background image

 

background image

   

background image

   

   

background image

   

  

   

  

   

  

   

Anelii, Kevinowi oraz wszystkim wiecznym dziewczynkom 

i chłopcom urodzonym pierwszego czerwca 
 
 
   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

background image

  Znalezione, nie kradzione 

 

background image

   

   

   

background image

   

To był całkiem udany wieczór, dopóki nie zjawili się Grzybiarze. 

Za pół godziny Tinka kończyła wyjątkowo spokojną zmianę, sprzątania 
zostało raptem na kwadrans, a w kieszeni dżinsów szeleściły napiwki. 
Tak właśnie, szeleściły, a nie dzwoniły, bo Ruscy szastali szmalem jak 
nigdy. Wkrótce też miał wpaść Marek, żeby zabrać ją do Vulcano na 
imprezę. Zaproponował to sam z siebie, bez męczenia przyniósł 
kwiatek, obiecał, że wymyje motor… Coś czuła, że da mu dzisiaj, skoro 
tak się chłopak stara. Zasłużył. 
   

– Tinka! Siódemka! – ryknął z kuchni Dymitr. 

   

Dziewczyna podskoczyła nerwowo. Nieważne, ile razy go 

słyszała, zawsze reagowała tak samo. Miał rację jej świętej pamięci 
ojciec, który zwykł mawiać: „Dymitr to złoty człowiek, ale cios ma jak 
głos, a głos – jak salwa z Aurory”. 
   

– Tinka! 

   

– Już, już! 

   

Wzięła z okienka talerz ze schabowym wielkości dwóch jej dłoni, 

górą podsmażanych ziemniaków i kopą czerwonej kapusty. 
Zastanawiała się przez moment, kto to właściwie zamówił, lecz połapała 
się szybko – możliwości nie było zbyt wiele. Wyszła zza kontuaru. 
   

Minęła siedzące pod oknem dziewczyny czekające w milczeniu na 

zbłąkanego kierowcę. One też dostąpiły dziś łaskawości Ruskich, ale 
nawet jeśli cieszyły się, że dzięki premii nie będą musiały stać przy 
drodze po nocy, to nie dawały tego po sobie poznać. Wysoka i chuda 
Marika o wydatnych ustach, śniada Natasza ze śladami po trądziku 
widocznymi nawet spod grubej warstwy pudru, orientalnej urody Azja. 
A może Asia? Czasami dawało się z nimi rozmawiać, czasami nawet 
pożartować, zwykle jednak Tinka wolała ich unikać. Niby dawaniem 
dupy za pieniądze nie można się zarazić, ale… 
   

„Złym dziewczynom dzieją się czasem złe rzeczy”, powiedział 

kiedyś Dymitr. Tinka wolała nie znajdować się wtedy w pobliżu i teraz 
też, przechodząc obok, mimowolnie przyspieszyła kroku. Nie 
zatrzymały jej. 
   

– Co tam u ciebie, Tinka? – zawołał Grzech od Ikei. 

   

Tak, właśnie Grzech, nie Grzesiek. Że niby takie dwuznaczne 

i przez to inteligentne. Woził meble na Poznań i Szczecin, zawsze 

background image

wpadał na barszcz i krokiety, bo jego stara „wszystko umi, ale barszcz 
ma taki, że by ją posrało”. Był dziwny i trochę obleśny z tym swoim 
tłustym zaczesem i szczeciniastym wąsem, ale Tinka nawet go lubiła. 
   

– To samo, co zwykle, Grzechu – odparła. – Idę dzisiaj tańczyć. 

   

– Z tym twoim? – skrzywił się kierowca. – Mówię ci, złotko, on 

nie jest wart takiej lali jak ty. Spław go, póki ci jeszcze brzucha nie 
zrobił. 
   

Roześmiała się i puściła do Grzecha oko, a potem dużym łukiem 

minęła stolik z Ruskimi, zajętymi jak co wieczór piciem wódki na 
szklanki i graniem w karty. 
   

Ludzie, o których myślała „Ruscy”, nie byli zawsze ci sami. Jedni 

przyjeżdżali, inni właśnie ruszali w trasę, ale nawet gdyby nic nie 
mówili, i tak dałoby się poznać ich po zachowaniu. Wchodzili jak do 
siebie, rżnęli dziwki w kiblu, a potem siadali z rodakami do kart i wódki. 
Niektórzy, jak ci dzisiaj, byli mili i mieli gest, ale zdarzali się też tacy ze 
skłonnością do rozróby i macanek. Wtedy z kuchni wychodził wkurzony 
Dymitr, co kończyło się dla awanturników krwią, szwami i pustym 
portfelem. Kucharz nazywał tego rodzaju opłatę „szkodliwym”. 
   

Tinka dotarła do stolika, przy którym siedział mężczyzna 

w czarnym, obcisłym T-shircie, skórzanej kurtce, z czerwoną bandaną 
wokół szyi. Jego jako jedynego na sali nie znała; całkiem możliwe, że 
był U Wujaszka po raz pierwszy. Gdy podniósł głowę, by na nią 
spojrzeć, dostrzegła na jego twarzy kilka niepokojąco wyglądających 
blizn. 
   

– Pan chciał schabowy, tak? – zapytała. 

   

Skinął głową i wymownie spojrzał na zegarek. A potem na nią. 

   

– Się musiał usmażyć. – Tinka wzruszyła ramionami. – Mogę dać 

panu kompot za to, że pan czekał. W sensie: w gratisie. 
   

Ponownie skinął głową, widocznie pasował mu taki układ. Sięgnął 

do koszyka po plastikowe sztućce, opuścił głowę i w milczeniu zabrał 
się do jedzenia. Sądząc po tym, jak wrzucał w siebie ziemniaki i kawałki 
kotleta, musiał być naprawdę bardzo, bardzo głodny. Właściwie w ogóle 
ich nie gryzł, tylko chaps i gulp, chaps i gulp… Wyglądało to z jednej 
strony trochę obrzydliwe, z drugiej jednak było na swój sposób 
fascynujące i Tinka zorientowała się naraz, że trudno jej oderwać od 

background image

niego oczy. 
   

Był młodszy, niż mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka. 

Dwadzieścia, może dwadzieścia dwa lata, blond włosy przycięte krótko, 
po żołniersku – góra dłuższa, boki do skóry – twarz pociągła 
z wyraźnymi kośćmi policzkowymi. Nos lekko skrzywiony, zgrubiały 
u nasady, głęboko osadzone jasne oczy. Mężczyzna na swój sposób był 
nawet przystojny, a blizny, zwłaszcza ta pionowa, jakby rozcinająca 
lewe oko, dodawały mu niepokojącego uroku. Kark miał szeroki, 
napięty, na kurtce Tinka zauważyła klubowe godło, z którego udało się 
jej odczytać tylko kawałek napisu: „UBIENI CHŁO”. Resztę zasłaniało 
oparcie krzesła. 
   

Musiał wyczuć na sobie jej spojrzenie, bo przerwał posiłek, uniósł 

głowę i wyszczerzył się do dziewczyny jak zadowolony z siebie 
dzieciak. Była to tak pogodna i niespodziewana reakcja, że kelnerka 
mimowolnie odpowiedziała uśmiechem. 
   

Jakby tylko na to czekał. Otarł usta rękawem kurtki i odsunął się 

na krześle. Nie przestając się szczerzyć, wskazał kciukiem na nią, potem 
na swoje krocze i znowu na nią, po czym pytająco uniósł brwi. 
   

Tinka westchnęła z rezygnacją. 

   

– Nie, dzięki – mruknęła. 

   

Wzruszył ramionami, co miało pewnie znaczyć: „OK, trudno”. 

Przysunął się do stołu i wrócił do jedzenia. 
   

Jego reakcja zdenerwowała Tinkę jeszcze bardziej. Mrucząc coś 

pod nosem, ruszyła między stolikami, by jak najszybciej skryć się za 
ladą. Była zła tym bardziej, że przez chwilę, krótką, ale intensywną, 
motocyklista naprawdę się jej podobał. I nawet to, co zrobił, było na 
swój sposób… 
   

– Och, zamknij się – warknęła na własne myśli. 

   

I wtedy właśnie zabrzmiał dzwonek nad drzwiami. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Musieli przyjść prosto z lasu, pomyślała, przyglądając się 

wchodzącym. Przyjść, bo inaczej usłyszałaby silnik albo przynajmniej 

background image

trzask zamykanych drzwi samochodu. Była wyczulona na te dźwięki, 
odkąd Dymitr obkleił okno reklamą i przestała widzieć, co się dzieje na 
parkingu. Zwłaszcza pod koniec zmiany usłyszałaby każdy szmer 
dochodzący z zewnątrz. 
   

Jeszcze zanim usiedli, policzyła ich szybko, żeby przekazać 

wiadomość Dymitrowi. Kucharz, przyzwyczajony do pracy w barze na 
odludziu, lubił wiedzieć „ot, tak, na wszelki słuczaj”, ilu i jakich 
klientów ma w lokalu. 
   

– Pięciu, chyba grzybiarze – powiedziała do okienka. 

   

Po chwili zorientowała się, że nie mieli przecież żadnych 

koszyków czy plecaków. Cóż innego jednak mogliby robić w lesie taki 
kawał od wioski? 
   

– Mhm – mruknął tylko Dymitr. 

   

Złapała za notes, poprawiła fartuszek i ruszyła do nowych 

klientów. Idąc, rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę motocyklisty, ale 
ten zwiesił głowę i wpatrywał się w swój pusty talerz. Zrobiło mu się 
głupio po tym, jak się zachował? Miała nadzieję, że tak, bo naprawdę 
wyglądał całkiem fajnie i szkoda, gdyby był tylko kolejnym dupkiem na 
drodze. I bez tego było ich mrowie. 
   

Podeszła do stolika nowych klientów, przewróciła kartkę 

w notesie, kliknęła długopisem. 
   

– Co podać? – zapytała. 

   

Dopiero wtedy uniosła głowę znad kartki i przyjrzała się gościom 

uważniej. Poczuła ukłucie niepokoju. A może strachu? 
   

Coś było z tymi ludźmi nie tak. Żaden z nich nie wyglądał jak 

grzybiarz ani w ogóle ktoś, kto znalazłby się w lesie z własnej 
nieprzymuszonej woli. Trudno było ich też nazwać dopasowaną 
kompanią: prosiak w golfie, monter, szpakowaty garniak i dwóch 
dresów. Mogliby się niby spotkać U Wujaszka – takie właśnie są bary na 
odludziu – ale raczej nie przyszliby razem i nie zajęliby jednego stolika, 
prawda? 
   

Ci przyszli, Tinka skarciła się w myślach. A ty masz zebrać od 

nich zamówienia, a potem podać im żarcie, przebrać się i poczekać na 
Marka. Za dużo główkujesz, dziewczyno. Stanowczo za dużo! 
   

– Czy już się panowie zdecy… – zaczęła, ale wtedy Prosiak 

background image

spojrzał na nią i przechylił głowę jak sroka. 
   

– Mięso? – zapytał. – Macie jakieś mięso? 

   

Przez moment Tince wydawało się, że jego oczy są zupełnie 

czarne, a zęby to dwa rzędy pożółkłych, naostrzonych palików. 
Wszystko to jednak minęło, ledwie mrugnęła. Wzięła więc głęboki 
oddech i spróbowała się uśmiechnąć. To tylko zmęczenie, wmawiała 
sobie. Ale przecież jeszcze tylko chwila, potem koniec zmiany, Marek 
i… 
   

– Został jeszcze schabowy – zaczęła wyliczać – filet z kurczaka, 

golonka, ale na nią trzeba czekać… 
   

– Nie chcemy czekać – stwierdził Monter i oblizał się powoli, 

przymykając przy tym oczy. – Chcemy mięso. Teraz. 
   

Tinka marzyła jedynie o tym, by odwrócić się na pięcie i pognać 

za blat. Nieważne, czy wcześniej tylko jej się zdawało, czy nie, w tych 
typach było coś przerażającego. Tak różni, wcale ze sobą nie 
rozmawiali, tylko patrzyli, przyglądali się jej uważnie, a ich źrenice 
z każdą chwilą wyglądały na większe i większe. Miała wrażenie, że 
jeszcze chwila i zmienią się w szklane paciorki jak u przerażających 
porcelanowych lalek cioci Natalii, tych, które przyglądały ci się nawet 
wtedy, gdy spałeś, i wciąż myślały, jak… 
   

Potrząsnęła głową. Skup się! Przyjmij zamówienie, a potem 

będziesz mogła pójść do domu. Nie do Vulcano, już odechciało się jej 
tańców, Marka i zalotów. Do domu, prosto do swojego pokoju, pod 
własną kołdrę. Z dala od tych dziwnych ludzi. 
   

– Dobrze. – Zapisała coś w notesie, bez znaczenia, szlaczek. – 

Zobaczę, co się da przygotować najszybciej. 
   

– Nie przygotować – powiedział szpakowaty. – Po prostu 

przynieść. Mięso. Dla wszystkich to samo. Nic do picia. Zapłacimy 
gotówką. Dziękuję. 
   

Jak robot, pomyślała Tinka. Albo ktoś, kto za wszelką cenę chce 

udawać, że jest normalnym, zwyczajnym człowiekiem. 
W rzeczywistości to uciekinierzy z wariatkowa, którzy zatrzymali 
przypadkowe samochody, pozabijali kierowców, a potem przebrali się… 
Dość! Jeszcze jeden głęboki oddech, uśmiech i w tył zwrot. A w domu 
koniec z chorymi filmami o psycholach, bo to siada na wyobraźnię! 

background image

   

Podziękowała za zamówienie, odwróciła się i rozejrzała po sali. 

Ruscy i Grzech nawet nie zwrócili uwagi na nowych, dziwki za to wręcz 
przeciwnie. Zwłaszcza Marika wyglądała, jakby tylko czekała, aż 
kelnerka odejdzie od stołu, by mogła zapolować. Pewnie na 
Szpakowatego. Tinka ani myślała jej w tym przeszkadzać, o ile 
oczywiście dziwka zdąży, zanim Dymitr ich wszystkich stąd wyrzuci. 
Nie przygotować…? Czy on chciał, żeby dać im surowe mięso? Jezu! 
   

Mimowolnie zerknęła w stronę motocyklisty i dostrzegła, że ten 

wciąż gapi się w swój talerz i tylko ukradkiem zerka co jakiś czas. Na 
krótki moment ich spojrzenia się spotkały, a wtedy przywołał ją 
nerwowym ruchem głowy. 
   

Podeszła na nieco drżących nogach. 

   

– Smakowało? – zapytała, widząc stojący przed nim pusty talerz. 

   

Niektórzy wybierali ten właśnie moment – tuż po posiłku – na 

złożenie reklamacji i chyba miała nadzieję, że to jeden z tych głupich 
przypadków, bo to byłoby takie… normalne? Zwyczajne? Zupełnie 
niepodobne do tego, czego doświadczyła przed momentem, a czego nie 
potrafiła nawet ogarnąć. Bo przecież w zasadzie nic się nie wydarzyło. 
Nic się nie stało, a mimo to trzęsła się jak w febrze. 
   

Motocyklista jednak nie zamierzał składać reklamacji. Przyłożył 

palec do ust, a potem brodą wskazał na piątkę z lasu. Następnie sięgnął 
po sól, rozsypał ją na stole i napisał palcem: 
   

– TYLNE WYJŚCIE? 

   

Czyżbyś ich znał? – pomyślała Tinka. Im też pokazywałeś coś 

głupiego? A może ochlapałeś ich wodą z kałuży, gdy szli tu po swoje… 
mięso. 
   

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie głosu Prosiaka. Zerknęła 

w stronę stolika, przy którym siedzieli nieznajomi, a potem w kierunku 
okienka, za którym krył się Dymitr. Wielki Dymitr ze swoim tasakiem 
i „wypierdalaj” szorstkim i zimnym jak syberyjskie mrozy. 
   

Motocyklista zamazał napis i skreślił kolejne koślawe litery: 

   

– ZAPŁACĘ. 

   

A potem z kieszeni wyciągnął zwitek stówek. Zamachał nim 

i wcisnął dziewczynie do ręki. Gruby zwitek, mógłby spokojnie być 
ceną za czyjeś życie. Ta myśl napełniła ją prawdziwym przerażeniem. 

background image

Kim oni wszyscy są?! 
   

Zważyła pieniądze w ręce i jeszcze raz zerknęła w stronę 

Grzybiarzy. Tak jak podejrzewała, przy Szpakowatym stała już Marika 
i próbowała roztaczać swe kurwie uroki. Na razie bez większego 
powodzenia, ale przynajmniej skutecznie odwracała ich uwagę. Oby na 
dość długo. 
   

– Chodź – szepnęła Tinka do motocyklisty. 

   

Posłusznie wstał i podążył za nią. 

   

Zrobili mały łuk, minęli kilka pustych stolików i już, już mieli 

wejść za ladę, gdy nagle od stolika Grzybiarzy dobiegł ich przeraźliwy 
wrzask Mariki. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

To nie mogło się dziać naprawdę! Trudno jednak było nie wierzyć 

własnym oczom i uszom. Bo przecież Tinka tam była, słyszała wrzask 
i widziała, jak Szpakowaty wgryza się w pierś dziwki i szarpie ją 
zębami. 
   

Marika próbowała się uwolnić, ale tylko przez moment, bo zaraz 

potem naskoczył na nią jeden z Dresów, rozdziawił gębę pełną ostrych 
jak paliki zębów i wpił się w jej szyję. Niemal w tej samej chwili jego 
kompan doskoczył do dziewczyny, również gryząc i szarpiąc. We trzech 
wyrywali z jej ciała krwawe ochłapy. 
   

Wszystko to trwało ledwie chwilę, tak krótką, że nikt – ani Natasza 

z Azją, ani Grzech czy Ruscy – nie zdążył nawet wstać. Wystarczająco 
jednak długą, by ładną dziewczynę, jaką jeszcze przed chwilą była 
Marika, zmienić w zalane krwią zwłoki, podrygujące w ostatnich 
spazmach. By zmienić ją w… 
   

Mięso, pomyślała Tinka i zgięła się w pół. Struga ciepłych 

wymiocin poleciała na podłogę, obryzgując jej nogi. Poczuła dreszcz 
przechodzący przez całe ciało, kolana się pod nią ugięły. Miała 
wrażenie, że zaraz upadnie, ale na szczęście udało jej się oprzeć o blat 
i utrzymać równowagę. 
   

Nie chciała patrzeć, ale mimo to odruchowo zerknęła w stronę 

background image

Grzybiarzy. Jak ten Morfeusz czy jak mu tam było, ten z mitów, co 
poszedł po żonę do piekła. Zwyczajnie nie mogła się powstrzymać. 
I tak, teraz już bez wątpienia wszyscy mieli oczy czarne jak szklane 
paciorki, a spomiędzy rozciągniętych w uśmiechach warg wystawały im 
zaostrzone paliki zębów. Co gorsza, dwóch właśnie wpatrywało się 
w nią i jej towarzysza. 
   

– Dymitr? – zawołała. 

   

Wtedy zaatakowali. Byli szybcy, niesamowicie szybcy, a do tego 

zwinni jak zwierzęta. Z ich ostrych jak szpikulce kłów kapała ślina, 
języki błądziły po bladych wargach, a w oczach czaiły się głód i… 
rozbawienie? Przerażona Tinka nie potrafiła tego stwierdzić. 
   

– Dymitr! – krzyknęła raz jeszcze. 

   

Drzwi od zaplecza odskoczyły z impetem, a w progu pojawił się 

wielki, łysy wąsacz w białym fartuchu, spod którego wyzierała pasiasta 
koszulka. W rękach trzymał myśliwską dwururkę. 
   

Dymitr potrzebował ledwie chwili, by ocenić sytuację – dostrzec 

zalaną krwią dziwkę i dwóch akrobatów pędzących po stołach w stronę 
Tinki i motocyklisty. Złożył się do strzału i pociągnął za spust. 
   

Rozległ się huk. Głowa Montera rozprysła się niczym zgniły 

arbuz. Ciało drgnęło jeszcze w kilku nerwowych skurczach. Zanim 
znieruchomiało, padł kolejny strzał, który w podobny sposób rozłożył 
Prosiaka. 
   

Tinka zamarła w bezruchu. Niezdolna do odwrócenia głowy 

patrzyła na leżące na stolikach zwłoki z mieszaniną obrzydzenia 
i niezwykłej, nieznanej jej dotąd fascynacji. Nie wiedziała wcześniej, że 
z ciał zaraz po śmierci unosi się dym, zupełnie jakby dusza uciekała ku 
niebu. Nie miała też pojęcia, że zaraz potem zwłoki zapadają się 
w sobie, a ciało drga w konwulsjach, jakby kłębiło się w nim mnóstwo 
małych stworzeń… 
   

Ktoś mocno, boleśnie złapał ją za rękę i pociągnął w stronę 

zaplecza. Motocyklista. Nie opierała się, miała wrażenie, że nawet 
gdyby teraz chciała, nie byłaby w stanie. Jej oczy rejestrowały obojętnie 
ożywionych nagle Ruskich, którzy rzucili się na pozostałych Grzybiarzy 
z tulipanami z butelek. Do jej uszu docierały wrzaski Nataszy i Azji, 
a także rechot Szpakowatego i mlaskanie Dresów. Nie myślała o tym, co 

background image

widzi, nie zastanawiała się, jak to wszystko jest w ogóle możliwe i czy 
będzie w stanie dzisiaj zasnąć. Przestała się nawet bać. „Reset”, 
powiedziałby Marek, jej Marek, z którym miała iść dziś na tańce. Jej 
mózg się zresetował. 
   

Minęli Dymitra, który właśnie przeładowywał złamaną wpół 

dwururkę, i wbiegli na zaplecze. Wtedy Tinka obejrzała się po raz 
ostatni. 
   

Zobaczyła szczury. A potem drzwi się zamknęły. 

   

  

   

* * * 

 

   

  

 
   

Wrzaski, piski i wystrzały docierały teraz do niej jak przez mgłę. 

Motocyklista przeciągnął ją przez całe zaplecze, zatrzymał się dopiero 
przy drzwiach na podwórze, gdzie z haka na ścianie ściągnął pęk kluczy. 
Pokazał go Tince, ale dziewczyna nie była w stanie wskazać, który jest 
właściwy, więc wściekły cisnął pęk w głąb kuchni i otworzył drzwi 
kopnięciem. Wypchnął kelnerkę na zewnątrz. 
   

Zatoczyła się, potykając na jednym z trzech koślawych schodków, 

ale utrzymała równowagę. Zimne, wieczorne powietrze przyprawiało 
o gęsią skórkę, ale również przyjemnie chłodziło i koiło piekące od 
wymiocin gardło. Żyła, to było teraz najważniejsze. Żyła! 
   

Za jej plecami motocyklista blokował drzwi za pomocą starej, 

dębowej kłody. To był kawał drewna – Dymitr siedział na nim, gdy 
wychodził zapalić te swoje cuchnące papierosy bez filtra – a mimo to jej 
nowy towarzysz podniósł kłodę bez trudu i oparł o drzwi, tak by nikt nie 
poszedł ich śladem. 
   

To się nie zdarzy, chciała powiedzieć Tinka, musieliby przejść 

przez Dymitra. Ale zmilczała, bo nagle przestała być tego taka pewna. 
   

Motocyklista otrzepał ręce i podszedł do kelnerki. 

Bezceremonialnie sięgnął do jej fartucha i wyjął z niego notes 
i długopis. Skinął głową, dając jej znak, by podążyła za nim. 
   

Obeszli budynek, zatrzymując się przy jednej z wielkich ruskich 

ciężarówek. Tinka zastanawiała się, dlaczego tu, dlaczego nie idą prosto 

background image

do jego motoru – wielkiej czarnej maszyny z kierownicą jak rogi bawołu 
i przednim kołem wysuniętym daleko do przodu. Dlaczego nie wsiądą 
na niego i nie sprowadzą pomocy, zanim Dymitrowi zabraknie pocisków 
albo zanim te szczury… 
   

Z całej siły uderzyła się w twarz. 

   

– Tam nie było szczurów! – wycedziła. 

   

Ale wtedy motocyklista spojrzał na nią i smętnie pokiwał głową. 

„Niestety były”, mówił ten gest. „Nadal są”. Podał jej notes. 
   

Spojrzała na pierwszą kartkę i dziwaczny obrazek przedstawiający 

coś jakby krzyż w kółku i gwiazdkę w prawej górnej ćwiartce. Nigdy 
wcześniej nie widziała tego znaku i z niczym jej się nie kojarzył. Zanim 
jednak zdążyła o cokolwiek zapytać, motocyklista znowu zabrał jej 
notes. 
   

– NARYSUJ – napisał. 

   

Wskazał wysypany żwirem parking, po czym schylił się po wielki 

kamień i skoczył ku drzwiom do szoferki najbliższej z ciężarówek. 
   

Tinka wzięła kilka głębokich oddechów. Nie myśl, nakazała sobie. 

Nie myśl, tylko rób, co ci mówią, dobrze i szybko, a może uda ci się 
ściągnąć pomoc i uratować Dymitra. Już! 
   

Wybiegła na środek parkingu, starając się w ogóle nie patrzeć 

w stronę baru. Wielkie okno było całkowicie zasłonięte reklamami, więc 
i tak niczego by nie dojrzała, ale bała się, bała… szczurów? Idącej ku 
niej, zalanej krwią Mariki? Grzybiarzy z oczami jak paciorki i zębami… 
   

– Stul swą jebaną w pierdolony chuj mordę! – wrzasnęła 

i wymierzyła sobie jeszcze jeden siarczysty policzek dla otrzeźwienia. 
   

Za jej plecami ryknął silnik ciężarówki, ale się nie odwróciła. 

Zaczęła rysować. 
   

Najpierw krzyżyk. To było proste. Potem dwa razy próbowała 

zamknąć go w kółku. Wreszcie gwiazdka. Ledwie skończyła, podbiegł 
do niej motocyklista. Dopiero wtedy odważyła się obejrzeć i dostrzegła, 
że zaparkował ciężarówkę tak, by zablokować nią okno i główne 
wyjście. Zapamiętał, że drzwi otwierają się na zewnątrz, czy po prostu 
miał fart? 
   

Przyjrzał się uważnie rysunkowi i pokiwał głową z aprobatą. 

Potem przykucnął, z buta wyciągnął krótki, wąski nóż, a zza skarpetki – 

background image

maleńki woreczek białego proszku. 
   

Diler, jęknęła w myślach Tinka. Absurdalnie, zważywszy na 

okoliczności. 
   

Otworzył woreczek i niemal całą jego zawartość wysypał na 

gwiazdkę. Następnie naciął rękę nożem i pozwolił, by jego krew 
zmieszała się z proszkiem. 
   

Nie śmiała pytać. Zresztą nie zdążyłaby, bo ledwie na ziemię 

upadła czwarta kropla, motocyklista poderwał się z klęczek, złapał 
dziewczynę w pasie i odsunął ją od kręgu. 
   

W samą porę. Nad symbolem nagle zafalowało powietrze, a potem 

trzasnęło elektryczne wyładowanie, które na moment oślepiło Tinkę, 
a jej włosy natychmiast postawiło na baczność. Zaraz potem rozległ się 
niski, przepełniony dziecięcą pretensją głos: 
   

– No żeż paciorek w dupie, Milczek! Musiałeś teraz, kiedy leję? 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Mężczyzna w kręgu był i nie był podobny do motocyklisty. 

   

Był, bo miał na sobie niemal identyczny strój i twarz poznaczoną 

bliznami odcinającymi się sinym blaskiem w świetle pobliskiej latarni. 
Gdy się szczerzył w głupim uśmiechu, prezentował ten sam grymas, 
który zafundował Tince jej obecny towarzysz, jeszcze jako klient U 
Wujaszka. 
   

Nie był, bo miał blisko dwa metry wzrostu, gęstą, rudą brodę 

i długie, kręcone włosy związane w koński ogon. No i mówił. To też 
była wielka, zasadnicza wręcz różnica. 
   

– Lepiej, żeby to było coś ważnego, Milczek – mruczał olbrzym, 

dopinając rozporek. – Jak ona się dowie, że zmarnowałeś towar, bo 
zabrakło ci paliwa, to wiesz co i z czego ci powyrywa. Rzecz jasna, jeśli 
ja nie zrobię tego… 
   

Przerwał, gdy Milczek zamachał rękami, wykonując serię gestów. 

Olbrzym skrzywił się, splunął. 
   

– Kurwa! – warknął. – Kurwa! Kurwa! Kurwa! Ilu? 

   

Milczek pokazał pięć palców. A potem coś zamigał i pokazał 

background image

ósemkę. A potem zamachał dłonią, jakby chciał powiedzieć „mniej 
więcej”. Tinka domyśliła się, że ta druga liczba dotyczyła pozostałych. 
Nie pomyliła się. 
   

– I wszystkich masz, tak? Nikt i nic nie przelazło? 

   

Milczek pokiwał głową, a potem wskazał na Tinkę. „Tylko ona”, 

mówił ten gest. 
   

Dopiero wtedy olbrzym zwrócił uwagę na kelnerkę. Zmierzył ją 

wzrokiem z góry na dół, na chwilę zatrzymując się na drobnym biuście. 
Gdy spojrzał jej w twarz, uśmiechał się jak dobrotliwy, rudy Mikołaj. 
   

– Powiedz mi, piękna – zaczął ciepłym, niskim głosem. – Pewnie 

masz tam kogoś, kogo chciałabyś uratować, prawda? Kogoś bliskiego? 
   

Tinka pomyślała o Dymitrze i pokiwała energicznie głową. 

   

Olbrzym westchnął. 

   

– Tak myślałem – mruknął. 

   

Jedną ręką rozpiął pasek spodni, a drugą błyskawicznie pochwycił 

dziewczynę za nadgarstek i mocnym uściskiem zmusił ją, by uklęknęła. 
   

Ból i narastająca bezsilność sprawiły, że Tinka poczuła, jak łzy 

napływają jej do oczu. Odwróciła głowę w poszukiwaniu Milczka, 
licząc, że jej pomoże, ale on tylko rozłożył ręce. „Co ja mogę?”, mówił 
ten gest. A może: „Taki jest los ładnych dziewczyn zostawionych na 
pastwę motocyklistów”. 
   

Tymczasem olbrzym zdjął już pasek i owinął nim Tinkę tak, że 

przycisnął jej ręce do tułowia. Zacisnął mocno, a na koniec ściągnął 
z szyi bandanę, czymś ją pokropił i wepchnął Tince głęboko do ust. 
   

– Ha! Mam cię – powiedział wyraźnie zadowolony z siebie. – 

Przyznaj, nie tego się spodziewałaś, prawda? Siedź tu teraz grzecznie, 
a my pójdziemy dopierdolić przybłędom. I ich nowemu mięsku też, 
niestety. Sorry. 
   

Odwrócił się, a wtedy zobaczyła wreszcie, co obaj – olbrzym 

i Milczek – mają na plecach swych skórzanych kurtek. Napis, który 
wcześniej udało jej się częściowo odczytać, brzmiał w całości: 
„ZAGUBIENI CHŁOPCY”. Pod nim widniał roztrzaskany zegarek 
cebula, a na samym dole napis: „NIBYLANDIA”. 
   

To zupełnie jak z tej bajki… – zdążyła pomyśleć, a potem osunęła 

się nieprzytomna na żwir. 

background image

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Obudził ją kręcący w nosie zapach dymu i wszechobecny żar. 

Musiała tak leżeć dłuższą chwilę, bo czuła się, jakby za długo siedziała 
przy ognisku. Twarz paliła ją żywym ogniem, do policzka przykleiły się 
zlepione w strąki włosy, wargi i język wyschły na wiór. Zalepione oczy 
za nic nie dawały się otworzyć. 
   

Pociągnęła nosem i skrzywiła się, gdy poczuła obrzydliwą 

mieszankę smrodów: spalonego mięsa, topionego plastiku oraz, 
najbardziej niepokojącą, woń benzyny. Gdy była mała, lubiła ten 
zapach, teraz to on z całej mieszanki najbardziej przyprawiał ją 
o mdłości. Był taki… metalicznie słodko-słony. Jak krówka ciągutka 
zmieszana z krwią i rozciągnięta na cynfolii. Jak… 
   

– Nieważne – szepnęła ledwie słyszalnie. – Nieważne. 

   

Spróbowała wstać, była jednak spętana grubym skórzanym 

paskiem tuż nad linią bioder. Jej ręce ciasno przylegały do tułowia 
i jedyne, co mogła robić, to rzucać się na żwirze jak wyciągnięta z wody 
ryba. Drobne kamyczki wbijały się wówczas w ciało, raniły dłonie, 
wdzierały pod fartuch i do spodni. Nie osiągnęła nic prócz bólu, więc 
przestała, zastanawiając się, kto i dlaczego ją spętał. I gdzie właściwie 
jest. I dlaczego. I co się z nią teraz… 
   

Rozległ się huk i niemal jednocześnie głośny, przeszywający pisk. 

I to właśnie ów dźwięk i towarzyszący mu strach sprawiły, że Tince 
wreszcie udało się otworzyć oczy. 
   

– Patrz, Milczek, obudziła się królewna – zawołał stojący nad nią 

rudobrody olbrzym w skórzanej kurtce. – Najwyższa pora, bo mi już bez 
tego paska gacie, kurwa, lecą. 
   

W lewej ręce trzymał dubeltówkę z oberżniętą lufą, niemal 

dokładnie taką samą, jak… jak… Tinka nie potrafiła sobie przypomnieć, 
kto miał taką właśnie broń, zdawało jej się jednak, że był to ktoś dla niej 
ważny. 
   

– Gdzie… Gdzie ja jestem? – wychrypiała. 

   

Olbrzym roześmiał się rubasznie. 

background image

   

– W piekle, maleńka. Ale za to w doborowym towarzystwie. 

   

Uniósł wyżej lewą rękę i nacisnął spust. Znowu rozległ się huk 

i ten sam wysoki pisk, od którego włosy stawały dęba. 
   

Tinka przekręciła się na żwirze, chcąc poznać cel olbrzyma, 

i wtedy jej oczom ukazał się płonący przydrożny bar. Zwykła buda, 
jakich wiele na każdej trasie w kraju, z tych lepszych, bo murowana, ale 
oczywiście z nieodłączną – teraz sczerniałą – reklamą coca-coli na 
szybie, z anteną satelitarną na dachu i rzędem małych kominów nad 
kuchnią. Tuż przy drzwiach płonęła wielka ciężarówka z przyczepą, 
było jednak zbyt gorąco, za daleko i z pewnością za późno, by można 
stwierdzić na pewno, co zapaliło się pierwsze. Zresztą jakie to miało 
teraz znaczenie? 
   

Rozległ się kolejny huk, a potem pisk, tym razem z innej strony. 

Tinka uniosła głowę i wtedy dostrzegła, że był jeszcze jeden mężczyzna. 
Podobnie jak olbrzym miał na sobie skórzaną kurtkę ze znakiem zegara 
na plecach. „Zagubieni chłopcy”, głosił napis nad godłem. „Nibylandia”, 
mówił ten pod nim. Tinka była pewna, że już to kiedyś widziała. 
   

Po raz kolejny rozległ się wystrzał, a potem tubalny głos olbrzyma: 

   

– Dobra, Milczek. Koniec. Więcej nie ukręcimy, bo albo zwiały 

w las, albo pluskają się już cholery w rajskim kanale. Szkoda naboi. 
   

Drugi mężczyzna skinął głową, opuścił broń i bez słowa ruszył 

w stronę stojącego nieopodal motoru. 
   

Oczywiście, że bez słowa, skarciła się w myślach Tinka. Pewnie 

dlatego nazywa się Milczek. 
   

Olbrzym podszedł do niej. Prawą ręką złapał za dekolt fartuszka 

i podniósł ją na nogi, lewą rozpiął pętający ją pasek. A potem przyjrzał 
się Tince uważnie. 
   

– Kurde, ładniutka jesteś, księżniczko – stwierdził. – Aż by się 

chciało zapytać, co taka ładna dziewczyna robi z facetem takim jak 
Milczek. 
   

Pokręcił głową i westchnął, całkiem dobrze udając żal. 

   

– Ale pewnie nie pamiętasz, co nie? Powiedz, pamiętasz? 

   

Pokręciła głową. Chciała też wzruszyć ramionami, te jednak miała 

tak odrętwiałe, że nie odważyła się spróbować. 
   

– No dobra, ale skoro nie pamiętasz – ciągnął olbrzym zupełnie 

background image

niezrażony jej milczeniem – to mogę powiedzieć, że cię znalazłem, 
prawda? A wiesz, co mówią: znalezione nie kradzione. 
   

Tinka nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na wielkoluda, 

zastanawiając się, kim jest, skąd się tu wziął i dlaczego jeszcze przed 
chwilą była spętana jego paskiem. Oczywiście nawet gdyby była 
w stanie, nie zadałaby głośno żadnego z tych pytań. Może i nie 
pamiętała zbyt wiele, ale przecież nie była głupia. 
   

W międzyczasie dołączył do nich drugi z mężczyzn. Nie miał 

broni, najwyraźniej zostawił ją przy motorze, ale trzymał w ręku patyk 
z nabitymi nań resztkami szczura. Szczerzył się głupkowato i zerkał to 
na szczura, to znów na Tinkę, jakby pytał, czy jest głodna. 
   

Dziewczyna zmarszczyła brwi. Była pewna, że już kiedyś widziała 

tego mężczyznę, ten głupkowaty uśmiech i to, jak wodzi oczami od niej 
do… 
   

– Cholera! – wycharczała. 

   

– O tak – zgodził się olbrzym. – Cholera jak kurwa mać! Trzeba 

zawiadomić szefową, że znowu się zjebało. Dawaj kluczyki, Milczek. 
   

Uśmiech w jednej chwili zniknął z twarzy drugiego nieznajomego, 

zastąpiony gniewnym grymasem. Mężczyzna zamigał coś gwałtownie 
wolną ręką. 
   

– Nie spierdalaj, tylko dawaj. – Olbrzym pozostał niewzruszony. – 

Ściągnąłeś mnie na to jebane pustkowie, robotę z tobą robię, ale stać tu, 
kurwa, nie będę. I tak mnie czeka potem szukanie mojej pani 
w szczerym polu na końcu świata. 
   

Milczek cisnął na bok patyk i zamigał jeszcze gwałtowniej. Raz 

czy drugi prawie uderzył Tinkę, a po jego twarzy widać było, że jest 
naprawdę wściekły. 
   

Na rudobrodym gesty towarzysza wciąż jednak nie robiły 

wrażenia. Odczekał, aż tamten skończy swą niemą tyradę. Potem olał 
propozycję kompromisu. Był za wielki na kompromisy i dobrze o tym 
wiedział. 
   

– Sam jesteś, kurwa, marynarz – stwierdził. – Dawaj kluczyki, bo 

tak cię załatwię, że będziesz milczał falsetem. 
   

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Milczek 

zrezygnowany machnął ręką i sięgnął do kieszeni. 

background image

   

– Bardzo dobrze. – Olbrzym skinął głową. – Masz tu spluwę, masz 

drugą. Idź i poszukaj źródła. A ja zabiorę nową koleżankę do reszty 
i wpadniemy tu za chwilę całą zgrają. Gra? 
   

Milczek wskazał ręką na udo olbrzyma, ale tamten tylko pokręcił 

głową. 
   

– Nie, nie dam ci mojego noża. Trzeba było nie gubić swojego – 

powiedział. 
   

Złapał Tinkę za ramię i delikatnie, acz stanowczo pchnął ją 

w stronę motoru. 
   

– Mam nadzieję, że lubisz wiatr we włosach, mała? Bo kawałek się 

przejedziemy. 
   

Wyprzedził ją, wsiadł na motor, złożył stopkę i poklepał miejsce 

przed sobą. Jednocześnie lewą ręką sięgnął do kieszeni i wyjął mały 
przezroczysty woreczek z białym proszkiem. 
   

Diler, jęknęła w myślach Tinka. Echem w jej głowie odezwało się 

to dziwne uczucie, którego nazwa brzmiała z francuska. 
   

Tymczasem olbrzym otworzył woreczek, przystawił do wielkiego 

nosa i wciągnął niemal połowę zawartości do jednej dziurki. Otarł 
przyprószone pyłem wąsy i jeszcze raz poklepał siedzenie przed sobą. 
   

– A przy okazji, bo przecież się nie znamy. Jestem Kędzior. 

   

– Tinka – odparła mimowolnie. 

   

– Wsiadaj, Tinka. I lepiej zamknij oczy. 

   

Wahała się, ale tylko przez moment. Przecież i tak nie miała 

wyboru. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Tinka lubiła motocykle. Lubiła to, jak przyjemnie, podniecająco 

pod nią wibrowały, jak mruczały cicho na jałowym biegu niczym 
ogromne leniwe kociaki przeciągające się na słońcu. Zawsze nabierała 
się na ten senny moment, mówiła, że to jej wystarczy, ale wiedziała, że 
to bzdura, bo potem było jeszcze lepiej. Zryw i nagłe przyspieszenie, 
zimny podmuch, przeszywający całe ciało po czubki palców, przegięcie 
na bok przy wejściu w pierwszy zakręt z prędkością zredukowaną tylko 

background image

tyle, ile to naprawdę konieczne. To wtedy twój błędnik szaleje, 
wrzeszczy: „Upadniesz, upadniesz, zabijemy się!”. A potem żyjesz 
dalej. 
   

Czy to prawda? – pomyślała. To rzeczywiście moje wspomnienie 

czy właśnie to sobie wymyśliłam? 
   

Wyjechali właśnie na drogę, zostawiając za sobą żwirowy parking, 

Milczka i resztki płonącego baru. Kędzior posadził ją przed sobą 
bokiem, zamknął w klatce z szerokiej piersi i ogromnych przedramion. 
Przed sobą miała stalowej barwy kierownicę wygiętą w bawole rogi, 
a dalej snop światła robiący wyłom w ciemności. Motor pod nią 
wibrował przyjemnie aż do omdlenia… 
   

– Dobra, dziunia – zawołał do niej olbrzym – wjeżdżamy na 

autostradę do piekła, więc lepiej zamknij oczka. Siwa nie będziesz już 
taka gorąca. 
   

Posłuchała. Zamknęła oczy i na wszelki wypadek odwróciła też 

głowę, żeby żaden zbłąkany owad czy kamyczek nie uderzył jej 
w twarz. Wtuliła się w pierś olbrzyma, pachnącą dymem i świeżym 
potem. Było w tym zapachu coś kojącego, coś uspokajającego. Coś… 
   

– No już, już, maleńka – mruknął Kędzior. – Jak to mawiają 

Bliźniaki, loda w siodle nie ukręcisz, więc siedź spokojnie i poczekaj, aż 
dojedziemy. 
   

Silnik ryknął, motor szarpnął się i wyrwał do przodu. To było coś 

więcej niż zwykłe przyspieszenie, przypominało raczej upadek z dużej 
wysokości, ale w poziomie. Przeciążenie i trzask w uszach jak przy 
zmianie ciśnienia. A potem nagle fala chłodu. 
   

Co zaskakujące, Tinka wcale nie czuła pędu, zupełnie jakby wciąż 

stali na jałowym biegu. Motor pracował miarowo, Kędzior mruczał coś 
pod nosem. I tylko to zimno… 
   

Otworzyła oczy, by sprawdzić, czy naprawdę jadą, i aż jęknęła 

z przestrachem. Wokół panowała absolutna ciemność. Nie było ani 
światła reflektora, ani blasku księżyca. Nic! 
   

Oślepłam, pomyślała w pierwszym odruchu paniki. O Boże, 

oślepłam! 
   

– Nie wierzgaj, niunia – mruknął Kędzior. – Nie bój się, nie 

oślepłaś, ale jeżeli zaraz nie zamkniesz oczu, to możesz mi wierzyć, że 

background image

ci je wydłubię. 
   

Uwierzyła. Posłusznie zamknęła oczy i jeszcze mocniej niż za 

pierwszym razem wtuliła głowę w pierś olbrzyma. 
   

Tym razem nie zażartował. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Milczek nie zamierzał słuchać Kędziora i ani mu w głowie było 

szukanie źródła. Zamiast tego władował na kij kilka rozpaćkanych 
szczurów, wystawił je nad płomienie, a potem usiadł w pewnym 
oddaleniu i patrzył, jak się pieką. Nie zamierzał ich jeść – po 
niedawnym obfitym obiedzie nie był wcale głodny – ale pieczenie 
smakołyków nad ogniskiem zawsze sprawiało mu frajdę. W dawnych 
czasach, gdy podczas biwaków inni śpiewali albo opowiadali sobie 
historie o duchach, on siadał z kijem w ręku i gapił się w ogień. 
Odgadywał kształty zaklęte w płomieniach. Kiedyś, co prawda, widział 
tam roztańczonych Indian, dziś raczej roznegliżowane modelki 
z „Hustlera”, najważniejsze jednak, że wciąż potrafił czerpać z tego 
przyjemność. Dorósł, ale nie dojrzał. 
   

Gdzieś z oddali dobiegł go nagle odgłos silnika, więc odłożył 

patyk, wstał i wsunął za pasek trzydziestkę ósemkę otrzymaną od 
Kędziora. Wyszedł na środek parkingu i stanął w rozkroku, splatając 
ręce na piersi. 
   

Zza zakrętu wyłonił się jakiś samochód, który zwolnił na widok 

pożaru, ale się nie zatrzymał. Milczek dostrzegł dziecko na tylnym 
siedzeniu, więc pomachał dyskretnie. Nie chciał przecież, by rodzice 
małego pomyśleli, że to wołanie o pomoc. 
   

Odczekał chwilę, na wypadek gdyby nadjeżdżało coś jeszcze, po 

czym odwrócił się i ruszył w stronę pieńka. Gdy szedł, coś kazało mu 
zerknąć w stronę ściany lasu. 
   

Wtedy ich zobaczył. 

   

  

   

* * * 

 

background image

   

  

   

– Starczy tych pieszczot – powiedział wyraźnie rozluźniony 

Kędzior. – Dojechaliśmy. 
   

Rzeczywiście, dookoła nagle zrobiło się cieplej i głośniej. Tinka 

jednak potrzebowała chwili, zanim odważyła się otworzyć oczy. Bo co, 
jeśli – mówił w jej głowie piskliwy głosik paniki – otworzysz oczy, 
a wokół wciąż będzie tylko ciemność? Co, jeśli jednak oślepłaś? 
   

W końcu jednak przełamała się i rozchyliła powieki. 

   

Jej oczom ukazała się brama lunaparku. Zbudowana na kształt 

wielkiej, rozdziawionej gęby klauna, kiedyś mogła wyglądać nawet 
sympatycznie, teraz jednak przypominała bardziej obrzydliwego stwora 
z powieści Stephena Kinga. Łuszcząca się farba odpadająca pajacowi 
z czoła, wyblakłe, jakby pokryte bielmem oczy, do tego przerdzewiałe 
pręty dwuskrzydłowych wrót zamiast zębów. A wszystko 
w trupiobladym blasku kilku koślawych latarni. 
   

– Oto druga Nibylandia – powiedział Kędzior. – Wielka jak 

dziecięce oczekiwania, ale też brudna, zniszczona i obdarta jak 
dorosłość. 
   

Tinka potrzebowała chwili, zanim dotarły do niej jego słowa. 

   

– Chyba nie rozumiem – przyznała. 

   

Olbrzym roześmiał się i poklepał ją po głowie. 

   

– Spokojnie, chyba nikt nie rozumie. Nawet gość, który to 

powiedział. Zeskoczysz otworzyć bramę? 
   

Tinka skrzywiła się na widok pordzewiałych prętów. Już od 

samego patrzenia można było dostać tężca. 
   

– Wygląda na ciężką – stwierdziła. 

   

– Motor jest cięższy. 

   

– Tak, ale bramy nie postawisz na stopce. 

   

Sama nie wiedziała, skąd jej się to wzięło. Przecież to był zupełnie 

obcy mężczyzna, w dodatku wyglądał na jednego z tych, którzy nie 
zwykli prosić nawet raz, a co dopiero dwa. Rany, nie dalej, jak pół 
godziny temu obudziła się na parkingu spętana jego paskiem, podczas 
gdy olbrzym i jego kompan zabawiali się paleniem baru i strzelaniem do 
pieprzonych szczurów! 
   

Już miała go przeprosić, ale niemal w tej samej chwili Kędzior 

background image

odchylił głowę do tyłu i ryknął śmiechem. 
   

– To było dobre, niunia! – zawołał. – Z tą bramą na stopce. 

Naprawdę dobre. 
   

Tinka zmarszczyła czoło zdumiona, ale rechot wielkoluda był 

zaraźliwy i po chwili do niego dołączyła. Echo niosło ich śmiech daleko 
ponad głowę klauna, w stronę podwójnej pętli górskiej kolejki 
i górującego nad okolicą diabelskiego młyna. Przez chwilę było tak, 
jakby lunaparku nigdy nie zamknięto, jakby wciąż działał napędzany 
chichotami, rechotem i wesołymi okrzykami dorosłych i dzieci… 
   

I wtedy olbrzym nagle spoważniał. Strzyknął śliną gdzieś w bok 

i przeniósł wzrok na Tinkę. 
   

– Dobra, a teraz już poważnie. Zapierdalaj otwierać bramę. 

   

Tinka zeskoczyła z motoru. Zdążyła ujść dwa kroki, gdy nagle 

usłyszała świst, a zaraz potem krzyk olbrzyma. Odwróciła się 
błyskawicznie. 
   

Kędzior wciąż siedział na motorze, teraz jednak przykładał wielką 

jak bochen rękę do ogromnego czoła. Spomiędzy palców wyciekała mu 
krew. Wiedziona odruchem rzuciła się w jego stronę, ale on tylko 
pokręcił głową. 
   

– Nie trzeba – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby. – Za chwilę 

to nie ja będę potrzebował pomocy. Bliźniaki! Jak was dorwę… 
   

– … to będziesz przez tydzień pucował nasze motory do połysku – 

odezwał się głos z góry. 
   

– … albo mama się dowie, że znowu klniesz – dodał drugi, 

podobny, ale nieco niższy. – I wiesz, co z czego ci powyrywa, nie? 
   

– Chuja mi moż… Auu! No żeż kurw… Auu, no cholera! 

   

Tinka patrzyła, jak z każdym przekleństwem olbrzym obrywa 

czymś a to w głowę, a to w ramię. Jeden z pocisków odbił się od 
skórzanej kurtki wielkoluda i potoczył pod nogi dziewczyny. Kucnęła, 
by się przyjrzeć. Metalowa kulka. 
   

– Rozwaliliście mi czoło, debile! – krzyknął Kędzior z wyraźną 

pretensją w głosie. – I za co, ja się pytam! 
   

– Boś głupi… – odparł pierwszy głos. 

   

– … i nie wiesz, co się robi z dziewczynami – dodał drugi. 

   

– Nic dziwnego, że nie chcą się z tobą ruchać. 

background image

   

Tinka parsknęła cicho. Ostrożnie, powoli uniosła i odwróciła 

głowę. 
   

Siedzieli na szczycie głowy klauna, każdy na jednej z uniesionych 

brwi. Byli niemal identyczni, a przynajmniej z tej odległości tak 
wyglądali. Obaj trzymali w rękach proce. Gdy zauważyli, że na nich 
patrzy, pomachali jej niemal równocześnie. Odmachała dyskretnie, 
ledwie unosząc dłoń. Mimo wszystko nie chciała urazić olbrzyma. 
   

Zerknęła na niego. Wiązał sobie na czole chustę i mruczał coś pod 

nosem. Wyglądał jak wielki dzieciak i nie wiedzieć czemu poczuła nagle 
wielką potrzebę, by go przytulić. Zrobiła nawet krok w jego stronę, ale 
wtedy właśnie po obu jej stronach wylądowali Bliźniacy. 
   

Teraz mogła to potwierdzić – byli identyczni, zupełnie nie do 

odróżnienia. Mieli kruczoczarne włosy i ciemną karnację, a także 
ciemne oczy i ostre nosy. Wyglądali trochę jak cygańscy książęta 
z filmu, który oglądała dawno temu. Jeżeli dobrze pamiętała, to była 
jakaś dziwna przeróbka baśni o książętach zaklętych w łabędzie. 
   

Maniery też mieli iście książęce. Podczas gdy jeden skłonił się 

dworsko, drugi ujął jej dłoń i przysunąwszy ją do swoich ust, musnął 
delikatnie wargami. 
   

– Jeżeli kiedykolwiek będziesz chciała przeżyć coś niezwykłego, 

piękna – szepnął zmysłowo – albo potrzebne ci będzie wybawienie od 
gburów takich jak ten tutaj, wystarczy, że zakrzykniesz w noc, a się 
zjawię. 
   

Puścił jej rękę i skłonił się lekko, po czym skinął bratu i obaj 

rzucili się biegiem do bramy. 
   

Tinka skonsternowana patrzyła za nimi przez chwilę. Zupełnie nie 

wiedziała, co ma teraz powiedzieć albo zrobić. Nagle poczuła na 
ramieniu wielką rękę. 
   

– Wydaje się, że każdy z nich może długo, ale to dlatego, że 

zmieniają się w trakcie – powiedział Kędzior. – A to o krzyczeniu 
w noc, to też podpierdolił z jakiejś książki. I mówi to każdej. 
   

Puścił jej ramię, podszedł do bramy, rozplątał wiszący na niej 

łańcuch i mocno pchnął oba skrzydła, tak że wjazd stanął otworem. 
A potem wrócił na motor i poklepał miejsce przed sobą. 
   

– Chodź, przedstawię ci resztę. Tylko pamiętaj, tu wszyscy 

background image

jesteśmy trochę jebnięci. 
   

Trochę? – pomyślała Tinka. Ale nie odważyła się powiedzieć tego 

na głos. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Dziwnie było jechać przez lunapark spowity mrokiem. Każda 

buda, karuzela, zabawka na monety była teraz tylko dziwną cienistą 
bryłą, kształtem-zagadką domagającym się rozwiązania. W tym 
konkretnym parku było to trudne, gdyż nie brakowało w nim atrakcji 
właściwych tylko miejscom opuszczonym. Zerwany samolot wbity 
w ziemię dziobem, przewrócona karuzela łańcuchowa, bezgłowe konie 
na dziecięcej. Tuż przy samym brzegu jeziora, nieopodal przystani dla 
połamanych kajaków, stał szkielet gabinetu luster. Po ścianach zostały 
tylko nadwęglone kikuty, ale lustra jakimś cudem przetrwały i teraz 
dzielnie znosiły przejeżdżające przez nie koślawe odbicia Kędziora 
i Tinki. 
   

I jeszcze ten dźwięk. Dochodził z głośników na słupach, brzmiał 

jak szum czy skrzek, ale niepokojąco bliski szeptowi. Tinka wbrew 
sobie wsłuchiwała się w niego. Już była niemal pewna, że słyszy słowa, 
które kierowane są właśnie do niej. Ciche, a jednak wystarczająco 
głośne, by przebić się przez warkot motoru. Mówiły o cieniach, mroku 
i miejscach, które odeszły. Mówiły: „Nie ma już innej drogi do 
zapomnienia. Została już tylko…”. 
   

– Normalnie nie daliby mi rady – odezwał się nagle Kędzior. 

   

Tinka aż podskoczyła z zaskoczenia. Spadłaby z motoru, gdyby 

nie otulały jej z obu stron ręce olbrzyma. 
   

– Wzięli mnie z zaskoczenia. Zawsze tak robią, gnoje. A potem… 

Ech, nieważne. Ale jakby się kto pytał, to powiesz, jak było, dobra? 
   

– Jasne. – Pokiwała głową, choć w sumie prawda i tak 

niespecjalnie działała na korzyść wielkoluda. – A powiesz mi, gdzie 
jedziemy? I co to za miejsce? 
   

– Mówiłem ci już. To Druga Nibylandia. A jedziemy po pomoc dla 

Milczka. Jeżeli źródło jest mocne i ciągle otwarte… 

background image

   

– Źródło? – zapytała Tinka. 

   

Ale Kędzior nie odpowiedział. Skręcili właśnie w jedną 

z bocznych uliczek i zatrzymali się pod zrujnowanym biurowcem. Tinka 
zauważyła, że w kilku oknach świecą się światła, a na asfaltowym 
parkingu przed budynkiem stoją furgonetka i inne motocykle z tym 
samym logo rozbitego zegara. 
   

– To wasza siedziba? – zdziwiła się Tinka. – Siedziba gangu? 

   

– Jedyna w swoim rodzaju – odparł Kędzior. – Jak i sam klub. 

Chodźmy. Czas, żebyś poznała mamę. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Milczek zrobił jeszcze jeden krok do tyłu. Ostrożnie, badając 

uprzednio butem, czy nie trafi na wgłębienie albo suchy patyk. 
Potknięcie, trzask – wszystko mogło ich teraz sprowokować do ataku. 
A przecież nie miał szans dać rady aż tylu. 
   

To musiał być autobus, przemknęło mu przez myśl. Najpewniej 

autokar przewożący pielgrzymkę, bo wśród wychodzących z lasu 
przeważali ludzie starzy, ubrani wygodnie, ale też odświętnie, 
z niebieskimi chustami na szyjach. Szli równym tempem, lekko 
powłócząc nogami, z głowami nieco opuszczonymi, ale oczami – 
czarnymi jak paciorki – wpatrzonymi przed siebie. Czyli wprost 
w Milczka. Zbliżali się w milczeniu, więc na parkingu słychać było 
tylko trzaskający ogień, syk topiącego się plastiku i miarowe szuranie 
nóg pielgrzymów. 
   

Milczek cofnął się o kolejny krok, licząc w myślach, ile zdąży 

oddać strzałów, zanim go dorwą. I czy w ogóle jest sens strzelać? 
Przecież każdy trup to zaraz tuzin przeklętych gryzoni, a to z kolei… 
   

Zamarł i lekko przesunął stopą suchą gałązkę. Dopiero wtedy 

przeniósł ciężar na lewą nogę. Powolnym gestem wsunął pod pachę 
obrzyn i sięgnął do kieszeni. 
   

Ciekawe, czy to oni są źródłem, zastanawiał się, wodząc oczyma 

od jednej pomarszczonej twarzy do drugiej. Miał wrażenie, że pod 
obwisłą skórą pielgrzymów coś się kłębi, wierci… Czy to dlatego, że 

background image

pojechali na skróty? 
   

Wyciągnął rękę z lewej kieszeni, przełożył obrzyn pod drugą 

pachę i spróbował z prawą. Nie miał pojęcia, ile jeszcze ma czasu, jak 
długo będą się tak z nim bawić, sunąc powoli. Kiedy zaatakują? 
   

To nie mogli być oni, myślał dalej. Musiało być coś jeszcze. Coś, 

co otworzyło przejście. Wypadek? Kierowca autobusu zatrzymał się, by 
udzielić pomocy, i wtedy… 
   

Znalazł. Wyciągnął z kieszeni maleńki foliowy woreczek 

i otworzył go ostrożnie. W środku była resztka białego pyłu, dosłownie 
drobinka, osad. Wiedział jednak, że na nic więcej nie może liczyć. Jeżeli 
tylko uda mu się… 
   

Ale pielgrzymi już dostrzegli, co się święci. Będąca najbliżej stara 

kobieta w spódnicy w kwiaty i bluzce z koronką zgięła się wpół, 
wyszczerzyła ostre paliki zębów i rzuciła się do przodu, przebierając 
rękami. Pozostali zerwali się w ślad za nią. 
   

Milczek wiedział, że zostały mu ułamki sekund. Uniósł woreczek 

nad głowę i oprószył się pyłem, po czym pomyślał szybko o jedynej 
wspaniałej rzeczy, jaką zapamiętał. Zamknął oczy, by wzmocnić wizję 
i… już. Unosił się w powietrzu. Teraz tylko pędem ku dachom 
ciężarówek, zanim skończy się moc proszku. Brakowało raptem paru 
metrów. Pięciu, może mniej. 
   

Czterech, trzech… 

   

Zaczął opadać, więc tym bardziej kurczowo uchwycił się swojej 

dobrej myśli, swojego wspomnienia. Półtora metra, metr. Na 
wyciągnięcie ręki. 
   

Coś złapało go za nogę i pociągnęło w dół. Poczuł cienkie i ostre 

zęby wbijające się łydkę. W pierwszej chwili prawie nie bolało, ale 
zaraz potem pielgrzym szarpnął i wyrwał mu z nogi kawał mięsa. 
Milczek wrzasnąłby, gdyby umiał. Zamiast tego zacisnął umysł na swej 
myśli i raz jeszcze, minimalnie poderwał się w górę. 
   

Wystarczyło. Opadł na dach, przetoczył się i poderwał do klęczek, 

dobywając zza paska trzydziestkę ósemkę. Strzelił bez przymierzania do 
pierwszego łba, jaki wychylił się znad krawędzi. Następnych nie było. 
   

Może to ograniczenia ciał, pomyślał z nadzieją. Może nie umieją 

się tu wspiąć. 

background image

   

Wiedział jednak, że to nieprawda. Znał je. One po prostu bawiły 

się jedzeniem. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Szli odrapanym korytarzem skąpanym w bladym świetle 

migających jarzeniówek. Gdzieś z oddali dobiegała głośna, rockowa 
muzyka, w pokoju z uchylonymi drzwiami jakaś para głośno uprawiała 
seks, jakby wręcz prosili, by do nich zajrzeć i pochwalić. Tinka 
zawahała się, kusiło ją, żeby chociaż zerknąć, odwróciła głowę… 
   

– Uważaj! – zawołał Kędzior i pchnął ją na bok. 

   

Przed nią przebiegł mały czarny kot z czerwonym krawatem na 

szyi. Wyglądałby uroczo, jak jeden z tych słodkich, puchatych kociaków 
z internetu, gdyby nie spojrzenie. W jego oczach kryła się cała kocia 
pogarda dla świata. Dla wszystkiego i wszystkich. Teraz przede 
wszystkim dla Tinki. 
   

Dziewczyna przyglądała się zwierzakowi z rozbawieniem, 

a jeszcze bardziej ubawiło ją, że Kędzior głośno odetchnął z ulgą, gdy 
kot zniknął za uchylonymi drzwiami. 
   

– Czarny kot? Serio? – parsknęła. – Naprawdę jesteś przesądny? 

   

– Ten kociak ma stuprocentową skuteczność, niunia – mruknął 

olbrzym. – Nadepnij na niego, to poznasz nowe znaczenia słowa 
nieszczęście. Kruszynka już o to zadba. 
   

Ruszyli dalej, mijając po drodze kuchnię ze stołem do ping-ponga 

i salę pełną starych automatów pobrzękujących dźwiękami midi. 
Wszędzie ktoś był, ktoś się krzątał, ale Tinka nie widziała żadnych 
ludzi, tylko cienie rozciągające się na ścianach. Cienie, których nie 
powinno tam być. Nie w tym świetle. 
   

Nie zdążyła jednak o to zapytać, bo skręciwszy w lewo 

i pokonawszy kilka niskich schodków, stanęli właśnie przed salą 
konferencyjną. Kędzior wyminął Tinkę i pchnął skrzydło drzwi. 
Dziewczyna weszła za nim. 
   

Pomieszczenie nie było duże, a jego większą część zajmował 

ogromny stół, na którym znajdował się jedyny podświetlony element 

background image

w tej ciemnej sali – wielka, kolorowa makieta wyspy. Wykonana została 
bardzo precyzyjnie i z dbałością o detale – w zatoce stał model statku 
pirackiego, na rozłożystym drzewie w głębi wyspy znajdowały się 
drewniane domki, a u podnóża szarych gór piraci znieruchomieli 
w tańcu wokół totemu. Wszystko mimo swej baśniowości zostało 
oddane tak realnie, że Tinka nie byłaby zaskoczona, gdyby nagle 
maleńkie postacie ożyły i zaczęły się ruszać. 
   

Boże, jakie to piękne, pomyślała. Jakie to… bajkowe. 

   

I nagle zrozumiała. A może tylko przypomniała sobie coś, co 

wiedziała już od dawna? Miała wrażenie, że od chwili przebudzenia na 
parkingu umysł nieustannie płatał jej takie figle, zupełnie jakby własne 
wspomnienia widziała tylko przez zamgloną szybkę. Przecież, cholera 
jasna, kiedyś, dawno temu, to była jej ulubiona opowieść. A te napisy na 
kurtkach, nazwa lunaparku, teraz ta makieta, to wszystko nawiązywało 
do… 
   

– Jesteście fanami Piotrusia Pana? – zapytała. 

   

Kędzior otworzył usta, by odpowiedzieć, ale wtedy nagle 

z ciemnego kąta pokoju dobiegł ich głos. Cichy, bliski szeptowi, 
złowieszczy jak dźwięk ostrza dobywanego z ze skórzanej pochwy. 
   

– Jesteśmy Zagubionymi Chłopcami, dziewczyno. A Piotruś nigdy 

nie miał w nikim większych wrogów niż w nas. 
   

Tinka wytężyła wzrok, by w ciemności dostrzec cokolwiek, 

choćby sylwetkę. I w chwili, gdy już jej się wydawało, że kogoś 
zobaczyła, tajemnicza postać wyłoniła się z mroku z zupełnie innej 
strony. 
   

Nieznajomy miał czerwone oczy, trupiobladą skórę i białą jak 

śnieg brodę, równo przystrzyżoną i okalającą usta. Tatuaż wokół jego 
lewego oka wyglądał początkowo jak wąż pożerający własny ogon, ale 
po chwili okazał się zawiniętym w kółko wiecznym piórem. Łysą głowę 
mężczyzny znaczyły rozliczne blizny i gdzieniegdzie cienkie linie żyłek. 
Na jego widok dziewczyna odskoczyła z piskiem i wtuliła się 
w stojącego za nią Kędziora. 
   

– Co ci, Stalówka? – Olbrzym jedną ręką przytulił Tinkę do 

siebie. – Siedzisz tu po ciemku, dziewczynę mi straszysz. Jeszcze się 
lęków nabawi. 

background image

   

Albinos wzruszył ramionami. 

   

– Trzeba jej było nie prowadzić do sali makietowej – odparł nisko 

i chrapliwie. – Dziewczyny tylko we własnych pokojach, wiesz, co 
mówiła mama. 
   

– Tak, kazała ci nie być takim pierdolonym dupkiem. – Kędzior 

westchnął. – Gdzie ona jest? Milczek wpierdolił się na Szczury i teraz… 
   

– Przyjechałeś jego motorem, tak? – Stalówka podrapał się po 

brodzie. – Tak właśnie mi się wydawało. Muszę mu wziąć kobyłę na 
warsztat i wyregulować wreszcie zawory, bo ma straszne luzy i klepią 
jak… 
   

– Stalówka. Mama! 

   

– Ćwiczy. Znowu jej się śniło. 

   

– Kurwa! 

   

Albinos pokręcił głową. 

   

– Lepiej się z tym dzisiaj pilnuj, duży. Wkurzysz ją. A przecież nie 

chcemy jej wkurzać, nie? 
   

Kędzior pokiwał głową i westchnął. 

   

– Dobra, mała – powiedział do Tinki. – Idziemy na dół. A ty się 

zbieraj, bo pewnie pojedziemy wszyscy. 
   

– Bez Kruszyny. – Stalówka zniknął w mroku, a po chwili wrócił 

ze skórzaną kurtką w rękach. – Jest u Dzieciaków. Ale Bliźniacy… 
   

– Widziałem. – Olbrzym wskazał opaskę na czole. – Pogadaj 

z nimi, bo przede mną zwieją, jebane cygańskie podrzutki. 
   

Albinos pokręcił głową. 

   

– Co z wami jest nie tak? – mruknął. 

   

– Ty mi powiedz – odparł Kędzior. – To ty dorosłeś. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kwadrans. Cztery strzały. Trzy w ciągu ostatnich pięciu minut. 

Pielgrzymi najwyraźniej zaczynali się niecierpliwić. 
   

Milczek jeszcze raz przeliczył zostawione mu przez Kędziora 

naboje, a potem to samo zrobił z pielgrzymami. Jako szczury już tutaj 
nie wejdą, więc wystarczyło, żeby ich teraz wystrzelał i… 

background image

   

No właśnie, i co potem? Te szczury nie roznosiły zarazy, one same 

nią były – wystarczyło, żeby ocalał jeden i potem kogoś ugryzł, a być 
może już nigdy nie wygrzebią się z tego gówna. Zresztą naboi i tak miał 
za mało, nawet do wykończenia samych pielgrzymów, więc w ogóle nie 
było o czym mówić. Milczek mógł mieć tylko nadzieję, że Kędzior 
wkrótce sprowadzi kawalerię. 
   

Poderwał się na nogi, cofnął pół kroku i z impetem kopnął kolejny 

łeb wyrastający znad krawędzi. Rozległ się głośny chrzęst i głowa 
pielgrzyma wygięła się nienaturalnie, a z rozerwanej szyi trysnęła struga 
krwi. Ciało targane drgawkami poleciało na ziemię, by zaraz wypuścić 
z siebie stadko brunatnych, umazanych krwią gryzoni. 
   

Jedna kula zaoszczędzona, pomyślał Milczek. Niemal w tym 

samym momencie poczuł, jak ktoś łapie go od tyłu za ramię. Bydlak 
miał silny uścisk, zdecydowanie zbyt silny jak na emeryta 
z wykrzywionymi artretyzmem stawami. Motocyklista był jednak 
silniejszy, szybszy i bardziej doświadczony. Jednocześnie obrócił się 
i kucnął, a potem wygarnął z rewolweru najpierw w brzuch pielgrzyma, 
a gdy tamten zgiął się wpół, także pod jego brodę. Tyle w kwestii 
oszczędzania kul, ale czym jest oszczędność w obliczu walki o życie? 
Kula w zamian za kolejnych kilka sekund? To brzmiało jak uczciwa 
wymiana. 
   

Strącił zwłoki, ale nie zdążył odetchnąć, bo kolejne cztery stwory 

już szturmowały dach przyczepy. I albo to było tylko wrażenie, albo 
z każdą chwilą pielgrzymi poruszali się szybciej i sprawniej. Zupełnie 
jakby doszli do wniosku, że czas zabawy właśnie się skończył. 
   

Czy też raczej przeszedł płynnie w czas posiłku. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Siłownia mieściła się w piwnicy. Choć była duża i przestronna, 

bardziej przypominała magazyn sprzętu fitness niż miejsce ćwiczeń. 
Atlasy, ławeczki i wieszaki na sztangi rozstawiono tak, jakby ktoś 
wciskał je tu na siłę i próbował upchnąć w jeden kąt, żeby jak najwięcej 
miejsca zrobić za filarem, gdzie leżała kwadratowa mata i wisiały 

background image

wielkie, bokserskie worki. Śmierdziało tu potem i brudnymi skarpetami, 
ale to akurat nie było dla Tinki niczym nowym. Bywała już w życiu na 
kilku siłowniach i ta wcale nie cuchnęła najgorzej, choć pewnie dlatego, 
że wszystkie okienka były otwarte, a na sali ćwiczyła tylko jedna osoba, 
skryta teraz za szerokim, kanciastym filarem. Tylko jej cień tańczył na 
burej ścianie. 
   

Może i jest jedna, ale wali za dziesięciu, pomyślała Tinka, 

wsłuchując się w rytmiczne serie uderzeń. Trzy ciosy i dwusekundowy 
odstęp, trzy kolejne i znowu przerwa, dwa razy po trzy i huk kopnięcia 
głośny jak wystrzał. A potem od nowa. 
   

– Mamo? – zawołał Kędzior. 

   

Żadnej reakcji, tylko kolejna seria w worek. Równo, szybko, bez 

śladu zmęczenia. Tinka już bała się tej kobiety. Bardziej niż Kędziora 
i Stalówki razem wziętych. 
   

– Mamo? – ponowił olbrzym, ale i tym razem nie doczekał się 

odzewu. 
   

Przejechał ręką po twarzy. 

   

– Dzwoneczek, no do kurwy jebanej w dupę jędzy! 

   

Nagle zapadła cisza. Absolutna. Cień z burej ściany zamarł w pół 

ruchu, a potem obrócił się powoli. Sięgnął po widmowy ręcznik i wytarł 
nim głowę i pachy. Potem wsunął się pod luźną, widmową koszulkę. 
Gdy skończył, przesunął się nieco w lewo. Zza filaru natomiast wyłoniła 
się ta, którą nazywali mamą. 
   

Drobna, filigranowa wręcz postać, z twarzyczką słodką i uroczą, 

a jednocześnie o dzikim, wyzywającym spojrzeniu. Wargi miała pełne, 
lekko wydęte, nos mały, delikatnie zadarty, na lewe oko opadała 
postrzępiona, ruda grzywka. Ubrana była w krótkie, obcisłe szorty 
i luźną, męską koszulkę na ramiączkach pod którą rysowały się nieduże, 
ale kształtne, sterczące piersi. Ruchy miała kocie, gdy szła, stawiała 
stopy w jednej linii niczym modelka, zmysłowo kręcąc biodrami. 
   

Przeszła obok stojącej nieco z przodu Tinki, nie racząc jej nawet 

spojrzeniem, i zatrzymała się dopiero przed Kędziorem. Uniosła głowę 
i cmoknęła z dezaprobatą. 
   

A potem z całej siły walnęła go pięścią między nogi. Olbrzym 

w jednej chwili złamał się wpół, a gdy tylko jego głowa znalazła się na 

background image

wysokości twarzy Dzwoneczka, dziewczyna złapała go za kucyk 
i szarpnęła, tak, by spojrzał jej w oczy. 
   

– Język, Kędziorku – szepnęła zmysłowo. – Ile razy mam ci 

powtarzać? I nie waż się, po prostu nie waż się nazywać mnie więcej 
tym imieniem, rozumiesz? 
   

Olbrzym stęknął i spróbował pokiwać głową. 

   

– Kim jestem? – zapytała Dzwoneczek. 

   

– Mamą – wysapał olbrzym. – Naszą mamą. 

   

Puściła jego włosy i uśmiechnęła się, otrzepując ręce. 

   

– No właśnie. A co należy się mamie? 

   

Kędzior westchnął cicho i pochylił się jeszcze bardziej, by 

cmoknąć ją w policzek. Dopiero wtedy pozwolił sobie opaść na kolana 
i w tej pozie, z jądrami blisko zimnej posadzki, znosić swój ból bez 
śladu godności. 
   

Dzwoneczek tymczasem odwróciła się z gracją na pięcie i po raz 

pierwszy spojrzała na Tinkę. 
   

– O, a ciebie nie znam – powiedziała. – Który cię znalazł? 

Kędziorek? 
   

Tinka nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc tylko pokiwała głową. 

   

– Ładna jesteś, zuch chłopiec – stwierdziła Dzwoneczek, mierząc 

kelnerkę wzrokiem z góry na dół. – Chociaż wiesz, co mawiają 
o pierwszych dziewczynach, prawda? 
   

Postąpiła dwa kroki, tak że ich twarze prawie się stykały. Były 

niemal tego samego wzrostu, Dzwoneczek niższa tylko odrobinę. 
   

– Podobno zawsze przypominają chłopcom matki – szepnęła Tince 

do ucha, jednocześnie prawą ręką sięgając do pośladka dziewczyny. 
Przejechała po nim delikatnie, po czym nagle ścisnęła mocno. Do bólu. 
I zaraz puściła. 
   

– Wygląda jednak na to, że to gówno prawda – rzuciła, wracając za 

filar. 
   

Wróciła z bidonem. 

   

– Czego ode mnie chciałeś, Kędzior? 

   

– Milczek… – stęknął z wysiłkiem Kędzior. – Szczury… 

   

Twarz Dzwoneczka natychmiast stężała. 

   

– Szczury?! I zostawiłeś go tam samego?! – Przeniosła wzrok na 

background image

Tinkę. – Ty, łania, wiesz coś więcej? 
   

Dziewczyna skinęła głową i w kilku słowach streściła to, co 

wydarzyło się na parkingu. A przynajmniej to, co z tego zapamiętała. 
   

Dzwoneczkowi najwyraźniej to wystarczyło, bo rzuciła się ku 

schodom. 
   

– Pomóż mu się pozbierać i za chwilę spotykamy się przed 

domem. Wszyscy! 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

To musiał być naprawdę mocny cios, bo Kędzior potrzebował 

dłuższej chwili, zanim w końcu podniósł się z podłogi, a gdy szedł, kulał 
i postękiwał cicho aż do samego wyjścia. Tinka już mu współczuła 
wsiadania na motor. Chociaż nie, tak naprawdę współczucie było 
ostatnim, co teraz czuła. 
   

Jak zrobiła ci coś takiego za przeklinanie, ciekawe co by 

powiedziała, gdyby się dowiedziała, jak do mnie mówiłeś, zadrwiła 
w myślach. Zaraz jednak przypomniała sobie dłoń Dzwoneczka na 
swoim pośladku, jej bolesny uścisk oraz pogardliwe spojrzenie i drwiący 
uśmiech spełzł jej z twarzy. Była tylko… Jak ona to powiedziała? A, 
tak. Była tylko łanią, którą zwozi się z trasy, by się z nią zabawić, 
a potem wyrzuca gdzieś na poboczu, dobrze jeśli ubraną i z odrobiną 
gotówki wystarczającą na autobus do pobliskiego miasta. Jeśli chciała 
wyjść z tego cało, musiała się dostosować i przynajmniej udawać miłą. 
   

Ostrożnie wsunęła się pod ramię Kędziora. 

   

– Czekaj, pomogę ci – powiedziała. 

   

Razem wyszli na zewnątrz. 

   

Wszyscy pozostali już tu byli. Jedni dopinali spodnie i żegnali się 

z roznegliżowanymi lalami, inni odpalali motocykle albo ładowali się do 
czarnej furgonetki. Tinka zauważyła, że większość z nich nie miała 
jeszcze na kurtkach godła, tylko napis "Zagubieni Chłopcy” i drugi, 
mówiący: „Dzieciak”. To by się nawet zgadzało, bo tak na oko mało 
który przekroczył osiemnastkę. Wszyscy za to byli uzbrojeni po zęby. 
   

Dzwoneczek też już tam była, stała koło Stalówki i coś mu 

background image

tłumaczyła, naciągając na dłoń rękawiczkę. Jej motor różnił się od 
pozostałych – lśniący ścigacz zdobiony czymś, co z daleka wyglądało 
jak gałązki metalowego bluszczu. Sprawiały wrażenie, jakby wyrastały 
z pojazdu i jednocześnie oplatały go ciasno, wyciskając z niekształtnej 
bryły idealnie opływowy kształt. 
   

Być może czując na sobie spojrzenie kelnerki, Dzwoneczek 

odwróciła się na moment w ich stronę, a wtedy Tinka dostrzegła, że 
tamta ma pod skórzaną kurtką nową, ciasno przylegającą koszulkę. 
Nawet z tej odległości bez trudu dało się odczytać zapisane na niej 
słowa: „Lepiej we mnie uwierz, dziwko”. 
   

Tinka szybko odwróciła wzrok. 

   

– Pospieszmy się – powiedział Kędzior. 

   

Pociągnąwszy dziewczynę za sobą, poczłapał w stronę motoru 

Milczka. Usiadł na nim z trudem. 
   

– Tym razem siadaj z tyłu, niunia – powiedział. 

   

Posłusznie wsunęła się za mężczyznę i spróbowała go objąć. Był 

jednak za szeroki, więc zamiast tego sięgnęła za siebie i złapała tylne 
oparcie. Ruszyli i zajęli miejsce na początku formującej się kolumny, 
tuż obok Dzwoneczka, Bliźniaków i Stalówki. 
   

– Jedziecie za mną do momentu, aż się przebiję, a potem prowadzi 

Kędzior – zakomenderowała Dzwoneczek. – Gdy dojedziemy, 
niszczymy źródło i gasimy wszystkie ogniska. Dopiero wtedy szukamy, 
kto spierdolił. Pytania? 
   

Nie było żadnych. 

   

– Dobrze. – Dzwoneczek przejechała językiem po wargach 

i uśmiechnęła się złowieszczo. – Zatem graj muzyka! 
   

Głośniki w całym lunaparku w jednej chwili zaskrzeczały 

i popłynęły z nich pierwsze takty Sympathy for the devil Stonesów. 
   

Z ogłuszającym rykiem silników kawaleria ruszyła na odsiecz. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Zamknij oczy – polecił jej Kędzior – i spróbuj się nie wiercić ani 

nic. Jak spadniesz, nikt się nie zatrzyma. 

background image

   

– Jak spadnę, wlecę pod koła pozostałym – stwierdziła Tinka, ale 

posłusznie zacisnęła powieki. 
   

– W miejscu, w którym się znajdziemy, śmierć pod kołami byłaby 

aktem łaski – mruknął jeszcze Kędzior, po czym pochylił się i dodał 
gazu. Od razu zrobiło się chłodniej. 
   

Myśl o czymś przyjemnym, mówiła sobie w duchu Tinka, ale jej 

własny umysł ani myślał słuchać i podsyłał tylko paskudne obrazy. 
Wśród nich na ułamek sekundy pojawiło się też wnętrze jakiegoś baru, 
a w nim kilku mężczyzn rozrywających na strzępy dziewczynę ubraną 
jak dziwka, a potem huk wystrzału i… 
   

Dymitr, pomyślała. Ale to imię nie miało dla niej żadnego 

znaczenia. Nic, zupełnie nic jej nie mówiło. A więc skąd… 
   

Znowu zrobiło się cieplej, a zaraz potem do ryku silników dołączył 

huk broni palnej. Tinka otworzyła oczy. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

To znowu był ten sam parking, ten z płonącym barem, gdzie 

zostawili Milczka. Jedyną różnicę stanowiła grupa starych ludzi 
o czarnych oczach szturmująca jedną ze stojących na parkingu 
ciężarówek. Część z nich z przerażającą gracją wspinała się po burtach, 
część wdrapywała się po ścianach szoferki. Garstka już znajdująca się na 
dachu próbowała dorwać stojącego w środku motocyklistę, ten jednak 
dzielnie stawiał im opór. Strzelał, kopał i tłukł po łbach kolbą pistoletu, 
jednak widać było, że już się słania, że goni resztką sił. Przybyli 
w ostatniej chwili. 
   

Dzwoneczek krzyknęła coś do Bliźniaków i w trójkę wyrwali do 

przodu, by wbić się jak najbliżej ciężarówki. Gdy byli już prawie przy 
niej, Dzwoneczek nagle stanęła na siedzeniu i skoczyła w bok, 
pozwalając, by motocykl wbił się w tłum starców z pełną prędkością. 
   

Przetoczyła się po żwirze i błyskawicznie poderwała na nogi, 

dobywając broni z kabury umieszczonej z tyłu, na pasie. Oddała trzy 
strzały, każdy do innego staruszka. Każdy prosto w głowę. 
   

Bliźniacy natomiast dobili do burty przyczepy i z gracją, używając 

background image

motorów jako odskoczni, wspięli się na dach przyczepy. Jeden 
odepchnął najbliższego starca na bok, drugi dopadł Milczka i wysypał 
na niego zawartość małego foliowego woreczka. Ku absolutnemu 
zdumieniu Tinki wycieńczony motocyklista w jednej chwili… wzbił się 
w powietrze i poszybował nad parkingiem, pozwalając, by Bliźniacy 
dokończyli na dachu zaczęte przez niego dzieło. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Nie minęły dwie minuty, a na parkingu nie było już ani jednego 

pielgrzyma. Prawie żaden nie zdążył się też przemienić, a pojedyncze 
uwolnione szczury zginęły pod kołami rozpędzonych motocykli 
Dzieciaków. Grupa z furgonetki ledwie zdążyła wysiąść, a Kędzior nie 
miał nawet dość czasu, by zorientować się, że nie zabrał ani jednej 
sztuki broni. 
   

– Pierwszorzędna rozróba. Szkoda, że taka krótka – mruknął, 

zsuwając się z motoru. 
   

Podszedł do Bliźniaków i poklepał jednego z nich po plecach. 

   

– Świetna robota, popaprańcu. 

   

Ten machnął ręką. 

   

– Mama pomogła – odparł. – Swoją drogą, ty mógłbyś jej teraz 

pomóc z motorem, skoro spóźniłeś się na wszystko inne. 
   

– Spier… – Kędzior opamiętał się w porę. – Spadaj znaczy. Gdzie 

Stalówka? 
   

– Zauważył na drodze autobus tych tutaj i teraz likwiduje źródło – 

powiedział drugi Bliźniak. – Podobno niczyja wina, wypadek zwykły. 
Co ty, radia też nie masz? 
   

– Nie wziąłem – mruknął Kędzior i zadarł głowę, by spojrzeć 

w niebo. – Ty, gaduła, może byś już opadł, co? Masz mojego gnata. 
   

Ale Milczek ani myślał opadać. Szybował, pływał po niebie 

i przebierał nogami, ciesząc się, że żyje. Kędzior machnął na niego ręką. 
   

– Proszek nie działa w nieskończoność, więc zaraz zlezie i tak – 

stwierdził. 
   

Przeniósł wzrok na Tinkę, która wciąż siedziała na motorze, gapiąc 

background image

się na Milczka i na przemian to otwierając, to znów zamykając usta. 
   

– No co tak siedzisz, dziunia? – krzyknął. – Złaź i pomóż sprzątać. 

   

Tinka pokręciła powoli głową, po czym nagle zgięła się wpół 

i zwymiotowała żółcią. Chwilę potem bezwładnie osunęła się z motoru. 
Prosto w ciemność. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Ocknęła się w szpitalu. To przynajmniej sugerował zapach 

środków czyszczących i dochodzące do niej strzępki rozmów pełne 
medycznych słów kluczy. Ostrożnie otworzyła oczy, podniosła się na 
łokciu. 
   

Rzeczywiście, to musi być szpital, pomyślała. W żadnym innym 

miejscu nie było tak obrzydliwych zielonych lamperii i drzwi 
pociągniętych obskurną olejną. Oczywiście nigdzie indziej nie było też 
takich łóżek, stojaków na kroplówki, metalowych szafek z szufladami 
otwieranymi w bok… 
   

Bredzisz dziewczyno, skarciła się w myślach. Musiałaś oberwać 

w głowę i teraz wpadłaś w jakiś dziwaczny myślotok. Musisz się 
ogarnąć i przypomnieć sobie, co tu, do kurwy nędzy, robisz. I skąd się tu 
wzięłaś. 
   

Obok jej łóżka siedział teraz jakiś mężczyzna. Przystojny, choć 

twarz miał zmęczoną i nieco opuchniętą, a oczy przekrwione. Wyglądał, 
jakby nie spał całą noc, możliwe nawet, że niejedną. Gdy jednak 
spojrzała na niego, uśmiechnął się całkiem ładnie, prezentując 
wymiętolony garnitur pożółkłych zębów. 
   

– Starszy aspirant Marcin Kozłowski – przedstawił się. – Bardzo 

dobrze, że się obudziłaś, bo muszę ci zadać kilka pytań w sprawie 
pożaru. 
   

Tinka zmarszczyła czoło. Nie wiedziała nic o żadnym pożarze. 

Przyjrzała się sobie, szukając śladów ewentualnych poparzeń na rękach 
czy nogach. Dotknęła włosów. Nie, wszystko było w porządku. 
Uśmiechnęła się do policjanta przepraszająco. 
   

– Niestety, proszę pana. Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – 

background image

powiedziała. – Nie pamiętam żadnego pożaru. 
   

Chciała dodać, że w ogóle nic nie pamięta, ale coś w jej głowie 

szepnęło, że to mogłoby się wydać policjantowi podejrzane. Więc 
zmilczała. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Milczek z Kędziorem siedzieli na motorach skrytych w cieniu 

rozłożystego dębu i uważnie obserwowali wejście do szpitala. Olbrzym 
bawił się swym ozdobnym nożem, Milczek skubał ziarna słonecznika. 
   

– O, wyszedł wreszcie – powiedział Kędzior, wskazując na 

mężczyznę w ciemnej marynarce, który właśnie wyłonił się 
z budynku. – Mówię ci, nic z niej nie wyciągnął. Syrenie łzy są 
niezawodne, a niunia dostała podwójną dawkę. Założę się, że nie 
pamięta nawet, kiedy straciła dziewictwo. 
   

Milczek wzruszył ramionami i wypluł czarną łupinkę. Resztę 

słonecznika wysypał na ziemię i zabrał się do odpalania motocykla. 
   

Kędzior schował nóż i poszedł w jego ślady. 

   

– Swoją drogą, trochę zły jestem na mamuśkę, że nie pozwoliła mi 

jej zatrzymać. Kurde, przecież wszystko się ułożyło, nie? Stalówka 
skasował źródło, niczyja wina, a dziewczyna fajna. Szkoda taką 
wypuścić. 
   

Milczek zmarszczył czoło i zamigał coś w odpowiedzi. 

   

– Chuja tam twoja – mruknął Kędzior. – Może i ty ją wyciągnąłeś 

z baru, ale ja znalazłem ją, jak leżała na ziemi, a znalezione nie 
kradzione. 
   

Milczek pokręcił głową i znowu coś zamigał, a potem złożył 

stopkę, wbił bieg i dodał gazu. Kędzior jeszcze raz popatrzył na szpital, 
po czym westchnął i również wytoczył się na drogę. 

 
 
 
 
 

background image

  Co było, a nie jest 

 

 

background image

   

   

   

background image

   

Jeszcze tylko jeden krok, pomyślał mężczyzna. Przeciągnąć 

odrętwiałą nogę do przodu, postawić pokrytą pęcherzami stopę na 
asfalcie spękanym jak spierzchnięte usta i przenieść na nią ciężar 
wychudzonego, zmaltretowanego ciała, i będzie po wszystkim… 
   

Zrobił kolejny krok. Skrzywił się, gdy ociekająca krwią i ropą 

stopa w bucie bez podeszwy raz jeszcze dotknęła drogi i… nic się nie 
stało. Musiał więc zrobić następny i następny, ku uciesze pochylających 
się nad drogą cieni. 
   

Jeszcze tylko myśl albo dwie, uznał. Ale może i tysiąc, bo 

z myślami nigdy nic nie wiadomo. Czasem są jak szczury, zwłaszcza 
gdy okręt umysłu pogrąża się w odmętach snu, a one wszystkie chcą 
w jednej chwili uciec i mkną przez głowę, popiskując, szarpiąc, drapiąc 
i gryząc. Rano zostają bolesne pamiątki po ich pazurach, ale po samych 
szczuromyślach nie ma już śladu… 
   

Ale szczury, które szły za nim przez te wszystkie mile, szczury, 

które co rusz wymykały się z gęstego lasu po obu stronach drogi, by 
dołączyć do żałobnego konduktu, ani myślały znikać. Wiedział, że tam 
są, choć ich nie słyszał i bał się obejrzeć. Wiedział też, co zrobią, gdy się 
zatrzyma. 
   

Jeszcze tylko cztery uderzenia serca, przemknęło mu przez głowę. 

Cztery razy cyk-cyk w odstępach równych jak tykanie zegara… a potem 
umrę. 
   

Ale nie umarł. Mimo kroków, mimo myśli, mimo szczurów. Wciąż 

był na tej samej przeklętej drodze! Tu, gdzie asfalt w bladym świetle 
księżyca wyglądał jak spękana skóra trędowatego, a kałuże jak krwawe 
wybroczyny. Gdzie gałęzie od dawna już martwych drzew rzucały 
upiorne cienie, a spomiędzy konarów spoglądały zaciekawione dzieci 
o szklanych oczach. 
   

– Lalki! – spróbował krzyknąć, ale zamiast tego zacharczał niemal 

bezgłośnie. 
   

To tylko lalki z pieprzonego dzikiego wysypiska. Ktoś je tam 

wyrzucił, zaplątały się w korzenie i… 
   

… idą za tobą przez tyle mil, tak? – zadrwił głos w jego głowie. 

Głos, który tamtego wieczora kazał mu wsiąść wreszcie w samochód 
i zostawić tę sukę, niech sobie radzi. Wtedy wydawało się, że to dobry 

background image

głos. Że jest po jego stronie, ale teraz… 
   

Odwróć głowę, upewnij się, czy są, czy ich nie ma. Może masz 

rację, ale nigdy się nie dowiesz, jeśli nie sprawdzisz! 
   

Ale nie sprawdzi! Zamiast tego zacisnął zęby, spuścił głowę, 

zebrał resztkę sił i ruszył do przodu. 
   

Jeszcze tylko mila, może dwie. Ta droga musi mieć koniec. 

W końcu na coś trafi, dokądś dotrze. Choćby drogowskaz i… 
   

Syknął z bólu i natychmiast odskoczył do tyłu, jednocześnie 

zaciskając ręce w pięści. Bał się, że nadepnie na szczury, ale te musiały 
się rozpierzchnąć, bo nie usłyszał żadnego pisku, nie poczuł pod stopami 
żadnego wijącego się ciała. Tylko asfalt. Podniósł głowę, by zobaczyć, 
w co uderzył. 
   

– Nie – jęknął. – To niemożliwe! To, kurwa mać, niemożliwe! 

   

Przed nim stał wrak jego samochodu. Pojazd wyglądał tak samo 

jak w chwili, kiedy go opuszczał. Kiedy to było? Kilka godzin temu? 
A może dni? W środku na siedzeniach coś się kłębiło, coś cicho 
popiskiwało, wyłączone radio szeptało złowrogo w jakimś dawno 
zapomnianym języku. 
   

I wtedy właśnie zza zakrętu wystrzelił słup bladego światła, 

a zaraz potem rozległ się stłumiony, miarowy warkot silnika. Ktoś 
nadjeżdżał, więc mężczyzna, nie bacząc na poranione stopy, wybiegł na 
środek drogi i zaczął machać gorączkowo, a nawet podskakiwać. 
   

W bladym świetle reflektora nagle przypomniał sobie wszystko: 

swoje imię, kim był jeszcze wczoraj – a może przed godziną – 
i dlaczego właściwie wyruszył na tę eskapadę. Przypomniał sobie 
powód kłótni, tak błahy, że niewart nawet wspomnienia, oraz to, że gdy 
wsiadał za kierownicę, był zmęczony. Gdy wróci do domu, z pewnością 
zaraz zaśnie. 
   

Nadjeżdżającym pojazdem okazał się wielki, lśniący chromem 

motocykl. Kierowca był łysy, miał białą brodę i czerwone oczy. 
   

Jak szczur, pomyślał mężczyzna akurat w chwili, gdy motocyklista 

mijał go drugim pasem, zachowując się tak, jakby nie widział ani 
roztrzaskanego samochodu, ani człowieka, który stał obok. 
   

– Proszę… 

   

Cichy szept był jedynym, na co mężczyzna mógł się teraz zdobyć. 

background image

Nie miał już siły na doskakiwanie do motoru, nie miał nawet siły, by 
zrobić pół kroku. 
   

– Proszę… 

   

I wtedy motocyklista się odwrócił. Nie zwalniając, wymierzył do 

mężczyzny z ogromnego rewolweru. Strzelił dwa razy, w pierś i głowę, 
po czym schował broń i złapał drugą ręką za kierownicę. W samą porę, 
bo jeszcze chwila i motocykl stoczyłby się do rowu. 
   

– Dziękuję – szepnęły martwe już usta mężczyzny. 

   

– Nie ma za co, stary – mruknął motocyklista, zjeżdżając 

z powrotem do środka jezdni. – Naprawdę nie ma za co… 
   

A potem motocykl rozpłynął się w mroku. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Pit jak zwykle obudził się kwadrans przed sygnałem budzika. 

Usiadł na łóżku, wyłamał palce, rozejrzał się po pokoju. Z plakatu na 
przeciwległej ścianie wypinała się do niego bezimienna gwiazdka porno. 
Zerkała przy tym zalotnie, wydymała usta, kusząco potrząsała nagimi 
pośladkami. Gdyby mogła, pojękiwałaby pewnie i szeptała jakieś 
świństwa, bo nawet dziewczyny z plakatów wiedzą, że to działa. 
   

I bez tego niewiele brakowało, by Pit się skusił. Rozsiadł się 

wygodnie, sięgnął ręką do bokserek. W końcu jednak podrapał się tylko 
po jajkach i zwlókł z posłania. 
   

– Sorry, mała – mruknął, podchodząc do plakatu i klepiąc 

dziewczynę w wypięty pośladek. – Nie dzisiaj. 
   

Nie obraziła się, była tylko plakatem. Pit lubił ją za to i wróżył ich 

związkowi długą przyszłość. Na pewno dłuższą niż wszystkim 
dotychczasowym. Cóż, nie dołączył do Chłopców tak zupełnie 
przypadkiem. 
   

Wciągnął wytarte dżinsy i ze stosu pod oknem wygrzebał koszulkę 

Iron Maiden. Pomalowany na Williama Wallace’a Eddie łypnął na niego 
okiem i załopotał szkockim sztandarem. Pit odpowiedział skinieniem, 
a potem powąchał koszulkę pod pachami. Uznał, że jeszcze się nadaje, 
więc wciągnął ją na grzbiet, a potem zdjął z krzesła kamizelkę 

background image

i krytycznie przyjrzał się naszytym na niej napisom. Wciąż „Dzieciak” 
w miejscu „Nibylandii”, wciąż bez godła, choć był z nimi już prawie od 
roku. 
   

– No, mamo, mogłabyś się bardziej postarać – westchnął. 

   

Nałożył kamizelkę i wyszedł na korytarz. 

   

Jak zwykle większość pokoi była jeszcze zamknięta. Na 

niektórych klamkach, zupełnie jak w akademiku za starych, ale 
niekoniecznie dobrych czasów, wisiały ręczniki, krawaty czy kobiece 
stringi. Kiedyś Dzieciaki były bardziej dosłowne i miast subtelnych 
znaków wywieszały kartki z koślawymi napisami typu „Spierdalaj!” 
albo „Jebię!”, ale to było jeszcze przed tym, zanim mama wzięła się za 
czystość języka. Dziś tylko Kędziorowi zdarzało się być tak głupim. 
A i jemu coraz rzadziej. 
   

Pit ruszył przez korytarz, ale smród bijący od łazienki odrzucił go 

już z daleka. Chwycił więc stojący pod drzwiami skórzany but i odlał się 
do niego. Nie czuł wyrzutów sumienia – jak ktoś zostawia buty na 
korytarzu, sam jest sobie winien. 
   

– Nieładnie, Pit – rozległ się głos tuż za jego plecami. – A gdyby 

tobie ktoś wyciął taki numer? 
   

Dzieciak nie przejął się tym zbytnio. 

   

– Pewnie kazałbym mu to wypić, a co? – odparł. – I gdzie zgubiłeś 

brata, Bliźniak? Znowu panna na zmianę? 
   

Strząsnął ostatnie krople, odstawił but i zapiął rozporek. Dopiero 

wtedy odwrócił się i spojrzał prosto w cygańską gębę Bliźniaka. 
   

Zaginiony chłopiec uśmiechał się krzywo, jak miał w zwyczaju, 

a mogło to znaczyć absolutnie wszystko – od „cieszę się, że cię widzę” 
po „szkoda, że nie patrzysz w dół, bo właśnie wbijam ci nóż 
w wątrobę”. 
   

– Zabawnie by było, gdyby mój brat stał teraz za twoimi plecami, 

nie sądzisz Pit? – zapytał. 
   

– Owszem – przyznał Dzieciak. – Wtedy okazałoby się, że tak 

naprawdę jest tylko zaszczanym butem. 
   

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Bliźniak parsknął 

śmiechem i klepnął Pita w ramię. 
   

– Dzwonił Kruszyna i powiedział, że namówił wreszcie ekipę na 

background image

wycieczkę. Będą koło południa, więc wiesz… szykujemy atrakcje. 
   

– I tak sami? – zdziwił się Pit. – Bez alarmu? Pozwalacie spać 

Dzieciakom? 
   

Bliźniak machnął ręką. 

   

– Nie chcemy budzić Mamy. Wiesz, znowu ma… – zawahał się, 

jakby dopiero zdał sobie sprawę, z kim rozmawia. 
   

Pit wciąż jeszcze nie był Chłopcem i nie wszystkie sekrety mu 

przysługiwały. A przynajmniej nie oficjalnie. 
   

– Po prostu źle ostatnio sypia, więc jeśli nie trzeba, nie robimy 

specjalnie hałasu. Zresztą wszystko i tak zacznie się pełną parą, gdy 
wróci Stalówka. Czyli pewnie za godzinę, może szybciej, bo jedzie 
Skrótem. 
   

Pit pokiwał głową. Ta wiedza w zupełności mu wystarczała. 

   

– Co mam robić? – zapytał. 

   

– Idź do Kędziora. Jest koło młyna i mocuje urwane kabiny, więc 

chyba chciałbyś przy tym być, nie? – odpowiedział Bliźniak. – Mógłbyś 
też po drodze nakarmić Pana Propera, bo chyba nikt tego nie robił od 
tygodnia. 
   

– Ten kot nie potrzebuje karmienia, on… – Pit przerwał. 

   

Przez chwilę nasłuchiwał dźwięków dochodzących zza drzwi. 

Potem na wszelki wypadek odsunął się kawałek od miejsca swej 
urynowej zbrodni i dodał już ciszej, prawie szeptem: 
   

– Sam świetnie sobie radzi w tym i innych światach. 

   

– Niby tak – zgodził się Bliźniak – ale wiesz, jaki jest Kruszyna. 

„Na każdego przeklętego szczura z zaświatów przynajmniej jedna 
paczuszka antykłaczkowych smakołyków”. To jego dewiza i lepiej się 
jej trzymać, jak prosi. Nakarmimy bydlaka, maleńki braciszek wróci 
i zobaczy pełną michę pupila, to się ucieszy, nie? I pamiętaj, źródlana 
woda. 
   

Pit pokiwał głową i ruszył w stronę kuchni. Był w połowie 

korytarza, gdy rozdzwoniły się budziki. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

background image

   

Zgodnie z zapowiedzią Bliźniaka Kędzior był przy młynie. 

Rozebrany do pasa, ubabrany sadzą i smarem, mocował się właśnie 
z jedną z kabin. Ściślej mówiąc, prężył i napinał ogromne mięśnie, 
bezskutecznie próbując ją podnieść. 
   

– One chyba nie mają miłych myśli – zauważył Pit, siadając na 

pobliskim betonowym słupku. 
   

– Co? 

   

– Kabiny nie mają miłych myśli – wyjaśnił Dzieciak. – Nie polecą. 

   

Kędzior przestał się prężyć, odstąpił o krok i sięgnął po 

przewieszoną przez pas czerwoną bandanę. Otarł z twarzy pot i przy 
okazji rozmazał sadzę. Wyglądał teraz trochę jak ogromny wojownik 
ruszający na bitwę. 
   

– Wody! – zawołał. 

   

Pit rzucił mu trzymaną w rękach butelkę. Olbrzym złapał ją 

zgrabnie, odkręcił i wypił wodę duszkiem. Dopiero wtedy podszedł do 
Pita i przyjrzał się chłopakowi, jakby widział go pierwszy raz. 
   

– Ty, młody. Jak długo jesteś z nami? – zapytał. 

   

– No, będzie już kawałek. – Pit wiedział, że Chłopcom lepiej nie 

podawać dokładnego czasu. Z jakiegoś powodu bardzo tego nie lubili. – 
A co? 
   

– I wciąż jeszcze nie wiesz, że jeżeli ja chcę, żeby coś poleciało, to 

poleci, choćby się miało zesrać? 
   

Pit podrapał się po nosie, splunął, po czym znowu zadarł głowę, by 

spojrzeć olbrzymowi prosto w oczy. Skrzywił się przy tym, że niby od 
słońca, ale kpiarsko wydymając usta. 
   

– Wiem tylko tyle, że idzie ci ta robota jak Kruszynie odchudzanie 

i bez wsparcia albo proszku gówno zrobisz. 
   

Olbrzym sapnął i zgniótł trzymaną w rękach butelkę. 

   

– To co, może zakład? – zaproponował. – Tydzień zabawy w dżina 

i dwa tygodnie dyżurów w kuchni. 
   

– Zgoda. 

   

Pit poderwał się ze słupka, splunął na dłoń i wyciągnął ją do 

olbrzyma. Ten zrobił to samo, zakład został przyklepany. 
   

– No to teraz patrz – powiedział Kędzior. 

   

Podszedł do kabiny, objął ją ogromnymi ramionami. Zaparł się raz 

background image

jeszcze, prężąc mięśnie na potężnych plecach – wytatuowana nad lewą 
łopatką papuga aż wybałuszyła oczy z tego wysiłku – i po kilku 
sekundach poderwał kabinę wraz z przyspawaną do niej, zatopioną 
w betonie i zakopaną w ziemi kotwicą. Sapiąc i dysząc, podniósł kabinę 
nad głowę, przytrzymał chwilę i zaraz cisnął na bok. Znowu sięgnął po 
bandanę, by otrzeć pot z czoła, po czym odwrócił się i wyszczerzył do 
Pita. 
   

– Na pytanie, jak długo z nami jesteś, Dzieciaku, powinieneś już 

zawsze odpowiadać: „Za krótko” – stwierdził. – Naprawdę myślałeś, że 
spiskowanie z Bliźniakami przeciwko mnie wyjdzie ci na dobre? Ten 
numer… 
   

Przerwał i skupił wzrok na ścieżce, którą zbliżał się właśnie 

Stalówka. Albinos jechał powoli, odchylony do tyłu i wyraźnie 
zrelaksowany. 
   

– Oho, chyba szykuje się nam nowy biznes – powiedział 

Kędzior. – Idź tam do niego i spróbuj się wywiedzieć co i jak, dobra? 
   

– Jasne – mruknął Pit i strzyknął spomiędzy zębów gorzką 

plwociną porażki. 
   

Następnie, już bardziej wpasowując się w rolę, która przypadała 

mu w najbliższym tygodniu, zapytał: 
   

– Czy mój pan życzy sobie czegoś jeszcze od swego uniżonego 

sługi? 
   

Kędzior uśmiechnął się szeroko i sięgnął po leżący nieopodal młot 

z wielkim drewnianym obuchem. 
   

– No, skoro pytasz… 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Stalówka zaparkował w cieniu rozłożystego dębu i przez chwilę 

jeszcze wsłuchiwał się w cykanie stygnącego silnika. Wyjął z kieszeni 
wymiętoloną paczkę lucky strike’ów i wsunął do ust pogiętego 
papierosa. Zapalił. 
   

Na parkingu kotłowały się już Dzieciaki, majstrując coś przy 

swoich bablach, jak Chłopcy zwykli nazywać motory dla świeżaków. 

background image

Chodziło o to, że składane były ze wszystkiego, co się Stalówce pod 
rękę nawinęło, czy to ze ścigów, czy z chopperów, czasem nawet 
uzupełniane częściami rowerowymi czy strzępami z samochodowych 
wraków. Żadna część nie pasowała do drugiej, nic się ze sobą nie 
dogadywało, zupełnie jak w wieży Babel. 
   

I właśnie wokół tych maszyn uwijała się teraz klubowa 

smarkateria. W swych pozbawionych godła kurtkach, ze zmierzwionymi 
włosami i twarzami opuchniętymi od snu wyglądali niezwykle 
pociesznie i zupełnie niegroźnie. Stalówka nie potrafił sobie wyobrazić, 
że część z nich pewnego dnia dostanie naszywki i prawdziwy motocykl, 
by móc wyruszyć w świat. Właściwie to gdyby się zastanowić, raptem 
jeden czy dwóch dobrze rokowało. Resztę czekały syrenie łzy i życie 
z dziurą w pamięci. 
   

Z budynku wyłoniła się Dzwoneczek ubrana jedynie w bokserki 

i przykrótką koszulkę z Garfieldem. Przeciągnęła się, stając na palcach, 
zrobiła skłon i dwa przysiady, po czym oparła nogę o barierkę i wtedy 
właśnie dostrzegła siedzącego w cieniu Stalówkę. Pomachała do niego, 
a ten zasalutował niedbale. Ruszyła w jego stronę. 
   

Stalówka odezwał się, gdy zbliżyła się na tyle, że nie musiał 

krzyczeć. 
   

– Nie powinnaś tak robić. Jeszcze sobie który pałą zęby wybije 

i będzie płacz i nieszczęście. 
   

Dzwoneczek wzruszyła ramionami. 

   

– Jeżeli któryś rzeczywiście mógłby tego dokonać, to… raczej 

chciałabym wiedzieć. 
   

Wyjęła papierosa z dłoni Stalówki. Zaciągnęła się łapczywie 

i wypuściła dym nosem. 
   

– Jak poszło? – spytała. 

   

– Jest nasz, ale będę potrzebował Młodego. 

   

– W sensie Pita? 

   

Skinął głową. 

   

– I tak już najwyższa pora, by dostał wreszcie naszywki, nie 

sądzisz? Wożę je dla niego już jakiś czas, bo przydałby nam się dla 
odmiany ktoś poważny. 
   

Jakby na potwierdzenie tych słów od strony młyna dobiegł ich 

background image

głośny, dziki ryk. Odwrócili głowy i dostrzegli półnagiego Kędziora 
z rozwichrzonymi, targanymi wiatrem włosami stojącego na dachu 
najwyżej umieszczonej kabiny. W balansowaniu na niej wcale nie 
pomagał mu trzymany w ręku drewniany młot, którym wywijał na 
wszystkie strony. 
   

– Jestem Thor, bóg piorunów! – darł się ku uciesze 

zgromadzonych na parkingu Dzieciaków. – Niech świat drży przed moją 
potęgą! 
   

Dzwoneczek przejechała ręką po twarzy. 

   

– Choć w sumie to i tak lepiej, niż kiedy Bliźniacy podpięli dwa 

enduro do rollercoastera i urządzili wyścigi. – Westchnęła. – Rany, co 
z nimi jest nie tak? Dlaczego nie mogą… 
   

– Dorosnąć? – Stalówka zaciągnął się ostatni raz i cisnął 

niedopałek na asfalt. – Jakby to rzeczywiście było takie zajebiste, co, 
mamo? 
   

Parsknęła śmiechem. 

   

– Pierdol się, Stalówka! Nie wytyka się takich rzeczy kobiecie. 

I jeśli chcesz zabrać Młodego, to zrób to teraz. Kruszyna nakręcił dziś 
ustawkę i pewnie już tu jadą. Nie chcę, żeby cię widzieli. 
   

Stalówka ponownie skinął głową i już miał odpalać silnik, gdy 

nagle przypomniał sobie o czymś jeszcze. Sięgnął do kabury po 
rewolwer, złamał go, uzupełnił brakujące naboje. 
   

– Wracając, prawie zahaczyłem o Straconego – powiedział, gdy 

zobaczył minę Dzwoneczka. – Stanowczo za dobry się robię na starość. 
   

Dziewczyna postąpiła krok do przodu i pocałowała go w policzek. 

   

– Mój wrażliwy chłopiec. Ale następnym razem wystarczy jedna – 

szepnęła mu do ucha. – Czy mama nie nauczyła cię oszczędności? 
   

– Nie chcesz wiedzieć, co czasem myślę o mojej matce – odparł 

Stalówka i przekręcił kluczyk w stacyjce. – Naprawdę nie chcesz. 
   

Wycofał ostrożnie, wykręcił i pognał w stronę Młyna. 

   

Dzwoneczek popatrzyła za nim, a potem przeniosła wzrok na 

Kędziora, który wymachując młotem, opędzał się od lodowych 
olbrzymów. Tę rolę, jak zawsze ochoczo, wzięli na siebie Bliźniacy. 
Westchnęła, nawet przed sobą kryjąc myśl, że najchętniej by do nich 
dołączyła. 

background image

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Pit potrzebował chwili, by przetrawić słowa Stalówki. Pewnie 

gdyby powiedział to którykolwiek inny spośród Chłopców, wziąłby te 
słowa za żart albo podstęp. Ale albinos był inny. Był… dorosły. I rzadko 
robił sobie jaja. 
   

– Czyli jeszcze raz – powiedział Pit. – Chcesz, żebym pojechał 

z tobą nagrywać nowy biznes? W sensie taki prawdziwy? Z proszkiem? 
   

Stalówka nie odpowiedział. Patrzył tylko tymi swoimi czerwonymi 

oczami, lekko pochylony do przodu, z rękami wspartymi na kierownicy. 
Był to wyraźny znak, że Pit nie powinien zadawać więcej pytań. Ten nie 
mógł się jednak powstrzymać. 
   

– Dlaczego ja? I czy załatwianie wszystkiego, co związane 

z proszkiem, nie należy tylko do Chłopców? W sensie prawdziwych? 
   

Stalówka, wciąż nie odrywając wzroku od Pita, odchylił się 

i rozpiął jedną z sakw. Wyciągnął z niej zawiniątko opakowane w szary 
papier i związane sznurkiem. Rzucił je chłopakowi. 
   

– Najlepszego – mruknął. – A ciebie potrzebuję, bo przydałby się 

ktoś rzeczowy. Studiowałeś prawo, prawda? 
   

Pit skrzywił się, ale przytaknął. Niechętnie wracał pamięcią do 

tamtych chwil i do tamtego życia. To już się skończyło. Teraz był 
Dziecia… Gdzie tam! Był Chłopcem. 
   

– No właśnie. – Stalówka sięgnął do kieszeni po papierosy. – 

Potrzebny nam ktoś, kto ma gadane, wygląda jak aktor z reklamy i zna 
się na rzeczy. No i oczywiście jeździł już Skrótem i zna zasady. Znasz 
je, prawda? 
   

– A czy słońce zachodzi na zachodzie? – Pit wyszczerzył się 

w uśmiechu. 
   

Zaraz jednak mina mu zrzedła, gdy zauważył, że Stalówka nie 

podziela jego wesołości. 
   

– Gdybym chciał słuchać, jak ktoś odpowiada pytaniem, 

włączyłbym sobie któryś z tych jebanych teleturniejów. Znasz zasady 
czy nie? 

background image

   

Pit mocniej zacisnął ręce na pakunku, jakby bał się, że albinos 

zaraz mu go odbierze, uznając, że jednak nie zasłużył. 
   

– Znam. Kiedy chcesz ruszyć? 

   

Stalówka wskazał ręką na papierosa. 

   

– Jak dopalę. Masz czas, żeby… 

   

Coś grzmotnęło o ziemię kilka metrów dalej, a zaraz potem 

z połamanych krzaków wygrzebał się poobijany Kędzior. Gdy zobaczył 
Stalówkę, uniósł ku niebu nadłamany młot. 
   

– Thor! – stęknął. – Władca piorunów! 

   

A potem zwalił się nieprzytomny na ziemię. Pit dostrzegł, że noga 

olbrzyma wykrzywiona jest pod nienaturalnym kątem, a wokół głowy 
tworzy się aureola krwi. 
   

– Nie powinniśmy kogoś wezwać? – zaniepokoił się. – Mamy na 

przykład? 
   

– A po co? – Stalówka wzruszył ramionami. – Nie sądzisz, że już 

sam upadek był dla niego wystarczającą karą? Dalej, zabierz mu 
kluczyki, pojedziesz na jego Ślicznotce. 
   

– Ale… 

   

– Żadnego „ale”. – Albinos nie dał mu dokończyć. – Chłopcy nie 

jeżdżą na bablach, zapamiętaj to sobie. A jak zobaczę, że krzywo 
przyszyłeś godło, to zeżresz własne palce, jasne? 
   

– Jasne. – Pit wyprężył się jak struna, po czym pognał w stronę 

domu. 
   

Dopiero wtedy Stalówka zsiadł z motoru i podszedł do Kędziora. 

Bezceremonialnie odwrócił go na plecy i pokręcił głową. 
   

– Dalibyście już dzieciakowi spokój z tymi wygłupami – 

powiedział. – On naprawdę się przejął, że coś sobie zrobiłeś. 
   

Olbrzym usiadł i wypluł rozerwany woreczek ze sztuczną krwią. 

Ostrożnie, by nie powbijać sobie drzazg, wyjął z nogawki złamaną 
deskę. 
   

– Nie wyglądał na specjalnie przejętego. Poza tym chciał mnie 

wkręcić w numer z kabiną – odparł. – Spiskował przeciwko mnie 
z Bliźniakami, to musiałem mu pokazać. 
   

– Ale przecież ta kabina to twój przekręt. Twój i Bliźniaków. Na 

młodych właśnie. 

background image

   

Olbrzym wzruszył ramionami. 

   

– On tego nie wiedział, co nie, chłopaki? 

   

Zza plecami Stalówki znikąd wyrośli Bliźniacy. 

   

– Nie mógł wiedzieć – stwierdził jeden. 

   

– Za dobrzy w tym jesteśmy – dodał drugi. 

   

Kędzior rozłożył ręce. 

   

– Sam widzisz. No i każ mu uważać na moją Ślicznotkę. Niech ją 

zatankuje, wymyje porządnie i odkazi siedzenie. Nie chcę, żeby 
śmierdziało durniem. 
   

Od strony bramy głównej dobiegły ich dźwięki klaksonu, które 

mogły oznaczać tylko jedno. 
   

Przyjechał Kruszyna. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Pit wbiegł zdyszany na schody wiodące do budynku. W progu 

o mało nie przewrócił chudego jak patyk Makarona. Ten kostropaty 
sierota był jednym z najświeższych nabytków Klubu. Wcześniej 
pracował w pizzerii, ale nienawidził tej roboty, więc rzucił ją w cholerę 
i przyjechał pod bramę Drugiej Nibylandii furgonem wypełnionym 
świeżą pizzą. To był, jak dotąd, jego jedyny wart odnotowania wyczyn, 
bo poza tym chłopak tylko właził pod nogi i wkurwiał wszystkich 
głupimi pytaniami. Jak teraz właśnie. 
   

– Co tam się dzieje, bro? – chciał wiedzieć. – Co to za trąbienie 

i czemu wszyscy tak ganiają? 
   

Normalnie Pit olałby szczeniaka albo zbył go złośliwostką, ale 

Makaron miał jeszcze jedną, dotąd nieznaną, ale paskudną cechę. Był 
długi i z łatwością potrafił zatarasować swymi patykowatymi 
kończynami całe wejście. Co oczywiście uczynił. 
   

Pit westchnął ciężko. 

   

– Kruszyna przywiózł wycieczkę z domu dziecka – wyjaśnił. – 

Robi to co jakiś czas, żeby się dzieciaki rozerwały na atrakcjach, a przy 
okazji Chłopcy patrzą, czy któreś z sierot są obiecujące. 
   

– W sensie ładne? – Makaron zmarszczył brwi. 

background image

   

– Nie, idioto! Użyteczne! Nie zauważyłeś, że tu wszyscy są 

sierotami? Ty jesteś, kurwa, sierotą! 
   

– Sam jesteś idiota! – odciął się Makaron. – Chłopcy przecież mają 

mamę! 
   

Pit wzniósł oczy ku niebu. 

   

– Tak, mamę, która wygląda jakby… A zresztą… 

   

Zacisnął rękę w pięść i z całej siły walnął chudzielca w brzuch. 

Potem zgiętego wpół złapał za kark i pchnął na barierki. 
   

– Sorry, za długo trzeba by to wszystko tłumaczyć – mruknął 

w ramach wyjaśnienia i pognał korytarzem. 
   

Wpadł do pokoju, usiadł na łóżku i dopiero wtedy, dysząc ciężko, 

rozpakował papierowe zawiniątko. Wypadły z niego trzy naszywki. 
Jedna z godłem – rozbitym zegarem cebulą i wysypującymi się z niego 
trybami, jedna z napisem „Nibylandia” i wreszcie trzecia, maleńka, 
z imieniem. Pit przyjrzał się im wszystkim uważnie, a potem pokazał je 
dziewczynie z plakatu. 
   

– Widziałaś? – zawołał. – Od dziś nie zadajesz się już 

z Dzieciakiem. Zostałem prawdziwym Chłopcem! Chłopcem! 
   

Jeżeli dla dziewczyny z plakatu zabrzmiało to śmiesznie, nie dała 

tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się tylko, puściła oko i zachęcająco 
zakręciła pośladkami. 
   

Pit pokręcił głową. 

   

– Nie teraz, mała – powiedział. – Muszę to raz dwa przyszyć, bo 

jadę ze Stalówką załatwiać biznes. 
   

Nie był pewien, czy powinien jej o tym mówić, ale co tam, 

najwyżej ją zerwie. A teraz był szczęśliwy, nawet bardziej niż w dniu, 
gdy wygarnął wszystko nagrobkowi ojca i zaraz potem rzucił te 
przeklęte studia. Swoją drogą, ależ mu wtedy nagadał! 
   

Sięgnął do szuflady i wyciągnął specjalnie na ten dzień 

naszykowaną igłę z nitką, a także posrebrzany całus, który wręczyła mu 
Dzwoneczek wraz z kamizelką. Tak przygotowany zabrał się do szycia. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

background image

   

Autobus – stary, ale odremontowany i kolorowo odmalowany 

jelcz – ledwo mieścił się na niektórych lunaparkowych uliczkach, ale już 
od pierwszej chwili było widać, że kierowca wie, jak radzić sobie z tą 
niedogodnością. Bez skrupułów wjeżdżał na krawężniki, niektóre 
odcinki pokonywał przez trawę, a na innych niemal ocierał się 
o stragany i budki techniczne. Każdemu takiemu manewrowi, zwłaszcza 
podskokom na wybojach, towarzyszył entuzjastyczny ryk zamkniętych 
w autobusie maluchów i charkot opon ocierających się o blachę. 
   

W końcu autobus zatrzymał się na parkingu pod bazą i zaraz 

potem ze środka wybiegła rozwrzeszczana dzieciarnia. Byli niczym 
szarańcza. Pędzili przed siebie, obsiadali, co tylko się dało – murki, 
samochody, bable, nawet motocykle Chłopców – i nieustannie brzęczeli 
o wszystkim i o niczym. 
   

Stalówka z Kędziorem z pewnego dystansu przyglądali się tej 

pladze, ale choć nie odzywali się ani słowem, po ich twarzach dało się 
poznać, że ten widok ich cieszy. Potwierdzili to zresztą zaraz, gdy tylko 
z autobusu wytoczył się Kruszyna. 
   

Powiedzieć o ostatnim spośród Chłopców, że był gruby, to nic nie 

powiedzieć. Był on tym specyficznym rodzajem tłuściocha, z którego 
nie odważyłbyś się drwić, nawet mimo koszulki z wizerunkiem E.T. 
w rozmiarze XXXXL. Kruszyna był trochę jak zawodnicy sumo albo 
emerytowani bokserzy wagi ciężkiej – może ospały, może powolny, ale 
gdy już ruszy, jest nie do zatrzymania. 
   

– Co tam, chłopaki? – zawołał, przejeżdżając ręką po krótko 

przystrzyżonym irokezie. – Gotowi na dzień pełen przygód? 
   

– Ja nie – odparł Stalówka. – Zaraz biorę młodego i musimy 

spadać. Robota. 
   

– Coś nowego? 

   

– Takie tam. – Albinos machnął ręką. – Standard, ale firma duża, 

to i zamówienie… Ty, kto z tobą przyjechał? Czy to Napalona Rózia? 
   

Brodą wskazał na szczupłą blondynkę po trzydziest- 

  ce, która właśnie wysiadła z autobusu. Miała na sobie letnią sukienkę, 
białą w zielone kwiaty, i zupełnie do niej niepasujące sandałki na 
wysokim obcasie. Trzeba było jednak przyznać, że jej nogi 
prezentowały się całkiem nieźle, a i reszta była niczego sobie. Gdy 

background image

Chłopcy widzieli ją po raz pierwszy, każdy choć na chwilę zawiesił na 
niej oko. Zaliczył jednak tylko jeden. 
   

– Milczek wie? – zapytał Stalówka. 

   

Kruszyna zachichotał i zatarł pulchne ręce. 

   

– Chciała mu zrobić niespodziankę – stwierdził. – Tylko dlatego 

się zgodziła na tę wycieczkę. Wiecie, dyrekcja myśli, że my teraz kino, 
dwa muzea, zoo i McDonald’s. Coraz trudniej ich wszystkich namówić 
na te wypady. 
   

Przez chwilę stali w milczeniu i przyglądali się szalejącym 

dzieciakom. Na razie maluchy cieszyły się wolnością i nowym 
miejscem. Prawdziwe atrakcje miały się zacząć dopiero za chwilę. 
   

– Masz fart, grubasku, że Milczek nikogo sobie wczoraj nie 

zwiózł. – Kędzior odwrócił się i kolejny raz splunął śliną różową od 
sztucznej krwi. – Jeśli chodzi o seks, niespodzianki to pierdolona loteria. 
Raz trafisz laskę marzeń, a raz Tajkę z fujarą większą niż twoja. 
   

Parsknął pod nosem, ubawiony własnym żartem, ale 

zorientowawszy się, że nikt inny się nie śmieje, ścisnął rękę w pięść, 
przysunął do ust i chrząknął. 
   

– Ekhem, no, także tego… to ja skoczę po tego Milczka, a ty, 

Stalówka, pilnuj, żeby mi młody… 
   

– … Ślicznotki nie skrzywdził, się wie. 

   

Albinos raz jeszcze sięgnął do wymiętej paczki papierosów, ale po 

namyśle schował ją z powrotem. Nie teraz. Nie przy dzieciakach. 
   

– A, Kruszyna – przypomniał sobie. – W tunelu strachów mamy 

parę świeżych… spraw, więc może lepiej tam nie idźcie, co? 
   

– Dobra. 

   

– I w ogóle bawcie się dobrze. 

   

– Możesz być pewien, że będziemy. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Pit zjawił się po pół godzinie, w pełni gotowy do jazdy. Stalówka 

darował mu opieprz, bo chłopak i bez tego był przejęty jak nigdy. Do 
tego naszywki na jego kurtce prezentowały się doskonale, co, sądząc po 

background image

czerwonych kropkach zdobiących palce młodego, nie przyszło mu 
łatwo. 
   

Zaraz też, ledwie się zjawił, grzecznie wskoczył na Ślicznotkę, 

odpalił silnik, powoli, ostrożnie wycofał ją i ustawił się frontem do 
wyjazdu. Stalówka stanął obok niego i po chwili przygotowań podał mu 
lusterko z plastikową rurką i dwoma kreskami srebrzysto-złotego 
proszku. 
   

– Na pewno wiesz, co robić? – upewnił się. 

   

Zamiast odpowiedzieć, Pit wziął od niego lusterko, podniósł rurkę 

i wciągnął przez nią proszek. Otrząsnął się i na chwilę skupił wzrok na 
kręcącym się diabelskim młynie i dzieciakach machających z kabin 
czerwonymi chusteczkami. 
   

– Nie powypadają tak same? – zapytał, oddając Stalówce lusterko 

z drugą kreską. 
   

– Nie powinny. – Albinos wciągnął proszek, skubnął się w nos 

i schował lusterko. – Zresztą nawet jeśli, to wiesz, jaki jest świat. Kto by 
tam płakał po sierocie. 
   

– Ja bym płakał – stwierdził Pit. 

   

Stalówka popatrzył na młodego z rozbawieniem. 

   

– Ty sam jesteś sierotą – powiedział – więc się nie liczysz. Nie 

wiedziałeś? 
   

Nie czekając na odpowiedź, pognał alejką w stronę bramy. Pit 

podążył w ślad za nim. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Napalona Rózia zatrzymała się na chwilę na środku parkingu, by 

opanować drżenie nóg. Naprawdę nazywała się Małgorzata Grodzka i, 
zanim poznała Milczka, mogła się określać mianem cnotliwej. Czy też 
raczej wstrzemięźliwej, bo to jednak nie to samo. Nie miała męża ani 
narzeczonego, była za to posiadaczką małego, dwupokojowego 
mieszkanka po tragicznie zmarłych rodzicach, z którym ciężko jej się 
było rozstać. 
   

Kłopot w tym, że owo lokum mieściło się w okolicy rynku 

background image

maleńkiego miasteczka. Jednego z tych, gdzie każdy jest sąsiadowi 
etykiem, sędzią i towarzyskim katem. Więcej niż jeden mężczyzna na 
pół roku wychodzący od niej po zmroku i już zostałaby kurwą. 
A przecież trudno pogodzić rolę kurwy i pedagoga dziecięcego. 
Przynajmniej według dyrekcji lokalnego domu dziecka… 
   

Nie narzekała, bo nawet odpowiadało jej takie życie, problem 

jednak zaczął się, gdy w ośrodku pojawił się gruby wolontariusz 
w motocyklowej kamizelce. Pewnego dnia zaproponował, że zabierze 
dzieciaki na wycieczkę swoim autobusem. Rózię mianowano opiekunką. 
To właśnie wtedy poznała Milczka… i wkrótce potem zyskała swój 
nowy, w pełni zasłużony przydomek. 
   

Starała się, próbowała, ale nic nie mogła na to poradzić – ilekroć tu 

przyjeżdżała, robiła się wilgotna już z chwilą wyjścia z autobusu. 
A potem, gdy szła przez plac w stronę budynku, za każdym razem czuła 
się jak ćpunka na głodzie odwiedzająca swojego dealera. Wstyd mieszał 
się z przyjemnym podnieceniem, zażenowanie z narastającą żądzą. 
Skupione na niej pożądliwe spojrzenia kilkunastu młodych mężczyzn na 
przemian peszyły ją i napawały dumą. 
   

Tak było i teraz, chociaż nie zdążyła się ponapawać wzbudzonym 

zainteresowaniem, bo zaraz go dostrzegła. Wyłonił się z budynku 
z jabłkiem w jednej ręce i nożem w drugiej. Gdy ją zobaczył, 
uśmiechnął się łobuzersko. Ruchem głowy zaprosił ją do środka, a ona 
z trudem powstrzymała się, by nie pobiec. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Wyłonili się na pustej drodze jakieś trzydzieści kilometrów od 

celu. Pit zastanawiał się przez chwilę, czy to, że przy ich pojawianiu się 
nigdy nikogo nie było, to tylko przypadek, czy też coś się za tym kryje. 
Na przykład, czy da się opuścić Skrót, jeśli w prawdziwym świecie jest 
w tym czasie korek albo gdy inny kierowca może zobaczyć, jak 
wracasz? Uznał, że powinien o to zapytać Stalówkę jeszcze przed 
spotkaniem. 
   

Tuż przed samym miastem zatrzymali się na stacji na kawę i hot 

background image

doga. Tam omówili sobie z grubsza plan rozmowy i ustalili to, co 
wcześniej pojawiło się jedynie jako sugestia. To Pit dowodził tą akcją, to 
on ustawiał biznes. Stalówka miał zamiar tylko się przyglądać, groźnie 
wyglądać i w razie czego szepnąć słowo czy dwa, gdyby wszystko 
zaczęło się sypać. 
   

Gdy już wszystko mieli uzgodnione, Pit dopił kawę, raz jeszcze 

zerknął w notatki i postukał palcem w kartkę. 
   

– Ten cały prezes Jastrzębski. 

   

– Gwidon. – Stalówka wszedł mu w słowo. – Będzie na to nalegał. 

   

– Gdy zacznie nalegać, zostanie Gwidonem. – Pit posłał mu 

drwiące spojrzenie, które mówiło: „Wchodzisz na mój teren, białasie. 
Byłem prawnikiem”. – Na razie nazywa się Jastrzębski i jest prezesem. 
Powinienem wiedzieć o nim coś więcej? 
   

Albinos wzruszył ramionami i odparł: 

   

– Że będzie nalegał na Gwidon. 

   

Zgniótł papierowy kubek, cisnął nim do kosza i wyszedł. 

   

Pit pognał za towarzyszem, o mało nie rozbijając nosa o szklane 

drzwi. Dogonił Stalówkę koło dystrybutorów. 
   

– Ej no, nie obrażaj się. Ja pierdolę! 

   

– To nie pierdol, tylko wsiadaj na motocykl. – Albinos sięgnął po 

wymiętą paczkę. – Wiesz, co najważniejsze, reszty się domyślisz albo 
zauważysz, bo głupi nie jesteś. 
   

Odpalił papierosa i zaciągnął się dymem. Dopiero wtedy rozwinął 

myśl: 
   

– Jeżeli masz się tym w przyszłości zajmować, a masz, to musisz 

się od razu nauczyć improwizować. Handlujemy magią, brachu, 
i wciskamy ją całkiem realnym ludziom. Do takich spotkań nie można 
się po prostu przygotować. 
   

Kątem oka dostrzegł idącego w ich stronę pracownika stacji, więc 

odwrócił głowę i zmierzył gościa wzrokiem. 
   

– Jakiś problem? – zapytał. 

   

Chłopak zatrzymał się i zamrugał gwałtownie. Potrzebował chwili, 

by do jego mózgu dotarło, że tak, ten łysy koleś w skórze naprawdę ma 
czerwone oczy! Kolejną chwilę zajęło, zanim wydukał: 
   

– Tu nie wolno palić. To grozi wybuchem. 

background image

   

– Jasne – Stalówka pokiwał głową, po czym odchylił kamizelkę 

i zaprezentował kaburę z glockiem – ale nie aż tak bardzo, jak kilka 
strzałów w dystrybutor, nie sądzisz? 
   

Pit parsknął śmiechem, bo widok miny chłopaka wart był każdych 

pieniędzy. 
   

– No już, znikaj – dodał od siebie. – Tam chyba ktoś chce się 

sztachnąć gazem, nie? 
   

– Rzeczywiście – zgodził się chłopak mechanicznie. 

   

Wycofywał się teraz krok po kroku, wciąż gapiąc się to na 

Stalówkę, to na kaburę, to znów na zapalony papieros. Dopiero gdy 
potknął się o krawężnik przy dystrybutorach, odwrócił się na pięcie 
i pognał w stronę sklepu. 
   

Stalówka uznał, że to najwyższa pora, by się zbierać. 

   

– Zapamiętaj sobie, młody, raz na zawsze – powiedział, dosiadłszy 

motoru. – Żelazne zasady tylko na Skrótach. Reszta to improwizacja. 
   

– Dobrze, panie Miyagi. 

   

– Spierdalaj. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Napis nad bramą głosił „HAWKTRANS – TRANSPORT, 

SPEDYCJA”, co brzmiało oczywiście dumnie i światowo – pomijając 
skojarzenie z transseksualnym ptakiem – ale nijak się miało do 
siermiężnej rzeczywistości. Zupełnie jak te tanie, przydrożne moteliki 
z podstarzałymi kurwami i obleśnym densflorem w stołówce zwące się 
Moulin Rouge albo oblepione neonami kioski z automatami noszące 
szumną nazwę „Las Vegas”. 
   

Wysypany żwirem parking otoczony powyginaną, przerdzewiałą 

siatką, na nim kilka starych ciężarówek i luźno stojących przyczep, 
a w głębi kompleks baraków z falowanej blachy – to było wszystko, 
czym HawkTrans mógł się pochwalić, przynajmniej na pierwszy rzut 
oka. Pit nie zakładał jednak, żeby w środku, rozumianym zarówno 
dosłownie, jak i księgowo, było dużo lepiej. Jeżeli ktoś odpowiadał na 
jedno z udziwnionych, niejasnych ogłoszeń Chłopców i prosił 

background image

o spotkanie, to znaczy, że jechał wzdłuż krawędzi. I to na 
scentrowanych kołach. 
   

Ciekawe, czy w ogóle ich na nas stać, pomyślał Pit, gapiąc się na 

obciągnięte brezentem przyczepy. Materiał tak ciasno opinał się na 
metalowo-drewnianych szkieletach, że skojarzenie z wygłodzonymi 
Etiopczykami nasuwało się samoistnie. Głośno jednak nic nie 
powiedział. 
   

Zatrzymali się przed głównym budynkiem. Zsiedli z maszyn 

akurat w chwili, gdy na zewnątrz wyszli dwaj mężczyźni. Wyglądali na 
kierowców. 
   

– Niezłe cacka – mruknął jeden z nich. 

   

Miał nalaną, czerwoną twarz i przepoconą koszulkę na 

ramiączkach wystającą spod rozpiętej spranej flaneli. 
   

– Można dosiąść? – zapytał. 

   

– Jasne – odparł Stalówka, wchodząc na niskie schodki – ale pod 

warunkiem, że ty pozwolisz mi dosiąść twojej starej. 
   

Gdy to mówił, jego głowa znajdowała się akurat na wysokości 

kolana kierowcy. Wystarczyłby zwykły odruch, jedno szybkie kopnięcie 
i zaraz zrobiłoby się bardzo gorąco. 
   

Dlaczego on to robi, dlaczego ich prowokuje? – pomyślał Pit, 

jednocześnie skupiając wzrok na drugim z kierowców: żylastym 
chudzielcu w T-shircie tyskiego. To był odruch, który Chłopcy wpoili 
mu na początku. Gdy kroi się awantura, znajdź sobie kogoś, z kim 
odtańczysz pierwszy taniec. 
   

Tym razem jednak nie było tańca, bo grubszy kierowca zamiast się 

wściec, ryknął ochrypłym śmiechem. 
   

– Nie spodobałaby ci się taka zamiana, łysy – powiedział, 

wyciągając do Stalówki rękę. – Moja jest bardziej przechodzona. Wiesz, 
ja w trasie, a ona… 
   

Albinos zrównał się z kierowcą i uścisnął podaną dłoń. 

   

– To cię nauczy, brachu. Dobry zwyczaj: nie pożyczaj – stwierdził 

z uśmiechem. – Stalówka. My do szefa. 
   

– Gwidon jest u siebie – odezwał się ten chudy. – Drugie drzwi po 

lewej. Stroił się dla was od rana i w ogóle bardzo jest przejęty, więc nie 
wyruchajcie go za ostro, co? Nie na pierwszej randce. 

background image

   

– To nasza druga – odparł Stalówka i wszedł do budynku. 

   

Pit pokręcił głową z rozbawieniem. Zdał sobie sprawę, jak bardzo 

jest tu teraz zbędny. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Napalona Rózia promieniała szczęściem. Znowu bowiem było tak, 

jak to sobie wymarzyła. Jak wyśniła noc po nocy od ostatniego 
spotkania. 
   

Szli korytarzem, trzymając się za ręce. Oboje milczeli, ale przecież 

komu były potrzebne słowa, kiedy wystarczyło ciepło splecionych dłoni, 
dopasowany rytm kroków i – bez cienia wątpliwości – serc. Nawet 
gdyby była to polna droga pod szpalerem zakwitających jabłoni, a nie 
śmierdzący, zasprejowany korytarz, nie byłoby ani trochę romantyczniej 
czy bardziej ekscytująco. 
   

Skręcili w lewo i weszli po schodach na górę. Jak zawsze 

zatrzymali się na moment na półpiętrze. On przyparł ją do ściany, 
pocałował delikatnie, opuszkami palców powiódł po jej ciele, 
niewątpliwie chcąc w ten sposób podkreślić jej smukłą figurę, idealne 
wcięcie w talii, krągłość bioder, kształtne pośladki. I tym razem sięgnął 
do krawędzi jej sukienki i zadarł ją odrobinkę. Tylko troszkę, żeby 
pokazać jej, że niecierpliwie czeka na to, co zaraz nastąpi. 
   

– Chodźmy już – szepnęła mu do ucha i lekko przygryzła 

małżowinę. – Chcę cię. Pragnę. Chodź do mnie. 
   

Odstąpił i uśmiechnął się słodko, jak tylko on potrafił. Ponownie 

ujął jej dłoń w swoją i pobiegli na górę. 
   

Tam rzucili się na siebie, ledwie tylko trzasnęły drzwi pokoju. Raz 

jeszcze przyparł ją do ściany, tym razem jednak gwałtowniej, 
drapieżniej, zupełnie jakby obudziła się w nim dzikość do tej pory 
uwięziona w klatce konwenansów. Za tymi drzwiami mógł być sobą, 
mógł uwolnić swoje prawdziwe ja i dać upust żądzom. Skorzystał 
z tego, wpijając się w jej usta i błądząc rękami po jej ciele, napierając na 
nią swą nabrzmiałą męskością. 
   

W pewnej chwili, nie przestając jej całować, sięgnął ręką w dół 

background image

i mocnym szarpnięciem zerwał z niej bieliznę. Zabolało, ale tylko 
wtuliła się w niego mocniej, wciągając zapach dzikości i świeżego potu. 
Rozpięła mu spodnie. 
   

Jęknęła, najpierw gdy ją podniósł, a potem głośniej, gdy się w nią 

wbił. Oplotła nogami jego biodra… 
   

– O tak, mój wspaniały, mój dziki, mój cudowny – szeptała mu do 

ucha, a każde jej słowo dodawało mu nowych sił, wzmagało jego 
pożądanie. – Nie przestawaj, mój ty wspaniały, kochany. Zabierz mnie, 
zabierz tam, gdzie… aaach. 
   

Ale on wiedział, gdzie ma ją zabrać. Znał dobrze jej myśli 

i pragnienia. Był jej rycerzem, dzikim wojownikiem, panem jej serca… 
Przytuliła się do niego, objęła za szyję i pozwoliła, by wtulił twarz w jej 
piersi. Wtedy zwolnił na chwilę, ale nie miała mu tego za złe. Wiedziała, 
czego szuka, wiedziała, co to oznacza. 
   

– Jeszcze chwila, kochany – szepnęła, wiedząc, że ta chwila jest 

naprawdę blisko, że już, że dosłownie za moment. – Teraz! 
   

Zamknęła oczy i poczuła na sobie coś jakby delikatne kropelki 

wiosennego deszczu. Jednocześnie jej ukochany ponownie przyspieszył, 
a każdy jego ruch wyzwalał w jej ciele fale rozkoszy. 
   

Otworzyła oczy, gdy plecami dotknęła sufitu. Omiotła wzrokiem 

pokój, a potem spojrzała w oczy swego kochanka, który teraz znalazł się 
pod nią. 
   

– Jesteś moim szczęściem – szepnęła. – Moją cudowną myślą. 

   

A potem, odchyliwszy się do tyłu, zaczęła go ujeżdżać. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Po wszystkim Milczek nawet nie spojrzał na rozanieloną Rózię, 

tylko wstał, wciągnął spodnie i wyszedł z pokoju. Na korytarzu już 
czekał na niego Kędzior trzymający pod pachą siatkę pełną piłek. 
   

– I co? – zapytał olbrzym. 

   

Milczek wykonał ręką ruch, który wyglądał jak zwykłe 

machnięcie. 
   

– No wiem, że puknąłeś, kurwa! – mruknął olbrzym. – Ja się 

background image

pytam raczej, jak było. Przyjadą znowu? 
   

Milczek spojrzał na niego z politowaniem, a potem znowu coś 

zamigał i ruszył w stronę automatu z batonikami. 
   

– No, tylko nie dziwko. – Kędzior poprawił uchwyt worka. – 

Idziesz z nami grać? 
   

Najpierw rozległ się huk, gdy pięść uderzyła w automat, a potem 

dźwięk spadających batoników. Zaraz potem Milczek wrócił, niosąc 
naręcze snickersów, marsów i twixów. Zatrzymał się przy schodach, 
skinął głową na olbrzyma i wyszczerzył się wesoło. 
   

– Pierdolony, milczący casanowa – mruknął Kędzior, kręcąc głową 

z rozbawieniem. – Stary, jak ty to robisz? 
   

Zgodnie z oczekiwaniami jego przyjaciel nie odpowiedział. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Pit z pewnym niepokojem odkrył, że wystarczył krótki odcinek 

dzielący wejście główne od gabinetu prezesa HawkTrans, by znowu 
wszedł w dawną skórę. W ciągu tych paru chwil potrzebnych na 
wykonanie kilkunastu kroków zdążył już bowiem ułożyć całą strategię 
rozmowy, wymyślić odpowiedzi na kilka najbardziej prawdopodobnych 
pytań i nawet tematy dygresji na wypadek, gdyby potrzebował chwili na 
zebranie myśli. To było dobre i wiedział, że jeszcze parę lat temu byłby 
z siebie dumny. Ale to już nieistotne. Teraz był Chłopcem. 
   

Jeszcze raz odetchnął głęboko, pchnął uchylone drzwi do gabinetu 

prezesa i pewnym krokiem wszedł do środka. 
   

Biuro było obskurne i tandetne niczym scenografia 

niskobudżetowego kryminału noir. Po lewej meblościanka pocięta na 
pasy promieniami światła wpadającymi przez źle zaciągnięte żaluzje 
w oknach naprzeciwko. Pod nogami kawał wydeptanej wykładziny 
zastępującej dywan, po prawej przy samych drzwiach wieszak i kubeł na 
parasol. W centralnym punkcie pomieszczenia znajdowało się natomiast 
masywne biurko, a przed nim dwa ogromne fotele. 
   

Pit dostrzegł, że albinos siedzi już w jednym z nich i pije wodę 

z plastikowego kubeczka. Zachowywał się, jakby nie tylko się nie znali, 

background image

ale wręcz jakby nie zauważył wejścia kolegi. Rozluźniony, spokojny, 
niczym osoba towarzysząca choremu w poczekalni u dentysty. Niby na 
miejscu, a jednak obok. 
   

Dobra, łysielcu, pomyślał Pit. Niech będzie, że zacznę po twojemu. 

Podszedł bliżej. 
   

– Ty musisz być Gwidon – powiedział, wyciągając rękę do 

krępego, spoconego mężczyzny po drugiej stronie biurka. – Stary, 
wyglądasz dokładnie tak, jak cię Stalówka opisywał. 
   

– To znaczy jak? 

   

– Jak prawdziwy człowiek interesu, powiadasz? – spróbował Pit. 

   

Trafił, bo Jastrzębski zarechotał paskudnie, ale wesoło, po czym 

uścisnął podaną dłoń. Usiedli. Prezes odwrócił się na fotelu i zaczął 
grzebać w małej komódce. 
   

– Prawdziwy człowiek interesu, powiadasz? – mruczał przy tym. – 

Czy taki zadawałby się z podobnymi do was? 
   

Pit zerknął na Stalówkę, ale jego najwyraźniej interesował 

wyłącznie plastikowy kubek. Było dokładnie tak, jak umówili się na 
stacji, i albinos ani myślał się wtrącać. Chłopak podrapał się po potylicy. 
   

– Wiesz, Gwidonie. Może nie jesteśmy tacy szykowni jak ty z tym 

twoim biurem i w ogóle, ale my też robimy interesy. I właśnie po to tu 
przyjechaliśmy. By ubić interes, czyż nie? 
   

Jastrzębski wyłonił się zza biurka. W jednej ręce trzymał karafkę 

do połowy wypełnioną złocistym płynem, a w drugiej trzy szklaneczki. 
Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo Pit natychmiast pokręcił głową. 
   

– Nie możesz pić, Gwidonie – stwierdził. – Żaden z nas nie może, 

a już za chwilę dowiesz się dlaczego. To nie będzie zresztą jedyna rzecz, 
o której się zaraz dowiesz. Będą wśród nich, ostrzegam lojalnie, rzeczy, 
w których istnienie w pierwszej chwili nie uwierzysz, ale ponieważ 
jesteś prawdziwym człowiekiem interesu i nie należysz do frajerów, 
którzy przepuszczają wielkie okazje, wysłuchasz mnie. Do końca, bez 
słowa komentarza ani nawet głupiego skrzywienia, bo możesz być 
pewien, że na końcu mojego wywodu będzie to, czego ci naprawdę 
trzeba. Zajebisty, wielki zysk. 
   

Przerwał na moment, by zaczerpnąć tchu, ale także by wybadać 

reakcję słuchacza, która na szczęście była prawidłowa. 

background image

   

Jastrzębski odstawił karafkę i szklanki, usiadł, złożył dłonie 

w piramidkę i oparł nos na czubkach palców wskazujących. 
   

– Zamieniam się w słuch – powiedział cicho. – I obiecuję nie 

odezwać się ani słowem. 
   

– Chyba że zapytam – uściślił Pit. 

   

– Tylko wtedy. 

   

– W porządku. Pozwól więc, że zacznę właśnie od pytania. Gdzie 

jest woda? 
   

Jastrzębski jeszcze raz sięgnął do barku i wyciągnął z niego małą, 

półlitrową butelkę gazowanej mineralnej. Nakrył ją plastikowym 
kubeczkiem i niczym wytrawny barman pchnął po blacie w stronę Pita. 
   

Ten chwycił butelkę, cofnął się o krok i opadł na fotel. 

   

– Podobno w okolicy są jeszcze dwie firmy spedycyjne, to 

prawda? – zapytał. 
   

Nie musiał, wiedział, ale nikt nie lubi takich, co są zbyt pewni 

siebie. Poczekał, aż prezes skinie głową, po czym kontynuował: 
   

– Słyszałem też plotkę, że niebawem mają się połączyć. Podobno 

prezes… 
   

– Tuchoszewski Express – podpowiedział Jastrzębski. 

   

– Tak, właśnie, dzięki. – Pit uniósł butelkę do ust i upił łyk. – Ale 

umawialiśmy się, że się nie odzywasz, Gwidonie, prawda? Dopóki nie 
zapytam. A to nie było pytanie. 
   

Nie był pewien, czy nie idzie za ostro. Nie wiedział też, czy to, co 

dobiegło go z lewej, było sykiem niezadowolenia Stalówki, czy 
dźwiękiem odkręcanej przez niego butelki. Jednak skoro już się 
powiedziało „A”… Mrugnął do Jastrzębskiego i uniósł butelkę, jakby do 
niego przepijał. 
   

– Tym razem ci jeszcze wybaczę, ale nie rób tego więcej, dobra? – 

powiedział. – Na to możesz odpowiedzieć. 
   

Jastrzębski sapnął, ale zmełł cisnące się na usta słowa i pokiwał 

głową. 
   

Zadowolony Pit podjął przerwany wątek. 

   

– Podobno prezes Tuchoszewski Express znalazł właśnie nowego 

wspólnika i razem nie dość, że wykupują konkurencję, to jeszcze 
wymieniają calutką flotę. Ich kierowcy będą się teraz pławić 

background image

w nowiutkich, klimatyzowanych kabinach, z telewizorem na długie trasy 
i apartamentem za plecami. Luksus taki, że przydrożne dziwki będą 
dopłacać, byleby dostać się do kabiny. Mylę się, Gwidonie? 
   

– Nie wiem. – Jastrzębski wzruszył ramionami. – Znaczy z tymi 

dziwkami nie wiem, bo reszta się zgadza. 
   

Pit pokiwał głową i upił kolejny łyk wody. 

   

– Ilu ludzi ci już podkupili? – zapytał. – I jak myślisz, ile czasu 

potrzeba, by w końcu dostali ich wszystkich? 
   

– Nie wiem, kurwa! – Jastrzębski poderwał się z krzesła 

i wymierzył w Pita palec wskazujący. – Nie mam pojęcia! Nie wiem też, 
po jaki chuj tu właściwie jesteś, bo tylko bredzisz od rzeczy, ustalasz 
jakieś gówniane zasady, jakbyś tu, szczeniaku, dowodził, i mówisz mi 
to, co już dawno wiem! Powiesz wreszcie, co masz dla mnie? I jak mi to 
niby pomoże, skoro idę o zakład, że nie jest to nowa, pierdolona w dupę 
flota ciężarówek?! 
   

Pit przeczekał ten wybuch gniewu, spokojnie pijąc wodę, a potem 

tak długo wpatrywał się w prezesa Jastrzębskiego, aż ten znowu usiadł 
i złożył ręce w piramidkę. 
   

– Nie przebijesz konkurencji ani liczbą samochodów, ani ich 

przepychem – powiedział w końcu, odkładając pustą butelkę. – Ale 
możesz ją pokonać szybkością w realizacji zamówień. Wielu klientom 
zależy przecież na czasie, prawda? 
   

– Owszem – Jastrzębski przytaknął ostrożnie – ale obawiam się, że 

nie rozumiem… 
   

– Więc siedź cicho, bo po to tu jestem, żeby ci wyjaśnić. – Pit 

wszedł mu w słowo. – Miałeś kiedyś może taką sytuację, że prowadziłeś 
samochód nocą, sam, na pustej drodze i po dłuższym czasie wpadałeś 
w taki stupor, że nie liczyło się nic oprócz paska asfaltu przed tobą? Nie 
było ani drzew, pól czy domów na poboczu, ani barów, ani nawet blasku 
księżyca, tylko ty, światło reflektorów i droga? 
   

Prezes nie odpowiedział, patrzył tylko, mrużąc oczy. Kącik ust 

drgał mu nerwowo, palce serdeczne w piramidce mijały się to z lewa, to 
z prawa. Jastrzębski czekał na ciąg dalszy. 
   

– Jeżeli doświadczyłeś tego stuporu – podjął Pit – z pewnością po 

dojechaniu na miejsce miałeś wrażenie, że coś za szybko ci poszło. Że 

background image

jesteś sporo przed czasem. Zegarek się nie zgadza, ale licznika przecież 
nie zerowałeś, nie mogłeś więc na sto procent potwierdzić, że właśnie 
oszczędziłeś kawał drogi. Dopiero wizyta na stacji benzynowej sprawia, 
że się uśmiechasz. Myślisz: jak to auto mało pali na trasie. Ale to 
nieprawda. Pali tyle, co zwykle. To ty pojechałeś na skróty. 
   

Rozpadła się piramidka, brwi Jastrzębskiego uniosły się, a usta 

lekko rozchyliły. Pit wiedział, że to jest właśnie ten moment, kiedy 
trzeba docisnąć. Kiedy nie może już zwolnić czy zrobić pauzy choćby 
na jedno zdanie. 
   

Uniósł rękę na znak, by tamten mu nie przerywał. 

   

– Skrót to przeskok w wymiar obok, na pewno słyszałeś z lekcji 

fizyki albo filmów science fiction. Zamiast jechać z punktu A do punktu 
B, zaginasz rzeczywistość i jedziesz na skróty, oszczędzając kilometr na 
każdej mili. To znaczy dokładnie… och, nie chce mi się teraz liczyć. 
Dużo w każdym razie. 
   

Kolejny syk z boku, ale tym razem to na pewno była woda. 

Gwidon, który znowu chciał się wtrącić, zerknął na Stalówkę. Tylko na 
moment, ale to wystarczyło, żeby Pit nabrał powietrza i kontynuował. 
   

– To się zdarza samoczynnie, taki przeskok – powiedział. – Ale 

raz, że kierowca musi być wtedy zmęczony, dwa, że muszą być 
właściwe warunki na drodze: noc, długa prosta i… trzeba jeszcze trochę 
szczęścia. I tu właśnie wkraczamy my, Gwidonie. Twoi rycerze na 
stalowych rumakach. Możemy nauczyć twoich ludzi jeżdżenia skrótem, 
a ty zaoszczędzisz majątek. 
   

Umilkł, pozwalając, by do prezesa dotarło to, co właśnie 

powiedział. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i zaczął liczyć w myślach. 
Jeden, dwa, trzy, cztery… 
   

– I co, to już? 

   

Jastrzębski podniósł się powoli z krzesła. Widać było, że gniew 

w nim wzbiera, buzuje i lada chwila zacznie kipieć. 
   

– Przychodzisz tu, obaj przychodzicie, prężycie kutasy i mądrzycie 

się, jak to dobrze znacie moją sytuację, a potem wyjeżdżacie mi z czymś 
takim? Skrót przez inny wymiar? Pierdolone sajens-kurwa-fikszon?! 
   

– Tak właśnie, Gwidonie – uśmiechnął się Pit, składając ręce 

w piramidkę, jakby przedrzeźniał prezesa. – Chcesz zobaczyć, jak to 

background image

działa? 
   

Jastrzębskiemu na moment odebrało mowę. Zaraz jednak podjął 

wrzaski ze zdwojoną siłą. 
   

– Mówisz, kurwa, poważnie?! – ryknął. – Naprawdę myślisz, że 

uwierzę w to całe pierdolenie i…? 
   

Pit podniósł się z fotela i otrzepał spodnie. Kątem oka dostrzegł, że 

Stalówka również wstał i zbiera się do wyjścia. Z miny albinosa jak 
zwykle trudno było cokolwiek wyczytać. 
   

– Myślisz, że gdzie ty się wybierasz, w dupę jebany skurwysynu?! 

Zdaje się wam, że gdzieś idziecie? Jeszcze z wami nie skończyłem, 
pieprzeni żartownisie! – darł się za nimi Gwidon, gdy obaj ruszyli 
w stronę drzwi. – Jeszcze nie skończyłem i… 
   

– Czekamy na zewnątrz – powiedział Stalówka. – Masz czas, aż 

spalę, a potem ruszamy i już więcej nas nie zobaczysz. A jeszcze jedno 
przekleństwo i, klnę się na własną matkę, przestrzelę ci kolana. 
   

Wyszedł, a gdy w chwilę potem dołączył do niego Pit, albinos 

klepnął chłopaka w ramię. 
   

– I widzisz, młody? Nie było najgorzej. Mówiłem ci, 

improwizacja. Fajkę? 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Potrzebowała chwili, by wrócić do siebie, i kolejnej, by się 

pozbierać. Dłuższą chwilę szukała bielizny, aż w końcu dała sobie 
spokój i cicho, z butami w ręku, wymknęła się na korytarz. 
   

Pożądanie zostało zaspokojone i teraz do głosu zaczęły dochodzić 

wyrzuty sumienia. Bo czy nie było tak, że dla zaspokojenia własnych 
fantazji narażała te wszystkie powierzone jej dzieci, biedne sierotki, na 
niebezpieczeństwo? Rany boskie, przecież przywoziła je, by bawiły się 
z motocyklowym gangiem! Najdziwniejszym na świecie, to prawda, ale 
wciąż gangiem. W dodatku te wszystkie zabawki, atrakcje 
opuszczonego lunaparku… czy którakolwiek miała jakiś atest? Rózia 
szczerze wątpiła. I jak to jest właściwie możliwe, że żadne z dzieci po 
powrocie do bidul… znaczy do domu dziecka nikomu nie mówiło ani 

background image

słowa, gdzie naprawdę były? Przecież to niemożliwe, dzieci nie 
potrafiły… 
   

Zatrzymała się na moment przy otwartych drzwiach wiodących na 

taras i dostrzegła grupę swoich podopiecznych na karuzeli. Kilku innych 
darło się ze szczęścia w barwnym pociągu jadącym powoli między 
drzewami. Zauważyła, że na lokomotywie siedział okrakiem jeden 
z młodszych motocyklistów w śmiesznej czapce i coś śpiewał. Trudno 
było powiedzieć co, bo wszystko zagłuszał dochodzący z niedaleka 
gwar. 
   

Rózia weszła na balkon i dopiero wtedy dostrzegła, że to reszta 

dzieciaków gra w piłkę na parkingu. Był tam też jej milczący kochanek, 
jego kudłaty kolega, a także ten wielki, gruby – Kruszyna, którego znała 
bardziej jako wolontariusza w ich ośrodku. 
   

W aktualnie rozgrywanym meczu Milczek był sędzią głównym, 

a czarny kot Kruszyny, ten z czerwonym krawatem i chorągiewką 
w pyszczku – liniowym. 
   

– Niepotrzebnie się zadręczasz – rozległ się nagle kobiecy głos tuż 

obok. 
   

Rózia obejrzała się i dostrzegła Dzwoneczka, w T-shircie z Black 

Sabbath i dżinsach, siedzącą na poręczy z piwem jednej ręce 
i papierosem w drugiej. Uśmiechnęła się do niej i wyciągnęła rękę. 
   

– Nie wiedziałam, że ktoś tu jest – powiedziała, mierząc 

Dzwoneczka wzrokiem. – Hmm, widziałam cię tu, ale chyba jeszcze nie 
miałyśmy się okazji poznać. Róża. 
   

– Mama. – Dzwoneczek włożyła papierosa do ust i uścisnęła 

podaną dłoń. – A ty nie powinnaś się tak męczyć, Różo. Miałaś dobre 
rżnięcie, a sieroty na cały dzień zapominają, że są gorsze. To dobry 
układ, nie sądzisz? Najlepszy, na jaki i ty, i one możecie liczyć. 
   

Rózia skrzywiła się, słysząc ostatnie zdanie, ale nie skomentowała. 

Zamiast tego zadała pytanie, które nurtowało ją o wiele bardziej. 
Pytanie, które wręcz wypalało w niej dziurę. 
   

– Co tu robisz? 

   

Dzwoneczek wzruszyła ramionami. 

   

– Teraz? Oglądałam mecz – odparła. – A normalnie mieszkam. 

   

– Sypiasz z nimi? 

background image

   

Kolejne wzruszenie ramion. 

   

– Czasami, gdy miewają koszmary. Ostatnio rzadko… 

Przyjedziesz jeszcze? 
   

– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą Rózia. 

   

W pracy miała już takiego jednego, z administracji, 

z uprawnieniami opiekuna, który chciał się zabrać. Bynajmniej nie dla 
dzieci – Rózia wiedziała, że chodzi mu o nią – ale w tej sytuacji na 
jedno wychodziło. Z nim nie mogła przyjechać do Drugiej Nibylandii. 
   

– Nie mogę obiecać, ale spróbuję. 

   

– No tak, nie możesz obiecać… – Dzwoneczek pokiwała głową. 

   

Raz jeszcze zaciągnęła się dymem, po czym wyrzuciła niedopałek, 

zeskoczyła z poręczy i minęła Rózię, ruszając w stronę wyjścia. 
   

– Pamiętaj tylko, że Milczek cię kocha, Różo – powiedziała na 

odchodne. – Więc może jednak nie spierdol tego marnym „spróbuję”, 
co? 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Jak w zegarku, pomyślał Pit, nie kryjąc rozbawienia. Gwidon 

Jastrzębski stanął w progu baraku niemal w tym samym momencie, gdy 
ciśnięty przez Stalówkę niedopałek dotknął ziemi. 
   

– Robię to tylko dlatego, że jestem ciekaw waszych min, gdy już 

przejrzę ten przekręt – powiedział, nieudolnie siląc się na 
nonszalancję. – Mam nadzieję, że przygotowaliście tę sztuczkę na tyle, 
by była choć troszkę zabawna? 
   

– Zależy od poczucia humoru – stwierdził Stalówka. – Czym 

chcesz jechać? 
   

– Ja? – zdziwił się Jastrzębski. 

   

Albinos wzruszył ramionami. Powiódł wzrokiem po parkingu, 

wychudzonych ciężarówkach, artretycznie powyginanym płocie… 
   

– Jak chcesz, mogę to zrobić sam – powiedział w końcu. – 

Skoczyć tam i z powrotem, a potem powiedzieć ci, jak było, a ty 
zapłacisz, bo uwierzysz w każde moje słowo. Mogę też… 
   

– Stalówka! – wszedł mu w zdanie milczący dotąd Pit. – To moja 

background image

akcja, pamiętasz? Gwidonie, powiedz, proszę, dokąd chciałbyś się 
dostać. Wskaż dowolne miasto, w którym masz kogoś zaufanego. 
   

Jastrzębski podrapał się po policzku. 

   

– Nie rozumiem, czemu… 

   

Pit wyszczerzył się w jednym ze swych starych, studenckich 

grymasów. To nie był zwyczajny uśmiech – miał biały kołnierzyk, 
krawat i obiecywał wygraną bez względu na koszta. 
   

– Gwidonie, umówmy się, że zasady z gabinetu nadal 

obowiązują – poprosił. – Ja mówię ci to, co jest potrzebne, a ty nie 
zadajesz dodatkowych pytań. Nie ma co przedłużać, więc jeszcze raz: 
które miasto? 
   

Ręka Jastrzębskiego ponownie powędrowała do policzka, ale 

mężczyzna powstrzymał się, jakby nieco zawstydzony, i wcisnął dłoń do 
kieszeni. 
   

– Gdańsk – zdecydował. – Niech będzie Gdańsk. 

   

– Świetnie – ucieszył się Pit. – Masz tam kogoś zaufanego, tak? 

Kogoś, o kim wiesz, że nie zbratałby się z nami, by cię oszukać? 
   

– Nie rozumiem, dlacze… – zaczął Jastrzębski, ale przerwał i tylko 

pokiwał głową. – Tak, w Gdańsku mieszka mój brat. 
   

Pit sięgnął do kieszeni i wyjął z niej telefon komórkowy, na 

szybko uruchomił kalkulator. 
   

– No to jeszcze, zanim zaczniemy na dobre, szybka kalkulacja – 

powiedział. – Stąd do Gdańska jest jakieś trzysta pięćdziesiąt 
kilometrów, tak? Czyli dwieście siedemnaście mil. Podstawiamy do 
wzoru podróży skrótem i mamy, znowu w kilometrach, sto trzydzieści 
trzy. Przy średniej prędkości, powiedzmy sto osiemdziesiąt na godzinę, 
która tam jest możliwa, bo droga jest prosta i pusta, powinniśmy być na 
miejscu mniej więcej za czterdzieści pięć minut. No dobra, dołóż 
kwadrans na korki przy wjeździe do miasta. 
   

Gwidon przyglądał mu się zdumiony i przez chwilę tylko mrugał 

bezmyślnie. 
   

– Chcesz powiedzieć… – zaczął, ale Pit nie pozwolił mu 

dokończyć. 
   

– … że powinieneś zadzwonić do brata i powiedzieć mu, że za 

godzinę wpadniesz z wizytą. I tak, mówię całkiem poważnie. Dzwoń! 

background image

   

Jastrzębski zerknął na Stalówkę, ale jeśli liczył na cień 

rozbawienia na twarzy albinosa czy cokolwiek sugerującego, że to tylko 
żart, że właśnie próbują go nabrać, srogo się przeliczył. Nawet jeżeli tak 
było, blada twarz Chłopca nie wyrażała absolutnie nic poza znudzeniem. 
   

– No dobra – stwierdził w końcu biznesmen. 

   

Wyciągnął telefon i wybrał numer. Przez chwilę rozmawiał 

z bratem, pytając, co u niego, i kłamiąc, że już jest w drodze i będzie za 
godzinę. W razie czego, myślał, wykpi się ze spóźnienia korkami, 
wypadkiem na drodze, a dawno się przecież nie widzieli, więc 
wycieczka dobrze mu zrobi. Gdy skończył rozmowę, schował telefon do 
kieszeni i ponownie spojrzał na Pita. 
   

Ten rozłożył ręce, jakby chciał zapytać, czy naprawdę było tak 

trudno. 
   

– Skoro to mamy już za sobą, pozostaje jeszcze tylko pytanie 

o wybór pojazdu i kilka zasad. 
   

– Zasad? 

   

Pit pokiwał głową. 

   

– Coś jak przepisy drogowe, tylko że ważniejsze, bo tych nie 

możesz olać – wyjaśnił. – Na skrócie nie ma policji, bo… nie jest 
potrzebna. 
   

Ruszyli we dwóch wzdłuż parkingu. Stalówka został z tyłu, przy 

motorach. Jastrzębski obejrzał się za nim, ale Pit położył biznesmenowi 
rękę na ramieniu. 
   

– Stalówką się nie przejmuj – powiedział. – On tu na nas poczeka. 

A ty lepiej się skup na tym, co najważniejsze, czyli na zasadach skrótu. 
Po pierwsze: nigdy, przenigdy nie możesz się tam zatrzymać. Po drugie: 
nie możesz zawrócić. Po trzecie: nie możesz opuścić drogi, czy to jasne? 
Złamanie którejkolwiek z tych zasad to… no cóż, paskudne 
konsekwencje. 
   

Gwidon chciał, rzecz jasna, zapytać, o jakie konsekwencje chodzi, 

ale właśnie zatrzymali się przy jego lexusie IS 250, sfatygowanym już 
nieco, ale wciąż prezentującym się okazale i dostatnio. Ten samochód 
był niczym wspomnienie dawnej chwały. A może zapowiedź lepszego 
jutra? To wszystko zależało od tego, czy… 
   

Dość, Jastrzębski skarcił się w myślach. Nie da się przejechać 

background image

trzystu pięćdziesięciu kilometrów w czterdzieści pięć minut! To 
wszystko tylko sztuczka, tania zgrywa jego kosztem, żeby… 
   

– Gwidonie, słyszysz mnie?! – Pit potrząsnął jego ramieniem. – 

Powtórz trzy zasady. 
   

– Nie zatrzymuj się, nie zawracaj, nie zjeżdżaj z drogi – 

wyrecytował Jastrzębski. 
   

Zdał sobie sprawę, że, jak wszystko inne, te zasady również 

brzmią niedorzecznie. Mimo to Pit wyglądał na usatysfakcjonowanego. 
Sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął z niej małą torebeczkę ze 
srebrnym, błyszczącym w słońcu proszkiem. Wysypał go na maskę 
samochodu, a następnie nożem dobytym z cholewki buta zrobił z niego 
dwie kreski. 
   

– Wiedziałem! – zawołał Gwidon tryumfalnie. – Chcesz mnie 

naćpać, żebym stracił poczucie czasu, a potem mi wmówisz, że 
przejechaliśmy te trzysta pięćdziesiąt kilometrów… 
   

Pit uniósł rękę uzbrojoną w nóż i uśmiechnął się po swojemu. 

   

– Twój brat, pamiętasz? Jeśli jemu nie ufasz wystarczająco, wskaż 

dowolną inną osobę w dowolnym innym mieście. 
   

Schował nóż, wyjął z kieszeni banknot i szybko zwinął go w rulon, 

a następnie pochylił się, by wciągnąć kreskę. Otrzepał się i podał 
banknot Jastrzębskiemu. 
   

– Nie musisz się obawiać, Gwidonie – powiedział. – Bo to nie jest 

żadna sztuczka. To najprawdziwsza magia. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Ktoś przyglądający się z boku mógłby odnieść mylne wrażenie, że 

Chłopcy nie potrafią grać w piłkę, że kompletnie nie znają jej zasad. 
W rzeczywistości znali je świetnie, po prostu… nic sobie z nich nie 
robili, ponieważ dużo fajniej – i było to zdanie absolutnie wszystkich 
biorących udział w zabawie – grało się wtedy, gdy można było 
elastycznie zmieniać reguły. A te w wersji Chłopców bywały 
najróżniejsze. Ot, na przykład dostosowywanie wielkości bramki do 
stojącego w niej Kruszyny tak, by zasłaniał ją całkowicie. Trzeba go 

background image

było wywabiać ciastkami, żeby strzelić bramkę. Albo łapanie małego 
sieroty i rzucanie nim w innego, tego akurat przy piłce, co stanowiło 
z kolei ulubioną zagrywką Kędziora. Bliźniacy zawsze pilnowali, by być 
w przeciwnych drużynach, za to w identycznych koszulkach. Nikt inny 
nie wiedział, czy dany z braci jest z nim, czy jednak przeciwko. No 
a Milczek? Zwykle zgadzał się zostać sędzią, ale wyłącznie po to, by 
machać rękami nad głową i gwizdać w losowych momentach. A to na 
faul, a to na rękę, gdy ciśnięty przez Kędziora dzieciak walnął w piłkę 
łokciem. 
   

Oczywiście wadą takiego grania były nieustanne kłótnie, ale nawet 

sieroty z bidula wiedziały, że nie ma dobrej, podwórkowej zabawy bez 
solidnej awantury i co najmniej dwóch rozbitych nosów. Ewentualnie 
podrapanych do krwi łokci czy kolan. Bo w ostatecznym rozrachunku 
i tak liczą się tylko blizny i wspomnienia. 
   

Gdy Dzwoneczek zeszła na dół, gracze akurat kończyli pierwszą 

połowę. Większość sierot rozsiadła się na trawie z puszkami coli 
przyniesionymi przez Dzieciaki. Na przemian trajkotali lub dyszeli 
ciężko. Tylko mała gromadka zebrana wokół Kędziora słuchała uważnie 
porad olbrzyma, jak się kradnie w marketach i na co należy zwrócić 
uwagę, gdy się stoi na szpicy. 
   

Dzwoneczek się uśmiechnęła. Było jak za starych czasów, 

jeszcze… w domu. Zanim pojawiła się ta zdzira Wendy i Piotrusiowi 
totalnie odwaliło. Ech… 
   

– No, jak tam idzie? – zapytała. 

   

Sięgnęła po, ha ha, osieroconą teraz piłkę i zgrabnie podbiła ją 

najpierw kolanem, a potem dwa razy głową. 
   

– Jaki wynik? 

   

– Szesnaście do zera – odparł z rezygnacją jeden z bidulowych 

brzdąców. 
   

Miał może z siedem lat i uroczą przerwę w uzębieniu – brakowało 

mu górnej jedynki. 
   

– Pan Kruszyna dzisiaj wyjątkowo siedzi w bramce i nie daje się 

wyciągnąć – dodał. – Nie mamy szans. 
   

– Mało się staracie. 

   

Dzwoneczek odłożyła piłkę, rozejrzała się uważnie na wszystkie 

background image

strony, po czym przykucnęła przy chłopcu i szepnęła: 
   

– Poproście któregoś z Dzieciaków o naleśnik z malinami. A jak 

skołujecie jeszcze bitą śmietanę, to wynik nadrobicie w minutę osiem. 
   

– Ale to będzie przekupstwo! – obruszył się inny malec, mały, 

nieco pyzaty okularnik. – Nie wolno tak robić, bo to oszustwo! 
   

Dzwoneczek przyjrzała mu się z dezaprobatą. 

   

– Idź, poskarż się swojej mamie – powiedziała. – A nie, czekaj… 

Nie możesz. 
   

Wstała i poczochrała włosy szczerbatego. 

   

– Pamiętaj, z malinami i bitą śmietaną – powtórzyła. – I lepiej się 

postarajcie, bo wygrani idą na strzelnicę, a przegrani na karuzelę 
z konikami. 
   

To powiedziawszy, ruszyła w stronę siedzącego na murku 

Milczka. Przysiadła się, wyciągnęła papierosy i wsunęła jednego do ust. 
Milczek również sięgnął do paczki, ale uderzyła go w rękę. 
   

– Za jaką matkę mnie masz?! – udała oburzenie. 

   

Milczek zamigał coś w odpowiedzi, na co Dzwoneczek 

wybuchnęła śmiechem. 
   

– Stręczycielka, a to dobre! Że też ci się nadgarstek nie zwichnął 

od wymachiwania takich słów. 
   

Zaciągnęła się dymem i przez chwilę patrzyła na Kędziora 

demonstrującego, jak prawidłowo „walnąć z basi”. 
   

– Ta twoja Rózia… Tak, tak, wiem, że nie jest twoja, tak tylko 

mówię. W każdym razie laska zaczęła mieć wątpliwości, więc musiałam 
trochę podbić stawkę. Powiedziałam jej, że ją kochasz, więc postaraj się 
trochę. Jakieś kwiaty ogarnij albo co, a ja następnym razem przygotuję 
syrenie łzy i trochę jej przeczyścimy pamięć, dobrze? 
   

Milczek wzruszył ramionami. Znowu coś zamigał, ale 

Dzwoneczek tylko pokręciła głową. 
   

– Nie, Milczek – odparła. – Nie dostaniesz za to noża, bo raz, że 

nie mamy dodatkowych i któryś z Chłopców musiałby ci oddać swój, 
a dwa, że, jak wiesz, nie jestem zwolenniczką nagradzania za domowe 
obowiązki. No i trzeba było nie gubić swojego. 
   

Ręce Milczka załopotały gwałtowniej. 

   

– Już to mówiłeś i wszyscy wiemy, jak było – odparła 

background image

Dzwoneczek. – Ale trzeba było sobie pilnować zabawki. I tyle. 
   

Znowu się zaciągnęła, po czym cisnęła niedopałek w krzaki. 

   

– Chyba powinniście już zaczynać drugą połowę, bo Bliźniacy 

przynieśli linę i zaraz może się zrobić dziko. Idź grać, a potem wiesz, 
bądź romantyczny. Tak, jak cię uczyłam… albo zupełnie inaczej. 
   

Milczek wyszczerzył zęby i sięgnął po gwizdek. Drużyny wróciły 

na boisko. Część zawodników miała w rękach talerze z naleśnikami. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Droga. Szeroka i prosta po horyzont. Asfalt niczym równo wycięty 

pasek ze stalowoszarego nieba, a po obu stronach ściany drzew. Czarne, 
jeśli nie liczyć połyskujących gdzieniegdzie świetlików. A może to były 
oczy? Paskudne, wlepione w nich żółte ślepia bestii, która… 
   

– Gwidon, zjeżdżasz – wycedził siedzący obok Pit. 

   

A potem dodał nieco nerwowym szeptem: 

   

– Pilnuj drogi, masz sto osiemdziesiąt na blaszce. Poza tym nie 

powinieneś patrzeć na… 
   

– Oj, zamknij się – parsknął Jastrzębski. – Po prostu się zamknij. 

   

Jeszcze nigdy nie czuł się tak dobrze. Miał wrażenie, jakby 

wciągnięty proszek łaskotał mu żyły od środka, jakby otaczał mózg 
puchową chmurką. To było przyjemne i stymulujące. Jakby nagle 
otworzyła mu się klapka w mózgu, jakby dopiero teraz zobaczył, jak 
naprawdę wygląda świat! Co tam ślepia! Co tam cienie wyglądające jak 
wychudzone sylwetki ghuli czy zombie! Wreszcie co tam drzewa 
o gałęziach jak szpony i opuszczone domy na podmokłych, 
zachwaszczonych polanach. Teraz liczyło się tylko, że mógł pędzić 
opuszczoną drogą w tę niby-noc w środku dnia i że za chwilę dotrze na 
drugi koniec kraju. W czasie krótszym, niż zwykle zajmował mu powrót 
z pracy do domu! 
   

Mocniej docisnął pedał gazu i przyspieszenie raz jeszcze wcisnęło 

ich w fotele. 
   

– Hej, hej! – zawołał Pit. – Wstrzymaj konie, stary, i zmruż oczy. 

To nasz zjazd. 

background image

   

Gwidon się skrzywił, ale posłusznie przymknął na moment oczy. 

Gdy je otworzył, zorientował się, że pędzi już obwodnicą Trójmiasta. 
I jeśli zegarek nie kłamał, podróż zajęła im dokładnie czterdzieści trzy 
minuty. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Stalówka wsunął papierosa za ucho i dobył nóż. Jeszcze raz 

zmierzył wzrokiem dwóch stojących przed nim kierowców i westchnął 
głośno. 
   

– Serio, chłopaki? – zapytał. – Serio nigdy nie graliście w noża? 

   

Tamci pokręcili głowami, więc Stalówka rozkopał żwir, by dostać 

się do gołej ziemi, kucnął i nakreślił wokół siebie tak wielki krąg, jak 
tylko pozwalał mu zasięg ramienia. Potem podzielił koło na cztery 
równe części i trzy z nich przydzielił kierowcom. Czwartą wziął dla 
siebie. 
   

– Zasady są proste – powiedział. – Rzucamy nożem na pole 

przeciwnika i, jeżeli się wbije, to kroimy po kawałku, powiększając tym 
samym swoje terytorium. Zawodnik rzuca tak długo, aż się nie wbije, 
wtedy ostrze przejmuje ten, na czyim polu leży nóż. Jasne? 
   

– Jasne – potwierdził żylasty. 

   

Oprócz niego i jego kumpla, których Stalówka i Pit spotkali na 

schodach do biura, był tam jeszcze brodacz wyglądający trochę jak 
kujon marzący o karierze muzyka ZZ Top. 
   

– Teraz, co by było zabawniej, każdy z nas wyciąga po dyszce 

i kładzie ją na swoim polu – wyjaśniał dalej Stalówka i jednocześnie 
demonstrował. – Przyciskacie ją kamieniem, żeby nie uciekła, i tak sobie 
leży. Można ją potem przesuwać do woli, ale jeżeli wasze pole okaże się 
za małe, żeby ją pomieścić, dyszka przepada na rzecz tego, kto was 
skroił. Jasne? 
   

Sądząc po minach kierowców, zrozumieli, ale ta zasada już mniej 

im się podobała. Co innego porzucać nożem, a co innego zmarnować 
dwa browary. Dlatego też Stalówka schował swoją dychę i zamiast niej 
wyciągnął banknot stuzłotowy. 

background image

   

– Ja znam zasady, więc gram większym nominałem. Wiecie, żeby 

wyrównać. 
   

Podziałało. Kierowcy sięgnęli po portfele i zaczęli rozglądać się za 

odpowiednimi kamieniami. A potem rozpoczęła się rozgrywka. 
   

Trzeba było przyznać, że kierowcy radzili sobie z nożami. 

Naprawdę trudno byłoby wytypować zwycięzcę, gdyby nie to, że nóż 
należał do Stalówki. A ten wiedział, jak w odpowiedni sposób 
balansować wyważeniem, jak przestawiać w rękojeści maleńkie 
dźwigienki i, przede wszystkim, jak sprawić, żeby każdy czuł, że 
wygrywa, a potem – że przegrał o mały włos. W ten sposób po niespełna 
dwóch godzinach albinos ograł w sumie jedenastu kierowców i zarobił 
blisko dwieście złotych. Byłoby tego więcej, gdyby dwa czy trzy razy 
nie przegrał spektakularnie na zachętę. 
   

I właśnie wtedy, gdy Stalówka chował zarobione pieniądze 

i czyścił przybrudzony nóż, mówiąc, że już ma trochę dosyć, na parking 
wjechał lexus Jastrzębskiego. 
   

Tym razem prowadził Pit, Gwidon drzemał na siedzeniu pasażera. 

Motocyklista postanowił go nie budzić, wysiadł cicho i podszedł do 
kompana. 
   

– Mamy to – powiedział. – Gwidon chce nas tutaj w piątek, 

żebyśmy mu przeszkolili kierowców i załatwili pierwszą partię. Zgodził 
się na procent od zysków z sumą gwarantowaną. 
   

Stalówka zmarszczył czoło. 

   

– Sumą gwarantowaną? – zapytał. – To znaczy? 

   

Pit klepnął go w ramię i wyszczerzył się w swym prawniczym 

uśmiechu. 
   

– To znaczy, że od dzisiaj ja załatwiam dla Chłopców kasę, bo 

mogę wydoić więcej. To jak, spadamy? 
   

Stalówka wyjął papierosa zza ucha i po namyśle włożył go 

z powrotem do wymiętolonej paczki. 
   

– Maleństwo dojrzało – mruknął z rozbawieniem. – Mama się 

ucieszy. 
   

Dosiadł motocykla. 

   

  

   

* * * 

background image

 
   

  

   

Dzwoneczek i Chłopcy stali na parkingu pod domem i długo 

jeszcze machali odjeżdżającemu autokarowi sierot. Dzieciaki na bablach 
robiły za eskortę przez całą Drugą Nibylandię. Mieli tak towarzyszyć 
maluchom aż do granic najbliższego miasteczka. Wszystko po to, żeby 
sieroty poczuły się jak najlepiej. I żeby chciały wrócić. 
   

Gdy autobus zniknął za diabelskim młynem, Dzwoneczek usiadła 

na murku i podciągnęła nogi pod brodę. 
   

– Dobra, to teraz raport. Ilu było nowych? 

   

– Czterech – odparł Kędzior. – Trzech złożyło przysięgę na własne 

cienie, jednemu nalaliśmy łez do coli. Dużo, więc będzie rzygał 
w podróży, a potem wszystko zapomni, ale to dobrze, bo należy się 
skurwiel… 
   

Dzwoneczek spojrzała na niego groźnie. 

   

– Ekhem, znaczy gówniarzowi. Nakablował Napalonej Rózi, że 

rzuciłem w niego okularnikiem. 
   

– A, właśnie – przypomniała sobie Dzwoneczek – Rózia. Milczek, 

jak poszło? 
   

Milczek wzruszył ramionami i zamigał coś niedbale. 

   

– Co?! – krzyknął Kędzior. – Niech mnie Hak hakiem w dupę 

przerucha, co zrobiłeś?! 
   

Tym razem wulgarność uszła mu płazem, bo Dzwoneczek również 

nie mogła otrząsnąć się ze zdumienia. Przez chwilę poruszała ustami 
niczym wyjęta z wody ryba, aż wreszcie nabrała powietrza, odchyliła 
głowę i parsknęła śmiechem. 
   

– Naprawdę, Milczek? – wołała. – Oświadczyłeś się jej? 

Poważnie?! 
   

Milczek najwyraźniej nie widział w tym nic dziwnego. Znowu 

zamigał coś w odpowiedzi i kopnął leżący przy jego nodze kamień. 
   

– No, ja wiem, że łzy i że zapomni, ale serio? – nie ustępowała 

Dzwoneczek. – Oświadczyny? Ślub? Ty?! Oj, dorasta mi maleństwo, 
dojrzewa. Jeszcze chwilę i zrobisz się tak stary, jak Stalówka. 
   

Milczek pokazał jej środkowy palec, co rozbawiło wszystkich 

zebranych. 

background image

   

– Dała ci chociaż na odchodne? – zapytał jeden z Bliźniaków. 

   

Milczek posłał mu spojrzenie z serii „naprawdę musisz pytać?”. 

Bliźniak zarechotał paskudnie. 
   

– No dobra. – Dzwoneczek uspokoiła się i otarła łzy. – To 

rzeczywiście powinno nam zagwarantować przyjazdy maluchów na 
najbliższe pół roku, a może rok. Milczek trochę się będzie musiał 
naszukać kapeli, miejsca i takie tam, bo tak to tutaj wygląda, ale zniesie 
to jak mężczyzna. A wy w tym czasie wybierzecie z sierot tych, którzy 
się nadają. I… Nie, Milczek, opuść łapy. To, że czeka cię trochę 
zachodu, nie znaczy, że zasłużyłeś na nóż. Mówiłam ci przecież, tak? 
Tłumaczyłam! 
   

Wstała, otrzepała dżinsy na pośladkach i ruszyła w stronę domu. 

   

– Bliźniacy, jak Dzieciaki wrócą, dopilnujcie, żeby ogarnęli ten syf 

na zewnątrz. Ja będę w laboratorium albo na siłowni, więc nie 
przeszkadzać. Dajcie mi tylko znać, gdy wrócą Stalówka z Pitem. 
   

– Jasne, mamo – odpowiedzieli chórem Chłopcy. 

   

I przez chwilę oczy Dzwoneczka zaszkliły się od wspomnień. Bo 

przez krótki czas było jak dawniej. 
   

A potem, zanim jeszcze doszła do budynku, wrażenie minęło. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Stalówka zaciągnął się pyłkiem i potrząsnął głową. 

   

– No dobra, Młody – powiedział. – Trzeba ci przyznać, że się 

spisałeś. Parę rzeczy jeszcze dopracujemy, ale masz zadatki i lada dzień 
będziesz jeździł już sam. Cieszysz się? 
   

– Jak cholera. – Pit pochylił się nad kreską i wciągnął ją sprawnie, 

zatykając palcem drugą dziurkę w nosie. – Jeszcze tylko odrobię dżina 
u Kędziora i będzie totalnie jak w raju. 
   

Albinos uśmiechnął się półgębkiem. 

   

– W raju pewnie nie wali tak skarpetami – stwierdził, odpalając 

motocykl. – I na bank nikt nie szcza ci do butów tylko dlatego, że 
w kiblu śmierdzi. 
   

Ruszył, a spod kół wyprysły śnieżnobiałe kamyczki. 

background image

   

– Ale wiesz, młody. Jak tam sobie chcesz. 

   

Pit pokręcił głową i również odpalił silnik. A potem, pochyliwszy 

się nad kierownicą, dodał gazu i pognał ku bramie. 
   

W Skrót przeszli prawie jednocześnie. Stalówka wciąż był jakieś 

sto metrów z przodu, ale nie spieszył się specjalnie, zwolnił nawet, 
wyraźnie dając młodszemu stażem Chłopcu do zrozumienia, że chce, by 
ten się z nim zrównał. 
   

I Pit spróbował, ale wtedy nagle Ślicznotka zakrztusiła się raz 

i drugi, a potem zaczęła tracić moc. Spanikowany zerknął na zegary 
i zdał sobie sprawę, że w całym tym zamieszaniu zapomniał 
zatankować. A przecież Kędzior ostrzegał, przecież mówił, przecież… 
Kurwa! 
   

Motocykl znowu zakaszlał i teraz już toczył się tylko siłą rozpędu. 

Pit przymknął oczy i spróbował wyjść ze skrótu, ale wiedział, że tak się 
nie da. To miejsce nie wypuszczało tak łatwo, nie można było doń ani 
wejść, ani z niego wyjść spacerkiem, trzeba się było wyrwać, mieć 
prędkość i nie było wolno się bać. Ani drzew pochylających się nad 
drogą coraz bardziej, ani cieni i oczu w ciemności, ani tych przeklętych 
dźwięków, tego chrobotania i zgrzytania. Szczurów i węży. Ani… 
   

– Stalówka! – wrzasnął Pit. 

   

To, co wyrwało się z jego gardła, nie było krzykiem. Nie miało 

barwy i brzmiało raczej jak teatralny szept. 
   

Mimo to albinos usłyszał. Obejrzał się, zwolnił jeszcze trochę. Był 

za daleko, by dostrzec błagalne, przerażone spojrzenie Pita, ale wiedział, 
co musi zrobić. Dobył broni. 
   

Strzelił dwa razy, w pierś i głowę, a potem wyrównał jazdę 

i przyspieszył gwałtownie. 
   

– Nie ma za co, stary – szepnął, zaciskając oczy. – Naprawdę, nie 

ma za co… 
   

I zaraz potem w pełnym pędzie opuścił Skrót. Resztę drogi 

powrotnej przebył, jadąc normalną szosą. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

background image

   

Dzwoneczek poczuła, że coś jest nie tak, już w chwili, gdy 

usłyszała tylko jeden silnik w oddali. Akurat zrobiła sobie przerwę 
w treningu i siedziała w wagoniku górskiej kolejki, pijąc piwo 
wyciągnięte z ukrytej pod siedzeniem małej lodówki. Wiatr raz za razem 
przyprawiał ją o przyjemne dreszcze, muskając jej kark i przyklejając do 
pleców mokry od potu podkoszulek. Piwo smakowało gorzko, z oddali 
dochodziły dźwięki muzyki, wrzaski i śmiechy. I wtedy właśnie 
usłyszała ryk motoru. A zaraz potem zobaczyła snop światła. Jeden. 
   

Cisnęła puszkę do jeziora i zeskoczyła z wagonika niemal prosto 

na drogę. Zamachała na nadjeżdżającego Stalówkę, żeby się zatrzymał. 
   

Wykonał polecenie, zjechał na bok i wyłączył silnik. 

   

– Co się stało, Stalówka? – zapytała. – Ubiliście interes? I gdzie 

jest Młody? 
   

Albinos sięgnął do kieszeni i wyciągnął wymiętoloną paczkę. 

Przyglądał się jej przez chwilę, jakby zastanawiał się, do czego służy, po 
czym cisnął nią w krzaki. 
   

– Kurwa! – zaklął. – Kurwa, kurwa, kurwa! 

   

Przejechał rękami po twarzy, po czym docisnął złożone dłonie do 

ust i wziął kilka głębokich oddechów. 
   

– Wszystko szło dobrze, interes jak złoto, a umowa, jaką młody 

wychapał… 
   

– I co się z nim stało?! – Dzwoneczek weszła mu w słowo. – Co 

z Pitem, Stalówka?! Upadł na Skrócie? Zjechał gdzieś w bok czy… 
   

– Paliwo! – wrzasnął Stalówka. – Zabrakło mu jebanego paliwa, 

bo jak byliśmy na stacji, żaden z nas nie zatankował! 
   

Raz jeszcze przyłożył ręce do twarzy, a gdy je cofnął, widać było, 

że oczy ma pełne łez. 
   

– Spierdoliłem, Dzwoneczku! On był jeszcze szczylem, a ja… 

   

– Ciii. 

   

Przysunęła się do niego, objęła go rękami za szyję i z całej siły 

przytuliła. Stała tak, na czubkach palców, głaszcząc Stalówkę po łysej 
głowie i pozwalając, by łkał jak mały chłopiec. Czuła ciepło jego łez, żar 
jego szarpanego spazmatycznie oddechu. 
   

– Już dobrze, kochanie – powtarzała raz za razem. – Już dobrze. 

Zaraz pójdziemy do domu, a tam zapomnisz… 

background image

   

Odsunął się od niej gwałtownie. 

   

– Nie! – powiedział, ocierając oczy rękawem skórzanej kurtki. – 

Umowa była, że ja nie zapominam, pamiętasz? Wszyscy, tylko nie ja. 
Nie będziemy robić wyjątków. 
   

Dzwoneczek cofnęła się o krok i uważnie przyjrzała albinosowi. 

Wreszcie skinęła głową. 
   

– Schowasz się gdzieś i wrócisz po zmierzchu – powiedziała. – 

Zmieszam łzy z czymś na sen, więc szybko pójdą spać, a wtedy 
wyczyścimy pokój Pita i zrobimy luźniej w siódemce, bo tam Dzieciaki 
gnieżdżą się w pięciu. Bajeczki biorę na siebie, ale musisz coś zrobić 
z motocyklem dla Kędziora, skoro nie ma już Ślicznotki… 
   

Stalówka skinął głową. 

   

– Kończyłem maszynę dla Pita. Jak się zbiorę, zdążę do rana. 

Tylko… 
   

Widząc jego zmieszanie, postąpiła krok do przodu i przejechała 

delikatnie po jego policzku. 
   

– Co, Stalówka? 

   

– Zastanawiam się, ile jeszcze razy nam się uda – odpowiedział. – 

I czy naprawdę nie ma innego sposobu. 
   

– Nie ma. – Dzwoneczek uśmiechnęła się smutno. – I to właśnie 

jest dorosłość, kochanie. 
   

Znowu stanęła na palcach, tym razem pocałowała go w policzek. 

Następnie odskoczyła i jak gdyby nigdy nic zakręciła się w zgrabnym 
piruecie. 
   

– Milczek oświadczył się dzisiaj Napalonej Rózi – powiedziała 

pogodnie. 
   

Stalówka nie był pewien, czy jej wesołość jest dobrze udawana, 

czy autentyczna. 
   

– Aż mnie kusi, żeby mu tego potem nie przypominać i zobaczyć 

ich reakcję, gdy spotkają się następnym razem. 
   

– No, to może być całkiem zabawne – zgodził się albinos. – Wiesz, 

jak mawiają: co było, a nie jest… 
   

– … nie pisze się w rejestr – dokończyła Dzwoneczek. – Gnaj, 

Stalówka, ja pędzę na kolację. 
   

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę budynku. A gdy była tuż 

background image

przy nim, zza okna dobiegły ją strzępy rozmów Chłopców i Dzieciaków, 
wspominających ten bogaty w wydarzenia dzień. 
   

O którym jutro nie będą już pamiętać. 

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

  

   

background image

  To nie twoja baza! 

 
   

background image

   

   

background image

   

Kubusiowi jak zwykle wystarczyły dwa dzwonki budzika. Jeden 

wyrwał go ze snu, drugi skłonił do wstania i poczłapania do regału. 
Tam, na półce, pośród książek i zestawów lego, stał prosty, 
elektroniczny budzik. Na jego czarnym ekranie wyświetlały się 
czerwone cyfry, które czasami, zwłaszcza o północy, wyglądały jak 
przerażające ślepia robota zabójcy z głupiego filmu. Jednego z tych, 
których Kubusiowi nie wolno było oglądać… a zatem jednego z jego 
ulubionych. 
   

Budzik rozdzwonił się po raz trzeci, ale chłopczyk stał już przy 

nim, więc zaraz uciszył urządzenie mocnym pacnięciem. Potem założył 
leżące na krześle ubranie, zapiął spodnie, wsunął rękę do kieszeni. 
   

– Kubusiu, wstałeś? – dobiegł go z kuchni głos mamy. – Kubusiu, 

bo słyszałam budzik… 
   

– Wstałem, mamo! – odkrzyknął chłopiec. – Idę się umyć! 

   

Wiedział, że powinien to zrobić, zanim się ubierze, ponieważ 

mycie zębów w koszulce wyjściowej może się skończyć ukrywaniem 
białych, zaschniętych plamek przez wszystkie lekcje aż do powrotu do 
domu, ale i tak wolał to niż ganianie po piętrze w piżamie. W horrorach 
dzieci, którym dzieje się krzywda, najczęściej ubrane są właśnie w luźne 
gacie z Garfieldem albo nocne koszulki. A Kubuś uświadomiony przez 
tatusia w kwestii tematów takich, jak filmowy motyw na faktach, nie 
zamierzał kusić losu. Zresztą z tego samego powodu, zanim usiadł na 
sedesie, zawsze sprawdzał, czy w środku nie ma węża, który przelazłby 
kanalizacją od szalonych sąsiadów. Albo krwiożerczych crittersów. Ot, 
na wszelki wypadek. 
   

Z myciem uporał się szybciutko i raczej bezproblemowo, jeśli nie 

liczyć kilku kropel wody na spodniach. Ale co tam, wyschną przecież. 
Wracając z łazienki, zatrzymał się u szczytu schodów, zerknął na swój 
zegarek ze Snoopym i zaczął odliczanie. 
   

Gdy doszedł do jednego, usłyszał syk ciasta wylewanego na 

patelnię, a zaraz potem poczuł wspaniały zapach naleśników. Stał tak 
więc z rękami w kieszeniach i delektował się wonią śniadania, aż budzik 
w pokoju rozdzwonił się ponownie. 
   

– Kubusiu, śniadanie już prawie gotowe – zawołała z kuchni 

mama. – I zaraz rozminiesz się z tatą. 

background image

   

No tak, tata! – pomyślał chłopczyk, po czym raz dwa pognał do 

pokoju. Wyłączył budzik, złapał za tornister i jak najszybciej popędził 
ku schodom. Niestety, nie zdążył. Usłyszał jeszcze tylko, jak ojciec 
powiedział głośno: 
   

– Muszę pędzić! Do po szkole, szkrabie. 

   

A potem rozległ się dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi 

wyjściowych. 
   

Kubuś westchnął, ale nie smucił się specjalnie długo. 

   

– Następnym razem po prostu wstanę chwilę wcześniej – 

powiedział sobie. 
   

Podszedł do budzika i przestawił go o kwadrans, a potem zszedł na 

śniadanie. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Za oknami było już jasno, gdy uderzone z potworną siłą drzwi 

sypialni Kędziora wyleciały z zawiasów i z hukiem walnęły o podłogę. 
   

Rudy olbrzym natychmiast poderwał się z łóżka i sięgnął do 

uchylonej szuflady po leżącego tam glocka. Zaraz jednak cofnął rękę 
i opadł zrezygnowany na wielką poduszkę. 
   

Do pokoju wszedł nonszalanckim krokiem czarny kot 

z czerwonym krawatem. Pan Proper. Usiadł na zniszczonych drzwiach, 
wyprostował tylną nogę i zaczął się lizać po kroczu. Kędzior miał 
ochotę rzucić w niego czymś ciężkim. 
   

– No dobra, Kruszyna – mruknął, trąc wierzchem dłoni zaspane 

oczy. – Co takiego zrobiłem? 
   

W progu pojawiła się zwalista sylwetka grubasa, niemal 

całkowicie przysłaniając bijące z korytarza światło. Kruszyna nie wszedł 
jednak do pokoju. Zamiast niego zrobiła to Dzwoneczek. 
   

Miała na sobie kombinezon do jazdy rozpięty tak, by było widać 

prosty, czarny stanik, a przylizane włosy świadczyły wyraźnie, że 
ledwie chwilę temu zdjęła kask. Zaspany umysł Kędziora potrzebował 
chwili, nim przypomniał sobie, gdzie właściwie wyjeżdżała i po co. Ale 
nawet gdy to do niego dotarło, wciąż nie miał pojęcia, co mogło 

background image

wprawić ją we wściekłość taką, że aż odwołała się do gniewu Kruszyny. 
   

– Nie wchodziłem do laboratorium, nie poprzestawiałem nic na 

makiecie, nie bawiłem się z Dzieciakami w żadną z zakazanych gier, nie 
zamawiałem kulawych panienek dla Stalówki, nie sikałem do jeziora ani 
nie przeklinałem… dużo – wyrecytował szybko na głos, ale przede 
wszystkim do siebie, niczym rachunek sumienia. – Naprawdę, mamo, 
nie mam jebane… znaczy zielonego w dupę pojęcia, o co może ci… 
   

Zawahał się. Dzwoneczek wciąż stała w progu w bojowej 

postawie, z rękami na biodrach. Przed nią Pan Proper w popisie 
wyuzdanego kociego autofellatio, za nią niczym złowrogi cień Jego 
Tłustość Kruszyna, a ona w środku – wyzywająco, z wydętą wargą 
i lekko przekrzywioną głową. Stojąc w ten sposób, wyglądała zupełnie 
jak… no, jak On, pytający, który z Chłopców strzelał do nadlatującej 
Wendy i jej braci. Tylko o co jej mogło tak zaraz po przyjeździe 
chodz… 
   

– O kurwa. – Kędzior klepnął się mocno w czoło. – O jasna dupa! 

   

– No dupa – zgodziła się Dzwoneczek. 

   

Kędzior usiadł na łóżku i pochylił się, by znaleźć spodnie. Było to 

łatwe, bo w okolicy samego łóżka leżało co najmniej pięć par. Byłoby 
gorzej, gdyby szukał czystych. 
   

– Przepraszam, zupełnie na śmierć zapomniałem o tych zakupach. 

To znaczy, miałem jechać, jak wstanę, ale nie wiedziałem, gdzie są 
kluczyki do wozu, a w sakwy bym przecież nie zmieścił, więc… 
   

– Więc teraz zostawiłeś wszystkich bez śniadania – dokończyła za 

niego Dzwoneczek. – W dodatku powiedz mi, proszę, jak to jest 
możliwe, żebyście, będąc tu raptem w pięciu, wyżarli wszystkie rodzaje 
płatków śniadaniowych? 
   

– Nie wszystkie. Kakaowych nikt nie lubi, więc… – zaczął 

Kędzior, ale zdecydował się nie kończyć tego zdania. 
   

Obwąchał koszulkę leżącą na butach, założył najpierw ją, a potem 

buty. Wreszcie wstał i wyjętą z kieszeni gumką związał przetłuszczone 
włosy. 
   

– To ja może skoczę do miasteczka i kupię coś na już, a przed 

obiadem wybiorę się do… 
   

Kot przestał się lizać. Wstał, wyprężył grzbiet i równie 

background image

nonszalancko jak wcześniej wyszedł z pokoju. Dzwoneczek 
najwyraźniej uznała to za wystarczający komentarz, bo ona również 
odwróciła się na pięcie. 
   

– I jakiś sok z marchewką weź – dodała już z korytarza. 

   

Kędzior założył kurtkę. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Istniały dwie drogi wiodące do szkoły. O pierwszej mówiło się 

„grzeczna”, gdyż rodzice prowadzili nią pociechy szerokim chodnikiem, 
oddzielonym od jezdni pasem zieleni i świeżo zasadzonych drzewek. 
Nie była zła, zwłaszcza jeśli miało się trochę szczęścia i trafiło się na 
wyjątkowo długie czerwone na skrzyżowaniu. Wtedy można było się nie 
tylko spóźnić na pierwszą lekcję, lecz także namówić mamę czy tatę na 
zakup czegoś słodkiego w małym sklepiku Grażynka przy samym 
przejściu. Ale te korzyści były niczym wobec zalet i pokus, jakimi kusiła 
druga droga. 
   

Przede wszystkim, gdy się nią szło, często można było znaleźć 

pieniądze zgubione przez pijaczków na opuszczonych torach. A jeśli 
nawet nie pieniądze, to martwego ptaka czy kota bez oczu – zależy, co 
kto lubił. Potem, już za torami, przechodziło się przez dwa podwórka 
i tam było naprawdę fajnie, bo za garażem zawsze leżała piłka i można 
było strzelić gola albo dwa w bramkę narysowaną na ścianie. Albo 
porzucać kamieniami w szyby starej hali sportowej parę metrów dalej. 
Ktoś je tam musiał ciągle wstawiać, bo nieważne, ile razy się tamtędy 
szło, zawsze były i prowokująco lśniły w słońcu. A okoliczne dzieciaki 
nigdy nie dawały się długo prosić. 
   

W sumie, jeżeli dodać do tego jeszcze stary most kolejowy nad 

drogą i śmietnisko pełne przeterminowanych, nadpsutych skarbów, 
przewaga drugiej drogi wydawała się niezaprzeczalna. I rzeczywiście, 
Kubuś wolał ją zdecydowanie za pierwszym czy drugim razem, gdy 
szedł do szkoły sam. Ale wtedy był jeszcze dzieciakiem. Teraz 
natomiast, w drugiej klasie, nie mógł sobie pozwalać na takie 
szczeniactwo. Nie chciał, by ktoś wzywał rodziców do szkoły i mówił, 

background image

jakim to Kubuś jest łobuzem. 
   

Dlatego gdy już zamknęły się za nim drzwi wyjściowe, chłopczyk 

nie wahał się ani chwili i ruszył szerokim chodnikiem „grzecznej” trasy. 
W kieszeni pobrzękiwały mu drobne, za które miał sobie kupić drugie 
śniadanie w Grażynce. 
   

Był wtorek, godzina siódma trzydzieści. Dzień zapowiadał się 

nadzwyczaj miło i pogodnie, więc chłopczyk, idąc, pogwizdywał wesoło 
jedną z ulubionych piosenek tatusia. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kędzior nie pamiętał, kiedy ostatni raz był w miasteczku. Tak 

właśnie o nim mówili – „miasteczko”, bo choć miało swoją nazwę, to 
jednak ani mu ona leżała, ani Chłopcom nie była do niczego potrzebna. 
Miasteczko było jedno, raptem piętnaście mil od… 
   

To znaczy kilometrów, poprawił się Kędzior w myślach. Ze 

dwadzieścia kilometrów. 
   

Wciąż nie mógł się przyzwyczaić, że tu wszystko mierzy się 

inaczej. Choć już przecież dawno powinien. 
   

Tak czy owak miasteczko było jedno, całkiem niedaleko Drugiej 

Nibylandii, a jednocześnie w odpowiedniej odległości, by stary, 
opuszczony lunapark nie ściągał wszystkich znudzonych 
wagarowiczów, pijaczków i zbieraczy złomu. Dla tych bardziej 
wytrwałych Chłopcy mieli oczywiście niespodzianki, ale Stalówka 
twierdził, że lepiej z nich nie korzystać za często. Nawet jeśli są 
zabawne. 
   

– A są. Cholerny łysy zabawopsuj – mruknął Kędzior pod nosem. 

   

Zmienił pas i wyprzedził rodzinnego vana. Pomachał do dzieciaka 

siedzącego w foteliku z tyłu, a potem przyspieszył gwałtownie i zostawił 
samochód za sobą. Zaraz potem przechylił się na bok, wchodząc ostro 
w zakręt. Miło było to robić, miło było mijać na drodze inne samochody 
i czuć na twarzy prawdziwy wiatr. Miło było wiedzieć, że w każdej 
chwili można się zatrzymać i odlać na poboczu. Ostatnimi czasy za dużo 
jeździł Skrótem, a to się odbijało – na nerwach, na przyjemności jazdy 

background image

i na częstotliwości wizyt w miasteczku. A przecież kiedyś, na samym 
początku, tak bardzo je lubił. Miał nawet swoje ulubione miejsca. 
   

I właśnie w tym momencie przyszło mu do głowy, gdzie powinien 

tego poranka zrobić zakupy. O ile tylko będzie już otwarte. 
   

Na wszelki wypadek zwolnił. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Właścicielem sklepu wielobranżowego Grażynka był pan Darek. 

Bardzo miły starszy pan, wyglądający trochę jak święty Mikołaj, tylko 
bez brody, za to po solidnej dawce chemioterapii. Chudy, wysoki, 
a jednocześnie cały pomarszczony, co było widać zwłaszcza na łokciach 
albo zgięciach palców. W dodatku skórę miał barwy suszonej gliny, 
z wyjątkiem tych miejsc, gdzie jego ciało pokrywały ciemne plamy 
wątrobowe. I tylko zawsze wesołe oczy i uśmiech prezentujący 
kompletny garnitur równiuteńkich, lekko pożółkłych od kawy zębów 
pokazywały, że nawet jeśli był to człowiek chory, to na pewno nie 
z tych, co dali się pokonać swojej chorobie. Co najwyżej zawarli z nią 
długotrwałe zawieszenie broni. 
   

Ludzie lubili pana Darka, jego uśmiech, wesołe oczy i opowieści 

o córce, której nigdy nie miał, ale gdyby miał, na pewno nie nazwałby 
jej Grażyna. Stąd zresztą wzięła się nazwa sklepu. „To na wszelki 
wypadek – mówił. – Jakby mnie teraz jaka siksa zbałamuciła i dała 
córcię, to przecież nie nazwalibyśmy jej po sklepie, nie? Więc skoro tak 
nazwałem sklep, to mam już z tym imieniem spokój po zasrane amen”. 
   

Sprzedawca słynął z takich historyjek, powiedzonek i ciekawostek. 

I nieważne, ile razy klienci je słyszeli, zawsze wprawiały wszystkich 
w dobry humor. A że przy tym ceny pan Darek miał zawsze przystępne 
i dzieciakom to cukierka, to jabłko, to znów lizaka dawał w gratisie, nic 
dziwnego, że jego interes kwitł, choć w okolicy upadły dwie Żabki, 
jedna Biedronka i… no, coś tam jeszcze. Można powiedzieć, że pan 
Darek i jego Grażynka byli poniekąd niezniszczalni. Choć chwilami 
miało to swoją cenę… 
   

Ten dzień zapowiadał się jednak przyjemnie i bezstresowo. Pan 

background image

Darek siedział przy kasie nad świeżo zaparzoną kawą i nowym 
numerem „Wyborczej”, zębami skubał paznokieć na kciuku i cieszył się 
wpadającymi przez okno promieniami słońca. A potem, gdy odezwał się 
zawieszony nad drzwiami dzwonek i do Grażynki wszedł mały Kubuś, 
przywitał brzdąca szerokim uśmiechem. 
   

– Dzień dobry – powiedział chłopczyk, wyjmując z uszu 

słuchawki. 
   

– Dzień dobry, mały. – Pan Darek uniósł parujący kubek i przepił 

do chłopca. – Właśnie o tobie myślałem… chyba. Przypomnij mi, to ty 
zbierasz etykiety z piw czy znowu coś pomyliłem? 
   

– No, ja – potwierdził Kubuś. – To znaczy mój tata, ale ostatnio 

przerwał, bo mu lekarz zabronił pić, no i nie ma czasu za tym chodzić. 
A co, ma pan może jakieś nowe, fajne? 
   

– Może mam. – Sklepikarz uśmiechnął się tajemniczo znad 

kubka. – Może nie. To zależy od tego, czy komuś będzie się chciało 
przyjść po szkole i poukładać trochę towaru. Dorzucę do tego parę 
złotych, żeby nikt potem nie mówił, że stary Makowski żeruje na 
dzieciakach. To jak? 
   

Kubuś podrapał się za uchem. Niezupełnie to miał dzisiaj 

w planach, ale wiedział, że staruszek chciał dobrze. A poza tym etykiety 
mogły się przydać, żeby… 
   

– Tata na pewno się ucieszy – stwierdził głośno. – To ja będę tak 

po pierwszej, dobrze, proszę pana? 
   

– Pewnie. 

   

Sklepikarz chciał jeszcze coś dodać, ale wtedy właśnie dzwonek 

nad drzwiami rozbrzmiał po raz kolejny i do sklepu ktoś wszedł. Pan 
Darek natychmiast spochmurniał. 
   

– Dobra, mały – powiedział ściszonym głosem. – Idź, wybierz, co 

chcesz kupić, i poczekaj tam za regałem, aż cię zawołam, dobra? 
   

Kubuś obejrzał się i ostrożnie pokiwał głową. Miał może tylko 

osiem lat, ale przecież widział już w życiu parę filmów i doskonale 
wiedział, o co chodzi. 
   

– Dobrze, proszę pana – powiedział. – Poczekam. 

   

Ruszył ku półkom z pieczywem, próbując jednocześnie dyskretnie 

odpiąć empetrójkę od paska i schować ją w kieszeni. Co prawda facet 

background image

w tanim garniturze, który właśnie wszedł, nie wyglądał na takiego, co by 
ją ukradł, ale nigdy nic nie wiadomo. Dyskretnie wyciągnął z kieszeni 
smartfona i włączył aparat fotograficzny. 
   

Nieznajomy w garniturze podszedł tymczasem do lady i położył na 

niej ręce. Nie odezwał się słowem, ale najwyraźniej nie musiał, bo pan 
Darek uśmiechnął się słabo, wybąkał coś pod nosem i otworzył kasę, 
z której wyciągnął białą, niezaklejoną kopertę. 
   

– Proszę, jest wszystko – powiedział głosem ledwie tylko 

głośniejszym od szeptu. – Może pan przeliczyć, jeśli… 
   

Mężczyzna wziął do ręki kopertę i rozchylił ją, by przyjrzeć się 

banknotom. Przejechał palcem po krawędziach ściśniętych 
pięćdziesiątek, wysunął jedną, by obejrzeć z obu stron. I właśnie w tym 
momencie dzwonek nad drzwiami zadźwięczał po raz trzeci. 
   

Tym razem zabrzmiał głośniej niż zwykle, a do tego drzwi 

otworzono z taką siłą i impetem, że aż zatrzeszczały zawiasy. Obaj, pan 
Darek i mężczyzna w tanim garniturze, natychmiast odwrócili głowy, by 
spojrzeć na potężnego, rudowłosego motocyklistę stojącego w progu. 
   

– Kopę lat, panie Darku – rozległ się rubaszny głos wielkoluda. – 

Jakoś tak nie było po drodze, ale… Ej, co jest, kurwa?! 
   

Mężczyzna w tanim garniturze wykrzywił się w paskudnym 

uśmiechu, po czym powoli, ostentacyjnie odchylił połę marynarki, by 
zademonstrować zamocowaną do paska kaburę trzydziestki ósemki. 
   

– Zamknięte – wycedził. – Znikaj. 

   

Reakcja motocyklisty była zgodna z oczekiwaniami mężczyzny. 

Olbrzym uniósł ręce w obronnym geście i uśmiechnął się 
przepraszająco, jednocześnie robiąc mały krok wstecz. 
   

– Ej, stary – powiedział łagodnie i przymilnie – spokojnie, nikt tu 

nie chce kłopotów. Przyszedłem tylko po kumpla, bo się zastał przy 
browarach jak ostatnia cipa i… 
   

Mężczyzna w garniturze zmarszczył czoło i odruchowo obejrzał 

się w stronę skrytych za regałem lodówek. 
   

I wtedy właśnie Kędzior wyskoczył. 

   

Trzeba było przyznać mężczyźnie, był szybki. Gdy tylko się 

zorientował, co się dzieje, odstąpił krok do tyłu i sięgnął po broń. Zdążył 
nawet jej dobyć, ale nie wystrzelił, bo ogromna łapa Kędziora zamknęła 

background image

się na rewolwerze i wyrwała mu go z dłoni. Rozległ się chrzęst 
łamanego palca, ręka mężczyzny eksplodowała bólem. A potem druga 
łapa Kędziora zacisnęła się na szyi niedoszłego strzelca. 
   

– Nie wiem, co ci się wydawało, że tutaj robisz, smętny chuju – 

warknął olbrzym, podnosząc mężczyznę na wysokość wyciągniętej, 
wyprostowanej w łokciu ręki – ale pan Darek to przyjaciel Chłopców 
i Grażynka jest pod naszą ochroną, zrozumiałeś?! Jeśli jeszcze raz cię tu 
zobaczę, lepiej żebyś miał gotówkę i listę zakupów! Jasne?! 
   

Trudno było przyjąć przeciągłe, pełne bólu jękniecie za „tak”, ale 

Kędzior uznał, że na nic lepszego nie może liczyć. Wolną ręką złapał 
mężczyznę za krocze, uniósł nad głowę i cisnął w stronę drzwi. 
A potem, wsparłszy się łokciem o ladę, patrzył, jak tamten powoli, 
ostrożnie wstaje i wychodzi. Dopiero wtedy podniósł leżącą na ziemi 
kopertę, wyjął z niej trzy banknoty i dołożył do nich własną 
wymiętoloną listę zakupów. 
   

– Jakby mógł mi pan, panie Darku, zapakować, dobrze? – 

zapytał. – I spoko, reszty nie trzeba. Ja wyjrzę, czy mi skurwiel przy 
maszynie nie majstruje. 
   

Podniósł z ziemi trzydziestkę ósemkę, wetknął ją za pasek 

i wyszedł ze sklepu. 
   

Koło motocykla nikt się nie kręcił, co było dobrą wiadomością. 

Ale zaraz potem doszła do niej ta zła. Kędzior dostrzegł bowiem, że 
mężczyzna w garniaku nie był sam. Towarzyszył mu drugi, ubrany 
identycznie i do tej pory siedzący w czarnym bmw z przyciemnionymi 
szybami. Gdy Kędzior stanął w progu, gość ze sklepu pochylał się przy 
samochodzie i coś tłumaczył, energicznie machając przy tym rękami. 
A potem pokazał na olbrzyma. 
   

Oho, pomyślał Kędzior, zaciskając pięści. Szykuje się zabawa. 

   

I rzeczywiście, kierowca wysiadł z samochodu, a wtedy okazało 

się, że jest niemal wzrostu motocyklisty. Łysy, z szerokim karkiem 
i spojrzeniem szarżującego byka, wyglądał groźnie, nawet bardzo… ale 
oczywiście nie dość, żeby przestraszyć Kędziora. 
   

– Co, smętny fiutku? Pobiegłeś po kolegów, tak? – zawołał 

Chłopiec, zstępując z dwóch nierównych schodków wiodących do 
Grażynki. – Świetnie! Im więcej was, dupki, oberwie za jednym 

background image

zamachem, tym luźniej będzie potem. 
   

A potem nagle przyspieszył, prawie przechodząc w bieg i lekko 

schylając głowę. Jego przeciwnik podłapał ten krok i już pędzili na 
siebie niczym dwa pociągi na jednym torze, zupełnie nie zwracając 
uwagi na to, że znajdują się właśnie na środku ulicy pełnej gapiów. 
   

Łysy zaatakował pierwszy, ledwie tylko Kędzior wszedł w jego 

zasięg. Wyprowadził prawą ręką potężny sierpowy. 
   

Motocyklista uniknął uderzenia, złapał łysego za nadgarstek 

i szarpnął, wykorzystując przy tym własny impet. Obrócił przeciwnik 
tyłem do siebie, uderzył stopą w zgięcie kolana. Gdy tamten już opadł 
na klęczki, Kędzior szarpnął go za głowę, odchylił ją i przywalił mu 
pięścią w twarz. A potem ponownie. I jeszcze raz, aż ze złamanego nosa 
chlusnęła fontanna krwi. Odstąpił o krok i po namyśle doprawił jeszcze 
całość kopniakiem w plecy. 
   

Wtedy dopiero dotarł do niego gwar. Uniósł głowę i dostrzegł 

gromadzących się wokoło ludzi – tych, którzy tylko się przyglądali, 
i tych, którzy już sięgali po telefony, by zadzwonić na policję. Niektórzy 
komentowali rozbój w biały dzień, inni wprost mówili o panoszących się 
bandytach na motorach. 
   

To się Dzwoneczek nielicho wkurwi, pomyślał Kędzior. I będzie 

miała rację. Mamy przewalone. 
   

Znał kiedyś paru policjantów w miasteczku, ale to było dawno 

temu, a poza tym nawet oni nie byliby w stanie zatuszować tak jawnej 
i oczywistej sprawy. Nie przy tylu świadkach, nie przy takim 
nastawieniu ludzi, którzy już… 
   

Nie skończył tej myśli, bo nagle z Grażynki wybiegł mały 

chłopiec, rzucił się do olbrzyma i z całej siły wtulił się w jego nogę. 
   

– Dziękuję, wujku, dziękuję – mówił, szlochając przy tym 

i smarkając. – To było straszne, kiedy tamten pan pokazał mi swojego 
sisiorka, a potem zaczął dotykać mojego. To było takie złe. A potem 
mówił jeszcze, że będę musiał iść z nim do jego kolegi i robić mu te 
wszystkie brzydkie rzeczy, bo nigdy nie zobaczę mamy ani taty, ani 
ciebie, wujku. Dziękuję, dziękuję… 
   

Nagle wokoło zapadła zupełna cisza. Wzniesione do uszu telefony 

opadły, ludzie przyglądali się to Kędziorowi, to znów leżącemu na ziemi 

background image

łysemu. Coś zmieniło się w ich spojrzeniach i nastawieniu. Ktoś nawet 
zaczął klaskać. 
   

– Proszę się stąd zabierać – powiedział szpakowaty mężczyzna 

pod pięćdziesiątkę, chowając telefon do kieszeni. – I najlepiej wziąć 
dzieciaka do mamy. 
   

Kędzior, poważnie zaskoczony rozwojem sytuacji, zdołał tylko 

pokiwać głową, a potem objął dzieciaka ramieniem. 
   

– Wezmę tylko zakupy i już nas tu nie ma – powiedział. – 

Dziękujemy za pomoc… i zrozumienie. 
   

Szpakowaty pokiwał głową. 

   

– Mam trójkę dzieci. Gdyby to spotkało któreś z nich, zabiłbym 

takiego sukinsyna – stwierdził, a jego słowom towarzyszył pomruk 
powszechnej aprobaty. 
   

Znowu rozległy się oklaski, tym razem dużo głośniejsze. Kędzior 

zerknął na wtulonego w siebie dzieciaka. 
   

– Dzięki, młody – powiedział. 

   

Mały Kubuś wzruszył ramionami. 

   

– Spoko, proszę pana – odparł rezolutnie. – Też lubię Grażynkę. 

Poza tym dopiszę pana do tablicy. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kędzior wiedział, że składanie obietnicy w imieniu Chłopców było 

głupotą, ale wiedział też, że skoro już coś powiedział, to byłby dupkiem, 
gdyby nie podtrzymał zdania później. Zwłaszcza że ani chybi władował 
pana Darka w nieliche kłopoty. Nie trzeba być Stalówką, by się 
domyślić, że raz pogonieni zbieracze haraczu wrócą większą siłą i będą 
chcieli kogoś ukarać dla przykładu. 
   

– Kurde – mruknął pod nosem. – Dzwoneczek naprawdę się 

wkurwi. 
   

Ale mimo to, biorąc od sklepikarza zakupy i wysłuchując pełnych 

wzruszenia podziękowań za pomoc, troskę i wrażliwość, raz jeszcze 
powtórzył, że nie ma się czym martwić. 
   

– A swoją drogą, panie Darku, kto to właściwie był? – zapytał 

background image

wreszcie. – Bo mam wrażenie, że pierwszy raz ich widziałem. Kiedyś 
nie było w miasteczku takich praktyk, jak haracze, prawda? 
   

Pan Darek wzruszył ramionami. 

   

– Kiedyś nie było też innych rzeczy, a w sklepach na półkach tylko 

ocet – odparł. – To miasto już nie jest i nie będzie takie, jak dawniej. 
   

Sięgnął po kubek z letnią już kawą i przez chwilę przyglądał się 

ciemnej tafli. 
   

– Ten facet – powiedział w końcu, unosząc głowę i znowu się 

uśmiechając – ten, który ich przysłał, niejaki Grzegorz Luby, krok po 
kroku wykupuje tu wszystko. Czego nie da się legalnie… – rozłożył 
ręce – … zdobywa inaczej, ale zachowuje się, jakby chciał mieć na 
własność całe miasto i okolice. Ostatnio na sesji rady miejskiej pytał, kto 
dzierżawi opuszczony lunapark. 
   

Kędzior wyprostował się gwałtownie. 

   

– Że co? Lunapark? Mówi pan o tym… 

   

– Na granicy gminy, tak. – Właściciel sklepu pokiwał głową. – 

Podobno Luby chce tam zrobić polski Disneyland. Oczywiście, jeśli 
oddadzą mu to, co jest, za półdarmo. I pewnie oddadzą, bo łapówki 
poszły w ruch i… 
   

Kędzior już nie słuchał. Złapał kartkę i długopis, zostawił swój 

numer telefonu, a potem wziął torbę i ruszył ku drzwiom. Wtedy jednak 
zobaczył w odbiciu sklepowych drzwi, że cały jest umorusany krwią 
łysego. Sapnął. Jeżeli nie chciał tłumaczyć się każdemu patrolowi po 
drodze do domu, potrzebował albo magicznego pyłku, albo prysznica. 
Zakładał, że o to drugie będzie jednak łatwiej. 
   

– Panie Darku, ma pan tu łazienkę? – zapytał. – Tak raczej nie 

pojadę. 
   

Ale staruszek pokręcił głową. 

   

– Tu na zapleczu to niestety tylko małą umywalkę przy toalecie, 

ale jak trzeba, to… 
   

– Ja mam prysznic! – zawołał mały Kubuś. 

   

Obu zdziwiła jego obecność, bo zarówno sklepikarz, jak 

i motocyklista byli przekonani, że brzdąc już sobie poszedł. On jednak 
stał przy regale z tornistrem na plecach i słuchawkami zwisającym z szyi 
i uśmiechał się szczerbato. 

background image

   

– Mieszkam niedaleko i mam prysznic, a mama na pewno nie 

będzie miała nic przeciwko. Zresztą o tej porze pewnie już jej nie ma. 
   

Kędzior nie miał też specjalnie wyboru, więc pokiwał głową, 

zapytał, czy pan Darek może rzucić okiem na motocykl i zakupy, 
a potem wyszedł wraz z Kubusiem ze sklepu. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kilka minut później stali już przed ozdobną furtką wiodącą na 

podwórze przed domem, w którym mieszkał chłopczyk. Budynek był 
dwupiętrowy, miał garaż, porośnięty bluszczem wąski ganek, ogromny 
balkon ze zdobną poręczą i spadzisty czerwony dach. 
   

Kubuś pchnął furtkę, ale motocyklista się zawahał. 

   

– Hej, jesteś pewien, że rodzice nie będą mieli nic przeciwko? 

   

– Mówiłem już, nikogo nie ma w domu – odparł chłopczyk, 

wzruszając ramionami. – Poza tym jestem genialnym dzieckiem, 
wyprzedzam program szkolny o jakieś cztery klasy, mówię w dwóch 
językach i w wolnym czasie piszę programy komputerowe. Jak pan 
myśli, czego, zdaniem mamy i taty, jeszcze mi brakuje, by być ideałem? 
   

Kędzior podrapał się po głowie. Zdążył już zauważyć, że dzieciak 

jest bystry, ale żeby od razu mały geniusz? Olbrzym był pewien, że 
jeszcze nigdy nie widział żadnego… znaczy tak na żywo. 
   

– Nie wiem – stwierdził w końcu. – Kolegów? 

   

– Właśnie. 

   

Kubuś sięgnął za pazuchę i wyciągnął zawieszoną na szyi 

wstążeczkę z kluczem. 
   

– Może pan więc być pewien, że ucieszą się, że kogoś 

przyprowadzam. 
   

Włożył klucz do zamka i przekręcił. Następnie przekroczył próg 

i szybko wstukał kod na cyfrowym panelu alarmu. Dopiero wtedy 
ruchem głowy zachęcił olbrzyma, by wszedł. 
   

– Mamy dwie łazienki, ale lepiej, jak pan skorzysta z tej na górze – 

powiedział, zrzucając tornister na kanapę. – Ja muszę sobie wydrukować 
usprawiedliwienie, bo do szkoły już raczej dzisiaj nie pójdę. I znajdę 

background image

panu jakąś koszulkę u taty. Miał kilka takich… no, za dużych. 
   

Kędzior pokiwał głową. 

   

– Spoko, młody – odparł. – I nie mów do mnie „pan”, bo źle mi się 

kojarzy. Jestem Kędzior… Co to? 
   

Wskazał na stojącą w kącie salonu niewielką białą tablicę pełną 

magnesów, strzałek i małych kolorowych karteczek. Było też na nich 
całkiem sporo nazwisk zapisanych starannym, dziecięcym pismem. 
   

Kubuś spojrzał we wskazanym kierunku i klepnął się w czoło. 

   

– O właśnie, świetnie, że pan… że przypomniałeś. 

   

Podszedł do tablicy i wziął z podstawki pisak. Kucnął, zmrużył 

oczy i wystawił koniuszek języka, po czym starannie napisał „Kędzior” 
i narysował kilka strzałek. Gdy skończył, przyjrzał się krytycznie 
swojemu dziełu i odłożył pisak. 
   

– To moja tablica – wyjaśnił. – Zapisuję na niej ludzi, którzy są mi 

winni przysługi, a także tych, którym ja jestem coś dłużny. Jak to dobrze 
poukładać, porobić strzałki, kto do czego i w ogóle, to można się 
zabezpieczyć na każdą… 
   

Przerwał, zmarszczył czoło i wyciągnął smartfona. Przez chwilę 

pisał coś na klawiaturze dotykowej, w końcu wyszczerzył się 
w uśmiechu i schował urządzenie. 
   

– … ewentualność. Czasem uciekają mi słowa, ale to się zdarza. 

Wiesz, mam dopiero osiem lat. 
   

Kędzior przyglądał się dzieciakowi z mieszaniną niedowierzania, 

podziwu i przestrachu. Ten szczeniak był bardziej dorosły niż Stalówka 
i Dzwoneczek razem wzięci. Dorosły jak… piraci. Aż się wzdrygnął na 
tę myśl. 
   

– Dobra, młody, gdzie ta łazienka? 

   

– Na górze, po lewej, trzecie drzwi. 

   

Kubuś rozsiadł się na kanapie i sięgnął po pilota do telewizora. 

Zaraz jednak przypomniał sobie, że miał poszukać koszulki, więc zerwał 
się i pognał w głąb mieszkania. 
   

Kędzior pokręcił głową i ruszył na górę. 

   

  

   

* * * 

 

background image

   

  

   

W łazience rozebrał się do naga i wszedł do kabiny prysznicowej. 

Prawdę mówiąc, ledwie się w niej mieścił, ale i tak zamknął za sobą 
drzwiczki z pleksi, by za bardzo nie nachlapać. Dopiero wtedy odkręcił 
wodę, wyregulował ją do właściwej temperatury i zaczął się myć. 
I rozmyślać. 
   

Niepokoił go ten cały Luby i jego zakusy na miasteczko. Już samo 

to stanowiło pewien problem, a gdy dodać, że biznesmen bandzior 
zamierza się na Drugą Nibylandię… Cóż, może nawet dobrze się stało, 
że Kędzior był tu dzisiaj. Dzięki temu Dzwoneczek dowie się 
o wszystkim wcześniej, może nawet dość wcześnie, żeby coś z tym 
zrobić. 
   

Kędzior przykucnął lekko, by zmoczyć włosy, z trudem otworzył 

szampon i jedną ręką niezgrabnie namydlił głowę. Spłukiwał tak długo, 
aż rozbolały go ugięte kolana. 
   

Z drugiej strony, myślał dalej, jego dzisiejszy wyczyn 

zdecydowanie przyspieszy pewne wydarzenia. Oto bowiem Luby 
wiedział już nie tylko, że Chłopcy istnieją, lecz także że roszczą sobie 
prawa do terenów, które chciał mieć. To zapowiadało wojnę. I to nie 
taką, jak za dawnych dobrych czasów na wyspie. Taką prawdziwą, 
z krwią, płaczem i smrodem flaków. Coś jak… 
   

… Ostatnia bitwa Pana? 

   

Kędzior aż się wzdrygnął. Miał wrażenie, że ta ostatnia myśl nie 

była jego, że powiedział ją ktoś inny, siedzący w jego głowie. Zresztą 
każde wspomnienie tamtej bitwy, tamtego dnia… 
   

Zakręcił kurek i ostrożnie wygramolił się z kabiny. Przetarł ręką 

zaparowane lustro, sięgnął po zawieszony na haku ręcznik. Niechcący 
strącił zawieszone pod nim spodenki Kubusia. Upadły z tępym 
stukotem. 
   

Kędzior schylił się, by je podnieść, ale wiedziony ciekawością 

sięgnął do kieszeni i wyjął z niej niewielkiego pilota z szeregiem 
ponumerowanych przycisków. Dla próby wcisnął jeden z nich. 
   

– Kubuś, ścisz ten telewizor! – dobiegł go nagle z dołu kobiecy 

głos. 
   

Kędzior zamarł w bezruchu. 

background image

   

Co jest? – pomyślał. Matka wróciła?! 

   

Przez głowę przemknęło mu nagle tysiąc głupich wytłumaczeń, co 

tu robi, dlaczego i jakim cudem jest w jej domu, nagi i w dodatku 
w towarzystwie jej syna. Mógł się oczywiście ubrać, ale wątpił, by 
splamione krwią motocyklowe ciuchy znacząco poprawiły sytuację. 
   

– Myśl, Kędzior, myśl – powtarzał do siebie, obracając w palcach 

znalezionego pilota. 
   

Znowu coś nacisnął. 

   

– Kubusiu, wstałeś? Kubusiu, bo słyszałam budzik… 

   

Kędzior rozdziawił usta. Jaki, kurwa, budzik?! Szybko wciągnął 

spodnie, buty i chwycił kurtkę. Na schodach słyszał już kroki. Brzmiało, 
jakby ktoś biegł. Młody? Oby to był on, dzieciak miał łeb na karku, 
razem na pewno coś wymyślą, jakoś się wytłumaczą i… 
   

– Kubusiu – ponownie rozległ się głos matki – co ci mówiłam 

o zostawianiu takiego bałaganu? 
   

W tym momencie drzwi do łazienki stanęły otworem, a do środka 

wpadł czerwony z wściekłości Kubuś. Chłopczyk cisnął trzymaną 
w ręku koszulkę na podłogę, wyrwał Kędziorowi pilota i przytulił do 
siebie jak ukochaną zabawkę. 
   

– Gdzie to znalazłeś?! – warknął. – To mój zapasowy pilot i nie 

wolno, słyszysz?! Nie wolno go dotykać! 
   

Kędzior zgłupiał. Przez chwilę patrzył na dzieciaka, na przemian 

otwierając i zamykając usta, szukając w głowie słów innych niż – jakże 
przecież idiotyczne – „przepraszam, nie wiedziałem”. Przede wszystkim 
jednak szukał odpowiedzi na pytanie, co się właśnie, do cholery jasnej, 
stało?! 
   

Dotarło to do niego, gdy Kubuś wyjął z kieszeni spodenek 

drugiego pilota, niemal takiego samego jak pierwszy, jeśli nie liczyć 
naklejki z Calvinem i Hobbesem. Patrzył, jak chłopczyk uważnie 
przygląda się urządzeniom, jak gładzi gumowe klawisze ostrożnie, by 
żadnego nie nacisnąć przez przypadek… i zrozumiał. 
   

– To twoja mama, prawda? – zapytał. 

   

Kubuś uniósł głowę i posłał mu gniewne spojrzenie, mówiące: 

„Nie, durniu, to pilot. Ale, o dziwo, dobrze kombinujesz”. 
   

– Przyniosłem ci koszulkę – powiedział. – Będę czekał na dole, aż 

background image

już sobie pójdziesz. 
   

Odwrócił się na pięcie i wyszedł z łazienki, zamykając za sobą 

drzwi. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Teraz, gdy Kędzior wiedział, czego ma szukać, dostrzeżenie kabli 

i głośników rozmieszczonych w całym mieszkaniu nie było takie trudne. 
Radiowęzeł ciągnął się wzdłuż całego piętra, osobny kabel wiódł do 
niemal każdego pokoju, a także w dół schodów, do reszty pomieszczeń. 
Na każdym głośniku migała maleńka, ciemnoczerwona dioda, przez co 
niewielka czarna skrzyneczka wyglądała trochę jak czujnik dymu. 
   

Olbrzym zszedł po schodach, uważnie się rozglądając. Kto i po 

co? – myślał. Cholera jasna, kto i po co robi coś takiego? 
   

Kubuś tymczasem siedział na kanapie i oglądał kreskówki. 

Dostrzegłszy olbrzyma, prychnął cicho i mocniej wtulił się 
w trzymanego na kolanach pluszowego R2D2. 
   

– Czy możesz już sobie iść? – zapytał w założeniu stanowczym, 

ale ostatecznie dość płaczliwym, dziecięcym głosikiem. 
   

Kędziorowi zrobiło się go żal i przez moment był nawet skłonny 

odpowiedzieć, że owszem, jasne, zrobił już wszystko, czego właściwie 
potrzebował, więc może iść, ale z drugiej strony… No cóż, jak mawiają, 
ciekawość zabiła kota. 
   

Zrobił więc kilka szybkich kroków i zajrzał do kuchni. I tam 

zamarł po raz kolejny. 
   

To właściwie nie była kuchnia, raczej laboratorium pełne 

kuchennych robotów, sztucznych ramion, migających kontrolek i innych 
urządzeń, których olbrzym nawet nie potrafił nazwać. Przez całe 
pomieszczenie, od lodówki po drzwi wyjściowe, ciągnął się pas 
transmisyjny niczym w fabryce – to nad nim pochylały się automatyczne 
ramiona. Drugi, niemal identyczny, szedł w stronę zmywarki. Nad 
wszystkim niczym wielki brat czuwał ogromny głośnik z wielką diodą. 
   

– Tygrysia Lilio, zawsze dziewico – wyszeptał z niedowierzaniem 

Kędzior. – Co to w ogóle jest?! 

background image

   

Zrobił krok do przodu, ale nagle poczuł, że ktoś łapie go za rękę. 

Obejrzał się. 
   

– Możesz tam nie wchodzić? – zapytał Kubuś. 

   

W jego małych oczkach nie było już gniewu, nie było 

naburmuszenia. Tylko strach. 
   

– W ogóle nie powinieneś tego widzieć i nie wolno ci powiedzieć 

nikomu. To był błąd, że cię tu zabrałem, ale myślałem, że… 
Powiedzieli, że jak ktoś się dowie, to kaput. – Przejechał ręką po szyi. – 
Koniec, przepadło. I nigdy więcej ich nie zobaczę. 
   

Kędzior cofnął się o krok, wolną ręką przejechał po twarzy. 

   

– Kto ci to powiedział, mały? I kto to wszystko zrobił? 

   

Kubuś pociągnął go w stronę kanapy, a gdy byli już wystarczająco 

blisko, usiadł na wolnej pufie. Poczekał, aż olbrzym zrobi to samo, 
i dopiero wtedy zaczął wyjaśniać. 
   

– Pewnego razu byłem bardzo zły na rodziców – powiedział. – 

Właściwie nie pamiętam już za co, ale siedziałem na górze strasznie 
wściekły i płakałem w poduszkę. To był wieczór, więc mama przyszła 
do mnie do pokoju porozmawiać, żebyśmy nie kładli się w gniewie, ale 
ja byłem strasznie zły. Tak strasznie… 
   

Przerwał, przejechał rękawem po oczach i drugi raz po nosie; 

przełknął łzy i gile. Dopiero wtedy podjął przerwany wątek. 
   

– Życzyłem sobie, żeby ich nie było, żebym mógł żyć sam, bo 

przecież jestem taki dorosły, taki mądry. Znam dwa języki i piszę 
programy. Gdybym chciał, mógłbym sam zarabiać dużo pieniędzy 
i robić, co mi się tylko podoba. Powiedziałem to głośno, gdy znowu 
zapukali, kazałem im się wynosić, bo to moja baza, a potem zasnąłem. 
A rano, gdy się obudziłem… 
   

– … ich już nie było – dokończył za niego Kędzior. 

   

Brzmiało to trochę jak historia, którą kiedyś, w dawnych czasach 

na wyspie, opowiadała im Dzwoneczek. Historia o dziecku porwanym 
przez Króla Goblinów. Tam życzenie wymówiła starsza siostra 
zmuszona przez rodziców do opieki nad małym brzdącem, ale zasada 
była podobna. Tyle że w przeciwieństwie do historii Dzwoneczka, 
w opowieści Kubusia nie było dziwacznego labiryntu, tylko panowie od 
kablówki. 

background image

   

– Zjawili się wieczorem tego dnia, gdy zginęli rodzice – mówił 

chłopczyk. – Już zaczynałem się trochę martwić, bo mama i tata nie 
odbierali komórek, ale nie mamy innej rodziny, żebym mógł do nich 
zadzwonić, a na policję nie chciałem, boby mnie zabrali. Więc czekałem 
tutaj, płacząc, i wtedy właśnie przyszli. Jeden z nich, taki szary pan, 
powiedział mi, żebym się nie martwił, że teraz pożyję troszkę sam, żeby 
zobaczyć, jak to jest, ale jak wszystko będzie dobrze, to wyznaczy mi 
zadanie i, gdy je spełnię, rodzice wrócą. Powiedział, że nic im nie jest 
i że mam czekać. A potem zainstalowali to wszystko, te urządzenia 
w kuchni i w drugiej łazience, te głosy na pilota, które nagrali już 
kiedyś… Czasem nawet udaję, że te głosy to rzeczywiście mama i tata, 
że jak rano zbiegnę wystarczająco szybko, to ich zobaczę, bo oni tak 
tylko sprawdzają mój charakter. Ale nie. Nie ma ich, nie ma zadania. 
Więc siedzę tutaj w domu, pilnuję, żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi 
i nie wzywał rodziców do szkoły. No i… 
   

– No i dorastasz – wtrącił się znowu Kędzior, po czym wstał 

i odruchowo otrzepał spodnie. – Cholera, młody, to najbardziej pojebana 
historia, jaką słyszałem od dawna, a uwierz mi, niełatwo mnie 
zaskoczyć. 
   

Kubuś pokiwał głową. Wierzył albo było mu wszystko jedno. 

   

– Myślę jednak – kontynuował Kędzior – że znam kogoś, kto może 

ci pomóc. Spróbuję się dowiedzieć. 
   

– Nie! – W oczach chłopczyka na nowo rozgorzał strach. – Nie 

wolno ci, to tajemnica! Oni mówili… 
   

– Spoko. – Olbrzym położył rękę na ramieniu Kubusia. – Nic się 

nie bój, załatwię to po cichu. 
   

I to, i inne sprawy, dodał w duchu. Raany, Dzwoneczek naprawdę, 

naprawdę będzie przewściekła. 
   

– Na razie, młody, trochę się ogarnij, buzię wymyj i w ogóle – 

powiedział, ruszając w stronę drzwi. – Ja podziałam, a wtedy zmażesz 
mnie z tej swojej tab- 
  licy. 
   

Złapał za klamkę. 

   

– A jak się nie uda, to życie bez starych nie musi być złe, mówię 

ci… 

background image

   

Dostrzegł, że buzia Kubusia wygina się w podkówkę, więc szybko 

pokręcił głową. 
   

– Nie, młody. Ty się tego nie dowiesz, powaga. Ogarniemy. – 

Otworzył drzwi. – I jeszcze raz dzięki za tamto pod sklepem. I za 
prysznic. 
   

Wyszedł. 

   

Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, przejechał ręką po twarzy. 

Przypomniał sobie, jak kiedyś, zaraz po wylądowaniu w tym świecie, 
Stalówka – wtedy jeszcze w ciele dzieciaka, ale już dorosły jak chuj – 
powiedział: „Życie życiem, realność realnością, ale gdy raz wdepniesz 
w jakąś bajkę, to twój świat będzie nią śmierdział, aż zdechniesz”. 
   

– Dzwoneczek się wkurwi – powtórzył jeszcze raz niczym mantrę, 

motto tego pieprzonego dnia, a potem ruszył „grzeczną” trasą w stronę 
Grażynki. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kubuś siedział na kanapie i bezmyślnie gapił się na zwariowane 

wyczyny królika Bugsa. Źle zrobił, wiedział o tym dobrze. Nie powinien 
nikogo tu zapraszać, nie powinien zdradzać tajemnicy. Nie powinien. 
   

– Kubusiu – rozległ się głos mamy – pozwolisz na chwilkę do 

kuchni? 
   

Chłopczyk zamarł. Zerknął na blat, gdzie położył wcześniej oba 

piloty, normalny i zapasowy. Wciąż tam były, niczym nieprzygniecione, 
nic nie mogło wcisnąć przycisków. Poza tym zdanie, które właśnie 
usłyszał, na pewno nie było żadnym z nagrań zakodowanych 
w urządzeniu. Czyżby więc… 
   

Kubuś zerwał się na równe nogi i pognał do kuchni. 

   

– Mamo! Wróciłaś! – zawołał łamiącym się głosem, a do oczu 

napłynęły mu łzy. – Mamo, ja przepraszam, ja już nigdy… 
   

Nie dokończył, bo gdy wpadł do kuchni, zorientował się, że 

nikogo tam nie ma. Tylko jedno z automatycznych ramion kiwało się 
w lewo i prawo, jakby próbowało zwrócić na siebie uwagę. 
W szczypcach trzymało zapisaną kartkę. 

background image

   

Kubuś otarł łzy, pociągnął nosem i podszedł do urządzenia. 

Wyrwał kartkę, obejrzał uważnie z obu stron i dopiero wtedy przeczytał: 
   

  

   

Drogi Kubusiu, 

   

jesteś dokładnie taki, jak się spodziewałem, i z przyjemnością 

zawiadamiam, że dziś właśnie wypełniłeś pierwszą część zadania, które 
dla Ciebie szykowałem. Druga część już wkrótce, a potem zobaczysz się 
z mamą i tatą. Już nie mogą się doczekać tego spotkania. Na razie 
rodzice pozdrawiają, a mama zrobiła ci nawet tort bezowy 
z truskawkami, który tak bardzo lubisz. Kazała tylko powiedzieć, żebyś 
nie zjadł całego naraz i nie nakruszył w łóżku. Ale oczywiście jak chcesz, 
to możesz.
 
   

Jeszcze raz dziękuję za Twoją dyskrecję i, jak sądzę, do zobaczenia 

wkrótce. 
 

   

Twój szczerze oddany 

 

   

Szary Pan (w stopniu kapitana) 

 
   

  

   

Kubuś wrócił do salonu, usiadł na kanapie i przeczytał ten list 

jeszcze dwa razy, a z każdym razem jego uśmiech poszerzał się coraz 
bardziej. Choć ciekawiło go oczywiście, jakie zadanie właśnie niechcący 
wykonał, to jednak wiedział, że to tak naprawdę nieważne. 
   

Nieważne, bo, jak zawsze mówił tatuś, zanim zniknął: „Dopóki 

idzie dobrze, nie pytasz”. 
   

A Kubuś postanowił, że już zawsze, zawsze będzie słuchał 

rodziców. 
   
 

background image

  Pobite gary! 

 
   
 

background image

   

   

 

background image

   

Myśl o czymś przyjemnym, powtarzała sobie Marta, zaciskając 

zęby. O wakacjach w tropikach, o fryzjerze, o tipsach i nowych butach, 
które wczoraj widziałaś w tej opuszczonej przez Boga i klientów galerii 
handlowej na cholernym Zadupiu Mniejszym. Myśl o czymkolwiek, 
byle było przyjemniejsze niż to. 
   

Przymknęła oczy i spróbowała poruszyć się lekko, tak by twardy 

korzeń dębu, pod którym leżała, nie wbijał jej się w kręgosłup. 
Wystarczyło, że cholerne igliwie doprowadzało ją do szału. Miną wieki, 
zanim wytrzęsie wszystko z obcisłego topu, a pończochy już spokojnie 
mogła spisać na straty. 
   

Myśl o wszystkim, tylko nie o tym przeklętym lesie, powtarzała 

sobie. Nie o palancie, który dyszy ci w twarz sosem czosnkowym 
i wpycha swój zapakowany w gumkę karmelek między twoje nogi. 
Cholera, czy on w ogóle coś czuje? Czy ma z tego coś więcej niż 
świadomość, że właśnie leży na gorącej lasce, a jej nogi owijają się 
wokół jego bioder? Czy można to naprawdę nazwać seksem?! 
   

Westchnęła cicho. A on oczywiście – jakżeby, kurwa, inaczej – 

wziął to za dobrą monetę. 
   

– Dobrze ci? Dobrze? – wysapał. 

   

Raz po raz wznosił i opuszczał biodra jak w pieprzonym zegarku. 

Tik-tak, tik-tak… 
   

– Czujesz to? Czujesz? 

   

Czuła. Pieprzony czosnek. Zażenowanie. Igliwie, a przede 

wszystkim ten cholerny korzeń. Kurwa, gdyby dał jej pięć minut z tym 
kawałkiem drewna, wzbiłaby się pod ograzmowe niebo. Ale nie, on 
musi swoje wydyszeć, swoje wykołysać. Ugnieść ją jak jebane ciasto. 
   

Myśl o jego karcie kredytowej, jedynej małej rzeczy, która może 

dać ci trochę przyjemności. Myśl o pieniądzach jego ojca. 
O wakacjach… 
   

Coś poruszyło się w krzakach nieopodal, po przeciwnej stronie 

niewielkiej polanki. Marta natychmiast otworzyła oczy i poruszyła się 
niespokojnie. Podglądacz? Niemożliwe, jechali przez ten cholerny las 
dobre pół godziny, nie było szans, żeby znalazł się tu ktoś jeszcze, nie 
w środku pierdolonej nocy. 
   

Więc może zwierzę? Pewnie sarna albo zając, ale oczywiście 

background image

wyobraźnia natychmiast podpowiedziała Marcie krwiożerczego wilka 
o wściekłych żółtych oczach i kłach ociekających krwią. Obraz w jej 
głowie był tak silny, że aż się wzdrygnęła. 
   

– O tak! Czujesz to! Czujesz! – jęknął ten debil na niej i jeszcze 

przyspieszył, unosząc się lekko i łapiąc ją za pierś. 
   

Marta już wcale na to nie zważała, całą swoją uwagę poświęcając 

krzakowi na drugim krańcu polany. Przestał drgać, więc może 
rzeczywiście skrywał tylko sarnę albo zająca, w każdym razie nic 
groźnego, nic, co byłoby ją w stanie wybawić od tego – jak mówił 
kiedyś ksiądz na religii – wspaniałego zespolenia ciał i umysłów. 
Komunii dusz. Tego… 
   

Nagle krzaki poruszyły się raz jeszcze, tym razem gwałtowniej, 

i spomiędzy nich wypadł jakiś mężczyzna. Miał na sobie potarganą 
koszulę, resztki włosów na niemal łysej głowie sterczały mu na 
wszystkie strony, oczy lśniły rubinową czerwienią, a z otwartej gęby 
wystawały zęby ostre jak zaostrzone kołki. Potrząsnął głową, a gdy 
dostrzegł parę pod drzewem, warknął i rzucił się do przodu. 
   

Marta wrzasnęła, wierzgnęła i zaczęła z całych sił okładać debila 

rękami. 
   

– Złaź ze mnie! – krzyknęła. – Złaź natych… 

   

Przerwał jej potworny huk. Facet we flaneli runął bez życia na 

ziemię. 
   

Zaraz potem z drzewa tuż obok stwora zeskoczył inny mężczyzna. 

Serią wprawnych ruchów władował ciało do trzymanego w ręku 
ogromnego worka. W samą porę, bo zwłoki już zaczynały dymić. 
   

Debil wreszcie zsunął się z Marty i usiadł obok, posapując 

z wysiłku, ale i ze strachu. Kilka razy na przemian otwierał i zamykał 
usta, jakby się zastanawiał, czy chce być dziś bohaterem, czy jednak 
niekoniecznie. Najwyraźniej uznał, że świat nie potrzebuje więcej 
herosów, bo ostatecznie nie odezwał się słowem. 
   

Dziewczyna natomiast obciągnęła top i plisowaną spódniczkę. 

Spróbowała też wstać, ale ścierpnięte nogi odmówiły jej posłuszeństwa, 
więc przesunęła się tylko, szorując gołą pupą po ziemi, i oparła się 
plecami o pień drzewa. 
   

Mężczyzna z workiem posłał jej wesołe spojrzenie i zasalutował. 

background image

   

– Przepraszam, że musieliśmy się wtrącić, ale chyba nie 

uderzaliście w trójkąt, co, złociutka? – powiedział, nie kryjąc 
rozbawienia. – A wiesz, ten koleś tutaj – kopnął w worek – nie wyglądał 
na takiego, który rozumie słowo „nie”. Zresztą, wybacz, kolego, jeśli to 
było mylne wrażenie, ale zdawało mi się… 
   

– … że już kończysz – rozległ się głos tuż nad głową Marty i jej… 

debila. 
   

Spojrzeli w górę niemal równocześnie i dostrzegli identycznego 

mężczyznę ze strzelbą w ręku siedzącego wygodnie na grubym konarze. 
   

Ten również uśmiechnął się i zasalutował. 

   

– Mieliśmy wam powiedzieć wcześniej, że ten szczurzy skurwiel 

się czai – powiedział. – Ale tak świetnie się bawiliście, że aż żal było 
przerywać. I jeszcze te jęki. Znakomite, doprawdy. Pierwsza klasa. Aż 
się zastanawiałem… 
   

– … czy nie chciałabyś dla odmiany pojęczeć trochę z rozkoszy – 

dokończył już ten z workiem. 
   

Zaraz jednak odwrócił się gwałtownie i kilka razy kopnął 

w zapakowane zwłoki. 
   

– Ale to chyba jednak następnym razem, słodka – dodał. – 

Pierwszy, spadamy, bo się przemienia. 
   

– Jasne. 

   

Mężczyzna zwany Pierwszym zeskoczył zgrabnie z drzewa 

i wylądował tuż przy Marcie. Zawahał się przez moment, wreszcie 
złapał ją za podbródek, przyciągnął do siebie i pocałował. 
   

A ona z radością i wdzięcznością oddała pocałunek. Bo on 

wiedział, co robi, umiał to robić i była to tak przyjemna odmiana po 
panu Czosnkowym Tik-Tak, że aż… 
   

– Brat, do kurwy, czekają na nas! 

   

Mężczyzna odkleił swoje usta od ust Marty, językiem przerwał 

łączącą ich niteczkę śliny cienką jak babie lato. 
   

– Do zobaczenia, piękna – powiedział, patrząc jej w oczy. – Na 

długo zostaniesz w moim sercu. I w telefonie, rzecz jasna, bo nagranie 
pierwsza klasa. 
   

Podniósł się z klęczek, posłał pogardliwe spojrzenie osłupiałemu 

debilowi i ruszył w stronę brata. Kopnął ruszający się worek, a potem 

background image

pomógł go podnieść i po chwili bliźniacy zniknęli w gęstwinie. 
   

Marta patrzyła za nimi, starając się uspokoić serce po szaleństwie, 

jakie wywołał pocałunek. Ten facet, on był taki, taki… 
   

Przed jej oczami pojawiło się godło, które miał na plecach swojej 

skórzanej kurtki: roztrzaskany zegarek i napis „… Chłopcy”. 
   

– Chłopięcy – szepnęła nagle. 

   

Tak, to było to słowo. W uroczy sposób chłopięcy i słodki. 

   

Głęboko wciągnęła powietrze… i wtedy najwyraźniej jej mózg 

postanowił, że dość tej cholernej sielanki, i przypomniał jej, czego 
jeszcze była świadkiem. Przed oczami przeleciał jej obraz pękającej 
głowy gościa we flaneli. Nagle targnęły nią torsje, a potem poczuła 
palące ciepło rozlewające się po przełyku i jej usta wypełniły się 
obrzydliwą mazią. Zwymiotowała. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Bliźniacy spalili worek w spękanym kamiennym grillu na 

przydrożnym parkingu. Wciąż jeszcze brakowało paru godzin do świtu, 
a choć noc była jasna, ciemnożółty ogień wyraźnie odcinał się na tle 
czarnej ściany lasu. Wyglądał niemal jak portal do innego świata. 
   

Jeden z Bliźniaków – ten, który zwykle kazał nazywać się 

Pierwszym, chyba że akurat udawał Drugiego – przyglądał się 
płomieniom i dłubał ogromnym nożem pod paznokciem lewego palca 
wskazującego. 
   

– Fajna była, nie? – zapytał, nie podnosząc wzroku. – Ta dziunia 

w lesie. Całkiem spoko, prawda? 
   

– Może, trochę. 

   

Drugi strzyknął śliną i mocniej szarpnął pasek dopiętej na siłę 

motocyklowej sakwy. Torba ustąpiła, wyjął ze środka niewielką, 
przenośną lodówkę. 
   

– Do pykania w lesie w sam raz. Kiełbaskę? 

   

Pierwszy posłał bratu rozbawione spojrzenie. 

   

– Mama ci nie mówiła, żebyś nie mówił o seksie i kiełbaskach 

w jednym zdaniu, jeśli masz na myśli… 

background image

   

– … dwie różne rzeczy? Mówiła. – Drugi postawił lodówkę na 

drewnianej ławie, wyjął z niej dwie puszki piwa. – Ale skąd wiesz, może 
wcale nie miałem… 
   

– Spierdalaj, brat. Serio, stary. Spierdalaj! 

   

Drugi zarechotał paskudnie, usiadł obok brata i położył mu rękę na 

ramieniu. 
   

– Wiesz, że to dla twojego dobra, nie? – powiedział, podając mu 

puszkę. – Znam cię, wiem, że jakbym ci tak pozwolił o niej myśleć, to 
jeszcze byś pojechał jej szukać. Twój kutas to prawdziwy romantyk. 
   

– No i? Co w tym niby złego? 

   

Drugi sięgnął po swoją puszkę, otworzył, upił łyk, strzyknął śliną. 

Przetarł dłonią usta i dopiero wtedy, spokojnie, stonowanym głosem, 
jakże teraz podobnym do szeptu Stalówki, odpowiedział: 
   

– Wiesz, może to tylko moja paranoja, ale nie jestem przekonany, 

czy powinieneś gonić za laską, która była świadkiem, jak odstrzeliłeś 
jakiemuś frajerowi łeb. A nawet jeśli dla niej to spoko, bo czasem, jak 
wiemy, kręcą je różne rzeczy, to jednak szczerze wątpię, by jej dziarski, 
podskakujący towarzysz również podzielał ten fetysz. Słowem, brat… 
   

Przerwał, by upić łyk piwa. 

   

– … raczej nie tym razem. 

   

I już wtedy, gdy kończył to zdanie, Drugi nagle zdał sobie sprawę, 

że czasem nie wystarcza to, że znasz kogoś jak nikogo innego na 
świecie. Że czasem, tak czy owak, powiesz lub zrobisz coś, co wywoła 
lawinę zdarzeń, których wolałbyś uniknąć. Możesz potem przeklinać 
swój długi jęzor, kląć i tłuc się otwartą ręką w czoło, ale i tak wiesz, że 
nie możesz już zrobić nic… Chyba że pomóc. 
   

Drugi westchnął, cisnął prawie pełną puszkę w krzaki, wstał 

i otrzepał spodnie. 
   

Pierwszy, widząc to, wyszczerzył się w głupim uśmiechu. 

   

– Dzięki, brat. Jesteś najlepszy. Serio. I jak kiedyś będziesz… 

   

– Oj, zamknij się. – Drugi wziął lodówkę i ruszył w stronę 

motocykli. – Po prostu się, kurwa, zamknij. 
   

  

   

* * * 

 

background image

   

  

   

Zjawiskowy wschód słońca był nad Drugą Nibylandią rzeczą dość 

zwyczajną. Jeżeli tylko niebo nie było zachmurzone lub – jak czasem się 
zdarza – czarna bezgwiezdna noc przechodziła gładko w szaro mdły 
poranek, niemal każdy świt nad opuszczonym lunaparkiem mógł 
dostarczyć wrażeń i wzruszeń wrażliwym duszom. 
   

Tak było i tego dnia, gdy pierwsze promienie słońca wzbiły się 

ponad korony drzew i rozświetliły blaskiem kabiny diabelskiego młyna, 
a potem rozlały się złotem na tafli jeziora. Sekunda po sekundzie 
złowrogie cienie opuszczonych atrakcji rosły i wydłużały się, jakby 
mimo wszystko chciały stanąć do nierównej walki z kroczącą zwycięsko 
armią świtu. Przebudzone ptaki rozpoczęły swe trele, a jedyny 
działający jeszcze zraszacz zamruczał cicho, wypryskując ku niebu 
wodną mgiełkę; nad trawnikiem tęcza rozpostarła swe motyle skrzydła. 
   

Nie na to jednak czekali Kędzior i Kruszyna siedzący na ławce pod 

domem i popijający piwo z małych, zielonych butelek. Dla nich 
właściwy świt jeszcze nie nastał. Ale miało się to stać lada chwila. 
   

– Oho! – zawołał Kędzior, wskazując butelką balkon nad głównym 

wejściem. – Jest i mama. 
   

Rzeczywiście, szklane drzwi wiodące na balkon błysnęły 

słonecznym refleksem i na balkonie pojawiła się Dzwoneczek. Podeszła 
do barierki, przeciągnęła się, wznosząc ręce wysoko do góry, a potem 
oparła się o poręcz, odchyliła głowę i wystawiła twarz do słońca. 
   

– No to teraz patrz uważnie. – Kędzior klepnął Kruszynę w ramię 

i wskazał drzwi wejściowe do budynku. – Pamiętasz, jak wyglądał 
wczoraj, nie? Pamiętasz? 
   

– No pamiętam – przyznał Kruszyna. 

   

Sprawiał wrażenie, jakby zdecydowanie wolał być teraz gdzie 

indziej. Potarł pięściami zaspane oczy i zerknął za siebie. 
   

– Panie Proper? – zawołał. – Gdzie pan jest, Panie… au! Zabieraj 

się z tymi łokciami Kędzior, bo jak ci walnę… 
   

– To siedź cicho – mruknął rudowłosy olbrzym. – I patrz, bo się 

zaraz zacznie. 
   

– Co się zacznie? – usłyszeli głos. 

   

Obejrzeli się i dostrzegli wspartego o pobliskie drzewo Stalówkę. 

background image

Albinos trzymał na ręku Pana Propera i właśnie drapał go pod 
poluzowanym krawatem. 
   

– I co wy tu robicie o tak nieludzkiej porze? 

   

– Czekamy na wczorajszego mamy – wyjaśnił Kruszyna. – 

Widziałeś go? Taki wielki cwaniak w rozchełstanej koszuli, przyjechał 
tu jak panisko, mówił do niej „dziunia” i łapał ją za tyłek… 
   

– No i? 

   

Stalówka wypuścił kota i podszedł do ławki. Z pojemnika z lodem 

wyjął piwo i otworzył je kantem dłoni. 
   

– W sensie dlaczego na niego czekacie? – zapytał. – Myślicie, że 

da wam się przejechać swoim wozem czy jak? 
   

Wskazał na stojący w cieniu drzew kabriolet, ale Kędzior tylko 

prychnął. 
   

– Wiesz, o której wczoraj przyszli? – powiedział. – Koło 

pierwszej. A kiedy skończyli? Jakoś przed drugą. A teraz wstał świt, 
mama nie śpi, ale stoi na balkonie. To znaczy… 
   

– To znaczy, że zaraz zobaczymy sflaczały balon ego – dokończył 

Kruszyna, drapiąc się po brzuchu. – No nie patrz tak. To Kędzior 
wymyślił. Mnie nie obchodzi. 
   

Stalówka pokręcił głową. 

   

– Tak bardzo cię nie obchodzi, że siedzisz tu skoro świt, pijesz 

piwo i… 
   

– Cicho! – syknął Kruszyna. – Idzie! 

   

Rzeczywiście, z budynku ktoś właśnie wyszedł. Zgodnie 

z przewidywaniami rudowłosego olbrzyma, nie wyglądał jak 
mężczyzna, który przyjechał wczoraj. Ten był zgarbiony, nieogolony 
i z włosami sterczącymi na wszystkie strony. Krzywo zapięta koszula 
i rozwiązane sznurówki świadczyły wyraźnie, że nie chciał zostawać 
w budynku dłużej niż to konieczne. 
   

– Panowie! – zawołał nagle Kędzior, wstając i wznosząc dłoń do 

czoła w parodii salutu. – Tak wygląda sflaczały członek po stosunku. 
   

Mężczyzna obejrzał się w jego stronę, ale zamiast zareagować, 

przyspieszył tylko kroku. Zwłaszcza że odpowiedzią na okrzyk był 
kobiecy śmiech z balkonu. Chwilę potem ryknął silnik i kabriolet pognał 
alejką w stronę głównej bramy. 

background image

   

– I co, to już? – mruknął zawiedziony Kruszyna. – To po to 

wstawałem tak wcześnie? 
   

– No… to wszystko. 

   

Kędzior usiadł i sięgnął po kolejne, ostatnie już piwo. 

   

– To sobie mogłeś wziąć Milczka. Idę spać! Panie Proper? 

   

Kot patrzył przez chwilę za grubasem, a potem ruszył za nim, 

udając jednak, że wcale nie podąża za Kruszyną, tylko tak się dziwnie 
złożyło, że wybrał tę samą drogę. 
   

Gdy obaj, Chłopiec i jego kot, weszli już do budynku, odezwał się 

Stalówka: 
   

– A właściwie to czemu nie wziąłeś tu Milczka? – zapytał. – Macie 

podobne poczucie humoru, więc zdecydowanie on bawiłby się tu lepiej. 
   

Olbrzym sapnął i spuścił wzrok. 

   

– Wiem… ale on się do mnie nie odzywa. 

   

Zapadła cisza, która przeciągnęła się dobrą chwilę, nim Kędzior 

wreszcie się zorientował, że albinos wpatruje się w niego ze 
zdumieniem. A potem jeszcze moment, by dotarło do niego dlaczego. 
   

– Nie no, kurwa, Stalówka. Nie w tym sensie mówię – wyjaśnił. – 

Po prostu ze mną nie rozmawia. Nawet migowym. 
   

– Dlaczego? 

   

– A bo ja wiem? – Kędzior wzruszył ramionami. – Znasz go, 

wiesz, że… 
   

– Kędzior! 

   

Głos albinosa doskonale pasował teraz do jego imienia. Brzmiał 

jak zbyt mocno dociśnięte pióro trące o pergamin. Jak paznokieć 
drapiący tablicę… 
   

– No dobra. – Olbrzym znów opuścił głowę i wlepił wzrok 

w trzymaną w dłoniach butelkę. – Mogłem coś napomknąć, że 
znalazłem jego nóż, a potem… potem podsunąć mu ostrze jednego 
z Bliźniaków. Z tej całej radości nawet się nie zorientował, ale potem 
Drugi to zauważył, wybuchła chryja i… 
   

Stalówka poskubał się po nosie. Stanowczo zbyt dużo czasu 

spędzał ostatnio w trasie i wiele go omijało, ale przez ostatnie dni 
siedział przecież na miejscu, a taka awantura musiała być przecież 
głośna. Na pewno by coś usłyszał. 

background image

   

– Kiedy to było? – zapytał. 

   

– Dwa tygodnie, trzy dni i ten poranek temu – odparł Kędzior. – 

A co gorsza, nie daje się przeprosić i chyba będę musiał oddać mu swój 
nóż, jeśli znowu ma być dobrze. 
   

– Może i tak, ale… dwa tygodnie?! Jak to się stało, że nie 

zauważyłem? 
   

– Że Milczek się do kogoś nie odzywa? – mruknął olbrzym. – 

Widzisz, teraz to już nie jest takie śmieszne, prawda? 
   

Stalówka otworzył usta, by odpowiedzieć, ale nagle na progu 

domu pojawił się Kruszyna. 
   

– Bliźniacy mają kłopoty! – zawołał. – Szybko do makietowej! 

   

Olbrzym i albinos natychmiast poderwali się z ławki i pognali do 

budynku. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Odkąd Kędzior wrócił z Miasteczka z wieściami na temat 

zachodzących tam zmian, sala makietowa zmieniła się nie do poznania. 
Sama makieta wyspy powędrowała w kąt do wielkich kartonów, na stole 
wylądował komputer, lokalne gazety z ostatniego roku i kilogramy 
wydruków na temat Grzegorza Lubego i jego spółek. W kącie stały dwie 
białe tablice pełne zdjęć, magnesów, kolorowych karteczek i nitek – 
jakby wyjęte z policyjnego serialu. Taki był zresztą zamysł Bliźniaków, 
gdy to przygotowywali, ale zapytani powtarzali, że to wszystko jest 
konieczne. Podobnie jak składanie w specjalnym programie nic 
niemówiących portretów pamięciowych, przygotowanie tarcz 
strzelniczych z głową Lubego i wiele, wiele innych rzeczy 
podkreślających powagę śledztwa. Słowem, było jak zawsze – choć nikt 
się do tego nie przyznawał – i to, co miało być poważną sprawą, już po 
dwóch dniach przemieniło się w nową zabawę dla całej ekipy, 
z Dzieciakami włącznie. 
   

Tym razem jednak nie chodziło ani o miasteczko, ani o Lubego, 

nie działo się też – co wywnioskował Stalówka, patrząc na miny 
zebranych – nic choćby umiarkowanie zabawnego. Wspomniane przez 

background image

Kruszynę kłopoty Bliźniaków raczej nie zaliczały się do tych z serii: 
„Spiliśmy się jak świnie i nie wiemy, gdzie jesteśmy” albo „Pamiętacie, 
jak Drugi mówił, że nigdy więcej mężatek? No więc, jakby to… znowu 
kłamał”. Nie, sądząc po twarzy Dzwoneczka, po zmrużonych oczach 
Milczka i całkowicie już rozbudzonym obliczu Kruszyny, tym razem 
szło o coś poważnego. 
   

– Przebicie było? – zapytał Stalówka, siadając na najbliższym 

wolnym krześle. 
   

Dzwoneczek kiwnęła głową. 

   

– Było, ale pojechali i załatwili. 

   

– Więc w czym kłopot? – chciał wiedzieć Kędzior. 

   

On również usiadł, jednak zanim to zrobił, posłał ukradkowe 

spojrzenie Milczkowi, który, ku smutkowi olbrzyma, tylko spuścił 
głowę. 
   

– Są ranni – drążył olbrzym – brakuje im proszku na powrót, 

rozwalili motor czy… 
   

Dzwoneczek przyłożyła palec do ust, po czym odwróciła stojący 

przed nią laptop tak, by każdy mógł zobaczyć nieco rozmytą twarz 
jednego z Bliźniaków. 
   

Był najpewniej w jakimś motelu, a może w domu fanatycznych 

miłośników Ikea, co dało się wywnioskować po schludnym, skromnym 
wystroju za jego plecami. Z całą pewnością nie można było tam palić, 
jednak Bliźniak miał ten zakaz w głębokim poważaniu. W jednej dłoni 
ściskał zapalonego papierosa, a w drugiej – roztrzaskany czujnik dymu. 
   

– Wyrzuć tę fajkę, Drugi – powiedziała Dzwoneczek. – I jeszcze 

raz od początku, bo nie wszyscy słyszeli, jak wielkich wychowałam 
idiotów. No, dawaj! 
   

Bliźniak ostatni raz zaciągnął się papierosem, po czym rozgniótł 

go o czujnik i cisnął gdzieś na bok. A następnie splótł ręce jak do 
modlitwy, pochylił się do przodu i zaczął mówić: 
   

– No więc, byliśmy na tej akcji, nic poważnego, małe przebicie 

trochę z dupy, dwóch przelazło, ale pierwszego załatwiliśmy raz-dwa, 
a na drugiego zrobiliśmy przyczajkę. Sama się, wiecie, nadarzyła. Jakaś 
parka urządziła sobie dmuchawkę w lesie, więc wystarczyło poczekać, 
bo szczury ciągną w takie miejsca. A poza tym zawsze to fajnie sobie 

background image

trochę popatrzeć, jak się niektórzy zabierają do roboty, o której chuja, za 
mamy przeproszeniem, wiedzą i… 
   

– Tu wszyscy wiemy, jak pszczółki dymają motylki – przerwała 

mu Dzwoneczek. – Streszczaj się, Drugi. Do rzeczy! 
   

Bliźniak pokiwał głową skwapliwie. 

   

– Jasne, jasne. Już! – powiedział. – No więc, para się tam bawi, on 

lepiej, ona gorzej, my w ukryciu, aż tu nagle wyłazi przemieniec i do 
trójkąta. No to go Pierwszy jeb z obrzyna w czerep, wiecie, na 
Terminatora, tyle że ten się nie poskładał. Ja z krzaków z workiem, 
parka w szoku, a Pierwszy się gapi na dupę, bo ładna z twarzy i aż 
szkoda ją taką zostawić. No ale nic, schodzi do mnie, pomaga, 
a potem… 
   

– … bierze się za pannę, standard – mruknął Kędzior. – Facet się 

wyrwał, musiałeś mu przywalić i teraz… 
   

Umilkł pod stutonowym spojrzeniem Dzwoneczka. 

   

– No kiedy właśnie się nie bierze – wyjaśnił Drugi. – Wzięliśmy 

zwłoki, spaliliśmy jak trzeba, jest ognisko, piwko, kiełbaski… I wtedy 
dopiero go naszło. No to mu mówię, że pomysł głupi, ale znacie go, nas 
znacie. To tylko nakręca. Więc na następny dzień jedziemy do miasta, 
znajdujemy pannę. Pierwszy jej łezkę zapodał, żeby przełamać lody po 
poprzednim dniu. Bierze ją do pokoju. I wszystko świetnie, ale widział 
to ten jej koleś, ten z wczorajszej nocy, a to jakiś synalek kogoś 
z merolem, więc zaraz się robi draka, młody chyba do taty, tata na gliny 
i obława jak na Rambo. Wpadli Pierwszemu do pokoju. Panna widzi, że 
coś się kroi, więc krzyczy, że gwałcą, no i… 
   

– Pierwszy siedzi w areszcie za gwałt? – zdziwił się Stalówka. – 

Serio?! 
   

– Gorzej – odparł Bliźniak. – Za gwałt i za morderstwo, bo ten 

fagasik widział przecież, jak zeszłej nocy odwaliliśmy kolesiowi łeb. 
Tacy już są ludzie, ty do nich z życzliwością, a oni… 
   

Trzasnął zamykany laptop, a Dzwoneczek podskoczyła zgrabnie 

i usiadła na blacie. 
   

– No to wiecie już, jak jest – powiedziała. – Zaczniemy od tego, że 

w ramach kary zbiorowej żadnego seksu dla żadnego z was przez 
miesiąc. Milczek, Rózia to wyjątek, ale żadna inna. Po drugie, z detali, 

background image

o których wasz durny braciszek nie wspomniał, warto nadmienić, że 
synalek bogatego tatusia jest teraz trzymany pod kluczem tutaj – 
pokazała kilka świeżo wydrukowanych zdjęć przedstawiających 
nowobogacką willę i jej okolicę – a to oznacza, że nie za bardzo 
możemy dać mu choćby kropelkę czegokolwiek na zapomnienie. 
A przydałoby się bardzo, bo to… 
   

– … jedyny świadek – wyszeptał Stalówka. – Jedyny problem. 

   

– Też o tym myślałam, ale to głupi pomysł – odparła 

Dzwoneczek. – Nie zależy nam przecież na tym, by jego tatuś „użył 
wszystkich środków”. Zresztą sami wiecie, bo i tak oglądacie za dużo 
filmów. Najlepiej, żeby ten facet po prostu… 
   

– Zniknął – mruknął Kędzior. 

   

Raz jeszcze zerknął na Milczka. Tym razem jednak ich spojrzenia 

się spotkały. Co więcej, Milczek się uśmiechał, wskazując palcem coś 
na zdjęciach. 
   

Kędzior najpierw zmarszczył czoło zdziwiony, ale gdy wstał 

i przyjrzał się uważniej, zrozumiał. Powoli przeniósł wzrok na 
Dzwoneczka. 
   

– Chyba wiemy z Milczkiem, jak rozwiązać ten problem – 

powiedział. – Ćwiczyliśmy od paru miesięcy taką nową sztuczkę, a że 
pan „nie gadam” to naturalny talent do takich rzeczy, powinniśmy… No 
cóż, jest szansa, że zadziała i tutaj. 
   

– Hmm, ćwiczyliście, tak? – Dzwoneczek splotła ręce na piersi. – 

A mogę wiedzieć, co to takiego i jak to niby ma nam pomóc? 
   

Kędzior pokręcił głową. 

   

– Nie, ale mogę ci powiedzieć, że to całkiem niezły plan i że 

możemy to zrobić. Powodzenie całości zależy od jednego czynnika. No, 
od kilku, ale ten jeden jest najważniejszy. 
   

– Co to takiego? – zapytała Dzwoneczek. 

   

Kędzior i Milczek raz jeszcze wymienili spojrzenia. 

   

– Jak bardzo Pierwszy jest przywiązany do swojego noża – odparł 

olbrzym. 
   

A Milczek skwapliwie pokiwał głową. 

   

  

   

* * * 

background image

 
   

  

   

Zielenina siedział na ogrodowej huśtawce i wgapiony tępo 

w parkan kołysał się leniwie to w przód, to w tył. Palce, pięty, palce, 
pięty, zupełnie jak na lekcjach tańca, gdy uczył się walca dla tej zdziry. 
Trzy miesiące prostowania pleców i mruczenia „raz, dwa, trzy, raz, dwa, 
trzy”, wszystko to bez choćby piwka z kumplami wieczorkiem, bez 
nawet jednego numerka, bo katoliczka to nawet loda z oporami, a już na 
bank nie w trakcie przedmałżeńskich nauk. A potem co? Potem okazało 
się, że zdzira woli tańce latynoskie i zwiała z hiszpańskim instruktorem 
do Meksyku. Zieleninie natomiast zostały żarty kolegów, prostsze plecy 
i to cholerne palce, pięty, palce, pięty, palce… 
   

– Ty, tłuku! 

   

Zielenina podniósł głowę, przysłonił oczy ręką i spojrzał w stronę 

ogromnego balkonu na piętrze, gdzie zza balustrady wychylał się 
pryszczaty synalek szefa. 
   

– Jestem, proszę pana – powiedział, choć ten „pan” pasował do 

chłystka równie dobrze, jak do samego Zieleniny. Wszak dopiero schnął 
tusz na jego kupionej maturze. – Coś się stało? 
   

– Zaraz się stanie, jeżeli będziesz tam siedział jak debil – odparł 

chłystek, wachlując się gazetą. – Grozi mi śmiertelne 
niebezpieczeństwo, a tam po ulicy chodzą jacyś ludzie. 
   

– Tak, proszę pana. – Zielenina nawet nie musiał się oglądać. – To 

ludzie, których wynajął pana ojciec, żeby zapewnić panu 
bezpieczeństwo. 
   

– Nie mówię o nich, tylko o tamtych z ciężarówką. 

   

Chłystek wskazał ich gazetą, ale Zieleninie wszystko zasłaniał 

parkan. Ochroniarz podrapał się więc po łysej głowie, przeprosił na 
chwilę i ruszył w stronę furtki. Już po chwili zobaczył manewrującą 
ciężarówkę bez naczepy, która ustawiała się, jakby zamierzała stanąć 
w poprzek wąskiej drogi, wjechać na podjazd domu naprzeciwko, 
a może po prostu zawrócić. Wokół zgromadziło się już kilku gapiów, 
w tym paru innych ochroniarzy – jeden z nich właśnie rozmawiał 
z rudowłosym olbrzymem w poplamionych ogrodniczkach, który 
z zewnątrz nieudolnie sugerował kierowcy, jak manewrować pojazdem. 

background image

   

– Ej, Franek, co tam się dzieje? – ryknął Zielenina zza zamkniętej 

furtki. – Każ im spierdalać. 
   

– Dokładnie to samo powiedziała dziś rano moja stara – zawołał 

rudowłosy olbrzym. – I wie pan co? Nie przejąłem się specjalnie, 
zawiozłem ją na pogotowie, a potem spokojnie pojechałem do pracy. 
   

Odwrócił się na moment, pokazał kierowcy, żeby ten odrobinkę 

cofnął, jeszcze troszkę, o, tak jest świetnie, i dopiero wtedy przeniósł 
wzrok na furtkę i stojącego za nią Zieleninę. 
   

– Bo taki już jestem – spokojny gość, co to zaraz się stąd zwinie. 

Jak tylko dacie nam chwilę, by spokojnie, kurwa, zawrócić na tej 
pierdolonej uliczce! 
   

Zielenina jeszcze przez chwilę mierzył wzrokiem olbrzyma, ale 

w końcu machnął ręką. Kazał Frankowi i chłopakom wracać do zajęć 
i rozgonić tę całą hałastrę. Im szybciej ciężarówka zniknie z ulicy, tym 
lepiej dla wszystkich. Ruszył ścieżką w stronę huśtawki. Usłyszał 
charakterystyczny dźwięk pracującego układu hydraulicznego i niemal 
równocześnie łoskot otwierającego się garażu. 
   

Tknięty przeczuciem odwrócił się na pięcie i dopadł do bramki. 

Zdążył dostrzec, jak z głębi garażu w domu naprzeciwko wypada 
motocyklista na enduro i pędzi wprost na ciężarówkę… a raczej na 
idealnie w tej chwili przygotowaną rampę, dzięki której… 
   

Nie! – przemknęło Zieleninie przez myśl. Ten koleś chce 

przeskoczyć parkan i dostać się na podwórze. Błyskawicznie dobył 
broni i wycelował w motocyklistę, który właśnie wybił się z rampy i… 
Zniknął, jak zdzira kocha Boga! Po prostu zniknął. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Milczek dodał gazu, wzbił się w powietrze. Na moment przymknął 

oczy i przeszedł w Skrót. W myślach zaczął liczyć: jeden całus, dwa 
całusy, trzy całusy… Czuł, jak cienkie gałązki pochylonych nad drogą 
drzew próbują go dorwać, złapać choć na chwilę, odrobinę spowolnić. 
Wiedział, że gdyby tu, na Skrócie, spadł z takiej wysokości, gdyby 
cokolwiek zachwiało w tym momencie jego równowagą, na pewno by 

background image

upadł, na pewno złamałby zasadę i wtedy… Spojrzał w dół na szarą, 
wijącą się drogę, na oślizłe, pokryte mchem korzenie drzew, które 
wyglądały jak ogromne węże próbujące wypełznąć z bocznych rowów. 
Dziewiąty całus, dziesiąty… 
   

Ponownie przymknął oczy i otworzył je już w naszym świecie. 

Tylne koło motocykla lekko musnęło balustradę. 
   

– Co, do chuja? Jak ty… – zdążył powiedzieć stojący obok 

chłopak w kąpielówkach i z gazetą w ręce. 
   

Milczek wyciągnął z rękawa kartonik wielkości wizytówki i rzucił 

go chłopakowi pod nogi, po czym skręcił manetkę i wyrwał do przodu, 
by rozpłynąć się w połowie ogromnego balkonu. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Proszę pana, proszę pana! – darł się Zielenina, biegnąc przez 

mieszkanie do pokoju na górze. 
   

Mijał zaskoczonych ochroniarzy, jeden nawet próbował go 

zatrzymać, ale dostał z pięści i osunął się na schody. Bo to był ważny 
moment w życiu Zieleniny. Jeżeli to rzeczywiście zamach, jeśli jakaś 
sztuczka wrogów chłopaka i jego ojca, a on to skrewi… Nie, nie chciał 
nawet myśleć. 
   

Wpadł na balkon, wciąż się drąc, i dopiero gdy dostrzegł chłopaka 

wspartego o balustradę, zgiął się w pół, oparł ręce na kolanach 
i spróbował złapać oddech. I to właśnie za sprawą zmęczenia nie 
zauważył bladości chłystka. Ani tego, jak kurczowo ściska on małą 
karteczkę, na której sympatycznym, zanikającym już powoli atramentem 
napisano: 
   

  

   

Jakie to szczęście, że ludzie nie strzelają do zombie w lesie, 

a motocykliści nie pojawiają się znikąd na balkonach, prawda? Gdyby 
tak było, pomyśl, co jeszcze mogłoby się zdarzyć…
 
   

  

   

* * * 

 

background image

   

  

   

Dzwoneczek nie wyglądała na zadowoloną. Siedziała w sali 

makietowej z bosymi stopami na stole, rękami za głową i tym 
przeszywającym spojrzeniem matki, która próbuje się dowiedzieć, co 
właśnie zmajstrowały jej nieco zbyt cwane dzieci. 
   

Tyle że ona wiedziała. Powiedzieli jej, przyznali się, a właściwie 

pochwalili wszystkim, każdym krokiem, każdym elementem pomysłu od 
ćwiczeń, przez kradzież ciężarówki, aż po wyprawę we trójkę – jeszcze 
z Drugim – pod dom świadka. Wysłuchała uważnie, jak mówili jej 
o karteczce i o tym, co na niej napisali. Nie mieli przed nią żadnych 
sekretów w tej sprawie, a przynajmniej nie na tym etapie. Lecz mimo to, 
mimo szczerości i powodzenia misji, Dzwoneczek wciąż nie wyglądała 
na zadowoloną. Podobnie zresztą jak stojący przy niej Stalówka, który 
na głos wyraził swoje wątpliwości. 
   

– No dobra, a co będzie, jeśli zastraszenie nie zadziała? – 

zapytał. – Spróbujecie jeszcze raz tego samego czy może macie inne 
plany i pomysły związane z tym niezwykłym, przyznaję, talentem 
Milczka? 
   

Kędzior wzruszył ramionami. 

   

– Jeśli to nie zadziała, to na pewno spiszą się butelki – odparł. 

   

Dzwoneczek i Stalówka wymienili zdumione spojrzenia. 

   

– Jakie butelki? – zapytała Dzwoneczek. 

   

– Przepłaciłem gościa od dostaw wody do domu – odparł olbrzym, 

uśmiechając się tryumfalnie. – Wszystkie butelki soku i wody, jakie 
znajdują się obecnie w domu tego małego dupka, zawierają kropelkę 
syrenich łez. Więc, tak czy siak, nie mamy się czym martwić. 
   

Stalówka parsknął, a Dzwoneczek przez chwilę bezdźwięcznie 

poruszała ustami, wodząc wzrokiem od Milczka do Kędziora 
i z powrotem. W końcu ona też nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. 
   

– Wszystko po to, żeby Milczek dostał swój nóż? – zapytała 

wreszcie. 
   

Kędzior jednak pokręcił głową. 

   

– Nie tylko – odparł. – Najważniejsza jest zawsze dobra zabawa. 

Czy nie tego nas uczyłaś… mamo? 
   

Dzwoneczek ściągnęła nogi ze stołu. Wstała i podeszła do 

background image

Kędziora, a gdy się schylił, musnęła ustami jego czoło. 
   

– Nauczyłam was więcej, niż myślałam. Więcej, niż chciałam, 

Kędzior. Zupełnie jak kiedyś jego… 
   

Gdy wyszła, nikomu już nie było do śmiechu. 

   
 

background image

  Kukuryku! 

 
   
 

background image

   

   

   
 

background image

   

I to w zasadzie wszystko z rzeczy, które powinniście dzisiaj 

wiedzieć na ten temat – powiedział ksiądz Jan. – Do reszty wrócimy, 
gdy już trochę podrośniecie. O ile wciąż będziecie zainteresowani. 
   

Odłożył kredę i powiódł wzrokiem po klasie. Jak zwykle spora 

część uczniów przyglądała mu się z uwagą, niektórzy nawet 
przepisywali to, co właśnie napisał na tablicy. A nawet ci, którzy grali 
w statki czy piłkę z kresek albo odrabiali lekcje z matematyki, by mieć 
potem wolne popołudnie, starali się to robić cicho, żeby nie 
przeszkadzać. Mogli nie mieć szacunku do – jak mówili – wymysłu 
naćpanych proroków, ale księdza Jana, tego pogodnego, pyzatego 
knypka o wiecznie zmrużonych oczkach, wielkim nosie i czole tak 
wysokim, że prawie załapała się potylica, uwielbiali całymi swymi 
sierocymi sercami. A serce sieroty, jak zwykle mawiał katecheta, liczy 
się podwójnie, bo ma w sobie dużo niespożytkowanej, skumulowanej 
miłości. 
   

– Dobra, moi kochani – powiedział, wskakując niezgrabnie na blat 

biurka i łapiąc za gryf gitary stojącej obok na stojaku. – Czas na szybkie 
pytania i odpowiedzi, a potem gramy w „Gdyby Jezus…”, co wy na to? 
   

Głośny okrzyk entuzjazmu był jedyną odpowiedzią, jakiej kapłan 

mógł się spodziewać. Podczas tej części lekcji już nikt nie odrabiał 
zadań, nikt nie grał w statki, ponieważ w trakcie „pytań i odpowiedzi” 
naprawdę mogli zapytać o cokolwiek, a ksiądz odpowiadał, jak tylko 
mógł najuczciwiej. I nigdy nie unikał trudnych tematów, a z tych 
przetestowali go najlepiej, jak umieli, przepytując z wiedzy o seksie, 
celibacie, antykoncepcji, o kamieniu, którego Bóg nie umiałby podnieść, 
i z kwestii Bóg a Holocaust. 
   

– No dobra, to ma ktoś jakieś pytania na dzisiaj? – zachęcił ksiądz 

Jan, gdyż ostatnio jakby trochę brakowało tematów; wszystkim było 
spieszno do piosenki. 
   

Tym razem jednak znalazła się chętna, Małgosia z czwartej ławki. 

Pytanie tym cenniejsze, że dziewczynka rzadko kiedy odzywała się do 
kogokolwiek, za jedynych przyjaciół mając książki. 
   

– Proszę księdza, bo ja już wcześniej chciałam… ale… Dlaczego 

Bóg nie lubi Harry’ego Pottera? – zapytała, czym oczywiście bardzo 
rozbawiła kolegów i koleżanki. 

background image

   

Ale ksiądz Jan przyłożył palec do ust, uśmiechnął się smutno 

i powiedział: 
   

– To nieprawda, że Bóg nie lubi Pottera, Małgosiu. W Kościele są 

jednak ludzie, jak biskupi, jak papież, których zadaniem jest 
wskazywanie właściwej drogi. W przypadku tak popularnych książek 
dla młodzieży powinni wyrazić swoje zdanie i to zrobili. Osobiście 
ubolewam, że ulegli mocy słowa „magia” i nie dostrzegli, że to tylko 
przebranie dla opowiastki o przyjaźni i walce dobra ze złem. Ale to dla 
nas lekcja, żebyśmy nie oceniali po pozorach, prawda? 
   

– Czy tak samo jest ze Zmierzchem? – zapytała Weronika siedząca 

z Małgosią w jednej ławce. 
   

– Nie – odparł ksiądz. – Akurat dla miłośników Zmierzchu Bóg 

planuje obecnie drugi potop, więc nie mów potem, że nie 
przestrzegałem. 
   

Klasa ryknęła śmiechem, a z przeciwległego końca sali podniosła 

się ręka. Bartek. 
   

– A czy może ksiądz dzisiaj zacząć od Batmana? 

   

Ksiądz Jan pogroził chłopakowi palcem, że tak się wyrywa przed 

szereg, ale zaraz potem ułożył palce na gryfie, trącił struny. 
   

– Chyba rzeczywiście nie ma dzisiaj więcej pytań, prawda? Czyli 

co, od Batmana? Hmmm, dajcie mi chwilę… jeszcze moment… O, 
chyba mam. 
   

Poprawił ułożenie gitary na kolanie i zaczął śpiewać: 

   

  

   

Jezus mógłby być Batmanem, 

 
   

gdyby tylko tego chciał, 

 
   

przecież tak jak heros z Gotham 

 
   

bogatego tatę miał. 

 
   

Byłby nawet bardziej eko, 

 
   

mógłbyś z nim oszczędzać prąd. 

background image

 
   

Jezusowym bat-sygnałem 

 
   

byłby gest złożonych rąk. 

 
   

  

   

Rozległy się oklaski i śmiechy, a zaraz potem posypały się kolejne 

propozycje: kucharz, Zorro, Godzilla. 
   

– Szatan! – zawołał Bartek. 

   

Ksiądz posłał mu spojrzenie pełne udanego oburzenia. 

   

– Po pierwsze, twój był Batman – powiedział. – Po drugie, trzeba 

było nie wagarować w zeszły wtorek, to usłyszałbyś i szatana. No dalej, 
kto jeszcze? 
   

– Mike Tyson? – zawołał ktoś z ostatniej ławki, chyba Krzyś 

Spadochroniarz, ale w ogólnym jazgocie ciężko było stwierdzić na 
pewno. 
   

– Tyson? Poważnie? – Katecheta pokręcił głową 

z niedowierzaniem. – No dobra, to akurat będzie proste: 
   

  

   

Jezus mógłby być Tysonem, 

 
   

gdyby taki kaprys miał. 

 
   

Kiedyś, gdy mu groził nokaut, 

 
   

On na „trzy” już prosto stał. 

 
   

Ale zamiast skakać w ringu, 

 
   

bić się o swój złoty pas, 

 
   

Jezus walczy z twym lenistwem, 

 
   

byś na modły znalazł czas. 

 

background image

   

  

 
   

I znowu wybuch prawdziwej euforii, znowu krzyki i propozycje: 

kolarz, Bruce Lee, Vegeta… Ale wtedy właśnie rozległ się dźwięk 
dzwonka i ksiądz Jan przerwał granie. 
   

– O rety, rety – mruknął, dobywając z kieszeni zegarek na 

łańcuszku i wystawiając zęby w parodii królika z Alicji w Krainie 
Czarów
. – Spóźniłem się, na pewno się spóźniłem. 
   

Szybciutko zeskoczył z blatu i złożył ręce. 

   

– Jeszcze zanim modlitwa, przypominam wszystkim, że kto się 

spóźni na autobus albo będzie dzisiaj w teatrze gadał, tym osobiście 
zajmie się pan Kruszyna. Wiecie, jak bardzo wzrusza się zawsze na 
Piotrusiu Panie, prawda? 
   

Uczniowie przytaknęli. 

   

– No właśnie. To teraz za szczęśliwy wyjazd i żeby przedstawienie 

nie było nudne. W imię Ojca… 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kruszyna siedział na ławeczce i powolnymi, miarowymi ruchami 

noża strugał gruby patyk. Nie robił tego w żadnym konkretnym celu, 
naostrzony kij nie był mu do niczego potrzebny. Kruszyna jednak tak 
już miał, że w jednej chwili chciał czegoś, a w następnej siedział już 
skupiony na bezmyślnej czynności, takiej jak: puszczanie kaczek na 
rzece, powtarzanie słowa „klekot” albo właśnie struganie kijków. Nie 
liczył przy tym powtórzeń, nie myślał, czy robi to dobrze, czy źle. Po 
prostu robił, aż coś w głowie mówiło mu, żeby przestał. Wtedy 
przestawał i zapominał o sprawie. 
   

Z wnętrza szkoły dobiegł go dzwonek, a zaraz potem z budynku 

wypadła gromadka dzieci, które jak zwykle otoczyły motocyklistę 
ciasnym kółkiem. 
   

– Świetny nóż, panie Kruszyna – skomentował Bartek. – Mogę 

potrzymać? 
   

Kruszyna podniósł głowę, przez chwilę patrzył prosto na chłopca, 

background image

po czym opuścił wzrok. 
   

– Nie – mruknął. 

   

Pewnie gdyby sieroty nie znały go wcześniej, na tym ponurym 

mruknięciu by się skończyło. W całym bidulu jednak wszyscy, od 
dyrektorki po Jarka Smarka, wiedzieli, że pan Kruszyna to tylko tak 
udaje, ale w sercu to taki misiu, co by nikomu krzywdy nie zrobił… bez 
prawdziwego powodu. Dlatego mimo mruknięcia nie krępowali się 
pytać dalej. 
   

– Panie Kruszyna, a w tym Piotrusiu Panie będą walki karate? – 

chciał wiedzieć Krzyś Spadochroniarz. 
   

Zanim jednak Kruszyna zdążył zareagować, stojąca obok Mysza 

wyciągnęła słuchawkę z ucha i strzeliła balonem z gumy Orbit. 
   

– Jaki ty jesteś głupi czasem – powiedziała. – To klasyczny Piotruś 

będzie, żadnych udziwnień. Trochę jak film Hogana z dwa tysiące 
trzeciego. Ten z Isaacsem jako… – Machnęła ręką i przewróciła 
oczami. – Boże, jaki ty jesteś głupi. 
   

– Za takie coś, Myszko, jeszcze w średniowieczu czekałby cię 

stos – rozległ się gdzieś zza jej pleców głos księdza Jana. – Zresztą 
sugestia, że Bóg jest głupi, obraża nas wszystkich, nie? 
   

Katecheta przepchnął się między dzieciakami, zgonił Bartka 

z ławki gestem, jakim płoszy się gołębie, i sam usiadł na jego miejscu. 
   

– Skoro bowiem wszyscy jesteśmy na Jego podobieństwo… – 

dokończył, a potem rozsiadł się wygodnie. – No nie patrz tak na mnie, 
Myszo, ksiądz też człowiek i czasem czepia się słówek. Poza tym ja też, 
ja też, ja też wierzę we wróżki. Tak to szło? 
   

Dziewczyna rozpromieniła się, prezentując dołeczki 

w pucułowatych policzkach zaróżowionych jak u rosyjskiej matrioszki. 
   

– Tak, psze księdza. I cieszę się, że nareszcie wierzymy w to 

samo – odpowiedziała. 
   

Wsunęła słuchawkę do ucha, odwróciła się na pięcie i ruszyła 

w stronę boiska. 
   

Ksiądz uśmiechnął się, po czym powiódł wzrokiem po 

pozostałych, zgromadzonych wkoło dzieciach. 
   

– Czy ja was aby nie musiałem znosić przez całą ostatnią 

godzinę? – zapytał z rozbawieniem. – I czy nie czeka mnie dzisiaj 

background image

z wami całe późne popołudnie i kawał wieczora aż do nocy? Pan 
Kruszyna zresztą też musi zebrać siły, jak ma nas tam wszystkich 
zawieźć, tak? 
   

Sieroty popatrzyły po sobie. Ktoś z tyłu zaszurał butem, ktoś 

mruknął ciche „mhm”. 
   

– No właśnie. – Ksiądz Jan zamachał rękami, jakby strzepywał 

z palców kropelki wody. – Więc wypad. Bawcie się, pakujcie, 
odrabiajcie lekcje. Róbcie cokolwiek, byle nie coś, z czego będziecie się 
musieli spowiadać. I byle nie tutaj. 
   

Dzieci niechętnie, ale posłusznie rozeszły się na wszystkie strony, 

grupkami bądź pojedynczo. Niektóre zerkały za siebie, by zobaczyć, co 
takiego dzieje się przy ławce, że nie mogą sobie tam po prostu postać, 
ale nikt nie próbował marudzić ani się kłócić. Ksiądz naprawdę miał 
powody do dumy i radości. 
   

– Wiesz, Kruszyna – odezwał się, sięgając do kieszeni po paczkę 

gum do żucia – ktoś powiedział kiedyś, że wszystkie sieroty są takie 
same. To oczywiście bzdura, ale chyba widzę, skąd się wzięła. 
   

Kruszyna nie odezwał się słowem, tylko nadal strugał patyk. 

Katechecie to jednak nie przeszkadzało. Znali się nie od dzisiaj, 
przyzwyczaił się do dziwactw motocyklisty. 
   

– Chodzi mi o to, że sieroty są czarne albo białe, zimne albo 

gorące. Układne do przesady albo całkowicie zbuntowane. Bez 
światłocienia, że pojadę poetą. 
   

Kruszyna przerwał, uniósł głowę i przez chwilę patrzył 

w przestrzeń przed siebie. Może przyglądał się Gosi i Weronice 
grającym w gumę z Grubą Kaśką i Ewą zwaną Szczerbusem. Może 
patrzył na siedzącą pod drzewem Myszę, która wyciągała przed siebie 
ręce, śpiewając z przejęciem piosenki z broadwayowskich musicali. 
Może wreszcie obserwował chłopców grających w masę na 
narysowanym kredą boisku. Trudno powiedzieć, zwłaszcza że potem 
znowu zwiesił głowę i wrócił do strugania kija. 
   

– Masz jakieś kłopoty, Kruszyna? – zapytał ksiądz. – Ty albo 

twoi… bracia? Nie chcę się wtrącać, ale jeżeli tylko mógłbym pomóc… 
   

Motocyklista wzruszył ramionami. 

   

– Nie, ja tylko… – Podniósł patyk i nóż, przyjrzał im się, jakby 

background image

widział je po raz pierwszy w życiu, opuścił. – Ja tylko strugam kij. 
Właściwie nie wiem po co. 
   

Wbił patyk w ziemię i schował ostrze do skórzanej pochwy. 

Podrapał się po nosie. 
   

– To przedstawienie dzisiaj – powiedział – budzi pewne 

wspomnienia. Wiesz, ksiądz, z dawnych czasów. I to nie są dobre 
wspomnienia, ale jednak chcesz je pamiętać, bo się plączą z tymi 
dobrymi, rozumiesz? 
   

– Tak, chyba tak. 

   

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Katecheta szukał co prawda 

słów, którymi mógłby skomentować to, co właśnie usłyszał, ale 
wszystko, co przychodziło mu do głowy, na kilometr śmierdziało 
truizmem. Więc siedzieli tak sobie cicho, aż wreszcie ksiądz klepnął się 
w czoło. 
   

– Właśnie! – zawołał. – A propos dawnych czasów, pamiętasz, jak 

kiedyś opowiedziałeś mi tę historyjkę, którą wymyśliłeś? Te dalsze 
przygody Piotrusia Pana? 
   

Kruszyna pokiwał głową. Kiedyś rzeczywiście siedzieli sobie 

z księdzem jak teraz – choć nie w tym miejscu i raczej późną nocą – 
a on był bardzo zły na mamę i Chłopców, więc pili dużo piwa 
i rozmawiali. Wtedy opowiedział katechecie wszystko, całą historię, ze 
szczegółami, najlepiej, jak potrafił. Tamten oczywiście nie uwierzył, 
nawet się nie domyślił, że ma wierzyć, bowiem od początku uznał to 
jedynie za pomysł na książkę. Co było nawet dobre – inaczej musiałby 
przyjechać Kędzior, Milczek albo Stalówka i dać księdzu łzy. A łzy były 
gorzkie i zapominało się wszystko prócz ich smaku. Ten zostawał z tobą 
na zawsze. 
   

Tak czy owak Kruszyna pamiętał tamtą rozmowę bardzo dobrze. 

   

– Jasne – powiedział teraz. – Takie tam… 

   

– Nie takie tam, tylko to był naprawdę świetny pomysł 

i powinieneś się kiedyś za niego wziąć – stwierdził ksiądz Jan. – Na 
razie jednak napisałem ci na podstawie tej historii piosenkę i chciałbym, 
żebyś jej posłuchał. Przyniosę ci, jeśli chcesz, a jak ci się spodoba… jest 
twoja, dobrze? 
   

– Piosenka? Pewnie. 

background image

   

– No to dzisiaj w autobusie. – Ksiądz wstał i otrzepał tył spodni. – 

Będziesz mógł sobie posłuchać, jak już wszyscy posną w drodze 
powrotnej. Bo że posną, masz jak amen w pacierzu. Swoją drogą, 
naprawdę uważam, że powinni dać ci zmiennika. To jednak jest kawałek 
drogi i… 
   

– Martw się, ksiądz, lepiej o zbłąkane dusze. – Kruszyna wreszcie 

się uśmiechnął. – A prowadzenie autobusu zostaw mnie. 
   

– Mam w sobie dość miejsca, by pomieścić więcej niż jedno 

zmartwienie, więc bądź spokojny. – Ksiądz zasalutował niedbale. – 
Adios, amigo. I do zobaczenia wieczorem. 
   

Ruszył przez boisko, podśpiewując z cicha Gdyby Jezus był 

Pikachu, zwrotkę sprzed dwóch tygodni, która wyjątkowo głęboko 
wryła mu się w mózg. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Autokar wycieczkowy był darem dla Ośrodka – oficjalnie od 

właściciela Firmy Transportowej Bednarczyk spod Kalisza, a naprawdę 
od Chłopców, którzy wiedzeni kaprysem Dzwoneczka wzięli go kiedyś 
w rozliczeniu. Nie był najnowszy, miał też trochę uszkodzeń, ale 
najpierw Stalówka zrobił z nim trochę swoich sztuczek, a potem 
pozwolono dzieciom z bidula namalować na nim wszystko, o czym 
tylko marzą. Burty pojazdu pełne więc były koślawych kucyków, 
domków z ogródkami, patyczkowatych rodzin i worków ze znaczkiem 
dolara. Były też rakiety, kamery, statuetki Oscara i wyjątkowo dobrze 
namalowany kabriolet z dwoma cycatymi blondynkami. Cokolwiek by 
bowiem mówić o Krzysiu Spadochroniarzu, chłopak miał prawdziwy 
talent plastyczny. 
   

Jeszcze lepiej było w środku, bo na specjalnych zajęciach każdy 

mógł sobie uszyć pokrowiec na własny fotel, więc wnętrze pojazdu 
wyglądało jakby wyłożone pozszywaną ze szmatek kołdrą babci. Na 
fotelu kierowcy zaś, jako niespodzianka dla Kruszyny, znajdował się 
pokrowiec z rozbitym zegarkiem cebulą, takim samym, jaki 
motocyklista miał na plecach swojej skórzanej kurtki. Tak żeby nikt nie 

background image

miał wątpliwości, kto na tym pokładzie jest i zawsze będzie sternikiem. 
   

Chociaż od początku było wiadomo, kto, gdzie i z kim siedzi, 

każdorazowo przed najkrótszą nawet wycieczką zaczynały się walki 
i przepychanki o to, kto pierwszy wsiądzie. I nie miało znaczenia, kto 
jedzie, młodsi, starsi czy – jak tego dnia – grupa mieszana. Nikogo nie 
obchodziło, czy przez to się spóźnią albo czy komuś stanie się krzywda. 
Gdy przychodziło do ustawiania się przed autokarem, wszyscy dostawali 
małpiego rozumu. 
   

Tak było i tym razem, aż w końcu musiał zainterweniować 

Kruszyna, podnosząc dwoje najbardziej rozwydrzonych dzieciaków 
i puszczając przodem najpierw młodsze dzieci. Te, zamiast 
podziękować, oczywiście pognały do środka na wyścigi, co skończyło 
się tym, że Weronika rozbiła kolano, a Mysza zgubiła gumową nakładkę 
na słuchawkę. Znowu zrobił się zator, bo dziewczynka stwierdziła, że 
nie wsiądzie, dopóki maleńki jak paznokieć kawałek gumy się nie 
znajdzie. 
   

Słysząc to, Kruszyna opuścił dwóch łobuzów na ziemię i pokręcił 

głową z rezygnacją, a stojący obok ksiądz Jan stwierdził: 
   

– Idę o zakład, że Noe miał łatwiej. W końcu u niego to były tylko 

zwierzęta, a w dodatku już dobrane w pary. 
   

Wreszcie jednak udało się załadować wszystkich na pokład 

autokaru. Gdy każdy usiadł już na swoim miejscu, Kruszyna odpalił 
silnik, a ksiądz złapał za mikrofon. 
   

– Witajcie, kochani, na pokładzie naszego wesołego autobusu! – 

zawołał wesoło niczym telewizyjny prezenter. – Znacie zasady naszej 
gry? Jeśli nie, przypomnę je pokrótce. Wesoły autobus, jak łatwo się 
domyślić, to miejsce wesołe i każdy się tu świetnie bawi. Dla tych 
jednak, którzy nie mają własnych pomysłów, jak mądrze i z pożytkiem 
spędzić czas na pokładzie, mam specjalnie zebrane zadania od innych 
pań i panów nauczycieli. Powiedzieli, że mogę je rozdawać spokojnie, 
a oni, gdy będzie trzeba, sprawdzą ich poprawność. To jak? Ktoś chce 
już na początek? 
   

Nagła cisza, jaka zapanowała w pojeździe, świadczyła wyraźnie, 

że nikt nie był szczególnie zainteresowany ofertą. 
   

– Świetnie, zatem… 

background image

   

Nie dokończył, ponieważ zagłuszył go nagły wybuch ogólnej 

radości, gdy wszyscy w jednej chwili rzucili się do okien. Katecheta 
również zerknął, po czym z szerokim uśmiechem na twarzy powiedział: 
   

– Panie i panowie, powitajmy naszą wspaniałą, motocyklową 

eskortę! Oto bracia naszego cudownego kierowcy, pana Kruszyny, 
którzy z pewnością zasługują na jakąś piosenkę. To co? I nie, Bartek nie 
podnosi ręki, bo Highway to hell to był jednorazowy wybryk 
i rzeczywiście nie powinniśmy… Że jak? Rock me sexy Jesus? No to 
jedziemy! 
   

Zawiesił mikrofon, chwycił gitarę leżącą na wolnym siedzeniu, 

przerzucił pasek przez głowę. 
   

– No, dziewczyny, zaczynacie! – zawołał, wystukując rytm. 

   

Nie musiał powtarzać, gdyż dziewczęta poderwały się z siedzeń 

i zaczęły recytować tekst piosenki: 
   

  

   

To total super gość, 

 
   

taki, co ma plan. 

 
   

Przybył poprzez czas, 

 
   

bo ma wypasiony van. 

 
   

  

 
   

Umoralnił świat, 

 
   

nauczył godnie żyć, 

 
   

jak dusz uwolnić szmat, 

 
   

i jak grzecznym, kurde, być.* 

 
   

  

   

Ksiądz przestał wybijać rytm, ale już nie musiał. Wystukiwali go 

background image

bowiem wszyscy pozostali, chłopcy na siedzeniach, Kruszyna na kole 
kierownicy, równo, miarowo, idealnie, choć nie był to wcale najprostszy 
rytm świata. Dziewczyny recytowały dalej, z każdym słowem zbliżając 
się do chwili, gdy wejdzie muzyka i refren: 
   

  

   

Dobro czynimy wciąż, 

 
   

chodzimy też na mszę, 

 
   

już nie palimy gandzi… 

 
   

To małe kłamstwo jest. 

 
   

  

 
   

Jest też złota reguła, 

 
   

którą znasz: 

 
   

Czyńcie innym tak, 

 
   

jak chcecie, byy… 

 
   

Bara bara, twoja stara! 

 
   

  

   

– Czyniono wam! – wyśpiewała głośno Mysza, wspinając się na 

siedzenie. 
   

Wraz z tym jej solo, fragmentem, który od zawsze, od kiedy tylko 

pierwszy raz usłyszeli tę piosenkę, należał do niej, weszły równe, 
rytmiczne dźwięki gitary w krótkiej przygrywce, a potem cały autobus 
wspólnie wyśpiewał refren: 
   

  

   

Baw mnie, zbaw mnie, baw mnie, sexy Jezu! 

 

background image

   

Odkupił nasz świat, 

 
   

niech wszyscy uwierzą! 

 
   

Baw mnie, zbaw mnie, baw mnie, sexy Jezu, 

 
   

całą noc! 

 
   

  

   

Śpiewali tak, darli się piosenka po piosence aż po sam parking 

przed teatrem. Śpiewali prawie wszystko, co przychodziło im do głów, 
co chwila całkowicie zmieniając repertuar, a wszystkie piosenki 
przeplatali nowymi i starymi zwrotkami Gdyby Jezus… 
   

A potem w teatralnej szatni za numerki wszyscy dziękowali 

schrypniętym szeptem. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Pierwszy stał oparty o ścianę i w blasku latarni kartkował komiks – 

stary zeszyt MakaBryczek, serii groteskowo-obrzydliwych historyjek 
obrazkowych. W każdej z nich ważną rolę odgrywał jakiś pojazd. Tym 
razem był to akurat szkolny autobus, który kiedyś zatonął w jeziorze 
i teraz wrócił na drogi, by jadące nim małe, krwiożercze utopce mogły 
zniszczyć pewne przydrożne miasteczko. 
   

Komiks był całkiem niezły, przesycony czarnym humorem, 

przewrotny i fajnie rysowany, ale nawet się nie umywał do ulubionej 
MakaBryczki Pierwszego – tej, w której dwóch facetów zjechało do 
piekła na motorze z II wojny światowej, by uwolnić potępioną 
dziewczynę i urządzić diabłom masakrę za jej krzywdy. Mimo to 
Bliźniak wolał taki sobie komiks od najlepszej nawet adaptacji 
opowieści o Piotrusiu. Tylko Kruszyna był tak porąbany, by ciągle je 
oglądać. 
   

– W sumie nie rozumiem, co ja tu robię i po co w ogóle tu 

jesteśmy – mruknął, nawet nie patrząc na przewracane strony. – 

background image

Jechaliśmy taki kawał, żeby co? Sprawić frajdę sierotom? 
   

– Tak. Tylko po to – odparł Kędzior rozpostarty na swej 

Ślicznotce. 
   

Ręce splótł za głową, nogi oparł na kierownicy, a w ustach trzymał 

źdźbło trawy zerwane przy wjeździe na parking. 
   

– A co, jakiś problem z poleceniami od mamy? 

   

Bliźniak posłał mu spojrzenie spode łba, a potem zerknął 

ukradkiem na Milczka bawiącego się jego nożem. Doprowadzało go to 
do szału bardziej niż cały ten bezsensowny wyjazd. Z nożem jednak nie 
mógł już nic zrobić, natomiast z wypadem… 
   

Ech, cholera, pomyślał. Gdyby tylko jego brat nie został w domu 

ze zwichniętą nogą, jakże inaczej mogłaby wyglądać ta rozmowa. 
Wtedy byłby równy układ sił i pewnie udałoby się wspólnie ustalić, że 
mama mówiła o eskorcie w jedną stronę, tak dla uciechy szczeniaków. 
Przecież sierotom w ich autokarze nic nie groziło, w dodatku w drodze 
powrotnej będą spać, więc nawet nie zobaczą eskortujących ich 
motocykli. Wszystko bez sensu… 
   

Teraz jednak rozmowa mijała się z celem, bo Kędzior i Milczek 

trzymali razem, a na dodatek mieli za sobą Kruszynę. To znaczyło, że 
jeśli Pierwszy chciał wrócić do domu szybciej, nie mógł odwoływać się 
do niczyjego rozsądku. Musiał być sprytny i uderzyć w pierwotne lęki 
i instynkty. 
   

Przewrócił jeszcze parę kartek komiksu, po czym wyciągnął 

telefon i udał, że odczytuje wiadomość. Uśmiechnął się pod nosem, 
prychnął nawet cicho, ale tak, żeby pozostali go usłyszeli. Potem 
schował telefon i oparł się wygodniej. Kartkował komiks dalej, nie 
przestając się uśmiechać, aż w końcu, jak się spodziewał, zwrócił na 
siebie uwagę Kędziora. 
   

– Ty, co się tak szczerzysz? – zapytał olbrzym. – Fotkę od jakiejś 

dziuni dostałeś? 
   

Bliźniak pokręcił głową, nie odrywając wzroku od komiksowych 

plansz. 
   

– Nie, esemesa – odparł. – I nie od dziuni, od brata. 

   

– I co pisze? 

   

– Nic takiego. 

background image

   

Pierwszy przerwał czytanie, zamknął komiks i zwinął go w ciasny 

rulon. Kilka razy uderzył nim w otwartą dłoń, marszcząc przy tym 
czoło, jakby się nad czymś naprawdę poważnie zastanawiał. 
   

– Kurczę – powiedział w końcu. – A może, skoro już tu jestem, 

powinienem jednak zobaczyć to przedstawienie? A po spektaklu spotkać 
się z aktorami, zwłaszcza tym, który gra mnie i brata. Hmm… 
   

Wiedział, że to będzie zdanie zapalnik. Rzeczywiście, Ślicznotka 

aż się zatrzęsła, gdy Kędzior poderwał się do pozycji siedzącej, Milczek 
natomiast opuścił nóż i przyglądał się bliźniakowi uważnie. 
   

– Ty, Pierwszy, co ty tam, u licha, kombinujesz? – zapytał 

olbrzym. – Mów zaraz, bo… 
   

– Bo co? – wycedził Pierwszy przez zaciśnięte zęby. 

   

Wciąż się uśmiechał, lecz teraz już drapieżnie, dziko. Bliźniak był 

najwyraźniej nie tyle gotowy, ile skory do bójki. 
   

– No, dawaj, możesz spróbować mnie złapać, a potem nawet mi 

wtłuc, jeśli ci się uda. Ale to nie w moich rzeczach będzie za chwilę 
grzebać mama w poszukiwaniu… 
   

Nie zdążył dokończyć, bo Kędzior z Milczkiem błyskawicznie 

wymienili spojrzenia i rzucili się, by odpalać motocykle. Zaraz potem 
pognali w stronę drogi, zupełnie jakby uciekali przed pożarem. Albo 
pędzili go gasić. 
   

Pierwszy natomiast spacerkiem doszedł do swojej maszyny, wsiadł 

na nią, pokazał środkowy palec zarówno afiszowi teatru, jak i pustemu 
teraz autokarowi, po czym wyjechał na drogę. 
   

– Eskorta honorowa dla sierot – mruknął i splunął na asfalt. – 

Ostatnio to wszystko zdziwniej i, kurwa, zdziwniej. Słowo daję. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Przedstawienie było naprawdę dobre. Nawet Krzyś 

Spadochroniarz ocierał ukradkiem łzy wzruszenia, a Mysza, która 
nagrywała cały spektakl na dyktafon, już w szatni znała na pamięć 
połowę piosenek i śpiewała je na głos, budząc zdziwienie innych dzieci, 
pań w szatni i aktorów. Ci ostatni wyszli do sierot po szybkiej 

background image

interwencji księdza Jana, który był mistrzem załatwiania podobnych 
spraw. Jak sam utrzymywał, gdziekolwiek szedł, miał za sobą dwóch 
aniołów, którzy torują mu drogę do dobrego. Tym razem anioł był 
jednak tylko jeden, za to w stroju potężnego motocyklisty. 
   

Spotkanie z obsadą przeciągnęło się z szybkiego kwadransa do 

blisko godziny, bo na życzenie dzieci aktorzy odśpiewali jeszcze kilka 
piosenek, a potem pozwolili co śmielszym przymierzyć parę 
rekwizytów. A to czapkę z piórkiem Piotrusia, a to skórzaną uprząż do 
haka. Na pożegnanie Mysza wspięła się na scenę i zaśpiewała jakąś 
szantę, wymachując piracką banderą. 
   

A potem wszyscy przeszczęśliwi wrócili do autokaru. Byli tak 

podekscytowani, że prawie nikt nie zauważył braku eskorty. 
W pierwszej chwili zorientował się tylko Kruszyna i natychmiast sięgnął 
po telefon. 
   

– Gdzie jesteście? – syknął do słuchawki, gdy po dłuższej chwili 

usłyszał głos Kędziora. – Co się takiego stało, że… 
   

– Ważna sprawa, bracie – mruknął olbrzym. – Nic strasznego, ale 

musimy szybko wrócić do chaty. Dasz sobie radę? 
   

– Teraz już muszę, nie? – warknął Kruszyna i rozłączył się, zanim 

Kędzior zdążył odpowiedzieć. 
   

Przysłuchujący się rozmowie ksiądz Jan machnął ręką. 

   

– Nie będą nam potrzebni, zaraz wszyscy i tak padną jak muchy. 

I dobrze, bo ja sam jestem trochę zmęczony. Jeśli nie będzie ci 
przeszkadzało, też zdrzemnę się chwilkę. 
   

– Nie będzie, ksiądz – odparł Kruszyna zgodnie z prawdą. 

   

Był nieco zły, nade wszystko jednak wciąż podekscytowany 

spektaklem na tyle mocno, by nie czuć zmęczenia. Jednocześnie myśli, 
które krążyły mu po głowie, nie tylko te o wyrodnych braciach, lecz 
także przywołane wspomnienia, zdecydowanie nie wymagały rozmowy 
z nikim. A już na pewno nie z kimś, kto – mimo wszystko – jest obcy. 
   

– Możesz spać, dowiozę nas bezpiecznie. 

   

– Nie wątpię. 

   

Katecheta uśmiechnął się i poklepał Kruszynę po przedramieniu. 

Wszedł na pierwszy schodek. 
   

– A właśnie, bo prawie zapomniałem – powiedział, odwracając się 

background image

i sięgając za pazuchę. – Moja piosenka dla ciebie. Możesz posłuchać 
w drodze, jeśli chcesz. Możesz też w domu albo wcale, jak uważasz. Ale 
chyba wyszło nieźle. 
   

Kruszyna wziął płytę, podziękował, rozejrzał się ostatni raz po 

parkingu, czy aby ktoś nie został, po czym wsiadł do autobusu. Ruszyli 
minutę później. A po kwadransie wszyscy za wyjątkiem kierowcy już 
spali. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

  

   

Tuż za ostatnią stroną książeczki, 

 
   

dzień ledwie od tamtej przygody, 

 
   

siedzi samotny Pan Piotruś na skale, 

 
   

śledzi żałobne obchody 

 
   

i widzi piracki okręt! Z banderą! 

 
   

I działa na burtach gotowe. 

 
   

I słyszy salwę, głośną, straszliwą; 

 
   

już wie, że zaczęło się nowe. 

 
   

  

 
   

To była naprawdę ładna piosenka. Głos księdza Jana dochodzący 

z przyciszonego głośnika był ciepły i głęboki, stłumione gitarowe riffy 
nadawały rytm, a flety w tle budowały nastrój. Do tego deszcz, który 
właśnie się rozpadał, tłukł wielkimi kroplami niemal do taktu, 
a wycieraczki tykały jak wielki metronom. I jeszcze te słowa, zupełnie 

background image

nieoddające nastroju tamtego dnia, ale jednocześnie znakomicie go 
przywołujące. 
   

Kruszyna czuł, jak podnoszą mu się włoski na rękach i karku, a po 

plecach przebiega dreszcz. Wzdrygnął się, pogłośnił lekko radio… 
   

  

   

Bo nie ma dorosłych! Jest on, ci bez Haka 

 
   

i Chłopcy, co w tyle zostali. 

 
   

Bo teraz, wie o tym, sam musi dorosnąć, 

 
   

a oni są wciąż tacy mali… 

 
   

Po Haku huk to start nowej ery, 

 
   

to sen, który wreszcie się ziścił, 

 
   

lecz Piotruś schodzi ze szczytu piechotą, 

 
   

brak w głowie szczęśliwych myśli. 

 
   

  

   

Z każdą kolejną zwrotką myśli w głowie Kruszyny huczały coraz 

mocniej, przed oczami pełnymi łez jawiły się obrazy, w tym ten jeden, 
ten najbardziej pamiętny, przedstawiający Piotrusia na skale. Piotrusia, 
który wcale nie był przygnębiony. On się cieszył, szalał wręcz z radości. 
Był… 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Dumny. To właściwe słowo. Dumny, że Bangarang! Że 

Kukuryku!! Dumny jak Pan! Byli wtedy na plaży. Wszyscy. Zagubieni 
Chłopcy, Dzwoneczek i inne Wróżki z okolicznych lasów, Indianie 
z Tygrysią Lilią i jej ojcem. Na skałach wystających z morza przysiadły 

background image

syreny, jak zwykle bezwstydnie obnosząc się z nagością swych 
nabrzmiałych piersi. 
   

Był też i triumfujący Piotruś, który, właśnie powrócił z podróży, 

by cieszyć się zwycięstwem nad swym odwiecznym wrogiem, 
kapitanem Jakubem Hakiem. 
   

Kruszyna znalazł wtedy konchę, piękną i ogromną. Oczywiście 

zaraz dał ją przywódcy, bo on przecież najbardziej z nich wszystkich 
zasługiwał na tak niezwykły dar morza. Piotruś ucieszył się z prezentu 
i ogłosił, że to właśnie na niej odegra swoje zwycięstwo, że skomponuje 
pieśń na swoją cześć, którą wszyscy będą mogli nucić rano, przy 
obiedzie i nawet przez sen. 
   

I tak właśnie zrobił. Wzleciał w powietrze i zadął co sił w konchę, 

wydobywając z niej dźwięki tak piękne i przeszywające, że każdy, kto 
jeszcze nie kochał go z całych sił, właśnie w tym momencie musiał już 
całkowicie oddać mu swoje serce. 
   

A potem Piotruś wylądował na skale, wziął się pod boki, jak to 

miał w zwyczaju, i zawołał: 
   

– Jaka szkoda, że krokodyl połknął Haka w całości i nie dał mi 

choćby głowy, bym mógł ją zatknąć na kiju pod naszym drzewem, tak 
żeby każdy mógł wiedzieć, co grozi tym, którzy chcą nam zepsuć 
zabawę! 
   

I oczywiście wszyscy wiwatowali, choć chyba nikt – a już na 

pewno nie Kruszyna – nie chciałby mieć pod domem śmierdzącej, 
gnijącej głowy pirata nabitej na drąg. Ale skoro Piotruś uważał, że 
byłoby to dobre… 
   

Więc klaskali, wiwatowali i robili fikołki, a Wróżki na lewo 

i prawo sypały swym pyłkiem, tak że po chwili wszyscy tańczyli już 
w powietrzu na największym balu, jaki kiedykolwiek widziała 
Nibylandia. 
   

Dopiero wtedy, gdy wszyscy byli już w powietrzu, Kruszyna 

dostrzegł, że Pan nagle posmutniał i przysiadłszy na kamieniu, wpatruje 
się w morze i stojący na redzie okręt. To był moment, gdy piraci 
symbolicznie wrzucali do morza pustą skrzynię po swoim kapitanie. Bez 
choćby jednej salwy armatniej, po cichu. Tak jakoś poważnie… 
i prawdziwie. 

background image

   

Potem Piotruś już nigdy nie wspomniał słowem o Jakubie Haku, 

z każdym dniem jednak smutniał i smutniał, aż pewnej nocy odciął 
nożem swój cień i odleciał w stronę portu… 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Zwycięstwo szkarłatem mu plami koszulę, 

 
   

niesie się okrzyk zdumienia, 

 
   

bo nie przewidział autor książeczki 

 
   

mrocznego tak zakończenia. 

 
   

Dziś Piotr kapitan mógłby powiedzieć, 

 
   

wznosząc szklanicę bourbona: 

 
   

„Bajka z radosnym finałem to taka… 

 
   

nieco przedwcześnie skończona”. 

 
   

  

   

Kruszyna westchnął głęboko, przetarł oczy i nagle zamrugał 

gwałtownie. 
   

– O jejuśku! – sapnął przerażony. 

   

Zdał sobie bowiem sprawę, że ta przeklęta piosenka i towarzyszące 

jej wspomnienia wprowadziły go w stupor i przeniosły na Skrót. A na 
dodatek właśnie złamał jedną z trzech najważniejszych zasad. 
   

Zjechał z Drogi. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

background image

   

Księdza Jana obudziła cisza. A także wyboje, ale to cisza była 

najbardziej niesamowita. Nie tylko bowiem ucichł deszcz tłukący 
miarowo o dach autobusu, lecz także dźwięk silnika czy skrzypienie 
wycieraczek. Nagle zmieniła się też temperatura i w jednej chwili 
zrobiło się chłodno. Wtedy właśnie autobus wpadł w dziurę, a zaraz 
potem podskoczył na wyboju. Kapłan otworzył oczy. 
   

– O mój Boże! – szepnął. 

   

Za oknem zobaczył krwawy księżyc i zalane szkarłatnym blaskiem 

pole porośnięte najwyższym zbożem, jakie kiedykolwiek widział. 
Łodygi uginały się pod ciężarem nabrzmiałych, przegniłych 
i robaczywych kłosów, zupełnie jakby składały pokłon stojącemu 
między nimi strachowi. I to właśnie ten strach – ludzka skóra rozpięta na 
dwóch skrzyżowanych kijach, a nad nimi wyszczerzona w szaleńczym 
grymasie głowa – sprawił, że ksiądz szepnął, a potem przeżegnał się 
pospiesznie. 
   

Niewiele dalej stał kolejny taki strach, i jeszcze jeden, i następny. 

A między kłosami raz za razem rozbłyskiwały żółte ślepia… i kły. 
   

To tylko halucynacja, pomyślał katecheta. Po prostu nadal śpisz 

i wiesz o tym, ale z jakiegoś powodu nie jesteś w stanie się obudzić. 
   

Mimo tej świadomości, a może właśnie nią wiedziony, 

przekonany, że winien kierować się teraz logiką snu, zsunął się ostrożnie 
z fotela i na czworaka ruszył w stronę kierowcy. W przedniej szybie 
widział niebo skąpane w czerni i czerwieni, a także przelatujące raz za 
razem jakieś stworzenie. 
   

Czy to mógł być nietoperz? – pytał się w myślach, ale zaraz głos 

w jego głowie mówił mu, że nietoperze nie są aż tak wielkie. I, 
o Jezusie, nie mają ludzkich twarzy! 
   

– Kruszyna, mój Boże, gdzie my jesteśmy? – zapytał, gdy wreszcie 

dotarł na sam przód autokaru. 
   

Przez kilka długich jak wieczność sekund kierowca nie odpowiadał 

i ksiądz był już pewien, że gdy ten wreszcie się odwróci, ukaże mu 
przegniłą twarz i uśmiech równie przerażający jak tamte strachy w polu. 
Ale wtedy Kruszyna odezwał się cicho: 
   

– Pamiętasz, ksiądz, jak mówiłeś kiedyś na lekcji o ciemnej 

dolinie? – zapytał i zaraz dodał: – No to właśnie tu jesteśmy. I do tego 

background image

pomyliliśmy drogę. 
   

Ksiądz uniósł głowę i dostrzegł, że palce Kruszyny są białe, a sam 

kierowca trzęsie się bardziej, niż wymuszały to na nim wywołane 
wertepami wstrząsy fotela. Świadomość, że ten nieustraszony olbrzym 
jest teraz niemal sparaliżowany strachem, przeraziła księdza bardziej niż 
widok strachów, larw na skąpanych we krwi księżyca kłosach i tych 
straszliwych, żółtych oczu. 
   

Ale przecież nie możesz się bać – głos w jego głowie przybrał 

teraz inny ton. Nieważne, czy śnisz, czy nie, jeżeli to rzeczywiście jest 
ciemna dolina, to strach jest ostatnim, czemu możesz się poddać. Bo 
przecież mówi Pismo: „Choćbym nawet szedł ciemną doliną…”. 
   

– … zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną – dokończył ksiądz już 

na głos, podnosząc się z klęczek. – A laska Twoja i kij Twój mnie 
pocieszają. 
   

– Zamknij się – syknął przerażony Kruszyna. – Siedź cicho i… 

   

Ale było już za późno. Ksiądz obejrzał się i zobaczył, że strachy są 

teraz bliżej, niemal przy samej drodze. Wciąż nieruchome, wciąż 
wyszczerzone w swych przerażających, trupich uśmiechach, lecz teraz 
tuż obok burt autokaru, prawie mogły dotknąć szyb. A tuż za nimi coś 
się ruszało, zgarbione, ohydne i z całą pewnością nieludzkie. Stwór 
pędził wzdłuż drogi, raz za razem pojawiał się i znikał z pola widzenia, 
aż wreszcie skrył się pomiędzy kłosami. Coś z impetem uderzyło 
w dach. 
   

To obudziło część dzieci i do reszty przekonało księdza, że nie śpi. 

Paradoksalnie, pchnęło go też do działania. Bo nieważne, gdzie był, 
odpowiadał za nie. Nawet jeśli, jak czasem mawiał Kruszyna, za 
sierotami i tak nikt by nie płakał. 
   

– No dobra, stary druhu – powiedział nieco łamiącym się 

głosem. – Byłeś tu już kiedyś? W tej… dolinie? 
   

– Kilka razy. 

   

Kruszyna skręcił gwałtownie, by wyminąć zjawę, która 

zmaterializowała się na drodze i zaraz rozwiała w czarny, smolisty dym. 
   

– Ale nigdy wcześniej nie zjechałem z Drogi. To złamanie zasady. 

   

Coś ponownie uderzyło o dach, a zaraz potem rozległy się dźwięki, 

jakby ktoś po nim chodził. A nawet więcej niż jedna osoba. Autobusem 

background image

trzęsło coraz bardziej. Rozległy się piski i wrzaski. To rozbudzone 
dzieci dostrzegły za oknem armię strachów. 
   

– Musimy coś zrobić – krzyknął ksiądz, łapiąc za mikrofon. – 

Wrócić na drogę albo coś. Kruszyna, zabierz nas stąd, na litość boską! 
I przestań się tak trząść… 
   

Podniósł mikrofon do ust i zawołał: 

   

– A wy, dzieciaki, na środek autobusu, z dala od okien! 

   

Przerażone sieroty posłusznie wykonały polecenie i teraz tłoczyły 

się w przejściu między siedzeniami. Niektórzy zerkali w stronę okien, 
inni patrzyli na sufit, w który od drugiej strony ktoś uderzał miarowo, 
jakby chciał się przebić. Do uszu księdza dobiegły modlitwy. Najwięcej 
do aniołów stróżów. 
   

Och, Boże, przemknęło katechecie przez głowę, jeśli dopuszczasz 

takie miejsca, to spraw, żeby i aniołowie okazali się prawdą. 
Potrzebujemy tu teraz paru tych świetlistych osiłków. Naprawdę 
potrzebujemy… 
   

Z tyłu rozległ się brzęk tłuczonej szyby, a do środka wsunęła się 

deska jednego ze strachów. Wyglądało to, jakby zwyczajnie się 
zaczepiła, ale coś przecież musiało uderzyć w szybę, coś… 
   

Ze zgrzytem, niczym konserwa, otworzył się nagle kawałek dachu. 

   

– Chryste Wszechmocny! – zawołał ksiądz. 

   

Do środka zajrzał stwór o zdeformowanej, pokrytej dziwną błoną 

twarzy. Po jego ramionach i karku biegało robactwo, którego część 
wpadła do środka, prosto na sieroty. Rozległy się wrzaski przerażenia. 
   

– Chryste, odpędź te stwory nocy! Niech już nastanie świt! 

   

Usłyszał za sobą śmiech. Obejrzał się i dostrzegł, że Kruszyna już 

się nie trzęsie. Przeciwnie, wyglądał jakby świetnie się bawił, 
powtarzając raz za razem jedno słowo. 
   

Świt. Świt. Świt. Świt. 

   

– Kruszyna, co do… – zaczął kapłan. 

   

Nie zdążył jednak dokończyć pytania, bo kierowca nagle uniósł 

głowę i ile sił w piersiach ryknął: 
   

– Zwiastun świtu! KUKUKRYKU!!! 

   

A potem jeszcze raz, aż autobus zadrżał od siły jego głosu, 

a potwór z dachu schował się za wygiętą blachą. 

background image

   

– KUKURYKU!!! – zapiał jeszcze raz Kruszyna, dodając gazu. 

   

Zaczęły rozlegać się następne piania, najpierw ciche, potem coraz 

głośniejsze. Dochodziły spomiędzy siedzeń. Piały już Małgosia 
i Weronika, Krzyś Spadochroniarz piał, depcząc robale, Bartek darł się 
prawie falsetem, dołączali do nich pozostali. A Mysza, wspiąwszy się na 
fotel, wrzeszczała, ile sił w gardle: 
   

– Wierzę we wróżki! Bangarang! 

   

Ksiądz pokręcił głową, zaraz jednak chwycił za mikrofon 

i krzyknął: 
   

– No, maluchy, świetna robota! Dalej, uważajcie na tył i boki, ja 

w razie czego zajmę się dachem! Krzyczymy, śpiewamy! Nie 
przestawać! To działa! Głośniej, z uczuciem! 
   

Odwrócił się do Kruszyny i złapał go za ramię. 

   

– Świetna robota. A teraz wyprowadzisz nas stąd, wiem o tym! 

Wierzę w ciebie, Kruszyna. Tylko… Ej, stary, co ty robisz?! 
   

– Wyprowadzam nas – mruknął kierowca. – Chyba. 

   

– Ale otwórz oczy! Oczy, Kruszyna, na litość!!! 

   

– Trochę wiary, ksiądz. I kukuryku aż do świtu. 

   

Ksiądz Jan próbował sam złapać za kierownicę, ale pchnięty na 

oślep przez kierowcę poleciał w dół schodków i uderzył głową o drzwi. 
A potem cały autokar grzmotnął w coś z potężnym impetem… i się 
zatrzymał. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kruszyna powoli otworzył oczy i z prawdziwą radością spostrzegł, 

że właśnie rozbił autokar o przydrożne drzewo. Normalne drzewo 
w normalnym świecie. Z rozbitego okna z tyłu wystawała gruba, 
uschnięta gałąź, a przez dziurę w dachu wpadały krople deszczu. 
   

Spróbował się podnieść, ale zdał sobie sprawę, że kierownica 

wbija mu się w ciało, blokując ruchy. Na pewno miał połamanych kilka 
żeber, a może jakiś wewnętrzny krwotok. W każdym razie bolało, bolało 
jak diabli. 
   

Mimo wszystko udało mu się obejrzeć i zobaczyć, że spora część 

background image

dzieci się rusza i nie odniosła większych obrażeń. Tym kazał zająć się 
resztą, a także sprawdzić, co stało się wciąż nieprzytomnemu księdzu. 
Potem z niemałym trudem wygrzebał z kieszeni telefon, który 
szczęśliwie nie był uszkodzony. Wybrał numer Dzwoneczka. 
   

– Mamo – powiedział do słuchawki – chyba musisz po mnie 

przyjechać, bo trochę narozrabiałem… Tak, weź też Chłopców. I łzy, 
dużo łez. 
   

Rozłączył się, a potem przez chwilę przyglądał blokującej go 

kierownicy. Myślał o tym, co się właśnie stało i jak wiele mieli 
szczęścia, że na Skrócie zjechał akurat w pole, a nie pomiędzy drzewa, 
skąd ani chybi już by się nie uratowali. Zastanawiał się też, co sprawiło, 
że stwory Skrótu potraktowały ich dziś tak łagodnie i że tak łatwo udało 
mu się stamtąd wyrwać. 
   

Nade wszystko myślał jednak o tym, jak cudownie było znowu 

mieć powód, by zapiać. Zapiać tak naprawdę, jak za starych dobrych 
czasów, gdy żaden z nich nie umiał się jeszcze bać. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Jak ci się podobała piosenka? – zapytał ksiądz Jan. 

   

Niecały tydzień później siedzieli razem z Kruszyną na ławce obok 

boiska i patrzyli na bawiące się na placu dzieci. 
   

– Bardzo ładna – stwierdził Kruszyna. – Ale chyba nie chcę jej 

więcej słuchać. 
   

Ksiądz roześmiał się i pokiwał głową. A potem przez chwilę 

siedzieli w milczeniu. 
   

– Tak sobie myślę… – powiedział w końcu katecheta. – Dobrze 

rozumiem, że musieliście zrobić to wszystko z ich pamięcią i w ogóle. 
Przy okazji dzięki, że mi darowaliście… 
   

Kruszyna skinął głową. To on nalegał przed Dzwoneczkiem, 

ręcząc głową za milczenie księdza. 
   

– W każdym razie – ksiądz podjął przerwany wątek – z jednej 

strony to dobrze, że usunęliście im z głowy to wspomnienie, ale 
z drugiej, to tak sobie dumam, że takie stawienie czoła koszmarowi, 

background image

wspólne, absurdalne, ale pełne wiary, mogłoby im dodać sił 
w codziennym życiu. Wiesz, mogło ich zahartować. 
   

– Im później nauczysz się bać, ksiądz – Kruszyna dobył noża 

i rozejrzał się za jakimś patykiem – tym później dorośniesz. 
   

I w tamtej chwili zabrzmiało to tak mądrze, że ksiądz Jan nie miał 

innego wyboru, jak tylko umilknąć. 

 

background image

  Będziesz to prać! 

 

 

background image

   

   

   
 

background image

   

Tej nocy spłonęła niemal cała karuzela z kucykami. 

   

Chociaż stało się to za sprawą Kędziora i Milczka, Dzwoneczek 

i tak wiedziała, że nie może winić nikogo oprócz siebie. W końcu to ona 
wysłała po drewno na ognisko dwóch największych obiboków w całej 
Drugiej Nibylandii. Mogła przecież, jak zwykle, pogonić któregoś 
z Dzieciaków i pewnie każdy zrobiłby to z ochotą, dumny, że go 
zauważono. Ale nie, musiała być mądrzejsza. Musiała pokazać, kto tu 
rządzi. 
   

– No i teraz mam – westchnęła, patrząc na stos czerniejących 

końskich łbów, na ich lakierowane korpusy porąbane na kawałki 
i trawione przez ogień. Cholera, kiedyś naprawdę lubiła tę karuzelę! 
   

Chłodny wiatr od strony jeziorka sprawił, że zadygotała i objęła się 

ramionami. Wiedziała, że to najprawdopodobniej ostatnie ognisko 
w tym roku. Według kalendarza wciąż jeszcze trwało lato, ale noce 
robiły się już chłodne, a wiatr coraz bardziej przeszywający. Lada 
chwila lunapark pokryje się kolorowymi liśćmi, a potem śniegiem… 
o ile zima w tym roku znowu nie da dupy. 
   

Do Dzwoneczka przysiadł się Stalówka. Bez słowa podał jej kij 

z nabitym nań rzędem śnieżnobiałych pianek, a drugi taki badyl 
wycelował w płomienie. 
   

– Zapomniałeś o krakersach – upomniała go. – I czekoladzie. 

   

Albinos wolną ręką poklepał się po wypchanej kieszeni. 

   

– Spokojnie, wszystko jest. Będą s’more’y jak się patrzy. 

   

Obrócił patyk, by nadtopić pianki również z drugiej strony, po 

czym cofnął rękę i oparł kij na kolanie. Sięgnął do kieszeni. 
   

– Nie wiesz, co się dzieje z Kruszyną? – zapytał. 

   

Wyciągnął z kieszeni przygotowane uprzednio pół tabliczki 

czekolady i dwa krakersy. Następnie rozsmarował nadtopioną piankę na 
czekoladzie i złożył wszystko razem w chrupiącą kanapkę. 
   

– Czy to tylko moje wrażenie, czy od czasu tej przygody 

z autobusem jest jakiś nieswój? – dodał. 
   

– Też to zauważyłam – odparła Dzwoneczek. 

   

Ona również obróciła swój patyk, ale zamiast w porę ściągnąć 

pianki, patrzyła, jak czernieją i skapują do ognia. Prosto w koński 
oczodół. 

background image

   

– Nawet próbowałam o tym z nim pogadać, ale ostatnio jakoś… Ta 

sprawa z lunaparkiem, nowi klienci. Nie miałam czasu, cholera. 
   

Stalówka skinął głową, ugryzł kanapkę i przetarł usta rękawem 

skórzanej kurtki. 
   

– Podobno przez sen mamrotał coś o łzach – odezwał się po 

chwili. – Kędzior mówił, że słyszał, jak Kruszyna płakał przez sen, 
żebyś mu ich nie podawała. Że on chce pamiętać i… Dawałaś mu coś 
ostatnio? 
   

Pokręciła głową. 

   

– Pojęcia nie mam, o co mu chodzi – odpowiedziała. – Do tych 

dzieciaków w autobusie to też przecież on mnie wezwał. A potem 
powiedział, żeby nie dawać księdzu, to nie dałam, choć kusiło… Nie 
wiem, zwyczajnie nie mam pojęcia, co mu jest. 
   

Stalówka odgryzł kolejny kęs s’more’a i przez chwilę gapił się na 

współbraci siedzących nieco w oddali, po drugiej stronie ogniska. 
Kędzior próbował śpiewać, Milczek towarzyszył mu, migając słowa, 
Bliźniacy urządzili sobie konkurs picia. Kruszyna siedział tyłem do nich, 
a bokiem do albinosa i Dzwoneczka. Metodycznie, wypracowanym 
ruchem głaskał Pana Propera. Kot, sądząc po tym, jak wściekle 
wymachiwał ogonem, wcale nie był rad z tej pieszczoty. 
   

– Cóż, myślę, że powinnaś go zwyczajnie zapytać – stwierdził po 

namyśle Stalówka. – I to najlepiej dzisiaj, kiedy nie pałętają nam się 
tutaj Dzieciaki. 
   

– Tak. – Dzwoneczek pokiwała głową w zamyśleniu. 

   

Nagle odrzuciła kij na bok, wstała i otrzepała spodnie. 

   

– Co robisz? – zdziwił się Stalówka. 

   

– Chyba mam pomysł – powiedziała. – Załatwimy to tu i teraz. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– „Prawda czy wyzwanie”? – Kędzior zmarszczył czoło. – To nie 

lepiej: „Zachlejmy w trupa i kto ostatni na drzewie”? Tam przynajmniej 
znam zasady. 
   

Pozostali Chłopcy również nie wyrażali specjalnego entuzjazmu. 

background image

Bliźniacy łypali tęsknie w stronę skrzynki pełnej butelek, a Kruszyna nie 
przestawał głaskać kota. Milczek zamigał kilka znaków i bezradnie 
rozłożył ręce. 
   

– Zgadza się, bro. – Kędzior pokiwał głową. – Też mi się wydaje, 

że z takimi rzeczami to jak z rozbieranym pokerem. Ma sens tylko 
wtedy, jak wokoło są pijane dupy, którym przyzwoitość każe znaleźć 
wymówkę, by się rozebrać czy… 
   

Chciał jeszcze coś dodać, ale nagle zdał sobie sprawę, że 

cokolwiek powie, i tak nie będzie to miało większego sensu, bo mama 
już postanowiła. Widział to wyraźnie w jej lekko zmrużonych oczach, 
dostrzegał w zaciskających się z wolna piąstkach. Machnął więc ręką 
i usiadł na szerokiej kłodzie. 
   

– Dobra, niech będzie – stwierdził z rezygnacją. – To kto 

pierwszy? 
   

– Ja – odparła Dzwoneczek. 

   

Przytoczyła sobie leżący z boku pieniek, gestem poprosiła 

Stalówkę, by dołączył do reszty, po czym usiadła i założyła nogę na 
nogę. 
   

– Wybieram prawdę. O ile Kruszyna zada pytanie. 

   

– Ej, nie można dodawać takiej zasa… – zaprotestował Drugi, lecz 

umilkł pod ciężarem spojrzenia Dzwoneczka. 
   

Wszyscy skupili wzrok na odwróconym do nich plecami grubasie. 

Ten jednak milczał tak długo, aż w końcu zaczęło się im nudzić 
czekanie. 
   

W końcu Drugi nie wytrzymał. 

   

– Jak on nie chce, to ja mam pytanie. Czy sypiałaś z Piotrusiem, 

kiedy byłaś jeszcze taka mała i ze skrzydełkami? – zapytał. – I jeżeli tak, 
to… 
   

– Czy żałowałaś kiedyś podania komuś łez? 

   

To był Kruszyna. Nie odwrócił się, nie przestał głaskać kota, ale 

jego pytanie wybrzmiało głośno i wyraźnie niczym grzmot dobiegający 
z oddali. Dawno go takim nie słyszeli i raczej woleli nie słyszeć. 
   

Dzwoneczek zerknęła na Stalówkę, uśmiechając się z satysfakcją. 

Potem przeniosła wzrok na czarne, pokryte gwiazdami niebo, 
przymknęła oczy i odpowiedziała: 

background image

   

– Tak. Był kiedyś taki przypadek. Jakiś rok po przyjeździe do tego 

kraju, gdy mieszkaliśmy jeszcze w… no, w tym miasteczku z papiernią, 
pamiętacie? 
   

Pokiwali głowami. 

   

– To było zimą, jakoś tuż przed feriami albo raczej zaraz po nich, 

bo pamiętam, że wyjątkowo opornie szło wam wstawanie. Najgorszy był 
jak zawsze Kędzior z tym swoim… 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– … jeszcze chwila, proszę – mruknął Kędzior bardziej do 

poduszki niż do stojącej w progu mamy. – Mam na dziewiątą. 
   

– Ciekawe, jak to możliwe, cwaniaku – zaśmiała się 

Dzwoneczek – skoro prawie wszyscy jesteście w jednej klasie, a reszta 
ma normalnie na ósmą? 
   

Jeżeli jednak myślała, że weźmie go logiką, to srogo się zawiodła. 

Mało kto bowiem potrafi kłamać tak sprawnie, jak niewyspany 
jedenastolatek próbujący kupić sobie ekstra kwadrans w łóżku. 
   

– Oni odrabiają za zeszły tydzień. Nie chcieli zostać po lekcjach 

i… Auuu, zimne! Oszalałaś?! 
   

– Nie, jeszcze nie – Dzwoneczek, nie przestając się śmiać, 

odstawiła pusty kubek na szafkę – ale sądzę, że przy was długo mi to nie 
zajmie. Ręcznik i ubranie masz na krześle. Radzę ci się pospieszyć. 
   

Kędzior mruknął coś w odpowiedzi, przejechał ręką po mokrych 

sprężynkach włosów, wreszcie usiadł na łóżku. Sprawnym ruchem zdjął 
przemoczoną górę od piżamy, a potem zsunął stopy na podłogę, 
próbując wymacać kapcie. Potarł zaspane oczy i skinął plakatowi 
Arnolda na przeciwległej ścianie. 
   

– Ja tu wrócę – szepnął i sięgnął do poręczy krzesła. 

   

Ubrany wyszedł do dużego pokoju, gdzie wszyscy jego przybrani 

bracia już siedzieli przy stole. Na talerzach parowała mocno ścięta 
jajecznica z cebulą, w koszyku leżał chleb, a nad wszystkim unosił się 
zapach kawy zbożowej. 
   

– Siadaj i jedz – poleciła Dzwoneczek. 

background image

   

– Ale Milczek siedzi na moim miejscu – jęknął Kędzior 

w odpowiedzi. 
   

– To go strąć albo usiądź na jego. Tylko jedz już wreszcie, bo 

obiecałam waszej pani, że od tego semestru nie będziecie się więcej 
spóźniać i… Kędzior, do cholery! Powiedziałam „strąć”, a nie „podnoś 
razem z krzesłem”! Naprawdę mi tego nie ułatwiacie… 
   

Dzwoneczek odłożyła trzymany właśnie talerz, podeszła do stołu, 

złapała Kędziora za ucho i posadziła go przy stole. Wracając, zdzieliła 
w tył głowy Pierwszego, który dłubał w nosie. 
   

– Ty, górnik, mało ci śniadania? 

   

Ponownie wzięła do ręki ten sam talerz i zaczęła go wycierać 

okrężnymi ruchami. 
   

– A w ogóle przypominam, że jak jeszcze raz pozwolicie komuś 

pobić Milczka, to spuszczę łomot wszystkim naraz i każdemu z osobna. 
Co z tego, że jest w innej klasie? Macie o siebie dbać! Wszyscy, jasne?! 
   

Pokiwali głowami i posłusznie dokończyli jedzenie. Potem jeszcze 

tylko krótka, acz zażarta przepychanka w przedpokoju i już byli gotowi 
do wyjścia. 
   

– Pa, mamo! – zawołał Stalówka, który wychodził jako ostatni. 

   

Jego słowa zagłuszył huk, jakim niósł się po klatce schodowej 

tupot sześciu par zimowych butów. 
   

Dopiero gdy wszystko ucichło, Dzwoneczek przekręciła klucz 

w zamku i odsapnęła z ulgą. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Chłopcy z krzykiem wypadli na ośnieżoną ulicę. Wyglądali trochę 

jak nietypowi kolędnicy – na plecach zimowej kurtki Stalówki widniała 
naszywka kręgosłupa i odrastających od niego żeber, Kruszyna miał 
pluszową czapkę z misiowymi uszkami – a trochę jak młodociany gang. 
Przemawiały za tym zwłaszcza naszywki zrobione przez mamę i naszyte 
tuż nad szkolną tarczą. Widniał na nich rozbity zegarek oraz napis 
„TIK-TAK-ARGH!”. Nauczyciele z początku byli im bardzo przeciwni, 
ale wtedy Stalówka wytłumaczył dyrektorowi, że to znaczek 

background image

angielskiego ruchu katolickiej młodzieży obrazujący hasło „Znajdź czas 
dla Boga”. Doszło do tego, że ksiądz katecheta usiłował zamówić takie 
naszywki dla reszty klasy. 
   

Szli teraz główną drogą, wzdłuż zaspy. Rano musiała tędy 

przejeżdżać odśnieżarka, bo ulica pokryta była tylko cienką warstwą 
delikatnego puchu, który przyklejał się do butów i nogawek. Pozlepiane 
płatki niczym maleńkie piórka wirowały w powietrzu. 
   

– Dobra, to tak – powiedział Stalówka, gdy przed nimi zamajaczył 

już budynek szkoły, wielka bura budowla z czerwonym dachem, 
z którego łypało pojedyncze okno w kształcie oka. – Bliźniaki lecą na 
skrytki i przynoszą wszystko, co zwinęliśmy z papierni przez ferie. 
Komiksy tylko aktualne: BatmanSuperman i Spiderman, bo reszta idzie 
słabo, ale gazetki z babami mogą być też z archiwum. Tylko nie za 
dużo, parę „Twoich weekendów”, ze dwa „Catsy”. Poza tym karty 
z samochodami, trzy talie, karteczki z gum Turbo, bo to zawsze idzie, 
i albumy do Kukuruku, bo ostatnio jakieś baby pytały. Kędzior, dzisiaj 
ty szukasz frajera, który nam zrobi zakupy, tylko nie przepłać go jak 
ostatnio. Pięć fajek, nie więcej. 
   

– Się rozumie. 

   

Rudowłosy skinął głową i zsunął z ust szalik, by móc wyraźniej 

mówić. 
   

– A jakie mamy kupić? – spytał. – Marlborasy, klubowe 

i carmeny? 
   

– Tak. – Albinos kopnął grudę lodu. – Tylko tym razem żadnego 

palenia. Mama znowu wyczuje i jesteśmy w dupie. 
   

– Chyba ty – parsknął Pierwszy. 

   

– Tak, albo twoja stara – odparł Drugi ze śmiechem. 

   

Zaraz umilkł, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak palnął. Pozostali, 

nawet jego bliźniak, przystanęli. 
   

– Coś powiedział? – syknął Stalówka, zdejmując tornister. – Co 

powiedziałeś o mamie? 
   

Bliźniak ściągnął czapkę i pochylił głowę, karnie przyjmując na 

nią razy ze śnieżnych piguł. Gdy skończyli, otrzepał głowę i naciągnął 
czapkę na uszy. Ruszyli, a Stalówka jakby nigdy nic podjął wątek. 
   

– Handluje jak zawsze Kędzior, Pierwszy i Milczek na czujce, 

background image

Drugi zbiera zapisy na wideo, a Kruszyna musi się przejść po ludziach 
i odzyskać przetrzymane filmy. A, jeszcze jedno. – Albinos przystanął. – 
Te dupki z siódmej i ósmej będą się czaić pod klasą specjalną, żeby 
wziąć odwet na Milczku za ostatnie, więc zanim idziemy na lekcje, 
odprowadzamy go do klasy. I to samo po lekcji. Od razu gonimy pod 
specjalną, żeby go odebrać, jasne? 
   

– Tak, ale nie rozumiem, czemu nie możemy tego załatwić po 

prostu, raz na zawsze – westchnął Kędzior. – Przecież gdybyśmy… 
   

– Dość! – warknął Stalówka. – Powiedziałem, jak będzie, 

i powiedziałem, że się tym zajmę, tak? Więc zostaw myślenie mnie 
i rób, co ci kazałem. Mama sama nas nie utrzyma. 
   

Kędzior mruknął coś jeszcze pod nosem, ale słowa poszły 

w szalik. Schylił się i zebrał śnieżny pył w ręce. Ulepiwszy pigułę, 
cisnął nią w znak ostrzegawczy przed pasami, na który mówili: „Uwaga, 
pedofil”. Mężczyznę goniącego za dziewczynką trafił prosto w głowę. 
   

– Spedofiluj to – wycedził i wszedł na zaśnieżone, ledwie 

widoczne pasy. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Jeszcze dwa lata temu Radek Pałka nie mógł się doczekać ósmej 

klasy. Mówił na nią „żniwa” i był przekonany, że będzie to czas, gdy 
uda mu się wreszcie trząść całą szkołą, zaspokajać wszelkie uczniowskie 
potrzeby i kosić tyle szmalu, by wystarczyło na dobry start w ogólniaku. 
Od ojca nie chciał brać, wystarczyło już, że korzystał z jego dwóch 
magnetowidów i pracy w papierni. 
   

Miał dryg, był obrotny, więc od początku jakoś tam sobie radził 

i utrzymywał się na fali. Zawsze jednak był ktoś starszy, ktoś z lepszymi 
układami i towarem. Ktoś, kto kradł jego pomysły i rozwijał je na 
szerszą skalę. Komiksy, a potem gazetki porno, sprzedawanie całych 
„Bravo” i „Popcornów” zamiast handlu samymi plakatami. Zestaw piwo 
plus miętówki. Wszystko to ktoś mu podbierał, ale Radek był naprawdę 
cierpliwy i tylko powtarzał swoim kumplom: „Przyjdzie ósma klasa, 
będą żniwa. Wtedy się obłowimy”. 

background image

   

A potem pojawili się oni. Sześciu szczeniaków. Ledwie trzecio-, 

czwartoklasiści w durnych czapkach i z kretyńskimi naszywkami, ale 
zgrani jak wojsko pod wodzą tego czerwonookiego, bladego odmieńca. 
Weszli i przejęli niemal wszystko. Potrzebowali tygodnia, by ośmieszyć 
Radka przed uczniami, dwóch, by pokazać nauczycielom jego skrytki 
z piwem i gazetkami. W dodatku nie dawali się dorwać, zawsze trzymali 
się razem, a dyrektor chyba leciał na ich matkę. 
   

Ostatecznie udało się wszystko jakoś ustawić, ale żniwa szlag 

trafił. Ilekroć bowiem Radek wyściubił choćby nos z dołka, do którego 
go wepchnęli, zaraz robili taki numer, jak przed feriami. Co prawda 
dorwali tego niemowę, kiedy szczał im w skrytce na gazetki, ale co 
z tego, skoro towar poszedł się walić? Nawet spuszczenie dupkowi 
łomotu nie poprawiło Radkowi humoru. 
   

– Ale teraz wszystko się zmieni – mruknął do siebie, wchodząc na 

teren szkoły. 
   

Skinął głową Danielowi opartemu o murek i przybił piątkę temu 

nowemu z siódmej, którego zwerbowali na feriach. Miał ksywę Siwy 
i pokazał, że umie się bić, a także szybko biegać. Takich ludzi Radek 
potrzebował. Zwłaszcza teraz, kiedy szedł na wojnę. 
   

– Siema, Radziu. Jak dzisiaj? – zapytał w progu Bartek. 

   

Był kędzierzawym osiłkiem o kwadratowej szczęce, z dołeczkiem 

w brodzie niczym ślad po kuli. Razem ruszyli na piętro. 
   

– Spoko, mam parę nowych filmów. Dwa z van Damme’em, 

niemiecki pornol i jakiś Łowca androidów z Fordem. Jak będzie tak 
dobry, jak Cyborg, to mamy hita. – Cisnął tornister pod klasę i zabrał się 
do rozpinania kurtki. – A jak gówniarze? 
   

– Okupują cały damski. – Po minie Bartka widać było, jak bardzo 

jest wściekły. – Dziewczyny mają teraz dodatkową promocję i za sikanie 
przy otwartych drzwiach dostają zniżki i gratisy. Bliźniaki to wymyśliły. 
   

– Zboki. Któraś się już zgodziła? 

   

– Strońska. 

   

– Ożeż kurwa! – wyrwało mu się stanowczo za głośno. 

   

Stojący parę metrów dalej fizyk, doktor Zabłocki, prawdziwy 

postrach szkoły, odwrócił się i posłał mu jedno ze swoich spojrzeń 
z kategorii „szukam cię w archiwum pamięci”. W końcu znalazł, bo 

background image

uśmiechnął się paskudnie. 
   

– I tymi samymi ustami recytuje pan potem wzory, panie Pałka? – 

zapytał. – No cóż, do zobaczenia później na lekcji. Sprawdzimy, jak się 
pan przygotował. 
   

Radek tylko westchnął. Ten dzień zdecydowanie nie zaczął się tak, 

jak powinien. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Na krechę to twój stary może się twojej starej spuścić – mruknął 

Kędzior do małego, chuderlawego wyrostka w czarnym wełnianym 
sweterku. – Nie masz kasy, to przyjdź, jak znajdziesz. I spoko, te dziunie 
może są wilgotne, ale gazety ci przez ten czas nie zmoczą. Następny. 
   

Do ławki podszedł wyrośnięty piegus i bez słowa położył na blacie 

piętnaście tysięcy. Kędzior obejrzał się przez ramię. 
   

– Drugi, podaj „Twój weekend” i dwie fajki. 

   

– Wcześniej było pięć – żachnął się piegus. 

   

– Telewizji w domu nie masz? – mruknął Drugi siedzący na 

sedesie w otwartej kabinie. – Inflacja jest. 
   

– No właśnie – poparł go Kędzior. – Ale jak dołożysz jeszcze 

jednego szopena, dam ci trzy malborasy zamiast radomskich. Stoi? 
   

Piegus skinął głową i wyciągnął jeszcze jeden banknot 

pięciotysięczny. 
   

– A macie też gumy? 

   

– Nie w twoim rozmiarze – odparł Kędzior i parsknął śmiechem. – 

A serio, to po gumy idź sobie na sklepik albo znajdź tych z ósmej. Tu się 
robi poważne biznesy. Następny. 
   

Na minutę przed dzwonkiem Pierwszy dał znak i zamknęli interes 

do następnej przerwy. Przesunęli ławkę, towar popakowali do foliowych 
toreb i ukryli w spłuczkach. Gdy kończyli, zjawił się Stalówka. 
   

– Nie mamy dzisiaj matmy. Gruzia się pochorowała. Dobrze się 

składa, bo jest szansa na nowy, fajny towar, ale to znaczy, że jednak 
zmiana planów i Milczek wraca dzisiaj sam. Ale spoko, tragedii nie ma, 
starszaki chyba odpuściły. Tylko się nie zgub po drodze i nie daj pobić, 

background image

bo nam mama nogi z dup powyrywa. 
   

Milczek wyszczerzył zęby i zasalutował. 

   

– No – Stalówka odpowiedział uśmiechem – to gnaj już do tych 

swoich specjali, bo się zaślinią z tęsknoty. A wy raz-raz. Nie chcemy, 
żeby nas biologica przetrzymała po dzwonku, nie? 
   

Opuścili toalety i ruszyli dziarsko korytarzem. A chwilę potem, 

gdy na dobre ucichły już ich głosy, z męskiego wyszedł Siwy. Był tak 
podekscytowany, że zapomniał zapiąć rozporek. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Radek siedział na parapecie i z rosnącym uśmiechem słuchał 

raportu Siwego. Zaraz też przybiegł Bartek i potwierdził słowa 
siódmoklasisty – rzeczywiście Gruzia rozchorowała się i musiała iść do 
domu, a gnojki miały z nią ostatnią lekcję. Ogłoszenie, że są z niej 
zwolnieni, wisiało już na tablicy obok „szczęśliwego numerka”. 
   

– Czyli rzeczywiście niemowa zostaje sam – powiedział Łukasz, 

długowłosy metal, który nigdy nie był zbyt bystry, ale za to bił się jak 
szatan. – Więc co? Łapiemy go po lekcjach i… 
   

Uderzył pięścią w otwartą dłoń. 

   

– Dziel i rządź – powiedział Radek. – Tak było na historii, nie? 

Dziel i rządź. 
   

Łukasz nie zrozumiał. A może tylko wolał się upewnić? 

   

– To znaczy wpierdol, nie? 

   

Pałka pokiwał głową. 

   

– Tak, stary, to właśnie to znaczy. Zobaczymy, czy niemowy 

potrafią głośno płakać. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Gdy zadzwonił ostatni tego dnia dzwonek, Milczek już był 

spakowany. Mimo to musiał jeszcze raz wysłuchać całego zadania 
domowego, właściwie wyjaśnienia krok po kroku, jak je zrobić. 

background image

Czasami to, że wszystkich w klasie specjalnej traktowano jak 
niedorozwiniętych umysłowo, było naprawdę upierdliwe. 
   

W końcu jednak udało mu się wyjść. Bez większych przeszkód 

spakował resztkę towaru z damskiej toalety i opuścił szkołę 
niezaczepiony przez nikogo. Szybko przebiegł przez boisko, cisnął 
tornistrem za ogrodzenie, a potem przeskoczył je na przerzutkę i ruszył 
przez park. 
   

Znał to miejsce dość dobrze. Tu przesiadywali, wagarując, kiedy 

nie chciało im się włóczyć, tu jesienią zbierali żółte mirabelki, a za 
obalonym pomnikiem przyjaźni polsko-radzieckiej chowali towar 
w jednej z wodoodpornych skrytek. Tuż obok mieli też ławkę i stary, 
rozkładany stolik, który przenieśli w krzaki, by grać z laskami 
w rozbieranego znaczonymi kartami. 
   

Milczek minął pomnik oraz krzaki z ławką i skręcił w boczną 

alejkę. Szedł teraz po nieodgarniętym śniegu. Po jednej stronie ciągnął 
się rząd porozbijanych, powyginanych latarni, a po drugiej – artretycznie 
powykrzywianych nagich drzew. Gdzieniegdzie przechadzała się 
samotna wrona, tu i tam było też widać pojedyncze ludzkie ślady, 
częściowo już wypełnione świeżym puchem. Milczek przystanął, by 
przyjrzeć się tym wyglądającym na najświeższe… i wtedy zarobił 
pigułą. 
   

Padł na ziemię, a przed oczami zrobiło mu się czarno. Przez głowę 

przemknęła mu myśl, że to nie była zwykła śnieżka, a raczej jedna 
z tych specjalnych. Oblepia się kamień białym puchem, a potem ugniata 
mocno, polewa wodą i zostawia do zamarznięcia. Gdy rzucasz takimi, 
na pewno nie chodzi ci o zwykłą zabawę na śniegu. 
   

I rzeczywiście, gdy lekko zadarł głowę, dostrzegł, jak znikąd 

wyrastają nad nim Pałka, Siwy, Daniel i Łukasz. Bartek stał w pewnym 
oddaleniu, najwyraźniej na czujce. Każdy z nich trzymał w ręku pigułę 
z kamulcem. Sądząc po minach, zamierzali ich użyć. 
   

– I co teraz, smarkaty chujku? – zapytał Radek. – Nadal masz 

ochotę szczać na mój towar? Już nie jest ci tak wesoło, nie? 
   

Milczek patrzył na niego przez chwilę, po czym powoli, 

z wysiłkiem, podniósł się na kolana i zdjął czapkę. Pomacał tył głowy 
i zobaczył, że rękę ma we krwi. Zlizał ją i wyszczerzył się, prezentując 

background image

czerwone zęby. 
   

– Kurwa, obrzydliwe – jęknął Łukasz i uniósł w górę pigułę. 

   

Wtedy dostał w głowę. 

   

Tym razem była to zwykła śnieżka, która całkowicie rozprysła się 

na czapce ósmoklasisty, ale też skutecznie wytrąciła go z równowagi. 
Łukasz obejrzał się i dostrzegł stojącego przed sobą grubego Kruszynę 
w czapeczce z misiowymi uszkami, który ugniatał w rękach kolejną 
kulkę i uśmiechał się półgębkiem. A potem grubas ruchem głowy 
wskazał starszemu chłopakowi na niebo. 
   

Spojrzał odruchowo… i mało nie zemdlał. Nad ich głowami 

unosili się swobodnie pozostali Chłopcy, uzbrojeni teraz nie w piguły, 
a w kije, pałki, a nawet – jak w przypadku Kędziora – noże. 
   

– Wszystko w porządku, Milczek? – zawołał Stalówka. 

   

Niemowa pokiwał głową i jeszcze bardziej się wyszczerzył. 

Albinos przeniósł wzrok na Kędziora. 
   

– Gotowy? 

   

W odpowiedzi rudy chłopiec wyjął nóż z ust i z całej siły wrzasnął: 

   

– BANGARANG! 

   

A potem cała czwórka zapikowała w dół, prosto na bandę Radka. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

To była dla niej najlepsza chwila każdego dnia. Ten moment, 

kiedy zdążyła już odespać pracowitą noc, a Chłopcy wciąż jeszcze byli 
w szkole i mogła sobie pozwolić na gorącą, relaksującą kąpiel z pianą. 
Po prostu kładła się w wannie, bez żadnej książki, bez muzyki w tle, 
w całkowitej ciemności. Pozwalała, by woda wypłukała z niej 
zmęczenie, by usunęła ból z mięśni. By zmyła obleśne, lepkie ślady, 
jakie – była tego pewna – zostawiały na niej nawet same spojrzenia 
zboczeńców wpychających jej do majtek wymiętolone złotówki i marki. 
   

Przymknęła oczy i powoli zanurzyła głowę. Tafla wody zamknęła 

się nad nią, serce zwolniło, a myśli pognały dobrze znaną ścieżką 
w stronę drugiej gwiazdy na prawo i… 
   

Ktoś zapalił światło w łazience. Dzwoneczek wynurzyła się 

background image

błyskawicznie i zobaczyła przed sobą zdyszanego Bliźniaka. Miała 
wrażenie, że to Drugi, ale w tym stanie, gdy ubranie miał w strzępach, 
a twarz brudną od krwi, trudno było stwierdzić z całą pewnością. 
Chłopiec cały trząsł się i płakał. 
   

– Co się stało? – zapytała, wychodząc z wanny i sięgając po 

ręcznik. 
   

– W parku… my… oni… 

   

Uderzyła go otwartą ręką w twarz. Mocno, aż go odrzuciło. 

   

– Jeszcze raz, tylko bez paniki. Co robiliście w tym parku? Co się 

stało? 
   

– Urządziliśmy zasadzkę – wystękał Bliźniak już składniej, cios 

najwyraźniej nieco go otrzeźwił. – Taką jak na piratów, ale poszło źle. 
   

– Jak bardzo źle? 

   

– Bardzo – odparł Chłopiec. – Jak wtedy. 

   

– Kurwa mać! 

   

Dzwoneczek cisnęła ręcznik na podłogę i błyskawicznie wciągnęła 

koszulkę i spodnie, dopięła pasek. 
   

– Ktoś was widział? W której to części parku? 

   

– Przy złamanych lampach. I nikt nie widział, nikogo tam nie było. 

Zresztą Stalówka już się zabrał do sprzątania i… 
   

Dzwoneczek odepchnęła go na bok i wybiegła do przedpokoju. 

Założyła buty i kurtkę, złapała torebkę i kluczyki. 
   

– Prowadź! – rozkazała, puszczając chłopca przodem. 

   

Wybiegli na korytarz. 

   

„Bardzo źle”, huczały jej w głowie słowa Bliźniaka. „Jak 

wtedy”… A jakiś natrętny, nieznany jej wcześniej głos pytał, czy nadal 
sądzi, że chłopców da się jeszcze uratować. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła Chłopców skrzętnie 

uwijających się przy robocie. Trzeba im było przyznać, że pod czujnym 
okiem Stalówki spisywali się całkiem nieźle. Ciała ukryli w zaspie, 
a potem zabrali się do wymiatania i wykuwania skrwawionego śniegu aż 

background image

do chodnika. Wrzucali go do nieco już przemoczonych, ale wyłożonych 
folią kartonów przyniesionych z zaplecza pobliskiego sklepu. Wszystko 
sprawnie, bez słowa skargi, ale Dzwoneczek nie była pewna, czy 
powinna cieszyć się z tej zaradności. Poza tym, co im, kurwa, odbiło?! 
   

– Myśleliśmy, że będą się bronić – wystękał Kruszyna 

roztrzęsionym, piskliwym głosem. – Że będzie jak zawsze na wyspie, 
kiedy to była tylko zabawa. Ale nie było jak zawsze. Było… 
   

– Jak wtedy – szepnął Kędzior. 

   

Nawet on, zazwyczaj pewny siebie, miał teraz oczy wielkie jak 

spodki i trzęsła mu się dolna warga. Jednak jeszcze się trzymał 
w przeciwieństwie do Milczka, który siedział na ziemi i płakał, kołysząc 
się w przód i w tył. 
   

Dzwoneczek kucnęła przy nim i pogładziła go po blond włosach. 

Spojrzał na nią, a ona pocałowała go najpierw w czoło, a potem w oba 
policzki. Kantem dłoni otarła zasmarkany nos. 
   

– Stalówka! – zawołała, nie podnosząc głowy. – Zabierz ich do 

domu, natychmiast. Macie iść tak, żeby nikt was nie zobaczył, a w domu 
natychmiast się przebrać i wszystkie, wszystkie ubrania, jakie macie na 
sobie, wrzucić do wanny, jasne? 
   

Albinos pokiwał głową. Włożył palce do ust, gwizdnął, a wtedy 

wszyscy chłopcy, nawet Milczek, poderwali się i ustawili w równym 
rządku. Potem, na kolejny gwizd, ruszyli. 
   

I gdy tak szli jeden za drugim, Dzwoneczek nagle przypomniała 

sobie dzień, w którym Piotruś sprowadził na wyspę Wendy, Janka 
i Michasia. Wtedy Chłopcy maszerowali niemal tak samo, choć weselej, 
bo ku przygodzie… 
   

– Wtedy wszyscy byli jeszcze niewinni – mruknęła pod nosem. 

   

A potem zabrała się do odkopywania zwłok. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Gdy wróciła do domu, Chłopcy siedzieli na jej łóżku. Wszyscy 

w samych majtkach, wciąż brudni i roztrzęsieni. Wszyscy wpatrzeni 
w nią jak w obrazek. 

background image

   

– Co zrobiłaś? – zapytał Stalówka. 

   

– To, co należy – odparła. – Umyjcie się i ubierzcie, zrobię wam 

kakao. 
   

– Wanna jest pełna – zauważył Pierwszy. 

   

– Więc nad umywalką. 

   

Ruszyła w stronę kuchni, po drodze sięgając do torebki. 

Przygotowała kubki, nastawiła mleko do gotowania i dodała do niego 
dwie krople łez. To, uznała, powinno wymazać im z pamięci cały 
dzisiejszy dzień, ale raczej nie więcej. 
   

Podniosła głowę i dostrzegła, że jej własne odbicie w małym 

lusterku patrzy na nią z wyrzutem. Wzruszyła ramionami. 
   

– Nie są jeszcze gotowi, by brać na siebie coś takiego – 

mruknęła. – To jeszcze chłopcy. 
   

Odbicie jednak nie dawało za wygraną, więc w końcu Dzwoneczek 

zdjęła lusterko i włożyła je do szuflady. 
   

To się więcej nie wydarzy, powtarzała sobie. Już ona o to zadba. 

Będzie im wyjaśniała tak długo, aż zrozumieją różnicę między tym, co 
było na wyspie, a tym, co jest tutaj. 
   

Sięgnęła do apteczki i wyjęła z niej fiolkę z tabletkami na sen. 

Rozkruszyła trzy i dodała do mleka. Potem zalała kubeczki do pełna 
i zaniosła chłopcom. A gdy już posnęli, zabrała się do prania, mając 
nadzieję, że opuszczony, zrujnowany dom na obrzeżach miasta zajął się 
już przypadkowo zaprószonym ogniem… 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Gdy Dzwoneczek skończyła mówić, przez dłuższą chwilę 

panowała niemal absolutna cisza. Nawet wiatr ucichł na moment, 
a drewniane łby w ognisku przestały trzaskać. W końcu jednak Kędzior 
nie wytrzymał. 
   

– Widzisz, Stalówka? – zawołał tryumfalnie. – Mówiłem ci, że ta 

plama na kurtce to nie był keczup. Gdzie ja bym się tak keczupem 
upierdolił? 
   

Zorientował się, że zaklął, więc zerknął na Dzwoneczka, ale ona 

background image

patrzyła teraz w ziemię, mrużąc oczy. Zdawała się nie zauważać ani ich, 
ani ognia, ani nawet tego, że Kruszyna odłożył na bok kota, wstał 
i ruszył w jej kierunku. Podniosła głowę dopiero wtedy, gdy stanął przed 
nią. 
   

– Tak, Kruszynko? – zapytała. 

   

Grubas uśmiechnął się głupim uśmiechem małego dziecka, 

a potem pogłaskał ją po włosach. 
   

– Nic się nie stało, mamo – szepnął. – I tak bylibyśmy tacy sami 

jak dzisiaj, tylko… wcześniej. 
   

Odpowiedziała uśmiechem i położyła jego dłonie na swoich 

policzkach. 
   

– To miło, że tak mówisz, ale… 

   

– Ma całkowitą rację – wszedł jej w słowo Stalówka. 

   

Zaciągnął się dopiero co zapalonym papierosem, a potem spojrzał 

na Dzwoneczka, uśmiechając się krzywo. W blasku ognia jego czerwone 
oczy wyglądały jeszcze bardziej demonicznie i złowieszczo. 
   

– A ty, droga mamo – dodał – powinnaś pamiętać, że ja nigdy nie 

lubiłem… 
   

Nie dokończył, ale Dzwoneczek bez trudu domyśliła się, co chciał 

powiedzieć. 
   

Że też nigdy wcześniej nie pokojarzyłam tych faktów, pomyślała 

zdumiona. Przez te wszystkie lata nie przyszło mi to do głowy… 
   

Parsknęła śmiechem. Chłopcy jeden po drugim dołączali do niej, 

aż po całym lunaparku poniósł się ich rechot. Koniki czerniały w ogniu, 
wiatr kołysał czubkami drzew, a z siedmiu kubków kakao, które 
Dzwoneczek przygotowała dla nich na ten wieczór w ramach 
niespodzianki… sześć czekało na wypicie. 

 

background image

  Ostatni całus 

 
   
 

background image

   

   

   
 

background image

   

No ty chyba sobie jaja robisz! – parsknął Stalówka, pojawiając się 

w progu pokoju Dzwoneczka. 
   

– Zaraz zrobię coś z twoimi, jeśli nie nauczysz się pukać – odparła 

gospodyni. 
   

Stała właśnie przed lustrem i uparcie walczyła z grzywką, która 

mimo pianki i starannego zaczesania na bok wciąż opadała jej na oko. 
W końcu Dzwoneczek się poddała. 
   

– Kurwa, potrzebuję jakiejś spinki. 

   

Stalówka tymczasem wszedł do pokoju, opadł na fotel i upił łyk 

piwa z trzymanej w ręce puszki. Lewą ręką wymacał pod prawym 
podłokietnikiem przycisk, który regulował oparcie i rozkładał podnóżek. 
Nacisnął go. 
   

– Chcesz, żeby pukać, to się zamykaj – powiedział, rozsiadając się 

wygodniej. – I chyba zdajesz sobie sprawę, że twoje groźby nie brzmią 
tak strasznie, gdy masz na sobie to wakacyjne coś utkane z kwiatów 
i tęczy, co ledwo zasłania ci tyłek, prawda? I jeszcze te ramiączka… 
   

– Spierdalaj, Stalówka – mruknęła Dzwoneczek, po czym 

przysunęła twarz do lustra i wydęła usta. – Nie masz wrażenia, że ten 
odcień czerwieni jest nieco zbyt wulgarny? 
   

Albinos upił kolejny łyk piwa, udając, że nie dosłyszał pytania. 

   

– Cholera jasna, mamo – mruknął jednak po chwili. – Widziałem 

cię już chyba we wszystkim, od wdzianka wróżki po lateksy, ale teraz 
naprawdę przeszłaś samą siebie. Wyglądasz jak z cholernego, tego, no… 
Tołstoja! 
   

Dzwoneczek odwróciła się gwałtownie – letnia sukienka 

zawirowała i uniosła się, na moment odsłaniając białe, bawełniane 
majteczki – a potem posłała Stalówce jedno ze swych najgroźniejszych 
spojrzeń. 
   

– Po pierwsze, miałeś raczej na myśli Nabokova. Po drugie, 

powiesz mi, czego chcesz, czy może wolisz sprawdzić, jak głęboko 
mogę wsadzić ci w dupę jeden z tych delikatnych, lekkich sandałków? 
   

– O i jeszcze sandałki – parsknął Stalówka. – Zdecydowanie 

przechodzisz dziś samą… auu! Szminką? Zwariowałaś?! 
   

– Nie. 

   

Dzwoneczek zrobiła krok w bok i lekko poruszyła ogromnym 

background image

zwierciadłem, tak by albinos mógł się w nim przejrzeć i dostrzec 
ogromną czerwoną kropkę na swoim czole. 
   

– Tylko znaczyłam cel. I jeśli zaraz mi nie powiesz, po co tu 

przylazłeś, dowiesz się, co jeszcze kryje w sobie damska torebka. 
   

– Dobra, dobra, już. – Stalówka przewrócił oczami. – Raz na 

miesiąc się człowiekowi zdarza dobry dzień, to zaraz wszystko musisz 
popsuć. Rany! 
   

Upił kolejny łyk piwa i rozejrzał się po pokoju. To była prawdziwa 

sypialnia Dzwoneczka, w przeciwieństwie do tej, gdzie zabierała tych 
wszystkich facetów. Tamten pokój miał wielkie łóżko, białe ściany 
i właściwie nic poza tym, tu wszędzie walały się zniszczone książki, 
broń i, często nadtłuczone, kolby z laboratorium. 
   

Oprócz fotela i obracanego lustra na ozdobnym stelażu 

wyposażenie stanowiły jeszcze szafa z kotarą zamiast drzwi i rzucony 
w kąt stos wojskowych materaców obciągnięty frotowym 
prześcieradłem. Obok niego leżały żółty, gumowy kombinezon i maska 
gazowa z wizjerem pokrytym drobinami lśniącego pyłku. 
   

Skoro kombinezon leżał tu, a nie w piwnicy wraz z innymi, 

Dzwoneczek musiała bardzo pracowicie spędzić ostatnią noc. Stalówka 
postanowił trochę jej odpuścić. 
   

– Przyszedłem z raportem, żebyś wiedziała co i jak – powiedział. – 

W sprawie tego Lubego z miasteczka żadnych postępów, nadal nie 
mamy pojęcia ani kim jest, ani skąd pochodzi. Jego ludzie coraz pewniej 
się czują, ale odpuścili temu sklepikowi Kędziora, więc jest szansa, że 
trochę się przestraszyli. O przejmowaniu lunaparku na razie cisza. 
   

Dzwoneczek nie odpowiedziała. Znów zwrócona w stronę lustra 

bezskutecznie próbowała zamaskować jasnobrązowym podkładem 
cienką bliznę na szyi. W końcu odpuściła i starła podkład nawilżoną 
chusteczką. 
   

Stalówka łyknął piwa. 

   

– Z innych spraw: parę firm opóźnia się z płaceniem za dostawy, 

ale od incydentu z Kruszyną chłopaki jakoś mniej chętnie jeżdżą 
Skrótem, więc na razie odpuściłem. Jak będzie trzeba, wezmę paru 
Dzieciaków i pojadę normalnie, ale na razie grzebię przy tym autobusie, 
a jeszcze czeka mnie parę napraw, w tym pilna dla Milczka, i dwa nowe 

background image

bable do zrobienia. Więc… 
   

– Spokojnie, Stalówka. 

   

Dzwoneczek jeszcze raz przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze 

i najwyraźniej uznała rezultat za zadowalający, bo zdjęła z ramy 
rozpinany sweterek i narzuciła go na ramiona. 
   

– Z niczym nam się teraz nie pali, a pieniędzy i tak mamy na razie 

dość, nawet na to, żeby powalczyć o lunapark. Naprawdę, nie musisz 
wszystkiego brać aż tak serio. 
   

– Ciebie nie biorę. – Albinos wzruszył ramionami. – Nie w tej 

sukience. Powiesz mi wreszcie, czemu właściwie tak się ubrałaś? 
   

Dzwoneczek podeszła do niego i wyciągnęła rękę, by pomóc mu 

wstać. 
   

– Dawno nie tańczyłam – powiedziała w końcu, gdy ruszyli 

w stronę drzwi. – Więc myślę, że fajnie byłoby wybrać się do jakiegoś 
miejsca, gdzie będzie miło… 
   

– A znasz jakieś? – zdziwił się Stalówka. – W sensie: miłe 

miejsca? 
   

Dzwoneczek przystanęła i uśmiechnęła się złowieszczo. 

   

– Głuptas – powiedziała. – Będzie miło, bo ja taka będę. To nie 

zależy od miejsca. 
   

Zamknęła drzwi, ucałowała Stalówkę w policzek i pognała 

schodami w dół. 
   

– Tylko nie wpakujcie się w żadne kłopoty, kiedy mnie nie 

będzie! – zawołała jeszcze. 
   

Kilkanaście godzin później Stalówka powiedział reszcie, że to 

właśnie wtedy widział ją po raz ostatni. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– To dokąd jedziemy, panienko? 

   

Taksówkarz był miłym, pucułowatym mężczyzną w okularach 

połówkach i z policzkami różowymi jak u świętego Mikołaja. 
Dzwoneczek podejrzewała, że akurat ten róż miał wiele wspólnego 
z usilnymi próbami mężczyzny, by nie patrzeć w jej głęboki dekolt. 

background image

Uznała, że to urocze, i postanowiła darować mu tę „panienkę”. 
   

– Bar Rodeo – powiedziała. – To jakieś dwadzieścia kilometrów 

na wschód od miasteczka i… 
   

– Wiem, gdzie jest Rodeo, złociutka – przerwał jej taksówkarz. – 

Ale czy na pewno chcesz tam jechać? Nie jestem pewien, czy to miejsce 
odpowiednie dla ciebie. 
   

Dzwoneczek się uśmiechnęła. Zabierał ją późnym wieczorem spod 

bramy opuszczonego lunaparku, więc rzeczywiście mógł zakładać, że 
jest głupia i szuka kłopotów. Spojrzała w lusterko, prosto w stroskane 
oczy taksówkarza, i energicznie pokiwała głową. 
   

– Jest odpowiednie. Na pewno kryje się tam ktoś, kto zasłużył, 

żeby spotkać dziś wróżkę, która spełni jego marzenie. 
   

Z oczu kierowcy natychmiast zniknęła troska. Poprawił lusterko, 

potrząsnął głową, mrucząc coś pod nosem, i podkręcił radio. Akurat 
Sinatra śpiewał, jak to bardzo chciałby swingować pośród gwiazd. 
   

Oj, naprawdę chciałbyś, Frank, pomyślała rozbawiona 

Dzwoneczek. Tego doświadczenia nie da się z niczym porównać… Ani 
zapomnieć. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Wacek mocnym szarpnięciem odkleił butelkę od stołu i upił łyk 

ciepłego już piwa. Smakowało jak szczyny, ale nie stać go było na 
następne, a stojący dziś za barem Rumun krzywo patrzył na tych, co 
siedzieli tylko, by na krzywy ryj pogapić się na gołe dupy. 
   

Choć tak po prawdzie dzisiaj niespecjalnie było na kogo. 

Wyginającą się na podeście Baśkę, jej obwisłe cyce, rozstępy i szparę 
rozciągniętą tak, że kiedy otwierała usta, to wiatr gwizdał jak 
w kominie, miał już chyba każdy, kto chciał albo komu zwyczajnie było 
już wszystko jedno. Nawet Wacek kiedyś skorzystał, choć zwykle 
mierzył jednak wyżej. 
   

O, na przykład w taką Ankę. W tę to by wymierzył jak nic i gdyby 

dziś tańczyła, to choćby miał ludzi napierdalać na ulicy, stać by go było 
na stolik przy samym podeście, a nawet na parę napiwków. Bo to była 

background image

dziewczyna z klasą, taka, która na scenie rozbierała się tylko do 
stringów i nie pozwalała nikomu polewać się piwem. Była tancerką, 
a nie tanią wywłoką jak Baśka. 
   

Wacek westchnął i rozejrzał się po barze. Większość dzisiejszej 

klienteli Rodeo stanowili stali bywalcy: znudzeni gówniarze 
z okolicznych wiosek, paru wyżelowanych cwaniaczków z rolniczej 
zawodówki, kilku kierowców. Część z nich, jak Wacek, bywała tu 
jeszcze za starego właściciela, gdy nie było ani porządnego, 
podświetlanego densfloru, ani podestu z go-go, ale chyba nikt nie tęsknił 
za tamtymi czasami. Teraz przynajmniej leciało tu normalne disco, a nie 
jakieś tam kowbojskie smęty, co to ich nikt nie rozumiał, a w miejsce 
dansingująch starych dziadków pojawiły się młode siksy w miniówach, 
które spokojnie mogły uchodzić za szerokie paski. Mało która 
kosztowała więcej niż dwa, trzy drinki. 
   

– Co z tego, skoro nie mam na następne piwo – wybełkotał pod 

nosem Wacek, drapiąc się po łysej głowie. 
   

Powoli zwlókł się z barowego stołka. Dla niepoznaki wziął ze sobą 

pustą butelkę i powoli ruszył pod podest. Baśka powoli już kończyła – 
właśnie zeszła do parteru i na czworaka łasiła się do gościa 
wymachującego plikiem dziesiątek – więc zaraz pod sceną zrobi się 
luźniej i zacznie się dyskoteka. Wacek miał nadzieję, że może trochę się 
poociera, a jak któraś będzie z fagasem, to i nieco się rozerwie. Zawsze 
to lepsze niż powrót do domu i własna ręka, pomyślał. 
   

Potknął się o wystającą klepkę. 

   

Zatoczył się, zamachał rękami, łapiąc równowagę, i niechcący 

uderzył mężczyznę przy barze. Ten odwrócił się błyskawicznie, 
wznosząc zaciśnięte pięści, ale gdy zorientował się, że oberwał przez 
przypadek, chwycił Wacka za ramię i pomógł mu wrócić do pionu. 
   

– Już w porządku, stary – mruknął cichym, niskim głosem. – 

Stoisz prosto? 
   

– Zabieraj łapy! – odparł Wacek i zmrużył oczy, by uważniej 

przyjrzeć się facetowi. 
   

Nie sądził, by widział go tu wcześniej, choć z drugiej strony trudno 

było powiedzieć, bo facet nie wyróżniał się jakoś specjalnie. Był niższy, 
starszy i drobniejszej budowy niż Wacek, miał trzydzieści pięć, może 

background image

czterdzieści lat, czarne, lekko przyprószone siwizną włosy zaczesane do 
tyłu, wydatny, kanciasty podbródek porośnięty dwudniową szczeciną 
i oczy tak ciemne, że w tym świetle prawie czarne. Wyglądał jak jeden 
z tych pozujących na twardzieli wymoczków z gazet dla bab. Wacek 
mógł iść o zakład, że koleś nie ma nawet jednego włosa na klacie czy na 
jajach. 
   

– Może nie pij już dzisiaj więcej, kolego – powiedział jeszcze 

pozer i odwrócił się do swojej szklanki z colą. 
   

– Coś ty, chuju, powiedział? – warknął Wacek. 

   

Był już o pół myśli i jeden ruch od przyjebania facetowi butelką, 

gdy nagle drzwi lokalu się otworzyły i do środka weszła dziewczyna ze 
snów. 
   

W swojej letniej, lekko prześwitującej sukience w kwiaty 

i w leciutkich sandałkach pasowała bardziej do nazwy lokalu niż jego 
klimatu i obecnego wystroju, ale Wacek nie wierzył, żeby trafiła tu 
przypadkiem, zmylona szyldem. To była właśnie zaleta Rodeo – jeżeli 
jakaś dziunia tu wchodziła, znaczyło to, że wiedziała, na co się pisze, 
i można było odpuścić całe to owijanie w bawełnę. A już zwłaszcza 
wtedy, gdy jak ta tutaj, szła pewnie, prostą drogą do najbliższego stolika. 
   

Wacek patrzył jak zahipnotyzowany. Dziewczyna była trochę zbyt 

drobna jak na jego gust, ale, Chrystusie, jakie ona miała nogi, jakie 
cudne sterczące cycki i tyłek w idealną śliweczkę! A do tego krótkie 
włosy, a przecież każdy wie, że jak dziewczyna tak się nosi, to 
w sypialni jest jak dziki zwierzak. 
   

Ich spojrzenia się spotkały. Tylko na moment, ale laska 

uśmiechnęła się lekko i chyba nawet mrugnęła, choć równie dobrze 
mógł to być refleks światła. Ale nawet jeśli, to uśmiech był pewny 
i prawdziwy, więc Wacek postanowił przyatakować. Trudno, najwyżej 
odda dziś Rumunowi zegarek pod zastaw, ale ta dupa warta była drinka 
czy dwóch. Gdzie tam, z takim ciałem, z tymi ustami jakby stworzonymi 
do szybkiego loda w kiblu, była warta nawet trzech. Wacek nie był 
w końcu głupi, wiedział, co to inwestycja. 
   

Ruszył więc w stronę jej stolika, nie spuszczając oczu 

z dziewczyny, ale jednocześnie ostrożnie stawiając stopy, by nie 
powtórzyła się akcja jak z pozerem. Nie chciał zaczynać rozmowy od 

background image

zrobienia z siebie totalnego frajera. 
   

– Hej, mała, to miejsce wolne? – zapytał. 

   

Nie czekając na odpowiedź, odsunął krzesło i usiadł. Wyciągnął 

rękę ponad stołem. 
   

– Wacek jestem. 

   

Dziewczyna pokiwała głową. 

   

– Widzę, że rodzice byli przewidujący – stwierdziła. – Rum z colą. 

   

– Tak się nazywasz? – Wacek wyszczerzył się w głupim uśmiechu, 

który zaraz zgasł, gdy posłała mu znudzone spojrzenie. 
   

– Dobra – mruknął, wstając. – Nigdzie nie idź. 

   

– Nie zamierzam. 

   

Wrócił po chwili, bez zegarka, za to z drinkiem i kuflem piwa. 

Postawił przed nią szklankę i pochyliwszy się nad stołem, spróbował 
jeszcze raz. 
   

– To powiesz mi, jak masz na imię? – zapytał. 

   

Sięgnęła po drinka, pochwyciła ustami słomkę i delikatnie 

pociągnęła. Rurka wypełniła się ciemnym płynem. 
   

– A jak byś chciał, żebym miała, kochaniutki? – odpowiedziała 

pytaniem, również pochylając się do przodu. – I powiedz, wystarcza ci 
trzymanie mnie za kolano? Nie chciałbyś sięgnąć wyżej? 
   

Wacek aż zamrugał z niedowierzania. Czy to w ogóle możliwe, że 

miał dzisiaj aż taki fart? 
   

– Oj, mała – mruknął. – Aż tak jesteś napalona? 

   

– Nie – dziewczyna pociągnęła kolejny łyk przez słomkę – ale to, 

co ci zaraz zrobię, zostawi ci bolesną pamiątkę do końca życia, 
i wolałabym, żebyś kiedyś, myśląc o tym dniu, stwierdził, że mimo 
wszystko było warto. 
   

Było w jej spojrzeniu i uśmiechu coś, co sprawiło, że Wacek się 

zawahał. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, jak mała jest ta ubrana 
w kwiecistą sukieneczkę dziwka po drugiej stronie. Niewiele brakowało, 
by mogła mu robić loda na stojąco. Zamiast zabrać rękę uśmiechnął się 
więc paskudnie. 
   

– Sprawdzam – powiedział i pochyliwszy się bardziej, sięgnął ręką 

dalej. 
   

– Jak chcesz – odparła dziewczyna. 

background image

   

Rzuciła się do tyłu, a potem, ledwie oparcie dotknęło ziemi, 

podkurczyła nogi i obiema stopami z całej siły uderzyła od dołu 
w stolik. 
   

Rozległ się głuchy dźwięk, gdy blat uderzył Wacka w głowę, 

a potem huk i dźwięk tłuczonego szkła, gdy mężczyzna runął na ziemię 
przygnieciony stolikiem. Dziewczyna błyskawicznie poderwała się na 
nogi i postąpiła krok do przodu, niby przypadkiem następując 
mężczyźnie na krocze. Wacek stęknął. 
   

– Kto by pomyślał – powiedziała, przyczesując grzywkę. – Dama 

bije asa. 
   

Zupełnie lekceważąc zdumione spojrzenia ludzi wokół, przestąpiła 

nad wijącym się ciałem i ruszyła w stronę baru. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Barman, poproszę… 

   

Przerwała, bo tuż pod jej nos podjechała szklaneczka wypełniona 

brunatnym płynem, w którym pływały lód i cytryna. 
   

– … jeszcze raz to samo? – zapytał z uśmiechem ten, którego 

Wacek nazwał pozerem. – Tylko mnie za to nie bij. Pomyślałem, że 
bicie idiotów wzmaga pragnienie. 
   

Pokiwała głową i tym razem to ona wyciągnęła rękę. 

   

– Wendy – powiedziała Dzwoneczek. 

   

– Michał. – Uścisnął podaną dłoń. – Też nie stąd. I miałem się 

właśnie zbierać, ale teraz… 
   

– … nie możesz zostawić damy w opresji? 

   

Pokręcił głową. 

   

– Raczej odpuścić widowiska – stwierdził. 

   

Rozejrzał się po sali. Dostrzegł wolny boks i wskazał go ręką, 

w której trzymał szklankę. 
   

– Siądziemy? 

   

– Właściwie to przyjechałam tu potańczyć – odparła 

Dzwoneczek. – Ale widzę, że na to jestem trochę za ciepło ubrana. 
   

Ruchem głowy wskazała na Baśkę leżącą na podeście i wijącą się 

background image

w ekstazie pod strumieniami wylewanego na nią piwa. Michał rozłożył 
ręce w geście bezradności. 
   

– Jedyne, co mogę zrobić, to przeprosić za rodzaj ludzki – 

powiedział z dobrze udawanym żalem. – A także stawiać ci drinki tak 
długo, aż przestanie ci to przeszkadzać. 
   

Dzwoneczek objęła ustami słomkę. 

   

– Uważaj – ostrzegła. – To może poważnie zaszkodzić temu, co 

masz w spodniach. 
   

Widząc, jak bardzo się zmieszał, parsknęła śmiechem. 

   

– Portfel – wyjaśniła. – Mam na myśli twój portfel. Mam 

naprawdę mocną głowę, choć chyba średnio odporną na ten jazgot. 
   

Wyjęła słomkę i resztę drinka dopiła jednym haustem. 

   

– Wyjdziesz ze mną na chwilę? 

   

– Nawet na całą wieczność – odparł, po czym natychmiast się 

skrzywił. – Słabe, nie? Przepraszam, to chyba to miejsce. 
   

– Możliwe. 

   

Skierowała się w stronę wyjścia. Mijając siedzącego w kącie 

Wacka, posłała mu gorącego całusa. 
   

Nie mogła się powstrzymać. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Chłodne wieczorne powietrze było miłą odmianą po mieszaninie 

zapachów, jaką zafundowało jej Rodeo. Stanęła więc nieco z boku, 
objęła się rękami i ze wzrokiem wlepionym w niebo zastanawiała się, co 
jeszcze przyniesie jej ta noc. I gdzie właściwie zostawiła sweterek. 
W środku czy może w taksówce? 
   

Ktoś za jej plecami chrząknął cicho, ale się nie odwróciła. Jeśli 

intuicja jej nie myliła, wiele wskazywało, że to jej dzisiejsza randka. 
Uśmiechnęła się więc tylko i przechyliła lekko głowę. 
   

– Na wypadek, gdybyś znowu chciała zaprezentować światu to 

swoje karate – powiedział Michał – lojalnie ostrzegam, że zamierzam 
położyć na twoich ramionach kurtkę, którą właśnie bohatersko zdjąłem. 
A potem, jeśli nie napotkam oporu, zamierzam cię zupełnie niewinnie 

background image

objąć w pasie. Co ty na to? 
   

Roześmiała się. 

   

– Ja na to, że jeśli musisz pytać, to chyba nie jesteś facetem, 

którego szukam. 
   

– Znaczy masochistą? Wiesz, jak chcesz, to tamten łysy chyba już 

się pozbierał i… 
   

Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. 

   

– Masz samochód? – zapytała. 

   

Przez ułamek sekundy wyglądał na zmieszanego. Jakby zupełnie 

zaskoczyła go tym pytaniem. A kto wie, może nawet przestraszyła? Cóż, 
pomyślała, jeśli tak, to rzeczywiście nie był mężczyzną, którego dziś 
szukała. 
   

Na szczęście zaraz wrażenie prysło, a Michał uśmiechnął się 

i położył ręce na jej ramionach. Delikatnie ją odwrócił, by wskazać 
stojącego pod drzewem szarego sportowego forda capri. 
   

– Zależy, co masz w związku z nim w planach – powiedział. – Ale 

jeśli zamierzasz powiedzieć: „Przystojny nieznajomy, na swym szarym 
rumaku zabierz mnie w dal”, to chętnie służę choćby zaraz. 
   

Zamiast odpowiedzieć, Dzwoneczek wyciągnęła rękę do tyłu, 

a gdy ją pochwycił, pociągnęła go za sobą w stronę samochodu. 
Pozwoliła, by otworzył jej drzwi i wpuścił ją do środka, a potem, gdy 
obchodził samochód, szybko przejrzała się w bocznym lusterku. 
   

– Przystojny nieznajomy – szepnęła, wydymając usta do własnego 

odbicia – na swym szarym rumaku zabierz… 
   

Nagle poczuła potworny ból, który zaczął się od szyi, ale 

w ułamku sekundy rozlał po całym ciele. Targnęła się w spazmie. 
Zdążyła jeszcze dostrzec w szybie odbicie Michała z paralizatorem 
w ręku. Straciła przytomność. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kędzior poderwał się z łóżka zlany potem. Przez chwilę dyszał 

ciężko, a jego oczy o rozszerzonych do granic źrenicach próbowały 
przystosować się do panującego w pomieszczeniu mroku. 

background image

   

To nie był jego pokój. Nie wiedzieć czemu Kędzior znowu obudził 

się w którymś z tych niezamieszkałych albo opuszczonych przez 
jednego z Dzieciaków, który mianowany Chłopcem wyruszył daleko, by 
szukać przygód na własną rękę. 
   

Skąd się tu wziął? Lunatykował czy może Bliźniacy przenieśli go 

tu dla żartu, by się potem głowił? To było w ich stylu, ale chcąc być 
szczerym przed samym sobą, musiał przyznać, że ostatnimi czasy spał 
raczej czujnie. 
   

– Więc jak? – zapytał prężącą się na plakacie ślicznotkę. 

   

Puściła do niego oko i delikatnie poruszyła pośladkami. Miłe, ale 

w żaden sposób nie pomocne. 
   

Kędzior westchnął, zwlókł się z posłania i wyszedł na korytarz. Po 

drodze na górę przyglądał się tańczącym na ścianach cieniom i nie 
przestawał się zastanawiać. Czy to możliwe, że to przez koszmary? 
   

Miał je od kilku nocy, ale tym razem znów śnił o tamtym dniu, gdy 

Piotruś, już w kapitańskim szkarłacie, rozkazał spalić Drzewo. Śniło mu 
się, że znowu uciekali plątaniną korytarzy, potykając się o korzenie, 
kaszląc i krztusząc się dymem. Prowadził ich porzucony cień Pana, ale 
to Dzwoneczek trzymała ich razem, to ona szeptała słowa z książeczki, 
którą w tym świecie o nich napisano. Te, w których wszyscy trafili do 
domu państwa Darling, by żyć szczęśliwie i bez przygód. „Znajdę wam 
wasze szczęśliwe zakończenie, Chłopcy”, mówiła wtedy raz za razem, 
jakby zaklinała rzeczywistość. „Będę waszą mamą i dam wam 
najpiękniejsze zakończenie, jakie zna świat”. 
   

Kędzior przystanął i cicho zapukał do uchylonych drzwi pokoju 

mamy. 
   

– Otwarte – odpowiedział mu z wnętrza Stalówka. 

   

Olbrzym wszedł i rozejrzał się po pokoju nieco zaniepokojony. Nie 

dostrzegł jednak nikogo więcej prócz albinosa półleżącego na 
rozłożonym fotelu z książką w ręku. 
   

– Gdzie mama? – zapytał. 

   

– Nie wróciła jeszcze – odparł Stalówka. – A co, koszmary? 

   

Kędzior skinął głową, przeszedł przez pokój i walnął się na stos 

materaców. 
   

– Nie będzie ci przeszkadzało? 

background image

   

– Nic a nic. – Stalówka pokazał mu trzymaną w ręku książkę 

założoną palcem wskazującym mniej więcej w połowie. – Też nie mogę 
spać. Śnią mi się… różne rzeczy… Wspomnienia i… – Machnął ręką. – 
Śpij, obudzę cię, jak wróci, dobrze? 
   

– Jasne. – Kędzior wepchnął pod głowę zrolowany koc. – Dzięki, 

Stalówka, jesteś najlepszy! 
   

– Się wie – odparł albinos i wrócił do czytania. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Obudził ją chłód i szczękanie własnych zębów. Świadomość 

wracała do niej powoli, przynosząc najpierw przeszywający ból, 
a dopiero potem jedno po drugim wspomnienia, jak się tu znalazła. Bar, 
samochód, taser, a teraz to zimne, wilgotne miejsce, najpewniej piwnica 
Michała czy jak mu tam było naprawdę. Nie miała pojęcia, jak długo tu 
jest. 
   

Zgodnie z oczekiwaniami otworzenie oczu niewiele dało, 

dostrzegła tylko zarys schodów i wąski pasek światła w szczelinie pod 
drzwiami. Oprócz tego czerń. Ciemność, w której równie dobrze mogła 
kryć się ceglana ściana, jak i ciągnąca się w nieskończoność pustka. 
   

Dzwoneczek zaklęła pod nosem, a potem delikatnie, najostrożniej 

jak tylko potrafiła, podniosła się na klęczki. Spróbowała wstać, ale nogi 
odmówiły jej posłuszeństwa, więc usiadła tylko, zdjęła z nóg sandały 
i odrętwiałymi dłońmi zaczęła masować jeszcze bardziej odrętwiałe 
stopy. Jednocześnie myślała intensywnie nad swoim aktualnym 
położeniem. 
   

Przede wszystkim, co mogła stwierdzić z pewnością, nie została 

zgwałcona. Właściwie nie miała też żadnych obrażeń, jeśli nie liczyć 
oparzenia na szyi i zapewne paru siniaków tu i ówdzie. Nie była też 
specjalnie zmęczona, a głód i pragnienie nie dawały się jej jeszcze we 
znaki. Tu jednak kończyły się pozytywy, a zaczynała ta przeklęta 
piwnica należąca do człowieka, z którym w zasadzie nie wiązał 
Dzwoneczka żaden trop. Bo o ile mogła jeszcze zakładać, że ktoś 
w Rodeo byłby w stanie ją skojarzyć – czy to za sprawą stroju, czy też 

background image

nauczki, jakiej udzieliła tamtemu palantowi – to na pewno nikt nie 
zwrócił uwagi na zwykłego, niewyróżniającego się niczym faceta, 
z którym wyszła. A już z pewnością nikt nie mógł wiedzieć, czym 
i dokąd odjechali. 
   

– Wygląda na to, dziwko, że jesteś zdana tylko i wyłącznie na 

siebie – mruknęła pod nosem. 
   

Jakby w odpowiedzi coś przy ścianie zachrobotało, a potem rozległ 

się cichy, stłumiony dźwięk. 
   

Szczury, pomyślała Dzwoneczek. Oczyma wyobraźni natychmiast 

zobaczyła stwory podobne do tych z opowiadania Stephena Kinga, 
czerwonookie mutanty, niekiedy niemal całkowicie wyliniałe, za to 
rozmiarami przywodzące na myśl kota czy nawet szczeniaka. A może po 
prostu obrzydliwe szczury ze Skrótu? 
   

Zaraz jednak zdała sobie sprawę, że dźwięk nie brzmiał jak 

popiskiwanie gryzonia. Brzmiał raczej jak głos gruźlika w ostatnim 
stadium choroby. Ciąg nieregularnych oddechów i świstów, w którym 
najbliżsi w niewyjaśniony sposób słyszeli słowa. 
   

Dzwoneczek pochyliła się, przykładając ucho najpierw do 

wymacanej ściany, a potem schodząc coraz niżej, aż wreszcie położyła 
się i nasłuchiwała w miejscu, z którego, jak się jej zdawało, dochodził 
dźwięk. Najwyraźniej jednak to, co go wydawało, właśnie postanowiło 
umilknąć, bo w piwnicy znów zapanowała niemal całkowita cisza. 
   

– Halo – szepnęła Dzwoneczek bez większej nadziei. – Halo, czy 

jest tam ktoś? 
   

Znowu rozległo się ciche chrobotanie, a potem ledwie słyszalny 

kobiecy głos. 
   

– Nie mogę umrzeć – mówiła. – Mój synek… mój Kubuś… na 

mnie czeka. 
   

Dzwoneczek zmarszczyła brwi. Synek? Kubuś? To przecież 

pasowało do historii, którą nie tak dawno opowiedział jej Kędzior, tej 
o samotnym chłopcu w domu pełnym elektroniki. Czyżby więc właśnie 
rozwiązała się zagadka? Ale chłopiec czekał podobno na oboje 
rodziców… 
   

Przesunęła się po mokrej podłodze i jeszcze mocniej docisnęła 

głowę do ściany. Ustami niemal dotykała punktu, gdzie ściana stykała 

background image

się z podłożem. 
   

– Kubuś ma się dobrze, widziałam go – szepnęła. – Ciągle pyta 

o ciebie i twojego męża. 
   

Dźwięk, który dobiegł zza ściany, przypominał chrząkanie. 

Dzwoneczek domyśliła się, że kobieta płacze. 
   

– Nie martw się, wyjdziemy stąd – spróbowała ją pocieszyć. – Coś 

wymyślę, żeby ułożyć nam szczęśliwe zakończenie. 
   

– Och, nawet nie wiesz, jak bardzo jestem go ciekaw – rozległo się 

od strony drzwi. 
   

Głośny, bezbarwny, teatralny szept. 

   

Dzwoneczek natychmiast poderwała się z ziemi. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Stalówka zakończył połączenie i popatrzył na pozostałych. 

   

– No, to już pewne – stwierdził. – Kostnice, posterunki, szpitale 

i wszystkie znane nam bary odpadają. Przynajmniej w okolicy, choć 
z drugiej strony, jeśli zabrała proszek, to po takim czasie może być 
wszędzie. Nawet w pierdolonej Azji. 
   

Bracia pokiwali głowami. Od kilku godzin siedzieli w komplecie 

w sali makietowej: on, Kruszyna, Kędzior, Milczek i Bliźniacy. 
Dzieciaki, do których też zdążyła już dojść wieść o tym, że mama nie 
wróciła ani na noc, ani przez prawie cały następny dzień, siedziały albo 
na korytarzu, albo na podwórzu, grzejąc i szykując bable. Każdy z nich 
miał nadzieję, że to na misję ratunkową, ale druga opcja wielu już 
huczała w głowach. Wszyscy bowiem wiedzieli, że tak czy siak 
kolumna wyruszy dziś w nocy. 
   

– Ty, a czym ona właściwie pojechała – zapytał nagle Drugi. – Bo 

skoro motor stoi, samochód stoi… 
   

– … to zostaje tylko taksówka – dopowiedział Pierwszy. 

   

Niepotrzebnie. Stalówka był już w trakcie wyszukiwania numeru. 

Odczekał sygnał, potem drugi, wreszcie zgłosiła się dyspozytorka. 
   

– Dobry wieczór. Chciałem zapytać, czy ktoś zamawiał wczoraj 

u państwa kurs ze starego lunaparku… Tak, wie pani, moja dziewczyna 

background image

jechała stąd wczoraj taksówką i gdzieś zgubiła pamiątkowy kolczyk, 
a bardzo jej zależy i… No właśnie nie pamięta, z jakiego numeru 
zamawiała, a nie zapytam jej teraz, bo leży w drugim pokoju i wyje 
w poduszkę… Tak, oczywiście poczekam. 
   

Popatrzył po Chłopcach i wzruszył ramionami. 

   

– No co miałem powiedzieć? – zapytał. 

   

Milczek zamigał coś w odpowiedzi, ale Stalówka tylko postukał 

się w czoło. 
   

– Tak, prawdę. Zaginęła wróżka Dzwoneczek i szukają jej 

Zaginieni Chłopcy, będę wdzięczny za każdą… – Przerwał i szybko 
zmienił ton. – Tak?… O, to fantastycznie. Tak, zgadza się, kurs spod 
lunaparku do klubu Rodeo, tak, letnia sukienka w kwiaty i krótkie 
włosy, to ona. Dziękuję. 
   

Rozłączył się i wepchnął telefon do kieszeni. 

   

– Odpalać maszyny, ruszamy. 

   

Wszyscy zerwali się z krzeseł i rzucili ku wyjściu. Tylko Milczek 

odwrócił się w progu, uniósł brwi i zamigał pytanie. 
   

– Tak, Milczek, poważnie. Sukienka w kwiaty – odparł Stalówka 

i westchnął. – Nie pytaj. 
   

Kilka minut później kolumna złożona z blisko dwudziestu 

motocykli ruszyła w trasę. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Kim jesteś? – zapytała Dzwoneczek. 

   

Skupiła wzrok na wąskiej szczelinie pod drzwiami. Ktokolwiek to 

był, musiał z nią tutaj siedzieć przez cały czas, bo przecież nikt do 
piwnicy nie wchodził, nie wpadł ani jeden przypadkowy promyczek, nie 
rozległo się choćby najcichsze skrzypnięcie za wyjątkiem chrobotu zza 
ściany. Cichej, monotonnej litanii do małego Kubusia… 
   

A mimo wszystko nieznajomy tu był, bo głos rozległ się z tej 

strony drzwi, ze szczytu trzech, może czterech piwnicznych schodków. 
Czyli dokładnie z miejsca, w które teraz patrzyła, próbując wzrokiem 
przebić mrok. 

background image

   

– Michale, jeśli to ty, mam dla ciebie propozycję – powiedziała. 

   

Wstawała powoli. Liczyła na to, że jej głos zagłuszy w razie czego 

trzaśnięcie kolan, i miała szczerą nadzieję, że jej oprawca nie naoglądał 
się za dużo Milczenia owiec i nie gapi się na nią przez noktowizor. 
Wtedy cały plan był na nic i mogła się w każdej chwili nastawiać na 
nową porcję bólu. 
   

– Jestem twardą dziewczyną, która lubi czasem na ostro, więc 

przyjmijmy, że to była taka właśnie gra wstępna – mówiła dalej, 
jednocześnie się prostując. 
   

Miała nadzieję, że stawy kolanowe nie zastrajkują, gdy skoczy. 

I że nie nadzieje się prosto na jego taser albo spluwę. 
   

– Ale teraz przeskoczmy klasycznie na kajdanki i nazywanie cię 

moim panem, a potem… 
   

Skoczyła, mierząc w wąską szczelinę pod drzwiami i rozkładając 

ręce jak najszerzej, żeby, nawet gdy nie trafi, chociaż o niego zahaczyć, 
upewnić się, gdzie skurwiel jest. Zmuszone do wysiłku kolana zapiekły 
żywym ogniem, ale nie zważała teraz na to, skupiona tylko i wyłącznie 
na jednym. Jeśli tam jest… 
   

Nie było go. Z całej siły walnęła barkiem o schodek numer trzy. 

Syknęła z bólu i przetoczyła się na bok, spadając na mokrą ziemię. 
Chlupnęło i niemal natychmiast rozległ się śmiech. Dziwny, bo 
bezbarwny, jakby szeptany, a jednocześnie dudniący jak z wnętrza 
studni. A potem znowu ten głos. 
   

– Och, Dzwoneczku, moja piękna – powiedział. – Zrobiłaś się 

niezdarna jak Piotruś, gdy próbował mnie złapać w domu Darlingów. Ta 
ludzka powłoka zupełnie ci nie służy. Choć przyznać trzeba, ciałko 
pierwsza klasa. 
   

– Cień? – Dzwoneczek przetoczyła się po mokrej ziemi i z trudem 

usiadła. – Ty… Ty mówisz? 
   

– Jak słyszysz – odpowiedział głos. – Brzmi to raczej, jakbym nie 

miał tchawicy, ale… Ale w sumie rzeczywiście jej nie mam, więc może 
i dobrze. Trochę się musiałem usamodzielnić, odkąd twój kochany 
Piotruś mnie odciął, więc proszę bardzo, oto… A nie, zapomniałem, że 
mnie nie widzisz. Swoją drogą, nie chcę ci nic mówić, ale chyba się 
posikałaś, złociutka. 

background image

   

Dzwoneczek nie zwróciła na to uwagi. Ostrożnie podciągnęła nogi 

pod brodę i objęła kolana rękami. 
   

– Jak mnie znalazłeś? – zapytała. 

   

– Ponieważ nie widzisz mojej mowy ciała, to znaczy cienia, 

informuję, że właśnie wzruszyłem ramionami – odparł Cień. – A miało 
to znaczyć mniej więcej tyle, że nigdy was tak naprawdę nie zgubiłem. 
Czekałem tylko na odpowiednią okazję. 
   

– Okazję? – zdziwiła się Dzwoneczek. 

   

– Kiwam głową. Okazję, jak ta z panem 

„Porywam-i-gwałcę-bo-mam-problem-z-budowaniem-relacji”. Taką, 
kiedy będę mógł powiedzieć wszystko, co chcę, a ty nie każesz mi 
spierdalać po pierwszym zdaniu. Bo to, co zamierzam… 
   

Gdzieś w oddali rozległ się dźwięk otwieranego zamka, a później 

ciężkie kroki. 
   

– Krzycz, Dzwoneczku – szepnął Cień. – Nie daj po sobie poznać, 

że masz w tym pokoju waleta. 
   

Więc krzyknęła. Wyrzuciła z siebie największą porcję bluzgów, 

jaką tylko była w stanie, umiejętnie doprawiając ją błaganiem i goryczką 
bezsilności. Klęła i obiecywała na przemian, jednocześnie spinając się 
w sobie na wypadek, gdyby drzwi miały się nagle otworzyć. Bo Cień 
Cieniem, ale nie mogła przecież marnować okazji. 
   

Zaraz zdała sobie jednak sprawę, że to nie do niej wybrał się jej 

oprawca. Zamek zazgrzytał w drzwiach obok. Kobieta, która nie tak 
dawno ledwie szeptała, wrzasnęła po chwili tak strasznie, tak 
przeraźliwie, że Dzwoneczka aż przeszedł dreszcz. A potem coś 
trzasnęło i dźwięk urwał się w jednej chwili. Znów rozległy się ciężkie 
kroki, ale nikt już nie ryglował drzwi na dole. W końcu szczęknął 
w oddali zamek górnych drzwi i zapadła cisza. 
   

– Kurwa – szepnęła Dzwoneczek. 

   

– No, krzynkę przesrane – zgodził się Cień Piotrusia. 

   

  

   

* * * 

 
   

  

   

„Jak jebniesz z konia, właź na niego z powrotem, zanim się 

background image

przestraszysz i chuj z ciebie będzie”, zwykł mawiać kiedyś ojciec 
Wacka. Choć miał na myśli dosłowne włażenie na konia, to jednak biła 
z tych słów jakaś uniwersalna mądrość. Tak, Wacek wiedział, co 
znaczyło słowo „uniwersalny” – zobaczył je kiedyś po pijaku na oleju 
i sprawdził potem w internecie. 
   

Tak czy owak, Wacek wiedział, że wczoraj zjebał, narobił sobie 

wstydu i w ogóle, ale przecież z powodu jednej dupy nie miał zamiaru 
rezygnować z miejscówki, jaką było Rodeo. Dlatego tego wieczoru był 
tu znowu, zapożyczony na pięć stów u jebanego szwagra, niech mu się 
chwaści, w świeżo wypranych ciuchach, ale za to z jednodniowym 
zarostem. Zajął stolik niemal przy samym podeście i rozmienił stówkę 
na dychacze, żeby w razie czego mieć co wcisnąć której w rowek. 
   

I pewnie, ludzie gadali i trochę się gapili, ale wcale nie tak długo, 

jak można się było spodziewać, zwłaszcza gdy Wacek postawił 
chłopakom parę piwek i przymacał na szybko ze dwie dziunie. Słowem, 
nie tylko wsiadł z powrotem na tę pierdoloną kobyłę, on ją ujeździł 
i robił wolta, wolto… no, sztuczki. 
   

Rozejrzał się. Powoli dochodziła dziesiąta, a to znaczyło, że lada 

chwila któraś wyskoczy na scenę. Wcześniej Wackowi mignęła gdzieś 
Anka, więc całkiem możliwe, że jednak ona, co byłoby naprawdę super. 
Kto wie, może nawet poświęciłby tak ze dwie stówki i sprawdził, gdzie 
kończy się jej bycie damą? 
   

Rozważania przerwał mu nagły hałas na zewnątrz, brzmiący jak 

ryk startującego samolotu. Trwał przez chwilę, skutecznie zagłuszając 
muzykę w lokalu, a potem nagle ucichł. Minutę później do lokalu 
wtoczyli się harleyowcy. 
   

Było ich w cholerę. W większości dzieciaki, ale kilku na przedzie 

mogło mieć pod trzydziestkę. Ci wyglądali naprawdę groźnie, zwłaszcza 
rudy olbrzym i grubas z irokezem. No i łysy, który był tak blady i chudy, 
że wyglądał jak pieprzony wampir. 
   

To właśnie on podszedł do baru, zagadał coś do stojącego dziś za 

kontuarem Majkela. Poczekał, aż tamten wyciszy muzykę, po czym 
wspiął się na blat i powiódł wzrokiem po sali. 
   

– Szukamy dziewczyny! – zawołał. – Dwadzieścia parę lat, 

krótkie, rude włosy, była tu wczoraj, ubrana w letnią sukienkę w kwiaty. 

background image

Widział ją kto… 
   

Nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie, zupełnie jak na tych 

głupich komediach w telewizji, wszyscy nagle spojrzeli w stronę 
struchlałego Wacka. 
   

– Dziękuję. – Łysy się uśmiechnął. 

   

Skinął głową olbrzymiemu, brodatemu rudzielcowi, a ten ruszył 

w stronę sceny, już po drodze dobywając ogromnego noża. 
   

– Cześć, nazywam się Kędzior – powiedział, siadając przy stoliku 

Wacka i wbijając nóż w stolik tak, że sterczał między nimi jak świecznik 
podczas kolacji dla dwojga. – A ty chyba poznałeś wczoraj moją mamę. 
   

Wacek zmrużył oczy i podrapał się po potylicy. Czy na pewno 

usłyszał, co usłyszał? Nie dziewczynę, nie dupę, tylko… mamę? Zaraz 
jednak przypomniał sobie, że tacy jak Rudy mówią czasem na swoje 
kobiety „mamuśka”, więc pokiwał energicznie głową. 
   

– Ja… Ja nie wiedziałem, że… Nie miałem pojęcia, że jest z tobą – 

wydusił. 
   

Olbrzym roześmiał się, odchylając głowę do tyłu. 

   

– Stary, jak mogłeś wiedzieć, skoro wczoraj mnie nie znałeś? – 

zapytał. 
   

Nagle pochylił się do przodu, kładąc dłoń na rękojeści noża 

i marszcząc gniewnie czoło. Wyszczerzył też zęby tak, że z tą brodą 
i włosami wyglądał jak jebany wilkołak. 
   

– Ale nie mamy czasu na śmichy-chichy. Chuj mnie obchodzi, co 

sobie myślałeś, a nawet czy była na tyle pijana, że udało ci się coś ugrać. 
Chcę tylko wiedzieć, gdzie teraz jest. 
   

– Nie wiem – sapnął Wacek. 

   

Kątem oka dostrzegł, że do stolika zbliżają się kolejni kolesie 

ubrani w skóry. Dwaj bliźniacy, obcięty po żołniersku blondyn, grubas 
z irokezem. Wiedział, że jeśli zaraz im czegoś nie da, spuszczą mu taki 
wpierdol, że wczorajszy dzień będzie wspominał jak najsłodszą 
pieszczotę. Przesunął się więc lekko, ręce wyciągnął przed siebie 
w obronnym geście i powiedział: 
   

– Mnie nie wyszło, ale znalazła sobie zaraz takiego faceta, trochę 

w waszym stylu, ale pozer. Ciemne włosy, jednodniowy zarost, nieźle 
zbudowany. Nietutejszy, pierwszy raz gościa widziałem. Wyszli razem 

background image

jakoś tak po występie i już nie wrócili. To mogła być, nie wiem, 
jedenasta? 
   

Rudy przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, wciąż szczerząc 

zębiska, aż w końcu wyszarpnął nóż z blatu i schował do pochwy na 
udzie. 
   

– Widzisz? – mruknął. – Nie było tak trudno. 

   

A potem ryknął na cały głos: 

   

– Kto tu jeszcze był wczoraj? 

   

Zgłosiło się sporo osób, więc zaraz do każdego ze stolików dosiadł 

się Chłopiec albo Dzieciak i zaczęli przesłuchanie. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

– Pomożesz mi? – zapytała Dzwoneczek, przerywając trwające 

milczenie. 
   

– Wzruszam ramionami – odparł Cień. – Nie wiem, czy umiem. 

Znaleźć cię to jedno, ale zrobić coś… 
   

– Mógłbyś powiadomić Chłopców – zasugerowała. – Powiedzieć 

im, gdzie jestem, sprowadzić tutaj. 
   

– Wzruszam ramionami jeszcze raz, trochę zażenowany, że 

wchodzi mi to w nawyk. Poza tym już od dawna chciałem porozmawiać 
z tobą sam na sam i Chłopcy tylko by przeszkadzali. Wiesz, kocham ich 
jak samego siebie, ale to dzieci. Nie nadają się do poważnych rozmów. 
   

Dzwoneczek westchnęła. No tak, Cień Piotrusia nigdy bardzo się 

od niego samego nie różnił, więc niby dlaczego teraz miałby przestać? 
Wiedziała, że jest tylko jeden sposób, by przejść do jej problemu. 
Wysłuchać, co Cień ma do powiedzenia. 
   

– Słucham zatem – mruknęła. – Byle szybko. 

   

– Naprawdę szybko? Proszę bardzo. 

Piotruśzeswojąpirackązałogąpopłynęlinakoniecświatai… 
   

– No dobra, trochę wolniej – przerwała Dzwoneczek. 

   

– Chichoczę rozbawiony – odparł Cień. 

   

– Wiesz, że to akurat mogłeś załatwić dźwiękiem, bez tej 

autonarracji? 

background image

   

– Kręcę głową. Ja chichoczę całym ciałem. 

   

– Wzdycham, kurwa – sapnęła Dzwoneczek. – Słucham dalej, 

choć nie wiem, dlaczego ma mnie obchodzić ten mały skurwiel i jego 
chrzaniony stateczek? 
   

Ostatnie słowa powiedziała, odruchowo odwracając głowę 

i wtulając ją w przedramię, by nie dało się dojrzeć łez. Była dumna, że 
udało jej się opanować drżenie głosu. 
   

Przez chwilę w piwnicy panowała cisza. 

   

– Wcale nie musi – przemówił w końcu Cień. – Ale powinno cię 

interesować, że nie uciekliście dość daleko, bo on zna już drogę nie 
tylko do Anglii. Czasy, gdy mógł pojawiać się tylko w jednym miejscu, 
w mieście zerowego południka, minęły. Teraz, gdy obudził śpiące pod 
oceanem przedwieczne zło… 
   

– Przedwieczne zło?! Pod oceanem?! – parsknęła Dzwoneczek. – 

Cieniu, zapominasz chyba, z kim rozmawiasz! To ja wymyśliłam 
Piotrusiowi i Chłopcom zabawę „Przeczytaj książkę i baw się 
w bohaterów”, żeby zaczęli więcej czytać. Nie wciskaj mi tu więc 
pierdolonego Lovecrafta i zostańmy przy naszej bajce! 
   

– Przykładam palec do ust, by cię uciszyć – szepnął Cień. – Nie 

uratuję cię, jeśli ten z góry przyjdzie tu przed końcem opowieści, 
rozumiesz? I nie wiem, co to Lovecraft, ale wiem, że jeśli szybko czegoś 
nie zrobimy, on przyjdzie. Odmieniony przez to, co odkrył, i potężny jak 
nikt nigdy. 
   

Nagle Dzwoneczek poczuła widmowy uścisk na obu ramionach, 

a na twarzy opar, jakby wdychała parę wodną. W jej głowie pojawiły się 
naraz obrazy, tysiące obrazów. Wszystkie były przerażające, a na wielu 
z nich była ona i Chłopcy. Martwi. 
   

– Jesteśmy teraz jego wrogami, wróżko – szeptał Cień z wyraźnym 

przejęciem. – Jak kiedyś Hak, tak teraz, gdy role się odwróciły, my. 
I znajdzie nas, wytropi, chyba że odetniemy mu drogę. 
   

– Jak? – zapytała Dzwoneczek. 

   

Wtedy Cień szepnął jej wprost do ucha: „Wiesz jak”. A może to 

była jej własna myśl? 
   

– Jeśli kochasz Chłopców i chcesz żyć, nie pozwolisz zawitać tu 

Piotrusiowi nigdy więcej. A to – Cień włożył jej coś do otwartej dłoni 

background image

i zacisnął ją w pięść – to będzie twój ostatni całus w życiu. 
   

Dzwoneczek poderwała się z miejsca. 

   

– Czekaj! – zawołała, ale wiedziała już, że na próżno. 

   

Cień odszedł, a w piwnicy natychmiast zrobiło się chłodniej. 

   

Ostrożnie otworzyła dłoń. Tak jak się spodziewała, trzymała 

w ręce naparstek, a w nim połyskujący, świecący pyłek. Przesypała go 
ostrożnie do drugiej ręki, a naparstek położyła na ziemi i przygniotła 
sandałem, aż udało jej się go zgnieść na blaszkę. Potem starannie, wciąż 
jedną ręką, naostrzyła naparstek o kamień. Wreszcie z proszku usypała 
na ziemi symbol przejścia, nacięła sobie dłoń i upuściła na znak kilka 
kropel krwi. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Kędzior podszedł do Stalówki i z rezygnacją pokręcił głową. 

   

– Niewiele tego jest, stary – powiedział. – Opis faceta zgadza się 

u wszystkich, ale nikt go tu nie zna, nikt wcześniej nie widział, nie 
wiedzą, czym przyjechał. Zawęziliśmy pole do dwóch ciężarówek, 
škody fabii, jakiegoś sportowego starego forda i dużego fiata 
przerobionego na kombi, ale nie mamy numeru żadnego z tych 
samochodów, więc… 
   

Przerwał i lekko się zatoczył, zdążył jednak oprzeć się o stolik 

i dzięki temu nie upadł. Kątem oka dostrzegł, że pod Stalówką też ugięły 
się kolana. W dodatku albinos zamigotał niczym hologram ze starego 
filmu science fiction. 
   

– Oho – uśmiechnął się olbrzym – czyżby zguba się znalazła? 

   

– Tak – zgodził się Stalówka. – I wygląda na to, że próbuje 

ściągnąć nas do siebie, ale jest za słaba, żeby… 
   

Nie dokończył, bo nagle wokół niego rozbłysnęło światło. 

Następnie Stalówka zniknął, a wraz z nim reszta Chłopców. 
   

  

   

* * * 

 
   

  

background image

   

Michał odciął nożem ostatnią skórkę chleba i przyjrzał się 

krytycznie zrobionym przez siebie kanapkom. Nie prezentowały się 
najlepiej – chleb trochę się rozłaził i masła dał stanowczo za dużo – ale 
to w sumie nie był aż tak wielki problem, prawda? W końcu ich nie 
zobaczy, a w dodatku… będzie głodna. Tak, to dawało mu ze dwa 
punkty do przodu. 
   

A potrzebował tych punktów, wiedział o tym. Jeszcze za dawnych 

czasów, kiedy robił to sam z siebie, porywał dziewczyny nie dlatego, że 
mówiły mu to jakieś głosy, ale ponieważ miał taki kaprys. Wymyślił 
grę. Miała bardzo proste zasady, ale jednocześnie była diablo wręcz 
trudna. Zrób dziewczynie krzywdę, przeraź ją i zraź do siebie, a potem 
krok po kroku nadrób stracone punkty bez jej wypuszczania. Dostanie 
sztokholma i rzuci się, by cię objąć? Wygrałeś. Zwariuje i podgryzie 
sobie nadgarstki? Minus dwadzieścia punktów. 
   

Michał wziął talerz i ruszył w stronę obitych blachą drzwi do 

piwnicy. Musiał przyznać przed samym sobą, że choć to była jego gra 
i trenował ją kiedyś przez prawie dziesięć lat, nie był w nią za dobry. 
Trzysta sześćdziesiąt punktów w plecy i żadnego zwycięstwa, a potem 
trwająca całe trzy lata, pełna goryczy emerytura, kiedy doszedł do 
wniosku, że robi się coraz niebezpieczniej i musi odpuścić, jeśli nie chce 
złapać poważnej kontuzji. 
   

– Ale ci, co mają zadatki na mistrzów, zawsze wracają – 

powiedział, zstępując na pierwszy z piwnicznych schodków. 
   

Te słowa powiedział mu głos, gdy zrodził się w jego głowie. 

   

– Nie ma przegranych, dopóki piłka w grze. 

   

Pamiętał, jak bardzo wziął to sobie do serca. Jak zaczął 

remontować piwnicę starego domu, a potem trenował, zapuszczając się 
gdzieś daleko w Polskę i wyłapując pijane zawodniczki spod barów. 
Wszystko po to, by stoczyć zwycięską walkę. Potrzebował tylko 
jednego, jedynego zwycięstwa i dla niego był gotów nawet zastosować 
sztuczki podpowiadane mu przez głos. Przez mrocznego pasażera, który 
tak dobrze go rozumiał. I który podpowiedział mu, że ta dziewczyna 
w sukience w kwiaty jest dość silna, by się nie złamać… 
   

Powoli doszedł do ostatniego schodka i położył talerz na podłodze. 

Dopiero wtedy jedną dłonią złapał uchwyt stalowej sztaby, a drugą 

background image

wydobył z kieszeni taser i sprawdził, czy działa. Oczywiście działał. 
Gdy podążasz ścieżką wszechświata, on nie staje ci na drodze. 
   

Szarpnął za sztabę i… natychmiast poleciał do tyłu, uderzając 

plecami o przeciwległą ścianę. W progu stanął potężny grubas 
w skórzanej kurtce i koszulce z E.T. 
   

– Niespodzianka – mruknął i postąpił krok do przodu. 

   

Michał, choć w szoku, zareagował błyskawicznie. Przetoczył się 

na bok, poderwał na nogi i wycelował w grubasa paralizatorem, ale 
niemal w tym samym momencie rozległ się świst i taser dosłownie 
eksplodował w jego ręce. Zza grubasa wyłonili się dwaj niemal 
identyczni faceci. Jeden z nich trzymał w ręku procę, a drugi nóż. 
   

– Chodźcie, chłopaki! – zawołał ten z nożem. – Podpiszemy mu 

się na niby-gipsie, co? 
   

  

   

* * * 

 
   

  

   

Dzwoneczek owinięta w kurtkę Kędziora bez satysfakcji 

przysłuchiwała się wrzaskom Michała dochodzącym z korytarza. Sądząc 
po tym, jak głośno się darł i jak bardzo śmiali się Bliźniacy, jej oprawca 
musiał straszliwie cierpieć, zapewne niewspółmiernie do tego, co jej 
zrobił. Choć jeśli wziąć pod uwagę jej sąsiadkę i kto wie ile kobiet przed 
nimi… 
   

– Pamiętasz, Kędzior, tego chłopca, o którym mi opowiadałeś? 

Tego, co mieszka sam, bez rodziców i ciągle na nich czeka? 
   

Olbrzym pokiwał głową. 

   

– Jego matka była w celi obok – powiedziała Dzwoneczek. – 

Teraz, jak sądzę, oboje już nie żyją, więc napoimy małego łzami 
i weźmiemy go do siebie. 
   

– Jasne, mamo. To dobry dzieciak i całkiem łebski. Przyda się. 

   

– Dobra, zabierzcie mnie teraz do domu, bo muszę wziąć kąpiel 

i trochę się wyspać. Jutro czeka nas bardzo poważna rozmowa, a potem 
równie poważne zmiany. 
   

Siedzący na schodku Stalówka zaciągnął się papierosem. Żar 

rozjaśnił jego czerwone oczy, nadając im demoniczny wygląd. 

background image

   

– Masz na myśli całkowity zakaz takich durnych wypadów jak 

ten? 
   

– Nie. 

   

Dzwoneczek pokręciła głową. Ścisnęła trzymany w dłoni 

zgnieciony naparstek. 
   

– Mam na myśli całkowity zakaz używania Skrótu, proszku czy 

jakichkolwiek innych magicznych ułatwiaczy. Najwyższa pora 
dorosnąć, Chłopcy. 
   

Wstała i powoli, podtrzymywana z jednej strony przez Kędziora, 

a z drugiej przez Milczka, ruszyła do wyjścia. 
   
 

background image

  Epilog 

 
 

background image

   

Kubuś poderwał się z łóżka zbudzony głośnym rykiem motocykli. 

Musiały parkować po drugiej stronie ulicy, bo ich reflektory 
rozświetlały teraz niemal cały jego pokój, wydłużając cienie na ścianach 
i topiąc wszystko w niezwykłej, biało-niebieskiej poświacie jak 
z filmów o UFO. 
   

  

   

– Mamo! – krzyknął chłopczyk, sięgając po leżącego na stoliku 

pilota. – Mamo! Jesteś tam? 
   

– Nic się nie bój, synku – odpowiedziała mu mama. – To tylko zły 

sen. 
   

Zły sen, akurat, pomyślał chłopczyk i już, już miał wstać 

i powędrować do sypialni rodziców, gdy nagle zauważył przymocowaną 
do poręczy łóżka małą, obwiązaną kokardą buteleczkę. Na przypiętej do 
niej karteczce widniał napis: 
   

  

   

WYPIJ MNIE 

 

   

 

 

 
   

A ponieważ Kubuś znał ten charakter pisma, znał go bardzo 

dobrze, sięgnął po buteleczkę, otworzył ją i wypił do dna. 
   
 

background image

   

   

   
 

background image

   

Dzwoneczek 

 

   

   

 

background image

   

Pierwszy 

 

   

   

 

background image

   

Drugi 

 

   

   

   
 

background image

   

Kruszyna 

 

   

   

 

background image

   

Stalówka 

 

   

   

   
 

background image

   

Milczek 

 

   

   

 

background image

   

Kedzior 

 

   

   

   
 

background image

  Posłowie 

 
   

To była moja ulubiona bajka z dzieciństwa. Co prawda, nie 

poznałem jej od razu w wersji Barriego, tylko z nagranej na płycie, 
pełnej piosenek Bajki-Grajki, a potem z animowanej wersji Disneya, ale 
szaleństwa wiecznego chłopca, jego nieustanne potyczki z piratami, 
tańce wśród Indian i pływanie z syrenami bawiły mnie tak bardzo, że 
swego czasu był to jedyny sposób, by zagonić mnie do łóżka. 
   

„Idź spać, to ci włączę płytę”, mówiła mama. A ja szedłem, 

a potem leżałem w łóżku, śpiewałem piosenkę o strasznym szponie 
Haka i o tym, jak to Zagubieni Chłopcy się zatrują, bo dostaną zbyt 
świeże, jeszcze ciepłe ciasto. A potem, zasypiając, śniłem o… Dobra, 
koloryzuję. Rzadko pamiętam swoje sny. 
   

W każdym razie uwielbiałem opowieść o Piotrusiu i chłonąłem 

wszystko, co mogłem dorwać na jego temat, każdą głupią książeczkę dla 
maluchów, każdą ekranizację. W wieku lat dwunastu dowiedziałem się, 
co to jest „syndrom Piotrusia Pana” i już wtedy zrozumiałem, że ja to 
chcę. Na gwiazdkę, ładnie zapakowane. Z zielonym kapelusikiem 
w bonusie. 
   

  

   

A potem, nie wiedzieć czemu, zrobiłem sobie przerwę. Może 

przesyt, może nie zostało już w temacie nic do czytania i oglądania? 
Trudno powiedzieć. Ważne jest jednak to, że gdy wróciłem do 
książeczki Barriego tuż po seansie filmu Marzyciel, byłem już po 
lekturze Władcy much Goldinga – również opowieści o chłopcach na 
wyspie, o potyczkach, przygodach i grze wyobraźni. Ale jakże innej. 
   

I przypomniało mi się, co kiedyś opowiadał mi tata, jak to 

pewnego dnia wybrał się do kina na dwa filmy, jeden po drugim. 
Pierwszym było uskrzydlające, ładujące akumulatory Wejście smoka. Po 
obejrzeniu go każdy był niepokonanym mistrzem. Drugim było Karate 
po polsku
, w którym mistrz sztuk walki, rozprawiwszy się niemal 
z całym mazurskim gangiem… ginie od strzału w brzuch. 
   

  

   

Czy po tamtej lekturze Piotruś przestał mi się podobać? Ależ skąd, 

wręcz przeciwnie, doszedłem do tego, jakim geniuszem był Barrie, jak 

background image

bardzo prawdziwie i szczerze pisał. Nie umiem już tylko dostrzegać tej 
wesołości, radości w harcach i tańcach Pana i Chłopców. Bo to 
w rzeczywistości książeczka podszyta smutkiem i prawdą o tym, że 
beztroska dzieciństwa to tylko brak świadomości, co jest dobre, co złe 
i czego tak naprawdę nie wolno. Dzieci o tym nie myślą, bo mają od 
tego innych. A co się dzieje, kiedy nie mają? 
   

Piszę to wszystko, by wytłumaczyć samemu sobie, dlaczego 

pomysł na „gang wiecznych chłopców, który robi zadymę, gdzie się da, 
dyma, co się da, i jest śmiesznie” wyewoluował w to, co właśnie 
przeczytaliście. 
   

A może tak mi się tylko zdaje? Może wcale nie wyewoluował, 

a tylko mnie jest troszkę smutno? Nie wiem, trudno powiedzieć 
i najlepiej zrobię, jeśli zostawię rozważania nad tym innym, lepszym, 
a na pewno lepiej wykształconym od siebie. 
   

Tak czy owak, dzięki, że dobrnęliście ze mną aż tutaj, niedługo 

wrócę znów do Dzwoneczka i Chłopców, ale na razie idę posłuchać 
piotrusiowej Bajki-Grajki. Miłego dnia… a jeśli to akurat noc, myślę, że 
znacie drogę, którą powinniście się zaraz udać. Wystarczy popatrzeć 
w niebo i poszukać tej drugiej na prawo. Bo potem to już prościutko… 
   

  

   

Głuchołazy 19.08.2012 

 
 

background image

   

* Ten i pozostałe fragmenty piosenki Rock me sexy Jesus z filmu 

Hamlet 2 w tłumaczeniu Anny 
Piotrowskiej.

background image

 

background image