostra   Konstancja.   Przyniosła   gościom   małą 

przekąskę.

– Reid był strasznym urwisem – oznajmiła żartobliwie, sadowiąc się w 

fotelu   naprzeciwko   Rachel.   –   Ciągle   psocił.   Zakradał   się,   na   przykład,   do 
zakrystii i chował księdzu Walshowi szaty liturgiczne. Oj, miałyśmy z nim krzyż 
pański.

– Z drugiej strony jednak był wyjątkowo miłym, dobrym i urodziwym 

chłopcem   –   wtrąciła   siostra   Małgorzata.   Z   uśmiechem   pogłaskała   dłoń 
wychowanka.

– To dziwne, że nie został adoptowany – stwierdziła Rachel, popijając 

herbatę. Siostra Małgorzata niespodziewanie spoważniała, odwróciła wzrok i 
zacisnęła pięści. Zapadło niezręczne milczenie. Rachel poczuła się zakłopotana. 
– Przepraszam, chyba nie powinnam była poruszać tego tematu.

– Wręcz przeciwnie, Rachel. To bardzo dobre pytanie – powiedział Reid 

ze   smutnym   uśmiechem.   –   Jako   mały   chłopiec   sam   wiele   razy   je   sobie 
zadawałem.   Inne   dzieci   szybko   znajdowały   nowe   rodziny.   Siostrzyczki 
próbowały mnie jakoś pocieszyć. Twierdziły, że muszę pozostać w klasztorze, 
bo jestem niezwykłym i wyjątkowo obiecującym dzieckiem. – Rachel patrzyła 
na męża szeroko otwartymi oczyma. Nic z tego nie rozumiała. – Wyjaśnienie 
jest   bardzo   proste.   Ksiądz  Walsh   dostawał   od   rodziny   mojej   matki   znaczne 
sumy, które pozwalały utrzymać sierociniec. Gdybym został adoptowany, ofiary 
przestałyby napływać. W naszym domu zapanowałby niedostatek. Może trzeba 
by go zamknąć. Ksiądz uznał, że dla dobra bliźnich muszę pozostać u sióstr.

– Podjął decyzję nie pytając nas o zdanie, a śluby zakonne nakładają na 

nas obowiązek posłuszeństwa – dodała ze smutkiem siostra Małgorzata.

Zapadło milczenie.
–   Chciałbym   cię   komuś   przedstawić   –   odezwał   się   w   końcu   Reid, 

spoglądając z czułością na żonę. Popatrzył na zakonnice: – Możemy tam iść?

Siostry   pokiwały   głowami.   Reid   wziął   Rachel   za   rękę.   Weszli   po 

schodach i stanęli przed drzwiami jednej z cel.

– Komu zamierzasz mnie przedstawić?
– Kobiecie, która mnie wychowała. To siostra Teresa. Jest bardzo chora. 

Ostatnio przeżyła wylew i dlatego nie wolno jej opuszczać łóżka. Chciałbym, 

background image

abyś ją poznała. Jest mi bliska niczym prawdziwa matka.

–   Nie   czujesz   się   zmęczony   tą   wizytą?   –   zapytała   troskliwie   Rachel, 

kładąc dłoń na ramieniu męża. Popatrzyła w jego zielone oczy, świadoma, że 
odwiedziny   w   klasztorze   u   dawnych   opiekunek   są   dla   Reida   wielkim 
przeżyciem.

– Trudno stawić czoło wspomnieniom – przyznał, biorąc żonę za rękę. – 

Pamiętasz, jak się czułaś po powrocie do ojca? – Rachel skinęła głową. – A 
zatem wiesz, co przeżywam. To prawda, jestem bardzo przejęty, lecz zarazem 
kamień spadł mi z serca. Dawno powinienem to zrobić.

– Mówisz o wizycie w klasztorze?
– Raczej o potrzebie zwierzeń.
– Nikomu o tym nie mówiłeś?
– Jedynie ty znasz prawdę.
Pod wpływem nagłego impulsu Rachel przytuliła się do męża.
– Och, skarbie... Tak mi z tobą dobrze – szepnął, gładząc ją po włosach.
Trzymając   się   za   ręce,   weszli   do   celi   wiekowej   zakonnicy.   Było   to 

niewielkie, jasne, skromnie umeblowane pomieszczenie: wygodne łóżko, mały 
stolik, a na nim... fotografia Reida.

Siostra Teresa popatrzyła na stojącego w drzwiach gościa. Jej twarz z 

wolna rozjaśnił promienny uśmiech.

– James...
– Tak, to ja. – Reid pochylił się i ucałował policzek chorej. – Jak się 

siostra czuje?

– Jestem szczęśliwa, że cię widzę.
– Dzień dobry, siostro Tereso – powiedziała cicho Rachel. Podeszła bliżej.
– To moja żona.
– Och, James. Moje modły zostały wysłuchane. Co ja widzę! I dziecko w 

drodze! – Przeżegnała się i szeptem odmówiła dziękczynną modlitwę. Po chwili 
dodała   z   uśmiechem:   –   Nie   umiem   wyrazić,   jak   bardzo   się   cieszę.   Mój 
wychowanek był dobrym, kochającym chłopcem. Potem zamknął się w sobie. 
Cieszę się, że odnalazł właściwą drogę.

Reid zorientował się, że chora jest zmęczona rozmową.
– Niech siostra teraz odpocznie. Na nas już pora – oznajmił, żegnając się 

serdecznie z zakonnicą. – Wkrótce zjawimy się tu z maleństwem.

– Trzymam cię za słowo, James – odparła słabym głosem siostra Teresa. 

Pobłogosławiła   małżonków,   nim   wyszli.   Rachel   była   wzruszona   tym 
spotkaniem.

– James? Dlaczego ona tak cię nazywa?
– Reid to panieńskie nazwisko mojej matki. Ksiądz Walsh przez długie 

lata   mówił   o   mnie:   ten   mały   Reid.   Siostra   Teresa   zirytowała   się   w   końcu. 
Powiedziała,   że   to   świętokradztwo,   by   chłopiec   nie   miał   chrześcijańskiego 

background image

imienia, i wzięła sprawy w swoje ręce.

– Kiedy zacząłeś domyślać się prawdy o swoim pochodzeniu?
– Miałem wówczas szesnaście lat.
– To musiało być dla ciebie okropne przeżycie.
–   Chyba   poznałaś   już   dość   ponurych   szczegółów   z   mojej   biografii   – 

stwierdził ze smutnym uśmiechem Reid. Przytulił żonę i pocałował ją w skroń.

– O tobie mogę rozmawiać godzinami – wyznała, obejmując męża i tuląc 

się do niego.

Reid pochylił głowę i pocałował żonę, która natychmiast rozchyliła wargi. 

Niewinny   pocałunek   zamienił   się   w   namiętną   pieszczotę.   W   ten   sposób 
zapewnili   się   bez   słów   o   wzajemnej   miłości,   tęsknocie   i   zrozumieniu.   Reid 
wsunął palce w ciemne włosy i objął dłońmi głowę żony. Po chwili niechętnie 
oderwał wargi od jej ust.

–   Czas   się   opamiętać   –   mruknął   z   uśmiechem.   –   Nie   wypada   ulegać 

namiętnościom w takim miejscu.

– A więc jedźmy do domu – odparła Rachel. – Nie powinniśmy gorszyć 

siostrzyczek.

Reid mocno ucałował żonę.
W tej samej chwili do korytarza wbiegła zaaferowana siostra Konstancja. 

Goście   pożegnali   się   z   nią   bardzo   serdecznie.   Furtianka   Małgorzata 
odprowadziła ich do auta.

–   Uważajcie   na   siebie,   kochani   –   prosiła,   pomagając   Rachel   zająć 

miejsce. – Przyjedźcie do nas z dzieckiem!

Rachel i Reid pomachali jej na pożegnanie i ruszyli w drogę powrotną.
–   Dziękuję,   że   mnie   tu   przywiozłeś   –   powiedziała   cicho   Rachel,   gdy 

wyjechali na główną drogę.

– Czy to miejsce i jego mieszkanki nie wydały ci się dziwne?
– Skądże! Siostrzyczki są cudowne!
– W latach dzieciństwa nie przyszłoby mi do głowy, że można je tak 

określić – powiedział Reid, wybuchając śmiechem. – Bywają twarde jak skała.

– Chyba wyszło ci to na dobre. Wychowały cię na porządnego człowieka.
– Przyznaję, że wiele dla mnie zrobiły – odparł, zerkając na żonę.
– Mają się czym pochwalić – mruknęła Rachel, kładąc głowę na jego 

ramieniu.

Długo milczeli. Auto sunęło po gładkiej drodze.
– Chciałabym poznać dalszy ciąg twojej historii.
– To smutna i ponura opowieść.
– Mimo to chciałabym ją usłyszeć.
– Gdy miałem szesnaście lat, poszperałem ukradkiem w kartotece księdza 

Walsha. Znalazłem moje świadectwo urodzenia i odkryłem, że wcale nie jestem 
podrzutkiem ani nieślubnym dzieckiem. Moja matka nazywała się Joan Reid i 

background image

pochodziła z bogatej kanadyjskiej rodziny o anglosaskich tradycjach. Ojciec to 
Xawier   Monserrat,   bardzo   zamożny   potomek   francuskich   osadników. 
Domyślasz   się   pewnie,   że   obie   rodziny   nie   utrzymywały   kontaktów,   jak   to 
zwykle   bywa   z   Kanadyjczykami   różniących   się   pochodzeniem.   Moi   rodzice 
wprawdzie się pobrali, ale małżeństwo zostało unieważnione.

– Po twoich narodzinach?
–   Dokumenty   podpisano,   zanim   ktokolwiek   wiedział,   że   zostałem 

poczęty. Małżeństwo trwało zaledwie pięć dni.

– Nic z tego nie rozumiem.
– Ze mną było tak samo, póki nie odwiedziłem matki. Czasami żałuję, że 

się z nią spotkałem. Joan Reid powtórnie wyszła za mąż, urodziła dzieci. Stała 
się godną szacunku matroną i okropną snobką, podobną do innych kobiet z 
wielkiego  świata.  Nie  chciała  wracać  do  skandalu  sprzed  lat.  Kazała   mi  się 
wynosić i nigdy nie wracać.

– Jak mogła tak rozmawiać z własnym synem?
–   Dla   niej   byłem   nikim.   Urodziła   dziecko,   bo   takie   było   życzenie 

rodziców, ludzi bogatych i władczych. Miała wówczas piętnaście lat. Mój ojciec 
był od niej niewiele starszy. Marzyła im się romantyczna ucieczka i ślub jak z 
awanturniczej   powieści.   Obie   rodziny   nie   chciały   tego   mariażu.   Inaczej 
wyobrażały sobie przyszłość nastolatków. Minęło kilka dni i para smarkaczy 
poszła po rozum do głowy. Zmienili zdanie. Byli zepsuci i samolubni, a żądzę 
wzięli   za   głębokie   uczucie.   Nie   protestowali,   gdy   staraniem   rodziców 
małżeństwo zostało unieważnione.

– Kontaktowałeś się z ojcem?
– Tak. Nie miał pojęcia o moim istnieniu. Pojechałem do niego wkrótce 

po   nieudanym   spotkaniu   z   matką.   Skwitował   moje   rewelacje   wybuchem 
śmiechu. Twierdził, że nie może być moim ojcem, bo sypiając z Joan, zawsze 
używał prezerwatywy. W tamtych latach trudno było udowodnić ojcostwo za 
pomocą testów medycznych. Musiałem uznać argumenty ojca i położyć uszy po 
sobie. Nie było mi łatwo. Wściekałem się na cały świat. Zwymyślałem księdza 
Walsha i uciekłem z sierocińca. Urabiałem sobie ręce po łokcie, by zarobić na 
utrzymanie. W końcu dostałem pracę w małej firmie, której właściciel bardzo 
mnie polubił. Gdy przeszedł na emeryturę, zacząłem nią kierować. Zaciągnąłem 
kredyt   i   wykupiłem   przedsiębiorstwo.   Podjąłem   wielkie   ryzyko.   Wkrótce 
sprzedałem   firmę.   Była   warta   dwa   razy   więcej   niż   na   początku   mojej 
działalności. Ciąg dalszy znasz.

Reid długo milczał. Rachel dotknęła jego ramienia.
– Spójrzmy prawdzie w oczy, Reid. Twoi rodzice to ludzie podli i słabi. 

Popełnili wielki błąd, wyrzekając się ciebie. Sądzę, że w końcu to pojęli.

– Może. Nie wiem. Liczy się jedynie to, że mnie nie chcieli.
– Zatrzymaj auto – rzuciła niespodziewanie Rachel.

background image

– Proszę?
–   Zatrzymaj   je   natychmiast   –   powtórzyła   z   irytacją.   Reid   posłusznie 

zjechał na pobocze.

– Co się stało?
– Niech ich diabli wezmą! – mruknęła Rachel, dotykając ręką policzka 

swego męża. – Ja ciebie chcę.

Pochyliła   się   i   pocałowała   Reida,   który   oddał   jej   pocałunek   z   żarem, 

jakiego oczekiwała. Gdy oderwał usta od jej warg, popatrzyła w jego zielone 
oczy. Jej serce wyrywało się do ukochanego.

– Ja ciebie chcę, Reid – powtórzyła. – Bardzo.
Gdy wrócili do domu, udowodniła mu to ponad wszelką wątpliwość.

Dziecko  urodziło  się  pod koniec marca,  w słoneczny  wiosenny  dzień. 

Córka państwa James otrzymała dwa imiona: Emily – po matce Rachel, i Teresa 
– na cześć opiekunki Reida. Miała ciemne włosy i zielone oczy.

Jules podawał ją do chrztu. Niezwłocznie ustanowił dla małej fundusz 

powierniczy. Trudy i Charlotte, które były matkami chrzestnymi, oświadczyły 
zgodnie,   że   nie   widziały   dotąd   równie   pięknego   noworodka.   Rodzice 
dziewczynki byli oczywiście tego samego zdania.

Zgodzili się także w innej sprawie.
Byli w sobie zakochani.

background image

EPILOG

Reid   nie   miał   ochoty   nocować   w   swoim   nowojorskim   apartamencie. 

Najchętniej   wróciłby   tego   samego   wieczoru   do   ukochanego   domu   w 
Connecticut – do żony i córki. Niestety, Rachel zadzwoniła i wymogła na mężu 
obietnicę, że zostanie dziś w Nowym Jorku.

Był zły, że dał się tak podejść.
Na   schodach   zdjął   marynarkę   i   rozluźnił   krawat.   Otworzył   drzwi   i 

osłupiał. Rachel spała na wielkim białym łożu. Miała na sobie nocną koszulę z 
białego   jedwabiu,   która   cudownie   podkreślała   uroki   kuszącej   figury.   Była 
jeszcze piękniejsza i bardziej kobieca niż przed kilkoma miesiącami – o ile to w 
ogóle możliwe.

Reid   zastanawiał   się,   skąd   ta   cudowna   dziewczyna   wiedziała,   że 

stęskniony mąż ogromnie jej dziś pragnie i potrzebuje.

Rachel obudziła się, czując na sobie jego spojrzenie. Otworzyła oczy i z 

uśmiechem popatrzyła na męża, który podszedł do łóżka i pochylił się, by ją 
pocałować.

– Kochaj się ze mną – szepnęła, gdy uniósł głowę.
– Tak, najmilsza... tak – odpowiedział, tuląc ją w objęciach. Przetoczyli 

się na środek wielkiego łoża. Reid niecierpliwie zsunął z ramion żony cieniutkie 
paski jedwabiu. Całował jej piersi i brzuch; jego usta sunęły coraz niżej, aż 
Rachel jęknęła z rozkoszy, oszołomiona intensywnością pieszczoty. Gdy oboje 
nieco oprzytomnieli, zrewanżowała się ukochanemu, wodząc dłońmi po jego 
ciele, świadoma władzy, jaką ma nad jego sercem i zmysłami. Wkrótce byli już 
całkiem   nadzy.   Rachel   nie   pozwoliła   mężowi   ochłonąć.   Łagodnym   ruchem 
pchnęła   go   na   posłanie   i   usiadła   mu   na   biodrach.   Kochała   się   z   nim   bez 
pośpiechu. Był zdany całkowicie na jej łaskę i niełaskę. Należał do niej.

Patrzył   na   nią   jak   zahipnotyzowany.   Fascynowała   go   radość,   z   jaką 

Rachel   brała   i   dawała   rozkosz.   Poddał   się   narzuconemu   przez   nią   rytmowi, 
który   był   jedyny   i   niepowtarzalny.   Każdy   ich   gest   był   deklaracją 
wszechogarniającej miłości. Reidowi nie mieściło się w głowie, jak mógł kiedyś 
żyć bez tej kobiety.

Pragnął, by przeżycia tej miłosnej nocy były dla niej równie intensywne 

jak dla niego. Jego dłoń zsunęła się po biodrze żony między jej uda. Rachel 
znieruchomiała, nagle porażona śmiałą pieszczotą.

Opadła bezwładnie na tors męża i krzyknęła. Reid zapomniał, gdzie jest i 

co się z nim dzieje, oślepiony nagłą światłością, dla której znalazł tylko jedną 
nazwę: miłość.

Gdy   odpoczywali,   rozległ   się   płacz   głodnej   Emily.   Reid   wstał,   wyjął 

córkę z koszyka stojącego w rogu pokoju i ostrożnie umieścił ją w objęciach 

background image

mamy. Usiadł na łóżku i objął ramieniem dwie najukochańsze  istoty, gotów 
bronić ich przed wszelkimi przeciwnościami losu. Rachel położyła mu głowę na 
ramieniu. Popatrzyli sobie w oczy. Byli tacy szczęśliwi.

– Kocham cię – szepnął Reid i pocałował żonę w policzek. Z zachwytem 

obserwował piękną twarz, na której malowała się ufność.

To była twarz ze snu... który stał się jawą.


Document Outline