background image

cegł , tu b dzie stał tapczan, a tu szafa, lud wejdzie do  ródmie cia, lód na szybach, lód na Wi le, 
brak wody, jedziemy nad wod , nad morze, piasek, lasek, upał, piasek,  namioty i Mielno,  pi  
z tob ,  z tob ,  z tob ,  kto   płacze,  nie  tu,  pusto  i noc,  wi c  płacz ,  te  noce,  nasze  zebrania  do 

witu, ci kie dyskusje, ka dy co  mówi, Towarzysze!, łuny i gwiazdy, bo  l sk, piece, sierpie , 

siedemdziesi t  stopni  przy  piecach,  tropik,  nasza  Afryka,  czarna  i gor ca,  gor ca  kiełbasa, 
dlaczego podajecie zimn , chwileczk , kolega, czy kolega wst pi, nie jazz, mooowa, Sienkiewicz 
i Kurylewicz,  piwnice,  wilgo ,  to  gnij   kartofle,  id ta,  baby,  okopa   zimnioki,  baby  na 
Nowolipkach, prosz  szybciej przechodzi , nie ma cudu, jak to, nie ma, jak to na wojence ładnie, 
dajcie spokój z t  wojn , chcemy  y , cieszy  si , chcemy szcz cia, powiem ci co , Ty jeste  
moim  szcz ciem,  mieszkanie,  telewizor,  nie,  najpierw  motor,  kiedy  to  warczy,  hałas,  dzieci 
budz   si   w parku,  zamiast  spa ,  takie  powietrze,  nie  ma  chmur,  nie  ma  odwrotu,  je eli  pan 
Adenauer my li, za du o mogił, do bitki i do wypitki, czemu nie do pracy, je li nie nauczymy si , 
nasze statki pływaj  po wszystkich morzach, sukcesy w eksporcie, sukcesy w boksie, młodzie  
w r kawicach, mokre r kawice wyci gaj  z gliny traktory, Nowa Huta, trzeba budowa , Tychy 
i Wizów,  kolorowe  domy;  awans  kraju,  awans  klasy,  wczoraj  pastuch,  dzi   in ynier,  polibuda 
zawsze  na  gap ,  ładne  in yniery,  tramwaj  w  miech  (powiedz,  jak  wygl da  tramwaj),  całkiem 
proste, cztery koła, pał k, zreszt  dosy , dosy  – to jest szyfr, same znaki w buszu, w Mpango, 
klucz do szyfru le y w mojej kieszeni. 

Wozimy go zawsze do obcych krajów, w  wiat, do innych ludzi, i jest to klucz naszej dumy 

i naszej bezsiły. Znamy jego schemat, ale nie sposób uprzyst pni  go drugim. Zawsz  b dzie nie 
– to, nawet je li bardzo si  chce. Co  nie b dzie powiedziane, to najwa niejsze, najistotniejsze 
co . 

Opowiedzie   jeden  rok  mojego  kraju,  wszystko  jedno  który,  rok  1957  powiedzmy,  tylko 

jeden miesi c tego roku, we my lipiec, tylko jeden dzie , cho by szósty. 

Nie sposób. 
A  jednak  ten  dzie ,  miesi c  i rok  istnieje  w nas,  musi  istnie ,  przecie   wtedy  byli my, 

szli my  ulic ,  kopali my  w giel,  ci li my  las,  szli my  ulic ,  jak  opisa   jedn   ulic   w jednym 
mie cie  (mo e  by   Kraków),  tak  aby  odczuli  jej  ruch,  jej  klimat,  jej  trwanie  i zmienno ,  jej 
zapach i szum, tak  eby j  widzieli. 

Nie  widz ,  nic  nie  wida ,  noc,  Mpango,  zwarty  busz,  Ghana,  dogasaj   ogniska,  starcy  id  

spa , my te  zaraz (o  wicie odjazd), Nana drzemie, gdzie  pada  nieg, kobiety jak Murzynki, 
my li, ucz  czyta , co  takiego powiedział, my li, mieli wojn , uuuch wojna, co  powiedział, tak, 
brak kolonii, brak kolonii, ten kraj, Polska, biały, a nie ma kolonii, my li, busz krzyczy, dziwny 
ten  wiat. 
 

background image

–  Wiesz,  Nana,  co  on  mówił?  –  wtr cił  Kofi.  –  e  kiedy  u nich  jest  lato,  ich  kobiety 

rozbieraj   si   i le   w sło cu,  eby  dosta   czarnej  skóry.  Te,  które  staj   si   ciemne,  s   z tego 
dumne, a inni podziwiaj ,  e opalone jak Murzynki. 

Bardzo  dobre!  No,  Kofi,  to   trafił  wietnie!  Rozruszałe   ich  na  dobre.  Grzybom  oczy  si  

miej  do tych ciał rumienionych w sło cu, bo wiecie, jak jest – m czy ni s  na całym  wiecie 

tacy  sami:  podoba  im  si   to.  Starcy  zacierali  r ce,  cieszyli  si ,  ciała  kobiet  w sło cu,  tu  ogie  
wyp dzał im reumatyzm, mo cili si  w swoich obszernych kente wzoru rzymskich tóg. 

–  Mój  kraj  nie  ma  kolonii  –  powiedziałem.  –  A był  taki  czas,  kiedy  mój  kraj  był  koloni . 

Szanuj  wasze cierpienia, ale u nas było strasznie: były tramwaje, restauracje, dzielnice „Tylko 
dla  Niemców”.  Były  obozy,  wojna,  egzekucje.  Nie  znacie  obozów,  wojen  i egzekucji.  Tamto 
nazywało si  faszyzmem. To najgorszy kolonializm. 

Słuchali,  marszcz c  czoła  i zamykaj c  oczy.  Dziwne  rzeczy  zostały  powiedziane,  my li 

musz  to przetrawi . Dwóch białych, a nie mog  jecha  jednym tramwajem. 

– Powiedz, jak wygl da tramwaj? 
Realia s  wa ne. Mo e nie mog , bo ciasno. Nie ciasno, tu chodzi o pogard . Jeden człowiek 

depcze drugiego. Nie tylko Afryka jest ziemi  przekl t . Ka da ziemia mo e taka by . Europa 
i Ameryka, wiele miejsc na  wiecie.  wiat zale y od ludzi. Oczywi cie, ludzie dziel  si  na typy. 
Na  przykład  człowiek  w skórze  w a.  W   nie  jest  ani  czarny,  ani  biały.  Jest  liski. Człowiek 
w  liskiej skórze. To najgorsze. 

– Nana, a potem byli my wolni. Budowali my miasta, do wsi przychodziło  wiatło. Kto nie 

umiał, uczył si  czyta . 

Nana  wstał  i u cisn ł  mi  r k .  Reszta  starców  tak  samo.  Teraz  byli my  friends,  druzja, 

amigos.  Chciało  mi  si   je .  W powietrzu  pachniało  mi sem.  adn   d ungl ,  palm   czy 
kokosem, tylko naszym schabowym za 11,60 w gospodzie na Mazurach. I du e piwo. 

Zamiast tego jedli my koz . 
Polska – pada  nieg, kobiety w sło cu, brak kolonii, dawniej wojna, buduj  domy, kto  kogo  

uczy czyta . 

Co  jednak powiedziałem – tłumaczyłem sobie. – Za pó no na szczegóły, chc  spa , o  wicie 

wyje d amy, zosta ,  eby zrobi  wykład, to niemo liwe. 

Ale  nagle  poczułem  wstyd,  jaki   niedosyt,  uczucie  po  chybionym  strzale.  To,  co  zostało 

opisane,  nie  jest  moim  krajem.  Zaraz:  nieg,  brak  kolonii  –  przecie   racja.  Ale  to  jest  nic,  nic 
z tego, co wiemy, co nosimy w sobie, nawet si  nie zastanawiaj c, co jest nasz  dum  i rozpacz , 

yciem, oddechem i  mierci . 

– Wi c –  nieg, to prawda, Nana,  nieg jest cudowny i straszny, wyzwala ci  w górach na 

nartach i zabija pijanego pod płotem,  nieg, bo stycze , ofensywa styczniowa, popiół, wszystko 
popiół  –  Warszawa,  Wrocław  i Szczecin,  cegła,  łapy  marzn ,  wódka  grzeje,  człowiek  układa 

background image

inne  ogniska.  Tyle  ognisk,  ile  chat,  bo  w chatach  nie  ma  kuchni,  a trzeba  gotowa .  Mo e  ze 
dwadzie cia.  Wi c  wida   było  ogniska,  poruszaj ce  si   postacie  kobiet  i m czyzn,  zarysy 
glinianych domków, wszystko pogr one na dnie nocy tak ciemnej,  e a  odczuwało si  j  jak 
ci ar, jak duszno . 

Znikn ł  busz,  a przecie   busz  był  wsz dzie,  zaczynał  si   o sto  metrów  st d,  nieruchomym 

masywem,  zbit   chropaw   g stw   otaczał  wie ,  nas,  ognie.  Busz  krzyczał  i płakał,  t pał 
i trzaskał,  ył,  istniał,  płodził  si   i zagryzał,  pachniał  omdlał   zieleni ,  straszył  i kusił,  mo na 
było go dotkn , porani  si  i zgin , ale nie dał si  ogl da , tej nocy nie dał si  widzie . 

Polska. 
Nie znali takiego kraju. 
Starcy patrzyli na mnie niepewnie albo podejrzliwie, niektórzy z zaciekawieniem. Chciałem 

jako  przełama  t  nieufno . Nie wiedziałem jak i byłem zm czony. 

– Gdzie le  wasze kolonie? – spytał Nana. 
Kleiły  mi  si   oczy,  ale  teraz  oprzytomniałem.  Cz sto  tak  pytali.  Pierwszy  zagadn ł  mnie 

kiedy   Kofi.  Tłumaczyłem  mu.  Było  to  dla  niego  odkrycie  i odt d  czyhał  zawsze  na  pytanie 
o polskie kolonie,  eby w krótkim wywodzie ujawni  jego absurdalno . 

Kofi odparł: 
– Oni nie maj  kolonii, Nana. Nie wszystkie białe kraje maj  kolonie. Nie wszyscy biali to 

koloniali ci. Musisz wiedzie ,  e biali byli cz sto kolonialistami dla białych. 

To  brzmiało  szokuj co.  Starcy  drgn li,  cmokali:  cu,  cu,  cu  –  dziwili  si .  Kiedy   ja  si  

dziwiłem,  e oni si  dziwili. Ale nie teraz. Nie cierpi  tego j zyka: biały, czarny,  ółty. Mit rasy 
jest  wstr tny.  O co  tu  chodzi?  e  kto   jest  biały,  to  wa niejszy?  Jak  dotychczas,  najwi cej 
łobuzów  miało  biał   skór .  Nie  widz ,  z czego  si   cieszy   czy  martwi ,  e  si   jest  takim  czy 
siakim. Na to nie ma nikt wpływu. Wszystko, co jest wa ne, to serce. Nic wi cej si  nie liczy. 

Kofi tłumaczył pó niej: 
– Przez sto lat uczyli nas,  e biały to co  ponad, to super, ekstra. Mieli swoje kluby, swoje 

baseny, swoje dzielnice. Swoje dziwki, auta, swój bulgoc cy j zyk. Wiedzieli my,  e na  wiecie 
jest  tylko  Anglia,  e  Bóg  jest  angielski,  a po  całej  ziemi  poruszaj   si   tylko  Anglicy. 
Wiedzieli my ledwie to, co oni chcieli,  eby my wiedzieli. Teraz trudno si  oduczy . 

Z  Kofi  byli my  sztama,  nie  poruszali my  ju   tematu  skóry,  ale  tu,  w ród  nowych  twarzy, 

sprawa musiała od y . 

Jeden stary zapytał: 
– Czy wszystkie wasze kobiety s  białe? 
– Wszystkie. 
– Czy s  pi kne? 
– S  bardzo pi kne – odparłem. 

background image

Busz po polsku 
 
Ogie   dzielił  nas  i ł czył.  Chłopak,  dorzucił  drewien,  płomie   poszedł  wy ej,  rozja nił 

twarze. 

– Jakie jest imi  twojego kraju? 
– Polska. 
Polska była daleko, za Sahar , za morzem, na północ i na wschód. Nana powtórzył gło no. 

Dobrze? – zapytał. Dobrze – odpowiedziałem. – Wła nie tak. 

– Tam jest  nieg – odezwał si  Kwesi. 
Kwesi pracuje w mie cie, w Kumasi, teraz przyjechał na urlop. Raz w kinie na ekranie padał 

nieg.  Dzieciarnia  biła  brawo  i w ród  miechu  wołała:  –  anko!  anko!  –  eby  jeszcze  pokazali 
nieg. Jakie to fajne: białe kł bki sypi  i sypi . Bardzo szcz liwe s  te kraje: nie musz  uprawia  

bawełny,  bawełna  leci  z nieba.  Mówi   na  ni   –  nieg,  i depcz   po  niej,  a nawet  wyrzucaj   do 
rzeki. 

Utkn li my  w przygodnym  miejscu.  Szofer,  mój  przyjaciel  z Akry  –  Kofi  –  i ja.  Było  ju  

ciemno,  kiedy  trzasn ła  opona.  Stało  si   to  na  bocznej  drodze,  w buszu,  koło  wsi  Mpango, 
w Ghanie. Za ciemno,  eby naprawia . Nie macie poj cia, jak czarna mo e by  noc. Wyci ga si  
r k  i tej r ki nie wida . Tutaj s  takie noce. Poszli my do wsi. 

Przywitał  nas  Nana.  W ka dej  wsi  jest  Nana,  bo  Nana  to  znaczy  naczelnik.  Naczelnik  jest 

jakby  sołtysem,  ale  ma  wi ksz   władz .  Je eli  chcesz  si   eni   z Maryn ,  sołtys  nie  mo e  ci 
przeszkodzi ,  a Nana  mo e.  Ma  on  ze  sob   Rad   Starszych.  Zgrzybialcy  wiecuj ,  rz dz , 
roztrz saj   spory.  Jak  młody  si   zbuntuje,  musi  ucieka   do  miasta.  Kiedy   Nana  to  był  bóg. 
A teraz jest niepodległy rz d w Akrze. Rz d wyda ustaw  i Nana musi wykona . Nana, który nie 
wykonuje, jest ja niepa ski i go usuwaj . Wielki Nana jest wodzem plemienia, zwykły Nana jest 
wodzem  klanu,  a mały  Nana  jest  naczelnikiem  wsi.  Cz sto  Nana  jest  równocze nie 
czarownikiem.  Wtedy  dzier y  dwuwładz :  ciał  i dusz.  Rz d  stara  si ,  aby  wszyscy  Nana  byli 
partyjni, i wielu Nana jest sekretarzami organizacji partyjnych w swoich wsiach. 

Nana  z Mpango  był  ko cisty  i łysy,  o w skiej  suda skiej  wardze.  Kofi  przedstawił  siebie, 

szofera i mnie. Wyja nił, sk d jestem, i  e maj  mnie traktowa  jako przyjaciela. 

– Ja go znam – powiedział – to Afryka czyk. 
Jest  to  najwy szy  komplement,  jaki  mo e  spotka   Europejczyka.  Wsz dzie  otwieraj   mu 

wtedy drzwi. 

Nana u miechn ł si  i u cisn li my sobie r ce. Z Nan  trzeba si  zawsze wita   ciskaj c jego 

praw  dło  naszymi dwoma. W ten sposób wyra amy mu szacunek. Posadził nas przy ognisku, 
gdzie wła nie obradowali starcy. Powiedział z przechwałk ,  e cz sto obraduj , co mi nie było 
dziwne. To ognisko płon ło w  rodku wsi, a po lewej i prawej stronie, wzdłu  drogi, paliły si  

background image

nie da si  dojecha  i zgnije. 

 
Grzywacz  i Hry cia  –  to  były  skrajno ci  plutonu,  dwa  bieguny,  zamykaj ce  swoimi 

ramionami cał  przeci tn  reszt . Nie brakowało jej odcieni. W wojsku postawy ludzi okre laj  
si  szybko. Ile  jest tu sytuacji sprawdzaj cych warto  człowieka! 

Kiedy opuszczali my na dobre koszary, zdawało nam si ,  e nie powrócimy tu nigdy, nawet 

my l ,  i  e  kres  naszej  przyja ni  jest  nieodwołalny.  Ale  –  nie!  Przechowujemy  swoje  adresy, 
pami tamy  imiona i zdarza si ,  e odnajdujemy  w tłumie swoje twarze.  Zaczyna si  rozmowa. 
Niepostrze enie znika wówczas ulica, domy, przechodnie, a hałas miasta zagłusza szum drzew. 
Znowu jest las, niezmierzony las, bez ko ca, bez wyj cia, zielony  wiat, rze wy zapach so niny, 
soki kr

ce w pniach, zdradliwe, zwidlone korzenie i my – zagubieni i milcz cy, z karabinami 

na przygi tych ramionach. 

background image

i poci gaj ca – budziła w nich niesmak. Za wzór stawiano Grzywaczowi Hry ci . 

Mieli my  obliczy   k t,  pod  jakim  wzgórze,  na  którym  stali my,  opada  w stosunku  do 

poziomu  ziemi.  Istnieje  dla  tego  k ta  wzór  i całe  zadanie  mo na  rozwi za   w pół  minuty. 
Porucznik dał trzy minuty i sko czyli my oczywi cie przed czasem. Ale Hry cia zd ył jedynie 
podpisa  kartk . W białym miejscu, gdzie miało znale  si  wyliczenie, porucznik postawił 2. 

– Gdzie wy cie si  chowali, Hry cia? – zapytał. 
– W puszczy, panie poruczniku. 

miech, porozumiewawcze oczka. Ale to prawda: Hry cia jest z Białowie y. W zagubionej 

na bezkresach wsi uprawia kawałek ziemi i p dzi bimber. Na ten bimber zawsze nas zaprasza. 
Trzeba do niego pojecha  tam, na miejsce, bo na smak Hry ci  wie y produkt pije si  najlepiej. 
Kiedy   wywaliło  mu  beczk   z zacierem,  dwa  wilki  na arły  si   tej  zabójczej  mazi  i zdechły. 
Dostał  za  nie  dwa  tysi ce  od  pa stwa.  A wi c  i takie  zarobki  poboczne  te   ma.  Hry cia  to 
cwaniak nad cwaniaki, ale na sposób chłopski, nie warszawski. St d jego spryt jest cichy, idzie 
podskórnie,  bez  wym drzania,  bez  pozy.  Hry cia  cały  wysiłek  obraca  na  to,  eby  si   wyrwa  
z wojska,  eby wróci  do wioski. 

– Tam, panie poruczniku, siano nie zwiezione. Te raz jest mróz, toby si  dobrze woziło, bo 

stoi na bagiennej ł ce. Jak ciepło – nie dojedziesz. 

Te molestacje ko cz  si  jednak fiaskiem: porucznik nie mo e nikogo zwolni . 
– Co ja tu robi , panie poruczniku? – perswaduje Hry cia. – To  ja za głupi na te nauki. Ja – 

analfabeta. Przed wojn  miałem trzy klasy, ale co ja umiem? 

Nie umie nic. Tylko si  podpisze, ale gazety ju  nie przeczyta. U lekarza symuluje na uszy. 

„Jak ci mówi  – na – to słyszysz, jak daj – to nie słyszysz” –  mieje si  lekarz. Hry cia jest t py 
do nauki, ale co wa niejsze – nie chce si  uczy . Kiedy jest czas na wkuwanie i ka dy grzebie 
w notatkach, on otwiera swój zeszyt na czystej kartce i siedzi. Drzemie albo rozmy la. „Czego 
si   nie  uczysz?”  –  pytamy.  „To  nie  jest  na  moje  poj cie”  –  odpowiada.  Przy  tablicy  udaje 
sko czonego  ciemniaka.  „Narysujcie  k t  A”  –  mówi  porucznik.  Hry cia  stoi.  „Czego  nie 
rysujecie?”  „A  ja  wiem,  co  to  ten  k t?”  Po  jakim   czasie  osi ga  swoje:  przestaj   go  pyta , 
przestaj  nagabywa . Wiadomo: chłop z puszczy, analfabeta, có  tu wymaga ? 

Ma odt d  wietne  ycie. W połowie XX wieku, który nasyca  ycie coraz bardziej zawrotn  

technik ,  który  podnosi  rang   wiedzy,  wieku  sputników,  telewizorów  i cybernetyki  –  Hry cia 
wygrywa  id c  przeciw  temu  powszechnemu  d eniu.  Nie  chce  w nim  uczestniczy .  Nie  chce 
nawet wiedzie , o co chodzi. Niemal zamyka oczy, niemal zatyka uszy. Troch  boi si  jednego: 
te nowo ci urzekaj . Jak si  im poddasz,  ycie na jego wsi – bez  wiatła, bez traktora, z pi tk  
dzieciaków w jednej izbie – zacznie uwiera , stanie si  nie do zniesienia. Lepiej si  nie zara a  t  
miastowo ci .  A Hry cia  chce  wróci   na  swoj   ziemi ,  do  pługa  i do  bimbru,  do  tego  siana, 
stoj cego na bagiennej ł ce, które mo na by teraz zwie , bo mróz, a potem jak przyjdzie ciepło, 

background image

jestem.  W tym  zak tku  kuli  ziemskiej  stoi  szeregowy  Grzywacz  Kazimierz.  Znalazł  swoje 
miejsce  na  wiecie.  Bo e,  gdyby  tak  mo na  było  w  yciu.  Tak  łatwo  znale   sobie  w  yciu 
miejsce. 

Tym westchnieniem odsłaniał swoj  tajemnic . Przyszedł do wojska na ochotnika. „Tu mnie 

skleja”  –  obiecywał  sobie.  Potrzebne  mu  to  było.  Mieszkał  w Szymborzu,  małym  l skim 
miasteczku.  Sko czył  szkoł ,  lizn ł  jakiego   technikum,  ale  musiał  je  przerwa ,  eby  i   do 
pracy i pomóc matce. Zacz ł w kamieniołomach, ale wkrótce je zamkni to. Poszedł do fabryczki 
zapałek,  naraził  si   majstrowi  i został  zwolniony.  Próbował  urz dzi   si   we  Wrocławiu,  nie 
wyszło.  A wi c  to  ycie  jego,  Grzywaczowe  ycie,  ma  nieudany,  kulawy  bieg.  adnej 
stabilizacji,  adnego  unormowania.  Ludzie  pn   si   ku  górze  albo  poprzestaj   na  małym,  ale 
ustalonym,  on  natomiast  po  prostu  nie  ma  swojego  miejsca.  Ani  z niego  chuligan,  ani 
rozmiłowany  włóczykij.  Tylko  pechowiec.  Tylko  trefny.  W jakim   momencie  jego  kółko 
wypadło z kolein i dot d nie mo e powróci  na swój tor. 

Grzywaczowi dobrze jest w wojsku: kto  o nim my li, daje mu zaj cie, dba o jego  oł dek. 

Ale  przede  wszystkim  nie  okre lona  przedtem  egzystencja  Grzywacza  została  uj ta  w form . 
Przestał si  niepokoi . Wyzbył si  poczucia niepewno ci, wypełniaj cej go i płosz cej wszelk  
rado . 

Jest  to  natura  wykonawcy,  ywiołowo  poszukuj cego  swego  szefa.  Nie  umie  podejmowa  

decyzji, wybiera , ryzykowa  – rozgl da si  w tym za wyr czycielem. Znalazłszy go – jest mu 
posłuszny, psio, bezgranicznie oddany. Na rozkaz reaguje odruchowo, rzuca si  do działania bez 
namysłu.  Ci gle  jednak  musi  mie   ten  zasilaj cy  go  z zewn trz  bodziec.  Inaczej  traci 
równowag , chodzi oklapni ty. Grzywacz – z powodu tych wła ciwo ci charakteru – jest stałym 

ródłem konfliktów, jakie niekiedy prze ywa pluton. Bo ludzie zachowali tu wyniesion  z cywila 

doz   sceptycyzmu,  pewn   pow ci gliwo   i jak  gdyby  rezerw :  robi ,  ile  trzeba,  ale  po  co 
zdwaja   t   norm ?  Wykonywaniu  polece   nie  towarzyszyło  owo  wewn trzne  napi cie, 
skłaniaj ce  człowieka  do  działania  z najwy sz   gorliwo ci .  Wyró nianie  si   in  plus  było 
traktowane  przez  niektórych  za  niew tpliwy  przejaw  lizusostwa,  a wyró nienie  in  minus  –  za 
frajerstwo  i nieudolno   yciow .  Nale ało  –  według  tych  filozofów  –  zachowa   konieczne 
poczucie proporcji, nie  narzuca  si  ze swoj  twarz  i korzysta  z tej  anonimowo ci, jak  daje 
mundur i czapka gł boko nasuni ta na oczy. 

Grzywacz  nie  wytrzymywał.  Kiedy  szli my  tyralier ,  wyrywał  si   do  przodu  i wszyscy, 

kln c, musieli przyspiesza , zadyszani i znu eni. Prace gospodarcze wykonywał tak szybko i tak 
dokładnie,  e nasze wyniki wygl dały mizernie, je li nie kompromituj co. Filozofowie strofowali 
zapale ca. „Gdzie si  pchasz? – zapytywali, pukaj c w czoło. Nie byli tolerancyjni. Nie chcieli 
poj ,  e Grzywacz nareszcie odnalazł swoje powołanie, swój  ywioł.  e od ył, nabrał ufno ci 
do siebie, poczuł twardy grunt. Filozofowie mieli schorzałe w troby i rado   ycia – tak pi kna 

background image

dowolne  fantazje:  w dyskusjach  zdołali my  ustali ,  e  czeka  nas  wówczas  przedziwna  mier , 

mier  niejako laboratoryjna. Nast pi jaki  chemiczny proces, momentalny i unicestwiaj cy, co  

w kształcie  podmuchu  czy  niewidocznej  zmiany  składu  powietrza,  i my  si   roztopimy, 
wyparujemy. Po co okopy, zasieki, maskowanie stanowisk ogniowych? 

Czy  b dzie  miało  wówczas  znaczenie,  e  nadali my  butom  odpowiedni  połysk?  e  mamy 

w ładownicach przepisow  ilo  amunicji? Czy pozostanie bodaj tyle czasu,  eby mo na było to 
sprawdzi ?  Oto  co  nas  dr czyło.  Znali my  ostrze enie  rzucone  wiatu  przez  uczonych 
i polityków: nie łud cie si . Tej wojny nie da si  sprowadzi  do walki na bagnety. Jej styl, jej 
technika nie znajdzie odpowiednika w dziejach. Fakt posiadania przez obie strony broni masowej 
zagłady  stawia  pod  znakiem  zapytania  mo liwo   wykorzystania  do wiadcze   drugiej  wojny 

wiatowej  i wszystkich  innych  wojen,  jakie  zanotowała  historia.  Zostało  to  stwierdzone 

w dziesi tkach ksi ek podpisanych przez najwy sze autorytety. Gdzie jest prawda? By  mo e 
autorytety si  myl , a racj  ma porucznik. 

By   mo e  racj   maj   obie  strony.  Bardzo  chcieli my  to  wiedzie .  Ale  nie  była  to  pora  na 

stawianie pyta . Dłubali my okop zastanawiaj c si  mimo woli: czy nas ocali? 

Technika wojenna jest dzi  najbardziej rozwini t  technik   wiata. Ka de wielkie odkrycie 

naukowe zostaje natychmiast schowane pod – czapk  wojskow  jak pod klosz. Ludzko  broni 
si  przed totaln  zagład . Ludzko  posiadła jej  wiadomo . Który  z nas opowiedział zdarzenie 
ze swojego miasteczka: była tam fabryczka włókiennicza. Pracowały w niej dziewcz ta z wiosek. 
W dniach  interwencji  ameryka skiej  w Libanie  rzucały  prac   i wyje d ały  do  domów. 
Powtórzyło  si   to  w czasie  konfliktu  taiwa skiego.  Dziewcz ta  nie  byłyby  nawet  w stanie 
pokaza   na  mapie,  gdzie  le y  Liban.  Czy  to  daleko,  czy  blisko?  Na  jakim  to  kontynencie? 
Gdziekolwiek  na  ziemi  zawi e  si   walka,  zapach  prochu  dociera  do  naszych  nozdrzy.  Spece 
wydłu yli tory pocisku, a rakiety mog  opasa  równik w diabelnie krótkim czasie. 

W  tym  nowym  wiecie,  wiecie  całkowitego  zagro enia,  w  wiecie  tysi ca  bomb 

nuklearnych,  elektronowej  artylerii  przeciwlotniczej  i rakiet  zdalnie  kierowanych,  my, 
szeregowcy, uzbrojeni w karabin i łopatk , chcieli my zna  swoje miejsce. 

Na  razie  kopali my  okop.  I cho   nieco  wbrew  powinno ciom,  wkrótce  powrócili my  do 

swoich zwykłych, codziennych rozmy la . O pokoju, a nie o wojnie. 

 
Niekiedy  porucznik  prowadził  nas  godzinami  po  lesie.  Bł dził  celowo  przesiekami,  a my, 

posługuj c si  map , musieli my okre li  miejsce, w którym nas zatrzymał. Mówiło si : okre la  
miejsce swego stania. 

Swoje miejsce na ziemi. Była to czynno  dosy  łatwa, mapy  mieli my  dokładne, do tego 

nabrali my wprawy. W czasie tych zaj  mój s siad z szeregu, Grzywacz, odezwał si : 

–  Popatrz,  jakie  to  proste:  kre l   trzy  linie,  a ich  przeci cie  daje  mi  wymagany  punkt  –  tu 

background image

maszerujemy nie wiedz c dok d i po co,  cielemy łó ka jak złoto, zmywamy latryny, t sknimy 
za  przepustk ,  odpowiadamy:  tak  jest,  a tak e  oddajemy  honory  według  zalece   regulaminów 
napisanych w najrozmaitszych j zykach. 

Rozumiemy  paradoks,  w jaki  jeste my  uwikłani:  trzymamy  w r ku  bro ,  gdy  ludzie  marz  

o  wiecie bez jednego karabinu. Wiemy i to,  e stoimy pod ró nymi sztandarami.  e dziel  nas 
granice i systemy i  e dlatego wła nie nie mo e by  mi dzy nami braterstwa, cho  wspólna jest 
nasza  koszarowa  egzystencja,  jednaka  konieczno   posłuchu,  ten  sam  obowi zek,  jaki  nakłada 
mundur. 

 
Rano  wychodzili my  na  plac  wicze .  Znajdował  si   na  du ej  polanie  doszcz tnie  zrytej 

przez  starsze  roczniki  zdobywaj ce  tu  umiej tno ci  saperskie.  My my  te   orali  t   polan  
pracowicie. Zbrylona ziemia nie chciała ust powa  i musieli my zanurza  w niej  dła kilofów. 
Z trudem  formowali my  lini   okopów.  Zanim  jednak  przyst pili my  do  tego  dzieła,  nale ało 
wybra  stanowisko. 

Ten, któremu powierzono rol , wyst pił i paln ł bez namysłu: 
– Nasza linia obrony przebiega  b dzie od tego krzaka do tego pie ka. 
Podobał si  nam wybór. S dzili my,  e było to najdogodniejsze miejsce do przyj cia walki. 

Ale porucznik był zgorszony. 

– Dajcie spokój – powiedział – tak nie wolno robi . Trzeba przepełza  t  lini  na p pku, metr 

po  metrze.  Nie  mo na  sta   –  przecie   nieprzyjaciel  strzela.  Rw   si   pociski,  gin   ludzie. 
Wyobra cie to sobie – apelował. 

Otó  wła nie to si  nam nie mie ciło w głowie. Ani wtedy, ani nigdy potem. Nie umieli my 

sobie  wyobrazi   wojny.  Spogl dali my  wokół:  szumiał  las,  wiatr  miotał  białym  puchem,  na 
polanie  była  cisza,  a na  jej  dnie  chrz cili my  butami  w  niegu.  Nasza  wyobra nia  nie  mogła 
zrodzi   adnego  obrazu  grozy  i zmaga .  Nie  byli my  w stanie  wywoła   bodaj  mglistej  wizji: 
zbiorowy mord, zgrzyt bagnetu o ko , ludzkie strz py w kału y lepkiej krwi. Widzieli my tylko 
las, polan  i  nieg. Nic wi cej. 

Czy  to  było  lenistwo  my li?  Szczególna  bierno ,  przem czenie  i apatia?  Szukam 

wytłumaczenia,  poniewa   mnie  samego  to  zastanawia.  By   mo e  odezwał  si   w nas  wówczas 
jaki   odruchowy  protest  przeciw  umieszczaniu  w tym  krajobrazie  panoramy  wojny.  Jaki  
biologiczny opór przed  ujrzeniem siebie – cho by w my lach – z przestrzelon  czaszk , z par  
urwanych  nóg.  S dz   jednak,  e  ów  brak  wyobra ni  wojskowej  brał  si   z pewnej  niewiary 
w mo liwo  zaistnienia sytuacji, jak  porucznik chciał przedstawi . W skryto ci pos dzali my 
go o pewn  naiwno . W naszym przekonaniu – a wynie li my je z lektur polityków i uczonych 
–  w wypadku  konfliktu  wiatu  grozi  zagłada.  Mo e  nast pi   unicestwienie  totalne,  niemal 
kosmiczne. Tego równie  nie mogli my sobie wyobrazi , ale pozbawieni wiedzy  cisłej snuli my 

background image

Kiedy wyobra nia wyrwała si  poza ni , stawali my si  znowu ka dy kim  innym i – boj  si  
tych  słów  –  wzajemnie  sobie  obcy.  Ten  wiat  zewn trzny,  który  nas  ukształtował  i który  miał 
znowu  nas  przyj ,  przedstawiał  nam  si   –  prawem  kontrastu  do  wojskowej  sztampy  –  jako 
planeta  o niesłychanym  bogactwie  krajobrazów,  barw,  d wi ków  i zapachów.  Tam  było  ycie 
takie, jakie ka dy z nas dla siebie pojmował: rado  i smutek, deszcze i sło ce, tramwaj, sputnik, 
pierwsze  przebi niegi,  etiuda  Szopena,  kobieta  w łó ku,  film  „Cena  strachu”,  Utrillo  z białego 
okresu,  wiartka  czystej  duszkiem,  spacer  z dzieckiem,  lato   obrodzi  mi  pszenica,  biust 
Lollobrigidy albo Hanki, Kry ki czy Stefy, rozstania i powroty, Berlin, plany Nasera, pralka, spór 
z dyrektorem, całkiem porz dne buty za 340, zazdro , dyplom in yniera,  mier  wujka, wanna 
z ciepł  wod , premia na Barburk , kufel piwa, znowu jeste  moja, Słownik Wyrazów Obcych – 
II wydanie, człowiek przechodz cy ulic . 

Ten  wiat  poci gał  nas  albo  oburzał,  ale  wszystko  było  w nim  odczuwalne,  miało  swoj  

wła ciwo ,  z któr   niejako  mogli my  wchodzi   w zwi zki  stwarzaj c  nowe  warto ci  albo 
zmieniaj c  charakter  istniej cych.  Wszystko  tam  pulsowało,  zmieniało  swoje  poło enie, 
podlegało wiecznemu prawu ruchu i działania. Było tam wiele  wiatła, za którym tak t sknili my 
skazani  na  pos pny  cie   lasu.  Wiele  pragnie   i wiele  zaspokoje ,  pokus  i rozczarowa   – 
wszystkiego, co składa si  na  ycie, jakie  wiadomie albo mimowolnie zostało nam dane. 

Uciekaj c  razem  do  tego  wiata,  ju   wiedzieli my,  jak  on  nas  zró nicuje.  Odruchowo 

spogl dali my  po  sobie:  ten  b dzie  znowu  chłopem,  a ten  in ynierem,  tamten  szefem,  a inny 
wo nym. Kiedy si  znowu spotkamy? I w jakiej sytuacji? 

Byli my  przyjaciółmi.  Zawarli my  przymierze  w trudnej  szkole.  T pili my  w sobie  zło 

i nieraz operacja ta była dojmuj co bolesna. Nie mo na było  y  poza kolektywem. Ale wej  do 
niego znaczyło wnie  jak  warto , co , co by wzbogacało innych, co by było przydatne,  wiat 
poza  granic   lasu  kusił,  ale  pisane  nam  było  bytowa   po ród  pni,  pod  zielon   kopuł   gał zi, 
i musieli my t  egzystencj  uczyni  zno n  i strawn . 

Niekiedy stawali my si  rozdra nieni. „Człowiek był wolny – powiadali my. – Mógł łazi , 

gdzie chciał i jak chciał. Po pracy czas nale ał do niego. Na całym  wiecie czas nale y do ludzi. 
Wszyscy mog  wybiera , co z nim zrobi ”. „Nie wszyscy – zaprotestował kto  nagle. –  ołnierze 
nie mog . Nigdzie”. Był wieczór i las n kany wichur  zachowywał si  niezno nie. Pomy leli my 
o innych  ołnierzach. O szeregowcach wszystkich armii  wiata. O naszym Bo ymie, który w t  
czarci   noc  miał  wart ,  o Wani,  który  pucował  teraz  swój  automat  na  Czukotce,  o  ołnierzach 
Fidela  Castro,  którzy  na  pewno  pij   dzi   na  umór,  bo  pocili  si   nie  na  darmo.  Pomy leli my 
o indyjskich  strzelcach  stoj cych  w kolejce  do  kotła  i o rekrucie  gha skim,  kiedy  szoruje 
brzuchem bagno po komendzie: padnij. 

To wła nie my – szeregowcy z całego  wiata – wstajemy o jednej godzinie, gimnastykujemy 

si  pod wszystkimi stopniami szeroko ci geograficznej, strzelamy do figur trafiaj c lub pudłuj c, 

background image

Drzewa przeciw nam 
 
Najpierw  nie  podobało  nam  si ,  ale  potem  przywykli my.  Ju   potem,  kiedy  tyle  razy 

otarli my r kawem ciepły pot, kiedy czy cili my buty, tak  eby sło ce gasło z zazdro ci, kiedy 
ryli my okopy, raz, dwa, trzy, kiedy były za nami te i jeszcze inne rzeczy, cały szale czy trening, 
cała  burzliwa  metamorfoza,  która  jednego  z drugim  cywila  przemienia  w  ołnierza,  a   serce 
ro nie! A mimo to nie cieszyli my porucznika. „Wojsko –  alił si  przed spr onym szeregiem – 
z takim wojskiem daleko by nie zaszedł”. Nigdy  nie zwierzał si  jednak, dok d to mianowicie 
chciałby z nami dotrze . Ale wiedzieli my,  e mówi retorycznie: nie było gdzie i . 

 
Byli my otoczeni lasem. Ten las był niezmierzony, nieprzebyty, przepastny. Gdzie  musiał 

si  ko czy , gdzie  był jego skraj, ale my my do granicy drzew nigdy nie dotarli. Widzieli my 
tylko las i mieszkali my na jego obszarze: w ceglanych koszarach, prawe skrzydło korytarzem do 
samego ko ca. Nie lubili my drzew, ich zapachu, drapie nych gał zi i zdradliwych korzeni, ale 
przede  wszystkim  nie  lubili my  ich  niemal  biurokratycznej  oboj tno ci,  kamiennie 
niewzruszonego  trwania,  szyderczego  lenistwa,  w którym  tkwiły,  kiedy  my  –  yj c  od  nich 
znacznie krócej – musieli my traci  czas na marsze dofrontowe, na czyszczenie broni i  piewanie 
piosenki  „Płyneeeli  po  morzu  i fali...”  Drzewa  były  zawsze  przeciw  nam  Przesłaniały  sło ce 
i str cały  nieg za kołnierze. Myliły nam drog , a przeciwnikom pozwalały zgotowa  zasadzk . 
Tłukły gał ziami o szyb  i huczały noc  tak,  e nawiedzały nas niespokojne sny. Przeklinali my 
drzewa.  Wi ziły  nas  w swym  labiryncie  i przesłaniały  widok  granicy,  za  któr   zaczynał  si  
tamten  wiat. 

Mieli my  wspólne  zdanie  o miejscu,  w którym  wypadło  nam  odbywa   słu b .  Rozkazy, 

czynno ci,  ubiór  i nawet  jedzenie  upodabniały  nas  do  siebie.  wiadomi  obowi zuj cej  tu 
jednolito ci wiedzieli my,  e dotyczy ona nie tylko stroju, ale tak e gestów i słów, a mo e nawet 
my li.  Człowiek  nie  ubiera  si   w mundur  dzieckiem.  Ma  ju   za  sob   lata  ycia,  w których 
nauczył si  rzeczy dobrych i złych, m drych i idiotycznych. Ka dy nauczył si  i czego  innego, 
i w ró nym stopniu. Nabył przy tym rozlicznych przyzwyczaje , nawyków, manier. Wszystko to 
składa si  na jego indywidualno  dodatni  lub ujemn , wybitn  czy miern . Człowiek ceni sobie 
to,  e  jest  inny  od  innych.  A zwłaszcza  lubi  swoje  przyzwyczajenia.  Kiedy  znajdzie  si  
w koszarach  –  musi  si   z nimi  rozsta .  Zrozumiałe,  e  czyni  to  z oci ganiem,  e  owo 
pomniejszanie jest procesem dotkliwym i drastycznym. 

Mieli my to za sob . Ze zdumieniem odkrywali my w sobie cechy, które powinny radowa  

porucznika.  „Co  kładziesz  si   –  mówił  jeden  drugiemu  –  przecie   masz  brudny  karabin!” 
Byli my  ołnierzami – mówcie, co chcecie. 

Ale ta nasza wspólnota my li, odruchów i nastrojów rozpadała si  na granicy le nego  wiata. 

background image

który  zabrałby  legitymacj   i posłał  do  szkoły,  albo  chciał  dwadzie cia  złotych,  a oni  nie  mieli 
razem  wi cej  jak  pi .  A potem  dziewczyna  mówiła:  –  Musimy  ju   i   –  ale  nie  wstawała 
z ławki,  mówiła:  –  No  chod ,  bo  ju   pó no  –  i przytulała  si   jeszcze  bardziej,  a on  zapytał:  – 
Wiesz,  jak  si   całuj   motyle?  –  i przysun ł  swoje  rz sy  do  jej  policzka,  i zacz ł  nimi  szybko 
porusza , co musiało j  łaskota , bo si   miała. 

By  mo e spotykał j  jeszcze cz sto, ale w naszej wyobra ni ten naiwny i banalny obraz był 

jedynym  i ostatnim,  a potem  widzieli my  ju   tylko  to,  czego  nie  chcieliby my  nigdy  widzie , 
nigdy, a  po ostatni dzie  naszego  ycia. 

A kiedy odepchn li my od siebie t  drug , zł  wizj , było nam znowu dobrze i wszystko nas 

cieszyło: ogie , zapach rozgniecionej trawy, to,  e wyschły koszule, sen ziemi, smak papierosów, 
las, wypocz te nogi, pył gwiezdny,  ycie –  ycie najbardziej. 

W ko cu poszli my dalej. Spotkał nas  wit. Ogrzało nas sło ce. My my szli. Gi ły nam si  

nogi,  dr twiały  ramiona,  puchły  r ce,  ale  przecie   donie li my  na  cmentarz,  do  grobu  –  tej 
ostatniej  naszej  przystani  na  wiecie,  do  której  raz  tylko  zawijamy,  nigdy  ju   z niej  nie 
wypływaj c – tego Stefana Kanika – lat 18 – zabitego w tragicznym wypadku – przy odstrzale – 
przez brył  w gla. 

background image

gromadk  czuli my, jak poprzez ot pienie, senno  i wyczerpanie zaczyna przenika  i wypełnia  
nas  wewn trzne  ciepło.  Pragn c  go,  byli my  jednocze nie  zaniepokojeni  niebezpiecze stwem, 
jakie  niosło  z sob .  Cała  konstrukcja,  która  motywowała  potrzeb   i celowo   niezwykłego 
wysiłku  na  rzecz  kogo ,  kto  ju   nie  istnieje  –  ta  konstrukcja  chwiała  si   teraz.  Po  co  ta 
szarpanina, ten trud, kiedy nadarza si  wielka okazja? Poniewa  ł czyli my si  ze zmarłym tylko 
poprzez  odczucia  negatywne,  teraz  poddawszy  si   nowemu  nastrojowi  mogli my  zerwa   ze 
sztywnym  tak  absolutnie,  e  wszelki  dalszy  mozół  konwojowania  trumny  wydawałby  si   nam 
jawnym idiotyzmem, czym , co by nas tylko o mieszało. 

Wo ,  który  po  incydencie  z Jackiem  pozostał  chmurny  i nie  przył czył  si   do  flirtów, 

odci gn ł mnie na bok. 

– B dzie  le – szeptał – jeden z drugim pójd  za kieck  jak nic. A jak kogo  zabraknie – nie 

pod wigniemy. Mo e by  głupia draka. 

Z  tego  oddalenia,  niemal  dotykaj c  łydkami  cian  trumny,  obserwowali my  scen   na 

polance. Na pewno pójdzie Gruber. Kostarski, Pluta – nie. A Jacek? Oto znak zapytania. Z gruntu 
nie miały  chłopak,  który  nie  zacznie,  dopóki  nie  zacznie  dziewczyna,  speszy  si   jej  pierwsz  
odmow , ust pi przed jej pierwszym „nie”. Maj c przez to niewiele okazji chwyta mocno ka d , 
która mu si  nadarzy. 

– Jacek pójdzie na mur beton – powiedział Wo . 
– Chod  do ognia – odparłem – nic tu nie wymy limy. 
Wrócili my.  Pluta  dorzucił  drewien.  „Pami tasz,  była  jesie ...”  –  piewały  dziewcz ta. 

Czuli my si  dobrze, ale zarazem nieswojo. O trumnie nie pisn ł nikt słowem, ale ta trumna stała. 
Ró nili my si  od dziewcz t  wiadomo ci  jej istnienia, jej parali uj cego uczestnictwa. 

Stefan  Kanik,  lat  18.  Kto ,  kogo  tu  brak  i kto  w tym  samym  momencie  jest  najbardziej 

obecny.  Wystarczy  wyci gn   r k ,  aby  obj   dziewczyn ,  ale  wystarczy  tak e  przej   kilka 
kroków, aby pochyli  si  nad trumn , a mi dzy tym, co jest najpi kniejszym  yciem, a tym, co 
jest najokrutniejsz   mierci  – jeste my my. 

Był  nam  nie  znany  ten  sztywny  i dlatego  łatwo  mogli my  go  sobie  uto samia   z ka dym 

chłopakiem, jakiego kiedykolwiek zdarzyło si  spotka  na  wiecie. Tak, to był ten, ten na pewno. 
Stał w oknie, w rozpi tej kraciastej koszuli, spogl daj c na jad ce samochody, słuchaj c pogwaru 
rozmów,  patrz c  na  przechodz ce  dziewczyny,  którym  wiatr  rozwiewał  bombiaste  spódnice, 
odsłaniaj c biel wysztywnionych halek, tak skrochmalonych,  e mo na je stawia  na podłodze 
jak  chochoły.  A potem  wyszedł  na  ulic   i spotkał  swoj   dziewczyn ,  i szedł  z ni   kupuj c  jej 
dropsy i najdro sz  lemoniad  „Murzynek”, a potem ona kupowała mu truskawki i byli na filmie 
„Wakacje z Monik ”, gdzie aktorka o trudnym nazwisku rozbiera si  przed aktorem o trudnym 
nazwisku,  czego  jego  dziewczyna  nie  zrobiła  przy  nim  ani  razu.  A potem  całował  j   w parku 
wypatruj c k tem oka zza jej głowy i jej niedbale rozrzuconych włosów, czy nie idzie milicjant, 

background image

si  trumna. 

– Trzeba odsun  mebel, bo zacznie si  podpieka  i cuchn  – powiedział Wo . 
Postawili my trumn  nieco dalej, w krzakach, a Pluta nałamał gał zi i okrył j  szczelnie. 
Siedzieli my  przy  ognisku  oddychaj c  jeszcze  ci ko,  pokonuj c  napór  snu  i uczucia 

niesamowito ci, pra c si  w cieple i rozkoszuj c si  tym cudownie wyczarowanym z ciemno ci 
widokiem  wiatła.  Zapadali my  w stan  bezwładu,  opuszczenia,  dr twoty.  Noc  zamykała  nas 
w celi odci tej od  wiata, od innych istnie , od nadziei. 

Wła nie w tym momencie usłyszeli my wysoki, przera liwy szept Wi ni: 
– Cicho! Co  idzie! 
Nagły, nie do wytrzymania skurcz strachu. Lodowate szpilki wchodz  w plecy. Mimowolnie 

kierujemy  wzrok  w krzaki,  w stron   trumny.  Jacek  nie  wytrzymuje:  przywiera  głow   do  trawy 
i wyczerpany, głodny snu, dotkni ty atakiem przera enia, zaczyna szlocha . To przywraca nam 
przytomno .  Pierwszy  odzyskuje  j   Wo ,  dopada  Jacka,  szarpie  nim  i zaczyna  go  tłuc.  Bije 
strasznie, a  szloch chłopaka przechodzi w j k, w przeci głe, niskie westchnienia. Wo  odst puje 
wreszcie, opiera si  o pie  drzewa, nawi zuje but. 

Tymczasem  głosy  wyłowione  przez  Wi ni   staj   si   wyra ne,  zbli aj   si   do  nas.  Słycha  

urywek  melodii,  miech,  pokrzykiwanie.  Nasłuchujemy.  W ród  tej  pustyni  mroku  nasza 
karawana odnajduje ludzki  lad! Głosy s  ju  zupełnie blisko. Wreszcie wida  i sylwetki. Dwie, 
trzy, pi . 

To jakie  dziewcz ta. Sze , siedem. 
Osiem dziewcz t. 
 
Po  pierwszych  obawach  i wahaniach  –  zostały.  W miar   jak  zawi zywała  si   rozmowa, 

zacz ły  przysiada   koło  ognia,  przy  nas,  tak  blisko,  e  wystarczyło  wyci gn   r ce,  by  je 
obejmowa . Było nam dobrze. Po tym wszystkim, co mieli my za sob , po dniu ci kiej jazdy, 
wyka czaj cego  marszu,  targania  nerwów,  po  tym  wszystkim,  a mo e  wła nie  wbrew  temu  – 
było nam dobrze. 

– Te  z wycieczki? – pytały nas. 
– Te  – kłamał Gruber. – Pi kny wieczór, co? 
– Pi kny. Po prostu go prze ywam. Jak ka dy. 
– Nie ka dy – powiedział Gruber. – S  tacy, którzy go nie prze yj  teraz ani potem. Nigdy. 
Patrzyli my  na  dziewcz ta.  W kolorowych  sukienkach,  z nagimi  ramionami,  niade  od 

sło ca,  a teraz  w blasku  płomienia  na  przemian  złote  i brunatne,  o spojrzeniach  na  oko 
oboj tnych, ale przecie  wyzywaj cych i czujnych zarazem, dost pne i nieosi galne, patrzyły na 
smu cy si  ogie , najwyra niej poddaj c si  temu dziwnemu i nieco poga skiemu nastrojowi, 
jaki wywołuje w ludziach ognisko palone noc  w lesie. Spogl daj c na nieoczekiwanie przybył  

background image

Kant skrzyni, ostry i twardy, wgniata si  w mi nie barku. Od szosy skr cili my w le n  drog , 
idziemy  skrótem,  niemal  nad  brzegiem  jeziora.  Po  godzinie  nie  uszli my  wi cej  jak  trzy 
kilometry. 

– Jak to jest? – zastanawia si  Wi nia. – Kto  ginie i zamiast i  do piachu, kr ci si  po ziemi 

i m czy innych. Mało tego. Oni si  m cz ,  eby on mógł si  kr ci . Jak to jest? 

– Gdzie  pisało – powiada Jacek –  e w wojn , w Rosji, na polach bitew, kiedy topniał  nieg, 

ukazywały  si   stercz ce  w gór   r ce.  Jechałe   drog   i widziałe   tylko  nieg  i te  r ce.  Masz 
poj cie: tylko to. Człowiek, jak si  sko czy, nie chce zej  drugim z oczu. To ludzie go chowaj  
przed swoim wzrokiem. 

eby mie   wi ty spokój, chowaj  go. Sam by si  im nie usun ł. 

– Tak jak ten nasz – mówi Wo . – On by z nami szedł po całym  wiecie. Tylko go wzi . 

Nawet my l ,  e mo na by si  przyzwyczai . 

– I pewnie – drwi z tyłu Gruber – zawsze ka dy sobie we mie co  niepotrzebnego na kark. 

Jeden karier , drugi króliki, trzeci  on . To my mo emy jego. 

– Nie mów o nim  le, bo ci  kopnie w ucho – ostrzega Wo . 
– Nie b dzie taki gro ny – uspokaja si  Gruber. – Cały czas jest grzeczny. Pewnie był równy. 
Ale  wła ciwie  nie  wiemy,  jaki  naprawd   był.  aden  z nas  nie  ogl dał  go  na  oczy.  Stefan 

Kanik, lat 18, zgin ł w wypadku. Nic wi cej. Teraz mo emy te  doda ,  e wa ył jakie  60 kilo. 
Młody, szczupły chłopak. Reszta jest tajemnic . Jest domysłem. I oto ta zagadka, która obrała tak 
niewidomy i nieznany kształt, ten obcy, ten sztywny, włada szóstk   ywych, zagarnia ich my li, 
wycie cza  ich  ciała  i w chłodnym,  nieprzeniknionym  milczeniu  przyjmuje  składan   mu  danin  
wyrzeczenia, uległo ci, dobrowolnej zgody na tak dziwacznie uformowany los. 

– Jak był równy, to nie szkodzi tyra  – stwierdza Wo  – a jak aplegier, to go zaraz do wody. 
Jakim był! Czy mo na ustali  takie fakty? Tak, na pewno! Tragamy go chyba pi ty kilometr 

i utoczyli my  ju   beczk   potu.  W ten  szcz tek  zainwestowali my  wi c  mas   trudu,  nerwów, 
spokoju. Ten wysiłek, ta nasza cz stka przechodzi na sztywnego, podnosi jego walor w naszych 
oczach,  jednoczy  nas  z nim,  brata  poprzez  granic   ycia  i  mierci.  Ust puje  wzajemna  obco . 
Staje  si   nasz.  Nie  chlu niemy  go  do  wody.  Skazani  na  coraz  dotkliwiej  odczuwany  ci ar, 
b dziemy wypełnia  dalej, a  do zupełnego ko ca, swoj  misj . 

Las  podchodzi  nad  brzeg  jeziora.  Jest  mała  polanka.  Wo   zarz dza  odpoczynek  i zaczyna 

robi  ognisko. 

 
Zaraz  strzela  płomie   zuchwale  i swawolnie.  Rozsiedli my  si   naokoło,  ci gaj c  mokre, 

kwa no pachn ce koszule. W rozedrganym, pulsuj cym blasku widzieli my swoje twarze zalane 
potem,  swoje  nagie,  wilgotne  torsy  i podbiegłe  krwi   obrz ki  na  barkach.  Z ogniska 
koncentrycznymi falami rozchodził si   ar. Musieli my si  cofn . Teraz najbli ej ognia znalazła 

background image

– No i co – zagaduje znowu Ziej  –  pimy? A co z tamtym? 
Nieładnie,  e przypomina. Sen ugodzony tym pytaniem stygnie, cofa si . Le ymy w udr ce 

zm czenia,  a teraz  tak e  niepokoju  i niepewno ci,  zapatrzeni  t po  w niebo,  którym  przepływa 
srebrna ławica gwiazd. Mamy co  postanowi . 

Mówi Wo : 
–  Zostaniemy  do  rana.  Rano  który   pójdzie  do  miasta,  sprowadzi  traktor.  Nie  ma  si   co 

pieszy , nie piekarnia. 

Mówi Jacek: 
– Do rana nie mo na czeka . Lepiej to załatwi  szybko, jak najszybciej. 
Mówi Kostarski: 
–  Wiecie,  jakby my  go  tak  wzi li  i zanie li?  Chłopak  był  mikry,  troch   go  zostało  pod 

w glem. Ci aru du ego nie ma. Do południa b dziemy kwit. 

Ta my l jest szale cza, ale najlepsza! Nagi  bary i taska . Jest wczesny wieczór, drogi nie 

wi cej ni  15 kilometrów, oczywi cie,  e doniesiemy. Zreszt  nie tylko o to chodzi. Skurczeni na 
kraw dzi  rowu,  odepchn wszy  pierwsz   pokus   snu,  czujemy  z dojmuj c   pewno ci ,  e 
nieruchome  czuwanie  z trumn   niemal  nad  głow ,  w ród  wszechobecnego  mroku,  wobec 
zdradliwego  zaczajenia  krzaków  i głuchego  milczenia  horyzontów  na  ka dy  nasz  krzyk 
i wezwanie,  e  to  apatyczne,  ale  pełne  m cz cego  napi cia  wyczekiwanie  witu  byłoby  nie  do 
zniesienia. Ju  lepiej i , lepiej go d wiga ! Przyj  jak  czynn  postaw , porusza  si , mówi , 
burzy  cisz  emanuj c  od czarnej skrzyni, udowadnia   wiatu i sobie, przede wszystkim sobie, 
przynale no   do  królestwa  ywych,  w którym  intruzem,  obc   i niepodobn   ju   do  niczego 
kreatur  jest on, ten za rubowany, ten sztywny. 

Zarazem  te   godz c  si   na  wysiłek  tragania  upatrywali my  w nim  jak  gdyby  form   ofiary 

składanej zmarłemu na odczepnego, aby uwolnił nas od swojej obecno ci, natarczywej, okrutnej 
i upartej. 

Ci ko zaczyna si  ten marsz z trumn  na grzbiecie.  wiat ogl dany z tej pozycji kurczy si  

do małego wycinka: wahadło nóg poprzednika, czarny płat ziemi, wahadło własnych nóg. Maj c 
wzrok uwi ziony w tym ubogim krajobrazie człowiek odruchowo wzywa na pomoc wyobra ni . 
Tak, ciało jest sp tane, ale my l pozostaje wolna! 

– Jakby teraz kto  jechał i nas dojrzał, toby musiał nawia . 
– Wiecie, jak si  zacznie rusza  – rzucamy i zje d amy. 
–  eby tylko nie było deszczu. Jak namoknie, to si  zrobi ci ki. 
Nie, deszczu nic nie zapowiada. Jest ciepły wieczór, niebo olbrzymie i czyste unosi si  nad 

u pion  ziemi , wysyłaj c  w przestrze  cykania  wierszczy i miarowy postuk naszych kroków. 

–  Siedemdziesi t  trzy,  siedemdziesi t  cztery,  siedemdziesi t  pi   –  liczy  kroki  Kostarski. 

Przy dwustu nast puje zmiana. Trzech przechodzi na lewo, trzech – na prawo. Potem na odwrót. 

background image

Sztywny 
 
Szos   p dzi  samochód.  Po ród  zmierzchu  renice  lamp  wypatruj   mety.  Tak,  meta  ju  

blisko: Jeziorany,  20  km.  Jeszcze  pół  godziny  jazdy  i koniec.  Wóz  ci gnie  do  celu,  ale  jest  to 
jazda na słowo honoru: stara maszyna nie wytrzymuje długiej trasy. 

Na dnie ci arówki le y trumna. 
Czarne  pudło  okala  girlanda  kaprawych  aniołków.  Najgorzej  na  wira ach:  pudło  przesuwa 

si  i mo e przygnie  nogi tym, którzy siedz  na burcie. 

Szosa  gnie  si   teraz  w  lepe  zakr ty,  podchodzi  w gór .  Motor  wyje  o kilka  tonów  wy ej, 

potem  zaczyna  czka ,  zachłystuje  si   i ga nie.  Znowu  defekt.  Z szoferki  wychodzi  umorusana 
posta . To Ziej  – kierowca. Wczołguje si  pod wóz, szuka uszkodzenia. Z tego ukrycia oczernia 
poroniony  wiat. Spluwa, kiedy rozgrzany smar kapie mu na twarz. W ko cu wypełza na  rodek 
szosy,  eby otrzepa  si  i powiedzie : 

– Klops. Nie ruszy. Wolno pali . 
Co tam pali . Nam chce si  płaka ! 
Jeszcze  dwa  dni  temu  był  l sk,  kopalnia  „Aleksandra-Maria”.  Temat  wymagał  rozmowy 

z kierownikiem  hotelu  robotniczego.  Zastałem  go  w gabinecie,  kiedy  obja niał  co   sze ciu 
młodym dryblasom. I ja si  przysłuchałem. 

Oto sprawa: 
W  czasie  odstrzału  osun ła  si   bryła  w gla  i przygniotła  górnika.  Ciało  wydobyto,  ale  ju  

doszcz tnie  zmasakrowane.  Nikt  nie  znał  bli ej  zabitego.  Pracował  w kopalni  zaledwie  2 
tygodnie.  Ustalono  personalia:  nazwisko  –  Stefan  Kanik,  wiek  –  18  lat.  Ojciec  mieszka 
w Jezioranach,  na  Mazurach.  Dyrekcja  porozumiała  si   telefonicznie  z tamtejsz   Rad  
Narodow .  Okazuje  si ,  e  ojciec  jest  sparali owany,  nie  mo e  przyjecha   na  pogrzeb.  Pro ba 
władz  jeziora skich:  czy  nie  mo na  by  przewie   zwłok  do  miasteczka?  Dyrekcja  kopalni 
wyra a zgod , daje samochód, poleca kierownikowi hotelu robotniczego znale  sze ciu ludzi do 
konwoju trumny. 

To s  ci wezwani. 
Pi ciu godzi si , jeden odmawia: nie chce traci  na zarobku. Powstaje luka. Czy mog  jecha  

na szóstego? Kierownik kr ci głow : redaktor w roli karawaniarza? Pierona, to ci afera! 

Ta  pusta  szosa,  ten  wrak  ci arówki,  to  powietrze  bez  smugi  wiatru.  Ta  trumna.  Ziej  

wyciera szmat  zaoliwione r ce. 

–  No  i co?  –  pyta.  –  Mieli my  by   na  wieczór.  Le ymy  na  kraw dzi  rowu,  w trawie 

poci gni tej  patyn   kurzu.  Boli  grzbiet,  bol   nogi,  piek   oczy.  Sen  wprasza  si   na  kompana. 
Ciepły, łasz cy, nachalny. 

–  pimy, chłopy – mówi mi kko Wi nia i kuli si  w kł bek. 

background image

stary to dobry robotnik. W produkcji go chwal  za pilno , za solidno , za fach. Stary nie pije, 
roboty nie unika. A ona jest kobiet  nad wyraz spokojn . Z niej gospodyni wielce zapobiegliwa. 
Czysty dom, oprany, wymieciony. A chłopak te  porz dny,  adnych doniesie  nie miał,  adnych 
zaj   nie  robił,  chocia   młody.  Przecie   to  chłopak  nieszcz liwy,  ci ko  chory.  Powinien  si  
leczy ,  ale  jak,  skoro  domu  opu ci   nie  mo e,  eby  chroni   matk .  I matka  domu  nie  opu ci, 

eby dba  o syna. A ojciec z domu nie pójdzie, bo to jego dom. 

Wszystko to s  dobrzy ludzie. Tu ich lubi , ceni , powa aj . Tylko je li ka de jest z osobna. 

Bo  jak  si   zejd ,  wtedy  mo na  si   prze egna .  Bo  zaraz  pachnie  trupem.  On  zaczyna  od 
wyzwisk.  Ty  dziadówko,  woła.  Ja  dziadówka?  I kobieta  wyjmuje  z pudełka  stare  fotografie, 
grzebie  rozlatanymi  palcami.  Prosz ,  to  mój  ojciec.  W wiklinowym  fotelu  siedzi  starszy  pan, 
w saty, w solidnym garniturze, z okazałym krawatem. Wi c czy ja mog  by  dziadówka? Albo 
mi mówi: Ty taka owaka. Panie, czy ja wygl dam? On mówi,  e ja chc  sobie szuka  chłopów. 
No,  niech  pan  na  mnie  spojrzy.  Wi c  spojrzałem  na  t   zniszczon ,  zrujnowan   istot   i musz  
wam powiedzie ,  e musieliby cie dobrze szprycowa  wasz  wyobra ni , aby mógł pojawi  si  
w niej obraz tych chłopów, których ona by mogła sobie znale . 

I tak od słowa do słowa, od tych słów do siekiery. Taka karuzela. Cała trójka zam cza si , 

wyniszcza, unicestwia. Nie maj  o co i nie wiedz  o co. Nawet niewa ny jest ten powód, którego 
zreszt  nie s  w stanie poda . Wa ny jest ten styl  ycia, do jakiego z wolna przywykli. Wszyscy 
spełniaj  swoj  doniosł  misj , pełn  po wi cenia. Ojciec po wi ca wszystko dla nich, matka dla 
syna,  syn  dla  matki.  Wszyscy  musz   y ,  bo  jedno  drugiemu  jest  potrzebne.  Ojciec  jest 
przekonany,  e  gdyby  nie  on,  tamci  by  z głodu  pomarli.  Matka  jest  pewna,  e  gdyby  nie  ona, 
chłopak by szybko  ywot w gru licy zako czył. Syn gł boko wierzy,  e gdyby nie on, ojciec by 
matk  zatłukł na  mier . Dlatego nie mog  si  rozej , rozjecha  w trzy strony  wiata. Wszyscy 
s   zwi zani  na  amen,  na  cał   ziemsk   egzystencj .  Du o  jest  takich  mał e stw,  mówi  mi 
milicjant.  Przewa nie  w ród  starszych.  I powtarza  zamy lony:  Tak,  du o.  Przewa nie  w ród 
młodszych. 

background image

Nikt nie odejdzie 
 
Nie chciałbym tam mieszka . Tam stoi stół nakryty kraciastym obrusem. Wi c przy tym stole 

nie  chciałbym  wi cej  siedzie .  I s   sztuczne  kwiaty  o nieugi tych  drucianych  łodygach.  Tych 
kwiatów  nie  chciałbym  równie   widzie .  Za  szafk   stoi  siekiera.  Dali  mi  j   do  r ki,  ebym 
zobaczył, czy jest ci ka. Tak, jest ci ka. Tym ci arem siekiera zawisła nad trzema głowami. 
Nad  siw ,  drobn   głow   ojca.  Nad  gładkim  włosem  otoczon   głow   matki.  Nad  wyko czon  
równym je em głow  syna. Jak w nich nie ci nie, to we mnie ci nie, mówi ojciec. Ojciec to by 
chciał syna zamkn . Matka to by chciała zamkn  ojca. Ju  najlepiej,  eby z nami si  co  stało, 
powiada syn. Wtedy  ycie byłoby inne. Bo takie dalej ju  nie mo e by . 

...wi c jak przychodz , wtedy oni do mnie. Od razu gwałtu, od razu si  rzucaj . Najgorszy 

jest chłopak. Ja chciałem,  eby on mi na stare lata grał. Kupiłem mu pianino, kupiłem akordeon. 
Ale jemu nie muzyka w głowie, jemu wódka. My lałem,  e sobie si d  wieczorem – to on mi 
pogra. A on mi chce gra , ale na  ebrach. Ona tego chłopaka przeciw mnie podburza. Ona mówi: 
Władziu, daj mu,  eby wiedział! I ja tego nie mog  wytrzyma . Kład  si  spa  – to nie wiem, czy 
wstan . Musz  uwa a ,  eby silnie nie zasn , bo jak silnie zasn , to zrobi  ze mn  koniec. 

...ale  co on wygaduje. Ja wa yłam 87 kilo, a teraz wa  54. To on ze mn  tak zrobił, mój 

m .  On  najpierw  nic,  tylko  chodzi  i chodzi.  A potem  byle  co  i zaczyna  nim  trz

.  Wtedy 

z niego wylatuje krzyk. Tego krzyku ju  si  nie boj . Ale jak złapie co  w r k , wtedy si  boj . 
Najgorzej, jak złapie siekier . Wszystko mo e mi zrobi . Jemu o nic nie chodzi, tylko o jakie  
byle co. Ja ju  wypłakałam oczy, moje r ce lataj  – o – tak. I nie ma wyj cia. Tylko ten syn si  
biedzi, ten syn mnie kocha. 

...matki nie dam ruszy . Pan wybaczy, ale nie dam ruszy . Jak on do matki, to ja do niego. 

Pan wybaczy, ale tak jest. On mówi,  e ja lubi  wypi ? Nie powiem, czasem wypi  musz . Ja 
jestem  muzyk,  gram  na  weselach.  A muzyk  jak  nie  wypije,  to  nie  jest  aden  muzyk,  pan 
wybaczy. Zreszt  mnie du o nie trzeba przy mojej gru licy. Ju  po paru kieliszkach jestem miły. 
A czasem  wystarczy  jeden  kieliszek.  Nawet  po  piwie  jestem  miły,  pan  wybaczy.  Sk d  mam 
chorob ? Bo ojciec mnie wyp dzał spa  do psiej budy. Widocznie z tego. Ale wszystko znios , 
ten  gnój  w płucach,  to,  e  nie  daje  mi  si   uczy ,  to  wszystko  mog   znie ,  ale  matki  nie  dam 
ruszy . 

...ten  dom  znamy  na  pami .  Stary  ci gle  do  komisariatu  lata,  eby  ich  zamkn ,  bo  go 

zabij . Ale to on ich mo e zabi . My im mówili my,  eby si  uspokoili,  e im milicja nakazuje 
spokój.  Ale  skutku  nie  ma.  Czy  takich  mał e stw  jest  du o?  Tak,  du o.  Przewa nie  w ród 
starszych. Jedno kotłowanie, jedno piekło, tylko chodzi  i rozdziela , bo złapa , to si  złapi , ale 
rozdzieli  to nie maj  siły. Du o takich mał e stw. Przewa nie w ród młodych. 

Bierzemy ten  wypadek  z milicjantem z Piastowa pod  wiatło i dziwimy  si , jak to jest. Bo 

background image

Dopiero  w tym  roku  spotkałem  znowu  Dank .  Wszystko  było  jak  przedtem.  Chod , 

pojedziemy  na  Mazury  –  mówi   do  niej.  Zgodziła  si .  A ja  nie  miałem  grosza  przy  duszy. 
Przypomniałem sobie o tej głowie. My l : Wezm  j , opchn  jakiemu  ksi ulowi i przy okazji 
wynajd  met . I tak tu trafiłem. 

A, dzisiaj jest niedziela. Deszcz pada, deszcz nie przestanie ju  chyba nigdy pada . Powód . 

Potop. Ludzie trac  domy. Ci kie straty gospodarcze. Z okna hoteliku widz , jak mimo chlapy 
wychodz  na ulic  mieszka cy miasteczka i od wi tnie ubrani krocz  godnie w stron  rynku, do 
gospody  albo  do  ko cioła.  Ubieram  si   i wychodz .  Niektóre  twarze  ju   znam.  Kłaniamy  si  
sobie. Reporter nie mo e na długo si  ukry . Wi c nie przemykam si  skrytymi przej ciami, ale 
id  ulic  główn , ludn  i pogr on  w błocie. 

Wchodz  do ko cioła. W blaskach  wiateł stoi drewniana rze ba, posta   licznej dziewczyny. 

Dzieło nie jest doko czone, ale twarz, głow , ramiona mistrz zd ył ju  odda  w szczegółach. S  
to szczegóły najwy szej klasy. Ludzie podchodz , przykl kaj , zginaj  grzbiety. A ja zadzieram 
głow  wysoko. Nie mog  si  napatrze . 

background image

le ała na kocu. Co chce stary podej , zaraz si  cofa. Kusiło go, ale si  trzymał. Patrzyłem si  
czasem, to mnie  miech brał. Nieraz wstawała i chciała do niego przyj , ale wtedy stary buch do 
ko cioła.  Taka  zabawa  jak  w kotka  i myszk .  Szkoł   to  on  z ni   miał.  Do  rze biarza  zagl dał 
cz sto patrze , jak mu idzie robota. Siadał na ławce, przygl dał si  i z pocz tku nic nie mówił. 
Dopiero  jak  ten  zacz ł  obrabia   twarz,  stary  wdał  si   z nim  w dłu sze  pogaw dki.  Te  
przychodziłem na t  rze b  popatrze  i widziałem, co si   wi ci. On rze bił Dank . Rze bił jej 
twarz, szyj , ramiona. Dalej szły długie szaty, ale od góry to była Danka. Stary pytał, czy usta nie 
s  zbyt szerokie. Bo ona miała usta drobne, pełne, ale drobne. Czułem,  e chciał,  eby ta Maria 
w ołtarzu była obrazem Danki. Ale przecie  wprost powiedzie  tego nie mógł. 

A w mie cie ju  szumi jak w ulu. Chłopaki lataj  podpatrze , baby przychodz  niby to si  

modli .  Ruch  koło  plebani  wielki.  I zaraz  gadanie,  plotki,  domysły,  co  pan  chcesz.  Mnie  te  
ci gle  zaczepiali:  Micha ,  a co  to  za  jedni?  A ja  im  prawd   mówiłem,  bo  człowiek  jest  głupi. 
Poszło par  bab z delegacj  do proboszcza. Co  im wytłumaczył, na par  dni spokój. A potem 
znowu to samo i jeszcze gorzej. Raz starego wezwali do kurii, a ten rze biarz pojechał akurat do 
Białegostoku po dłuta. No i wtedy przyszły te zołzy. 

Michała S. przy tym nie było. Pomagał potem odwie  j  do szpitala. Wrócił i opowiedział 

wszystko jedynemu człowiekowi, który w mie cie przyja nił si  z rze biarzem. Był to polonista 
Józef T. 

Józef T. (odwiedzam go o pó nej godzinie) mówi: 
–  Siedzieli my  wieczorem.  To  było  nad  morzem  kilka  lat  temu  –  powiedział  do  mnie 

rze biarz.  Szukałem  tematu  do  pracy  dyplomowej.  Łaziłem  na  pla y,  traciłem  dni.  Na  pla y 
łatwiej znale  model ni  w mie cie, ludzie s  rozebrani. Nie spotkałem nic ciekawego. Kiedy  
zaszedłem  nad  brzeg,  miejsce  było  puste,  rozci gni ta  na  piasku  butwiała  rybacka  łód . 
Podszedłem, za łodzi  siedziała dziewczyna. Czy musi kolega stan  akurat tu? – spytała. Gdyby 
kole anka mogła si  zobaczy , nie zadawałaby takich pyta  – odparłem. Byli my bardzo młodzi, 
wtedy  obowi zywała  ta  forma.  Po  miesi cu  Danka  pojechała  ze  mn   do  Wrocławia,  na  moje 
poddasze.  Tu  j   rze biłem.  Tytuły  prac  musiały  mie   swoj   wymow ,  wi c  rze b   nazwałem 
„Dziewczyna po pracy” i zawiozłem na wystaw . Wtedy jury j  odrzuciło. Orzekli,  e jest zbyt 
sakralna.  Byłem  złamany,  nie  mogłem  sobie  znale   miejsca.  Godzinami  le ałem  na  łó ku 
w zupełnym  zamroczeniu.  Wreszcie  wpadłem  na  zwariowany  pomysł.  Po yczyłem  u dozorcy 
wózek,  zapakowałem  rze b   i jad   do  kurii  biskupiej.  Mówi   im:  Kupcie  to,  panowie,  rzecz 
nazywa  si   „Madonna  oczekuj ca  zwiastowania”.  Naradzali  si ,  w ko cu  nie  wzi li.  Jest  zbyt 
socrealistyczna, tak mówi . Nie miałem ju  sił, zawlokłem wózek nad Odr  i łomem potłukłem 
cały gips. Bo to był gips. Kiedy si  opami tałem, zobaczyłem,  e została jeszcze głowa rze by. 
Chciałem j  wrzuci  do rzeki. Nie zrobiłem tego, wzi łem j  ze sob . Przyniosłem do pracowni, 
rzuciłem w k t. 

background image

– Pan w sprawie tej draki? –  miał si ,  e mnie to interesuje. Zaczynało zmierzcha , deszcz 

padał, okna ociekały wod . – Mo e zrobi  herbaty? – zaproponował Michał. 

–  On  przyjechał  jeszcze  w maju.  Akurat  przecinałem  gał zie.  Podchodzi  m czyzna  i pyta 

o proboszcza.  Nie  miał  wi cej  jak  trzydzie ci  lat,  ubrany  w sweter,  chustka  naokoło  szyi, 
a w r ku  trzyma  pakunek.  Zaprowadziłem  go  do  kancelarii.  Powiedział  „dzie   dobry” 
i przedstawił si . Mówił,  e jest rze biarzem z Wrocławia. Rozpakował papier, a tam była głowa 
kobiety. Prosz  spojrze , powiedział, to rze ba Marii w gipsie. Czy ksi dz by nie reflektował? 
Nasz stary zacz ł to ogl da , brał do r ki, wa ył, ale potem mówi: Nie,  e nie we mie. Tamten 
wzi ł głow  i pakuje j  z powrotem, a stary ka e mu siada  i zaczyna go wypytywa , gdzie si  
uczył, co robił czy miał wystaw  i takie detale. Wida  spodobał si  staremu, bo ten mówi: Wie 
pan,  tej  Marii  nie  kupi ,  ale  nasz  ko ciółek  był  wiosn   odnawiany,  restaurowali my  boczny 
ołtarz,  a tam  brakuje  rze by  Marii  Panny.  Kiedy   była,  tylko  robactwo  tak  j   z arło,  e  si  
rozsypała. Mo e by si  pan tego podj ł? Ten mówi,  e owszem, wi c poszli zobaczy  na miejsce. 
Rze biarz obliczał, obliczał i mówi: W porz dku, pi  tysi cy i w porz dku. Na to stary – protest. 

e nie ma forsy, remont wyczy cił mu kas  i tyle nie da. Targuj  si , a  proboszcz zaczyna tak: 

Zrobimy  inaczej,  mówi,  mam  tu  domek  dla  ko cielnego,  ale  on  mieszka  w miasteczku,  wi c 
domek stoi pusty. Pan w nim zamieszka, ja prze ywi , a pan mi t  rze b  zrobi. Tu jest jezioro, 
las,  okolica  pi kna.  Rze biarz  nie  odzywa  si ,  wida ,  e  co   kombinuje,  a potem  odpowiada: 
Zgoda,  prosz   ksi dza,  ale  pod  jednym  warunkiem.  Pracuj   obecnie  nad  rze b ,  na  której  mi 
bardzo  zale y,  i nie  mog   tej  pracy  przerwa .  Robi   t   rze b   z modela.  Otó   przystan   na 
propozycj ,  je li  ksi dz  pozwoli  mi  zamieszka   tu  z modelk .  Stary  si   przestraszył:  Tu,  na 
plebanii!? woła. Patrz  na niego i widz ,  e ma pietra. Nie chciał, nie chciał, ale złasił si  na fors  
i wreszcie powiedział: Zgoda. 

Przyjechali  z pocz tkiem  czerwca.  Wtedy  j   zobaczyłem.  To  nie  była  kobieta,  to  był  cud. 

Zgrabna,  liczna, jasne włosy. Przywitała si  ze mn  i mówi: Na imi  mi Danka. A panu? Mnie 
zatkało. W gardle dusi, w oczach lataj  mi płatki, czuj ,  e skonam. Co  wybełkotałem, ale zaraz 
my l : Michał, dziwne rzeczy zaczn  si  u nas dzia . No i patrz pan – zgadłem. 

Stary najpierw przed ni  uciekał. Siedział u siebie, nie wychodził. A ona jakby była na pla y 

– rozbiera si , koc na traw  i opalanie. Od rana do wieczora ci gle w kostiumie. Wierz mi pan, na 
ni  to si  człowiek bał patrze . Bo jak si  patrzał, chciało mu si  płaka ,  e jest takie nic, takie 
zaplute  zero  i  e  mo e  wy   do  ko ca  wiata,  a ona  na  niego  nawet  nie  spojrzy.  Ten  rze biarz 
chodził  koło  niej  jak  psiak.  On  j   musiał  kocha ,  musiał  j   kocha   za  wszystkich  m czyzn, 
którym  tego  nie  było  wolno.  Chłop  był  z niego  na  poziomie,  bardzo  równy.  Pomagałem  mu 
znale  drzewo, ostrzyłem mu narz dzia, nieraz do miasta szedłem kupowa  im wino. W zgodzie 

yli my. Kiedy ju  było drzewo, od razu zabrał si  do roboty. R k  miał pewn  i ci ł  miało, szło 

mu to wprawnie. Wtedy stary zacz ł wychodzi  z plebani. Kluczył mi dzy drzewami, a Danka 

background image

z ko cioła  czym  daje  nam  przykład.  Nadmieniła  tak e  samo  e  my  dajemy  pieni dze  na  tac  
dzieciom  od  ust  odejmuj c  a oni  si   pas   eby  mogli  bezece stwa  wyprawia .  Miesi c  ju  
patrzymy  na  to  e  przyszedł  kres  naszej  cierpliwo ci  czy  długo  b dziemy  cierpie   te  widoki 
zaznaczała  ob.  Helena  Krakowiak  jeich  dzieci  niech  diabeł  wi ci  i si   prze egnała.  Wy ej 
wymieniona podkre liła  e figur  Matki Boskiej mo na było zakupi  ze składkowych pieni dzy 
a wtedy  by  nie  było  takiej  obrazy  moralno ci  i rozpusty  jakiej  wiat  nie  widział.  Nast pnie 
pragn   poda   e  przychodziły  do  mnie  jeszcze  inne  obywatelki  a to  (tu  szereg  nazwisk) 
przyznaj ce  racj   wy ej  wymienionej  która  to  obywatelka  zapoddała  my l  aby  przep dzi   t  
prostytutk   jak  si   wyra ała  bo  kurwów  nam  na  plebanii  nie  potrzeba  co  jeszcze  powiedziała. 
Wy ej wzmiankowane potwierdziły  e innego wyj cia nie ma i ob. Helena Krakowiak wskazała 
miejsce  koło  stra y  na  dzie   wtorek  28  czerwiec  na  godzin   4  po  południu  eby  da   jeszcze 
chłopom i dzieciom obiad oraz pozmywa  i zamie ...” 

Jeszcze  tego  dnia  mówiłem  z sekretarzem  Komitetu  Miejskiego.  Siedział  naprzeciw  mnie, 

wysoki,  ylasty,  garbił  rozło yste  ramiona.  Pocierał  czoło,  zastanawiał  si ,  zdania  wygłaszał 
powoli, z namysłem. 

– Wiecie, towarzyszu, to przecie  mogła by  prowokacja. 
– Z czyjej strony? – spytałem. 
– Ze strony kleru. Kler takie rzeczy lubi robi , jak mu si  nie patrzy na r ce. 
Trwał przy tym zdaniu, nie dopuszczał innej wersji. Musiała to by  prowokacja, powtarzał. 

Nie znałem proboszcza, a on go znał. Proboszcz miał posuni cia, które były bardzo wymowne. 
Wystarczyło je zanalizowa . Ich sens był jasny. Całkiem jasny. 

Zmienili my temat. Nowy temat cieszył sekretarza i mnie. W miasteczku powstanie fabryka. 

Ju  kopi  fundamenty, b d  te  budowa  osiedle. Miasteczko rozrusza si , zagra nowym  yciem. 
Znajdzie  swoje  miejsce  na  gospodarczej  mapie  kraju.  Ju   dzisiaj  jego  przyszło   rysuje  si  
obiecuj co.  Przyrzekłem  przyjecha   na  reporta .  Podali my  sobie  r ce,  znowu  chodziłem 
uliczkami, padał deszcz, woda szumiała w rynnach, ten chłopak w farmerach stał pod drzewkami 
w rynku. To on zalecił mi spotkanie z ko cielnym, prowadził mnie przez dziury w płotach, przez 
sienie  i podwórza.  Mieszkanie,  do  którego  weszli my,  było  pełne  łó ek  i krzeseł,  t pionych 
w stołecznych pismach obrazów i wykpiwanych figurek. Dwóch m czyzn siedziało przy stole. 
Jeden stary z r k  na temblaku, a drugi blondyn, postawny i wysoki, jak si  okazało – jego syn. 
Stary wstał i wyszedł. 

– Ojciec choruje – powiedział blondyn – r ka mu si  jadzi i jadzi. Siedz  tu,  eby mu pomóc, 

bo  mamy  te   kawałek  pola,  ale  tak  si   wyrywam  do  du ego  miasta!  –  Michał  S.  jest  ju   po 
wojsku, kiedy wrócił do domu, zmarł stary ko cielny i jego wzi to na zast pstwo. Innej pracy nie 
mógł dosta , dopiero mo e jak zbuduj  t  fabryk . Zorientowałem si ,  e swoj  funkcj  traktuje 
z przymru eniem oka, jest otrzaskany w  wiecie i zmieni zawód przy pierwszej okazji. 

background image

powiem, ale tego niech pan nigdzie nie podaje, bo ze mn  wtedy koniec. To była ona. Głowa, 
twarz, posta  – te samiusie kie. Wykapana. Ale wtedy ka da czuła takie przera enie, taki obł d, 

e  adna nie  miała potwierdzi  Sadowskiej. A Florkowa stoi i zasłania ciałem figur , i mówi: Po 

moim trupie, po moim trupie. A dzie  był, panie, pi kny, nie tak jak dzi , tylko w tym ko ciele 
szaro, mrok, ci ki strach i krzyk tych kobiet. Sadowska wtedy w płacz, w zawodzenie, a my my 
zacz ły ucieka  na dwór. I co pan powie, wychodzimy, a tu od tego małego domku przy plebanii 
idzie  ta  dziewczyna,  Matko  wi ta!  Ja  owszem,  nie  jestem  zacofana  na  tle  mody,  byłam  ju  
w Sopotach i sama ubieram si  łuptu-date. Ale przecie  tego u nas nikt nie widział. A sam nasz 
proboszcz  to  wykrzykiwał  dawniej  na  zgorszenie,  e  a   si   trz sło.  Siatkówki  dla  dziewcz t 
zabronił. Sama nie wiem, co go teraz op tało. Id  po rozum do głowy, ale nie wiem. No wi c ta 
dziewczyna nadchodzi, a kostium ma, jak to si  mówi, bikini. M czyzna kichnie i ju  wszystko 
zlatuje.  Pan  wie,  kobiety  nie  lubi   jedna  o drugiej  dobrze  mówi ,  ale  ja  nie  jestem  zacofana 
i przyznam,  e ta dziewczyna była jak ró y p k. Za tak  ka dy chłop pójdzie na m ki i katusze. 
O Bo e, no i, prosz  pana, kobiety j  widz  i dawaj sycze . 

Jakby poszła dalej, to mo e nic by nie było, jakby spotkała nas innego dnia, to te  mo e by 

nic  nie  było,  ale  my my  akurat  wyszły  z ko cioła  i tam  rozegrał  si   ten  dramat,  co  ju  
opowiedziałam,  i ka da  miała  w sercu  strach  i gorycz  i chciała  si   tego  pozby .  Dziewczyna 
podeszła i spytała: Panie kogo  szukaj ? Wtedy wysun ła si  Maciaszkowa i mówi: Tak, ciebie, 
zarazo! I łup j  lask  w głow , bo Maciaszkowa jest kulawa i nosi lask . A potem drugi raz jej 
dolała  i trzeci.  Ja  stan łam,  panie,  jak  kamie ,  w oczach  mi  si   zrobiło  ciemno  i my l :  co  tu 
b dzie, co tu b dzie, a my li mi si  tłuk  w głowie, jak sroki w dziupli. One j  lej , a ja ani drgn . 
Potem  jeszcze  poszły  do  tego  domku,  szyby  potłukły,  graty  wywlokły  i połamały,  cho   graty 
były  proboszczowe.  Na  ten  moment  patrz ,  a idzie  Micha ,  znaczy  nasz  ko cielny.  Wołam  to 
babom, a one chodu. Ja za nimi. Ju  powiedziałam na milicji,  e interes mój tego wymaga,  eby 
zawsze i  z lud mi. Zacofana nie jestem, ale i  musiałam. 

Posterunek  milicji  mie ci  si   równie   w rynku,  naprzeciw  gospody.  Łatwo  st d  widzie , 

w jakim stanie bywalcy opuszczaj  lokal. Go cia mo na szybko przeprowadzi  na drug  stron  
placu, gdzie pod kłódk  trze wieje i odzyskuje równowag . Dy urny milicjant siedzi za barierk  
i obserwuje rynek; mówi: 

– Ogólnie, to tu jest spokój. Ale było jedno zaj cie. Takiego jeszcze u nas nie było. 
–  Wła nie  –  wtr cam  –  chodzi  mi  o szczegóły.  –  U miecha  si   niejasno,  bo  nie  chciałby 

mówi   bez  zgody  kierownika.  Po  godzinie  przerzucam  teczk   materiałów  otrzyman   od 
kierownika  posterunku.  Kierownik  pomaga  mi  ch tnie,  proponuje  nazwiska,  podaje  adresy. 
Szperam w papierach rozrzuconych na biurku, coraz to nowe wyjmuj  z teczki. 

„...Nadmieniam  e  pierwsza  przyszła  do  mnie  ob.  Helena  Krakowiak  moja  s siadka,  która 

nadmieniła dosy  ju  tej obrazy zgorszenie idzie na okolic  sam Pan Jezus wyp dzał lichwiarzy 

background image

– Zgadza si . 
Weszli my  do  gospody.  W jednej  sali  była  restauracja”  w drugiej  kawiarnia.  Dym  wisiał 

nisko, w szarych zwełnionych smugach. Kelner przyniósł wino. 

–  To  co  b dzie?  –  spytał  chłopak.  Zahaczyłem  o t   spraw   z plebani .  Mo e  on  co   wie? 

Mo e przy tym był? 

–  Nic  z tych  rzeczy  –  powiedział.  –  Jak  przyci gn łem  z Warszawy,  to  ju   było  po 

wszystkim. Mowa jest krótka, za gadk  nie płac . Opowiadali mi kole kowie, jak te baby tam 
poszły.  Ona  jest  teraz  w szpitalu.  Podobnie ,  e  sztuka  była  nie  z tej  ziemi.  Nogi  jak  sen, 
wyprzedzenie, buzia, wszystko na swoim miejscu. Trafiaj  si  takie, tylko trzeba wykapowa . Ja 
sam poderwałem jedn  na wiosn . Jezuniu, jaka słodka! Ze  niadeckich, zna pan ulic ? Chodz  
tam do technikum. Troch  dzieciak, 16 na liczniku, ale ostrzelana, szkoda słów. Człowiek, jak 
ma czas to jest korba, ale co, kiedy p dz  do nauki, nie daje rady długo si  miga . T  afer  za 
bardzo  si   pan  nie  przejmuj.  Szkoda  tylko  tej  niu ki.  Ale  ludzie  nie  maj   tu  orientu.  Co  si  
dziwi . 

Doradził mi: – Pogadaj pan z szefow  restauranu. Ona jest oblatana. 
Poszedł i przyprowadził kobiet . Była to t ga niewiasta, ubrana z przesadn , nieopanowan  

elegancj . Twarz miała zarzucon  pudrem, ró em i szmink . Usiadła, oparła si  łokciami o stolik, 
palce wsun ła we włosy. 

– Owszem, poszłam – mówiła – interes ode mnie tego wymaga. Prywatnie bym nie poszła, 

ale musiałam dla interesu. Je libym si  sprzeciwiła, kobiety zabroniłyby przychodzi  m om do 
mojej restauracji. Wtedy trac  klientów, a zabiera ich hotel miejski. Hotel te  ma restauracj . To 
jak si  one zacz ły zbiera  przed domem, co teraz buduj  koło stra y, zostawiłam w lokalu m a, 
a sama  poszłam.  Najpierw  było  uplanowane,  eby  porwa   proboszcza,  ale  jego  nie  było,  bo 
zawezwali go do kurii. Wtedy która  krzykn ła,  eby i  do ko cioła i tam Boga prosi , aby nie 
pom cił si  na nas za t  zniewag , jak  w jego domu  wi tym wyczyniaj . Kiedy weszły my, pan 
widział ju  ko ciół? – na  rodku stała ta figura, a pełno wiórów naokoło, bo ona jest z drzewa, 
a jeszcze  niegotowa.  To  wszystkie  ukl kły my,  ale  stara  Sadowska  zerwała  si   i w krzyk: 
Por ba  j , por ba  i spali . Niech zejdzie nam z oczu – tak krzyczała.  I biegnie do tej figury, 
a tam  le ały  ró ne  młotki  i takie  dłutka  i siekierka,  to  ona  łaps  za  siekier   i zamachn ła  si , 
a mnie si  zimno zrobiło. Raz uderzyła, ale doleciała Florkowa, matka tego, co w młynie pracuje, 
i łapie Sadowsk  za r k  i mówi: – Rzu  te siekier , nie wa  si  nawet dotyka  figury, bo ona jest 

wi ta. A Sadowska krzyczy: –  wi ta? To dziwka – nie  wi ta. Powiedziała jeszcze gorzej, ale 

nie b d  powtarza , pan sam wie. A Florkowa znowu do niej. Nie blu nij, bo ci  piekło po re 
i nas,  co  na  to  pozwalamy.  To  znowu  Sadowska  obraca  si   w nasz   stron ,  a my,  panie, 
wszystkie kl czymy i ze strachu mamy ołowiane nogi, i woła: Patrzcie, kobiety, nie b d cie  lepe 
i patrzcie, czy to nie jest ta dziwka, przecie  to ona, niech mnie ziemia skryje,  e to ona. Ja panu 

background image

Danka 
 
Andrzejowi Berkowiczowi 
 
Zacz łem  od  plebani.  Stukałem  do  masywnych  drzwi.  Zgrzytał  zamek,  chrz ciły  klucze, 

wreszcie drgn ła klamka. Z mroku sieni wypłyn ł i znieruchomiał owal czujnej twarzy. 

– Chciałem mówi  z proboszczem. 
– Pan? 
– Jestem z prasy, a przyjechałem... 
– Domy lam si , oczywi cie. Rozumiem. Niestety, ksi dza proboszcza nie ma. Robi  zawód, 

prawda? Liczył pan na co  pikantnego? Mój Bo e, gdyby to było zabawne. 

– Kiedy b dzie proboszcz? 
–  Och,  to  nie  zale y  ani  od  pana,  ani  ode  mnie.  O tym  zadecyduj   inni.  Darujmy  sobie 

domysły. 

Twarz ukryła si  w mroku, klucz znowu zachrz cił, zamek znowu zazgrzytał. Parafia stała 

na  ko cu  uliczki,  bior cej  pocz tek  w rynku.  Stała  blisko  jeziora,  w obłoku  klonów  i d bów, 
pi trowa,  o prostej  zdawkowej  architekturze.  Obok,  ponad  szczyty  drzew,  wynosiła  si   wie a 
ko cioła z galeryjk  i dzwonem. Dalej, ale jeszcze w obr bie plebanii, przycupn ł domek, mała 
kolorowa  chatka.  Chyba  oni  tam  mieszkali  –  pomy lałem.  Podszedłem  bli ej,  zobaczy ,  czy 
szyby w domku s  wybite. Tak, były wybite. 

Zawróciłem  do  miasteczka.  Zmilcz   jego  nazw ,  a reporta   wyja ni  dlaczego.  Le y  ono 

w północnej  cz ci  Białostocczyzny  i nie  ma  człowieka,  który  by  przynajmniej  raz  w swoim 

yciu  nie  ogl dał  jednego  ze  stu  takich  miasteczek.  Nie  ró ni   si   one  niczym.  Maj   senne 

twarze,  całe  w liszajach  zacieków  i bruzdach  sp kanych  murów,  a kiedy  kto   przechodzi 
rynkiem,  odnosi  wra enie,  e  wszystko  przygl da  mu  si   spod  przymru onych  powiek 
nieruchomo, natr tnie. 

Rynek jest brukowany, prostok tny i pusty. Pada deszcz. Cały lipiec ocieka deszczem, ludzie 

przestaj  wierzy  w lato. I miasteczko ocieka deszczem, dachy, uliczki, chodniki. Kilka drzewek 
rosn cych na rynku te  ocieka deszczem. Pod tymi drzewkami stoi chłopak. Ma kurtk  w szerok  
krat ,  autentyczne  farmery  i znoszone  trampki.  Stoi  tak,  bez  sensu  i nadziei,  dla  samego  faktu 
stania,  aby  dalej,  byle  prze y ,  typowy  stojak  spod  CDT,  dla  którego  stanie  jest  form  
egzystencji, stylem  ycia, poz  i rozrywk . 

Spytałem go: 
– Kolega st d? 
– Teraz nie, teraz z Warszawy. 
– A tu na wakacjach? 

background image

zewn trznym torze. Wie,  e ci, których opasuje swoim lotem, coraz bardziej decyduj . 

– Dziwne, ale przyznaj ,  e to, co robi , jest dobre. Tworz  rzeczy, które wa . S  cenni. Na 

ich  prac   czekaj   ludzie.  Bez  tego,  co  daj   wiatu,  nikt  ju   nie  wyobra a  sobie  ycia.  Maj  
wyczucie  konkretu,  a co  si   jeszcze  liczy,  kiedy  wszystko  inne  przecieka  człowiekowi  przez 
palce? 

Tym samym gapa wydaje na siebie wyrok. Nosi jakie  pi tno degradacji. Komu przydatne s  

jego  rozterki?  Gdzie  jest  audytorium,  które  wysłucha  jego  strapie ?  Ludzie  –  stwierdza  – 
pogr eni  w odm cie  drobiazgowych  kłopotów  nie  s   w stanie  przebi   si   na  powierzchni  
i zaczerpn  oddechu. Unosz  ich pr dy, wchłaniaj  wiry. 

– Przesadzasz, gapa – spieram si . – A ta przesada ci  ze re. Zostanie z ciebie wiór. 
Ale  ja  te   przesadzam:  gapa  si   uchowa.  Miło  jest  spotka   takiego  człowieka,  cho   to 

uci liwy  kompan.  Ci gnie  nas  z miejsca  w g sty  opar  m drkowania,  zmuszaj c  odr twiały 
mózg  do  wi kszej  ruchliwo ci.  Ale  przynajmniej  od wie amy  si   po  serii  pustynnie  jałowych 
pogaduszek,  w których  bezwiedny  wysiłek  jest  nacelowany  jak  gdyby  wył cznie  na  to,  aby 
w ród stu słów nie przemkn ła si   adna my l. 

Jest to na pewno niemodny osobnik. Nie stosuje diety-cud, nie czyta powie ci „Czar twoich 

kółek” w odcinkach, nie odkłada nawet na hulajnog . Zadr czaj  go kwestie, o których istnieniu 
nic nie wie jego  rodowisko. Jest kim  za szyb : wida  twarz, poruszenia, ale nie słycha  jego 
głosu.  Zostaje  wi c  sam  i samotno   parali uje  jego  wol .  Gapa  jest  pełen  energii,  ale 
przechowywanej w stanie zamro enia. Ma poczucie,  e powinien co  zrobi , i nie wie co. Kiedy 
zdaje mu si ,  e wie – wyrasta pytanie: czy warto? Rezygnuje, macha r k . 

Wraca  do  domu.  Zapala  radio.  Czyta  jakie   wiersze,  rzuca.  Bierze  Dostojewskiego. 

(Zastanawia si  nad zdaniem: „Wydawało mi si ,  e dr czy go jaka  my l, której sam nie mo e 
sobie u wiadomi ”). Zapala papierosa. 

Eartha Kitt  piewa C’est si bon. 
Gapi si  przez okno. Kiedy naucz  si  leczy  raka? Dzieci rzucaj  piłk . Parzy herbat . Jutro 

zmieniaj  filmy. 

Eartha Kitt  piewa Let’s do it. 
Czyta: „Było w tej naturze wiele pi knych porywów i szlachetnych zamiarów; lecz wszystko 

w niej  ci gle  szukało  równowagi,  której  nie  znajdowała,  wszystko  było  chaotyczne,  faluj ce, 
niespokojne”. To Liza – my li. Znowu wychodzi na ulic . Kogo  spotyka. Rozmawiaj . Mijaj  
godziny. Nic nie widzi. Marzenie. 

To wszystko. 

background image

a potem rozej cie. Misiek uczy w szkole, oni pracuj  w przemy le. Nie wszyscy cz

 ma posady 

w administracji.  To  zreszt   nie  gra  roli.  Istotne  s   ewolucje.  Jemu  obsiadła  głow   sfora 
uczniaków.  Hała liwi,  płytcy,  plazmowaci.  Parskaj   przy  lekturze  Wielkiej  Improwizacji. 
Przypadkowo  podsłuchuje  rozmow   swoich  uczennic:  „Ty  głupia,  rób  to  na  stoj co.  Nie 
zajdziesz”.  ycie wymaga nieustannej ofiary – przerywa wykład, bo widzi,  e klasa rozwi zuje 
krzy ówk . 

Czuje,  e  si   zgubił.  Dlaczego?  I w którym  momencie?  Zaczyna  szuka   odpowiedzi.  Nie 

w ludziach:  uwa a,  e  s   lepi.  Ufa  ksi kom.  Uprawia  wielogodzinne  lektury.  Moli  si  
w bibliotekach. Du o tytułów i coraz wi cej pyta . Ale te wyprawy poci gaj , ta w drówka po 
zmrokach  pachnie  przygod .  Co  kryje  si   za  zakr tem  tej  tezy?  Jakie  przepa ci  odsłoni  ta 
stronica? Trzeba by  ostro nym: grunt jest grz ski. 

Jego  przyjaciele  st paj   w tym  czasie  po  twardej  glebie.  Maj   magiczn   formuł :  du e  A. 

Du e  A –  to  symbol  amortyzatora.  Wi c  w tym  zamyka  si   program:  y   bez  wstrz sów.  Nie 
wystawia  ciała na zdradliwe przeci gi. Snu  szczelny kokon. 

Ju  wiemy,  e pracuj . Na ogół s  to zdolne typy. 
Fachowcy  zorientowani  w nowinkach  ze  swej  bran y,  przeczuwaj cy  jej  wielkie 

perspektywy. Na boisku piłkarzy dzieli si  na tych, co maj  ci g na bramk , i tych, którzy pl cz  
si  po murawie. Oni maj  wła nie ten instynktowny ci g na bramk . Misiek tylko si  kr ci. Tłum 
przegapia gap  i chłonie wzrokiem zagrania tych pierwszych, obserwuje ich akcj . Tu mo e by  
wynik!  Ulubione  powiedzenie  Szeryka:  „W  sporcie  liczy  si   tylko  wynik.  U nas  te ”.  Misiek 
mówi,  e czuje wtedy, jak oblewa si  potem: na koncie ma same przegrane. 

– Ty gapo – krzycz  mu w twarz – ty przekl ta gapo. Gdzie ci  nosi? Przył cz si : potrzebny 

nam kaligraf. 

Bierze  jak   partanin .  Nawet  mu  si   udaje.  Potem  to  przestaje  go  bawi .  Wyst puje  ze 

spółki.  Bo  tam  ju   jest  spółka!  Wspólne  organizowanie  projektów,  podział  pracy  przy 
wykonywaniu  umów,  wzajemne  usługi  i  wiadczenia.  Jest  to  autentyczny  kolektyw,  utrzymuje 
gapa – zgrany i pr ny. Je li jest szansa zarobku, potrafi  tyra  jak mnisi. Je li nale y odło y  – 
b d  głodowa  bez wahania. Pokorni niewolnicy swoich pasji, zoboj tniali na wszystko, czego 
nie maj  bezpo rednio przed oczami. Ich umysły osi gaj  stan napi cia tylko ugodzone ostrog  
namacalnej korzy ci. Poza tymi okresami tkwi  w zupełnym rozpr eniu. Jest ono tak puste,  e 
osi gn wszy moment bezwładu s  zaledwie zdolni wymienia  błahe słowa, nigdy – istotne tre ci. 

Nie znamy swoich j zyków – ubolewa Misiek. 
A  jednak  pozostaje  w kontakcie.  Czy  bawi  go  rola  gapy?  To,  e  uchodzi  za  sko czonego 

patafiana? Nawet w jaki  sposób jest powa any. Nie podzielaj c zapałów tego stadka, mo e na 
nie pohuka , zadrwi  z jego ci got. Gapa nie rozpycha si  łokciami. Kr y wokół czołówki jak 
wierny  satelita,  pozostaje  w jej  magnetycznym  kr gu  przyci gania,  ale  porusza  si   zawsze  po 

background image

powiem  –  przepraszam  –  nie  b d   rozumieli  tego  słowa.  Te  twarze  nie  potrafi   wyra a  
wzrusze ,  te  r ce  nie  znaj   czułych  odruchów.  Sk d  wiem?  Odnosz   takie  wra enie.  Nie 
rozmawiałem  przecie .  Próbowałem  wgry   si   w swoich.  Nie  potrafi .  Pytali  mnie,  czy 
czytałem Joe Alexa. Otó  nie. Czytałem Reya, ale nigdy Joe Alexa. Triumfowali. No jasne, jak 
kto   zna  Reya,  czy  mo e  zrozumie   obecne  ycie?  eby  wiedzie ,  co  jest  teraz  potrzebne 
i wa ne, nie trzeba sobie zawraca  głowy tym, co było kiedy . Kiedy  – to znaczy dwa lata temu 
i dalej. Czy dobrze trafiam? 

Bo ja wiem? 
Wysłuchałem,  co  mi  mówił.  Palił  zapałki,  gapił  si   w ogie .  Wyka czał  ostatnie  pudełko, 

kiedy wróciłem na jałowy szlak. 

Spokojna głowa gapy. 
W Warszawie na Ochocie mówi : gapy musz  wysi

. Wiadomo, kim jest gapa. To dziwny 

człowiek.  yje  jałowo,  ci gle  si   chmurzy,  nie  czuje  pasji  ryzyka,  n ka  go  kompleks 
niemo no ci. 

Stary „Pekin” na Grójeckiej ma swój dzie . Jego dwaj mieszka cy – Wilczy ski i Szeryk, 

młodzi  in ynierowie  z TOS-u  –  nabyli  „Fiata”.  Teraz  sposobi   si   do  kampingowego  rejsu  na 
Mazury.  Pomijam  tu  kilka  dodatkowych  nazwisk.  Bo  samochód  nie  jest  mann   tylko  dla 
wła ciciela.  Z pojazdu  korzysta  zawsze  tłumek  znajomych.  Nabytek  „Fiata”  podniósł  wi c 
w oczach opinii nie tylko pozycj  dwóch in ynierów, ale tak e kr gu ich przyjaciół. Nale y tam 
i Misiek Molak. 

Oto  bierze  udział  w małej  zakrapiance  z okazji  tej  szarej  pchełki,  która  teraz  drzemie 

w gara u, jeszcze nie dotarta. Rozmowa dotyczy opon, sałatek, taty z mam  i skrzynki biegów. 
Wielce ciekawa. 

Misiek tr ca mnie: 
– Chod . Spływamy. Na ulicy: 
–  Z nimi  nie  ma  ycia.  To  talmudy ci  zagrzebani  w sanskrycie  techniki.  wiat  si   obraca 

w rytmie czterotaktu, poruszany silnikiem na rop . Nie mog  ju  słucha . 

Tworz  si  nowe elity – mówi pó niej. Je li dawniej ł czyły je d enia twórcze, to teraz tym 

lepikiem  jest  zasada  konsumpcji.  Syci   si ,  jak  najwi cej  syci   si :  iluzj ,  hazardem,  p dem, 
bezwładem. Piekielnie atrakcyjne hobby. Wszystko, co przeszkadza tej zabawie, jest podejrzane. 
Oni  nie  s   wcale  tolerancyjni.  Prawda  –  nie  rzucaj   na  przeciwnika  kl tw,  ale  za  to  jak  go 
mia d  nieubłagan  oboj tno ci ! 

Ten przeciwnik – to on. Precyzuje ró nic  stanowisk, genealogi  poró nienia: ko czyli jedn  

szkoł ,  grali  w jednej  trampkarskiej  dru ynie.  Tworzyli  komórk   rozgał zionej  w tej  dzielnicy 
paki  Kosiorów.  Potem  on  poszedł  na  uniwersytet,  oni  –  na  politechnik .  Wynikły  kwestie 
zaanga owania politycznego: działa , markowa  działanie czy nie wytyka  nosa. Spory roku 56, 

background image

zaczyna   od  pocz tku.  Ma  ustalony  zawód,  prac ,  wiadom ,  nieefektown   przyszło .  Istnieje 
w okre lonym  rodowisku  i jako  człowiek  ambitny,  chciałby  w nim  zajmowa   wyra niej 
zaznaczon  pozycj .  yje w ród młodych. Chciałby im swoj  przeszło  wyprzedawa . Chciałby 
imponowa ,  znaczy ,  by   potrzebnym.  Chciałby  dalej  jako   poucza ,  uchodzi   za  wyroczni , 
poi  spragnionych. 

Czuje  si   młody.  Wła ciwie  dopiero  teraz  czułby  si   młody.  Za  powa ny  był  wtedy,  nie 

wybrykał si , nie nazgrywał. I lgnie do tych, którym młodo  układa si  na jego gust tak pysznie 
beztrosko, bez wypruwania  ył i zbawiania  wiata. 

A oni przyprawiaj  mu brod . 
Jest  im  nieprzydatny  razem  ze  swoj   zdolno ci   mobilizacji  natychmiastowej, 

aktywizowania  oboj tnych  i porywania  przykładem  osobistym.  Nawet  gdyby  objawili  szczer  
wol   przepatrzenia  tego,  co  St pik  ma  w magazynie,  czy  zrozumieliby  istot ,  funkcj   i kształt 
zgromadzonych tam rzeczy? Czy chwyciliby sens jego wyja nie ? – Całymi miesi cami jadałem 
raz na dzie  – mówi St pik. – Nie było forsy? – pytaj  z nudów. – Nawet była, ale kto miał czas 
si  tym zajmowa ? – tłumaczy. – Mógł, a nie jadł? – dziwi  si . 

Nie rozumiej , o co chodzi. Chyba pajacuje – my l . 
Tak si  wysilał, a co z tego ma? – pytał mnie ten na szlaku. – Nawet sobie telewizora nie 

kupił. – Rozumowanie chłopaka jest poprawne, jest logiczne, nie zasługuje na dyskwalifikacj . 
Tyle dałem z siebie, tyle samo idzie dla mnie – kalkuluje ten cwaniak. Jego wszystkie wyliczenia 
sprowadzaj  si  do kwestii opłacalno ci. Przy czym ta opłacalno  ma si  wyrazi  w kategoriach 
materialnych, w nomenklaturze cyfry. Co St pik na to mo e odpowiedzie ? W najlepszym razie 
podejrzewaj   go  o zarozumiało .  Przechwala  si   bez  pokrycia.  Jak  im  udowodni,  e  s  
w bł dzie? 

Ani film, ani ksi ka nie utrwaliły losów pokolenia St pika. Nie zostały one opowiedziane. 

Nawet  gdyby  ten  chłopak  ze  szlaku  pasjonował  si   przeszło ci ,  a nie  przyszło ci ,  mógłby 
pozna   lepiej  dzieje  generacji  Mickiewicza  czy  Wokulskiego  ni   swojego  nauczyciela  historii. 
Tamci zostali zanotowani. St pik – nie. 

O Wokulskim chłopak ze szlaku napisze wypracowanie na sze  stron: jakim był. O St piku 

potrafi powiedzie : lamus. 

Nic wi cej. 
A  spotykaj   si   codziennie,  rozmawiaj ,  mog   stawia   sobie  pytania,  wyszukiwa  

odpowiedzi. Nie robi  tego. 

Po co? 
– Bywam czasem w Warszawie – mówi – widz  na ulicach, na rogach, grupki wyczekuj ce 

czego ,  bo  ja  wiem  czego?  Albo  widz   ich,  jak  wchodz   do  tramwaju,  do  kina.  Jest  w ich 
postawie,  w zachowaniu  co   takiego,  e  si   ich  boj .  Wol   ich  omin ,  zdaje  mi  si ,  e  kiedy 

background image

jednak wyst puje kontra młodziakom jako zblokowana siła, co daje mu lepsz  pozycj . Atrybuty 
ciała  –  siwy  włos,  do wiadczenie,  własne  dzieci  na  uczelniach  –  s   zarazem  jego  broni .  Te 
walory buduj  jaki  autorytet. Zawsze starszego w ko cu usłuchaj . 

Ale  St pik  tylko  formalnie  nale y  do  ciała.  Ma  swoje  krzesło  w pokoju  nauczycielskim, 

swoje dy ury na korytarzu, wpisuje uwagi do dziennika. Ciało traktuje go pobła liwie: młodszy 
kolega. Szczebelek ni ej. Wtr t z innej generacji. Pedagog na dotarciu. 

Niewa ne  –  mówi  St pik  –  o to  mnie  głowa  nie  boli.  Chodzi  o inn   rzecz:  nie  mog   si  

dogada   z młodziakami.  Łatwiej  mi  si   zrozumie   ze  starszym  o pół  wieku  ni   młodszym 
o pi ciolatk . 

St pik był na uczelni kozakiem nie z tej ziemi. Działacz cał  g b . Zebraniował, naradował, 

instruował.  Krew  w tym  człowieku  miała  wysok   temperatur .  Nie  rozkładał  planowo  sił. 
Trwonił je rozrzutnie, spalał swoj  energi , nie robił zapasów.  ył w jakim  transie, zatracał si  
w robocie, koledzy go stopowali: nie szalej! Uło yli mu nagrobek: 

 
Tu le ał Grzegorz St pik,  
Lecz niedługo le ał. 
Wyci gn li go z grobu,  
By do pracy bie ał. 
 
Uczył si  nocami, sypiał w Zarz dzie na biurku, nie znał wakacji, robił zawrotne statystyki: 

w tym  miesi cu  54  zebrania!  Lubili  go  za  szczero ,  za  solidno ,  za  t   nie  tłumion , 
rozwibrowan  pasj . Jadł byle co, ubierał si  byle jak i p dził, mówił, tu wytyczał, tam wytyczał, 
grał zawsze na wysokich tonach. Wy sze instancje doiły go jak mleczn  krow . Jeszcze to zrób, 
jeszcze  tamto.  Nie  umiał  odmawia .  Wszystkie  kl ski  jego  ycia  brały  si   st d,  e  nie  umiał 
odmawia . Ładował na siebie nowe ci ary, nowe obowi zki i hajda z tym w gonitw , w wy cig, 
w wieczny kołowrót, w obł d, zreszt  sam St pik to był obł d! 

– Teraz jestem nie ten – odzywa si  i trach łebkiem o siark . – Nie mam tej iskry, tego bigla. 

Ale  wtedy!  Pami tasz,  jak  to  robili my  w nocy  t   odpraw ,  jak  zaczynali my  akcj ,  jak  si  
waliło, jak potem  ci gali my ludzi, jak ci, co nie chcieli, to my ich, jak, jak, jak – St pikowi 
zapałki fruwaj  w palcach, wywołuje tamte obrazy, o ywia je gestami swoich straszydlanych r k, 
z ram  wychodz   postaci,  poruszaj   si ,  krocz ,  klaszcz ,  chłopom  kład   w głow ,  sobie  kład  
w głow . St pik kładzie komu , kto  kładzie St pikowi, a potem razem sobie kład  – i znowu: 
obrazy,  rozmowy,  twarze,  nazwiska.  St pik  to  mówi,  widzi,  czuje,  prze ywa,  za  du o  wtedy 
z siebie dał,  eby to nie istniało w nim do dzi  – trwałe, przygniataj ce, natarczywe. 

No  wi c  lamus?.  Tamte  lata  wypaliły  go,  wypompował  si ,  spłukał.  Wydał  du o  i nabył 

du o. Ma cały skład do wiadcze , prze y , m dro ci. Ju  nie znajdzie w sobie tyle energii,  eby 

background image

Lamus 
 
Szlak  był  jałowy.  Krecha  asfaltu  coraz  cie sza,  nad  ni   powietrze  w upalnej  drgawce. 

adnego wozu. Spytałem chłopaka, czy on te  do Grajewa. Tak, on te . To poczekamy razem. 

Mo e by  razem – powiedział. Powiedział dalej,  e pruje na Ła my, tam czeka jego wiara. S  
z Augustowa. Tydzie  temu zako czyli szkoł . Jak mu poszło? Lufa z historii – wyznał. Profesor 
zawzi ł si , co tam mówi , profesor jest nie yciowy, jest wyra nie planowy. Z takim lamusem 
nie sposób si  dogada . Jak on si  nazywa? – spytałem z reporterskiej nawyczki. 

– Jak? St pik. Grzegorz St pik. 
Zwykły traf. Przypadek. 
Znałem  St pika  –  w roku  1955  ko czył  histori   na  warszawskim  uniwerku.  Wi c  on  jest 

teraz w Augustowie? – spytałem. Do miasteczka było nie wi cej ni  kilometr. 

Odnalazłem  w rynku  skarlał   kamieniczk ,  zagracony  pokoik  na  pi trze.  Odnalazłem  tam 

St pika.  Ten  sam,  oczywi cie.  Siedli my  za  stołem,  wyj ł  zapałki,  przypalał  jedn   od  drugiej. 
Dawniej  te   miał  ten  nawyk:  w czasie  rozmowy  palił  zapałki.  Trzyma  drewienko  w palcach, 
patrzy si  w płomie . Zapałka ga nie – wyjmuje nast pn . W nerwowe dnie wypala cały kamie . 
Je li  wybuchnie  jaki   po ar  w okolicy,  chyba  St pika  zamkn .  Mówi   mu  to,  a on  si   mieje. 
Oczy ma popielate, jakby zgorzałe w ogniu. Na innych patrzy zawsze poprzez płomie  zapałki. 
Czy to pozwala lepiej widzie  człowieka? 

Na oko mało si  zmienił. Długa szczapa, w której wszystko ju  konsekwentnie jest długie: 

nogi, r ce, nos. Niezr czny, nieustawny jaki , czym zawsze wprawiał obecnych w zakłopotanie. 

Ma 27 lat. 
Lamus. 
Stary Lamus. 
Jakim  to  nosem  zw chali  w nim  zle ałego  rupiecia?  Pytam  go  o to.  Chmurzy  si , 

niecierpliwi. Po co mamy gada ? – ucina dialog. 

Dlaczego nie gada ? 
No dobra, niech b dzie. Ja mo e uchwyc  sedno skryte pod powierzchni . Powierzchnia jest 

w porz dku:  St pik  uczy  w szkole,  zaj   ma  po  uszy,  bo  lekcje,  konspekty,  lektury,  uczy  jak 
umie,  stara  si   jak  mo e,  nie  nawala,  czynniki  go  wyró niaj .  Ma  sublokatorski  k t,  ciuła  na 
motor, latem je dzi do archeologów na wykopaliska. Z tych drobiazgów czerpie swoj   yciow  
satysfakcj , rad jest z nich. Natomiast nie ma za grosz satysfakcji pedagogicznej, nie mo e si  
poszczyci   sukcesem  wychowawczym.  Przeciwnie!  St pik  tkwi  permanentnie  pod 
pedagogicznym Waterloo. 

Zapewnia,  e nie on sam tak ugrz zł,  e całe ciało nauczaj ce utkn ło w fatalnym punkcie. 

To  mo na  poj :  ciało  jest  posuni te  w latach,  trudniej  mu  si   zestroi   z młodzikami.  Ciało 

background image

filmowców. Kamery, lustra: kr cili jak  scen . Wokół nieprzebrany tłum dziewcz t, chłopaków. 
To niecierpliwe oczekiwanie: a nu  mnie zauwa  i wezm . Ka dy by chciał! Ale nie bior , jako  
nie bior , kr c  dalej, a tu szaruga, mokre ławki i nie ma komu da  w mord . 

I co – znowu przegapili my wielki rzut? 
– Tak si  niczego nie zrobi –  mieje si  Pi tkowski, kiedy mu to opowiadam. 

background image

my l o rekordzie, ale i ciekawo : ile si  jeszcze da zrobi ? Co mo na z siebie wydoby ? Gdzie 
le y ta ostateczna granica, do której mo na doj ? I  jest coraz trudniej. Ale to pasjonuj ce – 
pokonywa  samego siebie. Ten, który mo e by , zwyci a tego, który jest. Taka walka”. 

Nie prowadzi statystyk, ba, nie pami ta dokładnie dnia, w którym ustanowił rekord  wiata. 

„Nie znam nawet wszystkich swoich wyników. To, co było, co zrobiłem, ju  mnie nie interesuje. 
Chodzi  mi  o to,  co  jest  teraz,  i jeszcze  bardziej  o to,  co  b dzie.  Co  mo na  wi cej  zrobi .  Ten 
wynik, którego jeszcze nie ma, który dopiero mo na wykrzesa  – to jest wa ne”. 

Człowiek w zapasach z materi , w pojedynku z sob  samym: czy jest jeszcze czas i miejsce 

na co  wi cej? Lata samotnego treningu, starty i upór wyrobiły w nim instynkt walki. Zwykle jest 
powolny, nawet nieco ospały w ruchach, mówi wolno, nie zapala si . Nie uznaje kawiar , zabaw, 
milczy na zebraniach, peszy go wi ksze towarzystwo. Ale niech wyjdzie na stadion, niech pojawi 
si   na  dnie  tej  hucz cej,  rozpalonej  misy!  O ywia  si ,  nabiera  zapału.  Przeciwnicy  nie  budz  
w nim tremy, nie pesz  go ich wyniki. Bo jego to nie obchodzi, poniewa  on tu przyszedł robi  
swój wynik. Jest wi c skupiony, my li tylko o tym, co ma tu zrobi , i  ledzi niewidoczn  jeszcze 
granic ,  do  której  mo na  dosi gn .  „Mówi ,  e  jestem  taki  spokojny,  ale  na  drugi  dzie   po 
zawodach nic mi si  nie udaje, chodz  rozbity, nie mog  znale  sobie miejsca”. 

Kariera  nie  za lepia  go:  „Trzeba  si   pogodzi   z tym,  e  człowiek  zacznie  rzuca   coraz 

gorzej”.  Nie  wpada  w panik .  B dzie  znowu  stawał  w kr gu,  wypuszczał  z piekielnym 
zamachem dysk, nadaj c mu płaski,  migły lot, sam  wiadom kresu, poza który nie da si  go ju  
przerzuci . 

Ale  znowu  my l   o tym  kibicu  w swetrze.  O nim,  o jego  rówie nikach,  których  spotykam 

wsz dzie.  Kiedy  stoj   na  rogach  ulic  i wodz   zgasłym  okiem  za  drak ,  a   ze leni  brakiem 
ch tnych  sami  j   urz dzaj .  Kiedy  siedz   przy  szklance  wystygłej  lury,  aby  ci gn  
z niesmakiem jałowy dialog. 

– Nie ma co robi . 
– Nie ma. Chod cie, b dziemy rzuca  mi sem. 
Ale z tego rzucania nic nie wynika. Z tego rzucania nie wybły nie wielki rzut. Kupi  sobie 

gazet . Czytaj  relacje o startach Pi tkowskiego: „Cholera, ten ma szcz cie!” Kiwaj  głowami, 
wpatruj  si  w sufit. „Nie rozumiej , nie wiedz  – mówi Pi tkowski – ile trzeba było pracy, ile 
mord gi.  Nie  mogło  by   miejsca  na  nic  wi cej”.  A on  te   ma  23  lata.  Kiedy  byłem  ostatnio 
u niego, kuł matematyk . 

Jest  taki  wiek,  kiedy  człowiek  koniecznie  chce  czym   by .  Kiedy  to  jest  wa niejsze  nad 

wszystko inne. Wtedy szczególnie uparcie szuka przykładu. Ale kto jest przykładem? Pi tkowski 
czy Tommy Steel? Mo e wystarczy troch  zakombinowa , gdzie  si  wcisn  i b dzie „okey”? 
Po  co  tyra ?  Jaka   piosenka,  mo e  twarz,  mo e  umiej tnie  wymierzone  ukłony  –  to  nie 
wystarczy?  Ten  wielki  rzut  –  czy  go  si   nie  przegapi?  Widziałem  w Szczecinie  na  ulicy 

background image

tak, ale sam wie,  e nie.  Idzie w stron  bramy, chyba z uczuciem niedosytu, jakby skwaszony, 
milcz cy i sam. 

al  mi  tego  w swetrze.  Nie  znam  go,  ale  spotkali my  si   kilka  razy  na  tym  boisku. 

Zamienili my  par   zda .  Wiem,  co  go  tu  sprowadza.  Nie  przychodzi  zachwyca   si  
Pi tkowskim. Je li chce co  zobaczy , to siebie, tego, którym si  nie stał. Jakim nigdy nie b dzie. 
Bo kibic jest z tych, którzy w pewnym momencie zgubili szans . Nie to,  eby si  kiedy  za co  
wzi ł i to mu nie wyszło, ale  e nigdy niczego si  nie uchwycił. To jest najgorsze, bo zostawia 
pretensj  na zawsze. I nie mo na si  od niej – uwolni . Człowiek miewa w  yciu wiele okazji, ale 
szansa pojawia si  tylko raz. Mo na j  mie  i zmarnowa . S k jednak w tym,  e mo na jej tak e 
nie dostrzec. To jest ten wielki rzut: był, a my my go nie widzieli. 

Kibic dosy  mgli cie mówi o swoim zaj ciu. Mo e to inkasent albo referent czy buchalter? 

A mo e nie robi nic? Chyba jednak wykonuje jedn  z tysi ca tych bezbarwnych prac, z których 
nie da si  wykrzesa  iskry satysfakcji. Ju  pogodzony z t  anonimow  egzystencj  szuka jednak 
w przypływie goryczy momentu, w którym popełnił bł d. Czy tu chodzi o bł d, czy o to,  e nie 
było nawet bł du, poniewa  nie zdarzyło si  nic? Nie zdarzyło si ? Dlaczego? W którym dniu 
powinno nast pi  to, co w jego  yciu nie nast piło? 

Bo  wła nie  ten  Pi tkowski  miał  taki  dzie .  Mieszkał  w Konstantynowie  pod  Łodzi .  Małe 

miasteczko, nic si  nie da o nim powiedzie . Tam chodził do szkoły. Miał 15 lat i był szczupłym, 
drobnym  chłopcem.  Kolega dał mu dysk.  Zacz ł tym dyskiem rzuca . Robi to do dzisiejszego 
dnia, przy osiem okr głych lat. W tym czasie zdał matur , słu ył w wojsku, a teraz jest studentem 
SGPiS.  Ale  to  s   dane  z tysi ca  yciorysów:  szkoła,  praca.  A tu  przecie   chodzi  o  ycie 
kształtowane zachłann  pasj , nieust pliwie trwaj c , zupełn . 

To  mnie  zastanawiało,  czy  nie  ci gn ły  go  inne  pokusy,  czy  nie  podlegał  innym 

nami tno ciom,  czy  nie  chciał  si   przerzuca ,  czy  w ko cu  nie  nudził  go  ten  kawałek  metalu 
i drzewa  uformowany  w płaski  kr g.  Ale  nie!  Pi tnastoletni  chłopak,  tam,  w Konstantynowie, 
powiedział sobie: „To jest wła nie to, co mam robi . To, co b d  odt d zawsze robił”. I został 
przy  swoim.  „Nie  lubi   rozmienia   si   na  drobne  –  mówi  mi  Pi tkowski.  –  To  nie  ma  sensu. 
My l ,  e z tysi ca mo liwo ci trzeba zawsze wybra  jedn , trwa  przy niej i uczyni  wszystko, 
da  z siebie wszystko, aby osi gn  wynik. Bo inaczej człowiek ma potem do siebie pretensj ,  e 
nie zrobił tego, co chciał”. 

Sukcesy,  które  przychodz   rok  po  roku,  wprawiaj   go  w zakłopotanie,  w kr gu  aplauzów 

porusza si  niezr cznie, poklask go niecierpliwi, nawet jest wobec niego podejrzliwy: „Zawsze 
ten  podziw,  kiedy  człowiek  wspina  si   w gór .  Kiedy  zacznie  si   spadek,  brawa  milkn  
i wszystkie oczy si  odwracaj . Robi si  pusto”. 

Ale  jest  zbyt  pochłoni ty  swoj   pasj ,  aby  zgł bia   prawidła  reakcji  ludzkich.  „Dobrze 

układały  mi  si   te  lata.  Z ka dym  rokiem  robiłem  post py.  Co  jest  bod cem?  Mo e  nie  tylko 

background image

Wielki rzut 
 
On jest zawsze pierwszy. Ten w szarym swetrze jest pierwszy i dlatego musi czeka . Siada 

pod drzewem, kładzie na kolanach znudzon  twarz, leniwie  uje  d bło trawy. Boisko jest puste: 
nieruchomy prostok t murawy w owalnej ramie bie ni. Wi c kibic w swetrze czeka. 

Nie  o ywia  si   nawet,  kiedy  przychodzi  Pi tkowski.  Kibic  ledzi  teraz  obrz dek  treningu. 

Widzi, jak sylwetka zawodnika spr a si  na moment przed rzutem i jak dysk uwolniony z dłoni 
leci  płaskim,  migłym  lotem,  aby  opa   na  ziemi   i przywarowa   w trawie.  Zamach  r ki,  lot 
i upadek  dysku  b d   si   powtarza   przez  godzin ,  niezmiennie,  monotonnie.  Ten  w swetrze 
siedzi nieruchomy, ma skrzywion  min , ale jego oczy patrz  uwa nie. 

– Mo na by i : ci gle to samo – mówi  do niego. 
– Nie, nie. Czekajmy. Zaraz b dzie miał wielki rzut. 
Wi c  zostaj ,  obaj  zostajemy  i jeszcze  inni,  którzy  tymczasem  przyszli,  te   zostaj ,  aby 

zobaczy   ten  rzut,  który  b dzie  wielki,  rzut  na  sze dziesi t  metrów.  Czekamy  na  niego, 
poniewa   zawsze  czekamy  na  co ,  co  by  było  wielkie,  niezwykłe  i wspaniałe,  co  by  sprawiło 
nam ogromn  rado  i napełniło nas dum , a tak e utrwaliło pewno ,  e istnieje co  wi cej ni  
zamykanie  i otwieranie  biurek  o tej  samej  godzinie,  podkoszone  cizie,  schlebianie  szefom, 
drobne  kanty,  u ciski  bez  miło ci,  przestoje  z powodu  złej  kooperacji,  piosenki  Rinaldo 
Bali skiego, wóda rozlana na stoliku. 

Ale  na  boisku  dziej   si   zwykłe  rzeczy,  mozolna  harówka  zawodnika,  zaprawa  w tonacji 

szarej, codzienno , która nas zło ci i dr czy, a jednak nie umiemy si  jej przeciwstawi . Kibic 
w swetrze zaczyna si  niecierpliwi , dysk lata krótkim łukiem, za krótkim; kiedy nast pi wielki 
rzut, te sze dziesi t metrów? 

Patrzymy na Pi tkowskiego. On jest spokojny, to wspaniale rozrosłe chłopisko rzuca jakby 

od niechcenia, a potem powolnym krokiem, niby to spacer, idzie po dysk, odnajduje go i znowu 
rzuca,  bez  wysiłku,  bez  tego  napi cia,  które  wydaje  nam  si   konieczne,  aby  mógł  wytrysn  
wielki rzut. Kto  na boku mówi,  e on teraz, ma szlif, nie rzuca na długo , chodzi o technik . 
Jak si  zrobiło rekord  wiata, trzeba o to dba . Ale ten w swetrze czeka, na pewno si  doczeka, 
jeden taki rzut, co to jest dla Pi tkowskiego? 

Nie,  nic  z tego.  Dysk  ju   nie  fruwa,  le y  na  bie ni,  mistrz  ubiera  si   i oci ale,  troch  

przygarbiony, odchodzi, obrz dek zako czony.  Zostaje tylko trener, siedział dot d, nikt  go nie 
zauwa ył.  Teraz  przy  nim  skupiaj   si   obecni.  Idziemy  tam.  Słyszymy,  jak  trener  mówi,  e  te 
dwa ostatnie rzuty to były wła nie na sze dziesi t metrów. A wi c były! A my my przegapili! 
Kibic  w swetrze  jest  rozgoryczony,  podejrzewa  blag ,  co,  tu  tak e  kant?  Nie,  te  dwa  ostatnie 
rzuty były murowane, rekord  wiata pobity na pewno, szkoda,  e na treningu, wi c nieoficjalnie. 
Kibic jest pocieszony, ale tylko troch , bo widział przecie , a jednak nie widział, mo e mówi ,  e 

background image

Wystarczy kłopotów, które s . Problemy mamy trudne. Bierzmy po kolei – jak dosta  si  do 

Akademika? Prawa pobytu nie ma, bo si  przestało by  studentem. To trzeba na lewo. Ró nie. 
Kier z Treflem robi  tak: wchodz , jeden zagaduje portierk , a drugi  gna na  gór .  Ona za nim 
leci, wtedy ten pierwszy pryska drugimi schodami. I ju  obaj weszli. Teraz trzeba znale  pokój. 
Chodzimy po znajomych. Nas tam lubi , ka dy pomo e. Albo jest wolne łó ko, albo na podłog  
kładzie si  materac. Kumple podziel  si  kocami. Rajskie spanie. Czasem władza robi naskok, 
przychodz  noc  na kontrol. Chłopcy chowaj  nas w szafy, przykrywaj  płaszczami. No, jak jest 
wpadka, to koniec, eksmituj  na bruk. Ale jest i tak,  e do kontroli wkr ca si  waleciarz i wtedy 
kryje pozostałych. Bo my si  dobrze znamy. 

Najgorzej  si   wy ywi .  Rano  trzeba  urwa   niadanie  ze  stołówki  w Akademiku.  Koledzy 

dadz  połow  swojego, chleba starczy. Na fajki zawsze kto  po yczy. A obiad to zupa. Na zup  
nie trzeba kwitka. Mo na dwa talerze, jak si  uda, mo na trzy. Chleb jest na stołach. Jako  si  
kichy zapcha. A nie – to piwko. Piwem te  si   yje. 

To jeszcze jedno małe mo e by , tak? Po co mnie pan wci ga na te gadki? Ja tak nigdy nie 

mówi  ani nie my l . Jakbym tak my lał jak Homer, toby ze mnie był stary grzyb. A ja młody 
jestem, nie? No niech pan powie, bo sam człowiek nie wie tego na zicher. 

background image

ryb .  Bo  ty  jeste   i ciebie  nie  ma.  Tak  sobie  my l ,  w jakie  miejsce  ci   trafi ,  eby  z ciebie 
wybuchło co  wielkiego, co  pi knego. Mnie si  zawsze zdawało,  e w ka dym młodym to jest. 
A teraz si  waham. Jak Homer rozwinie takie gadanie, Trefl musi go znowu gasi . 

Z  Treflem  jednak  trzymam  si   najbli ej.  Umysł  wszechstronny.  Zawsze  go  pan  zobaczysz 

z ksi k   i ci gle  z inn :  „Jak  obsługiwa   WFM”,  „B d   matk ”!  „Wprowadzenie  do  Biblii 

wi tej”, „Sto potraw dla zakochanych”. Nie czyta, ale nosi. Teraz wa ny jest ten pozór. Trefl 

ma pozór dobry. Wysiadł z dziennikarki, ale iskra mu została. Pan jest te  dziennikarz, prawda? 
Bratnie  dusze.  Trefl  pisuje  ró ne  kawałki,  jak  nie  gra  w pokera.  Latem  pracował  na  pla y 
w dziedzinie kultury: nastawiał płyty w radiow le. Ka dy stara si  co  robi . Karo zatrudnił si  
u zakonnic.  Na  Powi lu  zakonnice  maj   ochronk   dla  niewidomych  dzieci.  Karo  tam  r bie 
drzewo,  naprawia  wiatło,  reperuje  meble.  Jako   wychodzi  na  swoim.  Kier  był  portierem.  Ja 
znowu łapi  robótki w Plastusiu. Ró nie bywa: myj  podłogi, nosz  w giel, trzepi  dywany. Ma 
pan co  dla mnie? Pik wszystko we mie. Bo Trefl to arystokrata. Zreszt  w ogóle waleciarze to 
arystokracja.  Elita.  Egzotyczny  akcent  rodowiska.  My  na  górze,  a w dole  –  tłum  kujonów. 
Zreszt ,  czy  oni  si   tak  zakuwaj ?  Student,  który  si   uczy,  to  nieporozumienie,  tragiczna 
pomyłka.  Polibuda  sobie  troch   wbija,  ale  polibuda  to  chamy,  awans  wsi,  aden  humanista 
z głow  nie b dzie si  wkuwał. Bo niby czego? Makulatury? Zazdroszcz  nam! Oni dr  przed 
profesorami, goni  na wykład, skrobi  referat – a nam to wisi. 

Owszem, trzeba co  tworzy . Prawdziwy waleciarz powinien tworzy . Poezje, dramat, proz , 

w ogóle  literatur .  Sława  i chleb.  Karo  daje  przykład.  Napisze  opowiadanie,  idzie  z nim  do 
którego  pokoju w Akademiku, je li jest pó na noc i  pi , to ich obudzi. Mówi: Przeczytam wam 
now   proz ,  jak  mi  dacie  co  zje .  No  i,  czyta,  i zawsze  chleba  dostanie.  Czasem  nawet  ze 
smalcem, inni te  tak robi . Poeci maj  najlepiej. S  popularni, słuchaj  ich wierszy. A Homer 
zgrywa: Jaka tam literatura, co wy macie do powiedzenia? Jak  wy chcecie wykrzycze  prawd ? 
Karo, byłem młodszy od ciebie, kiedy dwaj upowcy przywi zali mnie do drzewa, usiedli obok, 
zapalili papierosa, wyci gn li pilnik i zacz li ostrzy  pił . Mówili,  e to z humanitaryzmu,  eby 
mnie ładnie przeci . Nie umiem tego opisa , ale miałbym co, zgodzisz si ? Widziałe   mier ? 
Wiesz,  co  to  miło ?  Zdychałe   z pragnienia?  Z erała  ci   ambicja?  Dławiła  ci   zazdro ? 
Płakałe  ze szcz cia? Gryzłe  z bólu paluchy? Co mi odpowiesz? Ja przecie  wiem, Karo, jak 
wy  yjecie. W puchu.  miej si , a ja ci mówi ,  e w puchu. Wcale ci tego nie  ałuj , ale i nie 
zazdroszcz .  Kiedy   szukałem  ciebie  w Akademiku.  A było  południe.  Wchodz   do  jednego 
pokoju –  pi . Do drugiego –  pi . Jeszcze dalej –  pi . Co jest? Chcecie pisa  ksi ki? Robi  
filmy? A powiesz mi, o czym? 

Ale on si  zap dza. Bo u nas to nie tyle chc  robi  filmy, co statystowa . Dawniej podobno 

tak – ka dy chciał tworzy  wielkie rzeczy, wynajdywa  cuda, re yserowa , rz dzi . A teraz wol  
statystowa . Wystarczy. 

background image

tłum kibiców. Poker w biegu. Do  witu, do rana. Czasem leci na fors , ale forsy nie ma du o. To 
si   gra  na  kartki  do  stołówki,  na  obiady.  Albo  na  ciuchy.  W takim  jednym  pokoju  było  tych 
ciuchów  od  metra.  Facet  przegrywał  marynark ,  zostawiał,  kłaniał  si   i wychodził.  S   tacy 
fanatycy,  e graj  od razu na stypendia. A potem cały miesi c głodówka. No, gra to gra, hazard, 
nie  ma  artów.  Karty  to  emocja,  człowiek  si   nie  wysila,  a prze ycie  jest.  Dnia  si   nie 
zmarnowało. Przyjemna rzecz. Franek bank trzyma. Franek bank daje, gramy a lec  lipce i maje 
– w gor cy piasek. Jest taki wiersz, dalej nie pami tam. 

Jak  Trefl  wygra,  mamy  U niego  winko.  Słodkie  ycie.  Dolce  vita.  O,  wtedy  si   smakuje 

metodycznie. Najpierw godnie idziemy do Harendy. Dwie stówki w kieszeni: milionerzy! Tam 
mała konwersacja przy stoliku, drobne zamówienie i suniemy „pod Chrystuska”. U Chrystuska 
zawsze tłok, pan tam był? Obci gamy porterek i do Ko ciółka. Tu si  zaczyna ju  winko. Dwa 
kieliszki,  rozmówka,  ukłony  dla  s siednich  stolików,  bractwo  si   przecie   zna.  Kurtuazja 
obowi zkowa, gwardia Trefla zachowuje si  grzecznie. 

Je li stawia Kier, jeste my gwardi  Kiera. I tak na zmian . Tylko Pik nigdy nie stawia. Pik to 

n dza. Nie miał swojej gwardii ani razu. Z Ko ciółka mamy etap do Fukiera. Albo Cafe Kicha. 
Albo  Dziekanka.  Wsz dzie  ten  kwaskowy  zapaszek  fermentu,  dym,  gwar  –  rozkosz.  Czasem 
chodzi  si   do  Babci,  na  Obo nej.  Och,  to  dziwny  apartament.  Stara  chałupka,  sklepik,  par  
cukierków w gablotkach. A na  cianach obrazy abstrakcyjne. Dzieła talentu. Studenci z Akademii 
oddaj   je  za  piwo.  Babcia  zreszt   i kredytuje.  Na  paczkach  siedz   wozacy  i pij   z młodymi 
plastyczkami. W k cie stoi bat, studentka naprzeciw furmana. Wozacy maj  fors  – pan wie. Raz 
zaszli my,  siedzi  plastyczka,  płacze.  liczna.  To  jasne,  jak  człowiek  jest  pi kny,  musi  by  
nieszcz liwy. 

Nieraz  jeszcze  zostanie  grosza,  bo  kto   otrzyma  z domu  albo  za  jak   chałtur .  Od  nas 

niektórzy  drukuj   w ró nych  miejscach,  to  z tego  jest  par   złotych.  Wtedy  kupujemy  wino 
i jedziemy do Akademika. Wiadomo, co dalej. Kto  powie jeden kawał, potem drugi. Jak si  zna 
plotki  ze  wiata  literackiego,  to  si   jest  w cenie.  Takie  zwykłe,  pan  wie,  kto  z kim  i tak  dalej. 
Gadka jest sztampowa: No to nalejmy! No to Jan Sebastian BACH! I do szkła! Zawsze wieczór 
jako   zleci.  Dziewczyny,  jak  chc   dobrze  wypi ,  ci gn   same.  Zamkn   si   i tego,  co  ju   tam 
robi , my nie wiemy. 

Homer  to  wypuszcza  tak   uwag :  Z wami,  mówi,  jedyne  mo liwe  pogadanie  tylko  wtedy, 

jak co  wypijecie. W was nie ma  adnego  ycia,  adnej ch ci,  adnego ognia. Nuda oblepia was 
jak mokry kokon. Co  ty prze ył, Kier, siu ku jeden? Co ty wiesz o  wiecie? Jak z tob  gadam, 
ci gle mi si  zdaje,  e  pisz. Ockniesz si  na to małe winko, otworzysz ocz ta, nabierasz troch  
bigla,  jaka   my l  zaczyna  ci  w głowie  kołata ,  ju ,  ju ,  a poruszy  si   serce,  a potem  patrz   ze 
strachem, a ty znowu zasypiasz. Chodzisz, mówisz, robisz miny, po miejesz si , ale wszystko to 
na  pi co. Kimasz, letarg na  ywo. To jest cholerne uczucie, człowieku, tak ci  trzyma  jak  lisk  

background image

Bez adresu 
 
Powiedział: 
–  Czemu  nie?  Po  małym  piwie  –  pogada   godziwie.  Był  pan  kiedy   głodny?  No  wła nie: 

mgła i ludzie w tej mgle. A człowiek sam jak z waty. R ce, nogi i reszta. Niech pan pisze: ten 
chłopak  nazywał  si   Walet  Pik.  Najmarniejszy  walet.  W tysi cu  piki  daj   tylko  40  punktów. 
Karciane lumpy. Jak b d  mówił o innych, to te  tak: Walet Karo albo Kier, albo Trefl. Mo e 
wspomn   par   dam  i kilku  królów.  Asów,  niestety,  nie  b dzie.  Aha,  jeszcze  mamy  Homera. 
Ciekawski go , mówi: Jak b dziesz miał tyle lat, co ja medali, to pogadamy. Swoje prze ył, to 
wida . Warto go słucha , cho  gorzko gada. Typ jak z Rififi. 

Pan  chce  wiedzie   o waleciarzach,  tak?  Walet,  waleciarz.  To  taki  clochard  studencki,  jak 

wróbel od  wi tego Franciszka, nie orze, nie sieje, a po ywa. Karo to jest prawdziwy waleciarz. 
Wypadł  na  drugim  roku,  trzy  oblane  egzaminy  –  koniec  pie ni.  Jak  studenta  wywal ,  traci 
Akademika.  A gdzie   musi  mieszka ,  przecie   nie  jest  z Warszawy,  nie  ma  tu  chaty.  Chata 
daleko – Olesno albo Iława, po co tam b dzie wracał? Z Warszawy spada  na łeb w tak  dziur ? 
A tu, pan rozumie, kontakty, kariery, tu jest  ycie. No to waletuje. W Akademiku zawsze kumple 
przygarn , dadz  zje  i jest w porz dku. Tyle  e człowiek nie ma adresu. Ale czy to wa ne? 

Homer  zawsze  mówi  tak:  Chłopcy,  co  z was  za  ludzie?  Ja  przecie   widz ,  co  wy  robicie. 

Ciebie  widz ,  Pik,  i ciebie,  Karo,  i ciebie,  Trefl.  Tam,  na  tym  murku  koł@o  Kopernika  na 
Krakowskim Przedmie ciu. Tu ulica, ruch, bieganina, ka dy p dzi jak zdyszany pies, a wy tam 
sobie siedzicie od rana do nocy.  eby który cho  drgn ł. Siedz  – to wszystko. Mo e mówi ? 
Nie,  gdzie  tam!  Mo e  na  co   czekaj ?  Te   nie.  Głucho  i martwo.  Czasem  który   si   odezwie: 
Daj  dwójk , kto dokłada? Leniwe szperanie po kieszeniach, tam jest złotówka, tam pi dziesi t 
groszy.  Składaj   i id   do  budki.  Bior   trzy  butelki  piwa.  Rozlewaj   na  sze ciu.  Pij ,  milcz , 
spluwaj . I – cisza. Odstawiaj  kufle. Wracaj  na murek. Dalej cisza. Za godzin  który  zagaja: 
Potrzebuj  si  odla . To inny dorzuca: Zrób i za mnie, jestem twoim panem czy nie? – I cisza. 
Dzie  mija, o zmierzchu przechodzi obok jaka  dziewczyna. Trefl si  odezwie: Ale spluwa, nie? 
Pokiwaj  głowami, porusz  r k  w kieszeni. I – cisza.. Czasem przed Harend  zajedzie autobus. 
Wtedy przyskakuj , łapi  turystom walizki, odnosz . Dostan  te pi , dziesi  złociaków. B dzie 
na piwo, mo na wytrzyma . Tak jest, przecie  ja widz , czym si   ywicie – piwem! A Trefl mu 
w oczy: Jak kto  za du o gada, to zawsze powie co  niepotrzebnego. 

Trefl  to  filozof,  o,  ten  jest  kuty.  Tylko  nie  ma  w nim  siły.  Mnie  to  si   zdaje,  e  w nas 

wszystkich nie ma siły. Uszła czy jak? Trefl jest dobry w kartach. Autorytet. Pan wie, co  trzeba 
robi  wieczorkiem, noc . Ksi ek si  nie czyta, teatr kosztuje, na kino człowiek ma rzadko ch . 
No  to  karty.  Ile  si   da  –  poker,  brid .  Trefl  jest  wielki  szcz ciarz.  Zbior   si   w pokoju, 
w Akademiku,  obraz  nie  z tej  ziemi,  kasyno  gry.  Pan  to  widzi:  ciemno  od  dymu,  szelest  kart, 

background image

wy arte potem r czki walizek. 

Ludziom  ci ko  si   porozumie .  Oto  podejm   nowe  zaj cie,  b d   uczestniczy   w  yciu 

nowej gromady, ale – kiedy odejd  – czy potrafi kto  o nich powiedzie  słowo? Ich twarze pozna 
w ci gu  roku  tysi c  ludzi,  ich  nazwiska  b dzie  znało  ju   kilku,  ich  my li  –  nikt.  W lu nych 
kontaktach licz  si  reakcje, nie motywy. Odeszli, wi c trzeba szuka  nowych, przyszli, trzeba 
zatrudni .  Czy  nawet  jest  potrzebne  docieranie  w gł b  człowieka?  Rozszyfrowywanie  losów, 
których  on  sam  nie  umie  wytłumaczy ?  Czego  ja  wła ciwie  chc ?  Sam  nie  mam  o nich  nic 
wi cej do powiedzenia. Co nas ł czy? Dwa kilometry drogi? Gospoda? 

Reporter jest nie tylko tub , do której wkrzykuje si  dziesi tek liczb, nazwisk i opinii. Tak e 

chciałby  co   czasem  powiedzie .  Ale  co  miałem  mówi ?  Dwa  wiaty,  które  si   nigdzie  nie 
stykaj . Partery. Trzeba tam  y ,  eby si  potem o nich wym drza . 

S   tacy,  którzy  próbuj   dobudowa   pi tra.  Nawet  nie  dla  siebie.  Ale  w jakiej  relacji  to 

przekaza ?  Dwa  zakresy  do wiadcze .  Słowa  s   niepoj te,  je li  nie  prze yło  si   tego,  co  one 
opisuj . Je li to nie przedostało si  do krwi. 

–  ycie – mówi  –  ycie, to par  konkretów: łopata – wypłata kino – wino. 
Co poza tym? Czy wszystko inne to jest zapach rozpylony w powietrzu? Jest – bo si  czuje, 

ale jak go uchwyci ? 

– Saluto – powiedział jeden na po egnanie. 
– Arrivederci – odkrzykn łem,  eby nie by  gorszym. 

background image

Odt d zaczynaj  si  noce na dworcach, noce w poci gach, noce w stodołach. Hotele, baraki, 

pokoiki  na  poddaszach.  Strzeg   elaznej  reguły:  trzyma   si   wielkich  zakładów.  Nowych 
budowli.  Tam  nikt  ci   nie  zna,  tam  boj   si   nawet  za  wiele  pyta .  Człowiek  znika  w masie, 
rozpływa si  w umorusanym tłumie. Nie wolno wrasta  w tkank   adnego kolektywu, dawa  si  
oplata   sieci   zale no ci,  w której  zaczyna  si   pokornie   i s dzi ,  e  tak  ju   musi  pozosta . 
Wcale nie musi! Przecie  kto  mówił,  e sto kilometrów dalej jest lepiej. Lepiej? To trzeba tam 
i ! Co si  traci? Tego burkliwego szefa, k t w hoteliku? Co mo na zyska ? Przecie  wszystko. 
I ju  s  w wagonie, ju  p dz  naprzód. My licie,  e Konin nie mo e smakowa  przez dzie  jak 
Colorado?  Po  kilku  rozczarowaniach  nie  licz   ju   na  rewelacje.  Ale  pozostaje  nawyk,  jaki  
durz cy nałóg, któremu człowiek poddaje si  z bezwładn  uległo ci . 

Wyrwani z jednego  rodowiska, nie mog  wkorzeni  si  w  adne inne. Bo ju  od pierwszej 

chwili przyjmuj  ich podejrzliwie. Skoro, bracie, tak si  obijasz po  wiecie, twoje sumienie nie 
mo e by  czyste. Niech si  wydarzy jaka  bójka czy kradzie  – pos dzenie pada od razu na nich. 
„Element  niespokojny,  wrogi  dyscyplinie”.  To  oni  wsz dzie  s   obcy,  naruszaj   spokój 
miasteczka,  stabilizacj   osiedli,  harmoni   pracy.  Nie  musz   liczy   si   z opini   i dlatego  opinia 
nie mo e ich znie . Nie ma na nich sankcji, bo w gruncie rzeczy na niczym im nie zale y. Nie 
wnosz   adnych warto ci, a przecie  zagra aj  warto ciom istniej cym. 

Czy s  szczerzy, kiedy swojej sytuacji udzielaj  aprobaty? 
– My, panie, nie pchamy si  do góry. My sobie tu dołem, parterem. 
Wi c to jest jedyne miejsce, które wybrali na stałe: margines. Zmieniaj  miasta i fabryki – 

nie  zmieniaj   tego  miejsca.  To  element  trwało ci  zakotwiczony  w płynnym  i  wirowanym 
pr dzie dni. Na tym ustroniu biwakuj , bo tu nie jest tłoczno, tu rzadko przenika nawet prawo. 

Jak e zadrwili sobie ze  wiata, z tego  wiata, który si  urz dza! Jak e zakpili sobie z ludzi 

zabiegaj cych  o dobra  namacalne,  ciesz ce  si   uznanym  znaczeniem:  Mikrusy,  Belwedery  II, 
pralki SHL! Je eli o zapobiegliwych powiedzie ,  e id  przez  ycie, to ci owo  ycie obchodz  
bokiem.  Zaganiany  wiat  nie  ma  na  takich  czasu.  Niech  nie  uczestnicz   w grze,  ch tnych  jest 
dosy !  I  wiat  zawiera  z nimi  pakt  nieingerencji:  zostawmy  si   w spokoju.  Jest  to  zaprawd  
postawa sprawiedliwa, najwy szej humanistycznej próby. Trzech kaganów chwali,  e uznano ich 
wybór. S dz ,  e interwencja z zewn trz mogłaby tylko skopa  ich utarty szlak. Nic nie zbuduje! 
Mo e gdzie  ukrywaj   dz  zdobycia tych dóbr. Ale nie była ona do  nami tna i bezwzgl dna, 
aby kierowa  ich decyzjami. Mogliby zaniecha  koczowania, obra  jeden zawód. I wi  mozolnie 
gniazdo. Ale w ich opinii wyra nie nie było to rozwi zaniem. 

– Co si  spieszy , panie. 
Pi kny  kawałek  szosy  spina  Wolibórz  i Rud .  Troch   szumi  w głowie,  sło ce  dopełnia 

reszty. To kolorowe południe musiał wyczarowa  sam nie miertelny mistrz Vincent van Gogh. 

wiatło jest tak intensywne,  e za chwil  powietrze wybuchnie złot  eksplozj . Do r k lepi  si  

background image

Partery 
 
To  przygoda  jak  kromka  chleba:  znajoma,  smakowana  codziennie,  a jednak  gdyby  jej 

brakło... Id  w trójk  szos , a ja przyklejam si  na czwartego: 

– Mo na z wami? 
Najpierw troch  podejrzliwi, zaraz  artuj : 
– Czemu nie? Tylko si  pan wkup. 
Szosa biegnie z Bielawy do Nowej Rudy. Po drodze jest Wolibórz, powinna by   gospoda, 

lepka  powierzchnia  stolika,  kilka  kieliszków  wódki  w butelce  od  lemoniady,  bo  dzisiaj  dzie  
wypłaty, alkoholu si  nie sprzedaje. 

– Dobrze. B dzie. 
Ta obietnica jest jak porozumienie. No, teraz to co innego. Teraz to jeste my wszyscy swoi. 

Oni s  robotnikami, pracowali ostatnio w Bielawskich Zakładach Włókienniczych, teraz w druj  
do  Nowej  Rudy,  bo  tam  daj   zaj cie  w kopalni.  Taka  zmiana  nie  jest  dla  nich  nowo ci . 
Przeciwnie  –  to  raczej  zasada,  której  s   wierni.  We  trójk   spotkali  si   dwa  lata  temu,  przy 
przeładunku  w Szczecinie.  Dobrali  si   tak,  bo  s   z jednej  rzeszowskiej  ziemi,  nawet  z jednego 
brzozowskiego  powiatu  –  wi c  to  krajanie.  Od  t ga  czasu  łazikuj .  Z wa niejszych  miast  byli 
w Poznaniu,  Gorzowie,  Koninie,  Rybniku,  Tarnobrzegu.  Zatrudniali  si   jako  budowlani, 
robotnicy  ziemni,  włókniarze,  lusarze.  Teraz  b d   górnikami.  Obracali  si   w tylu  zawodach, 
poniewa   w istocie  nie  znaj   adnego.  Nie  maj   kwalifikacji.  Nigdzie  na  dobre  nie  mieszkaj . 
Nigdzie na dobre nie pracuj . Nigdzie nie znajduj  przystani. 

yj  tym, co jest. Teraz wła nie jest Wolibórz, ta gospoda, ten stolik i butelka. Rozpaciane 

ledzie na talerzu. Zapocone czoła i szamotanie: „Czekaj, Władek, czekaj, to nie tak, chrzanisz”. 

By   mo e  pierwszy  raz  zastanawiaj   si   nad  sensem  swojej  łaz gi.  I to  im  idzie  opornie.  Bo 
dlaczego si  człowiek tak p ta? Co go ci gnie? Co z tego ma? 

W k cie stoj  trzy zdarte walizki, prawie puste,  ci gane sznurkami. Co w nich jest? Jaka  

koszula,  buty,  gumowy  płaszcz,  wyskubany  p dzel.  Z pieni dzy  wyzbyci  s   tak  zupełnie,  e 
musz  do Rudy i  pieszo. (Mieszkałem z nimi w hotelu w Bielawie. „Od dnia wypłaty – mówi 
portierka – zaczynaj  pi . Starcza im najwy ej na tydzie . Potem biduj . Po kilku takich cyklach 
zabieraj , co jest pod r k , i znikaj ”.) 

Wielka migracja przemysłowa zanikła, ale dalej toczy si  fal  strumie , którego odpryskiem 

s   ci  trzej.  Młodzi  chłopcy,  wyp dzeni  ze  wsi  przez  ciasnot ,  poszukiwacze  l ejszego  chleba. 
Administratorzy skar  si  na kłopot, jaki z nimi maj : odejd  nie wiadomo gdzie, pojawi  si  
nie wiadomo kiedy. „Element niespokojny – powiadaj  – wrogi dyscyplinie”. 

– Jak majster uwzi ł si  na mnie, to widz  – trzeba i . Zgadałem si  jeszcze z nimi i tyle nas 

widzieli. 

background image

Za tydzie  Lipko przyprowadził nowego konia. Lipko mówił,  e to ju  nie to, ale wypucował 

ogiera i ko  połyskiwał krótk  sier ci . Te  miał si  nazywa  Mongoł. 

Mongoł  II  chodził  w kosiarce.  Lipko  krzyczał  „odsie!  i ksobie!”  jak  wozak  z w glowej 

rampy.  ytni łan si gał do Wydmy. 

Na Wydmie siedział Trofim. 
Wiatr tr cał o piasek, piasek dr ał i  piewał. 
Ale  teraz  piewało  i zbo e,  i kosiarka.  wiat  poja niał  jak  w pierwszym  dniu  stworzenia. 

Mieli spó nione  niwa, był sierpie . Lato roku sze dziesi t jeden. Niby  adnych wydarze . Jest 
pokój  w Polsce.  Jest  pokój  w Europie.  Pi ciu  ludzi  ocaliło  skrawek  ziemi.  Widziałem,  jak 
w Japonii  chłopi  bronili  pola  przed  morzem.  Jak  w Afryce  ratowali  plantacj   przed  d ungl . 
Ziemia jest wielka, nikt jeszcze nie przeszedł od Sahary do Wydmy Trofima. Ka dy wie, jak jest 
na  wiecie: wszystko mo e si  zdarzy . A oto co si  zdarzyło na Wydmie: pi ciu ludzi ocalaj c 
ziemi   ocaliło  siebie.  Czego  mogli  chcie   przedtem?  eby  spróbowa   jeszcze  raz.  eby  mie  
szans . I szansa była im dana. To jest dobre – mówi Rysiek –  e tak nam to dali. I  e to wyszło. 

background image

Le ał na łó ku obrócony  twarz  do  ciany, z głow  nakryt  baranim ko uchem. Za stołem 

siedzieli:  blady  Trofim,  Lipko  Doro karz,  Edek  Partyjniak  i Rysiek  Rozdwojony,  który  robił 
zegar. 

–  ywy st d nie wyjdziesz – powiedział Lipko. Trofim próbował to złagodzi . 
– Człowiek jest słabo ci  – odezwał si  – jak cho by na ten przykład Judasz. 
– On nie jest słaby – sprzeciwił si  Edek – to kułacki twardziel. 
Rysiek nie odezwał si : pochylony nasłuchiwał zegara. Zegar milczał, w trybach stan ł czas. 
– Czy to jest człowiek, towarzyszu? – zwrócił si  do mnie Edek. Zrobiłem min  ni w pi , ni 

w dziewi , bo nigdy nie wiem, co na takie pytanie odpowiedzie . 

– Sienkiewicz – spytałem – matka karmiła was piersi ? 
– Mówi ,  e piersi  – odpowiedział. 
– A potem czym was karmiła? – spytałem znowu. 
– Potem obierzyn . 
– A  tego, co do was matka mówiła, pami tacie co ? 
Poruszył si , barani zaduch poszedł po izbie. 
– Pami tam. 
– Co pami tacie? 
–  Mówiłem:  co  mi  dajecie  obierzyny,  ja  nie  warchlak,  ja  człowiek.  A matka  mówi:  kiedy 

b dziesz taki bogaty, jak pan Kozanecki, to b dziesz człowiek. 

Lampa  drgała  ółtym  płomykiem,  cienie  chodziły  po  cianach.  Strumie   czasu  zaszemrał 

w zegarze Ry ka. 

Pomy lałem,  e  ten  brudny  p pek  w porci tach  ci gni tych  sznurkiem  wiele  wtedy 

zrozumiał. 

On  zrozumiał  co  najmniej  dwie  rzeczy:  pierwsz ,  e  jest  ró nica  mi dzy  człowiekiem 

a zwierz ciem. 

Drug ,  e t  ró nic  stwarza bogactwo. 
Mo na  spyta   –  jakie  bogactwo?  Mo na  da   przykład  biedaka  Cezanne’a,  który  był 

człowiekiem wielkim. Mo na da  przykład Balzaka, który ton ł w długach. Mo na wskaza  na 
Marksa. Ale Sienkiewicz nie doszedł do tych rozró nie  i mo e nie mógł doj . Mo e na to nie 
pozwalały  czworaki,  a potem  lata  wysługi,  a potem  ebracza  tułanina.  Po  wojnie  wzi li  go 
w opiek .  Wymyli  i dali  je .  Dali  łó ko  i dach.  Mógł  sobie  pomy le :  załatwili  mi  sprawy 
elementarne. Mo e teraz spróbuj . 

Raz w  yciu człowiek chce by  człowiekiem. I czeka na to siedemdziesi t lat. A potem liczy 

–  mam  9365  złotych  i 15  groszy.  Czy  ja  ju   jestem  człowiekiem?  Zadaje  ludziom  to  pytanie. 
I liczy,  e mu kto  odpowie. 

– Zostawcie go – powiedziałem – ja wam t  fors  wykukam w powiecie. 

background image

Stary  mówi  na  Edka  –  Edziu,  a inni  musz   mówi   –  kierowniku.  Doro karz  dumny  jest 

z szefa.  On  zajdzie  daleko  –  zachwyca  si   i robi  wargami  taki  fiu  –  fiu,  czym  wskazuje  na 
szczególnie  wysoki  szczebel  w hierarchii.  Edek  złotym  jest  chłopakiem.  Rocznik  trzydziesty 
pierwszy. Uparty, przebojowy, troch  efekciarz. Lubi si  wykaza . Tak nawet formułuje oceny: 
Tu mogliby my si  wykaza , a tu nam si  wykaza  nie udało. Edek wzi ł czterech strace ców 
w gar , zasiał ziarno i czeka na plon. Du o biega, zachodzi w pole, prowadzi kancelari . Ech, 
iskra, iskra! – zdumiewa si  Lipko. Edek jest pryncypialny. Sienkiewicza gromi za kapitalizm, 
Ry ka za oportunistyczny bezwład, a Trofima za religianctwo. Zostaw Trofima, tłumaczy Rysiek, 
on chory.  I to prawda, bo Trofim ma  epilepsj .  Tu  po wojnie w jego izbie spał  ołnierz. Nad 
ranem wpadł bandyta. Zmierzyli si  z automatów, a mi dzy nimi, na linii luf, stał mały Trofim. 
O jedn  luf  za du o do wytrzymania, tłumaczy. Wi c ma ataki. Jest ponury, pokorny, stanie na 
drodze, stoi godzin , idzie, zawraca, potem si dzie i płacze. Je li mu da  papierosa – zapali, ale 
poleci  do  sklepu  i odkupi  paczk .  Nie  chciałem  wzi .  We ,  mówi,  nie  stawiaj  oporu,  bo  si  
zaraz  spieni .  I wzi łem  w obawie  przed  atakiem.  Takich  typów  szukał  Dostojewski.  Czy   ty, 
Trofim, czytał Dostojewskiego? – spytałem go kiedy . Nie czytał, bo od ksi ek dostaje młyna 
w głowie. Trofim ma dwadzie cia sze  lat i kiedy przymierzam ten wiek do tej postaci, dostaj  
ucisku w skroniach. 

Dalej chodzi na Wydm . 
Struna wiatru tr ca piasek, piasek dr y i  piewa. 
Przysłucha si  tej muzyce, muzyka odejmuje ból. 

yto  wzbiera  ci kim  kłosem,  ziemniaki  rosn   bez  stonki.  Czas  stał  si   przyjazny,  Edek 

oblicza plony.  I nagle ten wypadek z Mongołem. Trofim pojechał Mongołem do Ełku, odebra  
kopark .  Koparka  była  w magazynie.  Tam  Trofima  złapały  drgawki,  trzy  godziny  le ał  bez 
czucia.  A Mongoł  to  był  ko   akuratny  i niezale ny.  Zawsze  godził  si   czeka   dwie  godziny. 
Potem ruszał sam i biegł na Wydm .  I teraz to si  zdarzyło. W ród ciemno ci wieczoru, szos  
przez  las,  szedł  Mongoł  w zaprz gu.  Na  zakr cie  wyskoczyła  ci arówka,  Mongoła  o lepiły 
reflektory.  Mo na  przyj ,  e  zgin ł  mierci   podwójn ,  która  zdarza  si   ludziom,  ale  jest 
niezwykła  w ród  zwierz t.  Najpierw  zabiło  go  wiatło.  Został  uderzony  wiatłem,  tak  e  nie 
mógł  obroni   ycia.  Poniewa   odpadła  alternatywa  ycia,  pozostała  alternatywa  mierci. 
Pora ony  i bezwolny  przyj ł  j .  A wi c  w wypadku  Mongoła  nie  ycie  doszło  do  mierci,  ale 

mier  poprzedziła  mier . 

Wina  le ała  po  stronie  Wydmy.  Konia  przyszło  odkupi ,  a nie  było  za  co.  Wypadło  to 

w okresie  zbiorów,  gospodarce  groziły  straty.  Edek  pomy lał,  eby  po yczy   u Sienkiewicza. 
Przycisn li dziadka, ale dziadek odpowiedział: nie. 

Wi c zwołali s d. 
S dzili Sienkiewicza noc . 

background image

pokieruje,  eby  u ko ca  w drówki  znale   si   w wojewódzkim  mie cie.  Da  si   tam  przyłapa  
milicji  i milicja  odwozi  go  swoim  autem  na  Wydm .  Tym  sposobem  dziadek  oszcz dza  na 
podró ach i cały zysk Edek Partyjniak wpłaca mu na ksi eczk  PKO. Poprosiłem Sienkiewicza, 

eby mi t  ksi eczk  pokazał. Miał tam sum  9365 złotych i 15 groszy. 

Jaki łasy – mówi Trofim –  ycia by jeszcze chciał złapa . 

ycie  przypierało  ich  do  ziemi.  wiat  zmarniał,  za  oknem  pienił  si   oset.  Na  Wydmie 

piewał piasek. Siostr  Wydmy jest Sahara, a drug  siostr  jest Gobi. Nie ma człowieka, który by 

przeszedł  od  Sahary  do  Wydmy  Trofima.  To  wiadczy  o wielko ci  wiata.  Gdzie   na  ziemi  s  
pola tulipanów, a ludziom dana jest miło . Trofim nie zna miło ci i dziadek Sienkiewicz te  nie. 
Mo e zna j  Rysiek, ale on widzi za sob  tylko mrok. W mroku stoi kobieta, ale to nie jest to 
samo. 

Nikt  nie  wie,  co  by  zobaczył,  gdyby  si   znalazł  bardzo  daleko  od  Wydmy.  Trofim  był 

w Mławie,  a Sienkiewicz  w Olsztynie  i Białymstoku.  Najdalej  zaniosło  Ry ka,  ale  z tamtego 

wiata nie wraca si  z pami ci . To jest Trofim, to Sienkiewicz, a to Rysiek.  wiat p dzi, bije 

rekordy, rakietami strzela do gwiazd. Ale niech kto  spojrzy na Wydm . Niech kto  zobaczy, jak 
zdycha  ko ,  jak  drzwi  lec   z zawiasów.  Mo e  przyjdzie  jaki   człowiek,  który  to  wszystko 
rozwa y. Mo e ten człowiek potrafi poruszy  głow , a potem poruszy r kami. 

Wiosn  Rysiek palił ognisko. Podeszło do niego dwóch ludzi. Jeden to był Edek Partyjniak, 

a drugi Lipko Doro karz. Teraz było ich pi ciu i tak w pi tk  zostali. 

Dranie – kl ł Edek i zabijał dziury w dachu. Dranie, kl ł Lipko, i klecił koryta. Traktor orał 

pole, Rysiek naprawiał maszyny.  wiat obracał si  w stron  dnia i w stron  nocy, ale to im si  
zacierało  w nieprzytomnej  harówce.  Jedn   histori   człowiek  czyta  w ksi kach,  a drug   nosi 
w ko ciach.  No  wi c  historia  tej  gospodarki  weszła  im  w ko ci.  A była  prosta.  Mały  PGR 
rzucony  w lasy  za  Ełkiem.  Czterdzie ci  sze   hektarów.  Pi   lat  wyniszczany  przez  zapitych 
chamów. Wreszcie sitw  wzi li pod klucz. Ale nikt nowy nie chciał przyj  na Wydm . Wi c 
w powiecie  pozbierano  takich,  którym  było  wszystko  jedno.  Którym  w  yciu  nie  szła  karta. 
Którzy si  jako  spłukali. 

I  Lipko  takim  był.  Ho,  ho,  redaktorze,  ja  si   na  bydle  wyznaj .  Ja  patrzyłem  koni 

w najwi kszej stajni doro karskiej u Wecla. W Warszawie przed pierwsz  wojn . Sławnych ludzi 
ci gały nasze brytany. Aktoreczki jakie, redaktorze. Teraz to si  Lipko mo e tylko po mia . Je li 
ma  potrzeb ,  to  tak ,  eby  rano  osuszy   kielicha.  Dla  uratowania  duszy,  mówi.  Bo  Lipko  od 
czasów wojny  winiarzy i z tego, jak twierdzi, nachodzi cały zapachem. Ubranie nachodzi i ciało, 
ale  to  nic.  Gorzej,  e  nachodzi  równie   dusza,  wi c  ten  kielich  jest  konieczny,  bo  spełnia  te  
i funkcj  metafizyczn . Lipko kocha  winie. Wygl da to na humor. Ale niby dlaczego? Mo e to 
nie  jest  takie  mieszne,  e  człowiek,  który  przeszedł  ycie  i spotkał  par   tysi cy  ludzi,  oddaje 
w ko cu swoje serce  winiom. 

background image

Wydma 
 
Wydm  odkrył Trofim. 
W  pi dziesi tym  dziewi tym  wa ny  z powiatu  zapytał  go:  Pilnowa   umiecie?  Trofim  si  

zastanowił: Czemu nie? Na to wa ny powiedział: Niech jedzie. Zawie li go wozem na miejsce. 
Stan ł na podwórzu, rozejrzał si . 

Otoczył go  wiat zmarnowany. 
Zielsko, wy arte rdz  maszyny, drzwi leciały z zawiasów. Niebo jest pi kne, a ziemia jaka 

podła – mógł pomy le , bo tak  ma filozofi .  cie k  poszedł do jeziora i trafił na Wydm . Wiatr 
tr cał o piasek, piasek dr ał i  piewał. Trofim posłuchał tej muzyki. 

Muzyka jak przeniknie w samotno ci, odejmuje człowiekowi ból. 
Popaliłem  sobie  i my l :  To  chyba  zostan .  Ko   był,  tom  konia  nakarmił.  Troch  

sprz tn łem, ale wiele to ja nie zrobi , bo mam sztywn  r k . 

Potem  przysłali  Ry ka.  Sk d  jeste ?  –  wypytał  Trofim.  Rysiek  powiedział,  e  z wypadku. 

Dziura w czole, osiem złama . Zaraz co  sobie przypomn , panie redaktorze, cho  si  nie mog  
zamy la ,  bo  mi  trzeszczy  w mózgu.  Pami tam,  e  miałem  on   i miałem  motor.  Pi   to  piłem 
ci ko.  Jak  ju   leciałem  z nóg,  to  ona  mnie  wlekła  do  motoru  i mówiła:  Na,  jed .  Zawsze 
trze wiałem w je dzie. A ten ostatni raz to nic nie wiem. W szpitalu le ałem dwa miesi ce bez 

wiadomo ci. 

Trzydzie ci  pi   lat  wyleciało  mu  z  ycia.  Je li  Ry kowi  przyjdzie  umrze   w okolicach 

sze dziesi tki, odejdzie udr czony my l ,  e zostawia  wiat jako dwudziestopi cioletni chłopak, 
przed  którym  wiele  si   dopiero  otwiera.  Takie  zej cie  jest  szczególnie  ci kie  i Trofim  mistyk 
uwa a,  e b dzie ono prawdziw  kar  za grzeszne  ycie Ry ka, bo je li Bóg otwiera komu  konto 
pot pie , to ju  je pedantycznie realizuje a  do ostatniej pozycji. Ry kowi pozostał z wypadku 
wzrok  rozdwojony.  Wszystko  widzi  zdublowane.  Dwie  twarze,  dwie  kobiety,  dwie  miski 
barszczu. Pi kne jest to,  e Rysiek widzi dwa ksi yce, jak Mickiewicz nad  witezi . Ma talent 
do  zegarków.  Ludzie  znosz   mu  z okolicy  jakie   antyki,  a Rysiek  wieczorami  naprawia.  Taki 
gruchot  le y  przed  nim  bezwładny  i nieruchomy.  Wreszcie  zaczyna  tyka .  Pochylony  Rysiek 
nasłuchuje,  jak  przez  mechanizm  płynie  strumie   czasu,  podobny  niewidocznej  rzece 
omywaj cej  podziemne  skały.  Mo e   ty  był  zegarmistrzem  –  dociekał  Trofim.  Mo e  – 
odpowiada Rysiek z wahaniem, bo wszystko jest przecie  takie niepewne. 

Trzeci  był  na  Wydmie  Sienkiewicz.  Wydma  le y  na  ko cu  wiata  i w milicji  my leli,  e 

dziadek  st d  nie  ucieknie.  Sienkiewicz  min ł  siedem  krzy yków  i zatrudnia  si   jako  ebrak. 
W dziadku  osiedliła  si   dna  dusza  Rockefellera,  zachłanna  dusza  ciułacza  kapitału.  A cwany 
jest!  Dziadek  pogardza  kruchtowym  labidzeniem  i chodzi  od  wsi  do  wsi,  mówi c,  e  zgorzał. 
Widmo  po ogi  trafia  do  ludzkiej  wyobra ni,  wi c  Sienkiewicz  ciuła  spory  grosz.  Zawsze  tak 

background image

Pozna ) za trzy złote i pi  groszy. My lałem ju  wszcz  kampani  o zni k  ceny na past  do 
z bów,  a zwłaszcza  o zaniechanie  tych  pi ciu  groszy  w cenie  sprzeda nej,  bo  mo e  one 
powstrzymuj   ludzi,  którzy  musz   sobie  kupi   kolekcj   kryształów,  przed  nadmiernym 
i wycie czaj cym bud et wydatkiem. Liczyłem na to,  e zwerbuj  zast p sojuszników i  e cała 
sprawa znajdzie przychylny odd wi k w Ministerstwie.  e si  porusz  czynniki i  e specjalnym 
zarz dzeniem ta bariera pi ciu groszy zostanie raz na zawsze usuni ta. 

Ale  potem  przeprowadziłem  inne  rozumowanie.  Skoro  nie  myj   z bów  i nawet  my l  o tej 

czynno ci nie przyszła im do głowy, nie mogły interesowa  si  cen  pasty do z bów „Odonto” 
(Lechia,  Pozna ),  wynosz c   3,05  zł,  ani  rozwa a   faktu  owych  pi ciu  groszy  nadgorliwie 
dorzuconych  do  okr głej  sumy  złotych  trzech.  Omawiana  zasada  higieniczna  nie  jest  tam 
przestrzegana dlatego,  e pratkowianom nie powiedziano słowa w tej sprawie, a nikt we wsi nie 
wpadł samodzielnie i spontanicznie na pomysł mycia z bów. 

I to jest cała prawda. 
Ta  prawda  mianowicie,  e  Pratki  ta cz   najnowsze  szałowe  przeboje,  rozbijaj   si   na 

wuefemkach,  kupuj   na  zapas  telewizory,  nabywaj   elektryczne  maszyny  do  szycia  i zasłonki 
mistrza  Pikasa,  a zarazem  bo yszczem  Pratek  pozostaje  wojewódzki  debil,  który  odstawia 
fantastyczne  numery,  zarazem  Pratki  wyp dzaj   schorowan   staruszk   w nieznane,  lej   si  
w zapienionej nienawi ci po mordach i nie myj  z bów. 

Tak  rozmy laj c  popadłem  z punktu  w idealizm  i zacz łem  marzy .  Marzyło  mi  si ,  aby 

kosztem nadania trzech płyt z muzyk  do ta ca jaka  rzeczowa osoba w radio powiedziała kilka 
słów  o tych  z bach.  e  trzeba  poło y   pasty  na  szczoteczk ,  e  trzeba  pociera   ni   ruchem 
zwrotnoposuwistym i  e trzeba to potem nie połkn , a wyplu .  e istnieje nadzieja na obni k  
ceny jednej tubki do trzech złotych. Marzyłem dalej, aby instruktor z powiatu, który obsługuje 
kolejne zebranie partyjne, ju  po omówieniu spraw decyduj cych dla dalszego rozkwitu naszej 
ojczyzny, zechciał mimo woli i zupełnie na marginesie zapyta : A jak tam z z bami, towarzysze? 
Myjecie wy te z by czy nie? 

Bo do Pratek wyeksportowano maszyny i nylonowe krawaty, szyfonowe bluzki i rozło yste 

tapczany,  ale  nie  nazbyt  si   kto   pokwapił,  eby  zaszczepi   tam  kilka  elementarnych  poj  
z zakresu elementarnej kultury. 

e babcia i  e z by. 

Niby ró ne sprawy, ale nie tak przecie  zupełnie. 

background image

Wóz milicyjny przywiózł babci  do domu starców w Nowej Wsi pod Ełkiem. Siedzi teraz na 

ławce i rozciera wzd te go cem kolana. – Nie, panowie – sepleni – on mnie nie wyrzucił, tylko 
powiedział:  „Babcia  idzie  ze  wsi”.  –  W istocie  to  zdanie  nie  brzmi  gro nie.  Jest  raczej  jakby 
wyj te  z elementarza,  opisowe,  relacjonuj ce:  Babcia  idzie  ze  wsi.  Dlaczego  on  to  babci 
powiedział? Babcia si  namy la: 

–  A bo  izba  ciasna,  a mój  wnuk,  panowie,  Marian  Jesion,  b dzie  robił  eniaczk .  Jego  ju  

wzi ła potrzeba. On mi tak powiedział: „Babciu, mnie wzi ła potrzeba”. 

St d wi c tego wieczoru, kiedy odbyła si  pi kna zabawa z bardzo udanymi efektami, babcia 

Jesionowa  wkroczyła  w odm ty  ciemno ci,  id c  przed  siebie  w nieznane,  w  wiat.  Babcia 
wkroczyła  w ciemno ci,  a jej  wnuk,  Marian  Jesion,  w nastrojowej  czerni  garnituru, 
zbrylantynowany władca  wiata w obłokach zapachu wody kolo skiej „Derby” (Lechia, Pozna ), 
ta czył szałowy, a zarazem wstrz saj cy przebój sezonu – „24 000 pocałunków”, wyskowytany 
rozdzieraj co przez wojewódzkiego saksofonist . 

I wszystko jest w porz dku. 
Marian  Jesion  zaspokoi  swoj   dr cz c   potrzeb ,  a babcia  b dzie  miała  pa stwowy  dach 

i pa stwow   misk   grochówki  z boczkiem.  A oto  co  si   zmieni  –  poniewa   w domu  Jesionów 
ubyło  jednej  g by,  wydatki  ulegn   redukcji  i potrzebuj cy  Marian  b dzie  mógł  sobie  kupi  
plastikowy  krawat  na  gumce.  Jest  to  niew tpliwy  symbol  nowoczesno ci,  a w Pratkach  idzie 
wielki  kurs  na  nowoczesno .  Moje  dziewcz ta  mówi ,  e  teraz  ludzie  kupuj   wszystko. 
Maszyny,  wuefemki,  tapczany  i zegarki.  Ludzie  zabiegaj   o radia,  garnitury,  kryształy  i pralki. 
W zupełnym  zaufaniu  dziewcz ta  opowiadaj   mi,  e  niektórzy,  aby  sprosta   tej  powszechnej 
tendencji  awansu  materialnego,  po  prostu  kradn .  Wi c  cho by  kucharki  z s siedniego  PGR-u 
kradn  mi so. I jakie sprytne s ! One wynosz  schaby i podgardla w kubłach z pomyjami. Potem 
tylko  opłukuj   przy  studni  i wie   ju   mo e  kupowa .  St d  te   przy  pogodnej  niedzieli  sprytne 
kucharki mog  oblec swoje dzwoniaste biusty w bł kitn  mgiełk  kosztownych bluzek z szyfonu. 

– Czy wiecie,  e kradzie  jest grzechem? – pytam. Moje urocze dziewcz ta z Pratek  miej  

si ,  ale  nie  jest  to  miech  ywiołowy,  perlisty  i ol niewaj cy,  lecz  groteskowy,  klownowaty 
grymas  miechu,  przy  którym  usta  rozci gaj   si   cd  ucha  do  ucha,  ale  pozostaj   szczelnie 
zaci ni te, a same trzewia niejako autonomicznie wstrz saj  si  histeryczn  drgawk . One musz  
si   tak  mia ,  poniewa   nie  maj   z bów,  albo  ci lej,  maj   ich  kilka,  rozstawionych 
gdzieniegdzie, z rzadka, jak zmurszałe paliki na opuszczonej przecince. 

Jako  le wychowany, jako notoryczny chamu , pytam moje dziewcz ta: – Dlaczego, babki, 

nie myjecie z bów? – Ale po co si  o to pyta ? Całe Pratki nie myj  z bów. Pratki  uj  te schaby 
spustoszon   nago ci   dzi seł,  a chłopcy  maml   starczo  k s  kwaszonego  ogórka  po  wypiciu 
kielicha gorzały. Kawalerka pratkowska kupuje sobie motocykle, a dziewcz ta nabywaj  za słony 
grosz przebojowe halki z organdyny i dlatego nikogo nie sta  na tubk  pasty „Odonto” (Lechia, 

background image

jest  potrzebna  dla  wspomnie .  Poniewa   zabawa  utonie  w niepami ci  jak  kamie   w jeziorze 
i wody czasu si  nad ni  zst pi . Sama zabawa jest drewniana i chochołowata, albowiem trwaj  
zbyt  wielkie  opory  przeciwne  wy yciu.  W bójce  nie  ma  oporów  i dlatego  wy ycie  jest  pełne. 
W bójce  jest  wszystko,  co  pami   ludzka  długo  przechowuje:  krew,  ból,  wzrok  pora ony 
nienawi ci ,  kol cy  dreszcz  mierci.  Wie   b dzie  odtwarza   szczegóły  bójki,  a nazwiska  jej 
uczestników zostan  wielokrotnie powtórzone. 

Przy  walczyku,  jaki  nast pił  po  bójce,  pary  obrały  szyk  nakazany  przez  fantastycznego 

go cia,  który  przyjechał  odstawia   numery.  Mijali  orkiestr   krokiem,  jaki  obowi zuje  podczas 
chodzenia niedzielnego. Dziewcz ta mówi  mi,  e chodzenie odbywa si  we wsi ka dej niedzieli. 
Najpierw chłopak pojawia si  u dziewczyny i pyta: – B dziesz ze mn  chodzi ? – Dziewczyna 
musi zaprowadzi  go do ojca, ojciec musi porozmawia  z chłopakiem. Na t  okazj  amant odpala 
flaszk ,  jako  e  gadanie  na  sucho  jest  jak  pierze  na  wichrze.  Legalizuj   czynno   chodzenia. 
Chodzi si  po wsi od numeru pierwszego do ostatniego i z powrotem. Do lasu nie mo na, bo to 
jest  pot piane.  Czasami  po ród  spełniania  tego  jałowego  i mozolnego  zabiegu  padaj   jakie  
słowa.  –  Wi c  o czym  mówicie?  –  spytałem.  Jedna  odparła:  –  A tak  tam  –  z tego  nie  mogłem 
wydedukowa , czy te rozmowy s  ciekawe, czy nudne, jako  e nie posiadam talentu egiptologów 
zdolnych z jednego hieroglifu wysnu  burzliwe dzieje dynastii. 

Zdaniem dziewcz t, ich kole anki po innych wsiach, gdzie stosunek płci nie jest tak ra co 

dysproporcjonalny, s  bardziej szcz liwe, gdy  mog  pogrymasi . One mog  pogrymasi  przy 
wyborze  chłopca.  Je eli  przyjdzie  on  z tym  zaproszeniem  do  globtroterowania,  dziewczyna 
najpierw  go  zapyta:  –  Ty  idziesz  do  miasta  czy  zostajesz  na  gospodarce?  –  Je eli  ma  zamiar 
zosta  na gospodarce, dziewczyna go odprawi: 

– Chod  sobie sam. – Przy takim chłopaku nie ma nadziei,  e wyjdzie si  ze wsi, a one by 

wszystkie chciały wyjecha  do miasta. – Dlaczego? – pytam. 

– Bo w mie cie jest mnóstwo kin i ludzie nic nie robi . – Ale za to w mie cie niebezpiecznie 

– mówi  – jest du o wypadków. – A to co, u nas te  s  wypadki. Niedawno jedna poszła dawa  
kurom, po lizgn ła si  i złamała r k . Te  przecie  wypadek. 

Fantastyczny  go   z województwa  odstawił  swoje  numery.  Potrafił  on  z powietrza 

wyczarowa   flag ,  któr   zawiesił  na  specjalnie  przygotowanym  drzewcu.  Orkiestra  zagrała 
hymn, o cista wypr yła si  na estradzie. To był finał walcowania, koniec obrotów planetarnych, 
czerwie  i bł kit utraciły swoj  metaforyczn  wymow . Bramy remizy otwarły si  i w tunel nocy 
wst piły cztery przytulone pary. Za moment ich  ladem wyruszyła grupa sztywnych, milczacych 
i ura onych.  Było  to  jedena cie  nie  wybranych,  rzuconych  na  pastw   samotno ci,  opuszczenia 
i nocy.  Tej  samej  nocy,  w której  babcia  Jesionowa  ju   u kresu  sił  zdołała  wyszepta   na  le nej 
drodze 

– O Bo e, dlaczego on? I zemdlała. 

background image

Słowo „nie” miało tu zreszt  charakter formuły absolutnie retorycznej, u ytej wył cznie po 

to,  aby  zdanie  nabrało  płynnej,  sienkiewiczowskiej  kadencji.  Gdyby  która   z dziewcz t 
odpowiedziała  „nie”  –  sp dziłaby  reszt   ywota  w dwuznacznym  stanie  panie skim.  Dlatego 
cztery z bł kitu odparły: – Ta pewni – i pary wyszły na  rodek. Wojewódzki saksofonista przydał 
dechu  złocistym  klapkom  instrumentu,  a Marian  Jesion  krzykn ł  co   dono nie.  Człowiek 
i instrument musieli zachowa  si  tak gło no, aby zagłuszy  rozdygotany szept babci Jesionowej, 
która stan wszy na drodze po ród bezbrze nych ciemno ci spytała: O Bo e, dlaczego on mi to 
zrobił? 

Cztery pary dokonały pierwszych obrotów. Były one precyzyjnie skalkulowane, euklidesowe 

i formalistyczne,  jak  odwieczne  ruchy  planet  albo  okołoziemskie  tory  sputników.  Te,  które 
zostały  po  niebieskiej  stronie  remizy,  patrzyły  z mieszanin   zazdro ci  i krytycyzmu.  Cz

 

łudziła  si ,  e  przyjad   jeszcze  ołnierze.  ołnierze  przyje d ali  z Ełku,  zawsze  ci  sami. 
Przywoził ich Kazik, szczupły brunet, kapral kulturalny. Kazik przeczytał du o ksi ek i obejrzał 
siedemset filmów. Ka dy film Kazik zapisuje w notesie, a co kwartał podlicza. Do ko ca słu by 
mo e b dzie miał osiemset filmów. Kazik jest jednak niewierny, bo ka dej mówi to samo. – A co 
mówi?  –  pytam.  miej   si ,  wreszcie  jedna  powtarza.  –  On  mówi:  „Dziewczyno,  ja  wypij  
rozkosz z ka dej komórki twego ciała”. – Warszawiak jest ten Kazik, dlatego taki inteligentny. 

ołnierze  s   niebezpieczni,  bo  to  raptusy.  Dostaj   przepustk   do  10  wieczór  i wszystko  chc  

mie   załatwione  na  czas.  Nie  uznaj   adnej  kontemplacji,  od  razu  narzucaj   tempo.  W takim 
po piechu dziewczyna mo e si  zapomnie , a potem to ju  zostaje tylko  mier . – Jak to  mier ? 
– spytałem. – A tak. Co jej potem innego zostaje? Tylko si  zabi . Ju  lepsi s  ci pratkowscy, 
chocia  oni te  si  wierc  za bardzo. 

Saksofon  wybulgotał  ostatni   fraz   szlagieru  i pary  przerwały  geometryczne  ewolucje. 

Czterech spod  ciany wyszło za remiz , gdzie w krzaku jałowca stała odbita flacha. To sobie j  
obci gn li. Dziewcz ta mówi  mi,  e taki jest zwyczaj i  e to dobre, bo wtedy staj  si   wawsi. 
Jak za du o, to nie jest dobre, ale jak troch , to dobre. Chłopcy wrócili na beton remizy i mieli 
twarze  jak  po  ci kim  wysiłku.  W serca  dziewcz t  znowu  wst piła  nadzieja  bezgło na  jak 
milczenie gwiazd. 

Dotrzymuj c  kroku  najnowszym  osi gni ciom  orkiestra  wojewódzka  zagrała  „Dayan ” 

i chuda szyja o cistej pie niarki podbiegła szkarłatem  ył. Cztery nast pne zostały wywiedzione 
spod  ciany na  rodek, gdzie czerwie  zbełtana z niebieskim osiadła dostojnym fioletem. Znowu 
pary zacz ły w skupieniu cyrklowa  beton remizy pod takt piosenki od piewanej z biglem przez 
o cist . 

Po  tym  kawałku,  jak  mi  opowiadaj   dziewcz ta,  chłopcy  si   zakotłowali.  One  nie  wiedz , 

o co  poszło  w tym  gwałtownym  i drapie nym  zakotłowaniu.  Dziewcz ta  uwa aj ,  e  je li  jest 
bójka na zabawie, to nie ma ona  adnego celu dora nego, tylko cel dalszy i niejako metafizyczny: 

background image

Reklama pasty do z bów 
 
Saks  zaskowytał  rozdzieraj co  i Marian  Jesion  krzykn ł:  –  No  to  ruszamy,  chłopaki.  –  Na 

le nej  drodze  po ród  bezbrze nych  ciemno ci  babcia  Jesionowa  westchn ła  rozdygotanym 
szeptem: – O Bo e. – Te trzy głosy, wydobyte jednocze nie, cho  tak wyra nie niezbie ne, legn  
kamieniem na wie  Pratki w powiecie ełckim. 

Dziewcz ta  z Pratek  opowiadaj   mi,  e  to  była  pi kna  zabawa.  Orkiestra  przyjechała 

z samego  Olsztyna.  Z orkiestr   zjawiło  si   dwoje  ludzi:  fantastyczny  go ,  który  odstawiał 
numery,  i pie niarka  fasonowo  stapirowana,  tylko  e  jakby  zbyt  o ciasta.  Remiza  była 
zamieciona, wszystkie okna wymyte. Bardzo udały si  efekty: poprzez szeleszcz c  zwiewno  
krepiny spływało na sal   wiatło czerwone i niebieskie. Na  cianie prawej bior c od wej cia było 
wi cej  bł kitu,  a znowu  na  lewej  płon ła  zachłanna  czerwie .  Dziewcz ta  stan ły  po  stronie 
niebieskiej, a chłopcy po stronie czerwonej. Dzieliła ich rozbarwiona przestrze  remizy z wpi t  
po rodku brosz  orkiestry, ale oczywi cie widzieli si  dobrze. We wsi jest pi tna cie dziewcz t 
i jest  czterech  chłopców.  Dziewcz ta  widziały  teraz  tych  chłopców,  jak  stali  sztywno 
w nastrojowej  czerni  garniturów,  ze  sztucznym  tworzywem  na  gumce  pod  brod , 
zbrylantynowani władcy  wiata w obłokach zapachu wody kolo skiej „Derby” (Lechia, Pozna ). 
Chłopcy  spogl dali  z namysłem  w stron   dziewcz t,  oceniali  jako   ich  szpilek,  nylonowych 
sukienek i czeskiej bi uterii, obracaj c w głowie wiadome plany, których realizacj  odkładali na 
pó niej. 

Dziewcz ta  mówi   mi,  e  na  pocz tku  wojewódzki  saksofonista  z Olsztyna  zagrał  przebój 

sezonu  pt.  „24  000  pocałunków”.  Usłyszawszy  go  Marian  Jesion  krzykn ł:  –  No  to  ruszamy, 
chłopaki. 

Ale nikt nawet nie drgn ł. 
Powstała pełna napi cia cisza. 
Czterech  chłopców  płon ło  amarantowo  po  lewej  stronie  remizy,  a pi tna cie  dziewcz t 

niebie ciło si  po stronie prawej. Wiadomo, dlaczego powstała ta pełna napi cia cisza, w której 
wojewódzki  saksofonista  skowytał  rozdzieraj co.  Ona  wynikła  z arytmetyki.  15:4  jest  dobrym 
rezultatem  w szczypiorniaku,  ale  stanowi  fataln   dysproporcj   na  zabawie  o tak  wyj tkowym 
blasku (orkiestra z Olsztyna, bardzo udane efekty). 

Cisza  szła  od  czerwonych,  którzy  w skupieniu  dokonywali  wyboru,  i emanowała  od 

niebieskich,  jako  e  ich  nadzieja  była  bezgło na  jak  milczenie  gwiazd.  Wszyscy  wiedzieli,  ile 
rzeczy we wsi b dzie zale ało od tego, co si  stanie za moment, wi c nikt nie zach cał wi cej do 
lekkomy lnych  posuni .  Wreszcie  czterech  z lewej  przeszło  na  drug   stron   i powiedziało  do 
czterech z bł kitu tradycyjn  formuł : 

– Ta se zawalcuim, nie? 

background image

– O ten spłache  gruntu walczył dla mnie sam król! 
Ale  Pi tek  histori   si   nie  zajmuje.  Wa na  jest  ziemia.  Wierzchem  ziemi,  od  wieków 

przetaczaj  si  wojny. Ziemia t tni kopytami, chrz ci g sienicami czołgów, gnie si  pod ciosami 
bomb.  Ale  rodzi,  rozmna a  kłosy,  wydaje  plon.  Wojny  mijaj ,  a w ziemi  soki  kr

  zawsze. 

Ziemia  przyjmie  ciepły  deszcz  i cuchn cy  nawóz,  sypkie  fosfaty  i krzepn c   krew.  Przyjmie 
wszystko,  a odda  zawsze  tylko  jednym:  ziarnem.  Wobec  tego  procesu  wiecznej  przemiany 
i owocowania, który daje Pi tkowi  y , nie ma znaczenia, w których miejscach toczyły si  bitwy. 
Kiedy i jakie. Ziemia i tak wyda plon. Pi tek i tak go zbierze. 

background image

Konia przez to nie strudził i po swojemu odem cił si  na Niemcach. 

W Grunwaldzie szybko si  wybił. Umiał gospodarzy , lubił prac , a na zebraniach wysławiał 

si  sprawnie.  Został wójtem. Obowi zki swoje wypełniał. Z czasem przybyło mu dzieci, oddał 
wi c urz d i zaj ł si  tylko domem. Dokupił krów, rozbudował zagrod . 

Słucham tej relacji. Rozgl dam si : płaska równina, k py drzew, kartofliska. 
– Wielka tu była bitwa – zaczynam. 
– Kiedy nie – odpowiada – front przeszedł gładko. 
Łapi  si  na tym,  e mówimy o ró nych wojnach. Ja go ci gn  w wir tamtej, feudalnej, a on 

trzyma  si   obrazów  ostatniej,  wiatowej.  Przeczytałem  Sienkiewicza,  obejrzałem  Matejk , 
przestudiowałem  Kuczy skiego.  T dy  nadeszła  armia  krzy acka  (pokazuj ),  t dy  –  Jagiełło 
(pokazuj ), tu stało skrzydło litewskie (pokazuj ). Pi tek wodzi wzrokiem za moj  r k , rozgl da 
si ,  post kuje,  bo  go  bol   zrosty.  Straszna  nawała  rycerstwa,  mówi .  wiatowe  wydarzenie! 
Patrz , czy mój zapał udziela si  Pi tkowi. Ale – nie. Oczy chłopa nie s  rozognione. Raczej jest 
zatroskany. Nie miało i j kaj c si  pyta: 

– A nie zadepcz  mi, panie, zbo a? 
– Jak to? 
– A tak. Co si  tu ma zebra  taka chmara z całej Polski. 
Siedzimy  na  stoku  nasypu.  Grzbietem  nasypu  biegnie  szosa.  Ci gn   po  niej  kolumny 

ci arówek.  miechu,  piewu,  głosów  co  niemiara.  Ten  gwar  napełnia  powietrze  beztrosk  
wrzaw . Krzy uj  si  zawołania, przeplataj  okrzyki. Samochody skr caj  w boczn  le n  drog . 
Na  polanie  rozstawiono  namioty,  dymi   kuchnie  polowe.  Z ci arówek  wysypuje  si   tłum, 
rozstawia  si   w grupy  –  kto  na  koncert,  kto  na  odczyt,  kto  na  spotkanie.  Tego  ju   Pi tek  nie 
widzi,  bo  o kulach  by  si   tam  nie  zawlókł,  ale  wie,  e  oto  w Grunwaldzie  zlot  młodzie y,  e 
zjechał tu ogromny zast p z całego kraju. Nawet mu si  to podoba,  e jego teren nabrał takiej 
wagi.  e tyle teraz znaczy. Ale martwi si , czy mu tysi cem stóp nie przygniot  tego łanu, który 
tak obiecuj co wyrósł. 

– My lałem ju  ogrodzi  pole, ale nie poradz . 
– To chyba zbyteczne. 
– Mówi ,  e b d  skoczkowie. Na skoczków ogrodzenie nie pomo e. 
Obaj rozwa amy, jak post pi . Pi tek mnie upewnia: – To pole jest moje, panie, mam na to 

papiery.  Nadanie  mam  i kwity  podatkowe.  Podatki  opłacone.  Odstawy  terminowe.  Wszystko 
w porz dku.  –  Przecie   mu  wierz ,  mówi .  To  wasza  ziemia.  –  Rad  jest,  e  ma  we  mnie 
sojusznika. Mo e co  wspólnie umy limy? 

– Oni pob d  troch  i pojad . A ja tu, panie, zostan . 
Pi tek  nie  chce  si   z Grunwaldu  ruszy .  Tu  mu  si   poprawiło,  tu  ma  hektary  i zagrod . 

Dzieci posyła do szkół,  onie kupił pralk . Gdyby miał wi cej fantazji, mógłby powiedzie : 

background image

Pi tek pod Grunwaldem 
 
Na  polu  mi dzy  Niemcami  a armi   królewsk   wznosiło  si   od  strony  Tannenberga  kilka 

odwiecznych d bów, na które powłazili chłopi miejscowi, aby patrze  na zapasy tych wojsk tak 
olbrzymich, jakich od niepami tnych czasów  wiat nie widział. 

Henryk Sienkiewicz Krzy acy 
 
Pi tek  ci gał pod Grunwald nie wierzchem ani piechot , tylko wozem. Osobliwie wygl dała 

ta wyprawa, bo ci Pi tek nie jechał sam czy z jakow  dru yn , ale wiózł na ubitym sianie  on  
i czworo  dzieciaków,  tako   tobół  pierzyn  i sprz tu  co  bardziej  potrzebnego.  Ko   mu  si   lenił, 
wi c ci ł go batem, a  przera one muchy odpadały od zapienionego zadu. Kl ł przy tym,  e Bóg 
mu przebacz. 

adnej bitwy nie zastał. 

Owszem, okolica  gorzała jeszcze  gdzieniegdzie, czerniła si  zgliszczami, cuchn ła wystała 

spalenizn , a drogi pełne były wszelkiego rupiecia wojennego, ale szcz k or a odebrzmiał ju  
i zacichł, a w miejsce tego wdzi cznie kl skały skowronki i w jeziorach woda pluskała zgoła nie 
bu czucznie. 

Zdało mu si  tu pi knie, konia zatrzymał, zlazł z „kozła, wzi ł do r ki gar  ziemi, wa ył j  

długo, obniuchiwał. 

Gleba mi si  zaraz spodobała – mówi Pi tek, kiedy tak sobie wspominamy tamten ostatni rok 

ci kiej wojny i nagłego po niej pokoju. 

Ziemia mnie nie zawiodła. Patrz pan, jakie  yto udane. Ci kie w kłosach. 
Łan  zbo a  ci gnie  si   z kilometr,  rozlewa  si   szeroko,  prawie  pod  mogił   Ulryka  von 

Jungingen. Na skraju łanu le y rozło ona derka, a na derce Pi tek i ja. Zim  Pi tek woził drzewo 
na stodoł  i pie  zgruchotał mu ko ci biodra i uda. Ko ci si  zrosły, ale Pi tek chodzi  nie mo e: 
brak mu sił,  eby władn  nog . Wystrugał wi c z d biny kule i na nich si  wspiera. Je li jest 
pogodnie, wystawia zaraz bok do sło ca w nadziei,  e mu ciepłe promienie  ci gn  ow  niemoc 
z tyłka. A teraz wła nie niebo si  przetarło i Pi tek wygrzewa ciało, zły na to wczasowanie, kiedy 
tyle roboty w polu. 

Odk d tak zaszwankował ciele nie, gospodarka mu podupada, a przecie  był to kiedy  rolnik 

pierwszy,  prawdziwy  pan  na  grunwaldzkim  polu.  Przyjechał  tu  zaraz  po  wojnie,  dostał  dom 
i ziemi .  Przyjechał  z biedy  mławskiego  powiatu,  licz c,  e  mu  si   poprawi  na  lepsze.  Tam, 
w Niedziałkach pod Mław , niczego si  nie dorobił. Przed wojn  zd ył zwie  drzewa i cegły 
na  chałup ,  ale  jej  nie  wystawił,  bo  mu  Niemcy  zabrali  budulec.  Swoj   wojn   z okupantem 
Pi tek toczył nie zbrojnie, ale ekonomicznie, na kamienie. Kazali mu wozi  kamienie, trzydzie ci 
kilometrów,  pełny  wóz.  Pi tek  kładł  worki  ze  słom ,  na  wierzch  troch   kamieni  i tak  je dził. 

background image

a potem jest. Grunt musi by ! 

Czy  lubi  swoj   prac ?  Pewnie  e  tak.  W tartaku  był  kiedy ,  ale  odszedł.  Za  du o 

kierowników. A tu Jagielski sam sobie kierownikiem. Mo e płyn  dniem albo noc  – jak sobie 
uło y. W dzie  dobrze i noc  przyjemnie. („Jak ciemno, to cichu ko tak,  e a  człowieka gdzie  

ciska”).  eby  nie  było  tylko  złej  pogody.  Wtedy  si   nam czy,  naszarpie,  a   mu  w oczach 

ciemnieje. Nieraz to si  zwali na te pnie, wod  podbiegłe, i ju  mu wszystko jedno. Wtedy to nie 
ma ró nicy – wspomina. Ostatniego Sylwestra tak naparł na dr g,  e stracił równowag  i wpadł 
do wody. Wygrzebał si  z lodowatej czelu ci i ociekaj c wod  poszedł w mro n  noc do domu: 
dziesi  kilometrów. („Takiem przyj ł nowy rok: w rozmi kłych majtkach”). 

Wi c nie był na zabawie! – wnioskuj   asystenci.  Zabawy, rozrywki. Stawiaj  pytanie, czy 

flisak  styka  si   z kultur ?  Otó   –  nie.  W teatrze  nie  był  nigdy,  w kinie  rok  temu,  telewizji  nie 
widział, radia nie słucha, ksi ki nie zdarzało si  przeczyta , gazet te  nie ogl da. 

I z lud mi mało gada. 
Wi c wielki  wiat do Jagielskiego  adn  drog  nie dociera.  adn  wie ci . Ani nadziej , ani 

niepokojem.  Sensacj   ni  nud .  Nigdy  niczym.  Flisak  nie  wie  o trz sieniach  ziemi,  o rewoltach 
pałacowych, o losie U-2, o fiasku konferencji paryskiej, o rzymskiej Olimpiadzie. Nawet si  nie 
dziwi słuchaj c informacji asystentów. 

– Ta, panowie, wszystko mo e by . 
Nie pyta o szczegóły, nie prosi o jeszcze. Bierze si  do dr ga, bo złapał grunt. 
Zachwyt asystentów: widzisz, nie dał si  wci gn ! Nasz  wiat to dla niego mielizna, któr  

omija. Nie wiadomie omija, ale skutecznie. Mo e instynkt podszeptuje mu,  e jak si  ugrz nie 
na tym piachu, nie mo na si  z niego ju  wydosta . Fatalne jest,  e człowiek coraz to osiada na 
jakiej  mieli nie. Domu, pracy, przyzwyczaje . Jałowy, dr twy punkt i nie ma wiatrów,  eby go 
zepchn ły na ostry nurt. 

Albo przychodzi taki wiatr, a on si  kładzie plackiem: boi si ,  eby go nie pchn ł. A patrz 

Jagielski – czeka wiatrów i pr dów.  yje z nimi i  yje z nich. 

Nie dał si  wci gn ! – powtarzaj  zazdro nie.  Jest niezale ny.  Zdaniem tych egzaltantów 

olimpijsko   nie  musi  by   okazała.  Te  czasy  nie  znosz   fasadowo ci.  Przesadzaj ,  upatruj  
pierwiastek  boski  (a  wi c  co ,  co  jest  niedost pne  ludziom)  –  w niezale no ci.  Ten  flisak  jest 
niezale ny.  Nazywaj   go  tedy  Zeusem.  e  ma  parcian   koszul   i dziurawe  gumiaki?  Nic  to! 
Kłaniaj  mu si  nisko, obmacuj  mu r k , powtarzaj  jego odezwania jak aforyzmy. 

– Panie Jagielski, a b dzie pogoda? – pytaj . 
Flisak rozgl da si  po niebie (czyta niebo – mówi ) i odpychaj c z uporem dr g, a  mu si  

wybałusza w napi ty łuk, powiada: 

– Chmurzysków to jest, ale mo e se pójd . 
– Optymista! – podziwiaj  asystenci. 

background image

Jagielski prostuje si , zdejmuje czapk . 
– Byłoby ze trzech tysi czków. A mo e nawet i ze czterech. 
Bierze si  zaciekle do roboty,  eby nie folgowa  sobie w tym idealizmie za bardzo. Zarabia 

miesi cznie  800-900  złotych.  Stawka  jest  taka:  za  metr  sze cienny  drzewa  przewieziony  na 
odległo  jednego kilometra dostaje 22 grosze. Jednego „Giewonta”. Niby to robotnik, a pracuje 
jak chłop w polu. Mieszka na wsi, u brata, jema oddaje pensj  za jedzenie i k t w izbie. Wstaje 
z kurami,  zje  zalewajki,  we mie  w butelk   herbaty  i rowerem  jedzie  do  miejsca,  gdzie  czeka 
tratwa. Zetnie chojaka, okoruje go, wygładzi – ma dr g, narz dzie pracy. 

Staje na tratwie. 
– Reszta to ju , panowie, łaska boska. 
Ma wiatr przeciwny – nie ujedzie ani metra. 
Wiatr z lewa – tratw  spycha do brzegu, pnie zaczepiaj  o szuwary. 
Wiatr z prawa – tratw   ci ga na  rodek jeziora, gł bina, nie mo e si  odepchn  dr giem, 

czeka na zbawienie. 

Nie ma wiatru – cały wysiłek poruszania tej masy drzewa spoczywa na jego ramionach. 
Mozół straszny. 
Dobre  wiatry  nawiedzaj   go  rzadko,  najcz ciej  wiatr  to  przeciwnik.  Ile  przepłynie  do 

wieczora? Jak dobrze pójdzie – 6 kilometrów (trafiało si  i osiem – mówi z dum ). Musi płyn  
oportunistycznie, do  daleko od brzegu, aby nie zahacza , i do  blisko,  eby mie  grunt. 

Asystentów  zachwyca  to,  e  Jagielski  te   czasem  nie  ma  gruntu.  Oni  nie  maj   gruntu  od 

dawna.  W  wiecie  nast pił  kryzys  warto ci,  mówi ,  kompromitacja  tradycyjnych  instytucji, 
moralno  straciła sens, uznane prawdy – zakwestionowano. Nie maj  zaufania nawet do faktów, 
których ucz . Czy w tamtych wiekach te  nie fałszowano tekstów? Człowiek działa pod terrorem 
okoliczno ci,  jak  tratwa  zachowuj ca  si   zale nie  od  kierunku  wiatru.  Człowiek  stracił  grunt. 
Asystent  balansuj c  niebezpiecznie  na  pniu  przywołuje  wiadectwo  Pascala.  (Odnalazłem  t  
cytat : „Człowiek nie wie, jakie miejsce ma zaj ; wyra nie jest zbł kany i str cony ze swego 
prawdziwego  miejsca,  bez  mo no ci  odszukania  go.  Szuka  go  wsz dzie,  z niepokojem  i bez 
skutku, w nieprzeniknionych mrokach”).  ledz c Jagielskiego obserwuj  zjawisko utraty gruntu 
wyst puj ce nie abstrakcyjnie, ale konkretnie. Flisak penetruje wod , zagł bia  erd  po r koje : 
nie ma dna. Czekaj  z napi ciem, co uczyni. 

Jagielski odkłada dr g. 
Siada, wyci ga nogi. 
– Trzeba czeka  – ogłasza. 
To zdanie uznaj  za genialne. Filozof – mówi jeden. – Prawdziwy filozof – potwierdza drugi. 

– Nie histeryzuje, nie odczuwa chandry, nie miota si , nie rozgorycza. Cho  ka da przeciwno  
natury  obni a  zarobek,  flisak  zachowuje  spokój.  Czeka   –  a grunt  podejdzie.  Grunt  ucieka, 

background image

Płyn ,  sylwetka  ro nie,  nabiera  wyra nych  kształtów.  W moich  przyjaciół  wst puje  duch 

zwyci stwa. Oczywi cie,  e on. Zapieraj c si  dr giem w dno samotny flisak wiedzie jeziorem 
tratw . 

–  Dzie   dobry,  panie  Jagielski!  –  mówi .  Flisak  patrzy  na  nas,  oczka  mu  błyskaj  

prze miesznie. 

– A dzie  dobry – odpowiada. 
– Mo na si  przysi

? Nie b dzie za ci ko? 

– Ta co ci ko. Co to wa y. 
To  (chodzi  o nasz   trójk )  nie  wa y  wi cej  jak  dwie cie  kilo.  Balansujemy  wi c  bez 

skrupułów  po  pniach  w stron   Jagielskiego.  Asystenci  obmacuj   r k   flisaka.  (Niesłychane  – 
mówi  mi  potem  jeden  –  my lałem,  e  to  b dzie  dło   ci ka,  gruzłowata,  twarda  jak  zelówka. 
A on ma skór  mi kk , delikatn , powiedziałbym,  e on ma skórk !) 

Józef  Jagielski  przygl da  si   nam,  my  –  jemu.  Chłopina  z niego  drobny,  o cienkiej  ko ci 

i pchlich  muskułach.  Szczupła  twarz,  z rzadkim  wyblakłym  zarostem,  utajona  w cieniu 
rozległego daszka. Wygl da na lat trzydzie ci par , a ma ich 25. Jest ju  po wojsku, ale jeszcze 
nie bierze  ony (co ta si  po piesza , panowie). Wojsko ma w jego  yciu znaczenie, bo wtedy 
jechał kolej . Niedaleko jechał, ale jednak. Teraz ju  nie ma sposobno ci. 

– A był pan w mie cie? – pyta asystent. 
– To  pewnie, panowie,  e byłem. W Brodnicy byłem, w Jabłonowie byłem i w Toruniu te  

byłem. 

– A nad morzem pan był? 
– E, nie. Nad morzem? To za daleko... 
Rozgl dam si  po tratwie. Jest olbrzymia. Sosnowe pnie, przeschni te, zbite po dwana cie – 

tworz  jeden człon. Drutem doczepiony jest człon drugi i nast pne. Razem ponad dwadzie cia. 
Tratwa  długa,  płot  ci gn cy  si   na  200  metrów.  Montuj   go  w lasach  iławskich  i stamt d 
jeziorami  i kanałami  spławiaj   do  Drw cy.  Drzewo  płynie  do  tartaku.  Płynie  jakie   120 
kilometrów i tratw  holuje kolejno kilku flisaków. Jagielski jest jednym z nich, ma swój odcinek. 
Przeci gnie  ładunek  przez  jezioro  i robota  sko czona.  Jedna  wi c  tratwa  daje  zarobek  paru 
ludziom. Ten ł czny zysk podsumowany globalnie jest przedmiotem pragnie  Jagielskiego. 

– A o czym pan sobie marzy? – sonduje asystent. 
– O, tam – wykr ca si  flisak. 
– No,  miało – przypiera asystent. 
–  eby tak mie  cał  gotówk , co jest przez miesi c z tych tratw dla wszystkich. 
– To znaczy ile? 
– Strach, panowie, powiedzie . 
– No nie bójcie si . 

background image

Ocalony na tratwie 
 
– Ale meta – wołał asystent – bajka nie meta. – I zobaczysz Zeusa, dziwny bóg – dodał drugi 

asystent. 

Reporta  o bogu! To mnie wzi ło. 
Jak  maj   grosz,  gnaj   do  tej  mety  co  sobot .  Pielgrzymki  zacz li  ju   w maju.  Troch   za 

chłodno, ale nic: chłodno, za to pusto! Zaj cia ko cz  na uniwerku w południe, łapi  za teczki, 
w tramwaj,  na  dworzec  i ju   siedz   w poci gu.  Linia  na  Działdowo,  przesiadka  na  Brodnic . 
Miejscami  szosa  biegnie  obok  toru.  Szos   turlaj   si   auta,  motocykle,  skutery.  Ci  dwaj 
przypatruj  si  temu, pewnie,  e im nijako. Ucz  dziejów literatury, zawód uczciwy, ale kokosów 
z tego nie ma. 

Wagon kołysze, czytaj  ksi ki. 
Od  stacji  Tama  Brodzka,  piechot   przez  las,  id   do  Stanicy  Wodnej.  Gniazdo  domków 

rozsiadłe  na  płaskim  stoku  wzgórza  nazywa  si   Bachotek.  Asystenci  prostuj   ramiona,  czyni  
przysiady, wreszcie nieruchomiej . – Dzwoni? – pyta jeden. Nasłuchuj . – Dzwoni! – szepcze 
drugi. – Co dzwoni? – pytam. (Widz ,  e si  wygłupiłem). S  oburzeni: – Cisza, człowieku, cisza 
dzwoni! 

Bior  si  do jedzenia. W gospodzie mo na dosta  obiad. Gardz  tym. Z celebracj  rozkładaj  

kocher, gotuj  zup  ogonow  w proszku. Woda kipi, zalewa ogie , parzy im r ce. Jedn  ły k  
jedz  na zmian . Głodni – wmawiaj  sobie,  e nigdy nie byli tak syci. 

Ju  kajakiem sun  po jeziorze. Ledwo ich dop dzam. Dostrzegaj  łab dzia. Wybucha spór, 

czy  łab d   lata  wysoko,  czy  nie.  Jasne,  e  lata!  Mieszczuchu,  bł dzisz!  Kłóc   si ,  szukaj  
dowodów  w literaturze.  Kto  mógł  o tym  pisa ? 

eromski,  Konopnicka?  Daj  spokój 

z Konopnick ,  to  nie  jest  wielka  poezja!  Przera one  ptactwo  zrywa  si   z wody,  zapada 
w szuwarach. Zawieraj  kompromis: dobrze, sprawdz  w encyklopedii. 

Daleko brodzi czapla. Młóc  wiosłami, p dz  w tamt  stron . Zaraz zobacz  j  z bliska. Ale 

ptak  słyszy  hałas,  unosi  si   w powietrze,  odlatuje.  Zawiedzeni,  wyrzucaj   sobie:  za  wolno 
ci gn li my. Na usprawiedliwienie jeden drugiemu pokazuje dłonie: s  całe w p cherzach. 

Odkładaj   wiosła.  –  B dzie  nas  dryfowa   –  mówi  jeden.  –  Sk d e,  tu  nie  ma  pr du  – 

protestuje drugi. Kajak przesuwa si  kilka metrów. Patrz  na zegarki, obliczaj  szybko , z jak  
unosi ich fala. 

Hen,  na  tle  lasu,  porusza  si   przy  brzegu  jaka   sylwetka.  –  On!  –  wykrzykuje  asystent. 

Wysilaj   wzrok  (ucone,  a ocy  maj   –  powie  potem  ocalony).  –  Nie,  to  chyba  nie  on  – 
pow tpiewa kolega. – Jak e nie, tu nie ma poza nim innych ludzi – upiera si  pierwszy. – Ale 
pami tasz,  tamten  si   nat ał,  a ten  si   wcale  nie  nat a,  ten  spaceruje  –  dowodzi  przeciwnik. 
Dyskusja przeci ga si , dr czy ich niepewno . Podjad  bli ej, wtedy si  wyja ni. 

background image

na tysi c krów. Cały kraj by si  z tego wy ywił. 

Chłop  mówi:  wie .  Ale  mówi  równie :  kraj.  Cisówka  wygrzebała  si   z bagien,  z dzikiego 

zapadliska. Do bitej szosy było kilometrów 25. Do kolei 20. Było, ale nie jest. Le ał tu dawno 
tor,  lepy  z jednego  ko ca,  ale  drugim  ł cz cy  si   z Hajnówk .  Ten  tor  nigdy  nie  był  czynny. 
Chłopi torem szli – milicja mandat wzi ła. To chłopów  gn ło. Piechot , a jeszcze płaci . Zacz li 
tarabani  do władz, delegacja pojechała do Ministerstwa Komunikacji. A decyzja Ministerstwa 
taka:  damy  kolej,  jak  zbudujecie  stacj .  Chłopi  konie  zaprz gli,  ziemi   zwie li,  peron  był. 
Otwarcie  w grudniu  1959.  Mało  jest  takich  przystanków.  Przy  samym  torze  zaczyna  si  
wspaniały, pienny las. Na szczycie nasypu, po rodku peronu, wkopany słup, na słupie naftowa 
lampka. 

Ludzie  schodz   si ,  siadaj   w lesie,  czekaj   poci gu.  Baby  sobie  pogwarz ,  m czy ni 

popal .  Ani  si   kto  obejrzy,  jak  wpadnie  srebrna  strzała.  Najlepszym  poci giem  je d   ludzie 
z Cisówki, bo maj  nowoczesne dieslowskie lux-torpedy. Torpeda staje, ludzie si  skrzykn  po 
lesie,  wsi d ,  torpeda  jedzie.  Ja  w tej  torpedzie  te .  Przestronno.  Komfortowo.  Dwie  kobiety 
siedz  naprzeciw i gadaj . Jedna wiezie osiem pustych koszów. W tych koszach miała owoce na 
sprzeda .  Tak  si   pani  m czy,  mówi  druga,  nie  szkoda  zdrowia?  –  Pani,  kiedy  trzeba.  M  
dostaje 1200, a ja trzech synów mam w Warszawie na studiach. Jeden na politechnice, jeden na 
prawie i trzeci na ekonomicznej. Pani wie, póki człowiek zdrowy, toby dla tych dzieci wszystko. 
Tak, tak, kobito. Owszem. No, pani patrzy. 

To i ja patrz . Strzała  miga, baby rajcuj , z koszyka kura łypie ma lanym  lepiem. A las jaki 

wspaniały! Zielony cie , wilgotny zapach. Gdzie jeste , drzewo wielkie i dumne? Rozgał zione. 
Poci g jedzie stuku-stuku, poci g jedzie z daleka, słoneczko  wieci w rytmie cza-cza. 

Pi knie jest. 

background image

przejazd auta, warkot motoru i tr bienie wywołały panik  w ród ludzi. Auto przeje d ało przez 
opustoszałe  wsie”.  Etnograf  stawał  w opłotkach,  samochód  wyje d ał  z lasu,  kurzyło  si  
okropnie, a ludzie chodowali na strychy. Etnograf wszystko to zapisał. Gdzie to czytałem? Si d  
na  ławce,  mo e  sobie  przypomn .  Ju   słysz   ten  warkot  i tr bienie.  Chłop  jedzie  WFM-k  
w pole. Grabie i widły przytroczone do motoru. Motor brz czy gdzie  na horyzoncie, pod lasem. 
Sło ce na las opada. Ludzie z pola jad . Konie jak mleko, wozy na balonach. 

B dzie  co  zwozi   w tym  roku?  Ta  pewnie,  ta  si   taki  zbiór  szykuje,  e  nikt  we  wsi  nie 

pami ta. Ani W saty, ani Szczerbaty. I Łuksza Mikołaj mówi,  e nie pami ta. Dziewi ciu synów 
Łuksza ma, córk  za  jedn . Chłop z niego, chłop z anatomii i społecznej przynale no ci. Łuksza 
z otwartym  okiem  chodzi,  widzi,  co  si   na  wsi  dzieje.  Tu,  panie,  dawniej,  jak  sklepikarz  na 
wiosn   worek  cukru  przywiózł,  do  zimy  nie  mógł  tego  worka  sprzeda .  Po  pi ,  po  dziesi  
deka. A teraz workami cukier zwo  i ci gle go nie ma. Przed wojn  dawali mi w komis radia, 

ebym  sprzedawał.  Ale  radio  przed  wojn   siedem  krów  stało.  Nikt  nie  kupił.  A dzi   za  jedn  

krow  mam pi kne radio, „Stolica”. Tedy w ka dej chacie radio jest. 

Z Łukszy filozof i dyskutant na zawołanie. Słucham, jak si  spiera z sołtysem. Tu ziemia zła, 

mówi,  socjalizm  niepr dko  si   osiedli.  Traktorem  tu  nie  pojedzie.  Pojedzie,  mówi  sołtys,  co 
znaczy  nie  pojedzie.  Pojedzie.  Ale  Łukszy  nie  o ten  traktor  chodzi,  tylko  o azotox.  Stonka 
przyszła.  Stonka  to  jest  owad  polityczny.  Tyle  e  jak  jej  da   azotoxu,  to  si   tylko  skuli  i ani 
drgnie. Ale azotoxu jest mało, chłopi sobie wyrywaj . I nowy spór. Bo nie ka dy azotox sobie 
równy. Jeden ma wi cej metoksychloru, drugi lindanu, inny HCN. Nic mi te nazwy nie mówi , 
słucham tylko, jak je wymieniaj . 

W ród  takich  filozofii  przyszła  noc.  Noc   Janiel  wrócił  z roboty.  Michał  Janiel,  robotnik 

kolejowy  i gospodarz.  Dwa  hektary  kwa nej  ziemi.  Dzieciarni  czwórka.  Janiel  robi  przy  torze. 
Kilofem kamienie podbija,  eby podkład trzymał mocno, bo kolej musi lecie  po równej szynie. 
Z t   specjalno ci   Janiel  na  delegacj   do  Warszawy  je dzi.  A oto  dlaczego:  bo  warszawscy 
robotnicy  nie  chc   tej  roboty  za  taki  pieni dz.  Wi c  dyrekcja  wozi  takich  Janielów  po  200 
kilometrów  i wi cej:  Janiel  si   nie  oprze.  Ile  zarabia?  Odpowiada  –  867  złotych.  Odpowiada 
dokładnie,  aby  było  widoczne,  e  jest  te  osiemset,  ale  jeszcze  do  tego  i sze dziesi t,  a potem 
nawet  i siedem.  I cho   wymienia  wszystko  do  grosza,  eby  ta  pensja  miała  jaki   okazalszy 
wygl d,  pensja  ma  chud   prezencj .  Wi c  Janiel  liczy  i liczy.  Zawsze  jak  małe  pieni dze,  to 
wielkie liczenie. Głowa Janiela pełna jest my li o złociakach. To na to, to na tamto. O  adnych 
wielkich sprawach z Janielem pogada  si  nie da. Janiel nie wie,  e  wiat jest absurdalny. Hegel 
toby go nazwał bublem. Sam Hegel był my l cym idealist . Jego filozofia na głowie stała. Ale 
Marks by Janiela zrozumiał. Marks du o liczył i robotnikom kazał uczy  si  matematyki: Janiel, 
Łuksza,  sołtys  Lasota,  W saty  i Szczerbaty  –  wszyscy  licz .  Na  wsi  du o  jest  teraz  liczenia, 
kalkulacji i zamysłów. Takie tu ł ki mamy, gdyby wod  do Narwi odpu ci , toby była hodowla 

background image

pami tam. We wsi mieli sierpy, mieli nawet kosy, ale wiem,  e jak trzeba było placek pomaza  
masłem, to si  brało je na palec i palcem ciach. Te  pami tam, jak masło topniało na gor cym 
placku.  Od  tego  szła  taka  wo ,  e  nam  wyło  w brzuchach  jak  sto  psów.  Raz  ojciec  kupił  pół 
bochenka chleba. Z daleka widzieli my ojca, jak niesie ten chleb. A ja stałem z siostr  w oknie 
i kiedy  zobaczyłem  chleb,  zacz łem  płaka .  To  był  wtedy  ten  jeden  raz  w moim  yciu,  kiedy 
wiedziałem, co to jest szcz cie. 

– O czym marzysz? – zapytałem teraz dziewczyn . 
–  O czym?  eby  sobie  kupi   włoskie  szpilki  za  1400  i  eby  mie   du y  pokój,  w którym 

b dzie olbrzymi puszysty dywan. 

– A nie chcesz je ? 
– Je ? Czemu zadajesz głupie pytania? 
Ale to nie jest głupie pytanie. Takie pytanie mo e rozsadzi   wiat. Je li du o ludzi zada je 

w jednej chwili, to wtedy  jest rewolucja. Ale jak to tłumaczy  tej dziewczynie? Dziewczynom 
w ogóle nie trzeba niczego tłumaczy , bo potem je boli głowa. 

Do wsi tamt dy, jak id  druty. W drutach  piewaj  elektryczne iskry. Ptak na drucie usi dzie 

–  ptaka  nie  zabije.  Człowiek  dotknie  –  pada  martwy.  Co   w tym  jest.  Pr du  ma  ka dy  wedle 
potrzeb. Komu do sieczkarni, komu na  wiatło, komu  eby pu ci  maszyn  do szycia. A mo e 
by  tak,  e wszystko naraz w jednym domu idzie. Taka Kanada. Pr d zał czyli trzy lata temu. 
W roku pi dziesi tym ósmym zacz ł si  ten elektryczny komunizm. Wtedy ka dy pstrykał nad 
miar . Miastowi to si  z tego  miej . Ale chłop si  nie  mieje: chłop pstryka z powag .  wiatło – 
ciemno,  wiatło – ciemno. Teraz ma, co chce, niebo i piekło w jednym kontakcie. 

W starych izbach został  lad od łuczywa.  lad trzeba zamalowa . Wchodz  do izby,  egnam 

si  krzy em; abstrakcjonizm na cały regulator. Jedna  ciana w pastelowy krem, druga w orange, 
inna znowu w bł kit i powała w bł kit. Radio na szafce,  aba ur na suficie, maszyna  w miejscu 
wystawnym.  Dzieci  w łó eczkach  na  białych  poduszkach.  Wszystkie  chodz   do  szkoły. 
Najstarszy w tym roku szkoł  sko czy, pójdzie uczy  si  dalej. Bo on m dry jest. M dre rzeczy 
w zeszytach pisze. A jakie? Tego matka nie wie. Bo matka ani pisa , ani czyta  nie umie. Kto by 
j  miał uczy ? Tu uczeni ludzie nigdy nie przyje d ali. Jak człowiek jest uczony, to nosi okulary. 
Takich  czasem  widywało  si   po  okolicy.  Chodzili,  spisywali  obrz dy,  zwyczaje,  weselne 

piewki. Raj tu mieli. Bo ta ziemia przekl ta była rajem dla etnografów. To zaprzałe białostockie 

bagno, utajone w cieniu Białowieskiej Puszczy. I ta Cisówka zatracona gdzie  w widłach Narwi 
i  wisłoczy takim rajem mogła by . Panowie – wykładał nam na uniwerku profesor – je eli przed 
wojn   chcieli cie  znale   autentyczn   słowia sk   zadrug ,  która  charakteryzowała  okres 
wspólnoty pierwotnej na naszym obszarze Europy, musieli cie jecha  – o – w te strony. I palcem 
kołował po mapie w rejonach Wołkowyska, Zabłudowa, Siemiatycz. I tej Cisówki tak e. 

„Ludno   nie  zna  tu  samochodu.  Spowodowany  w celu  obserwowania  reakcji  ludno ci 

background image

Daleko 
 
Stary był, jak  wierk. Z miasta przyjechali miastowi. – Hi, hi – woła miastowy do miastowej 

– patrz, jakie próchno. Chodzi i  wieci. – Ale nikt si  tu nie  miał z siwego włosa. Bo to była 
ziemia starych ludzi. Dzieci ci gn ły zgraj  przez wie . Kto  złapał dziecko, przyjrzał mu si : 
z by skruszone, oczy wyblakłe, szyja w zmarszczkach. Stare. Dziecko pobiegło dalej, potkn ło 
si  – kulas w proszku. Krzywica. Młodych tu nie było. Wielu miało 18 lat albo troch  mniej czy 
wi cej, ale wcale nie jest powiedziane,  e jak si  ma 18 lat, to jest si  młodym. 

Wszyscy byli starzy. Staro  to jest co  takiego bez wyj cia. A wyj cia z tej ziemi nie było 

dla nikogo. Naokoło granica. Pola, ł ki, bagno i las: granica. Za granic   ycie musi by  lepsze. 
Tak  ludzie  zawsze  my l .  A potem  jad   i wracaj .  No  i jak  tam  –  pytaj   tego,  co  wrócił. 
A człowiek milczy, macha r k . Jutro pójdzie na pole. We mie gar  ziemi, pow cha. Miastowi 
nie wiedz ,  e ziemi  mo na w cha . A ona przecie  pachnie. Soir de Paris. Tu ziemia ma dwa 
zapachy:  piaskowy  i bagienny.  Liche  pola,  chude  bruzdy.  Mo na  by  zmieni   ycie,  gdyby 
zmieni  ziemi . Ale jak? Nikt tego nie wiedział. A człowiek, który nie wie, jak zmieni  ziemi , 
to jest wła nie człowiek biedny. Dzisiaj na  wiecie  yje mo e miliard takich ludzi, co tego nie 
wiedz . I nikt im nie potrafi powiedzie . 

Za wsi  stoi bajorko. Jak podci gało chłodem, ten stary przychodził do bajorka. Ten stary, co 

był jak  wierk. Tam si  nosiło lniane koszule do kolan i lniane gacie do kostek. Guziki nie były 
znane, wi c koszula musiała by  długa, bo inaczej widziało si  w człowieku za wiele rzeczy na 
raz. Stary  ci gał t  koszul  i gacie. Teraz to mógł zrobi : przecie  si  mył. Mo e nie było w tym 
wielkiego  mycia,  tylko  chlapanie.  Dobrze  sobie  pami tam,  jak  si   tak  ochlapywał.  Bo  to  był 
widok ciekawy, a dzieci lubi ,  eby widoki były ciekawe. Potem brał dziegciu i tym dziegciem 
nacierał  skór .  W ka d   zmarch   szła  podwójna  porcja.  Pchły  dziegciu  nie  lubi ,  a wesz  si  
przylepi. To jest spraktykowane. Znowu wci gn ł koszul , a na koszul  ko uch. Ko uch trzeba 
było jako  spasa , to go  ci gał drutem. Taki zdrutowany wracał do wsi i szedł na piec. Jesie  
i zim  drzemał na tym piecu. A wiosn  szedł do bajorka. Wtedy sobie drut rozpl tywał i znowu 
si  chlapał. 

Tu  jest  to  bajorko.  Ale  nie  ma  starego.  Trzech  p pków  pluska  si   w zm tniałej  wodzie, 

prycha i figluje. Widz ,  e jest i czwarty. Ten czwarty si  nie k pie. Nie mo e si  k pa , na r ku 
ma zegarek. I zdj  go nie mo e, bo to by była degradacja. Ka dy ma prawo zobaczy  to bajorko 
i tego  smyka  na  brzegu.  Ka dy  powinien  w tym  miejscu  pomy le   –  no  i patrzcie,  cisowski 
chłopak zegarkiem błyska! 

Do wsi to tam, na prawo, przez ten zagaj. Matka do zagaju po chrust p dziła. Chrust szedł do 

pieca. Blacha jak si  rozogni, jest akurat pod placki. My my chleba nie znali. Matka rozmieszała 
m ki  z wod   i na  blach .  To  si   nazywało  podpłomyk.  Czasem  było  masło,  ale  no y  nie 

background image

One  zostawiły  wszystko  w Szczytnie.  Nie  miały  czasu  nic  bra ,  bo  one  spieszyły  si   do 

Olecka,  zanim  przyjd   te  dwa  syny,  co  maj   przyj   z Ameryk .  One  nic  nie  chc .  One  chc  
tylko je  i nocleg, a jutro pójd  do Olecka, bo jutro mo e ju  b dzie ich czas. I mo e b dzie ich 
muzyka ten czas wypełniaj ca. 

Nie byli my sami, bo tymczasem zeszli si  ludzie i zacz li nadstawia  ucha. Byli to starzy 

ludzie,  mieszka cy  tego  domu.  Mieli  zwiotczałe  twarze,  kurcz ce  si   ciała,  pora one  skleroz  
umysły. Całymi dniami siedzieli patrz c na drog , któr  nikt nie przechodził. Albo patrzyli na 
siebie  i wtedy  zaczynali  płaka .  Głuchli  i  lepli,  tracili  smak  i w ch.  Ale  jeszcze  co   nieco  
pami tali.  Jeszcze  kobiety  mogły  wymówi   imiona  zabitych  dzieci,  a m czy ni  wspominali 
adresy  domów,  które  rozniosły  pociski.  Byli  tu  teraz  samotni  i bezradni,  poniewa   takimi 
uczyniła  ich  wojna.  Wojna  chadzała  cz sto  po  tej  ziemi,  na  której  przyszło  im  y ,  płodzi , 
pracowa   i umrze .  Ka dy  z nich  miał  swój  rachunek,  jaki  chciałby  przedstawi   muzykantom. 
Ka dy z nich miałby do pomówienia z tymi grajkami, co robi  tak  wspaniał  muzyk . Ci starzy 
wiedzieli,  e  te  dwie  nie  były  tr cone.  Oni  wiedzieli:  dwie  ropuchy  le ały  nieruchome  i kto  
przystawił do ich ciała pr d. Wtedy drgn ły, w zwapnionych  yłach poruszyła si  krew. Ta krew 
poszła do mózgu, komórki wypełnił bełkot werbli. 

To było tak, tak wła nie. I dlatego starzec stoj cy na czele tłumu powiedział: 
– Wygoni ! 
A inni powtórzyli za nim: 
– Pewnie,  e wygoni . 
Co  powróciło, jaka  zła, przekl ta cz stka przeszło ci powróciła i zbladłe twarze starców, 

które ju  dawno zaniemówiły, które dawno przestały cokolwiek wyra a , naszły krwi . Ale nie 
mieli  siły  si   ruszy .  Stali  tak  stłoczeni,  wyrzucaj c  z bezz bnych  czelu ci  swój  wyrok,  swoje 
przekle stwo, swoj  ot piał  rozpacz. A mo e to nie był brak siły, tylko jaka  solidarno  wieku, 
instynktowna  wspólnota  wiata  schodz cego  do  piachu,  lepa,  t pa  i głucha,  ale  jeszcze 

wiadoma tego albo przynajmniej odczuwaj ca to,  e nie mo na wyrzuca  tych staruch w noc na 

deszcz i zimno. 

Wi c zostały. 
Kierownik powiedział,  e dostan  nazajutrz samochód i b d  odwiezione do Szczytna. Nie 

powiedziały nic, najadły si  do pełna i poszły spa ,  a o mokrym  wicie uciekły, wspieraj c si  
jedna o drug ,  wawe i wypocz te, z tym bulgotaniem werbli w komórkach. 

background image

Augusta i Margot zastukały do drzwi. Potem powiedz ,  e otworzył im chłopak. On my lał, 

e my na  ebrach, i powiedział: Nie mam drobnych. Pokazał drugie drzwi. Poszły wi c od drzwi 

do drzwi, dwie siwe kobiety, którym potrzeba pomocy i opieki. W ka dych drzwiach powtarzały 
swoj  formuł . Teraz jest pa stwo niemieckie i wy si  wyno cie. Wy st d id cie precz, tu jad  
moje syny. Mówiły to po niemiecku, ludzie nie rozumieli. Czasem s siad mrugał do s siada,  e 
tr cone. Tak wła nie jest cz sto mi dzy lud mi: nie umiej  wysłucha  człowieka do ko ca. Łapi  
jego  dziesi   słów,  nie  czekaj c,  a   dojdzie  do  kropki.  I zdanie  przerwane  w połowie  wygl da 
wariacko. Wi c mówi  zaraz: tr cony. 

Ale one nie były tr cone. Długo z nimi rozmawiałem. Augusta miała racj  – jej umysł jest 

jasny. One tylko nocami schodziły w Szczytnie do  wietlicy, gdzie stoi nowe silne radio. Gałk  
kołowały w eterze. 

Magiczne  oczko  mrugało  nerwowo.  Stare  łapały  Adenauera.  Słuchały  wci ni te  w gło nik, 

w komórkach bulgotały werble. 

W Olecku były trzy dni. Nie przyszła muzyka, nie dostały tych domów ani tych włók, ani 

polskich  pachołków.  Poszły  ze  skarg   do  Rady  Narodowej.  Tam  te   uznano,  e  s   tr cone. 
Powiedzieli im,  eby wracały do Szczytna. Nie zgodziły si , chciały by  blisko Olecka. Dali im 
na bilet, przyjechały do Nowej Wsi pod Ełk. Tu jest taki sam Dom Starców jak w Szczytnie. Ale 
o sto kilometrów bli ej od tego miejsca, gdzie Herr Bruzius, najwi kszy masarz z Taubus, robił 
w sto polskie pachołki. 

Był  wieczór,  deszcz  i zimno  dr czyły  ziemi .  Weszły  do  stołówki  wlok c  strug   wody, 

mroku, pokory i zm czenia. Siedzieli my z kierownikiem na ławce. 

– Herr Führer... – zacz ła Margot. 
– Nie rozumiem! – krzykn ł kierownik. – Po polsku! 
Margot cofn ła si : nie chciała mówi . Do ko ca pobytu nie odezwała si  słowem po polsku. 

Ale Augusta mówiła: My przyjechały do Olecka, bo my my lały,  e ju  jest pa stwo niemieckie, 
a potem nam powiedzieli, co jest pa stwo polskie. Ja chciała odebra  moi domy,  eby powita  
tam moi syny. 

– Jacy synowie? – spytałem. 
A,  to  ona  miała  cztery  syny.  Jeden  syn  na  froncie  ukrai skim.  Drugi  syn  na  froncie 

syryjskim. Te dwa syny zostały na tych frontach. Ale drugie syny s  w Niemcach zachodnich. 
One tam s , te syny. One przyjd  tu robi  pokój. One przyjd  z Ameryk . Tutaj, te syny. 

Kosmate paj ki jej słów łaziły mi po mózgu. Patrzyłem na ni  – miała 85 lat, ale gdyby jej 

przyszło zata czy  Wienerblut, toby na oleckim rynku poszedł kurz. Margot była mniej  ywotna. 
Zgarbiona, bez z bów, wargi wpadały jej do gardła. Miała wypukłe oczy i miała szkła, ale bez 
oprawek, przywi zane do włosów sznurkami. 

– Gdzie wasze rzeczy? – spytał kierownik. 

background image

nie s dziła, tylko robiła stenografi . 

Kropla energii wzbiera gdzie  w zdrowym  rodku Augusty, wi c id  dalej. W południe s  na 

dworcu. Kupuj  bilety. 

– Dwa bilety do Taubus – mówi Augusta. 
– Ta kasjerka, to ona na nas tak patrzyła. Ona jeszcze nie wiedziała, gdzie to jest Taubus. 

Margot musiała jej powiedzie , co my chcemy do Olecka. A potem ona patrzyła, co te pieni dze 
s  takie zielone. A to był Schimmel, ple . One ja trzymałam dziesi  lat na te bileta do Taubus. 

No wi c miały bilety i jechały do Olecka. Pi kny krajobraz Mazur przesuwał si  za oknami 

wagonu w dymie deszczu i mgły. Du o ludzi było w poci gu, du o na stacjach i na drogach. Co 
mogli  wiedzie   o blutinstinkt?  To  nie  była  ich  rzecz.  Tylko  one  miały  we  krwi  wszystko 
potrzebne,  eby słysze  muzyk . Dlatego jedna powiedziała do drugiej: 

– To jest to. 
I druga odpowiedziała: 
– Tak. 
Cztery słowa, mo na policzy  na palcach.  Ale  wystarczy,  eby si  upewni : w komórkach 

bulgoc  werble. Wycie czołgów,  wider silnika wierci mózg do bólu. Woda dzwoni w wiadrze. 
Oni s  spragnieni, musz  si  napi . Dwie staruchy jad  pomaca  polskie gardła. Dwie staruchy 
w poci gu  do  Olecka.  Im  trzeba  pomocy,  im  trzeba  opieki.  Siwe  zgarbione  kobiety  w drodze. 
Mo e kto  z panów ust pi miejsca? Zamkn  okno? Mo e by  otwarte. Panie daleko? Do Taubus 
– mówi Margot. Do Olecka – wyja nia Augusta. Odwiedzi  rodzin ? 

One milcz . Po co mówi ,  e jad  odebra  dwa domy? Te domy, powie nam potem Augusta, 

wystawił jej m , Bruzius, najwi kszy masarz w Taubus. Oni mieli ziemi 90 włók. Tam robiło 
sto polskich pachołków. M  raz jechał  w dwa  konie i bryczka trafiła na wysoki kamie . M  
upadł mi dzy te konie i umarł. M  zostawił ziemi , domy, pachołki i Margot. Pa stwo polskie 
zabrało ziemi  i domy. Pachołki poszły same. Została Margot. One z Margot chciały jecha  do 
Essen, jak był transport, ale Margot dostała ten reumatismus. Były długo w szpitalu w Szczytnie. 
Potem były w Domu Starców. Tam jest ci gle hałas w Domu Starców. W niedziel  te  był hałas, 
ale potem wszystko poszło precz i było słycha  te głosy. 

– To jest to – powiedziała Augusta. 
– Tak – odparła Margot – to nasza muzyka i nasza godzina. 
Ruszyły do Olecka. Ze stacji poszły na rynek. Te domy stały przy rynku. Wielkie kamienice. 

Od  razu  jedno  im  si   nie  zgrało:  muzyka  nie  weszła  z nimi  do  miasta.  Ani  bulgot  werbli,  ani 
basowanie  armat.  Olecko  było  ciche,  zadeszczone,  senne.  Ludzie  yli  tu  tacy  jak  na  całym 

wiecie.  Krz tali  si   wokół  swoich  małych  spraw,  eby  zarobi   swoje  małe  pieni dze.  Chłopi 

kupowali  gwo dzie,  dzieci  wracały  ze  szkoły;  urz dnicy  pili  zimn   i cienk   herbat .  To  nie 
brzmiało jak pie . To w ogóle nie była muzyka. 

background image

Wymarsz pi tej kolumny 
 
Same powiedziały, jak to si  narodziło. 
Powiedziały,  e to wzi ło pocz tek z czasu i z muzyki. 
Czas  i muzyka  były  razem,  muzyka  trwała  w czasie  przez  godzin   i one  wiedziały,  e  ta 

godzina wybiła dla nich. 

One  usłyszały  znajom   melodi .  Najpierw  słyszały  tony  dalekie  i wysokie,  a potem  przez 

wiatr i przestrze  naniosło niskich, twardych głosów. One usłyszały  piew, bulgot werbli, ostre 
nakazy komend. Mogły rozró ni  wycie czołgów, basowanie armat i jazgot motocykli. Rozlegały 
si  j ki i krzyki. Woda zadzwoniła w wiadrze. Oni s  spragnieni, wi c musz  si  napi . Kolb  
pukaj  do drzwi, sapi , w ko cu si   miej .  miech i sapanie jest ich mow . One słysz  gwar. 
Muzyka narasta, wypełnia pokój, sie  i podwórze, toczy si  brukiem ulicy i przenika w las. Tego 
nikt nie słyszał, tylko one. Bo one maj  blutinstinkt. 

– Blutinstinkt? – zapytałem. – Co to jest blut? 
–  Krew.  Blut  to  krew  –  odezwał  si   kto   z boku.  Wi c  to  tak:  dwie  ropuchy  le ały 

nieruchome. Kto  przystawił do ich ciała pr d. Wtedy drgn ły, w zwapnionych  yłach poruszyła 
si  krew. Ta krew poszła do mózgu i wypełniła komórki czułe na muzyk . Na ten jeden rodzaj 
muzyki,  który  da  si   słysze ,  prze y   i zapami ta ,  je eli  si   ma  blutinstinkt.  A one  go  maj . 
I dlatego jedna mówi do drugiej: 

– To jest to, Margot. 
– Tak – odpowiada Margot – to nasza muzyka i nasza godzina. 
W tej rozmowie jest mało słów, mo na wszystkie policzy  na palcach. Ale krew płynie do 

mózgu i komórki napełnia bulgot werbli. Jedne komórki słuchaj , a inne my l . Głowa nie mo e 
spa .  Dwie  głowy  czuwaj   tej  nocy,  dzi sła  uj   mann   pacierza.  Panie  nasz,  spraw  w swojej 
hojno ci, aby przyszedł  wit. Wi c  wit przychodzi. Jest 11 wrze nia 1961. Jest poniedziałek. 

Dwie kobiety uciekaj  z Domu Starców w Szczytnie. 
Nikt tego nie widzi. 
Augusta jest starsza, Margot młodsza. Augusta nie mo e utrzyma  si  w pionie, wi c Margot 

j  wspiera,  eby obie mogły i  o prostym karku. Cz sto Augusta traci dech, wi c przystaje. Ona 
słyszy  znowu  muzyk ,  ale  ucieka  jej  dech.  Wtedy  przystaj   i Augusta  czeka  na  t   kropelk  
energii, która da jej nap d na dalsze dziesi  metrów. Bardzo dobrze, je li na dwadzie cia. 

Augusta Bruzius, rocznik 1876. – Pan – mówi do mnie – popatrz na mnie. Mój umysł jasny, 

we  rodku  wszystko  dobrze.  Płuca  i serce  całkiem  dobrze.  A ona  jest  młodsza,  ale  ma 
reumatismus. 

Ona,  ta  Margot,  to  jej  córka.  Augusta  urodziła  j   w 1903  roku.  Margot  to  jest  mocno 

kształcona. Dziesi  lat pracowała w s dzie. – Czy ona s dziła Polaków? – pytam. – Ona nikogo 

background image

Ryszard Kapu ci ski 

 

Busz po polsku