background image

Tadeusz Konecki

FIASKO „BURZY ZIMOWEJ”

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1986

Okładkę projektował: Marek Soroka

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Renata Wojciechowska

Korektor: Jadwiga Stuglik

background image

GWARDYJSKI ODWÓD

Przez   pokrytą   cienką   warstwą   śniegu   stepową   równinę   pędziły   trzy   samochody.   W   pierwszym 

terenowym Willysie obok kierowcy siedział krępy mężczyzna o smagłej twarzy z lekko wystającymi kośćmi 
policzkowymi. Był to dowódca niedawno sformowanej w rejonie Tambowa 2 armii gwardii, generał lejtnant 
Rodion   Malinowski.   Z   oficerami   swego   sztabu   i   fizylierami   plutonu   ochrony   podążał   z   miejscowości 
Panszyno, w której doraźnie rozwinął swój sztab, do chutoru Zawarykino, by zameldować się dowódcy 
Frontu Dońskiego.

Już w samej wsi samochody minęły szlaban i zatrzymały się przed jedną z chat. Po kilku minutach 

generał   Malinowski   i   towarzyszący   mu   oficerowie   znaleźli   się   w   obszernym,   dobrze   ogrzanym 
pomieszczeniu adiutantury.

—   Nareszcie   jesteście  —   przywitał   ich   z   ujmującym   uśmiechem   wysoki,   postawny   generał.  — 

Czekaliśmy na was z niecierpliwością!

Rodion Malinowski poznał dowódcę Frontu Konstantego Rokossowskiego i zameldował się, po czym 

wszyscy  przeszli   do   następnego   pomieszczenia,   w   którym   pochylony  nad   jakimiś   mapami   i   papierami 
siedział generał pułkownik. Przybyli poznali go od razu. Był to szef Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej, 
przedstawiciel Kwatery Głównej przy Frontach Dońskim i Stalingradzkim — Aleksander Wasilewski.

Po złożeniu okolicznościowego meldunku generał Malinowski przedstawił generałom Wasilewskiemu i 

Rokossowskiemu   swych   współpracowników:   szefa   sztabu   generała   Siergieja   Biriuzowa   i   członka   Rady 
Wojennej generała Iłłariona Łarina. Gorąca herbata, przyniesiona przez ordynansa, rozgrzała przybyłych, a 
zarazem wprowadziła serdeczną atmosferę.

Generał Malinowski scharakteryzował stan dowodzonej przez niego armii i przebieg przegrupowania.
Słuchający   go   wiedzieli,   iż   jest   on   doświadczonym   i   zasłużonym   w   dotychczasowych   walkach 

dowódcą. Urodzony w Odessie w 1897 roku, w okresie pierwszej wojny światowej był między innymi 
żołnierzem rosyjskiego korpusu ekspedycyjnego walczącego we Francji, gdzie został dwukrotnie ranny. Po 
powrocie   do  Rosji   w   1919   roku   był   młodszym   dowódcą   w   Armii  Czerwonej.   W   1930   roku   ukończył 
Akademię   Wojskową   im.   M.   Frunzego,   po   czym   mianowano   go   doradcą   w   hiszpańskiej   armii 
republikańskiej.   W   początkach   wojny  dowodził   48  korpusem  piechoty,   wkrótce   jednak   powierzono   mu 
dowództwo   Frontu   Południowego,   a   następnie   Dońskiej   Grupy   Armii.   W   walkach   na   kierunku 
stalingradzkim dowodził 66 armią, po czym został mianowany zastępcą dowódcy Frontu Woroneskiego.

W końcu listopada generała Malinowskiego poproszono do telefonu. Ku jego zaskoczeniu w słuchawce 

rozległ się głos naczelnego dowódcy:

— Stworzyliśmy bardzo dobrą rezerwową armię gwardii i potrzebujemy dla niej świetnego dowódcy. 

Co powiedzielibyście, gdybyśmy was wyznaczyli na to stanowisko?  — zapytał Stalin. — Nie czujecie się 
obrażonym?

W czasie gdy Stalin charakteryzował nowo tworzoną armię, Malinowski zastanawiał się, czy przyjąć 

propozycję, czy też ją odrzucić? Przecież piastował już wyższe stanowiska. Ale przytoczony przez Stalina 
skład armii zdradzał jej szczególne przeznaczenie i duże możliwości operacyjne. Wyraził więc zgodę.

Druga   armia   gwardii   miała   być   silnym   operacyjnym   związkiem   odwodowym,   przeznaczonym   do 

realizacji kontrofensywnych planów Kwatery Głównej Armii Radzieckiej na południowym odcinku frontu 
wschodniego. Jej formowanie rozpoczęło się 23 października 1942 roku w rejonach Tambowa, Miczurińska i 
Morszańska na bazie 1 armii odwodowej. W jej skład weszły 1 i 13 korpusy piechoty gwardii oraz 2 korpus 
zmechanizowany gwardii. Aby ją skompletować, wydzielono ze składu różnych Frontów sześć zasłużonych 
w   walkach   dywizji   piechoty,   w   tym   cztery   dywizje   gwardii.   Stan   osobowy   uzupełnili   ochotnicy  — 
marynarze z Floty Oceanu Spokojnego, poborowi z Uralu oraz absolwenci szkół oficerskich z Saratowa, 
Penzy, Gorkiego i Morszańska. Uzbrojenie i wyposażenie związków taktycznych i oddziałów było bardzo 
dobre, lecz szkolenie trwało niewiele ponad dwa tygodnie. Mimo to generał Malinowski uznał, że armia jest 
w pełni przygotowana do wykonania zadań bojowych, i tak teraz meldował:

—   Pierwszy   korpus   piechoty   gwardii   został   sformowany   od   nowa,   gdyż   z   Frontu   Północno-

Zachodniego przybyło jedynie dowództwo i jednostki korpuśne. Jego dowódca generał major Iwan Missan 
od pierwszych dni wojny dowodził sto osiemdziesiątą dywizją piechoty, która otrzymała miano dywizji 
gwardii. Wszystkie wchodzące w skład korpusu dywizje gwardii: dwudziesta czwarta, trzydziesta trzecia i 
dziewięćdziesiąta   ósma   mają   bogate   doświadczenie   bojowe.   Dwudziesta   czwarta   w   walkach   pod 
Leningradem i nad rzeką Wołchow, a dwie pozostałe na froncie między Donem a Wołgą.

W podobny sposób scharakteryzował generał pozostałe jednostki 2 armii. Z jego wypowiedzi wynikało, 

że równie chwalebne tradycje bojowe mają też dywizje 13 KPgw. generała majora Porfirija Czanczibadze, 
energicznego, zdecydowanego i śmiałego dowódcy. 3 DPgw. już w 1941 roku zapisała szczytne karty w 

background image

walkach pod Witebskiem i Smoleńskiem, a następnie pod Leningradem i nad rzeką Wołchow, 49 DPgw., 
dowodzona przez generała Czanczibadze, walczyła pod Moskwą i Rżewem, wreszcie 387 DP od jesieni 
1941 roku działała na Froncie Zachodnim.

Drugi   korpus   zmechanizowany   gwardii,   dowodzony   przez   generała   majora   Swiridowa,   uczestnika 

wojny   domowej,   który   wyróżnił   się   w   bitwie   pod   Moskwą,   został   sformowany   na   bazie   22   DPgw., 
uczestniczącej w walkach pod Demiańskiem. W skład korpusu wchodzą 4, 5 i 6 zmechanizowane brygady 
gwardii oraz 22 samodzielny pułk czołgów, a także jednostki artylerii i pododdziały obsługi. Korpus liczy 
około 16 tys.  żołnierzy i jest  wyposażony w 150 średnich  i lekkich czołgów,  około  120 dział różnych 
kalibrów, 150 moździerzy, 8 wyrzutni rakietowych i przeszło 2000 samochodów.

— Sztab armii — kontynuował generał Malinowski — jest złożony z doświadczonych pracowników i 

umiejętnie kierowany przez obecnego tu generała Siergieja Biriuzowa.

Wzrok   przełożonych   spoczął   na   twarzy   szczupłego   blondyna,   na   którego   piersi,   wśród   innych 

odznaczeń, widniał Order Lenina. Otrzymał go za śmiałe i zdecydowane dowodzenie 132 DP w walkach 
odwrotowych w 1941 roku.

— Czwartego grudnia otrzymaliśmy rozkaz o przegrupowaniu  — ciągnął dalej generał.  — Dziś jest 

dziesiąty  grudnia   i   pierwsze   transporty  armii   wyładowują   się   na   stacjach   kolejowych   Iłowka,   Arczeda, 
Kalinino,   Lipki   i   Kaczalino.   Wojska   podążają   w   rejon   koncentracji.   Operacyjna   grupa   armii  rozwinęła 
stanowisko dowodzenia we wsi Panszyno.

— To dobrze, że tak szybko zjawiliście się na stanowisku dowodzenia Frontu, choć zgodnie z rozkazem 

zostaliście mu podporządkowani z dniem piętnastego grudnia — pochwalił meldującego generał Wasilewski. 
— Mogę was poinformować, że Kwatera Główna Armii Czerwonej początkowo zamierzała wprowadzić 
armię  do   walki   z   rejonu   Kałacza,   by  rozwinąć   natarcie   na   Rostów   i   Taganrog   po   rozgromieniu  wojsk 
nieprzyjaciela   nad   środkowym   Donem.   Jednakże   zmiana   sytuacji   operacyjnej   w   początkach   grudnia 
sprawiła,   że   musimy  wykorzystać   drugą   armię   gwardii   w   inny  sposób.   A!e   tę   kwestię   niech   rozwinie 
dowódca Frontu. Proszę, Konstanty Konstantynowiczu!

— Jak wiecie, towarzysze — rozpoczął generał Rokossowski — pierwsza faza operacji, mającej na celu 

likwidację   stalingradzkiego   zgrupowania   nieprzyjaciela,   została   zakończona   pomyślnie.   Dwudziestego 
trzeciego   listopada   wojska   Frontów  Stalingradzkiego  i  Południowo-Zachodniego  okrążyły  stalingradzkie 
zgrupowanie nieprzyjaciela, a następnie utworzyły front zewnętrzny, który ubezpiecza nasze operacje przed 
dwoma nieprzyjacielskimi zgrupowaniami w rejonie Tormosina, w widłach Donu i Czyru, oraz w rejonie 
Kotielnikowskiego, wzdłuż linii kolejowej Stalingrad — Salsk. Wojska naszego Frontu, w składzie czterech 
armii, współdziałając z trzema armiami Frontu Stalingradzkiego, podjęły już w końcu listopada działania 
przeciw okrążonemu zgrupowaniu generała Paulusa. Oceniamy, iż liczy ono około dziewięćdziesiąt tysięcy 
żołnierzy.   Niestety   znaczniejszego   powodzenia   w   tych   działaniach   nie   uzyskaliśmy.   Wczoraj 
przedstawiliśmy Kwaterze Głównej plan ostatecznego rozgromienia tego zgrupowania, w którym wasza 
armia odegra bardzo ważną rolę. Wejdzie ona w styk między dwudziestą pierwszą a sześćdziesiątą piątą 
armią na głównym kierunku uderzenia rozcinającego.

Dwa   dni   później,   wieczorem   12   grudnia,   w   ziemiance   generała   Malinina,   szefa   sztabu   Frontu 

Dońskiego,   generał  Malinowski  zapoznał   się   z  zatwierdzonym  poprzedniego   dnia   przez  Stalina  planem 
likwidacji okrążonych w Stalingradzie wojsk nieprzyjaciela.

— Powinniście wiedzieć, Rodionie Jakowlewiczu  — mówił generał Malinin  —  że Kwatera Główna 

domaga   się   jak   najszybszego   zakończenia   działań   likwidacyjnych.   Pierścień   okrążenia   oprócz   naszych 
czterech armii zamykają ze wschodu i południa trzy armie Frontu Stalingradzkiego: sześćdziesiąta druga 
broniąca się w samym mieście oraz sześćdziesiąta czwarta i pięćdziesiąta siódma. Do tej pory główny ciężar 
walk zaczepnych spoczywał jednak na naszych armiach, na sześćdziesiątej piątej i dwudziestej czwartej. Na 
tempie ich natarcia odbił się brak związków szybkich. Dlatego stworzyliśmy w sześćdziesiątej piątej armii 
grupę   pancerno-zmechanizowaną.   Wasza   armia   posiada   korpus   zmechanizowany   i   pełne   stany  bojowe, 
dlatego dowódca Frontu postanowił użyć was na głównym.kierunku natarcia. O, właśnie tutaj — mówiąc to 
generał Malinin wskazał na mapie pas natarcia armii. — Jak widzicie, wojska nasze nacierać mają z zachodu 
na wschód, a na spotkanie z południowego wschodu wyjdą nam wojska Frontu Stalingradzkiego. Operacja 
ma się rozpocząć osiemnastego grudnia, ale dokładną datę dowódca Frontu ustali w rozkazie bojowym. Czy 
do tego czasu będziecie mogli wyprowadzić armię na pozycje wyjściowe?

—   Termin   jest   bardzo   krótki   —   westchnął   generał   Malinowski.  —   Część   wojsk   jest   wciąż   w 

transporcie, a część jeszcze czeka na załadunek. Poza tym z odcinka wyładunku między stacjami Iłowka i 
Kaczalinska do podstaw wyjściowych jest około stu kilometrów. Sądzę jednak, że główne siły armii uda mi 

background image

się skoncentrować na czas.

— To bardzo ważne, Rodionie Jakowlewiczu. Dowódca Frontu przywiązuje dużą wagę do terminowego 

zajęcia   podstaw   wyjściowych   przez   waszą   armię.   Bez   jej   udziału   szanse   operacji   są   znikome,   gdyż 
nieprzyjaciel zdążył zorganizować silną obronę okrężną. Dostaniecie dokładne dane rozpoznawcze, ale i 
sami powinniście już rozpocząć rozpoznanie nieprzyjacielskiej obrony w pasie swego natarcia.

Zabrzęczał telefon. Generał Malinin podniósł słuchawkę.
—   Michaile   Siergiejewiczu   —   usłyszał   głos   dowódcy   Frontu.  —   Rozmawiałem   przed   chwilą   z 

Tołbuchinem. Poinformował mnie, że wyjechał do nas towarzysz Michajłow. Dał mi też do zrozumienia, że 
sytuacja   na   kotielnikowskim   kierunku   pogorszyła   się.   Nieprzyjaciel   podjął   niezwykle   silne   natarcie   i 
osiągnął   pewne   sukcesy.   U   nich   panuje   powszechny   niepokój   o   utrzymanie   zewnętrznego   frontu. 
Wywnioskowałem, Michaile  Siergiejewiczu, że wszystko  to może niekorzystnie  rzutować na planowane 
przez nas przedsięwzięcia.

DECYZJA O DEBLOKADZIE

Podjęcie   przez   Niemców   próby   deblokady   wojsk   okrążonych   w   Stalingradzie   nie   stanowiło   dla 

dowództwa radzieckiego zaskoczenia, gdyż zdawało sobie ono sprawę, że Hitler i jego generałowie nie 
pogodzą się z przejęciem przez Armię Czerwoną inicjatywy w wielkiej bitwie nad Wołgą, a tym bardziej zaś 
z   okrążeniem   całej   armii.   W   historii   tej   wojny   wszystkie   dotychczasowe   próby   okrążenia   większych 
zgrupowań   wojsk   niemieckich   spotykały   się   z   natychmiastowym   przeciwdziałaniem   niemieckiego 
dowództwa,   które   bez   względu   na   ofiary   wyprowadzało   je   z   kotła   lub   wydawało   rozkaz   przebicia 
deblokującego korytarza. Tak było na przykład w 1941 roku pod Demiańskiem. Do okrążonych tu kilku 
dywizji udało się Niemcom przebić korytarz w rejonie Starej Russy i utrzymać tzw. przyczółek demiański do 
lutego 1943 roku.

Wszystko wskazywało na to, że pod Stalingradem będzie podobnie. W zdobycie tego miasta Hitler 

zaangażował prestiż osobisty — podkreślał niejednokrotnie, że żołnierz niemiecki zdobył Stalingrad i nigdy 
go   nie   opuści  —   i   fakt   ten   dowództwo   radzieckie   musiało   brać   pod   uwagę,   rozważając   dylemat:   czy 
okrążone wojska generała Paulusa podejmą próbę wyrwania się z kotła, czy też należy oczekiwać działań 
deblokujących.  W tej  sytuacji  Kwatera Główna Armii Radzieckiej, a zwłaszcza Naczelny Dowódca Józef 
Stalin żądał od generałów Wasilewskiego, Rokossowskiego i Jeremienki szybkich i zdecydowanych działań 
zmierzających do likwidacji okrążonych wojsk. Wydawało się to wówczas możliwe i realne, gdyż radzieckie 
rozpoznanie oceniło stan liczebny zgrupowania na około 100 000 żołnierzy, w dodatku zdemoralizowanych i 
osłabionych fizycznie (w istocie stan ten był trzykrotnie większy i, mimo głodu i chorób, armia ta stawiała 
radzieckim wojskom niebywale zacięty opór).

Zastanawiając   się   nad   sprawą   możliwych   przeciwdziałań   dowództwa   niemieckiego   na   kierunku 

stalingradzkim  Kwatera   Główna   Armii  Radzieckiej,   a   zwłaszcza   jej   przedstawiciel   generał   Wasilewski, 
uznała, iż jest mało prawdopodobne, aby generał Paulus podjął próbę przebicia się przez pierścień okrążenia. 
Uważano, iż raczej należy się spodziewać próby deblokady z zewnątrz. Zarówno w jednym, jak i w drugim 
przypadku, a nawet w razie połączenia obydwu form działań, największego zagrożenia należy oczekiwać na 
kierunkach prowadzących z zachodu ku Stalingradowi linii kolejowych.

Do leżącego na prawym brzegu Wołgi Stalingradu biegły trzy linie kolejowe: z północy, przez Tambów 

i   Kotłubań,   z   zachodu,   przez   Tacyńską   i   Morozowsk,   oraz   z   południowego   zachodu   przez   Salsk, 
Kotielnikowski   i   Abganierowo.   Pierwszą   wojska   radzieckie   przecięły   w   letniej   kampanii   pod   samym 
Stalingradem, w rejonie Kotłubania, ale dwie pozostałe nadal służyły 6 armii jako drogi zaopatrzeniowe. 
Podczas listopadowego przeciwuderzenia  Armii Czerwonej i one dostały się  w ręce  wojsk radzieckich: 
zachodnia od Marinowki do Ryczkowskiego, a południowo-zachodnia od Stalingradu do Kotielnikowskiego. 
Rzut oka na mapę tego rejonu wystarczył, by określić, że odległość między Marinowką a Ryczkowskim, 
czyli wewnętrznym i zewnętrznym frontem okrążenia, wynosiła zaledwie 40 km, a zatem utrzymywanie 
przez wojska niemieckie tzw. ryczkowskiego przyczółka (w widłach Czyru i Donu) stanowiło w ocenie 
radzieckiego dowództwa dowód, iż to stąd właśnie może wyjść deblokujące natarcie nieprzyjaciela. W tym 
więc   rejonie   dowództwo   radzieckie   skupiło   siły   dwóch   sąsiednich   Frontów:   Południowo-Zachodniego 
generała   Nikołaja   Watutina   i   Stalingradzkiego   generała   Andrieja   Jeremienki,   z   zadaniem   likwidacji 
niebezpiecznego przyczółka.

Inaczej rozwijały się wydarzenia wzdłuż linii kolejowej Stalingrad—Salsk. Nacierająca tu 51 armia 

generała Nikołaja Trufanowa z Frontu Stalingradzkiego do 24 listopada odrzuciła wojska rumuńskiej 4 armii 
za rzekę Aksaj, a w końcu listopada podeszła pod Kotielnikowski. W rezultacie więc nieprzyjaciel został 

background image

odsunięty   od   Stalingradu   na   odległość   około   120   km,   choć   Kotielnikowskiego   nie   udało   się   zdobyć. 
Radzieckie dywizje piechoty i 4 korpus kawalerii w ciężkich walkach zostały odepchnięte od miasta przez 
ześrodkowujące się w tym rejonie oddziały niemieckie 57 KPanc. Linia frontu zewnętrznego ukształtowała 
się tu w sposób następujący: od Wierchnie-Kurmojarska nad Donem przez st. kol. Griemiacza i dalej na 
wschód przez Darganow, Kanukowo, Obilnoje i Nugry w stepach kałmuckich. Zewnętrzny front obrony 51 
armii rozciągał się więc w prawie 100-kilometrowym pasie. St. kol. Griemiacza od Stalingradu dzieliło nadal 
przeszło 120 km. I mimo iż w pierwszych dniach grudnia na tym odcinku pojawiły się nowe oddziały 
pancerne nieprzyjaciela, przedstawiciel Kwatery Głównej, generał Wasilewski, ocenił, że stanowi on wciąż 
mniejsze zagrożenie niż przyczółek ryczkowski.

Dowództwo radzieckie niemal bezbłędnie przewidziało reakcję Hitlera na rozwój wydarzeń w bitwie 

nad   Wołgą.   Okrążenie   armii   Paulusa   führer   potraktował   jako   przejściowe   niepowodzenie,   które   można 
naprawić   poprzez   zdecydowane   działanie   z   zewnątrz.   W   tym   celu   już   20   listopada,   jeszcze   przed 
ostatecznym   zamknięciem   kotła, podjął decyzję utworzenia Grupy Armii  „Don”. Zadanie to powierzył 
feldmarszałkowi Mansteinowi, dowódcy 11 armii, która we wrześniu 1942 roku miała rozstrzygnąć losy 
okrążonego Leningradu, lecz wykrwawiła się odpierając nieustanne przeciwuderzenia wojsk radzieckich. 
Sztab   11  armii   pospiesznie   przedyslokowano   do   Nowoczerkaska,   gdzie   od   sierpnia   stacjonowała   grupa 
generała Hauffego, szefa  niemieckiej misji wojskowej w Rumunii, która miała  stanowić zalążek sztabu 
Grupy Armii „Don” dowodzonej przez rumuńskiego marszałka Iona Antonescu.

W zamyśle Hitlera utworzenie owej grupy armii miało z jednej strony usatysfakcjonować rumuńskiego 

dyktatora, który nie szczędził wysiłków militarnych na rzecz  „ostatecznego zwycięstwa” nad Związkiem 
Radzieckim, z drugiej zaś spełnić postulaty generała Paulusa, który zajęty ciężkimi walkami w Stalingradzie 
wciąż   wyrażał   obawy  o   osłonę   swego   lewego   skrzydła   przez   niepewne   wojska   rumuńsko-włoskie   nad 
Donem.

Tworzenie   Grupy   Armii  „Don”   przeciągnęło   się   aż  do   listopadowej   kontrofensywy   radzieckiej   i 

wówczas to rumuński dyktator zrozumiał, że nie byłby w stanie zaspokoić niewykonalnych żądań Hitlera. W 
tej sytuacji führer sięgnął po Mansteina, uchodzącego wśród hitlerowskiej generalicji za nieprzeciętny talent 
strategiczny i operacyjny. Uważał, że on, z racji swych poprzednich kontaktów z Rumunami, potrafi ich 
wziąć w garść i skupiając wokół doborowych związków niemieckich przeprowadzić skutecznie operację 
deblokady. Co do samej deblokady Hitler wyrażał jednoznaczne stanowisko: uważał, że armia Paulusa nie 
może   opuścić   Stalingradu,   a   zadaniem   Mansteina   będzie   przywrócenie   położenia   sprzed   19   listopada. 
Wszelkie bowiem meldunki rozpoznawcze, zarówno ze sztabu Grupy Armii „B”, jak i Sztabu Generalnego 
Wojsk Lądowych, o przewadze radzieckiej na tym kierunku strategicznym odrzucał jako nieracjonalne i 
grubo przesadzone. Wyprowadzały go one wprost z równowagi. „Kiedy odczytano mu — wspominał generał 
Halder — raport, z którego wynikało, że Stalin ciągle może rzucić do walki jeszcze jeden milion dwieście 
pięćdziesiąt tysięcy ludzi w rejonie na północ od Stalingradu (oprócz dodatkowego pół miliona na Kaukazie) 
i że comiesięczna produkcja czołgów dla pierwszej linii doszła w Rosji do tysiąca dwustu sztuk, z pianą na 
ustach rzucił się na czytającego i zabronił mu czytać «takie idiotyczne bzdury»”.

Wynik tych nieprzejednanych poglądów odzwierciedlony został w decyzji podjętej przez Hitlera 24 

listopada, czyli w dzień po zamknięciu 6 armii w stalingradzkim kotle: „6 armia jest przejściowo okrążona 
przez   siły   rosyjskie  —   depeszował.  —   Proponuję   skoncentrować   armię   w   rejonie:   Stalingrad   płn.  — 
Kotłubań  —   wzg.   137   —   wzg.   135   —   Marinowka   —   Zybienko   —   Stalingrad   płd.   Armia   musi   być 
przekonana, że uczynię wszystko, by ją należycie zaopatrzyć i we właściwym terminie odblokować. Znam 
mężną 6 armię i jej dowódcę i wiem, że wykona ona swój obowiązek”. W innym dokumencie Hitler stawiał 
6 armii kategoryczne zadanie, by „pod wszelkimi warunkami utrzymała front na Wołdze”.

W   rozmowach   z   feldmarszałkiem   Mansteinem   i   wysłanych   do   niego   rozkazach   Hitler   podkreślał 

dobitnie, że dowodzone przez  niego wojska mają za zadanie doprowadzić do deblokady armii Paulusa. 
Udając się więc pod Stalingrad, feldmarszałek Manstein zatrzymał się w Witebsku, by uzyskać w sztabie 
Grupy Armii  „Środek”  — na polecenie szefa Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych generała Zeitzlera  — 
wstępne dane o sytuacji na południowym odcinku frontu. Na ich podstawie wyciągnął wnioski, że deblokada 
6 armii jest możliwa.

Daleko   mniej   optymistyczną   ocenę   sytuacji   uzyskał   Manstein   w   sztabie   Grupy   Armii  „B”,   w 

Starobielsku. Okazało się bowiem, że Grupa Armii „Don” dysponować może znacznie mniejszymi siłami, 
niż przypuszczał. Większość powierzonych mu wojsk stanowiły częściowo rozbite rumuńskie 3 i 4 armie, a 
z   niemieckich   związków   operacyjnych   grupa   generała   Hollidta,   48   KPanc   i   mniejsze   grupy  generałów 
Spanga i Stumpfelda oraz pułkowników Adama i Stahela zostały zaangażowane bez reszty w odpieranie 

background image

radzieckich   ataków   nad   Czyrem.   Płynny   wciąż   front   między   Donem   a   Manyczem,   w   tzw.   stepach 
kałmuckich, utrzymują związki niemieckiej 4 armii pancernej wspierane przez resztki rumuńskiej 4 armii. 
Poza tym żadna z niemieckich dywizji nie miała pełnych stanów bojowych.

Zaniepokojony   tą   sytuacją   i   pesymistyczną   prognozą   generała   Weichsa   połączył   się   Manstein   z 

generałem   Zeitzlerem.  Szef   Sztabu   Wojsk   Lądowych   wyjaśnił,   że   Grupie   Armii  „Don”   w   terminie   do 
połowy grudnia zostaną przydzielone świeże siły — cztery dywizje piechoty, dywizja strzelców górskich, 
trzy dywizje pancerne, polowa dywizja lotnicza i dywizja artylerii  przeciwlotniczej, a także dwa sztaby 
szczebla korpuśnego: 17 korpusu armijnego i 57 korpusu pancernego — które mają być użyte do deblokady 
6 armii.  Po tej rozmowie feldmarszałek poczuł przypływ optymizmu. Jeszcze bardziej  poprawił mu się 
humor, kiedy w Charkowie spotkał generała Raussa, dowódcę 6 DPanc pospiesznie przerzuconej z Francji, i 
skierował dowodzonych przez niego ludzi prosto do Kotielnikowskiego, na który nacierały dywizje piechoty 
i kawalerii radzieckiej 51 armii. 27 listopada jednostki 6 DPanc wyładowując się pod ogniem radzieckiej 
artylerii przeprowadziły kontratak i wyparły z miasta oddziały Armii Czerwonej. Wojskom niemieckim nie 
udało się jednak odzyskać ważnej rubieży wodnej, rzeki Aksaj Jesaułowski, która miała stanowić podstawę 
wyjściową do operacji deblokującej.

Po   przybyciu   do   Nowoczerkaska   Manstein   dość   szybko   zapoznał   się   z   sytuacją   na   froncie.   Nie 

wyglądała   ona   wesoło.   Dopiero   tu,   na   miejscu,   okazało   się,   że   za   numeracją   i   obiecującymi   nazwami 
związków operacyjnych i taktycznych kryją się często już rozbite i szczątkowe jednostki. Z 22 rumuńskich 
dywizji, operujących w pasie Grupy Armii „Don”, 9 było całkowicie rozgromionych, a 9 częściowo; pełną 
zdolność zachowały jedynie dwie dywizje kawalerii. 4 armia pancerna Hotha, w skład której jesienią 1942 
roku wchodził 48 KPanc oraz dwa korpusy armijne (w tym jeden rumuński), została w trakcie radzieckiego 
przeciwuderzenia częściowo rozbita, a co najważniejsze rozczłonkowana. Doraźnie utworzonej tzw. grupie 
gen.   Hotha   podlegała   jedna   dywizja   niemiecka   i   kilka   rozbitych   niemieckich   i   rumuńskich   związków 
taktycznych. Grupa ta osłaniała front niemiecki między Donem a stepami kałmuckimi.

Najsilniejszym związkiem operacyjnym Grupy Armii „Don” była okrążona 6 armia generała Paulusa. 

Aby zorientować się, jak obecnie wygląda jej wartość bojowa, 28 listopada do Stalingradu odleciał szef 
sztabu Mansteina, generał Schultz. Informacje na ten temat były sprawą niezwykle istotną i pilną, bowiem 
poprzedniego dnia nadeszła do Nowoczerkaska decyzja Hitlera, precyzująca kolejność zadań Grupy Armii 
„Don”. Według niej zadaniem pierwszym było odblokowanie 6 armii, która miała nadal utrzymywać front 
nad   Wołgą,   a   zadaniem   kolejnym   odtworzenie   sytuacji   z   dnia   18   listopada,   czyli   sprzed   radzieckiej 
kontrofensywy,  w wyniku której 6 armia została okrążona. Generał Schultz po powrocie ze Stalingradu 
określił sytuację 6 armii jako wręcz krytyczną ze względu na niewystarczające zaopatrzenie drogą lotniczą i 
stale pogłębiający się deficyt żywności, paliwa i amunicji. Jednocześnie przedstawił stanowisko Paulusa, 
który postulował jak najszybsze podjęcie operacji deblokującej i zastrzegł, że wszelkie współdziałanie 6 
armii w operacji uzależnia od zwolnienia go z obowiązku utrzymania frontu nad Wołgą.

W wyniku analizy aktualnej sytuacji wojsk własnych Manstein uznał, że operację deblokującą należy 

przeprowadzić   z   przyczółka   ryczkowskiego,   z   którego   do   okrążonych   wojsk   jest   o   wiele   bliżej   niż   z 
Kotielnikowskiego.  W wydanej 1 grudnia dyrektywie  nr  1 operację pod kryptonimem  „Burza zimowa” 
(„Wintergewitter”) zaleca przeprowadzić siłami 4 armii pancernej w składzie 2 korpusów pancernych — 48 i 
57 (sztab tego ostatniego wraz z 23 DPanc przybywał z Kaukazu). Odwód Grupy Armii miała stanowić 17 
DPanc. 6 armia w terminie ustalonym przez Grupę Armii „Don” miała wykonać zbieżne uderzenie swymi 
siłami pancernymi na Kałacz, gdzie nacierać miało główne zgrupowanie 4 APanc (wzmocniony 48 KPanc) 
oraz w kierunku rzeki Donska Carica, gdzie pomocnicze uderzenie miał wykonywać 57 KPanc. Termin 
gotowości do operacji ustalono na 8 grudnia.

Następnego dnia feldmarszałek Manstein ze swym oficerem operacyjnym, pułkownikiem Busse, udał 

się do sztabu generała Hotha w Zimownikach. Dowódca 4 APanc przeciwstawił się koncepcji przeniesienia 
głównego   wysiłku   operacyjnego   na   przyczółek   ryczkowski.   Obiekcje   swe  uzasadniał   dużą   koncentracją 
wojsk radzieckich na tamtym kierunku, trudnościami z przerzuceniem tam znaczniejszych sił własnych, 
stosunkowo małą swobodą manewru dla wojsk pancernych i wreszcie nieznajomością terenu. Uważał, że 
wykonanie   głównego   uderzenia   z   rejonu   Kotielnikowskiego   stworzy,   mimo   znaczniejszej   odległości, 
większe szanse pomyślnego zakończenia operacji.

Argumenty   Hotha   przekonały   feldmarszałka,   wobec   czego   scedował   on   opracowanie   zamiaru 

operacyjnego na sztab 4 APanc. Dokumenty były gotowe 3 grudnia i wynikało z nich, że główne uderzenie 
po   obydwu   stronach   linii   kolejowej   zada   57   KPanc,   który   ma   uchwycić   przyczółki   na   rzece   Aksaj 
Jesaułowski oraz zdobyć  pasmo wzgórz przy miejscowościach Zety i Wierchnie-Caricynski (odległe od 
wojsk Paulusa o około 30 km). Osiągnięcie tych punktów terenowych i wyjście na tyły wojsk radzieckich, 
blokujących Stalingrad od południa, miało stać się sygnałem do podjęcia aktywnych działań przez 48 KPanc 

background image

z   przyczółka   ryczkowskiego   oraz   dla   6   armii,   od   tego   momentu   współdziałającej   czynnie   w   przebiciu 
korytarza. Do 57 KPanc przez Wierchnie-Czyrską miały zostać doprowadzone wzmocnienia: 336 DP z 48 
KPanc oraz odwodowa 17 Dpanc.

Opracowując plan operacji Hoth przyjął termin gotowości 8 grudnia i uwzględniał zarówno dywizje, 

którymi rozporządzał, jak i te dopiero obiecane. Żądał ponadto co najmniej dwóch dywizji niemieckich, 
które miałyby wzmocnić wojska rumuńskie ubezpieczające południowe skrzydło armii. Jednak dowództwo 
dywizjami  takimi   wówczas   nie   dysponowało.   Co   więcej,   ani   Hoth,   ani   Manstein   nie   brali   pod   uwagę 
możliwości ofensywnych działań radzieckich na lewym skrzydle Grupy Armii  „Don”, działań, które nie 
tylko uniemożliwią wzmocnienie zgrupowania uderzeniowego, lecz wpłyną na jego osłabienie.

„BURZA ZIMOWA” ZACZYNA SIĘ

W kwaterze generała Hotha w Zimownikach od wczesnego świtu 12 grudnia wszyscy byli na nogach. 

Oficerowie sztabu oczekiwali na pierwsze meldunki o rozpoczęciu odkładanej od kilku dni operacji „Burza 
zimowa”. Wczorajsza wizytacja feldmarszałka Mansteina utwierdziła ich w przekonaniu, iż z operacją tą 
dowództwo Grupy Armii, a także OKH i sam führer wiążą nadzieje na pomyślne rozwiązanie dramatu 6 
armii.

Optymistycznego  nastroju  większości   oficerów  sztabu  nie  podzielało  w  pełni  jedynie   dwóch  ludzi: 

dowódca   4   armii   pancernej   generał   Hoth   i   jego   szef   sztabu   pułkownik   Fangohr,   którzy   dysponowali 
informacjami nie  znanymi  ich  podwładnym.   Były  one  przedmiotem  dogłębnej   analizy przeprowadzonej 
wspólnie z feldmarszałkiem Mansteinem, a po jego wyjeździe tematem rozważań obydwu aż do późnej 
nocy.

Gdy przed kilkoma dniami sztab armii przeprowadził ćwiczenia sztabowe, w czasie których rozegrano 

poszczególne etapy operacji uwzględniające możliwe przeciwdziałanie radzieckie, okazało się, że sam 57 
KPanc, bez pomocniczego uderzenia 48 KPanc znad Donu, utknie w głębi radzieckiej obrony z powodu 
trudności terenowych  — liczne między Aksajem a Myszkową jary utrudniały szeroki manewr czołgów i 
zmuszały do trzymania się pasma terenu wzdłuż linii kolejowej. Ćwiczenia wykazały też niezbicie, że gdzieś 
na wysokości Myszkowej konieczne będzie wprowadzenie świeżych sił  — kolejnych dywizji pancernych. 
Tymczasem   generał   Knobelsdorff,   dowódca   48   KPanc,   zaczął   nadsyłać   alarmujące   meldunki   o 
zaangażowaniu swoich dywizji w walkach z nacierającymi przez rzekę Czyr dużymi siłami radzieckimi. 
Wczoraj,   11   grudnia,   wdarły   się   one   w   ugrupowanie   korpusu   na   głębokość   20   kilometrów   w   rejonie 
miejscowości   Lisinski   i   Niżnie-Kalinowska,   zagrażając   okrążeniem   337   DP   generała   Luchta.   Dopiero 
zdecydowane  działania   11  DPanc,   dowodzonej   przez   generała   Balcka,   uratowały  sytuację.   Jednakże   48 
KPanc został zaangażowany bez reszty w walki nad Czyrem, które nie wiadomo jeszcze, jak się zakończą. 
W tej sytuacji generał Hoth nie mógł liczyć już na pewne współdziałanie korpusu Knobelsdorffa z korpusem 
Kirchnera.

Poza tym rozmowa z feldmarszałkiem Mansteinem ujawniła wiele jeszcze niewiadomych — wciąż pod 

znakiem zapytania stawał problem aktywnych działań 6 armii. To była jednak sprawa, która miała nabrać 
aktualności   dopiero   za   kilka   dni.   Na   razie   57   KPanc   musiał   zaczynać   operację   nie   doczekawszy   się 
obiecanych wzmocnień. Co więcej, cztery tyłowe transporty jego głównej siły uderzeniowej — 6 DPanc — 
były  wciąż   w   drodze.   Dywizja   ta,   wycofana   wiosną   1942   roku   z   kierunku   moskiewskiego   do  Francji, 
wyposażona   została   w  najnowsze   czołgi   niemieckie   (miała  ona   160  czołgów   i   40   dział   szturmowych), 
natomiast   wycofana   z   Kaukazu   23   DPanc,   osłabiona   w   poprzednich   walkach,   dysponowała   tylko   70 
sprawnymi wozami.

Gdy   po   wyjeździe   feldmarszałka   Mansteina   pułkownik   Fangohr   przedłożył   dowódcy   armii   do 

podpisania rozkaz rozpoczęcia operacji „Wintergewitter”, ten w milczeniu długo go jeszcze studiował. Szef 
sztabu,   znając   zwyczaje   swego   dowódcy,   który   wręcz   nie   cierpiał   zbędnych   słów,   nie   zabierał   głosu. 
Podziwiał Hotha za jego niepospolitą wprost wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Z wykształcenia oficer 
piechoty, dopiero jesienią 1941 roku został dowódcą 3 grupy pancernej, na czele której brał udział w natarciu 
na Moskwę. Mimo poniesionej tam klęski cieszył się nadal zaufaniem Hitlera i w jego oczach uchodził za 
wybitnego pancerniaka. Dlatego, po przejściowym okresie dowodzenia 17 armią polową, w czerwcu 1942 
roku objął dowództwo 4 armii pancernej, nacierającej początkowo na Kaukaz, a następnie na Stalingrad. 
Wówczas to, w sierpniu 1942 roku, dywizje pancerne Hotha uderzyły z rejonu Abganierowo-Płodowitoje na 
Rakotino, właśnie przez wzgórza w rejonie miejscowości  Zety, i połączyły się z wojskami 6 armii pod 
Stalingradem. Obecnie jednak sytuacja uległa radykalnej zmianie i mimo znajomości terenu, w którym miał 
ponownie nacierać, o powtórzeniu sukcesu z lata 1942 roku nie mogło być mowy.

background image

Teraz   tzw.   grupa   gen.   Hotha   miała   przełamać   stosunkowo   słaby  front   obrony  radzieckiej   51  armii 

wzdłuż linii kolejowej Kotielnikowski—Stalingrad oraz opanować wzgórza w rejonie miejscowości Zety. W 
tym celu 57 KPanc  — pięść uderzeniowa grupy  — nacierając z podstaw wyjściowych nad rzeką Aksaj 
Kurmojarski   (między  Donem   a   miejscowością   Pimen   Czerni),   miał   zniszczyć   broniące   się   tu   dywizje 
radzieckiej   piechoty  i   kawalerii   i   już   w   pierwszym   dniu   natarcia   uchwycić   przyczółki   na   rzece   Aksaj 
Jesaułowski   w   rejonie   położonej   przy  linii   kolejowej   miejscowości   Kruglakow   i   na   zachód   od   niej.   Z 
przyczółków tych korpus powinien sforsować następną przeszkodę dzielącą go od Stalingradu  — rzekę 
Myszkowa.   Decyzje   dotyczące   dalszego   kierunku   natarcia   i   sposób   wyjścia   w   rejon   wzgórz   opodal 
miejscowości Zety dowódca armii miał podjąć w zależności od sytuacji.

Osłonę skrzydeł 57 KPanc powierzono korpusom rumuńskiej 4 armii generała Constantinescu. 7 KA 

generała Mitranescu miał zapewnić głęboką osłonę wschodniego skrzydła całej grupy. Prawe skrzydło 57 
KPanc bezpośrednio osłaniał dwudywizyjny korpus kawalerii generała Popescu, który powinien opanować 
kilka miejscowości na wschód od linii kolejowej Kotielnikowski—Stalingrad, po czym schodami w lewo 
nacierać za 57 KPanc przez Żutowo 2 na rzekę Aksaj. Rumuński 6 korpus armijny generała Dragaliny, 
osłaniający lewe skrzydło 57 KPanc, miał oczyszczać z rozbitych jednostek radzieckich teren przyległy do 
Donu.

Generał Hoth jakby z ociąganiem złożył podpis pod dokumentem.
— Kości zostały rzucone, Fangohr! — powiedział. — Czeka nas chyba najcięższa próba w tej wojnie. 

Jednak już dłużej zwlekać nie możemy.

— Tak jest, panie generale — przytaknął Fangohr. — Armia Paulusa przeżywa ciężkie chwile. W nas 

pokładają całą nadzieję!

Wczesnym rankiem 12 grudnia Hoth zawiadomił pułkownika Fangohra, że udaje się do 57 korpusu. 

Przed wyjazdem zwierzył się szefowi sztabu, że niepokoi go bardzo brak w zgrupowaniu uderzeniowym 
dywizji zmotoryzowanej z jej silną piechotą.

— Niech pan porozumie się z pułkownikiem Doerrem  — rozkazał  — i zorientuje się, czy generał 

Constantinescu   nie   może   wydzielić   do   współdziałania   z   naszymi   dywizjami   pancernymi   jakiejś 
pełnosprawnej dywizji piechoty.

— Wydaje mi się, panie generale, że w grę może wchodzić jedynie osiemnasta dywizja — odpowiedział 

Fangohr. — I to dopiero za kilka dni.

— Dobrze — zgodził się Hoth. — Przed moim powrotem proszę feldmarszałkowi niczego konkretnego 

nie meldować.

Zaczęło się rozwidniać, gdy Horch generała, eskortowany przez dwa samochody pancerne, zbliżał się 

do stacji kolejowej Siemiczna. Nie opodal, w osiedlu Komisarowski, znajdowało się stanowisko dowodzenia 
57   KPanc.   Na   miejscu   był   tylko   podpułkownik  Laegeler,   gdyż   generał   Kirchner   wyjechał   do 
Kotielnikowskiego.   Szef   sztabu   kolpusu   zameldował,   że   natarcie   rozpoczęło   się   o   godz.   5.20   czasu 
berlińskiego i do tej pory przebiega pomyślnie.

— Dlaczego się opóźniło? — spytał Hoth z wyraźnym rozdrażnieniem.
— Pułki szóstej dywizji nie zdążyły w przewidzianym terminie zająć podstaw wyjściowych — wyjaśnił 

Laegeler.  —   Most   na   północnym   skraju   Kotielnikowskiego   okazał   się   wąskim   gardłem.   Z   trudem 
wytrzymywał ciężar czołgów Hünersdorffa.

— A wie pan, gdzie znajdują się one teraz? — łagodniejszym już tonem spytał Hoth.
Obaj pochylili się nad mapą.
— Według ostatnich meldunków posuwają się w lewo od linii kolejowej, współdziałając z nacierającą w 

prawo od tej linii grupą bojową Quentina. Ta z kolei współdziała z dwudziestą trzecią dywizją uderzającą na 
Niebykow.

— Czy ruszyły do przodu pułki grenadierów?
—   Czwarty,   jako   grupa   Unreina,   naciera   na   lewym   skrzydle   na   Wierchnie-Jabłoczny,   natomiast 

wzmocniony batalion sto czterdziestego, jako grupa Zollenkopfa, ubezpiecza lewe skrzydło korpusu. Drugi 
batalion grenadierów pancernych wspiera czołgi Hünersdorffa.

— Niech pan połączy się z generałem Langsfeldem i zorientuje się, co się dzieje w dwudziestej trzeciej.
Podczas   gdy  generał   Hoth  pił   herbatę   i   rozmawiał   przez   telefon   ze   swym   sztabem,  podpułkownik 

Laegeler  uzyskał  wiadomości  z  obydwu dywizji  pancernych.  Okazało  się,  że  23 DPanc,  wykorzystując 
powodzenie grupy szybkiej 6 DPanc, która zdobyła leżącą na jej prawym skrzydle, przy linii kolejowej, 
miejscowość Gremiaczy, rzuciła do natarcia na Niebykow szybką grupę pancerną pułkownika Ihliga.

Nie był to meldunek zbyt optymistyczny, a kiedy na stanowisko dowodzenia wrócił dowódca 57 KPanc, 

background image

generał Kirchner, i zameldował, że generał Rauss zawrócił czołgi Hünersdorffa na Wierchnie-Jabłoczny, 
który bezskutecznie dotychczas atakowała grupa Unreina, rozdrażnienie Hotha doszło do zenitu. Okazało się 
bowiem, że czołgi 11 pułku przedzierając się przez rejon silnie bronionych wzgórz natrafiły na stanowisko 
ogniowe radzieckiej artylerii i zaczęły ponosić duże straty.

— Co wy tu wyczyniacie? — pieklił się dowódca armii. — Przecież pan wie, że zadaniem dnia jest 

zdobycie przyczółków na Aksaju. Zawracając czołgi Hünersdorffa nie tylko opóźniacie wykonanie zadania, 
ale odchodzicie od linii kolejowej, a tym samym osłabiacie współdziałanie z dwudziestą trzecią. A poza tym 
chyba już nie umiecie czytać map. Po co pchacie czołgi w taki trudny teren? Wierchnie-Jabłoczny trzeba 
było zostawić Unreinowi. Jeśli nie może zdobyć tej stanicy, to niech ją obejdzie i pędzi do przodu. Tracicie 
czas i drogocenny sprzęt. Co mam zameldować marszałkowi? Że już zapomnieliście, jak się naciera?

Generał Kirchner spokojnie wysłuchał  wybuchu  Hotha, po czym zameldował, że już wydał  rozkaz 

generałowi Raussowi, by zawrócił wozy bojowe Hünersdorffa w rejon linii kolejowej. Stopniowo atmosfera 
napięcia opadała. Kirchner dzielił się własnymi spostrzeżeniami na temat jednostek radzieckich, z którymi 
właśnie walczą lub na które natkną się w najbliższej przyszłości wojska grupy Hotha. Jego zdaniem obydwie 
radzieckie dywizje piechoty, broniące się w pasie natarcia korpusu, nie przedstawiały większej wartości 
bojowej, ale obawiał się rozpoznanych na ich zapleczu radzieckich zgrupowań pancernych. Ostrzegał też 
przed lekceważeniem operującej na lewym skrzydle zgrupowania korpusu radzieckiej kawalerii. Jako dawny 
ułan kawalerię darzył wciąż sentymentem i potrafił docenić jej możliwości manewrowania.

—  Niech   pan  nie  przesadza  —  wtrącił   w  tym  momencie   Hoth.  —  Zollenkopf  wraz  z   rumuńskim 

szóstym korpusem armijnym powinien sobie z tą kawalerią poradzić. Mnie interesuje jedno, czy zdobędzie 
pan dzisiaj przyczółki na Aksaju?

— Nie będzie to łatwe, panie generale. Wszystko jednak zrobimy, aby zadanie dnia wykonać — padła 

dwuznaczna odpowiedź.

— Przeczuwałem to — burknął Hoth. — Ale jeśli już pierwszego dnia operacji nie potrafimy wykonać 

zadania dziennego, to jakie mamy perspektywy?

W   drodze   powrotnej   do   Zimownik   generał   Hoth   zatrzymał   się   w   Dubowskoje,   by  przeprowadzić 

rozmowy   z   dowódcą   i   szefem   sztabu   rumuńskiej   4   armii.   Współdziałanie   z   Rumunami   nastręczało 
dowódcom   niemieckim   pewne   trudności.   Generała   Hotha,   który   od   kilku   miesięcy   współpracował   z 
sojusznikami,   denerwowało   wiele   rzeczy:   niedostateczny   stopień   wyszkolenia   dowódców   i   oficerów 
sztabów, niski poziom żołnierzy, a także rażący dystans między kadrą oficerską a szeregowcami. Wszystko 
to powodowało, że sprawność bojowa rumuńskich dywizji była o wiele niższa od niemieckich. Widzieli to i 
inni dowódcy Wehrmachtu i jeśli tylko mogli, przydzielali rumuńskim jednostkom operacyjnym oficerów 
niemieckich, którzy pełnili odpowiedzialne funkcje lub występowali jako tzw. oficerowie łącznikowi. W 
krytycznych momentach niemieccy dowódcy brali po prostu pod swoje dowództwo jednostki rumuńskie, 
tworząc różnego rodzaju grupy bojowe. Drażniło to jednak ambicje sojuszników i pogłębiało wzajemne 
konflikty. Rumuni coraz częściej wyrażali niezadowolenie z udziału w wojnie, twierdząc, że wykorzystuje 
się ich jako „mięso armatnie”.

W   sztabie   4   armii   generał   Hoth   miał   zamiar   przeprowadzić   rzeczową   rozmowę   z   pułkownikiem 

Hansem   Doerrem,  a   dowódcy  armii   złożyć   jedynie   krótką   kurtuazyjną   wizytę.   Generał   Constantinescu 
zaprosił go jednak na poczęstunek i usiłował sprowokować do zwierzeń na temat rozwoju całej sytuacji 
wojennej, zwłaszcza zaś na południowym skrzydle frontu wschodniego. Hoth nawet mu się nie dziwił. W 
okrążonym Stalingradzie znajdowały się przecież dwie rumuńskie dywizje — 1 kawalerii i 20 piechoty. Ta 
ostatnia należała do 4 armii i w czasie letniej ofensywy została przydzielona 4 korpusowi wchodzącemu 
wówczas w skład 4 armii pancernej. Generał Constantinescu kilkakrotnie napomknął o tej dywizji, dając 
delikatnie do zrozumienia, że winą za jej los obarcza także Hotha. Małomówny dowódca 4 APanc zbywał 
pytania   generała   Constantinescu   ogólnikami,   a   zarazem   starał   się   perspektywy   deblokady   6   armii 
przedstawić optymistycznie.

Rozmowa   z   szefem   sztabu,   pułkownikiem   Doerrem,   miała   zupełnie   inny   charakter.   Teraz   pytania 

stawiał Hoth, a Doerr odpowiadał na nie krótko i rzeczowo. Sytuacja na kierunku działań armii rumuńskiej 
była   jasna   i   klarowna.   Korpus   kawaleryjski   generała   Popescu   nacierał   na   Darganow   i   Sarmutowski, 
osłaniając prawe skrzydło 23 DPanc, natomiast 6 korpus armijny czekał na rozwój wydarzeń na swych 
dotychczasowych pozycjach. Doerr zapewnił Hotha, że uczyni wszystko, by wojska rumuńskie jak najlepiej 
wywiązały się ze swych zadań.

W   godzinach   wieczornych   generał   Hoth  powrócił   do   Zimownik.   Czekały  tu   na   niego   najświeższe 

meldunki. Wynikało z nich, że 23 DPanc stoczyła ciężką walkę na północny wschód od Niebykowa, zdobyła 
tę   miejscowość   i   zbliżyła   się   ponownie   do   linii   kolejowej   w   rejonie   Czylekowa,   gdzie   nawiązała 
współdziałanie z grupą majora Quentina. Pod Czylekowo powróciła też spod Wierchnie-Jabłocznego grupa 

background image

pułkownika Hünersdorffa, której czołgi w późnych godzinach wieczornych osiągnęły południowy brzeg 
Jesaułowskiego Aksaju.

Analizując   powyższą   sytuację   generał   Hoth   stanął   wobec   dylematu,  czy  następnego   dnia   powinna 

forsować rzekę jedynie 6 DPanc, ubezpieczana na lewym skrzydle przez 23 DPanc, czy też kontynuować 
natarcie   siłami   obydwu   dywizji.   Studiując   dane   rozpoznania,   mówiące   o   wojskach   radzieckich   w   tym 
rejonie, doszedł ostatecznie do wniosku, że drugie rozwiązanie byłoby zbyt ryzykowne. Rozkaz forsowania 
rzeki otrzymał tylko generał Rauss.

Komunikując powyższą decyzję feldmarszałkowi Mansteinowi dowódca 4 APanc ponowił prośbę o 

przydzielenie 57 korpusowi 17 DPanc, znajdującej się w rejonie Szyrokowa, czyli w odległości około 250 
km; aby mogła ona odegrać jakąkolwiek rolę w rozpoczętych właśnie działaniach, decyzję o jej przemarszu 
trzeba było podjąć jak najszybciej. Hoth poruszył też sprawę obiecanego mu 502 batalionu ciężkich czołgów 
typu „Tygrys”, broni najnowszej i tajnej.

BŁYSKAWICZNA REAKCJA

Wieczorem   12   grudnia   generał   Wasilewski   przyjechał   do   Zawarykina.   Był   zmęczony,   a   zarazem 

wyjątkowo podekscytowany. W takim stanie w sztabie Frontu Dońskiego widziano go po raz pierwszy. Do 
tej pory w każdej sytuacji potrafił zachować spokój i opanowanie.

Ta cecha jego charakteru znana była również w Sztabie Generalnym, w którym rozpoczął służbę po 

ukończeniu   Akademii   Sztabu   Generalnego   w   1937   roku.   Głęboka   wiedza,   pracowitość   i   umiejętność 
wytworzenia   atmosfery rzeczowej   współpracy przyczyniły się  do  szybkiego  awansu   z  pomocnika  szefa 
oddziału operacyjnego na zastępcę, a następnie szefa Sztabu Generalnego.

Generał   Wasilewski   nigdy   nie   przekraczał   służbowych   kompetencji   i   nie   pozwalał   sobie   na 

podejmowanie decyzji zastrzeżonych dla Kwatery Głównej. Wyznawał zasadę, że zadaniem szefa sztabu 
każdego szczebla (w tym również generalnego) jest zbieranie  i opracowywanie danych  niezbędnych do 
podejmowania decyzji przez dowódcę. Teraz jednak, po raz pierwszy w tej wojnie, był przedstawicielem 
Kwatery Głównej na najważniejszym kierunku strategicznym i nie mógł popełnić żadnego błędu. A może 
już popełnił? Bo oto, gdy zbliżał się moment pomyślnego zakończenia trwającej 4 miesiące bitwy nad 
Wołgą, bitwy, którą śledzi cały naród, ba, cały świat, i która może stać się punktem zwrotnym w wojnie, 
nieprzyjaciel   podjął   silne   przeciwdziałanie,   rzucając   do   walki   świeże   siły   odwodowe.   To   prawda,   że 
rozpoznanie   od   dawna   informowało   o   koncentracji   pancernych   sił   nieprzyjaciela   w   rejonie 
Kotielnikowskiego, lecz generał Wasilewski nie sądził, że niemieckie dowództwo podejmie próbę deblokady 
okrążonej 6 armii właśnie z tego kierunku.

Dziś pod koniec pierwszego dnia podjętego przez wroga natarcia istniało jeszcze wiele niewiadomych. 

Lecz właśnie on, Wasilewski, musi przewidzieć dalszy rozwój wypadków i zaproponować najwłaściwsze 
środki przeciwdziałania. Byłyby one proste, gdyby pod ręką znajdowały się niezbędne odwody. Jednakże 
Front Stalingradzki ich nie ma. Skąd je wziąć? Nie zaangażowana w walkach pozostaje do tej pory 2 armia 
gwardii. Przy maksymalnym wysiłku może ona zdążyć zagrodzić nieprzyjacielowi drogę na Stalingrad. Ale 
pod warunkiem, że niedawno zatwierdzony plan likwidacji okrążonego zgrupowania zostanie odłożony. Co 
na to powie Stalin, który od początku domaga się przyspieszenia tej operacji?

— Siadajcie, towarzyszu Malinowski — powiedział generał Rokossowski do wezwanego dowódcy 2 

armii gwardii.  — Będziemy rozstrzygali sprawę waszej armii. Niemcy rozpoczęli natarcie deblokujące w 
rejonie Kotielnikowskiego — dorzucił zwięzłe wyjaśnienie.

— Jak tylko otrzymam łączność — przerwał Wasilewski — zamierzam prosić Naczelnego Dowódcę o 

wyrażenie   zgody   na   skierowanie   związków   drugiej   armii   gwardii   na   południe   od   Stalingradu.   Wam, 
towarzyszu Malinowski, proponuję, abyście rozpoczęli przerzut jednostek i związków.

— Rozumiem — odpowiedział machinalnie generał; chciał jeszcze o coś zapytać, lecz przedstawiciel 

Kwatery Głównej mówił dalej.

— Według mnie w obecnej sytuacji nie możemy myśleć o likwidacji wojsk Paulusa. Najważniejsze w 

tej chwili to zatrzymanie niemieckiego zgrupowania deblokującego.

— Nie zgadzam się z takim wykorzystaniem drugiej armii gwardii  — kategorycznie sprzeciwił się 

generał Rokossowski.  — I lojalnie uprzedzam, że to stanowisko podtrzymam w rozmowie z towarzyszem 
Stalinem.

— Macie do tego pełne prawo — powiedział chłodno generał Wasilewski.

background image

Zapanowało nieprzyjemne milczenie.
— Czy sytuacja jest na tyle groźna? — Malinowski próbował rozładować napięcie.
—   Według   mnie   tak  —   odpowiedział   generał   Wasilewski.  —   Gdy   przebywałem   na   stanowisku 

dowodzenia   pięćdziesiątej   siódmej   armii,   u   Tołbuchina,   z   wiadomością   o   natarciu   niemieckim   pod 
Kotielnikowskim   przyjechał   członek   Rady   Wojennej   Frontu   Stalingradzkiego,   Nikita   Chruszczow.   Nie 
zwlekając udaliśmy się nad rzekę Aksaj Jesaułowski, do stacji kolejowej Żutowo, by na miejscu wyjaśnić 
sytuację. Zewnętrzny front obrony utrzymuje tam pięćdziesiąta pierwsza armia generała Trufanowa. Broni 
się   ona   na   szerokim,   czterdziestokilometrowym   froncie,   mając   zaledwie   trzy  dywizje   piechoty,   korpus 
kawalerii i dwie brygady pancerne. Oddziałom brakuje pięćdziesiąt procent stanów etatowych. Natomiast 
nieprzyjaciel   wprowadził   do   walki   świeże   siły.   Stwierdzono   obecność   szóstej   dywizji   pancernej,   która 
jeszcze niedawno znajdowała się we Francji. Tak więc pięćdziesiąta pierwsza armia jest w bardzo trudnej 
sytuacji. Po powrocie do Wierchnie-Caricynskiego połączyłem się z generałem Jeremienką, przebywającym 
w Rajgrodzie. Wzmocni on armię Trufanowa, a część sił wydzieli do obrony rzeki Myszkowej. Jednak moim 
zdaniem to nie wystarczy, by stworzyć skuteczną zaporę przeciwko pięści uderzeniowej Mansteina.

Kiedy generał Wasilewski skończył, w pokoju zapanowało milczenie. Dowódcy zastanawiali się nad 

sytuacją   i   czekali   na   połączenie   z   Moskwą.   W   końcu   rozpoczęli   dyskusję   nad   możliwymi   wariantami 
prawdopodobnych działań nieprzyjaciela i przeciwdziałania sił własnych. Generał Rokossowski usiłował 
przekonać przedstawiciela Kwatery Głównej o celowości pozostawienia w składzie Frontu 2 armii gwardii.

—   Rozgromię  —   mówił  —   głodujące   i   zamarzające   dywizje   Paulusa   jeszcze   przed   nadejściem 

Mansteina.

Wreszcie odezwał się brzęczyk telefonu WCz.* Generał Wasilewski przedstawił przebieg wydarzeń 

Stalinowi   i   zwrócił   uwagę   na   konieczność   radykalnych   przeciwdziałań.   Wiedział   on   o   tym,   iż   generał 
Jeremienko we wcześniejszym meldunku o nieprzyjacielskim natarciu z rejonu Kotielnikowskiego prosił 
Stalina   o   przydzielenie   mu   silnych   odwodów   i   Naczelny  Dowódca   obiecał   mu   je.   A   przecież   generał 
Wasilewski   zdawał   sobie   sprawę,   że   jedynym   silnym   odwodem,   który   może   być   użyty   przeciw 
deblokującemu natarciu nieprzyjaciela, jest 2 armia gwardii, i że jego obowiązkiem jest myśl tę podsunąć 
Stalinowi.

—   Proszę   więc  —   kończył   meldunek  —   o   wyrażenie   zgody   na   natychmiastowe   rozpoczęcie 

przerzucania   jednostek   drugiej   armii   na   linię   rzeki   Myszkowa.   Tam   zatrzymamy   Mansteina.   I   dopiero 
wówczas, kiedy go rozgromimy, będziemy mogli myśleć o Paulusie. On nam nie ucieknie. Uważam, że 
operację likwidacji jego zgrupowania należy bezwzględnie odłożyć.

Generał   Rokossowski   słuchał   tego   meldunku   z   zawiedzioną   miną.   Zastanawiał   się,   na   ile   tygodni 

zostanie odwleczone rozgromienie otoczonych niemieckich wojsk i jak to odbije się na postawie podległych 
mu żołnierzy, którzy przez ten czas będą tkwili bezczynnie w zaśnieżonym stepie. Generał Malinowski z 
kolei   rozważał   racje   obydwu   oponentów,   a   gdy   usłyszał   wypowiedziane   przez   Wasilewskiego   słowo 
„rozgromić”, pomyślał, że w pierwszym etapie walk nawet „zatrzymać” będzie sukcesem.

Stalin był rozdrażniony.
— Wy już i tak za długo grzebiecie się z Paulusem. Pora z nim skończyć. I wciąż wnosicie prośby o 

odwody, zwłaszcza dla tych kierunków, za które odpowiadacie. Czy jest przy was Rokossowski? Przekażcie 
mu słuchawkę.

Generał Rokossowski podszedł do telefonu.
— Jaki jest wasz stosunek do propozycji Wasilewskiego? — zapytał Stalin.
— Negatywny, towarzyszu Stalin.
— A co proponujecie?
— Uważam, że najpierw trzeba rozprawić się z okrążonym zgrupowaniem i wykorzystać do tego celu 

armię Malinowskiego.

— A jeśli Niemcom uda się przedrzeć? — zaniepokoił się Naczelny Dowódca.
— Wtedy będziemy mogli przeciwko nim skierować dwudziestą pierwszą armię — stwierdził generał 

Rokossowski.

Stalin przez moment milczał.
—   Wasz   projekt   jest  śmiały  —   odrzekł   po   chwili  —   ale   i   ryzykowny.   Przekażcie   słuchawkę 

Wasilewskiemu.

*   WCz  —   telefon   linii   wysokiej   częstotliwości,   umożliwiający   prowadzenie   tajnych   rozmów   bez   obawy 

podsłuchu.

background image

Przez   kilka   minut   Wasilewski   słuchał   tego,   co   mówił   Stalin,   a   następnie   znów,   taktownie   lecz 

uporczywie,   zaczął   dowodzić   konieczności   przekazania   armii   generała   Malinowskiego   Frontowi 
Stalingradzkiemu:

—   Jeremienko   wątpi   w   możliwość   odparcia   nieprzyjacielskiego   uderzenia   tymi   siłami,   którymi 

dysponuje  —   oznajmił   i   zamilkł.  —   Tak   jest,   towarzyszu   Stalin   —   powiedział   po   chwili   i   ponownie 
przekazał słuchawkę Rokossowskiemu.

—   Towarzyszu   Rokossowski   —   rozległ   się   głos   Naczelnego   Dowódcy.  —   Wasz   wniosek   jest 

rzeczywiście   bardzo   śmiały,   ale   i   ryzyko   jest   ogromne.   My   tu,   w   Państwowym   Komitecie   Obrony, 
rozpatrzymy wszystkie argumenty. Ale wydaje mi się, że z armią Malinowskiego przyjdzie wam się rozstać.

— W takim razie, towarzyszu Stalin, wojska Frontu Dońskiego nie będą w stanie zniszczyć Paulusa. 

Proszę o odroczenie operacji.

Stalin długo milczał.
— Dobrze — zadecydował wreszcie. — Czasowo wstrzymajcie operację. Za jakiś czas wesprzemy was 

siłą żywą. Mam zamiar przysłać wam Woronowa, żeby pomógł wzmocnić waszą artylerię.

Przez kilka godzin na stanowisku dowodzenia Frontu Dońskiego panowało pełne napięcia oczekiwanie. 

Jedynie   generał   Malinowski   przekazał   w   tym   czasie   generałowi   Biriuzowowi   rozkaz   przyspieszenia 
rozładunku transportów i podjęcia przygotowań do dalekiego marszu.

Wreszcie o godzinie 5.00 nadeszła decyzja Kwatery Głównej: z dniem 15 grudnia 2 armia gwardii 

zostaje podporządkowana dowódcy Frontu Stalingradzkiego. Następnego dnia, 14 grudnia, przyszła oficjalna 
dyrektywa mówiąca o chwilowej rezygnacji z planu operacji „Pierścień”. Zadanie dla wojsk działających na 
wewnętrznym   froncie   okrążenia   sformułowano   następująco:  „Rozkazać   Doncowowi   i   Iwanowowi 
(pseudonimy Rokossowskiego i Jeremienki), by kontynuowali systematyczne niszczenie okrążonych wojsk 
działaniami z powietrza i siłami wojsk lądowych. Nie dać nieprzyjacielowi pauzy ni w dzień, ni w nocy. 
Coraz silniej zwierać pierścień okrążenia, likwidować w zarodku próby wyrwania się z okrążenia”.

WYŚCIG Z CZASEM

Blade zimowe słońce wisiało nisko nad rozciągniętą w stepie kolumną wojsk. Kiedy cztery godziny 

temu  żołnierze   24   DPgw.   wyładowali   się   z   transportu   na   stacjach   Iłowla   i   Łog,   panowało   wśród   nich 
nerwowe podniecenie. Ochoczo i sprawnie spuszczali z ośnieżonych platform działa i skrzynki z amunicją, 
wyprowadzali samochody i opierające się konie, formowali kolumnę i ruszali przed siebie. Teraz, po kilku 
godzinach marszu, rozmowy i śmiechy powoli milkły. Żołnierze byli znużeni i przemarznięci. Niektórzy z 
nich nie mieli rękawic, a inni brnęli przez rozdeptywaną tysiącami nóg i rozjeżdżoną gąsienicami śniegową 
bryję w nasiąkających wodą walonkach.

Czas płynął wolno, zmęczenie narastało, tempo marszu było coraz słabsze. Usiłowali trzymać się tarcz 

dział, przodków artyleryjskich i wozów z amunicją. Chrzęst deptanego śniegu, rytmiczny tupot końskich 
kopyt, warkot ciężarówek ślizgających się na stromiznach i przeciążonych traktorów ciągnących ciężkie 
działa — wszystko to zlewało się w monotonny, usypiający hałas.

Nagle czoło kolumny zaczęło znikać w wąskim wąwozie.
— Hamować, hamować! — rozległy się krzyki.
Żołnierze rzucili się do dział, aby je przytrzymać. Lśniące od potu konie z zadartymi w górę pyskami 

siadały na zadach, lecz uderzane po tylnych nogach przez orczyki znów rzucały się do przodu. Ściśnięte 
łańcuchami hamulców koła ślizgały się po gładkiej, oblodzonej powierzchni zbocza. Krzyki dowódców, 
przekleństwa jezdnych i rzężenie koni z połamanymi nogami towarzyszyło przeprawie przez wąwóz.

W pierwszym dniu marszu kolumna pokonała odległość 65 km. Odpoczynek zarządzono dopiero w 

nocy,   kiedy   dobrnęli   do   jakiejś   spalonej   stanicy.   Przez   całą   niemal   drogę   żołnierze   marzyli   o   chwili 
wytchnienia,   a   teraz   nikt   nie   odczuwał   fizycznej   ulgi.   Nie   o   takim   przecież   miejscu   postoju   myśleli. 
Przemarznięci,   ze   zdrętwiałymi   nogami   kładli   się   wprost   na   śniegu   i   przytuleni   do   siebie   rozgrzewali 
własnym ciepłem.

Dowódca dywizji generał Piotr Koszewoj ze swoim szefem sztabu podpułkownikiem Kotikiem dotarł 

do Kałacza. Widoczne były tutaj ślady niedawnych walk, dokoła ciągnęły się zgliszcza, walały rozbite i 
spalone samochody, czołgi i transportery. Z trudem znaleźli w jakimś ocalałym domu wolną izbę. Do godz. 
20.00 stanowisko dowodzenia było już gotowe i telefonista zameldował, że na linii jest dowódca korpusu, 
generał Missan.

Ze względu  na  brak  tabel  rozmówniczych   mówili  otwartym tekstem,  ale,   aby utrudnić  ewentualny 

podsłuch, posługiwali się językiem ukraińskim, a od czasu do czasu wplatali słowa rosyjskie i sobie tylko 

background image

znane określenia dla nazw i numeracji związków taktycznych. Generał Missan, ku zaskoczeniu Koszewoja, 
rozkazał kontynuować forsowny marsz na rzekę Myszkowa i zająć na jej brzegu obronę od miejscowości 
Niżnie-Kumski do Gromosławki, między 300 DP pułkownika Iwana Afonina a 98 DP pułkownika Iwana 
Sieriegina. W drugim rzucie korpusu miała zająć obronę 33 DPgw. generała Aleksandra Utwienki.

Generał Missan swym oryginalnym żargonem poinformował też, że na lewo od 1 KPgw. zajmie obronę 

13 KPgw. generała Porfirija Czanczibadzego.

Generał   Koszewoj   był   dotąd   przekonany,   iż   armia   weźmie   udział   w   likwidacji   okrążonych   pod 

Stalingradem wojsk nieprzyjaciela, toteż zaskoczyły go te rozkazy. Nie zważając na „otwartość” rozmowy 
zapytał:

— Co się właściwie stało?
— Przed nami jakieś niepowodzenia... A ty mnie o to nie pytaj. Zresztą sam nie wiem  — brzmiała 

odpowiedź.

Gorszego wyjaśnienia nie można się było spodziewać. Jeśli dowódca korpusu nie wie, co dzieje się 

przed frontem jego wojsk, to albo sytuacja jest taka, że przestano nad nią panować, albo też wyższy dowódca 
nie  ma  możliwości   informowania   o niej   swoich   podwładnych.  Drugą   ewentualność  Koszewoj  odrzucił: 
armia jeszcze nie weszła do walki i dowodzenie wojskami nie mogło zostać zakłócone. Pozostawała więc 
możliwość pierwsza.

— Gdy dotrzesz na miejsce, zamelduj o sytuacji. Przed tobą powinien tam już być Sieriegin. To tyle — 

zakończył rozmowę dowódca korpusu. — Życzę powodzenia.

Generał   Koszewoj   kazał   szefowi   sztabu   rozłożyć   mapę   i   wpatrując   się   w   nią   w   milczeniu   zapalił 

papierosa.

Forsowny marsz 2 armii gwardii spowodował znaczne trudności zaopatrzeniowe. Z poszczególnych 

dywizji napływały alarmujące meldunki. Żądano żywności, furażu i paliwa. Żołnierzom brakowało ciepłej 
strawy, a w niektórych dywizjach nawet konserw i sucharów.

Szesnastego grudnia generał Malinowski otrzymał rozkaz bojowy dowódcy Frontu Stalingradzkiego, 

generała   Jeremienki,   który   informował,   że   2   armia   gwardii   weszła   w   skład   tego   Frontu   i   otrzymuje 
następujące zadanie: przeprowadzić forsowny marsz na linię rzeki Jerik, a następnie Myszkowej. Tę drugą 
rubież czołowe związki armii miały osiągnąć rankiem 18 grudnia i natychmiast powinny zająć obronę od 
miejscowości   Szabalinski   do   Kapkinski.   W   tym   dwudziestopięciokilometrowym   pasie   generałowi 
Malinowskiemu podporządkowano związki 51 armii, broniące się między Myszkową a Aksajem. Prawe 
skrzydło 2 armii miał osłaniać 4 KKaw, a lewe 51 armia. W skład armii miał też wejść dodatkowo 7 KPanc 
generała Pawła Rotmistrowa.

Generał Malinowski nie zwlekając wystosował do swego sztabu następujący rozkaz:
„1. W dniu 16.12.42 r. o godz. 15.00 przenieść sztab z Pieskowatki do Kołpaczki, a wysunięte SD w 

tym samym terminie do Wierchnie-Caricynskiego;

2. Zrobić wszystko, co możliwe, aby dostarczyć armii paliwo; jeśli to będzie konieczne, poprosić do 

telefonu (przez wysunięte SD Frontu) samego Wasilewskiego i meldować mu o paliwie;

3.   Drugi   rzut   przenieść   do   Pieskowatki,   skąd   można   łączyć   się   z   Frontem   Dońskim,   przez   jego 

wysunięte SD, we wszystkich kwestiach zaopatrzenia;

4. Dostarczyć mi rankiem dane o wyładunku naszych jednostek; przysłać do Kołpaczek choć trochę 

paliwa;

5. Od rana będę w 2 KZmot, a około 15.00 w Wierchnie-Caricynskim;
6. Zorganizujecie mi łączność z jednostkami, gdyż bez niej sztab armii okaże się niepotrzebny”.
Dowódca 2 armii gwardii do na wpół zburzonej stanicy Wierchnie-Caricynski dotarł dopiero przed 

północą. Generał spiesznie opuścił samochód, szybkim krokiem przeszedł obok wartownika i po chwili 
znalazł się w zadymionej izbie, rozjaśnionej jaskrawym światłem żarówek, zasilanych przez akumulator. 
Przy  dużym   stole   na   drewnianych   ławkach   siedziało   kilku   oficerów,   którzy  na   widok   dowódcy  wstali, 
ukrywając za sobą tlące się papierosy. Szef Oddziału Operacyjnego, pułkownik Grecow, zameldował:

— Wysunięte stanowisko dowodzenia armii zorganizowano według rozkazu.
Generał Malinowski zdejmując papachę i kożuch powiedział surowym głosem:
— W tym pomieszczeniu proszę nie palić. Chciałbym również, by oficerowie wchodząc tu zdejmowali 

kożuchy i szynele. Tak będzie wygodniej. Proszę wszystkich, by przystąpili niezwłocznie do wykonywania 
swych obowiązków służbowych.

— Może przewietrzyć izbę? — zapytał członek Rady Wojennej.
— Nie teraz — powstrzymał go Malinowski.  — Kiedy przybędzie tu szef sztabu?  — zwrócił się do 

pułkownika Grecowa.

— Generał Biriuzow powinien niebawem przyjechać. Sztab w Kołpaczkach opuścił kilka godzin temu.

background image

— To dobrze. A teraz meldujcie o sytuacji — rozkazał Malinowski.
— Łączność z korpusami mamy tylko przez oficerów łącznikowych — rozpoczął Grecow. — Korpusy 

maszerują   dwiema   drogami   w   kolumnach   dywizyjnych.   Czołowe   dywizje,   dziewięćdziesiątą   ósmą 
pierwszego korpusu i trzecią trzynastego, dzieli od Myszkowej dzień marszu. W bardzo trudnej sytuacji 
znajduje się korpus zmechanizowany, w którym skończyło się paliwo. Ciągniki i samochody utknęły na 
czterdziestym kilometrze — mówiąc to pokazał na mapie rejon przymusowego postoju. — Tylko czołgi idą 
dalej. Generał Biriuzow wysłał już w tej sprawie dwa telegramy do dowódcy Frontu.

— Trzeba poruszyć też sprawę aprowizacji, Rodionie Jakowliewiczu  — wtrącił generał Łarin.  — Na 

tym piekielnym mrozie bez gorącej strawy można zamarznąć na kość.

— Jasne — zgodził się Malinowski. — A co nowego może powiedzieć zwiad?
Szef   oddziału   rozpoznawczego,   pułkownik   Starow,   pochylił   się   nad   rozpostartą   na   stole   mapą   i 

wskazując różne punkty terenowe wytyczył kierunek nieprzyjacielskiego natarcia. Później wymienił numery 
dywizji, nazwiska dowódców, poniesione przez Niemców straty, a także przypuszczalne odwody, jakimi 
dysponują.

— Jasne — skwitował tę wypowiedź Malinowski.
— Wiele wskazuje na to, towarzyszu generale — uzupełnił pułkownik Grecow — że Niemcy uderzą na 

nasze prawe skrzydło, choć mogą też ponownie przerzucić swoje siły i ruszyć do natarcia wzdłuż linii 
kolejowej.

— Jasne — mruknął po raz trzeci generał Malinowski.
Teraz wszyscy czekali na decyzję dowódcy armii. A on wpatrywał się w mapę upstrzoną znakami 

taktycznymi i gładząc się po bujnej czarnej czuprynie milczał. Nagle podniósł głowę, rozejrzał się po izbie, 
zatrzymał wzrok na starej, wiszącej w kącie, ikonie i uśmiechnął się.

Przy stole panowała nadal przygniatająca cisza. Zebrani w izbie starali się dociec, o czym teraz myśli 

dowódca armii. A ten nieoczekiwanie zapytał:

— Czy łączność ze sztabem nawiązana?
— Tak jest — potwierdził pułkownik Grecow.
— Przekażcie więc rozkaz generałowi Swiridowowi: ani chwili nie czekać na paliwo, a na czołgi, 

ciągniki i samochody załadować amunicję. Wszystkie wolne wozy ze sztabu i kwatermistrzostwa skierować 
do korpusu zmechanizowanego. Przekazać szefowi zaopatrzenia i kwatermistrzowi: jeśli za dwie godziny 
brygady z pełną jednostką ognia nie ruszą do przodu, uznam to za dowód nieudolności.

Pułkownik Grecow ledwo nadążał notować polecenia generała.
—   Po   drugie   —   kontynuował   dowódca   armii   patrząc   na   szefa   artylerii  —   sądzę,   Siemionie 

Aleksandrowiczu, że całą artylerię należy podciągnąć do Myszkowej i ustawić do strzelania na wprost w 
szykach bojowych piechoty. I niszczyć  czołgi. Najważniejsze, to niszczyć czołgi. Nasze wozy pancerne 
wprowadzimy do walki dopiero w momencie krytycznym.

Po tych słowach niespokojnie poruszył się generał Krasnopiewcew. Pokręcił z dezaprobatą ogoloną 

głową i wpatrywał się mądrymi, przymrużonymi oczami w dowódcę armii.

— Z czym się nie zgadzacie? — zapytał Malinowski.
— Towarzyszu dowódco, nie możemy iść na takie ryzyko. Już po pierwszej walce możemy zostać bez 

artylerii. A haubice przeciw czołgom to nieskuteczna broń.

— Wiem, co  ryzykujemy — przerwał mu  podniesionym głosem dowódca armii.  — Lepiej  jednak 

utracić wszystkie działa, niż dać „drapaka” — Malinowski celowo użył żołnierskiego żargonu. — Niż dać 
drapaka z całą artylerią — powtórzył. — Jeszcze raz podkreślam — powiedział stanowczo — wszystkimi 
środkami   niszczyć   czołgi,   podstawową   siłę   uderzeniową   Niemców.   Nie   pozwolić   ani   jednemu   z   nich 
przekroczyć Myszkowej. Czy wiecie  — zwrócił się do zebranych  — jaka radość ogarnęłaby Niemców w 
„kotle” na wiadomość, że Manstein przeszedł do kontrofensywy? Tam czekają, czekają z dnia na dzień, a 
nawet   z   godziny  na   godzinę   na   przerwanie   pierścienia.   Musimy   pamiętać,   że   Manstein   i   Hoth   to   nie 
nowicjusze,   lecz   doświadczeni   dowódcy.   Ich   atutem   są   czołgi.   Dlatego   najważniejsze   zadanie   armii   w 
pierwszym etapie walk widzę w zniszczeniu czołgów nieprzyjaciela. Chcę, żeby wszyscy to zrozumieli. Czy 
są pytania?

Pytań nie było.
Trudności zaopatrzeniowe 2 armii gwardii były spowodowane szybkim oddalaniem się jej związków 

taktycznych od baz zaopatrzeniowych. Tyły armii rozmieściły się w pobliżu stacji kolejowej Kaczalinska, 
która leżała w strefie podległej Frontowi Dońskiemu, i nie były w stanie zorganizować własnym transportem 
dostaw   dla   wojsk   zmierzających   na   pierwszą   linię.   W   tej   sytuacji   dowództwo   Frontu   Stalingradzkiego 
zaczęło dowozić zaopatrzenie dla kolumn marszowych własnymi środkami oraz poleciło użyć do tego celu 
lotnictwa.   Samoloty  zrzucały  nad   kolumnami   żywność,   ciepłe   rękawice   i   lekarstwa.   Niektóre   kolumny 

background image

otrzymywały   żywność   z   zestrzeliwanych   samolotów   niemieckich,   które   każdej   nocy   przelatywały   nad 
trasami przemarszu 2 armii gwardii z zaopatrzeniem dla armii generała Paulusa.

Niemieckie samoloty niszczone były przez radzieckich myśliwców i dowódca 8 armii lotniczej, generał 

Timofiej Chriukin, żartobliwie wytykał generałowi Malinowskiemu, że narażają się jego lotnicy, a konserwy 
konsumują żołnierze 2 armii.

Po odprawie na wysuniętym stanowisku dowodzenia generała Malinowskiego forsowny marsz kolumn 

został jeszcze bardziej przyspieszony. Czołowe dywizje obydwu korpusów maszerowały teraz niemal bez 
odpoczynku. Żołnierze szli w milczeniu. Zewsząd rozlegały się tylko komendy; „Szybciej! Szybciej!”

Kiedy skończy się ten piekielny marsz, myślał mijając konno swych żołnierzy dowódca 13 pułku 3 DP, 

podpułkownik Margiełow. Gdzie jest ten front? Dokąd idziemy?

Podpułkownik Margiełow domyślał się, że Stalingrad już dawno pozostał gdzieś w tyle i że maszerują 

na południowy zachód, na spotkanie niemieckich dywizji  pancernych, które zamierzają uwolnić z kotła 
armię Paulusa. Nie wiedział jednak, ani dokąd idą, ani jakie ich czeka zadanie. Martwił się, ze żołnierze 
opadają z sił i że na miejscu mogą nie podołać trudom ciężkiej walki.

Zbliżając się do czoła kolumny natknął się na dowódcę 9 pp, pułkownika Stacurę. Był on również na 

koniu i sprawdzał ogon kolumny podległej rnu jednostki. Stacura wyciągnął kapciuch z tytoniem. Skręcili i 
zapalili.

— Jak myślisz — spytał Margiełow — długo jeszcze będziemy tak pędzili na złamanie karku?
—  Nie mam pojęcia. Pułkownik Calikow milczy jak zaklęty, Może i on niewiele wie?  — dodał po 

chwili.

— Słyszałem, że na najbliższym postoju Calikow wezwie nas do siebie. Może się czegoś dowiemy. Ale 

martwię się o żołnierzy, a jeszcze bardziej o konie. Czy wytrzymają to tempo?

— Nie martw się, Wasiliju Filipowiczu, wytrzymają — pocieszył kolegę Stacura. — Gorzej, że tyły nie 

nadążają. Naszych kuchni wciąż nie widać. I podobno czołgiści mają kłopot z paliwem. Ale to już jest ich 
zmartwienie. No, na razie!

Pułkownik   Stacura   spiął   konia   i   zniknął   w   ciemnościach,   a   Margiełow   przystanął,   aby  przepuścić 

kolumnę swego pułku.

CIOSY NA SKRZYDLE

Radzieckie dowództwo z niepokojem spoglądało na niemiecki przyczółek w widłach Czyru i Donu i od 

pewnego czasu przygotowywało się do jego likwidacji. Czyr, prawy dopływ Donu, wpadał doń w rejonie 
stanicy Niżnie-Czyrskiej, a kilka kilometrów na północny wschód znajdował ujście lewy dopływ Donu, 
rzeka   Myszkowa.   Tuż   za   tym   ujściem,   w   jednym   z   licznych   zakoli,   przy  stanicy  Wierchnie-Czyrskiej, 
niemiecki przyczółek obejmował również wąski pas terenu na wschód od Donu (przylegał do linii kolejowej 
biegnącej   z   Morozowska   przez   Ryczkowski   do   Stalingradu).   Przyczółek   ten,   nazywany   w   literaturze 
radzieckiej  „ryczkowskim”,   począwszy   od   2   grudnia   nieustannie   atakowały,   podobnie   jak   całą   obronę 
niemieckiego 48 KPanc, wojska 5 armii pancernej Frontu Południowo-Zachodniego. Dowództwo Grupy 
Armii  „Don” ze swej strony ciągle wzmacniało swe wojska nad Czyrem i likwidowało groźne włamania 
radzieckiej 5 APanc przeciwuderzeniami 11 DPanc i 336 DP. W rezultacie Armii Czerwonej nie udało się 
zlikwidować   przyczółka   ryczkowskiego.   W   tej   sytuacji   Kwatera   Główna   Naczelnego   Dowództwa 
postanowiła wprowadzić do działań na tym odcinku jeszcze jedną armię — 5 armię uderzeniową.

Armia ta formowana była od podstaw, a na jej czele stanął dotychczasowy zastępca dowódcy Frontu 

Stalingradzkiego generał Markian Popow. W jej skład weszły przekazane z odwodu Kwatery Głównej dwie 
dywizje   piechoty   oraz   trzy   lewoskrzydłowe   dywizje   piechoty   5   APanc.   Wzmocnić   ją   miał   7   KPanc 
(przeniesiony   na   front   pod   Stalingrad   z   rejonu   Saratowa),   który   po   wyładunku   na   stacji   kolejowej 
Kaczalinska miał się skoncentrować po przeszło stukilometrowym marszu na południe od Stalingradu.

W połowie drogi do rejonu koncentracji kolumnę  7 KPanc, w której znajdował się jego dowódca, 

generał   Paweł   Rotmistrow,   dopędził   adiutant   generała   Wasilewskiego.   Dowódca   korpusu   został   pilnie 
wezwany do sztabu Frontu Dońskiego.

W   Zawarykinie   Rotmistrow   zameldował   się   9   grudnia   w   godzinach   popołudniowych.   Generał 

Wasilewski był w złym humorze. Nie prosząc przybyłego, by usiadł, powiedział:

— Naczelny  Dowódca wyraził  mi  swoje  niezadowolenie,   więcej   nawet,  oburzenie,  że  minęły dwa 

tygodnie, a my nie zlikwidowaliśmy przyczółka niemieckiego w rejonie chutoru Ryczkowski. Dwa korpusy, 

background image

piechoty  i   kawalerii,   nie   mogą   go  opanować.   Towarzysz   Stalin   polecił   mi,   abym   powierzył   to  zadanie 
waszemu   korpusowi.   Dlatego   wezwałem   was.   Ile   potrzebujecie   czasu   na   przygotowanie   uderzenia   na 
Ryczkowski?

— Co najmniej dwie doby — odpowiedział Rotmistrow.
— Dużo — skrzywił się Wasilewski. — Nieprzyjaciel może was uprzedzić.
— Korpus znajduje się jeszcze w marszu — tłumaczył Rotmistrow. — A poza tym nie znam sytuacji w 

rejonie Ryczkowskiego.

Odpowiedź ta wyprowadziła generała Wasilewskiego z równowagi.
—   Towarzysz   Stalin   rozkazał   wam  natychmiast  zlikwidować   ten   diabelski   przyczółek!   Czy  wy  to 

rozumiecie? — powiedział podniesionym głosem.

—   Proszę   więc   zameldować   towarzyszowi   Stalinowi  —   odparł   Rotmistrow  —  że   potrzebuję   co 

najmniej dwa dni na przygotowanie operacji.

Generał Wasilewski patrzył przez chwilę na Rotmistrowa, jakby go ujrzał po raz pierwszy w życiu, po 

czym już spokojnym głosem powiedział:

— Dobrze. Wracajcie do swego korpusu i połączcie się z dowódcą piątej armii uderzeniowej, generałem 

Popowem, któremu od tej chwili jesteście podporządkowani pod względem operacyjnym.

W drodze powrotnej Rotmistrow, który przeżył mocno tę nieprzyjemną rozmowę, wrócił myślami do 

swego pierwszego spotkania z generałem Wasilewskim, do spotkania sprzed pół roku, kiedy to jego korpus 
w składzie 5 APanc przygotowywał się do natarcia w rejonie Jelca. Wówczas generał Wasilewski był szefem 
Sztabu   Generalnego   i   sprawił   na   Rotmistrowie   wrażenie   człowieka   niezwykle   opanowanego.   Teraz   też 
przypomniał sobie swoją niedawną rozmowę ze Stalinem w jego podmoskiewskiej  „daczy”. Przecież to 
Stalin powiedział mu wówczas, że ceni go nie tylko jako dowódcę, lecz i teoretyka użycia wojsk pancernych. 
I   zadał   mu   kłopotliwe   pytanie,   dotyczące   przyczyn   dotychczasowych   niepowodzeń   Armii   Radzieckiej. 
Rotmistrow do dziś nie wie, czy jego odpowiedź zadowoliła Stalina. Mówił mu wtedy o zetknięciu się w tej 
wojnie dwóch różnych pod względem wyposażenia technicznego armii: niemieckie dywizje, nawet piechoty, 
dysponują zmotoryzowanym taborem i dużo większą liczbą pojazdów mechanicznych  różnego  typu,  co 
stwarza im szerokie możliwości manewru, natomiast w radzieckich dywizjach piechoty wciąż dominuje 
transport konny. Niemcy mają przewagę w czołgach, działach pancernych, ciężkiej artylerii  i lotnictwie 
bombowym.

—   Nie   mogliśmy   się   przebić   do   Stalingradu   z   północy  —   wyjaśniał  —   ponieważ   hitlerowcy 

zorganizowali   silną   obronę   przeciwpancerną   i   dosłownie   przygważdżali   nas   ogniem   ciężkiej   artylerii   i 
lotnictwa.

— Tak — zgodził się Stalin. — Na razie rzeczywiście ustępujemy Niemcom pod względem liczebności, 

a w niektórych typach uzbrojenia i wyposażenia również pod względem jakości. Lecz już teraz możemy 
powiedzieć,   i   to   z   całym   przekonaniem,   że   w   czterdziestym   trzecim   roku   przemysł   nasz   dogoni 
faszystowskie Niemcy w produkcji samolotów, dział i moździerzy, i to nie tylko pod względem liczebnym, 
ale i jakościowym.

Rozmowę przerwało wejście generała Żukowa. Żegnając się Stalin powiedział:
— Wkrótce rozegrają się wielkie wydarzenia, w których, być może, weźmie udział i wasz korpus.
Rotmistrow zdawał sobie sprawę, że zadanie, które teraz otrzymał, oznacza włączenie jego korpusu w 

działania ofensywne, które pod Stalingradem rozpoczęły się 19 listopada i które wówczas Stalin miał na 
myśli.

Wieczorem generał Rotmistrow dotarł ze swym sztabem do chutoru Mała Łuczka. Niemal jednocześnie 

przybył tu generał Popow, który poinformował dowódcę korpusu o przebiegu dotychczasowych działań na 
przyczółku.

—  Ataki przeprowadzono według wszelkich prawideł sztuki wojennej  — kończył swoją relację.  — 

Piechurzy i kawalerzyści wchodzili do walki we dnie i w nocy, atakowali skrzydła i podstawę przyczółka, 
lecz bezskutecznie. Teraz cała nadzieja w twoim korpusie — zakończył.

Generał Popow udał się na swoje stanowisko dowodzenia do Lapiczewa, a Rotmistrow z dowódcami 

brygad na rekonesans. Oficerowie korpusu spenetrowali przedni skraj linii frontu i doszli do wniosku, że w 
obronie niemieckiej dużą rolę odgrywa niewysokie,  lecz silnie umocnione wzgórze 110,7. Z informacji 
dowódców  dywizji   piechoty  —  4  gwardii  i 258 — wynikało,  że  z  tego  właśnie  wzgórza  nieprzyjaciel 
udaremnia wszystkie ataki radzieckiej piechoty.

— A co robi wasza artyleria? — zapytał Rotmistrow dowódcę 4 dywizji, generała Lilenkowa.
— Mamy jedynie lekkie działa, niezdolne do zburzenia silnych umocnień — brzmiało wyjaśnienie. — 

A poza tym zbyt mało amunicji. Otrzymujemy jej jak na lekarstwo. Nie mamy tu lotniczego wsparcia, gdyż, 
jak   mówią,   wszystkie   nasze   samoloty  wykorzystywane   są   do   walki   z   nieprzyjacielem   okrążonym   pod 

background image

Stalingradem i przeciw jego pobliskim lotniskom, z których dostarczane jest zaopatrzenie dla szóstej armii. 
Tymczasem my musimy nacierać. — Tu generał Lilenkow głęboko westchnął. — I nacieramy — zakończył. 
— Straszymy faszystów słabym przygotowaniem ogniowym, które oni przeczekują w schronach, po czym 
wychodzą i odpierają nasze ataki huraganowym ogniem.

Teraz   było   oczywiste,   dlaczego   dotychczasowe   działania  „prowadzone   według   wszelkich   prawideł 

sztuki wojennej” — jak to powiedział generał Popow — zawodziły. Były one szablonowe i nie zaskakiwały 
nieprzyjaciela. Należało wymyślić coś nowego.

Już w drodze do sztabu korpusu generał Rotmistrow miał gotową koncepcję walki. Główne uderzenie 

należało   skierować   na   wzgórze   110,7,   pomocnicze   zaś   na   obejście   wzgórza   z   prawa,   by   odciąć 
nieprzyjacielowi drogę odwrotu na przeprawę i sparaliżować jego ogień z głębi. Atak powinien być silny i 
zaskakujący, dlatego też generał postanowił rozpocząć go o świcie, by czołgiści nie stracili orientacji w nie 
znanym terenie. Rotmistrow zadecydował też, że tym razem zrezygnuje się z przygotowania artyleryjskiego.

Po   powrocie   na   stanowisko   dowodzenia   dowódca   korpusu   przedstawił   swój   plan   generałom 

Wasilewskiemu i Popowowi. Obecni też przy tym byli: członek Rady Wojennej Frontu Stalingradzkiego, 
generał Chruszczow, i dowódca 3 korpusu kawalerii gwardii, generał Plijew. Po wysłuchaniu Rotmistrowa 
Wasilewski zapytał:

— A wy co? Nie uznajecie artylerii?
— Uznaję — odparł Rotmistrow. — Lecz jak dowiodły dotychczasowe walki na przyczółku, Niemcy 

przyzwyczaili się już do tego, że po naszym przygotowaniu artyleryjskim zawsze następuje atak, do którego 
odparcia oni zdążą się przygotować.

— Paweł Aleksiejewicz ma rację — stwierdził generał Popow.
— Artyleria nie pozostanie bezużyteczna — bronił swych racji Rotmistrow. — Gdy tylko ruszą czołgi, 

otworzy ona ogień. Zapoczątkuje go salwa mego dywizjonu „katiusz”.

— No cóż, może być i tak — zgodził się generał Wasilewski. — Należy jednak dokładnie ustalić zasady 

współdziałania czołgów, piechoty i artylerii. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że nieprzyjaciel ze względu 
na płytkość swej obrony będzie kontratakował.

Początek operacji został ostatecznie ustalony na ranek 13 grudnia. Korpus po 30 kilometrach marszu był 

do  niej  gotów  w  południe  12  grudnia.   Gdy  jednak  Rotmistrow   zameldował   o tym  dowódcy armii,   ten 
informując go o rozpoczęciu przez Niemców natarcia na kierunku kotielnikowskim wyraził obawę:

— A może oni uderzą też z przyczółka ryczkowskiego?
— Dziś już nie uderzą. A jutro my uderzymy — uspokoił dowódcę generał Rotmistrow.
Ponieważ świt nadchodził około godziny siódmej, ustalono, że właśnie o tej porze przystąpi do ataku 3 

brygada czołgów ciężkich pułkownika Wowczenki (była to jednostka, która miano brygady gwardii uzyskała 
pod   dowództwem   generała   Rotmistrowa),   a   za   nią   ruszy  62   BPanc.   Na   kierunku   pomocniczym   miała 
zaatakować 87 brygada z dwoma batalionami piechoty zmotoryzowanej 7 Bzmot.

W   mroźnym   powietrzu   szeroko   niósł   się   grzmot  silników   czołgowych.   Obok   kurhanu,   na   którym 

generał Rotmistrow usytuował swój punkt obserwacyjny, przeszła pierwsza linia ciężkich czołgów KW, za 
nią sunęła druga i trzecia. Z tyłu dochodził warkot  T-34, średnich czołgów z 62 BPanc. Nacierała ona 
również w trzy linie, z desantem piechoty. W przodzie wzbiły się w górę trzy zielone rakiety i prawie 
natychmiast ryknęły „katiusze”, których pociski pomknęły w kierunku wzgórza 110,7. Ogień otworzyła też 
artyleria.

— Koniec z Niemcami na Ryczkowskim — stwierdził Rotmistrow, patrząc na stojącego obok generała 

Popowa.

— Nie mów hop, póki nie przeskoczysz — ostrzegł go dowódca armii.
Tymczasem   ciężkie  KW  wdzierały   się   już   w   nieprzyjacielską   obronę.   Kompania   porucznika 

Bogatyriewa obeszła wzgórze 110,7 z kierunku zachodniego. Ciężkie czołgi zmiażdżyły gęsienicami działa 
przeciwpancerne, zanim ich obsługi zdążyły otworzyć ogień. Widząc co się święci, niemieccy piechurzy 
rzucili się do ucieczki w kierunku chutoru Ryczkowskiego. Tymczasem pozostałe czołgi brygady natknęły 
się   na   rów   przeciwczołgowy,   pułkownik   Wowczenko   zmienił   więc   kierunek   natarcia.   Cała   brygada   za 
czołgami Bogatyriewa wdarła się do chutoru. Radzieccy czołgiści zdobyli znaczne ilości broni, amunicji, 
żywności i umundurowania.

Sukces pancerniaków wykorzystali piechurzy i kawalerzyści. Do godzin południowych przeszli oni linię 

kolejową   i   rozpoczęli   bój   o   Wierchnie-Czyrską.   Kawalerzystów   generała   Plijewa   wsparli   czołgiści 
Wowczenki, tracąc kilka wozów na nie rozpoznanym, zaminowanym terenie. Bój o Wierchnie-Czyrską trwał 
cały dzień i nie przyniósł sukcesu. Generał Rotmistrow zdecydował się więc na atak nocny.

background image

Już 13 grudnia o godzinie 12.30 czasu berlińskiego dowódca 48 KPanc, generał Knobelsdorff, zwrócił 

się do dowództwa 4 APanc o wyrażenie zgody na ewakuację przyczółka ryczkowskiego, twierdząc, że jeśli 
zawczasu nie wycofa się stamtąd oddziałów 384 dywizji piechoty, może runąć obrona nad całym Czyrem. 
Pod nieobecność generała Hotha prośbę tę pułkownik Fangohr przedstawił dowództwu Grupy Armii „Don”. 
Feldmarszałek   Manstein   odrzucił   sugestię   Knobelsdorffa,   uważając,   że   ewakuacja   przyczółka   wpłynie 
negatywnie na postawę moralną żołnierzy okrążonej 6 armii. „Jeśli to konieczne — powiedział Fangohrowi 
— przyczółek może być zwężony. Teraz najważniejsze jest utrzymanie mostu”.

Kiedy pułkownik Fangohr przekazał decyzję dowódcy Grupy Armii generałowi Knobelsdorffowi, ten 

powiedział wprost:

—   W   tej   chwili,   czyli   o   godzinie   czternastej,   sytuacja   jest   taka,  że   przyczółka   nie   da   się   dłużej 

utrzymać. Trzeba go ewakuować i stworzyć nowe pozycje obrony. W ten sposób linia frontu skróci się mniej 
więcej o dwadzieścia kilometrów. Decyzję w tej sprawie należy podjąć jak najszybciej. Inaczej stracimy 
wojsko.

Z   meldunkiem   dowódcy  48   KPanc   Fangohr   zapoznał   generała   Hotha,   a   ten   z   kolei   przekazał   go 

telefonicznie   szefowi   sztabu   Grupy  Armii   generałowi   Schultzowi.   Minęło   pół   godziny  i   feldmarszałek 
Manstein połączył się osobiście z generałem Hothem. Polecił mu bronić Wierchnie-Czyrskiej wszystkimi 
siłami, upoważnił nawet do użycia jednostek z przyczółka na wschodnim brzegu Donu. W związku z tym 
Fangohr przygotował rozkaz generała Hotha dla 48 KPanc, w którym nakazano generałowi Knobelsdorffowi 
przeprowadzić w nocy z 14 na 15 grudnia ewakuację przyczółka na zachodnim brzegu Donu i wysadzić 
most. Do tej pory broniona miała być miejscowość Wierchnie-Czyrska, a nad Czyrem rozbudowana nowa 
linia frontu. Jednocześnie generał Knobelsdorff miał zrezygnować z własnego przyczółka na Czyrze pod 
miejscowością Surowikino. Wycofana stamtąd 11 DPanc miała być przygotowana do współdziałania z 57 
KPanc w operacji deblokady Stalingradu.

Zgodnie z tym rozkazem generał Knobelsdorff wzmocnił obronę Wierchnie-Czyrskiej i przystąpił do 

ewakuacji przyczółka pod Surowikino (zakończyła się 15 grudnia o godz 1.45). 11 DPanc generała Balcka z 
rejonu   Niżnie-Kalinowskiej   skierował   w   rejon   Niżnie-Czyrskiej,   by  tam  przeprawiła   się   przez   na   wpół 
zamarznięty Don i przystąpiła do współdziałania z 57 Kpanc.

W walkach o Wierchnie-Czyrską  czołgi 7 KPanc zostały zatrzymane (zniszczono  i uszkodzono 20 

czołgów radzieckich), ale duże straty poniosła przy tym 384 DP. Były to koszty, dzięki którym w miarę 
planowo udało się wycofać z przyczółka na lewym brzegu Donu grupy bojowe Mikscha i Goebela. Grupa 
Sauerbrucha musiała już w ciężkich walkach przebijać się do Niżnie-Czyrskiej, a jej saperom nie udało się 
wykonać najważniejszego zadania: nie zniszczyli mostu na Donie.

Atak nocny na Niżnie-Czyrską rozpoczął się 15 grudnia o godz. 2.00. Główne uderzenie zadawał nadal 

7 KPanc generała Rotmistrowa. Tym razem przodem ruszyła 7 BPZmot z saperami, którzy czyścili przejścia 
w polach minowych. Dopiero za nimi szły czołgi. Zacięta walka trwała całą noc. Nad ranem Wierchnie-
Czyrska  została zdobyta.  W ręce  radzieckie  wpadł także  nie  uszkodzony most  na  Czyrze.  O zaciętości 
zmagań świadczyły trupy przeszło 700 niemieckich żołnierzy; tylko 4 poddało się do niewoli.

Przed   południem   16   grudnia   na   stanowisko   dowodzenia   generała   Rotmistrowa   przybył   generał 

Wasilewski. Tym razem był w pogodnym nastroju. Poprosił Rotmistrowa o lornetkę i długo obserwował 
chutor Ryczkowski.

— Ech, gdybyście wy, Pawle Aleksiejewiczu, wiedzieli, ile miałem nieprzyjemności przez ten maleńki 

chutor — powiedział w końcu.

Na   pogodny   nastrój   przedstawiciela   Kwatery   Głównej   wpłynęła   jednak   nie   tylko   udana   operacja 

likwidacji   niebezpiecznego   przyczółka.   Dobre   wieści   napływały   też   z   kierunku   kotielnikowskiego,   na 
którym to jednostki odwodowe Frontu Stalingradzkiego odrzuciły Niemców niemal na pozycje wyjściowe 
na Aksaju, co zwiększyło szansę zajęcia rubieży obronnych na rzece Myszkowa przez 2 armię gwardii. A 
najważniejsze, że rankiem 16 grudnia rozpoczęły się nad środkowym Donem działania zaczepne wojsk 
Frontu Południowo-Zachodniego generała Golikowa. Powodzenie tych działań miało ostatecznie przesądzić 
o wyeliminowaniu z operacji deblokującej wojsk niemieckich znad Czyru.

POD WIERCHNIE-KUMSKIM

Meldunki  napływające   wieczorem 13 grudnia  z grup  bojowych   6  DPanc tchnęły  optymizmem. Jej 

główne   zgrupowanie   uderzeniowe   pod   dowództwem   pułkownika   Hünersdorffa,   po   uchwyceniu   około 

background image

południa przeprawy na Aksaju w chutorze Zaliwski, swym pierwszym wzmocnionym batalionem czołgów 
osiągnęło odległy o 12 km na północ chutor Wierchnie-Kumski. Wprawdzie manewrem tym pułkownik 
Hünersdorff odsunął się od linii kolejowej na znaczną odległość (około 20 km), co było sprzeczne z ogólnym 
planem natarcia i rozkazami generała Raussa, lecz na taki rozwój wydarzeń złożyło się kilka okoliczności. 
Przede wszystkim powstała konieczność osłony lewego skrzydła całego zgrupowania uderzeniowego przed 
radzieckimi   kontratakami,   ponadto   zaś   przez   opanowanie   Zaliwskiego   i   odrzucenie   radzieckich 
pododdziałów   do   pobliskiego   chutoru   Wodnianskiego   Hünersdorff   chciał   zabezpieczyć   dalsze   natarcie 
wzdłuż   linii   kolejowej.   Jednak   po   zajęciu   Zaliwskiego   okazało   się,   że   wojska   radzieckie   umocniły 
Wierchnie-Kumski. Wiadomość ta skłoniła Hünersdorffa do dalszych działań w kierunku północnym.

Również  23 DPanc,  po odparciu z  pomocą  części  sił 6 DPanc radzieckich  kontrataków nad  jarem 

Czylekowskim, przeniosła swe działania na lewą stronę toru kolejowego, gdzie uchwyciła przeprawy na 
Aksaju pod stanicą Szestakow. Tak więc pancerne zgrupowanie uderzeniowe 57 KPanc już w drugim dniu 
operacji zaczepnej zmieniło główny kierunek natarcia z północno-wschodniego na północny.

Pułki grenadierów pancernych Unreina i Zollenkopfa, osłaniające lewe skrzydło zgrupowania, pozostały 

w tyle, choć udało im się opanować rejon wzgórz na północ od Wierchnie-Jabłoczny. Natomiast na prawym 
skrzydle grupa Popescu wyszła na wysokość Niebykowa, pozostając w tyle za 23 DPanc o przeszło 15 km.

Z zapadnięciem zmroku walki wygasły. Zmęczeni i przemarznięci żołnierze potrzebowali wypoczynku. 

Tego też wieczoru generał Rauss wydał rozkaz, by 14 grudnia, utrzymując przyczółek, przeprowadzić z 
Wierchnie-Kumskiego zwiad bojowy na północny wschód w kierunku leżącej nad rzeką Myszkowa stanicy 
Gromosławka   i   na   północny  zachód   w   kierunku   chutoru   Szabalinski,   a   także   rozpoznać   sieć   drogową 
wiodącą na wschód, w kierunku linii kolejowej.

Generał   Kirchner   zaakceptował   ten   rozkaz,   domagając   się   jednocześnie   od   generała   Boineburg-

Lengsfeldta zdobycia i utrzymania przez 23 DPanc mostu kolejowego leżącego w miejscowości Kruglakow. 
Żądał tego generał Hoth w nadziei, iż przez ten most będą mogły przeprawić się ciężkie Tygrysy.

W nocy z 13 na 14 grudnia przegrupowano oddziały. Część grenadierów z grupy Zollenkopfa ściągnięto 

do   obrony  przyczółka   w   Zaliwskim,   a   pułkownik   Hünersdorff   postanowił   przenieść   swoje   stanowisko 
dowodzenia   do   Wierchnie-Kumskiego.   W   trakcie   przeprawy  jego   czołg   poważnie   uszkodził   most,   a   w 
drodze do Kumskiego grupa sztabowa została dwukrotnie ostrzelana przez radziecką artylerię rakietową 
(poniesiono znaczne straty w ludziach i sprzęcie). Uszkodzony most saperzy naprawiali do rana. Kiedy 
rankiem dwie kompanie czołgów 2 batalionu majora Bäke przeprawiły się na drugi brzeg Aksaju i zdążały 
do   Wierchnie-Kumskiego,   zostały   zaatakowane   z   północnego   zachodu   przez   radzieckie   czołgi.   Niemal 
jednocześnie   radziecka   piechota   i   czołgi   uderzyły   na   miejscowość   Wierchnie-Kumski   z   północy   i 
północnego zachodu.

Gdy tylko pułkownik Hünersdorff przybył na nowe stanowisko dowodzenia, zaczęły zewsząd napływać 

alarmujące meldunki. Walki toczyły się w przodzie, na skrzydłach, a także z tyłu, o rejon przeprawy, gdzie 
grupa rotmistrza Remlingera, po nieudanym ataku na chutor Wodnianski, musiała przejść do rozpaczliwej 
obrony.   Jeszcze  groźniejsze  wieści   przekazywały grupy rozpoznawcze   majora   Löwe.  Wszędzie  —  i  na 
południe od Gromosławki, i pod chutorem Zagotskot, i w rejonie Gniłoaksajska — pojawiły się radzieckie 
czołgi. Pułkownik Hünersdorff przekazywał te meldunki do sztabu dywizji, nie mogąc zdecydować się, czy 
bronić Wierchnie-Kumskiego, czy wycofać się do Zaliwskiego. Generał Rauss nakazywał przede wszystkim 
obronę   przyczółka   (powierzył   to   zadanie   pułkownikowi   Unreinowi),   a   w   kwestii   obrony   Wierchnie-
Kumskiego, ze względu na zmieniającą się co chwila sytuację, nie podejmował wiążących decyzji.

Po kilku godzinach walk pułkownik Hünersdorff zdecydował się utworzyć silną pięść pancerną, której 

trzon stanowił 2 batalion czołgów, by przebić drogę na Zaliwski. Doszło do zaciętej walki czołgów w rejonie 
wzgórza   147,0   o   2   km   na   południe   od   Wierchnie-Kumskiego.   W   zapadającym   zmierzchu,   na   tle 
zaśnieżonego   stepu,   czerniały   kłębami   dymu   i   czerwieniły   się   językami   płomieni   palące   się   czołgi, 
transportery opancerzone, samochody, ciągniki i motocykle.

O godz. 15.10 czasu berlińskiego (17.10 czasu miejscowego) pułkownik Hünersdorff wysłał meldunek:
„Bitwa   pancerna   została   przerwana   z   nastaniem  ciemności.   Nieprzyjaciel   wycofuje   się   w  kierunku 

północno-wschodnim. Zniszczono 43 ciężkie czołgi nieprzyjaciela. Straty własne — 2 czołgi zniszczone, 9 
uszkodzonych”.

Kilka godzin później sztab Frontu Stalingradzkiego nadawał meldunek do Moskwy:  „...14 grudnia — 

wystukiwał telegrafista na klawiaturze dalekopisu — pod miejscowością Wierchnie-Kumski doszło do boju 
spotkaniowego,   w   którym   z   każdej   strony   brało   udział   około   90   czołgów.   4   korpus   zmechanizowany 
unieruchomił   40   czołgów   nieprzyjaciela,   straciwszy   32   czołgi.   Takie   same   straty  poniósł   13   KZmech. 

background image

Sytuacja jest bardzo napięta”.

Do boju pod Wierchnie-Kumskim doszło w wyniku decyzji Rady Wojennej Frontu Stalingradzkiego o 

wykonaniu   przez   odwód   frontowy  przeciwuderzenia   na   przeprawiane   przez   Aksaj   Jesaułowski   dywizje 
pancerne Hotha. Decyzję tę Rada Wojenna podjęła po analizie przebiegu dwudniowych walk 51 armii z 
grupą generała Hotha, a także pomyślnym rozpoczęciu przez 5 AUd likwidacji ryczkowskiego przyczółka. 
Dowództwo Frontu Stalingradzkiego doszło do wniosku, że osłabione w poprzednich walkach 126 i 302 
dywizje piechoty oraz 4 KKaw generała Szapkina nie będą w stanie utrzymać obrony na Aksaju zwłaszcza 
po opanowaniu przez nieprzyjaciela przeprawy w chutorze Zaliwskim i rajdzie jego czołgów na Wierchnie-
Kumski, i jedyne wyjście z sytuacji, po przerwaniu frontu 51 armii, widziało w silnym przeciwuderzeniu. 
Toteż   Rada   Wojenna   Frontu   Stalingradzkiego   podjęła   decyzję   o   wprowadzeniu   do   walki   wszystkich 
odwodowych związków i oddziałów Frontu — 4 KZmech generała Wasilija Wolskiego, 87 DP pułkownika 
Kazarcewa, 20 BA Ppanc majora Żełamskiego, 235 BPanc pułkownika Burdowa i 234 pcz — choć były one 
osłabione poprzednimi działaniami (np. 4 KZmech liczył tylko 70 czołgów).

Wraz   z   grupą   odwodową   Frontu   w   przeciwuderzeniu   miał   też   wziąć   udział   13   KZmech   generała 

Tanascziszyna, wchodzący w skład 51 armii. Miał on nacierać na prawe skrzydło niemieckiego zgrupowania 
uderzeniowego na zbieżnym kierunku z 4 KZmech, ale był od niego jeszcze słabszy, gdyż liczył zaledwie 26 
czołgów i 1600 żołnierzy.

O   przebiegu   wydarzeń   w   ciągu   ubiegłych   dwóch   dni   na   kierunku   kotielnikowskim   Sztab   Frontu 

poinformował Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej:  „Front Stalingradzki nie ma w tej chwili  żadnych 
odwodów. Na wschód od linii Iwanowka  — Aksaj nie mamy ani jednego człowieka. Jeżeli nieprzyjaciel 
przeprowadzi uderzenie wzdłuż linii kolejowej na m. Abganierowo oraz z rejonu m. Cybienko na Zety, 
wojska Frontu znajdą się w wyjątkowo trudnej sytuacji, gdyż wyjdzie ono na rozciągnięte i w napięciu 
pracujące tyły Frontu”.

— Mamy pomyślne meldunki, panie generale — pułkownik Fangohr wszedł do izby zajmowanej przez 

Hotha z plikiem papierów w ręku. — Przede wszystkim od generała Boineburga. Dwudziesta trzecia zdobyła 
w Kruglakowie oba mosty, kolejowy i drogowy.

— A samą miejscowość? — zapytał Hoth.
— Tam jeszcze toczą się walki, ale zdobycie jej jest sprawą przesądzoną — zapewnił szef sztabu. — 

Poza tym korpus kawaleryjski generała Popescu zajął Darganow.

— To dobrze — nieznacznie uśmiechnął się Hoth. — A jak szósta?
— Zaliwski został utrzymany, lecz flankowe ataki Rosjan wciąż są groźne. W Wierchnie-Kumskim 

bitwa pancerna nie przyniosła w zasadzie rozstrzygnięcia. Wprawdzie Rosjanie wycofali się, ale wszystko 
wskazuje na to, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

— Wiemy coś o naszych stratach?
— Nie są jeszcze niepokojące, ale z każdym dniem pięść pancerna Hünersdorffa staje się słabsza.
— I to mnie najbardziej niepokoi — powiedział w zamyśleniu Hoth. — Nie podoba mi się aktywność 

Rosjan   na   naszym   lewym   skrzydle.   Ciekawe,   skąd   oni   biorą   wciąż   nowe   siły?   Przecież   w   biuletynie 
rozpoznawczym OKH czytaliśmy; że gonią resztkami i wyczerpali już wszystkie odwody operacyjne.

— A  ja,  panie  generale,  nie  niepokoiłbym się  rosyjskimi  działaniami  właśnie   na  tym  kierunku  — 

uspokajał Fangohr. — To, że przerzucili wojska na nasze lewe skrzydło, będzie nam na rękę. Nadzieją się na 
naszą klingę pancerną i stępią na niej swe ostrze. Tym samym nie będą już w stanie zagrozić nam na 
wschodzie. Uderzenie z tamtej strony byłoby znacznie groźniejsze, gdyż uniemożliwiałoby nasz manewr 
wzdłuż linii kolejowej.

— Więc sądzi pan, pułkowniku, że jutro uzyskamy większe sukcesy? — upewnił się Hoth.
— Jestem tego pewien, panie generale — entuzjazmował się Fangohr.  — Jutro z pewnością nastąpi 

przełom.   Zwłaszcza   że   perspektywa   wprowadzenia   do   walki   siedemnastej   pancernej   staje   się   realna. 
Pierwszych jej rzutów spodziewamy się jutro wczesnym popołudniem. A po oczyszczeniu rejonu Wierchnie-
Kumskiego będziemy mogli dokonać zwrotu ku wschodowi.

—   To   jest   w   tej   chwili   jedyny   jaśniejszy   punkt   naszego   planu,   Fangohr,   gdyż,   jak   pan   wie,   na 

współdziałanie Knobelsdorffa coraz mniej liczę.

— Tak, panie generale. Te jego dzisiejsze alarmujące meldunki wprost mną wstrząsnęły. Zaczynam 

wątpić, czy uda mu się utrzymać most na Donie.

— Najgorzej, Fangohr, rozwijają się wypadki wtedy, gdy brak jednolitego dowodzenia.
— Tak, generał Knobelsdorff niepotrzebnie odwołuje się do feldmarszałka i do OKH. A dopiero gdy nie 

otrzymuje od nich konkretnych decyzji, molestuje pana, panie generale.

background image

— Usprawiedliwia go jedno, pułkowniku. Jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. A obawiam się, 

że może być jeszcze gorsza.

Rankiem   15   grudnia   pułkownik   Hünersdorff   meldował:  „Noc   przebiegła   spokojnie.   Rozpoznanie 

sygnalizuje silne ruchy nieprzyjaciela z kierunku północnego na Wierchnie-Kumski”.

Po upewnieniu się, że droga na przeprawę w Zaliwskim jest wolna, a sam Zaliwski dobrze broniony 

przez grupę pułkownika Unreina, dowódca 11 pcz zdecydował się na podjęcie walki w otwartym terenie. Do 
obrony chutoru pozostawił 1 batalion czołgów majora Löwe, sam zaś rozwinął pięć kompanii liczących 
przeszło 80 czołgów w kierunku na Szabalinski, frontem na północny wschód. Wydawało mu się, że w 
otwartym terenie doświadczeni czołgiści 6 dywizji dadzą sobie radę z radzieckimi czołgami.

Na próżno jednak  Hünersdorff,  zająwszy miejsce  w czołowych  szykach  kompanii, starał  się  nadać 

walce   zorganizowany   charakter.   Czołgi   radzieckie,   wspierane   przez   starannie   zamaskowaną   artylerię 
przeciwpancerną, nie ustępowały i straty w kompaniach Hünersdorffa rosły w zastraszającym tempie. Na 
domiar złego artyleria dywizyjna zamilkła, gdyż szyki czołgów radzieckich i niemieckich przemieszały się. 
W przedłużającej się bitwie manewrowej szybko wyczerpywała się amunicja i paliwo, a zaopatrzenie nie 
nadchodziło.   Radiostacja   Hünersdorffa   z   trudem   nawiązała   łączność   z   szefem   kolumny   zaopatrzenia. 
Kapitan Niemann stwierdził jednak, że ze względu na silne oblodzenie brzegów przejście przez most jest 
możliwe tylko przy użyciu ciągników.

— Nie wiem, co robić? — zakończył swą wypowiedź.
— To, co macie na północ od mostu — rozkazał Hünersdorff — kierujcie natychmiast na Kumski. Co 

na południe, podciągnąć do mostu.

Z chaosu rozmów radiowych radiotelegrafista Hünersdorffa wyłowił w pewnym momencie alarmujący 

meldunek majora Löwe:  „Nieprzyjaciel atakuje nas dwudziestoma, może nawet trzydziestoma czołgami. 
Jeśli natychmiast nie uzyskam pomocy, nie będę mógł się utrzymać”. Po 20 minutach Löwe poprosił o zgodę 
na wycofanie się z chutoru.

— Wytrzymajcie — żądał Hünersdorff i jednocześnie meldował generałowi Raussowi: — Wierchnie-

Kumski atakowany ze wszystkich stron. Muszę przerwać bitwę, by odciążyć Löwego.

Ten tymczasem naglił:
—   Najwyższe   niebezpieczeństwo.   Nieprzyjaciel   we   wsi.   Dłużej   nie   możemy   się   utrzymać.   Kiedy 

nadejdzie Bäke?

Był to jego ostatni radiogram. Po chwili odniósł ciężką ranę. Dowodzenie pierwszym batalionem przejął 

dowódca 1 kompanii kapitan Hoffmeyer, lecz i on po chwili został śmiertelnie ranny.

Już w trakcie wycofywania się do Wierchnie-Kumskiego Hünersdorff otrzymał enigmatyczny rozkaz 

generała Raussa:  „Jeśli nie można utrzymać Wierchnie-Kumskiego, wycofać się na Zaliwski. Przyczółek 
utrzymać za wszelką cenę”. Hünersdorff zaklął w duchu: „Ten Austriak zawsze pozostanie ostrożny!”

Zdecydowanym  atakiem czołgi  Hünersdorffa  wdarły się  do Kumskiego  i tylko dzięki  temu resztki 

broniących się pododdziałów grupy Löwego ocalały. Już o godz. 13.20 Hünersdorff nadał meldunek do 
sztabu dywizji: „Wierchnie-Kumski odbity. Ze względu na brak amunicji zaczynam ewakuację”.

Tymczasem radzieccy  czołgiści   przeszli  do  nowego ataku.  Ponieważ  jednak  droga  na  Zaliwski  nie 

została odcięta, pod osłoną czołgów wyjechały na nią ocalałe niemieckie ciężarówki i transportery. Ze sztabu 
dywizji   nadszedł   radiogram:  „Czy   po   dowozie   amunicji   możecie   utrzymać   Wierchnie-Kumski?”   Gdy 
radiotelegrafista zameldował o tym Hünersdorffowi, ten tylko machnął ręką:

—   Nadaj   —  rozkazał  —  że   już   się   ewakuujemy.   W   tym   samym   momencie   w   czołgu   rozległ   się 

potworny łoskot, kierowca stracił panowanie nad maszyną. Ta nieco zboczyła i stanęła.

Po   rozmowie   telefonicznej   z   Kirchnerem   generał   Hoth   przez   długi   czas   nie   mógł   się   uspokoić. 

Analizując   dotychczasowy   przebieg   walk,   czynił   sobie   wyrzuty,   że   rozpoczął   operację   bez   udziału   17 
DPanc. Klęska grupy Hünersdorffa pod Wierchnie-Kumskim świadczyła bowiem o tym, że  „ostrze klingi 
pancernej”, o której mówił wczoraj Fangohr, okazało się zbyt tępe, by mogło przeciąć radzieckie odwody. 
Nie trafiły mu do przekonania zapewnienia Kirchnera, iż bój o Kumski zakończył się szczęśliwie, gdyż 
udało się wycofać grupę Hünersdorffa, a i on sam wyszedł cało z wozu trafionego przez radziecki pocisk. Za 
sukces uznał też Kirchner utrzymanie przyczółka pod Zaliwskim, skąd będzie można 17 grudnia rozpocząć 
nowe działania zaczepne.

Cały  tydzień   mitrężymy   na   tym   przeklętym   Aksaju,   myślał   Hoth.   A   przecież   każdy  dzień   zwłoki 

pogarsza sytuację i naszą, i Paulusa.

background image

Ostatecznie jednak zgodził się na rozpoczęcie ponownych działań zaczepnych przez 57 KPanc w dniu 

17 grudnia. Na lewe skrzydło zgrupowania uderzeniowego pod chutorem Gienierałowskim wprowadzono 
przedyslokowaną   już   niemal   w   całości,   lecz   bez   kompanii  Tygrysów,   17   DPanc.   Miała   ona   zdobyć 
przyczółek pod chutorem Nowoaksajski i osłonić od zachodu działania korpusu.

Główny ciężar natarcia 6 DPanc spoczywać miał nadal na grupie Hünersdorffa wzmocnionej 201 pcz ze 

składu 23 DPanc. Pułk ten, pod dowództwem podpułkownika Heydebrecka, otrzymał zadanie opanowania 
jaru  Nieklinskiego  i wzgórza  146,9.,  odległego  7 km od Wierchnie-Kumskiego,  co powinno umożliwić 
czołgom 11 pcz wykonanie manewru obejścia chutoru i odcięcia oddziałów radzieckich znajdujących się 
między Aksajem a Wierchnie-Kumskim. Po zdobyciu chutoru Hünersdorff zamierzał zawrócić na północny 
wschód,   zająć   Zagotskot,   po   czym   skierować   się   wprost   na   północ,   na   Gromosławkę,   by  zdobyć   tam 
przyczółek na rzece Myszkowa — ostatniej „przegrodzie wodnej” na drodze do Stalingradu.

Ten starannie opracowany plan załamał się już na początku jego realizacji. Nie przewidziano bowiem 

ataku radzieckich czołgów na przyczółek 23 DPanc pod stanicą Szestakow, do odparcia którego musiano 
użyć pułku Heydebrecka. Czołgi Hünersdorffa ruszyły same na Nieklinski. Nie nadążyły za nimi bataliony 
grenadierów i artyleria. Wspierały je natomiast eskadry Luftwaffe. Wykorzystując lotną pogodę i lokalną 
przewagę   w   powietrzu   torowały   one   drogę   wozom   bojowym,   zwalczając   radziecką   artylerię 
przeciwpancerną, czołgi i piechotę.

Mimo to  walki  o Wierchnie-Kumski  przeciągnęły się  do zmroku  i  trwały cały następny dzień  (18 

grudnia). 17 DPanc, której z trudem udało się zdobyć przyczółek w Nowoaksajskim, przeprawiała swe wozy 
na drugi brzeg i odpierała radzieckie kontrataki. Dopiero 19 grudnia obydwie dywizje opanowały sytuację za 
Aksajem i rozpoczęły działania w kierunku Myszkowej.

NAD MYSZKOWĄ

Dywizja pułkownika Calikowa dotarła do Wasiljewki rankiem 18 grudnia i bez odpoczynku zaczęła 

organizować   obronę.   Dzwoniły   łomy   i   kilofy   kruszące   zmarznięty   kamienisty   grunt,   zgrzytały   łopaty. 
Dookoła słychać było podniesione głosy ludzi i rżenie koni. Bataliony piechoty i samodzielny dywizjon dział 
przeciwpancernych  zostały przerzucone  po  moście   na  drugą  stronę   rzeki   i  zaczęły okopywać   się   przed 
frontem głównych sił dywizji. Żołnierze przeklinając Niemców i zamarzniętą ziemię spoglądali raz po raz na 
odblask łuny i wsłuchiwali się w niezbyt odległe odgłosy strzelaniny.

—   Do   roboty,   chłopcy!   Trzeba   kuć,   wgryzać   się   w   ziemię!  —   rozległ   się   basowy  głos   dowódcy 

batalionu, kapitana Kondratca; batalion okopywał się w pobliskim chutorze Kapkinski.

—   Jak   szybko   mogą   się   tu   pojawić?  —   zapytał   młody,   żywy  jak   srebro   Ormianin,   podporucznik 

Jakopian.

— A co, tak wam spieszno do tego spotkania? — spytał Kondratiec.  — Jak najszybciej musimy się 

okopać. A wtedy niech przychodzą!

Kiedy wyczerpani do cna żołnierze zaczęli marzyć o krótkim chociaż odpoczynku, pojawiły się kuchnie 

rozsiewając przyjemny zapach gorącej strawy. Czerwonoarmiści podchodzili do nich plutonami, wykłócali 
się o dolewkę, brali od szefów kompanii przydział chleba i wódki.

W brzasku wschodzącego dnia pułkownik Stacura ze swego punktu obserwacyjnego na wzgórzu 110,4, 

na północno-wschodnim skraju chutoru Kapkinski, lustrował wyłaniające się z mgły zabudowania dwóch 
wsi ciągnących się po obydwu stronach rzeki, do której wpadał jakiś dopływ. Nad tym dopływem okopywali 
się żołnierze 2 batalionu. Na prawo, w Wasiljewce, zajął obronę 13 pp Margiełowa. Rzeka wyglądała stąd 
jak   rów   przeciwczołgowy.   Doskonale,   pomyślał   Stacura.   Jeśli   czołgi   przedostaną   się   tutaj,   ugrzęzną. 
Artylerii mamy dużo, a po lodzie nie przejdą, nie wytrzyma.

Tymczasem huki na południu ustały i ciszę przerywały tylko porykiwania ciągników, holujących działa 

na stanowiska ogniowe, oraz szczęk łopat i kilofów. Teraz za rzeką widać było zarysy Słonego Jaru, a w 
lewo od niego chutoru Birzowoj, za którym przebiegała linia kolejowa.

— Dziwna rzecz — powiedział pułkownik Stacura do swego zastępcy do spraw politycznych, który 

siedząc na skrzynce z granatami gryzmolił coś w notatniku — od czterdziestego pierwszego roku nie lubię 
takiej ciszy.

— Towarzyszu pułkowniku  — rozległ się głos telefonisty.  — Wzywają was na punkt obserwacyjny 

dowódcy dywizji.

Punkt obserwacyjny pułkownika Calikowa znajdował się na sąsiednim wzgórzu (109,5).Trwały na nim 

jeszcze prace inżynieryjne, lecz dość obszerny schron był już prawie gotowy. Obok wejścia, zasłoniętego 
peleryną,   leżały  jakieś   drzwi   i   kawałek   rury  od   piecyka.   Proszę,   nawet   piec   ze   sobą   wzięli,   pomyślał 

background image

pułkownik Stacura.

W   schronie,   wypełnionym   duszną   wilgocią,   przy   stole   oświetlonym   naftową   lampą,   na   deskach 

położonych   na   skrzyniach   z   amunicją   siedzieli   już   dowódcy   pozostałych   pułków   i   samodzielnych 
pododdziałów. Pułkownik Calikow, w narzuconym na ramiona szynelu, tłumaczył coś oficerowi zwiadu, 
kapitanowi Chudiakowowi. Po chwili kapitan zasalutował i wyszedł, a dowódca dywizji zaczął odprawę.

—   Proszę   wyjąć   mapy  —   polecił,   a   gdy   zebrani   sięgnęli   po   mapniki,   wypił   resztę   herbaty   z 

żołnierskiego kubka i uśmiechając się powiedział: — Możemy zaczynać. Sytuacja nie jest jasna — przeszedł 
do konkretów.  — Oddziały pięćdziesiątej pierwszej armii wciąż walczą w odosobnionych punktach oporu 
między Myszkową a Aksajem. Na naszym kierunku pozycje przecinające linię kolejową od jaru Sziwskiego 
do Żutowa  1 i  dalej   do  Pieregruzny utrzymują  trzysta   druga  i  sto  dwudziesta  szósta  dywizje  piechoty, 
wspierane przez trzynasty korpus zmechanizowany. O ich sytuacji nic bliższego na razie nie wiemy. Główne 
walki toczą się teraz pod Wierchnie-Kumskim, gdzie broni się osiemdziesiąta siódma dywizja i czwarty 
korpus zmechanizowany. Stamtąd nieprzyjaciel może szukać przepraw na Myszkowej w każdym miejscu, 
również na naszym kierunku. Zgodnie z rozkazem dowódcy korpusu powierzono nam front od Kapkinskiego 
do   Iwanowki.   Zanim   podejdą   pozostałe   dywizje,   trzynasty   pułk  —   zwrócił   się   do   podpułkownika 
Margiełowa — zajmie obronę na szerokim froncie od Wasiljewki do Iwanowki i nawiąże współdziałanie z 
lewoskrzydłowym pułkiem dziewięćdziesiątej ósmej dywizji, która również powinna wyjść na linię rzeki 
pod Gromosławką. Zadanie jasne, Wasiliju Filipowiczu?

— Tak jest, jasne — odpowiedział Margiełow.
— Trzynasty pułk — kontynuował Calikow — pozostanie na swoich pozycjach, organizując obronę od 

wzgórza sto dwadzieścia cztery przez Kapkinski do Wasiljewki, a piąty wydzieli wzmocniony batalion do 
obrony samej Wasiljewki. Dwudziesty drugi pułk artylerii zajmie stanowiska ogniowe w szykach piechoty, a 
dwunasty dywizjon przeciwpancerny osłoni drogę Wasiljewka, Birzowoj. Szósta kompania rozpoznawcza 
organizuje rozpoznanie na Birzowoj aż do linii kolejowej pod Gniłoaksajską. O wynikach rozpoznania będę 
informował   dowódców   pułków.   Wypoczynek   organizować   żołnierzom   na   zmianę.   Umacniać 
przeciwpancerne   węzły   oporu.   Przystąpić   do   minowania   podejść   do   rzeki.   Zapoznać   się   z   tabelami 
sygnałów. Czy są pytania?

— Tak — odezwał się pułkownik Stacura.  — Niemieckie czołgi mogą przejść tylko przez most w 

Wasiljewce. Co z jego zaminowaniem i wysadzeniem?

— Dopóki nasze wojska są po tamtej stronie rzeki, nie ma takiej potrzeby — powiedział po namyśle 

Calikow.

Meldunek   przesłany   wieczorem   18   grudnia   przez   dowództwo   57   KPanc   wyprowadził   ostatecznie 

generała Hotha z równowagi. Już drugi dzień trwało wznowione natarcie i ciągle nie przynosiło większych 
efektów terenowych i operacyjnych. Wojska radzieckie nadal broniły się w Wierchnie-Kumskim i nadal 
przeprowadzały kontrataki na skrzydła korpusu. Feldmarszałek Manstein kilkakrotnie w ciągu dnia dawał 
wskazówki, świadczące o narastającym niezadowoleniu z przebiegu operacji.

Po   przeczytaniu   meldunku   generał   Hoth   polecił,   aby   połączono   go   ze   stanowiskiem   dowodzenia 

generała Kirchnera przeniesionym do Pimien Czerni.

— Generale Kirchner — zaczął rozmowę z dowódcą korpusu  — czy zamierza pan dreptać w tym 

Kumskim aż do świąt? Nie mogę zrozumieć, co wy tam wyprawiacie? Sam pan melduje, że stanicy broni 
zaledwie   jakiś   pułk   piechoty   i   kilka   czołgów.   Dlaczego   więc   Rauss   tak   uparcie   atakuje   ją   czołgami 
Hünersdorffa, podczas gdy grenadierzy Zollenkopfa walczą w otwartym stepie? Czy pana to nie zastanawia? 
Bo feldmarszałek nie może tego zrozumieć.

— Panie generale, nie bierze pan pod uwagę stałego zagrożenia przeprawy pod Zaliwskim ze strony 

Wodnianskiego  — usiłował tłumaczyć się Kirchner.  — Zaangażowani zostali tam grenadierzy Unreina i 
Remlingera, a także siedemnasta dywizja pancerna. To po pierwsze. Po drugie, mamy wciąż do czynienia z 
silnym nieprzyjacielem, który doskonale wykorzystuje do obrony teren, a więc wzgórza i jary.

—   Jaki   teren,   jakie   wzgórza,   generale   Kirchner?   Przeszliśmy   zwycięsko   przez   kilka   kampanii, 

pokonując różnorodny teren, a teraz nie możemy zastosować manewru w otwartym stepie? Proszę zrozumieć 
— perswadował już spokojniej — w gruncie rzeczy tu nie idzie o Wierchnie-Kumski, lecz o oczyszczenie 
terenu między Aksajem a Myszkową, co stanowi przesłankę dalszego powodzenia operacji. Jeśli tego nie 
wykonamy   w   ciągu   jutrzejszego   dnia,   trzeba   będzie   wycofać   cały  korpus   za   Aksaj   i   rozpocząć   nową 
operację w skorygowanym kierunku. A tego chcielibyśmy uniknąć.

— Rozumiem, panie generale — odpowiedział Kirchner.
—   Nasze   rozpoznanie   —   kontynuował   Hoth  —   nie   sygnalizuje   większych   sił   nieprzyjaciela   za 

background image

Myszkową. Trzeba to wykorzystać.

— Tak jest, panie generale. Opracowaliśmy plan działań na dzień jutrzejszy i liczymy, że jego realizacja 

przyniesie nam ostateczny sukces. Wszystko wskazuje na to, że nieprzyjaciel w wyniku naszych działań 
„spokorniał”. Jutro nie tylko zdobędziemy Wierchnie-Kumski, ale wyjdziemy na Myszkową. Mam tylko 
jedną prośbę: niech lotnictwo odpowiednio „obrobi” wskazane przeze mnie punkty terenowe.

— Zgoda. Wesprą was dwa korpusy lotnicze, czwarty i ósmy — obiecał Hoth.
Po tej rozmowie generał Kirchner podpisał rozkaz bojowy, zgodnie z którym przegrupowano siły 6 

DPanc.   Do   bezpośrednich   walk   o   Wierchnie-Kumski   wydzielono   grupę   grenadierów   pancernych 
Zollenkopfa i Quentina. Czołgi Hünersdorffa miały ubezpieczać ją od wschodu, a 17 DPanc — od zachodu. 
Pod naciskiem tej ostatniej oraz grupy Unreina już w nocy radzieckie oddziały ewakuowały przyczółek na 
Aksaju pod Wodnianskim i zaczęły wycofywać się w kierunku Myszkowej. Wczesnym rankiem 19 grudnia 
na radzieckie pozycje w Wierchnie-Kumskim i na pobliskich wzgórzach posypał się grad bomb z Junkersów 
Heinkli. 57 KPanc przystąpił do ostatecznej likwidacji radzieckiego oporu na drodze do Myszkowej.

Już  czwarty dzień  broniły się  w  Wierchnie-Kumskim 1378 pułk  87  DP oraz  55  samodzielny  pułk 

czołgów 4 KZmech, wspierane przez wzmocniony dywijon 1058 pułku artylerii lekkiej. Obrońców chutoru 
nie  złamały  ani   zmasowane  naloty  Junkersów,  ani   nawały  ogniowe  niemieckiej   artylerii.  Każdego   dnia 
odpierali   też   niezliczone   ataki   nieprzyjacielskich   czołgów.   Tym   razem   jednak   po   nalocie   za   wałem 
ogniowym artylerii ruszyli do ataku grenadierzy pancerni.

Który to już atak, usiłował przypomnieć sobie podpułkownik Diasamidze. Był śmiertelnie zmęczony, 

ale mimo to przed walką zdążył się ogolić i starannie przystrzyc znany w całej dywizji kruczoczarny wąsik. 
Zdawał sobie sprawę, że być może dzisiaj przyjdzie im stoczyć ostatni bój, gdyż dłużej stopniałymi do 
batalionu siłami nie uda im się bronić zajmowanej pozycji. Podobnego zdania był zresztą dowódca 55 pcz 
podpułkownik Asłanow — większość jego czołgów nie nadawała się  już do użycia, brakowało amunicji i 
paliwa. Obaj oni wiedzieli jednak, że każdy dzień wiązania głównych sił nieprzyjaciela pod bronioną Stanicą 
umożliwia  przygotowanie  rubieży obronnej na  Myszkowej. Dlatego  w nocy postanowili  zgodnie,  że za 
wszelką cenę dotrwają  do wieczora, a wtedy,  zależnie  od okoliczności, opuszczą  stanicę.  O decyzji  tej 
podpułkownik Diasamidze powiadomił porucznika Naumowa, dowódcę kompanii broniącej wzgórza 137,2 
oddalonego o 3 km na południowy zachód od stanicy (kompania Naumowa osłaniała prawe skrzydło obrony 
pułku; na lewym skrzydle, na wzgórzu 130,0, walczyła 20 brygada artylerii przeciwpancernej pułkownika 
Żełamskiego).

Po nalocie  Junkersów  dym zasnuł niebo i zasłonił wschodzące nad stepem słońce. Po huraganowym 

ostrzale artyleryjskim wszystko pulsowało ciemnym krwawoczerwonym kolorem.

Nie   widać   czołgów,   pomyślał   podpułkownik   Diasamidze,   lornetując   przedpole   obrony   ze   strychu 

szkoły. Wszystko zasłania ten przeklęty dym.

Nagle, wytężywszy wzrok, dostrzegł sylwetki grenadierów. Biegli pochyleni do ziemi, wlokąc za sobą 

kaemy   i   skrzynki   z   amunicją.   Podpułkownik   Diasamidze   zrozumiał,   że   dzisiejsza   walka   będzie   miała 
odmienny od poprzednich charakter. Jej ciężar spadnie na piechotę. A przecież szeregi jego piechurów są 
mocno przerzedzone. Czy wytrzymają?

Bliskie   wybuchy  pocisków   wstrząsnęły  budynkiem.  Podpułkownik   zsunął   się   po   drabinie   w   dół   i 

biegiem,   osłaniany  przez   kilku   fizylierów,   dotarł   do   skrajnych   domów   na   północno-wschodnim  krańcu 
stanicy. Trwała tam już walka wręcz. Żołnierze radzieccy walczyli zaciekle w domach i okopach między 
domami.   Wróg   jednak   przeważał.   Dowódca   pułku   w   lot   ocenił   sytuację:   jeśli   Niemcy   zdobędą   te 
zabudowania, będą systematycznie wypierali pułk z chutoru. Tylko kontratak może zmienić obraz walki.

Ukląkł za węgłem jakiejś chaty i napisał w notesie: „Cały sztab z ochroną biegiem do mnie!” Wydarł 

kartkę i wręczył ją łącznikowi: „Biegnij”, powiedział.

Kontratak plutonu ochrony sztabu nie zdołał poprawić położenia radzieckiej piechoty. Niemcy wdzierali 

się zresztą do stanicy również z południowego zachodu. Okazało się, że porucznik Naumow i jego żołnierze 
polegli   na   wzgórzu   137,2   w   nierównej   walce   z   czołgami   17   DPanc.   Również   20   brygada   artylerii 
przeciwpancernej, zaatakowana przez czołgi Hünersdorffa, nie zdołała utrzymać swych pozycji na wzgórzu 
130,0 i pod osłoną kilku czołgów 4 KZmech rozpoczęła odwrót na wschód, by zająć obronę na wzgórzu 
146,9   przy  drodze   z   Szestakowa   na   Gromosławkę.   W   tej   sytuacji   generał   Kazarcew   wyraził   zgodę   na 
wycofanie   1378   pp   na   Zagotskot   i   Gromosławkę.   Podobny   rozkaz   od   dowódcy   4   KZmech,   generała 
Wolskiego, otrzymał podpułkownik Asłanow. Generał Wolski, dziękując mężnemu pułkowi za bohaterską 
postawę, poinformował podpułkownika Asłanowa, że poprzedniego dnia cały korpus przemianowany został 
na 3 KZmech gwardii.

background image

— Towarzyszu kapitanie, dzwonili od Chołobcewa, że pięć minut temu w rejonie mostu pojawiły się 

jakieś Willysy — zameldował oficer dyżurny sztabu pułku. — Coś tam niespokojnie — dodał.

—   Dlaczego   meldują   tak   późno?  —   Szef   sztabu,   kapitan   Lwow,   był   poirytowany.  —   Trzeba 

powiadomić dowódcę. Powinien być  w pierwszym batalionie u Jaszczenki. Poszukajcie go, a ja idę do 
kompanii Chołobcewa.

Kiedy kapitan Lwow schodził ze wzgórza w kierunku stanicy, ujrzał między zabudowaniami, niedaleko 

mostu,   trzy  Willysy. Na  pobliskim  stanowisku  ogniowym dział  przeciwpancernych stało  kilku  oficerów. 
Rozpoznał wśród nich dowódcę dywizji, pułkownika Sieriegina, i dowódcę armii. Generał Malinowski był w 
kożuchu bez dystynkcji.

— Towarzyszu generale, melduje się szef sztabu sto sześćdziesiątego szóstego pułku piechoty gwardii, 

kapitan Lwow.

— Gdzie dowódca? — spytał generał Malinowski.
— W pierwszym batalionie. Szukają go.
— Aha — dowódca armii przyjął do wiadomości tę informację i zwrócił się do Sieriegina: — A więc 

zwiad jeszcze nie wrócił? Trudno. Coś niecoś wiemy i bez zwiadu.

— Nie mam pojęcia, dlaczego dotąd nie wrócili? — tłumaczył się Sieriegin. — Na rozpoznanie poszli 

najlepsi chłopcy. Musiało się coś stać.

Generał Malinowski nie odpowiedział, podszedł do działa przeciwpancernego, usiadł na ogonie łoża i 

manipulując  pokrętłami  przyrządów celowniczych   sprawdzał   pole  ostrzału.  Następnie  wziął  lornetkę   od 
szefa rozpoznania dywizji i przez chwilę obserwował drogę wijącą się w stepie za rzeką. Nagle ciszę zamącił 
narastający w powietrzu metaliczny huk.

Co to, czołgi czy samoloty, zastanawiał się kapitan Lwow.
W tym samym momencie zameldował się zdyszany dowódca pułku, major Kozin.
— Gdzie się podziewaliście? — ofuknął go pułkownik Sieriegin.
Uwaga wszystkich skupiła się jednak na nadlatujących samolotach, których ciemne sylwetki widać już 

było wyraźnie. Kierowały się wprost na Gromosławkę, choć nie wiadomo było, czy nie polecą dalej.

— Towarzyszu generale, trzeba jechać na punkt obserwacyjny — stwierdził Sieriegin. — Chyba jeszcze 

zdążymy?

— A może nie będą tu bombardowali? — zastanawiał się generał Łarin.
—   Będą,   Iłłarionie   Iwanowiczu.   Właśnie   tu,   przedni   skraj  —   powiedział   generał   Malinowski.  — 

Niemcy nie lubią ryzykować. Nie nacierają bez lotnictwa. Jedziemy!

— Trzymajcie się, majorze. — Łarin wyciągnął dłoń do Kozina. — Za chwilę będzie tu gorąco. A jak 

wasi żołnierze? Wytrzymają?

— Wytrzymają, towarzyszu generale. Większość to marynarze z Oceanu Spokojnego. Twarda wiara — 

zapewnił Kozin.

Narastający huk silników lotniczych zagłuszał rozlegające się zewsząd okrzyki:
— Lotnik! Kryj się!
Samoloty zaczęły zmieniać szyk, formowały ogromny krąg. Major Kozin wraz z innymi znalazł się w 

okopie i usiłował policzyć samoloty. Ktoś go jednak uprzedził.

— Czterdzieści osiem — usłyszał.
Obok porucznik Chołobcew mówił do jakiegoś żołnierza:
— Dlaczego drżysz jak liść osiki? Nic ci to nie pomoże...
Rozległ   się   stukot   strzelających   do   samolotów   karabinów   maszynowych.   Otworzyły   też   ogień 

trzydziestkisiódemki. Tymczasem od idącego na czele Junkersa oderwały się już bomby. Leciały wprost na 
okopy, kołysząc w powietrzu swymi polerowanymi cielskami. W ślad za pierwszym zaczął nurkować drugi 
bombowiec. Ziemia zadrżała. Silny, bliski podmuch buchnął żarem, podrzucając fontanny zmarzniętej ziemi. 
Na majora Kozina ktoś się zwalił. Przygniótł go do dna okopu, który napełniał się gęstym dymem.

Major, wyzwalając się spod ciężaru bezwładnego ciała, spojrzał w górę. Nieba nie było widać. Na 

czarnym tle porykiwały tylko nurkujące samoloty. Czyżby to koniec, przemknęło mu przez myśl. Lecz zaraz 
się zreflektował. Jeszcze kilka minut i odlecą. Byle tylko działa ocalały. Bez nich nie poradzimy sobie z 
czołgami, które pewnie zaraz nadejdą. Chciał nawet wstać i popatrzeć na pobliskie działa, lecz zabrakło mu 
sił. Czuł ból w piersi i w uszach.

Po warkocie samolotów, wychodzących z nurkowania, odgadł, że bombardowanie się kończy. W okopie 

zaczął się ruch. Żołnierze podnosili się i otrzepywali. Okazało się, że nikt w pobliżu nie został ranny. Tylko 
wokół  fruwała   słoma  ze   strzech   rozbitych   domów   i  strzępy  desek.   Działa,   z   których   zdjęto   przezornie 
kątomierze, ocalały, choć tarcze i lufy nosiły ślady po uderzeniach odłamków. W innych rowach byli ranni i 
zabici. Wynosili ich teraz koledzy i sanitariusze na noszach i pałatkach. Pozostali żołnierze natychmiast 

background image

przystępowali do odbudowy rozbitych miejscami transzei i okopów.

Nalot na Gromosławkę utwierdził generała Malinowskiego w przekonaniu, że właśnie tu nieprzyjaciel 

kieruje swój klin pancerny.

Następne naloty na tę stanicę zdawały się to przekonanie potwierdzać. A jednak sytuacja rozwinęła się 

inaczej.

„WINTERGEWITTER” CZY TAKŻE „DONNERSCHLAG”

— Poruczniku Stahlberg, czy major Eismann już wrócił? — spytał feldmarszałek Manstein.
—   Tak   jest   —   zameldował   adiutant.  —   W   nocy   wylądował   na   lotnisku   w   Morozowsku,   a   do 

Nowoczerska wrócił naszym samolotem. W tej chwili je śniadanie w kasynie.

— Dobrze. Niech doprowadzi się do porządku i za godzinę wraz z generałem Schulzem i pułkownikiem 

Busse zamelduje się u mnie — zadecydował dowódca Grupy Armii „Don”.

Major Eismann był trzecim oficerem sztabu Grupy Armii  „Don”, który prowadził sprawy 6 armii, i 

kiedy bezpośrednie rozmowy między pracownikami sztabu Grupy a sztabowcami okrążonej armii Paulusa 
nie przynosiły pożądanych wyników, feldmarszałek Manstein 18 grudnia wysłał go do Stalingradu. Miał on 
przede wszystkim przedstawić generałowi Paulusowi dotychczasowy przebieg operacji  „Burza zimowa” i 
propozycje współdziałania w jej ostatecznym zakończeniu. Poza tym polecono mu, by zorientował się, jaka 
jest aktualna wartość bojowa okrążonej armii i jej możliwości operacyjne. Jakkolwiek bowiem Hitler 24 
listopada  nakazał  utrzymywanie  Stalingradu  za  wszelką  cenę,   Manstein   po tydzień  trwającej  ofensywie 
grupy generała Hotha zdał sobie sprawę, że nawet w przypadku przebicia się do pozycji 6 armii dłuższe 
utrzymywanie przez nią miasta nie będzie możliwe. Dwa dni temu, 16 grudnia, niepokojąco silne działania 
ofensywne podjęły wojska radzieckie na lewym skrzydle Grupy Armii „Don” i prawym Grupy Armii „B”, 
co jeszcze bardziej utrudniło sytuację wojsk niemieckich na całym południowym skrzydle frontu. Trzeba 
więc było dojść do porozumienia z dowódcą 6 armii w kwestii współdziałania, które w następstwie miało 
doprowadzić do opuszczenia Stalingradu. Manstein był bowiem przeciwnikiem utrzymywania straconych 
pozycji za wszelką cenę, nawet jeśli miałoby to ogromny wydźwięk polityczno-propagandowy. Znany był z 
preferowania   manewrowych   form   walki:   wycofywania   się   z   pozycji   niewygodnych   i   zadawania 
nieprzyjacielowi zaskakujących ciosów odwetowych.

Gdy   więc   19   grudnia   rozpoczął   naradę   ze   swymi   najbliższymi   pomocnikami  —   szefem   sztabu 

generałem Schultzem i oficerem operacyjnym pułkownikiem Busse  — w obecności Eismanna, zaczął od 
poinformowania ich o rozmowach przeprowadzonych z generałem Paulusem: pierwszej w dniu 17 grudnia, 
po której zdecydował się wysłać do Stalingradu Eismanna, i drugiej, którą odbył 18 grudnia, gdy Eismann 
znajdował   się   już   w   drodze   powrotnej.   Z   tej   ostatniej   wywnioskował,   iż   wizyta   majora   nie   przyniosła 
oczekiwanych wyników i teraz chciał dociec, jakie są przyczyny niezdecydowania generała Paulusa.

Po krótkim zagajeniu poprosił więc Eismanna o zreferowanie wyników rozmów.
— Po przybyciu do Stalingradu skontaktowałem się z generałem Paulusem i Schmidtem, a następnie z 

oficerem   operacyjnym   sztabu   podpułkownikiem   Elchleppem   i   kwatermistrzem   armii   majorem   von 
Kunowskim — zaczął Eismann. — Zgodnie z pańskim poleceniem, panie feldmarszałku, przedstawiłem im 
sytuację w pasie działań zaczepnych pięćdziesiątego siódmego korpusu oraz w łuku Donu i nad Czyrem. 
Później   przeszedłem   do   omówienia   możliwości   działań   szóstej   armii.   Zgodnie   z   naszymi   ustaleniami 
przedstawiłem trzy propozycje.  Pierwsza: armia dokonuje wyłomu w kierunku południowo-zachodnim i 
południowym, na południe od Businowki, odtwarzając styk z grupą generała Hotha w rejonie miejscowości 
Zety. Tworzymy tu nową linię frontu. Druga: doprowadzamy do przejściowego kontaktu obu armii w rejonie 
Jerik — Myszkowa i drogą lądową dostarczamy wojskom Paulusa niezbędne zaopatrzenie. I trzecia: szósta 
armia, utrzymując swe dotychczasowe pozycje, nie współdziała z odsieczą, która nastąpi w trudnym do 
sprecyzowania terminie.

— Jak przyjęto te warianty? — niecierpliwił się generał Schultz.
— Prawdę mówiąc, żaden ich nie zachwycił — odpowiedział szczerze Eismann. — Na temat wariantu 

pierwszego,   sprecyzowanego   przez   nas   pierwszego   grudnia,   ograniczono   się   do   tych   danych,   którymi 
wcześniej dysponowaliśmy. Wariant trzeci był dyskutowany ogólnie. Gdy jednak powiedziałem, że pomoc 
nadeszłaby w terminie nie wcześniejszym niż cztery i nie późniejszym niż osiem tygodni, generał Schultz 
wyraził   pogląd,   że   szósta   armia   może   bronić   się   w   okrążeniu   do   Wielkanocy,   ale   musi   być  należycie 
zaopatrywana drogą lotniczą. Wariant drugi określono zgodnie jako „katastrofalny”, gdyż bez dostarczenia 
armii furażu zmusza się ją do wybicia wszystkich koni, co praktycznie unieruchomi dywizje piechoty.

— Czy wszyscy pańscy rozmówcy byli zgodni w tych ocenach? — spytał feldmarszałek Manstein.

background image

— Nie, Elchlepp i Kunowski skłaniają się do koncepcji wyprowadzenia armii z okrążenia. Ale dowódca 

armii jest chwiejny, a generał Schmidt ma na niego kolosalny wpływ. Chciałem powiedzieć — poprawił się 
po chwili — że Schmidt jest twardszy i bardziej zdecydowany. Odniosłem wrażenie, panie marszałku, że w 
sprawach dotyczących współdziałania jest to w tej chwili w szóstej armii postać numer jeden. I nie pozwoli 
odstąpić ani na krok od ścisłego wykonywania rozkazu führera.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Przerwał ją Manstein, który zdecydował się ujawnić szczegóły 

przeprowadzonej poprzedniego dnia rozmowy radiowej z Paulusem.

—   Chyba   ma   pan   rację,   Eismann  —   powiedział   zamyślony.  —   Gdy   wspomniałem   o   pierwszym 

wariancie, generał Paulus zasłonił się koniecznością użycia odwodów, którymi dotąd likwidował wszelkie 
włamania Rosjan. Również wariant drugi przyjął z rezerwą. Wspomniał jednak, że gdyby generał Hoth choć 
przejściowo odtworzył połączenie z szóstą armią i gdyby otrzymała ona wystarczające dostawy materiałowe, 
to za zgodą führera gotów byłby z nim współdziałać. Ale na przygotowanie do takich działań potrzebuje 
trzech   lub   czterech   dni.   Na   moje   pytanie:   ile   paliwa   i   żywności   należy   dostarczyć   mu,   by   dotarł   do 
Myszkowej, padła odpowiedź:  „półtora jednostki napełnienia i zmniejszone racje żywnościowe na około 
dziesięć dni dla dwustu siedemdziesięciu tysięcy ludzi”. Co o tym sądzicie, panowie?

—   Informowano   mnie   —   wyjaśnił   Eismann  —  że   zapasy   paliwa,   którymi   dysponuje   armia, 

wystarczyłyby zaledwie   na  dwadzieścia  kilometrów   marszu.   Przecież   w  okrążeniu   jest  prawie  dwieście 
czołgów i dział pancernych oraz dziesięć tysięcy samochodów. Większość koni została już wybita. Dlatego 
też   nie   tylko   ciągniki,   ale   i   samochody   ciężarowe   muszą   holować   tysiąc   osiemset   dział.   Tymczasem 
Luftwaffe nie realizuje nawet minimalnych dostaw, zredukowanych do trzystu ton paliwa dziennie. Do tej 
pory tylko jeden raz, siódmego grudnia, w Pitomniku wylądowało sto osiemdziesiąt osiem samolotów, które 
dostarczyły   dwieście   sześćdziesiąt   dwie   tony   zaopatrzenia.   Wczoraj   na   lotnisku   czekało   na   ewakuację 
przeszło tysiąc rannych.

— Tak, lotnictwo rzeczywiście nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań — potwierdził generał Schultz. 

— Ale, jak wyjaśnił mi dowódca ósmego korpusu lotniczego, brakuje im maszyn transportowych. Do dnia 
dzisiejszego utracono jedną trzecią parku tych maszyn, a bombowce używane do transportu materiałów 
przewożą nie więcej niż półtorej tony. Część samolotów uległa katastrofie na skutek silnego oblodzenia 
sterów.

— Obecnie bombowce — uzupełnił pułkownik Busse — wykorzystywane do transportu musiały zostać 

użyte przeciw ofensywie rosyjskiej nad środkowym Donem.

— No właśnie — kontynuował Schultz. — Nie chcę nawet myśleć, panie marszałku, co się stanie, jeśli 

ta ofensywa zagrozi naszym lotniskom w Morozowsku i Tacynskiej. Pozostanie nam lotnisko w Salsku, z 
którego samoloty będą miały do Stalingradu dwukrotnie dłuższą drogę.

—  Sami widzicie,  panowie,  że   musimy działać  bardziej   energicznie  —  skonstatował  Manstein.  — 

Krytyczna sytuacja nad Czyrem nakazuje pośpiech. Nie można też w nieskończoność przeciągać operacji 
„Wintergewitter”. Nasuwa się również pytanie, czy czwarta armia pancerna zdoła przybliżyć się do szóstej 
armii, skoro Rosjanie, wykorzystując brak aktywności tej drugiej, przerzucają przeciw Hothowi wciąż nowe 
siły   z   frontu   okrążenia.   Uważam,   że   właśnie   aktywność   armii   generała   Paulusa   byłaby   przesłanką   do 
powodzenia naszych zamierzeń. W tej sytuacji, choć chwilowo zachowałem w mocy dotychczasowe rozkazy 
dotyczące zadań szóstej armii, musimy natychmiast przygotować projekty dwóch dokumentów: radiogramu 
do   generała   Zeitzlera   oraz   wspólnego   rozkazu   do   dowódców   czwartej   armii   pancernej   i   szóstej   armii 
polowej, w których uwzględnione zostaną moje sugestie.

W   radiogramie   wysłanym   19   grudnia   o   godz.   14.35   do   szefa   Sztabu   Wojsk   Lądowych,   generała 

Zeitzlera,   feldmarszałek   Manstein   domagał   się   zgody   na   aktywne   działania   6   armii   poza   uprzednio 
uzgodnioną   linią   rzeki   Donska   Carica   (do   Myszkowej).   Żądanie   swoje   uzasadniał   niekorzystną  i   coraz 
bardziej komplikującą się sytuacją na całym południowym odcinku frontu wschodniego. Rozwój wydarzeń 
na styku Grup Armii „Don” i „B” wskazywał, jego zdaniem, iż z deblokadą 6 armii w najbliższym czasie nie 
należy się liczyć, gdyż sam 57 KPanc nie jest w stanie do niej się przebić. Utrzymywanie 6 armii w obrębie 
twierdzy bez deblokady — jak wykazało doświadczenie czterech minionych tygodni — też nie jest możliwe. 
Armia ta ma zapasy zaopatrzenia wystarczające zaledwie do 22 grudnia, choć od 14 dni dzienna norma 
wyżywienia zredukowana została do 200 g chleba na żołnierza. Większość koni w kotle stalingradzkim 
padła lub została zjedzona. Mimo to żołnierze są wyraźnie osłabieni.

Dalsze zwlekanie z podjęciem decyzji o aktywnych działaniach 6 armii, mających na celu połączenie z 

57 KPanc, może spowodować, iż natarcie tego ostatniego wygaśnie na rubieży rzeki Myszkowa lub na 
północ od niej, zanim zostanie osiągnięty cel operacji. W dodatku już teraz zarysowuje się silniejszy nacisk 

background image

radziecki na skrzydle rumuńskiej 4 armii, co wskazuje na to, iż może zostać odsłonięta również prawa flanka 
Grupy   Armii,   od   strony   frontu   kaukaskiego.   W   konkluzji   feldmarszałek   Manstein   postulował   szybkie 
zaopatrzenie 6 armii w niezbędne paliwo i wyrażenie zgody na przebijanie się jej na południowy zachód, by 
uzyskała połączenie z 57 KPanc w rejonie Jerik—Myszkowa.

O godz. 18.00 wysłał Manstein utrzymany w podobnym tonie rozkaz do 4 armii pancernej i 6 armii 

polowej. Rozkaz zawierał 5 punktów. W pierwszym informował o dotychczasowych wynikach działań 4 
APanc, która po kilkudniowych walkach w rejonie Wierchnie-Kumski osiągnęła rubież rzeki Myszkowa, i 
zarazem   sygnalizował   o   utracie   przyczółka   ryczkowskiego   i   mostu   na   Donie.   W   drugim   nakazywał 
przygotowanie   przez   6   armię   natarcia,   przewidzianego   w   planie  „Wintergewitter”,   mającego   na   celu 
uzyskanie łączności z 57 KPanc na rubieży rzeki Donska Carica. Trzeci punkt brzmiał:  „Rozwój sytuacji 
może zmusić nas do tego, że zadanie wymienione w punkcie 2, dotyczące przebicia się 6 armii, zostanie 
rozszerzone do rubieży rzeki Myszkowa (kryptonim »Donnerschlag«  — »Uderzenie pioruna«). Gdyby do 
tego doszło, należy przede wszystkim, używając sił pancernych, uzyskać połączenie z 57 KPanc w celu 
przepuszczenia   konwoju   z   zaopatrzeniem   i   przy   osłonie   skrzydeł   wyprowadzić   armię   na   rubież   rzeki 
Myszkowa, ewakuując odcinkami obszar twierdzy...

Operacja  »Donnerschlag« musi  w  określonych okolicznościach  być  bezpośrednio  skoordynowana z 

operacją   »Wintergewitter«.   Ważne   jest   możliwie   długotrwałe   utrzymanie   lotniska   Pitomnik   w   celu 
przyjmowania   na   bieżąco   zaopatrzenia   drogą   lotniczą.   Pożądane   jest   ewakuowanie   uzbrojenia,   dział 
niezbędnych do walki, a dysponujących amunicją, szczególnie zaś deficytowych rodzajów broni i sprzętu. 
Należy je zgromadzić w południowo-zachodniej części kotła...”

Punkt 4 brzmiał: „Wariant wymieniony w punkcie 3 — przygotowywać. Wchodzi on w życie na sygnał 

»Donnerschlag«”.

Dowództwo   niemieckiej   6   armii   rozpoczęło   przygotowania   do   współdziałania   w   operacji 

„Wintergewitter” już 13 grudnia, gromadząc pewne siły i środki w rejonie jarów Jabłonowa i Dubowa oraz 
osiedla  Bolsza  Rossoszka.  Koncentrację  tę  śledziło  rozpoznanie  lotnicze  Frontu  Dońskiego,  a  16  armia 
lotnicza generała Siergieja Rudenki utrudniała te poczynania nalotami samolotów szturmowych, gdyż w 
składzie   armii   nie   było   bombowców.   Dopiero   18   grudnia   armia   zasilona   została   korpusem   lotnictwa 
bombowego, wyposażonym w bombowce nurkujące Pe-2 (korpusem dowodził doświadczony lotnik generał 
Iwan Turkiel, który po wojnie, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, był dowódcą Wojsk Lotniczych w 
Polsce).

Ataki radzieckich bombowców na jary Jabłonowa i Dubowa rozpoczęły się 19 grudnia. W pierwszym z 

nich   wzięły   udział   74   bombowce  Pe-2  osłaniane   przez   28   samolotów   myśliwskich.   Po   bombowcach 
uderzenia wykonał również pułk samolotów szturmowych Ił-2 pod dowództwem majora Nakoniecznikowa. 
Działania te powtórzone jeszcze kilkakrotnie wyrządziły grupującym się oddziałom niemieckim znaczne 
straty.

ZASKOCZENIE

Nocną ciszę w Kapkinskim i Wasiljewce przerwała nagła strzelanina. Zbudzeni ze snu żołnierze w 

pierwszej chwili nie mogli się zorientować, z jakiego kierunku odgłosy te dochodzą. Wkrótce okazało się, że 
do wymiany ognia doszło gdzieś na południe od Wasiljewki. Po pewnym czasie strzelanina osłabła, lecz dał 
się słyszeć narastający warkot czołgowych silników.

— Czołgi! — krzyknął ktoś przeraźliwie. — Niemieckie czołgi!
Kapitan Kondratiec zerwał się na równe nogi. To niemożliwe, pomyślał, ktoś się chyba pomylił? Gdzie 

są te czołgi? Lecz w tym momencie w okolicy mostu wystrzeliły dwie rakiety, czerwona i niebieska, i 
zataczając   półkole   spadły   na   dachy   domów.   W   ich   świetle   Kondratiec   dostrzegł   kontury   dużych, 
pomalowanych na biało, czołgów, które wjeżdżały już do stanicy. Jeden z nich zapalił reflektor i niemal 
jednocześnie wystrzelił. Kapitan nie miał już żadnych wątpliwości — niemieckie czołgi przeszły most i są w 
Wasiljewce. Niepojęte, lecz prawdziwe!

Kondratiec rzucił się do telefonu i kręcąc wściekle korbką aparatu wzywał dowódców kompanii:
— Czołgi nieprzyjaciela w stanicy! Niszczyć je wszystkimi środkami! Odcinać piechotę! Nie dopuścić 

jej do mostu! Meldować o sytuacji!

Wszystko to wyrzucił z siebie jednym tchem, po czym usiłował połączyć się z dowódcą pułku. Niestety, 

jego telefon był zajęty. Kondratiec zrezygnował więc z meldunku i nałożywszy hełm pobiegł do kompanii 
podporucznika Karelina.

Tymczasem   pułkownik   Stacura   usiłował   zorientować   się   w   sytuacji.   Z   napływających   do   niego 

background image

meldunków   wynikało,   że   niemieckie   czołgi   są   w   Wasiljewce,   gdzie   toczy  się   ostra   walka.   Na   próżno 
zachodził w głowę, jak do tego doszło? Co się stało z batalionem porucznika Łoszakowa i dywizjonem dział 
przeciwpancernych? Jak oni mogli przepuścić wroga bez walki? A poza tym skąd się one tu wzięły? Jeszcze 
wieczorem   oddziały   126   dywizji   utrzymywały   front   pod   Kruglakowem,   a   między   Wasiljewką   i 
Kruglakowem jest przecież broniony chutor Birzowoj.

Z punktu obserwacyjnego widać było tylko ognie pocisków smugowych, które w dole, tam gdzie leży 

stanica,   krzyżowały   się   i   znikały   w   ciemnościach.   Nie   było   wątpliwości,   że   z   czołgami   walczyli   już 
artylerzyści z 22 palu, których działa zostały ustawione do strzelania na wprost. Walka toczyła się też za 
rzeką. A więc Łoszakow nie poddał się. Dlaczego jednak przegapił podejście Niemców do stanicy? Jakiego 
podstępu użył wróg?

Ani kapitan Kondratiec, ani pułkownik Stacura, ani nikt w 3 DPgw. nie mógł wiedzieć, iż niemieckie 

czołgi, które pojawiły się w Wasiljewce, dotarły tu aż spod Wierchnie-Kumskiego, podstępnie, cichaczem 
przemykając  między wycofującymi  się  oddziałami  51 armii.  Były to czołgi  11 pułku Hünersdorffa z  6 
DPanc. Najpierw, po zdobyciu Wierchnie-Kumskiego przez grenadierów pułkownika Zollenkopfa, ruszyły 
one   na   północ,   ku   Gromosławce,   lecz   zatrzymał   je   w   drodze   radiogram   generała   Raussa,   w   którym 
nakazywał   on  „zaprzestać   działań   w   rejonie   Wierchnie-Kumski   oraz   Zagotskot   i   podjąć   pościg   za 
nieprzyjacielem w kierunku wschodnim”.

— Czy oni powariowali? — rozeźlił się Hünersdorff, gdy adiutant, porucznik Ritgen, przekazał mu ten 

rozkaz. — Major von Kassel stanie z ekierką nad mapą, wykreśli na niej linię prostą i wskazuje kierunek: na 
zachód,   na   północ,   na   wschód.   Tak   jakbym   dowodził   pułkiem  lotniczym,   a   nie   pancernym.   Jeśli   teraz 
skręcimy na wschód, czołgi utkną w jakimś jarze zasypanym śniegiem. Proszę nadać radiogram do sztabu 
dywizji: „Nie mogę zrobić zwrotu w prawo, skoro nie wiem dokąd” — rzucił ze złością.

Po chwili, gdy Hünersdorff nieco się uspokoił, polecił zwiadowcom przeprowadzenie rozpoznania dróg 

wiodących ku wschodowi i wydał rozkaz zmiany kierunku natarcia. O 13.20 wysłano do dywizji meldunek o 
przekroczeniu drogi Zagotskot — Zaliwski. Czołgi sformowały kolumny marszowe i posuwały się drogą ku 
wzgórzu 146,9. Gdzieś z południa otworzyła ogień jakaś radziecka bateria, lecz wozy bez strat szły dalej.

O godz. 14.50 (czasu berlińskiego) Hünersdorff odebrał radiogram ze sztabu dywizji. Wynikało z niego, 

że zgodnie z rozkazem dowództwa  57 korpusu na Niżnie-Kumski i Gromosławkę naciera 17 DPanc, a 
energiczny   atak   na   Gniłoaksajską   rozpoczęła   23   DPanc.   Zadaniem   grupy   pancernej   Hünersdorffa   jest 
uderzenie na wschód i zdobycie przyczółka w rejonie Wasiljewki. Nie należy dać się wciągnąć w walki 
uboczne. Likwidacją rozproszonych oddziałów Armii Czerwonej zajmą się grupy grenadierów pancernych. 
Za grupą Hünersdorffa podąży, po przekazaniu swego pasa 17 DPanc, grupa Zollenkopfa.

Po zapoznaniu się z treścią radiogramu Hünersdorff postanowił przekazać nowe rozkazy podwładnym.
— Stać! — zatrzymał kolumnę. — Dowódcy pododdziałów do mnie!
Czekając na podwładnych spojrzał jeszcze raz na mapę. Chociaż zdawało mu się, że zna ją na pamięć, 

teraz dostrzegał nowe szczegóły rzeźby terenu, a zwłaszcza drożni.

Od Wasiljewki dzieliło go około 12 km drogi wiodącej prosto na wschód, na Gniłoaksajską, a następnie 

6 km na północ.  Skręcić  należało  przed  wzgórzem 157,0, by ominąć Słony Jar  z lewej  strony.  Innych 
niebezpiecznych   jarów   na   trasie   nie   było,   jedynie   za   pobliskim  wzgórzem  146,9   do   drogi   podchodziła 
odnoga jaru Nieklinskiego. Pokryty śniegiem step, rozjeżdżony przez czołgi i pojazdy kołowe, utrudniał 
trzymanie się ledwie widocznego w nocy szlaku, a Hünersdorff nie chciał korzystać z reflektorów.

W   miarę   jak   analizował   trasę   marszu,   otrzymane   zadanie   coraz   bardziej   go   podniecało.   Było   ono 

śmiałe, choć wielce ryzykowne. Niczego przecież nie wiedział o wojskach radzieckich w tym rejonie. Lecz 
jeśli rajd się uda, to jednym skokiem znajdzie się za Myszkową, w miejscu, w którym dowództwo radzieckie 
zupełnie się go nie spodziewa, i w dodatku w pobliżu linii kolejowej  — głównej osi natarcia 57 korpusu. 
Zdobycie przyczółka w Wasiljewce może zadecydować o przebiegu całej operacji. A więc gra warta jest 
świeczki.

— Panowie — zwrócił się do dowódców batalionowi kompanii. — Naszym celem jest teraz odległa o 

dwadzieścia kilometrów Wasiljewka. Powinniśmy tam dotrzeć o północy i zdobyć przyczółek. Więc co koń 
wyskoczy — Dawny oficer 4 pułku huzarów lubił używać kawaleryjskich zwrotów. — Metoda: zaskoczenie. 
W związku z tym nakazuję ciszę radiową i zabraniam używania broni palnej.  — Widząc zaś zdziwione 
twarze oficerów, wyjaśnił:  — Mamy niepostrzeżenie osiągnąć rejon między Myszkową a Kruglakowem. 
Najlepiej   byłoby,   gdybyśmy   uniknęli   styczności   z   nieprzyjacielem.   Jeśli   to   się   nie   uda,   będziemy   się 
przebijali i znikali w śnieżnej pustyni. Czy są pytania?

— Panie pułkowniku. Rajd to zadanie trudne, ale wykonalne. W jaki jednak sposób mamy uchwycić 

background image

przyczółek w zabudowanym terenie i utrzymać go bez piechoty i artylerii? — niepokoił się major Bäke.

— Weźmiemy  na  czołgi  dwie  kompanie  kapitana   Grünera.  W ślad  za  nami  idzie  też  wzmocniona 

artylerią batalionowa grupa kapitana Hauschilda, która powinna nas dogonić tuż pod Wasiljewką. Na samym 
przyczółku wzmocni nas pułkowa grupa pułkownika Zollenkopfa.

— Panie pułkowniku — wtrącił nowo mianowany dowódca 1 batalionu. — Mam poważne obawy, czy 

moi ludzie wytrzymają tak ciężki marsz bez wypoczynku. Od rana nie mieli ciepłej strawy w ustach. Ciągle 
siedzą w czołgach. Bardzo by im się przydał kilkugodzinny odpoczynek.

— Wiem o tym doskonale, panie kapitanie, ale sytuacja nie zezwala na żaden odpoczynek. Żołnierze 

muszą  się  zadowolić  suchym prowiantem. Odpoczynek  i ciepła  strawa  będzie dopiero  w Wasiljewce.  I 
jeszcze   jedno  —   dodał   po   namyśle.  —   Uszkodzone   wozy   bojowe   lub   te,   którym   zabraknie   paliwa, 
zostawiać. Załogi przenosić na czołgi sprawne.

Kiedy kolumna ponownie ruszyła, dzień zbliżał się ku końcowi. Na wschodzie horyzont ciemniał coraz 

bardziej. Czołowy 2 batalion majora Bäke zbliżał się do drogi z Szestakowa na Gromosławkę, gdy nagle 
otrzymał   silny   ogień   boczny   z   rejonu   wzgórza   146,9.   Niemieckie   wozy   pancerne   znajdowały   się   w 
niekorzystnym położeniu. Były widoczne jak na dłoni na tle jaśniejszego nieboskłonu na zachodzie, zaś 
radzieckie baterie tonęły w mroku.

Na rozkaz Hünersdorffa major Bäke wycofał swe czołgi z pola ostrzału, po czym już w kompletnych 

ciemnościach ruszył do przodu w szyku rozwiniętym. Rozkaz Hünersdorffa był wyraźny: „Przebić się, nie 
podejmując niepotrzebnej walki. Zrobić wyłom i iść do przodu!”

Lecz tutaj walki nie można było uniknąć, toteż czołgi ruszyły na radzieckie działa, niektóre miażdżyły 

gąsienicami, inne ostrzeliwały na ślepo. Kilka wozów zostało trafionych. Załogi opuszczały je i w biegu 
wskakiwały   na   inne   czołgi.   Za   drugim   batalionem   przeszedł   pierwszy.   Likwidację   radzieckiej   pozycji 
ogniowej Hünersdorff pozostawił grenadierom.

Kilka kilometrów za wzgórzem niemieckie wozy znowu sformowały kolumnę i ruszyły do przodu. W 

świetle księżyca widać było tylko zaśnieżony step, w którym niewyraźnie rysowała się droga. Mróz dawał 
się coraz bardziej we znaki, zwłaszcza grenadierom ulokowanym na pancerzach.

Tymczasem szpica miała trudności z utrzymaniem właściwego kierunku. Porucznik Scheibert przegapił 

skręcającą przed wzgórzem 157,0 drogę na Wasiljewkę i ruszył wprost na Gniłoaskajską. Dopiero zarys linii 
kolejowej pozwolił mu się zorientować, iż właściwie minęli już chutor i ciągnący się na południe od niego 
Słony Jar. Teraz nie pozostawało nic innego, jak skręcić na północny zachód drogą na Birzowoj, którą 
wytyczały widoczne z daleka słupy telegraficzne.

Od Wasiljewki dzieliło kolumnę około 6 kilometrów. Ruszyła ona za szpicą dowodzoną teraz przez 

porucznika Michaelisa. Po kilkunastu minutach z prawej strony zamajaczyły ciemne zabudowania chutoru 
Birzowoj. Przy drodze widoczne były stanowiska ogniowe radzieckiej artylerii przeciwpancernej. Szpica je 
minęła, lecz po chwili, gdy wyłoniły się na tle nieba zarysy wzgórz za Wasiljewką, musiała zatrzymać się 
przed nowymi pozycjami obronnymi z rowem przeciwpancernym. Do czołgów zaczęli podchodzić radzieccy 
żołnierze, przekonani, że mają do czynienia z własnymi wojskami. Michaelis czekał na rozwój wydarzeń. 
Nagle rozległ się okrzyk: „Niemcy!”

Dłużej nie można było zwlekać. Czołg Michaelisa ruszył do przodu, lecz nieomal natychmiast został 

ugodzony pociskiem przeciwpancernym. Ale za szpicą już była cała kolumna. Hünersdorff przerwał ciszę 
radiową, wydając rozkaz: „Naprzód! Na most!” Czołgi nie zważając na ogień ruszyły do przodu.

O godz. 22.50 (czasu berlińskiego) dywizja otrzymała następujący meldunek: „Jestem u celu. Most w 

naszym ręku. Walczę z radzieckimi czołgami i piechotą”.

PREWENCYJNY CIOS

Rankiem 19 grudnia kolumna 24 DP ruszyła do ostatniego etapu forsownego marszu. Droga wiła się 

przez goły step z licznymi jarami. Czerwonoarmistom dawał się we znaki wzmagający się z dnia na dzień 
mróz i ostry wiatr.

Już od rana kolumna maszerująca w ubezpieczeniu bojowym napotykała cofające się własne oddziały. 

Żołnierze szli z pochylonymi głowami, konie ciągnące działa były pokryte zamarzającą pianą, trzęsły się 
wozy sanitarne, przeładowane rannymi. Nad kolumnami co jakiś czas pojawiały się niemieckie samoloty, 
które   razem  z   bombami   zrzucały  ulotki.   Wzywano   w   nich   żołnierzy  radzieckich,   by  poddawali   się   do 
niewoli, gdyż deblokada Stalingradu została przesądzona.

W godzinach popołudniowych dowódca dywizji generał Koszewoj pomknął swą  „emką” w kierunku 

Myszkowej. Droga była dobra i wóz szybko zbliżał się do celu. Lecz gdzie ta Myszkowa? Przez szyby 

background image

samochodu widać było tylko bezkresny, zaśnieżony step. Nagle z lewej strony ukazał się wąski pas ciemnej 
ziemi. Tak, to brzeg rzeki. Ale co to za rzeka? Jej szerokość nie przekracza dziesięciu metrów, a głębokość 
też zapewne niewielka. Wąskie koryto jest skute lodem, pokrytym gdzieniegdzie płatami śniegu.

Generał i oficerowie wysiedli z samochodu. Nie było wątpliwości — to Myszkowa. Tu właśnie dywizja 

miała zająć obronę. Na szczęście prawy brzeg rzeki okazał się wysoki, a lewy, po stronie nieprzyjaciela, 
niski. Niełatwo więc będzie czołgom, a nawet piechocie wroga pokonać tę wodną przeszkodę. A i wgląd w 
usytuowanie radzieckiej obrony będzie miał utrudniony.

Przez rzekę przechodziły ostatnie wycofujące się oddziały. Generał Koszewoj widział, jak nad brzegiem 

niewysoki  barczysty oficer  w  dziarsko,   po kozacku,   załamanej  papasze,  bekieszy  i  białej   burce   beształ 
stojącego na baczność porucznika, który był prawdopodobnie dowódcą cofającego się pododdziału. Blady i 
wyczerpany   ledwo   trzymał   się   na   nogach.   Gdy   generał   Koszewoj   podszedł   bliżej,   oficer   w   bekieszy 
odwrócił się od porucznika, który pospieszył za swymi żołnierzami, i spytał nadchodzących, kim są. Okazało 
się, że mają do czynienia z nowym zastępcą Frontu Stalingradzkiego, generałem Georgijem Zacharowem, 
znanym z wysokich wymagań, jakie stawiał podwładnym. Teraz zniecierpliwiony słuchał meldunku o tym, 
że dywizja jest jeszcze w kolumnie marszowej.

— Spieszcie się, gdyż nieprzyjaciel może się tu pojawić w każdej chwili. — Po czym pokazując resztki 

okopów, w których latem broniły się wojska radzieckie, nakazał wykorzystać je do rozbudowy obrony.

Więc to jest ta „zawczasu przygotowana pozycja obronna”, o której mówił dowódca korpusu, z goryczą 

pomyślał Koszewoj.

Tymczasem   generał   Zacharow   pożegnał   się,   wsiadł   do   ukrytego   w   jarze   samochodu   i   odjechał. 

Oficerowie z dowódcą dywizji odeszli od brzegu i na niewielkim wzgórku urządzili prowizoryczny punkt 
obserwacyjny. Po chwili nad ich głowami przeleciał niemiecki samolot i ostrzelał ich z kaemów. Daleko za 
rzeką majaczyły w stepie trzy zbliżające się do Myszkowej postacie. Wokół panowała cisza.

Kierowca Koszewoja, kapral Własienko, naciągnął nad punktem obserwacyjnym pelerynę, zamaskował 

ją   śniegiem  i   odjechał   z   jednym   z   oficerów,   by  przyspieszyć   marsz   dywizji.   Generał   Koszewoj   zaczął 
lornetować przedpole. Wiatr niósł w oczy śnieg z ziemią, utrudniając obserwację.

Po długim wpatrywaniu się w gładź stepu za rzeką generał dostrzegł niegłębokie jary, odcinające się 

brązowymi   plamami   od   śnieżnej   bieli.   Nieco   w   prawo   widniały  zabudowania   chutoru   Niżnie-Kumski. 
Panowała tam cisza i bezruch. Ponad chatami sterczał wiatrak z nieruchomymi skrzydłami. Jeszcze dalej na 
horyzoncie ciemniał obłok dymu. To prawdopodobnie dopalała się wieś Wierchnie-Kumski.

Droga, którą przyjechał generał Koszewoj, schodziła w dół do rzeki. Przy brzegu, na lodzie, widać było 

wrak ciężarówki i kuchni polowej. Dalej szlak rozwidlał się: jedna jego odnoga prowadziła do Niżnie-
Kumskiego, druga wiodła w step. Właśnie tą drogą zbliżały się do rzeki trzy obserwowane przed chwilą 
postacie. Kiedy ludzie ci przeszli przez lód, generał Koszewoj poznał, że jednym z idących jest jego kolega z 
okresu   służby   w   kawalerii,   generał   Aleksiej   Szaragin,   który   był   zastępcą   dowódcy   4   KZmech.   Teraz 
przechodził on obok Koszewoja, jakby go nie dostrzegał.

— Alosza, cóż to, nie poznajesz kolegi? — spytał generał Koszewoj.
— On jest ciężko kontuzjowany — wyjaśnił jeden z człapiącej trójki. — Nic nie słyszy.
Szaragin poznał jednak Koszewoja.
—   Oto   w   jakich   okolicznościach   się   spotykamy  —   powiedział   melancholijnie.  —   Cofamy  się   od 

Kotielnikowskiego w ciągłym kontakcie z nieprzyjacielem. Poza mną nie ma już nikogo.

Koszewoj  popatrzył na śmiertelnie zmęczoną twarz Szaragina, objął go i ucałował.
— Dobrze, że wy tu jesteście. Na pewno ich zatrzymacie. Nam się to nie udało — z żalem powiedział 

Szaragin i podreptał dalej.

Niewesołe myśli ogarnęły generała. Co będzie, jeśli Niemcy zaczną forsować rzekę, zanim dywizja 

zajmie obronę, zastanawiał się. Co z sąsiadami?

Nagle na horyzoncie pojawiły się mikroskopijne sylwetki pojazdów. Po kilku minutach widać już było 

wyraźnie, że to czołgi. Szły kolumną. Na szczęście nie było ich wiele, najwyżej dziesięć. Dwa kilometry od 
rzeki skręciły w lewo, ale niemal tuż za nimi ukazała się druga kolumna, o wiele dłuższa. Lecz i ona poszła 
w lewo, na Gromosławkę. Tylko kilka wozów zawróciło w prawo, na Niżnie-Kumski, a trzy kierowały się 
wprost ku rzece. Zatrzymały się przy wraku ciężarówki. Po chwili jeden z czołgów powoli zbliżył się do 
przeprawy, lecz była ona dla niego za wąska, więc na tylnym biegu wycofał się, po czym wszystkie trzy 
skierowały się na Niżnie-Kumski.

Z zachowania nieprzyjaciela generał Koszewoj wyciągnął wniosek, iż nie zamierza on dzisiaj forsować 

rzeki.   Kolejna   kolumna,   w   której   były   czołgi,   artyleria   i   piechota   na   transporterach   opancerzonych   i 
ciężarówkach, kierowała się wprost na Niżnie-Kumski.

— Chyba Niemcy przygotowują się do noclegu? — zauważył towarzyszący generałowi oficer sztabu, 

background image

— Prawdopodobnie zwiadowcy zameldowali, że wojsk radzieckich nad rzeką nie ma, więc zdecydowali się 
na wypoczynek.

— Miejmy nadzieję, że tak właśnie jest — odpowiedział Koszewoj spoglądając na zegarek.
Dochodziła 16.00. Zapadał zmrok; a jego dywizji wciąż nie było widać. Z Niżnie-Kumskiego dochodził 

natomiast narastający gwar i szczekanie psów. Z kominów zaczęły wydobywać się dymy.  Obserwujący 
uważnie chutor generał nie dostrzegł żadnych czat bojowych, a nawet jakiegokolwiek ruchu na wiatraku. Z 
dochodzących   odgłosów   można   było   wnioskować,   że   wojska   zajmowały   chaty   chaotycznie,   nie 
przygotowując   się   do   ewentualnej   obrony.   Mimo   woli   Koszewoj   zaczął   myśleć   o   zadaniu   Niemcom 
uprzedzającego   ciosu.   Czy   jednak   decydując   się   na   atak   nie   przekroczy   swych   kompetencji?   Przecież 
dywizja otrzymała wyraźny rozkaz zajęcia obrony nad Myszkową.

Rozmyślania przerwał oficer sztabu:
— Towarzyszu generale, wraca wasz samochód — zameldował.
Pędząca drogą „emka” skryła się w jarze, w którym niedawno stał samochód generała Zacharowa. Po 

kilku minutach na punkcie obserwacyjnym pojawili się dowódca 70 pp, podpułkownik Tkaczenko, szef 
sztabu dywizji, podpułkownik Kotik, i dowódca artylerii, podpułkownik Saprygin.

— Gdzie dywizja? — zapytał Koszewoj.
— Czoło kolumny o kilometr stąd, a szpica dochodzi do rzeki — odpowiedział Kotik.
Rzeczywiście  kolumna  3 batalionu 70 pp już otaczała  wzgórze, na którym znajdował  się dowódca 

dywizji. 750 żołnierzy pod dowództwem kapitana Kazaka zaczęło zajmować obronę nad rzeką.

— Dywizjon artylerii — wtrącił  podpułkownik Saprygin  — zajmuje stanowisko ogniowe dwieście 

metrów stąd.

— A gdzie szpica pułku Kuchariewa? — dociekał Koszewoj.
— Powinna wyjść nad rzekę na prawo od nas.
Koszewoj   zarządził   odprawę   dowódców   pułków.   Po   kilkunastu   minutach   na   PO   zameldowali   się: 

dowódca 72 pp, pułkownik Kuchariew, i dowódca 50 pal, podpułkownik Tonkich. Przybyli przez pewien 
czas wsłuchiwali się w odgłosy dochodzące z Niżnie-Kumskiego, a wreszcie któryś z nich wypowiedział to, 
o czym tak niedawno myślał Koszewoj. Pozostali przyjęli ten pomysł niemal z entuzjazmem.

—   Ale   takie   uderzenie   —   uspokajał   generał   rozgorączkowanych   podwładnych  —   trzeba   dobrze 

zorganizować, by nie wplątać się w niebezpieczną awanturę. Czy zdążymy?

— Dlaczego nie? — powiedział podpułkownik Kotik.
— Jeśli tak — zdecydował dowódca dywizji — zaczynajmy natychmiast.

O godz. 2.00 batalion kapitana Kazaka zakończył przeprawę przez Myszkową. Porywy silnego wiatru 

zagłuszały ruch ludzi i szczęk broni. Przestrzeń od rzeki do chutoru żołnierze pokonali czołgając się. W 
Niżnie-Kumskim   panowała   cisza.   Kapitan   Kazak   przekazał   dowództwo   batalionu   szefowi   sztabu, 
porucznikowi   Jasyriewowi,   sam   zaś   z   porucznikiem   Swietkowem   i   jednym   żołnierzem   uzbrojonym   w 
erkaem wspiął się na wiatrak.

Punktualnie o godz. 2.30 na Niżnie-Kumski spadł grad pocisków artyleryjskich. Mimo że artylerzyści 

nie mieli możliwości wstrzelania się do celu, pociski wybuchały w środku chutoru, gdzie, jak sądzono, 
wypoczywało dowództwo niemieckiej kolumny. Jednocześnie batalion kapitana Kazaka rozpoczął walkę na 
skraju wsi, a jego erkaem ostrzeliwał drogę, na której miotały się jakieś samochody. Niemcy w pośpiechu 
zapuszczali też silniki swych czołgów.

Nocny atak całkowicie zaskoczył wroga. Bronił się on chaotycznie i ponosił znaczne straty.
Mijały   minuty,   a   z   batalionu   kapitana   Kazaka   nie   docierały   do   dowództwa   żadne   meldunki,   ani 

telefoniczne, ani radiowe. A przecież na podstawach wyjściowych czekał już 2 batalion kapitana Timoszenki 
i   inne   pododdziały.   Wzywani   do   telefonu   dowódcy  walczącego   batalionu   nie   zgłaszali   się.   Telefoniści 
odpowiadali, że są „gdzieś w przodzie”. Dopiero nad ranem, gdy opanowana została centralna część chutoru, 
odezwał się porucznik Jasyriew.

— Znajduję się przy wiatraku. Dowódca walczy, choć jest ranny.
— Czy potrzebujecie wsparcia? — zapytał generał Koszewoj.
— Na razie nie. Dajemy sobie radę — padła odpowiedź.
Nadchodził   świt   i   walka   stawała   się   coraz   bardziej   zacięta.   Nieprzyjaciel   wyraźnie   otrząsnął   się   z 

zaskoczenia  i zorganizował  silny opór. Generał  Koszewoj  wezwał  do telefonu pułkownika Kuchariewa, 
którego 72 pułk zajmował obronę nad rzeką, na prawym skrzydle. Kuchariew trzymał w gotowości do ataku 
na północny skraj chutoru jeden batalion, który miał wejść do walki jednocześnie z natarciem głównych sił 
70 pp.

background image

— Nadszedł czas, Gawrile Jefimowiczu —- poinformował pułkownika Koszewoj. — Atakuj!
Taki   sam   rozkaz   otrzymał   podpułkownik   Tkaczenko,   który   miał   skierować   do   chutoru   batalion 

dowodzony przez kapitana Timoszenkę.

Z   punktu   obserwacyjnego   dywizji   widać   było   zabudowania   wsi,   tyraliery  zbliżających   się   do   niej 

radzieckich batalionów, a na wschodzie step bielejący pokrywą śnieżną.

Walki w chutorze rozgorzały z nową siłą. By zorientować się w sytuacji, generał Koszewoj wraz z 

pułkownikiem Saprykinem i dwoma oficerami sztabu wyruszył za rzekę. Samochód szybko zbliżał się do 
chutoru, na którego skraju pełno było rozbitych samochodów, dymiących  czołgów i zwłok niemieckich 
żołnierzy.

Przy wiatraku na dowódcę czekał już podpułkownik Tkaczenko. Tam też znajdował się ranny w rękę i 

w nogę kapitan Kazak. Wkrótce dołączył do nich podpułkownik Kuchariew.

Ruchliwy jak srebro Tkaczenko, zawsze pogodny i skłonny do optymizmu, tym razem był zatroskany.
— Jakie batalion poniósł straty? — spytał generał Koszewoj.
— Dokładnie nie wiem. Całą noc byłem w walce — zameldował blady z upływu krwi kapitan Kazak. 

— Ale duże, a nawet bardzo duże.

— Walki są niezwykle zacięte — dodał Tkaczenko. — Mamy do czynienia z grenadierami siedemnastej 

dywizji pancernej.

Kapitana   Kazaka   odwieziono   na   tyły,   do   polowego   szpitala,   a   pozostali   dowódcy   obserwowali   z 

wiatraka linię frontu walki. Wynikało z niej, że 3 batalion podczas nocnego ataku opanował wschodnią część 
chutoru, a nieprzyjaciel umocnił się w jego częściach zachodniej i południowej. Z górującego nad okolicą 
wiatraka widać było liczne pojazdy mechaniczne wroga zgrupowane w Wierchnie-Kumskim oraz zajmującą 
stanowiska ogniowe niemiecką artylerię. Odgłosy wybuchów oraz terkot broni maszynowej dochodził też z 
lewa, z rejonu Gromosławki lub Wasiljewki.

Kiedy nastał dzień, generała Koszewoja wezwał do telefonu dowódca korpusu.
— Coś ty tam narozrabiał, Piotrze Kiryłowiczu?  — zapytał.  — Telefonowali do mnie twoi sąsiedzi, 

zaniepokojeni,  że   z   Niżnie-Kumskiego   dochodzą   jakieś   grzmoty.   Sierieginowi   to   oczywiście   nie 
przeszkadza,   gdyż   pozwala   mu   wzmocnić   się   w   Gromosławce.   Ciekaw   jest   jednak,   czy   ty   tam   nie 
oberwałeś?

Generał Koszewoj złożył dokładną relację z przebiegu nocnych działań i poinformował, że znajduje się 

w Niżnie-Kumskim.

— Nigdzie tak nie kłamią  — usłyszał w odpowiedzi  — jak na polowaniach i na froncie. Przyślij mi 

pisemny meldunek.

„NIE ZEZWALAM NA COFANIE SIĘ”

Dochodziła godz. 9.00 rano, gdy generał Łarin, zmęczony i przemarznięty, przekroczył próg izby. Na 

stanowisku dowodzenia 2 armii generał Malinowski rozprawiał właśnie o czymś z szefem sztabu, generałem 
Biriuzowem.   Łarin   zdjął   czapkę,   kożuch   i   rękawice,   po   czym   podszedł   do   żelaznego   piecyka   ogrzać 
zgrabiałe ręce.

— Dopiero wracacie z trzynastego korpusu, Iłłarionie Iwanowiczu? — spytał Malinowski.
— Niemieckie czołgi wdarły się w nocy do Wasiljewki, Rodionie Jakowlewiczu  — powiedział cicho 

Łarin.  — Zdobyły kilka ulic na północnym brzegu. Calikow zorganizował obronę na krańcach stanicy, a 
Czanczibadze podciąga tam teraz czterdziestą dziewiątą dywizję. Uważa jednak, że bez wsparcia choćby 
jednym pułkiem czołgów trudno mu będzie zniszczyć nieprzyjaciela.

— A więc jednak przerwali się? — generał Malinowski nie ukrywał wzburzenia. — Nieprzypadkowo 

generał Wasilewski niepokoił się naszą sytuacją.

— Są dostateczne powody do niepokoju  — stwierdził Łarin.— Sytuacja jest w najwyższym stopniu 

napięta. Atakują wściekle.

—   Ale   jak   do   tego   doszło?  —   wtrącił   się   generał   Biriuzow.  —   Przecież   Calikow   wysunął   na 

południowy brzeg znaczne siły osłonowe?

— Teraz to nie jest ważne  — przerwał mu Malinowski.  — W czasie waszej nieobecności, Iłłarionie 

Iwanowiczu, ze sztabu Frontu doniesiono, że niemieckie lotnictwo zintensyfikowało loty do Stalingradu. 
Wygląda na to, że przygotowują się do przełamania frontu okrążenia i połączenia się z Mansteinem.

— Chyba  wszystko  będzie  zależało  od tego  — zauważył  Łarin  — jak rozwiną się  wydarzenia  na 

naszym   kierunku.   Z   Wasiljewki   do   przedniego   skraju   obrony   Paulusa   jest   chyba   niecałe   pięćdziesiąt 
kilometrów? To jeden skok w przypadku przerwania frontu.

background image

— Dla czołgów z pewnością — przytaknął Biriuzow.
Przez chwilę w izbie panowała cisza. Generał Malinowski siedział nieruchomo i wpatrywał się w jakiś 

punkt na mapie. Nagle wstał z miejsca i oznajmił:

— Jadę do Calikowa. Odpoczniecie, czy pojedziecie ze mną? — zwrócił się do Łarina. — Jedziecie? 

Dobrze. Ochrony nie weźmiemy. Nie będzie tam miała nic do roboty.

Gdy   generał   Malinowski   niezadowolony   z   rozwoju   nocnych   wydarzeń   pokonywał   przeszło 

dwudziestokilometrową przestrzeń między swym stanowiskiem dowodzenia a Wasiljewką, obie wałczące w 
stanicy strony oczekiwały na posiłki. Pułkownik Calikow i przybyły na jego punkt obserwacyjny dowódca 
korpusu,   generał   Czanczibadze,   po   zorganizowaniu   o   6.30   kontrataku   siłami   2   batalionu   13   pp 
podpułkownika   Margiełowa,   wspartego   silnym   ogniem   artylerii   i   moździerzy,   uniemożliwili   wprawdzie 
Niemcom poszerzanie zdobytego przyczółka, rozumieli jednak, że rozciągnięta w kilkunastokilometrowym 
pasie obrony 3 DP nie będzie w stanie ani wyprzeć nieprzyjaciela za rzekę, ani tym bardziej go zniszczyć. 
Calikow   wprowadził   do   walki   swój   odwodowy  5   pułk   piechoty,   zaś   Czanczibadze   przynaglał   generała 
Podsziwajłowa, dowódcę 49 DPgw., która znajdowała się jeszcze w marszu, by podległe mu jednostki jak 
najszybciej   przybyły   pod   Wasiljewkę.   Połączył   się   teraz   z   szefem   sztabu   2   KZmech,   pułkownikiem 
Krisławskim, w sprawie wydzielenia  do wzmocnienia stanicy jednego lub dwóch pułków czołgów. Ten 
jednak kategorycznie odmówił, powołując się na wydany przez dowódcę armii zakaz użycia czołgów.

W nie lepszej sytuacji znajdował się pułkownik Hünersdorff. Wprawdzie ryzykowny rajd zakończył się 

sukcesem,   lecz   okupiony   został   znacznymi   stratami   w   czołgach,   a   co   najważniejsze,   po   opanowaniu 
zabudowań   Wasiljewki   grupa   Hünersdorffa   znalazła   się   w   izolacji   od   głównych   sił   dywizji.   Przy  tym 
skończyło się paliwo, kończyła się amunicja a do utrzymania Wasiljewki Hünersdorff nie miał piechoty. 
Znalazł się więc w sytuacji, którą oddaje najlepiej polskie przysłowie: „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn 
za łeb trzyma”.

Z   tego   względu   w   każdym   radiogramie   przesyłanym   do   dywizji   wypytywał   o   grupę   grenadierów 

Hauschilda i Zollenkopfa i domagał się dostarczenia spirytusu,  który stanowił paliwo w jego czołgach. 
Zresztą liczba wozów bojowych, którymi dysponował, również szybko topniała. Rajd zaczęły 43 czołgi, a o 
8.20   czasu   miejscowego,   po   odparciu   radzieckiego   kontrataku,   Hünersdorff   doliczył   się   już   tylko   18 
sprawnych   wozów   bojowych.   Silny   ogień   radzieckiej   artylerii   i   moździerzy   przerzedził   też   szeregi 
grenadierów. Tymczasem radziecka artyleria nie milkła nawet na moment, a osłabić ten ogień mogły tylko 
naloty   bombowe.   Po   rozpaczliwych   radiogramach   Hünersdorffa   nad   Wasiljewką   pojawiły  się   formacje 
Junkersów.

Hünersdorff zdawał sobie sprawę, że radziecka obrona w Wasiljewce nie jest jeszcze trwała i silna i że 

w   związku   z   tym,   gdyby   uzyskał   paliwo,   amunicję   i   wsparcie   piechoty,   mógłby   nie   tylko   przyczółek 
rozszerzyć, ale nawet dokonać w tej obronie wyłomu i ruszyć ponownie do przodu. Na razie jednak musiał 
zarządzić obronę okrężną w samej stanicy. Jednocześnie rozkazał dowódcy kompanii sztabowej 2 batalionu, 
porucznikowi   Ranzingerowi,   który   znajdował   się   na   przeprawie   w   Zaliwskim,   by   wykorzystał 
odremontowane   czołgi   i   jak   najśpieszniej   dotarł   z   paliwem   i   amunicją   do   Wasiljewki.   Z   wyższego, 
południowego brzegu obserwował bowiem błyski wystrzałów, świadczące o nadciąganiu grupy Zollenkopfa. 
Wszystko wskazywało na to, że grenadierzy lada godzina znajdą się w Wasiljewce.

Rajd   grenadierów   śladami   grupy   Hünersdorffa   opóźnił   się   z   kilku   powodów.   Nocny   marsz   po 

zaśnieżonych i oblodzonych drogach okazał się dla kołowych pojazdów o wiele trudniejszy niż dla czołgów. 
Kolumna co chwiła rwała się, pododdziały traciły orientację w terenie, kilkakrotnie dochodziło też do walk z 
radzieckimi pododdziałami wycofującymi się za Myszkową. W dodatku sztab Zollenkopfa zgubił samochód 
z radiostacją. Bez łączności z dywizją i grupą Hünersdorffa kolumna, podobnie jak czołgiści, zapędziła się 
aż do linii kolejowej, a nad ranem natknęła się na radzieckie pozycje obronne.

Walki o przełamanie tych pozycji trwały do godz. 10.00 i zakończyły się powodzeniem dzięki pomocy 

kolumny   zaopatrzeniowej   porucznika   Ranzingera,   która   właśnie   tą   trasą   podążała   do   Wasiljewki.   Po 
złamaniu oporu radzieckiej piechoty kolumna znów ruszyła w kierunku stanicy, z której dobiegały odgłosy 
toczącej się walki. Ale na podejściach do wsi natknęła się na nową rubież radzieckiej obrony. Czołowy 
batalion kapitana Hauschilda usiłował przejść  do ataku w rozwiniętym szyku, lecz został zmuszony do 
odwrotu przez artylerzystów usadowionych na wzgórzach otaczających Wasiljewkę i w chutorze Kapkinski. 
Grenadierzy  w   panice   wycofali   się   do   Słonego   Jaru.   Do   mostu   dotarły  jedynie   dwa   plutony.   Batalion 
kapitana Hauschilda, a w ślad za nim kolumna, przebiły się do Wasiljewki dopiero po zapadnięciu zmroku.

Wiadomość   o   częściowym   zajęciu   przez   Hünersdorffa   Wasiljewki   ożywiła   nadzieje   niemieckiego 

dowództwa  na pomyślne  zakończenie  operacji deblokady.  Wprawdzie przez  cały dzień 20 grudnia losy 

background image

niemieckiego   przyczółka   były  niepewne,   ale   kiedy  dotarła   tam   grupa   Zollenkopfa   oraz   zaopatrzenie   w 
paliwo i amunicję, wydawało się, że następnego dnia nastąpi ostateczne, i to korzystne, rozstrzygnięcie.

Kiedy generał Malinowski dotarł do wzgórza 109,5, na stanowisku dowodzenia pułkownika Calikowa 

zbierali się właśnie dowódcy pułków. Na wzgórzu hulał ostry wiatr, który wyciszał i rozpraszał odgłosy 
strzelaniny. Mimo to można było odróżnić i tę bliższą, w rozciągającej się u podnóża stanicy, i bardziej 
odległą, dobiegającą zza rzeki.

—  Towarzyszu generale  — zameldował pułkownik Calikow  — Niemcy przerwali się w nocy siłami 

około dwóch batalionów czołgów przez most w Wasiljewce i zajęli część stanicy, położoną na tym brzegu 
rzeki. Rano, po uporządkowaniu  obrony,  przeprowadziłem kontratak  siłami  dwóch batalionów  piechoty, 
wspartych kilkoma czołgami i artylerią... — Calikow nagle zaciął się. — Towarzyszu generale, kontratak nie 
przyniósł   powodzenia.   Ale   zniszczyliśmy   kilka   nieprzyjacielskich   czołgów   i   Niemcy   już   nie   atakują. 
Czekają chyba na posiłki, które podchodzą z rejonu Słonego Jaru.

— Kto broni dostępu do mostu za rzeką? — zapytał generał Malinowski.
— Wysunęliśmy tam wzmocniony batalion dziewiątego pułku z dywizjonem przeciwpancernym. Bez 

jednej baterii, którą zatrzymaliśmy na tym brzegu. Więcej sił nie mogłem wydzielić — tłumaczył pułkownik 
Calikow. — Musiałem obsadzić front obrony od Iwanowki do Kapkinskiego.

— Jasne — powiedział generał Malinowski i zapytał: — Macie łączność z tamtym batalionem?
—  Już mam  — wyjaśnił Calikow.  — Okazuje się, że Niemcy obeszli ich główne pozycje od strony 

miejscowości Birzowoj, obsadzonej przez oddziały pięćdziesiątej pierwszej armii. To ich zaskoczyło.

— Jasne — powiedział po raz drugi dowódca armii. — A skąd macie czołgi?
— To kilka wozów z korpusu zmechanizowanego gwardii, które wycofały się do Wasiljewki.
— A gdzie dowódca waszego korpusu?
— Generał Czanczibadze wyjechał do czterdziestej dziewiątej dywizji, by jak najszybciej podciągnąć ją 

tutaj. Do jej przybycia rozkazał mi uporczywie bronić zajmowanych pozycji i nie dopuścić do Wasiljewki 
nowych   sił   nieprzyjaciela.   Artylerzyści   przygotowali   na   podejściach   do  mostu   stałe   ognie   zaporowe.   Z 
dowódcami pułków zamierzam szczegółowo omówić ich zadania.

Generałowie Malinowski i Łarin, zapoznawszy się z położeniem własnych wojsk i nieprzyjaciela oraz 

wysłuchawszy meldunków dowódców pułków, przeanalizowali sytuację. Wynikało z niej, że nieprzyjaciel 
zechce   za   wszelką   cenę   umocnić   i   poszerzyć   przyczółek,   z   którego   prawdopodobnie   będzie   próbował 
rozwijać powodzenie na Zety i Wierchnie Caricynski. Decydującą rolę w organizacji obrony będą odgrywały 
okoliczne  wzgórza, bez opanowania których Niemcy tego zamiaru nie zrealizują.  Doszedłszy do takich 
wniosków dowódca 2 Agw. rozkazał oddziałom saperskim przygotować zapory minowe na podejściach do 
wzgórz.   Obronę   3   DPgw.   miała   wzmocnić   49   DPgw.   generała   Podszywajłowa,   a   do   drugiego   rzutu 
przewidziano na tym kierunku 387 DP dowodzoną przez pułkownika Makariewa.

Przed   odjazdem  generał   Malinowski   jeszcze   raz   obejrzał   przez   lornetkę   pole   walki.   Cały  teren   za 

zakrętami pokrytej  lodem rzeki  spowijał  dym.  Z północnego  brzegu  strzelała  radziecka  artyleria. Walki 
trwały również w stanicy, choć natężenie ich było niewielkie.

— Oddałbym wszystko  — zaczął generał patrząc  na Łarina  —  żeby wiedzieć, co jeszcze Niemcy 

chowają w zanadrzu. Jakie decyzje podejmuje Manstein? — po czym, zwracając się do Calikowa, zażądał 
kategorycznie: — Niezależnie od okoliczności pułki muszą walczyć do ostatniego naboju. Najważniejsze to 
związać nieprzyjaciela i niszczyć jego czołgi. Wszystkimi sposobami! Bez mojego osobistego rozkazu nie 
cofać się ani o krok! Nie zezwalam na cofanie się! Proszę o tym nieustannie pamiętać. Czy zrozumieliście, 
pułkowniku?

— Tak jest, zrozumiałem — odpowiedziałał Calikow. — Nie cofniemy się, towarzyszu generale.
Po   powrocie   do   Wierchnie-Caricynskiego   generał   Malinowski   rozkazał   generałowi   Swirydowowi, 

dowódcy 2 KZmech, by wydzielił trzy pułki czołgów do rozwinięcia za 3 i 49 dywizją w rejonie Wasiljewka 
— Kapkinski. Miały one wzmocnić obronę przeciwpancerną i odpierać ataki niemieckich wozów bojowych, 
a   zarazem   przygotować   się   do   przeciwuderzenia   i   zlikwidowania   nieprzyjaciela   na   północnym   brzegu 
Myszkowej.   Również   pozostałe   oddziały   2   KZmech   miały   przesunąć   się   z   dotychczasowego   rejonu 
koncentracji za ugrupowanie 3 DPgw., na północny wschód od Iwanowki.

O sytuacji  w rejonie  Wasiljewki  i powziętych  decyzjach  generał  Malinowski  powiadomił dowódcę 

Frontu, generała Jeremienko, który znajdował się na swym stanowisku dowodzenia w Rajgorodzie. Ten z 
kolei   poinformował   generała   Malinowskiego,   że   zastępca   dowódcy   Frontu,   generał   Zacharow,   który 
zajmował się organizacją współdziałania wycofujących się związków 51 armii z podchodzącymi do rzeki 
dywizjami 2 Agw., przesłał alarmujący meldunek o znacznym opóźnieniu marszu 387 DP. Według generała 
Zacharowa dywizja pułkownika Makariewa nie zdąży zająć obrony w planowanym czasie, to znaczy do rana 
21   grudnia.   W   tej   sytuacji   generał   Jeremienko   nakazał   wykorzystać   na   kierunku   Wasiljewki   87   DP 

background image

pułkownika   Kazarcewa   oraz   3   KZmech   gw.   generała   Wolskiego.   Generał   Malinowski   doszedł   więc   do 
wniosku,   że   osłabioną   w   dotychczasowych   walkach   87   DP   (w   dodatku   bez   1378   pp   podpułkownika 
Diasamidze) należy użyć do osłony lewego skrzydła 13 KP i całej armii. Pułkownik Kazarcew otrzymał 
rozkaz zajęcia obrony od miejscowości Birzowoj do Gniłoaksajska, frontem na zachód. Korpus generała 
Wolskiego nie był zdolny do dalszej walki i trzeba go było wycofać do odwodu.

GWARDYJSKA REDUTA

Już pierwsze niepowodzenie 17 DPanc nad Myszkową  — klęska jej szpicy w Niżnie-Kumskim  — 

skłoniły   generała   Hotha   do   rozważań,   czy   nie   należałoby   przerzucić   jej   głównych   sił   w   prawo   na 
Gromosławkę. Gdy jednak generał Zenger und Etterlin zameldował, iż własnymi siłami nie jest w stanie 
przełamać obrony radzieckiej pod Gromosławką i zdobyć tu przyczółka, generał Hoth uznał za stosowne 
udać się na stanowisko dowodzenia 57 KPanc do Pimen Czerni. Wieczorem 21 grudnia dokonano tu analizy 
sytuacji w pasie działań korpusu. Dołączenie grupy Zollenkopfa do Hünersdorffa, a zwłaszcza zdobycie 
wzgórza 110,4, zdawało się rokować nadzieje na przełamanie radzieckiej obrony na odcinku Wasiljewka — 
Kapkinski, tym bardziej że została oczyszczona droga dowozu do Wasiljewki. Wprawdzie natarcie 23 DPanc 
w kierunku Gniłoaksajska utknęło pod chutorem Birzowoj, ale prawe skrzydło korpusu było znów osłaniane. 
Również rumuński korpus kawalerii generała Popescu utrzymywał Samochin i zachodnią część Żutowa 2. W 
tej   sytuacji   generał   Hoth   oraz   pułkownik   Fangohr   przekonali   generała   Kirchnera   o  celowości   dalszego 
przesunięcia 17 DPanc w prawo, na Iwanowkę, by w razie potrzeby mogła częścią swych sił wesprzeć i 
rozwijać powodzenie 6 DPanc. Głównym zadaniem korpusu w dniu 22 grudnia było wykonanie silnego 
uderzenia z Wasiljewki w kierunku północnym, opanowanie okolicznych wzgórz i rozwijanie natarcia na 
Zety i Wierchnie-Caricynski.

Rozwój  dotychczasowych  wydarzeń   nad   Myszkową  przeanalizował  również  sztab   2 armii gwardii. 

Koncentracja jej głównych sił na kierunku zagrożenia, zwłaszcza 49 DP w rejonie Wasiljewki, umożliwiła 
podjęcie silnych kontrataków na niemiecki przyczółek. Takie zadanie na dzień 22 grudnia postawił generał 
Malinowski przed 13 KPgw. Aktywne działania miał też podjąć 1 korpus generała Missana.

O świcie radzieckie oddziały 3 i 49 dywizji zaatakowały niemiecki przyczółek. W związku z tym 6 

DPanc nie tylko nie zdołała przejść do nakazanego natarcia, lecz z trudem utrzymywała zdobyty teren. 
Generał Rauss zaczął alarmować generała Kirchnera o wsparcie, ten zaś przekazywał owe prośby do sztabu 
4   APanc.   Ponieważ   artyleria   dywizyjna   i   korpuśna   w   dalszym   ciągu   nie   miała   dogodnych   punktów 
obserwacyjnych i musiała prowadzić niecelny ogień powierzchniowy, na pomoc znów wezwano lotnictwo. 
Pod   jego   osłoną   grenadierzy,   wsparci   czołgami;   uderzyli   na   Kapkinski   i   okrążyli   tu   3   batalion   13   pp 
pułkownika Margiełowa.

— Stój! Dokąd? Zawracaj!  — zastępca dowódcy batalionu, porucznik Bubnow, pędził w kierunku 

okopów   9   kompanii.   Tuż   za   nim,   przy   stanowiskach   ogniowych   45   mm   działek   przeciwpancernych, 
wybuchały pociski.

— Ani kroku do tyłu! — krzyczał zsunąwszy się do transzei razem z powracającymi żołnierzami. — 

Gdzie wasz dowódca?

— Nie ma dowódców! Wszyscy zabici — padła odpowiedź. — Zostaliśmy sami.
— Już nie sami. Ja z wami zostaję. Gdzie macie granaty? Przeciwpancerne granaty.
— Tu są. W niszy, towarzyszu poruczniku — odpowiedział sierżant Jacki.
— Dawać je tu. Umiesz się z nimi obchodzić?
— Jestem zwiadowcą.
— Podczołgaj się więc pod tę rozwaloną chatę za płonącymi czołgami i obrzuć nimi to strzelające 

działo samobieżne, które przygważdża artylerzystów. Rozumiesz? Tylko ostrożnie, tak jak cię uczono. A z 
transzei nie wyskakiwać, bo wszystkich was rozdepczą.

Obserwując, jak sierżant Jacki czołga się w kierunku wskazanego celu, krzyczał jeszcze za nim:
— Kryj się w dymie! I nie podnoś głowy!
Działo samobieżne strzelało do stanowisk baterii przeciwpancernej, i to strzelało skutecznie, bo baterie 

już zamilkły. Bubnow zdawał sobie sprawę, że jeśli artylerzyści nie zdołają wzmocnić ognia, kompania nie 
odeprze następnego ataku niemieckich czołgów i cały batalion zostanie zniszczony. Teraz wszystko zależało 
od Jackiego, który skrył się w strefie dymu buchającego z płonących czołgów. To zwiadowca, pocieszał się 
Bubnow. Z pewnością dotrze. Nie widział, jak Jacki doczołgał się do płonącej chaty, skrył się za jej węgłem i 

background image

wyjął zza pazuchy szynela oblepiony gliną granat. Wyrwał zeń zawleczkę i rzucił z rozmachem. W zgiełku 
walki   wybuch   przeciwpancernego   granatu   nie   zabrzmiał   głośniej   niż   trzask   rozbijanego   orzecha. 
Samobieżne działo przerwało ogień i usiłowało obrócić się w stronę chaty. Rozległ się jednak drugi trzask i 
nad działem pojawił się brudnopomarańczowy kłąb dymu. Dostrzegł go porucznik Bubnow i odetchnął. 
Teraz do baterii, pomyślał. Muszę zobaczyć, co się tam dzieje.

Na stanowisko działka przeciwpancernego wpadł potykając się o stosy łusek. Niektóre były jeszcze 

gorące.

— Dlaczego nie strzelacie? — spytał ukrytych w niszy kanonierów.
— Nie mamy pocisków. Trzy ostatnie trzymamy na nowy atak.
— Gdzie wasz dowódca?
— Przy pierwszym dziale.
Porucznik Strielcow poinformował Bubnowa, że wysłał po pociski do Kapkinskiego sześciu żołnierzy. 

Powinni przedrzeć się do stanowisk 9 pp i przynieść kilka skrzynek. Może zdążą przed następnym atakiem.

— To wszystko, co mogę wam powiedzieć — stwierdził, ale po namyśle dodał: — No, nie wszystko. 

Jeśli nie będzie pocisków, to mamy po dwa granaty przeciwpancerne. Nie wezmą nas dranie łatwo. Choć już 
całkiem nas zlekceważyli. Nawet przestali nas ostrzeliwać.

Porucznik Bubnow nie zdążył powiedzieć mu o zniszczonym dziale samobieżnym, gdyż na pozycje 

batalionu znów runęły pociski niemieckiej artylerii. Rozpoczynał się nowy, czwarty atak. Skokami powrócił 
Bubnow do 9 kompanii, na stanowiska której toczyły właśnie swe cielska dwa czołgi.

— Spokojnie, chłopaki  — zwrócił się do tkwiących w okopie czerwonoarmistów.  — Przygotować 

granaty i celować w gąsienice. Nie otwierać ognia bez rozkazu.

Mimo woli spojrzał na zegarek. Dochodziła 15.00. Do zmroku jeszcze dwie godziny, pomyślał. Trzeba 

wytrwać.

Okrążony batalion wytrzymał i ten czwarty atak, a po zapadnięciu ciemności przebił się do stanowisk 9 

pułku podpułkownika Stacury, który wciąż zajmował wschodni skraj chutoru, co więcej, zmusił grenadierów 
rotmistrza Remlingera do wycofania się z południowej części Kapkinskiego.

W tym czasie mimo silnego ognia niemieckiej artylerii  i nalotów bombowych oddziały 49 dywizji 

spychały grenadierów ze wzgórza 110,4. Zacięta walka wywiązała się też w Wasiljewce, tuż za mostem. To 
grupa   fizylierów   144   pp   z   49   DP   pod   dowództwem   zastępcy   dowódcy   pułku   majora   Chwostienki 
przeprawiła się przez rzekę i przeniknęła przez system słabszej tu niemieckiej obrony. Aby odeprzeć ten 
niespodziewany atak, generał Rauss musiał wycofać z przyczółka kilka czołgów 2 batalionu. Wsparły one 
grenadierów kapitana Kreisa i z trudem zażegnały niebezpieczeństwo. Mimo to atak radziecki na lewym 
brzegu rzeki był sygnałem, iż istnieje stała groźba odcięcia walczących na przyczółku głównych sił 6 Dpanc.

Wieczorem generałowi  Raussowi udało się uporządkować  obronę przyczółka i przeprowadzić  silny 

kontratak. Radzieckie oddziały 3 i 49 dywizji przeszły do obrony.

Gdy generał Koszewoj zakończył telefoniczny meldunek o przebiegu walk w Niżnie-Kumskim w dniu 

21 grudnia, dowódca 1 KP, generał Missan, zadał mu pytanie:

— Powiedz mi, jak oceniasz teraz przeciwnika, i perspektywę natarcia dywizji?
— Myślę, że wróg został nie tylko znacznie osłabiony, ale i oszołomiony.
Reakcja dowódcy korpusu była zaskakująca:
—   Jeśli   tak,   to   nie   wolno   zwlekać.   Trzeba   zdobyć   Wierchnie-Kumski,   rozwijać   sukces.   Generał 

Biriuzow jeszcze dwa dni temu uprzedził mnie, że wzięcie chutoru jest naszym zadaniem na dwudziestego 
drugiego grudnia. Nie trać więc czasu, nie daj opamiętać się wrogowi, organizuj natarcie.

— Nie rozumiem, sam mam nacierać? — zdziwił się Koszewoj.
— Nie, nie sam. Trochę później pójdzie do przodu cały Front, w tym i nasza armia — wyjaśnił Missan. 

— Zamiar Mansteina nie wypalił. Wprawdzie udało mu się wedrzeć do Wasiljewki i uchwycić most, lecz 
ugrzązł   tam   na   dobre.   Twoje   natarcie   utrudni   nieprzyjacielowi   manewr   wojskami   na   ten   najbardziej 
niebezpieczny kierunek. Jasne?

— Jasne — odpowiedział Koszewoj. — Lecz moje prawe skrzydło będzie odsłonięte, a sił dodatkowych 

nie mam.

— Podciągnie się trzechsetna dywizja — uspokajał Koszewoja generał Missan. — A poza tym za dwa 

lub trzy dni nieprzyjaciel będzie miał inne zmartwienie niż twoje prawe skrzydło. Mam informacje, że nad 
środkowym Donem rozgromieni zostali Włosi, a czołgi Frontu Południowo-Zachodniego już podążają nam 
na spotkanie.

— Bardzo się z tego cieszę, że rozgromiono Włochów, lecz moje prawe skrzydło jest mi bliższe. A 

background image

zagrażają mi Niemcy.

— Ono i dla mnie jest bliższe  — obruszył się Missan.  — Dlatego wesprę ciebie korpuśną artylerią. 

Więcej niczego nie mam. Wybór godziny natarcia pozostawiam tobie. Życzę sukcesu.

Po tej rozmowie dowódca 24 dywizji wezwał do siebie szefa sztabu oraz dowódcę artylerii i przez długi 

czas razem z nimi ślęczał nad mapą. W końcu zapadła decyzja. Będą nacierali na Wierchnie-Kumski dwiema 
wiodącymi przez step drogami. Prawą pójdzie 72 pp z większością dział 50 palu, a lewą — 70 i 71 pułki 
piechoty z  dywizjonem  artylerii  przeciwpancernej,  która  przy  każdym ataku  nieprzyjacielskich  czołgów 
miała zajmować stanowiska do strzelania na wprost i osłaniać piechotę.

Dochodziła godzina 11.00, gdy generał Koszewoj wyruszył w swej „emce” na spotkanie lewej kolumny, 

by z dowódcami obydwu pułków zorganizować atak. Przed samochodem dowódcy dywizji jechała jakaś 
półciężarówka, która przypadkowo znalazła się na wzgórzu w pobliżu punktu obserwacyjnego.

— Jedź jej śladem — rozkazał Koszewoj kierowcy, podejrzewając, że step naszpikowany jest różnego 

typu minami.

Kierowca   dodał   gazu.   Przed   skrętem  na   drogę   przód  „emki”   niespodziewanie   podskoczył   w   górę, 

rozległ się silny wybuch i pasażerowie wyrzuceni zostali na zewnątrz. Kapitan Lambocki, oficer łącznikowy 
70 pp, został ranny, a kierowca, kapral Własienko, odniósł lekkie obrażenia. Stało się to w momencie, gdy 
nad prawą kolumną pojawiły się niemieckie bombowce, poprzedzające kontratak czołgów i piechoty.

Dowódcy dywizji pospieszono z pomocą, ale właściwie nie była ona potrzebna. Generał Koszewoj 

natychmiast   przystąpił   do   działania.   Na   pobliskim   wzgórzu   urządził   nowy   punkt   obserwacyjny   i   z 
przyjemnością   patrzył,  jak  pułk  Kuchariewa  sprawnie  rozwinął  się,  a  artylerzyści  pułkownika  Tonkicha 
zajęli stanowiska do strzelania na wprost. Nieprzyjaciel popełnił błąd: zamiast skierować kontratak na jeden 
odcinek obrony pułku, uderzył na szerokim froncie. Ułatwiło to zadanie artylerzystom. Działa 50 pal z 
bliskiej   odległości   raziły   czołgi   i   transportery   wroga.   Rozwinęły   się   też   pułki   lewej   kolumny,   biorąc 
nieprzyjaciela w dwa ognie. Mimo to walka przeciągnęła się do zmierzchu. Pułk Kuchariewa nie cofnął się 
ani na krok. Bohaterami w tej walce byli wszyscy żołmerze.

Gdy pojawiły się niemieckie samoloty,  na punkt obserwacyjny generała Koszewoja przyjechał szef 

sztabu armii, generał Biriuzow. Znany z odwagi, nie bacząc na nalot, dotarł do stanowisk 72 pp.

„Niejednokrotnie uczestniczyłem w gorących walkach — wspominał po latach — lecz takiej jeszcze nie 

widziałem.   Szczególnie   bohatersko   walczyli   byli   marynarze   z   Floty  Oceanu   Spokojnego.   Wielu   z   nich 
zrzuciło marynarskie kurty i w samych koszulkach, z granatami przeciwpancernymi w rękach rzucali się na 
nieprzyjacielskie   czołgi   (...)  Bój   przeciągnął   się   aż   do  zapadnięcia   ciemności.   Wszelkie   wysiłki   wroga, 
dążącego do przerwania naszych pozycji, spełzły na niczym”.

Bohatersko też walczyli w tym dniu żołnierze 98 DP. Gdy na PO pułkownika Sieriegina przybył generał 

Malinowski, cała Gromosławka była spowita dymami pożarów. W stanicy trwała zacięta walka. W lornecie 
nożycowej   widać   było   nadciągające   przez   zaśnieżony   step   nowe   kolumny   czołgów   i   transporterów 
opancerzonych.

Generała Malinowskiego nie zadowalały uspokajające meldunki dowódcy dywizji. On jeden wiedział, 

że na tym kierunku nie zdążył  się jeszcze skoncentrować 7 KPanc i że po przełamaniu obrony 98 DP 
nieprzyjaciel będzie miał drogę otwartą. W miarę upływu czasu jego obawy znikały. Widział, jak artylerzyści 
celnym ogniem na wprost niszczyli niemieckie czołgi, widział, jak piechurzy majora Kozina — marynarze z 
Floty Oceanu Spokojnego — z granatami przeciwpancernymi  rzucali się na wozy bojowe, jak spychali 
grenadierów generała von Zengera w kierunku rzeki.

Do Wierchnie-Caricynskiego dowódca 2 armii wrócił całkowicie uspokojony, a po wysłuchaniu relacji 

generała Biriuzowa, który obserwował walki 24 dywizji, powiedział:

— Dziś, zdaje się, ostatecznie zatrzymaliśmy groźnego nieprzyjaciela. Nadeszła pora, abyśmy przeszli 

do natarcia.

KONIEC „BURZY ZIMOWEJ”

Rozwój wydarzeń, które miały miejsce 22 grudnia, został wnikliwie przeanalizowany przez niemieckie 

dowództwa   i   sztaby.   Sztab   57   KPanc   pozytywnie   ocenił   działania   23   DPanc,   uwieńczone   zdobyciem 
Gniłoaksajskiej (oddziały dywizji przesunęły się pod chutor Birzowoj, lecz tu zostały zatrzymane). Gorzej 
przedstawiała się sytuacja na lewym skrzydle korpusu. 17 DPanc rozciągnęła swe szyki na zbyt szerokim 
froncie i nie zdołała zdobyć przyczółka w Gromosławce. Tymczasem wojska radzieckie, ocenione przez 
niemieckie   rozpoznanie   jako   23   KPanc,   odbiły  chutor   Niżnie-Kumski   i   przesunęły  się   na   południe,   w 
kierunku chutoru Wierchnie-Kumski. W tej sytuacji opracowany przez sztab 4 APanc plan przesunięcia 

background image

głównych sił 17 DPanc na prawe skrzydło 57 KPanc, między Wasiljewką a Gniłoaksajską, i wykonanie 
koncentrycznego uderzenia trzema dywizjami wzdłuż linii kolejowej na Abganierowo i dalej na linię wzgórz 
w rejonie chutoru Zety (około 25 km od Gniłoaksajskiej) nie mógł zostać zrealizowany. 17 DPanc musiała 
bowiem wydzielić znaczne siły do obrony lewego skrzydła zgrupowania korpusu (między Gienierałowskim, 
sowchozem im. 8  marca  i  Wierchnie-Kumskim).  Wobec  tego  generał   Rauss   w  zamiarze działań  na   23 
grudnia uwzględnił jedynie własne siły. Postanowił on odbić utracone poprzedniego dnia wzgórza, poszerzyć 
przyczółek i umocnić go, aby mógł stanowić podstawę do dalszych działań zaczepnych. Szczegółowy plan 
przedstawiał się następująco: o godz. 5.00 wzmocniony batalion kapitana Hauschilda miał przeprowadzić 
atak na wzgórze 109,5, w dwie godziny później batalion rotmistrza Remlingera, idąc z rejonu Kapkinski, 
powinien odbić wzgórze 110,4 i jednocześnie po sforsowaniu rzeki połączone grupy Unreina i Quentina 
miały zaatakować wzgórze 117,8.

Noc minęła spokojnie, a o godz. 3.45 czasu berlińskiego wojska radzieckie rozpoczęły ataki z rejonu 

wzgórza i z chutoru Kapkinski. Opóźniło to akcję batalionu Hauschilda o całą godzinę. Kiedy wraz z 1 
batalionem 11 pcz ruszył on do natarcia, natknął się na silną obronę radzieckiej piechoty. Do niemieckich 
wozów bojowych celny ogień otworzyły też działa przeciwpancerne i wkopane w ziemię radzieckie czołgi. 
Ludzie Hauschilda wycofali się.

W tym samym niemal czasie generał Rauss zaalarmowany został przez Remlingera, że jego skrzydło 

atakowane jest przez znaczne siły radzieckiej piechoty z rejonu chutoru Birzowoj (do aktywnych działań 2 
armii gwardii włączyła się 87 dywizja generała Kazarcewa). By wesprzeć Remlingera, trzeba było skierować 
na Birzowoj cały ogień artylerii dywizyjnej. Kontratak radziecki został odparty, lecz planowany atak na 
wzgórze 110,4 trzeba było odłożyć. Silny opór napotkały też forsujące rzekę grupy Unreina i Quentina. 
Wzgórze 117,8 nie zostało zdobyte.

Tak wyglądała sytuacja, kiedy około godz. 12.00 do Wasiljewki przybył generał Kirchner. Po naradzie z 

pułkownikiem Hünersdorffem oceniono, że dalsze działania zaczepne siłami poszczególnych batalionów nie 
mają szans powodzenia. Molestowany przez Hünersdorffa o silniejsze wsparcie generał Kirchner wyjaśnił, 
że sytuacja na skrzydłach korpusu komplikuje się, a jeśli chodzi o jakąś znaczącą pomoc, to może stwierdzić, 
że obiecane  Tygrysy  zostały poddane gruntownemu przeglądowi w bazie remontowej w Fallingbostel i w 
ciągu   najbliższego   tygodnia   zostaną   dostarczone   korpusowi.   Dodał   też,   że   widzi   szansę   wzmocnienia 
korpusu dywizją pancerną SS „Wiking”.

Informacje generała Kirchnera nie były więc pocieszające. Generał Rauss przyjął je w milczeniu, ale 

pułkownik Hünersdorff nie mógł się powstrzymać od cierpkiej uwagi, że wszystkie te działania nie ulżą 
żołnierzom   na   przyczółku,   a   co   najważniejsze  —   nie   rokują   nadziei   na   przełamanie   impasu.   Ku   jego 
zdziwieniu generał Kirchner zgodził się z tym wywodem. Hünersdorff nie wiedział, co na to odpowiedzieć, 
gdy niespodziewanie przybył na motocyklu goniec. Obaj generałowie zostali wezwani do węzła łączności 6 
DPanc w chutorze Zaliwski.

Tymczasem   walki   na   przyczółku   rozgorzały   z   nową   siłą,   wzmogła   też   ogień   radziecka   artyleria. 

Dalmierzyści pułkownika Grundherra wykonali namiary i ustalili, że jej stanowiska znajdują się w rejonie 
wzgórza 117,8. W związku z tym o godz. 13.50 Hünersdorff nadał radiogram do sztabu dywizji: „W rejonie 
wzgórza   117,8   silne   stanowisko   artylerii   polowej   i   dział   przeciwpancernych   nieprzyjaciela.   Wezwijcie 
lotnictwo”.   Odpowiedź   z   dywizji   odebrano   już   po   pięciu   minutach.   Lecz   co   to?   Nie   dotyczyła   ona 
wysuniętego żądania. Pułkownik Hünersdorff czytając nie wierzył własnym oczom.

„Dywizja zostanie dziś w nocy, przy pozostawieniu straży tylnych, zluzowana i przedyslokowana do 

stanicy Potiemkinskiej. Poczynić niezbędne przygotowania. Rozkaz nadejdzie”.

Hünersdorff   nic   nie   rozumiał,   ale   z   treścią   radiogramu   zapoznał   dowódców   batalionów   czołgów   i 

grenadierów.   Teraz   wszyscy   gubili   się   w   domysłach,   o   co   tu   właściwie   chodzi?   Po   godzinie   goniec 
dostarczył rozkaz pisemny generała Raussa.

„Przyśpieszony   wymarsz   o   godz.   24.00   przy   pozostawieniu   ariergardy   złożonej   z   pułku   czołgów, 

kompanii rozpoznawczej, kompanii z 2 batalionu 114 pgren oraz dwóch baterii 76 pal pod dowództwem płk. 
von Hünersdorffa.

Cel marszu: Potiemkinska nad Donem.
Marszruta: wzgórze 146,9, Zaliwski, Gienierałowski do Potiemkinskiej”.

Niespodziewany rozkaz wycofania 6 DPanc ze składu 57 KPanc był następstwem działań dźwigni, 

którą radzieckie dowództwo puściło w ruch 16 grudnia 250 km na północny zachód od Myszkowej, nad 
środkowym Donem. Tą dźwignią było natarcie Frontu Południowo-Zachodniego generała Watutina i 6 armii 
Frontu Woroneskiego generała Golikowa pod ogólnym kryptonimem „Mały Saturn”.

background image

Przełamanie frontu włoskiej 8 armii pod Nową Kalitwą rozpoczęło się od uderzenia 17 KPanc generała 

Połubojarowa na silny węzeł oporu  — Kantemirowkę (19 grudnia). W całodziennej walce rozbita została 
włoska 5 dywizja piechoty i oddziały niemieckie. 17 KPanc (od 2 I 1943 roku 4 KPanc gwardii) uzyskał po 
tej bitwie zaszczytne miano „Kantemirowskiego”. W ślad za 17 KPanc w wyłom weszła 6 armia generała 
Charitonowa.

Do pościgu przeszły też korpusy pancerne Frontu Południowo-Zachodniego: 18, 24 i 25, oraz 1 korpus 

zmechanizowany gwardii. Pokonując opór nieprzyjaciela, stosującego liczne zapory, zwłaszcza minowe, i 
przedzierając   się   przez   śnieżne   zaspy,   radzieccy  czołgiści   parli   na   Millerowo,   Tacynską   i   Morozowsk. 
Feldmarszałek Manstein rzucił przeciw nim całe lotnictwo 4 Floty Powietrznej i jednocześnie gorączkowo 
ściągał do zagrożonych rejonów odwody. W ciągu 9 dni wojska radzieckie przesunęły się na południe o 180 
km. Gdy rankiem 23 grudnia 24 KPanc przerwał kolejny front obronny na rubieży rzeki Bystra i skierował 
się   na   Tacynską,   a   jednocześnie   25   KPanc   okrążył   stanicę   Milutinską   i   uderzył   na   Morozowsk,   przed 
dowództwem Grupy Armii  „Don” stanął problem obrony tych dwóch niebywale ważnych ze względu na 
lotniska zaopatrujące 6 armię miejscowości (leżały poza tym przy linii kolejowej z Rostowa do Stalingradu). 
Radzieckie   korpusy   pancerne   mogły   być   zatrzymane   jedynie   przez   związki   pancerne.   Na   Tacynską 
skierowano więc 11 DPanc generała Balcka, ale Morozowska feldmarszałek nie miał już czym osłonić.

W tej sytuacji szef sztabu Grupy Armii „Don” poinformował szefa sztabu 4 APanc, iż rozważana jest 

sprawa wycofania ze składu 57 KPanc jednej z trzech jego dywizji pancernych. W odpowiedzi pułkownik 
Fangohr zastrzegł, że osłabiony korpus nie będzie mógł dalej nacierać, co więcej, prawdopodobnie nie zdoła 
nawet utrzymać dotychczasowych pozycji. Zwrócił też uwagę, że po odejściu 11 DPanc nie utrzyma swych 
rubieży obronnych w widłach Czyru i Donu 48 Kpanc.

Podczas   następnej   rozmowy   generał   Schultz   powiadomił   pułkownika   Fangohra,   że   feldmarszałek 

Manstein uzależnia ostateczną decyzję w tej sprawie od powodzenia natarcia na miejscowość Aksaj, leżącą 
na wschód od linii kolejowej na Stalingrad. Jednak ani wojska rumuńskie, ani tym bardziej zaangażowane 
bez reszty nad Myszkową dywizje 57 Kpanc nie były w stanie spełnić tego warunku. Dlatego też o godz. 
10.30   Manstein   osobiście   ponowił   żądanie   przekazania   do  odwodu  Grupy  Armii  „Don”  jednej   dywizji 
pancernej.   Rozmowa   przybrała   charakter   gwałtownej   wymiany   zdań,   lecz   decyzja   feldmarszałka   była 
nieodwołalna.

Po   analizie   sytuacji   generał   Hoth   doszedł   do   wniosku,   że   najbardziej  „urządzi”   go   wycofanie 

najsilniejszego   związku   pancernego,   6   dywizji,   gdyż   to   usprawiedliwi   kolejne,   planowane   przez   niego, 
posunięcie  — wycofanie całego korpusu za rzekę Aksaj. Był pewien, że zdoła przekonać feldmarszałka 
Mansteina,   iż   utrzymanie   rubieży   rzeki   Myszkowej   siłami,   które   mu   pozostały,   jest   sprawą   nierealną. 
Zameldował więc natychmiast, że 57 KPanc, bez 6 DPanc, ma sprawnych zaledwie 36 czołgów, 27 dział 
szturmowych i 24 działa przeciwpancerne. Ponieważ feldmarszałek Manstein nie mógł przewidzieć, czy 
podciągnięta w rejon Dubowskoje  — Zimowniki dywizja pancerna SS „Wiking” zostanie skierowana na 
Kotielnikowski czy na Morozowsk, musiał ostatecznie zaaprobować decyzję Hotha i zawiadomić o niej 
generała Paulusa.

W podpisanym wieczorem rozkazie nr 9 generał Hoth stwierdził:  „4 APanc przejściowo wstrzymuje 

wykonanie operacji »Wintergewitter«”, a w okolicznościowym rozkazie do 6 DPanc podkreślił jej zasługi w 
realizacji operacji, zwłaszcza zaś rolę 11 pcz i jego dowódcy. W nocy drogą radiową pułkownik Hünersdorff 
został poinformowany o odznaczeniu go przez führera Krzyżem Rycerskim Orderu Żelaznego Krzyża.

Wieczorem radiowy komunikat Wehrmachtu stwierdzał:  „W trakcie wznawianych nieudanych ataków 

między Wołgą a Donem oraz w Stalingradzie Sowieci ponieśli wysokie straty”.

— Przed  chwilą  zakończyłem  rozmowę z  generałem Schmidtem  —  zameldował Mansteinowi   szef 

sztabu Grupy Armii „Don”, generał Schultz.

— Poinformował go pan o sytuacji? Jak to przyjął? — zainteresował się Manstein.
—  Rozmowa   była   nerwowa  —   relacjonował   Schultz.  —   Dotyczyła   wielu   spraw.   Zgodnie   z   pana 

sugestiami, panie feldmarszałku, starałem się nie psuć im nadmiernie wigilijnego wieczoru. Referowałem 
więc   sprawy  dość   optymistycznie.   Mówiłem  o   utrzymaniu   rubieży  Myszkowej,   choć   nie   taiłem,  że   po 
wycofaniu szóstej dywizji może powstać konieczność zawężenia naszych przyczółków. Rozmawialiśmy też 
o perspektywach utrzymania lotniska w Tacynskiej. Wyraziłem przekonanie, że szósta armia może nadal 
liczyć   na   dostawy   tą   drogą.   Generał   Schmidt   wyraził   najwyższe   zaniepokojenie   spadkiem   dostaw   w 
ostatnich dniach.

— Jak wygląda ten spadek? — spytał Manstein.
— W dniu wczorajszym, dwudziestego trzeciego grudnia, dostarczono Paulusowi prawie osiemdziesiąt 

background image

trzy tony, ale dzisiaj nie wylądował ani jeden samolot transportowy — poinformował pułkownik Busse.

— Tak, lotnisko w Tacynskiej musimy odbić, a Morozowska bronić za wszelką cenę — skonstatował 

Manstein. — Ale moim zdaniem cele Rosjan na lewym skrzydle sięgają dalej niż te lotniska. Im chodzi o 
Rostów. Zdobycie Rostowa odcięłoby nie tylko grupę Armii „Don”, lecz i grupę Armii „A” na Kaukazie. 
Dlatego zatrzymanie ofensywy Rosjan na naszym lewym skrzydle jest zadaniem pierwszoplanowym. Co się 
zaś tyczy grupy Hotha, to trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Na rumuńską czwartą armię liczyć właściwie nie 
możemy.   A   jeśli   Rumuni   się   cofną,   to   wątpię,   czy  Hothowi   uda   się   utrzymać   nie   tylko   przyczółki   na 
Myszkowej,   lecz   nawet   linię   Aksaju.   Będzie   dobrze,   jeśli   utrzymamy   rubież   Wierchnie-Kurmojarska, 
Wierchnie-Jabłoczny   i   Niżnie-Jabłoczny   lub   w   najgorszym   razie   Sarmutowski,   Pimien   Czerny, 
Kotielnikowski. A przecież każdy kilometr, o jaki cofnie się czwarta armia, zmniejsza szanse odblokowania 
szóstej armii.

— Z rozmowy z generałem Schmidtem wywnioskowałem, że szóstej armii bardziej w tej chwili leży na 

sercu regularność zaopatrzenia drogą lotniczą, niż deblokada — wtrącił generał Schultz.

— To potwierdza tylko wrażenie, które odniósł major Eismann — zgodził się Manstein — I gdyby to 

ode mnie zależało, panowie, to zmusiłbym Luftwaffe, by dostarczała do kotła najmniej tysiąc ton paliwa i 
pięćset   ton   żywności   w   ciągu   dnia.   Przecież   szósta   armia   przyciąga   ogromne   siły  Rosjan.   Pomyślcie, 
panowie, z jaką potęgą mielibyśmy do czynienia, gdyby w okrążonym Stalingradzie zabrakło armii Paulusa. 
Ale  —-   zreflektował   się   po   chwili  —   nie   możemy   zapominać,   że   głównym   naszym   zadaniem   jest 
odblokowanie tej armii.

Generał Schultz spojrzał pytająco na Mansteina, lecz nie zdołał nic wyczytać z jego kamiennej twarzy.
— Skąd jednak weźmiemy niezbędne siły? — zapytał więc wprost.
— Możemy je uzyskać z Kaukazu, z Grupy Armii  „A”. Z moich wyliczeń wynika, że my wiążemy 

znacznie większe siły nieprzyjaciela niż feldmarszałek Kleist. Dlatego też chcę wystąpić o trzeci korpus 
pancerny   i   dywizję   piechoty   ze   składu   pierwszej   armii   pancernej,   a   ponadto   o   dywizję   piechoty   z 
siedemnastej   armii.   Trzeba   to   zrobić   szybko   i   sugestywnie.   Pan,   pułkowniku   Busse,   przygotuje   taki 
dokument. Przedstawię go generałowi Zeitzlerowi, a jeśli zajdzie potrzeba, to nawet samemu führerowi. Jeśli 
w ciągu tygodnia otrzymamy takie wzmocnienie, to możemy wznowić operację „Burza zimowa”.

Gdy Schultz i Busse opuścili pokój Mansteina, ten chytrze się uśmiechnął. On najlepiej wiedział, że 

żadnych   związków   nie   otrzyma,   gdyż   na   Kaukazie   lada   dzień   wojska   radzieckie   przejdą   również   do 
ofensywy. Wiedział jednak zarazem, że historię wojen opracowuje się na podstawie dokumentów i że jego 
usilne   prośby  o  wzmocnienie   wprowadzą   w   błąd   nawet   wytrawnego   historyka.   On,   odpowiedzialny  za 
operację deblokady, zostanie przez historyków oczyszczony, gdyż w ich oczach będzie uznany za tego, który 
czynił wszystko, by uratować okrążoną armię. Ostateczną winą za jej niesławny koniec historia obarczy jego 
przełożonych i podwładnych. Jednych za to, że rzucali mu pod nogi kłody i nie rozumieli jego „genialnych” 
koncepcji,   drugich   zaś   za   nieudolność   i   tchórzostwo.   To   ostatnie   przypisywać   się   będzie   oczywiście 
sprzymierzeńcom — Rumunom.

NA KOTIELNIKOWSKI

Wieczorem 23 grudnia generał Rotmistrow został wezwany do Wierchnie-Caricynskiego. Po walkach 

na   przyczółku   ryczkowskim   7   KPanc   został   bowiem   przeprawiony  na   lewy  brzeg   Donu   i   19   grudnia 
podporządkowany generałowi Malinowskiemu. Skoncentrował sję on w rejonie chutoru Piatiławriczeski, o 
10—15 km za 1 KP generała Missana, mając w linii 92 czołgi, w tym 20 ciężkich KW.

Pogoda pogorszyła się. Od wielu godzin szalała śnieżna zamieć. By nie utknąć w jakimś jarze, generał 

Rotmistrow   zdecydował   się   pokonać   czterdziestokilometrową  drogę   do   stanowiska   dowodzenia   2   Agw. 
dwoma czołgami: oprócz swego  T-34  zabrał też ciężki  KW. Tak było pewniej i bezpieczniej, a ponadto 
radiostacje   czołgowe   zapewniały   mu   nieprzerwaną   łączność   ze   sztabem.   Gdy   jednak   obydwa   czołgi 
wjechały do stanicy, drogę zagrodził im patrol. Jego dowódca z wyciągniętym pistoletem zaczął krzyczeć:

— Stać! Dokąd pchasz się czołgami? Zawracać!
Trzeba było wyjaśnić przyczyny, które skłoniły dowódcę korpusu do użycia takiego środka lokomocji. 

W końcu czołgi ukryto między domami, a generał Rotmistrow został skierowany na stanowisko dowodzenia 
57 armii. Tu, w obszernym pomieszczeniu, generałowie Wasilewski i Jeremienko zwołali naradę. Obecni na 
niej byli: dowódca wojsk pancernych Armii Czerwonej, generał Fiedorenko, szef wojsk łączności, generał 
Pieresypkin, dowódcy armii, generałowie Malinowski, Tołbuchin i Trufanow, oraz dowódcy kilku korpusów. 
Z 2 Agw. przybyli generałowie Czanczibadze i Swiridow.

Celem narady było omówienie przewidzianego na dzień następny przeciwnatarcia, którego plan kilka 

background image

dni wcześniej został opracowany przez generałów Wasilewskiego i Jeremienkę i wysłany do Moskwy. W 
nocy z 19 na 20 grudnia generał Wasilewski otrzymał w odpowiedzi krótki telegram:  „Wasz plan został 
zatwierdzony   przez   Kwaterę   Główną   Naczelnego   Dowództwa,   Wasiliew”.   (Był   to   pseudonim   Józefa 
Stalina).

Pierwotnie, i tak to zapisano we wspomnianym planie, 2 A gw. miała ruszyć do przeciwnatarcia 22 

grudnia.   Osłonę   jej   lewego  skrzydła   powierzono   51  armii,  na   prawym  miała   działać   2  AUd.  Jednakże 
wydarzenia następnych pięciu dni, nasycone dramatycznymi walkami na rubieży rzeki Myszkowa, zmusiły 
dowództwo radzieckie do przesunięcia terminu operacji. Zmienione zostały też szybkie związki pancerne, 
które zamierzano w niej użyć: zamiast 3 KPanc generała Wolskiego, wycofanym do odwodu, armię generała 
Malinowskiego   wzmocniono   7   KPanc   generała   Rotmistrowa   i   6   KZmech   generała   Bogdanowa.   O 
wszystkich tych zmianach poinformowali zebranych przedstawiciel Kwatery Głównej i dowódca Frontu. Ten 
ostatni omówił też stosunek sił na całym froncie, a zwłaszcza w pasie przeciwnatarcia.

Uwzględniając   fakt,   że   nieprzyjaciel   nie   uzyskawszy   powodzenia   w   pasie   obrony   1   KP   generała 

Missana przerzucił ciężar natarcia w pas obrony 13 KP generała Czanczibadze, a także na prawe skrzydło 51 
armii, przy linii kolejowej, dowódca Frontu uznał, że powstały sprzyjające okoliczności do realizacji planu 
przeciwnatarcia, według którego główne uderzenie zada 1 KPgw. Na kierunku jego działania zostanie też 
wprowadzony 7 korpus pancerny generała Rotmistrowa, który ma nacierać przez Niżnie-Kumski na chutory 
Gienierałowski i Wierchnie-Jabłoczny. Na prawo od niego 2 KZmech gw. uderzy przez Gromosławkę na 
Szestakow. 6 KZmech przejdzie przez szyki bojowe 51 armii i uderzając z rejonu Gniłoaksajskiej przez 
Żutowo 2 na Pieriegruzny wyjdzie na tyły nieprzyjacielskiego zgrupowania w rejonie Kotielnikowskiego i 
odetnie mu drogę odwrotu. 13 KP generała Czanczibadze będzie nacierał z rejonu Wasiljewki na rzekę 
Aksaj, między Zaliwskim i Żutowem 1.

Narada   nie   trwała   długo,   gdyż   dowódców   armii   i   korpusów   czekało   jeszcze   tej   nocy  wiele   pracy. 

Generał Rotmistrow chciał spotkać się z generałem Missanem, lecz w tym czasie przebywał on przy swoich 
wojskach walczących już nad rzeką Myszkowa. Zdążył tylko zamienić parę słów z dawnymi znajomymi, 
generałem Czanczibadze i Swiridowem. Temperament niskiego, krępego Gruzina, Czanczibadze, ujawnił się 
tu w całej pełni:

— Rozbijemy — cieszył się  — na proch tego butnego Mansteina. — Ale po chwili zastanowienia 

dodał: — Jednak faszyści znów będą mówić, że pomógł nam generał „Mróz”.

— Niech sobie mówią — uspokajał go postawny, flegmatyczny Swiridow — To im nie przyniesie ulgi.
— Oczywiście, nie przyniesie, Karpie Wasiljewiczu — zgodził się skwapliwie Czanczibadze.

Na stanowisku dowodzenia 2 A gw., w jasno oświetlonej izbie z zaciemnionymi szczelnie oknami, 

zebrali   się   generałowie   Malinowski,   Krejzer,   Biriuzow,   Krasnopiewcew   i   Łarin   oraz   szef   oddziału 
operacyjnego, pułkownik Grecow. Do późnych godzin nocnych pochyleni nad mapami uzgadniali szczegóły 
jutrzejszej bitwy. Minęła godzina 2.00, gdy zatelefonował pułkownik Calikow. Telefon odebrał Grecow. 
Dowódca 3 DPgw. meldował, że niemiecka 6 dywizja pancerna rozpoczęła wycofywanie swych oddziałów z 
Wasiljewki i Kapkinskiego. Słuchawkę przejął generał Malinowski.

— Czy to są sprawdzone dane? — zapytał.
— Ruchy odwrotowe nieprzyjaciela stwierdzili zgodnie i Margiełow, i Stacura — brzmiała odpowiedź.
Generał Malinowski połączył się natychmiast ze sztabem Frontu Stalingradzkiego, by poinformować 

generała   Jeremienkę  o  meldunku   Calikowa.   Jednocześnie   w   rozkazie   bojowym   opracowywanym   na   24 
grudnia sprecyzowano zadania dla poszczególnych korpusów:

— 1 KPgw. przechodzi do natarcia na froncie Czernomorow. — Gromosławka z zadaniem opanowania 

przepraw na rzece Aksaj Jesaułowski na odcinku Nowoaksajski — Wodnianski;

— 13 KPgw. atakuje nieprzyjaciela na froncie Iwanowka — Kapkinski z zadaniem opanowania do 

końca dnia rubieży rzeki Aksaj na odcinku Szestakow — Kłykow;

— 7 KPanc przeprawia się przez Myszkową i o godz. 12.00, wspólnie z 1 KPgw., naciera na kierunku 

południowo-wschodnim, odcinając nieprzyjacielowi drogi odwrotu na Kotielnikowski;

— 2 KZmechgw. o tej samej godzinie przeprawia się przez Myszkową w rejonie Gromosławka  — 

Iwanowka i atakuje nieprzyjaciela w kierunku Wasiljewka — Kapkinski. Po rozgromieniu nieprzyjaciela 
wychodzi z walki, koncentruje się w rejonie Wierchnie-Kumski i osłania prawe skrzydło armii nad Donem;

— 6 KZmech wprowadzony zostaje do walki 25 grudnia przez szyki bojowe prawego skrzydła 51 armii 

z zadaniem przecięcia dróg odwrotu nieprzyjaciela w rejonie Kotielnikowskiego.

Początek natarcia o 8.00. Saperzy otrzymali 4 godziny na budowę przepraw dla czołgów na Myszkowej.

background image

Wieczorem 23 grudnia dowódca 1 KPgw. generał Missan udał się do niedawno zdobytego Wierchnie-

Kumskiego.   Wiedział,   jak   długie   i   jak   zacięte   trwały   tam   walki.   Do   południa   24   dywizja   odpierała 
sześciokrotnie kontrataki 17 DPanc na zajętych poprzedniego dnia pozycjach. Nieprzyjaciel zmieniał taktykę 
walki, kierując uderzenia raz na prawe, raz na lewe skrzydło pułku Kuchariewa. Już nie stosował  — jak 
wczoraj — kontrataku na szerokim froncie. Za każdym razem, gdy zaniepokojony generał Koszewoj łączył 
się telefonicznie z pułkownikiem Kuchariewem i pytał o sytuację, ten z olimpijskim spokojem zapewniał, że 
i tym razem kontratak odeprze.

Tymczasem   dywizyjny   zwiad   rozpoznał   podejścia   do   chutoru   i   zameldował,   że   pod   względem 

inżynieryjnym   nie   został   on   umocniony.   Kiedy   więc   oddziały   dywizji   odparły   szósty   kontratak,   nie 
zatrzymując   się,   na   karkach   cofających   się   Niemców,   zaatakowały   chutor   ze   wschodu   i   z   zachodu. 
Rozgorzały walki o każdy niemal dom. Do okopanych czołgów nieprzyjaciela strzelały ogniem na wprost 
działa   przeciwpancerne,   a   żołnierze   zarzucali   je   granatami.   Po   czterogodzinnej   walce   chutor   został 
opanowany.

Generał Missan, jedząc swój pierwszy w tym dniu posiłek w jednej z ocalałych chat, poinformował 

generała Koszewoja, iż od rana cała armia rozpoczyna przeciwnatarcie. Na prawym skrzydle 24 dywizji 
nacierać   będzie   300   dywizja,   na   lewym  —  98.   Wspólnie   mają   rozbić   17   DPanc   i   rumuńską   2   DP. 
Szczegółów całej operacji dowódca korpusu jednak nie znał.

Rankiem 24 grudnia na całym froncie nad Myszkową zagrzmiały działa. 24 dywizja, napotykając słaby 

opór   nieprzyjaciela,   z   wolna   przesuwała   się   na   południe.   Wieczorem   w   zdobytym   właśnie   niewielkim 
chutorze   przemarznięty  do   szpiku   kości   generał   Koszewoj   zainstalował   swój   sztab   w   jednej   z   chałup. 
Gospodyni napaliła w piecu, a dowódca dywizji zdjął walonki i grzał przy ogniu zgrabiałe nogi. Nagle drzwi 
izby otwarły się i stanął w nich generał Wasilewski w towarzystwie dowódcy 33 DP, generała Utwienki. 
Koszewoj   musiał   złożyć   meldunek  „na   bosaka”.   Generał   Wasilewski   był   jednak   w   dobrym   humorze, 
roześmiał się i powiedział:

— No, bracie, widziałem dzieło twoich gwardzistów w Wierchnie-Kumskim. Było na co popatrzeć. 

Wiele czołgów zniszczyliście. Wielu grenadierów skosiliście.

— Tylko na jednej pozycji naliczyliśmy dziewiętnaście czołgów — skonkretyzował Utwienko.
Generał Wasilewski usiadł za stołem i nakreślił na swojej mapie pozycje 24 dywizji, po czym zapytał, 

czy Koszewoj rozumie dalsze zadanie dywizji? Pytanie wzięło się stąd, że w meldunku Koszewoja nie było 
ani słowa o radzieckich czołgach, a przecież obie dywizje  — 24 i 98 — miały współdziałać z 7 KPanc. 
Odpowiedź   generała   Koszewoja,   że   pierwszy  raz   o  tym   słyszy,   zdenerwowała   przedstawiciela   Kwatery 
Głównej.   Okazało   się   jednak,   że   w   ferworze   walki   Missan   nie   poinformował   o   tej   decyzji   dowódców 
dywizji. Zresztą współdziałanie piechurów i czołgistów rozpoczynało się w drugim dniu przeciwnatarcia.

Dwudziestego czwartego grudnia rano generał Malinowski udał się na stanowisko dowodzenia generała 

Missana, generał Biriuzow do 13 korpusu, zaś generał Łarin do 2 KZmech. W Wasiljewce i Kapkinskim całą 
noc trwały walki. Gdy po dziesięciominutowym przygotowaniu artyleryjskim pułki 43 i 49 dywizji przeszły 
do natarcia, opór stawiły im oddziały 23 DPanc, które zluzowały 6 DPanc. Również tu walki toczyły się o 
każdą ulicę i każdy dom. 13 pułk Margiełowa zdobywał jeden po drugim punkty oporu nieprzyjaciela, który 
cofał   się   za   rzekę.   Zdecydowanie   nacierał   też   144   pp   49   DP.   W   chutorze   Kapkinski   walczył   9   pułk 
podpułkownika Stacury.

W tym czasie saperzy budowali mosty pod Niżnie-Kumskim i w Iwanowce oraz cztery przeprawy przez 

lód. Około południa przez rzekę zaczęły przeprawiać się brygady pancerne i zmechanizowane korpusów 
Rotmistrowa i Swiridowa.

Tymczasem zgodnie z rozkazem generała Hotha obydwie dywizje 57 KPanc przygotowywały obronę 

podejść do przepraw na Aksaju: 23 DPanc broniła przyczółka od Kruglakowa do Szestakowa, a 17 DPanc — 
linię wzgórza na drogach Gromosławka — Szestakow i Wierchnie-Kumski — Zaliwski. Na lewo przyczółka 
między chutorami Gienierałowski i Czauszowski nad Donem bronił rumuński 6 korpus armijny generała 
Dragaliny,   a   prawego   skrzydła   57  KPanc,   od  Samochina   przez   Żutowo   2  do   stanicy  Obolnaja,   korpus 
kawalerii generała Popescu i 7 korpus armijny generała Mitranescu. Swój odwrót na południe 57 KPanc 
osłaniał silnymi ariergardami.

2 KZmech generała Swiridowa, liczący 4800 żołnierzy i dysponujący 54 czołgami średnimi T-34 i 17 

lekkimi  T-70  oraz 12 rozpoznawczymi samochodami pancernymi  BA-64, nacierał na południowy wschód, 
starając się odciąć drogi odwrotu Niemcom wycofującym się z Wasiljewki. Czołowy, 23 pcz majora Kerlina, 
wchodzący w skład 4 BZmech podpułkownika Hassana Haraziji, został zatrzymany przy jarze Nieklinskim 
silnym ogniem artylerii. Walka trwała tu przeszło dwie godziny. Radzieccy czołgiści i piechurzy zmusili w 

background image

końcu   grenadierów   pancernych   23  DPanc   do   odwrotu.   Pod   koniec   walki   major   Kerlin   rozkazał   dwóm 
zwiadowcom  —   plutonowemu   Wołkowowi   i   kapralowi   Dołganowowi  —   odszukać   czołg   dowódcy 
kompanii, porucznika Lebiediewa, którego radiostacja zamilkła. Zwiadowcy ruszyli, lecz wkrótce na SD 
majora Kerlina wrócił kapral Dołganow z grupą jeńców. Na ich czele szedł wysoki, chudy oficer.

— Co to znaczy? — zapytał surowo major Kerlin. — Po co ja was wysłałem?
— Wybaczcie, towarzyszu majorze — tłumaczył się kapral — Musiałem ich odprowadzić.
— A gdzie ich wyłowiliście? — włączył się do rozmowy podpułkownik Harazija.
—   W   okopie,   towarzyszu   podpułkowniku.   Biegniemy,   a   oni   wyskakują   nam   naprzeciw.   Oficera 

zwaliliśmy z nóg, a pozostali podnieśli ręce do góry.

— Dobrze — uspokoił się Kerlin. — Odprowadźcie jeńców do sztabu korpusu i wracajcie.
Tymczasem plutonowy Wołkow odnalazł porucznika Lebiediewa. Jego czołg płonął. Wołkow pomógł 

wydostać   się   z   maszyny   członkom   załogi   i   wezwał   sanitariuszy,   po   czym   powrócił   na   stanowisko 
dowodzenia pułku.

Brygada   oczyściła   drogę   na   Kruglakow,   lecz   na   podejściach   do   chutoru   znów   została   zatrzymana. 

Czołgi majora Kerlina przypuściły atak w rejonie Szestakowa, przerwały obronę piechoty i dotarły do mostu 
na   Aksaju,   lecz   tu   natrafiły   na   silny   ogień   artylerii   przeciwpancernej   i   musiały   się   cofać   na   pozycje 
wyjściowe. Rozpoznanie doniosło, że na podejściach do rzeki Niemcy mają świetnie zorganizowaną obronę 
—   chutory  zostały  przekształcone   w   węzły  oporu,   czołgi   i   artyleria   okopane  —  i   przełamanie   jej   jest 
możliwe jedynie przy ścisłym współdziałaniu piechoty, czołgów i artylerii. Generał Biriuzow wziął to pod 
uwagę, wydał odpowiednie rozkazy generałom Czanczibadze i Swiridowowi, po czym wrócił do Wierchnie-
Caricynskiego i usiadł, by przygotować komunikat.

„Z rana 24 grudnia — zaczął pisać  — wojska armii głównymi siłami przeszły do natarcia, skupiając 

główny   wysiłek   na   kierunku   Gromosławka  —   Szestakow.   Nieprzyjaciel   stawił   zacięty   opór   w 
miejscowościach Wierchnie-Kumski, Specposiełok, kołchoz im. 8 marca, Zagotskot, Wasiljewka, Paryska 
Komuna,   Birzowoj.   Ogniem   artylerii   i   moździerzy   starał   się   zatrzymać   natarcie   naszych   wojsk,   lecz 
wszędzie został odrzucony. Rozwijając sukces i nabierając tempa gwardziści energicznie posuwają się do 
przodu...”

Dwudziestego piątego grudnia walki na całym froncie między Donem a linią kolejową (na połnoc od 

Aksaju)   rozgorzały  z   nową   siłą.   Mimo  iż   dywizje   niemieckie   przygotowały  w   nocy  pośrednie   rubieże 
obrony,   gwardziści,   wsparci   teraz   przez   czołgistów,   w   godzinach   popołudniowych   dotarli   do   Aksaju 
Jesaułowskiego. Piechurzy 24 DP opanowali chutor Nowoaksajski, a 98 DP sforsowała rzekę i rozpoczęła 
walkę o Zaliwski. Również dywizje 13 KPgw. dotarły do Szestakowa. Jako pierwszy do stanicy wdarł się 13 
pułk,   którego   dowódca,   podpułkownik   Margiełow,   za   odwagę  i   umiejętność   dowodzenia   przedstawiony 
został do odznaczenia Orderem „Czerwonego Sztandaru”.

Generał   Swiridow   po   obejściu   Wasiljewki   skierował   swe  czołgi   na   lewe   skrzydło   armii  i   chwycił 

przeprawy na Aksaju w rejonie Kłykowa i Kruglakowa, a generał Rotmistrow, wykorzystując sukces 24 
dywizji, przeprawił w nocy na 26 grudnia przez Aksaj swą 7 BZmot, a w ślad za nią 62 BPanc i zaatakował 
chutor Gienierałowski. Broniące się tu oddziały rumuńskiego 6 KP generała Dragaliny w panice zaczęły się 
wycofywać. Część z nich ruszyła na południe, a pozostałe przez zamarznięty Don w kierunku zachodnim, na 
Tormosin.

Wykorzystując   sukces   czołgistów   generał   Malinowski   rozkazał,   by   dywizje   piechoty   wiązały 

nieprzyjaciela w centrum zgrupowania zaczepnego armii, a związki pancerne uderzyły na skrzydła obrony w 
Kotielnikowskim. Z 7 KPanc nacierającym z przyczółka w chutorze Gienierałowski miał współdziałać 6 
KZmech, idący z rejonu Pieriegruzny.

Już   w   godzinach   popołudniowych   czołgiści   Rotmistrowa   uderzyli   na   Wierchnie-Jabłoczny,   gdzie 

napotkali jednak silny opór. Nad szykami radzieckich czołgów pojawiły się nawet  Junkersy, które szybko 
zrejterowały   przed   radzieckimi   myśliwcami.   Natomiast   samoloty   szturmowe   z   czerwonymi   gwiazdami 
zadały znaczne straty podciąganym do Wierchnie-Jabłocznego pododdziałom 17 DPanc. Wykorzystując to 
czołgiści 62 BPanc podpułkownika Humeniuka wdarły się do chutoru. Wóz chorążego Matwiejewskiego 
rozbił gąsienicami 5 dział przeciwpancernych, a czołg porucznika Kowalewskiego  —   2. W trakcie walki 
chorąży Gubin zauważył, iż w pobliskim chutorze Niżnie-Jabłoczny pospiesznie zajmuje pozycje piechota i 
artyleria nieprzyjaciela. Nie zastanawiając się ani chwili na pełnym gazie pomknął do chutoru. Niemieccy 
żołnierze uciekli w panice.

W tym czasie gdy 62 BPanc walczyła w chutorach Wierchnie-Jabłoczny i Niżnie-Jabłoczny, 87 BPanc 

podpułkownika   Jegorowa,   zabezpieczająca   prawe   skrzydło   korpusu,   podjęła   zuchwały  rajd   w   kierunku 
Donu. W stanicy Potiemkinowska rozgromiła ona całkowicie jednostki rumuńskiej 18 DP i resztki 2 DP. W 
ten sposób rumuński 6 KA generała Dragaliny został całkowicie rozbity.

background image

Skutecznie rozwijał też natarcie 6 KZmech generała Bogdanowa. Po ciężkiej walce z kawalerzystami 

generała Popescu i oddziałami 23 DPanc zdobył on chutor Żutowo 2 i ścigając nieprzyjaciela wziął do 
niewoli 200 żołnierzy oraz zdobył wiele uzbrojenia i sprzętu.

Wycofana przez Kirchnera w nocy na 26 grudnia za rzekę Aksaj 17 DPanc została skoncentrowana w 

rejonie Czylekowo — Niebykow za utrzymującą wciąż przyczółek pod Kruglakowem 23 Dpanc. Zgodnie z 
planami generała Hotha miała ona kontratakować z rubieży Wierchnie-Kurmojarska, Wierchnie-Jabłoczny, 
Niżnie-Jabłoczny. 17 DPanc była jednak wykrwawiona w dotychczasowych walkach i nie miała siły, by 
przeciwstawić się radzieckiemu zagrożeniu na obydwu skrzydłach. W tej sytuacji generał Hoth zarządził 
ogólny odwrót całej grupy na rubież Ketczenery, Wierchnie Salsk, Gremiacze, Sarmutowski, Pimien Czerni, 
Kotielnikowski,   Wierchnie-Kurmojarska.   Rumuński   7   KA   nie   przejawiał   jednak   chęci   do   stawiania 
większego oporu i wycofał się z Ketczenerów na Kisielewkę. Tu właśnie zajęła pozycje rumuńska 4 DP, lecz 
wkrótce została rozgromiona przez związki 51 armii. 7 KA w panice wycofał się za rzekę Sal. Rumuńska 4 
armia   straciła   całkowicie   swą   zdolność   bojową.   Teraz   jedyną   siłą   stawiającą   opór   na   kierunku 
kotielnikowskim, była niemiecka 4 APanc, składająca się z dwóch wykrwawionych dywizji pancernych, 
izolowanej   w   rejonie   miejscowości  Stiepnoj   16   DZmot   i   resztek   rumuńskiej   4   DP.   Wesprzeć   ją   miała 
wybłagana   u   Hitlera   i   przydzielona   po   tygodniu   targów   i   dyskusji   dywizja   pancerna   SS  „Wiking”, 
koncentrująca się w rejonie Zimowniki, 40 km na południowy zachód od Kotielnikowskiego.

Wyniki działań w dniu 26 grudnia zdecydowanie pogorszyły nastroje panujące w sztabach Grupy Armii 

„Don” i 4 APanc. Manstein kilkakrotnie w ciągu dnia łączył się ze Sztabem Generalnym Wojsk Lądowych, 
postulując wzmocnienie 4 armii związkami wycofywanymi z Kaukazu oraz utworzenie za Grupą Armii „B” 
zgrupowania uderzeniowego, które mogłoby nacierającym wojskom Frontu Południowo-Zachodniego zadać 
cios ze skrzydła. Dla siebie i dla dowódcy Grupy Armii  „A”  żądał pełnej swobody operacyjnej. Jednak 
wielogodzinne dyskusje Zeitzlera z Hitlerem nie przynosiły pożądanych skutków: dla Hitlera Kaukaz miał 
tak   samo   prestiżowe   znaczenie   jak   Stalingrad.   Spektakularne   w   gruncie   rzeczy   hasła   propagandy,   na 
przykład: „Niemieckie konie piją wodę w Tereku” czy „Strzelcy górscy zatknęli flagę na szczycie Elbrusu”, 
stały się teraz hamulcem opóźniającym podjęcie trzeźwych, wymuszonych przez stronę radziecką decyzji.

Manstein   powiadomiony   przez   generała   Zeitzlera,   iż   Hitler   nie   wyraził   zgody   na   spełnienie   jego 

postulatów, żachnął się:  „Przecież nie można dowodzić Grupą Armii, jeżeli trzeba z dnia na dzień, ba, z 
godziny na godzinę, uzgadniać z Kwaterą Główną każdy, najmniejszy drobiazg”. Zaproponował, aby Hitler 
przyjechał do Nowoczerkaska lub on, Manstein, zamelduje się w „Wilczym Gnieździe”.

Doszło jedynie w dniu 27 grudnia do rozmowy telefonicznej, podczas której Hitler sformułował dość 

kuszące obietnice: w pierwszym etapie wzmocnienie armii związkami liczącymi łącznie 146 czołgów i dział, 
uzupełnienie parku pancernego 57 KPanc nowymi 90 czołgami, a najdalej do połowy stycznia — dalszymi 
50 wozami. Zapowiedziano też znaczne zintensyfikowanie działań lotnictwa.

Gdy jednak w godzinę po tej rozmowie nadano tekst:  „Dyrektywy do dalszego prowadzenia walki”, 

przyrzeczenia Hitlera okazały się mirażem. Zdenerwowany Manstein uzyskał rozmowę z Kwaterą Główną 
Wehrmachtu, w trakcie której powiedział Jodlowi, że odnosi wrażenie, iż istnieje między nimi zasadnicza 
różnica   w   ocenie   sytuacji,   a   Zeitzlerowi,   że  „trzeba   całkowitego   przestawienia   intelektualnego”,   by 
opanować sytuację. Na wzmiankę o bliskim nadejściu Tygrysów zareagował nerwowo:

— Miałem z nimi do czynienia pod Leningradem. To niezły czołg, ale wciąż jeszcze obarczony wielu 

chorobami wieku dziecięcego. Nie przeceniajmy nadmiernie, panie generale, ulepszonych, a nawet nowych 
konstrukcji. One nie są w stanie zaradzić dysproporcji sił lub niekorzystnej sytuacji operacyjnej.

Dwudziestego siódmego grudnia wieczorem, a zatem w czasie gdy niemieckie sztaby prowadziły spory 

i pertraktacje o wzmocnienie  i przegrupowanie wojsk, oddziały 7 KPanc generała Rotmistrowa zaczęły 
przeprawiać się przez Aksaj Kurmojarski i zdobyły Pochlebin, obchodząc Kotielnikowski od południowego 
zachodu. Nakazana przez Hitlera obrona Kotielnikowskiego stawała się więc sprawą beznadziejną.

W dniu 28 grudnia 71 pp 24 DP zbliżył się do lotniska w Kotielnikowskim, a o dwa kilometry na 

zachód znajdowały się główne siły dywizji. Generał Missan drogą radiową informował generała Koszewoja, 
że   ze   wschodu   obchodzą   Kotielnikowski   oddziały  6   KZmech,  a   zadaniem   dywizji   jest   obejście   go   od 
zachodu.

— Współdziałać ma  z tobą  — mówił  — siódmy korpus pancerny. Czy dogadałeś się z generałem 

Rotmistrowem? Ja niestety nie mogę nigdzie złapać ani dowódcy korpusu, ani jego szefa sztabu.

— Nie wiem, gdzie go szukać — odpowiedział Koszewoj.

background image

— Szukaj go koło Kotielnikowskiego. Tam nieprzyjaciel zorganizował silną obronę przeciwpancerną. 

Czołgiści sami miasta nie zaatakują, poczekają na piechotę. Uważaj też na prawe skrzydło — ostrzegał. — 
Niemcy mogą uderzyć z rejonu Tormosina.

Tymczasem w zachodniej części lotniska zaczęły się walki. Płonęły składy paliwa, co świadczyło, iż 

czołgiści musieli ruszyć do ataku. Dowódca 71 pułku, pułkownik Sawieliew, nie zwlekając uderzył na ten 
ważny dla Niemców obiekt od wschodu, od strony miasta, natomiast generał Koszewoj podążył do kolumn 
70 i 72 pułków, na zachodni skraj lotniska. W drodze napotkał Willysa z dwoma oficerami w skórzanych 
kurtkach. Obydwa samochody zatrzymały się obok siebie.

— Rotmistrow — przedstawił się jeden z czołgistów unosząc okulary; drugim był jego zastępca do 

spraw politycznych, pułkownik Szatałow. Dowódca 7 KPanc zapoznał generała Koszewoja z sytuacją. Już 
rankiem   28   grudnia   generał   Rotmistrow   zaatakował   miasto   czołowo,   licząc   na   to,   że   nieprzyjaciel  — 
związany walkami na szerokim froncie — nie wydzielił znaczniejszych sił do jego obrony. Jednakże czołgi 
dwóch atakujących brygad pancernych  — 62 BPanc i 3 BPanc gw. — natknęły się na silny ogień z dział 
przeciwpancernych i czołgów ze wzgórz 84,0 i 101,5. Kilka radzieckich czołgów zostało trafionych. Widząc 
to Rotmistrow rozkazał brygadom wyjść z pola ostrzału artylerii przeciwpancernej, choć jeden z batalionów 
3 BPanc gw. opanował wzgórze 84,0.

Niepowodzenie   czołowego   natarcia   wskazywało   na   konieczność   zastosowania   manewru   obejścia 

Kotielnikowskiego. Generał Rotmistrow wydzielił do tego zadania 87 BPanc i 7 BZmot, nakazując nacierać 
im przez miejscowości Cygan i Pochlebin. Na manewr ten uzyskał zgodę generała Biriuzowa. W rezultacie 
brygady przecięły linię kolejową i dotarły do lotniska. Ich atak był tak niespodziewany, że w trakcie walk o 
ten obiekt wylądował na nim niemiecki samolot rozpoznawczy. Zdziwiony pilot nie mógł zrozumieć, co się 
dzieje, gdyż zaledwie kilka minut temu uzyskał zgodę na lądowanie.

Obydwaj   generałowie   uzgodnili   zasady   współdziałania   w   walce   o   Kotielnikowski,   ustalając,   że 

koncentryczny atak na miasto rozpoczną w godzinach rannych 29 grudnia. Do tego czasu miały obejść 
Kotielnikowski   od   południowego   wschodu   brygady   6   KZmech.   Łączność   z   generałem   Bogdanowem 
zobowiązał się nawiązać generał Rotmistrow.

Rankiem 29 grudnia, po krótkim artyleryjskim przygotowaniu, piechurzy i czołgiści uderzyli z trzech 

stron na Kotielnikowski. Opór wroga był zacięty, lecz nie trwał długo. Nieprzyjacielskie wojska rozpoczęły 
odwrót na południe. Wzięto licznych jeńców, zdobyto 65 dział i moździerzy oraz ogromne składy amunicji i 
żywności,   przeznaczone   dla   okrążonej   w   Stalingradzie   6   armii   generała   Paulusa.   W   południe   generał 
Rotmistrow zameldował generałowi Malinowskiemu, iż Kotielnikowski został całkowicie oczyszczony z 
wojsk nieprzyjaciela.

Następnego   dnia,   30   grudnia,   w   wyzwolonym   Kotielnikowskim   odbył   się   wielki   wiec   ludności   i 

żołnierzy-wyzwolicieli. Po wiecu generał Rotmistrow wpadł na pomysł urządzenia uroczystego bankietu, na 
który chciał zaprosić dowództwo 2 Agw. i Frontu Stalingradzkiego, a także generała Wasilewskiego. Gdy 
podzielił się tym pomysłem ze swym zastępcą do spraw politycznych, pułkownikiem Szatałowem, ten się 
przeraził:

—   Co   wy,   Pawle   Aleksiejewiczu!   Trwa   wojna,   a   my  będziemy  wyprawiali   bankiety  noworoczne! 

Przełożeni zmyją nam głowę za takie pomysły.

— Nie bądźcie, Nikołaju Wasiljewiczu, tacy przewrażliwieni. Czyżbyśmy nie zasłużyli? Nawalił tylko 

Wowczenko; znów odniósł ranę.

— Skoro decyzja zapadła, towarzyszu generale, to czas wydać odpowiednie dyspozycje — włączył się 

do rozmowy szef sztabu, pułkownik Baskakow. — Kosztami obciążymy, oczywiście, nieprzyjaciela.

Rotmistrow spojrzał na Szatałowa. Ten wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „róbcie sobie, co 

chcecie”.

Przed   północą   wszystko   do   bankietu   zostało   przygotowane.   Okazało   się,   że   zarówno   generał 

Wasilewski, jak i generałowie Fiedorenko oraz Pieresypkin  — zastępcy ludowego komisarza obrony  — 
przyjęli zaproszenie i zjawili się wraz z dowództwem 2 armii gwardii — generałami Malinowskim, Łarinem 
i Biriuzowem. Przybyli też przedstawiciele miejskiego Komitetu Partyjnego i Miejskiej Rady.

Goście z podziwem patrzyli na bogato zastawiony ogromny stół. Czego tam nie było? Holenderskie 

sery, duńskie masło i bekon, norweskie konserwy rybne, francuskie wina i owoce. Stół upiększały małe 
sztuczne choinki z zapalonymi świeczkami.

— Skąd takie bogactwo, Pawle Aleksiejewiczu? — nie wytrzymał generał Biriuzow.
— Z niemieckich składów żywnościowych — odpowiedział Rotmistrow.
— Rozpieszczają was ci Niemcy — zażartował generał Fiedorenko.
—   O,   nie   —   zaoponował   Rotmistrow.  —   Oni   sami   chcieli   powitać   tu,   a   może   nawet   w   samym 

Stalingradzie, Nowy Rok. Ale im nie wyszło. Nieprzypadkowo na wszystkich skrzynkach nakleili nalepki: 

background image

„Nur für Deutsche”. Lecz nasi czołgiści nie umieją czytać po niemiecku. I stąd nieporozumienie. Teraz, 
oczywiście, Niemcom nie podziękujemy. Może tylko świeczki zwrócimy Hitlerowi. Niech je zapali w dniu 
żałoby po armii Paulusa.

Po tych żartobliwych rozmowach goście zajęli miejsca za stołem. Jako pierwszy zabrał głos generał 

Wasilewski.   Oświadczył,   że   w   rozmowie   telefonicznej   Naczelny   Dowódca,   Józef   Stalin,   polecił   mu 
przekazać   całej   2   armii   gwardii,   szczególnie   zaś   7   KPanc,   podziękowanie   Naczelnego   Dowództwa   za 
dzielność i gratulacje z okazji ważnego zwycięstwa nad wrogiem. Poinformował też, że 7 KPanc otrzymał 
miano  „gwardyjskiego”, „Kotielnikowskiego” i od tej pory jest 3 Kotielnikowskim Korpusem Pancernym 
Gwardii.

Rozległy się brawa i trzykrotny okrzyk „ura”. Bankiet trwał do późnych godzin nocnych. Po północy 

nadeszła wiadomość od generała Popowa o sukcesie grupy operacyjnej 2 Agw. działającej w składzie: 2 
KZmechgw.   generała   Swiridowa,   4   KKaw   generała   Szapkina,   330   DPgw.   generała   Utwienki,   300   DP 
generała Afonina i 387 DP pułkownika Makariewa. Grupa ta, na której czele stał zastępca dowódcy 2 Agw., 
generał   Jakow   Krejzer,   zdobyła   silnie   bronione   miasto   Tormosin,   a   to   oznaczało   likwidację   drugiego 
zgrupowania Grupy Armii „Don”, mającego — według pierwotnych założeń Mansteina — wziąć udział w 
deblokadzie Stalingradu. Tym samym rozreklamowana operacja deblokady, której nadano kryptonim „Burza 
zimowa”, zakończyła się całkowitym fiaskiem.

background image

„Burza zimowa” — sytuacja z 22-23 grudnia 1942 roku