background image

 
 

Emma Tennant 

 

Dziwne losy Adelki 

 
 

 
Dla Elaine Markson z miłością i wdzięcznością 

background image

Przedmowa 
W  powieści  „Dziwne  losy  Jane  Eyre"  występuje  mała 

Francuzka Adelka. Jest podopieczną Jane w Thornfield Hall. 

Od  niebezpieczeństw  i  biedy,  na  które  skazane  jest 

samotne  dziecko  ulicy  w  mieście  będącym  europejską  stolicą 
zepsucia i upadku, uratował ją pan Rochester, który zabrał ją z 
Paryża. Jej matka, artystka cyrkowa występująca na trapezie, a 
zarazem  aktorka  komediowa,  Celina  Varens,  porzuciła  ją, 
sama uciekając wraz z pewnym muzykiem do Włoch. Adelka 
nie miała się gdzie podziać. 

Trudno  stwierdzić,  czy  w  Thornfield  Hall  ośmioletniej 

Adelce żyło się lepiej niż w Paryżu. Anglia, wraz z bagnami 
otaczającymi stare domostwo, wydawała się jej zimna i obca. 
Dodać  do  tego  należy  przerażenie  towarzyszące  odkryciu 
tajemniczej postaci w Thornfield Hall, żyjącej na strychu pod 
blankowanym dachem. 

Adelka  Varens,  dziecko,  które  przybywa  do  Thornfield 

jako  wychowanka  pana  Rochestera,  odkrywa  bowiem  sekret 
najwyższego piętra w gmachu Thornfield Hall. 

Historia ta rozpoczyna się w Paryżu, krótko przed tym, jak 

świat  Adelki  rozpada  się  na  drobne  kawałki  i  kiedy  nie  zna 
jeszcze  ona  Jane  Eyre,  młodej  kobiety,  która  stanie  się  jej 
guwernantką i wybawicielką. 

A  oto  słowa  Jane  Eyre  z  ostatniego  rozdziału  powieści 

Charlotte Bronte, dotyczące Adelki: 

A  co  się  stało  z  Adelką?  -  spytasz,  drogi  czytelniku.  Nie 

zapomniałam  o  niej.  Wkrótce  poprosiłam  pana  Rochestera  o 
pozwolenie na wyjazd i odwiedziłam Adelką w szkole, gdzie 
ją  umieścił.  Jej  ogromna  radość  na  mój  widok  kolejny  raz 
mnie  wzruszyła.  Była  blada  i  szczupła;  powiedziała,  że  nie 
czuje się tu szczęśliwa. Zorientowałam się, że zasady panujące 
w  instytucji  były  zbyt  surowe  dla  dziecka  w  jej  wieku: 
zabrałam więc ją ze sobą do domu. Chciałam na nowo zostać 

background image

jej  guwernantką,  jednak  niedługo  okazało  się  to  niemożliwe. 
Całego  mego  czasu  i  opieki  wymagał  teraz  ktoś  inny:  mój 
mąż.  Znalazłam  więc  dla  niej  szkołę  o  łagodniejszych 
wymaganiach,  położoną  na  tyle  blisko,  bym  mogła  ją  często 
odwiedzać  i  czasami  zabierać  do  domu.  Troszczyłam  się,  by 
nigdy jej niczego nie zabrakło; wkrótce przywykła do nowego 
otoczenia, bardzo je polubiła i dokonała wyraźnych postępów 
w  nauce.  W  tym  czasie  zdrowe  angielskie  wychowanie 
naprawiło  w  znacznym  stopniu  jej  francuskie  nawyki,  a  gdy 
opuściła szkołę, odnalazłam w niej miłą i lojalną towarzyszkę: 
uległą, opanowaną i rozsądną. Swoim oddaniem wobec mnie i 
mych  bliskich  z  nawiązką  odpłaciła  za  tę  krztynę  dobroci, 
którą kiedyś mogłam jej ofiarować. 

Jednak,  jak  to  często  bywa  w  życiu  dojrzewających 

panien, wszystko to było trochę bardziej skomplikowane. Oto 
więc historia Adelki. 

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Adelka 
Jutro to Pierrot z pantomimy. 
Ta  historia  to  bajka;  ale  wszystkie  rzeczy  prawdziwe 

podobne  są  do  bajki,  tym  bardziej  że  bajka  zadaje  sobie  za 
naszych  czasów  niesłychane  trudy,  aby  być  podobną  do 
prawdy. 

Honore de Balzac, „Kuzyn Pons" (tłum. Tadeusz Żeleński 

- Boy) 

Mieszkaliśmy  w  Paryżu,  w  domu  przy  długiej,  mrocznej 

rue Vaugirard na Montparnasse, jednak nasz dom nie był ani 
ciemny, ani smutny. Miał dwa piętra. Na poddaszu mieszkała 
służąca  Bettina,  do  jej  pokoju  przylegała  mała  sypialnia 
dziecięca,  w  której  rzadko  pomieszkiwałam,  bo  mama 
pozwalała  mi  spać  na  szezlongu  w  salonie  obok  jej  pięknej 
sypialni.  Na  pierwszym  piętrze  mieszkała  tante  (Tante  (fr.)  - 
ciotka (wszystkie przyp. od tłum.).) Irene, o której mówiono, 
że  była  kuzynką  Herr  Graffa,  właściciela  domu,  który  zbił 
fortunę  na  reklamowaniu  linii  kolejowych  w  Baden.  Jednak 
tak  naprawdę  ciotka  Irene  była  modystką,  i  to  dla  niej  przez 
cały  dzień  zbierałam  różne  drobiazgi:  a  to  pióro  z  parku  do 
kapelusza  dla  księżnej  Popinot,  a  to  resztkę  jedwabiu  z 
ostatniego  kostiumu  Jenny  (Jenny  Colon,  słynnej  artystki). 
Była  to  najlepsza  przyjaciółka  mamy;  gdy  przychodziła  z 
wizytą,  śmiała  się  z  nowej  oranżerii.  Znajdowała  się  ona  na 
parterze,  na  miejscu  dawnego  maleńkiego  saloniku,  gdzie 
dawało się wstawić jedynie stół i cztery krzesła. 

 -  Celino  Varens!  -  wydawała  z  siebie  okrzyk  zdumiona 

Jenny, a było prawdopodobne, że robi to tylko dla żartu. - Ma 
chere Celine! (Ma chere Celine (fr.) - moja droga Celino!) Czy 
to  angielski  milord  ci  to  ofiarował?  Ile  franków  kosztowało 
wybudowanie  tego,  co?  -  Omiatała  spojrzeniem  okazałą 

background image

przeszkloną salę balową, u której sufitu zwieszał się żyrandol 
z  różowego mrożonego  szkła; na  drążku  siedziała skrzecząca 
papuga. - Kiedy przyjedzie, by cię zabrać do swojego zamku, 
ma cherie? (Ma cherie (fr.) - moja kochana.) Jedno jest pewne, 
nie możesz zabrać tego cudeńka ze sobą. Mróz w  Angleterre 
sprawiłby,  że  szkło  popękałoby  na  kawałki,  a  w  środku 
hulałaby śnieżyca! - Przy czym tak realistycznie przedstawiała 
szklane  igloo,  w  którym  moja  mama  będzie  zmuszona 
mieszkać,  że  obie  drżałyśmy  z  zimna  w  upalne,  paryskie 
popołudnie,  a  Jenny  znowu  zanosiła  się  śmiechem.  Według 
mnie,  bała  się,  że  utraci  maman,  gdy  ta  pojedzie  do  kraju 
położonego za szarosinym morzem, ale i ja nie lubiłam myśleć 
o tym, że miałaby tam się udać. Wobec tego z regularnością, 
która dla obu przyjaciółek musiała być męcząca, wybuchałam 
w tym momencie płaczem, tak że maman była zmuszona kłaść 
palec  na  ustach.  Jednak  nie  na  darmo  obie  uprawiały  swój 
zawód, więc odgrywały scenki z życia, jakie wiodłaby Celina 
w  przepięknym  zamku  na  północy  zimnego  kraju:  a  to  jak 
utrąca  sople  wiszące  u  okien,  a  to  jak  zarzuca  na  ramiona 
kaszmirowe szale, które milord przysyłał ze swych podróży do 
Indii.  Poza  tym  udawały,  że  układają  ognisko  w  małym 
wykładanym kamieniem ogródku tuż za ścianą oranżerii. 

Ta  cała  ich  błazenada  nie  mogła  mnie  jednak  skłonić  do 

uśmiechu. Nie znałam milorda, chociaż maman mi mówiła, że 
widziałam  go  raz,  jak  byłam  mała.  Nie  chciałam  go  wcale 
poznać:  tego  protektora  i  dawnego  kochanka  mojej  matki, 
którego Jenny pogardliwie nazywała „cher Edouard". Po tym 
„przedstawieniu"  szła  do  teatru.  Podobnie  jak  maman,  Jenny 
była w stanie sprostać większości scenicznych wyzwań: i jako 
aktorka,  i  jako  śpiewaczka,  czy to  w  wodewilu,  czy  w  opera 
comique.  Ale  tylko  maman,  piękna  i  sławna  Celina  Varens, 
wychowanka  starego  Teatru  Funambules,  wtedy  jeszcze 
nietkniętego mającymi nastąpić zmianami, danseuse de corde 

background image

-  tancerka  na  linie zawieszonej wysoko  nad  głowami publiki, 
była  mistrzynią.  Maman  potrafiła  śpiewać  jak  słowik,  i  grać 
wielkie,  tragiczne  role.  Bywała  Fedrą,  czekającą  na  swojego 
młodego kochanka, przemierzającą szklaną klatkę, której rolę 
pełniła teraz nowa oranżeria. Ja zaś stawałam się kazirodcą, jej 
przybranym  synem,  Hipolitem.  Ach,  jaka  ja  byłam  z  niej 
dumna! W dosłownym rozumieniu tych słów, nie było nikogo 
takiego jak ona, ponieważ nie sposób było przewidzieć, w jaką 
postać wcieli się następnym razem. 

Nasze  dni  w  Paryżu,  o  ile  pozwalał  na  to  zmienny 

charakter jej pracy, przebiegały zgodnie z planem, który nigdy 
mi  się  nie  nudził.  Po  poranku,  spędzonym  w  słonecznym, 
przeszklonym pokoju, bogato ustrojonym różami i frezjami od 
adoratorów  maman,  porzuciwszy  zamiar  przeprowadzenia 
lekcji  angielskiego  (miałam  się  go  uczyć,  ale  gęste, 
nieprzyjemne  dźwięki  stawały  mi  w  gardle  jak  kawałki 
nieprzeżutego  mięsa),  wyruszałyśmy  do  parku.  Na  przykład 
do  Ogrodów  Luksemburskich,  starannie  utrzymanych,  a 
jednak  pełnych  tajemnych  zakamarków  i  zakrętów,  równych 
żywopłotów  i  wawrzynów  przyciętych  niemal  jak  postać 
ludzka, wobec których maman kłaniała się z powagą, udając, 
że  zna  bardzo  dobrze  uformowany  krzew.  Przechodnie 
przypatrywali  się  nam  i  wprawiało  mnie  to  w  dumę,  bo 
odgadywałam z ich spojrzeń, że ja też jestem ładna, i że moja 
uroda  podkreślała  urodę  maman.  Niekiedy  jakiś  mężczyzna 
mówił szeptem do swojego towarzysza: - To z pewnością jest 
Celina  Varens!  -  co  potęgowało  moją  dumę.  Byłam  niczym 
skóra zdjęta z mojej  mamy, jak określała to  Jenny i  wszyscy 
przyjaciele  maman.  Podczas  naszych  wypraw  do  parku,  idąc 
ciemną rue Vaugirard do Ogrodów Luksemburskich, upajałam 
się  świadomością,  że  miałam  na  sobie  taką  samą  sukienkę, 
jasnobłękitną  jak  niezapominajki,  z  różowymi  koronkowymi 
spodenkami, jak sławna Celina Varens. 

background image

 -  Madame  jest  dzisiaj,  mademoiselle  będzie  jutro  - 

powiedział pewien dandys,  flaneur (Flaneur (fr.) - marzyciel; 
człowiek  spędzający  czas  na  próżnowaniu.)  albo  leniwy 
spacerowicz,  którego  maman  znała  tylko  z  widzenia.  Był  to 
mężczyzna,  który  bez  końca  szukał  nowinek  i  rozrywki.  A 
Paryż  z  pewnością  mógł  je  zapewnić.  W  takich  chwilach 
rozkoszowałam  się  uczuciem,  że  jestem  częścią  wielkiego 
miasta,  stolicy  luksusu.  Pragnęłam  być  jutrem,  które  zawsze 
podąża  te  kilka  kroków  za  dzisiejszym  dniem.  Nie  znałam 
wtedy  jeszcze  zbytnio  tej  okrutnej  pantomimy,  która  wkrótce 
miała stać się moim udziałem, i to wbrew mojej woli. 

Gdy  moja  mama  grała  w  sztuce  w  Teatrze  Funambules, 

przychodziłam zwykle i patrzyłam, czy była to pantomima czy 
bajka,  jak  je  nazywano,  i  zawsze  któryś  z  oczekujących 
wielbicieli maman zanosił mnie prosto na galerię, na miejsce 
pod samym sufitem starego teatru przy boulevard du Tempie. 
Miałam świadomość, że byłam zepsuta i rozpuszczona, ale jej 
adoratorzy wiedzieli, że muszą mi dogadzać, jeśli chcą zdobyć 
moją  mamę.  Ta  nasza  obopólna  wiedza  spajała  nas,  mnie  i 
owych  młodych  mężczyzn  (zawsze  byli  młodsi  od  maman, 
chociaż wtedy tego jeszcze nie wiedziałam) pewnym rodzajem 
żartobliwej  przyjaźni.  Konkurowali  między  sobą,  który  kupi 
mi  pistacjowe  lody  albo  lizaki  z  wizerunkiem  Pierrota,  albo 
inną  nowinkę,  której  właśnie  mi  się  zachciało.  Wiedzieli  oni 
również, że byli przelotną zachcianką mojej mamy, taką, jaką 
dla  mnie  były  nowe  włoskie  lody,  które  topniały  równie 
szybko  jak  przemijający  kaprys  maman.  Kochałam  się  w 
smutnym  mężczyźnie  ze  smutnymi,  obwiedzionymi  czarną 
kreską  oczyma,  który  był  zarówno  zabawny,  romantyczny  i 
żałosny.  Był  to  wielki  Pierrot  Paryża,  Dubureau.  Kłaniał  się 
tylko  dla  mnie,  w  swoim  białym  kostiumie  clowna,  patrząc 
najpierw tylko na jaskółki, wiedząc, że tam siedzę, a potem na 
swoje  stopy,  w  pantoflach  z  czerwonymi  i  niebieskimi 

background image

pomponami.  A  adoratorzy  maman  zdawali  sobie  sprawę,  że 
nie  kocha  ona  nikogo,  bo  wystarczała  jej  Jenny  Colon  jako 
przyjaciółka  i  powierniczka,  w  związku  z  czym  nie 
potrzebowałam  niczego  od  mężczyzn.  I  ja  w  swej  naiwności 
byłam o tym święcie przekonana. 

 -  Adelko,  mam  nadzieję,  że  pójdziesz  w  moje  ślady  nie 

tylko  pod  jednym  względem  -  zwracała  się  do  mnie  mama, 
widząc  pełne  zachwytu  spojrzenia  mężczyzn  w  Funambules, 
patrzących na piękny duet, który razem tworzyłyśmy. - Mam 
nadzieję,  że  zajdziesz  tak  daleko,  jak  ja  -  i  wskazywała  na 
scenę  i  linę,  na  której  w  nocy  tańczyła,  zawieszoną  na 
zapierającej  dech  w  piersiach  wysokości  -  a  nawet  dalej,  ma 
cherie  - ciągnęła  -  bo  moim największym marzeniem jest, by 
moja  córka  została  prawdziwą  aktorką...  żeby  grała  w 
sztukach Corneille'a i Racine'a... jak wielka Rachel. 

I zanim zdążyłam ją spytać o jakieś inne wielkie nazwiska, 

maman znikała w swojej garderobie albo wychodziła na obiad 
z nowym wielbicielem. Celina Varens rzadko zwracała się do 
mnie bezpośrednio, tak mi się przynajmniej wydaje teraz, gdy 
wspominam  te  chwile.  Obsypywała  mnie  pocałunkami  i 
pieszczotami,  ale  zaraz  potem,  myślami  już  nieobecna, 
zostawiała mnie znowu samej sobie. Przypuszczam, że byłam 
za  mała,  by  zrozumieć,  jakie  miała  w  stosunku  do  mnie 
oczekiwania,  ale  uwielbiałam,  jak  zwracała  się  do  mnie  „ma 
cherie". 

Pierrot  był  moim  przyjacielem,  rozumiał  moje  łzy  i 

napady  złości.  Gdy  przedstawienie  było  skończone  (myślę 
teraz  o kwietniu, kiedy to  maman biegła szybko się  przebrać 
do garderoby, by potem zabrać mnie za scenę, skąd mogłyśmy 
podziwiać  Jenny  w  opera  comique;  grała  wtedy  w 
„Piquillo")(Piquillo  (fr.)  -  opera  komiczna  w  trzech  aktach 
Aleksandra  Dumasa.),  obejmowałam  Pierrota  i  mówiłam  mu 
dobranoc, zanim ruszyłyśmy do domu. Wieczór był wspaniały 

background image

i  obiecujący,  paryski  wieczór  będący  godziną  prawdy, 
godziną,  którą  mój  drugi  przyjaciel,  Felix,  nazywał  „godziną 
magiczną", godziną, w której psa można wziąć za wilka, i gdy 
to  mówił,  spoglądał  na  moją  mamę  i  wybuchał  śmiechem. 
Trudno  było  bowiem  uwierzyć,  że  kobieta  tak  piękna  jak 
Celina  -  Felix  porównuje  ją  nawet  do  bohaterskiej  kobiety  z 
obrazów  Delacroix,  z  ciemnymi  włosami  opadającymi 
puklami na szyję i błyszczącymi oczami, prowadzącej batalion 
do  walki  -  była  całkowicie  szczęśliwa,  jak  to  wyznawała, 
żyjąc jedynie ze swoją córką i zdziwaczałą starszą panią, tante 
Irene, skoro mogła mieć u swych stóp najbardziej fascynujące 
miasto świata. 

 - 

Celina  bardziej  kocha  swoją  oranżerię  niż 

jakiegokolwiek  mężczyznę  -  powtarza  Jenny,  śmiejąc  się  jak 
Felix,  kiedy  to  kładzie  mnie  do  łóżka,  którego  rolę  pełni 
szezlong,  przykrywa  różową,  kretonową  kołderką,  w  pokoju 
obok sypialni maman. 

Tak  jak  Pierrot  był  milczący,  bo  musiał  być,  skoro  cały 

smutek świata bił z jego oczu obwiedzionych czarną kreską i 
kaczkowatego  chodu,  tak  Felix  nie  przestawał  mówić,  a 
uwielbiał ze mną rozmawiać. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy mamy 
iść  na  foire  du  pain  d'epice  (Foire  du  pain  d'epice  (fr.)  - 
wiosenny jarmark odbywający się m.in. co roku w Paryżu na 
Place  de  la  Nation;  dosł.  targ  piernikowy;  pain  d'epice  - 
piernik.),  gdzie  sprzedają  ciasto  z  makiem,  przyprawione 
goździkami  i  gałką  muszkatołową,  za  którym  przepadam,  i 
które oznacza, że zbliża się Wielkanoc, ulubiony okres mojej 
mamy.  Felix  jest  geniuszem,  i  jestem  dumna,  że  inni  widzą 
mnie  w  jego  towarzystwie,  podczas  gdy  on  mówi, 
skoncentrowany i poważny. Spędziliśmy trochę czasu w jego 
studiu  fotograficznym,  pokoju  na  poddaszu  przy  quai  des 
Grands Augustins,  i  idziemy teraz szybko w kierunku Saint - 
Germain. Poczułam już zapach gorącego, wonnego piernika, i 

background image

udaję,  że  to,  co  wydarzyło  się  w  studiu  Felixa,  w  ogóle  nie 
miało miejsca. Gdyż Felix, który robi podobizny ludzi, ale nie 
za  pomocą  pędzla  i  farb,  ale  za  pomocą  maszyny 
odwzorowującej  dokładnie  wygląd  osób,  (podobiznę  tę  Felix 
zanurza w czymś, co ma ostry zapach i do czego nie wolno mi 
się  zbliżać)  pokazał  mi  obrazek,  na  który  w  ogóle  nie  chcę 
patrzeć. 

 -  Ten  proces  to  naświetlanie  na  mokro  płytek  pokrytych 

kolodionem  -  mówi  Felix,  gdy  się  tak  przechadzamy.  -  Twój 
tata całkiem nieźle wyszedł, nie wydaje ci się? Dobrze strzeż 
tego zdjęcia - maman na pewno znajdzie ci jakąś ramkę. 

Tak  jak  Pierrot  był  szczupły  i  zgarbiony,  niczym 

półksiężyc w swoim białym stroju clowna, tak mój przyjaciel 
Felix był duży i tęgi. Nadar, jak go nazywają wszyscy poeci i 
malarze,  którzy  przychodzą,  by  utrwalał  ich  twarze,  jest 
gigantem, który zdaje się zajmować niemal całą ulicę. Dzisiaj, 
z  głową  górującą  nad  bezkształtnym  brązowym  płaszczem  i 
krawatem, dyndającym na wszystkie strony, bo nie chciało mu 
się  go  zawiązać  jak  należy,  wygląda  ni  mniej,  ni  więcej  jak 
jeden  ze  swoich  dagerotypów,  czy  też  „płytek  pokrytych 
kolodionem",  jak  nazywa  ten  swój  wynalazek,  jego  obecną 
dumę.  Wygląda,  jakby  był  tylko  częściowo  naświetlony,  bo 
jego  włosy  można  wziąć  za  rozmazaną  smugę  brązowego 
środka chemicznego, z powodu którego jego gospodyni grozi 
mu  eksmisją  z  pokoju  na  poddaszu  przy  rue  de  1'Ancienne 
Comedie. 

Dzisiaj  nie  mam  zbyt  dużej  ochoty  z  nim  rozmawiać.  A 

miałam  ochotę  dyskutować  ostatnim  razem  o  portrecie 
szaleńca z nachmurzoną, prawie przepraszającą miną, którego 
Felix  ostatnio  uwiecznił  na  swojej  płytce,  monsieur  de 
Nervala. Nie mogłam spytać Felixa Nadara o wyjaśnienie tego 
okropnego  zwrotu  „twój  ojciec",  tak  jak  nie  mogłabym  o  to 
spytać  lunatycznego  poety,  który  przechadza  się  ze  swoim 

background image

krabem  w  ogrodzie  Tuileries,  człowieka,  z  którego,  jak 
mówią, poezja wypływa niczym woda z tamtejszych wielkich, 
kamiennych  fontann.  Gdy  Felix  zaczyna  mówić  o  mojej 
rodzinie, mam wrażenie, że to ktoś obcy - czyżby nie wiedział, 
że  w  naszym  domu  nigdy  nie  mówi  się  o  ojcu,  czy  też  -  o 
Angliku? I że tante Irene, ilekroć żartuje sobie z kapeluszy a 
1'anglais,  tylekroć  spotyka  się  z  surową  reprymendą  Jenny, 
która  ochrania  czułe  miejsca  maman,  jakby  były  jej  własne. 
Nawet  wtedy,  gdy  Jenny  sztorcowała  ciocię,  a  oczy  maman 
robiły się czerwone (choć nie chciałam tego zauważyć), nigdy 
nie przyszło  mi do głowy, że tak naprawdę miałam ojca  i że 
jest on Anglikiem. 

 - Jestem na krawędzi zrobienia rewolucyjnego odkrycia - 

obwieszcza  radośnie  Felix,  nie  spostrzegłszy  mojego 
naburmuszenia.  -  Chodź,  pójdziemy  na  plac  Nation  -  dodaje, 
gdy  moje  milczenie  zaczyna  go  niepokoić  -  na  targ,  gdzie 
sprzedają  pierniki  i  miód,  co,  Adelko?  -  Ale  zanim  mogę 
podjąć  decyzję,  że  znów  go  lubię,  Felix  wraca  do  swoich 
płytek  krytych  kolodionem  i  wizerunku  Theopile'a  Gautiera, 
który  zamierza  opublikować  jakieś  satyryczne  czasopismo.  - 
Pewnego dnia ludzie będą mi wdzięczni - cieszy się poczciwy 
Nadar.  -  Będą mówić,  że  Felix  Nadar  był  wynalazcą  nowego 
rodzaju pamięci. Co ty na to, moje dziecko? 

Prawdę mówiąc, nie obchodził mnie nowy rodzaj pamięci, 

a  już  najmniej  dyscyplina  nauki,  która  mogła  odtworzyć 
wspomnienia o człowieku, który wcale mnie nie interesował. 
Nie  mówiłam  Felixowi,  że  przyjęłam  od  niego  obrazek 
przedstawiający twarz,  której  nie  rozpoznawałam  i  której  nie 
miałam zamiaru nigdy więcej przyglądać się z bliska, jedynie 
z czystej przyjaźni wobec niego jako przyjaciela rodziny. Jak 
tylko  wrócę  do  domu,  miałam  włożyć  portret  do  głębokiego 
koszyka, gdzie tante Irene wrzucała skrawki jedwabiu i tafty, 
zbędne  płatki  fiołków  i  materiałowe  gałązki  do  bukiecików, 

background image

zamówione przez „aktorki", jak zwykle nazywało się znajome 
maman.  Nachmurzona  twarz  mężczyzny,  do  którego  nic  nie 
czułam,  zostanie  więc  zawieziona  na  miejskie  wysypisko 
śmieci i spalona. Maman nigdy się nie dowie, że jej wieloletni 
przyjaciel  Felix  przyniósł  do  jej  własnego  domu  portret 
mężczyzny,  który  był  przyczyną  jej  wielkiego  nieszczęścia 
(tyle przynajmniej wiedziałam). 

Mimo  moich  usilnych  starań,  nie  byłam  w  stanie  cieszyć 

się  dniem  poprzedzającym  Wielkanoc.  Powiedziałam,  że  nie 
mam  ochoty  iść  na  wielki  jarmark  na  placu  Nation  -  co 
sprawiło,  że  Felix  przyjrzał  mi  się  uważnie,  dopiero  teraz 
zaniepokojony  na  serio.  Chciałam  iść  do  domu  i  pozbyć  się 
owej  technicznej  nowinki,  dowodu  na  istnienie  mego  ojca. 
Widziałam  już  siebie,  z  zamkniętymi  oczami,  wyrzucającą 
gniewną, pociemniałą twarz, która przypominała mi ilustrację 
do  historii  o  Sinobrodym  w  moich  bajkach  Perraulta,  do 
wiklinowego  kosza tante Irene Wyobrażałam sobie, że  potem 
położyłabym  się  i  zwinęła  koło  mojej  mamy  w  oranżerii, 
gdzie  jaśminy  i  orchidee,  przysłane  przez  wielbicieli, 
sprawiały,  że  czuć  było  zapach  lata.  Chciałam  omówić 
następną wycieczkę, na przykład do Wersalu albo na wyścigi, 
gdzie maman i ja, ubrane w jednakowe sukienki, z okrzykami 
radości  witałybyśmy  zwycięstwo  wspaniałego  siwka 
wicehrabiego.  Przystojny  wicehrabia  był  najnowszym 
wielbicielem  słynnej  i  uroczej  Celiny  Varens.  Chciałabym 
przedstawić  adoratorów  tak,  jak  to  robiły  plotkarskie 
magazyny,  pisząc  o  maman  i  Jenny  Colon,  chociaż  kpiły  z 
najwierniejszego wielbiciela Jenny, poety Gerarda de Nervala, 
przychodzącego  z  wizytą  ze  swoim  krabem  na  niebieskiej 
wstążce.  Któregoś  dnia  zostawił  nam  pod  drzwiami  w 
podarunku  papugę,  którą  nazwaliśmy  monsieur  Punch,  i 
umieściliśmy w oranżerii. Mówi ona afektowanym głosem jak 

background image

wicehrabia, gdy chce się przypochlebić, albo skrzeczy jak sam 
Nerval. 

Dziś, jak postanowiłam, będzie inaczej. Idę rue Vaugirard, 

żegnam  się  z  Felixem.  Ten  czuje  taką  samą  ulgę  jak  ja  na 
wieść  o  tym,  że  nie  chcę  iść  na  pierniki,  bo  spieszno  mu  do 
jego  portretów. Wchodzę  do  domu  bocznymi  drzwiami  przez 
małe,  wyłożone  kamieniem  podwórko.  Ostre  krawędzie 
portretu  marsowego  mężczyzny,  głęboko  w  mojej  kieszeni, 
ranią  moje  nogi,  gdy  idę,  i  wprost  nie  mogę  się  doczekać, 
kiedy pozbędę się go na zawsze. Nawet radosne nawoływania 
monsieur  Puncha  z  jego  drążka  w  oranżerii  nie  są  w  stanie 
mnie rozchmurzyć. Biegnę do drzwi oddzielających oranżerię 
od  stałe  zacienionego  małego  ogrodu,  który  monsieur  Graff 
chce  zająć  pod  budowę,  pozbawiając  tym  samym  maman  i 
mnie naszych wspaniałych wspólnych chwil. Ale Jenny mówi, 
że przypilnuje, żeby nigdy tego nie zrobił. 

 -  A  więc  tu  jest  nasz  petit  bijou  (Petit  bijou  (fr.)  -  mały 

skarb.)  -  mówi  jakiś  głos,  gdy  otwieram  drzwi  i  wbiegam.  - 
Gratuluję  ci,  Celino.  Tak  wychowałaś  to  dziecko,  że  wyraz 
twarzy ma podobny do twojego. 

Moja mama pół siedzi, pół leży na trzcinowym fotelu przy 

ścianie  oranżerii.  Od  razu  zauważam,  że  jest  sztywno 
upozowana,  nawet  bardziej  niż  wtedy,  gdy  Nadar  usiłował 
„uwiecznić"  ją  na  jednej  ze  swoich  odrażająco  pachnących 
płytek. Wygląda pięknie, lecz jest zdenerwowana. Ma na sobie 
błękitną  szenilową  suknię,  w  której  według  wicehrabiego 
wygląda  jak  anioł.  -  Inny  od  czasu  jak  spędzaliśmy  razem 
wakacje  w  willi  -  dodaje  mężczyzna,  na  którego  boję  się 
spojrzeć.  Siedzi  na  zwykłym  krześle  i  trzyma  w  ręku  bat  ze 
złotą  rączką,  przez  co  przypomina  mi  (chociaż  wiem,  że 
maman  wpadłaby  we  wściekłość,  gdybym  to  powiedziała) 
konferansjera  na  hipodromie  w  cyrku,  gdzie  wraz  z  Jenny 
zabrały mnie w zimie. Wydaje się zarazem rozbawiony i pełen 

background image

pogardy.  Czuję,  że  nienawidzę  tego  człowieka.  I  wiem,  choć 
on  o  tym  nie  wie,  że  mam  jego  portret  w  kieszeni  moich 
różowych spodenek, a to znaczy, że posiadam go w taki sam 
sposób, jak jemu wydaje się, że ma mnie i maman, jak „mały 
skarb".  Jest,  zdaje  się,  pewien,  że  mnie  posiada.  W  myślach 
oddalam się od tego miejsca, ale zaraz staje mi przed oczami 
obraz  mojej  opuszczonej  mamy,  wracam  więc  z  zimnym 
szarym brzaskiem do domu przy rue Vaugirard. 

 - No, powiedz coś, Adelko - mówi ten obcy, nie starając 

się nawet być miły. 

Tak  jak  Felix  nauczył  mnie,  że  nawet  najwyższy  i 

najbardziej  zwalisty  człowiek  może  mieć  złote  serce,  tak 
Pierrot,  clown,  który  kłamie,  by  pokazać  prawdę  tkwiącą  w 
sednie  rzeczy,  pokazał  mi,  w  jaki  sposób  mim  może  zmylić 
publiczność i  przekonać  ją,  że  odczuwa  coś  zupełnie innego, 
niż  się  wydaje.  Na  paluszkach,  cała  w  uśmiechach,  z 
dołeczkami  na  buzi  małej  dziewczynki,  podbiegam  do 
mężczyzny  w  zielonej  zamszowej  marynarce  siedzącego  w 
fotelu  z  wysokim  oparciem  koło  maman,  która  nagle 
nieruchomieje.  Nadstawiam  policzek  do  pocałowania; 
wznoszę  ręce  zza  pleców  jak  mała  balerina.  Cały  czas  czuję 
przy  tym,  jak  wyjątkowa  tabliczka  Nadara  pokryta 
kolodionem  wbija  mi  się  w  uda  i  niemal  zmusza  mnie  do 
krzyku. Ale ja, tak jak Pierrot, milczę, i tylko monsieur Punch, 
którego  poeta  Gerard  nauczył  wypowiadać  sprośności  w 
narzeczu  wymarłego  amazońskiego  plemienia,  wyraża  swój 
sceptycyzm  co  do  mojego  zachowania.  -  O,  tak  już  lepiej  - 
mówi  gość,  a  w  jego  oddechu  czuć  tytoń,  i  coś  jeszcze,  coś 
słodkiego,  mdłego  i  mocnego.  -  A  więc  pamiętasz,  jak 
mieszkaliśmy w białej willi nad niebieskim morzem, ty mała 
małpko,  w  domu,  z  którego  schody  prowadziły  prosto  do 
wody, co? 

background image

Nadar,  mój  przyjaciel,  który  przychodził  do  nas  czasem, 

gdy  maman  wyjeżdżała  występować  na  prowincji,  w 
namiotach  cyrkowych  rozbitych  na  suchej  trawie,  w  upalne, 
letnie noce, gdy bardzo za nią tęskniłam, samotna w dusznych, 
małych pokojach naszego domu - Nadar mówił mi, że jest we 
mnie tyle miłości, ile w każdej innej osobie. 

 - Twoja miłość jest zabutelkowana, Adelko, nie powinnaś 

więc  pozwolić,  aby  skwaśniała  -  powiedział  kiedyś.  I  był 
niemalże  tak  smutny,  jak  to,  co  mówił.  -  Jesteś  aktorką,  jak 
twoja matka, ma petite (Ma petite (fr.) - moja mała.), i tak jak 
ona  zbierzesz  od  życia  sporo  ciosów.  Mimo  to  nie  stań  się 
cyniczna - w gruncie rzeczy, Celinie udało się tego uniknąć. 

Nie  miałam  pojęcia,  co  znaczą  te  słowa,  ale  podbiegłam 

wtedy  zaraz  do  olbrzyma  Nadara,  wyciągając  ręce,  aby 
podniósł mnie do góry i pozwolił mi królować w tym pełnym 
przepychu  domu,  nad  którym  Jenny  tak  lubiła  mieć  pieczę, 
gdzie  stały  okrągłe  stoliki  z  kolekcjami  bibelotów  i 
emaliowanych  tabakier  i  recamiera  kryta  łososiowym 
aksamitem. - Nie jestem tym, kim mówisz - wyszeptałam mu 
do  ucha,  po  czym  oboje  wybuchnęliśmy  śmiechem,  chociaż 
zaraz  po  tym  zaczęłam  płakać,  bo  Nadar  zrozumiał  moją 
potrzebę miłości i moją chęć kochania kogoś. Była to bowiem 
prawda:  czasami  czułam  to  zakorkowanie  i  wiedziałam,  że 
moja  umiejętność  dostosowywania  się  i  mój  afektowany 
sposób  bycia  stanowiły  ochronę  przed  odczuwaniem  i 
okazywaniem  prawdziwej  miłości.  To  Nadar  strzegł  mnie 
przed tą złą częścią mnie samej. Ale Nadara dzisiaj ze mną nie 
ma, dobrze o tym wiem. I znaczenie słów obcego mężczyzny 
na temat willi nad brzegiem morza, które tak mocno na mnie 
podziałały, musi pozostać dla mnie niejasne, aż do następnego 
spotkania z moim przyjacielem. 

W  tym  momencie  -  a  właśnie  wtedy  zauważyłam,  że  ten 

ciemnowłosy, brzydki nieznajomy mężczyzna trzymał w ręce 

background image

bacik  mojej  mamy,  mały  elegancki  bacik,  który  wcześniej 
należał  do  jej  matki  i  babki,  bacik  z  japońską  inkrustowaną 
rączką i niebieską wstążką, używany w tej rodzinie akrobatów 
i  trenerów  od  samych  początków  Teatru  Funambules  - 
otworzyły  się  drzwi  i  weszła  Jenny.  Musiała  zauważyć,  że 
sięgam  po  delikatny  bacik,  który  poskramiał  tyle  koni  i 
kucyków,  na  których  babka  Celiny  jeździła  na  oklep  po 
pokrytej  nagrzanym  piaskiem  arenie,  stających  dęba,  gdy 
akrobaci nad nimi, chwiejąc się, szli po linie. Jenny rozejrzała 
się po wonnej, przepełnionej meblami oranżerii i widać było, 
że  jest  wściekła.  Zauważyłam  także,  że  nienawidzi 
mężczyzny, który odpychał mnie, a zarazem wciągał na swoje 
kolana: zabrała mnie od niego gwałtownie  i zaprowadziła do 
salonu,  ostrzegając,  że  jeśli  nie  pójdę  prosto  do  swojego 
pokoju  i  się  nie  uspokoję,  zostanę  natychmiast  położona  do 
łóżka, a maman nie przyjdzie mi powiedzieć dobranoc. Bacik, 
jak  z  zaskoczeniem  zobaczyłam,  (później,  gdy  wspominałam 
tę  scenę:  maman  zdruzgotana  i  czerwona  na  twarzy,  gość 
speszony,  a  zarazem  arogancki,  zastanawiałam  się,  dlaczego 
pozwoliła  mu  wziąć  bacik  ze  szklanej  gabloty,  gdzie 
prezentował  się  dumnie  wraz  z  innymi  cyrkowymi 
akcesoriami)  powędrował  do  rąk  Jenny  i  został  umieszczony 
na  swoim  miejscu.  Idąc  po  schodach  na  górę,  powłócząc 
nogami,  usłyszałam,  jak  zamykają  się  drzwi  gablotki.  Bałam 
się jednak, że Jenny mnie przyłapie i wyładuje na mnie swój 
gniew, poszłam więc do małego pokoiku na szczycie schodów 
i wślizgnęłam się do łóżka bez protestów. Wiele czasu minęło 
od  momentu,  kiedy  ostatnio  zasypiałam  w  pokoju 
przeznaczonym  dla  mnie  -  było  to  zaraz  po  tym,  jak  Celina 
otrzymała  „tę  czarującą  rezydencję",  jak  nazywała  dom  przy 
rue  Vaugirard.  Służąca  Bettina  wyszła,  a  tante  Irene  była 
piętro  niżej,  zamknięta  wśród  swych  piór  i  sztucznych 
kwiatów,  nie  mogła  więc  usłyszeć,  jak  płaczę  z  samotności. 

background image

Za  wiele  nocy  spędziłam  na  szezlongu  obok  pokoju  mojej 
matki,  by  móc  się  pogodzić  z  brakiem  towarzystwa.  Ten 
wieczór  był  pierwszym  zwiastunem  tego,  że  maman  może 
mnie  zostawić,  choć  nie  było  żadnych  podstaw,  by  to 
podejrzewać. Wiedziałam, że w zeszłym tygodniu ustaliła, że 
będzie  śpiewać  z  jakimś  nowym  muzykiem,  którego  opera 
zostanie  wystawiona  w  teatrze.  Cierpiałam  męki  samotności, 
która,  wraz  z  owładniającą  mnie  rozpaczą,  zdawała  się 
zapowiadać  przyszłość  przerażająco  odmienną  od  mojego 
dotychczasowego życia. 

Nie minęła godzina (chociaż dla mnie były to całe wieki), 

a na schodach dał się słyszeć lekki krok maman, skruszonej i 
zdyszanej,  jakby  zatrzymywała  w  sobie  wszystkie  rzeczy, 
które chciała mi powiedzieć, i zdała sobie sprawę, że musi ze 
mną pomówić, zanim straci moje zaufanie. 

 -  Adelko,  nie  śpisz  jeszcze?  -  Jej  głos  był  cichy  i 

niepewny, i przeszył mnie strach, że oto właśnie teraz zostanę 
poinformowana  o  długiej  podróży.  Buenos  Aires  albo 
bajkowy  Wschód  -  słyszałam,  jak  maman  i  Jenny  marzyły  o 
tym na głos w wieczory, kiedy ciężkie krople deszczu bębniły 
w  dach  oranżerii.  Paryż  tonął  w  szarości.  Wiedziałam,  że 
pojadą  beze  mnie  do  zielonej  dżungli,  gdzie  papuzia  rodzina 
monsieur  Puncha  gania  się  wśród  wysokich  drzew.  Zostawią 
mnie samą, a przyjaciele maman będą coraz rzadziej zaglądać 
na rue Vaugirard, wiedząc, że nie ma już tu uwielbianej przez 
nich Celiny. 

 - Nie, nie śpię, maman - odparłam. - Która jest godzina? - 

I udałam, ziewając i wolno otwierając i zamykając oczy, że do 
tej pory spałam. 

 -  Nie  jest  jeszcze  późno  -  powiedziała  maman  -  a 

przynajmniej  nie  dla  ciebie,  i  jest  mi  przykro,  że  zostałaś 
wysłana  na  górę,  ma  cherie.  Ale  wiesz,  nie  wszystko  to  jest 
takie proste... - dodała przyciszonym głosem i zamilkła. 

background image

Wiem,  chciałam  powiedzieć,  ale  mama  przemówiła 

znowu,  wyrzucając  z  siebie  potok  słów,  których  wcześniej 
nigdy od niej nie słyszałam. 

 -  Mam  pracę  i  mam  dziecko  -  przy  tych  słowach  wzięła 

mnie za rękę i poczułam dotyk jej silnych, szczupłych palców. 
-  Poza  tym  są  jeszcze  mężczyźni,  którzy  lubią  zapraszać 
Celinę Varens na obiad lub do loży w operze, tylko po to, by 
rozkoszować się reakcją tłumu. 

 -  Maman  est  belle  (Maman  est  belle  (fr.)  -  mama  jest 

piękna.) - wyrwało mi się i poczułam, że w tym momencie w 
ogóle  nie  myślała  o  urodzie  i  że  chciała  mi  po  prostu 
powiedzieć, co jej leżało na sercu. 

 - Jest taki mężczyzna, który nie może się ze mną rozstać, 

choć  robi  to  dość  często,  wracając  do  swoich  zamorskich 
posiadłości. 

 - Kochasz go, maman? - usłyszałam mój przerażony głos, 

który,  niestety,  zaraz  potem  spytał:  -  Kiedy  milord  znów 
wyjedzie? Mam nadzieję, że niedługo... 

 - Chciałby, żebym wyjechała z nim - odparła moja matka 

głosem  ściśniętym  z  powodu  przykrości,  którą  jej  właśnie 
wyrządziłam. - Ale w Paryżu są wszyscy moi przyjaciele, mój 
teatr...  -  W  tym  momencie,  wybaczając  mi  jak  zwykle, 
podniosła  mnie,  objęła  i  pocałowała.  -  I  moja  mała  Adelka. 
Jest tu ze mną szczęśliwa, non? 

 - Tak, tak - wyszeptałam, nadal przytulona do miękkiego, 

upudrowanego policzka Celiny. - Szczęśliwa... 

Po tym wszystkim, gdy ucałowała mnie jeszcze ze sto razy 

i  zbiegła  po  schodach  na  dół,  poczułam  się  bezpiecznie, 
wiedząc,  że  mnie  kocha  i  że  nasze  życie  będzie  nadal  się 
toczyć  znanym  torem.  Wszystko  zostanie  dokładnie  tak,  jak 
było. Co do tego,  przynajmniej, starałam się przekonać  samą 
siebie, próbując pogrążyć się we śnie. 

background image

Leżąc tak w łóżeczku z baldachimem, z różową kołderką i 

muślinowymi  zasłonkami,  siłą  skojarzeń  przeniosłam  się  do 
tej  krainy  -  przeszłości  -  której  obraz  zacierały  moje  pełne 
wrażeń  paryskie  dni.  Zobaczyłam  siebie  na  ścieżce  tonącej 
wśród  kłujących  krzewów  z  żółtymi  kwiatami.  Idąc  nią, 
dotarłam  do  niskich  kamiennych  schodów,  obramowanych 
podobną obfitością kolcolistów i żarnowca. Schody opadały w 
dół, a z mojej dziecięcej perspektywy było ich chyba ze sto, a 
na  ich  końcu  znajdowało  się  morze,  tak  małe  i  odległe,  jak 
obrazek  uwięziony  w  szklanej  kuli  (miałam  taką  jedną, 
przedstawiającą Paryż podczas śnieżycy; katedra Notre Dame, 
za  jednym  potrząśnięciem  ręki,  pokrywała  się  białymi 
płatkami).  Nigdy  przedtem  nie  widziałam  morza,  zastygłam 
więc  na  jego  widok  w  bezruchu.  Na  moje  nieszczęście 
odwróciłam się i spojrzałam za siebie. Czułam się obco w tej 
pustej  rozległej  przestrzeni,  gdzie  bezmiar  wód  rozciągał  się 
aż po horyzont. 

Biała willa (tak nazywała ją mama - mówiła, że byliśmy w 

białej willi, jak miałam jakieś dwa, trzy lata) stała dumnie na 
końcu  ścieżki.  Palmy  i  pomarańczowy  gaj  przesłaniały  jej 
front,  a  delikatne  drżenie  gorącego  powietrza  sprawiało,  że 
lśniła jak pałac z bajki. Nie wiedząc, czy mam podążać dalej 
w  stronę  zagadkowego  morza,  czy  zawrócić,  stałam  jak 
skamieniała,  oglądając  się  na  mężczyznę,  który  pokonał 
najbardziej  zarośniętą  część  ścieżki  i  skierował  się  w  stronę 
schodów. 

Mężczyzna  ten był  moim  ojcem.  Maman  spędziła  ostatni 

dzień przed wyjazdem na uczeniu mnie słowa „papa" (słowa, 
o którym wiedziałam, że wzbudzi pogardę Jenny). Stał nagi na 
wąskiej ścieżce. Zgarbił się teraz, przyłapany przeze mnie na 
zdejmowaniu  bryczesów,  i  zauważyłam,  że  trzyma  w  ręku 
kąpielówki,  które  zaczął  nakładać  na  swe  owłosione  nogi. 
Wymamrotał  coś,  co  można  było  uznać  za  przeprosiny.  Po 

background image

czym rzucił". - Co tu robisz sama, moja mała? - Podszedł do 
mnie, podniósł mnie i zaczął zbiegać po schodach ogromnymi 
susami  w  kierunku  skały,  wcinającej  się  w  morze.  Na 
szczęście moje okrzyki powstrzymały go przed rzuceniem się 
do  wody  głową  w  dół  razem  ze  mną,  a  maman,  która 
usadowiła  się  nad  skałą  pod  osłoną  parasola,  krzyczała,  by 
mnie  uwolnił.  Czułam  jednak,  że  to  moje  tchórzostwo 
wzbudziło jego niechęć do mnie. Gdy leżałam potem w łóżku, 
wsłuchując  się  w  szum  wiatru  wśród  sosen  z  tyłu  domu, 
słyszałam, jestem tego niemal pewna, jak maman wstawia się 
za  mną  wobec  tego  cudzoziemca,  który  miał  między  nogami 
coś podobnego do pałki;  przynajmniej tak  mi  się  zdawało na 
ścieżce.  -  Pozwól  jej  tu  zostać,  Edwardzie  -  dał  się  słyszeć 
głos  kobiety,  pięknej  tancerki,  Celiny  Varens,  będącej 
bożyszczem Paryża. Skuliłam się na dźwięk błagalnego tonu, 
którym prosiła, bym mogła zostać w białej willi nad brzegiem 
morza. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by maman tak mówiła, 
i nie wiedziałam, że był to ton pełen uniżenia i miłości. 

Aż  do  tego  wieczoru  nie  pamiętałam  ani  o  brzydkim 

mężczyźnie  i  jego  nagości,  ani  o  łzach  mojej  mamy,  ani  o 
wielkiej  sośnie  o  gałęziach  tworzących  parasol,  jęczącej  na 
wietrze z tyłu domu. Jednak teraz, gdy tak czekam, godzina za 
godziną,  aż  maman  wejdzie  po  schodach  i  powie  „droga 
wolna", i pozwoli mi wrócić na szezlong w jej buduarze, abym 
mogła  nareszcie  spokojnie  zasnąć,  wszystko  to  wróciło  do 
mnie  tak  wyraźnie,  jak  biało  -  czarne  portrety  Felixa  z 
utrwalonej  przeszłości.  W  końcu  jednak  musiałam  zapaść  w 
sen,  gdyż  teraz  jest  już  ranek,  a  jasne,  wielkanocne  słońce 
przenika przez zasłony. Zbiegam na dół do buduaru - nikogo 
tam nie ma - potem do salonu, w którym czuć zapach cafe au 
lait przyrządzonej jak zwykle przez Jenny. O, proszę, jest też 
sama Jenny - poza tym dom na rue Vaugirard jest pusty, a ona 
sama  mówi,  że  maman  poszła  wcześnie  do  teatru  na  próby. 

background image

Nic  nie  mówi o wczorajszym gościu. Poza zapachem tytoniu 
unoszącym  się  w  oranżerii  nie  ma  żadnego  śladu,  że  on  w 
ogóle tutaj był. W końcu nie wyrzuciłam portretu, który zrobił 
mu Felix. Ukryłam go za to w skrzyni w mojej sypialni, gdzie 
trzymam sekretne skarby. 

background image

 

Ta osiemnasta karta przedstawia królestwo Hekaty, nocnej 

wiedźmy.  Znak  Raka,  siódmego  znaku  zodiaku,  symbol 
prymitywnych  sił  podświadomości.  Tutaj  są  kamienne 
kolumny Hadesu, bramy życia i śmierci. Nad tym wszystkim 
króluje  księżyc.  To  jest  krytyczny  punkt  podróży,  gdy  ważą 
się losy... 

Mówi to stara kobieta, nazywana przez maman i Jenny po 

prostu La Cibot. Patrzy na mnie, stawiając wróżbę, i widzę, że 
maman  wcale  nie  jest  z  niej  zadowolona.  Po  raz  pierwszy 
fillette (Fillette (fr.) - córeczka.) aktorki i śpiewaczki operowej 
Celiny  Varens  i  jej  oddanej  przyjaciółki  Jenny  Colon 
(wszyscy  zawsze  zachowywali  się  tak,  jakbym  w  pewnym 
sensie była ich wspólną córką) pozwolono udać się na nędzną 
uliczkę  w  samym  środku  Marais,  gdzie  ma  swą  siedzibę 
wróżka.  Dlaczego  więc  ktoś  tak  młody,  w  którego  życiu 
wkrótce nie zdarzy się raczej nic ciekawego, skupia na sobie 
uwagę staruchy? 

Maman  kaszle  znacząco,  gdy  Jenny,  która  zwolniła  się 

rano  z  teatru  i  prób  do  „Piquillo",  zapala  krótkie  cygaro, 
opierając swe nogi w jasnobrązowych botkach tresera na tym 
samym  stole,  gdzie  La  Cibot  układa  tarota.  Czarna  kura 
imieniem  Kleopatra  skubie  ziarenka  pod  stołem,  a  ropucha  o 
długim,  biblijnym  imieniu,  którego  nikt  nie  jest  w  stanie 
wymówić, siedzi tuż koło kart z wizerunkami wież, wisielców 
i złowieszczych księżyców w ciemnych, ponurych barwach. 

Nie  boję  się  La  Cibot  -  przychodzi  zbyt  często  na  rue 

Vaugirard  wzywana  w  nagłych  wypadkach,  a  poza  tym 
słyszałam,  jak  maman  i  Jenny  żartują  na  temat  jej 
niesprawdzających  się  przepowiedni,  gdy  zasypiałam, 
przekonana,  że  jedna  rzecz  jest  pewna  w  moim  życiu: 
mianowicie  to,  że  będę  zawsze  szczęśliwie  żyć  przy  boku 

background image

mojej uwielbianej mamy. Pozwolono mi przyjść tylko dlatego, 
że o to błagałam. Lekcje włoskiego, które maman nagle uznała 
za potrzebne, są nudne, a kobieta o silnym, teatralnym głosie, 
siostra  obecnego  dyrektora  muzycznego  Funambules,  która 
przychodzi  mnie  uczyć  tego  języka  (maman  uważa,  że 
pewnego  dnia  będę  wdzięczna,  że  go  znam),  przeziębiła  się 
ciężko. 

 -  Będę  cicho  -  obiecałam  maman,  gdy  wyruszyłyśmy  z 

domu przy wtórze przekleństw monsieur Puncha w języku, w 
którym  powinnam  być  biegła.  -  Nie  powiem  ani  słowa, 
maman. Nawet nie zauważysz, że tam jestem! 

A teraz wygląda na to, że dla starej wiedźmy istnieję tylko 

ja.  Tylko  ja  znajduję  się  w  małym,  cuchnącym  pokoiku,  z 
czarną kurą przechadzającą się i dziobiącą ziarna pod rzadko 
pranym  obrusem,  przy  całkiem  zamkniętych  okiennicach, 
chroniących  przed  wczesnowiosennym  słońcem.  Można 
pomyśleć,  że  przed  maman  i  Jenny  nie  rozpościerają  się 
perspektywy  romansu,  szczęścia,  czy  czego  tam  jeszcze 
oczekuje  się  od  wróżbitów.  Ja,  niechcący,  a  raczej 
niezasłużenie, jestem gwiazdą tego przedstawienia. 

 -  Wieża  -  oznajmia  La  Cibot,  która  wpadła  w  jeden  ze 

swoich  transów  (pod  żadnym  pozorem,  jak  powiedziała  mi 
Jenny, nie można jej wtedy obudzić, ponieważ jej serce może 
przestać  bić  w  wyniku  wstrząsu  przy  powrocie  do  naszego 
świata). - Wieża i Rak razem. Podróż pod księżycem - wpija 
przy  tym  we  mnie  wzrok,  z  otchłani  swojego  oddalenia,  tak 
dziki  i  pełen  złych  przeczuć,  że  po  raz  pierwszy  czuję  lęk 
przed  La  Cibot.  Maman  też  patrzy  na  mnie  z  niepokojem. 
Dlaczego  mam  gdzieś  wyruszać?  I  gdzie  jest  ta  straszna 
wieża?  Niespodziewanie  czuję  łzy  -  pociągam  nosem  i 
zanoszę  się  płaczem  jak  małe  dziecko,  patrząc,  jak  strużka 
wypływa z  mojego  nosa  na  świeżo  wykrochmaloną  sukienkę 
bez rękawków. La Cibot skazuje mnie na wygnanie; czuję, że 

background image

wysyła mnie daleko od maman. Nie przychodzi mi wtedy do 
głowy, że wróżka może być wtajemniczona w przyszłe plany 
maman.  Albo  ją  o  nich  poinformowano,  albo  wiedziona 
genialnym  przeczuciem,  wyczytała  z  tarota  nasze  niedalekie 
rozstanie. Jak mogłam wyobrazić sobie coś takiego? Przyszłe 
wydarzenia  wskazują  jednak  na  to,  że  La  Cibot 
prawdopodobnie  znała  przynajmniej  część  problemów 
nękających  maman.  I  jeśli  byłabym  na  tyle  dorosła,  by  móc 
odgadnąć, jakie mogły być skutki poprzedniej nocy, byłabym 
mniej zaskoczona przepowiedniami starej wiedźmy. 

Tego  ranka,  gdy  szłyśmy  boulevard  de  Saint  Germain, 

czuło się w powietrzu radość i spełnienie. Flaneurs - czyli ci, 
co tylko spacerują i obserwują - przechadzali się i przysiadali 
w  kawiarniach,  by  rozkoszować  się  ulicznymi  scenkami.  W 
kawiarniach  zaś  lustrowano  uważnie  każdą  osobę  (i  każdą 
kieszeń,  z  której  można  coś  wyciągnąć),  przy  wtórze  plotek 
kobiet w prążkowanych żakietach, marszczonych spódnicach i 
ładnych  butach, ukazujących  wąskie  kostki  w pończochach z 
farbowanej  bawełny.  Zauważyłam,  że  tylko  maman  była 
zatroskana,  a  wręcz  w  złym  nastroju.  Moje  prośby,  by 
spojrzała  w  górę  na  kasztanowce  udekorowane  wspaniałymi 
świeczkami  zapalanymi  w  majowy  poranek,  mającymi 
uświetnić bal dla biedaków, zostawały bez echa. Nawet Jenny, 
idąc  po  jej  drugiej  stronie,  nie  wysilała  się,  by  rozweselić 
maman,  choć  do  tej  pory  zawsze  to  robiła,  gdy  ta  była 
przygnębiona.  Wydawało  się,  że  stolica  świata,  to  magiczne 
miasto,  straciło  urok  dla  jednego  ze  swych  największych 
klejnotów,  pięknej  i  sławnej  Celiny  Varens.  Mimo  to 
chodziłyśmy  do  La  Cibot  jak  do  lekarza,  by  usłyszeć  bardzo 
niekorzystną  diagnozę.  Niezależnie  od  tego,  jak  sobie 
przypomniałam,  mężczyzna,  którego  zgodnie  z  życzeniem 
Celiny  miałam  nazywać  papą,  ponownie  zniknął  z  naszego 
życia. Czy maman mogła chcieć czegoś więcej? 

background image

A  stała  się  rzecz  następująca.  Ten  obcy,  jak  w  myślach 

nadal  nazywałam  ciemnego,  nieprzyjemnego  mężczyznę, 
który  przychodził  do  naszego  domu  na  rue  Vaugirard  od 
Wielkanocy  do  wczesnego  lata,  zdawał  się  uważać  za 
właściciela  wszystkiego,  na  czym  spoczęły  jego  oczy.  Jego 
własnością  była  zarówno  moja  biedna  maman  jak  i  ja  sama. 
Milord anglais, jak nazywała go Jenny, zanosząc się krótkim, 
pogardliwym  śmiechem,  przy  każdej  wizycie  przynosił  jakiś 
dekoracyjny  mebel  albo  wartościowy  drobiazg  ze  szkła  czy 
obraz do oranżerii. Ja zaś widziałam, jak moja matka czuje się 
coraz  bardziej  wobec  niego  zobowiązana,  zniewolona,  wręcz 
go 

nienawidzi. 

Mnie, 

zaliczaną 

do  gorszej  części 

umeblowania, obcy milord podrzucał czasem do góry, wołając 
przy  tym,  że  jestem  jego  małym  article  de  Paris.  Tym 
sposobem chciał dać do zrozumienia, że symbolizuję dla niego 
całą  rozwiązłość  miasta,  do  którego  tak  bardzo  nie  pasował. 
Nawet  w  tak  młodym  wieku  wiedziałam,  że  article  de  Paris 
oznaczał  piórko  albo  sztuczny  kwiatek,  taki,  jaki  przypinała 
tante Irene do kapelusza czy do bukiecika dla kurtyzan, które 
milord  i  jemu  podobni  odwiedzali,  gdy  ich  naszła  ochota. 
Można sobie więc wyobrazić, jaka była moja reakcja na tego 
typu gesty ze strony tego aroganckiego mężczyzny. 

Poczułam  więc  przyjemną  ulgę  pewnego  dnia  (a 

zapowiadała  się  ładna  pogoda),  gdy  maman  oznajmiła,  że 
wybieramy  się  razem  na  wyścigi  w  Longchamps,  a 
towarzyszyć nam będzie wicehrabia, zepchnięty na drugi plan 
wskutek  przyjazdu  milorda.  Lubiłam  wicehrabiego,  był 
nieudolny,  ale  grzeczny,  i  nigdy  nie  zapominał  kupić  mi 
ciastek, w tym tartaletek z fraise de bois (Fraise de bois (fr.) - 
poziomki.), które Jenny uważała za zbyt drogie. 

 -  Czuję  krew  Anglika  -  zawołała  za  nami  Jenny,  gdy 

ruszyłyśmy  eleganckim,  ozdobionym  herbem  faetonem 
wicehrabiego na pierwsze prestiżowe wyścigi w sezonie. I gdy 

background image

obejrzałyśmy  się  za  siebie,  zauważyłyśmy  w  rzeczy  samej 
mężczyznę,  uważającego  się  za  mego  ojca,  jak  wysiada  z 
drogiego, wynajętego powozu przed naszym domem, i jak na 
twarzy  jego  maluje  się  niezadowolenie,  gdy  słyszy  z  ust 
służącej  Bettiny,  że  pani  nie  ma  w  domu.  Ku  mojemu 
zadowoleniu, maman uznała to, podobnie jak ja, za niezły żart, 
i  nawet  nie  starała  się  zasłonić  głowy  wicehrabiego,  gdy 
poczciwy  młodzieniec  wychylił  się  niemal  do  połowy,  by 
zobaczyć, z czego się śmiejemy. Niestety, jak wydaje mi się z 
perspektywy  czasu,  błędem  było  z  naszej  strony,  że  nie 
powstrzymałyśmy  przed  tym  wicehrabiego.  Wydarzenia 
potoczyłyby  się  zupełnie  inaczej,  gdybyśmy  do  tego  nie 
dopuściły. 

Dzień  spędzony  na  wyścigach,  gdzie  wicehrabia 

zatroszczył  się  o  to,  bym  wygrała  kilka  złotych  luidorów 
(monety te, za jego sprawką pojawiające się pod moim nosem 
lub  wypadające  z  jego  rękawa,  nazywały  się  moimi 
„wygranymi"), sprawił jednakową radość mnie i mojej mamie. 
Tak  wielką  na  nowo  do  niego  poczuła  sympatię,  że  zgodziła 
się  wieczorem  towarzyszyć  mu  do  opery.  Ja  miałam  zostać 
odwieziona  do  domu,  gdzie  Jenny  i  Bettina  miały 
przygotować  mi  kolację  i  położyć  mnie  spać.  Tego  typu 
sytuacje  zdarzały  się  dość  często,  więc  w  ogóle  mnie  to  nie 
zastanowiło.  Czułam  się  bezpieczna,  wiedząc,  że  maman 
wróci  do  domu  koło  północy.  Może  posiedzi  trochę  w 
oranżerii,  jeśli  noc  będzie  ciepła,  a  potem,  po  wstąpieniu  na 
chwilę do buduaru, w drodze do swojego pokoju, schyli się i 
pocałuje mnie na dobranoc. 

Od  momentu,  kiedy  wysiadłam  z  faetonu  wicehrabiego 

przed  domem  na  rue  Vaugirard,  wszystko  potoczyło  się 
zupełnie inaczej. Obrażona dziewka kuchenna wpuściła mnie 
do środka, po czym zniknęła. Dom był pusty, a poza tym po 
ekscytujących wyścigach nie byłam w stanie usiąść spokojnie, 

background image

by  porysować  czy  poczytać.  Wyszłam  nawet  na  ulicę  i 
rozglądałam  się  na  wszystkie  strony,  w  nadziei,  że  zobaczę 
wracającą  Jenny  czy  Bettinę.  Naturalnie,  nie  było  widać  ani 
jednej,  ani  drugiej.  Wtedy  spojrzałam  w  górę.  Jakiś 
mężczyzna  siedział  na  balkonie  mieszkania  na  pierwszym 
piętrze,  zwykle  zamkniętego  i  przeznaczonego  dla  rzadko  tu 
goszczącego monsieur Graffa. 

Tym  mężczyzną  był  cudzoziemski  milord.  Objął  w 

posiadanie  balkon,  tak  jak  w  ciągu  ubiegłych  tygodni 
zajmował każdy pokój, w tym także oranżerię. Zauważył mnie 
od razu. 

 - Adelko! - zawołał, gdy wbiegłam do środka i wspinałam 

się  po  schodach  tak  szybko,  jak  mogłam,  by  schronić  się  w 
moim  pokoju.  -  Chodź  tutaj,  ty  mała  małpko.  Gdzie  jest  ta 
kokietka, twoja maman, co? Mów mi zaraz! 

Widziałam  pijanych  mężczyzn  wystarczająco  wiele  razy, 

by  wiedzieć,  że  najlepiej  trzymać  się  od  nich  z  dala, 
pomknęłam  więc  dalej  schodami  na  dźwięk  jego  głosu,  przy 
czym  przyszła  mi  do  głowy  straszna  myśl,  że  w  domu 
naprawdę nie ma nikogo poza szalonym, obcym mi milordem. 
Może rzucić się za mną po schodach i zabić jak Sinobrody, po 
czym  zamknąć  w  tajemnym  pokoju.  Jednak  potwór  był 
szybszy ode mnie, złapał mnie i wciągnął do pokoju, potem na 
balkon, gdzie siedział, jedząc migdały w czekoladzie. 

 - Jesteś taka sama, jak twoja matka. Zrobisz wszystko dla 

pieniędzy - powiedział grubym głosem mężczyzna, do którego 
moja mama nie była już w stanie zwracać się jako do mojego 
ojca. - Jak nie chcesz ich jeść, wyrzucimy je. 

I ku mojemu przerażeniu zaczął rzucać cukierki, migdały 

twarde jak kamień, na dach oranżerii w dole. Wkrótce dał się 
słyszeć  zgrzyt  szkła,  pękającego  na  milion  kawałków,  po 
czym,  pomimo  moich  usilnych  wysiłków,  by  się 

background image

powstrzymać,  w  kompletnej  ciszy  zabrzmiały  moje  własne 
krzyki i łkania. 

Najgorsze jednak nastąpiło później. Jedynym sposobem, w 

jaki  mogłam  skłonić  obcego  mężczyznę,  by  przestał  strzelać 
na dół tymi drogimi czekoladowymi pociskami, było wdrapać 
się mu na kolana. Często, gdy przychodził z wizytą, usiłował 
mnie  do  tego  namówić,  ale  zawsze  spotykała  go  z  mojej 
strony odmowa. Teraz płakał wraz ze mną. Trudno mi się do 
tego przyznać, ale mimo mocnego, słodkiego zapachu w jego 
oddechu,  współczułam  mu.  Być  może  byłam  pod  wpływem 
woni,  która  go  otaczała:  częściowo  koniaku  (którego  zapach 
rozpoznawałam też  u  innych  wielbicieli  maman)  i  częściowo 
czegoś innego - raz poczułam go od monsieur de Nervala, gdy 
przyszedł  zalecać  się  do  Jenny,  jeśli  tak  można  nazwać  jego 
dziwne  zachowanie.  Jak  mówiłam,  poczułam  pierwszy 
przypływ  sympatii  do  tego  smutnego,  pijanego  obcego 
mężczyzny. Z bliska nie wzbudzał więcej strachu niż Bestia w 
„Pięknej  i  Bestii",  opowieści,  która  napawała  mnie  lękiem, 
gdy byłam młodsza. Teraz byłam na tyle duża, by zrozumieć, 
że był smutny i tęsknił za maman podobnie jak ja. Jednak gdy 
zapadł  zmrok,  nie  miałam  zamiaru  pozwolić  mu  zostać, 
zwłaszcza  że  wytrzeźwiał  na  tyle,  że  można  by  go  było 
sprowadzić  na  dół,  na  ulicę.  Ten  szokujący  pokaz  siły  jego 
uczuć - zniszczona oranżeria i tak dalej - powinien dać mojej 
mamie do zrozumienia, że nie należy wpuszczać tego Anglika 
do domu. 

Jednak  wydarzenia  nie  potoczyły  się  tak,  jak 

zaplanowałam.  Długo  po  tym,  jak  się  ściemniło,  przed  dom 
zajechał  powóz,  który  rozpoznałam  jako  należący  do 
wicehrabiego.  Obcy  mężczyzna,  który  pociągał  duże  łyki 
brandy z butelki, nagle postawił mnie na podłodze i wychylił 
się  przez  balkon.  Zawołał  maman.  Nagle  ton  jego  głosu  się 
zmienił, a on ruszył na dół schodami i wybiegł na ulicę - coś, 

background image

co chciałam, żeby zrobił trzy godziny wcześniej, ale teraz już 
mnie  to  nie  obchodziło.  Usłyszałam  jedynie  cichą  wymianę 
zdań  między  dwoma  mężczyznami:  wicehrabią,  jak  się 
domyślam, i Anglikiem... 

No  i  właśnie  tutaj  teraz  stoimy  -  maman,  Jenny  i  ja  -  po 

powrocie od La Cibot, w ruinach pięknego domu mamy na rue 
Vaugirard.  Bo  zniszczeniu  uległa  nie  tylko  oranżeria.  Dom 
został  całkowicie  spustoszony.  Zniknęły  i  łóżka,  i  wszystkie 
meble,  i  różowe  zasłony,  porcelanowe  talerze  z  Sevres, 
wszystkie łyżki, widelce i noże z kuchni. 

Odeszła nawet tante Irene, a wraz z nią szpilki, woreczki z 

mydłem, i kiście sztucznych wonnych fiołków. 

 -  Co  my  teraz  zrobimy?  -  maman  pyta  Jenny  matowym, 

smutnym głosem. 

A  Jenny  po  raz  pierwszy  w  życiu  nie  ma  gotowej 

odpowiedzi. 

background image


Edward 
Jestem  mordercą.  Przynajmniej  według  francuskiego 

prawa.  Zabiłem  w  obronie  mojego  honoru.  Już  nigdy  więcej 
nie usłyszę, nie obejmę tej córy wolności, która nauczyła mnie 
bycia  niewolnikiem.  Odwraca  się  ode  mnie  i  wygina  usta  w 
pogardzie. - Wracaj do swego starego kraju - wracaj, wracaj! - 
Gdy chodzę po domu, przygotowując się na najazd gości, jej 
głos  dźwięczy  w  moich  uszach,  tak  jak  krzyk  ptaków 
oczekujących  strzałów  w  sierpniu  nad  bagnami.  -  Dom  i 
ziemia  to  wszystko,  co  się  liczy  dla  was,  Anglików  -  mówi 
dalej ten głos; głos, który może przybrać tysiąc odcieni, może 
stać  się  głosem  tragicznej  królowej  lub  zwykłej  comedienne 
(Comedienne (fr.) - aktorka.), femme savante (Femme savante 
(fr.)  -  kobieta  wyształcona.)  albo  bohaterki  rewolucji.  Twój 
zamek, twoje dobra... Wracaj... 

Teraz  nie  pozostaje  mi  nic innego,  jak  czekać  na  śmierć. 

Moje życie rozciąga się przede mną jak rozległa marmurowa 
mozaika podłogi w hallu tego domostwa, którego nigdy się nie 
spodziewałem odziedziczyć. Czekają mnie tu bankiety, długie 
okresy  samotności,  wyprawy  na  polowania  i  cała  ta  reszta. 
Dwa  razy w roku podróżuję  do moich odległych posiadłości, 
potem  do  Szkocji,  odwiedzić  jakiegoś  tam  księcia  czy 
hrabiego, słuchając w długie ciemne noce zawodzenia muzyki 
granej  na  kobzach  na  tle  grzmotów  brunatnych wodospadów. 
Będę  podróżował  tylko  do  obcych  miejsc,  obcych  memu 
sercu.  A  przy  moim  boku  będzie  żona  jeszcze  bardziej  mi 
obca, niż kiedykolwiek była nią miłość mojego życia, ma belle 
Celine. 

Ponieważ muszę się ożenić, inaczej zwariuję. 
Jeśli  dopisze  szczęście,  dziś  do  Thornfield  Hall  przyjadą 

dwie osoby. Pierwsza z nich, moja przyszła żona, przybędzie 
przed południem. Będziemy przechadzać się razem po długich 

background image

leszczynowych  alejkach,  gdzie  zieleń  liści  kryje  pustkę 
otaczającego  pejzażu.  -  Dostaję  dreszczy  na  myśl  o  pustce 
panującej  w  twojej  posiadłości!  -  wykrzykiwała  Celina,  gdy 
razem leżeliśmy w białej willi nad morzem. Za oknem pysznił 
się  żółty  tren  mimozy,  a  jasne  kwiaty  tańczyły  na  wietrze, 
przez co ponure krajobrazy mego kraju wydawały się jedynie 
snem.  -  Nigdy  tam  z  tobą  nie  zamieszkam.  Dlaczego  nie 
sprzedasz wszystkiego i nie osiedlisz się we Francji? 

Zatopiony  we  wspomnieniach,  zapominam  o  młodej 

kobiecie,  która  ma  dziś  przyjechać.  Ustawiam  nas  razem  w 
wyobraźni  na  poszarpanym  wzgórzu,  na  akrach  ziemi,  o 
których  posiadanie  słusznie  oskarża  mnie  Celina.  Bowiem 
ludzie żyjący na mojej pełnej wrzosowisk, ubogiej ziemi mają 
szczęście,  jeśli  mogą  się  najadać  do  syta.  (Mimo  to  nie 
przeszkadzają  jej  diamenty  i  kaszmir,  które  jej  kupuję  za 
dzierżawę  przeklętych  ziem,  czy  akcje  kolei,  której  ogromne 
stalowe tory przecinać będą obrzeża moich włości. Ani ziemie 
w Trynidadzie, z których zyski poszły na oranżerię w Paryżu, 
potem  przeze  mnie  zresztą  zniszczoną.  Jest  to  jeden  z  wielu 
tematów, nad którymi nie mogę się zastanawiać). 

Gdzie ja byłem - jeśli nie z Celiną Varens, w zniszczonym 

królestwie,  które  kiedyś  było  naszym?  Duchem  i  myślami 
bardziej  jestem  tam  niż  tutaj,  dlaczego  więc  nie  sprzedałem 
wszystkiego, tak jak nalegała? Dlaczego tkwię w tym miejscu 
przeklętym  przez  Boga,  jakby  z  pewnością  je  oceniła? 
Dlaczego,  gdy  zobaczyłem  starą  kobietę  na  wrzosowisku,  co 
przywiodła mi na myśl czarownice, co ukazały się Makbetowi 
w Forres, nie uznałem tego za ostrzeżenie - że moje ziemie w 
końcu zażądają ofiary ze mnie, a duch mojej żony sprowadzi 
na  mnie  wielkie  nieszczęście?  Wtedy  byłem  silny  i  młody  - 
trzeba  było  mi  odejść.  Ale  zostałem,  triumfując  po  nagłej 
śmierci  mego  ojca  i  brata.  Nigdy  nie  spodziewałem  się,  że 
zostanę  bogaty,  a  teraz  mogłem  kupić  każdą  kobietę,  jaką 

background image

chciałem,  i  zapewnić  jej  wszystkie  luksusy,  których  żądała. 
Przewróciło  mi  to  nieźle  w  głowie,  mi,  co  byłem  młodszym 
synem, korzystałem więc z uroków mojej pozycji. Jak bowiem 
przyszło mi się przekonać we Włoszech przy Giacincie, czy w 
Niemczech  przy  Klarze,  za  granicą  milord  traktowany  jest 
niemal  jak  król.  Ma  na  wyciągnięcie  ręki  wszystkie  skarby 
Europy.  I  jeśli  handel  niewolnikami,  z  którego  ojciec  mój 
czerpał  tak  wielkie  zyski,  uznano  by  teraz  za  niezgodny  z 
prawem,  europejskie  kobiety  są  dobrze  przygotowane,  by 
pokryć  ten  ewentualny  deficyt.  Sprzedałyby  swoje  dusze  -  z 
wyjątkiem Celiny, oczywiście z wyjątkiem Celiny - by stać się 
paniami Thornfield  Hall.  Jednak  odprawiłem  je wszystkie, te 
dobrowolne niewolnice. Wróciłem tu sam, ja, morderca. 

Niewielu mężczyznom zdarza się pozbyć pierwszej żony, 

by poślubić następną. 

 - Lepiej niech pan pójdzie na górę - rzekła Gracja Poole o 

świcie  tego  dnia,  którego  miała  przybyć  moja  przyszła  żona. 
Obudziłem się, zanim jej ręka dotknęła mojego ramienia, tak 
wielki był mój lęk przed tym, by wieść o istniejących więzach 
małżeńskich  nie  rozniosła  się  po  domu.  Gracja,  naturalnie, 
nigdy  nie  zdradziłaby,  czym  się  zajmuje,  ale  Lea  i  inne 
służące  -  kto  to  wie?  Często  to  sobie  wyobrażałem:  kaplica, 
stara wdowa Ingram w kościelnej ławce, dostojna narzeczona, 
którą,  odwracając  się  od  ołtarza,  mógłbym  niemal  pomylić  z 
wysoką, ciemnowłosą kobietą: moją pierwszą żoną. 

Po  tym  nastaje  cisza,  tak  potężna,  jak  zimny, 

niezmordowany  wiatr  w  pogodne  dni  października,  który 
chłoszcze bagna i rozrzuca liście w dolinach. Cisza - a potem 
mamrotanie,  szuranie  butami,  szelest  sukien  w  nawie. 
Czerwona  suknia,  o  Boże,  czerwona  suknia.  Pulsuje  jak 
płomień,  a  postać  w  niej  jest  jak  linia  ognia,  zmierzająca 
prosto  do  stołu,  na  którym  spoczywa  najświętszy  sakrament. 
Jak mogę ją zatrzymać, tę kobietę, która straszy w tym domu, 

background image

jak kiedyś przepowiedziała ta stara wiedźma? Nie ma jednak 
czasu do stracenia. 

 - Niech pan przyjdzie, proszę pana - mówi Gracja Poole. - 

Musimy  coś  zrobić,  zanim  przyjadą  panie.  -  Idę  więc  za 
Gracją, bo ma rację. Musimy coś zrobić, i to teraz. 

Co mogę powiedzieć, co mogę zrobić, by odpokutować za 

grzechy popełnione najpierw w moim imieniu, a potem przeze 
mnie  samego,  za  trzydzieści  sztuk  srebra,  trzydzieści  tysięcy 
funtów, za które kupiła mnie moja biedna Antonina? A za te 
pieniądze  zyskała  tylko  klatkę,  i  jak  egzotyczny  ptak 
przymarznięta  jest  do  swojej  gałązki,  wysoko  ponad 
zgiełkliwym  domem,  nad  którym  z  natury  rzeczy  to  ona 
powinna  czuwać.  Jak  mogę  zadośćuczynić  kobiecie,  która 
postradała  zmysły,  która  cierpi,  a  potem  zapomina,  robi  się 
agresywna,  po  czym  popada  w  rozpacz,  błądząc  we  mgle 
nieświadomości,  którą  z  rzadka  jedynie  przeszywa  jasna 
myśl?  Nie  mogę  jej  kochać  ani  ona  mnie.  Ale  ona  będzie 
władać mną do końca, jeśli się nie ożenię i nie zacznę żyć jak 
inni mężczyźni. Ziemie Ingramów dołączą do ziem Thornfield 
Hall.  Będę  z  tobą  iść  przez  życie,  Blanko,  a  razem  staniemy 
się bogaci. 

Znowu  więc,  gdy  wspinam  się  na  trzecie  piętro  domu, 

które  już  na  początku  naszego  miodowego  miesiąca  w 
myślach  musiałem  przeznaczyć  na  siedzibę  biednej  Kreolki, 
zmuszony  jestem  stanąć  twarzą  w  twarz  z  nagą  prawdą 
mojego życia - już Gracja Poole tego przypilnuje! Nie ma dla 
ciebie  ani  namiętności,  ani  nadziei  -  mówi  jej  ciężki  krok, 
kiedy  wchodzi  na  ostatni,  zakręcający  stopień.  Spal  swoje 
marzenia o Francuzce. Musisz się ożenić i spłodzić potomka. 

Jest  już  za  późno,  bym  cofnął  się  do  stanu  niewinności  - 

niewiedzy, jak powiedziałaby Celina - w którym tkwiłem, gdy 
mój  ojciec  i  brat  jeszcze  żyli,  a  przede  mną  stała  otworem 
kariera  kościelna  albo  wojskowa,  cela  albo  koszary  dla 

background image

młodszego  syna.  Na  moje  wychowanie  składało  się 
zaniedbanie i bicie. Moja matka, która zmarła, nim dorosłem, 
była niezdolna do miłości. Mój starszy brat Rowland, mający 
zapewnioną  przyszłość  dziedzica,  znęcał  się  nade  mną 
niemiłosiernie.  Spędzałem  dnie  na  bagnach,  strzelając  i 
polując. 

 -  Wychowano  cię  do  zabijania  -  powiedziała  pewnego 

dnia Celina, gdy siedzieliśmy w ogrodzie domu, który dla niej 
zbudowałem; 

domu, 

którym 

zapachy 

ze 

śródziemnomorskich  Alp  wraz  z  wonią  tamtejszych  kwiatów 
unosiły się aż do późnego wieczora. - Ptaki i zwierzęta, które 
zabiłeś, urodziły się, by umrzeć okrutną śmiercią, i to ty byłeś 
ich oprawcą. 

Po  czym  Celina,  widząc  na  mojej  twarzy  zdziwienie 

wobec jej dziwnych poglądów, zaśmiała się i wstała od stołu, 
na  którym  stały  brzoskwinie  i  wino.  -  Pewnego  dnia  to 
zrozumiesz - rzekła. - Gdy osiedlisz się w tym kraju i spotkasz 
tych,  którzy  znają  prawdę  i  walczą  o  wolność  i 
sprawiedliwość. 

Te słowa nic wtedy jednak dla mnie nie znaczyły. A teraz, 

kiedy  je  rozumiem,  jest  już  za  późno.  Jestem  mordercą  i  już 
nie  mogę  wrócić  do  Francji.  Gdy  tak  podążam  w  górę  za 
ponurą  postacią  Gracji  Poole,  pozbawiony  wyboru,  muszę 
przyznać,  że  pani,  którą  zdradziłem,  cieszy  się  wspaniałą 
zemstą.  Gdyż  nawet  do  Celiny  nie  doszły  wieści  o  moim 
tajemniczym  ślubie  w  Indiach  Zachodnich.  A  gdyby  to 
odkryła,  co  by  o  mnie  pomyślała?  To  sekret,  który  będę 
musiał  zabrać  do  grobu  -  i  teraz  pozostaje  jedynie  pytanie, 
czyj będzie to grób: Antoniny czy mój. 

Nie jestem w stanie opisać wizyty u mojej żony. Tak jak 

zwykle,  nieludzki  sposób  jej  traktowania  wzbudza  moją 
odrazę. Jednak pieniądze, wręczane przeze mnie Gracji Poole, 
przekładają  się  na  picie  i  groźby,  gdy  tylko  zaczynam 

background image

narzekać.  Gracja  ma  w  ręku  moją  przyszłość,  podobnie  jak 
moją nieznośną teraźniejszość. Nikt nie może się dowiedzieć o 
istnieniu  Berty,  jak  kiedyś  nazywałem  moją  żonę.  Pani  F, 
moja gospodyni, posłusznie opowiada wszystkim gościom, że 
w Thornfield Hall straszy duch; i tak jest naprawdę. 

Powiedziałem,  że  nie  opiszę  wizyty  u  mojej  żony,  a 

przyczyna  tego  jest  prosta,  chociaż  nie  mam  odwagi  jej 
wyrazić.  Boję  się,  że  nawet  odwrócenie  tego,  co  znajdę  na 
trzecim  piętrze  mego  przeklętego  spadku,  potwierdziłoby 
tylko dobrze znany stan rzeczy. 

Otworzyłem  stalowe  drzwi,  do  których  tylko  ja  mam 

klucz, podczas gdy Gracja stała za mną, a okropny smród jej 
ciała  omal  nie  owionął  mnie  całego  w  tym  niskim,  wąskim 
korytarzu na strychu. Poczułem gin i kwaśny odór, który brał 
się  z  jedzenia  prawie  wyłącznie  kapusty i  chleba.  Już  dawno 
temu nakazywałem, by Antonina jadła dobrze, tak jak kiedyś 
razem  jedliśmy,  na  jednej  z  Wysp  Zawietrznych.  Wieje  tam 
łagodna bryza, pełna egzotycznych woni i zapachu hibiskusa, 
oferując  ucztę  dla  wszystkich  zmysłów.  Ale  Gracja  mnie  nie 
słucha - wie, że może - i podejrzewam, że moja biedna szalona 
żona  bywa  głodna,  gdy  odmawia  monotonnych  posiłków 
swojej strażniczki. A sam Bóg wie, że jest już wystarczająco 
chuda.  I  to  właśnie  jej  widoku  zacząłem  bać  się  bardziej  niż 
jakiejkolwiek innej udręki mojego życia tu, w Thornfield Hall. 
Wychudzona, przypominająca widmo - jest zaprawdę duchem 
naszej wczesnej miłości. Jej zagubiony umysł, tak desperacko 
poszukujący  w  świecie  jakiegoś  punktu  oparcia,  jest 
dokładnym  przeciwieństwem  Celiny.  Bowiem  Celina,  której 
doskonałą równowagę można podziwiać, gdy jedzie na koniu 
na  oklep  albo  tańczy  na  linie  rozpiętej  wysoko nad  areną,  za 
Przewodników  ma  rozsądek  i  jasność,  których  brakuje  tej 
zagłodzonej,  utykającej  istocie.  Ach,  gdybym  tylko  był 
spotkał  Celinę  Varens,  kiedy  jeszcze  byłem  młody  i  wolny! 

background image

Wszystkie plany mego chciwego ojca obróciłyby się wniwecz. 
Spędziłbym  swoje  życie  pod  gołym  niebem,  podróżując  z 
jednym  z  małych,  prowincjonalnych  cyrków,  w  których 
Celina tak lubiła pracować w letnich miesiącach. Sprzątałbym 
i troszczył się o nią, biedny niczym chłopak stajenny. 

Teraz nie ma to jednak żadnego znaczenia. Przypuszczam, 

że  moja  dzika  tęsknota  za  dzielną  aktorką  nie  zostałaby 
zrozumiana  przez  kogoś  takiego  jak  Gracja  Poole.  Patrzy  na 
mnie,  gdy  przechodzę  przez  jej  izdebkę  i  przekraczam  drzwi 
pokoju, który jest tak niski  i ciemny jak las w Thornfield, po 
którym  Antonina  nigdy  nie  chciała  spacerować.  Nie  mam 
wątpliwości,  że  w  oczach  służących  jestem  tak  chciwy  i  tak 
egoistyczny jak mój własny ojciec. Z jakiegoż innego powodu 
miałbym  chcieć  poślubić  Blankę  Ingram,  jak  to  wszystkim 
wiadomo?  Jest  bardzo  dostojna,  to  fakt,  ale  w  okolicy  są 
ładniejsze i milsze dziewczęta. Musi mi chodzić o jej wiano, o 
posiadłości,  które  dołączę  do  swoich.  W  związku  z  tym  dla 
Gracji (i dla mojej kuzynki, pani Fairfax, choć nigdy o tym nie 
rozmawiamy,  ale  ona  świetnie  sobie  pewnie  ze  wszystkiego 
zdaje  sprawę)  muszę  być  niezwykle  chciwym  mężczyzną, 
skoro  chcę  wziąć  wiano  od  dwóch  żon  z  rzędu.  I  tyle  ci 
zostało z tego snu o stajennym chłopcu, odgaduję myśli Gracji 
Poole, tak jakby ta pijana, niegramotna kobieta była w stanie 
czytać w mym sercu. 

Na stole, przy którym dzień i noc czuwa strażniczka mojej 

żony, nie stoi nic, jak zwykle, poza butelką portera i szklanką. 
Nie ma tu żadnych innych mebli. Antonina próbowała kiedyś 
przewrócić szafę, gdzie wisiały jej wspaniałe, dawne ubrania, 
wraz  z  jej  czerwoną  suknią,  wobec  czego  Gracja,  za  moją 
zgodą,  kazała  ją  stąd  usunąć,  razem  z  odzieżą  i 
wspomnieniami, jakie ze sobą niosły. Stoi tu teraz tylko jedno 
krzesło,  na  którym  Gracja  siedzi  przy  stole  lub  śpi,  kiedy 
musi,  z  głową  wspartą  na  rękach.  W  tym  ubogim,  pełnym 

background image

krokwi pokoju, gdzie podłogę pokrywa jedynie słoma, okna są 
małe  i  wysoko  umieszczone,  wobec  czego  jedyny  widok 
stanowi  wąska  sypialnia  na  tyłach  z  wysuwanym  łóżkiem. 
Dopiero  po  kilku  sekundach  zauważam,  że  krzesło  zostało 
przewrócone,  a  na  łóżku  nikogo  nie  ma  (choć  na  początku 
wydaje  mi  się,  że  się  mylę,  bo  naturalne  światło  nie  ma  tu 
dostępu). Wpatruję się z tak głupim wyrazem twarzy w Grację 
Poole, jak ona we mnie. To niemożliwe - a właśnie tego oboje 
najbardziej  obawialiśmy  się  w  Thornfield  Hall.  Antonina  - 
Berta - moja żona, uciekła, przepadła gdzieś w domu i jest na 
swobodzie. Blanka Ingram, jej matka i ich znajomi zjawią się 
za  godzinę.  Jednak,  jak  ta  głupia,  śmierdząca  kobieta  i  ja 
wiemy,  musiało  się  to  któregoś  dnia  wydarzyć,  mimo 
wszystkich  naszych  wysiłków,  by  stale  zamykać  drzwi  i  tak 
wyciszyć  pokój,  by  stłumić  wszelkie  hałasy.  Biedna, 
nieświadoma  istota  marzyła  tylko  o  ucieczce.  Nie  jestem  w 
stanie opisać tego, co w związku z tym przeżywam. 

Schodzę  głównymi  schodami  na  dół,  do  dużego  hallu,  z 

ciężkim  sercem.  (Gracja,  gdy  doszła  do  pierwszego  piętra, 
gdzie  znajdują  się  moja  sypialnia  i  mieszkania  przeznaczone 
dla Blanki Ingram i lady Ingram, udała się tylnymi schodami 
do  izdebek  służących.  Boi  się  stracić  pracę.  Płacę  jej 
podwójnie  za trzymanie  języka  za  zębami;  teraz  będę  musiał 
płacić  jej  potrójnie).  Co  by  teraz  zrobiła  Celina?,  pytam  sam 
siebie.  Co  doradziłaby  jej  filozofia  w  tak  nieznośnych 
warunkach jak moje? 

 - Wszyscy ludzie są równi - powiedziała, gdy leżeliśmy w 

jej uroczym małym domku na Montparnasse, który kupiłem i 
umeblowałem  dla  niej  z  taką  troską,  podczas  gdy  ona 
podkreślała, że sama płaci czynsz monsieur Graffowi. Celina 
zawsze  była  niezależną  kobietą,  i  lubiła  mieć  chleb 
smarowany  masłem  z  dwóch  stron.  -  Kobiety  mają  takie 
prawa,  jak  mężczyźni.  -  A  ja  się  zastanawiam,  jakie  to  są 

background image

prawa? Czy pętające mnie więzy, w postaci ziem i bogactwa, 
nie są większą udręką niż życie jakiegoś biedaka? Zbliżam się 
do hallu, wściekając się na Celinę, jak to miałem w zwyczaju, 
gdy byliśmy kochankami. Przypuszczalnie uważałaby ona, że 
biedna  szalona  Berta  ma  prawo  włóczyć  się  po  moim  domu. 
Gdyby  jej  pozwolono,  z  pewnością  by  tak  robiła, 
przeszkadzając służbie i gościom. 

Ale nie ma ze mną teraz Celiny i nigdy jej już ze mną nie 

będzie. Niech ją szlag trafi, nawet teraz, gdy groźniejsza część 
mojej przeszłości, zagrażająca mym interesom, zakrada się do 
mojego  świata,  cenny  czas  marnuję  na  marzenia  o  straconej 
przeszłości.  Przeklęta  niech  będzie  kobieta,  która  głosiła 
wolność,  a  ofiarowała  mi  tylko  niewolę.  Po  raz  ostatni  - 
widząc  jak  Lea,  prowadzona  przez  Grację  Poole,  schodzi 
przerażona kamiennymi schodami na dół, w sam róg hallu (co 
powiedziała jej Gracja? Zmuszona w końcu przyznać, że kręci 
się  tu  obłąkana  istota?)  -  po  raz  ostatni  zdobywam  się  na 
ogromny  wysiłek  woli,  by  wypędzić  La  Varens  na  zawsze  z 
mojego umysłu. Przestaje dla mnie istnieć - na zawsze. 

Gdy  widzę  bowiem,  jak  Gracja  i  Lea  podchodzą  do 

szerokich  drzwi,  drzwi  stojących  pomiędzy  Thornfield  Hall  i 
światem  zewnętrznym,  gdy  słyszę  głośne  dudnienie  w  stare 
dębowe deski nabijane ćwiekami, skazuję Celinę na zasłużone 
wieczne zapomnienie. Bo to muszą być Ingramowie, przybyli 
za  wcześnie,  popędzani  przez  niecierpliwą  Blankę,  pragnącą 
jak  najszybciej  ujrzeć  mężczyznę,  który  oświadczy  się  jej, 
zanim  minie  tydzień.  Jej  matka,  strojna  w  perły  i  diamenty, 
bez  żenady  wskaże,  jakie  prezenty  powinienem  obiecać 
przyszłej  pannie  młodej.  I  przywiozą  ze  sobą  całą  świtę  - 
młodzieńców,  bezmyślnych  jak  Celina  (tu  powtarzam, że  nie 
będę  już  o  niej  myślał),  którzy  uważają  się  za  bogatych, 
wysportowanych  Anglików.  "Rosbif  (Rosbif  (fr.)  -  rostbef.), 
tak  jak  ty,  Edwardzie!",  jej  drażniący  głos  brzmi  w  moich 

background image

uszach.  Najbardziej  zaś  gardziłaby  młodymi  kobietami, 
przyjaciółkami mojej przyszłej żony, za to, że zgadzają się na 
swoją  ograniczoną  egzystencję.  Wszystkie  te  pasożyty  zwalą 
się  teraz  na  mnie,  domagając  się  gościnności,  a  w  jednym 
przypadku  nawet  uwielbienia  i  miłości.  Celino,  twój  duch 
przemierza ten dom jak moja żona, moja prawdziwa żona. Nie 
mogę  bez  ciebie  żyć.  Wracaj,  powiedziałaś  -  ale  ja  opuszczę 
Thornfield  Hall  i  powrócę  potajemnie  do  Francji,  by  żyć 
samotnie ze wspomnieniami o tobie, jeśli tylko tyle wolno mi 
jest  nazwać  moją  własnością.  Niech  mnie  aresztują  i  wsadzą 
do więzienia, niech mnie wyślą na gilotynę za moją zbrodnię. 
Podczas  gdy  Blanka  Ingram  zbliża  się  do  serca  Thornfield 
Hall  -  mojej  duszy,  cytadeli  mojej  młodości,  przyszłości  i 
przeszłości  -  zdaję  sobie  sprawę  jednak,  że  nie  mogę  jej 
poślubić i żyć jak uczciwy człowiek. 

Wielkie drzwi do hallu stają otworem. Pojawia się służący 

John,  a  Lea  ponownie  chowa  się  w  cieniu,  podczas  gdy 
Gracja, nadal, jak przypuszczam, szukając swojej uciekinierki, 
udała  się  już  na  wyższe  piętra.  Ach,  na  skrzydłach 
nieograniczonej  wolności,  którą  przyniosła  mi  akceptacja 
mojej  prawdziwej  sytuacji,  mówię  sobie  w  myślach:  „niech 
duch  Antoniny  teraz  się  nam  ukaże,  właśnie  teraz,  kiedy 
wielkie rody z Yorkshire przybywają tu, by polować, grać w 
karty  i  odgrywać  teatralne  sztuki.  Niech  zobaczą  Kreolkę  z 
wysp,  na  których  ich  ojcowie,  podobnie  jak  mój,  trudnili  się 
handlem  niewolnikami,  a  swe  brudne  zyski  przeznaczali  na 
ich  tabakiery,  koronkowe  chusteczki  i  całą  resztę.  Antonina 
może jest i biała - ale ma na sobie znamię niewolnictwa, które 
jej narzuciłem, jak i mojego odrzucenia. Lordowie i damy, czy 
życzycie sobie, bym do takiego stanu doprowadził Blankę? 

Szerokie drzwi, które w końcu otwierają się na oścież, nie 

kryły  jednak  za  sobą  szlachty  z  sąsiedztwa.  Na  progu  stoi 
dziecko,  oszołomione.  Rozgląda  się  dokoła,  potem  zauważa 

background image

mnie  i  rzuca  się  w  moje  objęcia.  Z  początku,  przyznaję, 
zobaczyłem  Celinę,  drobną  kobietę,  z  pomocą  magii 
zmniejszoną  do  rozmiarów  wróżki.  Twarz  -  uśmiechnięta,  z 
dołeczkami, uroda, wszystko w miniaturze. I zdawało mi się, 
że  widzę,  jak  leci  do  mnie,  jak  to  robiła  w  cyrku  w  tych 
odległych letnich miesiącach. 

 -  To  jest  duży  dom,  monsieur  -  wykrzykuje  dziecko  - 

kobieta, podczas gdy wszyscy służący zbierają się  wokół, by 
popatrzeć na to stworzenie. I jakby na  potwierdzenie  mojego 
pierwszego,  skrytego  wrażenia,  to  małe  stworzenie  pyta,  czy 
będzie mogło latać w salle tak grande jak ta. 

 - Bo ja mam skrzydła, tatusiu. Chcesz zobaczyć? 

background image


Adelka 
W  poprzednim  miesiącu  w  Paryżu  było  cieplej,  niż 

kiedykolwiek 

odnotowano, 

jak 

mówi 

Felix. 

Felix, 

odwzorowujący  twarze,  ze  wszystkimi  grymasami  i 
zmarszczkami.  I  w  taką  to  pogodę,  gdy  twarze  toną  w 
gorączce, z głębi chemicznej kąpieli w jego studiu wynurzyło 
się  kilka  bladych  potworów.  Jednak  żaden  z  nich  nie  ma  tak 
groźnej  fizjonomii,  tak  jednoznacznie  odzwierciedlającej 
diabła jak papa. Jenny Colon mówi, że muszę teraz myśleć o 
nim, jak o mężczyźnie poszukiwanym przez francuską policję, 
tym, który nigdy już nie będzie mógł wrócić do miasta. Z jego 
też  powodu  przetrzymywano  maman  w  zamknięciu  w  domu 
przy rue Vaugirard. 

 - To twój  ojciec, Adelko. Musisz z  nim żyć, teraz, kiedy 

maman  odeszła.  Bądź  dzielna.  Nie  jest  taki  zły,  na  jakiego 
wygląda. 

Nie  mogłam powiedzieć Jenny, że wiem więcej na  temat 

okropnego  cudzoziemca,  niż  jej  się  wydaje.  Jej  uwielbienie 
dla  maman  z  pewnością  by  się  zachwiało,  gdybym 
opowiedziała  jej,  jak  to  pewnego  wieczoru,  zaledwie  kilka 
miesięcy  temu,  milord  płakał  na  balkonie  okazałego  domu, 
który urządził dla ukochanej kobiety z taką starannością. Nie 
uwierzyłaby  mi,  gdybym  powiedziała  jej,  ile  razy  Celina 
Varens  prowadziła  ze  sobą  kochanków  -  których,  jak 
przysięgała,  nigdy  nie  miała  -  obok  mojego  szezlongu  koło 
drzwi  jej  sypialni,  gdzie  leżałam,  udając  sen.  A  na  pewno 
wygnałaby  mnie  na  zawsze  ze  swego  życia,  gdybym  opisała 
jej  ten  ostatni,  pamiętny  ranek:  mgła  unosząca  się  nad 
brzegami  Sekwany przy wschodzie  słońca, ptaki budzące  się, 
gdy  wchodziliśmy  do  Bois  de  Boulogne  (Bois  de  Boulogne 
(fr.)  -  Lasek  Buloński.),  milord  i  jego  sekundant  -  lokaj 
imieniem  Edward,  tak  samo  jak  jego  pan,  i  ja  sama,  Adelka 

background image

Varens, ukryta w koszyku pełnym bandaży, czystego płótna i 
reszty niezbędnych rzeczy. 

Jenny  by  mi  nie  uwierzyła,  bo  dla  niej  wszystko  jest 

czarno  -  białe.  Podobnie  jak  feliksowe  podobizny  sławnych  i 
rozpustnych  -  drogi  Gerard  ze  swoim  krabem,  Gautier  z 
twarzą jak mapa, ze wszystkimi dzielnicami na czole - Jenny 
jest  zbyt  „przyziemna",  by  istnieć  naprawdę.  Nie  ma  w  niej 
żadnej tajemnicy, nie oczekuje ona też żadnej tajemniczości w 
swych  relacjach  ze  światem.  W  jej  oczach  maman  jest  nadal 
ideałem - i co więcej, zawsze na łasce mężczyzn. Mimo że ta 
męczennica,  istna  ofiara  namiętności,  oszukana  kochanka 
mordercy,  uciekła  do  Włoch  wraz  z  kompozytorem  nowej 
opery w Funambules, zostawiając swoje dziecko, powierzając 
je dobroci Felixa i cichego Pierrota. Mają oni zbyt dużo rzeczy 
na głowie, by jeszcze zajmować się opuszczonym dzieckiem - 
niedługo,  jak  przypuszczalnie  obawia  się  tego  Jenny 
(ponieważ  nie  może  mnie  zatrzymać;  nie  gustuje  w 
zajmowaniu się domem i dziećmi), pozostawiona będę samej 
sobie. Na ulicy, w rynsztoku Paryża znajdziecie małą Adelkę, 
tę, która spacerowała cała w błękitach i różach za swoją matką 
w  Ogrodach  Luksemburskich,  podczas  gdy  towarzysze 
Celiny,  malarze  i  poeci  Paryża,  opowiadali  jej  swoje 
wspaniałe sny o nieistniejącej krainie, Utopii. 

 - Nie powinnam pisać do twojego ojca - mówi Jenny, gdy 

wyruszamy  na  place  du  Carrousel,  gdzie  Nerval  i  jego 
przyjaciele  mają  wielkie  studio.  -  Lepiej  będzie,  jak  go 
zaskoczymy. 

Jenny, jasnowłosa śpiewaczka z „Piquillo", będzie tam dla 

nich  śpiewać,  pod  koniec  Bal  des  Truands  (Bal  des  Truands 
(fr.) - dosł. bal włóczęgów, żebraków.), wspaniałego wieczoru 
bohemy,  przygotowywanego  przez  nich  od  dawna.  -  Ale 
musisz  wyruszyć  dziś  w  nocy,  zanim  skończy  się  przyjęcie. 

background image

Odwagi, Adelko - twój ojciec będzie zachwycony, widząc cię 
w Thornfield Hall. 

Jednak,  podążając  za  dźwiękiem  kabaretowej  orkiestry, 

która  przecisnęła  się  przez  dziurę  w  płocie  w  Doyenne,  obie 
wiemy,  że  decyzja  Jenny,  by  wysłać  mnie  z  Paryża  po 
skandalicznej  ucieczce  maman,  równa  się  wyrokowi  śmierci. 
Mężczyzna,  którego  mam  kochać  jak  oddana  córka,  jest 
Sinobrodym,  a  jego  zamek,  jestem  niemal  pewna,  kryje  w 
sobie  zamknięte,  zakazane  pokoje,  gdzie  biedna  maman, 
przynajmniej według Jenny, zmarniałaby, jeśliby przyjęła jego 
oświadczyny i wróciła z nim do Thornfield jako jego żona. 

Z  drugiej  strony  wiem,  że  to  uosobienie  męskiego 

egoizmu i arogancji nie jest mordercą. Nie trzymał też mojej 
mamy  w  zamknięciu  w  naszym  domu,  jak  utrzymuje  Jenny. 
Udał  się  do  Bois,  by  stoczyć  pojedynek  w  obronie  swego 
honoru (ja,  jak już  wspomniałam, ukryta w koszyku z czystą 
koszulą  i  fularem,  i  innymi  niezbędnymi  rzeczami  dla 
zranionego,  krwawiącego  gentlemana)  i  wrócił  do  domu, 
zabiwszy  człowieka.  To  wicehrabia  ponownie  się  złożył  do 
strzału, gdy papa postrzelił go w rękę (określił to dość lekko, 
przyznaję,  jak  myśliwy  polujący  na  ptaki),  tego  nowego, 
szlachetnie urodzonego kochanka maman, którego tak właśnie 
poznawałam. Mówił o nim jak myśliwy, który przynosi młodą 
kuropatwę  i  ma  ją  za  nic.  Ale  to  wicehrabia  złamał  zasady 
pojedynku.  Tak  powiedział  poważny  cudzoziemiec  w  czerni, 
który  zarządził  pojedynek  o  brzasku  w  Bois  de  Boulogne. 
Wicehrabia  postąpił  wbrew  regułom,  strzelając  ponownie,  a 
papa,  o  wiele  lepszy  strzelec,  szybko  i  cicho  ruszył  po 
skrawku  trawy  w  leśnym  prześwicie,  i  na  trawie  nadal 
srebrzącej się poranną rosą zabił swego rywala. 

Co  do  maman,  zakładniczki  trzymanej  w  niewoli  aż  do 

powrotu papy - cóż, nie miał wyboru, musiał zamknąć ją w jej 
sypialni,  podczas  gdy  organizował  swoją  ucieczkę  z  sideł 

background image

żandarmów,  przyjaciół  wicehrabiego  i  jego  zwolenników 
starających się go wytropić (a było ich wielu). Pauvre (Pauvre 
(fr.)  -  biedny.)  papa  -  tak  właśnie  muszę  o  nim  teraz  myśleć. 
Pauure  papa,  który  ostatecznie  kochał  mnie  bardziej  niż 
maman. 

Myślę  też  o  lataniu,  gdyż  tego  lata,  kiedy  to  miałam 

opuścić  Paryż  i  wszystkich  tych,  których  kochałam,  Jenny 
zabrała  mnie  do  cyrku,  a  tam  pozwoliła  mi  wznieść  się  do 
góry, 

na 

skrzydłach 

przyczepionych 

do 

pleców 

niewidocznymi  drucikami,  wzlatywałam  i  opadałam  nad 
głowami  uśmiechniętej  publiczności.  Jakże  ja  byłam 
szczęśliwa!  Było  jej  mnie  żal,  jak  przypuszczam,  ponieważ 
maman  zniknęła,  nie  mówiąc  nawet,  kiedy  i  jak  się  znowu 
zobaczymy.  Podczas  gdy  Jenny  uczyła  mnie  boskiego  daru 
pozostawania  w  powietrzu  -  i  udzielała  mi  nauk  w  zakresie 
gry aktorskiej, która według niej kiedyś mi się przyda - Felix, 
wiedziony  tymi  samymi  pobudkami,  postanowił  zabrać  mnie 
na lot balonem, nowość sezonu. Wznieśliśmy się wysoko nad 
Paryż  i  zobaczyliśmy  Sekwanę,  która  teraz  przypominała 
wielką, zieloną gąsienicę, pełzającą w dole, i Notre Dame, tak 
małą, że mogłabym się schylić i wziąć ją do ręki. 

 - W kraju twojego papy mają balony na gorące powietrze 

-  powiedział  Felix,  starając  się  mnie  pocieszyć,  gdy 
wylądowaliśmy  w  miejscu  bardziej  odległym  od  miasta,  niż 
zamierzał.  Ale  podczas  drogi  powrotnej  do  ponurego 
mieszkania  Jenny  czułam,  że  to,  co  mówił,  było  raczej  mało 
prawdopodobne. 

La Cibot, stara wiedźma, miała rację: to w miesiącu Raka, 

w  lipcu,  suchym  i  gorącym,  wyjechałam  z  Paryża  i 
przemierzałam  monotonne  krajobrazy  Francji,  by  dotrzeć  do 
stalowosinego  morza.  Podróż  tę  spędziłam  w  towarzystwie 
dziewczyny,  którą  Jenny  mianowała  na  moją  opiekunkę,  ta 
jednak gapiła się przez okno, gdy płakałam, nie miałam więc 

background image

ani  pocieszycielki,  ani  przyjaciółki.  Pojechał  ze  mną  jedynie 
kaszmirowy szal maman. 

 -  Jeśli  nawet  zapomniał  o  tobie,  na  pewno  przypomni 

sobie  ten  szal  -  powiedziała  Jenny,  gdy  wyruszałyśmy, 
śmiejąc się szczekliwie, jak to miała w zwyczaju. - Drogo go 
kosztował, sam Pan Bóg to wie. 

Miałam jednak coś jeszcze ze sobą, memento, jak nazwała 

to starucha La Cibot, wciskając mi w dłoń wielkie szklane oko 
podczas  mojej  ostatniej  wizyty.  (Prosiłam  Jenny,  żeby  mnie 
tam  zabrała  -  może  duchy,  z  którymi  porozumiewa  się 
czarownica,  pomogą  odnaleźć  maman.  Jest  gdzieś  we 
Włoszech, ale gdzie?) 

 -  Może  ci  się  to  przydać,  moje  dziecko.  -  La  Cibot 

spojrzała  na  mnie  poprzez  stół,  nakryty  brudnym  obrusem. 
Tym  razem  czarna  kura  Kleopatra  spała  w  kącie,  tak  jakby 
wizyta  mnie  samej  i  sceptycznej  Jenny  nie  była 
wystarczającym powodem, by się obudzić. - Patrz, zrób tak - 
podnieś  to  do  słońca.  -  Z  tymi  słowami  wróżka  podeszła  do 
okna,  rozsunęła  zniszczone,  aksamitne  zasłony,  zwykle 
zaciągnięte w obronie przed dostępem światła i rozumu. - Nie, 
teraz  je  połóż,  na  tym  papierze  na  stole  -  o  tak,  dobrze.  Ma 
petite Adele ma genialne wyczucie pirotechniki, jak widzę. - I 
La Cibot po raz pierwszy przyjrzała mi się z podziwem. 

Ogień  pojawił  się  najpierw  jak  ślad  ślimaka,  brązowa 

smuga na liniowanym papierze, na którym La Cibot notowała 
swoje  tygodniowe  wydatki.  Wkrótce  pojawiły  się  ogniste 
języki, które zaczęły pochłaniać słowa, liczby, całe ołówkiem 
wypisane  kolumny.  Płomienie  wysokie  na  ponad  centymetr 
tańczyły jak miniaturowe feux d'artifice (Feux d'artifice (fr.) - 
fajerwerki.),  z  którymi  lubił  bawić  się  Felix,  z  dymu  cygara 
wyczarowując węża, grubawą mysz, wszystko to na płytce w 
swoim  studiu.  Ale  tym  razem  to  ja  byłam  panią  ognia,  a  nie 
wyrobnicy dziecinnych  zabawek. Płomienie zaczęły rosnąć, i 

background image

nagle,  gdy  do  pokoju  wpadł  niespodziewany  tego  upalnego 
dnia powiew wiatru, wzniosły się jeszcze wyżej. Pamiętam, że 
La  Cibot,  klnąc,  wylała  miednicę  wody  na  swój  własny  stół, 
co obudziło kurę. - Ogień cię lubi, Adelko - powiedziała, gdy 
skończyła gaszenie. - Szanuj  go, a stanie się  twoim wiernym 
sługą. Jeśli zaś posługiwać się nim będziesz z pogardą, wielu 
ludzi zginie. 

Nagle ogarnął mnie strach, w tym pokoju, w którym stara 

wiedźma  przywoływała  umarłych  i  przekazywała  ich  wieści 
tym, którzy ich opłakiwali. Poszukałam wzrokiem Jenny, ale, 
tak jak się obawiałam, śmiała się z moich wysiłków zrobienia 
ognia,  i  pozostawała  niewzruszona,  jak  się  zresztą  tego 
spodziewałam.  -  No  cóż,  możesz  dać  dziecku  szkło 
powiększające,  jak  najbardziej  -  zgodziła  się  przyjaciółka 
maman, zakładając płaszcz. - Ale nie będę za nie płacić, co to, 
to  nie.  Poza  tym  nie  bardzo  jej  się  przyda  tam,  gdzie  się 
wybiera - dodała okrutnym tonem zwiastującym ostateczność 
- w Angleterre. 

Teraz,  z  obojętną  dziewczyną  chrapiącą  u  mego  boku, 

widzę, w jak dużym stopniu Jenny miała rację tego upalnego 
dnia, który dzisiaj zdaje mi się jedynie odległym snem. Pola, 
tonące  w  wodzie  po  ostatnich  ulewach,  wyglądają  na 
obumarłe,  a  niebo  zasnute  jest  ciężkimi  chmurami.  Z  każdą 
milą  ściemnia  się  coraz  bardziej,  zaczynam  więc  nabierać 
przekonania,  że  w  Anglii  panuje  wieczna  noc.  Konie  stojące 
przed wezbranymi strumieniami smętnie na nas patrzą. To nie 
może być częścią mnie, myślę; nie należę do tego krajobrazu. 
Nie  ma  jednak  nikogo,  komu  mogłabym  się  zwierzyć.  Gdy 
skręcamy w długą  aleję  wysadzaną z  dwóch stron drzewami, 
teraz  ociekającymi  wodą,  opada  mnie  cisza  tak  ciężka  i 
dotkliwa jak mrok. 

 - Nie zgadzam się tutaj żyć - mówię głośno, gdy woźnica 

skręca i wskazuje wysoki dom, szary jak cytadela, z blankami 

background image

niczym  ostrza  skierowane  ku  niebu.  „Muszę  stąd  uciec  -  do 
Włoch, do błękitnego morza i maman, do miłości". 

Gdy  przyjeżdżam  do  Thornfield  Hall,  czując  się  zupełnie 

obco,  mężczyźnie,  którego  muszę  nazywać  papą,  wydaje  się 
zupełnie  inaczej.  Gdy  nadchodzi,  by  wziąć  mnie  w  ramiona, 
daję pokaz dziecinnej afektacji i biegnę do niego, paplając coś 
o cyrkowych skrzydłach, które przywiozłam ze sobą, aktorka 
w  każdym  calu.  I  gdy  jestem  w  trakcie  przedstawienia,  do 
wielkiego  domu  przybywa  kolejna  grupa  gości.  Na  razie  nie 
wiem, jak rzadkie są wizyty tu, w Thornfield. 

 -  No,  Blanko  -  mówi  papa  do  wysokiej,  ciemnowłosej 

młodej  kobiety,  która  wchodzi  do  hallu.  Rozgląda  się  tak, 
jakby była panią tego domu. Papa sadza mnie na marmurowej 
podłodze w szachownicę i zwraca się do gości z tak dobrze mi 
znanym,  sarkastycznym  pomrukiem:  -  Wybrałaś  godzinę 
przybycia, najlepiej jak było można. 

 -  Dlaczego?  Kto  to  jest?  -  pyta  wysoka,  dostojna  pani, 

przemierzając  zimną  marmurową  szachownicę  w  kierunku 
gospodarza, starając się mnie ominąć. 

 -  Ach,  to  nikt  -  mówi  papa,  śmiejąc  się,  podczas  gdy 

kobieta, w której oddechu czuć alkohol, jakiego nie mamy we 
Francji,  podchodzi  do  mnie  i  zabiera  do  pokoju  dziecięcego, 
by  położyć  mnie  wcześnie  do  łóżka. -  To  mój  mały  bękart z 
Francji, jeśli chcecie wiedzieć. Adelka Varens. 

Jest tu tak zimno, jak mówiła Jenny. La vieille dame (La 

vieille dame (fr.) - starsza pani.), madame Fair - fax, opowiada 
mi,  że  żyje  tu  Jack  Frost  (Jack  Frost  (ang.)  -  personifikacja 
mrozu.), który przychodzi każdej nocy malować na szybkach 
mojego okna - i jest to prawda, bo widzę jego gryzmoły, gdy 
się  budzę.  Są  jednak  tak  trudne  do  odszyfrowania  jak 
uśmiechy  i  grymasy  mężczyzny,  którego  zgodnie  z 
poleceniem Jenny mam nazywać papą; jednak on wcale sobie 
tego  nie  życzy.  Czasami,  gdy  siedzę  sama  w  pokoju,  gdzie 

background image

jedna  ciemność  zastępuje  drugą  -  brunatny  zmrok,  potem 
czerń  nocy,  po  czym  szarość,  kładąca  się  niczym  futro 
zwierzęcia  na  polu,  łące  i  strumyku  -  myślę,  że  jestem  w 
większej  bliskości  z  tym  monsieur  Frostem,  niewidzialnym 
autorem  mroźnej  pisaniny,  niż  z  człowiekiem,  który 
opowiedział  swoim  przyjaciołom  z  wielkiego  świata,  jak  to 
uratował bezradnego bękarta od paryskiego rynsztoka. Minęło 
siedem tygodni - liczę je na frędzlach robe de chambre (Robe 
de  chambre  (fr.)  -  szlafrok.)  ,  kiedyś  należącego  do  mojej 
matki,  jedynej  mojej  pamiątki  naszego  życia  przy  rue 
Vaugirard.  Uszyty  z  różowego  bawełnianego  materiału, 
ocieplony  na  turecki  sposób,  by  otulać  maman  w  długie 
poranki  spędzane  na  piciu  kawy  albo  na  powtarzaniu  tekstu, 
nadal pachnie piżmem lub jaśminem - ale nie wolno mi o niej 
myśleć,  tak  mówi  Jenny.  A  madame  Fair  -  fax  nie  może 
myśleć o niej w ogóle, bo nic nie wie na temat najpiękniejszej 
kobiety, najsłynniejszej aktorki Paryża. 

 - Niedługo do ciebie przyjadę, ma cherie - mówi do mnie 

maman  w  moich  snach  na  jawie,  gdy  siedzę  w  zmroku  przy 
oknie,  zapisanym  przez  Jacka  aż  do  samej  ramy.  -  Nie 
zapominaj, jak bardzo cię kocham. 

 -  I  chociaż  nie  pamiętam,  by  mówiła  do  mnie  te  słowa, 

czuję  miłość,  którą  według  Nadara  chowam  zbyt  głęboko, 
czuję,  że  wypływa  mi  na  policzki,  w  postaci  rumieńców  i 
gorąca. Powinnam pokazać wszystkim tutaj, na co mnie stać... 
to  dziecko  o  francuskich  manierach,  którego  nikt  nie  chce 
zrozumieć.  Muszę  zasłużyć  na  miłość  papy  i  muszę 
spróbować  -  nawet  jeśli  będzie  to  trudne  -  oduczyć  się 
sposobu  zachowania  mimów  i  aktorów,  bo  nie  jest  to  tutaj 
dobrze widziane. 

 -  Byłam  raz  w  teatrze,  w  Bradford,  moja  droga  -  mówi 

starsza pani, gdy pytam ją o jakieś wspomnienia niezwiązane 
z tą fortecą, Thornfield Hall, będącą moim więzieniem. - Ale 

background image

przypominam  sobie  jedynie  taką  smutną  scenę  miłosną: 
kochankom nie wolno się było spotykać, czy coś takiego. Jak 
sięgam pamięcią, nie było nikogo, kto by wtedy nie płakał. - 
Po  tych  słowach  gospodyni,  zwykle  tak  hałaśliwa  i  zajęta, 
gotowa  zrugać  Leę  albo  odesłać  mnie  do  pokoju  po  kapcie, 
abym  nie  chodziła  boso  po  lodowatej  podłodze,  milknie,  i 
czuję się winna, że zapadła w smutną zadumę, choć ona nigdy 
mi  nie  powie,  dlaczego  mogłabym  tak  się  czuć.  Czasem, 
przyznaję,  specjalnie  źle  się  zachowuję,  by  ta  kuzynka  papy 
zwróciła  na  mnie  uwagę  (jest  więc  także  moją  kuzynką? 
Trudno  mi  sobie  wyobrazić,  żeby  miała  ochotę  przyjąć  mnie 
jako  nowego  członka  swojej  rodziny),  biegając  po  całym 
domu, gdzie każde piętro, pogrążone w ponurym mroku, zdaje 
się  na  poziomie  piwnicy.  „Wielkie  Thornfield  Hall", 
napisałam do Jenny podczas mojego pierwszego tygodnia tutaj 
- a minęło sześć tygodni, a ona mi jeszcze nie odpowiedziała - 
„to nic więcej jak trzy piwnice, postawione jedna na drugiej". 
Niewiele  jednak  wtedy  wiedziałam  o  istnieniu  kolejnego 
podziemnego  poziomu,  wysoko  ponad  smutnym,  mrocznym 
pokojem,  który  mi  przydzielono,  jako  ni  szlachciance,  ni 
słudze.  Nieświadoma  byłam  istnienia  piekła,  wykrojonego  z 
odwiecznych  otchłani  i  umieszczonego  pod  blankami  i 
bezlitosną  bielą  zimowego  nieba.  Z  początku  moje  poczucie 
braku  równowagi,  niemalże  brak  woli,  by  udać  się  schodami 
na  dół  czy  na  górę,  dalej  czy  bliżej  pokojów  mężczyzny, 
którego  jestem  zmuszona  adorować,  kochać  -  mojego  papy, 
który  niestety  mnie  nie  rozumie  -  odzwierciedlało  moją 
niepewność  co  do  mojego  statusu  w  tym  dziwacznym, 
zimnym  domostwie.  Czy  służące  mają  na  mnie  patrzeć  z 
pogardą  czy  z  szacunkiem?  Czy  sympatia  okazywana  mi  z 
rzadka przez madame Fairfax bierze się z jej tajemnej wiedzy 
na temat tego, czym obdarzy mnie papa, gdy tylko odjadą jego 
goście, gdy - choć nie lubię o tym myśleć - zostaną ogłoszone 

background image

jego  zaręczyny  z  mademoiselle  Ingram?  Czy  guwernantka, 
mająca według ich zapewnień, zjawić się lada dzień, by uczyć 
mnie  manier  młodej  angielskiej  panienki,  zaprezentuje 
mademoiselle  Blance  wspaniałe  wychowanie  i  pochodzenie 
swojej  podopiecznej?  Czy  też  już  zawsze  wszyscy  będą 
zachowywać  się  tak,  jakby  mnie  nie  było?  Znikąd  żadnych 
sygnałów.  Albo  ktoś  mnie  poprowadzi,  albo  będę  zdana  na 
samą  siebie.  Ale  teraz  już  mi  niespieszno  tak  bardzo  do 
spotkania  z  guwernantką,  bo  w  najbardziej  niewiarygodnym 
miejscu  znalazłam  bratnią  duszę.  A  oto  jak  do  tego  doszło. 
Nawałnice  zacinającego  deszczu  zatrzymały  wszystkich  w 
domu:  mademoiselle  Blanka,  w całym swym wyrafinowaniu, 
nie ma ochoty stąpać po kałużach łub narazić swej fryzury na 
podmuchy  silnych  wiatrów,  hulających  po  bagnach  i 
zrywających  liście  z  drzew  w  alei,  z  której  papa  tak  jest 
dumny.  Jej  matka  zaś,  lady  Ingram,  wraz  z  innymi  gośćmi 
usadowiła  się  w  biało  -  czerwonym  salonie,  do  którego  pod 
groźbą  śmierci  zakazano  mi  wstępu.  -  Zabierzcie  stąd  tego 
bachora  -  usłyszałam  wrzask  panny  Blanki,  gdy  udało  mi  się 
namówić  Leę,  by  ubrała  mnie  w  sukienkę  z  różowej 
organdyny,  którą  papa  sprowadził  mi  z  Paryża,  dowód  jego 
nieśmiertelnej  miłości  do  maman  i  ich  wspólnego  skarbu, 
małej Adelki. - To dziecko działa mi na nerwy - stale używała 
tego samego zwrotu. Jednak gdy wspomniałam La Fairfax, że 
nie  chcę,  by  ten  potwór  został  moją  przybraną  maman, 
gospodyni  wygładziła  swój  fartuch,  spojrzała  gdzieś  w  bok, 
mamrocząc,  że  tak,  jak  stoją  sprawy  w  Thornfield  Hall,  nie 
zanosi się na to, by pojawiła się tu jakaś przybrana maman. I, 
jako  że  nie  przeczuwam,  co  się  kryje  za  słowami  tej  dobrej 
kobiety,  uznaję,  że  po  raz  kolejny  małżeńskie  plany  pana 
Rochestera spalą na panewce. Tak więc, wchodząc do biało - 
czerwonego salonu w mojej odświętnej kreacji, nie czułam się 
ani pupilką, ani intruzem. W końcu mademoiselle Ingram ma 

background image

mniejsze  prawo  być  tu  niż  ja,  mimo  że  zajmuje  swą  ospałą 
osobą  całą  dużą  sofę  tuż  pod  oknem.  Czyż  nie  byłam  córką 
pana domu? I czy nie stawało się coraz mniej prawdopodobne, 
że Blanka będzie sprawować tu rządy jako dziedziczka? Choć 
wielokrotnie widziałam w tym dziwnym maison de campagne 
(Maison de campagne (fr.) - dom na wsi.), ni to zamku, ni to 
wiejskiej  rezydencji,  jak  monsieur  Rochester  ulega  pannie 
Blance,  tak  jakby  rzeczywiście  była  jego  wybranką.  Zwykle 
więc podnosi mnie  i  z  energią  wyrzuca do hallu, tak jakbym 
była  jakimś  niechcianym  szczeniakiem.  Prawdą  jest,  że  od 
kiedy  mam  nową  przyjaciółkę,  mam  takie  samo  pojęcie  o 
swoim położeniu, jak wiatrowskaz umieszczony na blankach, 
obracający się z każdym podmuchem wiatru. 

Tego  szczególnego  dnia,  jak  już  mówiłam,  dom 

przepełniony był ludźmi, którzy posiedli tak dużą umiejętność 
wynajdywania  sobie  rozrywek,  jak  owce  zamknięte  w 
zagrodzie.  Gdy  przypominam  sobie  jeux  de  cartes  (Jeux  de 
cartes  (fr.)  -  gra  w  karty.),  szarady  i  operetki  organizowane 
przez  maman  i  Jenny  w  deszczowe  niedziele,  gdy  nudni 
gentlemani wraz z żonami klęczeli na modlitwie w kościele w 
Saint - Germaine en Laye lub gdy wielki dzwon Notre Dame 
rozbrzmiewał  w  całym  mieście,  prosząc  clownów  i  aktorów, 
hazardzistów  i  tancerki,  by  zaniechali  swych  frywolnych 
praktyk i poświęcili kilka chwil na budowanie sobie drogi do 
nieba  -  gdy  myślę  o  tych  wszystkich  rozrywkach,  które 
wymyślałyśmy, głęboko  współczuję  tym  anglais,  niezdolnym 
do  niczego  więcej  jak  pochłaniania  le  rosbif  na  uroczystym 
obiedzie  i  ziewania  cały  dzień,  podczas  gdy  na  dworze  pada 
deszcz.  Nauczyłam  się  zajmować,  i  to  nawet  z  fascynacją, 
odkrywaniem  odziedziczonego  po  przodkach  domu  mojego 
drogiego  papy,  w  porze,  kiedy  Yorkshire  tonęło  w  mroku  i 
ulewach. Wielki hall z dębowymi schodami był dla mnie tak 
obiecujący i ekscytujący jak dziecięcy teatr kukiełkowy (taki, 

background image

jak kupił mi papa, podczas jednej ze swych rzadkich wizyt w 
Londynie,  czerwona  tektura,  proscenium  ze  złotego  papieru, 
itd.).  Które  drzwi  otworzyć  z  tego  kwadratowego  hallu,  co 
zdawał  się  tak  złowrogi  dla  wchodzących  z  zewnątrz,  że 
madame  Fairfax  gotowa  była  przysiąc,  iż  duch  grandmere 
(Grandmere  (fr.)  -  babcia.)  Rochester  tam  właśnie  przebywa, 
za  jej  własnym  portretem  ze  sznurem  zimnych  pereł?  (Nie 
bałam  się:  jeśli  to  jest  mój  dom,  powinnam  go  objąć  w 
posiadanie,  tak  jak  moi  przodkowie).  Którego  ponurego, 
ciemnego dnia wybiorę drzwi prowadzące na górę, na schody 
dla  służby?  Schodzi  nimi,  jak  widziałam,  dziwna  kobieta,  za 
nią  zaś  człapie  Gracja,  ta,  co  napełnia  swój  kufel  co  pół 
godziny,  podczas  gdy  madame  Fairfax  cmoka  językiem. 
Potem  ciągnie  za  sobą  obcą  kobietę  z  powrotem  na  górę,  z 
taką  samą  delikatnością,  z  jaką  papa  i  mademoiselle  Ingram 
obchodzą  się  ze  mną.  To  właśnie  tego  dnia,  niecały  tydzień 
temu, kiedy Ingramowie bawili w Thornfield Hall, pokazałam 
tym nudziarzom, jak się rozerwać i sprawić sobie przyjemność 
w najbardziej nawet szary i smutny dzień. 

Mademoiselle  -  ta,  co  marzy  o  zostaniu  narzeczoną 

dziedzica  -  jest  dziś  nie  w  sosie.  La  Fairfax  poucza  mnie,  że 
papa  to  „dziedzic",  ale  nie  podoba  mi  się  to:  papa  jest 
milordem,  jak  utrzymywały  zarówno  maman  jak  i  Jenny, 
mimo  ich  zniecierpliwienia  wobec  jego  szorstkich  manier. 
Dziedzic to człowiek żyjący na wsi razem ze swoimi świniami 
i  krowami,  tak  przynajmniej  to  dla  mnie  brzmi,  a  przecież 
papa jeździ po całym świecie. Odbył wielką wyprawę i wrócił 
z  marmurowymi  posągami  i  obrazami  wielkimi  jak 
kolumnady i łańcuchy górskie - Europa położyła u stóp papy 
swe skarby. Mademoiselle, jak mówiłam, jest nie w humorze, 
i właśnie przed chwilą, z powodu złych manier miała czelność 
jeszcze raz wyrzucić mnie z salonu, tak więc stoję teraz, tego 
zimnego  i  pochmurnego  dnia,  samotna  i  zapomniana  w 

background image

kwadratowym  hallu.  Blanka  nigdy  nie  zostanie  madame 
Rochester,  to  pewne.  I  gdy  tak  stoję,  drżąc  z  zimna  w  białej 
sukni  z  jedwabnego  muślinu,  udekorowanej  na  brzegu 
wisienkami  i  pączkami  róż,  i  staram  się  wymyślić,  jakiego 
figla  mogłabym  spłatać  tej  wyniosłej  piękności,  drzwi 
wiodące na schody dla służby otwierają się, ukazując  brudną 
halkę,  a  następnie  jej  właścicielkę,  która  wchodzi  do  hallu, 
dzierżąc pusty kufel. Gracja, bo to jest ona, nie zauważa mnie, 
zmierzając  do  kuchni,  chociaż  nie  wiem,  dlaczego  nie  udała 
się  wprost  na  dół  do  piwnicy  wziąć  jedzenie.  W  tej  samej 
chwili  otwierają  się  drzwi  do  sali  bilardowej  i  reszta 
towarzystwa  wychodzi,  obżarta  i  znudzona  jak  zwykle,  co 
sprawia, że Gracja natychmiast znika. 

To moja szansa, by wnieść trochę ożywienia i śmiechu do 

życia  tych  wstrętnych  anglais.  Czy  papa  nie  pamięta,  jak 
bawiliśmy się w cache - cache (Cache - cache (fr.) - zabawa w 
chowanego.)  w  domu  maman  i  że  czasami  podczas  gry 
pozwalała mu się wspiąć aż do swojej sypialni? Czyż papa nie 
podejmie  zabawy,  gdy  usłyszy,  jak  krzyczę  „bawmy  się  w 
chowanego!  Raz,  dwa,  trzy,  kryjesz  ty!",  jak  nauczyła  mnie 
tego po angielsku La Fairfax? 

Papa  nie  wyszedł  z  biało  -  czerwonego  salonu,  gdzie 

siedzi  przygnębiony,  słuchając  niekończących  się  popisów 
Blanki na pianinie. Jednak reszta towarzystwa opuściła pokój. 
W  ciągu  minuty,  tak  się  przynajmniej  wydaje,  całe  stado 
młodych  mężczyzn  i  głupich  dziewcząt  w  sukniach  z 
bufiastymi  rękawami,  które  w  Paryżu  już  dawno  wyszły  z 
mody, goni mnie po wąskich schodach dla służby aż na samą 
górę. Ale zbyt jestem zziajana, zbyt podekscytowana, a wręcz 
przerażona, by zatrzymać się, spojrzeć za siebie i nie pozwolić 
im wejść na górę. Podobnie jak oni nie wiem bowiem, co się 
tam  znajduje,  w  krainie  strzeżonej  przez  Grację,  nigdy  nie 
wspominanej  przez  madame  Fairfax,  tak  jakby  całe  piętro 

background image

Thornfield Hall, na mocy jej własnej decyzji, przestało istnieć. 
Przecież to ja miałam im się chować. Skoro nie szukają mnie, 
to  kogo  lub  czego?  Słyszę  ich  pełne  podniecenia  krzyki,  że 
prowadzę ich do ducha: „O, to babka Edwarda, mówiła mi to 
gospodyni",  gdy  wspinam  się  na  górę  i  staję  na  piętrze,  na 
które, nawet przy penetrowaniu Thornfield Hall, nie udało mi 
się przedtem dotrzeć. 

Panuje  tutaj  ciemność,  stropy  są  niskie,  więc  mija  trochę 

czasu, zanim mogę dostrzec podłogę, pokrytą czymś twardym 
jak ściółka dla zwierząt - nie mogę opędzić się od tej myśli. Ta 
ostra  słoma  nie jest  dla  takich  jak  mademoiselle  Ingram  i  jej 
przyjaciele.  Światło  wpada  przez  mansardowe  okna  -  takie, 
przy  których  pracował  Nadar,  biedny  Nadar,  któremu  tak 
potrzebne było dobre dzienne światło. Na pochyłych ścianach 
wiszą  nieoglądane  obrazy,  niektóre  tak  wysokie,  że  musiały 
zostać umieszczone tutaj, kiedy wyszły z mody - część z nich 
to  portrety  wielkich  pań  i  panów,  smutnych  i  ponurych  z 
powodu  przebywania  w  tym  domu,  zagubionym  wśród 
ciemnych bagien. Przebiegając koło nich, rozpoznaję na nich 
rysy monsieur de Rochester (wiem w tajemnicy, że papa jest 
tak  samo  szlachetnego  pochodzenia  jak  wicehrabia  maman), 
ale  nie  swoje,  choć  staram  się  jak  mogę  robić  do  nich  różne 
miny. 

Dlaczego  zrobiło  się  tak  cicho?  Dobiega  mnie  jedynie 

stłumiony odgłos męskich kroków i tupot dziewczęcych nóg. 
Musieli  pobiec  w  przeciwnym  kierunku,  widząc,  jak 
przypuszczam,  że  korytarz  prowadzi  do  dalszych  pokoi  z 
antycznymi,  intrygującymi  meblami.  Słyszę  z  oddali  pełne 
zachwytów  okrzyki  jednej  z  powierniczek  mademoiselle 
Blanki  nad  jakimś  koszyczkiem  do  szycia  umieszczonym  w 
intarsjowanym stoliczku - gratem, który tante Irene już dawno 
by wyrzuciła. Potem cała gromada natyka się na kogoś - może 
Grację,  człapiącą  z  powrotem  na  górę  z  pełnym  kuflem 

background image

porteru  -  i  zapada  cisza,  przerywana  jedynie  szeptanymi 
przeprosinami:  może  to  madame  Fairfax  weszła  na  teren,  o 
którym  nigdy  nie  wspomina,  by  wyrzucić  tych,  co  nie  mają 
prawa  poszukiwać  ducha  Thornfield  Hall.  Zatrzymuję  się  i 
czuję,  że  głową  dotykam  sufitu,  a  korytarz  zwęził  się, 
ukazując  jeszcze  jedne  schody,  jeszcze  mniejsze  od  tych, 
którymi  weszłam  na  poprzedni  podest.  Czy  powinnam 
zawrócić  i  wyjaśnić  gospodyni,  że  bawiliśmy  się  w  cache  - 
cache, zabawę, którą starałam się jej opisać, gdy siedziałyśmy 
przy  kominku  i  madame  Fairfax  powiedziała  mi,  że 
guwernantka niedługo przyjedzie i że wtedy będę mogła zająć 
się czymś więcej niż opowiadaniem o moim dotychczasowym 
życiu  przysypiającej  staruszce?  Czy  mam  udać  się  na 
poszukiwanie  Anglików,  którzy  tyle  polują  i  krzyczą 
„Wyczha!", gdy są na polu, ale tu patrzą na mnie tak, jakbym 
była niedostrzegalną maleńką myszką? Mogę teraz zrobić, co 
chcę. Nie mam ochoty się ukrywać, gdy nikt nie będzie mnie 
szukał. Wobec tego stawiam moją stopę - małą, nawet jak na 
mój wiek, jak to mi kiedyś powiedziała Jenny, wyjątkowo się 
uśmiechając - na schodku i widzę, że w całości przykrywa ona 
stopień,  tak  jakby  tę  drogę  mogła  przejść  jedynie  Adelka 
Varens,  une  petite  fille  (Une  petite  fille  (fr.)  -  mała 
dziewczynka.),  dziecko,  dla  którego  ją  zrobiono;  tak  mi  się 
przynajmniej  wydaje,  gdy  wspinam  się  po  tych  dziwnych 
schodach. 

Po  kilku  zakrętach  -  nie  słysząc  przy  tym  ani  madame 

Fairfax,  ani  wycofującego  się  towarzystwa  -  widzę  światło 
padające na schody przede mną i gdy w końcu mijam ostatni, 
niesamowicie  wąski  skręt,  dostrzegam  spore  okno 
oświetlające ścianę i stopnie. Okno jest otwarte, a na parapet 
łatwo  jest  się  wspiąć,  a  przynajmniej  łatwiej  niż  na  ostatni, 
stromy  stopień.  I  tak,  jakbym  cały  czas  wiedziała,  że  muszę 
złamać  zakaz  i  wejść  na  dach  domu  papy,  robię  to  bez 

background image

wahania. Ołowiane blachy są miękkie, tak jakby nadtopiło je 
słońce,  tak  rzadko  świecące  w  Thornfield.  Spajają  je  lub 
otaczają  długie  rynny,  którymi  staram  się  iść,  bojąc  się 
potknąć  na  nierównej  powierzchni.  Z  początku,  starając  się 
zachować równowagę, nie spoglądam w górę. Wiem, że moją 
nagrodą  będzie  wspaniały  widok,  staram  się  jednak  na  razie, 
podczas  mojej  potajemnej  wizyty  na  dachu,  ograniczyć  do 
spoglądania na grubo ciosane atrapy dział z szarego kamienia. 
Co  by  się  stało,  gdybym  spadła?  Nie  mogę  opędzić  się  od 
myśli,  że  wpędziłoby  to  w  kłopoty  madame  Fairfax,  którą 
zaczynam  lubić  z  braku  innych  życzliwych  osób.  Muszę 
bardzo się postarać nie spaść na ziemię. 

Gdy  w  końcu  podnoszę  wzrok,  dostrzegam  ją.  Za  jej 

plecami rozciąga się fioletowawa mgła wrzosów na bagnach, 
blednąca przed szybko nadciągającą zimą, choć nadal na tyle 
intensywna,  by  upodobnić  się  do  oceanu  malowanego  przez 
kogoś, kto marzy o egzotycznych morzach. Cierniowe drzewa, 
poszycie,  wspaniałe  ogrody  warzywne  i  zabudowania 
Thornfield  Hall  leżą  tak  równo  jak  dziecięce  zabawki  na  tej 
ziemi  wydartej  dzikim  bagnom.  Ozdobne  jeziorko  błyszczy 
jak  łza  umieszczona  przez  jednego  z  paryskich  amis  maman, 
na woskowym policzku mojej ulubionej poupee (Poupee (fr.) - 
lalka.),  Christine.  Wszystko  jest  sztuczne,  przeniesione, 
miniaturowe - z wyjątkiem kobiety, stojącej teraz naprzeciwko 
mnie,  najwyżej  pół  kroku  od  gzymsu.  Jest  wynędzniała, 
czarne włosy opadają jej na plecy, i wyciąga do mnie ramiona. 
Tylko ona jest prawdziwa na tym otoczonym blankami dachu, 
z  którego  nie  wystrzelą  już  działa,  a  zdobiące  go  wieżyczki, 
zwieńczone  niby  -  pieprzniczkami,  nie  stawią  czoła  ani 
oblężeniu,  ani  atakowi.  Za  nią,  jak  na  scenie  Funambules, 
rozciąga  się  namalowany  krajobraz  otaczający  i  zamykający 
Thornfield Hall. Kobieta, chwiejąc się na nogach, zbliża się do 
mnie. 

background image

 -  Mon  doudou  (Mon  doudou  (fr.)  -  moja  maskotko.)  - 

mówi  grubym  głosem,  grubszym  niż  głos  Gracji,  idącej  z 
porterem  na  górę.  -  Viens  (Viens  (fr.)  -  chodź,  podejdź.)  - 
dodaje  dziwna  kobieta.  Jej  akcent  coś  mi  przypomina,  ale 
jeszcze nie wiem co. Jest Francuzką - to wszystko, co wiem - 
jest  Francuzką  i  moją  nową  przyjaciółką,  ofiarowaną  mi  na 
dachu w Thornfield Hall. 


Wkrótce  nauczyłam  się,  jak  zachować  tajemnicę  o 

kobiecie  mieszkającej  na  dachu  domu,  który  powinnam, 
według  Jenny,  uważać  za  swój  -  ale  nie  mogę,  nie  mogę. 
Etrangere (Etrangere (fr.) - cudzoziemka.) (widzę bowiem, że 
biedna  Antonina,  jak  każe  mi  się  nazywać,  czuje  się  w  tym 
domu tak samo obco jak ja) znalazła sobie swój mały dom w 
wieżyczce,  i  położyła  tam  kołdrę  w  kolorze  egzotycznych 
kwiatów,  jakie  maman  zasuszyła  i  przywiozła  ze  sobą  z 
Martyniki, gdzie pojechała tańczyć, daleko, za morzem. Moja 
przyjaciółka  zasypia,  gdy  słońce  zachodzi, a  ja przynoszę  jej 
jedzenie,  odłożone  z  prostych,  niesmacznych  posiłków,  które 
Lea dwa razy dziennie przynosi do szkolnego pokoju. Lea jest 
przyzwyczajona  do  tego,  że  oddaję  jej  mój  talerz  z 
nietkniętym  stosem  duszonego  mięsa  i  rozgotowanych 
warzyw, musiałam więc udawać, że dostałam apetytu, jakiego 
nigdy  przedtem  nie  miałam.  Ale  to  wszystko  warte  jest 
wymyślania  tych  niestworzonych  historii.  Madame  Fairfax 
pewnie  wierzy,  że  potrzebuję  wolnego  czasu  na  naukę 
angielskich  czasowników,  przygotowując  się  na  przybycie 
guwernantki.  Chociaż  czuję,  że  przychodzi  do  mnie  jak  do 
dziecka,  które  potrzebuje  towarzystwa,  i  jak  do  obiecującej 
aktorki, która pragnie wykonywać dla publiczności kanconety 
(Kanconeta  -  krótka,  popularna  pieśń  wioska.)  i  miłosne 
smutne  ballady,  tak  jak  nauczono  ją  to  robić  na  kolanach 
mamy. 

background image

Jednak  moje  odkrycie  warte  jest  wszystkich  tych 

wysiłków. Antonina nie jest jak te angielskie damy: Blanka ze 
swoją  wyższością  pełną  chłodu,  przeszywającego  mnie  do 
szpiku  kości,  czy  nawet  madame  Fair  -  fax,  która  czasem 
patrzy  jakby  przeze  mnie,  gdy  o  czymś  paplam.  Antonina 
uznaje  wartość  kolorów,  muślinów,  jedwabi  i  satyn,  których 
skrawki jej przynoszę - kawałki za małych już sukienek, które 
zachowałam,  podobnie  jak  wspomnienia  o  maman, 
powracające  przy  każdym  wyjmowaniu  ich  z  szuflady,  z 
bibułki  przynoszonej  mi  przez  pokojówkę  Sophie.  Antonina 
czasami  mówi  językiem,  którego  nie  rozumiem,  po  czym 
śmieje się i wraca do francuskiego lub angielskiego. Mówi, że 
posługuje  się  gwarą  z  wyspy, na  którą  mnie  kiedyś  zabierze, 
Wyspę  Zawietrzną,  jak  ją  nazywa,  gdzie  kiedyś  była 
szczęśliwa.  Bawi  się  ze  mną  i  przytula,  tak  jakbyśmy  znały 
się,  zanim  los  rzucił  nas  w  zimne  objęcia  Thornfield  Hall.  - 
Cherie (Cherie (fr.) - kochanie.), doudou - szepcze do mnie, a 
ja czuję w jej oddechu wodę ognistą. I kiedy zdaje jej się, że 
ktoś nam może przeszkodzić w zabawie na dachu - Qui est la? 
Qui  est  la?  (Qui  est  la?  (fr.)  -  kto  tu  jest?)  -  krzyczy,  co 
przypomina  mi  tak  mocno  naszą  papugę  na  rue  Vaugirard, 
monsieur Puncha, że uznaję ptaka i ją za części tego samego 
krajobrazu,  gdzie  kwiaty  o  gorących  barwach,  uwielbiane 
przez  Antoninę,  kwitną  przez  cały  rok,  a  ćmy  są  tak  wielkie 
jak jedwabne chustki papy. 

Nigdy  się  nie  dowiem,  dlaczego  Gracji  Poole  tyle  czasu 

zajęło znalezienie nas razem w kryjówce na dachu. Być może 
dlatego,  że  padało  i  przeszłyśmy  na  drugą  stronę  parapetu 
(moja nowa przyjaciółka zrobiła to wtedy po raz pierwszy; tak 
bardzo nie znosi wnętrza Thornfield Hall, jak ja spacerów po 
mokrych,  szarych  łąkach,  do  których  zmusza  mnie  madame 
Fairfax  „dla  mojego  zdrowia".  Będę  ich  odbywać  jeszcze 
więcej, jak mi obiecuje, kiedy przyjedzie guwernantka: jak ja 

background image

już  teraz  nienawidzę  „mademoiselle",  z  jej  brązowymi 
półbutami  i  laską,  lądującą  w  listowiu  żywopłotów,  które 
pokonujemy,  wciąż  i  wciąż  podczas  naszych  męczących 
wędrówek.  Adelka  wkrótce  cierpieć  będzie  często  na  bóle 
głowy,  które  pozwolą  wymigać  się  od  pobytów  w  pokoju 
szkolnym. Będę się chować i uciekać z powrotem do domku w 
wieżyczce mojej drogiej Antoniny, to pewne). 

Jednak,  jak  się  zorientowałam,  Antonina  nie  cierpiała 

pewnej  rzeczy  bardziej  niż  innych,  a  mianowicie 
pozostawania  w  zamknięciu.  Znalazłam  na  szczęście  niskie 
drzwi,  kilka  krętych  schodków  poniżej  dużego  okna, 
wychodzącego  na  dach.  Drzwi  były  kwadratowe  i  nawet  ja 
musiałam  się  niemal  zginać  wpół,  by  je  otworzyć  i  wejść. 
Przed  wczołganiem  się  przez  szparę  do  tajnego  pokoju, 
należało najpierw też wspiąć się na półkę. 

Antonina z początku odmówiła powrotu z dachu do domu. 

Ale gdy jej oznajmiłam, co widziałam w tej pakamerze - gdyż, 
jak przypuszczam, jest to przechowalnia wszystkich dawnych, 
niechcianych  i  zapomnianych  lat  dziecinnych  dziewcząt  i 
kobiet  z  familie  Rochester  -  moja  nowa  przyjaciółka  nie 
opierała  się  dłużej  i  dołączyła  do  mnie.  Była  wysoka,  więc 
zrazu  trudno  jej  było  zgiąć  się  tak  bardzo  (gdy  klęknęła  na 
półce  przy  niskich  drzwiach,  zaśmiała  się  i  z  pewnością 
przeraziłby mnie jej śmiech, gdybym nie znała jej jako miłej i 
życzliwej kobiety), jednak gdy udało jej się wejść do środka i 
stanąć  obok  mnie  na  drewnianych  deskach,  zdałam  sobie 
sprawę,  że  nigdy  nie  widziałam  jej  szczęśliwszej  lub  tak 
zafascynowanej tym, co przed nią leżało. 

Pokój  był  wyższy  niż  drzwi,  ale  niewiele.  Mogłam 

chodzić  po  nim  wyprostowana,  lecz  Antonina  nie.  Jednak 
dzięki  temu,  że  zmuszona  była  schylać  się  cały  czas, 
dostrzegła  szklaną  podłogę  w  najdalszym  krańcu  pokoju,  i 
odganiając  rój  rozzłoszczonych  pszczół  (zatrzymałam  się,  by 

background image

otworzyć ich plastry w poszukiwaniu miodu) poszłam za nią. 
Stała,  zaglądając  do  pokoju  leżącego  pod  nami,  a  my 
znajdowałyśmy się na najwyższym strychu Thornfield Hall. 

Przez brudne szklane kafelki, niemyte pewnie od czasu ich 

położenia,  widać  było  łazienkę.  Jak  usiłowała  mi  to  wpoić 
madame  Fairfax,  dom  został  zbudowany  przez  dziadka  pana 
Rochestera, co miało mnie skłonić do należytego szacunku dla 
chateau, do którego zostałam sprowadzona jako uboga sierota. 
Wanna była długa i zielonkawa. Obok niej drewniana komoda 
z  trzcinowym  oparciem,  tak  by  można  było  na  niej  usiąść; 
sprawiało  ono,  że  przypominała  afrykański  tron  -  to  mi 
przynajmniej  przyszło  na  myśl,  gdy  przypomniałam  sobie 
obrazki w książkach o plemionach, które Nadar mi pokazywał 
w pokoju, w którym wyczarowywał twarze, smutne i wesołe. 
Miednica,  stojak  do  mycia,  dwa obrazki  (jednak  światło  było 
zbyt słabe, by im się przyjrzeć; przedstawiały chyba jeziora i 
bagna  w  kolorze  fioletu,  którego  używają  źli  malarze 
uwieczniający tutejsze krajobrazy). A w wannie, nieruchomy i 
blady, goły jak noworodek, nikt inny jak monsieur Rochester, 
milord  i  właściciel  wszystkiego,  na  czym  spocznie  jego 
spojrzenie  w  Thornfield.  Antonina,  która  zobaczyła  go 
pierwsza, wydała z siebie głośny okrzyk. Monsieur Rochester 
spojrzał  w  górę,  marszcząc czoło,  po  czym  usiadł  w  wannie. 
Antonina,  upadłszy  w  tył  na  malowanego  bujanego  konia, 
złapała go za wełnianą wyliniałą grzywę i zaczęła cedzić obce 
mi  słowa  do  białego,  drewnianego  ucha  zdobionego  małymi 
dzwoneczkami, które  jej  silne  ramiona  ciągnęły do  siebie.  Ja 
zaś podbiegłam do mojej nowej przyjaciółki i ukryłam głowę 
w  jej  spódnicach.  Nie  miałam  wtedy  pojęcia  o  jakimkolwiek 
związku  pomiędzy  mężczyzną,  którego  według  Jenny 
powinnam  nazywać  papą,  i  kobietą  z  egzotycznych  wysp, 
która śpiewa dla mnie, jak niegdyś robiła to kreolska służąca 
maman,  a  śpiewa  pieśni  pochodzące  od  starej,  kochającej  ją 

background image

kobiety,  Christine,  jak  utrzymuje.  Zamykam  oczy  i  słyszę 
falujący, podobny do szlochu dźwięk, wydobywający się z ust 
Antoniny,  kiedy  jej  śmiech  przemienił  się  w  dziki  skowyt 
pełen  żalu.  Bujany  konik  potrząsa  głową,  małe  dzwoneczki 
dzwonią.  Teraz  jesteśmy  już  z  dala  od  szklanej  części 
graciarni i kiedy posuwamy się naprzód, potykamy się o dwa 
plecione  siodła,  przeznaczone  dla  dzieci  mniej  więcej 
czteroletnich, i widzę usadzone na nich dwie malutkie figurki, 
zmarłe  siostry  bliźniaczki,  o  których  opowiadała  mi  madame 
F, ciotki monsieur Rochestera. Z mych ust dobywa się krzyk... 
a  potem  jeszcze  jeden.  I  gdy  otwierają  się  niskie  drzwi  i 
Gracja  gramoli  się  do  środka,  a  madame  F  zaraz  za  nią, 
zostawiam  biedną  Antoninę  leżącą  bez  ruchu  na  podłodze,  a 
sama rzucam się w objęcia gospodyni. 

background image


Edward 
Boję  się,  że  moje  plany  małżeńskie,  moje  plany  na 

przyszłość  obrócą  się  wniwecz.  Jeśli  jest  jakiś  duch,  który 
straszy w tym domu, to należy do dziecka zesłanego mi przez 
diabła, aby przypominać mi o błędach i grzechach przeszłości. 
To duch chaosu i zniszczenia, wierny uczeń swej matki, duch 
rewolucji  i  przewrotu,  chcący  położyć  kres  odwiecznemu 
porządkowi  -  uwiecznionemu  i  uczczonemu  na  tablicach 
starego kościoła w Thornfield, szanowanemu w całej okolicy. 

Bóg  (a  i  on  został  wypędzony  przez  ogień 

nieposłuszeństwa  i  rebelii,  wypełniający  korytarze  tego 
wielkiego  domu,  niegdysiejszej  ostoi  respektu)  -  Bóg  jedyny 
wie, czy to dziecko jest moje (choć, muszę przyznać, widzę w 
nim niektóre cechy mojego charakteru, których z bożą pomocą 
chciałem  się  pozbyć,  a  mianowicie  dumę,  arogancję,  chęć 
skrywania najintymniejszych uczuć). Podłość tego dziecka jest 
być może naturalną konsekwencją wychowania, jeśli w ogóle 
można  to  tak  nazwać.  Matka jego  bowiem,  zamiast  się  o  nie 
troszczyć, była stale nieobecna; dziecko za towarzystwo miało 
akrobatów i ateistów, którzy pragnęli dostać się do nieba, jeśli 
oznaczało  to  wspięcie  się  na  najwyższą  linę  rozpiętą  w 
cyrkowym  namiocie.  Za  przewodnika  w  sferze  uczuć  miała 
Adelka  podstępną  szantażystkę,  podpisującą  się  „Jenny"  pod 
listami,  w  których  domaga  się  ode  mnie  dalszych  pieniędzy. 
Cóż,  jeśli  do  tego  opisu  dodamy  cechy,  które  dziedziczy  po 
swej  drogiej  matce  -  a  mianowicie  spryt,  wiarołomstwo, 
ogromną próżność i egoizm - nie ma się co dziwić, że Adelka 
Varens w wieku ośmiu lat stała się już zakładniczką szatana, i 
nie  ma  już  nadziei,  by  ją  z  jego  objęć  wyrwać.  Jest  moim 
dzieckiem, czy nie, jej dom nie jest tu, wśród tych łagodnych 
wzgórz i bagien, ale w otchłaniach piekieł. Powinna wyjechać 
z  Thornfield  przy  najbliższej  okazji.  Wystarczy,  że  moje 

background image

małżeńskie  plany  zostały  skompromitowane,  a  mój  majątek 
zmniejszony  o  połowę,  z  powodu  mego  zwlekania  z 
przedstawieniem  propozycji  podczas  ich  ostatniej  wizyty. 
Ponadto  nawet  nie  było  czasu,  bym  oświadczył  się,  tak  jak 
zamierzałem.  Tego  dnia,  kiedy  to  znaczenie  i  wartość  moich 
posiadłości  miały  znacznie  wzrosnąć,  zjawił  się  ten  bachor, 
złośliwy  chochlik.  Diamenty  mojej  matki  leżą  nietknięte  w 
szkatułce  w  bibliotece,  i  muszę  ze  smutkiem  dodać,  że  teraz 
będę  musiał  trzymać  je  w  zamknięciu,  gdy  to  złodziejskie 
dziecko ulicy, potomek jakobinów, kręci się po domu. Panna 
Ingram  wyjechała  niezadowolona,  a  lady  Ingram,  przy 
pożegnaniu  w drzwiach Thornfield Hall, rzuciła,  że czuje  się 
obrażona. Na dodatek, jeden z młodych mężczyzn oświadczył, 
że od kilku lat miał pewne plany co do cudownej Blanki, ale 
zaniechał  ich  na  korzyść  pana  na  Thornfield.  Drugi  z  kolei, 
chichocząc ohydnie, napomknął, że „majątek pana Rochestera 
nie  jest  tak  wielki,  jak  się  mówi,  to  zaledwie  jedna  trzecia 
powszechnie  wiadomej  wartości",  a  ja  właśnie  tego  ranka 
odkryłem, że zniknęły moje papiery z tutejszego sejfu - z tego 
samego,  w  którym  spoczywają  klejnoty  dla  panny  młodej. 
Blanka  dopilnowała  tego,  by  wszystkie  te  nieszczęścia 
przypisać diabelskiej córce. Adelka musi odejść - nie wątpię, 
że  dzięki  wrodzonemu  sprytowi  poradzi  sobie  w  rynsztoku 
Paryża.  A  nawet,  jeśli  się  stoczy,  lepiej  niech  się  tak  stanie, 
zanim  uczynki  tej,  którą  francuscy libertyni  uznają  za  swoją, 
mimo  że  jest  kobietą  i  nieślubnym  dzieckiem,  ponownie 
zagrożą mej wielkiej posiadłości: Thornfield i przynależącym 
ziemiom.  Adelka  nigdy  nie  dowiedzie,  że  jestem  jej  ojcem  - 
jeśli ma mnie to doprowadzić do utraty tego, co posiadam, do 
końca życia nie uznam ojcostwa dziecka Celiny. 

Podnoszę  dzwonek.  Mój  pies,  Pilot,  poruszył  się  przy 

kominku na znajomy dźwięk, ale nikt nie wchodzi. Wstaję, a 
w  środku  czuję  rosnący  gniew  i  niecierpliwość,  jak  co  dnia 

background image

zresztą, wobec obojętności na moje prośby ze strony służby w 
Thornfield Hall. Teraz nikt mi nie odpowiada. Poza tym moja 
godność  doznała  uszczerbku,  gdy  kąpiąc  się  w  wannie, 
spostrzegłem,  że  ze  strychu  piętro  wyżej  przygląda  mi  się 
bachor.  Co  gorsza,  mógłbym  przysiąc,  że  widziałem  też 
nalaną  twarz  mojej  żony  Berty  -  tego  dnia  złapanej  i 
odprowadzonej  do  celi  -  wpatrującej  się  we  mnie,  klęczącej 
obok dziecka. Ten mały wróg może robić mi tyle przykrości, 
ile  chce,  ale  nie  zmusi  to  Edwarda  Fairfaxa  Rochestera  do 
porzucenia  prawnej  siedziby  wzniesionej  przez  jego 
przodków. 

Znów  podnoszę  dzwonek,  jednak  gdy  tym  razem 

dźwięczy, drzwi otwierają się i wchodzi mała postać. Stoi tu, 
ten  mały  elf  w  szarej,  skromnej  sukni,  ze  spuszczonym 
wzrokiem, jak przystoi w obecności pana jednego z większych 
majątków w Yorkshire. 

 -  Cóż,  Jane  -  mówię,  gdyż  zdałem  sobie  sprawę,  że 

doznaję  ukojenia,  przebywając  z  tą  młodą  kobietą,  niedawno 
przybyłą  guwernantką  diabelskiej  córki  Celiny.  -  Nie  ma 
żadnego  służącego,  który  mógłby  przyjść  na  moje  życzenie? 
Czy z uprzejmości przyszłaś, by spełnić moje prośby? 

 -  Nie,  sir  -  panna  Eyre  spogląda  na  mnie,  ale  widzę,  że 

jest nieśmiała i nie chce spotkać mego spojrzenia. 

 -  O  co  więc  chodzi?  -  Patrzę  na  stare  pierścienie  i 

naszyjniki  spoczywające  w  pudełku  u  moich  stóp.  Nadal  są 
moją własnością. Nie zdobią jeszcze śnieżnego dekoltu panny 
Ingram. I w tym momencie - i zaprawdę, muszę być szalony; 
moje zachcianki i iluzje muszą brać się ze złowrogiego ducha, 
uwolnionego  w  tym  domu  przez  nieochrzczone  dziecko  -  w 
tym  momencie  ogarnia  mnie  ochota,  by  podejść  do  panny 
„Aire",  jak  nazywa  ją  mały  skrzat,  i  włożyć  klejnoty  na  jej 
szczupłą  szyję.  -  Lubisz  diamenty,  Jane?  -  nie  mogę  się 
powstrzymać przed zadaniem tego pytania, i gdy tak trzymam 

background image

kolię  z  magicznych  kamieni,  oprawionych  w  stare  srebro, 
przez  okno  przedziera  się  promień  słońca,  zamieniając  je  w 
kaskadę iskrzących się klejnotów. 

 - Nie zastanawiałam się, czy je lubię, czy nie - odpowiada 

panna Eyre, jak się naprawdę nazywa, a jej nazwisko jest tak 
proste jak ona sama. - Przyszłam powiedzieć, proszę pana, że 
Adelce  potrzebne  są  buty  do  spacerów.  Przywiozła  ze  sobą 
jedynie  buty  do  tańczenia  i  satynowe  pantofelki,  a  te,  jak 
wiadomo, nie są odpowiednie na tutejszą pogodę. 

Odpowiednie  do  wyruszenia  z  Thornfield  na  zawsze, 

pomyślałem, ale z jakiegoś powodu nie wyraziłem na głos tej 
opinii  o  prośbie  guwernantki.  -  Bardzo  dobrze  -  usłyszałem 
swoje  warknięcie  w  odpowiedzi,  najbardziej  nieuprzejme.  A 
przecież  zwierzyłem  się  tej  młodej  kobiecie,  tej  Jane  znikąd, 
zaledwie  zeszłego  wieczoru  w  ogrodzie,  kiedy  powiedziałem 
jej  o  pochodzeniu  Adelki  -  a  potem  o  mojej  namiętności  i 
zazdrości o matkę dziecka, aktorkę Celinę Varens. - Nie masz 
mi  tego  za  złe,  Jane?  -  spytałem,  gdy  podeszła  do  mojej 
wyciągniętej  ręki  i  wzięła  karteczkę  dla  kuzynki  Fairfax,  w 
której  polecałem  jej  zamówić  u  szewca  w  Whitfield  parę 
solidnych  butów  dla  jej  podopiecznej.  -  Nie  myślisz  o  mnie 
gorzej,  po  tym,  jak  poprzedniej  nocy  odmalowałem  tobie 
uczucia ludzkiego serca? 

 -  Sam  pan  powiedział,  proszę  pana  -  odparła  Jane  Eyre, 

oddalając  się  tak  szybko,  jak  pozwalała  jej  na  to  wrodzona 
godność  i  skromność,  zwracając  się  do  mnie  już  przy 
drzwiach  -  powiedział  pan,  że  poznam  takie  namiętności,  jak 
będę starsza, a pan był tak miły, że mnie przed nimi ostrzegł. 

I  po  tym  niejednoznacznym  stwierdzeniu  mała  postać 

wyszła  z  pokoju.  Stałem  jeszcze  trochę,  nadal  trzymając  w 
ręku kolię z  diamentów, i  muszę przyznać,  czułem się  z  tym 
coraz bardziej głupio. I przypomniałem sobie, że Berta, moja 
żona,  nie  może  nigdy  więcej  uciec  z  celi,  którą  dla  niej 

background image

sporządziłem. Muszę być pewien, że ta wiedźma jest cały czas 
pod  kluczem,  zanim  Blanka  Ingram  znowu  tu  przyjedzie. 
Zanim  skończy  się  sezon  polowań,  ułożę  te  klejnoty  pod 
kaskadą pięknych, ciemnych włosów. A wtedy Adelki Varens 
dawno już nie będzie ani w Yorkshire, ani w Anglii. I nigdy tu 
nie powróci. 

Ale  po  chwili  uświadamiam  sobie,  że  jeśli  nie  będzie 

dziecka,  nie  będzie  też  potrzeby  trzymania  guwernantki  w 
Thornfield  Hall.  -  Zaoszczędzi  się  jednego  wydatku  -  mówię 
na  głos.  Jednak  czuję,  choć  tak  leciutko,  jak  lekko  muska 
księżyc chmura, wędrująca po nocnym niebie, że pozbycie się 
tego  wydatku,  koniec  końców,  nie  wyjdzie  mi  na  dobre. 
Potrzebuję  cichej  obecności  panny  Eyre  w  Thornfield  Hall  - 
ech tam, do diabła, taka jest prawda. 

background image


Adelka 
Nie  cierpię  stworzenia,  które  papa  wezwał  z  zakładu 

dobroczynnego,  by  było  moją  gouvernante.  Ta  „panna  Aire" 
nikim  nie  zarządza  (Gouyernante  (guwernantka)  w 
dosłownym  tłumaczeniu  znaczy  „rządząca".),  choć  ma  dość 
niezależne  poglądy.  W  zamian  jednak  zdaje  się  uwielbiać 
władzę,  którą  maman  i  Jenny  nauczyły  mnie  nienawidzić. 
„Tak,  proszę  pana"  i  „Nie,  proszę  pana",  mówi  ta  niezgodna 
mała  istota,  gdy  monsieur  Rochester  zaprasza  nas,  by 
posiedzieć z nim chwilkę w bibliotece. I odwzajemnia się jej 
uśmiechem!  „Tak,  proszę  pana",  gdy  każe  jej  zaprowadzić 
mnie  do  łóżka.  Jednak  ten  mężczyzna,  którego  najpierw 
nazwałam Sinobrodym, jest dla mnie ostatnio milszy - jeśli nie 
ma jednego ze swoich ataków złości, c'est a dire (C'est a dire 
(fr.)  -  to  znaczy.)  -  niż  po  wizycie  mademoiselle  Blanki,  gdy 
to  ja  byłam  raison  (Raison  (fr.)  -  przyczyna.)  wszystkich 
zakłóceń  w  funkcjonowaniu  domu.  Być  może  porównuje 
pannę Eyre - jak mam się do niej zwracać - z dzieckiem, które 
czasem  zdarza  mu  się  akceptować  jako  swoją  córkę,  oraz  z 
wielką  Celiną  Varens.  Nic  dziwnego,  że  z  przyjemnością  się 
do mnie uśmiecha, gdy biegnę z rakietą i lotką do wolanta, w 
którego  mogę  grać  z  Leą  na  wielkim  trawniku  w  Thornfield 
Hall.  Papa  widzi  we  mnie  połączenie  swego  szlachectwa  i 
talentów  maman.  W  Jane  dostrzega  tylko  uporczywą 
banalność  umysłu  i  przywiązanie  do  reguł,  przepisów, 
wpojone  bezsprzecznie  w  katolickiej  szkole.  Jane  nigdy  nie 
zostanie  wielką  damą,  podczas  gdy  przede  mną  rozciąga  się 
wspaniała  przyszłość  kobiety  niezależnej.  Cierpiałam  jedynie 
z powodu nieobecności ma chere mere (Ma chere mere (fr.) - 
moja droga matka.). Ale gdy zostanę sławną aktorką, jak mi to 
zawsze przepowiadano, staniemy się jedną szczęśliwą rodziną: 

background image

papa, maman, Adelka. I nie będzie tam na pewno miejsca dla 
Jane Eyre! 

Teraz staram się jak mogę trzymać na wodzy mój gniew i 

nie  okazywać  mojego  smutku.  Podczas  gdy  siedzę  w 
szkolnym  pokoju  i  uczę  się  angielskich  czasowników  lub 
robię  słupki,  zadane  mi  przez  tę  młodą  kobietę  o  bladej, 
zamkniętej  twarzy,  w  ciszy  delektuję  się  moją  tajemnicą. 
Uśmiecham  się  do  siebie  na  myśl  o  tym,  że  ta  potulna 
guwernantka,  która  niemniej  jednak  jest  pewna  siebie  (jej 
zadowolenie  z  samej  siebie  z  pewnością  zachęciłoby  Jenny 
Colon  do  sięgnięcia  po  bat),  nie  ma  pojęcia,  że  na  strychu 
mieszka  moja  nowa  przyjaciółka.  Tak,  ma  pauvre  amie  (Ma 
pauvre amie (fr.) - moja biedna przyjaciółka.) została złapana 
przez madame F i Grację Poole i umieszczona z powrotem w 
swojej celi, za drzwiami, których nigdy nie da się sforsować, 
bo  są  mocniejsze  niż  drzwi  Bastylii.  Teraz  muszę  planować 
moje  wizyty  co  do  minuty.  Gdy  Gracja  schodzi  na  dół,  do 
piwnicy  lub  do  kuchni,  by  napełnić  swój  kufel  porterem, 
wewnętrzne  drzwi  pozostawia  otwarte,  mogę  więc  wtedy 
wejść do środka i uściskać moją przyjaciółkę, i porozmawiać z 
nią  w  języku  lasów  deszczowych,  gdzie  Gerard,  przyjaciel 
maman, znalazł i złapał naszą papugę, monsieur Puncha. 

Raz jednak o mało co nie zdradziłam mojej tajemnicy. A 

było  to  w  momencie,  kiedy  miała  być  mowa  o  rewolucji 
francuskiej;  panna  Eyre  przedstawiła  mi  kolejnych  królów 
Anglii i Francji, po czym doszła do naszego ostatniego króla, 
przywołując  na  twarz,  jak  sądzę,  uśmiech  współczucia  dla 
tego monstre (Monstre (fr.) - potwór.). 

 -  Ludwik?  -  spytała.  -  Zapamiętałaś  rody  Bourbonów  i 

Orleańczyków,  Adelko.  Ale  nie  podałaś  mi  ani  imienia 
monarchy, który zginął na gilotynie, ani jego małżonki. 

 - Obywatel Kapetynga - rzuciłam zdenerwowana. 

background image

 -  A  królowa,  która  doświadczyła  nieszczęścia  utraty 

swego  syna,  delfina,  w  więzieniu,  gdzie  ich  zamknięto  na 
długie miesiące? - ciągnęła nieubłaganie tępa mała purytanka, 
panna  Eyre  (w  głębi  serca  jest  jednak  monarchistką,  jestem 
tego pewna).  

 -  Antonina  -  rzekłam.  I  gdy  wypowiedziałam  jej  imię, 

zaczęłam  płakać  z  powodu  niesprawiedliwości  mieszkańców 
Thornfield Hall: a w szczególności Gracji Poole i papy, którzy 
nie chcą, aby ktokolwiek się dowiedział o kobiecie trzymanej 
tu w zamknięciu, bez dostępu światła i szansy ucieczki. Nigdy 
nie  pytałam,  dlaczego  ona  tu  jest  -  i  zaczęłam  opowiadać  o 
mojej  przyjaciółce  gwałtownie  i  z  pasją,  zanim  sobie 
przypomniałam,  że  panna  Eyre  pójdzie  prosto  do  papy,  jeśli 
zdradzę mój sekret, a on znowu będzie na mnie zły. - Ce n'est 
rien  (Ce  n'est  rien  (fr.) - to  nic takiego.)  - powiedziałam, gdy 
doszłam  już  do  siebie,  a  panna  Eyre  ogłosiła  koniec  lekcji, 
dając  mi  w  ten  sposób  dziesięć  minut  więcej  na  zabawę  z 
biedną Antoniną. - Płakałam z powodu królowej Francji, która 
zginęła niewinna - wyjaśniłam. Widziałam bowiem miniaturę, 
bardzo sentymentalną, nieżyjącej Marii Antoniny, przyklejoną 
do stołu w domu pewnej kobiety, która płaciła Jenny za to, że 
ta zabierała ją na przejażdżki na oklep do Lasku Bulońskiego. 
- Serce mi krwawi na myśl o niej - ciągnęłam, oszukując moją 
rozmówczynię, jak należało. 

 - Jesteś dziś zmęczona - orzekła panna Eyre, a kiedy jest 

miła, muszę bronić się przed ciepłymi uczuciami wobec niej, 
bo w mym sercu króluje tylko maman. - Idź i pobaw się trochę 
w ogrodzie. Deszcz na razie nie pada. 

Obiecałam,  że  spełnię  polecenie  panny  Eyre.  Zamiast 

tego, wbiegam po schodach na górę, przez drzwi za tapiserią, 
gdzie,  jak  twierdzą  goście  Thornfield,  ukazuje  się  czasem 
duch  -  chociaż,  naturellement  (Naturellement  (fr.)  - 
oczywiście.),  znam  tego  ducha  -  i  dalej  na  górę,  na  trzecie 

background image

piętro,  z  niskimi  krokwiami.  Mam  dziś  gratkę  dla  Antoniny: 
znalazłam  skrzynię  z  sukniami,  którą  Gracja  schowała  przed 
nią,  a  zwłaszcza  czerwoną  suknię,  o  której  prisonniere 
(Prisonniere  (fr.)  -  więźniarka.)  mówi  często  i  z  pasją:  - 
Pobawimy się w ślub, doudou, ty będziesz moim mężem, a ja 
twoją Antoniną. 

Jednak gdy jestem już w surowym pokoju, który Gracja o 

tej godzinie powinna była opuścić, by uzupełnić zapas ale albo 
portera,  okazuje  się,  że  stalowe  drzwi  do  celi  są  zamknięte. 
Stukam w nie tak mocno, jak się  da, by jednocześnie  się  nie 
zdradzić, ale nie słyszę żadnej odpowiedzi. 

Być  może  z  powodu  tej  lekcji  z  Jane,  teraz,  stojąc  przed 

drzwiami, myślę o stalowym ostrzu spadającym i wcinającym 
się  w  szyję  kobiety,  która  nie  jest  królową  Francji,  ale  moją 
Antoniną.  Nagle  zauważam  na  podłodze  coś,  co  na  pierwszy 
rzut  oka  wygląda  jak  skrawek  papieru,  koło  drzwi 
oddzielających  la  folle  (La  folle (fr.) - wariatka.) od tych, co 
mają  szczęście  poruszać  się  swobodnie  po  Thornfield  Hall. 
Muszę  go  podnieść.  Ślubna  wiązanka...  choć  jest  wyblakła  i 
zniszczona, widać, że były w niej kwiaty i satynowa wstążka, 
przymocowana do teraz suchych i cienkich łodyżek. To jednak 
nie są róże ani muguets, czyli konwalie, jak to jest w zwyczaju 
we Francji. Są to jakieś egzotyczne kwiaty - długie, kolczaste 
-  co  na  wzór  umierającej  ćmy  przybrały  wyblakłe  barwy 
pomarańczy  i  zielono  -  niebieskiego  morza.  Przypominam 
sobie, jak Antonina opowiadała mi o ogromnej feerii kwiatów 
kwitnących  przez  cały  rok,  o  hibiskusie  i  uroczynie 
czerwonym,  i  orchideach  rosnących  na  wyspie,  gdzie  kiedyś 
była szczęśliwa. To była jej wiązanka ślubna, wiele lat temu. 
Co się potem stało z Antoniną? 

Nadeszła jesień. Dni mijają, a żywopłoty znaczące drogę z 

Millcote  do  Whitcross  z  zielonych  stają  się  miedziane, 
podczas gdy wysokie drzewa otaczające aleję - drzewa, które 

background image

ujrzałam, jak tylko przyjechałam do Thornfield i wydawało mi 
się,  że  płaczą,  gdyż  krople  spadały  z  nich  na  ziemię  w 
nieskończoność - straciły liście na  silnym, jesiennym wietrze 
znad bagien. 

Dni  mijają,  a  nadal  nie  widać  ani  nie  słychać  dziwnej 

kobiety,  co  stała  się  moją  przyjaciółką.  Nie  mogę  spytać 
Gracji,  gdzie  się  podziewa  jej  sekretna  więźniarka  -  bo 
Antonina  naprawdę  była  naszym  sekretem,  choć  go  nie 
dzieliłyśmy.  Lea,  która  zakochała  się  w  stajennym  Jacku  i 
podkłada mu małe cadeaux lub liściki - na skrawkach papieru, 
wykradzionych  z  bibliotecznego  kosza  na  śmieci,  rysuje 
strzałą przebite serce i umieszcza je w dziuplach ogrodowych 
drzew,  patrzy  na  mnie  zagadkowo,  gdy  wspominam,  że  na 
górnych  piętrach  domu  panuje  teraz  większy  spokój  niż 
poprzednio,  lub  gdy  pytam  wprost,  dlaczego  Gracja  Poole 
przesiaduje w swoim pokoju, w którym, jak się zdaje, nie ma z 
kim  porozmawiać  ani  komu  rozkazywać.  -  Nie  -  odpowiada 
Lea,  gdy  idziemy  lipową  aleją  i  przystajemy  na  chwilę  przy 
kępie nazywanej Cztery Jesiony, zaraz za stajnią. - Nie, nic się 
nie zmieniło tu w Thornfield. - Po czym sięga ręką głęboko w 
rozpadlinę w drzewie i wyciąga paczuszkę, mieszczącą ostatni 
prezent  od  Jacka:  jest  nim  dzisiaj  kamyk,  wyłowiony  ze 
strumienia przy Whitfield Height, gdzie znajduje się głęboka, 
przejrzysta  zatoczka;  szorstki,  brunatny  kamień  naznaczony 
rzecznym  złotem,  którego  żyłka  przecina  jego  powierzchnię. 
Kamień został przedziurawiony, zapewne dłutem, gdyż przez 
dziurkę  ledwo  dał  się  przewlec  cienki  łańcuszek,  najtańszy, 
jaki  może  być  -  tak  mi  przynajmniej  mówią  moje  paryskie 
oczy, wyćwiczone od oglądania bijouterie maman. Lea cieszy 
się jednak z dzisiejszego prezentu i zakłada kamyk na szyję. I 
gdy  z  tylnych  drzwi  domu  wychodzi  ktoś  ze  służby  -  to 
służący John - i szybko zmierza do stajni (monsieur Rochester 
być  może  wysłał  go,  by  przygotował  konie;  zawsze  wydaje 

background image

polecenia w ostatniej chwili, a potem się niecierpliwi, gdy nie 
są  natychmiast  spełniane),  zdaję  sobie  sprawę,  że 
przepuściłam  kolejną  okazję,  by  wyciągnąć  coś  od  Lei  na 
temat zniknięcia Antoniny. 

Jednak  wspomnienie  biżuterii  maman  i  ostatniego  śladu 

po  mojej  biednej  przyjaciółce,  tej,  co  żyła  kiedyś  na  dachu 
domu,  szczęśliwa  jak  ptak,  w  nocy  zwinięta  w  kłębek  w 
swojej wieżyczce, skłoniło mnie do myślenia, jeszcze bardziej 
intensywnego,  o  mojej  przyszłości  tutaj  w  Thornfield  Hall.  I 
gdy tak próbuję ją sobie wyobrazić, zaczynam zastanawiać się 
nad  zmianami,  jakie  we  mnie  zaszły  w  ciągu  ostatnich 
miesięcy; niektóre z nich są tak niepokojące; muszę przyznać, 
że chciałabym mieć tu ze sobą Jenny, jakkolwiek jest surowa, 
aby  pomogła  mi  zrozumieć  moją  nową  naturę.  Bo  jak  mogę 
wytłumaczyć  ogarniające  mnie  rozmarzenie,  nawet  w 
najbardziej  pogodne  dni  jak  na  Yorkshire,  i  to,  że  widzę 
osoby, których nie ma, tak jakby ten stary dom, do którego tak 
się przyzwyczaiłam, dał życie rodzinie duchów? Kiedy spada 
na  mnie  ta  dolegliwość,  czuję  się  dosłownie  tak,  jakbym 
straciła równowagę - nawet drzewa tworzące szpaler przy alei 
w Thornfield zmieniają kolor, jakby spieszyły się na spotkanie 
fałszywej jesieni, a chmury, wypełnione jak zwykle deszczem, 
tańczą,  tworząc  na  niebie  najdziwniejsze  kształty.  Czy  to 
wszystko  bierze  się  z  mojego  łęku  o  przyszłość,  przyszłość, 
rzecz  jasna,  w  której  papa  i  maman  w  końcu  się  pobiorą,  i 
będą  żyli  długo  i  szczęśliwie,  jak  w  bajkach?  Jak  mogę 
sprawić, by to się spełniło - po tym, jak papa, według tego, co 
mówią  ludzie,  popełnił  te  wszystkie  zbrodnie,  których  część 
wynikała  z  błędów  mojej  matki,  co  podkusiła  swego 
ukochanego,  by  zabił  wicehrabiego.  Z  powodu  potwornej 
zazdrości,  którą  wywołała  u  mojego  biednego  papy, 
wicehrabia nie żyje, a monsieur Rochester nie może powrócić 
do Francji. Jak więc mogę pomóc im się spotkać? Naraz, gdy 

background image

tak  stoję,  rozmyślając  pod  Czterema  Jesionami,  strojnymi  w 
żółte i brązowe liście przed nadejściem długiej, chłodnej zimy, 
do  głowy  przychodzi  mi  odpowiedź,  i  pytam  samą  siebie, 
dlaczego nie wpadłam na to wcześniej. 

To jasne! Tak jak Lea, muszę napisać list miłosny i wysłać 

go do maman. Zdobędę nazwę ulicy, przy której mieszka teraz 
Jenny, i skąd pisze do papy. Czyż nie słyszałam któregoś dnia, 
jak  grzmiał,  że  „ta  wredna  Colon"  znowu  żąda  od  niego 
pieniędzy  (dlaczego,  nie  mam  pojęcia,  ale  to  na  pewno 
dotyczy  zabicia  rywala  papy).  W  ten  sposób  mogę 
przynajmniej  błagać  maman,  by  przyjechała  do  Thornfield  i 
wyszła  za  papę,  jak  powinna  to  była  zrobić  dużo  wcześniej. 
Dzisiaj  napiszę  list.  Muszę  się  pośpieszyć:  słyszałam  zeszłej 
nocy rozmowę w ogrodzie, zwierzenia papy, który ostatnio ma 
w  zwyczaju  dzielić  wszystkie  swe  myśli  z  tą  okropną 
guwernantką, panną Eyre. 

Papa  wspomniał  już  wcześniej  pannie  Eyre,  że  niedługo 

ożeni  się  z  mademoiselle  Blanką.  Życzył  też  sobie,  aby  Jane 
czuwała z nim w tę bezsenną noc przed mariage (Mariage (fr.) 
- ślub.) - aż nadejdzie świt - i zupełnie tego nie rozumiem, bo 
to jakby nie głos papy mówił, że chce poślubić mademoiselle 
Blankę. 

Spróbuję teraz opisać, jak to udało mi się oszukać madame 

Fairfax,  i  być  może  niektórzy  stwierdzą,  że  zdolność  do 
kłamstwa  i  krętactw  odziedziczyłam  po  wielkim  monsieur 
Rochester. Bo na pewno jestem jego córką, chociaż zaprzecza 
temu,  gdy  o  tym  mowa,  wynajdując  coraz  to  nowe  na  to 
dowody. 

Odczekałam,  aż  Lea  pójdzie  do  pokoju,  który  Gracja 

Poole nazywa budlarem madame F - zanosiła ręczniki lub coś 
w  tym  guście  -  i  wetknęłam  głowę  w  drzwi,  i  posłałam  mój 
najlepszy uśmiech starej gospodyni. 

background image

 - Papa mnie poprosił, abym osobiście uzbierała bukiet do 

pokoju  mademoiselle  Ingram  -  oznajmiłam  (gdyż  goście 
przyjeżdżają  jutro  -  John  i  Mary,  którzy  przygotowują 
Ferndean  Manor  w  bagnistym  lesie  dla  służby  mademoiselle 
Blanki  i  jej  matki,  powiedzieli,  że  to  „naprawdę  ostatnia 
szansa" na zaręczyny papy i wyniosłej panny Ingram, ale nie 
wiem,  co  mają  na  myśli).  -  Muszę  zebrać  ostatnie  róże  z 
otoczonego  murem  ogrodu,  kiedy  jeszcze  jest  na  nich  rosa  - 
ciągnęłam, sprytna jak małpka. I widziałam, że madame F mi 
uwierzyła. - Wstawię je do niebieskiego wazonu z opalu, który 
monsieur  Rochester  dostał  od  pani  w  prezencie  - 
zakończyłam,  a  zarządczyni  Thornfield  Hall  promieniała, 
nawet  jeszcze  gdy  Lea  mrugnęła  do  mnie,  wychodząc  ze 
stosem świeżo wypranej bielizny dla gości. 

 -  Wracaj  szybko  -  powiedziała  madame  F,  a  ja 

czmychnęłam,  pobłogosławiona  przez  jedyną  osobę,  która 
miała  prawo  powiedzieć  mi,  bym  pilnowała  własnego  nosa  i 
poszła do łóżka. Bo tego wieczoru wyszła gdzieś panna Eyre, 
która jak z  pewnością wiadomo o tym madame  F,  jest często 
wzywana  przez  pana  (jak  nazywają  go  John,  Mary,  Lea  i 
Gracja),  aby  towarzyszyć  mu  w  spacerach  wśród  lip  albo 
wokół  ozdobnego  stawu.  Czasami  zabiera  ją  do  różanego 
ogrodu,  do  którego,  jak  powiedziałam,  udam  się  zaraz,  by 
zebrać  ostatnie  różowe  kwiaty  o  płatkach  przypominających 
falbankę sukienki, którą papa sprowadził mi z Paryża, pięknej 
sukni  jakby  wybranej  przez  maman,  czuję  to. Dlaczego  papa 
ma  ochotę  tak  często  zwierzać  się  pannie  Eyre,  nie  mam 
pojęcia.  I  stąd  tej  nocy,  gdy  już  się  ściemniało,  a  Jane  nadał 
nie  wracała  ze  szkolnego  pokoju,  poprawiając  moje 
wypracowania i wypisując słupki, których nie jestem w stanie 
podliczyć, postanowiłam zbadać przyczynę, dla której papa z 
taką gorliwością powierza swe myśli małej guwernantce. 

background image

 -  A  więc  niedługo  zamierza  się  pan  ożenić,  panie 

Rochester? - to pierwsze słowa, jakie słyszę z ust panny Eyre, 
gdyż  trochę  czasu  zajęło  mi  odnalezienie  papy  i  młodej 
kobiety,  którą  zatrudnił  jako  nauczycielkę  swej  córeczki, 
przysłanej  mu  z  Paryża.  Znalazłam  oboje  w  wawrzynowej 
alejce,  przy  samym  końcu,  przy  chylącym  się  płocie  i 
kasztanowcu.  Przycupnęłam  w  kępie  bambusa  -  gdzie,  jak 
mówi  papa,  mieszka  pantera,  i  strasznie  głośno  wydycha  z 
siebie powietrze, gdy tędy przechodzimy, a wtedy ja  krzyczę 
ze  strachu.  Ale  tej  nocy  zebrałam  się  na  odwagę  i  sama 
przeszłam  koło  bambusa,  aby  podsłuchać,  co  papa  mówi  tej 
myszowatej guwernantce. 

 -  Z  typową  dla  siebie  bystrością  trafiłaś  w  samo  sedno  - 

mówi  monsieur  Rochester  do  Jane,  a  mnie  samej  jest  tu 
zimno,  w  tropikalnym  gąszczu,  który  chętnie  by  mnie  udusił 
swoimi  długimi  strzałami  kłującej  trawy.  Papa  się  żeni?  I  to 
wkrótce? Wstrzymuję oddech, jak lubi to robić Pantera, zanim 
wyda  ten  swój  straszny  odgłos.  -  Bardzo  prędko  to  będzie, 
moja... to znaczy, panno Eyre. I przypomnij sobie, Jane, jak to 
dowiedziałaś  się  ode  mnie,  czy  też  z  plotek,  że  zamierzam 
nałożyć  na  swój  kark  kawalera  święte  okowy  małżeństwa, 
wstąpić  w  święty  stan  małżeński,  wziąć  pannę  Ingram  w 
ramiona, mówiąc krótko (a jest bardzo ponętna, ale to już inna 
rzecz...  nigdy  człowiekowi  za  wiele  czegoś  tak  wspaniałego, 
jak moja piękna Blanka!)... 

Wydaje mi się, że w tym momencie Jane odwróciła wzrok 

z  jakiegoś  powodu,  a  monsieur  Rochester,  pragnąc  odzyskać 
jej uwagę, nachylił się nad nią, tak że nie dotarły do mnie jego 
słowa.  Usłyszałam  tylko:  -  ...że  ty  i  Adelka  powinnyście 
wtedy stąd odejść... - Po czym: - Adelka musi pójść do szkoły, 
a ty, panno Eyre, musisz znaleźć sobie nową posadę. 

 -  Tak,  proszę  pana,  natychmiast  dam  ogłoszenie  - 

zabrzmiała  odpowiedź  guwernantki.  W  powietrzu  czuć  było 

background image

napięcie  -  trudno,  żeby  go  nie  było,  skoro  papa  obwieszczał 
swoje  zamiary  -  ale,  co  oczywiste,  to  losy  mojej  osoby 
wzbudziły  we  mnie  niepokój  i  rozpacz.  Wygramoliłam  się  z 
kępy  bambusów  i  zatkałam  nos,  by  powstrzymać  się  od 
kichania z powodu kurzu osiadającego mi na twarzy. Miałam 
podrapane  plecy  i  nogi.  A  gdy  biegłam  po  miękkiej  ziemi,  a 
potem  wawrzynową  alejką  w  stronę  domu,  posłyszałam,  że 
szlocham.  Zbliżałam  się  do  domu,  którego,  jak  myślałam, 
nigdy nie  pokocham,  gdy pojawiłam się  w Thornfield  Hall, a 
którego  teraz  nie  chciałam  opuścić.  Jak  papa  może  wysłać 
mnie  do  szkoły,  kiedy  maman  tu  przyjedzie,  po  tym  jak 
dojdzie  do  niej,  do  Włoch,  mój  list,  wysłany  przez  Jenny  z 
Paryża?  Jak  może  mnie  zostawić,  tak  jakbym  była  dla  niego 
niczym  więcej  niż  miniaturowym  spanielem,  pieskiem  - 
zabawką,  którego  mademoiselle  Blanka  wszędzie  ze  sobą 
zabiera,  nawet  do  majątku  pana  Rochestera,  bo  kocha  psy 
bardziej  niż  papę,  to  jedno  jest  pewne.  Jak  może  mnie 
wypędzić, ten, który posłał po mnie, abym mieszkała z nim w 
Thornfield? 

O pannie Eyre nie myślę wcale. 
Jest  wcześnie  rano,  a  ja  całą  noc  nie  spałam.  Jestem 

dumna z przytomności mego umysłu, która nakazała mi otrzeć 
łzy, nim dotrę do domu, i spojrzeć w górę, na wielkie ciemne 
okna  Thornfield  Hall,  zapewniając  siebie  samą,  że  moim 
przeznaczeniem  jest  pozostać  tutaj,  że  pewnego  dnia  papa 
pokocha mnie na zawsze, a nie, jak teraz, gdy przyjdzie mu na 
to ochota, albo chce zadowolić pannę Eyre. Papa będzie mój - 
i  mamy też,  gdy  zmęczy  się  zabawą  z  dzieckiem  i  zapragnie 
zgłębiać tajemnice kobiecej miłości. 

Poszłam  do  różanego  ogrodu  i  zebrałam  kwiaty,  jak 

powiedziałam  madame  Fairfax.  Nie  było  na  nich  rosy  -  były 
suche, a wieczór jeszcze suchszy, i gdy wyjmowałam kolce z 
moich  palców,  nie  popłynęła  mi  z  oczu  ani  jedna  łza. 

background image

Powietrze  było  rześkie  i  pachniało  strachem,  tak  jak  podczas 
burz,  które  biedna  przyjaciółka  Antonina  tak  bardzo  lubiła 
oglądać  ze  swego  orlego  gniazda  na  dachu.  Niebo 
pociemniało,  a  ostatnią  część  drogi  do  bocznych  drzwi 
Thornfield  Hall  przebiegłam,  na  wypadek  gdyby  pantera 
mieszkająca w bambusach, koło chylącego się płotu, szła cały 
czas za mną aż do różanego ogrodu. 

Całą noc drżałam ze strachu w moim małym lit carre (Lit 

carre  (fr.)  -  kwadratowe  łóżko.).  Nie  zmrużyłam  oka. 
Wiedziałam,  że  muszę  zrobić  coś,  by  powstrzymać  mariage 
papy z „ponętną", jak to mówi, mademoiselle Blanką. Jednak 
słyszałam,  jakim  głosem  mówi  do  panny  Eyre,  tam,  pod 
kasztanowcem. W taki sposób mówił do maman, zanim poszli 
razem  do  jej  chambre  a  coucher  (Chambre  a  coucher  (fr.)  - 
sypialnia.)  -  a  czasem  brał  ją  na  ręce  i  tam  ją  zanosił.  Potem 
zamykały  się  drzwi  i  słychać  było  klucz  obracany  w  zamku. 
Dlaczego  monsieur  Rochester  mówi  w  ten  sposób  do 
guwernantki? Czy papa tak naprawdę nie kocha mademoiselle 
Blanki? 

Niezależnie, jaka jest na to odpowiedź - wiadomo, że papa 

lubi  się  droczyć.  Być  może  myśli  sobie,  że  Jane  jest 
beznadziejnie zakochana w swoim chlebodawcy, i bawi się jej 
kosztem,  co,  jak  mi  się  zdaje,  nie  jest  miłe  z  jego  strony. 
Jakiekolwiek 

jest  jednak  rozwiązanie  zagadki,  papa 

powiedział,  że  ożeni  się  tak  szybko,  jak  to  możliwe.  I 
najszybciej, jak tylko się da, powinna się tu zjawić maman, by 
położyć kres tym bzdurnym pomysłom. 

Jest  wcześnie.  Burza  szalała  całą  noc,  biegnę  więc  do 

ogrodu  i  czuję  mokrą  trawę  pod  stopami.  Idę  wawrzynową 
alejką,  tak  jakbym  mogła  tam  jeszcze  znaleźć  monsieur 
Rochestera  i  szaleńczo  zakochaną  guwernantkę,  ją,  płaczącą 
nad  złamanym  sercem,  jego  -  rozprawiającego  o  wdziękach 
swojej przyszłej żony. 

background image

Ale  oczywiście  w  ogóle  ich  tu  nie  ma.  Rozglądam  się 

wokół  siebie,  patrząc  na  zniszczenia  spowodowane  przez 
burzę. Wracam biegiem do środka, na górę, do jasnego pokoju 
z  chintzowymi  zasłonami  i  obiciami,  gdzie,  bardziej 
zadowolona  niż  się  tego  spodziewałam,  znajduję  Jane  śpiącą 
w swym wąskim łóżku. - W nocy piorun uderzył w kasztan na 
końcu sadu - mówię do niej, wspinając się na łóżko i ciągnąc 
ją  za  brązowe  włosy.  -  Drzewo  rozpadło  się  na  pół.  Chodź 
zobaczyć! 

Róże  w  grande  chambre  (Grande  chambre  (fr.)  -  duży, 

przestronny pokój.), przygotowane dla narzeczonej papy, stoją 
zbrązowiałe  w  ładnym  wazonie,  zasłony  są  zaciągnięte,  a  w 
kominku nie pali się ogień. Mademoiselle Blanka bowiem już 
nie przyjedzie, podobnie jak jej matka, która z pogardą patrzy 
na  małego  francuskiego  bękarta  pana  Rochestera,  ani  młodzi 
panowie i dziewczęta z ich posagami, i wielkimi sukniami, i z 
ich  pożądliwymi  spojrzeniami  rzucanymi  papie  pod 
nieobecność Blanki. 

W ostatniej chwili wizyta została odwołana. Kucharka stoi 

przy  wielkim  piecu,  wynurza  się  z  niego  sarni  udziec,  który 
zaraz  zostanie  podlany.  John  przynosi  z  piwnicy  porto  do 
mikstury  -  sosu  nazywanego  cumberland,  którego  maman, 
gdyby  tu  była,  na  pewno  by  odmówiła,  odpychając  go  z 
okrzykiem obrzydzenia. Lea stęka pod ciężarem ziemniaków, 
które,  już  ugotowane,  trzeba  wstawić  do  pieca,  a  są  tak 
mączyste i szare, gdy wysypuje je na długi stół na kozłach, że 
z tęsknotą znów powracam myślami do maman. Ona by nigdy 
nie zgodziła się jeść takich pommes de terre (Pommes de terre 
(fr.) - ziemniaki.) w domu. Jenny robiła zwykle zapiekankę z 
ziemniaków  do  baraniego  udźca,  który  maman  tak  lubiła 
podawać  na  rue  Vaugirard,  gdy  w  niedzielę  byli  goście.  Do 
cienko  pokrojonych  ziemniaków  Jenny  dodawała  śmietany, 
trochę  sera  gruyere  ze  Szwajcarii  oraz  szczyptę  gałki 

background image

muszkatołowej.  (Zaraz  jednak,  gdy  myślę  o  gałce,  na  myśl 
przychodzi  mi  moja  teraz  na  zawsze  uwięziona  przyjaciółka, 
tak  mi  się  przynajmniej  wydaje,  zamknięta  za  ciężkimi 
drzwiami,  strzeżonymi  przez  Grację  dzień  i  noc  na  trzecim 
piętrze Thornfield Hall). Utraciłam je obie: maman i nouvelle 
amie  (Nouvelle  amie  (fr.)  -  nowa  przyjaciółka.).  I  żeby  nie 
rozpłakać  się  przed  całą  służbą  kuchenną,  biorę  ze  stołu 
cebulę  i  udaję, że  ją  kroję  do  drugiego  sosu,  którego  maman 
by  nie  zniosła:  sosu  cebulowego,  tak  gęstego,  białego  i 
mącznego,  jak  wszystko,  co  trafia  na  stół  w  tym  dziwnym 
Yorkshire.  Jednak  kucharka  zabiera  mi  cebulę,  a  ja  jestem 
zmuszona wytrzeć łzy w fartuch Lei. Następnie obrywa mi się 
od  Mary,  która  każe  mi  wyjść  z  kuchni  i  wracać  na  lekcje  z 
mademoiselle Eyre. Tak naprawdę jednak jestem zadowolona, 
że  Ingramowie  nie  przyjechali.  Przecież  papa  chyba  nie 
poślubi gościa, który nie przybył na przyjęcie wydane na jego 
własną  cześć?  I  jeśli  to  prawda,  że  to  papa,  jak  mówią, 
odwołał całą sprawę, nie będę długo się smucić z powodu jego 
braków w dobrym wychowaniu. Pewnie zdał sobie sprawę, że 
nie może poślubić mademoiselle Blanki. Jestem zachwycona, 
że  choć  tak  późno,  to  wrócił  mu  zdrowy  rozsądek  i  podjął 
trafną decyzję w tej sprawie. 

Chowam  się  w  odległym  kącie  ogromnej  kuchni  i 

pomagam  Belli,  pomywaczce,  szatkować  górę  zabłoconego 
szpinaku z ogrodu. Madame Fairfax otworzyła na oścież okno 
oddzielające piwniczne przejście od gorącego pomieszczenia, 
gdzie  kucharka  i  dziewki  kuchenne  przygotowują  posiłki. 
Zagląda  do  środka,  jak  co  dzień,  by  wydać  lub  odwołać 
polecenia.  Jej  twarz,  okolona  świeżo  wykrochmalonym 
czepeczkiem  ze  wstążkami  zawiązanymi  ciasno  pod  brodą, 
przypomina babeczkę lub inny cudowny wypiek, wyjmowany 
z tutejszego pieca w porze picia herbaty. Madame Fairfax nie 
jest mi przychylna, wiem to bardzo dobrze. Blada, patrzy jak z 

background image

panną Eyre wychodzimy ze szkolnego pokoju i wyruszamy na 
kolejną przejażdżkę z panem Rochesterem, do Whitcross albo 
Millcote. Te wyprawy to kolejny pretekst dla pana Rochestera, 
aby  wydać  pieniądze  na  jedwabie  i  satynę  dla  panny  Eyre, 
oraz  by  drażnić  mnie  swoimi  opowieściami  o  wyprawie  na 
księżyc, gdyż tam właśnie będzie mieszkał z Jane, jak mówi. 
Gdy  powtarzam  to  wszystko  pani  Fairfax,  potrząsa  głową,  a 
jej twarz tężeje z przerażenia. 

Wiem,  że  madame  Fairfax  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że 

papa  wszystko  to  robi  dla  mnie.  Sprawia  przyjemność 
guwernantce,  żeby  uszczęśliwić  mnie.  Obiecuje  mi  sukienki, 
które przyćmią jej stroje, ponieważ, naturellement, sprowadzi 
je  z  Paryża.  Gdy  przepadają  mi  lekcje,  bo  papa  rozmawia  z 
Jane,  to  wiem,  że  zabawia  ją  rozmową  po  to,  bym  mogła 
przyjemnie spędzać czas w Thornfield Hall. Madame Fairfax 
jest jalouse (Jalouse (fr.) - zazdrosna.), śmiem twierdzić, o to, 
że  to  mnie  właśnie  jej  chlebodawca  obdarza  największym 
zainteresowaniem i względami. A jeśli panna Eyre gapi się na 
niego  jak  cielę  na  malowane  wrota  (jak  te  cielęta  z  obory, 
gdzie Jack czasem mnie zabiera - doi tam krowy i głaszcze ich 
czarne,  błyszczące  nozdrza),  to  tant  pis  pour  elle  (Tant  pis 
pour elle (fr.) - tym gorzej dla niej.). Ona także zrozumie, jak 
bardzo  papa  kocha  swoją  rodzinę,  gdy  przyjedzie  maman  i 
będziemy wszyscy razem we trójkę. 

Jakby  na  potwierdzenie  tego,  że  szczęście  mi  sprzyja, 

madame  Fair  -  fax,  zaglądając  do  kuchni  przez  okienko  z 
jadalni,  posyła  mi  uśmiech.  Aż  Bella  musiała  dać  mi 
kuksańca,  Bella,  mamrocząca  przy  płukaniu  zabłoconego 
szpinaku w zimnej wodzie, wypływającej z rury, prowadzącej 
do  stawu  na  bagnach.  Wszyscy  wiedzą,  że  Bella  ma  nie  po 
kolei  w  głowie.  Gdy  stoimy  obie  przy  kamiennym  zlewie 
widać,  że  jest  mojego  wzrostu.  Jedno  oko  ma  zawsze 
zamknięte,  biedna.  Musi  nieźle  poprzekrzywiać  głowę,  by 

background image

powtórzyć mi, że gospodyni, od której to zależy nasze życie w 
Thornfield, chce mnie natychmiast widzieć. 

Wszyscy gapią się na mnie, gdy podchodzę do okienka, a 

madame Fairfax, bez żadnych wyjaśnień, każe mi zaraz iść za 
sobą  na  górę.  W  jej  surowych  słowach  odczytuję  taką  samą 
sympatię do mnie, jaką ostatnio obdarza mnie papa. Dzięki ich 
przychylności, Adelka jest lubiana w Thornfield Hall. 

 -  Chodź  ze  mną  -  mówi  madame  Fairfax.  Gdy  jesteśmy 

już w buduarze, podaje mi kubek słodkiego, różowego napoju, 
przyrządzonego  według  jej  słów,  z  okrągłych,  czerwonych 
owoców róży, których pełno jest na krzewach w ogrodzie, gdy 
przekwitną  już  kwiaty.  Popijam  napój,  a  ona  sadza  mnie  na 
niskim,  aksamitnym  pufie,  koloru  soczystej  zielonej  trawy; 
zieleń  wspaniale  pasuje  do  spodenek,  które  tak  lubię  nosić. 
Wręcza mi list. Aż skacze we mnie serce, gdy widzę, że to list 
od Jenny Colon, tej, co nie napisała do mnie od miesięcy, tej, 
co  wie,  gdzie  jest  maman.  -  Jak  widzisz,  napisała  do  mnie 
twoja  francuska  przyjaciółka  -  mówi  madame  Fairfax,  a  jej 
głos brzmi łagodnie. - Pisze, że madame Varens przyjedzie tu 
w  tym  miesiącu.  Wizyta  mamy  z  pewnością  bardzo  cię 
ucieszy, Adelko. 

Tym  razem  nie  mogę  powstrzymać  gorących  łez 

spływających  po  policzkach.  Nie  słucham  madame  Fairfax. 
Maman  tu  przyjedzie!  Zła  część  bajki  się  skończyła. 
Będziemy żyć teraz długo i szczęśliwie, maman, papa i ja. 

 -  Gdy  maman  cię  zabierze  do  Paryża,  wrócisz  do  swego 

dawnego  życia  -  mówi  madame  Fairfax,  ale  w  ogóle  jej  nie 
słyszę,  gdy  powtarza  to  tak  w  kółko,  bo  cały  pokój  wypełnił 
się jasnym światłem mego szczęścia. I nie obchodzi mnie już, 
czy  na  niebie  w  Yorkshire  jest  tyle  chmur  w  kształcie 
zwierząt, ile w arce Noego z dziecięcego snu. I mimo że była 
dla  mnie  taka  surowa,  czuję  do  niej  teraz  tylko  miłość,  i 
obiecuję  sobie, że  będę  une  sage  petite  fille  (Une  sage  petite 

background image

fille  (fr.)  -  grzeczna  dziewczynka.),  i  będę  spełniać  wszelkie 
polecenia dobrej gospodyni. 

Madame Fairfax nie wie bowiem, że maman przybywa do 

tego  wielkiego  chateau  (Chateau  (fr.)  -  zamek.),  by  poślubić 
papę.  On  wie,  że  przyjeżdża,  więc  odwołał  narzeczeńskie 
przyjęcie dla mademoiselle Ingram. Wezmą ślub w kaplicy, a 
ja będę miała na sobie organdynową suknię koloru brzoskwiń 
rosnących w szklarni papy za ogrodem warzywnym. 

Będziemy żyć wszyscy razem w Thornfield. A panna Eyre 

będzie mogła zostać, by nadal mnie uczyć - oczywiście, jeśli 
maman się na to zgodzi. 

background image


Gracja 
Oto historia, jak to dobry plan może spalić na panewce. I 

to plan, dzięki któremu Gracja Poole miała stać się bogata, a 
jej  pan  pozbyć  się  problemu,  jeśli  sprawy  potoczyłyby  się 
naturalnym torem. 

A  było  to  tak:  owego  ranka  zeszłam  na  dół  do  pokoju 

pana,  i  powiedziałam  mu,  że  jego  żona  znowu  uciekła. 
Uciekła  i  nie  zamierza  chyba  tym  razem  wrócić,  tak  to 
przynajmniej wygląda. Dla pana to pewnie lepiej, krzyżyk jej 
na drogę, chciałam dodać, choć nie było to w moim interesie. 

Było  wcześnie,  w  każdym  razie  dla  tych  dobrze 

urodzonych.  Lea  przygotowywała  jeszcze  śniadanie  dla  pani 
Fairfax. 

 -  Ach,  zjem  tylko  trochę  owsianki,  nie  dawaj  mi  żadnej 

śmietanki - mówi ta głupia stara kobieta, po czym przyłapuję 
ją  na  zażeraniu  się  kandyzowanymi  śliwkami  podkradanymi 
ze  srebrnego  pudełka  pana  stojącego  na  kredensie.  -  Lea, 
batystowe  poszewki  na  poduszki  były  wczoraj  źle 
wyprasowane.  Ta  głupawa  służąca  mogłaby  się  chyba 
nauczyć, jak się posługiwać żelazkiem na parę, co? Nie chcę, 
by  panna  Ingram  miała  zawilgocone  albo  pogniecione 
suknie...  -  I  tak  dalej,  i  tak  dalej,  a  ja  stałam  cały  czas  pod 
oknem, czekając na prosty posiłek dla pani Rochester i mnie. 

 -  Nie,  nie  wolno  ci  gotować  na  górze  -  usłyszałam  od 

pana  Rochestera,  gdy  poprosiłam  o  zainstalowanie  mi  małej 
spiżarni  na  górze.  Nie  było  to  wiele,  a  mogłabym  wtedy 
gotować  i  piec  w  izdebce  zwanej  przez  pana  „pokojem 
Gracji",  chociaż,  Bóg  świadkiem,  nie  mogę  w  nim  robić,  co 
chcę,  ani  go  opuszczać.  -  Nie  chcemy,  by  na  górze  palił  się 
ogień - tłumaczył mi  pan  Rochester. I odwrócił zaraz  wzrok, 
w  ten  typowy  dla  siebie,  śmiertelnie  poważny  sposób,  tak 
jakby bycie panem i władcą nie sprawiało mu przyjemności. 

background image

Dziś  musiałam  więc  czekać,  aż  Lea  przyjdzie  z  kaszą  i 

postawi ją na stole w „pokoju Gracji", w tym podłym humorze 
jak  zwykle.  W  moim  pokoju  okna  są  tak  wysoko,  że  nie 
można  wyjrzeć  na  dwór  i  patrzeć  na  ziemie  Thornfield  ani 
sprawdzić, czy pada dziś deszcz czy śnieg. 

 - O co chodzi, Gracjo? - woła moja pani, jeśli tak można 

nazwać  wstrętną  Kreolkę,  którą  pan  przywiózł  z  cukrowych 
plantacji  swego  ojca  („Teraz  są  tam  plantacje  tytoniu,  pani 
Fairfax",  mówił  kilka  lat  temu,  ale  jeśli  o  mnie  chodzi,  to 
wszyscy są tam pewnie niewolnikami jak my tu, w Thornfield 
Hall).  Biedna  biała  kobieta  woła  do  mnie,  jak  to  ma  w 
zwyczaju.  -  Co  się  dzieje,  Gracjo?  Przyniosłaś  mi  owoce, 
ananasa,  mango  i  limetkę?  Czy na  tacy  jest  kwiat  hibiskusa? 
Czy nareszcie jestem w domu? 

Trudno  nie  współczuć  żonie  pana,  z  której  ten  uczynił 

niewolnicę, ale w zimny, ciemny poranek denerwuje mnie, że 
ta kobieta, zwana przez męża "jego Antoniną", dopomina się 
tych  wszystkich  egzotycznych  rzeczy,  których  już  nigdy  nie 
spróbuje. Teraz pozostaje  zamknięta w swej celi dzień i noc, 
po  tym,  jak  ostatnio  napędziła  nam  stracha.  Co  prawda,  jej 
ucieczka  nasunęła  mi  pomysł, jak  się  wreszcie wzbogacić  na 
tej  wariatce,  której  tak  długo  przyszło  mi  pilnować.  -  Nie, 
Berto - mówię - to kasza. A tu masz jabłko. Z sadu, po którym 
tak  lubiłaś  się  przechadzać,  jak  tylko  przyjechałaś  do 
Thornfield, pamiętasz? 

Na  co  ona  cichnie  i  tym  urywa  się  nasza  wymiana  zdań. 

Dopóki  nie  przyjdzie  pani  Fairfax  i  nie  powie  szalonej 
kobiecie,  żeby  przestała  wreszcie  bełkotać.  Jeśli  to  nie 
pomoże,  trzeba  będzie  zawołać  pana,  a  on  zarządzi  „zimną 
kąpiel". Wtedy dopiero pani Rochester wydaje z siebie niezłe 
wrzaski!  Okrutne  to  jest,  bo  wyrzucają  więźniarkę  na 
podwórze  do  mycia  koni  i  chłoszczą  ją  silnym  strumieniem 
lodowatej  wody.  Widziałam,  jak  pan  Rochester  wychodzi  z 

background image

domu podczas tej kary, i trudno mu to mieć za złe. Sama bym 
wyszła,  gdybym  mogła.  -  To  nie  dla  ciebie  tutaj  jestem  - 
mówię do biednej lunatyczki, gdy garnie się do mnie i głośno 
domaga się czułości lub innych dowodów uczucia. - Nie mam 
po  Prostu  dokąd  pójść  -  wyjaśniam  jej.  I  wiem,  że  ona 
rozumie,  że  Thornfield  Hall  jest  dla  mnie  więzieniem  tak 
samo jak dla niej. Należymy do pana, który życzy sobie naszej 
śmierci, co jej tez czasem mówię. A wtedy ona krzyczy, jakby 
pękało jej serce. 

Dzisiaj  wszystko  będzie  inaczej.  „Narzeczona"  pana 

Rochestera,  jak ją  nazywają  w  sieni  dla  służby  (gdzie  John  i 
Mary  nie  pozwalają  mi  jeść  ze  sobą,  tacy  się  czują  ważni), 
miała przyjechać dzisiaj. To już jej druga wizyta w ciągu kilku 
tygodni. Mówią, że miała być nową panią Thornfield, królową 
jego serca. 

jedyną 

osobą, 

która 

wie 

przeszkodzie 

uniemożliwiającej małżeństwo Blanki Ingram i pana Edwarda 
Fairfaxa  Rochestera  („przeszkoda"  to  delikatne  słowo,  a 
nauczył mnie go brat Berty, pan Mason) jest Gracja Poole. 

Podczas ostatniej wizyty w Thornfield, pan Mason wszedł 

któregoś  razu  do  celi  o  wysokich  oknach.  Wiem,  że 
przyjeżdża  tu  po  pieniądze  od  mojego  pana,  i  postanawiam 
nauczyć  się  jego  sztuczek.  -  Ty  i  ja  jako  jedyni  znamy  ten 
sekret - mówi do mnie ze stoickim spokojem ten gentleman z 
Indii  Zachodnich,  nalewając  mi  kieliszek  tokaju,  który 
przyniósł z piwnicy. - Zasmakuje ci to bardziej niż ten nędzny 
porter,  którym  się  upijasz,  Gracjo  -  mówi  pan  Mason  i 
wybucha  donośnym  śmiechem,  co  o  mały  włos  nie  budzi 
Berty;  mimo  że  dałam  jej  tyle  laudanum,  że  powinna  spać 
przez dzień lub dwa. - Pani Fairfax nigdy nie zdradzi, w jakich 
karygodnych warunkach zamknięta jest moja siostra - ciągnie 
brat  Berty  -  i  że  straciła  zmysły.  Poczciwa  pani  Fairfax  nie 
chciałaby być postrzegana jako krewna człowieka takiego jak 

background image

Edward, który ze swojej prawowitej małżonki uczynił niemal 
zwierzę. 

Gdy  pan  Mason  wypowiedział  słowa  „prawowita 

małżonka",  zrozumiałam,  co  miał  na  myśli.  Jeśli  mój  pan 
zacznie  na  serio  myśleć  o  ponownym  ożenku,  szantaż 
przybierze  na  sile.  Pan  Mason  stanie  się  bogaty.  Nie  wiem, 
dlaczego  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  ja  także  mogłabym 
wziąć udział w tej grze. Choć pewnie się nie liczyłam - byłam 
przecież tylko Gracją Poole. 

Nadszedł  tydzień,  w  którym  miano  ogłosić  zaręczyny 

panny Blanki Ingram i pana Edwarda Fairfaxa Rochestera. W 
Thornfield  zawrzało.  Tym  razem,  jak  nam  wszystkim  było 
wiadomo,  pan  musiał  ogłosić  wszem  i  wobec  swe  zamiary. 
Zbyt często odkładał diamenty do sejfu, jak zgodnie twierdziły 
kucharka  i  Lea.  Mary,  oddana  pokojówka  pana  Rochestera, 
dwoiła  się  i  troiła,  przygotowując  pościel  i  łazienki.  John 
pokrzykiwał  na  chłopaków,  by  podsycali  ogień  pod 
zbiornikiem  z  gorącą  wodą,  a  pani  Fairfax  ostrym  głosem 
wydawała  polecenia  Lei,  tej  małej,  bystrej  kokietce.  Jednym 
słowem,  było  w  Thornfield  niezłe  zamieszanie.  Jednak  pan 
Richard  Mason,  jak  zauważyłam  ku  mojemu  zadowoleniu, 
zupełnie  zignorował  tę  okazję.  Ani  śladu  telegramu,  ani 
sylwetki zdążającej podjazdem (wysiadał zwykle z powozu w 
Whitcross), z bogactwem wypisanym na czole. Nie słyszałam 
też głosu dobiegającego z dołu schodów wiodących na strych, 
miękkiego  i  podobnego  do  gruchania  leśnych  gołębi 
wzlatujących nad odległym wzgórzem posiadłości Ingramów. 
Spodziewałam się, że w końcu usłyszę: „Jesteś tam, Gracjo?", 
ale  dni  mijały,  a  ja  zdawałam  sobie  sprawę,  że  ta  niezwykła 
szansa stoi tylko przede mną. I zaczęłam przygotowywać plan. 

Berta,  jak  zwykle,  pogrążona  była  w  głębokim  śnie,  gdy 

podniosłam  ją  z  wysuwanego  łóżka.  Czasami  zdarza  się  jej 
obudzić;  wydaje  jej  się  wtedy,  że  leży  w  małżeńskim  łożu, 

background image

podczas  miodowego  miesiąca  na  tych  przeklętych 
egzotycznych wyspach, które opuściła  za sprawą mego pana, 
w dodatku mu za to  płacąc. Zaraz jednak, gdy widzi żelazne 
kraty  łóżka,  wysokie,  skośne  ściany  oświetlone  nikłym 
promieniem  światła,  zaczyna  jęczeć  i  przewracać  się  z  boku 
na  bok.  Wykorzystałam  ten  moment,  podstawiłam  sieć  -  lub 
hamak,  jak  wolicie,  a  ona  stoczyła  się  wprost  do  niego. 
Znalazłam go na strychu wśród zabawek pana Edwarda i jego 
zmarłego, opłakiwanego brata, wyniesionych tam, gdy panicze 
z nich wyrośli. 

Wyglądała  jak  coś,  co  pochodziło  z  tego  egzotycznego 

miejsca,  którego  jak  sądzę,  nigdy  nie  zobaczę.  Jego  nazwa 
brzmiała  chyba  Bequia.  -  Spodobałyby  ci  się  Wyspy 
Zawietrzne,  Gracjo  -  powtarzała  śpiewnym  głosem  biedna 
Berta  i  opowiadała  mi  o  gałce  muszkatołowej  i  chlebowcu, 
które jakiś kapitan Cook zasadził na wyspie, o tej dla mnie tak 
dźwięcznej nazwie. Sprowadził tam też rośliny o pierzastych, 
kłujących liściach, które nowa żona pana Rochestera mogłaby 
podziwiać  w  nowych  szklarniach  przy  oczku  wodnym  w 
Thornfield. - A posłuchaj teraz o pasatach, Gracjo... 

Dziś, leżąc w tym jasnym hamaku na podłodze w pokoju 

na  strychu,  gdzie  spędziła  więcej  lat,  niż  ktokolwiek  miałby 
ochotę zliczyć, żona pana Rochestera wyglądała jak coś, co z 
motyla  na  powrót  stało  się  gąsienicą.  Ja  zaś  naprawdę 
żałowałam, że muszę jej to wszystko robić, nawet jeśli ona nie 
zdawała sobie sprawy, dzięki kroplom Quinceya, jaki czeka ją 
los czy jak wyglądać będzie jej przyszłość. Mamrocząc do niej 
kilka słów, tak jakby mogło jej to dać pocieszenie, ciągnęłam 
ją  po  kamiennych,  spiralnych  schodach  (wiedziałam,  że  pani 
Fairfax wybrała się  do Sheffield z  wizytą do siostrzenicy, co 
uważałam tego dnia za znaczny uśmiech losu). 

Mamrocząc  tak,  jednocześnie  zaś  zastanawiając  się,  kim 

jest  teraz  tutaj  ta  wariatka,  posłyszałam  nagle  kroki  Lei, 

background image

wbiegającej  ciężko  jak  zwykle  po  wąskich  schodkach,  na 
które  dostać  się  można  tylko  po  odsłonięciu  tapiserii  za 
obrazem; nazywamy je schodami ducha. Zmierzała na trzecie 
piętro,  oczyściwszy  już  zapewne  tacę  z  kleikiem.  Zupełnie 
tego  nie  przewidziałam.  Żałowałam  poza  tym,  że  tak  bardzo 
zasmakował  mi  gin  wczorajszego  wieczoru,  bo  strasznie  się 
spociłam,  nim  udało  mi  się  wepchnąć  Bertę  do  schowka  na 
drewno, znajdującego się pod pokojem pani Fairfax, zwanym 
przez nią jej budlarem. To była długa droga, ze schowka przez 
świetlik do pokoiku w wieży. Otworzyłam jednak skrzypiące 
na  zawiasach  okienko  dzień  wcześniej  i  umieściłam  na 
podłodze  stos  starych  szmat,  by  móc  na  nie  potem  zrzucić 
Bertę. 

Bo przecież potrzebna była nam żywa, a nie martwa. A z 

wieży mogłam już wciągnąć ją na wózek i wspiąć się nań za 
nią, jak to robi John, gdy wyrusza do Whitcross po sprawunki. 
Opatuliłam się szczelnie i naciągnęłam na głowę kaptur. Było 
to  pewne  ryzyko,  ale  byłam  zdecydowana  je  podjąć.  W  taki 
dzień jak ten, kiedy miała przyjechać narzeczona pana, Berta 
warta była tyle przysłowiowego złota, ile ważyła. 

 -  Jesteś  zdyszana,  Lea  -  rzuciłam  do  dziewczyny,  gdy 

tajnymi  schodami  weszła  z  łomotem  na  podest  i  ku  mojemu 
przerażeniu  udała  się  do  schowka.  Z  pewnością  Mary 
powiedziała  jej,  że  panna  Blanka  Ingram  zażyczy  sobie 
wielkiego  ognia  na  kominku,  jak  tylko  przyjedzie.  Pani  na 
Thornfield ma prawo do ognia, pod warunkiem, że przyniesie 
dobry posag i kilka ładnych tysięcy akrów ziemi, pomyślałam 
sobie,  chociaż  tak  naprawdę  jedyne,  co  zaprzątało  mi  głowę, 
było  to,  co  ja  zrobię,  gdy  Lea  będzie  próbowała  wejść  do 
schowka.  -  Przyłapałam  cię  wczoraj  wieczorem,  moja  mała  - 
walnęłam  na  chybił  trafił,  będąc  pewną,  że  Lea  to  dziwka 
pierwszej  klasy;  poza  tym  widziałam  ją  już  kilka  razy  z 
nowym  stajennym.  Pani  Fairfax  na  pewno  nie  będzie 

background image

tolerować w Thornfield czegoś, co nazywa „nieodpowiednim 
zachowaniem".  A  gdy  to  „przyłapie"  -  wiedziałam,  że  to 
słowo kiedyś mi się przyda - to wyrzuci ją stąd precz, choćby 
na dworze szaleć miały zamieć i deszcz. 

Lea  odwróciła  się  i  spojrzała  na  mnie,  po  czym  zbiegła 

zaraz po schodach. Uwolniłam się od niej - mogłam spokojnie 
zaciągnąć  mą  więźniarkę  do  kryjówki,  którą  dla  niej 
przygotowałam.  Mogłam  spokojnie  przerwać  mój  dożywotni 
wyrok  w  tym  przeklętym  domu,  mogłam  swobodnie  złożyć 
propozycję  mojemu  panu  i  stać  się  bogata.  Wystarczająco 
długo  żyłam  bez  choćby  promienia  światła,  a  to  może 
potwierdzić sporo ludzi stąd, Lea, Mary i John, a nawet pani 
Fairfax;  widziałam  kilka  razy,  jak  patrzy  na  mnie  ze 
współczuciem. 

Ale dopiero dzisiaj wiem, że mój los się odmieni - i po raz 

pierwszy, odkąd pamiętam - jestem w stanie zauważyć, że nie 
ma na niebie żadnej chmurki. 

Pan  nie  prosił  o  żadne  wyjaśnienia,  gdy  zapukałam  do 

jego  drzwi  bladym  świtem  (od  wielu  godzin  byłyśmy  już  na 
nogach, ja i moja biedna wariatka, ale co to ma za znaczenie, 
skoro nie można nigdzie wyjść, a jedynie krążyć po pokoju i 
położyć się z powrotem? Dzisiaj przynajmniej miałam coś do 
zrobienia  -  ściągnąć  tę  wiedźmę  na  dół  po  schodach).  Ale, 
gdyby  tak  o  tym  pomyśleć,  czy  nie  doprowadziłoby  do 
szaleństwa każdego, jakby zamknąć go tak jak ją, kiedy tylko 
zaczęła  skarżyć  się  na  zimno  i  wszelkie  możliwe  choroby.  - 
Wstawaj,  Antonino  -  mawiał  pan  Rochester  dawno  temu, 
kiedy  jeszcze  wiązał  jakieś  nadzieje  z  kobietą  pochodzącą  z 
Port  of  Spain.  -  Wstawaj  albo  już  nigdy  więcej  nie  będziesz 
się cieszyć moim towarzystwem! 

Jakoś  tak  się  do  niej  zwracał,  co  pogarszało  jeszcze  stan 

drżącej  z  zimna  kobiety,  zamkniętej  przez  niego  w  ciemnym 
pokoju  zaraz  po  powrocie  z  Jamajki  i  tego  miesiąca 

background image

miodowego  na  wyspach,  o  których  ona  tak  lubi  opowiadać. 
Wyspach  z  gałką  muszkatołową  i  kwiatami  passiflory, 
zdobiącymi jej włosy. - Wstawaj, Antonino... 

Teraz  nadeszła  jego  kolej,  by  szybko  wstać  i  podążyć  za 

mną schodami. Wiedział, że w dzień przyjazdu panny Blanki 
nie  może  dojść  do  żadnych  tego  typu  wypadków. 
Towarzyszyć  jej  miała  matka,  która  nigdy  nie  patrzy  ci  w 
oczy, jeśli jesteś służącą albo gospodynią - a przecież mój pan 
nie chce, by się obie dowiedziały... 

Szedł  za  mną  w  milczeniu.  Znam  go  na  tyle  dobrze,  że 

wiem, iż wybuchnie gniewem, widząc, jak jego plany walą się 
w gruzy. Muszę przyznać jednak, że kontrolował się jak tylko 
mógł, aby nie wybuchnąć, gdy tak wspinaliśmy się na trzecie 
piętro.  „Nic  mnie  dziś  nie  powstrzyma",  słyszę,  jak  mruczy 
pod nosem. Chce dostać ziemie panny Blanki, rzecz jasna - a 
jeśli  istnieją  jakieś  przeszkody  stojące  na  drodze  pana 
Rochestera  do pieniędzy, muszą zostać  natychmiast usunięte. 
Jednocześnie wie on jednak, że ja znam sekret, a druga osoba, 
która  mogłaby  być  zainteresowana  tym,  że  pan  Rochester 
zamierza  popełnić  bigamię,  mieszka  po  drugiej  stronie 
wielkiego, zimnego oceanu. 

Razem  weszliśmy  do  „pokoju  Gracji"  i  musiałam  mocno 

się  powstrzymywać,  żeby  nie  wybuchnąć  śmiechem,  widząc, 
jak  mruży  oczy,  by  przyzwyczaić  się  do  mizernego 
oświetlenia  przed  wejściem  do  celi,  gdzie  biedna  Antonina 
spędziła  w  zamknięciu  piętnaście  lat.  Miał  zamiar  znowu 
zacząć wszystko od początku? Tak jakby mężczyzna nie mógł 
przebywać  blisko  kobiety,  nie  przypominając  sobie  czasów, 
kiedy  byli  kochankami.  -  Antonino,  kochanie,  jak  się  dzisiaj 
miewasz?  -  spytał  dokładnie  tak,  jak  to  sobie  wyobrażałam. 
Nie pozostaje jednak długo tak uprzejmy - zdarza się to tylko 
wtedy,  kiedy  jej  brat,  pan  Mason,  jest  tutaj.  Dziś,  tak jak  się 

background image

spodziewałam,  zaczął  znowu  przeklinać  swój  podły  los,  by 
zaraz wypaść z celi, ciskając gromy 

Dzisiaj  tak  się  złożyło,  że  Berta  Mason  -  albo  pani 

Rochester,  o  której  nikomu  nie  wolno  się  dowiedzieć  - 
znajduje  się  kawał  drogi  stąd,  na  strychu  na  siano,  gdzie 
specjalnie  przygotowałam  dla  niej  miejsce.  Zdziałała  to 
łapówka  wręczona  nowemu  chłopakowi  stajennemu  -  jego 
ojciec  jest  pastuchem  w  dalekim  gospodarstwie  w  Millcote. 
Będzie  trzymał  gębę  na  kłódkę,  gdy  ktokolwiek  natknie  się 
tam  na  kobietę  ukrytą  w  sianie.  Pan  Rochester  jest  skąpym 
pracodawcą,  więc  rodzina  chłopaka  jest  zadowolona  z 
pieniędzy,  wysupłanych  z  moich  oszczędności.  -  Dostaniesz 
więcej,  jeśli  nic  nie  piśniesz,  Jack  -  obiecałam  mu.  Według 
mojej oceny, suma ta wystarczy na zapewnienie ich milczenia 
przez  dwa  tygodnie.  Ale  do  tego  momentu  pan  Rochester 
będzie płacił - a będzie płacił dwa razy tyle, aż do momentu, 
kiedy  będę  mogła  odejść  (mam  zamiar  wybrać  się  na 
południe,  gdzie  mieszka  moja  siostra,  na  wybrzeżu  koło 
Devon. Będzie zadowolona, gdy przywiozę jej złoto, którego 
teraz zażądam - chociaż to wszystko na razie należy jeszcze do 
świata marzeń). 

 - Gracjo, gdzie jest twoja pani? - spytał pan Rochester. A 

ja  musiałem  powstrzymać  się  od  śmiechu,  który  budzi  we 
mnie jego drżący głos. 

 -  Nie  wiem,  proszę  pana  -  odparłam.  I,  prawdę  mówiąc, 

gdy stanęłam z nim twarzą w twarz, uwierzyłam samej sobie. 
Nie  mogło  być  prawdą,  że  panna  młoda,  którą  przywiózł  ze 
sobą  do  Thornfield  z  tak  pięknymi  sukniami,  z  mocą 
grzebyków i diamentów piętrzących się na jej włosach, można 
było zamknąć w śmierdzącej zgnilizną stodole razem z belami 
rozkładającego się siana i dwiema krowami. Jack przywiódł je 
tam  zeszłej  nocy,  łamiąc  przyrzeczenie,  że  moja  więźniarka 
będzie  tam  sama.  Nie  żeby  mnie  dziwiło  to,  co  zrobił.  Jeśli 

background image

płacono mu za siano - tak, jak mu powiedziałam - dlaczego by 
go  nie  użyczyć  krowie  i  jej  cielakowi?  Jeśli  dobrze  się  temu 
przyjrzeć, wszyscy jesteśmy tacy sami i nie ma zbyt wielkiej 
różnicy między stajennym a panem na Thornfield. 

Już  samo  patrzenie  na  twarz  pana  Rochestera,  kiedy 

dochodziło  do  niego  z  wolna,  że  jego  żona  znowu  uciekła, 
było  warte  suwerena  lub  dwóch.  A  ja  ciągle  czekałam  -  i 
wtedy  właśnie  zachowałam  się  jak  jakiś  bałwan,  który  sam 
zasłużył  sobie  na  to,  by  spadły  na  niego  wszelkie 
niepowodzenia - czekałam z upomnieniem się o nagrodę, co ją 
sobie umyśliłam. Później, pomyślałam sobie, kiedy już panna 
Blanka i jej matka zostaną zaprowadzone do swoich pokoi, a 
pan Rochester będzie drżał na myśl o tym, że Berta może tam 
wejść  o  każdej  porze  dnia  i  nocy,  złożę  mu  swą  propozycję. 
Wtedy mu zaproponuję, że zachowam dla siebie informację o 
pierwszej pani Rochester... Ale byłam głupia! 

No  tak,  bo  ten  „kawaler  do  wzięcia",  jak  mówiła  o  nim 

pani  Fairfax,  nie  miał  zbyt  wiele  czasu  do  stracenia. 
Gospodyni  mówiła  tak  o  swoim  kuzynie  i  chlebodawcy,  tak 
jakby  musiała  udawać,  że  nigdy  nie  odkryła,  co  naprawdę 
kryło  się  w  „pokoju  Gracji"  na  górze.  Dziedzic  Thornfield 
musiał  przygotować  się  na  przyjęcie  gości  i  występować  w 
roli mistrza ceremonii podczas tej tak ważnej wizyty. 

 -  No  cóż,  Gracjo  -  warknął  w  odpowiedzi  na  moje 

zapewnienie,  że  nie  mam  pojęcia,  gdzie  jest  jego  najdroższa 
ukochana. - Zostałaś najęta do pilnowania Antoniny... - On nie 
może zdobyć się na nazwanie jej swoją żoną. Nie pochwalam 
takiego  tchórzostwa.  -  Miałaś  jej  strzec  i  opiekować  się  nią  - 
ciągnął  pan  Rochester  i  posłyszałam,  jak  w  jego  wnętrzu 
zbiera się na burzę, jak nadciąga ona znad odległych brzegów, 
zwanych 

przez 

niego 

samego 

„cierpliwością 

wyrozumiałością".  Czuję,  że  zaraz  uderzy  cyklon,  a  wtedy 
nawet pani Fairfax wybiegnie ze swego pokoju i poleci na dół, 

background image

by  uniknąć  gromów  rzucanych  przez  swego  chlebodawcę.  - 
Jak  śmiałaś?  -  krzyknął  pan  Edward,  jak  go  zwano  przed 
smutną śmiercią jego starszego brata, dobrego pana Rowlanda. 
- Jak mogłaś być taka nieuważna? Pewnie się upiłaś, co? 

Jego głos przybierał na mocy. Zaraz jednak znowu opadł. 

Staliśmy w tym pokoju o wysokich oknach, gdzie przez niego 
zmarnowałam  swoją  młodość,  skąd  nie  mogłam  wyjrzeć, 
chyba  że  się  wspięłam  na  krzesło.  Gdzie  nie  miałam  szans 
zaznać ni miłości, ni rozrywki, mając za jedynych towarzyszy 
gin lub kufel portera. 

Patrzyliśmy sobie w oczy. Trudno mi stwierdzić, czy czuł, 

że  wiedziałam,  gdzie  jest  jego  żona.  Nagle  jednak  ucichł  jak 
myszka,  po  czym  odwrócił  się  na  pięcie  i  wyszedł  z  pokoju. 
Jeśli  ktokolwiek  był  tu  zbity  z  tropu,  to  byłam  to  ja,  Gracja 
Poole.  Oczekiwałam,  że  będzie  miotał  się  i  wściekał.  Ale  on 
zszedł  po  schodach  opanowany  jak  gentleman.  Nic  nie 
popsuje mu wizyty panny Blanki; jeszcze nie. 

I  jakąś  godzinę  później,  gdy  nosiłam  dzbany  z  wodą  do 

pokoi,  dokładałam  węgla  do  ognia  w  bibliotece  i  wielkim 
hallu, jakby nigdy nic, (i tak zresztą było - przecież istnienie 
mojej podopiecznej było tajemnicą), poszłam na tyły schodów 
dla  służby,  by  popatrzeć  na  przyjazd  szlachetnie  urodzonych 
gości.  Wtedy  to  usłyszałam  od  panny  Eyre,  guwernantki,  że 
wizyta  Blanki  Ingram  i  jej  matki  została  odwołana  -  pewnie 
ostatecznie,  pomyślałam,  gdy  zobaczyłam  twarz  pana 
Rochestera,  ciemną  jak  chmura  gradowa.  Ta  Eyre  na  pewno 
była  we  wszystko  wtajemniczona.  Gdyby  tylko  w  tamtym 
momencie  dał  mi  szansę  porozmawiania  z  nim  -  no  dobrze, 
zaszantażowania, jeśli tak wolicie - wszystko poszłoby dla nas 
obojga jak po maśle. 

To,  że  sprawy  nie  potoczyły  się  tak,  jak  zaplanowałam, 

składam na karb nieszczęścia, które sprowadziła na Thornfield 
mała 

Francuzka.  Paplała  ona  o  starej  wiedźmie, 

background image

przepowiadającej  przyszłość,  którą  odwiedzała  w  „ładnym, 
czystym  mieście".  To  stamtąd  przyjechała,  by  zamieszkać  z 
papą. 

Chociaż  z  początku  tak go nie nazywała. Biedne dziecko 

nie  wiedziało,  czego  się  spodziewać  po  Thornfield  Hall. 
Muszę  przyznać,  że  to  właśnie  przez  te  kłamstwa,  sprzedane 
tej  afektowanej,  małej  laleczce  z  Paryża,  wszystko  przybrało 
zły obrót. To ona mi wmówiła, że umie patrzeć w przyszłość. 
Zdradziła mi, że stara kobieta z Paryża, mieszkająca z ropuchą 
i czarnym kotem, o której mi opowiedziała, uznała ją za osobę 
wybitnie  uzdolnioną  do  patrzenia  w  przyszłość.  A  ja 
rozpaczliwie  chciałam  wiedzieć,  kiedy  nadejdzie  najlepszy 
moment,  by  pójść  do  pana  i  powiedzieć  mu,  że  jeśli  mi  nie 
zapłaci,  oznajmię  wszystkim, że  ma  on żonę,  i podam,  gdzie 
teraz jest. Bo chociaż zaręczyny z panną Blanką nie mogły już 
dojść do skutku, wiedziałam, że pan Rochester z ulgą ukoiłby 
swój  niepokój  co  do  nieprzewidywalnych,  przyszłych 
poczynań swej szalonej żony. Oczywiście, nie przedstawiłam 
tego w ten sposób małej panience - zrobiłam z tego opowieść 
o  miłosnych  tarapatach,  w  których  to  sprawach  chciałam 
zasięgnąć porady światowego człowieka. 

 -  Och,  Grass,  nie  wiem,  co  ci  poradzić  -  powiedziała 

Adelka. Wymawiała moje imię jak „ass" (Ass (ang.) - tyłek.), 
co  strasznie  mnie  rozśmieszyło.  Widziałam,  że  panią  Fairfax 
denerwowało to dziecko, „podopieczna" pana Rochestera, ale 
ona  nie  przejęłaby  się  moimi  uwagami  na  ten  temat.  Pani 
Fairfax  musiała  stale  być  taka  akuratna.  Ale  mimo  jej  braku 
sympatii dla głupiego stworzenia, zaczęłam lubić towarzystwo 
Adelki. Wydawało  mi  się, że będę mogła jej  użyć  w ten czy 
inny  sposób.  Jeśli  nie  uda  mi  się  skorzystać  z  jej  talentów 
wróżki,  to  zawsze  będę  mogła  za  jej  pośrednictwem  dotrzeć 
jakoś do mego chlebodawcy. To, że zdawał się znudzony tym 
„małym  bękartem",  jak  o  niej  mówił  w  rozmowie  z 

background image

guwernantką  pod  wielkim  drzewem  w  ogrodzie,  nie  zraziło 
mnie. Krew upomni się o swoje prawa, zwłaszcza że to krew 
szlachecka - nawet jeśli ta latorośl była tak bardzo niepodobna 
do swego ojca. 

 -  Myślę,  że  serce  ci  podpowie,  kiedy  nadejdzie 

odpowiednia chwila - oznajmiło dziecko, które lubi wyrzucać 
z  siebie  takie  brednie,  gdy  przychodzi  do  mojego  pokoju  na 
ostatnim  piętrze.  Siada  na  skromnym  drewnianym  krześle, 
jedynym  meblu  poza  stołem  i  moim  własnym,  twardym 
stołkiem. - La Cibot mówi mi, że musisz znaleźć kartę tarota 
ze  swoim  symbolem  i  wyciągnąć  z  tego  naukę.  -  Adelka 
wzrusza  ramionami.  Po  raz  kolejny  bawi  mnie  widok  tej 
miniaturki kobiety. Nie mam jednak wymienionych przez nią 
kart,  zaraz  też  przysypiam,  gdy  zaczyna  opowiadać  o 
sklepach, które tak lubi odwiedzać w Paryżu, i o mężczyźnie 
zwanym  Felixem.  Zabiera  ją  do  swego  studia  i  pozwala 
patrzeć,  jak  robi  ludzkie  twarze  na  papierze,  hodując  je,  jak 
mówi,  w  wielkim  zbiorniku  z  dziwnie  pachnącym  płynem. 
Dziwuję  się  nad  życiem,  które  do  tej  pory  wiodła.  Jej  matka 
tańczyła, jak mówi, nad głowami ludzi zgromadzonych wokół 
cyrkowej  areny.  Była  danseuse  de  corde  -  muszę  za  Adelką 
powtarzać nazwę jej zawodu - czyli akrobatką na trapezie, jak 
mi  się  wydaje.  Choć,  gdy  do  Millcote  przyjechało  wesołe 
miasteczko,  ja  jako  jedyna  musiałam  zostać  w  Thornfield. 
Powiedzieli  mi,  że  to  pan  nie  pozwolił  mi  jechać.  Tylko  ja 
znam  powód:  biedna,  szalona  Berta  mogłaby  uciec,  podczas 
gdy  ja  gapiłabym  się  na  zawieszoną  w  powietrzu  tancerkę  i 
śmiała się z clownów. 

Lubię  sobie  wyobrażać  matkę  Adelki  spacerującą  nad 

tłumem. To dziecko mnie rozwesela; nie mogę jednak opędzić 
się od myśli, że wszystko idzie nie po mojej myśli. Najgorsze 
podejrzenie, jakie mam, a czego Adelka nigdy rzecz jasna nie 
odgadnie,  to  że  pan  dokładnie  wie,  co  zrobiłam  i  że 

background image

zamierzam  go  szantażować,  niezależnie  od  tego,  czy  zaręczy 
się z panną Blanką czy nie. Powinnam była zażądać okupu już 
wcześniej,  wtedy,  kiedy  panna  Blanka  miała  jeszcze  zawitać 
do Thornfield. A teraz, kiedy pan stracił zimną krew i odwołał 
wizytę,  co  mam  zrobić  z  moim  więźniem,  zamkniętym  w 
oborze  za  stajniami?  Jak  mam  mówić  teraz  z  panem 
Rochesterem? Teraz już w ogóle nie wchodzi na trzecie piętro 
albo traktuje mnie jak powietrze, gdy przechodzę obok. Gracja 
Poole stała się duchem Thornfield Hall. 

Najgorsze  jest  to,  że  Antonina  jest  słaba,  i  obawiam  się, 

umiera  na  strychu  z  sianem.  Musiałam  przenieść  ją  na 
najwyższe  bele,  gdy  przyszedł  Jack  i  przyprowadził  kolejną 
krowę,  mówiąc,  że  kończą  się  pieniądze  na  wynajęcie  tej 
walącej  się  obory.  I  jest  jeszcze  coś:  Adelka  usłyszała  - 
pewnie od Lei, ale powie się jej, żeby nie rozpowiadała - że w 
stodole  za  ogrodzeniem  parku  mieszka  jakaś  „dziwna 
kobieta".  I  że  ja,  Gracja  Poole  pokażę  ją  temu  ciekawskiemu 
dziecku.  Tak  więc  sieć  się  zacieśnia,  a  we  mnie  poczyna 
wzbierać lęk. Gracja Poole skończy, dyndając na sznurku, jeśli 
los wkrótce się nie odwróci - tego jestem pewna. 

background image


Adelka 
Opowiadała  mi  maman,  że  w  czasach  douceur  de  vivre 

(Douceur de vivre (fr.) - słodkie życie.) - w okresie przez nią 
znienawidzonym,  bo  wtedy  jeszcze  nie  panowała  wolność  - 
był w Paryżu stary bogaty arystokrata, który miał obórkę (jak 
mówi Jack, chłopak stajenny) dokładnie na pierwszym piętrze 
swego  eleganckiego  domu.  -  Było  tam  siano  i  dwie  krowy 
zajęte  jednostajnym  żuciem  -  w  ten  sposób  starszy  pan 
zrealizował  swoje  marzenie  o  wsi  -  rzekła  maman,  po  czym 
zaczęła śmiać się z folies (Folies (fr.) - szaleństwa.) i fanaberii 
szlachetnie  urodzonych  w  naszym  kraju,  w  czasach,  zanim 
jeszcze  wynaleziono  madame  Guillotine,  mającej  ścinać  ich 
głowy.  -  Ten  markiz...  -  ciągnęła  maman  ze  wzrokiem 
utkwionym w przestrzeń (pomyślałam sobie wtedy, że Celinie 
musiało  się  tak  naprawdę  dobrze  żyć  w  ancien  regime,  jak 
mówią  o  nim  republikanie,  oswobodzeni  przez  monsieur 
Robespierre'a  i  jemu  podobnych)  -  ...miał  on  chłopaka  do 
dojenia krów, sam zaś leżał, czytając w łóżku w tej wiejskiej 
scenerii. Wyobrażasz to sobie? 

W  tym  momencie  maman  i  Jenny  wybuchały  śmiechem, 

wspominając ekscentryczne wybryki w dawnych czasach. I to 
właśnie o tym ich  śmiechu  myślę, wspiąwszy się  na strych z 
sianem, na który mogłam się dostać zapłaciwszy Lei luidora, 
przysłanego  mi  przez  Jenny  na  wypadek,  gdybym  musiała 
uciekać  z  Thornfield  lub  w  jakiś  inny  sposób  ratować  swoje 
życie.  Uważam,  że  uratowanie  Antoniny  jest  tak  ważne,  jak 
moje  własne  życie.  Gdy  tylko  bowiem  Lea,  chichocząc, 
powiedziała  mi,  że  wysoko,  na  belach  siana  w  oborze  na 
tyłach  parku,  leży  jakaś  dziwna  kobieta,  w  lot  pojęłam,  że 
chodzi o bonne amie (Bonne amie (fr.) - dobra przyjaciółka.) z 
dachu  Thornfield  Hall,  miłą  kobietę  z  długimi  czarnymi 
włosami, co śpiewała mi piosenki o swojej odległej wyspie. 

background image

Lea wiedziała o moim małym zapasie pieniędzy (dostałam 

od  Nadara  suwerena  za  zdjęcie  „bogatego  Anglika",  jak 
powiedział),  a  mnie  było  wiadomo,  że  Lea  potrzebowała  ich 
na ślub z Jackiem, bo była z nim enceinte (Enceinte (fr.) - w 
ciąży.). 

Przygotowałam swój plan wymknięcia się z domu jeszcze 

wczoraj.  Wydarzyło  się  tego  dnia  coś  dobrego:  planowany 
ślub papy z panną Blanką został odwołany. Potem zaś zaszło 
coś  złego.  Panna  Eyre  wezwała  mnie  do  pokoju  szkolnego, 
mówiąc,  że  ma  mi  do  przekazania  wiadomość,  która  istotnie 
zmieni życie nas obu. 

Najpierw w milczeniu chodziła po pokoju. Ja zaś, jako że 

był  spokojny  wieczór,  obiecałam  spotkać  się  dziś  z  Leą  - 
naturellement,  z  luidorem  w  kieszeni  mojej  sukienki  bez 
rękawków - przy bramie wiodącej z ogrodu do parku. Stamtąd 
tylko  mały  spacer  dzielił  nas  od  obory,  gdzie  na  strychu  z 
sianem,  jak  sobie  wyobrażałam,  moja  przyjaciółka,  niczym 
paryski  arystokrata,  wsparta  na  poduszkach  popijać  będzie 
tłuste  mleko.  Nie  chciałam  się  zastanawiać,  dlaczego  Jane 
była tak podekscytowana. Jednak jak później wspominałam tę 
chwilę,  zdałam  sobie  sprawę,  że  nigdy  przedtem  oczy  małej 
guwernantki  nie  lśniły  tak  jasno,  aż  wydawały  się  zielone,  a 
nie po prostu „orzechowe", jak to mi kiedyś sama powiedziała. 
Spytałam  ją  bowiem,  jakie  angielskie  słowo  określa  tak 
nieinteresujące regard (Regard (fr.) - spojrzenie.). 

 -  Adelko  -  zaczęła  Jane,  podchodząc  do  mnie  w  końcu  i 

biorąc mnie w ramiona (a tego nauczyłam się nie odmawiać, 
gdyż  czuć  od  niej  zapach  świeżej  limonki,  który  już  zawsze 
kojarzył  mi  się  będzie  z  moją  małą  guwernantką;  tak  jakby 
była  pół  drzewem,  pół  kobietą,  jak  na  tych  rysunkach 
mitologicznych  stworzeń  kryjących  się  w  książkach  z 
biblioteki papy) - moja droga Adelko - powtórzyła, pochylając 
się nade mną, a ja wciągnęłam zapach zielonych liści wionący 

background image

od  niej.  -  Jutro  wychodzę  za  mąż.  Zaprosilibyśmy  cię  na 
ceremonię, ale będzie ona przeznaczona tylko dla nas obojga. 
Zaraz potem wyjedziemy na jakiś czas z Thornfield. Będziesz 
grzeczną dziewczynką - będziesz robić wszystko, co ci poleci 
pani Fairfax. Obiecaj mi to zaraz, moja kochana! 

Obiecałam,  ponieważ  moja  nauczycielka  bardzo  na  to 

nalegała. A potem, nagle onieśmielona, zdałam sobie sprawę, 
że  nie  jestem  w  stanie  zapytać  o  nazwisko  pana  młodego. 
Stałam  tak  oniemiała,  jak  mały  Tomcio  Paluch  na  widok 
olbrzyma,  a  minuty  mijały.  Lea  przestępowała  pewnie  już  z 
nogi na nogę z niecierpliwości na wybrukowanym podwórzu, 
czekając na mnie. 

 -  Wychodzę  za  pana  Rochestera  -  oświadczyła  szybko 

Jane,  a  ja  osłupiałam  na  dobrą  chwilę.  -  Nie  mogłam 
powiedzieć ci o tym wcześniej, Adelko, bo on sobie tego nie 
życzył. Ale mogę cię zapewnić, że będę bardzo szczęśliwa! - I 
po tych słowach dziewczyna, która nie była już tą myszowatą 
panną  Eyre,  szybko  przecięła  pokój  i  podeszła  do  okna. 
Wyjrzała  na  podjazd  Thornfield  Hall,  jakby  dopiero  co 
zajechał tam na koniu jej oblubieniec. 

Co  do  mnie,  to  uciekłam  z  pokoju,  zbiegłam  na  dół  po 

tylnych  schodach  do  drzwi  wychodzących  na  zabudowania 
stajni.  Zła,  stale  przytupująca  Lea,  musiała  najpierw  się 
upewnić,  że  mam  przy  sobie  luidora.  Szukała  go  po  moich 
kieszeniach, jakbym była jakimś pospolitym złodziejaszkiem, 
oddającym skradzione łupy w zamian za nagrodę. Pociągnęła 
mnie  też  za  włosy,  wstrętna  Lea,  tak  więc  przez  całą  drogę 
łkałam  i  pociągałam  nosem,  idąc  zarośniętą  ścieżką  wiodącą 
do obory, gdzie Jack trzymał swoje dwie krowy. 

background image


Gracja 
Tak  więc  mimo  wszystko  będzie  wesele  w  Thornfield 

Hall! Lea przyszła mi to powiedzieć o świcie. Przyznaję, że od 
razu pospieszyłam do piwnicy po butelkę pańskiego porto, bo 
Gracja wpadła nagle przez to w niezłe tarapaty, nie ma dwóch 
zdań. 

Pozostawały  do  rozwiązania  jednak  pewne  zagadki:  jak 

moja pani - moja, skoro biedną kobietę trzymam z mojej woli 
na  strychu  z  sianem,  aż  do  momentu,  kiedy  zbiorę  się  na 
odwagę  i  zmuszę  dziedzica  Thornfield  do  płacenia  -  jak  ona 
domyśliła  się,  że  pan  zapałał  nową  miłością?  Skąd  się 
dowiedziała,  że  jej  mąż,  z  którym  miała  żyć  do  końca  za 
pieniądze  przywiezione  z  Jamajki,  teraz  miał  jakieś  zamiary 
wobec  ubogiej  sieroty?  Odpowiedź  jest  prosta  -  spostrzegła 
ich  razem  w  ogrodzie  ze  swej  kryjówki  na  dachu.  Mnie  zaś 
chyba  wysiadła  intuicja,  skoro  w  niczym  się  wcześniej  nie 
zorientowałam. Choć, pal licho zdrowie podłej Kreolki i mój 
strach,  że  ktoś  może  ją  odkryć  w  oborze,  do  głowy  mi  nie 
przyszło, że ostatni obiekt uczuć mego chlebodawcy mam pod 
samym nosem. Nie może żyć bez kobiety. A groźba, że jego 
żona mogłaby się znienacka tam ujawnić, powstrzymało go od 
oświadczenia  się  pannie  Blance.  Byłam  przecież  tego  blisko, 
powinnam  była  wyczuć,  że  szukał  następnej  jak  najbliżej 
domu.  Ale  panna  Eyre!  Osiemnastolatka!  Ciekawa  tylko 
jestem, co pomyśli mała guwernantka, kiedy Adelka, co nigdy 
nie trzyma sekretu dłużej niż dzień, wyjaśni swej drogiej Jane, 
że  jej  miłość  do  pana,  człowieka  już  żonatego,  jest  surowo 
zakazana  przez  kościół.  Oczywiście,  jeśli  Adelka  pozna 
tajemnicę. 

Rzecz  jasna,  prawowita  małżonka  pana  Rochestera  sama 

musiała  to  spostrzec.  A  ja  myślałam,  że  ta  biedna, 
nafaszerowana lekami kobieta była zbyt słaba, by podnieść się 

background image

z  łóżka  i  wyjrzeć  przez  okno.  Zrozumiałam,  że  patrzyła  na 
nich z góry, śledząc ich - nieznany wcześniej ton głosu pana, 
śpiewającego  nową  pieśń  dla  guwernantki,  musiał  dodać  sił 
gasnącej  istocie.  Zresztą  Antonina  zawsze  dysponowała 
zadziwiającą  siłą  ducha.  Mam  teraz  dowód  na  to,  że  jest 
przebiegła, jak mówił pan. Powiedziałabym, że może stać się 
niewidzialna za pomocą czarnej magii, co ją praktykowała na 
dalekich  wyspach;  czasami  nie  można  uchwycić  jej  ruchów, 
tak  jak  błysków  światła  migającego  na  bagnach,  w  gorące 
letnie  noce.  W  jednej  chwili  idzie  niepewnie  jak  ktoś 
wycieńczony,  w  drugiej  -  już  jej  nie  ma.  Któregoś  dnia 
wyjdzie  na  dach  i  pociągnie  cię  za  sobą  na  dół,  mówię  do 
siebie. Jednak okazało się, że nie powinnam się była martwić, 
że Adelka pobiegnie zaraz do pana opowiedzieć mu o wariatce 
na dachu. Łatwo odwrócić jej uwagę i nie mogę się rozeznać, 
czy widzi jakąś różnicę między fantazją a tym, co się dzieje tu 
i teraz. 

Mała  Paryżanka  wspina  mi  się  na  kolana  i  zaczyna  mi 

opowiadać  o  swojej  pięknej  maman,  kobiecie,  co  opuściła 
swoje własne dziecko ot, tak, skazując je na ulicę, i wyjechała 
do Włoch. Czasami dowiadywaliśmy się  ciekawych  rzeczy o 
słynnej  Celinie  Varens.  -  Maman  i  papa  mieszkali  w  białej 
willi nad morzem - mówi Adelka. Ta Francuzeczka w każdym 
calu,  z  jej  długimi  brązowymi  lokami  i  bladą  twarzyczką, 
chce,  żebyśmy  nazywali  ją  Adele.  Widać,  że  jest  z  tych 
panien, której rączki nigdy nie splamiła praca. 

 -  Willa?  Jaka  znowu  willa?  -  pytam  ją  zaraz,  bo 

przyznaję,  nie  znam  tego  słowa.  W  tych  stronach  nie  mamy 
żadnych willi. 

 -  Cała  w  słońcu  -  wyjaśnia  Adelka  i  wzdycha.  -  Papa  i 

maman są w grande chambre a coucher... (Grande chambre a 
coucher (fr.) - duża sypialnia.) 

background image

 -  Ech,  powiem  ci  coś,  moje  dziecko  -  przerywam  jej.  - 

Lepiej  uważać  na  pułapki,  które  zastawia  na  nas  życie,  niż 
rozmyślać ciągle o tym, co było. 

 - A maman mówi papie, że wcale za  niego nie wyjdzie - 

ciągnie  dziecko.  -  Teraz  zmieni  zdanie,  jestem  pewna. 
Poprosiłam  madame  Fairfax,  żeby  napisała  do  maman,  że 
papa ją kocha i że musi tu przyjechać, żebyśmy byli rodziną. 

Biedna  mała!  Gdybym  nie  miała  tylu  zmartwień  na 

głowie,  pewnie  bym  jej  współczuła.  Co  się  stanie  z  Adelką 
Varens,  kiedy  pan  ożeni  się  z  Jane Eyre?  Dobrze jest jednak 
usłyszeć  o  kobiecie,  która  nie  ma  ochoty  wyjść  za  pana 
Rochestera; zawsze to lepiej, niż gdyby miało być na odwrót. - 
Dlaczego  nie  przyjmuje  jego  oświadczyn?  -  pytam,  jak  tego 
chciała  Adelka.  Cała  ta  historia  wyglądała  zresztą  na 
zmyśloną,  tak  jakby  Adelka  tymi  wymysłami  nadrabiała 
wszystkie lekcje z panną Eyre, które jej przepadały. 

 -  Maman  powiedziała  papie,  że  nie  wydaje  jej  się,  by 

rozumiał  nowoczesne  francuskie  poglądy  na  świat  -  odparła 
Adelka  swym  poważnym  głosikiem.  Bez  zdziwienia,  ale  nie 
wypytałam jej, co oznaczały te francuskie poglądy. - Liberte, 
egalite,  fraternite  -  mówi  mała  czarowniczka  i  zeskakuje  z 
moich kolan. - Liberte, egalite... 

 -  Starczy  tego,  moje  dziecko  -  powiedziałam  i 

zamachnęłam  się  na  nią  ręką,  jak  na  nieznośnego  komara 
brzęczącego  koło  ucha,  utrapienia  nas  wszystkich  w 
Thornfield  Hall.  Z  drugiej  strony,  co  to  za  wymysł,  że 
oświadczyny  pana  zostały  odrzucone,  bo  nie  rozumiał  pojęć 
wolności czy równości - no bo co, nawet biedna Gracja Poole 
potrafi  zgadnąć,  co  się  kryje  za  tymi  słowami.  I  chociaż  nie 
przyznałam się do tego dziewczynce, chyliłam głowę przed jej 
matką,  Celiną  Varens.  Pan  Rochester  może  się  uganiać  za  tą 
swoją guwernantką, z tym jej „tak, proszę pana" i „nie, proszę 

background image

pana", ale nigdy nie uda mu się zdobyć naprawdę sobie równej 
Francuzki. 

To wszystko nieźle dało mi do myślenia, więc prawie nie 

słuchałam,  co  paplała  Adelka.  Jednak  w  pewnym  momencie 
poczułam  przemożną  chęć,  by  powtórzyła,  co  przed  chwilą 
powiedziała, wolno i bez tych wszystkich francuskich słów. 

 - Antonina doit mourir (Doit mourir (fr.) - musi umrzeć.) - 

obwieściła wolno i głośno Adelka, nieposłuszna jak zwykle. - 
Musi umrzeć, żeby papa był wolny. 

 -  Coś  ty  powiedziała?  -  krzyknęłam.  -  Hola,  to  nie  są 

żarty.  Nie  wolno  ci  mówić  w  ten  sposób,  dziecko.  Z  kim  ty 
rozmawiałaś? Mów mi zaraz całą prawdę. 

 -  Pewnie,  tylko  la  verite  (La  verite  (fr.)  -  prawda.)  - 

odparło dziecko, które nagle spoważniało, słysząc ton mojego 
głosu i widząc moje spojrzenie. 

Zakryłam uszy dłońmi przerażona  tym, co  usłyszałam. A 

potem  pomyślałam  sobie,  że  jeśli  ktoś  miałby  zabić  podłą 
Bertę, to  tylko  ta  mała  kokietka, z  tą jej  udawaną  sympatią i 
ciągle przybieranymi pozami. 

 - Lea mi powiedziała - łkała Adelka, próbując wdrapać się 

na  moje  kolana.  Ale  ja  jej  nie  chciałam,  byłam  nieugięta  i 
chyba  musiałam  sama  wydać  się  jej  duchem,  bo  zaczęła 
płakać na serio, wołając maman, by pomogła jej wydostać się 
z tego strasznego miejsca. 

 -  No  dobrze,  Adelko  -  rzuciłam  w  końcu.  -  Po  pierwsze, 

skąd  wiesz,  kim  jest  ta  kobieta?  I  gdzie  ją  widziałaś?  W  ten 
sposób się rozeznam, co sobie ubzdurałaś, a co jest prawdą. - 
Podniosłam rękę i pokazałam jej, że dam jej solidnego klapsa, 
jeśli skłamie. To jednak tylko sprawiło, że zaczęła wrzeszczeć 
i mazgaić się na całego. 

W  końcu  jednak  potwierdziły  się  moje  najgorsze 

przeczucia.  Lea,  ta  idiotka,  poszła  baraszkować  na  belach 
siana  na  strychu  ze  stajennym  Jackiem,  i  zobaczyła  biedną 

background image

Bertę, jęczącą i błagającą  zapewne, by ją zabrać z  powrotem 
do Thornfield Hall. A ta zasypała ją opowieściami - ech, sam 
Pan  Bóg  wie,  jak  mam  już  ich  po  dziurki  w  nosie  -  o 
hibiskusie  i  gałce  muszkatołowej  na  wyspie  z  czarnym 
piaskiem, gdzie pojechała  po ślubie i  gdzie była przez krótki 
czas  szczęśliwa.  O  jej  długich  latach  spędzonych  na  strychu 
Thornfield Hall. O jej ucieczce ze strychu dzień czy dwa temu 
i jak zobaczyła "jej Edwarda" z małą guwernantką w ogrodzie. 
A  więc  to  Lea  i  Jack,  częściowo  na  złość  długoletniej 
strażniczce tej wariatki - mnie samej, Gracji Poole, a po części 
ze współczucia dla mnie - nastawili Adelkę, by sprowadzić ją 
z powrotem do Thornfield. 

Lea powiedziała Adelce. Było pewne, że to zrobi, i tak się 

stało. Nigdy nie można dobrze ocenić siły miłości dziecka do 
swej matki czy ojca - w tym wypadku, do obojga, bo Adelka 
nadal myśli, że uda jej się ich w końcu połączyć w Thornfield 
Hall. - Teraz papa zrozumie francuski sposób myślenia - mówi 
dziewczynka, gdy spostrzegła, że nie mam zamiaru wziąć jej 
w ramiona i głaskać po główce, jak to robiłam wcześniej. - A 
będzie  mógł  ożenić  się  z  maman,  kiedy  będzie,  jak  wy  to 
mówicie, veuf - ciągnęła Adelka. 

 -  Wdowiec  -  rzuciłam,  widząc  całą  moją  przyszłość 

walącą  się  w  gruzy  z  chwilą,  gdy  Kreolka  umrze  pod  moją 
opieką.  Grozić  mi  też  będzie  więzienie,  jeśli  szybko  nie 
zabiorę  się  z  Thornfield  i  nie  znajdę  pracy  gdzie  indziej. 
Przyznam,  że  myśli  wirowały  mi  w  głowie  jak  karuzela  na 
jarmarku w Whitcross, w gorączkowym poszukiwaniu wyjścia 
z pułapki, w której się nagle znalazłam. 

 - A maman przyjedzie już niedługo - wykrzyknęła Adelka 

w  momencie,  gdy  postanowiłam  jak  najszybciej  udać  się  do 
starego nauczyciela w Millcote, co pisze listy tym, którzy nie 
umieją  ani  czytać,  ani  pisać,  tak  jak  biedna  Gracja  Poole. 
Musiałam  wysłać  list  -  widziałam  już,  jak  leci  przez  ocean  i 

background image

dociera  jak  wyścigowy  gołąb  na  wyspę  z  muszkatołowcem, 
gdzie  zawsze  wyobrażałam  sobie  Antoninę.  Jej  brat,  Richard 
Mason,  musi  bardzo  szybko  przyjechać, aby  nie  dopuścić  do 
ślubu  pana  z  małą  guwernantką.  To  Mason  był  świadkiem 
pierwszych  zaślubin  na  Jamajce.  Kto  by  usłuchał  Gracji 
Poole? Poza tym było wiadomo, że pan Rochester i jego nowo 
zaślubiona małżonka mieli udać się w długą podróż poślubną 
zaraz  po  uroczystości.  Jeśli  Antonina  będzie  nadal  tak  słaba, 
jak  kiedy  ją  ostatnio  widziałam  w  oborze,  może  umrzeć, 
zanim  wrócą.  A  wtedy  Gracja  wpadnie  w  tarapaty!  Tak,  pan 
Mason  musi  przybyć,  zanim  okrutny  pan  Rochester  dotrze 
przed  ołtarz  wraz  z  tą  zadowoloną  z  siebie  niepokaźną  Jane 
Eyre.  Czy  ktoś  wie  o  „przeszkodach"  uniemożliwiających 
zawarcie  ślubu?  Tak,  Gracja  zna  to  słowo.  Richard  wie  o 
pewnej przeszkodzie, z pewnością. - A co powinnam założyć 
na  ślub  maman i  papy? -  powtarza  w  kółko  dziewczynka, aż 
czuję, że zaraz zwariuję. - Tę nową satynową sukienkę, którą 
papa  sprowadził  mi  z  Paryża?  Czy  szal  z  gazy,  co  jest 
przezroczysty jak skrzydła wróżki, skrzydła, co je miałam na 
sobie, jak byłam w teatrze Funambules...? 

Chyba coś we mnie nagle się przestawiło. Nie wydaje mi 

się,  żebym  była  okrutna,  przynajmniej  w  codziennym, 
zwykłym życiu. Oczywiście, karałam Bertę, gdy stawała się za 
bardzo  Antoniną,  jak  na  mój  gust  -  przesłodzoną  i  wydającą 
sprzeczne polecenia, zachowując się jak zapomniana królowa. 
Jednak  nigdy  do  tej  pory  nie  zraniłam  nikogo  słowami  jak 
teraz, i już nic tego nie cofnie. - Twoja maman nie przyjedzie 
tu, do Thornfield Hall - powiedziałam. Przynajmniej to było w 
dużej  części  prawdą,  bo  nie  wyobrażałam  sobie,  żeby  jakaś 
aktorka,  szczęśliwa  ze  swą  nową  miłością,  i  to  pewnie  tej 
samej płci, z tą Jenny, o której dziewczynka paple cały czas, 
miała zamieszkać z Edwardem Fairfaxem Rochesterem. Z całą 
pewnością nie znalazłaby w tym kraju wolności ani równości, 

background image

o  której  mówi.  Poza  tym  jest  pewne  jak  dwa  razy  dwa,  że 
uciekając  do  Włoch,  pożegnała  się  ze  swoją  córeczką  na 
zawsze. Już wystarczająco dużo kobiet kręci się wokół, każda 
mająca na uwadze swój interes - od guwernantki Jane Eyre do 
Blanki Ingram, nieupadającej ciągle na duchu, do samej Berty 
Mason,  która  już  niedługo  tu  wróci,  możecie  mi  wierzyć. 
Pieniądze,  co  je  dałam  Jackowi,  już  się  kończą,  a  on  z 
pewnością nie zrobi mi przysługi. Niech mi tu nie przyjeżdża 
żadna  trapezowa  artystka!  Odwróciłam  się  do  Adelki, 
ćwiczącej  taneczne  kroki  pod  wysokim  oknem  w  mojej 
izdebce.  -  Twoja  maman  nie  przyjedzie  do  Thornfield,  moje 
dziecko - oświadczyłam. - Twój papa żeni się z panną Eyre i 
czas, żebyś się z tym pogodziła. 

 - Papa ożeni się z maman - z uporem powtórzyła Adelka. 

background image

10 
Adelka 
Od  momentu,  kiedy  wraz  z  Leą  przekroczyłam  drzwi 

obory,  wszystko  działo  się  jak  we  śnie.  Ta  wywróciła 
kieszonkę mojego kraciastego bezrękawnika na lewą stronę, a 
złota  moneta  potoczyła  się  po  podłodze,  zatrzymując  u  stóp 
Jacka. Jack nie uśmiecha się już do Lei, tylko zgarnia siano i 
widłami przerzuca je do zagrody krów. 

Antonina zachowywała się też jak jakaś postać ze snu, gdy 

się do niej wspięłam, leżącej na beli siana. Spojrzała na mnie, 
jakby  mnie  znała  i  nie  znała,  jak  postacie  ze  snów.  I, 
przestraszona  jej  dziwnym  zachowaniem,  zdałam  sobie 
sprawę, że  nic  o niej nie wiem. Nie  wiem nic o tej  kobiecie, 
którą  Lea  nazywa  wariatką.  Nie  wiem,  że  może  swoimi 
żółtawymi  dłońmi  o  czarnych  paznokciach,  jakich  nigdy  nie 
widziałam,  objąć  moją  szyję  i  udusić  mnie.  Wycofałam  się 
więc  trochę,  czołgając  się  w  słodko  pachnącym  sianie,  i 
udawałam,  że  jestem  w  Paryżu  w  słodkich  dniach  przed 
Wielkim Terrorem, o którym to Jenny mówi z takim triumfem 
w głosie. Pomyślałam o opowieści maman, o bogatym starcu 
ze swoją własną mleczarnią pośrodku miasta, i chciałam, żeby 
Antonina  śmiała  się  i  wołała  „mon  doudou",  jak  wcześniej. 
Ale,  jak  już  wspomniałam,  patrzyła  na  mnie  z  wielką 
nieufnością, jakbyśmy nigdy się nie przyjaźniły. 

 - Zabieraj ze sobą z powrotem tę wariatkę - krzyczy Jack 

stojący daleko w dole, przy beli siana. - I ani mru - mru panu 
Rochesterowi,  bo  pogłaszczę  cię  tym  po  plecach  -  woła, 
wymachując grabiami, podczas gdy Lea próbuje go uspokoić. 
Pewnie jest przerażona, że pójdę do madame Fairfax i powiem 
jej,  co  się  dzieje  w  jej  gospodarstwie.  -  I  pospiesz  się  - 
wrzeszczy dalej Jack. W kieszeni swoich bryczesów ma teraz 
luidora, a ja z przedstawień cirque d'hiver (Cirque d'hiver (fr.) 
-  cyrk  zimowy.)  (kiedy  to  maman  chodziła  po  linie) 

background image

nauczyłam  się,  że  pieniądze  dają  ludziom  poczucie  władzy, 
nawet jeśli mieliby je przepić czy przegrać tej samej nocy 

Musiałam więc ściągnąć szaloną kobietę na dół. Ani Jack, 

ani  Lea  nie  patrzyli  za  nami,  jak  utykając,  wyszłyśmy  na 
dziedziniec,  a  potem  skierowałyśmy  się  w  stronę  ciemnego 
parku. Strasznie było tak iść wśród drzew wysokich i obcych - 
jak ta postać u mego boku, tak chuda, że przez uwalaną ziemią 
suknię  widać  było  jej  wystające  kości.  Antonina  stała  się 
wiedźmą,  z  ramionami  tak  długimi  jak  gałęzie  kołyszące  się 
na  wzmagającym  się  wietrze.  Gdy  na  jej  głowę  spadł  liść  z 
wielkiej  brzozy,  nawet  nie  próbowała  go  zdjąć.  Szła  dalej,  z 
szeroko  otwartymi  oczami,  jak  gdyby  trawnik  i  rząd  jeleni 
pasących  się  przy  pochylonym  płocie  stanowiły  dla  niej 
niebezpieczeństwo, którego nikt inny nie mógł dostrzec. I - po 
raz pierwszy - poczułam, że chciałabym, aby była tutaj ze mną 
Jane - Jane, co widzi świat, jakim jest naprawdę, i która gra ze 
mną  w  szachy  i  warcaby  długo  po  wyznaczonej  godzinie 
mego pójścia do łóżka. 

Jane...  gdy  otworzyłyśmy  furtkę,  zdałam  sobie  po  raz 

pierwszy sprawę, że będę za nią tęsknić, gdy wyjedzie z papą. 
Że ona naprawdę kochała jego, a on ją. Jednak nie mogli się 
pobrać  -  nie  mogli  się  pobrać,  a  maman  była  w  drodze  do 
Thornfield,  jak  pisała  Jenny  w  liście,  co  go  mi  przeczytała 
madame  Fairfax  kilka  dni  temu.  Należało  jej  o  tym 
powiedzieć. Błagała mnie bowiem, żebym czuwała z nią całą 
noc,  noc  przed  jej  mariage,  powinna  się  więc  dowiedzieć,  że 
maman  niedługo  przyjedzie  i  nie  spodoba  jej  się,  że  jej  mari 
(Mari  (fr.)  -  mąż.)  związał  się  teraz  z  jakąś  młodą  kobietą, 
zatrudnioną  w  Thornfield  jako  guwernantka.  Powinnam 
poinformować o tym Jane najdelikatniej, jak umiem. A wtedy 
ona  odłoży  cieniutki  welon,  który  wyjęła  nagle  z  szuflady  w 
szkolnym  pokoju,  zanim  wybiegłam  na  spotkanie  z  Leą  i 
poszłam do obory. 

background image

Jednak wszystko, co się wydarzyło po moim powrocie do 

wielkiego domu, było tak dziwne, jak ta kobieta, którą ze sobą 
przyprowadziłam. 

Ta, 

co 

była 

„moją 

Antoniną", 

przekroczywszy  próg  domu  stała  się  po  prostu  Bertą,  jakby 
magia  odprawiana  na  jej  wyspach  odebrała  jej  prawdziwą 
siebie, stała się żywym trupem, co posłusznie udał się do swej 
celi  i  usiadł  tam,  czekając,  zdaje  się,  aż  klucz  jeszcze  raz 
przekręci się w zamku. Nie wydarzyło się nic z tego, co sobie 
wyobrażałam.  Leżałyśmy  z  Jane,  przytulone  do  siebie,  w  jej 
wąskim łóżku, które, jak miała nadzieję, zostanie zamienione 
na  łoże  z  baldachimem  po  powrocie  z  ich  długiej  podróży 
poślubnej po Europie, gdy nagle Jane obudziło coś w środku 
nocy. Wzięłam to za senny koszmar, okazało się to być jednak 
zwiastunem prawdziwego toku wydarzeń... 

Poszłam potem na ten ich ślub, czy mnie tam chcieli, czy 

nie,  gdyż  Jane  wyśmiała  moje  próby  poinformowania  jej  o 
zbliżającym  się  przyjeździe  wielkiej  Celiny  Varens  do 
Thornfield Hall. Niewzruszona, przywdziała swój ślubny strój 
i wyruszyła z panem Rochesterem na uroczystość. Dlatego też 
to  właśnie  ja  zauważyłam  dwóch  obcych  przybyszów, 
kręcących  się  po  małym  przykościelnym  cmentarzu,  zanim 
weszli do kościoła. I tylko ja, skradając się za nimi, ukryta za 
wysoką,  rzeźbioną  ławką,  byłam  świadkiem,  jak  jeden  z 
dwóch mężczyzn, ten o bardziej ziemistej cerze, przygotowuje 
się  do  tego,  co  miał  za  chwilę  zrobić,  wchodząc  cicho  do 
kościółka. Gdy duchowny, rozglądając się, spytał, czy istnieje 
jakaś  przeszkoda,  dla  której  narzeczeni  nie  mogą  zostać 
małżeństwem,  mężczyzna,  który  wydał  mi  się  znajomy 
(wydawało  mi  się,  że  chyba  widziałam  go  raz  z  Gracją,  na 
trzecim  piętrze),  podniósł  rękę  i  oświadczył  donośnym 
głosem,  że  owszem,  istnieje  prawdziwa  przeszkoda,  że 
mariage  nie  może  dojść  do  skutku.  Papa  miał  żonę 
„mieszkającą" w Thornfield Hall. Obcy przybysz w ogóle nie 

background image

mówił  o  maman  i  o  tym,  że  dziecko  ustanawia  mariage 
pomiędzy jego rodzicami. A monsieur Rochester odwrócił się 
i  zaczął  krzyczeć,  tak  jakby  czuł,  że  to  małe  zgromadzenie 
będzie głuche na to, co miał do powiedzenia. 

Zrozumiałam  wtedy,  że  dziwna  kobieta,  moja  Antonina, 

zmieniła się, bo pojęła, że papa kocha inną i że przestanie być 
jego żoną. Teraz, po powrocie z kościoła, gdzie nie doszło do 
zaślubin,  przekręciłam  klucz  w  drzwiach  mego  pokoju  i 
stałam  się  w  ten  sposób  więźniem,  jak  kobieta,  którą  papa 
poślubił  w  zagadkowej  przeszłości,  jeszcze  przed  moimi 
narodzinami. 

Niebo pociemniało, a noc, co nastąpiła po dniu, mającym 

być wielkim świętem dla panny Eyre, niewiele się różniła od 
poprzedzającego ją popołudnia i wieczoru. Zostałam w swoim 
pokoju, po raz kolejny wyobrażając sobie Bertę - Antoninę w 
jej  celi.  Jednak  nie  czułam  dla  niej  litości,  a  jedynie  odrazę. 
Czy  ta  kobieta,  co  szła  ze  mną  przez  park,  jakbyśmy  były 
sobie obce, była żoną papy, przywiezioną z Indii Zachodnich, 
tak duża, niezdarna i jaskrawa jak ćma, która leci do świecy w 
letnie  noce  w  Thornfield  Hall? Czy  ją  kochał, tak  jak  kiedyś 
kochał maman? To było nieprawdopodobne. 

Jane także została w swym pokoju, ale czułam dla niej tak 

mało współczucia jak dla szalonej kobiety na ostatnim piętrze 
domu. Byłam pewna, że płacze, ale tragiczne niepowodzenie, 
jakie  spotkało  ją  przy  próbie  odebrania  papy  mojej  mamie  i 
mnie,  napełniło  mnie  jedynie  swego  rodzaju  satysfakcją.  A 
wieczorem  następnego  dnia  uświadomiłam  sobie,  że  wkrótce 
muszę  zacząć  działać  i  zrealizować  wymyślony  plan.  Tego 
wieczoru  pani  Fairfax,  zachowując  pozory, że życie  w  domu 
toczy się nadal jak przedtem, powiedziała, żebym przyszła na 
herbatę  do  biblioteki.  Ta  zaś  stanowiła  kwaterę  monsieur 
Rochestera,  dumnie  strzeżoną  przez  Pilota,  jedynego  wśród 
domowników,  który  zachowywał  się  tak,  jakby  dramatyczne 

background image

wypadki  poprzedniego  dnia  w  kościele  nie  zrobiły  na  nim 
najmniejszego  wrażenia.  Poleciła  mi  założyć  sukienkę  w 
szkocką kratę i nie wspomniała ani słowem o zmianie planów 
papy, mającego zostać w Thornfield Hall zamiast udać się na 
lune de miel (Lune de miel (fr.) - miesiąc miodowy.) z panną 
młodą,  której  nie  mógł  poślubić.  Madame  Fairfax  osobiście 
wyszczotkowała mi włosy i ułożyła loki, ponieważ Lea, wraz 
z innymi członkami służby, w niewyjaśniony sposób zniknęła. 

Jane  Eyre  opuściła  dom  zaraz  po  północy.  Przystanęła 

przed  moimi  drzwiami  i  usłyszałam,  jak  łapie  oddech  i 
wzdycha. Nie ulega wątpliwości, że żywiła do mnie sympatię. 
Jednak ja byłam dla niej jedynie sposobem uzyskania jeszcze 
większych  względów  u  jej  chlebodawcy.  Już  wyobrażam 
sobie,  jak  udawszy  się  z  bezprawnie  poślubionym  monsieur 
Rochesterem do białej willi (domu maman, jak mi wiadomo), 
z  zadowoleniem  przyjmuje  wieści  o  bezowocnej  podróży 
Celiny Varens do Thornfield Hall, która dowiaduje się, że jej 
narzeczony  uciekł,  a  ich  przyszłe  domostwo  zastała 
opuszczone. Gdyby Jane Eyre poznała maman, bez wątpienia 
okazałaby  jej  szacunek,  mimo  że  uważa  się  za  osobę  stojącą 
moralnie  znacznie  wyżej  od  kogoś,  kto  zarabia  na  życie 
graniem  i  tańczeniem.  Ale  teraz,  panno  Eyre,  staniesz  się  na 
powrót  biedną  guwernantką  rozpaczliwie  poszukującą  jakiejś 
pracy! 

Gdy  w  końcu  wyrzuty  sumienia  z  powodu  tych 

niechwalebnych  myśli  sprawiły,  że  poszłam  otworzyć  drzwi 
mego  pokoju  i  wyjrzałam  na  ciemny  korytarz,  Jane  Eyre  już 
nie było. 

background image

11 
Adelka 
Nietrudno  było  dostać  się  na  strych,  gdyż  Gracja  Poole 

była  nie  tylko  pijana,  ale  leżała  nieprzytomna  na  podłodze. 
Musiałam  ją  obudzić  i  starałam  się  ją  nakłonić,  obiecując 
ostatnie  pieniądze  od  Jenny,  aby  powiedziała  mi,  gdzie 
podziewa  się  jej  podopieczna.  Drzwi  do  celi  stały  bowiem 
otwarte na oścież, a szalonej kobiety nigdzie nie było. 

Było  dokładnie  tak,  jak  myślałam:  tym,  co  chcą  uciec  z 

Thornfield, przychodzi do głowy tylko jeden pomysł... Gracja, 
co ma lęk wysokości, odmówiła odprowadzenia mnie do małej 
klatki  schodowej  z  okienkiem  wychodzącym  na  dach.  Tylko 
pani  Fairfax  -  byłam  w  jej  pokoju  jakieś  pół  godziny 
wcześniej,  gdzie  wyszczotkowała  mi  włosy  i  dała  kubek 
słodkiej,  różowej  herbatki  w  nagrodę  za  cierpliwe  znoszenie 
bólu  przy  pięćdziesięciu  pociągnięciach  szczotką  i  męk  przy 
układaniu  loków  -  szła  akurat,  hałasując  strasznie,  ze  stertą 
wykrochmalonych  poszewek  na  poduszki  i  innej  pościeli, 
spostrzegła mnie i rzuciła ostro, że napytam sobie biedy, jeśli 
znów będę myszkować na dachu. Ominęłam ją jednak 

i  nadal  szłam  przed  siebie.  Gdy już  dotarłam  na  miejsce, 

po raz kolejny 

z  dumą  spojrzałam  na  armatę,  ustawioną  wysoko  na 

dachu, wypróbowaną na wrogach naszego pana, mojego papy! 
I  zdałam  sobie  sprawę,  że  nadal  byłam  z  niego  dumna,  i 
bardzo pragnęłam, by nic już nie stało na przeszkodzie do jego 
szczęścia. Nie miał pojęcia, jak się wyplątać z tych tarapatów, 
podobnie  jak  głupia  Kreolka,  którą  poślubił.  Maman 
przyjedzie i wyjdzie za papę, jak tylko będzie wiadomo, że la 
pauvre Antonina nie żyje. Tego byłam pewna, gdy tak stałam 
przy  najwyższej  wieżyczce,  patrząc  w  dół  na  Yorkshire 
rozciągające się przede mną. 

background image

Minęło  trochę  czasu,  zanim  ją  zauważyłam.  Nie  ruszała 

się - ale nie była jeszcze martwa. Żywa kobieta, bardzo słaba i 
przestraszona,  przywarła  do  kamiennej  balustrady  tuż  pode 
mną i niemal zaszlochała z ulgą na mój widok, gdy weszłam 
przez okno na jedyne płaskie miejsce na dachu. 

 -  Dlaczego  przychodzisz  do  mnie  dopiero  teraz, 

dziecinko? - wydyszała szalona kobieta. Jej twarz była bardzo 
skurczona  i  wychudzona,  i  zrozumiałam,  że  ta  folie  musiała 
znowu  wymknąć  się  swej  pijanej  strażniczce,  jak  tylko 
wróciłyśmy do domu. Z jej wyglądu widać było, że na dachu 
była  od  dwóch  dni,  bez  jedzenia  i  wody.  Znalazła  się  w 
pułapce  -  bez  wątpienia  próbowała,  jak  tylko  mogła  to  robić 
wariatka,  zejść  po  frontowej  ścianie  domu  na  ziemię. 
Zauważyłam,  że  jej  ręce  nosiły  ślady  krwi  od  trzymania  się 
parapetu i że straciła już niemal wszystkie siły. Ech, gdybym 
tylko mogła odwrócić bieg czasu, jeszcze raz przeżyć tę scenę, 
jaką mi się ta sytuacja wydała. Nie czułam już bowiem nic do 
Antoniny,  bo  przeżywałam  to  wszystko,  jakby  działo  się  w 
teatrze,  a  nie  w  prawdziwym  życiu.  Gdy  tak  tam  stałam,  na 
wąskim parapecie, stanowiącym dla pauvre folle (Pauvre folle 
(fr.)  -  biedna  wariatka.)  granicę  między  powrotem  do  jej 
dotychczasowego życia w Thornfield Hall i pewną śmiercią na 
kocich  łbach  podwórza  w  dole,  czułam,  że  walczę  sama  ze 
sobą, by pozbyć się ludzkich uczuć, które kiedyś żywiłam dla 
mojej  francuskiej  zakładniczki,  mamy,  co  wołała  na  mnie 
doudou, choć pochodziła z jakiejś odległej wyspy. Jednak gdy 
spróbowałam  okazać  ludzką  troskę,  wszystko  się  zmieniło: 
kolory  i  zarys  małego  przejścia,  okna  i  dach  na  zewnątrz. 
Odległość między mną a Antoniną stała się przepaścią nie do 
pokonania.  A  chmura,  długa,  czarna  i  potężna  jak  wieloryb, 
zaległa  na  niebie.  -  Chodź  do  mnie,  dziecino!  -  nadal 
słyszałam  jej  błagalne  jęki,  gdy  przez  okno  weszłam  z 
powrotem  do  środka,  zamknęłam  je  za  sobą  i  zeszłam  z 

background image

parapetu  na  wąskie  schody.  Pech  chciał,  że  madame  Fairfax 
znowu  z  łoskotem  przechodziła  korytarzem,  tym  razem  z 
upranymi  zasłonami  do  zawieszenia.  Schowałam  się  więc  na 
półce  w  schowku  na  drewno  o  kwadratowych  drzwiczkach, 
gdzie  bawiłyśmy  się  z  Antoniną,  gdy  się  jeszcze 
przyjaźniłyśmy. 

I  słyszałam  La  Fairfax,  jak  szuka  mnie  na  schodach 

wieżyczki.  Potem,  cmokając  ze  zniecierpliwienia,  poszła 
dalej. 

Wkrótce  też  zorientowałam  się,  że  istnieją  inne,  palące 

powody, dla których maman musi się tu pojawić, i to szybko, 
jeśli  miałam  uchronić  papę  przed  spędzeniem  życia  w 
towarzystwie  przeraźliwie  nudnej  guwernantki,  panny  Eyre. 
Bo bałam się, że Jane wróci, skuszona obietnicami białej willi 
i stałością uczuć papy. Wzdrygnęłam się, gdy przypomniałam 
sobie  słowa madame  Fairfax:  „Będzie  dla ciebie  jak siostra", 
powiedziała gospodyni. Ja zaś modliłam się cały czas, żeby ta 
„siostra" nie wróciła. 

W  dniu,  kiedy  ta  szara  mysz  przybyła  do  domu  papy  i 

mojego,  wszystko  się  odmieniło,  jak  w  pantomimie 
„Kopciuszek",  kiedy  biedna  dziewczynka  przybywa  na  bal  i 
zakochuje  się  w  niej  przystojny  książę.  W  tym  okresie  w 
Thornfield  czasami  czułam,  że  oglądam  przedstawienie 
pantomimy  z  jaskółki,  mego  miejsca  na  samej  górze, 
najwyższego  miejsca  w  teatrze,  gdzie  trzymał  mnie, 
zabawiając,  mój  uroczy  Pierrot,  przez  wszystkie  te  ponure 
popołudnia, kiedy maman była zbyt zajęta swą nową rolą, by 
mnie przytulać. Jane Eyre i papa! To była jakaś maskarada ze 
snów.  I  usłyszałam  głos  Felixa,  starającego  się  mnie 
pocieszyć. 

 -  Adelko,  ta  mała,  nudna  dziewczyna  niedługo  sobie 

pójdzie - powiedział, gdy pojawił mi się we śnie, kiedy to Jane 
kazała  mi  skończyć  lekcje,  zamiast  iść  do  miasta,  gdzie 

background image

mieszkała madame Potts, modystka. Obiecała mi, że zrobi mi 
nowy  kapturek  akurat  na  Wielkanoc.  Przypomniałam  sobie, 
jak  Felix  zabierał  mnie  na  targ  piernikowy  -  czułam  smak 
piernika,  gdy  się  budziłam  -  aby  jak  najmniej  myśleć  o 
posiłkach  przynoszonych  nam  do  pokoju  szkolnego, 
składających  się  z  gotowanej  baraniny,  kapusty  i  puddingu  z 
tapioki,  które  muszę  zjadać  na  polecenie  pani  Fairfax.  Felix 
poradziłby mi uciec z Thornfield i wrócić do jego studia. Ale 
wtedy  pojawiłaby  się  Jenny  -  trzymając  w  ręku  bat,  który 
pozostał  mamie  z  występów  w  cyrku  -  i  zamknęła  w 
przerażającym ciasnym pokoiku w swoim appartement. Serce 
bije  mi  szybko  i  budzę  się.  Nie  było  ucieczki  od  madame 
Fairfax  i  Jane  Eyre,  dzień  po  dniu  pozostawałam  ich 
więźniem. 

Wkrótce  odkryłam,  że  papa  uległ  urokowi  małej,  szarej 

myszy,  mojej  guwernantki,  Jane.  Gdy  był  w  złym  humorze, 
nauczyła  mu  się  przeciwstawiać  -  to  była  ta  jej  magiczna 
sztuczka.  I  całkiem  nieźle  działała  na  grand  seigneur  takiego 
jak  monsieur  Rochester,  przyzwyczajonego  do  tego,  by 
wszyscy spełniali jego wolę, czegokolwiek sobie zażyczył. Za 
pierwszym  razem,  gdy  zostałyśmy  wezwane  do  biblioteki, 
zostałam  odesłana,  zanim  nawet  przymierzyłam  robe  z 
organdyny  z  rąbkiem  zdobionym  pięknym  kwiatowym 
haftem. Tę sukienkę papa mógł znaleźć tylko w Paryżu. Moje 
oczy  wypełniły  się  więc  łzami  w  nadziei,  że  pojechał  tam  w 
poszukiwaniu maman. - Biegnij na górę, Adelko - powiedziała 
panna Eyre, tak jakby to ona zwykle wydawała tu polecenia, a 
nie  papa.  I  widziałam,  jak  spojrzał  na  nią  z  podziwem  -  och 
tak,  lubił  rozkazujący  ton.  Pamiętam,  jak  chowałam  się  na 
ostatnim stopniu wielkich schodów wiodących z hallu na rue 
Vaugirard,  by  słuchać,  jak  maman  tak  właśnie  się  do  niego 
zwraca. Wtedy był jeszcze obcym milordem. Potem dochodził 
moich uszu trzask bicza. To jednak była sprawka Jenny, która 

background image

musiała  nagle  wejść,  by  zabrać  mnie  do  łóżka,  wściekła  jak 
zwykle, gdy brała maman w obronę. 

Nie mogę myśleć o tych sprawach bez smutku, ale słyszę 

głosy  i  wiem,  że  jestem  aktorką,  i  pewnego  dnia  wejdę  na 
scenę  i  będę  mówić  głosem,  którego  słuchać  będą  wszyscy. 
Teraz  bowiem  muszę  postarać  się  zapomnieć  takie  sceny jak 
ta:  papa  jest  na  dole  w  salonie, wyjaśnia  małej guwernantce, 
że to on wydaje tu, w Thornfield, polecenia. - Idź tam, zrób to 
- i tak dalej. I wybucha śmiechem. Pyta pannę Eyre, czy umie 
grać  na  pianinie,  a  ona  odpowiada:  -  Trochę  -  na  co  on 
zaczyna  się  z  nią  drażnić.  -  Spodziewałem  się  takiej 
odpowiedzi - rzuca papa, a stąd, gdzie siedzę, na najwyższym 
miejscu  w  Thornfield  Hall,  widzę,  jak  wychyla  się  z  salonu, 
jakby  sprawdzał,  czy  naprawdę  sobie  poszłam.  Po  czym 
zamyka wielkie mahoniowe podwójne drzwi. Z drugiej strony 
prawdą jest to, że twarz  papy wygląda  teraz zupełnie inaczej 
niż na fotografii na płytce, którą Felix zrobił kiedyś w Paryżu, 
zanim  przełożył  ją  na  papier  i  położył  mi  na  dłoni.  Obrazek, 
który  niosłam  ze  sobą  w  dniu  targu  pain  d'epice  -  twardy 
prostokąt  ocierający  się  o  moją  skórę  przez  kieszonkę  w 
spodenkach.  Od  momentu,  kiedy  Jane  Eyre  przybyła  do 
Thornfield Hall, twarz papy nie przyjmuje już takiego wyrazu, 
jak na jego uwiecznionej podobiźnie. 

W  taki  więc  sposób  zorientowałam  się  jako  pierwsza,  że 

Jane - co nie była wcale moją siostrą, jakkolwiek by się starała 
zdobyć  sympatię  swej  „drogiej  Adelki"  -  zdobędzie  uczucie 
mężczyzny, który powinien kochać tylko maman i mnie. 

Maman  przyjedzie  do  Thornfield  Hall.  Nie  chce  mi  się 

wierzyć  pijanej  kobiecie,  co  trzyma  pod  kluczem  pierwszą 
żonę papy. Maman nigdy nie przestanie kochać papy ani swej 
drogiej córeczki, małej Adelki. 

Gdy tak czekam za zamkniętymi  drzwiami mego  pokoju, 

aż  zdecydują  się  moje  losy  -  czy  gdy  Jane  odeszła,  zostanę 

background image

wygnana  z  Thornfield?  Dokąd  pójdzie  papa?  -  w  myślach 
słyszę  głos  jego  i  Jane.  Podchodzę  do  okna,  by  spojrzeć,  jak 
zapada letni wieczór, a na ścianach wydłużają się cienie. 

 -  Jane...  -  Jestem  już  ubrana,  biegnę  więc  na  herbatę  z 

madame  Fairfax,  gdy  słyszę  głos  monsieur  Rochestera  w 
bibliotece, gdzie guwernantka fatalnie grała nokturny i walce, 
a  papa  siedział  obok,  zasłuchany,  z  głupim  uśmiechem  na 
twarzy. Teraz jednak nie słychać muzyki - jedynie szlochanie, 
czasem  jej,  a  czasem,  jak  mi  się  wydaje,  jego.  A  potem:  - 
Proszę cię tylko, żebyś zniosła jeszcze jedną noc w tym domu, 
Jane,  a  potem  już  na  zawsze  uwolnimy  się  od  jego  nędzy  i 
zmor!  Mam  pewien  dom,  w  którym  możemy  się  schronić. 
Będzie on bezpiecznym azylem, ochroni nas przez strasznymi 
wspomnieniami,  najazdem  niepożądanych  gości,  a  nawet 
przed kłamstwem i pomówieniami. 

 -  Niech  pan  weźmie  ze  sobą  Adelkę,  proszę  pana  - 

dochodzi  mnie,  ukrytej  za  skrzynią  w  hallu,  głos  Jane.  - 
Będzie pana wierną towarzyszką. 

 -  O co  ci  chodzi,  Jane?  Mówiłem  ci, że  poślę Adelkę  do 

szkoły;  i  po  co  mi  dziecko  do  towarzystwa,  w  dodatku  nie 
moje  własne,  lecz  jakiś  bękart  tej  francuskiej  tancerki? 
Dlaczego wyznaczasz Adelkę na mą towarzyszkę? 

Nie  ruszyłam  się  z  mojej  kryjówki  za  starą  chińską 

skrzynią, którą John codziennie obchodzi, by uderzyć w gong, 
wzywając  na  posiłek.  Musiałam  się  jednak  o  nią  oprzeć,  bo 
wielkie  cynowe  kółko  w  jej  ozdobnych  okuciach  wydało  z 
siebie stłumiony zgrzyt. Nie mogłam się poruszyć. W zamian 
poruszały się głosy, wędrując z góry na dół po całej skali, od 
namiętności  do  żalu.  Takich  tonów  nigdy  nie  słyszałam  ni  z 
ust  kobiety,  ni  mężczyzny.  Wydawało  się,  że  guwernantka 
cały czas nie ulega żadnym obietnicom ani prośbom papy, by 
z nim została. Gdybym mogła jej za to nienawidzić, to właśnie 
nienawiść wtedy bym do niej czuła. Tak przynajmniej mi się 

background image

wydawało,  gdy  klęczałam  na  twardej  podłodze,  sama 
skamieniała.  Nie  można  jednak  było  nie  podziwiać  jej 
nieprzejednania. W końcu poczułam dla niej wielkie uznanie. 
Mogłam  żywić  do  niej  tylko  podziw,  nawet  jeśli  papa 
zaprzeczał,  że  byłam  jego  dzieckiem.  -  Zostaniesz  panią 
Rochester - mówi właśnie do Jane - i to nie tylko dla mnie, ale 
wobec całego świata. Twój tylko będę, dopóki żyć będziemy. 
Udasz się do domu, który mam na południu Francji - to biała 
willa  nad  Morzem  Śródziemnym.  Tam  żyć  będziesz 
szczęśliwie, bezpiecznie, w czystości... 

Czekałam tylko do chwili, gdy usłyszałam odmowę Jane. 

Wiedziałam,  że  ucieknie  z  Thornfield.  W  głosie  mego  ojca 
brzmiały złość i smutek, gdy Jane odrzuciła nawet propozycję 
zamieszkania w białej willi. 

Nie czułam nic, ani miłości, ani nienawiści. Wróciłam do 

swego  pokoju  i  czekałam,  kiedy  zostanę  wypędzona  z  mego 
prawowitego  domu.  Nie  chciałam  jednakże  pogodzić  się  z 
moim  losem.  Jak  mogę  zostać  posłana  do  szkoły,  skoro 
maman  może  się  tu  pojawić  w  każdej  chwili,  jak  w 
zaskakującej pantomimie, i upomnieć się o papę? 

Tydzień po tym, jak Jane Eyre opuściła Thornfield, wraz z 

lokajem  Johnem  wyruszyłam  powozem  do  szkoły.  Jedynie 
madame Fairfax machała mi na pożegnanie na schodach. Papa 
siedział przygnębiony w swoim gabinecie. Wszyscy służący, z 
wyjątkiem Johna i Mary oraz Gracji Poole, siedzącej na górze 
ze  swoim  porterem  i  ginem,  odeszli.  Mój  ojciec  do  mnie  nie 
pisał,  nie  przyszło  mu  też  do  głowy,  że  byłam  tu  prawdziwą 
sierotą,  że  nie  miałam  domu,  który  mogliby  mi  dać  ojciec  i 
matka. Od czasu do czasu wspominałam Jane z zaskakującym 
mnie  samą  uczuciem,  choć,  naturellement,  błędem  było  z  jej 
strony  myśleć,  że  będzie  mogła  poślubić  papę.  Madame  F 
przyjechała do mnie z wizytą kilka razy, ostatnio jakiś tydzień 
temu.  -  Jesteś  szczupła  i  blada,  Adelko  -  powiedziała  miła, 

background image

starsza pani, wyjmując z torby słodkie przysmaki, łakocie oraz 
jej  sławetne  owoce  róży,  z  których  to  zaraz  przyrządziłam 
napar.  Lea,  która  pracuje  teraz  u  modystki  w  Millcote, 
przysłała  mi  do  szkoły  liścik  -  naturalnie  ktoś  go  dla  niej 
napisał.  Wyczytałam  w  nim,  że  nic  nie  wiadomo  na  temat 
powrotu panny Eyre do Thornfield. Nie widziano jej od dnia, 
kiedy  to  szła  nawą  kościółka  w  Thornfield,  by  wrócić  od 
ołtarza nadal w panieńskim stanie. 

Gdy  zacznę  teraz  działać,  w  końcu  odzyskam  papę. 

Musimy razem czekać na maman. 


Znowu nadeszło lato, pora, kiedy to wyruszyłam z Paryża 

w  niebezpieczną  podróż,  dokładnie  rok  temu.  Lipiec  zawitał 
do tego ponurego miejsca, z szarymi drewnianymi podłogami, 
mokrymi każdego ranka od wody i mydła karbolowego. Unosi 
się  tu  zapach  kapusty  i  smutku  -  stały  towarzysz 
mieszkańców.  Do  tego  miejsca,  szkoły  w  Hatherleigh,  posłał 
mnie  papa,  abym  nauczyła  się  nie  pokładać  nadziei  w  jego 
miłości. Ja zaś wyczekiwałam pierwszych promieni słońca, by 
do  niego  powrócić.  Tym  razem,  nieważne  jak  bardzo  będzie 
się starał mnie oszukać, pokażę mu, że wiem, że mnie kocha. 
Będę  się  nim  zajmować  aż  po  kres  jego  dni.  I  zapewnię  go 
także,  że  dochowam  jego  tajemnicy.  Widziałam  przecież 
tajemną komnatę, miałam do niej klucz. 

Niedługo  po  moim  przyjeździe  do  Thornfield  Hall 

zauważyłam,  że  Lea,  pokojówka,  zachęca  mnie,  bym 
zakładała swoje cyrkowe skrzydła i latała, mimo grożącego mi 
niechybnie  niebezpieczeństwa.  Być  może  służący  wiedzieli 
już,  że  niewiele  znaczyłam  dla  ich  chlebodawcy  i  że  jego 
plany na przyszłość mnie nie uwzględniały. 

Wydostałam się ze szkoły dość łatwo. Wyszłam na wysoki 

dach i zsunęłam się na dół w moich cyrkowych skrzydełkach. 
Dostałam  je  w  odległych  czasach  od  Pierrota,  który  zawsze 

background image

wiedział, kiedy czułam się smutna i samotna podczas długich 
nieobecności  maman,  spowodowanych  pracą  na  scenie. 
Wyratowały  mnie  z  opresji  już  wiele  razy.  To  dzięki  nim 
udałam  się  na  otoczony  blankami  dach  Thornfield,  gdzie 
odkryłam  biedną  szaloną  Antoninę  -  i  gdybym  nie  straciła 
całej miłości do niej w tym dniu, kiedy to spadła z wysokości i 
zabiła się, papa nadal obarczony byłby ciężarem jej osoby. 

Do Thornfield dojechałam powozem, z którego wysiadłam 

w  Whitcross.  Stąd  pobiegłam  do  domu  długim  obsadzonym 
lipami  podjazdem.  Powitała  mnie  tam  pani  Fairfax.  Napisała 
do  mnie,  którego  dnia  ma  zamiar  wrócić  do  Thornfield,  by 
zabrać swoje rzeczy (gdyż, jak z tego wynikało, papa zwolnił 
całą  służbę  po  odejściu  Jane,  a  mnie  posłano  do  szkoły). 
Udało  mi  się  nabrać  poczciwą  gospodynię,  że  chciałabym 
tylko  odnaleźć  moją  ulubioną  zabawkę,  Punchinella,  więc 
pójdę  od  razu  do  mego  pokoju.  Poszłam  jednak  do 
przeszklonych  drzwi  w  zachodnim  skrzydle  i  pobiegłam  na 
górę, wyżej i wyżej, na strych, gdzie powinna siedzieć Gracja, 
z  głową  opartą  na  rękach,  z  butelką  ginu.  Jednak  nie  ma  po 
niej ani śladu. 

Przez małe okienko w spadzistym dachu zagląda słońce. Z 

pokrowca  przewieszonego  przez  ramię  wyjmuję  szkło 
powiększające i podstawiam je pod silne promienie lipcowego 
słońca,  kierując  je  bezpośrednio  na  papierowy  wachlarz  - 
ładny  drobiazg,  pewnie  należał  kiedyś  do  szalonej  kobiety  - 
leżący na stole Gracji. 

Początkowo  płomienie  są  niewielkie,  jak  miniaturowe 

fajerwerki  Felixa,  mające  mnie  zabawiać  podczas  długich 
godzin  spędzanych  w  jego  studiu  przy  wywoływaniu  zdjęć. 
Potem potężnieją; rzucam się do ucieczki, chcąc ratować swe 
życie. Biegnę w dół, w dół, bo nie miałam czasu przytroczyć 
skrzydeł. W jaki sposób ogień może tworzyć takie ściany? W 
uszach  brzmi  głos  La  Cibot:  „Ogień  cię  kocha,  Adelko".  I 

background image

wiem, że muszę wziąć z pokoju podobiznę papy, wpadam tam 
przez płomienie, przyciągam stołek, by wziąć je z komody... i 
nagle,  gdy  ogień  mnie  dopada  na  trzeszczących  schodach, 
skaczę z okna wieżyczki... i lecę. 

background image

CZĘŚĆ DRUGA 
12 
Edward 
To  już  pięć  lat,  jak  dwór  w  Thornfield  Hall  został 

odbudowany  po  tym,  jak  ogień,  który  wybuchł  na  strychu, 
pożarł sporą część domu. W powstałej panice i zamieszaniu ja, 
Edward  Rochester,  straciłem  wzrok  i  władzę  w  ręku,  a 
Adelka,  która  niespodziewanie  zawitała  tego  dnia  do 
Thornfield  Hall,  została  odnaleziona  nieprzytomna  na  ziemi, 
po  upadku  z  wysokiego  piętra.  Głos  Boga  w  mym  sumieniu 
mówi  mi,  że  Jemu  powinienem  dziękować  za  to,  że  uszła  z 
życiem z tej tragedii. Doniesiono mi, że w wypadku tym Berta 
Mason  poniosła  śmierć,  skacząc,  by  ujść  przed  językami 
ognia. 

Podobne były do siebie, wstrętna Kreolka i fillette (Fillette 

(fr.)  -  córeczka.),  co  żądała  ode  mnie,  bym  kochał  ją  jak 
ojciec:  chciały  za  wszelką  cenę  mieć  mężczyznę  za 
przewodnika,  nie  miały w ogóle swej własnej  woli. Nie były 
ani dumne, ani niezależne, w świecie, co według nich należał 
do  mężczyzn,  których  zostały  pozbawione.  Dlatego  pragnęły 
zemsty! Gdyby tylko zrozumiały Jane, tak rezolutną i dumną, 
nie  zaznałyby  niedoli  i  szaleństwa.  Tak  się  nie  stało,  więc 
biedna  Antonina  odeszła  z  tego  świata,  nie  pojąwszy  zalet 
kobiety, która jest moją obecną, kochającą żoną. 

Popadłem  w  ten  refleksyjny,  smętny  nastrój  jeszcze  i  z 

innego  powodu.  Adelka  dzisiaj  opuszcza  szkołę,  a  na  jej 
przybycie  cieszy  się  już  Jane,  jej  duchowa  przewodniczka  z 
dziecięcych  lat. O  ile  wiem,  nigdy  nie  była  posłuszna  wobec 
swej  guwernantki,  wolała  ją  wyśmiewać  i  przedrzeźniać,  a 
przede  mną  popisywać  się  umiejętnościami  swej  matki,  co 
była  courtisane  (Courtisane  (fr.)  -  kurtyzana.).  Czy  nie 
rozumie, że Jane chce jedynie pomóc dziecku wychowanemu 
bez żadnych moralnych zasad? Że tu, w Anglii, nie rządzą te 

background image

same  zasady  co  w  Paryżu,  a  już  najmniej  tu,  na  północy  - 
gdzie  ja  sam  doznałem  nieszczęść  i  obawiałem  się  o  stan 
mego umysłu - zanim powróciła do mnie Jane, niosąc ze sobą 
szczęście i spokój. 

Ten  stan  małżeńskiej  harmonii  musi  trwać  nadal,  a  Jane 

nie  może  się  nigdy  dowiedzieć  o  mym  podejrzeniu,  że  jej 
„mała  Adelka"  uciekła  w  dniu  pożaru  ze  szkoły,  do  której 
została  wysłana,  by  spróbować  domagać  się  ode  mnie 
ojcowskich  uczuć.  Jane,  matka  mojego  syna,  nosząca  teraz 
pod  sercem  nasze  drugie  dziecko,  poświęci  się,  na  ile  tylko 
pozwolą  jej  siły,  córce,  której  oficjalnie  nie  mogę  uznać  za 
swoją,  mimo  wszystkich  tych  „dowodów"  nadchodzących  w 
ostatnich latach z Francji (nie od Celiny; za sprytna jest na to, 
by  pisać  bezpośrednio  do  mnie)  od  Jenny  Colon.  Nie  cierpię 
tonu,  w  jakim  zwraca  się  do  mnie  ta  kobieta  -  jest  pełen 
uzurpacji,  męski,  nie  do  zniesienia.  Moja  urocza  młoda  żona 
wierzy, że wpoję Adelce, po pięciu latach szkoły z internatem, 
co  spełnić  miała  me  wymagania  co  do  jak  najbardziej 
surowego  rygoru,  wiarę  w  chrześcijańskie  zasady  wraz  z 
miłością 

do 

tego 

kraju. 

Według 

wszelkiego 

prawdopodobieństwa przemawia to do tego dziecka na równi 
z miską zimnej owsianki, którą dają jej codziennie do jedzenia 
w  szkole.  Podobnie  jak  ja,  musi  nauczyć  się  znajdować 
upodobanie  w  tutejszych  warunkach.  Gdy  wraca  mi  wzrok, 
rozpoznaję i pozdrawiam stalowe niebo, powagę i spokój tego 
krajobrazu, zarówno zimą jak i latem. Lubię Thornfield: stare 
drzewa pełne wronich gniazd i drzewa cierniowe, szarą fasadę 
i  linie  ciemnych  okien.  Adelka  -  a  przed  nią  także  biedna, 
szalona  Antonina  -  nienawidziła  tego  z  całego  serca, 
odczuwając moją odmowę miłości jako więzienie - jak jednak 
mogłem  ją  kochać?  Jak  mogłem?  To  dziecko  musi  się  teraz 
nauczyć,  jak  z  wdzięcznością  za  to  dziękować.  Każdy  dzień 

background image

witam  teraz,  otwierając  oczy,  widzące  świat  z  coraz  większą 
ostrością, Bogu dzięki. 

Przyznaję, że poskromienie moich naturalnych instynktów 

okazało  się  trudniejsze,  niż  spodziewała  się  tego  Jane.  Nadal 
czuję  nienawiść;  popędliwy  jestem  wobec  moich  wrogów; 
cierpię  przede  wszystkim  z  powodu  grzechu  rozpaczy.  (Kto 
może  mi  to  jednak  wyrzucać  -  temu,  co  najpierw  był  ofiarą 
skąpego  ojca,  a  potem  szalonej  żony?).  Dom  mój  został 
spalony, utraciłem wzrok i władzę w ciele: gdy Bóg przywróci 
mi najwspanialszy ze swych darów, dar widzenia, będę musiał 
wyrzec się mych wad i z całą pokorą oddać się temu nowemu 
życiu,  na  które  tak  długo  nadaremnie  czekałem.  Czy  nie 
odpokutowałem  już  wystarczająco  za  śmiertelny  grzech 
morderstwa,  który  popełniłem,  zabijając  kochanka  Celiny? 
Czyż  nie  jestem  w  pełni  świadom  cierpień  zesłanych  na 
kochające  mnie  kobiety?  Teraz  jestem  ocalony  -  przez  to 
nieziemskie stworzonko, co za pierwszym razem wystraszyło 
mnie, gdym jechał konno do Thornfield - przez  tę, co  mogła 
pójść  za  głosem  Boga  i  poślubić  misjonarza,  którego  imię 
wymawia jeszcze czasem przez sen. Wyratowany z przepaści 
wiecznej niedoli przez moją drogą Jane. Chyba będę mógł w 
końcu odnaleźć spokój ducha? 

Przyznaję, że nadchodzi powoli to ukojenie i zadowolenie, 

głoszone  przez  filozofów  i  bogobojnych  ludzi.  Czasem, 
naprawdę,  gdy  czuję  wiatr  szalejący  na  bagnach  i  wszystkie 
żywe,  skrywające  się  stworzenia,  oddychające  za  kępką 
wrzosów  i  kolcolistów,  moje  serce  wypełnia  podziw  dla 
Stwórcy. 

Innym  razem  znów  niemal  żałuję,  że  nie  modlę  się 

żarliwie  w  katolickim  kościele,  tak  wielkie  spustoszenie 
zdziałały  me  złe  uczynki,  me  okrucieństwo,  ból,  jaki  moja 
władza  tu  i  w  obcych  krajach  pozwoliła  mi  zadać.  Klękam 
wtedy  przed  zakrytym  konfesjonałem  -  podobnie  jak  mój 

background image

ojciec, a przed nim jego przodkowie, gardziłem papistami i ich 
bałwochwalstwem,  ale  teraz  zastanawiam  się,  czy 
przypadkiem to nie oni są prawdziwymi naśladowcami Jezusa 
Chrystusa  -  i  otwieram  me  serce  przed  człowiekiem,  którego 
nie widzę. 

Czy  to  właśnie  do  tego  ma  doprowadzić?  Czy  nigdy  nie 

będę  mógł  zadośćuczynić?  Jane  nie  znosi  moich  mrocznych 
humorów, jak je nazywa tym swoim jasnym, cichym głosem, 
który  potrafiłby  je  przegnać  na  bagna  tak  jak  północno  - 
wschodni  wiatr,  co  przybywa  dziś,  by  wygonić  me  udręki.  - 
Edwardzie, nikt z nas nie jest bez grzechu - mówi, patrząc na 
mnie  głęboko,  jednak  z  półuśmiechem  rysującym  się  na  jej 
małych  ustach,  których  poleceń  słuchałem  w  czasie  mej 
długiej,  prawie  całkowitej  ślepoty.  -  Weź  małego  Edwarda  i 
pójdź z nim do warzywnika. Pokaż mu, co tam rośnie, nawet 
w  najsroższą  zimę:  jak  przebiśniegi  i  wierzby  torują  sobie 
drogę do słońca. 

W  takich  chwilach  biorę  Edwarda  i  cud  życia  przywraca 

mi  dobry  nastrój,  gdy  dziecko  w  zadziwieniu  patrzy  na 
przebiśniegi,  pierwsze  zwiastuny  wiosny.  W  lecie  zabieram 
mego  syna  do  szklarni:  sok  brzoskwini  spływa  po  jego 
brodzie,  gdy  krzyczy  z  uciechy.  Z  dnia  na  dzień  widzę  go 
coraz  wyraźniej!  Moja  żona,  nosząc  pod  sercem  kolejne 
dziecko,  daje  tym  samym  dowód  swej  wiary  we  mnie,  w 
Thornfield, w przyszłość bez cierpień i kłótni. 

Jednak  są  takie  dni,  kiedy  zaraz  po  przekroczeniu  progu 

mego  gabinetu,  w  domu,  co  go  podniosłem  z  popiołów 
przeszłości,  po  raz  kolejny  zapadam  się  w  mrok.  Widzę 
Antoninę w hamaku na werandzie przeklętego miejsca, gdzie 
ptaki  -  jakieś  egzotyczne  kruki  -  natrętnym,  metalicznym 
śpiewem  drwiły  z  jej  szaleństwa  i  mego  złamanego  serca. 
Mam  przed  oczami  nasz  powrót  do  Anglii:  jej  zdumienie  na 
widok zimnego, ciemnego nieba; przyjemne dni, gdy tańczyła 

background image

i  robiła  piruety  na  trawniku  przed  domem  -  i  jej  stopniową, 
przerażającą  degenerację,  gdy  traciła  władze  umysłu.  Potem 
posuwam  się  dalej,  ponownie  idąc  ścieżką,  która  zawiodła 
„milorda"  do  Francji,  Niemiec  i  Włoch,  w  poszukiwaniu 
rekompensaty  za  umowę  zawartą  w  piekielnych  czeluściach. 
Ach,  jak  one  kochały  me  złoto,  te  kobiety,  które  brałem  i 
porzucałem,  gdy  mi  się  znudziły.  Jak  bardzo  pociągało  je 
złoto, co legło u podstaw diabelskiego paktu mego ojca! - tak 
właśnie  myślałem.  Po  czym  myślę  o  Celinie  Varens  -  zbyt 
często i świadom brzemienia skruchy i wstydu. Nawet wobec 
Jane  odmalowałem  ją  jako  wyrachowaną  kreaturę,  kobietę, 
która  żyła  tylko  po  to,  by  wyciągać  fortuny  od  swych 
adoratorów,  by,  gdy  rosło  ich  rozczarowanie,  w  miarę  jak 
pustoszały ich portfele, w końcu wziąć nogi za pas. 

A  było  przecież  inaczej.  Celina  mierzyła  najwyżej, 

chodziła  po  najwyższej  linie  rozpiętej  w  Funambules  bez 
zabezpieczenia  i  strachu.  Wiedziała,  że  jest  wielką  aktorką  - 
ale kto da zagrać cyrkowej tancerce Racine'a czy Corneille'a? 
Dusiła się w swym kostiumie akrobatki, przypięta łańcuchami 
do  konia,  na  którym  stała  boso,  w  jej  jaskrawych  spodniach 
kończących  się  wysoko  nad  kolanem.  Zaproponowałem  jej 
możliwość nauki u wielkich teatru - za moje złoto, to prawda - 
by z komediantki mogła stać się aktorką tragiczną. I właśnie w 
momencie,  gdy  zaczęła  ćwiczyć  swój  głos  i  uczyć  się 
przepełnionych  namiętnością  wersów,  wyrzuciłem  ją  z  jej 
domu  za  niewielki  grzech  spędzenia  dnia  na  wyścigach  z 
fircykowatym  młodzieńcem, z  którym,  jak  czułem,  spotykała 
się, gdy mnie nie było - i który tak naprawdę nic dla niej nie 
znaczył. 

Celino, gdzie teraz jesteś? Nadal wędrujesz po Włoszech z 

bezdomnym  muzykiem,  nie  rozumiejącym  ani  doceniającym 
twych talentów. Proszę cię o wybaczenie - nawet jeśli cię nie 
kochałem już wskutek zaistniałej przyczyny, nie powinienem 

background image

był  cię  tak  potraktować.  Jeśli  przyjedziesz  tutaj  -  a  pewnego 
dnia  zechcesz  odszukać  naszą  córkę  w  tej  nagiej,  bagnistej 
krainie  - ujrzysz, że żałuję mego postępowania wobec ciebie. 
Poznasz  znaczenie  prawdziwej  miłości,  gdy  zobaczysz  moją 
Jane  i  mężczyznę,  co  go  kiedyś  postawiłaś  na  piedestale  za 
uszanowanie  twej  chęci  zostania  prawdziwą  aktorką.  „Jesteś 
inny niż reszta mężczyzn", mówiła Celina. Był chłodny dzień, 
zostaliśmy w domu, w naszej białej willi nad morzem, wśród 
krzewów  mimozy.  „Troszczysz  się  o  mą  duszę  i  wiesz,  że 
jestem ambitna" powiedziała, a ja słyszę jej słowa i wstrząsam 
się  na  wspomnienie  mej  podłej  obojętności  wobec  niej,  gdy 
zdecydowałem się ukarać ją za niewierność. 

Powinienem  teraz  wrócić  do  Jane;  a  w  dni  tak  jak  ten 

samego  tylko  ranka  przychodzę  do  niej  ze  sto  razy.  Jest  to 
pewnie  efekt  mojej  zależności  od  niej  w  ciągu  naszych 
pierwszych  trzech  lat  po  ślubie.  Są  też  i  inne  powody,  dla 
których  muszę być  z  ukochaną Jane.  Przegania me  myśli  -  o 
Antoninie,  o  Celinie,  o  innych  kobietach,  które  męczyłem 
fałszywymi  obietnicami  miłości  i  wiecznego  szczęścia. 
Pójdziemy  razem  na  spacer  -  ona  powoli,  z  uwagi  na 
nienarodzone,  ośmiomiesięczne  dziecię  -  nad  jezioro,  do 
nowej kaskady wodnej, zbudowanej na odległym brzegu, przy 
kasztanie, która jest spełnieniem jej marzeń: całą noc szemrze 
strumyczkiem dźwięków. Jane zwróci się do mnie i powie, że 
ma nadzieję, że to będzie córeczka, bo synka już mamy... 

A cóż to, tutaj? Gdy wychodzę na taras z mego gabinetu i 

schodzę  po  schodkach  na  ziemię,  widzę  postać  przy  furtce  z 
sitowia, wiodącej na bagna. 

Jest piękna - nawet piękniejsza niż w mej pamięci. Twarz, 

co  jest  sercem  oświetlonym  przez  dwa  stawy  mieniące  się 
brunatnie pod prostymi brwiami. Loki, czarne jak noc, zebrane 
u nasady karku, których dotyk i zapach czuję, tak silne wraca 
do mnie wspomnienie. 

background image

Celina  -  ale  to  nie  jest  ona.  Ta  młoda  kobieta,  która 

odwzajemnia  me  spojrzenie  prostodusznym,  odważnym 
spojrzeniem  Celiny  Varens,  Potrząsa  głową  jak  jej  utracona 
matka,  i  uśmiecha  się;  dziecko,  na  które  kiedyś  wołałem 
Adelka.  Teraz  ta  zjawa  wejdzie.  Szczupłą  dłonią  otwiera 
furtkę z zasuwki i wchodzi do środka... 

I  gdy  wołam  ją  po  imieniu,  Jane  wyłania  się  z  drzwi 

balkonowych  gabinetu,  jej  wzrok  wiedzie  za  mną,  za  drogą, 
którą  przeszedłem  zaledwie  kilku  sekund  temu,  i  zbiega  po 
schodach, by dołączyć do mnie. 

Jane nikogo tu nie widzi, przy pokrytej mchem furtce pod 

uginającymi  się  pod  ciemnym  ciężarem  gałęziami 
irlandzkiego cisa. Patrzy na mnie z niepokojem - boi się o mój 
wzrok, a każda zjawa źle wróży na przyszłość. 

Znowu  spoglądam,  i  rzeczywiście  nikogo  tu  nie  ma.  Z 

moją  ukochaną  żoną  idę  obejrzeć  ostatnie  udoskonalenia  w 
ogrodzie Thornfield Hall. 

background image

13 
Pani Fairfax 
Tak  jakoś  dwa  miesiące  po  tym,  jak  mała  guwernantka 

spakowała  swe  bagaże  i  opuściła  Thornfield  Hall,  gdy  jej 
nadzieje  i  szczęście  legły  w  gruzach,  pan  Edward  Fairfax 
Rochester przyszedł do mnie, by mi oznajmić, że ja też muszę 
odejść.  Mam  przenieść  się  do  jego  kuzynostwa  w  odległej 
północnej Szkocji, na wyspę, dokładniej rzecz ujmując, której 
raczej sama bym nie wybrała na miejsce mego pobytu w tych 
okolicznościach.  A  to  dlatego  że,  jak  przypuszczałam,  już  w 
południe  robi  się  ciemno  na  tym  nagim,  skalnym  występie, 
gdzie  zamieszkują  lord  i  lady  Doune.  I  choć  nie  wiem,  jak 
bardzo  bym  się  starała  nadgonić  robotę  rankiem,  cerując 
bieliznę i czyszcząc srebra, smętnie wydane na pastwę rdzy w 
wilgotnym atlantyckim klimacie, noc niezmiennie zapada, nim 
zakończę  wyznaczone  zadania,  więc  resztę  dnia  muszę 
spędzać na szyciu ubrań zbyt prostych, by trzeba było jakiegoś 
modelu. 

To  właśnie  na  wyspie  Inchalan  dowiedziałam  się  o 

spaleniu  Thornfield  Hall.  Lord  Doune  ze  śmiertelną  powagą 
wezwał  mnie  z  izby  dla  gospodyni  domu  umieszczonej  w 
suterenie  wiekowego  donżonu,  jego  rodowej  siedziby,  i 
poprosił,  bym  usiadła  w  starej  altanie,  chroniącej  przed 
wichrem wiejącym tu bez wytchnienia. 

 -  Kuzynko  Fairfax  -  powiedział  jego  lordowska  mość  - 

mam dla pani wstrząsającą wiadomość. - Po czym przedstawił 
mi  historię,  którą  słyszałam  już  tak  wiele  razy  od  momentu 
powrotu  do  Thornfield  Hall  na  nagłe  wezwanie  pana 
Rochestera. Wersje te niewiele się między sobą różniły. Pożar 
wybuchł  chyba  po  zmroku  i  objął  cały  dom,  zanim 
przyjechały wozy strażackie z Millcote. Wewnątrz zniszczeniu 
uległa znaczna część cennych zabytkowych mebli, a ogień tak 

background image

szybko  zajął  parter  i  pierwsze  piętro,  że  pan  Rochester  miał 
niewiele czasu, by udać się na strych - jednak mu się to udało. 

 -  Cóż  takiego  jednak  spodziewał  się  tam  znaleźć  kuzyn 

Edward?  -  spytałam  lorda  Doune,  gdyż  nauczyłam  się,  że 
demonstrowanie 

nieznajomości 

choćby 

najbardziej 

podstawowych faktów przynosi większy zysk niż ukazywanie 
swej wiedzy. 

 -  Mówiono,  że  Edward  Rochester  trzymał  tam  na  górze 

swą niespełna rozumu małżonkę - odparł lord Doune po chwili 
milczenia.  -  Uważaliśmy  -  podobnie  jak  inni  -  że  jest 
kawalerem. Nasz krewny jednak, za życia swej żony, pragnął 
poślubić młodą kobietę, pannę... 

 - Eyre - dokończyłam. 
 -  Tak,  miała  pani  z  pewnością  okazję  poznać  ją  lepiej  i 

głębiej  -  ciągnął  mój  gospodarz  i  chlebodawca, 
powstrzymując się jednak przed patrzeniem mi prosto w oczy, 
wpatrując  się  za  to  w  nieskończony  ogrom  morza,  które,  jak 
mi  oznajmił,  ciągnie  się  aż  do  Ameryki.  -  Bez  wątpienia 
Edward  nie  powinien  był  szukać  ratunku  w  bigamii,  jak  to 
uczynił,  jednak  jego  położenie  musiało  wydać  się  godne 
współczucia, nawet dla wysokich duchownych tych wysp. W 
moim  mniemaniu  tragizm  tych  wydarzeń  polega  na  tym,  że 
Rochester zbyt późno dotarł na blankowany dach - jego żona 
rzuciła się z niego na dół. 

 -  A  skąd  się  pan  o  tym  dowiedział?  -  spytałam.  Coś  w 

słowach i  wyrażeniach  użytych przez lorda Doune  kazało mi 
zastanowić  się  nad  autorem  tej  wersji  zdarzeń.  Wiedziałam 
bowiem  lepiej  niż  ktokolwiek  inny,  że  biedna,  szalona  żona 
pana Rochestera została usunięta w zupełnie inny sposób, i to 
o  wiele  wcześniej  przed  pożarem,  o  którym  właśnie  mi 
doniesiono. 

 - Nie oczekiwałem, że Edward napisze do mnie osobiście 

-  usłyszałam  szybką  i  szczerą  odpowiedź.  -  Stracił  swój 

background image

prawdziwy  dom  i  doszły  mnie  wieści,  że  znalazł  opiekę  i 
schronienie  w  Ferndean  Manor,  gdzieś  w  granicach  jego 
włości.  -  Lord  Doune  musiał  dostrzec,  że  przebiegł  mnie 
dreszcz, gdyż zamilkł ponownie. 

I  gdy  tak  siedzieliśmy  w  ciszy,  wpatrując  się  w  morze, 

przypomniałam  sobie  rozmowy  z  moim  panem  na  temat 
spodziewanego  najazdu  gości.  Były  to  jedyne  okazje,  kiedy 
bywał  zmuszony  do  przyznania,  że  na  najwyższym  piętrze 
Thornfield mieszka w tajemnicy pewna osoba. „Pani Fairfax, 
chciałbym by przygotowała pani Ferndean Manor na przyjęcie 
nowego gościa", zwracał się do mnie pan Rochester dwa czy 
trzy  razy  (ten  ostatni  przed  przyjazdem  panny  Eyre;  choć 
należy  to  jasno  powiedzieć:  prośby  te  zwykle  zbiegały  się  z 
nagłą  wizytą  panny  Ingram  i  jej  matki,  lady  Ingram).  Ja  zaś, 
pamiętam to dokładnie, niezmiennie odpowiadałam tak samo, 
a  mianowicie,  że  siedziba  ta  słynęła  wręcz  z  wilgoci,  a 
przygotowanie  jej  na  miejsce  zamieszkania  wymagałoby  nie 
dni,  lecz  miesięcy  palenia  w  kominkach  i  wietrzenia.  Nigdy 
podczas  tych  rozmów  nie  zdradzałam  najmniejszej  nawet 
ciekawości,  dlaczego  to  pan  Rochester  kierował  do  mnie  te 
żądania.  I  w  rzeczy  samej,  wkrótce  dom  ten  nazywaliśmy 
między sobą ratunkiem w nagłych kłopotach, gdy na przykład 
lady  Ingram  przywiozła  ze  sobą  większą  ilość  służby,  niż 
przewidywano.  Wiedziałam,  że  mój  chlebodawca  był 
całkowicie  pewny  mej  dyskrecji  w  tej  sprawie,  jak  i  we 
wszystkich dotyczących jego spraw osobistych. 

Lord  Doune  milczał  jeszcze  przez  jakiś  czas.  Następnie 

jego  lordowska  mość  oznajmił  mi  -  a  zasmuciło  mnie  to 
głęboko  -  że  mój  pan,  tymczasowo  lub  na  stałe,  oślepł 
wskutek pożaru w Thornfield oraz doznał paraliżu, w prawej 
czy  też  w  lewej  ręce.  To  właściciel  gospody  niedaleko 
Millcote  -  jakieś  dwie  mile  drogi  przez  pola  od  Thornfield 
Hall  -  niejaki  Archie  Campbell,  który  kiedyś  służył  u  lorda  i 

background image

lady Doune w Inchalan - jak się okazało, doniósł im o tym w 
liście. Przypuszczałam, że niektóre wiadomości są prawdziwe, 
ale  całą  tę  opowieść  przyjęłam  z  niejaką  rezerwą.  By 
sprawdzić  mego  gospodarza,  i  to  tak,  aby  się  on  w  tym  nie 
zorientował,  zaczęłam  go  wypytywać,  w  jaki  sposób 
zachowywała się „szalona kobieta", gdy pan Rochester znalazł 
się  na  dachu  zbyt  późno,  by  ją  uratować.  Czy  zaczęła 
kokietować  swego  męża,  jak  to  czynią  lunatyczki,  mimo 
wielkiego  niebezpieczeństwa,  które  im  obojgu  groziło?  Jak, 
pokrótce, zaczęła się i skończyła ta okropna scena? 

 - Kuzyn Edward wrócił, by zabrać swą szaloną żonę z jej 

celi  -  odparł  ponuro  pan  na  Inchalan.  -  A  potem  oni  -  to 
znaczy  służba  i  sam  Archie  Campbell,  który  dostrzegł 
płomienie  z  gospody  i  pospieszył  na  ratunek  przez  pola  - 
zawołali  do  niego,  że  ona  jest  na  dachu,  a  ona  stała  tam, 
wymachując  rękoma  ponad  blankami  i  krzycząc  tak,  że 
słyszano  ją  z  odległości  jednej  mili.  Campbell  widział  ją  na 
własne  oczy  i  słyszał  na  własne  uszy.  Kilku  gapiów  może 
zaświadczyć,  że  widziało,  jak  pan  Rochester  wchodzi  przez 
świetlik na dach; słyszeli, jak wołał „Berta!". Widzieli, jak do 
niej  podchodzi;  a  potem,  madame,  ona  krzyknęła  i  skoczyła; 
chwilę  później  leżała  już  martwa  na  ziemi.  Była  tak 
pokiereszowana,  jak  mówią, że nic  nie  zostało  z  jej  twarzy - 
nie wiadomo więc nawet, jaką była kobietą. 

 - Zabiła się? - spytałam, a  lord Doune  skinął głową, nim 

zdążyłam to wypowiedzieć do końca. - Rozumiem - odparłam 
na  to  z  tak  wielkim  smutkiem,  na  jakie  zasługiwała  ta 
tragiczna opowieść. - To okropne zrządzenie losu, mój panie, 
jestem  więc  pewna,  że  uszanujesz  moje  większe  poczucie 
obowiązku  wobec  pana  Rochestera,  jeśli  potrzebował  będzie 
mych  usług  w  tym  nowym  i  drastycznie  odmienionym 
położeniu.  Jak  nikt  inny  jestem  także  świadoma 
niedogodności  życia  w  Ferndean  Manor,  szczególnie  zimą. 

background image

Jeśli  więc  mój  pan  ma  przy  sobie  do  opieki  Johna  i  Mary,  z 
przyjemnością pokierowałabym ich pracą. 

Lord  Doune  zapewnił  mnie,  że  świetnie  to  wszystko 

rozumie i że niezwłocznie przekaże mi każde rozporządzenie 
od  pana  Rochestera.  Na  te  jednak  trzeba  było  poczekać,  jak 
już  wcześniej  wspomniałam.  Na  razie  zaś  wracały  do  mnie 
różne  myśli  i  wspomnienia,  które  zachowywałam  dla  siebie, 
mimo  że  Janet,  pokojówka  w  Inchalan,  a  zarazem  siostra  - 
zatem  powiernica  -  właściciela  gospody  w  Millcote,  Archie 
Campbella,  wykazywała  ogromną  ciekawość.  Byłam 
świadoma,  że  trzeba  mi  czasu  na  sprawdzenie  wiadomości 
wysłanych  na  północ  przez  gospodarza  Rochester  Arms, 
zanim dojdę do własnych wniosków. Jednak przedstawione mi 
sprawozdanie,  według  mojej  wiedzy,  było  niedokładne.  A 
wkrótce  stało  się  dla  mnie  jasne,  że  moi  gospodarze  i 
chlebodawcy  bardzo  by  chcieli  dowiedzieć  się  prawdy  na 
temat tragedii w Thornfield Hall. 

Niech  pani  wejdzie,  pani  Fairfax,  i  usiądzie.  -  Tak  to 

zostałam wezwana przez lady Doune do zdania relacji z mego 
pobytu  w  Thornfield  przed  dotarciem  na  północ,  na  wyspy 
zwane  Hebrydami,  by  pełnić  rolę  gospodyni  w  domu 
szlachetnie  urodzonych,  skoligaconych  z  mym  krewnym, 
Edwardem Rochesterem. To, że od mego przyjazdu do zamku 
o  nic  lub  o  niewiele  mnie  wypytywano  na  temat  sytuacji  we 
dworze,  kładłam  na  karb  tego,  że  moi  chlebodawcy  całkiem 
rozsądnie przypuszczali, że mam niewiele do powiedzenia. O 
tym,  że  pan  Rochester,  kawaler,  znany ze  swego  upodobania 
do  zagranicznych  podróży,  zamierza  zaręczyć  się  z  panną 
Blanką  Ingram,  od  dostatecznie  dawna  krążyły  plotki,  aby 
zaprzestał  on  być  ośrodkiem  zainteresowania,  czy  to 
krewnych,  czy  znajomych.  Był  mężczyzną  nieżonatym; 
pogłoski  o  rozmiarach  jego  bogactwa  niezmiernie  się  różniły 
(o  tym  wiem  z  przypadkowo  podsłuchanej  rozmowy  w 

background image

salonie,  zanim  panie  poszły  się  przebrać  na  górę);  w  ogólnej 
opinii  mój  pan  uchodził  za  wzorową  partię:  zainteresowany 
zarządzaniem  swoją  posiadłością,  gotowy  ożenić  się  w 
odpowiednim  dla  siebie  czasie  i  założyć  rodzinę,  w  swych 
działaniach  niespieszny  i  opanowany.  Potem  mowa  była  o 
pożarze  i  wynikłej  z  tego  panice,  domniemanej  zbrodni  czy 
też  samobójstwie.  Lady  Doune  niezwykle  łagodnie  posadziła 
mnie  w  niskim,  nakrytym  szydełkową  chustą  fotelu  w  swym 
buduarze,  a  następnie  poprosiła,  bym  „wypełniła  luki",  jak 
niezwykle zwięźle to ujęła. 

 -  Droga  pani  Fairfax,  niechże  mi  pani  opowie  o  tej 

guwernantce, którą poślubić zamierzał nasz kuzyn. Doszły nas 
słuchy, że bezprawnie. Czy to prawda? Czy pan Rochester, aż 
do momentu wybuchu pożaru w swym domu, trzymał tam w 
sekrecie swą żonę? 

 - Lady Doune - odparłam - często się zdarza, jak nam obu 

dobrze  wiadomo,  że  służące  i  właściciele  zajazdów  lubią 
wymyślać  niestworzone  historie,  gdy  nieszczęście  dotknie 
wyżej  od  nich  postawionych.  Edward  Rochester  nie  trzymał 
żadnej  żony  w  Thornfield  Hall,  o  ile  mi  wiadomo;  za  to  był 
człowiekiem niezwykle lojalnym i nigdy nie zdarzyło mu się 
zwolnić kogoś ze służby, nawet w wypadku poważnej choroby 
czy utraty zmysłów. 

Gdy  mówiłam  te  słowa,  wiedziałam,  że  to  prawda  jak 

amen w pacierzu, Bóg mi świadkiem. Niejeden raz, w czasie 
tych  długich  lat  pracy  w  Thornfield  Hall,  zdarzyło  mi  się 
widzieć tego „ducha", jak Lea i inne głupie służące nazywały 
tę  zjawę,  która  ich  zdaniem  czasem  snuła  się  po  spiralnej 
klatce schodowej i ukazywała się na podeście drugiego piętra 
w  Thornfield  Hall.  Plotki  i  pogłoski  to  jedno,  a  rzeczy 
widziane na własne oczy to drugie. - W Thornfield nie ma ani 
ducha,  ani  żony  -  ciągnęłam,  podczas  gdy  lady  Doune 

background image

siedziała,  wpatrując  się  we  mnie,  podobnie  jak  wcześniej  jej 
mąż. 

 -  A  jak  wytłumaczy  pani  to,  że  ślub  pana  Rochestera  z 

panną Eyre został wstrzymany? - nie ustępowała lady Doune. 
-  Gdyby  nic  nie  stało  na  przeszkodzie  tego  małżeństwa, 
ceremonia przecież by się odbyła, Prawda? 

Przyznaję,  że  długo  rozmyślałam  nad  planami 

małżeńskimi - z panną Blanką Ingram, z panną Eyre, a nawet 
z matką małej Francuzeczki, której zdawało się, biednej, że jej 
„Celina  Varens" niedługo  przyjedzie, by poślubić  mężczyznę 
zwanego przez mą papą, mimo ze nie można co do tego być 
pewnym.  Dziecko  to  tak  dalece  było  zdolne  oszukiwać  samo 
siebie, że pisało do siebie listy od swej nieobecnej matki, które 
w  rozgałęzieniu  pewnego  drzewa  odkryła  kiedyś  Lea  i 
zaniosła  wprost  do  mnie.  Próbowałam  wytłumaczyć  Jaśnie 
Pani,  że  nasz  wspólny  krewny,  mimo  swych  wielu 
wspaniałych  zalet,  nie  był  wręcz  w  stanie  zdecydować  się  na 
wybrankę,  przyszłą  panią  Thornfield.  -  Ogłaszał  swe 
zaręczyny,  po  czym  wszystko  odwoływał  -  wyjaśniłam.  - 
Najpewniej  sam  tak  to  zaaranżował,  by  pojawiło  się  dwóch 
nieznajomych  i  przedstawiło  „dowód"  na  istnienie 
poprzedniego związku pana Rochestera. Całkiem nieźle się to 
sprawdziło:  ceremonię  odwołano,  a  niedoszła  żona  pana 
Rochestera opuściła dom już następnego dnia. 

 - Przedziwna sprawa, zaiste - zamyśliła się łady Doune. - 

Dlaczego  więc  nie  poślubił  Blanki  Ingram?  -  ciągnęła  już 
surowszym tonem. 

 -  Pani,  wszyscy  tego  oczekiwaliśmy  -  odparłam.  - 

Rodzinne  klejnoty  zostały  przesłane  przez  bank  w  Londynie, 
co  widziałam  na  własne  oczy.  Przyjęcie  zaręczynowe  było 
dwa  razy  planowane  i  odwoływane.  Kamerdyner  John 
przedstawić  może  więcej  szczegółów  -  licznych,  a  jakże, 

background image

dotyczących  odkładanych  lub  odwoływanych  zrękowin 
Edwarda Rochestera. 

 -  Kto  wobec  tego  rozpuścił  pogłoskę,  jakoby  Edward 

Rochester  był  żonaty  już  w  czasie  pożaru;  ci,  co  nie  znali 
prawdy?  -  dociekała  lady  Doune,  a  ton  jej  głosu  i  wyraz 
twarzy  dobitnie  świadczyły  o  tym,  że  zupełnie  straciła 
orientację,  w  co  i  komu  ma  teraz  wierzyć.  Jak  mi  się  zdaje, 
moja  odpowiedź  jednak  przekonała  dobrą  hrabinę,  że  mówię 
prawdę. 

 - No cóż, kobieta, która rozpowszechniła to oszczerstwo, 

to  stara  służąca,  pani,  pozostająca  od  dawna  już  we  władzy 
alkoholu.  Dogadzając  sobie  z  piwniczki  swego  pana,  straciła 
zmysły, a  wraz z  nimi trzeźwość umysłu i  zdrowy osąd, jaki 
kiedyś być może posiadała. 

 - Wielkie nieba! - wykrzyknęła lady Doune. 
 -  Ostrzegłam  pannę  Eyre  -  ciągnęłam  -  nową 

guwernantkę,  przybyłą  do  Thornfield,  by  uczyć  francuską 
sierotę  -  czy  też  córkę  -  pana  Rochestera,  aby  nie  zwracała 
zbytniej  uwagi  na  śmiech  i  przerażające  odgłosy,  które 
słyszała  zaraz  po  swym  przyjeździe  tutaj.  Pochodziły  od 
Gracji Poole - tak właśnie nazywała się ta kobieta. 

 -  Czy  to  dziecko  było  -  jest  -  córką  Edwarda?  - 

wyszeptała szlachetna dama. - Z listu Archiego Campbella, z 
gospody  w  Millcote,  dowiedziałam  się,  że  została 
adoptowana. 

 -  Tak,  faktycznie,  zgadza  się  i  jedno,  i  drugie  - 

potwierdziłam.  -  Mała  Adelka  była  przekonana,  że  obietnice 
złożone  przez  jej  „papę"  baletnicy  z  Paryża,  matki  dziecka, 
zostaną  spełnione,  i  to  wkrótce.  Najpewniej  chodziło  tu  o 
małżeństwo. 

 -  Jestem  zdumiona  -  słabym  głosem  przyznała  lady 

Doune.  

background image

Gdy  skończyłam,  lady  Doune  zdołała  mi  oznajmić,  że 

teraz w pełni rozumie, jak zmyślona wersja zdołała przekonać 
wszystkich w Thornfield Hall, że to „szalona kobieta" zginęła 
w  płomieniach.  Jej  kuzyn  Edward  Rochester  z  pewnością 
pobiegł na dach, by oszacować rozmiar strat spowodowanych 
już przez ogień. To pijana służąca - Gracja Poole - skoczyła w 
dół i odniosła tak liczne obrażenia, że była aż nie do poznania. 
Ochoczo  się  z  tym  zgodziłam,  i  gdy  nalegała, 
odpowiedziałam,  że  nic  mi  nie  wiadomo  o  jakichś  innych 
ofiarach  pożaru  w  Thornfield.  Zachowałam  za  to  dla  siebie 
moje  postanowienie:  gdy  guwernantka  albo  Francuzeczka, 
teraz  bezpiecznie  umieszczona  w  szkole,  powrócą  do  Hall, 
kiedy ja tam będę (a na pewno tam będę), poniosą karę, choć 
niewinne. Boję się bowiem o życie mego pana, gdy któregoś 
dnia prawda wyjdzie na jaw. 

background image

14 
Edward 
Muszę  szczerze  przyznać,  że  czasem  ciężko  jest  być 

mężem  silnej  kobiety.  Moja  Jane,  o  nieposzlakowanej 
prawości  i  wytrzymałości,  której  można  spodziewać  się  u 
kogoś,  kto  z  dziewczątka,  sieroty,  stał  się  guwernantką  w 
domu  zupełnie  odmiennym  od  tych,  gdzie  trafiły  pewnie  jej 
towarzyszki  ze  szkoły,  wystarczająco  uzbrojone  w  wiedzę, 
otóż ona wiele już przecierpiała jak na dwadzieścia trzy lata, a 
mimo to nie widać u niej ani cynizmu, ani też wskutek swych 
przeżyć  nie  powściąga  swych  oczekiwań.  Czyż  Jane  nie 
odmówiła mężczyźnie w służbie bożej, misjonarzowi, by być 
z  jej  Edwardem?  Czyż  nie  przedostała  się  przez  bagna, 
posłuszna  niewypowiedzianemu  głosowi,  co  go  usłyszała 
sercem?  Czyż  nie  wszystko  zawdzięczam  Jane?  Jednak  to 
poczucie  zobowiązania  zacieśnia  wokół  mnie  pętlę,  gdy  ta, 
którą  kocham,  przedstawia  mi  moralne  racje  za  i  przeciw 
jakiej  to  bądź  sytuacji.  Jej  niezmienna  zgoda  na  wyrzeczenia 
związane z obowiązkami - jak je pojmuje - wymaga ode mnie 
z  kolei  oddania,  na  które  nie  zawsze  mogę  się  zdobyć.  Czy 
młoda mężatka i Edward nie mogą być razem szczęśliwi, bez 
poświęcania  spokoju  tak  ciężko  zdobytego?  Mamy  syna  i 
oczekujemy  kolejnego  dziecka.  Czy  w  obliczu  Boga  to 
słuszne,  by  nasza  rodzina  rozszerzyła  się  teraz  właśnie, 
przyjmując  na  swe  łono  kogoś,  kto  teraz  jest  nieledwie  kimś 
obcym? 

Rzecz w tym, że Jane nalega, by zwolnić małą Adelkę ze 

szkoły,  teraz,  po  pięciu latach  nauki,  by  mogła zamieszkać  z 
nami w Thornfield. 

Niemalże  wiedziony  instynktem,  o  posiadanie  którego 

nigdy  bym  nie  podejrzewał,  zdałem  sobie  sprawę,  że  ukazała 
mi się wizja matki tego dziecka, Celiny, stojącej przy furtce w 
dolnej części ogrodu, zaledwie wczoraj. Kokietka (jeśli to była 

background image

ona) - co nadal, jak spostrzegłem, płatała mi figle, jak Adelka 
- spojrzała mi prosto w twarz, po czym odeszła, by zniknąć na 
drodze do Millcote. Naturalnie, nie mogłem powiedzieć o tym 
Jane  -  która  powinna  uważać,  że  nie  zaszczycam  Celiny 
Varens  ani  jedną  myślą.  Sprawa  ta  mną  wstrząsnęła,  muszę 
przyznać: czy zjawa ta była ostrzeżeniem przed odmówieniem 
domu  i  ochrony  temu  dziecku?  Czy  też  była  to,  jak  mi  się 
zdaje, przepowiednia przekleństwa, co jeszcze raz spadnie na 
Thornfield  Hall,  jeśli  zostanie  przyjęta?  Jestem  świadom,  że 
nie leży w mym usposobieniu zachowywanie milczenia, kiedy 
młoda  Jane  Rochester  podnosi  domowe  kwestie.  Jednak 
jesteśmy  ze  sobą  na  tyle  blisko,  moja  kochana  i  ja,  że 
znajdziemy  rozwiązanie  tego  najtrudniejszego  dylematu,  a 
mianowicie, czy przyjąć na łono rodziny to dziecko, co to nie 
wiadomo, czy jest moje, czy nie. 

 - Nie widzę tu żadnego powiązania - stwierdziła Jane, gdy 

usiedliśmy tego uroczego majowego ranka na nowej zdobionej 
ławce w altance zbudowanej naokoło roztrzaskanego kasztana, 
przy  chylącym  się  płocie  w  ogrodzie.  (Tutaj,  być  może  dla 
słusznej  przyczyny,  zwykle  przychodzimy,  gdy  spieramy  się 
co  do  czegoś:  drzewo  rozłupane  uderzeniem  pioruna 
przywodzi  nam  obojgu  na  myśl  tę  pamiętną  noc,  kiedy  to 
oświadczyłem  się  drżącej,  małej  Jane  Eyre).  -  Nie  ma  to  dla 
mnie  wielkiej  wagi,  Edwardzie,  czy  Adelka  jest  twą 
prawdziwą  córką,  czy  nie  -  ciągnęła  Jane.  -  Jest  dzieckiem, 
które  przyjechałam  uczyć  do  Thornfield;  jest  powodem,  dla 
którego tu jestem i kocham ciebie. 

 -  Jane,  chodź  no  tu.  -  Gdy  moja  żona  prawi  mi  takie 

czułości,  staram  się  wziąć  ją  w  ramiona  i  zmienić  temat, 
abyśmy w harmonii trwali cały dzień. Jednak dziś, jak nigdy, 
ma mała, silna żoneczka nie daje się oderwać od tematu. 

 - Edwardzie, podjęłam zobowiązania wobec Adelki, kiedy 

nie umiała odróżniać dobra od zła, otrzymawszy wychowanie 

background image

bez  jakichkolwiek,  najprostszych  nawet  podstaw  wiary  w 
Boga. Jak bardzo musi ona nas teraz potrzebować, gdy zbliża 
się do wieku lat czternastu? Jeśli teraz ją zostawimy, po tym, 
jak okazaliśmy temu dziecku uczucie i przywiązanie, czyż nie 
będzie  to  gorsze  niż  pozostawienie  jej  na  ulicy,  gdzie  na 
posiłek miała zarabiać, wedle wyobrażeń swej matki, tańcząc 
jak  małpka  kataryniarza?  Czyż  nie  przyrzekliśmy  już 
opiekować się Adelka? 

 -  Moja  duszko,  moje  ty  cudowne  kochanie  - 

wymruczałem, przyciągając głowę Jane do swojej, obsypując 
ją pieszczotami, przed którymi z początku się nie wzbraniała. - 
Przypuszczam,  że  powinnaś  postąpić  tak,  jak  uznajesz  za 
słuszne  (w  ten  sposób  ustępowałem  mojej  Jane  przy  każdej 
okazji,  gdy  nie  zgadzaliśmy  się  co  do  jakiejś  sprawy).  -  Z 
pewnością  jednak  byłoby  dobrze,  żeby  dziecko  pojęło  także 
drugą  połowę  swego  dziedzictwa  -  ciągnąłem,  gdyż  czułem 
tak  mocno,  jak  brzmiał  mój  głos,  że  pozbawienie  Adelki 
kontaktu  z  otoczeniem  matki  nie  przyczyni  się  do  zaistnienia 
dobrego układu w Thornfield. - Niech przez pół roku pobiera 
nauki  we  Francji  -  obstawałem  przy  swoim;  poczułem  też 
ulgę, że  nie zwierzyłem  się  z  mej  halucynacji  - tak  to  trzeba 
nazwać - której doznałem, spoglądając ze schodów biblioteki 
na furtkę. 

 - Ona była tu wczoraj - rzekła Jane. - Adelka przyjechała i 

zostawiła  dla  nas  list.  Miała  zamiar  się  z  nami  zobaczyć, 
nawet  na  krótko...  -  I  w  tej  chwili  głos  Jane  się  załamał  i 
spostrzegłem, że była poruszona. - Jednak nie zdobyła się na 
odwagę,  po  tak  długim  pobycie  w  szkole,  by  wejść  i  z  nami 
porozmawiać. 

 -  Adelka?  -  powiedziałem,  udając  zaskoczenie;  moja 

droga żona, jak się zdaje, nie dosłyszała mnie. - Gdybym tylko 
mogła  ją  była  zobaczyć  -  ciągnęła  Jane  smutnym  tonem,  co 
utwierdziło  mnie  w  przekonaniu,  że  kochała  dziecko,  które 

background image

kiedyś  uczyła,  i  że  byłbym  zaprawdę  potworem,  gdybym 
sprzeciwił się sprowadzeniu Adelki do domu - gdybym tylko 
mogła  porozmawiać  z  la  petite  (La  petite  (fr.)  -  mała.), 
mogłabym  ją  przekonać,  by  została  tu,  zamiast  jechać  do 
Paryża, jak uczyniła. 

 -  To  co  możemy  teraz  zrobić?  -  spytałem,  skrycie 

zadowolony,  przyznaję,  że  rozwiązanie  tej  kwestii  odłożone 
zostało na później. - Jeśli będzie mogła spędzić połowę czasu 
we Francji, jak proponowałem, problem rozwiąże się sam. 

 - Połowę czasu we Francji! - wykrzyknęła Jane. - Czy nie 

zastanawiasz  się  trochę,  zanim  coś  powiesz,  Edwardzie? 
Chodzi  o  to,  jak  ona  spędzi  ten  czas  -  czy  wpadnie  w  sidła 
kobiety,  pozbawionej  godności  i  zepsutej  pod  każdym 
względem  -  kobiety,  co  śle  do  ciebie  listy,  domagając  się 
pieniędzy  w  zamian  za  nieujawnienie  szczegółów  pojedynku 
w Paryżu i twego obecnego miejsca pobytu francuskiej policji. 

 -  Jenny  Colon  -  rzuciłem,  równie  zły,  że  muszę 

wypowiedzieć  imię  tej  szatańskiej  dziwki,  jak  Jane  wobec 
mojej obojętności na los Adelki. 

 -  Tak,  Jenny  Colon  -  odparła  Jane.  -  Czy  chcesz,  by  ten 

potwór wychowywał Adelkę przez pół roku? 

Na  to  musiałem  zamilknąć.  Gdy  siedzieliśmy  tak,  w 

wielkiej niezgodzie, co przyznaję z ciężkim sercem - bo tego 
rodzaju  animozji  spodziewam  się  przy  każdej  rozmowie  na 
temat  Adelki  Varens  -  nasze  obopólne  wrogie  nastawienie 
złagodził  nieco  widok  Johna,  idącego  w  naszą  stronę 
wawrzynową alejką. 

 - Czego może chcieć od nas John? - zawołaliśmy razem z 

moją żoną. I uśmiechnęliśmy się do siebie, nareszcie; mimo to 
-  co  muszę  przyznać  z  największym  smutkiem  i  obawą  - 
wiadomość  zawarta  w  liście,  który  wręczył  mi  wierny  John, 
była tego rodzaju, że unieważniła nasz spór co do przyszłości 
małej Francuzki. 

background image

 -  Co  to  takiego,  Edwardzie?  -  zaniepokoiła  się  Jane,  nie 

mogłem  jednak  podzielić  się  z  nią  otrzymaną  wiadomością. 
Dwa razy przeczytałem krótkie pismo i starannie je złożyłem, 
nim umieściłem w portfelu. 

 - Czy będzie jakaś odpowiedź dla urzędu? - spytał John. - 

Sierżant  prosi, by stawił się  pan u niego w ciągu dwudziestu 
czterech godzin w Whitcross. 

 -  Co  to  jest?  -  ponownie  krzyknęła  Jane,  gdy 

powiedziałem  Johnowi  w  sposób  wielce  wyniosły,  że  może 
przekazać sierżantowi, by spodziewał się mnie dzisiaj w ciągu 
dnia.  Po  czym,  gdy  sylwetka  Johna  zniknęła  na  końcu 
wawrzynowej  alejki,  wstałem,  a  Jane  wraz  ze  mną.  Czułem, 
gdy tak staliśmy obok siebie sztywno, że rozłupany kasztan za 
naszymi  plecami  szydzi  z  naszego  małżeństwa  i  niedawno 
odnalezionego  szczęścia.  Nie  byliśmy  postaciami  z  obrazka, 
właściciel ziemski wraz z żoną, oboje zamożni i zadowoleni, z 
wypisanymi  na  obliczach  latami  życia  wśród  szacunku 
sąsiadów,  rodziny  i  przyjaciół  i  z  perspektywą  takiejże 
przyszłości. Byliśmy w tym kraju, choć moja  droga  żona  nie 
zdawała  sobie  jeszcze  z  tego  sprawy,  wiecznymi  pariasami  i 
wyrzutkami. 

 - To nic ważnego - wyjaśniłem Jane, gdy szliśmy powoli 

wawrzynową  aleją  w  stronę  domu.  -  Komornik  z 
gospodarstwa  na  obrzeżach  Millcote  uciekł,  zabierając 
dzierżawę, całkiem niezłą sumkę. 

Zanim  Jane  mogła  zareagować,  dodałem:  -  Rozważałem 

twą  troskę  o  Adelkę,  moje  kochanie.  Uciekła  do  Paryża  w 
szczególnym,  wręcz  niebezpiecznym  momencie  swego  życia. 
Proponuję  więc,  że  pojadę  ją  odszukać  i  przywiozę  ją  całą  i 
zdrową do Thornfield Hall. 

Gdy Jane spojrzała na mnie z wdzięcznością i podziwem, 

szedłem dalej jak we śnie. Wiedziałem, że nie mógłbym długo 
ukrywać przed światem zawartości listu. 

background image

Na  polu  koło  Whitcross,  niecałe  pół  mili  stąd,  odkryto 

ciało Antoniny, straszliwie skurczone i wysuszone, leżące tam 
od co najmniej pięciu lat. Zaczęła się orka, usunęli więc z pola 
kopce rzepy i fermentującej naci, by przygotować ziemię pod 
żłobienie bruzd. Znaleźli wyciągnięte ramię, szczupłe  i blade 
jak bulwa wyrosła na kupie zgnilizny. Kobieta pochowana na 
cmentarzu w Thornfield jako Berta Mason Rochester, wskutek 
nieszczęsnego pożaru i upadku utraciła wszelkie cechy, które 
pozwoliłyby ją rozpoznać. Ta kobieta, choć oni na razie o tym 
nie  wiedzą  -  wiedzą  jedynie,  że  znaleziono  ją  na  terenie  mej 
posiadłości - była prawdziwą Bertą, moją Antoniną. Medalion 
na  jej  szyi,  dołączony  do  otrzymanego  przeze  mnie  listu, 
zawierał  jej  podobiznę  -  Antoniny,  kiedy  była  młoda,  kiedy 
była ozdobą wysp pełnych odurzających kwiatów i przypraw, 
kochającej,  ciemnookiej  Antoniny  z  naszej  wspólnej 
przeszłości, która na zawsze pozostanie w moim sercu. 

A ja, który nie byłem w stanie zatroszczyć się o mą żonę z 

młodzieńczych  lat,  czemu  nie  znalazłem  w  sobie  odwagi,  po 
ostatniej  ucieczce  Antoniny  z  jej  nędznego  więzienia,  by 
sprawdzić, czy była przy życiu, czy też nie? (Choć, gdy mijały 
miesiące,  wiedziałem,  że  musiała  być  martwa,  martwa!). 
Podczas  gdy  nadal  zatrudniałem  Grację  Poole,  mogłem 
uważać,  że  nic się  nie zmieniło w Thornfield  i że moja żona 
nadal żyła na trzecim piętrze. Nie miałem hartu ducha na tyle, 
by  pójść  na  górę  i  sam  zbadać  stan  rzeczy.  Ach, 
potrzebowaliśmy  pożaru,  który  usunąłby  prawdę  i  uczyniłby 
mnie wdowcem, mogącym poślubić Jane! Teraz jednak moja 
żona  zobaczy  we  mnie  oszusta  i  tchórza,  a  tym  samym 
współsprawcę śmierci Antoniny. 

Co  więc  o  mnie  teraz  myślisz,  Jane?  Stoisz  blada  w 

salonie, gdzie moje rodzinne portrety, trzeszczący ogień i mój 
wierny  Pilot,  śpiący  przed  kominkiem,  tworzą  pozory 
prawego,  dostatniego  życia.  Jednak  teraz  sądzisz  inaczej; 

background image

pewnie  myślisz,  że  cię  cały  czas  okłamywałem.  Moja  żona, 
Antonina,  nie  zginęła  w  pożarze  w  Thornfield  Hall.  Stoisz 
przede  mną  i  drżysz  -  ty,  która  całą  noc  trwałaś  przy  boku 
brata  Berty,  Richarda  Masona,  opatrując  mu  rany  zadane 
przez mą żonę. 

Wtedy jednak sądziłaś, że wariatką w Thornfield Hall jest 

Gracja  Poole.  Czy  teraz,  gdy  poznałaś  prawdę,  uważasz 
Antoninę i mnie za równych sobie zabójców, być może oboje 
nas  masz  za  szaleńców,  partnerów  w  swego  rodzaju  follie  d 
deux  (Follie  a  deux  (fr.)  -  szaleństwo  we  dwoje.),  w  którym 
nie uśmiecha ci się brać udziału? 

 -  No  co  tam,  Jane  -  pytam,  gdy  stoisz  tak  z  założonymi 

rękami,  który  to  zwyczaj  znoszę  z  trudem,  symbol  niższej 
pozycji, jakiego nie tolerowałby ktoś taki jak Blanka Ingram u 
żadnego z domowników. - Czy dotarły do ciebie te wszystkie 
plotki z hallu dla służby? Co mówi Lea na temat tego, jaki to 
jestem  bezwzględny,  by  pozbyć  się  ciała  martwej  żony, 
wywożąc  je  na  pole  rzepy?  A  co  na  to  stary  John?  Jest 
wstrząśnięty? Czy pociąga moją brandy, by uspokoić nerwy? 

 -  W  żadnym  razie,  panie  mój  -  odpowiada  Jane,  jak 

zwykle  z  oddaniem  i  odwagą  odpierająca  me  szydercze 
oskarżenia. Kocham ją, mówi mi to ucisk w sercu, który czuję. 
-  Służba  jest  przekonana,  że  jesteś  niewinny,  Edwardzie  - 
ciągnie,  cały  czas  ze  spojrzeniem  pełnym  wiary  w  swego 
pana,  Edwarda  Rochestera,  w  tych  oczach,  dla  których  ją 
poślubiłem:  z  wiarą  w  swe  nowe  życie  w  roli  pani  na 
Thornfield  Hall,  jakiekolwiek  nie  spadłyby  na  niego 
nieszczęścia;  wiarą i  ufnością  w  nasze  wspólne szczęście,  co 
by się nie działo. 

 - Dziękuję ci, Jane - odparłem; i trudno mi było zachować 

obojętny  ton.  -  A  co  z  konstablem  w  hallu,  który  czeka,  aż 
udam  się  z  nim  do  Whitcross?  Co  sądzisz  o  tym?  -  Nie 
przyszło  mi  bowiem do głowy, jak skwapliwie przyznaję, by 

background image

zapytać  mą  kochaną  żonę,  co  pomyślała  o  nowinie,  że 
odnaleziono  Antoninę,  zakopaną  bez  skrupułów  w  płytkim 
grobie  niedaleko  domu.  Wiedziałem,  a  świadomość  ta  na 
zawsze  we  mnie  pozostanie,  że  Jane  uważała  mnie  za 
niezdolnego  do  podniesienia  ręki  na  biedną  czarownicę,  do 
poślubienia  której  skłoniono  mnie  podstępem,  podobnie  jak 
niezdolny  byłem  do  skrzywdzenia  naszego  ukochanego 
pierworodnego. Nie trzeba dodawać, że ci, co zasłużyli na mą 
wdzięczność  tutaj  w  Thornfield,  powinni  zostać  hojnie 
wynagrodzeni za taką wiarę w swego pana. 

 - Konstabl czeka - powiedziała cicho Jane, podchodząc do 

mnie, jakby chciała obdarzyć mnie pieszczotą - a ja, kiedy już, 
już mam wziąć ją w ramiona, widzę, że nie chce mnie objąć, 
lecz powiedzieć mi coś na ucho. - On czeka, Edwardzie, lecz 
ty powinieneś przejść z mojego pokoju na dół, do biblioteki - 
a stamtąd schodami do furtki. 

Gdy  Jane  tak  szeptała  -  dając  dowód  na  to,  jak  wielkie 

zaufanie  pokłada  w  swym  mężu  i  ojcu  jej  dzieci,  miała 
bowiem  mnie  teraz  utracić,  a  kto  wie,  na  jak  długo?  - 
zobaczyłem  w  lustrze  w  ramie  z  pozłacanego  brązu  nad 
kominkiem,  że  drzwi  do  salonu  otworzyły  się  trochę,  a  w 
szparę  wsunęła  się  głowa  Johna,  a  oczy  jego  badały  stan 
rzeczy z niepokojem. 

 -  Jest  pan  proszony  do  głównego  hallu,  proszę  pana  - 

obwieścił ten poczciwina, po czym wyszedł z pokoju. 

Moja  zaś  żona,  popychając  mnie  lekko  w  plecy, 

podprowadziła mnie do kominka. Jej szczupła dłoń nacisnęła 
na  deskę  koło  niego,  która  odchyliła  się,  odsłaniając  wąską 
klatkę  schodową,  jedną  z  dwóch  wplecionych  w  konstrukcję 
domu  w  czasach  waśni  i  wojny  domowej  w  naszym  kraju. 
Próbowałem odwrócić się i po raz ostatni ją pocałować, ale ta 
silna dłoń, nie większa od dziecięcej, popchnęła mnie do góry, 
w ciemną, zakurzoną otchłań. Płycina zamknęła się za mną; i 

background image

w  samą  porę,  bo  usłyszałem  wyraźnie  rozmowę 
przytłumionych  głosów,  zanim  jeszcze,  dotarłszy  do  szczytu 
ukrytych  schodów,  przeszedłem  do  jasnego,  miłego  pokoiku 
Jane. Jeden z tych głosów był szorstki i srogi - bez wątpienia 
należał  do  konstabla  z  Whitcross.  Głos  Jane  w  odpowiedzi  - 
zaprzeczający,  jakoby  wiedziała  cokolwiek  o  obecnym 
miejscu pobytu swego małżonka - wymawiał słowa, które jako 
ostatnie słyszałem z jej ust, gdyż teraz musiałem się spieszyć. 

Zszedłem  na  dół  do  biblioteki  małymi  schodami 

położonymi  na  tyłach  naszej  małżeńskiej  sypialni;  potem, 
szybko  przemierzywszy  mokry  trawnik,  do  furtki,  gdzie  całe 
wieki  temu  (choć,  jak  wiem  aż  nazbyt  dobrze,  zaledwie 
wczoraj),  uległem  złudzeniu,  że  widzę  Celinę  Varens,  po 
czym tego ranka Jane powiadomiła mnie, że widziałem nikogo 
innego, tylko la petite Adelkę, co wyrosła na młodą kobietę. 

A teraz wyruszam, by zobaczyć ją znowu, myślę ponuro. 

Gdy  zostanę  w  Anglii,  będę  aresztowany,  bez  wątpienia,  za 
zamordowanie  mojej  pierwszej  żony.  Z  kolei  we  Francji 
poszukują  mnie  za  zabicie  wicehrabiego  w  pojedynku.  Lecz 
nie  mam  wyboru  -  muszę  udać  się  do  Paryża.  Bóg  i  moje 
dawne postanowienie naprawy starych grzechów muszą mnie 
tam zaprowadzić. 

Dotarłem  do  niskiej  furtki  i  pomocowałem  się  z  rzadko 

używaną  zasuwką.  Mało  kto  jej  używa  poza  mną  i  Johnem, 
gdy  wybieramy  się  na  ryby  wyboistą  drogą  prowadzącą  od 
furtki  do  ładnego  jeziora  pełnego  płoci  i  karpi. Idąc  tą  drogą 
przez moje włości, tak ukrytą, że nawet konstabl z Yorkshire 
jej  nie  znajdzie,  upominam  sam  siebie,  że  w  ciągu 
najbliższych  tygodni  nie  będzie  mi  dane  zażyć  żadnego 
lekkiego  sportu.  Teraz  polowałem  na  inną  zdobycz;  podczas 
bowiem,  gdy  Jane  pragnęła,  bym  przywiózł  z  powrotem  jej 
uczennicę,  by  dołączyła  do  naszego  grona  (i  miała  nadzieję, 
rzecz  jasna,  że  sprawa  martwego  ciała  zostanie  wyjaśniona, 

background image

gdy  korzystnym  zbiegiem  okoliczności  będę  nieobecny:  nie 
będzie  żadnych  niezręcznych  pytań  w  trakcie  dochodzenia, 
wywlekania  na  światło  poniżających  sekretów  najwyższego 
piętra  Thornfield  Hall),  muszę  się  zwierzyć,  że  pragnąłem 
znaleźć  córkę  Celiny  Varens  z  innej  przyczyny.  Muszę 
wyciągnąć  od  tej  dziewczynki  -  za  jaką  uważałem  stale 
Adelkę  -  co  wiedziała  o  ostatnich  chwilach  życia  i  o  śmierci 
Antoniny. 

background image

15 
Adelka 
Słońce  świeci,  a  zadowolony  tłum  wylewa  się,  zajmując 

całe bulwary. Idę sama, wśród tych ludzi, i w końcu czuję się 
jak  w  domu.  Bo  gdziekolwiek  są  ludzie,  gdziekolwiek  zbiera 
się tłum, jak to się zdarza tylko w Paryżu, tam mogę znaleźć 
moją matkę. 

Myśli o Celinie sprawiają mi najwięcej bólu w dzień taki 

jak  ten,  gdy  robotnicy  zapominają  o  wszystkim,  rozkoszując 
się  wolnym  dniem.  A  podczas  gdy  oni  zapominają,  ja  sobie 
przypominam:  te  dni,  kiedy  maman  zabierała  mnie  do 
wesołego  miasteczka  nad  brzegiem  Sekwany,  i  te  skąpane  w 
zmierzchu  wieczory,  gdy  szła  do  hotelu  na  quai  Voltaire  i 
kazała  mi  cierpliwie  czekać,  aż  w  oknie  na  drugim  piętrze 
pokaże się chusteczka - wtedy dopiero będę mogła wejść, nie 
wcześniej.  A  to  dlatego,  że  maman  ma  tam  do  załatwienia 
jakiś interes - jej czerwona, aksamitna portmonetka w żółtymi 
sznureczkami  pobrzękuje  złotymi  monetami,  gdy  wracamy 
długim bulwarem do naszego domu. 

Jestem  sama,  bo  Nadar  jest  zbyt  zajęty  swymi 

karykaturami,  by  spędzać  ze  mną  czas.  -  Idź  i  pooglądaj 
stragany wystawione z okazji festynu, Adelko - poradził mi, a 
ja sobie pomyślałam, i to nie po raz pierwszy, że ten olbrzym 
z rudymi włosami zarobiłby na nasze miesięczne utrzymanie, 
gdyby  sam  wystawił  się  na  pokaz.  -  Idź  i  znajdź  Gerarda; 
ostatnio miał atak melancholii, dobrze mu zrobi twój widok. - 
I Nadar obdarza mnie spojrzeniem, które zaczynam rozumieć 
teraz, kiedy przyjechałam do miasta, a bałam się go już nigdy 
nie  ujrzeć.  W  spojrzeniu  tym  jest  żal,  że  przyjemność  trzeba 
odłożyć  na  później,  czy  to  będzie  wieczór  nad  rzeką, 
restauracja czy butelka wina. Ale nawet Gerard, co wita mnie 
ze  smutną  serdecznością,  jest  zbyt  pogrążony  w  swych 
studiach  nad  okultyzmem  i  historiach  o  princesse  lointaine 

background image

(Princesse  lointaine  (fr.)  -  zamorska  księżniczka.),  by 
poświęcić  mi  więcej  czasu.  Patrzy  na  mnie  tak  jak  wszyscy 
Francuzi - potem jednak pokazuje mi plecy i wraca do swych 
pasji,  zupełnie  jak  Nadar  do  swych  karykatur  i  zdjęć.  Nie  są 
już młodzi, ci przyjaciele maman. I z niechęcią myślę, że ona 
też,  tak  jak  oni,  musiała  się  zestarzeć.  Kiedyś  mieli  czas  dla 
Adelki,  bawili  się  jak  dzieci;  a  teraz  wysłali  mnie  samą  na 
jarmark. 

Już dwa razy mi się zdawało, że widzę Celinę. Pojawia się 

i  zaraz  znika,  w  tej  wrzawie  nawoływań  domokrążców, 
dudnieniu  orkiestry  i  strzelających  rac.  Idę  w  tłumie,  sama  i 
otumaniona;  i  gdy  widzę  akrobatów  na  Simple  Simons,  z 
twarzami  wykrzywionymi,  spalonymi  i  pomarszczonymi  od 
wiatru,  deszczu  i  słońca,  zatrzymuję  się,  by  posłuchać  ich 
dowcipnych  powiedzonek  i  żartów,  dzięki  którym  powracam 
do mych dziecięcych dni, kiedy to maman śmiała się i mówiła, 
że komedia jest równie dobra jak Molier. 

Gdzie  ona  teraz  jest?  Wczoraj  w  południe  wysiadłam  z 

powozu, który przywiózł mnie z Le Havre na stację przy rue 
Coq  -  Heron,  następnie  przeszłam  przez  miasteczko 
Montmartre:  Jenny  Colon  i  wszyscy  ci,  których  przyjaźń 
maman  zdołała  pozyskać  w  ciągu  tylu  lat  w  Paryżu,  będą 
wiedzieli,  gdzie  w  poszukiwaniu  wiecznego  szczęścia  udała 
się  ich  chere  collegue  (Chere  collegue  (fr.)  -  kochana 
koleżanka.),  aktorka  umiejąca  tańczyć  na  linie  i  jeździć  na 
oklep  na  cyrkowych  koniach.  Nawet  jeśli  spostrzegłam,  że 
wstąpiłam  w  ślady  mej  matki,  uciekając  z  domu,  który  mi 
obiecano  w  tym  ponurym,  północnym  kraju,  i  gdzie 
wychowywałam  się  aż  do  ósmego  roku  życia,  nie  zaprzątało 
mnie to zbytnio. Wiedziałam, że u Nadara i reszty przyjaciół 
zawsze  znajdzie  się  dla  mnie  miejsce,  bym  mogła  się 
przespać, zjeść i porozmawiać  o starych  czasach, które zdają 
się  teraz  tak  bliskie  i  tak  odległe  zarazem.  Czy  to  te  same 

background image

kasztanowce,  pod  którymi  przechadzałam  się  z  maman  i 
Jenny, gdy szłyśmy bulwarem Saint - Germain do zatęchłego 
mieszkania,  gdzie  uprawia  swe  rzemiosło  wiedźma  Cibot? 
Czy te różowe świeczki, maskujące mój smutek i samotność, 
to  te  same,  które  tańczyły  wysoko,  w  diademie  słonecznych 
promieni  nad  głową  maman,  wiele,  wiele  lat  temu?  Mimo 
wszystko La Cibot miała rację, że ogień lubi Adelkę; i gdy tak 
rozmyślam  nad  jej  przepowiedniami,  zdaje  mi  się,  że  czas 
wcale  nie  posunął  się  naprzód.  Gdy  pójdę  do  starej  Cibot, 
zapomnę o zmianie w zachowaniu Nadara i Gerarda i dowiem 
się  prawdy  o  kryjówce  maman.  Tak  więc,  uzbrajając  się  w 
fałszywe  nadzieje  i  obietnice  -  jak  to  mówi  maman  - 
wyrzucam  z  myśli  życie,  które ktoś  dla  mnie zaplanował, by 
udać się na poszukiwanie niedosięgłej przyszłości. 

Wiedziałam  w  głębi  serca,  że  polecenie,  by  zwolniono 

mnie  ze  szkoły,  zaskoczyło  siostry  w  Hatherleigh.  Muszę 
powiedzieć, że uważano  mnie  tam za sierotę; jedynie „panna 
Eyre" wykazywała jakieś zainteresowanie moimi postępami w 
nauce;  bez  wątpienia  siostry  odpisywały  jej,  przekazując 
raporty o mej niezmiennie buntowniczej naturze. Przekonałam 
samą  siebie  -  i  to  kiedy  jeszcze  byłam  nikim  więcej  jak 
dzieckiem  wiercącym  dziurę  w  brzuchu  memu  rodzicowi  o 
cadeau  lub  nową  sukienkę,  jak  tylko  się  pojawiał  -  że  tak 
naprawdę  to  papa  chciał  się  ze  mną  skontaktować,  i  że  ktoś 
lub  coś  -  zwykle  obwiniane  były  siostry  -  stawało  na 
przeszkodzie  naszego  spotkania.  To,  że  ten  poznany  przeze 
mnie  jako  „monsieur  Rochester"  mniej  myślał  o  małej 
Francuzeczce,  co  to  ją  pod  wpływem  impulsu  kazał 
sprowadzić z Paryża do swego zwieńczonego blankami dworu 
na  bagnach  Yorkshire,  niż  o  swych  hodowanych  na  konkurs 
krowach  lub  swym  psie  Pilocie,  stanowiło  część  prawdy 
czyniącej z nas ludzi dojrzałych. Tak jak moja matka Celina, 
całe  życie  będę  się  bronić  przed  jej  zaakceptowaniem.  Jak 

background image

mogło się stać, że dorastająca panna tak ładna, zgrabna i o tak 
jasnej  cerze  jak  Adelka  Varens  została  zignorowana, 
zamknięta  w  szkole  Hatherleigh  będącej  więzieniem,  i 
pozostawiona tam na zawsze, zapomniana? Za każdym razem, 
gdy nachodziły mnie takie myśli, przekonywałam siebie, że to 
papa chciał, bym wróciła do Thornfield Hall. Jako  ojciec  nie 
mógł wykluczyć własnej córki ze swego życia. Wierzyć w to 
kazało  mi  coś  zakorzenionego  we  mnie  głębiej  niż 
jakiekolwiek  inne,  uznane  przeze  mnie  uczucie,  do 
któregokolwiek  przyszło  mi  się  przyznać.  Pomagało  mi  to 
także odganiać od siebie myśl, że istnieje tylko jedna osoba na 
świecie, która okaże serce, gdy trzeba będzie się zatroszczyć o 
bękarta francuskiej baletnicy. 

Jedynie Jane Eyre mogła mieć wystarczająco cierpliwości 

i  uporu,  by  żądać  mego  powrotu  do  Thornfield  Hall,  bo  to 
dzięki tym rysom charakteru właśnie zdobyła sobie gorzkiego, 
aroganckiego  mężczyznę,  jakim  był  monsieur  Rochester, 
kiedy  przyjechała  objąć  posadę  guwernantki.  Tylko  Jane 
mogła  przemienić  papę;  i  to  wyłącznie  jej  usłuchali  pan  na 
Thornfield  i  jego  bliscy,  gdy  przedstawiła  swą  sprawę,  a 
potem  wytoczyła  argumenty,  dla  których  należy  włączyć 
„małą Adelkę" do rodziny. 

Jednak  nawet  po  tym,  jak  siostry  pożegnały  się  ze  mną  i 

przemierzyłam  kraj,  by  wysiąść  z  powozu  w  Millcote,  nadal 
nie  miałam  pojęcia,  że  jeszcze  odnajdę  w  Thornfield  moją 
byłą  guwernantkę.  Na  moje  usprawiedliwienie  trzeba 
powiedzieć, że nie miałam żadnego  dowodu na  to, iż  „panna 
Eyre",  której  listów  mi  nie  pokazywano  -  były  mi 
odczytywane jedynie zawarte w nich pytania i komentarze na 
temat mych postępów w nauce - była nadal w domu, który tak 
często  mi  się  śnił,  czy  to  w  formie  ruiny,  czy  to  jako  dom, 
gdzie  ja,  z  powrotem  jako  dziecko,  zostanę  powitana  z 
otwartymi  ramionami.  Jane  pisała,  jak  myślałam,  ze  swej 

background image

kolejnej  posady  -  przecież  słyszałam,  jak  papa  mówił  jej, 
późno  w  nocy,  której  to  piorun  rozłupał  drzewo  przy 
chylącym  się  płocie,  że  znalazł  posadę  dla  panny  Eyre  w 
Irlandii.  Tak  więc,  zawsze  gotowa  oszukiwać  siebie, 
widziałam ją w myślach na zielonych polach Bitternutt Lodge, 
gdzie wysłał ją papa na wieczne wygnanie - tak jak mnie. 

Z  Millcote  poszłam  małą  dróżką,  a  ostre  kamienie  raniły 

podeszwy  mych  stóp  przez  pantofelki.  Chciałam  zobaczyć 
dwór w jego najbardziej romantycznej i urzekającej odsłonie: 
zdecydowałam  się  wejść  furtką  ukazującą  za  sobą  zarośniętą 
trawą  ścieżkę  prowadzącą  do  ogrodu.  Zasuwka  ustąpiła 
gładko, przeciwnie niż wtedy, jak to dobrze pamiętałam, gdy 
zimowy  wicher  skuwał  mrozem  zawiasy  i  zamek.  Stałam, 
mocując  się  z  bramką,  i  spojrzałam  prosto  przed  siebie, 
wzdłuż zielonej ścieżki wyścielonej skoszoną trawą i dzikimi 
kwiatami. 

Papa zszedł na dół szerokimi schodami z tarasu od strony 

biblioteki. On też spojrzał w górę - tak, jakby moja osoba, na 
wpół  ukryta  za  niskimi  gałęziami  krzaków  przy  furtce, 
wzbudziła jego czujność, co stało się bez udziału ani jego, ani 
mej woli - i wpił we mnie wzrok, jakby zobaczył ducha. 

Ja też znieruchomiałam i trwaliśmy tak oboje skamieniali 

dobrą chwilę. Nagle otworzyły się drzwi balkonowe biblioteki 
i  jakiś  głos  zawołał:  „Edwardzie!"  i  wyszła  Jane  Eyre.  Przez 
moment  stała  na  tarasie,  otoczonym  długą  balustradą  i 
wychodzącym  na  ogród.  Ale  kiedy  powiodła  wzrokiem  w 
kierunku furtki i ścieżki, już mnie tam nie było. 

background image

16 
Jenny  Colon  miała  mieszkanie  na  czwartym  piętrze  przy 

boulevard  Poissoniere,  w  taniej  dzielnicy  przy  drodze  na 
Montmartre,  i  to  właśnie  do  tego  czasowego  schronienia 
zmierzałam teraz. Byłam zmęczona tłumem, tymi stoiskami w 
podcieniach  na  jarmarku  nad  brzegiem  rzeki,  gdzie  odór 
smażeniny  tłumił  delikatne  majowe  wonie,  tymi  starymi 
mężczyznami 

przy 

swych 

mizernych 

straganach, 

sprzedających  lekarstwa  i  eliksiry,  które  mogły  jedynie 
przyprawić o gorączkę i mdłości. 

Jej siedzibę zdobiły bibeloty z należącego do niej starego 

buduaru  przy  rue  Vaugirard,  różowe  pufy  i  używany  dywan 
oraz  markiza,  pod  którą  siedziałam  na  tarasie,  kiedy  to 
mężczyzna,  którego  z  początku  miałam  nazywać  papą,  a 
potem  już  nie,  przyszedł  z  wizytą  do  maman.  Szłam  tam  ze 
świadomością,  że  jestem  witana  z  niechęcią,  podczas  gdy  w 
Thornfield  spotkałam  się  z  otwartością  i  sercem,  dzięki 
staraniom  Jane  Eyre.  Dlaczego,  pytałam  siebie,  idąc  do  góry 
klatką  schodową,  wypełnioną  tą  samą  paryską  wonią  kurzu  i 
smażonego  jedzenia,  który  poznałam  jako  małe  dziecko 
odwiedzając  dzieci  akrobatów  Funambules  -  dlaczego  tutaj 
jestem  i  dlaczego  odmówiłam  wygody  i  bezpieczeństwa, 
zaoferowanego  mi  w  Thomfield? Czy tak  bardzo  nienawidzę 
biednej,  małej  guwernantki,  która  starała  się  od  samego 
początku  wpoić  skromność  i  przyzwoitość  tej  fillette, 
zapewniając  jej  wykształcenie.  Monsieur  Rochester  bardziej 
był  skłonny  jednak  zaprzeczać  swemu  ojcostwu,  niż  kochać 
swą  córkę.  Czyż  nie  jestem  wystarczająco  dojrzała,  by 
zaakceptować  przyszłość,  którą  „panna  Eyre"  dla  mnie 
przewidziała: jako opiekunki jej dzieci zrodzonych ze związku 
z jej mężem, monsieur Rochesterem, kogoś pomiędzy nianią a 
towarzyszką.  Jeśli  zaś  kontynuowałabym  pobieranie  nauk, 
ewentualnie  mogłabym  zostać  guwernantką  córeczki,  której 

background image

Jane  zapewne  usilnie  pragnie?  Jane,  czytając  list 
pozostawiony  dla  niej  przeze  mnie  -  nie  było  trudno  po 
przyjeździe do Millcote znaleźć Leę w jej zakładzie modystki, 
pożyczyć  długopis  od  chichoczącego  urzędnika  i  napisać 
wiadomość,  co  ją  do  dworu  miała  zanieść  ciekawska 
dziewczyna  -  zrozumie,  że  nie  da  rady  powtrzymać  mnie 
przed mą ucieczką do Francji. Ujrzy mnie w swej wyobraźni 
wybierającą  muślin  w  kropki  na  sukienkę,  tańczącą  na  balu 
pod  gołym  niebem  i  flirtującą  z  rewolucyjną  młodzieżą 
Paryża.  Czy  właśnie  po  to  tu  przyjechałam?  Gdyby  tylko 
mogła pojąć, że to nie tak, że już w wieku, uważanym przez 
wszystkich tych, co znali mnie w Thornfield, za niebezpieczny 
(bo  słyszeli,  jak  domagałam  się,  będąc  jeszcze  małą,  tych 
frywolności  kojarzonych  od  zawsze  z  mym  miastem  i  moją 
matką),  pragnę  tylko  czystości  i  szczęścia.  Mogliby  rzec,  że 
przebywanie  z  Jenny  Colon  nie  jest  najlepszą  drogą  do 
osiągnięcia tych chwalebnych celów. Jednak, jak wiadomo mi 
było od wielu lat, nie miałoby sensu przekonywać pannę Eyre 
-  albo  madame  Fairfax,  zacną  gospodynię,  a  już  na  pewno 
papę  -  że  przybyłam  do  Paryża,  by  dać  sobie  ostatnią  szansę 
na  odnalezienie  Celiny.  Odwróciliby  się  ode  mnie. 
Niewypowiedziana  część  układu,  na  mocy  którego  byłam 
zadowolona  i  posłuszna  w  Thornfield,  czego  wymagano  ode 
mnie w strasznej szkole, zakłada całkowite wymazanie z mej 
pamięci  Celiny  Varens.  W  takim  wypadku  mogę  przeżyć 
życie i umrzeć w dziecięcym i szkolnym pokoju w Thornfield 
Hall  jako  przyszywana  krewna,  tak  naprawdę  to  sierota, 
niemalże  niezauważana  podopieczna,  korzystająca  z  hojności 
swego  pana,  Edwarda  Rochestera.  A  na  to  się  nie  zgadzam, 
póki  jest  jeszcze  szansa  na  odnalezienie  maman.  Nawet  jeśli 
papa nie może teraz poślubić Celiny, jej córka będzie z nią na 
zawsze,  tak  pełna  oddania  i  poświęcenia,  jak  tylko  może 
okazać się szybko dorastająca kobieta jak Adelka Varens. 

background image

Jenny  Colon  ciężkim  krokiem  podchodzi  do  drzwi 

mieszkania i wpuszcza mnie do środka, gdy niepewnie pukam 
do  drzwi.  Nie  dała  mi  swego  klucza,  i  wiem,  że  niedługo 
muszę odejść, by znaleźć miejsce do spania na stosie tureckich 
poduszek  na  podłodze  w  studiu  Nadara,  wdychając  zgniły 
zapach  płynu,  w  którym  zanurza  podobizny  sławnych  ludzi. 
Albo  u  Gerarda,  gdzie  na  postukiwanie  spacerującego  po 
podłodze  ulubieńca  -  kraba,  skóra  cierpnąć  mi  będzie  na 
karku.  Bez  matki,  do  której  mogłabym  się  zwrócić  -  bez 
pieniędzy,  poza  zaoszczędzonymi,  skromnymi  przychodami, 
na  polecenie  Jane  wysyłanymi  dla  mnie  z  Thornfield  Hall 
(jednak  aż  do  dnia  opuszczenia  szkoły  w  Hatherleigh  nie 
wiedziałam, że to ona zarządziła te wysyłki, bo nic mi nie było 
wiadomo  o  jej  ślubie  z  papą)  - bez  środków  do  życia  w  tym 
okrutnym  mieście,  jaką  mam  szansę  zostać  kimś  innym,  niż 
kobietą  lekkich  obyczajów,  jak  przewidział  to  monsieur 
Rochester?  Wiele  lat  temu  uratował  to  biedne  dziecko, 
Adelkę,  z  brudu  i  błota  Paryża,  i  zarządził,  aby  wysłano  ją, 
samotną i drżącą, do jego zamku, do jego domu w Yorkshire. 
Czy  na  próżno?  Czy  Adelka  nie  nauczyła  się  tej  życiowej 
prawdy,  że  ci,  co  przychodzą  na  świat  ubodzy,  tacy  też 
pozostaną, jeśli nie będą posłusznie wypełniać poleceń. Może 
o to tutaj chodzi - nie zrozumieli jeszcze tej lekcji - ale nawet 
jeśli  Jenny  wpuszcza  mnie,  chrząkając,  i  siada  na  kanapie 
usłanej egzemplarzami „Revue des Deux Mondes" i ulotkami 
z  kobiecych  klubów,  do  których  z  pewnością  należy, 
przysięgam sobie po raz ostatni, że nie porzucę nadziei co do 
odnalezienia  maman.  Chodzą  pogłoski,  że  nie  jest  już  we 
Włoszech - zniknęła, na pewno, ale nikt nie wie gdzie. 

 -  Może  La  Cibot  coś  ci  powie.  -  Jenny,  naburmuszona, 

jednak  skłonna  znaleźć  sposób  na  pozbycie  się 
nieoczekiwanego  gościa,  strząsa  swe  krótkie  cygaro, 
pochylając się do przodu na  kanapie, skąpanej w wiosennym 

background image

słońcu.  Muszę  przyznać,  że  nastawienie  Jenny  do  zniknięcia 
maman wydaje mi się niejednoznaczne, a nawet smutne: czyż 
aktorka  music  -  hallowa  Jenny  Colon  i  danseuse  de  corde, 
tancerka na linie, pragnąca zostać prawdziwą aktorką, grającą 
w  tragediach  w  Comedie  Francaise,  nie  były  przez  wiele  lat 
najlepszymi  przyjaciółkami? Czy to  nie Jenny uczyła  Celinę, 
gdy z jej ust wylewały się monologi z „Fedry"? 

 -  Stara  wiedźma  powiedziała  mi,  że  przygotowała  karty, 

by  ci  powróżyć  -  ciągnie  Jenny.  -  Zapłaciłam  jej  za  godzinę 
jakieś dwa tygodnie temu. U niej znajdziesz pewnie to, czego 
szukasz. - Nie widziałam już, czy Jenny nadal nie patrzy mi w 
oczy, mówiąc te słowa. I w ten sposób, nawet bez żadnej cafe 
au  lait  czy  kiwnięcia  ręką  na  pożegnanie,  znalazłam  się  na 
powrót  w  tłumie  -  teraz  jeszcze  większym  -  zdążając  do 
wróżki, starej kobiety stawiającej tarota. 


Życie  ma  swe  sposoby,  by  na  drodze  tych,  co  stracili 

orientację,  wraz  z  przeszkodami  umieszczać  nagrody.  Może 
dlatego,  że  wtedy  oko  bystrzeje,  a  pamięć  o  dawno 
pogrzebanych  wydarzeniach  i  obrazach  wyostrza  się; 
najbardziej  trywialne  wydarzenie  wydać  się  może  niezwykle 
znaczące,  a  wręcz  obiecujące  otwarcie  się  nowych 
perspektyw. 

Tego  ranka  w  Paryżu,  gdy  kolby  kasztanowca  zaczynają 

zrzucać różowe płatki na głowy tłumu gotowego na wszelkie 
przyjemności  tego  miasta  -  tego  ranka,  gdy  niewidoczna  i 
niesłyszalna  szłam  wśród  biednych  kobiet  o  szorstkich 
twarzach,  arystokratycznych  kobiet  tłumiących  cierpienie,  i 
młodych  mężczyzn  w  jedwabnych  fularach  i  błyszczących 
kamizelkach  -  zrządzeniem  Losu  (lub,  jakby  powiedziały 
zakonnice w szkole w Hatherleigh, naszego dobrego Boga) nie 
dane mi było pójść od razu do ciemnych, zatęchłych pokojów 
La  Cibot.  Coś  jeszcze  bowiem  tego  dnia  przeznaczono  dla 

background image

Adelki  -  dziecka,  które  pyszni  się,  że  jest  już  kobietą,  lecz 
które  szuka  swej  matki, a  natyka  się  jedynie  na  roztargniony 
wzrok  swych  przyjaciół.  Przyszło  mi  bowiem  na  myśl,  że 
podczas  gdy  Nadar,  Gerard  i  Jenny  milkli  zapytani  o  prostą 
sprawę  miejsca  pobytu  Celiny,  prawdziwą  odpowiedź  znać 
mogą  ci,  co  nie  polegają  na  ludzkiej  mowie  jako  środku 
ekspresji.  Na  widok  psów  na  boulevard  Saint  -  Germain, 
warczących i szczekających w swoistym tańcu, obróciłam się 
na  pięcie  i  zwróciłam  się  w  kierunku  przeciwnym  do 
mieszkania La Cibot, do popularnej dzielnicy wywrotowców, 
dawnego boulevard du Tempie. 

Nie  potrafiłam  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  do  tej  pory 

nie  poszłam  jeszcze  do  cyrku,  gdzie  maman  spędziła  tyle 
zimowych  i  letnich  miesięcy  wiele  lat  temu.  Ja,  oczywiście, 
byłam  dzieckiem  Funambules,  raz  rozpieszczanym,  raz 
ignorowanym  przez  gwiazdy  Arlequinade,  akrobatów, 
clownów,  jeźdźców  na  oklep.  Maman  była  najbardziej 
urzekającą  tancerką  na  trapezie;  i  nawet  gdy  siedziałam  na 
jaskółkach, z młodymi chłopakami, najbardziej hałaśliwymi w 
całym  Paryżu,  gdy  krzyczeli  i  wyli  z  zachwytu  na  widok 
wyczynów  aktorów  i  tancerzy,  milczących  przy  pantomime 
noir  (Pantomime  noir  (fr.)  -  pantomima  posługująca  się 
czarnym  humorem.),  musiałam  zadzierać  głowę,  by  ujrzeć 
huśtającą się Celinę, purpurowo - złotą kometę ponad tłumem 
widzów. 

Dlaczego  przyjechawszy  do  Paryża,  nie  poszłam  do 

Funambules?  Czy  to  ze  strachu  przed  mimem,  oszczędnymi 
gestami, co  w tanich  rzędach  wzbudzają  ryki zachwytu? Czy 
uwielbienie  dla  slapsticków  wykorzeniono  ze  mnie  w  szkole 
w Yorkshire? Wydawało się to nieprawdopodobne: być może 
nie  miałam  chęci  wracać  do  scen  z  mego  dzieciństwa,  gdy z 
takim  bólem  właśnie  z  niego  wyrosłam.  Kopniaki  i  obelgi 
Cassandry  pod  adresem  biednego  Białego  Clowna  i  pełne 

background image

smutku 

kwestie 

Pierrota, 

wiecznie 

skazanego 

na 

niepowodzenie  w  miłości,  przypomniałyby  mi,  być  może, 
moje  własne  łzy  i  smutek.  Pierrot,  co  by  jednak  nie  było, 
okazałby  mi  współczucie  z  powodu  utraty  mej  matki  i 
przyprawiłby biedną, samotną Adelkę o kolejny atak użalania 
się  nad  sobą.  Smutny  clown  z  Funambules  zawsze 
utrzymywał, że miał dla maman nieodwzajemnione uczucie; i 
opiekował  się  mną,  gdy  byłam  maleńka,  by  zdobyć 
zainteresowanie  pięknej  Celiny,  co  odczytywało  się  z  jego 
rozdzierających  min.  Wielki  Dubureau,  najsławniejszy  mim 
Paryża  już  wtedy,  gdy  wysłano  mnie  do  Anglii,  pokazywał 
Celinie gest podnoszenia dziecka każdego wieczoru, gdy ona 
bujała wysoko pod dachem Funambules. 

Psy  na  środku  boulevard  Saint  -  Germain,  walcząc  i 

skacząc,  przypomniały  mi  natychmiast  dni  na  rue  Vaugirard, 
kiedy  Jenny  i  maman  rozmawiały  o  cyrku  psów,  Les  Chiens 
Savants, który stał wcześniej na miejscu nowego Funambules. 
W  cyrku  ustawionym  pomiędzy  targowiskiem  Les  Halles  i 
Faubourg Saint - Antoine nie tylko występowały psy nauczone 
tańczyć walca i kręcić piruety, skakać i łapać piłki, i huśtać się 
na  drucie  w  stroju  baletnicy;  znany  był  on  także  ze  swej 
publiczności, składającej się z canaille (Canaille (fr.) - łazęga, 
drobny złodziejaszek.), zabijaków i przedstawicieli półświatka 
Paryża. Gerard mawiał, że posłużenie się lorgnette (Lorgnette 
(fr.)  -  lornetka  teatralna.)  w  ich  towarzystwie  mogło  niemal 
doprowadzić  do  bójki.  Wszystko  to  wróciło  do  mnie,  gdy 
otaczający mnie tłum zaczął kibicować biegnącej, skręcającej 
nagle  zgrai  psów.  I  gdy  odwróciłam  się  i  poszłam  w  stronę 
teatru,  gdzie  spędziłam  tak  dużą  część  mego  wczesnego 
dzieciństwa, odgłosy tłumu, z niecierpliwością domagającego 
się drugiego aktu spektaklu w Funambules, sprawiły, że oczy 
napełniły mi się łzami i ruszyłam w jego stronę. 

background image

 - Nie wierzę swoim oczom! Adelka! - Stary aktor Placide 

pierwszy  mnie  zauważył,  gdy  utorowałam  sobie  drogę  przez 
drzwi,  którymi  tak  często  wchodziła  i  wychodziła  maman, 
przekazując  swe  dziecko  jakiemukolwiek  członkowi  trupy, 
który akurat znajdował się pod bokiem. - Mój Boże, une belle 
femme!  (Une  belle  femme  (fr.)  -  piękna  kobieta.)  -  i 
wysłużony  aktor  zachichotał  na  mój  widok,  bo  byłam  teraz 
wyższa  niż  ta  postać,  którą  kiedyś  szanowałam  i 
naśladowałam  -  bezpieczna  w  domu,  w  towarzystwie  Jenny 
palącej  swe  cygaro w salonie  na  dole, gdzie monsieur  Punch 
krzyczał  ze  swej  żerdzi  w  ozdobnej  klatce.  -  Przez  chwilę  - 
tiens! (Tiens (fr.) - o, proszę bardzo!, ha!) - zdawało mi się, że 
widzę nie Adelkę, lecz jej matkę, Celinę. 

 -  Placide  -  rzekłam,  chwytając  go  za  klapy  źle 

dopasowanej  marynarki,  na  co  on  się  wzdrygnął,  a  ja 
przypomniałam sobie, że każdego wieczoru Cassandra, grana 
przez  starego  Placida,  otrzymywała  od  Pierrota  tęgie  razy  w 
ramiona.  -  Gdzie  jest  maman,  Placide?  Przyjechałam  tu 
właśnie po to, by znaleźć Celinę. 

Jednak  Cassandra  zaledwie  na  mnie  skinęła.  Teatralnym 

gestem otarła łzę prawdziwą lub sztuczną (bo gdy byłam mała, 
widok  płaczących  clownów  mnie  samą  przyprawiał  o  głośny 
ryk, na co wyciągano wielkie białe chustki do nosa, wycierano 
kałuże  sztucznych  łez, tylko dla samej przyjemności  ujrzenia 
mnie rozzłoszczonej, a potem uspokojonej). 

 -  Ma  petite  (Ma  petite  (fr.)  -  moja  mała.),  musisz  spytać 

Dubureau. - Sękata twarz tej głupiej Cassandry zbliżyła się do 
mnie  tak,  że  widać  było  pory  rozszerzone  od  ciężkiego 
makijażu nakładanego przez długie lata. - Ach, Pierrot ucieszy 
się na widok swej małej Adelki - powtórzył Placide; przy tych 
słowach,  jak  zobaczyłam,  powłócząca  nogami  postać 
pospieszyła  z  zadziwiającą  szybkością  w  ciemne  czeluści 
teatru. - Powiem mu, że tu jesteś - odbił się echem jego głos. 

background image

Byłam  przygotowana  na  to,  że  Pierrot  -  mój  ukochany 

Pierrot,  wieczny  komediant,  nieszczęśliwy  kochanek,  głupek 
otrzymujący  ciosy  od  życia,  czuły  Pierrot  o  białej  jak  mąka 
twarzy - zmienił się od chwili, kiedy po raz ostatni widziałam 
go  na  scenie  Funambules,  jednak  nie  byłam  gotowa  ujrzeć 
mężczyzny, który zszedł ze sceny w przyciemnioną widownię 
i  zbliżył  się  do  mnie.  W  pierwszej  chwili  się  cofnęłam,  gdy 
białe  rękawy  słynnego  kostiumu  Pierrota  wyciągnęły  się,  by 
mnie  objąć.  Zaraz  potem  jednak  objęłam  i  ucałowałam 
wymizerowaną postać tak mocno, jak tylko potrafiłam. Pierrot 
nie  myślał  o  mnie  jak  o  Celinie;  Pierrot  wiedział,  gdzie 
ukrywała  się  maman;  być  może  maman  w  zeszłym  tygodniu 
albo  wcześniej  wróciła  do  Paryża  -  nie  pozwoliłam  jednak 
sobie  na  rozważanie  takiego  wariantu.  Nie  myślała  jednak 
szukać  mnie,  tak  jak  ja  jej,  i  miała  wystąpić  dla  wielkiego 
Dubureau  w  jego  wieczornym  spektaklu.  Ta  myśl  wprawiała 
mnie w podniecenie i budziła nadzieję. 

Jednak  Pierrot,  choć  zaoferował  mi  objęcia  i  pocałunki, 

nie miał w sobie nic z radości, którą zapamiętałam u enfarine 
(Enfarine  (fr.)  -  umączony.),  głupka,  którego  obwiedzione 
czarną kredką oczy wybijały się na tle białej jak prześcieradło 
twarzy. Pierrot, nowy Pierrot, wyglądał na przygnębionego - i 
przypomniałam sobie długi list, który Jenny napisała do mnie 
krótko  po  tym,  jak  wyjechałam  z  Paryża  do  Thornfield  Hall. 
Pierrot,  czy  też  Dubureau,  donosiła,  zamordował  człowieka. 
Nikt w tym mieście iluzji i strasznej rozwiązłości nie widział 
różnicy  pomiędzy  aktorem  -  gospodarzem  Funambules  i 
clownem,  którego  grał  z  tak  dużym  powodzeniem.  Pierrot  w 
każdym bądź razie przechadzał się ze swoją żoną (zadrżałam, 
gdy mi to przeczytała poczciwa madame Fairfax: czy biedny, 
zraniony  Pierrot,  dotknięty  życiową  niesprawiedliwością, 
naprawdę  poślubił  maman?)  pewnego  letniego  wieczoru,  na 
paryskim  przedmieściu  Bagnolet,  gdy  siedemnastoletni 

background image

czeladnik  zaczął  obrzucać  go  wyzwiskami.  Padł  martwy  od 
ciosów  laski  spacerowej  aktora,  ukarany  za  swoje  złe 
zachowanie.  -  Spacerujesz  ze  swoją  putain,  margot  -  swoją 
dziwką,  zdzirą  -  w  liście  Jenny  powtarzały  się  obraźliwe 
słowa.  A  podczas  gdy  poczciwa  gospodyni,  nie  rozumiejąc 
ich, czytała je, dukając, mną wstrząsały dreszcze na myśl, że 
moja mama, jeśli naprawdę wyszła za biednego Pierrota, padła 
ofiarą tak poniżającego ataku. 

Teraz, patrząc na człowieka, co odmienił Funambules - a z 

roli Białego Clowna, jednego z elementów włoskiej commedii 
dell'arte  uczynił  postać  znaną  w  całej  Europie,  ujrzałam,  że 
morderstwo młodego chłopaka, proces sądowy (w którym, jak 
pisała Jenny, został uniewinniony) oraz jego własna, ogromna 
sława  zmieniły  Pierrota  w  zupełnie  inną  osobę.  Gdy 
poprosiłam o wieści na temat Celiny, dobrą chwilę przyglądał 
mi  się  ze  smutkiem.  Wykonywał  teraz  niezwykle  oszczędne 
gesty;  jednocześnie odmówił  mej  prośbie. Nie  wiedział nic o 
Celinie Varens: uciekła, i tyle było mu wiadomo. Po czym, tak 
jakby  zostało  coś  z  ogromnych  pokładów  dobroci, 
przebijającej  z  każdej  najdrobniejszej  zmarszczki  na  jego 
twarzy, Pierrot, milczący jak mnich trapista i jako iluzjonista 
świadomy  siły  oddziaływania  swych  choćby  najbardziej 
oszczędnych gestów, wskazał na scenę teatru, szybko nakreślił 
dłonią kształt trapezu, konia i zapadni. W zadośćuczynieniu za 
brak  okazanego  współczucia  tej  młodziutkiej  kobiecie 
szukającej swej matki, zaproponował mi pracę w Funambules. 

I w ten sposób weszłam na drogę aktorskiej kariery, którą 

Celina  najwyraźniej  porzuciła,  czy  to  w  porywie  uczucia  do 
włoskiego  muzyka,  czy  to  w  nadziei  zostania  jeszcze  wielką 
aktorką tragiczną pokroju wielkiej Racheli. W tym teatrze, bez 
pozwolenia  na  wystawianie  sztuk  mówionych  -  gdyż,  jak 
wkrótce  poinformował  mnie  upolityczniony  Nadar,  w  tym 
środowisku  uznano  by  je  za  wywrotowe  pod  względem 

background image

moralności,  prawa  i  porządku  -  będę  brać  udział  w 
niezwykłych  przedstawieniach,  na  które  składają  się 
chodzenie  po  linie,  akrobatyka,  szybkie  zmiany  strojów, 
przerzucanie  się  ubraniami,  tańce,  slapsticki  i  lekka  muzyka. 
Całość zaś miała  być oparta  na wątkach pantomimy rodem z 
tradycyjnej  arlekinady.  Będę  obserwować  i  uczestniczyć  w 
tych  spektaklach,  gdzie  nie  używa  się  słów  do  wyrażania  i 
wymiany  myśli  i  uczuć.  I  pewnego  dnia,  jestem  tego  pewna, 
Celina  wpadnie  tu,  by  odwiedzić  swych  starych  przyjaciół  z 
trupy i  zatchnie się  aż ze zdumienia  na  widok swej wiele  lat 
temu  porzuconej  córki,  unoszącej  się  na  najwyżej 
zawieszonym trapezie. 

Spałam  u  Jenny  -  ta,  która  ze  zniecierpliwieniem 

wyczekiwała  mego  odejścia,  teraz  wykazała  wobec  mnie 
posępny respekt, pobierając ode mnie pieniądze za wysuwane 
łóżko  w  rogu  buduaru  i  śniadanie  w  postaci  kawy  i  suchego 
chleba  posmarowanego  confiture  d'abricots  (Confiture 
d'abricots (fr.) - konfitura z moreli.) za pomocą ząbkowanego 
noża, który przypominał mi stare sztućce w Thornfield Hall. 

Wspomnienia  z  tamtych  dni  nawiedzały  mnie  jedynie 

przelotnie, nawet w nocy nie śniły mi się dziwne przeżycia z 
dzieciństwa  w  kraju,  który  Jenny  nazywała  Angleterre, 
ukazując  przy  tym  pogardę  i  po  francusku  wzruszając 
ramionami,  by  mnie  zmieszać  łub  zbić  z  tropu.  Dwór, 
otoczony  drzewami,  ociekającymi  deszczem  latem,  a  nagimi 
zimą, malał w moich myślach, potwierdzając opowieści, które 
słyszałam od mej matki i jej przyjaciół, jaki to szok przeżywa 
się,  wracając  do  domu,  co  w  dzieciństwie  wydawał  się 
ogromny, a teraz jest całkiem zwyczajny i mały. Dni w Paryżu 
mijały,  a  Thornfield  w  mej  wyobraźni  malało,  aż  stało  się 
wielkości domu dla lalek. Jego mieszkańcy także niewiele byli 
więksi od marionetek: odtańcowywali swe uproszczone role w 
położonej  na  północy  siedzibie:  madame  Fairfax,  ze 

background image

śnieżnobiałymi  włosami  i  takimże  czepeczkiem,  uśmiechała 
się  i  mieszała  poranną  owsiankę.  Panna  Eyre,  co  zajmowała 
niegdyś  tyle  miejsca  w  mym  pełnym  zazdrości  sercu,  była 
jedynie  lalką  guwernantką,  wypowiadającą  angielskie 
czasowniki,  kursującą  bezustannie  między  półkami,  na 
których  stały  atlasy  z  mapami  lądów  i  oceanów.  W  górnych 
partiach  Thornfield,  jednakże,  pojawiały  się  nieoczekiwanie 
postaci z krwi i kości - Gracja Poole w jej izdebce z małymi 
okienkami  wysoko  w  górze,  na  stole  kufel  portera  między 
łokciami  całymi  w  czerwonych  plamach,  oraz  Lea,  stale 
biegająca  w  górę  po  tajemnych  schodach  z  pościelą  lub 
dzbanami  gorącej  wody.  Jednak  w  mej  podświadomości  nie 
było wizerunku żadnego innego mieszkańca. Nie pojawiał się 
też dach - naturalnie był strefą zakazaną. Monsieur Rochester 
- o którym Jenny teraz nie wspominała: tak jakby to, co działo 
się  ze  mną  przez  ostatnie  lata,  nie  miało  żadnej  przyczyny, 
jakby  nie  miało  to  żadnego  związku  z  Sinobrodym,  którego 
znałam  i  którego  się  bałam,  w  dawnych  czasach  na  rue 
Vaugirard  -  podobno  ulotnił  się  z  siedziby  swych  przodków 
wraz  z  szaloną  Kreolką  -  żoną,  którą  przywiózł  ze  sobą  z 
Jamajki. Po „przyjaciółce", z której usiłowałam sobie uczynić 
nową  mamę,  naiwnej  Antoninie,  nie  pozostał  nawet  ślad. 
Jedyne,  co  stale  powracało  -  a  to  wtedy,  gdy  w  pełni 
świadoma  występowałam  w  teatrze,  wisząc  często  głową  do 
dołu na drążku, moim jedynym zabezpieczeniu przed śmiercią 
na  cyrkowej  arenie  -  to  żywe  wspomnienie  chwili,  gdy 
podeszłam  do  furtki  wiodącej  do  bocznego  ogrodu  w 
Thornfield,  gdzie  moja  nadzieja  na  bezpieczne  i  szczęśliwe 
życie u boku ojca rozpadła się na pół, tak jak stary kasztan w 
pobliżu chylącego się płotu. Zanim szczupła sylwetka Jane w 
szarej  sukni  ukazała  się  na  balkonie  biblioteki  i  dało  się 
słyszeć  jej  wołanie  do  monsieur  Rochestera,  wizja  ta 
rozpłynęła  się  w  powietrzu  -  w  którym  zawisałam  przed 

background image

wywinięciem kolejnego salta. Szybowałam w kierunku drążka 
i opadałam w dół. 

Czułam  się  nieszczęśliwa.  Tęskniłam  za  Celiną  bardziej 

niż kiedykolwiek przedtem. Na szczęście moja kariera budziła 
we  mnie  prawdziwy  entuzjazm:  byłam  ni  to  kobietą,  ni  to 
dzieckiem,  gdy  huśtałam  się  i  wirowałam  wysoko  nad 
tłumem.  Grałam  pięcioletnią  dziewczynkę,  gdy  podczas 
wieczornego 

spektaklu 

przyglądałam 

się 

numerom 

popisowym  Funambules  z  mego  miejsca  w  paradis  (Paradis 
(fr.)  -  jaskółka.):  cascades,  czyli  bardzo  skomplikowanym 
walkom  z  użyciem  kijów  i  pięści,  swego  rodzaju  baletu 
pełnego zaczepek i odwetów, zwieńczonego słynnym skokiem 
pied au cul - kopniakiem w tyłek - w którym celował wysoki, 
atletycznie  zbudowany  Pierrot.  Czasem,  dla  własnej 
przyjemności, grałam nieśmiałą kobietkę, młodą gospodynię z 
lat dwudziestych, która z trudem łapie powietrze i tłumi pełen 
przerażenia  szloch  na  widok  sauts  (Sauts  (fr.)  -  skoki.) 
wykonywanych  przez  artystów  -  niebezpiecznych  skoków  w 
górę i w dół po zapadni z przeciwwagą. I na powrót stawałam 
się  chichoczącym  podlotkiem,  gdy  nadchodził  czas  na  trucs, 
niesamowite  zmiany  dekoracji,  dokonywane  tak  szybko,  że 
oczy  wręcz  nie  dawały  temu  wiary:  wysoka  szafa  zmieniała 
się  w  wieloryba  ziejącego  z  przepastnej  paszczy;  pierrotowy 
lód  w  wafelku  zmieniał  się  wbrew  zdrowemu  rozsądkowi  w 
strzelającą świecę. 

Przyznać  muszę,  że  to  Pierrot  właśnie  był  źródłem  mej 

dumy  i  radości.  Odgrywałam  postacie  w  dowolnym  wieku, 
byłe  tylko  wskazał  na  mnie  i  pochwalił,  czy  to  byłam  jeune 
filie en fleurs (Jeune filie en fleurs (fr.) - młoda dziewczyna w 
kwiatach.)  -  jak  raz  pokazał,  że  taką  właśnie  mu  się  wydaję, 
tworząc  bukiet  ze  swych  długich,  wymownych  palców, 
zbliżając  swój  pobielony  nos  do  pączków  i  wdychając 
wyjątkowy  zapach,  które  wydzielały  -  lub  córeczką  kobiety, 

background image

którą kochał najbardziej na świecie, Celiny Varens. Chciałam 
być ulubienicą wielkiego Dubureau, milczącego Czecha, króla 
gestu  i  mimiki,  mistrza  kiwnięć,  szyderczych  uśmieszków, 
skinięć, ukrytego rozbawienia i rechotu. Ja, razem z widzami 
w paradis, żyłam po to, by patrzeć na twarz Pierrota. 

Moje  życie  zbyt  było  wypełnione  teatrem,  bym  mogła 

zwracać  dużą  uwagę  na  świat  zewnętrzny  -  a  nawet  na 
intensywny  tryb  życia  Jenny,  zajętej  polityką  i  feminizmem. 
Wracając do domu na Faubourg Poisonniere i wspinając się na 
czwarte  piętro  po  wąskich,  cuchnących  schodach,  słyszałam 
głosy  jej  przyjaciółek,  w  tym  Jeanne  Deroin,  która  chciała 
kandydować do parlamentu, ale została odrzucona ze względu 
na  płeć.  Gniewny  głos  Jeanne  przeszywał  mnie  na  wylot. 
Byłam  zmęczona  po  mych  akrobatycznych  ćwiczeniach, 
przeklinałam  więc  malutkie  mieszkanko,  w  którym  nie 
mogłam swobodnie się położyć i odpocząć, nie słuchając przy 
tym  cytatów  z  George  Sand,  wychwalanej  lub  krytykowanej 
przez  klub  kobiecy  powołany  teraz  przez  Jenny,  która 
jednocześnie  pracowała  dla  radykalnego  czasopisma  „La 
Revue  Independante".  Nie  potrafię  powiedzieć,  dlaczego  nie 
poszłam  szukać  pokoju,  gdzie  mogłabym  cieszyć  się 
samotnością.  Być  może  czułam  się  jeszcze  zbyt  młoda,  a 
stukot  grubo  podbitych  botków  Jenny  i  Jeanne  idących  po 
ulicy  i  wchodzących  po  schodach  był  w  pewien  sposób 
uspokajający.  Pod  okiem  takich  kobiet,  na  widok 
powtarzających  się  codziennie  męskich  spojrzeń,  których 
liczba stale rosła, mogłam splunąć, zaśmiać się lub udawać, że 
ich  nie  dostrzegam.  Jenny  i  Jeanne  tworzyły  barykadę 
broniącą  młodą  dziewczynę  przed  niebezpieczeństwami 
czyhającymi na nią w Paryżu. Pewnego dnia stało się jasne, że 
nie uniknę rewolucji, o której tak poważnie mówił Nadar, gdy 
przyszłam  z  wizytą  do  jego  studia.  Rewolucji,  która,  jak 
mówiły  Jenny  i  Jeanne,  nigdy  nie  dojdzie  do  skutku,  jeśli  w 

background image

społeczeństwie  nie  zmieni  się  nastawienie  do  kobiet.  Ulice 
były  zatłoczone:  nic  nowego  dla  flaneur,  za  jakiego  się 
uważałam,  który  tęskni  za  podnieceniem  grands  boulevards, 
słynnych  arterii  stworzonych  przez  Haussmanna.  Trzymałam 
się  więc  z  dala  od  wąskich  uliczek  starego  Paryża.  Jednak 
spacerując  dzisiaj,  tego  niezwykłego  dnia,  nie  mogłam  nie 
zauważyć  panującej  powszechnie  euforii,  mimo  że  byłam 
niezaangażowana, choć oczarowana: jak ten, co ogląda, a nie 
kupuje. Twarze jaśniały a ludzie rozmawiali o zwycięstwie w 
ciężkich  walkach.  Z  powodu  lekkich,  zwykłych  sukienek 
trudno  było  odróżnić  robotnice  od  kobiet  z  klasy  średniej. 
Panował  wesoły  nastrój  zabawy,  paliły  się  ogniska.  I  gdy 
wędrując  dalej,  przechodziłam  Pont  d'Arcole,  zobaczyłam 
kolumny  ludzi  z  długimi  brodami  i  dziwnymi  kapeluszami, 
maszerujących w moim kierunku, prowadzone przez Murzyna 
bijącego  w  bęben.  -  Model  któregoś  z  artystów  -  powiedział 
mi później Nadar. Wybuchnął śmiechem, gdy opisałam mu to 
wszystko,  wraz  z  dziwacznymi  spektaklami  wystawionymi 
tego  poranka:  cukiernia,  gdzie  wywieszono  karykaturę 
Ludwika  Filipa,  króla,  którego  słynnymi  atrybutami  były 
parasolka i głowa w kształcie gruszki. Przedstawiono go jako 
cyrkowego  artystę,  huśtającego  się  jak  ja,  na  wysoko 
zawieszonym  drążku  ponad  tłumem  gapiów.  Były  też  małe 
grupki sadzące drzewo mądrości, dołączyli do nich dostojnicy 
kościelni,  błogosławiący  republice.  I  tuzin  delegacji 
zdążających  do  ratusza,  każda  z  prośbą  o  kurację  na  swe 
bolączki.  -  Król  abdykował  dziś  wczesnym  rankiem  -  mówi 
Nadar,  wyciągając  pomarszczone,  zachmurzone  twarze 
nowych  polityków  i  ich  przywódców  z  wywoływacza  w 
zaciemnionej  części  swego  długiego  pokoju.  -  Czy  nie 
obchodzi  cię  w  ogóle  teraźniejszość,  Adelko?  -  I  spojrzał  na 
mnie z czułością, ale też ze smutkiem, który mnie zawstydził. 
Jak  mogłam  mu  powiedzieć,  że  nudziły  mnie  i  męczyły 

background image

rozmowy  Jenny  i  Jeanne  oraz  krzyki  mężczyzny 
nazywającego  się  Obywatelem,  któremu  pozwoliły  leżeć  na 
mym  wysuwanym  łóżku,  gdy  jestem  w  Funambules.  „Louis 
Blanc  jest  utopistą!"  „Blanqui  jest  niebezpieczny!"  „Ledru  - 
Rollin  nie  zna  się  na  rzeczy"  -  słowa  starego  mężczyzny 
dźwięczą w mych uszach jeszcze długo po tym, jak udało się 
go  przekonać,  by  podniósł  się  z  mego  wąskiego  tapczanu  i 
usiadł w małej kuchence przylegającej do pokoju Jenny. 

 -  Przyszłam,  żeby  zobaczyć  się  z  tobą  -  mówię  cicho  do 

Nadara. 

Widzę  w  jego  oczach  błyski  rozbawienia  -  bawi  go  to,  z 

jaką  łatwością  przechodzę  do  porządku  nad  realiami  historii, 
która dzieje się właśnie na ulicach Paryża. - Urodziłaś się, by 
być  akrobatką  -  mówi  on  -  ale  jeśli  nie  staniesz  się  częścią 
teraźniejszości, pewnego dnia spadniesz z trapezu wprost w jej 
objęcia.  Rozumiesz,  co  mam  na  myśli?  Czemu  ty  nie  chcesz 
stawić czoła, Adelko? Dlaczego żyjesz jak ktoś, kto właściwie 
już przestał istnieć? 

Chyba  wiedziałam,  że  pewnego  dnia  to  się  stanie.  Teraz, 

gdy po raz kolejny przypominam sobie całą scenę - a ostatnie 
dwadzieścia  cztery  godziny  wydają  się  długie  jak  rok  lub 
miesiąc, a czasem nawet dłuższe, gdy pojawiam się w studiu 
Nadara  jeszcze  przed  moim  wyjazdem  do  ponurej  i  ciemnej 
północnej  Anglii  -  widzę  go  stojącego  tak,  jak  zwykle,  przy 
połaciowym  oknie  w  długim,  poprzecinanym  krokwiami 
studiu,  trzymającego  w  ręku  ociekającą  płytkę  fotograficzną. 
Uśmiecha  się  do  wyłaniających  się  rysów  swego  ostatniego 
modela, jednak wiem, że jednocześnie surowo na mnie patrzy. 
Czuję,  jak  moja  własna  twarz  staje  się  przedmiotem 
dokładnego  badania  artysty.  Ni  to  we  śnie,  ni  to  we 
wspomnieniach  widzę,  jak  podchodzę  do  Nadara,  spoglądam 
na płytkę i widzę tam siebie, a łzy mej rozdzierającej rozpaczy 
spływają w dół do kuwety z płynem, którą Nadar trzyma pod 

background image

oknem.  Jak  mi  wyjaśnia,  dzięki  temu  może  leżeć  i 
obserwować wróble na dachach, gdy zanurza płytki. - Czy to 
prawda? - pytam w mym wspomnieniu - śnie, tak jak spytałam 
w  prawdziwym  życiu  zaledwie  wczoraj,  kiedy  to  król 
abdykował, a Francję ogłoszono republiką. 

 - Tak - mówi Nadar. - To prawda. Przyjaciele twej matki 

nie mogli zdobyć się na to, by ci to powiedzieć. Celina Varens 
nie żyje. 

Oczywiście,  wyobrażam  sobie,  że  w  tym  momencie  się 

obudzę. Albo sprawił to upał w studiu Nadara - słońce praży 
niemiłosiernie  dach  tuż  nad  nami,  w  długim  pokoju  jest 
strasznie  gorąco,  więc  zapach  chemikaliów  może  wywołać 
migrenę  albo  halucynacje  -  albo  przynajmniej  upadek  z 
wysokiego  drążka,  pod  którym  leżę  teraz  nieprzytomna  na 
scenie  Funambules.  W  żadnym  z  tych  obu  przypadków  nikt 
nie  przychodzi  mi  z  pomocą:  stary  Placide  z  pewnością 
ruszyłby  się  zobaczyć,  czy  coś  mi  się  nie  stało;  a  Nadar, 
przyzwyczajony  do  mych  upadków  w  dawnych  czasach,  gdy 
opiekował  się  mną  dzień  czy  dwa,  nieledwie  by  mnie 
zignorował.  Jednak  ani  clown,  który  gra  Cassandrę,  ani 
karykaturzysta, który teraz depcze swe ostatnie rysunki króla o 
gruszkowatej twarzy jak psa lub pijawkę, nie przychodzą mi z 
pomocą. 

Oto  jak  poznaję  tę  prawdę:  to  prawda  nie  do  zniesienia, 

której  nikt  nie  może  złagodzić  ani  odwołać.  Śmierć  matki 
dziecka  -  gdy  idę  powoli,  z  ramionami  wyciągniętymi  tak, 
jakbym  starała  się  utrzymać  równowagę,  jak  początkująca 
tancerka  na  linie,  a  przecież  zmysł  równowagi  zdołałam 
wyćwiczyć tak, by reagował na najlżejsze zachwianie - widzę 
poważne  spojrzenie  Pierrota,  w  jego  niemej  odmowie 
przekazania mi tej wieści. Widzę Jenny, nieobecną i oddaloną, 
samą cierpiącą z powodu złamanego serca: teraz, kiedy nie ma 
Celiny, dla Jenny liczą się bowiem tylko polityka, rewolucja, 

background image

przemiana.  I  gdy  wpadam  w  ramiona  Nadara,  nareszcie 
zaczynam szlochać. 

Nadar powiedział mi w końcu o śmierci maman. Nie było 

go  przy  tym:  -  Słyszałem,  że  zachorowała  we  Włoszech  - 
mówi  i  odwraca  wzrok,  gdy  siedzimy  przy  długim  stole  w 
jego studiu, gdzie utopiści i artyści nadal mogą przychodzić i 
pić za przyszłość. Celina już tu jednak nigdy nie przyjdzie. - 
Powinienem był do niej pojechać - mówi Nadar i wtedy po raz 
pierwszy  słyszę  żal  w  jego  głosie;  jego,  który  lubuje  się  w 
ricanement, wyszydzaniu bogatych i nadętych, i w którym nie 
ma  miejsca  na  współczucie.  -  Byłem  jednak  tak  zajęty  tym 
wszystkim...  -  I  bezradnie  wskazuje  ręką  na  portrety 
zapomnianych  i  karykatury  tych,  co  niedawno  wypłynęli. 
Wszystko to, jak dodaje cichym głosem, nie ma znaczenia w 
porównaniu  z  jego  wielką  miłością  i  przywiązaniem  do 
Celiny. 

Nadar  ciągnie  opowieść,  którą  usłyszał  od  włoskiego 

muzyka; tego, co zabrał maman z Paryża i powiódł ku śmierci. 
To były suchoty - oczywiście, nie było można nic zrobić. Tak 
więc  Celina  Varens,  która  wszystkim,  co  ją  znali,  wydawała 
się  nieśmiertelna,  jak  bohaterki  popularnych  teraz  oper  - 
Małgorzata w La Dame aux Camelias i Mimi w La Boheme - 
poddała  się  chorobie,  sprowadzonej  przez  romans  zrodzony 
pod  nieszczęśliwą  gwiazdą,  i  w  końcu  zmarła  w  ramionach 
swego kochanka. 

Gdy znalazłam się z powrotem w mieszkaniu Jenny, zbyt 

oszołomiona  po  szokujących  i  smutnych  wieściach,  by 
odpowiedzieć  na  jej  opryskliwe  powitanie,  po  raz  kolejny 
okazało  się,  że  moje  wysuwane  łóżko  jest  zajęte:  tym  razem 
przez  młodzieńca  w  mundurze.  Czerwone  kokardy  były 
przypięte  do jego niebieskiej  kurtki, na której widniały spore 
plamy  krwi;  poza  tym  miał  przekrzywiony  krawat  - 
świadectwo  nieudolnych  wysiłków  kobiet,  by  opatrzyć  ranę. 

background image

Stroju  dopełniał  ładny  pasek,  na  niemalże  przewróconym 
tapicerowanym  fotelu  leżał  niedbale  porzucony  bagnet.  Fotel 
ten wraz z różowym jedwabnym puffem maman przybył z rue 
Vaugirard.  -  To  jeden  z  ludzi  Caussidiere'a  -  powiedziała 
Jeanne,  a  ja  wyczułam  w  głosie  feministki  i  socjalistki  nutę 
podziwu  dla  robotniczej  policji  powołanej  przez  lewicowego 
jakobina,  nowego  szefa  paryskiej  policji.  -  O,  jak  widok 
Adelki go ożywił - wykrzyknęła Jenny. 

 -  Albercie,  to  jest  nasza  przyjaciółka,  citoyenne 

(Citoyenne  (fr.)  -  obywatelka.)  Adelka.  -  Wracając  do  języka 
rewolucji  dziewięćdziesiątego  czwartego  roku,  Jenny  dawała 
do  zrozumienia,  że  postanowiła  zeswatać  córkę  swej  starej 
przyjaciółki i największej miłości swego życia, Celiny Varens, 
i tego syna klas pracujących. To walce o ich prawa poświęciły 
się  Jeanne  i  Jenny,  i  to  mimo  braku  oczywistych  dowodów 
wdzięczności.  Jeśli  Adelka  miała  być  z  jakimś  mężczyzną, 
sugerowała  Jenny  Colon,  to  ktoś  taki  jak  Albert  nadawał  się 
do  tego  wyśmienicie.  Zastanawiałam  się,  w  jaki  sposób  te 
kobiety wpadły na tego przystojnego i lekko rannego bohatera. 
Niestety, nie byłam w stanie grzecznie spytać, jak udało im się 
zawrzeć tę znajomość. Gdzieś głęboko czułam zaniepokojenie 
Jenny tym, że większość czasu spędzam z Dubureau. Obdarzał 
on  coraz  większym  zainteresowaniem  młodą  trapezistkę, 
Adelkę  Varens,  tę,  która  przyciągała  tłumy  swą  odwagą, 
prosząc  o chowanie siatki  przy finałowym numerze, kiedy to 
pokonywała powietrzną przestrzeń między jednym drążkiem a 
drugim. 

 - Albercie, napij się tego trochę. - Jenny uśmiechnęła się 

łagodnie do młodzieńca, przystawiając butelkę z armaniakiem 
do  jego  ust.  -  Wieczorem  poczujesz  się  lepiej,  będziesz  mógł 
zabrać Adelkę po przedstawieniu na przyjęcie weselne. Nawet 
wielki Dubureau nie zabroni ci zwolnić się, by jeden wieczór 
spędzić nad rzeką - ciągnęła Jenny, zwracając się do mnie, tak 

background image

jakby nie zauważyła, że jestem blada i smutna, co oczywiście 
nie mogło ujść jej uwagi. Wyglądało to tak, jakby to przyjęcie 
weselne - o którym Jenny i Jeanne mówiły od wielu dni, miało 
przepowiedzieć mój własny związek, w znaczeniu świeckim i 
rewolucyjnym, z młodym policjantem, który uśmiecha się do 
mnie  słabo  z  mego  wąskiego  łóżka.  Będziemy  tańczyć. 
Obsługiwać nas będą dziewczyny z natapirowanymi włosami i 
blond  grzywkami,  w  skąpych  sukienkach  z  obcisłymi 
stanikami; będziemy jeść i pić niemal do utraty świadomości. 

 -  Jenny  -  mówię,  bo  za  wszelką  cenę  muszę  dowiedzieć 

się, dlaczego śmierć maman była  tak  długo ukrywana przede 
mną - wracam od Nadara, powiedział mi o Celinie. Gdzie ona 
teraz  jest?  Jak  mogłaś  ją  pochować,  nie  pisząc  do  mnie,  do 
Anglii? Jak śmiesz ciągle traktować mnie jak dziecko? 

Mych słów jednak nikt nie słucha, toną w tyradzie Jenny 

na  temat  stanu  zdrowia  Alberta  i  recytacji  Jeanne  podającej 
menu  weselnego  obiadu.  Jest  ona  gourmande  (Gourmande 
(fr.)  -  smakosz.)  o  tak  ogromnym  apetycie,  że  mogłaby  nim 
obdzielić  uczestników  powstania  przeciwko  całej  klasie 
panującej.  -  Zupa,  smażona  makrela,  befsztyk,  francuska 
fasolka,  smażone  ziemniaki,  omelette  aux  fines  herbes 
(Omelette  aux  fines  herbes  (fr.)  -  omlet  ze  szczypiorkiem, 
pietruszką  i  bazylią.),  fricandeau  (Fricandeau  (fr.)  -  duszony 
plaster  cielęciny  naszpikowany  kawałkami  boczku.)  z 
cielęciny ze szczawiem - obwieszcza Jeanne. - Zupełnie jak na 
obiedzie  podczas  podróży  poślubnej  naszych  przyjaciół, 
Louisa i Marthe, na parowcu rzecznym w Rouen... 

 - Jeanne, potrzeba nam więcej  bandaży -  wtrąca Jenny. - 

Poza tym musimy wyprać koszulę Alberta. Inaczej nie będzie 
miał co założyć na dzisiejszy bal. 

 -  Kurczak  -  ciągnie  Jeanne,  niewzruszenie  trwająca  w 

przekonaniu,  że  ta  litania  potraw  popchnie  tego 
początkującego  policjanta  w  ramiona  ich  chere  Adelki.  - 

background image

Kurczak  z  pieczarkami,  rzecz  jasna.  Golonka  podawana  na 
szpinaku, tarta z morelami, trzy kremy, sałatka z cykorii... 

 - Czuję się już lepiej! - okrzyk Alberta wzbudza zachwyt 

obydwu kobiet. Siada on też zaraz na łóżku, przypominając w 
jednej chwili męża żądającego, by przyniesiono mu obiad. 

 -  Przystojny,  prawda?  -  rzuca  Jenny,  zdejmując 

oskarżycielską koszulę z torsu Alberta i udaje się do umywalki 
ukrytej  za  parawanem  w  jej  pokoju.  Gdy  wychodzi,  daje  mi 
znak  ręką,  rozkazujący  mi  rzucić  się  na  łeb  na  szyję  w  ten 
romans.  Zapomina  przy  tym,  że  dopiero  co  usłyszałam 
straszne wieści o Celinie. 

Gdy  Jeanne  przedstawia  nam  kolejną  część  obiadu  pary 

odbywającej  podróż  poślubną,  którego  dokładna  powtórka 
odbędzie się dzisiaj na Sekwanie, na parowcu co najmniej dwa 
razy  większym  niż  statek  wynajęty  przez  jej  przyjaciół  w 
Rouen,  przyrzekam  sobie,  że  zmuszę  Jenny,  by  powiedziała 
mi  całą prawdę  na  temat śmierci  Celiny, zanim zakończy się 
ten wieczór. 

Muszę przecież się dowiedzieć, czy maman przed śmiercią 

powiedziała, że kocha papę? Czy miała dowody, a wydaje mi 
się, że otrzymywała je stale, że papa kochał ją jak nikogo na 
świecie - że mimo jego niewierności i nieobecności, nigdy nie 
było  nikogo  w  życiu  monsieur  Rochestera,  kto  mógłby 
dorównać w jego oczach Celinie Varens? Chcę to wiedzieć, a 
także  potwierdzić  moje  przeczucie  co  do  ich  wielkiej, 
obopólnej  miłości.  Bez  tego  moje  życie  będzie  tak 
bezsensowne,  jakbym  nigdy  nie  była  córką  żadnego  z  mych 
rodziców. Mogę równie dobrze żyć w zapomnieniu, jako żona 
policjanta  Alberta  po  ślubie  udzielonym  przez  urzędników 
nowej republiki. 

Wychodzę  do  teatru,  a  głosy  obydwu  kobiet  brzęczą  w 

mych  uszach  tak  głośno  jak  tupot  ich  botków  na  schodach 

background image

wiodących  do  mieszkania  na  Faubourg  Poissoniere,  który 
słyszę codziennie. 

 -  Uważaj  dziś  na  linie,  mon  enfant  (Mon  enfant  (fr.)  - 

moje dziecko.) - woła za mną Jenny, a ja myślę sobie smutno, 
że  teraz  jest  trochę  za  późno,  by  pokazać  mi,  co  jest 
oczywiste,  że  zrozumiała,  jakie  nieszczęście  mnie  dotknęło 
dzisiaj, i że żałuje swego chłodu i dystansu wobec mnie. 

Ostatnie  słowa  Jeanne,  spływające  w  dół  schodami  i 

niosące  się  na  ulicę,  świadczą o tym, że jest zdolna tylko  do 
tego  rodzaju  pocieszenia,  które  przynoszą  rozkosze  stołu.  - 
Mała  pieczeń  z  baraniego  udźca  -  wyśpiewuje  Jeanne,  gdy 
wychodzę  -  z  posiekaną  cebulką,  posypana  gałką 
muszkatołową, kawa, dwa kieliszki absyntu... 

W  momencie  kiedy  Jeanne  dochodzi  do  serów,  śliwek, 

winogron, dwóch butelek burgunda i jednej chablis, mijam róg 
Faubourg Poisonniere i ruszam przez Paryż do Funambules. 

background image

17 
Mówią, że gdy toniesz, przed oczyma przewija ci się całe 

twoje  życie.  Sceny,  które  kiedyś  miały  niewielkie  znaczenie, 
gonią naprzód, by udowodnić, że są brakującymi elementami 
układanki, noszonej w nas przez całe życie. I gdy nasi rodzice 
odeszli, układanka wydaje się pusta i groźna: bo jeśli nie jesteś 
częścią  czyichś  nocnych  tajemnic  czy  marzeń,  nie  masz  już 
swego miejsca na świecie. 

Myślę,  że  to  właśnie  pustkę  odczuwałam,  idąc  boulevard 

du  Tempie  tego  dnia.  Bez  Celiny  byłam  samotna,  już  nie 
byłam petite filie (Petite filie (fr.) - mała dziewczynka.) ubraną 
na  niebiesko  i  różowo,  chodzącą  za  swą  matką  po  Ogrodach 
Luksemburskich, podobnie jak przyszła pantomima pójdzie w 
ślady  tradycji  dzisiejszego  teatru  tej  wielkiej  aktorki.  Wtem 
przyszło  mi  do  głowy,  że  stanowię  połączenie  mej  matki  i 
samej  siebie  i  myśl  ta  przyniosła  mi  pocieszenie.  Idąc  przez 
zatłoczone  ulice  w  drodze  do  Funambules,  wśród  pomruków 
dochodzących  z  paradis,  wyobrażając  sobie  żonglerów  i 
clownów  zdążających  na  scenę,  nim  kurtyna  podniesie  się  w 
górę, zdałam sobie sprawę, że muszę spełnić nadzieje Celiny 
co do mojej osoby: muszę zostać aktorką tragiczną, wielką jak 
Rachel, ukazującą najgłębsze emocje, jakich może dostarczyć 
dramat  i  historia.  Moim  przeznaczeniem  było  zostać 
najgoręcej  oklaskiwaną i  podziwianą aktorką w kraju. Celina 
będzie ze mnie dumna: zza kulis, gdzieś tam wysoko w niebie, 
obserwować będzie moją rosnącą dojrzałość i podziwiać moją 
zdolność  do  zgłębiania  przedstawianych  przeze  mnie 
osobowości.  Adelka  Varens  -  powiedział  głos,  gdy 
wchodziłam  po  schodach  teatru,  z  nędznymi  filarami  i 
gromadzącymi  się  pod  portykiem  ulicznymi  sprzedawcami, 
każdy  ze  swoim  pudełkiem  tandetnego  towaru.  Adelka 
Varens!  Ludzie  czekać  będą  na  ulicy,  by  zobaczyć,  jak 

background image

wynurzasz  się  wyczerpana  i  zwycięska  po  wieczornym 
występie. Adelka Varens stanie się sławna! 

Jednak  tego  dnia,  kiedy  wszystko  się  dla  mnie  zmieniło, 

wydarzenia  biegły  dawnym  torem.  Lew  pojawił  się  w  swym 
przeżartym  przez  mole  kostiumie,  Dubureau  przekazał  mu 
swą  narzeczoną  -  a  tłum  gwizdał  i  wznosił  okrzyki,  gdy 
Piękna  Dziewczyna  została  żoną  potwora.  Gdy  tak  stałam  w 
tłumie  i  obserwowałam,  zastanawiałam  się,  co  to  wszystko 
znaczyło  dla  dziecka  (jak  nagle  siebie  zobaczyłam,  mimo 
mych  pretensji  do  bycia  kobietą),  które  zaraz  wejdzie  całe 
drżące za kulisy, gotowe do pokazów na trapezie? Kim teraz 
byłam?  Gdy  rozpocznę  lot,  czy  zorientuję  się,  że  nie  mam 
własnej  tożsamości?  Czy  spadnę  z  wysoko  rozciągniętej  liny 
na ziemię? 

Czy  spadanie  to  tonięcie?  -  spytałam  samą  siebie.  Czy 

wszystkie  sceny  z  mego  krótkiego,  dziwnego  życia  przesuną 
się przede mną w powietrzu i cisną mnie w fale zapomnienia i 
przypominania,  w  głębokie,  ciemne  morze,  w  którym 
utraciłam  swą  matkę  i  swego  ojca,  bo  nie  chciał  mnie 
zaakceptować? 

Tego  dnia,  gdy  patrzyłam  na  wzruszającą  scenę  między 

Pierrotem  i  Piękną  Dziewczyną,  czułam  po  raz  pierwszy 
strach przed wspięciem się do drążka wiszącego wysoko nad 
sceną.  Przekrzywiony  jak  uśmiech  na  umalowanej  twarzy 
Pierrota,  ten  kawałek  metalu  porusza  się  lekko  przy  małych 
ruchach  powietrza  spowodowanych  nagłymi  zmianami 
scenografii.  Piękna  Dziewczyna  odrzuca  oddanego  jej 
Pierrota, zapadnia nagle się otwiera, połyka biednego Pierrota 
i zabiera go do piekła, także porusza linę, która jest tak cienka, 
że  tylko  ja  wiem,  że  istnieje.  Dzisiaj  to,  czego  ode  mnie 
wymaga,  staje  się  torturą.  Przechodzę  po  niej  uśmiechnięta, 
balansując  w  mej  różowej  sukience  baleriny,  na  co  z  tłumu 
dobywa się okrzyk „Encore!" (Encore! (fr.) - jeszcze!). 

background image

Stoję, czekając na dodający mi otuchy szept Celiny - bo od 

mego  pojawienia się  w Funambules pomagała mi  ona  w mej 
wyobraźni;  i  za  każdym  razem  to  właśnie  maman, 
najsłynniejsza  danseuse  de  corde  na  świecie,  dodawała  mi 
odwagi przy chodzeniu po linie bez siatki rozpiętej nad sceną, 
co  najmniej  sto  stóp  poniżej.  Okrzyki  i  pomruki  canaille, 
małych i odległych z wysokości, na której co noc spaceruję, są 
tak ogłuszające jak huk morza. 

Czy  dziś  zanurkuję  i  zanurzę  się  w  odmętach  tych 

grzmiących wód? 

Czy  utopię  się  w  gniewnych  okrzykach  tłumu, 

oszukanego,  bo  nagle  pozbawionego  widoku  ud  i  siatkowej 
różowej  sukienki  baletnicy,  której  spódniczka  unosi  się 
podczas tańca na linie? 

Czy  Adelka  umrze,  a  cały  smutek  i  szczęście  zaznane 

przez  nią  za  życia  poczuje  nagle  w  morzu  widzów  teatru 
Funambules,  żujących  tytoń  i  śmierdzących  zjełczałym 
tłuszczem? 

Gdzie  jest  teraz  Celina?  To,  że  dowiedziałam  się,  że 

utraciłam ją już na zawsze, pozbawiło mnie iluzji, z którą tak 
długo żyłam - że pewnego dnia przyjdzie po mnie, że nigdy, 
przenigdy nie pozwoli mi upaść. 

Grzmią trąbki. Pierrot, w złym humorze  po spadnięciu w 

otchłań  maszynerii  ukrytej  pod  sceną,  syczy  na  mnie,  gdy 
usiłuję  wspiąć  się  na  słupek,  by  dosięgnąć  mego  drążka.  - 
Vite,  vite,  enfant!  (Vite,  vite,  enfant  (fr.)  -  prędzej,  prędzej, 
dziecko.)  -  i  ciężko  odchodzi  za  kulisy.  Pieką  mnie  oczy  i 
nagle  ogarnia  mnie  nienawiść  do  mima,  co  jest  teraz 
sławniejszy  niż  postać,  którą  stworzył  -  Pierrot,  Dubureau, 
świat  zastyga  wpatrzony  w  pełną  kurzu  łzę,  spływającą  po 
jego policzku, a on z ponurą obojętnością patrzy na widownię 
- a moje nogi, ciężkie jak nigdy, powoli się unoszą. Dlaczego 
ludzie  mówią,  że  Pierrot  ożeni  się  z  Adelką  i  zamykać  ją 

background image

będzie na całe dnie w swym małym domku w Neuilly? Jednak 
z  drugiej  strony,  przez  wszystkie  miesiące  uśmiechałam  się  i 
promieniałam  z  dumy,  gdy  Placide  mówił,  że  jest  mi 
przeznaczone  zostać  żoną  wielkiego  Pierrota.  Dlaczego  to 
robiłam?  Nienawidzę  go.  Nie  mam  zamiaru  zostać  więźniem 
Funambules. 

Jednak  gdy  wspinam  się  na  ostatni  kołyszący  się  stopień 

sznurkowej  drabinki,  pojmuję  stratę  Celiny  jak  zniknięcie 
kogoś, kto, nawet jeśli tylko w mych marzeniach, mógłby dać 
mi siłę, by uciec i zacząć nowe życie, bez Pierrota, Jenny czy 
innych postaci z mej zamkniętej przeszłości. Teraz już mi się 
nie wydaje, że mogę zostać kimś wielkim, bez matki mogącej 
mnie nauczyć sztuczek i szczerości prawdziwej aktorki takiej 
jak Rachel. Nigdy nie będę nikim innym, niż jestem teraz. A 
jestem  jeune  filie  sans  coeur  (Jeune  filie  sans  coeur  (fr.)  - 
młoda dziewczyna bez serca.) - dziewczyną, która urodziła się 
z  kamieniem  zamiast  serca,  dzieckiem,  co  pozwoliło  swej 
jedynej  przyjaciółce  w  tych  samotnych  dniach  w  Thornfield 
Hall - Antoninie, uroczej, pustookiej  Kreolce  -  spaść na  dół i 
zabić się. Tak jak ja spadnę dzisiaj, bez maman mogącej mnie 
podtrzymać  i  powstrzymać  przed  upadkiem.  To  kara  boska  i 
naprawdę na nią zasługuję. 

Dociera to do mnie, gdy nogami opasuję słupek, w biało - 

czerwone  paski  jak  cukierek  znad  morza,  jarmarczny  filar 
zwiastujący  niebezpieczeństwo  i  sugerujący  śmierć. 
Zatrzymuję  się,  gdy  drążek  zbliża  się  do  mnie.  I  myślę,  że 
teraz muszę zwiesić się głową na dół jak małpka na tej groźnej 
huśtawce  i  muszę  wznieść  się  w  powietrze,  i  polecieć, 
polecieć... 

Zatrzymuję  się  na  jedną  sekundę,  może  dwie,  a  tłum, 

czując  moje  wahanie,  rozumiejąc  nawet,  być  może,  moją 
nowo  zdobytą  świadomość  śmieszności  tego,  co  mam 
wykonać,  wydaje  z  siebie  silny  pomruk  zniecierpliwienia.  - 

background image

Adelko!  -  Znają  już  teraz  moje  imię,  oczywiście,  że  tak.  La 
petite  princesse  (La  petite  princesse  (fr.)  -  mała  księżniczka.) 
akrobatyki  w  powietrzu,  królowa  tych,  co  latają  wysoko, 
połyskliwy  owad,  skrzący  się  motyl.  Na  razie  nie  są  jeszcze 
wściekli  na  swą  bohaterkę  podniebnych  przestrzeni,  ale 
wystarczy  kilka  sekund,  a  zezłoszczą  się  na  pewno.  I  przy 
wtórze  ich  gniewnych  wrzasków  spowodowanych  zawodem, 
Adelka spadnie na podłogę Funambules i zginie. 

Drążek,  gdy  siedzę  już  na  nim  okrakiem,  wydaje  mi  się 

bezpiecznym miejscem, bo znanym; czuję się tak, konstatuję z 
ulgą, jakbym sadowiła się w fotelu, który tak dobrze zna moje 
ciało,  jak  ja  znam  jego  mocne  i  słabe  strony.  Zrobić  salto, 
skoczyć  i  podciągnąć  się  na  samych  tylko  rękach  przy 
wiwatach  tłumu  -  to  nic  wielkiego.  Dziś  jest  to  tak  samo 
proste  jak  wczoraj.  A  strach  rodzi  się  w  zawieszeniu:  nie 
jestem  w  stanie  sięgnąć  myślą  dalej,  ale  gdy  tak  żegluję, 
nurkuję i latam, towarzyszy mi świadomość, że nie mam ojca 
ani matki. Jestem sama na świecie i dobrze mi z tym. Kłopoty 
jednak dopiero się pojawią - zdaję sobie z tego sprawę - kiedy 
będę  miała  zatańczyć  na  linie. Czekam  więc,  co  jest  głupie i 
bardzo  ryzykowne.  Długo  stoję  na  drążku  -  wtem  na  nowo 
rozlegają  się  pełne  ponagleń  krzyki.  „Adelka!  La  corde! 
Adelka!" 

Wracam  na  słupek,  gdy  podniecenie  przemienia  się  w 

gorączkową  histerię.  Czuję  teraz,  że  tłum  oczekuje,  aż 
pierwszy  raz  się  potknę,  aż  stopa  ześlizgnie  mi  się  z 
niewidzialnej liny, a ja spadnę na scenę, od której dzieli mnie 
ogromna  przestrzeń  strachu.  Krzyki  potężnieją  i  pochłaniają 
mnie, gdy zatrzymuję się koło słupka w biało - czerwone pasy. 

I  wtedy  właśnie  ją  spostrzegam.  Przechodzę  z  drążka  na 

linę - która trzęsie się pod naciskiem mego ciężaru jak nigdy 
wcześniej  -  i  zatrzymuję  się  po  raz  kolejny  na  sekundę,  co 
może  zaważyć  na  mym  życiu,  a  ten  kolejny  dowód  mego 

background image

wahania  wywołuje  falę  kakofonicznych  wrzasków  canaille 
siedzących  w  paradis.  Spoglądam  w  dół  -  przed  czym 
przestrzegano  mnie  stale  podczas  ćwiczeń  -  i  najpierw  na 
scenie  widzę  Dubureau,  już  bez  przebrania  Pierrota,  w 
aksamitnej 

marynarce 

ze 

śmiesznie  wywatowanymi 

ramionami, falującymi tuż pode mną; patrzy na mnie, kiwając 
palcem. 

Widok  ten  jest  nie  do zniesienia.  Patrzę  na  publiczność - 

kolejna  zakazana  rzecz  dla  tancerzy  na  linie.  Każdy  bowiem 
wie,  że  widok  kogoś  ukochanego  -  albo  znienawidzonego, 
wszystko jedno - może wytrącić trapezistę z równowagi. A tę 
łatwo jest stracić: konsekwencje tego są niewyobrażalne. 

Stoję  na  linie,  ramiona  mam  wyciągnięte  jakby  w 

błagalnym geście. Moje ciało wykonuje nagłe zwroty i skręty, 
by zachować równowagę, nikt więc nie wierzy, że uda mi się 
przejść do końca. 

Modlę  się,  by  Celina  mi  pomogła.  Jednak  w  mej  głowie 

nie  pojawia  się  postać  mojej  matki.  Zamiast  tego,  z  głębin 
mego  umysłu,  wyłania  się  taki  obraz:  ciemna  suknia,  biała 
bluzka starannie pod nią ułożona, szczere, czułe spojrzenie... 

Ponieważ czerpię siłę z  tej wizji Jane, drogiej Jane Eyre, 

guwernantki,  którą,  jak  mi  się  wydaje,  dawno  już 
zapomniałam - a mimo że cały czas ją negowałam, kiedyś ją 
przecież  kochałam  -  czuję,  że  powracam  do  równowagi  i  z 
początku  powoli,  potem  szybciej,  tanecznym  krokiem 
przechodzę  cały  dystans.  Tłum  wyje  w  uznaniu  dla 
zwycięstwa  siły  życia  nad  śmiercią.  A  ja  uśmiecham  się, 
czując, jak pot pojawia się na mych rękach i spływa mi aż do 
palców,  gdy  kręcę  pałeczką,  której  nigdy  nie  wolno  mi 
wypuścić z rąk. 

Gdy  wracam  do  biało  -  czerwonego  słupka,  który  tym 

razem  wydaje  się  mnie  witać  z  radością  przy  dźwiękach 
ogłuszającego aplauzu ze strony publiczności daleko w dole - 

background image

widzę  -  i  ku  memu  przerażeniu  -  rozpoznaję  pewną  twarz  w 
tłumie. (Tym razem to prawdziwa twarz, a nie żadna zjawa z 
przeszłości). 

Waham się; rozpościeram ramiona. O mało co nie spadam. 

Cała i zdrowa dochodzę do słupka i zjeżdżam po nim na dół. 
Po  czym  zbiegam  ze  sceny  skacząc  przez  zdumiony  tłum, 
ścigając  osobę,  którą  ujrzałam.  Tę  twarz  znam  bowiem  jak 
moją własną, nie mam wyboru, muszę ją wyśledzić i odnaleźć. 

background image

CZĘŚĆ TRZECIA 
18 
Trzy  razy  udało  mi  się  zgubić  i  ostatecznie  odnaleźć 

twarz, którą, jak mi się wydawało, zauważyłam na widowni w 
teatrze Funambules. Tymczasem zaczęło się już ściemniać. 

Najpierw  poszłam  w  kierunku  rzeki.  Widok  szerokich 

pleców mężczyzny w długim czarnym płaszczu, mającego za 
towarzysza chłopca mniej  więcej w moim  wieku, sprawił, że 
w  umyśle  mym  zapaliła  się  iskierka  -  rozpoznałam  tego,  za 
którym  tak  tęskniłam:  na  pewno,  myślałam,  przyspieszając 
kroku  nad  brzegiem  Sekwany,  jest  to  wyjaśnienie  mego 
długiego,  pełnego  niebezpieczeństw  i  zamętu  dnia.  To  jest 
papa - mój ojciec przybył do Paryża, by odnaleźć dziecko, od 
którego  się  odwrócił,  gdy  poślubił  Jane.  To  monsieur 
Rochester  -  i  gdy  zobaczy,  kto  biegnie  szeroką  skarpą 
nadrzeczną,  odwróci  się  i  przystanie,  a  potem  się  do  mnie 
uśmiechnie. 

Jednak ten obcy, gdy w końcu go wyprzedzam, jest mniej 

podobny 

do 

mężczyzny, 

którego 

pokochałam 

znienawidziłam niż skurczona, pociemniała podobizna twarzy 
na kolodionowej płytce, którą Nadar wyłowił kiedyś ze swego 
zbiornika.  Odnaleziony  przeze  mnie  monsieur  Rochester  był, 
naturalnie,  wysoki  i  miał  szyderczy  wyraz  twarzy;  wyczytać 
można  było  z  niej  jednak  więcej  okrucieństwa  i  mniej 
refleksyjności  niż  u  papy.  To,  że  nie  jest  nawet  Anglikiem, 
okazało  się,  gdy  szczekliwym  głosem  zażądał,  zdradzając 
belgijski akcent, bym wyjaśniła mu, i to szybko, jaki mam do 
niego  interes.  Po  czym  oddalił  się  wraz  ze  swym  młodym 
towarzyszem. 

Dlaczego przyjęłam, że pan na Thornfield Hall mógł być 

w towarzystwie czternastoletniego chłopca,  nie mam pojęcia. 
Byłam  jednak  zmuszona,  po  przyznaniu,  że  pomyliłam  się  i 
poszłam  za  niewłaściwą  osobą,  wrócić  pamięcią  do  moich 

background image

ostatnich  chwil  na  linie  i,  koncentrując  się  z  całych  sił, 
spróbować  przypomnieć  sobie,  czy  ten  drogi  mi,  a  zarazem 
nienawistny  osobnik,  patrzący  na  mnie,  rzeczywiście  był  w 
towarzystwie młodzieńca w mym wieku. 

Zrazu strach na drążku, który czułam, szybując najpierw w 

górę, a potem w dół nad sceną Funambules, powrócił do mnie 
z taką siłą, że nie widziałam nic poza moją własną sylwetką, 
małą i zdeterminowaną. Widziałam, jak wspinała się ze słupka 
na  ten  kawałek  metalu,  po  czym  runęła  w  dół,  a  skok  ten 
przyprawił mnie o skurcz żołądka. Potem zawisła głową w dół 
ponad morzem tak samo zadartych głów. 

Jak  mogłam  -  tak  właśnie  myślałam  tego  paryskiego 

ranka,  kiedy  stałam,  trzymając  się  kurczowo  kamiennej 
balustrady  nad  Sekwaną,  uczepiając  się  tak  mej  pamięci,  jak 
nauczyłam  się  trzymać  trapezu  -  jak  mogłam  w  ogóle 
przypomnieć  sobie,  jak  wyglądał  jeden  z  niezliczonych 
widzów  tego  pokazu?  Czy  mój  smutek  i  nerwowa  reakcja  na 
smutną  wiadomość  o  śmierci  Celiny  -  przekazana  mi  przez 
Nadara, nie to, że w nieprzyjemny sposób, lecz ze szczerością 
typową  dla  mężczyzn  -  wytrąciły  mnie  z  równowagi  na  tyle, 
że  na  wieść  o  śmierci  matki  uległam  złudzeniu,  że  widzę  na 
widowni  mego  ojca?  A  zresztą,  dlaczego  ktoś  taki  jak 
monsieur  Rochester,  posiadacz  nieruchomości  i  ziem, 
rozciągających się daleko na wschód od Millcote i na zachód 
od  Whitcross  (wspomnienie  tych  nazw  i  miejsc  napełniło  me 
oczy  łzami)  -  dlaczego  ktoś  tak  ważny  i  zajęty  marnowałby 
czas  i  zadawałby  sobie  trud,  by  pojechać  do  Paryża  w 
poszukiwaniu  sieroty  więzionej  przez  pięć  lat  w  szkole  z 
internatem? 

W  momencie  gdy  doszłam  do  wniosku,  że  to  zupełnie 

nieprawdopodobne,  by  monsieur  Rochester  był  tego  dnia  na 
widowni  w  Funambules,  Sekwana  utraciła  swój  poranny 
blask, a ciepło późnego, letniego słońca ogrzewało nabrzeże i 

background image

spacerujące  tłumy,  gęstniejące  teraz,  gdyż  ludzie  porzucali 
swe zajęcia, by zaczerpnąć świeżego powietrza nad rzeką. Nie 
mogłam  odgonić  od  siebie  myśli,  że  mieli  niesamowite 
szczęście - nie otrzymali wiadomości, że opuścili ich i matka, 
i  ojciec,  tak  jak  ja.  Gdzie  nie  spojrzałam,  widziałam 
zadowolone  rodziny  przechadzające  się  powoli  pod  równo 
przyciętymi drzewami, babcie i dziadkowie, młodzi rodzice i 
małe  dzieci  -  wszyscy  razem.  Jakże  los  sprzyjał  tym 
mieszkańcom szerokich bulwarów i wąskich, ciasnych uliczek 
Paryża, że nie są rozdarci, jak ja, pomiędzy dwoma krajami - 
w  połowie  jestem  małym  article  de  Paris,  mam  w  sobie 
skłonność  do  błahostek  i  czczej  paplaniny  typową  dla  tej 
wielkiej  stolicy,  a  druga  część  mnie  pochodzi  z  posępnego, 
ponurego  krajobrazu,  w  którym  się  znalazłam  na  żądanie 
monsieur Rochestera. Nie należałam nigdzie; i gdy patrzyłam 
w dół na szare, kłębiące się wody Sekwany - mieniącej się tu i 
ówdzie  złotymi  nitkami  słonecznego  światła  przenikającego 
wśród  liści  drzew  -  dziwiłam  się,  że  „mała  Adelka",  która 
miała  odwagę  tańczyć  na  linie  dwa  razy  dziennie  w 
Funambules,  nie  była  teraz  w  stanie  zdobyć  się  na  to,  by 
rzucić się do głębokiej rzeki. 

W  końcu  to  właśnie  obraz  liny  wspomógł  moją  pamięć. 

Idę, mały zadarty nosek w górze, jak nauczył mnie Dubureau, 
ramiona jak skrzydła trzepoczące u mych boków, zapewniając 
mi  fałszywe  bezpieczeństwo.  Idę  w  mych  satynowych 
pantofelkach, a każdy krok to efekt oceny sytuacji i precyzji, 
po najwyższej corde Paryża - i powodowana odwagą i głupotą 
patrzę  w  twarze  poniżej  mej  delikatnej  sylwetki.  Coś  -  tak 
chce  moja  pamięć  -  coś,  czego  nie  znam  lub  nie  rozumiem, 
sprawia,  że  tak  się  rozglądam,  gapiąc  się  jak  flaneur  na 
bulwarze  akurat  w  momencie,  w  którym  jak  najbardziej 
powinnam się skupić na marszu po linie. 

background image

Jednak to coś (lub ktoś) było na tyle silne, że wiadomość 

dotarła  do  mnie,  a  była  to  wiadomość,  której  desperacko 
potrzebowałam,  by  nie  zboczyć  z  drogi,  nie  upaść  i  nie 
zmarnować szansy na przeżycie. 

W  myślach  widzę  papę  w  swym  fotelu  w  środkowych 

rzędach zatłoczonego  teatru  i  wiem, że to  nie  jest  ułuda. Nie 
uśmiecha  się  ani  nie  ma  nachmurzonej  miny:  nagle  w 
mgnieniu  oka  widzę  go  w  bibliotece  w  Thornfield  Hall, 
zatopionego  w  myślach,  pochylonego  nad  książką  lub 
rachunkami. A obok niego, z całą pewnością, siedzi chłopiec. 
Chłopiec,  co  konstatuję  z  ukłuciem  strachu,  który  wygląda 
podobnie jak ja. 

Kim może być to dziecko, co prawie jest mężczyzną, które 

uśmiecha się ze zrozumieniem do papy, gdy zaczyna się mój 
niepewny  marsz  po  linie?  Nie  pochodzi  z  kraju  papy  -  tego 
jestem  pewna.  Ale  to  może  dlatego,  że  ubrany  jest  we 
francuskim stylu, wygląda już teraz jak dandys, w kamizelce i 
dobrze 

przyciętej 

marynarce: 

stanowi 

całkowite 

przeciwieństwo Pierrota, także usiłującego zrobić wrażenie na 
widzach swym ubiorem. 

O  ile  sobie  przypominam,  stoję  w  połowie  corde,  gdy 

pojawia się myśl, że młodzieniec, który zdołał zaskarbić sobie 
uczucie  monsieur  Rochestera,  może  być  tak  naprawdę  jego 
dzieckiem 

zagubionym 

lub 

utraconym 

synem, 

pozostawionym samemu sobie jak ja na ulicy Paryża (a chyba 
poradził sobie całkiem nieźle, jak wskazują na to wyszukany 
ubiór i dobre maniery). Nic dziwnego, że wykluczyłam myśl o 
prawdziwej  przyczynie  przyjazdu  papy  do  Paryża  z  mego 
umysłu:  spadłabym  w  tym  momencie  na  scenę,  łamiąc  sobie 
kark, gdybym pomyślała o tym jeszcze sekundę dłużej. Jakie 
to  zabawne,  przyjechać  do  Francji  i  zabrać  swego  właśnie 
odnalezionego  syna  do  Funambules,  by  obejrzeć  „małego 
francuskiego  bękarta",  o  którym  mój  tata  mówił  z  taką 

background image

pogardą  mademoiselle  Ingram!  I  jak  bardzo  niszczące  dla 
mnie. 

Gdy trzymałam się balustrady i wpatrywałam się w rzekę, 

co  pociemniała  teraz,  bo  chmura  zakryła  słońce, 
przypomniałam  sobie,  na  jaki  wysiłek  musiałam  się  zdobyć, 
by  wyrzucić  dziś  rano  z  mego  umysłu  myśl  o  istnieniu 
chłopca;  i  jak  ciężko  także  było  mi  zapomnieć,  że  ja, 
niewdzięczna,  pomyślałam  sobie,  że  monsieur  Rochester, 
nieusatysfakcjonowany  synem,  którego  urodziła  mu  Jane, 
ucieszył  się  z  możliwości  spotkania  się  ze  swym  francuskim 
potomstwem. 

Gdy  tak  stałam,  bezradna  wobec  innych  możliwych, 

przerażających  hipotez,  jakaś  ręka  lekko  poklepała  mnie  po 
ramieniu - odwróciłam się. Jednak  już zanim go zobaczyłam, 
wiedziałam,  że  długie,  poplamione  palce  należały  do  mego 
przyjaciela Nadara; szeroka dłoń, tak cierpliwa wobec płytek i 
obrazków  wyciąganych  z  głębin,  w  zaciemnionej  części 
studia, uniosła mnie do góry i posadziła na ramionach Nadara. 
Ruszyliśmy  na  przechadzkę  bulwarami.  Pierścień  z  kameą 
tego  wielkoluda  jest  mi  tak  dobrze  znany  jak  twarz  mej 
drogiej matki Celiny. - Adelko! - Nadar pochyla się, by mnie 
pocałować,  i  gdy  to  robi,  mija  nas  rzeczny  parowiec,  a  od 
strony  rzeki  rozlega  się  głośna  muzyka.  Przyjęcie! 
Przypominam sobie o przyjęciu, do pójścia na które zmuszały 
mnie  Jenny  i  Jeanne,  całe  wieki  temu,  zanim  niemalże 
straciłam życie, potykając się i spadając z wysokiej liny. - Co 
tu robisz sama, ma petite? - pyta Nadar, a ja czuję, jak gorące 
łzy  napływają  mi  do  oczu.  Nie  wolno  mi  płakać  -  myślę  o 
pojedynczej, sztucznej łzie Pierrota i widowni śmiejącej się z 
rozpaczy  pokonanego  przez  życie  clowna.  Ludzie  uwielbiają 
patrzeć,  jak  płaczesz  -  tak  więc  ja  nie  będę!  -  myślę, 
odwzajemniając 

uśmiech  Nadara.  Nawet  wtedy,  co 

przypomina mi zaaferowany, wewnętrzny głos, gdy przyjdzie 

background image

mi  na  poważnie  rozpatrzyć  kolejną  hipotezę  -  straszną, 
miażdżącą  hipotezę,  że  młodzieniec  towarzyszący  papie  jest 
takim samym dzieckiem Celiny Varens jak ja. 

Nadar  zabrał  mnie  na  jarmark,  jak  czynił  to  przez  lata, 

kiedy  maman  była  zbyt  zajęta  swoją  pracą  na  scenie,  by 
wybrać  się  na  spacer  do  Jardin  des  Plantes  albo  przechadzać 
się  wśród  chłopów  przybyłych  ze  wsi  ze  swym  towarem  na 
sprzedaż.  Rozumiał  bez  słów,  że  potrzebowałam  jego 
krzepiącej  obecności,  ale  nie  mógł  słuchać  ani  mówić,  żeby 
smutek nie wypłynął i nie powstrzymał nas przed kontynuacją 
naszej  wyprawy.  Od  czasu  do  czasu  próbowałam  mu  coś 
zakomunikować:  że  policjant  w  eleganckim  czerwonym 
mundurze przepasanym wstęgą, którego minęliśmy, pochodzi 
z tych samych oddziałów, co pewien młody człowiek, Albert, 
który  czeka  na  mnie  na  parowcu,  płynącym  przy  radosnych 
dźwiękach  rogów,  trąbek  i  skrzypiec;  że  on  sam  traci  szansę 
na  przeżycie  bankietu  swego  życia,  wybierając  udanie  się  ze 
mną  na  jarmark,  podczas  gdy  mógł  dołączyć  się  do  zabawy. 
Wyrecytowałam  nawet  menu  tego  wieczoru  usłyszane  od 
Jeanne  -  jednak  gdy  to  uczyniłam,  mój  głos  zniżył  się  do 
szeptu i prawdziwa rzeka, rzeka łez, którą cały dzień starałam 
się powstrzymać, nagle ze mnie trysnęła. 

 - Adelko, usiądźmy i porozmawiajmy o tym wszystkim. - 

W tym momencie byliśmy w samym sercu jarmarku, a budki, 
pełne  kolorowych  zabawek  i  zagadkowych  przedmiotów  dla 
żonglerów,  artystów  podnoszących  z  kosza  drewniane  lalki, 
by  tchnąć  w  nie  krótkie,  żałosne  życie  w  ich  nerwowo 
poruszające  się  członki;  stały  rzędem  jak  kosze  na 
nadmorskim  molo.  Kilkoro  dzieci  i  dama  o  zmęczonych, 
arystokratycznych rysach, stały, śmiejąc się z tańczącej figurki 
usuniętego  teraz  króla,  Ludwika  Filipa,  lalki  z  parasolem  i 
głową  w  kształcie  gruszki.  Jednak  Nadar,  który  z  dobrego 
serca  powstrzymał  się  od  śmiechu,  zapomniał  o  swych 

background image

sławnych  karykaturach  wypędzonego  monarchy  i  zwiesił 
głowę  wiedziony  współczuciem  dla  mnie.  -  Powiedz  mi 
wszystko  to  -  rzekł  -  o  czym  nie  byłaś  w  stanie  mówić 
wcześniej,  Adelko.  Wiele  razy  przychodziłaś  do  studia  i 
czekałaś,  bym  wyjaśnił  ci  postępowanie  Celiny.  Nie 
potrafiłem  zdobyć  się  na  to,  by  ci  powiedzieć  o  jej  śmierci. 
Czułem jednak też, że zrodziło się w tobie nowe przywiązanie, 
ale  nie  chcesz  tego  przyznać.  Czekałem,  aż  przyjdziesz 
powiedzieć mi prawdę... 

 - Jaką prawdę? - krzyknęłam, bo Nadar dotknął mnie tam, 

gdzie najmniej się tego spodziewałam. - Chciałam... chcę... by 
mój ojciec... 

 - Nie, nie chodzi o twego ojca - przerwał mi Nadar, a jego 

głos był tak cichy, że ledwie go słyszałam wśród wrzasków i 
wrzawy panującej na targu nad brzegiem Sekwany. - Najlepiej 
będzie, jak powiesz teraz dobremu, staremu Nadarowi, co się 
zdarzyło w tym zamku potwora, do którego wysłała cię Jenny, 
a uczyniła to, muszę przyznać, z ogromnym niepokojem... 

Zaczęłam więc mówić i w taki oto sposób opowiedziałam 

Nadarowi  co  się  ze  mną  działo.  Jego  oczy  rozwarły  się  ze 
zdumienia,  gdy  powiedziałam  mu  o  odkryciu  Antoniny  i  jak 
szybko 

zawarłyśmy 

przyjaźń,  a  zamknęły  się  z 

niedowierzania,  gdy  opisałam,  w  jaki  sposób  zginęła  smutna 
żona papy, jak zamknęłam okno wychodzące na dach i tam ją 
zostawiłam.  Jak  bardzo  chciała  dostać  się  na  ziemię, 
zjeżdżając  po  rynnie  w  dół  domu  zwieńczonego  blankami,  i 
jak  z  pewnością  upadła  i  zginęła  -  nikt  o  niej  bowiem  nie 
słyszał od tej pory w Thornfield Hall. 

 -  Adelko,  nie  wierzę,  że  byłabyś  do  tego  zdolna,  mając 

nawet  osiem  lat  -  powiedział  Nadar,  a  mówił  tak  poważnym 
tonem, że zdałam sobie sprawę, że tym razem nie żartuje: że 
ma mi coś do powiedzenia, ale zanim mi to wyjawi, chce mieć 
pewność, że potrafię rozróżnić prawdę od kłamstwa. - Czy nie 

background image

było tam nikogo w korytarzu na strychu zamczyska potwora? - 
nalegał.  -  Wiesz,  moje  dziecko,  jeśli  marzą  ci  się  bajeczki, 
lepiej  będzie,  jeśli  pójdziesz  do  La  Cibot  i  spojrzysz  w  jej 
kryształową  kulę,  zamiast  oczekiwać  od  Nadara,  żeby 
uwierzył w twe opowiastki o spadających, szalonych żonach i 
całej reszcie. 

 -  Nie,  nie!  -  wrzasnęłam,  dotknięta  do  żywego 

podejrzeniem  Nadara,  że  nadal  żyłam  w  świecie  Śpiącej 
Królewny, Pięknej i Bestii i zamkniętej komnaty Sinobrodego. 
- To się zdarzyło, zanim wróciłam ze szkoły - zanim uciekłam 
- i podpaliłam Thornfield Hall moim powiększającym szkłem 
-  przysięgam,  że  to  prawda!  To  przed  pożarem  la  pauvre 
Antonina  spadła  i  zabiła  się.  Ale  wtedy  wszyscy  mówili,  że 
zginęła w pożarze. A to nie było tak, nie tak! 

Nadar wybuchnął śmiechem, nie mogąc się powstrzymać, 

i wyciągnął w moim kierunku rękę, jak zwykł to robić, kiedy 
byłam mała i przechodziliśmy przez ruchliwą ulicę. - Adelko - 
rzekł delikatnie, a gdy mówił, zdjął ciemny pierścień z kameą, 
który nosił, od kiedy go poznałam, dotknął małego zawiaska z 
boku,  na  co  karneol  osadzony  w  złocie  odskoczył,  ukazując 
równie  miniaturową  płaskorzeźbę  głowy  w  kości  słoniowej. 
Wzdrygnęłam  się:  była  to  Celina,  tak  piękna  na  tej  martwej 
podobiźnie, jak ją znałam, gdy była młoda i dopiero zaczynała 
karierę w Funambules. Czy Nadar zawsze kochał moją matkę? 
Dlaczego nosił ten pierścień, nigdy nie zdejmując go z palca? 
Co to mogło znaczyć? 

 -  Spójrz  na  to  -  i  z  ostrożnością,  z  jaką  obchodził  się  z 

przedstawicielami  bohemy,  poetami,  pisarzami  i  malarzami 
Paryża,  podniósł  płaskorzeźbę  maman,  by  pokazać  mi  drugi, 
jeszcze bardziej mikroskopijny obrazek kryjący się pod nim. 

Pochyliłam się w kierunku Nadara na starej brudnej ławce, 

stojącej  na  żwirowanym  terenie  targowiska,  i  gdy  tylko  to 
uczyniłam,  zaczęła  grać  katarynka.  Muzyka,  jednocześnie 

background image

smutna  i  wesoła,  sprawiła,  że  powróciłam  do  salonu  w 
Thornfield Hall, gdzie mademoiselle Blanka lubiła grywać na 
starej  pianoli  przywiezionej  przez  papę  z  dawnego  pobytu  w 
Paryżu, jak głosiła plotka. Gdy był w dobrym humorze, sadzał 
mnie  okrakiem  na  kolorowym  urządzeniu  i  nazywał  mnie 
swoją „małą małpką". Innym razem, gdy Blanka wystukiwała 
melodię,  uśmiechając  się  do  niego  swymi  aksamitnymi 
oczami,  kazał  mi  wychodzić  z  pokoju  tak  szybko,  jak  tylko 
ponieść  mnie  mogą  moje  nogi.  W  obu  wypadkach,  głośna, 
obojętna  mi  muzyka,  niosąca  się  echem  w  ziejące  pustką 
popołudnie  wzbudzała  we  mnie  najsroższy  ból  tęsknoty  za 
Celiną,  jakiego  kiedykolwiek  miałam  zaznać  -  tak  wtedy 
myślałam. 

Teraz  ból  ten,  gorszy  niż  tęsknota  za  domem,  dosięgnął 

mnie po raz kolejny. A z nim pojawiły się przerażające sceny 
z  domu  papy:  znalezienie  zagłodzonej,  przestraszonej 
Antoniny  na  dachu  i  zaaferowana  postać  madame  Fairfax, 
która  popchnęła  mnie  w  korytarzu,  jej  głośne  kroki  na 
drewnianej  podłodze  po  zamknięciu  okna;  sen,  co  mi  się 
przyśnił,  gdy  Jane  była  daleko  od  domu,  a  papa, 
niepocieszony  i  często  pijany  siedział  przy  kominku  w 
bibliotece,  wzniecając  ogień  niezależnie  od  pory  roku;  sen  o 
ogniu, zapalonym przeze mnie na strychu, gdzie przez długich 
piętnaście  lat  zamknięta  była  Antonina;  przebudzenie,  po 
którym zorientowałam się, że w pudełku nie ma mojego szkła, 
mego  cennego  szkła,  podarunku  od  La  Cibot.  I  podejrzenie, 
wobec wszystkich w Thornfield Hall - gospodyni, pokojówki, 
Johna i Mary - wszystkich oprócz Jane. Winiłam samą siebie 
za  spalenie  domu  papy,  oczywiście,  że  tak.  ,,Ta  twoja  stara 
wiedźma  z  Paryża  -  usłyszałam  słowa  madame  F,  kiedy  się 
obudziłam,  spocona  i  drżąca.  -  To  ona  nauczyła  cię  tych 
sztuczek, Adelko..." 

background image

Gdy  sceny  te  przewijały  się  w  mym  umyśle,  Nadar 

podniósł  przed  moje  oczy  obrazek  ukryty  w  podstawie 
pierścionka. Byli na nim chłopiec i dziewczynka, namalowani 
olejno,  na  czerwonym,  aksamitnym  tle.  Dziewczynka,  jak  od 
razu rozpoznałam - to byłam ja, Adelka w wieku pięciu lat, w 
kędziorkach i z wykrzywionymi usteczkami, dziecko, po które 
papa  posłał  trzy  lata  później,  by  uratować  je  przed  nędzą  na 
ulicy.  Druga  głowa  także  namalowana  była  z  profilu  i  nie 
sposób ją było zapomnieć - ja przynajmniej nie zapomniałam 
tej twarzy, podobnej do mojej, a jednak jakby szlachetniejszej, 
z  orlim  nosem  i  długimi,  czarnymi  rzęsami.  Spojrzałam  na 
Nadara;  umieścił  podobiznę  Celiny  w  kości  słoniowej  na 
swoim  miejscu,  zamknął  ukryty  zameczek  i  włożył  pierścień 
na mój palec. 

 -  Tak  -  rzekł  Nadar,  gdy  głośna  muzyka  ucichła,  a  my 

mogliśmy  pomyśleć  i  porozmawiać  w  zmierzchającym, 
paryskim  wieczorze.  -  To  prawda,  Adelko.  I  tak  jak  mi 
powiedziałaś o scenach, które przyszły ci na myśl na dźwięk 
katarynki,  a  które  dały  ci  wskazówkę,  co  się  naprawdę 
zdarzyło w twym angielskim zamku, tak te portrety pokażą ci, 
kim jesteś. 

 -  Więc  kim  jestem?  -  spytałam  i  gdy  wymówiłam  te 

słowa, poczułam lęk przed odpowiedzią Nadara. Bo na pewno 
-  jeśli  Celina  chciała,  bym  ujrzała  ten  pierścień,  jeśli 
powierzyła go Nadarowi z poleceniem, by przekazał mi go po 
jej śmierci, to musi on zawierać to, co jak zauważyłam, było 
ukrywane przede mną przez całe moje młode lata, jak te małe 
portrety w kamei, a mianowicie prawdę. 

 -  Na  zawsze  pozostaniesz  Adelką  -  odparł  Nadar.  -  Ale 

masz brata, który urodził się kilka godzin przed tobą, i jest to 
ten chłopiec, jak sądzę, którego dzisiaj widziałaś. 

background image

19 
Nadar  i  ja  siedzieliśmy  w  milczeniu  dłuższą  chwilę,  na 

naszej ławce, gdzie  krzyki  starego szarlatana stojącego  przed 
swą  na  wpół  pustą  budką  przerywane  były  śpiewem 
skaczących  po  ulicy  dzieci  i  sygnałami  rzecznych  parowców 
przybijających, wypluwających pasażerów i odpływających, i 
wydawały się jak z innego świata. Rodziny, które nas mijały, 
niezwracające  na  nas  uwagi  i  skupione  tylko  na  sobie,  były 
także  odległymi  duchami,  a  te,  które  spoglądały  w  naszym 
kierunku, jeśli nawet tylko na chwilę, prezentowały nieznany 
mi  dotychczas  wizerunek  mego  dzieciństwa,  przedstawiony 
właśnie  przez  Nadara;  każda  rodzina  bowiem  składała  się  z 
matki,  ojca,  chłopca  i  dziewczynki.  Rodziny  te  nie  miały 
przed  sobą  żadnego  wyraźnego  kierunku,  oprócz  spaceru 
nabrzeżem  Sekwany  i  popisywania  się  przed  tymi,  których 
uważali  za  mniej  doskonałych  od  siebie.  Mężczyzna  ze  swą 
żoną,  miniaturowa  para,  idąca  ich  śladem,  obiecująca 
przyszłość tak szczęśliwą i zasobną, jak życie ich rodziców - 
co  innego  na  świecie  może  się  równać  z  tym  ostentacyjnym 
spełnieniem? I, przypominając sobie, jak kiedyś chodziłam za 
maman po Ogrodach Luksemburskich, zrozumiałam w końcu, 
że  doskwierała  nam  niepełność;  w  naszym  dziarskim 
pochodzie nie było ani męża, ani syna, ani brata. 

Nadar nie zdradzał chęci odpowiedzenia na pytania, które 

cisnęły mi się na usta. - Dlaczego nie widywałam się z moim 
bratem,  kiedy  byłam  siała?  Gdzie  on  mieszkał?  Gdy  papa 
zdecydował  się posłać po mnie, bym zamieszkała na  ponurej 
północy  Anglii,  dlaczego  nie  zaprosił  także  jego...?  -  I 
dlaczego, w końcu, Celina nie powiedziała mi o istnieniu mon 
semblable  (Mon  semblable  (fr.)  -  podobny  do  mnie.),  mon 
frere  (Mon  frere  (fr.)  -  mój  brat.),  brata,  którego  po  raz 
pierwszy dane mi było zobaczyć, gdy zwisałam głową w dół 

background image

na trapezie w Funambules? Bała się konsekwencji? A jeśli tak, 
to dlaczego? 

 -  Dowiesz  się  tego,  jak  przyjdzie  na  to  pora  -  odparł 

Nadar  i  przez  chwilę  zdawało mi  się,  że zobaczyłam  prawdę 
uformowaną  przez  Nadara  w  zaciemnionej  części  studia  za 
zasłoną,  jak  rysy  prawdziwych  mężczyzn  i  kobiet  na  płytce 
fotograficznej.  W  portretach  Nadara  nie  było  miejsca  na 
fantazję  czy  spekulacje,  jak  często  mi  powtarzał,  gdy  lekko 
zarysowane,  nieruchome  twarze  nabierały  intensywności,  a 
ich  tożsamość  stawała  się  całkowicie  rozpoznawalna,  gdy 
wynurzały  się  z  płynu  do  wywoływania.  Tutaj  widać  twarze 
takimi, jakimi są naprawdę. 

Mimo  to  nadal  zadawałam  pytania,  na  co  milczący 

olbrzym  obok  mnie  potrząsał  głową.  W  jaki  sposób  Nadar 
dowiedział się o mym „utraconym bracie", którego widziałam 
idącego  u  boku  monsieur  Rochestera?  Dlaczego  Celina  dała 
Nadarowi  pierścień  z  medalionem  i  kameą  swoich  dzieci 
ukrytą  w  środku?  Czy...  czy  to  możliwe,  żeby  Nadar  był 
ojcem nas obojga? Może obiecał Celinie, że nigdy nie zdradzi 
tego sekretu? W sumie spędziłam z Nadarem więcej czasu niż 
z  jakimkolwiek  innym  mężczyzną.  Czy  to  ojcostwo  było 
źródłem cierpliwości okazywanej mi przez te wszystkie lata? 
A  jeśli  tak,  dlaczego  chłopcu  nie  ofiarowano  takich  uczuć  i 
zainteresowania jak mnie? 

 -  Adelko  -  odezwał  się  w  końcu  Nadar,  gdy  wstaliśmy 

oboje  powodowani  niewyartykułowaną  decyzją,  by  opuścić 
ławkę,  wyspę  wśród  pełnego  wrzawy  morza  domokrążców, 
akrobatów  i  szarlatanów  sprzedających  naiwnym  fałszywe 
leki.  -  Milczę,  bo  za  tym  wszystkim  kryją  się  nieprzyjemne 
wydarzenia.  Takie  sprawy  nie  są  przeznaczone  dla  uszu 
dziewczyny,  młodej  kobiety.  -  Po  czym  odwrócił  się  i 
przygryzł wargę. - Idź do domu, Adelko - dodał - i nie myśl 
więcej  o  przeszłości,  której  nam  obojgu  nie  uda  się  już 

background image

odzyskać.  Masz  ten  pierścień  -  zobowiązałem  się  słowem 
honoru,  że  wręczę  go  tobie,  gdy  się  jeszcze  kiedykolwiek 
spotkamy. 

Fakt,  że  Nadar  nie  spodziewał  się,  że  do  tego  dojdzie, 

zasmucił mnie jeszcze bardziej i musiałam na niego błagalnie 
spojrzeć, gdyż ciągnął tak szorstkim tonem, jakiego jeszcze u 
niego  nie  słyszałam:  -  Moje  dziecko,  zdaje  mi  się,  że  ślepa 
jesteś  na  prawdę  w  swym  nowym  życiu.  Plujesz  w  twarz 
dobremu losowi. Wracaj ty do siebie! 

Słyszałam  już  jednak  te  słowa,  wypowiedziane  z  taką 

samą  mocą,  wiele  lat  temu.  Głos  Celiny,  niosący  się  jak 
grzmot  z  biało  -  różowej  sypialni  w...  w  białej  willi  nad 
morzem,  podczas  gdy  ja  czekałam,  aż  pójdziemy  wszyscy 
razem nad morze, maman, papa i ja. „Wracaj ty do siebie!", a 
potem dał się  słyszeć  głos mężczyzny, o którym ona  i  Jenny 
mówiły,  że  był  moim  ojcem  -  powolny,  śmiejący  się  i 
zaprzeczający, 

jakoby 

mademoiselle 

Celina 

Varens 

wytrzymać  miała  zaledwie  miesiąc  w  ostrym  klimacie 
Thornfield  Hall.  „Jeśli  trzeba,  mogę  tu  spędzić  całe  moje 
życie", doszły mnie słowa mężczyzny, dzielącego sypialnię z 
maman  -  oczywiście,  kiedy  mu  na  to  pozwoliła,  a  Jenny  nie 
omieszkała  mi  donieść,  że  obcy  milord  więcej  niż  raz  został 
odprawiony z kwitkiem i ani razu nie udało mu się dostać do 
łóżka Celiny. Tak więc... 

 - Dokąd mam wracać? - wykrzyknęłam jak rozzłoszczone 

dziecko, za jakie nadal się uważałam. - Gdzie jest mój dom? 

Nadar potrząsnął głową, a ja poczułam ogromny ciężar, bo 

uświadomiłam sobie, że być może nigdy nie usłyszę od niego 
całej  historii.  -  Chodźmy  zjeść  coś  u  Flicoteaux  i  zobaczmy, 
czy  nadal  mają  te  pyszne  dania,  które  tak  lubiłaś  - 
zaproponował Nadar. - Pamiętasz, jak tam kiedyś poszliśmy... 
-  I  tak,  jakbym  była  nowo  przybyłym  turystą  zwiedzającym 
me  rodzinne  miasto,  zaczął  opisywać  drogę  do  place  de  la 

background image

Sorbonne. - Nie zajmie nam to więcej niż dwadzieścia minut - 
ciągnął podekscytowany, tak jakby naszym jedynym tematem 
rozmowy były ulice Paryża, restauracje i inne rozrywki. - No 
chodź, Adelko. 

Gdy Nadar skończył mówić, a ja stałam uparta i milcząca 

jak ośmiolatka, jaką na powrót się stałam, zasłona małej sceny 
została  odsłonięta,  a  w  tłumie  rozległ  się  pomruk.  W  ciżbę 
ludzką  wciskali  się  nowo  przybyli  -  wszyscy  ci  samotni 
mężczyźni,  jak  szybko  zauważyłam:  przeciskali  się  szybko, 
odwracając  wzrok,  żadne  tam  idealne  rodziny,  które 
widziałam wcześniej. Jednak Nadar skrzywił się, widząc, jaki 
spektakl zaraz się zacznie, i znów pociągnął mnie za rękę. 

Szybko  zrozumiałam,  dlaczego  mój  stary  przyjaciel  i 

opiekun  usiłował  zabrać  mnie  do  studenckiej  kantyny, 
Flicoteaux - miał nadzieję, jak przypuszczam, że w ten sposób 
sprawi,  że  przestanę  myśleć  o  rodzinnych  tajemnicach, 
utraconych  braciach,  nieobecnych  matkach i  całej  reszcie.  W 
towarzystwie  młodych  ludzi,  patrzących  w  przyszłość, 
przeszłość i jej skutki miały w mych oczach stracić ważność - 
na to przynajmniej musiał mieć nadzieję biedny Nadar. Teraz, 
gdy  stałam  wrośnięta  w  ziemię,  zdałam  sobie  sprawę  z 
brutalności  sceny  rozgrywającej  się  przed  moimi  oczyma, 
wśród  zgiełku  targowiska.  Woń  smażeniny,  służącej  za 
kadzidło przy takich okazjach i przywodzący na myśl zapach 
domowej biedy i małżeńskiej desperacji, przybrała na sile, gdy 
żelazna  klatka  wynurzyła  się  zza  kurtyny,  a  za  kratami 
pojawili  się  bohaterowie  wystawieni  na  ludzki  wzrok.  -  No 
dobrze,  wyjaśnię  ci,  o  co  tu  chodzi,  Adelko  -  głos  Nadara 
rozległ się koło mego ucha, a brzmiał w nim cynizm i obycie, 
które  słyszałam  u  niego,  gdy  przychodzili  do  jego  studia 
Gerard  albo  Charles,  jego  przyjaciele  -  czarnowidze.  -  Ten 
potwór  -  ciągnął Nadar, wskazując na  stworzenie, z  początku 
nie  przypominające  niemal  istoty  ludzkiej,  które  wbiegło  do 

background image

klatki,  a  za  nim  niski,  krępy  mężczyzna  -  to  jedno  z  tych 
zwierząt, na które woła się „mój aniele", czyli kobieta. Drugi 
potwór  -  i  widziałam,  że  Nadar  miał  na  myśli  niskiego, 
krępego, goniącego ją mężczyznę - krzyczący z całych sił, to 
mąż. Skuł łańcuchami swoją prawowitą małżonkę, jakby była 
bestią, i wystawia ją na pokaz na przedmieściach, kiedy tylko 
jest jarmark, za zgodą władz miejskich, czego chyba nie trzeba 
dodawać... 

 -  Przyjrzyj  się  temu  dokładnie  -  podjął  Nadar,  gdy 

usunęłam  się  w  tył,  by  przestać  patrzeć  na  widowisko,  które 
tak bardzo chciałam obejrzeć zaledwie dwie  sekundy temu. - 
Ten  włochaty  potwór  przybrał  formę  dalece  niepodobną  do 
ciebie,  droga  Adelko.  Zobacz,  jak  chciwie  -  a  ona  chyba  nie 
udaje!  -  rozrywa  na  kawałki  żywe  króliki  i  piszczące,  małe 
kurczaczki, rzucane jej przez strażnika. Popatrz, jak ją bije ten 
jej mąż, z jakim okrucieństwem odbiera jej ofiarę, tak że przez 
chwilę jej wnętrzności ciągną się, uczepione zębów drapieżnej 
bestii.  Takie  są  małżeńskie  zwyczaje  tych  dwóch  potomków 
Adama i Ewy, ma petite. Jesteś pewna, że chcesz w ten sposób 
poznać sekrety ludzkiego szczęścia? 

Odwróciłam  się;  nigdy  przedtem  nie  zrobiło  mi  się  tak 

niedobrze,  jak  na  widok  tego  jarmarcznego  pokazu 
bestialstwa. Chciałam jedynie wziąć Nadara pod ramię i pójść 
z  nim  na  place  de  la  Sorbonne.  Pragnęłam  towarzystwa 
śmiejących  się  studentów;  nie  mogłam  dłużej  znieść  widoku 
dzikiej kobiety i jej męża. Nadar miał rację - powinnam była 
odejść,  zanim  przed  moimi  oczyma  pojawiła  się  klatka  i  jej 
mieszkańcy. 

Jednak w jakiś sposób zdawałam sobie sprawę, gdy przed 

moimi  oczyma  pojawił  się  widok  z  najwyższego  piętra 
Thornfield Hall i  zobaczyłam dziką, włochatą  kreaturę, w złe 
dni będącą potworem zwanym Bertą, a nie moją przyjaciółką 
Antoniną - a jej okrutnym strażnikiem nie był papa ani Gracja 

background image

Poole, ale inna osoba, tak mi znana, że aż krzyknęłam na głos 
wśród  ciekawskiego,  rechoczącego  tłumu  -  wiedziałam,  że 
moja  własna  ciekawość  została  ukarana  powrotem 
przygnębienia i samotności, którą czułam, zanim ręka Nadara 
poklepała  mnie  po  ramieniu  na  nabrzeżu  Sekwany.  Gdyż  w 
momencie,  kiedy  moja  przerażona  pamięć  przywołała  przed 
moje  oczy  kolejne  sceny  przedstawiające  nieszczęsną 
pierwszą  żonę  monsieur  Rochestera  -  w  tym  zabieranie  jej 
jedzenia sprzed nosa (a później, gdy myślano, że już od dawna 
śpię,  dochodziły  mnie  odgłosy  ciosów  wymierzanych  pałką, 
skowyt  i  błaganie  o  litość),  zobaczyłam,  że  dłoń,  której 
szukałam  i  którą  chwyciłam  w  tłumie,  wcale  nie  należała  do 
Nadara.  To  karzeł  stał  i  krzywiąc,  uśmiechał  się  do  mnie, 
jednocześnie  w  odpowiedzi  mocno  ściskając  mi  rękę. 
Przerażona,  odsunęłam  się  od  niego  i  uciekłam  -  jednak  na 
całym terenie jarmarku śladu nie było po Nadarze i tym razem 
wiedziałam  już  na  pewno,  że  mój  upór  i  dziecinność  na 
zawsze pozbawiły mnie starego opiekuna. 

Teraz  nie  miałam  już  dokąd  pójść.  Jenny  pewnie  była 

akurat nad rzeką z młodym Albertem i całą resztą, z którymi 
tak  usilnie  starała  się  mnie  zaprzyjaźnić.  Gdy  wrócę  na 
Faubourg  Poisonniere,  będę  bardziej  samotna  niż 
kiedykolwiek wcześniej. 

Jednak  kojący,  cichy  głos  prowadził  mnie,  gdy  szłam,  z 

początku  bez  żadnego  celu,  i  nie  należał  on  do  mnie. 
Powiedział mi, żebym nie wpadała w panikę, i choć dochodził 
do  mnie  z  daleka,  wiedziałam,  że  dobrze  mi  radził,  bym 
wróciła  do  Jenny,  a  potem  zastanowiła  się,  co  dalej  robić. 
Bulwarami poszłam więc do pokoju, gdzie łóżko w kącie było 
-  przynajmniej  czasami  -  moim  domem.  Nie  miałam  pojęcia, 
jak długo jeszcze tu zostanę. 

Jenny  stała  przy  oknie,  gdy  weszłam  do  pokoju  z 

ukośnymi  krokwiami,  gdzie  dziś,  jak  gdyby  z  okazji 

background image

narodowego święta, które wyprowadziło tłumy na ulice, unosił 
się silny odór smażonego jedzenia i słoneczne światło padało 
na pęknięcia w ścianach, pajęczyny i kurz. Musiała wyglądać 
za  mną  -  zdaję  sobie  z  tego  sprawę  i  nagle  nachodzi  mnie 
poczucie  winy,  uczucie,  którego  wcześniej  nie  zaznałam  w 
obecności  Jenny,  wyznawczyni  zadowolenia  z  siebie  i 
robienia  tego,  na  co  się  ma  ochotę,  bez  względu  na  reakcje 
innych.  Wygląda  na  to,  że  zrezygnowała  ze  swego 
przyjemnego  wieczoru  -  w  jej  przypadku  oznaczało  to 
rozmowy  z  innymi  kobietami  o  wolności  i  rewolucji  -  na 
pokładzie  rzecznego  parowca,  by  pocieszyć  mnie  po  śmierci 
Celiny.  Widziała,  jak  wielkiego  doświadczam  smutku,  i 
postanowiła  wziąć  w  karby  swój  własny.  Gdy  odwróciła  się 
od okna i podeszła do mnie, po raz pierwszy od kiedy byłam 
dzieckiem  poczułam  miłość  do  tej  przysadzistej,  starzejącej 
się aktorki: w sumie oddała Celinie wszystko, co miała; i jak 
ja, została opuszczona, by oddać się nowej, fascynującej pasji. 

 - A - powiedziała Jenny bez żadnego wstępu, tak jakbym 

wyszła z pokoju zaledwie przed chwilą, a wszystkie dzisiejsze 
przedziwne  wydarzenia  nie  miały  w  ogóle  miejsca.  -  Nadar 
dał ci pierścień, jak widzę. - Ujęła mą dłoń i ściągnęła sygnet 
z palca. Szybkim ruchem otworzyła medalion i - podczas gdy 
ja  ze  wzrastającym  wzburzeniem  przekonywałam  się,  że 
żadna  z  tajemnic  dotycząca  ukrytych  portretów  Celiny  nie 
była  jej  obca  -  odsunęła  delikatną  złotą  płytkę,  by  odsłonić 
maleńki  obrazek.  -  I  pokazał  ci  to  dzisiaj?  -  ciągnęła  Jenny 
swym  szorstkim  głosem,  tak  jakby  pytała  mnie,  czy 
posypałam  dłonie  talkiem  przed  wejściem  na  wysoko 
zawieszony trapez. - Wnoszę, że podał ci nazwisko brata? 

 - Nazwisko? - Nagle ogarnęła mnie fala zmęczenia, jakiej 

nigdy  wcześniej  nie  czułam,  nawet  po  dwóch  występach  w 
teatrze  z  tańcem  na  linie.  -  Chyba  wystarczy  już  to  - 
powiedziałam,  ale  poczułam  słabość  w  głosie,  gdy  to 

background image

mówiłam - że mam brata? Widziałam go, wiesz, na widowni z 
papą...  -  I  powróciły  mi  siły  na  myśl,  że  w  sumie  mam 
prawdziwą rodziną, rodzinę taką jak te na jarmarku, i że mój 
ojciec  i  mój  brat  przyszli  mnie  zobaczyć,  jak  tańczę  wysoko 
ponad sceną. 

 -  Wiem,  szłam  za  tobą  do  Funambules  -  rzuciła  krótko 

Jenny, a mnie po raz drugi ukłuło poczucie winy, że jej dzień 
spisków politycznych ulotnił się wobec troski o mnie. - Ja... ja 
się bałam, że możesz spaść... - I odepchnęła mnie zaraz, gdy 
podeszłam,  by  podziękować  jej  za  wspaniałomyślność.  - 
Widziałam ich tam - zagraniczny milord i twój brat bliźniak, 
młody Lucien. Tylko że Lucien nie jest synem twego ojca. 

 - Ale przecież - zaprotestowałam - właśnie potwierdziłaś, 

że jest moim bratem bliźniakiem. Lucien... - I zorientowałam 
się,  że  nie  znam  nawet  imienia  mego  brata,  nowego  członka 
tej wspaniałej rodziny, którą stworzyli dla mnie Nadar i Jenny, 
by  wynagrodzić  mi  być  może  stratę  Celiny.  -  Lucien  - 
dodałam  i  spodobało  mi  się  brzmienie  jego  imienia,  mogłam 
wyobrazić sobie, że wybrała je maman. - Nazywa się Lucien 
Varens? 

 -  Słuchaj  mnie,  dziecko  -  rzekła  Jenny  i  coś  z  tego 

niepokoju  i  strachu  o  mnie,  który  musiała  czuć  przez  cały 
dzień,  widać  było  na  jej  twarzy,  gdy  podeszła  blisko,  a 
miniatury nie większe od oczka w pierścionku spoczywały w 
jej  dłoni.  -  Weź  swój  portret  i  odwróć  go.  Spójrz,  co  jest  po 
drugiej stronie. 

Było  to  dziwne  uczucie,  trzymać  w  ręku  nieskończenie 

mały  portret  dziecka  z  brązowymi  lokami  i  uśmiechniętą 
twarzą, które wiele lat temu było „la petite Adele", ukochaną 
córką  wielkiej  wodewilowej  aktorki  Celiny.  -  Co  teraz 
widzisz? - nalegała Jenny, gdyż obrazek, wielkości paznokcia 
mego małego palca, na spodzie miał misterny wzór wyryty w 

background image

delikatnej złotej pokrywie. - Przyjrzyj się uważnie - znajdziesz 
tam to, czego szukasz. 

Zrazu  nie  byłam w stanie  odczytać wijących  się znaków, 

tak  były  małe.  Wyglądało  to  tak,  myślałam  zdumiona,  jakby 
na gładkiej powierzchni z tyłu portretu dziecko nagryzmoliło 
rysikiem coś, co miało przypominać las albo splecione węże. 
Litery, gdyż one to były, jak powoli udało mi się zorientować, 
były  tak  poskręcane,  że  byłam  w  stanie  jedynie  rozpoznać 
literę F, czy coś, co ją przypominało, wysoką i otoczoną przez 
inne kształty, wznoszące się i opadające po obu jej stronach. 

 -  Tak,  tak  -  rzuciła  Jenny  i  nie  była  już  w  stanie  dłużej 

skrywać  swego  zniecierpliwienia.  -  A  to?  -  Wskazała  na 
maleńki  kształt,  a  wtedy  wreszcie  dostrzegłam  E,  greckie  E, 
jakiego  pisać  uczyła  mnie  Jane  w  pokoju  szkolnym  w 
Thornfield,  a  potem  F,  ozdobne  jak  pawie  pióro  i  stojące 
prosto 

przed 

R, 

które, 

samo 

odwrócone 

plecami, 

przyćmiewało  resztę  swym  kunsztownym  kształtem.  -  EFR  - 
przeliterowała  mi  Jenny,  tak  jakbym  na  powrót  była  małym 
dzieckiem.  -  Edward  Fairfax  Rochester.  Twój  papa  złożył 
swój  podpis,  uznając  cię  za  swoje  dziecko,  Adelko.  Teraz 
spójrz,  co  jest  na  odwrocie  miniatury  Luciena.  Co  tam 
widzisz? 

Pamięć  jest  znana  z  tego,  że  zawodzi,  i  tego  dnia,  w 

duchocie  i  upale  w  pokoju  Jenny  na  poddaszu  na  Faubourg 
Poissoniere,  nie mogłam  Przysiąc,  że  szybko  przypomniałam 
sobie powóz, co pewnego dnia zabrał nas, maman i mnie, na 
wyścigi  w  Longchamps.  W  myślach  zobaczyłam  służalczego 
stewarda  tych  wyścigów  i  spostrzegłam,  jak  wyniośle 
przywitał się z Celiną (którą rozpoznałam od razu) - już w tak 
młodym  wieku  pogardzał  ludźmi,  co  nie  wywodzili  się  z 
szeregów  arystokracji.  Zobaczyłam  konie  ustawione  w 
szeregu  i  usłyszałam  moje  własne  okrzyki  radości,  gdy  koń 

background image

wicehrabiego wyskoczył do przodu i  jako pierwszy przybiegł 
do mety. 

Tak, to wicehrabia. Oczywiście! Znów zobaczyłam powóz 

jadący  do  domu  i  otwarte  drzwi,  trzymane  przez  sługę,  z 
herbem  lśniącym  w  popołudniowym  słońcu.  Herb 
wicehrabiego, pełen wdzięku i arogancji podobnie jak inicjały 
papy  z  tyłu  mego  portretu,  zdobił  podobiznę  chłopca, 
będącego, jak mi powiedziano, moim bratem bliźniakiem. 

 -  Twoja  matka  była  przekonana  -  powiedziała  cicho 

Jenny,  gdy  podeszłam  do  okna,  by  spojrzeć  na  prawdziwy 
świat, o tyle prostszy, jak wtedy uważałam, niż powiązania w 
rodzinie,  w  której  teraz  wylądowałam  -  twoja  matka  była 
pewna,  że  Lucien  był  dzieckiem  wicehrabiego,  a  ty  byłaś 
córką Anglika, co przybył do Francji, by złamać jej serce - tak 
przynajmniej często o nim mówiła. Przypomnij sobie, Adelko, 
a zrozumiesz, dlaczego Nadar, który także kochał Celinę, jak 
o  tym  dobrze  wiesz,  nie  mógł  się  zdobyć  na  powiedzenie  ci 
tego. 

Zamknęłam oczy, nadal stojąc przy niskim mansardowym 

oknie  nędznego  pokoju  Jenny,  i  na  nowo  cały  dzień  na 
wyścigach  spędzony  z  wicehrabią  przesunął  mi  się  przed 
oczyma. Tym razem zauważyłam długą nieobecność maman i 
jej  kochanka;  nie  było  ich  pół  godziny  co  najmniej,  w  tym 
czasie zaś mieli szukać dla mnie cukierków, abym mogła się 
nimi  delektować  podczas  długiej  drogi  powrotnej.  Szukałam 
ich, choć oni o tym nie wiedzieli, i weszłam do zakrytej loży 
na  królewskiej  trybunie...  i  wtedy  ich  zobaczyłam,  maman 
miała  zaróżowione  policzki  i  rumieniła  się,  a  wicehrabia 
promieniał,  co  u  niego,  jak  zrozumiałam  już  wcześniej, 
oznaczało,  że  dostał  od  swej  uwielbianej  Celiny  coś  równie 
dobrego, jak małe słodkości. 

 - Tego dnia, kiedy nie zabrali cię ze sobą na Longchamps 

-  podpowiedziała  mi  Jenny.  -  O  Boże,  Adelko,  wtedy,  kiedy 

background image

milord  wpadł  w  straszny  gniew:  dzień,  którego  z  pewnością 
nigdy nie zapomnisz. 

I  znów,  chociaż  przyznaję  się  do  tego  ze  wstydem,  na 

myśl  przychodzi  mi  wspomnienie  orzechów  w  czekoladzie: 
jak  bardzo  miałam  na  nie  ochotę  i  choć  bałam  się,  że 
mężczyzna, którego kazano mi nazywać papą, będzie w złym 
humorze,  miałam  odwagę,  by  pójść  wprost  do  niego,  na 
balkon  domu  przy  rue  Vaugirard  i  bez  żadnych  wstępów 
poprosić  o  cukierek.  Słyszę  jego  pełen  złości  śmiech,  gdy 
rzuca  twarde  migdały  na  dach  oranżerii,  o  którą  prosiła  go 
maman,  i  jego  pełne  zadowolenia  prychnięcie,  gdy  tłukło  się 
szkło i spadało w kawałkach na ziemię. 

Nagle  dostrzegam  powóz  -  prawdopodobnie  zanim  widzi 

go  monsieur  Rochester  -  chociaż  na  pewno  zauważa,  tak  jak 
ja, jaki  wyraz  twarzy  mają  wychodzący z  niego  wicehrabia i 
Celina.  W  mgnieniu  oka  wszystko  staje  się  jasne  dla 
zagranicznego  milorda:  wie  przecież,  co  oznacza  wyraz 
zaspokojonego  pożądania  na  twarzach  obydwojga.  Jednak  ja 
usiłuję  powrócić  pamięcią  do  dnia,  kiedy  pozwolono  mi 
pojechać  razem  z  Celiną  i  jej  francuskim  kochankiem, 
powraca  mi  przed  oczy  obraz  loży  na  królewskiej  trybunie, 
drzwi za aksamitną zasłoną i porozrzucane na kanapce z tyłu 
loży  pończochy,  halki  i  koronki,  w  które  maman,  jak 
widziałam, stroiła się wcześniej tego dnia. 

Teraz zmuszam się do tego, by przypomnieć sobie, co się 

stało  w  domu  maman,  zanim  milord  wyrzucił  ją  na  ulicę  i 
zdemolował pokoje, a my uciekłyśmy z płaczem, by odszukać 
Jenny.  Wicehrabiego  wezwano  na  pojedynek  -  tak,  to 
pamiętam  bardzo  dobrze.  Ale  maman  -  jak  mogła  dać  się 
złapać Anglikowi, który zaniósł ją do jej buduaru, już na wpół 
zniszczonego  przez  wściekłego z  zazdrości  milorda?  Czy  nie 
zakryłam  oczu,  modląc  się,  by  potwór  jej  nie  zabił,  podczas 
gdy  jej  krzyki  odbijały  się  echem  po  całym  domu, 

background image

opuszczonym przez służących, jak tylko pojawiły się pierwsze 
oznaki nadciągającej burzy? I czy te krzyki nie przekształciły 
się  przypadkiem  w  jęki  rozkoszy,  czego  wtedy  nie  chciałam 
przyjąć do wiadomości? 

Potem przypomniało mi się, jak maman powiedziała mi z 

opuszczonym wzrokiem o tym, jak monsieur Rochester zastał 
ją  z  kochankiem  po  raz  pierwszy  -  jak  dzisiaj,  przybyli 
powozem  pod  same  drzwi,  myśląc,  że  protektor  Celiny  jest 
daleko  stąd,  w  Yorkshire.  „Edward  wziął  bat  z  oszklonej 
gablotki",  powiedziała  maman, a  ja  przypomniałam  sobie,  że 
po  raz  pierwszy  w  życiu  się  od  niej  odsunęłam.  -  To  tego 
właśnie dnia, ma petite, zostałaś poczęta. Jako dziecko cyrku, 
to na pewno. 

Jednak  nie  powiedziała  mi  o  innym  skutku  tej  pierwszej 

przejażdżki  na  Longchamps.  W  ciągu  jednego  popołudnia 
zostali  poczęci  oboje,  Lucien  i  Adelka.  Jenny  przemierzyła 
pokój,  stąpając  po  ruchomych  deskach,  i  pogłaskała  mnie  po 
policzku. - Twoja matka była tego pewna. - Zwiesiłam głowę, 
przyjmując  w  końcu  tę  prawdę.  -  Tak  więc  twój  brat  był 
wychowywany przez wicehrabiego - łagodnie ciągnęła Jenny - 
a  monsieur  Rochester  zajął  się  tobą.  Dlaczego  nie  zostałaś 
tam,  gdzie  się  o  ciebie  troszczono,  Adelko?  Nie  mogę 
zrozumieć, czego szukasz tu w Paryżu? 

 -  Mojej  mamy  -  odparłam,  a  piekące  łzy  pociekły  tego 

dnia  już  po  raz  drugi  po  mych  policzkach,  jak  u  Pierrota  na 
końcu przedstawienia. 

 - Ona nie żyje, Jenny  
 - Ale gdzie jest? Muszę to wiedzieć. 
 -  Powinnaś  była  pójść  do  starej  wiedźmy,  La  Cibot  - 

odrzekła  zgryźliwym  i  lekceważącym  tonem  Jenny, 
wróciwszy do swego dawnego ja. - Ale oczywiście ty tego nie 
zrobiłaś. 

background image

Faktycznie, nie pomyślałam, że La Cibot może okazać się 

pożyteczna  -  wytłumaczyłam,  że  zamiast  do  niej,  udałam  się 
do teatru i nie chciałam się spóźnić. 

 -  I  zobacz,  co  tam  znalazłaś  -  odrzekła  na  to  Jenny,  w 

końcu zanosząc się śmiechem. - Ta czarownica mogła cię była 
ostrzec;  nie  musiałabyś  wtedy  ujrzeć  tego,  co  zobaczyłaś, 
wisząc głową w dół na trapezie! 

 - Wobec tego chodźmy do niej teraz - zaproponowałam. 
Istnieją  takie  twarze,  które  zdają  się  stanowić  tak 

integralny  element  danego  pokoju  czy  domu,  że  trudno  je 
rozpoznać  w  innym  otoczeniu.  Okrągły  stół  z  opadającym 
obrusem  z  frędzlami;  lampa  z  przekrzywionym  abażurem; 
zasłony,  co  nigdy  nie  zatrzymają  dostępu  słońca,  nawet  jeśli 
zaciągnie się je tak mocno, aż stara, dwudziestoletnia bawełna, 
zaprotestuje  ogłuszającym  trzaskiem  rozdzieranej  materii, 
stanowiły taką samą część wizerunku La Cibot w mej pamięci, 
jak  siwe  włosy  rzadkie  na  czubku  głowy  i  wyłupiaste  oczy 
osadzone  pod  krzaczastymi  brwiami.  Nie  wspominając  już  o 
ropusze,  kogucie  i  kryształowej  kuli,  ukrytej  pod  zielonym 
suknem  na  podręcznym  stoliku,  również  pokrytym  zatęchłą 
tkaniną.  Gdy  zmierzałyśmy  z  Jenny  szybkim  krokiem  w 
kierunku  biednej  dzielnicy  za  Montmartre,  doszłam  do 
wniosku,  że  La  Cibot  stanowiła  stały  element  mego  życia  - 
jako  ta,  która  wręczyła  mi  szkło  powiększające,  z  pomocą 
którego  wykrzesałam  płomienie,  groźne  i  zachłanne,  a  tym 
samym  spowodowała  me  wygnanie  z  Thornfield  Hall. 
Sprawiło  mi  to  więc  ulgę,  gdy  przekonałam  się,  że  w 
mieszkaniu starej wiedźmy nic się nie zmieniło, a ona zdawała 
się mnie rozpoznawać po tylu latach, kiedy to maman, Jenny i 
ja  po  raz  pierwszy  do  niej  przyszłyśmy,  z  determinacją 
oczekując  porady  co  do  naszej  przyszłości  i  losów  la  petite 
Adele. 

background image

 - Widzę śmierć i prawie śmierć w kartach, moje dziecko - 

oświadczyła La Cibot, gdy pojawiła się paczka kart do tarota i 
jasne, przerażające obrazy rozlały się na obrusie z frędzlami. - 
Ton  pere  (Ton  pere  (fr.)  -  twój  ojciec.)  -  on  jest  w  Paryżu, 
prawda? 

Jenny 

ja 

skinęłyśmy 

głowami, 

obie 

ze 

zniecierpliwieniem  oczekując,  kiedy  dowiemy  się,  gdzie 
możemy  odnaleźć  monsieur  Rochestera,  teraz,  gdy 
wiedziałam,  że  zostałam  przez  niego  zaakceptowana  po 
narodzinach. No i maman - a miałam dziwne wrażenie, że La 
Cibot wie także, gdzie ona była, czy to we Włoszech, czy tu, 
w  ponurym  grobie  na  Pere  Lachaise,  gdzie  zabrał  mnie  raz 
Gerard, ze swoim krabem drepczącym za nim na smyczy, by 
poprzechadzać się wśród imponujących grobowców. 

 -  Muszę  się  dowiedzieć,  czy  mój  brat  mnie  nienawidzi  - 

powiedziałam, i gdy to mówiłam, poczułam, jak czerwienieję 
aż po nasadę włosów. Miałam przecież prawo to wiedzieć, na 
pewno,  czy  chłopiec  o  twarzy,  według  mnie,  w  połowie 
podobnej  do  mojej,  a  w  połowie  do  twarzy  wicehrabiego, 
takim,  jakim  go  znałam  w  tych  odległych  czasach  na  rue 
Vaugirard, pała do mnie nienawiścią, do mnie, córki zabójcy 
jego ojca. 

Na  nowo  przeżyłam  pojedynek,  patrząc  w  oczy  starej 

wiedźmy  przez  stół,  i  wiedziałam,  że  ona  widziała  go  także: 
świt,  rosa  na  wysokiej,  sztywnej  trawie,  i  dwaj  mężczyźni  z 
sekundantami odmierzający kroki. 

 -  Adelko  -  La  Cibot  wyciągnęła  do  mnie  rękę  i 

zobaczyłam,  że  była  tak  brązowa  i  usiana  plamami  jak 
ropucha, co siedziała ze spuszczoną głową przy misce z wodą 
w  najciemniejszym  kącie  pokoju.  -  Twój  ojciec  nie  zabił 
swego  przeciwnika.  Widać  to  było  w  szklanej  kuli  - 
wicehrabia  upadł,  stracił  przytomność  i  uznano  go  za 
zmarłego.  Ale  widziałam,  jak  oprzytomniał...  Otworzył  oczy 

background image

w  kostnicy  i  odratowano  go.  -  Zwróciła  się  do  Jenny,  która 
cicho  siedziała  na  niskim  krześle  bez  poręczy,  z  obiciem 
opadającym  po  bokach;  przy  jednej  z  nóg  brakowało  łapy  z 
pazurami, tak że wydawało się, iż Jenny siedzi przekrzywiona, 
podobnie jak krzywo patrzyła na wizje starej wiedźmy. - Czy 
ten  mężczyzna,  co  to  został  postrzelony  i  zraniony  przez 
milorda, o którym mi mówiłaś, żyje? 

 - Tak, żyje - potwierdziła Jenny, nadal mówiąc najciszej, 

jak mogła. - Gdy Adelka przybyła do Paryża, bałam się, że jej 
ojciec  podąży  jej  śladem  -  jak  też  się  stało  -  i  że  zostanie 
aresztowany za zamordowanie wicehrabiego... 

Musiałam  wtedy  wykrzyknąć,  gdyż  Jenny  wstała  z 

uszkodzonego krzesła i podeszła do La Cibot, a na jej twarzy 
malowały  się  triumf  i  radość.  -  Masz  rację,  Cibot!  Poszłam 
prosto na  rue  Jacob, do domu z długim ogrodem i  Świątynią 
Miłości,  gdzie  moja  ukochana  Celina  zwykła  była 
przesiadywać z wicehrabią letnimi wieczorami... 

 - Tak - usłyszałam mój własny głos, silniejszy, niż mi się 

dotychczas wydawał. - I co tam zobaczyłaś, Jenny? 

 - Spojrzałam ponad murem - powiedziała Jenny chicho, w 

przeciwieństwie do mnie, gdyż ja mówiłam głośno i wyraźnie. 
Otarła  oczy,  zanim  podjęła  wątek.  -  I  zobaczyłam 
wicehrabiego, i zrazu wzięłam go za ducha. Bo wiesz - rzekła, 
zwracając  się  do  mnie  z  nagłą  determinacją  -  gdy  monsieur 
Rochester  opuścił  Paryż,  a  Celina  oczywiście  uciekła  na 
południe, nie było sposobu, by sprawdzić, czy drugi uczestnik 
tego  pojedynku  przeżył,  czy  zmarł.  Dopiero  gdy  policja 
przyszła szukać twego ojca, domyśliliśmy się najgorszego. 

 -  Wicehrabia,  by  wydobrzeć,  udał  się  do  swej  wiejskiej 

posiadłości  -  objaśniła  La  Cibot  i  zachichotała.  -  Ale  ty, 
Adelko  -  ty  także  musisz  wrócić  do  domu,  jeśli  chcesz 
odzyskać swą duszę i swą prawdziwą tożsamość. Po pierwsze, 

background image

jednak,  musisz  odnaleźć  swą  matkę  i  się  z  nią  pożegnać. 
Przyszłaś, by mnie o to właśnie poprosić, prawda? 

 -  Gdzie  ona  jest?  -  spytałam  i  teraz,  po  raz  trzeci  tego 

dnia, wybuchnęłam płaczem i szlochałam, tak jakby to nigdy 
się nie miało skończyć. - Chcę tylko maman; nie wiem, gdzie 
jest mój dom, to jak mam ją znaleźć i gdzie mam pójść? 

 -  Poczekaj  -  rozkazała  La  Cibot  surowo,  rozkładając 

podłużne  karty  na  stole.  -  Przyszedł  czas,  żebyś  ruszyła  z 
miejsca  -  a  twoja  pauvre  mere  (Pauvre  mere  (fr.)  -  biedna 
matka.)  przychodzi  do  mnie,  by  ci  powiedzieć,  że  musisz 
pokochać  teraz  nową  przyjaciółkę,  przyjaciółkę,  która  nie 
zabierze  ci  jej  obrazu  z  twego  serca.  I  widzę  teraz,  jak  karty 
tworzą  wizerunek  wody,  księżyca  i  podróży  przez  morze,  że 
znajdziesz  Celinę  w  twoim  domu,  tutaj,  przed  wyjazdem  do 
twego domu za morzem. 

 -  Tutaj  mam  jakiś  dom?  -  spytałam  i  wiedziałam,  że 

zabrzmiało to głupio. 

 -  Pamiętasz,  gdzie  jest  twój  dom,  Adelko  -  powiedziała 

Jenny, a  jej głos nie był  szorstki, lecz czuły. - Idź  tam teraz. 
Idź do domu. 

Zostawiłam  Jenny  pochyloną  nad  kartami  tarota  ze  starą 

Cibot  i  wyszłam  na  ulicę.  Zapadał  zmierzch,  jak  kurtyna  w 
Funambules, gdy clowni i akrobaci, wiedząc, że zaraz opadnie 
za  nimi,  doskonalą  swe  popisy:  kolorowe  piłki  wyżej  lecą  w 
górę, mężczyźni z czerwonymi nosami przewracają się i robią 
salta aż do samej krawędzi sceny, a Pierrot, idąc jak we śnie, 
dostaje kopniaka, który posyła go, w obrotach, za kulisy. 

Tego  majowego  wieczoru  w  Paryżu  czuć  było  ten 

frywolny nastrój całkowitego oddania  się i  zapomnienia, gdy 
wyruszyłam  na  poszukiwanie  mego  ojca  i  domu.  Młodzi 
kochankowie  spacerowali  objęci,  pod  kasztanami,  z  których 
śnieg  kwiatów  opadał  im  na  głowy.  Stoiska  z  ostrygami  i 
oursins,  jeżowcami,  kulkami  złożonymi  z  czarnych  kolców  i 

background image

wyschniętego  różowego  ciała,  ustawione  były  na  rogach 
gwarnych ulic, wraz z tysiącami kwiatów, przez co zapach róż 
i  konwalii  mieszał  się  z  ostrą  wonią  morza.  Wystawy 
sklepowe,  oświetlone  gazowymi  latarniami  przy  bulwarach, 
odsłaniały  przemianę,  miłość  i  upadek  prezentowanym 
asortymentem  obcisłych  jedwabnych  staników  i  wydętych 
spódnic.  Przy  rzece  na  quai  des  Grands  Augustins,  stoiska  z 
książkami  tworzyły  bibliotekę  na  świeżym  powietrzu,  a 
kawiarnie,  co  rozrzuciły  swe  krzesła  i  stoły  aż  do  samego 
muru  nabrzeża,  serwowały  wino  ochłodzone  dokładnie  do 
właściwej temperatury. 

Tego wieczoru wszystko w Paryżu było takie, jak trzeba - 

oprócz zagubionej dziewczyny chodzącej w kółko, niezdolnej 
stawić  czoła  przeszłości  ani  przyszłości,  odmawiającej 
powrotu do domu, a jednocześnie pragnącej tego bardziej niż 
czegokolwiek na świecie. Każdy bowiem, kto wychodził dziś 
na  miasto,  w  tę  heure  bleue  (Heure  bleue  (fr.)  -  czas 
poprzedzający  świt,  dosł.  niebieska  godzina.),  co  opadła  na 
Paryż,  wiedział,  do  jakiego  domu  powróci,  gdy  zapadnie  w 
końcu  noc.  Jednak  ja,  osoba  znana  w  całym  swym  krótkim 
życiu jako „mała Adelka Varens", nie miałam gdzie pójść. 

Było  to  bowiem  niepojęte,  by  dom,  zniszczony  przez 

mego ojca tak dawno temu, stał jeszcze i powitał mnie ciepło, 
jak to czynił kiedyś. 

Z wściekłości powodowanej zazdrością zniszczona została 

najpierw  ładna  oranżeria,  ulubione  miejsce  do  wypoczynku 
mojej matki, pomiędzy jej długimi, męczącymi występami w 
teatrze;  następnie,  przy  udziale  zimnej  kalkulacji,  którą  już 
niejednokrotnie  widziałam  wśród  bogatych,  dom  sprzedano 
lub  ogołocono  ze  wszystkich  mebli  i  błyskotek,  kiedyś 
kupionych dla niej z miłością i radością. Nie może być tam dla 
mnie domu, co by nie mówiła czarownica Cibot. 

background image

Czyżby  ona  i  Jenny  popychały  mnie  w  kierunku 

wicehrabiego?  Czy  wierzyły,  mimo  wszystkich  gestów 
czynionych  przez  monsieur  Rochestera  i  ozdobnych  liter 
wygrawerowanych  na  spodzie  mej  maleńkiej  podobizny,  że 
naprawdę jestem bliźniaczką Luciena - że jedynym powodem, 
dla którego znalazłam się w Thornfield Hall - była zachcianka 
angielskiego arystokraty, chcącego być może zrobić wrażenie 
na  wielkiej  damie  takiej  jak  mademoiselle  Blanka  Ingram? 
Czy całe moje pragnienie, by być kochaną i właściwie uznaną 
przez mego ojca, ma pozostać niezaspokojone? 

Strasznie było o tym myśleć, jednak ruszyłam od lewego 

brzegu Sekwany do rue Jacob i gdy zmrok zapadał w starych 
uliczkach  quartier  (Quartier  (fr.)  -  dzielnica.),  pozwoliłam 
zwolnić  moim  krokom,  aż  w  końcu  spojrzałam  przez  mur, 
niemal tak wysoki  jak ja, który otaczał podłużny ogród. Mur 
był  trochę  niższy  przy  domku  letnim  ozdobionym  filarami, 
który pewnie był miejscem schadzek mej ukochanej maman i 
jej  kochanka;  zatrzymałam  się, by  przyjrzeć  się  powyginanej 
ławce  biegnącej  wzdłuż  muru  i  kamiennemu  stołowi,  na 
którym maman być może opierała książkę, by czytać na głos 
wiersze, co bardzo lubiła. 

Wieczór był cichy, słychać było jedynie gruchanie gołębi, 

a  ten  spokój  przypomniał  mi  wieś,  leżącą  za  Fontainebleau 
albo  Chantilly,  gdzie  jeździliśmy,  wicehrabia,  maman  i  ja. 
Serce  skoczyło  mi  więc  w  piersi,  gdy  jakaś  postać,  niemalże 
niewidoczna  w  zapadających  ciemnościach,  podniosła  się  z 
ławki  w  najdalszym  kącie  Tempie  de  1'Amour,  i  poszła, 
wzdychając,  w  kierunku  oświetlonych  okien  domu.  Nie 
miałam wątpliwości, że był to wicehrabia: był starszy, a jego 
prawa  ręka,  w  eleganckim  białym  jedwabnym  temblaku, 
przylegała  do  ciała.  Jednak  wiedziałam  -  jak  wtedy,  gdy 
zobaczyłam  chód  jego  syna,  Luciena,  i  teraz,  widząc,  jak  on 
sam  chodził,  linię  jego  szczęki  i  nosa,  gdy  odwrócił  się,  by 

background image

spojrzeć  na  świątynię,  jakby  czuł  tam  czyjąś  obecność: 
wszystkie  te  gesty  od  razu  rozpoznałam  u  jego  syna  -  że 
wicehrabia  był  ze  mną  tak  związany,  jak  jakikolwiek 
przechodzień na ulicy. Jeśli kimś jestem, jestem córką Celiny 
Varens  i  Edwarda  Fairfaxa  Rochestera.  Ta  zamglona 
osiemnastowieczna scena - świątynia, stary dom i cała reszta - 
nie ma ze mną nic wspólnego. To nie jest mój dom. 

Z  nowym  celem  idę  więc  teraz  na  Montparnasse,  do 

dzielnicy,  którą  omijałam  w  moich  wszystkich  chaotycznych 
wędrówkach  po  zostawieniu  Jenny  u  La  Cibot.  Przechodzę 
przez  szeroką  aleję,  gdzie  jako  dziecko  stałam,  gapiąc  się  na 
wytworne  damy,  jak  przejeżdżały  w  swych  powozach.  Ze 
spuszczoną  głową  i  szybkim  krokiem,  jak  pielgrzym 
zbliżający  się  do  celu,  świętego  miejsca,  gdzie  ofiary  muszą 
zostać złożone, a grzechy odkupione, zbliżałam się do długiej 
ulicy, zwanej rue Vaugirard. 

I  gdy  idę  wzdłuż  chodnika,  który  wydaje  mi  się  tak 

nieskończony, jak kiedy miałam pięć lat, widzę nasz dom po 
prawej stronie, wysoki mur chroni podwórze przed wścibskim 
spojrzeniem,  teraz  nawet  pokrywa  go  grubsza  warstwa 
bluszczu  niż  wcześniej,  jednak  poza  tym  pozostał 
niezmieniony,  aż  do  zielonych  drzwi,  lekko  zniszczonych, 
wstawionych w mur. 

Moje serce bije szybko, i ręką, która wie, co robić, szukam 

klucza  na  występie  w  murze,  ukrytego  przed  ludzkim 
wzrokiem za bluszczem. Jest tam - oczywiście, że tam jest! - i 
ze zgrzytliwym, opornym dźwiękiem (bo klucz zardzewiał do 
tej pory), obraca się w zamku i drzwi się otwierają. 

Widok  podwórza  z  początku  sprawia,  że  myślę,  iż 

weszłam  do  nie  tego  domu,  co  trzeba.  Zamiast  roślin  w 
doniczkach, pelargonii będących dumą Jenny i wysokich róż, 
co  je  maman  hodowała  wzdłuż  tylnej  ściany,  stoi  wysoki 
pomnik  z  białego  marmuru;  umieszczony  jest  na  cokole,  co 

background image

wywyższa  znacznie  figurę  ponad  ludzki  wzrost.  Klematis  i 
kapryfolium,  wspinające  się  po kratownicy  wokół  podwórka, 
czynią  altankę  z  tej  świątyni  poświęconej  bogini,  a  w 
powietrzu unosi się mocny zapach. 

Bogini, która lśni bielą w ostatnim błękicie tego wieczoru, 

to Celina - maman ożywiona i promieniejąca - a u jej stóp, na 
klęczkach, z głową w dłoniach, papa, takim, jakim go znałam, 
jak  jeszcze  byliśmy  razem  szczęśliwi:  papa,  maman  i  ja.  W 
jego  spojrzeniu  nie  ma  arogancji  ani  próżności  i  patrzy  na 
mnie,  gdy  wchodzę  do  jego  świątyni,  z  miłością  i 
zrozumieniem.  Potem  wstaje  i  podchodzi,  by  wziąć  mnie  w 
ramiona. 

Nie mogę tu opisać szczęścia ani radości, które rysują się 

przede  mną,  teraz,  gdy  razem  z  papą  mamy  wyjechać  razem 
do Anglii. 

Wiem tylko, że pamięć papy o Celinie, o domu i ogrodzie 

z  pięknym  pomnikiem,  połączyła  się  z  przekonaniem  o 
wiernej, stałej miłości Jane, co w końcu pozwoliło mi poznać 
prawdziwą  naturę  miłości.  Jane  -  właścicielka  spokojnego, 
cichego  głosu,  która  w  końcu  przywiodła  mnie  tutaj,  bym 
odnalazła  moją  przeszłość  i  przyszłość  -  zostanie  moją 
towarzyszką  i  przewodniczką.  Bez  wątpienia  papa  kochał 
kiedyś  Celinę,  a  jego  żal,  że  tak  ją  kiedyś  potraktował, 
pozostanie w nim na zawsze. Moje uwielbienie dla niej także 
zostanie częścią mnie, aż po kres mych dni. Jednak z pomocą 
nieśmiałej,  skromnej  dziewczyny,  która  na  początku  była 
tylko  guwernantką  w  Thornfield  Hall,  rozpoczniemy  kolejny 
etap naszego życia. 

background image

20 
Pani Fairfax 
Wkrótce  wszystko  będzie  gotowe  do  wesela,  jakiego  w 

Yorkshire  nie  widziano  od  dziesięciu,  a  może  i  od  stu  lat. 
Sprowadzone  zostaną  lilie  i  goździki  wyhodowane  w 
szklarniach,  aby  stały  w  wielkim  hallu  i  sypialni  panny 
młodej;  kaplicę  udekoruje  się  czerwonymi  i  białymi  różami, 
symbolizującymi  dwie  wielkie  posiadłości,  połączone  w 
końcu  świętym  węzłem  małżeńskim.  Zamówiono  łososia  i 
sarninę, aż z Wyżyny Szkockiej; wina i szampan przywiezione 
zostaną natomiast z Londynu. 

Ostatnie  tygodnie  upłynęły  tu,  w  Thornfield  Hall,  na 

wiosennych  porządkach.  „Musi  pani  wrócić  do  nas,  kuzynko 
Fairfax", stało w liście od pana Rochestera, który lord Doune 
wręczył  mi  pewnego  mroźnego  poranka  nie  tak  dawno  temu 
(panujące  tu  zimno  niezbyt  dobrze  wpływa  na  mój 
reumatyzm, a przepowiadano, że ma trwać aż do maja). „Moja 
żona ucieszy się, widząc panią jako gospodynię we dworze, w 
formie  podobnej  jak  poprzednio.  Dwie  pokojówki,  Lea  i 
Gracja Poole, nie pracują już u nas, chcemy więc, by pomogła 
nam  pani  w  zatrudnieniu  nowych  ludzi  z  Sheffield  lub  z 
wioski  Whitcross.  Proszę  poinformować  panią  Rochester, 
kiedy pani zamierza przyjechać: wyjeżdżam teraz do Francji i 
mam nadzieję z radością powitać panią po mym powrocie". 

Całą  drogę  na  południe  od  zamglonej  wyspy  na 

Hebrydach  rozmyślałam  nad  swoim  planem  działania  po 
przybyciu do domu, którym zajmowałam się tak długo i który, 
na  prośbę  pana,  musiałam  opuścić  w  pośpiechu  po 
udaremnionym  „ślubie"  pana  Rochestera  i  guwernantki. 
Prawdą jest, że ofiarował mi pisemną obietnicę łożenia na me 
utrzymanie: w naturze mego kuzyna Edwarda leży troska o to, 
by  żaden  z  jego  krewnych  nie  był  głodny,  mogłam  więc  żyć 
szczęśliwie  na  emeryturze  po  opuszczeniu  służby  u  lorda  i 

background image

lady Doune. Jednak nie leżałoby to również w mojej naturze, 
gdybym  odmówiła  miłej  propozycji  pana  Rochestera 
zatrudnienia  mnie  tutaj,  w  Thornfield,  tak  jak  nietypowe  dla 
niego  byłoby  pozostawienie  mnie  bez  środków.  Skwapliwie 
przyjęłam  więc  propozycję  i  przybyłam  na  południe  jakiś 
miesiąc  temu,  aby  zatrudnić  służbę,  jak  mi  polecił,  i 
wysprzątać dom, potrzebujący pilnie mydła, pasty, szczotek i 
szmat do szorowania. 

Pani  Rochester  powitała  mnie  na  frontowych  schodach 

dworu,  podobnie  jak  ja  wyszłam  ją  powitać  całe  siedem  lat 
temu,  kiedy  po  raz  pierwszy  przybyła  tu,  by  uczyć  małą 
Francuzeczkę, którą pan Rochester powierzył mojej opiece. - 
Witamy  w  Thornfield,  droga  pani  Fairfax  -  takie  były 
pierwsze  słowa  młodej  damy,  która,  od  ślubu  po  smutnej 
śmierci  pierwszej  żony  pana  Rochestera,  została  panią  tego 
wielkiego  domu.  -  Dałam  pani  dawny  pokój  i  mam  nadzieję, 
że miło go będzie pani znowu zająć. Zobaczy pani jednak, że 
w  wyniku  odbudowy  domu  po  pożarze  boczna  biblioteka  i 
buduar  zostały  powiększone  i  dodane  tam  zostało  okno, 
wychodzące  na  park.  Mamy  nadzieję,  że  zadowolą  panią  te 
pokoje. 

W  odpowiedzi  złożyłam  głęboki  ukłon,  gdyż,  przyznaję, 

trudno mi było wyrazić w tej chwili wdzięczność, gdy stałam 
twarzą w twarz z tragiczną wybranką mego biednego kuzyna. 
Ta młoda kobieta - która nadal ma wygląd dziecka, jeśli sądzić 
z  jej  powierzchowności  (choć  jest  ciężarna  i  nie  wstydzi  się 
tego),  w  sukni  przypominającej  bardziej  bezrękawnik 
dziewczynki,  a  nie  suknię,  odpowiednią  dla  pani  tak 
wspaniałej posiadłości - to chucherko z wdziękiem życzyło mi 
miłego  poranka,  po  czym  stwierdziło,  nalegając,  że  zaniesie 
moje dwie torby na drugie piętro, do moich pokoi. John, stary 
służący, który opiekował się kuzynem Edwardem w Ferndean 
Manor i wcześniej w Thornfield, nie spojrzał mi w oczy, gdy 

background image

szłam  za  nią,  protestując  całą  drogę.  Panna  Eyre  -  jak  ją 
wcześniej wszyscy nazywaliśmy - wprowadziła bez wątpienia 
nowe porządki we dworze. 

Dzisiaj,  po  oczyszczeniu  stołu  w  jadalni,  fatalnie 

zaniedbanego,  obawiam  się  (czy  nowa  pani  Rochester, 
wykorzystując  słaby  wzrok  męża,  lekceważy  podstawowe 
wymogi  czystości  w  domu?),  że  będę  musiała  zacząć 
realizować mój plan. Odpowiednim momentem do rozmowy z 
moją  panią  będzie  czas  po  posiłku  w  południe  -  jeśli  jej  syn 
biega w kółko po pokoju, trudno się skupić na podejmowaniu 
decyzji. Mały po południu zabierany jest zwykle na ryby lub 
na spacer, gdyż nawet pani R, jak nazywa ją służba, jest w za 
bardzo  zaawansowanej  ciąży,  by  dotrzymać  kroku 
biegającemu chłopcu. 

Rozejrzałam  się  więc  raz  jeszcze  po  czerwono  -  białym 

salonie,  lśniącym  teraz  od  mojej  pracy,  od  mahoniowych 
bocznych  stolików  do  zegara  z  pozłacanego  brązu  stojącego 
na  kominku,  i  podeszłam  blisko  do  zasłon,  co  stale  robiłam 
pod nieobecność pana Rochestera za granicą. Ten wielki pokój 
do  przyjmowania  gości,  mieszczący  wielkie  skarby  jego 
niezrównanej  rodziny,  to  nie  jest  odpowiednie  miejsce  dla 
Jane  Eyre,  by  siedziała  w  nim  sama.  Nie  urodziła  się  w 
odpowiedniej rodzinie, by być godną takiego otoczenia: czuje 
się lepiej w małych salonikach na górze. 

Jest jeszcze inna przyczyna, dla której dzisiaj jest ostatnia 

okazja,  bym  mogła  porozmawiać  z  madame.  -  Ach,  kochana 
pani  Fairfax,  mam  tak  wspaniałe  wiadomości  -  zawołała  do 
mnie pani R wczorajszej nocy, gdy wchodziłam po schodach 
do  mego  nowego  buduaru.  -  Edward  wraca  jutro  z  Francji. 
Ach,  kuzynko,  on  przywiezie  ze  sobą  Adelkę!  Odnalazł  ją 
tam,  jak  się  spodziewałam!  Mogę  wejść  i  zostać  u  ciebie 
chwilę, gdy będziesz piła herbatę przed położeniem się spać? 

background image

Nie  lubię  takiego  spoufalania  się  między  panią  a  służbą, 

nawet jeśli zadowolona jestem z mego stanowiska gospodyni, 
a mój mąż był dalekim krewnym właściciela Thornfield Hall. 
Lubię  znać  moje  miejsce  i  mój  wyraz  twarzy  musiał  o  tym 
świadczyć.  Poza  tym,  jak  na  pewno  wie  o  tym  Jane,  policja 
czeka,  by  przesłuchać  jej  męża  na  okoliczność  prawdziwej 
przyczyny  śmierci  jego  pierwszej  żony,  Berty,  i  niedawnego 
odkrycia  jej  ciała  na  polu  rzepy  za  stajniami.  Nie  ma  zbyt 
wielkich powodów, jak musi zdawać sobie sprawę moja pani, 
by  wyrażać  radość  z  powodu  nagłego  powrotu  pana 
Rochestera do jego rodowej siedziby. 

Tak więc dzisiaj zapukałam do drzwi skromnego saloniku, 

wysoko  pod  krokwiami  w  Thornfield  Hall,  gdzie  Jane 
rozkłada  swe  książki  i  papiery  -  cały  czas  czyta  i  studiuje, 
choć  nie  ma  ku  temu  powodu,  teraz,  kiedy  jest  żoną 
najzamożniejszego  posiadacza  ziemskiego  w  zasięgu  wielu 
mil  (pan  Rochester,  co  mnie  zasmuca,  byłby  trzy  razy 
bogatszy,  gdyby  postąpił  rozsądnie  i  ożenił  się  z  panną 
Ingram, o co zawsze się modliłam). Cichy, jasny głos poprosił, 
bym weszła. 

 -  Madame  -  powiedziałam,  stojąc  w  drzwiach,  czekając, 

jak mnie nauczono, aż zostanę zaproszona do zajęcia miejsca. 
- Są pewne sprawy, których nie omówiłyśmy jeszcze ze sobą. 
Najbardziej 

paląca 

jest 

sprawa 

morderstwa 

twej 

poprzedniczki,  pani  Berty  Mason  Rochester,  popełnionego 
przez wychowanicę pana Rochestera, małą Adelkę Varens. 

Jane  siedziała,  wpatrując  się  we  mnie,  a  skoro  nie 

poprosiła  mnie,  bym  usiadła,  nadal  stałam.  -  To  z  pewnością 
był  wypadek,  pani  Fairfax  -  nadeszła  w  końcu  odpowiedź.  - 
Gdyby Adelka była naprawdę w to zamieszana, w co wątpię, 
w  śmierć...  w  śmierć...  -  i  po  raz  kolejny  zacięła  się,  mała 
oszustka, co przywłaszczyła sobie nazwisko Rochester. - Ona 
sama,  jak  tylko  przyjedzie,  zaraz  to  wyjaśni.  Działała  bez 

background image

świadomości.  Mówiąc  krótko,  nie  miała  zamiaru, 
skrzywdzić... skrzywdzić... 

 -  Nie  potrafisz  nawet  wymówić  jej  imienia,  pani  - 

odparłam. - Jednak pozwolę sobie opisać ci panią Rochester - 
albo  Antoninę,  jak  nazywała  ją  Francuzeczka  -  kiedy  po  raz 
pierwszy  przybyła  do  Thornfield  Hall.  Tak  jasną  jak  jedna  z 
tych ciem, co - jak mawia pan Edward, gdy znajdzie jakąś, co 
to  wypadła  z  kokonu  na  podłogę  w  bibliotece  -  pochodzą  z 
Indii  Zachodnich.  Taka  właśnie  była.  Kochał  ją  z  wielką 
namiętnością.  Przysięgał  mi,  w  tych  odległych  dniach,  kiedy 
to świętowaliśmy przybycie panny młodej do Thornfield Hall, 
że  on,  Edward  Rochester,  nigdy  nie  będzie  kochał  innej  tak 
jak  swą  nowo  poślubioną  żonę.  Był  przez  nią  zaczarowany, 
opętany wręcz; każdy to widział... 

 -  Dlaczego  pani  mi  to  mówi?  -  spytała  Jane  po  chwili 

milczenia. 

 -  Bo  pojawią  się  spore  problemy  związane  z  odkryciem 

ciała tej biednej istoty - odpowiedziałam tak zwięźle, jak tylko 
umiałam.  -  Pan  Rochester,  jak  go  znam,  będzie  bronił  małej 
Adelki aż do bram więzienia. Raczej poświęci się i przyzna do 
wszystkiego,  niż  pozwoli  ukarać  dziecko  za  popełnioną 
zbrodnię. 

Wtedy  Jane  wstała  i  z  satysfakcją  zauważyłam,  że  mój 

opis namiętności Edwarda do pierwszej żony w końcu zburzył 
spokój jej umysłu. Tak właśnie jest z tymi upartymi: trzeba się 
sporo natrudzić, by wybić ich ze stanu samozadowolenia. 

 -  Tak  więc  zamierzasz  oskarżyć  Adelkę  przed  policją?  - 

spytała mnie. 

 -  Nie,  pani,  nie  powiedziałam  tego.  Po  prostu  twój  mąż, 

który  nigdy  nie  kochał  cię  tak,  jak  kochał  biedną  Bertę, 
poświęci  się  dla  Francuzki,  na  przywiezienie  której  tak 
nalegałaś.  Gdyż,  po  Bercie,  to  Celina  Varens  była  miłością  i 
światłem jego życia. On straci swe życie na szubienicy - i w 

background image

tym  miejscu  Jane  wstrząsnęła  się  i  objęła  dziecko  w  swym 
łonie  -  a  ty,  moja  droga  pani,  mogłabyś  przecież  tak  łatwo 
rozwiązać ten problem... 

Mówiąc  to,  starałam  się  nakierować  panią  Rochester  w 

stronę  otwartego  okna  saloniku,  tylko  kilka  kroków  dalej,  i 
objęłam jej ramię. - Czyż nie powinnaś tego rozważyć, Jane? - 
spytałam.  -  Mam  tu  twoje  zeznanie,  że  zamordowałaś  Bertę 
Mason,  by  pan  Rochester  mógł  poślubić  ciebie,  uwolniony  z 
zobowiązań. I że powodowana poczuciem winy i żalu za swój 
okropny  uczynek,  postanowiłaś  popełnić  samobójstwo. 
Podpisz  to  tylko,  a  naprawdę  uratujesz  od  szubienicy 
mężczyznę, którego kochasz... 

Gdy  moja  ofiara  zastygła  w  bezruchu,  patrząc  na  mnie 

wybałuszonymi  oczami  jak  uduszony  królik,  postanowiłam 
lekko  pchnąć  ją  w  brzuch.  Dzięki  temu  udało  mi  się 
doprowadzić  do  tego,  że  panna  Jane  Eyre  połową  ciała 
znajdowała się już za oknem. Już w tym momencie mogłam ją 
była  puścić.  Była  lekka  jak  piórko,  mimo  że  nosiła  w  sobie 
dziecię.  Jednak  by  osiągnąć  mój  cel,  potrzebowałam,  aby  ta 
głupia,  ufna  osóbka,  zanim  pozwolę  jej  runąć  w  dół  na 
podwórze  wyłożone  kocimi  łbami,  podpisała  się  pod 
zeznaniem,  które  dla  niej  wcześniej  przygotowałam.  Zdaję 
sobie sprawę, że mojemu panu jakiś czas zajmie otrząśnięcie 
się po nagłym odejściu młodej guwernantki, którą tak uparł się 
poślubić,  jednak  Edward  Fairfax  Rochester  odziedziczył  po 
przodkach  moc  i  silną  wolę,  by  powiększać  Thornfield  przy 
każdej  nadarzającej  się  sposobności. Nigdy tak  naprawdę nie 
zapomniał  o  swym  pomyśle  związku  z  panną  Ingram,  przed 
oficjalnymi  oświadczynami  powstrzymywała  go  jedynie 
niewiedza co do miejsca pobytu biednej szalonej Berty. 

 -  Winnam  pani  pewne  wyjaśnienia  -  rzekłam  prosto  w 

odchyloną  twarz  Jane  (bo  byłam  na  tyle  przynajmniej 
uprzejma,  by  poinformować  tę  zarozumiałą  małą  mysz,  co 

background image

naprawdę wydarzyło się w Thornfield, jeszcze nim Jane Eyre 
odeszła,  nadal  jako  panna  na  wydaniu,  a  wraz  z  nią  ja  i 
większość  służby  skazana została  na  szukanie  nowej  posady, 
jak i o wypadkach po jej odejściu.) - Proszę posłuchać, pani, 
prawda jest taka, że Berta Mason, pierwsza żona twego męża 
pana  Rochestera,  nie  skoczyła  z  palącego  się  dachu 
otoczonego blankami podczas wielkiego pożaru w Thornfield 
Hall.  Pozbyłam  się  jej  już  latem,  gdy  stała  się  zbyt  dużym 
zagrożeniem dla małżeńskich planów pana dotyczących panny 
Ingram.  Odcięłam  jej  drogę  powrotną  z  dachu  i  zepchnęłam 
moją  drogą  chlebodawczynię  z  krawędzi  dzielącej  ją  od 
śmierci  na dole - tak, jak  zamierzam to  uczynić teraz  z tobą, 
Jane. W mgnieniu oka zbiegłam na dół (oczywiście, było to po 
zmroku)  i  wyciągnęłam  ją  z  krzaków  na  tyłach  dworu.  Była 
tak chuda i wymizerowana, że przeniosłam ją w worku na pole 
za stodołą z sianem i tam ją zakopałam. 

 -  Pani  Fairfax  -  wydyszała  Jane,  starając  się  dosięgnąć 

stopami  ziemi,  jednak  ja  trzymałam  ją  mocno  ręką  bardziej 
nawykłą  do  ciężkiej  pracy,  jestem  pewna,  niż  jakakolwiek 
dłoń  guwernantki.  -  Niech  mnie  pani  puści,  błagam  panią. 
Pani zupełnie oszalała. 

 -  Nic  z  tego  -  ciągnęłam,  a  ton  mego  głosu  był  na  tyle 

zacięty, że zdołał na nowo uciszyć kobietę - dziecko; choć, by 
oddać  jej  sprawiedliwość,  nie  uroniła  ni  jednej  łzy  ani  nie 
błagała  o  litość,  czego  od  niej  oczekiwałam.  -  Powiem  pani 
wszystko  -  rzekłam  -  bo  jest  w  pani  odwaga,  która  zasługuje 
na  to,  by  nagrodzić  ją  prawdą;  poza  tym  i  tak  zaraz  pani 
zginie.  Dobrze  więc:  to  ja  podłożyłam  ogień,  który  strawił 
dwór,  i  to  Gracja  Poole,  a  nie  czarownica  Berta  -  czy 
Antonina, jak z uporem nazywała ją mała Francuzka - zabiła 
się,  spadając  z  najwyższej  wieży  Thornfield  Hall,  tak  jak  to 
stanie się zaraz i twoim udziałem. 

background image

Stało  się  bowiem  jasne,  że  nawet  po  tamtym  zniknięciu 

Berty, a z upływem czasu coraz bardziej prawdopodobne było 
że ona nie wróci, pan Rochester nadal nie mógł się zdobyć na 
oświadczenie się pannie Ingram. Rozumie pani dlaczego; poza 
tym po hrabstwie rozniosła się wieść o niedoszłym do skutku 
małżeństwie  z  panią;  co  więcej,  oczywiście  uważano,  że 
pierwsza  pani  Rochester  nadal  mieszka  w  Thornfield  Hall. 
Prawdę mówiąc, nie wiem, czy Edward myślał, że ona wciąż 
tam jest, czy nie. Na pewno nigdy nie wchodził już na trzecie 
piętro...  To  Gracja  podsunęła  mi  ten  plan,  mówiąc,  że  drogi 
pan  Edward  powinien  zostać  w  końcu  uwolniony,  by  móc 
poślubić wybraną przez siebie kobietę. Czy nigdy nie przyszło 
ci  do  głowy,  Jane,  że  majestatycznym  chodem  i  ciemnymi 
puklami  panna  Blanka  Ingram  przypominała  Bertę  -  kiedy 
była prawdziwą Antoniną, tą na jednej z Wysp Zawietrznych, 
gdzie  wraz  ze  swym  zadurzonym  młodym  małżonkiem 
oddawali  się  rozkoszom  dzień  i  noc,  świata  poza  sobą  nie 
widząc?  Nie  zauważyłaś,  że  twój  pan  Rochester  pragnął 
jedynie  ponownie  zanurzyć  się  w  ekstazie  swych 
młodzieńczych  lat?  -  i  że  ty  mogłabyś  być  dla  niego  jedynie 
niczym  więcej  niż  towarzyszką  życia,  ni  to  chłopiec,  ni 
dziewczyna,  co  to  będzie  usługiwać  swemu  panu,  ale  nigdy 
nie zaspokoi go tak, jak on na to zasługuje? 

Jednak to Gracja, która lubiła przymierzać suknie biednej 

Berty, wydawała się podobna do swej pani, gdy nakładała jej 
ulubioną czerwoną suknię (przynajmniej z pewnej odległości; 
Gracja  była  solidnie  zbudowaną  kobietą,  i  to  z  tego  przede 
wszystkim  powodu  pan  dał  jej  pracę,  aby  była  w  stanie 
powstrzymać  Bertę  przed  ucieczką).  Tak  więc  mój  plan 
dojrzewał  i  niedługo  zyskałam  przyjaźń  Adelki  Varens, 
zorientowawszy się, że mogłaby mi pomóc w jego realizacji. 
Na  noc  dawałam  jej  proszku  nasennego,  by  sprowadzić  sny, 
których  z  czasem  nie  mogłaby  oddzielić  od  rzeczywistości; 

background image

gdy  coraz  częściej  popadała  w  stany  iluzji  i  rozmarzenia, 
powiedziałam jej, że napisała do mnie jej matka, że przyjedzie 
niedługo,  by  poślubić  pana  Rochestera  i  zamieszkać  w 
Thornfield Hall. Wkrótce dziecko zaczęło pisać listy samo do 
siebie, udając, że napisała je matka, mała ordynarna tancerka 
rewiowa  Celina.  Wtykała  je  w  dziuplę  jesionu  po  drodze  do 
stodoły. 

I  w  tym  momencie  nie  doceniłam  głupoty  i  chciwości 

Gracji  Poole.  Ta  prostaczka  wpadła  na  pomysł,  że  porwie 
Antoninę  i  ukryje  ją  w  stodole,  zamierzając  następnie 
szantażować  mężczyznę,  który  został  twym  ukochanym 
mężem. Ona - Gracja - zachowa dla siebie miejsce pobytu, a 
tym samym fakt istnienia żony pana, jeśli pan zapłaci jej tyle, 
by  wystarczyło  jej  na  wyjazd  z  hrabstwa  i  dołączenie  do 
siostry  w  Devon.  Słyszałam,  jak  mówiła  o  swym  sprytnym 
planie  szantażu  Lei,  jak  zwykle  pijana  w  sztok.  Oczywiście 
wszystko  to  spaliło  na  panewce.  Gracja,  myśląc,  że  już 
wkrótce  stanie  się  bogata,  przestała  skrupulatnie  pilnować 
Kreolki - którą z więzienia w stodole uratowała Adelka. A pan 
Rochester, zdenerwowany tym, że nie wie, gdzie podziewa się 
jego  oszalała  żona,  nie zrealizował  zamiaru  oświadczenia  się 
pannie Ingram. A szkoda, powiedziałam sobie - już ja bym się 
na  czas  zajęła  takim  drobiazgiem,  jak  pozbycie  się  Berty 
Rochester.  Na  szczęście,  nie  wszystko  jest  jeszcze  stracone. 
Wesele  pary  Ingram  -  Rochester  odbędzie  się,  jeszcze  zanim 
skończy się lato... 

Jane  Eyre  przy  moich  ostatnich  słowach  z  nową  siłą 

spróbowała  się  uwolnić,  a  ja,  by  przypomnieć  jej  o  mej 
fizycznej  przewadze  i  czekającym  ją  losie,  jeszcze  raz 
popchnęłam  ją  za  okno;  jej  nogi  wierzgały  bezradnie,  stopy 
jednak nie dosięgały podłogi. 

 - Adelka została wysłana do szkoły z internatem po twym 

odjeździe, a reszta nas opuściła Thornfield - zbliżałam się do 

background image

końca mej opowieści - tak więc oczywiście nikt nie wiedział, 
że to ja zamknęłam Antoninę na dachu, a Adelka uważała się 
za  winną  upadku  biednej  kobiety.  Cóż,  przyznaję,  że  nie 
zawsze  byłam  łaskawa  dla  szalonej  żony  mego  kuzyna 
Edwarda: czasem drażniłam ją świeżo ubitymi kurczakami lub 
lałam  ją  batem  po  plecach.  Jednak  Francuzeczka  Adelka, 
nawet  jeśli  była  świadkiem  tego  dręczenia,  była  pod  zbyt 
silnym  działaniem  podawanych  jej  przeze  mnie  naparów,  by 
dostrzec czy pojąć moje działania. Płakała z żalu nad Kreolką, 
wiem,  i  była  przekonana,  głupia,  że  to  ona  zamknęła  ją  na 
dachu i zadała jej śmierć. 

Gdy  nadszedł  odpowiedni  moment  i  ustało  gadanie  o 

udaremnionym ślubie twoim i pana, przyjechałam na południe 
z  zamku  Doune,  gdzie  wtedy  pracowałam,  i  udałam  się  do 
szkoły  Adelki,  by  zabrać  ją  do  Thornfield  Hall.  Była  w 
siódmym  niebie,  naturalnie,  na  wieść  o  tym,  że  wraca  do 
swego „drogiego papy" - jednak, gdy jej powiedziałam, że pan 
Rochester  jej  się  wyrzekł  i  że  za  nic  już  mu  nie  musi  być 
wdzięczna,  ucichła  i  posmutniała;  proste  więc  było,  po 
odpowiedniej  dawce  nasennego  proszku,  przekonać  ją,  że  jej 
cyrkowe  skrzydełka  poniosą  ją  aż  na  strych  i  że  razem 
zrobimy  eksperyment  z  powiększającym  szkłem,  które,  jak 
chwaliła się, podarowała jej stara wróżka z Paryża. 

Dostanie się na górne piętra nie było trudne. Pozostała we 

dworze  służba,  widząc  dawną  gospodynię  i  dziecko, 
pomyślała,  że  przyjechały  zabrać  swe  rzeczy  pozostawione, 
kiedy małżeńskie plany pana Rochestera wobec ciebie ku jego 
rozpaczy się nie ziściły. Poszłyśmy na górę niezatrzymywane 
przez  nikogo:  skierowałam  szkło  na  lipcowe  słońce,  tuż  pod 
krokwiami,  gdzie  moja  piękna  Berta  tak  długo  była 
przetrzymywana,  a  język  ognia  pojawił  się  błyskawicznie. 
Gracja Poole, teraz sama już na wpół oszalała, mieszkała tam 
jak  jakaś  Cyganicha,  na  podłodze  porozrzucane  leżały  stare 

background image

kawałki  juty  i  część  ubrań  pierwszej  pani  Rochester  -  te 
złapały  ogień  jak  drobne  szczapki.  Gdy  dach  strychu  zaczął 
się  zapadać,  wpakowałam  Grację  w  czerwoną  suknię 
Antoniny  -  okropnie  uwalaną  i  podartą,  cały  czas  wisiała  w 
korytarzu prowadzącym do jej celi - po czym zaprowadziłam 
ją  na  wieżę  i  kazałam  jej  skoczyć.  „Gra  skończona,  pan 
wsadzi cię do więzienia, Gracjo", powiedziałam, więc wspięła 
się na blanki, pijana jak zawsze, tego możesz być pewna. Co 
do  Adelki,  ruszyła  na  dół  -  miałam  nadzieję,  że  złapie  ją 
ogień,  bo  nagły  wiatr  zerwał  się  w  zachodnim  skrzydle;  ja 
musiałam  się  upewnić,  że  pan  Rochester  akurat  był  w  tym 
czasie  na  przejażdżce,  a  nie  w  bibliotece,  gdzie  mógłby 
ucierpieć wskutek pożaru. 

Jak  się  okazało,  tu  się  omyliłam:  mój  kuzyn  Edward 

Fairfax  Rochester  był  tak  naprawdę  w  domu  -  pobiegł  w 
pośpiechu na  strych. Myślał jedynie  o tym, by uratować swą 
pierwszą miłość, Antoninę. Widzisz, Jane, tylko ona jedna się 
dla  niego  liczyła,  w  gruncie  rzeczy.  I  gdy  zobaczył  postać 
stojącą  na  blankach,  rzucił  się,  by  ocalić  kobietę,  która,  jak 
myślał,  była  jego  szaloną  żoną  -  jednak  było  już  za  późno. 
Jeśli  chodzi  o  Adelkę,  jak  wiesz,  skoczyła  z  piętra  nie 
ponosząc uszczerbku - ja także byłam bezpieczna, wiedząc, że 
nikt nie uwierzy w jej historyjkę o lataniu, magicznym szkle i 
całej reszcie. 

I  to  tyle,  droga  panno  Eyre  -  zakończyłam.  Tak  jakby  to 

miało wystarczyć, by ją uratować, zdjęłam pióro przypięte do 
pęku kluczy na mej szyi i wyjęłam zza paska spódnicy kartkę 
papieru z jej „zeznaniem". 

 -  Wszystko,  co  zrobiłam  -  powiedziałam  z  triumfem  w 

głosie, gdy mizerna mysz wzięła pióro w swe drżące palce, tak 
jakby  wierzyła,  że  to  naprawdę  mogłoby  ją  uratować  od 
śmierci  -  uczyniłam  po  to,  by  w  końcu  pan  Rochester  mógł 
spokojnie  się  oświadczyć  pannie  Blance  Ingram.  Chciałam, 

background image

aby wszystko było gotowe w momencie ogłoszenia zaręczyn. 
Ale do ogłoszenia nigdy nie doszło, a on oświadczył się tobie. 

 -  Nie  -  krzyknęła  Jane,  zwisając  już  nad  podjazdem 

Thornfield Hall. - Nie, nie podpiszę tego, cokolwiek mi grozi! 
Nigdy! 

I  gdy  mój  uścisk  zelżał  na  dźwięk  kopyt  na  długim 

podjeździe  pod  drzewami  -  i  gdy  w  oddali  przy  stróżówce 
zauważyłam  toczący  się  zadrzewionym  podjazdem  powóz,  a 
moja  ofiara  upadła,  szlochając  i  trzęsąc  się,  na  podłogę  w 
pokoju, wiedziałam, że pozostało mi już tylko jedno wyjście. 

* * * 
Powóz  rodziny  Rochesterów  minął  stróżówkę  przy 

wjeździe  na  teren  Thornfield  Hall  -  i  zatrzymał  się  tam  na 
małą  chwilę,  gdyż  żona  stróża  wybiegła  ze  łzami  w  oczach 
powitać  pannę Adelkę, co  to  ponoć  przepadła za granicą  bez 
wieści, a teraz cała i zdrowa powróciła do domu - po czym z 
wolna ruszył dalej. Konie były zmęczone po długiej drodze z 
Liverpoolu;  prom  wiozący  pana  Rochestera  i  jego  córkę  z 
Francji  przybił  do  portu  z  dwugodzinnym  opóźnieniem,  a 
woźnica,  widząc  blanki  dachu  i  kominy  dworu,  usiadł 
wygodnie  na  koźle  z  półprzymkniętymi  oczami,  w 
oczekiwaniu  na  gorący  grog,  który  Mary  pewnie  mu  już 
przygotowała w kuchni. 

Adelka z ojcem szczerze i długo rozmawiali, przebywając 

ze sobą, i każde z nich doświadczało teraz nowego szczęścia, 
wypływającego  z  wzajemnego  przebaczenia.  Edward 
Rochester dowiedział się bowiem w końcu, że dziecko, które 
wielkopańskim gestem wezwał do Thornfield Hall, cierpiało z 
samotności  i  niepewności,  i  poprosił  Adelkę,  by  wybaczyła 
mu  jego  obojętność  w  tym  tak  ważnym  momencie  jej  życia. 
Adelka  z  kolei  wyraziła  swoje  współczucie  dla  pana 
Rochestera,  cierpiącego  w  okowach  nieudanego  małżeństwa; 
czyż nie kochała ona także Kreolki i nie była świadkiem tego, 

background image

jak nagle zmienia się nie do poznania? W powozie panowało 
więc niekrępujące milczenie, gdy mijali ostatnie znane milowe 
słupki. 

To Sam, młody chłopak, stojący na tyle powozu, pierwszy 

zauważył łunę na niebie nad Thornfield Hall. Polecono mu na 
podjeździe  rozglądać  się  na  lewo  i  prawo  za  śladami 
pozostawionymi  przez  zwierzęta  -  głównie  lisy  -  niszczące 
ogrodzenie  po  dwóch  stronach  drogi.  Miał  sprawdzić,  czy  w 
pułapce  na  króliki,  prostokątnej  dziurze  w  drodze  przykrytej 
dwoma  żelaznymi  sztabami  dla  przejazdu  powozów,  było 
więcej  niż  zwykle  królików  i  jeży.  Było  więc  mało 
prawdopodobne,  że  oczy  Sama,  skierowane  na  ziemię, 
zauważą  coś  zadziwiającego  na  niebie.  Jedynie  dzięki 
lekkiemu wietrzykowi niosącemu pyłki traw, chłopak odchylił 
w tył głowę, kichnął, a wzrok jego spoczął na niebie. 

Wtedy  też  z  powozu  wychyliła  się  Adelka  i  myśląc  z 

początku, że to wieczór już zapadł nad północnymi bagnami i 
że  odcienie  czerwieni  oznaczały  wczesny  zachód  słońca, 
wykrzyknęła  z  radością:  -  Zobacz,  papo,  czerwone  niebo! 
Jutro będzie piękna pogoda! Pojedziemy do Millcote Pond czy 
na  bagna,  żeby  sprawdzić,  czy  siewki  uwiły  już  gniazda? 
Nawet jak będziesz bardzo zajęty, pojedźmy tam, ty, ja i Jane! 

Nim  ktokolwiek  zdążył  ostrzec pasażerów,  woźnica  John 

usłyszał  krzyki  młodego  Sama,  i  uderzeniem  bata  zachęcił 
konie  do  galopu.  Jednak  podjazd  w  Thornfield  miał  prawie 
milę długości, więc gdy powóz był w połowie drogi pnącej się 
łagodnie  pod  górę  i  minął  pułapkę  na  króliki,  górne  piętro 
dworu  płonęło  z  całą  mocą.  Czuć  było  swąd  spalenizny  i 
dźwięk  trzeszczących  płomieni  pożerających  belki  i  ściany. 
Różany blask na niebie przeszedł w intensywny pomarańcz, a 
okrutny  dym,  powodujący  kaszel  i  wyciskający  z  oczu  łzy, 
napłynął w kierunku nadjeżdżającego towarzystwa. 

background image

 -  Jane...  Jane!  -  Pan  Rochester,  dosiadłszy  mniej 

zmęczonego z dwóch koni, pogalopował naprzód i znalazł się 
na  dziedzińcu.  Adelka  wyskoczyła  z  powozu  i  pobiegła  za 
nim.  Przesłonięty  coraz  bardziej  budynek  zniknął  zupełnie  z 
widoku  wraz  z  odłamaniem  się  pierwszego  kawałka  muru; 
jednak  gdy  powietrze  stało  się  bardziej  przejrzyste,  okazało 
się,  z  jakim  niebezpieczeństwem  wiązało  się  stanie  na 
dziedzińcu,  dokładnie  poniżej  trzeciego  piętra  tonącego  w 
płomieniach.  Tam  bowiem  w  otwartym  oknie  stała  jakaś 
kobieta, a jakikolwiek ruch czy pokazanie się jej tutaj na dole 
mogło spowodować jej skok lub upadek. 

 - Czy to Jane? - dał się słyszeć rozdzierający okrzyk pana 

Rochestera. - Jane! Nic nie rób i czekaj na mnie! 

W  momencie  jednak  gdy  Adelka  krzyknęła  przerażona, 

kobieta  wyskoczyła,  spadając  na  tlące  się  rumowisko  na 
podwórzu. Zaraz potem, nieledwie wynurzając się z obłoków 
dymu,  z  domu  wybiegła  mała,  niepozorna  postać  Jane  Eyre, 
zbiegła po schodach i rzuciła się w jej kierunku. Zanim jednak 
zdołała  do  niej  dotrzeć,  pochwyciły  ją  mocne  ramiona  pana 
Rochestera - Adelka zaś, przemierzywszy podwórze, wydała z 
siebie  okrzyk  przerażenia,  rozpoznawszy  w  zmarłej  kobiecie 
poczciwą gospodynię, panią Fairfax. 

Mówiono  później,  że  jedynym  powodem,  dla  którego 

Thornfield Hall oparło się jednemu z najgorszych przypadków 
podpalenia,  jakie  kiedykolwiek  miały  miejsce  w  tym 
hrabstwie,  była  przezorność  pana  Rochestera,  który  kazał 
zamontować stalowe drzwi pomiędzy trzecim piętrem a resztą 
domu. Ogień, jakkolwiek gotów strawić całą siedzibę, nie był 
w  stanie  pokonać  przeszkody  wzniesionej  przez  właściciela 
dworu. Choć nigdy nie rozstrzygnięto kwestii, która frapowała 
niektórych  złośliwych  dowcipnisiów,  czy  przypadkiem  drzwi 
te nie zostały wstawione na wypadek, gdyby i drugą żonę pana 
Rochestera ogarnęło kiedyś szaleństwo. 

background image

Co  do  pana  Rochestera  i  Jane,  ich  drugi  syn  urodził  się 

wkrótce po powrocie  pana  Rochestera z  Paryża. Zarzuty pod 
adresem  dumnego  ojca  zostały  wycofane  po  wysłuchaniu 
zeznań  Adelki  o  zachowaniu  pani  Fairfax i  jej okrucieństwie 
wobec  uwięzionej  Berty  Mason.  „Zeznanie"  Jane  napisane 
ręką  gospodyni  zostało  zaprezentowane  jako  kolejny  dowód 
na szalone i złe zamiary pani Fairfax. 

Rodzina  w Thornfield  Hall żyła więc od  tej  pory długo  i 

szczęśliwie.  Adelka  zaś,  którą  jej  przybrana  matka  Jane 
zabrała  do  Londynu  na  szesnaste  urodziny,  miała  okazję 
zobaczyć tam „Fedrę" w Teatrze Apollo. Tragiczną bohaterkę 
grała  wielka  Rachel  -  gdy  przedstawienie  się  skończyło, 
Adelka  przedstawiła  się  jej  jako  córka  sławnej  danseuse  de 
corde,  Celiny  Varens.  Po  tym  radosnym  spotkaniu  Rachel 
zaprosiła  Adelkę,  aby  za  rok  przyjechała  do  niej,  do  Paryża, 
uczyć  się  aktorstwa.  Na  co  rodzice  Adelki,  po  długiej 
dyskusji,  wyrazili  zgodę,  pod  warunkiem,  że  do  tego  czasu 
zakończy ona z satysfakcjonującymi wynikami swe pozostałe 
nauki.