background image

MICHAŁ BŁAŻEJEWSKI

J.R.R. Tolkien - Powiernik Pieśni

 „... pieśni zjawiły się żywe wśród ludzi,

przyszły ze swej tajemniczej krainy

i w widomej postaci

chodziły w biały dzień po ziemi...”

„Dwie Wieże”

Andrzejowi Kowalskiemu & Tomaszowi Schrammowi – głównym „winowajcom” tej książki

1. Powiernik Pieśni

W biografii Johna Ronalda Reuela Tolkiena możemy odnaleźć kilka polskich akcentów.

Jego przodkowie ze strony ojca jakieś dwieście lat temu przywędrowali do Anglii, najprawdopodobniej z terenów 

podległych ówczesnym władcom Polski. „Nie jestem Niemcem – wspominał pisarz – choć mam niemieckie nazwisko [...], 

moje  imiona  są  pochodzenia  hebrajskiego,  skandynawskiego,  greckiego  i  francuskiego.  Poza  nazwiskiem  nie 

odziedziczyłem jednak  niczego z  języka  lub  kultury, z  którymi było  ono  u swych początków związane, a  po 200 latach 

»krew«  Saksonii  i  Polski  stała  się  prawdopodobnie  mało  ważnym  fizycznym  składnikiem

1

.  Do  sprawy  swego 

pochodzenia powrócił kilka miesięcy przed śmiercią  w liście  pisanym do wydawcy: „Nie  rozumiem, dlaczego miałby Pan 

łączyć  moje  nazwisko  z  tolk  (‘tłumacz’  lub  ‘mówca’). Jest  to  słowo  pochodzenia  słowiańskiego, które  zostało  przyjęte 

przez litewski (tulkas), fiński (tulkki) i języki skandynawskie, a w końcu przez Niemcy północne (język dolnoniemiecki) za 

pośrednictwem  duńskiego  (tolk). Angielski  nigdy  go  nie  przejął

2

.  Poznał  język  polski  (obok  wielu, wielu  innych), ale 

własnych umiejętności w  posługiwaniu się  nim nie  oceniał  wysoko. I  wreszcie  –  oboje  z  żoną  zostali pochowani blisko 

polskich grobów w wydzielonej rzymskokatolickiej kwaterze cmentarza Wolvercote w Oxfordzie. Można jeszcze doszukać 

się kilku słowiańskich akcentów w nazwach występujących w jego książkach.

Przesadą byłoby twierdzenie, iż obecność tych akcentów może mieć jakieś większe znaczenie dla badaczy tekstów 

Profesora. Przywołuję  te informacje  nie w  ramach jeszcze  jednej akcji „X  a  sprawa polska”, ale po  to, żeby pokazać, jak 

krętymi  drogami  chadzają  losy  wielu  osób  i  książek  i  jak  z  tego  „przekładańca”  powstaje  coś,  co  zachowuje  swoistą 

„wielość w jedności”.

Dla  przodków  Tolkiena  ta  „wielość”  przybierała  oczywiście  formy  bardziej  „zachodnie”, podporządkowane  w 

dodatku konwencjom charakterystycznym dla życia wiktoriańskiego, niezbyt zamożnego mieszczaństwa. Według rodzinnej 

tradycji  Tolkienowie  przywędrowali  na  Wyspy  Brytyjskie  z  kontynentu,  a  towarzyszyły  temu  romantyczne  historie 

miłosne,  tajemnicze  i  dramatyczne  wydarzenia  polityczne,  zmuszające  uciekinierów  do  pozostawienia  pokaźnych 

majątków  „gdzieś  w  Europie”.  W  nowym  miejscu  zamieszkania  trzeba  było  dawne  rodowe  ambicje  połączyć  z 

koniecznością pracy. Z czasem rodzina dorobiła się nawet warsztatu wytwarzającego fortepiany – w momencie narodzin J. 

R. R. Tolkiena także i te sprawy należały do przeszłości, a teraźniejszość była raczej skromna.

Podobnie  egzystowali  Suffieldowie  –  rodzina  ze  strony  matki.  Dziadek  przyszłego  pisarza  zarabiał  jako 

komiwojażer,  a  niezbyt  bogate  życie  ubarwiały  opowieści  o  „herbowych”  przodkach,  lordowskich  tytułach  i  innych 

dowodach minionej świetności, wśród których fakt „zasiedzenia” Suffieldów na Wyspach bywał koronnym argumentem w 

dyskusjach o mezaliansie ich córki Mabel. Dla Suffieldów Tolkienowie długo pozostawali tylko zwyczajnymi imigrantami 

„z jakichś Niemiec”.

Rodzice  pisarza  poznali się w  rodzinnym Birmingham i po  paru  latach nieoficjalnej  znajomości  (ze  względu  na 

wymienione już powyżej zastrzeżenia) uzyskali wreszcie zgodę na zaręczyny, a później i przyzwolenie na ślub. Ojciec J. R. 

R. T., Arthur  Tolkien,  próbował  początkowo  pracować  w  Banku  Lloyda, a  potem przeniósł  się  do  Południowej Afryki, 

gdzie  możliwości  finansowej  stabilizacji  były  mimo  wszystko  większe. Został  nawet szefem  oddziału  banku  w  małym 

miasteczku  Bloemfontein.  Oddział  Banku  Afrykańskiego  konkurować  musiał  z  prężnym  Bankiem  Narodowym  – 

zawodowy  sukces Arthura  Tolkiena  uzależniony był więc  głównie od jego  obrotności i pomysłowości. Arthur  wierzył w 

swoją  dobrą  gwiazdę  –  w  początkach  1891  roku  sprowadził  swoją  narzeczoną,  a  ich  ślub  odbył  się  w  Kapsztadzie  w 

połowie kwietnia.

John Ronald Reuel Tolkien urodził się 3  stycznia  1892 roku, a  w kilkanaście  miesięcy później – 17  lutego 1894 

roku  –  przyszedł  na  świat  Hilary  Arthur  Reuel.  Dzieci  chowały  się  dobrze  –  niemniej  niedogodności  klimatyczne, 

ekonomiczne  i  polityczne  skłoniły  Mabel  do  wyjazdu  z  synami  do  Anglii.  Powróciła  do  rodziców  w  Birmingham  w 

połowie 1895 roku i oczekiwała na przyjazd męża. Rodzina jednak nie połączyła się – Arthur zmarł 15 lutego 1896 roku i 

został pochowany w Bloemfontein.

Mabel mogła  liczyć  na  procenty  od  ulokowanych w  południowoafrykańskich  kopalniach kapitałów  (a  nie  było 

tego wiele)  i na skromną pomoc  ze  strony rodziny – swojej i męża, głównie  jednak – na  własną  wytrwałość i zaradność. 

Postanowiła  sama  zająć  się  edukacją  chłopców  i  trzeba  przyznać,  iż  trafili  oni  na  utalentowanego  pedagoga.  Synowie 

okazali się również  dobrymi uczniami — czteroletni John  Ronald Reuel (dla  rodziny – Ronald) czytał już  dość  dobrze, a 

wkrótce  poczynił  znaczne  postępy  w  pisaniu.  Szczególnie  zainteresowała  go  kaligrafia,  lubił  także  lekcje  łaciny  i 

angielskiego.  Francuski  nie  pociągał  go  zbytnio  –  być  może  gdzieś  tu  należy  szukać  źródeł  późniejszej  „gallofobii” 

Profesora.

Nie osiągnął sukcesów w nauce  muzyki – lubił jednak rysunki, lekcje  botaniki, wyprawy do parku i bezpośredni 

kontakt z przyrodą. Drzewa stały się jego prawdziwą, wielką miłością na całe długie życie. Dużo czasu poświęcał lekturze 

–  tak  rodziły  się  pierwsze  fascynacje  opracowaniami  dawnych  mitów  i  ludowych  baśni.  Nie  lubił  baśni  Andersena  – 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

1 / 31

1

 

Za: Przeczytaliśmy dla  was –  J. R. R. Tolkien: The Monsters and  the Critics and Other  Essays. Edited by Ch. 

Tolkien. Londyn 1983, s. 170. Omówienie książki i przekład fragmentu – M. G., „Gwaihir” 1985, nr 2, s. 5.

2

 

J. R. R. Tolkien: Listy Profesora. Przeł. A. Sylwanowicz. „Gwaihir” 1985, nr 2, s. 12.

background image

intrygowały  go  natomiast  legendy  arturiańskie  i  opracowania  starych  nordyckich  sag  o  smokach  i  bohaterach, 

opublikowane przez niezmordowanego Andrew Langa

3

.

W życiu  młodej wdowy  i jej  synów bardzo  duże  znaczenie  miała  religia. Przeżycia i rozmyślania  doprowadziły 

Mabel  do  postanowienia,  które  zaważyło  na  kontaktach  jej  i  synów  z  rodzinami  Tolkienów  i  Suffieldów.  Mabel 

postanowiła przejść  na katolicyzm i po kilku miesiącach przygotowań ona i jej siostra, May  Incledon, zostały przyjęte  do 

„papieskiego” kościoła. Dla Suffieldów-metodystów i Tolkienów-baptystów było to szokiem.

Sytuacja odbiła się  na finansach wdowy – rodzina cofnęła  jej swą  pomoc. Te przeciwności umocniły ją tylko; na 

przekór  wszystkim i wszystkiemu  zaczęła  wychowywać  w  wierze  katolickiej  obu  chłopców.  Nowa  sytuacja  finansowa 

zmusiła  ją  jednak  do  szukania  tańszego  mieszkania  –  do  tej  pory  wynajmowali  dom  na  przedmieściu.  Po  paru  takich 

przeprowadzkach  znaleźli  się  w  dzielnicach  niewiele  lepszych  od  slumsów.  Początkowo  Ronald  mógł  uczyć  się  w 

wymarzonej szkole Króla  Edwarda  (kiedyś uczył się tu jego ojciec, w ogóle była  to szkoła „z tradycjami”), potem jednak 

należało znaleźć tańsze miejsce edukacji.

Dużą pomoc wdowie i chłopcom okazał wtedy jeden z duchownych pobliskiego Oratorium

4

, czterdziestoparoletni 

ojciec Francis Xavier Morgan, pół-Walijczyk, ćwierć-Anglik i ćwierć-Hiszpan. Niekonwencjonalny, bezpośredni, hałaśliwy 

i wylewny, szybko stał się przyjacielem całej rodziny.

Niski  poziom  nauczania  w  nowej szkole  zmobilizował Mabel  i  Ronalda  do  ubiegania  się  o  stypendium, które 

mogłoby umożliwić chłopcu powrót do szkoły Króla Edwarda.

Ronald uczył się dobrze, interesowała go literatura i języki obce, a postępy w nauce bardzo cieszyły jego matkę.

Wiosną 1904  roku Mabel trafiła do  szpitala  – rozpoznano cukrzycę. Stan ówczesnej medycyny nie gwarantował 

wyleczenia.  Zmarła  14  listopada, a  przed  śmiercią  wyznaczyła  ojca  Francisa  na  opiekuna  chłopców.  Spadek, który  im 

pozostawiła,  nie  był  duży  –  800  funtów  zainwestowanych  w  Południowej  Afryce.  Ojciec  Morgan  przy  całym  swoim 

bezpośrednim sposobie bycia  okazał się dobrym strategiem – udało mu się ułagodzić zmobilizowane śmiercią Mabel obie 

rodziny  (mówiło  się  o  obaleniu  testementu  i  odebraniu  „papiście”  opieki  nad  sierotami)  i  zapewnić  dzieciom  znośne 

warunki nauki i mieszkania. Nikt im już jednak nie mógł zastąpić matki – opiekun, ciotki, gospodynie kolejnych mieszkań 

będą  dawać  dorastającym  chłopcom  tylko  to,  co  zapewnia  egzystencję  i  przygotowuje  do  przyszłego  życia  w 

społeczeństwie. Życie z matką, mimo wielu finansowych niedogodności, przynosiło radość i ciepło, obfitowało w odkrycia 

nowych opowieści, książek, pozwalało na odmienny od „szkolnego”  kontakt z obcymi językami, łączyło także  fascynację 

religijną  z  osobistym  stosunkiem  do  matki.  Okres  ten  został dramatycznie  zamknięty,  ale  to  najprawdopodobniej  on  w 

dużym stopniu uformował osobowość przyszłego pisarza.

Bracia zamieszkali teraz u jednej z dalszych krewnych. Chodzili do tej samej szkoły Króla Edwarda  i dużo czasu 

spędzali w Oratorium. Służyli do mszy, rozmawiali z opiekunem, jadali tu posiłki i bawili się z kuchennym kotem. Ronald 

miał 13 lat, Hilary -11. 

W szkole Ronald mógł rozwijać swoje językowe uzdolnienia. Uczył się łaciny, greki, francuskiego i niemieckiego. 

Powoli te zainteresowania j ę z y k a m i przeradzały się w zainteresowania f  i l o l o g i ą. Dzięki sporej bibliotece szkoły, 

dzięki dobrym pedagogom, wreszcie dzięki przyjaźniom z kolegami o podobnych zamiłowaniach bardzo szybko dotarł do 

starych tekstów  literackich. Zetknął  się  z  oryginalną  wersją staroangielskiego  poematu „Beowulff”

5

, z  „Opowieścią  o Sir 

Gawenie i Zielonym Rycerzu”

6

 i z  „Poematem o Perle

7

. Pojawiać się zaczęły również książki z kręgu językoznawstwa – 

dotarł do podręcznika języka anglosaskiego, poznał także nieco walijski i staronordycki. W tym okresie  jego umiejętności 

językowe zaczynały znacznie przekraczać wymagania stawiane uczniom.

Wtedy  też,  początkowo  na  zasadzie  dziecięcych  zabaw, pojawiają  się  próby  tworzenia  „prywatnych”  języków. 

Będą  one  jeszcze  bardzo  proste, z  czasem  jednak  staną  się  „pełnoprawnymi”  tworami,  będą  miały  własne  słownictwo, 

ciekawą wymowę, bogatą składnię.

Najpierw  pojawi  się  „animalic”  –  język  wymyślony  przez  kuzynki  Ronalda,  a  potem  przez  niego  przejęty  i 

udoskonalony. Potem będzie  „nevbosh” – na  tyle sprawny, iż można było pisywać  limeryki w tym języku. Potem pojawił 

się „naffarin”, czerpiący dużo z hiszpańskiego, a raczej z Tolkienowskiej chęci zgłębienia tego języka. Wielkim przeżyciem 

stało  się  spotkanie  z  „Podręcznikiem  języka  gockiego”  Josepha  Wrighta.  Od  tej  pory  zabawa  zaczęła  nabierać  cech 

poważnych badań językoznawczych – Ronald uczył się rekonstruowania form językowych wymarłych języków gockich, a 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

2 / 31

3

 

Andrew  Lang  (1844-1912), szkocki pisarz  i badacz, zajmował  się  m.in.  mitem  i baśnią  ludową, opublikował 

serię książek z opracowaniami różnych baśni.

4

 

Oratorium  Birmingham  związane  jest  ściśle  z  osobą  Johna  Henry’ego  Newmana  (1801-1890), angielskiego 

teologa  i  myśliciela, którego  przejście  na  katolicyzm  odbiło się  szerokim  echem  w  życiu  intelektualnym Anglii. Skupił 

wokół siebie społeczność świecką i duchowną. Przed śmiercią otrzymał godność kardynała. Jego liczne pisma publikowane 

są nadal, także w Polsce.

5

 

„Beowulf'”, anonimowy  poemat bohaterski, pochodzący najprawdopodobniej z  VII  wieku, zapisany  znacznie 

później.  Jest  najstarszym  zachowanym  w  całości  eposem,  przedstawiającym  pogański  świat;  pochodzi  z  kręgu 

staroangielskiej  literatury. Zmodernizowaną  wersję  tekstu, w  tłumaczeniu A. Przedpełskiej-  Trzeciakowskiej, wydano  w 

Polsce w 1966 roku.

6

 

„Sir  Gawen  i Zielony  Rycerz”, romans rycerski  z XIV  wieku, należący do opowieści o Rycerzach  Okrągłego 

Stołu.  Oryginał  był  wielokrotnie  adaptowany  przez  różnych  autorów,  m.in.  przez  Rogera  Lancelyna  Greena,  biografa 

Lewisa.

7

 

„Poemat o Perle”, najprawdopodobniej pochodzący z tego samego okresu, co „Sir Gawen” (i być może  nawet 

tego samego autorstwa). Uważany za  wybitne  osiągnięcie średniowiecznej literatury  angielskiej. Łączy w  sobie elementy 

mistyki z tematyką bliską „Trenom” Kochanowskiego. Być może stąd przejął Tolkien koncepcję baśni jako „pocieszenia”.

background image

jednocześnie  udoskonalał próby tworzenia  własnych języków. Próbował także stworzyć odpowiednie  „pismo” i graficznie 

opracować kształt każdej głoski. Zaprzyjaźnił się z Christopherem Wisemanem.

Różniły ich przekonania religijne  (ojciec przyjaciela był duchownym-metodystą), łączyły zamiłowania  językowe 

(Wiseman interesował się hieroglifami), sportowe (rugby!) i to coś, co sami nazywali specyficznym poczuciem humoru.

W tym samym mniej więcej czasie, po kolejnej przeprowadzce do nowej kwatery, w  otoczeniu Ronalda pojawia 

się osoba, która zmieni całe jego późniejsze życie. Edith Bratt była starsza od Ronalda o trzy lata i – podobnie jak on – była 

sierotą, którą opiekunowie „upchnęli” w wynajętym przy jakiejś rodzinie pokoju. Miała spore uzdolnienia muzyczne, grała 

na fortepianie i marzyła o karierze pianistki. Dziewczyna  miała  niewielki kapitalik i jej opiekunowie nie widzieli powodu, 

żeby muzykowaniem musiała zarabiać na życie.

Ronald i Edith często spotykali się ze sobą – zbliżyła ich do siebie sytuacja rodzinna, jako że oboje byli sierotami, 

ich  ojcowie  umarli bardzo  dawno i wychowywały  ich same matki  (dopiero później Ronald dowiedział się, że  Edith  była 

dzieckiem  nieślubnym).  Z  rozmów  zrodziła  się  pewna  zażyłość, a  ułatwiło  ją  to, że  mieszkali  w  tym  samym  domu  i 

wynajmowali pokoje  u  tej samej rodziny.  Od  zażyłości  przeszło  do  fascynacji, od  fascynacji –  do  zadurzenia.  Wkrótce 

sprawa dotarła do ojca Francisa a ten zażądał zerwania znajomości.

Uważał,  że  różnica  wieku  i  wyznania,  a  także  konieczność  kontynuowania  nauki  przez  Ronalda,  są 

wystarczającymi  powodami  do  przerwania  tego  młodzieńczego romansu. Ronald  miał już  wtedy  szesnaście  lat, Edith  – 

dziewiętnaście, ale  w  świetle  ówczesnych praw  nie  mogli  jeszcze  sami  o  sobie  decydować.  Ronald zgodził  się  z  wolą 

opiekuna, spotkania jednak odbywały się nadal. Młodzi starali się zachować to w tajemnicy – ale to się nie udało.

Zgodnie  ze  swoimi  zainteresowaniami  i  zgodnie  z  planami  opiekuna  Ronald  miał  ubiegać  się  o  przyjęcie  na 

studia. Nie  posiadał jednak  wystarczającego  zabezpieczenia  finansowego  –  należało  więc  próbować  zdobyć  stypendium 

(niezamożna  młodzież  często  korzystała  z  tej formy pomocy). Pierwszy wyjazd  do  Oxfordu w  1909  roku  zakończył  się 

niepowodzeniem.  Mógł  oczywiście  ubiegać  się  o  stypendium  w  roku  następnym  –  byłaby  to  jednak  już  ostatnia  jego 

szansa. W tej sytuacji należało więc solidniej przyłożyć się do nauki w szkole.

Ktoś „życzliwy”  znowu widział oboje  młodych w jakiejś herbaciarni i ojciec Francis postawił teraz sprawę ostro: 

do uzyskania pełnoletności, tj. do ukończenia  21. roku życia  Ronaldowi nie wolno spotykać  się z  dziewczyną  i nie wolno 

kontaktować  się  z  nią  w  jakikolwiek sposób. Młodzi jednak  spotykali się  nadal. Opiekun  Ronalda  nazwał  to  dowodem 

wyjątkowej głupoty i złej woli. W końcu Edith postanowiła wyjechać do Cheltenham.

Przez najbliższe cztery lata nie mogli utrzymywać  ze sobą żadnego kontaktu. Rozłąkę z ukochaną Ronald przeżył 

boleśnie – a może był to tylko przejaw młodzieńczej egzaltacji?

Poważnym błędem ojca  Francisa  było  rozdzielenie  młodych, niewinne  zadurzenie  przekształciło  się  bowiem  w 

wielką  miłość  –  przynajmniej  ze  strony  Ronalda.  Edith  w  nowym  otoczeniu  czuła  się  dobrze,  udzielała  się  w  kościele 

parafialnym,  nawiązywała  znajomości  i  coraz  mniej  wierzyła  w  miłosne  zapewnienia  młodego chłopaka. Dla  niego  zaś 

zdobycie  dziewczyny  stało  się  sprawą  ważną. Chciał  na  nią  zasłużyć,  uważał  ją  za  ideał swego  życia, za  osobę  godną 

wszelkich poświęceń.

Pewne  ochłodzenie  stosunków  z  opiekunem  wynagradzał sobie  Ronald  ożywieniem kontaktów  z  rówieśnikami. 

Zauważmy jednak, że  ani koledzy i przyjaciele ze szkoły, ani rodzina  – bliższa  czy dalsza  – dosłownie nikt postronny nie 

znał historii romansu Ronalda i Edith. O całej sprawie wiedział jedynie ojciec Francis.

Szkoła Króla Edwarda  była zwyczajną  „dzienną”  szkołą, z  dobrą  tradycją  i przyzwoitym poziomem. Nie było tu 

atmosfery  szkół  „dla  lepszych  sfer”,  z  pretensjami  i  internatami,  gdzie  niejednokrotnie  dziecięce  fascynacje  kolegami 

nabierały posmaku homoseksualizmu.

Szkoła Ronalda była oczywiście szkołą wyłącznie męską i w takim otoczeniu Ronald przebywał w czasie nauki u 

Króla  Edwarda i potem w  Oxfordzie. W wieku, w którym wielu młodych odkrywa  uroki towarzystwa płci przeciwnej, on 

musiał  w  imię  „wierności  Edith”  –  odłożyć  wszelkie  myśli  o  romansach  i  flirtach  z  siostrami  czy  kuzynkami  swoich 

kolegów. Wszystkie radości i odkrycia najbliższych trzech lat — a były to lata równie inspirujące jak te spędzone z matką – 

dzielił  nie  z  Edith,  ale  ze  swoimi  rówieśnikami.  Polubił  wtedy  te  intelektualne  spory  w  męskim  gronie,  a  podział  na 

„prywatność serca” (dzieloną z Edith) i „prywatność intelektu” (dzieloną z kolegami) pozostanie w jego życiu już na stałe.

W szkolnym życiu Ronalda (a była to ostatnia klasa) wydarzy się jeszcze coś znaczącego.

Z  grupy  osób  zajmujących  się  szkolną  biblioteką  wyłoni  się  T.  C.,  B.  S.  –  Klub  Herbaciany,  Towarzystwo 

Barrowian  (od  „Barrow’s  Stores”  –  herbaciarni  przy  Corporation  Street).  Obok  Ronalda  i  nieodłącznego  Christophera 

Wisemana  w  klubie  znalazł się syn dyrektora  szkoły, Robert Quilter  Gilson, i najmłodszy z  tej czwórki – Geoffrey Bach 

Smith. Wszyscy interesowali się literaturą, językoznawstwem, sztuką. Różne mieli w ramach tych dziedzin upodobania, a z 

dzielenia się  swoimi zainteresowaniami wyrosła przyjaźń. Wpływali inspirująco na  siebie, poszerzali  krąg  swoich  lektur, 

dyskutowali  godzinami  o wszystkim. Tego  typu  „paczki”  nie  były  (i  nie  są)  czymś  nadzwyczajnym  wśród  nastolatków, 

którzy dobrą naukę chcą łączyć z entuzjastycznym przeżywaniem intelektualnych odkryć.

Szkoła  dostarczała  również  możliwości  uczestniczenia  w  Klubie  Dyskusyjnym,  pozwalała  redagować  pisma, 

dawała  okazję  do  przeżywania  sportowych  emocji  (podczas  meczu  rugby  Ronald  doznał  kontuzji  nosa  i  języka),  ale 

dopiero T. C., B. S., mimo iż nie był na miarę naszych Filomatów i Filaretów, dawał młodym ludziom poczucie pełni życia.

W grudniu 1910 roku Ronald jeszcze raz pojechał do Oxfordu i raz  jeszcze przystąpił do egzaminów. Tym razem 

powiodło mu się i uzyskał stypendium Exeter College. Nie  było ono zbyt wysokie  – Ronald jednak liczył na  pomoc ojca 

Francisa i swojej starej szkoły.

Ostatni  okres  nauki  u  Króla  Edwarda  sprzyjał  w  tej  sytuacji  swobodnemu  udzielaniu  się  w  różnych  akcjach 

dyskusyjnych, literackich, sportowych i teatralnych. Ronald  zagrał w  amatorskim przedstawieniu szkolnego teatru –  jego 

aktorskie umiejętności były znaczne i dziś jeszcze z archiwalnych taśm dochodzi do nas echo niebanalnych interpretacji.

Po pożegnaniu  ze  szkołą  („Czułem  się  jak  młody  wróbel, którego  wykopano z  gniazda  na  wysokiej  gałęzi”  – 

zanotuje  później),  podczas  letnich  wakacji,  razem  z  Hilarym,  przyszłym  farmerem,  przyłącza  się  do  grupy 

zaprzyjaźnionych osób i wyrusza na wycieczkę do Szwajcarii. Będzie to jeden z nielicznych kontaktów z dalekim światem. 

Nigdy nie  będzie wiele podróżował. Z tego  wojażu zachowa reprodukcję kiepskiego obrazu  – zwykłą kartkę  pocztową  z 

wizerunkiem „Ducha Gór”. Potem dopisze na kopercie z tą kartką: „Zapowiedź Gandalfa...”

Ronald rozpoczął swoje studia  w Oxfordzie jesienią 1911 roku. Była to uczelnia z tradycjami – w dobrym i złym 

znaczeniu.  Większość  studiujących  stanowili  uczniowie  z  bardzo  zamożnych  rodzin  i  to  dla  nich  powołano  kiedyś 

instytucję  „służących”, dbających o  wygody  swego  pana. Studenci  posiadali „własne”  apartamenty  (sypialnię  i salonik), 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

3 / 31

background image

„własnych”  służących i – obok obowiązków – sporą  ilość wolnego czasu. Barwne  życie studenckie pochłonęło Ronalda i 

na  naukę  –  przynajmniej w  początkowym  okresie  –  nie  miał  zbyt wiele  czasu. Tu również  grywał w  rugby, dużo  uwagi 

poświęcał klubom dyskusyjnym (sam też  założył własny  klub) –  wszystko to było oczywiście bardziej dorosłe  i bardziej 

„uczone”, ale ożywione prawie tym samym duchem co T. C., B. S.

Zamożniejsi  studenci  mogli  sobie  pozwolić  na  pewną  bezkarność  i  studiowanie  według  własnej  fantazji  i 

finansowych  możliwości rodziców.  Stypendyści  musieli jednak  pamiętać, iż  ich  pobyt  na  uczelni  nie  jest  tylko  miłym 

spędzaniem  czasu  i  że  ze  swoich  obowiązków  należy  się  kiedyś  rozliczyć.  Ronald  studiował  filologię  klasyczną  a  w 

ramach dodatkowych zajęć chodził na konsultacje do wspomnianego już tu Josepha Wrighta

8

.

Wright  umiał  docenić  językoznawcze  zainteresowania  Tolkiena,  a  także  trafnie  ocenić  jego  rzeczywiste 

umiejętności.  Ronald  powoli  uświadamiał  sobie  obszary  własnej  niekompetencji –  mimo  to  nie  poniechał  studenckich 

rozrywek. Wright zmobilizował go jednak do skrupulatniejszej pracy nad „prywatnymi”  językami. Materiał porównawczy 

był pod ręką  –  biblioteka  kolegium  była  dobrze  zaopatrzona. Tolkien odnalazł kilka  podręczników  języka  walijskiego  i 

przestudiował je dokładnie. Walijski stał się jego ulubionym językiem.

Potem sięgnął po gramatykę fińską i przypuścił szturm na  oryginał „Kalewali”. Te doświadczenia poszerzyły nie 

tylko jego wiedzę  językoznawczą  –  w  sposób już  całkiem świadomy  zaczął  interesować  się  mitami  i  starymi  tekstami, 

które  były  przekazem  tych  mitów.  Uważał,  iż  gdzieś  tam  kryje  się  zgubione  dziedzictwo  Brytyjczyków,  i  już  wtedy 

zaświtała mu myśl, aby to dziedzictwo odtworzyć i przekazać  współczesnym. Z fascynacji walijskim i fińskim narodzi się 

kiedyś quenya i sindarin

9

.

Na polu naukowym Ronald nie odnotował jednak większych osiągnięć, zauważył nawet, iż za mało przykładał się 

do pracy i będzie  musiał sporo nadrobić, jeżeli chciałby  w przyszłości zająć  się  karierą  naukową. Plany te  jednak miały 

charakter  równie  mglisty, jak  i  postanowienie  poprawy. Zbliżał się  bowiem okres  wejścia  w  pełnoletność, kiedy można 

było urzeczywistnić  nareszcie  inne, równie  ważne  pragnienie. W kilka  minut po  północy,  3 stycznia  1913  roku, Ronald 

napisał do Edith Bratt obszerny list i ponowił swoje  wyznania miłosne, a także  małżeńskie obietnice. Odpowiedź  przyszła 

szybko – Edith donosiła, że zdążyła już zaręczyć się z bratem swej szkolnej przyjaciółki.

Ronald wsiadł w  pociągi  wyruszył do Cheltenham. Spotkał się  z  Edith  8 stycznia  i tak  długo przekonywał ją  o 

swoim  uczuciu,  iż  dziewczyna  zgodziła  się  wyjść  za  niego.  O  tych  nieoficjalnych  zaręczynach  Ronald  poinformował 

jedynie ojca Francisa. Reakcja  kapłana  nie była entuzjastyczna – wydawał się jednak tolerować  ten związek i można było 

nadal liczyć na jego finansową pomoc.

Po powrocie do Oxfordu chłopak zabrał się do nadrabiania zaległości. Złożone  przez niego prace pisemne  zostały 

ocenione bardzo  wysoko. Na ten sukces w  dużym stopniu złożyły się efekty pedagogicznej działalności Josepha Wrighta, 

nie wolno nam jednak nie doceniać osobistego zaangażowania i umiejętności Ronalda. Uczelnia dostrzegła talent studenta, 

który kiedyś „wyłożył” się podczas pierwszego ubiegania się o przyznanie stypendium.

Ronaldowi zaproponowano przeniesienie się z filologii klasycznej na angielską.

Było to – jak zauważył przełożony kolegium bardziej zgodne z zainteresowaniami Tolkiena.

Ronald zgodził się i z początkiem letniego okresu nauki w 1913 roku zmienił kierunek studiów.

Interesowały  go  zwłaszcza  dawne  dialekty  zachodnich  hrabstw  środkowej  Anglii:  Często  musiał  sięgać  po 

zupełnie nowe dla siebie teksty, a każda taka próba przynosiła dalsze inspiracje naukowe i literackie. Z poematu „Chrystus” 

Cynewulfa

10

 przemówiły do niego stare pogańskie mity, ukryte pod szatą mistyki chrześcijańskiej. To stąd, z dwóch linijek 

tego  poematu,  wyprowadził  Ronald  trop  w  kierunku  mitologii  Śródziemia:  „Bądź  błogosławion,  Earendalu,  spośród 

aniołów najjaśniejszy, na świat posłany między ludzi...

Podobnych  odkryć  dostarczała  mu  lektura  tekstów  staroislandzkich:  obu  „Edd”  –  poetyckiej  (starszej)  i 

prozatorskiej (młodszej)

11

. Pieśni o bohaterach, o bogach i początkach świata, o walce dobra ze złem i o ostatecznej bitwie, 

po  której  być  może  odrodzi  się  nowy  świat.  Te  przedchrześcijańskie  jeszcze  mity,  ukazujące  świat  pełen  mądrości  i 

tajemnic, głęboko oddziałały na Tolkiena.

Po  zaręczynach  z  Edith  kwestia  wyznania  dziewczyny  wielokrotnie  była  omawiana  przez  narzeczonych.  Dla 

Ronalda była to sprawa niezmiernej wagi, dla Edith – rzecz kłopotliwa.

Sądziła jednak, iż ten problem uda się załatwić bez rozgłosu i w ostatniej chwili przed samym ślubem. Ronald był 

jednak stanowczy – dziewczyna ustąpiła i po przeprowadzce do Warwick (tu nikt jej nie znał) rozpoczęła pobieranie nauk u 

jednego  z  katolickich  księży.  Ronald  tymczasem  wyruszył  do  Francji z  dwójką  podopiecznych.  Sama  podróż  nie  była 

przyjemna, jego zdanie o Francuzach nie było najlepsze, a i posada opiekuna niezbyt mu się spodobała. Jesienią 1913 roku 

powrócił na swoją uczelnię. W Oxfordzie pojawił się również G. B. Smith, a dwaj inni koledzy z T. C., B. S. – R. Q. Gilson 

i Ch.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

4 / 31

8

 

Joseph  Wright  (zm.  1930),  wybitny  językoznawca  z  Oxfordu,  poliglota,  autor  wielu  podręczników 

językoznawczych. Zaczynał jako samouk i pracownik fizyczny w foluszu. W piętnastym roku życia sam nauczył się czytać 

i pisać.

9

 

Quenya  – język elfów Wysokiego  Rodu, mowa  szlachetna, prastary język ukształtowany jeszcze  w Valinorze, 

przeniesiony  potem  do  Śródziemia,  tu  z  czasem  zarzucony,  pełniący  funkcje  mowy  „odświętnej”  (Tolkien  kreując  go 

pamiętał o języku fińskim). Sindarin -wywodzący się  z prastarej mowy elfów język „codzienny”. Zwany też mową  Elfów 

Szarych lub elfów z Baleriandu (fonologicznie bliski walijskiemu).

10

 

„Christ”  – mistyczny poemat z  VIII w., opowiadający o  Drzewie  Krzyża  i przynoszący  wizje  końca  świata  i 

ostatecznego osądu rodzaju ludzkiego. Autorem tego tekstu (i innych o podobnym charakterze) jest Cynewulf.

11

 

Edda – staronordyckie poematy, znane głównie z pochodzącego z XIII wieku staroislandzkiego rękopisu. „Eddę 

poetycką”  (odnajdziemy  w  niej  wiele  imion  znanych  z  opowieści  Tolkiena),  w  przekładzie  A.  Załuskiej-Strtimberg, 

opublikowano u nas w 1986 roku.

background image

Wiseman – rozpoczęli studia w Cambridge. Dopiero teraz i to bardzo oględnie – Ronald powiadomił ich o swoich 

zaręczynach. Przyjęli to  powściągliwie, Gilson  jednak zauważył, iż  coś takiego,  jak dotychczasowe  T. C., B. S., już  tak 

prędko się nie powtórzy...

Edith przyjęto do kościoła  rzymskokatolickiego z  początkiem roku 1914. Czuła  się w  nowej wierze  zagubiona  i 

osamotniona, poza tym – znalazła się w nowym środowisku.

Częste i długie listy Ronalda irytowały ją trochę – narzeczony odrabiał korespondencyjne zaległości i nie żałował 

opisów bujnego życia uniwersyteckiego. Ich spotkania ujawniały, że muszą  wykazać  wiele wyrozumiałości i poświęcenia, 

jeżeli mają  pozostać  ze  sobą  na  stałe. Po  wyjeździe  Ronalda  wszystko  na  odległość  wracało  do normy: on  znowu  pisał 

płomienne listy, a ona starała się jakoś pogodzić z nową wiarą i z nową rolą – przyszłej żony przyszłego naukowca.

Ronald natomiast odnalazł w sobie  nową energię  do pracy. Nabrał także cech „światowca” (o ile  pozwalały na to 

skromne  fundusze),  założył  kolejny  klub  dyskusyjny, wiosłował,  grał  w  tenisa, dużo  pisał, brał  udział  w  konkursach  i 

często zdobywał nagrody.

Pieniądze  najczęściej  przeznaczał  na  książki.  I  tak  zetknął  się  z  twórczością  Williama  Morrisa

12

,  tłumacza  – 

między innymi – „Völsungasaga”

13

 i autora mitopodobnych opowieści.

Z jednej z nich, z „Rodu Wolfingów”, przywędrowała do Tolkienowskiego Śródziemia nazwa Mrocznej Puszczy. 

Latem 1914 roku Ronald wyruszył do  Kornwalii. Po latach stanie  się ona takim „idealnym pejzażem”  i posłuży  za  wzór 

krajobrazom z opowieści o Śródziemiu. Spotkał się także z bratem i ciotką, przebywającymi na farmie swych przyjaciół.

Tutaj  rozpoczął  pisanie  poematu  o  „Podróży  Earendela  Gwiazdy  Wieczornej”.  Widać  w  nim  było  inspirację 

tekstem Cynewulfa, a także zapowiedź późniejszych dojrzałych prób literackich. Ważne  jest to, iż w tym utworze  Tolkien 

zaczął tworzyć  podstawy własnej mitologii, W tym samym mniej więcej  czasie Anglia  wypowiedziała  wojnę  Niemcom. 

Był bowiem rok 1914  i tysiące młodych  ludzi zaciągało się  do wojska. Ronald – wbrew  oczekiwaniom swoich  krewnych 

(jego brat Hilary  zgłosił się już  jako trębacz)  – postanowił wrócić na  uczelnię  i kontynuować  naukę. Nie  czuł się jednak 

dobrze, gdyż wszyscy jego znajomi wybierali się na  wojnę. W końcu natrafił na informację, iż  można przygotować  się do 

służby  wojskowej  równolegle  z  nauką  na  uczelni,  przy  czym  powołanie  do  czynnej  służby  może  nastąpić  dopiero  po 

zakończeniu  studiów.  Ronald  zgodził  się  na  to  i  z  początkiem  roku  zaczął  brać  udział  w  szkoleniach  wojskowych. 

Jednocześnie podjął pierwsze próby stworzenia czegoś w stylu opowieści Morrisa. Jego „Opowieść o Kullervo” korzystała 

z  wątków  „Kalewali”  i  była  pierwszą  poważną  próbą  opracowania  legend w  postaci wiersza  i prozy  –  nie  ukończył jej 

jednak.

Bożonarodzeniowe wakacje 1914 roku cały Klub Herbaciany spędził u rodziny Wisemana w Wandsworth. Było to 

już  ostatnie  spotkanie  T.  C.,  B.  S.  Dużo  mówili  o  swoich  planach  na  przyszłość.  Ronald  czytał  im  swoje  wiersze  i 

jakkolwiek  opinie  przyjaciół były  krytyczne, postanowił  serio  obrać  profesję  poety. Pisał  wtedy  dużo  i niektóre  z  tych 

tekstów pojawiły się potem w „The Adventures of  Tom Bombadil”. Utwory te ujawniły już pewną charakterystyczną cechę 

postawy Tolkiena jako autora – uważał się bardziej za o d k r y w c ę opisywanych światów, a nie za tego, kto je wymyślił. 

Równolegle trwały prace nad kreacją nowych języków i Tolkien dokonał istotnego odkrycia – właśnie: odkrycia.

„Prywatne”  języki świetnie  nadawały się do zapisywania wierszy i opowieści. Były na tyle  precyzyjne, iż mogły 

oddawać wszelkie subtelności myśli i uczuć  – należało tylko zadecydować, kim są  istoty posługujące się tą mową. Sprawa 

wyjaśniła się  w roku 1915, gdy Tolkien „odkrył”, że  języki te  należały do elfów, z którymi spotkał się Earendel w  czasie 

swych  podróży.  Pojawiły  się  teraz  poematy  o  tajemniczym  Valinorze,  o  Dwóch  Drzewach,  rodzących  owoce  pełne 

słonecznego i księżycowego blasku... Zapowiadały one już późniejszy „Silmarillion”.

W czerwcu Ronald ukończył studia i uzyskał możliwość pracy na uczelni. Wojna jednak trwała nadal i trzeba było 

wywiązać  się  z  przyjętych  zobowiązań.  Przydzielono  go  do  Batalionu  Strzelców  z  Lancashire  i  wysłano  do  obozu 

szkoleniowego. Wojskowy  tryb życia  działał na niego przygnębiająco. Dostrzegał marnowanie  czasu i ludzkiej energii, a 

sama wojna była dla niego czymś bezsensownym i przerażającym.

Zaczął się specjalizować w sygnalizacji wojskowej. Kody Morse’a, szyfrowanie, łączność  telefoniczna  wszystko 

to było mu mimo wszystko bliższe niż dowodzenie oddziałem w bezpośredniej walce.

Spodziewano  się  przerzucenia  batalionu  Ronalda  do  Francji.  Tolkien  postanowił  więc  uporządkować  swoje 

sprawy osobiste. Porozumiał się z Edith i przekazał ojcu Francisowi wiadomość o zaplanowanym ślubie. Prosił go również 

o uregulowanie spraw finansowych. 

Chciał się  usamodzielnić  i chociaż kapitał po matce  był niewielki, a  czasy  bardzo niepewne, Ronald  uważał, że 

wraz  z  dochodami z  jego  poetyckiej twórczości  (właśnie  „Oxford Poetry”  przyjęło do  druku  jego  wiersz  „Goblin Feet”) 

będzie  to  stanowiło pewne  zabezpieczenie  nowej rodziny.  Ślub  odbył  się  22 marca  1916  roku  w  Warwick. Dopiero  po 

ślubie  Edith  wyznała  mężowi,  iż  była  dzieckiem  z  pozamałżeńskiego  związku. Ronald  postanowił  przejść  nad  tym  do 

porządku  dziennego. Nowożeńcy  udali się  na krótki, wojenny miodowy miesiąc, pocieszeni nieco tym, że  ojciec  Francis 

nie tylko przesłał im swoje błogosławieństwo, ale zaproponował, iż osobiście udzieli im ślubu w Oratorium.

Problem jednak w tym, że Ronald powiadomił go o swych planach dosłownie w przeddzień ślubu...

W czerwcu oddział Ronalda  został przerzucony  do Francji. Przeniesiono  ich na  front nad Sommę. Walki trwały 

długo i bez  wyraźnych rezultatów. Wśród żołnierzy przybywało  rannych i chorych. Ronald brał udział w  przesłuchaniach 

niemieckich  jeńców,  spotkał  się  także  z  kolegą  z  Klubu  Herbacianego, z  G.  B.  Smithem.  Od  niego  dowiedział się, że 

Gilson poległ pierwszego dnia walk.

Wśród  żołnierzy  szerzyła  się  gorączka  okopowa.  Zachorował  również  i  Tolkien.  Z  początkiem  listopada 

przewieziono  go  do  Anglii,  do  Birmingham.  Święta  Bożego  Narodzenia  spędził  razem  z  Edith.  Z  listu  Christophera 

Wisemana (był w marynarce brytyjskiej) dowiedział się o śmierci G. B. Smitha. T. C., B. S. przestał istnieć – wojna trwała 

nadal, a generałowie i politycy wydawali się nie przejmować tragicznym losem tysięcy młodych ludzi.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

5 / 31

12

 

William  Morris  (1834-1896),  angielski  poeta,  prozaik,  tłumacz,  wydawca,  plastyk  i  społecznik.  Jeden  z 

Bractwa Prerafaelitów.

13

 

„Völsungasaga”  –  „Pieśń  o  Völsungach”,  wywodzące  się  z  „Edd”  opowieści  o  Sigurdzie  (Zygfrydzie)  i 

Nibelungach, znane  u nas lepiej z  epiki staroniemieckiej („Pieśń o  Nibelungach”), a właściwie  z  dramatów muzycznych 

Ryszarda Wagnera („Pierścień Nibelunga”).

background image

Ronald spędził w szpitalach sporą część roku 1917 i 1918. Nawroty choroby uniemożliwiały mu powrót na front – 

w  tym czasie  większość  żołnierzy  z  jego oddziału  zginęła  lub  dostała  się  do  niemieckiej  niewoli. Groza  wojny, śmierć 

przyjaciół,  własna  choroba,  przeświadczenie  o  posiadaniu  ważnej  misji  do  spełnienia,  a  także  nałożony  niejako  przez 

zmarłego G. B. Smitha obowiązek „wypowiedzenia tego wszystkiego, czego inni nie  zdążą już powiedzieć” – to wszystko 

zmobilizowało  Ronalda.  W ciągu  kilkunastu  miesięcy  krystalizują  się  dwa  podstawowe  języki  Śródziemia  –  quenya  i 

sindarin – wyraźnie zostaje zarysowany obraz elfów, istot potężnych, odmiennych od zwiewnych i skrzydlatych drobinek z 

opowieści  dla  dzieci.  Śródziemie  „domaga  się”  odkrycia,  jego  mitologia  domaga  się.  wypowiedzenia  w  tekstach, 

bohaterowie chcą przemówić własnymi głosami. Tolkienowi pozostaje już tylko poddać się woli tego tajemniczego świata. 

Zaczynają  powstawać  opowieści,  które  później  złożą  się  na  „Silmarillion”  –  w  Great  Haywood  Tolkien  zapisuje  je  z 

nagłówkiem „The Book of  Lost Tales”. Pierwszą opowieścią  jest „Upadek Gondolinu”, potem powstają „Dzieci Hurina” i 

różne wersje szkiców kolejnych historii.

16 listopada  1917 roku przychodzi na  świat najstarszy syn Tolkienów. Poród był trudny i niebezpieczny. Ronald 

mógł przyjechać  dopiero tydzień później. Dziecku nadano imiona John Francis Reuel – „Francis”  na cześć  ojca  Morgana. 

Kapłan przybył z Birmingham i osobiście ochrzcił chłopca.

Edith wraz  z dzieckiem podróżowała za Ronaldem po Anglii. Małżonkowie starali się dużo przebywać ze sobą. Z 

ich  wędrówek  po  zielonych  lasach  –  a  przede  wszystkim z  ich  wielkiej miłości  –  narodzi  się  jedna  z  najpiękniejszych 

opowieści: historia Berena i Lúthien.

Była  to  ulubiona  opowieść Ronalda. Wiele  lat później, już po śmierci żony, wyjaśnił najmłodszemu synowi, ile 

autentycznych szczegółów z dziejów miłości jego i żony zostało bezpośrednio przeniesionych do tej pieśni o dziewczynie-

elfie, która swym tańcem wśród drzew (to autentyczne wydarzenie) oczarowała śmiertelnego człowieka.

Wojna zakończyła się w listopadzie 1918 roku. Ronald został zdemobilizowany i mógł rozpocząć „cywilne” życie 

w Oxfordzie. Dzięki pomocy swoich byłych wykładowców otrzymał pracę  przy redagowaniu „New English Dictionary”. 

Nie  zarabiał  zbyt  wiele, było  to jednak  to, o  czym  marzył:  Oxford, badania  językoznawcze, rodzina, dom  i  możliwość 

swobodnego pisania. Udało  mu się  wynająć  niewielki  domek, przyjąć  gosposię  i uzyskać  pewną  stabilizację. Rozpoczął 

również  pracę  jako  niezależny  wykładowca,  głównie  w  żeńskich  kolegiach  Oxfordu.  Często  na  spotkaniach  w  swoim 

dawnym  kolegium  Exeter  czytywał  fragmenty  „Upadku  Gondolinu”  i  opowieści  te  zdawały  się  przypadać  do  smaku 

słuchaczom.

Latem 1920 roku  zaproponowano Tolkienowi pracę  wykładowcy języka  angielskiego  na uniwersytecie  w  Leeds. 

Propozycja wydała się dosyć atrakcyjna i jesienią Ronald rozpoczął zajęcia. Miasto nie  było urodziwe, a i sam uniwersytet 

sprawiał  wrażenie  będącego  na  dorobku.  Wydział Anglistyki  rozbudował  się  i  było  tu  sporo  okazji  do  wykazania  się 

inwencją  i  umiejętnościami  organizacyjnymi.  Profesor  George  Gordon  spodziewał  się,  iż  Tolkien  znajdzie  sposób  na 

uatrakcyjnienie  programu przedmiotów językoznawczych, i  nie  zawiódł się. Nowa praca  podobała  się  Ronaldowi, a  jego 

zajęcia  i  sposób  bycia  zostały  zaakceptowane  również  przez  studentów.  Tolkien  jednak  poszukiwał  nadal  jakiegoś 

korzystniejszego – przynajmniej pod względem materialnym – ułożenia spraw swojej rodziny.

W październiku 1920 roku Edith urodziła kolejnego syna, Michaela Hilary’ego Reuela.

Rodzina zamieszkała razem w Leeds i należało teraz solidniej zadbać o jej utrzymanie.

Na początku 1922 roku na uczelni pojawił się nowy wykładowca – Eric Valentine Gordon.

Był Kanadyjczykiem  i nie  istniały żadne  rodzinne  powiązania  pomiędzy  nim a  profesorem  Gordonem. Tolkien 

spotkał się z  nim już w Oxfordzie. Współpraca  Ronalda  z „młodym”  Gordonem układała się  bardzo dobrze – postanowili 

przygotować  pierwszą  naukową  edycję  „Sir  Gavena  i  Zielonego  Rycerza”. Gordon okazał się  niezmiernie  pracowitym i 

wymagającym partnerem – dzięki jego mobilizującej postawie  praca przebiegała  szybko i książka ukazała  się już  w 1925 

roku.  Ronald  odpowiadał  za  opracowanie  tekstu  i  słownika,  a  Gordonowi  przypadło  opracowanie  objaśnień.  Młodzi 

naukowcy zaprzyjaźnili się; połączyło ich zamiłowanie do starych nordyckich sag, picia piwa i dyskusji w kolejnym klubie. 

Trzeba przyznać, że bujne życie towarzyskie  sprzyjało popularności obu wykładowców wśród studentów – wkrótce  wielu 

nowych słuchaczy zaczęło przychodzić na ich zajęcia.

Okres pracy w  Leeds dobrze zapisał się  w pamięci Tolkiena. Życie rodzinne układało mu się pomyślnie, odnosił 

sukcesy  jako  wykładowca  i  badacz, również  i  jego  literackie  prace  nabierały  większego rozmachu. „The  Book  of  Lost 

Tales” była prawie ukończona, a obok niej powstawały opowieści układające się w nowe cykle.

W  1922  roku  George  Gordon  („starszy”)  przeniósł  się  do  Oxfordu  i  pojawiła  się  możliwość  objęcia  jego 

stanowiska. Początkowo nic  z  tego nie  wyszło, w  1924 roku Ronald otrzymał jednak tytuł profesora  języka angielskiego 

(stanowisko to utworzono specjalnie dla niego) i w wieku trzydziestu dwóch lat stał się  jednym z młodszych profesorów w 

brytyjskim szkolnictwie wyższym. Materialna  sytuacja rodziny znacznie się poprawiła, wynajęto też  lepsze mieszkanie. W 

listopadzie urodził się kolejny syn – Christopher Reuel.

Otrzymał imię na cześć przyjaciela, Christophera Wisemana. Szczęśliwy ojciec obiecywał sobie, iż syn ten będzie 

kiedyś spadkobiercą jego literackiego dziedzictwa. I tak też się stało.

Na  początku  1925  roku  zwolniło  się  stanowisko  profesora  języka  anglosaskiego  w  Oxfordzie. Tolkien nie  miał 

zbyt  dużych  szans.  Dopomógł mu  tutaj George  Gordon  i dzięki jego misternym  zabiegom  Ronald znalazł się  znowu  w 

Oxfordzie.

Życie tu było ustabilizowane – tradycja wyznaczała nieomal każdą godzinę w roku.

Wykłady,  konsultacje,  praca  własna,  spotkania  naukowe,  spotkania  towarzyskie  —  wszystko  to  było 

uporządkowane. Tolkienowie musieli również poddać się temu rytmowi.

Ronald  przyjął  to  jako  coś  naturalnego,  Edith  natomiast poddała  się  temu  z  melancholijną  rezygnacją.  Dom  i 

opieka nad dziećmi wystarczały jej zupełnie, niezbyt entuzjazmowała się pracą męża, a życie towarzyskie Oxfordu było dla 

niej czymś zupełnie nie do zaakceptowania.

Szybko  ustaliła  się  opinia,  iż  „pani  Tolkien  nie  bywa  i  nie  przyjmuje”.  Ronald  –  przeciwnie  –  nader  często 

„bywał” i szybko zostały docenione jego towarzyskie zalety.

Czuł się trochę zwolniony z obowiązków dbania o dom.

W Oxfordzie przemieszkali w  tym samym miejscu  przez  dwadzieścia  jeden lat. Synowie  chowali się  dobrze. W 

1929 roku urodziła  się córka  Priscilla  i właściwie  było to jedyne  wielkie  wydarzenie. Sporo  czasu można  było poświęcić 

badaniom  naukowym.  Sprzyjała  temu  atmosfera  Oxfordu.  Dyskusje  naukowe  pozwalały  stawiać  śmiałe  tezy, 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

6 / 31

background image

niekonwencjonalne  towarzystwo,  jakie  skupiało  się  wokół  poszczególnych  osób  czy  klubów,  gwarantowało,  iż  każdy 

niezwykły pomysł mógł być gruntownie i z pożytkiem poddany krytyce specjalistów.

W 1926 roku Tolkien spotyka Clive’a Staplesa  Lewisa

14

. Ich późniejsza przyjaźń przejdzie przez wiele  etapów – 

od  nieufności  poprzez  fascynację,  partnerstwo  i  coś  rodzaju  „duchowej  wspólnoty”  aż  do  pewnego  zniechęnia.  To 

wpływowi  Ronalda-katolika  zawdzięcza  literatura  angielska  „narodziny”  drugiego  po  Chestertonie  pisarza 

chrześcijańskiego.

Lewis  okazał  się  pojętnym  słuchaczem  Tolkienowskich  uwag  i  jakkolwiek  uczeń  niezbyt  dokładnie  spełnił 

oczekiwania  mistrza  (został  protestantem,  nie  katolikiem,  jak  tego  oczekiwał  Ronald),  to  jako  moralista  zyskał  sobie 

ogromną popularność. Również i jego próby literackie zyskały dobrą opinię – może nawet zbyt dobrą, jak niekiedy mówił 

Tolkien. Sukces opowieści o Narni był dla Tolkiena niezbyt oczywisty (oględnie mówiąc).

Ten rodzaj „baśniowania” wydawał się  Ronaldowi mocno  podejrzany i pozbawiony cech oryginalności. Kąśliwe 

uwagi o  twórczości  przyjaciela  nie  przeszkadzały  Ronaldowi w  korzystaniu  z  rad Lewisa, dotyczących  spraw  warsztatu 

pisarskiego. Lewis miał na Ronalda duży wpływ – Edith to dostrzegała i była zazdrosna o tę przyjaźń.

Przyjaciele spotykali się najczęściej na posiedzeniach kolejnego nieformalnego klubu, założonego przez Tolkiena. 

Klub nazywał się „The Kolbitar”  – oznaczało to tych, którzy podczas rozniecania na wietrze ognia pochylają się tak nisko 

nad węglem, iż po prostu nadgryzają jego kawałki. Nazwa była islandzka i tematyka spotkań również wywodziła się z tego 

kręgu  –  kilkanaście  osób,  w  większości  na  poważnych  stanowiskach  uniwersyteckich,  spotykało  się,  by  czytać 

staronordyckie  sagi,  komentować  je  i  od  czasu  do  czasu  wzbogacać  te  spotkania  prezentacjami  własnych  tekstów 

literackich, najlepiej zapisanych w jakimś rzadkim lub dawno wymarłym języku.

Nie  było  to  jedyne  miejsce  takich „uczonych  zabaw”  —  głośniejsze  stały  się  spotkania  grupy  „The  Inklings”. 

Klub nie  został założony przez  Tolkiena. Było  to  coś w rodzaju stowarzyszenia  literackiego, powołanego do  życia  około 

1931 roku przez studenta Tangye  Leana. Dopiero później o obliczu tej grupy – i o jej sławie – zadecydowało uczestnictwo 

Tolkiena, Lewisa, jego brata Warrena, Charlesa Williamsa, Owena Barfielda czy Hugo Dysona. Również i w życiu Ronalda 

grupa ta odegrała ważną rolę, tu bowiem odbywały 

 „Hobbit” narodził się z opowiadań „na dobranoc” w dziecinnym pokoju synów Tolkiena.

Pisarz  traktował to jako  zabawę  i rzecz po jakimś czasie  została  zarzucona. Potem powrócił do niej i fragmenty 

prezentował  na  spotkaniach  „The  Inklings”.  Rękopis  nie  był  jednak  przeznaczony  do  publikacji  –  Tolkien  uważał,  iż 

godniejsze  druku  są  opowieści  ze  zbioru „The  Book  of  Lost Tales”. Jakimiś  jednak drogami  wiadomość  o  „Hobbicie” 

dotarła  do  Susan Dagnall, redaktorki z  wydawnictwa Allen and Unwin. Zdobycie notatek nie  okazało się  trudne, a sama 

historia  małego hobbita  spodobała  się  jej.  Pozostawało  tylko  namówić  Tolkiena  do  napisania  zakończenia  (rzecz  w  tej 

wersji  kończyła  się  śmiercią  Smauga)  i  do  przygotowania  rękopisu  do  druku.  Jesienią  1936  roku  maszynopis  był 

ukończony i powędrował do najbardziej surowego krytyka, jakiego można sobie wyobrazić.

Szef  wydawnictwa  uznał,  iż  książkę  dla  dzieci  powinno  zrecenzować  ...  dziecko.  Przekazał  ją  swemu 

dziesięcioletniemu synowi, a  kiedy ten wyraził się  o niej pozytywnie, skierował książkę do druku. „Hobbit”  ukazał się 21 

września 1937 roku. Ronald obawiał się nieco reakcji „uczonego” Oxfordu. Obawy te okazały się przedwczesne – uczelnia 

po  prostu  nie  zwróciła  na  tę  publikację  większej uwagi. Odezwały się  natomiast głosy  licznych  recenzentów;  pierwszy 

wypowiedział się  oczywiście  Lewis. Recenzje  były dobre, zainteresowanie  czytelników –  i to nie  tylko  młodych –  duże. 

Zadysponowano dodruk, ukazała się również edycja amerykańska.

„New York Herald Tribune” umieścił książkę  na pierwszym miejscu listy najlepszych książek dla dzieci. I tak się 

zaczęło. W recenzjach, w listach czytelników do wydawcy i do autora pojawiać się zaczęło życzenie: „Chcemy dowiedzieć 

się czegoś więcej o hobbitach!”

Tolkien spróbował pisać „Nowego hobbita” – rozpoczął od opisu urodzinowego przyjęcia i powoli posuwał się do 

przodu. Po jakimś czasie zauważył (pamiętajmy, iż zawsze uważał się za „odkrywcę”, a nie „wymyślacza”), że opowiadana 

przez  niego  historia  rozgrywa  się  w  świecie,  który  już  został  opisany  w  „Silmarillionie”  (taką  nazwę  w  swoim  czasie 

uzyskała  bowiem  „The  Book  of  Lost  Tales”).  Czarni Jeźdźcy, Pierścień  –  wszystko  to zaczynało  wykraczać  poza  ramy 

dziecięcej bajki, zakreślonej kiedyś opowieścią o małym hobbicie.

Praca nad „Nowym hobbitem” zajmowała Tolkienowi sporo czasu, niemniej jego obowiązki uczelniane wymagały 

więcej uwagi i nie można  ich było odłożyć na bok na  czas pisania „książki dla  dzieci”. To, że dla coraz  liczniejszej rzeszy 

czytelników Tolkien był autorem książki o hobbicie, nie oznaczało wcale, iż przestał być naukowcem i dydaktykiem.

Nie  zamierzał  też  nigdy  rezygnować  z  pracy  na  uczelni.  Mniej  więcej  w  tym  samym  okresie,  kiedy 

przygotowywał do druku opowieść  o podróży Bilba, Tolkien pracował nad wykładem o „Beowulfie”  i 25  listopada  1936 

roku  wygłosił  odczyt, którego  tezy  w  zdecydowany  sposób  zmieniały  stosunek  nauki  do  tego  starego  eposu.  Tolkien 

pokazywał, że nie jest to jakaś opowiastka o smokach i potworach, bezładny zlepek dziwacznych historii.

W  jego  interpretacji  był  to  wielki  poemat  heroiczny,  pieśń  o  życiu  prawdziwie  bohaterskim,  skonstruowana 

niezmiernie kunsztownie, pełna poetyckiego blasku i wyobraźni.

Twórca  –  czy  twórcy  –  „Beowulfa”  obdarzony  był  nieprzeciętnym  talentem  poetyckim,  a  świat  mistycznych 

potworów  był  dla  niego  równie  realny, jak  dla  nas  realnymi  są  nasze  wyobrażenia  o  siłach  rządzących  otaczającą  nas 

rzeczywistością.  Wskazywał  też  na  przemieszanie  się  niezliczonych  wątków  chrześcijańskich  ze  starymi  i  pogańskimi 

elementami, porównując poemat do wieży wzniesionej z elementów dawnych budowli. Mówił o konieczności szacunku dla 

twórczości  minionych  pokoleń.

15

  Nie  były  to  jedyne  prace  naukowe  razem  z  E. V.  Gordonem  przygotowywał  edycje 

„Poematu o Perle”, „Wędrowca” i „Żeglarza”

16

.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

7 / 31

14

 

Clive  Staples  Lewis  (1899-1963), znawca  i  badacz  kultury  średniowiecza,  autor  wielu  książek  dla  dzieci, 

eseista, popularyzator  problematyki filozoficznej, teologicznej i etycznej. W Polsce  pojawia się coraz więcej jego książek, 

wydawanych głównie przez „Pax”. Bardzo ciekawa i bardzo kontrowersyjna postać.

15

 J. R. R. Tolkien: Beowulf – the Monsters and the Critics. Oxford University Press, London 1937.

16

 

„Wędrowiec”  („The  Wanderer”)  i  „Żeglarz”  („The  Seafarer”)  zachowane  –  w  kodeksie  z  końca  X  wieku  – 

fragmenty epiki angielskiej. Powstały najprawdopodobniej znacznie wcześniej.

background image

Wielbicieli  „Hobbita”  sprawy  te  interesowały  raczej  mało  –  wielu  z  nich  było  zaskoczonych,  gdy  poszukując 

katalogach  bibliotecznych  innych  książek  Tolkiena,  natrafiali  na  prace  edytorskie,  przekłady  i  opracowania  dawnych 

tekstów.  Istniały  co  prawda  informacje  o  „lżejszych”  tekstach,  które  publikowano  przeważnie  w  niskonakładowych 

periodykach, a  ich forma  (wiersze  lub pieśni), język (niegdyś jakiś dawno wymarły) oraz  treść  odbiegały  od tego, co już 

było znane  z „Hobbita”. Było sporo  rzeczy w  rękopisach –  przede wszystkim „Silmarillion”  – wydawcy  jednak  obawiali 

się ryzyka i nie wierzyli, że te „poważne” opowieści mogą przyciągnąć czytelników spragnionych przygód hobbitów.

Rodzina  i  przyjaciele  Tolkienów  znali  piosenki  Toma  Bombadila,  historię  Rudego  Dżila  i  ilustrowane  listy 

świętego Mikołaja – na ich publikację było jednak jakoby za wcześnie.

Na  druk  i  zrozumienie  czytelników  musiały  też  czekać  opowieści  o  Berenie  i Lúthien, historia  upadku  Króla 

Artura (jedyna „wycieczka” Tolkiena w świat legend Okrągłego Stołu), „Mythopoeia” – poemat dedykowany Lewisowi, a 

także wiele innych, istniejących często w kilku wersjach, opowieści z kręgu Śródziemia.

Praca  nad  „Nowym  hobbitem”  posuwała  się  wolno  z  wielu  powodów.  Tolkien  nie  chciał  pozostać  autorem 

kolejnej książki dla dzieci, napisanej na zamówienie dzieci i zamykającej się w kręgu dziecięcych oczekiwań. Odkrycie, iż 

świat  hobbitów  łączy  się  ze  światem  „Silmarillionu”, utwierdziło  go  w przeświadczeniu;  że  należy  opublikować  całość, 

leżących do tej pory w szufladzie, mitologicznych opowieści. Obawiał się jednak, iż dla wydawców taka propozycja może 

być  nazbyt  szokująca. I  wydawcy, i  czytelnicy  spodziewali  się  mimo  wszystko,  że  powstanie  coś  „lżejszego”, właśnie 

kolejna książka dla dzieci i na zamówienie dzieci.

8 marca 1939 roku Tolkien wygłosił wykład poświęcony Andrew Langowi – był to swoisty hołd, złożony pamięci 

tego  zbieracza  i badacza  baśni. Swoisty, gdyż  autor wykładu zajął się  tu  głównie  prezentacją  własnych przemyśleń. Nie 

wszyscy  zebrani wiedzieli,  iż  występuje  tu  on  nie  tylko  jako  badacz  cudzych  tekstów.  Tolkien  przemawiał  tu  też  jako 

twórca „Władcy Pierścieni” (bo taką nazwę otrzymał tymczasem „Nowy hobbit”) i kreator świata mitów z „Silmarillionu”.

Główne tezy tego wystąpienia

17

 można streścić następująco: Baśń jest gatunkiem literackim godnym najwyższego 

szacunku.  Nie  można  mówić, iż  jest  to  literatura  wyłącznie  dla  dzieci –  taka  postawa  świadczy  bowiem  i o  degradacji 

samej baśni, i o  degradacji sposobów jej badania. Baśń jest bliska  mitowi, tak jak on wyrasta  z  najtajniejszych  ludzkich 

pragnień  pokonania  czasu  i  przestrzeni  i  ujawnia  marzenia  o  chęci  nawiązania  porozumienia  z  całym  światem. To,  co 

nazywamy „dziecięcym fantazjowaniem”, jest s u b k r e a c j ą – zdolnością tworzenia nowych światów, których realności 

baśń nie kwestionuje. Baśń dostarcza  przeżyć nieporównanie wznioślejszych niż inne gatunki literackie. Pozwała zobaczyć 

świat w jego prawdziwym wymiarze  – nie bawi się  w alegorie, nie pseudonimuje  otaczającej nas rzeczywistości. Mówi o 

tym, co wieczne, niezmienne, ujawnia podstawowe mechanizmy życia. Zachęca do wyrwania się z  krępującego nas świata 

fałszu  i  pozorów  i  przynosi nam  obietnicę  pomyślnego  zakończenia  wszelkich  trosk.  Poprzez  ten  ewangeliczny  aspekt 

baśni  (ewangelia  to dobra nowina, pocieszenie), poprzez  hołd złożony w postaci aktu  subkreacji dziełu stworzenia, baśń 

staje się gatunkiem chrześcijańskim.

Stare, pogańskie elementy zostają ukazane  w nowym, bardziej ludzkim świetle. Takie ujęcie  było zaskoczeniem 

dla  badaczy. Dziewiętnastowieczne  badania  ludowych  baśni  prowadzone  były  z  pozycji  życzliwej  wyrozumiałości  dla 

pełnej  przesądów  wyobraźni  gminu  –  tu  zaś  zwracano  uwagę  na  estetyczną  i  etyczną  problematykę  baśni,  a  jej 

anonimowych twórców ukazywano jako  świadomych artystów, głębokich myślicieli i strażników  istotnych dla człowieka 

tajemnic.

Tolkien  domagał się, aby nie  traktowano baśni jako  prostej  alegorii, tymczasem nadchodzące  wydarzenia  jakby 

wyraźnie  starały  się  zmusić  przyszłych  czytelników  „Władcy  Pierścieni”  do  takiego  właśnie  odbioru  tej  książki. 

Rozpoczęła się druga wojna światowa i życie zdawało się stawać wyścigu z opowieścią o Pierścieniu.

W „Przedmowie” Tolkien pisał: „[...]  praca  nad  »Władcą Pierścieni«  trwała z  przerwami od roku 1936 do 1949. 

Miałem w tym czasie  inne obowiązki, których nie  zaniedbywałem, i często pochłaniały mnie jako badacza  i nauczyciela 

inne liczne zainteresowania.

Oczywiście do zwłoki przyczynił się również wybuch wojny; pod koniec  1939 roku nie miałem jeszcze napisanej 

w całości nawet Pierwszej Księgi. Pomimo ciemności panujących przez pięć następnych lat doszedłem do wniosku, że nie 

mogę  porzucić  rozpoczętej  książki,  ślęczałem  więc  nad nią  przeważnie  po  nocach  i brnąłem naprzód, aż  stanąłem  nad 

grobem Balina  w Morii. Prawie rok upłynął, zanim znów ruszyłem z miejsca  i zawędrowałem do Lothlorien i nad Wielką 

Rzekę  późną  jesienią  1941  roku.  W następnym  roku  naszkicowałem  pierwszą  wersję  zdarzeń  wypełniających  obecnie 

Trzecią  Księgę  oraz  pierwszy i trzeci rozdział Księgi Piątej. Zapłonęły sygnały wojenne  w Anorien, Theoden przybył do 

Harrowdale. Na tym utknąłem. Wizja zniknęła, a czasu na rozmyślania wówczas nie miałem.

W  ciągu  roku  1944,  pozostawiając  nie  dokończone  wątki  i  komplikacje  wojny,  której  prowadzenie  czy 

przynajmniej  opisywanie  było  moim  obowiązkiem,  zmusiłem  się  do  pracy  nad  historią  podróży  Froda  do  Mordoru. 

Napisałem  wtedy  rozdziały  wypełniające  teraz  Księgę  Czwartą  i  wysłałem  je,  jako  fragmenty  powieści,  do  Afryki 

Południowej, gdzie  przebywał w służbie  RAF-u mój syn Christopher. Jednakże  upłynęło dalszych pięć  lat, zanim książka 

przybrała ostateczny kształt, w jakim została wydana [...]. Moja opowieść nie jest alegorią ani aluzją do aktualnych zdarzeń 

i  sytuacji.  Rozwijając  się  wypuściła  korzenie  (w  przeszłość)  i  nieoczekiwane  gałęzie,  lecz  zasadnicza  fabuła  była  od 

początku  nieuchronnie  wyznaczona  przez  wybór  Pierścienia  jako  motywu  łączącego  całą  trylogię  z  „Hobbitem”. 

Najbardziej istotny rozdział, „Cień przeszłości”, napisałem wcześniej niż inne, gdy jeszcze  na horyzoncie  nie gromadziły 

się groźne  chmury zapowiadające kataklizm 1939  roku; wątek mojej historii rozwinąłby  się w  zasadzie tak samo, gdyby 

świat  zdołał  uniknąć  wojennej  katastrofy.  Książka  zrodziła  się  z  myśli  od  dawna  mnie  nurtujących,  a  częściowo 

wyrażanych  w innych  utworach; wojna  rozpoczęta  w 1939  roku oraz  jej konsekwencje nie  wywarły żadnego wpływu  na 

treść książki, a jeśli je zmodyfikowały, to jedynie w znikomym stopniu [...] Z całego serca nie cierpię alegorii we wszelkich 

formach i zawsze jej unikałem, odkąd z wiekiem osiągnąłem przezorność, która  mi umożliwia  wykrywanie jej obecności. 

Wolę  historię,  prawdziwą  lub  fikcyjną,  dającą  czytelnikowi  możliwość  różnych  skojarzeń  na  miarę  jego  umysłowości 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

8 / 31

17

 

J.  R.  R.  Tolkien:  On  Fairy-Storics. Oxford  University  Press,  London  1947. Pubłikowane  potem  z  „Leaf  by 

Niggle” w: Tree and Leaf. Unwin Books, London 1964.

background image

świadczeń. Zachowuje on w takim wypadku pełną swobodę  wyboru, podczas gdy w alegorii autor świadomie rzuca  swoją 

koncepcję”.

18

Dwanaście lat trwała praca nad „Władcą Pierścieni”. Tolkien zbliżał się do sześćdziesiątki, jego dzieci pokończyły 

studia  i usamodzielniły  się. Wydawcy  oczekiwali na  maszynopis nowej książki – autor jednak odkładał swą  decyzję  i po 

cichu  rozglądał  się  za  inną  możliwością  druku.  Nie  mógł  zapomnieć  wydawnictwu  Unwina  niezbyt  entuzjastycznej 

odpowiedzi  na  jeszcze  przedwojenną  propozycję  wydania  „Silmarillionu”.  Rozpoczęły  się  zabawne  korowody.  Tolkien 

stawiał swoje  warunki, Unwin –  swoje. Pisarz  wreszcie  znalazł  powód, aby  zaproponować  tekst  innemu wydawnictwu. 

Tam sprawa  zaczynała  się  od  nowa  – sugerowano autorowi skrócenie  powieści, Tolkien obstawał przy  swoim, wydawca 

przy swoim. Trwało to dosyć  długo. W połowie 1952 roku J. R. R. T. powrócił do swojego pierwszego wydawcy. Ten nie 

dał się długo prosić  – wieść  o ukończonej książce  krążyła wśród wielbicieli twórczości Tolkiena, a czytane na  zebraniach 

„Inklingów”  fragmenty  spotkały  się  z  żywym  przyjęciem  słuchaczy.  Wydawca  obawiał  się  nieco  ryzyka  finansowego; 

książka była gruba, można było ją – po wielu targach – rozdzielić na trzy woluminy i publikować stopniowo, nadal jednak 

była to właśnie opowieść nie  dla  dzieci... czy zaakceptują  ją dorośli, czy dzieci jej nie  odrzucą? Kto to kupi? Tolkien był 

obecny na rynku wydawniczym – wznawiano już  parokrotnie „Hobbita”, opublikowano „Rudego Dżila i jego psa”(1949), 

ukazał się także „Leaf  by Niggle”(1945 – w „The  Dublin Review”). Ryzyko jednak istniało. Wydawca  zaproponował więc 

takie  warunki finansowe, które  miały go chronić w  wypadku  ewentualnego krachu. Potem okazało się, iż te  asekuranckie 

propozycje wyszły na dobre... pisarzowi.

Pierwsza książka – „Wyprawa” – ukazała się w  połowie  1954 roku, a druga – „Dwie Wieże”  – niedługo później. 

Niemal w tym samym czasie ukazały się wydania amerykańskie.

Autorem pierwszej recenzji był oczywiście Lewis. Pokazał, co w książce  jest rewelacyjne  (byłaby więc to pewna 

uprzejmość wobec przyjaciela i kolegi po piórze), a  co – rewolucyjne (i to już  był głęboki ukłon wobec Tolkiena-Mistrza). 

Czytelnicy nie  potrzebowali zachęty – w  sześć  tygodni sprzedano trzy i pół tysiąca nakładu i wydawca  musiał przystąpić 

do  sporządzenia  dodruku.  Oczekiwano  ukazania  się  trzeciej  części  „Powrotu  Króla”.  Tolkien  jednak  nie  mógł  sobie 

poradzić  ze  sporządzeniem obiecanego już  wcześniej informacyjnego dodatku, indeksów, wykazów i słowników. Książka 

ukazała  się  więc  jesienią  1955 roku bez  tych tekstów, a  na  ostatniej  stronie  zamieszczono stosowną  notkę  wyjaśniającą. 

Pomiędzy  rokiem  1954  a  1966  w  Wielkiej  Brytanii  ukazało  się  kilkanaście  edycji  „Władcy”. Ukazały  się  wydania  w 

Stanach Zjednoczonych, przetłumaczono  książkę  na  holenderski (1956), szwedzki (1959), polski (1961), duński  (1968), 

niemiecki (1969), włoski (1970), francuski (1972), japoński (1972), fiński (1973), norweski (1973), portugalski (1974), a 

potem  posypało  się  jak  z  worka  —  przekłady  hebrajskie,  węgierskie,  hiszpańskie, islandzkie,  rosyjskie  i  wiele,  wiele 

innych. Książka rozpoczęła  własne życie – autor już tylko obserwował, jak wędrowała po świecie  i zdobywała sobie coraz 

to  nowych  zwolenników.  Początkowo  wydawcy  byli  zaskoczeni,  Tolkien  natomiast  to  wzrastające  zainteresowanie 

przyjmował jako coś  normalnego.  Listy  napływały z  całego świata: ludzie  dziękowali, prosili o  autografy, domagali  się 

dodatkowych informacji, pytali, kiedy ukażą się inne opowieści o Śródziemiu, niektórzy protestowali przeciwko użyciu ich 

nazwisk w tekście (odezwał się prawdziwy Sam Gamgee i jakkolwiek rzecz  zakończyła się sympatycznie, Tolkien jeszcze 

po latach mówił, iż stale obawia się nadejścia listu podpisanego... Gollum).

Wywiady,  recenzje,  zaproszenia  ze  strony  uniwersytetów  i  osób  prywatnych,  wizyty  –  nieraz  kłopotliwe  – 

wielbicieli, telefony i inne oznaki rosnącej popularności... Tolkien starał się przyjmować to ze spokojem i wyrozumiałością. 

Był sławny, zamożny – a jednocześnie  coraz starszy i nie ze wszystkich przyjemności swej sławy mógł korzystać. Przyjął 

jednak  zaproszenie  wydawców  i  naukowców  holenderskich  i  wiosną  1959  roku  wziął  udział  w  uroczystym  „Przyjęciu 

Hobbitów”. Pisarz  bawił się wspaniale – wygłaszał mowy po angielsku, po holendersku i w języku elfów. Były to urocze 

parodie przemówień Bilba z pamiętnego przyjęcia, znalazły się w nich jednak słowa poważniejsze. „Mija dwadzieścia lat – 

mówił  –  jak  postanowiłem  z  szacunku  dla  naszych  przodków-hobbitów  spisać  dzieje  Trzeciej  Ery.  Spoglądam  ku 

wschodowi i ku zachodowi, patrzę na północ i na południe, i choć  nie dostrzegam Saurona, to widzę  jednak, że Saruman 

pozostawił wielu następców.

My, Hobbici, nie  mamy już przeciw niemu magicznego oręża. Wznoszę jednak, moi szlachetni Bracia-Hobbici, i 

do  Was  kieruję  ten  toast:  Niech  żyją  Hobbici!  Niech  przetrzymają  Sarumanów  i  doczekają  nowej  wiosny  budzącej 

drzewa!”

Okazało  się,  że  „Władca”  jest czymś  więcej  niż  tylko  bestsellerem  o  międzynarodowym  zasięgu. Pojawiać  się 

zaczęły  próby  naśladowania  Tolkienowskich  opowieści,  powodzenie  książki  chcieli  wykorzystać  filmowcy,  po  tematy 

tolkienowskie  sięgali  malarze  i  kompozytorzy.  Przede  wszystkim  tworzył  się  –  mniej  lub  bardziej  poddany 

„organizacyjnym”  rygorom  –  spontaniczny  ruch  fanów.  O  sile  tego  ruchu  mogli  przekonać  się  nielegalni  wydawcy 

amerykańscy, którzy przygotowali tanią  i pełną  błędów edycję  książki. Z piratami trudno  było walczyć. Tolkien rozegrał 

rzecz po swojemu – dołączył do oficjalnych wydań prośbę  o bojkot niesolidnej firmy. Oczywiście, on tylko poinformował 

czytelników, iż  firma  Ace  Books  nie  zwróciła  się  do  niego  o zgodę  na  publikację  i  prosił o  przekazanie  tej  wiadomości 

znajomym i przyjaciołom. Wielbiciele Tolkiena szybko doprowadzili do tego, że pirackie książki usunięto z księgarń. Rok 

1965  był  rokiem  batalii o  „prawdziwego  Tolkiena”, a  powstałe  tymczasem  „The  Tolkien  Society  of  America”  również 

skutecznie  przyłączyło  się  do  akcji. Rozpoczął  się  okres  prawdziwego  kultu Tolkiena  w  miasteczkach  uniwersyteckich. 

Przybierał  on  niekiedy  formy  zaskakujące  —  w  roku  1968  amerykańscy  studenci  domagali  się  wyboru  Gandalfa  na 

prezydenta  i ogłaszali, iż  Tolkien jest... Stwórcą  świata  hobbitów. Obok zabawnych kalendarzy, rekwizytów  i fanowskich 

imprez  na  całym  świecie  (w  północnym  Borneo  istniało  również  „Frodo  Society”),  pojawiły  się  i  poważniejsze  ślady 

zainteresowań  książkami Tolkiena. Opracowania, analizy, interpretacje  mniej lub  hardziej  naukowe, prace  magisterskie  i 

doktorskie, sympozja, konferencje... Nie zawsze odkrycia kolegów naukowców satysfakcjonowały pisarza.

Często irytowało go, gdy doszukiwano się w obrazie  hobbitów śladów seksualnych zahamowań czy infantylnego 

pojmowania świata. Niekiedy tłumaczył i wyjaśniał, najczęściej jednak pozostawiał sprawy ich własnemu biegowi, a tylko 

w  listach  do  przyjaciół  dawał  wyraz  swemu  cierpkiemu  humorowi: „Nie  jest  łatwo  być  dzisiaj  przedmiotem  kultu”  – 

napisał do jednego z czytelników. „Coraz trudniej mi pracować” – pisał do kogoś innego.

— „Nadchodzi starość i ogień przygasa”. W 1959 roku przeszedł na  emeryturę i rzadziej pojawiał się na  uczelni. 

Porządkował jeszcze swoje sprawy naukowe i edytorskie. Wydawcy już teraz nie bronili się, gdy proponował im publikację 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

9 / 31

18

 

J. R. R. Tolkien: Wyprawa. Przeł. M. Skibniewska. Warszawa 1981, s. 7 i nast.

background image

wierszy czy jakichś krótszych opowieści. Szczególnie ucieszył się  Tolkien z  możliwości opublikowania  „The Adventures 

of  Tom  Bombadil”(1962)  – małej  książeczki „w  sam  raz  na  gwiazdkowy  prezent”, jak  tego  życzyła  sobie  Jane  Neave, 

ciotka  i serdeczna  przyjaciółka  pisarza  (miała  już  wtedy ponad osiemdziesiąt jeden lat, ale  zdążyła  jeszcze  nacieszyć  się 

„swoją” książką). 

Przygotował także  wydanie  wykładu o baśniach  i historię  liścia namalowanego  przez  Niggle’a  – ukazały  się  w 

tomiku „Tree  and Leaf”  (1964). Ubywało pracy, ubywało bliskich – 22 listopada 1963 roku zmarł Clive Staples Lewis. W 

liście do swej córki Tolkien napisał kilka dni później: „Coraz wyraźniej czuję to, co czują inni w moim wieku – jestem jak 

drzewo,  które  traci  liść  za  liściem, a  każda  taka  strata  jest  jak  przyłożenie  ostrza  topora  do  pnia...”  W jego  dzienniku 

zaczynają  się  pojawiać  bardzo  mroczne  myśli  na  temat  własnego  życia,  osiągnięć  i  przyszłości.  Z  tych  rozmyślań  i  z 

pewnej irytacji, wywołanej propozycją  napisania  przedmowy  do nowej edycji „The  Golden Key”  George’a  Macdonalda 

(kiedyś wielce admirowanego w dzieciństwie  autora), narodził się „Kowal z  Podlesia Większego”  (1967). Było to ostatnie 

spojrzenie  na  baśń  –  ukazujące  się  potem  „nowe”  książki  będą  już  tylko  edycjami  starszych,  często  wydobywanych  z 

archiwum, tekstów.

„Kowal”  zawierał  sporo  elementów  nowych.  Nieco  inaczej  –  jak  sądzono  –  rozwiązywał  problem  związków 

alegorii  z  baśnią.  Była  to  –  jak  pisał  Tolkien  –  przede  wszystkim  opowieść  starego  człowieka,  przeczuwającego 

nadchodzące osamotnienie.

W 1966 roku Tolkienowie  obchodzili złote gody. Po pięćdziesięciu latach wspólnego życia nadal zdarzały się im 

chwile  niedopasowania, wielka  miłość  przetrwała  jednak,  a  teraz, kiedy  małżonkowie  pozostali  sami, może  była  nawet 

silniejsza. Edith wywalczyła  sobie  pewną  niezależność  w kwestiach  wiary, Ronald stał się  bardziej wyrozumiały. Dzieci, 

wnuki, przyjaciele, znajomi, sąsiedzi uważali ich  za  idealne  i zgodne  małżeństwo. Korzystali z  finansowej stabilizacji i 

starali się nadal prowadzić takie życie, do jakiego przywykli.

Wiek i pojawiające się choroby zmusiły ich jednak do poszukiwania takiego miejsca, gdzie ktoś inny mógłby się o 

nich  troszczyć,  a  jednocześnie  nie  narzucać  zbytnio.  Wybrali  Bournemouth  –  brytyjską  namiastkę  francuskiej  Riwiery. 

Osiedlili się tu w 1968 roku i –  jak tylu innych – pędzili życie zamożnych emerytów. Po  prawdzie, taki styl odpowiadał 

bardziej Edith – znalazła tu wiele osób, z którymi można  było sobie pogawędzić na  różne mało istotne tematy. Nareszcie 

nie  była  tu  panią  profesorową, żyjącą  w cieniu swego  męża, a  stała  się  na  powrót  Edith  Bratt  z  tego  najwcześniejszego 

okresu ich znajomości.

Tolkien zaakceptował nowe otoczenie tylko z tego powodu, iż żona czuła się tu szczęśliwa. 

„Czuję się tu dobrze” – pisał do syna Christophera w rok po przeprowadzce. – „A jednak, a jednak... nie spotykam 

tu ludzi mojego pokroju. Coraz mniej mam kontaktów z przyjaciółmi. A przede wszystkim – coraz rzadziej widuję ciebie”.

Nie znaczyło to, że świat o nim zapomniał. Tysiące listów docierało do wydawnictwa i wiele osób chciało spotkać 

się osobiście  z  autorem ulubionych książek. Utrzymywano jednak w sekrecie  adres, telefon, a nawet samą  informację, iż 

pisarz  przebywa  na  południowym wybrzeżu. Chroniło  to Tolkiena  przed  najazdami  wielbicieli  i  pozwalało  na  spokojną 

pracę. Tolkien pragnął bowiem uporządkować materiały z „Silmarillionu”. Należało tylko uporać się z powstałymi w ciągu 

ponad  półwiecza  notatkami  i  zadecydować,  które  z  licznych  wersji  poszczególnych  opowieści  mają  stać  się 

obowiązującymi.  Należało  również  ujednolicić  nazewnictwo,  dopracować  szczegóły,  znaleźć  miejsce  dla  postaci, które 

pojawiły się dopiero we  „Władcy Pierścieni”  (Galadriela, entowie)  i zyskały sobie  sympatię  czytelników. Proste  pozornie 

czynności  zabierały  coraz  więcej czasu. Tolkien – jak to  kiedyś zauważył Lewis –  nie  lubił  rozstawać  się  z  tworzonym 

tekstem  i  zawsze  „odkrywał”  coś,  co  należało  jeszcze  dokładniej  opisać  i  wyjaśnić.  „Był  cały  wewnątrz  mowy”  – 

lapidarnie  charakteryzował  jego  postawę  Lewis.  Buszowanie  w  słowach  sprawiało  mu  radość  i  nie  chciał  jej  siebie 

pozbawiać. Gotowy tekst odbierał mu wszelką przyjemność – tekst powstający niósł ze sobą natomiast wiele niespodzianek 

i sam autor był ciekaw, co może się jeszcze przydarzyć nowego.

Pod  koniec  trzeciego  roku  wspólnego  pobytu  w  Bournemouth  niedomagania  Edith  nasiliły  się.  Miała 

osiemdziesiąt jeden lat, gdy z  rozpoznaniem ostrego zapalenia woreczka żółciowego została  zabrana  do szpitala. Stan był 

bardzo poważny i po kilku dniach – 29 listopada 1971 roku – zmarła.

Nie ma potrzeby pisania o szoku, jaki przeżył Ronald. Dalszy pobyt w Bournemouth stawał się nie do zniesienia i 

pisarz  postanowił powrócić  do  Oxfordu. Uczelnia  ofiarowała  mu  nieduże  mieszkanie  w  budynku  wydziału  przy  Merton 

Street i zapewniła opiekę. Było to niezwykłe wyróżnienie i Tolkien przyjął je z prawdziwą wdzięcznością. Mógł teraz znów 

uczestniczyć w  życiu uczelni, odwiedzać  dzieci i wnuki. Odżyły dawne  przyjaźnie –  można było spotykać się nie  tylko  z 

Christopherem Wisemanem z  dawnego T. C.,  B. S., ale  i  z  kolegami z  innych  klubów. Pogłębiła  się  zażyłość  z  bratem 

Hilarym. Życie w  Oxfordzie stało się jakby zadośćuczynieniem za spokojną i cierpliwą egzystencję  ostatnich lat. Tolkiena 

cieszyły oznaki  szacunku —  wiele  uczelni  przyznawało mu  teraz  honorowe  doktoraty. Nie  czuł się  jednak na  siłach, by 

skorzystać z zaproszeń uniwersytetów amerykańskich.

Wziął za to udział w uroczystościach na swoją cześć w Edynburgu i przybył także do Pałacu Buckingham, gdzie z 

rąk królowej otrzymał Order Imperium Brytyjskiego. 

Za  największe  wyróżnienie  uważał  przyznanie  mu  honorowego  doktoratu  przez  macierzysty  uniwersytet  w 

Oxfordzie.  Otrzymał  doktorat  za  zasługi  dla  nauk  filologicznych,  ale  w  przemowach  na  jego  cześć  niejednokrotnie 

przypominano również jego osiągnięcia literackie.

Trwały  prace  nad  „Silmarillionem”,  choć  mimo  pomocy  syna  nie  posunięto  się  tu  zbytnio  w  kierunku 

ostatecznych rozwiązań. Tolkien nie przejmował się tym. Uważał się za potomka  długowiecznych rodów i spodziewał się 

jeszcze  wielu  lat  pracowitego  życia.  Zaczęły  się  jednak  pojawiać  kłopoty  z  trawieniem  –  należało  przejść  na  dietę  i 

zrezygnować  z  ulubionej  szklaneczki  wina.  „Czuję  się  bardzo  osamotniony  –  pisał  do  niemłodej  już  kuzynki  Mary 

Incledon –  kiedy  kończy się  nauka  i studenci wyjeżdżają, pozostaję  zupełnie  sam w  dużym  domu, a  opiekujące  się  mną 

małżeństwo mieszka w drugim końcu budynku”.

Było  w  tym  trochę  przesady  – bliscy  i  znajomi  odwiedzali go bardzo często,  nie  zmieniało  to jednak  faktu, iż 

osamotnienie dokuczało mu coraz bardziej.

Podczas wizyty w Bournemouth poczuł się nie najlepiej. Po męczącej nocy przewieziono go do prywatnej kliniki. 

Tutaj  stwierdzono  perforację  wrzodu  żołądka,  ale  towarzyszące  tej  diagnozie  rokowania  były  pomyślne.  Michael  i 

Christopher przebywali w tym czasie za granicą i tylko John z  Priscillą mogli przyjechać do chorego. Nieoczekiwanie stan 

ojca  pogorszył się  –  doszło  do infekcji płuc. Tolkien  zmarł wczesnym rankiem w  niedzielę  2  września  1973  roku. Miał 

osiemdziesiąt jeden lat – dokładnie tyle, ile w chwili śmierci miała Edith.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

10 / 31

background image

„Wśród opowieści, które do nas doszły z  tych lat smutku – pisał kiedyś w notatkach do „Silmarillionu” – są takie, 

gdzie  płacz  miesza  się  z  radością, a  w  cieniu  śmierci  nie gaśnie światło. Z  tych  zaś opowieści najpiękniej po  dziś dzień 

brzmi w uszach elfów historia Berena i Lúthien...”

19

***

Tolkien  uważał,  iż  poszukiwanie  w  biografii  artysty  jakiegokolwiek  klucza  do  jego  twórczości  jest  po  prostu 

bezcelowe.  Wszelkie  opracowania  biograficzne  mogły  być  –  według  niego  –  jedynie  faktograficznymi  relacjami  o 

wydarzeniach  czyjegoś  zakończonego  już  życia.  W  ostatnich  latach  porządkował  jednak  materiały  przeznaczone  dla 

ewentualnych przyszłych biografów, opatrywał komentarzami przechowywane listy i inne dokumenty.

Napisał też  kilka  stron  na  temat  swojego  dzieciństwa. Nie  oznaczało  to wcale, że  jego rygorystyczny  sąd  uległ 

jakiemuś złagodzeniu.

Przy  opracowaniu wiadomości o  życiu  pisarza  korzystano głównie  z  biografii przygotowanej przez  Humphreya 

Carpentera

20

. Musimy pamiętać o przytoczonych powyżej zastrzeżeniach Tolkiena, aby w pełni docenić wysiłek (i ryzyko!) 

towarzyszący  jego  biograficznym  poszukiwaniom.  Książka  Carpentera  była  pierwszą  i  niejako  „oficjalną”  biografią 

Profesora. O takim kształcie  zadecydowały z pewnością  kontakty biografa z  rodziną, przyjaciółmi i wydawcami Tolkiena. 

Można  więc  niekiedy  odczuwać  pewien  niedosyt informacji  zwłaszcza  tam, gdzie  autor  książki starał  się  Tolkienowski 

żywot uładzić i wypolerować.

Praca  naukowa, praca  literacka,  życie  rodzinne  –  w  tym  kręgu  poruszają  się  czytelnicy  książki  Carpentera.  I 

chociaż  obie  wojny  światowe  wywarły  na  życiu  i  twórczości  Tolkiena  niewątpliwy  wpływ,  to  jednak  klimat 

Carpenterowskiej biografii najlepiej charakteryzuje zamieszczone w niej ostatnie zdjęcie Profesora: oparty o pień ulubionej 

wiekowej  sosny  stoi  starszy  pan  z  laską.  I  pomyśleć,  że  to  o  nim  pisał  Czesław  Miłosz,  iż  jako  jedyny  chyba  w 

dwudziestym wieku potrafił stworzyć bohaterów na miarę postaci mitycznych...

21

2. Książki Tolkiena

Ktoś bardzo skrupulatny obliczył, iż Tolkien  pozostawił  po sobie  ponad dwieście  najróżniejszych publikacji 37 

książek, 63 artykułów i 121 przekładów i opracowań tekstów napisanych w dawno wymarłych językach. Niewielką tylko 

część stanowią teksty, które utrwaliły sławę Tolkiena jako twórcy baśni – przeważają publikacje o charakterze naukowym.

Dzisiaj możemy  zauważyć,  że  coraz  częściej  wydaje  się  odrzucone  kiedyś  przez  edytorów  opowieści  „nie  dla 

dzieci”, sięga  się po  zachowane w  archiwum wersje znanych już historii, publikuje  się  także i te  materiały, które  Tolkien 

sarn kiedyś odłożył do dalszego opracowania. Jedni cieszą się każdym nowo wydanym tekstem, inni zadają sobie pytanie, 

czy to nadal jeszcze „prawdziwy” Tolkien, skoro książkę redagował już ktoś inny.

Zestawiłem poniżej teksty Tolkiena, które prezentują go jako twórcę i badacza baśni.

Wymieniam  je  według  dat  pierwodruków. Tam,  gdzie  dysponujemy  „oficjalnym”  przekładem  na  język  polski, 

podaję w nawiasie polski odpowiednik tytułu, nazwisko tłumacza  oraz  datę pierwszego polskiego wydania. Pamiętajmy, iż 

wiele przekładów ukazywało się i ukazuje nadal w magazynach klubowych.

Przy  niektórych tekstach, tych zwłaszcza, które  jeszcze  czekają  na  „oficjalne” polskie  tłumaczenia, podaję  kilka 

informacji o tym, czego one dotyczą.

1915 „Goblin Feet”, wiersz opublikowany w „Oxford Poetry”. Tolkien już  przedtem drukował krótkie notatki lub 

wiersze  (na  przykład  w  szkolnej  gazetce),  „Goblin  Feet”  uważał  jednak  zawsze  za  pierwszy  istotny  krok  w  kierunku 

„literackiej  kariery”.  Niektórzy  tłumaczą  ten  tytuł  dosłownie  –  „Stopy  Goblinów”.  Wierniej  jednak  oddaje  charakter 

wiersza  inna  propozycja  –  „Stopki chochlików”. Drobne  skrzydlate  istotki  z  tego  wiersza  w  niczym  nie  przypominają 

krwiożerczych goblinów. Nie  przypominają  również  późniejszych mądrych  i pełnych  dostojeństwa  Elfów  z  opowieści o 

Śródziemiu. Wiersz został napisany dla Edith, która uwielbiała takie „dziecinne” elfy – a czego się nie robi dla ukochanej?

Polski oficjalny przekład wiersza – niezbyt szczęśliwy – zawiera obecna  na polskim rynku biografia Humphrey’a 

Carpentera. Warto porównać z oryginałęm i z moim przekładem z „Gwahirzęcia”.

„Sir Gawain and the Green Knight”, wydane przez J. R. R. Tolkiena i E. V. Gordona.

Jedne z  ważniejszych zabytków średniowiecznej literatury angielskiej, opracowane i przyswojone współczesnemu 

językowi przez Tolkiena i Gordona.

(“Pan Gawen i Zielony Rycerz; Perła; Król Orfeo”, przeł. Andrzej Wicher, 1997).

1934 „The Adventures of  Tom Bombadil”, wiersz opublikowany w „The Oxford Magazine”. Warto zapamiętać, że 

tu pojawia się pierwszy raz jeden z bohaterów późniejszych opowieści.

1937  „Beowulf  –  the  Monsters and  the  Critics”  (w  „Proceedings of  the  British  Academy”  –  z  datą  1936).  To 

ciekawe  i odkrywcze spojrzenie  na  średniowieczny  epos o Beowulfie  autor  opatrzył podtytułem „Potwory i krytycy”. Po 

latach ci ostatni wzięli swoisty  „odwet” na  Tolkienie  – jedno z  pierwszych opracowań „baśniowej”  twórczości Profesora 

nosiło tytuł „Tolkien and the Critics”.

„The Hobbit: or There and Back Again”.

(„Hobbit, czyli Tam i z powrotem”, przełożyła Maria Skibniewska, 1960).

To już klasyka! Od tej książki rozpoczął się „ruch” wokół Tolkiena. No, kto jeszcze nie przeczytał?

1945 „Leaf by Niggle”, opowiadanie w „The Dublin Review”.

(Istnieją  dwa  polskie  przekłady: „Liść  Drobniaka”, przeł. Józef  Brodzki, „Życie  i Myśl”  1974  nr  4 oraz:  „Liść, 

dzieło  Niggle’a”,  przeł.  Krzysztof  Sokołowski,  „Fantastyka”  1985  nr  2,  ten  ostatni  także  w  książce  J.  R.  R.  Tolkien 

„Drzewo i Liść oraz Mythopoeia”, 1994).

Dziwna – i trudna do przełożenia – opowieść o malarzu, który stara się dokładnie namalować drzewo i...

1947 „On Fairy-Stories” w książce „Essays Presented to Charles Williams”.

Spojrzenie na baśń bardzo odmienne od wcześniejszych i późniejszych prób innych badaczy.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

11 / 31

19

 

J. R. R. Tolkien: Silmarillion. Przeł. M. Skibniewska. Warszawa 1985. s. 194.

20

 

H. Carpenter: Tolkien. A biography by... Houghton Mifflin Company, Boston 1977.

21

 Cz. Miłosz: Ogród nauk, Lublin 1986, s. 36.

background image

(„O baśniach” w: J. R. R. Tolkien „Drzewo i Liść....”, przeł. Joanna Kokot, 1994).

1949 „Farmer Giles of Ham”.

(„Rudy Dżil i jego pies”, przełożyła Maria Skibniewska, 1965).

Historia o tym, że człowiek i smok mogą się ze sobą zaprzyjaźnić.

1954 „The Fellowship of the Ring: being the first part of The Lord of the Rings”.

(„Wyprawa”, przełożyła Maria Skibniewska, 1961).

„The Two Towers: being the second part of The Lord of the Rings”.

(„Dwie Wieże”, przełożyła Maria Skibniewska, 1962).

1955 „The Return of the King: being the third part of The Lord of the Rings”.

(„Powrót Króla”, przełożyła Maria Skibniewska, 1963).

To już teraz coś więcej niż „klasyka”. To wzorzec, do którego większość czytelników przymierza  pozostałe teksty 

Tolkiena. Czy zawsze słusznie? Czy zawsze niesłusznie?

(Od 1996 roku na rynku polskim funkcjonuje także nowe tłumaczenie Jerzego Łozińskiego).

1962 „The Adventures of Tom Bombadil and other verses from The Red Book”.

Wiersze i poematy drukowane już wcześniej, tutaj zebrane w „małą książeczkę”, niektóre z tych wierszy znamy z 

„Władcy Pierścieni”.

(„Przygody  Toma  Bombadila”, przeł. Agnieszka  Kreczmar  w: „Tolkien  dzieciom”,  1994; druga  wersja  -  przeł. 

Aleksander Jagiełowicz, 1997).

1964 „Tree and Leaf'.

Książeczka  zawierająca  w sobie dwa wcześniej publikowane już  teksty Tolkiena  – „On Fairy-Stories” i „Leaf  by 

Niggle”.  W  ten  sposób  spojrzenie  na  baśń  uległo  zwielokrotnieniu,  a  rozważania  teoretyczne  znalazły  ilustrację  w 

ciekawym tekście literackim.

(oba teksty w polskim przekładzie w wymienianej już powyżej książce „Drzewo i Liść oraz Mythopoeia”, 1994).

1967 „Smith of Wootton Major”.

(„Kowal z Podlesia Większego”, przełożyła Maria Skibniewska, 198U).

Ostatnia opowieść Tolkiena o tym, że nie wszystko musi być proste i jasne.

„The  Road  Goes  Ever  On: A  Song Cycle”.  Wiersze-piosenki wybrane  z  tekstów  Tolkiena  wraz  z  muzycznym 

opracowaniem Donalda Swanna.

1973 Rysunki Tolkiena opublikowane w formie kalendarza.

1974 „Bilbo’s Last Song”-  ostatnia  pieśń Bilba, opublikowana  w  postaci pięknego plakatu z  rysunkami Pauline 

Baynes.

1976 „The Father Christmas Letters”.

Przez  ponad  dwadzieścia  lat dzieci Tolkiena  otrzymywały  na  gwiazdkę  listy  od  świętego  Mikołaja.  Listy  były 

opatrzone „prawdziwymi” znaczkami i przynosiły wiadomości o przygodach zapracowanego świętego i jego pomocników: 

Niedźwiedzia  Polarnego,  Bałwana  i  elfa  Ilberetha.  Każdy  list  był pięknie  ilustrowany  i w  takiej też  formie  wydano  ten 

zbiorek.

(„Listy od Świętego Mikołąja”, przeł. Magda Iwińska, Hanna i Piotr Paszkiewiczowie, 1994).

1977 „The Silmarillion”.

(„Silmarillion”, przełożyła Maria Skibniewska, 1985).

Przygotowywana już od dawna, lecz  wydana dopiero po śmierci Tolkiena  historia Śródziemia od jego początków. 

Dla  wielu  czytelników  miało  być  to  rozstanie  z  twórczością  Profesora  –  nie  wierzyli,  iż  uda  się  uporządkować  i 

opublikować pozostałe materiały zgodnie z intencją ich autora. Czas jednak pokazał, że „Silmarillion” nie był pożegnaniem 

ze Śródziemiem i jego legendami.

1979 „Pictures by J. R. R. Tolkien”.

Oryginalne rysunki Tolkiena, publikowane uprzednio również w formie kalendarzy w latach 1973-1979.

1980 „Unfinished Tales of Numenor and Middle-earth”.

Przygotowana  –  podobnie  jak „Silmarillion”  –  przez  Christophera  Tolkiena  publikacja  materiałów  z  archiwum 

pisarza.  Opowieści  Numenoru  i  Śródziemia  zawierają  komentarze  edytorskie,  pozwalające  prześledzić  proces  ich 

powstawania  oraz  zmiany,  jakim one  podlegały  w  trakcie  pracy  nad  tekstem. Czteroczęściowy zbiór  opowiada  historie 

trzech Er i przynosi wiadomości o Druedainach, Czarodziejach i Palantirach. Wśród opowieści: opisanie Numenoru i jego 

władców, historia Galadrieli i Celebrona, przybycia Tuora do Gondolinu i wiele innych. Oczekiwana z  pewną  nieufnością 

książka  (czy  to  jeszcze  „ten”  Tolkien?)  zapowiedziała  tylko  bogactwo  wykreowanego  przez  Profesora  świata.  To 

paradoksalne, ale wszystkie  wydane  do tej pory  książki o Śródziemiu należało jakby przeczytać  „na  nowo”. Świat fanów, 

przyzwyczajonych  już  do  jakiejś  ustabilizowanej  wizji  Śródziemia  i  jego  opowieści,  przeżył  swoiste  trzęsienie  ziemi. 

Dopiero teraz  okazało się, że  nie wystarczy „kochać  Tolkiena” – trzeba również  zdobyć  się  na  odwagę  i zacząć  b a  d a  ć 

jego  teksty. Ci, którzy  podjęli  takie  ryzyko, weszli  na  drogę  zupełnie  nowej  przygody.  Pamiętajmy, że  edytor  tekstu  – 

Christopher  Tolkien  –  zachował  całą  „surowość”  ojcowskich  notatek.  Nie  są  więc  one  wygładzone  i  sporo  w  nich 

przeróżnych „chropowatości”, od których wolny był „Silmarillion” i „Władca”.

(„Niedokończone opowieści Śródziemia i Numenoru”, przeł. Paulina Braiter, Agnieszka Sylwanowicz, 1994).

1981 „The Letters of J. R. R. Tolkien”.

Wybór  listów  Profesora  –  wśród  adresatów  między  innymi  Wystan  Hugh  Auden  (wybitny  poeta  i  dramaturg 

angielski) i oczywiście – Clive Staples Lewis.

1982 „Mr Bliss”.

Napisana  jeszcze  przed  drugą  wojną  światową  historia  Mr  Blissa  i  jego  samochodu  wyraźnie  jest  inspirowana 

motoryzacyjnymi  doświadczeniami  Tolkiena.  Pełna  subtelnej  ironii  opowiastka  czekała  jednak  długo  na  publikację. 

Powód? Tolkien opatrzył ją całą masą przepięknych kolorowych ilustracji i przedwojenni edytorzy niezbyt umieli sobie  z 

tym poradzić.

(Polski przekład Aleksandry Wieruckiej ukazał się nakładem Śląskiego Klubu Fantastyki w 1993).

1983 „The Book of Lost Tales”, I.

1984 „The Book of Lost Tales”, II.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

12 / 31

background image

Dwie  księgi  „Zagubionych  opowieści”  rozpoczynają  wielotomowy  cykl  „Historii  Śródziemia”,  kolejnego 

edytorskiego  przedsięwzięcia  Christophera  Tolkiena.  Pierwsza  z  nich  to  „prehistoria”  Tolkienowskiej  mitologii  (jeżeli 

można  tak  powiedzieć).  Zawarte  są  tu  najwcześniejsze  teksty  pisarza,  jeszcze  z  okresu  pierwszej  wojny  światowej  (to 

zapowiedź  późniejszego „Silmarillionu”), a  także poetyckie  – publikowane  lub nie  – opowieści z  początków działalności 

literackiej Tolkiena. Książka  druga przynosi teksty późniejsze (z początków kariery uniwersyteckiej)  i jednocześnie mniej 

tu „kosmografii”, a  więcej  spraw  „ziemskich”  – historii  elfów  i  ludzi. Edycją  tych tomów  Christopher  chyba  przekonał 

najbardziej grymaśnych czytelników, że potrafi być uczciwym i wiernym edytorem tekstów ojca.

(„Księga zaginionych opowieści”, przeł. Magda Pietrzak-Merta, 1995).

1985 „The Lays of Beleriand”.

Pieśni –  a  może  lepiej:  śpiewy  –  Beleriandu. Poematy  ukazujące  dzieje  wykreowanego  przez  Tolkiena  świata 

poprzez pryzmat poetyckiej twórczości zamieszkujących ten świat istot. Trzeci tom „Historii Śródziemia”, obejmuje teksty 

pisane głównie w okresie międzywojennym.

1986  „The  Shaping  of  Middle-earth:  The  Quenta, The  Ambarkanta  and  The  Annals  together  with  the  earliest 

Silmarillion and the first Map”.

Czwarty  tom  opisuje  powstanie  Śródziemia.  Zebrane  są  tu  teksty  napisane  przed  opublikowaniem  „Hobbita”. 

Dojrzewanie kreowanej przez Tolkiena mitologii jest tu wyraźnie widoczne.

1987 „The Lost Road and other writings, Language nad Legend before The Lord of the Rings”.

Piąty tom  zamyka  zbiór  tekstów  napisanych przed „Władcą  Pierścieni”. Tak  więc  pięć  pierwszych  woluminów 

zawierało  to  wszystko,  co  wiązało  się  z  wczesnymi  szkicami  „Silmarillionu”,  prezentowało  pierwociny  mitologii 

Śródziemia, opowieści i poematy, a także nie ukończone próby kreowania innych legend.

1988 „The Return of the Shadow, The History of The Lord of the Rings”, I.

Szósty tom „Historii Śródziemia”, a jednocześnie pierwszy tom „Historii Władcy Pierścieni”.

Szkice i różne wersje „Władcy” od urodzinowego przyjęcia Bilba do kopalń Morii.

Frodo jeszcze nazywa się  Bingo  i nie  wszystko wygląda tak, jak w  ostatecznej wersji. I  to jest bardzo ciekawe! 

Takie podpatrywanie przez ramię, jak powstają opowieści, które już znamy w wersji ostatecznej.

„Mythopoeia”  (w  nowej  edycji  „Tree  and  Leaf”,  połączona  z  tekstem  o  baśniach  i  opowieścią  o  Niggle’u). 

Zrodzony jeszcze w latach trzydziestych z rozmów z Lewisem i jemu dedykowany poemat wreszcie doczekał się publikacji 

w  całości  (około  półtorej  setki  linijek!).  Bardzo  głębokie  i  jednocześnie  bardzo  osobiste  wyznanie  wiary  Tolkiena  w 

„prawdziwość mitu”. Każdy może się przekonać, jak trudne to zadanie dla tłumacza!

(„Mythopoeia”, przeł. Marek Obarski w: J. R. R. Tolkien „Drzewo i Liść oraz Mythopoeia...”,

1994; także Jakub Z. Lichański, „Gnosis” nr 7, maj 1995.

1989 „The Treason of Isengard, The History of The Lord of the Rings”, II.

Kolejny tom „Historii Śródziemia” i dalsze wersje „Władcy”. Różne wersje nie tylko tekstu – także map, którymi 

posługiwał się pisarz podczas relacjonowania wydarzeń historii Pierścienia.

1990 „Bilbo’s Last Song”.

Tym razem w postaci niewielkiej książeczki, znowu pięknie zilustrowanej przez Paulinę Baynes.

„The War of the Ring”, The History of The Lord of the Rings”, III.

Kontynuacja  –  lecz  jeszcze  nie  finał  – historii  „Władcy  Pierścieni”. Od bitwy  w  Helmowym Jarze  do bitwy  u 

Czarnej Bramy, a także – do uwolnienia Froda w Kirith Ungol.

Wiele  zmian  i  wahań  co  do  sensowności  tych  zmian  –  pojawiają  się  i  znikają  bohaterowie, zmieniają  się  ich 

charaktery  i  imiona.  Mapy  i  ilustracje,  ciekawe  komentarze  wydawcy,  chociaż  już  jakby  wyczuwalny  pośpiech,  żeby 

zdążyć z ukończeniem całości.

1992 „Sauron Defeated: The History of The Lord of the Rings”, IV.

Dziewiąty już tom „Historii Śródziemia”, zawiera finałowe partie „Władcy”, a także inne materiały.

1993 „Morgoth’s Ring: The Later Silmarillion, Part One: The Legends of Aman”.

Dziesiąty tom, zapowiadany jakoby ostatni. Powraca się tutaj do  głównych wątków opowieści. Sporo ciekawych 

informacji.

„Poems by J. R. R. Tolkien” , trzy miniaturowe tomy znanych już wierszy, z ilustracjami autora.

„Poems from The Lord of Rings”

(“Władca Pierścieni – Wiersze”, przeł. Tadeusz Olszański, 1998).

„The War of  Jewels: The Later Silmarillion, Part Two: The Legends of  Beleriand” Tom jedenasty... Wiele uwag m. 

in na temat języków – ale w sumie mniej nowości.

“The Peoples of Middle-earth”.

Definitywnie  ostatni,  dwunasty  tom  z  cyklu  “Historia  Śródziemia”.  Mięzy  innymi  ewolucja  „Prologu”  i 

„Dodatków” a także -  esej o reinkarnacji Glorfindela oraz – jedyny istniejący fragment... kontynuacji „Władcy” — „Nowy 

Cień”.

Uznanie dla pracy Christophera Tolkiena wydawało się  rosnąć wraz z pojawianiem się kolejnych tomów „Historii 

Śródziemia”. Okazał się fachowym i lojalnym edytorem spuścizny ojca. Jednocześnie spełniło się  marzenie pisarza  – syn 

stał  się  spadkobiercą  jego  idei.  Powstał  zbiór  tekstów  zachowujących  wszystkie  cechy  „prawdziwych”  mitologii:  są  tu 

różne wersje tych samych historii, są  tu odwołania  do tekstów "zagubionych", do opowieści, których nikt nie  zanotował i 

pozostało po nich tylko niejasne  wspomnienie. Niektóre wersje  są ze sobą  zgodne, niektóre  sprzeczne. Zachowała  się też 

jakby  autentyczna  „chropowatość”  i  „niegotowość”  tych  opowieści,  urok  historii  tworzonych  w  różnych  czasach,  w 

różnych miejscach i przez różnych narratorów. Nie ma tu tego, co zdaniem Tolkiena było największym grzechem Ryszarda 

Wagnera  –  ujednolicenia  tych  opowieści  według  kryteriów  przyjętych  przez  jednego  autora.  Myślę,  iż  najbardziej 

spodobałoby  się  Tolkienowi, gdyby czas usunął jego  własne  nazwisko  z  okładek  opublikowanych dotychczas książek,  a 

zawarte w nich opowieści rozeszły się po świecie jako historie anonimowych autorów, stworzone gdzieś, kiedyś, przez nie 

wiadomo kogo...

„Roverandom”, Harper Collins Publishers Ltd., London.

Odrzucana przez wydawców i wreszcie przypomniana – opowieść o piesku zamienionym w zabawkę.

(„Łazikanty”, przeł. Paulina Braiter, 1998).

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

13 / 31

background image

Ten przegląd książek Tolkiena  byłby niekompletny, gdybyśmy pominęli tutaj dwie  cenne  pozycje  fonograficzne. 

To  przecież zgodne z  ideą  Tolkiena  – jego pieśni, jego opowieści powinny być  przekazywane w  bezpośrednim kontakcie 

narrator – słuchacze... Dokładnie tak, jak to było bardzo, bardzo dawno temu, w czasach opisanych przez Profesora.

W 1967  roku, równocześnie  z publikacją śpiewnika „The Road Goes Ever On: A Song Cycle”, firma „Caedmon 

Records”  wydała  płytę  „Poems and Songs Of  Middle  Earth”  (TC 1231). Obok  śpiewającego Williama Elvina  (cóż  to za 

wspaniałe, „tolkienowskie” nazwisko!) pojawił się tu i sam Profesor, czytający niektóre ze swych wierszy. W 1975 roku ta 

sama  firma  opublikowała  podwójny album  płytowy  (TC 1477-1478), przedstawiający  archiwalne  (z  1952 roku)  nagrania 

Tolkiena  czytającego  (a  także  śpiewającego!)  fragmenty  „Hobbita”  i „Władcy  Pierścieni”. W 1968  roku  telewizja  BBC 

przygotowała dokument filmowy „Tolkien in Oxford”. Pisarz zachowywał się przed kamerą bardzo swobodnie, a sam efekt  

ekranowy ocenił dość łagodnie. Dziś znamy jeszcze inne  filmowe dokumenty, wykorzystujące  niekiedy te  same materiały 

archiwalne  –  chociażby  „J. R.  R. Tolkien  –  A  Study  of  John  Ronal  Reuel  Tolkien”  Dereka  Baileya  (110  minut!)  czy 

emitowane  w  polskiej wersji  językowej  w  naszej  telewizji –  „J. R. R. Tolkien  –  Portret pisarza”  tego  samego  reżysera 

(krótsza, 60 minutowa wersja) i „John Ronald Reuel Tolkien – Gra wyobraźni” Juliana Birketta ( ok. 50 minut).

Może ktoś zapytać – no dobrze, książki, nagrania... tylko gdzie to wszystko znaleźć?

Prawie wszystkie materiały wyżej wymienione krążą po kraju wśród fanów Tolkiena i nie jest tak trudno trafić  na 

odbitkę kserograficzną najnowszej edycji „Historii Śródziemia”.

Trzeba  tylko  trochę  szczęścia  podczas  poszukiwań.  Można  także  skorzystać  z  pomocy  wyspecjalizowanych 

wydawnictw  i  księgarń,  które  chętnie  –  choć  nie  bezinteresownie  –  dostarczą  nam  potrzebnej  informacji  i  pomogą  w 

zakupie wymarzonej książki lub jakiegoś „zwariowanego” tolkienowskiego drobiazgu.

Czasem  lepiej  ,,z  Europy”  przywieźć  sobie  jedną  książkę  Tolkiena  niż  kolejną  parę  dżinsów. Zanim  to  jednak 

nastąpi – poszukajmy wspólnie... klucza do Śródziemia.

3. W poszukiwaniu klucza do Śródziemia

Na  początku  było  s  ł  o  w  o...  Tak  też  można  patrzeć  na  Tolkienowski  fenomen  tworzenia  literackiej 

rzeczywistości.

I  Na  początku było  słowo, język, zabawa  w wymyślanie  nowych wyrazów, budowanie z nich nowych języków, 

które  mogłyby  służyć  do  układania  niezwykłych  opowieści.  Zaczęło  się  rzeczywiście  od  zabaw  z  przyjaciółmi,  od 

„prywatnych”  tajemnych  języków  i  słów,  od  układania  trudnych  do  rozszyfrowania  przez  postronnych  wierszyków, 

wymyślanych podczas zabaw  z kuzynkami – Mary i Marjorie. Opowiadając później o tych próbach, Tolkien podkreśli, iż 

taka  językowa  twórczość  nie  jest  niczym  niezwykłym  u  małego  człowieka. Jest  to  naturalny  sposób  poznawania  przez 

dzieci otaczającego je świata – „nienaturalnym” mógłby tu być dopiero brak takiej językowej aktywności. Oczywiście, nie 

u  każdego  dziecka  działalność  ta  przybierze  formy  bardziej  skomplikowane,  nie  każde  też  dziecko  takie  filologiczne 

zainteresowania  przeniesie poza  barierę  wieku młodzieńczego i uczyni z  nich – jak Tolkien – sens i cel swego  dorosłego 

życia.

Tych  „własnych”  języków  było  w  biografii pisarza  sporo. Uniwersyteckie  zainteresowania  Tolkiena  –  najpierw 

studenckie,  a  potem  już  profesorskie  –  skupiały  się  właśnie  na  tym  terenie.  Tolkien  –  językoznawca,  badacz 

staroangielskich tekstów... Języki stare, języki wymarłe i nowe, wymyślone według wszelkich naukowych zasad. Tu gdzieś 

pojawi się quenya, pojawi się sindarin, pojawią się próby rekonstrukcji form wcześniejszych, pośrednich, zmierzających do 

odtworzenia  języków  najstarszych,  prajęzyków.  Pojawią  się  też  zapiski  w  tych  nowych  językach,  teksty  trudne  do 

odczytania, odwołujące się do graficznych eksperymentów (Tolkien od dziecka, najprawdopodobniej pod wpływem matki, 

bardzo interesował się kaligrafią), zmieniające swe reguły już w czasie powstawania, tak że nawet sam autor miewał potem 

kłopoty z rozszyfrowaniem niektórych wcześniejszych notatek.

Z czasem materia językowa rozrosła się, okrzepła, a język i słowa  zaczęły się domagać obecności tych, którzy się 

nimi posługiwali. I Tolkien o d k r y ł – niektórzy twierdzą, że po prostu... wymyślił – istoty posługujące się tymi językami, 

odkrył i w najdrobniejszych niemal szczegółach opisał również świat, który zamieszkiwały. Opisał także dzieje tego świata, 

a uczynił to w sposób tak spójny, tak konsekwentny, iż  czytelnikowi wydawało się naturalne, że  kreator tego świata musi 

znać odpowiedzi na wszystkie zgłaszane przez czytelników pytania. Domagano się więc w listach informacji o szczegółach 

ekonomicznego bytowania  opisywanych społeczności, pytano o dokładne opisy flory Śródziemia, o detale uzbrojenia i tak 

dalej, i tak dalej.

Od słowa, języka do posługujących się nimi istot, do ich świata (a właściwie do naszego – bo Śródziemie to nasza 

Ziemia, tylko w bardzo odległej przeszłości, a może... przyszłości?), z całą historią, kosmogonią, geografią i Bóg wie czym 

jeszcze. A stąd  już  tylko  krok do  książek ujawniających czytelnikom niektóre  z tajemnic  tak wykreowanego świata – do 

„Hobbita”,  „Władcy  Pierścieni”,  „Silmarillionu”,  „Unfinished  Tales”  lub  opowieści  składających  się  na  „Historię 

Śródziemia”. Nie musimy znać wszystkich tajemnic stworzonych przez Tolkiena rzeczywistości – bo czy znamy wszystkie 

tajniki światów,  o  których  mówią  nam  powstałe  tam i zachowane  do  naszych  czasów  mity  starożytnej  Grecji, podania 

Dalekiego Wschodu, arabskie baśnie? Tolkien okazuje się najlepszym „opowiadaczem” historii wykreowanych przez siebie 

światów.  Żadna  z  powstałych  później  prób  innych  autorów  nie  dorównuje  już  wizji  Tolkienowskiej. A  naśladowców, 

kontynuatorów  czy  wręcz  plagiatorów  znalazło  się  potem  wielu  i  wydawać  by  się  mogło,  iż  następcom  powinno  być 

łatwiej; wszystko zastają gotowe, przygotowane, cała droga od słowa do „realnego” świata uporządkowana, przebyta...

* * *

Na  początku było słowo... Słowo-pieśń, towarzyszące  samotnemu Jedynemu, a potem łączące Go  z tymi, którzy 

poczęli  się  z  Jego  myśli, z  Jego  pieśni, z  Jego  słowa.  Ze  słowapieśni  powstał  bowiem  cały świat  i trwa,  istnieje  tylko 

poprzez  słowa-pieśni – zdaje się uczyć nas Tolkien. Dobro i zło są tematami tej Wielkiej Pieśni, Wielkiej Muzyki. Nic  nie 

może  istnieć  poza  nią – i nic  nie może  istnieć bez niej. To, co jest mitem, to, co jest historią, to co jest przeżywaną przez 

nas  codziennością  – to  wszystko  jest jedynie  pieśnią. Pieśnią  Jedynego, w  której jednak  i my  także  mamy swój udział. 

Wielki badacz tekstów starej Anglii dotarł do takiej prawdy i tak przedstawił ją w „Silmarillionie”.

* * *

Na  początku  było  słowo-pieśń.  Pieśń  trwa  i  my  trwamy  w  niej.  Powiernicy  Pierścienia  dążą  ku  swemu 

przeznaczeniu, przechodząc  z pieśni do pieśni. Uważny czytelnik polskiego tłumaczenia  dostrzeże, iż poszczególne pieśni 

o ich przygodach różnią się nieco materią słowa. Inaczej mówi się o przygotowaniach do wielkiej wyprawy, inaczej, innym 

językiem, wykreowany jest świat Toma Bombadila, innym – świat dumnej i tragicznej Eowiny.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

14 / 31

background image

Za  progiem, za  każdym zakrętem drogi („A droga  wiedzie  w  przód  i w  przód”  – śpiewają  hobbici)  pojawia  się 

nowa  pieśń,  nowa  historia,  nowa  przygoda.  Ci, którzy  dotrą  do  angielskiego  „przekładu”  (książka  Tolkiena  jest  tylko 

angielskim  „przekładem”  którejś  tam  kopii  „Czerwonej  Księgi”  hobbitów)  i  zadadzą  sobie  trochę  trudu,  porównując 

stylistykę  poszczególnych  części  ze  stylistyką  staroangielskich  eposów,  odkryją,  iż  związki  te  są  tam  wyraźniejsze. 

Poszczególne przygody opowiadane  są jakby w  innych konwencjach językowych, podobnych do tych, jakie  towarzyszyły 

powstawaniu starych pieśni, badanych, opisywanych i tłumaczonych przez Tolkiena-językoznawcę, Tolkiena-edytora.

Bohaterowie „Pierścienia”  wędrują więc  poprzez pieśni i sami też są  pieśnią. Napotykający ich ludzie  dziwią się, 

że stare pieśni żyją nadal i są wśród nich.

Bilbo i Frodo piszą  Księgę, zapisują pieśń. Wszyscy bohaterowie mają świadomość  tego, iż  historia  toczy się  po 

to, aby pieśń się wypełniła. Ich postępowaniem kieruje przeświadczenie, że pieśń osądzi wszystko: i dobre, i złe, że każdy 

uczynek  pozostanie  w pieśni na  zawsze. „Nie  bądź  bezpieczny. Poeta  pamięta...”  i  „Pieśń ujdzie  cało...”  —  skąd  my to 

znamy?

* * *

To  uwikłanie  Tolkienowskiego  świata  w  słowo  okazuje  się  szczególnie  widoczne  tam,  gdzie  słowo  ma  być 

zastąpione  lub dopełnione  obrazem. Już  pierwszy  recenzent, dziesięcioletni  Rayner  Unwin  (syn  wydawcy)  zauważył, że 

„Hobbit”  nie  wymaga  żadnych  ilustracji, a  wystarczającym  dodatkiem  graficznym  mogą  być  same  mapy.  Ilustrowano 

książki Tolkiena wielokrotnie, on sam też przygotował serię rysunków, ozdabiano obrazkami kalendarze, periodyki i co się 

okazało  –  nawet  najlepsza  ilustracja  jest  wielce  ułomna  wobec  Tolkienowskiego słowa. A jak  dosadna  –  i to  w  sposób 

rozczarowujący – jest pierwsza filmowa wersja „Władcy Pierścieni”! I jakże chętnie sięgamy po sam tekst, żeby za każdym 

razem inny i za każdym razem przecież ten sam Tolkienowski świat otworzył się przed nami na nowo.

To  uzależnienie  świata  od słowa, od w ł a ś  c i w e  g o  słowa, ujawniają  wszelkiego rodzaju gry komputerowe, 

odwołujące się do opowieści ze Śródziemia. Nie wystarczy dobrze znać  książkę, nie  wystarczy znać  równie  dobrze język 

oryginału. Trzeba znać na dodatek te słowa, które oswoją komputerowy świat i ułagodzą komputerową opatrzność.

Małe  literki pod wyjątkowo nieatrakcyjnymi rysuneczkami ponaglają: pośpiesz się  – pośpiesz się  – o co pytasz? 

nie znam tego słowa! – chcesz pomocy? – pośpiesz  się  – czas ucieka – czas ucieka – czas ucieka... Przegrałeś, nie  znałeś 

słowa-klucza.

Tolkienowskie  historie  są  baśnią. Baśnią  bez  jakichkolwiek  dodatkowych  określeń.  Są  baśnią  bliską  mitom,  i 

baśnią wymyśloną, zrekonstruowanym a zagubionym ogniwem między mitami a baśniami ludowymi. Tolkien łączy pojęcie 

baśni z pojęciem chrześcijaństwa.

Mit  jest  pogański,  baśń  jest  naznaczona  wiarą.  Mit  jest  tragiczny, ale  obojętnym  spojrzeniem  ogarnia  ludzkie 

dramaty. Baśń  pochyla  się  nad  każdą  istotą  ze  słowami pociechy, jest  dobrą  nowiną  i jak  ewangelia  przynosi obietnicę 

ostatecznego zwycięstwa Dobra. W micie dopiero zarysowuje się granica pomiędzy tym, co święte, i tym, co skalane.

W baśni obie  te sfery  już dawno są  wyraźnie  rozgraniczone, na  obrzeżach  każdej z  nich pojawiają  się magiczni 

pośrednicy, pomocnicy, zdegradowana i sprofesjonalizowana (tak, tak!) emanacja tego, co święte, i tego, co równie boskie i 

święte, ale  jakby ze  znakiem przeciwnym. Dobrzy przedstawiciele  Jedynego to jego wysłannicy, namiestnicy. Tak właśnie 

przedstawia  się  Gandalf;  jego  pobyt  w  Śródziemiu  ma  wyraźny  charakter  służbowej  misji, „delegacji”. Po  przeciwnej 

stronie – cała rzesza  profesjonalistów „od zła”: wysłannicy Nieprzyjaciela, zwabieni i zbałamuceni przez niego najemnicy. 

Oba bieguny świętości – u początków wszystkiego stanowiące jedność – toczą walkę poprzez swoich pośredników. Między 

nimi elfy, ludzie, hobbici, istoty wolne, które mogą stać się sprzymierzeńcami każdej ze stron. Mogą wybrać, a w efekcie – 

wygrać lub przegrać. Chociaż i wygrana, i przegrana nie są tu jednoznaczne. Wygrana i nagroda Froda są gorzkie i bolesne, 

przegrana,  klęska  Golluma  zawiera  w  sobie  też  i  ziarno  odkupienia,  a  z  pewnością  niesie  wiele  niedopowiedzeń  i 

niejasności. Największy dar Jedynego dla  ludzi — śmierć, skażony został przez  Nieprzyjaciela  strachem i  nie  j  przynosi 

nikomu ukojenia.

Baśń  Tolkienowska  jest  jednak  tylko  odbiciem  mitu,  który  także  został  przez  Tolkiena  wykreowany,  a 

przynajmniej w jakiś, chociażby cząstkowy sposób opisany w „Silmarillionie”  (nie wspominając już o kolejnych edycjach 

materiałów archiwalnych). Powinniśmy raczej powiedzieć, iż tekst ten  jest mitopodobny, że  nie  mamy tu do  czynienia  z 

„prawdziwym”  mitem,  a  jedynie  ze  zjawiskiem  charakteryzującym  się  podobieństwem  do  mitu,  z  jego  imitacją, 

naśladownictwem. Nasza nieufność jest uzasadniona  — opowieści te powstawały niemal na  naszych oczach, znamy tego, 

kto był ich autorem, zachowały się zdjęcia pisarza, a nagrania przechowują jego głos. „Dawny” mit natomiast dotarł do nas 

w swej anonimowej, bezosobowej powadze, był jakby zapisem „głosu z nieba”. Ale  kto wie, może te  „pierwsze  przekazy 

odwiecznej historii” również miały swojego konkretnego autora, może i na niego współcześni spoglądali równie  nieufnie? 

Może tak jak i my, byli zupełnie nieświadomi, iż dane jest im dobrodziejstwo bycia obecnym przy narodzinach nowego s ł 

o w a?

Z  pewnością  najczęściej  czytamy  Tolkiena  bez  obarczania  swej  świadomości  jakimiś  dodatkowymi, 

pozatekstowymi  wiadomościami.  Po  prostu  zanurzamy  się  w  Tolkienowskich  opowieściach  i  nie  interesuje  nas  ani 

roztrząsanie  ich  stosunku  do  tak  zwanej  obiektywnej  rzeczywistości,  ani  problem  zależności  czy  niezależności  tych 

opowieści od innych, napisanych, stworzonych gdzieś indziej i przez kogo innego. Nie  interesuje  nas sprawa  nazywania 

takim  czy  innym  terminem  zjawisk,  które  poznajemy,  nie  interesuje  nas  analiza  stanów,  jakie  przeżywamy,  ani 

mechanizmów, które  nami zaczynają  władać. Po prostu  – czytamy i wydaje  się  nam, że  rozumienie tekstu  „odbywa się” 

niejako  automatycznie,  a  analizowanie  go, doszukiwanie  się  nowych sensów, wzbogacanie  znaczeń poprzez  dodatkowe, 

pozatekstowe poszukiwania jest zbędne, niepotrzebne, niezgodne z założeniami autora. Można czytać i tak, i tak — zależy 

to  przecież  wyłącznie  od  potrzeb  i  postawy  tego,  kto  bierze  książkę  do  ręki.  A  jednak...  a  jednak  takie  dodatkowe 

poszukiwania – błędne czy słuszne - są potrzebne  i nie niszczą ani naszej miłości do tekstu, ani naszego szacunku dla jego 

twórcy.

* * *

Czym jest mit? Nie udało się do tej pory ustalić jednego i ostatecznego stanowiska. I dobrze – w chwili, kiedy nie 

ma takiej jedynie słusznej definicji, otwiera się przed nami wiele dróg. „Źródło tryska spod każdych drzwi, a każda ścieżka 

stanowi jego dopływ” – pouczał Bilbo małego Froda. Może i nam uda się w wielości ścieżek dopatrzyć się jednego szlaku i 

dotrzeć bezpiecznie chociażby do pierwszego skrzyżowania.

Można używać określenia „mit”, mówiąc o jakiejś specjalnej r z e c z y w i s t o ś c i.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

15 / 31

background image

Może to być ta rzeczywistość, która zaistniała u początków wszystkiego, ta, w której wszystko było p i e r w s z e, 

jedyne. Rzeczywistość mityczna to ta, po której następuje już tylko historia, a ta z kolei, na naszych oczach, powoli rozwija 

się z otaczającej nas teraźniejszości.

Nasz dostęp do tak rozumianego mitu jest prawie niemożliwy – niemożliwe jest bowiem odwrócenie biegu czasu, 

niemożliwe  jest dotarcie  do źródeł minionego. Być może jednak i w  dostępnej nam rzeczywistości istnieją takie zjawiska, 

takie elementy, które ktoś, kiedyś, w jakiejś niesłychanie odległej przyszłości uzna za mit, za rzeczywistość, która  pojawiła 

się u samego początku. U i c h początku...

Można też mówić o micie jako o rzeczywistości w i e c z n e j, istniejącej nieustannie, niezmiennej; trwałej, takiej 

samej u początków wszystkiego, jak i teraz. Ta rzeczywistość to mit stale odnawiający się, zamknięty w kolistym czasie, w 

czasie powtórzeń i powrotów.

Wszystko  już było  – mówimy – wszystko się  powtarza, narodziny, śmierć to  tylko  efekt obrotu  wiecznego  koła 

czasu. Z tak rozumianym mitem mamy kontakt nieustannie.

Nie  zawsze  jednak  jesteśmy  świadomi,  iż  powtarzamy  właściwie  gesty  święte,  decydujące  o  trwaniu  świata. 

Obcowanie z rzeczywistością mityczną uświadamiamy sobie częściej wtedy, kiedy zetkniemy się z uświęconymi prawem i 

tajemnicą rytuałami. Nasze uczestnictwo w nich odnawia mit, podtrzymuje jego trwałość.

Można też mówić o micie będącym rzeczywistością z a k r y t ą przed naszymi oczami w sposób szczególny. I ona 

też  istnieje  wiecznie, trwa  i odradza  się, tylko  my nie  zdajemy  sobie  sprawy  z  jej  obecności. Ta  rzeczywistość  żywi się 

bowiem naszą podświadomością, a jednocześnie to nasza podświadomość  może egzystować  tylko dzięki niej. Ten zakryty, 

wieczny świat tajemnic  niekiedy ujawnia  się; w snach, w majaczeniach, w stanach silnych emocji, pod wpływem muzyki, 

magii czy narkotyków otwiera się przed nami coś, czego nie potrafimy ani dokładnie opisać, ani zrozumieć.

Czy  to  jedyne  sposoby  nazywania  mitu?  Nie  –  powinniśmy  też  mówić  o  micie  jako  o  pewnej  n  a  r  r  a  c  j  i, 

pewnym  opowiadaniu  o  jednej  z  wymienionych  już  rzeczywistości.  I  tak  mit-narracja  o  rzeczywistości  istniejącej  u 

początków  wszystkiego  przybierze  formę  mitu-kosmogonii  (opowieści  o  powstaniu  wszechświata),  mitu-teogonii 

(opowieści o pojawieniu się bogów) itp. Mit-narracja o rzeczywistości wiecznej da się odszukać w zapisach i objaśnieniach 

obrzędów,  w  tekstach  świętych  ksiąg,  w  formułach  zaklęć.  Mitnarracja  o  rzeczywistości  podświadomej,  zakrytej, 

przybierze formę naszego snu, wizji, ujawni się w  namalowanym podczas ekstatycznego stanu obrazie, w stworzonym w 

natchnieniu utworze muzycznym, w automatycznym zapisie tekstu.

Czy to już wszystkie możliwości? Nie – każda z  tych narracji może teraz z  kolei stać się podstawą  do stworzenia 

nowej rzeczywistości,  która  może  być  wizją,  r  e  k  o  n  s  t r  u  k  c  j ą  tego, co  było  przedmiotem  narracji.  I  tak  nowa 

rzeczywistość-mit  uobecni  się  w  powstających  tekstach  literackich,  w  obrazach  filmowych,  w  muzyce,  plastyce,  w 

różnych, bardzo różnych  formach. A czy jest -  zapyta  ktoś – jakiś konkretny przykład na, powiedzmy, mit-rzeczywistość, 

będący  rekonstrukcją  narracji  o  takiej  utajonej,  podświadomej  rzeczywistości?  Tak  –  proszę  bardzo  –  chociażby 

niezmiernie interesująca  książka  Carla Gustava Junga „Nowoczesny mit – o rzeczach widywanych na  niebie”. A co z  tego 

dla kręgu czytelników Tolkiena? Ot, chociażby  świadomość bogactwa  kluczy, które  mogą  być  zastosowane  przy lekturze 

„Władcy”, „Silmarillionu” czy też... biograficznej książki Carpentera o pisarzu.

Mit organizuje  sposób widzenia  świata  i decyduje  też  o tym, czy taki właśnie obraz  uznamy za prawdziwy, czy 

uwierzymy także  w  taki sposób patrzenia  na świat. Mit pozwala  nam na  psychologiczną  akceptację  świata  nawet  wtedy, 

gdy akceptacja logiczna jest dla nas nie do przyjęcia.

Mogą być  dwa  źródła  mitów, obojętnie  jak rozumianych: czy to jako swoiste  rzeczywistości, czy jako narracje  o 

nich, czy też dające się z tych ostatnich wyprowadzić rekonstrukcje. 

Źródło  pierwsze  funkcjonuje  w  postrzeganej  przez  nas  rzeczywistości.  To  realny  świat  dostarcza  nam  –  lub 

dostarczał  naszym  poprzednikom  –  elementów  do  tworzenia  mitów,  a  zwłaszcza  do  kreowania  postaci  mitycznych 

bohaterów. Mityczni herosi są więc swoistą, przeredagowaną niejako, wizją realnie  żyjących kiedyś postaci. Przetworzeni, 

ubóstwieni, często kryjący pod jednym imieniem cechy wielu różnych osób, zostali przeniesieni do naszej pamięci jako ci, 

którzy są dla nas ważni, gdyż reprezentują to, co stanowi i o naszej tożsamości., i o naszej odrębności.

Drugim  źródłem  mitu  jest  wspomniana  już  sfera  podświadomości.  To  w  niej  kryją  się  pewne  formy  stałe, 

organizujące  ją, będące  jednocześnie  efektem, wynikiem działań popędów, zbiorowych i jednostkowych doświadczeń itp. 

Jung nazywa je a  r c h e t y p a m i, ale  niezbyt dokładnie wyjaśnia i ich pochodzenie, i mechanizmy ich działania. Chyba 

istotą  archetypu  jest właśnie  to, iż  nie  może  być nazwany, a  poznać  go można  jedynie  pośrednio: poprzez symbol, obraz 

archetypowy.  Bohaterowie  mitu  z  kolei  są  jakby  personifikacją  tych  archetypowych  obrazów  –  stąd  i  częste  ich 

podobieństwo do siebie i podobieństwo losów, funkcji, jakie im w opowieści zostały przypisane. Wspólna wszystkim sfera  

podświadomości  pozwala  nam  wyjaśnić  w  mitach  odległych  ludów  obecność  tych  samych  postaci:  Matki-Ziemi,  Ojca, 

Herosa, Nieprzyjaciela, Wiecznej Kobiecości i tak dalej.

Z tak wykreowanymi postaciami możemy się spotkać i u Tolkiena. Łatwiej jednak – o paradoksie! – postronnemu 

czytelnikowi  odnaleźć  w  tych  tekstach  ślady  uniwersalistycznego,  „psychoanalitycznego”  widzenia  mitu.  Po  prostu  – 

„materiał porównawczy”, „klucz”  ma się  tutaj jakby w  zasięgu ręki. To drugie  źródło (a  właściwie pierwsze, bo w  takiej 

kolejności  je  wymieniłem),  źródło  historyczne  czy  „umownie  historyczne”  –  wymaga  dobrej  znajomości  wielu 

dodatkowych  spraw. Tu  musielibyśmy  się  odwołać  do  mitów, które  były  Tolkienowi znane, którym  chciał  dorównać,  z 

którymi  prowadził  niejako  dialog  (czasami  przekorny). Wiemy, że  jego  ambicją  było  obdarowanie  Brytyjczyków  i c  h 

mitologią, zdolną do współzawodniczenia z mitologiami śródziemnomorskimi czy wschodnimi.

Potrzebna nam tu będzie także wiedza  o życiu pisarza. On sam zarzekał się, iż  klucz  biograficzny jest do analizy 

tekstów literackich najmniej odpowiedni, ale...

Tolkienowskie  opowieści  odwołują  się  w  różny  sposób  do  wielu  takich  „pomocniczych”  materiałów,  które 

odpowiednio i twórczo zasymilowane dają w efekcie ów trudny do podrobienia świat Śródziemia.

Jedną  z  grup  tych  „pomocniczych  materiałów”  stanowią  autentyczne  mity  lub  też  „prawie”  autentyczne,  gdyż 

zrekonstruowane  pieczołowicie  przez  Tolkiena  podczas  jego prac  nad edycjami  różnych  starych  tekstów. Geograficzna  i 

historyczna rozpiętość  jest tu zaskakująca — od Brytanii po Daleki Wschód. Wnikliwi tolkienolodzy odnajdują wśród tych 

inspiracji mity celtyckie, walijskie, perskie, widoczne są wpływy hebrajskie, skandynawskie, germańskie. Wylicza się tych 

źródeł sporo. Nie  jest to grupa jednorodna. Będą  tu – nazwijmy je tak – mity autentyki, a  także ich opracowania  w postaci 

sag,  pieśni  i  opowieści z  okresów  juź  nam  bliższych.  Kłania  się  nam  tu  Biblia, Kalewala  i  Legendy  Okrągłego  Stołu, 

Baśnie  z Tysiąca  i  Jednej  Nocy, islandzkie  Eddy, Pieśni o  Nibelungach i Volsungach, anonimowa  epika  staroangielska  – 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

16 / 31

background image

Beowulf, Poemat o Perle, antyczno-celtycki Sir Orfeo, a  także  – już z  ujawnionym autorstwem – „Chrystus” Cynewulfa i 

„Raj utracony” Miltona. Parantele są tak rozliczne, iż można zwątpić w oryginalność Tolkiena. Notoryczny plagiator? Otóż 

nie  –  dopiero takie  bogactwo pokrewieństw  ujawnia  nam oryginalność  pisarza, jego umiejętność  współkreowania  mitu, 

tworzenia  świata,  który  z  dużym  powodzeniem  może  konkurować  z  tymi,  które  stworzyli  autorzy  tamtych  opowieści. 

Niektórzy  twierdzą, że  Tolkienowski  świat  może  również  konkurować  z  tym,  który  nas  otacza  i  że  być  może  Talkien 

przewyższył Stwórcę w skrupulatnym, akademickim, solidnym przygotowaniu się do samego aktu kreacji... Nie wnikajmy 

w te „heretyckie” rozważania.

Dodajmy tylko, iż pojęcie  subkreacji jest podstawą Tolkienowskiej koncepcji baśni. Subkreator  – partner  wobec 

innych twórców, nawet wobec samego Pana Boga...

Drugą grupę  inspiracji stanowić  mogą  teksty literackie  innych  autorów  i to takie  teksty, które są  jakby własną  i 

skończoną  interpretacją  istniejących  już  mitów  czy  baśni lub  też  tylko  pewną  próbą  przystosowania  ich  do  możliwości 

odbioru młodego czytelnika.

Tolkien  niekiedy  krytycznie  oceniał  takie  próby  –  nie  lubił  baśni Andersena,  nie  akceptował  mitologizacji  w 

narnijskich  książkach Lewisa. Do  głośnych „germańskich” mitologii Wagnera  miał stosunek chłodny  – jeszcze  w  swoich 

studenckich  wystąpieniach  zarzucał  mu, iż  ujednoznacznił  i  spłycił przetworzone  przez  siebie  mity,  odebrał  im  pewną 

chropawość, która świadczyła  o ich archaicznej genezie. Nie  akceptował też faktu, że wyeksponowano tu  nazbyt miłość i 

nadano jej cechy – zarówno twórcze jak i destrukcyjne – ponadludzkie.

Cenił  sobie  opracowania  baśni  dokonane  przez  Andrew  Langa  (dzisiaj  ocenia  się  je  raczej  krytycznie)  i 

prerafaelicki  książki  Williama  Morrisa.  Krytycy  jednak  najczęściej  wypytywali  go  o  związki  z  utworami  Wagnera, 

zwłaszcza  o  podobieństwo  Tolkienowskiego  Pierścienia  do  Pierścienia  Nibelunga  z  Wagnerowskiej  tetralogii.  Słynna 

replika: „Oba pierścienie były okrągłe i na tym kończy się całe podobieństwo” nie zamyka jednak problemu.

Trzecia  grupa  to mity – czy  raczej „mity”  – wykreowane przez  samego Tolkiena  według tych reguł, które (jego 

zdaniem, oczywiście) zadecydowały o powstaniu mitu czy jego młodszej siostry – baśni. O ostatecznym efekcie  najlepiej 

świadczy  fakt,  iż  nastąpiło  prawie  idealne  stopienie  wątków  wywodzących  się  z  „oryginalnych”  mitów  z  wątkami 

wymyślonymi  przez  pisarza.  I  jednocześnie  często  wydaje  się  nam, że  znaleźliśmy  coś,  co  musi  być  własnym tworem 

Tolkiena.  I  oto  okazuje  się,  iż  pisarz  przeniósł  tylko  do  swego  świata  istniejący  już  gdzieś  motyw  lub  nadał  swoim 

bohaterom zaczerpnięte ze starych tekstów imiona.

Grupa czwarta to mity „domowe” Tolkienów, możliwe do rozszyfrowania dopiero dzięki znajomości szczegółów z 

życia pisarza i jego najbliższych.

Te cztery grupy nie wyczerpują całej listy. Myślę, że uważniejsi czytelnicy takich źródeł inspiracji odnajdą więcej.

Spróbujmy teraz przymierzyć poczynione do tej pory uwagi do Tolkienowskich opowieści o Śródziemiu.

* * *

Z pewnością  wszyscy pamiętamy, jak wielką wagę  przywiązują  bohaterowie „Władcy Pierścieni”  – zwłaszcza  ci 

„wtajemniczeni”  –  do istnienia  Szarej  Przystani  i do statków, które  wypływają  z  niej i  unoszą  wybranych do  dalekiego 

Valinoru.  Krzysztof  Sokołowski

22

  słusznie  dopatruje  się  tu  związków  z  mitem  Charona  i  rzeki  Lety.  Myślę, że  dobry 

tolkienolog-językoznawca mógłby się pokusić o przebadanie związków pomiędzy imionami obu przewoźników: Charona i 

Cirdana. Jest  jednak  –  moim zdaniem  bliższe  intencjom Tolkiena  – i  inne  wytłumaczenie  obecności  Szarej  Przystani  w 

Śródziemiu. W wierzeniach dawnych Celtów  raj – a więc prędzej Tolkienowski Valinor niż  grecki Hades – mieścił się  na 

wyspie (lub wyspach) na  zachodnim oceanie. Kraina Zmarłych, Kraina Szczęśliwości – różnie  ją nazywano – oczekiwała 

na  tych, którzy udawali się na zachód  w rytualnych łodziach. Być  może  przypomnieniem takiej łodzi są  zachowane  złote 

modele, datowane  na  wczesne  średniowiecze i odnalezione między innymi w Irlandii. Celtowie  byli przekonani, iż  życie 

człowieka nie  kończy się  z jego śmiercią  – trwa nadal, przechodzi przez różne wcielenia, a  ostateczne swoje  przedłużenie 

znajduje na dalekich wyspach.

Inny  przykład takich  związków: do kalendarza  Celtów i do  jego solarnej symboliki nawiązują kalendarze  ludów 

Śródziemia,  a  przebieg  wyprawy  Drużyny  Pierścienia  wytyczany  jest  również  istotnymi  datami  (święta)  takiego 

celtyckiego kalendarza.

Pamiętamy  również  postać  Toma  Bombadila.  Jest  to  dosyć  dziwny  jegomość,  przeniesiony  jakby  do  świata 

„Władcy” z zupełnie innej opowieści i to przeniesiony ponadto w sposób wyglądający na przypadkowy. Chwilami jesteśmy 

pewni,  iż  mógłby  on  pomóc  naszym  podróżnikom  w  ich  walce  z  Nieprzyjacielem  i  to  skuteczniej  niż  najsilniejsi  ich 

sprzymierzeńcy. Jednak  ta  pomoc  zniszczyłaby  całą  opowieść, a  historia  nie  uzyskałaby  takiego  wymiaru  i  głębi  –  nie 

mówiąc  już o tym, że  trwałaby krócej. Sam Tom jest przy tym postacią  raczej komiczną, dobrotliwym wesołkiem. Kiedy 

jednak nasi podróżnicy pytają  innych o Toma, to dowiadują  się, iż  jest on tym, kto chodził po tej ziemi przed wszystkimi 

—  a  przecież  „Silmarillion”  o  nim  nie  wspomina. Czyżby  ktoś  tu  przeoczył  tak  ważną  i potężną  postać  (Tom  potrafi 

przecież zniweczyć zły urok Pierścienia)? Aby to wyjaśnić, musimy odwołać się do „domowej” mitologii Tolkienów. Tom 

Bombadil jest  lalką, zabawką  syna  pisarza, Michaela. Los  lalki bywał  dosyć  dramatyczny  (łącznie  z  topieniem w  WC), 

jednak ona  sama szybko stała  się  bohaterem domowych opowieści, a później –  bohaterem „własnych”  wierszy i książek. 

Tom  pojawia  się  więc  rzeczywiście  p  r  z  e  d  innymi  bohaterami „Władcy  Pierścieni”. W tej książce  jego obecność  jest 

jakby  ukłonem  w  stronę  domowego,  znanego  świata,  jest  on  kimś,  kogo  obecność  ma  gwarantować  –  przynajmniej 

początkowo  — bezpieczeństwo podróżników i... czytelników. Można  interpretować  obraz oka  Toma  w  kręgu Pierścienia 

jako  obraz  mandali. Jednocześnie  to  przerażające  i komiczne  zarazem  oko jest okiem... samego pisarza. Obecność Toma 

podkreśla  dystans  do  opisywanych  przygód, Tom  rozładowuje  pierwszą  poważną  chwilę  grozy  (upiory  Kurhanów),  a 

jednocześnie  żegnamy  się  z  nim  tam,  gdzie  opowieść  nabiera  powagi  i  wykracza  poza  ten  właśnie  „komiczny  i 

przerażający”, rysowany grubą kreską świat dziecięcej bajki. Tom może  doprowadzić tylko do tego momentu – ale pamięć 

o  nim  pozostaje  długo  i  pomaga  i  bohaterom,  i  czytelnikom. Tom i Złota  Jagoda  to  jednocześnie  jeden  z  ukrytych  w 

tekstach obrazów autora i jego żony. Drugi taki obraz to Beren i Lúthien – takie  zresztą  są ich domowe, tajemne, a nawet 

„wieczne” imiona, umieszczone na nagrobkach małżonków na cmentarzu w Oxfordzie.

W  dziejach  Śródziemia  wielokrotnie  pojawia  się  gigantyczny  potop. Również  i  tu  źródeł  tego  obrazu  należy 

szukać na styku mitów zbiorowych (Atlantyda) i indywidualnych.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

17 / 31

22

 

K. Sokołowski: Fenomen Tolkiena. „Fantastyka” 1985 nr 2(29), s. 4-6.

background image

Tolkien  wspomina,  iż  po  śmierci  matki  w  jego  snach  pojawiać  się  zaczął  obraz  apokaliptycznej  powodzi, 

zatapiającej wszystkich i wszystko. Nazywał to „prywatnym kompleksem Atlantydy”. Przeniósł potem tę wizję  do swoich 

książek. Z dołączonych do tekstów map wynika, iż  zatopiony ląd „odradza  się” w innym miejscu Ziemi i zachowuje swoje 

dawne  ukształtowanie:  charakterystyczne  układy  łańcuchów  górskich, ujścia  wielkich  rzek, otwierające  się  na  samotną 

wyspę w zatoce itd. Jakież możliwości badań dla freudystów i nie tylko!

Groźna pajęczyca Szeloba i jej pobratymcy z  Mrocznej Puszczy zawdzięczają  także  sporo pierwszym dziecięcym 

lękom Tolkiena.

We  wspomnianym już  tekście  Krzysztof  Sokołowski trafnie  rozszyfrował związki orłów  z  żywiołem powietrza. 

Taka  interpretacja  posiada  długą  tradycję  kulturową.  Orzeł  –  lub  ptak  pełniący  w  danej  kulturze  podobną  funkcję  (np. 

kondor  w  mitach  Ameryki  Południowej)  –  ma  jakoby  unosić  się  w  swych  podniebnych  lotach  najwyżej  ze  swych 

skrzydlatych  braci. Znajduje  się  więc  najbliżej  Boga  i może  bez  obawy spoglądać  w  jego twarz  (patrzeć  w  słońce,  jak 

mówią  niektóre  mity).  Ptak  ten  z  natury  niejako  staje  się  więc  pośrednikiem  pomiędzy  Stwórcą  i  światem.  Taką  rolę 

wyznacza w  „Silmarillionie”  pisarz Thorondorowi, a we „Władcy Pierścieni” – Gwaihirowi. W pierwszej opowieści orzeł 

jest partnerem tych, którzy widomie ingerują w  losy ziemi, wspiera ich i ostrzega, sam nawet walczy  z Nieprzyjacielem. 

Podobnie  we „Władcy Pierścieni”  – interwencja Gwaihira i jego braci staje się formą bezpośredniej interwencji Jedynego. 

Gwaihir to Oko, Ucho i Ramię Opatrzności, a jego rola jest w opowieściach ważniejsza niż moglibyśmy przypuszczać.

Gwaihir  pełni często funkcję  tego, kto ożywia ze stanu śmierci (lub prawie śmierci) bohaterów: Gandalfa, Froda, 

Sama. Pełni tu chyba taką  rolę, jaką teksty liturgiczne  przypisują Duchowi Świętemu. Jest ożywicielem, wskrzesicielem – 

jest  tchnieniem  Jedynego,  a  nie  tylko  zwykłym  ptakiem  czy  ptakiem-narzędziem  Stwórcy.  W  graficznej  interpretacji 

„Adonai” Eliphasa Leviego

23

 orzeł pojawia się w Kluczu Wielkiego Arkanu jako jeden z elementów pełni – obok lwa, byka 

i  człowieka  (postaci  o  ludzkiej  twarzy).  Levi  wykorzystał  tu  mistyczne  wizje  biblijnego  proroka  Ezechiela  i  św.  Jana 

Ewangelisty – ale nie tylko. 

Wpisane  w  sześcioramienną  gwiazdę  złożoną  z  dwóch  trójkątów  –  ciemnego  i  jasnego  –  wyobrażenia  te 

przywołują nam obecność czterech żywiołów: Ognia (lew), Ziemi (byk), Wody (twarz ludzka) i Powietrza (orzeł). Możemy 

jednak  użyć  tu  również  klucza  „astrologicznego”:  Ogień  połączy  się  z  zodiakalnym  Lwem,  Ziemia  –  z  zodiakalnym 

Bykiem.

Pewnemu  przeinterpretowaniu ulegnie  obraz  postaci o twarzy ludzkiej –  będzie  to zodiakalny  Wodnik. Według 

astrologów związany on jest z żywiołem Powietrza. Orzeł natomiast – a taką interpretację ukazuje Levi w Kluczu Wielkich 

Tajemnic – będzie  wyobrażeniem zodiakalnego Skorpiona  i związany będzie z  żywiołem Wody (woda  i powietrze, wody 

„dolne” i „górne”, rozdzielone przez Przedwiecznego w drugim dniu stworzenia).

To  właśnie  Skorpionowi  przypisuje  Leszek  Weres

24

  istnienie  w  ptasich  „mutacjach”  –  w  postaci  Skorpiona-

Feniksa, Skorpiona-Orła  i tak dalej. Wydaje  się, iż  „prawdziwa” natura  Gwaihira  jest naturą  Feniksa, ptaka-wskrzesiciela, 

odradzającego siebie  i  innych  w  wyniku alchemicznych  przemian  (podobną  funkcję  obrazów  ptaków odkrył w  Wielkiej 

Improwizacji z „Dziadów” jeden z niepokornych badaczy tekstów romantycznych).

Oczywiście, stosowanie  tego  „astrologicznego”  klucza  wymaga  pewnej  wiedzy  i  wiąże  się  zawsze  z  niejakim 

ryzykiem. Czy Tolkien aprobowałby takie  zabiegi? Całkiem możliwe, iż badając dawne teksty mistyczne  napotykał on na 

konieczność rozszyfrowywania obrazów wywodzących swój rodowód z alchemii, magii czy astrologii... A teksty te, jak to 

pięknie pokazał Clive Staples Lewis w „Odrzuconym obrazie”, aż roją się od takich okazji.

Przekręćmy więc jeszcze raz i my ten astrologiczny „wytrych”...

* * *

Pamiętamy,  że  Trzy  Pierścienie  elfów  władały  poszczególnymi  żywiołami:  Ogniem  (Narya), Wodą  (Nenya)  i 

Powietrzem  (Vilya).  Nie  było  jednak  „wyspecjalizowanego”, a  równorzędnego  im, pierścienia  „od  Ziemi”.  W układzie 

astrologicznym  ziemię  (Ziemię)  symbolizuje  byk  (zodiakalny  Byk):  Spróbujmy  więc  poszperać  trochę  wokół  ziemi  i 

hobbitów.

Już  sam  Tolkien  łączy  nazwę  hobbitów  z  nazwą  ziemi  –  obok  określenia  niziołek  (co  oznaczać  ma  wzrost 

współplemieńców  Bilba  i  Froda)  stosowane  są  nazwy  kuduk  (skrócona  wersja  formy  kud-dukan)  i  hobbit  (od  formy 

holbytla). Obie mają oznaczać mieszkańca nor, dziur w ziemi.

Idźmy dalej  tym  tropem –  może  uda  się  „dzieciom  ziemi”  przypisać  cechy  łączone  tradycyjnie  z  zodiakalnym 

Bykiem.  Byk  mógłby  być  rzeczywiście  znakiem  władającym  rodzajem  hobbickim.  Nie  znaczy  to  jednak,  iż  wszyscy 

hobbici  rodzili  się  właśnie  „pod  znakiem  Byka”.  Okazuje  się, że  lubiące  wypić, dobrze  zjeść  i  ceniące  sobie  zaciszne 

mieszkania w ciepłych norkach plemię dość dobrze opasuje do podanej przez Weresa charakterystyki

25

.

Na  pocieszenie  Bykom  –  charakterystyka  ta  jest  łagodniejsza  od  przytoczonej  przez  Annę  Boczkowską  (za 

wydanym  w  Londynie  XVII-wiecznym  traktatem)

26

  –  może  to  wycieniowanie  drastycznych  cech  w  charakterystyce 

spowodowane  jest  tym,  że  Weres  sam  jest  zodiakalnym  Bykiem?  Byki  więc  bywają  –  w  swej  pozytywnej  naturze  – 

cierpliwe, spokojne, konsekwentne, łagodne, harmonijnie współżyjące z  otaczającym światem natury (dobrzy ogrodnicy!), 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

18 / 31

23

 

A. Kostołowski: Eliphas  Levi – Mag  jako artysta (w:)  Interpretacja  dzieła  sztuki. Warszawa-Poznań  1976, s. 

111-148.

24

 

L. Weres: O  żądzach nieposkromionych, czyli rozwój w zodiakalnej fazie  Skorpiona. „Nurt”  1983 nr 11(219), 

s. 46-48.

25

 

L. Weres: O własności i posiadaniu, czyli rozwój w  zodiakalnej fazie Byka. „Nurt” 1983 nr  5(213), s. 46--48; 

(tegoż:) O wyższości reguł I ' czyli rozwój w  zodiakalnej fazie Panny. „Nurt”  1983 nr 9(217), s. 46-48; i (tegoż:) O sztuce 

partnerstwa  czyli rozwój  w zodiakalnej fazie  Wagi. „Nurt”  1983 nr  10(218), s. 46-48. Całość  w  formie  książkowej  – L. 

Weres: Homo Zodiacus. Poznań 1991.

26

 

A. Boczkowska: Hieronim Bosch. Astrologiczna symbolika jego dzieł. Wrocław 1977, s. 49.

background image

zmysłowe, praktyczne i stanowcze. Wśród cech negatywnych z kolei znajdzie się upór, zaborczość, materializm, skąpstwo, 

konserwatyzm i złośliwość

27

.

Przymierzmy  sobie  do  tego  wizerunku  „pozytywnych”  hobbitów  (Frodo,  Merry  i  Sam)  i 

„negatywnych” (chociażby Gollum - też hobbit!) Jakie znaki rządzą indywidualnymi losami najważniejszych dla opowieści 

hobbitów?

Tolkien  dość wyraźnie określa  nam czas narodzin Bilba  i Froda. Obchodzą oni urodziny tego samego dnia  – 22 

września. Jest to data ich urodzinowego przyjęcia – oni sami mogli się urodzić kilka dni wcześniej. Urodzili się w różnych 

latach, to prawda, ale najprawdopodobniej w tym samym dniu roku. Tolkien pisze, iż to przypadek. Przypadek? Ejże! Tylko 

„zodiakalna  replika” Bilba  – a taką  jest Frodo – może powtórzyć  konstrukcję i pomysł zarysowany tylko w „Hobbicie”, a 

jednocześnie  „poprawić”  historię  Pierścienia, skrzywioną  nieco przez zachłanność Bilba, i dokończyć zaczętą przez  niego 

Pieśń-Księgę.

I Bilbo, i Frodo to zodiakalne Panny, urodzone tuż pod koniec panowania tego znaku, dosłownie na moment przed 

wejściem Słońca w znak Wagi. Panna także jest znakiem ziemskim, choć zmiennym – Byk był znakiem ziemskim i stałym. 

Być  może  władającemu  znakiem  Panny  Merkuremu  należy  przypisać,  iż  ci  dwaj  hobbici  wyruszą  w  świat,  budząc 

zdziwienie  i  krytyczne  uwagi swoich współziomków. Bliska  Waga  przyda  im trochę  dwoistej  – powietrznej – natury,  a 

solidna Panna zagwarantuje wykonanie trudnego zadania.

Jednocześnie jednak ujmie im emocji i pozbawi możliwości założenia własnych rodzin.

Przenosząc chęć przygód i interes społeczny (co tu ważniejsze?) nad domowe zacisze, mieć będą wielu przyjaciół, 

to prawda. Będą to jednak t y l k o przyjaciele...

* * *

Tworząc precyzyjne  opisy  wędrówek  Bilba  i Froda po  Śródziemiu, Tolkien celowo zwraca  naszą  uwagę  na  daty 

związane  z  przebiegiem tych  podróży-wypraw. We  „Władcy Pierścieni”  mechanizm  ten jest szczególnie  wyrazisty. Cała 

przygoda  zaczyna  się  22  września  –  w  dniu  urodzinowego  przyjęcia  Bilba  i  Froda.  Poprzedzają  to  wydarzenie  różne 

tajemnicze znaki: wizyty Gandalfa, dziwne wędrówki elfów, ludzi i zwierząt. Czarni Jeźdźcy zjawiają się w Hobbitonie 23 

września  –  dopiero  teraz  bowiem  przekraczają  granicę  Shire’u.  Można  powiedzieć,  iż  właśnie  w  tym  dniu  następuje 

wyraźne  i  zapowiadane  już  wcześniej  zakłócenie  pewnej  równowagi. Świat  powróci  do  niej  dopiero  25  marca  w  roku 

następnym – Pierścień spada w Szczeliny Zagłady, następuje  upadek Barad-Duru i koniec Saurona. Te daty są  znaczące – 

ale „przemawiają” tylko do tych, którzy swój kalendarz i wierzenia łączą z pozornym ruchem Słońca na nieboskłonie. Dziś 

już rzadko pamiętamy o tym „naturalnym”  kalendarzu, a informacji o nadchodzącej zimie  czy wiosennych  podorywkach 

oczekujemy raczej od telewizji. Symbolika solarna (związana ze Słońcem) jest już dla nas nieczytelna. A szkoda.

Pod koniec września  – właśnie w okolicy 22 – następuje jesienne zrównanie  dnia z nocą i od tej pory noc będzie 

przeważać, będzie zajmować coraz większą część każdej doby. 

Dopiero po 21 marca – po kolejnym, tym razem jednak wiosennym zrównaniu – dzień odzyska przewagę i słońce 

będzie gościło teraz na niebie  dłużej i coraz wyżej będzie lśniła  jego tarcza. Bohaterowie wyruszają  więc w okresie, kiedy 

Cień zdobywa  przewagę nad Światłem, i wędrują  po to, aby  mu tę  przewagę odebrać. Zwycięstwo jest  możliwe dopiero 

wtedy,  kiedy  długa  noc  zimowa  ustąpi. W  dniu  wiosennego  zrównania  wystarczy  już  tylko  właściwie  mały  gest,  aby 

przeważyć  szalę  na korzyść światła. Tym małym gestem jest wrzucenie  Pierścienia  w wieczny ogień Góry Przeznaczenia. 

Stojące na polach Morannonu armie i ich walka stają się niczym wobec tego spadającego w płomienie krążka.

Tolkien na zakończenie tej opowieści wybiera dzień 25 marca. Przez stulecia łączono tę datę z początkiem wiosny 

i  początkiem  Nowego  Roku.  Jeszcze  w  1751  roku  w  kancelariach  królewskich  i  episkopalnych  Anglii  w  ten  sposób 

oznaczano  dokumenty. W wielu rejonach  Polski zwyczaj  ten  utrzymywała  długo ludowa  tradycja. Miał  on  z  pewnością 

swoje  źródło jeszcze  w czasach pogańskich, potem stopniowo  schrystianizował  się. Dzień ten jest  dniem Zwiastowania. 

Również Tolkien o tym pamięta w  tym dniu światło zdobywa przewagę  nad mocami Ciemności, a z  obietnicą  odrodzenia 

przyrody łączy się  zapowiedź  narodzin Zbawiciela, zapowiedź  Odkupienia. Wątki pogańskie i chrześcijańskie splatają  się 

tu ze sobą  –  zgodnie  z  regułami Tolkienowskiej baśni. Tolkienowski Cień to nie  tylko obraz  Nieprzyjaciela-Szatana  – to 

także  personifikacja  pewnych sił przyrody, sił potrzebnych  i koniecznych, choć  niekiedy również  i złych, gdy  zaczynają 

dominować.

We „Władcy” bohaterowie wędrują  w ciemnościach, by przywrócić  światu zabrane   przez Cień słońce. Podobnie 

jest  w  „Hobbicie”. Tu  jednak  Bilbo  i  krasnoludy  wyruszają  po  złoto, gdy słońce  jeszcze  wysoko  lśni  na  niebie. Dotrą 

jednak do Samotnej Góry i zejdą w jej wnętrze w  dniu, w  którym kończy się październik (Dzień Durina). Jest to dla  nas 

okres przed Dniem Zadusznym, dla  krasnoludów zaś to początek Nowego Roku, dla innych istot – początek zimy. Słońce-

złoto skryło się pod ziemią i trzeba je dopiero stamtąd wydobyć. I tak dalej, i tak dalej.

Klucz  astralny  lub solarny (związany z  kalendarzem słonecznym), klucz  astrologiczny (związany z  Zodiakiem) 

nie  są  jedynymi  pomocami. W kartach  tarota  odnajdziemy  również  obrazy  postaci  lub  sytuacji  znanych  narn  z  książek 

Tolkiena. Przemiany Gandalfa, rozterki  Galadrieli, tajemnicze wieże, mosty  zawieszone nad przepaściami – to  wszystko 

pojawia  się  w Wielkich Arkanach. Czy  świadczy  to  o uniwersalności Tolkienowskich  tekstów czy  o uniwersalności tego 

systemu  wróżebnego?  Czy  to,  że  w  „Liściu  Niggla”  odnajdziemy  ślady  koncepcji  „życia  po  życiu”  i  dość  wiernie 

odwzorowane  objawy  i  metody  leczenia  nerwic,  wyprowadzone  przez  Moritę  z  zenu,  nie  przywoła  kolejnych  pytań  o 

uniwersalność tekstów i metod?

* * *

Wiele obrazów możemy interpretować  w sposób Jungowski. Tolkienowski Cień, Nieprzyjaciel, Wróg – to gorsza, 

wyzwolona  spod  kontroli  naszego  rozumu  lub  zepchnięta  w  podświadomość  i  trudna  do  zaakceptowania  część  naszej 

osobowości. To ją chętnie obarczamy winą za nasze własne grzeszki lub niedoskonałość. Pojednanie z Cieniem, nazwanie 

go i zrozumienie  – tak, jak to opisała Ursula Le Guin w „Czarnoksiężniku z Archipelagu” – oznacza, iż  przestaliśmy już 

być jednowymiarowi i dziecinni, a staliśmy się świadomi swej skomplikowanej psychiki, staliśmy się ludźmi dorosłymi. U 

Tolkiena  Cień przybiera różne  postacie  – Nieprzyjaciel jest jakby najbardziej majestatycznym i najgroźniejszym obrazem, 

towarzyszącym  Jedynemu. Cieniem komiczno-tragicznym,  w  dodatku  psychicznie  rozdwojonym,  jest  Gollum-Smeagol. 

Towarzyszy  on Frodowi w jego podróży właściwie  bezkarnie. Gandalf  mówi, że jest on niezbędny – podobnie  mówią  o 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

19 / 31

27

 

R. T. Prinke, L. Weres: Mandala życia. Astrologia – mity i i rzeczywistość. T. 1. Poznań 1983, s. 131.

background image

cieniu psychoanalitycy – i tylko dzięki jego obecności na Górze  Przeznaczenia  Pierścień może  być zwrócony płomieniom. 

Czy Tolkien ukazuje jednak wyraźnie to terapeutyczne  pojednanie z cieniem? Może tylko w okrutnej walce  światło i mrok 

mają jedyną szansę połączenia się?

Wzbudzający niezrozumiałe emocje klucz "jungowski" wymieniłem na samym końcu.

Przypisywanie  mnie  czy  przywoływanym  przeze  mnie  badaczom  szerzenia  "dowolnego  głupstwa  w  wolnym 

kraju" wydaje  się  być  przynajmniej  lekkim nieporozumieniem.  Nie  twierdzę  jednakowoż, iż  zasługującym w  pierwszej 

kolejności na zinterpretowanie przy pomocy tych "głupich" metod. Prawdą jest, iż sam Tolkien metody psychoanalitycznej 

serdecznie  nie znosił, czemu dał wyraz  w  komentarzach dotyczących recenzji Edwina  Muira  z  „Observera”  z  1954  i 55 

roku. Przy okazji - jest jednak różnica  pomiędzy  Jungiem a Freudem. I  Tolkienowi chodziło chyba  raczej o odwoływanie 

się wspomnianego recenzenta do  tego ostatniego. O  baśniach -  także Tolkiena -  pisało wielu "niepokornych" badaczy (w 

tym także  psychoanalityków i psychoterapeutów). Wystarczy przeczytać sobie chociażby książkę „Cudowne  i pożyteczne. 

O znaczeniach i wartościach baśni” (ostatnie polskie wydanie - 1996) Bruno Bettelheima.

* * *

Na  Zachodzie  tekstom  Tolkiena  towarzyszy  szeroki  ruch  fanowski.  To  z  tego  kręgu  wywodzą  się  autorzy  i 

czytelnicy  wielu  publikacji  próbujących  połączyć  wiedzę  o  kulturze  i literaturze  z  fascynacją  światem Śródziemia. Bez 

większych  problemów  mogą  sięgnąć  po  teksty, którym Tolkien  spłaca  dług  swoimi książkami. My mamy  jeszcze  sporo 

trudności:  brak nowych  wydań, niewielkie  nakłady,  brak tłumaczeń,  opracowania  spłycające  mit do  poziomu  dziecięcej 

bajeczki i  tak  dalej, i tak  dalej. W tej  sytuacji  opowieści Tolkienowskie  stają  się  często jedynym łącznikiem  z  wielkim 

dziedzictwem człowieka. Świecą  półblaskiem również dzięki niedoskonałości przekładów –  rozbudzają  apetyt na  książki 

nieobecne na naszych półkach.

4. Książki o Tolkienie

Poszukiwanie  klucza  do Śródziemia  na własną rękę  może być interesujące. Czasami jednak więcej przyjemności 

daje  możliwość  kontaktowania  się  podczas  tych  poszukiwań  z  innymi  czytelnikami Tolkiena. Jak ich odnaleźć? Poprzez 

najróżniejsze  kluby  i  stowarzyszenia  –  sam  Tolkien  jest  przykładem  tego,  że  i  w  klubach  mogą  się  dziać  interesujące 

rzeczy! Kluby te mają  charakter  spontanicznej zabawy i pozbawione są tej administracyjno- formalistycznej otoczki, która 

dusi każdy  pomysł już  w  zarodku  i przykłada  nadmierne  znaczenie  do funkcji, składek,  sprawozdań  i  tego  typu  rzeczy, 

które  tylko podobno  Tygrysy  lubią  najbardziej. Dobry klub  ma w sobie  coś z  natury hobbickiej (solidność  i zaradność), 

wzbogaconej o pewne elementy „elfickie” (fantazja i spontaniczność). Życie klubowe „tolkienistów” rozpoczęło się bardzo 

wcześnie  – nikt chyba  jednak tak dokładnie nie  pamięta, kto był pierwszy. Prawdopodobnie  w każdym zakątku ziemi  są 

takie  – mniej  lub  bardziej ukonstytuowane – stowarzyszenia przyjaciół Tolkiena  i jego bohaterów. Najszacowniejszym – 

chociaż  nie najstarszym – jest THE TOLKIEN SOCIETY założone  w 1969 roku. Jego honorowym prezydentem był sam 

Tolkien. Towarzystwo stara  się  o  zachowanie  pełnej niezależności wobec  wydawców  i tych wszystkich, którzy chcieliby 

odebrać jego działaniom charakter bezinteresownej i radosnej współpracy ludzi w różnym wieku, pochodzących z różnych 

krajów  i  wykonujących  różne  zawody.  Członkowie  towarzystwa  –  jeśli  tylko  dysponują  takimi  możliwościami  — 

spotykają  się  na  tradycyjnych  biesiadach, a  jesienią  odwiedzają  Oxford  i wędrują  śladami  Tolkiena. Większość  jednak 

kontaktuje  się  ze  sobą  i  towarzystwem  listownie.  Bardzo  cenione  są  publikacje  klubowe:  biuletyn  „Amon  Hen”, 

dwumiesięcznik  prezentujący  bieżące  sprawy  ruchu  fanowskiego,  krótkie  artykuły  i  przeglądy  pojawiających  się 

wydawnictw.  Półrocznik  „Mallorn”  ma  już  ambicje  i  możliwości  większe. Tu  znajdziemy  obszerne  i  wnikliwe  recenzje 

książek,  rozmaite  artykuły  (często  o  charakterze  monograficznym),  a  także  teksty  literackie.  Bardzo  interesującym 

wydawnictwem jest „Quettar” – biuletyn sekcji językoznawczej wspomnianego towarzystwa. Piszą teksty i wydają je sami 

sympatycy i członkowie towarzystwa.

Oni  też  udzielają  informacji  wszystkim  zainteresowanym  i  –  co  jest  jakby  rzeczą  naturalną  –  pośredniczą 

pomiędzy fanami i klubami na całym świecie. Korespondencję załatwia sekretariat towarzystwa:

The Tolkien Society

CHRIS OAKEY

Flat 5, 357 High Street

CHELT'ENHAM, GLOS GL 50, 3 HT

ENGLAND

Najznaczniejszym na  drugiej  półkuli  jest  THE AMER1CAN  TOLKIEN  SOCIETY  (w  tej formie  działające  od 

1974 roku, ale nawiązujące do znacznie dłużsżej tradycji „campusowej”).

Wydają  między innymi  „Minas  Tirith  Evening-Star”, kwartalnik  wielce  zasłużony dla  popularyzacji  twórczości 

Profesora. Oprócz tego wnoszą do ruchu fanowskiego pewien charakterystyczny dla Ameryki rys — proponują miłośnikom 

Tolkiena  całą  masę  klubowych  gadżetów:  czapek,  koszulek,  toreb,  znaczków.  Nie  jest  to  jedyne  w  Stanach  miejsce 

grupujące fanów J. R. R. T. – za ich pośrednictwem można dotrzeć do innych klubów i stowarzyszeń:

The American Tolkien Society

Box 373

Highland, MI 48031373

USA

W  naszym  kraju  nie  zawsze  pomysły  „skrzyknięcia  się”  tolkienistów  kończyły  się  sukcesem  –  wystarczy 

przypomnieć  inicjatywę  powołania  Fan-Klubu  im.  J. R.  R. Tolkiena,  której  patronował  miesięcznik  „Radar”  i  Polskie 

Stowarzyszenie  Fantastyki. Mamy jednak  i my  coś interesującego. SEKCJA TOLKIENOWSKA ŚLĄSKIEGO  KLUBU 

FANTASTYKI  w  Katowicach,  zachęcona  gorącym  przyjęciem  wypowiedzi  swoich  przedstawicieli  w  telewizyjnym 

programie „Poza Ziemią”, opublikowała  w 1984 roku pierwszy numer „Gwaihira”, biuletynu sekcji. W latach  1984-1986 

ukazały się  co  prawda  tylko  cztery numery tego pisma (równolegle  w  klubowych „Fikcjach”  prowadzony był stały  dział 

„Tolkienistyka”)  –  sztafetę  przejął  potem  coraz  bardziej  regularny  miesięcznik  „Gwaihirzę”  (do  tej  pory  ponad setka  – 

niekiedy mających ponad pięćdziesiąt stron – numerów).

Obok  niego  ukazuje  się  anglojęzyczna  mutacja  „Little  Gwaihir”  i  „Wiadomości  Bucklandu”,  stały  i  dosyć 

regularny  biuletyn spraw bieżących. Obok przedruków  „ze  świata”  – dużo tekstów  własnych (w tym także  literackich)  i 

wiele rysunków. Działalność i wydawnictwa Sekcji zostały zauważone już przez fanów z innych krajów. Andrzej Kowalski 

– animator i szef całej sprawy – skupił wokół siebie grupę miłośników Tolkiena z całej Polski.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

20 / 31

background image

W sprawie Tolkiena można więc napisać nie tylko do Anglii:

Sekcja Tolkienowska

Śląski Klub Fantastyki

ul. Pocztowa 16/18

40-956 Katowice

skr. poczt. 502

http://necik.mag.com.pl/~parmadili/

e-mail: parmadili@necik.mag.com.pl

Uzupełnienia  wymagają  powyższe  informacje  –  „Gwaihirzę”  z  róznych  powodów  ukazywało  się  w  ostatnich 

latach już  mniej regularnie... Na  szczęście jednak dobre  tradycje  kontynuuje „Simbelmynë”, wychodzące od  1997 roku  a 

powstałe z  połączenia „Dzwoneczka Elfickiego” Ryśka Derdzińskiego oraz „Galathiliona” Tomka  Gubały. Ten sam zespól 

wznowił w  roku  2000  „kultowego”  „Gwaihira”.  I  „Simbelmynë”, i  nowy  „Gwaihir”  prezentują  bardzo  wysoki  poziom 

merytoryczny i edytorski. Nawet na tle bardzo licznych i dobrych biuletynów z innych krajów.

O Tolkienie  i jego książkach pisze  się  coraz  więcej. Pojawiają się publikacje w  najróżniejszych, niekiedy bardzo 

egzotycznych  językach.  Z  pomocą  Sekcji Tolkienowskiej  wybrałem tutaj kilkadziesiąt  pozycji  książkowych,  głównie  w 

języku angielskim. Podróżujący po Francji, Holandii, Japonii, Szwecji lub Norwegii znajdą już na miejscu coś w lokalnym 

języku. Nie wymieniam artykułów z czasopism (zwłaszcza z czasopism klubowych) – jest ich bardzo, bardzo dużo. A teraz 

życzmy sobie, żeby coś z tej listy zainspirowało naszych wydawców i tłumaczy.

I  jeszcze  jedna  uwaga –  książki wymieniam w porządku alfabetycznym według nazwisk ich  autorów. Ten  układ 

wydał  mi  się  najsensowniejszy;  podział  według  bardziej  specjalistycznych  kryteriów  pozostawmy  obszerniejszym 

bibliografiom zagadnienia.

Brian Alderson: THE HOBBIT 5OTH ANNIVERSARY:

1937-1987. Unwin Hyman Ltd. London 1987.

Niewielka  (tylko  dwanaście  stron)  książeczka  o  powstawaniu  „Hobbita”,  ciekawe  ilustracje,  duża  ilość 

konkretnych faktów.

Jim Allan: AN INTRODUCTION TO ELVISH. Hunting Raven 1983.

Interesujące  wprowadzenie  w  „językoznawczą”  problematykę  Śródziemia.  Pełnię  szczęścia  można  osiągnąć, 

zestawiając tę książkę z pracami Paula Nolana-Hyde’a i Ruth Noel. Kto ma komputer – może  uzupełnić to materiałami „A 

Dictionary of  Quenya and Proto-Eldarin and a Ante-Quenya”, przygotowanymi przez Computer Science Dep. University of 

Edinburgh (oprac. J. C. Bradfield).

Brian Attebery: THE FANTASY TRADITION IN AMERICAN

LITERATURE. FROM IRVING TO LE GUIN,

Indiana University Press, Bloomington 1980.

Tej książce nadałbym nieco inny tytuł – „Amerykańska  fantasy przed Tolkienem i po Tolkienie”. Praca pokazuje, 

jak książki Profesora w istotny sposób zmieniły obraz amerykańskiej literatury fantastycznej.

Pauline Baynes: A MAP OF MIDDLE-EARTH.

Allen and Unwin. London 1970.

Bardzo  piękna  i  wyrafinowana  praca  ilustratorki  wielu  „mniejszych”  książek  Tolkiena  (m.in.  „Rudy  Dżil”, 

„Kowal z  Podlesia Większego”, „The Adventures  of  Tom Bombadil”) i Lewisa (cykl „narnijski”). Autorka  ceniona przez 

Tolkiena, zaprzyjaźniona z nim i jego rodziną.

Richard E. Blackwelder: A TOLKIEN THESAURUS,

Garland Puhlishing Inc., New York 1990.

Ponad 15 tysięcy słów z  „Władcy Pierścieni”, ułożonych tak, że  swobodnie można je  odnaleźć. Dla tych, którzy 

chcieliby lepiej poznać językową materię trylogii. Przy każdym wyrazie – przykłady zdań, w których występuje.

Richard E. Blackwelder: TOLKIEN PHRASEOLOGY. A COMPANION TO A TOLKIEN THESAURUS. Tolkien 

Archives Fund., Marquette University, Milwaukee 1990.

Ta książka z kolei pomaga tym, którzy niezhyt pewnie posługują się „Thesaurusem”.

Pozwala odkryć wiele przyjemności związanych z posługiwaniem się słownikami. Nie tylko dla specjalistów!

Humphrey Carpenter: THE INKLINGS. Allen and Unwin, London 1981.

Obszerne  omówienie  działalności  i znaczenia  „Inklingów”. Postacie  i  twórczość  Tolkiena, Lewisa,  Williamsa  i 

innych  z  kręgu  „Przeczuwających”.  Dla  tych  zwłaszcza,  którzy  chcą  więcej  wiedzieć  o  świecie,  w  którym  obracał  się 

Tolkien.

(„Inklingowie – C. S. Lewis, J. R. R. Tolkien, Charles Williams i ich przyjaciele“, przeł. Zbigniew A. Królicki, 

1999).

Humphrey Carpenter: TOLKIEN – A BIOGRAPHY. Houghton Mifllin Company, Boston 1977.

Najobszerniejsza, bardzo dokładna, można  powiedzieć  także, iż  jedyna  „oficjalna”  biografia  Tolkiena, napisana 

przez  kogoś spoza  kręgu rodziny. Dla  szczególnie  zachłannych tolkienistów ma  jedną  wadę  – jest prawdopodobnie  mimo 

wszystko za krótka (ok. 300 stron). („J. R. R. Tolkien – Wizjoner i marzyciel”, przeł. Agnieszka Sylwanowicz, 1997). 

Lin Carter: TOLKIEN – A LOOK BEHIND „THE LORD OF THE RINGS”. Ballantine Books, New York 1969.

Jedno  z  pierwszych  opracowań  poświęconych  „Władcy  Pierścieni”.  Oprócz  informacji  o  życiu  i  książkach 

Tolkiena  –  wiadomości  na  temat  elementów  fantastyki  w  dawnej  literaturze  (epika  antyczna, średniowieczne  romanse 

rycerskie). Także  o związkach tych tekstów z  opowieściami o Śródziemiu, o twórczości Williama Morrisa, Lorda Dunsany 

i Erica R. Eddisona.

David Day: A TOLKIEN BESTIARY. Ballantine Books, New York 1979.

Atrakcyjnie  ilustrowany  (kolorowe  i  czarno-białe  prace  jedenastu  grafików)  i  obszerny  (288  stron)  rodzaj 

obrazkowego przewodnika po Śródziemiu. Ludy, flora, fauna. Dobrze jest porównać swoje wyobrażenia o świecie Tolkiena 

z propozycjami profesjonalistów.

Jedna z piękniejszych książek „do oglądania”.

(„Bestiariusz Tolkienowski”, przeł. Renata Giedrojć, Joanna Kokot, Jakub Zdzisłąw Lichański, 1996).

David Day: TOLKIEN’S RING. 1994.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

21 / 31

background image

Spojrzenie na motyw Pierścienia w mitologiach, legendach i innych opowieściach całego świata  – od Zachodu do 

Wschodu, od Północy do Południa, od czasów najdawniejszych do Wagnera i Tolkiena.

(“Pierścień Tolkiena”, przeł. Maciej Antosiewicz, 1997).

Ryszard  Derdziński:  GOBETH  EN  LHAM  EDHELLEN  –  SŁOWNIK  ELFÓW  SZARYCH  OPRACOWANY 

NA PODSTAWIE PISM PROFESORA JOHNA RONALDA

REUELA TOLKIENA..... 2000.

Tym razem pięknie  przygotowany i wydany przez polskiego autora  słownik, zawierajacy około 1940 haseł. Pięć 

lat pracy zakończonych ciekawym i pożytecznym wydawnictwem.

Colin Duriez: THE TOLKIEN AND MIDDLE-EARTH HANDBOOK, Monarch, Eastbourne, 1992.

Colin Duriez: THE C. S. LEVIS HANDBOOK, Monarch, Eastbourne, 1990.

Dwa bardzo praktyczne przewodniki po zyciu i twórczości obu zaprzyjaźnionych pisarzy.

Karen Wynn Fonstad: THE ATLAS OF MIDDLE-EARTH. Houghton Mifllin Company, Boston 1981.

Ponad  dwieście  stron  dużego  formatu!  Wielkiej  urody  dwukolorowe  mapy  („jak  prawdziwe”  –  bez  naiwnej 

stylizacji i udawanego dystansu!) wraz ze szczegółowymi komentarzami.

Wygląd  Śródziemia  w  poszczególnych Erach, a  także  –  mapy  i plany ważniejszych  wydarzeń (migracje  ludów, 

podróże  bohaterów,  ważniejsze  bitwy),  okolic,  miast  i  poszczególnych  istotnych  budowli.  Mapy  tematyczne  (klimat, 

roślinność, zaludnienie, języki etc.), kalendaria i indeksy. Książka chyba dla wszystkich!

(„Atlas Śródziemia”, przeł. Tadeusz A. Olszański, 1997).

Robert  Foster:  THE  COMPLETE  GUIDE  TO  MIDDLE-EARTH.  FROM  THE  „HOBBIT”  TO  THE 

„SILMARILLION”. Unwin, London 1978.

Przewodnik po Śródziemiu  –  razem z  atlasem  Fonstad  obowiązkowa  książka  w  bibliotece  każdego poważnego 

tolkienisty. W alfabetycznym porządku wszystko o postaciach, miejscach, przedmiotach, wydarzeniach. Sporo materiałów 

dotyczących  języków  i  poszczególnych  wyrazów.  Książka,  która  „rośnie”  z  każdym  nowym  wydaniem  (a  jej  początki 

sięgają  lat  sześćdziesiątych)  i  stara  się  nadążyć  za  publikacjami  nowych  tekstów  Tolkiena.  Obszerne  wprowadzenie, 

dodatki, tablice  chronologiczne i genealogiczne. Sama część „encyklopedyczna” ma w tym wydaniu ponad czterysta stron. 

Już  najwyższy czas  na  opublikowanie  obszernej  polskiej  wersji  językowej (fragmenty  publikował Andrzej Kowalski  w 

„Fikcjach” i „Gwaihirze”).

Daniel Grotta: THE BIOGRAPHY OF J. R. R. TOLKIEN: ARCHITECT OF MIDDLE EARTH. Running Press 

1976.

Dla  jednych  obrazoburcza, dla  innych  odbrązowiająca  i  odkrywcza,  dla  jednych  rzetelna,  dla  innych  –  wręcz 

przeciwnie. Wiele osób twierdzi, że szanujący się tolkienista nie bierze „tego” do ręki...

(“Tolkien – Twórca Śródziemia - biografia”, przeł. Marcin Wawrzyńczak, 1998).

David Harvey: THE SONGS OF MIDDLE-EARTH J. R. R. TOLKIEN'S THEMES, SYMBOLS AND MYTHS. 

Allen and Unwin, London 1985.

„Tematy,  symbole  i  mity”  Tolkiena  –  tę  książkę  moglibyśmy  opatrzyć  podtytułem  „Mitologia  dla  Anglii”. 

Napisana raczej dla  specjalistów – trochę  szkoda, bo miałaby spore szanse  stać się  jedną  z ciekawszych prac  o Tolkienie. 

Cóż, trzeba stać się specjalistą. 

Trud się opłaci.

Randel Helms: TOLKIEN'S WORLD. Houghton Mifllin Company, Boston 1974.

Jeszcze jedno, już trochę mniej „specjalistyczne”, przystępniejsze spojrzenie na książki Tolkiena.

Randel Helms: TOLKIEN AND THE SILMARILS. Houghton Mifllin Company, Boston 1981.

Praca poświęcona głównie „Silmarillionowi”, także w kontekście innych tekstów Profesora.

Clyde S. Kilby: TOLKIEN AND „THE SILMARILLION”.

Aslan Books – Lion Publishing, Bristol 1977.

Autor książki o Lewisie, opiekun Wade Collection, zbioru dokumentów związanych z Lewisem i Tolkienem. Tutaj 

opisuje swoje  spotkanie z Profesorem i prace nad wspólnymi próbami uporządkowania rękopisów „Silmarillionu”. Także – 

własne  spojrzenie  interpretacyjne  na  świat  Śródziemia,  uwagi  o  Tolkienie  jako  pisarzu  głęboko  chrześcijańskim, o  jego 

związkach z Lewisem i Williamsem.

Paul Kocher: MASTER OF MIDDLE-EARTH. THE ACHIEVEMENT OF J. R. R.

TOLKIEN IN FICTION. Penguin Books 1972.

Książka amerykańskiego profesora literatury jest z jednej strony przykładem dobrej roboty krytyczno-literackiej, a 

z  drugiej  –  wyrazem  osobistych  fascynacji  twórczością  Tolkiena.  Punkt  wyjścia  stanowi  wnikliwa  lektura  samych 

powieści. Na  tym tle  autor  snuje  rozważania. o  sposobach  kreowania  świata  Śródziemia, ukazuje  prawa  rządzące  nim, 

charakteryzuje  postacie  głównych  bohaterów. Mówiąc  zaś  o  problemie  Zła,  zwraca  uwagę  na  religijny  (chrześcijański) 

wymiar tych opowieści.

(„Mistrz Śródziemia” przeł. Radosłąw Kot, 1998).

Paul Kocher: A READERS GUIDE TO THE „SILMARILLION”.

Houghton MifIIin Company, Boston 1980.

Przewodnik – ale jakżeż wyszukany – po skomplikowanym świecie mitów „Silmarillionu”.

Może nieco lżejszy od poprzedniej książki Kochera, jednak równie skrupulatny.

Tom Loback: HALLS OF THE ELVEN-KONIG – FORTRESSES

OF MIDDLE-EARTH. Iron Crown Enterprises Inc., Charlottesville, VA, 1988.

Tak,  to  gra  –  ale  nie  taka  sobie  zwyczajna.  Sporo  ładnie  podanych  wiadomości.  (Loback  jest  cenionym 

ilustratorem i interpretatorem Tolkiena). Wyjątkowy przykład dobrej roboty, która bawiąc – uczy.

Helen M. Luke: CHOICE IN „THE LORD OF THE

RINGS”. Apple Farm, Three Rivers, MI bez roku wydania.

Jedna  z  serii  niewielkich  książeczek  (ta  ma  19  stron),  ukazujących  powieści  Tolkiena  w  trochę  prowokujący 

sposób. Ta  jest o  problemie  wyboru –  każdy z  bohaterów  Trylogii  poddawany jest  swoistej próbie  charakteru, a  od  jego 

decyzji zależy coś więcej niż tylko dalszy przebieg opowieści. Możliwość wyboru to dar, nie wszyscy jednak to doceniają!

Helen M. Luke: THE RING. Apple Farm, Three Rivers, MI – bez roku wydania.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

22 / 31

background image

O  związkach  z  mitologią  Ryszarda  Wagnera  (tu  ukłon  w  stronę  jego  tetralogii  „Pierścień  Nibelunga”)  i 

psychologią głębi Carla Gustava Junga  (tu ukłon także  w stronę  książki Timothy R. O'Neilla „The Individuated Hobbit”). 

40 stron jeszcze innego spojrzenia na książki Tolkiena, ciekawe uwagi o roli kobiet!

MIDDLE-EARTH QUIZ BOOK. Compiled by Suzanne

Bucholz, Houghton Mifllin Company, Boston 1979.

Zbiór  zagadek  dla  tych,  którzy  uwielbiają  różnego  rodzaju  sprawdziany wiadomości. O  tym, że  rzecz  dotyczy 

Tolkiena,  nie  trzeba  chyba  wspominać. Podobną  rolę  spełnia  opublikowna  i  u  nas  książka  Andrew  Murraya  „Zagadki 

tolkienowskie” (przeł. Magdalena i Michał Boczkowscy, 1997)

Timothy R. O’Neill: THE INDIVIDUATED HOBBIT.

JUNG, TOLKIEN AND THE ARCHETYPES OF MIDDLE-EARTH. Houghton Mifllin Company, Boston 1979.

Bardzo  smakowity kąsek!  Nie  tylko  dla  wielbicieli i  znawców  Jungowskiej  psychologii  głębi, archetypicznego 

patrzenia  na  świat czy... alchemików. Zastosowane  przez  autora  klucze  otwierają  świat bardzo „poważnych”  problemów: 

rozwój osobowości człowieka, przemiany „ego”, kształtowanie się obrazu „cienia”.

Ruth S. Noel: THE LANGUAGES OF TOLKIEN'S MIDDLEEARTH.

Houghton Mifllin Company, Boston 1974.

Ponad dwieście stron bardzo kompetentnego przewodnika po językach ludów Śródziemia.

Książka  „na  dobry  początek”  dla  tych, którzy  jeszcze  niezbyt  wierzą  w  swoje  językoznawcze  umiejętności,  a 

bardzo chcą się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat.

Ruth. S. Noel: THE MYTHOLOGY OF MIDDLEEARTH.

Houghton Mifflin Company, Boston 1977.

Jeszcze jeden z interpretacyjnych kluczy. Tu ukłon również  w stronę  problemów językowych (autorka zna się  na 

tym!) – jest słowniczek etymologiczny.

Paul Nolan-Hyde: A WORKING REVERSE INDEX.

Simi Valley, CA – bez roku wydania.

Uwaga  – wielbiciele wszystkich słowniczków, słowników  i gramatyk!  Coś  dla was. Od  „Hobbita”  do  „Powrotu 

Cienia”  –  ponad  24  tysiące  słów  ułożonych  w  porządku  alfabetycznym  wraz  ze  stosownymi  informacjami 

językoznawczymi.

Paul Nolan-Hyde: A WORKING REVERSE GLOSSARY. Wydawca – j.w.

Nieco skromniejszy słowniczek – tylko 17 tysięcy słów.

Paul Nolan-Hyde: A WORKING TOLKIEN GLOSSARY.

Wydawca – j.w.

Siedem tomów, 25 tysięcy słów  – ten słownik  prawdopodobnie  będzie  częściej używany  przez  tych, którzy  nie 

wyobrażają  sobie,  że  zainteresowanie  Tolkienem  można  wymierzyć  znajomością  imion  przybywających  do  Bilba 

krasnoludów.  Prawdziwy  raj  dla  „językowych”  moli.  Informacja  dla  osób  o  większym  apetycie:  autor  pracuje  już  nad 

następnymi tomami.

Paul Nolan-Hyde: LINGUIST'IC TECHNIQUES USED IN CHARACTER DEVELOPMENT

IN THE WORKS OF J. R. R. TOLKIEN. Purdue University Microfilms 1982.

Trzy  tomy,  tysiąc  dwieście  stron  (w  wersji  mikrofilmowej)  dla  tych,  którym  ciągle  mało.  Ciekawe,  co  też 

powiedziałby autor tych opracowań o jakości polskich przekładów Tokiena...

Anne C. Pretty: ONE RING TO BIND THEM ALL — TOLKIEN'S MYTHOLOGY.

The University of Alabama Press 1979.

Tu analizie  opowieści Tolkiena  służyć  ma  strukturalistyczne  ujęcie mitu i  baśni (Claude  Levi-Strauss, Władimir 

Propp i  inni). Raczej dla  gorących  wielbicieli samej metody  badawczej, a  z  pewnością  –  dla  bardzo „zaawansowanych” 

wielbicieli Tolkiena, którzy nie przerażą się zastosowaną w tej książce symboliką.

Stephen Prickett: VICTORIAN FANTASY. Indiana University Press, Bloomington 1979.

Książka  „bez  Tolkiena”,  mówiąca  jednak  o  wiktoriańskich  tradycjach  literackich  i  plastycznych,  które 

ukształtowały mentalność Profesora i jego czytelników z Anglii.

Richard L. Purtill: J. R. R. TOLKIN – MYTH, MORALITY AND RELIGION. Harper and Row  Publishers, San 

Francisco 1984.

Mit, moralność  i religia  – tytuł wyraźnie określa  kierunki rozważań autora. Mowa o różnych aspektach  mitu (na 

przykładzie  „Leaf  by  Niggle”),  o  moralności  Śródziemia  (na  przykładzie  „Władcy  Pierścieni”)  i  jej  chrześcijańskim 

wymiarze  (paralele  Chrystus – Frodo, Sam jako główny moralny bohater  opowieści – bardzo ciekawe!). Także  o dwóch 

odmiennych spojrzeniach na problem nieśmiertelności (Tolkien i Le Guin).

Donald  Raiche:  EGO AND  SHADOW IN  J. R. R. TOLKIEN'S „THE  LORD  OF  THE  RINGS”. Apple  Farm, 

Three Rivers, MI – bez roku wydania.

Frodo i Gollum (także inni!) zobaczeni przez pryzmat psychoanalizy Carla Gustava Junga: Uwaga, każdy ma swój 

„cień” – ostrzega ta nieco heretycka książeczka.

Roger  Sale:  MODERN  HEROISM  –  ESSAYS  ON  D. H. LAWRENCE,  WILLIAM  EMPSON  AND  J. R.  R. 

TOLKIEN. University of California Press, Berkeley and Los Angeles 1973.

Bohaterowie Tolkiena na tle postaci wykreowanych przez innych pisarzy.

Thomas A. Shippey: THE ROAD TO MIDDLE-EARTH. Allen and Unwin, London 1982.

Następca  Tolkiena  na  uniwersytecie  w  Leeds  ukazuje  jego  powieści  w  szerokim  kontekście  literackim  (m.in. 

literatura  staroangielska)  i  językowym  (zgodnie  z  tezą,  iż  świat  Śródziemia  zrodził  się  z  językowych  eksperymentów 

Tolkiena).  Najprawdopodobniej  najrozsądniejsza  praca  na  temat  książek  Tolkiena  –  wnikliwa,  fachowa,  dobrze 

udokumentowana, a  przy tym  z  wieloma  dodatkowymi „smaczkami”  (np. wiersze  Tolkiena). Napisana  jednocześnie  „do 

czytania”, lecz bez schlebiania „małolatom”. Kolejna książka opatrzona uwagą: „Koniecznie przetłumaczyć!”

SIX  DECADES  OF  CRITICISM  –  A  COMPLETE  BIBLIOGRAPHY  OF  EVERY  THING  BY  OR ABOUT 

TOLKIEN. By Judith A. Johnson. 1986.

Podobno wszystko, co  napisał Tolkien lub  napisano na  jego  temat  w  ciągu sześćdziesięciu lat,  zostało  zebrane 

przez Judith Johnson w tej bibliografii.

Russel Shorto: J. R. R. TOLKIEN – MAN OF FANTASY. Kipling Press, New York 1988.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

23 / 31

background image

Nieduża  (48  stron),  przeznaczona  dla  młodych czytelników  książeczka, która  zdenerwowała  mocno  krytyków  i 

wielbicieli Profesora. Bardzo dużo błędów faktograficznych i interpretacyjnych dowolności.

Barbara Strachey: JOURNEYS OF FRODO. Unwin Paperbacks, London 1981.

Sto stron, pięćdziesiąt map obrazujących szlaki wędrówek bohaterów „Władcy Pierścieni”.

Autorka  wykryła  kilka topograficznych  „potknięć” Tolkiena, w sumie jednak wielka pochwała  precyzyjnej wizji 

powieściowego świata.

A TOLKIEN BIBLIOGRAPHY 1911-1980: WORKS BY AND ABOUT J. R. R.

TOLKIEN. Tredj e Upplagen, Uppsala, Sweden 1986.

Dwujęzyczna  (szwedzko-angielska)  bibliografia  prac  Tolkiena  i jemu poświęconych publikacji.  150 stron,  dość 

droga  i osiągalna chyba tylko za  pośrednictwem redaktora (Ake Bertenstam). Bardzo jednak pomocna tym, którzy szybko 

chcą dotrzeć do informacji o jakimś tekście lub problemie.

A TOLKIEN COMPASS. Edited by Jared Lobdell. The Open Court Publishing Company, 1974.

W tym zbiorze  tekstów różnych autorów, wypowiadających się na temat Tolkiena – oryginalny słowniczek imion, 

przygotowany przez samego Profesora.

TOLKIEN – NEW CRITICAL PERSPECTIVES. Edited by Neil D. Isaacs and Rose A. Zimbardo. The University 

Press of Kentucky 1981.

Kontynuacja wydanego przez tych samych redaktorów w 1968 roku tomu „TOLKIEN AND THE CRITICS”. Tam 

piętnaście – tu trzynaście tekstów różnych autorów (m.in. Verlyn Flieger, Rose Zimbardo, Paula Kochera). Analiza postaci, 

związki opowieści Tolkiena z dawnymi tekstami, mitami, baśniami, archetypami, przypowieściami ludowymi, literaturą dla 

dzieci itd.

THE TOLKIEN SCRAPBOOK. Edited by Alida Becker.

Grosset and Dunlap, New York 1978.

A TOLKIEN TREASURY. Edited by Alida Becker:

Courage Books, Philadelphia 1989.

Dwie wersje tej samej książki. Późniejsza wygląda edytorsko lepiej (a i tańsza przy okazji!). Przewodnik – ale tym 

razem po świecie fanów Tolkiena. Od późnych lat pięćdziesiątych!

Przedruki  z  magazynów  klubowych  –  „Minas  Tirith  Evening–Star”,  „Entmoot”,  „I  Palantir”  i  inych.  Wśród 

tekstów  wiele  już  dziś  klasycznych  (m.in. W. H. Auden: At  the  End of  the  Quest, Victory;  E. Wilson:  Oo, Those Awful 

Orcs;  C. Wilson; Tree  by Tolkien;  P.  Helms:  The  Evolution  of  Tolkien  Fandom;  B.  Searless:  Confession  of  a  Tolkien 

Friend). Jest także obszerna bibliografia „tematu” (B. Christiansen) i wykaz prawie wszystkich klubów i ich publikacji.

J. E. A. Tyler: THE TOLKIEN COMPANION.

Macmillan, London 1976.

Kolejny, obszerny  i  wyjątkowo  atrakcyjny  przewodnik  po  Śródziemiu. Informacje  leksykalne  i  faktograficzne, 

pozwalające na  dobre  usystematyzowanie wiedzy filologicznej i historycznej. Konkurencyjny lecz i pięknie uzupełniający 

się z pracą Fostera i atlasami.

(„Tolkien. Przewodnik encyklopedyczny”, przeł. Anna Banaszak i inni, 1992)

Pod  koniec  1991  roku  i  w  roku  następnym  staraniem  wydawnictwa  Houghton  Mifflin  z  Bostonu  ukazały  się 

między innymi:

John i Priscilla Tolkien: PICTORIAL BIOGRAPHY OF

J. R. R. TOLKIEN. Opowieści i zdjęcia rodzinne.

Taum Santoski: THE MAKING OF „THE LORD OF THE RINGS”.

TOLKIEN AS ARTIST AND DESIGNER – nowa wersja

„Pictures by Tolkien”.

Zakończmy te uwagi wskazaniem kilku tekstów o Tolkienie dostępnych w języku polskim.

Będzie to wybór bardzo stronniczy – każdy ma swoje ulubione teksty, z którymi czuje się najlepiej albo z którymi 

najlepiej potrafi się... kłócić.

Piotr Kuncewicz: TOLKIEN, CZYLI ŚWIAT ( w tegoż:) Samotni wobec historii. Warszawa 1967, s. 133-144.

Jeden z najwcześniejszych tekstów, poświęconych obecności Tolkiena w naszym kręgu językowym. Spojrzenie na 

epopeę  jeszcze  przez  pryzmat „baśni dla dzieci”, ale z uchwyceniem jej specyficznych cech. O  związkach z  mitologiami 

Północy,  Atlantydą,  Nibelungami  i  historią  Anglii.  Autor  nazywa  trylogię  „Komedią  Hobbicką”  (przez  analogię  do 

„Komedii ludzkiej” i „Boskiej komedii”), ukazującą najwcześniejszą  wizję świata, świata magii. Elementy chrześcijańskie 

tekstów Tolkiena zostają jakby poza uwagą wnikliwego krytyka.

Andrzej Zgorzelski: KONWENCJE GATUNKOWE I RODZAJOWE W TRYLOGII J.

R. R. TOLKIENA (w tegoż:) Kreacje świata sensów (szkice o współczesnej powieści angielskiej).

Łódź 1975, s. 52-78.

Precyzyjna  analiza  –  baśniowe,  legendowe  i  mityczne  elementy  wyznaczają  swoistość  Tolkienowskiej  kreacji 

czasu  i  przestrzeni.  Badacz  zwraca  uwagę  na  opozycję  dwóch  nurtów  przedstawiania  świata:  epickiego  i  lirycznego. 

Paralele pomiędzy poetyzowaniem Eliota i Tolkiena, ciekawe (bodaj pierwsze  wśród naszych badaczy)  analizy językowej 

formacji  oryginału  i  tłumaczenia.  Tekst  Tolkiena  okazuje  się  mocno  osadzony  w  tradycji  literackiej  i  nawiązuje 

jednocześnie do współczesnych w zasadzie środków poetyckiej ekspresji.

Krzysztof Sokołowski: FENOMEN TOLKIENA. „Fantastyka”

1985 nr 2(29), s. 4-6.

Niestrudzony  badacz  i  tłumacz  tekstów  Tolkiena  (m.in.  „Liść,  dzieło  Niggle’a”,  fragmenty  „Niedokończonych 

opowieści”)  porządkuje  podstawowe  wiadomości o życiu i  książkach Profesora. Spojrzenie  na  świat Śródziemia poprzez 

symbolikę czterech żywiołów – zachęta do własnych poszukiwań interpretacyjnych.

Adam Ziółkowski: J. R. R. TOLKIEN ALBO BAŚŃ ZREHABILITOWANA.

„Znak” 1983, nr 9(346), s. 1479-1490.

Po „oddawaniu tego, co cesarskie” – pierwsza próba zwrócenia uwagi na to, co „boskie”.

Nareszcie  przypomnienie,  iż  świat  Śródziemia  zawiera  w  sobie  istotne  pierwiastki  chrześcijańskiej  wizji 

rzeczywistości  (przekłady  polskie  jakoś  to  „gubiły”), a  literacka  realizacja  tych  założeń  współbrzmi  z  wyłożonymi  w 

wykładzie „O baśni” przekonaniami Profesora.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

24 / 31

background image

Michał Błażejewski: J. R. R. TOLKIEN – POWIERNIK PIEŚNI. Phantom Press, Gdańsk 1993, s. 126.

Nieco uaktualniony tekst właśnie ogladasz na monitorze...

J.  R.  R.  TOLKIEN  –  RECEPCJA  POLSKA.  STUDIA  I  ESEJE.  Redaktor  naukowy  Jakub  Z.  Lichański. 

Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1996, s. 238.

Niewątpliwie ważny dla redaktora i czytelników dość osobisty wybór tekstów o Tolkienie.

Beata  Iwicka: KULTURA ŚRÓDZIEMIA W KOŃCU TRZECIEJ I NA POCZĄTKU CZWARTEJ ERY (J. R. R. 

TOLKIEN: WŁADCA PIERŚCIENI, HOBBIT, SILMARILLION).

Gdański Klub  Fantastyki, Gdańsk 1996, Publikacja  oparta  na  pracy  magisterskiej, zawiera  jednak z  pewnością 

najbardziej kompetentnie  w  tej  chwili  opracowany  problem recepcji  Tolkiena  w  Polsce.  Obszerna  bibliografia  polskich 

tekstów o Tolkienie.

Tadeusz Andrzej Olszański:  ZARYS TEOLOGII  ŚRÓDZIEMIA I INNE SZKICE  TOLKIENOWSKIE. Gdański 

Klub Fantastyki, Gdańsk 2000.

Oprócz publikowanego już  eseju o teologii Śródziemia i omówienia wielotomowej edycji „Historii Śródziemia” – 

także zapis dyskusji z Ryszardem Derdzińskim oraz  szkic na temat rzekomego projektu Tolkiena o spisaniu „mitologii dla 

Anglii”.

Na rok 2001 to samo wydawnictwo przygotowało pracę Artura Kawińskiego „Droga Pieśni. Opisanie muzycznego 

świata wybranych powieści J. R. R. Tolkiena”.

A teraz – zanim wyruszycie na poszukiwanie własnej ścieżki do Śródziemia – coś na deser!

5. O pokarmach Śródziemia

Spotkanie ze  światem  Śródziemia  pozwala  nam zapoznać  się  z  opisami różnorodnych kulinarnych doświadczeń 

powieściowych  bohaterów.  Przyjęta  bowiem  konwencja  podróży  nakazuje  im  nie  tylko  spożywać  przeróżne,  niekiedy 

nawet bardzo tajemnicze potrawy.

Bohaterowie Tolkiena  nie tylko j a  d a j ą – bywają oni również  często j a d  a n i i jakkolwiek ta druga sytuacja 

nigdy  nie  należała  do  szczególnie  atrakcyjnych  (zwłaszcza  dla  zjadanego),  to  jednak  w  jakiś  sposób  urozmaicała  ona 

bohaterom podróż, a czytelnikom – lekturę książki.

* * *

Powieści  Tolkiena  przynoszą  dość  bogaty  obraz  praktyk  kulinarnych  Śródziemia.  Nie  są  jednak  książkami 

kucharskimi,  a  i  same  opisy  potraw  poddane  są  tu  dosyć  szczególnym  prawom. Dla  podążających  szlakiem przygód  ta 

kulinarna  oprawa  może  mieć  na  pierwszy  rzut  oka  znaczenie  raczej  drugorzędne.  Opis  uczty  czy  skromniejszego 

niejednokrotnie  posiłku  wydaje  się  często  elementem  dekoracyjnym,  ubarwiającym  egzotyczną  nutą  relację  z  dalekich 

wojaży.  Liczne  przygody  są  bowiem  dla  czytelników  główną  atrakcją,  a  to,  „co”  i  „jak”  bywa  spożywane  w  trakcie 

eskapady, dla odbiorcy ma już wagę mniejszą. 

Wydaje  mu  się  również,  iż  świat  prezentowanych  biesiad  dorównuje  barwnością  samym  „pozakulinarnym” 

przygodom, że  wyruszający  w  bój (lub powracający  z  niego)  wojownicy muszą  zasiadać  za  stołami uginającymi się  od 

kosztownych naczyń, pełnych w  dodatku egzotycznych potraw itd. Czytelnik sądzi, iż  taki obraz zawarty jest w tekście i 

chętnie podejmie ryzyko poszukiwania w powieściach opisów takich właśnie wystawnych uczt.

Uważniejsza jednak lektura ukaże mu sytuację zaskakująco odmienną od tej, jaką on sobie sam – w dobrej zresztą 

wierze  – wykreował we własnej  wyobraźni. Znika przepych  biesiad, znika  egzotyka  potraw. Zbity  z  tropu próbuje  może 

poszukiwać jakiegoś wyjaśnienia.

Okazuje się to jednak zbyt trudne i jednocześnie jakby – zarówno dla czytającego i dla świata powieści – zupełnie 

zbędne.

* * *

Zanim  zastanowimy  się  nad  wyjaśnieniem  tych  zagadek,  przyjrzyjmy  się  tym  kulinarnym  atrakcjom, których 

obecność w barwnej opowieści daje się zauważyć przy niezbyt nawet uważnej lekturze.

Trzeba  przyznać,  że  kulinarne  upodobania  większości  bohaterów  Tolkiena  nie  odbiegają  zbytnio  od  naszych 

upodobań. Na takim kształtowaniu świata prezentowanych potraw mogły z  pewnością  zaważyć osobiste preferencje autora 

i te obce doświadczenia, z którymi w różny sposób zetknął się on w swoim długim życiu.

Stare  eposy w  opisach  wszelkich  uczt w  centralnym punkcie  zainteresowania  stawiają  puchar  wina. Być  może 

narratorom  brak  tu  inwencji,  może  i  kuchnia  była  mało  atrakcyjna,  a  może  po  prostu  status  ówczesnych  literackich 

sprawozdawców „ze spotkań na szczycie” nie pozwalał im na dokładniejsze  rozeznanie  się w zawartości pańskich talerzy i 

półmisków.

Stąd rzadko w  pieśni pojawia  się  coś więcej niż konwencjonalny kawał mięsiwa  (w  sosie  lub z rusztu), choć, co 

ciekawsze, przeważnie nie pomija się w opisie rycerskich uczt obgryzających pod stołem kości... psów.

Opisując  biesiady  i  podawane  tam potrawy, Tolkien  stara  się  nie  odbiegać  od  istniejących konwencji.  Jest  ich 

świadom i niekiedy z wielkim zadowoleniem bawi się nimi, bawiąc przy okazji i nas wyliczaniem serwowanych potraw i 

towarzyszących im przypraw.

Czyni  to  jednak  znacznie  rzadziej,  niż  skłonni  bylibyśmy  przypuszczać,  i  więcej  uwagi  poświęca  posiłkom 

mniejszego nieco  kalibru. Już  zauważyliśmy, że  książki Tolkiena  nie  są  książkami kucharskimi. Tylko  raz  napotykamy 

dokładniejszy opis przygotowywania potrawy – to słynny, umieszczony nawet w tytule  rozdziału i uhonorowany kapitalną 

interpretacją, zarejestrowaną  na płycie, królik w potrawce  z  ziołami

28

. Trzeba  jednak przyznać, iż  więcej uwagi poświęca 

się  tu  opisom  ziół.  Do  królika  zresztą  zabraknie  ziemniaków,  nad  czym  ubolewa  Sam, niemal  całą  drogę  obwieszony 

rondlami i innymi przyborami kuchennymi (mógł zapomnieć  liny, natomiast patelni – nigdy). Musimy lojalnie zauważyć, 

iż  ten  sprzęt  kuchenny  jest  często  „bezrobotny”. Sam  jednak,  „wymieniając”  jego  ciężar  w  finale  wędrówki ku  Górze 

Przeznaczenia na ciężar swego pana, stara się zabezpieczyć cenne  rondle przed splugawieniem (chociażby przez  Golluma) 

i wrzuca je do głębokiej rozpadliny.

29

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

25 / 31

28

 J. R. R. Tolkien: Dwie Wieże. Tłum. M. Skibniewska. Wyd. 2, Warszawa 1981, s. 337-339.

29

 J. R. R. Tolkien: Powrót Króla. Tłum. M. Skibniewska. Wyd. 2, Warszawa 1981, s. 274-275.

background image

Tolkienowscy hobbici (autor trylogii czuł się z nimi bardzo związany – często mawiał „my, hobbici

30

) są istotami 

doceniającymi dobre  jedzenie  i  szanującymi towarzyszące  posiłkom rytuały. Są  gościnni,  posiadają  w  domach mnóstwo 

dobrze zaopatrzonych spiżarni (nie słyszeliśmy o hobbicie mającym jedną spiżarnię; jeżeli już trafił się  gdzieś taki, nie był 

on  prawdopodobnie  ze  swego  losu  zadowolony). Chociaż  odznaczają  się  skłonnością  do  tycia  (oględnie  sformułowane, 

prawda?), starają  się jadać  tak  dobrze  i tak  często, jak  tylko  mogą  sobie  na  to  pozwolić. Obiady jadają  więc  i  dwa  razy 

dziennie, a  szanujący  się  hobbit  zawsze  towarzyszy  przy posiłku  spóźnionemu  gościowi  (nawet  gdy  przed  chwila  sam 

właśnie wstał od stołu

31

).

W  swoich  kulinarnych  upodobaniach  (i  możliwościach)  hobbici  nie  różnią  się  zbytnio  od  nieco  większych 

krasnoludów czy dużo przecież od nich większych Dużych Ludzi.

Tych  ostatnich  przewyższają  nawet... w  zamiłowaniu  do  potraw  z  pieczarek

32

.  Pokojowo  nastawieni,  bardziej 

cenią sobie rolnictwo (tylko Fallohidzi entuzjazmowali się łowiectwem

33

), uprawa ziemi dostarcza bowiem hobbitom tego 

wszystkiego, co jest dumą i ozdobą ich kuchni. Fermy, pola  zbóż, winnice, sady i lasy dostarczają plonów na  ich stoły, a w 

przyrządzaniu  potraw  wydają  się  nie  mieć  sobie  równych  (uważają  się  przynajmniej  za  takich).  Można  zauważyć,  iż 

urozmaicone  już w naturalny sposób pożywienie, nie jest wolne i od pewnych ekstrawagancji – znają  bowiem przyprawy 

(zioła,  sól),  a  w  rozmaitych  używkach  (alkohole,  kawa,  herbata,  a  także  fajkowe  ziele)  wydają  się  nie  dostrzegać 

najmniejszego  niebezpieczeństwa.  Przypomnijmy,  że  ulubionym  zajęciem  szeryfów  (wielu  też  z  tego  właśnie  powodu 

podejmowało tę służbę

34

) było włóczenie się po kraju i słuchanie plotek o dobrych gatunkach piwa. Dużym błędem byłoby 

jednak  przekonanie,  iż  dopiero  pozbawienie  hobbitów  tego  ulubionego  napoju  (za  czasów  Sharkeya

35

)  mogło  mieć 

decydujący wpływ na osłabienie siły ich woli i ograniczenie tak właściwego im zdrowego rozsądku.

O  urozmaiceniu  i  możliwościach  hobbickiej  kuchni  świadczyć  może  chociażby  skromne  przyjęcie,  w  jakie  w 

końcu przekształciło się „najście” domu Bilba przez Gandalfa i krasnoludów

36

. Jakkolwiek Bilbo podawał tylko to, co było 

pod ręką w spiżarni, i to, czego domagali się niespodziewani goście; to już samo wyliczenie potraw w takiej kolejności, w 

jakiej wędrowały na  stół, świadczy  być może dobrze  o zaopatrzeniu  spiżarni, źle  natomiast o rozsądku i umiejętnościach 

racjonalnego odżywiania  się  biesiadujących. Czego  tu  nie  ma:  ciasto,  herbata, placek  z  kminkiem, różne  gatunki  piwa, 

kawa, maślane bułeczki, czerwone wina, konfitury malinowe, szarlotka, paszteciki z mięsem, ser, gulasz wieprzowy, sałata, 

jajka gotowane, pieczone kurczęta (serwowane na zimno), pomidory i biszkopty.

Krasnoludy,  co  prawda,  nie  trudnią  się  uprawą  ziemi  i  wszelkie  wiktuały  zdobywają  drogą  wymiany,  ale 

podzielają  upodobanie  hobbitów  do  posiłków  regularnych, częstych  i  obfitych  –  widać  to również  podczas  spotkania  u 

Bilba.

Broniący dobrej opinii takiego obżarstwa (jakże inaczej to nazwać?) twierdzą, iż „zły charakter” Golluma ma swe 

źródło  w  skąpym  i  mało  urozmaiconym  sposobie  odżywiania  się.  Jest  to  osąd  wyjątkowo  szkodliwy.  Prawdą  jest,  iż 

charakter Golluma ukształtowaly również warunki zewnętrzne, w tym – w dużym stopniu nawet – rodzaj jego pożywienia.

Nie  jest jednak słusznym wskazywanie  na  s k ą p  e ilości Gollumowego jadła. Przykład Golluma pokazuje  nam 

bowiem,  iż  już  w  hobbickim  odżywianiu  tkwiły  zarodki  zła, które  w  sprzyjających  warunkach  mogły  doprowadzić  do 

wypaczenia  charakteru  łagodnego  przecież  z  natury  hobbita.  Można  nawet  dokładnie  określić,  iż  to  spożywanie  mięsa 

przynosiło  hobbitom  najwięcej  szkody.  Wiedzieli  o  tym  starsi  mieszkańcy  Shire  i  słusznie  poszukiwali  antidotum  w 

uprawie ziemniaków, kapusty

37

 i innych pożytecznych warzyw i owoców

38

. Mięsożerstwo Golluma, występujące w formie 

intensywniejszej niż  u  innych hobbitów, prowadziło bezpośrednio do  kanibalizmu. Służka  Szeloby  nie  gardził orkami, a 

niewiele  brakowało,  by  skosztował  hobbita.  Wpływom  potraw  mięsnych  (początkowo  tylko  ryby  i  robaki...)  należy 

przypisywać  upodobanie Golluma do zabijania  na własny rachunek i do dostarczania innym potencjalnych ofiar. Hobbici, 

krasnoludy  i  ludzie  odżywiają  się  podobnie  –  w  ich  pożywieniu  nie  brakuje  mięsa.  Zbliżone  upodobania  przejawiały 

również elfy z Mrocznej Puszczy — lubiły mięso i dobre wino. I tu mamy wyjaśnienie, czemu uważano je za groźniejszych 

od innych, a jednocześnie za... niezbyt mądrych przedstawicieli elfiego rodu.

* * *

Można  śmiało  założyć,  że  wegetariańska  (lub  na  początek  umiarkowanie  wegetariańska)  dieta  zapewniłaby 

Śródziemiu więcej ładu i pokoju niż wszelkie reformy czy podejmowane nawet w słusznej sprawie działania wojenne. Nikt 

nie zaprzeczy, iż obecność mięsa  w odżywianiu zdecydowanie  wpłynęła na  zachowanie  wargów czy goblinów, jadających 

konie, kucyki, osły, a także o wiele gorsze  rzeczy

39

. Trolle nie  stroniły od piwa, a  w przypadku braku pieczonej baraniny 

(nawet bez  mięty!) chętnie  raczyły się hobbitami i krasnoludami. Wszelkie  złe bestie – o ile jadały cokolwiek – odżywiały 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

26 / 31

30

 H. Carpenter: Tolkien. A biography. Houghton Mifliin Company, Boston 1977, s. 176.

31

 J. R. R. Tolkien: Dwie Wieże... s. 211 i nast.

32

 Tenże: Wyprawa. Tłum. M. Skibniewska. Wyd. 2, Warszawa 1981, s. 138.

33

 Ibid., s. 18.

34

 Tenże: Powrót Króla..., s. 358.

35

 Ibid., s. 353.

36

 Tenże: Hobbit, czyli tam i z powrotem. Tłum. M. Skibniewska. Wyd. 2, Warszawa 1985, s. 10 i nast.

37

 Tenże: Wyprawa..., s. 43.

38

  Wiele  cennych uwag  na  ten  temat  można  odszukać  w  książce  „Witaminnyje  i  lekarstwiennyje  rastienija”  P. 

Czikowa  i  J. Łaptiewa, wydanej  w  1976 r. przez  wyd. „Kołos”  (polskie  wydanie  –  1982  r.).  Zwłaszcza  uwagi  na  temat 

warzyw kapustnych i ziemniaków wydają i się inspirowane bogatymi doświadczeniami Hamfasta Gamgee.

39

 J. R. R. Tolkien: Hobbit..., s. 52.

background image

się mięsem i to najpodlejszego gatunku, nie  stroniły przy tym od padliny i wszelkiego paskudztwa. Mięso jadały również 

orły, to prawda – te szlachetne ptaki wybierały jednak owce, króliki i zające i nigdy nie ruszały mięsa orków.

Tolkien  niejednokrotnie  pokazuje, iż  skażony pokarm, pochodzący  zwłaszcza  z okolic  nawiedzanych przez  Cień 

lub  stale  znajdujących  się  w  pobliżu  podziemnych  „fabryk”  Nieprzyjaciela,  miał  bardzo  duży  wpływ  na  deprawację 

charakterów mieszkańców Śródziemia.

Woda  i  zwierzyna  Mrocznej  Puszczy nie  nadawały  się  do  spożycia, podobnie  jak  i  żywność  znajdująca  się  na 

terenie Mordoru. Oczywiście, niektóre  istoty zostały umiejętnie  „przystosowane” do takiego jadła i uzależniły się  do tego 

stopnia,  że  stawały  się  bezwolne  i  poddane  mocy  Nieprzyjaciela.  Dążył  on  zresztą  od  samego  początku  do  skażenia 

wszelkich  zjawisk,  a  raz  podjęte  metody  rozwijał  i  doskonalił.  Wyjątkowo  perfidnym  zabiegiem  było  ustawienie  na 

szlakach  Mordoru  zbiorników  ze  skażoną  wodą.  Poruszające  się  tymi  drogami  oddziały  orków  nie  miały  praktycznie 

możliwości wyzwolenia się spod władzy Cienia. Odległość między poszczególnymi zbiornikami, a także stopień zatrucia w 

nich  wody  były  tak  dobrane, że  uzależnione  jednostki były  poddawane  stałej intoksykacji. Woda  ta  najprawdopodobniej 

działała na orków otępiająco; poza  Mordorem piły one natomiast trudny do  określenia napój (być może  miał on w  jakiś 

sposób naśladować napój elfów) i stawały się wtedy wyjątkowo agresywne.

* * *

Problem walki ze  skażoną żywnością nie był obcy mieszkańcom Śródziemia (wydaje  się, iż wykazywali oni tutaj 

niekiedy  więcej  rozsądku  od  nas).  Poszukiwano  zdrowego  –  w  sensie  dosłownym  i  przenośnym  –  pożywienia. Różne 

plemiona  zamierzenie  to  realizowały w  różny sposób. Nie  zawsze efekty były odpowiednie. Być  może  przeszkadzały tu 

zadawnione  nawyki i uprzedzenia  kulinarne. Wydaje  się też – i to jest chyba  najważniejsze  – że nie  wszyscy mieszkańcy 

ziemi pamiętali, iż są oni tu tylko przechodniami, wędrowcami.

Ze  sposobu odżywiania  hobbitów, krasnoludów, Dużych Ludzi (a także  niektórych elfów)  wynika, że  utracili oni 

pamięć  o tymczasowości swego pobytu na ziemi i ulegli mylnemu przeświadczeniu o trwałości swej egzystencji. Trwonili 

ją  więc  na  życie  pozornie  barwne,  ale  pozbawione  głębszego  sensu.  Nieliczni  natomiast  (głównie  elfy,  ale  nie  tylko) 

dostrzegali  znikomość  i  ulotność  swego  życia. Starali się  nie  dopuścić  do  wzrostu wpływu  Nieprzyjaciela  i  ograniczali 

potencjalne możliwości skażenia swego pokarmu.

Wybierali  więc  pożywienie  proste  i  naturalne,  jednocześnie  bogate  i  zdrowe,  przypominające  ponadto,  iż  dla 

wszelkich  istot  żywych  p  o  d  r  ó  ż  jest  właściwym  stanem  egzystencji  i  do  tego  stanu  winno  dostosowywać  się  i 

pożywienie.

Wędrujący  z  Pierścieniem  często  spotykają  się  z  takimi  próbami  tworzenia  zdrowej  żywności.  Również  i 

plemiona  ludzkie  miały  tu  pewne  osiągnięcia.  Mieszkańcy  Dali  na  przykład  wyrabiali  k  r  a  m  y,  rodzaj  sucharów 

wyjątkowo twardych (zgoła  nieponętnych, chyba z  punktu widzenia  gimnastyki szczęk

40

), a  jednak na tyle smacznych, że 

mylono je niekiedy (nigdy bowiem nie brakowało dyletantów) z wypiekami elfów i innych plemion

41

.

Fama  o nich musiała  więc  być  dość  rozpowszechniona  (z  pewnością  bardziej  niż  o  pieczywie  elfów), choć  one 

same chyba rzadko trafiały do odleglejszych zakątków Śródziemia.

Mieszkańcy  Dali  traktowali  je  jako  pieczywo  podróżne,  w  codziennym  wyżywieniu  natomiast  preferowali 

wypieki bardziej wyszukane. Najprawdopodobniej nie zastanawiali się  nad pochodzeniem swoich kramów i nie  dociekali, 

co zadecydowało o takiej, a nie innej ich formie.

42

Kramy  jednak  nie  były  ani tak  smaczne,  ani  tak  pożywne  jak  „miodownika”  plemienia  Beorna.  Beornijczycy 

uchodzili  (i słusznie)  za wyjątkowo dobrych piekarzy i opinia  ta przysłoniła nawet inne zalety  ich kuchni. Odrzucali oni 

zupełnie mięso – była to więc najprawdopodobniej kuchnia całkowicie jarska, preferująca potrawy z pełnego ziarna, mleko 

i jego przetwory (masło, śmietana), suszone owoce, orzechy, a nade wszystko miód i jak się możemy domyślać, także inne 

produkty pszczele. Beorn niechętnie  dzielił się z innymi swym jadłem i nie  wtajemniczał przybyszów w zasady tworzenia 

swej żywności. Podobnie nieufni byli jego współplemieńcy. Chleby Beorna – zwane niekiedy „miodownikami”, gdyż miód 

odgrywał niebagatelną  rolę  w  przygotowywaniu wypieku – były dwakroć  pięczone  i długo  zachowywały swą  świeżość. 

Jedyną wadą ich było, iż wzmagały pragnienie.

Były  to  najprawdopodobniej  suchary  miodowe,  podsuszane  w  piecu  w  jakiś  czas  po  upieczeniu,  a  być  może 

„dopiekane”  nawet  po  kilku  dniach. Hipoteza, że  mogły  to  być  ciasta  zbliżone  do  pierników, nie  wydaje  się  słuszna  – 

jakkolwiek  bywają  pierniki,  które  przed upieczeniem  muszą  leżakować  niekiedy  kilkanaście  lat, a  po  upieczeniu  długo 

zachowują  świeżość

43

 i dzięki  swej „pierności” (nasyceniu korzennymi przyprawami)  mogą  wywoływać pragnienie. Nie 

odrzucajmy jednak możliwości przebadania w przyszłości i tego tropu.

Wad  kramów  (kruche!)  i  chleba  Beorna  (wywoływanie  nadmiernego  pragnienia)  nie  znajdziemy  natomiast  w 

sucharach, którymi żywiły się  wędrowne  elfy i którymi niekiedy dzieliły się  z napotykanymi potrzebującymi. Nie  wiemy, 

gdzie  je  wyrabiano  –  najprawdopodobniej  pochodziły  z  lasów  Lorien  (przy  czym  w  grę  wchodzi  tu  nie  tylko  „nowe” 

Lorien).

Suchary  te  nazywano  l  e  m  b  a  s  a  m  i.  Były  bardzo  cienkie,  najprawdopodobniej  owalne,  przyrumienione 

(złociste) z zewnątrz, a po przełamaniu białe. Miały one nadzwyczajne właściwości odżywcze i być może dlatego niektórzy 

badacze  amerykańscy  uważali  je  za  skondensowaną  żywność

44

.  Trudno  sąd  taki  nazwać  nawet  „nadmiernym 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

27 / 31

40

 Ibid., s. 188.

41

 Tenże: Wyprawa..., s. 489.

42

 Por. – I. Gumowska: Czy  wiesz  co  jesz? Warszawa  1985. W rozdziale  o  chlebie  autorka  pisze  o sucharach  z 

norweskiej  wsi  Daliekirken  (zbieżność  nazw  nie  może  być  przypadkowa!),  nazywając  je  „najzdrowszym  chlebem 

świata”  (s.  60-64).  Możemy  przyjąć,  iż  ten  chleb  mógł  posłużyć  Tolkienowi  za  wzór  przy  tworzeniu  opisu  kramów. 

Prawdopodobniejsze  jest  jednak  to,  iż  właśnie  tam,  w  Norwegii,  mogły  przetrwać  niektóre  potrawy  wywodzące  się 

bezpośrednio ze Śródziemia.

43

 J. R. R. Tolkien: Hobbit..., s. 104, 106.

44

 H. Carpenter: Tolkien..., s. 226

background image

uproszczeniem”  –  wyjaśnienia  amerykańskie  opierają  się  bowiem  na  fałszywie  przyjętych  przesłankach  i spieranie  się  z 

nimi jest  zupełnie  bezcelowe. W końcowej  partii  naszych  rozważań  powrócimy jeszcze  raz  do  zagadnienia  lembasów  i 

poświęcimy  im  więcej  uwagi.  Być  może  i  wspomniane  parokrotnie  przez  Tolkiena  białe  pieczywo  (zwane  także  „białą 

bułką

45

, „białym ciastem”  lub  „białym chlebem”  – na przykład u Toma Bombadila

46

)  ma wiele  wspólnego z lembasami. 

Nie możemy odrzucić takiego przypuszczenia.

* * *

Podczas wizyty u Toma Bombadila podróżnicy spotykają się z tajemniczym napojem.

Także  i później kilkakrotnie  napój  ten  się  pojawia, a  opisy jego właściwości są  do  siebie  zbliżone  –  napój  ten 

najczęściej  porównywany  jest  do  czystej, zimnej  wody, rozgrzewającej serca  i  gardła  jak  wino.

47

 Taką  dziwną  „wodą” 

częstują hobbitów Glorfindel

48

 i napotkane prrypadkowo elfy. Najprawdopodobniej jest to m i r u v o r, kordiał pochodzący 

z  Imladris.  Gandalf  otrzymuje  od  Elronda  na  drogę  skórzany  bukłak  (niektórzy  przechowywali  napój  w  srebrnych 

naczyniach podróżnych) i starannie rozdziela go wśród drużyny.

49

Napój ten daje siłę, energię i otuchę, jest aromatyczny i rozgrzewa. Być może wzorowano go na nektarze Valarów, 

zwanym  m  i  r  u  v  ó  r  ë,  wyrabianym  z  kwiatów  (ziół?)  w  ogrodach  Yavanny

50

  i  podawanym  na  ucztach  (podczas 

obrzędów?) w Strzeżonym Królestwie

51

.

Odrzucić  tu powinniśmy sugestię, iż kordiał ten był jakoby alkoholem

52

  – Valarowie  posiadali wiele  tajemnic  i 

Nieprzyjaciel, chcąc  obudzić  nieufność  do  nich, rozsiewał  często  pogłoski  godzące  w  ich  dobre  imię.  Rozprowadzany 

wśród  orków  napój  miał  jedynie  „udawać”  miruvor

53

.  Ci  jednak,  którzy  zetknęli  się  z  prawdziwym  napojem  elfów, 

zdecydowanie odrzucali wszelkie  insynuacje na  temat jakiegokolwiek podobieństwa. Płyn orków należał do rodziny tych 

źle  oczyszczonych  destylatów  z  wyjątkowo  podłych  surowców,  których  sposoby  wytwarzania,  skwapliwie 

rozpowszechniane  przez  Sługi  Ciemności,  trafiają  do  ludzi  i  dzisiaj.  Przyznajemy,  iż  elfy  znały  tajemnicę  wyrobu 

wysokoprocentowego piwa i to one najprawdopodobniej przekazały ją hobbitom. Same  jednak – o czym warto pamiętać – 

przejęły  tę  umiejętność  od  duńskich  żeglarzy,  a  ci  z  kolei  nauczyli  się  tego  (i  innych  pożytecznych  rzeczy,  łącznie  z 

umiejętnością żeglugi i budowania okrętów) od naszych słowiańskich przodków

54

.

Z  pewnością  alkoholem nie  była  woda  entów

55

, napój  zaskakujący nie  tylko swym  wpływem na  wzrost tkanek 

(przypadek  Merry’ego i  Pippina), ale  i tym, że  jego  smak  zmieniał  się  w  zależności od  pory  dnia  i  potrzeb  pijącego

56

Pokręcone  pnie  niektórych  drzew  świadczą  o  silnym  wpływie  podziemnych  wód  skażonych  przez  Wroga,  nie  zaś  o 

obecności  alkoholu  w  wodzie  entów.  Również  oszczerstwem  jest  plotka, jakoby  żony  entów  opuściły  swych  mężów  z 

powodu ich pijackich skłonności.

Zamknijmy w  tym miejscu część  poświęconą  przeglądowi  kulinarnych osobliwości  Śródziemia  i powróćmy  do 

poczynionych  na  wstępie  uwag  o  niespodziankach,  jakie  czekają  na  tych,  którzy  pragną  dokładnie  ustalić  obraz 

opisywanych uczt.

Przypomnijmy  tu  opis  jednej  z  najważniejszych  uczt  Śródziemia.  Oto  w  domu  Elronda  spotykają  się 

przedstawiciele wszystkich prawie  plemion zamieszkujących ziemię. Po raz pierwszy od wielu lat przy jednym wspólnym 

stole  zasiadają  obok  siebie  elfy  i  hobbici, ludzie, krasnoludy  i czarodzieje. Uczta  jest przygotowaniem do  narady  przed 

rozpoczęciem walki  z  Sauronem. Tolkien  poświęca  jej parę  stron,  nie  skąpi  nam opisów  zgromadzonych  biesiadników, 

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

28 / 31

45

 J. R. R. Tolkien: Wyprawa..., s. 123.

46

 Ibid., s. 179.

47

 Ibid., s. 180.

48

 Ibid, s. 291.

49

 Ibid, s. 395, 402, 420.

50

 Odnotujmy tu ciekawe  próby angielskiego lekarza Edwarda Bacha z  Londynu. Blisko pięćdziesiąt lat leczy on 

swych pacjentów  wodą  wzbogacaną  kwiatami  i osiąga  zdumiewające  efekty. Oczywiście, zbieżność  z  metodą  Yavanny 

może  tu być  jedynie pozorna. Nie omijajmy jednak tego tropu poszukiwań. Szerzej o pracach Bacha pisze  G. Blome „Mit 

Blumen Heilen” (1985)

51

 J. R. R. Tolkien: Silmarillion. Tłum. M. Skibniewska. Warszawa 1985, s. 84, 101. Także tradycja ustna.

52

 Nawet najmniej rzetelne słowniki są tu zgodne. Tolkien użył więc  prawidłowo określenia  wywodzącego się ze 

średniowiecznej łaciny –  cordialis to  tyle, co  „serdeczny”. Nawet w  czasach, gdy zapomniano już  wiele  z  dawnej nauki, 

mianem tym określano wzmacniający, orzeźwiający napój, korzystnie działający na serce – a więc dawny miruvor. Niezbyt 

pojętni nazywali go lekiem, a ludzie wyjątkowo złej woli twierdzili, iż był to alkohol (nalewka, wino – zwłaszcza wystałe); 

nazwa ta stosunkowo szybko wyszła jednak z użycia.

53

 J. R. R. Tolkien: Dwie Wieże..., s. 62.

54

 F. Fenikowski: Kaloszem do Skandynawii. Gdynia 1966, s. 285.

55

 J. R. R. Tolkien: Dwie Wieże..., s. 92-93, 103.

56

 W zapiskach P. L. Travers zachowały się informacje, iż niejaka M. Poppins dysponowała dużą butelką  płynu z 

napisem „Łyżeczkę od herbaty przed snem”. Płyn miał kolor ciemnopurpurowy, srebrzysty, zielonkawy i mógł smakować 

jak poziomkowe lody, ulepek, mleko lub poncz rumowy. Trudno jednak bez dodatkowych badań sformułować twierdzenie, 

że mógł mieć ten płyn coś wspólnego z wodą entów. Rzecz zasługuje jednak na wnikliwe przebadanie.

background image

przytacza treść  poszczególnych rozmów. Samym jednak potrawom poświęca  tylko  jedno zdanie, mówiące, iż „sute dania 

mogły zadowolić najgłodniejszego

57

.

Mniej  uważny  czytelnik  szybko  przebiegnie  wzrokiem  po  tych  stronach  i  zachowa  w  pamięci  mylny  obraz 

najwystawniejszej z uczt. Kiedy Frodo wychodzi z sali biesiadnej i napotyka Bilba

58

, zauważa z pewnym zdziwieniem, iż 

ten tak ważny Powiernik Pierścienia (z obecnych u Elronda on nosił go najdłużej i – przede wszystkim – to on wydobył go 

na  światło dzienne)  nie brał wcale  udziału w  uczcie. Bilbo  duma  (drzemie?)  w  kącie  Sali Kominkowej, a  przed  nim stoi 

kubek  i leży  kromka  chleba.  Zwykły  chleb? I  –  być  może  zwykła  woda? Niedopatrzenie? Mało  istotny,  przypadkowy 

obraz? A może Tolkienowi chodziło właśnie. o zwrócenie uwagi na tę sytuację? Może to tamta uroczysta biesiada nie miała 

aż  takiego znaczenia? Może p r a w d z i w e pożywienie, p r a w d z i w a uczta przed ważną naradą to ta kromka chleba i 

ten napój w kubku? Ależ tak – to przecież do tej sali wchodzą wszyscy uroczystym pochodem...

A może jakaś tajemnica okrywa i inne posiłki Śródziemia?

Kończąca  wyprawę  uczta  w  Ithilen

59

  opisana  jest podobnie  – tylko  raz  wspomina  się  o  napełnieniu  kielichów 

winem (kielich wina i korona należą tu najwyraźniej do symbolicznych atrybutów władcy

60

; dlaczego nie korona i miecz? 

korona i berło? a może chodzi tu o coś więcej? Porównaj przypis 73).

Podobnie  opisane  są  tu  i  inne  uroczyste  biesiady  —  brak  jest  informacji  o  potrawach,  wspomina  się  za  to 

najczęściej o toaście wznoszonym winem lub białym miodem. Nie ujawnia się nigdy nazw  potraw. Dotyczy to zwłaszcza 

pożywienia elfów, a także tych potraw, które podawane są na ucztach, o których przebiegu wieści nie powinny docierać do 

Władcy Ciemności

61

.

Powróćmy  do  kromki  chleba  i do  stojącego przed Bilem  kubka. Możemy  snuć  jedynie  domysły na  temat  tego 

posiłku...

62

 Co może kryć się w kubku? Wino? Miruvor?

Źródlana  woda? Woda  życia?  Co  możemy  powiedzieć  chociażby  o  tej  ostatniej? Że  uzdrawia, że  wraca  życie 

umarłym? Być  może  ten  tajemniczy  napój (a może  także i sam i miruvor?) bliski jest „żywej wodzie”  Marcela  Violeta

63

zdobywającej sobie uznanie wśród zwolenników  makrobiotycznej diety (być  może również kramy i chleby Beorna należą 

do kręgu makrobiotycznych potraw

64

)?

Pamiętna  pomyłka  Gimlego

65

  zachęca  nas  do  poszukiwania  powiązań  pomiędzy  kramami,  chlebem  Beorna  i 

lembasami. Analiza odnalezionych opisów tych wypieków pozwala nam rozpatrywać następujące możliwości:

a)  kramy  i  chleb  Beorna  były  próbami  naśladowania  lembasów  (mniejsza  już  o  to,  czy  udanymi  czy  nie, 

niezależnymi od siebie lub też w jakiś sposób skorelowanymi ze sobą);

b)  lembasy  były  (lub  miały  być)  końcowym  efektem  prób  stworzenia  pieczywa  optymalnego  (kramy  i 

„miodowniki”  Beorna  byłyby  więc  „pozostałościami”  stadiów  pośrednich  tych  poszukiwań  lub  ubocznymi  efektami 

doświadczeń);

c)  kramy,  „miodowniki”  i  lembasy  były  efektami  różnych  niezależnych  dążeń  do  stworzenia  możliwie 

najdoskonalszego pieczywa, przy czym najlepsze efekty osiągnęły tu elfy;

d) lembasy nie powstały w Śródziemiu, a przywędrowały ze Strzeżonego Królestwa (lub ze znacznie zacniejszych 

rejonów) i zachowały swą piewotną formę;

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

29 / 31

57

 J. R. R. Tolkien: Wyprawa..., s. 310.

58

 Ibid., s. 314.

59

 J. R. R. Tolkien: Powrót Króla..., s. 298.

60

 Ibid., s. 325, 349.

61

 Ujawnienie  nazwy mogło poddać  przedmiot lub  osobę czyjejś władzy. Podobnie  rygorystycznie przestrzegano 

tego np. w Ziemiomorzu.

62

 Nie zachowały się żadne pieśni na temat pożywienia Śródziemia. „Annaquenta” i „Esgalquenta” („Pieśń darów” 

i „Pieśń zasłon”)  były najprawdopodobniej apokryfami (niektórzy mówią  wręcz  o fałszerstwie). Być może tradycja  ustna 

używa  tu  dwóch  nazw  dla  jednej pieśni.  Część  badaczy  nie  odrzuca  założenia,  iż  pieśni  te  nigdy  nie  istniały  (nawet  w 

formie  apokryfu!), a  dopiero wzmianki o nic  istniejących  już  pieśniach (najczęściej nie  podaje się  ich tytułów), mających 

przytaczać  informacje (czy nawet całe fragmenty) z „Pieśni darów” czy „Pieśni zasłon”, zostały dużo później dopisane do 

tekstów, które być może były znane i Tolkienowi. Zdaniem badaczy brytyjskich Profesor w niejasnym (a  być może – także 

proroczym)  przeczuciu  fałszerstwa  odrzucił  te  teksty  i  zakazał  ich  wykorzystywania  (mówi  się  nawet, iż  je  zniszczył, 

czemu raczej nie dajemy wiary – choć jakoby brak ich wśród materiałów .przeznaczonych do publikacji w dalszych tomach 

„Historii Śródziemia”). Ciekawe  jest to, że hobbici łączyli pojęcie  uczty  i daru (stąd być może  „Annaquenta”  miała  jakiś 

swój  realny  odpowiednik),  a  szczególnie  cenili  takie  potrawy,  które  w  jednej  formie  zawierały  te  dwie  funkcje  (słynne 

czekoladowe  bombki  Bilba  – „Wyprawa”..., s. 51). Na ten temat wypowiadał się  również  jeden  z  założycieli  „Bilbo-no-

kai”, japońskiego  fan-klubu. Jakkolwiek  jego uwagi  mają  charakter dosyć  apodyktycznej polemiki z  poglądami autorów 

prac rękopiśmiennych, naszym zdaniem mających nadto problematyczny związek z Śródziemiem (chodzi tu o „ninjobon” z 

VII  w. n.e.  i  o  „Jözetsu  -  ku”  z  XVI/XVII  w.  n.e.), podajmy  dla  osób  szczególnie  zainteresowanych  informację  o  tej 

publikacji  –  Atsumono Akubi:  Daidokoro-taiheki. Yomihou,  Tokyo  1974  (interesujący  może  tu  być  zwłaszcza  jeden  z 

pierwszych rozdziałów „Usu-no-chikara”, s. 139 i nast.).

63

 Por.: M. Violet: Le secret des patriarches. Courrier du Livre, 1979 (V wydanie!).

64

 G. Oshawa: Le Zen macrobiotique. Libraire Philosophique, 1976; tegoż autora: La  philosophie de  la medicine 

d'Extreme-Orient (wydawca  i rok jak poprzednio). Z wydanych w języku polskim na  uwagę  zasługuje  jedynie  S. Pietyra: 

Makrobiotyka – sztuka zdrowia i długiego życia. Poznań 1982 (chociaż i tu autorka nie ustrzegła się pewnych dowolności).

65

 J. R. R. Tolkien: Wyprawa..., s. 498.

background image

e)  jak  punkt  d), z  zaznaczeniem, iż  do  Śródziemia  dotarł  jedynie  przepis,  wzór  lub nikłe  tylko  wyobrażenie  o 

prachlebie.

Musimy  odrzucić  w  zasadzie  sytuacje  b)  i  c).  W pewnym  stopniu  możemy  mieć  zastrzeżenia  do  sytuacji  a). 

Lembasy pojawiły się w Śródziemiu jako pokarm szczególny.

Bywały  o  f  i  a  r  o  w  y  w  a  n  e  i  nie  można  było  ich  kupić,  miały  specyficzny  wygląd,  a  ich  wyrobowi  i 

przechowywaniu towarzyszyć musiało spełnienie  specjalnych warunków, najczęściej otaczanych najściślejszą i utrzymaną 

do  dziś  tajemnicą.  W najdawniejszych  opisach  (co  ciekawe  –  jednocześnie  najpełniejszych

66

)  wskazuje  się  na  związki 

lembasów  t Majarami i światłem Pierwszych Drzew. Lembasy rozdawane  były przez  Melianę, władającą tak potężną  siłą 

czarodziejską,  iż  mogła  ona  chronić  ziemie  Doriathu  przed  mocą  Nieprzyjaciela.  Elfy  zachowały  dla  swych  władczyń 

przywilej  przechowywania  i  rozdzielania  lembasów.  Znane  nam  przypadki  ofiarowywania  lembasów  napotykanym 

podróżnikom przez elfy niższej rangi

67

 potwierdzają tylko tę zasadę — rozdają one chleb w imieniu władczyni. Niezwykle 

cienkie  pieczywo owijano w srebrzyste liście (prawdopodobnie  mallornu), a każdy z węzełków oplatającej zawiniątko nici 

chroniono  odlaną  (odciśniętą?)  w  białym  wosku  pieczęcią  z  wizerunkiem  kwiatu  Telperiona.  Kwiat  Telperiona, 

Najstarszego Drzewa, posłużył kiedyś Vardzie do utworzenia Księżyca. Jakżeż ważny musiał to być chleb, skoro chroniono 

go takimi pieczęciami!

W języku sindarińskim nazywano ten chleb lembas „chleb podróżny” Eldarów (od starszej formy lennmbas – lenn 

– ‘podróż’; mbass – ‘chleb’). W prastarej mowie  quenejskiej (eldarińskiej) chleb ten nosił nazwę koimas  – ‘chleb życia’. 

Oba te wyjaśnienia zasługują na naszą uwagę. „Chleb życia” i „chleb podróżny” – oba te określenia znane są i dzisiaj i być 

może odnoszą się nawet do tego samego desygnatu. W powszechniejszym dziś języku łacińskim używamy nazwy viaticum 

–  wiatyk  (dosłownie  ‘zaopatrzenie  podróżne’). Kościół katolicki  określa  tak komunię  udzielaną  ciężko  choremu, a  więc 

temu, kto szykuje  się  do najdłuższej z podróży i jednocześnie sam ma  świadomość, iż jego ziemska egzystencja  jest tylko 

jednym z etapów takiej wieczystej wędrówki. Kiedy Frodo spotyka podróżujące do Szarej Przystani elfy, on i jego drużyna 

otrzymują od nich posiłek złożony z lembasów i miruvoru

68

, Pippin na długo zapamięta „chleb, który smakował mu lepiej, 

niż  mogłaby smakować  u  m i e  r  a  j ą c e m u (podkr. moje  –  MB)  najbielsza  bułka

69

. Natomiast Słudzy Ciemności  z 

obrzydzeniem odrzucają  resztki  odnalezionych  lembasów, a  nakarmiony  nimi  Gollum wypluwa  okruchy, gdyż  mają  dla 

niego  smak p o  p i  o ł  u i  kurzu (po prostu: prochu  ziemi, przypominającego  o znikomości ziemskiego wędrowania  i o 

znikomości pychy żyjących na ziemi istot)

70

.

Czy  lembasy  mogły  być  najwyższą  formą  pożywienia  Tolkienowskiego  świata? Czy  może  były  tylko  nikłym 

odbiciem  chleba  spożywanego  przez  Valarów?  Meliana,  jedna  z  Majarów,  istot  najbliższych  Valarom  i 

najprawdopociohniej  doskonale  zorientowanych  w  ich  tajemnicach,  miała  opinię  najpiękniejszej  i  najrozumniejszej  z 

pustaci zamieszkujących pierwotne Lorien

71

. Jednocześnie mówiono, iż jest wielce niebezpieczną czarodziejką. 

Czyżby z  jakiegoś nie  ujawnionego  powodu  m u  s i a  ł  a  ona  opuścić  Valinur  i  podążając  do Bliższych Ziem, 

zabrała  ze sobą  wspomnienie chleba Valarów – a może nawet i sam chleb? Jaki d a r przeniosła na ziemię, skoro pamięć o 

tym darze przechowano w nadanym jej w quenejskim języku imieniu („dar miłości”, „cenny dar”)? Żadna z pieśni tego nie 

wyjaśnia, a z wielu tekstów  wynika, iż  związana  z  postacią  Meliany tajemnica nie  dała  się  ukryć  za  żadnymi słowami i 

„ktoś” musiał wreszcie wyrazić zgodę na to, by nie usuwając imienia Meliany z pieśni, nie powiedziano jednócześnie całej 

prawdy. Być  może  chodziło tu  o  ukrycie  czegoś przed  Melkorem i  jego następcami. Melkor  znał jednak wiele  tajemnic 

Valarów  i również tajemnica  Meliany  mogła  mu nie  być  obca. A może  Valarowie  po prostu  chcieli ukryć  przed  światem 

samowolę Meliany (lub swoją?) i nie powiedzieli wyraźnie, jak i dlaczego stało się to, co się stało.

Jeżeli Meliana przeniosła  – bez  wiedzy Valarów i wbrew ich woli –  wspomnienie chleba  i napoju  na  ziemię, to 

czym  się  kierowała? Nie  możemy  wykluczyć, iż  powodowała  nią  miłość  do  wszystkich  Dzieci  Iluvatara  i  może  w  ten 

sposób pragnęła  je uchronić  od skażenia  i śmierci. Kto  wie, może  uzyskała na to zgodę  Jedynego  i wypełniła  tylko  Jego 

polecenie  nawet wbrew  zazdrosnym Valarom (z  takimi poglądami spotykamy się  w  niektórych zapisach –  nie  zaleca  się 

jednak ani ich lektury, ani nawet wymieniania nazw tych pieśni).

Być  może  późniejsze  lembasy  wykonywano  tylko  według  pradawnego  przepisu,  dostosowywanego jedynie  do 

zmieniających się warunków, panujących na ziemi. Lembasy zachowały jednak wiele z  pierwotnych cech, przynajmniej te, 

jakimi charakteryzowały się  w czasach  Meliany. Wieści o lembasach rzadko wykraczały poza  krąg Eldarów i pojawienie 

się wiatyku wśród ludzi (a nawet wytwarzanie go) mogło mieć różne  przyczyny. Być może  ludzie uzyskali tę  umiejętność 

od  samej  Meliany,  a  może  Iluvatar  spełnił  swą  obietnicę  i  znalazł  sposób,  aby  przekazać  ludziom  chleb  łagodzący 

pierwotny ciężar Daru Iluvatara.

Pieśni na temat przekazania tego rodzaju pocieszenia są różne.

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

30 / 31

66

 J. R. R. Tolkien: Silmarillion... s. 246.

67

 J. R. R. Tolkien: Wyprawa..., s. 122.

68

 Ibid., s. 122-123.

69

 Ibid., s. 123.

70

 J. R. R. Tolkien: Dwie Wieże..., s. 295.

71

 J. R. R. Tolkien: Silmarillion... s. 61.

background image

Chleb Valarów... Być  może  to  o nim  mówili mistycy  chrześcijańscy,  gdy używali  określenia  panis  angelicus

72

Możemy się jedynie domyślać funkcji, jakie pełnił on w VaIlinorze.

Najprawdopodobniej pozwalał Valarom na zachowanie stałej łączności z Eru, chronił ich przed skażeniem pychą i 

zwątpieniem. Valarowie nigdy nie ujawniali tajemnic swych obrzędów – może nie mieli zgody Jedynego, a może pamięć o 

tym nie przechowała się. 

Jeżeli chleb Valarów był ważnym elementem ich mistycznych spotkań, to czy w biesiadach tych nie pojawiał się 

również legendarny miruvóre jako równorzędny składnik kreujący Pełnię Tajemnicy?

73

.

Nie wiemy więc dokładnie, kto przeniósł na ziemię chleb Valarów i czy jego czyn spotkał się z nagrodą, czy też  z 

karą. Wszystkie  pieśni mówią  jednak, iż  ten,  za  którego przyczyną  mogło  to  nastąpić, spotkał  się  niechybnie  z  bólem i 

zwątpieniem  w  sprawiedliwość  Najwyższego.  Poczynaniami Jedynego  kierowała  jednak  zawsze  miłość  do  tych, którzy 

przemierzają świat i wędrują ku swemu przeznaczeniu. W tej wędrówce towarzyszą im nie tylko pieśni – choć elfy właśnie 

je cenią wyżej ponad wszelkie pokarmy, z których najcenniejsze  opatrzone są  znakami Pierwszych Drzew. Ukryta w nich 

tajemnica jest, być może, najważniejszą tajemnicą świata – więcej nam jednak powiedzieć nie wolno.

SPIS TREŚCI

1. Powiernik Pieśni

2. Książki Tolkiena

3. W poszukiwaniu klucza do Śródziemia

4. Książki o Tolkienie

5. O pokarmach Śródziemia

Michał Błażejewski - J.R.R. Tolkien - Powiernik pieśni

31 / 31

72

 Ze wszech miar słusznym wydaje się poszukiwanie odpowiedzi na wszelkie wątpliwości dotyczące Valarów i Jedynego 

w kręgu muzyki. Wiemy doskonale, jak wielką wagę przekazujący nam historię Amurów przywiązywali do opisów pieśni 

Iluvatara. Tak więc trudne do zdefiniowania pojęcia przekazać może utwór muzyczny, a ryzyko zafałszowania treści jest tu 

mniejsze niż w przypadku przekazu słownego. Piękne wyjaśnienie, czym jest „chleb Valarów”, znajdziemy we „Mszy 

uroczystej” Cesara Francka w części „Panis angelicus” – choć i innym utworom o podobnym charakterze nie można 

odmówić tej umiejętności.

73

 Zachowały się także dokumenty, które  świadczą, iż chleb mógł pełnić w takich wieczerzach rolę drugorzędną. 

Pisze o tym m.in. Chretien de Troyes w swym „Perceval ou le conte du Graal” (druga poł. XII w.). Pamiętajmy jednak, że 

opisuje  on  najprawdopodobniej okres już  po spełnieniu  obietnicy Jedynego. Wyraźniej można  to zobaczyć  – a  właściwie 

usłyszeć  –  w  „Parsifalu”  Ryszarda  Wagnera  (miarodajna  wydaje  się  tu  szczególnie  edycja  z  nagraniem  utworu 

poprowadzonym  przez  G.  Soltiego, zrealizowana  jeszcze  za  życia  Profesora  – DECCA 417  143-2). Być  może  końcowe 

partie  tego  uroczystego  misterium  ukazują  nawet  transfigurację  pierwotnego  miruvóre  w  płyn  czy  substancję  bliższą 

ludzkiemu  doświadczeniu i ludzkiej kondycji –  nie  jest jednak  wykluczone,  iż  transfiguracja  ta  ma  przebieg  odwrotny. 

Niestety,  dokładność  informacji  przekazanych  przez  obu  autorów  (a  zwłaszcza  Wagnera,  na  co  Profesor  wielokrotnie 

zwracał uwagę) jest wysoce problematyczna. Odnaleziony w Gdańsku Graal miał kształt kamiennej, dość  ciężkiej misy, w 

której  gołębica  składała  winne  grono.  Otaczające  ten  obiekt  symbole  Pięćdziesiątnicy  i  Golgoty  potwierdzały  ponadto 

autentyczność  obiektu, jakkolwiek nie  umieszczono tu żadnego tekstu informacyjnego, a  i sam budynek, w  którym Graal 

był  przechowywany, znajduje  się  raczej  na  uboczu  tras  turystycznych.  Uwagi te  warto  uzupełnic  stwierdzeniem,  iż  po 

przekazaniu  przez  Strażnika  gdańskiego Graala  wybranemu przez niego kolejnemu Opiekunowi – misa  zniknęła  z  tegoż 

kościoła  a  dokładnie  – została  zastąpiona  przez  naśladujacą  ją  kopię,  w  dodatku  naśładującą  nieudolnie,  opatrzoną  całą 

masą  dodatkowych  dekoracji,  zacierających  –  być  może  celowo  –  sens  symbolicznego  przesłania.  Istnieje  jednak 

wiarygodny  przekaz,  że  po  odnalezieniu  przez  obecnego  Opiekuna  wewnetrznej  Drogi  i  po  jego  pogodzeniu  się  z 

narzuconą mu rolą (co jest wszelako istotnym elementem przekazu  w tej włąśnie tradycji) –  Opiekun i Graal odnajdą  się 

nawzajem i wszystko wróci na jeden choćby moment do stanu równowagi.