background image

ALEKSANDER McCALL SMITH

NIEDZIELNY KLUB 

FILOZOFICZNY

(Przełożył: Michał Juszkiewicz)

Prószyński i s-ka

2005

background image

1

Isabel  Dalhousie  widziała,  jak młody mężczyzna  spada z  najwyższej  galerii,  z samej 

jaskółki. Tragiczny lot trwał jedno mgnienie oka. Isabel zdążyła zauważyć tylko rozwiane włosy, 

sylwetkę odwróconą do góry nogami, koszulę i poły marynarki opadłe aż na pierś oraz odsłonięty 

brzuch.  Potem  nieszczęśnik   zniknął  jej   z  oczu;  uderzywszy  w  locie  o  balustradę  amfiteatru, 

wpadł głową naprzód pomiędzy rzędy krzeseł na parterze.

Co  ciekawe,   pierwsza  myśl   Isabel  skierowała   się  w  stronę  wiersza  W.H.  Audena,  w 

którym poeta opisał upadek Ikara. Podobne wydarzenia, twierdził Auden, zawsze mają w tle 

zwyczajnych ludzi, zajętych powszednimi sprawami. Ludzie ci nie odrywają wzroku od swoich 

zajęć. Nie widzą  chłopca  spadającego  z nieba.  Rozmawiałam  ze  znajomą,  pomyślała  Isabel. 

Rozmawiałam ze znajomą, gdy z nieba spadł chłopiec.

Ten wieczór i tak pozostałby w jej pamięci, nawet gdyby to, co się stało, nie wydarzyło 

się. Miała mieszane uczucia co do Rejkiawickiej  Orkiestry Symfonicznej, o której nigdy nie 

słyszała ani słowa i w żadnym wypadku nie wybrałaby się na jej koncert, gdyby nie sąsiad, który 

niemalże siłą wcisnął jej bilet. Ciekawe, pomyślała wtedy, czy w Rejkiawiku naprawdę działa 

zawodowa orkiestra symfoniczna, czy może to zespół amatorów? Niemniej jednak, rzecz jasna, 

nawet amatorom należy się publiczność, skoro już przyjechali taki kawał drogi do Edynburga, 

aby dać późnowiosenny koncert; nie po to trudzili się długą podróżą z Islandii, żeby teraz grać 

dla pustej sali. Isabel poszła więc na koncert i wysiedziała do przerwy. Pierwszą część koncertu 

wypełniła wiązanka kompozytorów romantycznych, niemieckich i szkockich: Mahler, Schubert 

oraz Hamish McCunn.

Jak na ostatnie dni marca, wieczór był niezwykle ciepły, skutkiem czego w Usher Hall 

panowała dusznawa atmosfera. Isabel na wszelki wypadek ubrała się lekko i była z tego bardzo 

zadowolona,   ponieważ   na   amfiteatrze   temperatura,   jak   było   do   przewidzenia,   przekroczyła 

komfortowy   limit.   Podczas   przerwy   zeszła   po   schodach   do   foyer,   z   ulgą   rozkoszując   się 

chłodniejszym   powietrzem,   wypełniającym   korytarze.   Wystrzegała   się   zatłoczonego   baru,   z 

którego dochodziła kakofonia głosów i rozmów; była więcej niż pewna, że natknie się tam na 

znajomych, jako że w Edynburgu nie sposób wybrać się dokądś i nie spotkać kogoś znajomego. 

Tego wieczoru Isabel nie była jednak w nastroju do rozmów. Kiedy przyszedł czas, aby powrócić 

background image

na salę, zastanowiła się przez chwilę, czy może by tak odpuścić sobie drugą połowę koncertu, 

lecz porzuciła  ten zamysł;  zawsze miała  opory wewnętrzne,  które powstrzymywały  ją przed 

zachowaniem mogącym sugerować brak uwagi lub, co gorsza, brak powagi. Wróciła zatem na 

swoje miejsce. Na poręczy fotela, tak jak go zostawiła, leżał program; zerknęła do niego, żeby 

sprawdzić, co ją czeka w drugiej części koncertu. Wzięła głęboki wdech, Stockhausen!

Isabel miała ze sobą małą lornetkę teatralną, niezwykle przydatną nawet w amfiteatrze, 

który wcale nie był aż tak wysoki. Wycelowawszy ją w odległą scenę, przyjrzała się dokładnie 

wszystkim   muzykom   po   kolei.   Nigdy   nie   mogła   oprzeć   się   tej   pokusie   na   koncertach.   W 

zwyczajnych   okolicznościach   nie   wolno   gapić   się   na   innych   przez   lornetkę,   ale   na   sali 

koncertowej jest to dozwolone, a nawet jeśli raz na jakiś czas szkła odwracają się w stronę 

widowni - to któż może to zauważyć? Smyczki rejkiawickiej orkiestry były takie sobie, nie było 

na   czym   zawiesić   oka,   ale   już   w   dętych   drewnianych   Isabel   wypatrzyła   klarnecistę   o 

niesamowitej twarzy: wysokie kości policzkowe, głęboko osadzone oczy i podbródek, rzekłabyś, 

wyciosany   toporem.   Nie   odrywając   oczu   od   tych   nadzwyczajnych   rysów,   Isabel   myślała   o 

dawnych   pokoleniach   twardych   Islandczyków   oraz   Duńczyków   z   jeszcze   odleglejszej 

przeszłości, których ciężka praca wydała na świat tę rasę: kobiety i mężczyzn, w pocie czoła 

uprawiających   nędzną   wyżynną   ziemię,   z   najwyższym   trudem   wiążących   koniec   z   końcem; 

rybaków polujących na dorsze w stalowoszarych wodach północnych mórz; kobiety usiłujące 

wykarmić   dzieci   mięsem   suszonych   ryb   i   mąką   owsianą.   A   zwieńczeniem   wszystkich   tych 

wysiłków był klarnecista.

Odłożyła lornetkę i usiadła wygodniej w fotelu. Należało przyznać, że orkiestra grała na 

całkiem przyzwoitym poziomie. Wykonanie McCunna było pełne wigoru, ale ten Stockhausen... 

Kto dziś jeszcze gra Stockhausena? Być może, pomyślała Isabel, ma to być znak pewnego obycia 

w  kulturze:   przyjechaliśmy  z  Rejkiawiku,  to  prawda, Rejkiawik  to  takie   małe  miasto,   gdzie 

diabeł   mówi   dobranoc,   zgadza   się,   ale   proszę   -   przynajmniej   potrafimy   zagrać   Stockhasena 

równie dobrze jak wszyscy. Zamknęła oczy. Orkiestra na gościnnych występach doprawdy nie 

powinna zmuszać swoich gospodarzy do słuchania tak okropnej muzyki. Przez krótką chwilę 

Isabel zastanowiła się nad koncepcją kurtuazji orkiestrowej. Z całą pewnością należy w takich 

sytuacjach unikać incydentów w skali politycznej: niemieckie orkiestry, co zrozumiałe, z dużą 

ostrożnością   dobierały   utwory   Wagnera   do   repertuaru   swoich   zagranicznych   tournee   - 

przynajmniej   w   niektórych   krajach.   Zamiast   niego   preferowano   kompozytorów   okazujących 

background image

więcej... skruchy. Isabel odpowiadał ten stan rzeczy, bo nie lubiła Wagnera.

Stockhausen zamykał program koncertu. Kiedy dyrygent w końcu zszedł z podestu, a 

oklaski ucichły, Isabel wyślizgnęła się ze swojego fotela i poszła do toalety.  Dosyć skąpe te 

brawa, oceniła,  mogło  być  lepiej. Może to wina Stockhausena? W łazience  odkręciła  kran i 

przepłukała usta - w Usher Hall nie zainstalowano tak nowoczesnych urządzeń jak wodotryski z 

wodą pitną - a potem obmyła twarz. Ochłodziwszy się nieco tym sposobem, wyszła z toalety i po 

raz drugi tego wieczoru skierowała się w stronę schodów. W tym momencie jednakże dostrzegła 

znajomą, Jennifer, która stała na pierwszym z kilku stopni, prowadzących na amfiteatr.

Isabel   zawahała   się.   W   sali   koncertowej   wciąż   panował   nieprzyjemny   zaduch,   ale   z 

drugiej strony, nie widziała Jennifer od przeszło roku; nie mogła jej minąć, nie zamieniwszy 

choćby kilku słów.

Zagłębiła się w zbity tłum.

-   Czekam   na   Davida   -   wyjaśniła   Jennifer,   wskazując   ręką   amfiteatr.   -   Wypadła   mu 

soczewka z oka, wyobrażasz sobie? Pożyczył latarkę od bileterki i teraz szuka zguby pod swoim 

fotelem. Już raz mu się to przytrafiło, w pociągu, jak jechaliśmy do Glasgow, a teraz znów to 

samo...

Postały chwilę, gawędząc. Widzowie jeden po drugim mijali je, schodząc po schodach, aż 

w końcu sala opustoszała. Jennifer, atrakcyjna czterdziestka - czyli w wieku Isabel - wybrała się 

na koncert w czerwonym kostiumie, a w klapę żakietu wpięła dużą złotą broszkę w kształcie 

lisiej głowy. Isabel nie mogła oderwać wzroku od tego lisa, który wydawał się patrzeć na nią 

swoimi rubinowymi oczami. Zezowaty lis przechera, pomyślała. Lis Witalis, jak żywy.

Minęło jeszcze kilka minut. Jennifer spojrzała nerwowo na schody.

- Lepiej tam chodźmy. Może trzeba mu pomóc - powiedziała poirytowanym głosem. - Bo 

jak zgubi drugą, to dopiero będzie.

Wspięły   się   po   kilku   schodkach   i   spojrzawszy   w   dół,   ujrzały   Davida   skulonego   na 

kolanach za fotelem. Pomiędzy siedzeniami pobłyskiwało elektryczne  światło latarki. W tym 

właśnie   momencie   z   piętra   ponad   nimi   spadł   młody   mężczyzna.   Nie   wydał   z   siebie 

najmniejszego dźwięku, nie krzyknął ani słowa - leciał w absolutnej ciszy, młócąc rękami, jakby 

usiłował wzbić się w powietrze albo odepchnąć pędzącą ku niemu podłogę. Nie minęła sekunda i 

znikł im z oczu.

background image

Przez   krótką   chwilę   Isabel   i   Jennifer   stały   jak   wryte,   patrząc   jedna   na   drugą   z 

niedowierzaniem. Potem z dołu rozległ się kobiecy krzyk, wysoki, piskliwy; następnie dał się 

słyszeć podniesiony głos mężczyzny i trzask zamykanych drzwi.

Isabel chwyciła Jennifer za ramię.

- Mój Boże - szepnęła. - Mój Boże!

Mąż Jennifer wstał zza fotela, wyprostował się.

- Co to było? - zapytał. - Co się stało?

- Ktoś spadł z góry - powiedziała Jennifer, wskazując na jaskółkę, tam, gdzie kraniec 

najwyższej galerii dobiegał ściany. - Stamtąd. Spadł.

Spojrzały na siebie jeszcze raz, po czym Isabel podeszła do balustrady. Wzdłuż parapetu 

biegła mosiężna poręcz; chwyciła się jej i wychyliła, spoglądając w dół.

Był   tam,   na   dole.   Wpółleżał   na   siedzeniu   jednego   z   foteli,   z   nogami   na   poręczach 

sąsiednich. Nie miał jednego buta, zauważyła Isabel, i nosił pończochy zamiast skarpetek. Głowy 

nie   było   widać   spomiędzy   siedzeń;   musiała   spoczywać   gdzieś   nisko,   przy   samej   podłodze. 

Dobrze widoczna była za to jedna ręka, wyprostowana ku górze, jakby ten nieszczęśnik chciał po 

coś sięgnąć, znieruchomiała w tej pozycji. Obok stali dwaj mężczyźni w strojach wieczorowych. 

Jeden z nich wyciągał właśnie rękę, aby dotknąć tego człowieka, drugi oglądał się za siebie, w 

stronę drzwi.

- Szybko! - krzyknął któryś z nich. - Pośpieszcie się!

Rozległ się głos kobiety wykrzykującej coś niezrozumiale  i na sali pojawił się trzeci 

mężczyzna. Wbiegł pomiędzy rzędy foteli, tam gdzie leżał młody człowiek, pochylił się i zaczął 

go podnosić. Teraz w polu widzenia ukazała się jego głowa, zwisająca luźno, jakby trzymała się 

tylko na skórze. Isabel cofnęła się i spojrzała na Jennifer.

- Musimy tam iść - zadecydowała. - Widziałyśmy,  co się stało. Trzeba komuś o tym 

opowiedzieć.

Jennifer skinęła potakująco głową.

- W sumie nie widziałyśmy zbyt wiele - powiedziała. - Raz-dwa i było po wszystkim. 

Wierzyć się nie chce.

Widząc, że znajoma drży na całym ciele, Isabel objęła ją za ramiona.

- To było koszmarne! - szepnęła. - Też jestem strasznie wstrząśnięta.

Jennifer zamknęła oczy.

background image

- Tak po prostu spadł... W jednej chwili... Myślisz, że mógł przeżyć? Co zobaczyłaś?

- Obawiam się,  że wyglądało  to poważnie  - odpowiedziała  Isabel,  w duchu dodając: 

Naprawdę bardzo poważnie.

Zeszły po schodach. Przy wejściu na salę zgromadził się już niewielki tłumek, słychać 

było   gwar   głosów.   Gdy   Isabel   i   Jennifer   podeszły   bliżej,   jakaś   kobieta   odwróciła   się   i 

zobaczywszy, że ktoś idzie, poinformowała je:

- Ktoś spadł z jaskółki. Tam leży.

- Wszystko widziałyśmy. - Isabel kiwnęła głową. - Byłyśmy na górze.

- Widziały panie? - zdziwiła się nieznajoma. - Naprawdę?

- Widziałyśmy, jak spadał - wyjaśniła Jennifer. - Byłyśmy na amfiteatrze. Przeleciał obok 

nas.

- Okropne - powiedziała kobieta. - Taki widok...

- Zgadza się.

Nieznajoma   spojrzała   na   Isabel,   a   w   jej   wzroku   nagle   pojawiła   się   poufałość, 

dopuszczalna pomiędzy obcymi osobami, które na własne oczy widziały tragiczny wypadek.

- Nie wiem, czy powinnyśmy tak tutaj stać - mruknęła Isabel, na wpół do Jennifer, na 

wpół do tej drugiej kobiety. - Będziemy tylko przeszkadzać.

Nieznajoma się cofnęła.

- Człowiek stoi, bo chciałby się na coś przydać - powiedziała potulnie. Nie przekonało to 

nikogo.

-   Oby   tylko   wyszedł   z   tego   cało   -   powiedziała   Jennifer.   -   Spadł   z   bardzo   wysoka. 

Zawadził po drodze o brzeg amfiteatru, może to go trochę przyhamowało?

Nie, pomyślała Isabel. To raczej tylko pogorszyło sprawę, bo obrażenia będą podwójne: 

od uderzenia  o balustradę  i od upadku na podłogę. Rzuciła  okiem za siebie;  przy głównym 

wejściu do teatru panowało poruszenie, a na ścianę padał błękitny poblask migającego sygnału 

karetki.

- Trzeba ich przepuścić - powiedziała Jennifer, odsuwając się od tłumku stłoczonego przy 

drzwiach. - Ratownicy będą tędy wchodzić.

Odstąpiły   na   bok.   Dwaj   mężczyźni   w   luźnych   zielonych   kombinezonach   minęli   je 

szybkim   krokiem,   niosąc   złożone   nosze.   Nie   upłynęła,   wydawało   się,   nawet   minuta,   kiedy 

background image

ponownie   przemknęli   obok,   w   przeciwnym   kierunku.   Młody   mężczyzna   leżał   na   noszach   z 

rękami złożonymi na piersi. Isabel cofnęła się, aby nie stać na drodze sanitariuszom, ale zanim 

zdążyła   odwrócić   głowę,   jej   wzrok   padł   na   jego   twarz.   Zobaczyła   aureolę   zmierzwionych 

ciemnych   włosów   i   delikatne   rysy,   których   nie   uszkodził   tragiczny   upadek.   Taki   piękny 

człowiek, pomyślała, i tak w jednej chwili - już go nie ma. Zamknęła oczy. Poczuła w sobie ból i 

wielką pustkę. Ten biedak na pewno miał gdzieś kogoś, kto go kochał; dla tego kogoś dziś, kiedy 

dotrze do niego ta okrutna wiadomość, nastąpi koniec świata. Miłość, która miała wystarczyć na 

całe   życie,   nagłe   okaże   się   bezwartościową   inwestycją,   skończoną   w   jednej   chwili   razem   z 

życiem przeciętym upadkiem z teatralnej jaskółki.

Isabel odwróciła się do Jennifer.

- Muszę szybko iść na górę - powiedziała, zniżając głos. - Powiedz im, że wszystko 

widziałyśmy. Zaraz wracam.

Jennifer skinęła głową, rozglądając się za kimś, kto tutaj wydawał polecenia. Na sali 

panował niejaki zamęt. Jakaś kobieta głośno płakała - zapewne była to jedna z tych osób, które 

stały   na   dole,   kiedy   doszło   do   tragedii.   Pocieszał   ją   wysoki   mężczyzna   w   wieczorowej 

marynarce.

Isabel obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku najbliższych schodów, prowadzących na 

jaskółkę. Czuła się skrępowana i kilka razy obejrzała się za siebie, ale w pobliżu nie było nikogo. 

Pokonawszy ostatnich kilka schodków, przeszła pod łukowatą futryną, zagłębiając się pomiędzy 

rzędy siedzeń. Podłoga loży była stroma. Panowała tutaj cisza, a przez ozdobne szklane klosze 

żyrandoli   wiszących   pod   sufitem   sączyło   się   przyćmione   światło.   Isabel   przyjrzała   się 

balustradzie, przez którą wypadł tamten chłopak. Ona i Jennifer stały niemalże w prostej linii 

poniżej   miejsca,   z   którego   spadł,   co   pozwoliło   jej   zorientować   się,   gdzie   znajdował   się   w 

momencie, gdy się poślizgnął.

Zeszła na sam dół galerii i przemaszerowała przed pierwszym rzędem siedzeń. Wzdłuż 

balustrady biegła mosiężna poręcz, o którą ten młody człowiek na pewno się przedtem opierał. 

Na podłodze leżał program. Isabel schyliła się i podniosła go; okładka, zauważyła, była naddarta 

- i nic poza tym. Wychyliła się, wyglądając ponad krawędzią balustrady. Musiał siedzieć właśnie 

tutaj, na ostatnim  fotelu w rzędzie,  gdzie  galeria  dobiegała  już do ściany.  Gdyby  miał  inne 

miejsce, bliżej środka rzędu, spadłby na amfiteatr; tylko przy samej ścianie nic nie zagradzało 

drogi na sam dół, pomiędzy krzesła na parterze.

background image

Nagle Isabel poczuła zawroty głowy i zamknęła oczy. Trwało to tylko przez chwilę, a 

kiedy z powrotem je otworzyła, pozwoliła spojrzeniu opaść dobre piętnaście metrów w dół, aż na 

parter. Na dole, tuż obok miejsca, gdzie spadł ów nieszczęśliwy młody człowiek, zauważyła 

mężczyznę w niebieskiej wiatrówce. Zadarłszy głowę, nieznajomy spojrzał jej prosto w oczy. Po 

minie  Isabel  poznała, że jej  widok na górze zaskoczył  go tak samo,  jak ją zaskoczyło  jego 

nieoczekiwane spojrzenie; szarpnęła się w tył, jakby się nagle przestraszyła.

Odeszła od balustrady i zaczęła wchodzić z powrotem po schodach pomiędzy rzędami 

siedzeń. Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, co spodziewała się tutaj znaleźć - o ile w 

ogóle miała nadzieję na jakieś odkrycie - i czuła się zakłopotana, że zobaczył  ją z dołu ten 

nieznajomy. Co sobie o niej pomyślał? Bez wątpienia wziął ją za bezwstydnego gapia, który 

wlazł   na   jaskółkę,   żeby   zobaczyć   to,   co   widział   tamten   nieszczęśnik   w   ostatnich   chwilach 

swojego życia. A przecież Isabel chodziło zupełnie o coś innego.

Doszła do schodów i zaczęła schodzić na parter, trzymając się poręczy.  Stopnie były 

kamienne, a schody kręte, spiralne - na takich łatwo można się poślizgnąć. Isabel uznała, że to 

właśnie spotkało tamtego biedaka: poślizgnął się. Wyjrzał, bo chciał zobaczyć kogoś na dole - 

może tam był jakiś jego znajomy? - stracił równowagę i przeleciał nad balustradą. Była niska, co 

tylko ułatwiło całą sprawę.

W   połowie   schodów   zatrzymała   się.   W   pobliżu   nie   było   żywej   duszy,   a   mimo   to 

wydawało jej się, że coś słyszała. A może to tylko wyobraźnia? Wytężyła słuch, ale na próżno. 

Odetchnęła głęboko. Tamten chłopak z pewnością był ostatnią osobą, która została na jaskółce, 

wszyscy zdążyli wyjść, a dziewczyna obsługująca bar na piętrze zaczęła już zamykać. Był tam 

całkiem sam, wyjrzał i spadł, w zupełnej ciszy, być może nawet zobaczył, spadając, Jennifer i 

Isabel - w takim wypadku byłyby one ostatnimi osobami, które widział w życiu.

Na dole, u stóp schodów, Isabel znów zobaczyła nieznajomego mężczyznę w niebieskiej 

wiatrówce. Stał zaledwie kilka metrów od wyjścia z klatki schodowej. Spojrzał na nią surowym 

wzrokiem.

Isabel podeszła do niego.

- Widziałam, jak to się stało - poinformowała go. - Stałam z przyjaciółką na amfiteatrze. 

Widziałyśmy, jak ten człowiek spadł.

Mężczyzna spojrzał na nią.

- Będziemy musieli z panią porozmawiać - odparł. - Potrzebne nam zeznania.

background image

Isabel skinęła głową.

- Widziałam bardzo niewiele - przyznała się. - W mgnieniu oka było po wszystkim.

Nieznajomy zmarszczył brwi.

- A po co poszła pani teraz na górę? - zapytał. Isabel spuściła głowę.

- Chciałam zobaczyć, jak to mogło się stać - odrzekła. - I teraz już rozumiem.

- Hm?

- Wyjrzał przez balustradę - wyjaśniła - i stracił równowagę. Tutaj o to nietrudno.

Mężczyzna zacisnął wargi w wąską kreskę.

- Wyświetlimy to. Nic nam po spekulacjach.

Miała to być przygana, nie zabrzmiała jednak zbyt ostro, bo nieznajomy zauważył, że 

Isabel jest bardzo zdenerwowana. Trzęsła się jak w febrze. Widział to już nieraz. W obliczu 

jakiejś okropnej tragedii ludzie zawsze dostają drgawek. Ze strachu. Boją się, ponieważ to, co 

zaszło, uświadamia im, że człowiek zawsze żyje na krawędzi. Każda chwila jego życia może być 

ostatnią.

2

Grace,  gosposia  Isabel,   zjawiła  się  w  jej   domu  rankiem  następnego  dnia,   o  godzinie 

dziewiątej. Otworzyła drzwi własnym kluczem, zebrała poranną pocztę z podłogi w przedpokoju 

i   skierowała   się   do   kuchni.   Isabel   zeszła   już   na   dół   z   sypialni   na   piętrze   i   siedziała   przy 

kuchennym stole nad rozłożoną gazetą. Obok stała do połowy opróżniona filiżanka kawy.

Grace położyła listy na stole i zdjęła płaszcz. Była wysoka i dobiegała pięćdziesiątki, 

starsza od Isabel o sześć lat, a ten płaszcz w jodełkę, który przed chwilą zdjęła, był staromodny w 

kroju. Ciemnorude włosy nosiła ściągnięte w kok.

- Godzinę czekałam na autobus - oznajmiła. - Nic nie przyjechało.

Isabel wstała od stołu, wzięła czystą filiżankę i podeszła do ekspresu.

- To ci  pomoże  - powiedziała,  napełniając  filiżankę  świeżą  kawą, Grace  upiła  łyk.  - 

„Scotsman” pisze o tragicznym wypadku. - Isabel wskazała gazetę leżącą na stole. - Wczoraj, w 

Usher Hall. Widziałam to na własne oczy. Młody mężczyzna spadł z najwyższej galerii na sam 

parter.

Grace wstrzymała oddech.

background image

- Biedaczysko - westchnęła po chwili. - I co...

-   Zmarł   -   przerwała   jej   Isabel.   -   Zabrali   go   do   Infirmary*   [The   Royal   Infirmary   of 

Edinburgh - szpital  miejski, jeden z największych  państwowych  szpitali w Wielkiej  Brytanii 

(przyp. tłum.).], ale zanim zdążyli dojechać, lekarz stwierdził zgon.

Grace spojrzała znad krawędzi filiżanki na swoją pracodawczynię.

- Skoczył?

Isabel pokiwała głową.

- Nikt nie chce w to wierzyć - powiedziała i nagle umilkła. Prawdę mówiąc, taka myśl w 

ogóle  nie  przyszła  jej   do głowy.   Sala  koncertowa  to  nie  miejsce   do samobójczych  skoków; 

desperaci wybierali się raczej na Forth Bridge, most nad szerokim ujściem rzeki Forth, zaś ci 

preferujący upadek na ziemię - na most Dean Bridge. Dean Bridge: Ruthven Todd napisał o nim 

kiedyś wiersz, czyż nie? Żelazne kolce zamontowane na tym moście poeta nazwał „kuriozalnym 

straszakiem   na  samobójców”,   kuriozalnym,   ponieważ   myśl   o  zwykłym,   niezbyt   silnym   bólu 

powinna   być   niczym   w   obliczu   absolutnej   zagłady.   Ruthven   Todd,   pomyślała   Isabel,   nigdy 

nieuznany pomimo zachwycającej poezji, którą stworzył. Jeden wers spod jego pióra, jak sama 

kiedyś   powiedziała,   jest   wart   tyle,   co   pięćdziesiąt   linijek   nadętego   McDiarmida.   Ale   w 

dzisiejszych czasach nikt już nie pamięta, kim był i co napisał Ruthven Todd.

Isabel   zobaczyła   raz   Hugh   McDiarmida   na   własne   oczy.   Chodziła   wtedy   jeszcze   do 

szkoły. Ojciec zabrał ją na spacer; przechadzali się po Hanover Street, a mijając bar „Milnes”, 

natknęli  się na słynnego  poetę, który właśnie stamtąd  wychodził  w towarzystwie  wysokiego 

mężczyzny o dystyngowanym wyglądzie. To właśnie ten człowiek zauważył jej ojca i się z nim 

przywitał. Ojciec przedstawił Isabel obu mężczyznom: wysoki uprzejmie uścisnął jej rękę, zaś 

McDiarmid   uśmiechnął   się   i   skinął   głową.   Isabel   uderzyło   to,   że   oczy   poety   wydawały   się 

promieniować   oślepiającym   błękitnym   światłem.   Nosił   kilt,   a   w   rękach   trzymał   niewielką, 

wysłużoną skórzaną walizkę, którą przyciskał do piersi, jakby dla ochrony przed zimnem.

Potem jej ojciec skomentował to spotkanie następującymi słowami:

- Najlepszy poeta w całej Szkocji pod rękę z najbardziej wygadanym.

- A który był który? - spytała Isabel. W szkole czytała Burnsa i kilka utworów Ramsaya i 

Henrysona, ale nic nowoczesnego.

- McDiarmid, czyli Christopher Grieve, bo takie jest jego prawdziwe nazwisko, to ten 

najbardziej wygadany. A ten wysoki, Norman McCaig, jest najlepszy. Ale nie doczeka się nigdy 

background image

pełnego uznania, bo w dzisiejszych czasach szkocka literatura to same jęki, kwęki i rany na 

duszy. - Tu przerwał, a po chwili zapytał: - Czy ty rozumiesz, o czym ja mówię?

A Isabel odpowiedziała:

- Nie.

Grace spytała jeszcze raz:

- Ale sądzisz, że mógł skoczyć?

- Nie widziałyśmy samego momentu, kiedy wypadł. - Isabel złożyła gazetę tak, żeby 

strona z krzyżówką, była na wierzchu. - Zobaczyłyśmy, jak spada, już po tym, jak się poślizgnął 

czy co tam się stało. Tyle powiedziałam policji. Złożyłam zeznanie jeszcze wczoraj wieczorem.

- Nie tak łatwo się poślizgnąć - zauważyła Grace.

-   A   właśnie,   że   łatwo   -   sprzeciwiła   się   Isabel.   -   Nic   prostszego.   Kiedyś   czytałam   o 

młodym małżeństwie, które pojechało w podróż poślubną do Ameryki Południowej. Wybrali się 

nad jakiś wodospad i tani pan młody poślizgnął się i spadł.

Grace uniosła brew.

- Tutaj u nas w Edynburgu też była taka jedna, co spadła - powiedziała. - W przepaść. W 

górach. I też była w podróży poślubnej.

-   Sama   widzisz   -   zakonkludowała   Isabel   -   do   czego   może   dojść,   jak   się   człowiek 

poślizgnie.

- Z tym tylko, że niektórzy podejrzewali, że została zepchnięta - zripostowała Grace. - 

Kilka tygodni wcześniej jej mąż wykupił dla niej polisę ubezpieczeniową na wypadek nagłej 

śmierci. Wystąpił o wypłatę odszkodowania, ale towarzystwo odmówiło.

- Cóż, zdarza się i tak. Jednych ktoś zepchnie, inni spadają sami, bo się poślizgnęli. - 

Isabel urwała, bo nagle wyobraziła  sobie tych  dwoje nowożeńców w Ameryce  Południowej, 

wodną mgiełkę, unoszącą się nad wodospadem i spienioną białą kipiel, w której zniknął pan 

młody. Zobaczyła jego świeżo poślubioną żonę, jak co sił w nogach biegnie z powrotem ścieżką, 

i poczuła tę wielką, nagłą pustkę, która pewnie ją wtedy ogarnęła. Miłość do drugiej osoby czyni 

człowieka niezwykle bezbronnym: wystarczy podejść odrobinę zbyt blisko krawędzi i cały nasz 

świat może stanąć na głowie.

Isabel zabrała filiżankę z kawą i wyszła z kuchni. Miała krzyżówkę do rozwiązania, a 

poza tym Grace nie lubiła, żeby przy pracy patrzeć jej na ręce. Nad krzyżówką Isabel siadała 

background image

zwykle w saloniku porannym, który miał okna wychodzące na ogród. Praktykowała ten zwyczaj 

już od wielu lat, od czasu, kiedy wróciła do Edynburga i zamieszkała w tym domu. Krzyżówka 

na początek dnia, potem reszta porannej gazety, czyli wiadomości. Isabel robiła, co tylko mogła, 

żeby nie czytać sprawozdań z obrzydliwych spraw sądowych, które, zdawało jej się, zabierały 

coraz więcej miejsca na łamach codziennej prasy, jakby każdy czytelnik musiał być, zdaniem 

wydawcy, owładnięty obsesją na punkcie ludzkich słabości, życiowych tragedii i niepowodzeń 

oraz   błahych   miłostek   ludzi   show-biznesu.   Słabość   drugiego   człowieka   należy   dostrzegać, 

choćby tylko z tej racji, że człowiek jest słaby z natury, ale upajać się nią - to już, zdaniem Isabel, 

było zwykłe podglądactwo, a kto wie może nawet swojego rodzaju moralizatorskie plotkarstwo? 

Z drugiej strony, pomyślała, czy ja sama tego nie czytam? Czytam, a jakże. Nie jestem w niczym  

lepsza od całej rzeszy innych ludzi, którzy gonią za skandalem. Na widok nagłówka PASTOR 

HAŃBĄ SWOJEJ PARAFII uśmiechnęła się smutno, nie mając najmniejszych wątpliwości, że 

przeczyta   ten   artykuł   tak   jak   wszyscy,   chociaż   zdawała   sobie   doskonale   sprawę   z   osobistej 

tragedii, która się za nim kryje, i ze wstydu, który zawsze towarzyszy takim sytuacjom.

Weszła do saloniku porannego i przesunęła fotel pod okno. Dzień był pogodny, kwiaty 

jabłoni   rosnących   rzędem   wzdłuż   muru   otaczającego   ogród   wygrzewały   się   w   promieniach 

porannego słońca. Jabłonie zakwitły w tym roku dosyć późno; ciekawe, czy doczekam się jabłek 

w lecie, pomyślała Isabel. Co jakiś czas zdarzał się taki jałowy, bezowocny sezon, po którym 

następowało lato obfitości, kiedy gałęzie uginały się pod ciężarem małych czerwonych jabłuszek. 

Isabel zbierała je skrzętnie. Robiła z nich chutney i różne inne sosy według przepisów, które 

zostawiła jej matka.

Matka, z pochodzenia Amerykanka, kobieta anielskiej dobroci, umarła, kiedy Isabel miała 

jedenaście lat. Wspomnienia o niej już dawno zaczęły się zacierać w pamięci córki, miesiące i 

lata zlały się w jeden ciąg, a twarz osoby, która pochylała się nad Isabel, żeby otulić ją kołdrą do  

snu, była już prawie nie do odtworzenia. Jeszcze tylko matczyny głos brzmiał wyraźnym echem 

w jej głowie, łagodny głos z akcentem z południa Stanów, o którym ojciec wyraził się kiedyś, że 

przywodzi mu na myśl omszałe pnie drzew i postacie z dramatów Tennessee Williamsa.

Usiadłszy  w   saloniku   z  filiżanką   kawy  (drugą   tego   dnia),   Isabel   rozłożyła   gazetę   na 

stoliku ze szklanym blatem i zabrała się do krzyżówki. I utknęła, prawie na samym początku. 

Pierwsze hasło, jeden poziomo, było banalne, obraźliwie wręcz proste: Na monety w kasynie (9, 

7). Jednoręki bandyta. Następne też nie sprawiło jej kłopotu: Dżerży stery (S). Menedżer, nie ma 

background image

się nad czym zastanawiać. Kilka kolejnych haseł było na podobnym poziomie, ale kiedy natrafiła 

na Przed Francją (9), a potem na O lataniu w starym wydaniu (7), utknęła na dobre i nie mogła 

już dokończyć krzyżówki. Niepowodzenie wyprowadziło ją z równowagi. Była zła na siebie. Nie 

pomogło powtarzanie sobie, że jeszcze tego dnia odpowiedzi same przyjdą jej do głowy - na 

razie poniosła klęskę.

Rzecz   jasna,   Isabel  wiedziała   doskonale,   co   jest   nie   tak.   To   przez   ten   wczorajszy 

wypadek. Wciąż jeszcze była roztrzęsiona, i to być może bardziej, niż sama chciała przyznać. W 

nocy długo nie mogła zasnąć, a gdy już się jej udało, obudziła się bladym świtem, wstała z łóżka 

i zeszła do kuchni, bo zachciało się jej napić mleka. Próbowała trochę poczytać, ale nie mogła 

skupić   uwagi,   zgasiła   więc   światło   i   leżąc   po   ciemku   z   otwartymi   oczami,   myślała   o   tym 

nieszczęśliwym chłopcu. Przypomniawszy sobie jego piękną, pełną spokoju twarz, zaczęła się 

zastanawiać, czy jej odczucia byłyby inne, gdyby to był ktoś starszy. Czy przejęłaby się tym 

wypadkiem tak samo, gdyby tamta bezwładna głowa była siwa, a spokojna twarz - pomarszczona 

wiekiem, nie tak młodzieńcza?

Silny wstrząs emocjonalny,  niespokojna, niemal bezsenna noc - nic dziwnego, że nie 

mogła  sobie poradzić z najprostszymi  hasłami.  Cisnęła gazetę  na stół i zerwała się z fotela. 

Zapragnęła   z   kimś   porozmawiać,   obgadać   to,   co   zaszło   wczorajszego   wieczoru.   Z   Grace 

wyczerpała   już   ten   temat   -   jej   gosposia,   zamiast   poważnej   rozmowy,   zaczęłaby   snuć 

nieprawdopodobne   domysły,   okraszone   niekończącymi   się   opowieściami   o   tragicznych 

wydarzeniach,   o  których   zasłyszała   od  znajomych,   Isabel,   która   nieraz   zastanawiała   się,   kto 

wymyśla krążące po mieście anegdoty, była coraz bardziej skłonna uwierzyć, że tym kimś jest 

właśnie Grace. W tej sytuacji postanowiła wybrać się do Bruntsfield i odwiedzić Cat. Cat, jej 

bratanica, prowadziła delikatesy na rogu ruchliwej ulicy w okolicy znanej z dużej ilości sklepów. 

Jeśli tylko nie miała zbyt wielkiego ruchu w interesie, bez problemu dawała się namówić na 

kawę z ciotką.

Cat była osobą życzliwą, nieocenioną, kiedy zachodziła potrzeba trzeźwego spojrzenia na 

jakąś   sprawę.   W   takich   sytuacjach   Isabel   najpierw   zawsze   zwracała   się   właśnie   do   swojej 

bratanicy, która zresztą rewanżowała się jej tym samym. Kiedy miała problemy z facetami - a 

zdawało się to nieodłącznym elementem jej życia - rozmowy z ciotką krążyły wyłącznie wokół 

tego tematu.

- Domyślasz się, oczywiście, mojego zdania w tej kwestii - powiedziała jej Isabel przed 

background image

sześcioma miesiącami, na krótko przed tym, jak pojawił się Toby.

- Oczywiście. A ty domyślasz się, co ja o tym sądzę.

- Domyślam się - przytaknęła Isabel. - A przynajmniej tak mi się wydaje. I wiem, że nie 

powinnam mówić tego na głos, bo nie wolno pouczać innych, jak mają postępować, ale...

- Ale uważasz, że powinnam wrócić do Jamiego?

- Otóż to - zgodziła się Isabel, której w tej chwili przed oczyma stanął Jamie, cudny 

chłopak o czarującym uśmiechu, władający wspaniałym szkolonym tenorem.

- No tak. Ale przecież ty wiesz, że ja go nie kocham. Po prostu go nie kocham.

Na takie dictum nie ma odpowiedzi. Rozmowa była skończona, zapadła cisza.

Isabel wzięła płaszcz i zawołała do Grace, że wychodzi i nie wróci na obiad. Nie była 

pewna, czy Grace ją usłyszała, bo z głębi domu dochodziło buczenie odkurzacza, więc zawołała 

ponownie. Tym razem odkurzacz ucichł, a Grace odpowiedziała na wołanie.

- Nie rób dziś obiadu - poleciła jej Isabel. - Nie jestem bardzo głodna.

Kiedy przybyła do delikatesów bratanicy, Cat miała pełne ręce roboty. W sklepie było 

kilkoro klientów. Dwójka buszowała pomiędzy półkami z winem, pokazując palcami etykiety na 

butelkach   i   głośno   dyskutując,   dlaczego   brunello   jest   lepsze   niż   chianti.   Cat   osobiście 

obsługiwała trzecią klientkę, częstując ją plasterkiem włoskiego sera pecorino, odkrojonym z 

wielkiego kręgu, leżącego na marmurowej płycie. Uśmiechnęła się, napotkawszy wzrokiem oczy 

Isabel,   i  poruszyła   ustami,  bezgłośnie   witając  się z  ciotką.   Isabel   gestem  wskazała  jeden  ze 

stolików, przy których Cat częstowała swoich klientów kawą do degustacji, dając bratanicy do 

zrozumienia, że usiądzie i poczeka, aż wszyscy sobie pójdą.

Na skraju stołu leżał równy stosik gazet i czasopism z kontynentalnej Europy.  Isabel 

wzięła do ręki „Corriere della Serra”, numer sprzed dwóch dni. Czytała po włosku bez trudności, 

tak samo jak Cat. Przerzuciwszy strony zawierające wiadomości z włoskiej sceny politycznej - 

która   dla   niej   była   fenomenem   absolutnie   nieprzeniknionym   w   swej   zawiłości   -   dotarła   do 

informacji kulturalnych. Natrafiła tam na przydługi artykuł, dokonujący rewizji dokonań Calvina, 

oraz na krótką zapowiedź nadchodzącego sezonu w La Scali. Ani jedno, ani drugie nie przykuło 

jej uwagi: nazwiska śpiewaków w nagłówku artykułu o La Scali nic Isabel nie mówiły,  zaś 

Calvino, w jej opinii, nie potrzebował kolejnej oceny swoich osiągnięć. Pozostał zatem tylko 

artykuł   o   albańskim   reżyserze,   który   osiadłszy   w   Rzymie,   zamierzał   kręcić   filmy   o   swojej 

background image

ojczyźnie. Lektura dala Isabel do myślenia: jak się okazało, w Albanii Envera Hodży aparatów 

fotograficznych   było   jak   na   lekarstwo   -   wszystkie   istniejące   egzemplarze   znajdowały   się   w 

rękach służb bezpieczeństwa i służyły do fotografowania podejrzanych. Reżyser zwierzał się, że 

dopiero w wieku trzydziestu lat po raz pierwszy miał w rękach sprzęt fotograficzny. „Cały aż 

dygotałem z przejęcia - mówił. - Bałem się, że go upuszczę”.

Isabel skończyła artykuł i odłożyła gazetę. Biedny człowiek. Tyle zmarnowanych lat. Ilu 

ludziom reżimy takie jak ten złamały życie, nie dały żadnych szans, żadnych możliwości. Nawet 

jeśli ludzie wiedzieli lub też tylko podejrzewali rychły koniec rządów Hodży, wielu z nich na 

pewno było zdania, że już za późno na cokolwiek. Czy świadomość, że własne dzieci skosztują 

tego, czego samemu nigdy się nie miało, może przynieść jakiekolwiek pocieszenie? Isabel rzuciła 

okiem na Cat, dwudziestoczterolatkę, która nie miała właściwie żadnego pojęcia o tym, jak to jest 

żyć w świecie podzielonym na dwie części, niezdolne, wydawałoby się, do dialogu. Kiedy runął 

mur berliński, była małą dziewczynką. Stalin. Hitler i pozostali tyrani totalitaryzmu to dla niej 

postacie z książek historycznych, relikty przeszłości prawie tak odległej, jak epoka Borgiów. 

Ciekawe, jakie były upiory jej dzieciństwa, zastanowiła się Isabel. Czy pokolenie Cat w ogóle 

wie, co to strach? Nie dalej jak przed kilkoma dniami Isabel usłyszała w radiu, że dzieciom 

należy od małego wpajać, że na świecie nie ma złych ludzi, a złe uczynki to normalne ludzkie 

zachowanie. Zmartwiała, słysząc te słowa; zamarła tak, jak stała, na środku kuchni, ze wzrokiem 

utkwionym w korony drzew na tle wiosennego nieba. Nie ma złych ludzi. Czy ten człowiek 

naprawdę tak się wyraził? Nigdy nie brakowało takich, którzy byli gotowi powiedzieć wszystko, 

byle tylko pokazać, że idą z duchem czasu. Cóż, pomyślała Isabel. Z całą pewnością nikt nie 

usłyszy niczego w podobnym tonie od tamtego Albańczyka, który żył otoczony złem niczym 

murami wiezienia.

Jej uwagę przykuła butelka oliwy z oliwek, którą Cat ustawiła w dobrze widocznym 

miejscu,   na   półce   w   pobliżu   stolików.   Na   etykiecie   wymalowany   był   wiejski   obrazek   w 

dziewiętnastowiecznym  stylu, z rodzaju tych, które służą włoskim producentom żywności do 

reklamowania   stuprocentowo   naturalnych   produktów   rolniczych.   Ta   oliwa   nie   pochodzi   z 

fabryki, krzyczał ten obrazek, ale z prawdziwego gospodarstwa, a wytłoczyły ją, z własnoręcznie 

uprawianych oliwek, kobiety kubek w kubek takie same, jak na naszej etykiecie, i pracowały tam 

też wielkie białe wory, zwierzęta roztaczające przenajsłodszą woń, a w tle wąsaty chłop kopał 

ziemię motyką. To byli porządni ludzie, który wierzą, że zło istnieje, i wierzą też w Niepokalaną 

background image

Dziewicę i w całą gromadkę świętych Pańskich. Niestety, nie ma już po nich ani śladu, a oliwa 

pochodzi   zapewne   z   północnej   Afryki,   przyjechała   do   Włoch   w   baryłkach   i   została 

zabutelkowana w rozlewniach, będących własnością cynicznych neapolitańskich biznesmenów, 

którzy oddają cześć Niepokalanej tylko wtedy, kiedy czują na sobie wzrok swoich matek.

-   Widzę,   że   myślisz   -   oznajmiła   Cat,   przysiadając   się   do   stolika.   -   Zawsze   potrafię 

powiedzieć, kiedy snujesz głębokie rozmyślania. Masz wtedy taką rozmarzoną minę.

Isabel uśmiechnęła się.

- Rozmyślałam o dalekiej Italii, o naturze zła i takich tam różnych.

- A ja rozmyślałam o serze - wyznała Cat, wycierając ręce w ściereczkę. - Tamta kobieta 

spróbowała ośmiu gatunków włoskich serów, a potem kupiła mały krążek wiejskiego cheddara.

- Ma prosty smak - ujęła się Isabel za nieznajomą. - Nie możesz jej za to winić.

- Doszłam do wniosku, że nie odpowiada mi taka pospolita klientela - oświadczyła Cat. - 

Chciałabym mieć mały, przytulny sklepik. Obsługiwałabym tylko stałych klientów, zapisanych 

na listę, inni nie mieliby do mnie wstępu. Wybierałabym ich sama, każdy musiałby uzyskać moją 

aprobatę. Jak w tym twoim klubie filozofów. Klubie, dobrze mówię?

-   Niedzielny   Klub   Filozoficzny   nie   działa   zbyt   prężnie   -   powiedziała   Isabel.   -   Ale 

niedługo będziemy mieć spotkanie.

- O, fajnie - ucieszyła się Cat. - Też bym przyszła, ale niedziela to dla mnie fatalny dzień. 

Nie mogę się wtedy absolutnie do niczego zabrać. Wiesz, jak to jest. Wiesz czy nie wiesz?

Isabel wiedziała. Podobny problem, jak należało przypuszczać, nękał także członków jej 

klubu. Cat przyjrzała się jej uważnie.

- Wszystko gra? Coś mi wyglądasz na przybitą. Zawsze to po tobie poznam.

Isabel   milczała.   Opuściwszy   głowę,   zaczęła   studiować   wzór   obrusa,   ale   po   chwili 

spojrzała z powrotem na bratanicę.

- Nie wszystko gra. Marnie się dziś czuję. Widziałam wczoraj coś strasznego.

Cat zmarszczyła czoło. Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na ramieniu Isabel.

- Co się stało?

- Czytałaś poranną gazetę?

- Tak.

- A tę notkę o wypadku w Usher Hall widziałaś?

- Widziałam - odparła Cat.

background image

- Byłam tam - powiedziała Isabel krótko. - Widziałam na własne oczy, jak ten człowiek 

spadł z jaskółki.

Cat ścisnęła delikatnie jej ramię.

- Współczuję ci - powiedziała. - To na pewno było okropne przeżycie. - Zawiesiła na 

chwilę głos. - A skoro już o tym mowa, to ja wiem, kto to był. Dziś rano wpadła tu jedna 

znajoma i o wszystkim mi opowiedziała. Znałam tego człowieka, przelotnie, ale zawsze.

Przez   chwilę   Isabel   milczała   jak   zaklęta.   Wybierając   się   tutaj,   zamierzała   tylko 

opowiedzieć Cat o tym, co się stało; wszystkiego mogła się spodziewać, ale nie tego, że jej 

bratanica znała biednego chłopaka, który tak tragicznie skończył.

- Mieszkał niedaleko stąd - rozwinęła temat Cat. - W Marchmont. W jednym z tych 

domów zaraz na skraju The Meadows, jak mi się zdaje. Zaglądał do mnie od czasu do czasu, ale 

częściej widywałam tutaj jego współlokatorów.

- Jak się nazywał? - zapytała Isabel.

- Mark coś tam - odpowiedziała Cat. - Ktoś mi mówił, jak miał na nazwisko, ale nie mogę 

sobie w tej chwili przypomnieć. Ta znajoma, która dzisiaj tu była, znała ich lepiej. To od niej 

wiem o wszystkim. Byłam w szoku, tak samo jak ty.

- Ich? - zdziwiła się Isabel. - To on miał żonę? A może... - Urwała. Przypomniało jej się, 

że w dzisiejszych czasach ludzie nader często nie mają ochoty zawracać sobie głowy ślubem, 

chociaż w wielu wypadkach od ślubnej pary nie różni ich właściwie nic. Ale jak zapytać o coś 

takiego?   Czy   miał...   partnerkę?   Partnerką   może   być   równie   dobrze   najnowsza   dziewczyna, 

przelotna miłostka, jak i żona po złotych godach. Może lepiej zapytać, czy miał kogoś? To z 

kolei jest sformułowanie tak nieprecyzyjne, że może oznaczać dosłownie wszystko.

Cat pokręciła głową.

- Nie wydaje mi się. Wynajmowali mieszkanie we trójkę, z dziewczyną i jeszcze jednym 

chłopakiem. Dziewczyna jest z zachodu, z Glasgow czy skądś tam, i to ona głównie do mnie 

zagląda. A ten drugi facet nazywa się chyba Neil, ale możliwe, że go z kimś pomyliłam.

Na ich stoliku pojawiły się filiżanki z gorącą kawą pół na pół z mlekiem. Przyniósł ją 

Eddie, pomocnik Cat, jak zawsze cichy i milczący. Był z tych, co to nigdy nie spojrzeli nikomu w 

oczy.   Isabel   podziękowała   mu   z   uśmiechem,   ale   on   odwrócił   wzrok   i   czmychnął   na   swoje 

miejsce za ladą.

- Co mu jest? - zapytała Isabel. - Nigdy na mnie nawet nie spojrzy. Nie jestem chyba aż  

background image

taka okropna, co?

Cat uśmiechnęła się.

- Jest pracowity - odparła. - I uczciwy.

- Ale nigdy na nikogo nie patrzy.

- Być może ma ku temu powód - powiedziała Cat. - Jednego wieczoru znalazłam go na 

zapleczu. Siedział z nogami na biurku, a twarz trzymał w dłoniach. Płakał. Z początku wcale tego 

nie zauważyłam.

- Dlaczego płakał? - zapytała Isabel. - Powiedział ci?

Cat wahała się przez chwilę.

- Trochę mi powiedział. Niezbyt wiele.

Isabel nie doczekała się dalszego ciągu; Cat najwidoczniej nie miała ochoty wyjawić jej 

tego, co usłyszała od Eddiego. Powróciła więc do poprzedniego tematu, czyli do wczorajszego 

wypadku. Zaczęły wspólnie dochodzić, jakim sposobem można było wypaść z balkonu, skoro 

zainstalowano na nim poręcz, która miała chronić ludzi właśnie przed wypadnięciem. A może to 

było samobójstwo? Ale kto się rzuca z galerii w sali koncertowej? Byłoby to bardzo egoistyczne 

zagranie, stwierdziły obie zgodnie. Przecież można zrobić krzywdę komuś na dole, można kogoś 

nawet zabić.

- To nie było samobójstwo - zaprzeczyła stanowczo Isabel. - Z całą pewnością.

- Skąd wiesz? - zapytała Cat. - Sama powiedziałaś, że nie widziałaś go na górze, tylko 

dopiero kiedy leciał. Skąd więc ta pewność?

- Bo spadł na głowę - odparła Isabel, mając przed oczami koszulę zadartą siłą ciężkości 

wraz   z   połami   marynarki   aż   na   samą   pierś   oraz   piaski,   odsłonięty   brzuch   nieszczęśnika.   - 

Wyglądał jak chłopiec skaczący ze skały do morza. Do wody, której nie było.

- I co z tego? Obrócił się w powietrzu. Nie widzę w tym nic dziwnego.

Isabel potrząsnęła głową.

- Nie miałby czasu, żeby się obrócić. Pamiętaj, że był tuż nad nami. Poza tym samobójcy 

nie skaczą na głowę, tylko na nogi.

Cat rozważyła  jej słowa. Zapewne Isabel miała rację. W gazetach od czasu do czasu 

publikowano zdjęcia samobójców skaczących  z okien albo z mostów. Faktycznie, zazwyczaj 

spadali nogami do przodu. Ale to, że ktoś mógłby przypadkowo wypaść przez balustradę na 

jaskółce w Usher Hall, wydawało jej się kompletnie nieprawdopodobne - chyba że balustrada 

background image

była  niższa, niż Cat pamiętała. Postanowiła przyjrzeć się jej dokładnie przy okazji następnej 

wizyty w sali koncertowej.

W milczeniu popijały kawę. Wreszcie Cat przerwała ciszę.

- Na pewno strasznie teraz przeżywasz. Znam to. Widziałam kiedyś wypadek na George 

Street i też czułam się fatalnie. Wystarczy,  że człowiek jest świadkiem czegoś takiego i już 

trauma gotowa.

- Nie przyszłam do ciebie, żeby się użalać - zaprotestowała Isabel. - Nie chciałam, żebyś 

przeze mnie też złapała dół. Przepraszam.

- Nie musisz przepraszać. - Cat wzięła Isabel za rękę. - Siedź sobie u mnie, ile tylko 

chcesz. Za  jakiś czas wybierzemy  się na  lunch, a po południu  wezmę  sobie wolne i  razem 

spędzimy czas, co ty na to?

Isabel była wdzięczna bratanicy za tę propozycję, ale czuła się senna i po południu miała 

zamiar się zdrzemnąć. A stolika także nie powinna zajmować zbyt długo, bo nie jest dla gości, 

tylko dla klientów.

- Może lepiej wpadnij do mnie wieczorem na kolację? - zaproponowała. - Upichcę coś na 

szybko.

- Z dziką  rozkoszą - powiedziała  Cat  po chwili  milczenia  - ale  umówiłam  się już z 

Tobym. Mamy się spotkać w pubie.

- Jasne - odrzekła Isabel pośpiesznie. - Innym razem.

- Chyba, że Toby mógłby przyjść ze mną - dodała Cat. - Na pewno bardzo by chciał. 

Zrobię jakąś zakąskę i przyniosę, może być?

Isabel   już   chciała   powiedzieć   nie,   bo   nagle   wydało   jej   się,   że   dwoje   młodych   ludzi 

niekoniecznie musi mieć ochotę na kolację w jej towarzystwie, ale Cat tak zapaliła się do tego 

pomysłu, że ostatecznie się zgodziła. Umówiły się, że Cat i Toby przyjdą około ósmej. Isabel 

opuściła   sklep   bratanicy   i   ruszyła   pieszo   w  stronę   swojego   domu.   Myślała   o   Tobym,   który 

pojawił się w życiu Cat kilka miesięcy temu i podobnie jak jego poprzednik, Andrew, wzbudził 

złe przeczucia ciotki. Isabel nie potrafiła sprecyzować, co konkretnie budzi jej zastrzeżenia, ale 

mimo to była przekonana, że się nie myli.

3

background image

Popołudnie przespała. Obudziła się kilka minut przed piątą, czując się znacznie lepiej. 

Grace   już   poszła,   ale   zostawiła   dla   niej   wiadomość   na   kuchennym   stole:  Dzwonił   jakiś 

mężczyzna. Nie raczył się przedstawić. Powiedziałam, że śpisz. Ma oddzwonićZ głosu wcale mi 

się   nie   podobał.  Isabel   zdążyła   się   już   przyzwyczaić   do   takiej   korespondencji   z   Grace: 

wiadomość zawsze zawierała krotki opis charakteru osoby, o której była mowa. Na przykład: 

Dzwonił ten hydraulik, który zawsze mi się wydawał podejrzany. Zapowiedział się na jutro. Nie 

chciał zdradzić, o której będzie.  Albo:  Kiedy cię nie było, wpadła tamta kobieta i zwróciła tę  

pożyczoną książkę. Nareszcie.

Zazwyczaj   Isabel   peszyła   się,   czytając   komentarze   Grace.   Lata   znajomości   wykazały 

jednak,   że   spostrzeżenia   gosposi   są   całkiem   pożyteczne.   Grace   rzadko   myliła   się   w   ocenie 

charakteru, a jej sądy były  miażdżące. Często ograniczały się do jednego zwięzłego  epitetu: 

„krętacz”,   mówiła   na   przykład,   „oszust”   albo   „pijak”.   Jeżeli   miała   o   kimś   dobre   zdanie, 

charakterystyka  mogła  się   nieco  wydłużyć   -  „bardzo   szlachetny”  albo   „doprawdy  niezwykle 

uprzejmy”. Na taki wyraz uznania z jej strony trzeba jednak było porządnie zasłużyć. Isabel 

spróbowała  kiedyś  wycisnąć  z  niej  szczegóły  tej  techniki  oceniania  ludzi,   ale  Grace  szybko 

nabrała wody w usta.

- Widzę to i już - powiedziała tylko. - W człowieku można czytać jak w książce. I to jest 

cały sekret.

- Ale bardzo często w ludziach kryje się o wiele więcej, niż widać na pierwszy rzut oka - 

upierała się Isabel. - Zalety, które widać dopiero po bliższym poznaniu.

Grace wzruszyła ramionami,

- Znam kilku takich, których nie mam życzenia poznawać bliżej.

I to był koniec dyskusji. Isabel zdawała sobie sprawę, że w żaden sposób nie uda jej się 

nakłonić Grace do zmiany zdania. Świat tej kobiety był bardzo prosty i przejrzysty: dzielił się na 

Edynburg wraz z edynburskim zestawem wartości oraz na resztę świata. To, że Edynburg ma 

zawsze rację, było aksjomatem, zaś najlepsza rzecz na świecie, jaka mogła spotkać tych, którzy 

mieli przekonania niezgodne z obowiązującymi w Edynburgu, to nawrócenie na właściwe tory 

myślenia. Kiedy Grace po raz pierwszy przyszła do niej do pracy, a było to niedługo po tym, jak 

ojciec Isabel zachorował, Isabel wprost nie posiadała się ze zdziwienia, że poznała osobę tak 

mocno zakorzenioną w świecie, o którym sądziła, że należy już w dużej mierze do przeszłości, w 

świecie   „obyczajnego”   Edynburga,   wzniesionym   na   fundamencie   sztywnej   hierarchii   i 

background image

nienaruszalnych poglądów szkockiego prezbiterianizmu. Grace pokazała Isabel, jak bardzo się 

myliła.

Z tego świata pochodził ojciec Isabel, ale on pragnął uwolnić się od balastu swojego 

pochodzenia. Był prawnikiem z dziada pradziada. Mógł wybrać życie w ciasnym środowisku, w 

którym żyli jego ojciec i dziad, a którego granice wyznaczały umowy powiernicze oraz akty 

własności. Na studiach zetknął się jednak z prawem międzynarodowym, co otwarło mu oczy na 

świat   większych   możliwości.   Podjął   na   Harvardzie   studia   magisterskie   w   dziedzinie   prawa 

traktatów. Najstarszy amerykański uniwersytet mógł dopomóc mu w ucieczce, lecz ostatecznie 

tak się nie stało. Użyto argumentów natury moralnej, aby ściągnąć go z powrotem do Szkocji, 

niewiele jednak brakowało, a osiadłby na stałe w Ameryce; zdecydował się wrócić dosłownie w 

ostatniej chwili. Przywiózł ze sobą nową żonę, którą poznał i poślubił w Bostonie. Kiedy już 

stanął w Edynburgu, natychmiast wessała go rodzinna firma prawnicza. Pracował w niej, lecz 

nigdy nie był szczęśliwy. Kiedyś, w chwili słabości, wyznał swojej córce, że cała jego prawnicza 

kariera to wyrok, który on uważa za swój obowiązek odbyć do końca. Jego słowa zbulwersowały 

Isabel do głębi. Z tego właśnie powodu, kiedy nadszedł czas wyboru studiów, odłożyła na bok 

wszelkie myśli o karierze i zdecydowała się na dziedzinę, która naprawdę ją pociągała. Filozofię.

Było ich dwoje rodzeństwa: Isabel, starsza, i jej brat. Ona uczyła się w Edynburgu, ale 

brata, kiedy skończył dwanaście lat, rodzice posłali do angielskiej szkoły z internatem. Szkoła, 

którą dla niego wybrali, dala mu staranne wykształcenie i unieszczęśliwiła go na całe życie. Czy 

można było spodziewać się czegoś innego? Pięciuset chłopców, stłoczonych w jednym miejscu, 

odciętych od świata - idealne warunki, aby mogły w nich kwitnąć okrucieństwo i nikczemność. I 

kwitły,   wyjątkowo   bujnie.   Brat   Isabel   chodził   wiecznie   przygnębiony,   a   w   odruchu 

samoobronnym zawsze gotów był bronić swojego zdania do upadłego. Isabel dostrzegała u niego 

atrybuty   „zbroi   charakteru”   o   której   pisał   Wilhelm   Reich.   Opisane   przez   amerykańskiego 

psychoanalityka   zmiany   w   osobowości   produkowały   ludzi   sztywnych,   nieszczęśliwych, 

wyrażających się powściągliwie, urywanym głosem. Brat Isabel skończył studia bez dyplomu i 

osiadł w Londynie. Znalazł pracę w banku kupieckim, mającym siedzibę w londyńskim City i 

wiódł ciche, poprawne życie pracownika banku kupieckiego. Jeśli chodzi o siostrę, to nigdy nie 

byli sobie zbyt bliscy; kiedy oboje dorośli, kontaktowali się sporadycznie. Można powiedzieć, że 

to dla mnie  obcy człowiek, myślała  o nim Isabel, miły nieznajomy,  z którym  tak naprawdę 

niewiele   mnie   łączy.   Jedyną   jego   pasją,   jak   udało   jej   się   zauważyć,   było   kolekcjonowanie 

background image

starych,   kolorowych   certyfikatów   i   obligacji.   Pochłaniało   go   to   bez   reszty: 

południowoamerykańskie   spółki   kolejowe,   długoterminowe   obligacje   z   czasów   rosyjskiego 

caratu - cały różnobarwny świat kapitalizmu. Pewnego razu jednak Isabel zapytała go, co się 

kryje za tymi pięknie drukowanymi aktami własności. Praca na plantacji, czternaście godzin na 

dobę?   Ludzie  harujący za  nędzne  grosze,  aby  w  końcu  powaliły  ich  krzemica  albo  zatrucie 

toksynami?  (Krzywdy przeszłości, pomyślała  wtedy,  ciekawe zagadnienie  dla etyka. Czy zło 

wyrządzone w przeszłości wydaje się nam mniej złe, tylko dlatego, że pamięć o nim jest mniej 

żywa?).

Isabel udała się do spiżarni i przyniosła stamtąd składniki do risotta, które postanowiła 

przyrządzić dla Cat i Toby’ego. W przepisie były prawdziwki, a tych miała pod dostatkiem; 

przechowywała   je   w   muślinowym   worku.   Nabrawszy   pełną   garść   suszonych   grzybowych 

kapeluszy, zbliżyła je do twarzy, delektując się ich niezwykłym aromatem, ostrym i słonawym, 

wymykającym się próbom jednoznacznego określenia. Do czego można by go porównać? Może 

do ekstraktu z drożdży? Według przepisu, grzyby należało moczyć przez pół godziny i w wodzie 

po nich ugotować ryż. Isabel wiedziała, że Cat przepada za risottem, zaś Toby, nie będąc, w jej 

przekonaniu, wybredny, zje wszystko, co mu się poda. Cat przyprowadziła go kiedyś na kolację - 

tego wieczoru wątpliwości Isabel co do jego osoby po raz pierwszy dały o sobie znać. Należało 

jednak zachować ostrożność, żeby nie wpaść w pułapkę formułowania opinii w typie Grace. 

Niewierny. No, proszę. Łatwo mi to przyszło, pomyślała.

Isabel wróciła do kuchni. Włączyła radio. Program informacyjny właśnie dobiegał końca. 

Na świecie, jak zwykle, panował chaos. Wojny i wojenne plotki. Jakiś polityk, minister i członek 

rządu, uparcie nagabywany w pewnej kwestii, równie uparcie odmawiał odpowiedzi. Nie ma 

żadnego kryzysu, powtarzał. Do tych spraw należy podchodzić z dystansem.

Ale  przecież   to  jasne,  że   mamy   kryzys,   upierał   się  dziennikarz   prowadzący  wywiad. 

Mamy kryzys i kropka.

To jest sprawa dyskusyjna; osobiście nie popieram szerzenia niepotrzebnych niepokojów 

wśród obywateli.

Zażenowane wymówki polityka przerwał dzwonek do drzwi. Isabel włożyła grzyby do 

miski z wodą i poszła do przedpokoju otworzyć. Grace nieraz radziła jej założyć w drzwiach 

wizjer, żeby wiedziała, komu otwiera, ale Isabel nigdy jej nie posłuchała. Gdyby ktoś zadzwonił 

background image

do drzwi późnym wieczorem, zawsze mogła wyjrzeć przez szparę na listy; najczęściej jednak 

ufnie   otwierała   przybyłemu,   ponieważ   była   zdania,   że   gdyby   każdy   zamykał   się   w   swoich 

czterech ścianach, ludzie straciliby ze sobą wszelki kontakt.

Mężczyzna stał w progu, tyłem do drzwi. Przyglądał się ogródkowi przed frontem domu. 

Kiedy Isabel otworzyła, odwrócił się z uśmiechem winowajcy.

- Pani Isabel Dalhousie?

Isabel skinęła głową.

- Tak, to ja. - Obrzuciła go wzrokiem. Miał około trzydziestu pięciu lat. Czarne, lekko 

zmierzwione gęste włosy. Ubrany dość elegancko, w ciemną marynarkę i spodnie grafitowego 

koloru.   Nosił   niewielkie   okrągłe   okulary   i   ciemnoczerwony   krawat.   Z   kieszeni   na   piersi 

wystawała obsadka wiecznego pióra i jakiś elektroniczny notatnik. Blagier, zabrzmiał w uszach 

Isabel głos Grace.

- Jestem dziennikarzem - powiedział nieznajomy, prezentując Isabel firmową wizytówkę 

z tytułem gazety. - Nazywam się Geoffrey McManus.

Isabel skinęła uprzejmie głową. Tej gazety nie wzięłaby do ręki za nic w świecie.

- Czy zechce pani zamienić ze mną kilka słów? - zapytał. - Jak rozumiem, była pani 

wczoraj   świadkiem   tego   nieszczęśliwego   zdarzenia   w   Usher   Hall.   Czy   moglibyśmy   o   tym 

porozmawiać?

Po chwili wahania Isabel odstąpiła na bok i zaprosiła dziennikarza do środka. McManus 

szybko przestąpił próg, jakby bał się, że ona może nagle zmienić zdanie.

- Przykra sprawa - rzucił, udając się za nią do salonu, którego okna wychodziły na ulicę. - 

Naprawdę straszny wypadek.

Isabel wskazała mu krzesło, sama zaś usiadła na sofie w pobliżu kominka. Rzuciło się jej 

w oczy, że siadając na krześle, dziennikarz rozejrzał się po ścianach, jakby chciał oszacować 

wartość wiszących dookoła obrazów. Isabel skrzywiła się z niesmakiem. Nie lubiła chełpić się 

swoim majątkiem i czuła się zakłopotana, gdy przyciągał on czyjś badawczy wzrok. Ale być 

może ten człowiek nie wiedział, na co patrzy. Na przykład obraz wiszący niedaleko drzwi to 

Peploe z wczesnego okresu swojej twórczości. Niewielki zaś olej obok kominka wyszedł spod 

pędzla Stanleya Spencera - był to szkic fragmentu „Przebudzenia umarłych”.

- Ładne ma pani obrazy - powiedział McManus wesoło. - Lubimy sztukę?

Isabel podniosła na niego wzrok. Skąd ten poufały ton?

background image

- W rzeczy samej. Lubię sztukę.

Dziennikarz jeszcze raz rozejrzał się po pokoju.

- A ja robiłem kiedyś  wywiad z Robinem Philipsonem - pochwalił się. - U niego w 

pracowni.

- Z pewnością bardzo się tam panu podobało.

- Nie bardzo - zaprzeczył obojętnym tonem. - Nie przepadam za zapachem farby. Boli 

mnie potem głowa.

Przez   cały   czas   bawił   się   mechanicznym   ołówkiem,   wysuwał   grafit   i   wpychał   go   z 

powrotem.

- Mogę zapytać, czyni się pani zajmuje? To znaczy, o ile pani pracuje.

-   Jestem   redaktorem   naczelnym   pisma   filozoficznego   -   odrzekła   Isabel.   -   Nosi   tytuł 

„Przegląd Etyki Stosowanej”.

McManus uniósł brew.

- Widzę, że pracujemy w tym samym fachu - powiedział.

Isabel uśmiechnęła się. Już miała na końcu języka cierpkie: „Nie wydaje mi się”, ale po 

namyśle nie powiedziała nic. Bo w pewnym sensie ten człowiek miał rację. Isabel zajmowała się 

„Przeglądem” właściwie dorywczo, a jej obowiązki polegały na recenzowaniu i redagowaniu 

nadsyłanych prac naukowych, ale ostatecznie wszystko kręciło się wokół przelewania słów na 

papier, i to właśnie McManus miał na myśli.

Skierowała rozmowę z powrotem na kwestie związane z wypadkiem.

- Czy wiadomo już coś więcej w sprawie tej tragedii w Usher Hall?

McManus wyjął notes z kieszeni marynarki, otworzył go.

-   Niezbyt   wiele   -   odpowiedział.   -   Wiemy,   kim   był   ten   młody   człowiek   i   czym   się 

zajmował.   Rozmawiałem   z   jego   współlokatorami,   a   teraz   staram   się   dotrzeć   do   rodziców. 

Wybiorę się do nich pewnie dziś wieczorem. Mieszkają w Perth.

Isabel wbiła w niego zdziwiony wzrok. Ten człowiek „wybierał się dziś wieczorem”, aby 

przepytywać ludzi, którzy stracili syna.

- Dlaczego? - zapytała. - Dlaczego koniecznie chce pan z nimi rozmawiać?

McManus przesunął palcami po spiralce na grzbiecie notatnika.

- Bo będę o tym  pisał  - odparł. - Muszę  zebrać  jak najwięcej  informacji.  Nawet od 

rodziców.

background image

- Zastanie pan dwoje zrozpaczonych ludzi - powiedziała Isabel. - Co spodziewa się pan 

usłyszeć? Że bardzo im przykro?

McManus spojrzał na nią surowym wzrokiem.

- Ta sprawa wzbudza uzasadnione zainteresowanie publiczne - przypomniał jej. - I choć 

zdążyłem zauważyć, że jest pani odmiennego zdania, czytelnik ma prawo do informacji. Czy 

może jest pani innego zdania na ten temat?

Isabel   już   miała   na   końcu   języka   własną   opinię   na   temat   prawa   do   informacji,   ale 

powstrzymała   się.  Ten   człowiek   był  jej  gościem,   a  z  gośćmi   nie   wypada   się  kłócić.  Mogła 

godzinami potępiać wścibskich dziennikarzy, a nie zmieniłoby to ani na jotę pojęcia Geoffreya 

McManusa o tym, jak ma wykonywać swój zawód. Skrupuły moralne, o ile miał takowe, chował 

pod korcem, aby nie przeszkadzały mu wypytywać rodzin niedawno zmarłych osób. Tego Isabel 

była pewna.

- Czego chce się pan ode mnie dowiedzieć, panie McManus? - zapytała, zerkając na 

zegarek. Postanowiła, że nie zaproponuje mu kawy.

- Racja, do rzeczy - powiedział dziennikarz. - Jeśli można prosić, chciałbym usłyszeć, co 

pani widziała. Wszystko, ze szczegółami.

- Widziałam bardzo niewiele - odparta Isabel. - Zobaczyłam,  jak ten biedak spada, a 

potem, jak ratownicy wynoszą go z sali. Nic więcej.

McManus skinął głową.

- Tak, tak. Ale proszę coś o tym opowiedzieć. Jak wyglądał, kiedy spadał? Widziała pani 

jego twarz?

Isabel   przyjrzała   się   swoim   dłoniom,   złożonym   na   kolanach.   Widziała   twarz   tego 

człowieka i wydawało jej się, że on musiał widzieć ją. Pamiętała oczy,  rozwarte szeroko ze 

zdziwienia albo z przerażenia. Widziała jego oczy.

- Dlaczego chce pan wiedzieć, czy widziałam jego twarz? - zapytała.

- Być może to nam coś powie. Rozumie mnie pani? Co wtedy czuł. Co tak naprawdę się 

stało.

Isabel mierzyła go przez chwilę wzrokiem, tocząc wewnętrzną walkę z niesmakiem, który 

budził u niej jego brak wrażliwości.

- Nie widziałam jego twarzy, przykro mi.

- Ale głowę chyba pani widziała? Był odwrócony do pani twarzą czy plecami?

background image

Isabel westchnęła.

- Panie McManus, to trwało bardzo krótko, nie więcej niż sekundę. Nie miałam czasu się 

przyglądać. Zobaczyłam  człowieka spadającego z balkonu, a w następnej chwili było już po 

wszystkim.

- Ale coś na pewno wpadło pani w oko - upierał się McManus. - Tak kompletnie nic pani 

nie zauważyła? Człowiek składa się z twarzy, rąk, nóg i tak dalej. Patrząc na niego, widzi się 

całość, ale poszczególne części także.

Isabel zastanowiła się, czy wypada wyprosić go z domu. Zdecydowała, że jeszcze chwila, 

a i tak się to skończy. Lecz nagle dziennikarz zmienił taktykę przesłuchania.

- A co było później? - zapytał. - Co pani zrobiła?

- Zeszłam na dół - odparta  Isabel.  - W foyer  stała grupa ludzi. Wszyscy byli  nieźle 

wstrząśnięci.

- To wtedy pani widziała, jak go wynoszą?

- Tak.

- I wtedy też widziała pani jego twarz?

- Chyba tak. Patrzyłam, jak zabierają go do karetki.

- I co potem pani robiła?

- Wróciłam do domu - oznajmiła Isabel opryskliwie. - Złożyłam policjantom zeznanie i 

wróciłam do domu.

McManus zakręcił ołówkiem w palcach.

- I to wszystko?

- To wszystko - odparta Isabel.

Dziennikarz zapisał coś w notesie.

- Jak on wyglądał na tych noszach?

Isabel poczuła, że serce zaczyna  jej walić jak młotem. Nie mam  żadnego obowiązku 

znosić takiego zachowania, pomyślała. Ten człowiek był jej gościem - w pewnym sensie - i jeżeli 

rozmowa z nim przestała ją interesować, wystarczyło go poprosić, żeby opuścił dom. Wzięła 

głęboki oddech.

- Panie McManus - zaczęła - nie widzę sensu w dalszym roztrząsaniu tej sprawy. Nie 

rozumiem, co to może mieć wspólnego z reportażem, który pan napisze. Młody człowiek spadł i 

zabił się. To chyba wystarczy,  jak sądzę. Czy pański czytelnik naprawdę musi wiedzieć, jak 

background image

wyglądał, lecąc w dół? A może uważa pan, że ludzie woleliby przeczytać, że ten nieszczęśnik, 

spadając,   śmiał   się   w   głos?   Że   leżąc   na   noszach,   uśmiechał   się   radośnie?   A   co   chcieliby 

przeczytać o jego rodzicach? Że są zdruzgotani? Faktycznie, niecodzienna wiadomość!

McManus zaśmiał się.

- Nie ucz mnie mojego zawodu, Isabel.

- Pani Dalhousie, jeśli pan tak łaskaw.

- Ach, racja. Pani Dalhousie. Brakuje tylko pana Dalhousie. - Zawiesił głos. - Trochę to 

dziwne. Urody można pani pozazdrościć. Powiedziałbym nawet, że cieszy pani męskie oko, jeśli 

mogę być szczery.

Pod gniewnym, piorunującym spojrzeniem Isabel wbił wzrok w notes.

- Mam pilne obowiązki - oznajmiła, wstając. - Jeśli pan pozwoli...

McManus zamknął notes, ale nie ruszył się z miejsca.

- Uraczyła mnie pani wykładem na temat dziennikarskiego savoir-vivre’u - powiedział. - 

Mogę przyznać, jeśli pani sobie życzy, że miała pani do tego pełne prawo. Szkoda tylko, że sama 

nie pielęgnuje pani cnót moralnych, które rada by widzieć u innych.

Isabel spojrzała na niego w osłupieniu. Nie mogła zgadnąć, jak ma rozumieć tę uwagę.

- Otóż okłamała mnie pani - kontynuował McManus - mówiąc, że od razu wróciła do 

domu. Tak się akurat składa, że dowiedziałem się od policjantów, którzy tam byli, choć nie tylko 

od   nich,   że   poszła   pani   na   górę.   Widziano   panią,   jak   wyglądała   z   balkonu   jaskółki,   stojąc 

dokładnie w tym samym miejscu, skąd spadł tamten człowiek. Ten szczegół jednak raczyła pani 

przede mną zataić, mówiąc, że wróciła prosto do domu. Zastanawiam się, dlaczego mnie pani 

okłamała.

Isabel nie zwlekała z odpowiedzią.

- Nie widziałam powodu, dla którego miałabym panu o tym opowiadać. To nie miało nic 

wspólnego z tym, co zaszło.

- Doprawdy? - McManus wykrzywił się szyderczo. - A jeśli powiem, że moim skromnym 

zdaniem, wie pani więcej o tym, co tam zaszło, niż jest pani skłonna przyznać? Czy nie sądzi 

pani, że na podstawie naszej rozmowy mógłbym wysnuć taki wniosek?

Isabel podeszła do drzwi i otworzyła je wymownym gestem.

- Nie zamierzam wysłuchiwać podobnych rzeczy w moim własnym domu - oznajmiła. - 

Zechce pan się pożegnać.

background image

McManus niespiesznie podniósł się z krzesła.

-   Nie   ma   -   sprawy   -   powiedział.   -   Jest   pani   u   siebie.   A   ja   przecież   nie   chciałbym 

nadużywać pani gościnności.

Isabel wyszła do przedpokoju i otworzyła drzwi wejściowe. McManus, który podążał jej 

śladem, nagle przystanął na chwilę i zgarbiwszy się, obejrzał z bliska obraz wiszący na ścianie.

- Ma tu pani sporo ładnych rzeczy - rzucił. - Na brak grosza nie narzekamy?

background image

4

Roztrzęsiona   kucharka   musi   uważać   z   pieprzem;   w   przypływie   złości   bardzo   łatwo 

przedobrzyć i zepsuć całe risotto. Po spotkaniu z McManusem Isabel czuła się brudna, co było u 

niej regułą zawsze, kiedy tylko zdarzyło jej się rozmawiać z kimś, kto miał kompletnie amoralne 

podejście   do   życia.   Zauważyła,   że   takich   osób   jest   zadziwiająco   wiele,   a   podobna   postawa 

zaczyna robić się coraz bardziej powszechna. Przybywa ludzi, pomyślała Isabel, którym obca jest 

wszelka moralność. W osobie Geoffreya McManusa najbardziej zbulwersowało ją to, że wybierał 

się na spotkanie z rodzicami tamtego nieszczęśnika, że ich rozpacz liczyła się dla niego mniej niż 

to, że czytelnicy gazet mają ochotę dowiedzieć się, jak inni cierpią. Przeszedł ją dreszcz. Nie 

przychodził jej do głowy nikt, kto mógłby coś zrobić w tej sytuacji, nikt, kto miałby na tyle 

autorytetu, aby powiedzieć tamtemu typowi: „Zostaw tych biednych ludzi w spokoju”.

Zamieszała   risotto   i   nabrała   małą   łyżeczkę,   żeby   spróbować,   czy   jest   odpowiednio 

przyprawione. Doskonale. Ryż przeszedł jak należy smakiem moczonych prawdziwków, Danie 

wyszło  jej  na medal.  Jeszcze chwila i będzie  gotowe, żeby przełożyć  je do piekarnika;  tam 

poczeka, aż Cat i Toby zasiądą razem z Isabel do stołu, a tymczasem trzeba przygotować sałatkę 

i otworzyć butelkę wina.

Kiedy dzwonek do drzwi odezwał się, oznajmiając przybycie gości, Isabel zdążyła już 

ochłonąć i uspokoić się. Wieczór był chłodny i Cat przyszła w długim brązowym płaszczu, który 

Isabel kupiła jej kilka lat temu na urodziny. Zdjęła go i położyła na krześle w przedpokoju; pod 

spodem miała czerwoną sukienkę do kostek. Toby, wysoki młody mężczyzna, rok lub dwa lata 

starszy od Cat, był w ciemnobrązowej tweedowej marynarce i koszuli. Oko Isabel przykuły jego 

spodnie, sztruksy w kolorze rozgniecionych truskawek; dokładnie tego się po nim spodziewała. 

Pod tym względem Toby nigdy jeszcze jej nie zaskoczył. Muszę spróbować, skarciła się. Muszę 

spróbować go polubić.

Cat przyniosła półmisek wędzonego łososia, który zabrała prosto do kuchni. Isabel poszła 

razem z nią, a Toby został w salonie na parterze.

- I jak, lepiej się czujesz? - zapytała Cat. - Rano byłaś okropnie zdołowana.

Isabel wzięła z rak bratanicy półmisek z rybą i zdjęła folię, którą był owinięty.

- Tak - powiedziała. - Czuję się już znacznie lepiej.

background image

Nie wspomniała ani słowem o wizycie dziennikarza, częściowo dlatego, że nie chciała, by 

wyglądało, że wałkuje wciąż temat wypadku. Poza tym postanowiła wyrzucić to nieprzyjemne 

zajście z pamięci.

Przełożywszy   łososia   na   talerz,   wróciły   do   salonu.   Toby   stał   przy   oknie   z   rękami 

założonymi na plecach. Isabel zaproponowała gościom drinki. Napełniła kieliszki przy barku, a 

kiedy im je podała, Toby zasalutował jej swoim.

Slainte - wzniósł toast w języku gaelickim.

Isabel z trudem uniosła własny kieliszek. Była całkowicie pewna, że  slainte  to jedyne 

gaelickie słowo, znane Toby’emu. Oprócz tego nie lubiła ozdabiania mowy ojczystej wtrętami w 

obcych językach; pas du tout*. [Pas du tout (fr.) - w żadnym razie.] Toast Toby’ego skwitowała 

więc cichym brindisi.

- Brin... co? - zapytał Toby.

Brindisi - wyjaśniła Isabel. - Tak mówią Włosi przy toastach.

Cat rzuciła jej spojrzenie z ukosa. Miała cichą nadzieję, że ciotka powstrzyma  się od 

złośliwości. Przy jej temperamencie mogła z łatwością spłoszyć Toby’ego.

- Isabel nieźle mówi po włosku - poinformowała go.

- To się przydaje. - Toby skinął głową. - Ja tam zupełnie nie mam głowy do języków. Z 

czasów szkolnych zostało mi kilka francuskich słówek i co nieco niemieckiego. To wszystko.

Sięgnął po kromkę razowego chleba i nałożył sobie porcję wędzonego łososia.

- Jestem pies na tę rybę - oznajmił. - Cat kupuje ją u takiego faceta w Argyll, jak on się 

nazywa, Cat? Na imię ma Archie, dobrze pamiętam?

- Archie MacKinnon - powiedziała Cat. - Sam wędzi tego łososia u siebie w ogrodzie. Ma 

tam taką starą wędzarnię, specjalnie do ryb. Moczy je w rumie i wiesza nad żarem z dębowych 

drzazg. Ten niesamowity smak to właśnie od rumu.

Toby nałożył sobie jeszcze jeden kawałek, z tych największych. Cat szybko usunęła talerz 

z zasięgu jego rąk, by poczęstować rybą Isabel.

- Odwiedzam   Archiego,   kiedy  wybieram   się  do Campbelltown  -  wyjaśniła,  stawiając 

talerz przed ciotką. - Cudowny staruszek. Dziewiąty krzyżyk na karku, a wciąż jeszcze wypływa 

na morze. Ma dwa psy. Nazwał je Max i Morris.

- Jak ci chłopcy - zauważyła Isabel.

- Tak - powiedziała Cat.

background image

Toby zerknął na talerz z łososiem.

- Jacy chłopcy? - zapytał.

-   Max   i   Morris   -   powtórzyła   Isabel.   -   Dwaj   mali   Niemcy,   bohaterowie   pierwszego 

komiksu na świecie. Zawsze tylko patrzyli, co by tu zbroić, i w końcu trafili do piekarza, który 

posiekał ich na kawałki i zrobił z nich kruche ciasteczka.

Rzuciła Toby’emu spojrzenie. Max i Morris wpadli w piekarni do pojemnika z mąką i 

wraz z nią dostali się do mieszarki. Ciasteczka, które z nich upieczono, zjadły kaczki. Typowy, 

czysto germański wymysł, pomyślała Isabel, której przez chwilę mignęło w głowie, że to samo 

mogłoby spotkać Toby’ego. Wystarczyłoby, żeby wpadł do takiej maszyny, i już byłyby z niego 

kruche ciasteczka.

- Uśmiechasz się - zauważyła Cat.

- To niespecjalnie - powiedziała Isabel szybko. Czy uśmiechać się trzeba specjalnie?

Zanim podała risotto, na rozmowie zeszło im około pół godziny. Toby był niedawno z 

grupą przyjaciół na nartach i zaczął opowiadać o przygodach z dzikich zjazdów nieoznaczonymi 

trasami.   Raz   podobno   było   niewesoło,   kiedy   spowodowali   osunięcie   się   małej,   na  szczęście 

niezbyt gorliwej lawinki, przed którą jednak udało im się uciec.

- O mały włos nas nie porwała - przyznał Toby. - Wiecie, jaki odgłos wydaje lawina?

- Szumi jak fala? - spróbowała zgadnąć Isabel.

Toby pokręcił głową.

- Huczy jak grom - powiedział. - Jak grom z jasnego nieba. Coraz głośniej i głośniej.

Isabel   wyobraziła   sobie   tę   scenę:   Toby   w   kombinezonie   narciarskim   koloru 

truskawkowego,   na   niego   pędzi   wezbrana   śnieżna   fala,   białe   szczyty   gór  lśnią   w  słońcu.  A 

potem, przez jedną krótką chwilę, ujrzała oczyma duszy, jak czoło lawiny dogania Toby’ego, jak 

jego dziko młócące kończyny znikają w skłębionej bieli i zapada wielka cisza, a spod zwałów 

śniegu wystaje tylko czubeczek kija narciarskiego. Nie! - skarciła się, nie wolno tak myśleć, to 

równie niegodziwe, jak wyobrażanie sobie Toby’ego w mieszarce do mąki, a potem w kruchych 

ciasteczkach. Odpędziła od siebie te myśli. Dlaczego jednak, zastanowiło ją, Cat nie pojechała 

razem z nim? Przecież bardzo lubi narty i dobrze jeździ. Może Toby wcale jej nie zaproponował, 

żeby się z nim wybrała?

- A ty, Cat? - zapytała. - Nie chciałaś pojechać na narty? - Zdawała sobie sprawę, że to 

pytanie brzmi nieco dziwnie, ale zadufanie młodego człowieka wprawiło ją w złośliwy nastrój.

background image

Cat westchnęła.

- Wiesz, co ja mam w tym sklepie - powiedziała. - Nigdy nie mogę się wyrwać. Bardzo 

chciałam pojechać, ale to było wykluczone.

- A Eddie? - spytał Toby. - Ma już swoje lata i poradziłby sobie sam przez tydzień czy 

dwa. Nie ufasz mu?

- Ufam, oczywiście, że mu ufam - odrzekła Cat - ale Eddie jest taki... bezbronny.

Toby zerknął na nią z ukosa. Siedzieli oboje na kanapie w pobliżu okna; Isabel wydało 

się, że w głosie Toby’ego wychwyciła pierwsze nutki szyderstwa. Ciekawe.

- Bezbronny? - powtórzył Toby za Cat. - Tak to się u ciebie nazywa?

Cat   wbiła   wzrok   w   swoją   szklankę.   Isabel   obserwowała   Toby’ego,   W   jego   minie 

dostrzegła coś w rodzaju okrucieństwa, blisko, pod samą powierzchnią, pod tą ugładzoną, lekko 

zniewieściałą twarzą, która, pomyślała nagle, jest całkiem pulchna, a za dziesięć lat nos zacznie 

się wyciągać... Przywołała się do porządku. Nie poczuła dotąd do Toby’ego wielkiej sympatii, 

ale miłość bliźniego, o której nigdy nie należy zapominać, dyskretnie dawała o sobie znać.

- Eddie to miły chłopak - wymamrotała Cat. - I ma ciężkie życie. Ale mogę na nim 

całkowicie polegać. To naprawdę przemiły człowiek.

- Jasne, jasne - zgodził  się Toby.  - Tylko  jakiś taki  miękki,  nie sądzisz? Tak trochę 

jakby... No, wiesz.

Isabel, która do tej pory obserwowała tę scenę ze skrywaną fascynacją, teraz poczuła, że 

należy interweniować. Nie mogła pozwolić, żeby ktoś zawstydzał jej bratanicę w ten sposób, 

nawet   jeśli   -   co   by   jej   bardzo   odpowiadało   -   cena   za   to   miało   być   to,   że   Cat   nareszcie 

przejrzałaby na oczy.  Co też ona w nim widzi, zachodziła w głowę Isabel. Co on ma sobie 

takiego, oprócz tego, że jest idealnym okazem swoistego rodzaju bezmyślnej męskości? Język, 

którym  posługiwali  się  rówieśnicy Cat,  posiadał  wyrażenia  dosadniejsze,  lecz  także  na swój 

sposób   bardziej   zwięzłe   i   trafne   niż   język   pokolenia   Isabel;   w   tej   mowie   człowiek   w  typie 

Toby’ego   nazywał   się   „byczkiem”.   Ale   po   co   komu   byczek,   nie   mogła   pojąć   Isabel,   skoro 

niebyczek, a właściwie jego całkowite przeciwieństwo, jest daleko bardziej interesujące?

John Liamor, na przykład. Potrafił gadać godzinami, a każde jego słowo było intrygujące. 

Ludzie siedzieli, czasem całkiem dosłownie, u jego stóp i słuchali. Co kogo obchodziło, że był 

chudy jak szczapa, a skórę miał bladą, niemalże przejrzystą, jak to się często zdarza u Celtów? 

Był pięknym człowiekiem; aktualnie w posiadaniu innej kobiety, której Isabel nigdy w życiu nie 

background image

widziała na oczy, i to gdzieś w dalekiej Kalifornii czy na jakimś innym krańcu świata.

Poznali się w Cambridge. Isabel studiowała filozofię na Newnham College, była już na 

ostatnim   roku.   On,   wykładowca,   prowadził   prace   naukowe.   Był   od   niej   o   kilka   lat   starszy, 

ciemnowłosy Irlandczyk, absolwent dublińskiego University College. Otrzymał podoktoranckie 

stypendium   naukowo-badawcze   w   Clare   College   i   pisał   książkę   o   dramaturgu   Johnie 

Millingtonie   Synge’u.   Zajmował   mieszkanie   służbowe   na  tyłach   budynku   uczelni,   z   oknami 

wychodzącymi na rzekę i Fellows’ Garden, ogródek akademicki na drugim jej brzegu. Isabel 

bywała tam gościem: zapraszał ją, a potem siedział, palił i przyglądał się jej. Jego spojrzenie 

kompletnie   ją   dekoncentrowało;   wiele   też   by   dała,   by   się   dowiedzieć,   czy   na   jej   temat 

wypowiada się równie protekcjonalnym - i dowcipnym - tonem, jak w rozmowach z nią, gdy 

opowiadał o innych ludziach.

John  Liamor   uważał,  że   większość  ludzi   w  Cambridge   to  „głęboka  prowincja”.  Sam 

pochodził z Cork, które doprawdy trudno nazwać prowincjonalnym miastem. Miał w głębokiej 

pogardzie wychowanków drogich, elitarnych szkół angielskich - nazywał ich „małymi lordami”, 

jak w książce Francesa Hodgsona Burnetta - i otwarcie szydził z duchownych, których wciąż 

było   pełno   na   uczelni.   Wielu   wykładowców   akademickich   nadal   używało   jeszcze   tytułu 

„wielebny”, który John z upodobaniem przekręcał na „wybredny”. Isabel i inni jego znajomi 

śmiali się z tego do rozpuku, chociaż żadne z nich nie umiałoby powiedzieć, co ich właściwie tak 

bawi. Nawet rektor uczelni Johna, łagodny historyk ekonomii, który niczego nigdy nie żałował 

swojemu gościowi z Irlandii, nawet on zasłużył sobie u niego na miano „króla obskurantów”.

John Liamor zgromadził wokół siebie salon akolitów, studentów, których przyciągnęła 

zarówno jego bezsprzeczna błyskotliwość, jak i to, że poglądy, które wygłaszał, z daleka czuć 

było   piekielną   siarką.   Były   lata   siedemdziesiąte,   a   banalna   gadanina,   której   w   poprzedniej 

dekadzie nie brakło, zdążyła już ucichnąć. Czy pozostało jeszcze; coś, w co można było wierzyć, 

albo chociaż wykpić? Ambicja i własna korzyść, te dwa wszechwładne bożki nadchodzącego 

dziesięciolecia, czekały na swoją kolej za kulisami, nie ważąc się jeszcze pokazać na środku 

sceny, dzięki czemu wiecznie zamyślony Irlandczyk, obrazoburca z powołania, mógł fascynować 

i budzić podziw. John Liamor nie wymagał, żeby ludzie skupieni wokół niego w coś wierzyli; 

wystarczyło  mieć   talent   prześmiewczy.  I  to  właśnie  tak  ich  pociągało:  on  mógł   wyśmiewać 

samych prześmiewców, bo był Irlandczykiem, a oni Anglikami, pomimo całego radykalizmu, 

który prezentowali. Zaś w oczach Johna Liamora każdy Anglik był bezpowrotnie stracony jako 

background image

część aparatu ucisku.

Isabel trudno było odnaleźć się w tych kręgach. Znajomi nie chcieli wierzyć, że związek, 

który powstawał na ich oczach, ma jakiekolwiek szansę. Najbardziej wydziwiali nad nimi ci, 

którzy nie sprzyjali Johnowi Liamorowi - a trzeba powiedzieć, że nie był on osobą popularną ani 

w swojej uczelni, ani na wydziale filozoficznym. Wytykali mu intelektualną protekcjonalność i 

zagrożenia, które niesie ze sobą takie zachowanie; John czytał francuskich filozofów, a w swoich 

wypowiedziach nawiązywał do idei Foucaulta. Było jeszcze coś innego: co najmniej jeden albo 

dwóch jego przeciwników, tych najbardziej zagorzałych, miało mu za złe, że nie jest Anglikiem.

- Nasz irlandzki przyjaciel i jego przyjaciółka ze Szkocji - wyraził się o nich kiedyś jeden 

z tych właśnie ludzi. - Niebywale interesująca para. Ona taka życzliwa, rozsądna, uprzejma, a on 

zgrywa   się   na   Brendana   Behana*.   [Brendan   Behan   -   irlandzki   dramaturg   i   powieściopisarz 

(przyp. tłum.).] Jeszcze tylko brakuje, żeby zaczął wywodzić słodkie trele, co pewnie niedługo 

nastąpi. Ten typ tak ma. „Płyną z dumą łez potoki, gdy o śmierci jego myślę”, i tak dalej, i tak 

dalej. Znacie  takich,  co to do tej pory nie mogą  nam wybaczyć  jakichś tam domniemanych 

zaszłości.

Czasami   Isabel   sama   zadawała   sobie   pytanie,   co   ją   właściwie   tak   pociąga   w   Johnie 

Liamorze. Wydawało jej się, że dla nich dwojga nie ma po prostu innej opcji; wyobrażała sobie, 

że  ona   i  John  są  jak  dwoje  ludzi  w  podróży,  dzielący   ten  sam   przedział,  skazani  na  swoje 

towarzystwo. Inni ludzie tłumaczyli to w bardziej prozaiczny sposób.

- Seks - powiedział krótko jeden ze znajomych Isabel. - Seks łączy ludzi wszelkiej maści. 

Nie jest tak? Prosta sprawa. Wzajemna sympatia nie jest wymagana.

- Pireneje - powiedziała nagle Isabel.

Toby i Cat spojrzeli na nią z jednakowym zdziwieniem.

- Otóż to - beztrosko ciągnęła dalej Isabel. - Pireneje. Wiecie, że nigdy nie byłam w 

Pirenejach? Ani razu.

- A ja byłem - pochwalił się Toby.

- A ja nie - powiedziała Cat. - Ale bardzo bym chciała tam pojechać.

- Możemy wybrać się razem - rozwinęła Isabel myśl. - I Toby też, gdyby tylko zechciał. 

Co  ty  na  to,   Toby?  Wspinalibyśmy  się   po  skałkach,  Toby  szedłby  pierwszy,  a   my  za   nim, 

przywiązane do niego liną. Stuprocentowe bezpieczeństwo.

background image

Cat się zaśmiała.

-   Na   pewno   by   się   poślizgnął   i   jeszcze   pociągnął   nas   za   sobą.   Wszyscy   byśmy   się 

pozabijali... - Urwała w pół słowa, kiedy dotarło do niej, że nie pomyślała o tym, co mówi. 

Posłała Isabel przepraszające spojrzenie. Przecież cała ta kolacja miała jeden cel: żeby ciotka 

przestała myśleć o tym, co się zdarzyło w Usher Hall.

-   Andy   -   powiedziała   Isabel   radośnie.   -   Byłam   tam   raz.   Niesamowite   góry,   ale   tak 

strasznie wysokie, że ciężko oddychać.

- Też kiedyś byłem w Andach - wtrącił się Toby. - Z moim klubem wspinaczkowym. 

Jeden z naszych chłopaków poślizgnął się i spadł. Ze sto pięćdziesiąt metrów w dół, jak nie 

więcej.

Zapadła głucha cisza. Toby, przypomniawszy sobie, jaka jest sytuacja, wbił wzrok w swój 

kieliszek. Cat uniosła oczy do sufitu, wędrując po nim spojrzeniem.

Goście   pożegnali   się   nieco   wcześniej,   niż   planowali.   Isabel   została   sama   w   kuchni, 

wpatrzona w stos brudnych naczyń, piętrzący się na zmywarce. Wieczoru żadną miarą nie można 

było  zaliczyć  do szczególnie udanych. Przy kolacji rozmowa  zaczęła  się trochę kleić, ale w 

końcu, dzięki Toby’emu, zeszła jednotorowo na temat wina; jego ojciec był uznanym importerem 

win, zaś syn pracował w rodzinnej firmie. Isabel widziała, jak Toby wącha wino, którego mu 

nalała. Myślał pewnie, że ona tego nie zauważy; mylił się. Trunkowi nie sposób zresztą było 

cokolwiek   zarzucić,   był   to   australijski   cabernet   sauvignon,   wcale   nie   pierwszy   lepszy   i 

bynajmniej nie najtańszy. Z drugiej strony, koneserzy nieufnie podchodzą do win z Nowego 

Świata. Wbrew wszelkim zapewnieniom i zaprzeczeniom, które można by usłyszeć od winiarzy, 

jest to środowisko niereformowalnych snobów, a prym wśród nich wiodą Francuzi. Isabel była 

pewna, że Toby uważa ją za osobę zdolną podać do kolacji sikacza z supermarketu. Prawda zaś 

była taka, że znała się na winach, i to lepiej niż większość ludzi. Trunek, którym poczęstowała 

swoich gości, był jak najbardziej na miejscu.

- Australia - skomentował Toby krótko. - Południowa Australia.

- Bardzo dobre - powiedziała Cat.

Toby nie zwrócił na nią uwagi.

- Wyraźnie czuć owoce.

Isabel uśmiechnęła się do niego uprzejmie.

background image

- Jak się spodziewam, masz podniebienie przyzwyczajone do lepszych trunków.

- Dobry Boże - odkaszlnął Toby - mówisz, jakbym był nie wiadomo jakim snobem. To 

jest zupełnie... zupełnie dobre wino. Nie mam zastrzeżeń.

Odstawił kieliszek.

-   Próbowaliśmy   niedawno   w   biurze   wybornego   clareta,   ze   starych   krzewów.   Coś 

niesamowitego.   Ojciec   wytrzasnął   skądś   jedną   butelkę,   całą   obrośniętą   kurzem.   Szybko   się 

otwierało*   [W   żargonie   winiarskim   wino   się   „otwiera”,   czyli   zaczyna   wydzielać   aromat   po 

nalaniu do kieliszka (przyp. tłum,).], ale jeśli się go skosztowało w porę, ach!

Isabel   słuchała   z   grzeczności.   W   sumie   cieszyła   ją   ta   prezentacja   dobrych   manier   w 

wykonaniu Toby’ego, ponieważ liczyła na to, że Cat znudzi się gadaniną i samym gadaczem przy 

okazji. Nuda zresztą musiała wkraść się do tego związku, i to prędzej niż później, kryjąc w 

głębokim cieniu wszelkie możliwe zalety, jakie Cat dostrzegała u Toby’ego. Czy możliwe, żeby 

to była miłość? Isabel w zasadzie wykluczała taki stan rzeczy, ponieważ dostrzegła, że Cat jest 

wyczulona   na   wady  tego   człowieka   -   kiedy   tylko   zdarzało   się,  że   Toby  powiedział   coś,   co 

wprawiało   ją   w   zażenowanie,   Cat   dawała   nieomylny   znak   tego   wyczulenia,   na   przykład 

wywracała nieznacznie oczami. Osoby, które kochamy, nigdy nie narażają nas na zawstydzenie; 

może się zdarzyć, że sprawią nam przelotną przykrość, ale nigdy nie poczujemy się naprawdę 

głęboko zażenowani ich zachowaniem. Wybaczamy im potknięcia i wady albo też w ogóle ich 

nie zauważamy. Tak samo było z Isabel, która przebaczyła Johnowi Liamorowi wszystko, nawet 

to, że pewnej nocy,  w jego służbowym mieszkaniu na uczelni, nakryła  go w łóżku z młodą 

studentką, która na jej widok zachichotała  i owinęła  się jego własną koszulą, którą z siebie 

zrzucił. Zaś John popatrzył tylko w okno i powiedział:

- Masz marne wyczucie czasu, Liamor.

Być   może,   rozmyślała   Isabel,   prościej   byłoby   nigdy   nikogo   nie   kochać,   nigdy   nie 

pozwolić sobie na miłość.  Być  sobą, tak po prostu, nieczułą  na ból, który zadają nam inni. 

Mnóstwo ludzi tak żyje i nie skarży się - ale czy tacy ludzie są naprawdę zadowoleni ze swojego 

życia? Ciekawe, pomyślała Isabel, ilu z nich świadomie wybrało samotność, a ilu znosi ją tylko 

dlatego, że w ich życiu nigdy nie pojawił się ktoś, kto mógłby ich od niej uwolnić. Rezygnacja, 

pogodzenie się z faktem bycia samotnym to jedno, a całkiem inną rzeczą jest wybór życia w 

pojedynkę.

Podstawowym pytaniem,  oczywiście, było, dlaczego człowiek odczuwa potrzebę bycia 

background image

zakochanym.   Filozof   redukcjonista   odpowiedziałby,   że   wszystko   jest   kwestią   procesów 

biologicznych,   a   miłość   dostarcza   motywacji,   aby   łączyć   się   w   pary   i   wychowywać   razem 

potomstwo.   Wywód   prosty   i   oczywisty,   jak   zresztą   wszystkie   argumenty   zakorzenione   w 

psychologii   ewolucyjnej.   Skoro   jednak   natura   człowieka   ma   być   czysto   biologiczna,   czym 

wytłumaczyć fakt, że można pokochać ideę, rzecz, miejsce? Dobrze uchwycił tę ludzką zdolność 

W. H. Auden,  kiedy wyznał,  że jako mały  chłopiec  zakochał  się  w motopompie,  która,  jak 

napisał,   była   „idealnie   tak   samo   piękna   jak   ty”.   Przeniesienie,   powiedziałby   socjobiolog, 

poparłszy   swoją   tezę   starym   freudowskim   dowcipem,   że   tenis   jest   substytutem   seksu.   Tak 

postawiony argument można było zripostować tylko w jeden sposób: że seks równie dobrze może 

służyć jako substytut tenisa. Isabel kiedyś podzieliła się tymi przemyśleniami z bratanicą.

- Zabawne, przyznaję - skomentowała Cat - ale stuprocentowo prawdziwe. Emocje mają 

jedną funkcje: strzec nas, żeby się nam nie działa krzywda. Jak u zwierząt, można by rzec. Strach 

powoduje   ucieczkę.   O   pożywienie   trzeba   walczyć.   Nienawiść   i   zazdrość.   Reakcje   cielesne, 

mające na celu przetrwanie.

- Ale przecież równie prawdziwe jest stwierdzenie, że emocje grają rolę w kształtowaniu 

uczuć wyższych - zareplikowała Isabel. - To dzięki emocjom jesteśmy zdolni do empatii. Kiedy 

kogoś kocham, wiem, co czuje ta druga osoba, znam ją jak siebie samą. Żal - było nie było, 

bardzo   ważna   emocja   -   umożliwia   mi   zrozumienie   cierpienia   innych   ludzi.   Zatem   dzięki 

emocjom kształtuje się nasza moralność. Wyrabia się w nas moralna wyobraźnia.

- Być może - przyznała wtedy Cat, ale nie patrzyła na Isabel, tylko na słoik marynowanej 

cebuli, jako że ta rozmowa odbyła się w jej delikatesach; ze względu na otoczenie Cat miała 

trudności z właściwą koncentracją. Marynowana cebula, choć nie ma absolutnie nic wspólnego z 

moralną wyobraźnią, pomyślała wtedy Isabel, z pewnością kryje jednak w sobie jakieś utajone 

znaczenie; być może nadaje sens goryczy.

Po pożegnaniu Cat i Toby’ego Isabel wyszła do ogrodu. Noc była chłodna. Olbrzymi 

ogród na tyłach jej domu, odgrodzony od ulicy murem, był pogrążony w ciemności. Na czystym 

niebie  migotały  gwiazdy,   rzadki  widok w  mieście,  gdzie   światło   produkowane  przez  ludzką 

populację zazwyczaj wymazuje ich blask z nieba. Isabel wyszła na trawnik, kierując się w stronę 

małej   drewnianej   oranżerii,   pod   którą   niedawno   odkryła   lisią   norę.   Niespodziewany  lokator, 

który od czasu do czasu raczył nasunąć się jej na oczy, otrzymał przydomek Lis Witalis. Witalis 

był   stworzeniem   smukłym   i   wdzięcznym;   Isabel   widywała   go   po   zmierzchu,   jak   zwinnie 

background image

przemykał  się po szczycie  ogrodowego muru albo pędem przecinał na skos ulicę, podążając 

własnymi  ścieżkami  i załatwiając swoje sekretne, nieznane nikomu sprawy.  Z przyjemnością 

widziała go u siebie, a pewnego wieczoru wystawiła mu w ogrodzie pieczonego kurczaka w 

charakterze ofiary. Rankiem po ptaku nie zostało ani śladu; dopiero później Isabel znalazła w 

jednym z kwietnych klombów kostkę obgryzioną do czysta; cały szpik został dokładnie wyssany.

Czego Isabel życzyła  swojej bratanicy?  Odpowiedź była prosta: życzyła  jej, aby była 

szczęśliwa. Stary, wyświechtany frazes, niemniej jednak prawdziwy. W wypadku Cat szczęście 

konkretnie   sprowadzało   się   do   znalezienia   właściwego   mężczyzny,   ponieważ   mężczyźni 

najwidoczniej byli dla niej niezwykle ważni. Nie chodziło o to, że partnerzy Cat nie podobali się 

Isabel z zasady. Gdyby tak było, powód jej antypatii byłby jasny i oczywisty: zazdrość. Ale to 

było coś innego. Isabel przyjęła do wiadomości, że dla jej bratanicy właśnie to jest ważne, i miała 

tylko nadzieję, że Cat odnajdzie to, czego szuka, to, czego naprawdę pragnie. Zdaniem Isabel, 

tym czymś - kimś - był Jamie. A ja? - zapytała samą siebie. Czego ja pragnę?

Ja pragnę, żeby w drzwiach stanął John Liamor i powiedział: „Przepraszam. Przepraszam 

za te wszystkie stracone lata. Wybacz mi”.

background image

5

Wypadek w Usher Hall przeszedł bez większego echa w gazetach, które Isabel zaliczała 

do „podlejszej prasy”  (a jak inaczej je nazwać, broniłaby się przed ewentualnymi  zarzutami, 

przecież właśnie tym są, wystarczy je przejrzeć i zobaczyć, o czym piszą). Także „Scotsman” i 

„Herald”, czyli  „pisma  o właściwym  poczuciu  moralnym”,  jak je nazywała,  milczały na ten 

temat. Z tego, co Isabel było wiadomo, McManus nie zdołał dowiedzieć się zbyt wiele, a jeśli 

nawet udało mu się sklecić jakiś tekst ze strzępków informacji, wydawca najprawdopodobniej go 

odrzucił, bo był niespójny i banalny. Prosta tragedia, nawet gdy rozegra się w tak niezwykłych 

okolicznościach,   to   nie   jest   temat-rzeka.   Isabel   spodziewała   się,   że   teraz   zostanie   wdrożone 

śledztwo, badające przyczyny  tragicznego  wypadku,  co jest rutynowym  postępowaniem,  gdy 

śmierć następuje nagle lub w nieoczekiwany sposób. Bywało, że prasa informowała czytelników 

o   rezultatach   śledztwa,   także   przesłuchania   świadków   przed   sędzią   okręgowym   mogły   być 

prowadzone   przy   drzwiach   otwartych.   Działania   te   wykonywano   fachowo   i   sprawa   szybko 

znajdowała   rozstrzygnięcie.   Tak   było,   kiedy   badano   wypadki   w   fabrykach,   do   których,   jak 

ustalono, doszło, ponieważ ktoś zapomniał, że jeden z kabli jest pod napięciem; tragiczne zajścia, 

których przyczyną był wadliwie podłączony wyciąg tlenku węgla, lub strzelba, która miała być 

nienaładowana.   Rozwikłanie   zagadki   nigdy   nie   trwało   zbyt   długo.   Sędzia   okręgowy,   który 

prowadził sprawę, cierpliwie gromadził wykaz stwierdzonych usterek, wymagających naprawy; 

czasem upominał odpowiednie osoby, lecz najczęściej powstrzymywał się od komentarzy. Po 

zbadaniu okoliczności następowało orzeczenie i sąd zabierał się do następnej tragedii w porządku 

dziennym,   zaś   krewni   ofiary   opuszczali   salę   sądową   małymi   grupkami,   od   których   wiało 

przygnębieniem i żalem. Śmierć młodego człowieka w Usher Hall miała wszelkie widoki, żeby 

zostać   uznaną   za   wypadek;   ponieważ   do   nieszczęścia   doszło   w   miejscu   publicznym,   mogła 

wywiązać   się   dyskusja   na   temat   bezpieczeństwa,   zakończona   wydaniem   przez   sędziego 

oficjalnego zalecenia, nakazującego podwyższenie poręczy na jaskółce. Rozpatrzenie sprawy nie 

musiało   być   jednak   błyskawiczne,   a   wydanie   ostatecznego   orzeczenia   mogło   sądowi   zabrać 

nawet kilka miesięcy; do tego czasu Isabel miała nadzieję o wszystkim zapomnieć.

Mogłaby omówić wszystko od początku z Grace, ale jej gosposia miała głowę zajętą 

czymś innym: udzielała moralnego wsparcia przyjaciółce, która przechodziła akurat ciężki okres 

background image

w życiu. Chodzi o to, wyjaśniła Grace Isabel, że mężczyźni nie potrafią się zachować; męża 

przyjaciółki dopadł kryzys wieku średniego, a ona, biedaczka, odchodziła już od zmysłów.

- Kupił sobie całą szafę nowych ubrań - opowiadała Grace, przewracając oczami.

- Może potrzebuje odmiany - podsunęła Isabel. - Ja też tak kiedyś zrobiłam, chyba nawet 

dwa razy.

Grace pokręciła głową.

-   Ale   on   nakupował   sobie   młodzieżowych   ciuchów   -   zazgrzytała.   -   Obcisłe   dżinsy, 

pulowerki   z   dużymi   literami   na   przedzie,   takie   rzeczy.   Zaczął   słuchać   rocka.   I   chodzić   do 

klubów.

- Aha - powiedziała Isabel. Faktycznie, kluby nie wróżyły nic dobrego. - A ile on ma lat?

- Czterdzieści pięć. Podobno to najgorszy wiek dla mężczyzny.

Isabel zastanowiła się przez chwilę. Co tu robić w takiej sytuacji?

Grace wyręczyła ją w odpowiedzi.

- Ja tam go wyśmiałam - przyznała się. - Powiedziałam mu szczerze, co o tym myślę: że 

wygląda jak kretyn i że nie ma po co się stroić w ubrania dla młodego chłopaka.

Isabel potrafiła sobie wyobrazić, jak musiała wyglądać ta scena.

- I co on na to?

- Że mam pilnować własnego nosa. - Grace była wyraźnie oburzona. - Powiedział, że ja 

tam sobie mogę myśleć, że wszystko już mam za sobą, ale on wcale nie musi. Co to znaczy 

„wszystko”, zapytałam go, a on nie odpowiedział.

- Ale typ - zgodziła się Isabel.

- Biedna Maggie - opowiadała dalej Grace. - On chodzi po tych klubach, ale jej nigdy ze 

sobą nie zabiera. Zresztą i tak wcale jej tam nie ciągnie. Biedaczka siedzi w domu i zamartwia 

się, gdzie też on się podziewa i co wyprawia. I jak ja mogę jej pomóc? Ale wiesz, dałam mu 

książkę.

- Jaką?

- Taką starą książeczkę, sfatygowaną, z oślimi uszami. Znalazłam ją w księgarni w West 

Port: „W co się bawić? Sto rozrywek dla nastolatka”. Ale jakoś wcale nie było mu do śmiechu.

Isabel   za   to   wybuchnęła   śmiechem.   Grace   potrafiła   być   szczera   aż   do   bólu.   Był   to 

prawdopodobnie skutek tego, że wychowała się w mikroskopijnym mieszkanku niedaleko ulicy 

Cowgate,   wśród   ludzi,   którzy   poza   pracą   właściwie   nie   mieli   własnego   życia   i   zawsze   bez 

background image

ogródek   mówili   to,   co   myślą.   Isabel   zdawała   sobie   sprawę,   że   życie   Grace   potoczyło   się 

całkowicie   innym   torem   niż   jej   własne.   Ona   cieszyła   się   wszelkimi   przywilejami   i   mogła 

wybierać   sobie   szkoły,   tymczasem   Grace   musiała   się   zadowolić   przepełnionym 

powszechniakiem, gdzie ucznia traktowano jak zło konieczne. Czasami Isabel wydawało się, że 

jej zwątpienie i niepewność to skutek właśnie starannego wykształcenia, które otrzymała, zaś 

Grace ze swoich szkół wyniosła niezachwianą wiarę w słuszność tradycyjnych  edynburskich 

wartości. Nie było tutaj nawet odrobiny miejsca na zwątpienie, przez co Isabel nieraz zadawała 

sobie pytanie: kto jest szczęśliwszy, czy ten, kto wie dużo i wątpi, czy ten, który święcie wierzy 

w słuszność swoich przekonań i nigdy nie próbuje ich kwestionować? Po długich przemyśleniach 

doszła do wniosku, że odpowiedź na to pytanie nie ma nic wspólnego ze szczęściem, które jest 

jak pogoda: raz jest, a raz go nie ma. Wyglądało na to, że wszystko zależy od charakteru danej 

osoby.

- Maggie, ta moja przyjaciółka - oznajmiła Grace - mówi, że bez mężczyzny nie można 

być szczęśliwą. Dlatego tak się przejmuje, że ten jej Bilo stroi się jak dzieciak. Jeśli znajdzie 

sobie teraz jakąś młodszą, to Maggie zostanie sama jak palec. Nie będzie miała nic.

- Powiedz jej - zaczęła Isabel - że twoim zdaniem, mężczyzna wcale nie jest kobiecie 

niezbędny.

Wygłosiła to zdanie bez zastanowienia i nagle dotarło do niej, że Grace może ją źle 

zrozumieć. Isabel wcale nie chciała powiedzieć, że uważa Grace za zaprzysięgłą starą pannę, 

która nie potrafiła nikogo sobie znaleźć.

- Chciałam powiedzieć - dodała szybko - że mężczyzna ogólnie nie jest...

- Nieważne - przerwała jej Grace. - Wiem, o co ci chodziło.

Isabel zerknęła na nią ukradkiem i podjęła:

- Zresztą ja nie mam co się wypowiadać o mężczyznach. Nie odnotowałam na tym polu 

żadnych znaczących sukcesów,

A właściwie dlaczego? - zadała sobie pytanie. Skąd ten brak sukcesów? Nie ta osoba, nie 

ten czas? A może i jedno, i drugie? Grace spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem.

- Co on ci zrobił, ten twój Irlandczyk? Jak mu tam było? John i jak dalej? Nigdy mi o tym 

nie mówiłaś.

- Zdradzał mnie - powiedziała krótko Isabel. - Przez cały czas, gdy byliśmy w Cambridge. 

A potem, kiedy dostałam stypendium podyplomowe na uniwersytecie w Cornell i wyjechaliśmy 

background image

razem do Stanów, on nagle oświadczył, że znalazł sobie inną kobietę - tak naprawdę to była 

jeszcze dziewczyna - i wyjeżdża z nią do Kalifornii. I następnego dnia już go nie było.

- Tak po prostu?

-   Tak   po   prostu.   Ameryka   uderzyła   mu   do   głowy,   chociaż   twierdził,   że   ten   kraj   go 

wyzwolił. Słyszałam, że nawet normalni, rozważni ludzie potrafią tam zwariować, kiedy poczują 

się wolni od różnych ograniczeń, które narzucano im we własnym kraju. Z nim właśnie tak było. 

Rozpił się, podrywał jeszcze więcej dziewczyn i zrobił się bardziej porywczy.

Grace przez chwilę milczała, przetrawiając te nowe informacje. Potem spytała:

- Rozumiem, że nadal tam mieszka?

Isabel wzruszyła ramionami.

- Pewnie tak. Chociaż pewnie znów znalazł sobie nową kobietę. Nie wiem.

- Ale chciałabyś się dowiedzieć?

I na to pytanie odpowiedź brzmiała:  tak, oczywiście. A to dlatego, że Isabel, wbrew 

rozsądkowi, wbrew własnym poglądom, wybaczyłaby mu, gdyby wrócił do niej i poprosił o 

wybaczenie.   Rzecz   jasna,   nigdy   by   tego   nie   zrobił,   dzięki   czemu   nie   była   wystawiona   na 

niebezpieczeństwo z powodu słabości swojego charakteru. Już nigdy więcej nie groziło jej, że 

ulegnie niebezpiecznemu urokowi Johna Liamora.

Była na najlepszej drodze, żeby zapomnieć o wypadku w Usher Hall, lecz nagle, dwa 

tygodnie   później,   otrzymała   z   pewnej   galerii   sztuki   zaproszenie   na   party   z   okazji   otwarcia 

wystawy.   Isabel   kupowała   obrazy   w   galeriach,   dlatego   regularnie   dostawała   zaproszenia   na 

przyjęcia tego rodzaju. Na ogół starała się unikać inauguracji wystaw, bo nieodmiennie panowały 

tam tłok i hałas, a ogólna pretensjonalność aż biła po oczach. Jednak kiedy wystawiane obrazy 

budziły powszechne zainteresowanie, wybierała się na otwarcie, i to możliwie jak najwcześniej, 

aby   zdążyć   obejrzeć   eksponaty,   zanim   na   tabliczkach   z   tytułem   dzieła   zdążą   się   pojawić 

czerwone kropki ewentualnej konkurencji. Lekcją w tym względzie była dla niej niegdysiejsza 

retrospektywna   wystawa   dzieł   Cowiego;   Isabel   spóźniła   się   na   uroczyste   otwarcie,   a   kiedy 

przyszła,   okazało   się,   że   tych   kilka   obrazów,   które   były   na   sprzedaż,   wykupiono   w   ciągu 

pierwszego kwadransa. Darzyła Cowiego sympatią; lubiła jego niepokojące portrety ludzi jakby 

zatopionych w staroświeckim bezruchu, uczennic o smutnych twarzach, zajętych rysowaniem lub 

haftem wśród czterech ścian cichego pokoju, jego pejzaże szkockiej wsi, gdzie drogi i ścieżki 

zdawały   się   prowadzić   tylko   z   ciszy   w   ciszę,   oraz   martwe   natury   -   sute   fałdy   tkaniny 

background image

udrapowanej   na  stojaku  w  pracowni   malarskiej.  Miała  w  swojej  kolekcji   dwa  nieduże   oleje 

Cowiego   i   z   miłą   chęcią   dokupiłaby   jeszcze   trzeci,   ale   spóźnienie   pokrzyżowało   jej   plany. 

Dostała nauczkę i wzięła ją sobie do serca.

Tego wieczoru miało się odbyć otwarcie wystawy prac Elizabeth Blackadder. Jedna duża 

akwarela wpadła Isabel w oko. Obiecała sobie, że ją kupi, ale najpierw postanowiła obejrzeć 

resztę ekspozycji. Żaden inny obraz nie przemówił do niej jednak, a kiedy wróciła do akwareli, 

na  tabliczce  widniała   już  czerwona  kropka.  Przed  malowidłem  stał  młody  człowiek,   na  oko 

dobiegający   trzydziestki,   w   garniturze   w   kredowobiałe   prążki,   z   kieliszkiem   w   ręce.   Isabel 

rzuciła   okiem   na   obraz,   który   nagle   zaczął   jej   się   podobać   o   niebo   bardziej,   a   potem   na 

mężczyznę   w   garniturze,   pilnując   się,   aby   najmniejszym   nawet   gestem   nie   zdradzić 

rozdrażnienia.

- Piękna rzecz, prawda? - zagadnął nieznajomy. - Kiedy patrzę na jej obrazy, zawsze mi 

się wydaje, że to chińska malarka. Ta lekkość. Te kwiaty.

- I koty - zauważyła Isabel kwaśno. - Koty też maluje.

- Tak - zgodził się mężczyzna w garniturze. - Koty w ogrodach. Taki przyjemny temat. 

Nie to co socrealizm.

-   Koty   istnieją   naprawdę   -   sprzeciwiła   się   Isabel.   -   Dla   nich   jej   obrazy   to   czysty 

socrealizm. - Spojrzała jeszcze raz na płótno. - Kupił pan tę akwarelę?

Nieznajomy skinął głową.

- Dla narzeczonej. Prezent zaręczynowy.

Powiedział to z dumą - a widać było, że jest dumny z zaręczyn, nie z tego, że kupił obraz 

- i Isabel momentalnie zmiękła.

- Będzie zachwycona - zapewniła go. - Sama miałam kupić to płótno, ale cieszę się, że 

pan mnie uprzedził.

Na twarzy nieznajomego pojawiło się zakłopotanie.

- Najmocniej przepraszam - powiedział, - Mówiono mi, że obraz jest na sprzedaż. Nie 

zauważyłem żadnego...

Isabel przerwała jego tłumaczenia.

- Nie było żadnego znaku. Kto pierwszy, ten lepszy. Ubiegł mnie pan. Wystawa w galerii 

sztuki to arena walki na śmierć i życie.

- Są jeszcze inne. - Mężczyzna wskazał gestem drugą ścianę. - Na pewno znajdzie pani 

background image

jeszcze coś równie dobrego. Może nawet lepszego.

Isabel uśmiechnęła się.

- Bez wątpienia. Poza tym i tak nie mam już gdzie wieszać obrazów. Musiałabym coś 

zdjąć ze ściany. Po co mi jeszcze jedno malowidło?

Nieznajomy  zaśmiał   się na  te  słowa,  a potem,   zauważywszy,   że  Isabel   trzyma  pusty 

kieliszek, zaofiarował się, że go napełni. Zgodziła się. Kiedy wrócił, przedstawił się jej. Nazywał 

się Paul Hogg. Mieszkał o jedną przecznicę od galerii, na Great King Street. Utrzymywał, że z 

całą pewnością widział już Isabel na jakiejś wystawie, właśnie tutaj, ale przecież, jak mówią, 

Edynburg to mała wieś, gdzie codziennie wpada się na ludzi, których już się kiedyś widziało. 

Czy i ona tak sądzi?

Isabel sądziła. Ma to, rzecz jasna, swoje minusy, dodała. A gdyby ktoś chciał prowadzić 

podwójne życie?  W  Edynburgu  to rzecz  nie  do pomyślenia,  czyż  nie?  Trzeba  by się chyba 

przeprowadzić do Glasgow.

Paul   nie   podzielał   jej   opinii.   Jak   się   okazało,   znał   kilkoro   ludzi,   którzy   z   pełnym 

powodzeniem prowadzili podwójne życie.

-  Ale   skąd  właściwie   wiesz  o   tym   ich   drugim   życiu?   -  zapytała   Isabel,   przechodząc 

odruchowo na „ty”. - Sami ci o nim powiedzieli?

Paul zastanowił się przez chwilę.

- Nie - odrzekł wreszcie. - Podwójne życie prowadzi się w konspiracji i nikomu się o nim 

nie mówi.

- Czyli odkryłeś ich sekret - wywnioskowała Isabel. - I kto miał rację?

Musiał przyznać, że ona. Roześmiali się oboje.

- Ale muszę ci powiedzieć - dodał Paul - że nie wyobrażam sobie, po co miałbym wieść 

podwójne życie. Czy w dzisiejszych czasach jest jeszcze coś takiego, z czym trzeba się kryć 

przed ludźmi? Nic już nikogo nie szokuje, nie dziwi. A skazani mordercy piszą książki.

- To prawda - przyznała Isabel. - Ale czy to są faktycznie dobre książki? Czego można się 

z   nich   dowiedzieć?   Tylko   ludzie   wyjątkowo   niedojrzali   albo   bardzo   głupi   podziwiają 

degeneratów. - Umilkła na moment, po czym dodała: - Wydaje mi się jednak, że czegoś ludzie 

muszą się wstydzić, że pozostało jeszcze coś, co wolą robić tak, żeby nikt nie widział.

- Młodzi chłopcy - powiedział Paul. - Znam osobę, która chodzi na chłopców. W zasadzie 

wszystko jest zgodne z prawem, bo wybiera sobie siedemnasto-, osiemnastolatków. Ale z drugiej 

background image

strony, to są jeszcze dzieciaki.

Isabel spojrzała na akwarelę, na kwiaty i na koty. Ten świat był daleki od świata Elizabeth 

Blackadder.

- Chłopcy - mruknęła. - Potrafię zrozumieć, że są takie osoby, dla których młodzi chłopcy 

są... Jak to nazwać? Interesujący. I że takie... zainteresowanie można chcieć ukryć. Nie każdy jest 

Katullusem i musi pisać o tym wiersze. Katullus przyznawał się do tego bez cienia skrępowania. 

Tematykę miłości do młodych chłopców uznaje się za odrębny gatunek w literaturze klasycznej, 

prawda?

- Ta osoba, którą znam, najczęściej jeździ chyba w okolice Calton Hill - powiedział Paul. 

- Wybiera się tam samotnie, w pustyni samochodzie, a wraca z chłopcem. Oczywiście, wszystko 

w tajemnicy.

Isabel uniosła brew.

- No cóż. Różne rzeczy ludzie robią.

W Edynburgu było tak, że jego jeden kraniec nie miał pojęcia o tym, co dzieje się na 

drugim,   lecz   przecież   w  końcu   było   to   miasto,   jak   mówiono,   zbudowane   na   hipokryzji.   To 

prawda, że wydało ono Hume’a i było kolebką szkockiego Oświecenia, ale co się stało potem? W 

dziewiętnastym wieku nastał małostkowy kalwinizm i światło opuściło Edynburg, odeszło w inne 

strony: z powrotem do Paryża, do Berlina albo za morze, do Ameryki, na Uniwersytet Harvarda i 

do innych podobnych miejsc, gdzie teraz już wszystko było możliwe. A Edynburg zyskał miano 

miasta  poważanego, gdzie wszystko  robi się dokładnie tak, jak robiło się zawsze. Ta opinia 

ciążyła edynburczykom niczym kamień u szyi; mnożyły się bary i kluby, gdzie ludzie mogli 

zachowywać się tak, jak naprawdę chcieli, ale nigdy nie mieli odwagi zrobić tego publicznie. 

Doktor Jekyll i Mr Hyde narodzili się w Edynburgu, jakżeby inaczej, i w tym mieście opowieść o 

nich miała najwięcej sensu.

- Niemniej jednak - ciągnął dalej Paul - osobiście nie prowadzę podwójnego życia. Jestem 

konwencjonalny aż do bólu. Zarządzam funduszem inwestycyjnym, zatem praca nie dostarcza mi 

szczególnych emocji. A moja narzeczona pracuje na Charlotte Square*. [Charlotte Square - ulica 

w Edynburgu,   gdzie   mieszczą  się  siedziby  wielu   firm   finansowych,   z  których   słynie  stolica 

Szkocji (przyp. tłum.)]. Ostatnie określenie, które do nas pasuje, to... No właśnie, co?

- Cyganeria? - podsunęła Isabel z uśmiechem.

- Otóż to - zgodził się Paul. - Jesteśmy bardziej w stylu...

background image

- Elizabeth Blackadder? Kwiaty i koty?

Rozmowa płynęła dalej. Po około piętnastu minutach Paul odstawił swój kieliszek na 

parapet.

- A może pójdziemy gdzieś usiąść? - zaproponował. - Niedaleko  jest pub „Vincent”, 

Umówiłem się z Minty o dziewiątej, a mam średnią ochotę drałować teraz do domu. Napijemy 

się czegoś, pogadamy. To znaczy, jeśli się zgodzisz. Możesz przecież mieć inne plany.

Isabel chętnie przystała na jego propozycję. Galeria zapełniła się już ludźmi i zaczynało 

być gorąco. Gwar rozmów takie przybrał na sile i goście musieli się nawzajem przekrzykiwać. 

Gdyby zostali tutaj dłużej, zdarłaby sobie gardło na amen. Zabrała płaszcz z szatni, pożegnała się 

z właścicielami galerii i wyszła w towarzystwie Paula. Skierowali się do małego pubu „Vincent”, 

który mieścił się na końcu ulicy. Było to miejsce tradycyjne i nietknięte snobizmem.

Lokal świecił pustkami. Usiedli przy stoliku w pobliżu drzwi, gdzie było więcej świeżego 

powietrza.

- Nieczęsto bywam w pubie - powiedział Paul. - Ale lubię sobie posiedzieć w takim 

miejscu.

- Ja już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w pubie - przyznała się Isabel. - 

Może w poprzednim życiu. - Nie było to prawdą, bo pamiętała wszystkie wieczory spędzone w 

knajpach z Johnem Liamorem. Wspomnienia bolały.

- Ja  w  poprzednim   życiu   zarządzałem   funduszem  inwestycyjnym  -  rzekł  Paul.  -  I w 

przyszłym wcieleniu czeka mnie pewnie to samo.

Isabel parsknęła.

- Na pewno miewasz  w pracy dobre momenty,  przyznaj  się - powiedziała. - Bacznie 

obserwujesz rynki. Wyczekujesz, jak rozwinie się sytuacja. Tym się zajmują tacy ludzie jak ty, 

prawda?

-   Och,   pewnie,   że   zdarzają   się   niezłe   momenty   -   odrzekł.   -   Trzeba   sporo   czytać. 

Wysiaduję przy biurku, przeglądam prasę finansową i raporty o stanie spółek. Tak naprawdę to 

można powiedzieć, że jestem czymś w rodzaju szpiega. Zajmuję się wywiadem.

- A jak ci się pracuje w twojej firmie? - zapytała Isabel. - Miłych masz kolegów?

Paul zwlekał z odpowiedzią. Wziął ze stołu szklankę i pociągnął długi łyk piwa. W końcu 

przemówił, ale nie podniósł wzroku, siedział z oczami wbitymi w blat stołu.

- W sumie są mili. W sumie.

background image

- Czyli że nie są - powiedziała Isabel.

- Nie, tego nie mogę powiedzieć. Chodzi o to, że... No cóż. Straciłem współpracownika. 

Kilka tygodni temu. Miałem pod sobą bezpośrednio dwóch ludzi, on był jednym z nich.

- Rzucił pracę i zmienił firmę? - domyśliła się Isabel. - Przekabacili go? Z tego, co wiem, 

nie ma takiego człowieka, którego headhunterzy nie mieliby na oku. Mam rację? Tak to jest w tej 

branży?

Paul pokręcił głową przecząco.

- Umarł - odrzekł. - A raczej zginął. Spadł i się zabił.

Mógł to być na przykład wypadek w górach; nie było praktycznie tygodnia, żeby nie 

trąbiono o śmierci jakiegoś skałkowca w szkockich Highlands. Ale Isabel wiedziała od razu, że 

nie o tym mowa.

- Chyba wiem, o kogo chodzi - zaczęła. - Czy to było...

- W Usher Hall - przerwał Paul. - Tak. To był on. Mark Fraser. - Umilkł na chwilę. - 

Znałaś go?

- Nie - zaprzeczyła  Isabel. - Ale widziałam, jak to się stało. Stałam na amfiteatrze i 

rozmawiałam z przyjaciółką, a on przeleciał tuż obok nas jak... jak...

Urwała i położyła dłoń na ręce Paula, który siedział ze wzrokiem wbitym w blat stołu, 

ściskając w dłoni swoją szklankę, zaszokowany tym, co od niej usłyszał.

background image

6

Przebywanie w jednym pomieszczeniu z palaczami zawsze ma taki sam koniec. Isabel 

czytała kiedyś, że dzieje się tak, ponieważ ubrania osób niepalących są pokryte warstwą jonów o 

znaku ujemnym, a dym tytoniowy zawiera jony naładowane dodatnio. Kiedy więc dym znajdzie 

się w powietrzu, natychmiast ciągnie do powierzchni o przeciwnym znaku i przez to właśnie 

ubrania nieprzyjemnie pachną. Z tego też powodu Isabel, podniósłszy z krzesła w sypialni żakiet, 

który miała na sobie poprzedniego wieczoru, aż się skrzywiła, gdy w jej nozdrza uderzył ostry 

fetor zastałego papierosowego dymu. W pubach zawsze znajdą się palacze, pod tym względem 

„Vincent” nie był wyjątkiem. Nie pomogło to, że siedzieli niedaleko drzwi. Ubranie czuć było 

papierosami.

Isabel   zrobiła   coś,   co   zawsze   pomagało:   zanim   schowała   żakiet   do  szafy,   kilka   razy 

mocno strzepnęła go przed otwartym oknem. Zamknąwszy szafę, wróciła do okna, z którego 

roztaczał   się   widok   na   ogród.   Jej   wzrok   zatrzymał   się   na   drzewach   rosnących   tuż   obok 

ogrodowego   muru:   wysokim   jaworze   i   parze   bliźniaczych   brzóz,   które   z   chętną   uległością 

poddawały   się   podmuchom   wiatru.   Paul   Hogg.   Nazwisko   ewidentnie   wskazywało   na 

pochodzenie   z   południowo-wschodnich   regionów   Szkocji   i   zawsze   kojarzyło   się   Isabel   z 

pisarzem Jamesem Hoggiem, znanym pod przydomkiem „pasterza z Ettrick”, najsłynniejszym ze 

słynnych Hoggów. A było ich niemało. W gronie tym znaleźli się nawet Anglicy, przykładem 

Quintin Hogg, lord Hailsham, arystokrata pełniący urząd Lorda Kanclerza (mąż stanu o aparycji 

wieprza, pomyślała Isabel i natychmiast skarciła się w myśli; nie należy dworować sobie z panów 

Hoggów) oraz jego syn, Douglas Hogg. I tak dalej. Była tych Hoggów cała paczka.

Poprzedniego wieczoru nie siedzieli w barze zbyt długo. Było widać, że wspomnienie o 

śmierci Marka Frasera wprawiło Paula w przygnębienie. Natychmiast zmienił temat, ale tragedia 

w Usher Hall położyła się cieniem na całej dalszej rozmowie. Zanim jednak dopili do końca 

swoje drinki i rozeszli się każde w swoją stronę, Paul powiedział coś, co sprawiło, że Isabel 

zdrętwiała, jakby poraził ją prąd:

- On nie mógł spaść. Miał dobrą głowę do wysokości, to akurat wiem. Uprawiał sporty 

wysokogórskie. Kiedyś wszedłem z nim na Buchaille Etive Mhor*. [Buchaille Etive Mhor - 

skalisty szczyt (ponad 900 m n.p.m.) w paśmie gór Cairngorm w północnej Szkocji, trudna trasa 

background image

wspinaczkowa   (przyp.   tłum.).]   Zasuwał   do   góry   jak   po   drabinie.   Fantastyczny   zmysł 

wspinaczkowy.

Przerwała mu wtedy, pytając, co chce przez to powiedzieć. Skoro tamten nie mógł spaść, 

czy to ma znaczyć, że rozmyślnie skoczył?

Paul potrząsnął głową,

- Wątpię. To prawda, że ludzie każdego dnia nas zaskakują, ale jednak nie potrafię sobie 

wyobrazić,   dlaczego   akurat   on   miałby   zrobić   coś   podobnego.   Większą   część   tamtego   dnia 

spędziliśmy razem i nie zauważyłem, żeby był w najmniejszym stopniu przygnębiony. Wprost 

przeciwnie: jedna ze spółek, które on osobiście wyszukał i polecił naszej uwadze, nadzwyczaj 

obiecująco poradziła sobie na analizie wyników tymczasowych, a sporo w nią zainwestowaliśmy. 

Prezes   przesłał   mu   notatkę   służbową   z   wyrazami   uznania,   gratulując   przenikliwości.   Mark 

bardzo się z tego ucieszył. Był taki wesoły, jakby go kto na sto koni wsadził. Czy miał powód, 

żeby ze sobą skończyć?

W odpowiedzi na własne pytanie Paul znów pokręcił przecząco głową. Następnie zmienił 

temat, a Isabel pozostała sam na sam ze swoimi domysłami. Tego poranka, schodząc do kuchni 

na śniadanie, zaczęła snuć je na nowo. Grace przyszła nieco wcześniej i zdążyła już ugotować dla 

niej   jajko.   W   gazetach   pojawiły   się   komentarze;   minister,   który   poprzednio   w   rozmowie   z 

dziennikarzami uchylał się od komentarzy, teraz podczas interpelacji poselskich w parlamencie 

odpowiadał   wymijająco   i   odmówił   udzielenia   informacji,   których   żądali   przedstawiciele 

opozycji. Grace wystarczyło wtedy jedno spojrzenie na jego zdjęcie w gazecie, żeby od razu 

przypiąć mu łatkę: „kłamca”. A teraz miała na to dowód, czarno na białym. Spojrzała na Isabel 

wymownie, oczekując, że spróbuje jej zaprzeczyć, ale Isabel tylko skinęła głową.

- Wstrząsające - powiedziała. - Już nawet nie pamiętam,  kiedy zaczęło się tolerować 

kłamstwo w życiu publicznym. A ty pamiętasz?

Grace pamiętała, a jakże.

- Zaczęło się od prezydenta Nixona, który kłamał jak najęty. Potem zza Atlantyku to 

przyszło  do nas i nasi zaczęli  tak samo  kłamać.  Taki był  początek.  Teraz kłamstwo  jest na 

porządku dziennym.

Isabel nie mogła się z tym nie zgodzić. Był to tylko kolejny dowód na to, że ludzie utracili 

swą moralną busolę. Grace, rzecz jasna, nie kłamała nigdy. Była wzorem uczciwości, zarówno w 

sprawach poważnych, jak i błahostkach, a Isabel ufała jej bezgranicznie. Z drugiej strony, Grace 

background image

nie była przecież politykiem i nigdy nie mogłaby nim zostać; Isabel przypuszczała, że w tym 

zawodzie zaczyna się kłamać już przed komisją kwalifikacyjną dla kandydatów.

Oczywiście nie każde kłamstwo jest złe; także w tym względzie, pomyślała Isabel, Kant 

nie  miał   racji.   Jednym  z  najbardziej  niedorzecznych  zdań,   jakie   kiedykolwiek   wypowiedział 

filozof z Królewca, było stwierdzenie, że człowiek ma obowiązek powiedzieć prawdę mordercy 

poszukującemu swojej ofiary. Gdyby taki morderca zapukał do drzwi i zapytał: „Zastałem go?”, 

według Kanta bezwzględnie należy odpowiedzieć zgodnie z prawdą, choćby w konsekwencji 

miało to oznaczać śmierć niewinnej osoby. Co za bzdura! Isabel mogła sobie nawet dokładnie 

przypomnieć ten absurdalny passus: „Prawdomówność w sytuacjach, kiedy nie można uchylić się 

od odpowiedzi, stanowi formalny obowiązek każdego w stosunku do wszystkich, bez względu na 

szkody, które powiedzenie prawdy przyniesie temu, kto ją powiedział bądź też komuś innemu”. 

Nic   dziwnego,   że   Beniamin   Constant   poczuł   się   urażony   tym   stwierdzeniem   i   nie   pomogło 

tłumaczenie Kanta - mało przekonujące, trzeba przyznać - że mordercę można by aresztować, 

zanim  wykorzystałby  informację   zdobytą  w wyniku   udzielenia  mu  tamtej  zgodnej   z prawdą 

odpowiedzi.

Rozwiązanie tego dylematu było proste i oczywiste: kłamstwo, ogólnie rzecz biorąc, jest 

złą   rzeczą,   ale   istnieją   takie   przypadki   (które   należy   szczegółowo   wypunktować   jako   listę 

wyjątków), kiedy celowe rozminiecie się z prawdą jest dopuszczalne. Z tego względu kłamstwa 

można podzielić na dobre i na złe, a przyczyny tych pierwszych dopatrywać się w życzliwości 

względem drugiej osoby (na przykład kiedy człowiek nie chce ranić uczuć innego człowieka). 

Gdyby ktoś, dajmy na to, nas zapytał,  co sądzimy o jego najnowszym - mało gustownym  - 

zakupie, a my odpowiedzielibyśmy szczerze, nie tając prawdy, moglibyśmy sprawić temu komuś 

przykrość   i   zepsuć   mu   radość   posiadania   nowej   rzeczy.   W   takich   sytuacjach   ludzie   zwykli 

kłamać,   a   nawet   chwalić   to   sobie,   i   z   całą   pewnością   tak   właśnie   należało   robić.   Z   całą 

pewnością? Być może nie było to aż takie proste. Gdy człowiek raz przywykł, że się kłamie, 

nawet   w   tak   specjalnych   okolicznościach,   granica   pomiędzy   prawdą   i   fałszem   mogła   ulec 

zatarciu.

Isabel   przyszło   do   głowy,   że   pewnego   dnia   powinna   przeanalizować   szczegółowo   to 

zagadnienie   i   napisać   artykuł   oparty   na   swoich   przemyśleniach.   Mogłaby   go   zatytułować 

„Pochwała   hipokryzji”,   a   pierwsze   zdanie   brzmiałoby:   „U   osoby,   którą   określamy   mianem 

hipokryty, zazwyczaj stwierdzamy jakąś moralną ułomność. Czy jednak hipokryzja jest czymś 

background image

nieodwracalnie złym? Niektórzy hipokryci zasługują na bliższą uwagę...”.

Możliwości   było   więcej.   Hipokryzja   to   nie   tylko   kłamstwo;   jest   nią   także   mówienie 

jednego, a robienie czegoś odwrotnego. Ludzie, którzy tak postępują, spotykają się na ogół ze 

stanowczym potępieniem, lecz ta sytuacja nie musi być wcale aż tak prosta, jak niektórzy byliby 

skłonni twierdzić. Czy alkoholik przestrzegający kogoś przed skutkami picia jest hipokrytą? Czy 

jest nim żarłok, który poleca diety odchudzające? Ci, do których te rady byłyby skierowane, 

mogliby z łatwością oskarżyć tych ludzi o obłudę, lecz wyłącznie wtedy, gdy żarłok twierdziłby, 

że wcale nie je za dużo, a pijak nie chciałby się przyznać, że pije. Natomiast w razie gdyby 

doszło tylko do przemilczenia własnych słabości, nadal można by uznawać ich za hipokrytów, 

ale   w   tym   wypadku   hipokryzja   nie   musiałaby   wcale   być   złą   rzeczą.   Nikt   by  przez   nią   nie 

ucierpiał, a nawet mogłaby przynieść jakiś pożytek (o ile tylko nikt by jej nie odkrył). Idealny 

temat na spotkanie Niedzielnego Klubu Filozoficznego. Być może warto by zebrać się specjalnie 

po  to,  aby go  omówić.   Kto  oparłby  się  zaproszeniu   na  dyskusję   o  hipokryzji?  Chyba   tylko 

członkowie takiego klubu jak nasz, pomyślała Isabel.

Postawiła  kieliszek  z jajkiem na stole, nalała  sobie filiżankę  świeżo parzonej  kawy i 

zasiadła do śniadania, kładąc przed sobą poranne wydanie „Scotsmana”. Grace zostawiła ją w 

kuchni i poszła robić pranie. W gazecie nie było nic ciekawego - a do czytania sprawozdań z 

obrad szkockiego parlamentu Isabel nie potrafiła się zmusić - więc przejście do krzyżówki nie 

zabrało dużo czasu.  Cztery poziomo:  Niepokonany zdobywca, jak Malta i Ren. Jasna sprawa: 

akronim słów „Malta” i „Ren” dawał słowo Tamerlan - imię człowieka, który trafił nawet do 

finału jednego z wierszy Audena. WHA, jak w myślach nazywała go Isabel, lubił krzyżówki i 

specjalnie   dla   nich   zamawiał   prenumeratę   „Timesa”   do   austriackiego   Kirchstetten,   gdzie 

mieszkał.  W jego domu  panował bałagan, legendarny zresztą;  wszędzie  walały się rękopisy, 

książki   i  przepełnione   popielniczki,   a  pośród  tego  codziennie   zasiadał  on,  ze   sfatygowanym 

egzemplarzem wielkiego słownika oksfordzkiego, rozłożonym na krześle obok, i zabierał się do 

krzyżówki z „Timesa”. Isabel marzyła o tym, żeby go spotkać i porozmawiać z nim, a chociażby 

tylko   podziękować   mu   za   to,   co   napisał   (z   wyjątkiem   ostatnich   dwóch   powieści),   ale 

przeczuwała, że potraktowałby ją jako jeszcze jedną ze swoich wielbicielek-erudytek, których 

imię jest legion. Sześć pionowo: Domorosły poeta, wieprz i młoda owca* [W języku angielskim 

słowo  hog  znaczy   „wieprz”,   ale   jednocześnie   może   też   oznaczać   młodą,   ani   razu   jeszcze 

niestrzyżoną owcę. W tym drugim znaczeniu wyraz ma także oboczną pisownię: hog/hogg, stąd 

background image

zastosowanie w krzyżówce (przyp. tłum.).] (4). Hogg, naturalnie. Jednak pojawienie się akurat 

dziś tego nazwiska w krzyżówce należało uznać za przypadek.

Siedziała w saloniku porannym, dopóki nie skończyła, a tymczasem druga filiżanka kawy 

ostygła i nie nadawała się już do picia. Isabel nie czuła się najlepiej, była na granicy mdłości; być 

może  poprzedniego  wieczoru za dużo wypiła.  Odtworzyła  w myśli  wczorajsze wydarzenia  i 

uznała, że to raczej nie wchodzi w grę: dwie nieduże lampki wina na otwarciu wystawy, a potem 

jeszcze jedna, nieco większa, w pubie. To było za mało, żeby zaszkodzić jej na żołądek, za mało 

nawet, żeby wywołać ból głowy. Mdłości, które ją ogarnęły, to nie była dolegliwość fizyczna, ale 

po prostu skutek zdenerwowania. Do wczoraj Isabel żywiła przekonanie, że otrząsnęła się już z 

szoku, którego doznała po tym, jak na własne oczy ujrzała tamten straszny wypadek, ale myliła 

się   najwidoczniej,   bo   wciąż   odczuwała   jego   psychiczne   następstwa.   Odłożywszy   gazetę, 

zapatrzyła   się   w   sufit,   rozmyślając,   czy   to   właśnie   jest   to,   co   lekarze   nazywają   nerwicą 

pourazową. Żołnierze pierwszej wojny światowej cierpieli  na podobne schorzenie, z tym,  że 

wtedy mówiono o tym „nerwica frontowa”. A chorych rozstrzeliwano za tchórzostwo.

Zaplanowała sobie w myślach dzisiejszy poranek, który zapowiadał się pracowicie: co 

najmniej trzy artykuły nadesłane do „Przeglądu” trzeba było wysłać do recenzji, i to już dziś, 

przed południem. Wydawca czekał też na indeks do numeru specjalnego, który miał się ukazać 

jeszcze w tym roku. Isabel, która nie lubiła sporządzać indeksów, odkładała tę pracę, jak długo 

się   dało,   ale   do   końca   tego   tygodnia   musiała   wysłać   gotowy   skorowidz   do   akceptacji,   co 

oznaczało, że trzeba będzie przysiąść nad nim dziś, jutro albo pojutrze. Zerknęła na zegarek. 

Dochodziła dziewiąta trzydzieści. Trzy godziny pracy i indeks będzie prawie gotowy, a może 

nawet uda się go skończyć. Zatem o dwunastej trzydzieści lub, powiedzmy, o pierwszej będzie 

można wyjść na obiad z bratanicą, o ile, oczywiście, nie okaże się, że Cat jest zajęta. Ta myśl  

poprawiła nastrój Isabel. Trochę porządnej pracy, a potem luźna pogawędka z Cat - to właśnie 

było  jej potrzebne, aby pozbyć  się chandry,  która spadła jej na głowę. Idealne lekarstwo na 

nerwicę pourazową.

Cat miała czas, ale dopiero o wpół do drugiej, ponieważ Eddie poprosił dziś o nieco 

wcześniejszą przerwę obiadową. Umówiły się w małym bistro naprzeciwko delikatesów, bo Cat 

wolała wyjść dokądś na lunch niż jeść przy którymś z własnych stolików. Poza tym denerwowało 

ją, że Eddie zawsze przysłuchuje się, o czym szefowa rozmawia z gośćmi.

Isabel   szybko   uporała   się   z   indeksem   i   zakończyła   pracę   kilka   minut   po   dwunastej. 

background image

Wydrukowała gotowy skorowidz i włożyła  go do koperty,  zamierzając wysłać po drodze do 

Bruntsfield. Powodzenie w pracy bardzo podniosło ją na duchu, ale nie wymazało z pamięci 

rozmowy   z   Paulem.   Wciąż   ją   to   gnębiło;   wyobrażała   ich   sobie,   jak   wspinają   się   razem   na 

Buchaille Etive Mhor, być może nawet spięci jedną liną; widziała, jak Mark spogląda za siebie, 

tam, którędy idzie Paul, a promienie słońca rozświetlają jego twarz. Isabel widziała w gazecie 

zdjęcie chłopaka; był zabójczo przystojny, co czyniło całą sprawę jeszcze smutniejszą, chociaż, 

oczywiście, nie powinno tak być. Śmierć ludzi pięknych znaczy dokładnie tyle samo, ile śmierć 

tych mniej obdarzonych przez naturę; to nie ulega kwestii. Dlaczego wiec śmierć, na przykład, 

Ruperta Brooke’a lub lorda Byrona zdawała się bardziej tragiczna niż śmierć innych młodych 

ludzi? Być może powód był taki, że piękni ludzie cieszą się u innych większą miłością; a może to 

sama śmierć stawała się straszniejsza, kiedy zabierała właśnie takie jednostki, zaś jej pozorne 

zwycięstwo zyskiwało na znaczeniu. Nikt, wydawała się mówić z uśmiechem, nikt nie jest na 

tyle piękny, abym nie mogła go zabrać.

Isabel przyszła do restauracji naprzeciwko delikatesów Cat o wpół do drugiej. Klientów 

nie było już zbyt wielu. W głębi sali zajęte były tylko dwa stoliki. Przy jednym siedziała grupka 

kobiet obłożonych wypchanymi torbami na zakupy, drugi zajmowała trójka studentów, którzy 

nachylając się głowami do siebie, przysłuchiwali się historii opowiadanej przez jednego z nich. 

Isabel wybrała stolik i usiadła, żeby poczekać na Cat. Kobiety z zakupami jadły w milczeniu 

sporadycznie   tylko   przerywanym,   nawijając   na   widelce   długie   wstążki   makaronu.   Studenci 

rozmawiali   w   najlepsze,   a   do   Isabel,   choć   nie   chciała   słuchać,   docierały   strzępy   zdań. 

Szczególnie   wyraźnie   dawał   się   słyszeć   podniesiony   głos   chłopaka   w   czerwonej   dżinsowej 

kurtce:

- ...a ona na to, że jak nie pojadę z nią do Grecji, to mam sobie szukać innego pokoju do 

wynajęcia. A przecież wiecie, jak mało tam płacę. Co miałem robić? No, powiedzcie, co wy 

byście zrobili na moim miejscu?

Na chwilę zapadła cisza, a potem ktoś z ich trójki, dziewczyna, powiedziała coś, czego 

Isabel nie dosłyszała. Wszyscy troje wybuchnęli śmiechem.

Isabel rzuciła wzrokiem w stronę studentów, po czym wróciła do przeglądania jadłospisu. 

Młody   człowiek   w   czerwonej   kurtce   wynajmował,   można   się   było   domyślić,   pokój   w 

mieszkaniu,   którego   właścicielką   była   owa   bezimienna   „ona”.   „Ona”   zażyczyła   sobie,   żeby 

lokator - akurat właśnie ten - pojechał z nią na wycieczkę do Grecji, i była gotowa na wszystko, 

background image

byle tylko dopiąć swego. Ale jeśli wybrałby się z nią, nawet gdyby udało się jej zmusić go do 

wyjazdu, nie mogła oczekiwać, że będzie idealnym towarzyszem podróży,

- Powiedziałem jej, że... - Isabel nie dosłyszała, jaką odpowiedź otrzymała szantażystka, 

ale dalszy ciąg był taki: - Powiedziałem, że mogę jechać, ale ma się odczepić ode mnie. Prosto w 

oczy jej to powiedziałem i jeszcze dodałem, że dobrze wiem, o co jej chodzi...

- Pochlebiasz sobie - przerwała mu dziewczyna.

- Wcale nie - sprzeciwił się trzeci ze studentów, młody mężczyzna. - Nie znasz jej. To 

modliszka. Zapytaj Toma, on coś o tym wie.

I jak to się skończyło, chciała zapytać Isabel, pojechałeś z nią do tej Grecji czy nie? Z 

oczywistych względów nie mogła jednak zadać tego pytania. Chłopak był tak samo odpychający, 

jak tamta kobieta, która go nagabywała. Cała trójka przy stoliku była odpychająca: siedzieli i 

plotkowali w najlepsze, śmiejąc się drwiąco. Nie powinno się gadać o tym, kto komu składa 

erotyczne propozycje, pomyślała. „Z sypialni nic się nie wynosi” - stare powiedzenie miało tutaj 

bardzo   trafne   zastosowanie.   Ale   ta   studencka   trójka   najwidoczniej   nie   miała   o   tym   pojęcia. 

Brakowało im też choćby odrobiny wyczucia.

Powróciła do karty dań, z całych sił starając się skupić na niej uwagę, żeby już nie słyszeć 

ani słowa z tamtej rozmowy. Na szczęście w tej chwili zjawiła się Cat; Isabel mogła odłożyć 

menu i całą uwagę ofiarować bratanicy.

- Spóźniłam się - powiedziała  Cat,  z trudem łapiąc  oddech - bo mieliśmy  w sklepie 

nieprzyjemny incydent. Jacyś ludzie przyszli z reklamacją, przynieśli łososia, który już dawno 

przekroczył datę ważności. Podobno kupili go u nas i zapewne nie kłamali. Nie wiem, jak to się 

mogło stać. Potem zaczęli się odgrażać, że doniosą sanepidowi, a wiesz, czym to się kończy. 

Sanepid zawsze rozdmucha sprawę do niemożliwości.

Isabel   uśmiechnęła   się   współczująco;   wiedziała,   że   Cat   nigdy   celowo   nie   podejmuje 

ryzyka.

- Problem zażegnany? - zapytała.

- Butelka szampana w prezencie od firmy nie poszła na marne - odrzekła Cat. - No i 

oczywiście przeprosiny.

Wzięła do ręki menu, przekartkowała je i odłożyła. Zazwyczaj  w porze lunchu miała 

średni   apetyt   i   rzadko   zamawiała   coś   więcej   niż   skromną   sałatkę.   Isabel   była   skłonna 

przypuszczać, że są to skutki pracy w sklepie spożywczym.

background image

Wymieniły   się   wiadomościami.   Toby   wyjechał   z   ojcem   na   zakup   nowych   win,   ale 

poprzedniego wieczoru dzwonił do Cat z Bordeaux, zamierzał wrócić za kilka dni, a wtedy oboje 

planowali wspólny weekendowy wyjazd do Perth, gdzie Toby miał znajomych. Isabel słuchała z 

grzeczności, ale nie mogła się zmusić, żeby okazać radość. Zastanawiała się, co można robić w 

Perth przez weekend - a może to było naiwne pytanie? Niełatwo cofnąć się w czasie i znaleźć 

znowu w skórze dwudziestolatki. Cat obserwowała ją uważnie.

- Daj mu szansę - poprosiła cicho. - To bardzo miły człowiek. Naprawdę.

- Racja - odrzekła szybko Isabel. - Absolutnie. Nic do niego nie mam.

Cat uśmiechnęła się.

- Nie potrafisz przekonująco kłamać - powiedziała. - Widać jak na dłoni, że go nie lubisz. 

Nie umiesz tego ukryć.

Isabel poczuła się jak w potrzasku. Jako hipokrytka  jestem zupełnie nieprzekonująca, 

pomyślała. Przy stoliku studentów panowała teraz cisza; do Isabel nagle dotarło, że przysłuchują 

się jej rozmowie z Cat. Odwróciła głowę w ich stronę, zauważając, że jeden z młodych mężczyzn 

nosi mały kolczyk w uchu. Ludzie, którzy noszą metalowe ozdoby na głowie, dopraszają się o 

jakieś   nieszczęście,   powiedziała   kiedyś   Grace.   Dlaczego,   zdziwiła   się   Isabel,   słysząc   ten 

kategoryczny sąd, przecież ludzie od wieków noszą kolczyki i jakoś uchodzi im to na sucho? Na 

to Grace odparła, że metal przyciąga pioruny i że czytała kiedyś o człowieku, który miał dużo 

kolczyków i piorun strzelił prosto w niego. Zginął na miejscu, a wszyscy, którzy byli przy tym, 

przeżyli.

Studenci popatrzyli po sobie, a Isabel odwróciła wzrok.

- To nie jest dobre miejsce, żeby o tym rozmawiać, Cat - powiedziała, zniżając głos.

- Być  może,  ale  mnie  to naprawdę martwi.  Chcę, żebyś  spróbowała  go polubić.  Nie 

pozwól sobie na uprzedzenie z powodu pierwszego wrażenia.

- Moje pierwsze wrażenie wcale nie było tak do końca negatywne - szepnęła Isabel. - Nie 

przypadł mi zbytnio do gustu, ale to dlatego, że nie jest w moim typie. To wszystko.

- Dlaczego nie jest w twoim typie? - Cat odrobinę podniosła głos. Zaczynała się bronić. - 

Czego mu brakuje?

Isabel zerknęła na trójkę studentów, którzy teraz uśmiechali się szeroko. Przyszło jej na 

myśl,  że w pełni zasłużyła  sobie na to, żeby ją podsłuchiwali; „za wszystkie wasze uczynki 

będzie wam odpłacone”.

background image

- Nie twierdzę, że coś z nim jest nie tak - wyjaśniła. - Chodzi mi tylko o to, że... Czy 

naprawdę uważasz, że on... dorównuje ci intelektem?  Bo wiesz, to może  być  bardzo istotna 

sprawa.

Na   widok   marszczących   się   brwi   bratanicy   Isabel   zaczęła   się   zastanawiać,   czy 

przypadkiem nie posunęła się odrobinę za daleko.

- Toby nie jest głupi - oznajmiła Cat oburzonym tonem. - Skończył St. Andrews, nie 

zapominaj o tym. A poza tym widział trochę świata.

St. Andrews! Isabel już miała na końcu języka zjadliwe „no właśnie”, ale po namyśle 

zmilczała. Uniwersytet St. Andrews znany był z tego, że przyciąga młodych, atrakcyjnych ludzi z 

wyższych warstw społecznych, którzy mają fantazję spędzić kilka lat w sympatycznym miejscu, 

gdzie można dobrze się zabawić. Amerykanie nazywają takie instytucje party schools, uczelniami 

towarzyskimi. W wypadku St. Andrews ta opinia nie była do końca zasłużona (jak to zresztą z 

opiniami   bywa),   ale   na  pewno   kryło   się  w   niej   przynajmniej   ziarno   prawdy.   Toby  pasował 

doskonale do towarzyskiego wizerunku St. Andrews, wytykać mu to jednak nie było grzecznie, a 

poza tym Isabel chciała już zakończyć tę rozmowę. Nie zamierzała wdawać się w dyskusję na 

temat Toby’ego; uważała, że nie ma prawa się wtrącać i że powinna za wszelką cenę uniknąć 

konfrontacji z Cat, ponieważ mogło to wpłynąć na pogorszenie ich stosunków w przyszłości. 

Poza   tym   Toby   z   pewnością   w   krótkim   czasie   znajdzie   sobie   inną,   rzuci   Cat   i   będzie   po 

wszystkim. Chyba że - to było kolejne straszliwe podejrzenie Isabel - Toby spotyka się z Cat, bo 

chce położyć rękę na jej pieniądzach.

Isabel nie poświęcała pieniądzom zbytniej uwagi, ale zdawała sobie doskonale sprawę z 

tego, że brak trosk w tej kwestii to niemały przywilej. Ona i jej brat odziedziczyli po połowie 

udziałów, które ich matka posiadała w Louisiana and Gulf Land Company, spółce obracającej 

gruntami w Luizjanie i nad Zatoką Meksykańską. Dzięki spadkowi po mamie byli zabezpieczeni 

finansowo. Isabel nie miała w zwyczaju chwalić się tym na prawo i lewo, a swoich pieniędzy 

używała z rozwagą, jeśli chodziło o własne potrzeby, i z gestem, kiedy w grę wchodziły potrzeby 

innych. Wszelkie swoje dobre uczynki trzymała jednak w tajemnicy.

Na dwudzieste pierwsze urodziny Cat otrzymała od brata Isabel przelew bankowy, dzięki 

któremu   mogła   kupić  sobie  mieszkanie,  zaś  rok,  a   może  dwa  lata  później,   otworzyła  swoje 

delikatesy.   Niewiele   zostało   z  tych   pieniędzy,   kiedy  sklep   już  ruszył   -   co  Isabel,   nawiasem 

mówiąc, uważała za mądre posunięcie ze strony brata - jednak wśród przedstawicieli swojej 

background image

grupy   wiekowej   Cat   i   tak   była   wyjątkowo   dobrze   ustawiona   pod   względem   finansowym; 

większość  jej   rówieśników   w  pocie   czoła   odkładała   każdy  grosz   na  zaliczkę   mieszkaniową. 

Edynburg jest drogim miastem i nie każdego stać na życie tutaj. Poklepała Cat pocieszająco po 

dłoni, jednocześnie zmieniając temat.

- Toby jest w porządku - powiedziała. - Postaram się specjalnie i na pewno uda mi się 

dostrzec jego dobre strony. To moja wina, nie niełatwo... zmieniam poglądy. Przepraszam,

Ponieważ   Cat   wyglądała   na   udobruchaną,   Isabel   skierowała   rozmowę   na   inny   tor: 

opowiedziała bratanicy o swoim spotkaniu z Paulem Hoggiem. W drodze do restauracji zdążyła 

się namyślić i zdecydowała się, jak teraz postąpi. Wyjaśniła to Cat szczegółowo.

- Próbowałam zapomnieć o tym, co widziałam - zaczęła. - Nie udało się. Wciąż o tym 

myślę, a ta rozmowa z Paulem Hoggiem naprawdę wyprowadziła mnie z równowagi. To zajście 

w Usher Hall miało w sobie coś dziwnego. Nie mogę uwierzyć, że to był wypadek. Uwierz mi, że 

nie mogę.

Cat spojrzała na nią z powątpiewaniem.

- Mam nadzieję, że nie zamierzasz mieszać się do tego - powiedziała. - Już kiedyś to 

zrobiłaś.   Zawsze   wtykasz   nos   w   nie   swoje   sprawy.   Naprawdę   uważam,   że   nie   powinnaś 

powtarzać tego błędu.

Cat świetnie zdawała sobie sprawę, że wszelkie słowne nagany nie odniosą skutku, a 

Isabel nigdy się nie zmieni. Nie istniały powody, dla których miałaby wtrącać się do spraw 

innych ludzi, ale zawsze coś nieodparcie ciągnęło ją do tego, aby się do nich wmieszać. Za 

każdym razem Isabel dochodziła do wniosku, że jest to jej moralny obowiązek. Taką właśnie 

miała   wizję   świata   -   był   on   dla   niej   nieskończonym   zbiorem   potencjalnych   obowiązków 

moralnych, co przekładało się na to, że do Isabel mogła zgłosić się dowolna osoba z dowolnym 

problemem i nie odeszłaby z kwitkiem. Powód był prosty: spełnić moralny obowiązek, który 

nakłada fizyczna bliskość z drugim człowiekiem.

Cat kiedyś pokłóciła się z Isabel, zarzucając jej, że nie potrafi odmawiać, co, jej zdaniem, 

stanowiło źródło problemu.

- Nie możesz tak łatwo pozwalać się wplątać w cudze sprawy - przekonywała, kiedy 

Isabel zabrała się do rozwiązywania kłopotów pewnej rodziny hotelarskiej, której członkowie nie 

mogli  dojść  między  sobą  do  porozumienia,   co  zrobić  z  interesem.   Isabel   w  dzieciństwie   co 

niedziela jadła z rodzicami obiad w tym hotelu, więc naturalnie uznała, że obchodzi ją to, co się z 

background image

nim   stanie;   w   ten   sposób   dała   się   wciągnąć   w   nieprzyjemne   przepychanki   na   szczeblu 

kierowniczym.

W sprawie nieszczęśnika, który zabił się w Usher Hall, Cat zgłosiła te same zastrzeżenia.

- Ale to nie jest cudza sprawa - sprzeciwiła się Isabel. - Byłam świadkiem wszystkiego 

lub też prawie wszystkiego, co się stało. To ja jestem ostatnią osobą, którą on widział w życiu. 

Ostatnią! Nie uważasz, że człowiek ma prawo czegoś oczekiwać od ostatniej osoby, którą widzi 

na tym świecie?

- Nie uważam - odparła Cat. - I nie rozumiem, do czego zmierzasz.

Isabel odchyliła się na oparcie krzesła.

- Zmierzam do wniosku, że nie można obejmować moralnym obowiązkiem wszystkich, 

każdego człowieka. Mamy jednak taki obowiązek wobec tych, z którymi się stykamy, którzy 

wkraczają w naszą, nazwijmy to, przestrzeń moralną. Czyli naszych bliźnich, ludzi, z którymi 

utrzymujemy kontakty i tak dalej.

„Kto zatem jest naszym  bliźnim?”. Takie pytanie postawiłaby członkom Niedzielnego 

Klubu Filozoficznego, a oni wzięliby problem pod staranną rozwagę i po długich namysłach 

doszliby   zapewne   do   wniosku   (jak   podejrzewała   Isabel),   że   jedynym   prawdziwym 

wyznacznikiem w tym wypadku może być bliskość. Bliźni moralny to osoba nam bliska - pod 

względem czysto fizycznego położenia w przestrzeni bądź też w dowolnym przyjętym sensie. 

Obowiązek moralny na odległość nie ma już tej siły oddziaływania. Sytuacje, które rozgrywają 

się na naszych oczach, mają żywsze barwy, przez co są prawdziwsze.

- Rozsądnie powiedziane - zgodziła się Cat - ale w tym rozumieniu nie nawiązałaś z nim 

kontaktu. Można by rzec, że po prostu... przepraszam, że tak mówię... że się po prostu minęliście.

- Na pewno mnie widział - upierała się Isabel. - A ja widziałam jego, i to w momencie 

skrajnej bezradności. Wybacz filozoficzny ton, ale w moim przekonaniu to, co zaszło, połączyło 

nas więzią moralną. Pod względem moralnym nie jesteśmy już sobie obcy.

- Jakbym czytała twój „Przegląd Etyki Stosowanej” - skomentowała Cat oschle.

- „Przegląd Etyki Stosowanej” to ja - odparła Isabel.

Ta ostatnia uwaga rozbawiła je do łez, rozpraszając napięcie, które zaczęło pomiędzy 

nimi narastać.

- No cóż - powiedziała Cat. - Widzę, że nie dam rady odwieść cię od tego pomysłu, 

równie dobrze mogę ci zatem pomóc. Czego potrzebujesz?

background image

- Adresu, pod którym mieszkał - odrzekła Isabel. - Niczego więcej.

- Chcesz porozmawiać z jego współlokatorami?

- Tak.

Cat wzruszyła ramionami.

- Nie spodziewam się, że dużo się od nich dowiesz. Nie było ich przy wypadku. Skąd 

mają wiedzieć, co się stało?

- Muszę mieć jakieś podstawy - wyjaśniła Isabel. - Trochę informacji na jego temat.

- Dobrze - obiecała Cat. - Dowiem się, gdzie mieszkał. Nie będzie z tym kłopotu.

Pożegnały się po lunchu i Isabel ruszyła w stronę domu, rozmyślając na temat dzisiejszej 

dyskusji. Cat miała święte prawo dopytywać się, dlaczego Isabel miesza się w nie swoje sprawy; 

to pytanie sama Isabel powinna zadawać sobie częściej, czego nie robiła. Kwestia moralnego 

obowiązku wobec innych, rzecz jasna, nie ulegała wątpliwości, ale tak naprawdę chodziło o coś 

innego. Isabel musiała odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego w takich sytuacjach zachowuje 

się tak, a nie inaczej. I gdyby miała być ze sobą szczera, to musiałaby przyznać, że jednym z 

powodów   jej   zachowania   było   to,   że   udział   w   takich   sprawach   dostarczał   jej   przyjemności 

intelektualnej. Chciała wiedzieć, dlaczego ludzie postępują tak, jak postępują. Była ciekawa. I co 

w tym złego? - zapytała samą siebie.

Ciekawość   to   pierwszy   stopień   do   piekła,   przemknęło   jej   przez   głowę.   Natychmiast 

pożałowała   tej   myśli.   Jeżeli   tak,   to   jej   ciekawość   mogła   potencjalnie   narazić   Cat   na 

niebezpieczeństwo, a bratanica była dla Isabel tak naprawdę wszystkim: córką, której nigdy nie 

urodziła, szansą na nieśmiertelność. Ale pożal się Boże, cóż to była za szansa, odziedziczona po 

kimś innym!

background image

7

Isabel   spodziewała   się,   że   ten   wieczór   spędzi   samotnie.   Powodzenie   w   pracy   nad 

indeksem zachęciło ją do zabrania się do jeszcze jednej długo odkładanej rzeczy, mianowicie do 

szczegółowej redakcji artykułu, który wrócił od recenzenta wraz z długą listą uwag i poprawek, 

nagryzmolonych   na   marginesach.   Każdy   z   tych   bazgrołów   należało   odcyfrować   i   znaleźć 

konkretne   miejsce   w   tekście,   do   którego   komentarz   się   odnosił.   Było   to   o   tyle   trudne,   że 

recenzent   miał   irytujący   zwyczaj   stosowania   własnych   skrótów,   a   pisał   ledwie   czytelnym 

maczkiem.   Może   sobie   być   znakomitością   w   swojej   dziedzinie,   ale   to   ostatni   raz,   kiedy 

korzystamy z jego usług, postanowiła Isabel.

Lecz tego  wieczoru już nie pracowała, ponieważ zjawił się u niej Jamie. Dochodziła 

szósta, kiedy zadzwonił do drzwi; Isabel przywitała go serdecznie i od razu zaproponowała, żeby 

został na kolację - oczywiście, jeśli nie ma innych planów na ten wieczór. Wiedziała z góry, że 

się zgodzi, i faktycznie nie odmówił, udawał tylko przez chwilę, że się waha, dla zachowania 

form. Chodziło również o dumę własną: Jamie, rówieśnik Cat, miał dwadzieścia cztery lata, a był 

piątek, kiedy każdy ma jakieś plany na wieczór. Jamie nie chciał, żeby Isabel pomyślała, że tylko 

on nie prowadzi żadnego życia towarzyskiego.

- Skoro już pytasz - powiedział - to właściwie miałem się umówić z taką jedną osobą, ale 

jeśli mnie zapraszasz... Czemu nie?

Isabel uśmiechnęła się.

- Jak zwykle w kuchni zdamy się na los szczęścia, ale wiem, że nie będziesz grymasił.

Jamie zdjął marynarkę i zostawił ją razem z torbą w przedpokoju.

- Przyniosłem trochę nut - oznajmił. - Możemy sobie coś zagrać. To znaczy później, po 

kolacji.

Isabel skinęła głową. Grała na fortepianie w miarę dobrze i zazwyczaj nie najgorzej jej 

wychodziło   akompaniowanie   Jamiemu,   który   śpiewał   szkolonym   tenorem.   Występował   w 

znanym chórze, co stanowiło kolejną zaletę, którą Cat, zdaniem ciotki, powinna była wziąć pod 

uwagę. Isabel nie miała pojęcia, czy Toby potrafi śpiewać, ale zdziwiłaby się, gdyby okazało się, 

że tak. Równie mało prawdopodobne było, żeby umiał grać na jakimkolwiek instrumencie (z 

wyjątkiem,  być  może, szkockich dud, a w ostateczności perkusji), tymczasem Jamie  grat na 

background image

fagocie. Cat miała dobry słuch i również całkiem dobrze radziła sobie przy fortepianie. Przez ten 

krótki czas, kiedy byli razem, zwykli też wspólnie muzykować. Cat przepięknie akompaniowała 

Jamiemu do śpiewu i sprawiła, że przechodził samego siebie jako wykonawca. Isabel pamiętała 

doskonale, jak naturalnie brzmiała muzyka, kiedy grali ją w dwójkę. Gdyby tylko Cat zechciała 

to dostrzec! Gdyby tylko zrozumiała, co traci, czego sama się wyrzeka. Lecz Isabel wiedziała, 

oczywiście, że w tych sprawach nie ma miejsca na obiektywizm. Istnieją dwa kryteria, żeby 

sprawdzić, czy dany człowiek nam odpowiada: miernik własnej korzyści i probierz wzajemnych 

oddziaływań.   Związek   z   Jamiem   byłby   dla   Cat   bardzo   korzystny,   tego   Isabel   była   pewna. 

Niestety, test wzajemnej chemii polegał na czymś zupełnie innym.

Isabel rzuciła okiem na swojego gościa. Musiał mieć w sobie coś, co zwróciło na niego 

uwagę Cat; przyglądając mu się teraz, Isabel widziała dobrze, co to takiego. Cat podobali się 

wysocy  mężczyźni,  a   Jamie  co   najmniej  dorównywał  wzrostem   Toby’emu,   był  może   nawet 

odrobinę wyższy. Przystojny, bez dwóch zdań: wydatne kości policzkowe, ciemne włosy, które 

zwykle strzygł krótko, na jeża, naturalnie ogorzała twarz. Mógłby uchodzić za Portugalczyka - 

prawie - albo może za Włocha, chociaż był Szkotem tak po matce, jak i po ojcu. Czego ta Cat 

może chcieć więcej, pomyślała Isabel. Doprawdy! Czy można wymarzyć sobie kogoś lepszego 

dla dziewczyny niż Szkot, który wygląda jak południowiec i do tego jeszcze umie śpiewać?

Odpowiedź na to pytanie  zaświtała  jej w głowie mimo  woli, jak trudna do przyjęcia 

prawda, która staje przed oczami w najgorszym momencie: Jamie to był kochany człowiek - i to 

aż za bardzo. Bezgranicznie oddany Cat, wręcz łasił się do niej, a ją w końcu zaczęło to męczyć. 

Jak można lubić człowieka, który jest na każde zawołanie, który oddaje się ciałem i duszą w 

nasze ręce? W takim towarzystwie czujemy się osaczeni, zagrożeni.

Tak, o to właśnie chodziło. Gdyby Jamie zachował minimalny dystans, gdyby był choć 

odrobinę niedostępny,  z pewnością zyskałby na atrakcyjności  w oczach Cat. Z tego samego 

powodu bratanica Isabel była tak szczęśliwa w obecnym związku: nie mogła posiadać Toby’ego 

na własność, bo on zawsze sprawiał wrażenie, jakby trochę się od niej odcinał, miał jakieś własne 

plany, które jej nie dotyczyły (a miał takowe, w to Isabel nie wątpiła). Ci, którzy twierdzą, że 

drapieżników należy szukać tylko  i wyłącznie  wśród mężczyzn,  mylą  się; kobiety wykazują 

identyczne skłonności, chociaż zazwyczaj manifestują je w bardziej dyskretny sposób. Toby był 

zdobyczą wartą polowania. Jamie, który całym swoim zachowaniem dawał do zrozumienia, że 

Cat może liczyć na niego o każdej porze dnia i nocy, przestał być interesujący. Taki właśnie 

background image

niewesoły wniosek wysnuła Isabel.

- Byłeś dla niej za dobry - rzuciła pod nosem, ni to do niego, ni do siebie.

Jamie spojrzał na nią zdezorientowany.

- Za dobry?

Isabel uśmiechnęła się.

- Myślę na głos - wyjaśniła. - Moim zdaniem, byłeś dla Cat zbyt dobry. Dlatego wam nie 

wyszło. Zabrakło ci... dystansu. Trzeba było raz czy drugi sprawić jej jakąś przykrość. Obejrzeć 

się za inną.

Jamie nie odpowiedział. Na ten temat rozmawiali już nieraz; Jamie wciąż żywił nadzieję, 

że Isabel pomoże mu odzyskać uczucie Cat. Przynajmniej takie wrażenie odnosiła Isabel. Ale ta 

nowa koncepcja, którą dziś wygłosiła, zaskoczyła go, było to po nim widać. Dlaczego miałby 

sprawiać Cat przykrość?

Isabel westchnęła.

-   Przepraszam   -   powiedziała.   -   Pewnie   nie   chcesz   przerabiać   tego   wszystkiego   od 

początku.

Jamie uniósł ręce.

- Nie mam nic przeciwko temu. Lubię o niej rozmawiać. Lubię i chcę.

- Wiem o tym - odrzekła Isabel i zamilkła. Zaplanowała sobie, że powie Jamiemu coś, 

czego nigdy wcześniej mu nie mówiła, i próbowała ocenić, czy ten moment jest właściwy. - 

Nadal ją kochasz, prawda? Wciąż jesteś zakochany.

Jamie wbił wzrok w dywan. Minę miał zakłopotaną.

- Tak samo jak ja - powiedziała Isabel cicho. - To nas łączy. We mnie też kołacze się 

jeszcze odrobina uczucia do kogoś, kogo znałam kiedyś bardzo dawno, całe lata temu. A ty jesteś 

zakochany w kimś bez wzajemności. Dobrana z nas para, nie ma co. Dlaczego tak nas to gryzie?

Jamie przez chwilę się nie odzywał. W końcu zapytał:

- Jak on się nazywa? Ten twój... Ten człowiek, którego znałaś.

- John Liamor - odpowiedziała.

- Co się z nim stało?

- Zostawił mnie - odrzekła Isabel. - Mieszka teraz w Kalifornii. Z inną kobietą.

- Domyślam się, że bardzo ci z tym ciężko - powiedział Jamie.

- Bardzo - przyznała Isabel. - Ale w końcu to przecież moja wina. Trzeba było znaleźć 

background image

sobie innego faceta, a nie myśleć wciąż o tamtym. I zdaje mi się, że taką radę powinnam dać i 

tobie. - Rada nie była całkiem szczera, lecz mówiąc te słowa, Isabel zrozumiała, że nie mogłaby 

doradzić   Jamiemu   nic   lepszego.   Gdyby   znalazł   sobie   inną   dziewczynę,   możliwe,   że   Cat 

zwróciłaby na niego uwagę - to znaczy, już po załatwieniu się z Tobym. Załatwieniu się! To 

zabrzmiało  złowieszczo,  jakby miały we dwie  upozorować wypadek.  Śmierć  pod lawiną, na 

przykład.

- Czy można celowo spowodować lawinę? - zapytała.

Jamie otworzył szeroko oczy.

- Dziwne pytanie - oświadczył. - Ale jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, to owszem, jak 

najbardziej. Jeżeli śnieg odpowiednio się uleży, wystarczy wybrać odrobinę, albo tylko nadepnąć, 

i już wszystko rusza. Czasami wystarczy zawołać albo coś głośno powiedzieć. Glos powoduje 

wibracje, które mogą poruszyć lawinę.

Isabel   uśmiechnęła   się.   Znów   oczyma   duszy   ujrzała   Toby’ego   na   górskim   zboczu, 

wystrojonego w kombinezon narciarski koloru rozgniecionych truskawek, perorującego na cały 

głos o winie:

-   A   wiecie,   ostatnio   trafiła   mi   się   butelka   doskonałego   chablis.   Mówię   wam,   bajka. 

Mineralne, suche*... [Winogrona, z których wytwarza się chablis, rosną w Burgundii, na glebach 

kredowo-wapiennych, stąd określenie „mineralne”. Znawcy win słowa „suche” używają zaś w 

odniesieniu do „kredowego”, pyłowego  posmaku,  który chablis  pozostawia w ustach (przyp. 

tłum.).]

Tu   nastąpiłaby   chwila   ciszy   rozbrzmiewającej   echem   słów   „mineralne,   suche”, 

wypowiedzianych akurat na tyle głośno, żeby śnieg ruszył w dół.

Isabel przywołała się do porządku. Już trzeci raz, pomyślała, wyobrażam sobie tragiczną 

śmierć Toby’ego. Najwyższy czas z tym skończyć. Takie zachowanie jest dziecinne, bezduszne i 

niekulturalne. Trzeba panować nad tym, co się myśli. Człowiek jest odpowiedzialny za swój stan 

psychiczny - Isabel naczytała się wystarczająco dużo o filozofii moralności, żeby zdawać sobie z 

tego sprawę. Nieproszona myśl może się pojawić - jest to kwestia moralnej obojętności - ale nie 

powinno się jej podsycać, jeśli jest dla kogoś krzywdząca. To psuje charakter, a nawet może 

doprowadzić do tego, że człowiek zechce sprawić, żeby tak się stało naprawdę. Jak by powiedział 

Kant, wobec siebie samych też mamy pewne obowiązki; niezależnie od tego, co sądziła o nim 

Isabel, Toby nie zasługiwał ani na śmierć pod lawiną, ani na to, żeby ktoś zrobił z niego kruche 

background image

ciasteczka. Nikt nie zasługiwał na taki los, nawet wyjątkowy nikczemnik lub skończony egoista, 

czyli przedstawiciele dwóch kast notorycznie narażających się bogini Nemezis.

Zamyśliła  się. Kogo można  by zaliczyć  w poczet  tych  wyznawców megalomanii?  W 

głowie od razu ułożyła jej się krótka lista osób, którym przydałoby się ostrzeżenie o tym, jak 

mało im brakuje, by wkroczyć w dziedzinę bogini nieubłaganej sprawiedliwości; listę tę otwierał 

pewien mieszkający w okolicy dorobkiewicz, którego bezczelność przechodziła wszelkie pojęcie. 

Lawina mogłaby ukrócić jego zapatrzenie w siebie, tęcz takie myślenie było nieżyczliwe: ten 

człowiek z pewnością ma swoje dobre strony, zatem nie wolno tak o nim myśleć. Poza tym 

podobne myśli są niegodne redaktora naczelnego „Przeglądu Etyki Stosowanej”.

-   Najpierw   muzyka,   potem   kolacja   -   zarządziła   Isabel   dziarskim   tonem.   -   Co   dziś 

przyniosłeś? Pozwól mi spojrzeć.

Przeszli do salonu muzycznego,  niewielkiego  pokoiku na tyłach domu, gdzie zamiast 

mebli stał odrestaurowany pulpit do nut z czasów edwardiańskich oraz fortepian buduarowy, 

który należał kiedyś do matki Isabel. Jamie otworzył teczkę na nuty i wyjął cienki plik kart 

pełnych muzyki, który podał jej do przejrzenia. Isabel przerzuciła kilka stron i uśmiechnęła się. 

Zestaw   był   typowy   dla   Jamiego:   kilka   pieśni   do   wierszy   Roberta   Burnsa,   wybrane   utwory 

Gilberta i Sullivana, oraz, jakżeby inaczej, „O mio bambino caro”, aria z „Gianniego Schichi” 

Pucciniego.

- W sam raz pod twój głos - skomentowała. - Jak zwykle.

Jamie zarumienił się.

-   Nie   za   bardzo   mi   wychodzą   te   nowsze   rzeczy   -   powiedział.   -   Pamiętasz,   jak 

próbowaliśmy zrobić coś Brittena? Nie dałem rady.

-   Bardzo   dobrze   wybrałeś   -   natychmiast   go   uspokoiła   Isabel.   -   Britten   jest   o  wiele 

trudniejszy do zagrania.

Przejrzała nuty jeszcze raz, wyciągając z pliku pierwszy utwór.

- „Take a pair of sparkling eyes” - może być?

- Świetnie - odparł Jamie.

Stanął   w   pozie   śpiewaczej,   lekko   pochylając   głowę   do   przodu,   aby   krtań   pracowała 

swobodniej,   a   po   odegranym   przez   Isabel   wstępie   rozpoczął   pieśń.   Isabel   grała   mocno, 

zdecydowanie; była zdania, że Gilberta i Sullivana nie sposób grać inaczej. Zakończyli utwór 

background image

ozdobną frazą, której nie było w nutach, lecz mogłaby się tam znaleźć, gdyby tylko Sullivan 

zechciał   się   o  to   postarać.   Po   tej   arii   zagrali   pieśń  do   wiersza   Burnsa   -   „Mój   drogi   Johnie 

Andersen”.

John Anderson, pomyślała Isabel. Tak. Refleksja nad upływem lat i nad miłością, która 

trwa wiecznie. „Bądź zdrów, choć skroń twą szkli już szron, mój drogi Johnie Anderson”. Isabel 

zawsze słyszała w tych słowach jakiś nieopisany smutek, który aż zapierał dech w piersi. To był 

Burns przemawiający łagodniejszym tonem, rozmyślający o wierności, której nie dochował w 

żadnym   ze   swoich   związków;   tak   sam   pisał   we   wspomnieniach,   a   potwierdzali   to   jego 

przyjaciele. Co za hipokryta! Lecz czy aby na pewno, zastanowiła się Isabel, zasłużył  na to 

miano?   Co   złego   w   tym,   że   człowiek   wysławia   przymioty   charakteru,   których   mu   brak? 

Absolutnie nic. Ludzie cierpiący na akrazję* [Akrazja (gr.) - chorobliwa słabość woli, zwłaszcza 

w kwestiach moralnych  (przyp.  tłum.).]  (o której filozofowie wiedzieli wszystko i nad którą 

dyskutowali szczególnie chętnie i obszernie) mogą pomimo swojej ułomności twierdzić wszem i 

wobec, że lepiej jest robić to, do czego oni sami nie są zdolni. Można mówić, że niedobrze jest 

jeść za dużo czekolady, pić zbyt wiele wina czy też nadużywać dowolnej rzeczy z tych, których 

ludzie z upodobaniem nadużywają - i samemu tak postępować. Ważne jest natomiast, żeby się z 

tym nie kryć.

Melodia do „Johna Andersona” została napisana na głos kobiecy, ale nic nie stało na 

przeszkodzie, aby śpiewali ją także mężczyźni. W pewien sposób w męskim wykonaniu pieśń ta 

była   nawet   bardziej   wzruszająca,   ponieważ   tekst   mógł   równie   dobrze   traktować   o   męskiej 

przyjaźni. Nie oznaczało to bynajmniej, że mężczyźni chętnie rozmawiali - nie wspominając już 

o śpiewaniu - na takie tematy. Isabel nieraz łamała sobie nad tym głowę. Przyjaźń pomiędzy 

kobietami   była   o   wiele   prostsza,   a   przyjaciółki   w   naturalny   sposób   wyznawały   sobie,   jak 

rozumieją więź, która je łączy. Mężczyźni postępowali całkowicie odwrotnie: trzymali przyjaciół 

na dystans i nigdy nie wyjawiali swoich uczuć względem nich. Jakże jałowe musi być życie 

mężczyzny, jakże sztuczne; pozbawione tej przebogatej palety emocji, tego skarbu wzajemnego 

zrozumienia,  wydaje  się  przypominać  wegetację  na pustyni.  Z drugiej  strony,  jak wielu  jest 

mężczyzn wyjątkowych, takich jak na przykład Jamie, obdarzony urodą tak przedziwną, że jego 

twarzy, przepełnionej uczuciem, nie wahałby się uwiecznić na swoim obrazie żaden florencki 

malarz doby Renesansu. Życie Jamiego, zdecydowała Isabel, musi być cudowne.

- John Anderson - powiedziała na głos, kiedy wybrzmiał już ostatni fortepianowy akord. - 

background image

Myślałam o tobie i o Johnie Andersonie. O twoim przyjacielu.

- Nie znam nikogo takiego - odparł Jamie. - Nigdy nie miałem takiego przyjaciela.

Isabel oderwała wzrok od pięciolinii i wyjrzała przez okno. Nadchodził zmierzch, konary 

drzew odcinały się ostrym konturem na tle bladego wieczornego nieba.

- Nigdy? Nawet kiedy byłeś mały? Wydawało mi się, że chłopcy potrafią nawiązywać 

płomienne przyjaźnie. Dawid i Jonatan, na przykład.

Jamie wzruszył ramionami.

- Żadna z tych znajomości nie przetrwała próby czasu. Wśród tych ludzi nie było nikogo, 

o kim mógłbym tak zaśpiewać.

- Smutne - rzekła Isabel. - Nie żal ci tego?

Jamie zastanowił się przez chwilę.

- Chyba mi żal - odpowiedział. - Chciałbym mieć wielu przyjaciół.

- Nic nie stoi na przeszkodzie - zauważyła Isabel. - W twoim wieku ludzie nawiązują 

znajomości bez problemu.

- Mnie to nie przychodzi aż tak łatwo - odparł Jamie. - Chciałbym tylko...

- Oczywiście - powiedziała Isabel, opuszczając wieko fortepianu i wstając ze stołka. - 

Zabieramy się do kolacji - oznajmiła. - Ale za chwilę. Bo najpierw...

Pochyliła się z powrotem nad klawiaturą i zaczęła grać, a Jamie uśmiechnął się szeroko. 

Soave sia il vento, łagodnych wiatrów, które niosą wasz statek na morze; oby fale były spokojne. 

Boska aria, wspanialsza niż jakakolwiek inna, myślała  Isabel. I jaka piękna jest jej treść, to 

uniwersalne życzenie - dla bliźniego, ale też dla samego siebie; wbrew wszystkiemu, pomimo że 

czasami bywa zupełnie inaczej.

Kolację   zjedli   w   kuchni,   przy   dużym   sosnowym   stole,   który   służył   Isabel   do 

nieoficjalnych posiłków, przygotowywanych naprędce; kuchnia była najcieplejszym miejscem w 

całym domu. Kiedy już kończyli jeść, Jamie odezwał się:

- Opowiedziałaś mi dziś o tym człowieku, jak on się nazywał? John.

- Liamor. John Liamor.

- Liamor. - Jamie powtórzył dla wprawy. - Niełatwo wymówić. Najpierw na li język idzie 

do góry, potem przy  a  musi opaść z powrotem, a na końcu jeszcze trzeba poruszyć  ustami. 

Dalhousie   -  to   jest   proste.   Zresztą   nieważne.   To   nie   nazwisko   mnie   zastanowiło,   ale   to,   co 

powiedziałaś.

background image

Isabel sięgnęła po filiżankę z kawą.

- Milo mi słyszeć, że moje słowa dały ci do myślenia.

- Właśnie - ciągnął dalej Jamie. - Jak to jest, że człowiek angażuje się w związek z kimś, 

kto nie może dać mu szczęścia? Bo ty nie byłaś z nim szczęśliwa, prawda?

Isabel opuściła głowę, wbijając wzrok w podkładkę pod nakrycie, która leżała przed nią 

na stole. Obrazek przedstawiał ujście rzeki Forth, ale ze złej strony, od północy, od Fife.

- Prawda - odrzekła. - Byłam bardzo nieszczęśliwa.

- Ale czy nie  było tego od razu widać? - zapytał Jamie. - Nie chcę być wścibski, ale 

ciekawi mnie to. Nie mogłaś przewidzieć, jak to się skończy?

Isabel podniosła na niego oczy. Z reguły unikała rozmów na ten temat, jeśli nie liczyć 

tamtej  krótkiej dyskusji z Grace. Bo i o czym  tu mówić?  Jedyny wniosek, jaki można było 

postawić, to ten, że zakochała się w niewłaściwym człowieku i nie przestała go kochać, mając 

wciąż nadzieję, że może coś się zmieni.

- Przyznaję, że kompletnie straciłam dla niego głowę - powiedziała cicho. - Bardzo go 

kochałam. Tylko z nim chciałam się spotykać. Był jedyną osobą, z którą chciałam być. A jeśli 

chodzi o całą resztę, to nie miała ona większego znaczenia, bo wiedziałam, że jeśli się z nim 

rozstanę, ból będzie nie do zniesienia. Więc ciągnęłam to dalej, tak jak ludzie robią.

- I...

- I pewnego dnia - mieszkaliśmy wtedy w Cambridge - poprosił, żebym pojechała z nim 

do Irlandii, w jego rodzinne strony. Wybierał się na kilka tygodni do rodziców, którzy mieszkali 

w Cork. Zgodziłam się i to był chyba mój najgorszy błąd.

Zamilkła.   Nigdy   nie   przypuszczała,   że   kiedyś   opowie   Jamiemu   o   tym   wszystkim; 

wolałaby raczej, żeby nie wiedział o tej sprawie. Ale ponieważ Jamie siedział naprzeciwko i 

spoglądał na nią wyczekująco, zdecydowała się mówić dalej.

- Nie znasz Irlandczyków, prawda? Powiem ci jedno: są to ludzie, którzy mają świetne 

poczucie własnej tożsamości i doskonale wiedzą, co ich odróżnia od reszty świata. W Cambridge 

John był wielkim prześmiewcą - kpił sobie z całej klasy średniej, którą widział dookoła, wyrzucał 

jej małostkowość i zacofanie. A w Cork jego rodzice mieszkali w typowym parterowym domku 

dla klasy średniej, gdzie na ścianie w kuchni wisiał obrazek Najświętszego Serca Jezusowego. 

Jego matka robiła wszystko, żeby mnie do siebie zrazić. To było okropne. W końcu pokłóciłam 

się z nią nie na żarty. Zapytałam szczerze, czy nie znosi mnie dlatego, że nie jestem katoliczką, 

background image

czy dlatego, że nie jestem Irlandką.

Jamie uśmiechnął się.

- I co ci odpowiedziała?

Isabel zawahała się na chwilę.

- Że... To cholerne babsko powiedziało, że nie może ścierpieć w swoim domu takiej 

szmaty jak ja.

Podniosła wzrok na Jamiego, który gapił się na nią wytrzeszczonymi oczami. A potem się 

uśmiechnął.

- Co za... - Reszta komentarza była niezrozumiała.

- Otóż to - zgodziła się Isabel. - Uparłam się, żebyśmy stamtąd wyjechali, i dopięłam 

swego. Pojechaliśmy do Kerry i zatrzymaliśmy się w hotelu. I tam John poprosił mnie o rękę. 

Powiedział, ze gdybyśmy się pobrali, to po powrocie do Cambridge moglibyśmy postarać się na 

uczelni o przydział służbowego domu. A ja się zgodziłam. On chciał, żeby ślubu udzielił nam 

ksiądz, prawdziwy „wybredny” irlandzki ksiądz, jak na nich mówił. Zwróciłam mu wtedy uwagę, 

że   przecież   nie   jest   wierzący,   więc   po   co   nam   ksiądz?   Odpowiedział,   że   ksiądz   też   będzie 

niewierzący.

Przerwała. Jamie składał w palcach serwetkę, którą podniósł ze stołu.

- Przepraszam - powiedział krótko. - Za wszystko. Niepotrzebnie się dopytywałem. Źle 

zrobiłem, prawda?

-   Nie   szkodzi   -   odpowiedziała   Isabel.   -   Ale   teraz   widzisz   na   moim   przykładzie,   że 

poważne decyzje zapadają same, właściwie bez naszego udziału, w raczej głupi sposób. I że nie 

ma takiej rzeczy, co do której nie można się pomylić. Nie myl się w życiu, Jamie. Nie popsuj 

sobie wszystkiego.

background image

8

Wiadomość  przyszła   następnego  dnia  rano.  Isabel   była   w  ogrodzie,  więc  odebrała   ją 

Grace. Poszukiwany adres był następujący: szeregowiec przy Warrender Park, pod numerem 48, 

ostatnia  klatka  po prawej  stronie, czwarte  piętro.  Drzwi do mieszkania  miały  być  opatrzone 

tabliczką   z   nazwiskiem   Duffus.   Tak   nazywała   się   dziewczyna,   która   dzieliła   mieszkanie   z 

Markiem Fraserem: Henrietta Duffus, ale wszyscy mówili na nią Hen, co znaczy „kura”. Trzeci z 

trójki   współlokatorów   nazywał   się   Neil   Macfarlane.   Cat   nie   zdołała   dowiedzieć   się   niczego 

więcej, ale też Isabel o nic więcej jej nie prosiła.

Grace patrzyła na Isabel ze zdziwieniem, przekazując jej wiadomość od Cat, ale Isabel 

postanowiła nie wprowadzać gosposi w całą sprawę. Grace miała ustalone poglądy, jeśli chodzi o 

wtykanie   nosa   w nie   swoje  sprawy i,   co  było  do  przewidzenia,   zawsze  zachowywała  pełną 

dyskrecję we wszystkim, co robiła. Gdyby się dowiedziała, że Isabel planuje przeprowadzenie 

prywatnego dochodzenia, z całą pewnością uznałaby jej dociekliwość za nieuzasadnioną i nie 

omieszkałaby jej o tym poinformować. Wziąwszy to pod uwagę, Isabel konsekwentnie milczała.

Postanowiła złożyć wizytę współlokatorom Marka Frasera wieczorem, jako że wcześniej 

nie było sensu nawet tam dzwonić, bo na pewno byli w pracy. Dzień upłynął jej na przeglądaniu 

materiałów nadesłanych do „Przeglądu”, które otrzymała razem z poranną pocztą. Nadeszło kilka 

nowych artykułów, należało je więc przeczytać. Selekcja była bardzo istotną rzeczą. Wszystkie 

periodyki, nawet te najbardziej akademickie, otrzymywały do publikacji takie materiały, które 

już po pobieżnym  przejrzeniu okazywały się zupełnie do niczego; nie trzeba ich było nawet 

odsyłać   do   recenzenta   specjalisty.   Tego   ranka   nadeszło   jednak   pięć   artykułów   poważnych, 

zasługujących   na   wnikliwą   lekturę.   Na   początek   Isabel   wybrała   starannie   uargumentowany 

wywód na temat utylitaryzmu  zasad w procesie legislacyjnym. Pikantniejszy tekst pod nieźle 

zapowiadającym się tytułem „Prawdomówność w relacjach seksualnych: polemika z Kantem” 

zostawiła sobie na później. Po kawie, zdecydowała. Isabel lubiła delektować się krytyką Kanta.

Dzień mijał szybko. Artykuł na temat utylitaryzmu zasad, jak się okazało, poruszał ważką 

problematykę, lecz w dużej mierze nie nadawał się do czytania ze względu na styl autora. Na 

pierwszy rzut oka tekst został napisany po angielsku, ale była to taka odmiana angielszczyzny, 

która   Isabel   kojarzyła   się   wyłącznie   z   pewnymi   kręgami   akademickimi,   gdzie   wielce   sobie 

background image

ceniono   ubarwianie   wypowiedzi   quasi-podniosłym   tonem.   Czytało   się   to   jak   tłumaczenie   z 

niemieckiego - nie chodziło o to, że wszystkie czasowniki nagle powędrowały na sam koniec 

zdania, ale o to, że każdy akapit brzmiał ciężko, aż do bólu poważnie, nieznośnie serio.

Isabel korciło, żeby z miejsca odrzucić ten niezrozumiały tekst, w uzasadnieniu podając 

brak klarowności stylistycznej, a potem napisać do autora artykułu i wyjaśnić mu - w prostych 

słowach   -   dlaczego   tak   się   stało.   Ale   kiedy   rzuciła   okiem   na   stronę   tytułową   i   przeczytała 

nazwisko   autora   oraz   nazwę   jego   uczelni,   od   razu   wiedziała,   że   jeśli   tak   postąpi,   może   się 

spodziewać reperkusji jak w banku. Harvard!

Artykuł „Prawdomówność w relacjach seksualnych” był napisany czytelniejszym stylem, 

ale nie zawierał ani jednej oryginalnej myśli. Prawdę należy mówić, dowodziła autorka, ale nie 

zawsze. Zdarzają się sytuacje, gdy trzeba się uciec do hipokryzji, aby nie zranić uczuć drugiego 

człowieka. Nawiasem mówiąc, cały wywód brzmiał tak, jakby jego autorka zapisywała na gorąco 

własne wnioski na ten temat. Zatem: jeśli nasz kochanek nie sprawdza się w roli kochanka, nie 

należy mu o tym mówić - o ile faktycznie tak jest. To chyba jasne, pomyślała Isabel, że gdyby tak 

nie było, można by mu o tym powiedzieć. W tej konkretnej dziedzinie ograniczenia względem 

uczciwości były szczególnie surowe - i słusznie.

Isabel przeczytała artykuł z niejakim rozbawieniem. Jej zdaniem, ten tekst nadawał się w 

sam raz na wesołą lekturę dla prenumeratorów „Przeglądu”, którym być może przydałoby się coś 

w rodzaju zachęty. Filozofia seksu była tematyką rzadko poruszaną na polu etyki stosowanej, 

posiadała   jednakowoż   swoich   propagatorów.   Jak   Isabel   było   wiadomo,   spotykali   się   oni   na 

dorocznej   konferencji   w   Stanach   Zjednoczonych.   „Przegląd”   od   czasu   do   czasu   publikował 

zapowiedzi   i   programy   owych   spotkań,   ale   czy   tych   kilka   bezbarwnych   zdań   mogło   oddać 

sprawiedliwość temu, co się tam naprawdę działo - tego nie wiedziała. Bo co też one mówiły? 

Sesja poranna: „Semiotyka seksu a przestrzeń osobista” - kawa - „Perwerya i niezależność” - 

lunch (jako że inne apetyty także domagały się zaspokojenia). I tak dalej, aż do popołudnia. 

Streszczenia prezentowanych  tam referatów były zapewne dosyć  wierną ale co działo się po 

zakończeniu wszystkich sesji, przewidzianych na dany dzień? Wśród tych ludzi próżno by szukać 

świętoszków, podejrzewała Isabel, a poza tym każdy z nich był przecież specjalistą od etyki. 

Stosowanej.

Isabel daleko było do pruderii, ale w sprawach seksu przywiązywała ogromną wagę do 

dyskrecji.   Konkretnie   rzecz   biorąc,   na   przykład   nie   mogła   się   zdecydować,   co   myśleć   o 

background image

publikacji   własnych   wspomnień  erotycznych.  Czy  jest  to   rzecz   właściwa   czy  nie?  Czy  eks-

partner zgodziłby się na to, gdyby  zapytać  go o zdanie?  Zapewne  nie, a w takim wypadku 

oznaczało to, że pisząc o prywatnych sprawach dwojga ludzi, jedno z nich wyrządza drugiemu 

krzywdę. Niewiele jest takich osób, którym można powierzyć prawie każdy sekret; dwa wyjątki 

to nasi lekarze i nasi kochankowie. Człowiek powinien móc powiedzieć lekarzowi absolutnie 

wszystko,   spokojny   o   to,   że   jego   słowa   nie   wyjdą   poza   cztery   ściany,   w   których   zostały 

wypowiedziane.   To   samo   dotyczy   kochanków.   Lecz   w   obecnych   czasach   poufność   została 

wystawiona na próbę: instytucje państwowe żądały od lekarzy informacji na temat obywateli (ich 

genów, nawyków seksualnych, chorób przebytych w wieku dziecięcym), a lekarze musieli się 

bronić.   Z   drugiej   strony,   kłębiły   się   niepoliczone   zastępy   prostackiej,   wścibskiej   tłuszczy, 

spragnionej informacji o tym, co ta czy inna mniej lub bardziej sławna osoba robi w łóżku - i 

gotowej hojnie zapłacić za tę wiedzę. A ludzie mieli prawo do tajemnic, do życia prywatnego, do 

intymności   przynajmniej   w  niektórych   jego  sferach,   bo  pozbawienie   prywatności   musiało   w 

końcu doprowadzić do zaniku jakiejś części ich osobowości. Pozwólmy ludziom mieć własne 

tajemnice, pomyślała Isabel, zdając sobie sprawę, że to hasło prawdopodobnie nie było zgodne z 

duchem czasu.

Jak   na   złość,   to   właśnie   filozofowie   byli   znani   z   tego,   że   z   upodobaniem   ujawniają 

szczegóły   życia   prywatnego.   Dopuścił   się   tego   Bertrand   Russell,   wydając   drukiem   swoje 

dzienniki, podobnie A.J. Ayer. Jak mogło im strzelić do głowy, że czytelników będzie ciekawić, 

z kim się przespali, a z kim nie, i ile razy? Może czuli, że muszą coś komuś udowodnić? A czy 

ona, Isabel, oparłaby się Bertrandowi Russellowi? Ledwie w jej myślach błysnęło to pytanie, a 

już miała gotową odpowiedź. Tak. A.J. Ayer też nie miałby na co liczyć.

Dochodziła szósta. Stos zaległych materiałów zniknął z biurka, gotowe były również listy 

do   recenzentów   w   sprawie   wybranych   artykułów,   które   miały   zostać   przesłane   dalej.   Isabel 

uznała, że szósta trzydzieści będzie idealną godziną na złożenie wizyty mieszkańcom lokalu przy 

Warrender Park Terrace numer 48. O tej porze zdążą już na pewno wrócić z pracy (czymkolwiek 

by się zajmowali), a niespodziewana wizyta nie popsuje im planów dotyczących wieczornego 

posiłku. Isabel opuściła bibliotekę i poszła do kuchni, żeby przed wyjściem zaparzyć sobie kawy.

Wybrała się tam na piechotę; zajęło to kilka minut. Wskazany szeregowiec znajdował się 

zaraz za trójkątnym parkiem, na który wychodziła Bruntsfield Avenue. Isabel nie śpieszyła się, 

przystawała   przed   witrynami   sklepowymi,   aż   wreszcie   ruszyła   w   stronę   pierwszej   z   brzegu 

background image

klatki, przecinając trawnik na skos. Chociaż wiosenny wieczór był pogodny i ciepły, zerwał się 

silny wiatr, który gonił po niebie chmury, spędzając je na wschód, w stronę Norwegii. W kłębach 

obłoków   odbijało   się   światło   miasta   północy,   miasta,   które   należało   w   równym   stopniu   do 

rozkołysanych stalowoszarych równin Morza Północnego, jak do łagodnych wzgórz śródlądowej 

Szkocji. Zupełnie inne były światła Glasgow, miękki blask miasta zachodu, skąd jest równie 

blisko do Irlandii, jak i na skaliste wyżyny gaelickich Highlands. Oblicze Edynburga wyrzeźbiły 

zimne,  kąsające  wiatry ze  wschodu. Było  to  miasto  krętych   brukowanych  ulic   i  wyniosłych 

filarów, miasto czarnych nocy i płonących świec, miasto intelektu.

Isabel   doszła   do   węgła   szeregowca   i   ruszyła   wzdłuż   frontu   budynku,   który   biegł   po 

łagodnym łuku. Gmach był okazały, zajmował całą stronę ulicy. Z jego okien roztaczał się widok 

na The Meadows oraz odległe dachy, pinakle i iglicowe hełmy wież starego Infirmary.

Była   to   wysoka   kamienica   w   stylu   wiktoriańskim,   sześciopiętrowa,   z   gładzonego 

kamienia;   dach   kryty   łupkiem,   wysoki,   o   stromym   spadzie.   Ma   krawędzi   dachu,   jak   we 

francuskich   chateaux,   tu   i   ówdzie   wyrastała   wieżyczka   zwieńczona   kutym   żelaznym 

ornamentem. Dach kończył się krenelażem zdobnym kamieniarką w kształcie rzeźbionych łodyg 

i kwiatów ostu, wśród których gdzieniegdzie szczerzył zęby gargulec. Kiedy wznoszono ten dom, 

owe dekoracje miały zapewne dawać ówczesnym lokatorom poczucie, że mieszkają w stylowej 

kamienicy, która od dworu szlacheckiego różni się tylko i wyłącznie rozmiarami. Jednak pomimo 

tych   wszystkich   fanaberii   mieszkania   były   tam   porządne,   a   konstrukcja   solidna.   Kamienica 

powstała na użytek warstwy drobnomieszczańskiej, ale obecnie stanowiła siedzibę studentów i 

młodych ludzi u progu kariery. Lokal, do którego wybierała się Isabel, był zapewne typowym 

mieszkaniem, wynajmowanym wspólnie przez troje lub czworo ludzi, na tyle obszernym, żeby 

każdy miał w nim własny pokój, a miejsca starczyło jeszcze na spory salon i jadalnię. Warunki 

mieszkaniowe były więc wygodne i niekrępujące - dopóki na horyzoncie nie pojawił się jakiś 

mąż,   żona   bądź   też   konkubent   lub   konkubina.   No   i,   oczywiście,   w   takich   wspólnych 

mieszkaniach rodziły się przyjaźnie na cale życie. Nieprzyjaźnie pewnie też, pomyślała Isabel. I 

też na całe życie.

Centrum każdego segmentu stanowiła kamienna klatka schodowa, z której wchodziło się 

do   poszczególnych   mieszkań.   Wiodły   na   nią   drzwi   wejściowe   przytłaczających   rozmiarów. 

Zazwyczaj   były   one   zamknięte,   ale   na   dole   zainstalowano   domofon.   Isabel   przyjrzała   się 

opisanym   dzwonkom,   znalazła   nazwisko   Duffus,   wcisnęła   guzik   i   zaczęła   czekać.   Po  mniej 

background image

więcej minucie w malutkim głośniczku odezwał się czyjś głos, pytający, o co chodzi.

Isabel nachyliła  się do mikroskopijnego mikrofonu i przedstawiła się, wyjaśniając, że 

przyszła porozmawiać z panną Duffus. W sprawie wypadku, dodała.

Przez chwilę nie było odpowiedzi, a potem nagle zahuczał brzęczyk. Isabel pchnęła drzwi 

i weszła na schody. Zauważyła, że w powietrzu wisi lekki zapach kurzu oraz ta sama zastała woń, 

która stanowi chyba cechę wspólną wszystkich klatek schodowych: zapach niedawno wyschłych 

kamieni, zmieszany z ulotnym aromatem potraw gotujących się w mieszkaniach dookoła. Ten 

zapach kojarzył się Isabel z latami dzieciństwa, kiedy co tydzień wchodziła po takich właśnie 

schodach do mieszkania panny Marilyn McGibbon, nauczycielki fortepianu. Panna McGibbon, 

przypomniało jej się, zawsze mówiła, że muzyka ją „wyrusza”, co miało oznaczać, że słuchając 

muzyki, czuje się wzruszona. Isabel do tej pory w myślach używała określenia „wyruszająca 

muzyka”.

Zatrzymała   się   na   schodach   i   przez   chwilę   stała   bez   ruchu,   wspominając   pannę 

McGibbon. W dzieciństwie lubiła swoją nauczycielkę, ale przejęła od niej, już wtedy, jako mała 

dziewczynka,   pewien   rodzaj   melancholii,   przytłaczające   poczucie   jakichś   nierozwiązanych 

spraw. Jednego razu, kiedy przyszła na lekcję, panna McGibbon miała czerwone oczy, a puder, 

który zawsze starannie nakładała na policzki, był pożłobiony łzami. Mała Isabel stała i patrzyła 

na nią w milczeniu, aż w końcu panna McGibbon odwróciła się od niej, mamrocząc niewyraźnie:

- Nie jestem dziś sobą. Zechciej mi wybaczyć. Nie jestem dzisiaj sobą.

- Czy coś się stało? - zapytała Isabel.

Panna McGibbon skinęła głową i już prawie powiedziała „tak”, ale potem zdecydowała 

się na „nie” i pokręciła głową przecząco. Zabrały się do lekcji, do gam, które Isabel miała zadane 

do domu, i do Mozarta; nie mówiły o tym  więcej. Wiele lat później Isabel, już jako młoda 

kobieta, dowiedziała się, zupełnie przypadkiem, że panna McGibbon straciła wtedy przyjaciółkę i 

wieloletnią towarzyszkę nazwiskiem Lalla Gordon. Była ona córką sędziego Court of Session* 

[Court of Session - najwyższy sąd cywilny w Szkocji (przyp. tłum.).] i została zmuszona do 

wyboru pomiędzy przyjaciółką a rodziną, która odnosiła się do panny McGibbon z dezaprobatą. 

Wybrała to drugie.

Mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze i kiedy Isabel tam dotarła, zobaczyła, że 

drzwi są już lekko uchylone. Za drzwiami, w przedpokoju, stała młoda kobieta; zobaczywszy 

background image

Isabel, otworzyła je na oścież. Isabel uśmiechnęła się do niej, jednym spojrzeniem ogarniając 

całą sylwetkę Hen Duffus: wysoka i smukła jak wierzba, duże oczy jak u łani, o tym błagalnym 

spojrzeniu, które zawsze kojarzyło się Isabel z dziewczętami z zachodniego wybrzeża Szkocji, 

chociaż przypuszczalnie nie było tutaj absolutnie żadnego związku. Hen odwzajemniła uśmiech i 

zaprosiła Isabel do środka. Tak, pomyślała Isabel, słysząc jej akcent, zachód, ale nie Glasgow, 

jak twierdziła  Cat - jakieś małe,  wytworne  miasteczko,  Dunbarton, dajmy na to, ostatecznie 

Helensburgh. Natomiast imię Henrietta w żaden sposób nie pasowało do tej osoby. Kurzy skrót - 

jak najbardziej. Jak ulał.

- Przepraszam, że przychodzę bez zapowiedzi. Chciałam sprawdzić, czy państwa zastanę. 

Panią i pana...

- Neila. Chyba jeszcze nie wrócił, ale spodziewam się go niedługo.

Hen zamknęła drzwi za Isabel i wskazała drzwi do jednego z pokojów.

- Możemy usiąść tam - zaproponowała. - Niestety, mamy bałagan, jak zwykle.

-   Nic   nie   szkodzi   -   powiedziała   Isabel.   -   Wszyscy   żyjemy   w   bałaganie,   bo   tak   jest 

wygodniej.

- Ale ja bym akurat chciała mieć w domu porządek - westchnęła Hen. - Staram się, tyle że 

to chyba po prostu nie leży w mojej naturze.

Isabel   uśmiechnęła   się,   ale   nie   powiedziała   ani   słowa.   Wyczuwała   w   tej   kobiecie 

zmysłowość, jakąś aurę... cóż, trzeba powiedzieć wprost, aurę energii seksualnej. Nie mogło być 

w tym względzie wątpliwości, bywa to widoczne równie dobrze jak to, czy ktoś jest muzykalny 

albo czy wyznaje ascetyzm. Naturalnym środowiskiem tej kobiety były nieposprzątane pokoje z 

niepościelonymi łóżkami.

Okna salonu, do którego Hen zaprowadziła Isabel, wychodziły na północ; roztaczał się z 

nich widok ponad wierzchołkami drzew porastających południowy skraj The Meadows. Okna 

były olbrzymie, wedle najlepszej wiktoriańskiej tradycji. Za dnia ten pokój musiał wręcz tonąć w 

świetle słonecznym. Nawet o tej porze, wczesnym wieczorem, sztuczne oświetlenie było tutaj 

zbędne. Isabel przeszła przez pokój i stanęła przy jednym z okien. Wyjrzała na ulicę. Cztery 

piętra niżej jakiś chłopak ciągnął na smyczy brukowaną jezdnią opierającego się psa. W końcu, 

zniecierpliwiony, pochylił się i zdzielił go pięścią po grzbiecie. Zwierzak zwinął się w odruchu 

obronnym; wtedy chłopak kopnął go w żebra i pociągnął dalej.

Hen stanęła obok Isabel, podążając wzrokiem za jej spojrzeniem.

background image

- A, to on. Mały łobuz, Soutar Mydlarz, tak na niego mówię. Mieszka na parterze z matką 

i jej gachem. Coś mi mówi, że ten psiak nie darzy nikogo z tej trójki szczególną sympatią.

Isabel roześmiała się. Bardzo jej się spodobało porównanie do Soutara Mydlarza; za jej 

czasów każde szkockie dziecko na pamięć znało komiksy, których bohaterem był Nasz Maty 

Wullie i jego dwaj koleżkowie, Soutar Mydlarz i Gruby Boab, ale czy teraz ktoś to jeszcze 

pamiętał?   Jakie   obrazy   pobudzają   dziś   wyobraźnię   młodych   Szkotów?   Na   pewno   nie   są   to 

pejzaże   miasta   Dundee,   te   legendarne,   pełne   ciepła   ulice,   które   „Sunday   Post”   zaludniał 

postaciami wyszczekanych niewiniątek.

Odeszły od okna. Hen spojrzała na Isabel.

- Przyszła pani zobaczyć  się z nami? - zapytała. - Nie jest pani chyba, nie daj Boże, 

dziennikarką?

Isabel potrząsnęła energicznie głową.

- W żadnym razie. Byłam świadkiem całego zdarzenia. Widziałam, jak to się stało.

Hen wytrzeszczyła na nią oczy.

- Była pani w Usher Hall? Widziała pani, jak Mark spadł?

- Niestety.

Hen rozejrzała się, zobaczyła za sobą sofę, usiadła. Wbiła wzrok w podłogę i przez chwilę 

milczała. Potem podniosła głowę.

- Niechętnie w ogóle o tym myślę. Rozumie mnie pani? Upłynęło dopiero kilka tygodni, 

ale ja już staram się zapomnieć o wszystkim. Tylko że to nie jest takie proste, kiedy się straci w 

ten sposób znajomego, i to jeszcze współlokatora.

- Oczywiście. Rozumiem to.

- Była już u nas policja. Wypytywała o Marka. Potem przyjechali jego rodzice, zabrać 

rzeczy po nim. Może pani sobie wyobrazić, jak to wyglądało.

- Tak.

- I jeszcze trochę innych ludzi - opowiadała dalej Hen. - Znajomi Marka, ktoś od niego z 

biura. Cały czas mieliśmy wizyty.

Isabel usiadła na sofie, obok Hen.

- A teraz jeszcze ja do kompletu. Bardzo mi przykro, że państwa nachodzę. Potrafię sobie 

wyobrazić, co przeszliście.

- Po co pani przyszła? - zapytała Hen. W jej głosie nie było wrogości, ale dało się w nim 

background image

słyszeć   napięcie,   które   Isabel   natychmiast   wychwyciła.   Był   to   prawdopodobnie   skutek 

wyczerpania, które opadło Hen z wyprzedzeniem w obliczu kolejnego przesłuchania.

-   Bez   konkretnego   powodu   -   przyznała   się   cicho   Isabel.   -   Wydaje   mi   się,   że 

zdecydowałam   się   na   to   dlatego,   że   niejako   wzięłam   w   tym   udział,   a   nie   mam   z   kim 

porozmawiać, to znaczy nie znam nikogo, kto miałby z tą sprawą jakiś związek. Rozumie pani, o 

co mi chodzi? Widziałam, jak to się stało - na własne oczy widziałam tę straszną tragedię - a nie 

znam nikogo, kto mógłby mi coś powiedzieć o nim, o Marku.

Zamilkła.   Hen   nie   spuszczała   z   niej   spojrzenia   swoich   olbrzymich   oczu   kształtu 

migdałów. Isabel wierzyła, że to, co w tej chwili powiedziała, to prawda. Ale czy cała? Przecież 

nie mogła przyznać się tym ludziom, że przywiodła ją tutaj zwyczajna ciekawość; była po prostu 

ciekawa całego wydarzenia. No i jeszcze żywiła podejrzenie, że stało za nim coś więcej niż tylko 

czysty przypadek.

Hen zamknęła oczy. I skinęła głową.

- Rozumiem  - powiedziała.  - Niech będzie.  Właściwie  to chętnie  się dowiem,  jak to 

naprawdę wyglądało. I tak cały czas to sobie wyobrażam.

- Więc zgadza się pani?

- Zgadzam się. Jeżeli ma to pani pomóc, to proszę bardzo. - Wyciągnęła rękę i położyła 

dłoń na ramieniu Isabel.

Ten gest, symbolizujący współczucie i zrozumienie,  byt  tak nieoczekiwany,  że Isabel 

wydał się aż dziwny u osoby w typie Hen. Zganiła się za tę myśl, która być może była dla 

dziewczyny krzywdząca.

- Zaparzę kawę - zaproponowała Hen, wstając - i porozmawiamy.

Wyszła z pokoju, a Isabel usiadła wygodniej na sofie i rozejrzała się dookoła. Pokój był 

elegancko   umeblowany,   co   nieczęsto   się   zdarza   w   wynajmowanych   mieszkaniach,   które   w 

krótkim czasie zaczynają wyglądać tak, jakby nie mogły się doczekać remontu. Na jednej ze 

ścian wisiały reprodukcje obrazów, wyraz gustów właściciela. Jak można było przypuszczać, 

jego wybór został urozmaicony preferencjami lokatorów, tak więc ścianę zapełniały: panorama 

wodospadów   na   rzece   Clyde   (właściciel),   obok   „Większy   plusk”   Davida   Hockneya   oraz 

„Filozofowie   amatorzy”   Jacka   Vettriana   (lokatorzy),   a   dalej   Peploe   i   jego   „łona”   (znów 

właściciel).   Isabel   uśmiechnęła   się   do   obrazu   Vettriana   artysta   ten,   pomimo   głębokiej 

dezaprobaty, którą darzyło go edynburskie środowisko twórcze, trzymał się dobrze i nie tracił ani 

background image

trochę   na   popularności.   Dlaczego?   Wyjaśnienie   było   proste:   ponieważ   jego   figuratywne 

malarstwo dawało jakieś pojęcie o życiu (w każdym razie o życiu ludzi, którzy zwykli zabawiać 

się  na  plaży  tańcami   w  wieczorowych  strojach).  Obrazy  Vettriana   zawsze   opowiadały  jakąś 

historię,   podobnie   jak   dzieła   Edwarda   Hoppera.   Dlatego   właśnie   Hopper   zainspirował   tylu 

poetów; wszystko, co wyszło spod jego pędzla, było niezwykle czytelne: skąd pochodzą ludzie 

na   obrazie?   O   czym   myślą?   Co   będą   robić?   Hockney,   rzecz   jasna,   żadnego   pytania   nie 

pozostawiał bez odpowiedzi. Bohaterowie jego obrazów byli zawsze podani jak na patelni: mieli 

w głowie pływanie, seks i własny narcyzm.  Czy Hockney sportretował kiedyś WHA? Isabel 

pamiętała, że tak; nawet nieźle sobie poradził z twarzą Audena, która przypominała gołoborze. 

„Mam   facjatę   jak   mapa   Islandii”.   Czy   to   sam   WHA   tak   powiedział   o   sobie?   Raczej   nie, 

pomyślała  Isabel, ale  to  by do niego pasowało. Przyszło  jej  do głowy,  żeby kiedyś  napisać 

książkę   z   powiedzeniami,   które   tak   naprawdę   nigdy   nie   padły,   lecz   mogłyby   stanowić 

autentyczne bon moty różnych znanych ludzi, „Przez całe popołudnie byłam królową, a teraz 

pada śnieg”. Królowa Wiktoria.

Isabel oderwała wzrok od obrazu Vettriana i wyjrzała przez drzwi na korytarz. Wisiało 

tam   wysokie   lustro   z   rodzaju   tych,   które   najczęściej   można   zobaczyć   w   drzwiach   szafy.   Z 

miejsca,   gdzie   siedziała,   Isabel   widziała   je   w   całej   okazałości.   Dokładnie   w   tym   samym 

momencie,  kiedy jej  wzrok spoczął  na lustrze,  zobaczyła  w nim  młodego  mężczyznę,  który 

wypadł z jednego pokoju, przebiegł przez korytarz i zniknął za drzwiami po drugiej stronie. Nie 

zauważył  jej, chociaż zachowywał  się tak, jakby wiedział  o jej obecności. Sprawiał również 

wrażenie, że nie życzy sobie, żeby Isabel go zobaczyła - i dopiąłby swego, gdyby nie to lustro w 

strategicznym punkcie korytarza - gdyż trzeba dodać, że ten młody mężczyzna nie miał na sobie 

absolutnie nic.

Hen wróciła po kilku minutach, niosąc dwie filiżanki. Postawiła je na stoliku obok sofy i 

usiadła obok Isabel, na tym samym miejscu, co przedtem.

- Znała pani Marka wcześniej? - zapytała.

Isabel nagle ni stąd, ni zowąd wydało się, że faktycznie go kiedyś spotkała. Już miała 

przytaknąć, ale pokręciła głową.

- Nie. Tego wieczoru widziałam go po raz pierwszy.

- To był naprawdę dobry człowiek - powiedziała Hen. - Świetny facet. Wszyscy go lubili.

- Wierzę - zgodziła się Isabel.

background image

-   Z   początku   miałam   pewne   wątpliwości,   jak   to   będzie   mieszkać   z   dwoma   obcymi 

ludźmi, wie pani. Ale wynajęłam pokój tutaj mniej więcej w tym samym czasie co oni, więc 

zaczynaliśmy razem, można powiedzieć.

- I układało się państwu?

-   Tak,   jak   najbardziej.   Czasami   trochę   się   sprzeczaliśmy,   czego   można   się   było 

spodziewać, ale ani razu nie doszło do poważniejszej kłótni. Wszystko szło bardzo dobrze. - Hen 

wzięła do ręki filiżankę i upiła łyczek kawy. - Brakuje mi go.

- A Neil, drugi współlokator? Przyjaźnił się z Markiem?

- Jasne - odrzekła Hen. - Czasami grywali razem w golfa, ale Mark nie miał większych 

szans. Neil to wymiatacz. Mógłby grać zawodowo. Robi staż prawniczy w kancelarii na West 

Endzie.   Firma   sztywniaków,   ale   one   wszystkie   są   takie   same.   Było   nie   było,   żyjemy   w 

Edynburgu.

Isabel   też   sięgnęła   po   kawę   i   wypiła   jeden   łyk.   Rozpuszczalna.   No,   ale   odstawić   ją 

nietkniętą byłoby niegrzecznie.

- Jak pani myśli - zagadnęła ściszonym głosem - jak to się mogło stać?

Hen wzruszyła ramionami.

- Po prostu wypadł. Nie mogło być inaczej. Wypadki chodzą po ludziach, nawet takie 

dziwaczne. Wychylił się, żeby coś tam zobaczyć, i spadł. Jak inaczej można to wytłumaczyć?

- A może   był   nieszczęśliwy?   - podsunęła  Isabel  ostrożnie,  obawiając  się  gwałtownej 

reakcji na taką sugestię. Jednak nic takiego nie nastąpiło.

- Pyta pani, czy to mogło być samobójstwo?

- Tak. Właśnie.

Hen potrząsnęła głową.

- W żadnym wypadku. Czegoś bym się domyśliła. Na pewno. Mark nie był nieszczęśliwy.

Isabel zastanowiła się nad słowami „czegoś bym się domyśliła”. Skąd ta pewność? Stąd, 

że mieszkali razem - to było oczywiste. Człowiek wyczuwa nastroje ludzi, którzy żyją najbliżej 

niego, i przejmuje je.

- Zatem nic na to nie wskazywało?

- Nic. - Hen zamilkła na chwilę. - On nie był taki. Samobójstwo to podanie tyłów. A on 

był   człowiekiem,   który   przed   niczym   nie   ucieka.   Można...   Człowiek   mógł   na   niego   liczyć. 

Polegać na nim. Mark miał sumienie. Rozumie mnie pani?

background image

Obserwując   Hen   podczas   tej   przemowy,   Isabel   skonstatowała,   że   słowo   „sumienie” 

pojawia się coraz rzadziej na ludzkich ustach. Było to zjawisko dziwne i głęboko niepokojące, 

ponieważ wskazywało na zanik wyrzutów sumienia w dzisiejszych czasach. Patrząc z drugiej 

strony,   ma   to   pewne   zalety,   jako   że   wyrzuty   sumienia   przytłaczają   ludzką   duszę   i   są 

odpowiedzialne   za   wiele   niepotrzebnych   nieszczęść.   Pozostaje   jednak   kwestia   moralności   i 

moralnego   postępowania,   w   którym   poczucie   winy   odgrywa   niezastąpioną   rolę   czynnika 

zniechęcającego. Wyrzuty sumienia pomagają nam odróżnić złe uczynki; to dzięki nim możemy 

żyć według norm moralnych. Poza tym słowa Hen miały także inny wymiar. Brzmiało w nich 

absolutne przekonanie, lecz mogła je wypowiedzieć tylko osoba, która nigdy w życiu nie zaznała 

rozpaczy ani nie zwątpiła w siebie.

- Niektórzy ludzie nie pokazują po sobie tego, co naprawdę w nich siedzi... Mogą być 

bardzo nieszczęśliwi, ale niczego nie zdradzą. Zdarza się, że... - Isabel umilkła. Było widać, że 

Hen nie ma ochoty wysłuchiwać takiego wykładu. - Przepraszam - powiedziała. - Nie chciałam 

pani pouczać...

Hen uśmiechnęła się.

- Nie szkodzi. W ogólnym zarysie, jak sądzę, to wszystko racja, ale nie w tym wypadku. 

Naprawdę wątpię, żeby to mogło być samobójstwo.

- Niewątpliwie ma pani słuszność - powiedziała Isabel. - Widzę, że znała go pani bardzo 

dobrze.

Na chwilę zapadła cisza. Hen popijała małymi łyczkami swoją kawę, a Isabel wpatrywała 

się w obraz Vettriana, zastanawiając się, o czym dalej mówić. Rozmowa przestawała mieć sens. 

Hen powiedziała już prawdopodobnie wszystko, co zamierzała powiedzieć, i Isabel nie mogła 

raczej  liczyć  z jej  strony na nic więcej. Poza tym  ta dziewczyna  i tak nie była  szczególnie 

rozgarniętą osobą.

Hen odstawiła filiżankę na stolik. Isabel oderwała wzrok od obrazu, który w dziwny 

sposób ją niepokoił. Do pokoju wszedł młody mężczyzna, którego widziała w korytarzu, teraz 

już ubrany i zapięty pod szyję.

- To jest Neil - przedstawiła Hen.

Isabel wstała z sofy i podała mu rękę. Dłoń młodzieńca była rozgrzana i lekko wilgotna. 

Był  pod prysznicem,  pomyślała  Isabel. Dlatego biegał goły po korytarzu.  Cóż, być  może  w 

dzisiejszych czasach nie było niczym niezwykłym, że współlokatorzy, dobrzy przyjaciele, chodzą 

background image

sobie nago po mieszkaniu, niewinni jak dzieci w rajskim ogrodzie.

Neil zajął fotel naprzeciwko sofy, a Hen wyjaśniła mu powód wizyty Isabel.

- Nie zamierzałam się państwu narzucać - pośpieszyła Isabel z wyjaśnieniem. - Chciałam 

tylko porozmawiać o tym, co się stało. Mam nadzieję, że nie mają mi państwo tego za złe.

-   Ależ   skąd   -   powiedział   Neil.   -   Mnie   to   nie   przeszkadza.   Mogę   z   panią   o   tym 

porozmawiać, jeśli pani sobie życzy.

Isabel rzuciła na niego okiem. Mówił zupełnie inaczej niż Hen, miał, na jej ucho, akcent z 

drugiego końca kraju. Wysławiał się w sposób zdradzający staranne, kosztowne wykształcenie. 

Isabel oceniła, że jest rówieśnikiem swojej koleżanki, co najwyżej trochę tylko od niej starszym; 

tak jak i ona, sprawiał wrażenie człowieka, który dużo czasu spędza na świeżym powietrzu. Ach, 

przecież  grywa  w golfa, przypomniała  sobie1 Isabel,  więc to musi  być  ślad po wichrowych 

przestrzeniach szkockich pól golfowych.

-   Nie   będę   dłużej   zabierać   państwu   czasu   -   powiedziała.   -   Spotkaliśmy   się, 

porozmawialiśmy o tym, co zaszło. Życie toczy się dalej. Nie chcę państwu przeszkadzać.

- Pomogła pani ta rozmowa? - zapytała Hen, a Isabel zauważyła w tym momencie, że 

wymieniła szybkie spojrzenie z Neilem.

Znaczenie tego spojrzenia było oczywiste; Isabel była pewna, że kiedy już sobie pójdzie, 

Hen zapyta Neila: „Po co ona tu przyszła? Po co jej było to wszystko?”. Powie tak dlatego, że 

ona, Isabel, nic dla niej nie znaczy; jest starszą kobietą, po czterdziestce, poza nawiasem, nie 

liczy się, jakby w ogóle jej nie było.

-   Zabiorę   pani   filiżankę.   -   Hen   nagle   wstała   z   sofy.   -   Muszę   coś   zrobić   w   kuchni. 

Przepraszam na chwilę.

- Pójdę już - powiedziała Isabel, ale nie podniosła się, a tymczasem Hen zdążyła wyjść z 

pokoju. Isabel spojrzała na Neila, który obserwował ją, swobodnie opierając łokcie na poręczach 

fotela.

- Uważa pan, że on mógł skoczyć? - zapytała.

Pomimo obojętności, jaka malowała się na twarzy Neila, w jego zachowaniu było coś 

niepokojącego, jakiś lęk.

- Skoczyć?

- Popełnić samobójstwo.

Neil otworzył usta, ale nic nie powiedział i zamknął je z powrotem. Nie odrywał wzroku 

background image

od Isabel.

- Przepraszam, że zadaję panu takie pytanie - mówiła dalej. - Widzę, że raczej pan w to 

wątpi. Cóż, zapewne ma pan rację.

- Zapewne tak - powiedział szybko.

- Mogę jeszcze o coś zapytać? - Nie czekając na odpowiedź, przeszła do rzeczy; - Hen 

mówiła,   że   Mark   był   bardzo   lubiany.   Czy   przychodzi   panu   na   myśl   ktoś,   kto   za   nim   nie 

przepadał?

Pytanie padło; teraz Isabel skupiła się na obserwacji. Wzrok Neila powędrował w dół, w 

kierunku podłogi, a potem znów do góry. Odpowiadając na pytanie Isabel, nie patrzył na nią, ale 

na drzwi, jakby chciał wzrokiem przywołać Hen, żeby go wyręczyła,

- Raczej nie. Nie. Raczej nie.

Isabel skinęła głową.

- Zatem w jego życiu nie zdarzyło się nic niezwykłego?

- Nie. Nic niezwykłego.

Tym razem spojrzał prosto na nią; w jego oczach dostrzegła niechęć. Zapewne sądził - 

najzupełniej słusznie - że Isabel nie ma prawa wtykać nosa w sprawy jego przyjaciela. Hen także 

dała jej jasno do zrozumienia, że zaczęła już nadużywać ich gościnności. Przyszedł czas się 

pożegnać. Isabel wstała, a Neil podążył za jej przykładem.

- Chciałabym pożegnać się z Hen - oznajmiła, wychodząc z pokoju. Neil ruszył za nią. Na 

korytarzu Isabel rozejrzała się szybko. Te drzwi po prawej, pomyślała, to na pewno będą te, z 

których wybiegł nago, kiedy akurat przypadkowo zerknęłam w lustro.

- Hen jest w kuchni, tak? - zapytała, skręcając w prawo i otwierając upatrzone drzwi.

- Kuchnia to nie tutaj! - zawołał Neil za nią. - To jest jej pokój.

Ale Isabel była już jedną nogą w środku i zdążyła zobaczyć obszerną sypialnię. Okno 

było zasłonięte, a obok niepościelonego łóżka stała lampka nocna.

- Och - powiedziała. - Przepraszam.

- Kuchnia jest tam - zabrzmiał jego ostry głos. - Tamte drzwi - wskazał, zerkając na nią z 

ukosa.

Denerwuje się, pomyślała Isabel. Denerwuje się i traktuje mnie jak wroga.

Wycofała się z pokoju i poszła w stronę wskazanych drzwi. Znalazła za nimi Hen, która 

na jej widok zrobiła zakłopotaną minę, bo zamiast coś robić, tak jak powiedziała, siedziała na 

background image

stołku i czytała jakieś czasopismo. Mimo to Isabel podziękowała jej wylewnie, pożegnała się i 

wyszła, słysząc jeszcze na odchodnym, jak Neil obraca ze szczękiem klucz w zamku. Zostawiła 

im swoją wizytówkę, mówiąc, że mogą do niej zadzwonić, kiedy tylko przyjdzie im ochota, ale 

wystarczyło, że Hen i Neil przyjrzeli się bez przekonania kartonikowi, a już wiedziała, że nie 

skorzystają z zaproszenia. Czuła się dziwnie i głupio, a po chwili dotarło do niej, że całkowicie 

zasłużyła sobie na to, żeby się tak czuć. No, ale przynajmniej coś się wyjaśniło.

Hen   i   Neil   byli   kochankami.   Dlatego   właśnie   Neil   był   w   jej   pokoju,   kiedy   Isabel 

zadzwoniła domofonem do ich mieszkania. Hen, co prawda, mówiła, że Neil nie wrócił jeszcze 

do domu, ale trudno było od niej wymagać, żeby tłumaczyła obcej osobie, widzianej pierwszy raz 

w życiu, co współlokator robi w jej własnym łóżku o tej godzinie. Oczywiście, dzięki temu 

potwierdziło się pierwsze wrażenie Isabel na temat Hen, ale bynajmniej nie dowiedziała się, jak 

układało  im  się wspólne  życie  we  trójkę,  Mark,  rzecz  jasna,  mógł  czuć   się pominięty.  Hen 

twierdziła, że nie znała ani jego, ani Neila przed sprowadzeniem się tutaj, co oznaczało, że w 

pewnym momencie, już po zamieszkaniu razem, jeden z nich musiał stać się jej bliższy. Mogło to 

zachwiać równowagę ich wspólnego bytowania, co nie dziwi w sytuacji, gdy z trójki przyjaciół 

nagle robi się jedna para plus jeden przyjaciel. Z drugiej strony równie prawdopodobne było, że 

to właśnie śmierć Marka popchnęła Hen w ramiona Neila i vice versa; być może oboje szukali 

pociechy,  lekarstwa na swój wspólny smutek?  Isabel potrafiła wyobrazić  sobie taki przebieg 

wypadków, ale to również nie przybliżyło jej ani na krok do zrozumienia myśli przelatujących 

przez głowę Marka tamtego wieczoru w Usher Hall. O ile przed wizytą w szeregowcu przy parku 

Warrender znała go bardzo słabo, o tyle po wizycie nie mogła powiedzieć, że zna go choćby 

odrobinę lepiej. Był to miły młody człowiek, lubiany w towarzystwie; obce mu było zwątpienie 

we   własne   siły,   czemu   akurat   trudno   się   dziwić,   ponieważ   zwątpienie   w   siebie   jest 

charakterystyczne dla wieku nastoletniego i jesieni życia, a nie dla młodych mężczyzn przed 

trzydziestką.   Jeśli   Mark   miał   jakieś   zmartwienia,   to   ukrywał   je   starannie   przed   osobami,   z 

którymi na co dzień był najbliżej.

Szła, nie śpiesząc się, w kierunku domu.  Wieczór  był  ciepły jak na tę porę roku, w 

powietrzu czuło się już ulotną, najdelikatniejszą zapowiedź lata. Mijali ją ludzie, tak jak ona 

wracający do siebie. Na większość z nich zapewne ktoś czekał, mąż, żona, kochanek, rodzice. Na 

Isabel czekał jej dom, przestronny i pusty, co, jak dobrze wiedziała, było skutkiem wyborów, 

których   dokonała   w   życiu,   lecz   zdawała   sobie   również   sprawę,   że   nie   była   tak   do   końca 

background image

odpowiedzialna za każdą z tych decyzji. To nie było jej rozmyślne działanie, że zakochała się w 

jednym mężczyźnie tak zupełnie i bez reszty, że żaden inny już nigdy nie wchodził w grę. To był 

przypadek, a na przypadki człowiek nie ma wielkiego wpływu. Isabel przytrafił się przypadek o 

nazwisku John Liamor, co oznaczało, że od tej pory żyła z wyrokiem. Nie rozmyślała o tym zbyt 

wiele   i   nie   rozmawiała   o   tej   sprawie   z   innymi   (chociaż   wczoraj,   przypomniała   sobie, 

opowiedziała   wszystko   Jamiemu;   być   może   postąpiła   nierozsądnie).   Tak   już   ten   świat   był 

urządzony, a Isabel starała się maksymalnie wykorzystać sytuację, w której się znalazła. Była 

zdania, że każdy człowiek ma moralny obowiązek tak właśnie postępować, w każdym razie jeśli 

wierzy w to, że istnieją obowiązki względem siebie samego. A Isabel wierzyła. Jeżeli x, to y. Ale 

dlaczego y?

background image

9

Kolejny  tydzień   upłynął   spokojnie.  Nic  się  nie  działo.  Znalazło   się trochę   pracy  nad 

kolejnym   wydaniem   „Przeglądu”,   ale   trudno   powiedzieć,   żeby   Isabel   była   zawalona 

obowiązkami,   tym   bardziej   że   korekty   artykułów   do   nowego   numeru   poszły   do   drukarni,   a 

dwóch członków zespołu redakcyjnego wyjechało za granicę. Isabel przeważnie spędzała czas na 

czytaniu, pomogła też Grace zrobić zaległe już od bardzo dawna porządki na strychu. Mimo tych 

zajęć miała dość czasu na myślenie i nie mogła się powstrzymać od rozpamiętywania zajścia, 

które  na   własny  użytek  zaczęła  określać   słowem  „tamto”.   Szok  i  sensacje,  które   odczuwała 

bezpośrednio   po   „tamtym”,   zaczęły   już   wyraźnie   tracić   na   sile,   lecz   zastąpiło   je   poczucie 

pozostawienia nierozwiązanej sprawy. Spotkanie z Hen i Neilem było bezowocne, uznała, a co 

gorsza, nie pozostało już nic innego, co mogłaby w tej sprawie zrobić. W wydziale śledczym 

postanowiono   przeprowadzić   dochodzenie   badające   przyczyny   tragicznego   wypadku. 

Oskarżyciel  publiczny zawiadomił  Isabel, że jako naoczny świadek, który widział najwięcej, 

zostanie   tego   i   tego   dnia   wezwana   do   złożenia   zeznań,   dał   jej   jednak   jednocześnie   do 

zrozumienia, że sprawę uważa za jasną i oczywistą.

- Przypadek  jest dość ewidentny - oznajmił podczas rozmowy z Isabel. - Zebraliśmy 

zeznania, z których jasno wynika, że poręcz jest zamontowana na odpowiedniej wysokości i że z 

balkonu można wypaść tylko w jeden sposób: trzeba się mocno wychylić ponad balustradą. Ten 

młody człowiek tak właśnie postąpił. Z jakiego powodu, nie wiemy. Może chciał się przyjrzeć 

komuś na parterze. I to by było mniej więcej wszystko.

- Więc po co w ogóle rozpoczynać dochodzenie? - zdziwiła się Isabel, siadając na krześle 

naprzeciwko biurka, które było jednym z bardziej okazałych mebli w tym skąpo urządzonym 

gabinecie. Przyszła tutaj, ponieważ oskarżyciel zaprosił ją na rozmowę. Znalazła go w gabinecie 

oznaczonym   tabliczką   z   napisem   „Zgony”.   Byt   to   wysoki   mężczyzna   o   wychudłej,   smutnej 

twarzy. Na ścianie za jego plecami wisiała fotografia oprawiona w ramki: dwóch mężczyzn i 

dwie   kobiety,   wszyscy   młodzi,   siedzący   sztywno   na   krzesłach   pod   kamiennym   łukiem. 

„Uniwersytet   Edynburski,   Komitet   Izby   Adwokackiej”,   głosił   drukowany   podpis.   Jednym   z 

mężczyzn  był  sam oskarżyciel;  można  go było  poznać,  bo za młodych  lat  też wyglądał  jak 

tyczka. Czy mierzył wtedy wyżej? Czy miał nadzieję, że zdobędzie lepsze stanowisko niż to?

background image

Oskarżyciel zerknął na Isabel, a potem odwrócił wzrok. Był teraz urzędnikiem miasta 

Edynburga, oficjalnie zajmującym się zgonami. Zgony. Dzień w dzień zgony. Zgony drobne i 

zgony ważne. Będzie pełnił ten urząd przez rok, a potem wróci do wydziału kryminalnego gdzieś 

w jakimś Airdrie czy Bathgate. I tak co dnia, zbrodnia i przemoc, przemoc i zbrodnia, aż do 

emerytury.

- Jak to się teraz mówi? - odpowiedział pytaniem, usiłując ukryć zmęczenie. - Zamknąć 

sprawę. Trzeba zamknąć sprawę.

Więc tak to miało się skończyć. Doszło do absolutnie przypadkowej tragedii, za którą nikt 

nie ponosił winy. Isabel przypadkowo zobaczyła wszystko na własne oczy i zrobiła, co tylko w 

jej mocy,  żeby wyjaśnić to, co tam zaszło, dla siebie, na własny użytek. Ostatecznie jednak 

sprawa nie znalazła rozwiązania, a jej nie pozostało nic innego jak pogodzić się z tą sytuacją.

Spróbowała  zatem skupić się na lekturze,  która przez zbieg okoliczności  miała  wiele 

wspólnego z trapiącym  ją dylematem. Na rynek wydawniczy trafiła niedawno nowa książka, 

dotykająca problematyki zobowiązań moralnych oraz ich granic. Temat był znajomy, zaś grupa 

filozofów, która się nim zajęła, postanowiła bronić tezy, że sedno koncepcji moralności powinno 

leżeć nie w tym, co człowiek robi, lecz w tym, czego nie robi. Był to trudny punkt widzenia, 

kłopotliwy   dla   tych,   którzy   szukają   spokoju   w   życiu,   ponieważ   stwarzał   potrzebę   ciągłej 

czujności   i   ogromnego   wyczulenia   na   potrzeby   innych   ludzi.   Isabel,   w   swoim   własnym 

mniemaniu, nie posiadała tej cechy aż tak doskonale rozwiniętej. Taka postawa życiowa była 

niewłaściwa również dla osób, które pragną o czymś zapomnieć. Człowiek, który wymazał coś 

raz   na   zawsze   z   pamięci,   był   z   tego   punktu   widzenia   winny   karygodnego,   umyślnego 

zaniedbania.

Każda z pięciuset siedemdziesięciu stron tej książki stanowiła frustrującą i ciężką lekturę. 

Isabel   korciło,   żeby   odłożyć   tomisko   na   jakiś   czas   albo   w   ogóle   je   sobie   darować,   ale 

zorientowała się, że gdyby tak postąpiła, wyszłoby na to, że autorzy mieli rację. Szlag by ich 

trafił, pomyślała. Przyparli mnie do muru.

Kiedy nareszcie dobrnęła do końca, odłożyła książkę na półkę, czując przy tym dreszczyk 

ekscytacji pomieszanej z wyrzutami sumienia, jako że wybrała dla niej jakiś ciemny kąt pod 

samym sufitem. Było to w sobotę po południu. Isabel uznała, że wytrwałością podczas lektury 

zasłużyła sobie na nagrodę. Postanowiła wybrać się na spacer po mieście i zajrzeć do jednej albo 

dwóch galerii, a potem wpaść do kawiarni na Dundas Street na kawę i ciastko.

background image

Pojechała do miasta autobusem. Dojeżdżając już na przystanek zaraz za Queen Street, 

gdzie miała wysiąść, spostrzegła nagle Toby’ego, który maszerował w dół ulicy, niosąc w ręce 

torbę z zakupami. Uwagę Isabel przyciągnęły sztruksy w kolorze rozgniecionych  truskawek; 

uśmiechnęła się, pomyślawszy, że taki kolor łatwo wpada w oko. Wysiadła, wciąż z tym samym 

uśmiechem na twarzy. Toby był w tej chwili jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów przed nią. 

Nie zauważył, że Isabel obserwuje go z autobusu. Odetchnęła z ulgą, bo nie była w nastroju, żeby 

z   nim   rozmawiać.   Ruszyła   tą   samą   drogą  co   on,   w  bezpiecznej   odległości,   mimo   wszystko 

zastanawiając się, co Toby tutaj robi. Wybrał się na zakupy, to nie ulegało kwestii, ale dokąd 

teraz idzie? Mieszkał w okolicy Manor Place, na drugim końcu Nowego Miasta, nie zmierzał 

zatem do domu.

Jakież to płaskie, pomyślała Isabel. Jakież trywialne, że ciekawi mnie ten w sumie mało 

zajmujący   młody   człowiek.   Czy   istnieje   choćby   jeden   powód,   dla   którego   miałoby   mnie 

interesować,   jak  on   spędza   sobotnie   popołudnia?   Nie.  Ale   ta   odpowiedź   tylko   podsyciła   jej 

ciekawość.  Dobrze  byłoby  dowiedzieć  się  czegoś  o nim,   przynajmniej  kilku  szczegółów,   na 

przykład,   że   makaron   najchętniej   kupuje   w   Valvona   &   Crolla.   Albo   że   lubi   buszować   po 

sklepach z antykami (choć to akurat było mało prawdopodobne). Gdybym wiedziała o nim trochę 

więcej, pomyślała Isabel, być może udałoby mi się do niego przekonać. Cat wspominała, że Toby 

posiada głębię charakteru, z której istnienia Isabel nie zdaje sobie sprawy. Być może trzeba dać 

mu   szansę,   aby   dotarł   do   niej   z   tą   głębią.   (Czyżby   podjęcie   dodatkowego   wysiłku   w   celu 

pokonania   własnych   uprzedzeń   miało   być   jej   moralnym   obowiązkiem?   Nie.   Pięćset 

siedemdziesiąt kilka stron trafiło na wysoką półkę. Na tej wycieczce nie poruszamy tego tematu).

Toby   szedł   dość   szybko   i   Isabel   musiała   przyśpieszyć   kroku,   żeby   jej   nie   uciekł. 

Widziała, jak przecina jezdnię na Heriot Row i zagłębia się w Dundas Street. Nazywając rzeczy 

po imieniu, Isabel śledziła Toby’ego, mgliście zdając sobie sprawę, że to, co robi, to czysty 

idiotyzm.   A   jednak   miała   z   tego   niezłą   frajdę.   Wykluczyła   możliwość,   żeby   miał   wejść   do 

któregoś ze sklepów z antykami, nie spodziewała się też, że zainteresują go książki. Czego mógł 

więc tutaj szukać? Pozostało jeszcze biuro podróży na rogu Great King Street (czyżby narty na 

sam koniec sezonu?).

Nagle   Toby   zatrzymał   się,   a   Isabel,   zatopiona   w   swoich   niegodziwych   myślach, 

zauważyła to dopiero, gdy dystans pomiędzy nimi zmniejszył się niebezpiecznie, W jednej chwili 

zamarła w miejscu. Toby stał przed witryną sklepową, przewiercając wzrokiem szybę, jakby 

background image

przypatrywał się jakiemuś szczegółowi na wystawie albo chciał odczytać cenę na metce. Isabel 

spojrzała w lewo. Traf chciał, że przystanęła akurat nie przed sklepem, ale przed prywatnym 

domem; mogła co najwyżej zajrzeć do czyjegoś salonu. I zajrzała, żeby Toby nie zauważył, że 

Isabel go obserwuje, gdyby przypadkiem się odwrócił.

Salon był elegancki, pełen drogich mebli - wystrój typowy dla georgiańskiego domu w tej 

części Nowego Miasta. Isabel stała mniej więcej pięć metrów od parapetu, gapiąc się w najlepsze 

przez okno, kiedy nagle za szybą ukazała się czyjaś zdumiona twarz. Jakaś kobieta siedziała na 

fotelu pod oknem, niewidoczna z zewnątrz, a teraz wyjrzała na ulicę i nagle zobaczyła przed 

samym nosem inną kobietę, patrzącą na nią.

Przez chwilę spoglądały sobie prosto w oczy. Isabel wrosła w chodnik z zażenowania. 

Kobieta w oknie wydawała się jakby znajoma, ale za nic nie potrafiła jej skojarzyć. Wreszcie, 

kiedy wyraz twarzy pani domu zaczął się zmieniać, a zdumienie stopniowo ustąpiło miejsca 

irytacji,   Isabel   oderwała   wzrok   od   okna,   uniosła   rękę   i   spojrzała   na   zegarek.   Postanowiła 

odstawić szopkę i udać roztargnienie; oto spaceruje sobie właśnie Dundas Street i nagle: stop. 

Coś wyleciało jej z głowy. Stoi i gapi się jak cielę na malowane wrota (czyli w czyjeś okno, choć 

przecież, rzecz jasna, absolutnie przypadkowo), ale wystarczy jedno spojrzenie na zegarek i już 

tryby zaskakują.

Udało się. Kobieta odwróciła się od okna, a Isabel ruszyła dalej; ulica biegła w dół po 

zboczu wzgórza. Toby, jak zauważyła, też był już w ruchu. Rozglądał się, żeby przejść przez 

jezdnię i skręcić w Northumberland Street. Isabel znów przystanęła; tym razem nikt nie mógłby 

jej absolutnie nic zarzucić, bo zatrzymała się przed samą witryną sklepową i patrzyła przez szybę 

tak długo, dopóki Toby nie znalazł się po drugiej stronie ulicy.

W tej chwili musiała zapaść decyzja. Opcja pierwsza: zrezygnować z tego idiotycznego 

pościgu. Na razie Isabel wciąż jeszcze była tam, dokąd i tak się dziś wybierała, mogła to przysiąc 

z ręką na sercu. Opcja druga: dalej śledzić Toby’ego. Po chwili wahania rozejrzała się, czy nic 

nie jedzie, po czym spacerowym krokiem przeszła przez ulicę. Na środku jezdni zaczęło do niej 

docierać,   że   to,   co   robi,   to   jeden   wielki   wygłup.   Ona,   redaktor   naczelny   „Przeglądu   Etyki 

Stosowanej”,   w   biały   dzień   przemyka   się   chyłkiem   ulicami   Edynburga,   podążając   tropem 

jakiegoś młodego człowieka. Ona, apologetka prawa do prywatności, kontestatorka wścibskich, 

natrętnych czasów, w których przyszło jej żyć, zachowuje się wypisz wymaluj jak zakochany, 

napalony uczniak. Jak to się dzieje, że co chwila wtyka nos w nie swoje sprawy, jakby była 

background image

jakimś nędznym tajniaczyną (czy takie słowo w ogóle istnieje?).

Northumberland   Street   to   jedna   z   najwęższych   ulic   Nowego   Miasta,   coś   w   rodzaju 

pomniejszonej kopii swoich sąsiadek, biegnących na północ i na południe od niej. Ma ona swoich 

zagorzałych wielbicieli, wychwalających „intymny”, jak go nazywają, klimat, który ma ponoć 

tam panować. Isabel natomiast, zapytana o zdanie, odrzekłaby, że jest tutaj ciemno - co to za 

ulica bez przyzwoitej perspektywy, pozbawiona aury dostojeństwa, dzięki której życie w Nowym 

Mieście nabiera tak wyjątkowego kolorytu. Isabel, rzecz jasna, nie miała najmniejszej ochoty 

tutaj zamieszkać; ponad wielkomiejskie splendory przedkładała ciszę Merchiston i Morningside 

oraz niezliczone przyjemności, płynące z posiadania przydomowego ogrodu. Podniosła głowę, 

przyglądając się budynkowi po prawej stronie. W tym domu, jak było jej wiadomo, mieszkał 

niegdyś   John   Pinkerton,   adwokat,   znawca   architektury   Edynburga;   mało   kto   wiedział   o   jej 

historii więcej niż on. Dom, który zbudował, stanowił w każdym calu perłę stylu georgiańskiego. 

John   Pinkerton   był   przezabawnym   człowiekiem   o   kuriozalnym   brzmieniu   głosu;   kiedy 

odchrząkał,   wydawał  z  siebie  gulgot,   którego  nie  powstydziłby  się  indor. Lecz   był   to  także 

człowiek wielkiego serca, żyjący według rodzinnej dewizy, krótkiej i prostej: „Być dobrym dla 

ludzi”. Nikt nie przemierzył tego miasta wzdłuż i wszerz tyle razy co on, nikt inny nie mógłby 

powiedzieć,   że   zna   w   nim   każdy   uliczny   kamień.   Zaś   na   łożu   śmierci,   gdzie   spoczął 

przedwcześnie, John był dzielny jak mało kto: śpiewał nabożne hymny, jeden po drugim, słowo 

za słowem. Ani jedna zwrotka nie uleciała z jego pamięci, bo on zawsze pamiętał wszystko. Łoże 

śmierci:  na   myśl   o  tym   Isabel  przypomniała   sobie  wiersz,  który  Douglas  Young  napisał   ku 

pamięci poety Williego Soutara:  Dwadzieścia lat na łożu boleści, a teraz  /  Śmiertelny całun,  / 

Czy warto było tak żyć? Ay* [Ay (szk. ang.) - tak.], /Odpowiem, warto, / Bo pracował z oddaniem 

i radosną ochotą, /  Wierny  szkockiej sprawie. Tak samo jak John. Wierny szkockiej sprawie: 

„Być dobrym dla ludzi”.

Toby zwolnił niemalże do tempa spacerowego. Isabel zaczęła się martwić, że w każdej 

chwili może się odwrócić, a na tej ulicy, o tyle węższej od poprzedniej, musiałby ją zauważyć. 

Rzecz jasna, nie było powodu okazywać zakłopotania: każdy może chodzić po ulicy, a Isabel w 

to sobotnie popołudnie przypadkiem wybrała się akurat w to samo miejsce co on. Różni nas tylko 

jedno, pomyślała. On wie, dokąd zmierza, a ja nie mam bladego pojęcia, gdzie się skończy ten 

mój spacer.

U wschodniego krańca Northumberland  Street kończyła  się ostrym  zakrętem w lewo, 

background image

przechodząc w Nelson Street, która, zdaniem Isabel, jako ulica była o niebo bardziej obiecująca. 

Mieszkał tam kiedyś pewien jej znajomy, malarz. Zajmował poddasze ze świetlikami od strony 

północnej. Wpadało przez nie czyste światło, którym przesycone były wszystkie jego obrazy. 

Isabel znała dobrze jego i jego żonę; często wybierali się razem na kolację. Potem oni wyjechali 

do Francji i tam zamieszkali, a on podobno przestał malować i zajął się uprawą winorośli. Zmarł 

nagle i niespodziewanie, a jego żona wyszła ponownie za mąż, za Francuza. Przeprowadzili się 

do   Lyonu,   bo   jej   nowy   mąż   był   sędzią   w   lokalnym   trybunale.   Isabel   utrzymywała   z   nią 

sporadyczny kontakt, ale po kilku latach listy przestały przychodzić. Mąż sędzia, dowiedziała się 

od innych znajomych, był zaplątany w aferę korupcyjną i trafił do więzienia w Marsylii. Wdowa 

po malarzu zamieszkała na południu Francji, żeby móc odwiedzać swojego drugiego małżonka w 

więzieniu, ale było jej wstyd informować starych znajomych o tym, co się stało. Z tych właśnie 

powodów Nelson Street budziła w Isabel mieszane uczucia.

Toby przeszedł na drugą stronę jezdni, wymachując plastikową torbą na zakupy. Isabel 

dyskretnie nie spuszczała go z oka, demonstracyjnie udając, że się przechadza. Toby stanął przed 

kamienicą, zadzierając głowę, a potem rzucił okiem na zegarek. Przed sobą miał kilka schodków 

prowadzących   do   drzwi   jednego   z   mieszkań   na   parterze.   Postał   tak   przez   chwilę,   a   potem 

przesadził schodki trzema susami i nacisnął guzik dzwonka obok drzwi. Isabel trzymała dystans, 

kryjąc się za samochodem dostawczym zaparkowanym nieopodal rogu ulicy. Po chwili drzwi się 

otworzyły i zobaczyła w nich młodą kobietę, ubraną, jak jej się zdawało, w koszulkę i dżinsy.  

Nieznajoma wynurzyła się z mroku korytarza i w jednej chwili zalało ją światło; Isabel doskonale 

widziała, jak dziewczyna zarzuca Toby’emu ręce na szyję i go całuje.

A on, rzecz jasna, wcale się nie opierał. Pochylił się, z jej ramionami wciąż dookoła szyi, 

postawił torbę na podłodze korytarza, a potem objął dziewczynę i łagodnie popchnął w głąb. 

Isabel stała jak skamieniała. Tego się nie spodziewała zobaczyć. Generalnie nie spodziewała się 

niczego. Jak mogła przypuszczać, że kaprys, który pięć minut temu przywiódł ją tutaj, będzie 

miał   tak   poważne   konsekwencje,   że   zdoła   potwierdzić   jej   przeczucia   na   temat   Toby’ego? 

Niewierny.

Stała   w   tym   samym   miejscu   jeszcze   przez   kilka   minut,   wbijając   oczy   w   prostokąt 

zamkniętych drzwi. Potem odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem, w górę Northumberland 

Street. Czuła się zbrukana zarówno tym, co widziała, jak i tym, co zrobiła. Tak samo muszą czuć 

się ludzie chyłkiem wymykający się z burdelu albo z miejsca sekretnej schadzki: „śmiertelni, 

background image

winą naznaczeni”, jak napisał WHA w tym poważnym wierszu, gdzie odmalował ciszę po burzy 

zmysłów, w której to ciszy uśpiona głowa spoczywa, niewinna, na niewiernym ramieniu.

background image

10

- Stałam  na przystanku  i czekałam  na autobus - zaczęła  Grace swoje opowiadanie.  - 

Według rozkładu mają jeździć co dwanaście minut. Śmiechu warte. Nie wiem, po co wieszają te 

rozkłady. Na jezdni była kałuża. Wjechał w nią jakiś łepek w czapce z daszkiem tyłem na przód i 

ochlapał kobietę, która stała tuż obok mnie. Przemoczył ją do suchej nitki. Biedaczka ociekała 

wodą, a on wszystko widział. Uważasz, że zatrzymał się i przeprosił? Gdzie tam. Jak sądzisz, co 

zrobił?

- Nic nie sądzę - odpowiedziała Isabel, grzejąc dłonie o kubek z kawą. - W obecnych 

czasach jesteśmy świadkami zaniku dobrych manier. A może nawet zanik już się dokonał i jest to 

obecnie brak dobrych manier.

- Zanik czy brak, wszystko jedno - mruknęła Grace.

- Niezupełnie - sprzeciwiła się Isabel. - Zanik to ubytek jakiejś części, rozłożony w czasie. 

Brak oznacza, że czegoś nie ma. Albo nigdy nie było.

- Chcesz może powiedzieć, że kiedyś też nikt by nie przeprosił, gdyby ochlapał kogoś na 

ulicy? - Przez słowa Grace przebiło się oburzenie. Jej pracodawczyni, uznała, prezentuje daleko 

zbyt liberalny punkt widzenia na pewne sprawy - włączając w to młodych ludzi w czapkach z 

daszkiem.

- Byli tacy, którzy by przeprosili - odparła Isabel pojednawczym tonem - i tacy, którzy by 

nie przeprosili. Nie sposób stwierdzić, czy dziś tych pierwszych jest mniej niż kiedyś. To tak 

samo jak z tym, że policjanci wyglądają teraz młodziej. Dzisiejsi policjanci są w tym samym 

wieku co kiedyś. To tylko niektórym z nas się wydaje, że wyglądają młodziej.

Grace nie dała się zbić z tropu.

- Ja tam  wiem swoje. Policjanci  wyglądają  dziś o wiele  młodziej,  a dobrych  manier 

choćby ze świecą szukaj. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby przekonać się o tym na własnej skórze. 

Chyba tylko ślepy by nie zauważył. Żeby się nauczyć właściwego zachowania, chłopak musi 

mieć ojca.

Niniejsza wymiana zdań odbyła się w kuchni i nie różniła się niczym od innych tego 

rodzaju dyskusji. Grace twardo i nieustępliwie broniła własnych poglądów, co zwykle kończyło 

się tym, że Isabel godziła się, że ogólnie rzecz biorąc, sprawa jest bardzo złożona i trzeba ją 

background image

przemyśleć, ale Grace z całą pewnością ma rację. Do pewnego stopnia.

Isabel   wstała   z   krzesła.   Było   już   prawie   dziesięć   po   dziewiątej,   czas   najwyższy   na 

poranną krzyżówkę. Wzięła gazetę ze stołu i udała się do saloniku, zostawiając w kuchni Grace, 

która wkładała naczynia do zmywarki. Co jest dobre, a co złe? Chłopakowi potrzebny jest ojciec, 

który   wyjaśni   mu,   na   czym   polega   różnica;   to   prawda,   ale   tylko   połowiczna.   Grace   często 

wygłaszała takie sądy. Przecież matka sprawdziłaby się w tej roli równie dobrze jak ojciec. Isabel 

znała osobiście kilka kobiet, które same wychowały synów na porządnych ludzi. Jedną z jej 

przyjaciółek mąż porzucił sześć tygodni po narodzinach syna; pomimo wszelkich trudności, z 

którymi   musi   się   zmagać   samotna   matka,   mały   otrzymał   idealne   wychowanie   i   wyrósł   na 

dobrego   chłopca.   Nie   on   pierwszy   i   nie   ostatni.   „Chłopak   musi   mieć   przynajmniej   jednego 

rodzica” - tak powinna była wyrazić się Grace. Toby miał ojca i co z tego, skoro teraz puszczał  

Cat kantem? Czy jego ojciec pouczył go choćby raz w życiu, jak należy postępować z kobietami? 

Dobre pytanie. Isabel nie miała najmniejszego pojęcia, czy ojcowie rozmawiają z synami na takie 

tematy. Jak by to miało wyglądać? Ojciec bierze syna na stronę i mówi: „Synu, pamiętaj, że 

kobiety należy szanować”? Czy może to byłoby już zbyt staromodne? Isabel przyszło do głowy, 

że mogłaby zapytać o to Jamiego, który wiedział doskonale, jak okazać kobiecie szacunek. W 

przeciwieństwie do Toby’ego.

Isabel domyślała się, że zachowanie mężczyzn względem kobiet jest uwarunkowane o 

wiele bardziej złożonymi czynnikami natury psychologicznej. Nie ma na nie wpływu wiedza o 

moralności;   jest   to   raczej   kwestia   pewności   siebie   i   konsekwencji   zachowań   seksualnych. 

Mężczyzna   posiadający   chwiejne   ego,   któremu   brak   pewności,   kim   naprawdę   jest,   będzie 

traktował   kobietę   jak   narzędzie   do   zapewnienia   sobie   poczucia   bezpieczeństwa.   Mężczyzna, 

który wie, kim jest, i który jest pewien własnej seksualności, wykaże się wrażliwością na uczucia 

kobiety, bo nie będzie musiał nikomu niczego udowadniać.

A jednak Toby’emu nie brakowało pewności siebie. Jej aura biła od niego na kilometr. To 

wskazywało, że - przynajmniej w jego wypadku - chodziło o coś innego. Być może tym czymś  

był brak wyobraźni moralnej. Moralność opiera się przecież na umiejętności zrozumienia uczuć 

innych ludzi. Ktoś, kto nie posiada wyobraźni moralnej - a zdarzają się tacy - jest niezdolny do 

empatii. Ból, cierpienie, troski innych nie przemówią mu do przekonania, bo po prostu nie jest w 

stanie ich zauważyć. Takie myślenie nie było, rzecz jasna, niczym nowym; już Hume wysuwał 

podobną koncepcję, omawiając kwestię współczucia oraz znaczenie umiejętności odczuwania 

background image

emocji,   których   doświadczają   inni.   Ciekawe,   pomyślała   Isabel,   czy   można   byłoby   dzisiaj 

wytłumaczyć spostrzeżenia Hume’a za pomocą pojęcia wibracji, będącego dzieckiem filozofii 

New Age. Niewykluczone, że mówiąc o wibracjach i polach energii, udałoby się dziś wyłożyć 

Hume’a ludziom, którzy w przeciwnym razie nie mieliby pojęcia o jego nauce. Był to ciekawy 

pomysł, ale jak większość ciekawych pomysłów, niemożliwy do zrealizowania ze względu na 

brak czasu. Tyle książek czekało na napisanie - tyle pomysłów na opracowanie - a Isabel nie 

miała czasu, żeby zająć się choćby jednym z nich.

Jej   znajomi   byli   przekonani,   całkowicie   niesłusznie   zresztą,   że   Isabel   ma   czas   na 

wszystko.   Widzieli,  jak  żyje   kobieta   posiadająca   niezależne  źródła   dochodu, duży dom  oraz 

codzienną pomoc pełnoetatowej gosposi, pracująca dorywczo jako redaktor naczelny jakiegoś 

mało znanego pisma, gdzie prawdopodobnie nikt nie gonił z terminami. Żaden z nich nie potrafił 

sobie wyobrazić, że taka osoba może nie mieć czasu. Co innego oni, obarczani w pracy coraz to 

nowymi obowiązkami.

Rzecz jasna, żadna z powyższych refleksji, choć wszystkie były trafne w odniesieniu do 

kwestii moralnych, wokół których obracało się życie Isabel, nie miała zastosowania do dylematu, 

przed jakim w tej chwili stała. Uległszy niskiej pokusie ciekawości, Isabel dowiedziała się o 

Tobym czegoś, o czym Cat nie miała zapewne zielonego pojęcia. Musiała odpowiedzieć sobie 

teraz na pytanie, które brzmiało do bólu banalnie, jak kalka żywcem wyjęta z jakiegoś kącika 

porad:  Moja najlepsza przyjaciółka ma chłopaka. On ją zdradza. Ja o tym wiem, ona nie. Czy  

powinnam jej powiedzieć?

Problem nie był nowy, lecz bynajmniej nie stawał się przez to prostszy. Isabel znalazła się 

już kiedyś, przed laty, w podobnej sytuacji i wcale nie była pewna, czy decyzja, którą wtedy 

podjęła, była właściwa. W grę nie wchodziła niewierność, ale choroba. Człowiek, z którym przez 

wiele lat współpracowała i zdążyła się dość blisko zaprzyjaźnić, zapadł na schizofrenię. Nie mógł 

już pracować, ale poddał się leczeniu, które przyniosło pomyślne rezultaty. Po jego zakończeniu 

poznał   pewną   kobietę   i   oświadczył   się   jej,   a   ona   przyjęła   oświadczyny.   Z   tego,   co   Isabel 

wywnioskowała, ta kobieta bardzo chciała wyjść za mąż, ale nikt nigdy nie poprosił jej o rękę. 

Nie wiedziała jednak nic o chorobie narzeczonego. Isabel biła się z myślami: powiedzieć jej czy 

nie? Ostatecznie nic nie powiedziała, a tamta kobieta, teraz już żona jej przyjaciela, była w szoku, 

kiedy   w   końcu   odkryła,   na   co   cierpi   mąż.   Mimo   wszystko   zniosła   to   nad   podziw   dobrze; 

przeprowadzili się we dwójkę do domu na skraju Blairgowrie, gdzie wiedli ciche życie pod stałą 

background image

opieką lekarzy. Kobieta nigdy nie uroniła ani słowa skargi na swojego męża, ale gdyby Isabel 

powiedziała   jej   o   wszystkim,   jej   wybór   byłby   bardziej   świadomy.   Mogłaby   odrzucić 

oświadczyny i żyć samotnie, być może szczęśliwsza. Z drugiej strony, znajomy Isabel zostałby 

wtedy pozbawiony szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, które daje małżeństwo.

Isabel często nad tym rozmyślała i doszła do wniosku, że nieinterwencja była w tamtym 

wypadku właściwym wyjściem z sytuacji. Problem leżał w tym, że ani skutków interwencji, ani 

nieinterwencji nie sposób było uprzednio przewidzieć. Prawidłowym rozwiązaniem było zatem 

trzymanie się z daleka od spraw, które nie dotyczyły jej bezpośrednio. Ale w tej sytuacji takie 

myślenie wiodło na manowce. Cat nie była przecież dla Isabel osobą obcą, a ciotka, bądź co 

bądź, bliska krewna, ma chyba prawo ją ostrzec? Gdyby zaś na przykład okazało się, że Toby to 

wcale nie Toby, tylko jakiś oszust, dożywotni skazaniec, na przepustce, który nawet w takim 

położeniu knuje nową zbrodnię? Odmówić Isabel prawa do ostrzeżenia bratanicy byłoby w takim 

wypadku absurdem. Miałaby nie tylko prawo przemówić - miałaby obowiązek to uczynić.

Zasiadła   w   saloniku   porannym.   Nietknięta   krzyżówka   spoglądała   na   nią   czystymi 

kratkami, z filiżanki, w chłodniejszym powietrzu przeszklonego pokoju, unosił się obłoczek pary. 

Zaczęła się zastanawiać, jakimi słowami ma powiedzieć Cat, co widziała. Jedna rzecz nie ulegała 

wątpliwości: Isabel nie mogła zdradzić, ze śledziła Toby’ego. Przyznanie się do tego byłoby 

równoznaczne  z oskarżeniem jej o nieusprawiedliwione wtykanie  nosa w jego sprawy - i w 

sprawy Cat.   Zatem  całą   te  demistyfikację  należało  rozpocząć  od  kłamstwa,  a  w  najlepszym 

przypadku od półprawdy.

„Szłam sobie Nelson Street i przypadkiem zobaczyłam...” Jak zareaguje Cat? Będzie to 

dla niej szok; typowa reakcja na wieść o zdradzie. Pierwszy wstrząs szybko przerodzi się w 

gniew, wymierzony nie przeciwko tej drugiej, kimkolwiek by ona była, ale przeciwko Toby’emu. 

Isabel   czytała   kiedyś,   że   po   wykryciu   zdrady   kobiety   zwykle   całą   winą   obarczają   swojego 

partnera,   tymczasem   mężczyźni   w   identycznej   sytuacji   prowokują   starcie   z   tym   trzecim, 

intruzem. Popuściła wodze fantazji i przez chwilę wyobrażała sobie tę scenę: Toby,  niczego 

niepodejrzewający, staje przed Cat, ciętą jak wszyscy diabli. Zwykła pewność siebie znika z jego 

twarzy   niczym   zdarta   drucianą   szczotką,   jaskrawy   rumieniec   bije   na   policzki;   winowajca 

uświadamia sobie, że prawda wyszła na jaw. Isabel spodziewała się, że w następnej chwili Cat 

wpadnie w szał i to będzie koniec Toby’ego. A kilka tygodni później - kiedy rany nie zdążą się 

jeszcze zabliźnić, ale minie już potrzeba cierpienia w samotności - do delikatesów może zajrzeć 

background image

Jamie  i zaprosić Cat na obiad. Okaże jej należyte  współczucie,  ale za radą Isabel, zachowa 

właściwy dystans i nie będzie się śpieszył z wypełnianiem emocjonalnej pustki po rozstaniu. A 

potem   się   zobaczy.   Jeżeli   Cat   ma   choć   trochę   oleju   w   głowie,   zrozumie,   że   Jamie   nigdy, 

przenigdy by jej nie zdradził, zaś Toby należy do tego gatunku facetów, których najlepiej unikać. 

I tu właśnie zaczynały się schody: wbrew wszelkim pobożnym życzeniom, Cat prawdopodobnie 

wpakuje się znów w identyczną kabałę, i to nie raz ani nie dwa. Tak to już jest z ludźmi. Na 

miejscu niewłaściwego faceta  pojawia się następny,  wcale nie właściwszy.  Wydawało  się to 

nieuniknione.   Powtarzamy   własne   błędy,   ponieważ   wyborem   partnera   rządzą   mechanizmy 

niepodległe naszej woli. Isabel naczytała się wystarczająco dużo Freuda - oraz Kleina, który 

byłby tutaj bardziej na miejscu do zacytowania - aby wiedzieć, że w kwestii emocji kości zostają 

rzucone   w   bardzo   wczesnym   wieku,   a   wszystko   sprowadza   się   do   psychodynamiki   relacji 

dziecko-rodzice. Żadne racjonalne kalkulacje nie mają tutaj zastosowania; zachowanie człowieka 

jest uwarunkowane najwcześniejszymi wspomnieniami, już ze żłobka. Nie każdy, rzecz jasna, 

był oddawany do żłobka, ale nie chodziło tutaj o instytucję, lecz o miejsce - w przestrzeni bądź 

też w czasie - gdzie kształtowały się wspomnienia.

background image

11

Tego wieczoru, kiedy Isabel zdążyła już uznać miniony dzień za bezpowrotnie stracony, 

do jej drzwi zadzwonił Neil, młodzieniec, którego poznała podczas wizyty w mieszkaniu przy 

Warrender Park i z którym odbyła wtedy niewdzięczną, bezprzedmiotową rozmowę. Zjawił się 

bez zapowiedzi; czysty przypadek zrządził, że kiedy stanął w furtce, Isabel akurat wyglądała 

przez okno w swoim gabinecie i zobaczyła, jak idzie ścieżką do frontowych drzwi, zadzierając 

głowę, żeby objąć wzrokiem cały dom. Wydawało jej się, że w pewnym momencie zwolnił i 

jakby się nieco zawahał, ale w końcu dotarł na próg. Kiedy rozległ się dzwonek, Isabel poszła 

otworzyć.

Neil miał na sobie garnitur i był pod krawatem. Jego buty, lśniące, wypastowane czarne 

oksfordy, od razu przyciągnęły wzrok Isabel. Z rozmowy z Hen wiedziała, że Neil pracuje w 

sztywniackiej firmie - i ten strój to potwierdzał.

- Panna Dalhousie? - zapytał Neil, całkiem bez potrzeby, kiedy Isabel otworzyła drzwi. - 

Pamięta mnie pani, nam nadzieję. Poznaliśmy się niedawno u nas...

- Pamiętam, oczywiście. Pan Neil, prawda?

- Tak.

Zaprosiła   gościa   do   środka.   Z   przedpokoju   przeszli   do   salonu.   Neil   podziękował 

grzecznie,   gdy   Isabel   zaproponowała   mu   drinka   lub   herbatę.   Nalała   więc   sobie   szklaneczkę 

sherry i usiadła naprzeciwko niego.

- Hen mówiła, że jest pan prawnikiem.

- Praktykantem - poprawił. - Zgadza się. Pracuję w firmie prawniczej.

- Jak połowa ludzi w tym mieście. - Isabel uśmiechnęła się.

- Faktycznie, czasami można odnieść takie wrażenie.

Na   chwilę   zapadła   cisza.   Isabel   zauważyła,   że   Neil   siedzi   z   dłońmi   ułożonymi   na 

kolanach i kurczowo zaciśniętymi; taką pozycję trudno uznać za swobodną i rozluźnioną. Jej 

rozmówca był spięty i podenerwowany, tak samo jak podczas ich pierwszego spotkania. Może to 

taki charakter, pomyślała. Zdarzają się ludzie żyjący w ciągłym napięciu, chodzące sprężyny, z 

natury podejrzliwi wobec wszystkiego, co ich otacza.

- Chciałem się z panią zobaczyć... - zaczął Neil i umilkł.

background image

- Chciał pan - odparła wesoło Isabel. - Tego się już domyśliłam.

Neil spróbował przywołać na twarz uśmiech, co niezupełnie mu się udało.

- Chciałem się z panią zobaczyć w tej... w tej sprawie, o której wtedy rozmawialiśmy. 

Obawiam się, że nie powiedziałem pani całej prawdy. Nie daje mi to spokoju.

Isabel   spojrzała  na  niego  uważnie.  Mięśnie  twarzy utrzymywane  w ciągłym  napięciu 

postarzały go, żłobiąc bruzdy wokół kącików jego ust. Dłonie na pewno ma wilgotne, pomyślała. 

Milczała, czekając, co powie dalej.

- Pytała mnie pani... Chciała pani wiedzieć konkretnie, czy w jego życiu zdarzyło się coś 

niezwykłego. Pamięta pani?

Isabel   skinęła  głową.  Zerknęła   na  trzymaną  w  dłoni  szklaneczkę   sherry i  upiła  mały 

łyczek. Trunek był bardzo wytrawny, zdaniem Toby’ego, przesadnie wytrawny. Isabel kiedyś 

poczęstowała go i usłyszała, że jej sherry jest zbyt wytrawna i w końcu zgorzknieje.

- Odpowiedziałem, że nic - kontynuował Neil - a to nie była prawda. Zdarzyło się coś 

takiego.

- I teraz chce mi pan o tym opowiedzieć?

Neil skinął głową.

- Miałem  wyrzuty  sumienia,  że  wprowadziłem   panią  w błąd.   Nie wiem,  dlaczego  to 

zrobiłem.   Chyba   po   prostu   byłem   zdenerwowany,   że   przyszła   pani   do   nas   i   chciała   o   tym 

rozmawiać. Pomyślałem sobie, że nic pani do tego.

Bo to prawda, pomyślała Isabel, ale nie odezwała się ani słowem.

-   Widzi   pani   -   powiedział   Neil   -   coś   się   stało.   Mark   powiedział   mi   o   tym.   Był 

wystraszony.

Isabel poczuła, że jej serce zaczyna walić jak młotem. Miała rację! Coś się stało. Śmierć 

Marka nie była taka, jak wszyscy sądzili. Coś za nią stało.

Neil rozplótł zaciśnięte kurczowo palce. Teraz, kiedy już zaczął mówić, opadła z niego 

odrobina napięcia, chociaż wciąż nie można było powiedzieć, że wygląda na odprężonego.

- Mark pracował w firmie zarządzającej funduszami inwestycyjnymi, wie pani o tym? - 

zapytał. - Firma nazywa się McDowell’s. Ostatnio mocno się rozrosła. Obsługuje całe mnóstwo 

dużych funduszy emerytalnych plus jeden albo dwa mniejsze. Jest bardzo znana.

- Wiedziałam, że tam pracował - odpowiedziała Isabel.

- W takiej pracy człowiek widzi codziennie dużo pieniędzy w ruchu. Trzeba być bardzo 

background image

ostrożnym.

- Wierzę.

- A szczególnie trzeba uważać, co się samemu robi. Istnieje tak zwany handel informacją 

służbową. Wie pani, co to takiego?

Isabel odparła, że wyrażenie obiło jej się o uszy, ale nie jest do końca pewna, czy dobrze 

je   rozumie.   Czy   chodzi   może   o   skupowanie   akcji   na   podstawie   poufnych,   służbowych 

informacji?

Neil przytaknął.

- Mniej więcej tak to wygląda. We własnej firmie można wejść w posiadanie informacji, 

które pozwolą przewidzieć kształtowanie się cen akcji. Jeśli na przykład wie się, że jakaś firma 

niedługo zostanie przejęta, można się spodziewać, że jej akcje pójdą w górę. Wtedy wystarczy je 

kupić, zanim wiadomość się rozejdzie, i zysk murowany. Prosta sprawa.

- Wyobrażam to sobie - powiedziała Isabel. - I wyobrażam sobie tę pokusę.

- Właśnie - przytaknął Neil. - Pokusa jest ogromna. Sam kiedyś znalazłem się w takiej 

sytuacji. Uczestniczyłem w sporządzaniu oferty, która miałaby wpływ na wartość akcji firmy w 

niej wymienionej. Wiedziałem o tym. Nic prostszego niż zlecić komuś kupno akcji w moim 

imieniu. Zarobiłbym grube tysiące.

- Ale nie zrobił pan tego?

- Za coś takiego idzie się do więzienia - powiedział Neil. - Nie ma żartów. Chodzi o to, że 

postępując w ten sposób, zyskuje się niesprawiedliwą przewagę nad ludźmi, od których kupuje 

się akcje. Wie się coś, czego oni nie wiedzą. To podważa zasady rynkowe.

- Chce pan powiedzieć, że Mark był świadkiem czegoś takiego?

- Tak - odrzekł Neil. - Poszliśmy kiedyś do pubu i tam mi powiedział, że odkrył w firmie 

handel informacją służbową. Przysięgał, że jest absolutnie pewny swojej racji i że jest w stanie 

przedstawić dowody. Ale potem powiedział mi coś jeszcze.

Isabel odstawiła swoją sherry. Było oczywiste, czym to wszystko się zakończy. Poczuła 

się nieswojo.

- Mark bał się, bo ludzie,  którzy prowadzili  ten  proceder, dowiedzieli  się, że on ich 

nakrył.   Nagle   zaczęto   odnosić   się   do   niego   dziwnie,   jakby   nawet   podejrzliwie.   Musiał 

wysłuchiwać   drętwych   gadek   na   temat,   że   lojalność   wobec   firmy   to   obowiązek   każdego 

pracownika i tak dalej. Odebrał to jako zamaskowaną groźbę.

background image

Neil spojrzał na Isabel. Jego spojrzenie coś mówiło.  Co? Czy to miała  być  prośba o 

pomoc? A może w tych oczach odbiła się jakaś osobista udręka, smutek, którego Neil nie umiał 

wyrazić słowami?

- To wszystko? - zapytała. - Nie powiedział panu, kto z nim rozmawiał, od kogo wyszło 

to ostrzeżenie?

Neil pokręcił głową.

- Nie. Mówił, że nie może tego rozpowiadać. Ale ja widziałem, że był wystraszony.

Isabel wstała i podeszła do okna, żeby zaciągnąć zasłony.  Poły tkaniny zsunęły się z 

cichym szelestem, przywodzącym na myśl szept łagodnej fali, uderzającej o piaszczysty brzeg. 

Neil przyglądał się jej z miejsca, gdzie siedział. Po chwili Isabel wróciła na fotel.

- Nie wiem, czego pan ode mnie oczekuje - powiedziała. - Czy nie myślał pan o tym, żeby 

pójść z tym na policję?

Gdy tylko padło to pytanie, Neil natychmiast spiął się cały, tak jak przedtem.

- Tego nie mogę zrobić - uciął krótko. - Policjanci już kilka razy ze mną rozmawiali. 

Wszystko przemilczałem, powiedziałem im tylko to, co pani przy naszym pierwszym spotkaniu. 

Jeśli teraz się z tego wycofam, będzie to wyglądało dziwnie. Praktycznie rzecz biorąc, przyznam 

się, że ich okłamałem.

-   A   oni   nie   będą   zachwyceni.   -   Isabel   pokiwała   głową   w   zadumie.   -   Mogą   zacząć 

podejrzewać, że coś pan przed nimi ukrywa, prawda?

Neil zerknął na nią, z tym samym dziwnym wyrazem oczu co poprzednio.

- Nie mam nic do ukrycia.

- Ależ oczywiście, że nie - powiedziała Isabel szybko, chociaż dobrze wiedziała, że to 

nieprawda, że ten człowiek coś przed nią tai. - Chodzi tylko o to, że kiedy raz nie powie się 

prawdy, ludzie zaczynają myśleć, że coś się za tym może kryć.

- Nic się za  tym  nie  kryje  - zaprotestował  Neil,  tym  razem podnosząc  głos o ton. - 

Milczałem, bo o całej tej sprawie wiedziałem bardzo mało. Moim zdaniem, to nie miało nic 

wspólnego z... tym, co się stało. Nie śpieszyło mi się do wielogodzinnych przesłuchań na policji. 

Chciałem, żeby już było po wszystkim. Łatwiej mi było to znieść, kiedy trzymałem buzię na 

kłódkę.

- Czasami tak faktycznie jest łatwiej - zgodziła się Isabel - a czasami nie. - Spojrzała na 

Neila, a on spuścił wzrok. Nagle zrobiło się jej żal tego przeciętnego młodzieńca, który nie 

background image

odznaczał się ani nadmierną wrażliwością, ani przesadnym wyczuciem. Mimo wszystko był to 

człowiek, który stracił przyjaciela, kogoś, z kim dzielił mieszkanie; z całą pewnością dla niego 

było to silniejsze przeżycie niż dla niej, która stała się tylko świadkiem wypadku.

Przyjrzała   mu   się.   Wyglądał   jak   ktoś   kompletnie   bezbronny.   Coś   w   jego   wyglądzie 

podpowiedziało   Isabel   jeszcze   inną   hipotezę,   inną   możliwość.   Być   może   pomiędzy   nim   a 

Markiem   było   coś,   czego   nie   dostrzegła   na   pierwszy   rzut   oka.   Przecież   mogli   nawet   być 

kochankami. Kogo to dzisiaj dziwi, pomyślała Isabel, że istnieją ludzie zdolni do współżycia z 

obiema płciami? To, że widziała Neila, jak wymykał się z pokoju Hen, nie musiało oznaczać, że 

w mieszkaniu przy Warrender Park nigdy nie dochodziło do kombinacji innego rodzaju.

- Brakuje go panu, prawda? - zapytała cicho, obserwując, jaki efekt wywrą na nim jej 

słowa.

Neil odwrócił wzrok, jakby nagle zainteresował go jeden z obrazów wiszących na ścianie. 

Przez jakiś czas milczał, aż wreszcie odpowiedział:

- Bardzo. Codziennie na nowo to do mnie dociera. Myślę o nim cały czas. Cały czas.

Odpowiedział na jej pytanie. Teraz nie miała już wątpliwości.

- Niech pan nie stara się o nim zapomnieć - poradziła. - Czasami ludzie mówią, że tak 

trzeba. Że lepiej zapomnieć o tych, których się straciło. Ale tak naprawdę to nie warto.

Neil  skinął głową i przez chwilę patrzył jej w oczy, a potem znów uciekł spojrzeniem. 

Isabel wydało się, że dostrzegła w nim cierpienie.

- Dobrze pan zrobił, przychodząc do mnie - powiedziała łagodnie. - Przyznać się przed 

kimś, że coś się zataiło, nigdy nie jest łatwo. Dziękuję panu, Neil.

Nie chciała, żeby to zabrzmiało jak sygnał, żeby już sobie poszedł, ale on tak właśnie to 

odebrał. Zerwał się, wyciągając rękę na pożegnanie. Isabel wstała i uścisnęła jego dłoń. Drżącą 

dłoń, jak zauważyła.

Po wyjściu Neila wróciła do saloniku, usiadła nad szklanką, w której nie została już ani 

kropla sherry, i zaczęła rozmyślać nad tym, co usłyszała od swojego gościa. To niespodziewane 

spotkanie wzbudziło w niej niepokój z kilku stron naraz. Po pierwsze, dopiero teraz zrozumiała, 

jak bardzo Neil przejął się śmiercią Marka; był kompletnie rozbity i nie potrafił dojść do ładu z 

własnymi uczuciami. Na to nie mogła nic poradzić, bo sam Neil, widziała to wyraźnie, nie był 

jeszcze w stanie rozmawiać o tym, co go gnębi. Tylko czas mógł uleczyć jego rany. O wiele 

background image

bardziej   niepokojące   były   rewelacje   Neila   o   handlu   informacjami   służbowymi,   którego 

dopuszczali się pracownicy firmy McDowell’s. Serce Isabel mówiło jej, że teraz, kiedy już się o 

wszystkim dowiedziała, nie może zachować neutralności, pomimo że osobiście nic jej nie łączy z 

nieuczciwą (a może po prostu pazerną?) firmą. Musiała zainteresować się tą sprawą, ponieważ 

mogła ona mieć związek ze śmiercią Marka. „Związek ze śmiercią Marka”. Co to właściwie 

miało znaczyć? Że został zamordowany? Po raz pierwszy Isabel pozwoliła sobie na jednoznaczne 

dopuszczenie takiej możliwości. Teraz tego pytania nie można już było uniknąć.

Czy Mark został wyrzucony z balkonu, ponieważ zagroził ujawnieniem obciążających 

informacji na temat jakiejś osoby ze swojej firmy? Sama myśl o tym była zbyt straszna, by w 

ogóle dopuścić ją do siebie. Świat szkockiej finansjery uchodził przecież za monolit słynący z 

uczciwości zawodowej. Tworzyli go ludzie, którzy grali razem w golfa, bywali w New Club. 

Niektórzy z nich należeli do starszyzny prezbiteriańskiego kościoła szkockiego. Isabel pomyślała 

o   Paulu   Hoggu,   który   w   jej   oczach   był   wzorcowym   pracownikiem   takiej   firmy:   absolutnie 

bezpośredni,   konwencjonalny   (jak   sam   o   sobie   mówił)   człowiek,   typ   bywalca   prywatnych 

wystaw   w   galeriach   sztuki.   I   lubił   Etizabeth   Blackadder.   Tacy   ludzie   nie   brali   udziału   w 

operacjach będących, jak zwykło się mawiać, domeną niektórych banków włoskich czy nawet 

bardziej luzackich przedstawicieli londyńskiego City. I nie posuwali się do zbrodni.

Jeśli jednak dopuścić na chwilę możliwość, że każdy finansista, nawet najbardziej na 

pozór uczciwy, wie, co to chciwość, i jest w stanie naginać branżowe reguły (w końcu mowa nie 

o  kradzieży,   lecz   zaledwie   o  niewłaściwym   posłużeniu   się   informacją)   -  to   czy  taka   osoba, 

zagrożona zdemaskowaniem,  nie byłaby  skłonna uciec  się do drastycznych  środków, aby za 

wszelką   cenę   chronić   własną   reputację?   W   innych   kręgach,   gdzie   panowały   łagodniejsze 

obyczaje,   ujawnienie,   że   ktoś   maczał   palce   w   jakichś   machlojkach,   byłoby   zapewne   mniej 

kompromitujące, z prostej przyczyny: dookoła przekręt goni przekręt, prawie każdego w którymś 

momencie życia czeka udział w jakimś przekręcie, Isabel czytała kiedyś, że na południu Włoch, 

w niektórych częściach Neapolu na przykład, oszustwo jest czymś najzupełniej normalnym, a na 

ludzi uczciwych  patrzy się jak na dewiantów. Ale tutaj, w Edynburgu,  perspektywa  wyroku 

skazującego na więzienie wydawała się nie do pomyślenia. O ileż bardziej kuszącą perspektywą 

było dla winowajcy zatarcie za sobą wszelkich śladów, nawet jeżeli w grę wchodziła eliminacja 

młodego człowieka, który zbyt blisko otarł się o prawdę?

Isabel spojrzała na aparat telefoniczny. Wiedziała, że wystarczy tylko wykręcić numer i 

background image

Jamie zjawi się u niej. Nieraz ją przecież zapewniał: dzwoń, kiedy tylko zechcesz, o każdej porze 

dnia i nocy. Lubię bywać u ciebie. Naprawdę bardzo lubię.

Wstała z fotela i podeszła do stolika z telefonem. Jamie mieszkał w okolicy Stockbridge, 

na   Saxe-Coburg   Street.   Dzielił   mieszkanie   z   trzema   innymi   osobami.   Isabel   odwiedziła   go 

kiedyś, jeden raz, kiedy Jamie był jeszcze z Cat; podjął je wtedy obiadem. Mieszkanie było duże 

i pełne zakamarków, wysokie,  z kamienną  podłogą w przedpokoju i w kuchni. Należało  do 

Jamiego; rodzice kupili mu je jeszcze w jego czasach studenckich. Współmieszkańcy byli zatem 

jednocześnie jego lokatorami. Jako właściciel Jamie zajmował dwa pokoje: sypialnię i pokój do 

muzyki, gdzie udzielał lekcji, albowiem po ukończeniu akademii muzycznej zarabiał na życie, 

ucząc gry na fagocie. Uczniów mu nie brakowało, dorabiał zaś sobie koncertami z zespołem 

muzyki   kameralnej   oraz   okazjonalnymi   występami   jako   fagocista   orkiestry   Szkockiej   Opery 

Narodowej.   Zdaniem   Isabel,   Jamie   prowadził   idealne   życie,   a   Cat,   myślała,   idealnie 

wpasowałaby się w ten obraz. Oczywiście Cat zapatrywała się na tę sprawę zupełnie inaczej, a w 

dodatku Isabel żywiła poważne obawy, że opinia bratanicy pozostanie niewzruszona.

Kiedy zadzwoniła, Jamie akurat miał lekcję; obiecał oddzwonić w ciągu pół godziny. 

Czekając na jego telefon, Isabel poszła do kuchni i zrobiła sobie kanapkę; nie miała jakoś apetytu 

na konkretny posiłek. Skończywszy jeść, wróciła do salonu i zasiadła przy telefonie.

Tak,   Jamie   miał   czas.   Jego   ostatni   dzisiejszy   uczeń,   ogromnie   utalentowany 

piętnastolatek, grał na lekcji przepięknie, a teraz, kiedy chłopiec pożegnał się już i poszedł do 

domu, Jamie nie mógłby wymarzyć sobie lepszej rozrywki niż spacer po mieście i odwiedziny u 

Isabel. Tak, z chęcią wypije z nią drinka, a potem może trochę muzyki?

-  Nie tym razem - powiedziała Isabel. - Przykro mi. Nie mam nastroju. Chcę z tobą 

porozmawiać.

Jamie wyczuł jej niepokój i planowany spacer natychmiast został zastąpiony autobusem 

jako szybszym środkiem lokomocji.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

- Tak - odrzekła Isabel - ale muszę się z tobą naradzić nad pewną sprawą. Opowiem ci 

wszystko, kiedy przyjdziesz.

Autobusy,   na   które   Grace   narzekała,   jak   tylko   mogła,   przyjechały   punktualnie.   Nie 

minęło dwadzieścia minut i Jamie siedział już w kuchni, a Isabel zabierała się do przyrządzania 

omletu, którym zamierzała go poczęstować. Przyniosła też butelkę wina z piwnicy i nalała po 

background image

kieliszku dla niego i dla siebie. Następnie zaczęła opowiadać o swojej wizycie w mieszkaniu 

Marka i o rozmowie z Hen i Neilem. Jamie słuchał z kamiennym wyrazem twarzy, a kiedy Isabel 

przeszła do dzisiejszej wizyty Neila, w jego oczach dostrzegła niepokój i troskę.

- Isabel - powiedział, kiedy umilkła. - Wiesz, co teraz powiem, prawda?

- Że nie powinnam wtykać nosa w nie swoje sprawy?

- Otóż to. - Zawiesił głos. - Ale znam cię nie od dziś - podjął - I wiem, że mnie nie 

posłuchasz. Wiec może tego nie powiem.

- To dobrze.

- Chociaż tak właśnie uważam.

- Jasne.

Jamie skrzywił się.

- Co w takim razie robimy?

- Po to właśnie cię zaprosiłam - oświadczyła  Isabel, dolewając mu wina. - Muszę to 

wszystko z kimś obgadać.

Opowiadając Jamiemu, co zaszło, smażyła  jednocześnie omlet. Teraz był już gotowy. 

Isabel zsunęła go z patelni na talerz, który postawiła uprzednio na skraju kuchenki, żeby się 

ogrzał.

- Kurki - oznajmiła. - Z ich dodatkiem omlet przestaje być zwykłym omletem.

Jamie spojrzał z wdzięcznością na solidnych rozmiarów krąg ciasta i sałatkę.

- Zawsze robisz dla mnie jedzenie - zauważył. - A ja dla ciebie nigdy. Ani razu.

- Jesteś mężczyzną - powiedziała Isabel rzeczowym, obojętnym tonem. - Nie myślisz o 

takich rzeczach.

Ledwie   skończyła   to   mówić,   dotarło   do   niej,   że   zachowała   się   nieuprzejmie   i 

niewłaściwie. Mogłaby się tak odezwać do Toby’ego, zresztą niebezpodstawnie, bo nie chciało 

jej się, wierzyć, żeby Toby zrobił kiedyś dla kogoś choćby kanapkę, ale w stosunku do Jamiego 

takie słowa były krzywdzące.

- Przepraszam - dodała szybko Isabel. - Tak mi się tylko powiedziało. Wcale tak nie 

myślę.

Jamie odłożył nóż i widelec. Wbił wzrok w omlet. Z oczu trysnęły mu łzy.

background image

12

- Och, Jamie. Strasznie cię przepraszam. Jak mogłam palnąć coś takiego! Nie miałam 

pojęcia, że ty...

Jamie potrząsnął energicznie głową. Nie szlochał na głos, ale łzy wciąż mu leciały.

- Nie, nie - powiedział, wycierając oczy chusteczką. - To wcale nie to, co myślisz. To nie 

przez to, co powiedziałaś. W ogóle nie o to chodzi.

Isabel   westchnęła   z   ulgą.   Udało   się   jej   nie   obrazić   Jamiego,   ale   co   w   takim   razie 

spowodowało ten niespodziewany wybuch emocji?

Jamie wziął do ręki nóż i widelec, zabierając się do krojenia omletu, ale po chwili odłożył 

sztućce z powrotem.

- To ta sałatka - powiedział. - Z surową cebulą. Moje oczy są bardzo wrażliwe na cebulę. 

Nie mogę się nawet do niej zbliżać.

Isabel wybuchnęła śmiechem.

- Dzięki Bogu. Już myślałam, że naprawdę się rozpłakałeś i że to wszystko moja wina, bo 

cię bezmyślnie uraziłam. - Zabrała mu talerz sprzed nosa i sprzątnęła z niego całą sałatkę, po 

czym   postawiła  go  z   powrotem  na   stole.  -  Proszę.  Sam  omlet.   Tak  jak  chciała  natura.  Bez 

żadnych dodatków.

- Idealnie - kiwnął głową Jamie. - Przepraszam za moje zachowanie. To chyba u nas 

dziedziczne. Moja mama miała dokładnie to samo i jej kuzynka też. Jesteśmy uczuleni na surową 

cebulę.

- A ja przez chwilę myślałam, że przypomniała ci się Cat... i ten obiad, który ugotowałeś 

dla nas, kiedy byłyśmy u ciebie, na Saxe-Coburg Street.

Z twarzy Jamiego znikł uśmiech.

- Pamiętam - powiedział melancholijnym głosem.

Isabel wcale nie chciała wspominać o Cat, ale było już za późno. Wiedziała, jakie pytanie 

teraz padnie. Jamie zawsze pytał ją o to, kiedy tylko się widzieli.

- A jak się miewa Cat? - zagadnął, tak jak się spodziewała. - Co tam u niej?

Isabel sięgnęła po kieliszek i dolała sobie wina. Po sherry, którą wypiła podczas spotkania 

z   Neilem,   nie   zamierzała   już   pić   niczego   więcej   tego   wieczoru,   ale   kameralna   kuchenna 

background image

atmosfera w połączeniu z drożdżowym aromatem grzybów, który drażnił jej nozdrza, zrobiły 

swoje: kolejny objaw akrazji, słabości woli. Isabel wiedziała, że siedząc w kuchni z Jamiem i 

popijając wino, poczuje się bezpieczna. Była pewna, że poprawi jej to nastrój.

- Cat - odparła - miewa się tak, jak zwykle. Urwanie głowy w sklepie. Życie, które toczy 

się dalej. - Urwała, kiedy dotarło do niej, jakie banały plecie. Ale z drugiej strony, co miała 

powiedzieć? Już samo pytanie Jamiego było jak zagadnięcie przyjaciela, co u niego słychać. W 

takim   wypadku   pytający   spodziewa   się   usłyszeć   tylko   jedno:   uspokajające   zapewnienie,   że 

wszystko jest w najlepszym porządku. O tym, jak jest naprawdę (o ile stan faktyczny odbiega od 

zapewnień o najlepszym porządku), być może przyjdzie czas wspomnieć później, w dalszym 

ciągu rozmowy. Stoicki spokój najpierw, prawda potem - tak można by wyrazić tę zasadę.

- A ten facet, z którym się spotyka? - zapytał Jamie cicho. - Ten Toby. Poznałaś go? Cat 

przyprowadza go do ciebie?

- Widziałam go niedawno - odparła Isabel. - Ale nie tutaj.

Jamie   sięgnął   po   szklankę,   marszcząc   brwi,   jakby   szukał   właściwych   stów,   żeby 

sformułować pytanie, które chciał zadać.

- A gdzie?

- Na mieście - odrzekła Isabel szybko, mając nadzieję położyć kres temu przesłuchaniu. 

Nie udało się.

- Był... Byli razem?

- Nie - odparła Isabel. - Szedł sam. - Sam, ale do kogoś, dodała w myślach.

Jamie wytrzeszczył na nią oczy.

- I co robił?

Isabel uśmiechnęła się.

- Widzę, że bardzo cię ciekawi ten człowiek - powiedziała. - Obawiam się jednak, że nie 

ma w nim absolutnie nic interesującego. - Spodziewała się, że usłyszawszy takie oświadczenie, 

Jamie porzuci wszelkie wątpliwości co do tego, czyją stronę trzyma Isabel, a rozmowa ruszy z 

martwego punktu. Niestety, jej słowa miały wprost przeciwny skutek; Jamie potraktował je jako 

wstęp do dalszej dyskusji na temat Toby’ego.

- W takim razie opowiedz, co robił.

-   Szedł   sobie.   I   tyle.   Spacerował   po   ulicy...   w   tych   swoich   sztruksach   koloru 

rozgniecionych   truskawek.   -   Ten   ostatni   fragment   opisu   był   zgoła   niepotrzebny.   Isabel 

background image

natychmiast pożałowała swojego sarkazmu. To już druga nieprzyjemna uwaga tego wieczoru, 

pomyślała. Najpierw niezasłużona ironia, że niby mężczyźni nigdy nie robią jedzenia, a teraz ten 

żałosny komentarz na temat spodni Toby’ego. Jakie to łatwe, przerażająco łatwe, osiągnąwszy 

wiek średni, zamienić się w starą pannę o niewyparzonym języku. Trzeba się przed tym bronić. Z 

tą właśnie myślą Isabel dodała: - Takie truskawkowe sztruksy to w sumie fajna rzecz. A Cat 

pewnie ...

I znów ugryzła się w język. Chciała powiedzieć, że Cat podobają się sztruksy w kolorze 

rozgniecionych truskawek, ale to by było nietaktowne. Bo czy taka uwaga nie sugerowałaby, że 

Jamie i jego spodnie nie wytrzymują porównania z Tobym i jego garderobą? Pozwoliła sobie 

zerknąć ukradkiem na spodnie Jamiego. Nie zwróciła na nie dotąd uwagi, głównie dlatego, że w 

postaci ich właściciela interesowały ją raczej jego twarz i głos, a właściwie cała jego osoba. I to 

właśnie stanowiło różnicę pomiędzy Tobym a Jamiem. Toby nie mógł podobać się w całości, 

jako osoba (chyba że ludziom reprezentującym ten sam niewłaściwy typ osobowości); można go 

było lubić wyłącznie za wygląd. No właśnie, pomyślała Isabel, w tym rzecz. Toby to rekwizyt 

seksualny   w   truskawkowych   sztruksach,   nic   więcej.   Natomiast   Jamie,   jego   całkowite 

przeciwieństwo, był... piękny, trzeba przyznać. Miał wydatne kości policzkowe, idealnie gładką 

skórę, a jego głos, ten cudowny głos, na którego dźwięk serce topnieje jak wosk... Isabel zaczęła 

się   także   zastanawiać,   jakim   kochankiem   byłby   każdy   z   nich.   Toby   -   prężny   i   energiczny, 

natomiast Jamie - spokojny, czuły, delikatny, zupełnie jak kobieta, co mogło stanowić pewien 

problem, ale z rodzaju tych, na które nie można w zasadzie nic poradzić. Przez jedną chwilę w 

głowie Isabel błysnęła  absolutnie niedozwolona myśl:  „Mogłabym  go wszystkiego  nauczyć”. 

Natychmiast   jednak   przywołała   się   do   porządku.   Takie   myśli   były   równie   naganne,   jak 

wyobrażanie   sobie   ludzi   ginących   pod   lawiną.   Lawina.   Huk.   Szalony   kołowrót   koloru 

rozgniecionych   truskawek.   Pędząca   ściana   śnieżnej   bieli,   a   potem   cisza,   pierwotna, 

nadprzyrodzona cisza.

- Rozmawiałaś z nim? - chciał wiedzieć Jamie.

Isabel otrząsnęła się ze swoich myśli.

- Z kim?

- Z... Tobym. - Wymówienie tego imienia kosztowało go sporo wysiłku, to było widać.

- Nie. - Isabel potrząsnęła głową. - Tylko go widziałam. - To, rzecz jasna, była półprawda, 

a pomiędzy półprawdą a kłamstwem jest pewna różnica, lecz znowu nie aż tak wielka. Isabel 

background image

osobiście napisała kiedyś na ten temat krótki esej, jako komentarz do świeżo wydanej monografii 

Sisseli Bok zatytułowanej „Kłamanie”. Z początku zamierzała obstawać przy szerokim ujęciu 

problemu: że człowiek ma obowiązek odpowiadać na każde pytanie zgodnie z prawdą, nie tając 

faktów, które mogłyby ukazać całą sprawę w innym świetle. Po namyśle zajęła jednak nieco 

odmienne stanowisko: nie porzucając opinii, że na pytania należy odpowiadać zgodnie z prawdą, 

uznała, że obowiązek gruntownego przedstawienia wszystkich faktów istnieje tylko wtedy, gdy z 

jakichś rozsądnych powodów nie można postąpić inaczej. Ktoś, kto zadaje nam mimochodem 

jakieś pytanie, a w dodatku nie ma żadnych praw do tego, byśmy udzielili mu informacji, nie 

może się spodziewać, że ujawnimy mu wszystko, co wiemy.

- Rumienisz się - zauważył Jamie. - Coś przede mną ukrywasz.

No   to   koniec,   pomyślała   Isabel.   Potężny   gmach   filozoficznej   debaty,   roztrząsającej 

subtelne niuanse prawdomówności, legł w gruzach, wysadzony przez prostą organiczną reakcję. 

„Kto   się   rumieni,   ma   coś   na   sumieniu”,   Sissela   Bok   używała   sformułowań   bardziej 

wyrafinowanych, lecz wcale nie bardziej przez to prawdziwych. Wielkie sprawy, wszystkie co do 

jednej, sprowadzały się ostatecznie do prostych faktów życia codziennego oraz do banalnych 

metafor-aksjomatów   ludzkiego   życia.   Podstawowe   założenie,   na   którym   opiera   się 

międzynarodowy   system   ekonomiczny:   „Znalezione-   niekradzione”.   Niepewność   przyszłości: 

„Postaw nogę na szczelinie, a już pech cię nie ominie” - Isabel w dzieciństwie wierzyła w to 

świecie  i  kiedy  wychodziła   ze  swoją  nianią,   Persie  McPherson, na  spacer,  zawsze  starannie 

omijała wszystkie szczeliny pomiędzy płytami chodnikowymi.

- Rumienię się - oznajmiła - bo nie powiedziałam ci całej prawdy. Przepraszam za to. Nie 

chciałam   mówić   o   tym,   co   tam   wtedy  robiłam,   bo  było   mi   wstyd,   a   poza   tym...   -   Urwała, 

zawahawszy się nagle. Był jeszcze inny powód, żeby nie wtajemniczać Jamiego w jej odkrycie, 

ale Isabel czuła już, że wkroczyła na ścieżkę wiodącą do ujawnienia prawdy; będzie musiała 

powiedzieć Jamiemu wszystko. Jeżeli teraz coś przemilczy, on z pewnością to wyczuje i dojdzie 

do   wniosku,   że   Isabel   mu   nie   ufa.   A   tego   sobie   nie   życzyła.   Czy   ufała   Jamiemu?   Tak. 

Oczywiście, że tak. Ktoś taki jak on, młody, schludnie ostrzyżony na jeża i obdarzony takim 

głosem,  musi  być  godny zaufania.  Ludziom w typie  Jamiego  można  ufać. Ludziom pokroju 

Toby’ego - nie.

Po chwili znów zaczęła mówić. Jamie obserwował ją bacznie.

- ...a poza tym jest pewna rzecz, o której nie chcę, żebyś wiedział. Nie dlatego, że ci nie 

background image

ufam. Ufam ci. Po prostu chodzi o to, że to nie nasza sprawa. Widziałam coś, na co ani ja, ani ty 

nie możemy nic poradzić, pomyślałam więc, że nie ma potrzeby mówić ci o tym.

- Co widziałaś? - ożywił się Jamie. - Teraz już musisz mi powiedzieć. Nie możesz tego 

tak zostawić.

Isabel skinęła głową. Co racja, to racja. Nie mogła zamilknąć teraz, w samym środku 

sprawy.

- Zobaczyłam Toby’ego z autobusu - zaczęła - na Dundas Street. Postanowiłam iść za 

nim. Proszę cię, nie pytaj tylko, dlaczego to zrobiłam, bo nie wiem, czy jestem w stanie ci to w 

przekonujący sposób wyjaśnić. Czasami człowiek robi coś głupiego i nie wie dlaczego. Było tak, 

jak mówię: postanowiłam iść za nim.

Skręcił w Northumberland Street, a potem doszliśmy do Nelson Street. Tam przeszedł na 

drugą stronę ulicy i zadzwonił do drzwi jednego z mieszkań na parterze. Otworzyła mu jakaś 

dziewczyna. Objął ją na powitanie - ich uścisk wydał mi się czuły - a potem zamknęli drzwi. I to 

by było na tyle.

Jamie   spojrzał   na   nią.   Milczał   przez   chwilę,   a   potem,   bardzo   powoli,   podniósł   swój 

kieliszek i pociągnął łyk wina. Isabel obserwowała jego smukłe dłonie; widziała, jak przez jeden 

krótki moment w oczach Jamiego odbija się refleks światła w szkle kieliszka.

- Siostra - powiedział  cicho. - Na Nelson Street mieszka siostra Toby’ego. Nawet ją 

kiedyś poznałem. Znajoma znajomego.

Isabel zamarła, jakby przyrosła do krzesła. Tego się nie spodziewała.

- Aha - odezwała się wreszcie. A potem dodała: - Aha.

background image

13

- Tak - powiedział Jamie. - Na Nelson Street mieszka siostra Toby’ego. Pracuje razem z 

moim znajomym w firmie obrotu nieruchomościami, nawet na takim samym stanowisku, oboje 

zajmują się pomiarami. Nie, to nie tacy, co uganiają się po polach z teodolitem. Pracują jako 

taksatorzy. - Jamie roześmiał się nagle. - A tobie się zdawało, że wyszpiegowałaś, jak Toby 

zdradza swoją dziewczynę! Ha! Żałuję, że ci się nie udało, ale niestety. Będziesz miała nauczkę, 

żeby nie szpiegować ludzi.

Isabel otrząsnęła się już z pierwszego szoku i odzyskała panowanie nad sobą na tyle, żeby 

pozwolić sobie na autoironię.

- Żałuj, że mnie nie widziałeś - parsknęła - jak się czaiłam za samochodem dostawczym.

Jamie się uśmiechnął.

- To musiał być widok! Szkoda tylko, że w sumie cała akcja poszła na marne.

-  Ale w każdym razie miałam niezły ubaw - powiedziała Isabel. - I dostałam nauczkę. 

Wiem już teraz, co to znaczy być wścibską, podejrzliwą jędzą.

- Nie myśl tak o sobie - zaprotestował Jamie. - Wcale nie jesteś podejrzliwa. Absolutnie 

nie odbiegasz w tym względzie od przeciętnej.

- Miło mi, że tak mówisz - powiedziała Isabel - ale mam tony wad, tak jak wszyscy. Całe 

tony.

Jamie znów wziął do ręki kieliszek.

-   Ta   jego   siostra   to   całkiem   miła   osoba   -   poinformował   Isabel.   -   Poznałem   ją   kilka 

miesięcy temu na imprezie u Rodericka, to ten mój znajomy mierniczy. Towarzystwo raczej nie z 

mojej parafii, ale zabawa była przednia. A ta dziewczyna - bardzo fajna. Nieziemsko atrakcyjna. 

Bardzo wysoka, blondynka. Typ modelki.

Isabel nie skomentowała. Zamknęła oczy i wróciła myślą na Nelson Street. Zobaczyła 

siebie chowającą się za samochodem dostawczym na rogu, obserwującą Toby’ego u drzwi, które 

po   chwili   stanęły   otworem.   Widziała   to   wszystko   całkiem   wyraźnie,   bo   pamięć   wzrokową 

zawsze miała dobrą i potrafiła odtworzyć w głowie wiele szczegółów. Tę scenkę także pamiętała 

dokładnie: na progu stanęła dziewczyna. Nie mogła być wysoka, bo żeby ją objąć, Toby musiał 

się przygarbić i nie była też blondynką. Jej włosy były ciemne, co do tego Isabel nie miała 

background image

wątpliwości. Czarne albo brązowe. Nie blond.

Otworzyła oczy.

- To nie była jego siostra - oznajmiła. - To był ktoś inny.

Jamie nie powiedział ani słowa. Isabel wiedziała, że on bije się w tej chwili z myślami: z 

jednej strony wzburzenie albo nawet gniew, że Cat została oszukana, z drugiej - zadowolenie, że 

nadarza się szansa na zdemaskowanie rywala. Na pewno myślał także, bo Isabel myślała to samo, 

że skoro już zdarzyło się to, co się zdarzyło, to teraz on będzie mógł zająć miejsce Toby’ego u 

boku Cat. Ale z ich dwojga przynajmniej ona zdawała sobie sprawę, że to nie będzie takie proste; 

Jamie   raczej   uważał,   że   wprost   przeciwnie,   i   patrzył   w   przyszłość   z   optymizmem.   Isabel 

zdecydowała się przejąć inicjatywę.

-   Ona   nie   może   dowiedzieć   się   o   tym   od   ciebie   -   powiedziała.   -   Gdybyś   to   ty   ją 

poinformował, co się dzieje, jej gniew obróciłby się przeciwko tobie. Nawet gdyby ci uwierzyła, 

co wcale nie jest takie pewne, zadziała stara zasada: zabić posłańca, który przyniósł złe wieści. 

Gwarantuję ci, że pożałowałbyś tego.

- Ale Cat powinna  się dowiedzieć - zaprotestował Jamie. - To... to oburzające, że ten 

człowiek ma kogoś na boku. Ona powinna o tym wiedzieć. Musimy to dla niej zrobić.

- Są takie rzeczy, które człowiek musi odkryć sam - oświadczyła Isabel. - Ludziom trzeba 

pozwolić popełniać błędy na własną rękę.

- Jeśli chodzi o mnie, to nie zgadzam się z tym - odparował Jamie. - Sprawa jest prosta: 

ten facet to skończone bydlę. My o tym wiemy, a ona nie. Musimy jej powiedzieć.

- Ale chodzi właśnie o to, że jeśli tak postąpimy, to osiągniemy tylko tyle, że ona wpadnie 

w szał. Nie rozumiesz tego? Nawet jeżeli osobiście się przekona, że powiedzieliśmy jej prawdę, 

to i tak będzie na nas zła, że jej to zrobiliśmy. Nie chcę, żeby ona... Żeby skreśliła cię raz na 

zawsze. A tak się stanie, jeżeli zrobisz to, co chcesz zrobić.

Jamie rozważył jej słowa. Dowiedział się właśnie, że Isabel chciała, żeby wrócił do Cat. 

Nigdy nie przyznała mu się do tego tak otwarcie, ale teraz sprawa wyszła na jaw. Cały czas miał 

nadzieję, że Isabel mu sprzyja, i proszę - nie zawiódł się.

- Dzięki - powiedział. - Rozumiem,  co masz na myśli. - Urwał i zamyślił  się. - Ale 

dlaczego sądzisz - podjął - że on ją zdradza? Jeżeli podoba mu się tamta dziewczyna - to pewnie 

jest współlokatorka jego siostry - to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby do niej odszedł. 

Dlaczego miałby traktować Cat w taki sposób?

background image

- Nie domyślasz się, o co mu chodzi? - zapytała Isabel.

- Nie. Może po prostu nie ogarniam tej sytuacji.

- Cat to bogata dziewczyna - wyjaśniła Isabel. - Ma własny interes, i nie tylko. Posiada 

oprócz tego całkiem sporo, jak ci być może wiadomo. Gdyby tobie zależało na pieniądzach - a 

Toby’emu zależy, mam wrażenie - chętnie byś położył łapę przynajmniej na części jej majątku.

Jamie osłupiał.

- Chcesz powiedzieć, że on jest z nią dla pieniędzy?

Isabel skinęła głową.

- Znałam kilka takich przypadków. Widziałam, jak ludzie biorą ślub dla pieniędzy,  a 

potem im się zdaje, że mogą szaleć, jak im w duszy gra. Siedzą na forsie i czują się bezpieczni, a 

za plecami męża czy żony i tak robią swoje. To wcale nie należy do rzadkości. Pomyśl o tych 

dziewczynach,   które  wychodzą   za  bogatych  starszych  facetów.  Uważasz,  że  one  żyją   jak  w 

klasztorze?

- Raczej nie - przyznał Jamie.

- Sani widzisz. Rzecz jasna, to tylko jedna możliwość. Równie dobrze Toby może być po 

prostu amatorem skakania z kwiatka na kwiatek. Możliwe, że szczerze lubi Cat, ale inne kobiety 

też mu się podobają. Nie byłoby w tym nic dziwnego.

Isabel dolała Jamiemu wina. Butelka opróżniała się w dosyć szybkim tempie, ale to ze 

względu na emocje dzisiejszego wieczoru. Wino było wielce pomocnym rekwizytem. W lodówce 

na wszelki wypadek chłodziła się jeszcze jedna butelka, na później, gdyby zaszła potrzeba. Mogę 

pić, dopóki będę nad sobą panować, powiedziała sobie Isabel. Dopóki będę na tyle trzeźwa, żeby 

nie wypaplać Jamiemu, że prawdę mówiąc, to sama już się prawie w nim zakochałam i marzę 

tylko o tym, żeby ucałować to jego pięknie sklepione czoło, zanurzyć palce w jego bujnych, 

gęstych włosach i przytulić go do siebie.

Rankiem następnego dnia Grace przyszła trochę wcześniej. Rozejrzała się i pomyślała 

tak:   dwa   kieliszki,   jedna   pusta   flaszeczka.   Zajrzawszy   do   lodówki,   zobaczyła   do   połowy 

opróżnioną,   zakorkowaną   butelkę.   Półtorej,  poprawiła   się   w  myśli.   Otworzyła   zmywarkę   do 

naczyń i znalazła w niej talerz po omlecie, nóż i widelec; to jej powiedziało, że w domu był 

Jamie. Isabel zawsze robiła dla niego omlet na kolację. Grace była zadowolona z tego odkrycia. 

Lubiła Jamiego i orientowała się, co zaszło pomiędzy nim a Cat. Przejrzała także zamysły Isabel i 

background image

domyśliła się, że jej pracodawczyni kombinuje, jak by tu doprowadzić do ponownego zejścia się 

bratanicy z jej ulubieńcem. Nic z tego. Rzadko kiedy udaje się w ten sposób na nowo połączyć 

rozbitą   parę.   Kiedy   już   się   kogoś   zostawiło,   to   nie   po   to,   żeby   wracać.   Tak   przynajmniej 

wynikało z życiowych doświadczeń Grace. Nieczęsto zdarzało jej się przywrócić do łask osobę, 

którą już raz spisała na straty.

Nastawiła ekspres do kawy, spodziewając się, że pani domu niedługo zejdzie do kuchni. 

Grace wiedziała, że Isabel lubi, kiedy poranna kawa już na nią czeka. Roznosiciel gazet przyniósł 

„Scotsmana”. Grace podniosła go z mozaikowej podłogi w przedpokoju, gdzie leżał pod szparą 

na listy, i zabrała do kuchni. Położyła gazetę na stole, pierwszą stroną do góry. Sypiąc kawę do 

ekspresu, zerknęła na nagłówki. Polityk z Glasgow, podejrzany o oszustwo, został wezwany do 

złożenia rezygnacji (i nic dziwnego, pomyślała Grace, doprawdy nic dziwnego). Zaś poniżej 

widniało zdjęcie pewnego znanego człowieka,  o którym  Isabel  wyrażała  się per „krzykacz”. 

Pisano, że upadł nagle na przejściu ulicznym na Princes Street i odwieziono go na sygnale do 

Infirmary.   Grace   zaczęła   czytać   artykuł:   początkowo   podejrzewano   zawał,   ale   serce   było   w 

porządku, najdziwniejsze zaś okazało się to, że cały bok pacjenta był pęknięty, jakby rozerwany. 

Na szczęście wprawny chirurg zszył ranę w tempie ekspresowym. Chory powrócił do zdrowia, 

ale do wiadomości publicznej przedostała się postawiona w szpitalu diagnoza: „Pękł, bo wciąż 

chodził nadęty”.

Grace aż odłożyła łyżkę do kawy. Co to, to nie. Niemożliwe. Wzięła gazetę, obejrzała ją 

dokładnie, aż w końcu dostrzegła datę. Pierwszy kwietnia. Uśmiechnęła się. „Scotsman” też lubi 

pożartować - ale trafia celnie, celnie...

background image

14

Pomimo że wypił trzy kieliszki wina, a Isabel widziała już dno w swoim drugim. Jamie z 

początku wcale nie był przekonany co do propozycji, którą mu złożyła. Urobiła go sobie jednak, 

powtarzając kusząco, że warto choćby spróbować.

Ale czego spróbować? Porozmawiać z Paulem Hoggiem, rzecz jasna. Rozmowa z nim 

była pierwszym krokiem do wyjaśnienia sprawy Marka Frasera: co odkrył w swojej firmie i kogo 

na tym  czymś  nakrył.  Siedząc w kuchni nad pustym  talerzem  po omlecie  z kurkami,  Jamie 

uważnie słuchał relacji Isabel z jej rozmowy z Neilem oraz wyjaśnień, że teraz, w obliczu takich 

rewelacji, nie może pozostać obojętna. Chciała zabrać się do tej sprawy, ale nie w pojedynkę. We 

dwoje, powiedziała, będzie bezpieczniej; nad naturą niebezpieczeństwa nie uznała za celowe się 

rozwodzić.

Wreszcie Jamie uległ.

- Skoro nalegasz - powiedział - skoro naprawdę nalegasz, to pójdę tam z tobą. Ale zrobię 

to tylko dlatego, że nie chcę, żebyś porywała się na to sama. Bynajmniej nie dlatego, że podoba 

mi się ten pomysł.

Przed nocą Jamie wrócił do siebie. Przy pożegnaniu umówili się, że Isabel zadzwoni do 

niego w ciągu najbliższych kilku dni, żeby ustalić, w jaki sposób umówią się z Paulem Hoggiem 

na spotkanie. Tyle dobrego, że Isabel poznała go osobiście; wydawało się uzasadnione, że może 

chcieć  się z  nim spotkać.  Lecz  szczegóły przedsięwzięcia  i konkretny pretekst  do spotkania 

pozostały na razie do ustalenia.

Ledwie za Jamiem zamknęły się drzwi, w głowie Isabel nagle zaświtał pomysł. Był on tak 

doskonały, że miała ochotę wybiec, dogonić Jamiego i wszystko mu opowiedzieć. Powstrzymała 

się jednak. Nie było jeszcze wcale tak późno; o tej porze wielu jej sąsiadów zwykło wychodzić z 

psami na wieczorny spacer. Isabel nie miała najmniejszej ochoty,  żeby ktoś zobaczył  ją, jak 

biegnie po ulicy za młodym mężczyzną (bo, nie daj Boże, mógłby jeszcze pomyśleć - w sensie 

metaforycznym - że Isabel na co dzień ugania się po ulicach za młodymi mężczyznami). Nikt by 

nie chciał, żeby widziano go w takiej sytuacji - to chyba Dorothy Parker* [Dorothy Parker (1893-

1967)-   amerykańska   pisarka,   poetka   i   krytyk,   znana   z   ciętego   pióra   (przyp.   tłum,).]   kiedyś 

powiedziała, że nie życzyłaby sobie, żeby przyłapano ją na włażeniu oknem do cudzego pokoju, 

background image

wiszącą na parapecie. Isabel uśmiechnęła się na myśl o tym. Co ją tak śmieszyło w tym zdaniu? 

Niełatwo to wyjaśnić, po prostu było zabawne i już. Może chodziło o to, że ktoś, kto nigdy w 

życiu   nie   wszedłby   oknem   do   czyjegoś   pokoju,   dopuszcza   taką   możliwość.   No   dobrze,   ale 

dlaczego to ma być takie śmieszne? Isabel skłonna była sądzić, że odpowiedź na to pytanie nie 

istnieje, tak samo jak nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak bardzo ją kiedyś rozbawiła pewna 

wypowiedź   profesor   Domeniki   Legge,   wielkiej   specjalistki   w   dziedzinie   historii   okresu 

anglonormandzkiego.   Na   jednym   z   wykładów   profesor   Legge   powiedziała   tak:   „Musimy 

pamiętać,   że   jeżeli   chodzi   o   wydmuchiwanie   nosa,   to   ówczesna   arystokracja   miała   w   tym 

względzie   zupełnie   inne   obyczaje   niż   my   obecnie,   z   tej   prostej   przyczyny,   że   nie   było 

chusteczek”. Na te słowa cała aula jak jeden mąż ryknęła śmiechem; Isabel po dziś dzień bawiło 

to do łez. A jednak po zastanowieniu się nie było w tym naprawdę nic śmiesznego. Konieczność 

obywania   się   bez   chusteczek   do   nosa   to   poważna   sprawa,   przyziemna,   ale   mimo   wszystko 

poważna.   Jak   w   takim   razie   radzili   sobie   ci   arystokraci?   Wszystko   wskazywało   na   to,   że 

używali... słomy. Ohyda! Wstrętna, drapiąca ohyda! No, ale skoro nobilowie musieli ratować się 

słomą, to co pozostawało niższym warstwom społeczeństwa? Odpowiedź była równie prosta, co 

obrazowa: otóż ci biedni ludzie dmuchali w palce. Do tej pory jeszcze wielu tak robi. Isabel sama 

widziała kiedyś podobną scenkę rodzajową - ale, oczywiście, nie w Edynburgu.

Pomysł, który przyszedł jej do głowy, nie dotyczył jednakże chusteczek do nosa ani też 

ich braku, ale malarstwa Elizabeth Blackadder. Paul Hogg zakupił obraz Blackadder, który Isabel 

miała na oku. Wystawa, na której go nabył, była krótkoterminowa i nowi właściciele malowideł z 

pewnością poodbierali już swoje nabytki. A to oznaczało, że jeśli ktoś chciał ponownie rzucić 

okiem na tamten obraz, musiał pofatygować się do mieszkania pana Hogga na Great King Street. 

Taką hipotetyczną osobą mogła być Isabel. Wystarczyło zadzwonić do Paula i poprosić, żeby 

pozwolił   jej   jeszcze   raz   obejrzeć   swój   obraz,   tłumacząc   się   zamiarem   zamówienia   u   samej 

Elizabeth   Blackadder   podobnego   malowidła;   artystka   nadal   mieszkała   w   Edynburgu   i   miała 

pracownię   w   okolicy   The   Grange.   Doskonale   uzasadnienie.   Malarz,   nawet   jeśli   nie   da   się 

namówić na wykonanie zwykłej kopii już istniejącego dzieła, może być skłonny stworzyć coś o 

podobnym temacie.

Kłamstwo, pomyślała, ale do czasu; kłamstwo może stać się prawdą. Teraz, na wstępnym 

etapie realizacji planu, istotnie było to kłamstwo, ale Isabel autentycznie planowała kupno obrazu 

Blackadder do swojej kolekcji. Dlaczego zatem nie miałaby go osobiście zamówić? Postanowiła, 

background image

że tak właśnie postąpi - a zatem mogła  wybrać  się do Paula Hogga z kryształowo  czystym 

sumieniem.   Nawet   Sissela   Bok,   autorka   „Kłaniania”,   nie   miałaby   jej   nic   do   zarzucenia.   A 

później,   po   obejrzeniu   obrazu   Elizabeth   Blackadder,   który   zapewne   będzie   wisiał   w   jakimś 

eksponowanym miejscu, Isabel dyskretnie napomknie podczas rozmowy, że Mark Fraser, kiedy 

pracował w McDowell’s, wpadł jakoby na trop pewnej dziwnej sprawy. Czy Paul przypadkiem 

nie domyśla się, o co mogło chodzić? A gdyby się nie domyślał, Isabel była przygotowana i na 

to: już bardziej konkretnym tonem zasugerowałaby mu, żeby zasięgnął tu i ówdzie języka, aby 

potwierdzić lub obalić tę ponurą teorię, na którą wszystko zdaje się wskazywać. Bo skoro był 

przywiązany do tego młodego człowieka, a z jego rozemocjonowanych wypowiedzi w pubie 

„Vincent” wyraźnie wynikało, że darzył go sympatią... Sprawa była z natury delikatna i należało 

ją załatwić po cichu, ale tu akurat nie widziała problemu. Paul mógłby się zgodzić na coś takiego, 

A podczas rozmowy z nim Isabel cały czas miałaby obok siebie Jamiego, który siedziałby razem 

z nią na pseudoszykownej sofie; Paul Hogg na pewno ma taką w mieszkaniu. „Uważamy, że...”, 

mówiłaby. „Zastanawiamy się, czy...” - liczba mnoga brzmiała w takiej sytuacji o wiele bardziej 

przekonująco niż pojedyncza.

Następnego dnia zadzwoniła do Jamiego z samego rana, najwcześniej jak jej pozwalały 

zasady   dobrego   wychowania,   czyli   o   dziewiątej.   Isabel   przestrzegała   niepisanej   etykiety 

telefonicznej: przed ósmą rano dzwoni się tylko w nagłych wypadkach, telefon między ósmą a 

dziewiątą jest równoznaczny z niespodziewanym najściem, zaś po dziewiątej można dzwonić 

swobodnie   aż   do   dziesiątej   wieczorem,   choć   po   godzinie   dziewiątej   trzydzieści   wypada   już 

przeprosić i zapytać, czy się nie przeszkadza. Po dziesiątej znów można dzwonić tylko w nagłych 

wypadkach. Odbierając telefon, wypada się przedstawić - ale zacząć trzeba koniecznie od „dzień 

dobry” albo „dobry wieczór”. Nie można jednak powiedzieć, żeby ludzie przejmowali się zbytnio 

takimi   konwenansami;   nawet   Jamie,   Isabel   miała   niejedną   sposobność   zauważyć,   odbierając 

telefon, zbywał rozmówcę krótkim, szorstkim „Tak?”. Nie inaczej było i teraz.

-   Średnio   serdeczne   powitanie   -   skomentowała   Isabel   z   dezaprobatą.   -   Skąd   mam 

wiedzieć,   kto   odebrał?   Po   jednym   „tak”   cię   nie   poznam.   A   gdybyś   był   zajęty   i   nie   mógł 

rozmawiać, to czy powiedziałbyś „nie”?

- Isabel? - zapytał Jamie.

- Gdybyś mi się przedstawił, zwróciłabym ci grzeczność i nie musiałbyś o to pytać.

Jamie roześmiał się.

background image

- Jak długo jeszcze potrwa ta rozmowa? - zapytał. - O dziesiątej mam pociąg do Glasgow. 

Jadę na próbę orkiestry. Gramy „Parsifala”.

-   Współczuję   -   westchnęła   Isabel.   -   Tobie   i   śpiewakom.   Będziecie   mieli   sprawdzian 

wytrzymałości.

- Zgadza się - przytaknął Jamie. - Od Wagnera boli mnie głowa. Ale naprawdę muszę się 

już zbierać.

Isabel szybko przedstawiła mu swój pomysł i zamilkła, czekając, co powie.

- Skoro nalegasz - rzekł Jamie. - To się może udać. Skoro naprawdę nalegasz, to pójdę z 

tobą.

Mógłby wykazać więcej dobrych chęci, pomyślała Isabel, gdy już odłożyła słuchawkę. 

No, ale przynajmniej się zgodził. Teraz pozostało tylko zadzwonić do firmy McDowell’s, znaleźć 

tam Paula Hogga i zapytać go, kiedy można wpaść do niego z wizytą. Isabel była pewna, że Paul 

z miłą chęcią zgodzi się na spotkanie. Rozmawiało im się, dobrze, a wieczór, który spędzili 

razem,   należało   zaliczyć   do   udanych,   jeśli   pominąć   ten   moment,   kiedy   Isabel   nieumyślnie 

przypomniała mu o tamtym bolesnym wydarzeniu. No i przecież Paul sam powiedział, że Isabel 

powinna poznać jego narzeczoną - zapomniała jej nazwiska, ale na razie może o niej mówić po 

prostu „narzeczona”.

Zadzwoniła o dziesiątej  czterdzieści  pięć - o tej porze, jak jej się wydawało,  istniała 

największa szansa, że ktoś, kto pracuje w jakimkolwiek biurze, będzie właśnie pił poranną kawę. 

I rzeczywiście, złapała Paula przy kawie; przyznał się, kiedy go zapytała.

- Tak, siedzę w gabinecie, na biurku leży „Financial Times”, powinienem go teraz czytać, 

ale chwilowo tego nie robię. Wyglądam przez okno i popijam sobie kawkę.

- Ale za chwilę na pewno zabierzesz się do podejmowania jakichś ważnych i poważnych 

decyzji - powiedziała Isabel. - A jedną z nich może być odpowiedź na pytanie, czy pozwolisz mi 

rzucić okiem na tamten obraz Elizabeth Blackadder, który kupiłeś. Chciałabym zamówić u niej 

coś dla siebie i pomyślałam, że może warto by jeszcze raz przyjrzeć się twojemu skarbowi.

- Nie widzę przeszkód - odparł Paul. - Każdy może go obejrzeć. Wciąż wisi na wystawie. 

Odbieram go dopiero za tydzień.

Isabel   była   tak   zaskoczona,   że   przez   chwilę   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   To   było 

oczywiste, że najpierw trzeba było zadzwonić do galerii i dowiedzieć się, czy wystawa jeszcze 

trwa, a jeśli tak, to należało poczekać z telefonem, aż Paul odbierze swój obraz.

background image

- Ale i tak chętnie bym się z tobą spotkał - zabrzmiał w słuchawce jego uprzejmy głos. - 

Mam jeszcze jeden obraz Blackadder. Pewnie też chciałabyś go zobaczyć.

Umówili się na wieczór następnego dnia. Isabel miała przyjść o szóstej na drinka. Paul 

Hogg zgodził się chętnie, aby przyprowadziła ze sobą znajomego, młodego miłośnika sztuki, 

którego bardzo chciała mu przedstawić. Oczywiście, to żaden problem, będzie mu bardzo miło.

Łatwo   poszło,   pomyślała.   Tak   właśnie   załatwia   się   sprawy   z   dobrze   wychowanymi 

ludźmi, pokroju Paula Hogga. Tacy ludzie wiedzą, jak wymieniać wzajemne grzeczności, dzięki 

którym   życie   biegnie   gładko   i   bez   zgrzytów.   Bo   przecież   dobre   maniery   wymyślono   po   to 

właśnie,   aby   ludzie   w   kontaktach   między   sobą   unikali   niepotrzebnych   tarć;   konwenanse 

umożliwiają wygładzenie wszelkich kantów w relacjach międzyludzkich. Jeżeli każda ze stron 

wie dokładnie, co ma robić, to nie może dojść do konfliktu. Ta sama zasada obowiązywała na 

wszystkich poziomach życia społecznego, od prywatnych transakcji z udziałem dwojga ludzi aż 

po kontakty pomiędzy mocarstwami. Bo czymże jest prawo międzynarodowe, jeśli nie kodeksem 

savoir-vivre’u, odtworzonym w wielkiej skali?

Jamie   był   dobrze   wychowany.   Paul   Hogg   też   był   dobrze   wychowany.   Mechanik, 

właściciel  małego  podwórkowego warsztatu,  do którego  Isabel  zawsze jeździła  na przeglądy 

(miała samochód, ale rzadko go używała), miał nienaganne maniery. Toby, w odróżnieniu od 

nich, był źle wychowany. Na pierwszy rzut oka robił dobre wrażenie, ponieważ żywił błędne 

przekonanie, że to pozory są najważniejsze; gorzej było z tym, jak się odnosił do innych. Sedno 

dobrych   manier   to   moralna   świadomość   ludzi   dookoła,   poszanowanie   tego,   że   należy   ich 

traktować z całkowitą powagą moralną, rozumieć ich uczucia i potrzeby.  Niektóre jednostki, 

egoiści, nie mają w tym kierunku najmniejszych skłonności, co zawsze widać. W rozmowie z 

ludźmi starymi, mającymi problem z wysłowieniem się, ułomnymi bądź upośledzonymi, słowem: 

takimi, których uważa za nic niewartych, egoista zawsze się niecierpliwi, denerwuje, popędza. 

Natomiast człowiek dobrze wychowany wysłucha takiej osoby z szacunkiem.

Jakże wielka była nasza krótkowzroczność, pomyślała Isabel, gdy posłuchaliśmy tych, 

którzy  twierdzili,  że  dobre  maniery  to drobnomieszczańska  afektacja,   błaha  i  nieistotna,  bez 

najmniejszej wartości w dzisiejszym świecie. A następstwem tego była moralna katastrofa, bo 

przecież   grzeczność   jest   fundamentem   harmonijnie   funkcjonującego   społeczeństwa.   W   ten 

sposób   młodsze   pokolenie   utraciło   arcyważny   fragment   moralnej   układanki,   a   skutki   tego 

właśnie  dawały  o  sobie  znać:  na  naszych   oczach   kształtowało  się  społeczeństwo,  w  którym 

background image

człowiek człowiekowi za nic nie poda pomocnej ręki, gdzie agresywny język i brak wrażliwości 

są na porządku dziennym.

Dość! Ta gonitwa myśli, choć absolutnie zgodnych z prawdą, sprawiła, że Isabel nagle 

poczuła się stara, tak stara jak Cyceron wygłaszający swoje: O tempora! O mores! A sam fakt, że 

tak się poczuła, ukazywał drążącą, destrukcyjną moc relatywizmu. Filozofom relatywistom udało 

się tak głęboko zaleźć za naszą moralną skórę, że przyswoiliśmy sobie ich koncepcje jak swoje 

własne   -   nawet   Isabel   Dalhousie,   moralistka   i   gorąca   przeciwniczka   relatywizmu,   czuła 

skrępowanie z powodu wniosków, do których doprowadziły ją jej przemyślenia.

Postanowiła na jakiś czas dać sobie spokój z rozważaniem kwestii wyobraźni moralnej i 

skoncentrować   się   na   rzeczach,   które   pilnie   domagały   się   załatwienia,   czyli   na   przykład   na 

porannej poczcie i artykułach nadesłanych dziś do „Przeglądu” oraz na sprawie tragicznej śmierci 

Marka Frasera. Zdawała sobie jednak sprawę, że nigdy nie porzuci tamtych ważkich zagadnień; 

taki już jej los, z którym należy się pogodzić. Jej odbiornik był nastawiony na stację, której 

większość ludzi nie odbierała. A pokrętło strojenia ktoś urwał.

Zadzwoniła do Jamiego, zapomniawszy, że wyszedł na pociąg i mniej więcej o tej porze 

dojeżdża   już   do   Glasgow,   na   Queen   Street   Station.   Odczekała,   aż   skończy   się   nagranie   w 

automatycznej sekretarce, i zostawiła wiadomość.

Jamie, tak, zadzwoniłam do niego, do Paula Hogga. Było mu bardzo miło i chętnie się  

zgodził, żebyśmy przyszli do niego jutro o szóstej wieczorem. Spotkajmy się pół godziny wcześniej  

w pubie „Vincent”. Aha, Jamie, dziękuję za wszystko. Jestem ci naprawdę bardzo zobowiązana.  

Wielkie dzięki.

background image

15

W pubie, czekając na Jamiego, Isabel siedziała jak na szpilkach. To było miejsce dla 

mężczyzn, przynajmniej o tej porze. Czuła się nieswojo. Rzecz jasna, kobiety chodziły same do 

pubów, niemniej Isabel wydawało się, że jej obecność jest tutaj nie na miejscu. Barman, który 

podał jej zamówiony napój cytrynowy, uśmiechnął się przyjaźnie i powiedział, że ładny wieczór 

dziś mamy. Faktycznie, było pogodnie, a że przed kilkoma dniami nastąpiła zmiana czasu, słońce 

zachodziło teraz dopiero po siódmej.

Isabel przytaknęła, ale nie przyszło jej do głowy żadne rozwiniecie tego tematu, więc 

powiedziała tylko:

- W końcu mamy wiosnę.

- Wiosnę, no tak - zgodził się barman. - Ale nigdy nic nie wiadomo.

Isabel wróciła do swojego stolika. „Nigdy nic nie wiadomo”. No pewnie, że nic i nigdy. 

Na tym świecie wszystko może się zdarzyć. Proszę, oto ona sama, redaktor naczelny „Przeglądu 

Etyki Stosowanej”, wybiera się właśnie tropić... mordercę, tak, wszystko na to wskazuje. A w 

misji tej ma jej towarzyszyć, choć bez wielkiego entuzjazmu, piękny młodzieniec, w którym 

prawie się zakochała, ale on kochał się w jej bratanicy, której z kolei nie on był w głowie, lecz 

ktoś zupełnie inny, kto puszczał ją kantem, romansując ze współlokatorką swojej siostry. Nie, 

barman nie mógł mieć najmniejszego pojęcia, że „nie wiadomo” mu faktycznie „nic” - a gdyby 

nawet Isabel mu o wszystkim powiedziała, nigdy by w to nie uwierzył.

Jamie   spóźnił   się   dziesięć   minut.   Przyszedł   wreszcie,   tłumacząc   się,   że   ćwiczył   na 

instrumencie i kiedy spojrzał na zegarek, było już prawie wpół do szóstej.

- Ważne, że przyszedłeś - uspokoiła go Isabel. - Mamy mniej więcej dwadzieścia minut - 

powiedziała, sprawdzając godzinę. - Objaśnię ci, jak zamierzam to przeprowadzić.

Jamie słuchał, od czasu do czasu rzucając jej spojrzenia znad krawędzi swojej szklanki z 

piwem.   W   dalszym   ciągu   nie   był   przekonany   co   do   całego   przedsięwzięcia,   ale   musiał   się 

zgodzić,   że   plan   jest   dokładnie   przemyślany.   Isabel   zamierzała   poruszyć   kwestię   w   sposób 

delikatny,   mając   na   uwadze   zwłaszcza   fakt,   że   dla   Paula   Hogga   to   wciąż   bolesna   sprawa, 

wyjaśniwszy uprzednio, że nie chce - że ona i Jamie nie chcą - się do niczego wtrącać ani też w 

jakikolwiek sposób narażać na szwank reputacji firmy McDowell’s. Jednak, przez wzgląd na 

background image

Marka oraz na Neila, który opowiedział jej o wszystkim, ona, Isabel - wraz z Jamiem - czuje się 

w obowiązku przynajmniej  spróbować coś zrobić  w tej sprawie. Osobiście,  rzecz jasna, jest 

przekonana,   że   nic   się   nie   stało,   lecz   aby   mieć   czyste   sumienie,   postanowiła   -  ona   i   Jamie 

postanowili - dowiedzieć się czegoś więcej.

-   Niezły   scenariusz   -   skomentował   Jamie,   gdy   Isabel   skończyła.   -   Szczegółowy   i 

wyczerpujący.

- Nie ma w tym chyba nic, co mogłoby go urazić? - zastanowiła się Isabel na głos.

- Nie ma - powiedział Jamie - o ile to nie on.

- Co nie on?

- O ile to nie on handlował informacjami służbowymi.

Isabel wytrzeszczyła oczy.

- Dlaczego tak uważasz?

- A dlaczegóż by nie? Mark w pracy był najbliżej niego. Paul jest kierownikiem wydziału 

czy jak to tam zwą, w którym pracował. Cokolwiek Mark odkrył, musiało to dotyczyć tego, czym 

się osobiście zajmował.

Isabel   rozważyła   to,   co   powiedział   Jamie.   Cóż,   to   możliwe,   jakkolwiek   jej   zdaniem 

wysoce   nieprawdopodobne.   Wzruszenie,   które   okazał   Paul   podczas   ich   pierwszej   rozmowy, 

kiedy nagle pojawiła się sprawa śmierci Marka Frasera, musiało być autentyczne, co do tego nie 

miała żadnych wątpliwości. Paul Hogg był naprawdę głęboko wstrząśnięty, A skoro tak, to nie 

mógł  być   tą  osobą,  która   zleciła   uciszenie  Marka,  czyli,  w  konsekwencji,  to  nie   on  bał  się 

zdemaskowania.

- Rozumiesz? - zwróciła się do Jamiego.

Jamie   rozumiał,   ale   uznał,   że   mądrzej   będzie   zachować   umysł   otwarty   na   wszelkie 

możliwości.

- Możemy się mylić - powiedział. - Mordercy miewają wyrzuty sumienia. Zdarza się, że 

opłakują swoje ofiary. Paul Hogg może być właśnie z tych.

- Ale nie jest - sprzeciwiła się Isabel. - Nie poznałeś go jeszcze. Nie, na pewno szukamy 

kogoś innego.

Jamie wzruszył ramionami.

- Możliwe, że tak. I równie możliwe, że nie. Przynajmniej postaraj się zachować otwarty 

umysł.

background image

Paul Hogg mieszkał na pierwszym piętrze georgiańskiej rezydencji na Great King Street, 

jednej z najpiękniejszych ulic Nowego Miasta. Okna apartamentu wychodziły na południe. Od tej 

strony, z najwyższych pięter, roztaczał się widok na ujście rzeki Forth oraz błękitny skrawek 

morza  za nadbrzeżami  Leith;  na samym  horyzoncie  majaczyły  wzgórza Fife. Mieszkania  na 

pierwszym piętrze, choć z okien widać tam było co najwyżej drugą stronę ulicy, uważano jednak 

za   szczególnie   atrakcyjne   z   innego   powodu.   Gdzieniegdzie   nazywano   je   apartamentami 

salonowymi, ponieważ na pierwszych piętrach dawnych kamienic urządzano niegdyś salony. Z 

tego powodu pomieszczenia były tam szczególnie wysokie, a przez okna, olbrzymie tafle szkła, 

rozciągające się od sufitu aż do podłogi, wlewało się światło słoneczne.

Isabel i Jamie weszli na klatkę schodową, szeroki ciąg kamiennych stopni. W powietrzu 

unosił się delikatny zapaszek kota. Stanęli wreszcie przed drzwiami opatrzonymi kwadratową 

mosiężną   tabliczką   z   nazwiskiem.   HOGG.   Isabel   zerknęła   na   Jamiego,   a   on   mrugnął   w 

odpowiedzi. Widać było, że dał się porwać przygodzie, a jego początkowy sceptycyzm ulotnił się 

bez śladu; to Isabel zaczęły teraz nękać wątpliwości.

Gdy zadzwonili, Paul Hogg szybko otworzył drzwi. Gdy weszli, wziął od nich płaszcze. 

Isabel przedstawiła mu Jamiego, Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

- Ja pana chyba już gdzieś widziałem - powiedział Paul Hogg. - Tylko nie wiem gdzie.

- A ja wiem - odparł Jamie. - W Edynburgu.

Zaśmiali się wszyscy. Paul poprosił ich dalej. Przeszli do salonu, okazałego, elegancko 

umeblowanego   pomieszczenia,   gdzie   główny   element   wystroju   stanowił   imponujących 

rozmiarów   biały   kominek,   na   którego   gzymsie   Isabel   dostrzegła   karty   z   zaproszeniami,   co 

najmniej cztery, ustawione rządkiem. Korzystając z okazji, że jeszcze nie usiedli, a Paul Hogg 

wyszedł przygotować drinki, podkradła się do kominka i szybko je przejrzała.

Pan Humphrey Holmes wraz z szanowną małżonką zapraszają we czwartek szesnastego  

bm. na przyjęcie  u nich  w domu,  widniało na pierwszym  zaproszeniu  (Isabel też tam była). 

Następnie:  George Maxtone ma przyjemność zaprosić panią Minty Auchterlonie na  przyjęcie, 

które odbędzie się w Lothian Gallery we wtorek osiemnastego maja. Początek o godz. 18.00. Na 

trzeciej karcie tekst głosił:  Minty: Peter i Jeremy zapraszają na drinki w ogrodzie (o ile aura  

dopisze,   na   co   się   nie   zanosi)   w   piątek   dwudziestego   pierwszego   maja   o  wpół   do   siódmej 

wieczorem. I ostatnie, Paul i Minty: zapraszamy serdecznie na nasze wesele, Prestonfield House, 

background image

sobota piętnastego maja.  Ceilidh* [Gaelickie słowo ceilidh (czyt. „keili”) oznacza nieformalne 

przyjęcie,   zabawę,   zazwyczaj   uatrakcyjnioną   tradycyjną   muzyką   i   tańcami   (przyp.   tłum.).] 

zaczyna się o dwudziestej. Angus i Tattl Strój: wieczorowy/barwy klanowe.

Isabel   uśmiechnęła   się   pomimo   karcących   spojrzeń   Jamiego,   który   piorunował   ją 

wzrokiem, jakby czytała prywatną korespondencję. Wreszcie stanął obok niej i rzucił przelotnie 

okiem na zaproszenia.

- Nie wolno czytać cudzych listów - szepnął. - To niegrzeczne.

- Phi! - syknęła Isabel. - Właśnie po to ktoś je tutaj postawił: żeby ludzie je czytali. 

Widywałam już na różnych kominkach zaproszenia, które miały trzy lata, rozumiesz? Trzy lata! 

Na garden party w Holyroodhouse, na przykład. Od lat nieaktualne, ale wciąż wystawiane na 

pokaz.

Odciągnęła   Jamiego   od   kominka   i   stanęli   przed   dużych   rozmiarów   akwarelą, 

przedstawiającą ogród pełen maków.

- To ona - powiedziała Isabel. - Elizabeth Blackadder. Maki. Ogród otoczony murem, na 

murze kot. Ale pomimo tematyki doskonała robota.

A  w   myślach   dodała:   ja   nie   mam   w  domu   maków   na   obrazie;   nikt   mnie   nigdy   nie 

przyłapał na włażeniu oknem do cudzego pokoju, wiszącą na parapecie.

I tak zastał ich Paul Hogg, który wrócił, niosąc dwie szklanki z drinkami.

- Proszę - powiedział wesołym głosem. - Oto właśnie cel i powód waszej wizyty.

- Świetny obraz - skinęła głową Isabel. - Znów te maki. Bardzo istotny motyw.

- Tak - zgodził się Paul. - Lubię maki. Zawsze bardzo żałowałem, że po zerwaniu opadają 

im płatki.

- Pomysłowy mechanizm obronny - zauważyła, zerkając na Jamiego. - Róże też powinny 

się tego nauczyć. Gołe kolos to za mało. Idealne piękno należy pozostawić nietknięte.

Jamie odwzajemnił spojrzenie i powiedział:

- Aha.

Potem umilkł. Paul Hogg spojrzał na niego, potem na Isabel. Isabel, której uwadze to nie 

umknęło, pomyślała: teraz próbuje zgadnąć, kim on jest dla mnie. Młodym kochasiem, tak mu się 

pewnie wydaje. Ale nawet gdyby tak było, to czemu tu się dziwić? W dzisiejszych czasach to 

przecież zwykła rzecz.

Paul Hogg wyszedł jeszcze na chwilę, po swój własny kieliszek, a Isabel uśmiechnęła się 

background image

do Jamiego, porozumiewawczym gestem unosząc palec do ust.

- Przecież jeszcze nic nie powiedziałem - zaprotestował Jamie. - Tylko jedno „aha”.

- To wcale nie jest mało - mruknęła Isabel. - Bardzo wymowna monosylaba.

Jamie pokręcił głową.

- I po co ja dałem się na to namówić? - szepnął. - Zachowujesz się, jakby ci odbiło.

- Dziękuję serdecznie - powiedziała cicho. - Ale oto już nadchodzi nasz gospodarz.

Paul Hogg wrócił i cała trójka zasalutowała sobie nawzajem kieliszkami.

- Kupiłem ten obraz na aukcji kilka lat temu - powiedział Paul. - Za pierwszą premię od 

firmy. Zrobiłem sobie prezent z tej okazji.

- Bardzo rozsądnie - przyznała Isabel. - Tyle się czyta o tym, jak świętują brokerzy albo 

inni finansiści,  o tych  koszmarnych  lunchach,  gdzie  samo  wino nabija rachunek  na dziesięć 

tysięcy funtów. Spodziewam się, że w Edynburgu nie ma takiego zwyczaju.

-   Bez   obaw   -   uspokoił   ją   Paul   Hogg.   -   Może   tak   się   robi   w   Nowym   Jorku   albo   w 

Londynie. Edynburg to nie miejsce na podobne rzeczy.

Isabel odwróciła się w stronę kominka. Wisiał nad nim olbrzymi obraz w pozłacanych 

ramach, który rozpoznała od pierwszego spojrzenia.

- Piękny Peploe - powiedziała. - Wręcz cudowny.

- Tak. - Paul Hogg kiwnął głową. - Bardzo ładny. To zachodnie wybrzeże wyspy Mull, 

jak mi się wydaje.

- A może Iona? - zasugerowała Isabel.

- Może - zgodził się obojętnym tonem. - Gdzieś w tamtych okolicach.

Isabel zbliżyła się o kilka kroków do obrazu, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

- A nie martwiły cię - zagadnęła - te afery z falsyfikatami kilka lat temu? Dałeś swoje 

zbiory do weryfikacji?

Paul Hogg wyglądał na szczerze zdziwionego.

- To pojawiły się jakieś podróbki?

- Podobno - potwierdziła Isabel. - Peploe, Cadell, kilku innych malarzy. Sprawa trafiła do 

sądu. Ludzie zaczęli się niepokoić. Znałam pewną osobę, która miała w rękach jeden taki obraz - 

prześliczny, tylko że namalowany mniej więcej tydzień wcześniej. Fałszerz, jak to często z nimi 

bywa, wykazał się naprawdę dużym talentem.

Paul Hogg wzruszył ramionami.

background image

- Zawsze chyba istnieje takie ryzyko.

Isabel spojrzała jeszcze raz na płótno.

- Kiedy Peploe to namalował? - zapytała.

Paul Hogg machnął ręką na znak, że nie posiada takich informacji.

- Nie mam pojęcia. Pewnie podczas swojego pobytu na Mull.

Isabel obserwowała go bacznie. Ta odpowiedź, choć dowodziła kompletnej niewiedzy, 

zdawała się potwierdzać podejrzenie, które zaczynało kiełkować w jej głowie. Paul Hogg słabo 

znał się na malarstwie, a co więcej, średnio go ono interesowało. Jak inaczej mógłby mieć w 

domu obraz pędzla samego Peploe - a Isabel była więcej niż pewna, że to autentyk - i nie znać 

podstawowych faktów na jego temat?

W   salonie   wisiało   jeszcze   co   najmniej   dziesięć   innych   obrazów.   Wszystkie   były 

interesujące, choć już nie tak dramatyczne, jak płótno Peploe. Był tu, na przykład, i krajobraz 

Gilliesa,   i   bardzo   elegancki   McTaggart,   a   w   przeciwległym   krańcu   pomieszczenia   wisiało 

malowidło   charakterystycznym   stylem   zdradzające   Bellamy’ego.   Ktokolwiek   zgromadził   tę 

kolekcję, był albo pierwszorzędnym znawcą szkockiego malarstwa, albo przypadkowo trafiła mu 

się idealnie dobrana minigaleria, w sam raz do celów reprezentacyjnych.

Isabel   przeszła   do   kolejnego   obrazu.   Paul   zaprosił   ją   na   obejrzenie   obrazu   Elizabeth 

Blackadder,   dopuszczalne   więc   było,   żeby   okazała   trochę   wścibskiego   zainteresowania   - 

przynajmniej jeśli chodziło o jego kolekcję.

- To jest Cowie, prawda? - zapytała.

Paul Hogg rzucił okiem.

- Chyba tak.

A to nie był Cowie, tylko Crosbie, pierwszy lepszy mógłby to stwierdzić. Ta kolekcja nie 

była własnością Paula Hogga, co oznaczało, że obrazy zgromadzone w salonie należały do Minty 

Auchterlonie, kobiety, którą należało uważać za jego narzeczoną i której nazwisko dwukrotnie 

pojawiło   się   osobno   na   zaproszeniach   wystawionych   na   kominku.   Co   znamienne,   oba   te 

zaproszenia pochodziły od właścicieli galerii sztuki. George Maxtone był dyrektorem Lothian 

Gallery i pierwszą osobą, u której  należało  szukać dzieł  najważniejszych  szkockich  malarzy 

dwudziestego wieku. Peter Thom i Jeremy Lambert prowadzili niewielką galerię w wiosce pod 

Edynburgiem,   często   jednak   realizowali   indywidualne   zamówienia   osób   zainteresowanych 

konkretnymi obrazami. Obaj mieli niesamowity zmysł do wyszukiwania właścicieli, którzy byli 

background image

skłonni sprzedać jakiś eksponat ze swojej kolekcji, ale tak, żeby to się nie rozeszło. Na obu 

przyjęciach   wymienionych   w   zaproszeniach   bawiło   się   prawdopodobnie   grono   złożone   z 

przyjaciół i klientów - bądź też osób będących jednocześnie i tym, i tym.

- Minty... - zaczęła Isabel, zamierzając zapytać Paula Hogga o jego narzeczoną, ale nie 

dokończyła, bo jej przerwał.

- Moja narzeczona - powiedział. - Spodziewam się jej w każdej chwili. Zasiedziała się 

dziś trochę w pracy, chociaż według jej standardów, to jeszcze wcale nie jest późno. Zdarza jej 

się wracać do domu o jedenastej albo o dwunastej.

- Aha - zastanowiła się Isabel. - Niech zgadnę. Twoja narzeczona jest... chirurgiem, tak, to 

musi być to. Chirurgiem albo... strażakiem?

Paul Hogg zaśmiał się.

- Daleko jej do tego. Więcej pożarów pewnie wywołuje, niż gasi.

- Cóż za cudowne słowa w ustach narzeczonego! - wykrzyknęła Isabel. - Jakże płomienny 

wyraz uczucia! Mam nadzieję, Jamie, że o własnej narzeczonej będziesz mówił tak samo.

Paul   Hogg   rzucił   okiem   na   Jamiego,   który   wykrzywił   się   do   Isabel,   ale   po   chwili 

przypomniał sobie, w jakiej roli jest tutaj, i wykrzywił się ponownie, tym razem w uśmiechu.

- Ba! - powiedział.

Isabel zwróciła się do Paula:

- Czym  zatem zajmuje się twoja narzeczona,  skoro musi siedzieć w pracy do późnej 

nocy?

Znała odpowiedź, zanim jeszcze skończyła zadawać pytanie.

- Doradztwem inwestycyjnym - odparł Paul Hogg.

W   jego   głosie   Isabel   pochwyciła   nutę   rezygnacji,   a   nawet   coś   jakby  westchnienie,   i 

domyśliła się, że na tym polu pomiędzy Paulem a jego narzeczoną dochodzi do zgrzytów. Minty 

Auchterlonie,   którą   niebawem   mieli   poznać,   to   nie   była   kobieta-bluszcz   ani   grzeczna, 

udomowiona   żoneczka,   ale   twarda,   ostro   grająca   zawodniczka.   Z   tej   dwójki   to   ona   robiła 

pieniądze   i   to   ona   kolekcjonowała   drogie   obrazy.   Co   więcej,   Isabel   była   przekonana,   że 

bynajmniej nie gromadzi ich z umiłowania sztuki; to była starannie zaplanowana inwestycja.

Wciąż   stali   obok   tamtego   obrazu   Cowiego   pędzla   Crosbiego,   przy   jednym   z   dwóch 

olbrzymich okien wychodzących  na ulice. Paul wyjrzał na zewnątrz i nagle lekko stuknął w 

szybę.

background image

- Jest - wskazał palcem. - Minty przyjechała. - W jego głosie brzmiała duma.

Isabel wraz z Jamiem wyjrzeli przez okno. Poniżej, dokładnie przed wejściem na klatkę 

schodową, parkował właśnie nieduży, szpanerski sportowy samochód. Lakier na karoserii był w 

odcieniu   angielskiej   zieleni,   takiej   jak   barwy   stajni   wyścigowych,   a   z   przodu   kłuła   oczy 

charakterystyczna   chromowana   kratownica.   Isabel,   która   o   samochodach   miała   takie   sobie 

pojęcie, nie rozpoznała marki, ale zdawało się jej, że to jakiś włoski wóz; może alfa romeo, może 

starszy model spidera? Spider, zdaniem Isabel, to był jedyny porządny samochód, który wyjechał 

z włoskiej fabryki.

Kilka minut później drzwi do salonu otworzyły się i weszła Minty. Isabel zauważyła, że 

na   jej   widok   Paul   Hogg   wyprężył   się   na   baczność,   jak   żołnierz   przed   oficerem.   Mimo   to 

uśmiechał się i widać było, jak bardzo się cieszy z jej przybycia. To zawsze widać, pomyślała 

Isabel; ludzie cali promienieją, gdy pojawi się ktoś, kogo szczerze lubią. To nieomylny znak.

Paul Hogg ruszył na powitanie narzeczonej, a Isabel, korzystając z okazji, przyjrzała się 

jej uważnie. Minty Auchterlonie była wysoka i nieco koścista. Dobiegała trzydziestki, czy może 

raczej dobiegła jej na tyle blisko, by zacząć dbać o staranny makijaż; miała go na twarzy sporo, 

ale został nałożony bardzo umiejętnie. Ubierała się również niezwykle starannie, w stroje drogie 

(to było  jasne już na pierwszy rzut oka) i doskonale dobrane. Musnęła symbolicznie ustami 

policzki Paula, a następnie skierowała się w stronę gości. Obojgu podała rękę, przy czym jej 

wzrok   ledwie   omiótł   Isabel   („Nic   ciekawego”,   tak   mnie   podsumowała,   pomyślała   Isabel)   i 

skoncentrował się na Jamiem („Interesujący...”, odczytała z kolei Isabel w tym spojrzeniu).

Isabel z miejsca poczuła do niej nieufność.

background image

16

- Ani słowem nie zapytałaś o Marka - zauważył z przejęciem Jamie, kiedy tylko zamknęły 

się za nimi drzwi klatki schodowej i stanęli na chodniku spowitym mrokiem wieczoru. - W ogóle 

nawet o nim nie wspomniałaś! To po co nam było tam iść?

Isabel wsunęła dłoń pod jego ramię i pociągnęła go delikatnie w stronę skrzyżowania z 

Dundas Street.

- Nie denerwuj się - powiedziała. - Jest dopiero ósma, możemy spokojnie iść na kolację. 

Dzisiaj   ja   stawiam.   Za   rogiem   jest   świetna   włoska   restauracja.   Chodźmy   tam,   pogadamy   i 

wszystko ci wyjaśnię.

- Ja po prostu nie rozumiem, o co tutaj chodzi - poskarżył się Jamie. - Przez cały czas 

rozmawialiśmy z Paulem Hoggiem i tą jego upiorną narzeczoną wyłącznie o sztuce. Trudno 

nawet powiedzieć, że rozmawialiśmy, bo mówiłaś tylko ty i ona, ta Minty. Paul siedział i gapił 

się w sufit. Widziałem, że się nudzi.

- Ona też była znudzona - odparła Isabel. - To z kolei ja zauważyłam.

Jamie umilkł. Isabel ścisnęła jego ramie.

- Nie przejmuj się - powiedziała. - Wyjaśnię ci wszystko przy kolacji. Teraz pozwól mi 

chwilę pomyśleć.

Przeszli jeszcze kawałek Dundas Street i skręcili w Queen Street, kierując się w stronę 

skrzyżowania z Thistle Street, gdzie miała znajdować się zachwalana przez Isabel restauracja. Na 

ulicach nie było wielkiego ruchu, a na samej Thistle Street nie zobaczyli ani jednego samochodu, 

więc wyszli prosto na jezdnię. Ich kroki odbijały się echem od ścian. Niebawem po prawej 

stronie ukazały się dyskretnie oświetlone drzwi włoskiej restauracji.

Lokal nie był duży, wszystkiego osiem stolików. Zastali tam tylko dwójkę gości. Isabel 

rozpoznała  znajomych   i  skinęła   im  głową.   Uśmiechnęli  się,  po  czym  wbili   wzrok  w obrus; 

ciekawość ciekawością, ale dyskrecja przede wszystkim.

- A więc? - zagadnął Jamie, kiedy tylko usiedli. - Słucham.

Isabel ułożyła serwetkę na kolanach i wzięła do ręki kartę dań.

- Część zasługi - powiedziała - możesz przypisać sam sobie.

- Jak to: sam sobie?

background image

- Tak to. Zanim tam poszliśmy, radziłeś mi być gotową, w razie gdyby się okazało, że 

osobą, której szukamy, jest sam Paul Hogg. Tak powiedziałeś, a ja zaczęłam się zastanawiać.

- I doszłaś do wniosku, że to on - domyślił się Jamie.

- Nie. - Isabel pokręciła głową przecząco. - Że to ona. Minty Auchterlonie.

- Zimna krowa - mruknął.

Isabel uśmiechnęła się.

- Pasuje to do niej. Ja może dobrałabym nieco inne słowa, ale w ogólnych zarysach masz 

rację.

- Gdy tylko weszła do pokoju, już wiedziałem, że jej nie lubię - oświadczył Jamie.

- A to dziwne, bo mnie się zdawało, że ona zapałała do ciebie sympatią. Właściwie nawet 

mogłabym przysiąc, że... jak to ująć? Że cię zauważyła.

Jamie stropił się z lekka, słysząc tę uwagę, i wbił oczy w menu, które kelner przed nim 

położył.

- Nie zorientowałem się... - zaczął.

- I nic dziwnego - powiedziała Isabel. - To mogła dostrzec tylko kobieta. Ale faktem jest, 

że wpadłeś jej w oko. Co zresztą nie miało wpływu na to, że po kilku minutach rozmowa z nami 

zaczęła ją nudzić.

- Sam już nie wiem - rzekł z westchnieniem Jamie. - To jest ten typ osoby, którego nie 

znoszę. Nie cierpię takich ludzi.

Isabel zamyśliła się.

- Ciekawe, dlaczego oboje poczuliśmy do niej taką antypatię.

Na określenie antypatii Isabel użyła starego szkockiego słowa „bizz”, które, jak wiele 

szkockich pojęć, nie dawało się jednoznacznie przełożyć. „Bizz” generalnie oznaczało uczucie 

niechęci, ale miało swoje subtelne odcienie. Osobą, która poczuła do kogoś „bizz”, wcale nie 

musiały kierować żadne racjonalne ani uzasadnione pobudki.

- Chodzi o  to, co ona sobą reprezentuje - podsunął Jamie.  - Wiesz, taką  mieszaninę 

ambicji, i bezwzględności, i materializmu, i...

- Tak - przerwała mu Isabel. - Mniej więcej o to. Może trudno to skonkretyzować, ale 

oboje dokładnie wiemy, na czym to polega. Zastanawia mnie też, że ona to miała, ale on - ani 

trochę. Zgodzisz się ze mną?

Jamie skinął głową.

background image

- Paul to sympatyczny facet. Nie zaprzyjaźniłbym się z nim na śmierć i życie, ale jako 

kumpel mógłby być.

- Otóż to - zgodziła się Isabel. - Cichy, spokojny, nie wadzi nikomu.

- I nie jest to bezwzględny typ, który bez mrugnięcia okiem usunąłby kogoś, kto zagroził, 

że go zdemaskuje.

Isabel potrząsnęła głową.

- Z całą pewnością nie.

- Tymczasem ona...

-   Lady   Makbet   -   oświadczyła   twardo   Isabel.   -   Tak   powinien   nazywać   się   syndrom 

zaburzeń morderczych. Może nawet jest taki, Skoro istnieje syndrom Otella...

- A co to takiego? - zapytał Jamie.

Isabel   wzięła   bułkę   i   przełamała   ją   nad   talerzykiem   na   pieczywo.   Rzecz   jasna,   nie 

przekroiłaby jej nożem, chociaż Jamie tak właśnie robił. W Niemczech, jak wiedziała, niegdyś w 

złym   tonie   było   krojenie   ziemniaków   nożem,   osobliwy   zakaz,   którego   nigdy   nie   potrafiła 

zrozumieć.   Zapytawszy   o   to   raz   swojego   znajomego   z   Niemiec,   otrzymała   odpowiedź   tak 

dziwaczną, że nie miała innego wyjścia, jak uznać ją za żart.

- Ten obyczaj pochodzi z dziewiętnastego wieku - wyjaśnił jej znajomy. - Mogło zacząć 

się od tego, że cesarz miał twarz jak kartofel i z tego powodu używanie noży do kartofli było 

jednoznaczne z obrazą majestatu.

Isabel skwitowała to śmiechem, ale potem, gdy zobaczyła portret cesarza, pomyślała, że 

w zasadzie to może być  prawda. Monarcha faktycznie miał twarz jak kartofel, podobnie jak 

Quintin Hogg, lord Hailsham, miał powierzchowność poniekąd wieprzowatą. Isabel wy- obraziła 

go sobie przy śniadaniu: lokaj kładzie mu bekon na talerz, jego lordowska mość bierze do ręki 

sztućce, mierzy wzrokiem przerośnięte tłuszczykiem plasterki i wzdycha żałośnie: „Nie mogę, 

nie dam rady...”.

-   Syndrom   Otella   oznacza   patologiczną   zazdrość   -   powiedziała   Isabel,   sięgając   po 

szklankę gazowanej wody mineralnej, którą troskliwy kelner dla niej napełnił. - To schorzenie 

zazwyczaj dotyka mężczyzn, którzy zaczynają wierzyć, że ich żona bądź aktualna partnerka jest 

niewierna.   Ogarnia   ich   obsesja   na   tym   punkcie   i   nic,   absolutnie   nic   nie   jest   w   stanie   ich 

przekonać, że jest inaczej. W konsekwencji może dojść nawet do aktów agresji.

Jamie,  zauważyła,  słuchał jej niezwykle  uważnie. On to odnosi do siebie, pomyślała. 

background image

Czyżby był  zazdrosny o Cat? No tak, to oczywiste. Przecież Cat faktycznie miała romans z 

innym mężczyzną - przynajmniej z punktu widzenia Jamiego.

- Nie martw się. - powiedziała pocieszająco. - Nie masz predyspozycji do patologicznej 

zazdrości.

- No pewnie, że nie - odparł, jak jej się wydało, zbyt skwapliwie. Po chwili dodał: - 

Można gdzieś o tym przeczytać? Skąd o tym wiesz?

- Mam taką książkę u siebie - odpowiedziała Isabel. - Nosi tytuł „Niezwykłe syndromy 

psychiczne”. Jest w niej kilka pięknych przypadków. Kult cargo, dla przykładu: ludzie grupowo 

wierzą w to, że ktoś zrzuci im dary prosto pod nogi. Jak mannę. Na morzach południowych są 

wyspy,   na   których   dochodziło   do   rzeczy   niezwykłych.   Krajowcy   wierzyli,   że   Amerykanie 

przylecą i zrzucą im z nieba skrzynki pełne jedzenia, wystarczy tylko trochę cierpliwości i na 

pewno się doczekają.

- A inne historie?

- Opisano taki syndrom, kiedy wydaje ci się, że kogoś gdzieś już widziałeś, że znasz 

ludzi, których pierwszy raz widzisz na oczy. To fenomen neurologiczny. Weź choćby tę parę, 

tam, przy tamtym stoliku. Jestem pewna, że ich znam, ale najprawdopodobniej się mylę. Może to 

te objawy. - Zaśmiała się.

- Paul Hogg też na to cierpi - zauważył Jamie, - Powiedział, że skądś mnie zna. Od razu, 

kiedy tylko weszliśmy.

- Mógł cię kiedyś widzieć. To bardzo możliwe. Ludzie cię zauważają.

- Co ty opowiadasz. Niby z jakiej racji?

Isabel   spojrzała   na   niego.   Jakie   to   urocze,   że   on   z   niczego   nie   zdaje   sobie   sprawy. 

Chociaż z drugiej strony, tak chyba jest najlepiej. To mogłoby go zepsuć. Zasznurowała więc 

usta i zamiast coś powiedzieć, uśmiechnęła się tylko. Cat naprawdę nie wie, co straciła!

- No, a co ma z tym wszystkim wspólnego Lady Makbet? - zapytał Jamie.

Isabel pochyliła się ku niemu,

- Morderczyni - wyszeptała. - Przebiegła, podstępna morderczyni.

Jamie nie odpowiedział ani słowa. Lekka, doprawiona szczyptą ironii rozmowa nagle się 

skończyła. Poczuł, jak ogarnia go zimno.

- Ona?

Twarz Isabel była jak z kamienia, a ton głosu poważny.

background image

- Dosyć szybko się zorientowałam, że obrazy w salonie nie należą do niego, lecz są jej 

własnością. Zaproszenia przysyłane z galerii były adresowane do niej. On nie ma bladego pojęcia 

o malarstwie. To ona wydaje fortunę na bohomazy.

- I co z tego? Jest przy forsie, to kupuje.

- Zgadza się. To jest kobieta przy forsie. Nie rozumiesz? Kiedy ktoś ma dużo pieniędzy i 

nie chce, żeby leżały odłogiem na koncie w banku, wtedy kolekcjonowanie obrazów to świetna 

inwestycja. Możesz płacić gotówką, wedle uznania, a przedmiot, który nabywasz, jest elegancki, 

cenny i bardzo poręczny. O ile kupujesz z głową. Właśnie tak jak ona.

- Ale ja dalej nie rozumiem, co to ma wspólnego z Markiem Fraserem. To Paul Hogg z 

nim pracował, a nie Minty.

- Minty Auchterlonie, ta zimna krowa, jak ją bardzo trafnie ochrzciłeś, pracuje w banku 

inwestycyjnym i doradza firmom, na co mają wydawać pieniądze. Paul Hogg wraca z pracy do 

domu, a ona pyta: „Co dziś porabiałeś w biurze, Paul?”. On wtedy odpowiada: to i tamto, mówi 

jej, co robił, bo ona przecież pracuje w tej samej branży. Niektóre z tych informacji są w sumie 

całkiem poufne, ale jak wiesz, łóżkowa gadka ma to do siebie, że musi być absolutnie szczera, 

inaczej robi się nudna jak flaki z olejem. No więc ona zbiera informacje, idzie i kupuje akcje, 

nawet osobiście, we własnym imieniu - choć raczej pewnie używa podstawionych osób - i oto 

nagle   stan   jej   konta   rośnie   o   niebagatelną   sumkę.   Zdobytą   dzięki   poufnym,   służbowym 

informacjom. Ona cały zysk lokuje w obrazach, bo to zostawia mniej śladów. Innym sposobem 

jest   cicha   umowa   z   handlarzem   dziełami   sztuki:   ona   dostarcza   mu   informacji,   on   zawiera 

transakcje. Nie ma żadnych śladów łączących go z nią. Płaci jej obrazami, potrącając zapewne 

swoją należność, ale obrazy nie są oficjalnie sprzedane, więc w jego rejestrach nie ma żadnych 

zapisów zysku, z którego można by ściągnąć podatek.

Jamie gapił się na nią z opadniętą szczęką.

- Wymyśliłaś to wszystko teraz, przy mnie? Po drodze do tej restauracji?

Isabel roześmiała się.

- To żadna filozofia. Kiedy już zorientowałam się, że to nie on, a potem na dodatek 

poznałam ją, wszystko ułożyło się samo. Rzecz jasna, to tylko hipoteza, ale wydaje mi się, że 

może się sprawdzić.

Jamie   być   może   nadążał   dotąd   za   tokiem   rozumowania   Isabel,   ale   dlaczego   Minty 

miałaby chcieć pozbyć się Marka - tego już nie potrafił rozgryźć. Isabel natychmiast wyjaśniła, 

background image

jak sprawa według niej wygląda. Minty to kobieta ambitna, zaś małżeństwo z Paulem Hoggiem, 

który   piął   się   ostro   w   firmie   McDowell’s,   idealnie   odpowiadało   jej   celom.   Paul   był 

sympatycznym, uległym człowiekiem - Minty zapewne zdawała sobie sprawę, że taki narzeczony 

to rzadki skarb. Mężczyźnie silniejszemu, dążącemu do dominacji, nie układałoby się z Minty; w 

takim związku istniałaby zbyt wielka rywalizacja. Paul Hogg zatem pasował do niej doskonale. 

Gdyby jednak wyszło na jaw, że przekazywał jej informacje, choćby nawet nieumyślnie, od razu 

poleciałby ze stanowiska. Niemniej to nie on zostałby oskarżony o handel informacją służbową, 

ale ona; gdyby udowodniono jej, że dopuściła się takiego przestępstwa, kosztowałoby ją to nie 

tylko   posadę   -   straciłaby   wszelką   możliwość   zatrudnienia   w   swojej   dotychczasowej   branży. 

Byłby to dla niej koniec wszystkiego. Jeżeli więc jedynym sposobem, aby tego uniknąć, była 

czyjaś nagła, tragiczna, śmierć - trudno. Niech tak będzie. Ludzie pokroju Minty Auchterlonie nie 

posiadają szczególnie wrażliwego sumienia. Nie myślą o tym, co się z nimi stanie po śmierci, o 

rozliczeniu za życie doczesne, a ludzi, którym brak takich hamulców, nic już nie powstrzyma od 

morderstwa - nic oprócz własnego, wewnętrznego rozeznania pomiędzy dobrem i złem. Zaś w 

przypadku   Minty   Auchterlonie,   zawyrokowała   Isabel,   na   pierwszy   rzut   oka   widać,   że   to 

rozeznanie szwankuje.

- Nasza przyjaciółka Minty - Isabel dotarta wreszcie do ostatecznego wniosku - cierpi na 

zaburzenie   osobowości.   Jest   ono   niedostrzegalne   dla   większości   ludzi,   niemniej   jednak 

ewidentne.

- I ma nim być ten twój syndrom Lady Makbet? - zapytał Jamie,

- On być może także - odparła Isabel - o ile w ogóle istnieje. Miałam teraz raczej na myśli 

coś   o   wiele   bardziej   pospolitego.   Psychopatię   bądź   też   socjopatię,   jak   wolisz.   Minty   jest 

socjopatką. Robi tylko to, co jej odpowiada, i nie cofnie się przed niczym.

- Łącznie z wypchnięciem człowieka z najwyższego balkonu w Usher Hall?

- Rozumie się - odrzekła. - Jak najbardziej.

Jamie zamyślił się na chwilę. Wywód Isabel brzmiał przekonująco; nie widział powodu, 

dla którego nie miałby przyznać jej racji. Chodziło mu teraz o coś innego, mianowicie, czy Isabel 

ma już może jakieś propozycje, co teraz? Na razie przedstawiła mu wyłącznie swoje domysły. 

Jeżeli zechcą posunąć sprawę choćby o krok dalej, potrzebne będą dowody. A dowodów nie 

mieli żadnych - tylko teorię tłumaczącą motywy hipotetycznego morderstwa.

- A więc co robimy? - zapytał.

background image

Isabel uśmiechnęła się.

- Nie mam zielonego pojęcia.

Jej niefrasobliwość zirytowała Jamiego tak, że nie zdołał tego ukryć.

- Jak możemy to teraz zostawić? Zaszliśmy już tak daleko. Nie można się wycofać w 

takim momencie.

- Nie powiedziałam, że mamy wszystko zostawić ani że trzeba się wycofać - powiedziała 

Isabel uspokajającym tonem. - I nie przejmuj się, że teraz, w tej chwili, nie mam pojęcia, co 

robić, bo właśnie w tym momencie potrzebna jest przerwa w działaniach.

Widząc, że kompletnie zbiła Jamiego z tropu, wyjaśniła:

- Wydaje mi się, że ona czegoś się domyśla. Że wie, po co dziś przyszliśmy.

- Zdradziła się czymś?

- Tak. Kiedy z nią rozmawiałam - ty w tym czasie gawędziłeś z Paulem - zagadnęła mnie, 

mówiąc,   że   słyszała   od   narzeczonego,   jakoby   interesowała   mnie   sprawa   Marka   Frasera. 

Dokładnie tak powiedziała: „interesuje panią sprawa Marka Frasera”. Czekała, aż coś odpowiem, 

ale ja skinęłam tylko głową. Niedługo później powróciła do tego tematu i spytała, czy dobrze go 

znałam. Znów wykręciłam się czymś od odpowiedzi i to ją wyraźnie zaniepokoiło. Zresztą nic 

dziwnego.

- Uważasz zatem, że ona wie o naszych podejrzeniach względem niej?

Isabel upiła łyk wina. Z kuchni dolatywał zapach czosnku i oliwy z oliwek.

-   Czujesz?   -   Pociągnęła   nosem.   -   Pyszności.   Czy   ona   się   domyśla,   że   o   wszystkim 

wiemy? Być może. Niezależnie jednak od tego, co ona myśli, jestem przekonana, że wcześniej 

czy później będziemy mieli z nią jeszcze do czynienia. Będzie chciała się dowiedzieć o naszych 

poczynaniach i planach. Sama do nas przyjdzie. Wystarczy dać jej na to kilka dni.

Jamie wyglądał na nieprzekonanego.

- A ci socjopaci - zaciekawił się nagle - co oni czują?

Isabel uśmiechnęła się.

- Obojętność - odparła. - Nic ich nie obchodzi. Przyjrzyj się kotu, który coś przeskrobał. 

Wszystko ma w nosie. Koty to też socjopaci. Taką mają naturę.

- Czy można je za to winić?

-   Nie   można   winić   kotów   za   to,   że   są   kotami   -   powiedziała   Isabel   -   ani   za   to,   że 

wyprawiają różne rzeczy, które wyprawiają koty. Ani za to, że polują na domowe ptaki, ani za to, 

background image

że bawią się swoją zdobyczą. Kot nie potrafi zachowywać się inaczej.

- A człowiek o podobnym charakterze potrafi zmienić swoje zachowanie? - zapytał Jamie.

- I tutaj powstaje problem - odpowiedziała Isabel. - Czy takich ludzi można winić za 

czyny, które popełnili? Literatura opisująca to zagadnienie jest niezwykle ciekawa. Chorzy mogą 

się bronić, argumentując, że ich zachowanie jest wynikiem zaburzenia psychicznego. Postępują 

tak, a nie inaczej, ponieważ taką, a nie inną, mają osobowość, ale oczywiście nigdy nie dano im 

możliwości wyboru własnej osobowości. Jak zatem mogą za coś odpowiadać, skoro nie mieli 

żadnego wyboru?

Jamie zerknął w stronę kuchni. Dostrzegł, jak mistrz kucharski zanurza palec w misce, po 

czym   oblizuje   go,   a   na   jego   twarzy   maluje   się   wyraz   zamyślenia,   Socjopata   szefujący   w 

restauracyjnej kuchni - koszmar nie z tej ziemi!

- Ten temat nadaje się akurat na spotkanie z twoimi przyjaciółmi - oznajmił. - Z tego 

Niedzielnego Klubu Filozoficznego, Moglibyście dyskutować nad moralną odpowiedzialnością 

ludzi o takim charakterze.

Isabel uśmiechnęła się z żalem.

- Gdyby tylko udało mi się zebrać klub na spotkaniu - powiedziała - to istotnie ten temat 

pasowałby jak ulał.

- Niedziela to nie jest najlepszy dzień na takie rzeczy - powiedział Jamie.

- Nie jest - zgodziła się Isabel. - To samo mówi Cat.

Urwała. Miała wyrzuty sumienia, kiedy zbyt często wspominała Cat w jego obecności, bo 

na dźwięk jej imienia Jamie zawsze reagował tęsknym, niemalże zagubionym spojrzeniem.

background image

17

Kilka dni wolnych od intrygi, pomyślała Isabel, właśnie tego mi teraz potrzeba. Powrócić 

do pracy nad „Przeglądem”, do porannych krzyżówek, rozwiązywanych w ciszy i spokoju, a od 

czasu do czasu przejść się spacerkiem do Bruntsfield i uciąć sobie banalną pogawędkę z Cat. 

Żeby   tylko   nie   musieć   konspirować   z   Jamiem   po   pubach   i   restauracjach,   knując   przeciwko 

intrygantkom z banków inwestycyjnych, hołdującym kosztownemu zamiłowaniu do dzieł sztuki.

Poprzedniej   nocy   Isabel   nie   spała   najlepiej.   Po   skończonym   posiłku   w   restauracji 

pożegnała się z Jamiem, a kiedy wróciła do domu, było już dobrze po jedenastej. Położyła się do 

łóżka i zgasiła światło. Blask księżyca rzucał na podłogę i ściany pokoju cień drzewa rosnącego 

tuż  za   oknem.  Isabel   leżała   z  otwartymi  oczami,   rozmyślając  intensywnie.  Obawiała   się,  że 

sprawa znalazła się w impasie. I choć kolejny ruch należał teraz do Minty Auchterlonie, to i tak 

należało podjąć kilka trudnych decyzji. No i cała ta historia z Cat i z Tobym... Isabel żałowała, że 

w ogóle przyszło jej do głowy chodzić za chłopakiem bratanicy; wiedza, którą w ten sposób 

zdobyła, nieznośnie ciążyła jej na sumieniu. Postanowiła na jakiś czas zawiesić sprawę na kołku, 

miała   jednak  świadomość,   że  jest  to  jedynie  tymczasowe   rozwiązanie   problemu,  do  którego 

trzeba będzie kiedyś powrócić. Nie potrafiła wyobrazić sobie, jak zareaguje na widok Toby’ego, 

kiedy spotka się z nim przy najbliższej okazji. Czy będzie umiała odnosić się do niego tak jak 

zawsze,   z   należytą   uprzejmością,   która   choć   nie   mogła   się   równać   ze   szczerą,   serdeczną 

sympatią, była przynajmniej na miejscu?

W końcu zasnęła, ale spała niespokojnie, skutkiem czego Grace rankiem zastała ją jeszcze 

w łóżku, zmorzoną twardym snem (od czasu do czasu Grace osobiście przynosiła Isabel poranną 

herbatę).

- Źle się spało? - zapytała z troską, stawiając filiżankę na stoliku obok łóżka.

Isabel usiadła w pościeli, przecierając oczy.

- Usnęłam chyba dopiero koło drugiej w nocy - oznajmiła.

- Coś cię gryzie? - Grace przyjrzała się jej uważnie.

- Tak - potwierdziła Isabel. - Mam kilka zmartwień i trochę wątpliwości. Takie tam różne 

sprawy.

- Wiem, jak to jest - pocieszyła ją Grace. - Mnie tez to dopada. Zaczynam się martwić o 

background image

cały ten świat, dokąd zdąża, jak to wszystko się skończy...

- Nie hukiem, ale skomleniem - mruknęła Isabel w zamyśleniu. - T.S. Eliot raz tak napisał 

i od tej pory wszyscy go cytują. A tak naprawdę to jest to w sumie dość głupie powiedzenie. 

Pożałował tego, jestem przekonana.

- To był jakiś półgłówek - oświadczyła Grace. - Twój przyjaciel pan Auden nigdy by 

czegoś takiego nie powiedział, prawda?

- O, na pewno nie. - Isabel obróciła się na łóżku, wykręcając ciało tak, żeby dosięgnąć 

filiżanki. - Chociaż za młodu zdarzało mu się czasem palnąć jakąś głupotę. - Łyk herbaty, jak 

zwykle, momentalnie rozjaśnił jej w głowie. - No, a kiedy już był stary, też parę niemądrych  

rzeczy  powiedział.   Ale   w  latach   pomiędzy   młodością   a   starością   zazwyczaj   miał   umysł   jak 

brzytwa.

- Jak brzydka? Jaka brzydka?

- Nie brzydka, tylko brzytwa. - Isabel opuściła nogi na podłogę, macając stopami dywanik 

przed łóżkiem w poszukiwaniu rannych  pantofli. - Jeśli napisał coś, co było  złe albo mogło 

zwieść ludzi na manowce, wracał do tego i jeśli tylko mógł, starał się poprawić. Kilka własnych 

wierszy potopił i wyrzucił ze swojej twórczości, tak jak na przykład „Pierwszy września 1939 

roku”.

Uchyliła zasłony. Był jasny wiosenny poranek, a słońce wyraźnie dawało już pierwsze 

zapowiedzi letnich upałów.

-  Oświadczył,   że   ten   wiersz   jest   nieuczciwy,   chociaż,   moim   zdaniem,   można   w   nim 

znaleźć kilka przepięknych wersów. A potem w „Podróży do Islandii” umieścił zdanie, które nie 

znaczy absolutnie nic, ale za to jak wspaniale brzmi! „Każdy port morze zwie po swojemu”. 

Cudowne, prawda? Cudowne, ale nic nie znaczy. Jak sądzisz, Grace?

- Absolutnie nic - zawyrokowała Grace. - Jak to możliwe, żeby porty nadawały morzu 

jakieś nazwy? Coś mi się to nie widzi.

Isabel znów potarła powieki.

- Grace, dzisiejszy dzień chcę spędzić możliwie bez zakłóceń. Pomożesz mi?

- Oczywiście.

- Bardzo cię proszę, odbieraj telefony i mów wszystkim, że jestem zajęta, pracuję. Zresztą 

to właśnie mam zamiar robić. Każdemu, kto zadzwoni, przekaż, że odezwę się jutro.

- Każdemu?

background image

- Z wyjątkiem Cat. I Jamiego. Z nimi porozmawiam, chociaż mam szczerą nadzieję, że 

nie zadzwonią akurat dzisiaj. Wszyscy inni będą musieli poczekać.

Grace pochwaliła ten plan. Lubiła czuć się panią domu, a polecenie odprawiania ludzi z 

kwitkiem było najmilszym, jakie Isabel mogła jej wydać.

- Pora już na to najwyższa - oznajmiła. - Dla każdego jesteś na zawołanie. To kompletna 

głupota. Należy ci się trochę czasu dla siebie.

Isabel uśmiechnęła się. Grace była jej największą sojuszniczką. Mogły się ze sobą nie 

zgadzać, mogły się sprzeczać, ale ostatecznie Isabel wiedziała, że Grace wszelkie jej sprawy ma 

głęboko   na   sercu.   Taka   wierność   była   rzadkością   w   dzisiejszych   czasach,   które   cechował 

powszechny egoizm i brak umiaru, staroświecką cnotą, wychwalaną pod niebiosa przez kolegów 

filozofów, której jednak żaden z nich nie potrafił sam kultywować. Zaś Grace, pomimo swojej 

tendencji do patrzenia z góry na niektórych ludzi, posiadała jeszcze wiele innych cnót. Wierzyła 

w   Boga,   który   odda   ostateczną   sprawiedliwość   tym,   którzy   cierpią   za   przyczyną 

niesprawiedliwości. Wierzyła w pracę i w to, że podstawa to nigdy się nie spóźniać ani nie brać 

dnia wolnego z powodu „tak zwanej choroby”. Wierzyła w to, że nikomu nie godzi się odmówić 

pomocy, kimkolwiek by był, w jakimkolwiek położeniu by się znajdował i bez względu na to, 

czym   ściągnął   sobie   na   głowę   ów   ciężki   los.   Grace   odznaczała   się   najprawdziwszą 

wielkodusznością, a jej czasami szorstka powierzchowność była tylko przykrywką.

- Jesteś cudowna. Grace - oświadczyła Isabel. - Co my byśmy bez ciebie zrobili?

Isabel   przepracowała   całe   przedpołudnie.   Poranną   pocztą   przyszła   nowa   paczka 

artykułów nadesłanych do „Przeglądu”. Pani redaktor naczelna szczegółowo wynotowała każdy 

esej w specjalnie do tego celu założonym zeszycie. Podejrzewała, że kilka z nich odpadnie już na 

pierwszym   etapie   selekcji,   lecz   jedna   z   prac,   zatytułowana   „Hazard:   analiza   etyczna”,   na 

pierwszy rzut oka wydawała się obiecująca. Jakież to problemy natury etycznej wiązały się z 

hazardem? Zdaniem Isabel, na tak postawioną tezę można było odpowiedzieć choćby prostym 

kontrargumentem utylitarystycznym: ktoś, kto dorobił się szóstki dzieci, a hazardziści często byli 

wielodzietni (ciekawe, czy to także wynika z ich zamiłowania do loterii, zastanowiła się Isabel), 

ma obowiązek tak zarządzać swoim majątkiem, aby niczego im nie brakowało, jednak jeżeli 

człowiek jest zamożny i nie ma nikogo na utrzymaniu, to czy można powiedzieć, że postępuje 

źle, stawiając w zakład, no, może nie ostatnią koszulę, ale na przykład jakąś zapasową? Isabel 

background image

zastanowiła się nad tym przez chwilę. Kantysta miałby gotowe jednoznaczne rozwiązanie takiego 

dylematu,   lecz   to   właśnie   był   problem   z   kaniowską   moralnością:   była   ona   do   końca 

przewidywalna i nie pozostawiała ani odrobiny miejsca na subtelności. Zupełnie jak sam Kant, 

pomyślała Isabel. Ciężki jest los filozofa - w sensie czysto zawodowym - kiedy się jest Niemcem. 

O wiele lepiej być Francuzem (nieodpowiedzialnym swawolnikiem) albo Grekiem (myślicielem 

z natury poważnym, lecz skłonnym również do lżejszej problematyki). Rzecz jasna, pomyślała 

Isabel,   jej   własne,   osobiste   dziedzictwo   kulturowe   również   było   jak   najbardziej   godne 

pozazdroszczenia: z jednej strony, zdroworozsądkowa szkocka filozofia, a z drugiej, amerykański 

pragmatyzm. Kombinacja doskonała. Nie należy oczywiście zapominać o latach spędzonych w 

Cambridge, gdzie Isabel wpajano Wittgensteina plus nieco filozofii języka - ale ani jedno, ani 

drugie jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło, jeśli tylko człowiek dopilnował, żeby wyrzucić to 

wszystko z pamięci, kiedy osiągnął dojrzałość. A ja jestem dojrzała, nie ma sensu zaprzeczać, 

pomyślała Isabel, wyglądając przez okno, z którego roztaczał się piękny widok na bujne krzewy, 

ozdobę jej ogrodu; na gałązkach magnolii pojawiły się już pierwsze białe kwiaty.

Na dziś do przeczytania wybrała sobie jeden z bardziej obiecujących artykułów. Gdyby 

okazał się wart zachodu, jeszcze tego popołudnia mogła go wysiać do recenzenta i tym samym 

zyskałaby poczucie satysfakcji, które tak bardzo było jej potrzebne. Jej uwagę przyciągnął tytuł 

eseju   (głównie   ze   względu   na   to,   że   genetyka,   która   stanowiła   podłoże   przedstawionego 

problemu, była obecnie niezwykle aktualnym tematem), jak również samo zagadnienie - już po 

raz   kolejny   była   to   kwestia   prawdomówności.   Poczuła   się   ze   wszech   stron   otoczona   przez 

problemy   związane   z   mówieniem   prawdy.   Kilka   dni   temu   czytała   artykuł   na   temat 

prawdomówności w relacjach seksualnych, ten, który dostarczył jej tyle rozrywki i zdążył już 

także uzyskać pozytywną ocenę jednego z recenzentów „Przeglądu”. Nie mogła też zapomnieć o 

sprawie Toby’ego; to zdarzenie postawiło dylemat prawdomówności dokładnie w centrum jej 

moralnej egzystencji. Isabel miała wrażenie, że cały świat stoi na fundamencie takich czy innych 

kłamstw i półprawd, a moralność istnieje po to, aby człowiek był zdolny wybrać pomiędzy nimi i 

usprawiedliwić przed samym sobą swój wybór; taka przynajmniej, zdawało się, była jedna z jej 

funkcji. Lecz choć na świecie faktycznie było wiele kłamstwa, nie miało ono dostatecznej siły, 

aby   w   jakikolwiek   sposób   przyćmić   czystą   potęgę   prawdy.   Jak   powiedział   Aleksander 

Sołżenicyn, odbierając Nagrodę Nobla: „Jedno słowo prawdy cały świat za sobą pociągnie”. Czy 

było  to jedynie  pobożne życzenie  człowieka,  który żył  w orwellowskim świecie kłamstwa z 

background image

urzędu, czy może uzasadniona wiara w to, że prawda to światło, które rozprasza mrok? Z całą 

pewnością to drugie; gdyby tak nie było, czysta beznadzieja życia stanowiłaby ciężar ponad siły 

każdego człowieka. Pod tym względem Camus miał rację: samobójstwo to jedyne prawdziwie 

poważne pytanie filozofii. Jeżeli prawda nie istnieje, nie istnieje też sens, zatem życie ludzkie to 

próżny, syzyfowy trud. A skoro tak, to po co się męczyć? W tym momencie myśl Isabel odbiegła 

w   bok,   tworząc   listę   przymiotników   wyrażających   przygnębienie   i   depresję.   Orwellowski, 

syzyfowy, kafkowski. Czy znalazłyby się jeszcze inne? Dla filozofa, czy też pisarza, był to wielki 

zaszczyt wejść własnym nazwiskiem do potocznego języka jako przymiotnik. Isabel natknęła się 

kiedyś   na   określenie   „hemingwayowski”,   które   miało   zapewne   oddawać   klimat   życia 

upływającego   na   łowieniu   ryb   i   oglądaniu   walk   byków,   dotąd   jednak   nie   spotkała   się   z 

przymiotnikiem   symbolizującym   świat   pełen   niepowodzeń   i   podupadłych   miejscowości,   w 

którym osadzał swoje dramaty moralne Graham Greene. Może „greenowy”? Nie, paskudnie to 

brzmi. Prędzej „greenowski”. Rzecz jasna, istniało słowo „Greenelandia”, termin ukuty przez 

krytyków, oznaczający świat wyobraźni Grahama G.

A  teraz   znów   przed   Isabel   leżał   problem   dotyczący   prawdomówności,   tym   razem   w 

postaci   artykułu   autorstwa   filozofa   z   Uniwersytetu   Państwowego   w   Singapurze,   niejakiego 

doktora Chao. Praca nosiła tytuł „Niepewność ojcostwa”, a jej podtytuł brzmiał: „Paternalizm a 

prawdomówność w genetyce”. Isabel przysunęła do okna ulubiony fotel, na którym najczęściej 

zasiadała do czytania nadesłanych artykułów. W trakcie przesuwania fotela rozległ się dzwonek 

telefonu w przedpokoju. Sygnał zabrzmiał trzykrotnie, a potem ucichł, kiedy Grace podniosła 

słuchawkę. Isabel czekała, nasłuchując, ale Grace nie zawołała, więc zagłębiła się w lekturze 

„Niepewności ojcostwa”.

Esej napisany był jasno i klarownie, a zaczynał się relacją z pewnego zdarzenia. Genetyka 

kliniczna,   jak   twierdził   doktor   Chao,   często   stawała   wobec   problemu   błędnego   ustalenia 

ojcostwa; w związku z tym nasuwało się bardzo trudne pytanie, w jaki sposób należy ujawniać 

owe błędy i czy w ogóle należy je ujawniać. Oto przypadek, pisał doktor Chao, kiedy doszło 

właśnie do takiego dylematu.

Państwo B. zostali  rodzicami.  U ich nowo narodzonego dziecka stwierdzono chorobę 

genetyczną. Maleństwo miało szansę na przeżycie, ale mimo to sprawa była na tyle poważna, 

żeby lekarze zaczęli się zastanawiać, czy pani B., będąc w kolejnej ciąży, powinna poddać się 

odpowiednim badaniom. Niektóre płody mogły być dotknięte tą chorobą, choć nie wszystkie. 

background image

Można to było stwierdzić jedynie w badaniach prenatalnych.

Dotąd wszystko w porządku, pomyślała Isabel. Rzecz jasna, problem badań prenatalnych 

był o wiele szerszy - obejmował na przykład arcyważne pytania, dotyczące eugeniki - lecz doktor 

Chao postanowił najwidoczniej nie poruszać żadnych innych kwestii, co było całkiem słuszne, 

pisał bowiem o prawdomówności i paternalizmie. Kontynuując: pani i pan B. mieli poddać się 

testowi   genetycznemu   w   celu   stwierdzenia,   czy   są   nosicielami   genu   odpowiedzialnego   za 

chorobę, na którą zapadło ich dziecko. Aby doszło do wystąpienia objawów tej choroby, oboje 

rodzice musieli posiadać gen, o którym była mowa. Kiedy jednak lekarz otrzymał wyniki testu, 

okazało się, że pani B. była nosicielką tego genu, ale pan B. - nie. Dziecko, które przyszło na 

świat   obciążone   chorobą   genetyczną...   spłodził   inny   mężczyzna.   Pani   B.   (B.   to   pewnie   od 

Bovary, pomyślała Isabel), nieopisana bliżej w eseju doktora Chao, miała kochanka.

Jednym wyjściem z sytuacji było porozmawiać z panią B, w cztery oczy i poinformować 

ją o wynikach testów, pozostawiając do jej własnego uznania, czy wyznać prawdę mężowi, czy 

nie. Na pierwszy rzut oka taka opcja wydawała się kusząca, ponieważ w ten sposób można było 

uniknąć odpowiedzialności za ewentualne rozbicie małżeństwa. Przeciwko takiemu rozwiązaniu 

przemawiał zaś argument,  że jeżeli pan B. o niczym  się nie dowie, przez całe życie  będzie 

myślał, że jest nosicielem genu, którego w istocie nie posiada. Czy miał on prawo do tego, aby 

wiedzę  tę  przekazał  mu  specjalista,  którego  łączyła  z  nim  zawodowa  relacja  lekarz-pacjent? 

Lekarz, naturalnie, ma względem pacjenta pewne obowiązki, ale gdzie są ich granice?

Isabel   dotarta   do   ostatniej   strony   eseju.   Zajmowała   ją   bibliografia,   sporządzona   jak 

najbardziej   prawidłowo,   brak   jednak   było   końcowych   wniosków.   Doktor   Chao   nie   potrafił 

znaleźć   odpowiedzi   na   pytanie,   które   sam   zadał.   Nie   można   było   odmówić   sensu   takiemu 

zakończeniu, jako że człowiek ma prawo zadawać pytania, na które sam nie potrafi bądź nie ma 

ochoty odpowiadać. Ale ogólnie rzecz biorąc, Isabel wolała jednak czytać prace autorów, którzy 

zajmowali konkretne stanowisko.

Przyszło jej do głowy, żeby zapytać Grace o zdanie w tej sprawie, W każdym razie była 

już pora na poranną kawę; można było skorzystać z tej wymówki, żeby zajrzeć do kuchni. Tam 

Isabel zastała Grace, wyjmującą naczynia ze zmywarki.

- Opowiem ci pewną historię, z gatunku niejednoznacznych - oznajmiła Isabel gosposi - a 

potem poproszę, żebyś powiedziała mi, co byś zrobiła w opisanej sytuacji. Nie będziesz musiała 

podawać motywów, wystarczy, że powiesz mi, jak byś postąpiła.

background image

I   przedstawiła   jej   historię   państwa   B.   Grace   słuchała,   nie   przerywając   opróżniania 

zmywarki,   ale   kiedy   opowieść   dobiegła   końca,   zostawiła   niewyjęte   talerze   w   środku   i 

wyprostowała się.

- Napisałabym list do pana B. - odrzekła zdecydowanym głosem - i ostrzegłabym go, 

żeby nie ufał swojej żonie.

- Rozumiem - powiedziała Isabel.

- Ale nie podpisałabym się własnym nazwiskiem - dodała Grace,

- List byłby anonimowy.

Isabel nie udało się ukryć zdziwienia.

- Anonim? Dlaczego?

-   Nie   wiem   -   odparła   Grace.   -   Powiedziałaś,   że   nie   muszę   się   tłumaczyć,   tylko 

powiedzieć, co bym zrobiła. Więc mówię.

Isabel zamilkła. Była przyzwyczajona do tego, że Grace wygłasza najdziwniejsze sądy, 

ale ta osobliwa chęć zachowania incognito wprawiła ją w osłupienie. Chciała wypytać Grace 

jeszcze trochę, gosposia jednak w tym momencie zmieniła temat.

- Dzwoniła Cat - poinformowała. - Nie chciała odrywać cię od pracy, ale powiedziała, że 

chętnie by wpadła na herbatę dziś po południu. Obiecałam, że damy jej znać.

- Świetnie - ucieszyła się Isabel. - Z przyjemnością się z nią spotkam,

Prawdomówność.  Paternalizm.  Nie   zbliżyła  się   do  rozwiązania  ani   na  jotę,  ale   nagle 

podjęła decyzję. Postanowiła zapytać Grace o zdanie.

- Jeszcze jedno, Grace - powiedziała. - Wyobraź sobie taką sytuację: odkryłaś, że Toby 

spotyka się z inną dziewczyną, a Cat o niczym nie wie. Co byś zrobiła?

Grace zmarszczyła brwi.

- Ciężka sprawa - mruknęła. - Cat chyba nic bym nie powiedziała.

Isabel odetchnęła w duchu. Przynajmniej w tej kwestii obie były zgodne.

- Ale wydaje mi się - ciągnęła dalej Grace - że wybrałabym się do Toby’ego i powiedziała 

mu tak; albo rozstanie się z Cat, albo pójdę do tamtej drugiej dziewczyny i o wszystkim jej 

powiem. W ten sposób pozbyłabym się go, i dobrze, bo nie chciałabym, żeby Cat wyszła za mąż 

za takiego typa. Tak właśnie bym zrobiła.

Isabel skinęła głową,

-   Rozumiem.   A   nie   nachodziłyby   cię   wątpliwości,   czy   aby   na   pewno   postępujesz 

background image

słusznie? Choćby przez chwilę?

- Ani przez moment - odrzekła Grace. - Nawet by mi to do głowy nie przyszło. - Po 

chwili dodała: - Ale tak nie jest, prawda?

Isabel   zawahała   się,   dostrzegając   kolejną   okazję   do   nieumyślnego,   odruchowego 

kłamstwa. I ta jedna chwila niezdecydowania wystarczyła.

- O mój Boże! - wykrzyknęła Grace. - Biedna Cat! Biedna dziewczyna! A wiesz, że ja 

nigdy nie przepadałam za tym chłopakiem? Nigdy. Wstyd mi to mówić, ale już trudno. Te jego 

truskawkowe  sztruksy,  kojarzysz,  te,  co je tak lubi?  Od razu wiedziałam,  co  z tego będzie. 

Widzisz? Od razu wiedziałam.

background image

18

Cat przyszła na herbatę o wpół do czwartej. W sklepie pozostał Eddie, żeby pilnować 

interesu. Do domu wpuściła ją Grace. Cat wydało się, że gosposia Isabel spojrzała na nią jakoś 

dziwnie;   z   drugiej   strony   jednak,   Grace,   jak   długo   ją   znała,   zawsze   była   dziwną   osobą. 

Praktycznie o wszystkim miała własne zdanie oraz osobistą teorię; człowiek nigdy nie wiedział, 

co się dzieje w jej głowie. Jak Isabel znosiła te ich kuchenne rozmowy - tego Cat nie mogła 

pojąć. Być może puszczała większą ich część mimo uszu.

Isabel   siedziała   w   ogrodowej   altanie,   zajęta   sczytywaniem   korekt   artykułów   do 

„Przeglądu”.   Altana   była   niewielkim   drewnianym   budyneczkiem   o   ośmiu   ścianach, 

pomalowanym   na   ciemnozielony   kolor,   wzniesionym   na   tyłach   ogrodu,   pod   wysokim 

kamiennym   murem.   Tutaj   ojciec   Isabel,   kiedy   choroba   postępowała,   spędzał   całe   dnie. 

Przypatrywał się trawnikowi, rozmyślał i czytał, chociaż ciężko mu już było przewracać kartki i 

zazwyczaj czekał, aż córka zrobi to za niego. Przez ładnych kilka lat po jego śmierci Isabel, 

dręczona wspomnieniami, nie mogła się zmusić, aby wejść do altany, ale stopniowo zaczęła tam 

chodzić z pracą, nawet w zimie; w rogu stał żelazny norweski piecyk na drewno, którym można 

było ogrzać pomieszczenie. Oprócz trzech oprawionych fotografii na tylnej ścianie nie wisiały 

tam żadne dekoracje. Na pierwszej z nich widać było ojca Isabel w mundurze Cameronians* 

[Cameronians - potoczna nazwa 9 batalionu 15 szkockiej dywizji piechoty, formacji wchodzącej 

w skład armii brytyjskiej podczas II wojny światowej (przyp. tłum.).], na Sycylii, w palących 

promieniach słońca, stojącego przed wiejską rezydencją, zajętą przez wojsko; tyle męstwa, tyle 

poświęcenia, tyle lat temu, a wszystko to za sprawę, która była absolutnie, jednoznacznie słuszna. 

Na drugiej matka Isabel - jej matka Amerykanka, kobieta anioł, czy też, jak raz w przejęzyczeniu 

nazwała ją Grace, „kobieta anion” - siedziała wraz z jej ojcem w weneckiej kawiarni. Na trzeciej 

- mała Isabel z rodzicami, chyba na pikniku; Isabel nie była pewna. Fotografie miały pozginane 

rogi i postrzępione brzegi; przydałaby im się renowacja, ale na razie nikt ich nie ruszał.

Dzień, jak na tę porę roku, był bardzo ciepły - prawdę mówiąc, raczej letni niż wiosenny - 

i Isabel, zasiadając w altanie, otworzyła podwójnie szklone drzwi na oścież. A teraz zobaczyła 

Cat, przecinającą trawnik. W ręku bratanicy Isabel dostrzegła niewielką torebkę z brązowego 

papieru, zawierającą zapewne jakiś drobiazg z delikatesów. Cat nigdy nie zjawiała się z pustymi 

background image

rękami, zawsze miała dla ciotki słoiczek oliwek albo pasztet z trufli - pierwszą lepszą rzecz, jaka 

nawinęła jej się pod rękę, kiedy sięgnęła na sklepową półkę.

- Czekoladowe myszki. Z Belgii - powiedziała Cat, kładąc paczuszkę na stole.

-   Kot*   [Cat   (ang.)   -   kot.]   przynosi   myszy   w   ofierze   -   zauważyła   Isabel,   odkładając 

korekty na bok. - Moja ciotka, czyli twoja cioteczna babka, miała kiedyś kota, który złapane 

myszy nosił jej do łóżka, troskliwe bydlątko.

Cat usiadła na wiklinowym krześle obok Isabel.

- Grace powiedziała, że odcięłaś się od świata - zagadnęła. - Podobno nikt oprócz mnie 

nie ma prawa naruszać twojego spokoju.

Grace popisała się taktem, pomyślała Isabel. Przypominanie raz po raz Cat o Jamiem w 

niczym nie mogło pomóc.

- Ostatnio moje życie dość mocno się skomplikowało - odpowiedziała. - Chciałam mieć 

dzień albo dwa spokoju, żeby trochę popracować i odmotać poplątane wątki. Wiesz, jak to jest, 

na pewno.

- Wiem - przyznała Cat. - Też mam takie dni, że tylko się gdzieś zaszyć  i uciec od 

wszystkiego i przed wszystkim.

- Grace przyniesie nam kawę. Pogawędzimy sobie - zaproponowała Isabel. - Dość już 

zrobiłam, jak na jeden dzień.

Cat uśmiechnęła się.

- To ja też na dziś skapituluję - postanowiła. - Eddie sam dopilnuje wszystkiego, a potem 

zamknie. Ja pójdę prosto do domu i przebiorę się, bo wieczorem... wychodzimy.

- O, to miło - powiedziała Isabel. - My. To znaczy ty i, oczywiście, Toby.

- Mamy dzisiaj takie małe święto. - Cat zerknęła z ukosa na ciotkę. - Idziemy na kolację, 

a potem do klubu.

Isabel wstrzymała oddech. Była zaskoczona, ale obawiała się czegoś takiego nie od dziś. 

A teraz ten moment nadszedł.

- Święto?

Cat skinęła głową. Nadal nie patrzyła na Isabel, tylko błądziła wzrokiem po trawniku. 

Kiedy się odezwała, jej ton był powściągliwy i ostrożny.

- Zaręczyliśmy się - oznajmiła. - Wczoraj wieczorem. W przyszłym tygodniu podpiszemy 

dokumenty.  Chciałam,  żebyś  dowiedziała  się  pierwsza.  - Urwała.  -  Toby pewnie  zdążył  już 

background image

powiedzieć rodzicom, ale oprócz nich nikt inny jeszcze nie wie. Tylko ty.

Isabel odwróciła się do bratanicy i wzięła ją za rękę.

- Świetnie, moja droga. Gratulacje.

Włożyła w tych kilka słów maksymalny wysiłek, jak śpiewak ze wszystkich sił próbujący 

sięgnąć wysokich rejestrów, ale pomimo wszelkich starań efekt był marny. Jej głos zabrzmiał 

bezbarwnie i oschle.

Cat spojrzała na nią.

- Mówisz to szczerze?

- Chcę, żebyś była szczęśliwa, nic więcej - powiedziała Isabel. - Jeżeli to cię uszczęśliwi, 

to oczywiście, że mówię szczerze.

Cat rozważała przez chwilę słowa ciotki.

- Gratulacje kobiety filozofa - skrzywiła się, - Nie możesz powiedzieć czegoś od serca? - I 

nie czekając na odpowiedź (choć Isabel i tak nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, i musiałaby 

toczyć ze sobą długą walkę, aby znaleźć odpowiednie słowa), wypaliła: - Nie lubisz Toby’ego, 

prawda? Nawet nie chcesz mu dać szansy - choćby przez wzgląd na mnie.

Isabel opuściła wzrok. Takie kłamstwo nie przeszłoby jej przez gardło.

- Jak dotąd, nie przekonałam się do niego, przyznaję. Ale obiecuję ci dołożyć wszelkich 

starań, choćby miało być ciężko.

- Choćby miało być ciężko?! - Cat złapała Isabel za słowo, jej podniesiony głos dźwięczał 

teraz oburzeniem. - A dlaczego ma ci być tak ciężko? Dlaczego musiałaś tak powiedzieć?

Emocje   wzięły   górę,   Isabel   czuła   to   wyraźnie.   Nie   potrafiła   się   opanować.   Wieść   o 

zaręczynach była najgorszą rzeczą, jaką mogła usłyszeć. Zapomniała, że postanowiła nie mówić 

Cat o tym, co widziała. Słowa same wymknęły jej się z ust.

- Wydaje mi się, że Toby cię zdradza - oświadczyła. - Widziałam go z kimś. Chciałaś 

wiedzieć dlaczego. Dlatego.

Umilkła, przerażona tym, co powiedziała. Nie chciała tego mówić, wiedziała, że źle robi, 

a   jednak   stało   się.   Zupełnie   jakby   to   nie   ona,   jakby   to   ktoś   inny   powiedział.   Natychmiast 

pożałowała swoich słów, myśląc: Tak właśnie krzywdzi się ludzi, mimochodem, nie zwracając 

nawet na to uwagi. Człowieka łatwo skrzywdzić, jeśli się to uprzednio starannie obmyśli; od 

niechcenia robi się to z największą łatwością. Czy to nie Hannah Arendt zwróciła na to uwagę? 

Zło jest do bólu banalne. Tylko dobro stać na heroizm.

background image

Cat nie odpowiedziała ani słowem. Po chwili strząsnęła z ramienia dłoń Isabel.

- Postawmy sprawę jasno - zażądała. - Chcesz mi powiedzieć, że widziałaś go z inną 

kobietą. Zgadza się?

Isabel skinęła głową. Nie mogła już niczego odwołać, więc nie miała wyboru - musiała 

być uczciwa do końca.

- Tak. Bardzo mi przykro. Nie chciałam ci o tym mówić, bo naprawdę nie uważam, 

żebym miała prawo wtrącać się w wasze osobiste sprawy. Ale faktem jest, że go widziałam. 

Widziałam,   jak   obejmuje   jakąś   dziewczynę.   Przyszedł   do   niej   z   wizytą.   Stali   na   progu   jej 

mieszkania, a ja... akurat przechodziłam. Widziałam wszystko.

- Gdzie to było? - zapytała Cat cichym głosem. - Gdzie dokładnie to wszystko widziałaś?

- Na Nelson Street - odpowiedziała Isabel.

Cat przez  chwilę siedziała  bez słowa, a potem zaczęła  się śmiać.  Opadło z niej całe 

napięcie.

- Na Nelson Street mieszka Fiona, jego siostra. Biedna Isabel! Wszystko poplątałaś. Toby 

często odwiedza swoją siostrę, i to chyba jasne, że daje jej buziaka na dzień dobry. Naprawdę 

bardzo się lubią. A cała ich rodzina to jedno w drugie same przylepy. Są bardzo wylewni.

Nie, pomyślała Isabel. To nie była bratersko-siostrzana serdeczność, a rodzina Toby’ego 

to nie są „same przylepy”. W każdym razie ja to słowo rozumiem inaczej.

- To nie była jego siostra - powiedziała. - To była jej współlokatorka.

- Lizzie?

- A skąd mam wiedzieć, jak ona ma na imię?

Cat prychnęła.

- Bzdura - oznajmiła twardo. - Robisz z igły widły. On ją cmoknął w policzek, a ty od 

razu...   I   nawet   nie   chcesz   przyznać   się   do   błędu.   Wszystko   byłoby   inaczej,   gdybyś   tylko 

zechciała. Ale ty nie chcesz. Aż tak bardzo go nienawidzisz.

Isabel podjęła rękawicę.

- To nieprawda. Nie masz prawa tak mówić.

Wiedziała jednak dobrze, że Cat ma do tego pełne prawo, ponieważ w tej samej chwili, 

kiedy zaprzeczała bratanicy, w jej głowie błysnął obraz schodzącej z gór lawiny. Poczuła palący 

wstyd.

Cat wstała.

background image

- Bardzo żałuję, że do tego doszło. Rozumiem, co chciałaś osiągnąć, mówiąc mi o tym, 

ale wiedz, że krzywdzisz Toby’ego, wygadując o nim takie rzeczy. Kocham go. Bierzemy ślub. I 

to by było tyle. - Wyszła z altany.

Isabel zerwała się z krzesła, rozrzucając korekty po podłodze.

- Cat, zaczekaj. Wiesz, że jesteś mi bardzo bliska. Przecież dobrze o tym wiesz. Zaczekaj, 

proszę... - Umilkła. Cat ruszyła biegiem w stronę domu. W kuchennych drzwiach stała Grace z 

tacą w ręce. Odstąpiła na bok, żeby przepuścić Cat. Taca wypadła jej z rąk i runęła na ziemię.

Ten dzień był  już stracony.  Po odejściu Cat Isabel przegadała godzinę albo więcej z 

Grace, omawiając zaistniałą sytuację. Gosposia na wszelkie sposoby starała się ją pocieszyć.

- Przez jakiś czas pewnie będzie tak jak teraz - powiedziała. - W tym momencie Cat nie 

chce nawet przyjąć do wiadomości, że tak mogło się stać. Ale w końcu zacznie o tym myśleć i 

zastanawiać się, czy przypadkiem, tylko przypadkiem, to nie może być  prawda. A kiedy już 

dopuści taką możliwość, spadną jej łuski z oczu.

Dla Isabel ta perspektywa i tak była niewesoła, ale musiała przyznać, że w tym, co mówi 

Grace, faktycznie coś jest.

- Z tym, że póki co będzie na mnie obrażona.

- Raczej tak - zgodziła się Grace rzeczowym tonem. - Być może jednak powinnaś wysłać 

do niej list z przeprosinami. A nuż to coś pomoże. Złość na ciebie przejdzie jej i tak w swoim 

czasie, ale zawsze lepiej zostawić otwarte drzwi.

Isabel posłuchała sugestii Grace i napisała krótki list do bratanicy. Przeprosiła w nim za 

to, że sprawiła jej przykrość, dodając, iż ma nadzieję, że Cat będzie umiała jej wybaczyć. Jednak 

kiedy pisała „Wybacz mi, proszę”, przypomniały się jej nagle własne słowa sprzed kilku tygodni, 

kiedy to w rozmowie z Cat zauważyła, że istnieje coś takiego jak przedwczesne przebaczenie. 

Powiedziała   to   dlatego,   że   zewsząd   słyszało   się   bezsensowną   gadaninę   o   konieczności 

przebaczania. Mówili o tym ludzie, którzy nie umieli pojąć (albo też po prostu nigdy w życiu nie 

mieli okazji przeczytać) tego, co profesor Strawson napisał w „Wolności i urazie” o tym, jak 

ważne są zachowania reaktywne. (Isabel nagle przyplątała się myśl, że nazwisko Peter Strawson 

można zapisać jako anagram i wyjdzie z tego  seter na wprost; odpędziła tę myśl, bo była ona 

krzywdząca zarówno dla człowieka, jak i dla jego nazwiska.) Ludziom potrzebne jest uczucie 

urazy,  dowodził profesor, z tego powodu, że to właśnie pretensje innych  wobec nas i nasze 

background image

wobec innych pozwalają określić, co jest złe. Pobawieni tych wzorców reakcji, ryzykujemy utratę 

zdolności odróżniania  dobra od zła, ponieważ może  dojść do tego, że będzie nam wszystko 

jedno. Zatem nie należy przebaczać przedwcześnie - i dlatego zapewne papież Jan Paweł II 

czekał tyle lat, zanim odwiedził w więziennej celi zamachowca, który do niego strzelił. Ciekawe, 

pomyślała Isabel, co papież powiedział swojemu napastnikowi. „Przebaczam ci”? A może coś 

zupełnie   innego,   ani   trochę   wielkodusznego?   Uśmiechnęła   się   na   myśl   o   takiej   możliwości; 

papież to w końcu też człowiek, myśli i zachowuje się jak człowiek, co oznacza, że od czasu do 

czasu  musi   spoglądać  w  lustro  i   zadawać   sobie   pytanie:  czy  to  naprawdę   ja,  w  tym  trochę 

śmiesznym   wdzianku?   Czy   naprawdę   chcę   teraz   wyjść   na   balkon,   żeby   pomachać   ludziom, 

którzy przynieśli tutaj te flagi i proporce, i swoje nadzieje, i swoje łzy?

Teoria   sklecona   w   restauracji,   po   wypiciu   kilku   kieliszków   włoskiego   wina   w 

towarzystwie atrakcyjnego młodego mężczyzny, to jedno; zaś hipoteza, która obroni się przed 

krytyką - to już zupełnie coś innego. Isabel jasno zdawała sobie sprawę, że w sprawie Minty 

Auchterlonie   dysponuje   tylko   i   wyłącznie   domysłami.   Nawet   jeżeli   w   firmie   McDowell’s 

faktycznie doszło do nadużyć i nawet jeśli Mark Fraser przypadkowo odkrył, co się święci - nie 

musiało to od razu oznaczać, że Paul Hogg był zamieszany. Teoria Isabel wyjaśniająca, jaki 

udział Paul mógł mieć w tej sprawie, była prawdopodobna - i nic poza tym. Firma McDowell’s 

jest przecież olbrzymia. Z jakiej racji odkrycie Marka miało się odnosić akurat do Paula Hogga?

Isabel była świadoma tego, że jeśli jej hipoteza ma zyskać jakieś solidniejsze podstawy, 

jeśli   w   ogóle   ma   stać   się   choć   mgliście   wiarygodna,   należy   zdobyć   informacje   na   temat 

McDowell’s,   a   to   nie   będzie   łatwe.   Isabel   musiała   nawiązać   kontakty   z   ludźmi   ze   świata 

finansjery, choć niekoniecznie z pracownikami McDowell’s. Gdziekolwiek by byli zatrudnieni, 

na   pewno   będą   coś   wiedzieć.   Edynburskie   środowisko   finansowe   pod   wieloma   względami 

przypominało wioskę, podobnie jak edynburska palestra; musiały krążyć jakieś plotki. Lecz dla 

Isabel plotki to było za mało. Musiała się dowiedzieć, w jaki sposób można wyśledzić kogoś, kto 

dopuścił   się   nielegalnego   obrotu   poufnymi   informacjami.   Czy   w   tym   celu   nadzoruje   się 

transakcje na rynku akcji? Ależ, na litość, jak można dojść, kto kupił co i kiedy, skoro każdego 

roku na giełdach odbywają się miliony transakcji, a winowajca, rzecz jasna, będzie się starał 

zatrzeć ślady, używając podstawionych  kupców i zagranicznych agentów. Oskarżeń o handel 

informacją służbową było bardzo niewiele, a wyroków skazujących jeszcze mniej - i na pewno 

background image

nie bez powodu. Rzecz była nie do udowodnienia. A skoro tak, to wyśledzenie transakcji, które 

Minty   przeprowadziła   z   wykorzystaniem   informacji   uzyskanych   od   swojego   narzeczonego, 

stawało się niemożliwością. Minty musiała pozostać bezkarna, chyba że - a było to olbrzymie 

„chyba że” - komuś z wewnątrz firmy, komuś takiemu jak Mark Fraser, udałoby się wykazać 

związek   transakcji   przeprowadzonych   przez   Minty   z   informacjami   służbowymi,   w   których 

posiadaniu   był   Paul   Hogg.   Ale   Mark   umarł.   A   to   oznaczało,   że   Isabel   czekało   spotkanie   z 

Peterem   Stevensonem,   finansistą,   utajonym   filantropem   i   dyrektorem   Orkiestry   Prawdziwie 

Straszliwej.

background image

19

West Grange House to potężny kwadratowy dom, zbudowany u schyłku osiemnastego 

stulecia. Jest pomalowany na biało i otacza go rozległy teren prywatny.  Stoi w The Grange, 

zamożnej  okolicy  na   przedmieściach   Edynburga.  The   Grange  przylega  do  Morningside  i   do 

Bruntsfield; od domu Isabel dzieli ją krótki spacer, od delikatesów Cat - jeszcze krótszy. Peter 

Stevenson pragnął mieć West Grange House, od kiedy tylko sięgał pamięcią; gdy posiadłość 

niespodziewanie pojawiła się na rynku nieruchomości, rzucił się na nią jak wilk na zdobycz.

Peter   zrobił   błyskotliwą   karierę   bankierską   w   banku   kupieckim,   a   kiedy   dobiegł 

trzydziestego piątego roku życia, postanowił się uniezależnić, przebranżowił się i założył własną 

firmę doradczą, zajmującą się przygotowywaniem programów naprawczych. Kto miał problemy 

finansowe, mógł zadzwonić do niego z prośbą o pomoc w ratowaniu firmy, zapraszały go też 

rady   nadzorcze,   rozrywane   wewnętrznymi   konfliktami,   aby   podjął   się   mediacji   pomiędzy 

skłóconymi członkami zarządu. A Peter, zawsze cichy i spokojny, wnosił spokój do burzliwego 

życia ludzi biznesu, nakłaniając swoich klientów, aby usiedli i punkt po punkcie przeanalizowali 

swoje sprawy.

-  Każdy  problem   ma  swoje  rozwiązanie   -  brzmiała   jego  odpowiedź,   kiedy  Isabel   po 

przyjściu zagadnęła go o pracę. Usiedli w saloniku. - Każdy. Trzeba tylko dotrzeć do źródła 

problemu i tam zacząć działać. Wystarczy spisać sobie listę kroków i kierować się zdrowym 

rozsądkiem.

- To drugie często ludziom nie wychodzi - zauważyła Isabel.

Peter uśmiechnął się.

- Nad tym można pracować. Większości ludzi udaje się wpoić rozsądek, nawet jeśli z 

początku im na nim zbywa.

- Ale są też wyjątki - twierdziła Isabel z uporem. - Jednostki z natury nierozsądne. A 

takich nie brakuje, ani po tej, ani po tamtej stronie Styksu. Idi Amin, Poi Pot, proszę - dwa 

pierwsze nazwiska z brzegu.

Peter zastanowił się przez chwilę nad wyrażeniem, którego użyła. Styks? Kto jeszcze w 

dzisiejszych czasach odnosi się do mitów? Niewielu było ludzi, którzy na dźwięk nazwy „Styks” 

nie zrobiliby wielkich oczu. To była cała Isabel - ogrodniczka pielęgnująca rzadkie, zagrożone 

background image

wymarciem słowa. Brawo dla tej pani.

- Jednostki nieodwracalnie nierozsądne z reguły nigdy nie prowadzą własnego biznesu - 

odpowiedział - chociaż zdarza się, że próbują stawać na czele narodów. Polityk to zupełnie inna 

kategoria niż biznesmen czy członek rady nadzorczej. Polityka zawsze przyciąga niewłaściwe 

osoby.

Isabel zgodziła się z nim.

- Masz całkowitą rację. Tam jest pełno ludzi cierpiących na przerost ego. Właśnie to każe 

im robić karierę w polityce. Chcą rządzić innymi ludźmi. Pociąga ich władza i cała jej otoczka, 

splendor. Niewielu polityków chce zmieniać świat na lepsze. Zdarzają się takie przypadki, ale nie 

są one częste.

Peter zamyślił się i po chwili odparł:

- Czasem pojawia się ktoś taki jak Gandhi albo Mandela. Albo jak prezydent Carter.

- Prezydent Carter?

Peter skinął głową.

- To był dobry człowiek. Za miękki do polityki, o wiele zbyt łagodny. Moim zdaniem, 

trafił do Białego Domu przez własną pomyłkę. W dodatku uczciwy do przesady. Coraz to dawał 

się ponieść żenującej szczerości i przyznawał się do pokus, które spotyka na każdym kroku... 

Prasa miała używanie! Tymczasem każdy z tych ludzi, którzy karcili go za te wypowiedzi, na 

jego miejscu czułby dokładnie to samo. Wszyscy jesteśmy ludźmi.

- Ja o fantazjach wiem wszystko - oznajmiła Isabel. - Rozumiem, co on czuł... - Urwała, 

bo Peter zerknął na nią z lekkim zdziwieniem. Szybko dodała: - Nie o takich fantazjach mówię. 

Nachodziły mnie obrazy lawin...

- No, cóż. Chacun a son reve*. [Chacun a son reve (fr.) - każdemu wolno marzyć.]

Isabel  wyjrzała  przez  okno,  z  którego   roztaczał   się  widok  na  ogród,  większy  niż  jej 

własny i mniej zarośnięty. Być może gdyby ścięła u siebie któreś z drzew, jej ogród zyskałby na 

przestrzeni, ale Isabel za nic w świecie by tego nie zrobiła; jej drzewa miały przeżyć swoją panią. 

Szczególnie patrząc na dęby, człowiek uświadamiał sobie z przeraźliwą jasnością, że drzewa 

będą stać tam, gdzie stoją, jeszcze długo po jego śmierci.

Isabel zerknęła na Petera. Ten człowiek ma w sobie coś z dębu, pomyślała. Rzecz jasna, 

nie chodziło o wygląd - bo z wyglądu, jeśli już o tym mowa, przypominał bardziej wistarię - ale o 

to, że był to człowiek niewzruszony, godny zaufania. Ponadto odznaczał się dyskrecją. Można 

background image

było z nim rozmawiać bez obawy, że wszystko się rozejdzie. Pytając go o McDowell’s, Isabel 

miała zatem pewność, że nikt się nie dowie o jej nagłym zainteresowaniu tą firmą.

Peter zastanowił się przez chwilę nad jej pytaniem.

- Znam tam kilkoro ludzi - odrzekł. - Z tego co wiem, są lojalni firmie. - Zawiesił głos. - 

Ale wiem też o kimś, kto z kolei mógłby opowiedzieć ci o nich. Wydaje mi się, że niedawno 

stamtąd odszedł, w dość niemiłych okolicznościach. Może będzie chciał mówić.

Isabel nie namyślała się długo. To było właśnie to, na co liczyła; Peter znał wszystkich i 

mógł podać kontakt do dowolnej osoby.

- Wspaniale - ucieszyła się i dodała: - Dziękuję.

- Niemniej jednak doradzam ostrożność - ciągnął dalej Peter. - Po pierwsze, nie znam 

człowieka osobiście, więc nie mogę za niego ręczyć. A po drugie, nie wolno zapominać, że on 

może żywić do nich jakąś urazę. Nigdy nic nie wiadomo. Ale jeśli chcesz go poznać, to przyjdź 

na koncert naszej orkiestry. On czasami wpada, bo jego siostra gra u nas. Dopilnuję, żebyś miała 

okazję z nim porozmawiać na przyjęciu po występie.

Isabel roześmiała się szczerze.

- Jego siostra gra z wami? W Orkiestrze Prawdziwie Straszliwej?

- Zgadza się - przytaknął Peter. - Dziwne, że do tej pory jeszcze nas nie słyszałaś. Jestem 

pewien, że kiedyś już zapraszałem cię na koncert.

- Zapraszałeś - odrzekła Isabel - ale nie było mnie wtedy w Edynburgu. Żałuję, że go 

przegapiłam. Z pewnością daliście...

- ...straszliwy koncert - dokończył za nią Peter. - Jako orkiestra jesteśmy do niczego, ale 

mamy z grania wielką frajdę. A ludzie przeważnie i tak przychodzą się pośmiać, więc możemy 

sobie fałszować do woli.

- Dopóki tylko dajecie z siebie wszystko?

- Otóż to. Choć nasze wszystko, obawiam się, to niezbyt wiele. No, ale cóż.

Isabel wyjrzała przez okno. To ciekawe, że są ludzie, którym jedne rzeczy wychodzą 

wyśmienicie, ale kiedy biorą się do czegoś innego, za nic nie potrafią tego opanować. Peter jako 

finansista zrobił świetną karierę, klarnecistą zaś był miernym.  Bez wątpienia sukces osładzał 

smak porażki - tylko czy aby na pewno? A może człowiek przyzwyczaja się do tego, że to, co 

robi,   robi   porządnie,   i   potem   frustruje   go   wszystko,   co   wychodzi   mu   gorzej?   Lecz   Isabel 

wiedziała, że Peter nie jest taką osobą; jemu wystarczyło, że, jak zwykł mówić, „radzi sobie na 

background image

klarnecie”.

Isabel słuchała z zamkniętymi oczami. Muzyka rozbrzmiewająca w audytorium Żeńskiej 

Szkoły   św.   Jerzego,   placówki,   która   z   niebiańską   cierpliwością   gościła   w   swoich   progach 

Orkiestrę   Prawdziwie   Straszliwą,   była   jaskrawym   dowodem   na   to,   że   zespól   porwał   się   na 

kompozycję daleko przekraczającą jego umiejętności. Henry Purcell nigdy nie skomponował nic 

podobnego i zapewne nie zgadłby, że to jego własne dzieło. W uszach Isabel utwór brzmiał 

znajomo   -   przynajmniej   niektóre   jego   fragmenty   -   ale   wydawało   jej   się,   że   każda   sekcja 

instrumentów gra co innego, w dodatku w innym rytmie. Szczególnie nierówno grały smyczki, 

które   oprócz   tego   brzmiały   o   kilka   tonów   za   nisko;   z   kolei   puzony,   zamiast   grać   na   sześć 

ósmych, tak jak reszta orkiestry, ciągnęły równo na cztery. Isabel otworzyła oczy i spojrzała na 

puzonistów, którzy marszcząc brwi, wpatrywali się zatroskanym wzrokiem w swoje nuty; gdyby 

patrzyli na dyrygenta, mieliby szansę zgrać się w prawidłowym rytmie, ale najwidoczniej nie 

mogli   robić   dwóch   rzeczy   naraz   -   albo   czytamy   nuty,   albo   patrzymy   na   dyrygenta.   Isabel 

zerknęła na swojego sąsiada. Wymienili uśmiechy. Publiczność bawiła się doskonale, co zresztą 

było regułą na koncertach Orkiestry Prawdziwie Straszliwej.

Utwór Purcella  doślizgał  się wreszcie do końca. Słychać było niemalże, jak orkiestra 

jedną piersią wydała westchnienie ulgi; wielu jej członków opuściło instrumenty, biorąc głęboki 

oddech   jak   biegacze   po   wyścigu.   Na   widowni   rozległy   się   stłumione   chichoty   i   szelest 

kartkowanych programów. Następny miał być Mozart, a po nim, ciekawa rzecz, beatlesowska 

„Żółta łódź podwodna”. I nie będzie żadnego Stockhausena, zauważyła Isabel z ulgą, lecz po 

chwili ogarnął ją smutek, bo na myśl o Stockhausenie przypomniał jej się tamten wieczór w 

Usher   Hall,   wieczór,   który   był   powodem,   dla   którego   przyszła   posłuchać,   jak   Orkiestra 

Prawdziwie Straszliwa na oczach speszonej, lecz wiernej publiczności w pocie czoła brnie przez 

kolejne punkty swojego repertuaru.

Koniec koncertu został nagrodzony gromkimi, entuzjastycznymi  brawami, a dyrygent, 

wystrojony w szamerowaną złotem kamizelkę, kłaniał się kilka razy. Następnie słuchacze wraz z 

zespołem   udali   się   do   kuluarów,   gdzie   czekał   poczęstunek   złożony   z   wina   i   kanapek;   tak 

orkiestra odwdzięczała się tym, którzy zechcieli przyjść na jej koncert.

- Przynajmniej tyle możemy dla państwa zrobić - wyjaśnił dyrygent w krótkiej mowie, 

którą wygłosił po koncercie. - Doprawdy, dali państwo popis tolerancji.

background image

Isabel znała kilka osób z orkiestry,  jak również wielu spośród słuchaczy.  W krótkim 

czasie dookoła jednego z talerzy, pełnego kanapek z wędzonym łososiem, zebrał się wianuszek 

znajomych.

- A już myślałem, że robią postępy - rzucił ktoś - ale po dzisiejszym nie byłbym tego taki 

pewien. Ten Mozart...

- Ach, to był ten Mozart?

- To jest kuracja - oznajmił ktoś inny. - Patrzcie, jakie mają zadowolone miny. Gdyby nie 

te występy, żadne z nich nie miałoby szans zagrać z orkiestrą. To terapia grupowa, mówię wam. 

Genialna sprawa.

- Mogłabyś z nami grać - zagadnął Isabel wysoki oboista. - Bo ty grasz na flecie, mam 

rację? Mogłabyś do nas dołączyć.

- Mogłabym - zgodziła się Isabel - Pomyślę nad tym.

W tej chwili jednak myślała tylko o Johnnym Sandersonie, bo to właśnie jego domyślała 

się w mężczyźnie, który akurat zmierzał w jej stronę, prowadzony przez Petera Stevensona.

- Chciałem, żebyście się poznali - oświadczył Peter, przedstawiając ich sobie. - Wiesz, 

Johnny,  może  uda nam się namówić  Isabel do współpracy.  Nie jesteśmy,  co prawda, na jej 

poziomie, ale przydałaby się nam jeszcze jedna flecistka.

- Wszystko by się wam przydało - odparł Johnny. - A na początek kilka lekcji muzyki.

Isabel roześmiała się.

- Wcale nie poszło im aż tak źle. „Żółta łódź podwodna” była całkiem niezła.

- To ich  numer  popisowy - mruknął  Johnny,  sięgając  po kromkę  razowego  chleba  z 

wędzonym łososiem.

Przez kilka minut rozmowa toczyła się wokół orkiestry, po czym Isabel zmieniła temat. 

Podobno Johnny pracował w McDowell’s - jak mu się podobało w tej firmie? Całkiem, całkiem; 

ale kiedy już przyznał się do tego, zerknął na Isabel z ukosa, robiąc specjalnie podejrzliwą minę.

- To dlatego chciałaś mnie poznać? - zapytał i zawiesił na chwilę głos. - Czy może raczej: 

Peter chciał, żebyśmy się poznali?

Isabel wytrzymała jego wzrok. Nie ma co udawać i kręcić, pomyślała. Johnny Sanderson, 

zauważyła to od razu, byt człowiekiem przenikliwym.

- Tak - odrzekła po prostu. - Chcę dowiedzieć się kilku rzeczy o tej firmie.

Johnny skinął głową.

background image

- Niewiele  o nich można  powiedzieć  - podsumował  krótko. - Najzwyklejsza,  typowa 

struktura.   Ludzie   są   tam   przeważnie   mało   ciekawi.   Z   jednym   czy   drugim   mieliśmy   jakieś 

towarzyskie   kontakty,   ale   w   sumie   ich   towarzystwo   było   nieco...   nużące.   Wybacz   mi   ten 

arogancki   ton,   ale   oni   tacy   są,   naprawdę.   W   głowie   mają   liczby   i   tylko   liczby.   Kółko 

matematyczne.

- A Paul Hogg?

Johnny wzruszył ramionami.

- Może być. Porządny facet. Jak na mój gust, za bardzo się wszystkim przejmuje, ale zna 

się na swojej robocie. Kiedyś pracowali tam wyłącznie tacy. Teraz firma zatrudniła kilka osób 

nieco odbiegających od schematu. Paul to stara szkoła edynburskiej finansjery. Robi swoje i 

niczym się nie wyróżnia.

Wziął talerz wędzonego łososia, który podała mu Isabel i poczęstował się jeszcze jedną 

kanapką. Isabel upiła łyczek  wina ze swojego kieliszka,  zauważając, że trunek jest znacznie 

lepszy niż ten, którego można zwykle skosztować na tego typu imprezach. Peter, pomyślała. To 

jego sprawka.

W wypowiedzi Johnny’ego zaciekawiła ją jedna rzecz. Skoro w McDowell’s do niedawna 

zatrudniano wyłącznie takich pracowników jak Paul Hogg, ludzi, którzy robią swoje i niczym się 

nie wyróżniają - jak wyraził się jej rozmówca - to jakie w takim razie były nowe twarze w 

firmie?

- Mówisz, że McDowell’s się zmienia? - zapytała.

-   Jasne   -   odparł   Johnny.   -   Cały   świat   się   zmienia.   Wszystko.   Banki,   finanse, 

nieruchomości, brokerzy - każdy. Teraz trzeba być twardym. Rezerwy przygotowane do ostrej 

gry. Wszędzie jest tak samo, nie mam racji?

-  Zapewne   -  odparła  Isabel.   Oczywiście,   Johnny miał  rację   w stu  procentach:   to,  co 

niegdyś wydawało się moralnym pewnikiem, powoli odchodziło w przeszłość, wypierane przez 

bezwzględne zasady, nakazujące za wszelką cenę bronić własnej korzyści.

Johnny przełknął ostatni kęs razowca z łososiem i oblizał czubek palca.

- Paul Hogg... - zamyślił się. - Paul Hogg. Hm. Szczerze mówiąc, zawsze mi wyglądał 

trochę na maminsynka. Aż do momentu, kiedy zaręczył się z tym Terminatorem w spódnicy, z tą 

Minty   jak   jej   tam...?   Auchtermuchty*   [Auchtermuchty   -   wieś   w   okolicy   miasta   Fife,   na 

północnym   brzegu   ujścia   rzeki   Forth   (przyp.   tłum.).]?   Auchendinny*   [Auchendinny   - 

background image

miejscowość na południe od Edynburga (przyp. tłum.).]?

- Auchterlonie - podpowiedziała Isabel.

- To nie jest twoja krewna, mam nadzieję? - zapytał Johnny. - Nie chciałbym nadepnąć ci 

na odcisk.

Isabel uśmiechnęła się.

- Mam o niej podobne zdanie jak ty. Co najwyżej mogłabym wyrazić je w nieco bardziej 

powściągliwych słowach.

- Cóż, widzę, że się rozumiemy. Babka jest twarda jak diament. Pracuje w tym banku na 

North Charlotte Street, Ecosse Bank, tak się nazywa ta firma. Jeśli mam być szczery, to ta cała 

Minty jest normalnie puszczalska. Prowadza się z paroma młodziakami, którzy pracują w tym 

samym   biurze   co   Paul.   Przyuważyłem   ich   kiedyś,   a   akurat   wiedziałem,   że   Paul   wyjechał   z 

miasta. Widziałem ją też raz w Londynie, w barze w City. Myślała pewnie, że nie może się tam 

zaplątać nikt z Edynburga. A ja akurat byłem i wszystko widziałem. Wisiała na takim jednym 

facecie z Aberdeen, co w McDowell’s robi za wschodzącą gwiazdę. Wcisnął się do zarządu, bo 

dobrze liczy, a jak ryzykuje, to zawsze jest z tego zysk. Ian Cameron, tak się nazywa. Gra w 

rugby w jakiejś drużynie. Z wyglądu mięśniak, ale mózg też ma na miejscu.

- Wisiała na nim?

Johnny pokazał jak.

- Tak to wyglądało. Mowa ciała, dialekt nieplatoniczny.

- Ale przecież jest zaręczona z Paulem Hoggiem.

- No właśnie.

- A Paul wie o tym?

Johnny potrząsnął głową.

- Paul jest niewinny jak dziecko. Kłopot w tym, że trafił na kobietę jak dla niego chyba 

raczej nieco zbyt ambitną. Zdarza się.

Isabel upiła jeszcze łyczek wina.

- Ale co ona widzi w Paulu? Dlaczego zawraca sobie nim głowę?

- Paul to jej klucz do poważania - oznajmił twardo Johnny. - Wymarzona przepustka do 

świata   edynburskiej   finansjery.   Jego   ojciec   był   partnerem   założycielem   Scottish   Montreal   i 

Fundacji Gullane. Gdybyś była, że tak powiem, nikim i chciała stać się kimś - nie znajdziesz 

nikogo lepszego niż biedny Paul. Idealny kandydat. Ma w ręku wszystkie koneksje, które trzeba 

background image

mieć. Dostaje zaproszenia na te drętwe przyjęcia w Fettes College. Służbowe miejsca w Festival 

Theatre, z zaproszeniem na kolację po przedstawieniu. Idealny kandydat!

- Drabina do własnej kariery?

- Nie inaczej. Minty to taka kobieta, którą interesują pieniądze i, moim zdaniem, nic poza 

tym.   Przepraszam,   muszę   się   poprawić.   Są   jeszcze   mężczyźni   -   właśnie   pakerzy   typu   Ian 

Cameron.

Isabel   nie   odpowiedziała   nic.   Wyglądało   na   to,   że   niewierność   przestała   być   czymś 

niecodziennym;   odkrywszy   postępek   Toby’ego,   była   zdziwiona,   to   fakt,   ale   teraz,   kiedy 

dowiedziała   się   o   Minty   Auchterlonie,   pomyślała,   że   być   może   tego   właśnie   należało   się 

spodziewać. Może to właśnie stałość w związkach jest nienaturalna, jak nie od dziś sugerują 

socjobiolodzy. Teoria była taka, że mężczyźni mają potrzebę obcowania z jak największą liczbą 

partnerek, aby zapewnić przetrwanie swojego materiału genetycznego. Ale co z kobietami? Być 

może   jest   tak,   że   podświadomie   przyciągają   je   mężczyźni,   którzy   -   również   podświadomie 

chwytają się każdej szansy na przekazanie swoich genów. W takim razie Minty i Ian byli dwójką 

doskonale dobranych partnerów.

Isabel poczuła mętlik w głowie, lecz mimo to udało jej się zadać kolejne pytanie w taki 

sposób, aby zabrzmiało absolutnie niewinnie:

- I pewnie Ian z Minty w łóżku gawędzą sobie o pieniądzach, transakcjach i innych tam 

takich? Nie sądzisz, że to możliwe?

- Nie sądzę - zgrzytnął Johnny - bo to się nazywa nadużycie informacji służbowej i jest 

karalne. Sam z wielką przyjemnością udowodniłbym im takie postępowanie i osobiście przybił 

ich za uszy do drzwi New Club.

Isabel wyobraziła sobie powyższą scenę. Obrazek był niezły, prawie tak samo dobry jak 

Toby pod tą jego lawiną. Odpędziła jednak te myśli i oznajmiła Johnny’emu:

- Uważam, że do tego właśnie doszło.

Johnny skamieniał z kieliszkiem w połowie drogi do ust, gapiąc się na Isabel szeroko 

otwartymi oczyma,

- Mówisz poważnie?

Skinęła głową.

- Nie mogę ci zdradzić konkretnych powodów, które każą mi tak sądzić, ale zapewniam, 

że   to   nie   jest   głupi   wymysł.   Czy   możesz   pomóc   mi   to   udowodnić?   Wyśledzić   transakcje? 

background image

Potrafiłbyś to zrobić?

Johnny odstawił kieliszek.

-   Potrafiłbym.   A   w   każdym   razie   mógłbym   spróbować.   Nieuczciwości   w   kręgach 

finansjery należy natychmiast przeciwdziałać, bo to zabija rynek, podkopuje wszystkich razem i 

każdego z osobna, i to nie na żarty. Tacy ludzie są jak zaraza.

- Świetnie - powiedziała Isabel. - Bardzo się cieszę.

- Ale ostrzegam, cokolwiek robisz, rób to po cichu -  upomniał ją Johnny. - Jeżeli się 

pomyliłaś,   napytamy   sobie   niezłej   biedy.   W   takich   sprawach   niepotwierdzone,   oszczercze 

zarzuty są niedopuszczalne. Natychmiast nas zaskarżą, a ja wyjdę na durnia. Rozumiesz?

Isabel rozumiała.

background image

20

Wieczorem   tego   dnia,   kiedy   Isabel,   na   dobre   wieści,   które   przyniosła   jej   bratanica, 

zareagowała   wypowiedzianymi   na   głos   najgorszymi   obawami,   Cat   i   Toby   wybrali   się   do 

restauracji wcześniej, niż planowali, ponieważ o późniejszej godzinie nie można już było dostać 

stolika. W mieście odbywał się właśnie zjazd Francusko-Brytyjskiego Zrzeszenia Prawników, 

organizowany przez Szkocką Izbę Adwokacką, i wielu uczestników zarezerwowało sobie tutaj 

stoliki na kolację. Było to świetne miejsce do dyskusji na temat jurysprudencji Trybunału Stanu - 

choć, oczywiście, inne tematy również były dozwolone.

Cat wybiegła od Isabel cała we łzach. Grace próbowała ją zagadnąć, kiedy weszła do 

kuchni, ale Cat nie była w stanie jej słuchać. W tym momencie jedyną emocją, którą czuła, był 

dziki gniew. Isabel nie mogła wyraźniej dać jej do zrozumienia, co sądzi o Tobym. Od samego 

początku trzymała go na dystans. Cat widziała doskonale, że ciotka patrzy na jej mężczyznę z 

takim obrzydzeniem, że doprawdy nie zdziwiłaby się, gdyby sam Toby coś zauważył. Nigdy 

jednak nie mówił, że daje się to odczuć. Cat rozumiała, rzecz jasna, że między nim a Isabel 

istnieją różnice poglądów, ale z całą pewnością nie było powodu, żeby traktować go z góry, i to 

aż tak. Nie był intelektualistą na miarę Isabel, ale co z tego? I bez tego z łatwością potrafiliby 

znaleźć wspólny język; Toby to nie żaden niedouk, Cat osobiście przekonywała o tym ciotkę, i to 

niejeden raz.

Mimo to Isabel wciąż traktowała mężczyznę bratanicy z dystansem, na każdym kroku 

porównując go z Jamiem - stronniczo, trzeba powiedzieć, bo Jamie zawsze wygrywał w tym 

zestawieniu.   To   irytowało   Cat   najbardziej.   Nie   można   porównywać   czyichś   związków.   Cat 

dobrze   wiedziała,   czego   oczekuje   od   swojego   partnera:   trochę   rozrywki   plus   szczyptę 

namiętności.   Toby  zaspokajał  tę   drugą  potrzebę.  Pragnął   jej,  niecierpliwie   i  zachłannie,  i   to 

właśnie ją podniecało. Jamie taki nie był. Zawsze za dużo mówił i starał się jej we wszystkim 

dogodzić. A jego własne uczucia, potrzeby? Gdzie one były? Czyżby nie liczył się, z nimi ani 

trochę? Być może Isabel nie potrafiła tego zrozumieć, lecz w sumie trudno się ciotce dziwić. Jej 

własne małżeństwo, absolutna katastrofa, legło w gruzach już bardzo dawno temu, a od tego 

czasu, o ile Cat było wiadomo, nie zdarzył się ani jeden kochanek. Nie, Isabel w żadnym razie 

nie mogła jej zrozumieć - a już żadną miarą nie powinna wygłaszać komentarzy na temat czegoś, 

background image

o czym miała doprawdy blade pojęcie.

Zanim Cat dotarła do swoich delikatesów, pierwszy gniew zdążył już opaść. Przyszło jej 

nawet do głowy, że może warto byłoby wrócić do domu ciotki i spróbować jakoś się pogodzić, 

ale przypomniała sobie, że umówiła się z Tobym na szóstą, więc niedługo będzie musiała iść do 

siebie. W sklepie panował umiarkowany ruch, a Eddie, jak się wydawało, radził sobie wcale 

dobrze. Od kilku dni jej pomocnik wydawał się jakby nieco weselszy; Cat wiele sobie po tym 

obiecywała, ale mimo to nie chciała polegać na nim za bardzo. Czuła, że tutaj potrzeba więcej 

czasu, który być może będzie się mierzyć w latach.

Porozmawiała chwilę z Eddiem, a potem wróciła do domu. Głowę wciąż miała zajętą 

rozpamiętywaniem   rozmowy   z   Isabel,   ale   teraz   postanowiła   stanowczo,   że   zmusi   się,   aby 

przestać o tym myśleć. Dziś miało być wspólne zaręczynowe święto jej i Toby’ego; Cat nie 

chciała, żeby coś zepsuło jej ten dzień jeszcze bardziej. A Isabel po prostu nie miała racji.

Punktualnie   o   umówionej   godzinie   Cat   usłyszała,   jak   Toby  tupocze   na   schodach;   na 

powitanie wręczył jej olbrzymi bukiet goździków, w drugiej zaś ręce trzymał butelkę szampana, 

zawiniętą w bibułkę, ale jeszcze chłodną. Poszli do kuchni, gdzie Cat znalazła odpowiedni wazon 

na kwiaty, a Toby zajął się otwieraniem wina. Kiedy biegł po schodach, szampan wytrząsł się 

mocno, więc teraz korek wystrzelił z głośnym  hukiem, a piana spłynęła  kaskadą po ściance 

butelki. Toby skomentował to żartem, który przyprawił Cat o rumieniec.

Toast wypili w kuchni, jeszcze zanim przeszli do salonu, a potem, kiedy już lada chwila 

miała przyjechać zamówiona taksówka, wymknęli się do sypialni i padli sobie w objęcia. Toby 

twierdził, że uwielbia zapach sypialni Cat. Zmiął jej sukienkę, aż z trudem się opanowała. Nigdy 

przedtem nie czułam tak mocno, pomyślała; nigdy przedtem.

Przy   kolacji   rozmawiali   o   przyziemnych   sprawach:   jakie   ogłoszenie   zamieszczą   w 

„Scotsmanie” i o tym, jak zareagowali rodzice Toby’ego na radosną nowinę.

-   Pan   starszy   jakby   odetchnął   z   ulgą   -   opowiadał   Toby.   -   Rzucił   coś   w   rodzaju: 

„Najwyższy czas, do diabla”, czy jakoś tak. Ale potem, kiedy go poinformowałem, że w związku 

z tym będę potrzebował podwyżki, radość od razu mu przeszła.

- A twoja mama? - zapytała Cat.

- Mama zaczęła się rozwodzić nad tym, jaka to z ciebie przemiła dziewczyna - odrzekł 

Toby. - I też chyba jej ulżyło. Coś mi się wydaje, że ona cały czas miała stracha, że zwiążę się z 

jakąś szmatą. Nie wiem tylko czemu, nigdy nie dawałem jej powodów do takich obaw.

background image

- Jasne, że nie - przytaknęła Cat żartobliwym tonem.

Toby uśmiechnął się do niej.

-   Cieszę   się,   że   się   zgodziłaś   -   powiedział,   biorąc   ją   za   rękę.   -   Byłbym   bardzo 

nieszczęśliwy, gdybyś mi odmówiła.

- I co byś wtedy zrobił? - zapytała. - Znalazłbyś sobie inną?

Niespodziewane pytanie zawisło na chwilę pomiędzy nimi. Cat wcale nie zamierzała go 

zadawać, ale teraz, kiedy już padło, nagle poczuła, że dłoń Toby’ego drgnęła nieznacznie, jakby 

przez   ciało   przebiegł   lekki   wstrząs   elektryczny;   takie   małe   spięcie.   Spojrzała   na   niego   i 

zauważyła,  że przez jego twarz przesuwa się cień, na chwilę albo dwie tłumiąc blask oczu. 

Zmiana była ledwo uchwytna, ale Cat ją dostrzegła.

Spłoszona,   wypuściła   z   rąk   jego   dłoń   i   zaczęła   zgarniać   palcem   okruszki   chleba, 

rozsypane dookoła talerza,

- Dlaczego miałbym to zrobić? - zapytał Toby. - Ja? Nigdy w życiu.

Cat poczuła, jak jej serce zaczyna walić opętańczym rytmem. Ostrzeżenie Isabel, do tej 

pory wypierane i odpychane, teraz wróciło z całą mocą.

- Pewnie, że nie - rzuciła beztroskim tonem. - Pewnie, że nie. - Ale w tej chwili przed jej 

oczyma stanął Toby i ta druga, współlokatorka Fiony. Toby stał nago przy oknie, wyglądając na 

ulicę; często tak robił po wyjściu z łóżka. A ona, ta druga, przyglądała mu się... Cat zamknęła 

oczy, aby odpędzić tę upiorną wizję, lecz obraz nie znikał.

- No i co teraz? - zapytała nagle.

- Jak to: co teraz?

Spróbowała przywołać na twarz uśmiech.

- Co teraz z naszym wieczorem? Wracamy do  domu? A może wpadniemy do kogoś? 

Chętnie bym się z kimś zobaczyła.

- O ile zastaniemy kogoś w domu - zauważył Toby. - Mam! Może by tak skoczyć do 

Richarda i Emmy? Oni zawsze są u siebie. Kupimy butelkę szampana i oznajmimy im radosną 

nowinę.

Cat   zastanowiła   się   szybko.   Nieufność,   jak   ogromny,   błyskawicznie   rosnący   ciężar, 

ciągnęła ją coraz głębiej, coraz dalej.

- Nie, Do Leith jest kawał drogi. Nie chce mi się tam jechać. A co powiesz na wizytę u 

Fiony? Było nie było, to twoja siostra. Ma prawo świętować razem z nami. Chodźmy do niej, na 

background image

Nelson Street.

Obserwując go bacznie, dostrzegła, jak już otwiera usta, jakby chciał jej przerwać w pół 

słowa; powstrzymał się jednak i pozwolił jej dokończyć.

- To nie ma sensu - zawyrokował wreszcie. - Zobaczymy się z Fioną jutro u rodziców. Po 

co jechać do niej teraz?

- Nie - oznajmiła Cat - musimy iść do Fiony. Musimy i już. Bardzo chcę tam pójść.

Toby   nie   sprzeciwiał   się   dłużej,   ale   dało   się   zauważyć,   że   ogarnął   go   niepokój.   W 

taksówce nie odezwał się ani słowem i cały czas wyglądał przez okno. Zjechali w dół ulicy The 

Mound, a potem pojazd wspiął się na wzniesienie, po którym biegła George Street. Toby wciąż 

milczał; odezwał się tylko raz, kiedy poprosił taksówkarza, żeby zatrzymał się przy otwartym do 

późna sklepie z winami. Wysiadł bez słowa, kupił butelkę szampana i wrócił do taksówki. Rzucił 

jakąś uwagę na temat sprzedawcy w sklepie, a potem dodał coś zupełnie bez związku o wizycie u 

jego rodziców, którą mieli odbyć następnego dnia. Cat skinęła głową, ale nie dotarło do niej ani 

jedno słowo z tego, co mówił.

Taksówka   zatrzymała   się   na   Nelson   Street,   przed   wejściem   do   mieszkania   siostry 

Toby’ego.   Cat   wysiadła   i   czekała   na   stopniach   wiodących   do   drzwi,   aż   Toby   zapłaci 

taksówkarzowi.   W   oknie   paliło   się   światło;   Fiona   była   w   domu.   Cat   zadzwoniła   do   drzwi, 

zerkając na Toby’ego: stał, mnąc w palcach papier, w który zawinięto mu w sklepie butelkę 

szampana.

- Podrzesz to - zwróciła mu uwagę.

- Co?

- Podrzesz ten papier.

Drzwi otworzyły się, ale nie stanęła w nich Fiona, tylko jakaś inna kobieta. Obrzuciła Cat 

obojętnym wzrokiem, a potem zobaczyła Toby’ego.

- Czy Fiona... - zaczęła Cat.

- Nie ma. - Nieznajoma nie dała jej dokończyć. Podeszła do Toby’ego. Toby drgnął, 

jakby chciał się od niej odsunąć, ale ona szybko wzięła go za rękę. - Co to za dziewczyna? - 

zapytała. - Toby? Kto...

- Narzeczona - odpowiedziała jej Cat. - Nazywam się Cat.

background image

21

List z przeprosinami Isabel wysłała do Cat dzień przed występem Orkiestry Prawdziwie 

Straszliwej. Cat odpowiedziała kilka dni później, pisząc do ciotki na pocztówce z reprodukcją 

obrazu Henry’ego Raeburna „Wielebny Robert Walker ślizgający się po jeziorze Duddingston”. 

Obraz ten, na swój - lokalnie ograniczony - sposób miał identyczną siłę wyrazu i był tak samo 

rozpoznawalny jak „Narodziny Wenus”. Isabel była zdania, że wielka sztuka działa kojąco na 

tego,   kto   ją   podziwia,   że   przed   nią   człowiek   staje   w   miejscu   niby   rażony   piorunem.   Tej 

właściwości brakowało dziełom Damiena Hirsta i Andy’ego Warhola; na ich widok nikt nie 

przystawał jak rażony piorunem. Te obrazy być może zatrzymywały ludzi w pół kroku, ale to już 

nie było to samo, co nabożny podziw.

Isabel odwróciła portret osiemnastowiecznego duchownego i zabrała się do czytania. Cat 

napisała tak:  Wybaczam Ci, nie musisz się martwić. Zawsze wszystko Ci wybaczę. Poza tym  

wydarzyło się coś, co potwierdziło, że miałaś rację. No i proszę! Myślałam, że nie przejdzie mi to  

przez gardło. Nie znaczy to bynajmniej, że mówię o tym jak o pogodzie. Z ledwością udaje mi się  

zmusić pióro do pisania. W każdym razie, chętnie Cię zobaczę w moim sklepie. Wpadnij na kawę.  

Poczęstuję Cię tym nowym serem, który przyszedł niedawno. Portugalski, pachnie oliwkami. Cat.

Jakie ta dziewczyna ma dobre serce, pomyślała Isabel. Była wdzięczna bratanicy za to jej 

dobre   serce,   nawet   jeśli   konsekwencją   jego   posiadania   była   łatwowierność   w   stosunku   do 

mężczyzn. Wiele młodych kobiet nie umiałoby tak łatwo przebaczyć wejścia z butami w ich 

życie. Rzecz jasna, jeszcze więcej było takich, które za nic w świecie nie przyznałyby, że w 

takiej sprawie ciotka miała rację. Jakkolwiek jednak rzecz się przedstawiała, wiadomość była ze 

wszech   miar   pożądana;   Isabel   nie   mogła   się   już   doczekać   poznania   szczegółów   demaskacji 

Toby’ego. Może Cat śledziła go, tak jak ona sama, i uwierzyła dopiero wtedy, gdy zobaczyła 

wszystko na własne oczy gdy otrzymała najbardziej nieodparty dowód z możliwych?

Do Bruntsueld poszła pieszo, rozkoszując się słońcem, które zaczynało już delikatnie 

przygrzewać. Na Merchiston Crescent trwała budowa - na małej parceli na samym rogu stawiano 

nowy dom, który wyglądał jak dolepiony tam na siłę. Na zabłoconym  chodniku leżała torba 

cementu.   Kilka   kroków   dalej   Isabel   ujrzała   stadko   mew   krążących   ponad   dachami   w 

poszukiwaniu miejsca na założenie gniazda. W okolicy mewy traktowano jak szkodniki - bo cóż 

background image

innego można sądzić o dużych, głośno krzyczących ptaszyskach, rzucających się na ludzi, którzy 

nieopatrznie zbliżyli się do miejsc ich gniazdowania? - ale przecież ludzie także budowali swoje 

domy,   zostawiali   po   sobie   gruz,   cement,   śmieci   i   bronili   własnego   terytorium   tak   samo 

agresywnie   jak   mewy.   Redakcja   „Przeglądu”   planowała   w  przyszłym   roku   wydanie   numeru 

poświęconego   zagadnieniom   etycznym,   związanym   z   ekologią.   Isabel   już   zaczęła   rozsyłać 

prośby o zgłaszanie artykułów. Niewykluczone, że ktoś zechce napisać o etycznych aspektach 

śmiecenia. Z drugiej strony, ten temat dawał skromne pole do popisu: śmieci to bez dwóch zdań 

zła rzecz i z całą pewnością nikt nie próbowałby udowadniać, że coś może przemawiać na ich 

korzyść. Lecz właściwie czemu śmiecenie miałoby być czymś tak nagannym? Czy dyktują taką 

ocenę wyłącznie względy estetyczne, wedle których zanieczyszczanie środowiska odpadkami jest 

niemiłe dla oka? Czy może argument natury estetycznej łączył się z faktem, że u niektórych ludzi 

śmieci wywołują głęboko negatywne uczucia? Gdyby powyższa teza znalazła poparcie, można 

by   nawet   dopuścić   twierdzenie,   że   człowiek   ma   obowiązek   wyglądać   atrakcyjnie   w   oczach 

innych, aby możliwie zminimalizować ich przykre wrażenia. Taki tok myślenia miał całkiem 

interesujące implikacje.

Jedna z owych implikacji przyszła Isabel do głowy zaledwie pięćdziesiąt kroków dalej, 

kiedy   mijała   pocztę.   Z   drzwi   wejściowych   wyłonił   się   młody   człowiek   w   wieku   około 

dwudziestu pięciu lat - mógł być rówieśnikiem Jamiego - który w dolnej wardze i w podbródku 

nosił kilka ostrych metalowych kolców, sterczących sobie radośnie niczym maleńkie igłowate 

fallusy. Ten widok zmusił Isabel do refleksji, że musi być strasznie niewygodnie całować się z 

kimś, kto ma coś takiego na twarzy. Broda to jedno; zdarzały się kobiety, które nie mogły znieść 

dotyku bujnego zarostu, ale czym to było w porównaniu z metalowymi szpikulcami, kłującymi 

wargi   i   policzki?   Na   pewno   były   one   zimne   i   musiały   być   ostre;   jednak   z   drugiej   strony, 

pomijając   już   samą   kwestię   tych   ćwieków,   kto   by   chciał   się   całować   z   tym   konkretnym 

chłopakiem, demonstrującym wszem i wobec grymas niezadowolenia oraz ogólnie odstręczającą 

powierzchowność? Isabel zadała sobie to pytanie i natychmiast sama sobie na nie odpowiedziała: 

bez wątpienia znalazłoby się mnóstwo dziewczyn chętnych do całowania się z tym facetem. Bez 

wątpienia i bez problemu. Dziewczyn noszących kolczyki w pępku i nosie, a na szyi ćwiekowane 

obroże. Ćwiek i kolczyk są do pary, bądź co bądź. Ten młodzieniec musiałby tylko rozejrzeć się 

za dziewczyną upierzoną podobnie jak on sam.

Isabel   skręciła   w   stronę   delikatesów   Cat.   Kiedy   przechodziła   na   drugą   stronę   ulicy, 

background image

zauważyła,   że   kolczasty   chłopak   przebiega   przez   jezdnię   kilka   kroków   dalej.   Na   samym 

krawężniku potknął się nagle i runął na jedno kolano, tłukąc nim o betonową płytę chodnika. 

Isabel przyśpieszyła kroku i chwyciła go pod ramię, pomagając się podnieść. Młodzieniec stanął 

na nogach. Jego sprane, wyblakłe dżinsy były rozdarte na kolanie. Przyjrzał się dziurze, a potem 

podniósł głowę i uśmiechnął się do Isabel.

- Dziękuję. - Głos miał cichy, a w jego akcencie słychać było Belfast.

- Trzeba uważać, bo potknąć się nietrudno - powiedziała Isabel. - Nic panu nie jest?

- Nie, raczej nie. Tylko ta dziura na kolanie. No, ale w dzisiejszych czasach ludzie płacą 

za podarte dżinsy. A ja mam je za darmo.

Isabel uśmiechnęła się i nagle wymknęło jej się to pytanie, nieproszone, nieoczekiwane:

- Dlaczego pan nosi ćwieki na twarzy?

Młodzieniec nie wyglądał na urażonego.

- Ćwieki? Ten piercing, znaczy się? - Dotknął palcami ostrego stożka, który sterczał mu z 

dolnej wargi. - Dla mnie to jest jak biżuteria.

- Biżuteria?  - zdziwiła  się Isabel, zauważając maleńkie  złote  kółeczko, wpięte  w łuk 

brwiowy chłopaka.

- Właśnie - potwierdził. - Pani nosi biżuterię. Ja też noszę. Takie rzeczy mi się podobają. 

A oprócz tego pokazują, że mi wisi.

- Co panu wisi?

- Co ludzie pomyślą. Od razu widać, że mam własny styl. Jestem, jaki jestem. Nie noszę 

tego, co wszyscy, mój strój to nie mundur.

Isabel uśmiechnęła się do niego. Podobała jej się bezpośredniość tego młodego człowieka 

i z przyjemnością słuchała jego głosu o wyraźnych, zdecydowanych kadencjach.

- Gratuluję - powiedziała. - Strojenie ludzi w mundury to kiepski pomysł. - Urwała. Na 

górnej wardze jej rozmówcy drżała maleńka plamka światła odbitego od jednego z błyszczących 

ćwieków.   -   Rzecz   jasna,   pod   warunkiem,   że   w   zapale   swej   ucieczki   przed   mundurem   nie 

przywdział pan innego uniformu. Istnieje taka opcja, czyż nie?

Młody człowiek odrzucił głowę w tył.

- No dobra - zaśmiał się. - Jestem taki sam jak każdy inny człowiek z piercingiem na 

twarzy. I co z tego?

Isabel spojrzała na niego. Z chęcią przedłużyłaby tę dziwną rozmowę, ale przypomniała 

background image

sobie, że musi zobaczyć się z Cat, co znaczy, że nie może stać całe przedpołudnie na ulicy, 

gawędząc z tym chłopakiem na temat kolczykowania twarzy. Pożegnali się zatem i Isabel udała 

się prosto do delikatesów. Powitało ją tam spojrzenie Eddiego, który właśnie układał na półce 

portugalskie sardynki w puszkach. Rzuciwszy okiem na Isabel, Eddie powrócił wzrokiem do 

sardynek, wpatrując się w puszki z niejakim przejęciem.

Isabel zastała Cat w biurze. Bratanica kończyła właśnie rozmowę telefoniczną. Po chwili 

odłożyła słuchawkę i spojrzała na ciotkę. W jej oczach Isabel nie dostrzegła żadnych śladów 

urazy. Odetchnęła z ulgą. Tych kilka zdań na pocztówce szczerze oddawało to, co Cat naprawdę 

czuła. To dobrze.

- Dostałaś kartkę ode mnie?

- Dostałam. I nadal bardzo mi przykro, że cię zdenerwowałam. A twoja wiadomość wcale 

mnie nie ucieszyła. - Wiedziała jednak dobrze, że nie mówi prawdy i zająknęła się przy ostatnich 

słowach.

Cat uśmiechnęła się.

- Może nie. A może tak. Ale nie mówmy o tym, jeśli pozwolisz.

Wypiły wspólnie kawę, po czym Isabel wróciła do domu. Czekało na nią trochę pracy - 

trzeba było przejrzeć nowe artykuły nadesłane do „Przeglądu” - ale nie mogła się jakoś do tego 

zabrać. Cały czas rozmyślała nad tym, co powie jej Johnny Sanderson, o ile w ogóle zadzwoni.

Zadzwonił, tak jak obiecywał, kilka dni po koncercie Orkiestry Prawdziwie Straszliwej. 

Był piątek; Johnny zaproponował spotkanie o szóstej w siedzibie Scotch Malt Whisky Society w 

Leith. Miała się tam odbyć degustacja - Isabel mogła spróbować whisky, o ile tylko jej żołądek 

na   to   pozwalał.   No   i   Johnny   miał   dla   niej   informacje.   W   takim   miejscu   wygodnie   było   je 

przekazać, a okazji do rozmowy nie powinno zabraknąć.

O whisky Isabel wiedziała bardzo niewiele, a pijała ją z rzadka. Orientowała się jednak, 

że degustacja tego trunku przebiega w podobny sposób co degustacja wina, choć fachowy żargon 

był   w   tym   wypadku   kompletnie   inny.   Smakosze   whisky   -   bo   tak   sami   siebie   nazywali   - 

wystrzegali się jak ognia tego, co określali mianem „pretensjonalności słownictwa winiarskiego”. 

Enolodzy   na   potrzeby   swojej   profesji   budowali   zawiłe   konstrukcje   z   abstrakcyjnych 

przymiotników, tymczasem smakosze whisky mówili językiem  potocznym,  doszukując się w 

degustowanych próbkach takich nut, jak „zeschnięte wodorosty” czy nawet „olej napędowy”. 

background image

Isabel dostrzegała zalety takiej praktyki. Zapach wyspiarskiej słodowej whisky, którą z wielkimi 

oporami brała do ust (chociaż ojciec był zagorzałym wielbicielem tego trunku), kojarzył jej się ze 

szpitalnymi środkami odkażającymi oraz z wodą w szkolnym basenie. Jeśli zaś chodziło o smak, 

określenie „olej napędowy” oddawało doskonale całą prawdę o nim. Rzecz jasna, Isabel nigdy 

nie wyraziłaby głośno takich poglądów w siedzibie Scotch Malt Whisky Society; nie zwierzyłaby 

się   z   nich   nawet   Johnny’emu   Sandersonowi.   O  Johnnym   niektórzy   mówili,   że   we   krwi   ma 

whisky,   którą   do   żył   wtłoczyły   mu   cztery   pokolenia   przodków   gorzelników   ze   szkockich 

Highlands,  poczynając,   co z  kolei   on sam  z  dumą   podkreślał,  od prapradziadka,   skromnego 

zagrodnika, który na tyłach  swojej owczarni ukrywał  nielegalny destylator.  Jak powszechnie 

wiadomo, producenci alkoholi zakładają całe dynastie; podobnie sprawa się miała z pewnym 

politykiem, którego dziadek Isabel poznał na krótko przed wybuchem drugiej wojny światowej.

Pradziadek, człowiek pryncypialny, przejrzał owego polityka na wylot i odrzucił kuszącą 

propozycję, którą ów złożył  jego spółce. Od tej pory, za każdym razem, kiedy słyszał tamto 

nazwisko, wzdrygał się tylko. Był to dostatecznie wymowny komentarz - wyrażał on więcej, niż 

można by powiedzieć słowami.

Isabel   zawsze   śmieszyło   stwierdzenie,   że   wypowiedź   należy   podkreślać   gestykulacją. 

Intrygował ją widok pobożnych katolików, żegnających się znakiem krzyża, gdy była mowa o 

NMP.   Jednak   akronim   NMP   jako   taki   bardzo   jej   się   podobał;   dzięki   jego   zastosowaniu 

Najświętsza Maria Panna jawiła się jako osoba nowoczesna i kompetentna,  na której można 

polegać. O to właśnie chodzi w akronimach: na tej samej zasadzie działają takie skróty, jak MSZ 

czy BMW. Inny przykład: Sycylijczycy spluwają, gdy ktoś wymawia przy nich nazwisko ich 

wroga. Grecy czasami czynią podobnie, kiedy słyszą o Turcji albo nawet o jakimś pierwszym 

lepszym Turku. Isabel znała kiedyś pewnego człowieka, który miał w rodzinie wujka Greka; 

wszyscy jej członkowie dokładali wszelkich starań, aby wujek nigdy nie usłyszał nawet słowa o 

Turcji, gdyż groziło mu to zawałem. Innym razem, kiedy była w Grecji, zatrzymała się w hotelu 

na małej wysepce. Jego właściciel za nic w świecie nie chciał przyjąć do wiadomości, że z tarasu 

widać w oddali tureckie wybrzeże; twardo powtarzał, że tego lądu nie widać, skutkiem czego go 

nie   widział.   W   ten   sposób   mogli   wymazać   Turcję   z   istnienia   ci,   którzy   tego   sobie   życzyli. 

Wszystkich tych zachowań można było jednak uniknąć, o czym Isabel dobrze wiedziała. Nigdy 

w życiu nie zdarzyło jej się splunąć ani nawet przewrócić oczami na dźwięk czyjegoś nazwiska - 

no, może to drugie przytrafiło się jej raz czy dwa, kiedy ktoś znienacka wspomniał jakąś znaną 

background image

figurę z artystycznego światka. Lecz takie zachowanie było, jej zdaniem, w pełni uzasadnione, 

czego  nie  dawało  się  powiedzieć   o poglądach   Greków  na  temat   Turków -  i vice   versa, jak 

podejrzewała.

Kiedy Isabel przybyła na miejsce, Johnny Sanderson już czekał. Zaprowadził ją do stolika 

w zacisznym kącie sali.

- Na początek jedno pytanie - oznajmił - Whisky: pijesz czy plujesz? Bo jeśli to drugie, 

zamówię dla ciebie wino.

- Niektóre gatunki mi smakują - przyznała Isabel. - Niektóre - podkreśliła.

- Na przykład?

- Te ze Speyside. Łagodne. Żeby nie paliło w gardle.

Johnny kiwnął głową.

- Rozsądnie - powiedział. - W takim razie polecam macallana. Wyborna piętnastoletnia 

Speyside. Dogodzi każdemu podniebieniu.

Johnny poszedł do baru zamówić whisky, a Isabel rozsiadła się wygodnie. Podobało się 

jej   tutaj,   w   tej   wysokiej,   przestronnej   świątyni   whisky.   Podobali   się   jej   również   ludzie, 

bezpośredni, o szczerych twarzach, ludzie, którzy wierzyli w wartość koleżeństwa i silę dobrego 

humoru.   Tacy   ludzie,   pomyślała   Isabel,   nie   odnoszą   się   z   dezaprobatą   do   bliźniego,   w 

przeciwieństwie do strażników dobrych obyczajów. W ten sam sposób smakosze - generalizując - 

są ludźmi tolerancyjnymi i serdecznymi. To ci, którzy są opętani przez demona dietetyki, chodzą 

smutni i wszystkich podejrzewają.

Do   „Przeglądu”   przysłano   kiedyś   esej,   którego   autorka   dowodziła,   że   człowiek   ma 

obowiązek zachować szczupłą sylwetkę. Tytuł eseju brzmiał „Otyłość a moralność” i właśnie ten 

tytuł zaintrygował Isabel. Niestety, wywód był mierny, do końca przewidywalny i niemożliwie 

wręcz przygnębiający. Teza autorki była taka: dopóki istnieją ludzie potrzebujący, szczupłość 

obowiązuje wszystkich bez wyjątku. Nikt nie powinien mieć nadwagi, dopóki każdy nie będzie 

mógł   otrzymywać   nadmiaru   kalorii.   Ludzie   otyli   nie   mieli   wiec   prawa   być   tacy,   jacy   byli; 

decydowała o tym zasada sprawiedliwego podziału dóbr, czyli „wszystkim po równo”.

W   miarę   czytania   tego   eseju   Isabel   czuła   rosnącą   irytację.   A   jednak,   kiedy   go   już 

skończyła, odłożyła i poszła do kuchni ukroić sobie kawałek ciasta, zatrzymała się nad talerzem, 

na   którym   ciasto   leżało,   pogrążona   w   głębokim   zamyśleniu.   Autorka   artykułu   „Otyłość   a 

moralność”, pomimo świętoszkowatego tonu wypowiedzi, miała rację; potrzebujący mają prawo 

background image

do pożywienia. Jest to szczególne prawo natury moralnej, którego nie można zlekceważyć ani 

obejść - pomimo że kiedy ktoś w imieniu głodujących domaga się poszanowania tego prawa, 

brzmi to jak jakieś nudziarskie smęty. W tym, zdaje się, leżał cały problem: Isabel zdenerwował 

właśnie ten oskarżycielski ton, którym  autorka eseju wyłożyła  swoje racje, ta moralizatorska 

protekcjonalność, która przyprawiła ją, czytelniczkę, o wyrzuty sumienia z powodu zachłanności 

i braku umiaru. Jednakże praca zawierała jedną fundamentalną prawdę, której nie wolno było 

puścić mimo uszu: człowiek nie może być głuchy, kiedy głodni błagają, aby ich nakarmić. Jeżeli 

więc w tym celu zachodziła potrzeba rewizji zjawiska nadmiernej konsumpcji, pozbawiającej 

innych pożywienia - należało to zrobić. Dotarłszy do tego wniosku, Isabel spojrzała na ciasto i 

odstawiła talerz do kredensu, nie odwijając go nawet z folii.

Johnny zasalutował jej szklanką do whisky.

- Wyśmienita - powiedział. - Piętnaście lat w beczce. Niech pomyślę... Piętnaście lat temu 

ile miałem lat ? Trzydzieści, właśnie urodziło się nam pierwsze dziecko, myślałem, że jest ze 

mnie cwaniak Kuty na cztery nogi i że przed czterdziestką dorobię się miliona.

- I dorobiłeś się?

- Nie. Nigdy tyle nie miałem. Ale dożyłem czterdziestych urodzin, co poniekąd stanowi 

większe osiągnięcie.

- Faktycznie - zgodziła się Isabel. - Są tacy ludzie, którzy oddaliby milion za jeden rok 

życia, a co dopiero za czterdzieści.

Johnny zajrzał do swojej szklanki.

- Chciwość - mruknął. - Można ją spotkać pod każdą postacią. Ugrzecznioną albo nagą, 

jawną. A jednak w głębi serca zawsze jest jednakowa. Weźmy dla przykładu naszą znajomą 

Minty...

- Dowiedziałeś się czegoś?

Johnny odwrócił się, spoglądając za siebie. W przeciwległym końcu sali zgromadziła się 

grupka ludzi, otaczając stolik zastawiony rzędami szklaneczek do whisky i czarek na wodę ze 

rżniętego szkła.

- Charlie już zaczyna - powiedział. - Będzie wąchał bukiet.

Isabel   spojrzała   we   wskazanym   kierunku.   Stał   tam   smakosz   whisky,   mężczyzna 

słusznego wzrostu i słusznej budowy, z bujnym wąsem, ubrany w wygodny tweedowy garnitur. 

Patrzyła, jak nalewa whisky do szklanki i unosi naczynie pod światło.

background image

- Znam go - powiedziała.

- A kto go nie zna? - odparł Johnny. - To Charlie Maclean. Wywęszy whisky z pół setki 

metrów. Niesamowity nos.

Isabel   zerknęła   na   własną   szklaneczkę,   w   której   migotało   bursztynowo   kilka   kropel 

słodowego trunku, i upiła malutki łyczek.

- Powiedz mi, czego dowiedziałeś się na temat Minty.

Johnny pokręcił głową.

- Na temat Minty - niczego. Kiedy rozmawialiśmy, powiedziałem tylko, że jest chciwa, 

bo   to   prawda,   bez   dwóch   zdań.   Dowiedziałem   się   natomiast   czegoś   znacznie   ciekawszego. 

Odkryłem, czym zajmował się jej młody przyjaciel Ian Cameron. Niektóre z tych faktów znałem 

już wcześniej, rzecz jasna, ale wśród tych, którym nie podoba się w McDowell’s, mam kilku 

znajomych. Od nich dowiedziałem się nieco więcej.

Isabel   milczała,   czekając,   aż   Johnny   podejmie   temat.   Po   drugiej   stronie   sali   Charlie 

Maclean   omawiał   przed   słuchającym   go   w   skupieniu   zgromadzeniem   jakąś   właściwość 

degustowanej whisky; kilka osób z otaczającej eksperta grupki kiwało z zapałem głowami.

- Ale najpierw należy ci się parę słów wprowadzenia - powiedział Johnny. - McDowell’s 

to wcale nie jest stara firma. Zdaje mi się, że dopiero niedawno obchodzili dwudzieste urodziny. 

W dodatku na początku wcale nie dysponowali jakimś olbrzymim kapitałem - dwaj partnerzy-

założyciele wnieśli do spółki łącznie zaledwie pięćdziesiąt tysięcy. Dziś pięćdziesiąt kawałków 

to dla firmy kieszonkowe drobniaki.

Isabel obserwowała Johnny’ego podczas tej opowieści. Nie odrywał wzroku od trzymanej 

w ręce szklanki, kołysząc nią łagodnie, aby rozprowadzić po ściance cienką warstewkę płynu - 

robił   to   dokładnie   takim   samym   ruchem,   jakim   Charlie   Maclean   po   drugiej   stronie   sali 

demonstrował właśnie trunek swojej publiczności.

- Firma urosła bardzo szybko - kontynuował Johnny. - Przejęliśmy fundusze emerytalne, 

a pieniądze z nich ostrożnie zainwestowaliśmy w akcje trwałe. Rynek, rzecz jasna, był nieźle 

ustawiony, i wszystko wyglądało pięknie. W końcu lat osiemdziesiątych zarządzaliśmy kapitałem 

wartym ponad dwa miliardy i chociaż nasze honorarium wynosiło nieco mniej niż pół procent, 

które na początku pobieraliśmy za usługi, to chyba możesz sobie wyobrazić, o jakich zyskach 

tutaj mowa.

Zatrudniliśmy   wielu   bystrych   ludzi.   Obserwowaliśmy,   co   się   dzieje   na   Dalekim 

background image

Wschodzie   i   w   krajach   rozwijających   się.   Kupowaliśmy   i   sprzedawaliśmy   bez   większych 

niepowodzeń,   chociaż   tak   jak   wszyscy   albo   prawie   wszyscy   sparzyliśmy   się   na   dotcomach. 

Wtedy chyba po raz pierwszy dotarło do, nas, co to jest strach. Pracowałem wówczas w firmie i 

pamiętam tę nagłą zmianę  klimatu. Do tej pory mam  przed oczami  Gordona McDowella na 

którejś naradzie, białego jak kreda, jakby zobaczył ducha.

Ale to nas nie rozłożyło na łopatki. Zrozumieliśmy, że trzeba mieć lepszy refleks. No i 

trochę   bardziej   dbać   o   klientów,   żeby   utrzymać   ich   przy   sobie,   bo   niektórzy   zaczynali   się 

niepokoić,   co   się   wyrabia   z   ich   składkami,   i   zastanawiać   się,   czy   przypadkiem   w   City   ich 

pieniądze   nie   będą   bezpieczniejsze.   W   końcu   po  Edynburgu   oczekuje   się   przede   wszystkim 

solidności i niezawodności. Jeżeli Edynburg utraci swoją niewzruszoną wiarygodność, to równie 

dobrze można oddać los w ręce londyńskich maklerów, którzy z definicji są mniej pewni.

Mniej więcej wtedy zaczęliśmy się rozglądać za nowymi twarzami i w firmie pojawił się 

ten cały Cameron i kilku innych z tej samej parafii co on. Cameron zaczął obserwować nowo 

wydawane   akcje,   bo   wyglądało   na   to,   że   tylko   na   nich   można   przyzwoicie   zarobić.   Ale 

oczywiście nowe emisje są z góry obstalowane przez duże firmy w Londynie i Nowym Jorku. 

Jak się siedzi w Edynburgu, rzadko kiedy ma się szansę, żeby coś z tego dostać w swoje ręce. 

Niedobrze się człowiekowi robiło, kiedy ledwie trzy miesiące po emisji kursy tych akcji szły do 

góry o dwieście-trzysta procent. No, a cały dochód zgarniali kolesie, którzy mieli kumoterskie 

układy z bankami inwestycyjnymi w Londynie, bo to oni dostali najlepszy przydział.

Cameron zaczął dobierać się do niektórych spośród tych emisji. Do jego obowiązków 

należał też nadzór nad paroma innymi sprawami. Powoli wycofywał fundusze z akcji, które nie 

radziły sobie najlepiej. „Nasz przyjaciel Cameron jest niezły w te klocki. Ładnych kilka razy 

zdarzyło się, że sprzedał posiadane przez nas akcje nie więcej niż miesiąc przed ostrzeżeniem o 

zyskach. Nie rzucało się to w oczy, niemniej jednak tak właśnie było. Ja pracowałem w innym 

wydziale,  więc o niczym  nie wiedziałem.  Dopiero znajomi,  którzy pracowali  z Cameronem, 

powiedzieli  mi  o tym.  Od nich też  wiem  o dwóch dużych  wyprzedażach  akcji, które  miały 

miejsce w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, obie tuż przed ostrzeżeniem o zyskach.

Isabel słuchała z uwagą. To właśnie było paliwo do napędu jej teorii.

- Czy można  udowodnić, że przy tych  dwóch transakcjach posłużono się informacją, 

służbową? - zapytała. - Może jest jakiś szczegół, o który można by się było zaczepić?

Johnny się uśmiechnął.

background image

-   No   właśnie.   Idealnie   trafione   pytanie.   Obawiam   się   jednak,   że   odpowiedź   nie 

przypadnie ci do gustu. Fakty są takie: w obu tych transakcjach sprzedano akcje spółek, które 

korzystały z usług doradczych banku Minty Auchterloide. Mogło zatem zdarzyć się tak, że Minty 

przekazała Cameronowi informacje służbowe, ale z drugiej strony, wcale nie musiało. A mnie nie 

przychodzi do głowy, w jaki sposób moglibyśmy udowodnić, że do takiej wymiany rzeczywiście 

doszło. W każdym razie, jeżeli dobrze rozumiem, istnieje protokół z narady, na której Cameron 

zasugerował   sprzedaż   tamtych   akcji.   W   obu   wypadkach   podał   jak   najbardziej   przekonujący 

argument, przemawiający za jego propozycją.

- Tymczasem prawdziwym powodem mogły być informacje, które uzyskał od Minty?

- Tak.

- I nie ma możliwości, żeby udowodnić, że Minty dostawała pieniądze od Camerona?

Johnny spojrzał na Isabel ze zdziwieniem.

- Nie wydaje mi się, żeby to tak wyglądało. Chyba że Cameron dzielił się z nią swoją 

własną górką. Bardziej prawdopodobne, że każde z nich miało ku temu własne powody. Minty 

przecież z nim sypiała i chciała go zatrzymać  przy sobie. To całkiem możliwe. Ludzie dają 

swoim kochankom prezenty, ponieważ kochankom daje się prezenty. Tak już jest.

- A inna możliwość? - dopytywała się Isabel.

- Inna możliwość jest taka, że Minty obawiała się, że wydział, w którym pracował Paul 

Hogg, brnie prosto w ślepą uliczkę, i chciała wyciągnąć go z kłopotów, bo Paul był jej kluczem 

do samego serca edynburskiego establishmentu. Skoro szykowała się do zostania panią Hogg, nie 

mogła dopuścić, żeby jej wybranek stoczył się na dno.

Isabel rozważyła to, co do tej pory usłyszała.

- Chcesz więc powiedzieć, że mogło dojść do handlu informacją służbową, ale w żaden 

sposób nie uda nam się tego udowodnić? O to ci chodzi?

Johnny skinął głową.

-   Przykro   mi   -   powiedział   -   ale   tak   to   mniej   więcej   wygląda.   Mogłabyś   prześledzić 

operacje   na   koncie   Minty   i   sprawdzić,   czy   nie   było   jakichś   nagłych   i   niewyjaśnionych 

przypływów  gotówki, ale nie mam  zielonego  pojęcia,  w jaki sposób mogłabyś  zdobyć  takie 

informacje. Domyślam się, że ona ma konto w banku Adam & Company, a dla nich dyskrecja to 

świętość. Nie podjedziesz też żadnego z ich pracowników - oni nie odstępują od swoich procedur 

nawet na krok. I co teraz zrobisz?

background image

- Dam sobie spokój z tym wszystkim?

Johnny westchnął.

- Wydaje mi się, że tylko to nam pozostało. Nie podoba mi się takie zakończenie, ale 

niczego więcej już nie dokonamy w tej sprawie.

Isabel   uniosła   szklankę   do   ust   i   upiła   kolejny   łyczek   whisky.   Nie   chciała   mówić 

Johnny’emu o swoich prawdziwych podejrzeniach, ale była mu wdzięczna, że zdobył dla niej 

informacje, a poza tym chciała się zwierzyć komuś innemu niż Jamie. Jeżeli Johnny uzna, że jej 

teoria na temat tragedii w Usher Hall jest naciągana, to być może należy o wszystkim zapomnieć.

Odstawiła szklankę na stół.

- Chciałabym ci o czymś opowiedzieć. Mogę?

Johnny machnął niefrasobliwie dłonią.

- Co tylko uważasz. Wiem, co to znaczy dyskrecja.

- Jakiś czas temu - zaczęła Isabel - w Usher Hall zdarzył się wypadek. Młody mężczyzna 

spadł z najwyższego balkonu i zabił się. Pewnie o tym czytałeś.

Johnny pomyślał chwile.

- Coś sobie chyba przypominam - powiedział wreszcie. - Straszna sprawa.

- Zgadza się - ciągnęła dalej Isabel. - Bardzo przygnębiająca. Tak się złożyło, że wtedy 

tam byłam, ale to akurat nie ma teraz znaczenia. Ciekawe jest natomiast to, że ten człowiek 

pracował   w   McDowell’s.   Zapewne   przyszedł   do   firmy   już   po   twoim   odejściu.   Pracował   w 

wydziale Paula Hogga.

Johnny uniósł szklankę do ust, obserwując Isabel sponad krawędzi naczynia.

- Rozumiem.

Jego to wcale nie obchodzi, pomyślała Isabel.

- Wciągnęła mnie ta sprawa - opowiadała dalej. - Dowiedziałam się przypadkiem, od 

kogoś, kto dobrze znał tego chłopaka, że odkrył on coś bardzo niepokojącego, w co zamieszany 

był ktoś z firmy.

Zawiesiła głos. Johnny, zamiast patrzeć na nią, obserwował Charliego Macleana.

- I dlatego ktoś go wypchnął z tego balkonu - zakończyła cicho. - Wypchnął, rozumiesz?

Johnny odwrócił się. Isabel nie mogła określić, co kryje się za jego spojrzeniem. Było w 

nim zaciekawienie, ale zabarwione odcieniem niedowierzania.

- Mało prawdopodobne - zawyrokował wreszcie po chwili. - Tak się nie robi. To się po 

background image

prostu nie zdarza.

Isabel westchnęła.

-  Uznałam,   że   jednak   mogło   się   tak   zdarzyć   -  odrzekła.   -  Dlatego   właśnie   chciałam 

dowiedzieć się czegoś o Minty i o tym handlu informacjami służbowymi. A gdyby okazało się, 

że wszystko pasuje?

Johnny pokręcił głową.

- Nie - oświadczył twardo. - Sądzę, że możesz spokojnie o tym zapomnieć. Naprawdę, 

wydaje mi się, że takie rozumowanie prowadzi donikąd.

- Zastanowię się jeszcze. Ale i tak jestem ci bardzo wdzięczna.

Johnny przyjął jej podziękowanie, opuszczając wzrok.

- Gdybyś chciała się ze mną skontaktować, tutaj masz numer mojej komórki. Dzwoń o 

dowolnej porze. Nie kładę się przed północą.

Podał   jej   wizytówkę   z   nagryzmolonym   ręcznie   numerem   telefonu.   Isabel   wzięła   ją   i 

wetknęła do torebki.

- Chodźmy posłuchać werdyktu Charliego Macleana - zaproponował Johnny, wstając od 

stolika. Przeszli razem na drugi koniec sali.

- Mokra słoma - orzekł Charlie, zbliżając nos do szklanki. - Wąchamy, proszę państwa! 

Mokra   słoma,   czyli   mamy   do   czynienia   z   produktem   gorzelni   z   południowo-wschodniego 

pogranicza. Mokra słoma.

background image

22

Rzecz jasna, Isabel przyznała Johnny’emu rację, i to już nazajutrz rano. To był koniec tej 

sprawy;  w żaden  sposób nie  uda się dowieść, że Minty Auchterlonie  brała udział w handlu 

informacją służbową, a nawet gdyby to było możliwe, trzeba by jeszcze wykazać związek tego 

przestępstwa ze śmiercią Marka Frasera. Poza tym Johnny znał ludzi z tej branży o wiele lepiej 

niż Isabel, więc skoro jej teoria nie trafiła mu do przekonania, należało przyjąć to do wiadomości 

i zapomnieć o całej sprawie.

Doszła do tego wniosku w nocy, po powrocie do domu z degustacji whisky. Położyła się 

spać, ale obudziła się jeszcze przed świtem. Przez kilka chwil wpatrywała się w cienie na suficie, 

aż w końcu podjęła decyzję, po czym momentalnie zasnęła. Rano - a był to przepiękny poranek u 

samego progu lata - wstała przepełniona poczuciem nadzwyczajnej wolności. Podobnie czuje się 

uczeń albo student pod koniec egzaminu, kiedy odkłada pióro i ołówek, wiedząc, że zrobił już 

wszystko,   co   miał   zrobić.   Isabel   znów   była   panią   własnego   czasu,   który   mogła   poświecić 

„Przeglądowi”   oraz   książkom   czekającym   na   nią   w   gabinecie,   ułożonym   w   kuszący   stosik. 

Mogła iść do Jennersa* [Jenners - „szkocki Harrods”, duże centrum handlowe w Edynburgu 

(przyp.   tłum.).]   na   poranną   kawę   i   przypatrywać   się   forsiastym   edynburskim   damulkom, 

wymieniającym  ploteczki - obserwować świat, w który bardzo łatwo sama mogła się zapaść, 

czego jednak świadomie starała się uniknąć, za wszelką cenę dążąc do niezawisłości. Dzięki 

Bogu!   Lecz   czy   naprawdę   była   szczęśliwsza   niż   one,   te   żony   bezpiecznych   mężów,   matki 

dzieciom,   którym   przeznaczone   było   upodobnić   się   bliźniaczo   do   własnych   rodziców,   aby 

przedłużyć  istnienie tej zadufanej w sobie, bogatej edynburskiej burżuazji? Raczej nie; tamte 

kobiety były szczęśliwe na swój sposób (muszę wystrzegać się protekcjonalności, pomyślała), a 

ona   na   swój.   A   Grace   też   była   szczęśliwa   na   swój   sposób,   a   Jamie   na   swój,   a   Minty 

Auchterlonie... Powstrzymała bieg myśli i zastanowiła się. Nie obchodzi mnie, co sądzi i jak się 

czuje   Minty   Auchterlonie,   uznała.   Zrezygnowała   z   porannej   kawy   u   Jennersa   i   postanowiła 

wybrać się do Bruntsfield na kawę u Cat, po drodze odwiedzając Mellis’s, sklep z serami, żeby 

zakupić kawałek czegoś pysznie aromatycznego. Zaś wieczorem zamierzała pójść na wykład w 

Królewskim Muzeum Szkocji. Prelegentem miał być profesor Lance Butler z uniwersytetu w 

Pau,   a   tematem   jego   odczytu,   jak   zwykle,   Beckett.   Isabel   słyszała   Butlera   już   przedtem   i 

background image

wiedziała,   że  jego wykłady  są nieodmiennie   zajmujące   i prowadzone  z  humorem.  Wizyta  u 

bratanicy i odczyt o Becketcie - dość rozrywki jak na jeden dzień.

No i jeszcze, rzecz jasna, krzyżówki. Isabel zeszła na dół i podniosła poranne gazety ze 

słomianki w przedpokoju. Rzuciła okiem na nagłówki. NOWE OBAWY O ZASOBY DORSZA, 

przeczytała   na   pierwszej   stronie   „Scotsmana”,   a   zdjęcia   ukazywały   kutry   rybackie,   stojące 

bezczynnie   przy   nabrzeżu   w   Peterhead   -   kolejny   przykry   widok   dla   Szkota   darzącego 

sentymentem tradycyjny styl życia, który wydał na świat tak silną i płodną kulturę. To rybacy 

stworzyli pieśni tego ludu; jakąż spuściznę mogło pozostawić pokolenie komputerowców? Isabel 

sama odpowiedziała sobie na to pytanie: ich spuścizna może okazać się zaskakująco bogata, cała 

ta   elektroniczna   kultura   przekazywana   za   pomocą   e-mailów   i   obrazów   tworzonych   na 

komputerze. Ulotna i naśladowcza, lecz mimo wszystko - kultura.

Zaczęła   rozwiązywać   krzyżówkę,   bez   trudu   odgadując   kilka   pierwszych   haseł.  Dużo 

wody: ni Aga, ni Ra ni raz, a nie dwa (7) - to zabrało jej jedną chwilę. Niagara. Stary, oklepany 

motyw w świecie łamigłówek. Zirytowało to Isabel, która w krzyżówkach lubiła nowości, choćby 

najniższych lotów. Następne hasło tylko dolało oliwy (5) do ognia (też 5): Koncentracja, lotna, 

dekla, stała (9). Isabel zawsze mocno koncentrowała się przy swoich krzyżówkach i dzięki temu 

bez trudu odgadła, że chodzi o skupienie, ale przy następnym haśle utknęła na chwilę:  Grecki 

bóg   bogów   urwany   przed   połową   całki  (6).   Tutaj   pasowało   tylko   jedno   słowo,   mianowicie 

zeugma:   Zeu(s)+(si)gma.   Ale   Isabel   nie   wiedziała   dokładnie,   co   to   oznacza,   musiała   więc 

skorzystać z pomocy słownika nowoczesnej angielszczyzny. Był to słownik Fowlera, którego 

językoznawczy autorytet potwierdził jej podejrzenie. Isabel lubiła Fowlera (skrzydlatego łowcę 

słów*   [Fowl   (ang.)   -   ptak.],   pomyślała   odruchowo)   za   komentarze,   jasne,   zrozumiałe   i 

pouczające;   z  definicji  w  jego  słowniku  wynikało,   że  zeugma  to   nieprawidłowa   konstrukcja 

składniowa - w odróżnieniu od syllepsis, z którą często bywa mylona. Tak więc zdanie: „Panna 

Bolo wróciła do domu w lektyce i w rozpaczy” stanowiło przykład syllepsis niewymagającej 

niczego więcej, jak zrozumienia jednego słowa w podwójnym sensie, natomiast „Patrz, oto stada 

są Pana, w koronie kwietnej Pomona” była to niezręczna zeugma, domagająca się wstawienia 

jeszcze jednego „oto”, którego zabrakło w oryginalnym zdaniu.

Isabel zdążyła zjeść śniadanie i przejrzeć poranną pocztę jeszcze przed przyjazdem Grace, 

która   tego   dnia   się   spóźniła.   W   końcu   Isabel   zobaczyła,   jak   przed   domem   zatrzymuje   się 

taksówka,   z   której   wysiada   jej   zdenerwowana   gosposia.   Grace   surowo   przestrzegała 

background image

punktualności i była bardzo niezadowolona, spóźniwszy się choćby o kilka minut. Stąd jej nerwy 

i kosztowna jazda taksówką.

- Bateria w budziku - wyjaśniła w pierwszych słowach, stając w drzwiach kuchni. - Nigdy 

nie pomyślisz, że warto by ją zmienić, aż w końcu umiera na twoich rękach.

Isabel już wcześniej zaparzyła kawę. Nalała teraz gosposi filiżankę, tymczasem Grace 

powiesiła małe lusterko na ścianie naprzeciwko drzwi do spiżarni i poprawiła włosy.

- Byłam niedawno na seansie - powiedziała po pierwszym łyku kawy. - Przyszło więcej 

osób niż zwykle. Mieliśmy też doskonałe medium, jedną kobietę, która przyjechała z Inverness. 

Niezwykła osoba. Potrafiła dotrzeć do sedna każdej sprawy. Niesamowite.

W   pierwszą   środę   każdego   miesiąca   Grace   chodziła   na   seanse   spirytystyczne,   które 

odbywały się w domu niedaleko Queensferry Place. Raz albo dwa proponowała Isabel, żeby 

wybrała się razem z nią, ale Isabel musiała odmówić, bo bała się, że ryknie śmiechem przy 

wszystkich.  Grace nie  nalegała.  Isabel  z dezaprobatą  odnosiła  się do mediów,  ponieważ,  jej 

zdaniem, większość z nich to byli zwykli szarlatani. Poza tym wydawało jej się, że ludzie, którzy 

uczęszczają na seanse spirytystyczne, z reguły (Grace była wyjątkiem) szukają pozagrobowego 

kontaktu z kimś, kogo utracili, a media, zamiast dopomóc w pogodzeniu się ze stratą, wmawiają 

im, że do zmarłych można dotrzeć. Coś takiego w opinii Isabel było okrutnym żerowaniem na 

ludzkiej łatwowierności.

- Ta kobieta z Inverness - opowiadała Grace - nazywa się Annie McAllum. Na pierwszy 

rzut oka widać, że to medium, po tej gaelickiej kolorystyce - wiesz, czarne włosy i przejrzysta 

skóra. Plus zielone oczy. Poznasz od razu, że ta kobieta ma dar. Wystarczy raz spojrzeć.

- A ja myślałam, że medium może zostać każdy - powiedziała Isabel. - Że nie trzeba być 

do tego obłąkanym góralem z Highlands.

- To prawda, a jakże - odparła Grace. - Raz nawet była u nas kobieta z Birmingham. W 

takim miejscu, kto by pomyślał? Dar może przyjąć każdy.

Isabel powstrzymała uśmiech.

- I co ta Annie McAllum miała do powiedzenia?

Grace wyjrzała przez okno.

- Już prawie lato - rzekła.

Isabel spojrzała na nią ze zdumieniem.

- Tak wam powiedziała? No, jestem pod wrażeniem. Bez daru tego nie rozpracujesz, 

background image

nigdy w życiu!

- Nie, nie. - Grace roześmiała się. - Wpadły mi w oko te magnolie. To ja powiedziałam,  

że już prawie lato. Ona mówiła o innych rzeczach. Sporo tego było.

- Na przykład?

- No, cóż... - westchnęła Grace. - Przychodzi do nas taka jedna pani, zwracają się do niej 

lady Strathmartin. Ma już dobrze po siedemdziesiątce i uczęszcza na nasze seanse od lat, o wiele 

dłużej niż ja. Mąż ją odumarł, dawno temu - był sędzią - i ona teraz chce skontaktować się z nim 

po drugiej stronie.

Isabel nie skomentowała. Grace mówiła dalej:

-   Lady   Strathmartin   mieszka   przy   Ainslie   Place,   na   północnym   brzegu*.   [Chodzi   o 

północny brzeg ujścia rzeki Forth (przyp. tłum.).] Jej sąsiadka z dołu jest konsulem włoskim. 

Bywają w różnych miejscach, ale nigdy jeszcze nie przyszły razem na nasz seans. Wczoraj był 

pierwszy raz. No więc ta Włoszka siedzi z nami w kręgu, a Annie McAllum nagle odwraca się do 

niej i mówi: „Widzę Rzym. Tak jest, widzę Rzym”. Aż mi dech zaparło. To było niezwykłe. A 

potem jeszcze powiedziała: „Tak, uważam, że jest pani w stałym kontakcie z Rzymem”.

Zapadła cisza. Grace patrzyła wyczekująco na Isabel, a Isabel bez słowa gapiła się na 

Grace. Aż w końcu to Isabel odezwała się pierwsza.

- Cóż - zaczęła oględnie - być może nie ma w tym nic aż do tego stopnia zaskakującego. 

W końcu to była konsul z włoskiej ambasady, a konsul włoskiej ambasady z zasady utrzymuje 

kontakt z Rzymem, nie mam racji?

Grace   potrząsnęła   głową,   co   wcale   nie   miało   oznaczać   zaprzeczenia   dla   faktu,   że 

pracownicy   włoskich   konsulatów   pozostają   w   ścisłym   kontakcie   z   Rzymem;   był   to   gest 

wyrażający   cierpliwość   kogoś,   kto   musi   tłumaczyć   dziecinnie   prostą   rzecz,   która   jakimś 

sposobem nie dotarła do jego rozmówcy.

- Przecież ona nie wiedziała, że ta kobieta jest konsulem włoskim - powiedziała. - Skąd 

osoba, która przyjechała z Inverness, może znać konsula włoskiego w Edynburgu? W jaki sposób 

mogła się tego dowiedzieć?

- A jak ona była ubrana? - zapytała Isabel.

-   W   białą   togę   -   odpowiedziała   Grace.   -   Chociaż   właściwie   to   jest   tylko   białe 

prześcieradło, upięte jak toga.

- Konsul włoski? W białej todze?

background image

- Nie - wyjaśniła Grace, znów tym samym cierpliwym tonem. - To media tak się ubierają. 

Jak włożą togę, to łatwiej im wejść w kontakt. Pani konsul, o ile pamiętam, miała na sobie bardzo 

elegancką sukienkę. Elegancką sukienkę i eleganckie włoskie buty.

- No i masz - powiedziała Isabel.

- Nie rozumiem, co to może mieć do rzeczy - odrzekła Grace.

Gdyby   Grace   miała   dar,   mogłaby   uprzedzić   Isabel:   „Spodziewaj   się   telefonu   od 

mężczyzny, który mieszka przy Great King Street”. Bo tak się właśnie stało. Telefon zadzwonił o 

jedenastej.   Isabel   siedziała   w  swoim   gabinecie;   postanowiła,   że   do   Bruntsfield   wybierze   się 

dopiero w południe, tak ją pochłonął rękopis nadesłany do „Przeglądu”. Tekst dotyczył tego, jak 

etyka stosuje się do pamiętania. Niechętnie odłożyła rękopis i odebrała telefon. Nie spodziewała 

się usłyszeć w słuchawce głosu Paula Hogga, a tym bardziej zaskoczyło ją zaproszenie na drinka. 

Dziś, wczesnym wieczorem - małe improwizowane party, urządzone z zaskoczenia.

- Minty bardzo zależy, żebyś przyszła - powiedział Paul. - Razem z tym twoim młodym 

kolegą. Ma nadzieję, że uda ci się pojawić.

Isabel namyśliła się szybko. Przestała już się interesować Minty Auchterlonie, ponieważ 

podjęła   decyzję,   że   nie   będzie   się   dłużej   zajmować   śmiercią   Marka   i   handlem   informacją 

służbową. Teraz więc nie była pewna, czy powinna przyjąć zaproszenie na przyjęcie, gdzie znów 

spotka nie kogo innego, jak tych właśnie ludzi, którzy po podjęciu powyższej decyzji przestali ją 

obchodzić.   A   jednak   perspektywa   spotkania   z   Minty   oko   w   oko   była   fascynująca,   tak   jak 

oglądanie jakiegoś rzadkiego okazu dzikiej przyrody. Minty to okropna kobieta - co do tego nie 

mogło   być   wątpliwości   -   ale   okropność   ma   tę   osobliwą   właściwość,   że   jest   przyciągająca. 

Przykładem może być śmiertelnie jadowity wąż: człowiek chętnie na niego popatrzy, spojrzy w 

gadzie   oczy.   Tak   więc   Isabel   przyjęła   zaproszenie,   zastrzegając   się,   że   nie   wie,   czy   Jamie 

dysponuje dziś czasem. Obiecała jednak, że go zapyta. Paul Hogg był zadowolony. Umówili się 

na dokładną godzinę. Na party, oprócz nich, miały być jeszcze tylko najwyżej dwie osoby, a 

całość   powinna   się   skończyć   na   tyle   wcześnie,   żeby   Isabel   zdążyła   do   muzeum   na   wykład 

profesora Butlera.

Powróciła do eseju o etyce pamiętania, rezygnując ze spaceru do Bruntsfield. Autor pracy 

rozważał   następujący   problem:   do   jakiego   stopnia   zapominanie   osobistych   danych   na   temat 

innych   ludzi   może   być   uznane   za   karygodne   zaniedbanie   ze   strony   tego,   kto   powinien   je 

background image

pamiętać. „Istnieje obowiązek, aby przynajmniej spróbować zatrzymać w pamięci - pisał autor - 

to, co dla innych jest ważne. Ludzie, którzy darzą się sympatią lub pozostają w relacji wzajemnej 

zależności, powinni poznać przynajmniej swoje imiona. Mogą ich nie zapamiętać, lecz nie z 

własnej   woli,   a   słaba   pamięć   nie   jest   umyślnym   przewinieniem.   Jeżeli   jednak   nie   uczynią 

najmniejszego wysiłku, aby zatrzymać w pamięci swoje imiona, nie spełnią wobec siebie tego, 

do czego każdy z nich ma prawo, nie uszanują wzajemnie ważnej cząstki tożsamości drugiej 

osoby”. To była bez wątpienia prawda. Imię to ważna rzecz. Imię wyraża istotę nas samych i jest 

przedmiotem naszej troski. Nie lubimy, kiedy ktoś przekręca nasze imiona: nie każdy Karol jest 

zadowolony,   kiedy   mówią   na   niego   Lolek,   a   Małgorzata   niekoniecznie   musi   przepadać   za 

zdrobnieniem Gośka. Ten, kto zwraca się do Karola per Lolek bądź do Małgorzaty per Gośka, 

chociaż wie, że tego nie znoszą, wyrządza im bardzo osobistą krzywdę; dokonuje jednostronnej, 

pozostawiającej ślad ingerencji w ich osobowość.

Isabel zatrzymała się nad tą myślą i zadała sobie pytanie: Jak nazywa się autor tego eseju, 

który właśnie czytam? Okazało się, że nie wie, a wyjąwszy rękopis z koperty, nie zwróciła nawet 

uwagi  na  nazwisko  autora.  Czyżby   to  miało  oznaczać,   że  nie   dopełniła  swojego  obowiązku 

względem tego człowieka? Czy on oczekiwał od niej, że czytając jego pracę, będzie miała w 

pamięci jego nazwisko? Zapewne.

Rozmyślała o tym przez kilka minut. Potem wstała. Nie mogła się skoncentrować, a autor 

tego eseju z całą pewnością miał prawo do tego, aby poświęciła mu całą swoją uwagę. Zamiast 

skupić się na lekturze, zaczęła myśleć o tym, co czeka ją wieczorem: o party u Paula Hogga, o 

przyjęciu, które w oczywisty sposób wyreżyserowała Minty Auchterlonie. Minty poczuła ogień 

za plecami, przynajmniej tyle było jasne dla Isabel. Mniej jasności natomiast miała co do tego, 

jak powinna teraz postąpić. Instynkt podpowiadał jej, aby dotrzymać swojego postanowienia i nie 

brnąć już dalej w tę sprawę. Muszę o tym zapomnieć, pomyślała, celowo i z rozmysłem usunąć to 

wszystko z pamięci - o ile taka rzecz w ogóle jest możliwa. Jako dojrzała moralnie jednostka 

muszę uznać, że moralne obowiązki względem innych także mają swoje granice... Ciekawe, co 

Minty włoży na tę okazję? Isabel wybuchnęła śmiechem, przyłapawszy się na tym, że myśli o 

czymś takim. Jestem filozofem, powiedziała sobie, ale jestem też kobietą, a kobiety, to wiedzą 

nawet  mężczyźni,  interesują  się  tym,  jak inni  się  ubierają.  Nie  jest  to  dla  kobiet  powód do 

wstydu, bynajmniej; to mężczyźni mają gorszy wzrok, który nie pozwala im dostrzec kolorowych 

piór   ptaków,   fantastycznych   kształtów   chmur   na   niebie...   Albo   pięknego   rudego   futra   lisa, 

background image

pomyślała Isabel, patrząc na zwierzę przemykające po ogrodowym murze tuż za oknem.  Lis 

Witalis.

background image

23

Spotkała się z Jamiem u wylotu Great King Street. Dostrzegła go już z daleka, na Howe 

Street, idącego pod górę po śliskich brukowcach.

-   Bardzo   się   cieszę,   że   znalazłeś   czas   -   powiedziała.   -   Nie   wiem,   czy   zniosłabym 

spotkanie z tymi ludźmi sam na sam.

Jamie uniósł brew.

- Czujesz się, jakbyś szła w paszczę lwa?

- Lwicy - poprawiła. - Mniej więcej tak to wygląda. Ale w każdym razie nie chcę już 

prowadzić żadnego śledztwa. Postanowiłam, że nie będę się dłużej zajmowała tą sprawą.

Jamie był zdumiony.

- Rezygnujesz?

- Tak - odrzekła Isabel. - Odbyłam wczoraj długą rozmowę z człowiekiem nazwiskiem 

Johnny Sanderson, który pracował w McDowell’s i zna dobrze tych ludzi. Powiedział mi, że nie 

uda   się   niczego   udowodnić,   i   ostudził   mój   zapał   co   do   hipotezy,   jakoby   Minty   miała   coś 

wspólnego ze śmiercią Marka. Długo nad tym rozmyślałam. Johnny chyba przemówił mi do 

rozsądku.

- Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać - oświadczył Jamie. - Ale muszę przyznać, że 

czuję   sporą   ulgę.   Nigdy   nie   podobało   mi   się,   że   wtykasz   nos   w   cudze   sprawy.   Widzę,   że 

przybywa ci rozsądku, i to z godziny na godzinę.

Isabel pacnęła go po nadgarstku.

- Niejednym cię jeszcze zaskoczę - powiedziała. - A dzisiejsze zaproszenie przyjęłam, 

ponieważ nie mogłam się oprzeć niesamowitej fascynacji. Ta kobieta jest jak wąż. Chcę jeszcze 

raz przyjrzeć się jej z bliska.

Jamie skrzywił się.

- Trudno mi znieść jej obecność - rzekł z westchnieniem. - Poza tym to ty nazwałaś ją 

socjopatką. Będę teraz musiał uważać, żeby nie wypchnęła mnie przez okno.

- Oczywiście zdajesz sobie sprawę z tego, że się jej podobasz? - rzuciła  Isabel jakby 

mimochodem.

- Nie chcę nawet o tym słyszeć. I w ogóle nie chcę wiedzieć, jak do tego doszłaś.

background image

- Wystarczy obserwować ludzi - odrzekła Isabel. Byli już na miejscu, stali przed drzwiami 

prowadzącymi na klatkę schodową. Isabel sięgnęła do przycisku z napisem HOGG. - W każdej 

sekundzie   człowiek   czymś   się   zdradza.   Trzeba   obserwować   oczy.   Ruchy   oczu   powiedzą   ci 

absolutnie wszystko, co musisz wiedzieć.

W drodze na górę Jamie milczał, a wyraz zamyślenia nie zniknął z jego twarzy nawet 

wtedy, gdy doszli już na właściwe piętro, zaś w drzwiach do mieszkania stanął Paul Hogg. Isabel 

ogarnęły   nagle   wątpliwości,   czy   aby   na   pewno   dobrze   zrobiła,   mówiąc   Jamiemu   o   tym 

wszystkim; wbrew powszechnemu przekonaniu, mężczyźni na ogól wcale nie lubią słyszeć o 

tym,   że   podobają   się   jakiejś   kobiecie,   jeżeli   nie   są   skłonni   odwzajemnić   jej   uczucia.   W 

przeciwnym wypadku to dla nich utrapienie, ciężar i kłopot. Z tego właśnie powodu mężczyźni 

starają się unikać kobiet, które jawnie robią do nich słodkie oczy - i tak samo Jamie, wiedząc już 

o wszystkim, postara się za wszelką cenę schodzić z drogi Minty Auchterlonie. Isabel ani trochę 

nie było szkoda, że będzie ją teraz trzymał na dystans. To byłoby okropne, pomyślała nagle: 

Jamie usidlony przez Minty, kolejna pozycja na jej liście zdobyczy - odrażająca ewentualność! 

Isabel   nie   chciała   nawet   dopuścić   myśli,   że   mogłoby   tak   się   stać   naprawdę.   Ale   właściwie 

dlaczego, zadała sobie pytanie. Bo czuję się za niego odpowiedzialna, chcę go chronić - i nie 

zniosę, żeby miał go ktoś inny. Nawet Cat? To był kolejny krok w tym rozumowaniu: czy Isabel 

naprawdę chciała, żeby Jamie wrócił do Cat, czy może bawiła się tylko myślą o tym, bezpieczna 

w swojej pewności, że nigdy do tego nie dojdzie?

Na   takie   rozważania   nie   było   jednak   czasu.   Paul   Hogg   przywitał   ich   serdecznie   i 

zaprowadził  do salonu, tego samego  salonu, gdzie wisiał  Crosbie pomylony  z Cowiem oraz 

jaskrawy, pełen życia Peploe. Zastali tam już dwójkę gości; przy prezentacji Isabel skojarzyła, 

kim są ci ludzie. Mężczyzna był prawnikiem, adwokatem z ambicjami do kariery politycznej, zaś 

kobieta - felietonistką jednej z edynburskich gazet. Isabel od czasu do czasu czytywała jej teksty, 

lecz generalnie uważała je za nużące. Mało ją ciekawiły przyziemne szczegóły życia publicystki, 

które wydawały się stanowić główną treść tych felietonów. Zastanawiając się, czy rozmowa też 

będzie się toczyła w tym samym tonie, spojrzała na tę kobietę i zobaczyła miły, zachęcający 

uśmiech. Natychmiast się zreflektowała, uznając, że być może warto zrobić wysiłek. Prawnik, 

uśmiechnięty   równie   szeroko,   serdecznie   uścisnął   prawicę   Jamiego.   Dziennikarka   także 

przyjrzała się Jamiemu, a potem zerknęła przelotnie na Isabel, która pochwyciła to błyskawicznie 

spojrzenie i momentalnie zorientowała się, że zostali uznali za parę, parę „w tym sensie”. Teraz 

background image

nastąpi rewizja opinii na mój temat, pomyślała, i nie pomyliła się, bo publicystka opuściła oczy, 

mierząc wzrokiem jej sylwetkę i figurę. Jakież to oczywiste, westchnęła w myślach Isabel; a 

jednak odczuła osobliwą przyjemność - ktoś pomyślał, że ten mężczyzna, dużo młodszy od niej i 

do tego taki przystojny,  jest jej partnerem.  Tamta  druga kobieta na pewno zazdrości, bo jej 

własny   mężczyzna,   po   całej   nocy   spędzonej   nad   książkami   w   Bibliotece   Adwokackiej,   jest 

zmęczony i wygląda niezbyt korzystnie, a poza tym nie chce mówić o niczym innym, jak tylko o 

polityce;   w   rozmowie   z   politykiem   najwidoczniej   tego   tematu   nie   sposób   uniknąć.   A   więc 

dziennikarka myśli sobie teraz: ta cała Isabel ma świetnego faceta - patrzcie tylko na niego - ja 

też bym tak chciała, jeśli mam być stuprocentowo szczera... Isabel przerwała ten bieg myśli, 

zadając sobie pytanie, czy to jest właściwe, w sprawach tak istotnych jak ta pozwalać ludziom 

wyciągać   mylne   wnioski?   Czy   może   należy   wyprowadzać   ich   z   błędnego   przeświadczenia? 

Zdarzały się chwile, kiedy bycie redaktorem naczelnym „Przeglądu Etyki Stosowanej” potrafiło 

być   uciążliwe;   niezwykle   trudno  było   wyjść   z  pracy.   I   ciężko   zapomnieć,   jak   powiedziałby 

profesor... no, profesor... pan profesor.

Nadszedł czas na  entree  Minty, która do tej pory była w kuchni, a teraz zjawiła się w 

salonie, niosąc srebrną tacę z kanapkami. Postawiła ją na stole i przywitała się z prawnikiem, 

całując go w oba policzki.  Rob, od czasu naszego ostatniego spotkania głosowałam na ciebie 

dwa razy. Dwa razy!  Do dziennikarki:  Kirsty, jak milo, że udało ci się przyjść. Tak nagle to 

wszystko wymyśliliśmy...  I wreszcie do Isabel:  Isabel!  Tylko tyle, lecz jej oczy błysnęły nagle 

zupełnie   innym   światłem;   zmiana   była   subtelna,   ale   zauważalna.  Jamie,   prawda?  Dobrze 

zapamiętałam?   Język   ciała   zmienił   się   w   jednej   chwili:   po   powitaniu   Minty   stanęła   bliżej 

Jamiego, a Isabel zauważyła z satysfakcją, że Jamie nieznacznie się odsunął, jak magnes zbliżony 

do jednoimiennego bieguna innego magnesu.

Do grupy dołączył Paul, który przedtem był zajęty przygotowywaniem drinków. Każdy 

wziął swój kieliszek i zaczęło się. Konwersacja nie była trudna - przeciwnie, nadspodziewanie 

łatwa, tak przynajmniej wydawało się Isabel. Paul zagadnął Roba o toczącą się właśnie kampanię 

i   otrzymał   niezwykle   szczegółowy   opis   walki   o   wyborców.   Nazwiska   protagonistów   były 

powszechnie znane: chorobliwy egocentryk oraz niepoprawny kobieciarz toczyli słowną walkę o 

jakiś mało istotny stołek. Potem Minty rzuciła nazwiskiem innego polityka, które Rob skwitował 

prychnięciem,   Kirsty   zaś   znacząco   pokiwała   głową.   Jamie   nie   mówił   nic;   nie   znał   się   na 

politykach.

background image

Niedługą chwilę później zajął się rozmową z Kirsty; Isabel zauważyła, że wymieniają 

uwagi  na temat  pewnego zajścia,  które  kiedyś  miało  miejsce  w kręgach  orkiestry Szkockiej 

Opery   Narodowej.   Nagle   zorientowała   się,   że   obok   niej   stoi   Minty   i   poczuła   na   ramieniu 

delikatny uścisk jej dłoni. Minty zaprowadziła ją w pobliże kominka, na którym stało jeszcze 

więcej zaproszeń niż poprzednio, ale tym razem Isabel nie mogła ich przeczytać (z wyjątkiem 

jednego,   które   było   wydrukowane   dużą   czcionką   -   zapewne   po   to,   żeby   ułatwić   czytanie 

późniejszym gościom adresata).

- Jestem bardzo zadowolona, że znalazłaś czas, żeby nas odwiedzić - powiedziała Minty, 

zniżając glos.

Isabel zrozumiała, że to, o czym będzie teraz mowa, nie może dotrzeć do postronnych 

uszu, więc odpowiedziała takim samym półszeptem:

- Wyczułam, że chcesz ze mną porozmawiać.

Minty uciekła nieco wzrokiem w bok.

- Faktycznie, mam do ciebie pytanie - przyznała. - Jak rozumiem, interesujesz się firmą 

McDowell’s: Słyszałam, że rozmawiałaś z Johnnym Sandersonem.

Tego Isabel się nie spodziewała. Czyżby ktoś doniósł Minty o jej naradzie z Johnnym na 

wczorajszej degustacji whisky?

- Tak, rozmawiałam z nim. Znamy się trochę.

- A on z kolei rozmawiał z ludźmi z McDowell’s. Niby nic dziwnego, w końcu tam 

pracował.

Isabel skinęła głową.

- Wiem o tym.

Minty wypiła łyczek wina.

- Pozwól zatem, że cię spytam: dlaczego interesujesz się tą firmą? Najpierw pytasz o nią 

Paula, potem zaczynasz rozmowy z Johnnym Sandersonem i tak dalej, i tak dalej. Dziwi mnie to 

twoje nagłe zainteresowanie. Nie pracujesz w finansach, mam rację? Więc po co chcesz tyle 

wiedzieć o naszych sprawach?

- Waszych? O ile mi wiadomo, nie pracujesz w McDowell’s.

Minty błysnęła zębami w uśmiechu, który miał wyrażać wyrozumiałość.

- Moje sprawy są blisko związane ze wszystkim, co dotyczy Paula. Było nie było, jestem 

jego narzeczoną.

background image

Isabel   zastanawiała   się   przez   chwilę.   Obejrzała   się   na   Jamiego   stojącego   po   drugiej 

stronie pokoju. Wymienili spojrzenia. Nie potrafiła się zdecydować, jak ma teraz postąpić. W 

żaden sposób nie mogła zaprzeczyć, że interesowała się firmą - dlaczego wiec nie powiedzieć 

prawdy?

- Byłam zainteresowana tą firmą - zaczęła. - Byłam, ale już nie jestem. - Zawiesiła głos. 

Minty obserwowała ją bacznie, łowiąc każde słowo. - Przestałam się zajmować tą sprawą, ale 

leżała mi ona na sercu, przyznaję. Trzeba ci wiedzieć, że niedawno widziałam na własne oczy, 

jak młody człowiek spadł z wysokiego balkonu i zabił się. Byłam ostatnią osobą, którą on widział 

na tym świecie, i czułam się w obowiązku zbadać, jak do tego doszło. Jak ci wiadomo, ten 

człowiek pracował w McDowell’s. Wiedział, że w firmie coś jest nie w porządku. Chciałam 

sprawdzić, czy między tymi dwoma faktami nie ma jakiegoś związku. To wszystko.

Isabel patrzyła uważnie, jakie wrażenie jej słowa zrobią na Minty. Jeśli ta kobieta była 

morderczynią,   wtedy   to,   co   ona   jej   powiedziała,   było   równoznaczne   z   postawionym   wprost 

oskarżeniem. Ale Minty nawet nie zbladła. Stała zupełnie spokojna, bez żadnych oznak szoku ani 

paniki, a kiedy się odezwała, jej głos był całkiem spokojny:

- Doszłaś wiec do wniosku, że ktoś postanowił pozbyć się tego człowieka. Trafnie się 

domyślam?

Isabel skinęła głową.

- Miałam taką hipotezę i czułam, że muszę to sprawdzić. Ale dowiedziałam się różnych 

rzeczy i nie znalazłam żadnych dowodów na to, że w firmie było coś nie tak.

- A mogę zapytać, kto miałby to zrobić?

Isabel   poczuła,   jak   serce   mocno   wali   jej   w   piersi.   To   był   świetny   moment,   żeby 

powiedzieć: ty. Zamiast tego jednak odrzekła:

- Ktoś, kto bał się zdemaskowania, rzecz jasna.

Minty odstawiła swój kieliszek i przyłożyła palce do skroni, masując ją delikatnie, jakby 

to miało jej pomóc zebrać myśli.

- Widzę, że masz bujną wyobraźnię. Szczerze jednak wątpię, żeby tak to mogło wyglądać 

- powiedziała. - A w każdym razie powinnaś mieć dość rozsądku, żeby nie słuchać tego, co mówi 

Johnny Sanderson. Wiedziałaś o tym, że poproszono go, aby złożył wymówienie?

- Wiedziałam, że odszedł z firmy, ale nikt nie mówił mi, w jakich okolicznościach.

Minty ożywiła się nagle.

background image

- Cóż, być może należało się tego dowiedzieć. Stracił wspólny język z resztą ludzi w 

firmie, bo nie potrafił przystosować się do nowych warunków. Wiele rzeczy się zmieniło. Ale nie 

chodziło tylko o to. Johnny był podejrzewany o nadużycie informacji służbowej. Wiesz, co to 

znaczy? Że manipulował rynkiem, wykorzystując poufne dane. Jak sądzisz, za co on żyje na 

takim poziomie?

Isabel nie odpowiedziała, bo nie miała pojęcia, na jakim poziomie żyje Johnny Sanderson.

- Ma mieszkanie w Perthshire - poinformowała ją Minty - I cały dom na Heriot Row. 

Oprócz tego drugi dom w Portugalii i tak dalej, i tak dalej. Tu i tam, posiadłość na posiadłości, a 

co jedna, to większa.

- Przecież  nigdy nie  wiadomo,  skąd ludzie biorą pieniądze  - zaprotestowała  Isabel.  - 

Istnieją na tym świecie takie rzeczy jak spadek. Johnny mógł odziedziczyć fortunę.

-  Ojciec   Johnny’ego   Sandersona  był  pijakiem.  Jego  biznes   dwa  razy  znalazł   się  pod 

sekwestrem sądowym. Wiele po sobie nie zostawił.

Minty wzięła kieliszek z powrotem do ręki.

- Nie wolno wierzyć w ani jedno słowo Johnny’ego Sandersona - powiedziała. - Ten 

człowiek nienawidzi firmy McDowell’s i wszystkiego, co się z nią wiąże. Posłuchaj mojej rady i 

trzymaj się od niego z daleka.

Tym razem w jej spojrzeniu było ostrzeżenie. Cóż, Minty ostrzegła ją, aby nie zadawała 

się z Johnnym. I to był już koniec rozmowy: Minty zostawiła Isabel i powróciła do Paula. Isabel 

przez chwilę nie ruszyła się z miejsca, przyglądając się obrazowi wiszącemu w pobliżu kominka. 

Czas się pożegnać, pomyślała. Gospodyni wyraźnie dała mi do zrozumienia, że moja obecność 

przestała już być pożądana w tym towarzystwie. Poza tym niedługo w muzeum ma się zacząć 

odczyt o Becketcie.

background image

24

Odczyt w muzeum udał się znakomicie. Frekwencja dopisała, a profesor Butler był w 

świetnej formie. Beckett wyszedł cało z profesorskich wywodów; Isabel odetchnęła ze sporą 

ulgą. Po wykładzie słuchaczy zaproszono na przyjęcie, gdzie spotkała kilku starych znajomych, 

którzy   także   przyszli   na   wykład   profesora   Butlera.   Humor   zdążył   jej   się   już   poprawić,   co 

zawdzięczała   w   równym   stopniu   temu,   że   Beckett   ocalał,   jak   też   spotkaniu   ze   znajomymi. 

Rozmowa z Minty była nieprzyjemna, lecz Isabel doskonale zdawała sobie sprawę, że mogło być 

gorzej. Nie spodziewała się, że Minty zacznie obrzucać błotem Johnny’ego Sandersona, ale z 

drugiej strony, nie mogła też przewidzieć, że narzeczona Paula dowie się o jego spotkaniu z 

Isabel. Pewnie nie było w tym nic dziwnego; w końcu w Edynburgu wszystko zawsze musi się 

rozejść, przykładem choćby romans Minty z Ianem Cameronem. Sama Minty zapewne nie miała 

zielonego pojęcia, że ludzie wiedzą doskonale, co się święci.

Isabel   była   ciekawa,   co   dała   Minty   ich   dzisiejsza   rozmowa.   Być   może   dziewczyna 

przestała się bać, że Isabel może jej czymś zagrozić - bardzo wyraźnie wszak oświadczyła, że nie 

zamierza   się   dłużej   interesować   wewnętrznymi   sprawami   firmy   McDowell’s.   A   nawet   jeśli 

Minty maczała palce w tragicznym wypadku Marka Frasera (a Isabel była już całkiem pewna, że 

to niemożliwe, sądząc po tym, jak Minty zareagowała, słysząc jej opowieść), to musiała dojść do 

wniosku, że Isabel nie udało się ustalić, jak się sprawy miały. Nie zanosiło się więc na to, żeby 

jeszcze kiedyś spotkała się z Minty Auchterlonie albo z tym nieszczęsnym pechowcem Paulem 

Hoggiem. Poczuła, że w jakiś dziwny sposób będzie jej brakować tych ludzi, przedstawicieli 

świata całkowicie odmiennego niż jej własny.

Pozostała na przyjęciu aż do chwili, kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić, i zamieniła kilka 

słów z profesorem Butlerem.

- Ogromnie się cieszę, że moje wywody przypadły ci do gustu, moja droga. Nie wątpię, że 

pewnego dnia będę miał więcej do powiedzenia na ten temat, ale na pewno nie przyjdzie mi do 

głowy zmuszać cię do słuchania. W żadnym wypadku.

Isabel była mu wdzięczna za jego nienaganne maniery, towar coraz bardziej deficytowy w 

nowoczesnych   kręgach   akademickich,   gdzie   eksperci   wąskich   specjalizacji,   kompletnie 

niezorientowani w szerokiej kulturze, nie dawali dojść do głosu tym, którzy mieli jakiekolwiek 

background image

pojęcie o grzeczności. Jakże często spotyka się takich filozofów na uczelniach, westchnęła w 

myślach Isabel, którzy zawsze mówią tylko sami do siebie, ponieważ nie wiedzą, co to jest 

uprzejma, taktowna dyskusja, a zasób ich wiedzy na temat świata poza ich własnym wydziałem 

jest mocno ograniczony. Rzecz jasna, nie wszyscy są tacy. Isabel miała w głowie listę wyjątków, 

która jednakowoż wydawała się z dnia na dzień coraz krótsza.

Kilka minut po dziesiątej wyszła z muzeum i skierowała się w górę Chambers Street, na 

przystanek autobusowy na moście Jerzego IV. Stanęła w krótkiej kolejce oczekujących. Ulicą 

coraz to przejeżdżała niespiesznie taksówka z zapalonym żółtym światłem na znak, że jest wolna, 

ale   Isabel   postanowiła,   że   dziś   pojedzie   autobusem,   który   zawiezie   ją   do   Bruntsfield;   tam 

wysiądzie   prawie   przed   samymi   drzwiami   delikatesów   Cat   i   pozostanie   jej   jeszcze   miły 

dziesięciominutowy spacer wzdłuż Merchiston Crescent, a potem własną ulicą.

Nadjechał   autobus,   punktualnie   o   czasie,   jak   Isabel   przeczytała   na   rozkładzie   jazdy 

wiszącym  na przystanku.  Mogłaby poinformować  o tym  Grace, chociaż  może  lepiej  nie, bo 

zacznie się wygadywanie na zarząd transportu miejskiego: rzeczywiście, to bardzo pięknie, że 

autobusy chodzą według rozkładu w nocy, kiedy nikt nimi nie jeździ. Nam punktualne autobusy 

potrzebne są za dnia, kiedy mamy w mieście sprawy do załatwienia! Isabel wsiadła, kupiła bilet u 

kierowcy i przeszła na tył pojazdu, na upatrzone siedzenie. Razem z nią jechało autobusem kilka 

osób: mężczyzna w długim płaszczu, siedzący z głową zwieszoną na piersi, jedna obściskująca 

się parka, ślepa i głucha na to, co się dookoła dzieje i wreszcie nastolatek z szyją owiniętą czarną 

chustą,   dzięki   czemu   wyglądał   jak   Zorro.   Isabel   uśmiechnęła   się   do   siebie:   oto   nasza 

rzeczywistość w skali mikro, pomyślała. Rozpaczliwa samotność, ślepa miłość oraz szesnasty rok 

życia, który sam w sobie jest stanem ducha.

Chłopak wysiadł  na tym  samym  przystanku  co ona, ale poszedł w przeciwną  stronę. 

Isabel przecięła ulicę, wkraczając na Merchiston Crescent. Minęła wylot East Castle Road, a 

potem West Castle Road. Od czasu do czasu mijał ją jadący ulicą samochód albo rowerzysta z 

pulsującym czerwonym światełkiem na plecach, ale poza tym była całkiem sama.

Tak doszła do zakrętu w prawo, gdzie zaczynała się jej ulica, cicha aleja, gęsto porośnięta 

drzewami. Jakiś kot przebiegł jej pod nogami, wskoczył na mur otaczający czyjś ogród i zniknął 

z oczu; w domu na rogu ulicy zabłysło światło, a po chwili trzasnęły tam drzwi. Isabel ruszyła 

chodnikiem w kierunku własnego domu, mijając po drodze szeroką drewnianą bramę posesji na 

rogu, a potem starannie wypielęgnowany ogród swojego sąsiada. Kiedy doszła już do drzewa 

background image

rosnącego pod murem na skraju jej własnego ogrodu, zatrzymała się nagle. Około pięćdziesięciu 

metrów dalej przy chodniku stały dwa samochody. Jeden rozpoznała, był to wóz syna sąsiadów. 

Drugi, stylowy jaguar o szlachetnej linii, miał włączone światła postojowe. Isabel podeszła bliżej, 

zajrzała do środka - zauważyła, że drzwi są zamknięte na zamek - po czym  odwróciła się i 

spojrzała na dom, przed którym wóz parkował. W oknach było ciemno, co mogło oznaczać, że to 

nie tam bawi aktualnie właściciel jaguara. Isabel nie potrafiła wymyślić, w jaki sposób mogłaby 

dać mu znać. Akumulator wytrzyma kilka godzin, ale potem samochód sam nie ruszy.

Cofnęła się do własnego domu i już chciała wejść, ale nie wiedzieć czemu przystanęła z 

ręką na klamce od furtki. Przyjrzała się cieniom pod drzewem rosnącym za siatką i dostrzegła, że 

coś się tam porusza. Poznała pręgowanego kota sąsiadów; zwierzak lubił czaić się pod drzewami. 

Żałowała, że nie może go ostrzec przed Witalisem, który z całym prawdopodobieństwem mógłby 

zapolować na kota, gdyby naszła go ochota na małe co nieco. Ponieważ jednak nie znała kociej 

mowy, poprzestała na wysłaniu ostrzeżenia myślą.

Otworzyła furtkę i ruszyła ścieżką do głównych drzwi, pogrążonych w cieniu rzucanym 

przez   świerk   i   małą   kępę   brzózek   rosnących   na   początku   podjazdu;   drzewa   tłumiły   światło 

ulicznych latarni.

I w tym właśnie momencie poczuła dotyk strachu, irracjonalnego, lecz nie mniej przez to 

lodowatego. Czy nie rozmawiała dziś z kobietą, która zdolna była z zimnym wyrachowaniem 

wyreżyserować czyjąś śmierć? I czy nie usłyszała od niej słów ostrzeżenia?

Poszperała w kieszeni i wyciągnęła klucz, ale zanim wsunęła go do zamka, najpierw 

pchnęła delikatnie drzwi. Ani drgnęły, były zamknięte. Włożyła klucz i przekręciła go w zamku, 

słysząc szczęk mechanizmu i przesuwających się rygli. Ostrożnie otworzyła drzwi, weszła do 

przedpokoju i po omacku zaczęła szukać kontaktu.

Isabel miała w domu alarm, ale z biegiem czasu zaczęła zaniedbywać środki ostrożności i 

włączała go tylko wtedy, gdy wychodziła na całą noc. Gdyby alarm był ustawiony, byłaby teraz 

spokojniejsza, a tak nie mogła mieć pewności, że nikt nie wszedł do jej domu. Rzecz jasna, 

absurdem byłoby przypuszczać, że ktoś zakradł się tutaj pod jej nieobecność, sama myśl o tym 

była niedorzeczna. Fakt, że Isabel odbyła szczerą rozmowę z Minty Auchterlonie, nie musiał 

koniecznie oznaczać, że Minty za nią chodzi. Isabel wysiłkiem woli odsunęła od siebie tę myśl, 

tak jak powinno się robić ze wszystkimi lękami. Kiedy się mieszka samemu, opanowanie jest 

ważną rzeczą; nie można dać się przestraszyć byle czym, inaczej najmniejszy hałas, najcichsze 

background image

skrzypnięcie - a tych nie brakuje nocą w wiktoriańskim domu - powoduje paniczną trwogę. A 

jednak Isabel nie potrafiła zapanować nad lękiem, który kazał jej zapalić wszystkie światła w 

kuchni,   a   potem   kolejno   w   każdym   pokoju   na   parterze.   Oczywiście,   nie   spostrzegła   nic 

podejrzanego i udała się na górę, gotowa za chwilę pogasić lampy. Lecz kiedy weszła do swojego 

gabinetu, żeby sprawdzić automatyczną sekretarkę, powitało ją mruganie czerwonej diody; ktoś 

zostawił dla niej wiadomość. Zawahała się przez moment, a potem postanowiła ją odsłuchać. Na 

taśmie było tylko jedno nagranie.

Isabel,   mówi   Minty   Auchterlonie.  Chciałabym   spotkać   się   z   tobą   jeszcze   raz.   Mam  

nadzieję, że nie uraziłam cię moim dzisiejszym zachowaniem. Podam ci mój numer. Zadzwoń,  

umówimy się na kawę, lunch albo coś w tym rodzaju. Dziękuję.

Wiadomość, choć niespodziewana, uspokoiła Isabel. Zapisała numer na jakimś świstku, 

który wsunęła do kieszeni, po czym wyszła z gabinetu, gasząc za sobą światło. Przestała się bać; 

czuła już tylko lekki niepokój i zachodziła w głowę, czego też Minty może jeszcze od niej chcieć.

Weszła do sypialni, dużego pokoju z oknami od frontu. Jedno z okien miało wykusz, w 

którym pod ścianą stała wyściełana ława. Wychodząc, Isabel zostawiła zaciągnięte zasłony, i 

teraz w sypialni było ciemno choć oko wykol. Zapaliła lampkę na nocnym stoliku. Lampka była 

niewielka, w sam raz do czytania; jej światło rozlało się małą kałużą w ciemności wypełniającej 

obszerny   pokój.   Dużego   światła   Isabel   nie   włączała;   miała   ochotę   położyć   się   na   chwilę, 

najwyżej kwadransik, na zasłanym łóżku i poczytać, a dopiero potem zacząć przygotowywać się 

do snu. Jej umysł wciąż pracował, to jeszcze nie była pora na dobranoc.

Zsunęła z nóg buty, wzięła książkę leżącą na toaletce i wyciągnęła się na łóżku. Czytała 

opowieść o podróży do Ekwadoru, zabawną historię, pełną nieporozumień i niebezpieczeństw. 

Książka   była   wciągająca,   ale   dziś   jej   myśli   krążyły   uparcie   nad   rozmową   z   Johnnym 

Sandersonem, który był taki uczynny, pocieszał ją, jak umiał i powiedział, że może dzwonić do 

niego,   kiedy   tylko   będzie   chciała.   Byle   przed   północą,   przypomniała   sobie.   Dla   Isabel   było 

oczywiste, co Minty chciała osiągnąć, rzucając na Johnny’ego cień podejrzenia o handlowanie 

informacją służbową; zamierzała odwieść ją na dobre od badania spraw firmy McDowell’s. No, 

to już jest skandal. Isabel postanowiła nawet nie wspominać Johnny’emu o tym zajściu. A może 

właśnie   powinna?   Gdyby   o   tym   usłyszał,   czy   zmieniłby   zdanie   na   temat   całej   tej   sytuacji? 

Możliwe, że mógłby przemyśleć wszystko jeszcze raz, gdyby dowiedział się, że Minty tak usilnie 

starała się zniechęcić Isabel. Przyszło jej na myśl, żeby zadzwonić do Johnny’ego, teraz, zaraz, i 

background image

obgadać   z   nim   tę   sprawę;   w   przeciwnym   razie   groziła   jej   nieprzespana   noc,   spędzona   na 

samotnych rozmyślaniach.

Telefon   stał   obok   łóżka;   Isabel   sięgnęła   po   niego.   Wizytówka   Johnny’ego   tkwiła 

pomiędzy stronicami jej kieszonkowego notesika. Wyjęła ją i odcyfrowała nagryzmolony numer 

w   słabym   świetle   nocnej   lampki,   po   czym   podniosła   słuchawkę   i   wystukała   ciąg   cyfr   na 

klawiaturze.

Przez chwilę nic nie było słychać. A potem, tuż za drzwiami jej sypialni, rozległ się 

niemożliwy do pomylenia, wysoki dźwięk komórkowego dzwonka.

background image

25

Isabel zdrętwiała niby tknięta nagłym paraliżem i leżała tak na łóżku, ze słuchawką w 

dłoni.   Jej   obszerna   sypialnia   była   pogrążona   w   półmroku;   poza   małym   kręgiem   światła, 

rzucanym   przez   nocną   lampkę,   wszystko   spowijały   cienie:   szafki,   zasłony   w   oknach,   jej 

niewielką garderobę. Kiedy już odzyskała władzę w kończynach, nie rzuciła się w pierwszym 

odruchu do włącznika dużego światła, ale na pół zeskoczyła, na pół stoczyła się z łóżka, strącając 

telefon na podłogę i najwyżej w dwóch susach była już przy drzwiach. Dla równowagi chwyciła 

się grubej drewnianej poręczy i rzuciła się w dół po schodach, skacząc po dwa stopnie naraz. 

Mogła się potknąć i spaść na łeb na szyję, ale jakoś udało się jej tego uniknąć, podobnie jak na 

dole, w korytarzu, udało jej się nie poślizgnąć, biegnąc pędem do drzwi oddzielających korytarz 

od przedpokoju. Wpadła na nie, a one odskoczyły, waląc z całej siły o ścianę. Pękł z hukiem 

witraż, który je wypełniał. Isabel wrzasnęła odruchowo, słysząc hurgot tłukącego się szklą; w tej 

samej chwili poczuła na ramieniu czyjąś dłoń.

- Isabel?

Zawirowała dookoła własnej osi, sięgając do kontaktu w kuchni. Światło wydobyło z 

mrocznego korytarza postać Johnny’ego Sandersona. Stał tuż obok niej.

- Isabel. Przestraszyłem cię? Najmocniej przepraszam.

Isabel wytrzeszczyła na niego oczy. Uścisk jego dłoni był mocny, nieledwie sprawiał jej 

ból.

- Co ty tu robisz? - Słysząc skrzeczący dźwięk własnego głosu, odruchowo odchrząknęła.

-   Uspokój   się   -   powiedział   Johnny.   -   Naprawdę   mi   przykro,   że   cię   wystraszyłem. 

Przyszedłem się z tobą zobaczyć. Drzwi były otwarte. Zaniepokoiłem się trochę, bo w całym 

domu było ciemno, więc pozwoliłem sobie wejść i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Potem 

wyszedłem do ogrodu, tak tylko, żeby się rozejrzeć. Bałem się, że ktoś mógł się włamać.

Isabel  szybko  przemyślała  jego słowa. Brzmiało  to prawdopodobnie.  Ktoś, kto  zastał 

otwarty   dom,   pusty,   bez   właściciela,   faktycznie   miał   powód   do   niepokoju   i   mógł   wejść   do 

środka, żeby sprawdzić, czy nic się nie stało. Ale skąd w takim razie jego komórka wzięła się na 

górze?

- Twój telefon - powiedziała, podchodząc do kolejnego kontaktu i zapalając światło. - 

background image

Zadzwoniłam do ciebie i usłyszałam sygnał.

Johnny spojrzał na nią dziwnie.

- Przecież mam telefon przy sobie - odparł. - Zobacz. - Sięgnął do kieszeni marynarki i 

nagle zamarł. - A przynajmniej miałem.

Isabel wzięła głęboki wdech.

- Pewnie ci wypadł.

- Na to wygląda - zgodził się Johnny z uśmiechem. - Musiałaś się okropnie wystraszyć.

- Tak było.

- Cóż, w sumie nie dziwię się. Przepraszam cię jeszcze raz.

Isabel wykręciła rękę z jego uścisku; Johnny puścił ją wreszcie. Spojrzała na szczątki 

witraża, leżące na podłodze. Jeszcze przed chwilą był na nim widok portu w Kirkcudbright; teraz 

z kadłuba łodzi rybackiej zostały już tylko maleńkie szklane okruchy. I wtedy błysnęła jej w 

głowie myśl, która wywróciła do góry nogami wszystkie dotychczasowe hipotezy: Minty miała 

rację. To nie ją należało podejrzewać i sprawdzać, ale jego. Johnny’ego. Zbieg okoliczności 

doprowadził Isabel do tej konkretnej osoby, która stała za tym, co odkrył Mark Fraser.

Isabel doznała olśnienia, nagłego i nieodparcie słusznego. Nie musiała się nawet nad tym 

zastanawiać, kiedy tak stała w przedpokoju własnego domu, oko w oko z Johnnym Sandersonem. 

Dobro   stało   się   złem,   jasność   przeszła   w   mrok,   w   jednej   chwili,   płynnie,   gładko.   Ścieżka 

wybrana w dobrej wierze okazała się ścieżką donikąd, która, urywając się ni stąd, ni zowąd, 

kończyła bieg znakiem opatrzonym jednoznacznym napisem: Nie tędy droga. A ludzki umysł, 

wybity z hipotez, które sobie stworzył, miał w tej sytuacji tylko dwa wyjścia: odrzucić tę nową 

rzeczywistość albo przestawić się na jej tory. Minty mogła być faktycznie ambitną, bezwzględną, 

rozwiązłą   intrygantką   (komplet   grzeszków   podany   w   eleganckim   opakowaniu),   ale   nie 

morderczynią, która wypycha młodych mężczyzn z wysokich balkonów. Zaś Johnny Sanderson, 

wcielenie   życzliwości,   bywalec   obyty   w   kręgach   edynburskiej   śmietanki   towarzyskiej,   był 

jednocześnie chciwcem, a pieniądze skuszą każdego. A w sytuacji zagrożenia, kiedy cała sprawa 

może wyjść na jaw, jakże łatwa staje się decyzja o usunięciu zawalidrogi. Isabel spojrzała na 

Johnny’ego.

- Dlaczego do mnie przyszedłeś?

- Chciałem o czymś z tobą porozmawiać.

- O czym mianowicie?

background image

Johnny uśmiechnął się.

- To chyba zły moment na rozmowę, teraz, po tym całym... zamieszaniu.

Isabel wytrzeszczyła na niego oczy, porażona niesamowitym tupetem tego człowieka.

- Sam jesteś winien całego tego zamieszania - zauważyła.

Johnny westchnął, jakby chciał dać do zrozumienia, że doprawdy, Isabel szuka dziury w 

całym.

- Miałem zamiar tylko omówić z tobą pewną sprawę, którą ostatnio poruszyliśmy. To 

wszystko.

Isabel milczała. Po dłuższej chwili Johnny podjął:

- Ale wrócimy do tego kiedy indziej. Wybacz mi, że cię wystraszyłem. - Odwrócił się i 

spojrzał w kierunku schodów. - Czy mogę pójść po mój telefon? Mówiłaś, że jest w twojej 

sypialni, jeśli się nie mylę. Pozwolisz?

Po   odejściu   Johnny’ego   Isabel   przyniosła   z   kuchni   zmiotkę   i   śmietniczkę.   Starannie 

pozbierała co większe kawałki stłuczonego witraża i zawinęła je w gazetę. Resztę szklanej kaszy 

zamiotła   i   wyniosła   do   kuchni   na   śmietniczce.   Potem   usiadła   przy   kuchennym   telefonie   i 

wykręciła numer Jamiego.

Odebrał dopiero po kilku dzwonkach, co znaczyło, że już spał, a ona go obudziła.

- Bardzo cię przepraszam - powiedziała. - Musiałam się z tobą skontaktować.

- Nie ma sprawy - odrzekł Jamie zaspanym głosem.

- Czy mógłbyś do mnie przyjść? Jeszcze dziś?

- Dziś?

- Tak. Wyjaśnię ci wszystko, kiedy przyjdziesz. Proszę cię. I czy zgodzisz się zostać na 

noc? Tylko dziś.

Kiedy odpowiedział, głos miał już całkowicie rozbudzony.

- Będę za pół godziny, w porządku?

Usłyszawszy   taksówkę   na   ulicy,   Isabel   poszła   do   drzwi,   żeby   przywitać   Jamiego. 

Zobaczyła, że narzucił na siebie zieloną wiatrówkę, a w ręce niósł małą czarną podręczną torbę.

- Jesteś aniołem. Naprawdę.

Jamie pokręcił głową, jakby z cieniem niedowierzania.

background image

- Nie pojmuję, o czym chcesz ze mną rozmawiać. No, ale w końcu od czego człowiek ma 

przyjaciół?

Isabel   zaprowadziła   go   do   kuchni,   gdzie   czekała   już   zaparzona   herbata.   Posadziła 

Jamiego na krześle i nalała mu filiżankę gorącego płynu.

- Nie uwierzysz, jaki miałam dziś pełen wrażeń wieczór.

Zaczęła mówić. W miarę rozwoju opowieści oczy Jamiego otwierały się coraz szerzej, ale 

widać było, że nie wątpi w ani jedno słowo.

- Jak  mogłaś mu uwierzyć? Nikt nie włazi do cudzego domu ot tak, tylko dlatego, że 

drzwi były otwarte... O ile naprawdę były otwarte.

- Wątpię.

- No więc co on tutaj robił, do diabła? I po co przyszedł? Chciał cię załatwić?

Isabel wzruszyła ramionami.

- Podejrzewam, że mogło go ciekawić, co zamierzam robić dalej. Jeżeli to faktycznie on 

jest tym,  kogo przez cały ten czas szukaliśmy,  to zapewne martwił  się, że mogę mieć jakiś 

dowód,   na   przykład   dokumenty,   które   wskazywałyby   na   jego   udział   w   handlu   poufnymi 

informacjami.

- Uważasz, że o to mu chodziło?

- Tak przypuszczam. Chyba że planował coś innego, ale na tym etapie to raczej mało 

prawdopodobne.

- Więc co teraz?

Isabel wbiła wzrok w podłogę.

- Nie mam pojęcia. To znaczy: w tej chwili. Chyba powinnam już położyć się do łóżka. 

Możemy obgadać to wszystko jutro. - Urwała na chwilę. - Czy to na pewno nie kłopot, żebyś 

został na noc? Ja po prostu nie wytrzymam dziś sama w domu.

- Ależ oczywiście. To żaden kłopot - zapewnił ją Jamie. - Nie pozwolę, żebyś została dziś 

sama, po tym wszystkim, co się wydarzyło.

-   Grace   zawsze   trzyma   jeden   pokój   gościnny   gotowy,   na   wszelki   wypadek   - 

poinformowała go Isabel. - Ma okna od tyłu. Możesz się tam położyć.

Zaprowadziła Jamiego na górę i pokazała pokój, a potem powiedziała mu dobranoc i 

zostawiła go stojącego jeszcze w progu. Uśmiechnął się do niej i posłał jej całusa.

- Wiesz, gdzie jestem - powiedział. - Gdyby Johnny naszedł cię we śnie, wystarczy, że 

background image

wrzaśniesz.

- Dziś już raczej nie będziemy mieli z nim do czynienia - odparła Isabel. Czuła się teraz 

bezpieczniej,   ale   mimo   to   pozostała   jej   świadomość,   że   sprawa   Johnny’ego   Sandersona   jest 

wciąż nierozwiązana i że to od niej zależy, czy i jak się ona zakończy. Dzisiejszej nocy miała 

przy sobie Jamiego, ale co będzie jutro, co będzie pojutrze, kiedy zostanie sama?

26

Jeżeli nawet Grace zdziwiła się, zastawszy rano Jamiego w domu Isabel, to nie dała po 

sobie niczego poznać. Siedział w kuchni, sam; kiedy stanęła w drzwiach, przez kilka chwil miał 

taką minę, jakby usilnie szukał odpowiednich stów. Kłopotliwą ciszę przerwała sama Grace, 

kładąc na stole poranną pocztę, którą podniosła z podłogi w przedpokoju.

- Cztery nowe artykuły - oznajmiła.  - Wszystko  etyka  stosowana. Tego tu nigdy nie 

brakuje.

Jamie spojrzał na stosik kopert.

- Zauważyła pani rozbite drzwi?

- Tak.

- W domu był nieproszony gość.

Grace zamarła.

- Tak też myślałam. A tyle lat jej powtarzam: włączaj alarm, po to go masz. Gdzie tam, 

nigdy nie włączy. W ogóle mnie nie słucha. - Odetchnęła głęboko. - Ale tak naprawdę to nie 

wiedziałam, co mam o tym myśleć. Przyszło mi do głowy, że może urządziliście sobie tu wczoraj 

wieczór we dwoje.

Jamie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Nie. Zadzwoniła po mnie i przyjechałem. Zostałem na noc... w pokoju gościnnym.

Opowiedział jej, co się wydarzyło, a Grace wysłuchała go w poważnym skupieniu. Kiedy 

Jamie już zbliżał się do końca, do kuchni weszła Isabel. Zasiedli we trójkę przy stole i rozpoczęła 

się dyskusja.

- Trzeba przyznać, że sytuacja zrobiła się całkiem poważna - powiedział Jamie. - To już 

nie twoja liga. Musisz przekazać sprawę komu innemu.

Isabel spojrzała na niego skonsternowana.

background image

- To znaczy komu?

- Policji.

- Ale czy my ustaliliśmy coś takiego, co można by przekazać policji? - zapytała Isabel. - 

Nie mamy żadnych  dowodów, nic. Wszystko, czym  dysponujemy,  to podejrzenie, że Johnny 

Sanderson jest zamieszany w handel informacją służbową i że ten fakt może się w jakiś sposób 

łączyć ze śmiercią Marka Frasera.

- Zastanawia mnie jedna rzecz - zauważył Jamie. - W McDowell’s też na pewno Johnny 

był podejrzany. Wiesz od Minty, że to właśnie dlatego poproszono go o złożenie wymówienia. 

Zatem skoro oni o wszystkim wiedzieli, to co mu za różnica, czy ty coś odkryjesz, czy nie?

Isabel zamyśliła się. Powód może się znaleźć.

-   Może   oni   chcieli   całą   sprawę   zatuszować,   co   Johnny’emu,   rzecz   jasna,   bardzo 

odpowiadało. Nie byłoby po jego myśli, gdyby ktoś z zewnątrz - czyli w tym wypadku my, ty i ja 

- dowiedział się czegoś i zrobił aferę. Ręka rękę myje, to prawo rządzi w Edynburgu nie od dziś. 

W zasadzie nie powinno nas to dziwić.

-   A   wczorajszy   wieczór?   -   zapytał   Jamie.   -   Teraz   przynajmniej   mamy   na   niego 

konkretnego haka.

Isabel potrząsnęła głową.

- Nic na niego nie mamy - powiedziała. - Wczorajszy wieczór to żaden dowód. Opowie 

policji tę swoją historyjkę, dlaczego to niby wszedł do mnie, a oni najprawdopodobniej uznają to 

za wiarygodną wersję wydarzeń. Ani im postanie w głowie mieszać się do jakichś prywatnych 

zatargów.

- Przecież możemy im opowiedzieć o naszych hipotezach na temat handlu informacjami 

służbowymi - upierał się Jamie. - I o tym. czego dowiedziałaś się od Neila, i o tych obrazach. 

Czy to nie wystarczy do wzbudzenia uzasadnionych podejrzeń z ich strony?

Isabel nie była przekonana.

- Nie wydaje mi się. Policja nie może zażądać wyjaśnień, skąd ktoś ma pieniądze. Nie na 

tym polegają ich obowiązki,

- A Neil? - Jamie wciąż nie dawał za wygraną. - Neil powiedział ci, że Mark bał się 

czegoś.

- Neil już przy mnie oświadczył, że nie pójdzie na policję i nie złoży zeznania w tej 

sprawie - przypomniała mu Isabel. - W razie czego zapewne wyprze się, że w ogóle ze mną 

background image

rozmawiał. Gdyby teraz powiedział policji co innego niż za pierwszym razem, postawiliby mu 

zarzut utrudniania śledztwa. Neil będzie siedział cicho, jeśli chcesz znać moje zdanie.

Jamie odwrócił wzrok w stronę Grace, chcąc się zorientować, czy uzyska poparcie z jej 

strony.

- A pani jak sądzi? - zapytał. - Zgadza się pani ze mną?

- Nie - padła odpowiedź. - Nie zgadzam się.

Jamie spojrzał na Isabel, a Isabel uniosła brew. Zaczynało jej coś świtać w głowie.

- Złodziej złapie złodzieja - mruknęła. - Tak, jak powiedziałeś, Jamie, to już nie nasza 

liga. Nie damy rady udowodnić żadnych finansowych machlojek, a w żadnym wypadku nie uda 

nam się wykazać, że miały one jakikolwiek związek ze śmiercią. Marka Frasera. Prawdę mówiąc, 

tutaj   nie   ma   żadnego   związku   i   zaczynam   wątpić,   czy   słusznie   robimy,   doszukując   się   go. 

Rozsądnie zatem byłoby, żeby Johnny Sanderson dowiedział się, że ta cała sprawa już nas nie 

interesuje, że się wycofujemy. Dzięki temu będzie się trzymał ode mnie z daleka.

- Naprawdę uważasz, że on... mógłby zrobić ci coś złego? - zapytał Jamie.

- W nocy wystraszyłam się nie na żarty - odparła Isabel. - Sądzę, że mógłby. I chyba 

właśnie znalazłam na to sposób: możemy powiedzieć Minty o tym, że on tutaj był, a potem 

dopilnować, żeby ona przekazała mu, że wie o wszystkim. Mając świadomość tego, że Minty 

orientuje się, jak zachowywał się względem mnie, Johnny przestraszy się i nie będzie próbował 

żadnych dalszych kroków. Gdyby coś mi się stało, będzie się musiał liczyć z tym, że jeden z jego 

największych wrogów natychmiast oskarży go wielkim głosem.

Jamie upewnił się:

- Chcesz powiedzieć, że mamy wybrać się na rozmowę z Minty?

Isabel skinęła głową.

- Z tym, że, szczerze powiedziawszy, mnie osobiście to przerasta. Nie wiem, jak ty...

Grace wstała od stołu.

- Nie - oznajmiła twardo. - Ja to zrobię. Powiecie mi, gdzie znajdę tę waszą Minty, a ja 

tam pójdę i powiem jej wszystko, co trzeba.  A potem, żeby każdy miał  jasność w temacie, 

poproszę na słówko pana Sandersona. Jak mu przemówię do rozsądku, to od razu zrozumie, że w 

tym domu nie ma czego szukać.

Isabel zerknęła na Jamiego, a on skinął głową.

- Pani Grace potrafi być bardzo stanowcza - przytaknął, dodając szybko: - Rzecz jasna, z 

background image

zachowaniem nienagannej grzeczności.

- Rzecz jasna - potwierdziła z uśmiechem  Isabel. Przez chwilę milczała,  aż wreszcie 

podjęła na nowo: - Wiecie, chyba jestem rażącym przykładem tchórzostwa moralnego. Ledwie 

się   otarłam   o   to   mocno   nieprzyjemne   środowisko,   a   już   wycofuję   się   w   popłochu.   Pełna, 

bezwarunkowa kapitulacja.

- A czy możesz zrobić coś innego? - zapytał Jamie rozdrażnionym głosem. - Wmieszałaś 

się w to z własnej woli i uczyniłaś wszystko, co było możliwe. Masz pełne prawo bronić własnej 

skóry. Wykaż się rozsądkiem. Chociaż ten jeden raz.

- Zachowuję się jak tchórz - powiedziała cicho Isabel. - Wycofuję się, bo ktoś mnie 

przestraszył. I o to mu właśnie chodziło.

- Niech ci będzie - niechętnie rzekł Jamie, a jego głos wibrował frustracją. - Powiedz 

nam, jakie masz inne wyjście. Powiedz, co teraz zrobimy. Nie wiesz, co powiedzieć? To dlatego, 

że nic ci już nie pozostało.

- Otóż to - przytaknęła  Grace. - Pan Jamie  ma  rację, ty za to się mylisz.  Nie jesteś 

moralnym tchórzem. Jesteś ostatnią osobą, której zarzuciłabym tchórzostwo.

-   Zgadzam   się   -   rzekł   Jamie.   -   Jesteś   odważna   Isabel.   I   za   to   cię   kochamy.   Jesteś 

odważnym i dobrym człowiekiem i nawet o tym nie wiesz.

Kiedy Isabel poszła do swojego gabinetu, żeby przejrzeć poranną pocztę, Jamie i Grace 

zostali sami w kuchni. Kilka minut po jej wyjściu Jamie spojrzał na zegarek.

- O jedenastej przychodzi do mnie uczeń - powiedział - ale mógłbym wpaść wieczorem i 

zostać.

Grace   zgodziła   się,   że   to   dobry   pomysł,   i   przyjęła   propozycję   w   imieniu   swojej 

chlebodawczyni.

- Jeszcze kilka dni, nie dłużej - poprosiła. - Jeśli to nie kłopot...

-   Absolutnie   nie.   -   Jamie   pokręcił   głową.   -   Nie   zostawiłbym   jej   teraz   samej   z   tym 

wszystkim na głowie.

Grace dogoniła go jeszcze na ścieżce, przed domem, kiedy już wyszedł. Chwyciwszy go 

za łokieć, obejrzała się przez ramię i zniżonym głosem powiedziała:

- Jest pan wspaniałym człowiekiem. Mówię poważnie. Większość młodych ludzi miałaby 

to wszystko w nosie. Ale pan jest inny.

background image

Jamie odwrócił wzrok, zmieszany.

- To żaden kłopot, naprawdę.

- Być może. Ale chciałam panu powiedzieć coś jeszcze. Cat dała kosza temu chłoptasiowi 

w czerwonych portkach. Napisała o tym Isabel.

Jamie milczał, ale zamrugał kilka razy oczami.

Grace ścisnęła mocniej jego ramię.

- Isabel o wszystkim jej powiedziała  - szepnęła. - Opowiedziała  jej, jak to ten Toby 

znalazł sobie dziewczynę na boku.

- Opowiedziała jej o tym?

- Tak. Cat strasznie się tym przejęła. Wybiegła od nas cała zapłakana. Chciałam z nią 

porozmawiać, ale to jak grochem o ścianę.

Jamie zaczął się śmiać, ale szybko się opanował.

- Przepraszam. Wcale mnie nie cieszy, że ktoś sprawił Cat przykrość. Po prostu jestem 

zadowolony, że teraz może dotarto do niej, co z tego Toby’ego za człowiek. Bo ja...

Grace skinęła głową.

- Gdyby Cat miała choć trochę rozumu, wróciłaby do pana.

- Dziękuję. Bardzo bym sobie tego życzył, ale nie wiem, czy to w ogóle możliwe.

Grace spojrzała mu głęboko w oczy.

- Mogę powiedzieć panu coś od serca? Nie obrazi się pan?

- Ależ skąd. Proszę walić śmiało. - Rewelacje, które przekazała mu Grace, podniosły go 

na duchu i teraz był już w stanie wysłuchać wszystkiego.

- Te pana spodnie... - szepnęła Grace. - Są takie byle jakie. Jest pan idealnie zbudowany... 

Przepraszam, że tak prosto z mostu. Zazwyczaj nie rozmawiam w ten sposób z mężczyznami. A 

twarz ma pan po prostu posągową. Mówię panu: posągową. Ale musi się pan nosić... trochę 

bardziej seksownie. Ta dziewczyna... Cóż, ona po prostu zwraca uwagę na takie rzeczy.

Jamie gapił się w nią jak sroka w gnat. Jeszcze nigdy w życiu od nikogo nie usłyszał nic 

takiego. Grace z pewnością miała jak najlepsze chęci, ale szczerze mówiąc, Jamie nie bardzo 

rozumiał, co jest nie tak z jego spodniami. Opuścił głowę, obejrzał swoje nogi i spodnie, a potem 

podniósł wzrok na Grace.

I zobaczył,  że gosposia kręci głową; nie z dezaprobatą, ale z żalem, jak za utraconą 

szansą, za niewykorzystaną możliwością.

background image

Jamie   zjawił   się   u   Isabel   około   siódmej,   niosąc   w   ręku   podręczną   walizeczkę.   Na 

popołudnie   Isabel   zamówiła   szklarzy;   w   miejscu   stłuczonego   witraża   widniała   teraz   duża, 

zwyczajna  szyba.  Kiedy przyszedł  Jamie,  Isabel   była  akurat   w  swoim   gabinecie  i   pisała  na 

brudno jakiś list. Poprosiła go, aby poczekał chwilę w salonie, aż skończy. W pierwszej chwili, 

kiedy otwierała mu drzwi, Jamiemu wydało się, że Isabel jest już w lepszym nastroju, ale gdy 

skończyła list i zeszła na dół, do salonu, miała ponurą minę.

- Minty dzwoniła dziś dwa razy - oznajmiła. - Chcesz usłyszeć, co powiedziała?

- Oczywiście. Przez cały dzień nie myślę o niczym innym.

- Zdenerwowała się nie na żarty, kiedy Grace opowiedziała jej o tym, co się stało wczoraj 

wieczorem.   Obiecała,   że   ona   i   Paul   natychmiast   skontaktują   się   z  Johnnym   Sandersonem,   i 

wszystko wskazuje na to, że dotrzymała słowa. Potem zadzwoniła jeszcze raz i powiedziała, że 

nic mi już z jego strony nie grozi. Podobno otrzymał jasne i wyraźne ostrzeżenie. Wydaje się, że 

mieli   na   niego   jakiegoś   haka,   o   którym   nie   wiedzieliśmy.   W   każdym   razie   Johnny   dał   za 

wygraną. I to tyle na ten temat.

- A Mark Fraser? Czy była mowa o tym, jak zginął?

- Nie - odrzekła Isabel. - Ani słowa. Ale jeśli chcesz znać moje zdanie, to nie wyklucza 

możliwości, że to jednak Johnny Sanderson albo ktoś działający na jego polecenie wypchnął 

Marka z balkonu, z tym, że nigdy nie uda nam się tego udowodnić. I Johnny dobrze o tym wie. 

Tak więc wszystko wraca do normy. Finansjera pozamiatała swoje brudy pod dywan, wraz z 

tragiczną śmiercią młodego człowieka. Dzień jak co dzień.

Jamie wbił wzrok w podłogę.

- Marni z nas detektywi, co?

Isabel uśmiechnęła się.

-   Trudno   zaprzeczyć   -   powiedziała.   -   Bardziej   do   nas   pasuje   miano   beznadziejnych 

amatorów.   Fagocista   i   filozofka.   -   Zawiesiła   głos   na   chwilę.   -   Ale   chociaż   ponieśliśmy   tak 

spektakularną   moralną   porażkę,   jest   w   tym   całym   mętliku   jedna   rzecz,   z   której   warto   się 

ucieszyć.

- Mianowicie? - zaciekawił się Jamie.

Isabel wstała.

- Wydaje mi się, że możemy za to wypić po szklaneczce sherry - oświadczyła. - Szampan 

background image

byłby tu raczej nie na miejscu. - Otworzyła barek i wyjęła dwie szklanki.

- A co konkretnie będziemy opijać? - chciał wiedzieć Jamie.

-   Cat   zerwała   zaręczyny   -   oznajmiła   Isabel.   -   Przez   chwilę   istniało   poważne 

niebezpieczeństwo, że moja bratanica zostanie żoną Toby’ego, ale przyszła tu dziś po południu, 

popłakałyśmy sobie zdrowo i wszystko dobrze się skończyło. Toby to już historia, jak to się u 

was mówi. Bardzo obrazowe określenie.

Jamie w duchu zgadzał się z Isabel: nieładnie jest oblewać czyjeś rozstanie szampanem. 

Ale na kolację iść można, jak najbardziej. Isabel przyjęła jego zaproszenie.

background image

27

Isabel nie lubiła niedokończonych spraw. Zaczęła badać okoliczności tragicznej śmierci 

Marka Frasera, ponieważ żywiła przekonanie, że dotyczy jej to osobiście, czy jej się to podoba, 

czy nie. Żeby zaś mieć poczucie, że do końca wypełniła swój moralny obowiązek, postanowiła 

jeszcze raz zobaczyć się z Neilem i zrelacjonować mu, jakie rezultaty przyniosło jej dochodzenie. 

To przecież on poprosił ją, aby zajęła się tą sprawą; czuła, że jest mu winna wyjaśnienie, jak 

wszystko się potoczyło. Jeżeli cierpiał wyrzuty sumienia z powodu tego, że sam nic nie zrobił, 

wiadomość o tym, że obawy Marka nie miały nic wspólnego z jego upadkiem z balkonu, mogła 

przynieść mu pocieszenie.

Był   jeszcze   jeden   powód,   który   kazał   Isabel   spotkać   się   z   Neilem.   Od   czasu   ich 

pierwszego spotkania, wtedy, gdy zobaczyła, jak biega nago po mieszkaniu, Neil intrygował ją; 

za nic nie mogła go rozgryźć. Rzecz jasna, poznali się w mało sprzyjających okolicznościach: 

Isabel przeszkodziła mu w łóżku z Hen, co samo w sobie mogło wprawić go w zakłopotanie, ale 

tutaj   chodziło   o   coś   więcej.   Podczas   tamtego   pierwszego   spotkania   traktował   ją   bardzo 

podejrzliwie, a na jej pytania odpowiadał z niezwykłą powściągliwością. Z drugiej strony, Isabel 

nie miała postaw spodziewać się serdecznego przyjęcia - było jasne i zrozumiałe, że Neil ma 

pełne prawo odnosić się z dystansem  do każdego,  kto wypytuje  o Marka. A jednak coś jej 

mówiło, że to jeszcze nie wszystko.

Postanowiła odwiedzić go nazajutrz po kolacji z Jamiem. Próbowała zapowiedzieć się 

telefonicznie, ale w mieszkaniu nikt nie podnosił słuchawki. Neila nie sposób też było złapać w 

biurze. W takich okolicznościach zdecydowała się na podjęcie ryzyka kolejnej niezapowiedzianej 

wizyty.

Wchodząc   po   schodach,   dokonała   przeglądu   wydarzeń,   które   zaszły   od   czasu,   kiedy 

ostatni   raz   była   w   tym   domu.   Minęło   zaledwie   kilka   tygodni,   a   ona   miała   wrażenie,   że 

przepuszczono   ją   przez   uniwersalną   i   stuprocentowo   wydajną   moralną   wyżymaczkę.   Jednak 

mimo to nadal tkwiła w tym samym punkcie, z którego zaczęła. Nacisnęła przycisk dzwonka. 

Drzwi   otworzyła   Hen,   tak   jak   poprzednio.   Tym   razem   przywitała   ją   serdeczniej   i   od   razu 

zapytała, czy Isabel ma ochotę napić się wina. Isabel odparła, że owszem, ma,

- Prawdę mówiąc, przyszłam zobaczyć się z Neilem - wyjaśniła. - Chciałabym jeszcze raz 

background image

z nim porozmawiać. Oby tylko się zgodził.

- Zgodzi się, proszę się nie martwić - zapewniła ją Hen. - Co prawda, jeszcze nie wrócił, 

ale spodziewam się go lada chwila.

Isabel nagle przypomniała sobie, jak podczas jej poprzedniej wizyty Hen okłamała ją, że 

Neila nie ma w domu, a ona potem zobaczyła go, jak przebiega nago przez korytarz do swojego 

pokoju. Już miała się uśmiechnąć, ale nie zrobiła tego.

- Wyprowadzam się - rzuciła Hen jakby mimochodem. - Wyfruwam stąd. Dostałam pracę 

w Londynie i tam będę mieszkać. Wie pani: nowe wyzwania, nowe możliwości.

- Oczywiście - przytaknęła Isabel. - Na pewno już się pani nie może doczekać.

- Ale będzie mi brakowało tego mieszkania - powiedziała Hen. - A do Szkocji na pewno 

kiedyś wrócę. Wszyscy zawsze wracają.

- Ja w każdym  razie  wróciłam  - oświadczyła  Isabel. - Przez kilka  lat  mieszkałam  w 

Cambridge, następnie przez jakiś czas w Stanach, a potem wróciłam. Wszystko wskazuje na to, 

że na dobre.

- No, najpierw tych kilka lat musi upłynąć. - Hen uśmiechnęła się. - A potem się zobaczy.

Ciekawe, co z Neilem, pomyślała Isabel. Zostanie tutaj, czy też może Hen zabierze go ze 

sobą? Coś jej mówiło, że raczej to pierwsze. Zapytała.

- Neil zostaje - odpowiedziała Hen. - Tutaj ma pracę.

- Nie wyprowadzi się z tego mieszkania?

- Wydaje mi się, że nie. - Zamilkła na chwilę. - On się z tym trochę szarpie, ale w końcu 

wszystko sobie ułoży. Bardzo przeżył śmierć Marka. Dla nas wszystkich to był ciężki cios, ale 

dla niego szczególnie.

- Przyjaźnili się?

Hen skinęła głową.

- Na ogół dobrze im się układało. Chyba mówiłam już pani o tym poprzednim razem.

- Tak, tak - potwierdziła Isabel. - Oczywiście.

Hen sięgnęła po butelkę z winem, którą postawiła na stole, i dolała sobie.

- Wie pani - zaczęła - do tej pory staje mi przed oczami tamten wieczór. Ten, kiedy Mark 

miał wypadek. Nie mogę przestać o tym myśleć. Nachodzi mnie to o najróżniejszych porach. 

Myślę o tym, jak siedział tutaj, ostatni raz, w ostatnich godzinach swojego życia. Potem, jak 

siedział na koncercie i słuchał utworów McCunna. Znam tę muzykę. Mama grywała to u nas w 

background image

domu. Myślę o tym, jak słuchał jej Mark.

- Bardzo pani współczuję - powiedziała Isabel. - Wyobrażam sobie, jak pani z tym ciężko. 

- McCunn, pomyślała, „Kraina Góry i Wysokiej Wody”. Taki romantyczny utwór. I wtedy nagle 

w głowie Isabel zaświtała myśl, która sprawiła, że na jedną chwilę jej serce przestało bić.

- Znała pani program tamtego koncertu? - zapytała głosem tak cichym, że Hen aż rzuciła 

jej zaskoczone spojrzenie.

- Znałam. Nie przypomnę sobie już teraz innych utworów, ale pamiętam, że widziałam 

McCunna.

- Widziała pani?

- Przeglądałam program - wyjaśniła Hen, spoglądając zdziwionym wzrokiem na Isabel. - 

Tam zauważyłam nazwisko. Czy to takie ważne?

- Ale skąd miała pani program? Ktoś go pani dał?

Hen ponownie obdarzyła Isabel spojrzeniem mówiącym wiele o sensowności zadawanych 

przez nią pytań.

- Wydaje mi się, że znalazłam go tutaj, w mieszkaniu. Chyba nawet teraz wiem, gdzie on 

leży. Chce go pani zobaczyć?

Isabel  skinęła  głową. Hen wstała i zaczęła  przerzucać  papiery zalegające  na jednej  z 

półek.

- Proszę bardzo. Jest. Widzi pani? Tutaj jest ten McCunn i cała reszta.

Isabel wzięła program. Jej ręce drżały.

- Czyj to program?

-   Nie   wiem.   -   Hen   wzruszyła   ramionami.   -   Pewnie   Neila.   Wszystkie   rzeczy   w   tym 

mieszkaniu są albo moje, albo Neila, albo... Marka.

- To raczej program Neila - powiedziała Isabel cicho. - Mark nie wrócił z koncertu.

- Nie rozumiem, dlaczego nagle ten program zrobił się taki ważny. - Hen skrzywiła się, 

sprawiała wrażenie lekko poirytowanej.

Isabel wykorzystała tę okazję, żeby skończyć rozmowę i wymknąć się.

- Poczekam na Neila na dole - powiedziała. - Nie chcę pani dłużej przeszkadzać.

- Chciałam właśnie się wykąpać - poinformowała ją Hen.

- Oczywiście, oczywiście - przytaknęła szybko Isabel. - Proszę sobie nie przeszkadzać. 

Czy Neil wraca z pracy pieszo?

background image

- Tak. - Hen wstała. - Będzie szedł od strony Tollcross. Chodzi tamtędy, bo tam są pola 

golfowe.

- Wyjdę mu naprzeciw - postanowiła Isabel. - Jest piękny, ciepły wieczór. Mam ochotę na 

spacer.

Wyszła   na   ulicę.   Ze   wszystkich   sił   starała   się   opanować   i   oddychać   równomiernie. 

Zobaczyła,   że   Soutar   Mydlarz,   jak   Hen   nazywała   chłopca   mieszkającego   na   dole,   ciągnie 

swojego psa na smyczy w kierunku małego trawnika na skraju jezdni. Zrównawszy się z nim, 

przystanęła, żeby zamienić kilka słów.

- Ładny piesek.

Soutar Mydlarz zadarł głowę, patrząc na Isabel.

- Wogle mie nie lubi ten pies. I nic, tyko by żar.

- Psy zawsze są głodne - powiedziała Isabel. - Tak to już z nimi jest.

- Aha, no właśnie, ten to głodomór jes jakiś, tak moja mama mówi. Żre jak najenty, a na 

spacer mu się nie chce.

- Ale i tak cię lubi, na pewno.

- Wogle mie ten pies nie lubi.

Dłużej rozmowy nie sposób było ciągnąć. Isabel rozejrzała się, spoglądając w stronę pól 

golfowych. Dostrzegła dwie postacie, podążające ścieżką ukośnie przecinającą murawę. Jedną z 

nich był wysoki mężczyzna w lekkim płaszczu przeciwdeszczowym koloru khaki. Mógł to być 

Neil. Isabel ruszyła mu naprzeciw.

To istotnie  był  Neil. Przez chwilę Isabel  wydawało  się, że jej nie poznał, ale  potem 

uśmiechnął się i przywitał się z nią uprzejmie.

- Przyszłam się z panem zobaczyć - powiedziała. - Hen mówiła, że będzie pan tędy wracał 

do domu, więc postanowiłam wyjść panu na spotkanie. Piękny mamy dziś wieczór.

- W rzeczy samej, bardzo przyjemny. 

Neil   spojrzał   na   nią,   czekając,   co   powie   dalej.   Wyglądał   na   zaniepokojonego,   ale   w 

zasadzie trudno było mu się dziwić.

Isabel zrobiła głęboki wdech.

- Dlaczego pan wtedy mnie odwiedził? - zapytała. - Dlaczego przyszedł pan porozmawiać 

o tym, że Mark się czegoś bał?

background image

Odpowiedź padła natychmiast, ledwie Isabel zdążyła skończyć swoje pytanie.

- Ponieważ gryzło mnie, że nie powiedziałem pani całej prawdy.

- I nadal ukrywają pan przede mną.

Neil   podniósł   wzrok   na   Isabel,   a   ona   zauważyła,   że   kostki   dłoni   ściskającej   rączkę 

nesesera pobielały.

- Nie  dowiedziałam   się  od pana,  że  pan  też  był   na  tym   koncercie.   Bo był  pan  tego 

wieczoru w Usher Hall, prawda?

Przytrzymała wzrokiem jego spojrzenie, obserwując emocje, które odbijały się w jego 

oczach, jedna za drugą, szybko, jak w kalejdoskopie. Najpierw błysnął w nich gniew, ale prawie 

natychmiast wyparł go strach.

- Wiem, że pan tam był - powiedziała Isabel. - A teraz mam na to dowód. - Nie była to do 

końca prawda, ale wydawało jej się, że nawet taka półprawda wystarczy, przynajmniej w tej 

chwili.

Neil otworzył usta.

- Ja...

- Czy miałeś coś wspólnego z jego śmiercią, Neil? Powiedz: tak czy nie? Zostaliście w 

loży sami, wszyscy inni już wyszli. Tak było, prawda?

Spuścił wzrok; nie mógł dłużej znieść jej spojrzenia.

- To prawda. Byłem tam.

- Rozumiem - powiedziała Isabel. - Co zaszło?

- Posprzeczaliśmy się - odparł. - Ja zacząłem. Byłem zazdrosny, że Mark kręci z Hen. Nie 

mogłem   tego   znieść.   Zaczęliśmy   się   kłócić   i   w   pewnym   momencie   pchnąłem   go   w   ramię. 

Chciałem w ten sposób podkreślić, że mówię poważnie. Tylko tyle. Ale on stracił równowagę, 

zatoczył się i przeleciał przez balustradę.

- A czy teraz mówisz mi  prawdę? - Kiedy Neil podniósł wzrok, żeby odpowiedzieć, 

Isabel   zajrzała   mu   głęboko   w  oczy  i   już  wiedziała.   Rzecz   jasna,   pozostawała   jeszcze   jedna 

kwestia, mianowicie dlaczego Neil był zazdrosny, że Mark romansuje z Hen - czy to jednak 

naprawdę było aż tak ważne? Isabel uznała, że nie; wiele jest źródeł miłości i zazdrości, ale 

każde z nich bije jednakowo mocno i obficie.

-  Mówię   prawdę  -   odparł   Neil   powoli.   -  Ale   przecież   rozumie   pani,   że   nie   mogłem 

nikomu o tym powiedzieć. Oskarżyliby mnie, że wypchnąłem go z balkonu, a ja przecież nie 

background image

mogę udowodnić, że nie miałem takiego zamiaru. Nie było żadnych świadków tego, co zaszło. A 

nawet gdyby się znaleźli, to i tak skończyłoby się w sądzie. W świetle prawa byłbym winny 

zabójstwa,   bo   zaatakowałem   człowieka,   a   on   na   skutek   mojego   zachowania   stracił   życie,   i 

nieważne, że nie zrobiłem tego celowo, że to miało być tylko lekkie popchnięcie. Bo tak miało 

być, naprawdę. Ja nie chciałem, naprawdę nie chciałem... - Umilkł na chwilę. - A dlaczego potem 

nikomu nie powiedziałem? Ze strachu. Zwyczajnie ze strachu. Wiedziałem, jak będę się czuł, 

kiedy nikt nie będzie chciał mi uwierzyć.

- Ja ci wierzę - powiedziała Isabel.

Obok przeszedł jakiś mężczyzna, który żeby ich ominąć, musiał zejść ze ścieżki na trawę. 

Pewnie   zastanawia   się,   pomyślała   Isabel,   jakież   to   istotne   kwestie   dwoje   ludzi   omawia   tak 

zawzięcie pod wieczornym niebem. I odpowiedziała mu w myślach: Porządkujemy jedno ludzkie 

życie.  Żegnamy zmarłego, odchodzącego  na wieczny spoczynek. Próbujemy doprowadzić  do 

tego, aby człowiek potrafił sobie wybaczyć, a czas zaczął leczyć rany.

Z kwestiami tego rodzaju mocuje się niejeden filozof, pomyślała Isabel. Przebaczenie to 

popularny temat studiów filozoficznych, podobnie jak kara. Istnieje potrzeba karania, nie dlatego, 

że karząc winnych, czujemy się lepiej - w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że wcale tak nie 

jest - ale dlatego, że kara doprowadza do powstania równowagi moralnej. Kara określa winę; 

dzięki niej mamy poczucie, że na tym świecie istnieje sprawiedliwość. A jednak w świecie, gdzie 

rządzi sprawiedliwość, karze się tylko tych, którzy mają złe zamiary, którzy rozmyślnie czynią 

zło.   Zaś   ten   młody   człowiek,   którego   Isabel   dopiero   teraz   zaczęła   rozumieć,   nie   działał   z 

rozmysłem. Nie chciał skrzywdzić Marka - ani mu to przez myśl nie przeszło - zatem nie było 

absolutnie  żadnego   uzasadnienia   ku temu,   aby obarczyć   go odpowiedzialnością   za  tragiczny 

wypadek, będący konsekwencją jego zachowania, które miało być przecież niczym innym, jak 

tylko   gestem   wyrażającym   irytację.   Jeżeli   szkockie   prawo   karne   przewiduje   odmienną 

klasyfikację tego czynu, należy powiedzieć wprost, że w sensie moralnym to prawodawstwo jest 

po prostu niesłuszne. I już.

Neil był kompletnie zdezorientowany. Wyszło na to, że u podstaw całej sprawy legł seks 

oraz jego własny brak zdecydowania i niedojrzałość. Co by to dało, gdyby teraz poniósł karę za 

coś, czego nigdy nie chciał zrobić? Jedynym tego skutkiem byłoby kolejne zmarnowane życie, bo 

świat, jeżeli o to chodzi, wcale nie stałby się przez to sprawiedliwszy.

- Tak, wierzę ci - powtórzyła Isabel i umilkła. Decyzja była w istocie całkiem prosta. Aby 

background image

ją podjąć, wcale nie trzeba być filozofką moralistką. - I na tym, jak sądzę, zakończymy tę sprawę. 

To był wypadek. Żałujesz tego, co się stało. I to wystarczy.

Spojrzawszy na Neila, zobaczyła, że oczy ma pełne łez, więc wzięła go za rękę i trzymała 

ją długo, aż w końcu mogli ruszyć z miejsca.