background image

Lucyna Słup 
Józef Augustyn SJ 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jak zgadzać się  
 
na własne życie? 
 

 
SPIS TREŚCI 
WSTĘP 
 
Cz. I - PRZEJAWY NIEZGODY 
CZY LUBISZ SAMEGO SIEBIE? ...... L. Słup - J. Augustyn SJ 
SKĄD SIĘ TO BIERZE? ...........  L. Słup 
CZY MOŻNA ZGODZIĆ SIĘ NA ŻYCIE?  L. Słup - J. Augustyn SJ 
 
Cz. II - KU PEŁNEJ ZGODZIE NA ŻYCIE 
PRZYJĘCIE MIŁOŚCI .............. L. Słup  
DROGA .......................... L. Słup  
"TRZECI POKÓJ" ................. L. Słup - J. Augustyn SJ 
PRZYJĄĆ CAŁE ŻYCIE ............. L. Słup - J. Augustyn SJ 
ZGODA NA CIERPIENIE............. L. Słup 
SPOTYKAJĄC DRUGIEGO .............L. Słup 
IĆŚ, CIĄGLE IĆŚ ................ L. Słup 
OTWARCIE NA DUCHA ŚWIETEGO...... L. Słup 
ZAMIAST ZAKOŃCZENIA............. J. Augustyn SJ 
 
 
WSTĘP 
     Jak zgadzać się na własne życie?  
     Czy jest na to jakaś recepta? I czy na takie pytanie może 
odpowiedzieć książka? Chyba nie. Nie można podać przepisu, 
spreparować recepty, która pomogłaby nam zgodzić się na życie - 
zwłaszcza jeśli to nasze życie jest trudne, pełne bólu i 
cierpienia.  
     Odpowiedzi na pytanie o zgodę na swoje życie szuka się 

background image

zawsze w głębi własnego serca, stając przed sobą samym i przed 
Bogiem ze swoimi wątpliwościami, nadziejami, obawami, 
pragnieniami... W tych poszukiwaniach mogą być jednak pomocne 
rozważania innych, tych, którzy szukali, znaleźli ...i szukają 
nadal. A wyrazem takich poszukiwań jest właśnie ta książeczka.  
     Inspiracją dla napisania tej książeczki były z jednej strony 
skupienia rekolekcyjne pod hasłem "Jak zgadzać się na swoje 
życie?" prowadzone  przez Ks. Józefa Augustyna, z drugiej zaś 
wieloletnia współpraca środkowiska miesięcznika "List" oraz 
Wydawnictwa "M" z Domem Rekolekcyjnym Księży Jezuitów w 
Częstochowie.  
     Książka ta składa się z dwu części. Pierwsza ukazuje 
przejawy niezgody na życie i źródła tej postawy. Chociaż książka 
nie ma charakteru pozycji z dziedziny psychologii, to jednak w 
omawianiu tego zagadnienia odwołanie do psychologii stało się 
konieczne. Człowiek jest jednością psychofizyczną i trudno mówić 
o jego egzystencjalnych poszukiwaniach bez pewnej podstawowej 
znajomości procesów psycho 
logicznych, które się w nim dokonują.  
Druga część książki przedstawia proces zgody na życie, który w 
najgłębszej swej istocie jest zawsze zgodą na przyjęcie Bożej 
miłości. Ta zgoda nie przychodzi łatwo i nie dokonuje się 
automatycznie, nie znaczy to jednak, że nie jest możliwa.  
     Integralną częścią prezentowanych w tej książeczce treści 
są "Pytania do refleksji", wszystkie autorstwa Lucyny Słup. Ta 
książeczka bowiem w swojej istocie nie jest książką do czytania 
(na temat akceptacji życia ukazały się opracowania o wiele 
wnikliwsze i celniejsze) ale do "przećwiczenia". Gorąco zachęcamy 
do tego, aby odpowiedzieć sobie szczerze na zadane pytania. Nie 
służą one sprawdzaniu kogokolwiek, mają tylko pobudzić czytelnika 
do refleksji nad własną postawą. 
     Podobny charakter mają zawarte w drugiej części ,,Ćwiczenia 
na czas modlitwy''. To także pytania. Jeszcze wyraźniej niż w 
pierwszej części zachęcamy jednak do tego, by stawiać je sobie 
w obecności Boga, by Jemu powierzać owoce własnych przemyśleń i 
Jego prosić o radę. Jemu naprawdę na nas zależy! 
                                            Redakcja 
 
Cz. I  
PRZEJAWY NIEZGODY 
Lucyna Słup 
Józef Augustyn SJ 
CZY LUBISZ SAMEGO SIEBIE? 
 
               ,,Gdyby ludzie szczerze kochali siebie zamiast 
               nienawidzieć, gdyby nie gardzili swoją słabością, 
               a zechcieli pokochać ją w swoim wnętrzu, 
               mielibyśmy o połowę mniej pracy.'' 
                                   Payne Whitneya 
 

background image

     Początkiem zgody na swoje życie jest zgoda na siebie samego. 
A zgoda na siebie płynie z poznania siebie i z uznania własnej, 
niepowtarzalnej wartości, z prawdy o naszym życiu. Potrzeba 
szacunku dla siebie i docenienia swojej własnej osoby jest 
podstawową potrzebą człowieka. Jest ona tak podstawowa i 
zasadnicza, iż jeśli ona zostanie zaspokojona, to reszta 
(potrzeb) na pewno zharmonizuje się w ogólne poczucie szczęścia 
(John Powell SJ).  
     Szczęśliwe życie człowieka, który uznaje swoją wartość nie 
jest oczywiście równoznaczne z egoistyczną pogonią za własną 
przyjemnością i dążeniem do sukcesu. I chociaż taki właśnie model 
egzystencji pozbawionej troski i wysiłku przedstawia się często 
jako prawdziwe szczęście, to jednak nie o takie rozumienie 
szczęścia chodzi w poniższych rozważaniach. Życie szczęśliwe to 
życie dla innych. Tylko... czy można oddać się Drugiemu, Bogu i 
człowiekowi, "nie mając" swojego życia "we własnych rękach"? Czy 
można kochać życie innych, jeżeli nie kocha się własnego? 
     Gdy ból zęba bardzo nam dokucza, tylko z wielką trudnością 
możemy skupić się na czymś innym. Jeżeli ktoś w tym właśnie 
momencie prosi nas o pomoc, najczęściej usprawiedliwiamy 
grzecznie naszą odmowę, ponieważ zajmowanie się jego sprawami 
jest wtedy dla nas ponad siły. Zupełnie tak samo dzieje się, gdy 
ciągle "boli nas" nasze życie. Nasza niezgoda na siebie odziałuje 
na innych, dotyka ich i mniej lub bardziej rani. 
 
1. PRZEJAWY NIEZGODY 
     Ojciec John Powell SJ, amerykański psycholog, autor wielu 
publikacji poświęconych samoakceptacji, w książce "Jak kochać i 
być kochanym" przedstawia historię, jaka przydarzyła się dr 
Williamowi Glasserowi - pracującemu w szpitalu psychiatrycznym. 
W. Glasser leczył kiedyś pewnego człowieka, który od lat nie miał 
praktycznie żadnego kontaktu z rzeczywistością. Żył w swoim 
urojonym świecie. Któregoś dnia podczas porannego obchodu 
człowiek ten podniósł głowę i najnormalniej w świecie oznajmił, 
że zachorował na zapalenie płuc. Przeprowadzone badania 
potwierdziły tę chorobę. W trakcie leczenia zniknęły u niego 
wszelkie objawy obłędu. Po całkowitym wyleczeniu z zapalenia płuc 
zaczęły stopniowo powracać objawy choroby psychicznej. W dniu, 
w którym pacjent wyzdrowiał fizycznie z powrotem pogrążył się w 
chorobę umysłową. Interpretując tę historię doktor Glasser 
twierdzi, że obłęd stanowi pewnego rodzaju "wybór", że jest 
"sposobem" uśmierzenia wewnętrznego bólu płynącego z poczucia 
bezwartościowości własnej egzystencji.  
     Każdy człowiek pragnie potwierdzenia swojej własnej 
wartości. Przekonanie o tym, że tej wartości nie posiada rodzi 
w nim ogromny wewnętrzny ból, niechęć i nienawiść do siebie. 
Chcąc się pozbyć bólu człowiek szuka różnego rodzaju sposobów 
ucieczki od niego. Choroba psychiczna jest właśnie jednym z 
takich sposobów. Pojawia się ona wtedy, gdy wszelkie poszukiwania 
własnej wartości w świecie realnym zawodzą. Zrozpaczony człowiek 

background image

tworzy sobie wówczas nierealny świat własnego wnętrza i chroni 
się w nim. Zachowuje się więc tak jak dziecko, które w chwilach 
zawodu i rozczarowania ucieka w świat własnych marzeń. 
     Innym o wiele częściej stosowanym sposobem ucieczki od życia 
jest - według doktora Glassera - choroba organiczna, w której ból 
psychiczny odzwierciedla się w dolegliwościach fizycznych. 
Nieakceptacja siebie i swojego życia przejawia się szczególnie 
w chorobach wrzodowych, nadciśnieniu, zawałach serca. Wpływa 
nawet na zachorowania się organizmu w chorobach wirusowych; 
frustracja spowodowana niezadowoleniem z siebie sprawia, że 
odporność organizmu słabnie. Pacjent doktora Glassera który 
rozchorował się na zapalenie płuc, "przeszedł" z jednej formy 
tłumienia bólu wewnętrznego w drugi. Gdy jego organizm uporał się 
już ze stanem zapalnym, pacjent ten wrócił z powrotem do obłędu. 
     Innym powszechnie niemal stosowanym sposobem ucieczki od 
cierpienia związanego z życiem jest nerwica. Victor E. Frankl 
określa ją jako przejaw nieodpowiedzialności za życie. Człowiek 
przyjmujący nerwicowe rozwiązanie próbuje nie tylko uciec od 
odpowiedzialności, ale także przerzucić ciężar życia na innych. 
Przejawem takiej postawy bywają wszelkiego typu zachowania 
agresywne lub depresyjne połączone zwykle z "szukaniem" winnych 
swojego własnego nieszczęścia.  
     Carl G. Jung w swojej książce "Wspomnienia, sny, myśli" 
opowiada o pewnej arystokratce, która leczyła się u niego z 
nerwicy natręctw. Kobieta ta miała zwyczaj bicia po twarzy swych 
oficjalistów, włącznie z lekarzami. "Zjawiła się u mnie" - 
wspomina Jung. "Zachęliśmy  miłą konwersację. Dobrze się nam 
rozmawiało. Wreszcie nadszedł moment, gdy musiałem jej powiedzieć 
coś wielce niemiłego. Zerwała się wściekła grożąc, że mnie 
uderzy. Ale ja też się poderwałem. ţDobrzeţ - powiedziałem. ţPani 
jest damą, niech pani wali pierwsza. Potem moja kolejţ. Zaraz 
opadła na krzesło i jakby okłapła. ţJeszcze nikt tak do mnie nie 
mówiłţ - rzekła tonem skargi. Od tej chwili terapia zachęła 
przynosić rezultaty."   
     Kiedy nie chcemy sobie uświadomić naszej ucieczki w nerwice, 
kiedy nie chcemy leczyć się z niej i ponosić jej konsekwencji, 
to wówczas stosujemy zwykle z jednej strony metodę "szukanie 
winnych" naszego cierpienia, z drugiej zaś szukania "ofiar", na 
które moglibyśmy zrzucić ciężar życia.  
     Wszyscy doświadczyliśmy totalitarnego systemu politycznego, 
jakim był komunizm. Każdy system totalitarny jest chorym - 
powiedzielibyśmy "nerwicowym" - rozwiązaniem polityczno- 
społecznym. Obserwując uważnie to, co działo się na naszych 
oczach przez dziesiątki lat w dziedzinie politycznej w wymiarze 
"macro", stosunkowo łatwo moglibyśmy dostrzec to samo w wymiarze 
osobowym, indywidualnym "micro". Jest to ten sam system 
"nerwicy". W komunizmie cały potencjał polityczny, ekonomiczny, 
kulturalny był nastawiony wyłącznie na obronę systemu oraz 
sprawujących w nim władzę. W razie jakiegokolwiek "problemu" (w 
każdej dziedzinie życia), zasadniczym rozwiązaniem było zawsze 

background image

znalezienie "winnych", osądzenie ich i ukaranie. Był to system 
niereformowalny. Można go było jedynie odrzucić. Nie dało się go 
naprawić. Podobnie jest z nerwicą w wymiarze osobistym. Ona jest 
także nieroformowalna. Można ją tylko przekroczyć - 
transcendować. 
     Bardzo wielu z nas zdarzają się "reakcje nerwicowe": 
irytacja, wybuch złości, odruchy zemsty, obrażanie się, zamykanie 
się w sobie. Nierzadko są to reakcje całkowicie nieproporcjonalne 
do bodźców. W takich sytuacjach nasze niedojrzałe reagowanie 
usprawiedliwiamy najczęściej szukaniem wyłącznie zewnętrznych 
przyczyn: "On mnie zdenerwował, to jego wina, on zaczął 
pierwszy". Drugi człowiek nie powoduje jednak  mojego agresywnego 
zachowania, ale wydobywa jedynie na światło dzienne "moją 
samoobronną nerwicową strukturę". Zródłem każdej agresji wobec 
innych jest agresja wobec siebie samego, podobnie jak miłość 
siebie staje się źródłem miłości innych. Jeżeli niechęć czy wręcz 
nienawiść do siebie nie jest skierowana na zewnątrz, wówczas 
wyraźniej i szybciej obraca się przeciwko sobie samemu. 
Przechodzi w stan depresji.  
     Depresja  zastępuje cierpienie lub też jest jego "mniejszą" 
formą. Ratuje ona człowieka od agonii z bólu, broni go przed 
całkowitym rozsypaniem się. Jeżeli życie nadmiernie mi dokucza, 
mogę się z niego czasowo "wyłączyć". Życie płynie wówczas obok 
mnie, a ja jestem zwolniony z wpływania na jego bieg, z 
podejmowania decyzji, z odpowiedzialności, z relacji z innymi. 
Szczególnym symptomem depresji jest wyłączenie się z 
jakiekokolwiek kontaktu z innymi, całkowita bierność z relacji, 
traktowanie innych jak powietrza. Niekiedy okresy depresyjnego 
otępienia i bierności mogą oczywiście przeplatać się z okresami 
wzmożonej aktywności. 
     Nierzadko zarówno w stanach agresji jak i depresji pomagamy 
sobie również różnymi środkami "odurzającymi", których zażywanie 
stopniowo staje się nieraz nałogiem: zażywanie narkotyków, 
nadużywanie alkoholu, środków audiowizualnych, nadużycia 
sekusalne. Także "przejadanie się", "nałóg pracy" służą nieraz 
do zabicia bólu egzystencjalnego. U podłoża wielu sukcesów 
odnoszonych w pracy zawodowej tkwi nieraz wielkie niezadowolenie 
z siebie, ze swojego życia.  
 
2. SAMOBÓJSTWO 
     Do wszystkich tych sposobów ucieczki od życia można z 
pewnością dodać jeszcze jeden będący ich swoistą kulminacją. Jest 
nim samobójstwo. Kiedy człowiek nie ma już sił zgadzać się na 
swoje życie podejmuje próby rozstania się z życiem. Samobójstwo 
jest rozwiązaniem skrajnym, jest totalnym buntem przeciwko życiu, 
w którym mówimy "NIE" nie tylko jednemu przejawowi życia, ale 
samemu faktowi istnienia. 
     Samobójstwo wynika zawsze z jakiejś rozpaczy, która jest nie 
tylko wielką chorobą "emocjonalną", ale przede wszystkim chorobą 
duchową. Rozpacz jest próbą ucieczki od życia. Kiedy nie mamy już 

background image

sił udawać zgody na życia, wówczas wpadamy w rozpacz. Rozpacz i 
samozniszczenie z niej wynikające jest zazwyczaj nie tyle 
świadomym i bezpośrednim wyborem człowieka (choć w pewnych 
wypadkach tego do końca nie można wykluczyć), ile raczej 
kompulsywną ucieczką przed cierpieniem. W rozpacz jesteśmy zwykle 
wpychani przez wydarzenia, konflikty wewnętrzne, nastroje 
depresyjne, poczucie winy.  
     Rozpacz i samobójstwo nie jest rozwiązaniem stosowanym 
często. Otwarty autodestrukcyjny bunt jest przeciwny ludzkiej 
naturze. Pragnienie życia jest głęboko wpisane w naturę 
człowieka. Samobójstwo jako forma rozwiązania problemu niezgody 
na życie jest powszechnie potępiane. Nawet w obozach 
koncentracyjnych, gdzie systematycznie mordowano ludzi, 
społeczność obozowa przyjmowała samobójczą śmierć z dezaprobatą, 
a kaci obozowi nierzadko wykorzystywali ją przeciwko więźniom, 
np. dla upokorzenia więźniów tej samej narodowości. 
     W człowieku istnieje jakieś głębokie wewnętrzne przekonanie, 
iż nic nie może usprawiedliwić samobójczej ucieczki od życia. 
Życie jest darem. Otrzymaliśmy je w darze i sam Dawca może nam 
je zabrać. Ale przecież w krytycznych momentach naszego życia 
wielu z nas przychodzą myśli i odczucia, iż lepiej byłoby "w tej 
chwili" nie istnieć, lepiej byłoby "zapaść się pod ziemię". Kiedy 
dochodzimy do kresu wytrzymałości ludzkiej, do granic naszych 
możliwości takie odczucia wydają się być naturalne, choć łatwo 
mogą powodować w nas poczucie winy. Takich "myśli" nie trzeba się 
jednak obawiać. W sytuacjach granicznych wyostrza się widzenie 
człowieka. Kiedy dochodzimy do jednego brzegu rzeki, dostrzegamy 
się "drugi brzeg". Osiągnięcie "drugiego brzegu" jest wpisane w 
naszą ludzką naturę - w nasze ziemskie życie.  
 
3. POZORNA ZGODA I PRZYSTOSOWANIE 
     Niezgoda na siebie a w konsekwencji i na własne życie może 
także przybrać inną, bardziej zawoalowaną postać. Nie podejmujemy 
wówczas prób samobójczych, nie upijamy się, nie zażywamy 
narkotyków, nie lądujemy w szpitalu psychiatrycznym. Żyjemy 
normalnie: prowadzimy dom, chodzimy do pracy, posiadamy 
przyjaciół, rodzinę, ale mimo wszystko gdzieś w na dnie serca 
nosimy w sobie głębokie niezadowolenie z życia. Niekiedy dopada 
nas jakieś dziwne odczucie, iż to życie jest jakieś 
"nieprawdziwe".  
     Zgadzamy się na siebie, lecz jest to zgoda pozorna. Nie 
chcemy zgodzić się jednak na nasze życie do końca, ponieważ 
przeczuwamy, iż to domagałoby się od nas uznanie naszych braków 
i ograniczeń. A ponieważ nienawidzimy swoich słabości, nie 
chcemy, aby one się ujawniły. Obawiamy się, iż odkrycie naszych 
słabości i ograniczeń spowoduje odrzucenie nas przez innych. 
Dlatego też, tracąc całe mnóstwo energii, próbujemy ukryć sami 
przed sobą a także przez innymi bolesne przeczucie, iż tak 
naprawdę nie zasługujemy na miłość. W tej bolesnej dla nas 
sytuacji nie szukamy prawdy o nas samych, uzdrowienia 

background image

wewnętrznego, prawdy o otaczającej nas rzeczywistości, ale 
usiłujemy przystosować się do naszego pojmowania rzeczywistości.  
Precyzyjnie choć nieświadomie konstruujemy różnego rodzaju 
"mechanizmy obronne" chroniące nasze nerwicowe, a więc sprzeczne 
mniemania o sobie. Raz bowiem wydaje nam się, iż "wszystko się 
nam należy", innym razem natomiast jesteśmy wewnętrznie 
przekonania, iż "wszyscy mają prawo nas odrzucić i przekreślić". 
     Takich "przystosowawczych" opartych na nerwicowych 
mechanizmach obronnych zachowań jest bardzo wiele. Przejawiają 
się one z różną intensywnością: od form najbardziej skrajnych aż 
do najbardziej łagodnych. Nie występują w stanie czystym, ale są 
wymieszane. Zasadniczo można je podzielić na dwie grupy. Jedne 
zmierzają do zaskarbienia sobie cudzej miłości i szacunku, drugie 
do zminimalizowania bólu płynącego z przekonania o własnej 
bezwartościowości. Przyjrzyjmy się niektórym z nich: 
     a. Bojaźliwość. Przejawia się ona w niechęci do podejmowania 
jakiegokolwiek ryzyka, przedsięwzięć, planów. Przewidując w 
każdej sytuacji zagrożenia i niepowodzenia życiowe, człowiek 
bojaźliwy rezygnuje z góry z jakiejkolwiek próby znaczących 
dokonań. Ponieważ obawia się, iż mógłby się pomylić, doznać 
porażki, nie podejmuje decyzji, ale czeka. W takiej sytuacji 
"samo życie" siłą upływającego czasu "podejmuje decyzje". A 
ponieważ brak w nich osobowego zaangażowania i wolności 
człowieka, są one zwykle fatalne dla jego życia. 
     b. Chełpliwość i przechwałki. Chełpliwość to schlebianie 
samemu sobie po to, by zyskać na wartości we własnych i cudzych 
oczach. Chełpliwy nieustannie "reklamuje" swoje, przez siebie 
wykreowane, zalety, cnoty, osiągnięcia, aby być przez innych 
zauważonym, docenionym, uznanym. Ale nawet najbardziej prymitywny 
"chwalipięta" posiada pewną intuicję, stąd też stosunkowo łatwo 
wyczuwa sztuczność w swoich postawach i zachowaniach. 
     c. Nieśmiałość. Człowiek nieśmiały żyje w ciągłym lęku przed 
ludźmi. Z jednej strony nieustannie obawia się odepchnięcia ze 
strony innych, z drugiej zaś swoim zachowaniem sam prowokuj to 
odrzucenie. Jest przekonany, że inni akceptują go tylko pod 
pewnymi warunkami, które zwykle sam na nich projektuje. 
     d. Gniew. Osoba dotknięta poczuciem niskiej wartości i 
pogardy do siebie na początku nienawidzi tylko własnej 
nieudolności. Z czasem zaczyna nienawidzieć całe swoje życie. 
Szybko wówczas staje się przygnębiony, smutny. Swój gniew, 
zgorzknienie wyładowuje naprzeniennie: raz na sobie, innym razem 
na bliźnich. Jednym z ważnych przejawów gniewu na siebie i innych 
jest krytykanctwo. Krytykant przenosi zwykle swoje negatywne 
odczucia na innych. Oskarżając czy wręcz oczerniając innych, 
zawsze poniża najpierw samego siebie, choć nie zdaje sobie z tego 
sprawy. 
     e. Maski. Noszenie masek, granie ról, przywdziewanie się w 
"ważne funkcje" jest związane z odczuciem swojej niskiej wartości 
i braku poczucia godności. Maski, funkcje, role pozwalają ukryć 
nie tylko przed innymi, ale także przed sobą samym niską ocenę 

background image

czy wręcz pogardę do siebie samego. Grając "przedstawienie o 
sobie" w razie potrzeby zawsze można zmienić rolę, maskę i 
dostosować się do zmieniających się ciągle ludzkich oczekiwań 
oraz własnych lęków.  
     f. Dewocja. Postawa to rodzi się najczęściej jako próba 
wykorzystania praktyk religijnych dla lepszego własnego 
samopoczucia emocjonalnego przez poprawienie swojego obrazu 
siebie w swoich własnych i cudzych oczach. Osoba uprawiająca 
dewocję nie wchodzi w rzeczywiste doświadczenie duchowe, ale 
próbuje budować swoją "wielkość i świętość" poprzez zewnętrzne 
tylko wykonywanie licznych praktyk. W dewocji życie codziennie, 
w szczególności zaś relacje z bliźnimi, są w jawnej sprzeczności 
z wykonywanymi praktykami. W dewocji nie ma rzeczywistego dążenia 
do Boga i Jego chwały. Jest to bowiem próba manipulowania religią 
dla swoich własnych ludzkich celów.  
     g. "Mieć bardziej niż być". Ta postawa płynie z przekonania, 
że to, co posiadamy i to, co zrobimy, jest decydujące o naszej 
wartości i godności. Kusi nas więc żądza wspaniałych czynów, 
wielkiego bogactwa, które mają przyciągnąć ku nam podziw i miłość 
innych. Wspaniałe osiągnięcia, wielkie pieniądze służą nam 
najpierw dla obrony przed poczuciem własnej bezsilności, 
bezradności czy też lekceważeniem innych.  
     h. Naśladownictwo. Człowiek, który nie zna siebie, nie ceni 
swojej osoby, ma skłonność do całkowitego utożsamiania się z 
kimś, kogo podziwia i adoruje. Jest to pewna forma "małpowania" 
innych, która polega na odrzuceniu swojego życia, aby móc stać 
się "jak drugi". Osoby takie często marzą, aby "być na miejscu" 
osoby podziwianej. Zewnętrzne utożsamianie się z innym 
człowiekiem, "materialne" naśladowania jego zachowań, gestów, 
czynów jest zawsze szkodliwe niezależenie od tego czy dotyczy to 
jakiegoś "świeckiego" gwiazdora, czy też "wybranego świętego", 
zawsze bowiem łączy się z rezygnacją z odpowiedzialności za 
własne życie i z bycia sobą. 
     i. Ślepe posłuszeństwo. Człowiek niepewny siebie, zagubiony  
może szukać pewności i oparcia dla swego życia w drobiazgowym i 
zewnętrznym przestrzeganiu zasad, praw, przepisów. Dostosowanie 
się do litery będzie zasadniczą cechą jego postępowania. Ponieważ 
jednak człowiek ślepo posłuszny nie posiada w sobie ducha 
przepisów i zasad, wówczas "prawo" stanowi dla niego pewną 
"protezę", która pozwala mu jakoś żyć. Wszelkie konflikty 
międzyludzkie bywają wówczas rozwiązywane przy pomocy "prawa". 
Materialna i zewnętrzna uległość prawu sprawia, iż staje się ono 
także bronią przeciwko innym.  
     j. Perfekcjonizm. Życie perfekcjonisty jest nieustannym 
egzaminem, jaki sam sobie robi. Jest też ciągłym szukaniem 
uspokojenia chorego poczucia winy poprzez "doskonałe" 
realizowanie stworzonych przez siebie i dla siebie ideałów. 
Perfekcjonista wszystko robi z drobiazgową dokładnością, choć 
często jego działanie nikomu i niczemu nie służy, ale nie jest 
on w stanie przyznać się do tego. Swoją wartość uzależnia bowiem 

background image

od realizacji "własnych ideałów" i spełniania cudzych oczekiwań. 
Jest to również forma nieustannego kupowania miłości do siebie 
u siebie samego i u innych.   
     k. Ucieczka w samotność. Człowiek z wielkimi kompleksami 
niższości i jednoczesnym lękiem przed ludźmi obawia się zwykle 
spotkań z innymi, ponieważ one mogłyby zakwestionować 
dotychczasowy jego sposób oceny i działania. Aby nie doznać bólu 
odrzucenia "samotnik" zwykle sam ucieka od innych. Nie zawsze 
musi to być samotność w dosłownym znaczeniu tego słowa. Czasami 
"samotnicy" posiadają nawet wiele zewnętrznych kontaktów. 
Wszystkie one są jednak zwykle nacechowane taką nieufnością i 
zamknięciem, iż ludzie ci pomimo wielu spotkań z innymi pozostają 
wewnętrznie głęboko osamotnieni. 
     l. Racjonalizacja. Człowiek, który nie akceptuje i nie kocha 
siebie, boi się dostrzec prawdę o sobie i swoim życiu. Wszystkie 
swoje negatywne odczucia, wyobrażenia, myśli, które w jakiś 
sposób odsłaniają prawdę o nim samym, dławi lub "wyjaśnia 
racjonalnie" - racjonalizuje. Najgorsze wady, słabości i błędy 
potrafi "przemalować" na piękne cnoty i zwycięstwa. I tak 
kompleksy niższości mogą być nazywane - pokorą, przepychanie się 
łokciami - wolą walki, lękowe zachowania perfekcjonisty - 
doskonałości i świętością itp. Dla człowieka posługującego się 
racjonalizacją przyznanie się do błędu i pomyłki byłoby 
równoznaczne z przekreśleniem siebie i utraty wartości we 
własnych i w cudzych oczach.  
     Są to jedynie pewne przykłady postaw przystosowawczych i 
obronnych. Moglibyśmy wymieniać jeszcze inne. Podane tutaj mają 
jedynie służyć jako pewna pomoc, dzięki której łatwiej będzie nam 
wykryć nasze osobiste mechanizmy obronne. Jeżeli szukać jakichś 
wspólnych cech wszystkich przedstawionych powyżej sposobów 
"ucieczki" i "przystosowania", to będą nimi: "odwrót od 
rzeczywistości", lęk przed pełną odpowiedzialnością za życie, 
koncentracja na sobie, interesowność, agresja lub też 
przynajmniej obojętność na bliźnich. Wszystkie sposoby 
przystosowania są zawsze "jakoś" nieprawdziwe, są pewną namiastką 
życia, iluzją życiową. Iluzje, namiastki życia wcześniej czy 
później zawsze obracają się przeciwko człowiekowi. I chociaż na 
krótko uspokajają człowieka, to jednak w końcu rodzą cierpienie. 
Jest to bowiem w sumie rozwiązania nerwicowe. I choć "jakoś" 
pozwalają one żyć człowiekowi, to jednak są one zbyt kosztowne. 
Niemal wszystkie siły tracimy wówczas na udawadnianie sobie i 
innym, iż nasze życie ma wartość i sens.  
     Zgoda na życie wymaga wielkiej świadomości siebie, wymaga 
uczciwości, wymaga prawdy, wymaga ofiary. Jak każde leczenie 
choroby jest zwykle bolesne, tak samo leczenie z naszych buntów 
wobec życia jest także procesem bolesnym, wymagającym wyrzeczeń.  
     Zgoda na życie domaga się najpierw wyrzeczenia się 
oszukiwania siebie, domaga się zdemaskowania fałszu. Wyrażenie 
zgody na własne życie domaga się prawdy o naszym życiu. Człowiek 
winien dobrze wiedzieć, na co ma się zgodzić. Każdemu z nas grozi 

background image

nie tyle jakiś totalny autodestrukcyjny bunt wobec życia, ile 
raczej życie w iluzji, bunt zamaskowany, bunt ukryty za pozorami 
życia. 
 
 
Pytania do refleksji 
 
1. Czy kiedykolwiek nawiedzały Cię myśli samobójcze (,,lepiej 
byłoby nie żyć'', ,,ja się na świat nie prosiłem'', ,,nienawidzę 
życia'', ,,skończę ze sobą'')? Co było ich przyczyną? 
2. Przypomnij sobie ( konkretnie, z uwzględnieniem miejsca i 
czasu) najtrudniejsze momenty z historii Twojego życia. Jakie 
uczucia Ci w nich towarzyszyły - lęk, smutek, depresja, 
zniechęcenie? Spróbuj odczytać rodzaj niezgody, która kryła się 
za tymi uczuciami. Na kogo, na co się nie zgadzałeś? Czy 
przeczuwasz, że Twoją podstawową niezgodą jest niezgoda na Twoje 
życie?  
3. Przypomnij sobie jakąś szczególnie trudną sytuację z 
ostatniego tygodnia. Jak ją przeżywałeś? Jakie uczucia 
towarzyszyły Ci w tej sytuacji? Jak wpłynęły na Twoje zachowanie? 
4. Zastanów się jaki jest Twój zwykły sposób reagowania w 
kontaktach z innymi ludźmi? Jak zachowujesz się w momentach 
zagrożenia?  
5.Czy potrafiłbyś nazwać swoje mechanizmy obronne? Który z 
przedstawionych powyżej sposobów zachowania, życia życiem 
pozornym jest Ci najbliższy?  
6. Czy spostrzegasz, że swoim zachowaniem chcesz ,,zasłużyć'' na 
miłość innych? W  
jaki sposób? 
7. Czy przeczuwasz, że żyjesz ,,życiem pozornym''? Co to dla 
Ciebie znaczy? 
8. Jakie są powody Twojego buntu przeciw życiu? 
 
 
Lucyna Słup 
SKĄD SIĘ TO BIERZE? 
 
     "Wszystko ma swoją przyczynę" - brzmi konkluzja znanej 
rysunkowej historyjki, w której szef krzyczy w pracy na męża, mąż 
po powrocie do domu na żonę, żona na dziecko, a dziecko bije psa, 
który z kolei "w odwecie" gryzie kota. Nasz brak miłości do 
siebie posiada swoje określone źródło. Najogólniej mówiąc, jeśli 
nie lubimy i nie szanujemy siebie, to dzieje się tak dlatego, że 
nie byliśmy kochani i szanowani. Miłości do siebie można nauczyć 
się tylko przyjmując miłość innych. 
     "All you need is love" - "Wszystkim czego potrzebujesz jest 
miłość" - śpiewali kiedyś Beatlesi. I chociaż z pojęciem miłości 
proponowanym przez ten zespół można dyskutować, nie zmienia to 
jednak faktu, że słowa tej piosenki wyrażają najgłębszą i 
najbardziej podstawową potrzebę ludzkiego serca: potrzebę 

background image

bezwarunkowej miłości. Wszystkim, czego potrzebujemy, jest 
miłość.  
     Nadużywając alkoholu, zażywając narkotyki, uprawiając "zimny 
seks", szukając sławy, pieniędzy, ludzkiego uznania - tak 
naprawdę szukamy zawsze miłości. Nawet "pijak w rowie szuka 
miłości" - powiedział kiedyś Clive S. Lewis. Miłość jest jedynym 
celem, ku któremu człowiek zmierza. Jej wszystko poświęca. Bez 
miłości wszystko w życiu ludzkim traci sens. Pięknie wyraża tę 
prawdę hymn św. Pawła o miłości (1 Kor 13 nn). 
     Słowo "miłość" w językach nowożytnych jest pojęciem 
wieloznacznym, nieprecyzyjnym. Wyraża się nim zarówno największe 
doświadczenia duchowe mistyków jak również nadużycia seksualne. 
Nam chodzi o "miłość-agape", miłość bezwarunkową, która przyjmuje 
nas nie ze względu na to, co mamy lub co robimy, ale ze względu 
na samo nasze istnienie. Chodzi nam o miłość, która akceptuje nas 
wraz z naszymi brakami i słabościami. Kiedy jesteśmy kochani w 
ten sposób, wówczas czujemy się szczęśliwi, bezpieczni i nie mamy 
ochoty udawać kogoś, kim w istocie nie jesteśmy.  
     Miłość sprawia, iż nasze maski same spadają z naszych 
twarzy. Nie musimy bowiem przed ludźmi zabezpieczać się, bronić, 
udawać. Możemy pozwolić sobie na bycie sobą. Rezygnujemy z 
ukrywania naszych wad, z zabiegania o ludzką sympatię, uznanie, 
pochwały, ponieważ w miłości bezinteresownej wszystko posiadamy. 
Czujemy się kochani niezależnie od tego jacy jesteśmy. Czując się 
zaś kochani w ten sposób odkrywamy własną niepowtarzalną wartość. 
To miłość daje nam także  poczucie naszej godności. 
     Taka bezwarunkowa miłość wśród ludzi jest jednak bardziej 
marzeniem niż rzeczywistością. Wszyscy nosiliśmy lub też nosimy 
gdzieś głęboko ukryte w nas rozczarowanie do tej miłości, której 
doświadczyliśmy. Mieliśmy lub mamy jeszcze uraz spowodowany 
miłością ograniczoną i warunkową; nieraz bardzo ograniczoną i 
bardzo uwarunkowaną. Miłość uwarunkowana jest zawsze 
doświadczeniem bolesnym. Poczucie bycia przez innych odrzuconym 
czy "źle kochanym" kładzie się nieraz cieniem na całe nasze 
dorosłe życie. Rzutuje ona na późniejsze małżeństwo, przyjaźnie, 
pracę, życie religijne. Próbując odkryć przyczyny niezgody na 
siebie nie można lekceważyć atmosfery własnego domu rodzinnego, 
naszych więzi z ojcem, z matką.  
     U początków życia, w niemowlęctwie całą wiedzę o sobie i 
wartości swojego życia człowiek czerpie przede wszystkim od 
rodziców, szczególnie zaś od swojej matki. Już w jej łonie 
dziecko mocno reaguje na wszystkie jej przeżycia zarówno 
pozytywne jak i negatywne. Już wtedy czuje się chciane, kochane, 
przyjęte czy też przeciwnie: odrzucone, niechciane, niekochane. 
     John Powell pisze, iż niemowlę jeszcze nie wie kim ono jest. 
Wkracza w świat niczym żywe pytanie poszukujące odpowiedzi: Kim 
jestem? Co jestem wart? Na czym polega życie? Tę odpowiedź 
przyjmuje od swoich rodziców, głównie od matki. Dobrze jest, 
jeżeli odpowiedź ta jest pełna miłości: Jak dobrze, że jesteś z 
nami! Kochamy cię! Taka odpowiedź - niekoniecznie wyrażona 

background image

werbalnie, bardziej za pomocą czułych gestów, pieszczot i 
pocałunków - zasiewa w jego sercu przekonanie: Jestem kochany. 
Jestem cenny, nipowtarzalny. Jestem godzien miłości.  
     Z czasem do informacji przekazywanych przez kontakt 
niewerbalny dołączają się także słowa. A one mogą nieść wiarę w 
wielką wartość małego człowieka albo uzależnienie tej wartości 
od określonych, spełnianych przez niego warunków. W pierwszym 
przypadku dziecko "dowiaduje się", iż jest kochane za to, kim 
jest, w drugim "otrzymuje informacje", że na miłość rodziców musi 
sobie zasłużyć: dobrym zachowaniem, sukcesami, wyglądem, 
uległością, posłuszeństwem. "Dowiaduje się" więc, że jest 
kochane, ponieważ jest grzeczne, ciche, posłuszne, itp. Na całe 
jego nieszczęście, w miarę upływu czasu rodzice kodują w nim 
coraz to nowe warunki rodzicielskiej miłości: "Jeżeli mi 
pomożesz, jeżeli mnie nie urazisz, jeżeli będziesz się miał dobre 
oceny w szkole, jeżeli nie będziesz przynosił mi wstydu" - to 
"będziesz kochany". Jednak jednym z bardziej okrutnych warunków 
rodzicielskiej miłości jest całkowieta rezygnacja dziecka w 
jakiejkolwiek wolności i podporządkowanie się ich woli. Rodzice 
na ogół nie zdają sobie sprawy z tego, że stawiając takie 
wymagania i uzależniając od spełnienia tych wymagań przyjęcie lub 
odrzucenie dziecka, w istocie odmawiają mu akceptacji.  
     Nierzadkim warunkiem miłości do dziecka jest zaspokajanie 
nadmiernych potrzeb uczuciowych (nie zrealizowanych w związku 
małżeńskim) jednego z rodziców (częściej matki). Dziecko jest 
wówczas obdarzane nadmiarem czułości, prezentów, ale za cenę 
całkowitego związanie emocjonalnego, czy wręcz uczuciowego 
zniewolenia. Zachłanna matka bywa wówczas zazdrosna o relacje 
emocjonalne z płcią przeciwną. 
     Oczywiście warunkowa miłość rodziców - jako przeciwieństwo 
miłości bezwarunkowej, może wyrażać się w bardzo subtelny sposób. 
Żądania pod adresem dziecka nie muszą być werbalnie formułowane, 
ale wyrażać się w pewnych postawach i gestach. Dziecko zachowanie 
rodziców odbiera jako karę lub nagrodę i np. może chcieć swoimi 
sukcesami, których nikt od niego słowami nie wymaga, zasłużyć na 
czułość, troskliwość, uwagę rodziców. 
     Dziecko które jest kochane miłością warunkową, ,,za coś'', 
stopniowo nabiera przekonania, że jest niewiele warte. Ponieważ 
rodzice nie dostrzegają w nim wartości i ono nie może jej 
dostrzec. Zaczyna siebie nie lubić. Dochodzi do wniosku, że nie 
może być przyjmowane dla wartości, którą jest samo w sobie ale 
że jego wartość tkwi w istocie poza nim: w rzeczach, które 
zdobywa , w wymaganiach, które spełnia. Utwierdza się w 
przekonaniu, że można je kochać jedynie ,,za coś''- za 
posłuszeństwo, sukcesy, w nauce, urodę, przynoszenie dumy 
rodzicom itd. A ponieważ na tym, żeby być kochanym zależy mu 
najbardziej - rozwija w sobie postawę ,,zasługiwania na miłość". 
Ta właśnie postawa sprowokuje go w przyszłości do szukania za 
wszelką cenę potwierdzenia swojej wartości a gdy to się nie 
powiedzie i życie okaże się zbyt bolesne - do ucieczki od niego. 

background image

Ta prawidłowość z wielką siłą przejawiła się w życiu Marylin 
Monroe, słynnej amerykańskiej gwiazdy filmowej. Sława, liczne 
małżeństwa i niemniej liczni kochankowie nie zdołali zaspokoić 
jej pragnienia akceptacji. Nie doświadczyła jej w domu rodzinnym, 
którego nie miała - nie znała swojego ojca a matka większość 
czasu spędzała w szpitalach psychiatrycznych. Marylin będąc 
dzieckiem błąkała się więc po przytułkach i rodzinach 
zastępczych. Nie doświadczywszy życia rodzinnego nie potrafiła 
go zbudować. W jednym ze swych ostatnich filmów ,,Skłóceni z 
życiem'' grała jakby samą siebie - nieszczęśliwą, nie pogodzoną 
z życiem, uciekającą od niego...Nie trzeba było długo czekać aby 
uciekła ostatecznie - w lipcu 1963 roku Monroe zażyła śmiertelną 
dawkę środków usypiających. Kreowana jako ,,symbol seksu'' 
pozostała w pamięci wielu jako tragiczna ofiara show - bussinesu 
a przede wszystkim wielkiego, niezaspokojonego pragnienia 
miłości. 
     Historia Marylin - to historia odrzucenia, przekreślenia 
siebie będącego odpowiedzią na odrzucenie.,,Byłam pomyłką. Moja 
matka nigdy mnie nie chciała'' - wyznała aktorka w jednym z 
wywiadów będąc u szczytu swej kariery. Jeżeli nieakceptacja 
siebie jest problemem tylu ludzi wywodzących się z tzw. 
,,porządnych rodzin'', to w znacznie większym stopniu dotyczy 
dzieci wychowujących się w rodzinach rozbitych, dzieci 
niechcianych, porzuconych, nadmiernie uzależnionych od rodziców, 
bitych, przeklinanych, znieważonych, gwałconych. Przeciętna 
,,warunkowa'' miłość rodzicielska podważa w dziecku poczucie jego 
własnej wartości, ale miłość wypaczona czy jej zupełny brak 
całkowicie rujnuje w dziecku poczucie własnej wartości. 
Poniewieranym na różne sposoby dzieciom już jako ludziom dorosłym 
wyjątkowo trudno jest zgodzić się na siebie i i na swoje życie. 
Przeszkadza im w tym wielkie poczucie winy. Dziecko chce widzieć 
w swoim ojcu czy matce kogoś idealnego. Tylko takiej osobie może 
zaufać a zaufanie i poczucie bezpieczeństwa jest konieczne dla 
jego rozwoju. Jeżeli spotyka się z ich strony ze złem, z krzywdą 
- podświadomie dąży do usprawiedliwienia rodziców a obwinienia 
siebie. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy dorośnie. Chcąc zadowolić 
ojca, czy matkę już jako człowiek dorosły posuwa się do czynów 
absurdalnych.  
     Susan Forward, amerykańska psychoterapeutka, która zetknęła 
się z wieloma przypadkami zachowań rodziców określanych przez nią 
jako ,,toksyczne''opisuje przypadek czterdziestodwuletniego 
oficera policji imieniem Jason, który w czasie wykonywania swej 
pracy konsekwentnie stawiał się w sytuacjach zagrażających 
życiu.(6). Chociaż jego czyny mogły wydawać się heroiczne ( np. 
samotne usiłowanie rozbicia gangu) były w istocie lekkomyślne. 
Policyjny psycholog doszedł do wniosku, że człowiek ten jest 
potencjalnym samobójcą i nalegał na jego hospitalizację. 
W czasie sesji psychoterapeutycznych okazało się, że matka 
Jasona, osoba o bardzo gwałtownym usposobieniu w dzieciństwie 
wielokrotnie powtarzała mu z nienawiścią : ,,ałuję, że się w 

background image

ogóle urodziłeś.Chciałabym abyś już nie żył, tak samo jak 
chciałabym aby twój ojciec nie żył.'' Ojciec Jasona opuścił 
rodzinę, czym jakby poparł tezę, że życie jego syna nie 
przedstawia dla każdego z rodziców żadnej wartości. Będąc już 
człowiekiem dorosłym i podejmując niebezpieczne akcje policyjne, 
Jason podświadomie usiłował nadal być posłusznym synem. Chciał 
w sposób zawoalowany popełnić samobójstwo aby tym samym spełnić 
życzenie matki i sprawić jej przyjemność... 
     Chociaż miłość warunkowa przejawiała się w naszym życiu z 
różną intensywnością, to jednak tak naprawdę doświadczył jej 
każdy. Nasi rodzice nie mogli nam zapewnić pełnej, bezwarunkowej 
miłości, chociaż być może bardzo się o to starali. aden człowiek 
nie może kochać miłością pełną, bezwarunkową. Kochać taką 
miłością mógłby tylko ktoś, kogo nigdy nie skrzywdzono a to 
przecież jest niemożliwe.  
     Rodzice nawet najbardziej kochający swoje dziecko mogą tylko 
bardziej lub mniej zbliżać się do ideału miłości bezwarunkowej. 
Na pewno czymś, co sprzyja takiemu zbliżeniu jest ich harmonijna 
małżeńska więź - nieporozumienia między rodzicami dziecko zawsze 
odbiera jako brak miłości. Ta więź rodzi się oczywiście z 
uporania się - przynajmniej w podstawowym stopniu - z własnymi 
wewnętrznymi problemami. Trudno oczekiwać, żeby rodzic 
wewnętrznie rozbity, nie akceptujący siebie, uciekający od życia 
i starający się przypodobać innym mógł rozwinąć w swoim dziecku 
poczucie własnej wartości i przekazać mu jasną i spójną wizję 
rzeczywistości. W sposób naturalny, nawet się o to specjalnie nie 
starając przekaże mu własne lęki, frustracje i uzależnienia. 
Właśnie w skrzywdzeniu, w odrzuceniu tkwi źródło wielu naszych 
słabości, także słabości moralnych. Zauważmy, że w dziedzinie 
moralnej niezgoda na siebie wyraża się przede wszystkim w tzw. 
,,chorym poczuciu winy''. Chore poczucie winy polega na tym, że 
człowiek bierze na siebie całą odpowiedzialność za popełnione zło 
podczas gdy jego odpowiedzialność jest tylko cząstkowa. 
Krzywdzenie drugich jest wtórne, pierwsze jest zawsze bycie 
krzywdzonym. Niezgoda na własną historię życia, w której było się 
krzywdzonym zawsze owocuje niezgodą na własne słabości moralne. 
Nie pogodzony ze swoją historią życia człowiek usiłuje zbawiać 
siebie o własnych siłach ale te próby (przybierające np. kształt 
mocnych postanowień ,,nigdy więcej'' rodzą coraz głębszą niezgodę 
na siebie, coraz większą nieakceptację własnych słabości. I chcąc 
pokonać te słabości, trzeba je po pierwsze dostrzec i nazwać a 
po drugie, zaakceptować, uleczyć historię życia będącą źródłem 
tych słabości.  
     Podsumowując: uznanie swojej wartości i zgoda na siebie 
rodzi się w dzieciństwie. Ich źródłem jest miłość naszych 
rodziców. Istotne są także późniejsze doświadczenia bycia 
odtrąconym, niekochanym.  
     Większy lub mniejszy brak miłości, odrzucenie, którego 
doświadczyliśmy w domu rodzinnym i nie tylko sprawia, że nie 
umiemy kochać prawdziwie samych siebie i buntujemy się przeciw 

background image

swojemu życiu. On też rozwija w nas różne formy egoizmu będącego 
wynaturzoną miłością własną. Jeżeli egoizm jest tak powszechnym 
problemem, jeżeli wszyscy jesteśmy egoistami w mniejszym lub 
większym stopniu to tylko dlatego, że wszyscy byliśmy kochani w 
mniej lub bardziej niewłaściwy sposób. Nie doświadczywszy 
prawdziwej miłości nie umiemy przekazać jej innym.  
 
Pytania do refleksji 
 
1.Jak wspominasz Twój rodzinny dom? (Odpowiadając na to pytanie 
przypomnij sobie zachowanie Twojego ojca, Twojej matki, atmosferę 
domu rodzinnego, relacje z rodzeństwem). Jakie uczucia budzą się 
w Tobie pod wpływem tych wspomnień? Czy rozmawiałeś z kimś na 
temat Twojego domu rodzinnego? Czy byłbyś w stanie porozmawiać 
na ten temat z własnymi rodzicami? 
2. W jaki sposób Twoja niezgoda na życie odbija się na Twoich 
najbliższych - na żonie, mężu, dzieciach, teściowej, synowej, 
przełożonym, podwładnym? Kiedy żądałeś rzeczy, których ten drugi 
człowiek nie był Ci w stanie dać? Czy dostrzegasz fakt, że Twoja 
niezgoda na życie promieniowała większą lub mniejszą nienawiścią, 
kierowaną ku drugiemu człowiekowi? W jaki sposób? 
3. Przypomnij sobie jakąś konkretną krzywdę, którą wyrządziłeś 
drugiemu człowiekowi w ciągu ostatniego dnia, tygodnia, miesiąca, 
roku...Jak sądzisz, jakie Twoje skrzywdzenia były jej przyczyną? 
4. W jaki sposób Twoja nieakceptacja siebie przejawia się w 
nieakceptacji drugich? Spróbuj dostrzec konkretne sytuacje. 
 
 
 
Lucyna Słup - Józef Augustyn SJ 
CZY MOŻNA ZGODZIĆ SIĘ NA ŻYCIE? 
 
 
               "Do kobiety która skarżyła się na swe 
               przeznaczenie Mistrz powiedział:  
               - Przecież ty sama wykuwasz swój los!  
               - Ale z pewnością nie ja jestem winna, że 
               urodziłam się kobietą, czyż nie tak?  
               - Narodzić się kobietą to nie przeznaczenie. To 
               los. Przeznaczenie polega na tym, w jaki sposób 
               przyjmiesz swą kobiecość i co z nią zrobisz." 
                              (Anthony de Mello SJ). 
 
1.   Jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, za swoje 
"przeznaczenie". Poznając jednak naszą ludzką słabość, głębię 
naszych życiowych zranień (szczególnie zaś zranień w miłości) 
oraz wynikające z nich zagubienie życiowe, wydaje się nam nieraz 
mało prawdopodobne, abyśmy mogli sprostać temu życiowemu zadaniu. 
Parafrazując słowa A. de Mello możemy powiedzieć: "To, iż nie 
byłem kochany tak, jak tego potrzebowałem i pragnąłem, to nie 

background image

jest moje przeznaczenie. To mój los. A moje przeznaczenie polega 
na tym, że przyjmę swoją przeszłość, aby na niej zbudować moją 
przyszłości. 
     Nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze zranienia w miłości z 
najmłodszych lat oraz za jakiekolwiek skrzywdzenia, których 
doznaliśmy od innych. Jesteśmy jednak odpowiedzialni za nasze 
obecne dorosłe życie. I choć nasza przeszłość wywiera na nas 
pewien wpływ, to jednak ona nas nie determinuje. Możemy nauczyć 
się kochać siebie i kochać innych z naszą przeszłością. Możemy 
w pełni pogodzić się ze swoim życiem. Możemy przeżyć je w sposób 
twórczy.  
     Zranienia w miłości, szczególnie te wyniesione z wczesnego 
okresu naszego życia, stają nam nieraz jako pewna przeszkoda na 
drodze do pełnej akceptacji naszego życia, ale tylko w pierwszym 
jej etapie. Przezwyciężone i uleczone zranienia stają się 
miejscem wrażliwości wewnętrznej, twórczości, pełniejszego 
zrozumienia innych.  
     Zranienie w ludzkiej miłości, to tylko jedno z wielu 
możliwych zranień. Życie niesie z sobą także inne "skrzywdzenia, 
zranienia, niesprawiedliwości, słabości i ludzkie ułomności. 
Stają się one dla nas życiowym zadaniem wymagającym od nas trudu 
i ofiary. Nie wykluczają one jednak bynajmiej piękna, szczęścia 
ludzkiego życia. Można nawet powiedzieć, że dobro i piękno 
ludzkiego życia przychodzi zawsze przez trud i cierpienie. Dobro 
musi być zawsze w jakiś sposób okupione ofiarą. 
     Wyrazistym tego przykładem są postacie Joni Eareckson czy 
Denise Legrix. Pierwsza, Szwedka, która w wieku kilkunastu lat 
została sparaliżowana na skutek wypadku, po ciężkiej depresji 
odzyskała radość życia: została cenioną malarką (nauczyła się 
malować trzymająć pędzel w ustach), pokochała człowieka za 
którego wyszła za mąż. Druga, Francuzka, urodziła się bez rąk i 
nóg. Wygrała walkę z bezsensem swojego życia. Mimo swego kalectwa 
zaangażowała się w obronę życia dzieci poczętych oraz w pomoc 
dzieciom upośledzonym i ich rodzicom. W swojej książce "Tak 
urodzona", która stała się bestsellerem, daje piękne świadectwo 
zmagania się z własną ułomnością nie tylko fizyczną, ale także 
z rodzącym się buntem przeciwko życiu. 
 
2.   Dlaczego trzeba nam dążyć do zgody na nasze życie?  
     Mówiąc prosto, ponieważ innego wyjścia nie mamy. Albo 
zgodzimy się na życie i odkryjemy jego sens, smak i radość (także 
pośród trudu życia), albo będziemy trwać w tępym buncie 
przeklinacjąc nasze życie. Buntem tym będziemy krzywdzić nie 
tylko siebie, ale także naszych najbliższych. Trzeciego wyjścia 
nie ma.  
     Podstawowe oszustwo, jakiemu często podlegamy, to szukanie 
jakiejś "trzeciego wyjścia, trzeciej drogi". Pan Jezus mówi 
bardzo wyraźnie: "Wasza mowa niech będzie: tak - tak, nie - nie". 
Nie mówi: raz - tak, raz - nie. Zgoda na życie domaga się "tak" 
we wszystkich wymiarach. Jeżeli na pewną formę życia mówimy - 

background image

tak, a na inną - nie, to rodzi się niespójność, która jest 
źródłem nerwicowego rozbijania się. 
     Mówiąc potocznie, zgoda na życie bardzo się "opłaca". 
Dopiero bowiem pełna akceptacja życia odsłania nam, jak niezwykłe 
istnieją w nas energie emocjonalne, intelektualne, duchowe, 
dzięki którym możemy nasze życie uczynić twórczym i ciekawym. 
Buntując się zaś przeciwko życiu tracimy wiele sił na budowanie 
pozorów życia, na życiowe iluzje. 
     Dlaczego można zgodzić się na życie?  
     Ponieważ intuicyjnie czujemy, że jesteśmy do tego zdolni. 
Owszem, bywają w naszym życiu chwile zwątpienia, rozpaczy, 
zamknięcia w sobie, ale są to tylko "chwilowe zaćmienia słońca". 
Pragnienie życia, pełnia życia jest głębokim pragnieniem każdego 
z nas. Nosimy w nas nieświadome nieraz, ale głębokie przekonanie, 
iż nasze życie - choć bywa trudne i bolesne - jest ono sensowne 
i celowe. Właśnie z tego przekonania rodzi się świadomość, iż 
możemy przyjąć nasze życie takim, jakim ono jest. Zagubienia, 
zranienia życiowe i słabości nie mogą stać się powodem do 
odrzucenia, ale winny być przyjęte jako miejsca naszej życiowej 
odpowiedzialności. 
     Akceptacja siebie i swojego życia jest konieczna także ze 
względu na naszych bliskich, przez których czujemy się kochani 
i których chcemy kochać. Niezgoda na własne życie niezależnie od 
tego, jaką formę przybiera, jest skierowana nie tylko przeciwko 
własnemu życiu, ale także przeciwko życiu innym. Nikt z nas nie 
jest samotną wyspą. Ludzkie życie moglibyśmy porównać do wspólnej 
wspinaczki alpejskiej, w czasie której jesteśmy wszyscy powiązani 
linami. Z niektórymi osobami bywamy powiązani grubymi linami, z 
innymi zaś cienkimi sznurkami. Jeśli ktoś odrywa się od skały i 
spada w przepaść rozpaczy, agresji, nałogów, samobójstwa, pociąga 
tym samym za sobą innych. 
     W psychologii znane jest pojęcie choroby koalkoholizmu. W 
rodzinie pije tylko jedna osoba, ale emocjonalne objawy "choroby 
alkoholowej" posiadają w mniejszym czy większym stopniu wszyscy 
inni członkowie rodziny. Mają oni te same kompleksy niższości, 
poczucie winy, wstyd, nizgodę na siebie. Wszyscy oni oddychają 
i zatruwają się chorą "atmosferą emocjonalną", którą alkoholik 
wytwarza wokół siebie. Człowiek nie pogodzony z sobą i ze swoim 
życiem zawsze będzie krzywdził innych. 

3.   Czego domaga się od nas zgoda na życie? 
     a) Po pierwsze szukania celu i sensu życia. Jest to 
podstawowy warunek pełnej akceptacji życia. Nie można przecież 
zgodzić się na życie "byle jakie", pozbawione sensu, celu. 
Szukając zgody na życie zmuszenie jesteśmy pytać, na jakie życie 
mam się zgodzić?  
     Zauważmy jednak, iż ostatecznym celem i sensem naszego życia 
nie może stać się tylko rozwijanie jeden z licznych przejawów 
ludzkiego życia: biologiczny, emocjonalny, intelektualny,  
seksualny.  

background image

 
Najwyższym przejawem życia jest życie duchowe, które integruje 
wszystkie formy ludzkiego życia. Rozbicie życiowe polega właśnie 
na braku płaszczyzny scalającej te wszystkie przejawy życia. Nie 
można częściowo zgadzać się na życie. Niezgoda na jedną z tych 
płaszczyzn życia jest automatyczną niezgodą na wszystkie 
pozostałe. Ta najgłębsza niezgoda przejawia się w bardziej 
powierzchownej. Nie zaprzeczmy tutaj doniosłości poszczególnych 
przejawów ludzkiego życia. Jest jednak rzeczą ważną, aby 
dostrzec, że istota życia nie jest mieszanką poszczególnych 
przejawów życia. Nie otrzyma się recepty na życie rozdzielając 
nasze energię życiową dla poszczególnych płaszczyzn życia: np. 
20% na sferę biologiczną, 30% - na sferę psychiczną, 30% - na 
estetyczną, itd.  
     Aby zgodzić się na życie trzeba odkryć jego istotę, obecną 
we wszystkich sferach: życie duchowe. Istota życia nie wchodzi 
w konflikt z żadnym z przejawów życia, ale jednocześnie wszystkie 
je przekracza i wszystkie je scala.  
     b) Zgoda na życie domaga się także nieraz niezwykłej 
determinacji emocjonalnej i duchowej. Wyraża sie ono poprzez 
odwagę, wytrwałość, wierność. Na swoje życie może zgodzić się 
tylko człowiek, któremu na tym naprawdę zależy, człowiek, który 
nie boi zerwać maski "życia pozornego". Ponieważ tej odwagi i 
determinacji nam nieraz brak, stąd też winniśmy często prosić 
Dawcę życia, abyśmy mogli jej doświadczyć i ją odczuć.  
     c) Zgoda na życie domaga się twórczej postawy wobec życia. 
Chodzi zarówno o twórczość duchową, emcjonalną, intelektualną. 
W prawdziwej zgodzie na życie nie ma rezygnacji, ucieczki, 
wycofywania się z życia. Takie postawy są zawsze przejawem buntu 
wobec życia. Życie każdego z nas posiada niepowtarzalny 
charakter, stąd też nie może być ono jedynie powielaniem cudzych 
wzorów. Chociaż w szukaniu zgody na życie możemy zachęciać się 
do ofiarności i wysiłku poprzez "przyglądanie się" czy wręcz 
kontemplowaniem życia świętych, to jednak, to jednak zgoda na 
życie nie może być nigdy odtwarzaniem "cudzego" życia w moim 
życiu, ale jest szukaniem sposobu realizacji MOJEGO życia. 
     Odpowiedzi na to pytanie nie możemy znaleźć poza sobą, na 
zewnątrz naszego życia: w mądrych książkach, w poradach "wielkich 
mistrzów". Aby ją odnaleźć, trzeba nawiązać dialog z własnym 
życiem, z historią swego życia. Bóg działa bowiem w naszym sercu 
w ciągu całej historii naszego życia.  
     d) Zgoda na życie domaga się transcendencji siebie, 
przekraczania swoich ograniczeń. Można powiedzieć, że jest 
związana z umieraniem. Umieranie zawsze jest trudne. Nie może nas 
w jakiś sposób nie dotykać fakt przemijania naszego życie. O ile 
doświadczanie dorastania, wchodzenie w życie jest radosne, o tyle 
przemijanie życia, umieranie jest trudne i  bolesne.  
     e) Zgoda na życie to także zgoda na śmierć. Choćby całe 
życie było pasmem sukcesów i przyjemności to przecież przyjdzie 
moment, kiedy wszystko trzeba będzie opuścić. Jeśli człowiek nie 

background image

wprowadził Boga w swoje życie, musi buntować się przeciwko 
opuszczeniu tego, co uważał, za istotę, rdzeń życia. Zgodzić się 
na życie można tylko wprowadzając w to życie Boga. 
     W pełnej zgodzie na życie nie ma zatrzymywania się na sobie. 
Kiedy do końca zgadzamy się na swoje życie, zapominamy o nim i 
to właśnie jest najwyższą formą naszej zgody na życie.  
     f) Zgoda na życie domaga się także obecności drugiego 
człowieka. Zamknięcie w sobie, uciekanie od ludzi jest przejawem 
ucieczki od życia. Bywają w życiu takie sytuacje które bardzo 
trudno przyjąć bez obecności drugiego człowieka. Ale z drugiej 
strony zgoda na życie domaga się także samotności przyjętej z 
pełną wolnością, samotności, która nie jest ucieczką, ale 
szukaniem warunków dla wewnętrznego milczenia i pogłębionej 
refleksji nad sobą.  
     Oczywiście, że tak rozumiana zgoda na życie przekracza nasze 
ludzkie tylko siły, stąd też wymaga ona pomocy Dawcy życia - 
samego Boga. Zgoda na życie domaga się obecności Pana Boga.  
     g) Aby zgodzić się na życie nie wystarczy wykonać jakieś 
ćwiczenia, treningi, nie wystarczy zrobić jakiś kurs, poddać się 
psychoanalizie. Zgoda na życie jest to proces trwający przez całe 
życie. Najwyższą formą tej zgody jest zgoda na własną śmierć, 
kiedy zgadzamy się nie tylko na życie wegetatywne, które kończy 
się w momencie śmierci, ale zgadzamy się na całe życie, również 
na to, które przekracza progi śmierci. Jest to najwyższa forma 
zgody na życie. Nie jest to ucieczka od istoty życia, ale 
zmierzanie do jego centrum.  
     Jest to też zgoda na tajemnicę, gdyż jako chrześcijanie nie 
tylko wierzymy  w osobowego Boga, przyjmujemy także tajemnicę 
wcielenia Boga - wierzymy w Jezusa Chrystusa. W przypadku 
tajemnicy, łatwiej powiedzieć, czym ona nie jest, niż określić, 
czym ona jest.   
 
 
Pytania do refleksji: 
 
1. Przypomnij sobie te wszystkie momenty, w których życie 
wydawało Ci się piękne. Z czym się one wiązały? 
2. Wypisz (spontanicznie i odruchowo) wszystko to, co jest dla 
Ciebie ważne: osoby, sprawy, rzeczy a następnie ,,ponumeruj je 
'' od najważniejszych aż do najmniej ważnych. Która z tych 
wartości zajmuje w Twoim życiu pierwsze miejsce? 
3. Co nadaje sens Twojemu życiu?  
4. Przyjrzyj się swoim pragnieniom. Jakie one są, czego dotyczą? 
Czego oczekujesz od życia? Na czym Ci naprawdę w życiu zależy? 
 
 
 
Cz. II 
KU PEŁNEJ ZGODZIE NA ŻYCIE 
Lucyna Słup 

background image

PRZYJĘCIE MIŁOŚCI 
 
 
               ,,Nasze życie bywa bogate lub ubogie 
               zależnie od tego, co w nie wkładamy,  
               a nie od tego, co zeń czerpiemy.'' 
                         Lucy Maud Montgomerry.  
 
 
 
 
     W książce "Toksyczni rodzice" Susan Forward opisuje 
przypadek kobiety imieniem Patty, która jako mała dziewczynka 
została zgwałcona przez swojego ojca. Po zakończeniu leczenia 
Patty na kilka lat zerwała kontakt z ojcem. Po tym czasie 
nieoczekiwanie napisała do niego list. Donosiła w nim o tym, jak 
ułożyło się jej życie, że dzięki wysiłkom Susan stała się 
normalną, zdrową psychicznie kobietą, szczęśliwą żoną i matką 
trojga dzieci. "Dziękuję Ci za Twoją miłość. Zawdzięczam Ci moje 
życie" - napisała Patty swojemu ojcu. 
     Niezgoda na siebie, a w konsekwencji na swoje życie jest 
wynikiem tego, że nie doświadczyliśmy miłości, która 
potwierdziłaby naszą wewnętrzną wartość. Jedynie bowiem 
doświadczenie prawdziwej miłości może nas przekonać o wartości 
życia, może nas obdarzyć siłą potrzebną do tego, aby przyjąć całe 
nasze życie. 
     Proces przywracania nam naszej wewnętrznej wartości zakłada 
więc niejako dwa etapy. Po pierwsze musimy znaleźć się ktoś, kto 
pokocha nas mimo wszystkich naszych ograniczeń, słabości, zranień 
i okaże nam "trochę" miłości, takiej, na jaką go stać. To 
"trochę" często wystarcza, aby nas przekonać, iż żyć warto. To 
"trochę" ludzkiej miłości naprowadza nas zawsze na nieskończoną 
miłość Dawcy samego życia. Po drugie musimy to "trochę" miłości 
przyjąć z zaufaniem, nie próbując jednak odpłacać się i 
wywdzięczać. Przyjęcie swojego życia jest niemożliwe bez 
doświadczenia miłości ze strony kogoś prawdziwie nas kochająceg.  
     Z pewnością niełatwo jest spotkać człowieka, który nas 
pokocha. Człowiek może tylko zbliżać się do ideału miłości 
bezwarunkowej. Nawet w związku najbardziej kochających się a nie 
,,pielęgnujących'' swojej miłości ludzi, dochodzi z czasem do 
głosu pustka, która może doprowadzić do jego ruiny.  
     Nosimy w sercu nienasycone pragnienie akceptacji i miłości. 
Jest ono bardzo często nieuświadomione, przytłumione a więc 
dające o sobie znać innymi pragnieniami. Instynktownie niejako 
tęsknimy za jakimś niewyczerpanym źródłem miłości, z którego 
moglibyśmy pić bez końca...Przeczuwamy, że źródłem takiej miłości 
nie może być człowiek, że człowiek może być tylko rzeką, która 
ów strumień miłości przenosi coraz dalej i dalej...W głębi serca 
czujemy, że musi gdzieś istnieć Ktoś, kto przyjmie nas bez 
zastrzeżeń i zaspokoi nasze ogromne pragnienie bycia kochanym.  

background image

I tak jest w istocie. Tym Kimś jest Bóg. Tylko On kocha nas 
prawdziwie i do końca. On jest tym ródłem miłości za którym 
tęsknimy. 
     Pismo Święte wiele razy przedstawia nam obraz Boga darzącego 
człowieka najczulszą, najgłębszą miłością: 
 
,, Pociągnąłem ich ludzkimi więzami' 
a były to więzy miłości.  
Byłem dla nich jak ten, co podnosi  
do swego policzka niemowlę -  
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go. "( Oz, 11,4) 
 
Miłość Boga ,,zawiera''w sobie wszystkie rodzaje miłości 
ziemskiej. Jest ojcowska i macierzyńska, oblubieńcza - 
narzeczeńska i małżeńska, przyjacielska. Przekracza ona 
równocześnie wszelkie ludzkie rozumienie miłości, jest większa 
niż miłość jakiejkolwiek istoty na ziemi:  
 
,,Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, 
ta, która kocha syna swego łona? 
A nawet, gdyby ona zapomniała, 
Ja nie zapomnę o tobie.''( Iz, 49, 16) 
 
Jest to miłość ,,ogromna''( Iz, 54,7, Za, 1,14), ,,zazdrosna''( 
Pnp, 8,6). Byliśmy obdarzeni nią na długo przed naszym urodzeniem 
i będziemy nią kochani zawsze: 
 
,,Ukochałem cię odwieczną miłością, 
dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość''( Jr 31,3)  
 
Ta miłość przyjmuje nas bez zastrzeżeń i nie stawia nam żadnych 
warunków. Nasza niedoskonałość czy niegodność nie ma na nią 
żadnego wpływu ponieważ jest ona bezinteresownym darem Boga. Nic 
nie jest w stanie nią zachwiać: 
 
,,Bo góry mogą ustąpić 
i pagórki się zachwiać, 
ale miłość moja nie odstąpi od ciebie.''(Iz, 54,10) 
 
     Taki - miłujący i czuły jest Bóg Starego Testamentu czyli 
ksiąg, o których często mówi się, że przedstawiają Boga jako 
Sprawiedliwego, Mocnego, Prawodawcę i Sędziego. I choć 
niewątpliwie Bóg jest i mocny i sprawiedliwy to jednak jest 
przede wszystkim Miłością i przede wszystkim swoją miłość ujawnia 
w całych dziejach Narodu Wybranego opisanych w Starym 
Testamencie. 
     Jeszcze pełniej obraz Boga, który kocha każdego objawia 
Jezus: przez swoje nauczanie, przez uzdrowienia, przez 
współczucie okazywane wszystkim bez wyjątku a głównie chorym, 
cierpiącym, prostytutkom, celnikom i wszystkim żyjącym na 

background image

marginesie ówczesnej społeczności. Objawia ją przez całe swoje 
życie a także przez swoją śmierć poniesioną dobrowolnie za 
każdego z nas, przez swoje zmartwychwstanie, posłanie Ducha 
Świętego i ustanowienie Kościoła. 
     O miłości Boga skierowanej do każdego z nas bardzo pięknie 
mówią mistycy wszystkich czasów: ,,Złóż na Mnie swoją głowę i 
odczuj jak Ja cię kocham. Ja jestem Twoim Niebieskim Ojcem i 
błogosławię cię. Ja jestem Jahwe i nie pozwolę nikomu uczynić ci 
krzywdy''(2). 
     Ponieważ tylko przez Boga jesteśmy kochani pełną i 
bezwarunkową miłością dlatego tylko przez otwarcie się na Jego 
miłość i przyjęcie jej możliwa jest nasza pełna zgoda na siebie 
i na swoje życie. Nasze życiowe doświadczenie pokazuje nam 
jednak, że uwierzyć w tę miłość, nie abstrakcyjnie lecz 
konkretnie, zaufać jej i w oparciu o nią budować swoje życie jest 
bardzo trudno.  
     Niejako z zasady nie ufamy nikomu - nie tylko Bogu, ludziom 
też. Dlaczego? Bo nosimy w sercu doświadczenie miłości warunkowej 
i trudno nam uwierzyć, że możemy być kochani ,,za darmo''. 
Jesteśmy przekonani, że na miłość, sympatię, uznanie trzeba sobie 
,,zasłużyć''. Zostaliśmy wielokrotnie zranieni w miłości i 
podważone zostało nasze zaufanie do ludzi. Dochodzimy do wniosku, 
że nie możemy być ,,łatwowierni'', ,,naiwni'', ,,głupi'', nie 
chcemy już ,,dać się nabrać''. W nadmiarze koniecznej zresztą 
ostrożności i rozsądku (bo nie o to chodzi by być naiwnym) ginie 
gdzieś nasz prosty, dziecięcy stosunek do świata... 
     Z podobnym trudem jak zapewnienia o miłości ze strony 
człowieka, przyjmujemy zapewnienia miłości ze strony Boga. Nie 
wierzymy Mu i nie potrafimy zaufać temu, że On kocha osobiście 
każdego z nas. Nawet jeżeli zgadzamy się z katechizmowym 
twierdzeniem ,,Bóg jest miłością'' odnosimy tę miłość do ludzi 
w ogóle, do ,,ludzkości'', do tych, którzy są wyjątkowo pobożni 
itp. Nie wierzymy, że Jego miłość dotyczy nas, że On przejmuje 
się naszym losem i to nie tylko (bardziej czy mniej mgliście 
rozumianym) życiem wiecznym ale naszymi codziennymi sprawami. 
Trudno nam sobie wyobrazić, że interesują Go nasze problemy w 
małżeństwie, kłopoty w pracy, brak pieniędzy i mieszkania. Nie 
wierzymy w to, że On pragnie naszego szczęścia. 
     Najpoważniejszą przeszkodą w naszym zaufaniu Bogu jest to, 
że stworzyliśmy sobie taki Jego obraz, który niezmiernie daleko 
odbiega od obrazu biblijnego. Bóg jest dla nas kimś obojętnym, 
kogo w ogóle nie interesuje nasz los, Policjantem czyhającym na 
nasze najdrobniejsze wykroczenia, surowym Sędzią z drobiazgową 
dokładnością egzekwującym przestrzeganie prawa i karzącym 
natychmiast za każde przewinienie, bezsilnym Starcem, który z 
rozpaczą patrzy jak stworzony przez niego świat pogrąża się w 
chaosie, czasem wręcz okrutnym, napawającym się naszym 
cierpieniem i dyszącym zemstą Potworem. Nie zawsze uświadamiamy 
sobie to, że postrzegamy Boga jako Policjanta i Sędziego ale 
całym swoim, pełnym lęku lub lekceważenia Boga postępowaniem 

background image

dajemy wyraz takiemu głęboko w nas zakorzenionemu obrazowi Boga. 
Trudno zaufać tak postrzeganemu Bogu i nie ma nic dziwnego w tym, 
że Mu nie ufamy. 
     Przyczyną kreacji takiego właśnie fałszywego obrazu Boga 
jest to, że przenosimy na Niego doświadczenia ludzkiej 
ograniczonej miłości, którą byliśmy kochani, że czynimy Go 
odpowiedzialnym za wszystkie nieszczęścia, urazy i skrzywdzenia, 
których doznaliśmy do innych. W sposób szczególny przenosimy na 
Niego wizerunek naszych rodziców. Jeżeli matka nie nawiązała z 
nami uczuciowego kontaktu-  Bóg będzie odległy i daleki, jeżeli 
ojciec był porywczy i gwałtowny - łatwo uczynimy Boga okrutnym 
Sędzią, jeżeli rodzice we wszystkim nam pobłażali, będziemy mieć 
tendencję do manipulowania Nim. Biblijne słowo ,,Ojciec'', którym 
określa się Boga bardzo często zderza się w naszym życiu z 
doświadczeniem braku miłości ze strony naszego ziemskiego ojca. 
Jak może z uczuciem i zaufaniem powiedzieć do Boga ,,Ojcze'' 
ktoś, kto miał ojca pijaka albo ktoś, kto był przez ojca 
obrzucany obelgami?  
     Wyniesione z dzieciństwa doświadczenie miłości warunkowej 
wpływa także na kolejną trudność w naszym zaufaniu Bogu i 
przyjęciu Jego miłości - buduje w nas przekonanie, że na miłość 
trzeba sobie ,,zasłużyć''. Ponieważ w mniejszym lub większym 
stopniu byliśmy kochani ,,za coś'', nie potrafimy sobie 
wyobrazić, że możemy być kochani ,,za darmo''. Jesteśmy 
przekonani, że na miłość Boga (tak jak i na miłość ludzi) należy 
,,zasłużyć'' - spełnianiem dobrych uczynków, przestrzeganiem 
przykazań, pobożnym życiem, doskonałością itp. Tymczasem na 
miłość się nie zasługuje, miłość jest darem. Jesteśmy kochani 
niezależnie od naszej doskonałości. Przestrzeganie przykazań, 
spełnianie uczynków i pobożne życie powinny być odpowiedzią na 
miłość Boga a nie sposobem ,,zasługiwania''na nią. 
     Mówiąc inaczej podstawową przeszkodą w naszym zaufaniu Bogu 
jest pycha, przekonanie o własnej samowystarczalności. Jest ona 
owocem zranienia w miłości, odtrącenia przez tych od których tej 
miłości oczekiwaliśmy. Stanowi odwrotność prostoty serca i 
postawy dziecka, którą Jezus uczynił warunkiem wstępu do 
Królestwa Niebieskiego. 
     Taką prostotą serca obdarzona była Teresa Martin - św. 
Teresa od Dzieciątka Jezus. Swoją ,,małą drogą'' - drogą zaufania 
miłości Boga otwarła przed wieloma ludźmi nowe horyzonty życia 
duchowego: ,,Spodobało się Jezusowi wskazać mi jedyną drogę, 
która wiedzie w sam Boski żar; tą drogą jest zaufanie małego 
dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach swego Ojca..."- 
pisała pod koniec swego krótkiego życia  
     Św. Teresa tak bardzo doświadczyła, że jest kochana przez 
Boga, że całe swoje życie uczyniła ofiarą Miłości.Czytających jej 
biografię musi jednak uderzyć pewien fakt: św. Teresa wyrosła w 
wyjątkowo kochającej się rodzinie. Na pewno pozytywne 
doświadczenia dzieciństwa w dużej mierze pomogły jej odkryć 
ojcowską miłość Boga i ukazać innym drogę Bożego dziecięctwa. 

background image

Zaufanie Bogu i przyjęcie Jego miłości sprawia, że nawiązujemy 
z Nim osobową relację, że Go ,,spotykamy''. Jego działanie 
sprawia, że dokonuje się nasze wewnętrzne uzdrowienie. Jego obraz 
zostaje w nas ,,wyprostowany'', Bóg objawia się nam jako Bóg 
miłości.  
     Prawdziwe życie duchowe i religijne - to osobowa relacja z 
Bogiem, spotkanie i dialog z Nim, które rzeczywiście nas 
przemieniają, oczyszczają, uzdrawiają Jego obraz . Nie ma ono nic 
wspólnego z cierpiętniczym ,,oddaniem się'' Panu Bogu, w którym 
nie ma miejsca na radość i prostotę natomiast wiele w nim lęku 
przed Bożą karą. Otwarcie się na miłość nie jest także tylko 
intelektualnym zrozumieniem faktu, że jestem kochany- miłość 
przyjmuje się otwierając nie rozum lecz serce. Otwarcie się na 
miłość Boga nie jest również czysto ludzkim ,,zabezpieczeniem 
się" Panem Bogiem typu ,,Odmawiaj przez tyle i tyle dni takie a 
takie modlitwy a otrzymasz to, co zechcesz." Taka postawa 
zmierzająca do tego, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo przede 
wszystkim tu, na ziemi jest czysto ludzka i nie ma nic wspólnego 
z rzeczywistą pobożnością, jest przejawem magicznego myślenia i 
- często - manipulacją Panem Bogiem.  
     Przyjęcie miłości Boga, zaufanie Mu nie może być oczywiście 
jednorazowym aktem ale postawą życiową. Musi być wciąż ponawiane. 
Tej postawy nie możemy sobie ,,wypracować'' a raczej ją wyprosić. 
Chcąc się z Nim spotkać trzeba Go o to prosić. Ta prośba musi być 
jednak bardzo szczera, wyrażająca rzeczywiste pragnienie serca, 
otwarcie mówiąca o trudnościach, które nie pozwalają zaufać. 
Trwanie z taką prośbą przed Bogiem z pewnością przyniesie owoc. 
Jezus powiedział ,,Proście a będzie wam dane'', a więc dotrzyma 
swojego słowa. Na swoisty paradoks zakrawa fakt, że im boleśniej 
byliśmy skrzywdzeni, tym większym darem ufności możemy być 
obdarzeni, bo ,,tam, gdzie wzmógł się grzech, tam tym obficiej 
rozlała się łaska.'' 
     Bóg czeka na nas w każdym momencie naszego życia. On chce 
nam pomóc, chce być blisko nas, chce nas obdarzyć Swoją miłością. 
Aby przyjąć tę miłość trzeba jednak uznać własną 
niewystarczalność i ograniczoność a później z głębi serca prosić 
Jezusa aby wszedł w nasze życie.  
 
,,Ty bowiem mówisz: ,,Jestem bogaty'' i ,,wzbogaciłem się '' i 
,,niczego mi nie potrzeba'', 
a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, 
i biedny i ślepy i nagi. (...) 
 
Oto stoję u drzwi i kołaczę: 
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, 
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, 
a on ze mną.''( Ap. 3, 17 i 20) 
 
 
 

background image

Ćwiczenia na czas modlitwy 
 
1. Jaki jest Twój stosunek do ludzi? Czy ufasz im, czy też 
przeciwnie - łatwo ich podejrzewasz? Czy dostrzegasz podobieństwo 
między swoim stosunkiem do ludzi a stosunkiem do Boga?  
2. Jaki jest Twój obraz Boga? Czy wierzysz, że On kocha Cię bez 
względu na to, co zrobisz, czy też przeciwnie - czujesz, że na 
Jego miłość musisz zasłużyć swoimi ,,dobrymi uczynkami''? Jak 
myślisz, jakie konkretne życiowe doświadczenia miały wpływ na 
Twój obraz Boga? 
3. Czy zaufanie Bogu przychodzi Ci z trudem? Dlaczego? 
4. Czy kiedykolwiek doświadczałeś własnej niewystarczalności, 
ograniczoności?. Jak się wtedy zachowywałeś? Czy przeczuwasz, że 
Twoje poczucie bezradności może doprowadzić Cię do spotkania z 
Bogiem? 
5. Przeczytaj fragment Apokalipsy 3,20. 
Czy czujesz, że wołanie Jezusa może być skierowane teraz, w tym 
momencie do Ciebie? Czy chcesz na nie odpowiedzieć? Jeśli tak, 
pomódl się spontanicznie własnymi słowami ,,zapraszając'' Jezusa 
do swojego życia. 
A może kiedyś modliłeś się już w ten sposób? Kiedy to było? Czy 
chciałbyś modlić się w ten sposób jeszcze raz oddając Jezusowi 
nowe obszary, nowe dziedziny swojego życia?  
 
 
 
 
Lucyna Słup  
DROGA 
 
               "Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam 
               będzie działał" (Ps 37, 5).  
 
     Porównanie życia do drogi nieodparcie nasuwa się na myśl, 
gdy chcemy określić istotę , ,,rdzeń życia" - życie jest drogą, 
ruchem, procesem dokonującym się w czasie...Starzejemy się z 
każdym dniem niezależnie od tego czy się nam to podoba czy nie. 
Nie da się zatrzymać czasu, ,,unieruchomić życia''...I albo 
wejdziemy w ten proces i podejmiemy z nim świadome 
współdziałanie, albo życie nas minie niby pociąg mijający 
samotnego podróżnego, który nie zdążył na czas dobiec do 
stacji...  
     Ponieważ życie jest procesem także i zgoda na nie jest 
procesem. Nie można zgodzić się na życie tylko raz, choć z 
pewnością ta pierwotna decyzja ma znaczenie fundamentalne. Zgodę 
na życie trzeba nieustannie podejmować, ponieważ wciąż stajemy 
w nowych, nie przewidzianych sytuacjach, które domagają się 
odpowiedzi. Początkiem akceptacji życia jest akceptacja siebie 
dokonująca się w odpowiedzi na przyjęcie miłości Boga ( także tej 
okazywanej nam przez ludzi), pełna zgoda na życie wyraża się w 

background image

poddaniu się Jego prowadzeniu, w ciągłym uzgadnianiu naszej woli 
z Jego wolą.  
     Tak rozumiana akceptacja życia jest równoznaczna z głębokim 
nawróceniem dokonującym się we wszystkich płaszczyznach życia. 
Słowo ,, nawrócenie''bywa obciążone pewnym zabarwieniem 
negatywnym, kojarzy się z ,,worem pokutnym'' i ,,włosienicą'' 
tymczasem jest ono przede wszystkim ciągłym zwracaniem się ku 
Jezusowi podejmowanym w odpowiedzi na Jego miłość. Owocuje ono 
postępującą harmonią wewnętrzną człowieka. Wkroczenie na tak 
rozumianą drogę akceptacji życia sprawia, że stajemy się coraz 
bardziej ,,zjednoczeni wewnętrznie'', coraz bardziej 
zintegrowani. Przestają nami miotać uczucia gniewu, agresji, 
przestają nami rządzić tłumione kompleksy. Pokój i harmonia 
zaczynają się przejawiać w naszym działaniu. Już nie chwytamy się 
na oślep ,,byle czego'', powoli uczymy się odróżniać rzeczy ważne 
od mniej ważnych i wykonywać dokładnie to, co należy do nas - ani 
więcej ani mniej. 
     Głęboka akceptacja życia wiąże się niewątpliwie z trudem, 
ale jest to trud twórczy, trud budowania ,,wewnętrznego 
człowieka'' uczącego się przyjmować miłość i żyjącego miłością. 
Zrozumiałe, że taka zgoda na życie jest bardziej ideałem niż 
stanem faktycznym ale... czy nie warto do niej dążyć? ,,Kto nie 
dąży do rzeczy niemożliwych nigdy ich nie osiągnie'' - mówi znana 
maksyma. Można dodać ,,...a na pewno nigdy się do nich nie 
zbliży''. 
     Wspomnieliśmy już o tym, że zgoda na własne życie wymaga 
pewnej określonej postawy, którą najtrafniej można chyba określić 
słowami św Ignacego Loyoli: ,,chcę i pragnę". Swoje życie można 
przyjąć tylko wtedy, jeśli się tego naprawdę chce, tzn. chce się 
poznać prawdę o sobie, chce się wyzwolić z życiowych iluzji i 
jest się gotowym na trud z którym się to wiąże. Jeśli w 
przyjmowaniu życia nie ma pewnego rodzaju determinacji, nie 
będziemy się cieszyć szczęściem w najgłębszym rozumieniu tego 
słowa a najwyżej jego namiastką. 
     Zgoda na życie domaga się wiary rozumianej jako 
,,zawierzenie Bogu'' i będącej nie jednorazowym aktem ale życiową 
postawą. Ta wiara wyraża się w modlitwie, przede wszystkim w 
modlitwie błagalnej: upartej nieraz i natrętnej jak prośba 
natrętnego przyjaciela z Ewangelii ( por. Łk. 11, 5 - 8). Wiele 
rzeczy nie może zaistnieć w naszym życiu tylko dlatego, że nie 
mamy dość wiary, odwagi, wytrwałości i cierpliwości aby o nie 
prosić. Św. Jan od Krzyża mówi, że od Boga otrzymamy tyle, ile 
się od Niego spodziewamy. Jeśli niewiele się spodziewamy, 
niewiele też otrzymamy. 
     Nie sposób powiedzieć o wszystkim, z czym wiąże się zgoda 
na życie.Zresztą nie ma chyba człowieka, który mógłby podać jakąś 
uniwersalną receptę- przecież życie przed każdym z nas stawia 
inne zadania. Można jednak pokusić się o podkreślenie kilku 
charakterystycznych momentów - o zaznaczenie kilku punktów na 
szlaku wiodącym ku pełnej akceptacji życia.  

background image

 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy 
 
1. Bóg przywiązuje wielką wagę do naszych pragnień. Przeczytaj 
fragmenty Pisma Świętego, które o tym mówią (np. Ps.10,17; 
Iz.55,1; J 7,37; Ap. 22,17; Ap.21,6 ). Jakie są Twoje największe, 
życiowe pragnienia? Wypisz je. Co chciałbyś o nich powiedzieć 
Panu Bogu? O co Go prosić?  
2. Przeczytaj fragmenty Ewangelii mówiące o modlitwie błagalnej 
(np. Mt,7,7 - 11; Łk, 11,5 - 13; Mk,6,24 - 30; Mk,11,20 - 26). 
Czy modliłeś się kiedyś o coś z wiarą? Jaka jest Twoja modlitwa 
prośby? Czy spełnia warunki ukazane przez Jezusa ( wiara, 
pojednanie z bliźnimi, wytrwałość, cierpliwość)? Co chciałbyś o 
niej powiedzieć Panu Bogu?  
 
 
 
 
Lucyna Słup - Józef Augustyn SJ 
"TRZECI POKÓJ" 
 
 
     ,,Jesteśmy jak beczki bez dna tak długo, póki nie 
zrozumiemy, że mamy dno"- pisała Simone Weil (3). 
Niełatwo zrozumieć, że mamy dno. Jeszcze trudniej przyznać się 
do tego. Tymczasem - jeżeli zdecydujemy się na poważne 
potraktowanie swojego życia i podjęcie go w postawie zaufania 
Bogu, nasze ,,dno'' ujawnia się o wiele szybciej niż gdybyśmy 
tego nie zrobili. Zaczynamy dostrzegać prawdę o sobie. Wychodzą 
na jaw nasze grzechy, słabości, ograniczenia i lęki. Prędzej czy 
później okazuje się też, że istnieją w nas takie rzeczy, których 
wcale nie chcemy dotykać. Odkrywamy w sobie wiele zranień 
będących przyczyną naszych lęków i słabości. Do tych słabości nie 
chcemy się przyznawać nie tylko przed drugimi a przede wszystkim 
przed sobą samym. Dopiero próba otwarcia (chociażby przed drugim 
człowiekiem w rozmowie) pokazuje jak bardzo jesteśmy zamknięci, 
ile w nas wewnętrznych oporów i barier. 
     ,,Zawartość'' naszego wnętrza jest więc bolesna. Buntujemy 
się przeciwko niej. Zgoda na życie domaga się więc dostrzeżenia 
tego, przeciwko czemu się buntujemy, domaga się odpowiedzi na 
pytanie:  
 - przeciwko czemu naprawdę się buntuję? 
 - co mnie boli? 
 - gdzie jestem zraniony? 
 - jak głęboko jestem zraniony? 
     Aby móc dotrzeć do tego, co mnie najbardziej boli, gdzie 
jestem najgłębiej zraniony trzeba odkryć to, co umownie możemy 
nazwać ,,trzecim pomieszczeniem'', ,,trzecim pokojem''. 
     Z pewnym uproszczeniem można powiedzieć, że nasze wnętrze 

background image

składa się jakby z trzech pomieszczeń. Pierwsze pomieszczenie- 
to cała nasza sfera fizyczna, której doświadczamy dzięki zmysłom. 
Drugie - to świadomość, nie tylko rozum ale i cała sfera doznań 
uczuciowych. Trzecie pomieszczenie, trzeci pokój jest tym,co w 
nas nieświadome. Tam właśnie dokonuje się wiele procesów, do 
których nie mamy bezpośredniego dostępu przy pomocy naszej 
świadomości i woli. Jest to więc nasza podświadomość rozumiana 
w sensie bardzo szerokim, gdzie kształtują się i skąd wypływają 
nasze największe duchowe pragnienia a równocześnie największe 
duchowe zagrożenia. Jest to miejsce kształtowania się naszych 
wewnętrznych postaw wywierających ogromny wpływ na nasze 
zachowania. 
     W ciągu życia "trzeci pokój" staje się śmietnikiem, do 
którego ,,wrzucamy'' to wszystko, co przeżywamy jako przykre, 
wstydliwe, złe, brzydkie, wszystko to, co nas demaskuje, co 
przynosi nam rozczarowanie. Jeżeli skrzywdziliśmy kogoś, jeżeli 
odtrącił nas ktoś, na którego miłości nam zależało, jeżeli 
zostaliśmy ośmieszeni i upokorzeni - to podświadomie nie chcemy 
o tym pamiętać. Pragniemy to ,,wymazać'' z pamięci przyjmując 
często postawę ,,to w ogóle nie miało miejsca''. 
Głęboko zakorzeniony nawyk tłumienia tego, co dla nas bolesne, 
nawyk wrzucania do "trzeciego pokoju" tego, co nas boli, co złe 
i wstydliwe wiąże się z wpojonym nam w dzieciństwie mechanizmem 
represji (tłumienia).  
     Wielu rodziców i wychowawców pojmuje wychowanie dzieci 
przede wszystkim jako wpajanie represji uczuciowej. Głównym 
narzędziem takiego wychowania jest system nakazów i zakazów. 
Dziecko wychowywane w systemie nakazów i zakazów nie odkrywa 
sensu własnych postaw - odkrywa jedynie karę i nagrodę, a 
najlepszymi metodami wychowawczymi stają się "kij i marchweki". 
Mechanizm ten przypomina po części tresurę psa (czasami zresztą 
nie po części ale całkowicie) - ,,postąpisz źle - jesteś bity 
kijem, zrobisz coś dobrego - dostajesz marchwekę''. 
     Metoda "kija i marchewki" odwołuje się do tego, co w 
człowieku pierwotne - a więc do lęku przed brakiem miłości, przed 
odrzuceniem. Dziecko wychowywane tą metodą od najwcześniejszych 
lat słyszy zakazy "Tego ci nie wolno" poparte groźbami "Jeżeli 
to zrobisz, zostaniesz odrzucone". Oczywiście groźba nie jest 
formułowana w ten sposób, czasem przybiera kształt 
"nieszkodliwych" stwierdzeń "Przyjdzie smok, (Baba Jaga) i cię 
zje!". Dla matki i ojca takie słowa są śmieszne, ale nikt nie 
wie, co przeżywa słabe i bezbronne niemowlę, w którym bardzo 
łatwo wzbudzić lęk przed odrzuceniem. 
     Kara jest w wychowaniu dziecka rzeczą ważną, ale tylko 
wtedy, gdy ukazuje pewne negatywne skutki zachowań dziecka a nie 
wyraża emocjonalnego przyjęcia go lub odrzucenia przez rodziców 
( wychowawców). Stawianie granic, nakazy, zakazy - to wszystko 
jest konieczne, nie wolno jednak dopuścić, by główną motywacją 
zachowania dziecka stało się jego przyjęcie lub odrzucenie."Jeśli 
zrobisz to - zostaniesz przyjęty", "Jeśli nie zrobisz - 

background image

zostaniesz odrzucony".  
     Człowiek, którego nauczono w dzieciństwie tłumienia uczuć, 
całymi latami, ba! dziesiątkami lat, wrzuca do "trzeciego pokoju" 
wiele bolesnych i wstydliwych doświadczeń. Głównym uczuciem, 
które najczęściej dławimy jest ból odrzucenia - rozczarowanie 
brakiem miłości a pierwszym owocem takiej represji emocjonalnej 
jest nieuświadamiana postawa wrogości i nienawiści najpierw wobec 
siebie samego. 
      Tłumimy pewne uczucia, ponieważ one ukazują nam, że nie 
zasługujemy na miłość. Chyba najbardziej boimy się prawdy o 
naszej słabości. Gdzieś w środku żywimy przekonanie, że jeżeli 
drugi człowiek pozna mnie takim, jakim jestem naprawdę - odrzuci 
mnie. Tłumimy więc wszystko to, co rani, co sprawia ból, żeby 
drugim (a przede wszystkim samemu sobie) wydać się lepszym, 
piękniejszym. Zatrzaskujemy drzwi do "trzeciego pokoju". W razie 
wizyty przyjmujemy gości w dwóch pierwszych - posprzątanych, 
pięknie przybranych. Drzwi do trzeciego pokoju zamykamy na klucz, 
a na drzwiach wieszamy piękny plakat z napisem "Miłość", 
"Oddanie", "Wierność obowiązkom", czasem wręcz z wizerunkiem Pana 
Jezusa - i z hasłem "Po co grzebać w przeszłości - zaufałem 
przecież Panu Bogu". Drugiemu człowiekowi (i sobie) pokazujemy 
wciąż te piękniejsze, jaśniejsze strony naszego wnętrza. Podobnie 
zachowujemy się także w stosunku do Boga, choć być może na 
modlitwie czujemy, że On bardzo pragnąłby wejść do tego 
"trzeciego pokoju"... 
     Z uporem maniaka bronimy tam wstępu. Istnienie "trzeciego 
pokoju" - a mówiąc dokładnie nasz opór przed otwarciem drzwi i 
przyznaniem się do tego życiowego śmietnika - ujawnia się jednak 
na zewnątrz w różnych formach nienawiści do siebie, do drugiego 
człowieka, do Boga. Smutek, agresja, depresja, nerwice, 
rozpacz... to bardzo częste przejawy stłumionych "pogrzebanych 
żywcem", negatywnych emocji. Niemal wszystkimi krokami człowieka 
zdławionego emocjonalnie kieruje poczucie niższości, poczucie 
winy, lęku, ciągłe zagrożenie będące w istocie obawą, że kolejny 
raz zostanę odrzucony, nie przyjęty.  
     Aby naprawdę zgodzić się na życie musimy uznać, że ten 
"trzeci pokój istnieje", pokonać opór i otworzyć do niego drzwi. 
Inaczej mówiąc: musimy odrzucić złudzenia dotyczące siebie - 
swojej wyjątkowości, nadzwyczajności, posłannictwa itd. 
     Aby się zgodzić na swoje życie trzeba sobie w pewnej chwili 
powiedzieć: ,,Skończ z udawaniem. Nie jesteś wyjątkowy i 
oryginalny. Jesteś chory, poraniony, zależny, ubogi, jesteś 
wariatem''. "Ty bowiem mówisz: ,,Jestem bogaty'' i ,,wzbogaciłem 
się''i ,,niczego mi nie potrzeba'', a nie wiesz, że to ty jesteś 
nieszczęsny i godzien litości i biedny, i ślepy, i nagi." (Ap 
3,17). Zgoda na swoje życie rozpoczyna się wtedy, gdy mówimy: 
"Jestem ubogi, poraniony, jestem wariatem. To jest prawda o mnie 
i tej prawdzie nie mogę zaprzeczyć."  
     Gdy zaczynamy dostrzegać swój wewnętrzny śmietnik, 
najczęściej chcemy zanegować jego istnienie lub usunąć go "Jak 

background image

się tego pozbyć, co zrobić, żeby tego nie było." Tymczasem...w 
psychice niczego nie da się zniszczyć, wszystko można natomiast 
uzdrawiać i porządkować. Dlatego zgoda na życie wymaga rezygnacji 
z kreowania rzeczywistości emocjonalnej człowieka, ze stwarzania 
własnej psychiki. 
     Na pewno myli się każdy, kto chce być ,,nowym człowiekiem'' 
nie licząc się z własną historią życia i głębią własnych zranień. 
Prawdziwa zgoda na życie domaga się przyjęcia głębi własnych 
zranień i zgody na własne zranienia. Jeżeli się na nie nie 
zgodzimy i nie przyjmiemy ich, nigdy nie zostaniemy uzdrowieni. 
     Pokonanie oporu, otwarcie drzwi do "trzeciego pokoju" 
zobaczenie tego, co w nas naprawdę tkwi - to wszystko jest bardzo 
bolesne. I bywa, że jeśli się na to zdecydujemy, naszym pierwszym 
odruchem jest przerażenie a nawet wstręt. Nagromadzone latami 
śmieci strasznie cuchną... Bolą nas wspomnienia, skrzywdzenia, 
rany, które zadaliśmy innym, boli nas rzeczywistość własnej 
nędzy. Jednak otwarcie "trzeciego pokoju", czyli mówiąc inaczej 
"dostrzeżenie prawdy o sobie" jest konieczne, bo właśnie ta 
prawda stanowi fundament naszej zgody na życie.  
     Sami nie jesteśmy zdolni przyjąć prawdy o sobie. W podróży 
do naszego wnętrza musi nam ktoś towarzyszyć - ktoś, kto 
delikatnie podprowadza pod nasze zamknięcia, pomaga nam otworzyć 
drzwi do "trzeciego pokoju", a wtedy, gdy jesteśmy przerażeni 
widokiem własnego wnętrza - mówi: słowem, a przede wszystkim 
swoją obecnością, że jesteśmy kochani i przyjmowani, że - 
paradoksalnie - jesteśmy kochani i przyjmowani właśnie dlatego, 
że jesteśmy tak bardzo poranieni. Ten ktoś dodaje nam odwagi, 
otuchy, wiary w to, że uzdrowienie naszych uczuć jest możliwe. 
Tym kimś jest sam Jezus prawdziwie i "do końca" nas kochający 
(który bardzo często towarzyszy nam poprzez przyjaciela, 
współmałżonka, spowiednika, kierownika duchowego). To światło 
Jego miłości prowadzi nas do odkrycia "trzeciego pokoju" - 
wszystkich złych, bolesnych, wstydliwych spraw, które 
zepchnęliśmy w podświadomość. To dzięki Jego mocy możemy tam 
wejść. To On - gdy odkrywamy nasze największe słabości zapewnia 
nas, że właśnie z powodu tych słabości jesteśmy szczególnie 
kochani. Nasz "trzeci pokój" przyciąga Go w sposób paradoksalny 
- "im kto jest słabszy i nędzniejszy, tym lepiej poddaje się 
działaniu tej Miłości wyniszczającej i przeobrażającej" - pisze 
św. Teresa od Dzieciątka Jezus w jednym z listów do swej siostry 
Marii (4). 
     Dopiero wtedy, gdy odsłaniamy się do końca i dotykamy 
naszych najbardziej bolących miejsc, możliwe jest uzdrowienie. 
Rzecz ma się podobnie jak na przykład z poważnym złamaniem nogi. 
Jeśli noga ma się zrosnąć prawidłowo konieczna jest bolesna 
operacja, nie wystarczy przyklejenie plasterka na ranę.  
Odsłonięcie i uzdrowienie najbardziej bolących obszarów naszego 
,,ja'' jest możliwe tylko wtedy, gdy przyjmiemy prawdę o miłości 
Jezusa, która w sposób szczególny skierowana jest ku wszystkim 
,,źle się mającym''. Jezus nie przyszedł w pierwszym rzędzie do 

background image

zdrowych i silnych a już na pewno nie do tych, którzy wystarczają 
sami sobie, ale do tych, którzy są "spragnieni i utrudzeni". On 
przyszedł szukać i zbawiać to, co zginęło. Jego misją było " 
wziąć na siebie nasze słabości i nosić nasze choroby.'' (por. Iz. 
53,4). 
 
 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy 
 
1. Zastanów się, czy rzeczywiście chcesz poznać siebie, to co w 
Tobie chore, nie uzdrowione. Jeśli tak, wyraź Bogu szczerze swoje 
pragnienie. Jeśli nie jesteś jeszcze do tego gotowy, też Mu o tym 
powiedz. Jak sądzisz, co przeszkadza Ci w poznaniu prawdy o samym 
sobie? 
2. Przypomnij sobie konkretną sytuację, w której Twoje słabości 
wyszły na jaw wobec innych ludzi. Jak się wtedy zachowywałeś? Czy 
możesz dostrzec tę zajadłą walkę, żeby wypaść lepiej niż 
wypadłeś, żeby udowodnić innym: ,,Ja taki nie jestem. Mylicie 
się. ''?  
3. Jedyna droga do akceptacji siebie wiedzie przez uznanie i 
akceptację swoich słabości. Jaka jest twoja postawa względem 
twoich własnych słabości? Której z nich nie akceptujesz? 
Przeczytaj fragment z Ewangelii (Mt, 9,12 - 13). Jezus objawia 
się tu jako Ten, który kocha słabość i bezbronność człowieka. Czy 
przeczuwasz, że nieakceptacja Twoich słabości jest przejawem 
pychy?  
3. Wyobraź sobie, że rozmawiasz z kimś drugim i dzielisz się z 
nim swoim doświadczeniem. Ten człowiek mówi Ci o sobie wszystko. 
Co najtrudniej byłoby Ci mu o sobie powiedzieć? Czego byś się 
najbardziej obawiał?  
Oczywiście desperackie otwieranie się przed drugim nie jest 
rzeczą dobrą. Jeśli ktoś powiedział coś o sobie drugiej osobie 
a później tego żałuje ( ,,jak ja mu teraz w oczy spojrzę'' ) z 
pewnością jest to wyraźny znak, że nie powienien mówić. Takie 
pełne determinacji otwieranie się przed drugim jest także pewną 
formą niezgody na swoje zamknięcie.  
4. Znajdź kilka osób, które Cię drażnią. Zastanów się czy 
przyczyną Twojego stosunku do nich nie jest fakt, że przenosisz 
na nie swoje cechy charakteru, postawy, zranienia. Jakie? 
 
 
Lucyna Słup - Józef Augustyn SJ 
PRZYJĄĆ CAŁE ŻYCIE 
 
 
     W jednym z dramatów Mrożka występuje dwóch uczonych zoologów 
- żyrafologów. Jeden jest specjalistą od uszu żyrafy, drugi od 
jej kopytek. Każdy z nich zna najdrobniejsze szczegóły swojego 
przedmiotu badań, potrafi określić wygląd, skład chemiczny, 

background image

funkcje życiowe...Niestety, tylko uszu i kopytek. Gdzieś w tym 
wszystkim ginie cała żyrafa... 
     Zgadzając się na życie nie można zgodzić się tylko na część 
życia, na ,,uszy i kopytka''. Trzeba przyjąć je całe - w jego 
złożoności i bogactwie. A ono składa się z wielu ,,poziomów"- 
życie biologiczne, uczuciowe,intelektualne, duchowe...życie 
małżeńskie, rodzinne, zawodowe itd, itd...Te wszystkie ,,poziomy" 
życia są ze sobą w sposób organiczny powiązane. Niezgoda w jednym 
wymiarze życia przejawia się w innym. Niezgoda (lub częściowa 
zgoda) na swój wygląd szybko ujawni się w sferze psychiki, 
niezgoda na własny poziom intelektualny będzie rzutować na życie 
zawodowe itd, itd. Nieakceptacja jakiegokolwiek wymiaru życia 
narusza zawsze naszą wewnętrzną równowagę. Jeżeli zasklepimy się 
w jednym z ,,poziomów " życia, nie pogodzeni ,,zafiksujemy się 
" na którymś z nich (ciele, psychice, intelekcie, seksie) 
koncentrujemy wtedy w tym punkcie całą naszą energię. Mówiąc 
językiem Mrożka widzimy tylko ,,uszy i kopytka " na dodatek 
często sądząc, że to ,,cała żyrafa''.  
     Niezgoda na jeden przejaw życia staje się automatyczną 
niezgodą na całe życie. Aby zgodzić się na życie, trzeba więc 
zgodzić się na siebie: na swoje ciało, na swoje uczucia, na swój 
poziom umysłowy , na swoją ,,historię życia"...Trzeba również 
zgodzić się na swoje wielorakie ograniczenia: fizyczne(choroby 
, śmierć), intelektualne, emocjonalne,także na swoje granice 
moralne. Na te ograniczenia najtrudniej się nam zgodzić, 
tymczasem zgoda na swoje życie - to przede wszystkim zgoda na 
własne słabości. 
     Zgodzić się na życie, to zgodzić się z ograniczeniami. 
Ograniczenia fizyczne są wpisane w nasze życie. To, czy się z 
nimi zgadzamy odsłania się dopiero wtedy, gdy odkryjemy jakieś 
trwałe dolegliwości, kiedy dotyka nas choroba. Jesteśmy także 
ograniczeni, jeśli chodzi o nasze emocje. Nie potrafimy sami z 
siebie dawać drugiemu ciepła, miłości. ądamy od drugich 
nieograniczonej, Boskiej miłości, podczas gdy ten drugi może nas 
kochać tylko miłością ograniczoną, taką na jaką go stać.  
Trzeba zgodzić się również na swoje granice duchowe,które 
wyrażają się chociażby w tym, że Bóg nie objawia się nam na 
rozkaz, tak jak byśmy chcieli, że On nie jest Bogiem naszych 
wyobrażeń. ,,Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz jeżeli 
znasz mądrość.'' - odpowiada Bóg Hiobowi, który usiłuje 
przeniknąć zagadkę swojego cierpienia i tajemniczych Bożych 
planów (Hiob 38,4). 
     Poznanie i uznanie naszych wielorakich ograniczeń jest 
bardzo ważne, gdyż w przeciwnym razie wciąż będziemy usiłowali 
je przekroczyć. Uczeń,którego stać tylko na trójki będzie uważał, 
że nauczyciele traktują go niesprawiedliwie, rodzice, którzy nie 
zaakceptowali swoich ograniczeń intelektualnych i społecznych 
będą żądali od dziecka,żeby było wyjątkowe, matka, której nie 
powiodła się kariera artystyczna będzie na siłę robiła artystkę 
ze swojej córki itp. 

background image

     Jeżeli nie przyjmiemy naszych granic emocjonalnych, będziemy 
żądali od innych akceptacji takiej, której nigdy nie będą nam w 
stanie dać. Jeśli nie zgodzimy się na swoje granice duchowe, 
,,przykleimy się" do swojego doświadczenia Boga i nie będziemy 
zdolni rozstać się z nim. Postępimy dokładnie odwrotnie niż mówił 
wielki mistyk, św. Jan od Krzyża: ,,do Boga trzeba starać się iść 
przez to czego się nie zna''(5).Staniemy w miejscu i zatrzymamy 
proces dojrzewania relacji z Bogiem. 
     Zgodzić się na całe życie - to także uznać jego dramatyzm, 
rozdarcie człowieka między dobrem a złem, uznać w opozycji do 
lansowanych obecnie sposobów zafałszowania tego rozdarcia. 
Pierwszym z nich jest nurt ,,totalnego pesymizmu"odsłaniający 
wizję całkowitej zagłady, wielkiego zagrożenia człowieka, 
poniekąd uzasadniona, bo dysponujemy dziś możliwością zupełnego 
zniszczenia życia na ziemi o czym świadczy chociażby Oświęcim, 
Hiroszima, Czarnobyl. Drugim - cały nurt ,,humanizmu", który 
próbuje przekonać człowieka,że życie już jest piękne a człowiek 
bardzo, bardzo dobry i nie trzeba się wiele wysilać, by na ziemi 
być szczęśliwym. Wystarczy tylko chcieć. Najbardziej jaskrawym 
przejawem tego nurtu jest obecnie New Age.  
     Zgodzić się na całe życie to także zgodzić się na swoją 
śmierć. Nie tylko wtedy, gdy ma się 70 lat, także wtedy,gdy ma 
się lat ,,naście''. Jeśli ktoś nie umie myśleć o śmierci, nie 
umie też myśleć o życiu. Matka, która boi się śmierci nie wychowa 
dziecka do życia, ponieważ fakt śmierci jest elementem ludzkiego 
życia. Współczesne społeczeństwa konsumpcyjne dążą do wymazania 
faktu śmierci z codzienności, tymczasem akceptacja faktu śmierci 
stanowi podstawę społecznego ładu: ,,Szansa na utrzymanie 
trwałego pokoju kryje się w tym,w jaki sposób podchodzą do 
śmierci przywódcy różnych narodów, ludzie podejmujący ostateczne 
decyzje dotyczące wojny i pokoju między narodami.Gdybyśmy wszyscy 
uczynili zdecydowany wysiłek, żeby przemyśleć własną śmierć, 
rozpraszając w ten sposób nasze obawy związane z pojęciem śmierci 
i pomagając innym, by oswoili się z tymi myślami, może byłoby 
wokół nas mniej zniszczenia''- pisze Elisabeth Kubler- Ross 
lekarka amerykańska, która na podstawie rozmów z ludźmi 
nieuleczalnie chorymi przedstawiła pięć etapów przez jakie musi 
przejść człowiek dowiadujący się,że wkrótce umrze (6). 
     Zgodzić się na całe życie to także zgodzić się na Boga, 
który daje nam takie kruche, ograniczone, pełne konfliktów 
istnienie. Jedynie zgoda na Niego, więcej-  na Jego pierwszeństwo 
w naszym życiu sprawi, że to życie ma szansę stać się (a raczej 
wciąż stawać się) harmonijną całością. ,,Gdy Bóg jest na 
pierwszym miejscu, wszystko inne jest na swoim miejscu '' - mówi 
św. Augustyn. Jeżeli przyznamy Bogu pierwsze miejsce w naszym 
życiu i pozwolimy Mu na to, aby nas oczyszczał, nasze życie 
będzie się stawać coraz bardziej uporządkowane. Jeżeli na Jego 
miejscu postawimy kogokolwiek lub cokolwiek innego, jeżeli 
będziemy starać się budować życie wokół innej niż Bóg nadrzędnej 
wartości - poniesiemy klęskę. Własnym wysiłkiem nie zdołamy 

background image

zintegrować wszystkich ,,poziomów życia ". i zawsze będziemy 
skazani na to,że - jeszcze raz przywołując Mrożka - ,,uszy i 
kopytka" nieodwołalnie przesłonią nam ,,całą żyrafę". 
     Zgoda na życie przejawia się w postawie wdzięczności, o 
której Maria Braun- Gałkowska pisze, że w przeciwieństwie do 
rewanżu ,,niczego nie zamyka ale otwiera i wzbogaca"(7) -  
wdzięcznością ludziom i wdzięcznością Bogu. Codzienna, konkretna 
modlitwa dziękczynna stanowi najkrótszą i najprostszą drogę do 
zgody na swoje życie. 
 
 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy: 
 
1. Co jest Ci najtrudniej w sobie zaakceptować ( weź pod uwagę 
wygląd zewnętrzny, cechy charakteru, zdolności, pochodzenie itp)? 
Na jakie przejawy Twojego życia jest Ci się najtrudniej zgodzić? 
2. Spróbuj wyobrazić sobie moment własnej śmierci. Jakie uczucia 
budzą się w Tobie w związku z tym obrazem? Czy boisz się czegoś? 
Czego? Co chciałbyś o swoim stosunku do śmierci powiedzieć 
Jezusowi? 
3. Przypomnij sobie jakąś trudną sytuacje ze swojego życia. 
Zechciej dostrzec, że powodem Twoich trudności było to, że w taki 
czy inny sposób ,,zafiksowałeś'' się na swoim zdaniu, poglądzie 
na sprawę, osobę itp. Proś Boga o łaskę elastyczności i otwarcia. 
4. Kto lub co zajmuje pierwsze miejsce w twoim życiu? 
5. Jakie miejsce w Twojej modlitwie zajmuje modlitwa 
dziękczynienia? Czy dostrzegasz związek między swoją postawą 
nieakceptacji życia a brakiem takiej modlitwy? 
5. Za co w dzisiejszym dniu chciałbyś podziękować Panu Bogu 
(uwaga: nie za co ,,powinieneś'' ale za co chciałbyś podziękować 
- to wielka różnica). Które z wydarzeń dzisiejszego dnia 
wzbudziło w Twoim sercu odczucie wdzięczności? Czy potrafisz już 
dziękować za rzeczy trudne? 
 
 
 
Lucyna Słup 
ZGODA NA CIERPIENIE 
 
 
     ,, Wiara chrześcijańska uczy,że jeżeli w pewnej mierze 
podzielamy pokorę i cierpienie Chrystusa, będziemy mieli udział 
w Jego zwycięstwie nad śmiercią, a po śmierci posiądziemy nowe 
życie, w którym będziemy doskonałymi i najzupełniej szczęśliwymi 
istotami."- pisał wielki apologeta chrześcijaństwa angielski 
pisarz i filozof Clive Staples Lewis (8). 
     Te teoretyczne rozważania Lewisa zilustrowało  
nieoczekiwanie samo życie. W wieku sześćdziesięciu lat ożenił się 
kobietą, którą bardzo kochał. Wkrótce po ślubie jego ukochana 

background image

żona zmarła na raka. Przed śmiercią bardzo wiele cierpiała. W 
momencie jej śmierci wiara Lewisa rozpadła się jak domek z kart. 
Przedtem nie wątpił w miłość Boga, w oczyszczającą wartość 
cierpienia, w życie wieczne. W chwili, gdy cierpienie dotknęło 
jego samego, stracił tę pewność. ,,Czy Bóg jest miłującym ojcem 
dokonującym wiwisekcji?"- zapisał w swoim dzienniku. 
     Nawet jeśli teoretycznie jesteśmy przekonani o wartości 
cierpienia, w praktyce najczęściej od niego uciekamy. I to 
niezależnie od tego czy jest ono przez nas zawinione czy też nie. 
Z pewnym uproszczeniem można powiedzieć, że w życiu istnieją dwa 
rodzaje cierpienia. Pierwszy rodzaj - to cierpienie, które w taki 
czy inny sposób stanowi konsekwencję naszego postępowania. Choć 
w tym wypadku związek między naszymi decyzjami a późniejszymi 
bolesnymi skutkami wydaje się jasny, to jednak niełatwo nam 
przyznać się do błędu. Ktoś, kto cierpi w nieszczęśliwym 
małżeństwie na ogół zapomina, że wyboru współmałżonka dokonał 
sam. Palacz zapadający na raka płuc także często nie chce uznać 
związku między swym nałogiem a chorobą. Jesteśmy odpowiedzialni 
za swoje postępowanie i nikt ani nic z nas tej odpowiedzialności 
nie zdejmie. Przyznanie się do błędu i przyjęcie cierpienia, 
będącego konsekwencją swych czynów może stanowić rodzaj pokuty 
(we właściwym sensie tego słowa) tzn. stać się podstawą przemiany 
własnej postawy a w konsekwencji często także przemiany bolesnych 
sytuacji. 
     Bywa jednak w życiu takie cierpienie, którego sensu zupełnie 
nie rozumiemy. Co można powiedzieć komuś, kto na skutek czyjejś 
nieuwagi lub bezmyślności ulega ciężkiemu wypadkowi? Jak mówić 
o zgodzie na życie dzieciom osieroconym przez rodziców? 
Człowiekowi, którego bezpodstawnie usunięto z pracy odbierając 
tym samym jedyne źródło utrzymania nie tylko jemu ale i jego 
rodzinie? 
     Aby zgodzić się na życie trzeba przyjąć także i takie 
pozornie bezsensowne cierpienie. Nie da się jednak tego uczynić 
bez Chrystusa. Gdy zawodzi racjonalne rozumowanie jedyną rzeczą 
do której można się odwołać, jest przykład Jego życia.  
Stary Testament wychowuje człowieka przede wszystkim do 
zrozumienia ogromnej siły Boga Jahwe panującego nad światem: 
 
,,Pan króluje oblókł się w majestat, 
Pan przywdział potęgę i nią się przepasał: 
tak utwierdził świat, że się nie zachwieje''.( Ps. 93) 
 
Moc Boga Starego Testamentu skierowana jest przeciwko złu. Bóg 
- źródło wszelkiego dobra nie toleruje zła, nienawidzi go z całej 
swojej mocy. W obliczu zła moc Boża staje się gniewem Bożym i nie 
ma pokoju między Bogiem a złem. Zło musi zostać zniszczone przez 
Boga: 
 
,, Pan po Twojej prawicy 
Zetrze królów w dniu swego gniewu. 

background image

Będzie sądził narody, 
wzniesie stosy trupów, 
zetrze głowy 
jak ziemia szeroka.'' ( Ps. 110) 
 
     Jezus Chrystus także objawia moc Boga. Jego Słowo niesie z 
sobą ogromną potęgę: zawiesza prawa natury, wiąże złe duchy, 
skłania ludzi do pozostawienia wszystkiego i pójścia za Nim. Moc 
Boża objawia się w cudach czynionych przez Jezusa, który ucisza 
burzę na morzu, chodzi po falach jeziora, rozmnaża chleb, 
uzdrawia chorych i wskrzesza umarłych. Obserwujący Go zaskoczeni 
ludzie pytają: ,, Skąd On ma tę moc? Czyż nie jest to cieśla z 
Nazaretu - syn Maryi i Józefa?''(por. Mk. 6,1). 
     Potęga działania Chrystusa sprawia, że tłumy nie dają Mu 
chwili wytchnienia: ,,Znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo 
wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi 
i usiadł w niej (pozostając) na jeziorze, a cały lud stał na 
brzegu jeziora.''(Mk, 4,1) 
     Moc Jezusa podobnie jak moc Boża w Starym Testamencie jest 
również skierowana przeciwko złu: Jezus wyrzuca złe duchy, leczy 
z chorób, które są same z siebie złe ( w Nowym Testamencie 
podobnie jak i w Starym choroba jest ściśle związana ze skutkami 
grzechu i działaniem szatana). Jezus nie chce jednak aby Jego 
czyny były rozgłaszane: ukrywa się, ucieka, objawia się jako 
łagodny , cichy , nie narzucający się, który ,,trzciny nadłamanej 
nie złamie i nie zgasi knota o nikłym płomyku.'' Jeszcze bardziej 
dziwne jest to, że posługując się tak wielką mocą , nie chce użyć 
jej we własnej obronie. Walczy ze złem, które uderza w innych ale 
nie broni się przed tym złem, które uderza w Niego samego. 
Pozwala się pojmać i zabrania uczniom występować czynnie w swojej 
obronie. Pozwala się lżyć, biczować i ukrzyżować: Pozbawia się 
Bożej mocy do tego stopnia, że w chwili śmierci rezygnuje z tego 
jedynego pocieszenia, którym mogłoby być doświadczenie obecności 
Ojca: ,,Boże mój, Boże mój czemuś Mnie opuścił!''(Mk. 15,34). 
W Jezusie Chrystusie odkrywamy tę cechę Boga o której Stary 
Testament nie mówił wyraźnie - Jego słabość. Słabość wynikającą 
z miłości do człowieka, z poszanowania ludzkiej wolności. W 
przeciwieństwie do Boga Starego Testamentu, który zawsze niszczy 
zło, Jezus zgadza się na to, aby zło w niego uderzyło, pozostaje 
wobec niego słaby i bezbronny. ,,Innych wybawiał a sam siebie 
wybawić nie może"-  drwią z Niego przechodzący obok krzyża 
(por.Mk 15,30- 31) 
     Zgoda na własne życie jest zgodą na cierpienie, na to, że 
zło może uderzyć w nas, że inni mogą nas zniszczyć. Nie można 
zabezpieczyć się przed tym, że nie zostanę skrzywdzony, że zło 
mnie nie dotknie. Jeżeli potrafimy obronić się przed nim w jednej 
sytuacji,w następnej już nie potrafimy. Jeżeli zaś zdołamy bronić 
się przed złem przez całe życie - na pewno nie obronimy się przed 
tym ostatecznym atakiem zła, którym jest śmierć. Śmierć jest 
jakby symbolem tego zła, które uderza w nas przez całe życie.  

background image

Taka zgoda jest niemożliwa bez zjednoczenia z Chrystusem 
cierpiącym, dlatego najwyższą szkołę zgadzania się na własne 
życie stanowi kontemplacja męki i śmierci Jezusa. W swej istocie 
zgoda na życie - w rozumieniu chrześcijańskim - jest zgodą na to, 
aby się dać ukrzyżować. Bunt przeciwko życiu jest w najgłębszym 
sensie niezgodą na krzyż. 
     Jezus dał się ukrzyżować, bo nie chciał przekazać dalej zła, 
którego doświadczył, pozwolił mu zatrzymać się na sobie. 
Cierpienie, które dotyka nas w życiu jest często skutkiem grzechu 
innych ale w naszych skrzywdzeniach zawarte jest równocześnie 
nasze powołanie do ich przyjęcia i podjęcia. Jesteśmy wezwani do 
tego, aby nie przekazywać dalej krzywd, których doświadczyliśmy, 
aby zatrzymać na sobie łańcuch zła. Zawsze będzie się to wiązało 
z bólem a często z taką bezsilnością, że pozostaje tylko w 
milczeniu adorować krzyż.  
     Cierpienie przeżyte z Jezusem zawsze jest 
życiodajne:,,Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie 
obumrze, zostanie tylko samo,ale jeżeli obumrze przynosi plon 
obfity"(J,12 - 24). Przekonał się o tym Clive Stapples Lewis. 
Doświadczenie śmierci ukochanej żony ukazało mu fakt, że tak 
naprawdę o Bogu, o Jego drogach, którymi nas prowadzi nie można 
nic powiedzieć. W ten właśnie sposób doszedł do prawdziwej wiary. 
 
 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy  
 
1. Jaki jest Twój obraz mocy Boga? Czy nie oczekujesz, że w 
sytuacji konfliktowej Bóg stanie po Twojej stronie przeciwko 
drugiemu człowiekowi? Czy nie oczekujesz, że On pozwoli Ci 
zwyciężyć tych, którzy Cię niszczą? 
2.Czy nie poddajesz się zwątpieniu, kiedy Bóg pozornie przegrywa 
na Twoich oczach, kiedy dostrzegasz triumf zła, które urąga Bogu? 
Czy nie gorszysz się, kiedy dostrzegasz słabość ludzi Kościoła? 
3. Przypomnij sobie jakąś sytuację, w której potraktowano Cię 
niesprawiedliwie. Jaka była wówczas Twoja reakcja? Zauważ Twoje 
podnoszenie głosu, spieranie się, żeby obronić rzeczy nieraz 
wątpliwej wartości. To bronienie się bardzo zaciekłe, agresywne 
jest niezgodą na to, że zło może Cię dotknąć.  
4. Przeanalizuj swoją postawę wobec słabych. Ponieważ nie 
przyjmujemy zła, które nas dotyka przekazujemy go innym, 
odpłacamy złem za zło. Próba dominowania nad innymi i pokazywanie 
im swojej wyższości jest to odreagowanie zła, którego nie 
przyjęliśmy, na które tak naprawdę nie zgodziliśmy się. 
 
 
 
 
 
 

background image

Lucyna Słup 
SPOTYKAJĄC DRUGIEGO 
 
     ,,Nie jest dobrze, aby człowiek był sam - powiedział w raju 
Bóg - uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc.''(por. Rdz. 
2, 18). Zostaliśmy stworzeni do życia w relacji z drugimi, we 
wspólnocie. Nic więc dziwnego, że także i w naszej zgodzie na 
życie przejawia się ów relacyjny ,,wspólnotowy'' wymiar. 
To w oczach drugiego, kochającego nas człowieka odczytujemy 
potwierdzenie własnej wartości. Dzięki drugiemu także możemy 
odkryć prawdę o nas samych. Nieraz bywa to oczywiście bardzo 
bolesne - nie tylko ze względu na samą prawdę, także ze względu 
na sposób w jaki ktoś mi tę prawdę ukazuje. 
     Moja zgoda na życie, która dokonuje się w dużej mierze 
dzięki drugiemu człowiekowi, na niego też wywiera wpływ. Gdy nie 
ma miłości do swojego życia , wówczas wszystko, co najświętsze 
można wykorzystać przeciwko drugiemu człowiekowi. Można cytować 
Pismo Święte, reguły zakonne, żeby upokorzyć drugiego. Na tym 
właśnie polega moralizowanie - na mówieniu prawdy bez miłości. 
Zgoda na swoje życie jest ,,warunkiem wstępnym'' kochania 
drugich. Rację miał Jezus, gdy miarą miłości bliźniego uczynił 
miłość siebie. ,,Miłuj bliźniego swego jak siebie samego...'' - 
nie więcej, nie mniej ale tak jak siebie. Jeżeli będziemy chcieć 
kochać z pominięciem tej zasady, ten drugi stanie się pewnego 
rodzaju ,,podpórką" - kimś, kogo obciążamy naszymi niezdrowymi 
pragnieniami uznania, akceptacji, podziwu lub ,,śmietnikiem'', 
do którego wrzucamy nasze żale, agresje i frustracje.  
     Czymś, co odgrywa ogromną rolę w naszych relacjach z drugimi 
są uczucia- zarówno pozytywne jak i negatywne. Zwróćmy uwagę jak 
często mówimy o kimś ,,On jest sympatyczny" albo: ,,On jest 
denerwujący". W rzeczywistości ten ktoś nie jest ani sympatyczny 
ani denerwujący, tylko my odbieramy jego osobę pozytywnie lub 
negatywnie. To w nas istnieją emocje, które spotkanie z drugim 
tylko wyzwoliło. To, że ich sobie nie uświadamialiśmy o niczym 
nie świadczy. Naszymi emocjami rządzi ,,zasada góry lodowej". 
Jeżeli góra lodowa płynie po oceanie, widać tylko jej 
wierzchołek. Reszta jest ukryta pod wodą. Podobnie jest z 
ludzkimi uczuciami. Jesteśmy świadomi tylko ich niewielkiej 
części - reszta jest głęboko ukryta w ,,trzecim pokoju", w 
podświadomości. 
     Sytuacje, w których dochodzi do wyzwolenia uczuć 
negatywnych, stanowią naszą wielką szansę. Dzięki nim nie tylko 
zdajemy sobie sprawę z istnienia tych uczuć ale możemy uczyć się 
panować nad nimi - nie tłumić lecz kontrolować je. Aby tak się 
stało trzeba nam najpierw zaakceptować swoje negatywne emocje, 
przyznać się do tego, że one istnieją i przyjąć je bez poczucia 
winy, ponieważ uczucia same w sobie nie są ani dobre ani złe. W 
konkretnej sytuacji trzeba więc uświadomić sobie ,,Jestem 
rozżalony ", ,,Jestem zdenerwowany" - i, co bardzo ważne, ,,Te 
uczucia ,,rodzą się'' ze mnie a nie z kogoś drugiego''. Jeżeli 

background image

ten drugi ,,działa mi na nerwy'' to znaczy, że we mnie jest coś, 
co wywołuje taką reakcję. Trzeba więc spróbowac nabrać dystansu 
do tego, co przeżywam (uczucia nie są mną! ), a równocześnie 
pytać, co jest prawdziwym źródłem tego, że jestem rozżalony, 
zdenerwowany, rozczarowany... Próba sięgnięcia do źródeł z całą 
pewnością odkryje zranienia powstałe na skutek braku miłości. 
Jeśli więc chcemy ,,wychować'' nasze uczucia nie wystarczy tylko 
(choć to bardzo ważne) ,,nawiązać z nimi kontakt" - trzeba rany, 
z których te uczucia wypływają poddać pod uzdrowienie Jezusowi. 
Przecież jeśli chorujemy na zapalenie płuc, nie możemy poprzestać 
na zbijaniu gorączki, musimy leczyć chore płuca! 
     Agresja, frustracje, żale najczęściej dochodzą do głosu w 
sytuacjach konfliktowych. W potocznym rozumieniu takie sytuacje 
są rzeczą złą. ,,I żeby nigdy nie było między wami konfliktów"- 
życzymy czasem młodym parom. Takie życzenia są nierealne - 
konflikty należą do rzeczywistości, są nieuniknione. Mogą 
doprowadzić do zniszczenia relacji albo do jej pogłębienia. Same 
w sobie nie są ani dobre ani złe. Zła może być kłótnia, która im 
towarzyszy (czyli niekontrolowany wybuch uczuć negatywnych), 
będąca najczęstszym sposobem ,,rozwiązywania" konfliktów. 
     Pierwszym krokiem prowadzącym do rzeczywistego rozwiązania 
konfliktu jest dostrzeżenie go, nazwanie i przyjęcie - przez obie 
zaangażowane w konflikt strony. Drugim - uświadomienie sobie 
własnego stanu uczuciowego bez obciążania zań winą kogokolwiek 
(a więc to nie twoja wina, że ja jestem zdenerwowany, rozżalony 
itd) Trzecim - nazwanie dążeń jednej i drugiej strony przy 
założeniu, że zarówno ja jak i ty mam swoje racje ( inaczej 
mówiąc do rozmowy przystępuję z nastawieniem ,,Z pewnością nie 
całkiem się mylę ale na pewno nie mam całkowitej racji"). 
Nazwanie dążeń powinno być w miarę precyzyjne, bez ,,owijania w 
bawełnę" - a więc ,,O co ci naprawdę chodzi, kiedy się na mnie 
złościsz, unikasz mnie, czepiasz się rzeczy drugorzędnych?''. 
Dopiero po przejściu tych wstępnych etapów można wspólnie szukać 
rozwiązania (a raczej wielu możliwych rozwiązań), wybrać z nich 
jedno i wcielić je w życie na próbę. Jeśli się nie sprawdziło, 
warto wrócić do punktu, w którym szuka się nowego rozwiązania i 
znowu przyjąć je na próbę (9). 
     W rozwiązywaniu konfliktów wielką rolę odgrywa modlitwa. 
Jest ona szczególnie ważna w przygotowaniu gruntu pod rozwiązanie 
konfliktu tzn. w uświadomieniu go sobie, a także w rozeznaniu 
tego, co przeżywamy, a przede wszystkim w pracy nad przemianą 
siebie. Niestety, gdy znajdziemy się w trudnej sytuacji 
najczęściej myślimy o tym, że to nie my, ale inni powinni się 
zmienić: 
  
,,Sufi Bayazid opowiada o sobie samym: 
Za młodu byłem rewolucjonistą i moja modlitwa  
wyglądała tak: ,,Panie, daj mi siły, 
 żeby zmienić świat". 
 

background image

W miarę jak stawałem się dorosły i uświadomiłem 
sobie, że minęło mi pół życia, a nie zdołałem 
zmienić ani jednego człowieka, zmieniłem moją 
modlitwę i zacząłem mówić: 
,,Panie, udziel mi łaski, 
by przemienić tych, 
którzy się ze mną kontaktują. 
Choćby tylko moją rodzinę 
i moich przyjaciół. 
Tym się zadowolę". 
 
Teraz, kiedy jestem stary i moje dni są policzone, 
zacząłem rozumieć, jaki byłem głupi. 
I moja jedyna modlitwa jest taka: 
,,Panie, udziel mi łaski, 
bym sam się zmienił". 
 
Gdybym tak się modlił od początku, 
nie zmarnowałbym życia. (10) 
 
 
     Rozwiązanie konfliktu rodzi się zawsze w dialogu, ,,pośrodku 
drogi" między jedną a drugą racją. Dialog zawsze przemienia tych, 
którzy w nim uczestniczą ale nie zawsze w jednakowym stopniu. 
Mówiąc inaczej: zawsze można się ,,dogadać" ale nie zawsze jest 
to prawdziwe, głębokie porozumienie. Ono jest możliwe tylko 
wówczas, gdy każda ze stron na tyle na ile ją stać, otworzy się 
na Boga. Im mniej w nas wewnętrznych bloków i barier, tym łatwiej 
możemy ,,wykorzystać" łaskę, którą On daje. Nieprzypadkowo Jezus 
dając ,,nowe przykazanie" na pierwszym miejscu, przed miłością 
siebie i bliźniego, postawił miłość Boga. Prawdziwie spotkać 
można się tylko w Nim. Miłości koniecznej do dialogu nie da się 
,,wykrzesać" z siebie na siłę. Można ją tylko otrzymać w darze. 
 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy: 
 
 
1. Jak zachowujesz się w momentach, gdy drugi człowiek mówi ci 
o tobie coś mało przyjemnego? Przyjrzyj się swoim mechanizmom 
obronnym, które ujawniają się w takich sytuacjach. Czy zdarza ci 
się zastanowić ,,A może on miał choć odrobinę racji?'' 
2. Przypomnij sobie Twój ostatni konflikt z kimś. Jak go 
rozwiązałeś? Czego przez ten konflikt nauczyłeś się o sobie? Co 
chciałbyś o swoim podejściu do konfliktów powiedzieć Panu Bogu? 
 
 
 
 
Lucyna Słup 

background image

IĆŚ, CIĄGLE IĆŚ 
 
     "Iść, ciągle iś w stronę słońca, aż po horyzontu kres...'' 
- śpiewał kiedyś zespół ,,2+1''. Droga ku akceptacji własnego 
życia jest niewątpliwie drogą długą i prowadzącą ku wolności 
wewnętrznej - ,,w stronę słońca...'' Myliłby się jednak ktoś, kto 
sądzi,że ma ona kształt linii prostej - wystarczy na nią wejść, 
a dalej wszystko toczy się samo.Droga prowadząca do zgody na 
własne życie rozwija się ruchem spiralnym. Idąc nią napotykamy 
na ,,słoneczne polany" ale także i na ,,ciemne lasy ", które 
wydają się nie mieć końca, na sytuacje pozornie bez wyjścia. 
Mimo, że najchętniej byśmy je ominęli, to właśnie dzięki tym 
trudnym, kryzysowym sytuacjom dokonuje się w naszym życiu 
najwięcej. 
     Kryzysy spotykające nas w życiu są rzeczą normalną i pełna 
zgoda na życie jest niemożliwa bez akceptacji tego faktu. Mimo 
potocznego, negatywnego zabarwienia słowa ,,kryzys", są one 
doświadczeniami pozytywnymi prowadzącymi do otwarcia nowych, 
życiowych horyzontów. Inaczej mówiąc kryzysy mogą stać się naszą 
wielką szansą na bardziej pogłębioną i pełniejszą zgodę na życie 
- pod warunkiem, że zostaną przyjęte i właściwie podjęte. 
Każdy kryzys- niezależnie od tego, jakich wartości, czy jakiej 
dziedziny życia dotyczy - charakteryzuje się pewną dynamiką (11). 
Rozpoczyna się w momencie gdy z ,,jasnej polany" - wkraczamy w 
,,ciemny las'', gdy ,,wali się nam świat'', gdy to, co dotychczas 
znane staje się obce. Jesteśmy zaskoczeni, często przerażeni nową 
sytuacją, nie umiemy się w niej odnaleźć. Zawodzą nasze 
sprawdzone metody, sposoby reagowania - czujemy się jak w 
pułapce. 
     Już w tym momencie stajemy przed wyborem. Możemy - odwołując 
się do utrwalonych sposobów reagowania próbować cofnąć się do 
sytuacji sprzed kryzysu albo zaakceptować fakt zupełnych 
ciemności i starać się wytrwać. Tylko drugi sposób zachowania się 
gwarantuje nam przejście przez tę fazę kryzysu, tzw. fazę 
zagubienia. 
     Jeżeli go wybierzemy, wkrótce okaże się, że ciemność staje 
się jeszcze większa.W tej następnej fazie kryzysu - fazie 
dezorientacji negujemy dotychczasowe wartości i sposoby 
postępowania,gdyż boleśnie doświadczamy, że one się nie 
sprawdziły. Często kwestionujemy wszystko, czym żyliśmy do tej 
pory. Tu także możemy się cofnąć lub... przeczekać akceptując 
dezorientację w czujny, ,,nasłuchujący''sposób i starać  się 
odnaleźć drogę, która z ciemności wyprowadzi nas ku światłu.W ten 
sposób wchodzimy w fazę trzecią,gdzie najważniejsze staje się 
odczytanie, rozeznanie tego,co mamy czynić. 
     Rozeznanie i wybór odpowiedniego sposobu zachowania się w 
sytuacji kryzysowej wiąże się zawsze z walką wewnętrzną, z 
trudem, z cierpieniem. Poznawanie prawdy o sobie, zrywanie z 
dotychczasowym sposobem myślenia i reagowania, szukanie nowej 
drogi - to wszystko nas bardzo boli. Na każdym etapie kryzysu 

background image

mamy ochotę się wycofać, ale tylko przejście przez wszystkie jego 
fazy pozwoli nam w procesie akceptacji życia posunąć się o krok 
dalej.  
     Jaden kryzys nie jest przegrany, jeżeli podejmujemy go z 
Chrystusem, który nas umacnia i pomaga wybrać właściwą drogę. 
Zaufanie Jego prowadzeniu na każdym etapie kryzysu, odczytywanie 
tego, czego On od nas oczekuje sprawia, że nasze życie staje się 
coraz bardziej zgodne z Jego wolą. Na podstawie przyjmowania 
sytuacji kryzysowych widać wyraźnie, że zgoda na własne życie nie 
ma nic wspólnego z biernością i cierpiętnictwem ale jest twórczym 
szukaniem Prawdy. 
     Odnalezienie właściwej drogi i wejście na nią sprawi, że 
ciemność zacznie się przerzedzać. Wyjdziemy znowu na ,,słoneczną 
polanę''. Otworzą się przed nami nowe perspektywy, nowe 
możliwości działania. Podejmiemy życie na nowo w nowej sytuacji. 
Będziemy czuć się dobrze, swojsko, bezpiecznie- aż do następnego 
kryzysu... 
     Droga akceptacji życia nigdy się nie kończy i prawdziwym 
nieszczęściem byłoby stwierdzenie, że już doszliśmy do celu. 
Wprawdzie z biegiem lat ,,słoneczne polany" kuszą nas coraz 
bardziej ale tym mocniejsze powinno być nasze wewnętrzne 
pragnienie, aby iść dalej, aby nie ustawać w dążeniu, w wysiłku, 
w trudzie... W trudzie poznawania siebie,przemiany swoich postaw 
i w trudzie ufania na nowo w każdej sytuacji, w trudzie 
poddawania się Bożemu prowadzeniu. I właściwie nie jest ważne, 
czy coś osiągnęliśmy. ,,Naszym powołaniem jest nie tyle 
doskonałość, co rozwój'' - pisze John Powell (12). 
     Faust, bohater słynnego poematu Goethego na pewno nie był 
człowiekiem pobożnym w potocznym rozumieniu tego słowa. Nie 
prowadził cnotliwego życia - uwiódł i porzucił zakochaną w nim 
Małgorzatę. Nie mówiąc o tym,że zawarł pakt z piekłem chcąc 
przeżyć życie jeszcze raz.  
     Tym,co go ożywiało było dążenie do prawdy. Ono skłoniło go 
do tego, by oddać swą duszę za eliksir młodości...Ono wreszcie 
pozwoliło mu odnaleźć sens życia w czynieniu dobra. Dlatego w 
chwili śmierci Faust zostaje uratowany. egnając się z życiem 
słyszy słowa aniołów: 
,,Kto wiecznie dążąc trudzi się, 
tego wybawić możem"(13) 
 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy: 
 
 
1. Jak zachowujesz się w sytuacjach kryzysowych? Czy czujesz w 
sobie powiew nadziei czy ogarnia Cię beznadziejność? Jakie Twoje 
reakcje o tym świadczą? 
2. Przypomnij sobie jakąś sytuację kryzysową ze swojego życia. 
Jak się w niej zachowywałeś? Przypomnij sobie swoje sposoby 
reagowania w poszczególnych ,,fazach kryzysu''. Które z nich Cię 

background image

wewnętrznie zamykały, które prowadziły ku większej wolności? Co 
chciałbyś o przeżytym kryzysie powiedzieć Panu Bogu? 
3. Czy sytuacja kryzysowa była przedmiotem Twojej modlitwy, 
Twojej walki wewnętrznej? Czy podjąłeś ją w rozmowie ze 
spowiednikiem, na rekolekcjach? 
4.Opis ,,pełnej zbroi Bożej'' ( por. Ef. 6,10 - 19) ukazuje 
niezbędne ,,wyposażenie'' chrześcijanina na czas kryzysu. Jak w 
Twoim życiu wygląda to wyposażenie? Czego Ci brak? Co chciałbyś 
o swojej ,,zbroi'' powiedzieć Panu Bogu. 
 
 
Lucyna Słup 
OTWARCIE NA DUCHA ŚWIETEGO 
 
 
     W cytowanej kilkakrotnie książce ,,Jak kochać i być 
kochanym", John Powell pisze: ,,Niemal wszystkie podziały i 
ludziom przypinane etykietki nie mają sensu. Przypuszczam, iż 
tylko jeden podział jest zasadny: na ludzi ,,rozwijających się 
" i ,,trwających w zastoju".Jest to więc podział na ,,otwartych'' 
i zamkniętych". Pierwsi korzystają z pedagogiki bólu i wykazują 
chęć wewnętrznych zmian...Ci drudzy...po prostu nie przyjmują 
tych lekcji bólu. Szukają spokojnej, narkotycznej egzystencji i 
bezużytecznego spokoju...Umrą nie przeżywszy życia 
naprawdę.''(14). 
     Jeżeli szukać jakiegoś wyrażenia pozwalającego w najbardziej 
skondensowanej formie zamknąć wszystkie warunki konieczne do 
tego, aby wciąż na nowo podejmować proces zgody na siebie i swoje 
życie, to wyrażeniem tym byłaby proponowana przez Powella 
,,otwartość".Własne życie przyjmie naprawdę człowiek otwarty 
albo,inaczej mówiąc, twórczy. 
     Twórczość człowieka wyraża się w różnych dziedzinach życia: 
w literaturze, sztuce, muzyce, polityce, gospodarce...Jednak 
wielka twórczość zewnętrzna ma tak naprawdę sens o tyle, o ile 
wyraża twórczość wewnętrzną- w przeciwnym wypadku staje się 
pustym aktywizmem, ucieczką od własnych problemów. Najważniejszym 
polem twórczości człowieka jest zawsze jego własne życie. To w 
twórczej postawie wobec życia zamyka się to, co na wstępie 
określiliśmy jako warunki jego pełnej akceptacji: wielkie 
pragnienie, odwaga w przełamywaniu schematów, energia, 
wytrwałość, roztropność... 
     Świadome podjęcie życia domaga się od nas postawy twórczej 
realizowanej przede wszystkim w dziedzinie duchowej. Prawdą jest, 
że ludzie są bardziej i mniej twórczy z natury ale droga twórczej 
akceptacji swojego życia stoi otworem przed każdym. Trafnie 
ilustruje to biblijna przypowieść o talentach ( Mt, 25, 14 - 30). 
Wybierający się w drogę pan zwołuje swoje sługi i przekazuje im 
swój majątek. Każdego ze sług obdarza według swego upodobania - 
jednemu daje pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden. Po 
powrocie rozlicza się z nimi. I okazuje się, że jego uznanie 

background image

zyskuje zarówno ten sługa, który otrzymał pięć talentów jak i 
ten, który otrzymał dwa talenty gdyż obaj ,,puścili je w obieg'' 
i podwoili otrzymaną sumę. Obaj zostają jednakowo wynagrodzeni. 
Kara spotyka trzeciego sługę, który ,,poszedł i rozkopawszy 
ziemię ukrył pieniądze swego pana''( charakterystyczne, że 
uczynił to ze strachu przed nim!). ,,Każdemu bowiem, kto ma, 
będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma 
zabiorą nawet to, co ma.'' - kończy przypowieść Ewangelista 
ilustrując tym samym zasadę współpracy z Bogiem do której 
jesteśmy wzywani wszyscy, niezależnie od liczby i rodzaju 
talentów, które otrzymaliśmy. 
     Tymi, którzy najbardziej twórczo podjęli swoje życie byli 
święci.Potrafili ,,wykorzystać "wszystkie swoje ,,talenty"-  
zdolności lub ich brak, wysokie i niskie urodzenie, majątek i 
biedę, zdrowie i chorobę. 
     Francuska mistyczka i stygmatyczka Marta Robin, której 
proces beatyfikacyjny został niedawno rozpoczęty, od młodości 
była całkowicie sparaliżowana, później także niewidoma. Przez 
wiele lat nie jadła i nie piła żyjąc tylko Eucharystią. Nigdy nie 
opuszczała swojego pokoju a stała się założycielką licznych 
wspólnot (,,ognisk miłości"). Była prostą, niewykształconą 
kobietą a cała Francja udawała się do niej po kierownictwo 
duchowe.  
     Siłą Marty była twórcza akceptacja cierpienia przeżywanego 
w wielkim zjednoczeniu z Jezusem. W każdym tygodniu uczestniczyła 
w sposób mistyczny w Męce Pańskiej: ,,Cała moja istota przyjmuje 
cierpienie - wyznawała Marta - z jeszcze większym poświęceniem, 
z coraz to większą miłością, z o wiele większym zaufaniem, 
większą Bożą obojętnością, większym wyrzeczeniem w stosunku do 
wszystkiego...Być chorym oznacza być skazanym na upokorzenia, na 
umartwienia, na niedolę; jednakże te upokorzenia, umartwienia i 
niedole zamienione są w płonące lampy dla duszy, która chce 
kochać Boga...''(15) Twórcza postawa wobec swojego życia jest 
darem Bożym. Płynie ze zjednoczenia z Chrystusem, jest owocem 
działania Ducha Świętego w sercach ludzkich. Nieprzypadkowo 
,,twórczość'' została w naszych rozważaniach skojarzona z postawą 
,,otwartości''. Im bardziej otwieramy się na Ducha Świętego, tym 
jesteśmy bardziej twórczy. To Duch Święty daje nam siłę do 
ciągłego szukania woli Boga, wlewa w nasze serca zapał i siłę, 
wyzwala nas z naszych ograniczeń. Poddając się Jemu uzyskujemy 
coraz większą prostotę serca. 
     Szczególnym źródłem twórczej mocy jest Eucharystia, w której 
jednoczymy się z całą Trójcą Świętą. Jednak owoc Eucharystii - 
przemiana naszego życia w kierunku stawania się ,,Eucharystią'' 
czyli ofiarą dla innych - niemożliwy jest bez naszego 
wewnętrznego zaangażowania zmierzającego do życia Eucharystią na 
co dzień. 
 
Ćwiczenia na czas modlitwy:  
 

background image

1. Przywołując na myśl jakąś konkretną sytuację z życia 
rodzinnego lub z pracy spróbuj dostrzec schematyzm w Twoim 
sposobie myślenia o sytuacjach, o innych ludziach. Czy 
dostrzegasz, że wpływa on na Twój sposób reagowania, na Twoje 
sądy o innych ludziach i kontakty z nimi? Skonfrontuj swoją 
postawę ze słowami św. Pawła ,,Odnawiajcie się Duchem w waszym 
myśleniu...''(Ef 4,23). 
2. Jakie miejsce w Twojej pobożności zajmuje Duch Święty?  
3. Przeczytaj fragment Biblii ,,życie według Ducha''(Rz, 8,1). 
Czy chciałbyś być prowadzonym przez Ducha Świętego w swoim życiu? 
Jeśli tak, proś Go o to teraz. Ponawiaj swoją prośbę każdego 
dnia. 
4. Jakie miejsce w Twoim życiu zajmuje Eucharystia? Czy 
traktujesz ją tylko jako obrzęd czy jako źródło siły w 
podejmowaniu Twoich życiowych zadań? 
 
 
Józef Augustyn SJ 
ZAMIAST ZAKOŃCZENIA 
 
     Zamiast podsumowania proponujemy  modlitewne rozważenie 
sceny Zwiastowania. Nie została ona wybrana przypadkowo. W 
postawie Maryi jak w soczewce skupiają się wszystkie elementy 
twórczej zgody na życie: przyjęcie miłości Boga i zaufanie Mu, 
poddanie się Duchowi Świętemu, zgoda na cierpienie oraz twórcze 
szukanie odpowiedzi na pytania, które życie z sobą niesie. 
 
     W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w 
Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, 
imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. 
Anioł wszedł do Niej i rzekł: "Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan 
z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami."Ona zmieszała 
się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozrowienie 
lecz anioł rzekł do Niej: " Nie bój się Maryjo, znalazłaś bowiem 
łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię 
Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan 
Bóg da Mu tron Jego ojca Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba 
na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca". Na to Maryja rzekła 
do anioła: "Jakże się to stanie skoro nie znam pożycia z mężem?" 
Anioł Jej odpowiedział: "Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc 
Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, 
będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, 
poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, 
która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic 
niemożliwego." Na to rzekła Maryja: "Oto Ja służebnica Pańska, 
niech mi się stanie według twego słowa". Wtedy odszedł od Niej 
anioł (Łk 1, 26-38). 
 
 
     1. Bądź pozdrowiona łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławiona 

background image

jesteś między niewiastami. Pozdrowienie przekazane Maryi przez 
Anioła wskazuje na wyraźną i jednocześnie bardzo mocną podstawę 
zgody na nasze życie: Bóg jest życzliwy człowiekowi; Bóg darzy 
człowieka swoim pokojem, Bóg darzy go swoim dobrem. Każde 
działanie Boga w życiu człowieka jest dzieleniem się Stwórcy 
swoim własnym szczęściem ze swoim stworzeniem. Nasza wiara w 
życzliwość Boga jest fundamentem zgody na nasze życie. Bóg jest 
mi przychylny, Bóg jest po mojej stronie i właśnie dlatego mogę 
przyjąć moje życie.  
     Jeżeli buntujemy się przeciwko życiu, to właśnie dlatego, 
iż nasz obraz Boga jest zafałszowany. W buncie przeciwko własnemu 
życiu jest zawsze ukryta wielka podejrzliwość wobec Boga. 
Buntując się posądzamy Boga, iż jest przeciwko nam. Bardzo często 
wolę Pana Boga odbieramy jako nieuchornne fatum, jako tragiczny 
los, którego celem jest utrudnić, czy wręcz zniszczyć ludzkie 
szczęście na ziemi. Pojęcie woli Bożej kojarzy się nam 
najczęściej wyłącznie ze zgodą na kataklizmy, cierpienia, ból, 
śmierć. Pozdrowienie Maryji przekonuje nas, iż wolą Boga dla nas 
jest Jego łaskawość, życzliwość, Jego miłość. 
     Bądź pozdrowiona pełna łaski, Pan z Tobą - taką Dobrą Nowiną 
Pan Bóg obdarza nie tylko Maryję, ale każdego człowieka, który 
pojawia się na ziemi, niezależnie od jego osobistego 
doświadczenia miłości ludzkiej. Zranienie w ludzkiej miłości, 
choć może być doświadczane boleśnie i może (szczególnie na 
początku doświadczenia duchowego) utrudniać pełne otwarcie się 
na miłość Boga, to jednak nie przekreśla przyjęcia tej miłości, 
a tym samym  pełnej zgody na własne życie. 
     Znamienne jest, iż Maryja słysząc pozdrowienie anioła 
zmieszała się na te słowa. Dla Maryi Dobra Nowina o nieskończonej 
życzliwości Boga człowiekowi była doświadczeniem zaskakującym, 
budzącym zdziwienie i zmieszanie. Jeżeli człowiek przestaje się 
dziwić miłości Boga, Jego nieskończonej życzliwości, znaczy to, 
iż jej jeszcze w pełni nie rozumie. Zdziwienie, zaskoczenie, a 
nawet "zaszokowanie" miłością Boga należy do istoty naszej wiary. 
Jeżeli uważamy, że miłość Boga jest "rzeczywistością oczywistą", 
która nam się należy, znaczy to, iż jeszcze jej w pełni nie 
doświadczyliśmy i tak naprawdę jeszcze nie wiemy, co to znaczy 
kochać Boga i co oznacza być przez Niego kochanym. 
 
     2. Ewangelista Łukasz wspomina, iż Maryja rozważała, co 
miałoby znaczyć to pozdrowienie. Innym razem stwierdzi, iż nosiła 
w sercu słowa Jezusa, także wówczas (a może szczególnie wówczas), 
kiedy ich nie rozumiała. Doświadczenie miłości Boga, Jego 
życzliwości domaga się od człowieka rozważania, "noszenia jej w 
sercu". Przeczucie głębi, niezwykłości Dobrej Nowiny wymaga od 
nas wielkiego modlitewnego zaangażowania.  
     Zgoda na własne życie domaga się przedłużonej, wytrwałej 
modlitwy, domaga się medytacji. Jeżeli buntujemy się przeciwko 
życiu, to także dlatego, że nie wsłuchujemy się w działanie Boga 
w historii naszego życia, w Jego "błogosławieństwa", ale jedynie 

background image

w nasze życiowe "przekleństwa".  
     Każdy z nas staje się tym, co kontempluje.  
     Jeżeli rozważamy, "kontemplujemy" wyłącznie życiowe 
niepowodzenia, klęski, upadki, skrzywdzenia, to nasze życie staje 
się gorzkie, czarne i smutne. Nie chce nam się żyć. Zachowujemy 
w sercu nasze przekleństwa, jako największe życiowe "skarby".  
     Ewangelia zawsze przekracza człowieka i jego możliwości 
rozumienia. Jeżeli dla Maryji z jej czystym i niepokalanym sercem 
nie było od razu jasne i oczywiste pozdrowienie anielskie,  to 
o ileż trudnej nam jest odkryć jego sens z całym naszym 
uwikłaniem w namiętności zaciemniające nam widzenie. Ale w naszej 
niemożności pojmowania Tajemnicy Boga zostajemy uspokojeni. 
Słyszymy bowiem: Nie bój się Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u 
Boga. 
 
     3. Pozdrowienie anielskie, życzliwość Boga budzi nie tylko 
zachwyt i fascynację, ale także przestrach i lęk. Swoim 
wezwaniem: Nie bój się Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga,  
Maryja zostaje najpierw wezwana, aby dostrzegła swój niepokój 
oraz pokusę pójścia za nim. Człowiek może przezwyciężyć lęk tylko 
wówczas, kiedy go najpierw zauważy i zaakceptuje. Nieraz całe 
życie jesteśmy pogrążeni w lęku tylko dlatego, iż nie chcemy się 
do niego przyznać. Trzeba nieraz odwagi, aby dostrzec swoje 
zalęknienie, odkryć jego wielkość i uznać swoją bezradność wobec 
niego. Kiedy trwamy w parliżującym nas lęku, spokojny "trzeźwy" 
dialog z Bogiem, przyjęcie "Zwiastowania" jest nie możliwe.  
     Zauważmy, iż Świat współczesny żyje w ciągłym zagrożeniu i 
lęku. Jakie wielkie poruszenie zrobiły słowa Jezusa przypomniane 
przez Jana Pawła II w dniu inauguracji jego pontyfikatu: Nie 
lękajcie się. Potrzebujemy takich słów, które mogłyby wlać  
nadzieję i odwagę w nasze struchlałe umysły i serca. Jest w nas 
wiele lęku.  
     Unikamy odważnego spojrzenia na nasze życie, ponieważ 
obawiamy się, iż ocena naszego życia może wypaść blado i marnie. 
     Spokojne dostrzeżenie naszych lęków jest jednak możliwe, 
ponieważ znaleźliśmy łaskę u Boga. Łaską Boga  daje nam niezwykłą 
odwagę i światło dla rozeznania w prawdzie naszej lękowej 
sytuacji.  
     Zgoda na własne życie wymaga bowiem zgody na własny lęk. Im 
jaśniej i odważniej widzimy nasze zastraszenie, tym mniej jest 
ono groźne. Niebezpiecznym jest zawsze lęk ukryty, zamaskowany, 
najczęściej pod pozorem "odważnej agresji". Działanie w lęku, 
którego nie jest się świadomym, jest zwykle pełne okrucieństwa, 
zarówno wobec siebie samego, jak również wobec innych. Lęk bowiem 
zawsze wiąże się z nienawiścią siebie samego i innych. Wszelkie 
zło pochodzi ze strachu i każdy gwał z niego się bierze. Osoba 
pozbawiona agresji jest osobą, która nie ma w sobie strachu. Gdy 
obawiasz się czegoś, stajesz się zły (Anthony de Mello SJ). 
Właśnie dlatego słyszymy wezwanie: nie bój się, znalezłaś(eś) 
łaskę u Boga. 

background image

     Boimy się nie tylko jednak siebie samych, ale boimy się 
także Boga. Zabrzmi to może nieprawdopodobnie, ale najbardziej 
boimy się bezinteresownej miłości Boga. Jesteśmy nieraz tak 
głęboko poranieni, skrzywdzeni, iż samo słuchanie o miłości 
(jakiejkolwiek miłości) może nam sprawiać ból. Czujemy się 
znacznie "lepiej", kiedy doświadczamy odruchów ludzkich niechęci 
czy wręcz nienawiść. To już dobrze znamy i z tym czujemy się 
"bezpieczenie". Jeżeli przyjmemy słowa skierowane do Maryji i do 
każdego z nas: Nie bój się, znlazłaś(eś) łaskę u Boga, mogą one 
dokonać w nas cudu: możemy otworzyć się na Jego miłość wbrew 
najgorszym naszym zaranieniom i doświadczeniom życiowym.  
     Mówimy niekiedy: miłość jest możliwa. To stwierdzenie jest 
zbyt lękliwe, małoduszne. Trzeba raczej powiedzeć: Miłość jest 
faktem. Trzeba ją jedynie przyjąć i "już od zaraz", od "teraz" 
będzie ona naszym udziałem. 
 
     4. Z miłością wiąże się zaufanie i pełne oddanie siebie. Im 
większa miłość, tym większe zaufanie i oddanie. Miłość Boga do 
Maryji jest nieskończona, stąd też jego zaufanie i oddanie jest 
również bezgraniczne: Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu 
nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem 
Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida. 
Niezwykłość zaufanie Jahwe Maryji, prostej kobiecie z Nazaretu, 
wyraża się w tym, iż powierza jej swojego Syna.  
     Maryja nie zawiodła zaufania Boga. Ale nie jest typowa 
sytuacja dla każego człowieka.  Niezwykłość miłości Boga wyraża 
się jednak w tym, że On dalej ufa człowiekowi wbrew jego zdradom 
i niewiernościom, wbrew temu, iż nie przyjmuje on Jego miłości 
w tak prosty i pokorny sposób jak Maryja. Bóg jakby "wbrew sobie" 
ufa człowiekowi, iż przyjmie on w końcu Jego Syna.  
     O bezgranicznym zaufania Boga człowiekowi wbrew jego 
niewierności bardzo pięknie opowiada nam przypowieść o 
przewrotnych rolnikach. Pewien człowiek założył winnicę, oddał 
ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał na dłuższy czas. W 
odpowiedniej porze wysłał sługę do rolników, aby mu oddali jego 
część plonu. Lecz rolnicy obili go i odesłali z niczym. Ponownie 
posłał drugiego sługę. Lecz i tego obili, znieważyli i odesłali 
z niczym  Posłał jeszcze trzeciego: tego również pobili do krwi 
i wyrzucili. Wówczas rzekł pan winnicy: co mam poczęć,. Poślę 
mojego syna ukochanego, chyba go uszanują. Lecz rolicy (...) 
wyrzuciwszy go z winnicy zabili" (Łk 20,9-15).  
     Bóg ufa człowiekowi "wbrew wszelkiej ludzkiej logice". Na 
coraz większą zuchwałość rolników (pierwszego sługę tylko obili, 
drugiego obili i znieważyli, trzeciego pobili już do krwi) 
właściciel winnicy odpowiada coraz większym zaufaniem. W końcu 
posyła swego ukochanego syna.  
     Bóg w swej nieskończonej miłości nie może zrezygnować z 
zaufania człowiekowi. Raczej pozwoli się zabić, ale swego 
zaufania nie odwoła. Jest to "logika nieskończonej miłości". 
     Bóg widzi dalej i głębiej od człowieka. Ludzkie nadużycia 

background image

zaufania Bożego stają się często przełomem w relacji człowieka 
z Bogiem. Dopiero bowiem wówczas, kiedy człowiek zrobi "coś 
potwornego", kiedy zejdzie na samo dno, kiedy głęboko pokrzywdzi 
siebie i innych, słowem - kiedy ukrzyżuje Syna Bożego, dopiero 
wówczas zaczyna rozumieć, iż bunt jest bezsensowny i że jest 
piekłem dla niego samego i dla jego najbliższych. Jak na krzyżu 
Jezusa "klęska Boga" stała się największym zwycięstwem, tak 
również i "nasze klęski" związane z nadużywaniem zaufania Bożego 
i z nadużywaniem naszej wolności bywają nierzadko początkiem 
naszego zmartwychwstania. 
     Dotychczasowy bunt, szemranie przeciwko Bogu może nas 
nauczyć, iż piekło nie jest dziełem Boga, ale jest naszym własnym 
tworem. Człowiek sam sobie stwarza piekło swoim buntem.  
     Bezgraniczne zaufanie Boga, które jest sednem Ewangelii, 
jest naszą wielką pociechą i nadzieją w naszym zbuntowaniu wobec 
życia. Jeżeli bowiem buntowaliśmy się przeciw własnemu życiu, 
jeżeli ulegliśmy depresji, agresji, jeżeli dotykaliśmy dna 
rozpaczy, to również to bolesne doświadczenie może być dla nas 
momentem przełomowym. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. 
Podobnie jak do zbuntowanych rolników, Bóg wbrew wszystkiemu 
pośle Swojego Syna, powierzy Go nam podobnie jak powierzył 
Maryji.  
     Słowa Zwiastowania: Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu 
nadasz imię Jezus. Będzie On wielki  ukazują nie tylko cel życia 
Maryji, ale także każdego z nas. Również naszym celem i sensem 
naszego życia jest zrodzenie Jezusa i uczynienie go Wielkim.  
      
     5. "Mój Chrystus", którego ofiaruje mi Ojciec, ma we mnie 
rosnąć. Maryja, jako Matka Jezusa, najlepiej rozumie to nasze 
życiowe zadanie. Trzeba nam więc z odwagą rozmawiać z Nią, pytać 
jej: Jakże się to stanie (...), jak to jest możliwe. Ona nauczy 
nas szukać odpowiedzi u Jej Syna. Każdy z nas w naszych 
wielorakich życiowych powołaniach ma prawo pytać, szukać, domagać 
się światła, zrozumienia.  
     Pod wpływem lęku i niezrozumienia wkładamy bowiem nieraz na 
siebie, a nierzadko także i na innych ciężary nie do uniesienia.  
"Szlachetność" wielu naszych deklaracji i zapewnień zrodzonych 
w naszym zalęknieniu zostaje jednak szybko zdemaskowana przez 
owoce naszego codziennego życia. Oddanie, miłość, służba nie mogą 
być trwałe, jeżeli są budowane na lęku. W miłości nie ma lęku, 
lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą 
(1 J 4, 18). Nie możemy być wierni Bogu, ludziom i sobie 
opierając się na chorym poczuciu winy, lęku przed odrzuceniem, 
lęku przed karą itp.  
     Wyjaśnianie wątpliwości, zadawanie pytań, obiektywizowanie 
naszych zmiennych uczuć i reakcji służy oczyszczeniu naszej 
motywacji z lęku. 
     Bóg wyjaśniając Maryji jej trudność, w jaki sposób może Ona 
urodzić urodzi Syna bez pomocy mężczyzny, nie odwołuje się do 
refleksji intelektualnej nad prawami natury czy też do analizy 

background image

emocjonalnej, ale wyłącznie do Swojej Boskiej mocy. Wyjaśnienie, 
które Jej daje zaprzecza wszelkim naturalnym prawom i ludzkiej 
logice: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni 
Cię.  
     Próba wyjaśnienia wątpliwości duchowych: sensu życia, 
śmierci, sensu wiary - wyłącznie przez odwołanie się do studium 
intelektualnego lub analizy emocjonalnej jest wchodzeniem w ślepy 
zaułek. Życia i śmierci ludzkiej nie da się wyjaśnić i zrozumieć 
przez odwołanie się do rozumu i uczuć. Ostatecznym lekarstwem na 
wszelkie ludzkie wątpliwości, obawy, lęki, bunty jest odwołanie 
się do mocy Boga i wiara w nią. W mocy Bożej znajdują swoje 
wyjaśnienie i uspokojenie zarówno ludzkie serce jak i ludzki 
umysł. Wszelkie tłumaczenia, wyjaśnienia, jakie Bóg daje 
człowiekowi, nie są więc uśmierzaniem najpierw niepokojów 
emocjonalnych i intelektualnych, ale są przede wszystkim 
pełniejszym wezwaniem do powierzenia się mocy Bożej.  
 
     6. Maryja pyta, szuka, ale się nie buntuje. Z całym 
zaufaniem mówi do anioła: Oto ja Służebnica Pańska, niech mi się 
stanie według Twego słowa. Zgoda na własne życie jest w swej 
istocie zgodą na wolę Pana Boga, jest zgodą na bycie prowadzonym 
przez Niego.  
     Zgoda na wolę Boga wprowadza jednak w nasze życie stan 
oczekiwania, pewnego "duchowego napięcia". Pan Bóg wzywając 
Maryję, aby stała się Matkę Syna Bożego, nie odsłonił jej bowiem 
od razu całej jej historii życia. Zapewnił ją jednak, iż będzie 
jej wiernie towarzyszył. Odtąd, za przyzwoleniem Maryji, Bóg 
wkracza w jej życie i często wzywa ją do zadań, których ona 
najczęściej nie będzie rozumiała do końca (por. Łk 2, 50). Brak 
zrozumienia nie jest jednak przyszkodą do zaufania. Wręcz 
przeciwnie, jest wezwaniem do niego.  
     Zgodzić się na własne życie to nie znaczy zrozumieć je, czy 
też chcieć przewidzieć dokładnie wszystko, co w naszym życiu nas 
czeka. Zgoda na własne życie domaga się otwarcia się na wielkie 
"niespodzianki Pana Boga". W nich bowiem jest zawsze ukryta Jego 
życzliwość, miłość. Najtrudniejsze niespodzianki kryją Jego 
nieskończoną Miłość. Maryja nosi w sercu tę pewność życzliwości 
Boga i dlatego mówi z odwagą: Oto ja Służebnica Pańska, niech mi 
się stanie według twego słowa. Tę pewność nieskończonej 
życzliwości Boga Maryja miała nie tylko w chwili Zwiastowania, 
ale także wówczas, gdy szukała przez trzy dni swojego 
dwunastoletniego Syna lub też gdy towarzyszyła mu w Jego męce i 
śmierci. 
     Aby zgodzić się na własne życie nie trzeba chcieć 
wszystkiego zrozumieć. W pewnym sensie trzeba nawet zrezygnować 
ze rozumienia. Zgoda na własne życie zaczyna się wtedy, gdy rodzi 
się w nas zaufanie do życia jako takiego, zaufanie budowane na 
wielkim zaufaniu do Boga, Dawcy życia. Życie ma sens dlatego, iż 
otrzymaliśmy je od Boga. Odkrycie Boga - Dawcy życia jest 
jednoczesnym odkryciem sensu i celu naszego życia.  

background image

     Zgoda na wolę Boga w naszym życiu, to nie tylko zgoda na 
cierpienie, o czym mówiliśmy w naszych rozważaniach. Zgoda na 
życie to także zgoda na piękno i radość życia. Maryja nie tylko 
cierpiała w swoim życiu. Doświadczyła także wielu pięknych i 
wszruszających chwil: urodzenie Syna, macierzyństwo, życie 
rodzinne w Nazaret, wychowywanie Jezusa, towarzyszenie Synowi w 
Jego życiu publiczny, radość ze zmartwychwstania. W życiu Maryi 
emocjonalne doświadczenie radość nie było jednak celem samym w 
sobie, ale darem Jej życia powierzonego Bogu. Maryja nie szuka 
radości dla niej samej, ale przyjmuje ją jako dar.  
 
Część I 
 
 
(1). John Powell SJ, Jak kochać i być kochanym. Przeł. Tomasz 
Smiatacz. 
WydawnictwoDiecezjalne. Pelplin 1990. s.17. 
(2). tamże, s.48. 
(3). zob. tamże. s 28 - 34. 
(4). (cyt za : ) J. Powell, Jak kochać...s.52. 
(5). John Powell, dz. cyt.,s. 25. 
(6). Susan Forward, Toksyczni rodzice, 
(7). Anthony de Mello, Minuta mądrości, 
 
 
Część II 
 
 
(1). Susan Forward, Toksyczni... 
(2).  
(3). Simone Weil, Myśli,  
(4). Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Dzieła, t.I., s. 701, (cyt. 
za:) 
(5). Św. Jan Krzyża, Droga na Górę Karmel, s. 283 
(6). Eliza Kubler - Ross, Rozmowy o śmierci i umieraniu. Przeł. 
Irena Doleżal - Nowicka. IW PAX 1979, s. 21. 
(7). Maria Braun - Gałkowska, Psychologia domowa, s. 206. 
(8). Clive Stapples Lewis, O wierze i moralności, s. 82. 
(9). Schemat rozwiązania konflitu podaje Elżbieta Sujak, Pośrodku 
drogi, LIST, 1/93. 
(10). Anthony de Mello, Śpiew ptaka. Przeł. Henryk Pietras SJ.  
(11). Fazy kryzysu przedstawiono na podstawie konferencji O.  
Adama Schulza SJ. 
( 12). J.W. Goethe, Faust, 
( 13). John Powell, Jak kochać i być kochym, s.  
( 14). Jean Guitton, Marta Robin, Mistyczka, wizjonerka, 
stygmatyczka. Przeł.       Częstochowa 1990, s. 86, 87., 
 
 
 

background image

Lucyna Słup 
CWICZENIE KOŃCOWE 
 
     Na zakończenie naszych rozważań proponuję refleksję-zabawę. 
Spróbuj szczerze, przypominając sobie konkretne sytuacje 
odpowiedzieć na poniższe pytania: 
 
1. Czy łatwo ulegasz zniechęceniu, przygnębieniu, depresji?  
2. Czy inni często Cię denerwują?  
3. Czy uważasz, że należy żyć w zgodzie ze wszystkimi niezależnie 
od tego ile by Cię to kosztowało? Czy chcesz być miły dla 
wszystkich? 
4. Czy marzysz o osiągnięciu czegoś wielkiego, wspaniałego? 
5. Czy w ogóle często marzysz? 
6. Czy masz jakieś nałogi, z którymi bezskutecznie walczysz ( nie 
tylko alkohol czy papierosy ale także jedzenie, oglądanie TV 
itp.) 
7. Czy jesteś nieśmiały? Łatwowierny, naiwny? 
8. Czy uważasz, że inni Cię prześladują, że się na Ciebie 
,,uwzięli''? 
9. Czy masz tzw. ,,swoje zdanie''? Czy dużo Cię kosztuje, żeby 
z niego zrezygnować? 
10. Czy często uważasz za swoje to, co inni uważają? 
11. Czy lubisz rządzić? Czy cieszysz się, gdy inni spełniają 
Twoje polecenia? 
    Czy masz tendencje do narzucania innym swojej woli? 
12. Czy krytykujesz innych? Czy czujesz, że zrobiłbyś o wiele 
lepiej to, co oni robią? 
13. Czy często czujesz się niedoceniony? Czy chciałbyś aby inni 
bardziej dostrzegali Twoje 
    osiągnięcia? 
14. Czy lubisz mówić o sobie - nie tylko o swoich sukcesach ale 
także np. o swoich  
   chorobach, cierpieniach itp. 
15. Czy boisz się nowych sytuacji, zadań? Czy boisz się ludzi?  
16. Czy jesteś podejrzliwy?  
17. Czy trudno znosisz samotność? Czy musisz mieć zawsze 
towarzystwo? 
18. Czy wszystko co robisz, lubisz robić doskonale? 
19. Czy lubisz pokpiwać z innych?  
20. Czy samotność wydaje Ci się najpewniejszym schronieniem przed 
brutalnym światem? 
21. Czy zabiegasz o sukcesy w pracy zawodowej? 
22. Czy nie przywiązujesz nadmiernej wagi do pieniędzy i tzw. 
,,standartu życiowego''? 
 
     Jeśli na większość tych pytań z całym przekonaniem 
odpowiedziałeś "tak" znaczy to, że nie lubisz siebie albo lubisz 
w niewystarczającym stopniu, ale zawsze masz przed sobą szanę na 
lepsze życie.