background image

JOAN HOHL 

Świąteczne pojednania 

 

przełoŜył 

Jacek Manioki

 

 

background image

Sernik kremowy 

Przepyszny (i łatwy) świąteczny deser 

 
1/2 kg serka śmietankowego  
2/3 szklanki cukru  
3 jaja 
 
chrupki spód z krakersów  
(1 1/2 szklanki pokruszonych krakersów grahama - mogą tez być zwykłe, 

same lub z pieczywem chrupkim 

1/3 szklanki roztopionego masła lub margaryny  
3 łyŜki cukru) 
 
polewa 
(1 szklanka śmietany 
3 łyŜki cukru 
1 łyŜeczka cukru waniliowego) 

 

Składniki na spód wymieszać, wyłoŜyć nimi formę i piec w temperaturze 

175°C przez 10 minut. Zostawić do ostygnięcia. 

Wymieszać  pozostałe  składniki  i  ubić  je  tak,  by  tworzyły  jednolitą, 

puszystą,  Ŝółtą  masę.  Wylać  na  upieczony  spód,  wstawić  całość  do  piekarnika, 
piec  ok.  30  minut  w  temperaturze  175°C,  po  czym  wyjąć  i  pozostawić  na  25 
minut do ostygnięcia.  

W  tym  czasie  przygotować  polewę.  Składniki  na  polewę  dokładnie 

wymieszać  i  równo  rozprowadzić  po  wierzchu  ostygłego  ciasta.  Całość  jeszcze 
raz wstawić do piekarnika i piec przez 10 minut.  

Przed podaniem zaleca się schłodzić, nie zaleca się zaś liczyć kalorii.  

Smacznego! 

background image

Rozdział pierwszy 

 

Ś

nieg! 

Diana Blair stała oczarowana przed wąskim, czteropiętrowym budynkiem 

biurowym,  obok  tabliczki,  która  głosiła:  "Blair  i  Córka,  Architekci  – 
Konserwacja Zabytków i Projektowanie Wnętrz". 

Kiedy  zaczęło  sypać?  Patrzyła  z  zachwytem  na  wirujące,  białe  płatki, 

skrzące  się  w  miękkim  blasku  stylizowanych  na  przełom  wieków  ulicznych 
latami.  AleŜ  pięknie,  przemknęło  jej  przez  myśl,  zupełnie  jak  na  wiktoriańskiej 
bo
Ŝonarodzeniowej  pocztówce.  Zauroczona,  powiodła  wzrokiem  po  wysokich, 
okazałych  kamienicach,  ciągnących  się  szpalerem  wzdłuŜ  wąskiej  uliczki. 
Większości z nich, podobnie  jak  wielu innym  w  miasteczku  Riverview, dawną 
ś

wietność  przywrócił  jej  ojciec.  Henry,  w  którym  to  dziele  od  pewnego  czasu 

Diana z zapałem mu asystowała. Znała ten widok nie od dziś, a jednak pierwszy 
ś

nieg w roku napełniał ją zawsze tym samym wzniosłym uczuciem fascynacji. 

JuŜ kilka lat temu Di doszła do wniosku, Ŝe to przeŜywane wciąŜ na nowo 

zauroczenie zimową scenerią przypisywać naleŜy nie tyle śniegowi, co samemu 
miastu. 

Riverview,  połoŜone  nad  rzeką  Schuylkill,  niecałą  godzinę  jazdy  od 

nowoczesnej,  tętniącej  Ŝyciem  Filadelfii,  było  miejscem  historycznym. 
Miasteczko wyróŜniało się szczególną atmosferą, na kaŜdym kroku dostrzegało 
się  tutaj  i  czuło  tchnienie  minionego  czasu.  Mieszkańcy  nie  szczędzili  sił  i 
ś

rodków, by zachować niezwykły, niepowtarzalny koloryt zabytkowych uliczek 

i placyków. 

Diana  kochała  swoje  rodzinne  miasteczko  przez  cały  rok,  uczucie  to 

nasilało się w okresie świątecznym, zwłaszcza kiedy sypał śnieg. 

Kiedy  około  południa  po  raz  ostatni  spojrzała  w  okno  biura  za  szybą 

ś

wieciło  blade,  przefiltrowane  przez  chmury,  grudniowe  słońce.  Teraz 

dochodziła  dziewiętnasta  trzydzieści,  a  w  kapryśnych  podmuchach  mroźnego 
wiatru wirowały wielkie płatki śniegu. 

Idealnie,  pomyślała  Di  i  rozejrzawszy  się  szybko,  czy  nikogo  nie  ma  w 

pobliŜu,  wysunęła  język,  by  złowić  nań  jeden  z  taki  delikatnych  płatków. 
Roześmiała  się  do  siebie,  kiedy  topniał  jej  na  języku.  Idealne  zakończenie 
ekscytującego dnia. 

Ekscytującego,  ale  długiego,  dorzuciła  w  duchu,  szacując  głębokość 

ś

nieŜnej  pokrywy.  Około  trzech  centymetrów,  oceniła  i  zrobiła  niepewny  krok 

background image

na wysokich obcasach, wychodząc spod markizy osłaniającej wejście. 

Nie  przebyła  jeszcze  połowy  odległości,  jaka  dzieliła  ją  od  maleńkiego 

słuŜbowego  parkingu,  usytuowanego  obok  stuletniego  budynku,  a  stopy  juŜ 
miała  mokre.  Znalazłszy  się  w  samochodzie,  natychmiast  uruchomiła  silnik  i 
włączyła  ogrzewanie.  Gdy  wyprowadzała  wóz  z  parkingu,  by  dołączyć  do 
procesji  pełznących  ulicą  pojazdów,  kostki  nóg  zaczynało  jej  juŜ  owiewać 
rozkoszne ciepełko. 

Prowadzenie samochodu po linii prostej wymagało pełni koncentracji, ale 

kiedy naciskając ostroŜnie pedał hamulca, zatrzymała się na czerwonym świetle, 
jej myśli uleciały z powrotem do porannej rozmowy telefonicznej. Uśmiechnęła 
się  na  wspomnienie  rozlegającego  się  w  słuchawce,  świergotliwego  głosu 
macochy. 

–  Och,  Di,  jak  cudownie!  –  wykrzyknęła  Miriam  Blair  z  wylewnym 

podnieceniem. 

–  WyobraŜam  sobie  –  odparła  Di,  uśmiechając  się,  choć  nie  znała 

przyczyny, która wznieciła w kobiecie taki entuzjazm. – Ale co konkretnie jest 
takie cudowne? 

–  Och!  –  Miriam  wybuchnęła  dźwięcznym,  prawie  młodzieńczym 

ś

miechem. – AleŜ ze mnie głuptas. Dzwonił właśnie twój brat – i to jest właśnie 

takie cudowne. Terry teŜ przyjeŜdŜa na święta do domu. 

Terry. Jej przyrodni brat. Uśmieszek dziewczyny rozciągnął się w szeroki 

uśmiech.  Terry  utrzymywał  zawsze,  Ŝe  nie  cierpi,  kiedy  nazywa  go  swoim 
młodszym  braciszkiem.  Ale  nie  mówił  tego  powaŜnie;  wiedziała  to,  a  on 
wiedział, Ŝe ona wie. 

Ś

wiatło zmieniło się na zielone i Di ruszyła powoli, starając się zachować 

bezpieczną odległość od tylnego zderzaka poprzedzającego ją samochodu. 

Rewelacja  Miriam  była  rzeczywiście  cudowna  i  podniecająca  – 

przychodziła tak szybko po wiadomości, Ŝe reszta rodziny teŜ zjeŜdŜa na święta 
do domu, Ŝe śmiało moŜna ją było nazwać lukrem do ich świątecznej babki. 

Po  raz  pierwszy  od  lat  cała  gromada  –  wszyscy  członkowie  rodzin 

Blairów i Turnerów – zasiądzie wspólnie przy świątecznym stole. 

Chwileczkę,  nie  wszyscy,  uświadomiła  sobie  w  tym  momencie  i  mocniej 

zacisnęła dłonie na kierownicy. 

Teraz szczególnie zaznaczy się brak Matta. 

Dreszcz  nie  związany  wcale  ze  spadającą  na  zewnątrz  temperaturą 

przebiegł po plecach Di. 

background image

Matt. 

Wspomnienie  przybranego  brata,  najstarszego  dziecka  połączonych 

rodzin – słabostka, na którą rzadko sobie pozwalała – wywołało z pamięci jego 
obraz, nie zatarty przez dziewięć lat, jakie upłynęły od czasu, kiedy widziała go 
po raz ostatni. 

Niestety,  równie  niezatarta  pozostawała  sekretna  miłość  do  niego,  którą 

Diana przechowywała w sercu i w duszy. Wydało jej się, Ŝe go widzi, czuje, jak 
siedzi  obok  niej  w  fotelu  pasaŜera.  Jego  obraz  był  czysty  jak  słoneczny,  letni 
dzień i ostrzejszy od szalejącej na zewnątrz grudniowej zamieci. 

W  wieku  dwudziestu  pięciu  lat  Matt  Turner  mierzył  sobie  metr 

osiemdziesiąt  sześć  wzrostu  i  był  smukły  jak  trzcina.  Szopa  kruczoczarnych 
włosów – tak podobnych do włosów Di, Ŝe nieznajomi nie mieli wątpliwości, iŜ 
łączą ich więzy krwi, które w rzeczywistości nie istniały – błyszczała zdrowym 
połyskiem. 

Zdecydowane,  ostre  rysy  twarzy  stanowiły  idealną  oprawę  dla    jego 

chłodnych,  myślących,  przenikliwych  szarych  oczu.  JuŜ  w  tym  stosunkowo 
młodym  wieku  Matt  wyglądał dojrzale  i męŜnie.  No  i  te  białe  zęby  błyskające 
często  w  ujmującym  uśmiechu,  który  tak  kontrastował  z  powagą  spojrzenia  i 
sugerował demoniczne cechy charakteru. 

Tak,  Matt  miał  wdzięk,  na  który  kaŜda  kobieta  musiała  prędzej  czy 

później  zareagować.  Dianie  przyszło  się  o  tym  przekonać  juŜ  w  podatnym  na 
obce  wpływy  wieku  lat  czterech,  kiedy  to  pewnego  dnia  ojciec  przyprowadził 
Matta,  jego  matkę  i  młodsza  siostrę,  Bethany,  do  domu,  by  poznali  Di  i  jej 
młodszą siostrę, Melissę. 

Jako  przechodzący  mutację  dwunastolatek  o  załamującymi  się, 

skrzekliwym 

głosie 

Matt 

był 

pewnym 

siebie 

czarusiem. 

Mrugał 

porozumiewawczo,  uśmiechał  się  konspiracyjnie  i  nazywał  ją  zdrobniale  Di. 
Bardzo szybko popadła w stan kompletnego zauroczenia. 

Wbrew  własnej  woli  Diana  wróciła  wspomnieniami  do  tamtych 

pierwszych  lat  po  ślubie  ojca  z  Miriam.  Ich  miłość  była  oczywista,  głęboka, 
trwała  i  wystarczająco  rozległa,  by  objąć  swym  zasięgiem  przybrane  dzieci, 
spleść  osobne  części  w  całość  i  stworzyć  szczęśliwą  rodzinę.  Henry  zyskał 
ukochanego  syna,  z  którym  wiązał  wielkie  nadzieje;  Miriam  przybyły  jeszcze 
dwie córki, które rozpieszczała matczyną troskliwością. 

Dzieciństwo upływało Dianie w niezmąconym szczęściu. 

Dom  rozbrzmiewał  śmiechem,  w  który  z  rzadka  tylko  wdzierał  się 

dysonans  łez.  I  przez  cały  ten  czas  pozostawała  w  stanie  uwielbienia  dla 

background image

swojego "duŜego brata", Matta. 

Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  z  tego  stanu  juŜ  nigdy  się  nie  wyleczy; 

przeszedł  on  jedynie  pewną  metamorfozę  i  z  dziecięcego  zauroczenia 
przekształcił  się  w  bezgraniczną  miłość.  Zakazaną  miłość,  uczucie,  które 
wypędziło Matta z domu i z rodziny. 

Powściągliwej  i  opanowanej  zazwyczaj  Di  wyrwało  się  z  głębi  serca 

płynące westchnienie. Zawarta w nim tęsknota przywołała ją do rzeczywistości. 

Nie  teraz! – nakazała  swej  niesfornej  wyobraźni.  UwaŜaj  lepiej  na ruch, 

zobacz, ile samochodów, patrz, dokąd jedziesz. Wizje rozpłynęły się i Di znowu 
westchnęła,  tym  razem  z  ulgą.  Myśli  o  nim,  grzebanie  się  w  przeszłości, 
odkopywanie  wspomnień  o  czystym  szaleństwie  tamtej  nocy  sprawiały  zbyt 
wielki ból. 

Z bezwzględną determinacją zmobilizowała całą swoją uwagę i wszystkie 

umiejętności kierowcy na bezpiecznym doprowadzeniu samochodu do domu. 

 

 

 

Miriam  czekała  na  Dianę  w  świątecznie  przystrojonym  holu  duŜego, 

starego,  wiktoriańskiego  domu.  Blairowie,  podobnie  jak niemal  wszystkie  inne 
rodziny  w  Riverview,  zaczynali  dekorować  hol  i  pokoje  juŜ  w  listopadzie, 
nazajutrz po Święcie Dziękczynienia. Stało się to tradycją miasteczka po części 
dlatego,  Ŝe  wcześniejsze  przygotowania  do  świąt  BoŜego  Narodzenia  zdawały 
się  sprawiać  wszystkim  radość,  a  po  części  z  uwagi  na  wzmoŜony  napływ 
turystów, których z roku na rok przybywało. 

–  JuŜ  zaczynałam  się  niepokoić  –  zŜymała  się  macocha,  pomagając  Di 

zdjąć palto, a potem wieszając je w szafie na wierzchnie okrycia. – Ojciec jest 
juŜ od dwóch godzin w domu. Co cię tak długo zatrzymało? 

–  Miałam  pracę,  którą  musiałam  skończyć  –  wyjaśniła,  gimnastykując 

zesztywniałe  od  ściskania  kierownicy  palce  –  a  poza  tym  jeździ  się  dzisiaj  w 
ś

limaczym tempie. 

–  No,  ale  jesteś  wreszcie  w  domu,  cała  i  zdrowa  –  stwierdziła  Miriam, 

oddychając z ulgą. – Taki ładny ten śnieg. 

– Owszem, ładny – przyznała Di kpiąco – i mokry. 

–  Właśnie  widzę.  –  Macocha  patrzyła  ze  ściągniętymi  brwiami  na 

przemoczone buty Di. – Lepiej weź prysznic i przebierz się – poleciła. – Zjesz 

background image

coś? 

–  Umieram  z  głodu  –  jęknęła  dziewczyna,  ruszając  posłusznie  w  stronę 

wznoszących się łukiem schodów. – Zostało coś dla mnie? 

–  No  wiesz,  Diano!  –  obruszyła  się  Miriam.  –  Jeszcze  nie  jedliśmy. 

Czekaliśmy na ciebie. 

–  Nie  trzeba  było  –  rzuciła  Di  przez  ramię.  –  Ale  cieszę  się,  Ŝe 

zaczekaliście. Gdzie tatuś? 

–  Rozmawia  przez  telefon  z  Terrym.  –  Twarz  kobiety  złagodniała,  jak 

zawsze, kiedy wymawiała imię najmłodszego dziecka. 

– Znasz ojca – ciągnęła, uśmiechając się do Diany. – Wypytuje go, kiedy 

dokładnie przyjeŜdŜa. 

–  To  Terry  nie  powiedział  ci  tego,  kiedy  pierwszy  raz  telefonował?  – 

spytała Di, zatrzymując się u podnóŜa schodów. 

–  Nie,  on…  –  Miriam  urwała  i  zrobiła  zniecierpliwioną  minę.  –  Diano, 

jeśli  zaraz  nie  zrzucisz  tych  przemoczonych  rzeczy,  przemarzniesz  do  szpiku 
kości. No, pośpiesz się. Porozmawiamy przy kolacji. 

– Idę juŜ, idę – odparła ze śmiechem, wstępując na schody.  

Siedemnaście  minut  później,  rozgrzana  gorącym  natryskiem,  ubrana  w 

wygodne,  miękkie,  wełniane  spodnie,  obszerny  sweter  i  aksamitne  domowe 
pantofle, z włosami związanymi w koński ogon, z którym wyglądała bardziej na 
nastolatkę niŜ młodą, dwudziestosześcioletnią kobietę. Di wkroczyła do jadalni. 

–  Och,  na  moją  niezrównaną  babcię  Matyldę  –  powiedziała  z 

rozmarzeniem,  zaciągając  się  głęboko  aromatem,  który  unosił  się  z  wazy 
ustawionej na długim, misternie rzeźbionym stole. – Cokolwiek to jest, pachnie 
bosko. 

Henry  Blair  zachichotał  i  zbliŜył  się  do  Di,  by  złoŜyć  na  jej  policzku 

ojcowski pocałunek. 

– Prawda? 

–  Macie  przed  sobą  najnowsze  dzieło  sztuki  kulinarnej  naszej 

nieocenionej  kucharki,  moi  drodzy  –  oznajmiła  Miriam.  –  Janet  miała  dzisiaj 
natchnienie,  którego  wynikiem  jest  ta  zupa.  –  Pociągnęła  lekko  nosem.  – 
Pachnie smakowicie. 

–  No to spróbujmy  –  powiedziała  Di,  obchodząc  stół, by  zająć  przy  nim 

swoje stałe miejsce. – Głodna jestem jak wilk. 

background image

Zupa  spełniła  oczekiwania  rozbudzone  swymi  zapachowymi  walorami, 

równie  smaczne  okazały  się  dobrane  ze  znawstwem  przystawki.  Konwersacja 
podczas  posiłku  ograniczała  się  do  niezbędnego  minimum  i  rozwinęła  w  pełni 
dopiero po podaniu kawy i babki biszkoptowej. 

Dziękując  za  ciasto,  Di  westchnęła  i  opadła  na  wyściełane  oparcie 

szerokiego krzesła o giętych poręczach. 

– Było przepyszne. – Uśmiechnęła się do ojca. – Czy teraz, kiedy czuję, 

Ŝ

e prawdopodobnie nie umrę z głodu, powiesz mi wreszcie o Terrym? 

–  Powiem,  i  dorzucę  coś  jeszcze.  –  Kąciki  jego  ust  wygięły  się  w 

tajemniczym  uśmieszku,  w  jasnych  oczach  zabłysły  ogniki  jakiegoś 
wewnętrznego podniecenia i Henry przesunął przekornie wzrokiem po twarzach 
Ŝ

ony i córki. Na obu malował się wyraz szczerego zaintrygowania. 

–  Henry,  co  ty  tam  chowasz  w  zanadrzu?  –  spytała  Miriam  z 

błyszczącymi oczami. Zawsze uwielbiała niespodzianki. 

– No, tatusiu, jaką to bombą chcesz nas potraktować? – zapytała Di. 

– Chwileczkę – Henry celowo przedłuŜał moment napięcia. 

–  Najpierw  o  planach  Terry'ego.  Przylatuje  do  Filadelfii  dwudziestego 

trzeciego. 

–  Och,  cudownie!  –  wykrzyknęła  Miriam.  –  Jak  długo  zostanie?  Kiedy 

musi wracać do pracy?  

–  Trzeciego  stycznia  –  odparł  Henry.  –  Późnym  popołudniem  drugiego 

leci z powrotem do Taos.  

– To wspaniale wiadomości. – Di połączyła się w zachwycie z macochą. – 

Beth, Lissa, Terry. To będzie prawdziwy świąteczny zjazd rodzinny. 

–  Prawdziwszy,  niŜ  ci  się  wydaje  –  zapewnił  ją  Henry,  przybierając 

zdecydowanie enigmatyczny wyraz twarzy i uśmiechając się chytrze. 

–  Tato!  –  zaprotestowała  ze  śmiechem  Di.  –  Co  ty  knujesz  w  tej  swojej 

przewrotnej głowie? 

–  Dosyć  tego  przekomarzania.  Henry  –  powiedziała  Minami  tonem 

łagodnego upomnienia. – Mów wreszcie. 

Powstrzymywał  się  jeszcze  przez  chwilę,  przeciągając  moment 

wyczekiwania. 

– To bardzo specjalna niespodzianka dla nas wszystkich – zlitował się w 

końcu. – A zwłaszcza dla ciebie, Miriam – zwrócił się z uśmiechem do Ŝony. – 

background image

Tego roku zanosi się na prawdziwy, kompletny zjazd rodzinny. 

Miriam  i  Diana  pochyliły  się  ku  niemu,  czekając  z  napięciem,  co  teraz 

powie. Henry wziął głęboki wdech, uśmiechnął się i oznajmił uroczyście: 

– Matt przyjeŜdŜa do domu na BoŜe Narodzenie. 

 

 

 

Bomba, którą potraktował je ojciec, miała silę czterdziestomegatonowego 

ładunku  wybuchowego.  Od  eksplozji  upłynęło  juŜ  kilka  godzin,  a  Dianą  nadal 
wstrząsały dreszcze wywołane falą uderzeniową detonacji. 

Dom pogrąŜony był w ciszy. Stuletni, zabytkowy zegar w holu obwieścił 

trzecią nad ranem. Dziewczyna leŜała nieruchomo na łóŜku. Oczy miała szeroko 
otwarte  i  wsłuchiwała  się  w  głęboki  ton  kurantów.  Pobudzone  szokiem 
wspomnienia, te dobre i te złe, całkiem przepłoszyły sen. 

Matt przyjeŜdŜa do domu na BoŜe Narodzenie.  

Di  ujrzała  znowu  oczyma  duszy  scenę,  która  rozegrała  się  po 

oświadczeniu ojca. 

Na  chwilę  zapadła  pełna  niedowierzania  cisza.  Potem  macocha  zerwała 

się z krzesła. Śmiejąc się i szlochając, podbiegła do siedzącego u szczytu stołu 
męŜa. Henry, z twarzą wyraŜającą miłość i zrozumienie, wstał i otoczył ją czule 
ramionami. 

–  Henry,  czy  to  prawda?  –  wyjąkała  Miriam  załamującym  się  głosem.  – 

Matt naprawdę przyjeŜdŜa? 

Di  ogłuszona,  sparaliŜowana  odłamkami  emocjonalnego  szrapnela, 

pozostała na miejscu i zaciskając ręce na twardych poręczach krzesła, Ŝeby nie 
stracić równowagi, patrzyła półprzytomnie na Ŝywy obraz szczęścia odgrywany 
przez ojca i macochę. 

–  Tak,  kochanie,  przysięgam,  Ŝe  to  prawda  –  zapewniał  Henry  Ŝonę,  z 

którą przeŜył juŜ dwadzieścia dwa lata. – Matt przyjeŜdŜa do domu. 

–  Ale…  jak?  –  wyrzuciła  z  siebie  Miriam,  niepomna  łez  radości,  które 

płynęły jej po policzkach. 

I  dlaczego  teraz?  Po  tylu  latach  spędzonych  poza  granicami  kraju,  jak 

najdalej od domu. Di nie wypowiedziała głośno tego pytania. Siedziała dalej w 
milczeniu, pewna, Ŝe w końcu i tak usłyszy na nie odpowiedź. 

background image

– Jak? – powtórzył z chichotem ojciec. – Naturalnie, Ŝe samolotem. 

–  Henry,  naprawdę  nie  o  to  mi  chodziło,  i  ty  dobrze  o  tym  wiesz.  – 

Miriam, odzyskując panowanie nad sobą, wyzwoliła się z jego objęć i cofnęła o 
krok.  Wzięła  starannie  złoŜoną  chusteczkę,  którą  jej  podał,  osuszyła  sobie  nią 
oczy i dopiero wtedy podjęła: – Rozmawiałam z Mattem przed dwoma dniami i 
nic  mi  nie  powiedział,  nie  wspomniał  nawet  słowem,  Ŝe  wybiera  się  na  święta 
do domu. – Zmarszczyła czoło. – Kiedy się na to zdecydował? 

–  Dzisiaj  rano,  kiedy  zadzwoniłem  do  niego,  Ŝeby  podać  mu  gałązkę 

oliwną – odparł z uśmiechem Henry. Miriam wpatrywała się w niego zdumiona. 

– Zadzwoniłeś do Matta? 

Diana była równie zdumiona jak macocha; ojciec nie rozmawiał ze swoim 

pasierbem od dnia, kiedy Matt wypadł jak burza z domu. Nie odrywała od ojca 
oczu, czekając z zapartym tchem na jego odpowiedź. 

–  Tak  –  odparł.  –  Zadzwoniłem  do  niego  zaraz  po  tym,  jak 

zatelefonowałaś  do  mnie,  Ŝe  przyjeŜdŜa  Terry.  –  Uśmiechał  się  ze  smutkiem, 
patrząc  czule  na  rozpromienioną  twarzy  Ŝony.  –  Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe 
skoro ty, moja droga, cierpiałaś najbardziej z powodu naszej męskiej nieugiętej 
dumy, to nadeszła wreszcie – dawno juŜ nadeszła – pora, by zakończyć tę waśń. 
Na szczęście Matt się zgodził. – Wzruszył ramionami. – To proste. 

Teraz,  kilka  godzin  później,  wciąŜ  nie  mogąc  zasnąć,  Diana  coraz 

bardziej  była  przekonana,  Ŝe  to  wcale  nie  było  takie  proste.  Obawiała  się,  Ŝe 
powrót  Matta  okaŜe  się  bardzo  trudny  –  jeśli  juŜ  nie  dla  innych  członków 
rodziny, to z pewnością dla niej. 

MoŜe   zaaranŜować  to  w  ten  sposób,  by  nie  zasiąść  przy  świątecznym 

stole,  przemknęło  jej  przez  myśl  i  zacisnęła  pięści,  rozdzierana  walką 
przeciwstawnych  uczuć  podniecenia  i  niepokoju.  Była  jedynym  członkiem 
rodziny,  który  dotychczas  uczestniczył  we  wszystkich  świętach,  i  miała 
wszelkie prawo opuścić tegoroczne – prawda? 

PoboŜne  Ŝyczenia.  Diana  przekręciła  się  na  bok  i  skuliła  w  ochronny 

kłębek.  Zdawała  sobie  doskonale  sprawę,  Ŝe  z  jej  poboŜnych  Ŝyczeń  nic  nie 
będzie. Nie znajdzie, ani nawet nie będzie szukała, miejsca, w którym mogłaby 
spędzić ten czas. Nie potrafiłaby sprawić takiego zawodu ojcu i Miriam. Tak się 
cieszyli, Ŝe w tym roku będą mieli przy sobie wszystkie swoje dzieci. 

Zegar  trwający  na  straŜy  w  holu  wybił  pół  godziny,  oznajmiając 

pogrąŜonemu  w  ciszy  domowi,  Ŝe  jest  3.30  nad  ranem.  Szesnastego  grudnia. 
Henry powiedział, Ŝe Matt postara się zdąŜyć do domu na Wigilię. 

Tydzień i dwa dni, pomyślała Diana ze ściskającą Ŝołądek paniką. 

background image

Jakoś  przez  to  przebrniesz,  pocieszyła  się  w  duchu,  z  wdzięcznością 

witając nagłą ocięŜałość powiek. Nie jesteś juŜ przecieŜ podlotkiem, lecz dorosłą 
kobiet
ą. Wydorośleli wszyscy – ona i Lissa, i Beth, i Terry, i… 

W lecie tego roku skończył trzydzieści cztery lata. 

Ciekawe, czy się zmienił? 

TeŜ coś, oczywiście, Ŝe się zmienił. 

Ona równieŜ się zmieniła. 

Jest teraz dojrzałą, pewną siebie kobietą. 

Rwący  potok  myśli  urwał  się  w  chwili,  kiedy  jej  wyobraźnię  i  zmysły 

poraziła  wizja  wysokiego,  smukłego,  cudownego  młodego  męŜczyzny  o 
przekornym uśmiechu. 

Och, Matt… 

 

 

 

– Trochę to zaskakujące, nie uwaŜasz? 

–  Owszem.  –  Matt  uśmiechnął  się  do  kobiety  siedzącej  naprzeciw  niego 

przy stoliku w eleganckiej restauracji. – Zdecydowałem, Ŝe polecę na święta do 
Stanów wczoraj po południu, po rozmowie z ojczymem. 

Kobieta  rozciągnęła  usta  w  wymuszonym  uśmiechu.  Była  prawdziwie 

piękna. 

–  A  ja  myślałam…  miałam  nadzieję,  Ŝe  przyjmiesz  moje  zaproszenie  i 

spędzisz święta BoŜego Narodzenia w Londynie ze mną i z moją rodziną. 

– Przykro mi – mruknął i mówił to szczerze, pomimo Ŝe nadal rozpierała 

go  euforia,  wywołana  nieoczekiwanym  telefonem.  –  Ale  nie  mogę  odrzucić 
zaproszenia  ojczyma.  Mija  juŜ  dziewięć  lat  od  czasu,  kiedy  po  raz  ostatni 
spędzałem święta z rodziną. 

Poza tym, dodał w duchu. Henry mówił, Ŝe w Riverview sypie śnieg. 

Dom.  Matt  stłumił  westchnienie.  Gdzie  jest  jego  dom?  Podczas  swego 

dobrowolnego  wygnania  podróŜował  po  Europie  jako  konsultant  do  spraw 
zarządzania, zatrzymując się to tu, to tam, ale nigdy nie nazywał Ŝadnego z tych 
miejsc domem. 

background image

Allyson westchnęła z leciutkim, ale wyraźnym odcieniem smutku. 

– Kiedy wrócisz? – Jej łagodny glos, jej intonacja wskazywały, Ŝe godzi 

się z tym, co nieuchronne. 

Matt zdusił w sobie rozpalające się poczucie skruchy; starał się nigdy nie 

sprawiać przykrości ani jej, ani Ŝadnej innej kobiecie, z jaką wiązał się przez te 
lata.  Wszystkie  jego intymne  związki,  włącznie  z  tym  z  Allyson,  były  otwarte. 
Na  samym  początku  kaŜdego  romansu  ustalano  za  obopólnym  porozumieniem 
zasady  gry  –  a  najwaŜniejsza  z  nich  wykluczała  wszelkie  wzajemne 
zobowiązania. 

Matt  naprawdę  lubił  Allyson.  Pochodziła  z  zamoŜnego  domu,  była 

nietuzinkowa,  inteligentna  i  miała  poczucie  humoru;  była  równieŜ  dobra  w 
łóŜku.  Ale  przecieŜ,  jeśli  dawać  wiarę  zapewnieniom  innych  partnerek,  on  teŜ 
był w nim dobry. 

Jeśli juŜ o to chodzi, Matt, gdyby się uparł, mógłby dopatrzeć się u siebie 

wszystkich  innych  zalet  Allyson,  z  wyjątkiem  jednej  –  nie  był  nawet  w 
przybliŜeniu  tak bogaty  jak  ona, przynajmniej  na  razie.  Ale pracował  nad tym, 
imając się nie tylko doradztwa i wielu innych dochodowych zajęć, ale równieŜ 
wykorzystując odkrytą w sobie Ŝyłkę do gry na giełdzie. No i doganiał Allyson 
–  z  kaŜdym  nowym  klientem,  kaŜdą  pomyślną  akwizycją,  kaŜdą  udaną 
transakcją giełdową. 

Nie  znaczyło  to  wcale,  Ŝe  bardzo  mu  na  tym  wszystkim  zaleŜy. 

Finansowo stał nieźle. Ale emocjonalnie? No, cóŜ… 

– Matt? – Łagodne upomnienie w głosie Allyson wyrwało go z zadumy. – 

Pytałam, kiedy wracasz. 

–  Przepraszam.  Zamyśliłem  się.  –  MęŜczyzna  uśmiechnął  się  z 

zaŜenowaniem. – Nie jestem pewien, poprosiłem więc o otwarty bilet powrotny. 

–  Rozumiem.  –  Z  jej  tonu  przebijała  teraz  rezygnacja.  –  A  więc  z  nami 

koniec, prawda? 

Matt  nie  widział  innego  wyjścia,  jak  tylko  dostosować  się  do  jej 

bezpośredniości. 

– Tak, Allyson, to koniec. Bardzo mi… 

–  Proszę  cię,  nie  kończ  –  przerwała  mu.  –  Nie  powtarzaj  znowu,  Ŝe  ci 

przykro. 

–  Ale  mnie  jest  naprawdę  przykro  –  zapewnił  ją,  czując  się  podle  i 

nienawidząc tego uczucia. – Nie chciałem sprawić ci przykrości. 

background image

– Wiem. – Wzruszyła ramionami; nie wyszło to tak obojętnie, jak  miało 

wyjść.  –  Jeśli  jest  mi  przykro,  to  tylko  do  siebie  mogę  mieć  o  to  pretensję. 
Wiedziałam,  Ŝe  nie  angaŜujesz  się  do  końca.  –  Rozjaśniła  posmutniałą  twarz 
uśmiechem. – Ale przyznasz chyba, Ŝe dobrze nam było ze sobą? 

– Nie. – Matt pokręcił głową. – Było nam cudownie. 

–  Dziękuję  za  dobre  słowo.  –  Glos  Allyson  zdradzał  rosnące  napięcie.  – 

Zawsze  byłeś…  jesteś  dŜentelmenem.  –  Znowu  się  uśmiechnęła.  – 
DŜentelmenem i, jak to mówią w twoim kraju, równym gościem. 

Matt  roześmiał  się,  usiłując  nie  dopuścić  do  głosu  wyrzutów  sumienia, 

których  przypływu  nagle  doświadczył.  Wcale  nie  czuł  się  równym  gościem; 
czuł się draniem. Cholera, pomyślał, ta dziewczyna zasługiwała na coś lepszego. 
Dlaczego  nie  potrafił  się  w  niej  zakochać?  Ani,  na  dobrą  sprawę,  w  Ŝadnej 
innej? 

Znal  odpowiedź,  znał  ją  od  dawna.  Tylko  nie  przyznawał  się  do  tego 

przed samym sobą. Teraz teŜ nie zamierzał przyznać. 

Unikając instynktownie zajmowania się swym wewnętrznym konfliktem, 

uniósł kieliszek i spojrzał na Allyson. 

–  Wesołych  świąt  BoŜego  Narodzenia,  zdrowia,  szczęścia  i  miłości  w 

Nowym Roku! 

–  Nawzajem  –  mruknęła,  podnosząc  do  ust  swój  kieliszek  i  upijając  z 

niego  łyczek  wina.  –  Mogę  cię  o  coś  spytać,  Matt?  –  Spojrzała  na  niego  z 
wahaniem. 

– Naturalnie. 

Allyson zwilŜyła językiem wargi, a potem wyrzuciła z siebie: 

– Czy jest jakaś inna kobieta? Ktoś, kogo moŜe znam?  

Pokręcił głową. 

– Nie. 

 

 

 

Dopiero  po  kilku  godzinach,  juŜ  w  samotności,  Matt  przeanalizował 

pytanie  Allyson.  Właściwie  odpowiedział  jej  zgodnie  z  prawdą.  Ale  w 
rzeczywistości inna kobieta istniała, istniała od samego początku. Kobieta, która 

background image

nawiedzała go w snach, Ŝyła w jego wspomnieniach, gdziekolwiek rzucił go los. 
Kobieta,  której  nie  widział  od  dziewięciu  długich  lat.  Kobieta,  która  była 
właściwie dzieckiem. Dzieckiem, które uwielbiał. Dzieckiem, które wyrosło na 
pięknego podlotka o dojrzałym kobiecym ciele i długich, kuszących nogach. 

Na nastolatkę, której Matt nie był w stanie się oprzeć. Na nastolatkę, którą 

przez swą słabość okrutnie zdradził. 

Roztrzęsiony, przemierzał tam i z powrotem klatkę swoje sypialni, której 

spartańskie umeblowanie odzwierciedlało jałowość jego egzystencji. 

Ale nie udawało mu się uciec przed uczuciami, które wyzwolił w nim ten 

niespodziewany  telefon  od  ojczyma.  Człowieka,  którego  kochał  jak  własnego 
ojca. Człowieka, którego równieŜ zdradził. 

Przeklinając  siebie  pod  nosem,  Matt  podszedł  do  okna  i  spojrzał 

niewidzącym wzrokiem w usiane diamentami, aksamitno-czarne, nocne niebo. 

Łącząc  się  z  nim  za  pośrednictwem  transatlantyckiej  linii  telefonicznej, 

Henry  składał  propozycję  zawarcia  pokoju  i  puszczenia  w  niepamięć  dawnych 
win,  zapraszał go taktownie nie tylko na święta do  domu,  ale  i  z  powrotem  na 
łono rodziny. 

Gwiazdy, na które patrzył Matt, rozmywały się coraz bardziej. Zamrugał 

powiekami, Ŝeby usunąć warstewkę wilgoci, pogarszającej ostrość widzenia. 

Wracał do domu. 

Rozsadzały  go  podniecenie  i  niecierpliwość.  Tym  razem,  w  te  święta, 

musi to wszystko naprawić, bo jeśli nie, to lepiej nie myśleć o przyszłości. 

Wspomnienia  czaiły  się,  gotowe  dopaść  Malta,  gdyby  choć  na  moment 

opuścił gardę. Bolesne wspomnienia z innych świąt i gorzkiego sylwestra. 

Zaklął  głośno  i  odpędził  je  od  siebie,  zajmując  myśli  spekulacjami  na 

temat czasu, jaki od tamtej chwili upłynął. 

Na jaką osobę wyrosło to dziecko-kobieta? Odwrócił się od okna i podjął 

nerwowy spacer. Ze strzępków informacji, jakie zdołał wyciągnąć przez te lata 
od matki i siostry w trakcie rozmów telefonicznych i spotkań w Nowym Jorku i 
Waszyngtonie,  kiedy  zdarzało  mu  się  wpadać  z  krótkimi  wizytami  do  Stanów, 
wynikało, Ŝe jest teraz dojrzałą, uroczą i inteligentną młodą kobietą. 

Dotarło  doń  naraz,  Ŝe  za  tydzień  i  parę  dni  sam  to  zobaczy  i  oceni,  i  po 

plecach  przeszedł  mu  dreszczyk  emocji,  wywołany  nasilającym  się 
podnieceniem i niecierpliwością. 

Zmęczenie narastającym napięciem sprawiło, Ŝe opuścił troszeczkę swoją 

background image

gardę. Przez tę lukę przecisnęło się natychmiast jej imię, wypełniając mu myśli, 
zmysły i skruszoną duszę. 

Diana. 

background image

Rozdział drugi 

 

Sześć dni i odliczanie. 

Ta  powracająca  myśl  znowu  przemknęła  przez  głowę  Diany, 

przesuwającej  wzrokiem  po  twarzach  pasaŜerów,  którzy  opuścili  przed  chwilą 
samolot i wylewali się teraz strumieniem na halę przylotów. Samolot z Chicago 
wylądował  zgodnie  z  rozkładem,  a  wśród  sunącej  w  jej  stronę  ludzkiej  rzeki 
powinna się znajdować Melissa. 

Od dnia, w którym Diana dowiedziała się, Ŝe Matt zamierza przyjechać na 

ś

więta do domu, upłynęło z rozdzierającą powolnością sześć dni. Sześć długich 

dni,  podczas  których  doświadczała  huśtawki  nastrojów,  od  radosnego 
podniecenia,  Ŝe  przyjeŜdŜa,  do  mdlącego  strachu,  Ŝe  znowu  będzie  musiała 
stanąć  z  nim  oko  w  oko.  Teraz,  kiedy  do  Wigilii  pozostało  zaledwie  parę  dni, 
była  nie  na  Ŝarty  rozstrojona.  Nerwy  wibrowały  jej  niczym  struny  gitary,  w 
które uderza pogrąŜony w transie muzyk. Zachowanie maski pozornego spokoju 
wymagało mobilizacji wszystkich rezerw siły woli. Mimo to, jak dotąd, jakoś jej 
się to udawało. 

Dwójka na miejscu, pomyślała Di, uśmiechając się i machając do siostry, 

której  roześmianą  twarz  wyłowiła  wzrokiem  z  tłumu,  jeszcze  dwójka  i  będzie 
komplet. Wczoraj późnym popołudniem, przedzierając się przez gęstą śnieŜycę, 
z  Nowego  Jorku  przyjechała  samochodem  Bethany.  Terry  miał  przylecieć  z 
Nowego  Meksyku  skoro  świt  dwudziestego  czwartego.  Pozostawał  tylko  Matt, 
który obiecał, Ŝe postara się zdąŜyć na Wigilię – a to juŜ za trzy dni. 

– No dobrze. Di, w czym rzecz? – spytała Melissa, kiedy wymieniły juŜ 

powitalne uściski. 

–  W  czym  rzecz?  –  powtórzyła  Diana,  uśmiechając  się  pomimo 

nerwowego  skurczu  brzucha,  jaki  w  tym  momencie  poczuła.  Wzięła  Lissę  (tej 
wersji  jej  imienia  uŜywała  równie  często)  pod  ramię  i  siostry,  zrównując krok, 
wmieszały  się  w  tłum,  zmierzający  ku  strefie  odbioru  bagaŜu.  –  Co  masz  na 
myśli? 

– Tę niespodziankę, o której mówiła Miriam. – Melissa uniosła pytająco 

cieniutkie ciemne brwi. – Czym chce nas zaskoczyć? 

–  Gdybym  nawet  wiedziała,  to  mówiąc,  zepsułabym  ci  niespodziankę  – 

odparła Diana. – Chyba się ze mną zgodzisz? 

Melissa  ściągnęła  z  transportera  wielką  walizę,  stęknęła  i  rzuciła  Dianie 

skwaszone spojrzenie. 

background image

–  Podejrzewam,  Ŝe  wiesz,  co  to  takiego,  a  w  odróŜnieniu  od  ciebie  i 

Miriam,  ja  potrafię  Ŝyć  bez  niespodzianek,  dziękuję.  –  Uginając  się  pod 
cięŜarem walizy, przeszła za siostrą przez otwierające się automatycznie drzwi. 
–  Zwłaszcza  jeśli  ta  niespodzianka  dotyczy  ogłoszenia  twoich  zaręczyn  – 
podjęła, posapując z wysiłku. 

– Moich zaręczyn?! – Diana zatrzymała się jak wryta; Lissa wpadła na nią 

i obie omal się nie przewróciły. – Jakich zaręczyn? Niby z kim? 

–  Z  tym  fajtłapowatym  księgowym,  z  którym  się  spotykasz.  –  Lissa 

postawiła walizę na ziemi i odetchnęła głęboko. – A z kim by innym? 

–  Melisso,  Mike  Styer  nie  jest  fajtłapą  –  Ŝachnęła  się  Diana,  chociaŜ  w 

głębi  duszy  podzielała  opinię  siostry.  –  Poza tym,  jesteśmy  tylko przyjaciółmi. 
Nasza znajomość nie ma i nigdy nie miała Ŝadnych romantycznych podtekstów. 

– Mam taką nadzieję. – Lissa skrzywiła się. – Mam równieŜ nadzieję, Ŝe 

do  samochodu  nie  jest  daleko.  –  Dźwignęła  z  ziemi  walizkę  i  postękując  z 
wysiłku, ruszyła za oddalającą się Di. – To monstrum waŜy z tonę. 

– Pewnie wyładowałaś ją gwiazdkowymi prezentami, zgadłam? – Diana z 

rozmysłem zmieniła temat. 

– Tak – przyznała Melissa. – Całym mnóstwem. 

–  Hm…  –  mruknęła  siostra,  zerkając  na nią  spod oka  –  A  wydawało  mi 

się, Ŝe nie lubisz niespodzianek. 

– Odczep się – odparowała z uśmiechem Lissa. 

– No, no. Widzę, Ŝe zdemoralizowało cię to Chicago. – Diana chwyciła za 

rączkę  walizki,  Ŝeby  ulŜyć  trochę  siostrze.  –  Uuuu!  –  jęknęła  pod  cięŜarem, 
który omal nie wyrwał jej ręki ze stawu. – Nakupowałaś prezentów z Ŝelaza? 

Lissa uśmiechnęła się lekcewaŜąco, gimnastykując zesztywniałe palce. 

 Mam tam trochę rzeczy osobistych. 

–  Na  przykład  co?  –  wysapała  Di,  kiedy  dotarły  do  samochodu.  – 

Kuchenny zlew? 

Mellissa  roześmiała  się  i  wrzuciwszy  na  tylne  siedzenie  torebkę,  jeszcze 

raz objęła Dianę. 

– Zabrałam suszarkę do włosów, elektryczną lokówkę, Ŝelazko… 

–  Lisso!  –  wybuchnęła  dziewczyna.  –  Po  co  taszczysz  cały  ten  majdan? 

PoŜyczyłabym ci wszystko, czego byś potrzebowała. 

background image

Siostra  wzruszyła  ramionami  i  pomogła  Di  załadować  cięŜką  walizę  do 

bagaŜnika. 

–  Widzisz,  pamiętam  do  dziś,  jak  wrzeszczałaś  na  mnie,  Ŝebym  nie 

dotykała twoich rzeczy, kiedy byłyśmy małe i… 

– Nie wierzę ci – przerwała Diana. – PrzecieŜ byłyśmy wtedy dziećmi. A 

jak  sobie  przypominam,  miałaś  nadzwyczajny  talent  do  demolowania 
wszystkiego, co ci wpadło w te niezgrabne, małe łapki. 

–  Tak.  –  Wyraz  oczu  i  uśmiech  Lissy  zmiękły  na  to  wspomnienie.  – 

Trochę wydoroślałyśmy od tamtego czasu. 

– Owszem. – Ze zwilgotniałymi nagle oczami Diana otworzyła drzwiczki 

i wsunęła się za kierownicę. Kiedy Lissa zajęła miejsce obok, przyjrzała się jej 
uwaŜniej. – Wspaniale wyglądasz. Do twarzy ci w tej nowej fryzurze. 

Lissa obcięła kasztanowe warkocze i strzygła się teraz na gładkiego pazia. 

– Dzięki. – Potrząsnęła głową. Połyskliwe pukle wzburzyły się, by zaraz 

karnie  powrócić  na  miejsce.  –  Sama  teŜ  wyglądasz  niczego  sobie.  Dobrze  ci  z 
długimi włosami. 

–  Dziękuję.  –  Diana  z  uśmiechem  przesunęła  dłonią  po  burzy  lśniących 

czarnych  loków.  –  Nie  uwaŜasz,  Ŝe  powinnyśmy  odłoŜyć  na  później  to 
spotkanie towarzystwa wzajemnej adoracji i ruszyć wreszcie do domu? 

– Do domu – powtórzyła za nią Lissa i oczy jej zabłysły. – BoŜe, byłam w 

domu  zeszłego  lata,  a  wydaje  mi  się,  Ŝe  od  tamtego  czasu  upłynęła  juŜ  cała 
wieczność.  –  Westchnęła  z  zadowoleniem,  kiedy  Diana  uruchomiła  silnik.  – 
Jestem podniecona jak dziecko. Nie mogę się doczekać. Z Terrym i Beth będzie 
jak za starych, dobrych czasów. 

– Beth przyjechała wczoraj. 

–  Wspaniale.  –  Lissa  roześmiała  się.  –  Fajnie  będzie…  A  więc  w  tym 

roku święta w pełnym składzie. – Zamilkła i znowu westchnęła. – No, prawie w 
pełnym – mruknęła. 

Czy  ci  się  to  podoba,  czy  nie,  siostrzyczko,  spotka  cię  wielka 

niespodzianka, pomyślała Diana, zerkając na Mellissę, która równieŜ uwielbiała 
duŜego, wiecznie się z nią przekomarzającego, przybranego starszego brata. 

–  O,  śnieg  pada!  –  krzyknęła  nagle  Lissa,  kiedy  Di  wyprowadziła 

samochód z zadaszonego parkingu. 

– Znowu – mruknęła siostra, sztywniejąc za kierownicą. – Przez ostatnie 

dwa lata śniegu prawie nie było, a w tym roku sypie juŜ trzeci raz, chociaŜ zima 

background image

ledwie zdąŜyła się zacząć. – Westchnęła. – śeby tak być juŜ w domu. 

–  Och,  jak  tu  ładnie!  –  wykrzyknęła  znowu  Lissa,  kiedy  jechali  ulicami 

Riverview. – Nie mogę się juŜ doczekać, kiedy zobaczę nasz dom. 

 

 

 

Dom, ich dom, jarzył się od wewnątrz światłem, a migotliwy blask świec 

padał  na  śnieg,  przykrywający  frontowy  trawnik  i  tworzył  aureole  wokół 
ciemnozielonych  gałązek  ostrokrzewów,  którymi  udrapowano  okna  i  drzwi 
wejściowe. 

Ledwie zdąŜyły zatrzymać się na podjeździe, Lissa otworzyła drzwiczki i 

wyskoczyła  z  samochodu.  Diana  z  wyrozumiałym  uśmiechem  na  ustach 
pokonała za siostrą niewielką odległość do drzwi. 

Miriam, tak jak przed tygodniem, czekała w holu. Ale tym razem nie była 

sama.  Diana  uśmiechnęła  się  jeszcze  szerzej,  słysząc  radosny  pisk  Lissy.  Ale 
uśmiech  spełzł  z  jej  twarzy,  kiedy  ujrzała  przyczynę,  dla  której  siostra  wydała 
ten okrzyk zachwytu. Ojciec, Miriam i Bethany stali i patrzyli z nie skrywanym 
zadowoleniem,  jak  Lissa  unosi  się  nad  podłogę,  tonąc  w  objęciach  swego 
uśmiechniętego przybranego brata. 

Matt. 

–  Och,  Matt!  Och, Matt! – powtarzała  raz  po raz  Lissa,  jakby  nie  mogła 

uwierzyć, Ŝe to nie przywidzenie i Ŝe on naprawdę tu jest. 

–  Och,  Lissa,  och,  Lissa  –  przedrzeźniał  ją  Matt.  –  Wspaniała  i 

spontaniczna, jak zawsze. 

Diana,  sparaliŜowana  szokiem,  stała  ze  ściśniętą  krtanią  w  progu  i 

oddychając  z  trudnością,  poŜerała  wzrokiem  tego  wysokiego,  przystojnego 
męŜczyznę,  którego  nie  widziała  od  dziewięciu  lat  –  jedynego  męŜczyznę, 
którego kiedykolwiek pokochała. 

Matt  wyglądał  niby  tak  samo,  a  jednak  jakoś  inaczej.  Był  jeszcze 

przystojniejszy  niŜ  kiedyś,  bardziej  wyniosły  i  nieprzystępny,  chociaŜ  twarz 
rozjaśniały  mu  w  tej  chwili  śmiech  i  miłość  do  Lissy.  Dojrzałość  odcisnęła 
piętno  na  jego  ostrych  rysach;  siateczka  drobniutkich  zmarszczek  odbiegała 
promieniście od kącików głęboko osadzonych, szarych oczu i okalała zmysłowe 
usta.  Srebrne  pasemka  przetykały  czarne  włosy,  krótko  przystrzyŜone  na 
skroniach i opadające niesforną grzywą na czoło. 

background image

Wzrok  Diany  zsunął  się  niŜej.  Dreszcz  podniecenia  przebiegł  jej  po 

plecach. Wąskie biodra, płaski brzuch i długie, proste nogi miał opięte czarnymi 
dŜinsami.  Biały  sweter  uwydatniał  szerokie  bary  i  pięknie  sklepioną  klatkę 
piersiową. Po chudości wieku młodzieńczego nie zostało śladu. W trzydziestym 
czwartym roku Ŝycia Matt miał szczupłą sylwetkę wysportowanego męŜczyzny 
w kwiecie fizycznego rozwoju. 

Diana  zareagowała  natychmiast  na  magnetyczny  powab  jego  ciała. 

Zawirowało  jej  w  głowie,  na  policzki  wystąpił  gorący  rumieniec,  wszystko 
przewróciło  jej  się  w  środku.  Wstrząśnięta  swoją  fizyczną  i  emocjonalną 
reakcją, siłą woli podniosła oczy na jego uśmiechniętą twarz. 

–  To  ty  jesteś  tą  niespodzianką,  którą  zapowiadała  Miriam?  –  spytała 

Lissa, kiedy Matt postawił ją z powrotem na podłodze. 

– Ja – przytaknął i z rozbrajającym uśmiechem uniósł rękę, by otrzeć z jej 

policzka  łzę.  –  Wyznaczono  mi  rolę  gwiazdkowej  niespodzianki  dla  ciebie, 
Terry'ego  i  Beth.  –  Spojrzał  na  swoją  uśmiechniętą  siostrę  i  znieruchomiał, 
dopiero teraz zauwaŜając Dianę. 

Na chwilę zrobiło się bardzo cicho. A moŜe ta cisza zaległa tylko we mnie

przemknęło  przez  myśl  Dianie,  która  nie  mogła  oddychać  ani  się  poruszyć, 
zahipnotyzowana  intensywnością  spojrzenia  tych  szarych  oczu.  Reszta 
obecnych nie wyczuła chyba tej ciszy, bo roześmiana Lissa wyswobodziła się z 
objęć Matta i jakby nigdy nic podbiegła do Henry'ego, Miriam i Beth, Ŝeby i ich 
wyściskać. 

–  Cześć.  –  Wypowiedziane  cichym  głosem  pozdrowienie  zburzyło  tę 

ciszę i wstrząsnęło kaŜdym, nawet najmniejszym nerwem Diany. 

–  Cześć,  Matt.  –  Nienawidziła  tego  drŜenia  w  swym  głosie,  ale  nie 

potrafiła nad nim zapanować. Nie mogła teŜ oderwać wzroku od tej ukochanej 
twarzy.  Oczy  Matta  zabłysły  i  Diana  juŜ  wiedziała,  Ŝe  zalewa  go  powódź 
wspomnień,  tych  samych  wspomnień,  które  wartkim  nurtem  wypełniły  i  ją, 
wypierając  wszelkie  inne  myśli,  zatapiając  teraźniejszość,  świadomość 
obecności gwarzących radośnie członków rodziny, przenosząc ją z powrotem w 
czasie do tamtego sylwestra sprzed dziewięciu lat. 

 

 

 

Dom  tonął  w  powodzi  światła  rozsiewanego  przez  Ŝyrandole,  lampy, 

ś

wiece i roziskrzoną, sięgającą sufitu choinkę, która wznosiła się majestatycznie 

na tle jednego z okien. Salon, hol i jadalnia rozbrzmiewały śmiechem i gwarem 

background image

oŜywionych  rozmów  dobrej  trzydziestki  gości,  którzy  zebrali  się  na  przyjęciu, 
wydawanym  tradycyjnie  przez  rodzinę  Blairów  z  okazji  nadejścia  Nowego 
Roku. 

Diana,  ubrana  w  długą,  czarną,  aksamitną  spódnicę  i  elegancką,  obcisłą 

bluzkę ze złotego jedwabiu, czuła się jak Kopciuszek na swoim pierwszym balu. 
Krótkie pukle lśniących czarnych włosów falowały przy kaŜdym kroku, czarne 
oczy  błyszczały  ze  szczęścia  wewnętrznym  blaskiem.  Usłyszała  od  Matta,  Ŝe 
wygląda prześlicznie – i jest seksy. 

Przeszedł  ją  dreszcz.  Nikt  jej  jeszcze  nie  powiedział,  Ŝe  wygląda 

seksownie ani Ŝe jest seksy. Czy Matt mówił powaŜnie? Czy moŜe tylko się z nią 
droczył, jak to miał w zwyczaju? 

Jakieś  nowe  uczucie,  obce,  a  przy  tym  podniecające,  zniewoliło  Dianę. 

Matt  sprawiał  wraŜenie  powaŜnego,  jego  szare  oczy  wpatrywały  się  w  nią 
intensywnie,  tlący  się  w  nich  zwykle  ognik  przekory  zgasł.  Jeśli  mówił 
powaŜnie… 

Seksy.  Znowu  zadrŜała.  MoŜliwości  wynikające  z  jego  komentarza 

sprawiły,  Ŝe  serce  zabiło  jej  szybciej,  a  w  piersiach  zabrakło  tchu.  Jak  się 
upewnić?  To  pytanie  nie  dawało  jej  spokoju,  kiedy  z  uśmiechem  na  ustach 
krąŜyła między grupkami gości. 

Czy  odwaŜy  się  przetestować  te  swoje  moŜliwości?  Dreszcz 

przebiegający  po  plecach  Diany  przybrał  na  sile.  Ale  jak  taki  test  miałby 
wyglądać? Nie licząc kilku zaślinionych, niezdarnych pocałunków z chłopcami 
w jej wieku, doświadczenia Di na polu kontaktów z płcią przeciwną były Ŝadne. 

MoŜe  zacząć  naśladować  sposób  bycia  aktorki,  grającej  uwodzicielkę  w 

ostatnio widzianym filmie? 

Ale  gdzie  się  podział  Matt?  Uśmiechając  się  bez  przerwy,  Diana 

przedryfowała  obok  kolejnej,  oŜywionej  grupki  gości  i  wpłynęła  do  kuchni, 
Ŝ

eby napełnić następną partią kanapek opróŜnioną tacę. Nie poeksperymentuje, 

nie przeprowadzi Ŝadnego testu bez obiektu swoich badań. 

Jeśli  się  dobrze  zastanowić,  to  nie  widziała  Matta  od  ponad  godziny, 

kiedy  to  łagodnie,  ale  stanowczo  wyswobodził  ramię  z  kurczowego  uścisku 
swojej aktualnej dziewczyny. 

Diana  skrzywiła  się.  W  jej  ocenie,  z  Sondry  Taylor  –  nie  Sandry,  lecz 

właśnie Sondry – był prawdziwy okaz. Nabzdyczona, protekcjonalna, wyniosła. 
I  zaborcza.  Sondrze  strasznie  zaleŜało  na  Malcie,  czego  dowodem  była  jej 
nienasycona zachłanność. 

Co  on  w  niej  widział?  Diana  zadawała  sobie  to  pytanie  od  chwili,  kiedy 

background image

Matt  przyprowadził  Sondrę  do  domu,  Ŝeby  przedstawić  ją  matce,  ojczymowi  i 
rodzeństwu. 

To  bynajmniej  nie  z  zazdrości,  zapewniała  się  po  wielokroć,  przez  cały 

czas  zdając  sobie  w  pełni  sprawę,  Ŝe  jest  aŜ  zielona  od  tego  przyziemnego 
uczucia.  Ale,  do  licha,  Matta  stać  było  na  coś  znacznie  lepszego  niŜ  ta 
zadzierająca nosa Sondra – na przykład na samą Dianę. 

A  z  zachowania  Sondry  przez  ostatnie  miesiące  wynikało  jasno,  Ŝe 

zamierza  zdobyć  Matta  –  zawładnąć  nim.  Zwierzyła  się  nawet  Dianie,  Ŝe,  być 
moŜe, w Święta BoŜego Narodzenia dojdzie do zaręczyn. 

Ku  jej  wyraźnemu  zawodowi,  i  ogromnej  uldze  Diany,  wymarzony 

pierścionek  zaręczynowy  nie  zmaterializował  się.  Jednak  związek  Matta  z 
Sondrą wydawał się tak samo niezachwiany jak dotychczas. 

Dlaczego więc Matt kryje się gdzieś po kątach, kiedy przyjęcie i jego pani 

akurat na dobre się rozkręcają? 

Wypełniwszy  kanapkami  tacę,  a  miseczki  orzechami,  czipsami  i 

precelkami,  zaintrygowana  Diana  wyruszyła  na  poszukiwania  Matta.  Znalazła 
go skulonego w przepastnym fotelu, w skąpo oświetlonym gabinecie ojca. 

– Głowa cię boli? – spytała, cicho zamykając za sobą drzwi. 

– Nie. – Matt oderwał oczy od tańczących w kominku płomieni i spojrzał 

na nią z zadumą. – Co tu robisz? 

Zbita  z  tropu  szorstką  nutą  w  jego  cichym  głosie,  Diana  zdobył  się  na 

niepewny uśmiech i jeszcze mniej pewne wzruszenie ramion. 

–  Szukam  cię.  Czemu  się  tu  zaszyłeś?  –  spytała  niewinnie  z  cichą 

nadzieją, Ŝe usłyszy, jak Matt przyznaje, Ŝe miał dosyć czepliwych rąk Sondry i 
jej Ŝarłocznych spojrzeń. 

–  śeby  uciec  przed  tobą  –  mruknął, podnosząc  się z  fotela.  Stanął  przed 

nią  spięty  i  usztywniony,  ze  ściągniętą,  surową  twarzą.  Oczy  miał  ciemne  i 
niezgłębione. 

Diana  patrzyła  na  niego  oszołomiona,  zdruzgotana  nie  tylko  jego 

okrutnymi słowami, ale i opryskliwym tonem w głosie. Czym sobie zasłuŜyła na 
takie  traktowanie?  Przetrząsała  gorączkowo  pamięć  w  poszukiwaniu  jakiejś 
przyczyny,  prawdziwe  czy  wyimaginowanej.  Jedyne  wytłumaczenie,  jakie 
znajdował jej wstrząśnięty umysł, miało związek z wcześniejszym komentarzem 
Matta do jej wyglądu. Kiedy przyjrzała mu się uwaŜniej, ogarnęło ją zdumienie, 
jeśli  dobrze  czytała  z  jego  twarzy,  zdradzał  wszelkie  objawy  lęku  przed  jej 
osobą! 

background image

Diana  zadrŜała  pod  wpływem  poczucia  nie  doświadczanej  jeszcze 

kobiecej  mocy.  Naśladując,  jak  umiała,  uwodzicielskie  zachowanie  aktorki, 
powoli  zbliŜyła  się  do  Matta.  Wyraz  niepewności,  który  przemknął  przez  jego 
twarz, wywołał u niej dreszcz, podniecenia. 

Matt nigdy nie tracił pewności siebie!  

Obserwując go, postąpiła jeszcze jeden krok. Oczy mu zabłysły, opuściły 

się  na  jej  piersi,  a  potem  szybko  uniosły,  by  spojrzeć  płomiennie  prosto  w  jej 
ź

renice. 

Diana  była  młoda  i  niedoświadczona,  ale  nie  moŜna  jej  było  zarzucić 

głupoty ani naiwności. Czuła, jak jedwabisty, złoty materiał bluzki ślizga się po 
jej  piersiach,  wyobraŜała  sobie,  jak  zmysłowe  musi  się  to  wydawać  Mattowi, 
kaŜdemu męŜczyźnie. 

Poruszyła  leciutko  ramionami.  Jedwab  otarł  się  pieszczotliwie  o  ciało, 

rozpalając gdzieś głęboko w niej iskrę namiętności. Postąpiła kolejny krok. 

Matt uniósł rękę, jakby chciał ją zatrzymać. 

– Diano, nie… – Napięcie w jego cichym głosie podziałało na nią jak cios 

w serce. 

Opuściła  ją  odwaga.  Nie  da  rady.  Po  prostu  nie  nadawała  się  do  grania 

roli  uwodzicielki.  Nie  mogła  zrobić  tego  Mattowi.  Kochała  go,  a  w  jej 
mniemaniu miłość wykluczała udawanie. 

Ona równieŜ uniosła rękę i przyłoŜyła dłoń do jego dłoni. 

– Och, Matt, przepraszam… ja… ja… 

– Nie masz za co przepraszać – przerwał jej, wpatrując się z napięciem w 

ich złączone dłonie. –  To  moja  wina.  Ja powinienem  przeprosić.  –  Zmarszczył 
czoło, a jego palce bezwiednie wsunęły się między jej palce. Z ust wyrwało mu 
się westchnienie rezygnacji i ich dłonie się splotły. 

– Ale dlaczego? – krzyknęła zdezorientowana Diana, ściskając jego rękę 

w odruchu rozpaczy. – Jak to… Co ty takiego zrobiłeś? 

– Myślałem o tobie. – Głos miał jeszcze cichszy, ledwie go usłyszała. – I 

to w taki sposób, w jaki nie powinienem o tobie myśleć. 

Diana  wiedziała.  Naturalnie,  Ŝe  wiedziała,  tą  wiedzą  drŜała  kaŜda  jej 

cząstka. Musiała jednak zapytać, usłyszeć to z jego własnych ust. 

–  W  jaki  sposób,  Matt?  –  spytała  cicho,  postępując  jeszcze  jeden 

niepewny krok. 

background image

Rozluźniając gwałtownie palce, szybko cofnął rękę. 

–  W  sposób,  w  jaki  męŜczyzna  myśli  o  kobiecie...  o  swojej  kobiecie.  – 

Mówił  z  wysiłkiem,  przez  ściśniętą  krtań.  –  A  ty  nie  jesteś  kobietą.  Di. 
Właściwie jesteś jeszcze dzieckiem. – Wciągając chrapliwie powietrze w płuca, 
odstąpił od niej. 

Dianę ogarnęło ponownie uderzające do głowy poczucie kobiecej mocy i 

wyparło  wszelkie  myśli  o  ostroŜności,  o  konsekwencjach.  Wypowiadając  te 
słowa,  Matt  przyznawał,  Ŝe  pragnie  jej  –  jej,  nie  Sondry,  właśnie  jej.  Pod 
wpływem  impulsu  zbliŜyli  się  do  niego  z  uniesionymi  w  błagalnym  geście 
rękami. 

– Nie jestem juŜ dzieckiem, Matt. Za kilka miesięcy kończę osiemnaście 

lat i w świetle prawa będę dorosła. W oczach świata będę kobietą. – Przesunęła 
koniuszkami  palców  po  miękkim  materiale  jego  koszuli.  Zareagowały 
mrowieniem,  wyczuwając  pod  gładką  bawełną  twarde  ciało.  Szybkim  ruchem 
języka zwilŜyła wargi i dokończyła: – Wiem, czego chcę, Matt. 

W  głębiach  jego  oczu  znowu  zapłonął  blask,  niemal  przeraŜający  swoją 

dzikością. 

–  Skąd  to  wiesz?  –  spytał  z  nie  skrywaną  furią.  –  Z  kim  byłaś?  Kto  cię 

nauczył? 

  Matt,  ty  nic  nie  rozu…  –  Nie  zdąŜyła  dokończyć,  bo  przerwał  jej 

chrapliwie: 

– Zabiję tego… 

–  Matt, nie!  –  Diana  chwyciła  go za koszulę.  –  Nikogo nie było. Pragnę 

ciebie. Tylko ciebie. 

–  Nie  wiesz  sama,  co  mówisz. – Chwycił  ją  za ramię  i ścisnął  mocno. – 

To nie zabawa, Di. 

– Wiem – szepnęła. – Zabawy nie ranią, a ja ciebie teraz ranię.  

W oczach Matta pojawił się ostrzegawczy błysk. Jeszcze mocniej zacisnął 

palce na jej delikatnym ramieniu. Diana spodziewała się, Ŝe jego silne, brutalne 
dłonie  sprawią  jej  ból,  zaskoczyła  ją  więc  i  zupełnie  wytrąciła  z  równowagi 
łagodność  tego  dotyku,  ostroŜność,  z  jaką  przyciągnął  ją  do  swego  ciepłego 
ciała. 

–  Och,  Di,  pomóŜ  mi  –  jęknął  chrapliwie.  –  Powiedz,  chcesz  odejść, 

błagam. – Uścisk palców otaczających jej rani zelŜał, tak jakby chciał ją puścić, 
lecz  zaraz  wzmógł  się  konwulsyjnym  skurczem.  –  Proszę  cię.  Di,  uciekaj  stąd 
czym  prędzej,  jak  najdalej  ode  mnie,  póki  mam  jeszcze  siłę,  by  ci  na  to 

background image

pozwolić. – To był krzyk płynący z głębi serca. 

–  Nie  mogę.  Nie  wyjdę.  Nie  chcę.  –  PrzyłoŜyła  dłonie  na  płask  do  jego 

twardego jak skała torsu. Ciepło ciała Matta, wyczuwalne nawet poprzez miękki 
materiał  koszuli,  poraziło  ją,  rozpaliło  zmysły,  wznieciło  głębokie  wewnętrzne 
pragnienie… czegoś. 

Machinalnie pogładziła jego pierś. 

Cichy jęk rozkoszy, który wyrwał się z ust Matta, przeszył ją na wskroś. 

– Di, przestań. – Potrząsnął głową. – Albo nie, proszę cię, rób tak dalej – 

wykrztusił  zdławionym,  błagalnym  tonem.  –  Rozepnij  mi  koszulę  i  dotykaj 
mnie, pieść. 

Diana  zamarła  na  moment,  poraŜona  szczęściem.  Potem,  w  porywie 

dzikiego  podniecenia,  zaczęła  szarpać  niecierpliwie  guziki  jego  koszuli.  Nie 
odrywając  złaknionych  oczu  od  jego  twarzy,  wsunęła  dłonie  pod  miękki 
materiał,  by  pogładzić  rozpaloną  skórę  porośniętą  kłębowiskiem  szorstkich 
włosków. 

Matt zadrŜał. Na jego twarzy pojawił się wyraz uczuć bliskich cierpieniu. 

– Och, jak dobrze. Di. – Opuścił powieki, jakby jej pieszczota sprawiała 

mu rozkosz. – Masz takie miękkie, takie podniecające, takie rozpalające dłonie. 

Dotyk jej dłoni potrafił go podniecić! Dianę przeszyła błyskawica euforii, 

zmiatając  resztki  onieśmielenia,  łamiąc  wszelkie  hamulce.  Posłuszna 
nieprzepartemu, wewnętrznemu nakazowi, pochyliła głowę i przywarła wargami 
do zwilgotniałego ciała Matta. 

MęŜczyzna  wciągnął  z  sykiem  powietrze  przez  zaciśnięte  zęby  i  zadrŜał 

jak raŜony prądem elektrycznym. 

– Diano… Diano… – wymawiając zduszonym głosem jej imię, puścił jej 

ramiona  i  rozdygotanymi  rękoma  ujął  za  głowę.  Oderwał  ją  od  swej  piersi  i 
uniósł. 

Dziewczyna  zesztywniała  na  widok  jego  twarzy.  Była  ściągnięta.  Oczy 

miał szeroko otwarte, a ich niemal idealnie czarną głębię rozświetlał migotliwy 
płomień nieokiełznanego poŜądania. 

–  Muszę  cię  pocałować,  Diano.  –  Spuścił  wzrok  na  jej  drŜąca  wargi.  – 

Pozwól mi, kochana… – ZbliŜył usta na odległości tchnienia do jej ust. – Mogę? 

Musiał  ją  pocałować.  Na  samą  tę  myśl  ugięły  się  pod  nią  nogi.  Mogę? 

Mogę?  Dusza  jej  się  śmiała;  sama  Diana  nie.  Wpatrywała  się  w  ten 
wszechogarniający poŜar w jego oczach i wiedziała, Ŝe z radością spłonęłaby na 

background image

popiół za samo muśnięcie ust jego pięknymi wargami. 

–  Diano  –  wyszeptał,  kiedy  nie  odpowiadała.  –  Pozwól  mi.  Ja  muszę… 

muszę…  –  Glos przeszedł  mu  w  tchnienie  gorąca,  w  pachnący  winem  oddech, 
który owionął jej usta i odurzył rozszalałe zmysły.                

–  Ja…  ja  teŜ  tego  chcę  –  wyszeptała  łamiącym  się  głosem  unosząc 

zapraszająco twarz. 

Matt  na  wpół  westchnął,  na  wpół  jęknął.  Dotyk  jego  ust  na  jej  wargach 

był lekki jak piórko, czuły, słodki. Diana odebrała go całym ciałem, całą duszą. 
Rozbudził  w  niej  pragnienie  czegoś  więcej.  Przesunęła  dłońmi  po  torsie 
męŜczyzny, oplotła mu rękami napięty kark i przyciągnęła mocniej jego głowę. 

Reakcja  Matta  była  szybka  i  oszałamiająca.  Otoczył  ją,  całą  drŜącą, 

silnymi  ramionami,  biorąc  w  dziko  zachłanne  objęcia.  Wargi  mu  stwardniały  i 
wpiły się chciwie w jej usta. 

Diana  wiedziała,  Ŝe  jej  poŜąda,  ale  wciąŜ  się  wahała,  niepewna  siebie, 

pełna obawy, czy zdoła sprostać jego oczekiwaniom. 

Z krtani wyrwał mu się chrapliwy pomruk. Cofnął głowę o włos. 

–  Rozchyl  dla  mnie  usta,  kochana  –  wyszeptał.  –  Wpuść  mnie.  Pozwól 

skosztować swojej słodyczy.  

Rozchyliła wargi… troszeczkę. 

–  Szerzej.  –  W  chrapliwym  szepcie  Matta  pobrzmiewało  ponaglenie.  – 

Chcę cię wypełnić cząstką siebie. 

Jego  słowa  wywołały  w  wyobraźni  Diany  pewne  skojarzenie,  erotyczną 

wizję,  która  skrzesała  błyskawicę  podniecenia,  ta  zaś  odbita  się  rykoszetem  od 
mózgu, pomknęła w głębie jej kobiecości, by powrócić stamtąd do ust i rozpalić 
je Ŝądzą... poczucia go w sobie. 

Rozchyliła usta. 

Język  Matta  wdarł  się  w  nie  i  wypełnił,  pozbawiając  ją  zmysłów.  Jego 

ręce  błądziły  z  oszalałą  niecierpliwością,  wtłaczając  jej  miękkie  krągłości  w 
twarde, kanciaste płaszczyzny umięśnionego, męskiego ciała. 

W  Dianie  eksplodowała  namiętność.  Instynktownie  wtuliła  się  w 

pochyloną nad nią, napiętą postać. Zetknęły się ich biodra. Jęknęła, wyczuwając 
nacisk na wzgórek tuŜ nad punktem złączenia osłabłych i drŜących ud. 

Matt  jął  teraz  obsypywać  pocałunkami  jej  policzki,  powieki,  skronie. 

Poczuła jego język sunący po krzywiźnie ucha, a potem wsuwający się ostroŜnie 

background image

w głąb. 

Zareagowała dreszczem na tę erotyczną grę. 

– Podoba ci się? – Głos miał cichy. 

– Tak. 

– Mnie teŜ, ale to za mało – mruknął kusząco Mań. – Wypełnianie twoich 

ust, twojego ślicznego uszka rozbudza we mnie tylko pragnienie czegoś więcej. 
–  Zsunąwszy  dłonie  na  jej  pośladki,  przyciągnął  jej  ciało  mocno  do  siebie.  – 
Chcę  cię  wypełnić  całkowicie.  Poczuć,  jak  twoje  napięte,  gorące  ciało  pulsuje 
wokół  mojego.  Chcę  sprawić,  byś  się  zatraciła  w  poŜądaniu  mnie,  tylko  mnie. 
Odchodzę od zmysłów z pragnienia kochania się z tobą, dopóki nie rozerwiesz 
się dla mnie, kiedy w tobie eksploduję. 

Jego  cichy  głos  wywołał  w  wyobraźni  Diany  wizje,  które  wznieciły  w 

niej  poŜar.  Słodka,  rozpalona  krew  krąŜąca  w  Ŝyłach  omywała  roztopionym 
Ŝ

arem jej spragnioną kobiecość. 

WciąŜ  jednak  wahała  się  z  podjęciem  decyzji,  pragnieniem  kobiecej 

inicjacji i strachem przed nią.  

– Diano… – Szepcząc jej imię, Malt przywarł ustami do jej warg, kładąc 

kres jej wahaniom prowokacyjnym rytmem napierającego języka. 

Przywarła  doń  instynktownie  całym  ciałem.  Matt,  nie  przerywając 

pocałunku,  popchnął  ją  delikatnie  przed  sobą  w  kierunku  obitej  skórą  kanapy 
ustawionej  pod  kątem  do  kominka.  Diana  wydała  cichy  jęk  protestu,  kiedy 
przestał  ją  całować,  i  wstrzymała  oddech,  gdy  zwinne  palce  rozpięły  haftkę 
spódnicy,  która  zsunęła  się  na  podłogę  i  ułoŜyła  wokół  jej  stóp  w  wachlarz 
czarnego aksamitu. 

– BoŜe, Diano, masz najdłuŜsze i najseksowniejsze nogi – wyszeptał Matt 

chrapliwie. – Od prawie roku doprowadzają mnie do szaleństwa. 

Diana  zamrugała  powiekami,  przestraszona  i  zarazem  zaskoczona  jego 

wyznaniem. 

– Moje nogi? – wykrztusiła, nie wierząc uszom. 

–  Twoje  nogi  –  przytaknął.  Gładził  dłonią  jej  powleczone  czarnym 

nylonem udo. – Umieram z pragnienia, by otoczyły mnie w pasie. – Palce Matta 
przesunęły  się  do  punktu  złączenia  ud.  Zaczął  gładzić  ciemne  majteczki, 
prześwitujące  przez  cieniutkie  rajstopy.  –  Spalam  się  z  pragnienia,  by  poczuć, 
jak twoje długie nogi zaciskają się wokół mnie, wciągają coraz głębiej i głębiej 
w  wilgotny  Ŝar  twego  ciała.  –  Gładzący  palec  sondował,  badał  nylonową 
barierę, zagradzającą dostęp do bram jego poŜądania. 

background image

Ta  poufała  pieszczota  ostatecznie  zmiotła  w  Dianie  resztki  oporów. 

Opuściła rękę i zamknęła dłoń na wzgórku, rysującym się przez materiał spodni. 
Ciało Matta zareagowało konwulsyjnym dreszczem; wyczuła pod dłonią spazm. 

–  Pozwól  mi,  Diano.  –  Chrapliwy  głos  Matta  zdradzał  miotającą  nim 

Ŝą

dzę.  –  Kochaj  się  ze  mną.  Tutaj…  –  Wskazał  ruchem  głowy  na  kanapę.  – 

Teraz. 

– Tak – odparła bez wahania. 

Oczy  męŜczyzny  rozbłysły,  zdawały  się  strzelać  iskrami  ognia  w  samo 

serce poŜądania Diany. Zakwiliła w proteście, kiedy oderwał dłoń i przynoszące 
torturę  palce  od  jej  ciała,  ale  wydała  zaraz  westchnienie  satysfakcji,  kiedy 
popchnął ją lekko na miękkie poduchy kanapy i sam opuścił się między jej uda. 

Pamiętając  jego  wyznanie,  Diana  oplotła  nogami  jego  szczupłą  talię.  W 

odpowiedzi Matt wygiął w łuk ciało i naparł na nią z całych sił, torturując oboje 
zapowiedzią rozkoszy, jakie czekają ich, kiedy zerwą wreszcie z siebie i odrzucą 
bariery ubrań. 

Pojękując  cicho  pod  wpływem  płomiennych  odczuć,  jakie  rozpalały  w 

niej  ruchy  Matta,  Diana  zadośćuczyniła  jego  fantazji,  zaciskając  mocno  nogi  i 
podając biodra wysoko w górę, by zrównać z nim rytm. 

– O BoŜe! Diano! 

– Matthew! Jak mogłeś? 

Wstrząśnięte  glosy  jej  ojca  i  matki  Matta  przebiły  się  przez  zmysłową 

mgłę,  spowijającą  umysł  dziewczyny.  Matt  mruknął  pod  nosem  wulgarne 
przekleństwo, poderwał głowę i spojrzał w jasny prostokąt otwartych drzwi. W 
progu  stali  Henry  z  Miriam,  a  za  nimi,  w  korytarzu,  tłoczyli  się  Bethany, 
Melissa, Terry i liczni goście, włączając w to Sondrę. 

Diana, przeraŜona śmiertelnie upokarzającym faktem, Ŝe przyłapano ją w 

takiej  sytuacji,  tłumiąc  szloch,  ukryła  twarz  na  ramieniu  Matta.  Czuła,  jak 
stygnie Ŝar jego namiętności i rośnie furia. 

– Zamknijcie te cholerne drzwi! 

background image

Rozdział trzeci 

 

– Diano, słyszysz? Prosiłem, Ŝebyś zamknęła drzwi. 

Dźwięk  głosu  ojca  połoŜył  tamę  zalewowi  wspomnień.  Jak  we  śnie, 

Diana  sięgnęła  za  siebie  ręką  i  zatrzasnęła  drzwi.  W  głowie  rozbrzmiewał  jej 
wciąŜ echem gniewny głos Matta sprzed dziewięciu lat. 

Zamknijcie  te  cholerne  drzwi!  Mrugając  powiekami,  skupiła  wzrok  na 

milczącym  męŜczyźnie,  który  stał  w  holu  naprzeciwko  niej  i  bacznie  się  jej 
przyglądał. 

W  szarych  oczach  Matta  odbijały  się  wciąŜ  wspomnienia,  ich 

wspomnienia. 

IleŜ  czasu  patrzą  na  siebie  z  Mattem,  przeŜywając  je  wciąŜ  na  nowo? 

Diana oderwała od niego wzrok i spojrzała na ojca, Lissę, Miriam i Beth. Cała 
czwórka  wymieniała  jeszcze  powitalne  uściski  i  pozdrowienia;  Lissa  była 
jeszcze w płaszczu, tak samo zresztą jak sama Diana. 

Dochodząc do wniosku, Ŝe chociaŜ w jej odczuciu upłynęło parę godzin, 

w  rzeczywistości  było  to  zaledwie  kilka  sekund,  Diana  potrząsnęła  głową,  by 
przywrócić sobie jasność myślenia, i zaczęła rozpinać długi do kostek, wełniany 
płaszcz. 

Palce  drŜały  jej  tak  samo  jak  tamtego  wieczoru,  kiedy  mozoliła  się 

niewprawnie z guzikami koszuli Matta. Ogarnęło ją znów wspomnienie tamtego 
wieczoru, znowu była bezbronna i uległa. 

Poczuła  nagle  czyjeś  dotknięcie  na  ramieniu,  potem  na  karku,  nad 

kołnierzem  płaszcza.  ChociaŜ  upłynęło  juŜ  dziewięć  lat,  Diana  bezbłędnie 
rozpoznała ten dotyk i przeszedł ją dreszcz. 

–  Rany  z  tamtego  wieczoru  jeszcze  się  nie  wygoiły,  prawda?  –  spytał 

Matt ściszonym głosem, przeznaczonym tylko dla jej uszu. 

Diana  zesztywniała.  Na  zewnątrz  była  chłodna,  ale  w  środku  tlił  się 

zdradziecki  Ŝar.  Walcząc  z  podstępnym  poczuciem  topnienia  i  przemoŜnym 
impulsem,  który  kazał  się  jej  odwrócić  i  paść  Mattowi  w  ramiona,  pokręciła 
szybko głową. 

– Kłamiesz – szepnął szorstko. – Widziałem, czytałem to z twojej twarzy 

jak z ksiąŜki. Tak samo jak ja przeŜywałaś na nowo tamten wieczór. – Jego ton 
stał  się  jeszcze  bardziej  szorstki,  gorzki.  –  WciąŜ  przeŜywasz  wstyd  i 
upokorzenie na myśl, Ŝe zostałaś przyłapana. 

background image

Diana  wzdrygnęła  się,  jakby  ją  uderzył.  Zacisnęła  powieki,  by 

powstrzymać  napływającą  do  oczu falę  tez,  wywołaną  przeszywającym  bólem, 
jakim zareagowała stara rana. Ledwie świadoma tego, co robi, wysunęła ręce z 
rękawów, zostawiając płaszcz w jego rękach. Pomimo Ŝe pozbyła się z ramion 
cięŜkiego okrycia, nadal coś ją przytłaczało. 

–  Trudno  ci  się  chyba  dziwić  –  mruknął  Matt,  odwracając  się  z  cięŜkim 

westchnieniem w kierunku szafy na ubrania. Wargi wygięły mu się w uśmiechu. 
– Nie była to przyjemna scenka. 

To beznamiętne stwierdzenie ponownie przeniosło ją w czasie... 

 

 

 

–  Zamknijcie  te  cholerne  drzwi!  –  rzucił  Matt  zduszonym,  wściekłym 

głosem,  zgarniając  jednocześnie  ręką  jej  spódnicę  z  podłogi.  –  Muszę  wstać, 
Diano – szepnął, odrywając się od niej i unosząc na łokciach. 

Dziewczyna, sparaliŜowana straszną sytuacją, nie była w stanie wykonać 

najmniejszego  ruchu.  Patrzyła  tylko  na  niego  błagalnym  wzrokiem.  Nie 
zwracając  uwagi  na  gwar  głosów,  dobiegający  od  progu  i  z  korytarza,  Matt 
zsunął  się  z  niej  powoli,  naciągając  przy  tym  długą,  aksamitną  spódnicę  na  jej 
obnaŜone  nogi.  Okrywszy  przed  niepowołanym  wzrokiem  dolną  połowę  jej 
ciała,  podniósł  się  z  kanapy  i  odwrócił,  by  spojrzeć  na  rząd  patrzących  z 
potępieniem oczu. 

– Matt, jak mogłeś? – powtórzyła Miriam bolesnym szeptem. – To twoja 

siostra! 

– Ona nie jest moją siostrą – warknął. 

–  Nie,  ale  jest  moją  córką.  –  W  głosie  Henry'ego  czaiła  się  tłumiona 

wściekłość;  twarz  miał  czerwoną,  upstrzoną  cętkami  furii.  –  Traktowałem  cię 
jak  syna,  ufałem  ci,  kochałem  cię.  –  Łzy  przerwały  tamę  i  popłynęły  mu  po 
zaczerwienionych policzkach. – A ty w rewanŜu zdradziłeś mnie, moją miłość, 
moje zaufanie, napastując moją córkę. 

– Nie! – Okrzyku zaprzeczenia Diany nikt nie usłyszał.  

Zagłuszył go chrypliwy głos Matta. 

–  Prosiłem  o  zamknięcie  drzwi.  –  Stał  wyprostowany,  spięty  w  sobie, 

jakby  szykował  się  do  stoczenia  bitwy,  wojny  na  pełną  skalę.  –  Nie  Ŝyczymy 
sobie widowni. 

background image

–  A  cóŜ  to  teraz  za  róŜnica?  –  odparował  Henry.  Głęboki  ból  i  wstrząs 

zdruzgotały jego wrodzone poczucie taktu i dystansu. – Wszyscy tutaj byliśmy 
ś

wiadkami  rozmiarów  twojej  deprawacji.  –  Mimo  to  sięgnął  jednak  za  siebie, 

chwycił za klamkę i zatrzasnął drzwi przed nosem Sondry. 

Satysfakcja  na  widok  jej  zbolałej  miny  na  jedną  chwilę  złagodziła 

przytłaczające  Dianę  poczucie  upokorzenia.  Ale  ta  satysfakcja  miała  krótki 
Ŝ

ywot. 

– Henry, nie! Proszę cię, nie! 

Krzyk  Miriam  szarpał  ranę,  jaka  otworzyła  się  w  sercu  dziewczyny  w 

obliczu wyraźnego cierpienia ojca. 

– Nie jestem zdeprawowany – wycedził Matt przez zaciśnięte zęby – i nic 

nie zrobiłem Dianie. 

–  Tylko  dzięki  boskiej  opatrzności  i  naszej  interwencji  –  ripostował 

Henry,  zmieniając  nagle  ton.  –  Ciebie  nie  ruszyłoby  sumienie,  nie  zawahałbyś 
się. 

Diana  nie  mogła  tego  dłuŜej  znieść.  Usiadła  gwałtownie  na  kanapie, 

prostując plecy. 

– Tato, jestem tak samo… 

–  Bądź  cicho  –  wpadł  jej  w  słowo  Matt  i  zamilkła,  przestraszona 

porywczością jego tonu. – Ja to załatwię. 

– Załatwisz? Załatwisz? – krzyknął Henry, dygocąc z wściekłości. – Nie, 

ty  niczego  nie  będziesz  załatwiał!  Ja  tu  jestem  od  załatwiania!  –  Jego  glos 
stopniowo  przechodził  w  ogłuszający  ryk.  –  Wynoś  się  z  mojego  domu,  ale  to 
juŜ, natychmiast! Nie chcę więcej widzieć cię na oczy! 

– Tato! 

–  Henry!  –  Krzyk  Miriam  zagłuszył  jęk  protestu  Diany.  Doskoczyła  do 

niego i wpiła się palcami w jego napięte ramię. 

– Henry, chyba nie mówisz powaŜnie! 

– Jak najpowaŜniej! – zaryczał ojciec. – Ma się stąd wynosić, i koniec! – 

Pełnymi  łez  oczami  przeszywał  Matta.  –  I  niech  się  cieszy,  Ŝe  na  tym  się 
skończyło.  Najchętniej  chwyciłbym  za  karabin  i  zdmuchnął  twojego 
wyuzdanego synalka z powierzchni ziemi! 

–  O  BoŜe!  O  BoŜe,  nie!  –  Miriam  zaniosła  się  błagalnym  szlochem,  od 

którego krajało się serce. 

background image

To moja wina. To wszystko moja wina, krzyczała w niemej udręce Diana, 

przekonana,  Ŝe  nie  doszłoby  do  tego,  gdyby,  po  pierwsze,  nie  wtargnęła 
nieproszona  w  samotność  Matta,  a  po  drugie,  posłuchała  go  potem  i  wyszła, 
kiedy o to prosił i miał jeszcze na tyle rozsądku, by pozwolić jej odejść. 

–  Nie  będziesz  musiał  posyłać  mnie  do  piekła  –  powiedział  Matt, 

wytrzymując bez drgnienia powieki spojrzenie Henry'ego. – OŜenię się z Dianą. 

W pokoju zaległa rozrywająca uszy cisza. 

Diana  pragnęła  umrzeć.  Tylko  w  śmierci  widziała  ucieczkę  przed 

rozdzierającym bólem. 

–  No  widzisz,  Henry?  –  krzyknęła  biedna  Miriam,  chwytając  się  resztek 

nadziei. – Matt wszystko naprawi. 

Henry rozwiał brutalnie nadzieje Ŝony. 

– Prędzej ujrzę go martwym, niŜ oddam  mu  moją córkę. Zaufanie diabli 

wzięli,  Matthew  Turner  –  warknął.  –  Zaufanie,  miłość,  wszystkie  uczucia.  Nie 
ma ich. Dla mnie juŜ nie Ŝyjesz. Wynoś się. Natychmiast. 

Matt nie patrzył na Dianę. Nie drgnął nawet. Po chwili uśmiechnął się, ale 

był to ponury, cyniczny uśmiech klęski. 

–  Jak  sobie  Ŝyczysz  –  powiedział,  odchodząc  od  kanapy  i  od  Diany.  – 

Zadzwonię  do  ciebie  za  parę  dni,  mamo.  –  Urwał,  Ŝeby  pocałować  Miriam  w 
zalany  łzami  policzek,  a  potem  zdecydowanym  krokiem  podszedł  do  drzwi  i 
otworzył  je  na  ościeŜ.  Uśmiechnął  się  znowu  cynicznie  na  widok  cofającej  się 
ze  zmieszaniem  grupki  pozostałych  członków  rodziny  i  gości.  –  Szczęśliwego 
Nowego Roku – wycedził sardonicznie, torując sobie drogę między nimi. 

– Matt! – zawołała za nim Sondra. – Zaczekaj, pójdę z tobą! 

– Nie sądzę, Ŝeby podobało ci się tam, gdzie się wybieram – rzucił przez 

ramię, zmierzając zdecydowanie ku drzwiom frontowym. 

– Ale dokąd ty idziesz? – zapytała. 

– Prosto do piekła. – Matt wybuchnął urywanym, chrapliwym śmiechem i 

zamknął za sobą drzwi. 

Zrozpaczona  Diana,  zwinięta  w  kłębek  na  kanapie  w  gabinecie  ojca, 

zadrŜała, wychwytując w jego śmiechu nutę cierpienia. 

Wygnany. Matt został wygnany z domu, który od lat uwaŜał za rodzinny. 

Ja  jestem  temu  winna,  powtarzała  sobie  w  kółko,  niepomna  pocieszającego 
głosu  ojca.  Powodowana  wewnętrznymi  popędami  niczego  nie  rozumiała,  z 

background image

wyrachowaniem  igrała  z  ogniem  poŜądania.  I  płomienie  namiętności  osmaliły 
jej serce i duszę. 

Intuicja mówiła jej, Ŝe blizny nosić będzie do ostatniego tchnienia. 

 

 

 

– Diano, nie rób tego. 

Cichy, nakazujący głos Matta przerwał nić wspomnień, rozwijającą się w 

duszy  Diany.  Rozkojarzona,  z  poczuciem,  Ŝe  obraca  się  bezwolnie  w 
podmuchach  rozŜalenia,  rozejrzała  się  dookoła,  szukając  czegoś  materialnego, 
co pozwoliłoby jej zakotwiczyć siew rzeczywistości. 

Matt. 

Diana  poczuta  w  sobie  pustkę,  która  z  kaŜdą  chwilą  rozpościerała  się 

coraz  szerzej.  Powiedział  coś  o  bliznach?  Przełknęła  pęczniejący  w  krtani 
pęcherzyk histerycznego śmiechu. Emocjonalne blizny? Mogłaby wysmaŜyć na 
poczekaniu godną tytułu magistra dysertację na ten temat. 

Do  diabła,  to  nie  było  fair,  Ŝachnęła  się  w  duchu,  patrząc  na  Malta, 

niepomna  swego  bólu.  Większość  czasu  przez  ostatnich  dziewięć  lat  zajęło  jej 
cerowanie  tych  emocjonalnych  blizn  –a  szwy  nadal  w  wielu  miejscach 
puszczały. 

–  Nie  rób  tego,  Diano,  proszę  cię.  –  Nakaz  ulotnił  się  z  głosu  Matta  i 

zastąpiło go błaganie. 

– Czego? – Potrząsnęła lekko głową w nadziei, Ŝe w ten sposób przywróci 

swym  rozproszonym  myślom  choć  odrobinę  spójności.  –  Czego…  mam  nie 
robić? 

– Nie patrz tak na mnie – mruknął. 

–  To  znaczy  jak?  –  Oczywiście,  wpatrywała  się  teraz  w  niego  jeszcze 

intensywniej. 

–  Tym  udręczonym  wzrokiem  –  wyszeptał  chrapliwie,  zerkając  z  ukosa 

na  resztę  domowników,  by  sprawdzić,  czy  niczego  nie  zauwaŜyli.  –  Tym 
wzrokiem, w którym odbijają się wspomnienia tamtego wieczoru, potępiającym, 
wzburzonym moją tutaj obecnością. 

–  To  nieprawda.  –  Diana  walczyła  z  ogarniającym  ją  ponownie 

poczuciem  nierealności.  Znowu  odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  stoi  tak  w  holu  nie  od 

background image

kilku minut, lecz od wielu godzin, dni, przez całe Ŝycie. 

–  CzyŜby?  –  Matt  uniósł  ciemną,  łukowatą  brew  w  przejawie  nie 

skrywanego niedowierzania. 

– Nie, ja… – Tyle tylko zdąŜyła z siebie wykrztusić, i całe szczęście, bo 

nie miała pojęcia, co ma mu odpowiedzieć. 

– Kochani, kolacja juŜ gotowa! – zawołała z jadalni Janet. 

– W samą porę. – Roześmiana Lissa podbiegła do Matta. – Padam z głodu 

– oznajmiła. Oczy błyszczały jej przekorą. Zrzuciła z siebie płaszcz i podała mu 
go. – Będziesz tak tu sterczał z tym paltem Diany, czy  moŜe przymierzasz się, 
Ŝ

eby je włoŜyć? 

–  Widzę,  Ŝe  niewiele  się  zmieniłaś,  Melisso  –  mruknął  Matt,  odbierając 

od  niej  płaszcz  i  odwracając  się,  Ŝeby  odwiesić  oba  okrycia  do  szafy.  –  Nadal 
siedzi w tobie bezceremonialna, dokuczliwa trzpiotka. 

–  Staram  się,  jak  mogę  –  odparowała  Lissa,  biorąc  go  pod  rękę.  – 

Przekomarzanie jest moim powołaniem. 

– No to odpocznij jakiś czas od tego swojego powołania. – Beth podeszła 

do nich z uśmiechem i wzięła Matta pod wolną rękę. – Dosyć naprzekomarzam 
się w pracy, dziękuję. 

–  Chodźcie,  dzieci,  moŜecie  droczyć  się  dalej  przy  stole.  –  Miriam  z 

uśmiechem  odzwierciedlającym  jej  zadowolenie,  wzięła  Henry'ego  za  rękę  i 
pociągnęła  w  stronę  jadalni.  –  Czy  to  nie  cudowne?  Zupełnie  jak  za  starych, 
dobrych czasów, 

– Tak, kochanie, cudowne – przyznał pobłaŜliwie Henry, oglądając się z 

satysfakcją przez ramię na swą gromadkę. – Jak za starych, dobrych czasów. 

Oczy obu męŜczyzn spotkały się w niemym pojednaniu. Diana była tego 

jedynym świadkiem. Pierś wezbrała jej westchnieniem, westchnieniem ulgi. Oto 
kończył się blisko dziewięcioletni okres wzajemnej oziębłości. 

–  O,  tak  –  pisnęła  Beth.  –  Pamiętacie,  jak  to  kiedyś  bywało…  –  zaczęła 

entuzjastycznie.                                  

Dziewczyny uwieszone ramion Matta poŜeglowały za ojcem i  Miriam, a 

Diana  poczuła  się  nagle  odsunięta  poza  nawias.  Wcale  nie  jest  tak  jak  za 
dawnych  czasów
,  pomyślała,  ruszając  bez  pośpiechu  za  roześmianą,  rozgadaną 
gromadką.  Bo  chociaŜ  cieszyło  ją  naprawienie  wyłomu  w  rodzinie,  to 
jednocześnie obawiała się, Ŝe nigdy nie będzie juŜ tak jak dawniej. 

 

background image

 

 

Przez  cały  posiłek  jadalnia  rozbrzmiewała  wesołymi  rozmowami  i 

ś

miechem.  Milcząca,  odzywająca  się  tylko  w  przypadku,  gdy  zwracano  się  do 

niej bezpośrednio, Diana obserwowała członków rodziny, utwierdzając się coraz 
bardziej w przekonaniu, Ŝe jej nie wypowiedziana głośno opinia była słuszna. 

Pomimo całej serdeczności, jaką manifestował Henry, dato się zauwaŜyć 

w  jego  tonie  nieznaczne,  a  jednak  nieomylne  oznaki  napięcia.  I  pomimo 
wspaniałego nastroju i zachwytu okazywanego przez Miriam, jej oczy zdradzały 
tkwiący gdzieś głęboko niepokój. 

Nie, wcale nie jest tak jak dawniej, myślała Diana, bawiąc się śladowymi 

ilościami  jedzenia,  które  nałoŜyła  sobie  na  talerz.  Lissa  i  Beth  siliły  się  na 
naturalność  i  było  to  oczywiste,  przynajmniej  dla  Diany.  A  Matt,  chociaŜ 
przyjacielski,  pozornie  swobodny,  był  w  istocie  czujny  i  spięty,  jakby 
spodziewał się jakiejś pułapki. 

Dziewczyna  przesunęła  wzrokiem  po  twarzach  współbiesiadników. 

Wszyscy  bardzo  się  starali  podtrzymać  wesołą  atmosferę.  Westchnęła 
bezgłośnie,  dochodząc  ostatecznie  do  wniosku,  Ŝe  nad  stołem  unosi  się  duch 
sylwestra sprzed dziewięciu lat, niezauwaŜalnie niszcząc świąteczny nastrój. 

Wybuch śmiechu przedarł się przez chmurę ponurych myśli, spowijającą 

umysł  Diany.  W  śmiechu  tym  dawały  się  słyszeć  tony  nie  udawanego 
rozbawienia. Uśmiechając się z przymusem, powiodła jeszcze raz wzrokiem po 
zebranych  przy  stole.  Wszyscy,  nie  wyłączając  Matta,  sprawiali  wraŜenie 
doskonale się bawiących. 

CzyŜby  niesłusznie  dopatrywała  się  u  członków  rodziny  przejawów 

własnych  obaw?  MoŜe  tylko  ona  sama  doświadcza  tego  nieokreślonego 
niepokoju. Poruszona tym podejrzeniem, zaczęła przyglądać się uwaŜniej kaŜdej 
twarzy z osobna. WciąŜ piękną twarz Miriarn okraszał rumieniec radości. Oczy 
Beth  sypały  iskrami.  Lissa  przypominała  niesforną  nastolatkę.  Henry  wyglądał 
na  całkiem  zadowolonego  z  siebie  mieszczucha.  A  Matt…  Diana  zmartwiała. 
Matt  wpatrywał  się  bez  mrugnięcia  w  jej  wystraszone  oczy.  Diana,  czując  się 
zdemaskowana,  naga  i  bezbronna,  oderwała  od  niego  przeraŜony  wzrok. 
Kącikiem oka dostrzegła jednak, Ŝe ściągnął brwi. 

Co  myślał?  Zadała  sobie  to  pytanie,  podnosząc  się  automatycznie,  bo 

pozostali  odsunęli  się  w  tym  momencie  z  krzesłami  od  stołu  i  wstali. 
Intensywność  tego  spojrzenia  odbierała  jej  pewność  siebie.  Kiedy  przechodzili 
niespiesznie z jadalni do salonu, Diana, pewna, Ŝe Matt obwinia ją za wszystkie 
te lata, wszystkie święta, których nie mógł dzielić z rodziną, starała się trzymać 

background image

jak najdalej od niego. 

–  Och,  ta  choinka  jest prześliczna! –  wykrzyknęła  Lissa,  podbiegając do 

majestatycznego świerka.  

–  Masz  rację  –  przytaknął  Matt,  podchodząc  do  niej  powoli  –  A  jak 

pachnie. 

– Czy mogę nie czekać do Wigilii, tylko juŜ teraz rozłoŜyć pod nią moje 

prezenty?  –  spytała  Melissa,  kierując  proszące  spojrzenie  na  Henry'ego  i 
Miriam. 

–  Wiesz  przecieŜ,  Lisso,  Ŝe  nigdy  nie  pozwalano  nam  kłaść  prezentów 

pod drzewkiem przed Wigilią – powiedziała Beth tonem reprymendy. 

Siostra zrobiła rozczarowaną minę. 

– Byliśmy wtedy dziećmi – przypomniała. – Teraz wszyscy jesteśmy juŜ 

dorośli. 

– Nigdy bym nie pomyślał. – Matt uśmiechał się nieco złośliwie, a w jego 

szarych oczach igrał przewrotny ognik. 

Przywołujący  wspomnienia  i  tak  znajomy  widok  jego  prowokacyjnego 

uśmiechu sprawił, Ŝe Lissa i Beth równieŜ się uśmiechnęły, Miriam zachichotała 
po dziewczęcemu, a Henry roześmiał się cicho. Diana nie uśmiechnęła się, nie 
zachichotała ani nie roześmiała. Nie mogła. Prowokujący uśmiech Matta budził 
w niej zbyt wiele cennych wspomnień ze szczęśliwszych czasów, kiedy kochała 
go  z  dziecinną  niewinnością,  która  rozwinęła  się  potem  w  zmysłowość  i 
doprowadziła  do  strasznej  konfrontacji.  Pomimo  faktu,  Ŝe  nie  wszystkich 
łączyły te same więzy krwi, stanowili bardzo zŜytą rodzinę. A przecieŜ, w ciągu 
jednego wieczoru – nie, w ciągu niespełna godziny – ona i Matt, ulegając burzy 
zmysłów, rozpruli tę jednolitą materię. 

To  oni  ponosili  winę  za  lata  separacji  i  nieszczęścia,  które  stały  się 

udziałem  całej  rodziny.  Diana  bez  słowa  sprzeciwu  przyjęła  brzemię  winy, 
chociaŜ wiedziała, Ŝe teraz postąpiłaby tak samo, byle tylko przeŜyć znowu ten 
dreszczyk podniecenia, obejmowana przez Matta, całowana, kochana. 

Kochała  go.  Kochała  go  od  zawsze.  Zawsze  będzie  go  kochała. 

Westchnęła. Zanosiło się na to, Ŝe samo przetrwanie wizyty Malta będzie istnym 
piekłem  ukrywania  miłości  i  poŜądania  przed  wszystkimi,  a  zwłaszcza  przed 
nim samym. Ale musi to znieść. Problem w tym, jak to zrobić. Zajmując czymś 
r
ęce. 

Odpowiedź, 

która 

zaświtała 

Dianie, 

zmobilizowała 

ją 

do 

natychmiastowego  działania.  Odwróciła  się  od  rozbawionej  grupki  i  ruszyła  w 

background image

stronę drzwi. 

– Diano? – wołanie Henry'ego dogoniło ją w progu. – Dokąd idziesz? 

– Do samochodu – odparła, wychodząc do holu. – Po walizkę Lissy. 

– Zaczekaj, ja ją przyniosę – zaoferował się Henry. 

– To moja walizka – wtrąciła się siostra. – Sama po nią pójdę. 

–  Nie,  zostaniecie  oboje  tutaj.  –  W  głosie  Matta  pobrzmiewała 

rozkazująca nutka. – Ja to załatwię.  

Diana  nawet  się  nie  obejrzała,  by  sprawdzić,  kto  z  nich  postawił  na 

swoim. Przecięła hol, otworzyła drzwi i wyszła w śnieŜny wieczór. 

Cholera! – zaklął pod nosem Matt, idąc długimi krokami Dianą. Przyjazd 

do  domu  był  błędem.  Jeśli  miał  co  do  tego  jakieś  wątpliwości,  to  rozwiał  je 
skutecznie wyraz jej oczu. 

Nie  chciała  go  tutaj,  w  domu  swojego  ojca.  Świadomość  tego 

przeszywała Matta bólem. Tak długo czekał na tę chwilę. Celowo zwlekał aŜ do 
tej  pory  z  powrotem  i  zdanie  Henry'ego  nie  miało  wiele  wspólnego  z  jego 
decyzją. 

Diana  była  młoda,  poniósł  ją  pierwszy  poryw  namiętności.  Postanowił 

dać  jej  czas  na  dorośniecie,  na  dojrzałość,  na  poznanie  świata  i  wybuchowej 
natury fizycznego pociągu. 

Poczuł  ukłucie  zwyczajnej,  męskiej  zazdrości.  Diana  miała  teraz 

dwadzieścia  sześć  lat  i  meandry  zmysłowości  na  pewno  juŜ  od  dawna  nie 
stanowią  dla  niej  tajemnicy.  Uraza  rozpalała  mu  umysł  i  trawiła  wnętrzności, 
uraza  do  męŜczyzny,  któremu  powierzyła  zaszczytną  rolę  przewodnika  po 
królestwie erotycznych uniesień. 

On sam liczył przez ten czas dni i miesiące, egzystując dzięki strzępkom 

informacji  o  Dianie  uzyskiwanym  od  matki  i  Beth  podczas  krótkich  z  nimi 
spotkań,  i  tłumił  kaŜdy  impuls,  wzywający  go  do  powrotu  i  zaŜądania  od 
dziewczyny,  by  dostrzegła  w  nim  nie  dokuczliwego  brata,  nie  erotomana 
wyładowującego  swoje  popędy  na  nietkniętej  dziewczynie,  ale  męŜczyznę  – 
męŜczyznę, który ją kocha, męŜczyznę dla niej. 

Ale czy naprawdę był męŜczyzną dla niej? Zadając sobie to pytanie, szedł 

za  Dianą,  zmierzającą  do  bagaŜnika  samochodu.  W  jego  odczuciu  zadawanie 
jakichkolwiek pytań nie miało juŜ sensu. Po dziewięciu latach bezowocnej walki 
ze sobą, tłumaczenia, Ŝe jest za młoda, Ŝe kierowała nim tylko Ŝądza i Ŝe zepsuł 
wszystko,  ulegając  swojemu  poŜądaniu,  Matt  spojrzał  w  końcu  prawdzie  w 
oczy. 

background image

Był w Dianie zakochany. Skrzywił się, brnąc za nią przez skrzypiący pod 

butami  śnieg.  Do  diabła,  prawda  jest  taka,  Ŝe  kochał  ją  od  samego  początku, 
tylko Ŝe dawniej objawiało się to w sposób nieco inny niŜ teraz. Zatrzymał się 
przy niej obok otwartego bagaŜnika samochodu i poczuł, jak ostrze bólu wraŜa 
się jeszcze głębiej, kiedy wzdrygnęła się i cofnęła. 

Kochał ją – a ona nie moŜe nawet znieść jego bliskości. Dała to wyraźnie 

do  zrozumienia  juŜ  w  chwili,  kiedy  spostrzegła  go,  wszedłszy  za  siostrą  do 
domu.  Zdradziły  ją  oczy,  w  których  odbił  się  wstrząs  i  wspomnienie  wstydu  i 
upokorzenia, jakich doświadczyła. 

– Powiedziałem, Ŝe ja to wniosę. – Głos Matta był szorstki. Nie mógł nic 

na to poradzić; jemu teŜ było cięŜko na duszy. 

Diana nie odpowiedziała. Stała tylko i wpatrywała się w pokryty śniegiem 

podjazd. 

Przywołując z pamięci wszystkie znane sobie przekleństwa, Matt chwycił 

za rączkę walizy i wywlókł ją z bagaŜnika. Jasna cholera, ale cięŜka! Czego, u 
diabła, Lissa tam napchała
, zastanawiał się, zatrzaskując z hukiem klapę. 

Diana stała nieruchomo, zapatrzona w sypiący śnieg. 

– Zamierzasz stać tu tak przez resztę mojej wizyty? – spytał, rzucając jej 

gniewne spojrzenie. 

Drgnęła i przeniosła wzrok na niego. 

–  Nie  –  powiedziała  cicho,  niemal  szeptem.  –  Ale  zastanawiam  się 

powaŜnie nad wyjazdem do Cancun, na Hawaje, albo do Australii. 

–  Niezły  pomysł.  –  Dźwignął  walizę,  wziął  Dianę  za  rękę  i  dosłownie 

ciągnąc ją za sobą, ruszył w stronę domu. – Ale czuję się w obowiązku zwrócić 
ci uwagę, Ŝe Australia to za blisko. 

ś

achnęła się i cofnęła gwałtownie rękę, próbując wyswobodzić ją z jego 

uścisku. 

Matt zatrzymał się w pół kroku, ścisnął mocniej jej dłoń i od| wrócił się. 

Serce  mu  zamarło,  w  piersi  zabrakło  tchu.  Nie  trzeba  było  słów  – 
zdeterminowany  wyraz  twarzy  Diany  mówił  sam  za  siebie.  Wystraszył  ją 
ś

miertelnie,  mówiąc,  Ŝe  nie  ma  takiego  miejsca,  dokąd  mogłaby  przed  nim 

uciec. Nie chciała mieć z nim do czynienia. Matta ogarnęła rozpacz. Kochał ją, a 
ona go odtrąca. Przemknęło mu juŜ przez myśl, Ŝe najlepiej będzie chyba wrócić 
do  Europy,  kiedy  nagle  ocknął  się  w  nim  duch  walki.  Odnosił  sukcesy  w 
interesach  nie  tylko  dlatego,  Ŝe  był  w  tym  dobry,  ale  i  dlatego,  Ŝe  lubił 
wyzwania.  A  największe  wyzwanie  jego  Ŝycia  stało  teraz  przed  nim,  patrzyło 

background image

nań czujnie i zastanawiało się prawdopodobnie, dlaczego on wpatruje się w nie 
milcząco, z takim natęŜeniem. 

Podejmie  wyzwanie,  którego  uosobieniem  jest  Diana.  Jakoś,  w  jakiś 

sposób, zmusi ją, by go pokochała. 

Napięcie  dziewczyny  zdawało  się  przenosić  na  niego,  wyrywając  z 

zadumy.  Odnosił  wraŜenie,  Ŝe  całe  jego  ciało  oplata  sieć  elektryczna. 
Wpatrywał się w Dianę, upajając się jej widokiem. 

W  rozproszonym  świetle przesączającym  się  przez  zasłony  w oknach  jej 

oczy wydawały mu się ogromne, wprost bezdenne. Płatki śniegu osiadały jej na 
długich  rzęsach  i  zlepiały  je,  topniejąc.  Przenikliwy  wiatr  wyciskał  na 
policzkach  rumieniec.  Długie,  spiralne  pukle  włosów  połyskiwały  kropelkami 
wilgoci. 

Zmokła!  SpostrzeŜenie  to  przywołało  Matta  do  rzeczywistości.  Zmierzył 

ją  od  stóp  do  głów  zwęŜonymi  oczyma.  Cholera  –  skarcił  się  w  duchu.  Cała 
dr
Ŝy z zimna! 

–  Wejdźmy  lepiej  do  środka,  zanim  nabawisz  się  zapalenia  płuc.  – 

Odwrócił się i pociągnął ją za rękę. CięŜka walizka niemal wyrywała mu ramię 
ze  stawu. –  Czego, u  diabła,  Lissa tam  napchała? –  mruknął bardziej  do siebie 
niŜ do Diany. 

–  Chyba  przywiozła  cały  swój  dobytek  –  stwierdziła  kwaśno  Diana. 

Zaskoczony, Ŝe się odezwała, zerknął na nią spod oka. Uśmiechała się do niego i 
chociaŜ  był  to  uśmiech  wymuszony,  to  sprawił  jednak,  Ŝe  Matt  zatrzymał  się 
nagle, a waliza wypadła mu z ręki. 

– Cały dobytek? – powtórzył, nie dbając wcale o odpowiedź. Pragnął po 

prostu  pławić  się  chwilę  dłuŜej  w  cieple  jej  uśmiechu.  A  kiedy  ten  uśmiech 
roziskrzył figlarnie oczy, zaparło mu dech w piersiach. 

– No, moŜe nie cały. – Uniosła rękę, by otrzepać mokre włosy. – Ale duŜo 

ma tam tego – ciągnęła. – Włącznie z gwiazdkowymi prezentami. 

Gwiazdkowe  prezenty!  W  głowie  Matta  odezwały  się  dzwoneczki, 

celebrując narodziny pewnej myśli. Musi spędzić z Dianą jakiś czas sam na sam, 
z  dala  od  innych  członków  rodziny.  Dać  się  jej  poznać  jako  męŜczyzna,  a  nie 
brat. Przed wyjazdem do Stanów nie zdąŜył kupić świątecznych upominków, a 
nigdy  jeszcze  nie  spotkał  kobiety,  która  nie  uwielbiałaby  zakupów.  Uśmiech 
zakiełkował mu w duszy i przebił się z wolna na usta. 

–  To  mi  o  czymś  przypomniało.  Czeka  mnie  jeszcze  rajd po  sklepach. – 

Matt  postarał  się,  by  w  jego  głosie  zabrzmiało  zakłopotanie.  –  I  nie  mam 
pojęcia, co komu kupić. – Westchnął głęboko. – Mogę cię prosić o towarzystwo 

background image

i pomoc w wyborze? 

background image

Rozdział czwarty 

 

–  Chcesz,  Ŝebym  z  tobą  poszła?  –  Diana  patrzyła  na  Matta  ze  szczerym 

zaskoczeniem,  pewna,  Ŝe  źle  go  zrozumiała.  Przed  chwilą  powiedział,  Ŝe 
gdziekolwiek by przed nim uciekła, to z jego punktu widzenia i tak będzie to za 
blisko,  nie  mogła  więc  uwierzyć,  Ŝe  teraz  proponuje  jej  towarzystwo  w 
wyprawie po zakupy. 

– Byłbym ci bardzo wdzięczny. – Matt wzruszył ramionami, co ściągnęło 

jej wzrok na mokre zacieki na jego swetrze. – Przyznaję, Ŝe zupełnie nie wiem, 
co kupić. 

Diana  zadrŜała,  i  to  nie  tylko  z  zimna,  ale  równieŜ  z  niepewności,  czy 

rozsądnie  byłoby  godzić  się  na  spędzenie  z  nim  tak  długiego  czasu.  Z  salonu 
dobiegła  salwa  śmiechu.  Westchnęła.  No,  ale  jak  odmówić,  Ŝeby  nie  wyszło  to 
niegrzecznie albo wr
ęcz dziecinnie? Zdradziła swoje wahanie, skubiąc drŜącymi 
palcami rąbek swetra. 

– Mniejsza z tym –  burknął Matt z szorstką gwałtownością, przerywając 

przedłuŜające  się  milczenie,  jakie  między  nimi  zaległo.  –  Widzę,  Ŝe  nie 
odpowiada ci moje towarzystwo. – Jego wzrok spoczął na palcach Diany i wargi 
wykrzywił mu ironiczny uśmieszek. – PołaŜę sobie sam. 

–  Nie  –  wyrzuciła  z  siebie,  czując,  Ŝe  wyszło  to  i  niegrzecznie,  i 

dziecinnie  zarazem.  –  Pójdę  z  tobą  –  powiedziała  juŜ  spokojniej,  bo  odgłosy 
oŜywionej  rozmowy  dochodzące  z  salonu  przypomniały  jej,  Ŝe  te  święta  mają 
być czasem przywracania w rodzinie pokoju, leczenia ran. – Kiedy? 

–  No  cóŜ,  do  Gwiazdki  pozostało  niewiele  dni  –  odparł  Matt,  a  jego 

uśmieszek  przeobraził  się  niezauwaŜalnie  w  uśmiech  satysfakcji.  –  Ale  zdaję 
sobie, oczywiście, sprawę, Ŝe pracujesz, a więc... 

–  A  więc?  –  wpadła  mu  w  słowo  Diana,  zaniepokojona  jego 

zadowolonym  uśmiechem  i  pewna,  Ŝe  zaraz  zaproponuje  coś,  co  jej  się  nie 
spodoba. 

– MoŜe jutro, po pracy? 

Zastanawiała  się  przez  chwilę.  Ile  moŜe  potrwać  kupowanie  kilku 

prezentów? Gdyby wyszła z biura wcześniej, mogliby obejść miejscowe sklepy, 
Matt  zrobiłby  swoje  zakupy  i  moŜe  zdąŜyliby  jeszcze  do  domu  na  kolację. 
MęŜczyźni nie cierpią przecieŜ sklepów, prawda? 

Rada z wniosku, do którego doszła, uśmiechnęła się… i nagle stęŜała na 

widok niepokoju, malującego się na twarzy Matta. 

background image

–  Niech  będzie  jutro  –  powiedziała  i  zaintrygował  ją  przebłysk  emocji, 

który pojawił się na chwilę w jego czujnych oczach. 

–  Świetnie.  –  Matt  skinął  głową  i  Dianie  wydało  się,  Ŝe  wysiłkiem  woli 

powstrzymuje uśmiech. – O której wychodzisz zwykle z biura? 

–  Zazwyczaj  kończymy  pracę  o  piątej,  ale  często  zostaję  dłuŜej.  – 

Pokrywając  wzruszeniem  ramion  zmieszanie,  wywołane  wyrazem  jego  twarzy, 
Diana  przeszła  do  przedstawienia  swojego  naprędce  skleconego  planu.  – 
PoniewaŜ  nie  mam  teraz  Ŝadnych  zaległości,  będę  chyba  mogła  wyjść  o 
czwartej. Wcześniej zaczniemy, wcześniej skończymy. Odpowiada ci to? 

– Idealnie. – Matt wyraźnie przegrał swoją wewnętrzną walkę z cisnącym 

się na usta uśmiechem, od którego dreszcz przeszedł jej po plecach, jeŜąc włoski 
na karku. – Jeździsz do biura z Henrym? 

–  Nie.  –  Diana  ściągnęła  brwi,  zaskoczona  tym  pytaniem.  –  Mam  raczej 

nienormowany czas pracy, jeŜdŜę więc sama. Czemu pytasz? 

MęŜczyzna wzruszył ramionami. 

–  Pomyślałem  sobie,  Ŝe  byłoby  szybciej,  gdybyś  zostawiła  mi  swój 

samochód, a ja podjechałbym po ciebie pod biuro. 

Pomysł,  który  skracał  czas,  jaki  będzie  musiała  spędzić  w  towarzystwie 

Matta, spodobał się Dianie, przystała więc skwapliwie na tę propozycję. 

– Tak, masz rację. Jutro zabiorę się do biura z tatą. 

–  Dobrze.  –  Ton  Matta  moŜna  było  określić  jako  pełen  zadowolenia 

pomruk.  W  Dianie  obudziła  się  czujność.  –  Podjadę  po  ciebie  o  czwartej. 
Pochodzimy  trochę  po  sklepach,  potem  zrobimy  sobie  przerwę,  wpadniemy 
gdzieś na kolację i, odświeŜeni dokończymy zakupów. 

Uświadamiając  sobie,  Ŝe  jej  niepokój  był  uzasadniony,  Diana  otworzyła 

usta, by zaprotestować. 

– Ale… 

– Hej, co wy tam tak długo robicie? – zawołała w tym momencie Lissa z 

progu salonu. – Przygotowujecie świąteczne niespodzianki? 

– Tak – powiedział Malt, odwracając się, by ruszyć w stronę roześmianej 

siostry. – Zajmij się więc swoimi sprawami, bo moŜesz nie znaleźć prezentu pod 
choinką. 

Wpadła.  Przekonana,  Ŝe  dając  się  nierozwaŜnie  wciągnąć  w  podstępny 

plan  Matta,  popełniła  wielki  błąd,  Diana,  patrząc  jak  ten  oddala  się  z  Lissą 

background image

uwieszoną u ramienia, zwymyślała się w duchu. 

 

 

 

Matt taszczył za Dianą pękate, wielkie torby i nie spuszczał wzroku z jej 

ponętnej  sylwetki.  Lawirowała  zręcznie  w  przedświątecznym  tłumie, 
zapełniającym szczelnie chodniki, a on usiłował za nią nadąŜyć. 

Minęła  juŜ  ponad  godzina  od  czasu,  kiedy  zatrzymał  samochód  przed 

biurem  Diany.  JuŜ  na  niego  czekała.  Spodziewał  się,  Ŝe  pojadą  do  któregoś  z 
pobliskich  centrów  handlowych,  zaskoczyło  go  więc,  kiedy  Diana,  zamiast 
wsiąść do samochodu, zaproponowała, by zostawił auto na biurowym parkingu, 
poniewaŜ odrestaurowany pasaŜ handlowy znajdował się w odległości krótkiego 
spaceru. 

Mokry  śnieg  pokrywał  ziemię  i  zalegał  ubitymi,  małymi  pryzmami 

wzdłuŜ krawęŜników przed frontonami sklepów, nadając aurę autentyczności tej 
długiej  na  trzy  przecznice  i  zamkniętej  dla  ruchu  kołowego  części  miasta, 
pamiętającej przełom stuleci. 

Sceneria wprost z kart Opowieści wigilijnej, pomyślał Matt, dostrzegając 

zmiany, jakie tu zaszły podczas jego dziewięcioletniej nieobecności w mieście. 

Przemknęło  mu  przez  myśl,  Ŝe  gdyby  nie  współczesne  ubrania 

przechodniów,  wypełniająca  rześkie  powietrze  piskliwa  świąteczna  muzyka, 
wydobywająca się z ukrytych głośników, i klaksony samochodów, dobiegające 
sporadycznie spoza strefy zamkniętej, moŜna by pomyśleć, Ŝe czas się cofnął. 

AleŜ  tu  uroczo,  myślał,  wymijając  grupkę  chichoczących  nastolatek  i 

wydłuŜając  krok,  by  dogonić  Dianę.  A  raczej  byłoby  uroczo,  podjął  urwaną 
myśl,  gdyby  nie  wilgotny  chłód  przenikający  go  do  szpiku  kości, 
poszturchiwania śpieszących się przechodniów i zabójcze tempo, jakie narzuciła 
dziewczyna z chwilą, kiedy znaleźli się w pasaŜu. 

Musiał,  naturalnie,  przyznać,  Ŝe  dzięki  jej  determinacji  sporo  juŜ 

załatwili.  Torba,  którą  dźwigał,  pełna  była  podarków  dla  połowy  osób  z  jego 
listy.  Ale,  na  Boga,  jakim  kosztem  –  nie  w  sensie  pieniędzy,  lecz 
nadszarpniętych nerwów, cierpliwości. 

A tam, cztery kroki przed nim, maszeruje sobie ta, która tak pobudza jego 

zmysły. Ponury uśmiech wypełzł na wargi Matta, kiedy ciągle śledził wzrokiem 
ponętną sylwetkę Diany. 

Górną połowę ciała okrywała jej długa do pasa kurtka ze sztucznego lisa. 

background image

MęŜczyznę  rozpraszała  dolna  część.  Wychodząc  rano  z  domu,  Diana  ubrana 
była  w  strój  odpowiedni  do  biura,  czyli  w  białą  jedwabną  bluzkę  i  wełnianą 
spódnicę  do  kolan.  Oprócz  dyplomatki,  miała  ze  sobą  małą  torbę,  której 
zawartość, czyli obcisłe dŜinsy, opinała teraz jej biodra i nogi. 

ś

ar  wypełnił  wszystkie  najczulsze  punkty  ciała  Malta.  Kobieta  nie 

powinna wyglądać tak pociągająco w spodniach, zaprotestował w duchu. To po 
prostu  nie  fair  wobec  męskiej  części  populacji,  zwłaszcza  jeśli  ta  kobieta  ma 
zwarte, proporcjonalnie, zaokrąglone ciało i nogi do samej szyi. 

Myśli  i  zmysły  męŜczyzny  wypełnił  obraz  sprzed  dziewięciu  lat.  Obraz 

tych  samych  długich  nóg  opiętych  nie  dŜinsami,  lecz  prowokacyjnymi, 
czarnymi nylonami. 

Matt  stłumił  jęk  i  wymruczał  przeprosiny  pod  adresem  starszego  pana, 

którego niechcący  potrącił  ramieniem.  Cholera!  To śmieszne, szydził  z  siebie  i 
sytuacji,  którą  sam  z  takim  trudem  stworzył.  Jego  plan  miał  na  celu 
wyciągnięcie Diany z domu na rozmowę w cztery oczy. Jak mogło nie przyjść 
mu  do  głowy,  Ŝe  ulice  i  sklepy  zatłoczone  ludźmi,  robiącymi  przedświąteczne 
zakupy, nie będą odpowiednim miejscem do rozmowy na tematy osobiste? 

ZauwaŜył, Ŝe Diana zatrzymuje się przed wspaniale udekorowaną witryną 

sklepu jubilerskiego i z piersi wyrwało mu się pełne ulgi westchnienie. Ledwie 
zwróciła  na  niego  uwagę,  kiedy  przystanął  obok.  Przygryzając  wargę, 
wpatrywała się z zachwytem w połyskującą zawartość okna wystawowego. 

– W brzuchu mi burczy – zaczął. – MoŜe wpadlibyśmy gdzieś coś zjeść? 

–  Pobiegł  wzrokiem  za  jej  zachwyconym  spojrzeniem  i  w  oczy  rzuciła  mu  się 
mała,  pokryta  niebieskim  atłasem  taca  z  zaręczynowymi  pierścionkami  o 
diamentowych  oczkach.  Jeden  z  nich  od  razu  zwrócił  jego  uwagę.  Ładny. 
Bardzo  ładny.  Wyobraził  sobie,  jak  wdzięcznie  ten  duŜy  kamień  w  kształcie 
gruszki wyglądałby na palcu Diany. Więcej niŜ ładnie. Byłby idealny. 

– Jestem pewna, Ŝe twoja matka byłaby zachwycona tą broszką. 

–  Co?  –  Matt,  wyrwany  nagle  ze  swoich  myśli  na  temat  pierścionka, 

spojrzał  na  Dianę  trochę  nieprzytomnie.  Wydała  przeciągłe,  zniecierpliwione 
westchnienie. 

–  Powiedziałam,  Ŝe  twojej  matce podobałaby  się  ta broszka. –  Wskazała 

palcem  pudełeczko  po  lewej  stronie  wystawy.  –  Ten  złoty  jednoroŜec  z 
perłowym rogiem i ogonem, z rubinowymi oczkami. 

–  Miałem  nadzieję,  Ŝe  teraz  wpadniemy  gdzieś,  Ŝeby  coś  przekąsić  – 

mruknął Matt, przenosząc posłusznie wzrok na broszkę. – Jestem głodny i chce 
mi się pić. 

background image

– AleŜ, Matt, prawie kończymy. – Diana zaczęła wyliczać dotychczasowe 

sprawunki  na  palcach  prawej  ręki:  –  Kupiłeś  kaszmirową  marynarkę  dla  taty, 
skórzaną lotniczą kurtkę dla Terry’ego i ten absolutnie wspaniały, niesamowicie 
drogi jedwabny komplet, piŜamę i kimono dla Beth. Zostały tylko twoja matka i 
Lissa. 

I  ty,  dodał  w  duchu  Matt,  z  powrotem  przenosząc  wzrok  na  tacę  z 

pierścionkami. 

– Chyba Ŝe poza członkami rodziny masz na liście jeszcze inne osoby... – 

ciągnęła. 

–  Nie.  –  Kręcąc  głową,  oderwał  oczy  od  wystawy  i  spojrzał na  Dianę.  – 

Ale ja naprawdę jestem głodny. 

Dziewczyna znowu westchnęła, tym razem głośniej. 

–  PrzecieŜ  tu  moglibyśmy  skończyć  zakupy  –  nie  ustępowała.  – 

Powtarzam ci, Ŝe ta broszka spodobałaby się twojej matce, i jestem teŜ pewna, 
Ŝ

e  w  sklepie  z  upominkami  obok  znajdziemy  idealny  prezent  dla  Lissy.  – 

Obdarzyła  go  przesadnie  promiennym  uśmiechem.  –  W  ten  sposób 
załatwilibyśmy  wszystkich  i  zdąŜyli  jeszcze  do  domu  na  kolację  w  rodzinnym 
gronie. 

Matt  zacisnął  zęby  i  poczuł,  jak  zaczyna  mu  drgać  nerwowo  mięsień 

szczęki. Diana dawała uprzejmie do zrozumienia, Ŝe nie chce jeść z nim kolacji 
sam na sam. Jego frustracja osiągała krytyczny poziom. Ale co miał robić? Nie 
mógł jej przecieŜ zmusić. Dawanie za wygraną nie leŜało w naturze Matta, ale 
przynajmniej na razie, nie miał tu wiele do powiedzenia. 

 No dobrze – mruknął, podchodząc do drzwi sklepu. – Miejmy to juŜ za 

sobą. 

 

 

 

Było późno. W domu panowała cisza. I to taka cisza, Ŝe Dianie wydawało 

się, Ŝe słyszy oddech Malta w gabinecie ojca na dole. 

Nie mogła zasnąć. Właściwie to wcale nie chciało jej się spać. Sędziując 

zawodom  w  przeciąganiu  liny  między  rozsądkiem  a  emocjami,  to  snuła  się  po 
swoim pokoju, to znów przysiadała i na krawędzi łóŜka. 

Pojedynek ten rozpoczął się na dobre po kolacji, kiedy rodzina zebrała się 

w  salonie.  Ale  Diana  wyczuwała  oznaki  rodzącego  się  w  niej  wewnętrznego 

background image

konfliktu juŜ od tamtego wieczoru, kiedy ojciec oznajmił, Ŝe wyciągnął rękę do 
zgody, zapraszając Matta na święta. 

Konflikt  ten  przybierał  na  ostrości  z  kaŜdym  dniem.  Rozsądek 

podpowiadał  jej,  Ŝe  najwyŜszy  czas  puścić  w  niepamięć  urazy  i  pretensje,  od 
dziewięciu lat rozdzielające rodzinę. Stres związany z tym stanem rzeczy dał się 
we  znaki  im  wszystkim,  zwłaszcza  Dianie,  która  dźwigała  brzemię 
odpowiedzialności za to, co się stało. A kiedy najlepiej zawierać pokój, jak nie 
w święta BoŜego Narodzenia? 

I tutaj do boju wkraczały jej uczucia, wywołując ten wewnętrzny konflikt. 

Z  emocjonalnego  punktu  widzenia  czuła  się  nieprzygotowana  do  spotkania  z 
Mattem,  nie  mówiąc  juŜ  o  powitaniu  go  w  domu  jako  brata,  który  powraca  z 
wieloletniej tułaczki. 

Kochała Matta kaŜdą komórką, kaŜdą cząstką i kaŜdym oddechem swego 

ciała.  Wiedziała,  Ŝe  kocha  go  tak  od  początku  –  i  to  nie  jak  brata,  ale  jak 
męŜczyznę. 

Ale  swoją  cierpką  uwagą,  Ŝe  nawet  gdyby  wyjechała  do  Australii,  to 

jeszcze  byłoby  za  blisko,  Matt  dał  wyraźnie  do  zrozumienia,  Ŝe  czuje  do  niej 
antypatię. 

A jednak zaraz potem nie tylko zaproponował, jak gdyby nigdy nic, aby 

pomogła mu w zakupach, ale jeszcze nalegał, Ŝeby zjadła z nim kolację sam na 
sam. 

Dlaczego chciał zostać z nią sam? Diana zadawała sobie to pytanie raz po 

raz i za kaŜdym razem dochodziła do jedynego logicznego wniosku. 

Trzeba zapytać Matta. Porozmawiać z nim. W cztery oczy. 

Okazja  do  porozmawiania  na  osobności  nadarzyła  się  przed  kilkoma 

godzinami, kiedy Matt spytał Henry'ego, czy będzie mógł skorzystać wieczorem 
z jego gabinetu, i uzyskał pozwolenie. 

Byt  tam  teraz.  Diana  to  wiedziała,  bo  przed  dobrą  godziną 

zidentyfikowała wszystkich pozostałych członków rodziny, kiedy mijali kolejno 
jej drzwi, rozchodząc się do swoich sypialni. 

Siedząc  teraz  na  brzeŜku  materaca,  usłyszała,  jak  staroświecki  zegar  w 

holu  wybija  pierwszą  w  nocy.  Wewnętrzny  konflikt  szalał  z  pełną  siłą. 
Rozsądek  kazał  jej  wykorzystać  sposobność  i  porozmawiać  sam  na  sam  z 
Mattem,  zawrzeć  z  nim  pokój.  Emocje  ostrzegały  przed  naraŜaniem  się  na 
ewentualne  odrzucenie,  na  jeszcze  większy  ból,  na  większe  cierpienie. 
Prawdopodobnie  Matt  nie  posiedzi  juŜ  długo  w  gabinecie,  przemknęło  Dianie 
przez  myśl,  kiedy  zegar  wybił  wpół  do  drugiej.  Iść  tam,  czy  nie  iść,  oto  jest 

background image

pytanie. 

Wygładzała machinalnie fałdy spódnicy, w którą przebrała się do kolacji 

po  powrocie  do  domu.  Uświadomiwszy  sobie  ten  nerwowy  odruch,  spojrzała 
gniewnie na swoje niesforne palce. 

A niech to wszyscy diabli! – zaklęła w duchu, zła na siebie samą. Jest w 

końcu dorosła, czy teŜ drzemie w niej nadal impulsywna nastolatka, uwięziona 
w kobiecym ciele? 

Zmobilizowana  tą  chłoszczącą  myślą,  zerwała  się  z  łóŜka  i  energicznym 

krokiem podeszła do drzwi. Sytuacja ta, nie dość Ŝe wykańczała ją nerwowo, to 
jeszcze  nabierała  komicznych  cech.  Odpędzając  od  siebie  obawy,  wyszła  z 
pokoju, przemknęła na palcach korytarzem i zbiegła po schodach na dół. 

Drzwi  gabinetu  były  lekko  uchylone,  a  sączące  się  zza  nich  światło 

ś

wiadczyło, Ŝe Matt jest jeszcze w środku. Zawahała się na moment, odetchnęła 

głęboko, po czym zapukała cicho, pchnęła drzwi i weszła do środka. 

Matt  siedział  za  biurkiem  ojca,  pochylony  nad  plikiem  papierów.  Obok 

leŜała otwarta  dyplomatka.  Na  widok  Diany  zrobił  zaskoczoną  minę,  ale kiedy 
postąpiwszy kilka niepewnych kroków, zatrzymała się pośrodku pokoju, szybko 
się opanował. 

– O, cześć – powiedział cicho, zerkając ukradkiem na zegarek. – Czemu 

zawdzięczam tę nocną wizytę? 

Ciemne 

włosy 

miał 

rozwichrzone, 

chyba 

od 

machinalnego 

przeczesywania  palcami.  Z  rozchylonego  kołnierzyka  koszuli  wznosiła  się 
muskularna  kolumna  szyi.  Wyglądał  na  zmęczonego,  a  przy  tym  był  tak 
przystojny, tak pociągający i tak strasznie męski… 

–  Ja…  to  znaczy…  –  straciła  nagle  całą  odwagę,  zapomniała  języka, 

ogarnęło ją skrępowanie, poczuła się o wiele bardziej dziewczynką niŜ kobietą. 
Wściekła  na  siebie  samą,  odetchnęła  i  wyrzuciła  z  siebie:  –  Chciałam  z  tobą 
porozmawiać… o sprawach osobistych. 

– Dobrze. – Matt odsunął się z fotelem, wstał i obszedł biurko. – Usiądź – 

zachęcił  ją,  wskazując  niedbałym  gestem  ręki  długą  kanapę  ustawioną  pod 
kątem do kominka – tę samą kanapę z tamtego okropnego wieczoru. 

Diana, lekko oszołomiona ze zdenerwowania, ruszyła wolno przez pokój, 

kierując  się  nie  do  kanapy,  symbolu  ich  poniŜenia,  lecz  do  jednego  ze 
zgrupowanych wokół niej przepastnych foteli klubowych. 

–  Boisz  się?  –  zakpił  cicho,  zastępując  jej  drogę,  biorąc  za  rękę  i 

zmuszając łagodnie, by jednak zajęła miejsce na kanapie. – Daję ci słowo, Ŝe z 

background image

mojej strony nic ci nie zagraŜa, Diano. 

Pewna,  Ŝe  oto  Matt  znowu,  choć  w  zawoalowany  sposób,  daje  do 

zrozumienia, Ŝe nie jest nią zainteresowany na tyle, by musiała się go obawiać, 
poczuła  w  Ŝołądku  uczucie  ssącej  pustki.  Ze  wzrokiem  utkwionym  w  ścianę 
przed sobą, usiadła sztywno w rogu kanapy. 

Matt  usadowił  się  obok  niej  –  blisko,  zbyt  blisko,  by  mogła  zachować 

spokój  ducha  –  uwaŜając  jednak,  by  nie  stykać  się  z  nią  Ŝadną  częścią  swego 
długiego ciała. 

– Wygodnie ci? 

Czy wygodnie? Diana kiwnęła w odpowiedzi głową i stłumiła rodzący się 

w  krtani  jęk  rozpaczy.  Spięta,  sztywna  postawa  maskowała  wewnętrzną  burzę 
zmysłów, judzących, by go dotknęła, przywarła do niego, błagała, Ŝeby znów jej 
zapragnął.  Kontrolując  ściśle  wyraz  twarzy,  aby,  broń  BoŜe,  nie  zdradził 
miotających nią uczuć, odwaŜyła się zerknąć na Matta kątem oka. Patrzył na nią 
łagodnie,  ale  z  jakimś  natęŜeniem.  Jego  szare  oczy  zdawały  się  płonąć 
wewnętrznym ogniem. 

– Powiedziałaś, Ŝe chcesz ze mną porozmawiać – przypomniał jej cichym, 

hipnotyzującym głosem. 

– Tak, bo… – Diana urwała, Ŝeby jeszcze raz przełknąć ślinę i przesunąć 

językiem po wysuszonych ze zdenerwowania wargach. 

–  Och,  Di,  nie  rób  tego  –  mruknął  Matt,  unosząc  rękę,  by  przejechać 

palcami  po  i  tak  juŜ  zmierzwionych  włosach.  –  Nigdy  nie  zaczniemy  tej 
rozmowy, jeśli nie przestaniesz. 

– Co… Czego mam nie robić? – spytała suchym, chrapliwym szeptem. 

–  ZwilŜać  sobie  tak  warg  językiem  –  mruknął.  –  To  działa  na  mnie  tak 

samo jak tamtego pamiętnego wieczoru. Odnoszę wraŜenie, Ŝe zachęcasz mnie 
w  ten  sposób,  Ŝebym  cię  pocałował.  –  Westchnął  cięŜko  i  uśmiechnął  się 
przepraszająco. – A tak długo, tak bardzo długo czekam na tę zachętę. 

–  Czekasz?  –  Diana  spojrzała  na  niego  otwarcie  i  wyraz  rozpaczliwej 

tęsknoty  ścinającej  mu  rysy  twarzy  zaparł  jej  dech  w  piersiach.  ZadrŜała  i 
nieświadomie znowu zwilŜyła sobie wargi. – A ja myślałam… 

– Nie myśl, czuj – mruknął, odwracając się do niej i przysuwając. I naraz, 

wzruszywszy ramionami, pochylił głowę i musnął wargami jej usta. 

Diana  doznała  rozdwojenia  jaźni.  Z  jednej  strony,  zrodziło  siej  w  niej 

podejrzenie,  Ŝe  pewnie  się  z  niej  naigrawa,  celowo  ją  dręczy,  bo  przecieŜ 
wyraźnie powiedział, Ŝe gdziekolwiek był uciekła, dla niego i tak byłoby to za 

background image

blisko.  Z  drugiej  zaś  strony,  instynkt  wołał  w  niej  wielkim  głosem,  by 
wykorzystała tę chwilę.  

Szalę  przewaŜyła  obawa,  Ŝe  taka  okazja  moŜe  się  juŜ  nie  powtórzyć. 

Ulegając buntowniczym Ŝądaniom rozszalałych zmysłów, uniosła ręce, ujęta w 
obie  dłonie  głowę  Matta  i  przyciągnęła  jego  wargi  do  swych  rozchylonych, 
spragnionych ust. 

MęŜczyzna  zmartwiał  na  chwilę,  jakby  go  przestraszyła  –  albo 

zaszokowała  –  jej  gwałtowna  reakcja.  Potem  z  dobiegającym  z  głębi  krtani 
pomrukiem wpił się w jej usta. 

Diana  odpowiedziała  Ŝywiołowo  i  zainicjowała  zmysłową  grę, 

przesuwając  językiem  po  jego  dolnej  wardze,  wyginając  przy  tym  ciało  i 
wtulając swoje miękkie krągłości w jego twardą kanciastość.  

Matt bez wahania podjął jej milczące wyzwanie. Jego język spotkał się z 

jej językiem, wślizgnął głęboko do ust, a dłoń odszukała jej pierś, przesunęła się 
po  jej  zewnętrznej  obłości,  a  potem  wsunęła  między  ich  ciała,  by  odszukać 
nabrzmiałą sutkę i rozbudzić ją do pulsującego podniecenia. 

–  Diano,  Diano…  –  wyszeptał,  obsypując  gradem  gorących,  palących 

pocałunków policzki i wygiętą szyję. – Pragnę cię, pragnę. Nie rób tego, jeŜeli 
teŜ mnie nie pragniesz. 

–  Pragnę  –  wyznała,  całując  jego  jedwabiste  brwi,  powieki,  wraŜliwe 

wgłębienia pod oczami. – Pragnę być z tobą, naleŜeć do ciebie. 

–  Ale  nie  tutaj!  –  Matt  odsunął  się  od  niej  i  rozejrzał  po  pokoju.  –  Nie 

tutaj. 

– Nie – wyszeptała. – Proszę, nie tutaj. 

Matt był wciąŜ na odległość tchnienia. Potem, ze stanowczym skinieniem 

głowy wstał, wziął ją na ręce i wyszedł z gabinetu. 

– Dokąd…? – Diana urwała, kiedy wstąpił na schody. Do jej pokoju? Do 

jego sypialni? 

Matt  doszedł  do  końca  korytarza  i  skierował  się  ku  schodom 

prowadzącym  na  drugie  piętro,  gdzie  od  dnia,  w  którym  jego  matka  poślubiła 
ojca Diany, znajdowała się jego sypialnia. Zamknął za sobą drzwi, doniósł ją do 
łóŜka i delikatnie postawił na podłodze. 

Z piersią falującą z wysiłku patrzył dziewczynie prosto w oczy. 

–  MoŜesz  jeszcze  zmienić  zdanie.  –  Kąciki  ust  uniosły  mu  się  w 

niepewnym  uśmiechu.  –  Ale  jeśli  chcesz  to  zrobić,  to  teraz,  póki  ja  się  nie 

background image

rozmyślę. 

Diana  nie  czekała,  aŜ  rozsądek  weźmie  górę  nad  emocjami.  Pozwalając, 

by  czyny  przemówiły  za  nią,  zrzuciła  z nóg pantofelki, połoŜyła  się na  łóŜku  i 
wyciągnęła do niego ręce. 

Matt  wstrzymał  oddech  i  połoŜył  się  obok  niej  na  materacu.  Jak  na 

komendę  odwrócili  się  do  siebie  i  objęli.  Pocałunek  był  głęboki,  zapierający 
dech w piersiach. 

– Tak długo czekałem, tak bardzo cię pragnę. – Oddychając z wysiłkiem, 

chrapliwie,  męŜczyzna  przeciągnął  językiem  od  bijącego  szalonym  rytmem 
pulsu  u  nasady  szyi  do  wierzchołka  dekoltu  jej  jedwabnej  bluzki,  gdzie 
otwierała się dolina między wzgórkami piersi. Szybko, z wprawą, rozpiął guziki 
bluzki i przednią zapinkę koronkowego stanika. 

Po jego uwadze, Ŝe gdyby nawet wyjechała do Australii, to dla niego i tak 

byłoby za blisko, zapewnienie o wielkim  poŜądaniu wywołało jeszcze większy 
zamęt w głowie Diany. 

–  Ja…  Matt!  –  Jęknęła  i  zadrŜała,  czując  na  sutce  delikatne  muśnięcie 

jego  języka.  –  Ja  nie  rozumiem.  Jeszcze  wczoraj  wieczorem  mówiłeś,  Ŝe  i  w 
Australii  byłabym  za  blisko  ciebie.  Teraz  mówisz,  Ŝe  mnie  pragniesz.  To  bez 
sensu. – Z ust wyrwał jej się cichy okrzyk i na chwilę zabrakło jej tchu, kiedy 
jego język dotknął mocniej jej sutki. 

– No to ci wyjaśnię. – Odrywając głowę od piersi Diany, Matt spojrzał w 

jej  pociemniałe  namiętnością  oczy.  –  Chodziło  mi  o  to,  Ŝe  dogoniłbym  cię, 
nawet  gdybyś  uciekła  przede  mną  do  Australii.  Znajdę  cię,  gdziekolwiek  się 
zaszyjesz. – Odetchnął z wysiłkiem i wyrzucił z siebie: – Pragnę cię aŜ do bólu, 
Diano.  Pragnąłem  cię,  od  kiedy  skończyłaś  siedemnaście  lat.  I  to  pragnienie 
stawało się ostatnio nie do zniesienia. – Ognik tlący się głęboko w jego oczach 
buchnął  nagle  płomieniem  niepohamowanego  poŜądania.  –  KaŜda  kobieta,  z 
jaką  byłem  przez  te  ostatnie  lata,  stanowiła  tylko  mamą  namiastkę  ciebie.  – 
Opuścił głowę, by zawładnąć jej rozchylonymi z zaskoczenia ustami. 

Pocałunek  Matta,  choć  trwał  krótko,  pozbawił  Dianę  zmysłów  i 

rozproszył  resztki  jej  wątpliwości.  On  jej  pragnął,  potrzebował  i  niewaŜne,  Ŝe 
powoduje nim tylko niezaspokojone poŜądanie. 

śą

dza.  Od  miłości  dzieliły  ją  całe  lata  świetlne,  ale  było  to,  mimo 

wszystko, uczucie. Uczucie, które Ŝywił dla niej Matt. Lepsze juŜ to niŜ nicość, 
w  jakiej  Ŝyła  przez  ostatnie  dziewięć  lat.  Diana  uświadamiała  sobie  jak  przez 
mgłę, Ŝe moŜe potem Ŝałować tej nocy, ale w tej chwili liczyło się tylko to, Ŝe 
Matt jest tutaj, w jej ramionach, pragnie jej. 

background image

–  Zostań  ze  mną.  Połącz  się  ze  mną  w  jedno,  Diano  –  szeptał  błagalnie, 

pieszcząc językiem jej usta, a palcami pierś. 

– Tak – wyszeptała ulegle, a potem dorzuciła ponaglająco – Och, tak, tak. 

Wymrukując  do  niej  szokujące,  erotyczne,  pobudzające  słowa,  które 

opisywały jego fantazje o tym, jak dobrze moŜe im być ze sobą, Matt delikatnie 
zdjął z niej ubranie. Potem zsunął się z materaca, stanął obok łóŜka i poŜerając 
jej  nagość  błyszczącymi  oczami,  dosłownie  zdarł  z  siebie  odzienie,  ukazując 
Dianie, jak bardzo jej pragnie. 

Dziewczyna dygotała, nie za strachu, lecz z niecierpliwości. Wiedziała, co 

ją czeka, ale nie przywiązywała do tego wagi. Podobnie jak on, długo czekała na 
tę  chwilę,  zbyt  długo,  by  odstraszała  ją  perspektywa  jednego  nieprzyjemnego 
momentu. 

–  Diano  –  wyszeptał  głosem  pełnym  namiętności.  Gotowa,  rozpalona, 

spragniona aŜ do bólu, wyciągnęła do niego ręce. 

–  Będzie  dobrze,  bardziej  niŜ  dobrze  –  obiecał  Matt,  wspierając  się  na 

rękach po obu jej bokach i układając ciało w kołysce ud. – Będzie cudownie. 

Opuściwszy głowę, wpił się ustami w wargi Diany i wsuwając między nie 

język, wszedł w nią jednocześnie silnym pchnięciem. 

Rozdzierający  ból  sprawił,  Ŝe  dziewczyna  nie  zdołała  powstrzymać 

stłumionego  okrzyku.  Drgnęła  konwulsyjnie  i  zesztywniała  w  reakcji  na  ciało 
męŜczyzny wypełniające z taką gwałtownością jej wnętrze. 

Na  jedno  uderzenie  serca  Matt  całkowicie  znieruchomiał.  Potem  uniósł 

głowę i spojrzał na nią z tępym zdumieniem i niedowierzaniem. 

–  Diano…  –  Głos  miał  chrapliwy,  przepełniony  samooskarŜeniem.  – 

Zadałem ci ból… Ale do głowy mi nie przyszło, nie śmiałem marzyć, Ŝe moŜesz 
być jeszcze… 

–  To  nic  –  przerwała  mu,  przytrzymując  go  za  pośladki,  kiedy  drgnął, 

Ŝ

eby się wycofać. – Nie, nie ruszaj się. Zaraz przejdzie. Daj mi tylko chwilkę. 

Matt nie odrywał od niej wzroku, wypatrując śladów cierpienia w oczach, 

na  twarzy.  Widać  było,  Ŝe  toczy  się  w  nim  wewnętrzna  walka  między 
skrupułami wobec sprawiania jej dalszego bólu a szalonym poŜądaniem. 

Diana  przytrzymywała  go  mocno  głęboko  w  sobie,  a  jej  ciało  powoli 

przystosowywało  się  do  niego.  Sztywność  mięśni  ustępowała,  a  jej  miejsce 
zajmowało natychmiast napięcie rosnącego podniecenia i poŜądania. 

–  Teraz  –  wyszeptała,  wbijając  paznokcie  w  jego  napręŜone  ciało  i 

background image

wyginając się pod szybkim ruchem, którym zareagował. – Teraz! 

Uwolniony  od  troski  o  Dianę,  Malt  posłuchał  skwapliwie  jej  rozkazu. 

Posłuchał,  biorąc  ją  bez  litości  całą  potęgą  swego  silnego  ciała.  I  upojony  jej 
nieskrępowaną reakcją na kaŜdy swój ruch, doprowadził ją i siebie, lśniących od 
potu  w  padającym  na  łóŜko  bladym  świetle  księŜyca,  na  samą  krawędź,  aŜ  do 
ostatecznego spełnienia. 

background image

Rozdział piąty 

 

– Obudź się, Śpiąca Królewno. 

Diana  wynurzyła  się  z  głębokiego,  mocnego  snu,  by  poczuć  na  ustach 

pocałunek  swego księcia  z bajki.  Skrajnie  wyczerpani,  zasnęli złączeni i to  nie 
po  pierwszym,  lecz  trzecim  zespoleniu.  Ciało  Matta  wciąŜ  tkwiło  głęboko  w 
niej. 

– Ummm… – mruknęła, rozprostowując zdrętwiałe ręce, którymi otaczała 

szyję  męŜczyzny,  i  napinając  mięśnie  nóg,  które  nadal  ściskały  jego  uda.  – 
Jeszcze  –  poprosiła  cicho,  szukając  uśmiechniętych  warg,  unoszących  się  tuŜ 
nad jej ustami. 

– Ale tylko raz – wyszeptał Matt, draŜniąc szybkimi dotknięciami języka 

jej ucho. 

– Dlaczego? – zaprotestowała Diana, wydymając z rozczarowaniem dolną 

wargę. 

– Bo zaraz będzie świtać – odparł, przesuwając językiem po jej ustach. – 

A poza tym, jest mi zimno. 

– To się przykryj.  

MęŜczyzna uśmiechnął się. 

– Nie mogę. W nocy skopaliśmy pościel na podłogę.  

Dianie, przykrytej jego ciałem, było rozkosznie ciepło i z kaŜdą sekundą 

robiło  się  coraz  goręcej.  Poruszyła  biodrami  pod  wgniatającym  ją  w  materac 
cięŜarem  Matta  i  uśmiechnęła  się,  czując  w  sobie  drgnienie  odradzającego  się 
Ŝ

ycia. 

Matt westchnął spazmatycznie i znieruchomiał, tak jakby rozkoszował się 

swoim rosnącym szybko podnieceniem. 

–  To  znaczy,  zimno  mi  w  plecy  –  powiedział,  zaczynając  poruszać 

biodrami.  –  Przód  mam  ciepły  i  coraz  bardziej  mi  się  rozgrzewa.  – 
Znieruchomiał nagle i spojrzał na nią. – Czy to boli? 

– I tak, i nie. Ale nie przestawaj, proszę. – Westchnęła, kiedy delikatnie, z 

wyczuciem wślizgnął się w nią głębiej. – Tak mi dobrze. 

Malt zerknął na zegarek na przegubie. 

background image

– To musi być krótko, moja królewno – mruknął, przyśpieszająca tempo. 

– Bo znowu nas przyłapią, tym razem bez majtek. 

–  Co  mi  tam…  –  zbagatelizowała  tę  ewentualność  Diana.  Narastające 

seksualne napięcie nie dopuszczało do głosu poczucia upokorzenia związanego 
zazwyczaj z tym wspomnieniem. – Och, szybciej… szybciej! 

Matt nie kazał sobie tego powtarzać. Nadał swemu ciału rytmiczne tempo, 

które  wyniosło  oboje,  zdyszanych  i  zatraconych  w  niepamięci,  na  wyŜyny 
kolejnego spełnienia. 

Diana,  zaspokojona,  leŜała  w  ramionach  męŜczyzny,  wracając  powoli  z 

królestwa  niewiarygodnej  ekstazy.  Czuła  jego  serce,  bijące  obok  jej  serca, 
wsłuchiwała  się  w  jego  wyrównujący  się  i  uspokajający  oddech.  Uśmiechnęła 
się i odgarnęła mu spadające na czoło spocone kosmyki. 

–  Biorąc  pod  uwagę  twój  brak  doświadczenia  –  wyszeptał,  a  jego  pierś 

wzniosła się w westchnieniu zadowolenia – jesteś fantastyczna. – Uniósł długi, 
kruczoczarny  pukiel  jej  włosów  i  owinął  go  sobie  wokół  palca,  jakby  ją  do 
siebie  przywiązywał.  –  Jesteś  bardziej  fascynującą  kochanką,  niŜ  sobie 
wyobraŜałem.  

–  Bałam  się…  bałam  się,  Ŝe  się  rozczarujesz…  porównując  mnie  ze 

swoimi  innymi…  –  zawahała  się,  szukając  gorączkowo  synonimu  dla  słowa 
"kochanka" – partnerkami. 

Matt oderwał głowę od jej piersi i spojrzał na nią oczyma rozjaśnionymi 

rozbawieniem. 

– Nie było ich wcale tak duŜo. Di. – Jego cichy głos brzmiał szczerze. – I, 

jak  ci  juŜ  powiedziałem,  wszystkie  one  były  tylko  namiastką,  cieniem  tej 
jedynej kochanki, której zawsze pragnąłem. 

– Mnie? 

–  Ciebie.  –  Matt  uśmiechnął  się  uśmiechem  zadowolonego  z  siebie 

zdobywcy. – I pomyśleć, Ŝe byłem pierwszy. – Pokręcił głową, jakby nie mógł 
jeszcze  uwierzyć  w  swe  szczęście.  –  Mogę  tylko  powiedzieć,  Ŝe  wybierając 
mnie  na  swego  pierwszego,  sprawiłaś  mi  najwspanialszy  prezent  gwiazdkowy, 
jaki mogłem sobie wymarzyć. – Westchnął i wtulił znowu twarz w jej szyję. – 
Pewnie juŜ piąta – mruknął z Ŝalem, całując ją delikatnie. – Musimy wstawać. 

–  Wiem  –  przyznała  Diana.  –  Ale  nie  jestem  pewna,  czy  zdołam  się 

poruszyć. Jestem taka, taka… 

–  Zaspokojona?  –  dokończył  za  nią  Matt,  unosząc  się  na  łokciach  i 

spoglądając na jej zarumienioną twarz. 

background image

–  Tak.  I  śpiąca.  –  Ziewnęła  i  przekręciła  głowę,  Ŝeby  spojrzeć  na  jego 

zegarek. – Lepiej pójdę juŜ do łóŜka. Do swojego łóŜka. Zostały mi tylko dwie 
godziny snu. 

Matt  zsunął  się  z  niej  z  westchnieniem  i  wstał.  Kiedy  przeciągnął  się 

leniwie,  napinając  mocne  sploty  mięśni  swego  wysportowanego,  doskonałego 
ciała, Dianie znowu zaparło dech w piersiach. 

– Wspaniale się czuję – oznajmił, schylając się, by podnieść z podłogi ich 

ubrania. – Lepiej, niŜ… – Urwał, wygładzając machinalnie bluzkę Diany. – NiŜ 
kiedykolwiek – dokończył z uśmiechem, wciągając slipy. 

Pomijając  niepewność,  obolałość  i  senność,  Diana  równieŜ  czuła  się 

dosyć  dobrze.  Po  utracie  fizycznej  niewinności  jej  widzenie  świata  stało  się 
dojrzalsze. Jeśli nawet w skrytości ducha spodziewała się usłyszeć od Matta nie 
tylko,  Ŝe  jej  poŜąda,  ale  i  kocha,  to  i  tak  uzyskała  od  niego  więcej,  niŜ  miała 
nadzieję. 

– MoŜe weźmiesz sobie wolny dzień? – zasugerował, podając jej bluzkę. 

– Wyśpij się. 

–  Nie  mogę.  Dzisiaj  kończymy  pracę  w  południe  i  zamykamy  biuro  na 

okres świąt. – Skończyła się ubierać, uśmiechnęła do niego blado i podeszła do 
drzwi. –  Po  zamknięciu  zabieramy  z  tatą  personel  na lunch.  Muszę  tam  być.  – 
Zatrzymała się z ręką na klamce i obejrzała na Malta z nie skrywaną tęsknotą. – 
Wrócę  do  domu  wcześniej  i  zdąŜę  się  jeszcze  zdrzemnąć  przed  wyjazdem  na 
lotnisko po Terry'ego. Dobrego dnia, Matt. 

– O, z pewnością będzie dobry. – Wyraz  twarzy  męŜczyzny był dziwnie 

tajemniczy. – Śpij dobrze, królewno. 

 

 

 

–  Hej,  Di,  jesteś  tam?  –  krzyknęła  Lissa,  zapukawszy  głośno  do  drzwi 

sypialni. – Tata, Matt i Terry juŜ zeszli. 

–  Za  chwileczkę! –  zawołała  Diana,  przeciągając  po  raz  ostatni  szczotką 

po splątanych podczas snu włosach i krzywiąc się do swojego odbicia w lustrze. 
Przewiązała  w  talii  szlafrok  i  ruszyła  do  drzwi,  uznając,  Ŝe  jest  gotowa,  by 
stawić  czoło  tradycyjnemu  rytuałowi  świątecznego  poranka  pielęgnowanemu 
przez Blairów –Turnerów z niewielkimi zmianami od czasu, kiedy obie rodziny 
połączyły się, by stworzyć jedną podstawową komórkę społeczną. 

PoniewaŜ  czteroletnia  Diana  i  dwuletnia  Melissa  wierzyły  wówczas  w 

background image

Ś

więtego  Mikołaja  –  a  Miriam  szczerze  wątpiła  w  niewiarę  deklarowaną 

oficjalnie  przez  dziewięcioletnią  Bethany  –  Miriam,  Henry  i  Matt,  wówczas 
nastolatek,  kultywowali  zabawę  w  gwiazdkowe  cuda  i  niespodzianki, 
gromadząc  się  pierwszego  dnia  świąt  skoro  świt  w  salonie  na  dole  wraz  z 
podnieconymi dziewczynkami, które były zbyt zaaferowane i zniecierpliwione, 
by czekać, aŜ wszyscy się ubiorą. 

Po rozpakowaniu prezentów i ucichnięciu ostatnich okrzyków zachwytu, 

salon  wyglądał,  jakby  przeszło  przez  niego  tornado,  a  wtedy  wszyscy 
przystępowali  do  zbierania  z  podłogi  papieru  z  opakowań,  wstąŜek,  sznurków, 
karteczek  z  imionami  i  innego  śmiecia,  po  czym  przenosili  się  gromadnie  do 
jadalni  na  śniadanie.  Po  śniadaniu  wszyscy  wracali  do  swoich  pokoi,  by  ubrać 
się do kościoła. 

Zabawa była, oczywiście, kontynuowana po przyjściu na świat Terry'ego. 

Z czasem nawet najmłodsi członkowie połączonych rodzin przestali wierzyć w 
wielkiego,  wesołego,  grubego  pana  w  czerwonym  stroju,  ale  rodzinny  rytuał 
przetrwał. 

Jednak  dzisiejszy  świąteczny  poranek  był  pierwszym  od  dziewięciu  lat, 

podczas którego udział w ceremonii rozdawania prezentów wziąć mieli wszyscy 
członkowie rodziny. 

– Diana! – wrzasnęła Lissa. 

–  Tak,  tak,  juŜ  idę.  –  Dziewczyna  sięgnęła  do  klamki,  odetchnęła  i 

opuściła rękę. 

Po raz pierwszy najchętniej nie wzięłaby udziału w rytuale świątecznego 

poranka. 

Przyczyn,  dla  których  wołałaby  pozostać  w  swoim  pokoju,  wymawiając 

się  migreną,  bólem  gardła  czy  jakąkolwiek  inną  przypadłością,  było  wiele  –  a 
kaŜda z nich nosiła imię Matt. 

Matt.  Diana  westchnęła  i  przeniosła  tęskne  spojrzenie  z  drzwi  na  swoje 

łóŜko.  Obolałość  zdąŜyła  w  ciągu  tych  dwóch  dni  opuścić  jej  ciało.  Ale  za  to 
nasiliła  się  dręcząca  ją  niepewność  wywołana  zaskakującym  zachowaniem  się 
Matta.  Nie  wiedziała,  czego  się  właściwie  po  nim  spodziewała,  z  pewnością 
jednak  nie  tych  dziwnych  spojrzeń  i  zamyślonego  wyrazu  twarzy,  które 
zaobserwowała u niego w ciągu dwóch ostatnich dni. 

Co myślał, co czuł? Następnego dnia po nocy spędzonej z Mattem, Diana 

wracała do domu z duszą na ramieniu. PrzeraŜała ją perspektywa pierwszego z 
nim  spotkania.  Poza  tym  dosłownie  leciała  z  nóg,  a  przyczyną  była  nie  tylko 
upojna  noc,  lecz  równieŜ  brak  snu,  męczący  lunch  z  personelem  biura  oraz 

background image

bieganie  za  jedynym  upominkiem,  którego  do  tej  pory  nie  kupiła  –  prezentem 
dla Matta. Niezbyt zadowolona z wybranego w końcu podarunku, wkroczyła do 
domu z powaŜnymi obawami, jak zostanie przyjęty, nieskora do stanięcia oko w 
oko z jego adresatem. 

Mogła sobie zaoszczędzić tych godzin niepewności. Matta i tak nie było 

w  domu.  Miriam  rzuciła  w  przelocie,  Ŝe  około  jedenastej  wybrał  się  sam  po 
jakieś  zakupy.  Wdzięczna  łaskawemu  losowi  Diana,  wymawiając  się 
zmęczeniem, padła na łóŜko, przespała obiad i obudziła się dopiero wieczorem, 
kiedy czas juŜ było jechać na lotnisko po Terry'ego. 

Dzień  i  wieczór  poprzedzające  święta  BoŜego  Narodzenia  wypełnione 

były po brzegi ostatnimi przygotowaniami i nie pozostawiały Dianie i Mattowi 
chwili  na  wymianę  choćby  kilku  słów  na  osobności.  Ale  dziewczyna 
kilkakrotnie przechwyciła jego dziwne, zamyślone spojrzenie. 

Kiedy  zdający  się  nie  mieć  końca  dzień  zwieńczony  został  zniesieniem 

przez  wszystkich  członków  rodziny  prezentów  i  ułoŜeniem  ich  pod  choinką  w 
salonie,  Diana  zwlekała  z  dołączeniem  podarku,  który  kupiła  dla  Matta,  do 
ostatniej chwili, a potem wepchnęła go na sam spód stosu paczek i paczuszek. 

Teraz,  o  tej  nieludzkiej  godzinie  świątecznego  poranka,  stała 

niezdecydowanie  przed  drzwiami  swojej  sypialni  z  uczuciem,  Ŝe  oddałaby 
wszystko,  by  ten  mały  upominek  znalazł  się  z  powrotem  w  szufladzie  jej 
komódki. 

– Diano, lepiej się pośpiesz! – zawołała Beth tonem, w którym kryło się 

zniecierpliwienie. – Lissa grozi, Ŝe zejdzie na dół bez ciebie. 

To  nie  nowina,  pomyślała  Diana  z  uśmiechem.  W  świąteczne  poranki 

Lissa  zawsze  groziła,  Ŝe  zejdzie  na  dół  sama.  Podtrzymując  uśmiech  siłą  woli, 
Diana otworzyła drzwi i wyszła na korytarz, by dołączyć do czekających na nią 
sióstr. Całą trójką zeszły po schodach i wkroczyły do salonu. 

–  No,  nareszcie  –  westchnął  z  przesadną  ulgą  Terry.  –  Nic  nie  mówcie, 

sam zgadnę. To Diana wstrzymywała pochód, prawda?  

Jego  Ŝartobliwa  uwaga  spotkała  się  z  potakującymi  skinieniami  kobiet, 

tłumionym chichotem ojca i enigmatycznym uśmieszkiem Matta. 

Diana  zignorowała  wszystkich  i  podeszła  do  fotela  najbardziej 

oddalonego  od  choinki.  Usiadła  i  składając  ręce  na  kolanach,  patrzyła,  jak 
Miriam z Lissa rozdają prezenty. Stos pod choinką topniał w oczach. Odbierała 
machinalnie wręczane jej upominki, mruczała cicho podziękowania, ale całą jej 
uwagę pochłaniało śledzenie reakcji innych, a zwłaszcza Matta. 

–  O,  dziękuję,  Matt!  –  huknął  Terry,  przymierzając  bez  zwłoki  skórzaną 

background image

lotniczą kurtkę. 

–  Hm,  seksownie  pachnie  –  mruknął  z  uśmiechem  Matt  i  rzucił  Lissie 

szelmowskie  spojrzenie,  wąchając  wytworną  wodę  kolońską,  którą  od  niej 
dostał. – Dziękuję. 

–  Matt,  naprawdę  niepotrzebnie  się  tak  wykosztowałeś  –  wybąkał  pod 

nosem ojciec, gładząc kaszmirową marynarkę. – Nie wiem, co powiedzieć. 

–  To  nic  nie  mów  –  odparł  Matt,  przesuwając  wzrok  na  matkę.  –  Mam 

tylko nadzieję, Ŝe podoba ci się tak samo jak mnie to – ciągnął, przykładając do 
ramion irlandzki sweter. 

–  Kochanie,  to  jest  absolutnie  fantastyczne!  –  krzyknęła  Miriam, 

pokazując wszystkim broszkę. 

I  tak  to  się  ciągnęło.  Beth  zachwycała  się  jedwabną  piŜamą,  Lissa  aŜ 

piszczała nad wieczorową torebką wyszywaną paciorkami, a Matt był wyraźnie 
wzruszony  symboliką  nowego  klucza  do  drzwi  frontowych,  który  dostał  od 
Henry'ego. 

Rozpakowawszy  upominek  od  Matta,  Diana  z  ledwością  ukryła 

rozczarowanie.  Była  to  bardzo  ładna,  ale  zwyczajna  apaszka.  Przypominając 
sobie, Ŝe prezent, który ona kupiła jemu, chociaŜ wyraŜał jej najgłębsze uczucia, 
jest w kaŜdym calu tak samo zwyczajny, czekała, coraz bardziej zdenerwowana, 
na moment, kiedy go otrzyma. Otworzył go jako ostatni. 

Odwinął  bez  pośpiechu  papier  i  wydostał  z  niego  ksiąŜkę.  Trzymał  ją 

długo  w  rękach,  patrząc  na  tytuł.  Kiedy  podniósł  wreszcie  głowę  i  spojrzał  na 
Dianę, na jego twarzy nie było juŜ tego zagadkowego, refleksyjnego wyrazu, a 
oczy miał rozmarzone, płonące jakimś silnym, wewnętrznym uczuciem. 

– Jaki tytuł, Matt? – spytała ciekawie Miriam. 

– Wracaj do domu, by kochać – odczytał cicho. 

– Och, jak utrafiłaś z tym tytułem, Diano! – wykrzyknęła Lissa. – Idealny 

na tę okazję. 

–  Bardziej  idealny,  niŜ  się  wam  wydaje  –  powiedział  Matt,  przesuwając 

wzrokiem  po  twarzach  wszystkich  obecnych  i  zatrzymując  go  z  tajemniczym, 
porozumiewawczym uśmieszkiem na Henrym. 

–  Tak,  wspaniały.  Di  –  Terry  przerwał  ciszę,  jaka  na  chwilę  zapadła.  – 

No, co z tym śniadaniem. Jestem głodny jak wilk. 

–  Chciałbym  was  prosić o  jeszcze  kilka minut  cierpliwości – powiedział 

Matt i wszyscy znieruchomieli. – Mam wam coś do powiedzenia. Omówiłem to 

background image

juŜ z Henrym i otrzymałem jego zezwolenie i błogosławieństwo. 

Jego  oświadczenie  zdumiało  i  zdeprymowało  Dianę.  Błogosławieństwo  i 

zezwolenie ojca? Na co… 

–  Z  szacunku  dla  człowieka,  którego  pokochałem  i  szanowałem  jak 

własnego ojca – podjął Matt – opuściłem ten dom i dobrowolnie wyrzekłem się 
częstych osobistych kontaktów z członkami mojej rodziny, a zwłaszcza z jedną 
osobą.  –  Jego  wzrok  spoczął  na  Dianie.  –  Osobą,  którą  kocham,  którą  zawsze 
kochałem. 

Dziewczyna 

wstrzymała 

oddech. 

Szeroko 

rozwartymi 

oczyma 

błagającymi go nieświadomie, by to, co mówił, okazało się prawdą, patrzyła, jak 
Matt podnosi się i podchodzi do niej. 

–  Odmawiałem  sobie  prawa  do  tej  miłości  przez  dziewięć  długich  lat, 

spłacając  cenę  tego,  czego  dopuściłem  się  tamtego  nieszczęsnego  wieczoru 
sylwestrowego.  –  Zatrzymując  się  przed  Dianą,  wsunął  rękę  do  kieszeni 
wełnianej  kamizelki.  –  Ale  moja  miłość  nie  wygasła  –  powiedział,  patrząc  jej 
głęboko w oczy, tak jakby pragnął ujrzeć w nich jej duszę. – Kiedy w dniu mego 
przyjazdu Diana weszła do domu, zrozumiałem od razu, Ŝe ją kocham, Ŝe nadal 
jestem w niej zakochany i Ŝe zawsze będę ją kochał. 

Dianę oczy piekły od łez, których nie mogła powstrzymać. Nie zwracała 

na to uwagi. Widziała tylko ukochaną twarz klękającego przed nią Matta. 

–  Ofiarowałaś  mi  najcenniejszy  dar,  jaki  męŜczyzna  moŜe  otrzymać  od 

kobiety  –  szepnął  tonem,  od  którego  ściskało  się  serce.  Wyciągnął  rękę  z 
kieszeni  i  otworzył  dłoń.  LeŜało  na  niej  małe,  obciągnięte  czarnym  aksamitem 
pudełeczko.  –  W  porównaniu  z  darem  twej  niewinności,  mój  prezent  wypada 
bardzo blado – powiedział cicho, tak Ŝeby nie słyszeli tego inni. – Ale kocham 
cię  i  błagam  z  całego  serca,  byś  go  przyjęła.  –  DrŜącymi  palcami  uchylił 
wieczko pudełeczka. 

–  Och,  Matt!  –  wykrztusiła  Diana,  wpatrując  się  z  niedowierzaniem  i 

zachwytem  w  piękny  pierścionek  zaręczynowy,  mrugający  do  niej  z  atlasowej 
wyściółki pudełeczka brylantowym oczkiem w kształcie gruszki. – Jest… jest… 
taki piękny. 

– Wiem. – Matt uśmiechnął się czule. – Ale czy przyjmiesz go… i mnie? 

– Tak – odparła ledwie dosłyszalnie, a potem wyrzuciła z siebie radośnie: 

– Tak, tak, tak! 

Matt podniósł się i ich wargi niemal się zetknęły. Usta Diany zaczęty się 

juŜ  układać  do  pocałunku,  kiedy  naraz  Matt  zachichotał,  słysząc  za  plecami 
zdezorientowany głos swojego przyrodniego brata. 

background image

–  Co  on  jej  powiedział?  –  pytał  Terry,  podczas  gdy  pozostali  członkowi 

rodziny wycofywali się dyskretnie w stronę drzwi. 

–  Mam  przez  to  rozumieć,  Ŝe  niczego  się  nie  domyślasz?  –  parsknęła 

ś

miechem Beth, wyślizgując się z pokoju. 

– Ale tęga głowa – zauwaŜyła złośliwie Lissa, idąc w ślady siostry. 

–  Wszystko  w  porządku,  Terry  –  powiedziała  uspokajająco  Miriam.  – 

Zrozumiesz, kiedy przyjdzie twój czas. 

– Czas na co? – nie kojarzył nadal Terry. – Gdzie wy wszyscy idziecie? 

–  Twój  czas  na  miłość  –  odpowiedział  mu  Henry,  otaczając  syna 

ramieniem i pociągając za resztą. – Udajemy się wszyscy na śniadanie. 

– Miłość? – powtórzył chłopak. – To Matt i Diana są w sobie zakochani? 

– Sądząc z tego, jak teraz na siebie patrzą – powiedział Henry, a jego głos 

dotarł  z  holu  do  dwojga  zainteresowanych  –  moŜna  zaryzykować  takie 
stwierdzenie. 

– Kochają się? – mruknął Matt. – Kochają się nawzajem? 

– Tak – wyszeptała Diana, pochylając się naprzód, aby złączyć usta z jego 

ustami. 

Matt cofnął głowę na tyle, by móc spojrzeć w jej zamglone, ciemne oczy. 

– A więc powiedz to, królewno. Ja powiedziałem. Teraz chcę, muszę, to 

usłyszeć od ciebie. 

– Kocham cię, Matt. – Głos dziewczyny był silny i pewny. – Zawsze cię 

kochałam.  Zawszę  będę  cię  kochać.  –  Na  wargi  wypłynął  jej  Ŝartobliwy 
uśmieszek. – I nie wyobraŜaj sobie, Ŝe zdołasz przede mną uciec, bo na całym 
ś

wiecie nie ma takiego miejsca, w którym bym cię nie znalazła. Co ty na to? 

Matt  odpowiedział  jej  na  początek  milcząco,  długim,  głębokim 

pocałunkiem.  Kiedy  uniósł  głowę,  jego  szare  oczy  płonęły  i  odparł  z 
przekornym uśmiechem: 

– Wesołych i szczęśliwych Świąt BoŜego Narodzenia, Diano!