background image
background image

 

WSTĘ

 

Kiedy pod koniec lat czterdziestych mieszkałem w Mexico City, było to milionowe miasto oddychające 

czystym,  przepojonym  blaskiem  słońca  powietrzem,  upiększone  niebem  o  tym  niezwykłym,  zupełnie 

wyjątkowym odcieniu, który stanowi tak znakomite tło dla krąŜących sępów, dla krwi i piasku. Surowy, groźny, 

bezlitosny błękit meksykański. Mexico City spodobało mi się juŜ podczas pierwszej wizyty. W roku 1949 Ŝyło 

się  tam  tanio  -  duŜa  kolonia  cudzoziemców,  wspaniałe  burdele  i  restauracje,  walki  kogutów,  walki  byków, 

słowem wszelkie rozrywki, jakie tylko moŜna sobie wyobrazić. Człowiek samotny mógł tu zupełnie dobrze Ŝyć 

za  dwa  dolary  dziennie.  Sprawa  sądowa,  którą  wytoczono  mi  w  Nowym  Orleanie  za  posiadanie  heroiny  i 

marihuany,  przedstawiała  się  niezbyt  ciekawie,  więc  postanowiłem  nie  stawiać  się  w  sądzie  w  wyznaczonym 

terminie. Wynająłem mieszkanie w Mexico City, w cichej dzielnicy zamieszkanej przez klasę średnią. 

Wiedziałem, Ŝe zgodnie z obowiązującym prawem przedawnienia nie mogę wrócić do Stanów w ciągu 

najbliŜszych pięciu lat. ZłoŜyłem więc podanie o obywatelstwo meksykańskie i zapisałem się na kilka kursów z 

archeologii Majów i Meksyku w Mexico City College. Fundusz G.I. Bill pokrywał koszty moich ksiąŜek i opłaty 

za  studia,  a  ponadto  otrzymywałem  siedemdziesiąt  pięć  dolarów  miesięcznie  na  osobiste  wydatki.  Myślałem  o 

zajęciu się rolnictwem albo otworzeniu baru przy granicy ze Stanami. 

Miasto podobało mi się. Dzielnice biedoty pod względem brudu i nędzy z powodzeniem konkurowały z 

azjatyckimi.  Ludzie  srali  na  ulicy,  potem  kładli  się  w  kale  i  spali.  Muchy  spacerowały  po  twarzach  śpiących 

nędzarzy.  Ci  bardziej  przedsiębiorczy  (nierzadko  byli  to  trędowaci)  rozpalali  ogniska  na  rogach  ulic,  a  potem 

gotowali  ohydne,  śmierdzące,  rozpaćkane  potrawy,  które  rozprowadzali  wśród  przechodniów.  Gliniarze  nie 

czepiali  się  pijaków  śpiących  na  głównej  ulicy.  Odnosiłem  wraŜenie,  Ŝe  wszyscy  Meksykanie  doprowadzili  do 

perfekcji sztukę pilnowania własnego nosa. Kiedy ktoś miał ochotę nosić monokl czy chodzić z laską, nie wahał 

się  tego  robić.  Nikt  się  za  nim  z  tego  powodu  nie  oglądał.  Chłopcy  spacerowali  ulicami  pod  rękę  z  młodymi 

męŜczyznami i nikt nie zwracał na nich uwagi. Nie chodziło o to, Ŝe ludzie nie interesowali się innymi, po prostu 

Meksykaninowi  nie  przyszłoby  nigdy  do  głowy  spodziewać  się  słów  krytyki  ze  strony  obcego  czy  krytykować 

zachowanie innych. 

 

Meksyk w gruncie rzeczy naleŜał do świata kultury orientalnej, odzwierciedlał dwa tysiące lat chorób, 

nędzy, degradacji i głupoty, niewolnictwa i brutalności, fizycznego i psychicznego terroru. Był groźny, ponury i 

chaotyczny tym szczególnym chaosem snu. śaden Meksykanin nie znał naprawdę drugiego Meksykanina. Kiedy 

natomiast  jakiś  Meksykanin  kogoś  zabijał  (co  zdarzało  się  często),  zazwyczaj  był  to  jego  najlepszy  przyjaciel. 

KaŜdy, kto miał na to ochotę, nosił broń palną. Czytałem o kilku wypadkach, kiedy pijani gliniarze strzelali do 

stałych  bywalców  baru,  a  następnie  sami  padali  od  strzałów  uzbrojonych  cywilów.  Pod  względem  autorytetu 

meksykańscy gliniarze stali na równi z kontrolerami biletów w tramwajach. 

 

 

Wszyscy  urzędnicy  państwowi  byli  przekupni,  podatek  dochodowy  bardzo  niski,  a  system  opieki 

zdrowotnej  wyjątkowo  sprytnie  pomyślany;  lekarze  reklamowali  swoje  usługi  i  obniŜali  ceny.  Mogłeś  sobie 

wyleczyć  syfa  za  dwa  dolary  i  czterdzieści  centów  albo  kupić  penicylinę  i  wstrzyknąć  samemu.  Nie  istniały 

background image

przepisy ograniczające leczenie we własnym zakresie. Igły i strzykawki moŜna było dostać wszędzie. Był to czas 

Alemana,  kiedy  królowała  mordida

*

.  Piramida  łapówek  wznosiła  się  od  zwykłego  gliniarza  aŜ  do  samego 

Presidente. Pod względem morderstw Mexico City było stolicą świata; posiadało najwyŜszy wskaźnik zabójstw 

na głowę. Pamiętam codzienne doniesienia prasowe, takie jak to, na przykład: 

 

 

Pewien  campesino

*

  przyjechał  ze  wsi  do  miasta  i  czekał  na  autobus.  Płócienne  spodnie, 

sandały z opony, szerokie sombrero, maczeta za pasem. Obok niego czekał drugi człowiek, ubrany 

w  garnitur,  zerkający  na  zegarek  i  pomrukujący  ze  złością.  Campesino  wyciągnął  maczetę  i 

równiutko  ściął tamtemu głowę. Później powiedział policji: - Posyłał mi spojrzenia muy feo

*

, tak 

Ŝ

e w końcu nie mogłem się powstrzymać. 

 

 

Najwyraźniej tamten człowiek był zirytowany, poniewaŜ autobus się spóźniał. Wyglądał więc na szosę, 

wypatrując  autobusu,  a  campesino  błędnie  zinterpretował  jego  zachowanie  i  oto  rynsztokiem  potoczyła  się 

głowa, strojąc potworne miny i szczerząc złote zęby. 

 

Dwóch  niezadowolonych  campesino  siedziało  na  skraju  drogi.  Nie  mieli  pieniędzy  na 

ś

niadanie. Jakiś chłopiec przechodził tamtędy, prowadząc kilka kóz. Campesino podniósł kamień i 

zmiaŜdŜył chłopcu głowę. Zabrali kozy do najbliŜszej wioski i sprzedali je. Kiedy zatrzymała ich 

policja, jedli właśnie śniadanie. 

 

 

W  małym  domku  mieszkał  człowiek.  Pewien  obcy  zapytał  go  o  drogę  do 

Ayahuasca.  “A  to  tędy,  señor.”  Prowadził  tamtego  krętą  ścieŜką,  ciągle 

powracając w to samo miejsce. “Ta droga jest tutaj.” Nagle uświadomił sobie, Ŝe 

nie ma pojęcia, gdzie jest droga do Ayahuasca, a w ogóle z jakiej racji zawracają 

mu głowę? Wziął kamień i zabił dręczyciela.  

 

Campesino  zbierali  Ŝniwo  kamieniami  i  maczetami.  Politycy  i  emerytowani  gliniarze  ze  swoimi 

automatycznymi  spluwami  kaliber  45  byli  jeszcze  bardziej  krwioŜerczy.  Trzeba  było  nauczyć  się  spylać.  Oto 

jeszcze jedna prawdziwa historia: 

 

Pewien uzbrojony politico dowiaduje się, Ŝe jego dziewczyna go zdradza i spotyka się z 

kimś w holu. Zupełnie przypadkiem pojawia się tam młody Amerykanin, który siada obok niej. W 

tym  momencie  wpada  macho:  -  CHINGOA!  –  Wyciąga  swoją  czterdziestkę  piątkę  i  zwala 

chłopaka ze stołka barowego. Wyciągają ciało na ulicę i zabierają w siną dal. Kiedy przyjeŜdŜają 

                                            

*

 

Mordida - (hiszp.) łapówka.

 

*

 

Campesino - (hiszp.) wieśniak.

 

background image

gliny, barman wzrusza ramionami, wycierając swój zakurzony bar. - Malos, esos muchachos!

*

 - to 

wszystko, co mówi. 

 

 

KaŜdy kraj ma swoje męty, takich gnojków, jak na przykład szeryf z Południa, liczący karby na kolbie 

swojego  rewolweru  po  sprzątnięciu  kolejnego  Murzyna.  Pod  względem  zwykłego  draństwa  szyderczy 

meksykański macho na pewno do takich mętów naleŜy. Wielu ludzi naleŜących do meksykańskiej klasy średniej 

jest  równie  paskudnych  jak  kaŜdy  burŜuj  na  świecie.  Przypominam  sobie,  Ŝe  w  Meksyku  recepty  na  narkotyki 

były  jasnoŜółte  jak  banknot  tysiącdolarowy  albo  jak  zawiadomienie  o  karnym  zwolnieniu  z  wojska.  Pewnego 

dnia  Stary  Dave  i  ja  próbowaliśmy  zrealizować  taką  receptę,  którą  Dave  otrzymał  zupełnie  legalnie  od  rządu 

meksykańskiego.  Pierwszy  aptekarz,  do  którego  się  zwróciliśmy,  cofnął  się  gwałtownie,  szczerząc  zęby  na 

widok naszej recepty: - No prestamos servicio a los viciosos.

*

 

Chodziliśmy od apteki do apteki, z kaŜdym krokiem czując się coraz gorzej. Wszędzie 

nam odpowiadano: - Nie, señor... - Musieliśmy przejść kilka dobrych mil. 

- Jeszcze nigdy nie byłem w tej okolicy. 

- No, spróbujmy jeszcze raz. 

Weszliśmy w końcu do maleńkiej farmacia, mieszczącej się we wnęce muru. Wyjąłem receta

*

, a siwa 

pani uśmiechnęła się do mnie. Spojrzała na receptę i powiedziała: 

- Dwie minuty, señor

Usiedliśmy,  Ŝeby  poczekać.  Na  parapecie  okna  stało  geranium.  Mały  chłopiec  przyniósł  mi  szklankę 

wody, kot otarł się o moją nogę. Po chwili aptekarka wróciła z naszą morfiną. 

Gracias, señor

Wyszliśmy  i  okolica  wydała  nam  się  zaczarowana:  małe  farmacias  na  rynku,  stragany,  skrzynki  do 

przewoŜenia  towarów,  pulqueria

*

  na  rogu.  W  małych  budkach  sprzedawano  smaŜone  pasikoniki  i  cukierki 

miętowe  czarne  od  much.  Wiejscy  chłopcy  w  nieskazitelnie  białych  lnianych  ubrankach,  w  sandałach  ze 

sznurka,  z  twarzami  jak  z  polerowanego  brązu  i  o  dzikich,  niewinnych,  czarnych  oczach.  Przypominali 

egzotyczne zwierzęta o oślepiającej urodzie, ale całkowicie pozbawione seksu. Oto chłopiec o ostrych rysach i 

czarnej  skórze;  pachnie  wanilią,  za  uchem  ma  zatkniętą  gardenię.  Tak,  znalazłeś  Johnsona,  ale  po  to,  by  go 

znaleźć,  musiałeś  przebrnąć  przez  cały  Gównogród.  Zawsze  tak  jest.  Właśnie  wtedy,  kiedy  myślisz,  Ŝe  Ziemia 

jest zamieszkała wyłącznie przez róŜnych gnojków, spotykasz Johnsona. 

 

 

Pewnego  dnia  o  ósmej  rano  ktoś  zapukał  do  moich  drzwi.  Byłem  jeszcze  w  piŜamie,  otworzyłem  i 

stanąłem przed inspektorem Urzędu Imigracyjnego. 

- Ubieraj się. Jesteś aresztowany. 

Wyglądało  na  to,  Ŝe  kobieta  z  naprzeciwka  napisała  długi  donos  o  moim  pijaństwie  i  niechlujnym 

                                                                                                                                        

*

 

Muy feo - (hiszp.) bardzo nieładne.

 

*

 

Malos, esos muchachos! - (hiszp.) Ach, ci niedobrzy chłopcy!

 

*

 

No prestamos servicio a los viciosos - (hiszp.) Nie obsługujemy narkomanów.

 

*

 

Receta - (hiszp.) recepta.

 

*

 

Pulqueria - (hiszp.) stragan.

 

background image

wyglądzie.  Poza  tym  coś  było  nie  w  porządku  z  moimi  papierami,  a  w  ogóle  gdzie  moja  meksykańska  Ŝona, 

którą  jakoby  mam?  Urzędnicy  imigracyjni  byli  gotowi  zamknąć  mnie  w  więzieniu,  Ŝebym  oczekiwał  tam  na 

deportację jako niepoŜądany obcy element. 

Wszystko  moŜna  było  oczywiście  załatwić  przy  pomocy  pieniędzy,  ale  mój  rozmówca  był  szefem 

wydziału deportacji i byle czego nie brał. Skończyło się na dwustu dolarach. Wracając z Urzędu Imigracyjnego 

do  domu,  wyobraŜałem  sobie  sumę,  którą  musiałbym  zapłacić,  gdybym  faktycznie  prowadził  w  Mexico  City 

jakiś interes. 

Myślałem  o  ciągłych  problemach,  na  jakie  natykali  się  trzej  amerykańscy  właściciele  “Ship  Ahoy”. 

Gliniarze  bez  przerwy  przychodzili  po  mordida,  a  oprócz  nich  byli  inspektorzy  sanitarni,  a  takŜe  jeszcze  inni 

gliniarze, którzy próbowali znaleźć na tę knajpę jakiegoś haka i w ten sposób dostać w łapę kupę forsy. Zabrali 

kelnera  do komisariatu i skopali go niemiłosiernie. Chcieli się dowiedzieć, gdzie schowano ciało Kelly'ego. Ile 

kobiet  zgwałcono  w  knajpie?  Kto  przynosił  trawkę?  I  tak  dalej.  Kelly  był  amerykańskim  poszukiwaczem 

przygód, którego postrzelono w “Ship Ahoy” sześć miesięcy wcześniej; wylizał się i teraz słuŜy w Armii Stanów 

Zjednoczonych.  Nigdy  nie  zgwałcono  tam  Ŝadnej  kobiety  ani  nie  palono  trawki.  Porzuciłem  więc  plan 

otwierania baru w Meksyku. 

 
 

Człowiek uzaleŜniony nie dba o swój wygląd. Nosi najbrudniejsze, najbardziej zniszczone ubrania i nie 

czuje  potrzeby  zwracania  na  siebie  uwagi.  W  czasie,  kiedy  ćpałem,  byłem  znany  w  Tangerze  jako  El  Hombre 

Invisible  -  Niewidzialny  Człowiek.  Zaniedbanie  wyglądu  zewnętrznego  wywołuje  często  niewybredny  głód 

obrazów.  Billie  Holliday  powiedziała,  Ŝe  dopiero  wtedy  była  pewna  przezwycięŜenia  nałogu,  kiedy  przestała 

oglądać  telewizję.  W  mojej  pierwszej  powieści,  Ćpun,  Lee  przechodzi  przez  karty  ksiąŜki  zintegrowany, 

opanowany,  pewien,  Ŝe  wie,  dokąd  idzie.  W  Pedale  Lee  rozpaczliwie  potrzebuje  kontaktu,  jest  rozbity 

wewnętrznie, całkowicie niepewny siebie i celu, do którego dąŜy. 

RóŜnica  jest  oczywiście  prosta:  naćpany  Lee  jest  osłonięty,  chroniony,  a  takŜe  boleśnie  ograniczony. 

Narkotyki nie tylko powodują przyhamowanie popędu płciowego, ale takŜe stępiają reakcje emocjonalne aŜ do 

zupełnego  zaniku,  w  zaleŜności  od  wielkości  dawki. Kiedy ponownie przyjrzymy się akcji Ćpuna, zobaczymy, 

jak pełen halucynacji miesiąc ostrego odstawienia mieni się piekielnym blaskiem groźby i zła, wypływającym z 

barów rozświetlonych światłem neonów. Pełno tam ponurej przemocy, czterdziestka piątka jest zawsze tuŜ pod 

ręką.  Kiedy  ćpałem,  byłem  odizolowany.  Nie  piłem,  niezbyt  często  wychodziłem  z  domu,  ładowałem  tylko  w 

kanał i czekałem na kolejny strzał. 

Kiedy zdejmuje się pokrywkę, wszystko, co dotąd trzymane było w ryzach przez narkotyk, wylewa się 

na zewnątrz. Narkoman w okresie odstawienia łatwo popada w skrajne stany emocjonalne, właściwe dla wieku 

dziecięcego  lub  młodzieńczego,  niezaleŜnie  od  tego,  ile  faktycznie  ma  lat.  MęŜczyźni  sześćdziesięcioletni 

miewają  polucje  i  spontaniczne  orgazmy  (niezwykle  przykre  doświadczenie;  jak  mówią  Francuzi  -  agaçant

*

). 

Jeśli  czytelnik  nie  będzie  o  tym  pamiętał,  metamorfoza  charakteru  Lee  wyda  mu  się  niewytłumaczalna  albo 

psychotyczna.  Pamiętajcie  teŜ,  Ŝe  zespół  odstawienia  jest samoograniczający i nie trwa dłuŜej niŜ miesiąc. Lee 

przechodzi  teŜ  okres  nadmiernego  picia,  które  zaostrza  najniebezpieczniejsze  aspekty  choroby  odstawienia: 

niespokojne,  nieprzyzwoite,  skandaliczne,  płaczliwe  -  słowem,  odpychające  -  zachowanie.  Po  odstawieniu 

organizm  na  powrót  przystosowuje  się  i  stabilizuje  na  poziomie  przednarkotycznym.  W  narracji  stabilizacja  ta 

background image

jest  wreszcie  osiągnięta  podczas  podróŜy  południowoamerykańskiej.  Po  panamskim  znieczuleniu  nie  było  juŜ 

ani  heroiny,  ani  Ŝadnych  innych  narkotyków.  Lee  ogranicza  picie  do  kilku  głębszych  o  zachodzie  słońca. 

Wyjąwszy  fantasmagoryczną  obecność  Allertona,  przypomina  w  pewnym  stopniu  Lee  z  późniejszych  Yage 

Letters

 

 

Napisałem  więc  Ćpuna,  a  moja  motywacja  była  względnie  prosta:  w  najdokładniejszy  i  najprostszy 

sposób  spisać  doświadczenia  narkomana.  Liczyłem  na  wydanie,  pieniądze,  uznanie.  Kiedy  zacząłem  pisać 

Ć

puna, Kerouac opublikował The Town and the City. Pamiętam, Ŝe kiedy jego ksiąŜka ukazała się, napisałem do 

niego,  Ŝe  pieniądze  i  sławę  ma  juŜ  zapewnione.  Jak  widzicie,  w  tamtym czasie nie miałem pojęcia o zawodzie 

pisarza. 

Moje  motywacje  do  napisania  Pedała  były  bardziej  złoŜone  i  nawet  obecnie  nie  są  dla  mnie  jasne. 

Dlaczego  miałbym  chcieć  spisywać  z  taką  dokładnością  te  niezwykle  bolesne  i  rozdzierające  wspomnienia? 

Podczas  gdy  ja  napisałem  Ćpuna,  czuję,  Ŝe  to  Pedał  pisał  mnie.  Zadawałem  sobie  sporo  trudu,  by  zapewnić 

sobie  przyszłe  uznanie,  a  takŜe  wyrzucić  z  siebie  własne  przeŜycia:  pisanie  jako  szczepionka.  W  momencie 

kiedy  coś  zostaje  napisane  -  traci  moc  zdumiewania  nas,  podobnie  jak  wirus  traci  przewagę,  kiedy  osłabiony 

spowoduje  powstanie  przeciwciał.  Przez  spisanie  swoich  przeŜyć  osiągnąłem  więc  pewną  odporność  na  dalsze 

tego typu ryzykowne przedsięwzięcia. 

W  początkowym  fragmencie  rękopisu  Pedała,  Lee,  powróciwszy  z  narkotycznej  izolacji  do  krainy 

Ŝ

ywych  -  niczym  rozgorączkowany,  niedorzeczny  Łazarz  -  wydaje  się  zdecydowany  osiągać  sukcesy  w 

seksualnym sensie tego słowa. Jest coś dziwnie systematycznego i aseksualnego w jego pogoni za odpowiednimi 

obiektami  podbojów.  Skreśla  ze  swojej  listy  jedną  okazję  za  drugą,  zresztą,  zdaje  się,  ułoŜył  ten  spis, 

spodziewając  się  ostatecznej  klęski.  Podświadomie  Lee  nie  pragnie  sukcesu,  ale  robi  wszystko,  by  nikt  nie 

zauwaŜył, Ŝe w rzeczywistości wcale nie szuka kontaktu seksualnego. 

Jednak Allerton był na pewno j a k i mś  rodzajem kontaktu. A jakiego kontaktu szukał Lee? Pisząc teraz, 

myślę,  Ŝe  chodziło  o  realizację  jakiegoś  bardzo  zagmatwanego  zamysłu,  nie  mającego  nic  wspólnego  z  osobą 

Allertona.  Podczas  gdy  narkomanowi  jest  obojętne,  jakie  wraŜenie  wywiera  na  innych,  w  okresie  odstawienia 

moŜe odczuwać nieodpartą potrzebę publiczności. Najwyraźniej tego właśnie szuka Lee w Allertonie: widowni, 

uznania  dla  swoich  gier  i  gierek,  które  są  oczywiście  maską  osłaniającą  daleko  posuniętą  dezintegrację. 

Wynajduje  więc  gorączkowy,  przykuwający  uwagę  styl  bycia,  który  nazywa  “rutyną”:  szokującą,  śmieszną, 

zapierającą dech. “Jednego zatrzymuje z trzech, sędziwy dziad-marynarz...”

*

 

Przedstawienie  przybiera  formę  czynności  rutynowych:  fantazje  na  temat  szachistów,  teksańskiego 

nafciarza,  Targu  UŜywanych  Niewolników  Corn  Hole  Gusa...  W  Pedale  Lee  kieruje  te  rutynowe  czynności  ku 

rzeczywistej publiczności. Później, kiedy rozwija się jako pisarz, odnajduje publiczność w sobie. Jednak ten sam 

mechanizm, dzięki któremu powstał A. J. i doktor Benway, ten sam twórczy impuls stworzył Allertona. Zmusza 

go do przyjęcia roli wychwalającej muzy, w której to roli czuje się on ze zrozumiałych względów nieswojo. 

To,  czego  szuka  Lee,  to  kontakt  i  uznanie.  Jest  jak  foton,  który  wyłania  się  z  mgły  nieistotności,  by 

zostawić niezatarty ślad w świadomości Allertona. Jeśli nie znajdzie odpowiedniego obserwatora, grozi mu, jak 

                                                                                                                                        

*

 

Agaçant - (fr.) irytujące.

 

*

 

“Rymy o sędziwym marynarzu”, Samuel Taylor Coleridge, przekład Stanisława Kryńskiego.

 

background image

nie  obserwowanemu  fotonowi,  bolesne  rozproszenie.  Lee  nie  wie,  Ŝe  jest  juŜ  oddany  pisarstwu,  które  jest  dla 

niego jedyną drogą, by zostawić niezatarty ślad, niezaleŜnie od tego, czy Allerton jest skłonny obserwować, czy 

nie. Lee zostaje nieubłaganie wepchnięty w świat fikcji. Dokonał juŜ wyboru pomiędzy swoim Ŝyciem a pracą. 

 

 

Rękopis  urywa  się  w  Puyo,  mieście  na  Końcu  Drogi...  Poszukiwania  yage  zakończyły  się 

niepowodzeniem. Tajemniczy doktor Cotter pragnie tylko pozbyć się swoich nieproszonych gości. Podejrzewa, 

Ŝ

e  mogą  być  agentami  jego  zdradzieckiego  wspólnika,  Gilla,  który  pragnie  wykraść  genialne  dzieło  doktora  - 

sposób  uzyskiwania  kurary  z  wieloskładnikowej  trucizny  do  strzał.  Słyszałem  później,  Ŝe  zakłady  chemiczne 

postanowiły  po  prostu  wykupić  hurtem  ową  truciznę  i  wyodrębniać  kurarę  w  swoich  amerykańskich 

laboratoriach.  Lek  udało  się  wkrótce  uzyskać  syntetycznie  i  obecnie  jest  on  standardowym  składnikiem  wielu 

preparatów rozkurczowych. Wydaje się więc, Ŝe Cotter nie miał w rzeczywistości nic do stracenia: jego wysiłki 

zostały uprzedzone przez konkurencję. 

Ś

lepy  zaułek.  Puyo  moŜe  stanowić  model  Miejsca  przy  Ślepych  Drogach:  martwe,  bezładne 

zbiorowisko  domów  krytych  cynowymi  dachami,  stojących  w  strugach  nieustannego,  ulewnego  deszczu.  Shell 

wyniósł  się,  zostawiając  bungalowy  z  prefabrykatów  i  rdzewiejące  maszyny.  Lee  dotarł  natomiast  do  kresu 

drogi, kresu, który był oczywisty juŜ na początku. Pozostaje mu bezmiar przestrzeni nie do przekroczenia, klęska 

i zmęczenie po długiej, bolesnej podróŜy, odbytej na próŜno. Niewłaściwe wybory dróg, zgubiony ślad, autobus, 

który czeka w deszczu... z powrotem do Ambato, Quito, Panamy, Mexico City. 

 

 

Kiedy  zacząłem  pisać  ten  komentarz  do  Pedała,  odczułem  głęboką  odrazę,  pisarski  paraliŜ  krępujący 

jak kaftan bezpieczeństwa: “Patrzę na rękopis Pedała i czuję, Ŝe po prostu nie jestem w stanie tego czytać. Moja 

przeszłość  była  zatrutą  rzeką.  Miało  się  szczęście,  Ŝe  się  z  niej  uciekło.  Wiele  lat  po  spisaniu  tych  zdarzeń 

człowiek czuje się przez tę rzekę bezpośrednio zagroŜony. Bolesne do tego stopnia, Ŝe trudno jest mi to czytać, a 

co dopiero pisać o tym. Irytuje mnie kaŜde słowo i gest.” 

Przyczyna  mojej  niechęci  staje  się  jaśniejsza,  kiedy  zmuszam  się  do  oglądania  wstecz:  motywacją  do 

stworzenia tej ksiąŜki było wydarzenie, o którym tu się nie wspomina, a nawet się go unika. Była to absurdalna, 

przypadkowa śmierć mojej Ŝony, Joan, zastrzelonej w sierpniu 1951 roku. 

W  trakcie  pisania  The  Place  of  Dead  Roads  czułem  duchowy  związek  z  nieŜyjącym  pisarzem 

angielskim  Dentonem  Welchem.  Bohater  mojej powieści, Kim Carson, został stworzony bezpośrednio na wzór 

Dentona. Całe fragmenty zostały mi niejako podyktowane, przypłynęły do mnie jak odgłos bębnienia palcami po 

stole. Pisałem o tym fatalnym poranku w dniu wypadku, w wyniku którego Denton pozostał inwalidą do końca 

swojego  krótkiego  Ŝycia.  Gdyby  zatrzymał  się  trochę  dłuŜej  tu,  a  trochę  krócej  tam,  uniknąłby  spotkania  z 

motocyklistką,  która  wpadła  na  jego  rower  bez  Ŝadnego  widocznego  powodu.  W  którymś  momencie  Denton 

zatrzymał  się  na  kawę  i  patrząc  na  mosięŜne  zawiasy  w  oknach  kafejki,  niektóre  pęknięte,  poczuł  nagły 

przypływ uczucia totalnego opuszczenia i straty. KaŜde wydarzenie tego poranka naładowane jest wyjątkowym 

znaczeniem, jak gdyby było podkreślone. Pisarstwo Welcha przeniknięte jest podobnym podtekstem: trójkątny 

placuszek, filiŜanka herbaty, kałamarz kupiony za kilka szylingów, wszystkie te przedmioty stają się naładowane 

wyjątkowym, często złowieszczym znaczeniem. 

background image

Odnoszę  dokładnie  to  samo  wraŜenie  -  w  stopniu  wręcz  nie  do  wytrzymania  -  kiedy  czytam  rękopis 

Pedała.  Wydarzeniem,  które  owładnęło  uczuciami  Lee,  była  spowodowana  przez  niego,  śmierć  Ŝony. 

Ś

wiadomość  obsesji,  martwa  dłoń  zsuwająca  się  jak  rękawiczka  z  jego  własnej  ręki.  Z  tych  stronic  unoszą  się 

więc  opary  grozy  i  zła.  Lee  -  świadomie  lub  nieświadomie  -  stara  się  uciec  od  zła  za  pomocą  gorączkowych 

wzlotów fantazji. Usiłuje zasłaniać się codziennymi, rutynowymi czynnościami, a mimo to poczucie zagroŜenia 

jest wciąŜ obecne, choć nieuchwytne jak mgła. 

Brion Gysin powiedział mi kiedyś w ParyŜu: - Zły duch zastrzelił Joan, aby być... - Fragment przekazu 

mediumistycznego, który nie został zakończony; a moŜe został? Nie ma potrzeby go kończyć, jeśli odczytacie to 

tak:  “Zfy  duch  zastrzelił  Joan,  a b y  b yć   -  czyli  aby  podtrzymać  swoją  nienawistną,  pasoŜytniczą  działalność. 

Moja  koncepcja  opętania  bliŜsza  jest  wizji  średniowiecznej  niŜ  wyjaśnieniom  współczesnej  psychologii,  które 

dogmatycznie  upierają  się,  Ŝe  tego  rodzaju  zjawiska,  muszą  pochodzić  z  wewnątrz,  a  nigdy,  nigdy,  nigdy  z 

zewnątrz. (Tak jakby istniała jakaś wyraźna granica między wnętrzem a tym, co się dzieje na zewnątrz.) Mam tu 

na  myśli  określony  byt  opętujący.  W  istocie  ta  koncepcja  psychologiczna  mogła  zostać  z  powodzeniem 

wymyślona właśnie przez owe byty opętujące. Dla opętującego nie ma bowiem nic bardziej niebezpiecznego niŜ 

być postrzeganym przez ofiarę jako odrębna istota, która napada. Z tego powodu ten, który napada, ukazuje się 

tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie niezbędne. 

W  roku  1939  zacząłem  się  interesować  hieroglifami  egipskimi  i  poszedłem  spotkać  się  z  kimś  z 

Wydziału Egiptologii na Uniwersytecie w Chicago. Coś wrzeszczało mi do ucha: - NIE JESTEŚ STĄD! - Tak, 

hieroglify dostarczały jedynego klucza do mechanizmu opętania. Byt opętujący, podobnie jak wirus, musi sobie 

znaleźć wejście. 

Podczas tego wydarzenia po raz pierwszy wyraźnie zrozumiałem, Ŝe jest we mnie coś, co nie jest mną i 

nad  czym  nie  panuję.  Pamiętam  sen  z  tamtego  okresu:  w  latach  trzydziestych  pracowałem  w  Chicago  jako 

tępiciel  robactwa.  Wynajmowałem  pokój  przy  North  Side.  We  śnie  unoszę  się  pod  sufitem  w  poczuciu 

całkowitej  martwoty  i  rozpaczy.  Patrzę  w  dół  i  widzę,  Ŝe  moje  ciało  wychodzi  drzwiami,  i  wiem,  Ŝe  ma 

zbrodnicze zamiary. 

 

 

MoŜna  się  zastanawiać,  czy  yage  mogła  uratować  całą  sprawę  przez  oślepiające 

objawienie. Przypominam sobie zdanie, które napisałem w ParyŜu wiele lat później: “Surowe, 

złuszczone wiatry nienawiści i nieszczęścia wystrzeliły”. Przez długi czas sądziłem, Ŝe słowa 

te  dotyczą  zastrzyku,  kiedy  narkotyk  tryska  z  drugiej  strony  zatkanej  strzykawki  lub 

zakraplacza.  Brion  Gysin  wskazał  na  faktyczne  znaczenie  napisanych  przeze  mnie  słów: 

strzał, który zabił Joan. 

 

W Quito kupiłem nóŜ fiński. Miał metalową rękojeść i dziwny, spatynowany “antyczny” wygląd, jakby 

pochodził  ze  sklepu  ze  starzyzną  z  początku  wieku.  Widzę  go  na  tacy,  na  której  leŜą  stare  noŜe  i  pierścionki; 

cienka  warstewka  srebra  odchodzi  płatami.  Było  około  trzeciej  po  południu,  kilka  dni  po  moim  powrocie  do 

Mexico City. Postanowiłem naostrzyć ten nóŜ. DomokrąŜca ostrzący noŜe gwizdał zawsze tę samą melodyjkę i 

zawsze  chodził  tą  samą  trasą.  Kiedy  szedłem  ulicą  w  kierunku  jego  wózka,  uczucie  smutku  i  straty 

background image

przygniatające  mnie  przez  cały  dzień  stało  się  tak  przemoŜne,  Ŝe  łzy  pociekły  mi  po  twarzy,  -  Co  jest  źle,  na 

Boga?  -  pytałem  sam  siebie.  Ta  cięŜka  depresja  i  uczucie  zagubienia  powracają  w  tekście.  Lee  wiąŜe  je 

zazwyczaj  ze  swymi  niepowodzeniami  z  Allertonem:  “Coś,  jak  kotwica,  hamowało  ruchy  i  myśli.  Twarz  Lee 

była  zesztywniała,  jego  głos  brzmiał  głucho”.  Allerton  właśnie  odrzucił  zaproszenie  na  obiad  i  nagle  odszedł: 

“Lee wbijał wzrok w stół, jego myśli były powolne, zupełnie jakby było mu bardzo zimno”. (Kiedy to czytam, 

j e s t  mi bardzo zimno i mam depresję.) Oto i uprzedzający wydarzenia sen z chaty Cottera w Ekwadorze: “Stał 

przed  wejściem  do  »Ship  Ahoy«.  Knajpa  wyglądała  na  opustoszałą.  Słyszał  czyjś  płacz.  Zobaczył  swojego 

małego  synka,  ukląkł  i  wziął  dziecko  w  ramiona.  Płacz  stał  się  wyraźniejszy,  napłynęła  fala  smutku...  Mocno 

przytulił małego Willy'ego do piersi. Stała tam grupa ludzi w więziennych ubiorach. Lee zastanawiał się, co tam 

robili i dlaczego on sam płakał”. 

Powstrzymywałem  się  od  sięgania  pamięcią  do  dnia  śmierci  Joan,  do  wszechogarniającego  poczucia 

straty i dopełnienia się losu... idąc ulicą, poczułem nagle łzy płynące po twarzy. Co mi jest? Mały nóŜ fiński z 

metalową  rękojeścią,  srebro  odchodzące  płatami,  zapach  starych  monet,  gwizd  ostrzyciela  noŜy.  Co  się  stało  z 

tym noŜem, którego nigdy nie doprowadziłem do porządku? 

Jestem  zmuszony  do  wyciągnięcia  kompromitującego  mnie  wniosku,  Ŝe  gdyby  nie  śmierć  Joan,  nigdy 

nie  zostałbym  pisarzem.  Nie  mogę  teŜ  uniknąć  docenienia  stopnia,  w  jakim  wydarzenie  to  motywowało  i 

kształtowało moje pisarstwo. śyję w ciągłym zagroŜeniu opętaniem i z ciągłą potrzebą ucieczki przed nim, przed 

kontrolą.  W  ten  sposób  śmierć  Joan  sprawiła,  Ŝe  wszedłem  w  kontakt  z  napastnikiem,  ze  Złym  Duchem. 

Wmanewrowała mnie teŜ w trwającą całe Ŝycie walkę, z której jedynym wyjściem było dla mnie pisanie. 

 

Zmusiłem się do tego, by umknąć śmierci. Denton Welch to prawie moja twarz. Zapach starych monet. 

Cokolwiek  się  stało  z  tym  noŜem  o  imieniu  Allerton,  miej  pretensje  do  przeraŜającej  Margaras  Inc.  CzyŜby 

rozumienie było fundamentalną formą działania? Dzień utraty Joan i dopełnienia się jej losu. Okazuje sięŜe łzy 

spływające z Allertona obnaŜają, kogoś podobnego zabijace z westernów. Co przepisujesz? Trwająca całe Ŝycie 

troska o Wirusa i Kontrolę. Dostawszy się do środka, wirus zuŜywa energię, krew, ciało i kości gospodarza po 

to, by powielać samego siebie. Natarczywa dogmatyczna wizja nigdy nigdy nie pochodząca z wnętrza krzyczy mi 

do ucha: NIE JESTEŚ STĄD! 

Komentarz skrępowany kaftanem bezpieczeństwa i dokładnie sparaliŜowany głęboką odrazą. Ucieczka 

od  wersów  szkicu  nakreślonego  lata  temu  przez  wydarzenia.  Z  dala  od  pisarskiego  paraliŜu,  spowodowanego 

ś

miercią  Joan.  Denton  Welch  to  głos  Kima  Carsona  dochodzący  zza  chmury  i  wyartykułowany  poprzez 

bębnienie palcami po pękniętym stole. 

 

William S. Burroughs 

luty 1985 

background image

 

Rozdział l 

 

Lee zwrócił uwagę na młodego śyda, Carla Steinberga, którego znał niezobowiązująco od około roku. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczył  Carla,  pomyślał:  Mógłbym  go  wykorzystać,  gdyby  rodzinne  klejnoty  nie  były 

zastawione w lombardzie Wuja Śmiecia. 

Chłopiec miał blond włosy, wąską, ostrą twarz upstrzoną kilkoma piegami, zawsze trochę zaróŜowioną 

wokół  uszu  i  nosa,  tak  jakby  dopiero  co  się  umył.  Lee  nigdy  jeszcze  nie  znał  kogoś  tak  czystego  jak  Carl.  Ze 

swymi  małymi,  okrągłymi  oczyma  i  zmierzwionymi  jasnymi  włosami  przywodził  mu  na  myśl  małego  ptaka. 

Carl  urodził  się  w  Monachium,  a  wychował  w  Baltimore.  Miał  europejski  wygląd  i  zachowanie.  Kiedy  ściskał 

komuś dłoń, delikatnie trzaskał obcasami. 

Ogólnie  rzecz  biorąc,  Lee  łatwiej  przychodziła  rozmowa  z  młodymi  ludźmi  z  Europy  niŜ  z 

Amerykanami. Grubiaństwo wielu Amerykanów psuło mu humor, grubiaństwo oparte na wyraźnej pogardzie dla 

jakichkolwiek  sformalizowanych  zachowań  oraz  na  załoŜeniu,  Ŝe  dla  dobra  społeczeństwa  naleŜy  przyjąć,  Ŝe 

wszyscy ludzie są mniej lub bardziej równi i porównywalni. 

Tym,  czego  Lee  szukał  we  wszystkich  związkach,  było  poczucie  wspólnoty.  Czuł  pewien  kontakt  z 

Carlem.  Chłopiec  słuchał  grzecznie  i  wydawał  się  rozumieć,  co  mówi  Lee.  Po  pewnych  początkowych 

wahaniach zaakceptował fakt, Ŝe Lee jest seksualnie zainteresowany jego osobą. 

-  PoniewaŜ  nie  jestem  w  stanie  zmienić  o  tobie  zdania,  będę  musiał  zmienić  zdanie  na  temat  innych 

rzeczy - powiedział do Lee. 

Jednak  Lee  przekonał  się  szybko,  Ŝe  sprawa  nie  postępuje  naprzód.  Skoro  zaszedłem  tak  daleko  z 

amerykańskim  chłopakiem,  rozumował,  równie  dobrze  mógłbym  pójść  na  całość.  No  dobra,  nie  jest  pedałem, 

lecz czasem ludzie potrafią być uczynni. Co stoi na przeszkodzie? Wreszcie Lee odgadł: 

- Nasz romans jest niemoŜliwy, poniewaŜ nie spodobałby się jego matce. 

Wiedział,  Ŝe  czas  się  rozstać.  Przypomniał  sobie  przyjaciela-homoseksualistę,  śyda,  który  mieszkał  w 

Oklahoma City. 

-  Czemu  tkwisz  tutaj?  -  spytał  go  Lee.  -  Masz  dosyć  pieniędzy,  Ŝeby  zamieszkać  gdziekolwiek 

zechcesz. 

- Gdybym się stąd wyprowadził, to zabiłoby moją matkę - brzmiała odpowiedź. 

Lee zaniemówił. 

Pewnego popołudnia spacerował z Carlem wzdłuŜ parku przy Amsterdam Avenue. Nagle Carl lekko się 

ukłonił i uścisnął dłoń Lee. 

- Powodzenia - powiedział i pobiegł do tramwaju. 

Lee  stał,  patrząc  za  nim,  a  potem  wszedł  do  parku  i  usiadł  na  betonowej  ławce,  mającej  imitować 

drewnianą. Niebieskie płatki spadały z kwitnącego drzewa. Siedział i patrzył, jak ciepły wiosenny wiatr porusza 

kwiatami  leŜącymi  na  ścieŜce.  Niebo  chmurzyło  się  przed  popołudniową  ulewą.  Lee  czuł  się  osamotniony  i 

pokonany. Będę musiał poszukać kogoś innego, pomyślał. Zakrył twarz dłońmi. Był bardzo zmęczony. 

Ujrzał  widmowy  szereg  chłopców.  KaŜdy  z  nich,  kiedy  dochodził  do  czoła  szeregu,  mówił: 

“Powodzenia” - i biegł do tramwaju. 

“Przepraszam...  znowu  pomyłka...  proszę  spróbować  jeszcze  raz...  gdzieś  indziej...  nie  tutaj...  nie  ja... 

background image

nie mogę z tego skorzystać, nie potrzebuję tego, nie chcę. Dlaczego wybrałeś mnie?” 

Ostatnia twarz była tak rzeczywista i tak brzydka, Ŝe Lee powiedział na głos: 

- A kto ciebie pytał, ty wstrętny skurwysynu? 

Otworzył  oczy  i  rozejrzał  się  dokoła.  Obok  niego  przeszli  dwaj  przytuleni  do  siebie  meksykańscy 

młodzieńcy. Popatrzył za nimi, oblizując suche, spękane wargi. 

Po tym wydarzeniu Lee nadal widywał Carla, aŜ w końcu chłopiec powiedział mu po raz ostatni: 

- Wszystkiego dobrego. 

I odszedł. Lee słyszał później, Ŝe wyjechał ze swoją rodziną do Urugwaju. 

 

 

Lee  siedział  z  Winstonem  Moorem  w  Rathskeller,  pijąc  podwójną  tequilę.  Zegar  z  kukułką  i 

nadgryzione  przez  mole  głowy  jeleni  nadawały  restauracji  wygląd  ponurego  tyrolskiego  zajazdu.  Smród 

rozlanego piwa, zapchanych klozetów i sfermentowanych śmieci unosił się w knajpie jak gęsta mgła i wypełzał 

na ulicę przez wąskie, niewygodne drzwi wahadłowe. Telewizor, który albo nie działał, albo wydawał potworny, 

chrapliwy skrzek, decydował ostatecznie o tym, Ŝe lokal był w sumie dosyć nieprzyjemny. 

- Byłem tutaj zeszłej nocy - powiedział Lee do Moora. - Rozmawiałem z pewnym lekarzem-pedałem i z 

jego chłopakiem. Lekarz był majorem w Korpusie Medycznym. Jego chłopak to jakiś taki niewyraźny inŜynier, 

okropnie wyglądający, mały kurwiszon. No więc ten lekarz zaprosił mnie, Ŝebym z nim wypił, chłopak zrobił się 

zazdrosny, a poza tym nie miałem ochoty na piwo. Lekarz odebrał to jako zarzut pod adresem Meksyku i jego 

osoby.  Zaczął  rutynowo:  “Czy  lubisz  Meksyk?”  Powiedziałem  mu,  Ŝe  Meksyk  jest  w  porządku,  ale  on  sam 

przyprawia  mnie  o  ból  dupy.  Rozumiesz,  powiedziałem  mu  to  grzecznie.  A  poza  tym  napomknąłem, Ŝe muszę 

wracać  do  Ŝony.  Na  to  on:  “Nie  masz  Ŝadnej  Ŝony,  jesteś  takim  samym  pedałem  jak  ja.”  -  “Nie  wiem,  jakim 

pedałem  jesteś,  doktorku  -  odpowiedziałem  -  i  nie  mam  zamiaru  się  dowiadywać.  Co  innego,  gdybyś  był 

przystojnym  Meksykaninem,  ale  jesteś  przeklętym,  starym,  brzydkim  Meksykaninem,  a  twój  paskudny, 

napoczęty przez robale chłopak jest jeszcze gorszy”. Miałem oczywiście nadzieję, Ŝe sprawa nie zakończy się w 

Ŝ

aden drastyczny sposób... 

-  Nigdy  nie poznałeś Hatflelda? - spytał Moor. - No pewnie, Ŝe nie. Jesteś za młody. Hatfleld zabił w 

pulqueria pewnego cargador

*

. Kosztowało go to pięćset dolarów. Przyjmując teraz, Ŝe cargador jest na samym 

dole drabiny społecznej, pomyśl, ile by mnie kosztowało zastrzelenie majora Armii Meksykańskiej. 

Moor przywołał kelnera. 

Yo quiero un sandwich - oświadczył, uśmiechając się do kelnera. - Quel sandwiches tiene?

*

 

- Co chcesz jeść? - spytał Lee zirytowany przerwą w rozmowie. 

-  Nie  wiem  dokładnie  -  odparł  Moor,  przeglądając  menu.  -  Ciekawe,  czy  mogliby  zrobić  kanapkę  z 

pełnoziarnistego  chleba  ze  stopionym  Ŝółtym  serem?  -  Moor  odwrócił  się  do  kelnera  z  uśmiechem,  który  miał 

być chłopięcy. 

Lee zamknął oczy, podczas gdy Moor przystąpił do przekazywania koncepcji topionego Ŝółtego sera na 

grzance z chleba pełnoziarnistego. Moor był uroczo bezradny ze swoją niepoprawną hiszpańszczyzną. Odgrywał 

scenkę  pod  tytułem  “Mały  chłopiec  w  obcym  kraju”.  Uśmiechnął  się  uśmiechem  bez  śladu  ciepła,  ale  teŜ  nie 

                                            

*

 

Cargador - (hiszp.) tragarz.

 

*

 

Yo quiero un sandwich. Quel sandwiches tiene? - (hiszp.) Chcę kanapkę. Jakie macie kanapki?

 

background image

zimnym.  Był  to  pozbawiony  znaczenia  uśmiech  starczego  rozkładu;  uśmiech,  do  którego  pasuje  sztuczna 

szczęka; uśmiech człowieka, który w samotności samouwielbienia zrobił się stary i sentymentalny. 

Moor  był  młodym,  chudym  człowiekiem  o  blond  włosach,  które  zazwyczaj  były 

trochę za długie. Miał jasnobłękitne oczy i bardzo białą skórę, pod oczyma ciemne plamy, a 

wokół  ust  dwie  głębokie  bruzdy.  Wyglądał  jak  dziecko,  a  jednocześnie  jak  człowiek 

przedwcześnie postarzały. Na jego twarzy widoczne było spustoszenie dokonane przez proces 

umierania; inwazja rozkładu na ciało odcięte od Ŝywego kontaktu. Motywacją działań Moora, 

rzeczą,  która  dosłownie  trzymała  go  przy  Ŝyciu  i  na  nogach,  była  nienawiść.  Nienawiść 

Moora  była  jak  powolny,  miarowy  nacisk,  słaby,  ale  zawsze  obecny,  czekający  na 

wykorzystanie kaŜdej słabości w drugim człowieku. Powolne sączenie się nienawiści wyryło 

na twarzy Moora bruzdy rozkładu. Zestarzał się, nie doświadczywszy Ŝycia, jak kawał mięsa 

gnijący na półce w spiŜarni. 

Moor  nauczył  się  przerywać  opowiadanie  tuŜ  przed  puentą.  Często  zaczynał  wtedy  długą  rozmowę  z 

kelnerem  albo  z  kimkolwiek,  kto  był  pod  ręką,  lub  stawał  się  nieuchwytny  i  odległy,  ziewał  i  pytał:  -  Co  to ja 

mówiłem? - jakby przywołany z powrotem do nudnej rzeczywistości z krainy obrazów, o których inni nie mogli 

mieć pojęcia. 

Moor zaczął mówić o swojej Ŝonie. 

-  Na  początku  Bill była tak ode mnę uzaleŜniona, Ŝe dosłownie dostawała histerii, kiedy musiałem iść 

do  muzeum,  gdzie  pracuję.  Udało  mi  się  rozbudzić  jej  ego  do  takiego  stopnia,  Ŝe  przestała  mnie  juŜ 

potrzebować, a wtedy nie pozostało mi nic innego, tylko odejść. Nic więcej nie mogłem dla niej zrobić. 

Moor odgrywał tę scenę szczerze, z przekonaniem. Mój BoŜe, pomyślał Lee, on naprawdę w to wierzy. 

Lee zamówił kolejną podwójną tequilę. Moor wstał. 

- No, muszę się zbierać - powiedział. - Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia. 

- Słuchaj - powiedział Lee - co powiesz na kolację dziś wieczorem? 

- No, dobra - odparł Moor. 

- O szóstej w K.C. Steak House. 

- W porządku. - Moor odszedł. 

Lee  wypił  pół  tequili,  którą  kelner  przed  nim  postawił.  Jego  znajomość  z  Moorem  była  przelotna. 

Poznał  go  kilka  lat  wcześniej  w  Nowym  Jorku  i  nigdy  go  nie  lubił.  Moor  teŜ  nie  lubił  Lee,  ale  on  nikogo  nie 

lubił. Musiałeś zwariować, Ŝeby podrywać kogoś takiego, powiedział do siebie Lee. Wiesz przecieŜ, jaka z niego 

kurwa. Te jednostki z pogranicza potrafią być większymi kurwami niŜ jakakolwiek ciota. 

 

 

Kiedy Lee zjawił się w K.C. Steak House, Moor juŜ tam był. Przyszedł z Tomem Williamsem, innym 

chłopakiem z Salt Lake City. Przyprowadził przyzwoitkę, pomyślał Lee. 

-  ...Lubię  tego  faceta,  Tom,  ale  nie  mogę  znieść,  kiedy  jestem  z  nim  sam  na  sam.  Próbuje  mnie 

zaciągnąć do łóŜka. Tego właśnie nie lubię w pedałach, nie moŜesz się z nimi po prostu przyjaźnić... 

Tak, Lee usłyszał tę rozmowę. 

background image

Podczas kolacji Moor i Williams rozmawiali o łodzi, którą zamierzali zbudować nad Ziuhuatenejo. Lee 

sądził, Ŝe to głupi pomysł. 

- Czy nie uwaŜasz, Ŝe budowa łodzi to zajęcie dla fachowca? 

Moor udał, Ŝe nie słyszy. 

Po  kolacji  Lee  wrócił  z  Moorem  i  Williamsem  do  domu,  w  którym  Moor  wynajmował  mieszkanie. 

Kiedy stanęli pod drzwiami, zapytał: 

- Czy mielibyście panowie ochotę się napić? Przyniosę butelkę... - Patrzył to na jednego, to na drugiego. 

- Wiesz, chyba nie - odparł Moor. - Widzisz, chcemy popracować nad planami łodzi, którą zamierzamy 

zbudować. 

-  Aha,  no  dobrze,  to  do  jutra  -  powiedział  Lee.  -  Co  byś  powiedział  na  drinka  w  Rathskeller? 

Powiedzmy o piątej? 

- Myślę, Ŝe jutro będę zajęty. 

- No dobrze, ale musisz przecieŜ jeść i pić. 

- Widzisz, ta łódź jest dla mnie waŜniejsza niŜ cokolwiek innego. Będę teraz bardzo zajęty. 

- Jak sobie Ŝyczysz - powiedział Lee i odszedł. 

Był dotknięty do Ŝywego. Usłyszał, jak Moor mówi: 

- Dzięki, Ŝe się w to wmieszałeś, Tom. Mam nadzieję, Ŝe zrozumiał. Lee jest oczywiście interesującym 

facetem i tak dalej... ale ta pedalska sytuacja przekracza moje siły. 

Był więc tolerancyjny, rozwaŜał róŜne strony tego zagadnienia, współczuł do pewnych granic; w końcu 

jednak zmuszony był przyjąć taktowną, ale zdecydowaną linię. 

I  on  naprawdę  w  to  wierzy,  pomyślał  Lee,  tak  jak  w  ten  bełkot  o  rozbudowywaniu  ego  swojej  Ŝony. 

Potrafi  upajać  się  urokami  rozpasanego  kurewstwa,  a  jednocześnie  widzieć  siebie  w  roli  świętego.  Niezła 

sztuczka. 

W istocie, kiedy Moor odtrącił Lee, liczył na to, Ŝe zada mu ogromny ból, Ŝe uderzy go tak mocno, jak 

tylko  to  było  moŜliwe  w  tamtych  okolicznościach.  Stawiało  to  Lee  w  roli  obmierzłego,  namolnego  pedała, 

niewraŜliwego  i  zbyt  głupiego,  by  mógł  zdać  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  jego  zaloty  są  niepoŜądane.  To  z  kolei 

narzucało Moorowi przykrą konieczność wytyczenia granicy. 

Lee  przez  kilka  minut  stał  oparty  o  latarnię.  Wstrząs  otrzeźwił  go,  wygnał  z  niego  pijacką  euforię. 

Poczuł, jak bardzo jest zmęczony, jaki słaby. Jednak nie chciał jeszcze wracać do domu. 

background image

 

Rozdział 2 

 

Wszystko,  co  wyprodukowano  w  tym  kraju,  rozpada  się,  pomyślał  Lee.  Badał  ostrze  kieszonkowego 

noŜa  z  nierdzewnej  stali.  Chrom  odchodził  płatami  jak  sreberko  z  opakowania  czekolady.  Nie  zdziwiłbym  się, 

gdybym poderwał chłopaka w Alameda, a jego... O, idzie szczery Joe. 

Joe Guidry dosiadł się do stolika Lee, rzucając swoje tobołki na stół i wolne krzesło. Wytarł rękawem 

szyjkę  butelki  z  piwem  i  wypił  duŜym  haustem  połowę.  Był  mocno  zbudowanym  męŜczyzną  o  czerwonej 

twarzy irlandzkiego polityka. 

- Co u ciebie słychać? - spytał Lee. 

-  Niewiele,  Lee.  Oprócz  tego,  Ŝe  ktoś  ukradł  mi  maszynę  do  pisania.  Wiem,  kto  to  zrobił.  To  ten 

Brazylijczyk, czy kim on tam jest. Maurice. 

- Maurice? To ten, którego miałeś w zeszłym tygodniu? Ten zapaśnik? 

-  Masz  na  myśli  Louie'ego,  instruktora  gimnastyki.  Nie,  to  ktoś  inny.  Louie  postanowił,  Ŝe  cała  ta 

sprawa jest z gruntu zła i Ŝe pójdę do piekła, ale o n  idzie do nieba. 

- PowaŜnie? 

-  O  tak.  No,  Maurice  jest  takim  samym  pedałem  jak  ja.  -  Joe  głośno  beknął.  -  JeŜeli  nie  większym. 

Tylko on nie chce tego zaakceptować. Myślę, Ŝe kradnąc mi maszynę do pisania, pragnie pokazać mnie i sobie 

samemu, Ŝe chce z całej sprawy wycisnąć, ile tylko się da. W rzeczywistości jest takim pedałem, Ŝe juŜ przestał 

mnie interesować. ChociaŜ niezupełnie. Kiedy zobaczę tego małego drania, prawdopodobnie zaproszę go znów 

do siebie. Zamiast go sprać, tak jak powinienem. 

Lee  odchylił  się  na  krześle,  aŜ  oparcie  dotknęło  ściany,  i  rozejrzał  po  pomieszczeniu.  Przy  sąsiednim 

stoliku  ktoś  pisał  list.  Jeśli  nawet  słyszał  ich  rozmowę,  nie  dawał  tego  po  sobie  poznać.  Właściciel  knajpy 

rozłoŜył  przed  sobą  na  kontuarze  gazetę  i  czytał  sprawozdanie  z  corridy.  W  pomieszczeniu  zapanowała 

specyficzna meksykańska cisza, owo wibrujące, bezdźwięczne brzęczenie. 

Joe  dopił  piwo,  wytarł  usta  wierzchem  dłoni  i  gapił  się  w  ścianę  wodnistymi,  przekrwionymi, 

niebieskimi  oczyma.  Cisza  wpełzła  do  wnętrza  Lee,  jego  twarz  zrobiła  się  zwiotczała  i  pusta.  W  zaskakujący 

sposób przypominał ducha, moŜna było teraz przejrzeć jego oblicze na wylot: zniszczone, złe i stare, ale czyste 

zielone  oczy  pozostały  rozmarzone  i  niewinne.  Jasnobrązowe  włosy  były  długie,  gęste  i  niesforne.  Zazwyczaj 

opadały mu na czoło, a czasem nawet dotykały talerza z jedzeniem lub wpadały do tego, co pił. 

- No, muszę się zbierać - oznajmił Joe. Zgarnął swoje tobołki, skinął głową Lee, obdarzając go jednym 

ze  swoich  słodkich  uśmiechów  polityka,  i  wyszedł.  Jego  zmierzwiona,  łysiejąca  czupryna  rysowała  się  przez 

chwilę w blasku słońca, zanim zniknął z pola widzenia. 

Lee  ziewnął  i  wziął  z  sąsiedniego  stolika  gazetę  z  komiksem.  Była  sprzed  dwóch  dni.  OdłoŜył  ją  i 

znowu ziewnął. Wstał, zapłacił za drinka i wyszedł na ulicę zalaną późnym popołudniowym słońcem. Nie miał 

dokąd pójść, podszedł więc do stolika z czasopismami u Searsa i przeczytał nowe numery za darmo. 

Wrócił  do  K.C.  Steak  House.  Moor  przywołał  go  do  środka skinieniem ręki. Lee wszedł i usiadł przy 

jego stoliku. 

- Wyglądasz okropnie - powiedział. 

Wiedział, Ŝe Moor to właśnie chce usłyszeć. Faktycznie wyglądał gorzej niŜ zwykle. Zawsze był blady, 

background image

a teraz wręcz Ŝółtawy. 

Projekt budowy łodzi upadł. Moor, Williams i Ŝona Williamsa, Lil, wrócili właśnie znad Ziuhuatenejo. 

Moor przestał rozmawiać z Williamsami. 

Lee zamówił dzbanek herbaty. Moor zaczął mówić o Lil. 

-  Wiesz,  ona  znosiła  tam  wszystko.  Jadła  wszystko  i  nigdy  jej  nie  zaszkodziło.  Za  Ŝadne  skarby  nie 

poszłaby  do  lekarza.  Kiedyś  obudziła  się  rano  ślepa  na  jedno  oko,  drugim  ledwo  widziała.  Nie  chciała  iść  do 

lekarza. Po kilku dniach znowu widziała tak dobrze jak zawsze. Miałem nadzieję, Ŝe oślepnie. 

Lee zrozumiał, Ŝe Moor mówił powaŜnie. On oszalał, pomyślał. 

Moor dalej gadał o Lil. Oczywiście dobierała się do niego. Płacił za mieszkanie i jedzenie więcej niŜ się 

naleŜało. Była okropną kucharką. Zostawiła go, kiedy był chory. Zaczął mówić o swoim zdrowiu. 

- PokaŜę ci tylko wynik badania moczu - powiedział Moor z chłopięcym entuzjazmem. PołoŜył kartkę 

na stole. Lee spojrzał na nią bez zainteresowania. - Spójrz tutaj - wskazał Moor - mocznik trzynaście. Normalnie 

jest piętnaście do dwudziestu dwóch. Jak myślisz, czy to coś powaŜnego? 

- Nie mam pojęcia. 

-  I  ślady  cukru.  Co  to  wszystko  znaczy?  -  Najwidoczniej  ta  kwestia  była  dla  Moora  niezwykle 

interesująca. 

- Dlaczego nie zaniesiesz tego do lekarza? 

-  Zaniosłem.  Powiedział,  Ŝe  musiałby  zrobić  całodobowy  test,  to  znaczy  wziąć  próbki  moczu  z  całej 

doby  i  dopiero  wtedy  mógłby  wyrazić  jakakolwiek  opinię...  Wiesz,  mam  taki  tępy  ból  w  piersi,  o  tu.  Czy  to 

moŜe być gruźlica? 

- Zrób prześwietlenie. 

-  Zrobiłem.  Teraz  lekarz  ma  mi  zrobić  próbę  skórną.  Och,  jeszcze  coś:  myślę,  Ŝe  mam  skaczącą 

gorączkę...  Czy  myślisz,  Ŝe  teraz  mam  gorączkę?  -  Nadstawił  czoło,  Ŝeby  Lee  mógł  go  dotknąć.  Lee  dotknął 

płatka jego ucha. 

- Nie sądzę - odparł. 

Moor  mówił  teraz  bez  przerwy,  drąŜąc  temat  jak  prawdziwy  hipochondryk;  powrócił  do  sprawy 

gruźlicy  i  badania  moczu.  Lee  pomyślał,  Ŝe  nigdy  jeszcze  nie  słyszał  czegoś  równie  męczącego  i 

przygnębiającego. Moor nie miał gruźlicy ani kłopotów z nerkami, ani skaczącej gorączki. Cierpiał na chorobę 

ś

mierci. Śmierć była w kaŜdej komórce jego ciała. Otaczał go lekki, zielonkawy obłok rozkładu. Lee wyobraŜał 

sobie, Ŝe Moor świeci w ciemności. 

Moor mówił dalej z chłopięcym zapałem: 

- Wiem, Ŝe konieczna jest operacja. 

Lee powiedział, Ŝe naprawdę musi juŜ iść. 

 

 

Skręcił w Coahuila. Szedł, pedantycznie stawiając jedną stopę przed drugą, szybko zmierzając do celu, 

zupełnie  jakby  opuszczał  miejsce  zbrodni.  Minął  grupę  brodatych  męŜczyzn,  ubranych  w  czerwone  kraciaste 

koszule  wpuszczane  w  dŜinsy.  Potem  spotkał  następną  grupę,  byli  to  ludzie  ubrani  w  wytarte,  niczym  nie 

wyróŜniające  się  ubrania.  Wśród  nich  Lee  rozpoznał  chłopaka,  który  nazywał  się  Eugene  Allerton.  Wysoki  i 

bardzo  chudy,  miał  wystające  kości  policzkowe,  małe  jasnoczerwone  usta  oraz  bursztynowe  oczy,  które 

background image

przybierały  lekki  fioletowy  odcień, kiedy był pijany. Jego złotobrązowe włosy nierównomiernie wypłowiały na 

słońcu  i  wyglądały  jak  źle  ufarbowany  materiał.  Miał  proste,  czarne  brwi  i  czarne  rzęsy.  Niezdecydowana, 

bardzo  młoda,  jasna  i  chłopięca  twarz  sprawiała  wraŜenie  pokrytej  delikatnym,  egzotycznym,  orientalnym 

makijaŜem.  Allerton  nigdy  nie  był  schludny  ani  czysty,  ale  teŜ  nie  robił  wraŜenia  brudnego.  Był  po  prostu 

niedbały i leniwy do tego stopnia, Ŝe czasem wydawał się być tylko na pół przebudzony. Często nie słyszał, co 

ktoś mówił mu tuŜ nad uchem. Sądzę, Ŝe to pelagra, myślał Lee kwaśno. Pozdrowił Allertona skinieniem głowy 

i uśmiechnął się. Tamten w odpowiedzi teŜ skinął głową, jakby zdziwiony, ale nie odwzajemnił uśmiechu. 

Lee szedł dalej, trochę przygnębiony. MoŜe mógłbym czegoś dokonać, działając w tym kierunku. No, 

ver...  Zastygł  przed  restauracją  jak  pies  myśliwski.  Był  głodny...  łatwiej  będzie  zjeść  tutaj,  niŜ  kupować  coś  i 

gotować.  Kiedy  Lee  był  głodny,  kiedy  miał  ochotę  na  drinka  albo  na  strzał  z  morfiny,  nie  mógł  znieść 

najmniejszej zwłoki. 

Wszedł,  zamówił  stek  a  la  Mexicana,  szklankę  mleka  i  czekał,  a  ślina  napływała  mu  do  ust  w 

oczekiwaniu na jedzenie. Do restauracji wszedł młody człowiek z okrągłą twarzą i obwisłymi wargami. 

- Cześć, Horace - przywitał go Lee donośnie. 

Horace  skinął  głową  nie  odzywając  się  i  usiadł  tak  daleko  od  Lee,  jak  to tylko było moŜliwe w małej 

restauracji.  Lee  uśmiechnął  się.  Przyniesiono  mu  jedzenie,  zaczął  jeść  szybko  jak  zwierzę,  wpychając  do  ust 

chleb i stek, popijając mlekiem. Potem rozparł się na krześle i zapalił papierosa. 

-  Un  café  sólo  -  zawołał  do  kelnerki,  kiedy  przechodziła  obok,  niosąc  gazowany  napój  ananasowy 

dwóm  młodym  Meksykanom  w  dwurzędowych  prąŜkowanych  marynarkach.  Jeden  z  nich  miał  wilgotne, 

brązowe, wyłupiaste oczy i rzadki, tłusty wąsik. Popatrzył niedwuznacznie na Lee i ten odwrócił wzrok. Uwaga, 

pomyślał, on zaraz tu będzie, pytając, jak mi się podoba Meksyk. Wrzucił do połowy wypalonego papierosa do 

pozostałej  w  filiŜance  resztki  zimnej  kawy,  podszedł  do  kontuaru,  zapłacił  i  wyszedł  z  restauracji,  zanim 

Meksykanin  zdąŜył  go  zagadnąć.  Kiedy  Lee  postanawiał  opuścić  jakieś  miejsce,  jego  odejście  było 

natychmiastowe. 

 

 

W  “Ship  Ahoy”  wisiało  kilka  sztormówek,  co  miało  stworzyć  “Ŝeglarską”  atmosferę.  Dwie  sale  ze 

stolikami,  w  jednej  z  nich  bar  i  cztery  wysokie,  chwiejne  stołki.  Knajpa  była  słabo  oświetlona,  wnętrze 

wyglądało groźnie. Właściciele byli tolerancyjni, ale w najmniejszym stopniu nie naleŜeli do bohemy. Faceci z 

brodami  nigdy  nie  przychodzili  do  “Ship  Ahoy”.  Knajpa  funkcjonowała na okresowej licencji, bez pozwolenia 

na  alkohol;  często  zmieniała  właścicieli.  W  tym  czasie  prowadzili  ją  Amerykanin  Tom  Weston  oraz  pewien 

Meksykanin urodzony w Stanach. 

Lee skierował się prosto do baru i zamówił drinka. Wypił, zamówił drugiego i dopiero potem rozejrzał 

się  po  sali  w  poszukiwaniu  Allertona.  Siedział  sam  przy  stoliku,  z  nogą  załoŜoną  na  nogę,  trzymając  butelkę 

piwa  na  kolanie.  Skinął  głową  Lee.  Lee  usiłował  nadać  swemu  powitaniu  charakter  przyjacielski  i  zarazem 

niezobowiązujący. Miało ono wyraŜać zainteresowanie bez jednoczesnego wywierania zbytniego nacisku. Znali 

się przecieŜ krótko. Efekt był fatalny. 

Lee  stanął  obok,  Ŝeby  popisać  się  swoim  godnym,  staroświeckim  ukłonem,  zamiast  tego  pojawiło  się 

jednak  coś  nieoczekiwanego  -  nagie,  poŜądliwe  łypnięcie  okiem  i  jakiś  dziwny  skręt  przepojonego  bólem  i 

nienawiścią zdeprawowanego ciała. W tym jednoczesnym podwójnym obnaŜeniu wypłynął na jego twarz słodki, 

background image

dziecięcy  uśmiech  współczucia  i  ufności.  Uśmiech  szokujący,  nie  na  miejscu,  nie  na  czasie,  zniekształcony  i 

beznadziejny. 

Allerton  był  przeraŜony.  MoŜe  to  jakiś  tik,  pomyślał.  Postanowił,  Ŝe  wycofa  się  ze  znajomości  z  Lee, 

zanim  ten  zrobi  coś  jeszcze  bardziej  niesmacznego.  Rezultat  przypominał  przerwanie  połączenia.  Allerton  nie 

był  ani  chłodny,  ani  wrogi;  Lee  po  prostu  dla  niego  nie  istniał.  Lee  przez  chwilę  patrzył  na  niego  bezradnie, 

potem wrócił do baru pokonany i wstrząśnięty. 

Skończył  drugiego  drinka.  Kiedy  ponownie  rozejrzał  się  dookoła,  Allerton  grał  w  szachy  z  Mary, 

Amerykanką  o  farbowanych  na  rudo  włosach,  starannie  umalowaną,  która  przed  kwadransem  weszła  do  baru. 

Tylko  marnują  tu  czas,  powiedział  Lee  sam  do  siebie.  Zapłacił  za dwa drinki i wyszedł. Pojechał taksówką do 

“Chimu Bar” uczęszczanego przez meksykańskie cioty i spędził noc z poznanym tam chłopakiem. 

 

 

W  tym  czasie  studenci  z  funduszu  G.I.  Bill  przesiadywali  w  dzień  u  Lola,  a  w  nocy  w  “Ship  Ahoy”. 

Knajpa Lola nie była barem w znaczeniu dosłownym. Była to mała spelunka z piwem i wodą sodową. Na lewo 

od  wejścia  stała  skrzynia  po  coca-coli  wypełniona  lodem,  butelkami  z  piwem,  wodą sodową. Po jednej stronie 

sali aŜ do szafy grającej biegł kontuar ze stołkami z metalowych rur i gładkiej Ŝółtej skóry. Stoliki stały rzędem 

wzdłuŜ  ściany  naprzeciwko  kontuaru;  dawno  straciły  gumowe  podkładki  i  ilekroć  sprzątaczka  przesuwała  je, 

Ŝ

eby  pozamiatać,  wydawały  okropny  zgrzyt.  Z  tyłu,  za  salą,  mieściła  się  kuchnia,  gdzie  niechlujny  kucharz 

smaŜył  wszystko  na  tym  samym  zjełczałym  tłuszczu.  U  Lola  nie  było  przeszłości  ani  przyszłości.  Była  to 

poczekalnia, gdzie pewni ludzie marnowali pewien czas. 

W  kilka  dni  po  tym,  jak  poderwał  chłopaka  w  “Chimu”,  Lee  siedział  u  Lola  i  czytał  na  głos  Últimas 

Notícias  Jimowi  Cochanowi.  Była  tam  historia  o  człowieku,  który  zamordował  Ŝonę  i  dzieci.  Cochan  szukał 

okazji, Ŝeby się wymknąć, ale ilekroć zbierał się do wyjścia, Lee mówił: 

-  Słuchaj  tego...  “Kiedy  jego  Ŝona  wróciła  do domu z targu, mąŜ wywijał swoją czterdziestką piątką”. 

Dlaczego oni zawsze muszą tym wywijać? 

Lee czytał przez chwilę po cichu. Cochan wiercił się niespokojny i zakłopotany. 

-  Jezus  Maria  -  zdumiał  się  Lee,  podnosząc  wzrok.  -  Po  tym,  jak  zabił  Ŝonę  i  trójkę  dzieci,  wziął 

brzytwę  i  chciał  popełnić  samobójstwo.  -  Przeczytał  zdanie  z  gazety:  -  “Jednak  efektem  były  tylko  zadrapania 

nie  wymagające  interwencji  lekarskiej.”  Co  za  partackie  przedstawienie!  -  Przerwał  na  chwilę,  po  czym zaczął 

czytać półgłosem nagłówki: -”Dodają wazeliny do masła”. Bardzo dobrze. “Homar z Ŝelem nawilŜającym...” O, 

tutaj  dopadli  faceta  z  budy  z  tortillą  i  takiego  przeraŜonego  psa...  wielki,  chudy,  długi  pies.  Jest  zdjęcie.  Facet 

przed  budą  i  pies...  Pewien  obywatel  poprosił  drugiego  o  ogień.  Tamten  nie  miał  zapałek,  więc  ten  pierwszy 

wyciągnął szpikulec do kruszenia lodu i zabił go. Morderstwo jest meksykańską nerwicą narodową. 

Cochan wstał. Lee poderwał się na nogi. 

- Siadaj na dupie, albo raczej na tym, co z niej zostało po czterech latach w Marynarce - rozkazał. 

- Muszę iść. 

- Kim ty jesteś, pantoflarzem? 

- PowaŜnie. Ostatnio za duŜo wychodziłem. Moja stara... 

Lee  nie  słuchał.  Właśnie  zauwaŜył  Allertona,  który  przechodził  na  zewnątrz  obok  wejścia  i zajrzał do 

ś

rodka.  Nie  pozdrowił  Lee,  po  krótkiej  chwili  poszedł  dalej.  Byłem  w  cieniu,  pomyślał  Lee,  nie  mógł  mnie 

background image

stamtąd zobaczyć. Nie zauwaŜył odejścia Cochana. 

Powodowany  nagłym  impulsem,  wybiegł  z  knajpy.  Allerton  znajdował  się  jakieś  dwadzieścia  metrów 

przed nim. Lee dogonił go. Allerton odwrócił się, unosząc proste i czarne jak narysowana piórkiem kreska brwi. 

Wyglądał na zdziwionego i trochę zmartwionego, poniewaŜ - jak powiedział - niepokoił się o zdrowie Lee. Lee 

improwizował rozpaczliwie. 

-  Chciałem  ci  tylko  powiedzieć,  Ŝe  Mary  była  niedawno  u Lola. Prosiła mnie, Ŝebym ci powtórzył, Ŝe 

będzie później w “Ship Ahoy”, koło piątej. - Było to częściowo prawdą, Mary była u Lola i pytała Lee, czy nie 

widział Allertona. 

Allerton uspokoił się. 

- Och, dziękuję ci - powiedział serdecznie. - Czy przyjdziesz dziś wieczorem? 

- Myślę, Ŝe tak - przytaknął Lee, uśmiechnął się i szybko odszedł. 

 

 

Lee  wyszedł  ze  swojego  mieszkania  do “Ship Ahoy” tuŜ przed piątą. Allerton był juŜ przy barze. Lee 

usiadł,  zamówił  drinka  i  powitał  Allertona  swobodnie  i  niedbale,  zupełnie  jakby  byli  bliskimi  przyjaciółmi. 

Allerton  odpowiedział  automatycznie,  po  czym  spostrzegł,  Ŝe  Lee  nawiązał  z  nim  jakimś  sposobem  poufały 

kontakt,  choć  przecieŜ  postanowił  mieć  z  nim  tak  mało  do  czynienia,  jak  to  tylko  będzie  moŜliwe  -  posiadał 

bowiem umiejętność ignorowania otoczenia, ale nie potrafił wypchnąć kogoś z raz juŜ zajętej pozycji. 

Lee  zaczął  mówić  swobodnie,  bezpretensjonalnie,  inteligentnie,  z  humorem.  Powoli  rozwiewał 

wraŜenie  Allertona,  który  dotychczas  uwaŜał  go  za  postać  dziwną,  wręcz  niepoŜądaną.  Kiedy  nadeszła  Mary, 

Lee  powitał  ją  ze  staroświecką,  trochę  przesadną  galanterią  i  po  chwili,  przepraszając,  zostawił  ich  nad 

szachownicą. 

- Kto to jest? - spytała Mary, kiedy Lee wyszedł na zewnątrz. 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparł  Allerton.  Nie  był  pewien,  czy  kiedykolwiek  spotkał  Lee.  Formalne 

przedstawianie się nie leŜało w zwyczaju studentów G.I. Czy Lee był studentem? Allerton nigdy nie widział go 

na  uczelni.  Nie  było  nic  niezwykłego  w  rozmowie  z  kimś  obcym,  jednak  w  obecności  Lee  Allerton  stawał  się 

czujny.  Ten  człowiek  był  mu  w  pewien  sposób  znajomy.  Kiedy  Lee  mówił,  wydawało  się,  Ŝe ma na myśli coś 

więcej niŜ tylko to, co znaczyły same słowa. Czasami kładł szczególny nacisk na jakiś wyraz, jakby odwołując 

się do znajomości w innym miejscu i w innym czasie. Tak jakby Lee mówił: 

- W i e s z , o co mi chodzi. P a mi ę t a s z . 

Allerton  wzruszył  z  irytacją  ramionami  i  zaczął  ustawiać  figury  na  szachownicy.  Wyglądał  jak 

markotne  dziecko,  które  nie  jest  w  stanie  znaleźć  źródła  złego  nastroju.  Po  kilku  minutach  gry  powrócił  mu 

dobry humor. Zaczął nawet podśpiewywać pod nosem. 

Kiedy Lee wrócił do “Ship Ahoy”, było juŜ po północy. Pijacy krąŜyli wokół baru, rozmawiając głośno, 

przekrzykując  się  nawzajem,  jakby  cała  reszta  gości  w  knajpie  była  zupełnie  głucha.  Allerton  stał  z  brzegu  tej 

grupy, najwyraźniej nie mogąc się do nikogo dokrzyczeć. Ciepło powitał Lee, przepchał się do baru i wychynął 

z tłumu z dwiema colami z rumem. 

- Siądźmy tutaj - powiedział. 

Był  pijany.  Jego  oczy  mieniły  się  fioletowawym  blaskiem,  miał  rozszerzone  źrenice.  Mówił  bardzo 

szybko wysokim, cienkim, niesamowitym, nie pasującym do niego głosem małego dziecka. Lee nigdy przedtem 

background image

nie słyszał, Ŝeby Allerton tak mówił. Jego sposób mówienia przypominał teraz głos medium. Ten chłopiec miał 

w sobie niezwykłą radość i niewinność. 

Allerton opowiadał o swoich przygodach w Kontrwywiadzie w Niemczech, o tym jak pewien człowiek 

dostarczał ich wydziałowi lipnych informacji. 

- Jak to sprawdzaliście? - spytał Lee. - Skąd wiedzieliście, Ŝe dziewięćdziesiąt procent tego, co mówili 

wam wasi informatorzy, nie było zmyślone? 

-  Faktycznie,  nie  wiedzieliśmy.  Wielokrotnie  wpuszczano  nas  w  kanał.  Oczywiście,  porównywaliśmy 

zeznania róŜnych informatorów, a poza tym mieliśmy równieŜ własnych agentów w terenie. Większość naszych 

informatorów  dostarczała  trochę  nieprawdziwych  informacji,  ale  ten  jeden  zmyślał  dokładnie  wszystko.  Przez 

niego  nasi  agenci  przez  dłuŜszy  czas  uganiali  się  za  fikcyjną  rosyjską  siatką  szpiegowską.  W  końcu  przyszedł 

raport z Frankfurtu i okazało się, Ŝe to wszystko brednie. Ale on, zamiast wynieść się z miasta, przyszedł do nas 

z  kolejną  porcją  rewelacji.  Wtedy  juŜ  naprawdę  mieliśmy  dosyć  tych  bzdur.  Zamknęliśmy go w piwnicy. Było 

tam  wprawdzie  zimno  i  nieprzyjemnie,  ale  nic  więcej  nie  mogliśmy  zrobić.  Musieliśmy  bardzo  ostroŜnie 

obchodzić się z więźniami. Siedział i pisał zeznania na maszynie. To były zupełnie niezwykłe historie... 

Allerton był najwyraźniej zachwycony, śmiał się, kiedy to wszystko opowiadał. Lee był pod wraŜeniem 

tego  połączenia  inteligencji  i  dziecięcego  wdzięku.  Chłopiec  zachowywał  się  teraz  przyjaźnie,  bez  rezerwy, 

bezbronny jak dziecko, które nigdy nie zostało skarcone. Zaczął opowiadać następną historyjkę. 

Lee  przyglądał  się  jego  smukłym  dłoniom,  pięknym  fioletowym  oczom,  rumieńcom  podniecenia.  W 

wyobraźni  jego  ręka  wysunęła  się  z  taką  siłą,  Ŝe zdawało się, iŜ Allerton musi czuć dotyk ektoplazmatycznych 

palców pieszczących jego ucho, widmowych kciuków gładzących brwi, odgarniających mu włosy z twarzy; ręce 

Lee  przesuwały  się  w  dół  po  ciele  chłopca,  po  Ŝebrach,  po  brzuchu;  oddychał  z  trudem,  poczuł  w  płucach  ból 

poŜądania. Lekko rozwarte usta odsłaniały zęby, przypominał podraŜnione, warczące zwierzę. Oblizał wargi. 

Był sfrustrowany i wcale mu się to nie podobało. Ograniczenie pragnień było jak pręty klatki, łańcuch i 

obręcz  na  szyi.  Nauczył  się  ukrywać  i  hamować  swoje  poŜądanie,  tak  jak  zwierzę  uczy  się  w  ciągu  wielu  dni 

poznawać  łańcuch  i  nieustępliwość  krat.  Nigdy  się  nie  poddał.  Jego  oczy  wyglądały  przez  niewidzialne  pręty, 

były  czujne,  uwaŜne,  czekały,  aŜ  straŜnik  zapomni  o  drzwiach,  aŜ  obręcz  się  przetrze,  aŜ  coś  się  obluzuje... 

cierpiał, nie wpadając w rozpacz i nie godząc się... 

- Podszedłem do drzwi, a on tam stał z gałęzią w ustach - mówił Allerton. 

Lee nie słuchał. 

- Z gałęzią w ustach - powtórzył i spytał bezmyślnie: - Z duŜą gałęzią? 

- Miała ponad pół metra długości. Powiedziałem mu, Ŝeby się powiesił, a on po kilku minutach pojawił 

się  w  oknie.  Rzuciłem  w  niego  krzesłem  i  wtedy  zeskoczył  z  balkonu  na  podwórze.  Prawie  sześć  metrów. Był 

nieprawdopodobnie zwinny. To wszystko było trochę niesamowite i dlatego rzuciłem w niego krzesłem. Bałem 

się. Wszyscy rozumieliśmy, Ŝe robi przedstawienie, Ŝeby wymigać się od wojska. 

- Jak wyglądał? - spytał Lee. 

-  Jak  wyglądał? Nie pamiętam dokładnie. Miał około osiemnastu lat. Wyglądał jak grzeczny chłopiec. 

Wylaliśmy  na  niego  wiadro  zimnej  wody  i  zostawiliśmy  na  łóŜku  na  dole.  Zaczął  się  trząść,  ale  nic  nie 

powiedział. Zdecydowaliśmy, Ŝe to dostateczna kara. Następnego dnia zabrali go do szpitala. 

- Zapalenie płuc? 

- Nie wiem. MoŜe nie powinniśmy go byli oblewać wodą... 

background image

Lee zostawił Allertona pod drzwiami jego domu. 

- Wchodzisz tu? - spytał Lee. 

- Tak, mam tu plecak. 

Lee powiedział dobranoc i poszedł do siebie. 

 

 

Od  tamtego  czasu  Lee  spotykał  się  z  Allertonem  codziennie  o  piątej  w  “Ship  Ahoy”.  Allerton  miał 

zwyczaj wybierać przyjaciół spośród ludzi starszych od siebie i bardzo się cieszył na spotkania z Lee, który znał 

słowa  i  zwroty,  jakich  Allerton  nigdy  przedtem  nie  słyszał.  Z  czasem  jednak  czuł  się  przytłoczony,  jakby 

obecność  Lee  zamykała  drzwi  umoŜliwiające  dostęp  do  świata  zewnętrznego.  Sądził,  Ŝe  za  często  się  z  nim 

widuje. 

Allerton  nie  lubił  się  angaŜować,  nigdy  nie  był  zakochany,  nie  miał  bliskiego  przyjaciela.  Teraz  był 

zmuszony  zadać  sobie  pytanie:  -  Czego  on  chce  ode  mnie?  -  Nie  przyszło  mu  na  myśl,  Ŝe  Lee  jest  pedałem, 

poniewaŜ  pedalstwo  kojarzyło  mu  się,  przynajmniej  częściowo,  ze  zniewieścieniem.  W  końcu  zdecydował,  Ŝe 

widocznie Lee ceni go jako słuchacza. 

background image

 

Rozdział 3 

 

Było piękne, jasne, kwietniowe popołudnie. Lee wszedł do “Ship Ahoy” punktualnie o piątej. Allerton 

stał  przy  barze  z  Alem  Hymanem,  okresowym  alkoholikiem  i  jednym  z  najwstrętniejszych,  najgłupszych, 

najnudniejszych pijaków, jakich znał Lee. Trzeba jednak przyznać, Ŝe kiedy Al był trzeźwy, zachowywał się w 

sposób naturalny, miły i inteligentny. Teraz był trzeźwy. 

Lee miał owinięty wokół szyi Ŝółty szalik, nosił okulary słoneczne za dwa peso. Zdjął szalik i okulary, 

po czym rzucił je na kontuar. 

-  CięŜki  dzień  w  studiu  -  oznajmił  afektowanym,  teatralnym  głosem.  Zamówił  rum  z  colą.  -  Wiecie, 

wygląda  na  to,  Ŝe  moŜe  się  dokopiemy  do  ropy.  Wiercą  teraz  w  kwadracie  czwartym,  a  przez  tamtą  dziurę 

moŜna plunąć prawie do Tex-Mex, gdzie mam farmę i swoje sto akrów bawełny. 

- Zawsze chciałem być nafciarzem - oświadczył Hyman. 

Lee zmierzył go wzrokiem i pokręcił głową. 

-  Obawiam  się,  Ŝe  nic  z  tego.  Widzisz,  to  nie  jest  tak,  po  prostu  nie wszyscy się nadają. Po pierwsze, 

musisz  wyglądać  jak  nafciarz.  Nie  ma  młodych  nafciarzy.  Nafciarz  musi  mieć  około  pięćdziesiątki. Jego skóra 

jest  spękana  i  pomarszczona  jak  błoto,  które  wyschło  na  słońcu.  Zwłaszcza  kark  musi  być  pomarszczony,  a 

zmarszczki  są  zazwyczaj  pełne  pyłu,  który  dostał  się  tam  w  czasie  przeglądania  bloków  i  kwadratów.  Nosi 

gabardynowe spodnie i białą sportową koszulę z krótkimi rękawami. Jego buty są pokryte delikatnym, miałkim 

pyłem, a wszędzie, dokąd się udaje, towarzyszy mu mały obłok pyłu, wyglądający jak prywatna burza piaskowa. 

Kiedy  masz  juŜ  powołanie  i  odpowiedni  wygląd,  musisz  się  trochę  pokręcić,  Ŝeby 

wydzierŜawić  ziemię.  Zbierasz  pięciu  czy  sześciu  ludzi  gotowych  odstąpić  ci  swoje  tereny 

pod  wiercenia.  Idziesz  do  banku  i  rozmawiasz  z  dyrektorem.  Mówisz  mu  mniej  więcej  tak: 

“Clem Farris, jeden z najlepszych i najmądrzejszych ludzi w tej dolinie, wchodzi w ten interes 

na  całość.  Podobnie  Old  Man  Scranton,  Fred  Crockly,  Roy  Spigot  i  Ted  Bane:  sami  starzy, 

dobrzy  kumple.  Niech  mi  będzie  wolno  przedstawić  kilka  faktów.  Mógłbym  tutaj  siedzieć  i 

nadawać  przez  całe  przedpołudnie,  zabierając  panu  czas,  ale  wiem,  Ŝe  ma  pan  zwyczaj 

operować faktami i liczbami. To właśnie chcę panu pokazać”. 

Wychodzisz  do  samochodu.  Kabriolet  albo  wóz  sportowy.  Nigdy  nie  widziałem,  Ŝeby  nafciarz  jeździł 

sedanem. Sięgasz do tyłu i wyciągasz mapy, olbrzymi plik map ogromnych jak dywany. Rozkładasz je na biurku 

dyrektora, a wtedy wielkie chmury pyłu wzbijają się i wypełniają bank. Mówisz teraz do dyrektora: “Widzi pan 

ten  kwadrat?  To  jest  Tex-Mex.  OtóŜ  tędy  biegnie  uskok  przechodzący  przez  ziemię  Jeda  Marvina.  Wczoraj, 

kiedy  tam  byłem,  widziałem  się  teŜ  z  Jedem,  to  dobry,  stary  kumpel.  Nie  ma  w tej dolinie lepszego człowieka 

niŜ Jed Marvin. No więc... Socony wiercił tutaj”. 

Rozkładasz  teraz,  następne  mapy.  Przysuwasz  drugie  biurko  i  przygniatasz  mapy  spluwaczkami.  “No 

więc, zrobili suchą dziurę, a ta mapa... - Rozwijasz następną. - Gdyby mógł pan z łaski swojej usiąść na drugim 

końcu,  Ŝeby  się  nie  zwijała,  pokaŜę  panu  dokładnie,  dlaczego  to  była  sucha  dziura  i  dlaczego  od  początku  nie 

powinni  byli  tu  wiercić.  Tu  moŜe pan zobaczyć, jak uskok biegnie między studnią artezyjską Jeda a linią Tex-

background image

Mex, aŜ do kwadratu numer cztery. Ten fragment terenu został zbadany po raz ostatni w roku 1922. Sądzę, Ŝe 

zna  pan  starego  kumpla,  który  przeprowadzał  badania.  To  był  Earl  Hoot,  dobry,  stary  kumpel.  Miał  dom  w 

Nacogdoches,  ale  jego  zięć  kupił  tu  ziemię,  stare  miejsce  Brooksów  na  północ  od  Tex-Mex,  tuŜ  przy  granicy 

z...” 

W tym momencie dyrektor jest juŜ cały spuchnięty z nudów, pył gromadzi mu się w płucach (nafciarze 

są  naturalnie  uodpornieni  na  pył),  więc  mówi:  “No,  skoro  to  jest  dobre  dla  tych  facetów,  to  myślę,  Ŝe  jest  teŜ 

dobre i dla mnie. Wchodzę w to”. 

W  tej  sytuacji  prawdziwy  nafciarz  wraca  i  odgrywa  tę  samą  scenę  przed  swymi  przyszłymi  klientami. 

Potem  bierze  jakiegoś  geologa  z  Dallas  albo  z  jakiegoś  innego  miejsca,  ten  nawija  trochę  o  uskokach, 

przeciekach,  intruzjach,  łupkach  ilastych  i  piasku.  Potem  wybiera  miejsce,  mniej  więcej  na  ślepo,  i  zaczynają 

wiercić. 

Teraz  sprawa  wiertacza.  Musi  to  być  naprawdę  głośna  postać.  Szuka  się  go  w  Boy's  Town,  w 

dzielnicach kurew w miastach przygranicznych; znajduje z trzema dziwkami w pokoju pełnym pustych butelek. 

Twoi  kumple  rozbijają  mu  butelkę  na  głowie,  wyciągają  na  ulicę  i  otrzeźwiają.  On  patrzy  na  plac  wiertniczy, 

spluwa i mówi: “No, to twoja dziura”. 

Kiedy  szyb  okazuje  się  suchy,  nafciarz  mówi:  “Tak  to  juŜ  jest.  Niektóre  dziury  są  wilgotne,  a  inne 

suche jak pizda kurwy w niedzielę”. 

Był taki nafciarz, nazywali go Sucha Dziura Dutton. Dobrze, Allerton, Ŝadnych dowcipów o wazelinie. 

Sucha  Dziura  Dutton  wywiercił  dwadzieścia  suchych  dziur,  zanim  się  wyleczył.  W  pikantnym  Ŝargonie 

naftowego bractwa “wyleczyć się” oznacza nieźle zarobić... 

Wszedł Joe Guidry i Lee zsunął się ze stołka, Ŝeby się przywitać. Miał nadzieję, Ŝe Joe poruszy temat 

pedalstwa, a on będzie mógł zobaczyć reakcję Allertona. Uznał, Ŝe nadszedł czas, by Allerton dowiedział się, o 

co toczy się gra. DłuŜej nie moŜna juŜ było rozgrywać tego tak spokojnie. 

Usiedli do stołu. Ktoś ukradł Guidry'emu radio, buty do konnej jazdy i zegarek. 

-  Mój  problem  -  oświadczył  Guidry  -  polega  na  tym,  Ŝe  ja  lubię  ten  typ.  Lubię  tych,  którzy  mnie 

okradają. 

-  A  twój  błąd  polega  na  tym,  Ŝe  sprowadzasz  ich  do  siebie  do  domu  -  zaoponował  Lee.  -  Od  tego  są 

hotele. 

-  Tu  masz  rację.  Ale  zazwyczaj  nie  stać  mnie  na  hotel.  Poza  tym,  lubię  mieć  kogoś,  kto  mi  zrobi 

ś

niadanie i zamiecie mieszkanie. 

- Chcesz powiedzieć “wyczyści” mieszkanie. 

-  Nie  szkoda  mi  zegarka  ani  radia,  ale  strata  butów  naprawdę  mnie  boli.  Były  symbolem  wiecznego 

piękna  i  radości.  -  Guidry  pochylił  się  do  przodu  i  spojrzał  na  Allertona.  -  Nie  wiem,  czy  powinienem  mówić 

takie rzeczy w obecności tego juniora. Bez obrazy, mały. 

- Mów dalej - powiedział Allerton. 

-  Czy  mówiłem  ci,  jak  poderwałem  gliniarza  na  słuŜbie?  Jest  vigilante

*

,  odpowiada  za  dzielnicę,  w 

której mieszkam. Zawsze kiedy widzi światło w moim oknie, zachodzi na kieliszek rumu. Jakieś pięć nocy temu 

zastał mnie pijanego i napalonego. Od słowa do słowa, pokazałem mu, jak krowa jadła kapustę... 

                                            

*

 

Vigilante - (hiszp.) straŜnik.

 

background image

W  noc  po  tym,  jak  go  miałem,  przechodzę  obok  piwiarni  na  rogu,  a  on  wychodzi  borracho

*

  i  mówi: 

“Napij  się”.  -  “Nie  chcę  pić”  -  odpowiadam.  Na  to  on  wyciąga  pistola  i  mówi:  -  “Napij  się”.  -  Odebrałem  mu 

pistola, a on wszedł do knajpy, Ŝeby zadzwonić po posiłki. Musiałem wejść i wyrwać telefon ze ściany. KaŜą mi 

teraz za to płacić. Po powrocie do mieszkania, które mieści się na parterze, zobaczyłem, Ŝe napisał mydłem na 

szybie El Puto Gringo

*

. Zamiast to zetrzeć, zostawiłem. Reklama się opłaca. 

Pojawiały  się  kolejne  drinki.  Allerton  poszedł  do  toalety,  a  w  drodze  powrotnej  wdał  się  w  rozmowę 

przy  barze.  Guidry  oskarŜał  Hymana  o  to,  Ŝe  będąc  pedałem,  udaje,  Ŝe  nim  nie  jest.  Lee  próbował  wyjaśnić 

Guidry'emu, Ŝe Hyman naprawdę nie jest pedałem. 

- On jest pedałem, a ty nie, Lee. Ty tylko chodzisz i udajesz, Ŝe jesteś pedałem, Ŝeby móc się podłączyć 

do interesu - odparł Guidry. 

-  Komu  by  zaleŜało  na  podłączeniu  się  do  twojego  starego,  zmęczonego  interesu?  -  spytał  Lee. 

Zobaczył,  Ŝe  Allerton  rozmawia  przy  barze  z  Johnem  Dume'em.  Dume  naleŜał  do  małej  kliki  pedałów 

rezydujących  na  Campeche  w  piwiarni  “Zielona  Latarnia”.  On  sam  nie  był  jawnym  pedałem,  ale  pozostali 

chłopcy byli głośnymi ciotami i niechętnie widywano ich w “Ship Ahoy”. 

Lee  podszedł  do  baru  i  zaczął  rozmowę  z  barmanem.  Mam  nadzieję,  Ŝe  Dume  powie  mu  o  mnie, 

pomyślał. Lee czuł się zawsze niezręcznie, wygłaszając dramatyczną kwestię: “muszę-ci-coś-powie-dzieć”. Znał 

teŜ  z  krępującego  doświadczenia  trudności  wynikające  z  niedbałego  wyznania:  “Wiesz,  a  tak  a  propos,  jestem 

pedałem”.  Czasami  nie  słyszą  dobrze  i  krzyczą:  “Co?”  Zdarza  się  teŜ,  Ŝe  w  rozmowie  wtrącasz:  “Gdybyś  był 

takim pedałem jak ja”. A ten drugi ziewa i zmienia temat, a ty nie wiesz, czy zrozumiał, czy nie. 

Barman mówił: 

- Więc ona mnie pyta, dlaczego piję. Co jej mogę powiedzieć? Nie wiem dlaczego. Dlaczego waliłeś w 

kanał?  Wiesz  dlaczego?  Nie  ma  Ŝadnego  wytłumaczenia,  ale  spróbuj  to  powiedzieć  komuś  takiemu  jak  Jerri. 

Spróbuj to wyjaśnić jakiejkolwiek kobiecie. - Lee kiwnął głową ze współczuciem. - Ona mnie pyta, dlaczego nie 

ś

pisz  więcej  i  nie  odŜywiasz  się  lepiej?  Nie  rozumie,  a  ja  nie  potrafię  tego  wytłumaczyć.  Nikt  nie  potrafi  tego 

wytłumaczyć. 

Barman odszedł obsłuŜyć klientów. Dume podszedł do Lee. 

-  Jak  ci  się  podoba?  -  spytał,  wskazując  na  Allertona  butelką  z  piwem.  Allerton  stał  po  przeciwnej 

stronie  sali.  Rozmawiał  z  Mary  i  szachistą  z  Peru.  -  Więc  on  podszedł  do  mnie  i  powiedział:  “Myślałem,  Ŝe 

jesteś  jednym  z  chłopców  z  »Zielonej  Latarni«”.  A  ja  na  to:  “No  bo  jestem”.  Chce,  Ŝebym  mu  pokazał  kilka 

knajp dla ciot. 

 

 

Lee i Allerton poszli obejrzeć Orfeusza Cocteau. W ciemnym kinie Lee poczuł, jak jego ciało wyciąga 

się ku Allertonowi; ameboidalna, protoplazmatyczna projekcja, napinająca się ślepym pragnieniem, by wejść w 

ciało  drugiego.  Pragnieniem  oddychania  jego  płucami,  patrzenia  jego  oczyma,  poznania  dotyku  jego  wnętrza  i 

genitaliów. Allerton poruszył się w fotelu. Lee poczuł ostre ukłucie nadweręŜenia lub zwichnięcia ducha. Bolały 

go oczy. Zdjął okulary i przesunął dłonią po przymkniętych powiekach. 

Kiedy  wyszli  z  kina,  Lee  był  wyczerpany.  Szedł  wolno,  z  trudem,  i  ciągle  na  coś  wpadał.  Napięcie 

                                            

*

 

Borracho - (hiszp.) pijany.

 

*

 

El Puto Gringo - (hiszp.) Biała Kurwa.

 

background image

sprawiło,  Ŝe  jego  głos  stał  się  głuchy.  Co  pewien  czas  przykładał  dłoń  do  czoła  niezgrabnym,  mimowolnym 

gestem, krzywiąc się z bólu. 

- Muszę się napić - powiedział. - Tam. - Wskazał bar po drugiej stronie ulicy. 

Usiedli  przy  stoliku  osłoniętym  przepierzeniem;  Lee  zamówił  podwójną  tequilę.  Allerton  chciał rum z 

colą. Lee natychmiast wychylił tequilę i wsłuchał się w siebie w oczekiwaniu na efekt. Zamówił następną. 

- Co myślisz o filmie? - spytał Lee. 

- Niektóre kawałki podobały mi się. 

- Tak - przytaknął Lee, ściągając usta i wpatrując się w pusty kieliszek. - Mnie teŜ. - Wypowiedział te 

słowa bardzo wyraźnie, zupełnie jak nauczyciel wymowy. 

-  Cocteau  zawsze  osiąga  niezwykłe,  niecodzienne  efekty  -  zaśmiał  się  Lee.  Wpadał  w  euforię.  Wypił 

połowę drugiej tequili. - Frapująca jest jego zdolność przekazywania mitu w kategoriach współczesnych. 

- A czy to nieprawda? - spytał Allerton. 

Poszli na kolację do rosyjskiej restauracji. 

 

 

-  À  propos  -  powiedział  Lee,  przeglądając  menu  -  prawo  znowu  przyczepiło  się  do  “Ship  Ahoy”. 

Obyczajówka.  Dwieście  pesos.  Widziałem  ich  w  komisariacie  po  cięŜkim  dniu  wymuszania  forsy  od 

mieszkańców  Okręgu  Federalnego.  Jeden  z  gliniarzy  powiedział:  “O,  Gonzales,  powinieneś  widzieć,  co  mi  się 

dzisiaj trafiło. O la la, taki kąsek!” A ja mu na to: - “Tak, naciąłeś jakiegoś puto na dwieście pesetas w kiblu na 

dworcu  autobusowym.  Znam  cię,  Hernandez,  ciebie  i  twoje  tanie  numery.  Jesteś  najtańszym  gliniarzem  w 

Okręgu Federalnym”. - I zwrócił się do kelnera: - Hej, Jack. Dos

*

 Martini. Bardzo wytrawne. Seco. l dos porcje 

szyszki baby. Sabe

*

Kelner przytaknął: 

- To znaczy dwa razy martini i dwie porcje shish kebab. Tak, panowie? 

- Super, tatusiu... Jak się udał twój wieczór z Dume'em? 

-  Byliśmy  w  kilku  barach  pełnych  pedałów.  W  jednym  z  nich  pewien  facet  poprosił  mnie  do  tańca  i 

złoŜył mi propozycję. 

- Poszedłeś z nim? 

- Nie. 

- Dume do miły facet. 

Allerton uśmiechnął się. 

- Tak, ale to nie jest człowiek, któremu bym się zwierzał z czegoś, co chciałbym zachować dla siebie. 

- Czy masz na myśli jakąś szczególną niedyskrecję z jego strony? 

- Szczerze mówiąc - tak. 

- Rozumiem - powiedział Lee i pomyślał, Ŝe Dume zawsze strzela celnie. 

Kelner  postawił  na  stole  dwa  kieliszki  martini.  Lee  uniósł  swój  do  świecy,  przyglądając  mu  się  z 

niesmakiem. 

- Nieuchronnie wodniste martini z rozkładającą się oliwką - stwierdził. 

                                            

*

 

Dos - (hiszp.) dwa.

 

*

 

Sabe? - (hiszp.) tu: Rozumiesz?

 

background image

Lee  kupił  los  na  loterii  od  dziesięcioletniego  chłopca,  który  wbiegł  do  środka,  kiedy  kelner  zniknął  w 

kuchni.  Chłopiec  miał  widocznie  stałą  rolę  w  jednoaktówce  pod tytułem “Ostatni kupon”. Lee zapłacił mu bez 

wahania, jak pijany Amerykanin. 

- Idź i kup sobie trochę marihuany, synku - powiedział. Chłopiec uśmiechnął się i skierował do wyjścia. 

- Wróć tu za pięć lat zarobić łatwe pięć pesos - zawołał za nim Lee. 

Allerton  uśmiechnął  się.  Dzięki  Bogu,  pomyślał  Lee,  nie  będę  musiał  walczyć  z  drobnomieszczańską 

moralnością. 

- Proszę bardzo - powiedział kelner, stawiając kebab na stole. 

Lee zamówił dwa kieliszki czerwonego wina. 

- A więc Dume powiedział ci o moich... hmm... skłonnościach? - spytał gwałtownie. 

- Tak - odparł Allerton z pełnymi ustami. 

-  To  przekleństwo.  Pokutuje  w  naszej  rodzinie  od  wielu  pokoleń.  Wszyscy  Lee  zawsze  byli 

zboczeńcami.  Nigdy  nie  zapomnę  uczucia  nieopisanego  przeraŜenia,  które  zmroziło  mi  limfę  w  gruczołach,  to 

znaczy,  oczywiście,  limfę  w  gruczołach  limfatycznych,  kiedy  mój  mózg  poraziły  te  fatalne  słowa:  jestem 

homoseksualistą. Pomyślałem o umalowanych, wdzięczących się odtwórcach kobiecych ról, o facetach, których 

widziałem  w  pewnym  nocnym  klubie  w  Baltimore.  CzyŜby  to  było  moŜliwe,  Ŝebym  był  jedną  z  tych 

podludzkich  istot?  Chodziłem  ulicami  otumaniony,  jak  człowiek  z  lekkim  wstrząsem  mózgu.  Chwileczkę, 

doktorze  Kildare,  to nie pańska rola, pomyślałem. Równie dobrze mógłbym unicestwić sam siebie, kładąc kres 

istnieniu,  które  wydawało  się  nie  oferować  niczego  poza  groteskową  nędzą  i  poniŜeniem.  Myślałem,  Ŝe 

szlachetniej  będzie  umrzeć  jako  człowiek,  niŜ  Ŝyć  jako  potwór  seksualny.  Ale  stara,  mądra  ciota,  nazywaliśmy 

go  Bobo,  nauczyła  mnie,  Ŝe  moim  obowiązkiem  jest  Ŝyć i dumnie dźwigać swój cięŜar, aby wszyscy mogli go 

zobaczyć. Trzeba pokonać uprzedzenia, ignorancję i nienawiść za pomocą wiedzy, szczerości i miłości. Ilekroć 

jesteś  zagroŜony  czyjąś  wrogą  obecnością,  wypuszczasz  gęstą  chmurę  miłości,  tak  jak  mątwa  wytryskuje 

atrament... 

Biednego  Bobo  spotkał  marny  koniec.  Jechał  hispano-suizą  Duca  de  Ventre,  kiedy  pękły  mu 

hemoroidy;  krew  chlusnęła  z  samochodu  i  obryzgała  tylne  koła.  Po  Bobo  została  pusta  powłoka  siedząca  na 

obiciu  z  Ŝyrafiej  skóry.  Z  potwornym  chlupotem  poleciały  nawet  oczy  i  mózg.  Duc  powiedział,  Ŝe  zabierze  ze 

sobą ten chlupot do grobu... 

Poznałem  wtedy  sens  samotności.  Słowa  Bobo  dotarły  do  mnie  z  zaświatów.  Głoski  szczelinowe 

trzeszczały delikatnie, kiedy mówił: “Nikt nie jest naprawdę sam. Jesteś częścią wszystkiego, co Ŝyje”. Trudność 

polega  na  tym,  Ŝeby  przekonać  kogoś,  Ŝe  naprawdę  jest  częścią  ciebie,  więc  skoro  tak,  to  co  jest,  do  cholery? 

My, części, powinniśmy współpracować. Racja? 

Lee  przerwał  i  spojrzał  w  zadumie  na  Allertona.  Do  czego  właściwie  doszedłem  z  tym  dzieciakiem, 

pomyślał. Allerton słuchał go grzecznie, uśmiechając się w przerwach. 

- Allerton, chodzi mi o to, Ŝe obaj jesteśmy częściami ogromnej całości. Nie ma sensu z tym walczyć. 

Lee zaczynał być zmęczony swoją rolą. Rozejrzał się niespokojnie w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, na 

które mógłby ją odłoŜyć. 

- Czy ciebie te speluny dla ciot nie przygnębiają? Tutejsze bary dla pedałów nie mogą 

się oczywiście równać z pedalskimi knajpami w Stanach. 

-  Nic  o  tym  nie  wiem  -  odparł  Allerton.  -  Nigdy  nie  byłem  w  Ŝadnych  knajpach  dla  pedałów  oprócz 

background image

tych, do których zabrał mnie Dume. Myślę, Ŝe jedne i drugie mają swoje dobre strony. 

- Naprawdę nie byłeś? 

- Nie, nigdy. 

Lee  zapłacił  i  wyszli  na  ulicę.  Noc  była  zimna.  Sierp  księŜyca  świecił  na  niebie  jasną  zielenią. 

Spacerowali bez celu. 

- MoŜe pójdziemy do mnie napić się czegoś. Mam trochę brandy. 

- Dobra - zgodził się Allerton. 

- Napijmy się napoleona. To taka całkiem bezpretensjonalna, mała brandy, rozumiesz. 

Nic  z  tych  turystycznych  syropów  z  efektami  aromatycznymi,  odwołującymi  się  do 

masowych  upodobań.  Moja  brandy  nie  potrzebuje  tandetnych  chwytów,  Ŝeby  zaszokować  i 

zniewolić podniebienie. Chodź. - Lee przywołał taksówkę. 

- Trzy pesos do Insurgentes i Monterrey - powiedział Lee kierowcy swoim okropnym hiszpańskim. 

Kierowca  odparł,  Ŝe  chce  cztery.  Lee  machnął  ręką  na  znak,  Ŝe  rezygnuje.  Kierowca  zamruczał  coś  i 

otworzył drzwi. 

Kiedy siedzieli w środku, Lee zwrócił się do Allertona: 

-  Ten  człowiek  najwyraźniej  ma  jakieś  wywrotowe  myśli.  Wiesz,  kiedy  byłem  w  Princeton, 

największym  krzykiem  mody  był  komunizm.  Jeśli  opowiadałeś  się  za  własnością  prywatną  i  społeczeństwem 

klasowym,  oznaczało  to,  Ŝe  albo  jesteś  głupim  chamem,  albo  wysoko  postawionym  episkopalnym  pederastą. 

Ustrzegłem się jednak przed tą zarazą, to znaczy, oczywiście, przed komunizmem. 

Aquí

*

. - Lee dał trzy pesos kierowcy, który pomruczał jeszcze trochę, po czym ruszył ostro. 

- Czasami mam wraŜenie, Ŝe oni nas nie lubią - powiedział Allerton. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  Ŝe  ludzie  mnie  nie  lubią  -  odparł  Lee.  -  Pytanie  brzmi:  Co  mogą  w 

związku  z  tym  zrobić?  W  chwili  obecnej  -  najwyraźniej  nic.  Nie  mają  zielonego  światła.  Na  przykład  ten 

kierowca nienawidzi gringo. Ale jeśli kogoś zabije, a jest to bardzo moŜliwe, nie będzie to Amerykanin. Będzie 

to inny Meksykanin. Być moŜe jego bliski przyjaciel. Przyjaciele są mniej przeraŜający niŜ obcy. 

Lee otworzył drzwi mieszkania i zapalił światło. Wewnątrz panował beznadziejny bałagan. Tu i ówdzie 

widać  było  ślady  podejmowania  prób  ułoŜenia  rzeczy  w  sterty.  Nie  wyglądało  na  to,  Ŝe  ktoś  tu  mieszka.  Na 

ś

cianach nie było obrazów, nigdzie Ŝadnych ozdób. Najwyraźniej Ŝaden mebel nie naleŜał do Lee. A jednak jego 

obecność przenikała wszystko. W przewieszonym przez oparcie krzesła płaszczu, w kapeluszu leŜącym na stole 

moŜna było natychmiast rozpoznać przedmioty naleŜące do niego. 

-  Zrobię  ci  drinka.  -  Lee  przyniósł  z  kuchni  dwa  kieliszki  i  nalał  do  kaŜdego  po  pięć  centymetrów 

meksykańskiej brandy. Allerton spróbował. 

- Dobry BoŜe! Napoleon musiał chyba do tego naszczać. 

-  Tego  się  obawiałem.  Niewykształcone  podniebienie.  Twoje  pokolenie  nigdy  nie  zaznało  tych 

przyjemności, jakie są udziałem nielicznych dzięki zdyscyplinowanemu podniebieniu. 

Lee pociągnął długi łyk. Podjął próbę ekstatycznego “aach”, powąchał brandy i zaczął kaszleć. 

-  To  jest  paskudne  -  przyznał,  kiedy  odzyskał  mowę.  -  Ale  i  tak  lepsze  niŜ  brandy  kalifornijska.  Ten 

smak przypomina koniak. 

                                            

*

 

Aquí - (hiszp.) tutaj.

 

background image

Zapadła  długotrwała  cisza.  Allerton  siedział  na  kanapie  z  głową  przechyloną  do  tyłu.  Oczy  miał 

przymknięte. 

- Czy mogę ci pokazać mieszkanie? - spytał Lee wstając. - Tutaj jest sypialnia. 

Allerton podniósł się powoli. Weszli do sypialni, Allerton połoŜył się na łóŜku i zapalił papierosa. Lee 

usiadł na jedynym krześle, jakie się tu znajdowało. 

- Jeszcze brandy? - spytał. Allerton skinął głową. Lee usiadł na brzegu łóŜka, napełnił szklankę i podał 

mu. Dotknął jego swetra. - Ładna rzecz, kochany - powiedział. - To nie jest meksykańskie. 

-  Kupiłem  w  Szkocji  -  odpowiedział  Allerton.  Nieoczekiwanie  odbiło  mu  się,  wstał  i  popędził  do 

łazienki. 

Lee stanął w drzwiach. 

-  Niedobrze  -  rzekł.  -  Co  się  mogło  stać?  Nie  piłeś  przecieŜ  duŜo...  -  Nalał  wody  do  szklanki  i  dał 

Allertonowi. - Teraz juŜ lepiej? - zapytał. 

-  Tak  sądzę.  -  Allerton  znowu  połoŜył  się  na  łóŜku.  Lee  wyciągnął  rękę,  dotknął  ucha  Allertona  i 

pogłaskał po policzku. Allerton uniósł się, przykrył dłonią rękę Lee i uścisnął. 

- Zdejmijmy ten sweter. 

- Dobra - odparł Allerton. Zdjął sweter i znowu się połoŜył. Lee zdjął buty i koszulę. Rozpiął koszulę 

Allertona i przesunął dłonią w dół, wzdłuŜ Ŝeber i brzucha, który skurczył się pod jego palcami. 

- BoŜe, ale jesteś chudy - powiedział. 

- No nie jestem zbyt potęŜny. 

Lee zdjął mu buty i skarpetki, rozluźnił pasek i rozpiął guziki. Allerton uniósł biodra, a Lee zsunął mu 

spodnie i kalesony. Rozebrał się i połoŜył. Allerton zareagował bez wrogości czy obrzydzenia, ale Lee ujrzał w 

jego oczach dziwną rezerwę, bezosobowy spokój zwierzęcia czy dziecka. 

Później, kiedy leŜeli obok siebie, paląc papierosy, Lee powiedział: 

-  Powiedziałeś,  Ŝe  zastawiłeś  w  lombardzie  aparat  fotograficzny  i  moŜesz  go  wkrótce  stracić?  - 

Pomyślał,  Ŝe  moŜe  to  nietakt  poruszać  ów  temat  w  takiej  chwili,  ale  zdecydował,  Ŝe  Allerton  nie  jest  typem 

człowieka, który się moŜe obrazić. 

- Tak. Jest zastawiony za czterysta pesos. Termin upływa w najbliŜszą środę. 

- Dobra, pójdziemy tam jutro i wykupimy. Allerton uniósł znad prześcieradła gołe ramię i powiedział: 

- W porządku. 

background image

 

Rozdział 4 

 

W  piątkową  noc  Allerton  poszedł  do  pracy.  Zastępował  chłopaka,  z  którym 

wynajmował pokój. Był korektorem w angielskiej gazecie. 

 

W sobotę wieczorem Lee spotkał się z Allertonem w barze “Cuba”. Wnętrze przypominało scenografię 

do  surrealistycznego  baletu.  Ściany  pokryte  były  freskami  przedstawiającymi  podwodną  scenerię.  Rusałki  i 

trytony  w  wyszukanych  układach  ze  złotymi  rybkami  gapiły  się  martwo  na  klientów,  z  wyrazem  konsternacji 

biernego  homoseksualisty.  Nawet  ryby  wyglądały  na  przeniknięte  trwogą  i  apatią.  Rezultat  był  niepokojący. 

Odnosiło  się  wraŜenie,  Ŝe  te  androgyniczne  stworzenia  są  przestraszone  czymś,  co  zaczajone  jest  za  klientami 

lub tuŜ obok nich. Goście czuli się zazwyczaj niezręcznie z powodu tej sugestii i większość wynosiła się gdzie 

indziej. 

Allerton  był  jakby  trochę  markotny  i  Lee  denerwował  się,  zanim  nie  postawił  na  stole  dwóch 

kieliszków martini. 

- Wiesz, Allerton... - odezwał się po długiej chwili milczenia. 

Allerton mruczał coś pod nosem, bębniąc palcami po stole i niespokojnie rozglądając się wkoło. 

 

 

Ten mały cwaniak robi się trochę za mądry, pomyślał Lee. Wie, Ŝe w Ŝaden sposób nie jestem w stanie 

ukarać go za obojętność i bezczelność. 

- W Meksyku są najbardziej niefachowi krawcy, z jakimi zetknąłem się w trakcie swoich podróŜy. Czy 

zamawiałeś  coś  u  nich?  -  Lee  spojrzał  z  dezaprobatą  na  zniszczone  ubranie  Allertona.  Jeśli  chodzi  o  ubiór, 

Allerton był równie niedbały jak Lee. - Najwyraźniej nie. Pójdź do tego krawca, z którym ja się męczę. Prosta 

robota.  Kupiłem  parę  gotowych  spodni.  Nigdy  nie  tracę  czasu  na  branie  miary.  Obaj  zmieścilibyśmy  się  w  te 

spodnie. 

- To wyglądałoby nieprzyzwoicie - odparł Allerton. 

- Ludzie myśleliby, Ŝe jesteśmy syjamskimi braćmi. Czy opowiadałem ci o tym bracie syjamskim, który 

wydał  brata  policji,  Ŝeby  wyciągnąć  go  z  ćpania?  Ale  wracając  do  krawca.  Oprócz  tych  spodni  zamówiłem 

jeszcze drugą parę. Powiedziałem mu, Ŝe te spodnie są za duŜe i Ŝe chcę, Ŝeby zostały zwęŜone do odpowiednich 

rozmiarów. Obiecał to zrobić w ciągu dwóch dni. To było ponad dwa miesiące temu. Za kaŜdym razem, kiedy 

przychodzę po spodnie, słyszę: Mañana. Más tarde. Ahora. Ahorita. Todavía no

*

 Jeszcze nie. Wczoraj straciłem 

cierpliwość  do  tego  ahora.  Powiedziałem  mu:  “Dawaj  moje  spodnie,  niezaleŜnie  od  tego,  czy  są  gotowe,  czy 

nie”.  Były  rozcięte  wzdłuŜ  szwów.  “Przez  dwa  miesiące  zdąŜyłeś  je  tylko  wypatroszyć?”  -  zapytałem  go. 

Wziąłem je do innego krawca i poleciłem: “Zaszyj je”. - Lee zwrócił się do Allertona: - Jesteś głodny? 

- Wiesz, tak. 

- Co powiesz na domowy stek Pata? 

- Dobry pomysł. 

                                            

*

 

Mañana. Más tarde. Ahora. Ahorita. Todavía no. - (hiszp.) Jutro. Później. JuŜ zaraz. Za chwilę. Jeszcze nie.

 

background image

 

 

Pat  robił  doskonałe  steki.  Lee  lubił  to  miejsce,  bo  nigdy  nie  było  tam  tłoku.  Kiedy  przyszli,  zamówił 

podwójne wytrawne martini. Allerton pił rum z colą. Lee zaczął mówić o telepatii. 

- Wiem, Ŝe telepatia jest faktem, bo sam jej doświadczyłem. Nie mam ochoty tego udowadniać, ani w 

ogóle udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Interesuje mnie tylko, jak mógłbym to wykorzystać. W Ameryce 

Południowej,  u  źródeł  Amazonki,  występuje  roślina  o  nazwie  yage,  która  podobno  zwiększa  wraŜliwość 

telepatyczną.  Czarownicy  uŜywają  jej  do  swojej  pracy.  Pewien  kolumbijski  naukowiec,  którego  nazwisko 

wyleciało  mi  z  głowy,  wyodrębnił  z  yage  narkotyk,  który  nazwał  telepatyną.  Czytałem  o  tym  w  pewnym 

czasopiśmie. 

Później  czytałem  inny  artykuł.  Rosjanie  uŜywają  yage  w  doświadczeniach  przeprowadzanych  na 

więźniach w obozach pracy. Wygląda na to, Ŝe chcą wywołać w ludziach stan automatycznego posłuszeństwa, a 

docelowo,  oczywiście,  osiągnąć  kontrolę  myśli.  Najprostsze  sterowanie.  śadnej  machiny  wojskowej,  Ŝadnych 

przemówień, Ŝadnej gry; poruszasz się po prostu wewnątrz czyjejś psychiki i wydajesz rozkazy. Mam teorię, Ŝe 

kapłani Majów wypracowali rodzaj jednostronnej telepatii, by nakłonić chłopów do pracy. Taki interes zawsze w 

końcu  upada,  poniewaŜ  telepatia  nie  jest  z  natury  rzeczy  układem  jednostronnym,  ani  w  ogóle  układem 

zawierającym nadawcę i odbiorcę. 

Obecnie  Amerykanie  eksperymentują  z  yage,  chyba  Ŝe  są  jeszcze  głupsi,  niŜ  myślę.  Yage  moŜe  być 

ś

rodkiem do pogłębienia wiedzy o telepatii. Wszystko, co moŜna osiągnąć drogą chemiczną, moŜna teŜ osiągnąć 

innymi  drogami.  -  Lee  spostrzegł,  Ŝe  Allerton  nie  okazuje  zbytniego  zainteresowania  i  zmienił  temat.  -  Czy 

czytałeś o starym śydzie, który usiłował przemycić dziesięć funtów złota zaszytych w płaszczu? 

- Nie. I co się stało? 

-  Złapali  go  na  lotnisku,  kiedy  wybierał  się  na  Kubę.  Słyszałem,  Ŝe  na  lotniskach  mają  rodzaj 

wykrywacza,  który  dzwoni,  kiedy  ktoś  ma  przy  sobie  duŜą  ilość  metalu.  Czytałem  więc  w  gazecie,  Ŝe  kiedy 

przeszukali  tego  śyda  i  znaleźli  złoto,  wielu  cudzoziemców  o  Ŝydowskim  wyglądzie  zajrzało  do  środka  przez 

okno.  Byli  w  stanie  wielkiego  podniecenia  -”Oj,  gefilte  fisz!  Złapali  Abiego!”  -  W  czasach  rzymskich  śydzi 

powstali, zdaje się, Ŝe to było w Jerozolimie, i zabili pięćdziesiąt tysięcy Rzymian. śydowskie samice, to znaczy 

młode  Ŝydowskie  damy  -  muszę  uwaŜać,  Ŝebym  nie  został  oskarŜony  o  antysemityzm  -  wykonały  striptiz, 

owinąwszy się uprzednio w jelita Rzymian. 

A  skoro  mowa  o  jelitach,  to  czy  opowiadałem  ci  o  moim  przyjacielu,  Reggie'em?  To  bohater 

brytyjskiego wywiadu, choć nie sławiono go w pieśniach. Stracił na słuŜbie dupę i trzy metry jelit. Przez wiele 

lat Ŝył w przebraniu arabskiego chłopca, znanego w centrali jako “Numer 69”. To były jednak poboŜne Ŝyczenia, 

bo Arabowie ładują wyłącznie w jedną stronę. No i przyplątała mu się rzadka choroba orientalna i biedny Reggie 

stracił  duŜą  część  flaczków.  Za  Boga  i  Ojczyznę,  co?  Nie  chciał  Ŝadnych  przemówień,  Ŝadnych  medali. 

Wystarczyło  mu,  Ŝe  wie,  za  jaką  sprawę  słuŜył.  Pomyśl  o  tych  latach  cierpliwych  oczekiwań,  aŜ  kolejny 

fragment układanki wpasuje się w swoje miejsce. 

Nigdy nie mówi się o agentach w rodzaju Reggie'ego, ale to ich informacje, zdobywane w bólu i wśród 

niebezpieczeństw,  pozwalają  jakiemuś  generałowi  z  linii  frontu  ułoŜyć  plan  błyskotliwej  kontrofensywy  i 

udekorować  pierś  medalami.  Na  przykład  to  właśnie  Reggie  pierwszy  odgadł,  Ŝe  wrogowi  kończy  się  paliwo, 

kiedy  wyczerpał  im  się  zapas  Ŝelu  nawilŜającego.  To  było  tylko  jedno  z  jego  mistrzowskich  posunięć.  Co  byś 

background image

powiedział na stek T-bone na dwóch? 

- Dobra. 

- NiedosmaŜony? 

- Na pół niedosmaŜony. 

Lee przeglądał menu. 

- Jest tu “pieczona Alaska” - oznajmił. - Jadłeś to kiedyś? 

- Nie. 

- Naprawdę dobre. Na zewnątrz gorące, w środku zimne. 

- Pewnie dlatego nazywają to “pieczoną Alaską”. 

- Mam pomysł na nową potrawę. Bierze się Ŝywą świnię i wrzuca do bardzo gorącego pieca, tak Ŝeby 

upiekła  się  na  zewnątrz,  a  kiedy  się  ją  przetnie,  w  środku  będzie  Ŝywa  i  drgająca.  Albo,  jeśli  organizujemy 

dramatyczną  knajpę,  to  kwicząca  świnia  oblana  płonącą  brandy  wybiega  z  kuchni  i  zdycha  tuŜ  przy  twoim 

krześle. MoŜesz sięgnąć, oderwać chrupiące, trzeszczące uszy i pogryzać je do koktailu... 

 

 

Na  zewnątrz  rozciągało  się  miasto  spowite  w  fioletową  mgłę.  Wiał  ciepły,  wiosenny  wiatr.  Wracali 

przez park do mieszkania Lee, zatrzymując się czasem, przytulając się i śmiejąc. 

Jakiś Meksykanin rzucił: 

Cambrones

*

-  Chinga  tu  madre

*

  -  zawołał za nim Lee i dodał po angielsku: - PrzyjeŜdŜam tu, do twojego małego, 

zaszczanego kraju, wydaję swoje gitne amerykańskie dolary i co? ObraŜa się mnie w publicznym miejscu! 

Meksykanin odwrócił się i zawahał. Lee rozpiął płaszcz i wetknął kciuk pod rewolwer wetknięty za pas. 

Meksykanin poszedł dalej. 

- Któregoś dnia nie odejdą - powiedział Lee. 

W mieszkaniu wypili trochę brandy. Lee objął Allertona ramieniem. 

- No, skoro nalegasz - powiedział Allerton. 

 

 

W niedzielę Allerton był na kolacji u Lee. Lee przygotował kurze wątróbki, poniewaŜ Allerton zawsze 

chciał  zamówić  w  restauracji  kurze  wątróbki,  a  zazwyczaj  są  tam  nieświeŜe.  Potem  Lee  chciał  się  kochać  z 

Allertonem, ale ten odtrącił go i powiedział, Ŝe chce teraz iść do “Ship Ahoy” na rum z colą. Lee zgasił światło i 

zanim wyszli, objął kochanka. Allerton był sztywny z wściekłości. 

Po przyjściu do “Ship Ahoy” Lee poszedł do baru i zamówił dwa rumy z colą. 

-  Zrób  ekstramocne  -  polecił  barmanowi.  Allerton  siedział  przy  stoliku  z  Mary.  Lee  przyniósł  mu 

koktail, potem dosiadł się do Joego Guidry'ego. Guidry był z młodym męŜczyzną, który właśnie opowiadał, jak 

leczył go wojskowy psychiatra. 

- No i czego dowiedziałeś się od swego psychiatry? - spytał Guidry kłótliwie, agresywnym tonem. 

- Dowiedziałem się, Ŝe mam kompleks Edypa. Dowiedziałem się, Ŝe kocham swoją matkę. 

                                            

*

 

Cambrones - (hiszp.) rogacze.

 

*

 

Chinga tu madre - (hiszp.) Twoja matka to śmierdziel.

 

background image

- PrzecieŜ kaŜdy człowiek kocha swoją matkę, synu - odparł Guidry. 

- Chodzi o to, Ŝe kocham moją matkę fizycznie. 

- Nie wierzę w to, synu - rzekł Guidry. 

Lee wydało się to zabawne i wybuchnął śmiechem. 

- Słyszałem, Ŝe Jim Cochan wrócił do Stanów - oznajmił Guidry. - Ma zamiar pracować na Alasce. 

-  Dzięki  Bogu,  Ŝe  jestem  dŜentelmenem  niezaleŜnym  finansowo  i  nie  muszę  się  naraŜać  na  bezlitosne 

warunki podbiegunowe - oświadczył Lee. - A propos, czy poznałeś Ŝonę Jima, Alice? Mój BoŜe, to amerykańska 

kurwa,  która  nie  popuści.  Nigdy  jeszcze  nie  spotkałem  kogoś,  kto  by  się  z  nią  równał.  Jim  nie  ma  Ŝadnego 

przyjaciela,  którego  mógłby  przyprowadzić  do  domu.  Nie  trzeba  dodawać,  Ŝe  moja  chata  to  dla  Jima  teren 

zakazany i zawsze, kiedy do mnie przychodzi, ma wzrok ściganego dezertera. Nie wiem, dlaczego Amerykanie 

tolerują  takie  gówno  ze  strony  kobiet.  Nie  jestem  oczywiście  specjalistą  od  ciała  kobiecego,  ale  Alice  ma 

wypisane na całej swojej kościstej, nieapetycznej powłoce: “Beznadziejna w łóŜku”. 

- Wiesz, Lee, jesteś bardzo nieprzyjemny dzisiejszego wieczora - powiedział Guidry. 

-  Nie  bez  powodu.  Czy  opowiadałem  ci  o  facecie  imieniem  Wigg?  To  amerykański  cwaniak,  ćpun, 

który podobno gra na skrzypcach. Regularny oszust; pomimo Ŝe ma złoto, zawsze ściąga herę i mówi: “Nie, nie 

chcę k u p o wa ć . Chcę tylko pół działki”. Ten koleś wyczerpał juŜ u mnie swój kredyt. Jeździ nowym chryslerem 

za  trzy  tysiące  dolarów  i  jest  zbyt  skąpy,  Ŝeby  kupić  sobie  towar.  Kim  ja  jestem,  na  miłość  boską,  Ćpuńskim 

Towarzystwem Dobroczynnym? Ten Wigg to szczyt ohydy. 

- To twój fagas? - spytał Guidry, co najwyraźniej zaszokowało jego młodego przyjaciela. 

-  Nawet  nie.  Mam  większą  rybę  do  usmaŜenia  -  odparł  Lee.  Spojrzał  na  Allertona,  który  śmiał  się  z 

czegoś, co powiedziała Mary. 

- Rzeczywiście ryba - zaŜartował Guidry. - Zimna, śliska i trudna do złapania. 

background image

 

Rozdział 5 

 

Lee  umówił  się  z  Allertonem w poniedziałek na jedenastą. Mieli pójść do lombardu i wykupić aparat. 

Lee przyszedł do Allertona i obudził go punktualnie o jedenastej. Allerton był ponury. Przez moment wyglądało 

na to, Ŝe znowu chce zasnąć. 

- Wstajesz wreszcie, czy... - zniecierpliwił się w końcu Lee. 

Allerton otworzył oczy i zamrugał nimi. 

- Wstaję - odparł. 

Lee  usiadł  i  zaczął  czytać  gazetę,  zwracając  uwagę  na  to,  Ŝeby  nie  patrzeć,  jak  Allerton  się  ubiera. 

Usiłował  kontrolować  swój  gniew  i  złość,  a  ten  wysiłek  go  wyczerpywał.  Coś,  jak  gdyby  cięŜka  kotwica, 

zwalniało  ruch  i  myśli.  Jego  twarz  była  sztywna,  głos  głuchy.  Napięcie  utrzymywało  się  przez  całe  śniadanie. 

Allerton pił w milczeniu sok pomidorowy. 

Wykupienie aparatu zajęło im cały dzień. Allerton zgubił kwit. Urzędnicy kręcili głowami i czekając, aŜ 

znajdzie, bębnili palcami po stole. Lee wyciągnął dodatkowe dwieście pesos. W sumie zapłacił czterysta pesos 

plus odsetki i rozmaite opłaty. Wręczył aparat Allertonowi, który wziął go bez słowa. 

W  milczeniu  wrócili  do  “Ship  Ahoy”.  Lee  wszedł  i  zamówił  drinka.  Allerton  zniknął.  Wrócił  po 

godzinie i usiadł obok Lee. 

- Co powiesz na kolację? - spytał Lee. 

-  Nie.  Myślę,  Ŝe  dziś  w  nocy  będę  pracował  -  odparł  Allerton.  Lee  był  zgnębiony  i  rozbity.  Ciepło  i 

wesołość  sobotniej  nocy  przepadły,  a  on  nie  wiedział  dlaczego.  W  kaŜdym  związku,  czy  to  była  miłość,  czy 

przyjaźń, Lee starał się ustawić kontakt na intuicyjnym, niewerbalnym poziomie; cicha wymiana myśli i uczuć. 

Teraz Allerton raptownie zerwał tę nić i Lee odczuwał fizyczny ból, jakby część jego ciała, wysunięta na próbę 

w  kierunku  drugiego  człowieka,  została  odrąbana,  a  on  patrzy  zszokowany,  nie  dowierzając,  na  krwawiący 

kikut. 

- Podobnie jak administracja Wallace'a, będę subsydiował brak produkcji. Zapłacę ci dwadzieścia pesos 

za  to,  Ŝebyś  dziś  w  nocy  nie  pracował  -  zaproponował  Lee.  JuŜ  miał  zacząć  rozbudowywać  ten  pomysł,  kiedy 

powstrzymał go chłód ze strony Allertona. Umilkł zaszokowany, patrząc na chłopca oczyma pełnymi bólu. 

Allerton  był  nerwowy  i  zirytowany,  bębnił  palcami  po  stole  i  rozglądał  się  dokoła.  Nie  rozumiał, 

dlaczego Lee go denerwuje. 

- Co powiesz na drinka? - zaproponował Lee. 

- Nie, nie teraz. Poza tym muszę juŜ iść. 

Lee wstał gwałtownie. 

- No to na razie. Do jutra. 

- Tak. Dobranoc. 

Allerton zostawił Lee, który stał nieruchomo, próbując ułoŜyć jakiś plan, powstrzymać go od odejścia, 

umówić się na następny dzień, Ŝeby choć trochę złagodzić ból. 

Allerton odszedł. Lee wyciągnął rękę i dotknął oparcia krzesła. Oparł się na nim jak człowiek osłabiony 

chorobą. Wbił wzrok w stół, jego myśli były powolne, jak gdyby było mu zimno. 

Barman postawił przed nim kanapkę. 

background image

- Co? - spytał Lee. - Co to jest? 

- Kanapka, którą zamówiłeś. 

-  A,  tak.  -  Lee  zjadł  kilka  kęsów  i  popił  wodą.  -  Dopisz  do  mojego  rachunku,  Joe  -  krzyknął  do 

barmana. 

Wstał  i  wyszedł.  Szedł  powoli.  Kilkakrotnie  opierał  się o drzewa, wpatrując się w ziemię, jakby bolał 

go brzuch. W domu zdjął płaszcz, buty i usiadł na łóŜku. Rozbolało go gardło, oczy mu zwilgotniały i padł na 

łóŜko,  szlochając  spazmatycznie.  Podciągnął  kolana i zakrył twarz dłońmi. Z nadejściem świtu odwrócił się na 

plecy i wyprostował. Przestał szlochać, a jego twarz wypogodziła się w świetle poranka. 

Lee  obudził  się  koło  południa  i  długo  siedział  na  krawędzi  łóŜka,  trzymając  but  w  dłoni.  Potem  umył 

twarz, załoŜył płaszcz i wyszedł. 

Skierował  się  do  Zocalo  i  spacerował  przez  kilka  godzin.  Miał  wyschnięte  usta.  Wszedł  do  chińskiej 

restauracji,  usiadł  przy  stoliku  w  zacisznym  miejscu  i  zamówił  colę.  Teraz,  kiedy  siedział  i  nic  go  nie 

rozpraszało, ogarnął go smutek i rozgoryczenie. Myślał o tym, co się właściwie stało. 

Musiał  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Allerton  nie  był  pedałem  na  tyle,  Ŝeby  wejść  w  związek  oparty  na 

wzajemnych zaleŜnościach. Uczucie, jakim darzył go Lee, irytowało go. Podobnie jak wielu ludzi nie mających 

nic  do roboty, nie mógł ścierpieć, gdy ktoś rościł sobie prawo do jego czasu. Nie miał bliskich przyjaciół. Nie 

lubił  umawiać  się  konkretnie.  Nie  lubił  odczuwać,  Ŝe  ktokolwiek  czegoś  po  nim  oczekuje.  Chciał,  w  miarę 

moŜliwości,  Ŝyć  bez  nacisków  z  zewnątrz.  Poczuł  się  dotknięty  tym,  Ŝe  Lee  zapłacił  za  jego  aparat,  Ŝe  został 

“wciągnięty w lewy interes” i zobowiązany do wdzięczności wbrew własnej woli. 

Allerton nie uznawał przyjaciół dających prezenty za sześćset pesos i nie czuł się dobrze, wykorzystując 

Lee. Ale nie zrobił nic, Ŝeby wyjaśnić sytuację. Nie chciał dostrzec sprzeczności w tym, Ŝe równocześnie przyjął 

przysługę i był nią uraŜony. Lee zrozumiał, Ŝe jest w stanie dostroić się do punktu widzenia Allertona, chociaŜ 

sprawiłoby mu to ból. Musiał zdać sobie sprawę z bezmiaru jego obojętności. 

Lubiłem  go  i  pragnąłem,  Ŝeby  on  mnie  lubił,  myślał  Lee,  nie  chciałem  niczego  kupować.  Muszę 

wyjechać z miasta, postanowił. Pojechać gdzieś. Na przykład do Panamy albo Ameryki Południowej. 

Poszedł  na  dworzec  sprawdzić,  kiedy  odjeŜdŜa  najbliŜszy  pociąg  od  Veracruz.  OdjeŜdŜał  w  nocy,  ale 

Lee nie kupił biletu. Na myśl o samotnej podróŜy do obcego kraju, gdzie będzie z dala od Allertona, ogarnęło go 

uczucie zimna i opuszczenia. 

Pojechał taksówką do “Ship Ahoy”. Allertona tam nie było; Lee siedział przez trzy godziny przy barze i 

pił.  Wreszcie  Allerton  zajrzał  przez  drzwi,  zamachał  niezdecydowanie  do  Lee  i  poszedł  z  Mary  na  górę.  Lee 

wiedział, Ŝe prawdopodobnie poszli do właściciela “Ship Ahoy”, gdzie często jadali obiady. Poszedł na górę do 

Toma Westona. Zastał tam Mary i Allertona. Lee usiadł i starał się zrozumieć, o co chodzi Allertonowi, ale był 

zbyt  pijany,  Ŝeby  wymyślić  coś  sensownego.  Jego  próby  prowadzenia  zwykłej,  Ŝartobliwej  konwersacji  były 

Ŝ

ałosne. 

 

 

Musiał widocznie zasnąć. Mary i Allerton odeszli. Tom Weston przyniósł mu trochę gorącej kawy. Lee 

wypił, po czym wstał i potykając się wyszedł. 

Był zupełnie wyczerpany. Spał do rana. 

Sceny tego chaotycznego, pijanego miesiąca przesuwały się przed jego oczyma. Była tam twarz, której 

background image

Lee  nie  poznawał.  Ładny  chłopiec  o  bursztynowych  oczach  i  pięknych,  prostych,  czarnych  brwiach.  Widział 

siebie, jak prosi kogoś, kogo ledwo zna, Ŝeby postawił mu piwo w barze na Insurgentes. Tamten odmówił mu w 

paskudny  sposób.  Zobaczył  siebie,  jak  wyjmuje rewolwer, Ŝeby obronić się przed napastnikiem, który szedł za 

nim  od  baru  zdzierusów  na  Coahuila  i  próbował  go  obrobić.  Czuł  przyjazne,  uspokajające dłonie ludzi, którzy 

pomogli mu dojść do domu. - Spokojnie, Bill. - Stał tam jego przyjaciel z dzieciństwa, Rollins, ze swoim psem 

myśliwskim,  mocny  i  męski.  Carl  biegnący  do  tramwaju.  Moor  ze  swoim  ohydnym,  złośliwym  uśmiechem. 

Twarze  zlały  się  w  jedno  w  tym  koszmarze,  dziwne  postaci  mówiły  do  niego  rzeczy,  których  nie  rozumiał, 

wreszcie wszystko znikło. 

 

 

Lee wstał, ogolił się i poczuł się lepiej. Okazało się, Ŝe jest w stanie zjeść grzankę i wypić trochę kawy. 

Zapalił  papierosa.  Przeczytał  gazetę,  próbując  nie  myśleć  o  Allertonie.  Potem  poszedł  do  miasta  i  przejrzał 

sklepy  z  bronią.  Za  dwieście  pesos  kupił  32-20  w  doskonałym  stanie,  z  numerem  seryjnym  poniŜej  trzystu 

tysięcy. W Stanach kosztowałby co najmniej sto dolarów. 

Wszedł  do  amerykańskiej  księgarni  i  kupił  ksiąŜkę  o  szachach.  Wziął  ją  do 

Chapultepec, usiadł w kawiarni przy lagunie i zaczął czytać. Dokładnie na wprost niego była 

wyspa,  na  której  rósł  ogromny  cyprys.  Na  gałęziach  siedziały  setki  sępów.  Lee  zastanawiał 

się, co jedzą. Rzucił w tamtą stronę kawałek chleba: sępy nie zareagowały. 

Lee  interesował  się  teorią  gier  i  strategią  zachowań  przypadkowych.  Tak  jak  przypuszczał,  szachy 

wykluczają  element  szczęścia  i  usiłują  wyeliminować  nieprzewidywalny  czynnik  ludzki.  Gdyby  moŜna  było 

całkowicie  zrozumieć  mechanizm tej gry, wynik byłby znany juŜ po pierwszym posunięciu. Gra dla myślących 

maszyn,  pomyślał  Lee.  Czytał  dalej,  uśmiechając  się  od  czasu  do  czasu.  Wreszcie  wstał,  wrzucił  ksiąŜkę  do 

laguny i odszedł. 

Lee  od  początku  wiedział,  Ŝe  związek  z  Allertonem  nie  przyniesie  mu  tego,  czego  pragnął.  Wymowa 

faktów  była  bezlitosna.  Jednak  nie  mógł  się  poddać.  A  moŜe  uda  mi  się  coś  zmienić,  pomyślał.  Był  gotów 

podjąć kaŜde ryzyko, kaŜde, nawet radykalne działanie. Lee - jak święty albo jak ścigany przestępca, nie mający 

nic do stracenia - przezwycięŜył pragnienia nieznośnego, starzejącego się, przeraŜonego ciała. 

Wziął taksówkę i pojechał do “Ship Ahoy”. Allerton stał w słońcu przed knajpą, mrugając powiekami. 

Lee spojrzał na niego i uśmiechnął się. Allerton odwzajemnił uśmiech. 

- Jak się masz? 

- Jestem śpiący. Dopiero wstałem. - Ziewnął i ruszył w stronę “Ship Ahoy”. Machnął ręką. - Na razie. - 

Usiadł  przy  barze  i  zamówił  sok pomidorowy. Lee wszedł, usiadł obok niego i zamówił podwójny rum z colą. 

Allerton wstał i dosiadł się do stolika Toma Westona. Zawołał do barmana: - Przynieś tu ten sok pomidorowy, 

dobrze, Joe? 

Lee  usiadł  obok  Allertona.  Tom  Weston  zbierał  się  do  wyjścia.  Allerton  wyszedł  za  nim,  po  czym 

wrócił, usiadł w drugiej sali i zabrał się do czytania gazet. Weszła Mary i usiadła obok niego. Rozmawiali parę 

minut, a potem rozstawili figury szachowe. 

Lee  wypił  trzy  drinki.  Podszedł  i  przysunął  krzesło  do  stolika,  przy  którym  Mary  i  Allerton  grali  w 

szachy. 

- Sie macie - powiedział. - Mogę pokibicować? 

background image

Mary  podniosła  rozdraŜniony  wzrok,  ale  uśmiechnęła  się,  napotkawszy  mocne  i  zuchwałe  spojrzenie 

Lee. 

- Czytałem o szachach. Wymyślili je Arabowie - i wcale się temu nie dziwię. Nikt nie potrafi siedzieć 

tak jak Arab. Klasyczna arabska partia szachów była po prostu konkursem siedzenia. Kiedy obaj gracze umierali 

z  głodu,  partia  kończyła  się  patem.  -  Lee  przerwał  i  pociągnął  długi  łyk.  -  W  okresie  baroku  powszechnie 

przyjęła  się  praktyka  nękania  przeciwnika  za  pomocą  rozmaitych  irytujących  czynności.  Niektórzy  gracze 

korzystali  z  nitki  do  czyszczenia  zębów,  inni  wyłamywali  palce  i  puszczali  bańki  ze  śliny.  Stosowano  coraz  to 

nowe techniki. W roku 1917 podczas meczu w Bagdadzie Arab Arachnid Khayam pokonał niemieckiego mistrza 

Kurta Schlemiela

*

 mrucząc: “Ja Zostanę, Kiedy Ciebie Zabraknie” - czterdzieści tysięcy razy, za kaŜdym razem 

wyciągając  rękę  do  szachownicy,  jakby  miał  zamiar  zrobić  ruch.  W  końcu  Schlemiel  dostał  ataku  konwulsji. 

Czy  mieliście  okazję  widzieć  spektakl  włoskiego  mistrza  Tetrazziniego?  -  Lee  podał  Mary  ogień.  -  Celowo 

mówię  “spektakl”,  poniewaŜ  był  to  wielki  showman  i,  jak  wszyscy  showmani,  uciekał  się  nie  tylko  do 

hochsztaplerki,  lecz  takŜe  do  zwykłych  oszustw.  Czasami  puszczał  zasłony dymne, Ŝeby ukryć swoje manewry 

przed  wzrokiem  przeciwnika;  chodzi  mi  oczywiście  o  prawdziwe  zasłony  dymne.  Miał  oddział  tresowanych 

kretynów,  którzy  na  dany  znak  wbiegali  i  zjadali  figury.  Kiedy  klęska  zaglądała  mu  w  oczy,  a  działo  się  to 

często,  poniewaŜ  nie  miał  pojęcia  o  szachach,  poza  samymi regułami, a nawet tych nie był pewien - skakał do 

góry,  wrzeszcząc:  “Ty  tani  sukinsynu!  Widziałem,  jak  schowałeś  królową!”  i  walił  pękniętą  filiŜanką  w  twarz 

przeciwnika. W 1922 wywieziono go z Pragi na wozie drabiniastym. Później widziałem Tetrazziniego w Górnej 

Ubandze.  Zupełny  wrak.  Handlował  lewymi  kondomami.  Był  to  rok  zarazy  bydlęcej  i  wszystko  padało,  nawet 

hieny. 

Lee  przerwał.  Gadał  teraz  jak  nakręcony.  Wprawdzie  sam  nie  był  pewien,  co  powie  za  chwilę,  ale  z 

doświadczenia  wiedział,  Ŝe  lada  moment  monolog  zacznie  się  robić  wulgarny.  Spojrzał  na  Mary.  Wymienili  z 

Allertonem znaczące spojrzenia. 

To jakiś kod, miłosny, zdecydował Lee, mówi mu teraz, Ŝe zaraz muszą wyjść. 

Allerton  wstał,  oznajmiając,  Ŝe  musi  się ostrzyc przed pracą. Oboje wyszli, a Lee został w barze sam, 

ciągnąc dalej swój monolog. 

- Pracowałem jako adiutant generała von Klutcha. Był bardzo wymagający. Trudno go było zadowolić. 

Zrezygnowałem  po  pierwszym  tygodniu.  Mieliśmy  w  koszarach  powiedzonko:  “Nigdy  nie  oddawaj  staremu 

Klutchowi  flanki”.  Nie  mogłem  juŜ  znieść  kolejnej  nocy  z  Klutchem,  więc  zorganizowałem  małą  karawanę  i 

wyruszyłem  razem  z  Abdulem,  miejscowym adonisem. Dziesięć mil za Tanhajaro Abdul zachorował na zarazę 

bydlęcą  i  musiałem  zostawić  go  śmierci.  Nienawidziłem  siebie  za  to,  co  robię,  ale  nie  było  innego  wyjścia. 

Zupełnie stracił wygląd, rozumiecie. 

U  źródeł  Zambezi  natknąłem  się  na  starego  holenderskiego  handlarza.  Po  długich  targach  dałem  mu 

puszkę  środków  uśmierzających  za  chłopca  -  pół-Effendi,  pół-Lulu.  Liczyłem  na  to,  Ŝe  wystarczy  mi  aŜ  do 

Timbuktu,  moŜe  nawet  do  Dakaru.  Ale  Lulu-Effendi  wyglądał  na  zniszczonego  jeszcze  przed  Dakarem,  więc 

postanowiłem  wymienić  go  na  czysty  model  beduiński.  KrzyŜówki  dają  ładny  wygląd,  ale  nie  są  trwałe.  W 

Timbuktu poszedłem na Targ UŜywanych Niewolników Corn Hole Gusa, zobaczyć, co moŜna z nim utargować. 

Gus wybiega i zaczyna nawijać: 

-  A,  sahib  Lee.  Allach  pana  zsyła!  Mam  coś  w  sam  raz  dla  pana.  Proszę  wejść.  Ten  tutaj  miał  tylko 

                                            

*

 

Schlemiel - (jidysz) głupek, nieudacznik.

 

background image

jednego  właściciela  i  to  lekarza.  To  taki  typ  “po  jednym  razie,  lekko,  dwa  razy  w  tygodniu”.  Jest  młody  i 

delikatny. Właściwie jeszcze gaworzy...oto on! 

-  To  starcze  ślinienie  nazywasz  gaworzeniem?  Mój  dziadek złapał od niego syfa. Spróbuj jeszcze raz, 

Gussie. 

-  Nie  podoba  się  panu?  Szkoda.  No,  są  gusta  i  guściki,  jak  to  się  mówi.  Tutaj  mam  stuprocentowego 

Beduina rasy pustynnej, z rodowodem. W prostej linii pochodzi od Proroka. Proszę zobaczyć jaka postawa. Jaka 

duma! Jaki ogień! 

-  Dobra  robota  charakteryzatorska,  Gus,  ale  nie  doskonała.  To  mongolski  kretyn-albinos.  Słuchaj, 

Gussie, masz do czynienia z najstarszą ciotą w Górnej Ubandze, więc przestań się wygłupiać. Sięgnij do swojej 

nory i wyciągnij najlepiej wyglądającego chłopczyka, jakiego masz na tym zjedzonym przez mole bazarze. 

- Dobrze, sahib Lee. Chodzi panu o klasę, tak? Proszę za mną. Tutaj. Czy jeszcze muszę mówić? Klasa 

mówi sama za siebie. Miewam tu wielu skąpych klientów, którzy najpierw chcą widzieć klasę, a potem krzyczą, 

słysząc cenę. Ale i pan, i ja wiemy, Ŝe klasa kosztuje. W gruncie rzeczy, przysięgam na fiuta Proroka, tracę na 

tej transakcji. 

- Mhm. Kilka mil na nim zrobiono, ale moŜe być. Co powiesz na próbny kurs? 

- Panie Lee, na miłość boską, ja tu nie prowadzę lokalu. U mnie jest tylko na wynos, bez konsumpcji na 

miejscu. Mogliby mi odebrać licencję. 

-  Nie chcę się znaleźć w odległości stu mil od najbliŜszego suku z jednym z twoich arcydzieł z taśmy 

klejącej i gipsu. A oprócz tego, jaką mam pewność, Ŝe to nie Liz? 

- Sahib Lee! To jest uczciwy targ! 

-  Nabrano  mnie  tak  raz  w  Marakeszu.  Ktoś  wcisnął  mi  Ŝydowską  transwestytkę  Lizzie  jako 

abisyńskiego księcia. 

- Ha, ha, ha! Zna pan mnóstwo śmiesznych dowcipów, prawda? Co pan na to: zatrzyma się pan na noc 

w mieście i wypróbuje go. Jeśli rano nie będzie go pan chciał, zwracam wszystko co do piastra. Zgoda? 

- O.K. Co mi dasz za tego Lulu-Effendi? Jest w doskonałym stanie. TuŜ po remoncie. Nie je duŜo i nic 

nie mówi. 

- Jezu, panie Lee! Pan wie, Ŝe dałbym sobie dla pana obciąć prawe jajo, ale przysięgam na pizdę mojej 

matki,  niech  padnę,  niech  mnie  sparaliŜuje,  niech  mi  kutas  odpadnie,  jeśli  tych  mieszańców  nie  jest  trudniej 

ruszyć niŜ kiszki ćpuna. 

- Daj sobie spokój. Ile? 

Gus staje przed Lulu-Effendi, podejmując się pod boki. Uśmiecha się i kręci głową. Obchodzi chłopaka 

dookoła. Wyciąga rękę i wskazuje na mały Ŝylak za kolanem. 

- Spójrz na to - mówi, ciągle się uśmiechając i kręcąc głową. Znowu obchodzi chłopaka... – Poza tym 

ma  hemoroidy.  -  Kręci  głową.  -  Nie  wiem.  Naprawdę  nie  wiem,  co  powiedzieć.  Otwórz  gębę,  mały...  Brakuje 

dwóch  zębów.  -  Gus  przestaje  się  uśmiechać.  Mówi  niskim,  powaŜnym  głosem,  jak  grabarz.  -  Będę  z  panem 

szczery, Lee. Mam teraz u siebie pełno tego towaru. Wolałbym raczej zapomnieć o tym i pomówić o gotówce za 

mojego. 

- A co ja mam z nim zrobić? Sprzedać na ulicy? 

- Mógłby go pan wziąć ze sobą jako zapasowego. Ha, ha... 

- Ha. Co mi za niego dasz? 

background image

- No, niech pan się nie wścieka... Dwieście piastrów. - Gus ucieka figlarnie, niby przed moim gniewem 

i wyrzuca w górę garść pyłu... 

Opowieść  urwała  się  nagle.  Lee  rozejrzał  się  dokoła,  w  barze  było  prawie  pusto.  Zapłacił  za  drinki  i 

wyszedł w noc. 

background image

 

Rozdział 6 

 

Za  namową  Toma  Westona  Lee  poszedł  w  czwartek  na  wyścigi.  Weston  był  astrologiem-amatorem  i 

zapewniał  Lee,  Ŝe  gwiazdy  są  we  wręcz  idealnym  połoŜeniu,  więc  wygrana  jest  murowana.  Lee  przegrał  pięć 

gonitw i wrócił taksówką do “Ship Ahoy”. 

Mary  i  Allerton  siedzieli  przy  stole  z  peruwiańskim  szachistą.  Allerton  poprosił  Lee,  Ŝeby  podszedł  i 

przysiadł się do nich. 

- Gdzie jest ta kurwa od horoskopów? - spytał Lee, rozglądając się wokoło. 

- Czy Tom wpuścił cię w kanał? - spytał Allerton. 

- Owszem. 

Mary wyszła z Peruwiańczykiem. Lee skończył trzeciego drinka i zwrócił się do Allertona. 

- Mam zamiar pojechać niedługo do Ameryki Południowej. MoŜe zabrałbyś się ze mną? Nie będzie cię 

to kosztować ani centa. 

- Ale przecieŜ nie chodzi o pieniądze. 

- Nie jestem trudnym człowiekiem. Moglibyśmy dojść do porozumienia. Co masz do stracenia? 

- NiezaleŜność. 

-  Kto  ogranicza  twoją  niezaleŜność?  Jeśli  chcesz,  moŜesz  spać  ze  wszystkimi  kobietami  w  Ameryce 

Południowej. Wszystko, o co proszę, to Ŝebyś był miły dla taty, powiedzmy - dwa razy w tygodniu. To nie jest 

zbyt duŜo, prawda? Poza tym kupię ci bilet powrotny, więc będziesz mógł wrócić, kiedy ci się spodoba. 

Allerton wzruszył ramionami: 

- Przemyślę to. Pracuję jeszcze przez dziesięć dni. Dam ci ostateczną odpowiedź, kiedy to się skończy. 

-  Twoja  praca...  -  Lee  chciał  juŜ  powiedzieć,  Ŝe  mu  zapłaci  za  te  dziesięć  dni,  powiedział  jednak:  - 

Dobra. 

Praca Allertona w gazecie była tymczasowa, a on i tak był zbyt leniwy, Ŝeby ją utrzymać. Dlatego jego 

odpowiedź znaczyła “nie”. Lee miał zamiar porozmawiać z nim po dziesięciu dniach. Pomyślał, Ŝe teraz lepiej 

nie nalegać. 

 

 

Allerton planował trzydniową wycieczkę do Morelii ze swymi kolegami z pracy. W noc poprzedzającą 

jego  wyjazd  Lee  znajdował  się  w  stanie  maniakalnego  podniecenia.  Zebrał  wokół  swojego  stolika  sporo 

hałaśliwych osób. Allerton grał w szachy z Mary, a Lee robił największy harmider, jaki tylko potrafił. Wodził rej 

przy  stoliku,  ale  wszyscy  jego  znajomi  byli  trochę  skrępowani,  tak  jakby  pragnęli  znaleźć  się  teraz  gdzieś 

indziej. Myśleli, Ŝe Lee jest pewnie trochę stuknięty. Jednak w momentach, kiedy wydawało się, Ŝe lada chwila 

dopuści się jakiegoś skandalicznego ekscesu, opanowywał się i mówił coś zupełnie banalnego. Lee rzucił się, by 

objąć nowego gościa: 

- Ricardo! Amigo mío! - krzyknął. - Nie widziałem cię lata całe. Gdzie bywałeś? Masz dziecko? Siadaj 

na dupie, czy na tym, co z niej zostało po czterech latach w Marynarce. Co cię gryzie, Richard? Kobiety? Jestem 

szczęśliwy, Ŝe przyszedłeś do mnie, a nie do tych trajkotek na najwyŜszym piętrze. 

W tym momencie Allerton i Mary wymienili po cichu parę słów i wyszli. 

background image

Lee  popatrzył  za  nimi  w  milczeniu.  Teraz  gram  dla  pustej  widowni,  pomyślał.  Zamówił  jeszcze  jeden 

rum  i  połknął  cztery  tabletki  benzedryny.  Potem  poszedł  do  sieni  i  wypalił  działkę  trawki.  Teraz  porwę  moją 

publiczność, pomyślał. 

Stojący  obok  kierowca  autobusu  złapał  mysz  i  trzymał  ją  za  ogon.  Lee  wyjął  staroświecki  rewolwer 

kaliber 22, który czasem nosił przy sobie. 

- Wystaw tego skurwysyna, to go rozwalę - oświadczył, przyjmując postawę Napoleona. 

Chłopak  przywiązał  sznurek  do  ogona  myszy  i  wyciągnął  ramię.  Lee  wystrzelił  z  odległości  metra. 

Kula oderwała myszy głowę. 

- Gdybyś podszedł bliŜej, mysz zatkałaby lufę - powiedział Richard. 

Pojawił się Tom Weston. 

- Oto nadchodzi stara kurwa od horoskopów - oznajmił Lee. - Czy to cofający się Saturn wlecze cię za 

dupę, człowieku? 

- Moja dupa się wlecze, bo potrzebuję piwa - odparł Weston. 

- No to przyszedłeś we właściwe miejsce. Piwo dla mojego przyjaciela-astrologa... Co takiego? Przykro 

mi, stary - powiedział Lee, zwracając się do Westona - ale barman mówi, Ŝe znaki nie sprzyjają podaniu ci piwa. 

Widzisz, Wenus znajduje się w domu sześćdziesiątym dziewiątym razem z lubieŜnym Neptunem, który nie chce 

pozwolić na to, Ŝebyś pił piwo pod takimi auspicjami. - Lee popił opium czarną kawą. 

Wszedł Horace i na powitanie chłodno skinął głową. Lee popędził, Ŝeby go objąć. 

- To jest silniejsze od nas obu, Horace, po co mamy skrywać naszą miłość? 

Horace sztywno wyciągnął rękę. 

- Daj spokój - powiedział. - Daj spokój. 

- To tylko meksykański abrazo

*

, Horace, to tutejszy zwyczaj. Tu wszyscy tak robią. 

- Nie obchodzi mnie, czyj to zwyczaj. Trzymaj się po prostu z daleka ode mnie. 

- Horace! Czemu jesteś taki chłodny? 

- Trzymaj się z daleka, dobrze? - powtórzył Horace i wyszedł. Trochę później wrócił i stanął przy barze, 

popijając piwo. 

Weston, Al i Richard podeszli i stanęli obok Lee. 

- Jesteśmy z tobą, Lee - zapewnił Weston. - Jeśli on tknie cię palcem, rozbiję mu butelkę na głowie. 

Lee nie chciał jednak przekraczać pewnych granic. Postanowił wszystko obrócić w Ŝart: 

- Och, Horace jest w porządku, jak sądzę. ChociaŜ wszystko ma swoje granice. Od dwóch lat posyła mi 

to  swoje  oficjalne  skinienie.  Od  dwóch  lat  wchodzi  do  Lola,  rozgląda  się  i  mówi:  “Nie  ma  tu  niczego  oprócz 

ciot”, a potem wychodzi na ulicę wypić swoje piwo. Jak powiedziałem, wszystko ma swoje granice. 

 

 

Allerton  wrócił  z  podróŜy  do  Morelii  ponury  i  draŜliwy.  Kiedy  Lee  zapytał,  czy  podróŜ  się  udała, 

wymamrotał:  “W  porządku”  -  i  poszedł  do  drugiej  sali  grać  z  Mary  w  szachy.  Lee  poczuł,  Ŝe  ogarnia  go  fala 

gniewu. 

- W jakiś sposób go zmuszę... Zapłaci mi za to - powiedział sobie. 

Lee  rozwaŜał  moŜliwość  kupna  połowy  udziału  w  “Ship  Ahoy”.  Allerton  pił  tu  na  kredyt  i  był  winny 

                                            

*

 

Abrazo - (hiszp.) uścisk.

 

background image

czterysta  pesos.  Gdyby  Lee  został  współwłaścicielem  knajpy,  Allerton  nie  mógłby  go  lekcewaŜyć.  W  istocie 

jednak Lee nie pragnął odwetu. Czuł rozpaczliwą potrzebę utrzymania z Allertonem jakiejś wyjątkowej relacji. 

Udało  mu  się  odnowić  kontakt.  Pewnego  popołudnia  Lee  i  Allerton  poszli  do  szpitala  odwiedzić  Ala 

Hymana, który był chory na Ŝółtaczkę. W drodze powrotnej zatrzymali się w “Bottoms Up” na koktail. 

- Co z tą podróŜą do Ameryki Południowej? - spytał gwałtownie Lee. 

- Zawsze jest miło zwiedzać nowe miejsca - odparł Allerton. 

- MoŜesz wyjechać w kaŜdej chwili? 

- W kaŜdej chwili. 

 

 

Następnego dnia Lee zaczął kompletować potrzebne wizy i bilety. 

-  Lepiej  kupić  trochę  sprzętu  turystycznego tutaj - oświadczył. - MoŜe będziemy musieli pójść w głąb 

dŜungli  w  poszukiwaniu  yage.  Kiedy  będziemy  na  miejscu,  spytamy  jakiegoś  tubylca,  gdzie  moŜemy  toto 

znaleźć. 

- Skąd będziesz wiedział, gdzie szukać? 

-  Mam  zamiar  dowiedzieć  się  tego  w  Bogocie.  Mieszka  tam  pewien  kolumbijski  naukowiec,  który 

wyodrębnił z yage telepatynę. Musimy go odszukać. 

- ZałóŜmy, Ŝe nie powie. 

- Wszyscy mówią, kiedy Borys nad nimi popracuje. 

- Borys to ty? 

-  Oczywiście,  Ŝe  nie.  Borysa  zabierzemy  w  Panamie.  Miał  świetne  wyniki  w  pracy  z  czerwonymi  w 

Barcelonie  i  z  gestapo  w  Polsce.  Utalentowany  człowiek.  Wszystko,  co  robi,  jest  wyjątkowo  oryginalne.  Jest 

delikatny,  ale  przekonywający.  Łagodny,  mały  człowiek  w  okularach.  Wygląda  jak  księgarz.  Poznałem  go  w 

łaźni tureckiej w Budapeszcie. 

Minął ich jasnowłosy meksykański chłopiec pchający wózek. 

- Jezus Maria! - krzyknął Lee, rozdziawiając usta. - Jeden z tych blond Meksykanów! Nie ma to jak być 

pedałem, Allerton. ChociaŜ to tylko Meksykanie. Chodźmy się napić. 

 

 

Parę dni później wyjechali autobusem. JuŜ w Panama City Allerton skarŜył się, Ŝe Lee 

jest zbyt wymagający. Poza tym dogadywali się doskonale. Teraz, kiedy Lee mógł być dzień i 

noc blisko obiektu swoich poŜądań, czuł, Ŝe uwolnił się od gryzącej pustki i strachu. Allerton 

był dobrym towarzyszem podróŜy, rozsądnym i spokojnym. 

background image

 

Rozdział 7 

 

Z  Panamy  polecieli  do  Quito  małym  samolotem,  który  z  trudem  wzbijał  się  ponad  chmury.  Steward 

włączył tlen. Lee powąchał rurę tlenową. 

- Jest przerwana! - skrzywił się z obrzydzeniem. 

Kiedy  znaleźli  się  w  Quito,  wiał  zimny  wiatr,  a  zmrok  dawno  zapadł.  Hotel  wyglądał  tak,  jakby  miał 

dwieście lat. Pokój był wysoki, miał czarny strop i białe otynkowane ściany. Siedzieli na łóŜkach dygocząc. Lee 

był na lekkim głodzie. 

Przeszli  się  wokół  głównego  rynku.  Lee  znalazł  aptekę,  ale  środki  uśmierzające  moŜna  było  dostać 

tylko na receptę. Zimny wiatr spadał z wysokich gór i roznosił śmieci główną ulicą. Ludzie chodzili w ponurym 

milczeniu. Wielu miało twarze owinięte kocami. WzdłuŜ muru kościoła stał rząd ohydnych, starych prostytutek 

opatulonych w brudne, stare koce, wyglądające jak płócienne worki. 

-  Słuchaj,  synu,  chcę,  Ŝebyś  wiedział,  Ŝe  róŜnię  się  od  wielu  obywateli,  których  spotkałeś  w  Ŝyciu. 

Niektórzy ciągle powtarzają, Ŝe kobiety są do niczego. Ja taki nie jestem. Wybierz sobie którąś z tych señoritas i 

zabieraj ją do hotelu. 

Allerton spojrzał na niego. 

- Myślę, Ŝe przelecę coś tej nocy - powiedział. 

-  Jasne  -  zgodził  się  Lee.  -  Nie  krępuj  się.  Nie  mają  w  tym  chlewie  zbyt  wiele  piękna,  ale  to  nie 

powinno odstraszać nas - młodych. Czy to Frank Harris powiedział, Ŝe przed trzydziestką nie spotkał ani jednej 

brzydkiej kobiety? Tak, to on... Chodźmy z powrotem do hotelu i napijmy się. 

 

 

Bar wyglądał przeciętnie. Dębowe krzesła obite czarną skórą. Zamówili martini. Przy stoliku obok jakiś 

Amerykanin  z  czerwoną  twarzą,  ubrany  w  brązowy  gabardynowy  garnitur,  opowiadał  o  transakcji  dotyczącej 

zakupu dwudziestu tysięcy akrów ziemi. Naprzeciwko Lee siedział Ekwadorczyk z długim nosem i czerwonymi 

plamkami na policzkach, ubrany w czarny europejski garnitur. Pił kawę i jadł ciastka z kremem. 

Lee wypił kilka drinków. Z kaŜdą chwilą robiło mu się coraz bardziej niedobrze. 

- Chcesz trawkę? - zaproponował Allerton. - MoŜe to ci pomoŜe? 

- Dobry pomysł. Chodźmy na górę. 

Lee wypalił na balkonie skręta. 

- Mój BoŜe, aleŜ na tym balkonie jest zimno - powiedział, wchodząc do pokoju. 

-  “...A  kiedy  zmrok  spowija  piękne,  kolonialne  miasto  Quito  i  chłodne  podmuchy  spływają  z  Andów, 

wyjdź  na  świeŜość  wieczoru  i  przyjrzyj  się  pięknym  señoritas,  siedzącym  w  kolorowych  strojach  wzdłuŜ  muru 

szesnastowiecznego  kościoła  naprzeciwko  głównego  rynku...  “  Człowiek,  który  to  napisał,  został  wyrzucony  z 

pracy. Są granice, nawet w przewodniku turystycznym... 

Tak  mniej  więcej  musi  wyglądać  Tybet.  Wysoki,  zimny,  pełen  brzydkich  ludzi,  lamów  i  jaków.  Na 

ś

niadanie  mleko  jaka,  na  obiad  ser  z  mleka  jaka,  na  kolację  jak  ugotowany  w  maśle  z  własnego  mleka,  jeśli 

chcesz znać moje zdanie, jest to kara, na którą jak zasługuje. 

KaŜdego ze świętych męŜów czuć na piętnaście mil od nawietrznej w pogodny dzień. Siedzi taki i kręci 

background image

swoim  paskudnym  młynkiem  modlitewnym.  Owinięty  w  brudny,  płócienny  worek;  w  miejscu,  gdzie  szyja 

wystaje  mu  z  worka,  kłębią  się  pluskwy.  Nos  zgnił  mu  doszczętnie,  a  on  wypluwa  betel  przez  nozdrza  jak 

plująca kobra... Odgrywa sztukę zatytułowaną “Mądrość Wschodu”. 

Spotykamy  więc  takiego lamę, a jakiś reporter przeprowadza z nim wywiad. Święty siedzi i Ŝuje swój 

betel. Po chwili odzywa się do jednego z akolitów: “Zejdź na dół do Świętej Studni i przynieś mi czerpak środka 

uśmierzającego. Zaraz przemówię Mądrością Wschodu. I strząśnij ołów ze swojej przepaski!” - Wypija środek 

uśmierzający,  po  czym  wchodzi  w  lekki  trans  i  kontakt  z  energią  kosmiczną.  W  naszym  fachu  nazywamy  to 

akcją  na  kredyt.  Reporter  pyta:  “Czy  będzie  wojna  z  Rosją,  Mahatmo?  Czy  komunizm  zniszczy  cywilizację? 

Czy dusza jest nieśmiertelna? Czy Bóg istnieje?” 

Mahatma otwiera oczy, ściąga wargi i wypluwa nozdrzami dwie długie smugi śliny betelowej. Spływają 

mu  po  brodzie,  a  on  zlizuje  je  długim,  obłoŜonym  językiem  i  mówi:  “Skąd  mam  wiedzieć,  do  kurwy  nędzy?” 

Akolita  mówi:  “Słyszeliście,  co  powiedział.  Teraz  wynocha.  Swami  chce  zostać  sam  na  sam  ze  swymi 

lekarstwami”. Jeśli się nad tym zastanowić, to jest właśnie mądrość Wschodu. Człowiek Zachodu myśli, Ŝe jest 

w tym jakaś tajemnica, którą moŜna odkryć. A Wschód mówi: “Skąd mam wiedzieć, do kurwy nędzy?” 

 

 

Tej  nocy  Lee  śniło  się,  Ŝe  został  zesłany  do  kolonii  karnej.  Wszędzie  dookoła  wznosiły  się  wysokie, 

nagie  szczyty.  Mieszkał  w  pensjonacie,  w  którym  zawsze  było  zimno.  Wyszedł  na  spacer.  Kiedy  minął  róg 

budynku  i  stanął  na  brudnej,  brukowanej  ulicy,  uderzył  w  niego  podmuch  zimnego  górskiego  wiatru.  Ściągnął 

pas skórzanego płaszcza i poczuł chłód najgłębszej rozpaczy. 

Obudził się i zawołał do Allertona: 

- Śpisz, Gene? 

- Nie. 

- Zimno? 

- Tak. 

- Czy mogę do ciebie przyjść? 

- Noo, dobra. 

Lee wszedł do łóŜka Allertona. Trząsł się z zimna i głodu narkotycznego. 

- Jezu święty, ale masz zimne ręce. 

Potem Allerton przekręcił się na bok, połoŜył kolano na ciele Lee i zasnął. Lee leŜał nieruchomo, Ŝeby 

Allerton się nie zbudził i nie odsunął. 

 

 

Następnego  dnia  Lee  był  naprawdę  chory.  Chodzili  po  Quito.  Im  bardziej  poznawał  to  miasto,  tym 

bardziej  go  przygnębiało.  LeŜało  na  terenie  mocno  pofałdowanym,  ulice  były  wąskie.  Gdy  Allerton  zszedł  z 

wysokiego krawęŜnika, jakiś samochód dosłownie otarł się o niego. 

- Dzięki Bogu, Ŝe nic ci się nie stało - powiedział Lee. - Byłoby okropnie, gdybyśmy musieli tu zostać 

dłuŜej. 

Usiedli  w  małej  kafejce,  gdzie  spotykali  się  niemieccy  uchodźcy,  rozmawiający  o  wizach, 

przedłuŜeniach i pozwoleniach na pracę. Wdali się w rozmowę z człowiekiem siedzącym przy sąsiednim stoliku. 

background image

Był  chudy,  jasnowłosy.  Lee  widział,  jak  błękitne  Ŝyły  pulsują  na  jego  wklęśniętych  skroniach.  Zimne, 

wysokogórskie  słońce  spływało  na  mizerną,  zniszczoną  twarz  męŜczyzny,  na  porysowany  dębowy  stół,  na 

wytartą drewnianą podłogę. 

Lee spytał, czy podoba mu się Quito. 

- Być albo nie być, oto jest pytanie. Musi mi się podobać. 

Wyszli  z  kafejki  i  prowadzącą  pod  górę  ulicą  poszli  do  parku.  Rosły  tam  drzewa  skarłowaciałe  od 

wiatru  i  zimna.  Kilku  chłopców  wiosłowało  w  kółko  po  niewielkim  stawie.  Lee  przyglądał  się  im,  dręczony 

poŜądaniem  i  ciekawością.  Ujrzał  siebie,  jak  rozpaczliwie  przetrząsa  ciała,  pokoje  i  szafy  w  oszalałym 

poszukiwaniu; to był ten wciąŜ powracający koszmar. Na końcu owej upiornej wędrówki znajdował się zawsze 

pusty pokój. Lee wzdrygnął się, owiał go zimny wiatr. 

- Dlaczego nie spytasz w kafejce o adres jakiegoś lekarza? - zapytał Allerton. 

- Dobry pomysł. 

 

Lekarz mieszkał w cichej bocznej uliczce, w Ŝółtej willi ozdobionej stiukami. Był śydem, miał gładko 

wygoloną  czerwoną  twarz  i  mówił  dobrze  po  angielsku.  Tym  razem  Lee  postanowił  odegrać  rolę  chorego  na 

dezynterię. Lekarz zadał mu kilka pytań, po czym zaczął wypisywać receptę. 

- Najlepsze lekarstwo to środek uśmierzający z bizmutem - powiedział Lee. 

Lekarz roześmiał się i zaczął mu się uwaŜnie przyglądać. 

-  Teraz  proszę  mi  powiedzieć  prawdę  -  powiedział  w  końcu.  Podniósł  palec  wskazujący  i  znów  się 

uśmiechnął.  -  Czy  jest  pan  uzaleŜniony  od  opiatów?  Proszę  mi  szczerze  powiedzieć,  tak  będzie  lepiej,  w 

przeciwnym razie nie będę w stanie panu pomóc. 

- Tak - przyznał Lee. 

- Aha - powiedział lekarz, zmiął wypisywaną receptę i wrzucił do kosza na śmieci. Spytał Lee, od jak 

dawna  jest  uzaleŜniony.  Potrząsnął  głową,  patrząc  na  niego.  -  Ach  -  westchnął  -  jest  pan  jeszcze  młodym 

człowiekiem.  Musi  pan  z  tym  skończyć,  bo  inaczej  straci  pan  Ŝycie.  Lepiej,  Ŝeby  cierpiał  pan  teraz,  niŜ  Ŝeby 

kontynuował to przyzwyczajenie - patrzył na Lee Ŝyczliwie. 

Mój BoŜe, pomyślał Lee, człowieku, co ty musisz znosić w tej swojej pracy. Skinął głową i powiedział: 

- Oczywiście, doktorze, chcę przestać. Ale teraz muszę zasnąć. Jutro lecę na wybrzeŜe, do Manty. 

Lekarz  wyprostował  się  z  uśmiechem  na  krześle  i  powiedział  to,  co  Lee  słyszał  juŜ  dziesiątki  razy  w 

podobnych sytuacjach: 

- Musi pan z tym skończyć... 

Lee  pokiwał  z  roztargnieniem  głową.  Wreszcie  lekarz  sięgnął  po  bloczek  z  receptami:  trzy  mililitry 

tinktury. 

W aptece zamiast tinktury dano Lee środek uśmierzający. Trzy mililitry, czyli niecała łyŜeczka. Tyle co 

nic. Lee kupił butelkę tabletek przeciwhistaminowych i połknął całą garść. Chyba trochę pomogły. 

Następnego dnia rano odlecieli do Manty. 

Hotel Continental w Mancie był zbudowany z bambusa i nie heblowanych desek. Lee znalazł w ścianie 

ich pokoju kilka dziur po sękach i zatkał je papierem. 

- Nie chcę, Ŝeby nas deportowano - wyjaśnił Allertonowi. - Kiedy jestem na głodzie, tak jak teraz, robię 

się baaardzo seksy. Sąsiedzi mogliby podejrzeć jakieś fascynujące sceny. 

background image

- Pragnę wnieść skargę. Łamiesz umowę - powiedział Allerton. - Powiedziałeś, Ŝe dwa razy w tygodniu. 

- Tak jest. MoŜna oczywiście powiedzieć, Ŝe umowa jest mniej więcej elastyczna. Ale masz rację. Dwa 

razy  w  tygodniu,  drogi  panie.  Oczywiście,  jeśli  oprócz  tego  poczujesz,  Ŝe robi ci się gorąco w gaciach, daj mi 

znać. 

- Przedzwonię do ciebie. 

 

 

Woda  była  w  sam  raz  dla  Lee,  nie  znosił  zimnej.  Kiedy  wskoczył,  nie  poczuł  szoku  termicznego. 

Pływali  przez  godzinę,  potem  wyszli,  usiedli  na  brzegu  i  wpatrzyli  się  w  morze.  Allerton  potrafił  tak  siedzieć 

godzinami, nie robiąc absolutnie nic. 

- Tamta łódź rozgrzewa się juŜ godzinę - zauwaŜył. 

-  Idę  do  miasta  zbadać  tutejsze  bodegas

*

  i  kupić  butelkę  koniaku  -  oznajmił  Lee.  Miasto  było  stare, 

wzdłuŜ  ulic  wyłoŜonych  piaskowcem  znajdowały  się  brudne  bary  pełne  marynarzy  i  dokerów.  Mały  pucybut 

spytał Lee, czy chciałby mieć “ładną dziewczynkę”. Lee spojrzał na chłopca. 

- Nie. I ciebie teŜ nie chcę - powiedział po angielsku. 

Kupił  butelkę  koniaku  od  tureckiego  handlarza,  który  miał  w  sklepie  wszystko:  wyposaŜenie  do 

statków,  wyroby  metalowe,  broń,  artykuły  spoŜywcze,  alkohol.  Lee  przyjrzał  się  cenom  broni:  trzysta  dolarów 

za karabin Winchester 30-30, który w Stanach kosztował siedemdziesiąt dwa dolary. Turek powiedział, Ŝe broń 

jest obłoŜona wysokim cłem i dlatego ma takie ceny. 

Lee  wrócił  na  plaŜę.  Wszystkie  tutejsze  domy  były  zbudowane  z  bambusa  i  drewna.  Najprostsza 

konstrukcja: wbijasz cztery cięŜkie pale głęboko w ziemię i przybijasz do nich resztę. Prawie wszystkie tutejsze 

domy wznosiły się na palach, jakieś dwa metry nad ziemią. Ulice były zabłocone. Na dachach siedziało tysiące 

sępów, setki ptaków spacerowało ulicami, dziobiąc odpadki. Lee kopnął sępa, a ten odskoczył na bok, skrzecząc 

z oburzenia. 

Lee znalazł się obok baru, duŜego budynku postawionego bezpośrednio na ziemi, i postanowił wejść na 

drinka.  Ściany  z bambusa trzęsły się od zgiełku. Dwóch chudych, niskich męŜczyzn w średnim wieku tańczyło 

obsceniczny taniec mambo; twarze prostaków marszczyły się w bezzębnych uśmiechach. Podszedł kelner i Lee 

zamówił koniak. 

Szesnastoletni chłopiec podszedł do ławki Lee i uśmiechnął się przyjaźnie. Lee odwzajemnił uśmiech i 

zamówił  dla  niego  refresco

*

.  Chłopiec  połoŜył  dłoń  na  udzie  Lee  i  uścisnął  go,  dziękując  za  napój.  Miał 

nierówne, zachodzące na siebie zęby, ale był młody i był chłopcem. Lee przyglądał mu się uwaŜnie; nie mógł się 

zorientować, czy naprawdę ma szansę. Czy on robi mu propozycję, czy jest po prostu przyjazny? Lee wiedział, 

Ŝ

e mieszkańcy Ameryki Południowej nie czują się skrępowani kontaktem fizycznym. Młodzi chłopcy spacerują, 

obejmując  się  za  szyje.  Lee  postanowił  rozstrzygnąć  ten  dylemat  na  zimno.  Skończył  drinka,  uścisnął  chłopcu 

dłoń i wrócił do hotelu. 

Allerton  ciągle  siedział  na  werandzie  w  kąpielówkach  i  w  Ŝółtej  koszulce  z  krótkimi  rękawami.  Lee 

poszedł do kuchni i zamówił lód, wodę i kieliszki. Opowiedział Allertonowi o Turku, mieście i chłopcu. 

- Po obiedzie moŜemy pójść do tego baru - zaproponował. 

                                            

*

  

*

 

Refresco - (hiszp.) napój orzeźwiający.

 

background image

- I poekscytujemy się młodymi chłopcami? - spytał Allerton. - Wolałbym nie. 

Lee  roześmiał  się.  Czuł  się  nadspodziewanie  dotrze.  Tabletki  przeciwhistaminowe  osłabiły  głód 

narkotyczny  do  rangi  drobnej  dolegliwości,  na  którą  nawet  nie  zwróciłby  uwagi,  gdyby  o  niej  nie  wiedział. 

Patrzył  na  czerwieniejącą  w  zachodzącym  słońcu  zatokę.  Pomyślał,  Ŝe  mógłby  kupić  łódź  i  popłynąć  wzdłuŜ 

wybrzeŜa. Allertonowi spodobał się ten plan. 

-  Musimy  zdobyć  yage,  dopóki  jesteśmy  w  Ekwadorze  -  oświadczył  Lee.  -  Pomyśl  tylko:  kontrola 

myśli. MoŜna by było rozebrać kaŜdego człowieka na części i złoŜyć według własnego upodobania. Jeśli coś cię 

w  kimś  denerwuje,  mówisz  po  prostu:  “Yage!  Chcę,  Ŝeby  ten  człowiek  pozbył  się  tego  przykrego 

przyzwyczajenia”. I juŜ. Przychodzi mi na myśl kilka zmian, jakie bym w tobie przeprowadził, moja laleczko. - 

Spojrzał na Allertona i oblizał wargi. - Po pewnych przeróbkach byłbyś znacznie mi l s z y. Teraz, oczywiście, teŜ 

jesteś miły, ale masz te drobne, irytujące przyzwyczajenia. Chodzi mi o to, Ŝe nie zawsze robisz to, czego chcę. 

- Czy sądzisz, Ŝe to naprawdę działa? - spytał Allerton. 

-  Rosjanie  najwyraźniej  tak  myślą.  O  ile  rozumiem,  yage  jest  najbardziej  efektywnym  narkotykiem 

zmuszającym do zeznań. UŜywali teŜ peyotlu. Próbowałeś tego kiedyś? 

- Nie. 

-  Okropne.  Czułem  się  tak,  jakbym  miał  umrzeć.  Chciałem  rzygać  i  nie  mogłem.  W  końcu  peyotl 

podszedł  do  góry,  twardy  jak  kula włosów, i zatkał mi gardło. Najpaskudniejsze przeŜycie, jakie miałem. Faza 

halucynacji jest interesująca, ale nie warta tego, co się przeŜywa później. Twarz puchnie ci wokół oczu, puchną 

ci  usta;  wyglądasz  i  czujesz  się  jak  Indianin  albo  tak,  jak  myślisz,  Ŝe  musi  się  czuć  Indianin.  Kolory  są 

intensywniejsze,  ale  w jakiś sposób płaskie i dwuwymiarowe. Wszystko wygląda jak kaktus, z którego robi się 

peyotl. Wszystko jest podszyte koszmarem. 

Za kaŜdym razem, kiedy brałem peyotl, zasypiałem i miałem potworne sny. Raz śniło mi się, Ŝe choruję 

na wściekliznę; spojrzałem w lustro i zobaczyłem, Ŝe zmieniła mi się twarz. Zacząłem wyć. W innym śnie byłem 

uzaleŜniony  od  chlorofilu.  Ja  i  pięciu  chlorofilowych  ćpunów  czekaliśmy  na  towar.  Robiliśmy  się  zieloni  i  nie 

mogliśmy  się  od  tego  uwolnić.  Jeden  strzał  i  jesteś  uzaleŜniony  na  całe  Ŝycie.  Zamieniasz  się  w  roślinę.  Czy 

wiesz coś o psychiatrii? O schizofrenii? 

- Niewiele. 

-  W  pewnych  przypadkach  schizofrenii  zachodzi  zjawisko  o  nazwie  “automatyczne  posłuszeństwo”. 

Mówię:  “Wysuń  język”  -  a  ty  nie  jesteś  w  stanie  powstrzymać  się  od  spełnienia  polecenia.  Musisz  robić 

wszystko,  co  rozkaŜą  ci  inni.  WyobraŜasz  sobie?  Ładny  obrazek,  dopóki  ty  wydajesz  rozkazy,  które  są 

wykonywane. Automatyczne posłuszeństwo, syntetyczna schizofrenia, masowa produkcja na zawołanie. To jest 

marzenie Rosjan. Amerykanie teŜ nie są daleko w tyle. Biurokraci w obu krajach pragną tego samego; kontroli. 

Superego,  agencja  kontrolująca,  zrakowaciałe  i  szalone.  Tak  się  składa,  Ŝe  zachodzi  związek  pomiędzy 

schizofrenią a telepatią. Chorzy na schizofrenię są telepatycznie bardzo wraŜliwi, ale wyłącznie jako o d b i o r c y. 

Łapiesz? 

- Ale nie poznałbyś yage, gdybyś ją zobaczył? 

Lee pomyślał chwilę. 

- ChociaŜ bardzo nie podoba mi się ten pomysł, będę musiał wrócić do Quito i porozmawiać z pewnym 

facetem z Instytutu Botaniki. 

- Nie mam ochoty wracać do Quito - oświadczył Allerton. 

background image

-  PrzecieŜ  nie  jadę  w  tej  chwili.  Muszę  wypocząć  i  wykurować  się.  Nie  ma  potrzeby,  Ŝebyś  jechał. 

Zostań na plaŜy. Tata sam pojedzie po cynk. 

background image

 

Rozdział 8 

 

Z Manty polecieli do Guayaquil. Z powodu podmytej drogi moŜna było się tam dostać tylko samolotem 

lub łodzią. 

Miasto  leŜało  nad  rzeką,  wiele  w  nim  było  parków,  skwerków  i  dziedzińców.  W  parkach  rosły 

tropikalne  drzewa,  krzewy  i  pnącza.  Kamienne  ławki  stały  w  cieniu  rozłoŜystych,  wysokich  drzew, 

rozpostartych jak parasole. 

Pewnego  dnia  Lee  wstał  wcześnie  i  poszedł  na  targ.  Było  tam  bardzo  tłoczno.  Niezwykła mieszanina: 

Murzyni,  Chińczycy,  Hindusi,  Europejczycy,  Arabowie,  postaci  trudne  do  sklasyfikowania.  Lee  zobaczył  kilku 

pięknych chłopców, smukłych, pełnych wdzięku, z cudnymi białymi zębami. 

Garbus z uschniętymi nogami grał na bambusowej fletni pełną nostalgii Ŝałobną muzykę orientalną. W 

głębokim  smutku  nie  ma  miejsca  na  sentymentalizm.  Głęboki  smutek  jest  równie niewzruszony i nieodwołalny 

jak góry. Po prostu jest. Kiedy zdasz sobie z tego sprawę, nie jesteś w stanie się skarŜyć. 

Ludzie  gromadzili  się  wokół  muzyka,  słuchali  przez  kilka  chwil  i  szli  dalej.  Lee  zauwaŜył  młodego 

męŜczyznę z twarzą o niezwykle napiętej skórze; wyglądał tak, jakby miał zmniejszoną głowę. Nie mógł waŜyć 

więcej niŜ trzydzieści kilo. 

Muzyk  co  pewien  czas  kaszlał.  W  pewnym  momencie,  kiedy  ktoś  dotknął  jego  garbu,  wykrzywił  się, 

szczerząc czarne, przegniłe zęby. Lee dał mu kilka monet. Poszedł dalej, przyglądając się kaŜdej mijanej twarzy, 

zaglądając  przez  drzwi  i  okna  do  wnętrza  tanich  hoteli.  śelazna  rama  łóŜka  pomalowana  na  jasnoróŜowo, 

koszula  susząca  się  na  wietrze...  strzępy  Ŝycia.  Patrząc  na  to,  Lee  szczękał  i  kłapał  zębami  jak  wygłodniała, 

drapieŜna  ryba  odgrodzona  od  łupu  szklaną  taflą.  Nie  mógł  się  powstrzymać  przed  rozpłaszczaniem  nosa  o 

szyby w tym koszmarnym poszukiwaniu swojego snu. 

Późnym popołudniem znalazł się w zakurzonym pokoju ze starym butem w dłoni. 

To  miasto,  podobnie  jak  cały  Ekwador,  wywoływało  dziwnie  wstrząsające  wraŜenie.  Lee  czuł,  Ŝe  coś 

się tutaj działo, Ŝe płynie tędy ukryty, niewidoczny dla niego strumień Ŝycia. Był to rejon słynący z tradycyjnych 

wyrobów  garncarskich  Chimu.  Solniczki  i czerpaki do wody przedstawiały sprośne sceny: dwóch męŜczyzn na 

czworakach oddających się pederastii tworzyło uchwyt pokrywki do garnka. 

Co  się  dzieje,  kiedy  znikają  granice?  Jaki  jest  los  Krainy  Gdzie  Wszystko  Jest  MoŜliwe?  MęŜczyźni 

zmieniający  się  w  ogromne  stonogi...  stonogi  oblegające  domy...  człowiek  przywiązany  do  kanapy;  stonoga 

zwiesza  się  nad  nim.  Czy  to  dosłowne?  Czy  nastąpiła  jakaś  ohydna  metamorfoza?  Jakie  jest  znaczenie  tego 

symbolu? Czego symbolem jest stonoga? 

Lee  wsiadł  do  autobusu.  Dojechał  do  pętli.  Tam  przesiadł  się  do  innego  i  pojechał  nad  rzekę.  Wypił 

szklankę  wody  sodowej,  patrząc  na  chłopców  kąpiących  się  w  brudnej  rzece.  Wyglądała  tak,  jakby  z  jej 

zielonobrązowej  toni  mogły  się  wynurzyć  nieznane  potwory.  Lee  ujrzał  półmetrową  jaszczurkę  biegnącą 

przeciwległym brzegiem. 

Poszedł  znów  w  stronę  miasta.  Na  rogu  minął  grupę  chłopców.  Jeden  z  nich  był  tak  piękny,  Ŝe  jego 

uroda boleśnie ukłuła zmysły Lee. Jęk cierpienia wydarł mu się z ust. Odwrócił się, jak gdyby chciał przeczytać 

na  tabliczce  nazwę  ulicy.  Chłopiec  śmiał  się  z  jakiegoś dowcipu wysokim, szczęśliwym i radosnym śmiechem. 

Lee szedł dalej. 

background image

Sześciu  czy  siedmiu  chłopców  w  wieku  od  dwunastu  do  czternastu  lat  bawiło  się  na  stercie  śmieci  na 

nabrzeŜu.  Jeden z nich oddawał mocz na słup, śmiejąc się do pozostałych. Ujrzeli Lee. Teraz ich zabawa stała 

się jawnie seksualna i skrycie drwiąca. Patrzyli na Lee, szeptali między sobą i śmiali się. Lee przyglądał się im 

otwarcie  zimnym,  twardym  spojrzeniem  przepełnionym  poŜądaniem.  Czuł  rozdzierający  ból  bezgranicznego 

pragnienia. Skupił uwagę na jednym chłopcu. Obraz był ostry i wyraźny, zupełnie jakby patrzył przez teleskop; 

pozostali chłopcy stojący na brzegu stanowili jednolite tło. Wybraniec Lee był pełen Ŝycia jak młode zwierzę. W 

szerokim uśmiechu ukazał ostre białe zęby. Pod podartą koszulą Lee dostrzegł chude ciało. 

Czuł  siebie  w  ciele  chłopca.  Fragmentaryczne  wspomnienia...  zapach  ziarna  kakaowego  suszącego  się 

na  słońcu,  domy  z  bambusa,  ciepła,  brudna  rzeka,  bagna  i  sterty  śmieci  na  skraju  miasta.  Był  razem  z  innymi 

chłopcami;  siedzieli  na  kamiennej  podłodze  opuszczonego  domu.  Dachu  nie  było.  Chwasty  i  pnącza  porastały 

walące się ściany, opadały na podłogę. 

Chłopcy  zdejmowali  podarte  spodnie.  Lee  uniósł  chude  pośladki,  Ŝeby  zsunąć  swoje.  Czuł  dotyk 

kamiennej  podłogi.  Opuścił  spodnie  do  kostek.  Kolana  miał  ściśnięte,  a  pozostali  próbowali  je  rozewrzeć. 

Poddał  się.  Spojrzał  na  nich,  uśmiechnął  się  i  połoŜył  sobie  rękę  na  brzuchu.  Chłopiec  stojący  obok  zrzucił 

spodnie i stał tak, z rękami na biodrach, patrząc na swój członek w erekcji. 

Inny  chłopiec  usiadł  obok  Lee  i  sięgnął  między  jego  nogi.  Lee  poczuł  w  gorącym  słońcu  zaćmienie 

orgazmu. Wyciągnął się i zasłonił oczy ramionami. Inny chłopiec połoŜył mu głowę na brzuchu. Lee czuł ciepło 

jego głowy, szorstkie włosy dotykały brzucha. 

Znajdował  się  teraz  w  domu.  Lampa  naftowa  oświetlała  ciało  kobiety.  Lee  poŜądał  jej  poprzez  ciało 

chłopca. Nie jestem pedałem, pomyślał, pozbyłem się ciała. 

Szedł  dalej  rozmyślając.  Co  mogę  zrobić?  Wziąć  ich  do  hotelu?  Są  chętni.  Za  parę  sucres...  Czuł 

morderczą  nienawiść  do  głupich,  zwykłych,  potępiających  go  ludzi,  którzy  nie  pozwalali  mu  robić  tego,  na  co 

miał  ochotę.  Pewnego  dnia  będzie  tak,  jak  ja  chcę,  powiedział  sobie.  A  jeśli  jakiś  moralizujący  skurwysyn 

będzie chciał mnie powstrzymać, to w końcu wyłowią go z rzeki. 

Mógł  zamieszkać  nad  rzeką  i  robić  wszystko,  Ŝeby  Ŝyć  przyjemnie  -  hodować  własną  trawkę,  mak  i 

kokainę.  Mieć  młodego  tubylca  jako  słuŜącego.  Przy  brzegu  stały  przycumowane  łodzie.  Nurtem  przepływały 

ławice śmieci i lilii wodnych. Rzeka miała ponad pół kilometra szerokości. 

Lee  wszedł  do  parku.  Stał  tam  pomnik  podającego  komuś  rękę  Bolivara,  “Głupca-Wyzwoliciela”,  jak 

go nazywał Lee. Obie postaci wyglądały na zmęczone, zniesmaczone i pedalskie, tak pedalskie, Ŝe było to wręcz 

uderzające.  Lee  stał  przez  chwilę,  przyglądając  się  pomnikowi.  Kiedy  usiadł  na  kamiennej  ławce  przed 

pomnikiem,  siedzący  obok  ludzie  zaczęli  mu  się  przyglądać.  Odwzajemnił  spojrzenia.  Był  wolny  od 

amerykańskiego  lęku  przed  kontaktem  wzrokowym  z  obcymi.  Nieznajomi  odwrócili  się,  zapalili  papierosy  i 

kontynuowali rozmowy. 

Lee  siedział,  patrząc  na  brudną, Ŝółtą wodę. Nie mógł dostrzec niczego, co znajdowało się głębiej niŜ 

centymetr  pod  powierzchnią.  Od  czasu  do  czasu  przed  łodzią  wyskakiwała  rybka.  Na  rzece  stały  eleganckie, 

drogie Ŝaglówki klubu jachtowego. Były tam teŜ kajaki z motorami i kabinami z bambusa. Na środku rzeki stały 

dwa zardzewiałe okręty - Marynarka Ekwadorska. Lee siedział tak całą godzinę, potem wstał i wrócił do hotelu. 

Była trzecia. Allerton ciągle leŜał w łóŜku. Lee usiadł przy nim. 

- Jest trzecia, Gene. Czas wstawać. 

- Po co? 

background image

-  Całe  Ŝycie  chcesz  spędzić  w  łóŜku?  Chodź,  zwiedzimy  miasto.  Na  brzegu  widziałem kilku pięknych 

chłopców. Prawdziwe klejnoty. Jakie zęby, jakie uśmiechy... Młodzi chłopcy pełni Ŝycia. 

- Dobra, przestań się ślinić. 

- Co oni mają takiego, czego ja chcę? Gene, wiesz? 

- Nie. 

- Mają męskość, oczywiście. Ja teŜ. Pragnę siebie tak samo jak innych. Jestem bezcielesny. Z jakiegoś 

powodu nie mogę uŜywać własnego ciała. - Wyciągnął rękę, Ŝeby dotknąć Allertona, ale ten się uchylił. - Co się 

stało? 

- Myślałem, Ŝe przesuniesz ręką po moich Ŝebrach. 

- Nie zrobiłbym tego. Myślisz, Ŝe jestem pedałem, czy czymś takim? 

- Szczerze mówiąc, tak. 

- Masz ładne Ŝebra. PokaŜ to złamane. Czy to to? - przesunął ręką po ciele Allertona. 

- Och, odejdź. 

- Ale, Gene... NaleŜy mi się, wiesz. 

- Tak, chyba tak. 

- Oczywiście, jeśli wolisz, zaczekamy do nocy. Te tropikalne noce są takie romantyczne. W ten sposób 

moglibyśmy  to  robić  przez  dwanaście  godzin,  albo  coś  koło  tego.  To  byłoby  dobre.  -  Lee  przesunął  rękę  na 

brzuch Allertona. Widział, Ŝe chłopak jest trochę podniecony. 

- MoŜe byłoby lepiej teraz - zaproponował Allerton. - Wiesz, Ŝe lubię spać sam. 

- Tak, wiem. Bardzo niedobrze. Gdyby było tak, jak ja chcę, co noc spalibyśmy razem jak grzechotniki, 

które zapadły w sen zimowy. 

Lee zdjął ubranie i połoŜył się przy Allertonie. 

- Moze byłoby ślicnie, gdybyśmy po plostu poflunęli w wielki świat? - spytał gaworząc. - Czy uwaŜasz, 

Ŝ

e to potworne? 

- Faktycznie, tak. 

Allerton zadziwił Lee niezwykłą intensywnością reakcji. W szczytowym momencie mocno ścisnął Lee 

w pasie. Westchnął głęboko i zamknął oczy. 

Lee wygładził mu brwi kciukami. 

- Czy masz coś przeciwko temu? - spytał. 

- Niespecjalnie. 

- A czy czasami ci się to podoba? Mam na myśli cały nasz układ. 

- O, tak. 

Lee połoŜył się na plecach, opierając policzek na ramieniu Allertona, i zasnął. 

 

 

Przed  wyjazdem  do  Guayaquil  Lee  postanowił  złoŜyć  podanie  o  paszport.  Ubierał  się  na  spotkanie  w 

ambasadzie, rozmawiając z Allertonem. 

- Wysokie buty na nic się nie przydadzą. Ten konsul to pewnie elegancki gej... “Kochanie, czy moŜesz 

sobie  wyobrazić?  Wysokie  buty.  Prawdziwe,  stare  buty  zapinane  na  guziki.  Po  prostu  nie  mogłem  oderwać  od 

nich oczu; obawiam się, Ŝe nie mam pojęcia, czego chciał”. 

background image

Słyszałem, Ŝe oczyszczają Departament Stanu z pedałów. Jeśli tak jest istotnie, to wkrótce zabraknie im 

pracowników...o,  są.  -  Lee  zaczął  wkładać  teraz  półbuty.  -  Wyobraź  sobie,  Ŝe  wchodzisz  do  konsula  i  od  razu 

prosisz go o forsę na jedzenie. .. On rzuca się do tyłu i zasłania usta perfumowaną chusteczką, jak gdybyś walnął 

mu  na  biurko  zdechłego  homara.  “Stracił  pan  wszystkie  pieniądze?  Doprawdy,  nie  wiem,  dlaczego  przychodzi 

pan  do  mnie  z  tym  odraŜającym  wyznaniem.  Musi pan wykazać choć odrobinę zrozumienia. Musi pan zdawać 

sobie sprawę z tego, jak niesmaczne są tego rodzaju historie. Czy nie ma pan za grosz dumy?” - Lee odwrócił się 

do Allertona. - Jak wyglądam? Nie chcę wyglądać za dobrze, bo wtedy będzie mi chciał włoŜyć łapy w spodnie. 

MoŜe ty byś poszedł? Wtedy mielibyśmy paszporty jutro. 

- Posłuchaj tego. - Lee czytał guayaquilską gazetę. - Wygląda na to, Ŝe na kongresie przeciwgruźliczym 

w  Salinas  delegaci  peruwiańscy  pojawili  się  na  obradach  z  wielkimi  mapami  przedstawiającymi  części 

Ekwadoru  przywłaszczone  przez  Peru  podczas  wojny  w  1939  roku.  Ekwadorscy  lekarze  mogliby  przyjść  na 

obrady,  machając  preparowanymi  głowami  peruwiańskich  Ŝołnierzy,  przyczepionymi  do  łańcuszków  od 

zegarków. 

Allerton znalazł artykuł opisujący heroiczną walkę stoczoną przez ekwadorskie wilki morskie. 

- Ekwadorskie co? 

-  Tak  tu  jest  napisane:  Lobos  del  Mar.  Wygląda  na  to,  Ŝe  pewien  oficer  przywiązał  się  do  swojego 

karabinu, chociaŜ mechanizm przestał juŜ działać. 

- Dla mnie brzmi to raczej naiwnie. 

 

 

W Las Playas postanowili poszukać łodzi. Było tu zimno, a woda nieprzyjazna i pełna błota; okropny, 

drobnomieszczański kurort. Jedzenie ohydne, ale cena pokoju bez wyŜywienia była prawie identyczna jak cena 

pokoju z wyŜywieniem. Spróbowali lunchu. Talerz ryŜu bez sosu, bez niczego. 

- Czuję się uraŜony - powiedział Allerton. 

Zupa  bez  smaku,  z  pływającą  włóknistą  substancją,  przypominającą  miękkie,  białe  drewno.  Główne 

danie składało się z mięsa bez nazwy, równie niemoŜliwego do zidentyfikowania, jak do zjedzenia. 

-  Kucharz  zabarykadował  się  w  kuchni.  Chlupie tą breją przez szparę - powiedział Lee. Jedzenie było 

istotnie  wydawane  przez  otwór  w  drzwiach,  z  ciemnego  zadymionego  pomieszczenia,  gdzie,  jak  naleŜało 

przypuszczać, było przygotowywane. 

Postanowili,  Ŝe  następnego  dnia  ruszą  dalej  do  Salinas.  W  nocy  Lee  chciał  połoŜyć  się  do  łóŜka  z 

Allertonem,  ale  ten  odmówił.  Następnego dnia rano Lee powiedział, Ŝe jest mu przykro, iŜ napraszał się w tak 

niedługim czasie od ostatniego razu. Było to naruszeniem umowy. 

- Nie lubię ludzi, którzy przepraszają przy śniadaniu - odparł Allerton. 

-  Naprawdę,  Gene,  czy  nie  wykorzystujesz  nieuczciwie  swojej  przewagi?  To  tak,  jakby  ktoś  był  na 

głodzie, a ja nie ćpałbym i zacząłbym gadać: - “Jesteś na głodzie? Naprawdę? Nie wiem, czemu opowiadasz mi 

o swoim Ŝałosnym stanie. Jeśli jesteś na głodzie, mógłbyś być chociaŜ na tyle przyzwoity, Ŝeby zachować to dla 

siebie.  Nienawidzę  ludzi  na  głodzie.  Musisz  zrozumieć,  jakie  to  ohydne,  patrzeć  jak  kichasz,  ziewasz  i 

wymiotujesz. Dlaczego nie zejdziesz mi z oczu? Nie masz pojęcia, jak bardzo jesteś męczący, jaki niesmaczny. 

Czy nie masz za grosz dumy?” 

- To nieuczciwe - powiedział Allerton. 

background image

-  To  nie  ma  być  uczciwe.  To  tylko  taka  gadka  dla  rozweselenia,  gadka  zaprawiona  odrobiną  prawdy. 

Pospiesz się i skończ to śniadanie. Spóźnimy się na autobus do Salinas. 

W  Salinas  panowała  cicha,  pełna  godności  atmosfera  kurortu  przeznaczonego  dla  zamoŜnego 

mieszczaństwa.  Było  juŜ  po  sezonie.  Kiedy  poszli  się  kąpać,  zrozumieli,  dlaczego  nie  był  to  sezon:  Prąd 

Humboldta sprawia, Ŝe woda latem jest zimna. Allerton zamoczył nogę, powiedział: - Zimna - i odmówił kąpieli. 

Lee wskoczył i pływał przez kilka minut. 

Wydawało się, Ŝe czas w Salinas płynie szybciej. Lee zjadł lunch i połoŜył się na plaŜy. Po godzinie lub 

co  najwyŜej  dwóch  zobaczył,  jak  słońce  obniŜa  się  na  niebie:  była  szósta.  Allerton  oznajmił,  Ŝe  ma  to  samo 

wraŜenie. 

 

 

Lee  udał  się  do  Quito,  by  zdobyć  informacje  o  yage.  Allerton  został  w  Salinas.  Lee  wrócił  po  kilku 

dniach. 

- Indianie znają yage równieŜ pod nazwą “ayahuasca”. Nazwa naukowa brzmi: Bannisteria caapi. - Lee 

rozłoŜył mapę na łóŜku. - Rośnie w wysokiej dŜungli po amazońskiej stronie Andów. Pojedziemy do Puyo. Tam 

droga się kończy. Będziemy musieli znaleźć kogoś, kto będzie się mógł dogadać z Indianami i zdobyć yage. 

 

 

Spędzili  noc  w  Guayaquil.  Lee upił się przed kolacją i przespał film. Wrócili do hotelu, Ŝeby połoŜyć 

się spać, następnego dnia chcieli wyruszyć wcześnie rano. Lee nalał sobie trochę brandy i usiadł na brzegu łóŜka 

Allertona. 

- Wyglądasz słodko dziś wieczór - powiedział, zdejmując okulary. - MoŜe małego całusa? Co? 

- Och, odejdź. 

- Dobra, mały, skoro tak mówisz. Mamy mnóstwo czasu. 

Lee dolał sobie brandy i wyciągnął się na swoim łóŜku. 

-  Wiesz,  Gene,  w  tym  zaszczanym  kraju  mają  nie  tylko  biednych  ludzi.  Mają  tu  teŜ  jakby  bogatych. 

Widziałem  ich  w  pociągu,  kiedy jechałem do Quito. Z tyłu, za domem, trzymają pewnie samolot z włączonym 

silnikiem. JuŜ widzę, jak ładują do niego telewizory, radia, kije golfowe, rakiety tenisowe, strzelby, a na koniec 

chcą jeszcze dołoŜyć byka-medalistę Brahmę, tak Ŝe w końcu samolot nie moŜe wystartować. 

To  mały,  niespokojny,  zacofany  kraj.  Pod  względem  ekonomicznym  jest  dokładnie  tak,  jak  sobie 

wyobraŜałem:  wszystkie  surowce,  drewno,  jedzenie,  siła  robocza,  dzierŜawa  -  bardzo  tanie.  Natomiast  wyroby 

przemysłowe  bardzo  drogie  z  racji  cła.  Cło  importowe  ma  ochraniać  przemysł  ekwadorski.  Nie  ma  przemysłu 

ekwadorskiego. Nie ma tu produkcji. Ludzie, którzy mogliby produkować, nie produkują, poniewaŜ nie chcą tu 

lokować  Ŝadnych  pieniędzy.  Chcą  móc  się  wynieść  w  kaŜdej chwili ze świeŜą gotówką, najchętniej z dolarami 

amerykańskimi. Są przesadnie zaniepokojeni. Bogaci ludzie są zazwyczaj przestraszeni. Nie wiem dlaczego. Jest 

to  chyba  związane  z  kompleksem  winy.  Quién  sabe?  Nie  przybywam,  Ŝeby  poddawać  Cezara  psychoanalizie, 

ale  by  bronić jego osoby. Oczywiście odpłatnie. Potrzeba im tu ministerstwa bezpieczeństwa, po to, by ludzi z 

dołów trzymać w dole. 

- Tak - zgodził się Allerton. - Musimy zachować jednolitość opinii. 

-  Opinii!  A  co  my  tu  prowadzimy?  Klub  dyskusyjny?  Daj  mi  rok,  a  ludzie  nie  będą  tu  mieli  Ŝadnych 

background image

opinii. “Proszę się ładnie ustawić w kolejce po waszą rację pysznej potrawki z głów rybich, ryŜu i margaryny. A 

tu  wasza  darmowa  racja  napoju  z  domieszką  opium”.  Jeśli  przestają  ustawiać  się  w  kolejce,  przestajemy 

dodawać  opium  i  wszyscy  leŜą  dookoła,  srając  pod  siebie,  bo  są  zbyt  słabi,  Ŝeby  się  ruszyć.  UzaleŜnienie  od 

jedzenia jest najgorsze ze wszystkich. Inny problem to malaria. Osłabiająca przypadłość, wynaleziona specjalnie 

po  to,  by  odebrać  moc  duchowi  rewolucyjnemu.  -  Lee  uśmiechnął  się.  -  Wyobraź  sobie  tylko  jakiegoś  starego 

niemieckiego lekarza-humanistę. Mówię mu: 

-  No,  doktorku,  osiągnął  pan  świetne  wyniki  w  walce  z  malarią.  Liczba  zachorowań  spadła  niemal  do 

zera. 

A on mi odpowiada: 

-  A,  tak.  Robimy,  co  w  naszej  mocy,  prawda?  Widzi  pan  ten  wykres?  Przedstawia  on  spadek 

zachorowań na malarię w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od kiedy zastosowaliśmy nasz program leczenia. 

- Taak, doktorku. Teraz chcę, Ŝeby ta linia wróciła do dawnego poziomu. 

- Och, nie mówi pan chyba powaŜnie. 

-I jeszcze jedno. Niech pan sprawdzi, czy moŜe pan sprowadzić szczególnie przykrą odmianę tęgoryjca 

dwunastnicy. 

-  Tych  górali  moŜemy  zawsze  unieruchomić,  odbierając  im  koce.  Zostaną  tam  jak  zamarznięte 

jaszczurki. 

Wewnętrzna  ściana  w  pokoju  Lee  kończyła  się  około  pół  metra  od  sufitu,  tak  by  powietrze  mogło 

dostawać  się  do  sąsiedniego  pokoju,  pozbawionego  okien.  Mieszkaniec  tamtego  pokoju  powiedział  coś  po 

hiszpańsku, co miało znaczyć, Ŝe Lee powinien się zamknąć. 

-  Och,  stul  pysk  -  krzyknął  Lee,  zrywając  się  na  równe  nogi.  -  Przybiję  tu  koc  i  zasłonię  tę  dziurę! 

Odetnę  cię  od  twojego  pierdolonego  powietrza!  Oddychasz  tylko  za  moją  zgodą.  Dostałeś  pokój  wewnętrzny, 

bez okien. Nie zapominaj więc o tym i zamknij swoją nędzną gębę! 

Odpowiedział mu potok chinga

*

 i cabron

*

 

Hombre - spytał Lee - En dónde está su cultura?

*

 

- Chodźmy spać - wtrącił Allerton. - Jestem zmęczony. 

                                            

*

 

Chinga - (hiszp.) rogacz.

 

*

 

Cabron - (hiszp.) śmierdziel.

 

*

 

Hombre, en dónde está su cultura? - (hiszp.) Człowieku, gdzie twoja kultura?

 

background image

 

Rozdział 9 

 

Płynęli łodzią do Babahoya, bujając się na hamakach, popijając brandy i patrząc, jak dŜungla umyka do 

tyłu.  Źródła,  mech,  piękne  czyste  strumienie  i  drzewa  dochodzące  do sześćdziesięciu metrów wysokości. Lee i 

Allerton  milczeli,  podczas  gdy  łódź  pięła  się  w  górę  rzeki,  wdzierając  się  w  spokój  dŜungli  dźwiękiem 

przypominającym warkot kosiarki do trawy. 

Z Babahoya pojechali do Ambato autobusem przez Andy; trzęśli się na zimnie przez czternaście godzin. 

W  chacie  na  szczycie  przełęczy,  wysoko  ponad  linią  drzew,  zatrzymali  się  na  skromny  posiłek  złoŜony  z 

gotowanego  grochu.  Młodzi  tubylcy  w  filcowych  kapeluszach  jedli  swój  groch  z  ponurą  obojętnością.  Po 

klepisku pomykało kilka piszczących świnek morskich. Ich wrzaski przypominały Lee jego własną świnkę, którą 

miał  w  dzieciństwie  w  Fairmont  Hotel  w  St.  Louis.  Przeprowadzał  się  wtedy  z  rodziną  do  nowego  domu  przy 

Price Road. Pamiętał, jak świnka piszczała i pamiętał smród unoszący się z klatki. 

Minęli  pokryty  śniegiem  szczyt  Chimborazo,  oblany  zimnym  blaskiem  księŜyca  i  owiany  dzikim 

wiatrem  wysokich  Andów.  Widok  rozpościerający  się  z  wysokogórskiej  przełęczy  przypominał  inną,  większą 

niŜ  Ziemia  planetę.  Lee  i  Allerton  przytulali  się  do  siebie  pod  kocem,  popijając  brandy,  czując  w  nozdrzach 

zapach dymu drzewnego. W ochronie przed deszczem i chłodem obaj mieli na sobie kurtki z demobilu zapinane 

na suwaki. Allerton wydawał się niematerialny jak zjawa; Lee niemal mógł widzieć przez niego autobus-zjawę. 

Z  Ambato  do  Puyo  jechali  drogą  prowadzącą  nad  krawędzią  wąwozu  o  głębokości  trzystu  metrów. 

ZjeŜdŜali  w  soczystozieloną  dolinę,  mijając  po  drodze  wodospady,  lasy  i  strumienie.  Autobus  zatrzymywał  się 

kilkakrotnie; trzeba było usuwać kamienie, które stoczyły się na drogę. 

W  autobusie  Lee  rozmawiał  ze  starym  traperem  o  nazwisku  Morgan,  który  mieszkał  w  dŜungli  od 

trzydziestu lat. Lee spytał go o ayahuasca. 

-  Działa  jak  opium  -  odparł  Morgan.  -  Wszyscy  moi  Indianie  jej  uŜywają.  Kiedy  wezmą  ayahuasca, 

przez trzy dni nie mogę zmusić ich do Ŝadnej pracy. 

- Sądzę, Ŝe moŜe być na to niezły rynek - powiedział Lee. 

- Mogę mieć jej tyle, ile tylko zechcecie - oświadczył Morgan. 

Minęli  bungalowy  z prefabrykatów w Shell Mara. Przedsiębiorstwo Shell Company straciło dwa lata i 

dwadzieścia milionów dolarów, nie znalazło ropy i wycofało się. 

Wjechali  do  Puyo  późną  nocą  i  znaleźli  pokój  w  zrujnowanym  hotelu  tuŜ  przy  sklepie  ze  wszystkim. 

Byli zbyt zmęczeni, by rozmawiać, zasnęli natychmiast. 

 

 

Następnego dnia Stary Morgan wyruszył razem z Lee w poszukiwaniu ayahuasca. Allerton ciągle spał. 

Obijali  się  o  mur  wykrętów.  Jakiś  człowiek powiedział, Ŝe następnego dnia przyniesie trochę. Lee wiedział, Ŝe 

nic nie przyniesie. 

Weszli  do  małego  baru  prowadzonego  przez  Mulatkę.  Udawała,  Ŝe  nie  wie,  co  to  jest  ayahuasca.  Lee 

spytał, czy to jest nielegalne. 

- Nie - odparł Morgan - ale tutejsi ludzie nie ufają obcym. 

Siedzieli  i  pili  aguardiente  zmieszaną  z  wrzątkiem,  cukrem  i  cynamonem.  Lee  poruszył  temat 

background image

preparowanych głów. Morgan powiedział, Ŝe mogliby załoŜyć przedsiębiorstwo zmniejszania głów. 

-  Wyobraź  sobie,  jak  schodzą  z  taśmy  produkcyjnej  -  rozmarzył  się.  -  Nie  dostaniesz  ich  tu  za  Ŝadne 

pieniądze. Rząd zabrania, rozumiesz. Te chamy zabijały ludzi, Ŝeby sprzedawać głowy. 

Morgan  był  niewyczerpaną  kopalnią  starych,  świńskich  dowcipów.  Opowiadał  o  jakimś  typie 

mieszkającym w Puyo, który pochodził z Kanady. 

- W jaki sposób się tu znalazł? - zaciekawił się Lee. 

Morgan zachichotał: 

- A jak myśmy wszyscy się tu znaleźli? Trochę kłopotów w ojczyźnie, co? 

Lee przytaknął bez słowa. 

 

 

Stary Morgan pojechał popołudniowym autobusem z powrotem do Shell Mara odebrać pieniądze, które 

mu  tam  byli  winni.  Lee  rozmawiał  z  Holendrem  o  nazwisku  Sawyer,  który  uprawiał  ziemię  niedaleko  Puyo. 

Sawyer powiedział mu, Ŝe w dŜungli, o kilka godzin drogi od Puyo, mieszka amerykański botanik. 

- Próbuje wynaleźć jakieś lekarstwo, zapomniałem nazwę. Twierdzi, Ŝe jeśli mu się to uda, zrobi wielki 

majątek. Teraz nie jest mu lekko. Nie ma tam nic do jedzenia. 

- Interesuję się roślinami leczniczymi - powiedział Lee. - MoŜe złoŜę mu wizytę? 

-  Z  pewnością  ucieszy  się. Ale weź ze sobą trochę herbaty, mąki czy czegoś do jedzenia. Oni tam nic 

nie mają. 

Później Lee powiedział do Allertona: 

- Botanik! Co za numer. To człowiek, którego szukamy. Jedziemy jutro. 

-  Nie  moŜemy  chyba  udawać,  Ŝe  tak  po  prostu  wpadliśmy  na  niego.  Jak  masz  zamiar  wytłumaczyć 

naszą wizytę? - spytał Allerton. 

-  Coś  wymyślę.  Najlepiej  od  razu  powiedzieć,  Ŝe  szukamy  yage.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  obaj  moŜemy  na 

tym zarobić. Z tego, co słyszę, facet jest udupiony. Mamy szczęście, Ŝe jest w takim stanie. Gdyby był nadziany 

i pił szampana z kaloszy w burdelach Puyo, nie byłby chyba zainteresowany sprzedawaniem mi yage za kilkaset 

sucres. I, Gene, na miłość boską, kiedy dotrzemy do niego, proszę cię, nie powiedz przypadkiem: 

- “Doktor Cotter, jak sądzę”. 

 

 

Pokój hotelowy w Puyo był zimny i wilgotny. Padał ulewny deszcz, domy po drugiej stronie ulicy były 

prawie niewidoczne. Lee zbierał z łóŜka róŜne rzeczy i wrzucał je do gumowego worka. Automatyczny pistolet 

kaliber  32,  trochę  nabojów  owiniętych  w  natłuszczony  jedwab,  mała  patelnia,  herbata  i  mąka  w  puszkach 

oklejonych taśmą, dwa litry puro. 

-  Ten  alkohol  to  najcięŜsza  rzecz,  a  poza  tym  butelka  ma  ostre  brzegi.  MoŜe  ją  zostawimy?  - 

zaproponował Allerton. 

-  Będziemy  musieli  rozwiązać  mu  język  -  odparł  Lee.  Podniósł  worek,  a  Allertonowi  wręczył  nową, 

lśniącą maczetę. 

- Poczekajmy, aŜ przestanie padać - poprosił Allerton. 

- Poczekajmy, aŜ przestanie padać! - Lee padł na łóŜko, wybuchając głośnym, udawanym śmiechem. - 

background image

Ha, ha, ha! Poczekajmy, aŜ przestanie padać! Mają tu powiedzenie: “Oddam ci długi, kiedy w Puyo przestanie 

padać”. Ha, ha, ha! 

- Zaraz po przyjeździe mieliśmy dwa dni ładnej pogody - zaprotestował Allerton. 

-  Wiem.  To  był  taki  współczesny  cud.  Ludzie  zorganizowali  z  tej  okazji  pieszą  pielgrzymkę  i  chcą 

kanonizować miejscowego proboszcza. Vámonos, cobrón

Lee klepnął Allertona w ramię. Po chwili szli w strugach deszczu, ślizgając się po bruku głównej ulicy. 

 

 

Szlak był w beznadziejnym stanie. Bale, którymi wyłoŜono ścieŜkę, pokrywała warstwa błota. Wycięli 

sobie długie laski, Ŝeby się nie ślizgać, ale mimo to posuwali się bardzo wolno. ŚcieŜka przebijała się pomiędzy 

wysokimi, twardymi drzewami, ale rosło na niej mało poszycia. Woda była wszędzie; źródła, strumienie i rzeki, 

nic tylko zimna, czysta woda. 

- Dobra woda na pstrągi - zauwaŜył Lee. 

Zatrzymywali  się  w  kilku  domach,  Ŝeby  zapytać  o  miejsce zamieszkania Cottera. Wszyscy mówili im, 

Ŝ

e  idą  w  dobrym  kierunku.  Jak  daleko?  Dwie,  trzy  godziny.  MoŜe  więcej.  Wiadomość  o  ich  wędrówce 

najwyraźniej  się  juŜ  rozniosła.  Jeden  z  ludzi,  którego  spotkali  na  szlaku,  przełoŜył  maczetę  z  jednej  ręki  do 

drugiej, Ŝeby się przywitać, i powiedział od razu: 

- Szukacie Cottera? Jest teraz w domu. 

- Jak to daleko stąd? - spytał Lee. 

Człowiek przyjrzał się im. 

- Zajmie wam to jeszcze ze trzy godziny. 

 

 

Szli i szli. Było juŜ późne popołudnie. Rzucili monetę, Ŝeby wylosować, kto będzie pytał w następnym 

domu. Allerton przegrał. 

- Mówi, Ŝe jeszcze trzy godziny - oznajmił po powrocie. 

- Słyszymy to od sześciu godzin. 

Allerton chciał odpocząć. 

-  Nie  -  sprzeciwił  się  Lee  -  kiedy  odpoczywasz,  sztywnieją  ci  nogi.  To  najgorsza  rzecz,  jaką  moŜesz 

zrobić. 

- Kto ci to powiedział? 

- Stary Morgan. 

- Wszystko mi jedno, odpoczywam. 

- Nie odpoczywaj zbyt długo. Byłoby przykro, gdybyśmy tu zabłądzili, potykając się o węŜe i jaguary, 

wpadając  do  quebrojos.  Tak  się  nazywają  te  głębokie  rozpadliny  wyŜłobione  przez  strumienie.  Niektóre  mają 

dwa metry głębokości i metr szerokości; w sam raz, Ŝeby wpaść. 

Zatrzymali  się  na  odpoczynek  w  opuszczonym  domu.  Ścian  nie  było,  ale  dach  sprawiał  wraŜenie 

solidnego. 

- MoŜemy się tu od biedy zatrzymać - powiedział Allerton, rozglądając się dokoła. 

- Prawdziwa bieda: nie ma koców. 

background image

 

Było juŜ ciemno, kiedy doszli do domu Cottera - małej, krytej strzechą chaty stojącej na polanie. Cotter 

był niskim, Ŝylastym męŜczyzną po pięćdziesiątce. Lee zauwaŜył, Ŝe przywitał ich dosyć chłodno. Wyjął alkohol 

i wszyscy się napili. śona Cottera, duŜa, ruda kobieta, zrobiła im herbaty z cynamonem, Ŝeby zabić smak nafty 

w puro. Lee upił się trzema kolejkami. 

Cotter zadawał Lee mnóstwo pytań. 

- Jak tu dotarłeś? Skąd jesteś? Od jak dawna jesteś w Ekwadorze? Kto ci o mnie powiedział? Czy jesteś 

turystą, czy podróŜujesz w interesach? 

Lee był pijany. Zaczął mówić ćpuńskim slangiem, wyjaśniając, Ŝe szuka yage czy ayahuasca. Wiedział, 

Ŝ

e Rosjanie i Amerykanie przeprowadzają nad nią eksperymenty. Powiedział, Ŝe według niego obaj mogliby na 

tym  zarobić.  Im  dłuŜej  mówił,  tym  bardziej  Cotter  stawał  się  chłodny.  Ten  człowiek  najwyraźniej  coś 

podejrzewał, ale co i dlaczego, Lee nie potrafił tego odgadnąć. 

Kolacja  była  całkiem  smaczna,  wziąwszy  pod  uwagę,  Ŝe  jej  głównymi  składnikami  był  włóknisty 

korzeń i banany. Po kolacji Ŝona Cottera powiedziała: 

- Chłopcy muszą być zmęczeni. 

Cotter  poprowadził  ich,  oświetlając  drogę  latarką.  ŁóŜko  szerokości  jakichś  siedemdziesięciu 

centymetrów zrobione było z listewek bambusowych. 

- Myślę, Ŝe jakoś się tu pomieścicie - powiedział. 

Pani Cotter rozłoŜyła na łóŜku jeden koc w charakterze materaca, a na nim drugi, który miał słuŜyć za 

przykrycie. Allerton połoŜył się od zewnątrz, a Cotter zawiesił moskitierę. 

- Moskity? - spytał Lee. 

- Nie. Nietoperze-wampiry - odparł krótko Cotter. - Dobranoc. 

Po  długim  marszu  Lee  czuł  ból  w  mięśniach.  PołoŜył  ramię  na  piersi  Allertona  i  przytulił  się  do 

chłopca.  Pod  wpływem  bliskiego  kontaktu,  ciepła  fala  czułości  wypłynęła  z  ciała  Lee.  Przysunął  się  bliŜej  i 

delikatnie trącił Allertona w ramię. Allerton poruszył się rozdraŜniony i odtrącił jego rękę. 

-  Odsuń  się,  dobrze?  Śpij  -  warknął.  Odwrócił  się  plecami  do  Lee.  Lee  cofnął  rękę.  Jego  całe  ciało 

skurczyło się w szoku. Powoli podłoŜył dłoń pod policzek. Czuł się głęboko zraniony, jakby krwawił w środku. 

Po twarzy popłynęły łzy. 

 

 

Stał  przed  wejściem  do “Ship Ahoy”. Knajpa wyglądała na opustoszałą. Słyszał czyjś płacz. Zobaczył 

swojego  małego  synka,  ukląkł  i  wziął  dziecko  w  ramiona.  Płacz  stał  się  wyraźniejszy,  napłynęła  fala  smutku... 

Teraz on płakał, trzęsąc się od szlochu. 

Mocno  przytulił  małego  Willy'ego  do  piersi.  Stała  tam  grupa  ludzi  w  więziennych  ubiorach.  Lee 

zastanawiał się, co tam robili i dlaczego on sam płakał. 

Po  przebudzeniu  długo  jeszcze  czuł  smutek.  Wyciągnął  dłoń  w  stronę  Allertona,  później  ją  cofnął  i 

odwrócił się twarzą do ściany. 

 

 

Następnego dnia rano Lee czuł się trzeźwy, zirytowany i jakby pozbawiony uczuć. PoŜyczył od Cottera 

background image

strzelbę kaliber 22 i poszedł z Allertonem rozejrzeć się po dŜungli. Wydawało się, Ŝe puszcza jest pozbawiona 

Ŝ

ycia. 

- Cotter mówił, Ŝe Indianie oczyścili teren z większości zwierzyny - oznajmił Allerton. - Wszyscy mają 

strzelby za pieniądze zarobione u Shella. 

Szli  szlakiem.  Olbrzymie  drzewa,  niektóre  ponad  trzydziestometrowej  wysokości,  oplecione  pnączami 

rysowały się w blasku słońca. 

-  Niech  Bóg  sprawi, Ŝebyśmy zabili coś Ŝywego - powiedział Lee. - Gene, słyszę, Ŝe tam coś piszczy. 

Spróbuję to zastrzelić. 

- Co to jest? 

- Skąd mam wiedzieć? W kaŜdym razie Ŝyje, prawda? 

Lee przeciskał się pomiędzy roślinnością. Pośliznął się na pnączu i wpadł na roślinę z zębami jak piła. 

Kiedy chciał wstać, sto ostrych kłów chwyciło go za ubranie i wbiło się w ciało. 

- Gene! - zawołał. - PomóŜ mi! Złapała mnie roślina-ludoŜerca. Gene, uwolnij mnie maczetą! 

W całej dŜungli nie natknęli się na Ŝadne Ŝywe zwierzę. 

 

 

Cotter  twierdził,  Ŝe  usiłuje  wyodrębnić  kurarę  z  trucizny  do  strzał  uŜywanej  przez  Indian.  Powiedział 

Lee,  Ŝe  w  tej  okolicy  moŜna  znaleźć  Ŝółte  kruki  i  Ŝółte  sumy  z  niezwykle  jadowitymi  kolcami.  Jego  Ŝona  się 

nimi ukłuła i tak cierpiała z bólu, Ŝe Cotter musiał jej dać morfinę. Był doktorem medycyny. 

Lee był wstrząśnięty opowieścią o Kobiecie Małpie. Brat i siostra przyjechali do tej części Ekwadoru, 

Ŝ

eby  Ŝyć  prostym,  zdrowym  Ŝyciem,  odŜywiając  się  korzeniami,  jagodami,  orzechami  i  miąŜszem  palmowym. 

Dwa  lata  później  znalazła  ich  ekipa  poszukiwawcza.  Kuśtykali  na  prymitywnych  kulach,  bezzębni,  ze  źle 

zrośniętymi złamaniami. Wydaje się, Ŝe w tym rejonie nie ma wapna. Kury nie znosiły jajek, nie miały z czego 

formować skorupek. Krowy dawały mleko, ale było ono wodniste i przezroczyste, bez wapna. 

Brat  wrócił  do  cywilizacji  i  steków,  ale  Kobieta  Małpa  ciągle  tu  była.  Nauczyła  się  odŜywiać, 

obserwując,  co  jedzą  małpy.  Wszystko,  co  je  małpa,  człowiek  teŜ  moŜe  jeść.  To  cenna  wiedza,  na  wypadek 

gdybyś zabłądził w dŜungli. Warto jest teŜ mieć przy sobie tabletki z wapnem. Nawet Ŝona Cottera straciła zęby 

w “międziciasie”. Jego wypadły juŜ dawno temu. 

Miał półtorametrową Ŝmiję, która strzegła domu przed poszukiwaczami jego cennych notatek o kurarze. 

Miał  teŜ  dwie  malutkie  małpki,  miłe,  ale  o  złośliwym  usposobieniu  i  z  ostrymi  ząbkami,  oraz  dwupalczastego 

leniwca.  Leniwce  Ŝyją  na  drzewach  owocowych,  zwisając  głową  w  dół  i  wydając  odgłosy  podobne  do  płaczu 

dziecka. Na ziemi są bezradne. Leniwiec Cottera po prostu leŜał, rzucał się i syczał. 

Cotter  ostrzegał  ich,  Ŝeby  nie  dotykali  nawet  jego  karku,  mógł  bowiem  sięgnąć  do  tyłu  mocnymi, 

ostrymi szponami, przebić nimi dłoń, a potem przyciągnąć ją do pyska i ugryźć. 

Kiedy Lee pytał o ayahuasca, Cotter odpowiadał wymijająco. Powiedział, Ŝe nie jest pewien, czy yage i 

ayahuasca  to  ta  sama  roślina.  Ayahuasca  była  związana  z  brujerta  -  czarami.  On  sam  był  białym  brujo.  Miał 

dostęp do tajemnic brujo. Lee nie miał takiego dostępu. 

-  Uzyskanie  ich  zaufania  zajęłoby  ci  wiele  lat.  Lee  odparł,  Ŝe  nie  planuje  poświęcać  temu  interesowi 

zbyt wielu lat. 

- Czy nie mógłbyś trochę tego dla mnie zdobyć? - spytał. 

background image

Cotter spojrzał na niego kwaśno. 

- Jestem tutaj od trzech lat - powiedział. Lee próbował udawać naukowca. 

- Chcę zbadać właściwości tego leku - oznajmił. 

- Jestem gotów wziąć trochę sam, na zasadzie doświadczenia. 

- Mógłbym cię zabrać do Canela i pomówić z brujo. Dałby ci trochę, gdybym go poprosił. 

- Byłoby bardzo miło - odparł Lee. 

Cotter  nie  wspomniał  więcej  o  wybraniu  się  do  Canela.  Powtarzał  natomiast  wielokrotnie,  Ŝe  jego 

zapasy  są  szczupłe  i  Ŝe nie ma czasu na eksperymenty z namiastką kurary. Po trzech dniach Lee zrozumiał, Ŝe 

marnuje czas, i powiedział Cotterowi, Ŝe wyjeŜdŜają. Cotter nawet nie starał się ukryć zadowolenia. 

background image

 

Epilog: Powrót do Mexico City 

 

Za  kaŜdym  razem,  kiedy  jestem  w  Panamie,  miejsce  to  jest  dokładnie  o  miesiąc,  dwa  miesiące,  sześć 

miesięcy bardziej nigdzie. To jakby postęp zwyradniającej choroby. Wydaje się, Ŝe nastąpiła zmiana z postępu 

arytmetycznego  na  geometryczny.  Coś  paskudnego,  niegodnego  i  podludzkiego  gotuje  się  w  tym  skundlonym 

mieście alfonsów, kurew i genów recesywnych, w tym zdegenerowanym pasoŜycie Kanału. 

W  wilgotnym  upale  zwiesza  się  nad  Panamą  smog  włóczęgów.  Wszyscy  są  tu  telepatami  w  stopniu 

paranoidalnym.  Pewnego  razu  spacerowałem  z  aparatem  fotograficznym  i  na  piaskowcowym  zboczu  Starej 

Panamy ujrzałem barak z drewna 

i zardzewiałego Ŝelaza, rodzaj przybudówki. Chciałem mieć zdjęcie tej narośli, z albatrosami i sępami 

kołującymi nad nią na tle gorącego, szarego nieba. Moje dłonie trzymające aparat były śliskie od potu, a koszula 

lepiła się do ciała jak mokry kondom. 

Stara  prostytutka  dostrzegła  z  wnętrza  baraku,  jak  robię  zdjęcie.  One  zawsze  widzą,  kiedy  im  robisz 

zdjęcie, zwłaszcza w Panamie. Wdała się w pełną złości rozmowę z ludźmi wyglądającymi jak szczury, których 

jednak  dokładnie  nie  widziałem.  Następnie  podeszła  do  krawędzi  niebezpiecznie  wyglądającego  balkonu  i 

wykonała w moją stronę nieokreślony, wrogi gest. 

Wielu  tak  zwanych  ludzi  prymitywnych  boi  się  aparatów.  Istotnie,  w  fotografowaniu  jest  coś 

obscenicznego  -  pragnienie  uwięzienia,  wcielenia,  seksualna  natarczywość  poszukiwań.  Poszedłem  dalej  i 

zrobiłem  kilka  zdjęć  chłopcom,  młodym,  Ŝywym,  nieświadomym,  grającym  w  baseball.  Nawet  nie  spojrzeli  w 

moją stronę. 

Na  brzegu  zauwaŜyłem  na  łodzi  rybackiej  młodego,  ciemnoskórego  Indianina.  Wiedział,  Ŝe  chcę  mu 

zrobić  zdjęcie,  i  za  kaŜdym  razem,  kiedy  kierowałem  obiektyw  w  jego  stronę,  podnosił  wzrok  z  wyrazem 

męskiego  nadąsania.  W  końcu  uchwyciłem  go,  jak  opierał  się  o  dziób  łodzi  z  ospale  zwierzęcym  uśmiechem, 

leniwie  drapiąc  się  w  ramię.  Długa,  biała  blizna  biegnąca  przez  prawe  ramię  i  obojczyk.  OdłoŜyłem  aparat  i 

patrząc  na  niego,  oparłem  się  o  nagrzany  mur.  W  myślach  przesuwałem  palcem  po  bliźnie,  w  dół  po  jego 

miedzianej  piersi  i  brzuchu;  czułem  rozdzierający  ból  w  kaŜdej  komórce  ciała.  Odepchnąłem  się  od  muru, 

mrucząc: “O Jezu” - i odszedłem w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym sfotografować. 

Murzyn  w  filcowym  kapeluszu  opierał  się  o  balustradę  werandy  drewnianego  domu  wzniesionego  na 

fundamentach z piaskowca. Znajdowałem się po przeciwnej stronie ulicy, pod namiotem, w którym mieściło się 

kino. Za kaŜdym razem, kiedy przygotowałem aparat, Murzyn zdejmował kapelusz i patrząc na mnie, mamrotał 

jakieś  przekleństwa.  Wreszcie  cyknąłem  go  zza  filaru.  Na  balkonie,  za  Murzynem,  mył  się  młody  męŜczyzna 

bez  koszuli.  W  jego  wyglądzie  moŜna  było  dostrzec  krew  murzyńską  i  bliskowschodnią;  okrągła  twarz,  skóra 

Mulata koloru café-au-lait, gładka twarz, harmonijnie zbudowane ciało bez Ŝadnego widocznego mięśnia. Myjąc 

się podnosił wzrok jak zwierzę węszące niebezpieczeństwo. Zrobiłem mu zdjęcie, kiedy zadzwonił gwizdek na 

godzinę piątą. Stary trik fotografa: poczekać na rozproszenie uwagi. 

Wszedłem do baru “Chica” na rum z colą. Nigdy nie lubiłem tego miejsca ani Ŝadnego innego baru w 

Panamie, ale kiedyś “Chico” był znośny i z szafy grającej leciały niezłe kawałki. Teraz nie było tam nic poza tą 

okropną  muzyką  honky-tonk  z  Oklahomy,  przypominającą  beczenie  niespokojnej  krowy:  Wbijasz  gwoździe  w 

trumnę mą, To nie Bóg stworzył anioły honky-tonk, Tylko twe kłamliwe serce. 

background image

Wszyscy Ŝołnierze w knajpie mieli ten sam wygląd ludzi ze Strefy Kanału po lekkim wstrząsie mózgu. 

Był  to  wygląd  krowi  i  otępiały,  jakby  poddano  ich  w  wojsku  specjalnej  obróbce,  dzięki  której  stali  się 

niewraŜliwi  na  kontakt  na  poziomie  intuicji,  usunięto  z  nich  telepatyczne  nadajniki  i  odbiorniki.  Zadajesz  im 

pytanie,  a  oni  nie  odpowiadają,  nie  okazując  ani  przyjaźni,  ani  wrogości.  Ani  śladu  ciepła,  Ŝadnego  kontaktu. 

Konwersacja  jest  niemoŜliwa.  Po  prostu  nie  mają  nic  do  powiedzenia.  Siedzą,  puszczają  tę  wyjącą  muzykę  z 

szafy  grającej  i  stawiają  drinki  dziewczynom  klasy  B,  podrywają  je  od  niechcenia,  a  one  opędzają  się  jak  od 

much. Pewien pryszczaty młodzieniec o głupkowatej twarzy bez przerwy dotyka piersi dziewczyny. Ona odtrąca 

jego rękę, a ręka wraca, skradając się, jakby Ŝyła własnym, owadzim Ŝyciem. 

Dziewczyna  klasy  B  siada  koło  mnie  i  stawiam  jej  drinka.  Zamawia  dobrą  szkocką  whisky.  JakŜe  ja 

nienawidzę tej twojej zgnilizny, Panamo, myślę. Dziewczyna miała malutki ptasi móŜdŜek i mówiła doskonałym 

angielskim ze Stanów, jak z płyty. Głupi ludzie szybko i łatwo uczą się języka, bo nie mają w głowie niczego, co 

zajmowałoby miejsce. 

Chciała jeszcze jednego drinka. Powiedziałem: 

- Nie. 

- Czemu jesteś taki skąpy? - zapytała. 

- Słuchaj, kiedy skończą mi się pieniądze, kto mi będzie stawiał drinki? Ty? 

Wyglądała na zdziwioną i powiedziała powoli: 

- Tak, masz rację. Przepraszam. 

Poszedłem głównym deptakiem. Jakiś alfons złapał mnie za ramię. 

- Mam czternastoletnią dziewczynę, Jack, Portorykankę. Co ty na to? 

-  W  takim  razie  ona  jest  juŜ  w  średnim  wieku  -  odparłem.  -  Chcę  sześcioletniej  dziewicy  i  bez  tego 

“zapakuję ci, kiedy będziesz czekał”. Nie próbuj mi wciskać swoich czternastoletnich rupieci. 

Zostawiłem go z rozdziawioną gębą. 

Wszedłem  do  sklepu  obejrzeć  kapelusze  panama.  Młodzieniec  za  ladą  zaczął  śpiewać:  Zdobywać 

przyjaciół, tracić pieniądze. 

Ten gładki facecik to zwykły kanciarz, zdecydowałem. 

Pokazał mi kilka kapeluszy po dwa dolary sztuka. 

- Piętnaście dolarów - powiedział. 

- Twoje ceny są z księŜyca - odparłem i wyszedłem. 

Wyszedł za mną na ulicę. 

- Chwileczkę, mister. 

Szedłem dalej. 

Tej  nocy  miałem  ciągle  powracający  sen.  Byłem  znów  w  Mexico  City  i  rozmawiałem  z  Artem 

Gonzalezem,  chłopakiem,  z  którym  Allerton  wynajmował  kiedyś  pokój.  Spytałem  go,  gdzie  jest  Allerton,  i 

usłyszałem:  “W  Agua  Diente”.  To  było  na  południe  od  Mexico  City,  więc  dowiadywałem  się  o  połączenie 

autobusowe.  Wiele  razy  śniło  mi  się,  Ŝe  jestem  z  powrotem  w  Mexico  City  i  rozmawiam  z  Artem  albo  z 

najlepszym przyjacielem Allertona, Johnnym White'em, i pytam o niego. 

Poleciałem  do  Mexico  City.  Kiedy  przechodziłem  przez  lotnisko,  byłem  trochę  zdenerwowany;  mógł 

mnie namierzyć jakiś gliniarz z Urzędu Imigracyjnego. Postanowiłem, Ŝe będę się trzymać blisko przystojnego, 

background image

młodego  turysty,  którego  poznałem  w  samolocie.  Kapelusz  spakowałem,  a  po  wyjściu  z  samolotu  zdjąłem 

okulary. Aparat wcisnąłem pod pachę. 

- Weźmy taksówkę do miasta. Podzielimy się opłatą. Będzie taniej - zaproponowałem turyście. Szliśmy 

przez lotnisko jak ojciec z synem. - Tak - mówiłem - ten cwaniak w Gwatemali chciał ode mnie dwa dolary za 

kurs z Palace Hotel na lotnisko. Powiedziałem mu uno. - Wyciągnąłem palec. Nikt na nas nie spojrzał. Dwóch 

turystów. 

Wsiedliśmy do taksówki. Kierowca powiedział: 

- Dwanaście pesos za obu do centrum miasta. 

-  Chwileczkę  -  odezwał  się  turysta  po  angielsku.  -  Nie  ma  licznika.  Gdzie  twój  licznik?  Musisz  mieć 

licznik. 

Kierowca poprosił mnie, Ŝebym wytłumaczył koledze, Ŝe ma prawo przewozić pasaŜerów z lotniska bez 

licznika. 

- Nie! - krzyknął turysta. - Ja nie turysta. Mieszkam w Mexico City. Sabe Hotel Colmena? Mieszkam w 

Hotelu Colmena. Zawieź mnie do miasta, ale zapłacę tylko tyle, ile będzie na liczniku. Zawołam policję. Policía

Jest pan zobowiązany przez prawo do posiadania licznika. 

O BoŜe, pomyślałem, właśnie tego mi potrzeba: Ŝeby ten frajer wezwał gliny. Widziałem, jak gliniarze 

gromadzą  się  wokół  samochodu,  nie  wiedzą,  co  robić,  i  wzywają  posiłki.  Turysta  wziął  walizkę  i  wysiadł. 

Zapisywał numer wozu. 

- Zawołam policía mnóstwo szybko - zagroził. 

- Wiesz, ja mimo wszystko wezmę tę taksówkę - powiedziałem do niego. - Nie dostaniesz się do miasta 

o wiele taniej... Vámonos - powiedziałem do kierowcy. 

Wynająłem  pokój  za  osiem  pesos  w  hotelu  przy  Searsie  i  poszedłem  do  Lola,  z  brzuchem  zimnym  z 

podniecenia.  Bar  był  w  innym  miejscu.  Miał  nowy  wystrój  i  nowe  meble.  Za  kontuarem  stał  jednak  ten  sam 

stary barman ze złotym zębem i wąsikiem. 

- Cómo está? - spytał. 

Przywitaliśmy  się.  Zapytał,  gdzie  byłem,  a  ja  powiedziałem,  Ŝe  w  Ameryce  Południowej.  Usiadłem  z 

kieliszkiem Delaware Punch. Lokal był pusty, ale wcześniej czy później musiał przyjść ktoś znajomy. 

Wszedł  Major.  Emerytowany  wojskowy,  siwy,  pełen  Ŝycia,  dobrze  zbudowany.  Przeleciałem  się  po 

liście: 

- Johnny White, Russ Morton, Pete Crowly, Ike Scranton? 

- Los Angeles, Alaska, Idaho, nie wiem, ciągle jest tutaj. Zawsze jest gdzieś tutaj. 

- A co się dzieje z Allertonem? 

- Allerton? Nie wydaje mi się, Ŝebym go znał. 

- To na razie. 

- Dobranoc, Lee. UwaŜaj na siebie. 

Poszedłem do Searsa i przejrzałem czasopisma. W jednym z nich, pod tytułem Jaja: Dla prawdziwych 

męŜczyzn, znalazłem fotografię Murzyna wiszącego na drzewie: “Widziałem, jak głupki dyndają”. 

Na  ramieniu  poczułem  czyjąś  rękę.  Odwróciłem  się.  To  był  Gale,  inny  emerytowany  Ŝołnierz. Była w 

nim uległość pijaka, który wyszedł z nałogu. Przeleciałem listę. 

background image

- Prawie wszyscy wyjechali - rzekł Gale. - A poza tym nie widuję juŜ tych facetów, nie chodzę juŜ do 

Lola. 

Spytałem o Allertona. 

- Allerton? 

- Wysoki, chudy chłopak. Przyjaciel Johnny'ego White'a i Arta Gonzaleza. 

- On teŜ wyjechał. 

- Jak dawno temu? - Z Gale'em nie musiałem być ostroŜny. I tak niczego by nie zauwaŜył. 

- Widziałem go moŜe miesiąc temu po drugiej stronie ulicy. 

- Cześć, do zobaczenia. 

- Do zobaczenia. 

Powoli  odłoŜyłem  pismo,  wyszedłem  i  oparłem  się  o  latarnię.  Potem  wróciłem  do  Lola.  Przy  stoliku 

siedział Burns i pił piwo, trzymając butelkę w okaleczonej ręce. 

- Prawie nikogo juŜ nie ma. Johnny White, Tex i Crosswheel są w Los Angeles. Patrzyłem na jego rękę. 

- Słyszałeś o Allertonie? - spytał. 

- Nie - odpowiedziałem. 

- Pojechał do Ameryki Południowej czy dokądś. Z jakimś pułkownikiem. Pojechał jako przewodnik. 

- No i? Jak dawno temu? 

- Około sześciu miesięcy. 

- To znaczy tuŜ po moim wyjeździe. 

- Taa. Mniej więcej wtedy. 

Wziąłem  od  Burnsa  adres  Arta  Gonzaleza  i  poszedłem  zobaczyć  się  z  nim.  Pił  piwo  w  sklepie 

naprzeciwko swojego hotelu i zawołał mnie. Tak, Allerton wyjechał około pięciu miesięcy temu. Pojechał jako 

przewodnik jakiegoś pułkownika i jego Ŝony. 

-  Mieli zamiar sprzedać samochód w Gwatemali. Cadillac rocznik 48. Czułem, Ŝe w tym interesie jest 

coś nie w porządku, ale Allerton nie powiedział mi nic konkretnego. Wiesz, jaki on jest. - Art wydawał się być 

zdziwiony  faktem,  Ŝe  nie  miałem  Ŝadnej  wiadomości  o  Allertonie.  -  Nikt  o  nim  nie  słyszał  od  czasu  jego 

wyjazdu. To mnie niepokoi. 

Zastanawiałem  się,  co  i  gdzie  mógłby  robić.  Gwatemala  jest  droga,  San  Salwador  drogie  i  zaszczane. 

Kostaryka? śałowałem, Ŝe w drodze powrotnej nie zatrzymałem się w San José. 

Gonzalez i ja przerobiliśmy temat “Gdzie jest ten i ta”. Mexico City to terminal w podróŜy w czasie i 

przestrzeni,  poczekalnia,  w  której  wypijasz  szybkiego  drinka  w  oczekiwaniu  na  pociąg.  Właśnie  dlatego  mogę 

znieść  Mexico  City  i  Nowy  Jork.  Nie  jesteś  w  nich  uwięziony.  Przez  sam  fakt  bycia  tam  znajdujesz  się  w 

podróŜy.  Za  to  w  Panamie,  na  RozdroŜu  Świata,  jesteś  tylko  określoną  ilością  starzejącej  się  tkanki.  Musisz 

spisać umowę z liniami Pan Am albo Dutch Line, Ŝeby zabrali twoje ciało. W przeciwnym razie zostałbyś tam i 

gnił w dusznym skwarze, pod dachem z galwanizowanego Ŝelaza. 

 

 

Tej  nocy  śniło  mi  się,  Ŝe  w  końcu  odnalazłem  Allertona  w  jakimś  zakątku  Ameryki  Środkowej.  Był 

zdziwiony, widząc mnie po tak długim czasie. W tym śnie byłem poszukiwaczem zaginionych osób. 

background image

-  Panie  Allerton,  jestem  przedstawicielem  Przedsiębiorstwa  Przyjaznych  Finansów.  Czy  nie 

zapomniałeś o czymś, Gene? Miałeś odwiedzać nas co trzeci wtorek. Tęskniliśmy za tobą w naszym biurze. Nie 

lubimy  mówić  naszym  klientom:  “Płać  bo...”  Tak  nie  mówią  przyjaciele.  Ciekawi  mnie,  czy  kiedykolwiek 

przeczytałeś naszą umowę do samego końca. Chodzi mi zwłaszcza o Klauzulę 6 (x), którą moŜna rozszyfrować 

wyłącznie  przy  pomocy  mikroskopu  elektronowego  i  filtra  wirusowego.  Ciekawi  mnie,  czy  wiesz,  co  oznacza 

owo “bo... “, Gene? 

Och,  wiem,  jak  to  jest  z  wami,  chłopakami.  Uganiasz  się  za  jakąś  kurewką  i  na  śmierć  zapominasz  o 

Przedsiębiorstwie Przyjaznych Finansów, co? Ale Przedsiębiorstwo nie zapomina o tobie. To tak jak w piosence 

“Tu się nie ukryjesz”. Nie ukryjesz się, kiedy stary Skoczny Tropiciel wkracza do akcji. 

Twarz Skocznego Tropiciela zrobiła się pusta i senna. Jego usta rozchyliły się, ukazując zęby twarde i 

Ŝ

ółte  jak  stara  kość  słoniowa.  Ciało  powoli  zagłębiało  się  w  skórzanym  fotelu,  aŜ  wreszcie  oparcie  lśniące  w 

cieniu i opalizujące plamkami światła zsunęło mu kapelusz na oczy. Zaczął mruczeć w kółko: “ Johnny juŜ tak 

długo jest na targu”. 

Mruczenie urwało się nagle, w środku frazy. 

Głos Skocznego Tropiciela był ospały i przerywany jak muzyka na pełnej wiatru ulicy. 

- W tej pra

cy spotykasz najróŜniejsze typy, mały. Czasami jakiś popcornowy obywatel przychodzi do 

biura i próbuje zapłacić Przyjaznym Finansowym tym gównem. 

Wysunął rękę z boku fotela, wierzchem dłoni do góry. Powoli otworzył chudą, brązową dłoń, jego palce 

na końcach były purpurowo-niebieskie. Ukazał się zwitek Ŝółtych banknotów tysiącdolarowych. Ręka odwróciła 

się grzbietem do góry i z powrotem opadła na fotel. Zamknął oczy. 

Nagle jego głowa przechyliła się na bok i z ust wychynął język. Pogniecione banknoty wysypały mu się 

z  dłoni,  jeden  po  drugim,  i  leŜały  na  czerwonej  kamiennej  posadzce.  Powiew  ciepłego  wiosennego  wiatru 

wepchnął  do  pokoju  brudne  róŜowe  zasłony.  Banknoty  szeleściły  w  kątach  pokoju  i  ułoŜyły  się  na  twarzy 

Allertona. 

Skoczny Tropiciel wyprostował się niezauwaŜalnie, a spod jego powiek wydobyła się smuŜka światła. 

-  Zachowaj  to  na  czarną  godzinę,  mały  -  powiedział.  -  Wiesz,  jak  jest  w  tych  wytwornych  hotelach. 

Musisz mieć swój własny papier. 

Skoczny Tropiciel pochylił się do przodu, wspierając łokcie na kolanach. Nagle wstał, jakby poderwany 

z  fotela,  i  nieoczekiwanym  ruchem  zsunął  z  oczu  kapelusz.  Podszedł  do  drzwi,  odwrócił  się,  trzymając  prawą 

dłoń  na  klamce.  Paznokcie  lewej  dłoni  wypolerował  o  klapę  znoszonej  marynarki  w  szkocką  kratę.  Kiedy  się 

poruszał, z marynarki unosił się smród pleśni. Pleśń była pod klapami i na mankietach spodni. Spojrzał na swoje 

paznokcie. 

-  Aha...  jeśli  chodzi  o...  hm...  twoje  konto.  Niedługo  wrócę.  To  znaczy  za  parę...  -  głos  Skocznego 

Tropiciela był przytłumiony. - Dojdziemy do jakiegoś porozumienia - powiedział głośno i wyraźnie. 

Otworzyły się drzwi i wściekły powiew przeleciał przez pokój. Drzwi zamknęły się, a zasłony opadły, 

jedna z nich ułoŜyła się na sofie, jakby rzucona tam czyjąś ręką.