background image

Strugaccy B A - W krainie purpurowych obłoków

background image

Część 1

Siódmy poligon

background image
background image

Zasadnicza rozmowa

Sekretarz spojrzał na Bykowa swym jedynym okiem.
- Z Azji Środkowej?
- Tak.
- Dokumenty...
Rozkazującym gestem wyciągnął poprzez stół rękę o dłoni podobnej do kleszczy, z niezwykle 

długim   palcem   wskazującym;   trzech   palców   brakowało.   Bykow   położył   na   tej   dłoni   delegację 
służbową i zaświadczenie. Sekretarz, nie śpiesząc się, rozłożył papiery i czytał:

-   Aleksiej   Bykow,   inżynier   mechanik   z   bazy   radziecko-chińskiej   ekspedycji.   Ministerstwo 

Geologii przysyła wyżej wymienionego w celu przeprowadzenia rozmów na temat jego dalszej pracy. 
Podstawa: zapotrzebowanie PKKM z dnia...

Po czym zerknął na zaświadczenie i zwracając je właścicielowi, wskazał na obite czarnym skajem 

drzwi.

- Wejdźcie tam - powiedział. - Towarzysz Krajuchin czeka. Bykow zapytał:
- Czy delegacja zostanie u was?
- Tak, delegacja zostanie u mnie.
Bykow   przygładził   włosy   i   obciągnął   zamszową   wiatrówkę.   Wydało   mu   się,   że   jednooki 

sekretarz patrzy na niego jakby z ciekawością czy może z ironią. Naburmuszony otworzył drzwi i 
wszedł do gabinetu.

Okna dużego i mrocznego pokoju zasłonięte były bambusowymi matami. Gołe ściany z masy 

plastycznej matowo połyskiwały w skąpym świetle. Podłogę przykrywał miękki czerwony dywan. 
Bykow   rozglądał   się,   szukając   wzrokiem   gospodarza.   Obok   dużego,   całkiem   pustego   biurka 
dostrzegł dwie łysiny. Jedna z nich bez-krwista, o szarawym odcieniu widniała spoza oparcia fotela 
przeznaczonego   zapewne   dla   interesantów.   Druga   jasnoszafranowego   koloru   kiwała   się   nad 
rozłożonymi na drugim końcu biurka kalkami technicznymi i niebieskimi fotokopiami rysunków.

Po   chwili   Bykow   zobaczył   trzecią   łysinę.   Jej   właściciel,   niezwykle   tęgi,   ubrany   w   szary 

kombinezon, rozwalił się na dywanie, wcisnąwszy głowę w kąt między ścianą i szafą pancerną. Od 
szyi tego osobnika biegł pod biurko sznur...

Bykow poczuł się nieswojo. Przestępował z nogi na nogę, kilka razy przesunął suwak zamka 

błyskawicznego wiatrówki i obejrzał się zaniepokojony na drzwi. W tejże chwili szafranowa łysina 
zniknęła.   Rozległo   się   sapanie   i   przytłumiony,   zachrypnięty   głos   stwierdził   z   wyraźnym 
zadowoleniem :

- Trzyma wspaniale! Wspa-nia-le!
Nad   biurkiem   powoli   wyrastała   wielka,   przygarbiona   postać   w   roboczym   nylonowym 

kombinezonie.

Był   to   mężczyzna   wysokiego   wzrostu,   barczysty   i   ociężały.   Jego   szara   i   pobrużdżona 

zmarszczkami twarz robiła wrażenie maski. Zaciśnięte, wąskie wargi tworzyły linię prostą. Spod 
wysokiego wypukłego czoła spojrzały na Bykowa okrągłe oczy bez rzęs.

- O co chodzi? - padło chrapliwe pytanie.
-   Chciałbym   się   zobaczyć   z   towarzyszem   Krajuchinem   -   odpowiedział   Bykow,   z   pewnym 

niepokojem zerkając na leżącego na dywanie osobnika.

- To właśnie j a. - Mówiący także zerknął na leżącego, po czym natychmiast wlepił okrągłe oczy 

w Bykowa. Łysina w fotelu ani drgnęła. Po chwili wahania Bykow zrobił kilka kroków w stronę 
swego rozmówcy i przedstawił się. Krajuchin słuchał, pochyliwszy głowę.

- Bardzo mi przyjemnie - odpowiedział sucho. - Czekałem na was już wczoraj. Proszę, siadajcie - 

wskazał na fotel wielką jak łopata dłonią. - Proszę, tu. Zróbcie sobie miejsce i siadajcie.

Bykow,   nie   rozumiejąc,   o   co   chodzi,   zbliżył   się   do   biurka   i   patrząc   na   fotel,   z   trudem 

opanowywał   nerwowy   uśmieszek.   Na   fotelu   leżał   dziwaczny   ubiór,   podobny   do   skafandra   dla 
nurków, zrobiony z szarego materiału. Srebrzysty hełm w kształcie kuli z metalowymi zapinkami 
wystawał nad oparcie.

background image

- Połóżcie to na podłodze - powiedział Krajuchin. Bykow obejrzał się na grubą kukłę leżącą na 

podłodze koło

pancernej szafy.
-   To   także   specjalny   ubiór   -   z   niecierpliwością   w   głosie   odezwał   się   Krajuchin.   -   Siadajcie 

wreszcie!

Bykow szybko zdjął skafander z krzesła i siadł, czując się nieco zawstydzony. Krajuchin patrzył 

na niego bez mrugnięcia powieką.

- Tak... - bębnił po biurku bladymi palcami. - Tak... więc poznaliśmy się, towarzyszu Bykow. 

Możecie zwracać się do mnie po prostu: Mikołaju Zacharowiczu. Mam nadzieję, że mnie polubicie i 
obdarzycie życzliwością. Będziecie pracować pod moim kierownictwem. Oczywiście, jeśli...

Przenikliwy dźwięk telefonicznego dzwonka przerwał rozmowę. Krajuchin podniósł słuchawkę.
- Przepraszam, towarzyszu Bykow... Słucham. Tak... to ja.
Nie powiedział więcej ani słowa. Bykow zauważył, jak w błękitnawym blasku rzucanym przez 

ekran wideofonu na łysych skroniach Krajuchina nabrzmiały żyły, a twarz poczerwieniała. Najwi-
doczniej  rozmowa dotyczyła spraw niezwykłej wagi. Aby nie wydać się niedyskretnym, Bykow 
zaczął oglądać leżący na sąsiednim fotelu skafander. Przez rozchylone wycięcie kołnierza widział 
wnętrze hełmu. Bykow odniósł wrażenie, że poprzez sztywny materiał widzi wzór na dywanie, 
chociaż srebrzysta kula, gdy patrzył na nią z zewnątrz, była całkiem nieprzezroczysta. Pochylił się, 
aby lepiej przyjrzeć się skafandrowi, lecz w tej samej chwili Krajuchin odłożył słuchawkę i pstryknął 
wyłącznikiem.

- Wezwać Pokatiłowa! - rozkazał ochrypłym szeptem.
- Rozkaz! - odezwał się czyjś głos.
- Za godzinę!
- Tak jest, za godzinę!
Znów pstryknął przełącznik. Zapadła cisza. Bykow podniósł oczy i zobaczył, że Krajuchin z całej 

siły pociera czoło dłonią.

- Tak - odezwał się spokojnym głosem, widząc, że Bykow mu się przygląda. - Ależ to zakuta 

pała! Jak grochem o ścianę... Wybaczcie, towarzyszu. Na czym to zatrzymaliśmy się... Aha, aha... 
Bardzo was przepraszam. Musimy porozmawiać poważnie, a czasu mało. Właściwie całkiem go nie 
mamy. Zatem do rzeczy... Po pierwsze chciałbym was lepiej poznać. Opowiedzcie coś o sobie.

- Ale co? - spytał Bykow.
- No, chociażby życiorys.
- Życiorys? - inżynier zastanawiał się. - Życiorys mam nieskomplikowany. Urodziłem się w roku 

19... w rodzinie marynarza żeglugi śródlądowej. Pochodzę z okolic Gorkiego. Ojciec umarł, kiedy nie 
miałem jeszcze trzech lat. Do piętnastego roku życia mieszkałem i uczyłem się w szkole-internacie. 
Potem przez cztery lata pracowałem jako motorzysta na wołżańskich odrzutowych śli-zgaczach-
amfibiach. Grałem w hokeja. Jako członek reprezentacji klubu Wołga dwa razy brałem udział w 
olimpiadach. Zacząłem studiować w wyższej szkole technicznej transportu lądowego. To dawna 
szkoła wojsk pancerno-motorowych. („Dlaczego, u licha, tyle gadam?” - przemknęła mu przez głowę 
nieprzyjemna   myśl).   Ukończyłem   wydział   transportu   o   napędzie   atomowo-odrzutowym   prze-
znaczony dla uczestników ekspedycji naukowych. Potem... no cóż... posłali mnie w góry w okolice 
Tien-szan. Następnie w piaski pustyni Gobi... Tam pracowałem, tam też wstąpiłem do partii. Co by tu 
jeszcze? To chyba wszystko.

- Życiorys naprawdę nieskomplikowany - przytaknął Krajuchin. - Skończyliście trzydzieści trzy 

lata? Tak?

- Za miesiąc skończę trzydzieści cztery.
- Oczywiście kawaler?
Pytanie to wydawało się Bykowowi bardzo nietaktowne. Inżynier nie lubił żadnych aluzji do 

swego wyglądu. Tym bardziej iż znał jedną kobietę, która nie zwracała uwagi na to, że jego twarz jest 
spalona słońcem, że ma nos jak kartofel i rude, sztywne włosy.

- Chciałem powiedzieć - mówił dalej Krajuchin - że jeszcze przed pół rokiem byliście kawalerem.

background image

- Tak - lakonicznie odpowiedział Bykow - teraz też jestem samotny. Na razie...
Zorientował się nagle, że Krajuchin wie o nim bardzo dużo, a rzuca pytania nie po to, by się 

czegoć dowiedzieć, lecz żeby wyrobić sobie osobiste zdanie, czy też z jakiegoś innego powodu. Taka 
rozmowa nie należała do przyjemnych, więc Bykow najeżył się.

- Na razie jestem samotny - powtórzył.
- A zatem nie macie bliskich krewnych - dodał Krajuchin.
- Tak wychodzi, że nie mam.
- Wobec tego jesteście, że tak powiem, całkiem samotni i niezależni...
- Tak. Na razie jestem samotny.
- Gdzie pracowaliście ostatnio?
- Na Gobi...
- Od dawna?
- Od trzech lat...
- Trzy lata! Przez cały czas na pustyni?
- Tak. Oczywiście z małymi przerwami. Wyjazdy służbowe, kursy... Lecz w zasadzie cały czas na 

pustyni...

- Nie znudziło się? Bykow zastanowił się.
- Początkowo było trudno - mówił ostrożnie. - Potem przywykłem. Ale wiadomo, praca nie j est 

tam łatwa. - Stanęły mu przed oczyma czarne przestrzenie piasków i rozpalone jak płomień niebo. - 
Ale przecież i pustynię można pokochać...

- Czyżby? - mruknął Krajuchin - Można pokochać pustynię? A wy ją kochacie?
- Przyzwyczaiłem się.
- Jaką funkcję pełniliście ostatnio?
- Byłem kierownikiem kolumny atomowych transporterów terenowych, należących do bazy 

ekspedycji.

- Wobec tego musicie świetnie znać się na maszynach. Nieprawdaż?
- Zależy na jakich?
- No, chociażby na waszych atomowych terenówkach. Bykow uznał pytanie za retoryczne i nie 

odpowiedział.

- Powiedzcie mi, proszę, czy to wy kierowaliście akcją ratunkową ekspedycji Daugego?
- Tak, ja.
- Gratuluję, doskonale daliście sobie radę! Bez waszej pomocy tamci by zginęli.
Bykow wzruszył ramionami.
- Dla nas był to właściwie dość zwykły marsz i nic więcej. Krajuchin zmrużył oczy - A jednak 

ludzie z waszego zespołu

przeżyli ciężkie chwile... jeśli mnie pamięć nie zawodzi.
Bykow zaczerwienił się, co przy jego kolorze twarzy sprawiało przykre wrażenie.
-   Przeżyliśmy   czarną   burzę!   -   odparł   ze   złością.   -   Nie   chwalę   się,   towarzyszu   Krajuchin. 

Maszerować   w   takt   muzyki   łatwo   jest   tylko   na   defiladach.   Na   pustyni   sprawa   jest   bardziej 
skomplikowana.

Rozmowa  krępowała go i  poczuł się nieswojo. Krajuchin  przyglądał mu  się z tajemniczym 

uśmieszkiem.

- Tak... tak... bardziej skomplikowana... Trzy lata w pustyni. Powiedzcie mi, towarzyszu Bykow, 

czy interesuje was coś poza służbą?

Bykow rzucił mu pytające spojrzenie.
- Pod jakim względem?
- Co robicie w wolnych chwilach?
- Hm... Oczywiście czytam, grywam w szachy.
- Zdaje się, że pisaliście jakieś prace?
- Pisałem.
- Dużo?

background image

- Niewiele. Dwa artykuły w czasopiśmie „Transport gąsienicowy”...
- Na jaki temat?
- Remont reaktorów napędowych w polowych warunkach. Z własnej praktyki.
- Powiadacie, remont reaktorów napędowych... Bardzo ciekawe. Aha, czy ze sportu interesuje 

was coś jeszcze prócz hokeja?

- Dżudo... jestem instruktorem.
- Świetnie. A czy ciekawiła was kiedy astronomia? Bykow odniósł wrażenie, że Krajuchin drwi z 

niego.

- Nie, astronomia nie interesowała mnie nigdy.
- Szkoda!
- Być może...
- Chodzi o to, towarzyszu Bykow, że wasza praca będzie, w pewnym stopniu, związana z tą 

nauką.

Inżynier zasępił się.
- Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem...
- Co powiedziano wam, delegując was tutaj?
- Powiedziano, że jestem skierowany w celu przeprowadzenia rozmów na temat ewentualnego 

udziału w wyprawie naukowej. Chwilowo...

- A nie powiedzieli, o jaką chodzi ekspedycję?
- O jakąś wyprawę na pustynię w poszukiwaniu rzadko spotykanych rud.
Krajuchin strzelił palcami i położył dłonie na biurku.
- Tak, to całkiem zrozumiałe - mruknął - całkiem oczywiste. Nic tam o tym nie wiedzą. A zatem, 

towarzyszu Bykow - mówił dalej, westchnąwszy głęboko - ma się rozumieć, że astronomia nie ma z 
tym nic wspólnego. Mówiąc ściśle, prawie nic... A jeszcze ściślej: wy nie macie z nią nic wspólnego. 
Nieważne,   czy   interesowaliście   się   tą   nauką.   Wątpię,   czyby   się   wam   przydała.   Ostatecznie 
przeczytacie coś niecoś, trochę wam opowiedzą... Sprawa polega na tym, że będziecie pracować nie 
tu... nie na Ziemi.

Bykow niespokojnie zamrugał oczyma. Znów poczuł się tak nieswojo, jak w pierwszej chwili, 

gdy przekroczył próg tego gabinetu.

- Obawiam się, że nic nie rozumiem - wykrztusił. - Nie na Ziemi? A może na Księżycu?
- Nie, nie na Księżycu. Znacznie dalej.
Wszystko   zaczęło   się   wydawać   dziwacznym   snem.   Krajuchin   oparł   brodę   na   splecionych 

palcach i mówił:

- Co was tak zadziwiło, Aleksieju Piotrowiczu? Już od trzydziestu lat ludzie latają na inne 

planety. Zwykli ludzie, tacy jak wy. Ludzie o najróżniejszych specjalnościach. Jestem zdania, że mo-
glibyście zostać świetnym astronautą. Warto zwrócić uwagę, że wielu astronautów doszlusowało do 
nas, że tak powiem, z zewnątrz, na przykład z lotnictwa. Rozumiem dobrze, że wam jako inżynierowi 
tak całkowicie związanej z Ziemią specjalności nie przyszło nawet na myśl, że moglibyście wziąć 
udział   w   takich   pracach.   A  jednak   stworzone   zostały   takie   możliwości,   że   obecnie   wysyłamy 
wyprawę na Wenus, i jest nam potrzebny człowiek doskonale znający warunki pracy w piaszczystych 
terenach.   Nie   sądzę,  aby   tamte  pustynie   bardzo   różniły  się   od   waszej   ukochanej   Gobi.   Tyle  że 
napotkacie nieco większe trudności...

W głowie Bykowa błysnęła nagle myśl:
- Uranowa Golkonda!
Krajuchin spojrzał na niego przenikliwie.
- Tak. Uranowa Golkonda. Widzicie, już wiecie prawie wszystko.
- Wenus... - powoli mówił Bykow. - Uranowa Golkonda... -Pokręcił głową i uśmiechnął się. - Ja... i 

niebo! Niewiarygodne!

- No, nie taki z was chyba wielki grzesznik. A poza tym nie wysyłamy was do rajskich ogrodów. 

Jednak może się zdarzyć... -Krajuchin pochylił się i zapytał szeptem:

- Boicie się? Bykow zastanowił się.

background image

- Oczywiście strach mnie oblatuje - przyznał się. Prawdę mówiąc, po prostu mam stracha.. 

Zresztą... może nie dam rady. Ale jeśli zażąda się ode mnie tylko tego, co potrafię, to dlaczegóż by 
nie? - popatrzył na Krajuchina i uśmiechnął się. - Nie, nie boję się aż tak bardzo, żeby odmówić. 
Musicie rozumieć, że to jednak było zaskoczenie. A przy tym, dlaczego wy... uważacie, że wywiążę 
się ze swego zadania?

- Jestem najzupełniej przekonany. Oczywiście, nie będzie łatwo. Będziecie mieli trudności, będzie 

wam ciężko, bardzo ciężko, natkniecie się, być może, na niebezpieczeństwa, o jakich na razie nie 
mamy nawet pojęcia... lecz dacie sobie radę.

- Lepiej się na tym znacie, towarzyszu Krajuchin.
- Tak mi się wydaje. Liczymy na to, Aleksieju Piotrowiczu, że nie pobiegniecie do waszego 

ministerstwa z prośbą o zwolnienie ze względu na stan zdrowia czy warunki rodzinne.

- Towarzyszu Krajuchin!
- A cóż wy myślicie? - Krajuchin zaczerwienił się. - Nie tacy jak wy, siedząc na tym fotelu, 

sromotnie tchórzyli. - Przeciągnął dłonią po twarzy. - Mówiąc szczerze, już od dawna mam was na 
oku i jestem rad, że się nie omyliłem.

Bykow chrząknął zażenowany i odwrócił wzrok, po czym spytał:
- A skąd mnie znacie?
- Z akcji ratunkowej ekspedycji Daugego. Należała ona do naszego resortu. Od tej pory mam was 

na oku. Poprosiłem o opinię o was i wszystko, co potrzeba. Teraz nadszedł czas i zaprosiliśmy was 
tutaj.

- Rozumiem.
- Zwykle dajemy czas do namysłu, tydzień, a niekiedy miesiąc. Tym razem jednak nie możemy 

czekać.   Decydujcie,   towarzyszu   Bykow.   Uprzedzam   was:   jeśli   wahacie   się   choćby   odrobinę, 
rezygnujcie natychmiast. Pretensji mieć nie będziemy.

Bykow roześmiał się.
-   Towarzyszu   Krajuchin,   nie   rezygnuję.   Jeśli   uważacie,   że   dam   sobie   radę,   zgadzam   się. 

Oczywiście byłem trochę zaskoczony, ale to nic nie szkodzi.

- No to świetnie.
Krajuchin spokojnie skłonił głowę i zerknął na zegarek.
- A teraz uważajcie. Ekspedycja potrwa stosunkowo krótko, nie dłużej niż półtora miesiąca. 

Odpowiada wam to?

- Odpowiada...
- O szczegółach mówić teraz nie będę. Dowiecie się wszystkiego później. Czasu mamy jak na 

lekarstwo. Proszę wziąć pod uwagę, że jutro odlatujemy.

- Jutro? Na Wenus?
- Nie, na Wenus nie polecimy tak prędko. Na razie popracujemy na Ziemi. Nie myślcie tylko, że 

w Moskwie. Będziemy w innym miejscu. Ale, ale... gdzie są wasze rzeczy?

- Na dole w szatni. Rzeczy mam niewiele - walizę i raportówkę. Nie przypuszczałem...
- To nie jest najważniejsze. Gdzie macie zamiar zatrzymać się? Polecam wam Pragę... To blisko, 

tuż obok.

Bykow przytaknął.
- Wiem. To dobry hotel.
- Bardzo dobry. Teraz jesteście wolni, a za... - znów zerknął na zegarek - za dwie godziny z 

minutami, to znaczy dokładnie o siedemnastej, proszę was, towarzyszu kosmonauto, wracajcie tu do 
mnie.   Dowiecie   się   paru   rzeczy.   Jedliście   obiad?   Na   pewno   nie!   Restauracja   znajduje   się   na 
trzynastym piętrze. Posilcie się, odpocznijcie w klubie czy w bibliotece - wszystko znajduje się w tym 
samym budynku. A więc punktualnie siedemnasta. A teraz, jazda! Ja natomiast zabiorę się do mycia 
głowy... no... muszę komuś zmyć głowę.

Bykow, ciągle jeszcze podniecony, wstał i po chwili wahania rzucił pytanie, które męczyło go w 

ciągu całej rozmowy.

background image

- Towarzyszu Krajuchin, jak brzmi pełna nazwa tej instytucji? W skierowaniu podano skrót: 

„PKKM”. Mam wrażenie, że rozszyfrowałem go błędnie.

- PKKM to Państwowy Komitet Komunikacji Międzyplanetarnej przy Radzie Ministrów. Jestem 

zastępcą prezesa komitetu.

- Dziękuję- odpowiedział Bykow.
- Komitet Komunikacji Międzyplanetarnej - mruknął, kierując się do drzwi. - Nno, tak... A ja 

myślałem, że Państwowy Komitet Komunikacji Międzynarodowej... Taki sam skrót...

W   drzwiach   Bykow   zderzył   się   z   jakimś   dryblasem   pędzącym   do   gabinetu.   Zdążył   tylko 

zauważyć, że wielkie chłopisko miało duże okulary w pięknej czarnej oprawie odcinające się od 
niezwykle bladej twarzy. Człowiek ten nie zwrócił uwagi na gościa i odsunąwszy go na bok, już od 
progu wołał:

- Mikołaju Zacharowiczu!
W odpowiedzi Bykow usłyszał groźny, syczący głos Kraju-china:
- Gdzie jest szósty reaktor?!
- Pozwólcie. Mikołaju...
- Pytam, gdzie jest szósty reaktor?
Bykow zamknął drzwi i ruszył do wyjścia. Ciemnolicy sekretarz odprowadził go spojrzeniem 

swego jedynego oka i znów pochylił się nad biurkiem.

Załoga „Hiusa”

„Wenus jest, licząc od Słońca, drugą z kolei planetą. Średnia odległość od Słońca wynosi 0,723 

jednostki astronomicznej, czyli 108 milionów km. Całkowity czas obiegu wokół Słońca wynosi 224 
dni 16 godzin 49 minut i 8 sekund. Średnia prędkość poruszania się po orbicie wynosi 35 km/sek... 
Jest najbliższą planetą w sąsiedztwie Ziemi. W momencie gdy znajduje się między Słońcem a Ziemią, 
odległość jej od naszej planety wynosi około 39 milionów km... Gdy jest po przeciwnej stronie Słońca, 
odległość   ta   wzrasta   do   258   milionów   km.   Średnica   równa   się   12   400   km,   spłaszczenie   jest 
niedostrzegalne.   Przyjmując   wielkości   ziemskie   za   1,   Wenus   będzie   mieć   następujące   rozmiary: 
średnica - 0,913, powierzchnia - 0,95, objętość - 0,92, siła przyciągania na powierzchni - 0,85, gęstość - 
0,88 (czyli 4,80 gr/cm

3

); masa 0,81.... czas obrotu wokół osi wynosi 57 godzin. Wenus otacza bardzo 

gęsta atmosfera złożona z dwutlenku węgla i czadu, w której poruszają się obłoki z krystalicznego 
amoniaku... Badania Wenus przeprowadzane są z tymczasowych i stałych sputników, z których dwa 
należą do Akademii Nauk ZSRR. Kilka prób wylądowania na tej planecie (Abrasimow, Nisidzima, 
Sokołowski, Szi Feń-ju i inni) i prowadzenia badań bezpośrednio na jej powierzchni skończyło się 
niepowodzeniem...”.

Bykow spojrzał na kolorową fotografię Wenus - na aksamit-no-czarnym tle żółtawy dysk z 

błękitnymi i pomarańczowymi cieniami. Zatrzasnął grubą księgę. „Kilka prób wylądowania... i pro-
wadzenia badań bezpośrednio... skończyło się niepowodzeniem...”. Krótko i wyraźnie. Próbowano. 
Bykow zaczął sobie przypominać wszystko, co czytał kiedyś w książkach i gazetach, co widział na 
wykładach telewizyjnych i czego dowiedział się ze zwięzłych i suchych komunikatów TASS-u.

Pod koniec trzeciego dziesięciolecia, od chwili gdy człowiek pierwszy raz poleciał na Księżyc, 

znane mu były wszystkie ciała niebieskie w promieniu półtora miliarda kilometrów. Rozwinęły się 
nowe nauki - planetologia i planetografia Księżyca, Marsa i Merkurego, wielkich sputników dużych 
planet i niektórych małych planet-asteroidów. Kosmonauci, a zwłaszcza ci, którzy całe miesiące, a 
nawet lata pracowali daleko od Ziemi, przywykli już do lotnych warstw pyłu na równinach Księżyca, 
do   czerwonych   pustyń   i   jak   gdyby   wyschniętych   zarośli   marsjańskiego   saksaułu,   do   lodowych 
przepaści i rozpalonych do białości płaskowyżów Merkurego, do obcego nieba, po którym pędzą 
liczne   księżyce,   do   Słońca   podobnego   do   jasnej   gwiazdy.   Setki   pojazdów   międzyplanetarnych 
przecinało we wszystkich kierunkach Układ Słoneczny. Zbliżał się nowy etap podboju przestrzeni 
kosmicznej przez człowieka -okres podboju wielkich, „trudnych” planet: Jupitera, Saturna, Ura-na, 
Neptuna i Wenus.

Wenus  była  jednym  z pierwszych  obiektów,  na  który zwrócili  uwagę  wyruszający  z Ziemi 

badacze kosmosu. Planeta znajduje się blisko Ziemi i Słońca, ma wiele wspólnych z Ziemią cech fi-

background image

zycznych, a jednocześnie nic nie było wiadomo o jej budowie. Wszystko to przykuwało uwagę 
kosmonautów.

Najpierw wysłano ku niej rakiety automatyczne bez ludzi. Wyniki obserwacji i doświadczeń 

były niezachęcające. Chmury, konsystencją swą przypominające oceaniczny ił,  otaczały planetę i 
zasłaniały wszystko. Na setkach kilometrów zwykłych i ultraczerwonych filmów widniał stale ten 
sam obraz: biała, jednostajna, nieprzenikniona zasłona utworzona zapewne z bardzo grubej warstwy 
obłoków. Nie zdała egzaminu także radiooptyka. Fale radiowe albo odbijały się od górnych warstw 
atmosfery,   albo   były   całkowicie   przez   nią   wchłaniane.   Ekrany   radiolokatorów   albo   jarzyły   się 
równym nic nie znaczącym blaskiem, albo pozostawały czarne. Telemechanicz-ne i cybernetyczne 
tankietki-laboratoria, które tak świetnie dawały sobie radę podczas badań Księżyca i Marsa, nie 
przesyłały żadnych meldunków. Wszystkie zaginęły gdzieś na dnie zwartego oceanu szaroróżowej 
masy obłoków.

Wówczas do szturmu ruszyli najodważniejsi. Trzy wyprawy, wyposażone w najnowsze, jak na 

owe czasy, urządzenia techniczne, jedna po drugiej zanurzały się w atmosferze tajemniczej planety. 
Pierwszy statek spłonął, zanim zdążył nadać choćby jeden komunikat. (Obserwatorzy zauważyli w 
miejscu zetknięcia się statku z powierzchnią atmosfery Wenus nikły błysk). Druga ekspedycja nadała 
meldunek,   że   podchodzi   do   lądowania,   a   w   dwadzieścia   minut   potem   wiadomość,   że   tuż   nad 
powierzchnią   statek   ich   niesie   niezwykle   silny   prąd   atmosferyczny.   Była   to   ostatnia   informacja. 
Trzecia   ekspedycja   wylądowała   szczęśliwie.   Jednak   nie   wiadomo,  jakie   kaprysy   przyrody   nie 
pozwoliły na nawiązanie łączności przez całą dobę. Dowódca wyprawy meldował później, że wokół 
szaleją burze piaskowe, trąby powietrzne o tak potwornej sile, że zwalają nawet skały, a wreszcie, że 
otacza ich purpurowa nieprzenikniona mgła. Na tym łączność się urwała i dopiero po tygodniu ktoś 
nerwowo   rzucił   do   mikrofonu:   „Gorączka,   gorączka,   gorączka”.   Były   to   ostatnie   słowa,   jakie 
usłyszano od członków tej wyprawy.

Zagłada trzech ekspedycji w tak krótkim czasie to już zbyt wiele! Zrozumiano, że atakować 

Wenus   można   dopiero   po   dokonaniu   nowych,   bardzo   dokładnych   przygotowań.   Trzeba   było 
przeprowadzić   żmudne,   wszechstronne   i   głębokie   rozpoznanie.   Międzynarodowy   Kongres 
Kosmologów opracował plan badania Wenus, którego realizacja miała trwać piętnaście lat. Ludzkość 
zmobilizowała w tym celu wszystkie najnowsze środki znajdujące się w arsenale wiedzy i techniki. 
Zbudowano   i   wysłano   w   przestrzeń   kilka   sputników-obserwatoriów,   wyposażonych   w   setki 
automatów. Wprowadzono do użycia automatyczne sondy-szperacze, zastosowano ultra-czerwoną i 
elektronową optykę, aparaty jonoskopowe i wiele innych urządzeń. Mózgi elektronowe bezustannie 
opracowywały otrzymywane informacje. Wprzęgnięto do pracy największe w świecie elektronowe 
maszyny do obliczeń. Stratosfera Wenus została zbadana tak dokładnie, że wyniki wprowadzały w 
podziw nawet uczonych. W końcu z niezbędną dokładnością obliczono okres obrotu Wenus wokół jej 
osi. Sporządzono mapę z ogólnymi zarysami łańcuchów górskich. Zmierzono występujące na Wenus 
pola magnetyczne. Prace prowadzono metodycznie i z pełną celowością.

Francuski sputnik wykrył na Wenus i określił rejon zwiększonej jonizacji. Po pewnym czasie 

odkrycie to potwierdzili uczeni radzieccy, chińscy i japońscy. Stwierdzono, że rejon superintensywnej 
jonizacji obejmuje około pól miliona metrów kwadratowych i okresowo koncentruje się na ściśle 
określonym miejscu. Stwierdzono również, że jonizacja nie ma nic wspólnego z grubą powłoką 
chmur, a zatem wyłącza się możliwość jej atmosferycznego pochodzenia. Pozostało tylko podsunąć 
myśl, że rejon jonizacji związany jest z twardą powierzchnią Wenus. Jeżeli źródłem jonizacji byłyby 
materiały promieniotwórcze, to mogły jedynie zdradzać obecność rud radioaktywnych o niebywałej 
koncentracji. Nazwa „Uranowa Golkonda” narzucała się sama przez się.

W takiej sytuacji sprawy przybrały inny obrót. Jeśli chodzi o ciężkie elementy radioaktywne, 

ludzkość ciągle jeszcze odczuwała ich głód. Technologia wydobywania rozsianych po całym globie 
rud   rozwijała   się   powoli,   natomiast   zapotrzebowanie   na   materiały   rozszczepialne   wielokrotnie 
przewyższało   produkcję   zakładów   aglomeracyjnych,   a   sztuczne   ich   wytwarzanie   było   zbyt 
kosztowne.   Wyłącznie   naukowe   zainteresowania,   jakie   budziła   Wenus,   zostały   uzupełnione 
zagadnieniami bardziej praktycznymi.

background image

Znów wyruszyło kilka ekspedycji. Zginął Sokolowski, wiceprezes Międzynarodowego Kongresu 

Kosmogatorów*.

Jako niewidomy inwalida powrócił do Nagoi nieustraszony Ni-sidzima. Przepadł bez wieści 

jeden   z   najlepszych   pilotów   chińskich   Szi   Feń-ju.   Było   rzeczą   oczywistą,   że   stare   środki   ataku 
zawodziły.   Wenus   po   prostu   drwiła   z   wysiłków   człowieka.   Analiza   skąpych   wiadomości   o 
katastrofach   ekspedycji   wykazała,   że   aby   pomyślnie   wylądować   na   Wenus,   trzeba   wyrzec   się 
dotychczasowych konstrukcji i zasad technicznych, na których opierały się loty międzyplanetarne. 
Międzynarodowy kongres wezwał do zaniechania lotów aż do chwili, gdy zostaną zbudowane nowe 
statki międzyplanetarne, i uchwalił nagrodę za opracowanie takiej rakiety, która by mogła pokonać 
pancerz   wenusjańskiej   atmosfery.   W   Związku   Radzieckim   pełną   parą   prowadzono   prace   nad 
skonstruowaniem rakiety o napędzie fotonowym. Inne państwa także szukały nowych rozwiązań.

Na   dwa   lata   przed   rozpoczęciem   naszej   opowieści   w   centralnych   gazetach   pojawiła   się 

wzmianka, że na największym sputniku Ziemi Wei-ta-de Ju-i, co znaczy „Wielka przyjaźń”, radzieccy 
i chińscy mistrzowie bezgrawitacyjnego odlewnictwa metali - odlewnictwa w warunkach, gdy nie 
istnieje działanie siły ciężkości -rozpoczęli odlewanie kadłuba rakiety o napędzie fotonowym. Moż-
liwe, że na tej właśnie rakiecie los pozwoli Bykowowi i jego towarzyszom dostać się na wenusjańskie 
pustynie... o których powiedział Krajuchin: „Nie sądzę, aby się różniły od waszej ukochanej pustyni 
Gobi”.

Zresztą wszystko jedno, czy będzie to rakieta fotonowa, czy też atomowa, czy pustynie na 

Wenus będą się zasadniczo różniły od ziemskich - wiadomo było jedno: wyprawa miała do wykona-
nia nadzwyczaj trudne zadanie. Dla dokonania podboju Wenus ijej

* Autor stworzył nowe słowo, którego pierwowzorem jest „nawigator” (przyp. tlum.).

na   poły   mitycznych   skarbów   Uranowej   Golkondy   potrzebna   jest   ogromna   wiedza,   żelazne 

zdrowie, niezwykła wytrzymałość... Trzeba być do tego prawdziwym astronautą, jednym z tych 
bohaterów, jakich ogląda się w kinie i jakich wita się z kwiatami w ręku, albo też... jednym z tych, co  
giną w bezkresnej przestrzeni międzyplanetarnej. Czy skromny inżynier Bykow ma dość wiedzy, czy 
wytrzymają jego zdrowie i charakter?

Krajuchin zna się na tych sprawach lepiej, jest przecież zastępcą prezesa PKKM, Państwowego 

Komitetu Komunikacji Międzyplanetarnej. Jeśli Krajuchin jest przekonany, że Bykow da sobie radę, to 
Bykow nie zawiedzie. Zresztą, ci astronauci to także ludzie! Potrafią oni, potrafi i on.

Bykow zdał sobie nagle sprawę, że uparcie wpatruje się prosto w oczy ładniutkiej bibliotekarki 

siedzącej przy stoliku naprzeciw. Dziewczyna najpierw zrobiła groźną minę, lecz po chwili nie wy-
trzymała i parsknęła śmiechem. Z kolei nachmurzył się Bykow. Trzeba będzie wysłać do Aszchabadu 
depeszę, że delegacja przeciągnie się. Szkoda... nie zobaczy się już przed wyprawą... Ale co by to 
dało? Czy w ciągu kilku minut zdoła powiedzieć wszystko, czego nie miał odwagi wyznać przez tyle 
lat? Niechaj los rozstrzyga! Gdy wróci... (W myśli zobaczył fotografię w czasopiśmie. Bohaterowie 
kosmicznych   przestrzeni   powrócili   z   trudnego   rejsu   -kwiaty,   uśmiechy,   podniesione   w   geście 
powitania dłonie...), gdy wróci, weźmie urlop i pojedzie do Aszchabadu. Podejdzie do znajomego 
domu, naciśnie guzik dzwonka...

Bykow   spojrzał   na   zegarek.   Do   piątej   brakowało   jeszcze   paru   minut.   Wstał,   skłonił   się 

bibliotekarce, zwracając jednocześnie tom encyklopedii.

Jednooki sekretarz skinął mu głową jak staremu znajomemu. Bykow jeszcze raz spojrzał na 

zegarek   (była   za   minutę   piąta),   przygładził   ręką   włosy,   obciągnął   wiatrówkę   i   zdecydowanym 
ruchem otworzył drzwi gabinetu.

Odniósł   wrażenie,   że  wszedł   do   innego   pokoju.   Zasłony   na   oknach   były  rozsunięte;  przez 

szeroko otwarte okna wdzierało się słoneczne światło, oblewając złotem jasne, aksamitne ściany z pla-
stiku. Fotel, który stał przy biurku, został odsunięty. Nadal leżał na nim, zwiesiwszy za oparcie 
srebrzysty   hełm,   strój   przypominający   skafander.   Pod   ścianą   znajdował   się   zwinięty   dywan. 
Pośrodku gabinetu, na wyfroterowanym parkiecie, stał dziwaczny przedmiot, coś w rodzaju żółwia o 
pięciu grubych nogach. Gładki, sferyczny pancerz wznosił się przynajmniej metr nad podłogą. Wokół 
„żół-wia” przykucnęło kilku mężczyzn.

background image

Gdy Bykow wszedł do gabinetu, jeden z nich, barczysty, przygarbiony, w czarnych ochronnych 

okularach, zakrywających niemal połowę twarzy, podniósł łysą głowę, lśniącą w słonecznym blasku, i 
odezwał się chrypiącym głosem Krajuchina:

- Otóż i on! Towarzysze, przedstawiam wam szóstego członka waszej załogi, inżyniera Aleksieja 

Piotrowicza Bykowa.

Zwróciły   się   ku   niemu   wszystkie   twarze   -   rosły,   bardzo   przystojny   mężczyzna   w   lekkim, 

doskonale uszytym garniturze; czerwony od upału grubas z ogoloną głową; śniady, czarnowłosy 
młodzian, wycierający żylaste dłonie zatłuszczonymi pakułami, i... Dauge, stary, dobry przyjaciel 
Dauge,   tak   samo   jak   na   pustyni   Gobi   wychudły   i   niezgrabny,   tylko   ubrany   inaczej,   już   nie   w 
szerokich spodniach i chustce na głowie, lecz w zwykłym garniturze. Dauge spoglądał na Bykowa, 
witał go życzliwym kiwaniem głowy i uśmiechał się na całą szerokość wielkich ust.

- Poznajcie się - powiedział Krajuchin. - Włodzimierz Sier-giejewicz Jurkowski, wybitny geolog i 

doświadczony astronauta.

Przystojny   geolog   w   wymuskanym   garniturze   jakby   od   niechcenia   uścisnął   rękę   Bykowa   i 

odwrócił się obojętnie. Bykow kątem oka spojrzał na Krajuchina. Wydało się mu, że w jego oczach za-
błysły i natychmiast przygasły wesołe ogniki.

- ...Bogdan Bogdanowicz Spicyn, pilot, jeden z najlepszych kosmonautów na świecie. Członek 

pierwszych ekspedycji do strefy asteroidów.

Ciemny brunet błysnął w uśmiechu wspaniałymi zębami. Dłoń miał gorącą i twardą jak żelazo.
-   Michał   Antonowicz   Krutikow   -   mówił   dalej   Krajuchin   -   nawigator.   Duma   radzieckiej 

astronautyki.

-   Ech,   jak   wy   coś   powiecie,   Mikołaju   Zacharowiczu,   to...   -mruknął   grubas,   zmieszany   jak 

panienka, przyjaźnie oglądając By-kowa od stóp do głów. - Towarzysz Bykow naprawdę może pomy-
śleć... Bardzo mi przyjemnie poznać was, towarzyszu Bykow...

- A na koniec... tu, zdaje się, przedstawiać nikogo nie potrzebuję.
Bykow i Dauge uścisnęli się.
- Wspaniale, Aleksieju, wspaniale! - szeptał Dauge.
- Oczom nie wierzę, że to ty!
- A właśnie że ja, Aleksieju!
Krajuchin ujął Bykowa delikatnie za łokieć.
- Dowódca statku i kierownik ekspedycji.
Bykow obejrzał się. W drzwiach stał niewysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o bardzo bladej 

twarzy i zupełnie siwych włosach. Patrząc na jego regularne, wyraziste i delikatne rysy, nie można 
było  mu  dać  więcej   niż  trzydzieści  parę  lat.  Widocznie  wszedł  do  gabinetu  tuż  za Bykowem  i 
obserwował całą ceremonię.

- ...Anatol Borysowicz Jermakow.
Bykow, gdy usłyszał nazwisko, które przed kilkoma miesiącami nie schodziło ze szpalt prasy, 

stanął na baczność. Są ludzie, których przewagę czuje się od pierwszego wejrzenia. Do takich z 
pewnością należał Jermakow. Bykow wyczuwał w nim niemal olbrzymią siłę woli i wszechstronny 
umysł, który znamionują żelazna logika i konsekwencja. Mocne usta Jermakowa rozchyliły się w 
uprzejmym   uśmiechu,   lecz   ciemne   oczy   z   ciekawością   i   uwagą   badały   twarz   nowego   członka 
ekspedycji.

Minęło kilka trudnych sekund milczenia. Pierwszy odezwał się Jermakow:
- Bardzo mi przyjemnie, towarzyszu Bykow.
Iżynier delikatnie uścisnął jego wąską, ciepłą dłoń i odwrócił się do Daugego. Zauważył, że czoło 

starego towarzysza było pokryte kroplami potu. No cóż, w gabinecie było dość gorąco.

-  A  więc,   towarzysze   -   zaczął   Krajuchin   -   zebraliśmy   się   już   wszyscy   i   możemy   zaczynać 

konferencję, ostatnią w Moskwie.

Zbliżył się do biurka i nacisnął jeden z guzików na ebonitowej tablicy rozdzielczej wideofonu. 

Rozległo się ciche brzęczenie i szary żółw powoli zapadł się pod podłogę, a nad ciemnym otworem 

background image

zasunął się parkiet. Dauge i Spicyn rozwinęli i ułożyli na podłodze dywan, a grubasek Krutikow 
podsunął fotel na dawne miejsce przy biurku.

- Siadajcie, towarzysze - zaprosił Krajuchin.
Wszyscy zajęli miejsca w lekkich fotelikach z czerwonego drzewa. Zapanowało milczenie.
- Z radością mogę was zawiadomić - mówił Krajuchin - że rozkaz został podpisany. Stało się to 

przed dwiema godzinami, a jeśli chodzi o skład załogi, to został ostatecznie zatwierdzony. Gratuluję 
wam.

Wszyscy siedzieli nieruchomo i tylko elegancik Jurkowski podniósł głowę i rzucił na Bykowa 

przelotne spojrzenie.

- Co się zaś tyczy zadania... - Krajuchin zamilkł na chwilę i podniósł kartkę do oczu. - Jeśli chodzi 

o   zadanie,   to   w   tym   punkcie   komitet   uznał   za   konieczne   wprowadzić   kilka   zmian,   a   raczej 
uzupełnień.

- Zaczyna się... - cicho, lecz z wyraźnym niezadowoleniem szepnął Dauge.
Zaterkotał   dzwonek   telefonu.   Krajuchin   podniósł   i   od   razu   położył   słuchawkę.   Nacisnął 

przełącznik i burknął:

- Mam teraz konferencję.
- Tak jest! - zabrzmiało w głośniku.
- Tak więc, towarzysze, w zasadzie wszystko pozostaje tak, jak było w projekcie. Zadaniem 

waszym będzie wypróbowanie nowych urządzeń technicznych i przeprowadzenie geologicznych 
badań   na   Wenus.   Ponieważ   mamy   wśród   nas   nowicjusza,   który   nie   jest   obeznany   z   naszymi 
sprawami, a także biorąc pod uwagę, że powtarzanie jest matką mądrości... przeczytam wam tę część 
rozkazu.   „Paragraf   ósmy.   Zadaniem   ekspedycji   jest:   po   pierwsze,   przeprowadzić   wszechstronne 
próby   eksploatacyjno-techniczne   nowego   typu   statku   międzyplanetarnego   -   rakiety   o   napędzie 
fotonowym »Hius«. Po drugie, wylądować na Wenus w rejonie złóż radioaktywnych rud Uranowa 
Golkonda, które przed dwoma laty zostały odkryte przez ekspedycję Tachmasiba-Jermakowa...”.

Bykow głośno westchnął. Dauge ostrzegawczym gestem położył mu dłoń na kolanie.
- „...i przeprowadzić tam geologiczne badania. Paragraf dziewiąty. Zadaniem grupy geologicznej 

ekspedycji jest określić granice złóż Uranowej Golkondy, zebrać próbki materiałów radioaktywnych 
oraz obliczyć w przybliżeniu zapasy tych kopalin. Po powrocie przedłożyć komitetowi szacunkową 
wartość złóż”. Wszystko to było w projekcie, ale teraz przeczytam punkt, który został dodany - wtrą-
cił   Krajuchin.   -   Słuchajcie!   „Paragraf   dziesiąty.   Zadaniem   ekspedycji   jest   znalezienie   miejsca 
lądowania w odległości nie większej niż pięćdziesiąt kilometrów od granicy Uranowej Golkondy. 
Lądowisko   musi   nadawać   się   dla   wszystkich   typów   statków   międzyplanetarnych,   a   ekspedycja 
wyposaży   je   w   automatyczne   radiolatarnie   typu   Usmanowa-Szwarca,   działające   na   zakresie   fal 
ultrakrótkich i pobierające energię z miejscowych źródeł”. Krajuchin odłożył papiery i spojrzał na 
zebranych.

Przez chwilę panowało milczenie. Ciszę przerwał Jurkowski. Z nonszalancją uniósł jedną brew i 

zapytał:

- A któż będzie to robił?
- Dziwne pytanie - uśmiechając się, zauważył Krajuchin.
- Wszystko to brzmi bardzo ładnie, znajdziemy lądowisko -jakby pospiesznie zaczął mówić 

Dauge. - Ostatecznie nawet je wybudujemy. Ale z tymi radiolatarniami... Sprawa specjalnego przy-
gotowania... delikatna i wymaga specjalnego przygotowania.

- To już, moi drodzy, nie moja sprawa. Ta troska spada na głowę kierownika ekspedycji. - 

Krajuchin zapalił papierosa. -Prawda, Anatolu Borysowiczu?

Bykow z zaciekawieniem spojrzał na Jermakowa. Ten machnął ręką.
- Sądzę - mówił powoli - że wywiążemy się z zadania. Jeśli się nie mylę, mamy jeszcze przed 

sobą półtora miesiąca. Przez ten czas zdążymy poznać konstrukcję owych latarń i przeprowadzić 
kilka próbnych montaży. Nie taka to znów „delikatna” sprawa...

- Musicie jednak wziąć pod uwagę, że nie dam wam na te prace całych sześciu tygodni ani nawet 

miesiąca - przerwał mu Krajuchin.

background image

- W takim razie muszą wystarczyć trzy tygodnie - Jermakow opuścił wzrok i oglądał własne 

dłonie. - Ma się rozumieć, jeśli nam to umożliwicie.

- Nie rozumiem - wtrącił się Jurkowski, nie czekając na odpowiedź Krajuchina - co to znaczy 

„pobierające energię z miejscowych źródeł”? Zdaje się, że tak przeczytaliście?

- Znaczy to, drogi Włodzimierzu, że źródło energii dla radio-latarni musicie znaleźć tam na 

miejscu - odpowiedział Krajuchin. -Zresztą, jestem przeświadczony, że dla naszych techników ta 
sprawa jest całkiem jasna. Chyba tak?

Krutikow szybko przytaknął, a Spicyn, uśmiechając się, zaczął:
-   Pewnie,   że   rozumiemy.   Jeśli   Golkonda   zawiera   chociażby   połowę   tych   materiałów 

radioaktywnych, o jakich się mówi, czy też termoelementy... A zresztą, co tu mówić! Rozkaz to 
rozkaz.

- Co innego wydać rozkaz, a całkiem co innego wykonać go -ponuro mruknął Jurkowski. - W 

każdym razie uważam, że punkt ten trzeba było najpierw omówić z nami, a dopiero potem umiesz-
czać w rozkazie.

„Dlaczego Krajuchin nie zgasi tego napuszonego bażanta?” -ze złością pomyślał Bykow.
Cienkie, jakby szrama po chirurgicznym cięciu, wargi Kraju-china rozchyliły się w ironicznym 

uśmiechu.

- Włodzimierzu Siergiejewiczu, czy uważacie, że to przekracza możliwości ekspedycji?
- Nie o to chodzi...
- Oczywiście nie o to! - ostro potwierdził Krajuchin. - Oczywiście nie o to! Rzecz w tym, że na 

osiem statków, które w ostatnim dwudziestoleciu wyleciały na Wenus, sześć rozbiło się o skały. 
Zważcie   więc,   że   „Hius”   zostaje   wysłany   na   Wenus   nie   wyłącznie...   i   nie   w   celu   zaspokojenia 
waszych, Włodzimierzu, geologicznych namiętności. Sprawa polega na tym, że za wami pójdą inni... 
dziesiątki, setki następców. Wenus... Golkondy nie możemy pozostawić bez znaków nawigacyjnych. 
Nie możemy i niech to diabli wezmą! Albo ustawimy tam automatyczne radiolatarnie, na których 
będzie można całkowicie  polegać, albo nadal  będziemy wysyłać ludzi prawie  na pewną  zgubę. 
Czyżbyście tego nie rozumieli?

Krajuchin zaczął kasłać, odrzucił papierosa i chusteczką wytarł łysinę. Jurkowski oblał się pąsem 

i opuścił wzrok. Wszyscy milczeli. Dauge trącił Bykowa łokciem.

- W ten oto sposób ściąga się nasz ludek z niebotycznych wyżyn na ziemię.
- Poczekaj, Grigorij - szepnął Bykow - daj posłuchać.
Jeszcze niezbyt wyraźnie zdawał sobie sprawę z koncepcji ekspedycji i środków, jakimi miała 

rozporządzać.   Na   razie   było   oczywiste,   że   przynajmniej   jedno   lądowanie   na   Wenus   przebiegło 
pomyślnie. Lądowanie ekspedycji Tachmasiba-Jermakowa. Uranowa Golkonda nie była mitem.

-   Przypuszczam,   że   nie   będziemy   musieli   zmieniać   obliczeń   związanych   z   lotem?   -   spytał 

Jermakow.

- Nie, dane przelotu nie ulegną zmianie. Towarzysz Krutikow powinien przewidzieć start na 

piętnastego, osiemnastego sierpnia.

Nawigator Krutikow uśmiechnął się i przytaknął głową.
- Mam jeszcze jedno pytanie - niespodziewanie jeszcze raz zabrał głos Jurkowski.
- Proszę bardzo, Włodzimierzu Siergiejewiczu.
- Zupełnie nie rozumiem, jakie zadanie ma spełniać towarzysz... e... Bykow, zwłaszcza w takiej 

ekspedycji   jak   nasza.   Nie   wątpię   w   jego   wielkie   walory,   zarówno   fizyczne,   jak   i   duchowe,   ale 
chciałbym dowiedzieć się czegokolwiek o jego specjalności i zadaniach.

Bykow wstrzymał oddech.
- Wiadomo wam, że ekspedycja będzie pracować w warunkach pustynnych - powoli wyjaśniał 

Krajuchin. - A towarzysz Bykow jest z pustynią za pan brat.

- Hm... Myślałem, że jest specjalistą od lotnisk. Mamy prawo przypuszczać, że Grigorij Dauge 

zna pustynię nie gorzej.

-   Dauge   zna   pustynię   znacznie   gorzej   -   gniewnie   zawołał   Grigorij.   -   Znaczniej   gorzej! 

Wymieniony   przez   Jurkowskiego   nawet   w   prozaicznych   piaskach   Gobi   przepadłby   z   kretesem, 

background image

gdyby nie Bykow... Ty, Włodku, nie znasz Bykowa, ale także nie znasz pustyń. Nie wszystkie są 
podobne do tej w Wielkim Syrcie.

Krajuchin spokojnie poczekał, aż Dauge wypowie się, i dopiero wtedy dokończył przerwane 

objaśnienie. - A poza tym Aleksiej Piotrowicz jest świetnym inżynierem chemikiem i kierowcą.

Jurkowski wzruszył ramionami.
-   Nie   zrozumcie   mnie   źle.   Nie   mam   nic   przeciwko   inżynierowi   Bykowowi.   Lecz   chyba 

powinienem wiedzieć, jaka jest specjalność moich towarzyszy wyprawy! Teraz już wiem: towarzysz 
Bykow jest specjalistą od pustyń.

Bykow zacisnął zęby i milczał. Jednakże Krajuchin gniewnie wbił wzrok w Jurkowskiego i 

zagrzmiał:

-   Włodzimierzu   Siergiejewiczu,   jeśli   popełnię   błąd,   poprawcie   mnie.   Zdaje   się,   że   to   wam 

podczas pobytu na Marsie przed pięciu laty pękła gąsienica u tankietki. Prawda? A wy i Chlebni-kow 
wlekliście się pięćdziesiąt kilometrów na piechotę, bo nie umieliście jej naprawić...

Jurkowski zerwał się i chciał coś tłumaczyć, lecz Krajuchin mówił dalej:
- Zresztą, nie o to nawet chodzi. Inżynier Bykow został włączony w skład ekspedycji nie tylko 

jako specjalista, lecz także dlatego, że ma owe fizyczne i duchowe walory, o których nie wątpicie, co 
zresztą sami przed chwilą słyszeliśmy z waszych ust. To człowiek, na którym wy będziecie mogli 
polegać w krytycznych chwilach. A obiecuję, że chwil takich wam nie zabraknie!

- Poddawaj się! - Krutikow trzepnął Jurkowskiego po ramieniu. - Tym bardziej, że to on właśnie 

uratował twojego ukochanego Daugego...

- Przestań! - burknął Jurkowski.
Bykow zrobił głęboki wdech i zaczesał dłonią sterczące na czubku głowy włosy. Krajuchin 

wyciągnął z biurka złożoną we czworo kartkę i znów zaczął mówić:

- Przy sposobności coś o obowiązkach.  Wszyscy je znacie, ale... ja tak, dla przypomnienia, 

przeczytam jeszcze raz. „Jermakow - kierownik wyprawy, dowódca statku, fizyk, biolog i lekarz.

Spicyn   -   pilot,   radiotelegrafista,   nawigator   i   mechanik   pokładowy.   Krutikow   -   nawigator, 

cybernetyk, pilot i mechanik pokładowy. Jurkowski - geolog, radiotelegrafista, biolog. Dauge - geolog, 
biolog. Bykow- inżynier mechanik, chemik, kierowca transportera, radiotelegrafista”.

- Specjalista od pustyń - szepnął Dauge. Bykow niecierpliwie wzruszył ramionami.
- A teraz coś jeszcze... - Krajuchin wstał i oparł się dłońmi o biurko. - Kilka słów o zagadce, o 

„zagadce Tachmasiba”...

- O Boże! - żałośnie szepnął Krutikow.
- Co powiedzieliście? - zwrócił się do niego Krajuchin.
- Nic ważnego.
- Zapewne chcieliście powiedzieć, że mit o „zagadce Tach-masiba” zanudził już was na śmierć?
- Niezupełnie tak... ale... - Krutikow poruszył się zażenowany i zerknął na Jermakowa.
- Ale coś w tym rodzaju. Wróćmy jednak do sprawy. W kierownictwie Akademii znaleźli się 

ludzie, którzy zainteresowali się tym problemem i prosili, aby włączyć go w prace waszej ekspedycji i 
rozszyfrować tę „zagadkę”.

- To oczywiste... - z uśmiechem dorzucił Krutikow.
- Nie zgodziłem się na to, biorąc pod uwagę wasze i tak już bardzo napięte plany. Jednakże, 

ponieważ będziecie pracować w pobliżu Golkondy, zwracam się do was z prośbą, abyście zwrócili 
uwagę na wszelkie zjawiska, które w najmniejszym choćby stopniu przypominałyby to, co wiemy... 
czego dowiedzieliśmy się od ekspedycji Tachmasiba-Jermakowa. Zrozumieliśmy się?

Wszyscy milczeli. Tylko Jermakow rzucił półgłosem:
- Niestety, ogólnie przyjęła się opinia, że dziwne przygody Tachmasiba to mit. A przecież jego 

śmierć nie jest mitem...

- Mógł zginąć z tysiąca innych powodów - powiedział Dauge.
- Całkiem możliwe. Lecz nie należy zapominać, że „czerwony krąg”, wszystko jedno, co się za 

tymi słowami kryje, istnieje rzeczywiście i stał się przyczyną jego zguby.

background image

- Krótko mówiąc, nie jest to rozkaz, lecz prośba - dodał Krajuchin - chociaż obawiam się, że 

„zagadka Tachmasiba” da wam znać o sobie, niezależnie od tego, czy w nią wierzycie, czy nie... To 
wszystko,   co  chciałem   wam   powiedzieć.   Teraz   przejdźmy  do  spraw   bieżących.   Wiecie,   że   jutro 
wylatujemy. Zbiórka tu u mnie o dwunastej. Pojedziemy na lotnisko Wnukowo... Towarzyszu Bykow!

- Słucham! - Aleksiej poderwał się z krzesła.
- Proszę, nie wstawajcie! Gdzie zamierzacie nocować? W Pradze?
- U mnie - szybko odpowiedział Dauge.
- A zatem świetnie! No cóż, towarzysze, jeśli nie ma pytań, możecie odejść i szykować się do 

drogi. Anatolu Borysowiczu, proszę, zostańcie chwilę.

Wszyscy wstali i zaczęli się żegnać. W sekretariacie Dauge wziął Bykowa pod rękę.
- Zejdź na parter i czekaj na mnie w westybulu, ja skoczę po samochód. Mamy przed sobą cały 

wieczór. Posiedzimy, pogadamy. Spodziewam się, że masz całą masę pytań. Prawda?

- Grigorij, jakiś ty przewidujący! Słów mi brakuje!

U progu

Bykow   westchnął   i   usiadł   na   tapczanie,   odrzucając   kołdrę.   Nie   mógł   usnąć.   W   gabinecie 

Daugego było ciemno. Na podłodze bielały zrzucone na podłogę prześcieradła. Za oknami różowiła 
się nocna łuna wielkomiejskich świateł.

Bykow wyciągnął rękę po zegarek leżący na stoliku obok tapczanu, ale ten wyśliznął mu się i 

upadł na dywan. Bykow zsunął się z tapczanu i zaczął szukać zguby, wodząc dłonią po podłodze. 
Zegarka jednak nie było. Inżynier wstał i poprawił rozkopane prześcieradła. Robił to już trzeci raz od 
chwili, gdy Dauge życzył mu dobrej nocy i poszedł do swojej sypialni pisać listy. Aleksiej położył się, 
lecz sen nie przychodził. Biedaczysko kręcił się, sapał, układał się najwygodniej, liczył do stu, ale 
wszystko nadaremnie.

„Zbyt wiele wrażeń” - pomyślał. Zbyt wiele wrażeń i myśli. Zbyt wiele opowiadał Dauge, a 

jeszcze więcej zostało nie wytłumaczone. Co za rozkosz sprawiłby teraz papieros. Nie! Nie wolno! 
Trzeba odzwyczajać się. Trzeba rzucić palenie i zupełnie zapomnieć o alkoholu. Wieczorem Grigorij 
bez żadnego entuzjazmu przyjął jego słowa, że „o tam, w walizce, czeka na swoją kolej butelka 
najlepszego ormiańskiego koniaku”. Dość obojętnie spytał: „Piętnastoletnia?”. „Dwudziestoletnia!” - 
triumfalnie obwieścił Bykow. „Wobec czego możesz ją wyrzucić - uprzejmie zaproponował Dauge. - 
Wyrzuć natychmiast do śmietniczki, a już sama poleci przewodami zsypowymi, albo oddaj ją jutro 
komukolwiek. Pamiętaj, że w rakiecie nie wolno palić. Taki już jest nasz regulamin. Na Ziemi wolno 
nam czasami napić się trochę wina gronowego, w drodze - ani kropelki! Takie są zasady, towarzyszu 
astronauto”.

-   To   ci   klasztor   -   głęboko   przeżywając   to   stwierdzenie,   zamruczał   Bykow,   układając   się 

wygodniej pod kołdrą. - Trzeba spać. Muszę usnąć.

Zamknął oczy i natychmiast wyobraził sobie duży hall, w którym po posiedzeniu czekał na 

Daugego. Minęli go Bogdan Spicyn i tłuściutki Krutikow. Przystanęli przed kioskiem z książkami. Z 
urywków rozmowy domyślił się, że rozprawiają o jakiejś nowej książce. Właściwie Spicyn milczał, a 
tylko   Krutikow   terkotał   wysokim   tenorkiem,   od   czasu   do   czasu   rzucając   w   stronę   nowicjusza 
przyjazne spojrzenia. Bykow odniósł wrażenie, że nowi koledzy zapraszają go do wzięcia udziału w 
dyskusji, lecz akurat zjawił się Dauge z Jurkowskim. Dauge maszerował zdecydowanym krokiem, 
zagryzając wargi, a Jurkowski z twarzą jakby wykrzywioną skurczem ściskał w ręku zgniecioną 
gazetę.

- Zginął Dangee - zakomunikował Jurkowski, gdy podszedł już całkiem blisko.
Bykow zauważył, jak słowa te starły z twarzy czarnowłosego Spicyna wesoły uśmiech.
- Do diabła! - zaklął Spicyn. Krutikow pochylił się do przodu. Wargi jego drżały.
- O Boże... Paul?!
- Nad Jupiterem! - z wściekłością mówił Jurkowski. - Ugrzązł w egzosferze, stracił prędkość, a 

nie chciał zawrócić...

Podał   gazetę.   Bykow   zobaczył   portret   w   czarnej   obwódce   -szczupły   młody   człowiek   ze 

smutnymi oczyma.

background image

- Jupiter... Znów przeklęty Jupiter! - zaciskając pięści, mówił Jurkowski. - Jeszcze gorszy od 

Wenus, gorszy od wszystkiego na świecie. Chciałbym tam... - machnął ręką, zrobił w tył zwrot i od-
szedł, energicznie stąpając po elastycznej podłodze.

- Paul Dangee. Paul... - powtarzał Krutikow żałośnie, kręcąc głową.
- Nie zdążyłem odpowiedzieć na jego list - z trudem wykrztusił Dauge. Wszyscy zamilkli. 

Słychać było tylko chrzęst twardej okładki książki, gniecionej w pulchnych, porośniętych włosami 
palcach Krutikowa.

...Bykow otworzył oczy i ułożył się na plecach. Wypadek zaćmił nastrój wieczoru. Rozmowa z 

Daugem nie udała się. „Ci astronauci to diabelnie dzielni chłopcy - myślał Aleksiej. - A do tego zadzi-
wiająco uparci. Prawdziwi ludzie! Ilu już ich zginęło na Wenus!”. Ruszali do ataku na niezdarnych 
rakietach odrzutowych, zabierających ograniczone zapasy paliwa. Nikt ich tam nie popędzał, raczej 
ich powstrzymywano, po powrocie nie pozwolono na dalsze loty... jeśli oczywiście wracali.

Teraz do szturmu ruszał „Hius”... Bykow, jak każdy inżynier specjalista od silników o napędzie 

atomowym, znał teorię napędu fotonowego i z zaciekawieniem studiował wszystko, co ukazywało się 
w   druku   na   ten   temat.   Rakieta   fotonowa   przetwarza   paliwo   na   kwanty   promieniowania 
elektromagnetycznego   i   dzięki   temu   uzyskuje   najwyższą   osiągalną   prędkość   strumienia 
odrzutowego, równą prędkości światła. Źródłem energii silnika rakiety fotonowej mogą być procesy 
termojądrowe (częściowe przeistaczanie się paliwa w energię promienistą) lub też procesy anihilacji 
antymaterii (pełne przekształcenie się paliwa w energię promienistą). Przewaga rakiety fotonowej 
nad atomową z płynnym paliwem była wielka i niezaprzeczalna. Po pierwsze, stosunkowo mała 
waga paliwa; po drugie, duży ciężar użytkowy; po trzecie, w porównaniu z rakietą o napędzie 
płynnym fantastyczne właściwości manewrowania; po czwarte...

Tyle mówi teoria. Lecz Bykow wiedział także, że do niedawna wszelkie próby wykorzystania 

zasady   silnika   rakietowo-fotonowego   w   praktyce   kończyły   się   niepowodzeniem.   Jeden   z 
podstawowych   problemów   tej   zasady   -   odbicie   promieniowania   -   nie   dawał   się   rozwiązać   w 
praktyce. Aby otrzymać fotonową siłę ciągu, trzeba wytworzyć promieniowanie o intensywności 
rzędu milionów kilo-kalorii na centymetr kwadratowy zwierciadła odbijającego na sekundę. Takich 
temperatur, jakie występują przy tych procesach -sięgających setek tysięcy stopni - nie wytrzymywały 
żadne materiały. Prototypy startujące bez pilotów spalały się do cna, zanim zdążyły wykorzystać 
choćby   jedną   setną   energii   paliwa.  A  mimo   to   rakieta   „Hius”,   mająca   napęd   fotonowy,   została 
zbudowana!

-   Wyprodukowano   idealne   zwierciadło   -   opowiadał   Dauge   -”absolutne   zwierciadło”. 

Wytworzono materiał odbijający wszystkie rodzaje energii promienistej o dowolnej intensywności, 
odbijający wszystkie rodzaje cząstek elementarnych o energiach do stu, stu pięćdziesięciu milionów 
elektronowoltów.   Zdaje   się,   tylko   prócz   neutronów.   Cudowny   materiał.   Teorię   jego   opracował 
instytut w  Nowosybirsku.  To prawda,  nie  myślano przy tym o rakiecie fotonowej. Badano tam 
idealne osłony mające zabezpieczyć przed

promieniowaniem reaktorów atomowych. Krajuchin jednak od razu zorientował się, o co chodzi. 

- Dauge, mówiąc to, uśmiechał się. -Krajuchin to fanatyk, jeśli chodzi o rakiety fotonowe. To on wypo-
wiedział znany aforyzm: „Fotonowa rakieta - wszechświat podbity!”. Natychmiast uchwycił się on 
tego „absolutnego zwierciadła”. Do dalszego opracowania zapędził trzy czwarte laboratoriów i pra-
cowni komitetu, a jako wynik otrzymał „Hiusa”!

Wyprodukowanie   „absolutnego   zwierciadła”   było   pierwszym   realnym   osiągnięciem   nowej, 

prawie fantastycznej nauki - chemii mezoatomowej, chemii sztucznych atomów, w których elektrony 
zastąpiono mezonami. Sprawa ta pochłonęła Bykowa do tego stopnia, że na chwilę zapomniał o 
wszystkim - o nieszczęsnym Paulu Dangee, o Wenus, a nawet o czekającej go ekspedycji. Niestety,

O „absolutnym zwierciadle” Dauge mógł powiedzieć niewiele. Dużo natomiast opowiedział mu 

o „Hiusie”.

W   „Hiusie”   zastosowano   dwa   różne   rodzaje   napędu:   pięć   zwykłych   rakiet   atomowo-

odrzutowych   unosi   paraboliczny   reflektor   z   „absolutnego   zwierciadła”.   W   punkcie   ogniskowej 
reflektora rozpyla się z określoną częstotliwością porcje plazmy wodorowo-try-towej. Zadanie rakiet 

background image

atomowych jest dwojakie: umożliwiają one „Hiusowi” start i lądowanie na Ziemi, gdyż reaktor 
fotonowy nie nadawał się do tego celu, ponieważ skażałby atmosferę niczym jednoczesny wybuch 
dziesiątków bomb wodorowych. Reaktory rakiet wytwarzają także energię potrzebną dla potężnych 
elektromagnesów, w których polu następuje hamowanie plazmy i powstaje termojądrowa synteza.

Wszystko   to   takie   proste   i   pomysłowe:   pięć   rakiet   i   zwierciadło.   Owa   brzydka   pokraka 

przypominająca żółwia, którą Bykow widział stojącą na pięciu nogach w gabinecie Krajuchina, to 
właśnie   makieta   „Hiusa”.   Szczerze   mówiąc,   „Hius”   nie   może   się   poszczycić   wdzięcznymi 
kształtami...

Inżynier znów usiadł na łóżku. Skurczył się, opierając głowę i plecy o chłodną ścianę.
- Polecimy na rakiecie fotonowej „Hius-2”. „Hius-1” spłonął przed dwoma laty podczas lotów 

próbnych - wygadał się Dauge. -Nikt nie zna przyczyn. Nie ma kogo spytać. Jedyny człowiek, który 
mógłby cokolwiek wyjaśnić, to Aszot Petrosjan - cześć jego pamięci! Przeistoczył się w atomowy pył 
razem z całą masą stopów tytanu, z jakich był zbudowany kadłub pierwszego „Hiusa”. Śmierć lekka i 
zaszczytna...

„Nikt z nas, to pewne, śmierci się nie boi - mignęło w myślach Bykowa. - My tylko jej nie chcemy. 

Czyje to słowa?” - Inżynier wstał z tapczanu. Wiedział już, że nie zaśnie. Absolutne zwierciadło... 
Dangee, „Hius”. Petrosjan... „Zrobimy ostatnią próbę”.

Wyszedł na balkon, całkiem machinalnie namacał w kieszeni kurtki paczkę papierosów.
Jeśli nie można zasnąć, powiadają, trzeba przemarznąć. By-kow oparł się łokciami o balustradę 

balkonu. Panowała cisza. Olbrzymie miasto spało w widmowym półmroku lipcowej nocy; daleko za 
horyzontem   na   niebie   zawisła   różowawa,   drgająca   łuna,   na   północy   oślepiająco   białym   grotem 
wbijała się w niebo iglica Pałacu Rad.

„Na pewno już po drugiej - myślał Bykow. - Właściwie, gdzie posiałem zegarek? Ależ ciepła 

noc... Wiaterek tak nagrzany, delikatny... A »Hius« po sybiracku - zimna wichura, północna zawieja. 
Projekt rakiety o napędzie fotonowym opracowali inżynierowie Sybiracy i zaproponowali to słowo 
jako kryptonim. Potem nazwa przeszła już na rakietę”.

Dziwne i obce nazwy. „Hius” - na cześć syberyjskiego mrozu. „Uranowa Golkonda” - to, zdaje 

się, na pamiątkę starożytnego miasta, w którym król Salomon przechowywał niegdyś swoje diamen-
ty... Aha... jeszcze - „zagadka Tachmasiba”.

Tachmasib Mechti, wybitny azerbejdżański geolog, pierwszy człowiek, który był na Golkondzie. 

Jermakow,   Tachmasib   i   jeszcze   dwóch   geologów   na   specjalnie   wyposażonej   rakiecie   sportowej 
pomyślnie   wylądowali   na   Wenus.   Był   to   wielki   wyczyn,   a   jednocześnie   szczęśliwy   przypadek. 
Takiego zdania są wszyscy, nie wyłączając Jermakowa.

Wylądowali   w   odległości   około   dwudziestu   kilometrów   od   granicy   Golkondy.   Tachmasib 

zostawił Jermakowa w rakiecie, a sam ze swymi geologami wyruszył na rozpoznanie. Jaki był dalszy 
bieg wypadków, nie wiadomo. Tachmasib powrócił do rakiety dopiero po czterech dniach. Był sam. 
Na   pół   żywy   z   pragnienia,   straszliwie   wyczerpany,   pokryty   ranami   wypalonymi   przez 
promieniowanie. Przyniósł ze sobą próbki rud. Miał rudę uranową, radową, transu-ranową. (Dauge, 
opowiadając o tym, wykrzykiwał: to arcybogate rudy, Aleksieju, to niezwykłe rudy!). W specjalnym 
zbiorniczku   znajdował   się   szaroróżowy   proszek.   Uczony   był   już   nieprzytomny.   Pokazywał 
Jermakowowi zbiorniczek i coś z zapałem tłumaczył mu po azerbejdżansku. Jermakow nie rozumiał 
ani słowa i błagał go, aby przemówił po rosyjsku; domyślił się, że chodzi o coś bardzo ważnego. Lecz 
po rosyjsku Tachmasib rzucił tylko: „Strzeżcie się czerwonego kręgu! Uciekajcie przed czerwonym 
kręgiem!”. Nie powiedział już więcej ani słowa. Zmarł podczas startu i Jermakow spędził ze zmarłym 
dwa tygodnie.

„Czerwony krąg” - to właśnie jest tajemnicą, zagadką Tach-masiba, tajemnicą, która okrywa 

śmierć trzech geologów, zagadką Golkondy. Całkiem możliwe, że nie istnieje żadna zagadka. Nie-
mało jest takich, co uważają, że Tachmasib pokonany przez chorobę, porażony promieniowaniem, 
będąc świadkiem śmierci swych towarzyszy, postradał zmysły. Szaroróżowy pył przyniesiony w 
zbiorniczku   był   skomplikowanym   związkiem   organicznym   krzemu   -   znanym   na   Ziemi   już   od 
dawna.

background image

Dlaczego Tachmasib wlókł ze sobą ten zbiornik, nie wiadomo. Także trudno jest pojąć, jaki 

związek ma z tym „czerwony krąg”.

Dauge   mówił   o   tym   niechętnie,   krzywiąc   się,   jakby   miał   zgagę.   Osobiście   nie   wierzył   w 

„zagadkę Tachmasiba”, ale za to potrafił całymi godzinami opowiadać o bogactwach Golkondy. Byle-
by dostać się do niej, dojść, dopełznąć...

Bykow przysiadł bokiem na balustradzie balkonu. Paczka papierosów przeszkadzała mu. Wyjął 

ją   z   kieszeni   i   położył   obok.   Gdzieś   wysoko,   pomrukując   cicho,   przeleciał   śmigłowiec.   Bykow 
odprowadził wzrokiem jego światła pozycyjne - czerwone i żółte. Znów myślami wrócił do rozmowy 
z Daugem.

Tachmasib   i   jego   towarzysze   szli   do   Golkondy   pieszo.   Nasza   ekspedycja   bierze   ze   sobą 

transporter. Dauge powiada, że to pierwszorzędna maszyna. Zresztą Grigorij wszystko uważa za 
doskonałe:   „Hius”   jest   wspaniały,   transporter   wspaniały.   Jurkowski   wspaniały.   Tylko   na   temat 
dowódcy   wypowiada   się   jakoś   ostrożnie.   Okazuje   się,   że   Jermakow   jest   adoptowanym   synem 
Krajuchina. Jeden z najlepszych kosmonautów świata, ale znany ze swych dziwactw. To prawda, 
podobno miał bardzo ciężkie życie. Dauge mówił o nim jakoś bardzo niepewnie:

„Prawie go nie znam... mówią... powiadają... że to człowiek bardzo odważny, mający dużą 

wiedzę i równie dużą dozę bezwzględności. Powiadają, że nigdy się nie śmieje...”.

Żona Jermakowa była pierwszym człowiekiem, który wylądował na sztucznym księżycu Wenus. 

Wydarzyło się tam jakieś nieszczęście. Nikt dokładnie nic o tym nie wie - w każdym razie chodziło o 
jakiś   zatarg   wewnątrz   załogi.   Od   tej   pory   kobiety   nie   biorą   udziału   w   dalekich   rejsach 
międzyplanetarnych, a Jermakow całkowicie poświęcił się zdobywaniu Wenus. Cztery razy próbował 
wylądować na tej planecie - i cztery razy ponosił klęskę. Piąty raz poleciał z Tachmasibem Mechti. A 
teraz na „Hiusie” wybiera się na Wenus po raz szósty.

Bykow przespacerował się po balkonie. Założył ręce do tyłu. Nie, na pewno nie zmarznie! Noc 

jest zbyt ciepła. Prawie duszna. A może jednak zapalić? Bykow poczuł, jak rośnie w nim przekonanie, 
że najlepszym lekarstwem na bezsenność jest papieros. Odszukał palcami paczkę.

„Najlepszy sposób na zwalczanie pokus - to ulegać im”. Uśmiechnął się. Cóż u diaska! Przecież 

regulamin obowiązuje! Pudełko poleciało w dół z jedenastego piętra. Bykow przechylił się przez 
balustradę i patrzył w ciemną przepaść. Nagle błysnęły światła mknącego samochodu, bezgłośnie 
prześlizgnęły się po asfalcie i zniknęły.

„Niepotrzebnie naśmieciłem - pomyślał. - Ech, słabostki i grzechy! Trzeba spać!”. Wrócił do 

pokoju i po omacku dotarł do tapczanu. Pod stopą coś zgrzytnęło. „Biedny zegarek” - błysnęła myśl, 
która jednak nie mogła rozjaśnić egipskich ciemności.

Westchnął   głęboko   i   ciężko   opadł   na   poduszki   niewygodnego   tapczana.   „O   nie,   panie 

inżynierze, specjalisto od pustyń, nie zaśniesz dzisiaj! Dlaczego ten laluś Jurkowski tak się do mnie 
uprzedził? Teraz już się przyklei do mnie przezwisko »specjalista od pustyń«. Ale jak się zmienił na 
twarzy, gdy mówił o Paulu Dangee! Tak, taki typ na pewno nie cierpi przed lotem na bezsenność.  
»My nie boimy się śmierci, my tylko jej nie chcemy...«. Czy mam rację, inżynierze? A może za pół 
roku w tym samym hallu ktoś oznajmi wiadomość: - Słyszeliście już, towarzysze? Zginął »Hius«. 
Zginął   Jermakow.   Jurkowski   i   ten...   jak   go   tam,   specjalista   od   pustyń.   -Dęta   lipa,  Aleksieju!   To 
wszystko skutki bezsenności i nieróbstwa. Mogłaby się już skończyć ta noc. Aby prędzej do samolotu 
i   na   lotnisko   rakiet   za   kręgiem   polarnym,   na   Siódmy   Poligon,   gdzie   ekspedycja   będzie 
przygotowywać się do drogi, gdzie będziemy czekać na »Hiusa«, który wyruszy na próbny lot. 
Mamy wstać o ósmej, a ja nie mogę zasnąć, bodaj to diabli... Dauge już na pewno śpi...”.

W tej samej chwili Bykow zauważył, że drzwi sypialni są uchylone i przez szparę pada wąski 

promyk światła. Wstał i na palcach podszedł do drzwi. Zerknął przez szparę. Przy stole stojącym 
obok  przygotowanego do spania łóżka siedział Dauge. Dłońmi ściskał głowę. Na stole nie było 
prawie nic, ale na podłodze leżał wielki plecak, na nim młotek geologiczny o wypolerowanej od 
używania rączce. Bykow chrząknął.

- Właź - nie odwracając się, zaprosił Dauge.
- E... e... - zająknął się Aleksiej, zmieszany. - Wiesz, zapomniałem zapytać cię...

background image

Dauge obejrzał się.
- Wchodź już, wchodź... Siadaj, o czym zapomniałeś?
- No... jak by to powiedzieć... sam rozumiesz. Po co mamy ustawiać na Wenus radiolatarnie, jeśli 

jej atmosfera i tak nie przepuszcza fal radiowych?

Twarz Daugego ukryta była w głębokim cieniu abażuru. By-kow siadł na niziutkim, lekkim 

krzesełku i energicznym ruchem założył nogę na nogę. Sam fakt, że znalazł się w jasno oświetlonym 
pokoju, w towarzystwie wypróbowanego przyjaciela, przyniósł mu ogromną ulgę.

- Tak - mówił zamyślony Dauge - to zagadnienie j est naprawdę bardzo ważne. Teraz rozumiem, 

dlaczego nie mogłeś zasnąć do tej pory. A ja łamię sobie głowę: czego on dotychczas tłucze się po 
pokoju? Zęby go bolą czy co? A tu chodzi o radiolatarnie... hm...

-  No  tak... -  niepewnie  przytaknął  Bykow,  przyjmując  mniej  bohaterską  pozę.  Uczucie  ulgi 

znikło.

- Na pewno wymyśliłeś coś w tej materii! Tak? - mówił Dauge całkiem poważnym tonem. - 

Oczywiście, coś musiałeś wymyślić podczas swojego nocnego markowania! Coś, co dla wszystkich 
ma wielkie znaczenie...

- Czy nie rozumiesz, Grigorij... - zaczął Bykow głosem zdradzającym wewnętrzne przekonanie o 

wadze   własnych   słów.   Starał   się   nadać   twarzy   wiele   znaczący   wyraz,   a   jednocześnie   nie   miał 
zielonego pojęcia, jak skończy zaczęte zdanie.

-   Tak,   tak,   dobrze   cię   rozumiem   -   przerwał   mu   Dauge,   machając   ręką.   -   Ty   także   dobrze 

rozumiesz, o co chodzi. Masz absolutną rację! Właśnie tak stoją sprawy! Atmosfera Wenus rzeczywi-
ście   nie   przepuszcza   promieni   radiowych,   lecz   stosując   bardzo   dokładnie   dobrane   pasmo   fal, 
zakładamy,   że  uda   się   przerwać   ową  radioblokadę.   Długość   fal   określona   została  wyłącznie   na 
podstawie   teorii,   a   jednocześnie   i   na   podstawie   obserwacji   jonizacji   pól...   czego,   towarzyszu 
inżynierze?

- Wenus - posępnie odpowiedział Bykow.
- Właśnie. Wenus! Atmosfera planety przepuszcza także, w pewnych wypadkach, fale innych 

długości, lecz jest to zjawisko przypadkowe i nie można na nim polegać. Dlatego też naszym za-
daniem będzie określić  pasmo, w jakim fale przedzierają się przez atmosferę, po czym ustawić 
radiolatarnie na powierzchni... na powierzchni czego, inżynierze?

- Wenus! - już ze złością odpowiedział Bykow.
- Wspaniale! - zachwycał się Dauge. - Nie zmarnowałeś nieprzespanej nocy. Jednak dotychczas 

wszystkie   próby  ustawienia   radiolatarni  na  powierzchni  Wenus  kończyły  się...   jak  się  kończyły, 
towarzyszu inżynierze?

- Dość - zawołał Bykow, wiercąc się na krześle.
- Hm... To dziwne... Próby te, mój przyjacielu, kończyły się niepowodzeniami. Prawdopodobnie 

radiolatarnie-tankietki rozbijały się o skały. W każdym razie po lądowaniu nie nadawały się już do 
użytku. Nawet jeśli nie rozbijały się, to jaki z nich pożytek? I tak by nam nic nie pomogły! Za to teraz  
rozporządzamy... czym rozporządzamy?

- Nie rozporządzamy ani odrobiną cierpliwości - ponuro mruknął Bykow.
Dauge triumfalnie obwieścił:
-   Teraz   rozporządzamy   „Hiusem”,   mamy   radiolatarnie,   została   znaleziona   luka   w 

radioblokadzie, przez którą będą mogły przebić się sygnały określonej długości fal, a które także 
znaleźliśmy. Słowem, rozporządzamy wszystkim oprócz odrobiny cierpliwości, ale to już jest tylko 
kwestią przyzwyczajenia. Możesz spać spokojnie.

Aleksiej westchnął głęboko i żałośliwie.
- Bezsenność- rzucił jedno słowo.
- Bywa i tak... - przytaknął Dauge. Bykow zaczął spacerować po pokoju i nagle zatrzymał się 

przed zawieszonymi na ścianie zdjęciami stereoskopowymi. Lewa fotografia przedstawiała wąską, 
starą   uliczkę   w   nadbałtyckim   miasteczku,   a   prawa   -   rakietę   międzyplanetarną,   przypominającą 
gigantyczny nabój karabinowy z okresu II wojny światowej, który wbijał się ostrym końcem w czarne 

background image

niebo. Na środkowym zdjęciu Bykow zobaczył młodą niewiastę w niebieskiej sukni zapiętej wysoko 
pod szyję. Twarz kobiety była bardzo smutna.

- Kto to? Żona?
- Tak... A właściwie nie - niechętnie odpowiedział Dauge. -To Masza Jurkowska, siostra Włodka. 

Rozeszliśmy się...

- Przepraszam...
Inżynier przygryzł wargę i podszedł do fotelika. Usiadł. Dauge bezmyślnie przerzucał kartki 

książki leżącej przed nim ma stole.

- Dokładniej mówiąc, odeszła ode mnie...
Bykow   milczał,   obserwując   wychudłą,   opaloną   twarz   przyjaciela.   Oświetlona   błękitnym 

blaskiem lampy wydawała się całkiem czarna.

- Jak widzisz, Aleksieju, ja także nie mogę zasnąć - ze smutkiem w głosie odezwał się Dauge. - 

Szkoda  mi  Paula.  Tym razem nie  mam  wielkiej  ochoty na  lot.  Bardzo  kocham  Ziemię.  Bardzo! 
Zapewne jesteś przekonany, że wszyscy astronauci to zamiłowani mieszkańcy nieba. Nieprawda! 
Wszyscy kochamy Ziemię i tęsknimy za błękitem nieba. Siedzisz gdzieś tam na Fobosie. Niebo nie ma 
dna, jest zupełnie  czarne. Gwiazdy jak brylantowe  igły -  kłują swym  blaskiem w  oczy. Układy 
gwiezdne   są   jakieś   dziwne,   całkiem   obce.   Wszystko   wokół   wydaje   się   być   sztuczne:   powietrze 
sztuczne, ciało sztuczne, nawet twoja własna waga - też jest nienaturalna...

Bykow słuchał i nie śmiał drgnąć.
- Nie znasz jeszcze tych uczuć. Nie śpisz tylko dlatego, że stoisz u progu: jedna noga po tej 

stronie, a druga już tam. A Jurkowski siedzi teraz i pisze wiersze. Wiersze o błękitnym niebie, o 
mgłach nad jeziorami, o białych obłokach nad lasem. Marna to poezja. Po redakcjach mają jej na 
kilogramy, on wie o tym doskonale. Mimo to pisze.

Dauge zatrzasnął książkę i zagłębił się w fotelu, zarzucił głowę do tyłu.
-   A   pulchniutki   Krutikow,   nasz   nawigator,   oczywiście   ugania   się   po   Moskwie   swym 

samochodem. Razem z żoną. Ona siedzi przy kierownicy, a on nie spuszcza z niej wzroku. Żałuje, że 
nie   ma   przy   sobie   dzieci.   Zostawił   je   w   Nowosybirsku   u   babci.   Chło-paczysko   i   dziewczynka, 
wspaniałe dzieciaki... - Dauge roześmiał się niespodziewanie. - A wiesz, kto śpi? Nasz drugi pilot. 
Bogdan Spicyn. Właściwy jego dom - to rakieta. „Ja - powiada - i na Ziemi czuję się jak w pociągu: 
chciałoby się położyć i zasnąć, byle szybciej dojechać...”. Bogdan to prawdziwy mieszkaniec nieba. Są 
tacy wśród nas, zatruci na całe życie. Bogdan urodził się na Marsie, w naukowym miasteczku Wielki 
Syrt. Mieszkał tam do piątego roku życia. Potem jego matka zachorowała i wysłano ich na Ziemię. 
Opowiadają,   że   kiedyś   puszczono   małego   Bogusia,   żeby   sobie   pohasał   po   trawce.   Chłopak 
spacerował, spacerował, aż wreszcie wlazł w jakąś kałużę i jak nie zacznie wrzeszczeć: „Ja chcę do 
domu! Na Marsa!”.

Bykow roześmiał się wesoło. Czuł, jak topnieje, znika ciężki zator skomplikowanych uczuć. 

Wszystko takie zrozumiałe; jest rzeczywiście przed progiem - jeszcze po tej stronie, ale jedną nogę już 
postawił po „tamtej”.

- A cóż porabia nasz dowódca? - rzucił pytanie. Douge spoważniał.
- Nie wiem. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić... Nie mam
pojęcia.
- Też na pewno śpi, jak Bogdan - mieszkaniec nieba... Douge pokręcił głową.
- Nie przypuszczam... Czy niebo jest pogodne?
- Nie, nadciągnęły chmury...
- W takim razie zupełnie już nie wiem. - Dauge znów pokręcił głową. - Jeszcze mógłbym sobie 

wyobrazić, jak Anatol Jermakow wpatruje się w jasną gwiazdę nad horyzontem. W Wenus. Aje-go 
dłonie... - Dauge zrobił pauzę - jego dłonie zacisnęły się w pięści, aż palce zbielały...

- Nie brakuje ci fantazji, Grigorij!
- Nie, Aleksieju, to nie fantazja. Dla nas Wenus - to ostatecznie tylko epizod. Bywaliśmy na 

Księżycu, bywaliśmy na Marsie. Teraz lecimy podbijać nową planetę. Wykonujemy swoje zadania. A 
Jermakow... on ma z Wenus swoje porachunki, straszliwe porachunki. Mogę ci powiedzieć, dlaczego 

background image

on tam leci: pędzi go żądza zemsty, pragnienie pokonania jej. Chce ją pokonać, bezlitośnie i na 
zawsze. Tak sobie to wyobrażam... Poświęcił tej planecie i życie, i śmierć.

- Musisz go dobrze znać. Dauge poruszył ramionami.
- Nie w tym sedno sprawy. Ja to czuję. Zrozum - mówiąc to zaczął liczyć na palcach - Nisidzima 

Japończyk, jego przyjaciel; Sokołowski, jego najbliższy przyjaciel; Katarzyna, jego żona... Wszystkich 
pochłonęła Wenus. Krajuchin jest dla niego drugim ojcem. Ostatni swój rejs Krajuchin odbył na 
Wenus. Po tym rejsie lekarze zabronili mu latać. Na zawsze...

Dauge zerwał się i zaczął spacerować po pokoju.
- Podporządkować sobie i pokonać - powtarzał. - Bezlitośnie i na zawsze! Dla Jermakowa Wenus 

to uosobienie wszystkich wrogich człowiekowi sił przyrody. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas będzie 
w stanie pojąć takie uczucie. Być może to i lepiej. Żeby to zrozumieć, trzeba stoczyć takie walki, jakie 
ma za sobą Jermakow, i cierpieć tak jak on, i znieść tyle co on... Pokonać na zawsze... - powtórzył 
Dauge jakby w zamyśleniu.

Aleksiej skulił ramiona, jakby poczuł dreszcze.
- Teraz rozumiesz, dlaczego mówiłem o zaciśniętych pięściach - kończył Dauge. - Ponieważ 

niebo pokrywają chmury, nie mam pojęcia, co on może robić. Najprawdopodobniej po prostu śpi.

Zamilkli. Bykow zdał sobie sprawę, że pod takim dowódcą jeszcze nie pracował.
- A jak twoje sprawy? - niespodziewanie spytał Dauge.
- Jakie sprawy?
- Z twoją aszchabadzką nauczycielką. Bykow od razu nadął się i posmutniał.
- Tak sobie - odpowiedział niewesoło. - Spotykamy się...
- Aha, spotykacie się! I co z tego?
- ... i nic.
- Oświadczyłeś się?
- Tak.
- Dała kosza?
- Nie. Powiedziała, że się zastanowi.
- Kiedy to było?
- Pół roku temu.
- I co?
- Co „i co?”. Nic więcej nie wiem.
- To znaczy, żeś dureń, bracie. Wybacz, na miłość boską, aleś dureń.
Bykow westchnął. Dauge patrzył na niego z nie ukrywaną drwiną.
- Oszałamiające! - wykrztusił. - Chłop po trzydziestce. Kocha piękną kobietę i spotyka się z nią 

już osiem lat...

- Tylko pięć.
-   Dobrze,   niech   będzie   pięć.   Po   pięciu   latach   oświadcza   się.   Proszę   tylko   zauważyć,   że   ta 

nieszczęsna dziewczyna czekała cierpliwie pięć lat...

- Przestań, Grigorij! - zażenowany prosił Bykow.
- Chwileczkę! Potem z nadmiaru skromności lub trochę na złość powiedziała, że zastanowi się...
- Dość!
Dauge westchnął i rozłożył ręce.
- Przecież to tylko twoja, Aleksieju, wina! Twoje zaloty przypominają raczej znęcanie się. Co ona 

o tobie pomyśli? Niedołęga!

Bykow milczał, lecz po chwili odezwał się z nadzieją w głosie.
- Kiedy powrócimy... Dauge zachichotał.
- Ech ty, zwycięzco... twoja to wina, specjalisto od pustyń! „Kiedy powrócimy!”. Idź już lepiej 

spać! Patrzeć na ciebie nie mogę!

Bykow wstał i wziął leżącą na stoliku książkę.

background image

La descriptionplanetographique du Fobos Paul Dangee - przeczytał. Na tytułowej stronicy widniał 

nakreślony   grubym   czerwonym   ołówkiem   napis   w   języku   rosyjskim:   „Drogiemu   Daugemu   od 
wiernego i wdzięcznego Paula Dangee”.

Bykow   obudził   się   o   świcie.   Drzwi   do   sypialni   były   uchylone.   Dauge   w   spodenkach 

gimnastycznych,   śniady   i   rozczochrany,   stał   przed   biurkiem   i   wpatrywał   się   w   portret   Maszy 
Jurkowskiej. Zdjął portret i wsadził go do plecaka.

Bykow ostrożnie przewrócił się na drugi bok i znów zapadł w sen.

Codzienność

Miasteczko było niewielkie - kilkaset nowiutkich domków, przypominających przytulne chatki, 

stało przy czterech równoległych ulicach przeprowadzonych wzdłuż doliny między dwoma łań-
cuchami gołych, przypłaszczonych wzgórz. Jaskrawe, poranne słońce łagodnym blaskiem oświetlało 
mokry asfalt ulic, pochyłe dachy, drzewka w ogródkach. Za łańcuchem wzgórz widniały wysokie, 
lekkie konstrukcje, tak dobrze znane z filmu i fotografii - urządzenia startowe międzyplanetarnych 
statków.

Aleksiej   Bykow   owinął   się   w   biały   fartuch   i   czekał,   kiedy   zawołają   go   do   lekarza.   Przez 

olbrzymie   okno   na   pół   ściany   patrzył   na   ulicę.   Załoga   „Hiusa”   przyjechała   do   miasteczka 
poprzedniego   dnia   wieczorem.   W   samolocie   Bykow   spał   przez   całą   drogę,   lecz   widocznie   nie 
nadrobił zaległości, bo w samochodzie wiozącym załogę z lotniska także uciął sobie drzemkę, a z 
wrażeń  poprzedniego  wieczoru   pozostały   w  pamięci   tylko   fragmenty  -   zalana   złotym  blaskiem 
zachodzącego słońca ulica, jasny wielopiętrowy gmach hotelu i słowa dyżurnej na jego piętrze: „Oto 
wasz pokój, towarzyszu...”. O siódmej obudził go Dauge, przychodząc z wiadomością, że wszyscy 
mają stawić się na badania lekarskie. Przyjaciel rzucił przy tym uwagę, że od zbyt długiego spania 
można dostać odleżyn. Gmach z wszelkimi urządzeniami medycznymi mieścił się tuż obok hotelu. 
Astronautom polecono tam rozebrać się, narzucić fartuchy i czekać.

Ulice   za   oknem   były   puste.   Przed   domem   naprzeciwko   stał   aerodynamiczny   samochód   ze 

srebrnym jeleniem na chłodnicy. Po chodniku przeszły dwie osoby w lekkich kombinezonach, niosąc 
wielkie teczki z rysunkami technicznymi. Ciężko przepełznął przed oknem mocarny półgąsienicowy 
elektrotraktor,  ciągnąc  furgon.   Do  ogródka  wybiegł  dwunastoletni  chłopiec,   popatrzył  na  niebo, 
gwizdnął   na   palcach,   przeskoczył   przez   płot   i   pobiegł   ulicą,   wyraźnie   naśladując   styl   znanych 
mistrzów.

Bykow   odszedł   od   okna.   Jermakowa   i   Jurkowskiego   już   wezwano   do   gabinetu.   Pozostali 

członkowie załogi rozbierali się bez pośpiechu i wieszali ubrania w ładnych szafkach z na wpół prze-
zroczystymi podwójnymi drzwiczkami. Bykow z przyjemnością spoglądał na Spicyna. Zbudowany 
był potężnie, a jednocześnie mięśnie były suche jak u zawodowego sportowca; przelewały się pod 
delikatną złotawą skórą na jego szerokich ramionach. Dauge narzucił już fartuch i uśmiechając się, 
złośliwie zawiązywał rękawy jedwabnej koszuli Jurkowskiego, dogadując: „Tak, a teraz jeszcze tak...”. 
Zakończywszy tak pożyteczną pracę, zachichotał i podszedł do Bykowa:

- Podoba ci się nasze miasteczko?
- Niebrzydkie - odpowiedział Bykow. - A do pola startowego daleko?
- To tam, za wzgórzami. Widzisz startowe dźwigi? Tam znajduje się sławetny Siódmy Poligon, 

pierwszy i jak dotychczas jedyny na świecie poligon, na którym prowadzi się doświadczenia -próby 
startów i lądowań rakiet o napędzie fotonowym. Stąd wyruszyła w świat pierwsza rakieta fotonowa 
bez pilota „Smok Gory-nycz”. Tu lądowaly po kolei „Hius-l” i „Hius-2”. Zapewne tu wylądują „Hius-
3”, „Hius-4”, „Hius-5”.

- Wylądują czy wystartują?
- Startować też będą, lecz najpierw muszą wylądować. Przecież nie buduje się ich na Ziemi.
- Aha... - Bykow przypomniał sobie pozaziemski zakład odlewniczy na sputniku „Wei-ta-de Ju-

i”.

Tam, na wysokości pięciu tysięcy kilometrów nad Ziemią, gdzie nie czuje się skutków prawa 

ciężkości, natomiast istnieje prawie idealna próżnia, odlewa się gigantyczne kadłuby superciężkich 
rakiet. Dwieście pięćdziesiąt osób - uczonych, inżynierów, techników i robotników - czuwa nad 

background image

działaniem słonecznych pieców, kieruje pracą olbrzymich wirówek, skomplikowanych automatów 
odlewniczych,   przeobrażając   bloki   tytanu   i   wolframu   w   kadłuby   międzyplanetarnych   statków. 
Właśnie tam zbudowano „Hiusy”.

- Proszeni są Krutikow i Spicyn - rozległo się za plecami wołanie Jermakowa.
Przyjaciele obejrzeli się. Krutikow rzucił gazetę i wszedł za Spicynem do gabinetu lekarza, 

ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

- Siódmy Poligon - to idealne miejsce! - z entuzjazmem mówił Dauge. Twarzą był zwrócony do 

Bykowa, lecz zezował w stronę Jurkowskiego, który już otworzył swoją szafkę. - Wokół nic, tylko 
setki kilometrów tundry, ani jednej ludzkiej osady, ani jednego człowieka. Na północy ocean...

Jurkowski zaczął wkładać koszulę.
-   ...po   linii   prostej   do   wybrzeża   oceanu   mamy   około   dwustu   kilometrów...   -   Dauge   nagle 

parsknął   śmiechem,   ale   opanował   się   i   prawie   uroczystym   głosem   mówił   dalej.   -   Między 
miasteczkiem a oceanem ciągnie się pięć milionów hektarów tundry naszego poligonu.

Jurkowski wciągnął już koszulę przez głowę i stanął nieruchomo w napiętej pozie, podobny do 

stracha na wróble. Jermakow, już ubrany, udał się do lekarza, zapinając dokładnie wszystkie guziki 
fartucha.

- Mamy połączenie z południem za pomocą kolei i szosy -głośno perorował Dauge. - Czterysta 

kilometrów stąd, koło placówki geofizycznej...

- Ciekawe - zastanawiając się, pytał Jurkowski - co to za kretyn zawiązał rękawy?
- ...tak więc koło tamtej placówki tory skręcają i łączą się z syberyjską magistralą tuż przed 

Jakuckiem... Hej, Włodku, jak zdró-weczko?

-   Dziękuję,   niczego   sobie   -   padła   odpowiedź.   Jurkowski   ściągnął   koszulę   i   zbliżał   się   do 

Daugego, napinając mięśnie w wielce znaczący sposób. Patrzył przy tym spode łba. - Jestem całkiem 
zdrów,   ale   postaram   się,   żeby   o   tobie,   mój   drogi,   nie   mógł   powiedzieć   tego   nawet   najgłupszy 
weterynarz.

- Włodek! - krzyknął Dauge. - Coś ci się poplątało, przecież to nie ja.
- A kto?
- To on! - Dauge poklepał Bykowa po owłosionej piersi. -To on, Włodeczku, taki kawalarz!
Jurkowski ledwie raczył spojrzeć na Bykowa i odwrócił się na pięcie. Bykow już otwierał usta, 

żeby coś powiedzieć, lecz tylko chrząknął i zamilkł. Jurkowski nie przyjmuje go do swego towa-
rzystwa - to było oczywiste. Dauge także tak to zrozumiał i speszył się bardzo. W tej samej chwili 
otworzyły się drzwi i Jerma-kow zwrócił się do stojących.

- Towarzysze, wasza kolej.
Bykow, zadowolony z takiego obrotu sprawy, szybko wszedł do gabinetu.
Najpierw zbadał ich lekarz, ognisty brunet z fantastycznym nosem. Daugemu nie powiedział ani 

słowa, lecz badając Bykowa, dotknął palcem długiej szramy na jego piersiach i spytał:

- Od czego?
- Awaria - lakonicznie odpowiedział inżynier.
- Dawno? - równie lakonicznie pytał dalej lekarz, podnosząc wyżej nos.
- Przed sześciu laty.
- Pozostały jakieś skutki?
- Nie - odparł Bykow, demonstracyjnie patrząc na doktorski nos. Dauge cicho zachichotał.
Lekarz zanotował coś w grubej księdze noszącej napis: „Dziennik pacjenta nr 4024 - Bykow 

Aleksiej Piotrowicz” po czym przeprowadził przyjaciół do sąsiedniego gabinetu. Stała tam duża 
mato-wobiała szafa. Lekarz skierował swój nochal w stronę Daugego i polecił mu wejść do szafy. 
Bezszelestnie   zamknęły   się   drzwi.   Doktor   nacisnął   jakieś   klawisze   na   tablicy   rozdzielczej 
umieszczonej po prawej stronie szafy, z której wnętrza natychmiast zaczęły dolatywać przytłumione 
szumy. Na tablicy zabłysły różnokolorowe lampki, zaczęły drgać wskazówki przyrządów. Trwało to 
półtorej   minuty,  aparat  cicho  szczęknął  i  nie  wiadomo  skąd  wyleciała   kartka  pokryta  cyframi  i 
szeregami liter. Lampki pogasły, a doktor otworzył drzwi, z których, pocierając ramię, wycofał się 
Dauge.

background image

Lekarz z kolei zwrócił się do Bykowa i kiwnął na niego nosem:
- Naprzód!
Aleksiej chrząknął i wlazł do szafy. Chłodne metalowe obręcze objęły go za ramiona i w pasie, 

przycisnęły do czegoś ciepłego i miękkiego, podniosły, opuściły. Rozbłysło czerwone światło, potem 
zielonkawe, następnie coś ukłuło inżyniera w przedramię i By-kow nagle poczuł się wolny. Drzwi 
otworzyły się.

Lekarz, mrucząc coś tam pod nosem, odczytywał wyrzucone przez „szafę” kartki. Wypisane tam 

były wszystkie dane o zdrowiu pacjenta, a także spis indywidualnych ćwiczeń oraz dieta przewi-
dziana dla każdego badanego na okres przygotowawczy przed startem. Lekarz odnotował coś w 
dziennikach   pacjentów   i   oddał   kartki   Jermakowowi,   zaznaczając,   że   takie   badania   będą 
przeprowadzane co tydzień.

Jermakow podziękował i wyszedł.
Ubierając się, Bykow zapytał Daugego:
-   Cóż   to   za   czarodziejska   skrzynka?   Inkubator   dla   dorosłych?   Elektronowa   wersja   puszki 

Pandory?

- Cyberdoktor, elektronowa maszyna do stawiania diagnoz -odpowiedział Dauge. - Byłaby do 

zniesienia, gdyby nie robiła zastrzyków. Nie znoszę zastrzyków!

Poszli do windy i pojechali na piąte piętro do stołówki.
Była to olbrzymia, dość pusta sala zalana różowawym światłem północnego słońca. Prawie 

żaden stolik nie był zajęty. Snia-danie albo już się skończyło, albo jeszcze się nie zaczęło.

- Patrz, tam siedzą nasi - zawołał Dauge.
Załoga „Hiusa” zestawiła dwa stoliki koło okna. Siedzieli przy nich obydwaj piloci i Jermakow. 

Bykow  zauważył,  że  pulchniutki  Krutikow  ma   strasznie   nieszczęśliwą   minę.  „Duma   radzieckiej 
astronautyki” siedziała zgarbiona nad szklanką mleka, skubała suchy chleb i z nie dającym się opisać 
smutkiem spoglądała na talerz Spicyna. Kruczowłosy Bogdan pastwił się nad parującym kawałem 
soczystego befsztyka.

Może   się   wydać   dziwne,   ale   śniadanie   podano   już   według   zaleconego   przez   cyberdoktora 

jadłospisu   indywidualnego.   Bykow,   nie   bardzo   rozumiejąc,   dlaczego   dostał   tak   dziwne   dania, 
pałaszował po kolei: całą salaterkę pachnącej trawki, wymiótł talerz owsianki, spróbował zaledwie 
dwa plasterki świetnej wędliny i zabrał się do soku jabłkowego. Dauge dostał porcję mięsa.

Grigorij podniósł nóż i widelec i patrząc na Krutikowa, spytał:
- A cóż tobie zalecił lekarz, Michałku? Krutikow spiekł raka i utkwił wzrok w szklance.
-   Mogę   wam   powiedzieć   -   obwieścił,   zbliżając   się   Jurkowski.   -   Doktor   na   pewno   długo   i 

troskliwie trzymał Michała za fałdę brzucha i w sposób przystępny tłumaczył mu, że obżarstwo ni-
gdy nie należało do cnót astronautów.

Krutikow   w   milczeniu   dokończył   pić   mleko   i   wyciągnął   rękę   do   koszyczka   z   pieczywem. 

Jermakow chrząknął znacząco i nawigator cofnął dłoń.

Po  śniadaniu   Krajuchin   zawiadomił,  że  przyjechał  Usmanow,   jeden  z  konstruktorów   nowej 

radiolatarni. Miał on nauczyć załogę montowania i eksploatacji „owego wspaniałego osiągnięcia 
nowoczesnej myśli technicznej”.

- Przeznaczam na to dwa tygodnie - powiedział Krajuchin. -Potem każdy zacznie pracę wedle 

swej specjalności.

Pierwsze wykłady odbyły się w sali sportowej hotelu. Robotnicy w granatowych kombinezonach 

wnieśli grubą sześcioboczną belkę i kilka innych przedmiotów, które w człowieku nie znającym się na 
rzeczy z trudem mogły wzbudzić jakiekolwiek skojarzenie. Nawet Spi-cyn i Krutikow zdradzali 
zdumienie   i   ciekawość   i   tylko   Jermakow   oglądał   nieznaną   aparaturę   z   jak   zwykle   obojętnym 
wyrazem twarzy.

Wszedł Usmanow. Był to mężczyzna wysoki, o mocno zarysowanych kościach policzkowych, 

ubrany w roboczy kombinezon. Przedstawił się i z miejsca zaczął wykład. Powoli rozjaśniły się 
zasępione oblicza astronautów. Zaczęły padać pytania, rozpaliła się ożywiona dyskusja. Do rozmowy 

background image

włączył się także Bykow, który jak każdy inżynier miał ogólne pojęcie o zasadach radiolokacji i 
radionawigacji.

Aparaty, nad którymi głowili się astronauci, miały wysyłać wiązki ultrakrótkich fal w ściśle 

określonym kierunku i o ściśle określonej długości. Te impulsy radiowe miały przedrzeć się przez 
zbite chmury pyłowe i warstwy atmosfery o wielkiej jonizacji. Poszczególne impulsy trwałyby nie 
dłużej niż dziesięć mikrosekund, czyli co sekunda aparaty wysyłałyby do stu impulsów. Specjalne 
urządzenia miały prowadzić fale radiowe po spirali przecinającej w kilka sekund połowę sfery nieba 
od horyzontu do zenitu i z powrotem do horyzontu.

Takie działanie aparatów umożliwiałoby statkom kosmicznym nawigowanie nad nieznanymi 

planetami, których powierzchnia jest zasłonięta przed obserwacją wizualną, a gdzie zwykłe środki 
radiolokacji nie zdawały egzaminu wskutek zakłóceń elektromagnetycznych i nadmiernej jonizacji. 
Tego rodzaju radiolatarnie należało ustawić na wyniosłościach, w pobliżu dogodnych lądowisk i 
innych takich punktów, które należałoby oznaczać na powierzchni planety. Załoga „Hiusa” miała 
ustawić je w pobliżu pierwszego lądowiska, na granicy Uranowej Golkondy.

- A jakie mają być źródła energii? - spytał Jurkowski. Usmanow wyciągnął z teczki zawiniątko.
-   Selenowo-cyrkonowe   baterie   radiowe   -   odpowiedział.   -Dwieście   komórek   na   powierzchni 

jednego   centymetra   kwadratowego.   Moglibyśmy   dostarczyć   wam   dodatkowo   neutronowe   aku-
mulatory, ale przypuszczam, że jest to zbyteczne. Są one zbyt wielkie. Baterie półprzewodnikowe są 
znacznie wygodniejsze. Załaduje się do „Hiusa” pięćset metrów kwadratowych takiej tkaniny, a wa-
szym zadaniem będzie tylko rozłożyć ją i umocować w pobliżu radiolatarni... Jeśli gleba w pobliżu 
Golkondy   będzie   promieniować   z   intensywnością   pięćdziesięciu,   sześćdziesięciu   rentgenów   na 
godzinę, a według naszych obliczeń promieniowanie jest tam znacznie silniejsze, to baterie otrzymają 
ładunek dwóch, trzech tysięcy kilowatów. Jest to więcej, niż trzeba.

Bykow z niedowierzaniem obmacywał grubą, elastyczną powłokę. W na wpół przezroczystej 

masie widniały mętnawe ziarenka.

- Nie ma potrzeby rozbierać poszczególnych części urządzenia radiolatarni - mówił Usmanow - 

Byłoby to nawet bardzo nie wskazane, towarzyszu Jermakow. (Dowódca statku przytaknął). Jak 
widzicie,  wszystkie  są zaplombowane fabrycznie. Za ich  działanie odpowiada nasza  pracownia. 
Reszta zadania jest całkiem prosta. Proszę podejść bliżej, o tak... Pomóżcie mi... Dziękuję.

Wszystkie   części   aparatury   „nawlekało   się”   na   sześcioboczną   belkę,   łącząc   za   pomocą 

zatrzasków i ślizgających się po prowadnicach sworzni. Bykow zauważył, że w całej aparaturze nie 
było ani jednej śruby, przynajmniej widocznej z zewnątrz.

- A teraz do tego gniazdka podłączamy kabel od baterii. Tak ustawiona radiolatarnia może 

działać bez obsługi dziesiątki lat.

- Urządzenie proste i dobre - mruknął Krutikow, głaszcząc wypukłą, pokrytą siatką niczym oko 

pasikonika „głowę” radiola-tarni. - Ile to wszystko waży?

- Zaledwie sto osiemdziesiąt kilogramów.
- Nieźle - pochwalił Jurkowski. - Krótko mówiąc, najtrudniejszą sprawą będzie ustawienie tych 

latarni.

Opracowano trzy wersje ustawienia aparatów. Na twardej, gładkiej skalistej powierzchni można 

było wykorzystać potężne przyssawki, jakimi były zakończone belki urządzenia. W miękkiej glebie 
należało wywiercić otwór, wstawić do niego podstawę latarni i zalać masą plastyczną. W końcu, 
jeśliby zaszła konieczność ustawienia radiolatarni na gruncie sypkim, należało przeprowadzić miej-
scową petryfikację gleby za pomocą prądu wysokiej częstotliwości. Przy zastosowaniu tej metody 
powstawał sześcionogi blok skalny sięgający do dziesięciu metrów w głąb gruntu. Belkę latarni 
oczywiście wtapiano w podstawę.

Tego samego dnia przeprowadzono za miastem próby montażu i ustawienia radiolatarni. Bykow 

z zachwytem obserwował, jak Jurkowski z wielką wprawą za pomocą świdra wibracyjnego wywiercił 
w granitowym bloku głęboki otwór. Usmanow stwierdził, że praca wykonana została doskonale i 
otwór jest idealnie pionowy. Wstawiono tam podstawę radiolatarni i uszczelniono, zalewając ohydnie 
woniejącą masą wytłaczaną ciśnieniem z butli opatrzonej w manometr. Płyn natychmiast stwardniał.

background image

- Spróbujcie, jak trzyma! - zawołał Usmanow.
Bykow i Spicyn chwycili za słup... po chwili na pomoc ruszyli Dauge i Krutikow. Nie udało się 

im jednak wyrwać ani nawet poruszyć mocno osadzonej latarni.

- Widzicie! Wszystko gra! - dumnie stwierdził Usmanow. -Teraz zajmiemy się montażem.
Gdy załoga „Hiusa” powracała do hotelu, słońce znów zawisło nad wierzchołkami wysokich 

dźwigów startowych na lotnisku rakiet.

- Najbliższe dni poświęcimy na ćwiczenia - oznajmił Jermakow. - Każdy członek załogi musi 

opanować pracę świdrem wibracyjnym w stopniu nie gorszym niż nasi geologowie, a radiolatarnie 
montować z zawiązanymi oczyma. To nasze najbliższe zadania.

Po   obiedzie   Bykow   skrył   się   w   swoim   pokoju   i   zaczął   pisać   list   do  Aszchabadu.   Zapełnił 

zwartym pismem siedem stronic. Przeczytał swoje dzieło, westchnął beznadziejnie i rzucił się na tap-
czan.

List wypadł nieprzyzwoicie sentymentalnie. Bykow miał straszliwą ochotę na papierosa. Położył 

się na brzuchu i wsunął do ust ołówek. A więc, jakie są możliwości... Po pierwsze, można rozebrać

4 - W krainie...

49

się i przespać się do jutra; po drugie, można wleźć do wanny... Do licha, co za przykre myśli - 

kłaść się, spać, kąpać się... Zdecydowanym ruchem zeskoczył z tapczana i pobiegł do biblioteki.

W   hotelu   Siódmego   Poligonu   zaczynało   się   wieczorne   życie.   Trzaskały   drzwi.   Po   długich 

korytarzach   śpieszyli   elegancko   ubrani   ludzie,   z   dolnego   piętra   dolatywały   dźwięki   pełnej 
temperamentu   muzyki.   Przy   wszystkich   czterech   windach   było   tłoczno,   wobec   czego   Bykow 
postanowił   pójść   do   biblioteki   schodami.   Naprzeciw   płynął   strumień   rozbawionej   młodzieży. 
Widocznie wszyscy szli do klubu.

W zacisznej czytelni Bykow wziął trzy książki o Wenus, jedną o teorii silników fotonowych i 

przejrzał ostatni numer „Kosmonauty”. Znalazł tam artykuł Krutikowa o automatycznym sterowaniu 
statkami międzyplanetarnymi. Próbował przeczytać go, ale ze zdumieniem stwierdził, że nic nie 
rozumie - zbyt wiele było tam matematyki.

-  Krzywa  funkcji...  -  mruczał  pod  nosem  inżynier, próbując  choćby  cokolwiek zrozumieć  z 

czytanego tekstu. - A to ci grubas!

„A może tak wstąpić do Daugego? - wpadł na zbawienny pomysł. - Ciekawe, czym się teraz 

zajmują moi towarzysze z »Hiu-sa«? Czyżby też czytali książki o Wenus? Bardzo wątpię...”.

Dauge nie czytał książek. Golił się. Wysunął dolną szczękę w sposób wprost nieprawdopodobny. 

W pokoju słychać było tylko cichy szum elektrycznej maszynki do golenia. Ujrzawszy Byko-wa, 
burknął coś niezrozumiałego.

Aleksiej rzucił się na fotel i przyglądał plecom przyjaciela, patrzył na błękitne ściany z plastiku, 

duży, płaski ekran telewizyjny, matowy, jakby daleki sufit.

Dauge skończył golenie i spytał:
- A co cię tu przywiodło?
- Przeszkadzam?
- Nie, nie tyle, że przeszkadzasz, ale właśnie miałem mieć rozmowę z Jurkowskim. Bardzo 

poważną rozmowę.

Wszedł do łazienki. Zaszumiała woda, gospodarz mruczał coś i z przyjemnością prychał. Po 

chwili Dauge ukazał się znowu, wycierając ciało ręcznikiem kąpielowym.

- Nie gniewaj się, Aleksieju, ale...
- Nie przejmuj się, stary, już sobie idę... - Bykow wstał. - Przyszedłem, bo mi się nudziło.
- Poważna rozmowa - powtórzył Dauge. - Jeśli się nudzisz, to poszukaj pilotów. Zdaje się, że są 

w sali gimnastycznej. Bogdan gania tam Michała, żeby stracił trochę tłuszczu. Popatrz na nich, to 
prawdziwy ubaw!

- Aha... No... Bóg z tobą! - Bykow ruszył do drzwi. - Powiedz mi, Grigorij - spytał, zatrzymując 

się - czemu Jurkowski boczy się na mnie?

Dauge westchnął i odpowiedział, ociągając się:

background image

- Nie przejmuj się tym, Aleksieju. On w ogóle ma trudny charakter. Do nowicjuszy z reguły 

odnosi się właśnie w taki sposób, a poza tym do wszystkich, którzy nie przechodzili badań w wi-
rującej kabinie lub nie siedzieli po dziesięć dni w maskach w azotowej atmosferze, jak to bywa w 
instytucie przygotowawczym... po trzecie... widzisz, wyznaczono cię na miejsce pewnego pilota, 
bliskiego przyjaciela Włodka. Krajuchin zdecydował, że weźmiemy ciebie. Teraz rozumiesz? Słowem, 
wszystko się ułoży, a na Ziemię powrócicie jako najlepsi przyjaciele...

- Bardzo wątpię - burknął Bykow, rozzłoszczony otworzył drzwi i wyszedł.
Następnego dnia rozpoczęła się ciężka praca, ręce mdlały ze zmęczenia, którego nie usuwały 

nawet gorące prysznice i poobiedni odpoczynek. Przez dwa tygodnie cała załoga ćwiczyła się w mon-
towaniu i ustawianiu radiolatarni.

Montowanie   wszyscy   opanowali   bardzo   prędko   -   każdy   miał   przecież   dużą   praktykę 

inżynierską.   Jednakże   świder   wibracyjny   okazał   się   narzędziem   kapryśnym.   Zanim   Jermakow 
wyraził zadowolenie z pracy swych podkomendnych, w kamiennych morenach rozrzuconych w 
pobliżu miasteczka można było spostrzec mnóstwo koślawych i nierównych dziur - śladów praktyki 
adeptów sztuki posługiwania się nowoczesnym świdrem. Nie mniej kłopotów mieli astronauci z 
przyssawkami próżniowymi...

- Nie rozumiem! - zwrócił się pewnego razu Bykow do Dau-gego. - Po co tracimy tyle czasu na 

jakieś tam świdrowanie? Przecież ty robisz to świetnie, a Jurkowski nie gorzej. Czy to nie wystarczy?

Dauge spojrzał na niego groźnie.
- A przypuśćmy, że nie dojdziemy z Włodkiem do Golkondy... - powiedział spokojnie.
Krajuchina   przez   cały   ten   czas   widywali   tylko   podczas   śniadania.   Całe   dnie   zajęty   był 

przygotowywaniem   wyposażenia   i   zaopatrzenia   ekspedycji.   Dosłownie   okrągłą   dobę   spędzał   w 
magazynach, przedsiębiorstwach i urzędach zaopatrujących bazę rakietową. Widocznie nie wszystko 
szło gładko. Opowiadano, że kogoś wyrzucił z roboty, komuś innemu zakazał pokazywać się mu na 
oczy,   zanim   nie   usunie   braków   w   swym   dziale.   Opowiadano   o   jego   wystąpieniu   na   zebraniu 
miejskiego aktywu partyjnego i o tym, jak obsztorcował komendanta poligonu.

Bykow skrycie obserwował Jermakowa. Kierownik ekspedycji i dowódca statku w jednej osobie 

jak zwykle był małomówny, opanowany i właściwie nigdy się nie śmiał. A gdy się uśmiechał, to 
drgały mu tylko wargi. W takich chwilach oczy stawały się jeszcze bardziej zimne. Wkrótce Bykow 
przekonał się, że uśmiech Jer-makowa nie zwiastował nic dobrego, zwłaszcza dla tych, do których był 
skierowany.

Kiedyś Dauge wstał od stołu, pozostawiając na talerzu większą część cielęciny przewidzianej dla 

niego przez dietetyków.

- Chwileczkę - łagodnym głosem zatrzymał go Jermakow. -Bądźcie uprzejmi skończyć drugie 

danie!

- Nie mogę już więcej - odpowiedział Dauge.
- A mimo to bardzo was proszę, skończcie - jeszcze łagodniej powiedział Jermakow.
Dauge bez słowa przeciągnął brzegiem dłoni po gardle. Wówczas Jermakow uśmiechnął się 

owym dziwnym uśmiechem.

- Nie chciałbym was martwić, Grigorij - powiedział cichutko - ale odnoszę wrażenie, że wasz 

stosunek do przepisów obowiązujących podczas przygotowań zmusi ekspedycję do ograniczenia się 
do jednego geologa. Nie możemy dopuścić, aby Wenus miała choćby najmniejszą szansę przeciw 
nam. Nawet gdyby to był nie dojedzony przez was kawałek cielęciny...

Dauge zaczerwienił się po uszy i z wściekłością usiadł, wbijając widelec w pechowy kawał 

mięsa. Nikt się nie odezwał ani nawet spojrzał w jego stronę. Obiad zakończono w grobowym mil-
czeniu. Jermakow nie spuszczał wzroku z Daugego, dopóki geolog nie zebrał z talerza ostatniej kropli 
sosu.

Bykow, nie bez zdziwienia, zauważył, że incydent ten, świadczący o surowości Jermakowa, nie 

wywołał ani odrobiny oburzenia wśród członków załogi. Wprost przeciwnie, tego samego wieczoru 
Jurkowski coś długo tłumaczył półgłosem Daugemu, po czym geolog tylko westchnął głęboko i jakby 
w poczuciu winy rozłożył ręce.

background image

Pod koniec drugiego tygodnia Usmanow pożegnał się z załogą i odleciał. Następnego dnia, 

zaraz po śniadaniu, Krajuchin wydał polecenia:

- Od dziś każdy zajmie się swoimi sprawami. Towarzyszu Jermakow, będziecie pracować z 

Krutikowem   i   Spicynem,   tak   jak   ustaliliśmy.   Możecie   wyruszać   natychmiast.   Przepustki   już   są 
wypisane... Jurkowski i Dauge, poczekajcie na mnie tu na miejscu, odwiozę naszego specjalistę od 
pustyń i wracam natychmiast... Jedziemy, towarzyszu Bykow.

Przed gmachem stał silny, półgąsienicowy samochód.
- Proszę, wsiadajcie - zaprosił Krajuchin.
Siedli w tyle za kierowcą. Gdy minęli już ulice miasta, Kraju-chin nachylił się i szepnął:
- Z Daugem rozmawialiście?
- O czym?
- O wszystkim.
- Tak... rozmawiałem.
- No i co?
Bykow poruszył ramionami. Krajuchin nie powinien był zaczynać rozmowy w ten sposób. Do 

obowiązków kierownika nie należy wtrącanie się w cudze sprawy, włażenie do serca podwładnych 
bez żadnych do tego podstaw. Ludzie poważni wolą przeżywać swoje sprawy w samotności. Przy 
tym   Krajuchin   jakby   w   ogóle   nie   zauważył,   że   nie   otrzymał   odpowiedzi.   Po   chwili   milczenia 
powiedział:

-   A   teraz,   inżynierze,   będziemy   poznawać   wasze   gospodarstwo.   Po   kilkunastu   minutach 

samochód zatrzymał się przed dużym

budynkiem bez okien, ale za to z drzwiami na całą ścianę. Podszedł ponury strażnik i sprawdził 

przepustkę.

- Zawołajcie mechanika! - polecił Krajuchin.
Wysiedli z samochodu. Wokół ciągnęły się równe, miejscami tylko trochę sfałdowane tereny, 

porośnięte twardą trawą. Po niebie pełzły szare postrzępione chmury. Mżył deszcz. Pod nogami chlu-
potała woda.

- Tundra...- westchnął szofer.
Otworzyły się szerokie niczym wrota drzwi. Do Krajuchina zbliżył się uśmiechnięty mężczyzna 

w kombinezonie i wyciągnął umorusaną dłoń.

- Przywiozłem - burknął Krajuchin. Człowiek w kombinezonie zerknął na Bykowa.
- Widzę, widzę! Chodźmy.
Wewnątrz   budynku   było   ciemno.   Krajuchin   potknął   się   o   coś   i   zaklął   z   cicha.   Mechanik 

chrząknął jakby w poczuciu winy.

- Nie zdążyliśmy jeszcze przeprowadzić światła, ale do jutra wszystko będzie jak należy.
- Do jutra? A dziś co, trzeba się grzebać po ciemku?
Wzrok Bykowa powoli przyzwyczajał się do ciemności. Zobaczył przed sobą jakąś potężną szarą 

masę. Rozróżniał gąsienice, otwarty luk, okrągłe ślepe oczy reflektorów.

- Co to takiego? - spytał.
- To „Malec” - odpowiedział Krajuchin. - Nasz czołg-trans-porter. Różni się nieco od zwykłych 

maszyn tego typu, lecz opanujecie go bardzo szybko. Bierzcie się do roboty, choćby zaraz... A wy co 
tu robicie? - zwrócił się nagle do mechanika. - Za pół godziny macie podłączyć światło!

- Tak jest! - żywo odpowiedział mechanik i zniknął.
- Przynieście ze sobą opis i instrukcje! - rzucił za nim Krajuchin. - To wszystko. Zostańcie tu i 

pracujcie. Przed obiadem przyjedzie po was samochód. - Krajuchin pożegnał się i skierował się do 
wyjścia.

Kiedy   po   upływie   dwudziestu   minut   pod   sufitem   zabłysła   żarówka,   Bykow   krzyknął   z 

zachwytu. Stał przed maszyną, najbardziej nowoczesnym tworem rąk ludzkich, jaki kiedykolwiek 
poruszał się na gąsienicach. Pojazd był ogromny, nie mniejszy od wielkiego czołgu-batyskafu, który 
Bykow oglądał na wystawie przemysłowej przed paru laty. Jednocześnie kolos sprawiał wrażenie 
lekkości, był zgrabny, a nawet miał wdzięk. Okrągły, długi i spłaszczony nieco kadłub, podniesiona 

background image

trochę rufa, ledwie zaznaczone wypukłości luków i peryskopów, wysoki prześwit pod kadłubem... 
Nigdzie nie widać było ani jednego szwu! Talent konstruktorów zespolił w jedną całość ogromną siłę 
ciężkiego wozu transportowego ze szlachetnymi liniami superszybkich atomo-karów.

- Ależ to maszynka! - pomrukiwał Bykow, oglądając „Malca” ze wszystkich stron i co chwila 

przysiadając, aby zajrzeć pod jego spód. - A to co za diabeł? Urządzenie równoważne... Morowo! A 
dźwignie podpierające wciągają się do środka?... Mądrze pomyślane!

Stanął przy rufie i położył dłoń na gładkiej powierzchni burty. Metal był ciepły.
- Paliwo jądrowe załadowane - uśmiechając się, dobrodusznie powiedział mechanik, który przez 

cały czas obserwował Byko-wa, stojąc przy drzwiach. - Można siadać i ruszać w drogę.

Bykow zasępił się.
- Na jazdę jeszcze za wcześnie - odparł. - Czy przynieśliście mi instrukcje?
- Oczywiście! Proszę.
- Dziękuję.
Z niespodziewaną lekkością Bykow dał nurka do otwartego luku. Pokrywy zamknęły się nad 

jego głową.

- Hej, towarzyszu - krzyknął mechanik - czy będę wam potrzebny?
Zabębnił po pokrywie luku. Odpowiedzi nie było. Mechanik wzruszył ramionami i odszedł.
W   instrukcji   Bykow   wyczytał,   że   „Malec”   jest   czołgiem-trans-porterem   świetnie 

przystosowanym do pokonywania przeszkód terenowych. Przeznaczony był do pracy w terenach o 
podłożu twardym, grząskim, sypkim i bardzo wyboistym. Mógł działać w atmosferze płynnej i 
gazowej, przy ciśnieniu  zewnętrznym dochodzącym do dwudziestu atmosfer i temperaturze do 
tysiąca stopni. Zabierał załogę do ośmiu osób i piętnaście ton ładunku. Napęd składał się z turbin o 
mocy   dwóch   tysięcy   koni   pobierających   energię   z   małych   uranowo-plutonowych   reaktorów. 
Wyposażony był w podczerwone reflektory, ultradźwiękową armatkę i parę mechanicznych rąk-
manipulatorów   (prawie   takich   samych   jakich   kierowcy   atomo-wozów   używają   do   wymiany 
ładunków energetycznych w swoich wozach na stacjach zaopatrzenia w paliwo jądrowe). Miał także 
zewnętrzne i wewnętrzne wskaźniki natężenia ilości promieniowania, dziesiątki innych aparatów, o 
których Bykow miał na razie tylko zielone pojęcie. Pomieszczenie dla załogi, ładunek, mechanizmy i 
przyrządy były pokryte budzącym zaufanie pancerzem z odpornej - bardziej odpornej od pancerzy 
tytanowych - ogniotrwałej i radioodpornej masy plastycznej.

Urządzenie sterownicze „Malca” niewiele się różniło od znanych Bykowowi systemów. Inżynier 

przypuszczał, że układ napędowy jest równie prosty, lecz dla pewności postanowił przejrzeć każdą 
śrubkę.   Na   obiady   i   kolacje   przyjeżdżał   do   hotelu   zmęczony,   umazany   tłustymi   grafitowymi 
smarami, pochłaniał chciwie  swoje dania, zamieniał tylko kilka krótkich zdań z towarzyszami i 
wracał do garażu lub kładł się do łóżka. Co rano i po obiedzie przed hotelem czekał na niego 
samochód. Nie wolno było tylko w niczym naruszać indywidualnych przepisów treningu i diety 
przewidzianych na okres przygotowawczy. Jermakow bardzo dokładnie tego przestrzegał.

Po czterech dniach Bykow po raz pierwszy wyjechał „Malcem” w teren. Olbrzymi pojazd z 

zadziwiającą lekkością i prawie bezszelestnie wysunął się z garażu. Dyżurny mechanik, uśmiechając 
się, machnął ręką. Bykow odpowiedział tym samym gestem i zamknął luk włazu. Nabrał szybkości. 
„Malec”   pędził   po   wilgotnej   tundrze   w   płynnych   rozkołysach,   lekko   pochylając   się   na   stokach 
wzgórz. Przerażone ptactwo zrywało się z krzykiem i wzbijało nad krzakami; podobny do szarej 
kuleczki przemknął zając. „Malec” zbliżał się do ścielącego się nisko pasma mgły. Bykow włączył 
podczerwone reflektory. Na ekranie pojawiały się i znikały białawe zarysy dużych zwałów kamieni, 
dziwacznie powyginanych drzew. Bykow rozpędzał transporter do maksymalnej szybkości, po czym 
gwałtownie hamował i stawał, robił ostre skręty, zataczał w miejscu kółka i wtedy na szkła peryskopu 
padało rude rozbełtane błoto, które natychmiast zmywały automatyczne wycieraczki.

Niespodziewanie, gdy „Malec” był na pełnej szybkości, By-kow zauważył przed sobą siatkę z 

kolczastych drutów, skręcił ostro na prawo i zahamował, jednak było już za późno. Rozległ się zgrzyt 
i dzwonienie, pod gąsienicami coś zachrzęściło i transporter stanął. Bykow wyskoczył z wozu. Tuż za 

background image

nim ciągnęły się w obie strony płoty z kolczastych drutów. Przecinał je wyciśnięty w grząskim 
gruncie ślad „Malca”. W płocie powstała olbrzymia wyrwa.

-   Tego  jeszcze   brakowało!   -  mruknął   Bykow,   rozglądając   się   wokół.   -  Gdzież   mnie   u   licha 

zaniosło?

Zwrócił uwagę na półkolisty budyneczek z jasnego betonu, ledwie widoczny we mgle, chociaż 

oddalony nie więcej niż o dwadzieścia kroków.

- Hej, taaam! Luudzieee! - zawołał.
Odpowiedzi nie  było. Jedyne głosy, jakie  słyszał, to szum deszczu  i smętne pobrzękiwanie 

drucianej siatki. Bykow wahał się przez chwilę, lecz wreszcie ruszył zdecydowanym krokiem do 
okrągłego budynku. Była to budowla całkiem niezwykła. W gładkich wysokich ścianach nie znalazł 
ani   okien,   ani   drzwi,   nie   dostrzegł   nawet   otworów   wentylacyjnych,   jedynie   nad   samą   ziemią 
zauważył niewielkie otwarte na oścież kwadratowe drzwi. Nieco dalej z trawy wystawała betonowa 
rura z okrągłym, zardzewiałym daszkiem. By-kow zbliżył się do drzwi i zajrzał do wnętrza. Zdołał 
jedynie zauważyć, że było tam ciemno i ciepło. Za plecami zgrzytnęło żelazo. Inżynier obejrzał się i 
zamarł na widok sceny, jaką można zobaczyć tylko w koszmarnym śnie: daszek betonowej rury 
zwisał obok niej, a z wnętrza ziemi wyłaził jakiś stwór z kulistą, pozbawioną oczu głową.

Aleksiej nie zdążył uprzytomnić sobie, że już gdzieś widział taką istotę, gdy owo coś rzuciło się 

na niego. Chociaż otwór rury znajdował się ze trzy metry od Bykowa, tajemniczy stwór pokonał tę 
przestrzeń jednym skokiem. Inżynier już ochłonął z pierwszego wrażenia, a do tego zjawa nie miała 
żadnego   pojęcia   o   dżudo...   Wystarczyło   kilkanaście   sekund,   aby   powalić   ją   na   plecy.   Aleksiej 
przycisnął przeciwnika do ziemi i zadał mu kilka ciosów w miejsce, gdzie u ludzi zwykle bywa 
twarz. Podniósł się w samą porę, gdyż z rury wyłaziła jeszcze jedna zjawa.

Teraz sprawy przybrały inny obrót. Niewiele pomogło dżudo. Na szczękę Aleksieja zwalił się 

potężny cios i inżynier rozciągnął się jak długi. Zjawa chwyciła go za nogi i powlokła nie wiadomo 
dokąd. Trudno się bronić będąc mocno trzymanym za nogi. By-kow wiedział o tym dobrze i nie 
stawiał oporu, czekając, co będzie dalej. Zjawy zatrzymały się, lecz nie puszczały swej ofiary. Alek-siej 
próbował unieść się, opierając się dłońmi o trawę. Bolały go rozbite w pierwszym starciu pięści. 
Usłyszał tupot i obok ukazała się trzecia zjawa. Nagle Bykow poczuł, że jest wolny. Odwrócił się 
błyskawicznie i usiadł, z trudem obracał bolącą głowę.

Rozejrzał się. Leżał za rufą „Malca”. Zjawy stały tuż przy nim i wyczyniały jakieś ruchy rękami 

przy swych głowach. W końcu błyszczące kule zostały zdjęte i Bykow ze zdumieniem ujrzał zna-
jomych   -   zaniepokojonego   Daugego,   zachmurzonego   Krajuchina   i   bladego   z   wściekłości 
Jurkowskiego. Jurkowski dotknął nosa palcami i pokazał je zakrwawione Aleksiejowi.

- Idiota! - krzyknął głośno. - Bałwan! Czy macie kapustę zamiast głowy?
- Uspokójcie się... - pohamował go Krajuchin. - Czy nie widzicie, że on nie ma pojęcia, co się 

stało?

- A, to wy... - wybełkotał Aleksiej.
- Nie, nie my! Rycerze krzyżowi! Delegacja Ligi Kobiet!
- Prosiłem, uspokójcie się, towarzyszu Jurkowski!
- A wy, towarzyszu Bykow, szybciutko wyprowadzajcie stąd wasz wózek... Dauge, zamknijcie 

luk i drzwi i krzyknijcie tam, że odjeżdżamy.

- Rozkaz! - odpowiedział Dauge, nałożył dziwaczny hełm i wyszedł zza rufy „Malca”.
Bykow usiadł w transporterze, a za nim Krajuchin i Jurkowski, który nie przestawał kląć.
- Wyjeżdżajcie za ogrodzenie i zatrzymajcie się! - polecił Kra-juchin.
„Malec” ruszył wstecznym biegiem.
- Dość! Stop! Teraz poczekamy na Daugego.
Bykow zerknął na Jurkowskiego, który ostrożnie obmacywał swój opuchnięty nos.
- Boli? - ze współczuciem spytał Krajuchin. Jurkow tylko wykrzywił się z wściekłością. Po 

zewnętrznej stronie kadłuba zadudniły czyjeś kroki. Dauge zsunął się do włazu.

- Rozkaz wykonany - zameldował Krajuchinowi.
- Jedziemy!

background image

Bykow  zbliżył  palce   do  klawiszów   sterowania,   lecz  zatrzymał  się   w  pół  ruchu,   zastanowił 

chwilę, pstryknął kilkoma przełącznikami, włączył silnik i opuścił miejsce kierowcy. „Malec” lekko 
ruszył naprzód.

- Co ty robisz? - zawołał przestraszony Dauge - A kto będzie kierować?
- Automat - skromnie odpowiedział Bykow. - Nie pamiętam drogi, nie potrafiłbym wrócić. 

Bądźcie spokojni, „Malec” jest wyposażony w aparaturę elektronową sprzężoną z żyrokompasem.

Przez pewien czas jechali w milczeniu. „Malec” powtarzał te same manewry, jakie przed pół 

godziną wykonywał Bykow, tyle że w odwrotnym porządku.

- Czy macie ze sobą licznik radiacji? - spytał Krajuchin Dau-
gego.
- Mam! Nie będzie nam potrzebny. Zapomniałem wam powiedzieć, że kiedy Bykow zbliżył się 

do zbiornika, już zdążyliśmy go zamknąć. Wszystko zatem jest w porządku.

Krajuchin odetchnąl z ulgą.
- Niewiele brakowało, a narazilibyście się na duże nieprzyjemności - zwrócił się do Bykowa, 

wycierając pot z łysiny. - Czy wiecie, gdzie was zatrzymaliśmy?

- Nie mam pojęcia... - Bykow czuł się wielce nieswojo.
- Za tymi zasiekami znajduje się pod ziemią potężny reaktor wytwarzający tryt - paliwo dla 

naszego „Hiusa”. Betonowa budowla, do której chcieliście tak nieostrożnie zajrzeć, to cmentarzysko 
radioaktywnych odpadków pozostających przy oczyszczaniu uranu. Akurat dziś przerzuciliśmy tam 
komplet uranowych prętów przeznaczonych do przeróbki. Gdybyście wsunęli tam czubek nosa...

-   Zrozumiałby   to   nawet   jeż!   -   zdenerwowanym   głosem   dorzucił   Jurkowski.   -   Jeżeli   coś 

ogrodzone jest kolczastym drutem, to znaczy, że wejście wzbronione. Ale oczywiście są ludzie, co 
muszą wszystko przełamać... gąsienicami... Nie mogą spokojnie patrzeć na ogrodzenie i rzucają się na 
nie odważnie jak lwy!

Słowa Jurkowskiego były niesprawiedliwe, ale Bykow tylko westchnął ze skruchą. Krajuchin 

mówił dalej:

- Pierwszy zauważył was Jurkowski, w chwili gdy zbliżaliście się do bunkra. Rzucił się na was, 

aby odciągnąć od niebezpiecznego miejsca. Spóźnił się nieco. Byliśmy przekonani, że nie uniknęliście 
nieszczęścia.

- Gnaliśmy na złamanie karku - odezwał się Dauge. - Myślałem, że mi serce wyskoczy...
Bykow spojrzał na Jurkowsklego i wyjąkał:
- Ja... mnie... naprawdę jest mi bardzo przykro... nie chciałem... - zrezygnowany machnął ręką. - 

Diabli wiedzą, jak to się stało! Musicie zrozumieć, że się was przestraszyłem...

Jurkowski   wykrzywił   wargi   w   ironicznym   uśmiechu.   Dauge   zachichotał.   -  Aleś   ładnie   go 

przywitał! Wspaniale! O Boże, co to była za walka!

- Bić umiecie się dobrze - wesoło chwalił Bykowa Krajuchin -lecz na przyszłość przyda się nieco 

ostrożności. Przy naszej pracy nie wolno niczego dotykać gołymi rękami, tym bardziej bez pytania. 
Przypomniałem sobie ważną rzecz - dziś wieczorem Dauge wybierze dla was skafander i nauczy, jak 
się z nim obchodzić.

- O, Boże, ale to była draka! - powtarzał Dauge, wycierając oczy. Bykow szybko usiadł na miejscu 

kierowcy i wyłączył automat.

W lekkiej mgiełce zauważył już sylwetkę garażu.
- Jeszcze jedno - mówił Krajuchin. - Musimy poddać prawdziwej próbie was i waszego „Malca”. 

Jesteście przygotowani?

- W tym terenie nie można przeprowadzić prawdziwych prób. Wszędzie tundra, równo jak na 

stole.

- Nie martwcie się! Znajdziemy wam, mój drogi, wspaniałe miejsce! - W półmroku błysnęły złote 

zęby Krajuchina.

Próba ognia

Bykow odprowadził Krajuchina i geologów do wezwanej z miasta terenówki, a sam powrócił do 

garażu. „Malec” stał o dwa kroki od bramy. Po jego obłych bokach spływały strużki deszczu.

background image

- Próby! - powiedział na głos Bykow. - No cóż, jak próby, to wypróbują!
Wyciągnął z kieszeni wymiętą i umazaną smarami instrukcję, przerzucił kilka kartek, westchnął i 

wlazł   do  luku.   Jak  każdy  człowiek  nie   znosił   egzaminów,   niezależnie   od  tego,  jaki  miały  mieć 
charakter.   Uważał,   że   wielką   niesprawiedliwością   bywa   robienie   z   igły   wideł   i   z   nieważnych 
szczegółów nie mających żadnego znaczenia praktycznego - problemów centralnej wagi. Kiedy osobi-
ście   prowadził   wykłady,   opierał   się   na   całkiem   innych   założeniach.   „Choćbyście   mieli   czoła 
wysokości siedmiu piędzi, i tak nie zapamiętacie wszystkiego, co zostało napisane i kryje się w 
stosach książek i wykresów. Znajdują się tam rzeczy ważne, bardzo ważne, najbardziej istotne, także 
zupełnie niepotrzebne - to, co zestarzało się jeszcze przed narodzeniem lub straciło swe znaczenie z 
biegiem czasu. A ja, oczywiście, nie mam zamiaru wymagać, abyście wiedzieli dosłownie wszystko, 
co znajduje się w podręcznikach i na tablicach czy w wykresach. Lecz jeśli ktoś z was, towarzysze, nie 
będzie   umiał   tego,   co   umieć   powinien   -   to   proszę   siebie   o   to   winić”.  Autorytet   Bykowa,   jako 
najlepszego specjalisty od pojazdów mechanicznych, osłaniał tę zasadę przed atakami najbardziej 
pedantycznych kierowników. Jego system zdawał egzamin na Gobi, ale czy na pewno zda i tutaj? 
Tym razem on będzie poddany egzaminom. To prawda, że Krajuchin nie robi wrażenia doktrynera i 
for-malisty, ale kto może wiedzieć, czego szukają jego maleńkie oczka, ukryte za wielkimi czarnymi 
okularami? Takie myśli zmuszały By-kowa do dokładnego studiowania instrukcji. Główną uwagę 
zwrócił   przy   tym   na   część   zawierającą   omówienia   awarii   i   sposób   ich   usuwania   w   warunkach 
terenowych. Inżynier zdjął kurtkę, ubrał się w kombinezon i wsunął się do maszynowni.

Do   hotelu   wrócił   późno,   zmęczony,   lecz   zadowolony   i   prawie   już   całkiem   spokojny.   W 

restauracji nie spotkał nikogo. Nie śpiesząc się, zjadł kolację i poszedł szukać Daugego. Zatrzymał się 
na drugim piętrze, gdzie mieszkali astronauci. Jedne drzwi były uchylone. Bykow usłyszał głos 
Jurkowskiego. Geolog deklamował wiersze Bagrickiego :

...A wiatr jak ci gwizdnie

1

 Jak zacznie zawodzić I chluśnie falami

O dźwięczne dno łodzi, By gwoździe dzwoniły
I maszt by łopotał: - Dobra robota, Prawdziwa robota!
Bykow zajrzał do pokoju. Jurkowski w piżamie leżał na tapczanie z twarzą zwróconą do okna. 

Obok niego siedział Krutikow. Zgarbiony ssał pustą fajkę. Przy stole siedział, kołysząc się na krześle, 
Bogdan Spicyn i uśmiechał się do własnych myśli. Nikogo więcej w pokoju nie było.

...Niech bije mi w żyłach, Niech ciska się, wre Młodość bezdomna Izłość, co mnie żre! By krew się jak  

gwiazdy Sypała człowiecza, By pędzić jak wystrzał Wszechświatom naprzeciw...

To były wspaniałe wiersze. A przy tym „bażant” deklamował je naprawdę dobrze. W jego 

głębokim, pełnym siły i uczucia głosie wibrowały nuty wyrażające niepokój i grozę. Bykow mimo 
woli pomyślał, że ten przystojny mężczyzna na pewno jest podobny do autora recytowanych wierszy. 
Tak samo jest pełen niepokoju i pragnień, namiętności badacza, który bez cienia żalu poświęciłby 
swoje   życie,   aby   dokonać   wielkich   i   niezwykłych   czynów.   Zapewne   o   tym   samym   pomyślał 
Krutikow, gdyż wyjął z zębów fajkę i wpatrywał się w Jurkowskiego, jakby pragnął potwierdzenia 
swych przypuszczeń. Jedynie Spicyn kołysał się na krześle i uśmiechał się z na wpół przymkniętymi 
powiekami.

...Bym dusząc się śpiewał Przez straszne przestworze: Ej, Czarne Morze! Ej, dobre morze!...
Jurkowski przerwał. Bykow odszedł od drzwi i ruszył dalej. Pokój Daugego był pusty. Na łóżku 

leżał   specjalny   kombinezon,   który   Grigorij   na   pewno   wybrał   dla   swego   przyjaciela.   Czerwone 
refleksy wieczornego nieba mieniły się na polerowanej powierzchni kulistego hełmu. Bykow chciał 
wyjść, lecz zatrzymał wzrok na leżącej na stole fotografii. Znał tę twarz pięknej kobiety o smutnej 
twarzy, ubranej tak samo, jak widział ją kiedyś, w niebieską suknię zapiętą pod szyją.

Masza Jurkowska, przypomniał sobie Bykow. Westchnął.
Biedny przyjacielu! Oto, do czego doprowadza miłość... Jesteś wesoły i dobry, potrafisz żartować 

i śmiać się nawet w najtrudniejszych chwilach, lecz nie potrafisz zapomnieć o niej, nawet na kilka dni 
przed startem w nieznane.

Tłumaczył Zygmunt Braude (fragment Przemytników).

background image

- Najwstrętniejsze w tej historii j est chyba to, że przysłała taki list właśnie teraz! - zahuczał głos 

Jurkowskiego... - Nie uspokoisz mnie, próżny trud, mnichu miłosierny, boża krówko! To drań-stwo z 
jej strony...

- Jak śmiesz?! (Bykow początkowo nie poznał, kto wydał ten okrzyk). Jak śmiesz tak mówić o 

niej?! Przecież ostatecznie to nie twoja sprawa!

- O, nie! To moja sprawa i nie tylko dlatego, że jest moją siostrą! To także sprawa Krajuchina i 

wszystkich członków naszej załogi, nie pomijając twojego czerwonogębego specjalisty od pustyń. 
Tam, dokąd się wybieramy, bycie nasze będzie zależeć od przytomności umysłu każdego z nas, od 
każdego! Musimy sobie nawzajem całkowicie zaufać i móc polegać na towarzyszach wyprawy. W tej 
chwili zastanawiam się, czy starczy ci teraz siły, woli i chęci do życia? Czy nie zawiedziesz nas, 
Grigorij?

- Spokojnie, Włodku!
- Nie potrzeba spokojniej... Czyżbyś jeszcze jej nie rozgryzł, tej mojej czarującej siostrzyczki? 

Przecież to nie człowiek, lecz kukułka! Tak, kukułeczka! Odejmij jej ten lalkowaty pyszczek, a co 
pozostanie? Czy nie ma innych kobiet? Wiernych, kochających, rozumnych... Dlaczego trzymasz się 
jej, dlaczego?

Bykow na palcach przeszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Wątpił, czy Dauge zechce 

myśleć dziś o speckombinezo-nie. Zresztą, sam też nie miał na nic ochoty. Zbyt wiele nasuwa się 
myśli. Rozebrał się i położył się do łóżka. Zamknął oczy. Najlepsze wyjście to zasnąć. Wstał, aby 
zasunąć zasłony przy oknie. W tej samej chwili do pokoju wszedł Dauge. Wyglądał jak zwykle 
-trochę rozczochrany, z przekrzywionym krawatem. Bykow usiadł i wlepił w niego oczy.

- Już się kładziesz? - spytał Dauge. - A kombinezon? Czego tak gapisz się na mnie? Czy coś się 

stało?

Obejrzał własne dłonie, po czym spojrzał na garnitur.
- Nie, nic takiego... Ja tylko tak... - z trudem wykrztusił Bykow. - Myślałem, że już za późno...
- Nic podobnego. Ubieraj się, idziemy. Musisz dziś jeszcze poznać speckombinezon, gdyż jutro... 

mam pewne obawy, że nie zdążymy. Gdzieś tak długo siedział?

- Miałem dość zajęcia z „Malcem”. Mam pietra... Nie zdam egzaminu.
- Jakiego egzaminu?
- Jak to, jakiego? Chodzi o te próby, pamiętasz, mówił o nich Krajuchin, gdy wracaliśmy z 

garażu.

- A mnie się zdaje, że wszystko pójdzie jak najlepiej. Jesteś świetnym kierowcą, wiem doskonale.
- Kierowcą... A jak zaczną ciągnąć za język z teorii i innych tam szczegółów?
- Język, braciszku, i tak ci wyschnie na wiór. Przekonasz się.
- Nie rozumiem.
- Przecież wszystko jest oczywiste. Przeprowadzona zostanie próbna jazda. Będziesz musiał 

jechać na przełaj przez bardzo nierówne tereny, na których czekają cię dodatkowo sztuczne prze-
szkody. Taki bieg z przeszkodami, jak powiadają sportowcy.

- Pojadę sam?
- Nie wiem. Być może poślą kogoś do towarzystwa. No, jesteś gotów? Chodźmy!
W   pokoju   Daugego   Bykow   zauważył,   że   fotografia   zniknęła   ze   stołu.   Grigorij   zdjął 

speckombinezon z łóżka i rozłożył go na podłodze.

-   Siadaj   i   słuchaj   -   rozkazał   Dauge.   -   Ta   oto   kapotka   nazywa   się   SKK-6,   czyli   specjalny 

kombinezon systemu Krajuchina, szósty model. Sporządzono ją z bardzo mocnego i elastycznego 
materiału o długiej i skomplikowanej nazwie chemicznej. W zwykłej technicznej gwarze nazywa się 
on siliket. Jest to związek orga-niczno-krzemowy o arcybajkowym układzie molekularnym. Na roz-
rywanie ma niezwykłą wytrzymałość. A ponadto jest ogniotrwały i oczywiście wodo- i gazoszczelny.

- Rozumiem - mruknął Bykow. Przysiadł w kucki i miął w ręku, to znów wygładzał elastyczny 

rękaw skafandra.

- Garniturków takich, jak się domyślasz, nie szyją krawcy ani nawet się ich nie wytłacza. Są one 

odlewane w takim oto gotowym stanie: razem z kieszeniami, otworkami i wszystkimi szczegółami. 

background image

Siliket   ma   dwie   warstwy.   Układ   molekuł   jednej   jest   prostopadły   do   układu   molekuł   w   drugiej 
warstwie. Zrozumiano?

- Jasne jak słońce. To zwiększa wytrzymałość i szczelność.
- Masz rację. A teraz obejrzyj hełm. Widzisz, umocowany jest na karku i daje się łatwo odrzucać. 

O, tak!

Bykow zajrzał do środka hełmu. Błyszczący, jakby niklowany z zewnątrz, od wewnątrz był 

zupełnie przezroczysty.

- Co to za sztuczki magiczne?
- To spektrolit, specjalny rodzaj plastiku - odpowiedział Dauge. - Nielichy pomysł, co? Zapewnia 

widoczność z wewnątrz. -Grigorij usiadł obok Bykowa i stukał palcem po hełmie. - Sam rozumiesz, 
że można by zastosować różne  inne  przezroczyste materiały,  lecz spektrolit ma  specjalne cenne 
właściwości.   Po   pierwsze,   w   określony   sposób   polaryzuje   światło,   dlatego   też,   gdy   patrzysz   w 
ciemności lub o zmroku na silne źródło światła, nie razi cię ono i nie przeszkadza w widzeniu 
wszystkiego dookoła. Spek-trolit przepuszcza tylko promienie świetlne widoczne dla ludzkiego oka. 
Promienie chemiczne lub cieplne odbijają się od powierzchni hełmu lub są całkowicie pochłaniane. 
Zresztą, tyczy się to także promieni rentgena i gamma. Po trzecie... no, zwyczajnie Krajuchin dokonał 
wielkiego dzieła.

- A to? Cóż to takiego? Aha, chyba membrana.
- Pałąk ze słuchawkami. Urządzenie do chwytania fal radiowych, zresztą aparacik niezwykle 

czuły, a pałąk służy jako amortyzator... gdybyś na przykład spadł na coś twardego główką w dół. Tu 
znajduje się mikrofon z nadajnikiem i bateria zasilająca lampy półprzewodnikowe.

- Rozumiem.
- Garniturek jest także dźwiękoszczelny. Jeśli chcesz usłyszeć, co się dzieje na świecie, masz tu 

ten aparacik. Regulujesz go sobie zależnie od gęstości atmosfery. Teraz ustawiony jest na ziemskie 
ciśnienie atmosferyczne.

- Rozumiem i to.
- Świetnie! Wykład teoretyczny mamy za sobą. Teraz, Alek-sieju, bądź łaskaw wystroić się w to 

ubranko... Poczekaj, nie tak. Właź nogami, o tędy, przez kołnierzyk. A teraz zakładaj hełm.

Dauge   kazał   przyjacielowi   zakładać   skafander   kilka   razy,   zakładać   i   umocowywać   hełm, 

przerabiać różne ćwiczenia gimnastyczne. W końcu, gdy Aleksiej spocił się jak mysz i chciał już 
błagać Grigorija o zmiłowanie, w instruktorze zmiękło serce.

- Na dziś dość! Rozbieraj się. Zwróć jeszcze uwagę na coś. Tu przy pasku masz gniazdka na 

termosy z kakao, bulionem i napojami orzeźwiającymi. Do wnętrza hełmu prowadzą przewody do 
picia. Aparaty tlenowe i pochłaniacze dwutlenku węgla umocujemy na plecach. Proszę, oto one. 
Jeszcze zerknij na termoregulator - gdy jest zbyt zimno, możesz włączyć centralne ogrzewanie. Tu 
masz licznik radiacji. Aha, jeszcze coś! W skład wyposażenia wchodzi filtr tlenowy. Jeśli nawet 
znajdziesz się w najbardziej trującej atmosferze, gdzie znajduje się choćby pięć procent tlenu, filtr 
przepuści do hełmu tylko tlen. Żadne inne gazy nie mają prawa przedostać się przez ten doskonały 
aparacik...

Bykow wydostał się ze skafandra i jeszcze raz obejrzał go bardzo dokładnie.
- A jak jest z radiacją atomową? Czy toto chroni przed nią?
- Ma się rozumieć. W takich wypadkach siliket jest niezastąpiony.
- Jak „absolutne zwierciadło” fotonowego reaktora?
Otarł pot z czoła i siadł na podłodze obok Daugego. Grigorij wykładał dalej:
- „Absolutne zwierciadło” jest twarde i kruche. Na takie gar-niturki nie nadaje się. Siliket jest 

godny zaufania. Dziś rano przesiedzieliśmy we trójkę - Krajuchin, Włodek i ja - całą godzinę w 
bunkrze z odpadami radioaktywrnymi.

- Niemożliwe!
- Mówię poważnie! Temperatura około dwustu stopni, promieniowanie alfa i gamma i wszystko, 

co chcesz. Ciepławo to nam było, nie ma co ukrywać...

5 - W krainie...

65

background image

Bykow z podziwu klepnął się po kolanach. Ktoś zapukał. Wszedł Krajuchin. Bykow wstał i 

podał mu krzesło.

- Dziękuję, nie będę siadał - powiedział Krajuchin. - Już czas trochę odpocząć. Dajecie sobie radę 

z tym speckombinezonem? Wypróbowaliście?

- Tak jest.
- Poznał go zupełnie dobrze - potwierdził Dauge.
- Należałoby przeprowadzić trening w tym stroju, ale nie mamy czasu na wszystko, nie starcza 

go i tak... - Krajuchin wziął już za klamkę, lecz zawrócił.

- Najważniejsze wyleciało mi z pamięci. Jutro, towarzyszu By-kow, pojedźcie raniutko do garażu 

i wróćcie pod hotel „Malcem”.

- Tak jest!
- Dobranoc!
Krajuchin wyszedł. Bykow także zaczął się żegnać. Przy drzwiach przytrzymał przez chwilę 

dłoń Grigorija i powiedział cichutko:

- Słyszałem... że podobno dostałeś list. Nieprzyjemny list. Dauge milczał.
- Wiesz, tak sobie pomyślałem, że jeśli byłbym ci potrzebny... rozumiesz...
-   Dziękuję...   -   Grigorij   uśmiechnął   się   smętnie.   -   Idź   już   spać,  Aleksieju...   przyczepili   się... 

pocieszyciele, niech was diabli wezmą.

- Nie gniewaj się...
- O tym nie ma mowy... Dobranoc.
- Dobranoc.
- Patrzcie go! Jeszcze śpi - wołał Dauge, ściągając z Bykowa kołdrę. - Wstawaj, ślicznotko!
- Odejdź! - odburknął Bykow, odwrócił się do ściany, pomrukując z przyjemnością, i podciągnął 

kolana pod brodę.

- „Pamiętasz wieczór, zamieć szalała...”, a teraz już godzina siódma i na dole czeka na ciebie 

samochód.

- Niemożliwe!
Dauge ledwie zdołał zrobić unik. Bykow wyskoczył z pościeli i rzucił się po ubranie.
- Poczekaj, braciszku, jeszcze zrób gimnastykę.
- Odwołana! Jak tam pogoda? Dauge odsunął zasłony.
- Wspaniała! Ani jednej chmurki. Masz szczęście, ale od Jer-makowa i tak dostaniesz.
- Za co? - pytał Bykow, zapinając koszulę.
- Za odwołanie gimnastyki.
- Nic nie szkodzi, niech daje... Pędzę.
- A śniadanie?
- Potem, potem...
- Wypij chociaż szklankę mleka i przegryź chlebem, wariacie! Jermakow naprawdę odwoła 

próby.

- Do diabła z tym...
W restauracji Bykow pospiesznie opróżnił szklankę mleka, wsunął do kieszeni kilka czarnych 

sucharów i popędził.

- Szczęśliwej podróży! - pokpiwał Dauge, stojąc z rękoma w kieszeni. Przez chwilę patrzył na 

oddalającą się terenówkę, ziewnął i poszedł do swego pokoju.

Bykow ze zdumieniem zauważył, że „Malec” nie wywołuje wśród mieszkańców miasta żadnej 

sensacji. Przechodnie obojętnie oglądali się, rzucali przelotne spojrzenia na transporter, czasem tylko 
stawali, aby przyjrzeć się bardziej dokładnie. Widocznie wszelkiego rodzaju techniczne nowości stały 
się tu czymś całkiem normalnym. Inżynier zatrzymał „Malca” przed hotelem i poszedł zameldować 
się u Krajuchina. Na korytarzu wpadł na Jerma-kowa.

- Przyjechaliście już? To świetnie. - Przenikliwe spojrzenie szarych oczu dowódcy spoczęło na 

inżynierze. - Bardzo źle, że naruszyliście program zajęć.

- Ja?

background image

- Mieliście jak najlepsze intencje, to rozumiem, ale... za półtorej czy za dwie godziny czeka was 

wielki wysiłek i silne napięcie nerwów, a dzisiejszy wypadek naruszenia dyscypliny może drogo 
kosztować. I to nie tylko was.

Jermakow zamilkł na chwilę, po czym mówił dalej.
-   Gdyby   nie   to,   że   macie   żelazne   zdrowie,   upierałbym   się,   aby   odłożyć   próbę   -   dorzucił 

Jermakow.

- To było ostatni raz - mruknął Bykow.
- Mam nadzieję. Program treningu został opracowany przez najlepszych lekarzy kraju, a każdy 

doświadczony astronauta może podać wam dziesiątki przykładów, jakie opłakane skutki miewa 
naruszenie dyscypliny w wypełnianiu tych prostych obowiązków. Gdybyście byli pilotem, dzisiejszy 
dzień byłby waszym ostatnim dniem w załodze. Na szczęście nie jesteście pilotem. Zażyjcie dziesięć 
tabletek toniku. A teraz chodźmy. Czekają na nas.

W   gabinecie   Krajuchina   oprócz   całej   załogi   Bykow   zobaczył   dwóch   nieznajomych   - 

przewodniczącego miejskiej rady narodowej i sekretarza miejskiego komitetu partii. Goście odnosili 
się do Krajuchina z tak wielkim szacunkiem, że nietrudno było pojąć, jakim autorytetem cieszy się tu 
przedstawiciel Państwowego Komitetu Komunikacji Międzyplanetarnej.

- Nie będziemy marnować czasu, towarzysze - zaczął Kraju-chin, gdy tylko Bykow przywitał się 

ze wszystkimi i usiadł.

- Aleksieju Piotrowiczu, wy dzisiaj gracie główną rolę, prosimy bliżej na scenę.
Bykow   podszedł   do   biurka   i   stanął   obok   Krajuchina.   Na   twarzach   sekretarza   partii   i 

przewodniczącego   rady   narodowej   zobaczył   przyjazne   uśmiechy.   Dauge   mrugnął 
porozumiewawczo. Na biurku leżała dokładna mapa.

- Próby przeprowadzimy w tym kwadracie... - palec Krajuchina wskazał północno-wschodni róg 

mapy. - Ile to będzie kilometrów od nas?

Bykow pochylił się nad mapą.
- Pięćdziesiąt.
- Słusznie. Ile czasu potrzebuje „Malec” na...
- Pół godziny, a może ze czterdzieści minut.
- Świetnie. Na terenach tych można obecnie znaleźć różnorodne formy i rodzaje powierzchni 

sztucznego pochodzenia. Na mapie oczywiście ich nie ma. Zadaniem waszym będzie przewieźć nas 
wszystkich   na   to   wzgórze,   z   którego   będziemy   obserwować   próbę.   Wy   natomiast   przetniecie 
wyznaczony rejon dokładnie z południa na północ i powrócicie do nas wzdłuż tego strumienia. Czy 
rozumiecie wasze zadanie?

- Rozumiem.
- Uprzedzam: na trasie możecie napotkać wszelkiego rodzaju niespodzianki. Za jedną mogę 

ręczyć. Czy ludzie zostali już wysłani? - zwrócił się Krajuchin do przewodniczącego rady miejskiej.

Ten w odpowiedzi skinął głową.
- Próba jest poważna i trudna. Pojedzie z wami towarzysz Jer-makow. Odwaga i ostrożność to 

dwa hasła! Niepotrzebna jest tylko, jak to się mówi, zbyteczna brawura.

- Tak jest.
- To wszystko. Czy macie pytania?
- Nie.
- Speckombinezon macie?
- Zaraz wezmę, towarzyszu Krajuchin.
- Zabierajcie zatem szybciutko i w drogę. My przez ten czas zajmiemy miejsca w waszym 

wehikule.

Po kwadransie „Malec” był już za północnym pasmem wzgórz. Bykow po raz pierwszy miał 

okazję zobaczyć pole startowe rakiet. Była to taka sama płaska, równa jak stół tundra i tylko gdzienie-
gdzie widniały pagórki jakby porosłe szczeciną. W niektórych miejscach widział wyrudziałe liszaje w 
kształcie gwiazd. Nie rosła tam ani jedna roślinka. Bykow skierował „Malca” ku jednemu z takich 

background image

punktów. Miękki, mlaszczący odgłos, jaki wydawały dotychczas gąsienice, zmienił się. Przez kilka 
sekund słychać było hurkot, jakby ktoś toczył pustą żelazną beczkę po kocich łbach.

- Tu lądowały statki międzyplanetarne - objaśniał Dauge, który siedział za Aleksiejem.
- A to?
W lewo od „Malca” mignęły zardzewiałe szyny, resztki drutów kolczastych i przechylony słup, 

na którym widniał napis „1R”. Za ogrodzeniem Bykow dostrzegł olbrzymi lej wypełniony burą 
niejednolitą masą.

- Z tego miejsca przed pięciu laty wystartował „Smok Gory-nycz” - mówił Dauge. - Widzisz, 

miejsce startu ogrodzono, gdyż gleba stopiła się, tworząc radioaktywny żużel. „1R” oznacza, że 
promieniowanie wynosi 1 rentgen.

- Tyle to wiem - burknął Aleksiej.
„Malec”   pędził   po   tundrze,   omijając   polodowcowe   moreny,   bez   zatrzymania   dosłownie 

przelatywał przez płyciutkie bagniste jeziora. Po przejechaniu  trzydziestu kilometrów Jermakow 
poprosił Bykowa, aby ustąpił mu miejsca przy kierownicy. Aleksiej przeszedł do kabiny. Wszystkie 
włazy były otwarte. Przewodniczący miejskiej rady narodowej dyskutował gorąco z Krutikowem, a 
sekretarz komitetu partii przysłuchiwał się ich rozmowie bez większego zainteresowania. Krajuchin 
drzemał oparty o miękkie obicie z gąbki. Jurkowski i Spicyn siedzieli na zewnątrz i z kabiny było 
tylko   widać   ich   zwisające   z   luku   nogi.   Bykow   zajrzał   do   maszynowni,   posłuchał,   jak   pracują 
mechanizmy, rozejrzał się dobrze, czy wszystko w porządku, i usiadł koło Jermakowa.

Wycie silnika przybrało na sile, „Malec” zwolnił i zaczął wspinać się na zbocze. - Jesteśmy na 

miejscu - powiedział Krajuchin.

Silnik   transportera   jeszcze   raz   zawył,   wóz   wykręcił   na   miejscu   i   stanął.   Wszyscy   szybko 

wyskoczyli. Bykow wyszedł z wozu ostatni. Szczyt wysokiego kurhanu pokrywała twarda, szara 
trawa. Przed Aleksiejem roztoczył się dziwny krajobraz. Równina skończyła się. Hen, daleko, aż do 
skraju widnokręgu na północy, rozciągały się zwały głazów, wyrwy, stojące i sterczące na wszystkie 
strony płyty kamienne. Poszczerbione nasypy otaczały rozległe leje. Prawie pionowa czerwona ściana 
postrzępionym murem przecinała cały ten chaos.

- Proszę popatrzeć - rozległ się za jego plecami głos Krajuchina - moim zdaniem teren jest 

godzien waszego doświadczenia i umiejętności, Aleksieju Piotrowiczu, a także świetnie nadaje się do 
sprawdzenia zalet naszego „Malca”. Jakie jest wasze zdanie?

- Damy sobie radę! - Bykow spojrzał w ciemne okulary zasłaniające oczy Krajuchina. - Czy 

można zaczynać?

- Spytajcie  towarzysza Jermakowa. Tutaj  on dowodzi. „Tym mnie  nie  speszysz”  - pomyślał 

Bykow i zwrócił się do

Jermakowa stojącego na gąsienicy „Malca” z lornetką w ręku.
- Towarzyszu Jermakow, czy można zaczynać? Jermakow zeskoczył z gąsienicy i skinął głową.
- Wciągajcie kombinezon - rozkazał i ściszając głos, dodał. -Nie denerwujcie się... spokojniej.
Bykow wzruszył ramionami i wdrapał się do włazu transportera. Dauge zobił krok w jego 

stronę, lecz zatrzymał się i pozostał na uboczu. Jurkowski stał opodal. Pogwizdując, spoglądał na 
„Malca”, to znów na teren, po którym miał za chwilę rozpocząć próbną jazdę. Krajuchin przykucnął 
nad rozłożoną na ziemi mapą i prowadził ożywioną rozmowę z „ojcami miasta”. Krutikow i Spicyn 
zajęci byli strojeniem maleńkiego odbiornika.

- Włączcie mikrofon i umocujcie hełm - powiedział Jerma-kow, siadając obok Bykowa.
Pomogli sobie nawzajem zapiąć szerokie pasy bezpieczeństwa. Bykow pochylił się ku dowódcy.
-   Ruszamy.   -   Cichutko   zadźwięczało   w   słuchawkach.   Alek-siej   opuścił   palce   na   klawisze 

sterownicze. „Malec” ruszył z miejsca i zaczął nabierać szybkości, pędząc po stoku. Na dole stanął 
dęba. Wjechał na pierwszy wał kamieni i od razu dał nurka w lej. Jazda próbna była rozpoczęta.

Bykow   nie   miał   czasu   zastanawiać   się   nad   porównaniami,   lecz   mimo   to   gdzieś   w 

podświadomości   błąkało   się   porównanie:   „Jak   żaba   w   piłce   futbolowej”.   Mechanicznie   zaczął 
powtarzać to zdanie.

background image

W kwadratowym otworze przedniego luku migało błękitne niebo, to znów pojawiała się czarna, 

jakby zwęglona ziemia lub zwały głazów. „Malcem” rzucało na wszystkie strony, ślizgając się po 
kamieniach, zgrzytały gąsienice. „Tym mnie nie speszysz” - z uporem powtarzał Bykow. Transporter, 
hucząc, zwalił się do głębokiego rowu. Na chwilę mignęła w luku równa brązowa powierzchnia i na 
kolana chlusnął wodospad.

Na drugim brzegu rowu „Malec” zatrzymał się. Kilka metrów przed nim wznosiła się prawie 

pionowa ściana z czerwonej gliny. „Z piętnaście, dwadzieścia metrów - obliczał błyskawicznie Bykow. 
- Spróbujemy...”. Kątem oka dostrzegł, jak Jermakow zacisnął dłonie na poręczach fotela. „Jak żaba w 
piłce futbolowej”.

Ze wzgórza transporter wyglądał jak mały szary żuczek pełznący po zaoranym polu. A teraz 

żuczek postanowił wdrapać się na mur. W jakiś zupełnie niewytłumaczalny sposób udało mu się we-
drzeć   nieco   na   stromiznę,   lecz   w   pewnej   chwili   drgnął,   odpadł   od   ściany   i   otoczony   kłębami 
czerwonego pyłu przewrócił się na plecy.

- Do diabła - szepnął sekretarz. - Dlaczego nie ominie przeszkody?
Dauge nerwowo splunął.
- Omijać nie wolno - spokojnie odpowiedział Krajuchin. -Wbrew założeniom próby. Uwaga!
Pod czerwonawym murem coś się działo. Żuk nagle zaczął się ruszać. Na wszystkie strony 

wysunęły się z kadłuba błyszczące nogi na przegubach, zginały się, wpierając się w grunt. Po chwili 
„Malec” znów stanął we właściwej pozycji. Nastąpiły chwile pełne napięcia... Trzy stalowe łapy 
znalazły oparcie u podnóża ściany, a czwarta ostrożnie szukała mocniejszego punktu zaczepienia. 
„Malec” metr po metrze podciągał się do szczytu przeszkody, tam gąsienice szarpnęły go do przodu i 
transporter popędził naprzód, po drodze wciągając swoje łapy.

- Ależ to chwat! Ależ zuch! - wykrzykiwał podniecony Jurkowski. - Prawdziwy mistrz!
- A może jednak wymienimy go na jeszcze jednego pilota? -dociął Krajuchin i podniósł do oczu 

lornetkę.

Bykow triumfował. Wszystko szło doskonale. „Malec” pokonywał kolejne przeszkody. Kruszył 

gąsienicami kamienie, rozpryskiwał rzadkie błoto wypełniające głębokie, okrągłe leje. Jak grom dział 
huczały walące się głazy. Kilka razy Jermakow prowadzący nawigację za pomocą mapy i kompasu 
korygował kurs. Bez tej pomocy Bykow mógłby po prostu zjechać z wyznaczonej linii prostej, która 
określała trasę próbnej jazdy.

- Ile już mamy za sobą? - spytał Bykow.
- Pozostało jeszcze półtora kilometra...
Nagle przed „Malcem” bezgłośnie buchnęły słupy malinowego ognia. Bykow szarpnął się do 

tyłu i zatrzymał wóz.

- To na pewno zapowiedziane niespodzianki Krajuchina -mruknął pod nosem.
Ogień ogarniał coraz większą przestrzeń. Odnosiło się wrażenie, że płoną kamienie. Czarne 

smugi dymu wzbiły się zmieszane z językami ognia. Suchy gorący wiatr niósł chmury kurzu.

- Skondensowana benzyna! - zaniepokojony narzekał Bykow. - Napalm! Też pomysły...
Jermakow   milczał.   Bykow   uśmiechnął   się.   Zamknął   luki   obserwacyjne   spektrolitowymi 

zasłonami i dotknął klawiszy sterowania. „Malec” na pełnym gazie zanurzył się w ogniową burzę.

Gdy   na   widnokręgu   rozpostarła   się   ciemnomalinowa   kotara,   sekretarz   komitetu   miejskiego 

chrząknął, a przewodniczący rady miejskiej przysunął się do stacyjki radiowej. Krajuchin z całkowi-
tym spokojem objaśnił:

- Kazałem zapalić kilkadziesiąt beczek benzyny. W ciągu kilku minut temperatura powinna 

podnieść się do siedmiuset, dzie-więciuset stopni. To głupstwo. „Malec” wytrzyma to z łatwością. 
Tylko czy wytrzymają nerwy...

Wytrzymały   i   „Malec”,   i   nerwy.   Otoczony   obłokami   czarnej   sadzy   transporter   wjechał   w 

rzeczułkę,   która   oznaczała   koniec   trasy.   Zatrzymał   się.   Fale   pilnie   omywały   burty,   syczały   i 
wybuchały kłębami pary. Pancerz „Malca” ochładzał się powolutku. Bykow spojrzał na zwisającego 
na pasach Jermakowa i potrząsnął go za ramię. Jermakow był przytomny.

background image

- Ruszamy... - wykrztusił niepewnie. - Przejechaliśmy trasę prawidłowo - głośniej już mówił 

dowódca. - Jestem z was zadowolony, z was i z siebie.

Bykow nie odpowiedział.
Po   drodze   wzdłuż   strumienia   nie   odezwali   się   ani  słowem.   Dopiero   gdy   skręcili   w   stronę 

kurhanu, z którego obserwatorzy machali do nich rękoma, Bykow spytał:

- Nie rozumiem, co spowodowało, że tu w środku tundry powstały takie zniszczenia ?
Jermakow długo nie odpowiadał. Odpiął pasy bezpieczeństwa i niechętnie mruknął:
- Nad tym terenem wybuchła rakieta... fotonowa rakieta, to wszystko.
- Tak przypuszczałem, że jakiś wybuch... - wyjąkał wstrząśnięty i zdumiony Bykow.
Pod koniec obiadu, do którego z okazji pomyślnego zakończenia prób podano kieliszek koniaku, 

zabrał głos Krajuchin.

- Jermakow i Bykow przechodzą na tydzień na sanatoryjny tryb życia. Żadnej pracy. Możecie 

czytać powieści przygodowe, chodzić na spacery i spać. Pozostali przygotowują się do przyjęcia 
„Hiusa”. Otrzymaliśmy wiadomość, że wyleciał on już z „Ciołkowskiego” i przybędzie do nas za pięć 
albo sześć dni.

Powrót „Hiusa”

Jermakow wprowadził „Malca” do hangaru. Transporter był rozpalony do czerwoności, a cały 

hangar natychmiast stanął w płomieniach. Bykow rzucił się do gaśnicy pianowej, co tylko wywołało 
głośny wybuch śmiechu Jermakowa, który złapał inżyniera za ramię i krzyknął mu prosto w ucho, 
zwracając się nie wiadomo dlaczego na „ty”.

- Aleksiej, wstawaj. Obudź się! Słyszysz?
Aleksiej nagle zdał sobie sprawę, że Jermakow ma na sobie błyszczący płaszcz plastikowy i że to 

w ogóle nie żaden Jerma-kow, lecz Dauge. Usiadł na tapczanie. Przecierając nieprzytomne oczy, 
spytał:

- Co się stało?
- „Hius” podchodzi do lądowania. Idziemy na spotkanie. Wstawaj!
Dochodziła druga w nocy. Niebo pokrywały ciężkie szaroczarne chmury i tylko na północy 

widniały jasne, jakby pociągnięte różem pasma. Lało.

- Kto jeszcze idzie ich witać?
- Cała nasza załoga, a na dodatek jeszcze pół miasta, Bykow zbliżył się do okna. Na ulicy ludzie 

zdążali   w   jedną   stronę.   Szli,   podbiegali...   Pobrzękując,   poważnie   sunął   traktor,   ciągnąc   jakieś 
dziwaczne urządzenie na wielkich kołach. Minęło go kilka samochodów. Na dole trzasnęły drzwi. 
Ktoś gniewnie zawołał.

- Dlaczego nie wezwano go do tej pory?
Jermakow i pozostali astronauci czekali już w hallu. U drzwi stał Krajuchin wyróżniający się 

wśród tłumu swoim wzrostem. Otaczała go grupa inżynierów w mokrych nieprzemakalnych płasz-
czach   i   skórzanych   kurtkach.   Krajuchin   mówił   suchym   i   ostrym   głosem,   po   prostu   jakby   ktoś 
gwoździe wbijał w drewno.

- Miasto powstało i istnieje tylko po to, aby zaopatrywać, wysyłać w świat i przyjmować statki. 

Zapomnieliście o tym. Mam wrażenie, że trzeba będzie odświeżyć waszą pamięć. Ale o tym później. 
Na razie natychmiast znaleźć wszystkie samochody. Wysłać ludzi na stację - tu Krajuchin zwrócił się 
do barczystego brodacza. - Za stację odpowiadacie głową.

- Postaram się, żeby wszystko grało - basem przemówił brodacz.
- Wszystkie środki deaktywizacji i przeciwpożarowe...
- Gotowe, towarzyszu Krajuchin.
- Dobrze. Będę gdzieś w schronach lub w ich pobliżu. Aha... -Krajuchin wskazał palcem na 

młodego mężczyznę w kapturze. -Melduj mi o wszystkich depeszach ze statku.

- Rozkaz.
- Możecie odejść... A wy, Zajczenko - Krajuchin mówił niedbale, jakby od niechcenia - także 

możecie odejść, ale do aresztu. Jeśli zdarzy się jaki wypadek, oddam was pod sąd.

Zajczenko przycisnął ręce do piersi.

background image

- Towarzyszu Krajuchin!
- Powiedziałem.
- Pozwólcie mi pójść na radiostację chociaż na godzinkę! -prosił Zajczenko. - Wiem, że jestem 

winien... tak sąd... Zresztą w tej chwili beze mnie trudno będzie tam cokolwiek naprawić.

Krajuchin zastanawiał się. - Dobrze. Możecie jechać do radiostacji. Na areszt będzie czas po 

wylądowaniu statku.

- Tak jest!
- Wszyscy? - Krajuchin liczył wzrokiem załogę. - Jedziemy, towarzysze.
Na   dworze   było   mokro   i   dął   zimny   wiatr.   Przed   hotelem   niecierpliwie   mruczał   i   prychał 

samochód. Astronauci zajęli miejsca. Maszyna ruszyła, mijając długi sznur półgąsienicowych ciężaró-
wek z brezentowymi budami. Bykow zapytał półgłosem: - O czym była mowa? Co to za radiostacja, o 
której mówił Krajuchin?

- Radiolatarnia dokładnego naprowadzania - Dauge zerknął na plecy Krajuchina. - Kiedy statek 

zbliża się do Ziemi, pilot może orientować się według trzech radiolatarni bazowych. Jedna z nich 
ustawiona jest tu w mieście, a dwie pozostałe na brzegu Oceanu Lodowatego u krańców poligonu. Są 
to punkty orientacyjne nie gwarantujące jednak dokładnej nawigacji. Statek może opuścić się równie 
dobrze na miasto, jak na powierzchnię oceanu czy też gdzieś w tundrze. Aby zapewnić możliwość 
precyzyjnego wylądowania w oznaczonym miejscu, ustawiono dodatkową specjalną radiolatarnię. 
Właśnie tę, o której była mowa. Zajczenko jest za nią odpowiedzialny.

- A co się stało?
-   Wczoraj   wieczorem   podczas   próby  spalił   się   jakiś   ważny  agregat   -   nie   wiem,   czy  był   to 

transformator, czy coś w tym rodzaju. Okazało się, że zapasowy jest w składzie, tylko nie wiadomo 
gdzie... zniknął... Lepszy skandal! W najważniejszej chwili radiostacja nie działa. Teraz można liczyć 
tylko na umiejętności Lachowa.

- A któż to?
- Pilot „Hiusa”.
- A jeżeli...
- Najwyżej wyląduje na tundrze, ze dwieście kilometrów stąd. Nie stanie się nic złego. Dlatego 

wyznaczono tak rozległy poligon. Lecz jeśli opuści się nad miastem, sprawa będzie gorsza.

- Nie obawiajcie się! - pełnym przekonania głosem dorzucił Krutikow. - Ty, Grigorij, nie strasz 

ludzi. Lachow ma doświadczenie, od razu zorientuje się, że nie ma co liczyć na centralną radio-
latarnię, i zacznie przesuwać się ku północy. A że to jest skandal, to inna sprawa.

- Dziś na radiolatarni pracowano całą noc. Próbowali ją naprawić. Może jeszcze się im uda. - 

Dauge znów zerknął na plecy Krajuchina.

Do rozmowy wtrącił się Spicyn:
- Dla Lachowa to sprawa bez znaczenia. Na pewno wyląduje pośrodku poligonu, nawigując 

według radiolatarni bazowej.

- Żeby to... - chmurnie mruknął Krutikow.
- Lachow wyląduje dokładnie pośrodku poligonu - powtórzył Spicyn i zrobił minę wyraźnie 

dającą do zrozumienia, że dalsza dyskusja na ten temat jest bezcelowa.

Jurkowski chrząknął i powiedział:
- Szkoda Zajczyka. Należałoby ukarać nie jego, ale tych innych, nieco wyżej.
- Każdy dostanie, co zarobił - warknął Krajuchin, nie odwracając się. - Nikogo nie skrzywdzimy, 

ale Zajczenko dostanie pierwszy.

- Kierownik poligonu...
- Powiedziałem już... - Krajuchin obejrzał się wreszcie i spojrzał na Jurkowskiego - dostaną 

wszyscy wedle zasług. Nie zapominajcie, Włodzimierzu Siergiejewiczu, że jemu zaufano...

Był to widocznie ważki argument, gdyż Jurkowski nie sprzeciwiał się dłużej. Nikt więcej się nie 

odezwał. Samochód skręcił i pomknął po betonowej płaszczyźnie koło urządzeń startowych. Z pra-
wej, jakby przylepione do podnóży wzgórz, widniały niskie, lecz szerokie budynki bez przednich 

background image

ścian, a nad nimi przebiegała linia wysokiego napięcia ginąca gdzieś za górkami. Tu i ówdzie stały 
szare kopulaste baszty.

- Schrony - szepnął Spicyn.
- A my dokąd jedziemy?
- Do schronów podziemnych. Z nich będziemy obserwować lądowanie „Hiusa”.
Wyjechali na wąską prostą szosę. Deszcz lał coraz bardziej, potoki wody zalewały okna, po 

asfalcie tańczyły jasne wodne ba-nieczki. Samochód zahamował i stanął. Zbliżył się mężczyzna w 
nieprzemakalnym   płaszczu   z   narzuconym   na   głowę   kapiszonem.   Nachylił   się,   żeby   zajrzeć   do 
samochodu, poznał Krajuchina i machnął ręką. Krajuchin uchylił drzwi i zawołał:

- Jak dawno przejeżdżali radiowcy?
- Około pół godziny temu, towarzyszu Krajuchin.
- Uważajcie, nikogo nie przepuszczać.
Po kwadransie jazdy Bykow zobaczył wystające z ziemi pancerne kopuły, podobne do wieżyczek 

obserwacyjnych w starodawnych schronach bojowych.

- Podziemne schrony - rzucił Spicyn.
Już dawno, bo przed trzydziestu laty, równina ta była poligonem doświadczalnym dla rakiet 

międzyplanetarnych. Obserwatorzy kryli się w okopach i lekkich schronach. Zdarzało się, że wielkie, 
wysokością równe miejskim wieżowcom rakiety, zamiast wzbić się prosto w niebo, z powodu jakichś 
awarii w systemie sterowania przewracały się i zaczynały pełzać po ziemi, miotając ze swych dysz 
płomienie. Pewnego razu taka rakieta przewróciła się prosto na okop. Były ofiary w ludziach. Od tej 
pory istnieją podziemne schrony-obserwa-toria, żelazobetonowe pomieszczenia ukryte głęboko pod 
ziemią, wyposażone w urządzenia zapewniające widoczność w dosłownie wszystkich kierunkach. Są 
to tak zwane kaponiry. Były budowane z takim wyliczeniem, że nawet bezpośrednie trafienie rakietą 
nie zagrażało bezpieczeństwu obserwatorów.

Szofer wjechał do głębokiego betonowego okopu z grubym dachem.
- A teraz na piechotę - powiedział Krajuchin.
Krótki   korytarz   o   świecących   ścianach   doprowadził   astronau-tów   do   zaciemnionego 

pomieszczenia   z   niskim   stropem.   Bykow   rozglądał   się   zaciekawiony.   Po   prawej   i   lewej   stronie 
schodki wiodły do okrągłych platforemek nakrytych stalowymi kopułami. Na platforemkach stały 
peryskopy   o   czterdziestokrotnym   powiększeniu.   Do   szczelin   obserwacyjnych   zaglądało   szare, 
siąpiące   mżawką   niebo.   Trzech   młodzieńców   w   skórzanych   kurtkach   odprawiało   czary   przy 
radiostacji. Jeden z nich, widząc wchodzącego Kraju-china, zameldował mu, że łączność ze stacjami 
radiolokacyjnymi i radiolatarniami została nawiązana.

- Spytajcie, czy są jakieś wiadomości z „Hiusa” - polecił Kra-juchin.
Spicyn   podszedł   do   jednego   z   peryskopów.   Inni   usiedli   na   taboretach   ustawionych   pod 

ścianami. Głośnik zachrypiał i odezwał się skrzeczącym głosem:

- „Hius” na razie milczy.
Krajuchin wsadził ręce w kieszenie płaszcza i zaczął krążyć po schronie. Zatrzymał się przed 

staruszkiem plakatem, zupełnie wyblakłym już, głoszącym: „Wzrost energii jądrowej w ogólnym 
bilansie  energetycznym naszego kraju w latach  1900-1980”. Popatrzył chwilę i spacerował  dalej. 
Radiowcy spoglądali na niego z wyraźnym współczuciem. Jurkowski szepnął do Daugego:

- Denerwuje się staruszek... Znów zaryczał głośnik:
- Uwaga, uwaga! Towarzyszu Krajuchin!
- Słucham! - krótko, nie ukrywając zniecierpliwienia, odkrzyknął zawołany.
- „Hius” znajduje się nad poligonem. Podaję jego współrzędne z poprawką na wasze stanowisko 

obserwacyjne. Azymut geodezyjny osiem stopni i... czterdzieści... czterdzieści cztery minuty... kąt 
podniesienia sześćdziesiąt stopni. - (Wyląduje w środeczku poligonu - szepnął Spicyn).

- Czy na silniku fotonowym?
- Na razie tak.
- Przekazać rozkaz: na wysokości sześćdziesięciu kilometrów wyłączyć silnik fotonowy i przejść 

na rakiety wodorowe.

background image

- Rozkaz... - nastąpiła pauza, po czym dalszy ciąg meldunku - ...rozkaz został wykonany. „Hius” 

prosi o przysłanie sanitarki i lekarza.

Wszyscy zwrócili w stronę głośnika zatrwożone twarze.
- ...u nich na pokładzie znajduje się inżynier z czeskiego sputnika, towarzysz Diwiszek. Czuje się 

bardzo źle.

-   Wydajcie   polecenia,   aby   przysłano   sanitarkę,   i   niech   natychmiast   szykują   do   startu   mój 

samolot. Chory poleci do Moskwy. A co mu jest?

- Skażenie promieniami. Krajuchin zaklął z cicha.
- Taka sprawa... Powiedzcie, żeby Lachow uważał, radiola-tarnia dokładnego naprowadzania nie 

działa.

- Zawiadomiliśmy go już.
- Co on na to? - spytał Spicyn.
- Roześmiał się.
Głośnik zamilkł. Krajuchin wyjął z kieszeni na piersiach ciemne okulary.
- Chodźmy do peryskopów.
Przez   peryskopy   widać   było   szare   niebo,   szarą   tundrę,   szare   kopuły   sąsiednich   punktów 

obserwacyjnych. Deszcz ustał, wilgotny, niemroźny wiatr marszczył wodę w kałużach, bawił się 
niskimi krzakami i twardymi łodyżkami trawy. Bykow spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta.

Panowało milczenie. Minuty wlokły się straszliwie wolno.
- Patrzcie! - zawołał Krutikow.
Niebo wypełnił drżący fioletowy blask. Od razu zniknęła szarość, w której chmury i tundra 

zlewały się w jedno. W jednej chwili blask wydobył z każdej chmury jej delikatny rysunek i kształt. 
Po   ziemi   przebiegały   oślepiająco   białe   linie.   Blask   wzmagał   się.   Nad   tundrą   zawisła   dziwna, 
nienaturalna odwrócona tęcza. W kałużach zaigrały jasne i liliowe refleksy. Uszy rozdzierał narastają-
cy wysoki ton. Bykow czuł, że od wibracji zabolały go zęby. Potrząsnął głową i zatkał uszy. Blask 
oślepiał, a dźwięk osiągał trudną do wytrzymania wysokość i wibrował już na granicy słyszalności.

- Lachow melduje, że za dwie minuty wyłączy silnik fotonowy - oznajmił basem głośnik.
- Już dawno powinien był to zrobić - mruknął Krajuchin.
Oślepiające światło zgasło i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły tęcza i odblaski 

błyskające po kałużach. Tundrę okrył mrok. Po chwili wzrok obserwatorów przywykł do ciemności, 
monotonnej szarzyzny równiny i nieba. Nagle cały świat napełnił się przerażającym świszczącym 
rykiem, jakby niezliczone klucze odrzutowych samolotów defilowały nad lądowiskiem.

- Widać go! - krzyknął Krutikow. - Patrzcie!
Spod chmur wystrzeliły słupy czerwonych iskier. Ukazał się ciemny okrągły kształt i ziejąc 

ogniem, powoli opadał coraz niżej. Rósł w oczach. Ciężki huk i grzmot wstrząsnął powietrzem. Pięć 
ognistych słupów wysunęło się z opadającego „Hiusa” i wparło się w ziemię jak potężne, idealnie 
proste maszty. Wzbiły się w górę chmury pary, bryznęły kawały błota. Olbrzymie cielsko statku za-
wisło w powietrzu i kołysało się, lekko wsparte na płomienistych nogach. Po chwili zaczęło powoli 
opadać, aż wreszcie zniknęło w kłębach pary. Ziemia lekko drgnęła i huk ucichł. Nikt nie odezwał się 
ani jednym słowem, jakby każdy wsłuchiwał się w huczące w uszach dzwony. W miejscu, gdzie 
wylądował planetolot, kłębiły się nadal obłoki brudnobiałej pary.

- Czysta robota. Dokładność niezwykła - dysząc jak po ciężkim wysiłku, mówił Spicyn.
-   Masz   rację   -   poparł   go   Krajuchin.   -   Lądowanie   mistrzowskie.   Jedziemy,   bo   popękacie   z 

niecierpliwości.

„Hius” wylądował w przewidzianym punkcie, lecz znacznie dalej od schronów obserwacyjnych, 

niż przypuszczał Bykow. Szofer prowadził samochód na maksymalnym gazie, osiągając szybkość, na 
jaką   tylko   pozwalał   teren,   pokryty   kępkami   trawy.   Mimo   to   jazda   trwała   około   kwadransa. 
Pneumatyki wozu zaszumiały po gorącej, spalonej, dymiącej wciąż jeszcze ziemi. Gigantyczna kopuła 
„Hiusa” zasłaniała pół nieba.

- Proszę! Popatrzcie tylko! - wołał w uniesieniu Spicyn- wylądował dolnym włazem w stronę 

miasta! Fantastyczny pilot!

background image

Ludzie wyskakiwali z samochodu i natychmiast zadzierali głowy. Bykow z podziwem i jakby nie 

wierząc własnym oczom, wpatrywał się w międzyplanetarnego potwora, stworzonego wolą czło-
wieka w czarnej próżni, w stoczni „Wei-ta-de Ju-i”. Nie widział jeszcze tak wielkiej i dziwacznej w 
kształtach maszyny. Na pierwszy rzut oka może i była nieco podobna do żółwia, lecz takie po-
równanie   nie   przychodziło   na   myśl,   gdy   patrzyło   się   z   bliska.   Pla-netolot   najbardziej   chyba 
przypominał ogrodowy pawilonik dla wielkoludów - o kopulastym daszku i wsparty na pięciu 
potężnych słupach. Każdy słup, wielkości dużej wieży ciśnień, podpierał dach w kształcie soczewki. 
Dolna powierzchnia kadłuba tworzyła wklęsłe zwierciadło. Bykow stanął pod nim i spojrzał do góry. 
Zobaczył swoją twarz straszliwie zniekształconą i powiększoną.

Zwierciadło... Cieniuteńka warstwa czarodziejskiego materiału, który w naturze można znaleźć 

zapewne   tylko   we   wnętrzu   gwiazd   o   największym   ciężarze   gatunkowym.   Jednak   stosując 
przemyślne sposoby, ludzie potrafili pokryć tym materiałem wypolerowaną powierzchnię metalu. 
Bykow   odniósł   wrażenie,   że   na   jego   twarz   padają   słabe,   ledwie   wyczuwalne   promienie   ciepła. 
Wiedział,   że   zwierciadło   nawet   podczas   pracy   reaktora   pozostaje   zimne.   Tam,   około   piętnastu 
metrów nad jego głową, czerni się otwór, stanowiący środek zwierciadła. Podczas lotu wydobywa się 
z niego rozpalona plazma i w miejscu, gdzie teraz stoi on, Bykow, następuje gwałtowny proces 
syntezy jąder atomowych. Bykow nerwowo poruszył ramionami i wyszedł na otwartą przestrzeń. 
Być może po raz pierwszy uświadomił sobie, jak potężne siły podporządkował swej woli człowiek!

Na górze coś zaterkotało. Nad „Hiusem” zawisł duży śmigłowiec ze znakami Czerwonego 

Krzyża.

- Organizacja przede wszystkim - mruczał Jurkowski. - Dlaczego oni nie wyłażą?
Jakby w odpowiedzi na jego pytanie między dwoma pierścieniami reaktora - tak nazywały się 

„nogi” planetolotu - tuż u krawędzi kadłuba otworzył się okrągły właz, z którego wyjrzała blada, ale 
uśmiechnięta twarz.

- Wasia! Lachow! - wrzasnął Spicyn, podskakując i wymachując rękoma.
- Jak się masz, Bogdan! Witajcie, towarzyszu Krajuchin. Cześć towarzysze!
- Wyłaźcie już, wy włóczęgi międzyplanetarne! - ochrypłym głosem odpowiedział Krajuchin. - 

Dlaczego tak marudzicie?

- Zaraz, zaraz. Sanitarka przyjechała?
- Już czeka. - Spicyn wskazał ręką śmigłowiec, który wylądował tuż przy „Hiusie”. Z sanitarki 

wysiedli ludzie w białych fartuchach i podbiegli do włazu planetolotu. W ciemnym otworze luku 
ukazał się jakiś człowiek i wyrzucił elastyczną drabinę.

- Weźcie chorego - zawołał Lachow.
Na   czterech   przezroczystych   cieniutkich   jak   szpagat   linkach   ostrożnie   opuszczono   chorego 

owiniętego w prześcieradło i przywiązanego  do hamaka. Bykow pomógł położyć go na noszach 
przyniesionych ze śmigłowca. Ze zdziwieniem patrzył na łzy spływające po policzkach chorego.

Zemie - szeptał Czech. - Zemie i modre niebo... modre...
- No tak, towarzyszu Diwiszek, już jesteście na Ziemi - łagodnie mówił Krajuchin, nachylając się 

nad chorym. - Teraz już wszystko będzie w porządku. Za kilka godzin wylądujecie w Moskwie, 
podleczycie się trochę i do domu! Wypoczywać!

Diekuju, soudruhu...
-   Proszę   przekazać   moje   polecenie   -   zwrócił   się   Krajuchin   do   lekarza.   -   Natychmiast   po 

wszystkich zabiegach, jakie można wykonać w naszych warunkach, odwieźć chorego do Moskwy 
moim osobistym samolotem.

- Tak jest, towarzyszu Krajuchin.
Przez ten czas  Lachow  i dwóch  jego  towarzyszy zeszli na  ziemię.  Szybko  przywitali  się  z 

przyjaciółmi i podeszli do noszy.

- Do zobaczenia, Janku! - mówił Lachow. - Wyzdrowiej szybko i wracaj do roboty, braciszku!
Szczupła niewiasta w obszernym kombinezonie pogłaskała Di-wiszka po twarzy.
- Nie traćcie czasu, towarzyszu Diwiszek, wracajcie do zdrowia. Pozdrówcie rodzinę.

background image

-  Diekuju, soudrużko.  Dziękuję, dziękuję - szeptał chory, ściskając dłonie swymi wychudłymi 

palcami. - Bardzo wam dziękuję.

Wszyscy odprowadzili spojrzeniem odlatującą sanitarkę. La-chow podniósł wzrok na jaśniejące 

niebo, spojrzał na zamglone sylwetki dalekich wzgórz i uśmiechnął się nieznacznie.

- Znów na Ziemi. Znów w domu... Ale żebyście wiedzieli, co to za maszyna! Nie macie pojęcia, 

moi drodzy! - mówił radośnie.

- Chwileczkę, towarzysze... - wołał Spicyn i ciągnął Lacho-wa za rękaw, ustawiając go obok 

szczupłej kobiety. Czokan, stań po lewej stronie, tu, koło Wiery...

Trzeci członek załogi, wysoki milczący Kazach, nachmurzył czoło.
- Znów męczysz nas fotografowaniem?
- Oczywiście...
Spicyn cofnął się. Nie odwracając oczu od swych ofiar, wyciągnął z kieszeni miniaturowy aparat 

filmowy. Przykucnął i nakręcił kilka metrów taśmy.

- Dość! - groźnie krzyknął Krajuchin. - Załoga do samochodu i jazda odpoczywać! Rozmawiać 

będziemy wieczorem.

- Chwileczkę. Mikołaju Zacharowiczu... - Lachow podszedł do Bykowa. - Jeśli się nie mylę, nowy 

członek załogi.

- Ojej, nie przedstawiłem was - sumitował się Krajuchin. -Aleksiej Piotrowicz Bykow. Chemik, 

inżynier atomista, kierowca. Wasilij Siemionowicz Lachow, pilot. Wieroczka, podejdźcie bliżej. Wiera 
Nikołajewna Wasilewska, nawigator. Czokan Kunanba-jew, mechanik pokładowy.

Bykow ściskał wyciągnięte ku niemu dłonie.
- A teraz do miasta! - rozkazał Krajuchin.
- Spotkamy się wieczorem - zawołał Lachow do Bykowa.
- My, Anatolu Borysowiczu - zwrócił się Krajuchin do Jer-makowa - zostaniemy tu jeszcze z 

godzinkę. Obejrzymy „Hiusa”. Wy także zostańcie, Aleksieju. Przy okazji porozmawiamy z kie-
rownikiem grupy zaopatrzenia i obsługi. Proszę już pędzić. Reszta jest wolna.

W stronę „Hiusa” ciągnęły przez tundrę sznury pojazdów, pół-gąsienicowe ciężarówki, traktory, 

dźwigi.

-   Powiedzcie   im,   żeby   zwrócili   uwagę   na   trzeci   reaktor   -   wołał   Czokan.   -   Niech   się   nim 

szczególnie zaopiekują. Nawala trochę system regulujący... A zresztą, sam jutro pokażę, o co chodzi.

Bykow z bijącym z podniecenia sercem szedł za Krajuchinem i Jer-makowem. Po elastycznej 

drabinie   weszli   do   „Hiusa”.   W   sześciennej   komorze,   do   której   prowadziło   wejście,   Krajuchin 
powiedział:

- Jest to komora przejściowa lub inaczej keson, przez który wchodzi się i wychodzi w warunkach 

przestrzeni kosmicznej lub w trującej atmosferze. Ciasno tu, co?

- Nie tak bardzo... - niepewnie mruknął Bykow.
- Ciasno, ciasno - jakby ze wstrętem powtórzył Krajuchin. -Podczas projektowania nie wzięto 

pod uwagę całego mnóstwa szczegółów. Zaczniemy wyładowanie, a później załadunek, to zobaczycie 
sami. Dziesiątki, a nawet setki ton ładunku trzeba przenieść przez takie trzy igielne ucha - wskazał 
palcem otwór włazu. - Wewnątrz statku jest jeszcze gorzej. Przejścia wąskie, pełno w nich przegródek 
i progów.

-   Z  punktu   widzenia   warunków   bezpieczeństwa   i   jeśli   chodzi   o   zachowanie   szczelności,   a 

zwłaszcza przy możliwych uszkodzeniach powłoki przez meteoryty, ma to swoje olbrzymie zalety 
-dodał   Jermakow.   Z   kesonu   poszli   po   karbowanych   stopniach   schodów   do   jasno   oświetlonego 
korytarza. Rakieta o napędzie termojądrowym, rzecz, można powiedzieć, nowa - mówił Krajuchin. -

Projektowano ją jednak według starych zasad, jak zwykłe rakiety, wielu możliwości, jakie się 

otwierały, nie wykorzystano. Rutyna, na nią nie ma rady... A tu, proszę, zaczyna się nowa era.

Krajuchin pchnął ciężkie stalowe drzwi. Astronauci weszli do przestronnego pomieszczenia, 

gdzie Bykow zobaczył mnóstwo nie znanych mu przyrządów i tablic rozdzielczych.

-   To   jest   mostek   kapitański   i   sterówka   -   objaśniał   Krajuchin.   -A  tam,   za   tymi   tytanowymi 

osłonami, mieści się serce „Hiusa” -fotoreaktor. Specjalne urządzenie powoduje, że przez dyszę w 

background image

środku zwierciadła wylatuje wytworzony tu strumień plazmy, potok gołych trytów, jąder ciężkiego 
wodoru, dawkowany w maleńkich porcjach z częstotliwością kilku tysięcy na sekundę. Potężne pole 
elektromagnetyczne   wytwarzane   przez   pięć   selenoidów   nad   pierścieniami   reaktora   gwałtownie 
hamuje drobinę plazmy, wskutek czego wywołuje w niej reakcję termojądrową. Punkt zatrzymania 
plazmy  znajduje  się   w  ognisku   zwierciadła  stanowiącego  dolną  powierzchnię  kadłuba   „Hiusa”. 
Zwarty strumień fal elektromagnetycznych, neutronów, jąder helu i nie rozłożonych jeszcze podczas 
reakcji trytów uderza w zwierciadło i wytwarza potężną siłę ciągu... Oczywiście... - Krajuchin zamilkł 
na chwilę - ...gdyby nie owo zwierciadło, „absolutne zwierciadło”, kadłub statku spłonąłby do cna. 
Tak   zginął   pierwszy   „Hius”;   najprawdopodobniej   w   słoju   materiału   tworzącego   „absolutne 
zwierciadło” powstała jakaś rysa...

-   Tego   nikt   nie   wie   -   skandując   słowa,   powiedział   Jermakow.   Chodził   po   kabinie,   oglądał 

urządzenia i aparaty, notował coś w zeszyciku.

Krajuchin poruszył jeszcze wargami, ale nic nie powiedział. Dopiero po pewnej chwili zaczął na 

nowo:

- Rakieta fotonowa jest czymś zupełnie nowym. Osiągnięciem doniosłym, otwierającym drogi w 

przyszłość... - zdjął okulary i przecierał szkła patrząc na Bykowa okrągłymi oczyma. - „Ła-skawa 
przyroda widocznie wie lepiej, dlaczego nie pozwala człowiekowi spocząć na laurach, gdy Ziemia 
przemieni się w skromny raj, dlaczego zmusza nas do zdobywania coraz to nowych światów - tych 
ostatnich krain, do których kluczem powinny się stać rakiety fotonowe”. Przeszło pół wieku temu 
powiedział to pewien mądry Niemiec, kiedy napęd fotonowy pozostawał dopiero w strefie marzeń. 
Teraz ten klucz do ostatnich, nie odkrytych jeszcze krain mamy w rękach. Nie potrafimy wykorzystać 
go w pełni... Daleko nam jeszcze do doskonałości. Wiele przed nami niepojętego.

Za dużo mamy rutyny. Weźmy chociażby te nasze rakiety atomowe na „Hiusie”. W połączeniu z 

silnikiem fotonowym przypominają chabetę zaprzężoną do najnowocześniejszego atomokaru.

- Przecież bez nich „Hius” nie mógłby wystartować z Ziemi -nieśmiało wtrącił Bykow. Krajuchin 

założył okulary.

- W najbliższej przyszłości na pewno zrezygnujemy ze startów z Ziemi, „Hiusy” będą startować 

ze sputników.

- To zrozumiałe - powiedział Bykow. - Na razie jednak „Hius” musi zabierać zapasy zwykłego 

paliwa rakietowego.

- Niewielkie to zapasy. Stanowią zaledwie jedną piątą ciężaru użytkowego, gdyż służą jedynie 

dla oderwania się od powierzchni Ziemi i wyjścia poza atmosferę łatwo poddającą się skażeniu ato-
mowemu. Tam, w dalszych rejonach, włącza się silnik fotonowy. „Hius” nie wie, co to niewygody 
związane ze stanem nieważkości. Pędzi przez przestrzeń kosmiczną ze stale rosnącą prędkością, z 
przyśpieszeniem dziesięciu metrów na sekundę do kwadratu, odpowiadającym prawie dokładnie sile 
ciężkości na powierzchni Ziemi. Dzięki temu załoga „Hiusa” unika wielu przykrości, jakie odczuwa 
się w zwykłej rakiecie. „Hius”, przynajmniej w lotach międzyplanetarnych, nie wie, co to są długie, 
czasami trwające całe lata loty bezwładne, rozwija fantastyczne wprost szybkości i odległości do 
planet pokonuje w ciągu dni lub tygodni. „Hius” jest kluczem otwierającym drogę „do najbardziej 
odległych i leżących na skraju kosmosu światów”.

- „Hius” jest kluczem otwierającym drogi do wielkich planet - zmienionym, przytłumionym 

głosem stwierdził Jermakow. Stał schylony nad jakimś aparatem i Bykow nie mógł dojrzeć jego 
twarzy.

Krajuchin zacisnął wargi.
- Chodźmy, towarzyszu Bykow - powiedział posępnie. - Pokażę wam pozostałe pomieszczenia.
Zwiedzili cały statek, zajrzeli do kabin załogi, do salonu i do schronu. Wnętrze statku było 

urządzone prosto, prawie surowo. W kabinach załogi - gołe miękkie ściany, wysuwane koje z szeroki-
mi   elastycznymi   pasami   bezpieczeństwa,   szafki   w   ścianach,   niskie   i   miękkie   fotele   na   stałe 
przymocowane do elastycznej podłogi. W salonie - duży okrągły stół, znów miękkie fotele, a w 
elastycznych ścianach kredens i biblioteka. Na stole leżał zapomniany przez któregoś członka załogi 

background image

świstek   papieru   zapisany   nierównymi   słupkami   wyliczeń.   Krajuchin   popatrzył   na   papierek   i 
powiedział:

- Wiadomo, kto zostawił. Czokan... matematyk.
Gdy   powrócili   do   włazu   wejściowego,   zobaczyli   wokół   „Hiu-sa”   tłum   ludzi   i   szeregi 

samochodów. Jermakow mówił coś do kierownika grupy zaopatrzenia i obsługi, który powtarzał i 
przekazywał   polecenia   stojącym   dokoła   robotnikom,   przeważnie   młodym   chłopcom,   którzy 
niedawno   opuścili   uczelnię.   Od   czasu   do   czasu   rzucał   jakieś   pytania   i   prosił   Jermakowa   o 
wyjaśnienia.

- Jedziemy do domu - zdecydował Krajuchin. - Jeśli jutro zakończymy załadunek paliwa dla 

reaktorów, pojutrze zabierzemy się do sprzętu i wyposażenia.

- Ale, ale! - zawołał nagle Bykow, wsiadając już do samochodu. - Zupełnie zapomniałem... Co 

zrobimy z „Malcem”? Gdzie można go umieścić?

-   Na   dachu   -   odpowiedział   Krajuchin.   -   „Malec”   pogalopuje   przez   kosmos   wierzchem   na 

„Hiusie”!

Bykow, słysząc taką odpowiedź, tylko mruknął coś z niedowierzaniem i zamilkł.

Jak starożytni Argonauci

Następnego dnia Lachow składał sprawozdanie z lotu. Na zebranie przyszli nie tylko astronauci, 

lecz   także  około  trzydziestu   osób   z   personelu   obsługi  lądowiska   statków   międzyplanetarnych   i 
inżynierowie ze stoczni „Wei-ta-de Ju-i”. Lachow nie nabrał jeszcze ziemskich rumieńców, był blady, 
lecz uśmiechnięty. Mówił szybko i dobitnie, w niektórych miejscach, jakby chcąc jeszcze bardziej 
przekonać słuchaczy, stukał ołówkiem w skórzaną teczkę z dziennikami pokładowymi i notatkami.

Lot próbny „Hiusa” odbył się zgodnie z planem. Statek przez dwadzieścia cztery godziny, 

bezpośrednio po starcie, zajmował pozycję nieruchomą w stosunku do Słońca, po czym, lecąc wokół 
niego, pomknął do punktu spotkania z Wenus, nabierając szybkości z przyśpieszeniem 9,7 metra na 
sekundę do kwadratu. Po przebyciu dokładnie połowy odległości, mając już prędkość równą czterem 
tysiącom kilometrów na sekundę (wśród słuchaczy wybucha ożywienie), Lachow odwrócił rakietę 
zwierciadłem w stronę punktu docelowego i zaczął hamowanie. Po ośmiu i pół dniach „Hius” wszedł 
na   orbitę   „Ciołkowskiego”   -   jednego   z   radzieckich   sputników   Wenus,   a   po   następnych   paru 
godzinach   dotknął   jego  powierzchni.   Wykonując   plan   lotów   próbnych,   Lachow   spędził   około 
miesiąca,   latając   wokół   Wenus,   badając   pracę   reaktora   w   najbardziej   wymyślnych   warunkach, 
odwiedził sputniki należące do innych państw i wylądował na Wenicie, satelicie Wenus. Na za-
kończenie zabrał z czeskiego sputnika chorego Diwiszka i z nim poleciał na Ziemię.

Lachow opowiedział o możliwościach silnika fotonowego, o wynikach zastosowania zasady 

Dopplera   przy   określaniu   prędkości   rakiety,   wyraził   swoje   opinie   na   temat   urządzeń   zabezpie-
czających   przed   uderzeniem   meteorytów   („Niesie...   na   szczęście,   jeśli   mam   być   szczery...   nie 
musieliśmy praktycznie sprawdzać jego działania”), podał nowe dane o warstwach kosmicznego 
pyłu   znajdującego   się   między   orbitami   Ziemi   i   Wenus,   („Dane   te,   jestem   o   tym   najzupełniej 
przekonany,   wskazują,   że   istnieje   całkiem   realna   możliwość   zastosowania   fotonowych   silników 
przepływowych,   przynajmniej   w   rejsach   na   tych   przestrzeniach,   gdy   tylko   zostanie   rozwiązany 
problem silnika fotonowego pracującego na energii otrzymywanej z anihilacji”). Szczególną uwagę 
zwrócił na pewne niepojęte zjawiska, z którymi zetknął się podczas rejsu. Zaobserwowano niczym 
nie   wytłumaczone   przerwy   w   łączności   radiowej   i   telewizyjnej,   wibracje   kadłuba   statku   o 
ultrawysokiej częstotliwości, niewielkie zakłócenia pola magnetycznego służącego do hamowania 
plazmy w ogniskowym punkcie zwierciadła. Wszystkie te zjawiska miały miejsce w okresie tuż przed 
początkiem  hamowania,  czyli  przy  maksymalnej   szybkości  statku.  Lachow  uważał,  że  przyczyn 
należy   szukać   w   olbrzymich   prędkościach   planetolo-tu,   kiedy   to   należałoby   już   kierować   się 
zasadami mechaniki opartej na teorii względności.

Jednak, ogólnie biorąc, „Hius” nie zawiódł nadziei. Na przekór „opiniom wygłaszanym przez 

asekurantów   i   tępaków,   którzy   samym   swoim   istnieniem   kalają   wielką   ideę   komunikacji   mię-
dzyplanetarnej”,   wyniki   próbnych   lotów   dowiodły,   że   przyszłość   należy   do   rakiet   o   napędzie 

background image

fotonowym. (Oklaski, okrzyki uznania). Nawet tak prymitywne połączenie reaktora fotonowego ze 
zwierciadłem absolutnym stanowi olbrzymi skok w technice lotów międzyplanetarnych.

Drobne braki konstrukcyjne „Hiusa” były niczym w porównaniu z nie podlegającymi dyskusji 

zaletami  i   osiągnięciami   tej   maszyny.  Przecież   na  „Hiusie”   można  praktycznie   nie   liczyć   się   ze 
zużyciem   paliwa,   gdyż   jego   zapas   jest   w   zasadzie   nieograniczony,   można   startować   i   lądować 
dowolną ilość razy, nie narażając załogi na przeciążenia i szkodliwe działanie siły „g”, której przekro-
czenie   poza   pewną   granicę   może   nawet   grozić   śmiercią,   a   wreszcie   można   latać   w   kosmosie 
niezależnie, nie zważając, czy istnieją na trasach rejsów bazy pośrednie. Oczywiście innych zalet o 
mniejszym znaczeniu jest więcej.

- ...doszło do tego, towarzysze, że o mało nie uległem pokusie, aby wylądować na Wenus. 

Zastanawiałem się: „Lądować czy nie?”. (Sala wybuchnęła śmiechem. Krajuchin zrobił groźną minę, a 
Jurkowski pogroził Lachowowi pięścią). A co myślicie! Nikt i tak by się nie dowiedział. Wystarczyło 
jednak popatrzeć na tę miłą planetę z bliska, żeby natychmiast przypomnieć sobie, co to jest karność. 
Tak, muszę przyznać, że dyscyplina to piękna rzecz. Nigdy jeszcze nie latałem na planety otoczone 
atmosferą i powiem szczerze, że Wenus robi wrażenie... ale... nie najmilsze.

Lachow skończył. Jego miejsce zajęła Wiera, kosmogator „Hiu-sa”. Wyglądała bardzo ładnie. 

Miała na sobie niebieską suknię, bardzo odpowiednią dla jej figury i różowej, nieco zażenowanej buzi. 
Wiera podała kilka optymalnych wariantów wyliczeń pozwalających określić sposób wyprowadzenia 
statku fotonowego na „tor prosty”. Okazało się, że zainstalowany na „Hiusie” mózg elektronowy 
przeznaczony do prowadzenia obliczeń nawigacyjnych nie bardzo odpowiada nowej technice latania 
po   „torach   prostych”.   Kosmogator   i  operator   muszą   stale   wprowadzać   poprawki  na  zakłócenia 
wywołane przyciąganiem Słońca, co było całkiem zbyteczne podczas lotów po krzywych orbitalnych. 
Wierze   przerwał   młody   wąsacz   o   bujnej   czuprynie,   będący   przedstawicielem   instytutu   maszyn 
matematycznych. Młodzieniec zaczął tłumaczyć Kra-juchinowi, że w instytucie już podjęto wysiłki, 
aby rozwiązać ten problem. Mówił z zapałem i bardzo zawile. Dobrali się do niego natychmiast 
Krutikow i jeszcze jeden z inżynierów. Rozgorzała dyskusja.

Nikt   nie   przerwał   zacietrzewionym   rozmówcom.   Bykow   był   już   prawie   przekonany,   że 

najważniejszą częścią rakiet fotonowych jest nawigacyjny mózg elektronowy. Po chwili zorientował 
się, że z poważnego i uroczystego zebrania nic już nie będzie.

Grupa   pracowników   bazy   rakietowej   oblegała   Czokana   Ku-nanbajewa,   który   spokojnie 

tłumaczył im coś i pokazywał ołówkiem na rozwiniętych arkuszach technicznych. Krajuchin i Jerma-
kow zebrali wokół siebie inżynierów ze stoczni „Wei-ta-de Ju-i” i przeglądali z nimi dziennik lotów 
„Hiusa”. Budowniczowie rakiety naradzali się i zapisywali uwagi w swoich notatnikach. La-chow, 
Bogdan Spicyn i Jurkowski słuchali wywodów komendanta Siódmego Poligonu. Jurkowski wtrącił 
jakieś zdanie poparte ironicznym uśmiechem, a wszyscy trzej jego towarzysze uśmiechnęli się - 
Lachow i Spicyn wesoło, a komendant poligonu jakby czymś zawstydzony. W gabinecie panował 
gwar głosów i szelest papierów.

Bykow czekał do chwili, kiedy pierwsi dyskutanci całkowicie pognębili wąsacza z instytutu 

maszyn matematycznych. Nie wiedząc, co robić dalej, podszedł do Daugego. Ten zaproponował:

- Chodźmy do domu. Zakończą bez nas. Warto przejrzeć nowe dane o Wenus. Mam sporo 

materiałów. Przysłał je Machow, komendant „Ciołkowskiego”.

Wieczorem astronauci spotkali się w czytelni. Wiera z ogniem w oczach mówiła:
- Nie wystarczy oderwać się od Ziemi i znaleźć w przestrzeni międzyplanetarnej, żeby stać się 

zdobywcą kosmosu. Pierwsze balony napełniane gazem nie zawojowały powietrza. Uczynił to do-
piero samolot. Może nie mam racji? Tak samo będzie z „Hiusem”! Dzięki takiej rakiecie człowiek 
stanie się panem przestrzeni kosmicznej, zupełnie niezależnym od siły przyciągania, od niewolni-
czego podporządkowywania się tym siłom...

Bogdan Spicyn patrzył na nią rozkochanym wzrokiem, a La-chow mruczał coś, uśmiechał się 

zmieszany, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę ze swego lotu.

-   Pomyślcie   tylko...   to   przecież   my   pierwsi   zaczęliśmy   tę   epokę!   -   wykrzyknął.   Jurkowski 

uśmiechnął się także.

background image

- Ale mimo to na Ziemi jest przyjemniej, no, powiedz nam prawdę, przyznaj się, Wasia!
- Oczywiście!
-   „Oczywiście”.   Ech,   Wasia,   Wasia,   nie   obdarzyła   cię   skąpa   natura   nawet   odrobiną   poezji! 

Dokonała takiego lotu... Nie, na pewno nie należał ci się taki zaszczyt.

Lachow spoważniał.
- Wiesz co? - mówił prawie groźnie. - Nie jestem sportowcem, ale zwykłym robotnikiem! A do 

tego nie widzę w tym nic złego.

- Nikt nie twierdzi, że to coś złego. - Jurkowski spojrzał na sufit. - Musisz jednak przyznać, mon 

cher, że drogę torują zwykle ci, jak ty ich nazywasz, sportowcy.

- A więc nawet nie na zmianę, tak na przykład jeden na jeden?
- Cóż to za podział? - wydziwiał Krutikow. - Sportowcy... pracownicy....
- Wszędzie i zawsze - zdecydowanie powiedział Jurkowski -naprzód szli entuzjaści-marzyciele, 

samotni   romantycy   i   to   właśnie   oni   wytyczali   kierunki,   torowali   drogi   dla   administratorów, 
inżynierów i...

-   ...po   śladach   tamtych   marzycieli   i   romantyków   ruszała   chciwa,   szara   masa,   czerń...   - 

uśmiechając się złośliwie, cieniutkim głosem rzucił Dauge. - Pyskacz z ciebie, Włodeczku, nic więcej! 
Entuzjasta-marzyciel... samotny rycerz!

Jurkowski gwałtownie zwrócił się w jego stronę, lecz przysłuchujący się rozmowie Krajuchin 

podniósł rękę.

- Jeśli pozwolicie - zachrypiał z wyraźną drwiną w głosie. -Czy uważacie, Włodzimierzu, że nie 

ma administratorów entuzjastów? A inżynierów marzycieli też nie ma? No cóż... coś tam jeszcze 
należy się tej szarej masie. Czy nie?

Bykow   siedział   jak  na   szpilkach.   Jeszcze   nigdy   dotychczas   „bażant”   nie   wydał   mu   się   tak 

niesympatyczny. Zerknął na Lachowa, który pobladł urażony i zagryzał wargi. Bykow rozzłościł się 
jeszcze   bardziej.   Nie   czuł   się   jednak   upoważniony   do   zabierania   głosu,   uważał,   że   jeszcze   za 
wcześnie.

- Mam wrażenie, Włodzimierzu Siergiejewiczu, że wszyscy jesteśmy entuzjastami i marzycielami 

- mówił Krajuchin. - Tylko każdy na swój sposób. Na przykład Wiera entuzjazmuje się tym, że „Hius” 
umożliwia jej, że użyję starego wyrażenia, żeglować po przestrzeni kosmicznej wszędzie, gdzie tylko 
zechce, i radować tym jej uskrzydloną duszę. Najwidoczniej uważa, że takie jest zadanie „pana 
przestrzeni”.

- Nie to miałam na myśli... - odezwała się zaskoczona Wiera. - Mam nadzieję, że nie to... Musicie 

pamiętać także o tym, że nasze państwo, nasz kraj domaga się od was nie tyle rekordów, ile... a 
przede wszystkim uranu, toru i innych surowców rozszczepialnych. A jednak wszyscy jesteśmy 
marzycielami. Tylko że ja, dajmy na to, wcale nie marzę o tym, aby włóczyć się po przestrzeni 
kosmicznej   jak   bańka   mydlana   po   pokoju,   ale   uważam,   że   musimy   przestrzeń   tę   wykorzystać, 
wydobyć z niej to, co może przynieść nam korzyść... co niezbędne jest dla coraz lepszego życia na 
Ziemi, dla komunistycznego współżycia narodów. Zwozić wszystko to do domu, a nie trwonić tego, 
co już w tym domu mamy! Taki jest nasz cel, to jest poezja naszego życia.

- Jak pszczoły - w zamyśleniu powiedział Krutikow.
- Właśnie tak, jak pszczoły, a nie jak motylki. Chciałbym jeszcze zwrócić waszą uwagę na drobny 

fakt, że okresy przejściowe mijają obecnie bardzo prędko. Na przykład: w następnym rejsie piloci 
„Hiusa” będą już wypełniali skromne obowiązki furmanów. Pierwsze skrzypce zagrają tym razem 
inni specjaliści. Bykow... - Kraju-chin pokazywał po kolei palcem siedzących naprzeciw astronautów i 
wymieniał ich nazwiska. - Dauge, a może i wy, towarzyszu Jurkowski. Ludzkość potrzebuje skarbów 
ukrytych na Wenus, a nie pełnych zachwytu sprawozdań. Po was przyjdą inni, ustąpicie miejsca 
nowym   bohaterom   -   budowniczym   zupełnie   nowych   fabryk,   jakie   staną   w   pobliżu   Uranowej 
Golkondy.   Ci   nowi   ludzie   będą   prowadzić   pełną   romantyzmu   pracę,   a   nie   tylko   zajmować   się 
sportem! Ludzie są różni - jedni odnoszą się do wszystkiego jak do areny cyrkowej, na której można 
błysnąć swoją sztuką i zbierać oklaski, a inni jak do zwykłej pracy. A wy, jak to powiadacie, mon cher, 

background image

wiem, że pragniecie przede wszystkim dorwać się do tej skarbnicy tajemnic, gdzie znajdziecie ich całe 
stosy... taki już z was sportowiec!

Zapanowało milczenie. Jurkowski wstał i nie patrząc na nikogo, wyszedł.
- Dzielny chłopak - pierwszy odezwał się Krajuchin. - Odważny i mądry... Tylko że ambicji ma aż 

tyle i ho, ho!

Jermakow zaczął mówić bardzo poważnie:
- Opowiadał mi ojciec, że niejaki Mikołaj Krajuchin, kiedy
był...
- Krajuchin, Krajuchin! Jaki znów Krajuchin? - przerwał mu właściciel tego nazwiska. - To było 

tak dawno... a przy tym, może ci wiadomo, że wymienionego tu Krajuchina za takie same rzeczy 
podkręcono, tak... wybaczcie takie słowa, i to na zebraniu partyjnym. Właśnie twój ojciec, Anatolu! 
Tak, twój ojciec...

Krajuchin zaczął groźnie chrząkać, burknął coś i wyszedł.
Nikt   nie   zauważył   nawet,   j   ak   minęły   dni   dzielące   załogę   od   chwili   startu.   Wszyscy   byli 

straszliwie zajęci. Jermakow kierował pracami grupy zajmującej się załadunkiem „Hiusa”. Statek 
pokrywały zawi-kłane konstrukcje stalowe, oplątywały węże i kable. Pod jego wielkim kadłubem 
stłoczyły   się   dziesiątki   samochodów-zbiorników   z   gazem,   cystern,   traktorów,   dźwigów   i 
transporterów. Praca nie ustawała przez całą dobę. Grubymi rurami, pokrytymi lodem i szronem, 
płynęły gazy w stanie płynnym - wodór dla rakiet i tlen dla załogi. Cienkimi wężami płynęła woda i 
smary. Transportery i dźwigi ładowały do otwartych luków przenośne zbiorniki, worki i skrzynki z 
prowiantem,   aparatami   i   wyposażeniem.   Dziesiątki   mechaników   grzebało   się   w   uranowych 
reaktorach. Specjaliści z Nowosybirska mikron po mikronie kontrolowali powierzchnię „absolutnego 
zwierciadła”.   Sprawdzali,   czy   w   tej   fantastycznie   cienkiej   warstwie,   będącej   jednocześnie 
najmocniejszym   pancerzem,   nie   utworzyły   się   mikroskopijne   skazy,   które   stałyby   się   przyczyną 
natychmiastowej   śmierci   załogi   i   zagłady   statku.   Krajuchin   osobiście   przyjechał   asystować   przy 
ładowaniu do „Hiusa” paliwa podstawowego. Z kopuły statku zdjęto grubą płytę tytanową i do 
specjalnie urządzonego pomieszczenia opuszczono butle z mieszanką płynnego trytu i deuteronów, 
po czym płytę ułożono i zamocowano na starym miejscu, a na niej z kolei umieszczono zasobnik z 
„Malcem”. - Ten zwariowany zasobnik na grzbiecie „Hiusa” nadaje mu jakiś prymitywny wygląd; nie 
wiadomo teraz, co to jest? - narzekała Wiera.

Lachow, Spicyn i Krutikow spędzali całe dnie w kabinie nawigacyjnej i sterowniczej. Dauge i 

Jurkowski studiowali najnowsze materiały o Wenus, które przywiózł Lachow. Ani na chwilę nie 
przerywali   swoich   rozważań   i   dyskusji,   pisali   jakieś   tajemnicze   telegramy,   biegali   z   nimi   do 
Krajuchina, a po zatwierdzeniu wysyłali je do radiostacji.

Pewnego   dnia   Krajuchin   wyrwał   Bykowa   z   wiru   pracy   i   pojechał   z   nim   za   południowe 

przedmieście, gdzie znajdowały się podziemne składy z bronią i amunicją.

- Znajome zabawki? - spytał Krajuchin.
- Karabin automat, wzór z siedemdziesiątego piątego roku.
- A to?
- Pistolet atomowy...
- Proszę, wybierajcie.
- Dla wszystkich?
- Dla wszystkich i jeszcze kilka na zapas.
Bykow wybrał osiem karabinów i kilkadziesiąt ręcznych granatów, atomowe pistolety, fińskie 

noże w jasnych, skórzanych pochwach.

- Gdzie jest amunicja i zapalniki do granatów?
- Wszystko się znajdzie. Wypiszcie zapotrzebowanie i dajcie kierownikowi składu.
Zeszli piętro niżej.
- Tu też jest coś dla was - powiedział Krajuchin, wskazując cylindryczne pudełka o błyszczących 

mętnie karbowanych bokach.

- Miny atomowe... - szepnął Bykow.

background image

- Znacie się na tym?
- Jakże mógłbym się nie znać.
- Weźcie dziesięć kompletów, a nie zapomnijcie zabrać także z dziesięciu rakiet oświetlających.
Po dwóch godzinach Bykow ładował już do „Hiusa” ciężkie skrzynki z masy plastycznej i 

dziesięć cylindrycznych zasobników.

Wreszcie   nadeszła   chwila,   kiedy   spod   „Hiusa”   odjechały   wszystkie   ciężarówki,   zniknęły 

rusztowania i pajęczyna węży i przewodów, kiedy usunięto dźwigi i transportery. Nastąpiła cisza i 
spokój. Pozostały tylko wdeptane w zrytą gąsienicami i kołami ziemię stosy śmieci.

Krajuchin   w   towarzystwie   Jermakowa   i   kierownika   grupy   obsługi   zajrzał   do   każdego 

pomieszczenia, do każdej skrytki na „Hiu-sie”. Wszystko musiał zobaczyć, wszystkiego dotknąć. Jak 
profesor konserwatorium, słuchając wykonania ulubionego utworu, przysłuchiwał się podejrzliwie 
dźwiękom wydawanym przez włączone solenoidy, rzucił kilka dowcipnych uwag i zszedł na ziemię.

- Wydaje się, że wszystko w porządku, towarzyszu Jermakow. Podpisujcie protokół odbiorczy.
Jermakow gestem wyraził zgodę. Kierownik grupy obsługi westchnął z ulgą, pokręcił się chwilę 

w milczeniu i w końcu spytał:

- A kiedy start, towarzyszu Krajuchin? Jutro?
Jednak okazało się, że trzeba załatwić jeszcze parę formalności. W mieście wezwano Krajuchina 

do radiostacji. Po powrocie (Bykow odniósł wrażenie, że Krajuchin jest bardzo niezadowolony, iż 
start został przełożony o jeden dzień) oświadczył:

- Jutro przyjeżdża komisja, a wieczorem mamy... no... uroczystość... przyjęcie. Można przyjść bez 

fraków.

Jurkowski zaczął coś szeptać. Jermakow ziewnął, a Krutikow wzruszył ramionami i powrócił do 

czytania książki.

- Chodź na spacer - zaproponował Aleksiejowi Grigorij. Wyszli z hotelu i nie śpiesząc, się ruszyli 

ulicami w kierunku

poligonu.
- Zacznie się... toasty, górnolotne przemówienia - złościł się Grigorij. - Nie wytrzymuję tego!
- Wiesz jednak - próbował uspokoić go jakoś Bykow - że to wszystko...
- Co wszystko? Ludzie wykonują swoją pracę. Co w tym jest nadzwyczajnego? Przecież nie 

wyznacza się specjalnej komisji, aby wyprawić w podróż ekspedycję geologiczną!

- Widocznie jednak zdarza się i to!
- Nie wiadomo, po co. Chyba tylko, żeby denerwować ludzi. Przez jakiś czas szli w milczeniu.
- W takim razie, po co się to robi? - pytał Bykow.
- Diabli wiedzą, po co? Czasem odnoszę wrażenie, że wlecze się za sobą stare zwyczaje, wlecze je 

z   czasów,   kiedy   jeszcze   trzeba   było   „napompowywać   ludzi   gadaniem”,   żeby   wykonywali   naj-
zwyklejsze,   elementarne   obowiązki...   Od   tego   czasu   nie   mogą   wyzbyć   się   tych   zwariowanych 
zwyczajów. Któż lepiej od nas może wiedzieć i oceniać, jakie znaczenie ma lot „Hiusa”? To śmieszne, 
żeby   jeszcze   teraz   wygłaszać   płomienne,   mobilizujące   przemówienia   zawierające   jakieś 
wyświechtane   truizmy.   Po   co   to?   Chyba   po   to,   żeby   jeszcze   tysiączny   raz   powiedzieć   to,   co 
wyssaliśmy już z mlekiem matki.

Poszli z powrotem do hotelu. Przed wejściem do restauracji Dauge zatrzymał się, cofnął się o 

krok i trącił Bykowa łokciem.

- Ćśś - szepnął.
Restaurację wypełniał łagodny blask popołudniowego słońca. Na otomance siedział Bogdan 

Spicyn i Wiera Wasilewska. Milczeli, wpatrzeni w okno. Miny mieli tak poważne, a przy tym smutne, 
że w Bykowie zamarło serce. Bogdan wielką  łapą obejmował  delikatne ramiona  Wiery. Grigorij 
pociągnął Bykowa za rękaw i obaj poszli na drugie piętro.

- Tak to bywa... - filozoficznie stwierdził Dauge. - Spotykają się na tydzień, na dwa, a potem 

każde w swoją stroną. Wiera jest starsza od Bogdana o pięć lat... Miłość... na nią nie ma rady.

Zamyślił się. Bykow ostrożnie spytał:
- Dlaczego się nie pobiorą?

background image

- Dlaczego? - po chwili powtórzył pytanie Dauge. - A po co? Spotykają się tylko raz, może dwa 

razy w roku...

- No, dobrze - mruczał niepewnie Bykow. Zastanowił się i prawie krzyknął. - Nic, do diabła, nie 

rozumiem! Pobraliby się, żyliby ze sobą, lataliby razem...

- Razem? Latać razem nie można, zapamiętaj to sobie, Alek-sieju. Bogdan bierze udział w takich 

wyprawach, na jakie nie puszcza się kobiet. Cóż to byłaby za rodzina? Spotkania tylko dwa razy do 
roku...

- Nie - zaprotestował Bykow - gdyby zechcieli, jakoś by tam wszystko zorganizowali.
- Możliwe. A może oni tylko wmawiają sobie, że to jest miłość?
- Pleciesz!
- Ja, Aleksieju, za ukochaną kobietę życie bym oddał - głos Daugego zadrżał. - Słaby ze mnie 

człowiek...

Następnego dnia przylecieli goście z Moskwy. Ku zadowoleniu i zdziwieniu Bykowa przyjęcie 

minęło  wesoło.  Oczywiście  wygłaszano  mowy  (jego  zdaniem  całkiem   dobre),  wznoszono  toasty 
(tylko szampanem), składano życzenia. Krajuchin opowiedział parę anegdot z dawnych czasów, a 
Jurkowski zaczął niespodziewanie deklamować swoje ulubione wiersze Bagrickiego. Gdy skończył 
recytować Przemytników i gdy ucichły oklaski, powiedział z żalem:

- Patrzcie, ile jest pięknych wierszy o morzu i żeglarzach, a o nas nie ma...
- Poeci znają morze od tysięcy lat - nieśmiało zaczęła Wiera- a przestrzeni kosmicznej nie znają w 

ogóle. Poczekaj jeszcze, Włodku, a przeczytasz i takie wiersze... o nas.

Jurkowski pocałował ją w rękę.
- Poczekam, Wiero. Na razie jednak tylko możemy powtarzać:
Jak starożytni Argonauci, Rzuciwszy dom z ochotą, Ruszyliśmy Tiram - tam - tam, By zdobyć runo złote.
Gdy wyszli goście, Krutikow westchnął i powiedział:
- Dzięki Bogu, było dość przyjemnie. Tylko...
- Tylko w swoim gronie byłoby znacznie przyjemniej - przerwał mu Dauge - zwłaszcza przy 

takiej okazji.

Krajuchin głośno odsunął krzesło.
- Proszę o chwileczkę uwagi - powiedział. - Tylko chwileczkę, przyjaciele. Teraz już jesteśmy we 

własnym  gronie  i chcę  wam  jeszcze  coś powiedzieć.  Aleksieju,  nalejcie  wina, a ty, Anatolu,  nie 
denerwuj   się,   tylko   po   kropelce.   Dziękuję   wam,   przyjaciele!   Jestem   wśród   was   najstarszym 
astronautą. Aż strach pomyśleć, na jakich latających trumnach musieliśmy wyruszać w przestrzeń, 
gdy zaczynaliśmy naszą nową epokę. W porównaniu z „Hiusem” to były wozy drabiniaste, żeby nie 
powiedzieć czegoś gorszego. Nie należę jednak - przynajmniej tak mi się zdaje - do zadowolonych z 
siebie głupców, co zadzierają nosa i gardłują, że młodzież ma znacznie lepsze warunki, niż myśmy 
mieli,   i   tym   podobne   bzdury.   Zadania   zawsze   określane   są   naszymi   możliwościami.   Większe 
możliwości... od razu rosną i komplikują się zadania. Nie będziecie mieli lżejszej od nas roboty, 
wprost przeciwnie, będzie ona znacznie trudniejsza, gdyż spada na was większa odpowiedzialność. 
Jeśli natraficie na trudności, na straszliwe trudności, przypomnijcie sobie, dla kogo i w imię czego to 
robicie! Znam was wszystkich dość dobrze, aby mieć pełne zaufanie, że jeśli przypomnicie sobie 
właśnie to, co mówiłem, natychmiast przybędzie wam sił. To wszystko. Za waszą pomyślność!

Wzniósł kielich, wypił i szybko wyszedł z sali. Przez chwilę panowało milczenie. W końcu wstał 

Jurkowski i zaczął cichym głosem:

- No cóż, Argonauci... za naszego staruszka!
Tej nocy Bykow długo nie mógł zasnąć.
Wstał, zapalił światło i siadł przy stole. Wpatrując się w lampkę, siedział bez ruchu. Po długiej 

chwili spojrzał na gazetę, której nie zdążył przejrzeć za dnia.

„Odważniej wprowadzać w życie nowoczesne zasady orki”, wołał artykuł wstępny, „Uczniowie 

z Islandii spędzają wakacje na Krymie”. „Podwodne sowchozy Dalekiego Wschodu dostarczą ponad 
plan 30 milionów ton planktonu”, „Nowa elektrownia atomowa o sile półtora miliona kilowatów 

background image

zaczęła pracę w Wierchojań-sku”. „Wyścigi mikrośmigłowców” - podtytuł brzmiał: „Zwycięzcą został 
piętnastoletni chłopiec - Wasia Pticyn”. „Na starcie stuletni łyżwiarze”.

Bykow przerzucał tylko stronice.
„Festiwal   stereofilmów   krajów   Ameryki   Łacińskiej”.   „Budowa   anglo-chińsko-radzieckiego 

obserwatorium astronomicznego na Księżycu” „Z Marsa donoszą...”.

Bykow spojrzał na gazetę, zastanowił się. Następnie szybko złożył ją i wsunął do kieszeni. Musi 

zabrać ją ze sobą. Będzie cząstką Ziemi, bije w niej potężny puls rodzimej planety, którego nie chce 
zapomnieć, który chce czuć tam, w dalekim rejsie. Symbol! Aleksiej westchnął i zgasił światło.

Dzień startu był jasny i pogodny. O piątej rano nikt już nie spał. Wszyscy zebrali się w hotelu, 

siedzieli, kręcili się bez celu. Podczas śniadania jedli niewiele i niechętnie. Jermakow udawał, że nic 
nie   zauważa.   Krajuchin   rozmawiał   półgłosem   z   gośćmi.   Nadjechały   samochody.   Nie   bacząc   na 
wczesną porę, na ulicach było pełno ludzi. Nikt nie rzucał haseł ani powitalnych okrzyków, nikt nie 
celebrował hałaśliwie wielkiej chwili. Wszyscy spoglądali na astronautów jak na swoich najbliższych, 
którzy wyruszają w daleką i niebezpieczną drogę. Samochody wyjechały za miasto.

Bykowa nagle ogarnęło uczucie, które później długo wspominał ze wstydem. Doznał jakiegoś 

otępienia. Jakby dostał rozdwojenia jaźni i z wielką ciekawością oglądał sam siebie ze wszystkich 
stron. Nie był w stanie się skoncentrować. W głowie buszowały urwane myśli, nie mógł się skupić na 
żadnej z nich.

Koło   schronów   obserwacyjnych   zaczęto   żegnać   się   z   pozostającymi   na   Ziemi.   Bykow 

machinalnie podawał rękę, czując, że ma bardzo głupią minę. Jednak i tym razem nie potrafił temu 
zaradzić. Krajuchin mówił coś do niego, następnie uściskał go i ucałował. Aleksiej potakiwał, gdy 
zwrócił się do niego przewodniczący rady narodowej miasteczka bazy. Odszedł na bok, nogi miał 
jakby z drewna. Jak na ekran filmu patrzył na Spicyna obejmującego Wierę, gładzącego dłońmi jej 
twarz. Dauge wziął go wreszcie za rękę i zaprowadził do samochodu.

Stanęli. Bykow podniósł wzrok. Wznosiła się nad nim, błyskając matowo, wypukłość pierścienia 

reaktora. Zrozumiał nagle, co go tak niepokoiło. W podświadomości tętniła wciąż ta sama myśl: 
„Ostatni raz, ostatni raz”. Nie przypominał sobie, kiedy się zrodziło to nieustępliwe brzęczenie, od 
którego nie był w stanie się uwolnić.

- Załoga na miejsca! - zawołał Jermakow niezwykle rześkim głosem.
Bykow obejrzał się. Samochody, którymi przyjechali, już zniknęły w oddali. Wokół słała się 

równa, pustynna tundra.

- Aleksieju, nie marudź!
 „Ostatnie kroki na Ziemi” - wsłuchiwał się w swoje myśli z dziwną uwagą. Podszedł do trapu. 

„Ostatni łyk ziemskiego powietrza” - dudniło w głowie. Zagłębił się we właz. Ktoś, chyba Jurkowski, 
trącił go i warknął: „Ostrożniej!”. „Jeszcze raz trzeba

spojrzeć  na błękitne niebo...”.  Zatrzaśnięto pokrywę  włazu.  By-kow  nagle  pojął,  że  się  boi. 

Zwyczajnie tchórzy. To wystarczyło, żeby natychmiast uspokoić się. Razem z Daugem wszedł do 
salonu. Zasiedli w fotelach. Przyłączył się do nich Jurkowski. Założyli i zapięli pasy bezpieczeństwa. 
Jermakow, Spicyn i Krutikow znajdowali się prawdopodobnie w kabinie kapitańskiej. Bykow spojrzał 
na Jurkowskiego. Twarz geologa była poważna. Na jego nosie dostrzegł żółtawą plamkę. „Jednak 
wtedy porządnie dostał” - wspomniał walkę przy bunkrze.

- Przygotować się! - rozległ się z niewidzialnego głośnika głos Jermakowa.
Zapadła   martwa   cisza.   Bykow   na   chwilę   poczuł   duszności   i   osłabienie.   Wysiłkiem   woli 

opanował odrażające uczucie bezsilności i zerknął na Daugego. Ten w skupieniu patrzył prosto przed 
siebie.

- Start!
Gdzieś z dołu doleciał straszliwy szum. Wszystko nagle przesunęło się, drgnęło. Fotele zaczęły 

potwornie napierać na ciała astro-nautów. Bykow ze wszystkich sił zaciskał oczy, przed którymi krą-
żyły i migały różnokolorowe kręgi. Szum przybierał na sile, potem zaczął cichnąć i w końcu się 
urwał. Bykow ostrożnie zwrócił się w stronę Daugego.

- Już więcej nic nie zaboli - wesołym głosem powiedział Grigorij. - Wystartowaliśmy.

background image

Jurkowski nagle z całej siły uderzył się w czoło.
- Co ci się stało? - zaniepokoił się Dauge.
- Diablica!
- Kto?
-   Maszynka   do   golenia.   Zapomniałem   elektrycznej   maszynki   do   golenia,   a   do   tego   nie 

wyłączyłem jej.

Bykow z pewnym wysiłkiem przyjął postawę siedzącą, mocno potarł dłońmi skronie i westchnął 

z ulgą.

background image
background image

Część 2

Kosmos i ludzie

background image
background image

Krajuchin

Przed   wieczorem   pogoda   się   zepsuła.   Od   oceanu   nadciągnęły   masy   zimnego,   lodowatego 

powietrza. Nad tundrą popłynęły zbite fale szarej mgły. Niebo pokryły niskie chmury. Świat otulił 
prawie nocny zmierzch.

W gabinecie kierownika głównej radiostacji Siódmego Poligonu było jasno i ciepło. Przy stole 

zagłębiony w niskim fotelu, opuściwszy głowę na piersi, drzemał Krajuchin. Wyciągnął niezgrabnie 
długie nogi w zabłoconych butach, a mocne, żylaste dłonie bezwładnie oparł o poręcze fotela. Nad 
drzwiami   zegar   dźwięcznie   odmierzał   minuty.   Krajuchin   co   chwila   unosił   sine   z   przemęczenia 
powieki. Na brzegu stołu stała nietknięta, wystygła szklanka herbaty. Przez nie domknięte drzwi 
zajrzał dyżurny, stał przez chwilę niezdecydowany, ale jednak wszedł do gabinetu, położył na stole 
plik depesz.

- Jest coś nowego? - ochrypłym głosem spytał Krajuchin. Dyżurny drgnął.
- Nie, nie ma. Pół godziny temu „Hius” nadawał, że wszystko w porządku.
- Czy łączność telewizyjna nawiązana?
- Jeszcze nie. Na razie się nie udaje.
- Krajuchin milczał przez długą chwilę (dyżurny nieśmiało chrząknął), po czym się odezwał:
- Tak więc, powiadacie, że nie ma?
- Nie, nie ma.
- Dziękuję...
Krajuchin   spojrzał   na   plik   radiogramów   i   znów   zamknął   oczy.   Tępym   bólem   dokuczało 

zmęczone serce, łamało w lewym ramieniu. Wyprostowane nogi zdrętwiały, lecz nie miał ochoty 
wstawać. Zmusił się jednak do podniesienia ręki. Wziął szklankę z herbatą, która wydała się mu 
słodką aż do mdłości. - To wszystko nerwy -mruczał do siebie. - Nerwy i starość. - Do tego dnia nie 
miał pojęcia, co to znaczy zdenerwowanie, śmiał się z lekarzy, którzy twierdzili, że nie wolno się mu 
denerwować. Wydawało się mu, że nigdy się nie denerwował... aż do dnia startu „Hiusa”.

18 sierpnia 19... roku dokładnie o godzinie piątej rano według czasu moskiewskiego doczekał się 

zrealizowania lotu, o jakim marzył już od piętnastu lat. Start rakiety międzyplanetarnej o napędzie 
fotonowym   stanowił   początek   nowej   ery   w   komunikacji   międzyplanetarnej.   Od   tej   chwili   on, 
Krajuchin, przestawał mieć wpływ na dalszy bieg wypadków. Piętnaście lat poszukiwań naukowych, 
walki,   olbrzymich   napięć   psychicznych   i   wysiłku   fizycznego...  A  oto,   jaki   rezultat:   siedzi   sobie 
spokojnie i wsłuchuje się w tęskne zawodzenie jesiennego wiatru, słucha, jak monotonnie krople 
deszczu   wybijają   werblem   na   szybach   jakieś   sygnały,   jak   płyną   strugami,   jak   szumią...   Sześciu 
wybranych specjalistów, wspaniałych ludzi, przejęło od niego pałeczkę sztafety i na najdoskonalszym 
z wybudowanych do tej pory statków pomknęło dalej, aby urzeczywistnić jego najgłębsze marzenie. 
A on musiał zostać. Od razu poczuł się słaby, jakby złamany. Teraz czeka, czeka, czeka...

Na chwilę szarpnęła nim zazdrość i jednocześnie poczuł do samego siebie pretensję, lecz zdołał 

opanować te uczucia, gdyż mimo wszystko najbardziej dręczył go strach, obawy o tych sześciu... 
właśnie to poczucie spychało na dalszy plan wszystkie inne. No, dobrze... Próbne loty „Hiusa” 
dowiodły, że maszyna jest dobra. Procesy zachodzące w tytanowym pancerzu fotoreaktora zostały 
zbadane do najmniejszego szczegółu. Inżynier może z absolutną dokładnością powiedzieć, co się tam 
dzieje w każdej miliardowej cząstce sekundy, i przewidzieć, co będzie się działo w następnych, 
równie   króciutkich   momentach.   Wzięto  pod   uwagę   dosłownie   wszystkie   zjawiska:   fantastycznie 
wysokie   temperatury,   równie   fantastyczne   prędkości,   ciśnienia   i   naprężenia.  A  jednak   pierwszy 
„Hius” spłonął nie od uroku...

Krajuchin z trudem przełknął kilka łyków herbaty.
Gardło   miał   wyschnięte   i   piekły   go   oczy.   Całe   ciało   przenikał   ohydny   chłód.   Po   szybach 

nieprzerwanie ściekały strużki wody.

- Ohyda... - mruczał Krajuchin, kurcząc się i wciągając jeszcze głębiej głowę w ramiona.
Niepowodzenie wyprawy stałoby się klęską, znaczyłoby, że przegrał całe życie. Właśnie teraz, 

gdy dużo jest jeszcze takich, co nie wierzą w „Hiusa”, gdy nie umilkła jeszcze wrzawa wywołana 
przez   niedowiarków   po   katastrofie   pierwszego   „Hiusa”.   Gdy   rozlegają   się   jeszcze   głosy 

background image

„asekurantów”. Wydawało się, że przyszłość napędu fotonowego została przesądzona, że nawet 
pomysł został zdyskredytowany na zawsze. Grupa niedowiarków, ludzi małych, którzy czepiali się 
wielkiej sprawy, przestała gardłować dopiero na skutek interwencji specjalnej komisji państwowej.

Właściwie   to   nie   może   narzekać.   Zażądał   olbrzymich   sum,   wkładów   finansowych   i 

materiałowych   -   otrzymał   wszystko   z   nawiązką,   więcej,   niż   się   spodziewał.   Zażądał   usunięcia 
pracowników, których uznał za szkodliwych lub niepotrzebnych, chociaż znajdowali się wśród nich 
ludzie o wielkich zasługach - zgodzono się z nim. Prowadził odważne eksperymenty - wierzono mu, 
zaufano. Biła z niego potężna siła, niewzruszone przekonanie o słuszności swego dzieła. A przy tym, 
trzeba przyznać, że miał szczęście. Krajuchin pierwszy zbadał dwie wielkie planety i kilka księżyców, 
zaprojektował   pięć   wielkich   sputników,   był   wychowawcą   i   bożyszczem   trzech   pokoleń 
najodważniejszych  na  świecie  astronautów... W  tej  chwili Krajuchin  został faktycznym dowódcą 
najpotężniejszej na świecie floty międzyplanetarnej. Zachował w pamięci towarzyszy, którzy padli w 
akcji,   godziny  straszliwych   zwątpień   i   strachu.   Wie,   co  to  ból  bezpowrotnych   strat...   zna   smak 
triumfu, chwile ogromnego szczęścia, przysłaniającej rzeczywistość dumy. Zwycięstwa były trudne, 
ale nie można oglądać się wstecz. Trzeba śpieszyć w przyszłość. Wielki naród powierzył mu swych 
najlepszych synów, oddał do dyspozycji najbardziej  nowoczesną  technikę,  ale za zaufanie żądał 
zdobycia kosmosu, odkrycia jego tajników, jego skarbów. Czy podoła temu? Czy on, Krajuchin, jest w 
stanie zapewnić zwycięstwo? Tak... jeśli „Hius” powróci szczęśliwie na Ziemię, wówczas już nikt nie 
odważy się podnieść głosu przeciwko budowaniu rakiet fotonowych. Ajeśli...

Krajuchin wstał i aby rozruszać nogi, zaczął spacerować z kąta w kąt.
- Takie postępowanie do niczego nie doprowadzi - powiedział głośno. - Wróżę sobie jak stara 

baba. „Jeśli, jeśli...”.

W rzeczywistości był całkiem przekonany, że nikt i nic nie potrafi zahamować rozwoju silników 

fotonowych. Od momentu, kiedy to zostały wyodrębnione pierwsze najmniejsze okruchy „absolut-
nego  zwierciadła”,  los  starych  rakiet  reaktywnych  był przesądzony.  Teraz  przestrzeń kosmiczna 
będzie cofać się przed nacierającymi. Będzie jeszcze walczyć, pochłaniać nowe ofiary, lecz cofnąć się 
musi! Najpierw otworzy swoje granice, zwali słupy graniczne w Układzie Słonecznym (kto wie, może 
jeszcze za życia Krajuchi-na) i pustynnych przestrzeniach międzygwiezdnych.

Jak   potężna   jest   myśl.   Pomysł   rakiet   międzyplanetarnych   od   pierwszej   chwili   miał   swoich 

przeciwników, przeważnie tych, co spoczywali na laurach i nie chcieli się ruszyć dalej, tych, którzy 
całe swe życie poświęcali udowodnianiu, że silnik fotonowy to utopia, którzy od pierwszej chwili 
krytykowali tę nowość, a później nie mieli odwagi przyznać się do popełnionego błędu, i także tych, 
którzy szczerze, z uczciwych pobudek, nie chcieli ryzykować ludzkim życiem i bali się trwonić 
społeczne pieniądze. Ludzi tego pokroju było wielu, znacznie więcej, niż pragnęli Krajuchin ijego 
towarzysze.   Udało   się   jednak   przełamać   opory.   Konserwatyści   krzyczeli:   „Fantazja   nie   mająca 
żadnego   uzasadnienia!   Sprawa   dalekiej   przyszłości!”.   Żądali  od  Krajuchina,   żeby   wyliczył  się   z 
dziesiątków modeli, które spłonęły bez śladu - a on w odpowiedzi wysłał w przestrzeń „Smoka 
Gorynycza”   -   rakietę   fotonową   z   mechanicznym   pilotem.   Ludzie   ci   próbowali   wykorzystać 
przeciwko niemu tragedię pierwszego „Hiusa”, lecz i te próby spełzły na niczym. Drugi „Hius” 
wystartował. A może Krajuchin popełnił błąd, dając załodze „Hiusa” od razu tak karkołomne zada-
nie? A może należało wykorzystać rakietę do zwykłych rejsów międzyplanetarnych, przyzwyczaić się 
do niej, uczynić z niej powszechny środek komunikacji? Wszystko możliwe... Lecz ile czasu musiałby 
stracić na takie sprawy? Tymczasem skarby Uranowej Golkondy leżą bezużytecznie, czekają. Tylko 
„Hius” umożliwi człowiekowi ich opanowanie.

Krajuchin znów zagłębił się w fotelu i zastygł bez ruchu, skrzyżowawszy ręce na piersi, jakby 

kurczył się i chronił się przed mrozem. Przejmował go ziąb, wstrząsały nim dreszcze. Zdawało mu 
się, że stan ten wywołany jest biernym wyczekiwaniem i dręczącym  niepokojem. Stokroć lepiej 
byłoby samemu stanąć na czele wyprawy, lecz nikt nie puściłby go. Nie przydałby się tam, na 
strasznej planecie, najstraszliwszej ze wszystkich w Układzie Słonecznym, cóż bowiem mógłby robić 
tam człowiek z przepalonymi płucami, sztucznym żołądkiem i przemęczonym, chorym sercem? 
Mógłby przydać się jedynie jako doświadczony doradca - zrównoważony i ostrożny. Umiał przecież 

background image

wycofywać się w porę... Młodzież zapominała często o tej prawdzie, która warta jest więcej od 
innych.   Wszyscy   -   to   zapaleńcy   i   ludzie   niecierpliwi.   Nie   wiedzą,   co   to  strach,   i   nie   doceniają 
bezcennego skarbu, jakim jest ostrożność. Nie będą oszczędzać nawet życia, zapominając albo nie 
rozumiejąc,   że   swoją   śmiercią   mogliby   zadać   straszliwy   cios   całej   wielkiej   sprawie   lotów 
międzyplanetarnych. Nie ma takiej Golkondy na świecie, którą można by wyrównać ich stratę. Nikt 
nie dowiedziałby się, co się stało za białą mgłą okrywającą oblicze niedostępnej planety, wszystko 
złożono   by   na   karb   niedoskonałości   „Hiusa”,   którego   projekt   i   obliczenia,   rysunki   techniczne, 
wszystko poszłoby do archiwum, aby schnąć tam jak pergaminy pod narastającą powłoką kurzu i 
starości. Na wiele lat wróciłoby panowanie rakiet reaktywnych.

Lepiej nie myśleć o tym. Nie ma żadnych podstaw, aby nie wierzyć w sukces bohaterskiej 

szóstki.

Jermakow... Mądry, opanowany, zawsze spokojny Anatol Jer-makow. Chyba on najlepiej wie, jak 

w istocie przedstawiają się sprawy. W każdym razie ma dość doświadczenia, aby ocenić należycie, 
czym   jest   w   komunikacji  międzyplanetarnej   rakieta   o  napędzie   fotonowym.   Nic   zresztą   w   tym 
dziwnego. Całe życie spędził pod okiem Krajuchina. Z nim to poleciał na pierwszy rejs... z nim to 
dzielił się swymi myślami i pomysłami, które swą śmiałością i rozmachem robiły wrażenie fantazji. 
Brał przykład z Krajuchina, jak należy nienawidzić rutyny i konserwatyzmu, od niego uczył się 
rozumieć ludzi, tak jak on pragnął służyć swemu narodowi. Ajednak... Leci na Wenus, tak jak chodzili 
żołnierze do ataku, bez namysłu padnie w boju, rzucając się na przeciwnika - Anatol dyszy zemstą, 
pragnie pomsty za wszystko, za straszną, niepotrzebną śmierć żony, śmierć strawionych przez ogień 
towarzyszy.

Pokonania Wenus nie łączy nawet z podbojem całego kosmosu...
Manią Daugego są legendarne już, nie ocenione skarby Uranowej Golkondy. Widocznie ten 

zdolny geolog, specjalista od poszukiwań materiałów rozszczepialnych, czuje się jak zapalony myśli-
wy, który przez długi czas musiał się zadowalać tylko skąpym zwierzostanem podmiejskich lasków, a 
który nagle dostał zaproszenie na polowanie do dziewiczego lasu rojącego się od zwierzyny. To 
prawda, ma jeszcze Maszę Jurkowską... Lecz ten człowiek nie może pozwolić sobie na zbyt poważne 
przeżywanie rodzinnych niesnasek.

Dla   Jurkowskiego,   tego   szczęściarza,   lot   jest   jeszcze   jednym   osiągnięciem   sportowym, 

zapowiedzią nowych przeżyć. Nie uderzają mu do głowy sława i szacunek. Sam wielokrotnie drwił z 
upojonych dowodzeniem pilotów, których wdzięczna ojczyzna troskliwie otaczała zasłużoną opieką. 
Brał już udział w najbardziej ryzykanckich wyprawach, lecz nie widziało się wiele jego zdjęć w prasie 
ani nie widywano go zbyt często w programach telewizyjnych. Po prostu lubi niebezpieczeństwa i ich 
przezwyciężanie. Rozkoszuje się zwycięstwami jak smakosz zapachami świetnej kuchni. To prawda, 
że ma słabostki, które ukrywa pieczołowicie przed cudzymi domysłami, a które Krajuchin nazwał 
najgorszego gatunku czkawką po romansach w rodzaju hrabiego Monte Christo. Romantyk... Szkoda, 
że nie uznaje wartości Bykowa i nie lubi go. Przez swoją kastową pyszałkowatość oskarża go o tępotę 
i uważa za człowieka ograniczonego, bez odrobiny wyobraźni. A przyczyną tego jest niewątpliwie 
nadmiernie rozwinięta wyobraźnia Jurkowskiego.

Bogdan   Spicyn...   Zupełnie   nie   potrafi   pojąć,   jak   można   interesować   się   czymś   innym   niż 

prowadzeniem   rakiet   przez   przestrzenie   kosmosu.   Obecnie,   gdy   poczuł,   że   pękły   bariery 
ograniczające możliwości kosmogacji, poczuł się prawdziwym panem wszechświata, śmieszny facet! 
Poza Kosmosem i tablicą sterowniczą statku istnieje dla niego wyłącznie Wiera, miła, delikatna Wiera, 
jego zdaniem jedyna kobieta na świecie i jedyny człowiek, który rozumie go całkowicie. Lecz i tu 
pozostaje wierny swoim podstawowym zamiłowaniom. Robi wrażenie rycerza... pewnie gdy prowa-
dzi statek, uważa, że robi to dla chwały swej damy.

Michał   Krutikow...   Po   prostu   najlepszy   kosmogator   w   kraju.   Dobroduszny,   delikatny,   lubi 

towarzyskie spotkania i okazałe uroczystości, gdzie zjawia się w towarzystwie rodziny - z żoną i 
dziećmi - doskonały matematyk, który opracował kilka nowych zasad i wzorów umożliwiających 
bardziej proste i szybsze rozwiązywanie skomplikowanych problemów kosmogacji. Z taką samą 
satysfakcją pozuje przed fotoreporterami, jak ugania się całe dnie z dziećmi. Nigdy nie odmawia 

background image

wykonania najbardziej niepozornych poleceń ani nie waha się, gdy trzeba lecieć w karkołomny rejs. 
Gdyby nie Krajuchin, Krutikowa zawsze wysyłano by w nudne rejsy, grożące jednak śmiertelnym 
niebezpieczeństwem   -   w   rejsy   do   przestrzeni   kosmicznej   wypełnionej   asteroidami.   W   tej   chwili 
kosmogator   zajmuje   swoje   zwykłe   stanowisko   obok   starego   przyjaciela   Spicyna   i   prostodusznie 
zachwyca się tym.

Na wspomnienie Aleksieja Bykowa Krajuchin uśmiechnął się. Stanęła mu przed oczyma jego 

czerwona jak świeżo wypalona cegła twarz, małe, blisko osadzone oczy, łuszczący się kartofel nosa, 
szczeciniaste,   nastroszone   włosy   nad   wysokim,   łukowato   wygiętym   profilem   czoła.   Nie   można 
twierdzić, że to przystojny młodzieniec, oczywiście nie Jurkowski... W poezji też na pewno niezbyt 
mocny... Ale za to jaki praktyk! Jaki u niego refleks! Wystarczy przypomnieć sobie zajście przy 
bunkrze, do którego prawie wjechał podczas próbnej jazdy... Dla Aleksieja lot na Wenus to zapewne 
jeszcze   jeden   nieco   niezwykły   wyjazd   służbowy,   który   na   jakiś   czas   oderwał   go   od   pracy   w 
azjatyckich  pustyniach.   Nadarzyła  się  mu   okazja,  aby  w   całej   okazałości  popisać  się   swym  mi-
strzowskim   opanowaniem   pojazdu,   popisać   się   umiejętnościami   inżyniera   atomisty   i   oczywiście 
kiedyś pochwalić się w gronie kolegów udziałem w międzyplanetarnej podróży. Z drugiej zaś strony 
na   pewno   odczuwał,   jak   każdy   nowicjusz,   strach   przed   groźnymi,   a   potężnymi   tajemnicami 
pozaziemskiego świata.

To bardzo dobrze, że taki człowiek bierze udział w wyprawie.
Wszyscy   tworzą   razem   doskonałą   „drużynę   reprezentacyjną”.   Ich   tak   różnorodne 

indywidualności cementuje jedno - wszyscy są komunistami, ludźmi honoru i pracy. Mają swoje 
słabostki i wady, lecz nawzajem uzupełniają się doskonale. Krajuchin czuł, że może być dumny ze 
swej umiejętności dobierania ludzi.

Zamknął   oczy.   Od   nowa   robi   przegląd   załogi   „Hiusa”.   Jerma-kowa,   pilotów,   geologów, 

„specjalisty od pustyń”. Gdyby tak nie pętali się pod nogami ostrożnisie bez wiary w wielkie sprawy! 
To prawda, ich sceptycyzm przynosił nie tylko szkodę. W walce z przeżytkami „nowe” nabiera sił. 
Trzeba przyznać, że dzięki tej walce „Hius” stał się mocniejszy i bardziej odporny. Jednakże szkód 
przeciwnicy przysporzyli znacznie więcej. Na walkę z nimi zużywał mnóstwo energii, a oni ze 
wszystkich sił starali się podważyć wiarę twórców „Hiusa” we własne dzieło. Szkoda, że wśród 
przeciwników znaleźli się dawni przyjaciele i towarzysze, na których tak bardzo liczył...

Dyżurny znów zajrzał do gabinetu. Krajuchin obrzucił go takim gniewnym spojrzeniem, że ten 

stanął jak wryty i tylko zamrugał ze zdziwienia oczyma. Jednak Krajuchin natychmiast się opanował.

- Co nowego? - rzucił krótko.
- Radiogram z komitetu.
- O co chodzi?
- Pytają o „Hiusa”.
- Przekażcie, że wszystko... jak dotychczas wszystko w porządku.
- Tak jest. Ale...
- Co?
- Wasz podpis...
- Już... o tak.
Krajuchin złożył podpis na blankiecie.
- Jak z łącznością telewizyjną?
Dyżurny jakby w poczuciu winy rozłożył ręce.
- No, dobrze już... idźcie... idźcie!
Krajuchin powrócił do swoich wspomnień. Na przyjęciu przed startem nie powiedział tego, co 

chciał. Nie mógł przecież wygarnąć prosto z mostu: „Jeśli zginiecie, to wszystko, nie tylko wy, 
przepadnie...”. Nie mógł nawet wtrącić nic w tym stylu. A może trzeba było?

Niepewnie podniósł się z fotela. Najwyraźniej był chory. Czuł, że ma gorączkę i dreszcze. Dobrze 

by było poprosić o coś gorącego do picia. Wyciągnął rękę do wideofonu. W tej samej chwili usłyszał 
szybkie kroki. Drzwi otworzyły się gwałtownie i uśmiechnięty dyżurny zawołał:

- Towarzyszu Krajuchin! Nawiązaliśmy łączność! Jermakow prosi was do ekranu!

background image

- Idę! - odpowiedział ożywiony na chwilę Krajuchin, lecz przez moment nie ruszył się z miejsca, 

patrząc gdzieś nad głową dyżurnego. „Muszę uprzedzić Jermakowa- kołatało się mu w myślach. - 
Czy aby potrafię?”.

Dyżurny   zatrzymał   na   nim   zaniepokojone,   pytające   spojrzenie.   Jakby   pod   jego   wpływem 

Krajuchin ocknął się.

- Idziemy!
W   wielkim   pokoju   łączności   telewizyjnej   jasne,   rażące   świetlówki   rzucały   blask   na   kilka 

fotelików ustawionych przed okrągłym, srebrzystym ekranem. Krajuchin założył ciemne okulary.

- Włączajcie - powiedział, zbliżając się do ekranu. Dyżurny stanął przy telewizorze. Na ekranie 

zamigotały szare cienie i z zielonkawej pustki wyłoniła się twarz Jermakowa. Krajuchinowi mignęła 
myśl, że fale radiowe, aby dotrzeć do Ziemi, potrzebują już kilku sekund.

- Jak się masz, chłopcze? - zawołał. - Jak mnie widzisz?
- Doskonale.
- Czy wszystko w porządku?
-   Przed   pół   godziną   wyszliśmy   już   na   kurs   po   prostej.   Pierwszy   raz   w   życiu   lecę   przez 

przestrzeń   międzyplanetarną   po   linii   prostej.   Namęczyliśmy   się   sporo,   zanim   wykreśliliśmy   tor 
pierwszego   etapu.   Elektronowe   przeliczniki   kosmogacyjne   trzeba   będzie   udoskonalić.   Szybkość 
mamy   około   pięćdziesięciu   kilometrów   na   sekundę.   Fotoreaktor   pracuje   równo,   temperatura 
zwierciadła - zero. Radiacja - zwykłe natężenie.

- Jak załoga?
- Doskonale.
- Bykow?
- Trzyma się dobrze. Martwi się, że nie może spojrzeć na Ziemię.
- A zrób tak, żeby mógł... pokaż mu.
- Tak jest.
- Jak było podczas startu?
- Wspaniale. Jurkowski rozczarował się. Powiada, że taki start nie obudziłby nawet dziecka.
- Za to musisz podziękować Bogdanowi. Jego mistrzostwu.
- To zupełnie oczywiste.
Przez chwilę milczeli, przypatrując się sobie poprzez dzielące ich miliony kilometrów.
- A jakie są twoje wrażenia? Jak ty się czujesz?
- O mnie proszę się nie martwić, Mikołaju Zacharowiczu. -Jermakow rzucił odpowiedź tak 

szybko, jakby już oczekiwał tego pytania.

Krajuchin zasępił się.
- Dyżurny! - zawołał.
- Jestem!
- Proszę was, wyjdźcie na dziesięć minut.
Dyżurny pośpiesznie wycofał się z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi.
- Bądźcie o mnie spokojni - powtórzył Jermakow.
- Przecież nie niepokoję się o ciebie - wolno wypowiadając każde słowo, odparł Krajuchin. - Ja, 

mój drogi, w ogóle boję się.

Jermakow przymrużył oczy.
- Boicie się? Czy coś się stało?
Krajuchin zdjął okulary. „Jak mu to wytłumaczyć?” - myślał, przecierając je chusteczką.
- Chciałbym cię prosić: bądź ostrożny. Tak... Zwłaszcza tam na Wenus. Nie jesteś dzieckiem i 

powinieneś   rozumieć.   Jeśli   natkniecie   się   na   wielkie   niebezpieczeństwa,   jeśli   będzie   wam   coś 
zagrażać,   pluń   na   wszystko   i   wycofuj   się.   W   tej   chwili   nie   chodzi   o   Golkondę,   nie   ona   jest 
najważniejsza.

Czuł, że Anatol nie rozumie, o co mu chodzi. Nie mógł jednak wykrztusić prostego polecenia: 

„Ograniczyć ryzyko do minimum. W tej chwili najważniejsze zadanie to szczęśliwie powrócić na Zie-
mię, bo jeśli z wami coś się stanie, trzeba będzie na długo zrezygnować z rakiet fotonowych”.

background image

Zawsze uważał, że astronauci nie powinni zbytnio wgłębiać się w różnice zdań, w szczegóły 

walki, jaka toczyła się w komitecie. Wydawało mu się, że znajomość wszystkich tajników tych spraw 
może poderwać zaufanie do kierownictwa.

- Strzeżonego Pan Bóg strzeże - mówił, czując z przerażeniem, że plecie bez sensu i naprawdę 

nieprzekonująco. - Nie ryzykuj niepotrzebnie...

- Oczywiście, jeśli będzie ciężko, jeśli stanie się niebezpiecznie?
Taki był właśnie Tolek Jermakow! Z mlekiem matki wyssał pogardę dla wszelkich waruneczków 

i niedomówień. Wstydził się teraz za Krajuchina i było mu żal staruszka. Był zaniepokojony. Przy-
bliżył się na ekranie i przyglądał się Krajuchinowi. Ten natychmiast się cofnął. Przez kilka sekund 
panowało napięte milczenie.

- A zatem proszę słuchać, towarzyszu Jermakow - Krajuchin starał się ze wszystkich sił panować 

nad podcinającą nogi słabością- słuchać uważnie. Nie mam zamiaru prowadzić językowej szermierki, 
przynajmniej teraz... Rozumiesz?

- Tak jest! - cicho odpowiedział Jermakow. - Nie będę niepotrzebnie ryzykować. Zgadzam się, że 

najważniejszym zadaniem wyprawy jest szczęśliwy powrót na Ziemię statku i ludzi. Statek potrafię 
uchronić przed niebezpieczeństwami, lecz czy potrafię opanować swoich towarzyszy... oni przecież...

- Jesteś dowódcą!
- Tak, j estem dowódcą, lecz każdy z nich ma swój rozum, swoje myśli i swoje własne serce. Nie 

będą chcieli mnie zrozumieć i nie wiem, czy potrafię w razie potrzeby zmusić ich do odwrotu. Nie 
mam waszego autorytetu.

- Nie zrozumiałeś mnie, mój chłopcze...
-  Mam  wrażenie,   że  jednak  zrozumiałem,  Mikołaju   Zacharo-wiczu.   Na  wasz   rozkaz  jestem 

gotów wykonać wszystko, nawet jeśliby to uwłaczało mojemu honorowi. Czy jednak reszta byłaby 
gotowa uczynić to samo, nie wiem.

Jermakow   wwiercał   się   swoim   wnikliwym   spojrzeniem   prosto   w   sam   mózg   Krajuchina. 

Rozumiał... wszystko rozumiał.

- Mogę się tylko domyślać, co macie na myśli... Krajuchin ciężko opuścił głowę na piersi i 

wyszeptał:

- Dobrze więc, postępuj zgodnie z tym, co wiesz. Widocznie nie ma na was rady. Cała moja 

nadzieja w twoim rozsądku. A teraz wybacz... muszę już iść. Zdaje się, że trochę się rozchorowałem.

- Powinniście wypocząć.
- A powinienem. Sprawdzaj dokładnie działanie automatów radiowych. Co pół godziny musimy 

otrzymywać od was sygnał. Co dwie godziny twoje osobiste sprawozdanie. Nie spóźniajcie się nawet 
o sekundę!

- Tak jest!
- No, to trzymaj się!
Krajuchin wstał i chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Czuł, jak kołysze się podłoga, jak staje 

dęba. „Muszę zdążyć...” - błysnęło mu w myślach, po czym zwalił się w czarną przepaść. Ocknął się 
w   ciepłym   łóżku   u   siebie   w   hotelu.   Za   oknem   świeciło   słońce.   Na   nocnym   stoliku   zobaczył 
plastikowe, różnobarwne ampułki i pudełeczka. Obok wpatrzeni w niego siedzieli doktor i Wiera, 
ubrani w białe fartuchy.

- Która godzina? - zapytał, z trudem poruszając nieposłusznym językiem.
- Dwunasta pięć - natychmiast odpowiedziała Wiera.
- A jaki dzień?
- Dwudziesty sierpnia...
- To już trzeci dzień.
Wiera przytaknęła. Krajuchin zaniepokoił się, próbował się unieść.
- Jak „Hius”?
- W porządku. - Doktor delikatnie położył mu rękę na ramieniu. - Proszę leżeć spokojnie.
- Przed chwilą był telefon z radiostacji - mówiła Wiera. -Wszystko w porządku.
- To dobrze - mruknął Krajuchin. - To bardzo dobrze...

background image

Doktor dotknął ramienia chorego jednym z plastikowych zbiorniczków. Rozległo się syczenie i 

lekarstwo zostało wprowadzone pod skórę. Krajuchin zamknął oczy. Po chwili powiedział wyraźnie:

- Proszę przekazać Jermakowowi. Wszystko, co mówiłem, nie liczy się. To była panika... byłem 

chory...

- Bredzi... - szepnęła Wiera. Krajuchin chciał zaprotestować, lecz usnął.
Obudził się w nocy i od razu poczuł się znacznie lepiej. Wiera podała mu bulion i sucharki, do 

picia przyniosła wywar z indyjskich ziółek.

- Włączcie radiogramy - zażądał Krajuchin.
- Musicie jeszcze wypoczywać - zaprotestowała Wiera.
- Powiedziałem: włączcie radiogramy!
Wiera posłusznie włączyła magnetofon. Słuchał, ale nie potrafił się skoncentrować. Patrzył w 

sufit i zastanawiał się, czy „Hius” zaczął już wytracać szybkość. Zasnął nie wiadomo kiedy.

Następny dzień przeszedł bez ważniejszych wydarzeń. Stan Krajuchina poprawiał się z każdą 

chwilą. Doktor zezwolił na ustawienie obok łóżka wideofonu, a następnie telewizora. Zaczęli przy-
chodzić goście. Do późnej nocy napływały z „Hiusa” sygnały i raporty Jermakowa. Przychodzili do 
Krajuchina inżynierowie, majstrowie, kierownicy służb. Po kolacji chory przejrzał gazety, popatrzył 
na telestereoskopowy program z Moskwy, porozmawiał z Wierą i Lachowem. Poczuł się zmęczony, 
jak zwykle każdego wieczoru, uspokoił się więc i ułożył do snu.

Rano wpadła do pokoju Wiera. Była blada, nieuczesana. Zbyt głośno, przynajmniej takie odniósł 

wrażenie, wykrzyknęła:

- „Hius” nie podaje sygnałów! Zamilkł nocą... zamilkł... i nie odzywa się już od pięciu godzin.
Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.

Atak

...Albo wszystko, co pisali powieściopisarze i dziennikarze, to wielka bujda, albo nasz lot jest 

jakiś nietypowy. Nie odczuwam nic „międzyplanetarnego”. Wszystko jest takie zwykłe, codzienne. A 
jednocześnie... Owo „jednocześnie” zawadza już o uczucia i przeżycia. Jeśli zastanawiać się nad 
faktami, to po prostu nie mogę sobie wyobrazić, że znajduję się w planetolocie, który z fantastyczną 
szybkością pędzi w kierunku Słońca. W tej samej chwili, kiedy piszę te słowa, Jurkowski i Dauge 
ślęczą nad mapą Wenus - tak nazywają dwa koła wyrysowane na dużej karcie papieru i pokryte 
różnokolorowymi znakami. Widnieją tam szeregi czerwonych i niebieskich kółek, niewielkie plamki 
zakreślone zielonym tuszem. Jurkowski wyjaśniał, że czerwone kółka to szczyty górskie, których 
pozycje   zostały   dokładnie   określone,   natomiast   kółka   niebieskie   to   szczyty   zaobserwowane,   ale 
niedokładnie   naniesione  na  mapę,  zielone  plamki to anomalie   magnetyczne.  Jest  wreszcie  duży 
czarny  kleks...  to  Uranowa  Golkonda.  Nic  więcej   na tej   mapie  nie  ma.  Naprawdę  planeta  dość 
zagadkowa! Geologowie spędzają nad tą mapą całe godziny, mierzą, sprawdzają coś z notatkami, 
kłócą się półgłosem, dopóki Jermakow nie wyjdzie ze swojej kabiny, aby zjeść obiad, i nie przegoni 
ich od stołu. W tej chwili na wachcie jest Krutikow, a Bogdan w sąsiedniej kabinie czyta, leżąc na koi 
skręcony niczym chiński paragraf. Nie zapomniał przywiązać się pasem bezpieczeństwa - widocznie 
taka już jest siła przyzwyczajenia. Jermakow zaś zamknął się u siebie i nie pokazuje się od dwóch 
godzin. W ogóle Jermakow to osobny rozdział...

...Ostatnia   doba   przeszła   bez   szczególnie   ciekawych   wydarzeń.   Zanim   udało   się   wejść   na 

właściwy kurs wiodący po linii prostej do miejsca spotkania z Wenus, piloci i mózg elektronowy 
musieli się sporo namęczyć. Aby to osiągnąć, Jermakow i Krutikow jeszcze na Ziemi obliczyli jakąś 
„szatańską   krzywą”,   trójwymiarową   spiralę   wytyczającą   tor   „Hiusa”.   Planetolot,   lecąc   po   niej, 
eliminował siły orbitalnego i obrotowego ruchu Ziemi i wydostawał się na płaszczyznę orbity Wenus. 
Krutikow zwierzał się potem, że mózg elektronowy „Hiusa” nie znalazł się na wysokości zadania. 
Przez cały czas wyprowadzania „Hiusa” na kurs po prostej siedzieliśmy z Jurkowskim i Daugem w 
salonie   i   wyczuwaliśmy   lekkie   wstrząsy,   łagodzone   przez   cudowną   amortyzację   foteli,   tak   że 
wszelkie   niemiłe   wrażenia,   jakie   odczuwałem,   skończyły   się   na   lekkich   mdłościach.   Po   tych 
manewrach przygotowałem obiad.

background image

Mamy obfite zapasy gotowych obiadów w termokonserwach, ale nie zapomnieliśmy także o 

„żywym” mięsie w plastikowych bakach, które sterylizowano promieniami gamma. Mamy również 
dostateczne zapasy warzyw i owoców. Postanowiłem zabłysnąć sztuką kulinarną. Wszyscy mnie 
chwalili. Jurkowski nie omieszkał wykorzystać  okazji i powiedział:  „Cieszę się, że przynajmniej 
mamy dobrego kucharza”. Rozzłościłem się. Jermakow przygadał

Jurkowskiemu: „Za to do waszego pichcenia można zbliżać się tylko od nawietrznej”.
- Próbowaliście? - spytał zaciekawiony Dauge.
- Krajuchin ostrzegał!
Tak czy owak, będę kucharzył do końca lotu. Z przyjemnością! Jednak „bażant” stale nabija się 

ze mnie. Zresztą gwiżdżę na tego błędnego rycerza!

To wszystko drobiazgi. Zaniepokoiły mnie trzy rzeczy: pierwsza to spotkanie z meteorytem, 

druga - rzut oka w przestrzeń międzyplanetarną i trzecia - rozmowa z Jermakowem. Opowiem o 
wszystkim po kolei.

Nie mieliśmy takiego szczęścia jak Lachow podczas lotu próbnego. Niedługo po starcie „Hius” 

napotkał meteoryt. Tak, zwyczajnie podłoga usunęła się spod nóg i serce stanęło jakby podczas jazdy 
jakimś   ultraprędkim   dźwigiem.   Przestrzeń   przed   „Hiusem”   znajduje   się   pod   stałą   obserwacją 
ultrakrótkich   fal   specjalnego   radaru.   Jeśli   tylko   w   niebezpiecznej   bliskości   zjawia   się   meteoryt, 
urządzenie to na podstawie odbitych fal określa jego tor i szybkość, przeprowadza kalkulację i 
określa, czy nie znajdzie się on na drodze naszego statku. Jeśli zagraża zderzenie, planetolot automa-
tycznie   zwalnia   lot   lub   nabiera   szybkości,   żeby   ominąć   niebezpieczny   punkt.   Okazuje   się,   że 
spotkanie z meteorytami nie należy do rzadkości i jest groźne. Urządzenie do wymijania takich 
przeszkód działa jak dotąd znakomicie.

...Chociaż moi towarzysze nie zdradzają żadnego niepokoju, pracują spokojnie, odpoczywają, 

dyskutują, ja reaguję nieco inaczej. Dauge powiada, że u nowicjuszy to rzecz często spotykana, że jest 
to „instynktowne uczucie lotu przez przestrzeń”, coś w rodzaju choroby morskiej. Nie zgadzam się z 
tym! Jakie „uczucie lotu przez przestrzeń” może mieć człowiek, który nie widział na oczy przestrzeni 
kosmicznej? Na „Hiusie” nie ma nawet jednego iluminatora, a jedyny ekran obserwacyjny znajduje 
się w sterówce, do której w zasadzie nikt poza wachtowymi nie wchodzi. Kiedy właśnie rozmyślałem 
nad tym zagadnieniem, uczyniono dla mnie wyjątek, zresztą w warunkach, które tylko zwiększyły 
mój niepokój.

Od kilku godzin mieliśmy już łączność telewizyjną z Siódmym Poligonem. Krajuchin wezwał 

Jermakowa na jakąś widocznie bardzo ważną rozmowę, gdyż nasz dowódca wyprosił z kabiny 
dowodzenia nawet pełniącego wachtę Bogdana i osobiście zamknął za nim drzwi. Rozmowa nie 
trwała długo. Po chwili Jermakow odszedł prosto do swojej kabiny, nie mówiąc nikomu ani słowa. 
Dauge i Jurkowski, żartując, zaczęli robić domysły, lecz Bogdan przerwał im dość stanowczo. Po 
dwóch godzinach na wachtę wyszedł Jerma-kow. Po drodze poprosił mnie, abym wszedł do kabiny 
dowodzenia. Towarzysze ledwie nie wyskoczyli ze skóry ze zdziwienia i patrzyli na mnie zdumieni. 
Rozumiem ich. Można było pomyśleć, że Krajuchin rozmawiał z Jermakowem właśnie na mój temat. 
Mnie samemu przyszło to do głowy i przestraszyłem się co niemiara. W sterówce było gorąco, przez 
tytanowy pancerz dolatywał huk fotoreaktora. Jermakow nie spojrzał mi w oczy, unikał mojego wzro-
ku. Spytał, czy chciałbym zobaczyć Ziemię.

- Zdaje się, marzyliście o tym?
Uczułem przykry skurcz w sercu, wyschło mi w ustach. Bez słowa Jermakow podprowadził 

mnie do aparatu podobnego do olbrzymiej lodówki, z której sterczały jakby okulary lornetki. Zapro-
ponował   mi,   abym   spojrzał   przez   te   szkła.   Zobaczyłem   czarną   przepaść   otoczoną   słabiutkimi 
fioletowymi błyskami. Na dnie przepaści skrzyły się miliardy błyszczących i matowych punkcików, a 
pośrodku dostrzegłem wyraźny krzyż celownika. Nieco w prawo ku górze od przecięcia się linii 
zobaczyłem zielonkawy krążek, a obok niego jasno świecącą gwiazdkę. Była to Ziemia z Księżycem...

- Mamy przed sobą dolną półkulę sfery niebieskiej - wyjaśniał Jermakow. - Te błyski na obwodzie 

przepaści to odbicie wybuchów termojądrowych w ogniskowej zwierciadła.

background image

Od razu uspokoiłem się: nieprzyjemnie robiło się na myśl, gdyby tak zechciano mnie wysadzić 

ze statku i wysłać na Ziemię.

Obraz ten nie sprawił na mnie jakiegoś potężnego wrażenia. Prawie to samo można oglądać w 

aszchabadzkim planetarium. Podzieliłem się swoim spostrzeżeniem z Jermakowem. Przytaknął.

-   Oczywiście,   mieliście   przed   sobą   tylko   elektronowe   odbicie   rzeczywistości.   Korzystamy  z 

niego, aby sprawdzać dokładność naszego kursu. Jasny krzyż wskazuje punkt przecięcia się naszej 
osi z niebieską sferą.

Zaciekawiło mnie, jaka odległość dzieli nas od Ziemi.
- Około trzydziestu milionów kilometrów... chcecie zerknąć w przód, zobaczyć, co jest przed 

nami?

Jermakow   manipulował   przez   sekundę   jakimiś   przełącznikami   i   na   ekranie   zobaczyłem 

jaskrawy żółty dysk. Przecięcie celownika leżało na samym jego środeczku. Wokół migały gwiazdy.

- To słońce - objaśniał Jermakow - spójrzcie w prawo od niego... widzicie? To Wenus! W chwili, 

kiedy „Hius” wejdzie na jej orbitę, ona także znajdzie się na celowniku...

Jermakow wyłączył aparat. Zaproponował, żebym usiadł, i zerknął jakby ukradkiem na tablice 

rozdzielcze, na dziesiątki wskaźników i wskaźniczków, barwnych światełek i wskazówek. Zaczęła się 
rozmowa. Postaram się odtworzyć ją jak najdokładniej.

Jermakow jak zwykle wyglądał na całkiem spokojnego, lecz podkrążone oczy i mars na czole 

wskazywały na to, że stało się coś niezwykłego.

- Powiedzcie mi, towarzyszu Bykow, jak zapatrujecie się na wasze stanowisko w ekspedycji?
Mówiąc   to,   Jermakow   wpatrywał   się   we   mnie   przenikliwym   wzrokiem.   Odpowiedziałem 

natychmiast:

- Nie wiem, o co wam chodzi.
- Chodzi o sprawy subordynacji... podporządkowania się...
Teraz zastanowiłem się dłużej, ale odparłem, że w swojej pracy przywykłem do wykonywania 

poleceń bezpośrednich przełożonych.

- To znaczy...
- W tym wypadku wy jesteście moim dowódcą na statku i kierownikiem wyprawy.
Jermakow milczał przez chwilę i rzucił pytanie:
- A jeśli wytworzy się sytuacja, że otrzymacie dwa sprzeczne rozkazy?
- Wykonać należy ostatni... późniejszy.
Starałem się mówić spokojnie, lecz muszę przyznać, dostawałem gęsiej skórki, gdyż rozmowa 

budziła najdziwaczniejsze przypuszczenia. Zacząłem już nawet przemyśliwać nad planem działania, 
jeśli nagle Jermakow okaże się piratem, który zechce podnieść czarną banderę i uprawiać w kosmosie 
korsarstwo. Tymczasem padały dalsze pytania:

-   Wobec   tego,   jeśli   mój   rozkaz   będzie   sprzeczny   z   rozkazami   przewodniczącego   Komitetu 

Państwowego, wykonacie tylko mój?

- Oczywiście... - w tym momencie jak jakiś głupek oblizałem wargi i dodałem: - Nie jesteśmy w 

wojsku, lecz wykonam każdy rozkaz, jeśli nie będzie godził w interesy naszego państwa... i partii. 
Jestem komunistą.

Jermakow roześmiał się. - Tylko proszę, nie wyobrażajcie sobie, że jestem spiskowcem. Nie 

posądzajcie mnie także, że nie dowierzam waszemu poczuciu dyscypliny. Chcę po prostu wiedzieć, 
jakie zajmiecie stanowisko, gdy warunki, w jakich możemy się znaleźć, zmuszą nas do odstąpienia od 
linii wytyczonej przez komitet. Bardzo się cieszę, że należycie do ludzi, którzy wiedzą, co to znaczy 
dyscyplina i ... że wyjaśniliście swoje na tę sprawę poglądy.

Ja, daję słowo, także byłem rad z takiego obrotu sprawy.
- A jednak chciałbym wiedzieć... - zacząłem pytanie.
- Wyjaśnię, a raczej naprowadzę was na ślad, a dalej już sami zrozumiecie, o co chodzi. W 

obecnej sytuacji, tam, na Ziemi, najważniejszą sprawą jest szczęśliwy powrót „Hiusa”. Ważniejszą niż 
cokolwiek innego. Od tego zależy bardzo wiele... zbyt wiele, abyśmy mogli ryzykowna podczas 

background image

obserwacji i badań Golkondy, nawet gdyby chodziło tylko o wykonanie zadań przewidzianych przez 
komitet.

Jermakow dał mi do zrozumienia, że mogę odejść. Nie ma co, jest nad czym pomyśleć. Aleksieju, 

miej się na baczności! Nie bardzo rozumiem, o co mu chodziło. Jermakow... no i Krajuchin to ludzie, 
którzy nie lękają się byle czego. Tacy, aby rozpocząć odwrót, muszą zmobilizować całe swe męstwo... 
o co mu chodziło?

Bykow postawił kropkę i starannie wsunął zeszyt do podniszczonej raportówki. Poszedł do 

salonu. Zastał tam Jurkowskiego, Daugego i Spicyna. Grigorij zwiedzał na mapie całą Wenus, a Jur-
kowski i Spicyn wiedli gorącą dyskusję, której Bykow początkowo nie mógł zrozumieć. Wydawało 
mu się, że rozmowa toczy się o sprawach, o których nie ma zielonego pojęcia, gdyż dyskutanci 
używali   wzorów   matematycznych   z   arsenału   rachunku   różniczkowego   i   co   chwila   ciskali   w 
przeciwnika cytatami z klasyków, co, trzeba przyznać, nie dodawało jasności ich rozmowie. Niektóre 
uwagi były bardzo ciekawe i niezwykłe. Nie minęła minuta, jak Bykow siedział obok nich w fotelu 
przysuniętym do biblioteki i połykał chciwie każde słowo, całkiem zapominając o swoich niedaw-
nych troskach.

- Przy takim podejściu, kochaniutki, zwalisz się w błoto, w bagno niutoństwa- wołał Jurkowski. - 

Przecież   twoje   twierdzenia   sprowadzają   się   do   uznawania   absolutu   przestrzeni.   Gdzieś   ty   to 
wszystko studiował?

- Zasada Lorentza...
- A fakty, setki faktów... I ty ośmielasz się je odrzucać! I do tego kiedy? Prawie sto lat po 

narodzeniu się teorii względności...

- Nie mam zamiaru bronić rozumowania Lorentza - mówił Bogdan - nie mam nawet zamiaru 

twierdzić, że jesteś jedynym kontynuatorem i obrońcą myśli staruszka Einsteina. Chciałem powie-
dzieć, że...

- Słuchamy, słuchamy...
- ...że w naszym zawodzie i przy obecnym stanie techniki jeszcze daleko nam do zetknięcia się w 

praktyce ze skutkami teorii względności.

- Aha, więc o to chodzi!
- A o to!
- Powiadasz, że daleko nam...
- Tak, daleeeko! Przestrzeń dla astronautów jest jednorodną pustką.
- Jeśli nie brać pod uwagę meteorytów - nie odwracając głowy, dorzucił Dauge.
- Pustka! Latam od dziesięciu lat i ani razu nie musiałem robić żadnych poprawek na teorię 

względności.

Przez chwilę dyskutujący milczeli, patrząc na siebie rozgorączkowanymi oczyma jak koguty 

przed walką.

- A powiedz mi, kochaniutki - podstępnie zaczął znów Jurkowski - czy słyszałeś o ekspedycji na 

Wejanę?

- Dokąd?
- Na Wejanę... Nie słyszałeś? Pierwszy raz dociera do ciebie ta nazwa? Żal mi cię, Bogdanku!
- Właściwie, co to jest? - spytał Dauge.
- Wejana- maleńka planetka, której orbita znajduje się wewnątrz orbity Merkurego. Jej średnia 

odległość od Słońca wynosi około dziesięciu milionów kilometrów. Trzy lata temu odkryli ją chińscy 
towarzysze i nazwali Wejan - czyli „Strażnik Słońca”, czy coś w tym rodzaju. Ponieważ planetka 
krąży blisko Słońca, masa jej szybko wyparowuje i trzeba się liczyć z tym, że za sto lat może już 
zniknąć. Czyżbyś naprawdę nic o niej nie słyszał? - ponownie zwrócił się Jurkowski do Bogdana.

Ten tylko pokręcił głową.
- Słuchaj więc... powtórzę ci, co w zeszłym roku opowiedział mi Fiedia, który wziął udział w 

wyprawie do tego mikrusa. „W tak niewielkiej odległości od Słońca nie można było lekceważyć żad-
nych nieznanych figlów, jakie może nam spłatać jego potężne pole grawitacyjne”. Owe „figle” o mało 
nie kosztowały ekspedycję życia.

background image

- Opowiadaj, jak już zacząłeś!
- Liu Szi-erowi nie udało się podejść do samej planetki, ale dość dokładnie określił jej orbitę. A tu 

proszę, pierwsza niespodzianka. Nasi astronauci znaleźli planetkę zupełnie w innym miejscu, niż 
podał Liu Szi-er.

- Liu popełnił jakiś błąd - mruknął Bogdan.
- Załóżmy, że tak. Aby nie upiec się żywcem, rakieta pokryta była lustrzaną powierzchnią. 

Początkowo wszystko szło gładko. Odnaleziono planetę i ukryto się w jej cieniu. Wejan był maleńki i 
miał kształt gruszkowaty, taki kawał krystalicznego żelaza kilkukilometrowej średnicy, który obraca 
się bardzo szybko i nie może ostygnąć. Nasi, ukryci w cieniu, chcieli przeprowadzić obserwacje. Ale 
to nie takie proste... - Jurkowski zrobił efektowną pauzę i triumfująco spojrzał na Spicyna. - Im 
bardziej  przybliżała się planetka do Słońca, tym dziwniejsze działy się rzeczy. Słońce zmieniało 
barwę, stawało się ciemniejsze, to znów zupełnie czerwone, rozmiary jego pozornie zwiększały się 
szybciej,   niż   należało,   szybciej   niż   wedle   zasad   perspektywy.   W   końcu...   -   znów   triumfujące 
spojrzenie na Spicyna - zaczęło nagle grzać i świecić z dwóch stron jednocześnie! Cień zniknął. Fiodor 
opowiadał, że wszystkich przejął strach. Planetolot prawie dotykał rozpalonej powierzchni Wejana, a 
cienia ani śladu. Słońce, wielkie, gorejące, otaczało rakietę ze wszystkich stron. Tam, gdzie nie... miało 
prawa być w tej samej chwili, co pierwsza rozpalona gwiazda, świecił potężny, przesłaniający całe 
niebo purpurowy dysk.

- Miraż - z przekonaniem powiedział Bogdan.
- Miraż w próżni! Miraż, który zionie żarem i bombarduje strumieniami protonów! Dobrze, 

przyjmijmy   i   to   założenie.  Ale   czym   wytłumaczyć,   że   urządzenia   żyroskopowe   na   planetolocie 
przestały działać? Czy to także miraż? A choćby fakt, że wszystkie chronometry, nie wyłączając 
zwykłych   zegarków,   opóźniły   się,   co   stwierdzono   po   powrocie,   wszystkie   jak   jeden   o   równo 
dwadzieścia trzy minuty, czy to także zaliczasz do złudzeń optycznych?

Bogdan milczał.
- Czym można to wszystko wytłumaczyć? - nie wytrzymując, rzucił pytanie Bykow.
- Tylko tym, że pole grawitacyjne w takiej bliskości od Słońca zniekształciło i zmieniło wszelkie 

absoluty   czasu   i   przestrzeni.   Na   pociechę   pozostaje   tylko   jedno   -   Jurkowski   teatralnym   gestem 
wyciągnął rękę do Spicyna - że wszystkie te zjawiska nie dają się wyjaśnić nawet za pomocą teorii 
względności. Fakt pozostaje faktem: przestrzeń to nie zwykła pustka, o jakiej przed pół godziną tak 
lekkomyślnie gadałeś. Świadczą o tym siwe włosy Fiedii, któremu udało się odprowadzić planetolot 
od Wejana dopiero po piątej czy szóstej próbie.

Jurkowski przerwał i pogwizdując, spacerował po saloniku. By-kow zastanawiał się, co znaczyły 

słowa: „Pole grawitacyjne zniekształciło i zmieniło wszelkie absoluty czasu i przestrzeni”. Nie zdążył 
jednak zadać tego pytania, kiedy Dauge, ironicznie spoglądając na Jurkowskiego, przerwał dyskusję:

- Dość gadaniny! Nakrywajcie do stołu i wołajcie Anatola. Czas na kolację.
Po   kolacji   od   stołu   odszedł   tylko   Krutikow,   który   miał   wachtę.   Jermakow,   chociaż   trochę 

zaspany, ale jak zawsze gładko uczesany i ubrany jak na przegląd, siedział z filiżanką w ręku, 
rozkoszując się kawą. Bogdan i Jurkowski swoim zwyczajem rozweseleni wspominali jakieś kawały z 
okresu studenckiego. Dauge w skupieniu, z niezwykle poważną miną, mieszał jakiś koktajl z co naj-
mniej   dziesięciu   różnych   soków   owocowych.   Łagodne   światło   wypełniało   salonik.   Wszystko 
wydawało się trwałe, przytulne i spokojne. Bykow po raz setny pomyślał, że nic nie kojarzy się z 
metalowym pudłem pędzącym z fantastyczną szybkością, połykającym miliony kilometrów czarnej 
przestrzeni.

- O czym tak dumasz, Aleksieju? - cichutko spytał Dauge. Bykow uśmiechnął się.
- Tak zwyczajnie... myśli się! Siedzimy sobie, gawędzimy... Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie 

lot.

- Jak w ogóle mogłeś to sobie wyobrażać - zdziwił się Grigorij. - Na podstawie książek? Czy 

może według opisów w gazetach?

- Chociażby...
Jurkowski górnolotnym tonem stwierdził:

background image

-   Bohaterscy   astronauci   odważnie   pokonywali   wszystkie   przeciwieństwa   na   trasie   ich 

niebezpiecznego lotu. Dzielnie kroczyli na spotkanie niebezpieczeństwom.

- Tak... coś w tym rodzaju. A ponadto spodziewałem się przeżyć wszelkie wrażenia związane z 

nieważkością i inne nie znane mi dotychczas...

- Bój się Boga, chłopie!
-   Wiedziałem   dobrze,   że   na   statku   poruszającym   się   ze   stałym   przyśpieszeniem   stanu 

nieważkości nie odczuję, ale mimo to rozczarowałem się.

Bogdan i Grigorij roześmiali się.
- Wierzcie mi, Aleksieju - poważnie zaczął Jurkowski - że bez nieważkości żyje się znacznie 

lepiej. Mieliście szczęście. Jakieś sześć lat temu lecieliśmy na Księżyc. Wybrał się z nami, weźcie to 
pod uwagę, również pewien specjalista. Tylko nie od pustyń, lecz selenograf. Przez wiele lat pisał o 
Księżycu, badał go, dyskutował na jego temat, ale na naszym satelicie nigdy nie stanął własną nogą. 
Po prostu bał się lotu... tak już bywa w tym życiu.

- Chodzi ci o Głuzkina? - spytał Dauge.
-   No   pewnie,   że   o   Głuzkina   -   z   uśmieszkiem   odpowiedział   Jurkowski.   -   Wystartowaliśmy. 

Lecimy. Wyłączyliśmy reaktor i pasażerowie mogli opuścić komory amortyzacyjne. Wszyscy aż drżeli 
z ciekawości. Co to będzie - uczucie nieważkości, inne nieznane wrażenia... sami rozumiecie. Głuzkin 
też cieszy się co niemiara, chociaż trochę przybladł. Po dwóch godzinach zbliża się do mnie i pyta: 
„Gdzie toaleta, towarzyszu?”. A ja, no tak się złożyło, zapomniałem, że to nowicjusz, i powiadam: 
„Prosto korytarzem i pierwsze drzwi na prawo...”. Nic więcej nie powiedziałem, a on, moi najmilsi, 
maszeruje.

Na twarzach Daugego i Bogdana, a nawet Jermakowa pojawiły się uśmieszki. Bykow słuchał 

poważnie.

- Zamknął się tam jak należy - opowiadał dalej Jurkowski -i siedzi. Mija pięć minut, dziesięć, 

kwadrans... nie wychodzi z toalety! Nagle zjawia się, cały mokry... od stóp do głowy. Klnie, a dokoła 
niego latają wodne baloniki... Chowamy się, gdzie kto może. Włączyliśmy wentylatory na pełny gaz, 
ale korytarz oczyściliśmy z wielkim trudem. Klął nasz księżycowy specjalista, aż uszy puchły! Do 
dziś rumienię się, kiedy to wspomnę. A trzeba wam wiedzieć, że były wśród nas kobiety. Nieważkość 
potrafi płatać figle, towarzyszu Bykow - uroczyście zakończył Jurkowski.

- W ogóle nieważkość nie należy do wrażeń najmilszych -potwierdził Dauge, gdy tylko umilkł 

głośny śmiech. - Zanim nauczysz się, jak należy zachowywać się w takich warunkach, wycierpisz 
wiele...

- Pamiętam, jak jeden towarzysz... - zaczął Bogdan, ale umilkł. Przerwał mu Jermakow:
- Chwileczkę...
Wszyscy nadstawili uszu. Gdzieś z góry dolatywał ledwie słyszalny cieniutki pisk. Narastał i 

cichł falami, zupełnie, jakby komar latał po namiocie. Bykow widział, jak bladość pokrywała za-
rumienioną   twarz   Jermakowa,   jak   Dauge   zrobił   się   w   jednej   chwili   prawie   siny,   jak   Spicyn 
wytrzeszczył oczy, a Jurkowski zacisnął zęby, aż widać było każdy mięsień na jego twarzy. Wszystkie 
oczy były zwrócone ku górze. Bykow obejrzał się. Pod sufitem, w załamaniu skórzanego obicia 
saloniku, błyskał równomiernie czerwony punkcik. Ktoś zaklął ochrypłym głosem i zerwał się z 
miejsca. Przewróciła się szklanka i po białej serwecie rozpełzła się powoli czerwona plama. W tejże 
chwili rozległo się ogłuszające dzwonienie. Sufit, twarze, ręce, biały obrus - wszystko jakby zostało 
nasycone przerażającym malinowym światłem.

- Promieniowanie! - ryknął Bykowowi nad uchem czyjś zupełnie obcy głos.
Inżynier jak urzeczony nie mógł oderwać wzroku od błyskającej lampki ostrzegawczej. Dzwonek 

alarmowy brzęczał jak oszalały. Gwałtownie otwarły się drzwi i wpadł Krutikow.

- Promieniowanie - krzyknął od progu.
Stężałą twarz pokrywał pot. Jermakow, ledwie poruszając pobladłymi wargami, odpowiedział 

spokojnie:

- Widzimy i słyszymy.
- Dlaczego? Skąd? - mruczał Bogdan. Jurkowski jakby w odpowiedzi wzruszył ramionami.

background image

- Niepotrzebne pytanie!
- Wcale nie zbyteczne! - pośpiesznie, jak po ciężkim wysiłku, mówił Dauge. - Może jeszcze 

zdołamy się osłonić...

- Speckombinezony?
- A chociażby!
- Bzdura - z przekonaniem w głosie huknął Bogdan - przecież promieniowanie przebiło pancerz 

ochronny i warstwę izolującą.

Dzwonek alarmowy nie przestawał brzęczeć natarczywie.
- Przed tym nie zdołasz się osłonić - wyszeptał Krutikow. Dauge uśmiechnął się gorzko. - 

Musimy czekać - mruknął

cichutko.
Krutikow z jakąś czupurną powagą podniósł przewróconą szklankę i usiadł między Bykowem i 

Jermakowem.

- Nie mniej niż sto rentgenów - rzucił Jurkowski.
- Chyba więcej - poprawił go Spicyn.
- Sto pięćdziesiąt! Kto da więcej? - Dauge wziął ze stołu łyżeczkę i zaczął wyginać ją drżącymi 

palcami. - Daję wam słowo, że czuję, jak przewiercają mnie protony!

-   Ciekawe,   jak   długo   to   potrwa?   -   kurcząc   się,   warknął   Jurkowski   i   spojrzał   na   lampkę 

indykatora.

- Jeśli dłużej niż pięć minut, zagrasz marsza pogrzebowego...
- Minęły dwie minuty - oznajmił Jermakow cicho.
Krutikow poprawił kołnierz kombinezonu i zaciągnął zamek błyskawiczny. Sięgnął ręką po 

fajkę, którą zawsze miał w kieszeni.

Dzwonek alarmowy nie przestawał dźwięczeć natarczywie.
- Siedząc pod ulewą promieni śmierci, słuchali cudownej muzyki - deklamował Jurkowski. - 

Słuchajcie,   czy   nie   można   wyłączyć   tego   przeklętego   dzwonka?   Nie   jestem   przyzwyczajony   do 
umierania w takich warunkach.

Dauge wreszcie pokonał łyżeczkę, złamał ją i rzucił na stół. Wszyscy wlepili wzrok w połamane 

kawałki metalu.

-   Pierwsza   ofiara   ataku   kosmosu   -   wzniośle   oznajmił   Jurkowski.   -   Grigorgij,   bądź   moim 

przyjacielem i wpakuj łapy do kieszeni!

Bykow zachmurzył się, przymrużył oczy. - Jeśli nie minie za pięć minut - koniec! A najgorsze, że 

nic nie można przeciwdziałać. Nic a nic!

Dzwonienie nagle ustało. Zgasła czerwona lampka indykatora. Cisza. Siedzieli bez ruchu, zbyt 

oszołomieni, aby się cieszyć. Pierwszy odezwał się Jermakow, zwracając się do Jurkowskiego.

- A jednak jesteście fircyk, Włodzimierzu. Pozer...
Dauge roześmiał się nerwowo. Krutikow dostał ataku czkawki i wyciągnął rękę do syfonu z 

wodą sodową.

- Przepraszam, towarzyszu Jermakow! Biję się w piersi, ale niezbyt mocno - klepał Jurkowski. - 

W   młodzieńczych   latach   występowałem   w   teatrze   amatorskim.   -   Przeciągnął   się,   aż   stawy   mu 
zatrzeszczały. - Miejmy nadzieję, że obejdzie się bez groźnych konsekwencji. Na bieżącym rachunku 
mam ostatnio całą okrągłą sumkę tych rentgenów.

Bykow nieprzytomnie kręcił głową.
- Czyżby tylko dwie minuty?
- Tak więc, drodzy towarzysze, możemy uważać incydent za skończony - zduszonym głosem 

powiedział Jermakow. - Teraz natychmiast bierzemy się do sprawdzania wewnętrznej warstwy izo-
lacyjnej!

- A po co? Przecież takie wypadki zdarzają się raz na dziesięć lat! - basem zawołał Krutikow. - 

Jaka mogła być przyczyna tego wszystkiego?

- Nawet jeż to zrozumie! Promieniowanie kosmiczne! - odpowiedział za wszystkich Jurkowski.
- Jeśli tak, to wspaniale. A ja, grzesznik nieczysty, miałem wrażenie, że nawalił pancerz reaktora.

background image

Bogdan spojrzał na zegarek.
- Muszę ruszać na wachtę. Czas podawać sygnały na Ziemię. Zawiadomimy ich?
- Nie! - krótko odparł Jermakow. - Nie ma powodu niepotrzebnie denerwować ludzi. Nadać jak 

zwykle. „Wszystko w porządku”. Aha, teraz proszę wszystkich do gabinetu lekarskiego na zastrzyki i 
dezaktywizację. Dauge pierwszy. Potem, jak powiedziałem, ruszamy na sprawdzanie izolacji.

- Na razie można pozwolić sobie na filiżankę kawy - wesoło stwierdził Krutikow. - E, całkiem 

ostygła! Aliosza, przyjacielu, włącz czajnik!

- A jednak bohaterscy astronauci muszą pokonywać niebezpieczeństwa - głośno powiedział 

Bykow, zerkając na Jurkowskiego.

Ten wybuchnął śmiechem.
- Nie niebezpieczeństwa, drogi Aleksieju, lecz tylko strach przed śmiercią. Niebezpieczeństwa i 

trudności leżą przed nami, za to mogę ręczyć, jak przepowiedział Krajuchin.

Sos

Po kilku godzinach zagadka kosmicznego ataku została wyjaśniona. W odpowiedzi na ostrożnie 

zadane pytanie Jermakowa otrzymano komunikat Krymskiego Obserwatorium Aktynograficz-nego, 
z którego wynikało, że dokładnie w tej samej chwili, gdy załoga „Hiusa” czekała na wyrok, na Słońcu 
miał miejsce potężny wybuch jądrowy - zjawisko dość częste i dobrze już zbadane. Zwarty strumień 
jąder   atomów   wodoru   -   protonów   -   z   olbrzymią   szybkością   pomknął   w   przestrzeń   i   trafił   na 
planetolot przecinający jego drogę.

Zaledwie   cząstka   protonów   przedostała   się   przez   tytanowy   pancerz   „Hiusa”,   wzmocniony 

warstwą „absolutnego zwierciadła”, lecz właśnie te cząstki wielkiego promienia wywołały w jego 
warstwie   niezliczone   źródła   gwałtownego   promieniowania   gamma,   które   w   praktyce   nie   znają 
żadnych   przeszkód.   Promienie   gamma   wprowadziły   w   ruch   urządzenia   alarmowe   i   niewiele 
brakowało, a zniszczyłyby załogę planetolotu na samym początku podróży.

Było to wydarzenie bardziej groźne niż spotkanie z meteorytem. Gdyby atak promieni potrwał 

chociaż kwadrans, nikt z załogi „Hiusa” nie pozostałby wśród żywych. Nawet znacznie krótsze na-
świetlanie promieniami o takiej sile mogło wywołać w organizmach poważne zakłócenia: astronauta, 
który już był porażony promieniowaniem, na pewno by zachorował. Na szczęście Jermakow miał na 
pokładzie najnowsze preparaty, dostarczone do komitetu przez jeden z instytutów biofizycznych. 
Preparaty te, wprowadzone do organizmu, całkowicie lub prawie calkowicie likwidowały skutki 
porażenia radiacją.

-   Słyszałem   już   o   takich   wypadkach   -   powiedział   Bogdan,   gdy   Jermakow   skończył   czytać 

komunikat. - Zdaje się, że jakieś piętnaście lat temu w ten sposób zginął niemiecki kosmozbiorniko-
wiec. Jeśli wybuchy na Słońcu nie należą do rzadkości, to czemu tak mało jest wypadków zderzenia 
się z wiązkami wysyłanych przez nie promieni?

- Rzecz prosta, mieliśmy szczęście - westchnął Dauge.
- To całkiem jasne - z miejsca wyjaśnił Jurkowski. - Powiedziałbym, że należy się dziwić, że w 

ogóle   trafiliśmy   na   nie.   Strumień   protonów   pędzi   w   przestrzeni   bardzo   cienkim   strumieniem, 
używając ziemskich wyrażeń, i prawdopodobieństwo natrafienia na taką niebezpieczną wiązkę jest 
minimalne.

- Rzecz prosta, mieliśmy szczęście - westchnął Dauge. - Głupie uczucie, gdy czujesz, że cię 

zabijają, a ty nie możesz nic przeciwdziałać. Najgorsze to, że nie znoszę, zupełnie nie znoszę za-
strzyków, a od tych boli mnie do tego krzyż.

- Czy speckombinezony naprawdę nic by nie pomogły? - spytał Bykow.
- Jakie tam speckombinezony! - Dauge machnął ręką. - Od tych promieni nie ochronią cię żadne 

fatałaszki. Energia rzędu miliardów elektronowoltów!

- Na szczęście mamy to już za sobą.
- Na razie jeszcze nie wszyscy - pocieszył go Jermakow.
- A dlaczego?
- W kabinie sterowania jeszcze migają indykatory.
Jurkowski błyskawicznie zwrócił się do dowódcy.

background image

- Migają?
Jermakow przytaknął.
- Migają jak cholera! - potwierdził Bogdan.
- Mocno?
- Nie za bardzo, tak na jedną setną rentgena, ale mimo to migają.
- Wniosek: atak nie minął. - Dauge zamyślił się. - Przecież lecimy w pobliżu osi wiązki protonów.
- Nic podobnego! - z miną nauczyciela zaprotestował Jurkowski, zachowując się, jakby ganił 

tępego ucznia. - Słońce obraca się, a wraz z jego obrotem zmienia położenie punkt wybuchu; teraz już 
dawno promieniuje w innym kierunku. Nie, tu musi być jakaś inna przyczyna.

- Wtórne źródło radiacji - powiedział Jermakow.
-   Oczywiście!   -   ucieszył   się   Dauge.   -   Trzeba   było   się   tego   spodziewać.   Pod   działaniem 

bombardowania protonowego część atomów w masie pancerza stała się radioaktywna. To wszystko.

- Dobre mi „to wszystko”. Będziemy mieli z tym kupę kłopotów.
- Nie przypuszczam - sprzeciwił się Spicyn. - Przecież radiacja nie jest silna, nie przekracza 

dopuszczalnego natężenia.

- Dobrze, że chociaż trochę osłonił nas „Malec” - wtrącił Bykow.
- Właśnie - Jermakow skrzywił się. - „Malec” mógł także stać się radioaktywny, a to byłoby 

niezbyt przyjemne.

- Wyjdziemy na zewnątrz i sprawdzimy! - zaproponował Jurkowski.
- Dopiero wtedy, gdy odwrócimy się zwierciadłem do Słońca, czyli mniej więcej za dwadzieścia 

cztery godziny.

-   I   pomyśleć   tylko,   że   jeśliby   takie   bombardowanie   trwało   kilka   minut   dłużej,   byłoby   po 

wszystkim! „Hius” z martwą załogą!

- A za pięćdziesiąt godzin jako rozpalony obłoczek wbijamy się w żar słoneczka.
- Martwy planetolot z martwą załogą! - Bogdan, mówiąc to, patrzył na Jermakowa. - Taki los... 

bywa i tak... prawda Anatolu Borysowiczu?

- Międzyplanetarny „Latający Holender”, są już takie.
- Co się dzieje z takimi statkami? - rzucił pytanie zaciekawiony Bykow. - Co było przyczyną...
- Choroby przywiezione z innych planet lub takie jak nasze spotkania ze strumieniami protonów. 

Rozmowa urwała się.

Życie   w   planetolocie   szło   swoim   trybem.   Jermakow   miał   baczenie   na   urządzenia   silnika 

fotonowego i opracowywał z Kruti-kowem jakiś nowy problem kosmogacji; geologowie po raz setny 
przeglądali  plan   prac   badawczych   na  Golkondzie;   Bykow   czytał  książki astronomiczne;   Bogdan 
Spicyn cały wolny czas spędzał przy aparatach radiowych.

Pewnego dnia Bogdan zawołał wszystkich do kabiny sterowniczej.
- Słuchajcie - mówił radośnie. - Mówi Mars. Piaszczysta Zatoka. Specjalna audycja dla nas.
- „... i to wkrótce - mówiła kobieta wysokim, wesołym głosem. - W dolinie osłoniętej przed 

mroźnymi burzami wykryliśmy otoczone odgałęzieniami Centralnego Łańcucha płytkie jeziorka i 
rozległe łąki, tworzące razem obrazek jakby wzięty z dziecinnej bajki, żebyście tylko mogli zobaczyć, 
jaki to piękny widok! Wspinacie się na szczyt wzgórza i spoglądacie w dół: fioletowa powierzchnia 
jeziora, nieruchoma jak lustro, cudowny dywan wysokich traw pomarańczowego koloru i wielkich 
zielonych   kwiatów,   a   nad   tym   rozpięty   ciemnofiołkowy   namiot   nieba.   Chciałoby   się   zerwać 
skafandry...”.

Bykow zauważył, jak na twarzach przyjaciół zachwyt i radość zmagają się z niedowierzaniem. 

Jak wreszcie zaczynają jaśnieć ciepłymi uśmiechami, a w oczach zapalają się błyski.

- To Mars! - szepnął Dauge. - Pomyślcie tylko, chłopcy, to ten pozornie martwy Mars!
- „Nazwaliśmy tę dolinę »Doliną Hiusa«. Nie możemy podać wam wody z jej jezior ani kwiatów 

z łąk, nie jesteśmy nawet w stanie pokazać jej wam, lecz chcemy, aby na waszą cześć nosiła imię 
waszego statku! Jeszcze, chwileczka... Musimy kończyć i życzymy wam, Anatolu Jermakow, i tobie, 
Włodku Jurkowski, tobie, Michale Krutikow, tobie, Bogdanie Spicyn, i wam, Grigoriju Dau-ge i 
Aleksieju Bykow, serdecznie życzymy zwycięstwa!”.

background image

Minęło pięćdziesiąt godzin lotu i Jermakow zapowiedział, że pora przygotować się do zwrotu. 

„Hius” miał się obrócić zwierciadłem w kierunku Słońca i zacząć hamowanie. Statek osiągnął już 
szybkość tysiąca dwustu kilometrów na sekundę. Przez następne czterdzieści godzin „Hius” miał 
lecieć z przyśpieszeniem ujemnym względem Słońca, aby w punkcie spotkania z Wenus wytracić 
całkowicie swój pęd.

Dauge wyjaśnił dokładnie cały manewr Aleksiejowi podczas porządkowania i zamykania szaf 

bibliotecznych,   kredensu,   bufetu,   umocowywania   wszystkich   przedmiotów,   jakie   mogłyby   przy 
gwałtownych zmianach, mówiąc ostrożnie, zmienić swoje położenie. Szykowano się do ważnego 
momentu. Załoga zapięła pasy bezpieczeństwa dopiero na rozkaz z kabiny sterowniczej. Bykow spo-
dziewał się przeżyć, jakich dostarczyła mu próbna jazda „Malcem”. Tym razem jednak wszystko 
przeszło znacznie spokojniej. Dzięki niezwykłemu artyzmowi, z jakim sterował Spicyn, „Hius” wyko-
nał   zwrot  szybko,  a   zarazem   płynnie.   Ledwie   zdołano  zauważyć   króciutką  chwilę   nieważkości. 
Członkowie załogi przebywający w saloniku odnieśli wrażenie, że podłoga uciekła na chwilę w bok, 
zatrzymała się w pozycji pionowej i ponownie wróciła na swoje miejsce.

„Hius” pędził w stronę Słońca zwrócony ku niemu zwierciadłem. Fotoreaktor pracował jak 

przedtem, zmniejszając nabytą szybkość w tempie dziesięciu metrów na sekundę do kwadratu. Po 
obiedzie Bykow przypomniał dowódcy, aby sprawdzić, czy „Malec” nie stał się radioaktywny.

- A przy okazji - mówił inżynier - warto zobaczyć, czy podczas zwrotu nie zostały uszkodzone 

jakieś elementy przytrzymujące zasobnik z „Malcem” na kadłubie „Hiusa”.

- Tak zwyczajnie zobaczyć? - Jermakow przymrużył oczy. -Nie wydaje mi się to takie proste.
- Przecież w poprzednich rejsach nieraz wychodziliśmy na zewnątrz - wtrącił Jurkowski.
- Bardzo możliwe, ale proszę pamiętać, że było to w poprzednich rejsach. Teraz lecimy ze stałym 

przyśpieszeniem.

- No tak... - Jurkowski zamilkł.
- Zdajecie chyba sobie sprawę z tego, co by się stało po opuszczeniu statku! - dorzucił Jermakow.
- „Hius” leci dalej, a ty wpadasz w tryskające spod niego płomienie, w samo ognisko atomowej 

reakcji - wyjaśnił krótko Dauge.

Bykow zdecydowanie ruszył do ataku.
- Towarzyszu Jermakow, „Malec” został oddany pod moją opiekę. Proszę zatem o pozwolenie 

sprawdzenia, w jakim jest stanie!

- Artykuł osiemnasty Instrukcji dla pilotów międzyplanetarnych powiada: „Podczas lotów nie wolno 

wypuszczać na zewnątrz pasażerów...” - szybko zacytował Jurkowski.

- Ma rację! - poparł go Dauge. - Słuszna uwaga.
- Ale ja nie jestem pasażerem! - ostrym tonem stwierdził Bykow.
- Chwileczkę. - Jermakow mówił poważnym głosem. - Towarzyszu Bykow, naprawdę nie mam 

prawa wypuścić was z kabiny na pancerz statku. Zresztą, gdybym nawet miał prawo, nie uczyniłbym 
tego. W razie wypadku nikt z nas nie potrafi zastąpić was na „Malcu”...

-   Zbyt  wielkie   ryzyko  stracić   takiego   kucharza.  -   Nie   mógł   powstrzymać   się   od  docinków 

Jurkowski.

Bykow   obrzucił   „bażanta”   lodowatym   spojrzeniem,   nie   odciął   się,   lecz   tylko   podszedł   do 

Jermakowa.

- Wyłączymy fotoreaktor i nie będzie już żadnego ryzyka -mówił Jermakow (Jurkowski zrobił 

kwaśną minę). - A jeśli chodzi o odpowiedzialność, za wszystko odpowiadam osobiście, za ludzi i 
sprzęt. Nie w tym jednak rzecz. Spicyn ma w tej chwili wachtę. Krutikow szykuje się do odpoczynku, 
zresztą jego też nie należy wysyłać do takiej pracy, zbyt ociężały...

- Hm... - czerwieniąc się, chrząknął Krutikow.
- Pozostaję ja? - uśmiechając się, znowu zawołał „bażant”.
- Włodzimierz przeszedł specjalne kursy, a poza tym nabrał wprawy podczas poprzednich lotów 

- kończąc rozmowę, stwierdził Jermakow. - Sprawdzać pójdzie albo on, albo...

- Paragraf szesnasty - głośno wykrzyknął Dauge - paragraf szesnasty mówi, że „dowódca statku 

nie może opuszczać go podczas lotu”.

background image

- Prawdę mówi! - roześmiał się Jurkowski i wyszedł. Bykow zasępił się, niezadowolony. Dauge 

klepnął go po ramieniu.

- Nie przejmuj się, Aleksieju! Do tej roboty potrzeba nie tylko odwagi, ale i wprawy.
- Nie przesadzajmy.
- Dobrze, już dobrze. A czy masz, bracie, pojęcie o skafandrze próżniowym?
- O czym?
- O skafandrze próżniowym! Takim garniturku do pracy w kosmicznej próżni.
- A nasz speckombinezon nie wystarcza?
- Oj, bracie, bracie! Zrobiłby  się  z ciebie  balonik.  Ani byś ręką, ani nogą nie mógł  ruszyć. 

Widziałeś taki rozdęty kombinezon w gabinecie Krajuchina?

Bykow westchnął.
- Taki los... Miałem wielką ochotę popatrzeć na tę waszą kosmiczną przestrzeń.
- Zgadzam się z Daugem, nie przejmujcie się. Na tę przestrzeń napatrzycie się jeszcze do syta - 

spoglądając serdecznie na inżyniera, powiedział Jermakow.

Powrócił Jurkowski, niosąc dwa ciężkie szarawe pakunki.
- A może nie będziemy wyłączać fotoreaktora? - rzucił nie wiadomo do kogo pytanie i zaczął 

rozpakowywać swój bagaż. Wyciągnął z niego przezroczysty cylinder, podwójne butle i jeszcze jakieś 
aparaty.

- Bezwzględnie musimy wyłączyć. Aha, Aleksieju, macie okazję popróbować, jak wygląda świat 

bez pola grawitacyjnego. Radzę nie wychodzić z saloniku i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Jak 
tylko wyłączy się fotoreaktor, przestanie działać przyśpieszenie i „Hius” będzie leciał z niezmienną 
szybkością. A jeśli nie ma przyśpieszenia, nie ma też wrażenia ciężkości.

Humor Bykowa wyraźnie się poprawiał. Zatarł ręce.
- Bardzom ciekaw, bardzom ciekaw. Nawet wstydziłbym się przyznać, że brałem udział w takim 

locie, a nie przeżyłem ani chwili nieważkości.

- Gotowe...- meldował Jurkowski.
Stał w drzwiach zakuty w dziwaczny pancerz z metalowych elastycznych obręczy, podobny do 

olbrzymiego  skorupiaka z  ludzką głową.  Pod  pachą  trzymał  przezroczysty hełm.  Bykow  nieraz 
oglądał tego rodzaju skafandry na filmach i zdjęciach, lecz nie mógł się powstrzymać i obszedł wokół 
geologa, oglądając go z wielką ciekawością.

- Chodźmy!- powiedział Jermakow.
Bykow usiadł w fotelu i odprowadził wzrokiem towarzyszy.
Na korytarzu ucichły kroki. Dźwięcznie zamknęły się drzwi. Dauge zapytał głośno Jermakowa, 

gdzie znajduje się uchwyt linki asekuracyjnej. Zapadła cisza.

- Uwaga! - rozległ się w głośniku głos Spicyna.
W tej samej chwili Bykow poczuł, że zaczyna się lekko unosić w powietrzu. Kurczowo wpił 

palce w poręcze fotela. Usłyszał cichy świst i po saloniku przeleciał zimny powiew. Bykow głośno 
westchnął. Odniósł wrażenie, że nie stało się nic nadzwyczajnego. Puścił poręcze fotela i ostrożnie 
wstał.

Gdy po kwadransie Jermakow, Dauge i pokryty białym szronem Jurkowski wrócili do saloniku, 

trzymając się mocno poręczy okalających wszystkie pomieszczenia, zobaczyli Bykowa wiszącego 
głową w dół, zdenerwowanego, spoconego i czerwonego ze wstydu. Inżynier próbował nadaremnie 
dosięgnąć ręką fotela.

Na ten widok Jurkowski ryknął z zachwytu, wypuścił poręcz i sam -wyleciał w powietrze, 

stuknął głową o sufit i z powrotem wpadł do korytarzyka. Dauge i Krutikow, dusząc się ze śmiechu, 
dopełzli do ponuro uśmiechającego się inżyniera i ściągnęli go na podłogę.

- No, jak znajdujesz świat bez siły przyciągania? - jąkając się ze śmiechu, pytał Dauge. - Miałeś 

przeżycie?

- A miałem! - Bykow nie zdradzał ochoty do wesołości.
- Uwaga! - szczeknął głośnik.

background image

Po włączeniu reaktora wszystko powróciło do normy. Jurkowski opowiedział o wynikach swego 

wypadu. Zasobnik z „Malcem” promieniuje, lecz bardzo słabo. Uchwyty nie naruszone, w każdym 
razie nie można było tego zauważyć, a przecież zewnętrzne uchwyty były najważniejsze.

- Sierp Wenus widać gołym okiem. Wokół Słońca widnieje korona jak aureola z diamentów! 

Dlaczego nie jestem poetą?! -Jurkowski wstał i zaczął deklamować wiersz Czarna przepaść.

- Gorąca przepaść - całkiem poważnie zawołał Bogdan Spi-cyn, który wpadł do saloniku, aby 

łyknąć kawy. Jurkowski popatrzył na niego, jakby go wcale nie zauważał, i zaczął od początku:

Otchłań czarna skrzydła rozpostarła. Gwiazdy krople iskrzących się łez...
- E... e... jak tam idzie dalej?
- Zżarła - zaproponował Bogdan.
- Milcz, przeklęty.
- To niech będzie: starła.
- Poczekaj... już mam...
Otchłanie mroczne, nieprzeniknione. Gwiazdy - krople iskrzących się łez... Tam gdzie bezkres lodowej  

pustyni...

- Tam parowóz teraz dymi! - lirycznym tonem dokończył Bogdan.
O pechowej przygodzie Aleksieja w krainie nieważkości nikt nie wspomniał ani słowem. W 

planetolocie znów zapanowały spokój, cisza i prawie całkiem ziemskie życie.

Bykow i Dauge grali w szachy. W pewnej chwili przerwał im Krutikow.
- Słyszeliście ostatnie nowiny?
Bykow spojrzał na kosmogatora pytająco, a Dauge spytał zdawkowo:
- No, co się wydarzyło?
- Łączność się zerwała.
- Z kim?
- Ze wszystkimi. Nie możemy nawiązać kontaktu ani z Ziemią, ani z „Ciołkowskim”.
- Dlaczego?
Krutikow wzruszył ramionami, wyciągnął rękę po wafel.
- Jak dawno nie mamy łączności?
- Przeszło od godziny. - Kosmogator chrupał wafel. - Jerma-kow i Spicyn sprawdzili wszyściutko 

i próbowali na setki sposobów, na każdej fali. Pusto i cicho jak w dzikim stepie. A co najważniejsze, że 
zwykle trafia się na czyjąś rozmowę. W tej chwili jednak wokół nas panuje cisza jak na morskim dnie. 
Ani jednego dźwięku, ani jednego nawet trzasku w słuchawkach.

- Może nawaliły aparaty? - pytał Dauge.
- Wszystkie trzy zespoły jednocześnie? Wątpliwe!
- A anteny?
Kosmogator znów potrząsnął ramionami. Dauge mruczał coś pod nosem i przy okazji zwalił 

figury na szachownicy.

- Gdzie Włodek?
- Na pewno u siebie w kabinie.
- Może tylko nie działają nadajniki, a oni nas słyszą.
- Wszystko możliwe. Ale tak, między nami, głupie uczucie. Ni z tego, ni z owego przestały 

działać wszystkie aparaty radiowe. Jeszcze nigdy coś takiego się nie przydarzyło. Lachow wprawdzie 
ostrzegał nas, ale sam rozumiesz, w jednej chwili zrobiło się jakoś nieprzyjemnie, nieprzytulnie...

Bykow   popatrzył   na   Michała   ze   współczuciem.   Na   pulchnej   twarzy   kosmogatora   błyskały 

maleńkie smutne oczy.

- Rozumiem to... dobrze rozumiem.
Niewątpliwie zrobiło się dziwnie. Bykowa opanowało smutne przeczucie, jakby przed jakimś 

poważnym nieszczęściem. Być może tylko dlatego, że każda najmniejsza niedokładność urastała w 
jego oczach do poważnego problemu. Krutikow najwyraźniej podzielał ten niepokój, a jego przecież 
nie można było posądzać o brak doświadczenia, jaki zdradzał nowicjusz.

background image

- Tylko nie zwieszać nosów na kwintę - z nienaturalną wesołością wołał Dauge. - Na razie nic 

poważnego się nie stało. Prawda, co nie? Z jakichś nieznanych powodów przerwała się łączność. Ale 
silniki pracują jak należy, prowiantu mamy dość, „Hius” leci po wytyczonym kursie.

Krutikow   westchnął.   Bykow   rozumiał   go   bardzo   dobrze.   Dla   nich,   dzieci   Ziemi,   łączność 

radiowa była jedyną uchwytną nicią łączącą z rodzimą planetą. Zerwanie się tej niteczki, nawet na 
chwilę, działało przygnębiająco. Bykow każdą komórką swego ciała odczuwał straszliwą samotność 
„Hiusa”. Dziesiątki, setki milionów kilometrów milczącej przestrzeni jak ołów zwaliły się na jego 
ramiona, odcięły od pozostałych światów, od emanującej matczynym ciepłem Ziemi. Dziesiątki, setki 
milionów kilometrów lodowatej próżni... Te nie dające się pojąć zmysłami kosmiczne pustkowia 
wcale nie są „niczym”, żyją swoim własnym niezrozumiałym życiem, kierowanym przez nieznane 
prawa, skomplikowane, podstępne...

Bykow spojrzał na Daugego, który spokojnie przestawiał figury na szachownicy. Zawstydził się 

swych myśli. Wystarczyło, że przestraszył się raz, podczas startu. Przecież najgorsze, co może go 
spotkać... A dlaczego koniecznie coś musi się stać?

- Nowe igraszki naszego ukochanego kosmosu - wchodząc, obwieścił Jurkowski. - Jak wam się to 

podoba?

- Wcale się nie podoba! - odburknął Dauge. - Przestań wreszcie pajacować! Znudziło się nam... 

Na Ziemi Krajuchin oszaleje...

- O staruszka możesz się nie bać! Mocniejszą ma głowę niż my obydwaj. Wydaje mi się, że 

łączność została przerwana dlatego, że rejon przestrzeni, przez który w tej chwili lecimy, nie prze-
puszcza fal radiowych. Dlaczego tak jest, wyjaśnić nie potrafię... W każdym razie nie ma co zwalać 
winy na stacje radiowe, a tym bardziej na anteny.

- Fantasta! - westchnął Michał Krutikow. - Gdzieś widział, żeby próżnia nie przepuszczała fal 

radiowych?

- Do dzisiaj - nigdzie! Ale Lachow mówił o tym. A ja jestem tego świadkiem w obecnej, o właśnie 

w   tej   chwili,   chociaż   należę   do   ogólnie   znanych   sceptyków.   Ciebie   nawet   faktami   nie   da   się 
przekonać.

- Jesteś świadkiem?
- Jestem!
- Tylko figę widzisz, Włodeczku!
- Powiadasz, że figę widzę? - z przesadną uprzejmością spytał Jurkowski.
- Ano, tak!
Jurkowski zrobił w tył zwrot i skierował się do drzwi. Przed progiem zatrzymał się.
- Polecam wszystkim tu obecnym, aby poszli do drzwi kabiny sterowniczej. Może uda się wam 

usłyszeć kilka ciekawych zdań.

Krutikow skrzywił się z niesmakiem i sięgnął po następny wafel, szepcząc: „Fantasta, fantasta”.
Dauge milczał, a Bykow w duszy przyznawał rację Jurkowskiemu. Obydwaj wstali i podeszli do 

otwartych drzwi kabiny sterowniczej, gdzie na stopniu siedział już Jurkowski.

Z kabiny dolatywał monotonny głos Spicyna.
- Ziemia. Ziemia... Wu szesnaście, dlaczego się nie odzywacie? Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
Cisza.   Dauge  i   Bykow   spojrzeli  na   siebie   pytająco.  Jurkowski  w   zamyśleniu   gładził   brodę. 

Pstryknęły niepoważnie jakieś przełączniki. Bogdan przerwał milczenie.

- Nic nie słychać, towarzyszu Jermakow. Cicho jak w rodzinnym grobie.
- Spróbujcie na długich falach.
- Tak jest.
Po chwili Bogdan zaczynał od początku.
- No dobrze, przyjmijmy, że coś jest nie w porządku z antenami. Jednak taką radiostację, jaką ma 

Siódmy Poligon, można przyjmować nawet bez anteny. Ale co u licha mogło stać się z antenami? Nic 
nie rozumiem! Ani jednego dźwięku, nawet najlżejszego szmeru... Lachow miał rację. To winna nasza 
szybkość...

background image

- Ziemia! Ziemia? Wu szesnaście, dlaczego nie odpowiadacie? Mówi „Hius”... Raz, dwa, trzy, 

cztery, pięć.

- Jurkowski ma rację. Pewnie wpadliśmy w jakąś dziurę leżącą w czwartym wymiarze - oznajmił 

swoją konkluzję Jermakow.

Jurkowski chrząknął dźwięcznie. Jermakow podszedł do drzwi.
- Jesteście wszyscy?
- Siedzimy i czekamy.
- Jakie jest wasze zdanie? Co to znaczy?
- Ja swoje już powiedziałem - oświadczył Jurkowski.
- Może macie rację, ale te deformacje próżni zalatują matematyczną mistyką.
-   Jak   uważacie   -   spokojnie   odpowiedział   Jurkowski.   -   Ja   nie   uważam   tego   za   mistykę. 

Przypuszczam, że najbardziej realne są nasze osobiste doświadczenia i odczucia zmysłowe.

Jermakow zastanawiał się.
- Gdzie Michał?
- Został w saloniku. Wcina wafle.
- Warto by...
Radosny okrzyk Bogdana nie pozwolił Jermakowowi skończyć zdania.
- Odezwali się! Odpowiadają!
Wszyscy zerwali się na równe nogi. Suchy, skrzypiący nieco głos mówił:
-   Tu   wu   szesnaście.   Wu   szesnaście,   „Hius”.   „Hius”,   proszę   odpowiadać.   „Hius”,   proszę 

odpowiadać.   Wu   szesnaście.   Raz,   dwa,   trzy,   cztery...   cztery,   trzy,   dwa,   jeden,   „Hius”,   proszę 
odpowiadać.

- To Zajczenko - szepnął Jurkowski. Bogdan zaczął pośpiesznie swoją litanię.
-   Wu   szesnaście,   słyszę   was   dobrze.   Wu   szesnaście,   słyszę   was   dobrze.   Tu   mówi   „Hius”. 

Dlaczego tak długo nie odpowiadaliście?

- Mówi wu szesnaście, mówi wu szesnaście - wyraźnie, nie zwracając uwagi na słowa Bogdana, 

mówił   dalej   Zajczenko.   -”Hius”,   dlaczego   nie   odpowiadacie?   Czemu   milczycie?   „Hius”,   proszę 
odpowiadać. Mówi wu szesnaście...

- My ich słyszymy, ale oni nas nie słyszą - mówił Dauge. -Jedna godzina nie lepsza od drugiej, 

czy na odwrót...

- Mówi „Hius”, słyszę was dobrze - monotonnym głosem powtarzał Bogdan. - Mówi „Hius”, 

słyszę was dobrze. Wu szesnaście, mówi „Hius”...

Tak minęła następna godzina. Siódmy Poligon takim samym monotonnym głosem, jakby już 

pozbawiony nadziei, wzywał „Hiusa”, a Bogdan odpowiadał nie mniej monotonnie. Siódmy Poligon 
nie słyszał go. Kosmos pozwalał „Hiusowi” słyszeć Ziemię, lecz nie przepuszczał jego fal radiowych 
do bazy. Jermakow bez przerwy spacerował po kabinie. Jurkowski zamknął oczy i nie ruszał się. 
Dauge wybijał werbel knykciami po kolanie. Bykow wzdychał i gładził się po udach. Do kabiny, ssąc 
pustą fajkę, wszedł Krutikow.

- Mówi wu szesnaście, „Hius”, proszę odpowiadać... - W eterze coś zaszumiało i rozległy się 

trzaski. Nowy, nieznajomy głos wtrącił się do rozmowy. Ktoś zdławionym głosem, jakby dusząc się, 
wołał.

Hilfe! Hilfe! Save our souls! Na pomoc! Na pomoc! Take our bearings!
Jurkowski wstał natychmiast. Zamarł bez ruchu Jermakow. Dauge ścisnął Aleksieja za rękę.
Hilfe! Hilfe! - wołał nieznajomy głos. - In three hours we are done... Ballonen... na pomoc! Umiera... 

- wołanie zagłuszyły straszliwe trzaski i piski.

- Co to? - jakby nie wierząc własnym uszom, pytał Bykow.
- Ktoś ginie, woła pomocy... - ledwie poruszając wargami, wyszeptał Dauge.
...koordinaten... zwei undzwanzig... dwadzieścia dwa... Dusimy się... Zum alles...
- Spicyn do pelengatora, piorunem! - rozkazał Jermakow.
- Rozkaz!
Our bearings... take our bearings... Unserenpelengen.

background image

- Musimy natychmiast lecieć w jego kierunku! - zawołał Jurkowski.
- W jakim kierunku?
- Spicyn, złapałeś coś?
Po krótkiej przerwie Spicyn zmienionym głosem oznajmił:
- Nie można wziąć namiaru!
- Jak to nie można?
- Nie można! - drżącym tenorkiem tłumaczył Bogdan. - Przekonajcie się sami...
Nie naradzając się, jak na rozkaz, Jurkowski, Dauge i Bykow weszli do kabiny. Bykow zerknął 

przez ramię Jermakowa. Długa smukła strzałka powoli, niechętnie krążyła po tarczy, nie zatrzymując 
się. Lekko drgała i nic poza tym. Jurkowski zaklął.

Hilfe! Hilfe! Na pomoc! Tasukete kure! Nasze namiary...
Astronauci spoglądali jeden na drugiego. Bogdan z wściekłością obracał namiernikiem, włączał i 

wyłączał - jakieś kontakty. Namiaru nie udawało się uchwycić.

- Zaklęta strefa - mruczał, wycierając pot z czoła.
- Jaki to wstyd dla nas... tam giną ludzie... - szeptał Dauge. Jermakow gwałtownie zwrócił się do 

niego.

- Dlaczego weszliście do kabiny? Kto wam pozwolił? Proszę wyjść. Wszyscy trzej.
Na stopniach Jurkowski usiadł na swoim miejscu i oparł głowę na dłoniach. Bykow i Dauge 

stanęli obok.

- Na pomoc! Na pomoc! - wołał ochrypły głos. - Everybody who hears us, please help!
Bykow słuchał, wstrzymując oddech. Nie wiedział, kto wzywa pomocy, nie miał pojęcia, co się 

stało tam w dalekiej próżni, czuł tylko całym swoim jestestwem straszną rozpacz przenikającą każde 
słowo wołającego.

- Gdybyśmy wiedzieli, gdzie się znajdują! - szeptał Jurkowski.
- Niech to diabli! - z wściekłością wykrzykiwał Dauge. -Czyżby nikt prócz nas nie słyszał ich 

wołania?

- O ile wiem, w tej chwili znajduje się w przestrzeni około siedmiu statków. Ze wszystkich tylko 

dwa, chiński i angielski, mają pewną rezerwę na dodatkowe przeloty. Zresztą wszystko jedno... zanim 
obliczyliby nowy tor, minęłaby godzina... Ciekawe jednak, dlaczego nie słyszymy ich?

- Kogo?
- Tych innych...
- Tylko „Hius” mógłby lecieć na pomoc bez obliczania toru, prosto na namiar - powiedział 

Dauge.

- Gdyby znał ten namiar.
W drzwiach pojawił się Jermakow. Oczy miał błyszczące, szklane. Był blady.
- Zejdźcie, towarzysze, do swoich kabin! - rozkazał. - Układamy się na kojach i zapinamy pasy. 

Spróbujemy   wyrwać   się   z   tego   zaczarowanego   worka.   Przyśpieszenie   przekroczy   czterokrotnie 
zwykłe normy. Proszę mieć to na uwadze. Dauge, wytłumaczcie Bykowowi, jak należy się zachować 
podczas przeciążenia.

- Tak jest!
Jurkowski pierwszy ruszył w dół. Z kabiny doleciały nowe głosy. Czyjś dźwięczny, pewny siebie 

głos pytał:

-  Who   speaks?   Do   you   hear   me?   I   take   your   bearing.  Wzywający   pomocy   odpowiedział 

zdenerwowanym głosem:

I hear you all right!
- Do you speak Chinese?
- No...
- Do you speak Russian?
- Da, da... 
znam rosyjski... jesteście Rosjaninem?
- Nie. Mówi dowódca gwiazdolotu ChRL „Jan-tsy” Liu Szi-er. Słyszymy was od dawna, ale 

dopiero przed chwilą udało się nam naprawić nadajnik i wziąć wasz namiar, z kim rozmawiam?

background image

- Profesor uniwersytetu w Cambridge... Robert Lloyd ze statku „Star”... straszliwa awaria...
Dalej rozmowa potoczyła się po angielsku.
- Lecimy po waszym namiarze - oznajmił Liu.
- Dziękuję... Gdzie jesteście?
- Przed pół godziną wystartowaliśmy z międzynarodowej bazy na Fobosie.
Słowom Liu zawtórował krzyk pełen rozpaczy.
- Nie zdążycie! Nie, w żadnym wypadku nie zdążycie! Jesteśmy skazani...
-   Postaramy   się   zdążyć.   Do   startu   szykują   się   kosmiczne   zbiornikowce.   Zabierzemy   was   z 

uszkodzonego statku.

- Nie zdążycie. - Anglik mówił już zupełnie spokojnie. - Nie zdążycie, bo tlenu zostało nam tylko 

na dwie godziny.

- Podajcie waszą pozycję. Podajcie współrzędne.
- Współrzędne heliocentryczne...
Profesor wymienił jakieś niezrozumiałe dla Bykowa cyfry. Słychać było, jak Jermakow i Bogdan 

przerzucają jakieś kartki i włączając maszynę elektronową, obliczają pozycję. Przez chwilę panowała 
cisza.

- Awaria w strefie asteroid. Jedna trzecia astronomicznej jednostki od Marsa - podał wyniki 

obliczeń.

- Pięćdziesiąt milionów kilometrów - ponurym głosem dorzucił Jurkowski. - Nawet „Hius”, 

gdyby znajdował się w pobliżu Marsa, nie zdążyłby. - Wstał i wyprężył się w postawie na baczność.

- Rozumiem, o co chodzi - mówił Liu. - Czy nie macie żadnej możliwości wytrwać jeszcze 

chociaż dziesięć godzin? Zastanówcie się... pomyślcie!

-   W   żadnym   wypadku.   Uszkodzone   są   glicerynowe   anesteza-tory...   Powietrze   ucieka... 

Widocznie w poszyciu statku powstały mikroskopijne otworki...

Po chwili profesor dodał:
- Zostało nas dwóch. Jeden leży bez przytomności.
- Nie traćcie ducha, profesorze!
- Jestem zupełnie spokojny - profesor roześmiał się. - Teraz już jestem zupełnie spokojny! Panie 

Liu...

- Słucham pana, profesorze!
- Jest pan ostatnim człowiekiem, z jakim rozmawiam.
- Profesorze, w tej chwili słyszą pana na pewno setki ludzi...
- To wszystko jedno... Pan jest ostatnim, z kim rozmawiam. Za ileś tam godzin odnajdziecie nasz 

statek i nasze ciała. Proszę i zaklinam was, abyście przekazali wszystkie materiały zebrane podczas 
tego rejsu Międzynarodowemu Kongresowi Kosmogatorów. Czy pan obiecuje mi to?

- Obiecuję, profesorze Lloyd!
- Wszystkich, którzy nas słuchają, biorę na świadków. Materiały wkładam do teczki... teczki ze 

skóry krokodyla... o tak. Kładę ją na stole w kabinie sterowniczej. Słyszycie mnie?

- Słyszę pana doskonale, panie profesorze!
- Doskonale, z góry panu dziękuję, mister Liu. Mam jeszcze jedną prośbę. Kiedy wrócicie na 

Ziemię... wrócicie na Ziemię... -przez chwilę słychać było tylko spazmatyczny oddech profesora. 
-Przepraszam, mister Liu... Kiedy wróci pan na Ziemię, na pewno odwiedzi pana moja żona, pani 
Lloyd, i syn. Proszę przekazać im moje ostatnie pozdrowienia i powiedzieć, że pozostawałem na 
posterunku do końca. Czy mnie pan słyszy?

- Słyszę, panie profesorze!
- To byłoby wszystko... A więc żegnajcie... Żegnajcie wszyscy, którzy mnie słuchają! Wszystkim 

życzę szczęścia i powodzenia.

- Żegnaj profesorze! Schylam przed panem czoło.
- Nie potrzeba takich słów, mister Liu! Pelengator będzie pracował bez przerwy.
- Tak jest.
- Luki będą otwarte.

background image

Po chwili milczenia Liu odpowiedział krótko:
- Tak jest, panie profesorze.
- Tym razem to już na pewno wszystko. Good bye! Zapadło milczenie.
-   Czy   nie   moglibyśmy   zdążyć...   w   żaden   sposób?   -   spytał   By-kow,   ledwie   poruszając 

zdrętwiałymi wargami.

Nikt nie odpowiedział. Wszyscy bez słowa zeszli do saloniku, usiedli w fotelach, starając się nie 

patrzeć na siebie. Po chwili dołączyli się do nich Jermakow i Krutikow. Bykow z trudem uświadamiał 
sobie, co się dzieje wokół niego. Myśli jego uczepiły się obrazu usłużnie narysowanego wyobraźnią: 
siwy mężczyzna, dusząc się, nie mogąc złapać tchu, czołga się po korytarzu i po kolei otwiera 
masywne stalowe drzwi. Przed lukiem wejściowym zastanawia się przez chwilę, spogląda wstecz 
nieprzytomnym   wzrokiem.   Na   końcu   korytarza   widać   stół,   na   którym   leży   teczka   ze   skóry 
krokodyla. Mężczyzna pociera czoło ręką, ostatni raz głęboko wciąga rozrzedzone powietrze.

- Aleksieju!
Bykow drgnął i podniósł wzrok. Pochylony nad nim stał Jer-makow.
- Idźcie do swojej kabiny i postarajcie się zasnąć.
- Idź. Aleksieju, idź już. Twarz ci zapadła... - dorzucił Dauge. Bykow bez słowa wstał i wyszedł z 

saloniku. Przechodząc koło

schodów wiodących do kabiny sterowniczej, usłyszał, jak Bogdan monotonnie powtarza:
- Wu szesnaście, wu szesnaście... mówi „Hius”. Wu szesnaście, wu szesnaście... mówi „Hius”.
W saloniku Jermakow mówił półgłosem:
- Znałem profesora Lloyda. Niedawno z nim rozmawiałem. Dobry astronauta. Nieprzeciętny 

uczony...

- Cześć jego pamięci! Trzymał się dzielnie... - wyszeptał Jurkowski.
Nagle Dauge zerwał się na równe nogi.
- Niech to diabli porwą! Odnoszę wrażenie, że zamarliśmy wjednym miejscu, że wpadliśmy w 

jakąś przepaść, że zostaliśmy zasypani...

- Tylko bez paniki... - zmęczonym głosem, uśmiechając się, strofował go Jermakow.
Nikt   nie   kwapił   się   do   obiadu.   Po   chwili   pierwszy   wstał   Jer-makow,   aby   pójść   do   siebie. 

Krutikow położył dłoń na ramieniu Jurkowskiego i powiedział zażenowany:

- Wygląda na to, że miałeś rację, Włodku.
- Nieważne! - odparł Jurkowski. - Stanąłem wobec jeszcze jednej zagadki.
Wzrok towarzyszy spoczął na nim, jakby domagając się natychmiastowej odpowiedzi.
- Liu powiedział, że przed chwilą naprawił nadajnik.
- No tak.
- A przecież słyszeliśmy go doskonale przez cały czas. Krutikow roztargnionym spojrzeniem 

popatrzył na Jermakowa.

- Co w tym dziwnego?
- Tylko to, że „Hius” w stosunku do Liu znajdował się na całkiem innym namiarze niż statek 

Lloyda. Wąska smuga promieni wysyłanych w jednym kierunku nie mogła dotrzeć do nas.

Dauge chwycił się za głowę.
- Mam dość zagadek! To staje się nie do zniesienia! Lecz Jermakow i Krutikow natychmiast 

zabrali Jurkowskiego do kabiny sterowniczej,

Wenus z lotu ptaka

Po dwudziestu  czterech  godzinach  łączność  została nawiązana równie niespodziewanie, jak 

nastąpiło jej przerwanie. Widocznie „Hius” minął „zaklęte miejsca”, dziwny obszar przestrzeni majcy 
nie zbadany jeszcze wpływ na fale radiowe. W salonie dyskutowano wiele na ten temat i oczywiście 
wysunięto kilka hipotez, wśród których znalazły się także całkowicie bzdurne. (Dauge skłonny był 
przypuszczać, że wszyscy członkowie załogi stali się ofiarami zbiorowej psychozy). Jurkowski zaczął 
opracowywać hipotezę jakichś odbić w czwartym wymiarze. Przy pomocy najlepszego matematyka 
na pokładzie, Krutikowa, próbował wprowadzić „fizycznie prawidłowe pojęcie punktu przestrzeni”, 
przez który fale radiowe mogą przechodzić tylko w jedną stronę. Jeśli chodzi o Bykowa, to czuł żal do 

background image

przyjaciół, że tak spokojnie podeszli do śmierci Lloyda. Rozmowy o teoriach i nowych wzorach 
matematycznych, jakie rozpoczęły się już w dwie godziny po tragedii, której byli świadkami, uważał 
prawie   za   bluźnierstwo.   Katastrofa   angielskiego   planetolotu   „Star”   zrobiła   na   nim   wstrząsające 
wrażenie. Oszołomiony, przybity, wałęsał się po statku.

Do   Wenus   pozostawało   jeszcze   piętnaście   milionów   kilometrów.   Lot   miał   się   ku   końcowi. 

Zbliżała się najtrudniejsza dla załogi chwila, lądowanie na groźnej planecie. Udało się to zaledwie 
kilku astronautom.

Na „Hiusie” wszyscy pracowali wytrwale i spokojnie. Próby zrozumienia zagadki „zaklętych 

miejsc” były wyrazem całkiem naturalnej troski o tych, co kiedyś mieli lecieć ich śladem.

Bykow, aby wyrazić dla nich swój podziw i szacunek, przygotował wspaniały pilaw, tak że 

Krutikow dwa razy biegał po repetę, za co dostało mu się od Jermakowa.

Gdy tylko łączność z Ziemią została na nowo nawiązana, Jer-makow w krótkich słowach opisał 

ostatnie wydarzenia i przekazał treść rozmowy Lloyda z Liu.

- Zdenerwowaliśmy się porządnie - jąkając się z wrażenia, mówił Zajczenko. - Wiera odchodziła 

od zmysłów. A o „Starze”...

Już   wszystko   wiemy.   Cały   świat   słyszał   tę   rozmowę.   Liu   dotarł   do   statku   i   zabrał   ciała 

astronautów i dokumenty.

- Co się tam stało?
-   Dokładnie   nie   wiadomo.   Istnieją   przypuszczenia,   że   nastąpił   wybuch   w   reaktorze.   Część 

statku, w której były silniki, rozniesiona w strzępy. Liu pokazywał nam fotografie... przez telewizję.

- Ile osób zginęło?
- Liu znalazł dwa ciała, ale Anglicy mówią, że na statku było ośmiu astronautów.
- Cześć ich pamięci!
- Cześć ich pamięci!
- Towarzyszu Jermakow, a jakie jest wasze zdanie, jeśli chodzi o przerwę w łączności radiowej?
- Na razie nie mam w tej sprawie wyrobionej opinii.
- Faktów oczywiście mamy niewiele. Całkiem możliwe, że pewną rolę odgrywa tu szybkość, z 

jaką leci „Hius”. Lachow zdaje się mówił o tym.

- Całkiem możliwe...
- A może wpadliście w obłok metalowego pyłu?
- Tym niczego nie da się wytłumaczyć, pozostawimy ten problem do rozwiązania specjalistom. 

Co u Krajuchina?

- Już ma się lepiej. Wyrywał się lekarzom, żeby tu przyjść, ale mu nie pozwolili. U nas tu bez 

przerwy leją deszcze.

- Pozdrówcie staruszka jak najserdeczniej w imieniu całej załogi i ode mnie osobiście.
- Polecenie przyjęto! - wesoło odpowiedział Zajczenko. - Zagadałem się z wami, a tu dla was od 

dwóch dni leży jakaś wiadomość.

- Czytajcie, czego zwlekacie?
-   Zaraz,   zaraz...   „Anatolu,   wszystko,   co   mówiłem   w   ostatniej   naszej   rozmowie,   puść   w 

niepamięć. Najwyraźniej starzeję się i robię się coraz bardziej miękki. K”.

- Co?
- Ka. Jedna litera. Wystarczy zamiast podpisu. - Zrozumiano: „Wszystko, co mówiłem, puść w 

niepamięć”.

- Tak jest: „...puść w niepamięć”.
Jermakow spojrzał zezem na Spicyna, który siedział przy tablicy rozdzielczej odwrócony do 

niego plecami. - Zrozumiałem. Istniała pewna różnica zdań. Czy to wszystko, co mieliście dla nas?

- Wszyściutko, towarzyszu Jermakow. Czy rozkład audycji pozostaje ten sam?
- Tak, taki sam. Do usłyszenia!
Podczas obiadu Spicyn poruszył nowy temat.
- Już czas brać namiary u Machowa - mówił.
- Czy nie za wcześnie? - zdziwił się Jermakow. - Mamy jeszcze dziesięć godzin.

background image

- Jeśli pozwolicie, wolałbym zacząć namierzać się wcześniej. Lecimy w nowych warunkach, 

warto mieć więcej danych.

- „Hius” zbliża się do Wenus - Dauge wyjaśniał Bykowowi sens rozmowy. - Trzeba teraz obliczyć 

tor dolotu do „Ciołkowskiego”, musimy zbliżyć się do niego.

-   Dotychczas   przypuszczałem,   że   będziemy   tylko   utrzymywali   z   nimi...   no,   z   tymi   na 

„Ciołkowskim”, łączność radiową i wylądujemy na Wenus, omijając jej sputnik.

- A jednak musimy porozumieć się z Machowem i ułożyć współdziałanie.
- Ciekaw jestem, jak długo tam zabawimy!
- Nie mam pojęcia. Anatolu Borysowiczu, jak długo będziemy stać przy „Ciołkowskim”?
- Pięć, sześć godzin, nie więcej. Przekażemy pocztę, książki, owoce, naradzimy się i dalej w 

drogę.

-   Jasne.   Przy   okazji.   Aleksieju,   poznasz   znacznie   lepiej   wszystkie   wrażenia   związane   z 

nieważkością. Napatrzymy się...

Bykow przypomniał sobie niefortunny incydent i nie podnosił wzroku.
Podejście „Hiusa” do „Ciołkowskiego” zajęło około trzech godzin i nie należało do łatwych. 

Pilotom dużo kłopotów sprawiał fakt, że płaszczyzna orbity „Ciołkowskiego”, po której sputnik krą-
żył   wokół   Wenus   w   odległości   około   kilku   tysięcy   kilometrów,   była   prawie   prostopadła   do 
płaszczyzny   orbitalnego   obrotu   planety.   Krutikow   i   Spicyn   nie   mogli   narzekać   na   brak   roboty. 
Problem jednak rozwiązali i planetolot po stożkowej spirali zbliżał się do punktu, w którym w 
oznaczonej chwili miał także znaleźć się „Ciołkowski”. „Pasażerowie” spędzili ten czas w salonie 
przywiązani pasami do foteli i co chwila czuli, że ważą tyle, co wielkie balony wypełnione wodorem, 
to znów ciała ich stawały się ciężkie jak ołów. Bykow odnosił wrażenie, że kołysze się na jakiejś 
gigantycznej  huśtawce.  Kurczowo chwytał poręcze, bojąc  się ulecieć do sufitu,  to otwierał usta, 
usiłująć złapać nieco powietrza, gdyż czuł, że żebra wgniata mu w płuca niesamowity ciężar. Zmiany 
natężenia przyśpieszeń skończyły się i w pewnej chwili zamiast zwykłego przy kołysaniu się na 
huśtawce wzlotu czuł, że zapadają się w straszliwą przepaść.

Wreszcie z głośnika odezwał się Spicyn:
- Wszystko w porządku, możecie odpinać pasy. „Ciołkowski” znajduje się sto kilometrów od 

nas, a Wenus już tylko trzy tysiące kilometrów.

-   Poczekaj.   Aleksieju,   nie   odpinaj   się   -   ostrzegł   Bykowa   Dau-ge,   sam   zdejmując   pas 

bezpieczeństwa.

Razem z Jurkowskim przeciągnął przez salonik nylonowe linki, aby można było poruszać się 

swobodnie i mieć za co uchwycić w razie potrzeby. Robiąc to, sami chwytali się wszystkiego, co 
wpadło im w ręce, nie tylko poręczy przewidzianych do tego celu, lecz także przymocowanych do 
podłogi mebli. Linki nylonowe przeciągnięto również i w kabinach. Gdy wszystkie te przygotowania 
zostały zakończone, Dauge zwrócił się do Bykowa:

- Teraz możesz uwolnić się z uwięzi...
Bykow wstał bardzo ostrożnie, lecz mimo to uniósł się nagle w powietrze, zdążył uchwycić 

poręcz   fotela.   Zaczerwienił   się,   ujął   ręką   linkę,   machnął   niezgrabnie   nogami   i   znów   stanął   na 
podłodze.

- Zupełne wariactwo... - burczał niezadowolony.
-   Wiesz   co,  Aleksieju,   warto   by   potrudzić   się   i   przygotować   jakiś   wspaniały   obiadek   dla 

chłopaków z „Ciołkowskiego” - wchodząc do saloniku, mówił Krutikow.

- Zaraz się wezmę... - z wielkim wysiłkiem odpowiedział Bykow.
- Nawet nie próbuj, Alku! - zatrzymał go Krutikow. - Na razie musisz złożyć grzecznie rączki i 

niczego nie dotykać.

- Dlaczego?
- A potrafiłbyś ugotować coś w tych warunkach? Woda przecież nie leci z kranu, tylko lata po 

kabinach w formie banieczek. Kotlety skaczą po patelni jak wściekłe żaby i niedosmażone latają w 
powietrzu...

background image

Wynurzenia kulinarne kosmogatora przerwał dość silny wstrząs. Po zewnętrznej stronie kadłuba 

coś zgrzytnęło, a salonik zakołysał się.

- Co się tam wyrabia? - mruknął Dauge.
Bykow spojrzał na Krutikowa. Na czole kosmogatora błyszczały krople potu.
- Michał! - rozległo się wołanie Spicyna. - Witaj gości. Diabły weneckie!
Dauge odetchnął głęboko, a Michał sięgnął do kieszeni po chusteczkę.
- Rzeczywiście, diabły - zaklął stłumionym głosem, z trudem chwytając oddech. - W taki sposób 

można unieszczęśliwić człowieka na całe życie...

Wsadził chusteczkę do kieszeni i chwytając za linki, wywlókł się dosłownie za drzwi. Dauge 

mruczał niezadowolony:

- Prawie za każdym razem dzieje się tak samo i zawsze serce ucieka mi w pięty, a duszę mam na 

ramieniu.

-   Przycumowała   do   nas   rakietka   z   „Ciołkowskiego”.   Taka   międzyplanetarna   taksówka. 

Niepotrzebne  popisywanie   się...   na  pewno   przyleciał   Machow   złożyć   nam   swoje  uszanowanie... 
Poczekaj, Alku, nie odlatuj! Dokąd ci śpieszno?

Bykow zrobił zbyt gwałtowny ruch i przeleciał między linkami. Trzasnął głową o sufit i znów 

wylądował na podłodze. Dauge pochwycił go za nogi. Szarpnął i ustawił w pozycji pionowej do 
podłogi.

- Spokojniej, aniołku niebiański, nie trzeba się denerwować. Czy pamiętasz wzór m dzielone na 

dwa? Tak, właśnie na dwie połówki, właśnie to cię uratowało, bo inaczej rozwaliłbyś swój łebek także 
na połówki.

Bykow wtulił się w bezpieczny i przyjazny fotel, postanawiając twardo, że nie ruszy się z niego, 

dopóki nie odlecą i przyśpieszenie znów stworzy pole grawitacyjne. W tejże chwili w korytarzu 
podniósł się jakiś tumult i radosne powitania, głośne uderzenia dłoni i, zdaje się, wielkie całowanie.

- Czołem, przyjaciele! Witajcie, ziemscy ludkowie! - huczał czyjś bas. - Witaj, Michał, co się z tobą 

dzieje? Chudniesz coraz bardziej!

- Witaj, ptaszyno! Najprzód cię uściskam, a potem nałożę grzywnę za naruszanie przepisów 

ruchu międzyplanetarnego!

-   Bogdan!   Nie   mógłbyś   na   chwilę   przestać?   Zaczyna   na   poważnie,   zamiast   się   cieszyć. 

Towarzyszu Jermakow, cieszę się, że was widzę! Poznajcie się, towarzysze, mój zastępca, inżynier 
Grigorij Sztirner. To właśnie on będzie bezpośrednio współpracował z wami.

- Słyszałem już, bardzo się cieszę...
- Bardzo mi przyjemnie. - Sztirner mówił oschle i jakimś przenikliwym głosem.
- Prosimy do salonu - zapraszał Jermakow.
- O nie, moi drodzy, nic z tego! Zabieramy pocztę i was wszystkich do nas. Czekaliśmy tak 

długo.

- Wybaczcie, towarzyszu Machow, tym razem ograniczymy się do rozmowy tu, na pokładzie 

„Hiusa”, a w drodze powrotnej złożymy wam wizytę.

Zapadło dziwne milczenie.
- Niepotrzebnie tak powiedział - szepnął Dauge, patrząc na drzwi rozszerzonymi oczyma. - 

Powtórzył dokładnie słowa Tach-masiba...

Bykow poczuł się nieswojo.
- Wiem, wiem, co macie na myśli! - znów zaczął Jermakow. -Nie należy być takim pewnym 

siebie. Musimy się śpieszyć.

Skończył i uśmiechnął się.
- Jak uważacie, towarzyszu Jermakow - niepewnie odparł Ma-chow. - Pójdziemy, gdzie sobie 

życzycie.

- Proszę więc tędy...
Goście weszli pierwsi. Wysoki niedźwiedziowaty Machow, a za nim przypominający chłopaczka 

Sztirner. Obaj byli ubrani w miękkie wytarte kombinezony z odrzuconymi na plecy hełmami. Sztir-
ner trzymał pod pachą teczkę. Gdy weszli do salonu, Machow zawołał:

background image

- Witajcie, towarzyszu Dauge! A to na pewno towarzysz By-kow. Prawda?
Postępując już zgodnie ze zdobytym doświadczeniem, Aleksiej nie wypuścił linki, ściskając ją w 

lewej ręce, i ostrożnie podawał prawą Machowowi i Sztirnerowi. Zasiedli do stołu.

- A teraz opowiadajcie, jak stoją sprawy - zwracając się do Machowa, zaczął Jermakow.
Machow odchrząknął głośno, a Sztirner otworzył teczkę. Zaczęła się rzeczowa rozmowa. Zdania 

były   zwięzłe   i   pełne   treści.   Padało   więcej   wzorów   niż   słów.   Dyskutujący   wodzili   palcami   po 
wykresach   i   tabelach   obliczeń,   które   przyniósł   zastępca   Machowa.   Tematem   rozmowy   było 
znalezienie jak najlepszego sposobu, aby „Hius” mógł wylądować dokładnie na granicy Uranowej 
Golkondy i utrzymać łączność z „Ciołkowskim”. Machow i Sztirner oraz towarzysze z dwóch innych 
sputników   Wenus   opracowali   dokładny   system   łączności   radiowej,   który   przedłożyli   dowódcy 
„Hiusa” do wykorzystania w celu doprowadzenia statku do punktu położonego około pięćdziesięciu, 
stu   kilometrów   od   granicy   Golkondy.   System   nie   został   jeszcze   wypróbowany   w   praktyce,   ale 
podczas ćwiczeń doskonale zdawał egzamin i wydawał się dość dobry, aby zapewnić powodzenie.

-   My   musimy   teraz   wykazać   się   jak   największą   dokładnością,   a   wy,   towarzysze,   uwagą   i 

umiejętnością manewrowania - mówił Sztirner. - O ile się dobrze orientuję, to „Hius” nie jest tak 
bardzo ograniczony w zdolności manewrowej jak zwykłe rakiety i w każdych warunkach może 
dokładnie lecieć po namiarach. Moim zdaniem najważniejsza rzecz to skoncentrowanie uwagi. Jeśli 
„Hius” oderwie się od promienia radiowego, istnieje możliwość, że wylądujecie tysiące kilometrów 
od żądanego miejsca.

Uradzono,   że   „Hius”   będzie   leciał   po   promieniu   naprowadzającym   i   trzymał   się   na 

skrzyżowaniu   trzech   promieni   radiowych,   dzięki   którym   wyląduje   dokładnie   w   wyznaczonym 
punkcie. Na wysokości około dziesięciu lub piętnastu kilometrów nad powierzchnią Wenus impulsy 
namierników radiowych nikną lub zostają pochłonięte całkowicie przez atmosferę albo też są odbite 
przez   nią   w   przestrzeń.   Od   tej   wysokości   planetolot   powinien   opuszczać   się   pionowo. 
Niewykluczone, że zdradziecka  atmosfera Wenus może skrzywić  promienie  radiowe,  co z kolei 
wywołałoby poważne komplikacje. Aby temu zapobiec, będą działać kontrolne radiostacje wysyłające 
promienie równoległe do podstawowych. Spicyn i Jermakow zapisywali jakieś cyfry, porównywali 
swoje obliczenia z przyniesionymi przez Sztirnera i stwierdzili, że nie mają żadnych pytań. Machow 
przeszedł do drugiego punktu rozmowy. Ponieważ wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie uda 
się nawiązać trwałej łączności radiowej między „Hiusem” znajdującym się na powierzchni Wenus a 
sputnikami, należało zastosować umowne sygnały optyczne. Zdaniem Machowa niezbędne byłyby 
tylko dwa sygnały, „prowiant i woda” oraz „części zapasowe i paliwo”. Spisy części zapasowych i 
aparatury przygotowano już zawczasu.

- Przywieźliśmy wam przenośne wyrzutnie i dwie rakietki atomowe. Jeśli, na psa urok, wydarzy 

się coś... no rozumiecie... coś pójdzie niepomyślnie i będzie wam potrzebna nasza pomoc, skierujecie 
jedną   rakietkę   prostopadle   w   górę.   Wybuch   nastąpi   na   wysokości   około   dwustu   kilometrów. 
Oczywiście nie można wysyłać jej w dowolnej chwili. Proszę, tu jest tablica, według której zorientu-
jecie się, kiedy możemy zaobserwować wybuch. Nasi obserwatorzy będą czuwali w wyznaczonych 
terminach, mając na oku rejon waszego lądowiska.

- I co z tego? - spytał Jermakow.
- I... nic. Dowiemy się, że coś nie w porządku, i będziemy starali się wam pomóc.
- W jaki sposób?
- Wystrzelimy automatyczne rakiety z niezbędnymi zapasami awaryjnymi. Rakiety te polecą 

dokładnie po waszym namiarze.

- Doskonale! - odpowiedział Jermakow. - A do czego potrzebna druga rakieta sygnalizacyjna?
- Wystrzelicie obie rakietki w wypadku, jeśli lądowanie nie udało się i planetolot jest poważnie 

uszkodzony.

Zapanowało milczenie.
- Bardzo możliwe, że wówczas nie będzie nikogo, kto mógłby wysłać sygnały - zauważył Dauge, 

krzywiąc się.

- Mój pesymizm nie sięga aż tak daleko - spokojnie, łagodnie odparł Machow.

background image

Po zakończeniu rozmów Dauge zaproponował Bykowowi:
- Chodź popatrzeć na piękną Wenus. Jermakow pozwolił zabrać ciebie na zewnątrz „Hiusa”.
Po dziesięciu minutach, ubrani w krępujące ruchy pancerze, z przezroczystymi hełmami na 

głowach stali w sześciennym kesonie przed włazem. Dauge zamknął drzwi na głucho, włączył pom-
pę   i   wpatrywał   się   w   manometr   umieszczony   na   ścianie.   Cienka   strzałka   nierównymi   skokami 
poleciała w dół. Gdy stanęła, Dauge odrzucił szeroki metalowy pas zamykający właz. Gruby płat 
metalu leciutko usunął się pod jego ręką. Bykow oczekiwał widoków, ojakich czytał setki razy w 
reportażach, opowiadaniach i powieściach: czarno-fioletowa przepaść, utkana oślepiająco jasnymi 
punktami gwiazd. Tymczasem okrągły otwór włazu zajaśniał matowym żółtoróżowawym blaskiem. 
Planetolot wisiał nad olbrzymim, łagodnie oświetlonym, mglistym kręgiem. Szarawe cienie leniwie 
pełzły po jasnym pomarańczowym polu, zbliżały się do siebie, oddalały, tworzyły koła, to znów 
rozpadały się w niewyraźne plamy. Na skrajach krąg był ciemniejszy, lecz nie można było wyraźnie 
zobaczyć   jego   brzegów,   które   w   jakiś   niepojęty   sposób,   zupełnie   niedostrzegalnie,   z 
fioletowomętnych   tonów   przechodziły   w   całkowitą   nieprzeniknioną   czerń.   Pośrodku   natomiast 
splatały się różowe, żółte i szare wstęgi, lecz nie zlewały się, a tylko widniały wyraźnie za rudawą 
mgiełką...

Więc   to   tak   wygląda   Wenus,   „najstraszliwsza   z   planet   w   Układzie   Słonecznym”?   Bykow 

natychmiast zorientował się, że owe wolno pełzające cienie to nic innego jak tylko oddalone o tysiące 
kilometrów zmiany atmosferyczne, potworne burze o fantastycznych szybkościach, tajfuny, trąby i 
zawirowania, do których nie można porównać nic ze zjawisk spotykanych na Ziemi.

Jedna dług a, szara plama wyciągnęła się, zrobiła się cieńsza, wygięła się i zwinęła się w krąg... 

Można było sobie wyobrazić gigantyczny wir i potworne masy chmur, które pędziły, skręcały się w jej 
środku  z  fantastyczną   szybkością.   „Nie  wygląda  zachęcająco”,  przypomniał   sobie   Bykow  czyjeś 
słowa. Nie mógł oderwać wzroku od tego strasznego i jednocześnie wspaniałego widoku.

Tam pod tą wrzącą stale pokrywą chmur kryje się wielki świat, kryją się góry i pustynie.... a, być 

może, oceany i morza. Gdzieś tam ukryte leżą skarby, które ma odnaleźć załoga „Hiusa”. Tam 
spoczywają   wraki   i   szczątki   zdalnie   sterowanych   rakiet,   rozbite   planetoloty,   mogiły   odważnych 
astronautów...   Bykowa   opanowało   przygnębiające   uczucie   podobne   do   zabobonnego   strachu. 
Uświadamiał sobie, z jaką wściekłością planeta odpierała ataki śmiałków, którzy chcieli ją podbić. 
Jednak rozum ludzki jest silniejszy od żywiołów, człowiek to rozum i siła, wsparte uporem. Jeśli 
nawet załoga „Hiusa” złoży głowy w tej bitwie, nie powstrzyma to tych, którzy wyruszą jej śladem.

Na jaśniejącą tarczę wpełzła z lewej strony czarna chmura -nierówna, pełna głębokich przepaści i 

wzniesień.

- Przelatujemy nad nocną część planety - zadźwięczały w hełmie słowa Daugego.
„Hius” zanurzył się w ciemny stożek cienia rzucanego przez Wenus. Zapadł mrok, tylko zarysy 

planety otaczała świecąca korona. Wkrótce jednak Bykow zauważył na czarnym tle słabe różowawe 
błyski.

- Co to może być? - spytał.
Dauge poruszył się i obserwował z napięciem. Po chwili By-kow usłyszał odpowiedź:
- Chyba wulkany. Słyszałem, że są tam rejony nieprzerwanej działalności wulkanicznej. Na razie 

nikt nie wie o tym nic pewnego. Po prostu przypuszczenie...

Przyjaciele opuścili keson, gdy znów zbliżyli się do strefy dziennej, a Wenus wyglądała jak 

Księżyc w nowiu, błyskając wąskim jasnym sierpem.

- Chciałbym zobaczyć „Ciołkowskiego” - zawołał nagle Bykow. - Gdzie się podział nasz sputnik?
-   Nie   zobaczymy   go   stąd   -   wyjaśnił   Dauge.   -   Lecimy   zwróceni   lukami   w   stronę   Wenus. 

„Ciołkowski” znajduje się nad nami. Na razie nie możesz łazić po kadłubie „Hiusa”, do tego trzeba 
mieć dużo wprawy. Zobaczysz go w drodze powrotnej.

Bykow skojarzył słowa Daugego z jego niedawną reakcją na temat zapowiedzi Jermakowa. 

Westchnął, ale nic nie powiedział.

background image

W kadłubie czekano już na nich. Jermakow zapraszał wszystkich na obiad. Był to pierwszy 

posiłek w warunkach nieważkości. Bykow wyraził cichą nadzieję, że już więcej nie będzie jadał obia-
dów w tak niemiłej sytuacji.

Astronauci ssali jedzenie przez smoczki połączone z naczyniami elastycznymi rurkami. Kawałki 

chleba i zakąski brali z talerzy nakrytych siatkami i za każdym razem zamykali je starannie. Opiekun 
„Malca” na pewno cierpiałby głód, gdyby nie zaopiekował się nim siedzący obok Krutikow.

Podczas obiadu rozmowa toczyła się o życiu na sputniku i o planach wybudowania całej armady 

„Hiusów”, o specjalnych kursach i konsultacjach dla studentów pracujących na sputnikach i studiują-
cych korespondencyjnie. Machow uskarżał się na bezmyślność zaopatrzeniowców, którzy przysłali 
na „Ciołkowskiego” serię filmów o technice jazdy na nartach. Sztirner śmiał się, że ktoś przywiózł na 
„Ciołkowskiego” myszy i teraz załoga błaga o przysłanie kota. „To będzie niecodzienne widowisko: 
polowanie kota na myszy w warunkach nieważkości...”. Mówiono o koncertach świetnego zespołu 
indonezyjskiego i wstrząsającej symfonii swierdłowszczanina Ga-dałowa Droga do gwiazd. Nie obyło 
się bez odpowiedniej porcji dowcipów 'wywołujących salwy śmiechu. Ani słowem nie wspomniano o 
zadaniach, jakie czekały załogę „Hiusa”.

W pewnej chwili Jermakow spojrzał na zegarek, a Machow natychmiast zorientował się, o co 

chodzi, i wstał.

- Już na nas czas, towarzysze!
Pożegnania trwały krótko. Astronauci uścisnęli sobie dłonie. By-kow ze zdziwieniem zauważył, 

że Machow  denerwuje się  do tego stopnia,  iż  blednie  i  w  jego  zmienionej   twarzy  zapadają  się 
policzki. Oznaki zdenerwowania występowały u Sztirnera mniej widocznie.

-   Nie   zapomnijcie   odejść   od   nas   przynajmniej   na   pięćdziesiąt   kilometrów   -   przypominał 

Jermakow - bo możemy was porządnie przypiec.

- Dziękujemy za ostrzeżenie, ale naprawdę nie martwcie się o nas - wybąkał Machow. - Żeg... 

No, to do widzenia! Trzymajcie się, przyjaciele!

Odwrócił   się   i   szybko   wyszedł   do   korytarza,   przeciągając   się   po   lince.   Sztirner   machnął 

przyjaźnie ręką i ruszył za nim. Dźwięcznie zatrzasnęła się klapa włazu. Zapadła cisza.

-   Z   tego   wszystkiego   zapomnieliśmy   opowiedzieć   im   o   kosmicznym   ataku   -   zauważył 

Jurkowski.

Jermakow spojrzał na niego roztargnionym wzrokiem.
- Nie opowiedzieliśmy... To nic ważnego, proszę szykować się... Spicyn, idziemy.
Bykow szeptem spytał Daugego:
- Michał zostaje z nami?
- Tak. W kabinie sterowniczej nie ma dla niego żadnego zajęcia... - Dauge potrząsnął głową, 

jakby odpędzał jakieś myśli. - No cóż, zajmujemy swoje miejsca.

Michał i Włodek siedzieli już w fotelach i zapinali pasy. Dauge pomógł Aleksiejowi przywiązać 

się. Zdjął linki i stanął niezdecydowany.

- Na co czekasz? - krzyknął Jurkowski.
- Pozostało nam dziesięć minut - oznajmił Jermakow przez głośnik.
Dauge pośpiesznie zajął swój fotel.
Znów   zapadło   milczenie.   Bykow   zamknął   oczy   i   pogrążył   się   we   wspomnieniach.   Widział 

ukochaną twarz dziewczyny, czuł zapach perfum, rozpościerała się nad nim ciemna azjatycka noc. To 
było bardzo dawno! Coś ścisnęło go za gardło.

- Startujemy... Zaczyna się opuszczanie! - ryknął głośnik.
Podłoga saloniku drgnęła. Oparcie fotela zaczęło uciskać plecy. Uszy rozdzierał narastający ryk 

reaktora. Machow i Sztirner rozpłaszczyli nosy o okrągłe iluminatory kosmicznej taksówki. Patrzyli, 
jak   z   „Hiusa”,   przypominającego   czarną   meduzę   rozpostartą   na   tle   wielkiego   pomarańczowego 
dysku Wenus, błysnęły płomienie. Początkowo słabiutki blask stał się nagle oślepiający jak fioletowe 
słońce. Po chwili, gdy odważyli się otworzyć oczy, „Hiu-sa” już nie było. Pozostał po nim tylko lekki 
obłoczek.

Życie pełne jest niespodzianek

background image

Nikt z załogi „Hiusa” nie robił sobie nadziei na łatwe lądowanie. Kiedyś Jermakow, wygłaszając 

sprawozdanie z lotu i przebiegu wyprawy Tachmasiba, opowiedział, jak trudno pilotować rakietę w 
wenusjańskiej atmosferze, jak potwornej siły prądy atmosferyczne rzucały nią niby piórkiem, jakiego 
nadludzkiego wysiłku trzeba było, aby utrzymać rakietę w pozycji dyszami w dół. Opisywał wichury, 
lodowe wiry nad rozpalonym do stu stopni terenem. W takich warunkach całkowicie zawodziły naj-
nowocześniejsze   urządzenia   żyroskopowe,   które   w   spokojniejszych   atmosferach   automatycznie 
utrzymywały statek międzyplanetarny na kursie i we właściwej pozycji, nie pozwalając na nadmierne 
rzucanie nim, nie dopuszczając do przewracania i koziołkowania.

Nawigacja   „Hiusa”   opierała   się   na   niezbyt   dokładnych,   mogących   lada   chwila   urwać   się 

sygnałach nadawanych ze sputników. W elektromagnetycznych polach wytwarzanych przez Wenus 
przestawały działać radiolokatory ostrzegające planetolot przed meteorytami, statek więc mógł się 
nadziać na każdy wysoko sterczący skalny szczyt nie wyłowiony przez radar. Burze i wiry powietrza 
wenusjańskiego mogły znosić „Hiusa” jeszcze bardziej niż zwykłe rakiety, bo chociaż statek łatwiej 
dawał ustawiać się dyszami w dół, to jednak nie mógł pochwalić się opływowymi kształtami.

A mimo to „Hius” miał większe szanse wylądowania w przewidzianym punkcie, gdyż zdolności 

manewrowe w płaszczyznach pionowych miał nieporównanie lepsze i mógł opuszczać się bardzo 
powoli,   dosłownie   centymetr   po   centymetrze,   a   także   w   razie   potrzeby   natychmiast   nabierać 
wysokości, aby wybrać inne lądowisko. Pod tym względem przewyższał wszystkie dotychczasowe 
rakiety reaktywne. Jermakow twierdził, że „Hius” jest panem przestrzeni międzyplanetarnych, a 
teraz musiał tego dowieść.

-   Głupstwa,   wszystko   to   głupstwa!   -   mruczał   Krutikow,   sprawdzając   po   raz   dziesiąty,   czy 

trzymają go pasy bezpieczeństwa. -Wszystko musi pójść jak z płatka, jestem tego pewien. Być może 
potrzęsie nas nieco. Pomyślcie tylko, jaki przewrót w historii lotów międzyplanetarnych nastąpi po 
tym rejsie „Hiusa”!

-   Owa   myśl   podniosła   dodaje   mi   otuchy   w   obliczu   czekających   nas   prób   -   górnolotnie,   a 

żartobliwie wydeklamował Jurkowski. - I będą ludziska mówić: To Krutikow... tak, tak, ten sam, co 
pierwszy budował lądowiska rakiet na Wenus!

- Żeby tylko szczęśliwie wylądować... - wycedził przez zęby Dauge.
Michał wyszukał w kieszeni pustą fajkę i zaczął ją ssać.
- Rzeczywiście, żeby to już prędzej było po wszystkim! - powiedział cicho. - A jednak wszystko 

jest podobne do poprzednich rejsów. Prawda?

- Prawda! - powtórzył za nim Dauge. - Święta prawda. Podczas lądowania na cichych planetach 

nie mających atmosfery samopoczucie bywało całkiem inne.

-   Dlaczego?   -   z   wysiłkiem   spytał   Bykow,   zastanawiając   się   jednocześnie,   czy   inni   także 

odczuwają nudności i czy kręci się im w głowach.

- Dlatego, mój drogi, że mając takich pilotów, jak Jermakow i Spicyn, można przy lądowaniach i 

startach spać, czytać czy grać w szachy. Widocznie jednak wszędzie, tylko nie na Wenus.

- Tak - z głębokim westchnieniem dodał Krutikow - tylko nie tu na Wenus.
- Już mam dość waszego ględzenia - huknął Jurkowski. - Czego jęczycie? Zachowajcie swoje 

przeżycia dla siebie. Bierzcie przykład z Bykowa, zzieleniał, ale trzyma się i nic nie gada. Lepiej 
zaśpiewajmy!

Głośnik przekazał im pełen napięcia głos Jermakowa.
- Uwaga!
Podłoga zakołysała się i zaczęła stawać dęba.
Z tego, co się działo przez następne trzy godziny, w pamięci Bykowa pozostały tylko strzępy 

urywkowych wrażeń. Później nie potrafił nawet ustalić ich kolejności. Zdawało się mu, że Jurkowski 
dotarł do Daugego, któremu głowa opadła na piersi, i podał mu tlen z butli. Pamiętał, jak Spicyn 
zmienionym nie do poznania głosem zawiadomił ich, że Jermakow rozbił sobie głowę. Było to chyba 
po tym, jak pas, którym Bykow był przywiązany do fotela, pękł niczym sparciały sznurek. Nie 
pamięta na pewno, co było dalej. Jakieś niesamowite siły igrały „Hiusem”, tak że przypomniał sobie 
próbną jazdę w „Malcu”, „jak żaba w piłce futbolowej”. Zdaje się, że myśl ta zaświtała mu w głowie 

background image

dopiero wtedy, gdy leciał z kawałkiem pasa w ręku i wyrżnął plecami o przeciwległą ścianę salonu. 
Elastyczne obicie ściany odrzuciło go i zapewne stracił wtedy przytomność, bo obudził się już mocno 
przykrępowany   do   fotela.   Nie   pamiętał   także,   w   jaki   sposób   między   jego   kolanami   został 
umocowany   zbiorniczek   z   aktywnym   ozonem,   ani   momentu,   kiedy   Jurkowski   zwisł   na   swoich 
pasach zalany krwią... W jednej chwili poczuł, że Michał potrząsa go za ramię i wrzeszczy mu coś do 
ucha...   Wszystkie   te   obrazy   migały   w   myślach   przesłonięte   żółto-zieloną   mgiełką,   rozdzielane 
okresami ciemności, kiedy tracił przytomność. Sufit uciekał gdzieś w bok, to znów błyskawicznie 
wracał na swoje miejsce, po czym podłoga zaczynała unosić się, prąc na stopy. Statek ani na chwilę 
nie pozostawał w spokoju, ale gdy kołysał się nieco łagodniej, Bykow odchylał głowę do tyłu i 
otwierając   usta,   robił   głębokie   wdechy.   Planetolot  znów   zaczynał   swój   opętańczy   taniec   i  świat 
przewracał się od początku. Reaktory nie ryczały już, lecz tylko szumiały dyskretnie, nie zagłuszając 
jęków i rzucanych co chwila dowcipów. Zahartowane „wilki kosmiczne” mimo wszystko żartowały. 
Bykow jednak nie zapamiętał ani jednego powiedzonka. Zbyt absorbowały go własne przeżycia i 
doznania, które wynikały z przekonania, że każdy następny skok „Hiusa” ostatecznie wytarmosi z 
niego resztki ducha. Czasem próbował sobie wyobrazić pilotów znajdujących się w kabinie sterow-
niczej. Ponure były to obrazy. Widział ich okaleczonych, przybory i aparaty rozbite, a planetolot 
spadający na ostre skały Wenus. Prawdopodobnie „Hius” wpadł w jakiś potężny prąd atmosferyczny, 
anie mając dostatecznej szybkości wytraconej przed lądowaniem, został uniesiony daleko od miejsca 
przewidzianego w planie. Prawdopodobnie Jermakow i Spicyn czynili szalone wysiłki, aby utrzymać 
go w granicach namiarów. Jak później  opowiadał Spi-cyn, jeszcze ani razu w całej  karierze nie 
lądował w tak trudnych warunkach.

Nagle zapanowała cisza. Całkowity, niczym nie zakłócany spokój... Nie słychać było ani jednego 

dźwięku, nie czuło się najmniejszej wibracji. Ludzie odczuli tę ciszę jak uderzenie pioruna. Bykow 
odniósł wrażenie, że stanął nawet czas. Przed oczyma jeszcze migały mu różnobarwne plamy, po 
ciele   spływały   strugi   potu,   drżały   ręce   i   nogi.   Opanowała   go   obezwładniająca   apatia.   Poczuł 
nieprzemożną  potrzebę  snu.  Pragnął  jednego,  wyprostować   nogi  i  spać,  spać...   Przez  zmrużone 
powieki zobaczył, jak Jurkowski poruszał się i po chwili wstał, zrobił kilka niepewnych kroków, otarł 
dłonią twarz i ze zdziwieniem patrzył na umazane krwią palce.

- Co ci się stało? - cicho zapytał Dauge.
- Nnnic taakiego - jąkając się, odpowiedział Jurkowski. - Zdaje się, że to z nosa... Straszliwie bolą 

mnie oczy.

- Mogę was zapewnić, że to było prawdziwe trzęsienie... -łapiąc powietrze otwartymi ustami, 

mówił Krutikow.

Jurkowski podniósł ręce, zrobił kilka gimnastycznych ruchów i nagle zamarł.
- Towarzysze! Jesteśmy na Wenus! - wrzasnął. - Jesteśmy na Wenus... i żyjemy! „Hius” stoi cały, 

w jednym kawałku! Niech to diabli. Dauge, wstawaj! Czy rozumiesz? Jesteśmy na Wenus!

- Nie mów hop - pohamował jego entuzjazm Dauge. - Zdaje się, że Jermakow miał osobistą 

awarię...

- Ja też słyszałem, co mówił Bogdan - dorzucił Krutikow.
- Chodźmy!
Ruszyli do kabiny sterowniczej, lecz zanim doszli do drzwi, ukazał się w nich Jermakow. Blady, 

ociekający potem, z głową obandażowaną śnieżnobiałą elastyczną opaską.

- Wszyscy żywi? - spytał, obrzucając zebranych zmęczonym spojrzeniem.
- Wszyscy- odpowiedział Dauge.
- Gratuluję szczęśliwego lądowania!
Po kolei ściskał dłonie załogi. - Co się dzieje z Bogdanem? -zaniepokoił się Michał.
- Śpi.
- Hm...
- Leży jak zabity.
- Co się dziwić? - uśmiechnął się Krutikow. - Przeszło trzy godziny takiej zabawy... Sam ledwie 

trzymam się na nogach.

background image

- Ciekawe, co z „Malcem”? Czy nie zerwał się z uwięzi? -niespodziewanie zapytał Bykow.
- Wyjdziemy sprawdzić? - bez entuzjazmu spytał Jurkowski.
- Nie. - Jermakow jeszcze raz przyjrzał się każdemu po kolei i powtórzył:
- Nie. Absolutnie  nie. Odpocznijcie,  zajmijcie się  trochę doprowadzeniem samych  siebie  do 

porządku, o wychodzeniu będziemy rozmawiać za jakieś cztery godziny, kiedy otrzymamy wszystkie 
dane z zewnętrznego laboratorium. Włączcie jonizatory, wykąpcie się i spać!

- Nie zaszkodziłoby coś przekąsić... - zmartwiony takimi rozkazami bąknął Krutikow.
„... i wypić kieliszek koniaku” - pomyślał Bykow.
- To już, jak kto woli. Ja osobiście skaczę do wanny, a stamtąd prosto do łóżka. Aleksieju, 

pomóżcie Bogdanowi, zaprowadźcie go do jego kabiny. Dobrze?

- Oczywiście, towarzyszu Jermakow.
Nie. To nie to, co sobie wyobrażał Bykow. Sprawy układały się prościej i lepiej. Po przeszło pół 

godzinie,  wygrzany w  kąpieli i  zaczerwieniony jeszcze  bardziej   niż  zwykle,  wsunął  się  między 
prześcieradła.   Znów   stanął   mu   przed   oczyma   domek   w   Aszchaba-dzie...   Uśmiechnął   się   po 
dziecięcemu szczęśliwy i zasnął.

Jak zwykle obudził go Dauge. Chuda twarz Grigorija wydawała się jeszcze bardziej pociągła, 

czarne oczy zapadły głębiej i błyszczały jak w gorączce.

- Ubieraj się, Aleksieju. Wkładaj speckombinezon i przychodź do salonu - mówił zachrypniętym 

głosem. - Za chwilę wychodzimy na zewnątrz.

Wychodzimy na zewnątrz! Jak błyskawica przemknęła myśl, że oto on znajduje się na planecie, z 

którą w walce zginęło tylu śmiałków. Teraz zacznie się wykonywanie zasadniczego zadania, jakie ich 
tu sprowadziło.

Ubierał   się   pośpiesznie.   Wyciągnął   ze  schowka  speckombine-zon  i   wcisnął   się   w   niego.   W 

salonie czekali już wszyscy członkowie załogi „Hiusa”. Stali wokół stołu. Spektrolitowe hełmy mieli 
odrzucone na plecy. Milczeli. Szeroko otwarte oczy Jermakowa świeciły się jak u kota. Michał ssał 
swoją fajeczkę.

- Podać kawy? - zwrócił się do wszystkich od razu Bykow.
- Myślę, że lepiej potem - robiąc marsa, odpowiedział Jurkowski. - Nie ma co zwlekać, ruszajmy 

lepiej. Rzecz niebywała! Minęło pięć godzin od chwili lądowania, a my jeszcze nie otworzyliśmy 
włazów!

- Chodźmy - jakoś zwyczajnie zaproponował Jermakow.
- Czy zabrać broń? - Bykow rzucił na dowódcę pytające spojrzenie.
Jermakow skinął na znak zgody. Wszyscy ruszyli na korytarz do wyjścia, a Bykow popędził na 

górę do magazynu. Po chwili dołączył do towarzyszy z automatem przewieszonym przez pierś i 
dwoma granatami za pasem.

- Aleksiej zdobywca! - zażartował Spicyn. Jurkowski jeszcze bardziej się skrzywił.
Stłoczyli   się   w   komorze   przejściowej,   przed   zewnętrzną   pokrywą   włazu.   Bogdan   zamknął 

szczelne drzwi.

- Założyć hełmy! - padł rozkaz Jermakowa.
Od tej chwili Bykow nie widział twarzy towarzyszy i zrobiło się mu nieprzyjemnie. Zaszumiała 

pompa. Drgnęła strzałka manometru. Jermakow oparł dłoń na dźwigni otwierającej drzwi. Odsunęła 
się ciężka stalowa płyta. Pokrywa włazu drgnęła i pod nogi chlusnęła ohydna, tłusta szarożółta maź. 
Masa ta była gęsta i lepka, lecz płynęła lekko. Na jej bulgoczącej powierzchni zadrgało światło re-
flektora. Efekt był tak nieoczekiwany, że przez kilka sekund nikt nie ruszył się z miejsca. Jurkowski ze 
zdławionym w gardle okrzykiem rzucił się do pokrywy. Jednak Bykow wyprzedził go o ułamek se-
kundy. Chwycił za brzeg pokrywy i nacisnął ją z całej siły. Nogi ślizgały się w mazi. Inżynier upadł na 
kolana. Lecz Jurkowski i Dauge przytrzymali go i pomogli napierać na pokrywę. Inni nie czekali na 
wyniki   wysiłków   przyjaciół,   lecz   także   wzięli   się   do   pomocy.   Metalowa   płyta   drgnęła   i   z 
mlaszczącym dźwiękiem powróciła na swoje miejsce. Jermakow nacisnął dźwignię zasuwy.

background image

Astronauci wyprostowali zgięte z wysiłku karki. Pod nogami parowała, rozlewała się mętna 

masa. Bykow podniósł automat, otarł kolbę rękawem i zajrzał do lufy. Dopiero wtedy starannie 
wytarł kolana.

- O ile mogłem się zorientować - odezwał się Dauge - to ani trochę nie przypomina piasku!
- Ja też mogę stwierdzić, że to nie przypomina pustyni - poparł go Jurkowski i dodał po chwili 

- ...chociaż nie jestem w tych sprawach specjalistą.

Jermakow przykucnął i przyglądał się błotnistej kałuży.
- Jeśli mam mówić poważnie, to po prostu „Hius” wylądował w bagnisku.
- I wlazł po uszy w błoto - przytaknął Jurkowski. - Ale gdzie są pustynie?
- Życie pełne jest niespodzianek - filozoficznie podsumował Krutikow.
- Oto, jak Sztirner przysłużył się nam swoimi namiarami!
- A co winien jest Sztirner?
- Jeśli „Hius” całkowicie pogrążył się w to trzęsawisko... -zaczął Bogdan.
Przerwał mu zniecierpliwiony Jurkowski.
- Wyjdziemy przez górny właz i zobaczymy, co się tam dzieje. To będzie najprostsze.
Wyszli z komory przejściowej i zostawiając na linoleum rdzawe ślady, wdrapali się do wąskiego 

korytarza przed włazem towarowym.

- Błoto na Wenus, pomyślcie tylko, co za niespodzianka - wydziwiał Krutikow.
Górny właz otwierali, zachowując jak największą ostrożność, aby móc zatrzasnąć go w jednej 

chwili. Nie stało się jednak nic  strasznego. Cichy świst wpadającej do komory atmosfery wenu-
sjańskiej zamilkł natychmiast.

- Hura! - cicho i spokojnie powiedział Jurkowski. - Wszystko w porządku. Można otwierać.
Odrzucona   pokrywa   zadźwięczała   o   kadłub.   Stojący   przy   włazie   Jermakow   wychylił   się   i 

wysunął się na zewnątrz. Za jego plecami stłoczyli się Jurkowski i Krutikow. Dauge przecisnął się 
między nimi, wydając jakiś niezrozumiały dźwięk.

Po wyjściu z włazu przez chwilę nie widzieli nic a nic. Cały świat otulała nieprzenikniona 

żółtawa   mgła.   Poniżej,   nie   dalej   niż   półtora   metra,   mętnie   błyskała   powierzchnia   trzęsawiska. 
Dolatywały   jakieś   niezrozumiałe   odgłosy,   przypominające   stłumiony   kaszel   czy   też   bulgotanie. 
Astronauci   długo   nie   mogli   oderwać   się   od   widoku   mętnych   białawych   fal   unoszącej   się   nad 
bagniskiem pary. Chwilami odnosili wrażenie, że przed nimi majaczą jakieś cienie, ukazują się jakieś 
straszydła, lecz napłynęły nowe fale mgły i wszystko zniknęło.

- Dość - oznajmił Jermakow. - Już mi się w oczach mąci. Musimy użyć podczerwonych promieni. 

- Wyprostował się i spojrzał do góry. - Zdaje się, że „Malec” siedzi na swoim miejscu.

- Porządnie wpadliśmy - pomrukiwał Spicyn, leżąc na brzuchu i rozglądając się we wszystkich 

kierunkach. - Pierścienie reaktorów wcisnęły się w błocko do końca.

- Nic nie szkodzi. Rozejrzymy się nieco i spróbujemy wyrwać się z topieli.
- A co będzie, jeśli kadłub zapadnie się jeszcze głębiej?
Promienie podczerwone nic nie pokazały. Na ekranie kłębiły się liczne cienie, grunt wydawał się 

mieć różną konsystencję; miejscami był sypki, w innych miejscach jakby ubity, to znów grząski.

- Wyjdźmy i przyjrzyjmy się z bliska, co to za licho - zaproponował Jurkowski.
Już szykował się do skoku, lecz Bykow chwycił go za ramię.
- O co chodzi? - zirytowanym tonem spytał geolog.
- „Życie pełne jest niespodzianek” - odparł Bykow. - Tym razem ja pójdę pierwszy.
- Niby dlaczego? Bykow podniósł automat.
- Przestańcie udawać lorda Rockstona! - Jurkowski strząsnął rękę Aleksieja.
- Bykow ma rację - wtrącił się Jermakow. - Przepraszam, Włodku, przepuśćcie mnie.
- Nic nie rozumiem...
- Proszę przepuścić mnie i Bykowa. Wracamy za trzy minuty.
Wszyscy wiedzieli, że dowódca nie powinien opuszczać statku po lądowaniu w nieznanym 

miejscu. Jednocześnie wszyscy rozumieli Jermakowa. Jurkowski odsunął się na bok. Bykow wpraw-
nym ruchem przygotował automat i skoczył za Jermakowem. Po kolana zagłębił się w rzadką masę.

background image
background image

Część 3

Na granicy Uranowej Golkondy

background image
background image

W bagnisku

Bagnisko   na   Wenus...   Wydało   się   to  astronautom   całkowitym   absurdem.   Znacznie   większą 

niedorzecznością niż, dajmy na to, palmowe gaje na Księżycu czy stada krów na gołych skałach aste-
roidów. Mleczna mgła zamiast ognistego nieba i rzadkie błocko zamiast suchego, gorącego jak ogień 
piasku. Wywracało to na nice stare i dawno ustalone pojęcia, będąc jednocześnie odkryciem wielkiej 
wagi. Jednak niespodzianka komplikowała sytuację. Nic przecież nie przeszkadza tak bardzo w 
poważnej pracy jak niespodzianki. Nawet odważny kierowca, który na swych wozach terenowych 
przemierzył   pustynię   Gobi,   człowiek,   który   nie   miał   wielkiego   doświadczenia   w   naukach 
teoretycznych tyczących się Wenus i przez to nie wyobrażający sobie tej planety, nie mający żadnego 
wyrobionego o niej zdania, był całkowicie zaskoczony i stracił nieco na minie. To, co zobaczył przez 
otwarty właz „Hiusa”, w żaden sposób nie kojarzyło się z jego zadaniami jako przewodnika, specjali-
sty od pustyń.

Jeśli chodzi o innych członków załogi, to rzecz jasna, że spodziewali się zastać powierzchnię 

Wenus całkiem inną, i właśnie dlatego obawy ich były znacznie poważniejsze. A przecież zarówno 
piloci, jak i geologowie zawsze byli przygotowani na wszelkiego rodzaju niespodzianki i trudności. 
Każdy z nich zdawał sobie sprawę, że biorąc pod uwagę szybkość „Hiusa”, mogli wylądować o 
tysiące   kilometrów   od   wyznaczonego   punktu   na   granicy   Gol-kondy.   Mogli   opaść   na   góry, 
przekoziołkować, wreszcie rozbić się  o skały. Tego rodzaju komplikacje były jednakże brane pod 
uwagę, chociaż wiadomo, że groziły śmiercią. „Przy wykonywaniu wielkich zadań zawsze istnieje 
ryzyko - lubił mawiać Krajuchin -a ci, co bardzo boją się śmierci, nie nadają się do naszego towarzy-
stwa”. Ale żeby znaleźć bagnisko na Wenus?!

Pomimo dużego doświadczenia i wytrzymałości nerwowej astronauci z trudem potrafili taić 

przed towarzyszami własny niepokój. Każdy z nich wiedział, że losy wyprawy zależą w tej chwili od 
całego łańcucha nie znanych jeszcze czynników. Każdy zadawał sobie coraz to inne, trudne pytania. 
Jaki obszar zajmuje bagni-sko? Jaki jest jego charakter i struktura? Czy „Malec” będzie mógł poruszać 
się po jego powierzchni? Czy „Hius” narażony jest na niebezpieczeństwo całkowitego pogrążenia się 
w lepką maź? Czy można będzie zaryzykować i oderwać planetolot od gruntu, aby wylądować w 
innym miejscu?

Tuż przed startem Dauge powiedział Krajuchinowi: „Abyśmy tylko wylądowali szczęśliwie, a 

tam pójdziemy dalej, chociażby przez samo piekło”. Każdy był przygotowany „przedzierać się przez 
piekło”, lecz czy można było przypuszczać, że będzie ono przedstawiać się jako bulgocząca, mętna i 
dziwna masa?

Dla   Bykowa   niespodzianka   była   tylko   przygodą.   Jego   brak   doświadczenia   w   sprawach 

astronautycznych, głęboka wiara w cudowne właściwości i możliwości „Hiusa”, a przede wszystkim 
w swoich towarzyszy spowodowały, że był całkiem spokojny. Fakt, że Jermakow stanął po jego 
stronie w maleńkim sporze z Jurkowskim, połechtał jego próżność.

Z trudem wyciągając z błota nogi, zrobił kilka kroków za dowódcą, który nagle zatrzymał się i 

zaczął nasłuchiwać. Otaczał ich nieprzenikniony żółtawy mrok. Widzieli jedynie maleńką przestrzeń 
bezpośrednio koło siebie, lecz za to słyszeli wiele. Niewidzialne przestrzenie bagniska rozbrzmiewały 
dziwnymi głosami. Słychać było ochrypłe westchnienia, kaszel, chrząkania. Gdzieś z daleka dolaty-
wały przytłumione jęki, to wybuchał basowy ryk, któremu wtórowało przeciągłe buczenie. Bardzo 
możliwe,   że   dźwięki   te   powstawały   w   samym   bagnisku,   lecz   Bykow   wyobraził   sobie   tysiące 
fantastycznych potworów, ukrywających się za kurtyną mgieł, i szybko nama-cał ręką wsunięte za 
pas   granaty.   „Jak  opowiem   to  wszystko  swoim   kompanom   z  ekspedycji  gobijskiej,  to  i  tak  nie 
uwierzą”   -   pomyślał.   Opanowało   go  nieprzyjemne   uczucie   samotności.   Obejrzał   się   na   potężny 
kształt „Hiusa”, chwycił poręczniej automat i szybko wysunął się przed Jermakowa.

Niespodziewanie zatykał licznik promieniowania. „Nie wykazuje więcej niż jedną tysięczną 

rentgena” - uspokoił się natychmiast. W tej samej chwili nastąpił nogą na coś twardego. Nachylił się i 
zaczął macać przed sobą wolną ręką, z tłustej rdzawej mazi sterczały jakieś kanciaste bryły oblepione 
błotem.

- Coście znaleźli? - zawołał Jermakow.

background image

- Na razie nic nadzwyczajnego. Mam pod nogami coś w rodzaju kamieni czy odłamków...
Potykając się, ruszył przez teren pokryty twardymi przedmiotami.
- Bardzo wsysa bagnisko?
- Nie bardzo! - odpowiedział Aleksiej i wpadł po pas. „Żeby tylko nie utonąć przypadkiem” - 

mignęło mu w myślach.

Lufa automatu uderzyła o coś twardego. Bykow popatrzył zdumiony. Przed nim ciągnęła się 

szara płaszczyzna otoczona błyszczącym jak polewa brzeżkiem.

- Towarzyszu Jermakow! - zawołał.
- Słucham!
- Mam przed sobą asfaltowe bagnisko.
- Nic nie rozumiem. Już idę!
- Powiadam, że bagnisko pokryte jest dalej asfaltem!
- Co pleciesz, Aleksieju? - doleciał z daleka głos Daugego, który z resztą załogi stał na kadłubie 

„Hiusa” i wsłuchiwał się w każde słowo zwiadowców.

- Wygląda jak prawdziwy asfalt czy takyr*, jaki znam z naszych pustyń!
Bykow   zarzucił   automat   na   ramię   i   uchwyciwszy   rękoma   za   brzeg   platformy,   z   głośnym 

mlaśnięciem wyrwał się z bagniska. Licznik promieniowania ożywił się.

- Prawdziwy asfalt, towarzyszu Jermakow!
- Może to już brzeg...
- Nie wiem... ale chyba nie... to tylko skorupa na bagnisku. Jermakow stał już przy nim i badał 

grubość skorupy.

- Nie grubsza niż na trzydzieści, trzydzieści pięć centymetrów - powiedział.

* Takyr - rodzaj naturalnego klepiska z gliniastych iłów spotykany na pustyniach Azji Środkowej.

- Już wiem, co to jest! - wołał Krutikow. - „Hius” opadał na fotoreaktorze...
- Niech to diabli... - zaklął Jurkowski.
- Całkiem jasne... płomień stopił powierzchnię, a „Hius” pokruszył swym ciężarem pięknie 

przygotowaną płytę lądowiska -odkrzyknął Jermakow.

- Nie mniejsza od Placu Czerwonego w Moskwie... - medytował Bykow - tylko straszliwie 

popękana.

- „Malec” przejedzie?
- „Malec” wszędzie przejdzie!
- Ja już wracam... Załoga może wychodzić. Jurkowski i Spi-cyn, dołączcie do Bykowa.
- Tak jest!
- Naprzód, zwycięzcy kosmosu! - żartobliwie zanucił Jurkowski. - Uważaj, Bogdan!
- A ja? - jak urażone dziecko zawołał Dauge.
- Przeprowadzimy razem analizę gruntu i atmosfery!
- To co innego!
- Towarzyszu Krutikow, spróbujcie rozpoznać teren za pomocą radaru. - Jermakow wydawał 

polecenia, otrzepując się z błota przed włazem. - Towarzysz Bykow już na was czeka - zwrócił się do 
Jurkowskiego i Spicyna. - On jest dowódcą grupy rozpoznawczej. Nie wypuszczać się za daleko.

- Tak jest!- odkrzyknął Bykow.
„Ma rację - myślał. - Nie warto błądzić na ślepo po pas czy po szyję w błocie! Mamy do takich 

wycieczek »Malca« z odpowiednimi podczerwonymi reflektorami. Ale, ale, przecież trzeba zdjąć mój 
wózek”.

Gdzieś w pobliżu siarczyście klął Jurkowski. Bogdan pokrzykiwał stłumionym głosem:
- W prawo. Włodku, jeszcze bardziej w prawo.
Bykow   słyszał   każdy   krok,   któremu   akompaniowało   ohydne   mlaskanie   bagniska,   z   mgły 

wyłoniły się wreszcie sylwetki towarzyszy.

- Gdzie jesteście? A bodaj to diabli, nic nie widać. Nie pożarły cię jeszcze miejscowe potwory?
- Bóg zachował! - odburknął Aleksiej, pomagając kolegom wydostać się na platformę. Jurkowskl 

tupnął, aby sprawdzić wytrzymałość asfaltu. Bogdan, wycierając dłonią przednią część zabłoconego 
hełmu, klął:

background image

- To idiotyzm!
- Co?
-   Nazwać   takie   paskudztwo   imieniem   bogini   miłości!   Jurkowski   roześmiał   się.   Wolniutko 

posuwali się po płycie,

przeskakując przez ziejące parą szczeliny.
- Bogdan, słyszysz...? - odezwał się Bykow. - Błoto promieniuje.
- Każdy słyszy! Nasze liczniki są bardzo czułe.
- Wszystko, co znajdowało się pod reaktorem, musi promieniować - pouczającym tonem wtrącił 

Jurkowski.

- Uwaga! - Aleksiej podniósł rękę.
Stanęli.  Dalekie  odgłosy  rozmowy  na  „Hiusie”  ledwo  docierały  przez  ustawiczne   szmery  i 

trzaski w słuchawkach.

- Jak daleko odeszliśmy od naszych? - spytał Spicyn.
- Nie więcej niż siedemdziesiąt metrów - natychmiast odpowiedział Bykow.
- To znaczy, nasze radiotelefony mają zasięg niewiele większy.
- Niezbyt wielki - dorzucił Jurkowski. - Zapewne przeszkadza jonizacja.
Ruszyli dalej. Niesamowite dźwięki, chrząkania i ryk rozlegały się coraz bliżej. Gdzieś od prawej 

doleciało gromkie chrapanie.

- ...ryknęły spiże... - mruknął Jurkowski.
- Proszę, już koniec!
- Czego?
- Naszego asfaltu!
Skraj olbrzymiego placka upieczonego z błota ogniem fotore-aktora łagodnym półkolem zapadał 

się w bagnisku. We mgle kołysały się widmowe sylwetki szarawych roślin. Wyrastały z błota nie dalej 
niż dziesięć kroków od astronautów, lecz przesłonięte ruchomymi falami mgły widniały podobne do 
niesamowitych sylwetek. Nie można było rozróżnić żadnych szczegółów.

- Wenusjański las - szepnął Jurkowski tak dziwnyn tonem, że Bykow mimo woli obejrzał się w 

jego stronę.

- Chociaż wenusjański, ale moim zdaniem... ohydny! - wyraził swoją opinię Bogdan.
- Milczałbyś! - oburzył się Jurkowski. - Pleciesz głupstwa! Przecież to nowe, nie znane jeszcze 

formy życia... a my... właśnie my je odkryliśmy!

- Uwaga, cicho - zawołał Bykow. - Macie, o ile się nie mylę, jeszcze jedną formę tego życia.
Na skraju płyty ukazała się powoli rozszerzająca się plama.
- Gdzie? - Jurkowski spojrzał we wskazanym kierunku.
Plama zniknęła równie niespodziewanie, jak się pojawiła.
- Zdawało mi się... - uspokoił go Bykow. - Słuchajcie!
- Tuż obok nas! O tam... - Spicyn pokazał ręką gdzieś w prawo.
- Tak, właśnie tam - szeptał Bykow. - A więc nie omyliłem się. - Wyciągnął zza pasa granat i 

rozglądał się bacznie.

- Czy duże?
- Duże!
Znów coś ryknęło. Tym razem całkiem blisko. Żadne stworzenie na Ziemi nie wydawało tak 

przejmującego głosu, podobnego do mechanicznego wycia syreny, a jednak przerażającego.

- Ależ ryczy... - szepnął Bykow.
- Podejdźmy bliżej - zaproponował Jurkowski, nieco schrypniętym głosem. - Żeby to było na 

Marsie! To jest cudowna i porządna planeta! Po prostu sanatorium!

-   Niepotrzebna   brawura.   Moim   zdaniem   nie   ma   co   chodzić,   gdzie   nie   trzeba   -   spokojnie 

odpowiedział Spicyn.

Bykow milczał. Jurkowski zdecydowanie ruszył naprzód.
- Jak boicie się, to ja sam - rzucił wyzywająco. Zdarzenia potoczyły się błyskawicznie. Na asfalt 

spadł jakiś

background image

miękki kształt, j akby ktoś rzucił wór z mokrą bielizną. Kulista ciemna masa sunęła na ludzi. 

Jurkowski krzyknął i przewrócił się w bagnisko. Spicyn cofnął się. Na mgnienie oka Bykow odniósł 
wrażenie, że zapadła całkowita cisza.

- Padnij - krzyknął.
Spicyn przylgnął do płyty. Bykow odskoczył do tyłu i po kolei rzucił dwa granaty. Wybuchy 

oszołomiły go. Mgłę rozdarły oślepiające błyski. Bykow dostrzegł olbrzymie oślizłe cielsko przypo-
minające skórzany worek, pokryty głębokimi zmarszczkami.

Finita la comedia! - siląc się na spokój, powiedział Spicyn, z trudem stając na nogi.
- Gdzie Jurkowski?! - krzyknął Bykow.
- Jestem tu... Podajcie mi rękę!
Koledzy   wciągnęli   na   asfalt   unurzanego   w   błocie   Włodka.   „Bażant”,   nie   tracąc   czasu   na 

podziękowanie, rzucił się w stronę, gdzie ukazał się tajemniczy stwór.

- Nic nie ma - zawołał pełen rozczarowania. Po „nowej formie życia” nie został nawet ślad.
- Przecież widzieliśmy je! - Jurkowski nie dawał za wygraną i chodził po brzegu, wpatrując się w 

niewyraźne zarysy dziwacznych roślin, kryjących się we mgle.

- Było... Ale nie ma...
- Rozpłynęło się... - Spicyn mówił jakby w zamyśleniu.
- A może nie trafiliście? - spytał Jurkowski, stając przed By-kowem, który oglądał swój automat.
Bykow i tym razem nie odpowiedział na prowokacyjne pytanie Jurkowskiego.
- Zniknęło i pozostaje nam tylko podziękować Allachowi -mówił dalej Spicyn. - Ciekawe, jaki 

miało to do nas interes? Może chciało zjeść obiad?

- Cóż za bzdura! - oburzył się Jurkowski. - Zupełna bzdura. Nie mam pojęcia, skąd biorą się takie 

głupie przypuszczenia, że istoty z innych planet muszą być ludożercami. Rozumiem jeszcze, gdy 
mówią tak powieściopisarze czy inni scenarzyści, ale żebyś ty... stary astronauta...

Wracali   w   milczeniu.   Głosów   kolegów   na   „Hiusie”   nie   słyszeli   zupełnie.   Zanim   zeszli   z 

platformy i pogrążyli się w bagnisko, Jurkowski powiedział:

- Jedno jest pewne. Na Wenus znajdują się istoty żywe. To jest ważne. Tylko, Aleksieju, czy 

jesteście przekonani, że nie chybiliście?

Tego było już za wiele. Bykow przyspieszył kroku. Liczniki promieniowania tykały bez przerwy.
Bykow stracił trochę czasu na dokładne czyszczenie broni. Gdy wszedł do salonu, trafił akurat 

na dyskusję przypominającą raczej kłótnię.

Jurkowski i Dauge, stojąc na przeciwległych krańcach stołu, krzyczeli coś do siebie, a Krutikow i 

Spicyn siedzieli, słuchając ich z ironicznymi uśmieszkami przylepionymi do twarzy. Jerma-kowa w 
salonie nie było.

- W takim razie, jak możesz to wytłumaczyć? - Najwidoczniej nie pierwszy raz Dauge rzucał to 

samo pytanie.

- Mówiłem ci już...
- Słyszałem... słyszałem, ale chcę wiedzieć, dlaczego to rzuciło się na was?
- A kto ci powiedział, że rzuciło się na nas?
- Bogdan powiedział! A ty sam potwierdziłeś...
- Nic podobnego! To po prostu natknęło się na nas przypadkowo. To jeszcze nie wszystko: jestem 

przekonany, że do chwili, kiedy bohaterski Aleksiej nie poczęstował go swoimi bombami, nie miało 
pojęcia o naszym istnieniu!

-   Osobiście   w   takich   wypadkach   wolę   spodziewać   się   wszystkiego   najgorszego   i   jestem 

wdzięczny Aleksiejowi, że przegonił toto.

- A ja - wtrącił się Bykow, spoglądając spode łba na Jurkowskiego - nie mogłem postąpić inaczej!
Jurkowski lekceważąco wykrzywił usta.
- Odbiegliśmy od tematu - zwrócił się do Daugego. Spicyn mu przerwał:
- Uważasz zatem, że istoty z różnych planet nie mogą mieć apetytu na osobniki przybywające z 

innych światów, gdyż te powstały dzięki innej ewolucji i mają inne ustroje... Czy tak?

- Ogólnie biorąc: tak!

background image

- Nie wiem. Bardzo możliwe, że masz rację. Tylko czy przypominasz sobie Walę Biezuchową i 

całą jej grupę? Powinieneś ją dobrze pamiętać. Miała psa... takiego kundla... skrzyżowanie jamnika z 
buldogiem, straszliwie głupie psisko. Kiedy Woronow przywiózł z Kalisto białą jaszczurkę, kundel 
dobrał się do jej klatki, poobgryzał biedaczce łapy. Nikt nie zdążył nawet krzyknąć, tak się uwinął. To 
prawda, chorował potem przez tydzień na żołądek.

- O proszę! - bez przekonania rzucił Jurkowski. Krutikow i Bykow wybuchnęli śmiechem.
- Taki tragiczny koniec miało spotkanie dwóch istot z różnych światów - mówił Spicyn - kundla 

z Ziemi i jaszczurki z satelity Jupitera.

- Przecież nawet jeż zrozumiałby... - zaczął Jurkowski, lecz machnął ręką i mruknął tylko - 

jaskiniowcy...

Do salonu wszedł Jermakow. Usiadł przy stole i rozłożył brulion w skórzanej oprawie, schylając 

nad nim obandażowaną głowę. Bykow usiadł także i czekał.

- A teraz, towarzysze - odezwał się dowódca - musimy zastanowić się nad planem dalszego 

działania. Czekam na sprawozdanie towarzysza Bykowa. Słuchamy!

Bykow wstał.
- Otacza nas bagnisko. Dziesięć kroków od „Hiusa”... - zaczął Aleksiej relację, starając się nie 

opuścić żadnego szczegółu, ajednocześnie zdawał sobie sprawę, że kierownik jego departamentu 
geologicznego nazwałby go fajtłapą. Jednak Jermakow słuchał bardzo uważnie, potakująco kiwał 
głową i robił jakieś notatki.

Aleksiej zdziwił się nieco, gdy podczas opowiadania incydentu z nieznaną istotą żywą dowódca 

nie zdradził ani cienia ciekawości i tylko uśmiechnął się z lekka, gdy Jurkowski zaczął kręcić się 
niecierpliwie, protestując widocznie w ten sposób przeciwko zbyt realistycznemu przedstawieniu 
przez Bykowa jego zachowania.

- To byłoby wszystko - zakończył nagle Bykow.
Jermakow podziękował, a Dauge rzucił Aleksiejowi porozumiewawcze spojrzenie i łypnął okiem 

w stronę Jurkowskiego. By-kow z kamienną twarzą nie zwrócił na to uwagi.

- Podsumowując to wszystko - mówił Jermakow - wiemy tylko, że wylądowaliśmy w bagnisku 

nie dalej niż sto kilometrów od granicy Uranowej Golkondy. Odległość wprawdzie niewielka... i w 
innych warunkach moglibyśmy osiągnąć nasz cel w ciągu doby. Tymczasem siedzimy w błocku i to 
wedle naszych obserwacji radarowych niezbyt bezpiecznym. Otaczają nas bowiem ze wszystkich 
stron skaliste góry, między którymi jak dotychczas nie znaleźliśmy żadnego przejścia.

- Wulkany? - spytał Dauge.
- Całkiem możliwe, że znajdujemy się w kraterze wielkiego wulkanu. A wulkan ten nie należy 

do zwyczajnych. Analiza wody z otaczającego nas bagna wykazuje, że jest to woda... ciężka i su-
perciężka, zmieszane mniej więcej pół na pół.

Jurkowski zerwał się ze swego miejsca.
- Trytowa woda?
- Tak... T

2

O- potwierdził Jermakow.

- Ale...
- Właśnie, właśnie... Okres połowicznego zaniku T

2

O wynosi zaledwie około dwunastu lat. To 

znaczy...

- To znaczy, że nasz  wulkan albo powstał dopiero niedawno,  albo istnieje tu jakieś źródło 

uzupełniające ubytek trytu... - wtrącił Dauge.

Bykow nie potrafił wyobrazić sobie, jakie to może być źródło, które dostarcza superciężkiego 

wodoru, produkowanego na Ziemi w skomplikowanych urządzeniach, specjalnie do tego celu budo-
wanych reaktorach. Słuchał więc uważnie.

- Na tym jeszcze nie koniec - ciągnął dalej Jermakow. - Krater, oczywiście, jeśli wylądowaliśmy w 

kraterze, po prostu nie ma dna. Nasze echosondy okazały się bezsilne.

- Jaka jest średnica krateru? - spytał Jurkowski.

background image

- Krater ma kształt prawie regularnego koła o promieniu około piętnastu kilometrów. „Hius” 

wylądował  bliżej  północno-wschodniego  brzegu  i  do  łańcucha   górskiego  mamy   zaledwie  osiem 
kilometrów. -Jurkowski wstał, przygładził włosy i powiedział:

- Słowem, pod nami setki metrów bagna, a przed nami sto kilometrów... Z tego dziesięć po 

topieli i ileś tam przez skaliste

góry.
- Tak - potwierdził Jermakow.
- Połowę błota stanowi woda trytowa. Pozwolę sobie przypomnieć towarzyszom, że tryt rozpada 

się   przy  jednoczesnym   wy-promieniowywaniu   neutronów,   a  promienie   te,  chodzi  mi  o  dłuższe 
działanie, nie wpływają dodatnio na organizm, nawet jeśli się chodzi w speckombinezonach...

- Racja...
- Przy tym Bykow zapewnia nas, że „Malec” przejedzie zarówno przez bagnisko, jak i przez 

góry. Czy na pewno przejedzie przez skaliste progi i doliny?

- „Malec”, jak powiedziałem, przejedzie wszędzie - z uporem powtórzył Bykow. - W najgorszym 

wypadku będę oczyszczać drogę, wysadzając przeszkody.

- A jednak uważam, że chodzi tu o „Hiusa”, nie chciałbym zostawić go w tym raczej niezbyt 

bezpiecznym miejscu.

Jurkowski usiadł.
- Nie przypuszczam, abyśmy musieli uciekać się do wysadzania skał, żeby zrobić przejazd dla 

„Malca” - zabrał głos Dauge. -Trudno wyobrazić sobie łańcuch górski bez żadnych przerw, a jeśli są, 
to trzeba ich poszukać.

- Proszę mieć na uwadze - powiedział Spicyn - że „Hius” nie jest przystosowany do lotów 

poziomych i z łatwością można przelecieć kilka tysięcy kilometrów za daleko. Nie mamy zielonego 
pojęcia, jaką siłę osiągają prądy atmosferyczne na tej przemiłej planecie. W końcu lepiej siedzieć w 
błocie, niż leżeć na skałach...

- Jeśli dobrze rozumiem, chodzi wam o to, co zrobić, aby zmniejszyć ryzyko. - Odezwał się 

milczący dotychczas Krutikow. -Czy pozostawić „Hiusa” tu, gdzie siedzi, czy próbować wyrwać go z 
bagniska. Prawda?

- A co, waszym zdaniem, należy zrobić w tej sytuacji?
- Jeśli Alek... to jest towarzysz Aleksiej gwarantuje, że „Malec” przebrnie przez przeszkody, a 

geologowie stwierdzą, że „Hius” nie utonie, proponuję pozostać na miejscu.

- Co to znaczy „stwierdzą, że nie zatonie”? - wykrzyknął Jurkowski.
- To znaczy udowodnią, że „Hius” nie zapadnie się ani też nie przewróci - kosmogator spokojnie 

wsadził między zęby pustą fajkę.

Jermakow wstał.
-   Wobec   tego   „Hius”   pozostaje   na   miejscu   -   oświadczył   zdecydowanym   tonem.   - 

Przeprowadziliśmy   z   Daugem   niezbędne   pomiary   i   odnoszę   wrażenie,   że   planetolot   stoi   dość 
pewnie. W każdym razie ryzyko zapadnięcia się w bagno nie jest większe niż rozbicia się o skały przy 
próbie zmiany miejsca.

Bykow zerknął na Jurkowskiego, który siedział z pokerową twarzą.
- Oczywiście, nie zostawimy „Hiusa” bez opieki. Na „Malcu” wyruszy pięć osób, a jeden z 

pilotów zostanie w statku.

Spicyn drgnął i zaniepokojony spojrzał na dowódcę. Krutikow wyjął z ust fajkę. Czekali na 

decyzję.

- „Hiusem” zaopiekuje się Krutikow. Czy są jakieś sprzeciwy? Mam na myśli jakieś uzasadnione 

sprzeciwy...

Sądząc po wyrazie twarzy kosmogatora, nie był on przekonany, czy sprzeciwy, które chciał 

wyrazić, są uzasadnione. Jerma-kow mówil dalej:

- Doskonale zatem. Nie traćmy czasu. Musimy wyruszyć w ciągu najbliższej doby, mam na myśli 

dwadzieścia cztery godziny. Obecnie według czasu wenusjańskiego jest wieczór, a start wypadnie w 

background image

nocy, nie przypuszczam jednak, aby ciemności przeszkodziły nam bardziej niż mgła. A teraz zjedzmy 
coś...

- ...co Bóg dał... - wzdychając, rzucił Krutikow.
- ... i zabierzemy się do zdejmowania „Malca”.
Narada została zakończona. Aleksiej zauważył, że wszyscy wja-kiś dyskretny sposób chcieli 

wyrazić Michałowi swoje współczucie.

- Jak to dobrze, że „Hius” siedzi w błocie po szyję. Zdejmując „Malca”, nie będziemy musieli 

zawracać sobie głowy całym systemem bloków, którego, mówiąc szczerze, całkiem nie rozumiem.

- Drobiazgi - oświadczył Dauge. - Nie ma tam nic skomplikowanego, a i tak nie ominie cię 

okazja, gdy będziemy „Malca” ładowali ponownie na „Hiusa”. Oczywiście, że w tej chwili dopisało 
nam nie byle jakie szczęście. Prawda, Aleksieju?

Bykow mruknął potakująco.
„Malec” opuścił swój garaż na grzbiecie planetolotu bez żadnych trudności. Odmontowano 

przednią ścianę zasobnika i Bykow pełnym powagi tonem poprosił towarzyszy, żeby schronili się w 
komorze przejściowej „Hiusa”.

- Tam będzie bezpieczniej - dodał, widząc ich zdziwione miny. Astronauci, uśmiechając się, 

wykonali   polecenie.   Bykow   zamknął   wszystkie   włazy   transportera   i   usiadł   przy   urządzeniu 
sterowym.   Dotknął   klawiszy   na   tablicy   rozdzielczej.   Silnik   „Malca”   warknął   cicho.   Zgrzytnęły 
gąsienice. „A teraz zaimponujemy wszystkim” -postanowił Bykow. Silnik ryknął na pełnych obrotach 
i „Malec” skoczył lekko jak żaba do sadzawki. Mignęło we mgle potężne cielsko i z pluskiem wpadło 
do bagniska, „Hius” zakołysał się jak łódka na falach. Po chwili astronauci usłyszeli, jak „Malec”, drąc 
gąsienicami   asfaltową   skorupę,   zatoczył   łuk   i   nie   wiadomo,   płynąc   czy   jadąc,   zbliżył   się   do 
planetolotu.   Kierowca   zatrzymał   maszynę   przed   wyjściowym   lukiem.   Przenikliwe   światło 
reflektorów rozdzierało skłębione nad oparzeliskiem mgły.

- Prawdziwy mistrz! - mruknął Jurkowski. Zachwycony Krutikow bił brawo. Przed włazem 

zjawił się nagle

wyłaniający   się   z   mgieł,   niezdarnie   poruszający   się   kształt   i   w   słuchawkach   wszystkich 

astronautów rozległ się nieco skrzypiący głos:

- Towarzyszu dowódco, „Malec” gotów do drogi.
Jeśli już mówiło się o sportowym stusunku do pracy i życia, to Bykow bezwzględnie zawsze 

miał w sobie jakieś cechy dawnego zawodnika. W każdym razie wsławił się skokami z miejsca na 
wszelkiego rodzaju pojazdach gąsienicowych, co stawiało go na pierwszym miejscu wśród mistrzów 
kierownicy. Bykow wiedział o tym i był z tego dumny. Pomysł, aby zaimponować towarzyszom, 
wpadł mu do głowy w ostatniej chwili. Nie miał pojęcia, jak ustosunkuje się do tego rodzaju popisów 
dowódca. Lecz Jermakow widocznie jak wszyscy był zachwycony i gorąco uścisnął mu dłoń.

- W każdym razie powinniście byli uprzedzić nas!
- To niemożliwe - zaprotestował Spicyn. - Każdy prawdziwy mistrz ma w sobie coś z magika. 

Przecież trzeba mieć jakąś satysfakcję!

Z miejsca przystąpiono do pakowania sprzętu i załadowywania go na transporter. Przez kilka 

godzin astronauci nosili skrzynki z prowiantem, sprzętem i worki z witaminizowaną wodą.

Zapadła noc. Nieprzeniknione ciemności otoczyły planetolot. Wokół rozbrzmiewały przerażające 

odgłosy życia, a na ich tle ledwie dosłyszalnie tykały dozymetry.

Gdy zakończono żmudne ładowanie, Jermakow i Bykow sprawdzili „Malca”, począwszy od 

peryskopów do gąsienic. Zajrzeli do każdego kącika i dokładnie obejrzeli umocowanie ładunku, 
zapełniającego  prawie całą wolną przestrzeń w kabinie dla załogi. Bykow dokładnie pozamykał 
wszystkie włazy.

- A teraz, proszę iść spać! - polecił Jermakow. - Sprawdzam za kwadrans.
Astronauci   zmęczeni,   lecz   zadowoleni,   wpadli   do   salonu,   aby   jak   najszybciej   zjeść   kolację. 

Krutikow, który biegł na przodzie, przewrócił się, pośliznąwszy.

- Niech to diabli! Któż to porozlewał takie obrzydlistwo? -krzyknął oburzony.
- Co mówisz?

background image

- Patrzcie, tu rzeczywiście coś jest... - zaniepokoił się Jerma-kow. Podłogę salonu pokrywała 

cienka powłoka przezroczystego, czerwonawego śluzu. Dopiero widząc ową masę, Bykow zdał sobie 
sprawę, że w powietrzu wisi odór gnijących owoców. Jurkowski także coś poczuł, bo pociągnął 
nosem i zaczął prychać.

- A skąd ten smrodek? - wołał.
Jermakow schylony nad podłogą badał dziwną pleśń. Kruti-kow, oglądając się wokół, wskazał 

na kredens.

- Patrzcie - zawołał - tam też to wlazło! - Zza nie domkniętych drzwiczek kredensu zwisały 

festony brązowych nici. Koło lodówki widniała duża rudawa plama. Talerzyk stojący na stole po-
krywała ruda, puszysta pajęczyna.

- Pleśń?
- Nie pomyśleliśmy o tym wcześniej... - mruknął Jermakow. Jurkowski oglądał najpierw talerz, 

później wziął się do bliższego badania pleśni na podłodze i koło lodówki.

- Nno... tak. Wpuściliśmy do naszej twierdzy poważnego przeciwnika.
- Jakiego znów przeciwnika?
-   Pleśń...   grzyb...   -   wyręczył   Jurkowskiego   Jermakow.   -   Wnieśliśmy   do   „Hiusa”   zarodniki 

wenusjańskiej flory... a może fauny... i oto mamy skutki. Jak mogliśmy o tym zapomnieć? Odwołuję 
poprzednie   polecenie.   Zabieramy   się,   towarzysze,   do   roboty.   Musimy   dokładnie   przeglądnąć 
wszystkie   zakątki  na  „Hiusie”   i  przeprowadzić   dezynfekcję  za   pomocą   ultradźwięku.  Na   razie, 
miejmy nadzieję, nie stało się nic groźnego, ale na wszelki wypadek radzę, aby wszyscy natychmiast 
wykąpali się i natarli spirytusem.

- A może po zrobieniu porządków? - zaproponował Jurkowski. Jermakow jednak powtórzył 

polecenie, dodając:

- Po sprzątaniu możemy także... nawet musimy. A teraz do roboty.
Pracy   nie   brakowało.   Skórzane   obicia   w   niektórych   kabinach   upstrzone   były   białawymi 

pęcherzykami nie większymi niż główki od szpilek. Plastikowe obicia i przedmioty nie ucierpiały od 
tej niezwykłej inwazji. Za to wszystkie rzeczy zawierające nieco wilgoci porosły pleśnią podobną do 
przędzy.   Na   wełnianych   dywanikach   w   łazience,   na   ręcznikach   i   prześcieradłach   utworzyły   się 
puszyste plamy rdzawych nalotów. Krutikow z przerażeniem skonstatował, że wszystkie prowianty 
niezbyt dokładnie zabezpieczone zostały całkowicie zniszczone. Nie ocalał nawet, upatrzony za-
wczasu,   kawałek   wędliny   zostawiony   pod   przykryciem   w   kredensie.   Przemienił   się   w   ohydną 
brązową masę wyzwalającą straszliwy odór. Astronauci musieli dotrzeć aparaturą ultradźwiękową 
do wszystkich zakamarków statku.

- Widać wyraźnie, że miejscowa mikrofauna bardziej lubi zwykłą ziemską wodę od niezwykłej 

wenusjańskiej.

- Niestety...- mruknął Jermakow.
Bykow na wszelki wypadek wydezynfekował także powierzoną jego opiece broń i amunicję.
Gdy po trzech godzinach załoga zebrała się w salonie, aby zjeść „co Bóg raczył ocalić”, jak to ze 

smutkiem powiedział Krutikow, dowódca „Hiusa” zaczął opowiadać, nie patrząc na nikogo:

-   Przed   pięciu   laty   zginęła,   zaatakowana   przez   nieznaną   chorobę,   załoga   amerykańskiego 

planetolotu „Astra-12”. Wylądowali na Kalisto i po piętnastu godzinach zmarli. Mam nadzieję, że 
nam   nie   grozi   podobny   los,   ale   musimy   zachować   większą   ostrożność.   Przy   najmniejszych 
niedomaganiach natychmiast proszę meldować. - Przez chwilę bębnił palcami po stole i dodał:

- Po kolacji proszę, żeby wszyscy jak najszybciej udali się na spoczynek. Mamy przed sobą tylko 

siedem godzin na sen. Towarzysza Krutikowa poproszę na chwilę do siebie.

- Z jaką rozkoszą wypiłbym teraz kieliszek koniaku - westchnął Bykow. Dauge przytakiwał ze 

zrozumieniem.

Czerwone i czarne

„Malec”   pełzł   powoli   między   dwiema   wysokimi,   pionowymi   ścianami,   które   jakby 

wypolerowane błyskały czernią antracytu. Nie kończący się korytarz górski zdawał się zamykać się 
gdzieś daleko w czerwonej mgle. Popękane, nierówne dno rozpadliny pokrywała gruba warstwa 

background image

czarnego ciężkiego pyłu, który wzbijał się ciemną chmurą tuż za „Malcem” i opadał natychmiast, 
zasypując   ślady   gąsienic.   Nad   sunącym   przez   niezwykłą   dolinę   transporterem   płonęło 
pomarańczowoczerwone   niebo,   ze   wściekłą   szybkością   przelatywały   łaciate   purpurowe   obłoki. 
Straszne i dziwne uczucie ogarnęło ludzi, gdy znaleźli się w tej szczelinie, jakby nożem wyciętej 
wśród bazaltowych skał. Na pewno nie inną drogą schodził Dante do piekła w swej Boskiej Komedii. 
Ściany były tak gładkie, że robiły wrażenie specjalnie wypolerowanych, jakby działały tu rozumne 
siły.

Oczywiście Dauge i Jurkowski nie zaniechali okazji, aby wygłosić kilka hipotez. Obijając się o 

kolegów, uderzając głowami o nisko zawieszony elastyczny sufit, rozgadali się, jak zwykle w takich 
wypadkach.   Dyskutowali   o   synklinach   i   epigenezie,   oskarżali   się   nawzajem   o   ignorancję   w 
najbardziej podstawowych prawdach, co chwila zwracając się o poparcie do Jermakowa i Spicyna. 
Skończyło się na tym, że dowódca nałożył hełm i wyłączył słuchawki. A Bogdan na czysto retoryczne 
pytanie,   co   myśli   na   temat   wpływu   granitowych   ośrodków   magmy   na   kształtowanie   się   po-
wierzchniowych warstw geologicznych Wenus, odpowiedział całkiem poważnie:

- Moim zdaniem recesja okresu aluwialnego wpływa na fenotyp tylko wtedy, gdy genotyp jest 

dostatecznie homozygotyczny...

Pozbawione sensu zestawienie uczonych słów wywołało oburzenie dyskutantów, lecz przygasiło 

ich zapał krasomówczy i przywróciło spokój. Bykow odczuł jakby wielką ulgę, gdyż namiętna, a 
pozbawiona podstaw dyskusja o hipotezach wydawała się mu dość niewłaściwa w obliczu dzikiego, 
niepojętego, a realnego świata, w jakim poruszał się „Malec”.

Dzień przedtem, po wydostaniu się z trzęsawiska, wlokąc za sobą długie warkocze bladych 

roślin   wodnych,  transporter  czas   jakiś  krążył  po  kamienistym  gruncie,  zanim   udało  się  znaleźć 
przejście przez otaczający krater łańcuch górski. Skały porośnięte gęstym, a mocnym jak żelazo 
szarawym bluszczem wyglądały na całkiem niedostępne. Dopiero przy zastosowaniu radaru odkryto 
w   kilka   minut   szczelinę   zarośniętą   krzakami,   a   raczej   kępami   gołych   pędów   z   wielkimi, 
półmetrowymi cierniami. Rycząc i zgrzytając, „Malec” wdarł się w owe żelazne dżungle. Pomagając 
sobie wysuwanymi łapami, łamiąc i odrzucając na bok oporne pnie, przebił drogę do rozpadliny. 
Astronauci wyszli na chwilę z transportera i w milczeniu spoglądali na wypolerowane ściany doliny i 
krwawą wstęgę nieba zawieszoną nad ich głowami, na płomienisty pas widniejący w oddali. Gdy 
wrócili do maszyny, Dauge powiedział cicho:

- A grunt drży pod nogami...
Bykow nie czuł nic, lecz Jermakow dorzucił równie cicho i poważnie, jak Dauge:
- To Golkonda. - Po czym, zwracając się do Bykowa, spytał:
- Przejedziemy?
- Zaryzykujemy - wesoło odpowiedział Aleksiej. - Jeśli jednak napotkamy zwaliska skalne lub 

dolina okaże się ślepą uliczką. trzeba będzie zawrócić i szukać w innym miejscu. A może spróbujemy 
wysadzić przeszkodę...

„Malec” ruszył dalej. Połykał kilometry i przez długi czas nic nie zapowiadało, że dolina okaże 

się zamknięta lub przegrodzona. Aleksiej się uspokoił.

Silnik pracował równo, poskrzypywały nieco skrzynki i przytrzymujące je rzemienie. Wszyscy 

posnęli. Nie oparł się znużeniu nawet pełen niepohamowanej energii Jurkowski. Bykow widział 
wnętrze kabiny w lustrze umieszczonym nad ekranem infraczer-wonego reflektora. Spał Bogdan, 
oparłszy głowę o radiostację. Spał, leżąc na pakunkach, Jurkowski, a obok wyciągnięty Dauge, marsz-
cząc przez sen swoją dobroduszną twarz. Jermakow kiwał się, siedząc w nałożonym hełmie.

Po obu stronach maszyny przesuwały się, drżąc i przechylając się, błyskające czernią skały 

rozpadliny. Blask reflektorów tańczył po nierównej nawierzchni zasp z czarnego pyłu. Dalej mrok... 
czarna pustka. Gdzieś tam skalne mury rozstąpią się i „Malec” wyjedzie na pustynię. „A jeśli po 
drodze napotkają nieprzebyte przeszkody?”.

Czarne obrzeża doliny naprawdę robią wrażenie, jakby przechylały się i podskakiwały. Ukazuje 

się co chwila gorejące niebo. Transporter wypełza z głębokiego dołu, reflektory znów głaszczą fale 
czarnego pyłu. Znów dół, za nim wzniesienie... tak bez końca...

background image

„Malec” pełznie powolutku. Pokonał dwadzieścia kilometrów trzęsawiska i przejechał mniej 

więcej taką samą przestrzeń po dnie skalnej szczeliny. Bykow od pięciu godzin siedzi przy tablicy 
rozdzielczej sterowania. Zdrętwiały mu już nogi i kark. Czarne i czerwone barwy, którymi nasycony 
jest ten wenusjański świat, męczą oczy. Lecz przecież nie powierzy transportera nikomu, nawet 
dowódcy. Droga jest zbyt trudna dla niewprawnego kierowcy.

Oczywiście „Malcowi” nic by się nie stało, lecz jaką osiągaliby szybkość... Nawet Bykow przy 

swej wprawie nie zdobywa się na ryzyko wyciągania więcej niż sześciu, ośmiu kilometrów na godzi-
nę. Żeby chociaż skończyły się te przeklęte skały! Jermakow wyprostował się i zdjął hełm.

- Jak droga, Aleksieju?
- Bez zmian!
- Zmęczyliście się?
Bykow niezdecydowanie poruszył ramionami.
- Może przekażecie mi sterowanie i odpoczniecie?
- Droga bardzo trudna.
- Taak... nienadzwyczajna. Ale już niedługo powinniśmy wyjechać na pustynię.
- Żeby to...
Obudził się Jurkowski. Usiadł i tarł dłońmi twarz.
- Świetnie się pospało! Dauge!
- Co... co?
- Wstawaj!
- Co się stało? Tfu... ależ miałem sen... tfu!
Grigorij zachrypniętym głosem zaczął opowiadać sen, lecz By-kow nie słuchał go. Za pancerzem 

„Malca” działo się coś dziwnego. Niebo pociemniało i nabrało koloru brudnobrązowego. W świetle 
reflektorów, jak kłęby śniegu podczas zamieci, zawirowały czarne punkty. Czarny pył sypał się gdzieś 
z nieba jak piekielny śnieg. Po chwili nie było już widać ani drogi, ani skał. Lampki alarmowe 
połączone z zewnętrznymi licznikami i dozymetrami zabłysnęły malinowym światłem, strzałki na 
tarczach radiometrów alfa i beta zadrgały nerwowo. Bykow zahamował pojazd. Transporter ześliznął 
się prawą gąsienicą w dół i wykręcił się, stając w poprzek doliny. Światła reflektorów zmącone 
czarnym pyłem wparły się w gładką ścianę bazaltu.

- Co się stało? - spytał Jermakow.
Bykow bez słowa otworzył zasłonę przedniej szyby. Jermakow milczał przez chwilę i po chwili, 

gdy napatrzył się na zamieć, powiedział:

- Czarna burza. Już się z nią kiedyś zetknąłem.
- Co się tam dzieje? - rozległ się zaniepokojony głos Daugego. Spicyn, spoglądając na szybę, 

mruknął:

- Karnawał kominiarzy.
- Co się tu dzieje!?
- Czarna burza - głośniej wyjaśniał Jermakow. - Jeszcze jeden dowód, że znajdujemy się blisko 

Golkondy. Wyłączcie silnik, Aleksieju.

Inżynier wykonał rozkaz, lecz „Malec” nie przestał wibrować. Pobrzękiwał jakiś źle umocowany 

metalowy przedmiot.

- Wyjdziemy? - niecierpliwił się Jurkowski.
-   Po   co?   Pył  jest  radioaktywny,   przecież   widzicie!   Musielibyśmy   stracić   mnóstwo   czasu   na 

dezaktywizację.

- Dobrze by było wziąć próbkę tego świństwa...
- To lepiej za pomocą mechanicznych rąk - wtrącił się Bykow. - Można, towarzyszu Jermakow? - 

a zwracając się do Dau-gego, zawołał:

- Grigorij, dawaj zasobnik.
Jurkowski i Dauge usadowili się w komorze przejściowej przed górnym włazem „Malca”. Po 

chwili przed transporterem znalazł się już ołowiany cylinder. Bykow, dziwacznie poruszając rękoma, 

background image

manipulował sztucznymi, mechanicznymi palcami na długich metalowych prętach. Napierw chwycił 
w nie zasobnik. Stojący obok niego Spicyn nie wytrzymał i mruknął:

- No... no... teraz...
- Nie „nokaj” mi nad głową - burknął groźnie Bykow. Sztuczne ręce odkręciły pokrywę cylindra, 

potrzymały chwilę

otwarty zbiorniczek pod czarnym śniegiem i podały go do górnego włazu.
- Mamy go! - krzyknął uradowany Dauge.
Bykow wciągnął sztuczne ręce do schowków i wytarł pot z czoła. Jermakow szeptał, siedząc koło 

niego:

- Dwa razy widziałem czarną zamieć, ale za każdym razem odczuwaliśmy przed tym silne 

wstrząsy podziemne... to jest chyba należy powiedzieć podgruntowe.

- Tym razem nic takiego nie zauważyliśmy - rzeczowo stwierdził Bykow.
- Może nie zwróciliśmy uwagi podczas jazdy.
- Za to obecnie grunt drży coraz silniej... - dorzucił Spicyn. -Gdy byliśmy w głębi doliny, nie 

czuliśmy nic podobnego... a teraz...

- Jesteśmy bliżej Golkondy.
Jurkowski i Dauge wrócili z komory przejściowej, żywo rozprawiając. Jermakow polecił jechać 

dalej. Bykow włączył infra-czerwony reflektor. Bazaltowe ściany rozpadliny drgnęły i zaczęły cofać 
się   w   tył.   Po   pół   godzinie   czarny   śnieg   przestał   sypać   i   niebo  na   nowo   stało   się 
pomarańczowoczerwone. W napięciu prowadząc transporter, Bykow jednocześnie przysłuchiwał się 
rozmowom toczącym się za plecami.

Z ożywionej dyskusji, jaką wiedli Jurkowski i Dauge, dowiedział się, że: po pierwsze - czarny 

śnieg na pewno jest popiołem pochodzenia wulkanicznego; po drugie - że poważnie mówić o ra-
dioaktywnym popiele wulkanicznym może tylko człowiek, „który nie jest w stanie nawet obliczyć 
prostej funkcji całkowej” (tego rodzaju określenie naukowej impotencji wydało się inżynierowi dość 
mgliste, lecz w każdym razie utwierdziło go w przekonaniu, że geologowie nie potrafią rozmawiać 
poważnie o popiele wulkanicznym); po trzecie - że czarne zamiecie związane są niewątpliwie z 
działalnością Golkondy, i po czwarte, że na ten temat nie można jeszcze powiedzieć nic pewnego.

Nie bacząc na nie wyjaśnioną sytuację, astronauci zjedli śniadanie. Bykow zmniejszył szybkość, 

wypił  cały  termos  czekolady  i  zjadł  dwie   kanapki z  wędliną.  Po  przekąsce   Jermakow,  Dauge  i 
Jurkowski zanotowali obserwacje dokonane przez zewnętrzne laboratorium automatyczne. W miarę 
oddalania się od bagniska wilgotność atmosfery spadała i podczas sprawdzania zapisów doszła 
prawie   do   zera.   Zwiększyła   się   zawartość   izotopów   gazów   szlachetnych,   tlenku   węgla   i   tlenu; 
temperatura wahała się między siedemdziesięcioma pięcioma a stoma stopniami. Ku zdumieniu 
wszystkich i dzikiemu po prostu zachwytowi Jurkowskiego laboratorium wykryło w atmosferze 
wyraźne ślady żywej plazmy - jakieś mikroorganizmy, bakterie czy też wirusy, które potrafiły prze-
trwać w suchym i rozpalonym powietrzu wenusjańskim. W wyniku tych obserwacji Jermakow zalecił 
jeszcze większą ostrożność przy wychodzeniu z wozu i zapowiedział, że przy pierwszej nadającej się 
okazji zrobi wszystkim zastrzyki silnych antybiotyków.

Dauge   wzdychał,   wyrażając   pobożne   życzenia,   że   chciałby   doczekać   chwili,   kiedy   Wenus 

zostanie opanowana całkowicie i zmieniona w kwitnący sad, po którym będzie można spacerować 
bez speckombinezonów, nie obawiając się jakichś złośliwych choróbsk.

- W ogóle celem ludzkiego życia - dodał po zastanowieniu się- jest przekształcenie każdego 

miejsca, do którego człowiek dotrze, w kwitnący sad. Jeśli my nie doczekamy tej chwili, kiedy tu na 
Wenus zakwitną sady, to nasze dzieci dożyją tego na pewno.

Po takim spokojnym wstępie zaczęła się zwykła długa i głośna dyskusja z Jurkowskim na temat 

możliwości przeobrażania przyrody  w skali całej planety. Obydwaj zgadzali się, że w zasadzie nic 
temu   nie   stoi   na   przeszkodzie,   ale   kiedy   zaczęli   rozważać,   jak   to   praktycznie   wykonać   i   jakie 
zastosować metody działania, różnice ujawniły się bardzo szybko. Niewiele brakowało, by dyskusja 
zmieniła się w prawdziwą kłótnię.

background image

Rozpadlina skończyła się całkiem niespodziewanie. Skalne ściany nagle obniżyły się i oddaliły. 

Blask reflektorów zbladł przy czerwonym świetle spływającym z nieba. Bykow dodał gazu, „Malec” 
jeszcze kilka razy podskoczył na nierównościach i wjechał na kamienistą równinę, czarną i rozległą.

- Pustynia - z ulgą w głosie oznajmił Bykow.
- Zatrzymaj się, Aleksieju, na chwilę - wołał Dauge. „Malec” stanął. Astronauci natychmiast 

założyli hełmy i wysiedli z wozu. Bykow wyszedł ostatni.

Góry mieli za sobą. Daleko na widnokręgu sterczały postrzępione jak zęby wielkoluda czarne 

skały, równy jak cięcie nożem wąwóz. Pustynia, lub raczej to, co w pewnym stopniu przypominało 
pustynię,   było   nową   niespodzianką.   W   każdym   razie   Spicyn,   który   nigdy   w   życiu   nie   widział 
prawdziwej pustyni, wyobrażał sobie, że zobaczy żółte i szare piaski i wydmy. Tymczasem wokół 
„Malca” ciągnęła się równa jak stół czarna przestrzeń, po której sunęły przezroczyste jak mgiełka 
strumienie drobniutkiego pyłu. Daleko, na samym krańcu widnokręgu zasłoniętego czerwonawą 
kotarą   mgieł,   leniwie   przesuwały   się   wdzięcznie   wyginające   się   cienie   jak   gigantyczne   węże 
próbujące stanąć na ogonach. Cały ten świat pokrywała pomarańczowoczerwona kopuła nieba, po 
którym pędziły ciemne, purpurowe obłoki z wściekłą szybkością zbliżające się do „Malca”.

- Jak się wam podoba taka nawierzchnia? - spytał Jermako-wa, podchodząc do Bykowa.
- Pustynia... - spokojnie odpowiedział inżynier.
- Ma się rozumieć. Dla was to ojczysty krajobraz. Nie spotkacie tu wprawdzie saksaułów, ale 

macie prawdziwą Gobi, najprawdziwsze czarne piaski.

- Czarne to one są... - Bykow zająknął się. - No i nawierzchnia wygląda całkiem przyzwoicie. 

Szeroka, równa... teraz popędzimy.

Dauge   wygłupiał   się   i   wrzeszczał.  Astronauci   w   wesołych   nastrojach   wracali   do   maszyny. 

Bogdan Spicyn zatrzymał się na chwilę przy włazie i powiedział:

- Zupełnie jak u Stendhala.
- Co takiego? - zdziwił się Bykow.
- Wszystko „czerwone i czarne”... Rozumiesz, nigdy nie lubiłem Stendhala...
Bykow   znów   usiadł   przy   tablicy   rozdzielczej   sterowania.   „Malec”   drgnął   i   zaczął   nabierać 

szybkości. Gnał naprzód, lekko kołysząc się. Wiatr pędził ogon kurzu, niósł po pustyni smugi pyłu, 
wiercił nimi i podnosił w formie trąb powietrznych. Oto maleńki wir pyłu rośnie, powiększa się, 
rozszerza i wytryska w niebo pionowym słupem. Na horyzoncie widnieje już cała masa takich wi-
rujących trąb.

- Lepiej nie zbliżać się do tych diabłów - rzucił ostrzegawczo Dauge.
- Pewnie, że lepiej - odpowiedział Bykow, przypominając sobie spotkanie ze znacznie mniejszą 

trąbą powietrzną, która zniszczyła obóz geologów na Gobi, zmieniając go w zwykłą wydmę.

Wiatr przybierał na sile. W pobliżu bazaltowych skał ledwie się go czuło, lecz na otwartej 

przestrzeni hulał, wyjąc w antenach i sypiąc piaskiem w przednią ścianę wozu. Droga wiodła nieco 
pod   górę.   Transporter   wdrapywał   się   na   rozległy   płaskowyż.   W   niektórych   miejscach   warstwa 
czarnego piasku była zmieciona przez wiatr i wówczas gąsienice turkotały po gołej, popękanej skale.

Spicyn, już nie wiadomo który raz, próbował nawiązać łączność z „Hiusem”. Dauge i Jurkowski 

rozmawiali  o planie   poszukiwań   geologicznych,   od  czasu   do  czasu   gestykulując   zaciekle,  jakby 
chcieli uszanować uszy przyjaciół.

Bykow przekazał sterowanie dowódcy, rzucił mu kilka pożytecznych rad, a sam ułożył się na 

bagażach z mocnym postanowieniem ucięcia drzemki. Do Golkondy, zdaniem Jermakowa, pozostały 
jeszcze ze dwie godziny jazdy, miał więc troszkę czasu, lecz sen nie przychodził.

Bogdan Spicyn podniósł nagle rękę i poprosił o ciszę.
Jurkowski uradowany zaczął pytać, czy już złapał radiostację „Hiusa”.
- Nie... ale poczekajcie chwileczkę. - Bogdan jeszcze chwilę stroił aparat, po czym wyszeptał:
- Namiary.
- Czyje? „Hiusa”?
- Nie. Ale posłuchajcie.
Jurkowski i Dauge pochylili się nad nim. Jermakow także nasłuchiwał.

background image

- Poczekajcie chwilę... - zastanawiał się na głos Dauge. - To znaczy, że prócz nas ktoś tu jest na tej 

planecie.

- Tak wygląda!
- W prawo od kursu... Ciekawe! - Jermakow nagle zwrócił się do Aleksieja. - Towarzyszu Bykow, 

obejmijcie   sterowanie.   -Dowódca   wstał   i   założył   słuchawki.   Na   twarzach   wyraźnie   malował   się 
niepokój.

- Trzy kropki, trzy kreski... Jermakow zdjął słuchawki.
- W ciągu ostatnich dziesięciu lat w rejonie Golkondy znalazło się sześć ekspedycji badawczych i 

co najmniej z tuzin rakiet bez obsługi ludzkiej.

- Wszystko jest możliwe! - Dauge mówił podnieconym głosem. - Tam mogą znajdować się 

ludzie! Wzywają przecież pomocy!

- Bardzo w to wątpię - zaprotestował Jurkowski. - Jakie jest wasze zdanie, Anatolu Borysowiczu?
- Krzywicki wytrzymał na Marsie trzy miesiące, ale on znalazł wodę... Moim zdaniem jest to 

automatyczny pelengator.

Bykow niespokojnie kręcił się przy sterze.
- Skręcamy czy nie? - wykrzyknął wreszcie zniecierpliwiony. Jermakow zastanawiał się. Wszyscy 

domyślali się, że nie może

podjąć decyzji, lecz trudno było dociec dlaczego. Musiały to jednak być ważne przyczyny, tego 

byli pewni.

- Chodzi o wodę... - powiedział wreszcie Jermakow.
- O wodę... - jak echo powtórzył Jurkowski.
- A może to będzie całkiem blisko... - jakby prosząc, wyszeptał Dauge.
- Jedziemy zatem - zdecydował Jermakow. - Może potrafimy dotrzeć tam za dwie godziny. 

Jedziemy, Aleksieju, zmieniajcie kurs... według żyrokompasu... - pochylił się nad radiostacją - sześć-
dziesiąt stopni, o tak... a teraz na pełny gaz.

„Malec” pomknął, przecinając ruchliwe strugi pyłu nadlatujące z północy. Wiatr uderzał o prawą 

burtę wozu czasem z taką mocą, że Bykow szóstym zmysłem kierowcy wyczuwał, jak maszyna traci 
stateczność.   Zmieniał   wówczas   kurs   o   parę   stopni,   nastawiając   na   uderzenia   wichury   i   piasku 
przedni pancerz, to znów wystawiał prawą łapę, aby w razie czego podeprzeć się nią. Bogdan ze 
słuchawkami na uszach siedział przy radioaparacie i półgłosem korygował kurs. W lustrze Bykow 
widział pobladłą twarz Daugego. Mijały minuty, przelatywały nad pustynią purpurowe obłoki... W 
pewnej chwili Jurkowski pochylił się nad Bykowem i krzyknął mu do ucha kilka słów. Aleksiej w tej 
samej chwili zauważył przed „Malcem” wielki wypalony krąg, pośrodku którego ział duży lej o 
postrzępionych   brzegach.   Gąsienice   zadudniły   po   twardym   jak   skała   gruncie.   Inżynier   rzucił 
Daugemu pytające spojrzenie, lecz ten albo nie zauważył leja, albo uważał, że na Wenus nie ma się 
czemu   dziwić.   „Jeszcze   jedna   zagadka   tej   planety”   -pomyślał   Bykow.   Zerknął   na   strzałkę 
szybkościomierza. Drgała koło stu dwudziestu. Niesamowity czarno-czerwony świat migał przed 
oczyma, aż zaczynały łzawić.

- Pośpiesz się, Aleksieju! Prędzej! - szeptał błagalnie nad uchem Dauge.
Bykow przymrużył oczy i potrząsnął głową. W tej chwili Jurkowski krzyknął:
- W lewo! Skręcajcie w lewo! O tam...
- Planetolot!- wykrzyknął Dauge.
Nawet   Bykow   swym   niedoświadczonym   okiem   mógł   zobaczyć,   jakiego   rodzaju   katastrofa 

zniszczyła   ten   wielki   metalowy   stożek.   Najwyraźniej   było   widać,   że   statek,   podchodząc   do 
lądowania,   dostał   się   w   potężny   wir   i   został   rzucony   bokiem   na   szczyt   bazaltowego   wzgórza. 
Pozostał tak już na zawsze, tkwiąc między powywracanymi jakimś kataklizmem skałami. Jak kawałki 
blachy wyrzucone na śmietnik leżały pogięte wielkie płaszczyzny stateczników, cała rufowa część 
rakiety przecięta była nierówną linią pęknięcia, które już zasypał czarny piasek. Nad samą ziemią 
widniał niewielki otwór - otwarty na oścież właz.

- Taak, namiary na pewno były automatyczne... - ponurym tonem powiedział Jurkowski.

background image

Bykow obejrzał się na towarzyszy. Dauge gryzł wargi. Piękna twarz Jurkowskiego zastygła. 

Spicyn kręcił głową, jakby zobaczył coś, co jest całkiem oczywiste. Jermakow z ponurym wyrazem 
twarzy nie odrywał wzroku od iluminatora.

- Podjedźcie bliżej, Aleksieju - wydał niegłośne polecenie. Gdy „Malec” przedostał się wreszcie 

przez zwaliska kamieni

i   stanął   przed   włazem   do   planetolotu,   wszyscy   członkowie   załogi   zaczęli   zakładać   hełmy. 

Jermakow jednak rozkazał, aby pozostali w transporterze, po czym dorzucił:

- Ze mną pójdą tylko Bykow i Spicyn.
Przyświecając   sobie   latarkami,   pełzli   po   ciemnych   korytarzach   przewróconego   planetolotu. 

Dotarli do stalowych drzwi. Bykow słyszał, jak poskrzypuje siliketowy kombinezon, jak wali w skro-
niach puls. Jermakow mocował się z drzwiami, lecz nie dał rady ich otworzyć i zwrócił się do 
Bykowa.

- Nie mam siły, bracie. Wasza kolej. Spróbujcie.
Bykow nacisnął całą wagą ciała, napiął mięśnie. Drzwi ze zgrzytem ustąpiły.
- Droga otwarta - szepnął, wskazując na wąską szparę.
W pustym sześciennym pomieszczeniu, zapewne w komorze przejściowej, zobaczyli zniszczony 

aparat   tlenowy   i   leżący   na   podłodze   łuskowy   pancerz   astronautyczny.   Jermakow   nachylił   się, 
oglądając go.

- Butle z tlenem puste.
- Spójrzcie - zduszonym głosem zawołał Spicyn.
Bykow cofnął się. Pod nogami coś zabrzęczało. W planetolo-cie, przeświecając przez szpary i nie 

domknięte drzwi, paliło się światło, wskazując drogę do dalszych kabin.

Minęli oświetlony mlecznymi żarówkami salon, zawalony jakimiś zetlałymi już szmatami, na 

których można było rozróżnić brązowe plamy, weszli do kabiny sterowniczej.

Na ścianie, która w nienaturalnej pozycji rakiety wisiała nad nimi jak sufit, błyskała matowa 

żarówka. Tablica rozdzielcza, zerwana ze swego miejsca, trzymała się na nadpalonych przewodach. 
W   radioaparacie   migało   zielone   światełko.  Aparat   działał.   Przed   nim   siedział   człowiek.   Głowę 
owiniętą zrudziałymi bandażami pochylił na piersi i nie zwracał uwagi na nieustannie migające świa-
tełko, rzucające przez rozbite szkło osłonki zielony promyk.

- Witaj, pandicie Bidchanie Bondepadchaju, bohaterski Hindusie! - opierając dłonie na oparciu 

krzesła, cicho wypowiedział Jermakow. - Oto, gdzie się spotkaliśmy. Zginąłeś na posterunku jak 
prawdziwy człowiek...

Milczał przez chwilę, próbując opanować zdenerwowanie. W końcu, wznosząc ściśniętą pięść i 

skandując słowa, powiedział:

- Cześć twojej pamięci!
Ułożyli ciało martwego astronauty na podłodze.
- Lepszego pomnika niż ten planetolot nie można wymyślić -powiedział Jermakow, pochylając 

głowę. - Zostawimy go na miejscu.

Bykow wpatrywał się w chude, poranione ciało, niestarannie owinięte w bandaże i porwane 

prześcieradła. Wydało mu się, że ten bojownik nauki nie bał się śmierci, która dościgła go tu, miliony 
kilometrów od Ziemi. Tacy ludzie nie załamują się, nie cofają.

Spicyn zbliżył się do radioaparatu.
- Sam go naprawiał... o proszę, widać, że naprawił automat -nadajnik namiarów. Nie potrafię 

tylko pojąć, w jaki sposób udało się mu zachować życie przy tak silnym uderzeniu. Wszystko prze-
cież rozbite jest w drzazgi.

- A gdzie są jego towarzysze? - spytał nagle Bykow.
- Kto?
- Jego towarzysze...
- Bondepadchaj leciał samotnie - odpowiedział Jermakow.

background image

Astronauci zabrali ze sobą dziennik pokładowy, filmy z automatycznych obserwatoriów, notatki 

i   dokładnie   zamknęli   za   sobą   drzwi.   Gdy   maszerowali   do   „Malca”,   Jermakow   cichym   głosem 
powiedział, jakby w formie rady:

- Nie opowiadajcie zbyt wiele o tym, co widzieliśmy. Towarzyszu Spicyn, zróbcie kilka zdjęć 

statku i chodźmy.

W kabinie transportera Jermakow zajął miejsce kierowcy i w kilku zdaniach opowiedział o 

tragedii Bondepadchaja.

Dauge spytał tylko, „czy chodzi o tego samego uczonego, który założył obserwatorium  na 

Księżycu”.   Nie   dostał   odpowiedzi   na   swoje   pytanie.   Dopiero   po   długiej   przerwie   Jermakow 
powiedział z nutką wściekłości w głosie:

- Potworna planeta... ale my ją pokonamy! My ją opanujemy! „Malec” pędził na północ, omijając 

po drodze wirujące trąby

powietrzne. W pewnej chwili całkowicie zmieniając barwę nieba, wybuchła nad horyzontem 

oślepiająca   błękitna   zorza.   Na   jej   tle   astronauci   zobaczyli   wyraźnie   rysujący   się   łańcuch   górski 
ciągnący się daleko na skraju widnokręgu. Zorza drgnęła, mieniąc się błękitem i bielą, i po paru 
minutach zgasła równie nagle, jak rozbłysła.

- To Golkonda uśmiecha się do nas zwodniczo - powiedział Jermakow. - Zbliża się nowa czarna 

burza,   Aleksieju,   siadajcie   przy   sterach.   Teraz   będziecie   mieli   okazję   pokazać   wszystkie   swoje 
umiejętności.

Wenus obnaża kły

Bykow   z   trudem   potrafił   później   uświadomić   sobie   przebieg   wydarzeń,   jakie   rozegrały   się 

dosłownie w kilka sekund po słowach dowódcy. Inni członkowie załogi także nie zorientowali się, co 
zaszło. Nie zdążyli nawet pozapinać pasów bezpieczeństwa. Czarna burza Golkondy nie nadchodzi 
jak huragan! Po prostu powstaje jak odbicie w lustrze - w jednej chwili. Bykow zdążył zaledwie 
zauważyć na podczerwonym ekranie czarną masę, która wpadła na „Malca”. W tym momencie 
kończyły się wszelkie wrażenia, a zaczynały mechaniczne odczucia.

Transporter jakby zderzył się z pociągiem pośpiesznym. Bykow uderzył głową o przednią ścianę 

i jęknął z bólu. W oczach zamigały mu wszystkie gwiazdy kosmosu. Poczuł, jak „Malec” staje dęba i 
lada chwila przewróci się na plecy. Dał pełny gaz, włączył maksymalne obroty, jakie mógł wyciągnąć 
silnik. Jednocześnie wyrzucił raczej, niż wysunął łapy. Prawa tylna zgięła się po kilku sekundach. 
Transporter zakręcił się w miejscu i zwalił na bok. Łapy uniosły go nieco, a burza od razu rzuciła na 
gąsienice. Jak zwykle w chwilach prawdziwego niebezpieczeństwa mózg pracował niezawodnie. 
Bykow stał się jedną z części wielkiego organizmu maszyny. Nieprzytomnymi oczyma widział, jak w 
czarnej otchłani burzy co chwila wybuchają błękitem jasne kule. Kule wybuchały bezgłośnie, sypiąc 
ogniem. Silnik zapewne ryczał, lecz nie było go słychać w straszliwym gromie huraganu, który 
spychał „Malca” do tyłu. Gąsienice bezskutecznie obracały się z olbrzymią szybkością. Tytanowe łapy 
wyginały się jak trzciny, ale „Malec” cofał się. Znów staje dęba i pada na bok. Bykow naciska jakieś 
klawisze urządzeń kierujących działaniem maszyny... Na ekranie błyskawice wybuchają kulistymi 
plamami,   „Malec”   podnosi   się,   znów   się   przewraca   i   nagle...   Wszystko   ucicha.   Bykow   ustawia 
maszynę... wyłącza silnik i zdejmuje ręce z klawiszów. Przez przednią szybę widzi czerwono-czarny 
świat, tym razem piękny i miły. W ciszy słychać gwałtowne tykanie liczników promieniowania i 
dozymetrów. Bykow zajrzał do kabiny. Jermakow zdrętwiałymi palcami próbował rozplątać pasy, 
jakimi   był   przymocowany   do   fotelika.   Spicyn   bez   hełmu   na   głowie   siedział   na   podłodze   pod 
radiostacją.

- Wiecie co, żeby tak żyć... - zaczął Bogdan, ale urwał i filozoficznie uśmiechając, się zapytał:
- Czyżby młodość naszej planety była równie niespokojna? Spod stolika umocowanego pod 

ścianą wylazł Dauge, klnąc

po łotewsku. Usiadł, oparł się o bagaże i znów zaklął w ojczystym języku. Zdjął hełm. Był blady i 

ostrzegał, że zaraz dostanie morskiej choroby. Jurkowskiego musieli szukać pod stosami bagażów. 
Leżał przez chwilę bez przytomności, lecz prędko przyszedł do siebie i spytał:

- Co się stało? Gdzie jestem?

background image

Bogdan poważnie odpowiedział:
- W „Malcu”... to taki transporter...
- Do diabła ze szczegółami! Na jakiej jestem planecie?
- Wyjątkowe zdolności... - ryknął ni z tego, ni z owego Dauge. - Przy każdej okazji powtarzać 

stare kawały.

Jurkowski zerwał się i patrząc na Daugego, wycedził przez zęby.
Cher Gregoire! A wiesz, jaki przybrałeś kolorek?
- Wydaje mi się, że żółty.
- Nie. Jesteś purpurowy, widocznie poddajesz się prawu mi-mikry. Tu wszystko jest purpurowe.
Przerwał mu rozkazujący głos Jermakowa:
- Towarzysze! Alarm! Natychmiast założyć hełmy! Bykow akurat miał zamiar zdjąć hełm, ale 

zatrzymał się w pół

ruchu. Jermakow wyjaśniał:
- Spójrzcie, co się tu dzieje! Do „Malca” dostała się radioaktywna sadza. Przygotować się do 

dezaktywizacji.

Bykow   zrozumiał,   że   stała   się   rzecz   na   pozór   niemożliwa.   Przez   mikroskopijne,   nieledwie 

włoskowate szczeliny włazu huragan wcisnął do wnętrza wozu czarny pył. Bogdan Spicyn, który 
umazany był sadzą, rzucił się do umywalni. Dauge wahał się chwilę, lecz spojrzawszy na Jermakowa, 
nałożył hełm.

- Aleksieju, obejrzyjcie „Malca” z zewnątrz- polecił dowódca. Wokół transportera panowała 

cudowna cisza. Przestał nawet

wiać wiatr, który dotychczas dął od strony Golkondy. Zniknęły gigantyczne trąby powietrzne, 

tańczące do niedawna na widnokręgu. Bykow zeskoczył z maszyny i zapadł się po kolana w czarnym 
pyle. Grunt drżał tak silnie, że Bykowowi dzwoniły zęby. W słuchawkach co chwila dźwięczał głuchy 
grzmot.

- Golkonda! - Bykow wpatrywał się w łańcuch wzgórz na widnokręgu.
W purpurowej mgiełce zjawiał się, to znów ginął postrzępiony grzbiet, drgał w rozpalonych 

gazach atmosfery.

Grzmot dudniący gdzieś w trzewiach planety nie milkł. „Malec” stał z uniesionym dziobem, 

lekko przechylony na prawy bok, przypominając wielkiego, czarnego pająka, który stoczył przed 
chwilą ciężką walkę. Pod dnem maszyny urosła pokaźna wydma z czarnego pyłu, a łapy „Malca” 
tonęły w niej głęboko. Obchodząc transporter dookoła, Bykow przyglądał się bruzdom wyrytym 
podczas   cofania   się   pod   naporem   czarnej   burzy.   Wydawały   się   być   całkiem   płytkie,   lecz   w 
rzeczywistości krył się w nich po pas.

Tylna prawa łapa dosłownie wisiała na paru metalowych żyłkach. Napór wichury wywichnął 

ową niezwykle mocną, sporządzoną z tytanu „kość” i rzucił niezdatną w czarny proch. Uszkodzenie 
można było naprawić, ale Bykow, zabierając się do roboty, wiedział, że łapa nie uzyska już dawnej 
siły.

Niewiele brakowało do zakończenia pracy, gdy usłyszał nad uchem głos Jermakowa:
- Jak wasze sprawy? My swoje już załatwiliśmy. Dowódca przykucnął obok inżyniera.
- My nie mieliśmy wiele kłopotu, ale i wy, zdaje się, już kończycie.
- Tak... - dysząc ciężko, odpowiedział Bykow. - Szkoda „Malca”, pokaleczył nóżkę, biedaczek. 

Teraz nadaje się do spokojnych spacerów. - Patrząc krytycznym okiem na swoją robotę, dodał:

- Trzeba było cofać się, nie połamałbym kości. Dowódca uśmiechnął się.
- A macie pojęcie, jak długo trwał huragan? - spytał niespodziewanie.
- Chyba ze dwadzieścia minut. Nie patrzyłem na zegarek -odpowiedział bez zastanowienia 

Bykow.

- Akurat! Tylko trzy i pół minuty!
- Niemożliwe.
- Trzy i pół minuty - powtórzył Jermakow. - Przez ten czas cofnęło nas tysiąc metrów. Gdybyście 

pozwolili unieść się, „Malec” byłby sto kilometrów stąd. A do tego leżałby rozbity na kawałki. Nie 

background image

zdajecie nawet sobie sprawy, co zrobiliście. - Jermakow przyjaźnie pogłaskał metalową łapę „Malca”. 
- Teraz musimy ruszać. Droga otwarta, a Golkonda tuż przed nami. Słyszycie, jak grzmi?... Nie dalej 
niż sto pięćdziesiąt kilometrów stąd. Już ją widać... Tam na widnokręgu to nie góry, lecz właśnie 
tętniąca energią Golkonda.

Bykow, zanim ruszył za dowódcą, spojrzał na cel swej jazdy. W oczach mieniły mu się przez 

chwilę szerokie fiołkowe pasma, po czym nagle znikły. Aleksiej potrząsnął głową. Pasma zniknęły.

- Jeszcze tego brakowało! - mruknął. - Mam halucynacje. Wesoła historia! Nie ma co!
Całe wnętrze „Malca” było wyszorowane i błyskało czystym metalem i plastikiem. Ładunek 

został porządnie ułożony i zamocowany. Nastroszony, z mokrymi jeszcze włosami, zaróżowiony po 
kąpieli   Bogdan   siedział   przy   radiostacji.   Geologowie   zajęli   swój  ulubiony   kącik   za   składanym 
stolikiem. Jurkowski przeglądał jakąś broszurę i pogwizdywał przez zęby. Wnętrze maszyny zrobiło 
na Bykowie wrażenie, jakie robi ciche i przytulne mieszkanie. Poczuł nagle, że chce mu się straszliwie 
spać. Oczy same się zamykały. Inżynier czuł, że odbija się na nim napięcie ostatnich godzin.

- Anatolu Borysowiczu...
- Idźcie spać... nic innego tylko spać!
- Z rozkoszą! - Bykow przysiadł na pakunkach i zdjął hełm. Dauge obserwował go bacznym 

przyjacielskim okiem.

Gdy Aleksiej zdjął hełm, Dauge pobladł. Jednocześnie Jerma-kow zawołał:
- Aleksieju, macie całą twarz umazaną krwią!
- Stuknąłem się twarzą - mruknął kierowca, obmacując nos.
- Nie dotykajcie! Zaraz przemyję siniec... Włodku, podajcie lustro...
Bykow zobaczył na czole olbrzymi siniec. Nos miał spuchnięty, a dolna warga nabrała jakichś 

groteskowych kształtów. Na policzkach widniały dziwaczne wzory.

Jermakow, przemywając krwawe nacieki, mówił:
- Nic groźnego, chociaż wygląda bardzo efektownie. Nie rozumiem, jak mogliście nie poczuć 

takiego potłuczenia.

- Bolało trochę, ale nie bardzo. Kto mógł przypuszczać?...
- Ja wierzę święcie w to, co on mówi. Sam stałem połowę drogi na głowie i przytrzymywałem 

żołądek językiem.

- Bujasz! Nie stałeś na głowie, tylko do góry nogami! Bykow powiesił hełm i ledwie zdążył 

położyć się, już spał.

Jurkowski mówił coś do niego, ale było za późno.
Aleksiej   płynął   białym   stateczkiem   po   szerokiej   błękitnej   rzece.   Brzegi   zasłaniała   leciutka 

mgiełka. Nad wodą unosił się dziwaczny, oślepiająco biały ptak. Nagle pokład usunął się w bok. 
Bykow wypadł za burtę. Ktoś krzyknął: „Co za piekielna droga!”. Inżynier machnął nogami i usiadł. 
Jermakow siedział przy tablicy rozdzielczej sterowania, a reszta towarzyszy stała za nim, wlepiając 
oczy w ekran.

Bogdan Spicyn rozprawiał:
- Podstarzała bogini piękności, a jakie to zębiska pokazuje. Piękny widok: Wenus obnaża kły! A 

my leziemy do jej paszczęki.

Bykow zwlókł się ze swego twardego łoża i przecisnął się między Bogdanem a Grigorijem. 

Pustynia   skończyła   się.   Omijając   zwały   głazów,   „Malec”   sunął   przez   las   gładkich   kamiennych 
słupów.

Nad   głazami   sterczały   wysokie,   ostro   zakończone,   naturalne   obeliski.   Bogdan   miał   rację,   z 

daleka przypominały one potężne starcze zęby. Grunt był popękany i pokryty licznymi lejami, na któ-
rych   rosły   twarde   bluszcze.   Cierniste   gałęzie   oplatały   kamienne   słupy   otaczające   „Malca”   ze 
wszystkich stron.

Trzęsło niesamowicie. Jurkowski na jakimś podskoku transportera przygryzł sobie język i aż 

kwiknął z bólu. Bykow dotknął ramienia Jermakowa i powiedział stanowczym tonem:

- Musimy zatrzymać wóz, towarzyszu Jermakow. W tym terenie moglibyśmy z łatwością przebić 

brzuch naszego „Malca”.

background image

Jermakow   skinął   głową   na   znak   zgody.   Podprowadził   transporter   pod   najbliższy   cokół   i 

wyłączył silnik.

-   Należałoby   przeprowadzić   rozpoznanie   drogi   -   doradzał   Bykow.   -   Bardzo   możliwe,   że 

będziemy musieli zawrócić i szukać nowego dojazdu do Golkondy.

- Nie! - krótko zaprotestował Jermakow. - Nie mamy na to czasu, a pasmo kamieni ciągnie się 

bardzo daleko.

- Wobec tego trzeba będzie wysadzać skały. Kilka min powinno wystarczyć - powiedział tym 

razem Spicyn.

Jermakow zastanawiał się przez chwilę. Wstał i oznajmił:
- Rozpoznanie przeprowadzimy we czwórkę. Kierowca zostaje w wozie.
- Tak jest.
- Rozpoznanie! Nareszcie rozpoznanie! - wykrzykiwał Dau-ge, chwytając za młotek geologiczny.
- Młotek zostawcie - polecił Jermakow. - Bierzemy tylko broń.
- Anatolu Borysowiczu... przecież nie byliśmy ani... razu w terenie...
- Teraz nie czas na to. Jurkowski, Spicyn i Dauge za mną. Bykow, nie odchodzić na krok od 

maszyny. Nawet jeśli usłyszycie wystrzały. Czy wszyscy gotowi? Idziemy więc.

Aleksiej   razem   ze   wszystkimi   wyszedł   z   wozu   i   usiadł   na   jego   zewnętrznym   pancerzu.   Z 

niewielkiego podwyższenia, jakie stanowiła umieszczona na wierzchu kadłuba wieżyczka dowódcy, 
widział   dobrze,   jak   w   różnych   kierunkach   pełzną   maleńkie   ludzkie   figurynki,   tak   maleńkie   w 
porównaniu   z   kamiennymi   olbrzymami,   że   robią   wrażenie   drobniutkich   owadów.   Jurkowski   z 
Bogdanem udali się w prawo, a Jermakow i Grigorij prosto. Przez długą chwilę słyszał wynurzenia 
Włodka Jurkowskiego, że maszerują przez najcudowniejszy na świecie rezerwat geologiczny, wesołe 
odpowiedzi Bogdana i dziarskie pokrzykiwania Grigorija, który basem zaczął śpiewać piosenkę o 
Argonautach. Jednakże wkrótce ucichły wszelkie głosy i Bykow pozostał sam.

Po   niebie,   jak   i   przedtem,   pędziły   szalone   chmury.   W   szczytach   kamiennego   lasu   wiatr 

wyśpiewywał ponure melodie. Bykow kilka razy usłyszał głośny trzask i wówczas zrywał się na 
równe nogi, rozglądał dookoła, bo odnosił wrażenie, że jest to wystrzał sygnalizacyjny. Po pewnym 
czasie zorientował się, że to wichura zwala kamienne drzewa lub obala jedne na drugie. Zszedł 
jednak do kabiny i wziął automat. Teren drżał od ciężkich uderzeń.

Okolica była wyjątkowo ponura. Bykow wyobraził sobie, że znajduje się w ruinach jakiegoś 

wielkiego pałacu. Nie miał on komnat, lecz tylko wspaniałe kolumny z czarnego kamienia. Między 
kolumnami   z   godnością   przechadzali   się   biało   ubrani   mędrcy,   piękne   kobiety,   wojownicy   w 
miedzianych hełmach z tarczami w ręku... Niby na rysunku, jaki widział w historycznej powieści o 
Atlantydzie... Pewnego dnia rozhulała się czarna burza. Zwaliła dach, który runął między kolumny. 
Wszystko zginęło i pozostał tylko kamienny las.

Nagle inżynier zerwał się. Zdawało mu się, że za jednym z kamiennych wzgórz poruszył się 

ciemny kształt, nie mniejszy od sporej kamienicy. Tajemnicze stworzenie okazało się tylko wielkim 
głazem.   Kamienie   przybrały   tak   dziwaczne   kształty,   że   niektóre   do   złudzenia   przypominały 
wielkoludy. Bykow uspokoił się i zaczął obserwować najbliższe kamienie, doszukując się wśród nich 
znanych   mu   obrazów.   Oto   leży   wyciągnięty   śpiący   lew,   tam   roześmiana   twarz   wygląda   spod 
wysokiej czapy; dalej gigantyczna żaba czai się do skoku; obok niej dziwaczny zwierz z rogami i 
wyłupiastymi oczyma... Kamienne konie wyciągnięte w cwale żyły swym nieruchomym życiem. Na 
pewno cały ten zwierzyniec dyszał, obserwował świat spod przymrużonych powiek, niezauważalnie 
robił   bokami   po   ciężkim   wysiłku...   Patrzyły   na   przybysza   z   obcej   planety   kamienne   tygrysy, 
jaszczury, smoki...

Aleksiejowi przyszło na myśl, że jednak ta planeta nie ma tak bogatego życia jak Ziemia. Tam 

nawet na pustyni były węże, skorpiony, tarantule... na skraju wielkich pustyń widywało się antylopy. 
Co prawda w tamtym błocku wokół „Hiusa” życie aż tętniło, ale za to na pustyni istniały tylko 
twarde ciernie, wyrastające prosto z kamieni kolce. Gdy „Malec” próbował wydostać się za skalistą 
barykadę okalającą krater, Bykow odniósł wrażenie, że mignął mu jakiś cień i skrył się w kłujących 
zaroślach. Lecz na pewno było to złudzenie optyczne... Nędzna planetka.

background image

„Co to wszystko jest w porównaniu z zieloną trawą, z gałązkami brzozy. Gdzie tu szukać białych 

chatek i szemrzących strumieni?” - westchnął tęsknie: „Ech, Ziemio, Ziemio!”.

Daleko za zwałami kamieni przesunęła się postać idącego. Spieszył, wymachując rękoma, jakby 

bał   się   stracić   równowagę.   Potknął   się   i   o   mało   nie   upadł.   W   słuchawkach   Bykowa   ledwie 
dosłyszalnie zabrzęczał głos. „Jurkowski! Jak przyjemnie dojrzeć znów żywego człowieka w tym 
martwym lesie na kamiennym cmentarzu! Idzie i już nie śpieszy się... głos brzmi posępnie, widocznie 
nie ma przejazdu... Niedobrze, trzeba będzie wysadzać skały... marnowanie czasu. Bykow roześmiał 
się. Ale nim  kiwa! Jak na morzu!”  Geolog zamachał  rękoma i podnosząc  jedną nogę, zjechał  z 
wielkiego głazu. W słuchawkach rozległo się kilka bardziej soczystych słówek. Aleksiej uśmiechał się. 
Cieszył się widokiem człowieka! Jurkowski w końcu wcale nie taki zły chłop, nawet nieprawdziwy 
„bażant”. Lubi zadzierać nosa, to jasne! A w ogóle poeta! Bykow nie znał się na wierszach, a do 
wszelkiego rodzaju romantyki odnosił się sceptycznie.

Jurkowski zbliżył się, oddychając z trudem. Zdjął z szyi automat i ze wstrętem rzucił go na 

pancerz „Malca”. Usiadł na kamieniu. Bykow po chwili milczenia rzucił pytanie:

- Drogę znaleźliście? Jurkowski machnął ręką.
- Zwały kamieni, doły i diabli wiedzą co. Sterczy to wszystko z piasku na metr... na półtora 

metra... Każdy taki kamyczek - ostry jak brzytwa. - Wskazał ręką kierunek, z którego tylko co wrócił. 
-Dwieście metrów w tamtym kierunku ząbki naszej Wenus tworzą nieprzebytą ścianę. Słowem, ślepa 
uliczka. Zdaje się, że szanowny inżynier będzie musiał zawrócić swoje pancerne dyszle. Jakiś mę-
drzec   proponował,   abyśmy   zabrali   na   „Hiusa”   śmigłowiec.   Dziwa-dło!   Tu   każdy   najmocniejszy 
samolot rozleciałby się w kawałeczki w ciągu jednej sekundy.

- Może jednak Dauge i Jermakow znajdą przejście.
- Możliwe, chociaż osobiście bardzo w to wątpię. Najprawdopodobniej będziemy musieli szukać 

objazdu.   Nie   zdołamy   przecież   wysadzić   wszystkich   przeszkód   na   naszej   drodze!   Na   waszym 
miejscu już zacząłbym szykować maszynę.

Jurkowski wlazł na transporter i usiadł obok Bykowa. Wyprostował nogi i uderzał stopą o stopę.
- Słyszycie? Czujecie, jak oddycha Golkonda? Wspaniała kraina zagadek i tajemnic... Dzika... 

dziewicza przyroda. Atmosfera nie skażona żadnym ludzkim oddechem, świat, przestrzenie nie 
tknięte ludzką stopą.

Bykow mruknął coś. Sposób, w jaki rozmawiał Jurkowski, denerwował go. Wspaniały romantyk 

wydał mu się niedorzeczny i po-zerski.

- O, proszę, jeszcze jedna zagadka... - „bażant” wyciągnął rękę. Nad szczytami zabłysły na nowo 

fioletowe pasma. Bykow ożywił się.

- Widzicie je? Wy je także widzicie?
- Nie rozumiem, co znaczy „także”? Trudno nie zauważyć! Ukazały się dwie nowe figurki. 

Wdrapały się na zwał kamieni

i pomachały rękoma. Bykow odpowiedział takim samym znakiem.
- Wraca Jermakow i Dauge. A gdzie się podział Bogdan? Ro-zeszliście się czy co?
- Widocznie zgubiliśmy się - roztargnionym tonem odpowiedział Jurkowski. - W takim terenie 

wystarczy parę kroków i już można się zgubić. A Bogdan dawno wyruszył?

- Co za pytanie? Przecież poszedł razem z Wami!
- Co? - wykrzyknął Jurkowski.
Bykow zastanawiał się w milczeniu. „Zgrywa się »bażant« czy naprawdę nic nie pamięta?”.
- Bogdan przecież wrócił do „Malca”, żeby zmienić butle z tlenem... coś mu nawalało... kazał mi 

iść samemu i wrócił...

Bykow   patrzył   na   mówiącego,   jakby   nie   rozumiał,   o   co   chodzi.   Jurkowski   widział   tylko 

nieruchomy hełm. Powtórzył raz jeszcze zdanie:

- Bogdan nie powrócił do „Malca” - z trudem wyjąkał Bykow.
- Nie wrócił?
Obydwaj zerwali się na równe nogi. Bykow także nie widział twarzy swego rozmówcy, ale nie 

słyszał nawet jego oddechu... Jurkowski skamieniał.

background image

- Ostrożniej... ostrożniej, towarzyszu Jermakow! - rozbrzmiewał blisko głos Daugego.
Bykow obejrzał się. Dauge wyłonił się zza kamieni, prowadząc pod rękę dowódcę wyprawy, a 

na szyi miał zawieszone dwa automaty. Jermakow silnie utykał na prawą nogę.

- Szykujcie się do jazdy. Tam można przejechać. Wszyscy do wozu!
Jurkowski zeskoczył na kamienie. Po drodze porwał automat i pobiegł swym starym śladem. 

Bykow krzyknął do Daugego:

- Grigorij! Natychmiast oddaj jeden pistolet dowódcy i biegiem za Jurkowskim. - Po czym 

zwrócił się do Jermakowa:

- Anatolu Borysowiczu, z Bogdanem coś się stało, wypadek, czy pozwolicie iść?
- Ruszajcie!
Dauge już pędził. Ton, jakim Bykow wydał rozkaz, nie pozwalał na zastanowienie się. Po kilku 

chwilach   biegu   po   sterczących   kamieniach,   po   ostrych   jak   brzytwa   krawędziach,   po   gładkich 
płytkach Bykow czuł, że oblewa się potem.

„Trzeba brać pod rozwagę kilka możliwości - myślał. - Albo coś napadło na Bogdana, bo, być 

może, skały nie są martwe, albo upadł i rozbił się... leży gdzieś i czeka na pomoc. Dlaczego zatem nie 
strzela...? Nie wzywa pomocy?” W tej samej chwili zaterkotała seria z automatu. „Bogdan? Nie, to 
Jurkowski.   Zuch,   nie   stracił   głowy.   Włączył   sygnałowy   magazynek   i   grzeje!   Nie   ma   żadnej 
odpowiedzi!”.

Bykow siedział oparty o toboły z prowiantem. Powoli żuł prasowaną wędlinę, chciwie popijając 

sokiem.   Obok   chrapał   Dauge.   Śniada   twarz   zapadła,   nie   golone   policzki   wydawały   się   jeszcze 
chudsze, niż były w istocie. Od czasu do czasu mruczał coś po łotewsku. Nad radioaparatem drzemał 
Jermakow. Chociaż miał zamknięte oczy, szukał w eterze najmniejszego dźwięku. Próbował nawiązać 
łączność z „Hiusem”. Dawniej zawsze robił to Bogdan.

Po pancerzu miarowo, powoli stukały kroki. To Jurkowski. Uważa się za winnego. Nie powinien 

był pozwolić wracać Bogdanowi bez opieki. Szkoda Bogdana, ale szkoda także Jurkowskiego.

Przeszło dwanaście godzin spędzili na poszukiwaniu zaginionego towarzysza. Znajdywali tylko 

łuski od wystrzelonych nabojów... ich własnych nabojów. Znajdywali ślady butów... swoich własnych 
butów. Bogdan nie odpowiadał. Gdy Jurkowskl lub Dauge chcieli na chwilę chociaż odłączyć się od 
grupy, Bykow rozkazywał im, aby wrócili, rozkazywał takim tonem, że nie poznawał go sam! Kilka 
razy mieli wrażenie, że gdzieś daleko rozlegają się wystrzały. Biegli w tamtą stronę. Odpowiadali 
wystrzałami, lecz wszystko na próżno! Pot zalewał im oczy. Nogi uginały się ze zmęczenia. Coraz 
częściej potykali się i przewracali. W końcu Jurkowski upadł, a Dauge, który chciał mu pomóc, zwalił 
się na niego. Bykow zbliżył się do nich i przysiadł, z trudem zginając zbolałe nogi. Jurkowski, dysząc 
z wysiłkiem, próbował wstać. Udało mu się to po wielkich trudach. Bykow powiedział cicho:

- Musimy wrócić do „Malca” i odpocząć. Odpowiedział mu histeryczny krzyk Włodka:
- Nie, za żadne skarby! Nie!
Jednak wrócili. Bykow niósł wszystkie trzy automaty i trzymał pod rękę Jurkowskiego. Dauge, 

chwiejąc się na nogach, szedł przed nimi, wybierając drogę. Gdy zatrzymywał się, opierając się o gła-
zy, Bykow popychał go, przynaglając do marszu. Geolog z trudem odrywał się od kamienia i szedł 
dalej. Wydawało się, że oślepł ze zmęczenia, ale mimo to właśnie on pierwszy zauważył czarną roz-
padlinę, nad którą leżał automat Bogdana. Dauge krzyknął i osuwając się na kolana, wskazywał 
drżącą dłonią kierunek...

Do tego miejsca podjechali „Malcem” i gdy Bykow umocowany na stalowej lince opuścił się w 

przepaść, wszyscy z zapartymi oddechami czekali na wiadomości. Aleksiej słyszał, jak na górze 
Jurkowski bez przerwy nawoływał: „Bogdan! Bogdan!”. Po półgodzinnych poszukiwaniach Bykow 
wiedział,   że   Bogdana   nie   znajdzie.   Widział   tylko   zwały   kamieni,   nawiany   do   szczeliny   piasek, 
kawałki wenusjańskich cierni i gałęzi, drobny tłuczeń... Dotknął każdego kamienia, zajrzał do każdej 
rozpadliny i szczeliny. Nie... Bogdana tam nie było. Ledwie żywy ze zmęczenia wydostał się na 
równinę i ostatkami przytomności zawlókł się do kabiny transportera. Upadł i zasnął...

background image

Załoga wypoczywała po potwornym wprost zmęczeniu i napięciu nerwów. Bykow poczuł głód i 

wziął się do jedzenia. Akurat wyrzucił opakowanie i okruchy do przewodu-śmietniczki, gdy Dauge 
zerwał się i patrząc na Aleksieja, krzyknął:

- Bogdan, Boguś! Znalazł się nareszcie!
Jermakow podniósł się na łokciu. Dauge oprzytomniał i zaczął przepraszać, tłumacząc się jakimś 

snem. Bykow zwrócił się do dowódcy.

- Towarzyszu Jermakow, spróbujemy jeszcze raz? Nie odjedziemy chyba...
- Tak - ledwie poruszając wargami, odpowiedział Jermakow.
Czterdzieści osiem godzin trwały dalsze poszukiwania. Napięcie i wyczerpanie rosły z każdą 

chwilą, tak samo jak malała nadzieja, że natrafią chociażby na jeszcze jeden ślad Bogdana.

W promieniu kilometra nie było szczeliny, do której nie zajrzeliby astronauci. Do rozpadliny, nad 

którą znaleźli automat, opuszczali się ze cztery razy. Nie mogli uczynić nic więcej. Gdyby Bogdan 
zginął na ich oczach, gdyby przywaliła go kamienna lawina, gdyby znaleźli jego ciało, czuliby się 
znacznie lepiej.

Jermakow milczał. Gdy towarzysze wyruszali, wychodził z kabiny i kładł automat na kolana. 

Czekał na sygnał. Nie mógł ruszyć się z miejsca, gdyż bolała go skręcona noga. Próbował połączyć się 
z Krutikowem. Były to trudne próby. Jermakow bał się rozmowy z kosmogatorem, lecz gdy wreszcie 
z głośnika wśród trzasków i świstów zdołano wyłowić głos Krutikowa, Jermakow zaczął rozmowę 
tonem tak spokojnym i chwilami nawet żartobliwym, jakby się nic złego nie stało. Mówił, że cel jest 
już   blisko,   że   wszystko   jest   w   porządku   i   tylko   złe   warunki   terenowe   opóźniły   nieco   marsz. 
Pozdrowił Krutikowa w imieniu wszystkich członków załogi. Słuchając tej rozmowy, geologowie 
potakująco kiwali głowami. Michał nie musi wiedzieć o wszystkim. Samotność i tak nie jest lekka do 
zniesienia.

Tego dnia Jurkowski podjął ostatnią rozpaczliwą próbę. Jako doświadczony alpinista wspiął się 

na wysoką kamienną wieżycę odległą około stu metrów od „Malca”. Znalazł w niej stosunkowo 
wąski komin i wspierając się w jego ściany, dostał się na szczyt.

Przyjaciele oczekiwali go z resztkami złudnych nadziei. Jurkowski zszedł na dół i powiedział 

tylko:

- Golkonda już widoczna jak na dłoni...
Jermakow czekał na nich przy włazie do „Malca”. Gdy załoga znalazła się w kabinie i zdjęła 

hełmy, powiedział krótko:

- Za godzinę wyruszamy.
Bykow oczekiwał takiego rozkazu. Nawet gdyby Bogdan miał pełne butle tlenu, nie mógłby 

wytrzymać tak długo. Zapas skończył się już dawno, a tlen, jaki można było pobierać za pomocą 
filtru z atmosfery wenusjańskiej, przedłużyłby tylko agonię o trzydzieści, może czterdzieści godzin.

Bogdan Spicyn nie mógł tak długo utrzymać się przy życiu.
Jermakow po wydaniu rozkazu zobaczył tragiczny wyraz twarzy Jurkowskiego, zauważył, jak 

zmienił się nagle Dauge.

- Nie rozporządzamy już rezerwą czasu. Pozostawanie na miejscu uważam za niemożliwe i... 

bezcelowe - oświadczył.

Jurkowski   miotał   się.   Zaciskał   pięści.   Dauge   zwiesił   głowę.   Milczenie   stało   się   nie   do 

wytrzymania. Bykow usiadł przy tablicy rozdzielczej sterownicy. Nagle Jurkowski zawołał:

- Nie ruszę się stąd! On musi być tu, gdzieś blisko, tuż obok nas...
Jermakow odezwał się cichym, uspokajającym tonem.
- Drogi Włodku, musimy ruszać. Bogdan umarł. A my musimy wykonać nasze zadania. Nie 

mamy prawa... Czy myślicie, że na Ziemi, podczas pierwszych wypraw na Antarktydę, było łatwiej? 
Barens, Siedow, Scott, Amundsen... Nasi dziadowie pod Stalingradem? Śmierć nie może zatrzymać 
natarcia.

Jeszcze nigdy Jermakow nie mówił tak dużo naraz. Jurkowski tracił poczucie rzeczywistości.
- Pluję na to wszystko! Pluję na Golkondę! Nie ruszę się stąd. Zostanę choćby sam!
Jermakow pobladł, ale mówił tak spokojnie jak przed chwilą.

background image

- Towarzyszu Jurkowski, nie histeryzujcie. Weźcie się w garść! Rozkazuję wam nałożyć hełm i 

przygotować się do drogi - podszedł do sterów. Bykow ustąpił mu miejsca.

Jurkowski załamał się ostatecznie. Zwalił się na bagaże. Dauge przysiadł obok i tłumaczył jak 

dziecku:

- Włodku, zrozum, musimy ruszać. Tego nie da się uniknąć. Prowadzimy straszliwą bitwę... 

bitwę...

Nad brzegiem Morza Dymiącego

- Tu...
- Tak jest, towarzyszu Jermakow. Poczekajcie... pomogę. Grigorij, nie śpij.
Bykow   wyjrzał   z   włazu.   Przymrużył   oczy.   Wydostał   się   na   pancerz   „Malca”   i   podał   rękę 

dowódcy. Za Jermakowem wyszedł ponury jak noc Dauge. Jurkowski leżał w kabinie, odwrócony do 
ściany.

Przed astronautami zionęła ogniem i huczała Golkonda! Nie dalej niż kilometr od „Malca” 

ciągnęła się w lewo i w prawo, hen, aż do widnokręgu, ruchoma wrząca chmura dymu i pyłu. 
Potężne fale przebiegały przez tę niezwykłą chmurę, kolebiąc nią i unosząc. Daleko sterczała czarna 
jak węgiel skała zasłaniająca pół nieba. Co chwila padał na nią blask różnokolorowych świateł. Szczyt 
tonął w pędzących purpurowych obłokach, z tego olbrzymiego kipiącego kotła dolatywał nieustanny 
grzmot. Grunt drżał pod nogami, zdawał się usuwać jak żywe stworzenie. Bykow przygryzł wargi i 
odgrodził się od zewnętrznych głosów.

- Wyłącz mikrofon! Słyszysz?- darł mu się nad uchem Dauge.
- Już dawno wyłączyłem! Nie hałasuj!
- I tak nie mogę przekrzyczeć tej burzy...
Z kłębiących się chmur wytrysnął ognisty kłąb, wzbił się w niebo i rozerwał z ogłuszającym 

hukiem.

- To było wspaniałe - zawołał z zachwytem Dauge. - Pójdę zawołać Włodka.
- Nie należy go niepokoić - z jakąś niechęcią szepnął Jerma-kow.
Bykow nie mógł oderwać wzroku od góry tak wielkiej, że przekraczała jego wyobraźnię. W 

końcu zrozumiał, że to olbrzymi słup dymu. Trudno było uwierzyć, że tak wielkie i pozornie trwałe 
dzieło natury składa się z pary, rozpalonych gazów i pyłów. Tylko po bardzo dokładnym przyjrzeniu 
się można było dostrzec, że gładkie ściany powoli pełzną ku niskiemu pułapowi purpurowych obło-
ków. Przez chwilę czuł się bardzo nieswojo. Jakiś gigantyczny komin tkwiący aż w głębi ciała planety 
wyrzucał tysiące ton piasku, pyłu i kamieni. Tam po stokach tej góry z niepojętą szybkością pędzą 
chmury mineralnego kruszywa rozpalone do olbrzymich temperatur.

Bykow ocknął się.
- Jaka będzie dalsza trasa, towarzyszu Jermakow? Co będziemy robić teraz?
Jermakow siedział na wieżyczce i obserwował Golkondę przez lornetkę.
- To powiedzą nam geologowie. Najprawdopodobniej pojedziemy skrajem Golkondy i będziemy 

zbierać materiały... Po drodze musimy znaleźć miejsce, gdzie wytyczymy lądowisko dla rakiet.

Geologowie wyszli wreszcie z maszyny. Dauge w podnieceniu wymachiwał rąkoma.
- Tylko popatrz, Włodku! Mamy przed sobą geologiczną katastrofę, kataklizm! Uszczypnij mnie! 

Czy czasem nie ulegam złudzeniom?

Jurkowski dość obojętnie słuchał przyjaciela i usiadł przy dowódcy. Odnosiło się wrażenie, że 

jest mu absolutnie wszystko jedno, co się dzieje. Dauge zeskoczył w dół i jego hełm pochylił się nisko 
nad gruntem. Przez chwilę medytował nad czymś, aż wreszcie wsunął w czarny pył dłoń i zawołał, 
podnosząc garść gleby do góry:

- Jurkowski, popatrz. Smołowe piaski! Czy tu zaczniemy? -zwrócił się do Jermakowa. - Chyba 

nie. - Wdrapał się na pancerz wozu.

- Nie, raczej jedźmy dalej. Właściwe skarby znajdziemy dopiero tam - wskazał ręką zasłonę 

szarego dymu.

- Grigorij, to niebezpieczna sprawa. Diabli wiedzą, co się tam dzieje.

background image

- Niebezpieczna?! - unosił się Grigorij. - Po co żeś tu w ogóle przyleciał? Rozpoznanie jest zawsze 

niebezpieczne.

Około półtora kilometra od „Malca” wyrósł wysoki słup szarego dymu, w którym błyskały białe 

płomienie. Słup wznosił swój wierzchołek, stawał się coraz bardziej oślepiający. W jednostajny szum, 
hałas  i   dudnienie  wplótł  się   potężny  grom.  „Malec”  zakoły-sał  się.   Bykow   stracił   równowagę  i 
przytrzymał się ramienia Dau-gego. Zdołał  jednak zauważyć,  że nad słupem dymu ukazała się 
błękitna kula, uleciała w niebo i spadła w skłębione mgły.

- Widziałeś? To już nie jest przypuszczalne niebezpieczeństwo, ale coś bardziej realnego.
-  A  więc   musimy  dostać   się   tam,  bliżej   Golkondy.  Tak  zaczęła   się   realna,  codzienna   praca 

wyprawy.

„Malec” sunął wzdłuż ściany dymu w odległości nie mniejszej niż trzysta metrów. Jermakow nie 

zgodził się na żądania Daugego.

- Dopóki nie urządziliśmy lądowiska dla rakiet i nie ustawiliśmy na nim radiolatarń, nie mam 

prawa ryzykować. Zaczniemy działać, kiedy już „Hius” przeniesie się na nowe lądowisko.

Co dwa, trzy kilometry „Malec” zatrzymywał się i zwiadowcy wychodzili na poszukiwania. W 

maszynie zostawał tylko Jerma-kow. Dauge i Jurkowski zbierali próbki geologiczne, a Bykow usta-
wiał aparaty do obserwacji geofizycznych, które zabierali w drodze powrotnej. Bykow zwykle szedł 
na końcu, przeklinając geologów w żywy kamień za to, że ładowali na niego takie stosy swoich 
przyborów  i wszelkiego  „draństwa”.  „Draństwo” było straszliwie  ciężkie.  Bykow  dźwigał  także 
olbrzymie ilości próbek gruntu. Ponadto geologowie przez cały czas rozmawiali między sobą, a do 
Aleksieja zwracali się tylko w wyjątkowych wypadkach. Każdy zwiadowca miał przy sobie automat. 
Przeszkadzało   to   geologom   i   pewnego   razu   Dauge   próbował   oddać   swój  Aleksiejowi.   Inżynier 
zaprotestował.

Każdy musi mieć przy sobie swoją broń. Niosąc dwa pistolety, Bykow nie tylko nie mógłby 

stanąć   w   obronie   kolegów,   lecz   także   sam   byłby   bezbronny.   Tłumaczył   geologom,   że   chociaż 
automaty przeszkadzają im, nie ma na to rady.

Dauge upierał się przy swoim:
- Aleksieju, kochasiu! - Zwracał się przymilnie do przyjaciela. - A któż to ma zamiar na nas 

napadać? A cóż to my takiego mamy nadzwyczajnego, że boisz się napaści? Asekurant! Bezpiecz-niś! 
Otwórz oczęta... przecież wszystko wokół martwe. Przy tym natężeniu radiacji nie potrafi utrzymać 
się przy życiu żadne żywe stworzenie, oczywiście prócz takich gruboskórnych jak ty!

Bykow nie ustąpił. W końcu Dauge z dużą dozą złośliwości spytał, co Bykow zrobi, jeśli on, 

Grigorij Dauge, wyrzuci ten kawał żelaza i nie będzie miał zamiaru brać go więcej do ręki?

Bykow zareagował... absolutnym milczeniem i zwyciężył.
Las   ostrych   skałek,   nazwany   Kłami   Wenus,   podchodził   prawie   do   samego   skraju   Morza 

Dymiącego - pokrytego szarą masą gęstych mgieł kotła Uranowej Golkondy. Nie udało się znaleźć 
miejsca dla stałego lądowiska rakiet. Teren był aż nazbyt niepewny. Skały i leje ziejące ogniem i 
wygasłe pęknięcia i szczeliny w gruncie - wszystko to działało raczej odstraszająco. Wprawdzie wy-
prawa miała ze sobą dziesięć min atomowych i dwadzieścia granatów, lecz do oczyszczania gruntu 
był to zapas niewystarczający. Do przygotowania lądowiska w tym terenie potrzebna by była cała 
armia   budowniczych,  uzbrojona  w   maszyny  i  wielkie   ilości  materiałów   wybuchowych.  Dopiero 
wtedy można by pomyśleć o zwycięstwie. Kiedyś, w przyszłości, takie lotniska rakiet zostaną tu wy-
budowane.   Rozbłysną   potężne   radiolatarnie,   powstaną   wielkie   zakłady   produkujące   paliwo 
atomowe, opaszą Wenus szerokie autostrady... na razie jednak... trzeba znaleźć w najbliższej okolicy 
dostatecznie rozległą i równą płaszczyznę, na której można by urządzić lądowisko dla pierwszych 
statków z Ziemi. „Trzeba znaleźć!” Ale gdzie szukać? Na jednym z króciutkich posiedzeń Jermakow 
powiedział:

- Geologowie niecierpliwią się i chcą się dostać na Morze Dymiące. Mają rację, zapewne zagadka 

Golkondy kryje się właśnie tam. Lecz my jesteśmy pierwszymi prawdziwymi zwiadowcami. Zadanie 
nasze polega na zgromadzeniu i przywiezieniu na Ziemię niewielkiej kolekcji minerałów i żywych 
organizmów.   Powinniśmy   ocenić   wartość   Golkondy   i   zastanowić   się   nad   opłacalnością   jej 

background image

eksploatacji. Zbadać i podać dane orientacyjne co do skorupy geologicznej Wenus. Proszę to dobrze 
zrozumieć. Na Ziemi wszyscy pojmowali to doskonale... Czyżby opanowała was gorączka złota? Nie 
mamy prawa zapomnieć o równie ważnym zadaniu - o przygotowaniu lądowiska dla rakiet. Nie 
wykonawszy tej części naszego programu, nie możemy stąd wyruszyć. Brak wody ogranicza czas 
naszej wyprawy „Malcem”. Jeśli w ciągu dziesięciu dni nie potrafimy znaleźć nic odpowiedniego w 
tych okolicach, będziemy musieli wprowadzić „Malca” na tamtą stronę łańcucha górskiego i szukać 
miejsca do lądowania w innych rejonach.

Tak. Woda bardzo ograniczała czas przebywania w terenie. Niespodziewanie dużo zużyto jej na 

dezaktywizację. Zwiadowcy po każdym powrocie z rozpoznania musieli dokładnie myć się w ko-
morze przejściowej. W fałdach speckombinezonów zbierał się lepki czarny pył, który można było 
jedynie wypłukać silnym strumieniem dezaktywizującej wody. Jermakow licznikiem promieniowania 
sprawdzał   czystość   kombinezonów   i   zdarzało   się,   że   płukanie   musiano   powtarzać   kilkakrotnie. 
Zapas dezaktywizującej wody zmniejszał się błyskawicznie. Najlepsze filtry i pochłaniacze jono-
wymienne pomagały niewiele. Woda po płukaniu kombinezonów stawała się radioaktywna i trzeba 
było   ją   wylewać.   Widocznie   w   smolistym   pyle   znajdowały   się   jakieś   ciała   koloidalne,   których 
radioaktywności nie niwelowały stosowane dotychczas urządzenia. Po opróżnieniu zbiornika z wodą 
dezaktywizującą można było liczyć tylko na wodę do picia wiezioną w nylonowych workach.

„Malec”   wędrował   stale   na   zachód,   pozostawiając   po   prawej   burcie   skłębione   fale   Morza 

Dymiącego.   Grunt   drgał   i   często   kołysał   się,   poruszany   dalekimi   wstrząsami.   Wichry   niosły 
radioaktywny kurz i pary. Za widnokręgiem w potworny sposób ryczał groźny słup dymów nawisły 
nad kipiącym uranowym kotłem. Tam bez przerwy powstawały nowe transuranidy: zaczynał się 
niewielki proces i wybuchała maleńka bomba atomowa o ekwiwalencie trotylowym kilkudziesięciu 
ton.   Przez   lornetkę   można   było   widzieć,   j   ak   w   wielkiej   górze   dymów   błyskają   setki   takich 
wybuchów. W olbrzymim  kotle o średnicy setek kilometrów warzyły się straszliwe  masy skon-
centrowanej energii.

- Ciekawe, co by się stało, gdyby nie było tam dużej ilości materiałów pochłaniających neutrony. 

Bomba atomowa wagi rzędu stu milionów ton działająca bez chwili spoczynku.

Miejsce to nie należało do najprzyjemniejszych. W ścianie dymów ukazywały się tajemnicze 

pasma fioletowego światła i po chwili niknęły, nabierając przed tym blasku, który stawał się ośle-
piający, aż wreszcie wybuchały ulewą świecącego pyłu. Izolacja głosowa kombinezonów nie tłumiła 
potężnego huku.

Pewnego   dnia   uderzyła   w   transporter   nowa   czarna   burza.   Chmura   wysunęła   się   z   kotła 

Golkondy i Bykow zdążył tylko odwrócić „Malca”, aby próbować ucieczki. Nie udało się. Burza 
ogarnęła   ich   wjed-nej   chwili,   uderzyła   po   pancerzu   kamieniami,   sypnęła   piaskiem.   Na   ekranie 
zapełgały jasne błyski wyładowań. Potem wszystko zamazało się. Załoga siedziała z bijącym sercem, 
czekając na koniec tej szalonej jazdy, która zakończyła się gwałtownym zahamowaniem transportera. 
Zdążyli jeszcze dojrzeć ginącą za widnokręgiem chmurę.

Golkonda dyszała. Niekiedy na „Malca” waliły się niewidoczne fale radiacji. Liczniki zaczynały 

tykać ze zdwojoną, zwielokrotnioną mocą. Stosowano wszelkie dodatkowe środki zabezpieczające, 
wzmacniano ochronę kombinezonów. Jermakow codziennie obdzielał załogę zastrzykami aradiatinu 
- preparatu zapobiegającego rozwijaniu się choroby popromiennej. Geologowie pracowali osłonięci 
specjalnymi   tarczami,   chroniącymi   przed   promieniowaniem.   Mimo   tych   ostrożności   nad   załogą 
„Malca”   zawisło   groźne   niebezpieczeństwo.   Wszyscy   zaczęli   tracić   apetyt.   Pojawiły   się   oznaki 
bezkrwistości   -   pierwsze   symptomy   choroby   popromiennej.   Osłabienie   fizyczne   i   rozdrażnienie 
nerwowe dopełniały obrazu. Jermakow w milczeniu prowadził „Malca” wzdłuż brzegów Morza 
Dymiącego.

Już wkrótce po przybyciu nad Golkondę Bykow poczynił pewne dziwne obserwacje, związane 

jakby z tajemniczym wpływem Gol-kondy na dowódcę. Dokładnie o godzinie dwudziestej, według 
czasu „Hiusa”, jako że astronauci liczyli czas według warunków ziemskich, Jermakow, utykając na 
okaleczonej nodze, wdrapywał się do wieżyczki dowódcy na grzbiecie „Malca” i po ustawieniu sze-

background image

rokokątnego   dalmierza   na   południe,   w   kierunku   pustyni,   wyczekiwał,   jakby   spodziewając   się 
jakiegoś sygnału. Bykow nie bardzo rozumiał, o co chodzi, lecz nie odważył się zapytać.

Wyniki rozpoznania geologicznego okazały się wspaniałe. Golkonda była prawdziwą, jak tego 

oczekiwano, skarbnicą. Uran, tor, rad... transuranity... pluton, kaliforn, ameryk, kiur- pierwiastki, 
których wydobycie na Ziemi pochłania olbrzymie środki, wymaga budowania specjalnych urządzeń, 
pochłaniających ogromne sumy -po prostu leżały pod nogami. Bez specjalnych kłopotów można było 
użytkować je na skalę przemysłową w nieograniczonej praktycznie ilości. Dauge aż piał z zachwytu. 
Nawet Jurkowski, od pewnego czasu ponury i przygaszony, ożywił się i zachwycał coraz to nowymi 
odkryciami.  Nie można było nie  doceniać tego, co znajdowano. Zbliżała się  przełomowa era w 
energetyce,   technice,   przemyśle,   a   nawet   medycynie.   Załoga   „Hiusa”,   a   w   tej   chwili   „Malca”, 
widziała oczyma wyobraźni swoją ojczystą Ziemię, zdrowych, nie znających chorób ludzi, żyjących w 
dobrobycie,   we   wspaniałych   miastach   i   osadach   wśród   zieleni,   widziała   olbrzymie   zakłady 
produkcyjne i energetyczne, którym z pomocą miały przyjść ich odkrycia, osiągnięte nie wiadomo 
jeszcze kosztem jakich ofiar. Ta garstka ludzi nie cofała się przed niczym.

Dauge zaczął tracić włosy. Wychudł i osłabł. Jedynie oczy były błyszczące i pełne ognia, jak 

zawsze. Gorączkował, lecz nie przerywał pracy.

- Grypa? Trzeba mieć  niezwykły talent, by przeziębić  się, nie wychodząc  ani na chwilę ze 

speckombinezonu! Tego się po sobie nie spodziewałem - oburzał się Grigorij, patrząc na termometr. 
-Na pewno nic innego tylko grypa!

Jermakow kiwał głową. Sam czuł się nie najlepiej. Wywichnięta noga nie przestawała boleć, 

przeciwnie - dokuczała coraz bardziej.

Jurkowskiego męczyły wrzody. Włodek posępniał coraz bardziej.
Bykow pozornie czuł się całkiem dobrze. Na pewno lepiej od innych, lecz miał kłopot z oczami. 

Widział coraz słabiej, po prostu stawał się krótkowidzem. Jermakow zbadał go i zaaplikował jakieś 
krople, po czym zalecił specjalną dietę i codziennie dawał podwójny zastrzyk z aradiatinu.

Pomimo że temperatura radioaktywnego gruntu dochodziła do stu stopni, teren był widocznie 

zamieszkały przez jakieś żywe istoty. Podczas jednej z wycieczek rozpoznawczych Bykow oglądał 
ślady nieznanego metalu wtopionego w kamienny blok, gdy nagle do jego uszu doleciały krzyki.

Szykując   automat   do   strzału,   rzucił   się   w   tamtą   stronę.   Naprzeciwko   biegli   geologowie. 

Jurkowski oglądał się, wymachując pistoletem. Dauge ciągnął go za pasek.

- Mówię ci, Aleksieju, co za bestia... - opowiadał podniecony. - Prosto z kamienia wylazła taka 

pięciometrowa   szyja   z   dziobem   i   paszczą,   widziałeś,   Włodku?   Chwyciłem   automat...   widziałeś, 
Włodku?

- Ni cholery nie widziałem - zasępiony odpowiedział Włodek Jurkowski, poprawiając plecak. - 

Krzyknąłeś, rąbnąłeś serię z automatu, przeszywając śmiercionośnymi promieniami diabli wiedzą co, 
i rzuciłeś się do ucieczki, wlokąc mnie za sobą... Nie, nie widziałem.

Przez chwilę stali, obserwując bacznie okolicę, a Dauge znów zaczął opowieść o tym, jak podczas 

oglądania jakiegoś bardzo ciekawego kamienia przesunął się po nim długi cień, jak on, Dauge, 
podniósł wzrok i zobaczył tuż nad głową Jurkowskiego potężną szyję ni to smoka, ni to innego 
zwierzęcia. Szyja była zakończona małą głową z potężną paszczą. Oczu zwierzę nie miało. Dauge 
wrósł w ziemię, lecz natychmiast ochłonął, oddał serię z automatu, porwał Jurkowskiego i zmykał co 
sił.

- Co mnie oszołomiło całkowicie, to fakt, że bestia wysuwała głowę prosto z kamienia...
- Wydało ci się! - Jurkowski lekceważąco machnął ręką. - Po prostu zwierz siedział za skałą i 

tylko odniosłeś wrażenie, że wyłazi z kamienia. Zapewne przestraszył się, że pewien roztargniony 
Dauge chce mu nadepnąć na łeb, wobec czego...

-   Nie   wygłupiaj   się   -   krzyknął   poważnie   Grigorij.   -   Chodźmy   lepiej   zobaczyć,   co   to   było. 

Aleksieju, masz granaty?

- Granaty mam, ale iść chyba nie warto.
- Dlaczego? We trójkę damy sobie radę! A przy tym jestem pewien, że go zraniłem. Co ty na to, 

Włodku?

background image

Jurkowski stał niezdecydowany, manipulując przy bezpieczniku automatu. Bykow jeszcze raz 

zaapelował do towarzyszy.

- Mówię wam, nie warto. Nie podobają mi się te skały. Lepiej przyjechać tu naszym czołgiem... 

„Malcem”.

- A jednak chodźmy - niespodziewanie odezwał się Jurkowski. - Jeśliś go utłukł, Grigoriju, to 

będzie rzecz arcyciekawa do obejrzenia. Nasi biologowie zapieją z radości. W najgorszym wypadku 
Bykow może wrócić do swojego czołgu.

Bykow miał ochotę zwrócić uwagę, że to on jest dowódcą, ale zrezygnował: a nuż to naprawdę 

ważna dla nauki sprawa?

Posuwali się ostrożnie, oglądali się dokoła i szli obok siebie. Bykow trzymał gotowy do rzucenia 

granat.

- To tu! - powiedział Dauge.
- Sądząc po tym, co widzimy, chybiłeś! - uszczypliwie odezwał się Jurkowski. - Chodźmy do 

domu, czas na obiad.

Bykow rozglądał się po okolicy. Skały, zwały kamieni, piach i tłuczeń. Na jednym z głazów, na 

wysokości około czterech metrów, widniały wypalone ślady wystrzałów. Wielki to musiał być gad, 
nic dziwnego, że Dauge zmykał co sił w nogach.

-   Widocznie   chybiłem   -   żałośnie   przyznał   się   Grigorij.   -A  szkoda!   Mielibyśmy   wspaniały 

eksponat dla naszego muzeum.

W drodze powrotnej Jurkowski nabijał się z Daugego, przezywając go „pogromcą smoków”. 

Podczas obiadu wszyscy mówili niezwykle dużo. Słuchając wesołych śmiechów i żartów, Bykow 
doszedł do wniosku, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - bo przecież ostatnio atmosfera 
w  kabinie  „Malca”  stawała  się  całkiem  przykra.  Wydarzenie  to wniosło jakieś  odprężenie  i zli-
kwidowało dotychczasowy nastrój. Jurkowski całkiem przyjaźnie zrobił kilka uwag o wyglądzie 
Bykowa i nawet zwrócił się do niego bezpośrednio, aby podał mu nóż do konserw, czym niezmiernie 
zdumiał Aleksieja. Po obiedzie Jermakow skorzystał z okazji, aby upomnieć astronautów, i podkreślił, 
że zachowanie się maleńkiej grupy było bardzo nieostrożne. Patrząc na Jurkowskiego, powtórzył 
dobitnie,   że   odpowiedzialność   za   bezpieczeństwo   wycieczek   spoczywa   na   Aleksieju.   Grigorij, 
uśmiechając   się   szeroko,   odpowiedział   tylko   „tak   jest”,   ale   Jurkowski   zasępił   się   jak   skarcony 
dzieciak.

W   godzinę   potem   Bykow   prowadził   transporter,   ostrożnie   wymijając   zwały   kamienia,   a 

Jermakow siedział nad notatkami. Ciszę przerwał nagle głośnym szeptem Dauge:

- Włodeczku - spójrz tylko! Mam tu coś!
- Oho! Grigorij... - Jurkowski krzyknął z nie ukrywanym zachwytem i dopiero po dłuższej chwili 

dodał:

- To przecież sensacyjne odkrycie. Gdzieś to znalazł?
- Pod tą skałą, gdzie mieszka smok. Na oko zwykły kawałek skały, ale uderzyła mnie jego forma.
- Trylobit... Zupełny trylobit! Nasi chłopcy na Ziemi całkiem oszaleją!
- Trylobit na Wenus? - zahuczał zdziwiony głos Jermakowa. -Czy jesteście pewni?
- Jeśli mamy być dokładni, to nie jest to typowy trylobit - zaczął wyjaśniać Dauge.
-   Nawet  na   oko  widać   pewne   różnice,   chociaż   nie   jestem   specjalistą.  Podobieństwo   jednak 

uderzające. Zresztą najważniejszy jest sam fakt, że można znaleźć tu skamieliny! O ile się nie mylę, 
nie spotkano ich jeszcze na żadnej planecie.

Niezwykły okaz zaczął krążyć z rąk do rąk. Bykow spoglądał na szary kamyczek, w którym 

odcisnęły się delikatnie wyraźne wzory główki, całego stworzonka i licznych zgiętych łapek. Dauge 
tłumaczył,   że   stworzonko   to   musiało   przebywać   w   gruncie   przez   wiele   milionów   lat,   zanim 
skamieniało.   Dodał   przy   tym,   że   na   Ziemi   znajduje   się   skamieliny   całkiem   podobne   do   tej 
wenusjańskiej.

- ...no cóż, wokół nas same zagadki i tajemnice - mówił z zapałem. - Golkonda - wielka zagadka; 

Kły Wenus - zagadka; purpurowe obłoki - wielka niewiadoma; bagno, w którym tkwi „Hius”, czarne 
burze; wybuchy nad Golkondą; a teraz mamy trylobita... Czyżby rozlewało się tu niegdyś morze?

background image

- Zapomniałeś o swoim smoku, Owidiuszu Dauge - dorzucił Jurkowski.
- Zagadka Tachmasiba - przypomniał Jermakow.
- Same zagadki...
Bykow, milcząc, myślał o Bogdanie. Widocznie wszyscy pomyśleli o nim, gdyż wesoły nastrój 

prysnął nagle jak mydlana bańka.

Minął następny dzień. „Malec” cierpliwie wędrował na zachód, szukając wygodnego lądowiska 

dla rakiet. Znów przypomniały o sobie tajemnicze istoty zamieszkujące te okolice. Pewnego dnia 
Dauge,   wychodząc   z   „Malca”,   cofnął   się   z   krzykiem,   twierdząc,   że   zobaczył   wielkiego   węża 
wypełzającego spod transportera. Bykow natychmiast zaczął skręcać prawie w miejscu, aby zabić 
gada. Zatańczył maszyną kozaczka, jak potem mówił Jurkowski. Wprawdzie pod „Malcem” utworzył 
się pokaźny dół, lecz węża nie znaleziono.

Jermakow polecił Aleksiejowi zachować jak największą czujność. Inżynier zabierał ze sobą po 

cztery granaty i stale trzymając automat w pogotowiu, nie odstępował geologów ani na krok. Mijały 
dalsze dni, lecz „smoki” nie pokazywały się. Napięcie słabło.

Bykow   zauważył,   że   geologowie   pracowali   spokojniej   i   stali   się   weselsi.   Czasami   jednak 

zachowywali się jak mali chłopcy, zaczynali śmiać się z byle czego, popychali się i baraszkowali. Prze-
komarzali się, mówiąc, że mają zamiar wybrać się dalej w głąb

Morza Dymiącego , nie pytając o zezwolenie Jermakowa. Aleksiej udawał, że się złości, krzyczał 

na nich i cieszył się, że nastąpiła tak wielka zmiana w nastrojach. Od chwili zaginięcia Bogdana 
dopiero teraz wszystko wracało do normalnego stanu.

„Wieczorami”, gdy po dziesięciogodzinnym dniu pracy siedzieli przy kolacji, Jurkowski i Dauge 

głośno marzyli o wielkiej wyprawie w głąb Golkondy, dyskutowali nad przypuszczalnymi możli-
wościami powstania tego gigantycznego krateru lub rozprawiali o zagadnieniach nowych badań w 
kosmosie. Jurkowski, przyciskając dłonie do serca, przysięgał na wszystkie świętości, że gdy tylko 
skończą z tą Golkondą, będzie walczył i wywalczy środki do zorganizowania wyprawy na straszliwy 
Jupiter, gdzie niedawno zginął Paul Dangee. Na to Dauge odpowiadał ze złością, że Jupiter to nic 
innego, jak tylko olbrzymi balonik napełniony wodorem i geologom nic po nim, a w ogóle Jupiter 
jeszcze za daleko i za wysoko, a ludzie do niego nie dorośli, chociaż mają już statki o napędzie 
fotonowym. Przypominał pewne chińskie powiedzonko o nosorożcu: „Gdy nosorożec patrzy na 
księżyc, to tylko szkoda, że się w nim wątroba od tego psuje...”. Jurkowski irytował się, zaczynał 
wykładać swoje racje, zaginając palce i licząc: „Po pierwsze... po drugie...”, i tak do końca wieczoru.

Bykow rozkoszował się atmosferą tych sporów i dyskusji, czując, jak bardzo zbliżyli się wszyscy 

do siebie, jak pogłębiły się uczucia przyjaźni i każdy pełen był wiary w powodzenie wyprawy, pełen 
energii i nadziei.

Lecz zdarzył się niespodziewany wypadek.
Pewnego dnia Bykow wybrał się na rozpoznanie z Daugem. Jurkowski pozostał w maszynie, 

aby uporządkować materiał i zrobić szkic sprawozdania z dotychczasowych badań i obserwacji Gol-
kondy.

Aleksiej niechętnie zgodził się na wymarsz tylko we dwójkę. Wcale nie uśmiechało się mu 

spotkanie ze smokami.

Przyjaciele wędrowali przez dwie godziny i nie zauważyli nic nadzwyczajnego. Gdy już wracali, 

Bykow, znużony apodyktycznymi uwagami Daugego i zmęczony noszeniem ciężkich zasobników z 
próbkami, poczuł się źle.

Z trudem opanowywał straszliwy ból głowy, bez większej energii próbował wygodniej ułożyć na 

plecach ciężary. Klął przyjaciół geologów, zastanawiając się, jak długo jeszcze mają zamiar używać go 
jako zwierzę juczne do noszenia tych brukowców... Czuł ucisk i palenie w oczach. Wokół sterczały, 
doprowadzające swym widokiem do mdłości, Kły Wenus, a na północy jak granica legendarnego 
piekła snuła się zasłona z dymów. „Wygląda na to, że zachorowałem...” - myślał obojętnie. Miał 
wielką ochotę położyć się i odpocząć. Ledwie słyszał monotonny huk Golkondy.

-   O,   znów!   -   krzyk   Daugego   przywrócił   mu   przytomność.   -Okropnie   nie   lubię   takich 

dziwacznych formacji.

background image

Stali nad dużym lejem, pośrodku którego widniała bezdenna studnia, od której rozchodziły się 

szczeliny.

-   Spójrz,   brzegi   leja   są   wyraźnie   stopione   -   mówił   Dauge.   -Musiała   tu   panować   straszliwa 

temperatura. Tysiące stopni!

- Podziemny wybuch? - leniwie spytał Aleksiej, czując, że z trudem porusza językiem. Pragnął 

jednego: spać, spać za wszelką cenę.

- Tak, podziemny wybuch atomowy... - Dauge dorzucił coś po łotewsku. - Bardzo nie lubię takich 

śladów. Nie podoba mi się nawet kolor gleby.

Wokół leja wszystko było pokryte jakby nalotem o intensywnym czerwonym kolorze.
-   Wszystko   tu   jest   czerwone,   „czerwone   i   czarne”   -   Bykow   przypomniał   sobie   Bogdana.   - 

Chodźmy, Grigorij. Jestem bardzo zmęczony.

Zrobili zaledwie parę kroków, gdy Dauge krzyknął przeraźliwie, z dziką nutą w głosie. Bykow 

obejrzał się.

- Co się stało?
- Granat! Aleksieju, prędzej, dawaj granat! - wrzeszczał nieprzytomnie Dauge, szarpiąc go za 

ramię.

Bykow wyciągnął granat zza pasa, nie rozumiejąc, o co chodzi przyjacielowi. Dauge, trzymając 

automat pod pachą, sypał serię za serią.

Wokół widniały tylko gołe dzikie skały. Bykow widział, jak miotacz śmiertelnych promieni 

rysował na popękanych kamieniach czarne smugi.

- Smok! - wrzeszczał Dauge. - Rzucaj granat!
Na chwilę nie przerywał ognia, celując do jakiegoś niewidzialnego stworu, stojącego gdzieś nie 

dalej niż dziesięć metrów przed nim. Bykow wypatrywał zmęczone oczy. Nie widział nic a nic.

- Dauge - powiedział wreszcie zmienionym głosem. - Grigorij... co się z tobą dzieje, przyjacielu?
W końcu Dauge opuścił automat.
- Uciekł! - mruczał, ledwie wyrzucając słowa. - Uciekł. A mogłeś zabić go granatem. Dlaczego nie 

rzucałeś?

Bykow rozglądał się jeszcze wokół, gdyż chciał, naprawdę chciał dojrzeć chociaż ślad czegoś 

podejrzanego. Dokoła  nie  było  widać  nic  prócz  głazów. Bykow  zdecydowanym  ruchem  wsunął 
granat za pas.

- Grigorij, chodźmy... chodźmy już, kochany...
Powlekli  się   powolutku   dalej.   Dauge  szedł,   najwyraźniej   zataczając   się.   Mówił   coś,   plącząc 

rosyjskie i łotewskie słowa. Koło „Malca” czekali na nich towarzysze.

- Co się stało? - zaczął dopytywać się Jermakow.
- Zupełnie niezwykłe zwierzę - opowiadał, jąkając się Dauge. - Potężne zwierzaki... czarne, 

długości co najmniej dziesięciu metrów. Skórę mają błyszczącą, jakby była mokra. Dlaczego nie 
rzuciłeś w niego granatem? - zwrócił się do Aleksieja.

Towarzysze pomogli Daugemu wejść na „Malca”, wsunąć się do kabiny i zdjąć hełm. Geolog był 

mokry od potu, wytrzeszczał oczy.

- Nie rozumiem tylko, dlaczego są przezroczyste? - wyrzucił z siebie prawie z jękiem i upadł 

twarzą na poduszki.

Ułożony wygodniej natychmiast zapadł w kamienny sen. Jer-makow wysłuchał sprawozdania 

Bykowa i zanim rzucił pytanie, minęła długa chwila milczenia.

- Czy jesteście, Aleksieju, całkowicie przekonany, że nie było żadnego smoka?
- Na pewno nie było tam żadnego smoka - z przekonaniem powiedział Aleksiej.
- Niedobrze... - mruknął Jurkowski, przygryzając wargi.
Jermakow wziął apteczkę i przysiadł obok śpiącego. Jurkowski usiadł przy nim. Rozległy się 

jakieś dziwne szmery, po kabinie rozszedł się zapach ozonu. Grigorij jęknął żałośnie.

- Po wszystkim - łagodnie powiedział Jurkowski.
- Bardzo niedobrze, Włodku - powiedział, wstając, Jermakow. - Dauge jest poważnie chory i...

background image

Jurkowski podniósł głowę. Wyraźnie czekał na dalsze słowa dowódcy, który zrobił dłuższą 

pauzę, jakby się namyślał.

- ...i przypomina Tachmasiba - ponuro mówił dalej Jermakow. - Symptomy są takie same. Coś w 

rodzaju halucynacji.

Gdy „Malec” ruszył w dalszą drogę, Dauge ocknął się, zaczesał ręką niesforne włosy i spokojnie 

zapytał:

- Czy już jedziemy?
Drzemiący obok niego Bykow uniósł się na łokciu. Grigorij uśmiechnął się do niego.
- Przepraszam, że cię rozbudziłem, Alku! Spij dalej... Jurkowski zamarł nad swoim stolikiem i 

patrzył na przyjaciela

ze zdumieniem i radością. Jermakow zatrzymał „Malca” i powiedział z ulgą:
- Zdaje się, że tym razem udało nam się...

Urodziny

Bykow   podniósł   rękę,   aby   otrzeć   spocone   czoło,   i   ze   złością   opuścił   ją   z   powrotem.   Stale 

zapominał o tym hełmie! Czasami palce same unoszą się, aby podrapać się po głowie w trudnej sytu-
acji, czy w zamyśleniu chcesz włożyć do ust kawałek czekolady i trafiasz na gładką przezroczystą 
zasłonę. Dawniej podczas rozmyślań lubił szarpać dolną wargę - teraz musiał się od tego odzwyczaić. 
Dauge zauważył to i nie omieszkał wygłosić krótkiego referatu na temat: „Wpływ astronautycznych 
speckombinezonów na odzwyczajanie człowieczeństwa od głupich przyzwyczajeń”.

Już drugi dzień z nieba sypał czarny śnieg, kłębił się w porywach niezbyt mocnego wiatru, 

pokrywał z lekka pofalowany teren, na którym stał „Malec”. Bykow rozglądał się po równej po-
wierzchni, świetnie nadającej się na lądowisko rakiet. Mieli szczęście! Właściwie, jeśli nie brać pod 
uwagę kilkudziesięciu sterczących wysoko naturalnych skał, to rakietodrom miał powierzchnię około 
dwóch tysięcy kilometrów kwadratowych, pokrytych smolistymi piaskami. Od południa granicę 
stanowiło półkoliste pasmo Kłów Wenus. na północy za ścianą Morza Dymiącego huczała Golkonda. 
Odległość do niej wynosiła nie więcej niż czterdzieści kilometrów, nie za blisko i nie za daleko. Grunt 
był na tyle radioaktywny, że dostarczał dość energii niezbędnej dla zasilania selenowych baterii - 
źródeł   prądu,   na   jakich   pracowały   radiolatar-nie.   Radiolatarnie   miały   być   ustawione   na 
wierzchołkach   olbrzymiego   równobocznego   trójkąta   przewidzianego   na   lotnisko.   Jako   pierwsze 
zadanie astronauci postawili sobie wysadzenie niebezpiecznych skał. Możliwość wylądowania na 
nich była dość poważna, gdyż sterczały w dwóch dużych grupach akurat pośrodku trójkąta. To 
zadanie można było wykonać własnymi siłami. Bykow  przy pomocy geologów złożył dwie miny 
pośrodku   północnej   grupy   skał.   Wybuch   według   jego   obliczeń   powinien   był   wyrwać   głazy   i 
sproszkować je. Drugą grupę - południową - zdecydował się zlikwidować z góry. Minę postanowił 
umieścić na szczycie jednego z kamiennych słupów. Wybuch miał zniszczyć wszystkie nierówności, 
jak to powiadał Dauge, wbić skały w ziemię.

- Na jaką częstotliwość nastawiać zapalnik? - dopytywał się Jurkowski, gdy dotarł już do szczytu 

kamiennego słupa i nie bez wysiłku wciągnął tam ciężką minę.

- Podziałka osiem! - odkrzyknął Bykow, zadzierając głowę.
- Rozumiem... - na tle purpurowych chmur, w smugach czarnej zadymki, widniała sylwetka 

Jurkowskiego. - Gotowe! Zdaje się, że wszystko powinno grać!

- Złaźcie!- wołał Aleksiej.
-  Strasznie  jestem ciekaw  twojej  miny,  gdy  okaże się,  że  skały  po wybuchu  będą  stały jak 

przedtem - medytował Dauge siedzący obok Bykowa na wieżyczce transportera.

- Nie bój się! Nie będą stały! - odpowiedział Bykow, niespokojnie obserwując, jak Jurkowski z 

olbrzymią wprawą złazi z góry po prawie pionowej gładkiej ścianie. Po kiego diabła pcha się taki bez 
linki asekuracyjnej? Oczywiście, nie może wytrzymać bez swoich sztuczek i popisów, o, proszę, ani w 
tę, ani w tamtą.

Jurkowski   dosłownie   przylepił   się   do   skały   na   wysokości   około   siedmiu   metrów   nad 

powierzchnią. Wydawało się, że całkiem znieruchomiał. Tylko z niezwykłej pozycji, jaką przyjął, i 

background image

szumiącego w słuchawkach schrypniętego, urywanego oddechu można było domyślać się, z jak 
wielkim pracuje wysiłkiem.

Dauge zaniepokojony zawołał:
- Włodek, co się dzieje?
Jurkowski nie odpowiedział, lecz jak kamień ześliznął się po ścianie skały. Bykow mimo woli 

zamknął oczy, a gdy je otworzył, zobaczył geologa zawieszonego na rękach trzy metry niżej. Jur-
kowski trzymał się jakiegoś, niewidocznego z wieżyczki transportera, występu.

- Włodek! - Grigorij rzucił się w stronę skały. - Dauge, uspokoić się! - zabrzmiał żartobliwie 

rozkazujący głos Jurkowskiego, drżący jednak z napięcia. - Ile mi zostało?

- Ze cztery metry - jęknął Dauge. - Potłuczesz się, wariacie!
- Odsuń się! - krzyknął Włodek i odbijając się od ściany, skoczył. Upadł według wszelkich 

prawideł sztuki. Przygiął kolana i zwalił się na bok. Bykow zeskoczył z transportera, lecz nie było 
potrzeby. Geolog siedział już, rozglądając się. Wtedy Bykow zabrał głos, i to jak!

- Cóż to za chuligaństwo, towarzyszu Jurkowski? - warknął groźnie. - Jakim prawem narażacie 

się na niebezpieczeństwo? Natychmiast idźcie do dowódcy i zameldujcie o tym.

- Co za historie o takie głupstwo! - mówił Jurkowski tonem wyraźnie pojednawczym. - Cztery 

metry - to przecież zupełne głupstwo! Sami zastanówcie się...

Jednak Bykowa poniosło.
- Mogliście najspokojniej zjechać na linie! Zachowujecie się jak sztubak! Znaleźliście właściwą 

porę, aby zabawiać się w sportowca! A zresztą, diabli was wiedzą!

-   Przestałbyś,   Alku!   -   wytrącił   się   Dauge,   obejmując   jednocześnie   Włodka   ramieniem.   - 

Wiadomo, że sztubak! Co można z takim zrobić, wiadomo - odważniak!

- „Odważniak”! To co z tego? Skręci sobie jaki gnat i musisz, bracie, ciągnąć się z inwalidą.
- Przepraszam, Aleksieju - niespodziewanie powiedział Jurkowski. - Moja wina.
Bykow od razu uspokoił się.
-   Zameldujcie   o   swoim   postępowaniu   dowódcy   -   powiedział   i   podniósł   linę.   Geologowie 

pomogli mu ją zwinąć. Dauge dogadywał:

- Taka piękna skałka, aż szkoda ją niszczyć - mówił, gdy już byli przy włazie transportera i 

patrzyli na przesłonięte czarną zadymką kamienne stożki. - To po prostu barbarzyństwo zniszczyć 
pomnik, który natura wystawiła na cześć Włodzimierza Jurkowskiego.

Rozgadany Grigorij rąbnął dłonią po plecach Włodka, który zsuwał się do włazu. Jermakow 

skierował „Malca” na południe i zatrzymał na skraju Kłów Wenus. Skazane na zagładę skały zniknęły 
już z oczu astronautów, przesłonięte zawieruchą.

- Czy można zaczynać, towarzyszu Jermakow? - spytał Bykow.
- Można!
Bykow położył dłoń na przełącznik radiozapalarki i nacisnął go. Na ekranie rozbłysło jasne białe 

światło, potem na ciemniejszym tle uniosły się przechylane wichurą trzy krwawoczerwone ogniste 
słupy, zakończone u wierzchołków grzybami dymu. Z daleka, zagłuszając huk Golkondy, jak grom z 
piekielnej czeluści doleciało mocarne stęknięcie i głos wybuchu potoczył się nad „Mal-cem”, ulatując 
w pustynię.

Tego samego dnia przestał sypać czarny śnieg, ale zapanowała niezwykła ciemność. Zgasły 

świecące purpurowe obłoki. Nad pustynią rozpostarła swe skrzydła upiorna noc. Lekko fosforyzo-
wały smolne piaski, ze szczelin w gruncie wiatr unosił świecące dymy.

Astronauci przystąpili do ustawiania radiolatarń. Pracowali w ciemnościach, przyświecając sobie 

latarkami umocowanymi, jak u górników, na hełmach lub korzystali z reflektorów „Malca”. Przydały 
się teraz ćwiczenia przeprowadzane na Siódmym Poligonie. Z łatwością zmontowali radiolatarnie, 
lecz ułożenie i przysypanie piaskiem wielkich, bo liczących setki metrów kwadratowych, baterii 
selenowych zajmowało dużo czasu. Praca była nudna i męcząca. Pod wieczór wszyscy opadali z sił i 
niechętnie połykali nieco bulionu z chlebem, aby jak najprędzej zwalić się na posłania.

Cała   praca   spadła   na   geologów   i   Bykowa,   gdyż   Jermakow   nadal   nie   mógł   poruszać   się 

swobodnie i spędzał całe godziny przy radiostacji, utrzymując łączność z „Hiusem” oraz próbując 

background image

naprawić telewizor. Prowadził dziennik wyprawy, zapisywał wskazania zewnętrznego laboratorium 
automatycznego, pracował nad sporządzeniem mapy okolic Golkondy, dokładnie nanosząc czarnym 
i czerwonym tuszem znaki konwencjonalne na nylonowy arkusz. Bywało, że siadał koło worków z 
wodą, obmacywał je i zagryzając poszarzałe wargi, obliczał coś w pamięci, mrużąc przy tym zaczer-
wienione   powieki.   Co   noc   dokładnie   o   godzinie   dziewiętnastej   pięćdziesiąt   pięć   według   czasu 
„Hiusa” gasił w kabinie światło i wychodził do wieżyczki dowódcy na grzbiecie „Malca”. Przylepiał 
się do dalmierza i obserwował południowy horyzont. Za każdym razem, gdy kończono układanie 
baterii radiolatarni, wychodził z transportera, podpierany przez Bykowa, sprawdzał instalację urzą-
dzenia i uruchamiał ją.

Niekiedy łączność z „Hiusem” działała znakomicie - widocznie takie były kaprysy wenusjańskiej 

atmosfery. W te dni Jermakow rozmawiał z Krutikowem co cztery godziny. Michał dopytywał się o 
szczegóły ich życia, przysyłał pozdrowienia. Mówił, że ma się doskonale, że wszystko jest w jak 
najlepszym porządku, lecz wyraźnie można było wyczuć w jego głosie tęsknotę za towarzyszami, za 
Ziemią, co robiło na Bykowie przygnębiające wrażenie. A przecież ko-smogator nie wiedział jeszcze 
nic o losie Bogdana.

To były najmilsze minuty przerywające monotonię codziennej pracy. Usiąść wygodnie, rozluźnić 

obolałe mięśnie i słuchać zachrypniętego, dalekiego głosu kosmogatora tak jak melomani słuchają 
pięknej muzyki. Przyjemnie było myśleć, że Michał czuje się dobrze, że już niedługo „Hius” przyleci 
tu na nowe lotnisko, aby zabrać ich i powrócić na Ziemię.

Jednak   zdrowie   załogi   znów   zaczęło   przysparzać   kłopotów.   Każdy   starał   się   ukryć   własne 

niedomagania, lecz nie zawsze się to udawało. Bykow często budził się w nocy dręczony straszliwym 
bólem oczu i widział, jak Jermakow obmacuje, jęcząc przy tym, swoją opuchniętą kostkę. Jurkowski 
w tajemnicy przed przyjaciółmi bandażował wrzody, jakie pootwierały mu się na nogach i rękach. 
Dauge czuł się chyba najgorzej. Wyglądał całkiem zdrowo, lecz trawiła go nie rozpoznana tajemnicza 
choroba. Stale miał wysoką temperaturę i wychudł straszliwie. Jermakow robił, co było w jego mocy - 
dawał   mu   środki   uspokajające,   stosował   elektrote-rapię,   lecz   wszystko   na   próżno.   Choroba   nie 
ustępowała i Dauge dostawał dziwnych ataków, podczas których bredził lub z krzykiem uciekał 
przed   wyimaginowanymi   potworami.   Objawy   były   straszliwe,   lecz   nikt   nie   wiedział,   jak   im 
przeciwdziałać. W chwilach, gdy następował atak, Dauge nikogo nie zauważał, a gdy przychodził do 
siebie, nic nie pamiętał.

Astronauci   kończyli   montaż   drugiej   radiolatarni.   Zostało   jeszcze   kilka   godzin   do   jej 

uruchomienia. Bykow zmęczony i spocony poszedł do transportera, aby obetrzeć pot z czoła i nieco 
odpocząć.   Geologowie   układali   ostatnie   metry   baterii.   Jermakow   siedział   przy   radiostacji,   zły   i 
zasępiony. Bykow spytał:

- Czy coś poważnego? Jermakow drgnął i obejrzał się.
- Rozmawiałem z Michałem... i... - dowódca zawahał się-nagle łączność została zerwana.
- Czy nawaliły aparaty?
- O to chodzi, że nie. Aparat jest w całkowitym porządku. A do ostatniej  chwili mieliśmy 

doskonałe warunki.

W tonie, jakim mówił dowódca, Bykow wyczuł coś niezwykłego. Przez chwilę obydwaj patrzyli 

na siebie badawczo. W końcu Jermakow rzucił pytanie:

- Na długo macie jeszcze roboty?
- Mniej więcej na dwie godziny.
- To dobrze - dowódca spojrzał na zegarek. - Aleksieju, czy nie zauważyliście kiedy błysków 

daleko na południu?

- Na południu? W kierunku „Hiusa”? Nie, nie widziałem. Przecież na południu, tam, gdzie 

odkryliśmy błotny krater, nigdy nie świeciły żadne zorze. W każdym razie do tej pory nie świeciły.

- Nno, tak... macie rację. - Jermakow mówił już bardzo spokojnie. - Kończcie robotę i idźcie 

odpoczywać. - Bykow założył hełm i ruszył do wyjścia. Nagle poczuł się rześki i wypoczęty. Przy 
komorze przejściowej zatrzymał się.

- Za chwilę wrócę, żeby pomóc wam wydostać się z kabiny -powiedział.

background image

Jermakow spojrzał naprzód na Aleksieja, potem na zegarek i wyskandował:
- Miejcie baczenie na południowy widnokrąg!
- Na widnokrąg?
- Tak. Obserwujcie, co się dzieje na południu, w kierunku ba-gniska.
- Oczywiście, będziemy!
Bykow obudził się w nocy i zobaczył Jermakowa siedzącego przy radiu. Łączności nie było, 

„Hius” milczał już cały dzień.

Astronauci  ustawili  trzecią  radiolatarnię,   co  zajęło  im  stosunkowo  niewiele  czasu,  bo  tylko 

dziesięć godzin. Jermakow, utykając na nogę, sprawdził wszystko i włączył sygnał nadajnika.

Astronauci stali obok matowo pobłyskującej wieżyczki i milczeli. Nic się tu nie zmieniło. Tam, 

gdzie huczał kipiący energią kocioł Golkondy, jak dawniej wznosiła się purpurowa kotara światła. 
Pod nogami drżał grunt. Na południu nad czarną pustynią przelatywały trąby powietrzne i burze. 
Radiolatarnia ledwie dosłyszalnie wyrzuciła sygnały skierowane przede wszystkim w stronę nieba, 
od   horyzontu   do   zenitu   i   od   zenitu   do   horyzontu,   jakby   wijąc   niewidzialną   spiralę   promieni 
radiowych.

Najważniejsze zadanie zostało wykonane. Teraz z olbrzymiego bagniska  wystartuje „Hius”, 

zabierze „Malca”, ich śladem przylecą tu dziesiątki planetolotów kierujących się głosem ustawionych 
już radiolatarni, wyrzucających w przestrzeń sygnały, które astronauci będą odczytywali jako całkiem 
wyraźne zdanie: „Tu znajduje się lotnisko, tu znajduje się Golkonda. Tu, włóczędzy niezmierzonych 
przestrzeni kosmosu, jest cel waszego lotu”.

Jermakow wysokim, dźwięcznym głosem oświadczył:
-   Rakietodrom   Uranowa   Golkonda  numer   jeden   gotów   do  przyjęcia   planetolotów.   Godzina 

siedemnasta czterdzieści pięć, szesnastego września 19... roku. - Podniósł rękę i dodał uroczystym 
tonem:

-   My,   załoga   radzieckiego   planetolotu   „Hius”,   oświadczamy   w   imieniu   Związku 

Socjalistycznych Republik Radzieckich, że Uranowa Golkonda wraz ze wszystkimi jej skarbami jest 
własnością całej ludzkości.

Do latarni zbliżył się Bykow i przymocował szerokie czerwone płótno. Wiatr rozwinął sztandar 

Związku Radzieckiego, który w purpurowym blasku wydał się prawie czarny, tym mocniej błyskając 
złotą gwiazdą i starym herbem - sierpem i młotem.

Jurkowski krzyknął: „Hura!”, a Dauge bił brawa.
Na tym oficjalna część uroczystości została zakończona.
Po powrocie do transportera Jermakow natychmiast siadł przy radiostacji.
Jurkowski   rozebrał   się   i   leżąc   już   na   łóżku,   spytał:   -  A  teraz,   Grigorij,   jaki   przewidujesz 

poczęstunek? Bykow nagle uświadomił sobie, że to urodziny Daugego. Jeszcze na początku pracy, 
gdy stawiali pierwszą radiolatarnię, Dauge zapowiadał, że tak wielką uroczystość jak jego urodziny 
muszą oblać, czym się da, a nie będą skąpić ani jadła, ani frykasów. Zaproszenie wygłosił wierszem:

Na wieczór ku mej czci wydany Mam zaszczyt prosić o przybycie. Iproszę, byście przyszli Schludnie  

ubrani i wymyci.

Bykow, uśmiechając się, pytał o zapowiadane frykasy. Dauge natychmiast zaczął grzebać w 

swoim plecaku. Wyciągnął starannie owiniętą w papier butelkę, dwie puszki rolmopsów i spory ka-
wał wędzonej po łotewsku słoniny. Wszystkie te przysmaki nie wchodziły do jadłospisu astronautów, 
ale Dauge przemycił je dawno, przewidując, że nie wymiga się byle czym. Bykow rozłożył serwetkę i 
wyjął z plastikowego opakowania sztućce i kieliszki. Podał chleb. Jurkowski chrząknął i w znaczący 
sposób   mruknął   „ajednak”,   po   czym   przysunął   się   do   improwizowanego   biesiadnego   stołu.   W 
pancernym wozie od razu zapanowała przytulna domowa atmosfera. Zrobiło się przyjemnie i jakoś 
inaczej niż dotychczas. Dauge odwinął butelkę, postawił pośrodku serwetki i zatarł ręce. Jurkowski 
przyczesał włosy. Bykow, zastanowiwszy się chwilę, na speckombinezon założył krawat, co wywołało 
u solenizanta radosny zachwyt.

Podczas tych dość długich przygotowań Jermakow ślęczał przy aparacie radiowym. Zrobił jakieś 

obliczenia i wywoływał „Hiusa”. Odbiornik milczał. Wprawdzie głośnik chrypiał i skrzeczał, ale były 

background image

to  jedyne  dźwięki,  jakie  można  było  z  niego  wydobyć.  Jermakow   wyłączył  aparat,  zmęczonym 
ruchem zdjął hełm i starannie powiesił go na wieszaku. Bykow ze zdziwieniem zauważył, że twarz 
dowódcy stała się bardziej surowa i jakby pociemniała. Jermakow najwyraźniej niepokoił się czymś 
bardzo poważnie. Niepokoił się właśnie teraz, gdy mieli za sobą olbrzymi szmat drogi, gdy wykonali 
już zadanie i pozostawało im tylko czekać na przybycie „Hiu-sa”. Czekać... Ale na razie nie mogli 
zawiadomić Krutikowa, żeby przyleciał. To dziwne... tak dziwne, że Aleksiej starym zwyczajem znów 
zaczął szarpać dolną wargę.

-   Towarzysze,   chciałbym,   abyście   wypoczęli...   -   Jermakow   zamilkł   i   patrzył   zaskoczony   na 

zastawiony stół. - Co to za pomysł?

- Na wieczór ku mej czci wydany... - Dauge urwał, przeraził go bowiem wyraz twarzy dowódcy. 

- Towarzyszu Jermakow, dziś moje święto, w pewnym stopniu zakończenie...

- To noworodek, towarzyszu Jermakow - wesoło wyjaśnił Jurkowski, walcząc z korkiem od 

butelki. - Wypijemy po łyku koniaku, pogadamy sobie.

Jermakow spojrzał na niego, potem na zaczerwienionego Grigorija i Bykowa, który nie wiadomo 

dlaczego zasłonił dłonią krawat. Uśmiechnął się łagodnie.

- W takim razie, nalewajcie! - złożył mapę, leżącą na stoliku koło radia. Wszyscy usiedli.
- Czy wzniesiecie jakiś toast? - pytał Jermakow, biorąc z rąk Jurkowskiego kieliszek.
-   Bez   tego   ani   rusz!   -   odpowiedział   Włodek   i   zaczął   górnolotnie.   -   Święcimy   podwójną 

uroczystość! Dziś urodził się wielki Grigorij Dauge i maleńkie lotnisko dla rakiet Uranowa Golkonda. 
Oba   noworodki   mają   przed   sobą   wspaniałą   przyszłość,   oba   są   bliskie   naszym   sercom.   Żyjcie   i 
rośnijcie, a mnóżcie się! Hura, hura, hura!

Za pancerzem „Malca” gwizdał gorący wiatr. Wokół transportera rosły zaspy ciemnego piasku. 

Obca, czarna noc otuliła ze wszech stron maleńki, przytulny kącik życia i światła.

-   Świetne   rolmopsy   -   chwalił   Jurkowski,   w   skupieniu   nadziewając   na   widelec   ulubiony 

przysmak. - Bardzo lubię rolmopsy.

Grigorij pokręcił głową i zwrócił się do Jermakowa.
-   Kiedyś   miałem   z   rolmopsami   ciekawą   historię.   Raczej   chodziło   nie   o   rolmopsa,   ale... 

Wyobraźcie sobie Gobi, pustynia, kilka namiotów... ekspedycja geologiczna. W promieniu trzystu 
kilometrów ani żywej duszy, dziki kraj, rozkosz! A my, młodzi praktykanci, mieliśmy w zapasach 
butelczynę   koniaku   i   puszkę   rolmop-sów.   Czekaliśmy   tylko   na   jakąś   godną   okazję,   żeby...   no 
wiadomo co. - Dauge porozumiewawczo strzelił palcami. - Doczekaliśmy się wreszcie. Tak jak dziś 
obchodziliśmy   urodziny   jednej...   jednego   z   naszych   towarzyszy.   Przed   naszym   praktykanckim 
namiotem zebrali się wszyscy, sześć osób. Otworzyliśmy koniak, pokroiliśmy chleb, umyliśmy nawet 
ręce. Rozłożyliśmy zapasy na futerale od teodolitu, a ja zacząłem, poganiany pożądliwym wzrokiem 
kolegów, otwierać puszkę z rolmopsami. Sami rozumiecie, stale baranina, wędliny i takie tam, a tu aż 
ślinka cieknie, żeby zjeść coś kwaśnego, ostrego! Ledwie otworzyłem puszkę, a tu... - Dauge zrobił 
pauzę, a Bykow niecierpliwie chrząknął i spytał:

- No, otworzyłeś puszkę i co?
-   Nawet   nie   zapamiętałem,   jak   to  się   stało.   Wszyscy   nachylili   się   nad   puszką,   a   ja   akurat 

spojrzałem nad ich głowami - i zobaczyłem na najbliższej wydmie gigantyczną liszkę. Zwijała się, 
pełznąc jak prawdziwy boa dusiciel, złożony z takich wielkich członów.

- Kłamiesz! - z przekonaniem powiedział Jurkowski.
- Cierpliwości! - skarcił go Bykow. - Pozwólcie mu skończyć.
- Nie kłamię. Włodku, to był olgoj-chorchoj.
Olgoj... kto?- spytał Bykow.
-  Olgoj-chorchoj -  powtórzył Dauge. - Zdaje się, jedyne lądowe zwierzę na Ziemi uzbrojone w 

broń elektryczną.

Jurkowski ściągnął brwi i przypominał sobie.
Olgoj-chorchoj... zdaje się, pierwszy raz został opisany wjednym z gobijskich opowiadań Iwana 

Jefriemowa jeszcze przed pół wiekiem.

background image

- Właśnie,  właśnie  - podchwycił Dauge. -  Potem okazało się,  że w  ciągu pięćdziesięciu  lat 

byliśmy trzecią czy czwartą ekspedycją, która widziała to stworzenie.

- Ale co się wreszcie stało? - niecierpliwił się Bykow. Dauge westchnął.
- Nic takiego, oczywiście, się nie stało. Wrzasnąłem na całe gardło. Zerwaliśmy się na równe 

nogi, rolmopsy spadły na ziemię, w piach. Rzuciliśmy się po broń, a gdy wróciliśmy... - Dauge bez-
radnie rozłożył ręce. - Nie mieliśmy żadnych szans. Elektryczna liszka ukryła się.

- Dostałeś na pewno od kolegów - stwierdził Jurkowski i znów wyciągnął widelec, celując w 

rolmopsa.

- No, pewnie, ale nie tak, jak to sobie wyobrażasz. Do końca ekspedycji nie mówiono o niczym 

innym jak tylko o ołgoj-chor-choj.

-  A  ja   nigdy   nie   widziałem   czegoś   podobnego   w   mojej   pustyni   -   przyznał   Bykow.   Dauge 

wyjaśniał, że ołgoj-chorchoj przebywa jedynie w najbardziej upalnych rejonach mongolskiej Gobi.

- Mam pewien projekt - znów zabrał głos Włodek.
- Przepraszam... na chwileczkę - przerwał mu Jermakow. Wstał i włączył radioodbiornik.
Kabinę nagle wypełniły trzaski i zgrzyty. Geologowie spoglądali na siebie.
- Nie ma łączności? - zaniepokojony spytał Dauge.
- Nie mamy jej już drugą dobę - cicho odpowiedział Bykow, zerkając na dowódcę.
Jermakow przekręcił gałkę odbiornika. Trzaski umilkły. - Za godzinę z minutami ruszamy w 

kierunku   „Hiusa”   -   powiedział,   spoglądając   na   zegarek.   -   Oczywiście,   jeśli  sytuacja   nie   ulegnie 
zmianie.

Astronauci tępo patrzyli na siebie.
- Towarzyszu Jermakow, a Morze Dymiące? - zaniepokoił się Jurkowski.
- Czy mamy zrezygnować z Morza Dymiącego? - pytał Dauge.
- Zresztą, umówiliśmy się, że Michał przyleci do nas „Hiu-sem”. Lotnisko gotowe do przyjęcia 

maszyny. Michał tylko czeka na wasz rozkaz.

- Nie mamy łączności - beznamiętnie odpowiedział Jermakow.
- Wielka rzecz! Przecież i przed tym rwała się stale - upierał się Jurkowski. - Możemy poczekać. 

-   ...a   przez   ten   czas   zbadamy   tajemnicze   Morze   Dymiące   -   poparł   go   Dauge.   -   W   ten   sposób 
połączymy przyjemne z pożytecznym.

Jermakow pokręcił przecząco głową.
- Nie. Pojedziemy do „Hiusa”.
Powiedział   to   tak   łagodnym   tonem,   że   po   raz   pierwszy   astronauci   odnieśli   wrażenie,   że 

dowódca prosi ich o zgodę.

- Łączność może uda się nawiązać, a może się nie uda. Nie możemy jednak czekać. Musimy 

natychmiast wracać do „Hiusa”. Wody zostało nam na niepełne cztery doby. Od jutra ograniczamy 
porcje.

- Wycofywać się? W połowie dzieła? - Zrywając się z miejsca, zawołał Jurkowski. - Mamy 

ograniczyć badania do jakichś okruchów i zrezygnować, stojąc już na brzegu tajemnic i zagadek? 
Powierzono nam odpowiedzialną pracę...

Bykow od razu zorientował się, że nadeszła decydująca rozmowa. Zaczynała się już kilka razy, 

geologowie często i natarczywie dopominali się o zezwolenie na wszczęcie rozpoznania zasnutego 
dymami   obszaru,   lecz   dowódca   albo   zbywał   ich   milczeniem,   albo   dawał   odpowiedzi   tak   mało 
wiążące, że geologowie, nie chcąc naruszyć dyscypliny, pękali wprost ze złości, zmuszeni dławić w 
sobie najbardziej ważkie argumenty.

Bykow wprawdzie nie spodziewał się, że do decydującej rozmowy dojdzie właśnie teraz, gdy 

siedzieli spokojnie, aby spędzić w miłym nastroju kilka godzin. Wieczór zepsuty całkowicie. Po-
zostało jedno - milczeć i słuchać, a zabrać głos, kiedy będzie to konieczne. A o tym, że będzie musiał 
przeważyć szalę, nie wątpił ani na chwilę, wystarczyło popatrzeć na te pobladłe, zapadnięte twarze. 
Każdy z tych ludzi był zdecydowany i całkowicie przekonany o własnej racji.

-   Czy   nie   uważacie,   że   obserwacje   i   wstępne   badania   geologiczne   dają   nam   pełny   obraz 

najbliższych okolic Golkondy? - przerwał Jurkowskiemu Jermakow.

background image

- Tylko na dalekim przedpolu? - Jurkowski przymrużył oczy.
- Tak.
- Tak, zebraliśmy dokładne dane - wtrącił się Dauge - lecz...
-   Zakończyliście   pierwsze,   przybliżone   rozpoznanie   jakościowego   i   ilościowego   składu 

wartościowych kopalin zalegających okolice Golkondy. - Jermakow mówił głośno i ostro. - Udowod-
niliście,   że   w   okolicy   Golkondy   warto   rozpocząć   eksploatację   odkrytych   złóż.   Zgromadziliście 
podstawowe materiały dotyczące naturalnych warunków, poznaliście geografię i klimat tych rejonów. 
Określiliście   radioaktywność.   Macie   już   mapy   geologiczne   i   topograficzne.   Dokonaliście 
geofizycznego rozpoznania Wenus w tym rejonie...

- Lecz wszystkie te dane są jeszcze dość płynne i niezupełnie dostateczne - wtrącił się Jurkowski. 

- Mamy okazję zdobyć znacznie dokładniejsze wiadomości.

- Nie mamy żadnych możliwości - dobitnie odparł Jermakow.
- Jak to, nie mamy?
- Powiedziałem już. Jestem gotów powtórzyć jeszcze raz. Zapasy wody wystarczą na cztery dni. 

Łączność przerwana, „Hius” został na miejscu lądowania w bagnisku, co nie jest zbyt bezpieczne. 
Badanie   Morza   Dymiącego   byłoby   w   tych   warunkach   przedsięwzięciem   awanturniczym. 
Najmniejsza awaria transportera może stać się przyczyną zupełnej klęski. A ponadto...

- Jakie awanturnictwo, kiedy chodzi o wykonanie zadań powierzonych przez rząd? - Jurkowski 

zerwał się podniecony do najwyższego stopnia. - Powierzono nam odpowiedzialne zadanie, a my 
wykonujemy tylko jego część. To hańba. Nie tak szybko jeszcze będą tu ludzie...

- Jeśli wycofamy się, przylecą na pewno, jeśli zostaniemy, nie dotrą tu... Może spróbują za jakie 

dwadzieścia lat... Nie mamy zatem prawa ryzykować i wystawiać na niebezpieczeństwo dotych-
czasowych wyników ekspedycji.

- Ryzyko! Niebezpieczeństwo! - unosił się Jurkowski. - Nie boję się ani jednego, ani drugiego! 

Mówcie, co chcecie, towarzyszu Jermakow, ale nie możecie robić z nas tchórzy.

Jermakow mimo woli drgnął. To przecież były jego własne słowa. Jurkowski mówił podniecony.
- Podstawowe zadanie ekspedycji nie zostanie wykonane!
- Nie macie racji! - wtrącił się wreszcie Bykow.
Wiedział dobrze, dlaczego Jermakow musi zachować ostrożność. Geologowie przyzwyczajeni, 

że Aleksiej  nie  zabierał do  tej  pory głosu  w  dyskusjach,  wlepili  w  niego  zdziwione  spojrzenia. 
Jermakow nawet poruszył się. Bykow mówił.

- Podstawowe zadanie ekspedycji nie polega na tym, co wy mówicie. Źle zrozumieliście rozkaz 

komitetu. Podstawowym zadaniem jest wypróbowanie „Hiusa”.

- Bykow ma rację. Naszym podstawowym zadaniem jest udowodnić, że statki tego typu co 

„Hius” mogą, są w stanie opanować Wenus. Musimy tego dowieść, poza tym zawieźć na Ziemię 
wyniki naszego pierwszego rozpoznania. Materiał już znajduje się w naszym posiadaniu. Lotnisko 
dla rakiet przygotowane. Pozostaje nam jedno - powrót.

Niefortunny solenizant z obrzydzeniem zaczął dojadać rolmop-sa - najwyraźniej poddawał się.
Jurkowski jednak nie zrezygnował jeszcze i wykrzyknął z żalem:
- I mamy porzucić taką robotę!
- Lepiej jest największym wrogiem dobrego, Włodku. A poza tym robota nasza jest właściwie 

zakończona.

- Wy nie jesteście specjalistą - bezczelnie powiedział Jurkowski.
- Ale jestem dowódcą! - na twarzy Jermakowa zadrgały mięśnie. Mówił dalej, powstrzymując się 

od gwałtowniejszych słów. -Odpowiadam za wszystko. Mógłbym zwyczajnie wydać rozkaz, lecz 
wysłuchałem waszych opinii i doszedłem do wniosku, że są nieprzekonujące. Nie będziemy wracać 
do tej sprawy. Poza tym, jeśli Michał nawiąże z nami łączność w ciągu najbliższej godziny, dam wam 
jeszcze dwa, trzy dni czasu na wasze prace. - Nastrój się zepsuł. Geologowie usiedli obok siebie i 
ponuro zwiesili głowy. Jermakow powrócił do radioodbiornika. Głośnik tylko piszczał i warczał. Czas 
upływał, a łączności nawiązać się nie udawało. Zapomniana butelka samotnie stała na środku stolika.

background image

Głośnik   nie   zmieniał   swej   nieprzyjemnej   symfonii   trzasków,   a   do   tego   zabłysły   światełka 

indykatorów radiacji i zabrzęczały liczniki.

- Wenus przesyła ci pozdrowienia. Słyszysz, Grigorij? - bezdźwięcznym głosem odezwał się 

Jurkowski.

- Oj, Boże, Boże... - jęknął solenizant i zaczął głośno kląć po łotewsku.
Jurkowski zanucił sentymentalną piosenkę:
Czy   słyszysz   to   smętne   kabestanu   granie?   Jak   liny   napięte   nucą?  To  Mgieł   Synowie   wypływają   z  

przystani. Ach, dokąd? Kiedy powrócą?

Dauge podchwycił melodię, fałszując straszliwie:
To Mgieł Synowie wypływają z przystani. Ach, dokąd? Kiedy powrócą?
Czy słyszysz, jak mewa krzykliwie zawodzi, Muskając falę spienioną?
Już maszty sczerniałe znikają na wodzie Za deszczu szarą zasłoną...
W morze burzliwe, w poranną wichurę, w skłębione fali odmęty Ci ludzie pogodnie o świcie ponurym  

Prowadzą swoje okręty.

Nie straszna im w sztormy wachta przy szturwale.
Przybój o dzikie skał zręby
I ryk tej dziewiątej rozszalałej fali,
I wyszczerzone raf zęby.
W noce upalne zwilgotniałe sieci I szelest żagli na rei, Czułe muśnięcie wiatru, co przyleci Z dalekiej,  

przybrzeżnej kniei.

Trzech   oceanów   czekają   tam   na   nich   Brzegi,   gdzie   fale   się   kłócą...  To  Mgieł   Synowie   wypływają   z 

przystani... Kiedy z podróży tej wrócą?

- A może tak lepiej wypić po jednym?
Wypili. Jurkowski rozrzewnił się i jeszcze bardziej posmutniał. Jermakow zastanawiał się nad 

czymś w wielkim napięciu i co chwila spoglądał na zegarek. Bykowa opanował smutek. Wyciągnął 
się na fotelu i zamknął oczy. Wracał myślami daleko na Ziemię... czuł lekki pieszczotliwy powiew 
wiatru, widział błękitne niebo, białe obłoki odbijające się jak w zwierciadle w dużej kałuży.

Jermakow podniósł się zdecydowanie. Spokojnie zwrócił się do towarzyszy:
- Przepraszam, ale muszę na chwilę zgasić światło i obejrzeć okolicę. Pomóżcie mi, Aleksieju.
Wyszli do wieżyczki dowódcy. Jermakow wyłączył światła i jak zwykle skierował dalmierz na 

południe. Bykow przylgnął do drugiego dalmierza. Na ołowianoczarnym tle poprzecinanym fosfory-
zującymi   smugami   zabłysły   czerwone   jaskrawe   gwiazdy,   unosząc   się   tuż   nad   czarną   smugą 
widnokręgu.   -   Odległość   -   niespodziewanie   krzyknął   zachrypniętym   głosem   Jermakow.   -   Nie 
przegapcie  kierunku   ani  odległości.   -  Bykow   machinalnie   nastawiał   bębny  dalmierza.  Gwiazdki 
zniknęły. Jermakow zapalił światło i odczytał dane.

- A ile u was? - rzucił pytanie.
- Wysokość: dziesięć stopni zero osiem minut, azymut trzydzieści stopni dwadzieścia sześć 

minut... Ale co to...

- Nie poruszajcie tego tematu. - Jermakow zapisał dane w notesie. - Proszę was, Aleksieju, o tym 

potem!

Bykow zaczął szarpać dolną wargę.
- Światło, włączcie światło! - wołał z dołu Jurkowski. - Z Dau-gem znów coś się dzieje.

Ostatnie słowo Golkondy

„Malec” gnał co sił w motorze. Na ekranie migały zarysy skał, kamienny chaos. Na potężnych 

barach zwałów kamieni tańczyły dalekie błyski zórz Golkondy.

Kierowca   transportera   mógł   nawet   na   takiej   drodze   wyciągnąć   większą   szybkość,   lecz   za 

każdym razem, gdy „Malec” podskakiwał na nierównościach, leżący na łóżku Jurkowski jęczał i 
budził się, zgrzytając zębami. Ciało miał obsypane wrzodami. Jazda męczyła go bardziej niż innych.

Równy   szum   silnika   nie   mógł   zagłuszyć   trzasków   radia,   które   prawie   bez   przerwy   było 

włączone.   Dowódca   siedział   przy   składanym   stoliku   nad   papierami.   Wstrząsy   wywołane   jazdą 
zapewne mu przeszkadzały, lecz nic nie mówił.

background image

Jak   to   wszystko   wygląda   inaczej,   niż   sobie   wyobrażał   Bykow!   Rozpoznanie   zakończone, 

radiolatarnie stanęły na rogach nowego wielkiego lądowiska rakiet... powinien był przylecieć „Hius”, 
powinno nastąpić  wspaniałe  spotkanie. Siedzieliby  teraz w przestronnych wygodnych  kabinach, 
serdeczny   druh   Michał   wiózłby   ich   na   ojczystą   Ziemię.   Tymczasem   na   południu   stale   błyskają 
niepokojące wybuchy. Transporter urządza jakieś wściekłe wyścigi po nierównym terenie, a dowódca 
siedzi z pełną napięcia twarzą. Bykow jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie. Czemu tak gnają? 
Oczywiście, trudno czekać na „Hiusa”, mając ograniczony zapas wody, chorego członka załogi i... 
pozostając bez łączności. Rzecz zrozumiała, że powrót jest konieczny, ale takie tempo... Dlaczego 
dowódca przywiązuje tak wielkie znaczenie do wybuchów na południu? Przecież czekał na nie. 
Czyżby to było związane z Michałem? Niemożliwe!

- Aleksieju, chciałem z wami porozmawiać - cicho odezwał się dowódca.
- Słucham! - odpowiedział Bykow, nie odwracając się, gdyż cała jego uwaga skupiona była na 

prowadzeniu maszyny po nierównym terenie. Wpadli w jakiś dół. Transporterem rzuciło, Jurkowski 
jęknął.

- Zatrzymajcie wóz - polecił Jermakow.
- Tak jest!
Jermakow siedział przy stoliku. Łagodne błękitnawe światło padało na mapę, na bawiące się 

ołówkiem smukłe palce dowódcy.

- Proszę, słuchajcie bardzo uważnie. Sprawa jest niezmiernej wagi. Pamiętacie te dwa wybuchy 

na południu?

- Określiłem współrzędne, biorąc pod uwagę możliwość, że były to rakiety sygnalizacyjne.
- „Hius”?
- Nie wiem na pewno. Spójrzcie...
Jermakow wskazał na nową mapę sporządzoną podczas wyprawy „Malca”. Bykow zobaczył 

prawie regularne koło bagniska błotnego krateru, na którym widniał krzyżyk oznaczający miejsce 
lądowania   „Hiusa”.   Drobnymi   punkcikami   była   wytyczona   trasa   transportera   wiodąca   przez 
pustynię, kamienny las, Kły Wenus i teren wokół lotniska Golkonda-l. Wyraźnie odcinała się ciemna 
plama Golkondy, otoczona morzem dymów.

Jermakow   końcem   ołówka   wskazał   maleńkie   czerwone   kółka   na   południowy   wschód   od 

bagniska.

- Ten punkt - to wyliczona pozycja błysków. Właśnie tam wybuchły rakiety, jeśli oczywiście były 

to rakiety. Pozycja obliczona z dokładnością pięciu do siedmiu kilometrów.

- Ale dlaczego „Hius” miałby zmieniać miejsce i przelatywać właśnie tam?
- Nie twierdzę, że sygnały pochodzą z „Hiusa”. Ale...
- Słucham.
Jermakow skulił się i podrapał po bolącej nodze.
- Zrozumcie mnie. W tej chwili jedziemy do miejsca lądowania „Hiusa”, w stronę bagniska. 

Rakiety mogła wystrzelić jakaś inna ekspedycja, wiedząc, że znajdujemy się gdzieś w tej okolicy. 
Bardzo możliwe, że była to kosmiczna ciężarówka, rakieta z prowiantem sterowana automatycznie i 
przysłana z „Ciołkowskiego”.

A równie dobrze może tam nic nie być. Może są to tylko jakieś zjawiska atmosferyczne... chociaż 

bardzo dokładnie odpowiadają naszym umownym sygnałom.

- Czy równo o dwudziestej?
- O dwudziestej dwanaście - spokojnie poprawił Jermakow.
- Michał miał podawać sygnały równo o dwudziestej?
- Tak.
W serce Bykowa wkradł się niemiły chłód złego przeczucia. Jermakow mówił dalej:
- Łączność zerwała się w sposób bardzo dziwny. Głośnik zaszumiał, tak że prawie nie słyszałem 

Krutikowa, chociaż odniosłem wrażenie, że zawołał coś jakimś nieswoim głosem. Jakby bardzo się 
zdenerwował. Potem nastała cisza, która trwa już trzy doby.

Nachylił się do ucha Bykowa i szeptał. Oczy zaświeciły mu na moment jak u kota.

background image

- Jedną mapę daję wam. Schowajcie ją i trzymajcie zawsze przy sobie. Drugą będę miał ze sobą, 

włożę ją tu do szuflady stolika. Nie bacząc na to, co może się stać, trzymajcie kurs na bagnisko. Nie 
szukajcie nowych przejść, nie należy tracić czasu. Kierujcie się prosto na „Hiusa” i dopiero, jeśli nie 
znajdziecie go na bagnisku...

Bykow powstrzymał oddech.
- Oczywiście mam  nadzieję, że wszystko pójdzie  jak najlepiej  - zakończył  Jermakow takim 

tonem, że Bykow zrozumiał od razu:  dowódca  prawie  nie liczył się  z pomyślnym  przebiegiem 
wydarzeń.

Przez kilka sekund milczeli obydwaj.
- To wszystko, co chciałem wam powiedzieć. Trzymajcie kurs na bagnisko! - Jermakow chrząknął 

i odwrócił się do odbiornika.

„Malec”, gniotąc gąsienicami rozkruszone kamienie, ruszył z miejsca. Bykow nie zwracał już 

żadnej   uwagi   na   jęki   Jurkowskiego.   Strzałka   szybkościomierza   przekroczyła   liczbę   trzydzieści. 
Transporter nabierał szybkości.

„Co z „Hiusem?” - zastanawiał się Aleksiej. - „Co z Michałem? Czyżby stało się coś złego? 

Czyżby planetolot zaginął?”.

Dauge   z   chorobliwymi   wypiekami   na   twarzy   chrapał.   Okrutna,   nie   dająca   się   opanować 

choroba! Co to jest? Nie pomagają żadne leki. „Gorączka, która zniszczyła załogę czeskiego statku!” 
-powiedział   Jurkowski.   Pustynna   gorączka.   Dlaczego   jednak   zachorował   tylko   Grigorij?   Załoga 
„Malca”   przez   cały   czas   znajdowała   się   w   takich   samych   warunkach.   To   prawda,   że   podczas 
poszukiwań

Bogdana Dauge w pewnej chwili wyskoczył z komory przejściowej bez skafandra i zdrowo 

łyknął   pyłu   i   wenusjańskiej   atmosfery.   Jeśli   to   naprawdę   jest   pustynna   gorączka,   to   biednego, 
dzielnego   Grigorija   nie   czekają   łatwe   chwile.   Jermakow   twierdził,   że   „niebieskie   niebo   leczy 
wszystkie choroby lepiej od najdoskonalszych lekarzy”. No dobrze... lecz jeśli do tego nieba jeszcze 
daleka droga, może trzeba będzie poczekać, zanim się je zobaczy... Szkoda Grigorija.

Bykow czuł, jak coraz bardziej bolą go oczy. Oderwał lewą rękę od klawiszów kierowania i 

przetarł oko.

- Bolą? - spytał Jermakow.
- Bolą- jak echo odpowiedział Bykow.
Jermakow ostrożnie przedostał się od stolika przy radioaparatach na siedzenie obok kierowcy i 

spojrzał na szybkościomierz. Jechali z szybkością czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę. Zbyt 
wolno. Transporter podskoczył i rozgniatając gąsienicami kamienie, pojechał dalej. „Do diaska” - 
jęknął Jurkowski. Strzałka szybkościomierza drgała już koło siedemdziesiątki.

„Malec” zbliżył się do skalistej bariery otaczającej bagnisko, gdy Bykow zauważył przed sobą 

czerwone plamy i pasma, nad którymi unosił się ciężki fioletowy dymek. Niezwykły płomienny 
potok zagradzał transporterowi drogę. Bykow zatrzymał maszynę i zawołał po cichutku Jermakowa. 
Przez długą chwilę wpatrywali się w tajemnicze zjawisko.

- Spróbujemy sforsować? - zapytał Bykow. Jermakow niezrozumiale poruszył głową.
- Nie - powiedział po chwili. - Nie warto ryzykować. Lepiej spróbujemy ominąć.
- Co to może być?
- Nie mam pojęcia. Podjedźcie bliżej.
„Malec” powolutku przejechał jeszcze dwieście metrów i zatrzymał się. Na czarnym tle gleby 

błyskały jaskrawe czerwone smugi, wyginające się jak żywe. Dalej, za woalem czerwonawej mgiełki, 
tworzyły jednolitą czerwoną plamę. Robiło to wrażenie, że na pustynię wylewa się z jakiegoś krateru 
rozpalona lawa. Bykow zauważył, że czerwona lawa podpłynęła do wielkiego głazu, zatrzymała się 
na chwilę i zaczęła wpełzać na niego.

- To pełznie... - wyszeptał Jermakow.
Głaz niknął pod ruchomym czerwonym ciastem.
- Ki diabeł?!

background image

- Chodźmy zobaczyć z bliska - zdecydował Jermakow. Poderwał się szybko i jęknął, stąpnąwszy 

chorą nogą.

Z powrotem zwalił się na fotel. - Nie bardzo nadaję się do marszu... Zbudźcie geologów.
Nie od razu wyszli z transportera. Od czerwonej masy bił jakiś straszliwy, pełen grozy nastrój. 

Nawet Jurkowski nie odezwał się, gdy Bykow zaproponował, aby zbadać masę, pobierając próbkę 
sztucznymi łapami „Malca”.

- Może... - zgodził się Dauge - lecz moim zdaniem to nie jest lawa.
Jermakow nachylił się i krzywiąc się, obmacywał nogę.
-   Zachowajcie   jak   najdalej   idącą   ostrożność.   W   razie   najmniejszego   niebezpieczeństwa 

natychmiast wracajcie do transportera. Zawsze zdążycie uciec. To płynie bardzo wolno.

Przed wejściem do komory przejściowej Bykow obejrzał się. Jermakow, siedząc zgarbiony, nie 

spuszczał oka z czerwonej lawy sunącej na maszynę. Nie ubrał się w speckombinezon i Bykow wy-
raźnie widział, jak jego dłonie zacisnęły się w pięści.

Drgająca masa sunęła półkolem, obejmując transporter. Długie zagony wysunięte do przodu, 

jakby badały teren. Nad całym żywym dywanem unosiła się fiołkowa mgiełka. W słuchawkach 
huczała daleka Golkonda i rozlegały się szelest i zgrzyt. To czerwona lawa niosła ze sobą kamienie i 
odłamki skał.

- Strasznie przypomina żywą istotę - mruknął Dauge.
- Nie pleć głupstw - skarcił go Jurkowski.
- To naprawdę jest żywa istota. Spójrz tylko, jak owe zagony wysuwają się przed główny potok, 

szukając drogi...

- Niczego nie szukają.
Dauge nachylił się, podniósł kamień i wołając, „a niech tam!” -cisnął nim w czerwoną masę. 

Bykow nie zdążył go powstrzymać, naprężył się cały, gotów na przyjęcie wszelkich niespodzianek. 
Jednak nic się nie stało. Kamień uderzył o czerwoną powierzchnię, podskoczył, potoczył się i leżał 
spokojnie. Wokół niego wzniosły się tylko smużki fiołkowego dymu. Po chwili zniknął, jakby roz-
płynął się. Czerwona masa wessała go.

- Temperatura normalna - oznajmił Jurkowski, spoglądając na termometr - pięćdziesiąt cztery 

stopnie i trzy dziesiąte. Jak na te okolice, całkiem normalna - poprawił się. - To nie może być lawa.

Podeszli do samej granicy lawy. Tuż przed nimi unosiła się zasłona z dymu czy mgiełki. Jeszcze 

kilka kroków i mogli wstąpić na ów czarodziejski kobierzec.

- Nie warto chodzić dalej - powiedział Bykow. - Mój licznik radiacji już całkiem oszalał.
-   Racja   -   mruknął   Dauge.   -   Promieniowanie   zwiększyło   się   wyraźnie,   ta   masa   jest   silnie 

radioaktywna. Uważaj, Włodku.

- Widzę przecież i słyszę. - Jurkowski przykucnął tuż przed lawą i obserwował. Grunt pokrywała 

gruba   świecąca   warstwa   czegoś   w   rodzaju   twardej   porowatej   gąbki,   która   powoli   sunęła   po 
powierzchni, w niektórych miejscach zagarniając kamienie i pchając je przed sobą.

- Grubość piętnaście centymetrów. - Podawał Jurkowski. - To nie może być żywa istota! - Wołał, 

patrząc, jak masa napiera na ostrą krawędź kamienia. - To nie reaguje na bodźce zewnętrzne.

-   Dziwak   jesteś,   Włodku   -   mówił   Dauge.   -   Przecież   gąbka   także   nie   reaguje   na   bodźce 

zewnętrzne. Jestem przekonany, że to kolonia jakichś mikroorganizmów.

- Mikroorganizmy przy takim natężeniu promieniowania! -Jurkowski myślał głośno. - Chociaż 

wiadomo, że życie może przystosować się do każdych warunków. Tym bardziej, że to samo jest 
radioaktywne. Może masz rację, Grigorij. Weźmy próbkę. W domu zbadamy.

- Słowem, uważacie, że „Malec” może przejechać przez to czerwone pole?
- Raczej tak niż nie - powiedział po chwili zastanowienia się Dauge. - W każdym razie to na 

pewno nie jest lawa.

- W takim razie chodźmy do „Malca”. Jermakow czeka.
-   Poczekaj,  Aleksieju.   Musimy   wziąć   próbkę.   Transporter   stał   nie   dalej   niż   sto   metrów   od 

zwiadowców. Jego

background image

burty błyskały na czerwonym tle. Czerniał otwór włazu. Lawa otoczyła już „Malca” z trzech 

stron.

- Chodźcie szybciej do transportera - ponaglał Bykow. - Nie podoba mi się zachowanie tego 

czarodziejskiego dywaniku.

- Chwileczkę... pobiegnę po zasobnik dla wzięcia próbki -upierał się Dauge i ruszył do maszyny. 

Bykow patrzył w ślad za nim, lecz po chwili znów przyglądał się, jak Jurkowski próbował odciąć 
fińskim nożem kawałek lawy.

- Po co się tak męczycie, Włodku? Weźmiemy, co potrzeba, manipulatorem, ma mocniejsze 

paluszki.

Jurkowski zapalił się i tylko dyszał z wściekłości, manipulując nożem. Nóż z łatwością wchodził 

w masę, lecz nie mógł jej odciąć. Zamykała się za jego ostrzem. Geolog zaczął rwać elastyczną 
ruchliwą masę i w końcu udało mu się oddzielić spory kawałek. Buchnął świecący gaz. Jurkowski 
rzucił kawałek masy na grunt i odtrącił go nogą. Na czarnym piasku zaświeciła jaskrawa czerwona 
plama.   Za   nimi   coś   zagrzmiało.   Obejrzeli   się.   Dauge   siedział   w   dziwnej   pozycji   koło   „Malca”. 
Widocznie spadł z niego przy wchodzeniu.

Jurkowski zaklął. Dauge podniósł się i ciągnąc na pasku zasobnik, szedł szybkim krokiem w 

stronę kolegów. Bykow zauważył, że ogniste macki otoczyły transporter z trzech stron i że wokół 
maszyny koło lawy zamknęło się, tworząc regularny krąg o średnicy około trzystu metrów.

„Koło... ogniste koło... nie ognisty krąg” - uświadomił sobie nagle straszliwą nazwę, ostrzeżenie, 

jakie pozostawił po sobie Tach-masib. Oto zagadka Tachmasiba. Świadomość tego sparaliżowała go 
na   chwilę.   Zanim   jednak   zdążył   ochłonąć,   poczuł,   jak   grunt   pod   nogami   się   usuwa.   Stracił 
równowagę, kątem oka dojrzał, jak Dauge przewraca się, a Jurkowski stara się wstać.

Na czarnym niebie wybuchła jaskrawa, oślepiająco biała zorza. Drugi wstrząs zwalił Bykowa z 

nóg. Rozległ się huk i grzmot.

Jakby z wielkiej odległości doleciał krzyk Jurkowskiego. By-kow wlepił się w grunt. Zobaczył, 

jak obok „Malca” utworzył się lej, z którego buchnął słup dymu. „Malec” wyleciał w górę i jakby 
pragnąc uciec, bezsilnie mełł gąsienicami wenusjańską atmosferę. Bykow zobaczył, że Grigorij upadł, 
uniósł się i znów legł jak martwy. Siliketowy kombinezon nie osłonił Bykowa od straszliwego żaru, 
jaki ścisnął całe ciało, pozbawiając je prawie całkowicie czucia. Tracąc przytomność, Bykow podniósł 
się i zdołał zaledwie zrobić kilka kroków w kierunku transportera, gdy ziemia znów zako-łysała się i 
Aleksiej upadł. Grzmot ucichł. Poprzez pot zalewający oczy Bykow widział, jak spękana ziemia staje 
się   wiśniowoczer-wona,   zaczyna   świecić   jak   rozżarzone   żelazo,   jak   zapada   się   rozpalony   do 
czerwoności transporter.

Za plecami słyszał wołanie Jurkowskiego.
Aleksiej   zacisnął   mocno   zęby,   ostatkiem   przytomności   przezwyciężył   obezwładniającą   go 

słabość i poczołgał się w kierunku głosu. Jurkowski wyciągał do niego sczerniałe, jakby zwęglone 
ręce. Alek-siej zdołał wykrzesać z siebie jeszcze dość siły, aby uchwycić je i odciągnąć krzyczącego 
wciąż geologa od malinowoczerwonej drgającej masy.

Stracił przytomność. Gdy odzyskał ją, zobaczył obok siebie leżącego Jurkowskiego, grunt nieco 

ciemniejszy, jednak jeszcze dyszący straszliwym żarem, i „Malca” - właściwie tylko sczerniały wrak 
zapadnięty   głęboko   w   roztopioną   pustynię.   Transporter   dymił   jeszcze   i   zmieniał   kolor   niby 
dogorywający kameleon. Na niebie nie było już oślepiających biało-błękitnych smug. Uszy rozrywał 
nieustanny, ogłuszający brzęk. Bykow dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to licznik radiacji. 
„Dziesiątki, setki rentgenów” -przemknęło mu przez myśl.

Podniósł się i chwycił Jurkowskiego pod pachy, próbując dowlec go do „Malca”, aby dalej od 

pieniącej się, buchającej różową parą lawy. Po czterdziestu krokach natknął się na Daugego. Grigorij 
leżał na plecach, kurczowo ściskając palce na fałdach kombinezonu pod gardłem. Bykow położył 
obok niego Włodka Jurkowskiego i pochylił się, nasłuchując. Dauge oddychał prędko, ochryple. 
Dolna część speckombinezonu porwana była w strzępy. Aleksiej odkręcił kurek butli z tlenem, a sam 
trzęsącymi się palcami zdjął pas od automatu i ścisnął nim kombinezon Grigorija, aby nie dopuścić 
do twarzy radioaktywnego pyłu i nie pozwolić wdychać go wraz z ubogim w tlen powietrzem. 

background image

Dauge jęknął i głęboko wciągnął w płuca ożywczy gaz. Jurkowski także ocknął się z omdlenia. Rzucił 
się gwałtownie i usiadł. Dauge charczał.

- Aleksieju... „Malec”... - mówił jakby bez związku Jurkowski. - Prędzej...
Bykow pomógł mu podnieść się i potykając się, obydwaj ruszyli ku transporterowi, stojącemu 

nie dalej niż sto kroków od nich. Jurkowski pierwszy dostał się do włazu, ale się ześliznął.

Bykow ruszył następny. Pokrywa włazu nadtopiła się i przybrała kształt owalu. Pancerz był 

jeszcze rozpalony do tego stopnia, że piekł nawet przez siliketowy kombinezon. Bykow dostał się 
wreszcie do komory przejściowej, lecz nie mogąc znaleźć kontaktu elektrycznego, włączył lampkę na 
hełmie. Rzucił się do drzwi wiodących do kabiny transportera. Nie mógł ich otworzyć.

Zawołał   kilka   razy   dowódcę,   lecz   nie   otrzymał   odpowiedzi.   Ana-tolij   Jermakow   zginął. 

Temperatura  wybuchu   była  zbyt  wysoka,  aby  mógł  przeżyć   tak  długo  w   rozpalonym   kadłubie 
transportera. Do tego, gdy wychodzili, Jermakow był bez hełmu. We wnętrzu transportera wszystko 
na pewno spaliło się do cna. Wszystko... a więc i Jermakow.

Jurkowski pieklił się, nie wiedząc, o co chodzi.
-   Otwieraj   właz!   Prędzej,   czego   marudzisz!   -   W   końcu   Jurkowski   dostał   się   do   komory 

przejściowej i rzucił się na drzwi do kabiny. Bykow pomógł mu. Bez skutku. Jurkowski z wściekłością 
zaczął walić w drzwi pięściami.

- Musimy ciąć... - burknął Bykow.
- Ale czym? - przytomniejąc nagle, zawołał Jurkowski. -Chodźmy prędzej do zapasowego włazu! 

Prędko!

Bykow wyskoczył z komory. Nigdy nie używany zapasowy właz znajdował się na rufie wozu. 

Teraz, gdy „Malec” osiadł głęboko w roztopionym gruncie, drzwi znalazły się pod powierzchnią 
twardej,   pokrytej   szkliwem   stopionych   minerałów   skorupy.   Transporter   przemienił   się   w 
niedostępną, martwą twierdzę. Jermakow nie żył i był całkowicie odcięty od reszty świata.

Bykow podniósł dłonie do twarzy i oparł je o gładką powierzchnię hełmu.
Daugego przynieśli pod sam transporter i ułożyli jak najwygodniej. Grigorij jeszcze nie odzyskał 

przytomności. Włodek i Aleksiej wyciągali, jakie się dało, szmaty i improwizowanymi bandażami 
owijali rany przyjaciela. Próbowali stosować sztuczne oddychanie, sami nie wiedząc po co. Strzępami 
kombinezonu okrywali spalone ciało przed porywami gorącego wiatru. Bykow co chwila spoglądał 
na ręczny termometr, lecz temperatura opadała bardzo powoli.

- Umrze - ponuro stwierdził Jurkowski. - Oparzenia drugiego stopnia.
- Milczałbyś! - wrzasnął na niego Bykow.
- Aleksy, spójrz - jęknął Jurkowski. - Zobacz tylko, ona pełznie...
- Kto? - Aleksiej obejrzał się i od razu zrozumiał. Dokoła „Malca” zacieśniał się ognisty krąg 

lawy.   Purpurowa   masa   napierała   ze   wszystkich   stron,   kierując   się   koncentrycznie   do   miejsca 
straszliwego   podziemnego   wybuchu,   który   zniszczył   „Malca”,   zostawiając   obok   krateru   zwały 
pokrytych glazurą stopionego minerału głazów. Nad lejem wznosił się słup dymu.

- Pochłonie nas - jak w malignie mówił Jurkowski. - Zdusi, rozdepcze... musimy uciekać.
- Dokąd? - Bykow omiótł oczyma widnokrąg. Czerwony dywan napierał ze wszystkich stron.
Jurkowski wstał. Ostrożnie wziął Daugego za ramiona.
-   Bierz   się,   Aleksy,   do   roboty.   Schronimy   się   w   komorze   przejściowej   „Malca”.   Może 

przeczekamy.

Grigorij żałośnie jęknął, gdy tylko zaczęli przeciągać go przez właz. W komorze przejściowej 

było straszliwie gorąco. Temperatura na pewno znacznie wyższa niż na zewnątrz.

- O Boże - jęknął Bykow. - Dziewięćdziesiąt stopni. - Położył się na rozpalonej  podłodze i 

wciągnął Daugego na siebie. Jurkowski próbował zamknąć pokrywę włazu, lecz bezskutecznie. Po-
krywa zmieniła kształt i nie pasowała już do otworu. Przyciągnął więc, ile się dało, zwichrowany płat 
pancernego plastiku i obserwował przez szczelinę, co się dzieje wokół „Malca”.

- Za chwilę to świństwo zacznie wdrapywać się na nasz czołg. To nie zna przeszkód, nie omija 

ich, przełazi przez nie. Zobaczymy, co się stanie.

background image

Odszedł od szczeliny i wtulił się w ciemny kąt. Aleksiej milczał, wsłuchując się w charczenie 

Grigorija i szmery dochodzące z zewnątrz. Czuł nieznośny żar przypiekający plecy. Byli skazani. 
„Malec” zginął. Nie mają wody, nie mają tlenu ani prowiantów. Grigorij wyglądał coraz gorzej. Co 
można dla niego uczynić, jak mu pomóc? A chciałoby się zrobić cokolwiek...

„Malec” drgnął. Czerwone światło przedostające się przez szczeliny włazu stało się bardziej 

intensywne,   jaśniejsze.   Zachrzę-ściło,   zgrzytnęło...   czerwona   masa   powoli   wchłaniała   zniszczony 
transporter.

Po pół godzinie temperatura spadła do sześćdziesięciu stopni. Aleksiej ułożył Daugego obok 

siebie. Ostrożnie zdjął mu hełm i wlał w usta nieco cytrynowego soku. Grigorij otworzył oczy. By-
kow pogłaskał go po nieogolonej brodzie i znów założył hełm.

- Gdzie jesteśmy?
- W „Malcu”. Jesteś ranny.
- Nogi... strasznie bolą mnie nogi. Co się stało? Dlaczego jest ciemno? Dlaczego stoimy?
-   Przeżyliśmy   wybuch...   -   powiedział   Jurkowski,   lecz   nie   zdobył   się   na   wyjawienie   całej 

straszliwej prawdy.

- Tak... pamiętam... wybuch. Rzuciło mną o ziemią. Włodku, czy ty rozumiesz, co to było? Pod 

powierzchnią wybuchł atomowy kocioł... pamiętasz, sprzeczaliśmy się na ten temat... nie udało się 
nam... akurat pod nami.

Dauge oddychał urywanie i szybko. Aleksy odkręcił kurek tlenowy do samego końca.
-   O   dobrze...   tak...   tak...   jeszcze.   -   Dauge   wdychał   tlen   głęboko,   pożądliwie.   -   Gdzie   jest 

Jermakow? Dlaczego milczycie? Aleksy, co się stało?

- „Malec” zniszczony - Jurkowski milczał przez chwilę i powoli dokończył:
- Jermakow zginął.
Dauge westchnął i stracił przytomność. „Malec” drżał. Coś zgrzytało po pancerzu, w szczelinach 

błyskało czerwone światło. Jurkowski nagle zaczął mówić bardzo głośno:

- Grigorij. Grisza, obudź się... wydostaniemy się stąd... Poniesiemy cię na rękach... Grisza!
Daugego  chwytały kurcze.  Bredził,  wołał Maszę.  Bykow  ujął  w  dłonie  jego bezsilną  głowę 

zamkniętą w hełmie i przytulił do siebie. Dauge zamilkł.

- Umarł? - nieswoim głosem spytał Jurkowski. Bykow aż zgrzytnął zębami.
- Nie, nie umarł. Poniesiemy go. Rozumiesz? Dopóki sami będziemy żyć.
- Poniesiemy.
Jurkowski przycisnął się do włazu.
- Sześć lat razem... Księżyc... marsjańskie pustynie... sześć lat.
Gwałtownym, niespodziewanie silnym ruchem odrzucił pokrywę włazu. Na świecie panowała 

ciemność,   głęboka   noc.   Daleko,   drgając   od   nadmiaru   własnej   siły,   huczała   Uranowa   Golkonda, 
podnosząc nad horyzontem mglistą, nasyconą błyskami wybuchów zorzę.

Sto pięćdziesiąt tysięcy kroków

Zostali we trzech.
Dauge   stale   był   nieprzytomny.   Przyjaciele   z   wielkim   wysiłkiem   wydostali   go   z   komory 

przejściowej. Przez długą chwilę nie ruszali się, jakby nie mając odwagi opuścić tego strasznego 
miejsca. Jak zwykle grunt drżał pod nogami. Czerwona lawa zniknęła. Zdążyli jeszcze zobaczyć jej 
resztki  na  brzegach   krateru  pozostawionego  przez  podziemny  wybuch.  Czerwona  masa   szybko 
wciągała się do bezdennego otworu leja, jednocześnie gasząc fiołkowe światło. Mrok stał się jeszcze 
bardziej gęsty. Bykow podniósł już automat, aby oddać ostatni salut, lecz rozmyślił się. Pozostał mu 
tylko jeden magazynek z amunicją sygnałową - zaledwie sześćdziesiąt nabojów, a mieli przed sobą 
sto kilometrów marszu przez pustynię, przez skalisty wąwóz, przez bagnisko...

Sto   kilometrów,   sto   tysięcy   metrów,   sto   pięćdziesiąt   tysięcy   kroków,   z   których   każdy   po 

nieznanym, niebezpiecznym gruncie.

- Salwę honorową! - zażądał Jurkowski, a Bykow znów podniósł automat i oddał krótką, bardzo 

skąpą serię.

background image

Z   kawałków   selenowego   materiału,   jakie   znaleźli   w   komorze   przejściowej   w   „Malcu”, 

sporządzili coś w rodzaju noszy, na których ułożyli Daugego. Dobry, mocny materiał. Starczyło go 
jeszcze na obmotanie całego ciała Grigorija, aż po hełm.

Maszerowali, uginając się pod ciężarem towarzysza, brnąc przez piekielne ciemności z rzadka 

oświetlane błękitnawymi błyskawicami bez grzmotów. W takich chwilach Bykow widział przed sobą 
hełm Daugego spoczywający na noszach i zgięte, kołyszące się plecy Jurkowskiego, a dalej dyszące 
grozą śmierci piaski i niskie chmury z migającymi w nich pasmami światła.

Błyskawica   jak   krótkotrwała   zorza   gasła   powoli   i   świat   znów   ginął   z   oczu   otulony 

nieprzeniknionym mrokiem - pod nogami chrzęścił wsysający stopy piach, w słuchawkach zawodził 
wicher...

Szli   w   milczeniu.  Aby   zaoszczędzić   zapasy   tlenu,   włączyli   filtry   i   czerpali   ożywczy   gaz   z 

wenusjańskiej atmosfery. Oddychali z trudem. Powietrze dochodzące do hełmów było rozpalone, 
brak tlenu zmuszał ich co chwila do niepowstrzymanego ziewania... Chciwie otwierali spieczone 
wargi jak ryby wyrzucone z wody.

Pragnienie! Zdawało się, że krtań zasypał już gorący piasek pustyni, język jak zeschnięty kołek 

ledwie dał się poruszać w ustach. A tu u samych warg, wystarczy je tylko nieco wyciągnąć, sięgnąć 
nimi, j est ustnik, którym popłynie cudowny cytrynowy napój... pachnący, kwaskowy. Wystarczy 
tylko odrobinę pochylić głowę i pociągnąć tego najwspanialszego na świecie napoju! Choćby kropel-
kę, jeden łyk... żeby tylko zwilżyć język.

Nie wolno! Aby na to zarobić, trzeba przejść pięćdziesiąt tysięcy kroków. Do celu pozostało 

jeszcze około stu tysięcy, a do tego Grigorij... Grisza... Bykow oblizuje wargi. Czuje, że pięć cen-
tymetrów od warg sterczy z hełmu ustnik z chłodzącym napojem...

Prawdę   mówiąc,   po   co   to   wszystko?   Zadanie   i   tak   już   skończone.   Daleko   nad   Uranową 

Golkondą łuny igrają na gładkiej stali słupów radiolatarń. Wkrótce, może całkiem niedługo, wylądują 
tu planetoloty i odważni, weseli ludzie rozpoczną prawdziwy atak.

Silni, wypoczęci, zaopatrzeni w zapasy świeżego, chłodnego soku cytrynowego, który będą 

mogli   pić   bez   ograniczeń.   Golkonda   podda   się.   To   już   zupełnie   nie   zależy   od   dwóch   ledwie 
trzymających   się   na   nogach   wraków   ludzkich   w   siliketowych   kombinezonach.   A   co   stoi   na 
przeszkodzie, aby zatrzymać się, lec na piasku, napić się do syta chłodnego płynu i zasnąć?

Niechaj wichury usypują nad nimi wydmę z czarnego piasku. Na razie warto by zdjąć i wyrzucić 

automat. Po kiego licha jest potrzebny tu, w głuchej pustyni? Tu przecież wszystko i tak wymarło już 
dawno! Pić!!! W termosie pozostało jeszcze pół litra soku! Pić i czekać, aż wiatr dokona reszty...

Ale nie! Jeszcze marsz przez bagnisko, a tam broń będzie potrzebna. Bagnisko... W „Hiusie” 

czeka Michał. Będzie tak siedział, nie dosypiając, wyczerpany, nie ruszając się od radioodbiornika. 
Nie odleci bez nich, nie odleci, dopóki nie otrzyma jakiejkolwiek wiadomości.... być może wbrew 
zakazowi sam wyruszy na poszukiwania. Wie przecież doskonale, że nie można utrzymać się tu przy 
życiu bez wielkich zapasów świeżej, chłodnej wody. Nie wolno położyć się! Trzeba nieść Daugego! 
Michał czeka. Krajuchin także czeka... i Machow, ten opanowany inżynier z „Ciołkowskiego”, czeka 
także dziewczyna z Aszchabadu... Czekają wszyscy ludzie, cała ukochana planeta. Jeśli położą się tu 
na piasku, to zrobią wszystkim straszliwy zawód... Mogą dojść, mogą mogą... „Nie chce się - a 
trzeba!” - powiadał Grigorij.

...Już całą dobę wloką się po piasku, w którym coraz głębiej grzęzną nogi. Już całą dobę zmagają 

się z wiatrem, który chce ich powalić. Przez ostatnie dwie doby jedli tylko raz. Pili także tylko raz. 
Jurkowski upada ze zmęczenia, wypuszcza z rąk nosze. By-kow stara się mu pomóc. „Do diabła...” - 
zaczyna kląć geolog. Jak to „do diabła”, kiedy nie wolno im się zatrzymać. Pozostało tylko sto tysięcy 
kroków... no, może trochę więcej... Bykow siada koło wycieńczonego Włodka. Czeka. Nie ma na co 
czekać... Nie wolno! Czas - to kończąca się woda, a woda - to życie. Bykow trąca Jurkowskiego. Ten 
mruczy coś bez związku. - Chodźmy,

Włodku!

background image

- Chodźmy, niewiele już nam pozostało! Jurkowski znów coś mruczy, ale nie rusza się z miejsca. 

Bykow przysuwa się do niego po omacku, znajduje kran butli tlenowej, otwiera go na parę sekund. 
Jurkowski oddycha głęboko, po czym powoli wstaje. Aleksiej pomaga mu...

Wloką się już czwartą dobę. Pierwsza doba - to była pustynia. Jurkowski upadł i nie chciał wstać. 

Bykow włączył mu dodatkową dawkę tlenu. Drugi dzień... aha... Co było na drugi dzień? Bykow 
zapadł się w lej wypełniony lotnym piaskiem i Jurkowski ledwie zdołał go wyciągnąć. Prawie przez 
godzinę odpoczywali w tamtym miejscu i napili się soku. Grigorij oddychał nieco łatwiej, ale nie 
odzyskiwał przytomności. To był dobry dzień. A co się działo w ciągu trzeciej doby? Ręce omdlewały 
i drętwiały.

Coraz trudniej było nosić Griszę. Zrobili więc pętle, które pozakładali na szyje, i w ten sposób 

udało się im nieść towarzysza. Potem, gdy spali, wichura usypała wokół nich zaspę. Dziś, gdy 
zaczynali marsz, znów musieli wygrzebać się z piaszczystej wydmy. Jurkowskiego i Grigorija Bykow 
musiał wygrzebywać własnoręcznie. No tak, minęły już trzy doby. W ciągu dnia udaje się im przejść 
trzydzieści tysięcy kroków. Bykow ma przy sobie krokomierz. Przeszli już sto tysięcy kroków. A cała 
droga ma sto pięćdziesiąt tysięcy kroków... Pozostało zatem tylko pięćdziesiąt tysięcy.

Dziś obejrzeli oparzenia na nogach Grigorija. Skóra zlazła, pozostawiając broczące krwią rany. 

Bykow opatrzył je, jak umiał. Potem zabrał od Jurkowskiego termosy Daugego. Odniósł wrażenie, że 
Włodzimierz dwa razy pociągał z nich...

Bykow wszystko dźwiga na własnym grzbiecie. Jurkowski znów przewrócił się. Błyskawica 

zorza rzuca na rozpostarte na piasku ciało niesamowity drżący blask.

- Wstawaj!
- Nie...
- Mówię ci, wstawaj!
- Nie mogę...
- Wstawaj, bo zabiję! - wytężając siły, krzyczy Bykow.
- Zostaw mnie i Grigorija! - z wściekłością wyrzuca z siebie Jurkowski. - Idź sam...
Jednak podnosi się.
Aleksiej przez wpółprzymknięte powieki widzi własny cień -długi, niezgrabny. Cień kołysze się i 

szarpnięciami   stara   się   utrzymać   równowagę.   Wiatr   zmienia   kierunek.   Teraz   wieje   im   w   plecy, 
pomaga maszerować, a gdy ucicha, ciało zdaje się ciążyć niezmiernie.

Dobrze, że nie wybuchła czarna burza. Włodek pada. Leży nieruchomo, szarpiąc palcami piach. 

- Wstawaj!

Na postoju Bykow kompletnie wyczerpany, pozbawiony resztek energii zasnął. Jurkowski miał 

czuwać. Czwartego dnia przeszli nie więcej niż dwanaście tysięcy kroków. Gdy tylko Bykow zasnął, 
Jurkowski zdjął z siebie termosy z resztkami płynnej czekolady i lemoniady, zdjął butlę z tlenem, 
włożył to wszystko do worka i zostawił przy noszach. Umocował hełm i poszedł samotnie umrzeć. 
Bykow obudził się akurat w porę. Odnalazł geologa, gdy ten nie mając już sił odczołgać się dalej, 
próbował ściągnąć z głowy hełm, który na szczęście zaczepił się o coś.

Bykow powlókł Jurkowskiego z powrotem na miejsce postoju. Pomógł mu umocować hełm jak 

należy i podłączyć butle z tlenem. Obydwaj nie wymówili ani słowa. Dopiero po chwili Bykow 
powiedział:

- Jestem bardzo zmęczony. Chce mi się spać. Daj słowo, że nie uciekniesz, gdy będę odpoczywał!
Jurkowski milczał.
- Bardzo chcę spać... bardzo... A ty, Włodku, nie dajesz mi odetchnąć nawet na chwilę.
Jurkowski milczał uparcie, w słuchawkach było słychać tylko jego przyśpieszony oddech.
- Włodku, mówię ci - chcę spać! Porozmawiamy, kiedy się obudzę. Błagam cię, Włodku!
- Dobrze - odezwał się Jurkowski. - Spij, wszystko w porządku. Bykow chciał mu podziękować, 

lecz już nie zdążył. Zasnął kamiennym snem.

Na niebie znów pokazały się purpurowe obłoki. Wiał silny wiatr, wiał z północy i pomagał w 

marszu. Chmury nadciągnęły znad Golkondy podczas snu Bykowa. Na widnokręgu zwijały się 
wężowe cienie trąb powietrznych, zupełnie tak samo, jak przed trzema tygodniami, gdy „Malec” 

background image

pędził pod wiatr w kierunku Uranowej Golkondy. „Malec” pozostał daleko jako pomnik wielkiego 
marszu. Pozostali tam dwaj towarzysze, lecz wielki marsz nie skończył się jeszcze.

Jurkowski całkiem opadał z sił. Bywały chwile, że Bykow nienawidził go. Geolog coraz częściej 

opuszczał nosze na piasek. Aleksiej wściekał się. Nie wolno stracić tego „bażanta”. Teraz tylko on 
jeden na świecie może określić dokładnie, jaką bezcenną wartość mają te przeklęte piaski, droższe od 
złota, od wszystkiego, co zdołano dotychczas odkryć. Bykow z trudem wstawał po każdym postoju. 
Otwierał kran butli tlenowej i liczył do dziesięciu. Bez tej dodatkowej dawki nie miałby siły ruszyć w 
dalszą drogę.

W   pewnej   chwili   sam   musiał   unieść   bezwładne   ciało   Daugego   i   zarzucić   sobie   na   ramię. 

Jurkowski nie wstał, nieruchomo siedział na wydmie czarnego piasku.

- Wiesz co, Bykow, tak nie można... - głos jego brzmiał ochryple, ale spokojnie. - Ja protestuję.
Bykow ma ochotę rozerwać go na strzępy, nie ma jednak sił i dlatego tylko może 'wykrztusić:
- Pyskaczu, wstawać i marsz!
- Zostaw nas! Po co się tak męczysz? Przez nas sam zginiesz...
- Nie twój interes! Wstawaj i marsz! Jurkowski waha się.
- A ty co, chcesz zdobyć laury bohatera? Męczennika? Kłamiesz! Będę cię popędzał, dopóki sam 

nie padnę. A jeśli nawet padnę, to ty sam poczołgasz się dalej. Zrozumiałeś? Wstawaj!

Jurkowski posłusznie wstaje. Dobry, morowy chłopak, prawdziwy radziecki człowiek, chociaż 

trochę słaby. Bykow od razu zapomina o nienawiści, jaką czuł przed chwilą. Kocha Włodka jak brata. 
Ani słowa nie powiedział. Milczy sukinsyn... Nie skarży się, chociaż włosy wyłażą mu garściami, a 
twarz ma bardziej szarą niż ta pustynia. Chwieje się. Kochany Włodek! Dojdziemy jakoś. Spójrz, 
bracie, znów odwaliliśmy dziesięć kilosów. Naprzód. Raz, dwa! Raz, dwa!

Jurkowski mruczy:
- Posłuchaj, Alku! Na wszelki wypadek, gdybym nie doszedł. Jeśli chodzi o zagadkę Tachmasiba, 

o czerwony krąg... ja uważam, że to bakterie. Jestem o tym przekonany. Kolonie bakterii. Nie naszych 
ziemskich. Tu istnieje całkiem odmienne życie. Nieorganiczne... życie nieorganiczne. Bakterie żyjące 
dzięki   promieniowaniu.   Pobierają   promienie   z   materiałów   i   reakcji   radioaktywnych   i   żyją, 
wykorzystując tę energię. Bykow, słyszysz, co mówię?

Oczywiście. Bykow słyszy i stara się zapamiętać: „Bakterie i promieniowanie...”.
- ...Zbierają się w miejscach, gdzie powinien nastąpić wybuch atomowy - mówił dalej Jurkowski. 

-   Zbierają   się,   tworząc   krąg,   i   czekają.   „Malec”   znalazł   się   właśnie   w   takim   miejscu.   Pod   nim 
wybuch... podziemny atomowy... wybuch. Bakterie czują, gdzie ma to nastąpić... Czekają zgłodniałe... 
Słyszysz? Jestem prawie przekonany...

Oczywiście. Bykow słyszy. Wlecze się wzdłuż kamiennej bariery i wypatruje, gdzie skrył się 

wąwóz. Powinien być gdzieś blisko... a tam za nim woda.

- ...powiedz to wszystkim - mówi Jurkowski. - Powiedz, że gdzie czerwony krąg bakterii, tam 

nastąpi wybuch. Niech się strzegą czerwonego kręgu. Powiesz wszystkim ? Czy słyszysz?

- Tak, tak, powiem. Sam powiesz! Trzeba liczyć kroki... jeden... dwa...
Po sześciu dniach dotarli do wąwozu. Bykow zostawił Jurkowskiego przy kamiennej ścianie i 

długo błądził, aby znaleźć wejście. Wylot czarnej szczeliny zarósł kłującymi krzakami i wyglądał 
groźnie w czerwonym świetle ognistego nieba. Bykow powrócił do Jurkowskiego, wziął Daugego na 
plecy   i   ruszył   wzdłuż   kamiennego   muru.   Przy   wejściu   do   wąwozu   zwalił   się   i   leżał   na   wpół 
przytomny.   Chwilami   wracała   mu   świadomość   i   słyszał,   jak   Jurkowski   ogarnięty   wściekłością 
wykrzykiwał, łykając słowa:

- Wrócimy tu jeszcze... przyjdziemy! Zapłacisz nam za nasze męki, za śmierć! Przeklęta planeto! 

Będziesz harować na nas jak niewolnica... Będziesz pracować, dając światło i życie... Zakujemy się w 
stal i beton! Będziesz pracować.

Bykow podniósł się i wspierając się o spękany kamień, zawołał:
- Dość!

background image

Nie.   Maszerować   już   dalej   nie   ma   sił.   Można   jednak   czołgać   się.   Można   posuwać   się   na 

czworakach i wlec za sobą Daugego. Tak jest znacznie lżej, niż nieść go na plecach. Jurkowski także 
czołga się.

Bykow zatrzymuje się, włącza lampkę elektryczną i spogląda za siebie. Jurkowski jest tuż. Leży 

za nieruchomym ciałem Grigorija. Wpiera rozstawione łokcie w piasek i patrzy na niego ślepym 
owalem hełmu. Wszyscy połączeni są rzemieniem zdjętym z plecaka. Trzeba uważać na ten łączący 
ich pasek. Już raz rozwiązał się niepostrzeżenie i Bykow odczołgał się za daleko. Musiał wracać i 
szukać Jurkowskiego, który bezradnie kręcił się pośrodku wąwozu. Robił wrażenie ślepego. Gdy 
trzyma się za pasek, nie zostaje.

Widać ślady „Malca” - poczerniałe, pogniecione gałęzie twardych jak żelazo roślin leżą wyrwane 

wśród pogruchotanych gąsienicami transportera kamieni. Wąwóz zdążył już zarosnąć, jednak można 
przedzierać się po starym śladzie. Do pokonania pozostało jeszcze kilka tysięcy kroków...

Bykow siada i podciąga pozbawione czucia nogi. Skóra na kolanach popękała, lecz nie wiadomo 

dlaczego nie czuje bólu. Wszystko w porządku, tak jest lepiej.

- Niedaleko już nasze bagnisko. Włodku, został jeszcze tylko kawałek drogi. Ruszamy!
- Ruszamy! - powtarza Włodek Jurkowski.
- Naprzód.
- Naprzód!
Na bagnisku w świetlistej mgle majaczyły dżungle bezbarwnych roślin. Rosły ciasno splecione i 

wędrowcy   musieli   przeciskać   się   między   nimi,   ocierając   się   o   śliskie   grube   pnie.   Trzęsawisko 
mlaskało, cmokało i usiłowało wessać astronautów swoją obleśną błotnistą gębą. Przed ostatnim 
decydującym odcinkiem marszu zatrzymali się na dłuższy odpoczynek. Bykow wyciągnął bezcenny, 
upragniony   termos   Daugego   -   ostatnią   nadzieję   i   pomoc.   Pozostał   tam   prawie   dwa   litry   soku 
cytrynowego   i   gdy   Bykow   mignął   termosem   oświetlonym   promieniem   lampki   elektrycznej, 
Jurkowski uśmiechnął się. Bykow pozwolił Jurkowskiemu i sobie wypić po pięć dużych łyków życia, 
a Daugemu wlał w spieczone usta całą szklankę. Potem spali po kolei, po trzy godziny, i znów 
pociągnęli po pięć łyków.

Gdy  ruszyli,   Bykow  obciążony  leżącym  na  jego  plecach   Dau-gem   zapadł  się  w   bagnisko  i 

Jurkowski z trudem zdołał ich  wyciągnąć. Jakimś cudem od razu  znaleźli miejsce, gdzie przed 
miesiącem wylądował „Hius”.

Tylko że... „Hiusa” nie było.
Tam, gdzie stał ich statek, pozostała tylko rozległa, o sześćdziesięciu metrach średnicy twarda 

platforma ze spieczonego, przypominającego asfalt błota. Od jej środka rozchodziły się pęknięcia, 
przez które już wytryskały w górę białawe wenusjańskie rośliny.

„Hius” versus Venus

Michał Krutikow największą rozkosz życia odczuwał wtedy, gdy mógł usiąść w ogródku przy 

swojej willi w Górach Ałtajskich, rozłożyć na stoliku ustawionym pod rozłożystą olchą książki i pra-
cować, nie śpiesząc się, spokojnie i metodycznie. Interesował się niektórymi zagadnieniami teorii 
kosmogacji i od lat hołubił marzenie, że kiedyś napisze niewielką, lecz pełną treści książkę, w której 
usystematyzowałby wszystkie osiągnięcia ostatnich dwudziestu lat, związane z tym przedmiotem.

Był   matematykiem,   absolwentem   wydziału   matematyczno-me-chanicznego   Uniwersytetu 

Leningradzkiego i początkowo, zaraz po studiach, pracował w Instytucie Kosmogacji. Lubił swoją 
pracę,  prawdziwą przyjemność  sprawiało mu obserwowanie wyników obliczeń,  gdy spod pióra 
wypływają skomplikowane, lecz wysublimowane piękne wzory zawierające głęboką treść.

Nie spostrzegł się nawet, jak pochłonęły go całkowicie problemy automatycznego sterowania na 

nowych reaktywnych rakietach atomowych, niedawno wprowadzonych właśnie do eksploatacji. To 
zdecydowało   o   jego   dalszych   losach.   Uparty   Krajuchin   wciągnął   go   w   krąg   swej   działalności, 
namówił do ukończenia szkoły ko-smogatorów astronautów i jako jednego z pierwszych skierował 
na loty w strefę asteroid. Wszystko to działo się przed piętnastu laty.

background image

Michał   bywał   na   Księżycu   i   na   Marsie,   latał,   jak   już   wiemy,   w   strefie   asteroidów,   stał   się 

doskonałym kosmogatorem praktykiem. Nie ominęły go liczne przygody, widział to, czego nigdy nie 
byłby w stanie poznać, siedząc w instytucie naukowym przy pracy teoretycznej.

Jednakże  ponad   wszystko  przekładał   pracę   w  cieniu   rozłożystego  drzewa,   grzebanie  się   w 

grubych księgach i matematyczne obliczenia, których szeregi wyglądają jak tajemniczy szyfr uczo-
nych; lubił wsłuchiwać się w szelest liści nad głową, gdy nieruchome słońce wisi na najczystszym z 
błękitów, gdy wieje leciutko wiatr, a przy stoliku stoi w zasięgu ręki wiaderko z lodem, a w nim 
butelki z ożywczym narzanem.

Niechaj żona z córeczką zbierają porzeczki na pobliskich krzewach, a synek, dzielny chłopak, 

siedzi przed mrowiskiem i dziecięcym szczebiotem wyraża swoje najgłębsze zdumienie. Niebo jest 
czyste, nie widać na nim ani jednej chmurki, a przede wszystkim jest nasycone głębokim błękitem.

Gdy Krutikow owego pamiętnego dnia pożegnał towarzyszy i został sam na „Hiusie”, długo 

jeszcze stał w otwartym włazie i obserwował, jak w kłębiącej się mgle nikną światełka na rufie „Mal-
ca”. Transporter przepadł gdzieś w błotnistej dżungli, zniknęły światełka, świat od razu stał się 
ciemniejszy, bardziej ponury.

Minęła doba. Nad bagniskiem nieśmiało zaświtał dzień. Mgły przybrały różowy odcień. Lepkie 

opary bezszelestnymi falami unosiły się nad powierzchnią błotnistego krateru, ciężką opończą przy-
kryły   planetolot   i   otaczający   go   fantastyczny   las   powykrzywianych   pni,   grzybów,   traw 
powyginanych, niesamowitych... W nieprzeniknionej mgle kołyszące się rośliny sprawiały wrażenie, 
że płyną  obok statku  i  nie  ma  im  końca.  Czasami zaczynał  padać  deszcz,  warkliwe  bulgotanie 
gorących   źródeł   zagłuszał   szum   ulewy.   Michał   miał   dość   pracy.   Zrobił   dokładny   przegląd 
planetolotu. Wymienił kilka części uszkodzonych podczas lądowania, sprawdził wszystkie aparaty i 
urządzenia   i   posprzątał   w   kabinach   kolegów.   Spod   poduszki   Daugego   wypadła   paczka   listów 
pisanych na maszynie, na błękitnym papierze z czerwonym brzeżkiem. Listy Marii Jurkowskiej. 
Michał złożył je i schował w szufladce stolika. W kabinie Jurkowskiego leżał czarny, oprawny w skórę 
brulion. Michał poznał od razu, że to zbiór wierszy Włodka, który wpisywał tu swoje utwory od 
wielu już lat. Stronice brulionu były pokryte rysunkami fregat o dumnych kształtach, lecz zawsze z 
jednakowymi garbatymi dziobami. Michał przeczytał kilka wierszy:

Szarej jesieni wierna przyjaciółko,
Wszak wciąż pamiętasz i ciągle mnie czekasz?
Westchnął. Nie porywała go ta poezja, lecz schował brulion do kieszeni. Poczyta się na sen. 

Jurkowski nigdy nie ukrywał wierszy przed przyjaciółmi, zwłaszcza przed najbliższymi.

Przez   pierwszy   dzień   łączność   działała   nienadzwyczajnie.   Odbiornik   milczał.   Michał   całe 

godziny przesiadywał przy aparacie, szukając głosu przyjaciół i bezskutecznie nawołując „Malca.

Załoga   transportera   nie   odzywała   się.   Tylko   raz   Michał   złapał   tajemniczy   sygnał,   który 

wstrząsnął nim do głębi: trzy kropki, kreska, kropka; trzy kropki, kreska, kropka... Kosmogator 
próbował nawiązać łączność z tajemniczym radiotelegrafistą, nadającym sygnał wzywający pomocy. 
Dopiero w kilka dni później dowiedział się od Jermakowa, że to sygnał namiarowy z rozbitego statku 
Bondepadchaja.

Nadszedł jednak dzień, kiedy w odbiorniku, pokonując zgrzyty i trzaski, zadźwięczał spokojny 

głos   Jermakowa.   Michał   promieniał   z   radości.   Od   tej   chwili   łączność   zaczęła   działać   sprawnie. 
Dowódca zawiadamiał, że wszystko jest w porządku. Cel został osiągnięty. Jermakow opowiadał, jak 
prowadzone są badania, jak się czują członkowie wyprawy.

Michał za każdym razem prosił, żeby ich pozdrowił, żeby pozdrowił  serdecznie! Przyszedł 

dzień, kiedy dowódca oznajmił, że skręcił nogę i od tej chwili on osobiście będzie pełnił obowiązki 
radiooperatora, gdyż reszta załogi jest straszliwie przeciążona pracą.

Zdarzało się jednak, że odzywał się Aleksiej. Tłumaczył, że Bogdan nie ma szczęścia i nie może 

połączyć się z „Hiusem” w czasie swoich dyżurów. Krutikow, który bardzo lubił Bogdana, prosił o 
przekazywanie mu specjalnie gorących pozdrowień. To przecież stary druh! Już od piętnastu lat.

Bardzo często odbiornik milczał lub trzeszczał jak oszalały. Wówczas kosmogator odczuwał 

samotność i tęsknotę za ludzkim słowem. Ciężkie jest życie, gdy nie można porozmawiać, pośmiać 

background image

się czy też posprzeczać... Nawet obiady nie smakowały, trudno było przełknąć choćby kęs chleba. 
Michał próbował pracować, lecz nie potrafił napisać jednej linijki. Brał się do czytania. Początkowo 
szło to jako tako. W bibliotece „Hiusa” był spory wybór dobrych książek, a w ciągu ostatnich lat 
Michał nieczęsto miał czas na beletrystykę, zbyt był zajęty, nawet w tak zwanych wolnych chwilach. 
Namiętność czytania minęła... zwyciężyły myśli o rodzinie, o przyjaciołach.

Tęsknota wypędziła Michała z kabiny „Hiusa”. Pewnego razu, łamiąc rozkaz dowódcy, że nie 

wolno opuszczać planetolotu bez jakiejś bardzo ważnej przyczyny, wziął automat i przez godzinę 
włóczył   się   we   mgle   po   dżunglach   wielkich   skrzypów.   Niespokojnie   oglądając   się   za   każdym 
westchnieniem trzęsawiska, za każdym szelestem, zbierał do zasobnika okazy miejscowej flory - 
kawałki bladych roślin, okrągłe fosforyzujące kapelusiki grzybów, a do specjalnego pudełka nabrał 
ohydnego z wyglądu iłu. Potem zgubił to wszystko, gdyż zapadł się w jakąś dziurę, i z trudem 
wydostał się na twardszy grunt, gubiąc przy tej okazji także i automat. Bezbronny długo szukał drogi 
do   planetolotu.   Po   przeżyciu   takich   przygód   postanowił   nie   robić   więcej   wypadów   z   „Hiusa”. 
Ograniczył się do obserwowania otaczającego go świata z włazu planetolotu. Sam musiał przyznać, 
że nie zabrakło ciekawych wrażeń.

Pewnego   razu   wypełznął   z   bagniska   na   spieczoną   wokół   „Hiu-sa”   skorupę   jakiś   stwór   o 

błyszczącej skórze. Prychając i pochrapując, wlepił w kosmogatora bezczelne spojrzenie białych oczu. 
Michał  sięgnął po  broń,  lecz  dziwadło  zniknęło  we  mgle. Po  pancerzu „Hiusa”  pełzały wielkie 
fiołkowe mięczaki. Spadały ciężko, uderzając o bagnisko i niknąc w błocie. Czasami nad głową prze-
latywały jakieś cienie. Mięsożerne rośliny rozdzierały na części rozpaczliwie broniące się olbrzymie 
gąsienice; z mgły dolatywały przeraźliwe, chrypiące krzyki; nad planetolotem ukazał się pewnego 
razu cień przypominający długiego węża złożonego jakby z kłębków wełny. Michał szybko zamknął 
właz, nie czekając na ewentualną wizytę stworzenia.

Kiedyś,   drzemiąc   przy   aparatach,   poczuł,   jak   „Hius”   się   zakołysał.   Gdy   wyjrzał   z   włazu, 

zobaczył   w   bagnisku   wielkie   owalne   doły   i   drogę   wyłamaną   przez   dżunglę   przez   jakiegoś 
gigantycznego potwora.

Michał   przeprowadził   do   komory   przejściowej   połączenia   od   radiostacji   i   nie   schodząc   do 

kabiny, nawoływał przyjaciół. Mógł teraz pogodzić obowiązki z pasją zaspokajania ciekawości. Trzy-
mając palec na wyłączniku, obserwował i słuchał, co się dzieje wokół. Asfaltowy krąg wokół „Hiusa” 
szybko   porósł   bezbarwnymi   roślinami.   Od  pierwszego  dnia   Michał   obserwował,   jak   zaciska   się 
pierścień otaczającej go dżungli. W końcu rośliny całkowicie oplotły planetolot, który siedząc głęboko 
w bagnisku, co raz bardziej tonął w napierającym na niego świecie planety noszącej imię bogini 
miłości i piękności. Atmosfera składająca się z dwutlenku węgla, azotu i gorącej mgły, ciężka woda 
zawierająca duży procent wody deu- i trytowej, wilgotny upał dochodzący do stu stopni Celsjusza, 
flora i fauna, których wygląd z miejsca przesądzał, że nie da się ich użyć jako pożywienia, były tym 
światem, jaki coraz mocniej wchłaniał „Hiusa”.

- Dobrze, że wasza Golkonda nie jest podobna do tego bagni-ska... - mówił do Jermakowa przez 

radio. W odpowiedzi dowódca tylko chrząknął znacząco.

Wkrótce po tej rozmowie rozszalała się burza. We mgle zadrżało zielonkawe światło, rozległy się 

grzmoty, rozbłysły błękitne kuliste błyskawice. Uderzył upalny wiatr. Michał patrzył na wskazówkę 
termometru, która pełzła szybko w górę i przekroczyła liczbę dwieście. „Hius” kołysał się jak statek 
na morzu. W pewnej chwili fala rzadkiego błota chlusnęła do włazu. Kosmogator, ślizgając się w ile, 
nie mógł od razu zamknąć pokrywy, a później nowe uderzenie wichury cisnęło nią w Michała, który 
stracił przytomność. Ocknął się prawie po godzinie. Huragan przeszedł. W komorze przejściowej 
przelewało się rzadkie błoto, a na pancerzu planetolotu leżały stosy wenusjańskich roślin.

Następnego dnia po burzy Jermakow zawiadomił Krutikowa o chorobie Daugego. Nie była to 

mobilizująca wiadomość. Michał odczuł to jako pierwszy poważny cios. Zaczynała się pechowa seria. 
Samotny astronauta także rozchorował się. Termometr wskazywał taką samą temperaturę, jaką miał 
Dauge   -   trzydzieści   dziewięć   stopni.   Michał   leżał   na   koi   i   rozmyślał.   Ssał   ustnik   pustej   fajki   i 
przypominał sobie wszystkie ponure przypuszczenia, jakie nasuwały się przed tym lotem. Rozmyślał 
o zagadce Tachmasiba,

background image

 tajemniczych chorobach. Być może towarzysze powrócą do „Hiusa” a on nie będzie w stanie 

wpuścić ich do środka. Musi zatem pamiętać, aby nie zamykać włazu... No dobrze, a jeśli do komory 
przejściowej dostanie się jakiś potwór... czy potrafi go wypędzić?

Michał zastanawiał się długo, ale nie mógł się zdecydować. Na wszelki wypadek sprawdził dwie 

rakiety sygnalizacyjne - półmetrowej długości stalowe cygara pokryte grubą warstwą smaru. Obejrzał 
masywne   trójnogi   stanowiące   podstawy   do   montowania   rakiet   przed   odpaleniem.   Urządzenie 
startowe nie było skomplikowane. Koło stateczników  rakiety znajdował się rodzaj  bezpiecznika. 
Wystarczyło włączyć go, a wówczas już można było odpalać za pomocą fal radiowych. Jeśli dostanie 
silnych ataków choroby i będzie czuł, że jest z nim niedobrze, wystrzeli rakietę, jak było ustalone, 
dokładnie o godzinie dwudziestej zero, zero według czasu „Hiusa”. A potem pozostanie tylko czekać, 
pozostawiając pokrywę włazu otwartą.

Zaczęła się nowa długa wenusjańska noc. Michał wysłuchiwał informacji dowódcy o przebiegu 

działań w okolicy Golkon-dy, o tym, jak ustawia się radiolatarnie, jak praca dobiega końca. Już 
niedługo Michał będzie mógł wystartować i kierując się według radiolatarń, wyląduje na nowym 
lotnisku. Czeka go wkrótce spotkanie z przyjaciółmi i najcudowniejsza podróż! Będą lecieć na

Ziemię! Wstąpią na „Ciołkowskiego”. I wreszcie Ziemia... a tam najwspanialsze ze wszystkich 

powitania, najradośniejsze...

Michał wspomina swój pierwszy powrót z kosmosu. Kwiaty, muzyka, tłumy ludzi, a wśród nich 

Zoja. Młodziutka, ale już starszy laborant instytutu Krajuchina. „Starszy laborant” - żartował z niej 
Michał i docinał: „Jeśli ty jesteś starszym laborantem, to jak wyglądają młodsi?”.

Wspomina,   jak   przyjęto   w   świecie   naukowym   pomysł   wykorzystania   „absolutnego 

zwierciadła”. Jak atakowano jego odkrywcę, Szrajbera, obrzucając go tysiącem epitetów. Nazywano 
go „szalonym starcem”, „średniowiecznym alchemikiem”, „fantastą”. Pamiętał, jak Krajuchin stanął 
w obronie Szrajbera, jak zaczął toczyć zaciętą walkę, aby „absolutne zwierciadło” wykorzystać do 
budowy silnika fotonowego, jak narażał się różnym ludziom i niewiele brakowało, aby przegrał tę 
trudną rozgrywkę.

Teraz Michał siedział we wnętrzu „Hiusa”, który był owocem tych zmagań. - „Hius” versus 

Venus - powiedział na głos, wyczerpując dwie trzecie swej znajomości łaciny. „Hius” versus Venus! 
Jak na razie to wszystko idzie jak najlepiej! Tfu... żeby tylko nie zauroczyć.

W dwanaście dni po odjeździe „Malca” Krutikow obudził się przerażony, słysząc czyjś głos. Zdał 

sobie sprawę, że to on sam mówi. Zmierzył temperaturę, była normalna, tylko głowa bolała i czuł 
mrowie w palcach.

Opierając się o ściany korytarza, słaniając się na nogach, podszedł do radioodbiornika. Zaczął 

nawoływać „Malca”. Załoga transportera nie odpowiadała.

Trzeba koniecznie przewietrzyć się - mówił na głos. - Jestem chory i muszę się przewietrzyć.
Wrócił   pustymi   korytarzami   do   kabiny   i   wszedł   do   magazynu,   gdzie   przechowywano 

speckombinezony. W blasku matowych lamp zobaczył stare brązowe ślady na ścianach. Pamiątka po 
wizycie wenusjańskiej pleśni. Uderzyła go nagle cisza... ta cisza, która otaczała go prawie od dwóch 
tygodni, a która właśnie teraz, w tej chwili, zaczęła ciążyć... cisza oczekiwania, cisza samotności.

„Na zewnątrz... koniecznie muszę się przewietrzyć!”.
Z wielkim trudem dotarł do górnej komory przejściowej. Hełm ciążył jak nigdy, ręce z wysiłkiem 

otworzyły pokrywę włazu. Michał bezsilnie opadł na obramowanie włazu.

Mgła zniknęła. Nad głową rozpościerała się nieprzenikniona ciemna czasza nieba, obramowana 

na horyzoncie czerwonym pierścieniem.

Michał   rozsunął   porastające   „Hiusa”   zielska.   Równina   krateru   świeciła   słabym   blaskiem. 

Ciemność... pustka... Czerwona smuga na widnokręgu płynęła powoli, jakby pożerając ciemność. 
Kosmo-gator   aż   krzyknął   ze   zdziwienia   -   tuż   przed   sobą   zobaczył   pustynię,   nad   którą   prawie 
nieruchomo stała gigantyczna trąba powietrzna, a wokół niej szalała wichura. Obraz kołysał się przez 
chwilę i zniknął. Zamiast piaszczystej pustyni widniało tylko fosforyzujące bagnisko, a za nalanymi 
purpurą szczytami gór zapalało się i gasło jakieś silne światło.

background image

Michał zszedł do kabiny. Nie bardzo rozumiał, co przed chwilą przeżywał. „Fatamorgana czy 

zwykłe halucynacje?”. Wziął aparat filmowy i tak uzbrojony poszedł z powrotem do komory przej-
ściowej. Czerwona smuga znów zaczynała nabierać życia. Nad „Hiusem” zamigotały nowe obrazy. 
Krutikow nie żałował filmu.

Gdy   zjawisko   zniknęło,   natychmiast   wrócił   do   kabiny   i   wywołał   film.  A  więc   jednak   nie 

halucynacje... na filmie wyraźnie widział drzewa i skały. Jak to dobrze, że na tej planecie istnieją także 
inne   widoki   niż   bagniste   równiny.   Jak   to   dobrze,   że   można   sfilmować   zjawisko   fatamorgany   i 
upewnić się, że to nie chorobliwe złudzenia.

Rozmyślania   przerwał   dźwięk   płynący   z   głośnika.   Michał   rzucił   się   do   aparatu.   Mówił 

Jermakow. Rozmowa nagle się urwała. Michał nie zdążył nawet rozpytać o wszystko, czego był 
ciekaw. Poczuł, jak podłoga ucieka mu spod nóg. Krzyknął coś do Jermakowa, lecz odbiornik zawył 
tylko tysiącem syren. Michał próbował podnieść się z krzesła, lecz drugi silny wstrząs zwalił go z 
nóg.  Upadając,   zaczepił  o  radiowy  aparat,  który  zwalił  się   także.  „Trzęsienie  ziemi...   nie,   raczej 
trzęsienie Wenus” - mignęło w myślach. Kosmogator podniósł się i zaczął nawoływać Jermakowa. 
Głośnik jednak tylko świszczał i trzeszczał. „Hius” pochylił się. Kosmogator znów runął jak długi i 
potoczył się aż pod deskę rozdzielczą urządzeń napędowych i sterowniczych. Głośnik zmieniał swój 
ton na coraz niższy, aż wreszcie urwał się jakby pod ciężkim uderzeniem.

Przy lądowaniu na Wenus planetolot zapadł się głęboko w ił. Niezbyt zapewne gruba warstwa 

pokrywająca bezdenne bagnisko ustępowała mikron po mikronie, centymetr po centymetrze pod 
naporem tysiąctonowej masy. Podczas rozmowy Krutikowa z dowódcą przerwała się ostatecznie i 
„Hius” jak kamień poszedł w dół... Michał siedział oniemiały. Towarzysze, gdy powrócą z wyprawy, 
zobaczą   tylko   ciemną   łysinkę   wśród   zarośli,   stawik   wypełniony   radioaktywną   wodą.   Zginą 
pozbawieni   tlenu,   wody,   żywności.   Nie   będą   mogli   nawet   wysłać   rakiet   sygnalizacyjnych,   aby 
zawiadomić   „Ciołkowskiego”.   Michał   uchwycił   rękoma   za   skraj   tablicy   rozdzielczej.   Czuł,   jak 
planetolot przechyla się. Jeśli zwali się na bok, to koniec! Śmierć! Naprężając mięśnie, dostał się 
wreszcie   do   głównych   urządzeń   napędowych.   Położył   palce   na   klawiszach.   Radośnie   zapełgały 
różnokolorowe światełka indykatorów.

Trzęsawiskiem wstrząsnął potężny podmuch bijący z dysz pla-netolotu. Buchnęły kłęby pary i 

rozpalonego błota. Z bagniska, jak z piekielnej czeluści, wyłonił się potężny kształt „Hiusa”, jak pię-
cionogi potworny skorupiak zawisł nad kraterem i uniósł się lekko w górę. Na bagnisku pozostała 
wypalona żarem rakiet twarda platforma z biegnącymi od jej środka pęknięciami.

- „Malec”, „Malec”, tu mówi „Hius”! Słucham was! Tu mówi „Hius”! „Malec”, „Malec”, tu mówi 

„Hius”, przechodzę na odbiór, przechodzę na odbiór!

Michał nawoływał, czekał, lecz w odpowiedzi głośnik przynosił tylko wycie samorodnych fal 

radiowych,  trzaski wyładowań. Nie  otrzymywał odpowiedzi. Od pięciu  dni załoga „Malca”  nie 
odpowiadała. Co mogło się stać? Dlaczego nie przesyłają polecenia, aby lądować na nowym lotnisku?

„Hius” po wydostaniu się z bagniska wylądował na twardym kamienistym gruncie. Jego pięć 

łap - kolumn reaktorów - znalazło wreszcie oparcie na stałym lądzie. Dziwna to maszyna ten „Hius”. 
Cechuje   ją   łatwość   obsługi   i   olbrzymia   stateczność   podczas   lotu.   Tylko   dzięki   swym   potężnym 
silnikom mógł wyskoczyć z błota, przelecieć nad otaczającą krater barierą wysokich skał i delikatnie 
opuścić  się na grunt, jakby nie było prądów atmosferycznych i straszliwych trąb powietrznych. 
„Hius” poddawał się posłusznie rozkazom doświadczonego, lecz przerażonego wydarzeniami pilota, 
którego nerwy napięte były do ostatnich granic wytrzymałości. Nie zostały zmarnowane bezsenne 
noce   Krajuchina,   Priwałowa   i   setek   innych,   który   włożyli   w   stworzenie   tej   maszyny   całe   swe 
doświadczenie i wiedzę, całą duszę twórców nowego statku - rakiety o napędzie fotonowym. „Hius” 
zwyciężył w okolicznościach, w jakich każdy inny typ statku uległby całkowitej zagładzie.

„Hius” stał w nieprzeniknionych ciemnościach, cały i nienaruszony, jeśli nie liczyć drobnych 

uszkodzeń radiostacji naprawionych natychmiast przez Krutikowa.

„Hius” wylądował, lecz kosmogator nie mógł zorientować się dokładnie, jaka jest jego dokładna 

pozycja. Zresztą nie jest to sprawa najważniejsza. Czekał przecież na sygnał z „Malca”, aby przenieść 
się na nowe lotnisko. Michał wstaje i zaczyna spacerować tam i z powrotem po kabinie.

background image

Jeśli nie uda się nawiązać łączności, „Malec” pojedzie na miejsce pierwszego lądowania. Załoga 

będzie szukać „Hiusa”, a przecież nie ma już wody... Dlaczego nie podają sygnału? A może już 
nadali?

Michał   wytężał   wszystkie   siły,   aby   opanować   zdradzieckie   ataki   słabości.   Uspokój   się, 

człowieku! - mówił sam do siebie. - Tylko spokój jest potrzebny w takich chwilach, z każdej sytuacji 
są dwa wyjścia, tak przynajmniej zawsze powtarzał Grisza Dauge. Plane-tolot jest cały i w pełnej 
gotowości do lotu, a zatem kosmogator może czuć się bezpiecznie. Nie o to jednak chodzi! Czy iść na 
bagnisko   i   zostawić   tam   znak,   wskazówki,   gdzie   się   podział?   Brr...   dziesiątki   kilometrów   po 
straszliwym błocie... „Hius” pozostałby bez opieki. A gdzie się znajduje owo bagnisko? W jakim 
maszerować kierunku?

Nagle przypomniał sobie! Przecież może wystrzelić sygnałowe rakiety „dokładnie o godzinie 

dwudziestej zero, zero”. Tak umówili się z Jermakowem. Michał zszedł do dolnej komory przejścio-
wej. Otworzył właz i wyszedł na pustynię, po której hulał przenikliwy, upalny wiatr. Spuszczenie 
rakiet na powierzchnię Wenus nie przyszło łatwo. Musiał jednak wystrzelić obie rakiety! Jedna może 
być nie zauważona... Tak mówił Jermakow.

Michał oddalił się, wlokąc za sobą obie rakiety na odległość stu metrów od „Hiusa”. Wytężał 

przy   tej   pracy   całą   wolę   i   wszystkie   mięśnie.   Ustawił   je   na   trójnogach   i   włączył   urządzenia 
odpalające.   Dla   bezpieczeństwa   powinien   był   wejść   do   „Hiusa”,   lecz   nie   mógł   znaleźć   trapu 
rozhuśtanego wichurą. Michał prawie nieprzytomny z wysiłku ukrył się za kolumną reaktora. Nie 
zauważył nawet, jak rakiety jedna po drugiej wystrzeliły w niebo i gdzieś wysoko za chmurami 
rozerwały się, wybuchając oślepiająco białymi błyskami.

Gdy   wreszcie   oprzytomniał   i   wszedł   do   przytulnej   kabiny   w   „Hiusie”,   zrzucił   z   siebie 

speckombinezon i zwalił się na koję. Przeleżał parę godzin, po czym spokojniejszy już wypił kubek 
bulionu i poszedł do kabiny sterowania. Dopiero tam zorientował się, że jego zegarek opóźnia się w 
stosunku do idealnego chronometru „Hiusa”, działającego na zasadzie rozpadu molekuł metalu. Ra-
kiety   zostały   zatem   wystrzelone   z   dwunastominutowym   opóźnieniem.   Jermakow   mógł   ich   nie 
zauważyć. Lecz kosmogator nie miał sił na głębsze rozważania, na zastanawianie się, jakie z takiej po-
myłki mogą wyniknąć skutki. Pozostawało mu jedno: czekać.

Leżąc już w koi, Michał zerwał się nagle na równe nogi. - Trzeba być ostatnim idiotą - wymyślał 

sobie. Powinien był natychmiast włączyć stację namiarową i podawać własne namiary radiowe. 
Wcześniej   czy   później   Jermakow   usłyszy   namiary   i   określi   kurs   „Malca”,   przyjedzie   prosto   do 
„Hiusa”.

Manipulując przy tablicy rozdzielczej, podśpiewywał z uciechy, patrząc na świecące ekrany 

radiolokatora.

Minęły następne cztery doby.
- „Malec”, „Malec”, bierzcie moje namiary! Długość fal... -wołał do mikrofonu. Atmosfera Wenus 

miała swoje humory. Nie zawsze przepuszczała fale radaru. Michał uzbroił się w cierpliwość.

- Mówi „Hius”, mówi „Hius”... bierzcie moje namiary - powtarzał jak urzeczony.
Ciekawe,   co   pomyśleli   sobie   na   „Ciołkowskim”,   gdy   zobaczyli   rakiety?   Na   pewno   ogłosili 

żałobę. Machow szykuje do startu kosmiczne ciężarówki z automatycznymi pilotami. Krajuchin po-
czuł   się   nagle   starcem   i   siedzi   w   swym   gabinecie,   ponuro   rozmyślając   nad   tym,   co   się   stało   - 
przepadły jego nadzieje, przepadły wszystkie marzenia jego życia - „Hius” zginął! Nie, „Hius” nie 
zginął! „Hius” jest wspaniałą maszyną!

- Słucham was... odezwijcie się. Tu mówi „Hius”, „Malec”, słucham was, przechodzę na odbiór...
Mijały dni, „Malec” nie odzywał się. Musiało stać się coś poważnego. Na próżno czeka? Nie! 

Musi czekać! Oni muszą wrócić! Michał znów nawołuje przyjaciół.

Dziewiątego dnia kosmogator jeszcze raz sprawdził radiolo-kator, sprawdził speckombinezon, 

wziął automat i zszedł na kamienisty, twardy grunt pod „Hiusem”. Po niebie mknęły purpurowe 
obłoki.   Pod   nogami   chrzęścił   rudy,   drobny   piach.   Wiatr   podnosił   go   i   niósł   burymi   chmurami, 
szumiał w słuchawkach, hałasował w twardych suchych zaroślach porastających pustynię o dwieście 

background image

kroków   od   planetolotu.   Drzewa   z   płaskimi   koronami   były   zwęglone   nawet   w   odległości   pół 
kilometra od „Hiusa”.

Michał rozejrzał się, pogłaskał pieszczotliwie jedną z wielkich łap „Hiusa”, na której spiekły się 

grudki błota, i ruszył w kierunku drzew. Nie potrafił czekać dłużej ani chwili. Tamci zginęli, to było 
oczywiste. Nie może jednak odlecieć, zanim nie znajdzie ich ciał.

W spalonym lesie prawie natychmiast natknął się na trzech towarzyszy. Pierwszy czołgał się, 

skręcając się jak gąsienica, czepiając palcami nierówności gruntu. Na plecach wlókł owinięty brud-
nymi   szmatami   kształt,   ledwie   przypominający   człowieka.   Następny   połączony   rzemieniem   z 
pierwszym czołgał się jego śladem. Sunęli powolutku prosto na skamieniałego z wrażenia Michała. 
Pierwszy z nich uderzył srebrzystym hełmem o pień. Jęknął i jakby ze złością zaczął omijać łukiem 
przeszkodę.

Michał krzyknął i rzucił się ku towarzyszom. Pierwszy podniósł się błyskawicznie na kolana i 

błysnął automatem.

- Kto? - zaskrzeczał obcym głosem.
- Aleksiej! - zawołał Krutikow. Przyklęknął koło Bykowa, objął go w serdecznym uścisku.
Pod nogami Krutikowa zaszeleściła mapa. Na twardym papierze kosmogator zobaczył czarny 

kształt Golkondy, krąg oznaczający krater bagniska, a obok maleńkie czerwone kółko. Gdyby znał 
własną   pozycję,   odgadłby   od   razu,   że   właśnie   tu   stoi   „Hius”.   Jer-makow   wyznaczył   miejsce   z 
dokładnością do kilku kilometrów.

Bykow   kończył   opowiadanie.   Jurkowski   leżał   na   fotelu,   obok   którego   stał   biały,   matowy 

cylinder, gdzie w specjalnym leczniczym roztworze umieszczono Daugego. Grigorij pokłuty zastrzy-
kami żył i  czekał na  wyzdrowienie.  Krutikow  przecierał  łzawiące  nagle oczy... Nadrabiał  miną. 
Jurkowski upominał go:

- Nie rozpłacz się tylko. Włącz lepiej radio na fale radiolatarń Golkondy.
Michał posłusznie wykonał prośbę. W głośniku odezwały się wyraźne sygnały...
- Czy potrafiłbyś kierować się nimi? - spytał szeptem Włodek, zwracając się do kosmogatora.
- Też pytanie? Przecież to proste! Nawet nowicjusz by potrafił! - odpowiedział Michał. - A ty, 

Aleksy,   włóż   okulary.   Znów   chcesz   dostać   ataku   ślepoty?   -   krzyknął   na   Bykowa.   -   Do   „Cioł-
kowskiego” pozostało jeszcze tysiąc pięćset kilometrów... - dorzucił i tym razem już nie ukrywając 
łez, sięgnął po chusteczkę.

- Nie rozpłacz się! - powtórzył Jurkowski. - Zadanie zostało wykonane... Nie mogliśmy uczynić 

nic więcej... Droga została utorowana. Jeszcze tu wrócimy. Wszyscy - i Aleksy, i Grisza, i ty, i ja!

W przestrzeń, jakby przywołując astronautów, leciały sygnały radiolatarń. Pędziły nad rozbitymi 

statkami, nad zniszczonym „Malcem”, nad nieznaną mogiłą Bogdana, nad huczącymi gardzielami 
Golkondy. Wylatywały nad purpurowe obłoki i podawały radośnie wieść, że droga otwarta.