background image

Kiedy młoda kobieta zostaje wzięła do niewoli przez niebezpiecznego mężczyznę, zostaje  
wbrew sobie wciągnięta w świat ukryty przed ludzkim wzrokiem, gdzie nadludzkie moce  
walczą w krwawej domowej wojnie. Teraz musi podjąć decyzję: poddać się i stać pionkiem  
albo wziąć w ręce swój własny los.

Alphas: Origins

by

Ilona Andrews

background image

Rozdział 1

Karina Tucker wzięła głęboki wdech.
- Jacob nie bij Emily. Emily puść jego włosy. Nie karzcie zatrzymać 

mi samochodu!

Twarz jej córki mignęła we wstecznym lusterku, oburzona jak tylko 

sześciolatka mogła.

- Mamo, on zaczął!
- Nie obchodzi mnie kto zaczął. Jeśli się teraz nie uciszycie, coś się 

zdarzy!

- Co się zdarzy? - zajęczała Melissa. Megan, jej bliźniaczka, 

pokazała język.

Karina zmarszczyła brwi, starała się wyglądać groźnie we 

wstecznym lusterku.

- Straszne rzeczy. - czwórka dzieci uciszyła się na tylnym siedzeniu 

vanu, starali się odgadnąć co "straszne rzeczy" mogą oznaczać. Cisza nie 
potrwa długo. Następnym razem gdy Jill zadzwoni z prośbą o 
nadzorowanie stada pierwszoklasistów na szkolnej wycieczce, powie, że 
zaraziła się dżumą.

Sama wycieczka nie była zła. Słońce jasno świeciło, a jazda do starej 

wsi, czterdzieści pięć minut od Chikasha, była wręcz przyjemna. Nic poza 
czystym niebieskim niebem i płaskimi polami Oklahomy z okazjonalnymi 
dzielącymi je cienkimi pasmami lasów. Ale teraz, po dniu jazdy w na 
sianie i patrzenia jak robi się masło czy wbija gwoździe, dzieciaki były 

background image

zmęczone i bzikowały. Byli w drodze już dwadzieścia minut i wielu z nich 
już zaangażowało się w trzy konflikty na skalę Pierwszej Wojny 
Światowej. Wyobrażała sobie, że pozostali rodzice nie mieli lepiej. Gdy 
sześć samochodów pokonywało trasę na prostej wiejskiej ulicy, Karina 
prawie mogła usłyszeć jęczenie wydobywające się z pojazdów przed nią.

Te bezsensowne zmartwienia powinny się skończyć. Emily nie była 

zrobiona ze szkła. W końcu Karina będzie musiała puścić ją na 
kilkudniową wycieczkę bez mamusi. Przez tę myśl Karina skrzywiła się. 
Po śmierci Jonathana zabrała Emily do doradcy, który zaoferował pracę 
również z nią. Karina odrzuciła ofertę. Już przez to przechodziła gdy jej 
rodzice zmarli i nie ułatwiało to niczego.

Jej komórka się odezwała. Karina wcisnęła przycisk na zestawie 

głośnomówiącym.

- Tak?
- Jak się trzymasz? - zaćwierkała Jill.
- Fantastycznie. - byłoby nawet lepiej gdyby nie musiała rozmawiać 

przez telefon w czasie jazdy. - A ty?

- Muszę na nocnik! - ogłosił Jacob z tyłu.
- Robert przezwał Savannah słowem na S. Poza tym wszystko 

dobrze. - poinformowała Jill.

- Naprawdę muszę iść. Albo narobię w spodnie. I będzie duża 

plama...

- Słuchaj, Jacob musi na nocniczek. - mignął jej ciemny niebieski 

znak wznoszący się nad drzewami. - Zatrzymam się w motelu przed nami.

- Jakim motelu?
- Tym po prawej. Z dużym niebieskim znakiem głoszącym Motel 

Sunrise?

- Gdzie? - głos Jill przyszedł przytłumiony przez zakłócenia. - Nie 

widzę.

- Nie widzę motelu. - poinformowała Megan.
- Spójrz na niebieski znak. - wskazała przez okno Emily.
- Cóż, nie widzę go. - ogłosił Jacob.
- To dlatego, że jesteś kretynem. - powiedziała Emily.
 - Ty jesteś głupia!
- Cisza! - warknęła Karina.
Zjazd pojawił się po jej prawej. Karina skierowała na niego 

samochód.

- Zjeżdżam. - powiedziała do telefonu. - Dogonię was za minutę.
- Gdzie zjeżdżasz? Karina, gdzie jesteś? Byłaś tam, a teraz cię nie 

background image

ma. Nie widzę cię we wstecznym lusterku...

- Ponieważ zjechałam.
- Gdzie zjechałaś?
Och, na miłość boską.
- Porozmawiamy później.
Brukowana droga doprowadziła ich do dwupiętrowego budynku 

pokrytego ciemnym szarym tynkiem. Tylko jeden samochód, stary Jeep, 
stał na parkingu.

Karina zaparkowała przed wejściem i zawahała się. Budynek, 

prymitywne pudło z małymi wąskimi oknami, wyglądał jak jakaś 
instytucjonalna struktura, biurowiec, albo nawet więzienie. Zdecydowanie 
nie wyglądał zapraszająco.

- Teraz go widzę. - powiedziała Megan.
Karina potrząsnęła głową. Pomyślałbym, że gdybyś był właścicielem 

motelu, sprawiłbyś żeby wyglądał gościnnie. Zasadził jakieś kwiaty, może 
wybrał milszy kolor ścian, coś innego niż stalowo-szary. Tylko to miało 
sens przy dobrym biznesie. A tak jak to teraz wyglądało, miejsce 
promieniowało ponurą, prawie wrogą atmosferą. Miała silne pragnienie by 
jechać dalej.

- Muszę iść! - ogłosił Jacob i pierdnął.
Karina wyskoczyła z auta i otworzyła przesuwane drzwi.
- Wychodzić.
Piętnaście sekund później zgromadziła ich w małym holu. Samotna 

kobieta stojąca za kontuarem odwróciła się do nich gdy podchodzili. Była 
chuda jak szkielet, miała długie czerwone włosy spływające na ramiona. 
Karina zerknęła na jej twarz i prawie wymaszerowała na zewnątrz. Oczy 
kobiety były jak oczy grzechotnika, żadnego współczucia, żadnej dobroci, 
żadnego gniewu. W ogóle nic.

- Przepraszam. - powiedziała Karina. - Czy możemy skorzystać z 

toalety? Mały chłopiec musi skorzystać z łazienki.

Kobieta kiwnęła głową w stronę przejścia po prawej stronie Kariny. 

Czarująca. To nic. Musieli tylko wejść i wyjść. - Dziękuję! Idziemy dzieci.

Przejście wychodziło na długi korytarz. Po lewej, kilka drzwi 

znaczyło ścianę, jeden oznaczony był znakiem "Toaleta" a drugi na końcu 
korytarza znakiem "Schody". Po prawej starszy mężczyzna stał po środku 
korytarza. Mocno umięśniony, z twarzą jak buldog, stanął tak jakby za 
chwilę miał zostać stratowany przez uczestników zamieszek. Jego oczy 
obserwowały ją z nieukrywaną złośliwością. Dzieci też to wyczuły i 
zebrały się wokół niej. Karina ich nie winiła.

background image

- Witam!
Mężczyzna nic nie powiedział.
Okay. Pomaszerowała do toalety i otworzyła drzwi. Jednoosobowa 

toaleta, stosunkowo czysta. Żadnych strasznych nieznajomych 
ukrywających się po kątach. 

- Do środka. - zagoniła Jacoba do środka i stanęła przy drzwiach.
Minuty mijały, długie i lepkie. Mężczyzna się nie poruszył. Dzieci 

były cicho pod jego badawczym spojrzeniem, jak małe zajączki 
wyczuwające drapieżnika. Karina delikatnie zapukała w drzwi.

- Pośpiesz się, Jacob. Daj innym dzieciom skorzystać.
- Prawie skończyłem.
Karina czekała. Mężczyzna ciągle się na nią gapił. Stopniowo jego 

twarz przybrała inny wyraz. Zamiast patrzeć na nią groźnie, teraz 
studiował ją jakby była jakimś dziwacznym obcym stworzeniem. To było 
nawet bardziej niepokojące. Karina zwalczyła dreszcz.

- Jacob, musimy iść.
Usłyszała włączoną spłuczkę w toalecie. W końcu.
Jacob wyłonił się z ubikacji.
- Umyłem dłonie mydłem. - poinformował. - Chcesz je powąchać?
- Nie. Czy ktoś jeszcze musi skorzystać?
Potrząsnęły głowami. Emily objęła jej nogę.
- Chcę do domu, Mamo.
- Wspaniały pomysł. - Karina poprowadziła ich przez korytarz.
Mężczyzna poruszył się i zablokował im drogę.
- Dziękuję za pozwolenie użycia toalety. - powiedziała Karina. - 

Pójdziemy już.

Mężczyzna pochylił się do nich. Jego nozdrza poruszyły się. 

Wciągnął powietrze przez nos, a jego twarz podzielił uśmiech. Nie 
uśmiechnął się; pokazał zęby: nienormalnie duże i ostre, trójkątne jak u 
rekina i zdecydowanie nie ludzkie.

Lód pokrył kręgosłup Kariny.
Mężczyzna zrobił krok do przodu.
- Pachniessssz jak dawca. - jego zęby zajęły tyle miejsca w jego 

ustach, że mamrotał słowa.

Karina cofnęła się, trzymając wyciągnięte ręce jak tarczę, chroniąc 

dzieci zebrane za nią. Pragnęła mieść puszkę gazu łzawiącego albo pistolet 
- jakąś broń w torebce poza portfelem, chusteczkami higienicznymi, 
książką i telefonem z wyczerpaną baterią.

- Przepuść nas!

background image

Mężczyzna podszedł bliżej.
- Riche! Ta kobieta jesssst dawcą.
- Wychodzimy teraz! - Karina umieściła trochę stali w głosie. 

Czasem jeśli wyglądasz jakbyś był gotowy na walkę, ludzie ustępują i idą 
szukać łatwiejszego celu.

Mężczyzna znowu obnażył zęby i wyglądało jakby miał drugi rząd 

kłów za pierwszymi.

- Nie, nie wychodzicie. - powiedział.
Czas na wyjątkowe środki.
- Pomocy! - krzyknęła Karina z całych sił. - Pomocy!
- Żadna pomoc nie przyjdzie. - zapewnił ją.
Dzieci zaczęły płakać.
Może to koszmar, przemknęło jej przez głowę. Może to wszystko jej 

się śniło.

- Mamo? - Emily uczepiła się jej spodni.
Sen czy nie, Karina nie mogła pozwolić mu pochwycić ją czy dzieci. 

Cofała się do drzwi za nią, te ze znakiem "Schody".

- Przepuść nas!
Podchodził.
- Rishe! Gdzie jesteś?
Ściana po ich prawej eksplodowała.
Drzazgi przeleciały po korytarzu, trafiając rekinozębego mężczyznę 

w plecy i mijając Karinę o cale. Oniemiała, zerknęła w dziurę w ścianie. 
Rudowłosa kobieta - Rishe? - przeskoczyła kontuar i pobiegła dokładnie 
na Karinę i dzieci, jej twarz wykrzywiła się w groteskową maskę. Skóra na 
szyi Rishy wybrzuszyła się, zabulgotała jakby tenisowa piłka przesuwała 
się w górę jej gardła do ust.

To szaleństwo...
Kobieta plunęła.
Coś ciemnego zamigotało w powietrzu. Ból ukuł lewy bok Kariny. 

Długa, cienka igła, jak u jeżozwierza, wystawała z jej brzucha, tuż pod 
żebrami. Wyszarpnęła to, działając na niezmąconym instynkcie. Powinna 
być przerażona, ale nie było czasu...

Coś uderzyło w rudowłosą kobietę od tyłu, zatrzymując ją w 

półkroku. Usta Rishy otwarły się w przerażonym, niemym krzyku. 
Olbrzymie pazury chwyciły jej twarz, szarpnęły i obróciły jej głową o 360 
stopni.

O mój Boże.
Ciało Rishy upadło, nad nim Karina dostrzegła coś. Olbrzymie, 

background image

ciemnie, nieludzkie, wpatrywało się w nią złymi oczami. Jego istnienie 
było tak sprzeczne z tym co znała Karina, że jej umysł po prostu odmówił 
wiary w to.

Dziwna woń nasyciła powietrze, sucha i trochę metaliczna, jak miedź 

ogrzana słońcem. To coś przeszło nad kobietą, jego spojrzenie 
utrzymywało się na niej.

- Biegnijcie! - Karina odwróciła się na pięcie i pognała przez 

korytarz, gromadząc dzieci przed sobą.

Mężczyzna z rekinimi zębami powoli podniósł się, wyciągnął 

drewnianą drzazgę z oka, rzucił ją na bok i, z głębokim rykiem, wtargnął 
do holu przez dziurę w ścianie. To wciągnęło Karinę w szał. Podniosła 
Jacoba z podłogi - był najmniejszy - i pobiegła szybciej do ciężkich drzwi 
zagradzające drogę do schodów. Szarpnięciem otworzyła drzwi.

- Na górę, biegiem!
Pobiegli w górę kwiląc i szlochając. Ten sam strach, który wprawił ją 

w ruch, zaprowadził ich na górę szybciej niż cokolwiek co mogłaby 
krzyknąć.

Karina zatrzasnęła za nimi drzwi, balansując Jacobem na jednym 

ramieniu i rozejrzała się za czymś do zablokowania ich, ale klatka 
schodowa była pusta. Jej brzuch płonął, ból od ukłucia igły rozchodził się 
po jej ciele jakby jej skóra stawała w płomieniach. Pobiegła za dziećmi. 
Chłopiec w jej ramionach był ciężki jak kamień. Dotarli do szczytu 
schodów i zebrali się na podeście.

Na dole coś trzasnęło. Znowu się pojawił, ten zapach gorącego 

metalu palił jej płuca.

Karina postawiła Jacoba i  szarpnięciem otworzyła drzwi. Wpadli do 

górnego korytarza. Rozejrzała się po rzędach drzwi i spróbowała otworzyć 
najbliższe, ale były zamknięte.

Kolejne - też zamknięte.
Trzecie - zamknięte.
To koszmar. To musi być koszmar.
Okrutne warknięcie goniło ich. Emily krzyknęła, przenikliwy 

wrzask, który mógłby tłuc szklanki. Karina chwyciła córkę za rękę i 
pociągnęła ją przez korytarz do jedynego okna.

- Za mną! - pod oknem czekały schody przeciwpożarowe. Karina 

chwyciła zasuwę okna i szarpnęła. Zacięte.

W głowie jej się kręciło. Powietrze wokół niej stało się bardzo 

gorące. Każdy oddech palił jej płuca. Potknęła się i chwyciła się ramy 
okna by utrzymać równowagę, następnie z całej siły pociągnęła ramę 

background image

okienną w górę. Drewno jęknęło i nagle rama przesunęła się.

Drzwi grzmotnęły. Dzieci krzyknęły. Przerażająca czarna bestia 

weszła do korytarza.

Chwyciła najbliższe dziecko i przeniosła je na schody 

przeciwpożarowe, później następne i kolejne. Małe stopy tupały, zbiegając 
z metalowych schodów. Emily była ostatnia. Karina chwyciła córkę i 
wyszła z nią przez okno.

Czarny van czekał na dole. Kilku mężczyzn stało przy samochodzie. 

Mieli dzieci. Tali w ciszy, obserwowali ją, tak spokojni podczas gdy dzieci 
krzyczały, i nagle zdała sobie sprawę, że oni i bestia byli sojusznikami. 
Znaleźli się w potrzasku.

Warknięcie spłynęło na nią.
Świat zyskał krystaliczną czystość, wszystko stało się boleśnie żywe 

i wyraźne. Powoli Karina się odwróciła. Córka objęła ją, jej oddech był 
małą ciepłą chmurką na szyi. Metalowa poręcz schodów wbijała się 
Karinie w plecy. Bicie jej serca było tak głośne, każde uderzenie trząsł jej 
klatką piersiową jak uderzenie młotem pneumatycznym. Każdy oddech 
był darem.

Patrzyła jak to coś wyłania się z ciemności. Powoli wynurzało się z 

mroku, jedna gargantuiczna łapa na parapecie, później kolejna. Olbrzymie 
pazury drapały drewno. Wspiął się na parapet i siedział tam, ledwie stopę 
od niej. Karina wpatrywała się w jego oczy, wdychała jego zapach i 
wiedziała z całą pewnością, że zginie.

To coś otworzyło paszczę, ukazując olbrzymie kły. Jego głęboki głos 

rozbrzmiał w pojedynczym słowie.

- Dawca.
- Jesteś pewien? - zapytał męski głos z dołu.
Bestia warknęła. Karina drgnęła, ochraniając Emily rękoma. Jej nogi 

się poddały i upadła na kolana.

- Moja pani? - powiedział głos z dołu, tym razem bliżej.
Ledwie odwróciła głowę, nie odważyła się oderwać spojrzenia od 

potwora z okna. Ciemnowłosy mężczyzna wspinał się po schodach w jej 
kierunku. Jego twarz była nieziemsko piękna, jego oczy miały kolor 
ciemnego intensywnego błękitu. - Mam dla ciebie propozycję, moja pani...

Jego głos ucichł, zastąpiony przez ciemność która była jak bawełna 

na skórze.

Zgadzam się.

background image

Karina usiadła... Była w swoim łóżku. Pokój był ciemny. Koszmar. 

To wszystko.

Serce waliło jej w piersi. Potarła twarz i dłonie stały się śliskie od 

zimnej wilgoci.

Zgadzam się. "Zgadzam się" na co? Na co się zgodziła w śnie?
Nie miało to znaczenia. To był koszmar. Rano zadzwoni do doradcy.
Karina zmarszczyła brwi i odepchnęła koce. Czuła, że coś było nie 

tak, jakby było coś ważnego co pomijała. Coś istotnego. Mała lampa 
czekała na stoliku obok łóżka. Włączyła ją i małe światło elektryczne 
rozświetliło pokój.

Sypialnia nie była jej.
Przez chwilę Karina zamarła, a następne strach chwycił ją w swoje 

pięści i ścisnął.

- Emily? - szepnęła. - Emily? - brak odpowiedz.
Była sama w obcej sypialni.
Musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie tego wszystkiego. Po 

prostu je nie znała.

Zgadzam się. Echo jej własnego głosu ze snu. Miała okropne 

podejrzenie, że nieznana sypialnia i to słowo były ze sobą związane.

Jej ubrania zniknęły. Miała ubrane tylko bieliznę i olbrzymią 

koszulkę, trzy rozmiary za dużą.

Para dokładnie złożonych dżinsów leżała na krześle obok łóżka. Jej 

dżinsy, te, które nosiła w czasie wycieczki. Karina wciągnęła je. Musiała 
znaleźć Emily.

Drzwi otworzyły się z łatwością i znalazła się w korytarzu. Na lewo 

korytarz kończył się schodami prowadzącymi w górę. Na prawo snop 
elektrycznego światła oświetlał drewnianą podłogę i dywan w kolorze 
rdzy. Ciche głosy dochodziły z oddali.

Podążyła za głosami i weszła do kuchni, mrugając przy jasnym 

świetle. Trzech mężczyzn siedziało wokół okrągłego stołu po środku 
pomieszczenia. Odwrócili się w jej kierunku. Ten siedzący najdalej od niej 
miał tą nieziemską twarz jak mężczyzna z jej snu. Jego imię wypłynęło z 
głębin wspomnień. Arthur.

Zgadzam się.
Arthur kiwnął do niej głową.
- Ach. Wstałaś. Może usiądziesz z nami? Henry, proszę przynieść 

krzesło pani Karinie. - jego cichy, głęboki głos pieścił ją prawie jak dotyk. 
Powinien być kojący. Ale zamiast tego jej wnętrzności związały się w 
ciasny węzeł.

background image

Wysoki mężczyzna z nieśmiałym uśmiechem wstał i przytrzymał dla 

niej krzesło. Jak dziwnie domowo, trzej mężczyźni pijący herbatę. Nikt nie 
był zaskoczony jej pojawieniem się. Spodziewali się jej.

Karina usiadła.
- Dziękuję. - automatyczna odpowiedź wydostała się z jej ust zanim 

nawet zdała sobie z tego sprawę.

- Proszę bardzo. - powiedział Arthur. Odchylił się ze spokojną 

elegancją, artystyczna poza bez żadnego wysiłku. Jego włosy były 
miękkie, czarne i zaczesane do tyłu, odsłaniając idealnie wyrzeźbioną 
twarz. Jego brwi były tak samo czarne jak również rzęsy, długie i miękkie 
jak aksamit. Obramowywały duże oczy, krystalicznie niebieskie, 
nieobecne i zimne. Anielski, pomyślała. Wyglądał jak anioł, nie pulchny 
cherub, ale anioł, który przemierza swobodnie niebiosa, posiada łamiące 
serca piękno i przerażającą moc, anioł, który wpatrywał się w bezdenny 
błękit przez tak długo, że jego oczy zabsorbowały ten kolor.

- Miałabyś ochotę na herbatę? - spytał Arthur.
- Dzieci...?
- Bezpieczne. - powiedział, a ona uwierzyła w szczerość jego słów 

chociaż nie miała żadnego powodu by mu wierzyć. Arthur wstał, wziął 
małą niebieską filiżankę z półki i nalał Parujący napój z dużego czajnika 
stojącego na kuchence. Postawił filiżankę przed nią.

- Proszę, pij. To uspokoi twoje nerwy. - Karina spojrzała na filiżankę.
Napił się ze swojej i uśmiechnął zachęcająco.
Podniosła filiżankę i napiła się. Zielona herbata. Dziwny smak, lekko 

cierpki.

Może nadal śniła. Cała scena miała tą lekko absurdalną nierealność, 

którą znaleźć można tylko w snach.

Karina rozejrzała się wokół stołu. Mężczyzna, który zaoferował jej 

krzesło, Henry, siedział po jej prawej. Był wysoki i chudy jak sznur. Jego 
twarz była poważna z posępną inteligencją, brakowało mu magnetyzmu 
Arthura, ale jego ostre kąty przyciągały ją tak samo. Jego płowe włosy 
były ścięte prawie całkowicie, ale nadal widać było ślad kręcenia. Jego 
zielone oczy mówiły do niej i wyczytała z nich litość.

Mężczyzna po lewej był piękny jak model. Silna, męska szczęka, 

ciemne, niebieskie oczy, wydatne kości policzkowe, grzywa złotych, 
falowanych włosów spływających aż do pasa, ukrywające połowę jego 
twarzy... Jego oczy błyszczały dzikim humorem. Mrugnął do niej, 
uśmiechnął się, odsłaniając równe, białe zęby, i odrzucił włosy do tyłu. 
brzydka blizna znaczyła jego lewy policzek, prawie jakby coś go ugryzło i 

background image

ciało nie wyleczyło się odpowiednio. Zwalczyła potrzebę odwrócenia 
wzroku. Sięgnął po jej rękę...

- Daniel. - głos Arthura zawierał w sobie niewielkie ostrze. - To 

niezwykle niemądre.

Daniel odchylił się na oparcie.
- Tylko dlatego, że nie krzyczy gdy widzi twoją twarz nie znaczy, że 

możesz jej dotykać. - Henry napełnił swój kubek.

- Proszę wybacz Danielowi. Nie chciał być niegrzeczny. On w tej 

chwili ma zakaz mówienia. Twoja herbata stygnie. - powiedział Arthur. 

- On ma zwyczaj powodowania kłopotów gdy mówi. - powiedział 

Henry. Daniel posłał jej cień uśmiechu. Odwróciła się twarzą do Arthura.

- Na co się zgodziłam?
Arthur westchnął.
- Rozumiem.
Henry pochylił się.
- Może powinniśmy to naprawić.
- Tak. Im wcześniej, tym lepiej. Lucas może wrócić i to jeszcze 

bardziej wszystko skomplikuje.

Daniel roześmiał się cicho. Gdyby wilki mogły się śmiać, brzmiałyby 

jak on. Henry wyciągnął rękę.

- Łatwiej będzie jeśli przytrzymasz się mnie. - Karina zawahała się.
- Chcesz pamiętać, prawda? - spytał Arthur.
Położyła dłoń na dłoni Henry'ego. Jego długie, ciepłe palce zamknęły 

się na jej. Świat rozdarł się na pół i znalazła się z powrotem na podeście 
schodów przeciwpożarowych  w nie-hotelu, trzymając mocno Emily. Całe 
jej ciało paliło okropnym bólem.

Arthur przechylił głowę na bok, patrzył na nie przez chwilę, a 

następnie wyrwał Emily z jej ramion.

- Nie! - Karina usiłowała ją utrzymać, ale ręce straciły całą siłę.
Emily nie kopała. Nie krzyczała. Jej twarz była całkowicie pusta, 

jakby zmieniła się w lalkę. Arthur odwrócił się i podał ją komuś za nim na 
schodach.

- Emily! - Karina próbowała czołgać się za nią, ale ciało nie chciało 

jej słuchać.

Arthur dotknął rąbka jej czarnej koszulki i podciągnął ją do góry. 

Jego palce dotknęły jej brzucha. Ból przeszył ją i krzyknęła.

- Ach. Teraz widzę, nie jest dobrze. - Arthur potrząsnął głową 

ponuro. - Wszystko to musi wydawać się tobie strasznie pogmatwane, ale 
mamy mało czasu, więc wyjaśnię krótko. To jest dom, w którym żyją 

background image

potwory. My jesteśmy zabójcami potworów. Jak podejrzewam czyni to z 
nas potwory z konieczności. Nie wiem dlaczego tu jesteś. Jest to 
prawdopodobnie tylko zbieg okoliczności. Nieszczęśliwy rzut kośćmi. Ty i 
twoje dzieci zostaliście złapani w krzyżowy ogień. Jeden z potworów 
zatruł cię jej trującą strzałką. Rana jest śmiertelna. Umierasz.

Strach przebiegł po kręgosłupie Kariny lodowatymi pazurami. Nie 

sądziła by mogła bać się jeszcze bardziej, ale ton jego głosu, ten cierpliwy, 
przyjemny ton, jakby prowadzi rozmowę podczas lunchu, przerażał ją. To 
nie sen, zdała sobie sprawę. To się dzieje naprawdę. To mi się teraz dzieje 
Boże, proszę nich Emily nic się nie stanie. Proszę. Zrobię wszystko.

- Mogę wyczuć twój strach. - powiedział Arthur. - Wydobywa się z 

twojej skóry. Lepszy człowiek czułby dyskomfort widząc twój ból. Ale ja 
nie jestem dobrym człowiekiem. Nic do ciebie nie czuję. Rzadko mamy do 
czynienia z niewinnymi przypadkowymi osobami, a gdy mamy, usiłujemy 
odsyłać ich całych i zdrowych, nie z powodu jakiś altruistycznych 
impulsów, ale dlatego, że nie lubimy przyciągać uwagi. Tu obecny Henry 
wymazałby twoje wspomnienia i wasza piątka poszłaby szczęśliwa w 
swoją drogę. Jednakże ty umrzesz w ciągu kolejnych trzydziestu minut.

Słowa nie chciały wyjść z jej ust. Karina naprężyła się i wymówiła 

je.

- Dlaczego mi to mówisz?
Jej serce podskoczyło widząc jego lodowaty uśmiech. 
- Rozmawiam z tobą ponieważ zamierzam ci coś zaproponować. 

Masz coś co my chcemy, moja pani. Twoje ciało jest genetycznie 
predysponowane do wytwarzania pewnego hormonu, którego jeden z nas 
desperacko potrzebuje. Twój podgatunek nie jest wyjątkowy, ale 
wystarczająco rzadki byś była cenna. Podejrzewam, że to dlatego byłaś w 
stanie znaleźć to miejsce i dlatego yadovita, rudowłosa kobieta, poświęciła 
czas by cię zatruć zamiast bronić się przed nami. Słuchaj uważnie, moja 
pani, ponieważ nie będę się powtarzał.

Wpatrywała się w niego, zapisując każde słowo w pamięci.
- Stworzenie za tobą wymaga twojej krwi. Będzie się na tobie karmił. 

Jego jad będzie zwalczał truciznę, która zabija twoje ciało. W zamian on 
będzie pożywiał się substancjami, które produkuje twoje ciało. Oddasz się 
domu Daryona. Pozwolisz bestii żywić się na tobie. Będziesz żyła w 
kwaterach, które ci wybierzemy. Nigdy nie będziesz mogła odejść. Nie 
będziesz mogła kontaktować się z zewnętrznym światem. Jeśli się na to 
zgodzisz, oszczędzimy twoje życie i życie dzieci.

To coś na parapecie zawyło z oczekiwania. Ta... ta bestia będzie się 

background image

na niej żywić.

Wiecznie. Och, drogi Boże. Nie mogę tego zrobić... Nie mogę...
Arthur pochylił się, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji poza 

przyjemnym, spokojnym opanowaniem.

- Rozważ to dokładnie zanim odpowiesz. Nie oferuję ci tej umowy 

ponieważ cię lubię, albo ponieważ poruszyły mną jakieś szlachetne 
uczucia. Robię to ponieważ cię potrzebujemy. To, co proponuję, nie będzie 
dla ciebie przyjemne. Nie będziesz tego lubić. Tak naprawdę wielu 
powiedziałoby, że byłoby lepiej gdybyś umarła.

Mgła zebrała się na granicy jej umysły, grożąc uduszeniem. Karina 

uchwyciła się rzeczywistości, starała się nie stracić przytomności.

- Moja córka...
Bestia na parapecie warknęła.
- On gwarantuje jej bezpieczeństwo.
- Dzieci... wrócą do swoich rodzin?
- Tak.
- Zgadzam się.
Delikatna dłoń uchwyciła jej umysł i sprowadziła ją przez czas i 

przestrzeń do rzeczywistości, do okrągłego stołu i gorącej filiżanki herbaty 
w jej dłoni. Spojrzała na Arthura.

- Moja córka, Emily? - Nie odpowiedział.
- Obiecałeś, że dzieci wrócą do swoich rodzin. Jej ojciec nie żyje. 

Jestem jedyną rodziną, którą ma Emily. Gdzie ona jest?

Uśmiechnął się, nieznaczne uniesienie warg bez jakichkolwiek 

emocji.

- Ona jest jak na razie w głównym domu.
Nie, nie jest, zdała sobie sprawę Karina. Kłamał.
- Chcę mojej córki. Zawarliśmy umowę. Przyprowadź do moje moją 

córkę, albo odchodzę.

Daniel zakołysał się na krześle i roześmiał się. Drzwi trzasnęły. 

Kroki rozbrzmiały w domu.

- Współpracuj z Lucasem, a przyprowadzimy do ciebie córkę. - 

powiedział Arthur.

Mężczyzna wszedł do kuchni. Wysoki, pełen mięśni 

wybrzuszających jego koszulkę, przyćmił sobą drzwi. Nie był tylko duży, 
był masywny i owinięty groźbą, jakby wirował przemocą ledwie 
mieszczącą się w powłoce jego ciała. Czarne włosy opadały na mocną, 
agresywną twarz długimi kosmykami. Zerknął na nią, jego oczy były 
zielone i bezlitosne. Spotkała jego wzrok i przełknęła ciężko. To było jak 

background image

patrzenie w oczy tygrysa. Jego wzrok obiecywał śmierć.

Rozpoznanie błysnęło w jego zielonych źrenicach i rozpaliły się 

wściekłością.

Rzucił się do przodu, nieludzko szybki, i uderzył stół dłonią. Cofnęła 

się.

- Zabieraj z niej ręce! - jego głos rozprzestrzenił się z warknięciem.
Henry uniósł ręce w powietrze. Mężczyzna chwycił krzesło, Henry 

nadal na nim siedział, i odrzucił w bok. Stalowe palce chwyciły jej łokieć i 
pociągnęły ją w górę. Zgarnął ją z absurdalną łatwością, usadowił w 
zgięciu jego ramienia i warknął jak wściekły pies.

- Moja!
- Nie mamy zamiaru zabierać ci ją. - Arthur napił się herbaty.
- Niech żaden z was, skurczybyków, jej nie dotyka!
Szamotała się w jego ramionach, starała się uwolnić, ale to było jak 

odepchnięcie syjamskiego bliźniaka.

- Musisz wybaczyć Lucasowi. - powiedział do niej Arthur. - Na 

tendencje do nadopiekuńczości względem swojego jedzenia.

Znajomy zapach nagrzanego metalu dotarł do jej nozdrzy. Panika 

prześlizgnęła się przez nią. Walczyła mocniej, ale nogi kopały tylko 
powietrze. Wyniósł ją z kuchni do sypialni, w której się obudziła.

background image

Rozdział 2

Lucas upuścił ją na łóżko i poszedł zamknąć drzwi.
- Trzymaj się z daleka od Arthura. On jest chorym popieprzeńcem.
Odwrócił się i podszedł do niej ogromny, przytłaczająco w swojej 

wielkości. Karina cofała się aż plecami uderzyła w ścianę.

Zlustrował ją długim, powolnym spojrzeniem, przez który chciała się 

zakryć, zmarszczył brwi i zniknął za drzwiami po lewej. Polała się woda. 
Lucas pojawił się ponownie z wysoką szklanką wody i podał ją jej. 

- Wypij to. Pomoże.
Wypiła.
Usiadł na krześle naprzeciw niej i ściągnął skarpetki. Dopiero wtedy 

zauważyła, że nie nosił butów. Zwinął skarpetki i rzucił je do 
pomieszczenia, z którego przyniósł szklankę wody, następnie ściągnął 
koszulkę. Karinie oddech uwiązł w gardle. Wyblakłe, szarpane blizny 
przecinały jego masywne plecy. Jego nogi były długie, pas wąski w 
porównaniu z szerokimi ramionami. Jego linie były prawie idealne. Gdy 
poruszał ramionami, mięśnie napinały się pod jego skórą, tworząc twarde 
grzbiety. Nie poruszał się - tropił i skradał się jak olbrzymie drapieżne 
zwierzę, groźba wypływała z niego falami razem z jego gorącym 
metalicznym zapachem.

Wspomnienia sprowadziły przed jej oczy Jonathana. Jej mąż był 

przystojnym i dobrze zbudowanym, przeciętnej wielkości mężczyzną. 
Lucas mógłby złamać go na pół i nie poświęciłby temu drugiej myśli. 

background image

Odrzuciłby po prostu złamane ciało na bok i szedł dalej swoją drogą. Nie 
miała szans. W fizycznej walce Lucas by ją zniszczył.

- Pij. - powiedział.
Karina zmusiła w siebie więcej wody. Jej gardło stało się suche i 

wypiła więcej. Nagle Lucas napiął się. Jego spojrzenie przeniosło się na 
drzwi. Naprężone ciało i skupione spojrzenie. Jego stopy wbiły się w deski 
podłogowe, nogi lekko ugięły, przygotował się na skok. Mięśnie 
wybrzuszyły się na jego ramionach i plecach. Ramiona lekko uniósł, 
rozszerzył, palce jego dużych dłoni wygiął jak szpony, gotowe chwytać i 
miażdżyć. Jego oczy rozjaśniły się gorącym, głodnym ogniem. W takiej 
pozie ledwie przypominał człowieka.

Ktoś zastukał w drzwi.
- Co? - warknął Lucas.
- Chcesz środek uspokajający? - spytał głos Henry'ego.
Lucas zerknął na nią i spytał cicho.
- Chcesz być odurzona?
- Nie.
- Powiedziała nie. - warknął.
Kroki oddaliły się. Lucas uspokoił, powoli się relaksował, mięsień po 

mięśniu. Zerknął na nią swoimi jasnozielonymi oczami, a ona się skuliła.

- Jak dużo ci powiedzieli? - spytał.
- Wiem na co się zgodziła. - zawahała się. - Czy ty...?
- Tak.
Spróbowała połączyć bestię i człowieka, nie umiała. To mroczne, 

groteskowe stworzenie było olbrzymie, dwa razy większe od Lucasa. 
Potworne połączenie małpy, psa, niedźwiedzia - Karina próbowała 
wymyślić jakieś porównanie, punkt odniesienia, ale nie mogła nic znaleźć. 
Jej wspomnienia były zamglone. Pamiętała kły i złowrogie oczy, masywne 
ramiona pokryte ciemnym futrem. Jak to możliwe? Jej umysł nie chciał 
uwierzyć w istnienie czegoś takiego. Ale jej ciało czuło w pobliżu Lucasa i 
wiedziało, że bestia jest prawdziwa.

Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie. Jakiekolwiek.
- Jesteś wampirem? - spytała.
- Nie. 
- Czym jesteś?
Westchnął.
- Nie ma mitu czy legendy, albo słodkiego wyjaśnienia. Tutejsi ludzie 

nazywają takich jak ja Demonami. To tylko nazwa, nic związanego z 
religią. Możesz również usłyszeć jak ludzie zwracając się do mnie 

background image

Podgatunek 30. Reszta jest skomplikowana.  - zabrał jej do połowy pustą 
szklankę i poszedł ją napełnić. - Tak naprawdę nie potrzebuję twojej krwi 
do życia. Potrzebuję dokrewnych hormonów, które twoje ciało zacznie 
produkować w odpowiedzi na moje ugryzienie.

- Do czego?
- By zneutralizować efekty mojego jadu. On powoduje ból.
Podał jej pełną szklankę, potarł dłonią kark i przytrzymał dłoń przy 

jej twarzy. Woń gorącego metalu uderzył ją w nozdrza, cofnęła się.

- Ten zapach oznacza, że jestem głodny ciebie.
Był zbyt blisko. Szklanka drżała w palcach Kariny. Boże, bała się. 

Potrzebowała całej swojej woli by nie krzyczeć i zacząć uciekać.

- Czy to będzie bolało?
- Tak. To nie jest tak samo jak w filmach o wampirach, gdzie wampir 

gryzie kobietę, a ona pojękuje cicho i dochodzi. Tu nie ma żadnego 
upojenia. Żadnego orgazmu. Tylko ja wgryzający się w ciebie.

Chwycił ją za brodę, unosząc jej twarzy, i spojrzał jej w oczy. Karina 

cofnęła się. On przysunął.

Próbowała się odsunąć, ale chwycił ją za ramiona, trzymając 

nieruchomo. Jego usta dotknęły jej czoła.

- Gorączka. - Lucas skrzywił się. - Twoje oczy nadal są nabiegłe 

krwią.

Jego obecność naciskała na nią jak fizyczny ciężar. Karina zamknęła 

oczy. Siedziała tam, odcięta od świata, i udawała, że wszystko będzie 
dobrze nawet jeśli wszystkie instynkty zapewniały ją, że nie będzie. 
Musiała przetrwać i przystosować się. Musiała zrobić wszystko co trzeba 
by odzyskać córkę.

Kiedy uniosła powieki, czekał na nią ze sznurem w dłoni. Nie 

słyszała jak się poruszał.

- Byś się nie ruszała. - ruszył w jej kierunku, rozwijając sznur.
Nie. Leżenie związaną i całkowicie bezsilną podczas gdy on będzie 

pił jej krew to za dużo.

- Nie trzeba. - powiedziała szybko. - Nie zmienię zdania. - Lucas 

nadal podchodził.

- Nie zmienię zdania. - desperacja nadała jej głosowi stalowe 

brzmienie. - Zgodziłam się na to by uratować moją córkę. Pozwolą mi się 
z nią zobaczyć po twoim karmieniu. Nie będę uciekać ani walczyć. - 
zatrzymał się.

- Arthur powiedział, że zostanę tutaj do końca życia. To znaczy, że 

musisz się często pożywiać. Możesz równie dobrze zacząć w odpowiedni 

background image

sposób.

Lucas mocniej uchwycił sznur. Jego mięśnie wybrzuszyły się. 

Rozerwał linę. Karina skrzywiła się.

- Jeśli próbujesz mnie zastraszyć, jest na to za późno. Już jestem 

przerażona.

- Nie próbuję cię przestraszyć. - zwinął kawałek sznura w ciasny 

wałek, końcówkę owinął wokół tego kilka razy, związał i upuścił na jej 
kolana. 

- Do zagryzienia. Na wypadek gdyby stało się zbyt brutalne.
Podniosła to.
Lucas usiadł obok niej.
- Arthur nie zarządza twoją córką. Ja zarządzam. Gwarantuję jej 

bezpieczeństwo. Obie należycie do mnie.

Lucas pochylił się i spojrzał jej w twarz. Oczekiwała wściekłości, 

głodu, jakiś gwałtownych emocji, ale zamiast tego widziała tylko spokój.

- Obiecuję ci, że nie ważne co się pomiędzy nami stanie, twoja córka 

będzie bezpieczna. Nigdy nie użyję jej przeciwko tobie. Wszyscy się mnie 
boją, ona nigdy nie będzie tyranizowana czy maltretowana. - Karina 
wpatrywała się w niego z zaskoczeniem.

- Chcesz to odpowiednio zacząć. - powiedział. - Możemy to zrobić. 

Bądźmy szczerzy. Suka z hotelu otruła cię. Technicznie zaraziła cię 
wirusem, który wydziela toksynę do twojego krwiobiegu. Żeby 
przeciwdziałać wirusowi, potrzebujesz mojego jadu. Już raz cię ugryzłem, 
ale potrzeba kilku razy zanim całkowicie cię oczyści.

- Ugryzłeś mnie?
- Lewe udo. - powiedział. - Byłem wtedy w fazie ataku, a ugryzienie 

cię gdziekolwiek indziej spowodowałoby zbyt wiele szkód. - Chwyciła się 
za nogę, próbując wyczuć ranę przez materiał dżinsów.  - To był szybki 
gryz. - powiedział. - Żeby utrzymać cię przy życiu. To będzie gorsze.

Mówił poważnie. Myśl, że będzie się na niej pożywiał, gryzł ją, była 

prawie zbyt duża do rozważania. 

- Czy nie możemy zamiast tego zrobić transfuzji?
- Nie. Próbowaliśmy tego w przeszłości, ale nie działało. Istnieje 

jakiś rodzaj związku pomiędzy twoją krwią, moim jadem i moją śliną, 
której nie rozumiemy. Muszę pożywiać się na tobie. Potrzebujesz mnie by 
przetrwać, a ja potrzebuję cię.... - zamilkł. - Do neutralizowania mojego 
jadu.

Coś jej nie mówił, wyczuwała to.
Oczy Lucasa nie wyrażały litości.

background image

- Jestem drapieżnikiem, a moje ciało wie, że ty jesteś ofiarą. Twój 

strach jest ekscytujący. Spróbuj się tak bardzo nie bać. Nie szamocz się. Im 
więcej walczysz i jęczysz, tym bardziej podekscytowany będę. Jeśli 
wystarczająco się podniecę, będę pożywiał się i pieprzył w kałuży krwi. A 
tego nie chcesz.

- Nie.
- No to pozostań spokojna. - skinął głową na sznur na jej kolanach. - 

Jesteś pewna, że nie chcesz być związana?

- Tak.
Lucas rozciągnął się na łóżku, złapał ją za talię i przyciągnął do 

siebie. Leżeli razem, jej tyłek przyciśnięty do jego pachwiny, jej plecy do 
jego piersi. Jak dwoje kochanków. Jonathan i ona zazwyczaj tak leżeli po 
seksie. Ta perwersja przyprawiała ją o dreszcz.

- Leż nieruchomo. - jego ramiona przyciągnęły ją mocniej do niego. 

Twardy trzon jego erekcji wbijał się w jej tyłek. Próbowała się od tego 
odsunąć.

- Nie martw się. Nic na to nie poradzę, ale nie będę cię molestować. 

Chyba że zaczniesz jęczeć i ocierać się tyłkiem o mnie.

Przestała się poruszać. Woń gorącej miedzi była teraz przytłaczająca. 

Karina chrząknęła.

- Czuję się oszołomiona.
- Wdychasz mój zapach. Twoje ciało reaguje. To wszystko 

przyśpieszy.

To wyjaśniało zdjęcie koszuli. Nie chciał by jakiś materiał odgradzał 

ją od zapachu, by mógł unosić się z jego skóry i ją oszałamiać.

- Czy muszę coś robić?
- Po prostu leż i przetrwaj. Twoje ciało potrzebuje mojego jadu. Jak 

powiedziałem, już cię ugryzłem, żeby zabić wirusa, ale dostałaś tylko 
wystarczająco by utrzymać cię przy życiu. To zajmie trochę czasu.

Odsunęła włosy z szyi, obnażając skórę. Nie ma potrzeby tego 

przeciągać.

Odpowiedział jej cichy śmiech. Odezwał się do jej ucha, jego oddech 

był ciepły przy jej skórze.

- Oglądałaś kiedykolwiek hockey?
- Nie. 
- Buffalo Sabres mieli bramkarza - Clinta Malarchuk. Stive Turtle, 

facet z przeciwnej drużyny, próbował strzelić gola i gdy rzucił się na 
bramkę, obrońca chwycił go od tyłu i uniósł. Łyżwa Turtle'a zahaczyła o 
szyję Malarchuka. Płytkie cięcie, tylko naciął żyłę szyjną. Krew wylała się 

background image

jak woda ze szlauchu.   Pokrył cały lód przy bramce w ciągu kilku sekund.

Z jakiegoś powodu nie mogła zrozumieć, jego cichy głos uspokajał 

jej nerwy.

- Czy przeżył?
- Tak. Gdyby łyżwa cięła trochę głębiej, zginął by w ciągu dwóch 

minut. - jeszcze mocniej ją chwycił. - Chowanie twarzy w szyi jest fajne, 
ale ciśnienie w żyle szyjnej pozbawiłoby cię krwi tak szybko, że byś 
umarła. - jego palce prześledziły linię jej żyły szyjnej, wysyłając 
elektryczne dreszcze po skórze. Wolałaby żeby tego nie zrobił.

- Jeśli nie szyja, to gdzie?
- Ręka będzie odpowiednia.
- Czy możesz... już zaczynać?
- Jeszcze nie. Im dłużej czekamy, tym mniej bolesne będzie to dla 

ciebie.

Jego ciało było gorące, jego ciepło usypiało ją. Jego zapach teraz 

całkowicie ją otaczał. W głowie jej się kręciło.

- Dokładnie tak. - szeptał. - Odprężaj się. Nie napinaj.
- Boję się. - powiedziała mu.
- Przepraszam. - pogłos przemocy, który przenikał wszystko co 

mówił, nieznacznie osłabł. 

- Co się stanie po tym jak się pożywisz?
- Zemdlejesz. To jak oddawanie krwi tylko brudniejsze. Twoje ciało 

dozna szoku z powodu mojego jadu. Jeśli przeżyjesz, przyzwyczaisz się do 
tego uczucia.

- Mogę umrzeć?
- Tak.
- Robi się coraz lepiej.
- Życie to suka.
Pokój zaczął się poruszać.
- Ja nie śnię, prawda?
- Jeśli to jest twój sen, jesteś poważnie popaprana.
- Kim jesteście... wy wszyscy?
- Zadajesz zbyt wiele pytań.
Odsunął się od niej, odwrócił do siebie jej rękę i wgryzł się w 

miękkie ciało tuż nad łokciem. Ból ją przeszył. Jej ciało napięło się w 
odpowiedzi, ale jego ramiona trzymały ją mocno, tak że ledwo mogła 
oddychać.

Bolało. Bolało i bolało, ale gorsze niż ból było to dziwne uczucie 

wbijających się zębów i kującego gorąca pełznącego po jej ręce. 

background image

Rozszerzało się po jej ramieniu i rozlało się po całym jej ciele. Chciała się 
uwolnić, uciec, ale Lucas trzymał ją mocno.

- Obiecaj, że zapewnisz bezpieczeństwo mojej córce jeśli umrę.
Nie odpowiedział.
- Obiecaj mi.
- Obiecuję. - powiedział.
Karina czuła jak zatapia się w bólu. Stopniowo zmienił się w stały 

łupanie. Jej kończyny rozluźniły się. Próbowała myśleć o czymś innym, 
czymkolwiek innym, o Emily, o ich małym bezpiecznym mieszkaniu, o 
byciu daleko w innym miejscu. Ale rzeczywistość nie chciała się oddalić. 
Więc leżała tam i czekała, całe jej ciało szumiało od wyraźnego, 
niezwykłego bólu, aż zawroty głowy zamazały świat i zemdlała.

Lucas trącił nosem jej cienką szyję. Była rozpalona. Nie jest źle. 

Była zdrowa. I czysta. Badanie krwi z głównego domu nie pokazało 
żadnych anomalii poza trucizną. Tym właśnie byli dawcy. Odpornymi; 
opierali się większości chorobom.

I stąpającymi po ziemi. Nie wydawała się załamywać, ale widział 

wystarczająco ludzi łamiących się pod ciężarem zmian, by nie mieć się na 
baczności. No i była jeszcze jej córka. Dzieci wszystko komplikowały. 
Ona po prostu leżała tutaj i pozwalała mu się pożywiać.

Jego pierwszy dawca, Robert Milder, musiał być usypiany na czas 

karmienia. Po nim była Galatea. Musiał ją wiązać. Za każdym razem. 
Nienawidziła swojej roli, cierpiała z powodu wiązania, gardziła nim, a 
jednak wciągała go do jej łóżka; a gdy się pieprzyli, wyczerpywała go tak 
bardzo, że czuł się błogo pusty jakby nie tylko wlewał ją swoje nasienie, 
ale także cały ból. Brała to wszystko i upajała się tym, cieszyła się władzą 
jaką nad nim posiadała. Nie był głupcem. Wiedział, że kierowała nią 
zemsta, ale ciągle do niej wracał, idiota spragniony zatrutej wiosny. A teraz 
ma Karinę.

Łagodzące zimno rozprzestrzeniało się po jego żyłach, roztapiało 

igły bólu, które zawsze drażniły go w następstwie przemiany z wariantu 
atakującego. Zabawne. Przetrwał sześć lat na zastrzykach, strzelając  w 
siebie co kilka dni, ale syntetyczne hormony nie łagodziły bólu. Zdołały 
przytłumić ból jednak nadal tam był, aż zdołał przekonać siebie, że 
miażdżyły go całkowicie. Ciało Kariny ledwie miało szansę odpowiedzieć 
na jego jad, jednak nawet maleńka dawka hormonów przyniosła mu ulgę. 

background image

Zapomniał już jak to jest nie czuć bólu.

Lucas wdychał jej zapach. Wspomnienie gonitwy przez motel 

pojawiło się w jego umyśle. Chciał znowu ją gonić. Czuł się piany.

Zsunął cienkie ramiączko bezrękawnika Kariny z jej ramienia, 

obnażając jej lewą pierś. Większa, pełniejsza, miększa niż oczekiwał. 
Wyobraził sobie przesunięcie dłoni na wzgórek, otarcie sutka kciukiem. 
Wyobraził sobie jak jej ciało napięłoby się w odpowiedzi, jak sutek 
naprężyłby się pod jego palcami.

Wsunął palce pod pasek jej dżinsów, pociągnął w górę i spojrzał na 

trójkąt jej białej bielizny. Jego penis był obolały. Chciał ją dosiąść i 
wepchnąć się w nią. Więc co go powstrzymywało?

Lucas przesunął rękę w górę, do jej lekko zaokrąglonego brzucha, 

trzymał ją delikatnie, starając się ją rozgryźć. Gdyby związał ją przed 
karmieniem, już by ją pieprzył, tego był pewien.

Zaufanie, zdał sobie sprawę. Dotrzymała swojej części umowy. 

Pragnęła końca, a gdy jej świadomość wyślizgnęła się - ciche łzy spływały 
z oczu zostawiając mokre ślady na policzkach. Jej ramię będzie jutro 
obolałe jak diabli. Skoro gorączka nie wzrosła, trucizna jej nie zabiła, to 
miała w swojej przyszłości jutro. Chciał by żyła, ale zrobił co mógł by jej 
pomóc.

Karmienie było kosztowne, ale leżała i pozwalała mu robić swoje 

tak, jak obiecała, i oczekiwała, że on dotrzyma swojej części umowy. A 
umowa nie zawierała praw do pieprzenia. Wyraziła to bardzo wyraźnie.

Podciągnął jej bluzkę na miejsce, zakrywając ją, i przyciągnął ją do 

siebie, obejmując ramieniem. Ona była jego. Będzie łagodziła jego ból, a 
on będzie ją w zamian ochraniał. Taka była umowa.

background image

Rozdział 3

Karina obudziła się w pustym pokoju. Jasne poranne światło wlewało 

się do środka przez otwarte okno, kreśląc żółty prostokąt na drewnianej 
podłodze. Powiew wiatru przyniósł smród przypalającego się bekonu. 
Emily.

Wydostała się z prześcieradeł i prawie upadła. W głowie jej się 

kręciło. Powoli, bardzo powoli ześlizgnęła się z łóżka i wstała. Gardło 
miała tak suche, że bolało. Pełna szklanka wody stała na stoliku obok 
lornetki i żółtej karteczki, na której pisało "Wypij to". Praktycznie 
usłyszała jak Lucas warknął.

Wspomnienie jego zębów wbijających się w nią przyprawiało ją o 

mdłości. Karina zgięła się, chwyciła stolika do utrzymania równowagi i 
zobaczyła bandaż na ręce. Szarpnęła za niego, wysyłając fale bólu w górę 
kończyny. Bandaż pozostał na ręce. Karina pociągnęła mocniej, starając 
się go zedrzeć tak, jakby mogła pozbyć się razem z nim wspomnień o 
Lucasie. Męczyła się z nim przez kilka sekund, ból uderzał w jej biceps w 
gorących ciernistych falach, i w końcu go zdjęła.

Duży siniec plamił  zgięcie jej ramienia. Ciemna purpura wyglądała 

jak opaska. Dowód własności Lucasa. Zaschnięta krew pokrywała skorupą 
miejsca gdzie jego zęby przebiły jej żyłę.

Cena, którą zapłaciła za życie Emily. I jej własne. Ból w ramieniu 

pchał ją w kierunku krzyku czystej niesprawiedliwości tego co się 
wydarzyło: ataku, porwania, bólu, przetrzymywania z brutalną siłą, 

background image

okradziona z córki, pozbawiona wolności.... Wyrwania z jej własnego 
życia. Tylko poprzedniego dnia czuła się stosunkowo bezpiecznie, pewna, 
że może zadzwonić pod 911 w każdej chwili i sprowadzić policję pod jej 
drzwi. Miała swoje prawa. Miała ochronę. Była osobą.

Czuła gorące łzy wypełniające jej oczy i zacisnęła zęby. Musiała 

wziąć się w garść. Myślenie jak ofiara nigdzie ją nie doprowadzi. Tak, to 
było przerażające. Tak, to bolało. Ale nie zabiło jej. Nadal żyła i jak długo 
oddychała, musiała walczyć o siebie i jej dziecko. Musiała być posłuszna i 
słodka. Musiała się przypochlebiać. To była jej jedyna szansa na 
przetrwanie i ucieczkę. Karina upuściła bandaż na nocny stolik i opróżniła 
szklankę. Nadszedł czas znalezienia córki.

Ostry wrzask kazał jej odwrócić się do okna. Podeszła do niego, a z 

nocnego stolika podniosła po drodze lornetkę. Szeroka zielona przestrzeń 
rozciągała się przed nią, łagodny stok porośnięty lasem zmierzał w 
kierunku gór, brązowy i rdzawy, blednący do niebieskiego i w końcu 
szarego w oddali. Las karłowatych drzew zasłaniał podnóża gór, znacząc 
trawiastą prerię kępami zieleni. Wiatr powiał na jej twarz, przynosił z sobą 
wilgoć i kwaśny zapach jakiegoś nieznanego kwiatu.

To był środek lata w północnej Oklahomie, a preria, którą widziała 

wczoraj przez szybę w samochodzie, była morzem brązu suchej trawy. To, 
to wyglądało jak wiosna po tygodniach deszczu gdzieś u podnóża gór.

Gdzie ona do diabła była? Wyglądało to na kompletne pustkowie, 

prawdopodobnie mile od jakiejś drogi, jakichś ludzi. Żadnej pomocy. Jeśli 
ucieknie, przemierzanie nierównego terenu z sześciolatką będzie bardzo 
trudne. Będzie musiała dobrze zaplanować i wziąć dużo wody.

Krzaki pisnęły. Małe brązowe zwierzę wystrzeliło z traw. 

Przypominał psa, może kojota. Rzucił się przez trawę, biegnąc zygzakiem 
w autentycznej panice. Nie biegł jak kojot.

Co do diabła?
Karina podniosła lornetkę do oczu.
To stworzenie nie było psem. Jeśli coś, wyglądał jak malutki koń, nie 

więcej niż dwie stopy w kłębie.

Krzaki zadrżały i wypluły na trawę trzy szare kształty, jeden duży i 

dwa mniejsze. Biegły prosto na parze masywnych, umięśnionych nogach, 
ich ciała pokryte były szarymi piórami poznaczonymi czarnymi plamkami. 
Długie, potężne szyje podtrzymywały głowy uzbrojone w olbrzymie 
dzioby. Lornetka pokazywała każdy detal, od grzebienia długich piór na 
ich głowach do małych okrutnych oczu.

Koń galopem ratował swoje życie, gwałtownie skręcił w lewo. 

background image

Najbliżej niego ptak poleciał w kierunku domu żeby się naprostować. 
Błysk bladej czerwieni pojawił się w pustym powietrzu, jakby ptak wleciał 
w rozciągniętą niewidzialną siatkę, a napięcie jego ciała spowodowało 
błysk nici. Ptak skrzeknął i upadł, odrzucony w tył. Przez chwilę leżał na 
trawie oszołomiony, a następnie powstał i podłączył do pościgu.

Mały koń zaczął się męczyć. Zwalniał. Piana skapywała z jego 

pyska.

Największy ptak przyśpieszył. Gigantyczny dziób podniósł się i 

opadł jak siekiera, uderzając w konia i spychając go. Koń upadł na trawę i 
zataczając się próbował wstań. Trzy ptaki tańczyły wokół niego dźgały i 
dziobały. Koń krzyknął i upadł. Krwawe dzioby wznosiły się i opadały...

Karina odsunęła lornetkę.
Nie wiedziała zbyt wiele o zoologii, ale wiedziała wystarczająco. To 

nie były emu; to nie były strusie; nie, to były jakieś okrutne, antyczne 
stworzenia, które nie istniały w Texasie czy Ozarks. Albo w dwudziestym 
pierwszym wieku.

Nagle zrobiło jej się zimno, marzła od stóp po głowę.
Krzyk tryumfu przetoczył się po okolicy.
Karina położyła lornetkę na stolik i zatrzasnęła okno.
Chmura tłustego dymu powitała Karinę w kuchni. Przy kuchence, 

przeklinając, Henry ściągnął kilka zwęglonych plastrów bekonu z patelni i 
położył je na talerzu. Zobaczył ją pomachał  szpatułką, ochlapując stół 
olejem.

- Dzień dobry.
- Dzień dobry. - odpowiedziała na autopilocie. - Widziałam... ptaki.
- Ptaki Terroru. - Henry kiwnął głową. - Wstrętne stworzenia. Nie 

martw się, duże ogrodzenie okrąża całe wzgórze. Nazywamy je siecią - to 
cienkie druty z przebiegającymi po nich silnymi prądami. Jesteś 
całkowicie bezpieczna w obrębie domu. Nie zbliżą się. Poza tym, to w 
większości tchórze. Dorosły człowiek nie ma o co się martwić.

Jeden z nich może zabić dziecko. Obraz zakrwawionego dziobu 

opadającego jak topór pojawił się przed oczami Kariny. Przełknęła ciężko.

- Moja córka? - szpatułka wskazała na prawo od Henry'ego.
- Przez te drzwi.
Karina zmusiła się żeby nie biec. Obeszła stół i przeszła przez drzwi 

do salonu. Serce jej waliło.

Mały kształt leżał zwinięty na kanapie, ukryty pod zielonym kocem. 

Karina odsunęła przykrycie. Emily leżała na poduszce. Usta miała lekko 
otwarte, oczy zamknięte, a z włosów miała poplątany bałagan.

background image

Karina klękła i objęła ją delikatnie. Emily poruszyła się, Karina 

pochyliła się i przyłożyła twarz do policzka córki, starając się nie 
rozpłakać.

- Daniel przyprowadził ją wcześnie, tego ranka. Arthur powiedział 

mu, że przez to będzie mógł znowu się odzywać.  - powiedział Henry 
cicho stając w drzwiach. - Usunąłem jej wspomnienia z napaści w hotelu - 
to było zbyt traumatyczne - więc nie będzie nic pamiętać z tamtego 
miejsca, cały tamten dzień będzie dla niewyraźny. Nie ma żadnych 
długoterminowych skutków ubocznych, ale będzie kilka 
krótkoterminowych: będzie więcej spała, będzie wydawała się 
zdezorientowana i może odczuwać jakieś niepokoje. To będzie trwało jakiś 
tydzień. Lucas już powiadomił główny dom. Przygotują dla niej ładny 
pokój.

Karina odwróciła się.
- Chcę by została ze mną.
Henryk wyglądał na skrępowanego.
- Istnieje powód dlaczego nasza trójka jest odseparowana od 

głównego domu.

- Trójka? Myślałam, że Arthur też tu mieszka.
Henry potrząsnął głową.
- Arthur mieszka w głównym budynku. Z całej naszej grupy, Lucasa 

najbardziej się boją, Daniel jest najbardziej gardzony, a mnie najmniej 
ufają. - zamilkł na chwilę. - Ten dom nie jest najlepszy dla dziecka.

Milczała przez chwilę. 
- Henry, dlaczego ktoś miałby ci nie ufać? - Z czterech mężczyzn, 

których do tej pory poznała, Henry wydawał się najmniej szalony. 

Uśmiechnął się, przepraszająco, prawie wrażliwie, i pochylił się.
- Mogę sprawić, że zapomnisz o tej rozmowie. Mogę sprawić, że 

zapomnisz o Lucasie, o motelu i jeśli popracuję trochę, mogę sprawić, że 
zapomnisz o swojej córce.

Zamarła. To wydawało się szalone, ale nie bardziej szalone niż 

pomysł o mężczyźnie zmieniającym się w koszmarną bestię.

- Czy umiesz czytać w myślach?
- Nikt nie umie czytać w myślach. - Henry potrząsnął głową. - Nawet 

agent stopnia bojowego jak ja.

Bojowy z kim? Dlaczego? Wyrażał swoje odpowiedzi bardzo 

uważnie, rozważając je zanim odpowiadał. Jeśli naciśnie zbyt mocno, 
przestanie mówić.

- Nie jestem pewna czy rozumiem. Czy osuwasz myśli waszych 

background image

wrogów?

Henry zdjął okulary i przeczyścił szkła rogiem koca Emily. Bez 

okularów wydawał się młodszy.

- Umysł nie tylko przechowuje wspomnienia. Reguluje również 

wiele funkcji ciała. Mogę mentalnie przenieść się na teren wroga i 
policzyć ich. Oczywiście im więcej ich jest tym większy margines błędu, 
ale zazwyczaj nie jestem daleki od prawidłowej liczby. Mogę znaleźć twój 
umysł w tłumie ludzi i zaatakować go, tak że myślałabyś, że toniesz. Mogę 
odłączyć twój mózg od reszty ciebie i zagłodzić go od tlenu aż staniesz się 
warzywem. Mój podgatunek nie jest nazywany Wymazywacz Wspomnień. 
Nazywany jest Zaginacz umysłów.

Przez chwilę była bardziej przerażona nim niż Lucasem, a myśl, że w 

jakiś sposób może rozbić jej czaszkę i zajrzeć do mózgu przerażała ją 
nawet bardziej.

Henry zerknął na Emily.
- Czy teraz mi ufasz? Czy chcesz żeby twoja córka przebywała w 

pobliżu mnie?

Nie. Nie ufała żadnemu z nich. Ale główny dom, gdziekolwiek był, 

będzie pełen obcych. Nie podobała jej się myśl, że ktoś pełen gwałtownej 
wściekłości jak Lucas, albo zimny jak Arthur będzie panował nad Emily 
bez niej by ochraniać córkę.

Karina zacisnęła dłonie. Krzyki i histeria nie przyniosą jej pożytku. 

Musiała ich przekonać. Musi być mądra. Używać logiki.

- Henry, wolę ciebie i Lucasa nad domem pełnym ludzi, których nie 

znam. Emily obudziła się sama, beze mnie. Musiała być przestraszona. 
Moja jest moją córką, henry. Jest bezpieczniejsza ze mną ponieważ jestem 
jej matką i poświęcę życie by uchronić ją od cierpienia.

- Porozmawiaj z Lucasem. - zasugerował Henry. - Jestem pewien, że 

pozwoli na odwiedziny.

Lucas. Lucas powiedział, że posiada je obie. Musi sprawić, żeby 

zrozumiał. Karina poprawiła koc Emily i wstała.

- Czy mogę zrobić śniadanie? A może powinnam spytać Lucasa o 

pozwolenie?

Henry odsunął się.
- Możesz użyć wszystkiego co mamy do jedzenia. - chrząknął.
Lodówka zawierała jajka, kilka funtów boczku, jakieś ślimate zimne 

plastry mięsa, kawał sera mozzarella - suchego, żółtego i białego - oraz 
paczkę zielonkawych hod dogów. Karina wyciągnęła jajka i bekon.

- Mąka?

background image

Henry pogrzebał w jednej z szafek, wyglądał na zagubionego, 

zmarszczył brwi, otworzył drzwi, odsłaniając dużą spiżarnię.

- Myślę, że jest gdzieś tutaj.
Weszła do pomieszczenia. Rzędy za rzędami drewnianych półek 

wypełnione były puszkami i słoikami, olbrzymi stojak z przyprawami, 
pięćdziesięciofuntowe torby z cukrem, mąką, ryżem.... trzy duże 
zamrażalki wypełnione mięsem. Wystarczająco jedzenia by wyżywić tych 
mężczyzn przez lata.

- Oczekujecie długiego oblężenia?
- Nigdy nie wiesz. - powiedział Henry ze słabym uśmiechem. - 

Mieliśmy kilka.

- Ty, Daniel, Lucas, Emily... czy ktoś jeszcze przyjdzie?
- Nie. Czy to oznacza, że jesteśmy zaproszeni na posiłek?
- Używam waszego jedzenia.
Henry wypuścił oddech, podniósł talerz z czarnymi kawałkami 

bekonu i wyrzucił je do śmieci.

- Dzięki Bogu.
Karina najpierw otworzyła okno, żeby wywietrzyć kuchnię, i 

przygotowała się do przygotowania śniadania. Henry stanął obok lodówki 
i obserwował ją. Było coś niepokojącego w Henrym. Gdy spoglądała na 
niego, miała wrażenie długości: długie kończyny, długa postać, podłużna 
twarz. Chociaż przypominała sobie, że jest nieznacznie niższy niż Lucas, 
wydawał się wyższy. Wyglądał na szczupłego, prawie chudego, ale to było 
zwodnicze - rękawy jego bluzy były podciągnięte do łokci, odkrywały 
przedramiona wyrzeźbione twardymi mięśniami. Często się uśmiechał, ale 
w wykrzywieniu jego ust brakowało uczuć. Jego uśmiech był cienki jak 
bibułka, automatyczna reakcja jak mruganie.

Zaginacz Umysłów. Jeśli to, co mówił, było prawdą, może zabić 

Emily tuż przed nią, wyczyścić umysł Kariny i nigdy by o tym nie 
pamiętała.

Karina znalazła jabłka Granny Smith na dnie lodówki i sprawdziła 

szuflady. Przy trzeciej próbie znalazła szufladę z narzędziami: noże, 
śrubokręty, otwieracze do butelek i drewniane łyżki. Wyłowiła średniej 
wielkości nóż, obrała jabłka, usunęła gniazda z nasionami, i pokrajała je, 
następnie przełożyła na patelnię by się podsmażyły i posypała je 
brązowym cukrem.

- Pachnie wyśmienicie. - wymamrotał Henry.
- Czy jest cynamon?
- Jestem pewien, że jest. To brązowy proszek, prawda? - Henry 

background image

wszedł do spiżarni.

- Tak. - chwyciła nóż, odciągnęła materiał dżinsów od biodra i 

wsunęła nóż do kieszeni. Czubek przeciął materiał kieszeni i zdołała 
schować nóż aż po rękojeść. Ostrze ocierało się o jej skórę. Zerknęła w 
dół. Żadnej krwi. Karina odetchnęła. Skaleczenie było wykalkulowanym 
ryzykiem - nie miała innego miejsca na ukrycie noża. W jakimkolwiek 
innym miejscu było by widać. Obciągnęła koszulkę w dół.

Henry wyszedł ze spiżarni. Wstrzymała oddech. Może on umie 

czytać w myślach. Może umie wyciągnąć obraz noża z jej myśli. Musi 
przestać o tym myśleć, ale nie umiała. Kształt noża prawdopodobnie jarzył 
się w jej umyśle. 

Henry potrząsnął plastikowym pojemnikiem z cynamonem.
- Znalazłem.
Musi coś powiedzieć albo on zda sobie sprawę, że coś jest nie tak. 

Karina zmusiła usta do działania.

- Dziękuję. - wzięła cynamon i posypała nim jabłka.
Nie zauważyła stojaka na bekon, być może go nie mieli. Więc 

położyła na talerzy kilka listków ręcznika papierowego, umieściła plastry 
na nim i włożyła do mikrofalówki.

- Nie gotujesz zbyt często? - spytała.
- Wręcz przeciwnie. Gotuję dość często, z czystej konieczności. 

Niestety większość z tego co wyprodukuję jest niejadalne. Umiejętności 
gotowania Daniela są nawet gorsze, jeśli jest to możliwe. Lucas umie 
grillować całkiem dobrze kiedy się go do tego zmusi, ale w kuchni jego 
pomysłem na posiłek jest kawałek surowego mięsa, spalonego od 
zewnątrz. Adrino był naszym kucharzem.

- Gdzie on teraz jest?
- Umarł. Jakieś dziewięć miesięcy temu.
Zatrzymała się i spojrzała na niego.
- Przykro mi.
Henry kiwnął głową.
- Dziękuję.
Karina wznowiła mieszanie ciasta na naleśniki.
- Ja umarł?
- Lucas przegryzł go na pół.
Zamarła.
- Czy był członkiem twojej rodziny?
- Był. Był kuzynem Lucasa od strony matki, a moim przyrodnim 

bratem.

background image

Karina znalazła patelnię na naleśniki i postawiła ją na palniku by się 

nagrzała. Zamieszała jabłkami drewnianą łyżką, następnie wyciągnęła 
bekon z mikrofalówki i ściągnęła je z papierowych ręczników.

- Mogę to zrobić. - zaoferował Henry.
- Dziękuję. - wlała ciasto na naleśniki na patelnię szybkim ruchem i 

patrzyła jak pierwszy naleśnik pęcznieje i bąbelkuje na brzegach. - 
Dlaczego Lucas go zabił?

- Adrino próbował zabić Arthura.
- Dlaczego?
Henry uśmiechnął się, szybkie odsłonięcie zębów, nic nie znaczące i 

płaskie jak maska.

- Adrino zgwałcił kobietę w bazie. Jako karę, Arthur kazał go zakuć 

w łańcuchy na dwa miesiące.

- Zakuć w kajdany?
- Na dziedzińcu. Ostatecznie Adrino wypuszczono z łańcuchów i 

wszystko szło całkiem nieźle aż spróbował zescalić krew Arthura na 
kolacji świątecznej zeszłego roku. Z perspektywy czasu, wszyscy 
powinniśmy się tego spodziewać. Jego podgatunek jest znany z 
awanturnictwa. - Henry znowu się uśmiechnął. - Dowiesz się, że często 
jesteśmy brutalni, złośliwi, Pani Karino. Wszyscy nienawidzimy Arthura, 
nienawidzimy siebie nawzajem, nienawidzimy tego, kim jesteśmy, czym 
jesteśmy, dlaczego jesteśmy. Ta nienawiść jest tak głęboko w nas, że sięga 
kości. Nienawiść Lucasa jest silniejsza niż większości z nas z jego 
własnych powodów. Ale Lucas ma również większą kontrolę nad swoją 
wściekłością niż twierdzi. On rozpoznaje prostą prawdę: Arthur jest 
klejem, który utrzymuje nas razem. Arthur popełnia błędy i jest brutalny, 
ale również sprawiedliwy. Każde plemię potrzebuje przywódcy. Bez 
przywódcy następuje chaos. Czy mogę wspomnieć, że twoje naleśniki 
pachną wyśmienicie? Nie przypuszczam by istniała możliwość bym mógł 
podkraść jeden już teraz, prawda?

Trzydzieści minut później naleśniki były gotowe, bekon był 

usmażony, a Karina przeszła przez pokój do córki.

- Emily? Obudź się...
- Mamusiu! - Emily uczepiła się szyi Kariny i trzymała się jej z 

zaskakującą siłą. Karina podniosła ją z kanapy i przymała blisko, bojąc się 
zbyt mocno obejmować maleńkie ciałko.

- Jestem tutaj, kochanie. Kocham cię. - Emily nigdy nie mówiła 

"mamusiu". To zawsze było "mamo".

- Nie odejdziesz?

background image

Ciasny węzeł uformował się w gardle Kariny. "Odchodzenie' było 

eufemizmem Emily na umieranie. Jej córka myślała, że ona umarła.

- Będę bardzo mocno się starała nie odejść. - obiecała.
Emily trzymała się, a Karina delikatnie zaniosła ją do Kuchni.
- Zrobiłam twoje ulubione jabłka. - powoli uścisk Emily na jej szyi 

osłabł. Kilka sekund później pozwoliła posadzić się na krześle przy stole.

Daniel wmaszerował do kuchni.
- Jedzenie.
Henry pokiwał głową.
- Tak.
Daniel odsunął krzesło, usiadł i sięgnął po naleśniki.
- Poczekajmy na Lucasa. - powiedział Henry.
- Pieprzyć Lucasa.
Karina spojrzała na Daniela. Henry westchnął. Daniel spojrzał na 

nich, zerknął na Emily i wzruszył ramionami.

- Nie podoba im się, że przekląłem. Czy masz coś przeciwko jeśli 

będę przeklinał? - Emily potrząsnęła głową. - Widzicie, ona nie ma nic 
przeciwko.

Lucas pojawił się w drzwiach. Jednej chwili były puste w następnej 

on tam stał, zielone oczy obserwowały każdy jej ruch z głodnym błyskiem. 
Karina zajęła swoje miejsce, próbowała go ignorować, ale jego spojrzenie 
więziło ją jak niewidzialne łańcuchy. Spojrzała na niego. Tak, należę do 
ciebie. Nie musisz mnie tym zanudzać.

Oczy Emily stały się duże. Spłoszyła się trochę gdy Lucas podszedł 

do stołu, świadoma każdego jego ruchu. Karina wyczytała strach w twarzy 
swojej córki i sięgnęła by uścisnąć jej rękę. On nie dawał powodu Emily 
by się go bała, jednak wyraźnie była przestraszona, prawie jakby 
wyczuwała na podświadomym poziomie, że on jest zagrożeniem.

Lucas usiadł obok Kariny, naprzeciw Daniela, i sięgnął po naleśniki. 

Patrzyła jak załadowywał talerz: cztery naleśniki, cztery kiełbaski, sześć 
plastrów bekonu... Talerz nie mógł więcej zmieścić. Rozważył to, 
zirytował się, następnie nałożył jabłka na naleśniki i polał to wszystko 
syropem klonowym.

Dobrze, że przygotowała wystarczająco dla dziesięciu osób.
Lucas przekroił naleśniki widelcem, nakłuł kawałek jabłka i 

wprowadził to wszystko do ust. Karina siedziała na brzegu krzesła, 
słuchając przyśpieszonego tempu bicia jej serca, patrzyła jak przeżuwał i 
czekała aż rzuci talerzem poprzez stół. Chciała by mu smakowało; nie, 
desperacko potrzebowała by całej trójce smakowało. Od tego zależało jej 

background image

przetrwanie.

Lucas przełknął.
- Dobre. - powiedział i sięgnął po więcej.
Karina osunęła się trochę na krześle, niezdolna ukryć ulgę
- Dobrze? To cholernie nieziemskie. - powiedział Daniel. - To 

pierwszy porządny posiłek jaki jemy od tygodni.

Lucas posłał mu mroczne spojrzenie, ale nic nie powiedział.
- Mamo. - powiedziała Emily.
- Co, kochanie?
- Zostawiłam plecak w domu Jill. Tam były moje szkolne rzeczy. - 

trzej mężczyźni jedli, obserwując ją.

- Nic nie szkodzi, kochanie. - powiedziała Karina. - I tak musisz 

zmienić szkołę.

- Dlaczego?
- Ponieważ teraz tu mieszkamy i pójdziesz do specjalnej szkoły. - 

słowa wyszły z trudem.

- Czy będę musiała jeździć autobusem?
Karina przełknęła gulę, która utworzyła się w jej gardle. 

Uświadamianie sobie gdzie się teraz znajdują było trudne, jakby wbijała 
gwoździe do własnej trumny. 

- Nie.
- Dlaczego musimy tu zostać?
- Tutaj teraz pracuję.
- Twoja mama jest niewolnikiem. - powiedział Daniel. - Lucas ją 

posiada.

Gdyby tylko mogła sięgnąć ponad stołem, walnęłaby go pięścią tak, 

żeby bolało. Karina zmusiła twarz do neutralności, wciągając ją jak maskę. 
Nic nie pokazuj. Nie zdradzaj żadnej słabości.

- Czy niewolnik jest lepszy niż kierownik listy płac? - spytała Emily.
- To nie jest aż takie różne. - skłamała Karina. Tak wiele razy 

wcześniej myślała, że pracuje jak niewolnik, zostawała na długie godziny, 
zajmowała się projekt za projektem, wiecznie była do tyłu, starała się iść 
po nitce do kłębka. Myślała, że doświadcza najgorszego co może 
przynieść życie. Wszystko to było teraz bezcelowe. Jej wspomnienia 
należały do kogoś innego, szczęśliwszego, błyskotliwszego, młodszego. 
Teraz miała nowe życie, nowe priorytety, a głównym było dobro jej córki. 
Musiała zapewnić Emily bezpieczeństwo.

Emily nakłuła naleśnik widelcem.
- A co z domem? Wszystkimi naszymi rzeczami... moim kocykiem 

background image

Hello Kitty...

- Kupimy nowe rzeczy. - rzuciła szybkie spojrzenie wokół stołu, ale 

żaden z trójki mężczyzn nie powiedział nic co mogłoby złamać kruchą 
obietnicę. - Czy dostanę własny pokój?

Karina spojrzała na Lucasa. Proszę. Nie rozdzielaj mnie od mojej 

córki.

Wytarł usta serwetką, ruchy miał nieśpieszne.
- Będziesz musiała zostać w głównym domu. Możesz przychodzić 

odwiedzać mamę w weekendy. Przygotujemy pokój.

- Chcę zostać z mamą. - głos Emily był słaby.
- Nie możesz. - powiedział Lucas. Emily przygryzła wargę.
- Będziesz miała dobre miejsce w głównym domu. Będziesz dzieliła 

pokój z miłą dziewczynką. Będziesz miała zabawki. Ubrania. Wszystko co 
potrzebujesz. Jeśli ktoś będzie dla ciebie niemiły, powiesz, że należysz do 
Lucasa. Wszyscy się mnie boją. Nikt cię nie skrzywdzi.

- Nie. - powiedziała Emily.
Lucas przestał jeść. Karina zamarła.
- Mówisz mi nie? - spytał Lucas. Głos miał spokojny.
Emily podniosła podbródek z całym nieposłuszeństwem na jakie stać 

sześciolatkę.

- Jestem zmęczona i przestraszona, nie idę. Zostaję z mamą Czy 

będziesz na mnie krzyczał?

- Nie. - powiedział Lucas. - Nie muszę.
- Nie jesteś moim tatą. Mój tata odszedł.
Lucas zerknął na Karinę.
- Jestem wdową. - powiedziała cicho.
- Nie jestem twoim tatą, ale ja tu rządzę. - powiedział Lucas. - 

Będziesz mi posłuszna.

- Dlaczego? - spytała Emily.
Lucas pochylił się i spojrzał na Emily.
- Ponieważ jestem duży, silny i straszny. A ty jesteś bardzo mała.
- Nie jesteś miły. - Emily wytrzymała jego spojrzenie, ale Karina 

mogła stwierdzić, że nie było to spowodowane odwagą. Emily po prostu 
zamarła jak mały zajączek patrzący wilkowi prosto w oczy.

- To nie jest miły świat, a ja nie mogę zawsze być miły. - powiedział 

Lucas. - Ale spróbuję i nie będę dla ciebie niemiły bez powodu.

Karina położyła dłoń na jego przedramieniu, starając się oderwać 

jego uwagę od Emily. Zadziałało; spojrzał na nią.

- Proszę. - potrzeba było całej jej woli by nie drżał jej głos. - Pozwól 

background image

jej zostać.

- Chcę zostać. - powiedziała Emily. - Będę grzeczna. Będę robić 

wszystkie moje obowiązki.

- Pomyślę o tym. - powiedział Lucas.

background image

Rozdział 4

Pół godziny później śniadanie było skończone. Mężczyźni wstawali 

jeden po drugim, opłukiwali talerze i ładowali je do zmywarki z 
zadziwiającą sprawnością. Karina schowała resztki jedzenia. Henry 
wyszedł, ale Daniel pozostał w kuchni, opierał się o kontuar, obserwował 
ją. Lucas skradał się koło drzwi, obserwując Daniela.

- Czy mogę wyjść na dwór? - spytała Emily.
Karina zatrzymała się.
- Nie sądzę by to był dobry pomysł.
- Dlaczego nie? - Daniel uniósł brew.
- Ponieważ są tam straszne ptaki.
- Tam są straszne ptaki? Jakie straszne ptaki?
- Jest bezpiecznie. - powiedział Lucas. - Sieć utrzymuje wszystko z 

daleka.

Karina przypomniała sobie jak ciało ptaka uderzyło w niewidzialne 

ogrodzenie.

- A co jeśli ona wejście z tą sieć?
- Musiałaby przejść półtorej mili w dół wzgórza zanim do niej 

dojdzie. - powiedział Lucas.

- Chcę zobaczyć te ptaki. - powiedziała Emily. - Proszę?
To uwolni je z domu, od tych mężczyzn i będą na wolnej przestrzeni. 

Mogłaby się rozejrzeć. Może zobaczy drogę, albo dom, jakąś drogę 
ucieczki. Karina wytarła dłonie ręcznikiem i powiesiła go na krześle. 

background image

- Okay. Ale zostaniemy w pobliżu domu.
- Pójdę z wami. - powiedział Lucas.
Wszystko co chciała to iluzji bycia samej z córką. A on jej nie 

pozwala. Karina zacisnęła zęby.

- Dokładnie. - powiedział Daniel. - Gryź się w język. To ci się 

przyda.

Lucas posłał mu bezbarwne spojrzenie. Przez chwilę stali 

nieruchomo, następnie Daniel przewrócił oczami i nieśpiesznie wyszedł z 
kuchni do korytarza. Lucas poszedł w przeciwnym kierunku. Karina 
chwyciła Emily za rękę.

- Chodź, kochanie.
Korytarz przecinał dom i prowadził prosto do drzwi. Mijali pokoje: 

po prawej bibliotekę wypełnioną książkami od podłogi po sufit, duży 
pokój z olbrzymim płaskim telewizorem po lewej, a później Lucas 
otworzył drzwi i wyszli z ganku w światło słoneczne. Podwórko było 
trawą, małymi chudymi dębami i krzakami po obu stronach. Ścieżka 
prowadziła w dół zbocza w dal. Po lewej duży dąb, odstający od reszty 
lasku i prawdopodobnie zasadzony, rozkładał swe gałęzie.

Kudłaty brązowy pies wybiegł zza dębu. Duży jak dog niemiecki, 

biegł na masywnych łapach, długi ogon stał nieruchomo za nim. Było coś 
dziwnego w sposobie w jakim się poruszał, człapał lekko, bardziej jak 
niedźwiedź niż pies.

Karina weszła pomiędzy Emily a bestię.
Zwierzę zatrzymało się. Duże brązowe oczy wpatrywały się w nie z 

masywnej głowy ukoronowanej okrągłymi uszami.

- Nie martw się, jest oswojony. - powiedział Lucas.
Połączenie psa i niedźwiedzia spojrzało na Lucasa i prychnęło.
- On nie lubi gdy jestem na etapie wariantu atakującego. - powiedział 

Lucas. - Przez to dziwacznieje na kilka dni. Cedric, nie bądź dupkiem. 
Pozwól dziecku cię popieścić.

Kolejne prychnięcie. Nie mogła winić psa. Biorąc pod uwagę jak 

Lucas wyglądał podczas swojego wariantu atakującego, zadziwiające było, 
że pies jeszcze się tu kręci.

Cedric zastanawiał się przez dłuższą chwilę i podbiegł. Emily 

wyciągnęła rękę. Wnętrzności Kariny zacisnęły się mocno.

Cedric trącił dłoń Emily nosem, prychnął i przystawił nos do 

wypukłości w przedniej kieszeni jej bluzy.

- Co masz w kieszeni? - spytała Karina.
Emily pogrzebała w kieszeni i wyciągnęła na wpół zjedzone jabłko.

background image

Nie znowu. Karina utrzymywała głos w delikatnym tonie.
- Emily, wiesz, że nie powinnaś tego mieć... - Cedric powąchał 

jabłko. Jego pysk otworzył się, obnażając olbrzymie zęby.

- Nie zrani jej. - powiedział Lucas z całkowitą pewnością w głosie.
Emily wyciągnęła jabłko. Bardzo ostrożnie, prawie delikatnie, Cedric 

zabrał je z jej ręki, usiadł na zadzie i podniósł jabłko do pyska, trzymając 
je długimi, ciemnymi pazurami. Czarny nos powąchał jabłko, szczęka 
rozwarła się i zamknęła, a bestia ugryzła mały kawałek owocu i zaczęła 
przeżuwać z widoczną przyjemnością.

- Lubi to! - ogłosiła Emily i zeskoczyła ze schodów na podwórko. - 

Chodź, Cedric!

- Gdzie idziesz? - Karina zrobiła krok by za nią iść.
- Tylko do drzewa.
Dąb był ledwie pięćdziesiąt stóp dalej. Karina przygryzła wargę. 

Instynkt mówił jej by uczepiła się córki i nie puszczała, ale  Emily musiała 
czuć się normalnie. Musiała się bawić. Jej córka nie rozumiała jak 
niebezpieczna była ich sytuacja, nie miała pojęcia jak bezbronne były, a 
Karina utrzymać to w tym stanie.

Emily patrzyła na nią.
- Mogę iść?
- Tak. Możesz iść.
Emily skierowała się do drzewa. Cedric skończył jabłko w 

pośpiesznych gryzach, przetoczył się na łapy i podążył za nią do drzewa.

Lucas oparł się o poręcz ganku obok Kariny. Oczekiwała, że on w 

jakiś sposób skurczy się w świetle dnia, jakby był jakimś złym 
stworzeniem nocy, którego moc maleje wraz ze słońcem, ale pozostał tak 
samo duży i groźny. Raczej słońce sprawiło, że było gorzej - mogła 
zobaczyć każdy detal jego poważnej twarzy. Wszystko w nim, sposób w 
jaki się opierał o poręcz, sposób w jaki mięśnie napinały się na jego 
ramionach i piersi, sposób w jaki rozglądał się po podwórzu, badał swoje 
terytorium, otwarcie predatorski.

Lucas podniósł twarz do słońca, zamknął oczy i uśmiechnął się. 

Uśmiech trwał tylko chwilę, odszedł jak liść porwany przez wiatr, ale 
widziała go. Był przystojny, a emanujące z niego niebezpieczeństwo tylko 
potęgowało to piękno do zabójczego ostrza. Był piękny w ten sam 
zabójczy sposób jak tygrys, a teraz była zamknięta z nim w jednej klatce.

Gdyby był po jej stronie, nikt nigdy by ich nie niepokoił.
Przy drzewie, Emily podniosła gałąź i rzuciła ją. Cedric spojrzał na 

gałąź i z powrotem na nią, trochę zdezorientowany.

background image

- Czym on jest? - spytała Karina.
- Niedźwiedzio-psem. Bawiliśmy się ich genetyką kilka generacji 

temu. Jest łagodny przy dzieciach jak Collie i jest dużo mądrzejszy niż 
zwykły pies. Dlaczego problemem jest to, że miała jabłko? 

Karina usiadła na stopniach.
- Ona gromadzi jedzenie.
- Dlaczego?
Nie chciała mu powiedzieć. Im mniej o nich wie, tym mniej 

informacji będzie mógł użyć przeciwko niej.

- Przez to czuje się bezpieczniej.
Przy drzewie Emily klasnęła dłońmi i wyjaśniła coś Cedricowi. 

Znowu siedział na zadzie, słuchając jej.

- Była adoptowana? - spytał cicho Lucas.
- Nie. - nie powinna oczekiwać by wiedział, że adoptowane dzieci 

czasem nabywają zwyczaju gromadzenia jedzenia. Teraz musiała więcej 
wyjaśnić żeby nie przyszło mu coś złego na myśl. - To stało się po śmierci 
jej ojca. To nie zaburzenie odżywiania. Ona nie chce dodatkowego 
jedzenia; ona po prostu stara się kontrolować swoje otoczenie. Zajęliśmy 
się tym, ale z wszystkim co się stało, to może wrócić. Proszę nie strofuj ją 
czy krzycz na nią z tego powodu. To...

- Tylko wszystko pogarsza. - skończył za nią. - Wiem.
- Pozwól mi ją mieć. - powiedziała, nagle odczuwając desperację. - 

Niech zostanie ze mną. Myślałam, że straciłam ją na tamtych schodach 
przeciwpożarowych. Ty masz wszystko inne - moją wolność, moje ciało, 
wszystko - a ja chcę tylko jednego. Pozwól mi zatrzymać moje dziecko.

Lucas zmarszczył brwi. Teraz nie wydawał się bezwzględny.
- Nie robię tego by być dupkiem.
- Upewnię się by nie wchodziła ci w drogę...
Cedric warknął na krzaki, obnażając zęby i rzucając się na busz.
Karina skoczyła na nogi. Zanim jej kolana się wyprostowały, Lucas 

przeskoczył przez poręcz i biegł w kierunku drzew. Emily cofała się. Jej 
usta otwarły się w zaskoczone O. Karina biegła, ale była tak potwornie 
wolna.

Lucas dotarł do Emily, odepchnął ją z jego drogi i przebił się przez 

zarośla.

Karina rzuciła się do przodu. Jej dłoń zacisnęła się wokół ręki Emily. 

Chwyciła córkę i cofnęła się, trzymając dłoń w kieszeni, czując rączkę 
noża przez materiał dżinsów.

Lucas wyszarpnął coś z krzaków. Długie i zielone, i brązowe, wiło 

background image

się w jego ręce, a wydłużony oliwkowy ogon ocierał się o ziemię. 
Wrzeszczał głębokim rykiem, przez który prawie podskoczyła 
przestraszona.

- Henry!
To coś szarpnęło się, jego gardło było złapane w dłoń Lucasa. 

Odwrócił się i Karina w końcu to zobaczyła: przypominał dziwacznie dużą 
brodatą smoczojaszczurkę z długimi na cal kolcami na policzkach i na 
bokach. Gdy stworzenie skręcało się, grzebień na jego grzbiecie rozwarł 
się, kolce stanęły jak płetwy ostre jak brzytwa jakiejś głębokowodnej ryby. 
Jaszczurze stworzenie zacisnęło łapy oparzone długimi czarnymi pazurami 
na ramieniu Lucasa. Krew wezbrała w zadrapaniach.

- Potwór! - pisnęła Emily.
- Nie, tylko duża jaszczurka. - Karina utrzymywała śmiertelny chwyt 

na Emily.

Za nią drzwi zostały gwałtownie otworzone. Daniel wypadł na 

ganek. Jego twarz była wykrzywiona. Coś otarło się o Karinę jak nagły 
powiew wiatru. Bestia drgnęła i zawisła bez ruchu, jego łapy zwiotczały. 
Lucas zaniósł jaszczurkę na ganek.

- Henry!
Henry wtargnął na ganek.
Lucas upuścił jaszczurkę na deski ganku. Stworzenie mrugnęło, ale 

pozostało całkowicie nieruchome. Henry klęknął przy jaszczurce. Jego 
dłonie dotknęły tyłu czaszki stworzenia. Zamknął oczy, skupił się na 
chwilę i zerknął w górę.

- Jego umysł jest bezwładny. Nie transmituje.
Lucas spojrzał na niego.
- Jesteś pewien?
Henry poprawił okulary na nosie.
- Tak. Gdyby transmitował, nastąpiłby wzrost aktywności 

neuronowej.

Lucas podniósł pięść i upuścił jak młotem. Ledwie dostała 

wystarczające ostrzeżenie by okręcić Emily zanim pięść roztrzaskała 
czaszkę jaszczurki, spłaszczając ją jak puszkę Coli.

- Daniel, zadzwoń do głównego domu. - Lucas odwrócił się do niej. - 

Zabierz Emily i idź do naszego pokoju. Nie wychodź dopóki po ciebie nie 
przyjdę.

Karina nie pytała co się dzieje. Po prostu podniosła Emily, pobiegła 

do domu i nie zatrzymywała się zanim drzwi pokoju Lucasa nie zamknęły 
się za nimi.

background image

Dzień przeszedł na popołudnie. Emily zbadała pokój, następnie 

marudziła o tym jak się nudzi i w końcu zasnęła w wypchanym szerokim 
fotelu stojącym w rogu. Na początku Karina nasłuchiwała każdego hałasu 
dochodzącego zza drzwi. Jej nerwy były tak napięte, że ledwie mogła 
siedzieć.

Gdyby to stworzenie w krzakach było zwykłą jaszczurką, Lucas nie 

zabiłby jej od razu. Nie miała co do tego wątpliwości. Nie, ta bestia 
wprawiła wszystkich w stan gotowości. Nie miała pojęcia dlaczego i to w 
jakiś sposób powodowało, że było jeszcze gorzej. W końcu jej własne 
niepokoje wyczerpały ją i zapadła w lekki sen, w swego rodzaju czują 
senność, gdzie każdy zabłąkany hałas kazał jej podnosić głowę.

Pokój był bardzo cichy. Karina zamknęła na chwilę oczy, otworzyła 

je i Lucas już tam był, szedł przez pokój. Nie słyszała jak drzwi się 
otwierają.

Lucas podniósł Emily z fotela. Karina pośpiesznie wstała.
- Gdzie ją zabierasz?
- Do innego pokoju. - powiedział cicho i wyszedł. Podążyła za nim w 

dół korytarza do małej sypialni. Łóżko z czerwoną pościelą stało przy 
jednej ścianie, obok biblioteczki wypełnionej książkami dla dzieci. Biurko 
mieściło mały komputer z płaskim monitorem.

Zrobił dla niej pokój. Zmienił zdanie.
Lucas podłożył Emily na łóżku i cofnął się. Karina naciągnęła koc na 

ramiona Emily. Ona była taka maleńka na łóżku. Umysł Kariny odtwarzał 
moment, w którym Lucas zaciskał dłoń na gardle jaszczurki. Jedno 
uściśnięcie i Emily mogłaby być martwa.

Teraz na nią czekał w korytarzu. Karina zmusiła się do odejścia od 

łóżka i wyjścia. Lucas zamknął drzwi na klucz i podał go jej. 

- To jest dla jej bezpieczeństwa. Nasz pokój nie ma zamka. Daniel 

jest dzisiaj wkurzony, a ja czuję się ponuro przez co dom staje się 
niebezpiecznym miejscem, więc lepiej jeśli ona zostanie w pokoju. To jest 
tylko na dzisiaj. Jutro ona wraca do głównego domu.

Ale ten pokój - to jest pokój dziecka, zrobiony dla małej 

dziewczynki. Koce i pościel wyglądają na nowe, a dywan nadal ma 
nalepkę z ceną.

Więc on nie zmienił zdania. Ma czas do jutra by przekonać go do 

zmiany zdania. Karina otworzyła usta i powiedziała to, co przyszło jej 
akurat do głowy.

- Jesteś głodny?
Lucas skinął głową.

background image

- Mógłbym coś zjeść.
- Jakieś preferencje?
- Mięso było by miłe. - odwrócił się.
- Lucas?
 Zerknął na nią przez ramię.
- Tak?
- Co się dzieje? - spytała go Karina cicho. - Czym było to coś?
Lucas skrzywił się.
- To długie wyjaśnienia.
- Proszę. Chciałabym wiedzieć. - Cokolwiek jej powie będzie lepsze 

niż niewiedza.

Lucas westchnął.
- Kobieta, która cię otruła, ma przyjaciół. Jej ludzie szukają naszej 

bazy, więc wysyłają zwiadowców. Jaszczurka była jednym z nich. 
Zasadniczo jest ona chodzącą kamerą - nagrywa to, co widzi i przesyła 
informacje do jego właścicieli w krótkich przepływach. Na szczęście 
złapaliśmy ją zanim zdołała coś przesłać.

- A gdyby wysłała transmisję?
- Ewakuowalibyśmy się. - powiedział Lucas. - Nadal możemy. 

Dowiemy się więcej rano. 

Karina objęła się.
- Lucas, gdzie jesteśmy? 
Patrzył się dokładnie na nią.
- Jesteśmy w bazie.
- Gdzie jest ta baza? Widziałam te ptaki. W Północnej Ameryce nie 

ma takich ptaków.

Lucas przyglądał się jej twarzy przez długi czas.
- Chcesz poznać prawdę?
- Tak.
Skrzywił się.
- Sama się o to prosiłaś. Gdy planeta się obraca, fluktuacje pomiędzy 

siłami grawitacji, a reakcjami jądrowymi na poziomie subleptron i 
subquark powodują efekt fali w rzeczywistości, gdzie czas i przestrzeń nie 
są stałe, a dynamiczne. Części czasoprzestrzeni stają się niekompatybilne z 
obecną rzeczywistością i są odrzucane. W istocie Ziemia stale odrzuca 
cząstki siebie. One zostają w czasie i rozpraszają się, niektóre szybciej, 
niektóre wolniej. Jesteśmy w jednej z takich kawałków - wszyscy tutaj 
nazywamy je fragmentami. Ta została odrzucona gdzieś w czasie Pliocenu, 
w przybliżeniu jakieś dwa i pół miliona lat temu w dzisiejszym Texasie. Ta 

background image

kieszeń jest stabilna i nie powinna zacząć znikać przez następne kilka 
tysięcy lat. Czy umiesz zrobić befsztyki?

- Co? - Karina wpatrywała się w niego, niepewna czy się 

przesłyszała.

- Spytałem czy umiesz przyrządzić befsztyki. Właśnie zdałem sobie 

sprawę, że zjadłbym trochę.

- Tak, umiem. Nie żartujesz?
- Na temat befsztyków?
- Na temat fragmentów.
Lucas potrząsnął głową.
To było szalone.
- Więc jesteśmy w alternatywnej rzeczywistości? Jak w równoległym 

wymiarze? Jak w Star Trek?

- Nie. Lustrzany wymiar jest samodzielną, kompletną 

rzeczywistością. My jesteśmy we fragmencie wymiarowym. - Lucas oparł 
się o ścianę. - Okay, pomyśl o cebuli. Wewnętrzne warstwy są białe, a 
zewnętrzne są brązowe. Załóżmy, że zewnętrzna warstwa zgnije. Cebula 
tworzy zastępczą warstwę, identyczną do tej zewnętrznej, i oddziela zgniłą 
warstwę w kawałkach , niektórych małych, a niektórych dużych. My 
jesteśmy w kawałku tej zgniłej warstwy.

Gapiła się na niego. Jeśli nie kłamie, oni nie są nawet w pobliżu 

Oklahomy. Nie są nawet na tej samej planecie. Ucieczka była niemożliwa.

- Nie myśl o tym zbyt dużo. - powiedział Lucas. - Mechanika 

subkwantowa doprowadzi cię do szaleństwa.

- Czy możemy wrócić? Do normalnej Ziemi?
- To zależy od tego jak blisko warstwa jest od rzeczywistości. Motel, 

w którym byłaś zaatakowana, była w warstwie, która ledwie zaczęła się 
oddzielać, więc mogliśmy z łatwością wchodzić i wychodzić. Ale ta 
kieszeń oddzieliła się za bardzo byśmy mogli sami  z niej wychodzić. 
Potrzebujemy kogoś kto ją rozerwie. Otworzy bramę. - Lucas odepchnął 
się od ściany.

- Ale możemy wrócić? - na pewno czasami mogą wracać Ich ubrania 

miały metki; ich talerze miały znaczek Corelle. Mikrofalówki i lodówki 
nie rosną na prehistorycznych drzewach, co znaczy, że ludzie z Daryon 
muszą przeskakiwać do normalnej Ziemi i z powrotem.

Lucas pochylił się w jej kierunku. Spojrzenie miał utknięte w niej. 

Nagle zajmował zbyt wiele miejsca. Cofnęła się o krok, a plecami 
uderzyła w ścianę.

Powolny uśmiech wypełzł na usta Lucasa.

background image

- Tak. Możesz wrócić. Ale nigdy beze mnie. Jeśli kiedykolwiek 

spróbujesz, znajdę cię i sprowadzę z powrotem. - jego uśmiech powiększył 
się. - A wtedy nasza umowa będzie nieważna.

Patrzył na nią z otwartym seksualnym głodem, tak intensywnym, 

przez chwilę nie sądziła by był szczery. Zamarła, przerażona. A wtedy 
mała cząstka niej odpowiedziała na to. Przez sekundę Karina zastanawiała 
się jakby to było zmniejszyć przestrzeń między nimi, roześmiać mu się w 
twarz i odejść, zostawiając go stojącego jak idiotę. Ale tak długo jak 
kontrolował Emily, nie mogła nic zrobić.

Pochylił się jeszcze ćwierć cala, jak drapieżny kot gotowy do skoku.
W jej umyśle, Karina przełknęła i uciekła w dół korytarza, jej serce 

biło zbyt szybko i zbyt głośno. Ale pokazanie słabości nie było opcją. 
Lucas powiedział jej już wcześniej, że jest drapieżnikiem. Jeśli pobiegnie, 
drapieżnik będzie ją gonił.

Uniosła ku niemu twarz.
- Jeśli wrócę bez ciebie, nie szukaj mnie.
Przewrócił twarz na bok, jak pies, przyglądający się jej.
- Albo?
- Albo cię zabiję.
Roześmiał się, niskim bogatym dźwiękiem, który wysłał dreszcze w 

dół jej kręgosłupa.

- Jak?
- Wymyślę coś.
Odwróciła się do niego plecami i zmusiła się by wolno przejść do 

kuchni.

Lucas odchylił głowę i przyglądał się jak Katrina szła przez korytarz. 

Wyraz jej oczu, kąt jej twarzy, sposób w jaki stała, wszystko mówiło 
nieposłuszeństwo. Wyzywała go. Nie miała pojęcia jak  przez to była 
ekscytująca. Chciał ją przyszpilić do ściany, by zdała sobie sprawę, że był 
wystarczająco silny i potężny dla niej. Chciał ją całować i kosztować, i 
ocierać się, i posiąść. Inne standardy, przypomniał sobie. Dla niego byłoby 
to flirtowaniem. Dla niej, to byłby wstęp do gwałtu.

Lucas spojrzał na sufit. Wiedział dokładnie skąd brał się jego 

gwałtowny impuls. Było to ewolucyjne echo, to samo echo, które mówiło 
mu by zabił każdego samca w domu, a następnie tropił ją aż w końcu by 
się poddała. Dokonał wyboru by dziennie to ignorować. Dziwne, ale nie 

background image

stawało się to łatwiejsze.

Lekkie kroki Henry'ego zbliżyły się do niej.
- Fizyczna przemoc prawdopodobnie nie jest najlepszym wyjście. - 

wymamrotał Henry.

Czasem Lucas mógłby przysiąc, że ten facet mógł czytać w myślach, 

jednak każdy Zaginacz Umysłu jakiego spotkał Lucas twierdził, że było to 
niemożliwe.

- Bawisz się w moim umyśle?
- Oczywiście, że nie. - Henry uśmiechnął się do niego. - Twoje dłonie 

są zaciśnięte i masz to wypisane na całej twarzy.

Tak właśnie myślał.
- Ona zaczyna zadawać pytania.
- To trochę szybciej niż oczekiwałem. - Henry zmarszczył brwi. - 

Wymazałem jej prawie dwanaście godzin ciągłego bólu. Zwykle takie 
czyszczenie sprawia, że ludzie są dłużej obojętni. Przyśpieszysz 
wyjaśnienia?

Lucas skinął głową.
- Nie po raz pierwszy.
Pomagał sprowadzać ludzi ludzi już kilka razy. Ludzki umysł mógł 

nie mógł wiele znieść. Jeśli zaleje ją informacjami przeczącymi jej pojęciu 
rzeczywistości, wpływ tego, połączony z jej fizyczną traumą, może 
spowodować, że załamie się pod wpływem nacisku. Jej ciało już było na 
granicy, walcząc z trucizną i łącząc się z jego jadem oraz jego 
konsekwencjami, które wkrótce nastąpią.

Lucas zaczął iść przez korytarz. Potrzebował prysznica i trochę czasu 

dla siebie by złagodzić podekscytowanie pływające w jego żyłach.

- Lucas? - zawołał Henry.
Lucas się odwrócił.
Jego kuzyn spoglądał na niego przez dłuższą chwilę.
- Bądź miły.

Godzinę później Karina kładła obiad na stół. Spotkanie w korytarzu 

ciągle odtwarzało się w jej umyśle i nie umiała zdecydować czy sknociła 
czy dobrze sobie poradziła. Emily nadal spała. Henry powiedział, że 
zmęczenie jest normalne, ale nadal się martwiła.

- Befsztyki. - Henry osunął się na krzesło. - Wołowina. To jest na 

obiad.

background image

Katrina zajęła swoje miejsce. Lucas usiadł po jej prawej. Zbyt blisko. 

Powinna była podać obiad w jadalni zamiast w kuchni. Większy stół dałby 
jej więcej przestrzeni.

Lucas napierał na nią, upijał się jej niepokojem. Karina przełknęła, 

niezdolna sobie pomóc. Był po prostu zbyt duży i ciągle ją obserwował. 
Nawet gdy go nie widziała, nie mogła pozbyć się napięcia jakie 
powodowało jego spojrzenie. Pochylił się w jej kierunku, emanował 
zagrożeniem, i cofała się od niego z czystej samoobrony.

Jego usta rozciągnęły się i Lucas pokazał żeby, duże i ostre.
- Czy jestem straszny?
Spojrzała mu w oczy.
- Tak. - powiedziała. - Ale to już wiesz. Każąc mi się do tego 

przyznawać, stajesz się okrutny. Kukurydzę czy fasoli?

Odsunął się. Jego oczy rozszerzyły się i przez chwilę ciężar jego 

obecności osłabł.

- Kukurydzę. - podała mu miskę z kukurydzą.
Daniel nieśpiesznie wszedł do pokoju. Podczas gdy Henry migrował 

z jednego miejsca na drugie, a Lucas skradał się bezgłośnymi krokami, 
pełen zaciekłej gracji, Daniel przechadzał się jakby jego stopy 
wyświadczały ziemi wielką przysługę. On nie chodził, ale unosił się, 
niszczycielski w swoim pięknie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Daniel usiadł dokładnie naprzeciw niej. Nadział befsztyk i upuścił go 

na swój talerz.

- Zamierzasz robić to każdego dnia? Gotować obiad, być obiadem?
- Tak. - powiedziała Karina ze spokojem jakiego nie czuła.
- Dlaczego? Czy ty w ogóle nie masz kręgosłupa? Co według ciebie 

zyskasz podlizując się? Spójrz na niego. - Daniel wskazał na Lucasa. - 
Jego to nie obchodzi.

- Nie robię tego dla niego.
- W takim razie dlaczego?
- Zaczyna się. - Henry przewrócił oczami.
Daniel odepchnął się od stołu, balansując na tylnych nogach krzesła, 

i skrzyżował ramiona.

- Nie, chcę by mnie oświeciła. Jak głęboko zadomowił się syndrom 

sztokholmski?

Karina odłożyła widelec. Instynkt mówił jej, że cokolwiek 

następnego powie, określi jej miejsce w tym domu. Pomysł jakiegoś 
pochlebnego wybiegu pojawił się w jej umyśle i zniknął. Zastanawiała się 
czy powinna coś powiedzieć. W końcu zdecydowała się na szczerość.

background image

- Rozumiem, że mogę zginąć w każdym momencie. Kuzyn Lucasa 

umarł na obiedzie świątecznym w zeszłym roku. Z tego co wiem, Lucas 
może zginąć już jutro, zabity przez waszych wrogów, albo członków 
rodziny. Bez Lucasa jestem bez wartości. Moja córka jest tutaj przeze 
mnie. Jeśli nie będę dłużej potrzebna, podejrzewam, że również ona. 
Poznałam wystarczająco waszej rodziny by wiedzieć, że nigdy nie będę 
mogła odejść.  Pozbędziecie się nas jakbyśmy nigdy nie istniały. Muszę 
znaleźć jakiś sposób by zyskać jakąś wartość ponad Lucasa. Wtedy, jeśli 
on zginie, moja córka i ja będziemy mogły przetrwać.

- I stanie się tak jeśli zostaniesz pokojówką? - Daniel uśmiechnął się. 

- Gotowanie, sprzątanie po nas? Powiedz mi , jak nisko upadniesz? Jeśli 
zostawię gówno w łazience, posprzątasz to?

- Nie. - powiedziała Karina. - Sam będziesz sprzątał swoje gówno. 

Jeśli nie siedzisz teraz na stercie gówna, pewnie wiesz jak trafiać do 
toalety i wycierać swoją własną dupę.

Rozbawienie w oczach Daniela zmieniło się w gniew.
- Jeśli chcesz się przypochlebić, jest łatwiejszy sposób. Podejdź tu 

teraz i obciągnij mojego fiuta. To postawi cię w mojej łasce szybciej niż 
szorowanie zlewu.

Karina zerknęła na Lucasa. Odciął kawałek befsztyku, przeżuł z 

oczywistą przyjemnością i posłał jej spojrzenie, które mówiło, Siedź 
spokojnie.

- Ona nie jest głupia, Danielu. - Henry podkradł następną bułkę z 

koszyka. - To jest wyśmienite. Ona wie, że jeśli cię obsłuży, ty i Lucas 
rzucicie się sobie do gardeł. Grasz w tą grę dla swojej własnej satysfakcji, 
ale Lucas potrzebuje jej żeby przetrwać. Ona musiałaby być psychicznie 
uszkodzona by wybrać ciebie zamiast niego.

Daniel przeniósł się na Lucasa.
- Więc co jego lordowska mość myśli o tym wszystkim? Twoja 

przekąska już cię pochowała. Czy ci to pochlebia?

 Lucas zajął się swoim trzecim befsztykiem.
- Co byś zrobił na jej miejscu? Czy wycierał być podłogi, O 

wszechpotężny?

Lucas zastanowił się nad tym.
- Na jej miejscu zabiłbym już waszą dwójkę. Ale ja nie jestem na jej 

miejscu. I nie jestem nią. Nie jestem mniejszy i słabszy niż wszyscy wokół 
mnie, nawet nie mam życia dziecka na moich dłoniach. Ona jest rozważna, 
biorąc pod uwagę jej sytuację.

Daniel uśmiechnął się szyderczo.

background image

- Nigdy nie pomyślałbym, że jesteś tak zgodny na myśl o swojej 

własnej śmierci.

- Wszyscy musimy się z tym pogodzić, wcześniej czy później. - 

powiedział Lucas.

- Może w takim razie pomogę z twoją, skoro jesteś już 

przygotowany. Szkoda byłoby zmarnować taką okazję.

- Myślisz, że dasz radę? - spytał Lucas z autentycznym 

zainteresowaniem. 

- Ostrożnie Danielu. - powiedział Henry. - Taka rozmowa może 

skończyć się czymś więcej niż złamanym paznokciem czy zepsutą fryzurą. 

Daniel zignorował go i spiorunował wzrokiem Lucasa.
- Dawaj.
Lucas odłożył widelec, uśmiechnął się i pchnął stół na bok jakby nic 

nie ważył. Karina odsunęła się z drogi. Olbrzymie dłonie Lucasa zacisnęły 
się na gardle Daniela. Daniel uchwycił przedramiona Lucasa. Większy 
mężczyzna uniósł go, potrząsnął nim jak pies szczurem i walnął nim w 
stół. Talerze poleciały na wszystkie strony. Uwięziona w rogu pomiędzy 
blatem, a kuchenką, Karina zasłoniła twarz rękoma. Ceramiczna zastawa 
roztrzaskała się obok niej, rozsyłając zielony groszek po blacie.

- Nie. - krzyknął Henry. - Nie w środku! Nie w środku!
Czerwone ślady przecięły przedramiona Lucasa. Jego skóra 

wybrzuszyła się jakby kości chciały się uwolnić.

- Tak! - warknął. - Bardziej mnie rań. Czy to wszystko na co cię stać? 

- jego dłoń nadal była zaciśnięta na gardle Daniela, uniósł go i jeszcze raz 
uderzył nim w stół. - Chcesz więcej? - twarz Daniela robiła się coraz 
czerwieńsza. Lucas szarpnął nim. - Jeszcze nie skończyłeś? - znowu 
walnął Danielem.

Z głośnym trzaskiem stół się przełamał. Dwie połówki upadły, a 

Daniel uderzył w podłogę, Lucas wisiał nad nim, nadal miażdżąc jego 
tchawicę. Stopy Daniela uderzały w podłogę. Żyły wybrzuszyły się na 
jego twarzy, skóra zmieniła się w kolor fuksji. Oczy przetoczyły się do 
środka czaszki.

- No proszę. - westchnął Henry. - Straciliśmy całą dobrą zastawę. - 

pokazał Karinie koszyk na pieczywo. - Przynajmniej ocaliłem bułeczki. I 
nie martw się, utrzymuję Emily we śnie.

Lucas uwolnił Daniela. Blondyn leżał bez ruchu na podłodze. Lucas 

przeszedł nad nim, jego oczy płonęły z furią. Spojrzenie zatrzymał na niej.

- Czas do łóżka. - warknął Lucas i rzucił się na nią. 

Niepowstrzymana siła uniosła Karinę z podłogi i przewiesiła przez ramię 

background image

Lucasa.

- Puść mnie! - próbowała się uwolnić.
Okręcił się i stanął przed Henrym.
- Został bałagan dla niego gdy się obudzi.
- Robi się. - Henry zasalutował bułeczką.
Lucas wyszedł z kuchni. Karina próbowała uchwycić się framugi, ale 

palce ześlizgnęły się z niej gdy zaniósł ją przez korytarz do sypialni.

background image

Rozdział 5

Pokój zawirował gdy Lucas zatrzaskiwał drzwi. Karina spodziewała 

się, że rzuci ją na łóżko, ale on postawił ją na podłodze. Zachwiała się 
przez zawrót głowy spowodowany kręceniem tam i z powrotem, i cofnęła 
się. Stalowe palce chwyciły jej ramię. Trzymał ją i powąchał rękaw jej 
bluzy.

- Zielona fasolka. Chcesz wziąć prysznic?
Mówił spokojny tonem. Zerknęła na jego twarz. Cała wściekłość 

zniknęła. Wyglądał na zmęczonego, jego furia zmieniła się w tlące węgla.

- Tak. - zawahała się. - Nie mam żadnych czystych ubrań.
- To problem. - zgodził się Lucas. - Przepraszam za obiad.
- Nic nie szkodzi. - jego nagły spokój wytrącił ją z równowagi. Stała 

nieruchomo, spodziewając się, że zamachnie się na nią albo ryknie jej w 
twarz.

Lucas sięgnął do komody i wyciągnął białą koszulkę. 
- To najlepsze co mogę ci w tej chwili dać. Jutro zorganizuję coś z 

głównego domu.

Wzięła koszulkę. Nie zaoferował jej żadnej bielizny. Pod nią będzie 

naga.

- Chodź. - Lucas ściągnął swoją koszulkę i rzucił ją na podłogę. 

Wyrzeźbione mięśnie napięły się na jego plecach. Naga, ubrana - on może 
zgwałcić ją w każdej chwili. Ubrania nie dostarczają żadnej obrony.

Zatrzymał się z dłonią na klamce od drzwi łazienki.

background image

- Idziesz?
Nie jeśli będzie to ode mnie zależeć.
- Zaczekam aż skończysz.
- Będę tam kilka godzin. - powiedział. - Kabina prysznicowa jest 

odgrodzony. Możesz zdjąć ubrania, a ja nic nie zobaczę.

Kilka godzin.... Dlaczego miałby być w łazience kilka godzin?
- Myślałam, że musisz się pożywić.
- Muszę, ale nie będę się pożywiał przez jakiś czas.
Mimo wszystko podążyła za nim spragniona jakichkolwiek 

informacji.

- Jak długa jest ta chwila?
- Kilka tygodni. Może dłużej. Zależy jak szybko poradzisz sobie z 

moim jadem.

- Dlaczego?
- Ponieważ za dużo mojej toksyny na raz może cię zabić.
Przypomniała sobie jego wyjaśnienia z poprzedniego dnia.
- Mówiłeś, że twój jad sprawia ci ból. Czy teraz cię boli? - kiwnął 

głową. - Zawsze?

Lucas spojrzał na nią.
- Zawsze. Jest gorzej gdy jestem ranny i dużo gorzej gdy wyjdę z 

wariantu ataku. Czasami mam ataki po przemianach. - jeśli zawsze go boli, 
będzie musiał zawsze się pożywiać...

- Jak często ty...
Jakby czytając jej myśli, wzruszył ramionami.
- Gdy mój jad osiągnie optymalny poziom do twojego hormonu w 

mojej krwi, będę musiał się pożywiać co trzy tygodnie by go zachować. 
Nie będę pił tak dużo jak ostatnim razem. Chodź. Potrzebujesz prysznica a 
ja muszę usiąść.

Odsunął się jej z drogi. W trakcie dnia korzystała z łazienki w 

korytarzu, blisko kuchni. Założyła, że ta będzie taka sama.

Pokój był prawie tak duży jak sama sypialnia. Ciemno-zielona wanna 

zanurzona w drewnianą podłogę. Kabina prysznicowa zajmowała całą 
ścianę. Jej obudowa pasowała do wanny, ale ścianki były zrobione z 
ciemnozielonych panel, szkła albo plastiku, grubych i matowych od 
wewnątrz. Lucas nie kłamał - będzie mógł dostrzec cienie, ale tylko tyle. 
Na prawo była kolejna ścianka, która, jak założyła, ukrywała toaletę, a 
obok duży zlew.

Lucas pstryknął włącznik i strumienie wody zaczęły zalewać wannę.
Prysznic przywoływał Karinę. Pójście tam i rozebranie się podczas 

background image

gdy on tu był, było szaleństwem, ale była pokryta jedzeniem, a jego 
zapach z poprzedniej nocy nadal utrzymywał się na jej skórze. Mogła go 
zmyć.

Karina przygryzła wargę, prześlizgnęła się obok Lucasa i weszła pod 

prysznic. Zamknęła za sobą drzwiczki i prawie się rozpłakała.

Kabina prysznicowa została podzielona na przebieralnię i sam 

prysznic, oddzielony zasłoną. Karina wyciągnęła z kieszeni dżinsów nóż. 
Ostrze wydawało się małe w porównaniu z Lucasem. Jeśli wbije go w jego 
plecy, może nawet nie zauważyć. Położyła go na małą metalową pułkę 
obok mydła i ściągnęła ubrania, upuszczając je w stercie na ławeczkę. 
Szeroki wachlarz butelek szamponu czekał na jej wybór. Wybrała butelkę 
z obrazkiem zielonego jabłka, przypadkową kostkę mydła i weszła pod 
prysznic. Strumienie otoczyły ją z trzech stron. Przekręciła duże koło 
kranu i szeroki strumień wody poleciał na nią z góry w ciepłym, kojącym 
wodospadzie. Upuściła szampon i mydło. Wokół niej woda tryskała i 
spadała kaskadą, mocząc ją, zmywając zapach ciepłej miedzi. Weszła pod 
ten potok, zamknęła oczy i zachwiała się.

Lucas wsunął się pod gorącą wodę. Lubił gdy prawie parzyła. Nie 

była jeszcze tak gorąca, ale zmierzała tam. Strumienie okładały jego ciało. 
Zamknął dwa najbliższe strumienie. Ostre pazury bólu, które wbijały się w 
jego żebra osłabły gdy się leczył. Jego prawe ramię nadal drżało. Daniel 
stawał się silniejszy.

Pewnego dnia któryś z nich stanie się nieostrożny i mogą siebie 

pozabijać. Lucas zamknął oczy i zanurzył się. Istnieją gorsze sposoby 
odejścia niż zabicie przez własnego brata.

Wściekłość, która kierowała nim przez ostatnie kilka dni, zniknęła, 

wypalona przez adrenalinę przemocy.

Wynurzył się by zaczerpnąć powietrza i położył głowę na półce, 

jedynym miejscu gdzie mógł siedzieć, a woda nadal pluskała na jego kark.

Tak zmęczony...
Leczenie wyczerpywało jego wewnętrzne zasoby i czuł się słabo, 

jakby każdy mięsień wisiał zużyty na kościach. Z tego miejsca mógł 
widzieć drzwi i kabinę prysznicową. Była tam. Naga. Mokra. Owocowy, 
syntetyczny zapach drażnił go - myła swoje włosy. Wyobraził sobie jej 
ciało pod strumieniami wody, dłonie prześlizgiwały się po piersiach w 
dół...

background image

Głuch odgłos kazał mu podnieść głowę. Pod prysznicem ciemny cień 

upadł, przyciśnięty do szkła.

W końcu ją dopadło. Czekał na to cały dzień.
Lucas wyszedł z wanny. Drzwi prysznica były zamknięte. Uderzył w 

nie pięścią i otworzyły się. Karina leżała zwinięta w rogu prysznica, mała 
mokra kępa. Jej nogi drżały. Skórę miała bladą, prawie szarą. Zgarnął ją z 
podłogi.

- Nie. - wyjąkała. Jej usta przybrały niebieski kolor. To nie jest dobry 

znak.

Pochylił się. Zaatakowała. Uchwycił błysk metalu i cofnął się, 

pozwalając ostrzy noża minąć się. Skąd ona to wzięła. Ach, tak. Kuchnia. 
Wyciągnął nóż z jej palców i podniósł ją.

- Nie. - odpychała się od jego piersi.
- Ciii. - powiedział jej. - Nie zrobię ci krzywdy.
Wyniósł ją. Jej skóra przy jego była lodowato zimna.
Walczyła z nim nawet gdy wszedł do wanny i posadził ją na 

ławeczkę, zanurzając ją po szyję w gorącej wodzie.

- Puści mnie...
Bojąc się, że jeszcze bardziej ją wystraszy, cofnął się na całą długość 

wanny, dając jej przestrzeń. Nie ma potrzeby jej stresować. Jeśli zemdleje, 
szanse jej przetrwania zniknął prawie do zera.

Dopiero po pełnych trzech minutach jej zęby przestały szczękać. 

Spojrzała na niego.

- Wszystko boli.
- Twoje ciało reaguje na mój jad. - powiedział. - Gorąca woda 

pomoże. Koi mięśnie. To normalne. - formalnie rzecz biorąc wszystko co 
powiedział było prawdą. On tylko nie wnikał w szczegóły. Jeszcze nie. 

Krótki gorzki śmiech uciekł z jej ust.
- Normalne? Nic nie jest normalne.
Prawda. Przynajmniej nie dla niej. Dla niego, to było zwyczajne.
- Spragniona?
- Tak.
Przebrnął przez wannę, sięgnął do małej lodówki i wyciągnął butelkę 

wody.

Wzięła butelkę, otwarła ją zębami i napiła się, wypijając prawie 

jedną trzecią za jednym razem. Właśnie tak... pij, Karino.

Przypomniał sobie pierwszy raz Galatei. Ona dokładnie wiedziała co 

się wydarzy. Została wychowana właśnie dla tego celu: by żywić go. I 
czuła do niego odrazę za to. Nienawiść była by zbyt osobistym słowem; 

background image

nie sięgał tak wysoko w jej mentalnej liście. Galatea nienawidziła rodziny; 
nienawidziła Arthura ponieważ on rządził; ale Lucasem jedynie gardziła, 
czuła wstręt dla jego dotyku. Im starszy był tym bardziej zdawał sobie 
sprawę że seks z nim był jej sposobem na zemstę. W czasie pożywiania 
dominował nad nią i musiała mu się podporządkować. W łóżku, w trakcie 
kilku krótkich chwil Galatea dominowała nad nim. Tego pierwszego razu 
gdy płakała i krzyczała w czasie gdy jej ciało walczyło pierwszą dawką 
jego jadu, próbował ją trzymać w ramionach. Ona była taka piękna, taka 
delikatna... Nie chciał jej złamać. Ona wyczuła tą małą iskrę współczucia, 
uchwyciła się tego, przekręciła i używała przeciw niemu, aż w końcu nie 
mógł już tego znieść. Życie z Galateą znaczyło ciągłą wojnę. Życie z 
Kariną, jak na razie, było jak sparing z prawdziwym wojownikiem. 
Przeciwstawiała mu się, ale nigdy by nie wbiła mu noża w plecy. 
Próbowała by wbić mu je stając twarzą w twarz.

Lucas zanurzył się w wodę i zamknął oczy. Myślenie o Galatei 

pozostawiało okropny smak w jego umyśle. Żebra znowu go bolały. 
Nadchodziła senność, groziła stłumieniem jego umysły jak ciężki koc.

Głos Kariny szarpnął nim zanim stracił przytomność.
- Dlaczego jesteś dla mnie miły?
- "Miły" nie należy do mojego słownika. Jestem po prostu zmęczony.
- Masz posiniaczone żebra.
- Daniel.
- Nie widziałam żeby cię uderzył.
- Nie musi. Jestem Demonem, a on Akustykiem. On może imitować 

dźwięki i wyszarpać kości z mojego ciała skupioną falą dźwięku. - uniósł 
ramiona i wstał, pokazując długie czerwone pręgi obrysowujące jego 
żebra. - Gdyby naprawdę uderzył, widziałabyś kości wystające z ciała.

Wpatrywała się w niego w przerażającej ciszy. Znowu się zanurzył i 

zamknął oczy.

- Dlaczego tak walczycie? - spytała.
- Nie ma jednego prostego powodu. Czasem jemu nie podoba się coś 

co zrobiłem. Czasami ja to robię bo mnie denerwuje.

- A dzisiaj?
Lucas westchnął. Nie pozwoli mu odpocząć.
- Dzisiaj walczyliśmy ponieważ Daniel pokłócił się z Arthurem. 

Daniel chce się ewakuować. Arthur nie. Daniel nalegał i Arthur podrażnił 
jego dumę. Ja zająłem stronę Arthura. Ewakuacja bazy jest kosztowna. 
Jeden zwiadowca nie jest wystarczającym powodem by to robić. To zły 
znak - widzieliśmy zwiadowców w pobliskich fragmentach, ale nigdy tak 

background image

blisko. Ale nie możemy uciekać przy pierwszej oznace kłopotów.

Zmarszczyła brwi.
- Więc wykręcanie kości ze stawów jest sposobem na pokazanie 

niezadowolenia z powodu pomiatania?

- Mniej więcej. Daniel chce by traktowano go poważnie. Więc ja 

traktuję go jak poważną groźbę i robię z tego wielkie przedstawienie. Ja 
byłem walką zastępczą. On tak naprawdę chce walki z Arthurem, na co ja 
nie mogę pozwolić, ponieważ Arthur go zabije. - Lucas pomyślał żeby na 
tym zakończyć, ale coś pchnęło go do dalszych wyjaśnień. - To 
skomplikowane. My żyjemy na innych zasadach. W twoim innym świecie, 
ludzie przechodzą surowe społeczne uwarunkowania, które ewoluowały 
przez setki lat. Dorastali w stosunkowym bezpieczeństwie i pod ciągłym 
nadzorem. Rodzice, szkoły, rówieśnicy - wszystkie te interakcje 
dostrajając ich zachowanie aż są...

- Bezpieczni? - zasugerowała.
- Uspołecznieni. Ale Daniel i ja dorastaliśmy jako wyrzutki, tylko 

nasze ekstremalne zachowania były poprawiane - więc nie mordujemy 
kogoś gdy czujemy taką potrzebę. Nasze interakcje są prostsze niż twoje, 
mają mniej warstw i są bliższe... - Lucas szukał właściwego słowa. Gdy 
przyszło do niego, nie spodobało mu się. - Zwierząt. Oboje osiągnęliśmy 
seksualną dojrzałość już jakiś czas temu. Odczuwamy silną potrzebę 
partnerstwa i posiadania własnego terytorium, rodziny i oddzielnych żyć. 
Zamiast tego utknęliśmy z sobą nawzajem, mamy złudzenie prywatności i 
nadmiar agresji. A teraz doszłaś ty. Daniel tak naprawdę nie chce ciebie dla 
ciebie. On chce ciebie ponieważ widzi mnie jako konkurencję, a teraz 
mam coś czego on nie ma. Ja jestem jedynym rezultatem jakiego się boi. 
Jest wrogi i defensywny, a Arthur zmusił go dzisiaj do siedzenia i 
zamknięcia się. Daniel musiał odreagować, a tylko ja mogę to wytrzymać.

- Dlaczego? - spytała łagodnie.
- Ponieważ on jest moim bratem.
Nastąpiła krótka pauza.
- Ale on nie jest Demonem jak ty.
- Różni ojcowie. - powiedział jej. - Wszyscy z nas z Domu Daryon 

nosimy geny od wielu różnych podgatunków. Nasza matka była 
Demonem. Mój ojciec był zwykłym człowiekiem. Ojciec Daniela był 
potężnym Akustykiem. Oboje braliśmy udział w genetycznej loterii i 
dostaliśmy różne nagrody.

Nie wspomniał o gwałcie, uwięzieniu i morderstwie. W ten sposób 

brzmiało to lepiej.

background image

- Czy Daniel gromadził jedzenie gdy był dzieckiem?
Była spostrzegawcza. Będzie musiał to zapamiętać.
- Tak.
- A ty się nim zajmowałeś?
- Tak. - Ponieważ nikt inny by tego nie zrobił.
- Dlaczego on po prostu nie odejdzie? - spytała. - A ty? Chyba nie 

lubisz tu mieszkać.

- Ponieważ mamy zadanie do wykonania. Chronimy was przed 

ludobójstwem. - misja była ważniejsza niż wszystko inne. Logiczna część 
niego zapewniała Lucasa, że życie poza pierwotnym mandatem istniało. 
On po prostu nie umiał sobie wyobrazić jak mógłby w nim żyć. 

- Tak długo jak żyjemy, wy przetrwacie.
- Nie rozumiem. 
Westchnął. To kolejne długie wyjaśnienie i nie miał na niego dzisiaj 

energii. Ani nie chciał jej znowu zszokować. Przeszła już wystarczająco.

- Potwory istnieją. Nazywają siebie Ordynatorami. Chcą zabić ludzi 

takich jak ty. Normalnych, zwykłych ludzi. My istniejemy by nie dopuścić 
do osiągnięcia przez nich tego celu. I to wszystko.

- Ale czego oni chcą?
- Chcą żebyście umarli.
- Dlaczego oni nas tak bardzo nienawidzą?
Westchnął.
- Oni was nie nienawidzą. Oni po prostu nie chcą żebyście istnieli. To 

genetyczna czystka, masowa eksterminacja. Oni uważają, że obecna 
sytuacja jest pomyłką, którą chcą naprawić. Oni uważają, że powinni zając 
wasze miejsce. Podgatunek 61, "normalni" ludzie, nie mają dla nich 
wartości, poza okazjonalnym źródłem pożywienia w razie konieczności.

- Oni są kanibalami? - jej głos podniósł się o oktawę.
- Tylko niektórzy. Miałem na myśli źródło pożywienia dla ich 

wojennych zwierząt. Wiec co to jest Deaodon?

- Nie. 
- To okropna rasa Entelodontidae, prehistorycznych dzików. Wyobraź 

sobie drapieżną świnię, długą na dwanaście stóp (*3,6m), wysoką na 
siedem stóp (*2,1m) przy ramionach, szczęka jak u krokodyla. Zjada 
wszystko, a gdy poeksperymentujesz z jego genetyką, staje się mądrzejszy 
i szybciej się rozmnaża. Potrzebują dużo mięsa.

Gdy otworzył oczy, zauważył, że patrzyła na niego. Karina siedziała 

zatopiona tak głęboko, że tylko jej głowa unosiła się nad wodą. Ciepłe 
kolory wróciły na jej policzki. Włosy, zmoczone przez prysznic, wirowały 

background image

w gorącej wodzie. Mmmmm. Moja.

Lucas sięgnął i przyciągnął ją do ciebie, przesuwał dłońmi w górę i w 

dół jej ciała, czując pełność jej piersi, krągłość jej pośladków.... Gdyby nie 
znużenie i fakt, że mu ufała, co zatrzymywało go w miejscu, zrobiłby to.

Jego myśli musiały pokazać się na jego twarzy ponieważ odsunęła 

się od niego na ile wanna pozwalała. Udręczenie pojawiło się na jej 
twarzy, wyostrzając jej rysy. Jak  bezpański pies, pomyślał, drżący, 
przestraszony i gotowy gryźć. Trzymał do niej klucz: Przekręć w jedną 
stronę a ją złamiesz; przekręć w drugą a napięcie osłabnie. On był taki sam 
kilka lat temu. Wspomnienia czasu gdy bał się wszystkich były jeszcze 
świeże. 

- Wiesz, że nie mogę cię powstrzymać. Więc co cię powstrzymuje? - 

spytała Karina.

- Teraz po prostu nie chcę z tobą walczyć. - powiedział Lucas. - 

Walczyłem z Arthurem, z Danielem, z Henrym. Jestem zmęczony. - i 
chciał żeby przestała drgać za każdym razem gdy na nią spojrzy. Przez to 
czuł się jak potwór, a tego miał już wystarczająco.

- Jeśli chcesz pokoju, pozwól mi zatrzymać Emily.
- Nie.
Zacisnęła zęby.
- Może później. Za jakiś czas.
- Dlaczego nie teraz?
Zapłonęła w nim irytacja.
- Ponieważ nie mogę pilnować was obie każdego dnia, a ty już 

kradniesz noże.

- Nóż był do obrony. Nie wezmę kolejnego. Nie będę ponownie 

próbować cię dźgnąć...

- To nie o mnie się martwię.
Znieruchomiała.
- O, mój Boże. - otworzyła szeroko oczy. - Myślisz, że mogłabym 

zranić własną córkę?

- Nie byłabyś pierwsza. - na pewno nie. - Szok jest suką. Zwłaszcza 

gdy dodasz do tego mój jad pieprzący z twoimi hormonami.

- Ona jest wszystkim co mam.
Wyglądała jakby była na skraju łez. Zmusił się do spokojnego tonu.
- I dlatego mogłabyś poderżnąć jej gardło gdy tylko ci ją oddam. 

Obie jesteście moją odpowiedzialnością. Powiedziałem, że zapewnię jej 
bezpieczeństwo. Nie chcę byś zraniła ją ani siebie.

- Miałam nóż od śniadania. - powiedziała mu. Wysłałeś mnie do 

background image

pokoju z Emily. Nie zabiłam jej. Gdybym próbowała, nie mógłbyś mnie 
powstrzymać...

- Henry nadzorował twój umysł. Gdyby poziom stresu podskoczył, 

odciął by cię.

- Więc spytaj gdy czy próbowałam zabić ją albo siebie. Miałam 

okazję. Zdobyłam nóż żeby zranić ciebie. Nie siebie.

Lucas wstał i przeszedł przez wannę, przyszpilił ją swoim ciałem do 

ściany wanny. Czując jej ciało przy swoim wysłało go na granicę. W jego 
umyśle wszystkie smycze na jakie się przypiął puściły jedna po drugiej. 
Karina odwróciła się bokiem do niego, próbując się zasłonić.

- Spójrz na mnie.
Karina spojrzała na niego. Lucas spojrzał jej w oczy, szukając czegoś 

wskazującego, że jest przy zdrowych zmysłach.

- Gdybyś miała teraz naładowany pistolet, zastrzeliłabyś mnie?
- Nie. Jeśli cię zabiję, ja będę następna. Daniel, Henry albo Arthur 

zabiją mnie, a Emily zostanie sama.

Uczciwa, racjonalna odpowiedź.
- Chcesz umrzeć? - pragnął ją. Chciał zmiażdżyć ją w swoich 

ramionach i zobaczyć, że ona też go pragnie.

- Nie. - potrząsnęła głową.
- Czego chcesz? - wiedział czego chciał. Była tuż przed nim, złapana 

przy jego klatce piersiowej. Jego serce biło zbyt szybko.

- Chcę uciec. - powiedziała mu. - Chcę wrócić do mojego życia.
Była zdrowa psychicznie i stabilna, albo na tyle zdrowa na ile mógł 

oczekiwać. Lucas uwolnił ją i Karina odsunęła się od niego.

- Co byś zrobiła gdybym pozwolił ci zostać z córką, Karino?
Zatrzymała się. Wyczytał odpowiedź z jej twarzy. Wszystko. 

Zrobiłaby wszystko. Pozwoliłaby mu na wszystko, a jeśli by zażądał, 
udawałaby, że jej się to podoba. To była odpowiedź, którą jego matka by 
dała.

- Czego chcesz? - spytała ochrypłym głosem. Czuł napięcie ukryte za 

tymi słowami, jakby stała na krawędzi rozpadliny, czekając aż ją zepchnie.

- Umiesz upiec czekoladowe ciasto? - nastąpiła malutka pauza zanim 

odpowiedziała.

- Tak.
- Zrób jedno. Dla Daniela. To jego ulubione.
Czekała. Gdy nic więcej nie powiedział, w końcu spytała.
- To wszystko?
- Tak.

background image

Lucas czekał aż ulga pojawi się na jej twarzy, ale ona tylko siedziała 

w napięciu. Nadal czekała na haczyk, zdał sobie sprawę.

- Naprawdę pozwolisz mi ją mieć? - ledwie słyszał jej głos. - Bez 

żadnych warunków?

- Tak. - i bardziej się na to nabierał. Nic dobrego z tego nie wyjdzie, 

nie przy sposobie w jaki oni walczą. Henry pomyśli, że zwariował. Ale 
Lucas czuł znużenie. Nie miał siły by walczyć w kolejnej wojnie. I nie 
chciał by czuła się nieszczęśliwa. - Zrób listę czego obie potrzebujecie, a 
ja wyślę ją jutro do głównego domu. Ostatnio gdy sprawdzałem, możesz 
kupić kocyki z Hello Kitty we wszystkich domach towarowych....

Karina zakryła twarz i rozpłakała się.
Siedział i patrzył jak drżała i szlochała, nie wiedząc co ze sobą 

zrobić. Czuł się niekomfortowo jakby zakłócał coś prywatnego. Poczucie 
winy wzrosło w nim i nie wiedział skąd ono się wzięło.

- Przestań. - warknął w końcu Lucas.
- Nie mogę.
Jej szlochy stopniowo ucichły. Oblała twarz wodą.
- Czy mogę zostać z nią w jej pokoju?
- Nie. Zostaniesz ze mną.
- Mogę spać na podłodze?
- Nie. Będziesz spała w łóżku, jak poprzedniej nocy.
- Dlaczego?
Ponieważ jesteś moja. I ponieważ będzie wiedział jeśli wstanie w 

środku nocy.

- Ponieważ tak chcę.
- Mogę...
Zamknął oczy i oparł głowę o brzeg wanny.
- Cisza. Koniec rozmawiania.
- Dziękuję. - powiedziała cicho.
- Proszę bardzo.

background image

Rozdział 6

Karina obudziła się sama. Mgliście przypomniała sobie jak Lucas 

wychodził z wody, jego olbrzymie muskularne ciało było mokre, i uczucie 
ostrego zaciśnięcia wnętrzności, takie samo jak wtedy gdy uwięził ją w 
wannie. Chciałaby udawać, że to strach albo niepokój, ale to oznaczałoby 
okłamywanie siebie. Gdy wstał by pokazać jej stłuczenia, które 
spowodował Daniel, wpatrywała się chwilę zbyt długo i nie przyglądała 
się zranionym żebrom.

Lucas Przyniósł jej ręcznik i gdy się odwrócił, dając jej kruche 

złudzenie prywatności, owinęła go wokół siebie i uciekła z łazienki. Nie 
podążył za nią. Ściągnęła ręcznik, założyła olbrzymią koszulkę, którą jej 
dał, i zwinęła się pod kocem w kulkę pełną niepokoju. Jej nerwowość 
powinna nie pozwolić jej zasnąć, ale ciało po prostu się poddało. Lucas nie 
śpieszył się w pójściu do łóżka, a do czasu gdy położył się po drugiej 
stronie, ona już zasypiała. Spytał ją o coś, ale gorączkowa mgła opadła na 
nią i zaciągnęła w sen bez snów.

Karina Usiłowała wstać. Czuła stałe ciepło powoli powoli 

rozpalające się do gorączki. Przynajmniej żyła. Zmusiła się do wstania. Jej 
głowa pływała, a zawroty głowy prawie sprowadziły ją z powrotem na 
łóżko.

Wstawaj, Wstawaj, no dalej, możesz to zrobić.
A teraz mówiła do siebie. Znakomicie.
Karina skierowała się pod prysznic, chwiejąc się na miękkich 

background image

nogach. Wczorajszej nocy przepłukała swoją bieliznę i ona nadal widziała 
na haczyku na ręczniki, gdzie ją wczoraj powiesiła. Karina dotknęła jej. 
Sucha. Założyła majteczki i poszła skorzystać z ubikacji.

Kilka minut później doszła do zlewu. Nowa szczoteczka do zębów, 

nadal zapakowana, czekała na nią. Karina gapiła się na nią.

Lucas jej nie porwał. Nie wymusił na niej niewolnictwa pistoletem. 

Została zaatakowana przez Rishę i rekinozębego mężczyznę, oraz dali jej 
wybór: umrzeć albo żyć na warunkach Lucasa. Była ofiarą zbiegu 
okoliczności. Co nie zmieniało faktu, że teraz należała do Lucasa.

Dom Daryon ograbił ją z każdego strzępka niezależności. Zależała 

od Lucasa we wszystkim: jedzeniu, bezpieczeństwie, ubraniach, 
bezpieczeństwie i przetrwaniu jej córki. Posiadał władzę mówienia jej 
kiedy powinna iść do łóżka, gdzie powinna spać, kiedy się myć... Chronił 
ją i Emily przed jakimś potwornym wrogiem, którego nie rozumiała i 
który mógł je zabić z ciągu jednej krótkiej chwili. Jakakolwiek odskocznia 
od reguł była z jego strony  dobrocią. Małe rzeczy jak szczoteczka do 
zębów wydawała się wielką przysługą. Ale nie była, mówiła sobie. Nie 
była. To były podstawowe potrzeby ludzkiej istoty.

Jednak mogła zostać niewolnikiem beż jakiejkolwiek wolności. 

Mogła stracić córkę Mogła zostać zgwałcona. Wystarczyło by powiedział 
"oddam ci córkę", a ona zrobiłaby wszystko. Sam fakt, że pomyślał o 
zostawieniu jej szczoteczki był małym cudem.

Jej własny zapał by przeżyć kolidował z 

jej wyczuciem 

rzeczywistości. Instynkty prowadziły ją do stworzenia emocjonalnej więzi. 
Im bardziej Lucas ją lubił, tym mniej prawdopodobne by zamordował ją 
albo Emily. Im bardziej ona go lubiła...

Karina wzięła głęboki wdech. Lucas fizycznie ją przytłaczał. 

Wspomnienia jego ramion wokół niej pojawiła się w jej umyśle. Lucas 
była... On był...

Wpatrywała się w siebie w lustrze. Po prostu to powiedz. Powiedz to, 

przyznaj się i odejdź od tego.

Uwodzicielki. Pociągający. Wstrząsający. Był męski w sposób w jaki 

kobiety fantazjują o mężczyznach: potężny, silny, niebezpieczny. Gdyby 
spotkała go na przyjęciu albo biznesowym spotkaniu, gdyby nosił garnitur, 
a ona coś innego niż jego koszulkę i bieliznę, którą wyprała pod 
prysznicem, odszukała by go. Gdyby się do niej odezwał, czułaby się 
schlebiona.

Przez jakiś czas, po śmierci Jonathana, była tak owinięta w poczucie 

winy i w dobru Emily, że zapomniała o istnieniu mężczyzn. Minął prawie 

background image

rok zanim znowu uświadomiła sobie ich istnienie: mężczyzna z miłym 
uśmiechem w kolejce do kasy, przystojny mężczyzna wysiadający z 
samochodu obok niej. Mała jej część chciała ponownie być zauważana i 
sprawdzać czy była. Była wrażliwa, a sposób w jaki Lucas na nią patrzył, 
nie pozostawiał wątpliwości, że gdyby dała maluteńką wskazówkę, że go 
pragnęła, pośpieszyłby usłużyć i położyłby trupem każdego kto stanąłby 
mu na drodze.

Pod całą tą brutalnością, w Lucasie była dziwna desperacja. Karina 

wyczuwała głęboką, wszechpotężną potrzebę do... nie dokładnie 
akceptacji, ale bycia lubianym. Gdyby była bezwzględna, uwiodłaby go by 
upewnić się, że byłby od niej zależny, ale taka manipulacja nie była w jej 
stylu. Nie mogła się do tego zmusić.

Karina spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Praktycznie mogła go 

zobaczyć stojącego obok niej. Potrafiła wyobrazić go sobie z krystaliczną 
dokładnością: każdą potężną linię jego ciała; obietnicę surowej przemocy 
w sposobie w jakim się poruszał; dokładne wykrzywienie jego ust, prawie 
sardoniczne; wyraz jego oczu, dzikie, niestłumione, czysto męskie żądze. 
Nie, coś więcej niż żądza. Potrzeba.

Myślenie o nim było jak igranie z ogniem.
Była zamężna; wiedziała bardzo dobrze, że zdrowy związek zależy 

od szacunku i kompromisu. Z Lucasem nie będzie szacunku i kompromisu 
ponieważ nie byli sobie równymi. Posiadał ją. Była jego rzeczą i jeśli raz 
otworzy drzwi do związku, on nie pozwoli jej ich zamknąć.

Karina zamknęła oczy. Potrafiła wyobrazić sobie siebie owiniętą w te 

potężne ramiona. Czuła by się bezpieczna, tak bardzo bezpieczna. Jej 
życie było roztrzaskane jak lustro, a odłamki ciągle raniły jej palce. 
Desperacko pragnęła zapomnieć, że jest czymś tylko trochę innym niż 
niewolnicą. Pragnęła tej iluzji bezpieczeństwa jakby było to narkotykiem, 
a ona miała musiała je wygrać. Chciała czuć ciepło jego silnego ciała, jak 
rozgrzewa jej skórę. I chciała zobaczyć jak się zgina, dowiedzieć się jakby 
to było zobaczyć wrażliwość intymności w tych twardych oczach. Była 
całkowicie bezsilna i musiała poczuć się silna, jak kobieta, która jest tak 
mocno pożądana przez mężczyznę, że zrobiłby dla niej wszystko.

No i proszę. Całość, za jednym razem.
Jesteś chora, powiedziała swojemu odbiciu.
Cóż, to zostało wydobyte. Przyznała się do wszystkiego.
Musiała zachować do wszystkiego dystans. On był silny, ona słaba i 

bezbronna, i nie przy zdrowych zmysłach. Będzie brała jeden dzień na raz, 
poczeka, aż cała trucizna zniknie z jej systemu, a kiedy nadarzy się szansa 

background image

ucieczki, weźmie ją - i oni nigdy nie znajdą jej ani Emily. A jeśli pozwoli 
sobie uwierzyć we własne kłamstwa, nigdy nie będzie się zastanawiać jak 
to by było czuć go w sobie... Przerwała tą myśl. Im mniej będzie o tym 
myśleć, tym lepiej.

Karina otworzyła szczoteczkę do zębów. Umyje zęby, zlokalizuje 

swoje dżinsy i sprawdzi co u córki. A później pójdzie tam i zrobi ciasto 
czekoladowe.

Emily wydawała się nie mieć wspomnień z walki Lucasa i Daniela z 

wczorajszego wieczora. Dobrze spała, a gdy ona przyszła po nią, dostała 
uścisk. Brutalny epizod w ogóle nie wpłynął na jej córkę. Karina trzymała 
ją przez długi czas, wdychała zapach jej włosów. Obie żyły. Zatrzyma 
Emily przy sobie. Wszystko będzie dobrze. Będzie ciężko i boleśnie, ale 
wszystko będzie dobrze.

Karina wzięła Emily do kuchni. Światło słońca wsączało się przez 

otwarte okno. Nikt na nią nie czekał. Nikt nie domagał się śniadania. Dom 
był cichy i spokojny. Karina wydychała napięcie, wyciągnęła składniki na 
ciasto i zaczęła je robić.

Henry wszedł do kuchni, wyglądał na trochę zagubionego.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry! - zaćwierkała Emily.
- Mam coś dla ciebie. - Henry położył blok rysunkowy i zestaw 

kredek na stół.

- Dla mnie?
- Dla ciebie.
Emily przeglądała pudełko z kredkami.
- Co się mówi? - Karina powiedziała na autopilocie.
- Dziękuję!
- Nie ma za co. - Henry zaoferował jej mały uśmiech.
- Gdzie są wszyscy?
- Poszli sprawdzić siatkę graniczną. Co robisz?
Karina zerknęła na niego. 
- Cisto czekoladowe. Czy poszli sprawdzić czy są jakieś ślady ludzi, 

który wysłali jaszczurkę na zwiady?

Henry pokiwał głową.
- Lucas nazywa ich Ordynatorami. Henry, kim oni są? Kim ty jesteś?
Henry znowu się uśmiechnął i poprawił okulary na nosie.
- To długie i skomplikowane wyjaśnienia. Lepiej zaczekać kilka dni. 

Zbyt dużo informacji zbyt szybko mogą wszystko pogorszyć.

- Chciałabym wiedzieć.

background image

Potrząsnął głową.
- Miałaś styczność z wielką dozą przemocy w ciągu ostatnich dwóch 

dni i zostałaś zaznajomiona z rzeczami, które przeczą twojemu pojęciu 
rzeczywistości. Nie chcę być tym, który jeszcze coś do tego doda.

- Henry, niewiedza jest gorsza. Jedyne o co proszę to nie traktowanie 

jak niewolnicę, której mówi się gdzie ma być, co robić i nie otrzymuje 
żadnych wyjaśnień.

- Nie. - powiedział cicho.
Spojrzeli na siebie ponad stołem. Karina wytrzymała jego spojrzenie. 

Może nie było to zbyt mądre, ale nie teraz się nie wycofa.

- Zobacz, Mamo, narysowałam Cedrica!
Karina spojrzała w dół na kulkę kłaczków, która wyglądała jak owca 

z szablozębnymi kłami.

- Wygląda bardzo ładnie, Emily. - kiedy uniosła wzrok kuchnia była 

pusta. Henry uciekł.

Ciasto pachniało czekoladą i wanilią. Kiedy Karina wyciągnęła dwie 

okrągłe blach i odstawiła je by się ostudziły, znajomy zapach rozszedł się 
po kuchni, tak bardzo przypominający dom i szczęśliwe czasy, że prawie 
zapłakała.

Drzwi trzasnęły. Spojrzała w górę w samą porę by zobaczyć jak 

Lucas pojawia się w drzwiach. Jego twarz była ponura. Zerknął na ciasto, 
później na nią. Odpowiedziała spojrzeniem, nagle przerażona, że 
wszystkie jej myśli wyleją się z jej oczu.

Zdawał się nie zauważać niczego.
- Chciałabyś nowe ubrania?
- Tak. - Och, Boże, tak.
Skinął głową na drzwi.
- Mają trochę rzeczy przygotowane dla was w głównym domu. Nie 

znam rozmiaru, więc musicie iść i przymierzyć je. Chodź, pójdę z tobą.

- Czy mogę iść? - Emily zsunęła się z krzesła.
- Tak. - powiedział Lucas. - Dla ciebie też mają ubrania.
- A Cedric?
- Cedric nie potrzebuje ubrań. - powiedział Lucas.
- Może iść z nami? - spytała Karina. 
- Pewnie.
Karina umyła dłonie, wytarła je o ręcznik i podążyła za Lucasem na 

zewnątrz. Słońce świeciło jasno. Cedric już czekał na nich przy schodach. 
Emily zeszła na dół, a niedźwiedzio-pies wstał na łapy i podbiegł do niej, 
był prawie tak wysoki jak ona.

background image

Lucas poprowadził je przez podwórko i w dół ścieżki. Okrążała 

wzgórze, po lewej osłonięta była przez karłowate dęby i krzewy 
wspinające się po wzniesieniu i zachodzące na prerię po prawej. Cedric i 
Emily wysunęli się do przodu o kilka jardów. Karina obserwowała ich, 
świadoma Lucasa idącego obok niej jak tygrys, który nauczył się chodzić 
na dwóch łapach. Powietrze było suche, a gorąco spływało na nich z 
bladego, wypalonego nieba, malując ścieżkę pasami jaskrawożółtych 
promieni słońca.

- Jesteśmy we fragmencie rzeczywistości. - powiedziała Karina.
- Tak. - powiedział Lucas.
- Dlaczego świeci słońce? Dlaczego tu jest powietrze?
- Ponieważ fluktuacje występują na uniwersalnym poziomie. - 

powiedział Lucas.

- Więc to kopia słońca?
- Nie, to to samo słońce co na Ziemi. My po prostu mamy do niego 

dostęp na innym poziomie. Pomyśl o domu z wieloma pokojami. 
Wychodzimy z głównego salonu do innego mniejszego pomieszczenia, ale 
nadal jesteśmy pod tym samym dachem.

Karina westchnęła.
- Boli mnie od tego głowa.
- W takim razie nie rozmawiaj o wymiarach z Rozpruwaczami. - 

powiedział Lucas.

- Rozpruwaczami?
- Oni tworzą międzywymiarowe rozdarcia, przez które ludzie jak ty 

czy ja mogą podróżować tam i z powrotem. Jeśli któryś z nich zacznie ten 
temat szaleństwo zacznie wypływać aż będziesz chciała wsadzić głowę do 
kubła wody tylko po to, żeby wymyć z tego umysł. Kiedy człowiek ciągle 
musi się kaleczyć, ponieważ ból pomaga mu wyrwać dziurę 
międzywymiarową, nie możesz oczekiwać, że będzie zrozumiały.

Karina zerknęła na niego. 
- Wydajesz się być zirytowany.
Grube brwi Lucasa złączyły się.
- Dowiedzieliśmy się jak jaszczurka przeszła przez szatkę. Zrobiła 

tunel pod nią. Długi, głęboki tunel na prawie dwadzieścia pięć metrów.

- I?
- Był więcej niż jeden tunel. - powiedział Lucas.
Więcej tuneli oznacza więcej jaszczurek.
- Wyśledziliście je?
Lucas przytaknął.

background image

- Czy przekazali to, co zobaczyli? - kolejne kiwnięcie głową.
- Więc wróg wie gdzie jesteśmy?
Lucas skrzywił się.
- Ciężko powiedzieć. Rozpruwacze mówią, że było zbyt wiele 

między wymiarowych interferencji żeby transmisja w całości się udała. 
Ale to możliwe. - zacisnął zęby, rozważył coś i powiedział. - Mamy 
alarmy graniczne, podczerwone, mikrofale i czujniki częstotliwości. 
Czujniki są bardzo specyficzne: jeśli spojrzysz na obrożę Cedrica, 
zobaczysz nadajnik. On nadaje kod. Czujniki sprawdzają ten kod w bazie 
danych, a jeśli jest aktywny, czujniki nie zarejestrują alarmu. Z jakiegoś 
powodu ktoś załadował stary zestaw kodów do systemu. Jaszczurki 
przeszły zaopatrzone we własne nadajniki  i kiedy nadały stare kody, 
system ich nie wychwycił.

- Skąd wiedzieli jakie kody załadować?
Oczy Lucasa ściemniały.
- Była kobieta. Galatea. Była dawcą jak ty. - wymówił jej imię jakby 

była jakąś plagą.

- Czy ona była twoim dawcą?
- Tak. Uciekła.
Znowu zacisnął zęby. Ta historia była dłuższa niż to.
- Byliście kochankami?
Lucas zatrzymał się i przez chwilę myślała, że może doszła za 

daleko.

- Pieprzyliśmy się. - powiedział.
Aha. Naciskała dalej.
- Jak długo?
Nastąpiła krótka przerwa zanim odpowiedział.
- Przez cztery lata.
- To długie pieprzenie. - powiedziała Karina. Kochał Galateę. Był 

zakochany, a ona go zdradziła, a teraz chciał ją zabić. Każda kobieta po 
piętnastym roku życia połączyłaby te punkty. Musiał być młody - a to 
musiało pozostawić głębokie rany. - Jaka ona była?

Lucas zrobił krok w jej stronę. Coś dzikiego patrzyło na nią jego 

oczami, coś pełnego żądzy i agresji. Zdała sobie sprawę, że w jego umyśle 
on zdzierał z niej ubranie i myślał jakby to było, nagle była z powrotem w 
wannie, naga, siedząca dwie stopy od niego i bojąca się że  przekroczy tą 
przestrzeń.

Wpatrywał się w nią.
- Chcesz żebym ci o tym powiedział?

background image

Wyprostowała ramiona.
- Nie.
- Jesteś pewna?
- Tak.
- Dobrze więc.
Odwrócił się i przyśpieszyli żeby zmniejszyć dystans pomiędzy nimi 

i Emily. Karina utrzymywała tempo, oddychając cicho. Nie miał żadnych 
hamulców, przynajmniej takich do jakich była przyzwyczajona jako 
kobieta. Zwykli mężczyźni nie kończyli obiadu rozwalaniem stołu 
kręgosłupem brata, nie zabijają jaszczurek pięściami, nie zmieniają się w 
potworów, i nie pożywiają się na kobietach. Zwykli mężczyźni nie 
zachowują się tak poza ekranami telewizorów, a gdy robią to na ekranie, 
inni mężczyźni wyśmiewają się z nich. To była gra, w którą nie mogła 
sobie pozwolić grać ponieważ on trzymał najlepsze karty. Musiała to 
przetrwać.

Karina zaryzykowała spojrzenie na niego. To dzikie, głodne coś 

ciągle było w jego oczach.

- Skoro ktoś musiał załadować stare kody, ktoś w w środku musi 

pomagać Galatei. - powiedziała, starając się oderwać go od tego, o czym 
myśli.

- Na to wygląda. A gdy ich znajdę, będą żałować, że kiedykolwiek 

się narodzili. - jego głos zawierał tyle złości, że włoski na jej karku uniosły 
się.

Jeśli wróg nadchodzi, Emily będzie w niebezpieczeństwie.
- Czy powinniśmy się ewakuować?
- To zależy od Arthura.
- A według ciebie powinniśmy?
Lucas spojrzał na nią.
- To zależy ile ludzi wezmą do walki. To jest stara baza, a my 

aktywnie wydobywamy z tego fragmentu aluminium i beryl. Jeśli 
Ordynatorzy nadchodzą, robią to szybko. Więc nawet jeśli zaczniemy 
pełną ewakuację teraz, stracimy sporo wyposażenia. Baza działa na sieci 
światłowodowej. To wyrafinowany system komputerowy, który 
koordynuje prace kopalniane, biowsparcie, komunikację, i tak dalej. 
Posiada również informacje o pobliskich bazach. Jeśli Ordynatorzy 
zdobędą do tego dostęp, wielu z nas zginie, dlatego sieć musi zostać 
zniszczona zanim zakończy się ewakuacja. Detonacja zniszczy tą bazę 
całkowicie. Takie fragmenty, ze stabilnym klimatem i ekosystemem, są 
rzadkie. Większość fragmentów, które znaleźliśmy, są martwe: żadnych 

background image

roślin, zwierząt, często brak atmosfery. Musisz nosić kombinezony i żyć w 
hermetycznie zamykanych bunkrach. A przemieszczanie się tak i z 
powrotem po wymiarach pozostawia ślad. Jeśli Ordynatorzy nie wiedzą 
gdzie jesteśmy, dowiedzą się gdy zaczniemy rozrywanie.

Ścieżka się skończyła, łącząc z większą drogą, która toczyła się ze 

wzgórza na prerię. W oddali grupa małych domów rozchodziła się po 
trawie, znikając i pojawiając się zza drzew. Olbrzymia preria rozciągała się 
aż po grzbiety gór, dzikie i starożytne, i w jakiś sposób o wiele większe niż 
w nowoczesnym krajobrazie, w tym momencie Karina zatrzymała się i po 
prostu wpatrywała, złapana przez naturalną majestatyczność tego widoku.

- To jest raj w porównaniu z niektórymi fragmentami, które 

widziałem. - powiedział Lucas. - Jeśli będziemy mieli szansę, będziemy o 
nią walczyć. Chodź.

Odwrócił się i zaczął wspinać się na wzgórze. Przyśpieszyła by 

dotrzymać mu kroku, Emily i Cedric z nimi.

Przeszli zakręt i nagle przed nimi ukazały się dwie wysokie, białe 

kolumny oznaczające wejście. Wzbijały się dwadzieścia stóp w górę i 
zakręcały jak żebra jakiegoś prehistorycznego olbrzyma. Misterna sieć 
wzorów pokrywała kolumny, wyryta na ich powierzchni. Przyciągały oko, 
hipnotyzowały w swojej zawiłości. Gdy raz spojrzałeś, twoje spojrzenie 
wracało do nich, do rowków i zawiłych linii...

Ręka wylądowała na jej ramieniu. Karina odwróciła się, zobaczyła 

palce Lucasa na swoim ramieniu i wyszarpnęła się. Trzymał swoją dłoń w 
pustym powietrzy przez sekundę zanim ją opuścił.

Karina odwróciła się do Emily. Córka stała obok niej, wpatrywała się 

w kolumny z pustym wyrazem twarzy.

- Chodźcie. - powiedział Lucas.
Karina pochyliła się i wzięła Emily za rękę.
- Chodź, kochanie.
Emily zamrugała jakby budziła się z głębokiego snu i poszła z nią. 

Przeszli pod łukami i Karina znowu się zatrzymała.

Blade budynki z wygiętymi dachami rozciągały się przed nią. Jednak 

po chwili zrozumiała, że kompleks był jednym wielkim budynkiem w 
kształcie podkowy, wznoszącym się na trzy piętra. Piękny ogród leżał w 
zgięciu podkowy, przecinany przez korytarze, kamienne ścieżki i bujne 
kwietniki, pomysłowo ogradzające sztuczne stawy. Malownicze krzewy 
rozkładają swoje gałęzie. Kwiaty kwitną na niebiesko, pomarańczowo, 
żółto... Wiatr przynosił już znajomy kwaśny kwiatowy zapach.

Duży biały znak stał obok szerokiej drogi prowadzącej do ogrodu, 

background image

jego gładka powierzchnia poznaczona była dziwnymi znakami. To musiało 
być jakiegoś rodzaju pismo - grupy znaków oddzielone pustą przestrzenią 
- ale to nie był znajomy Karinie język.

- Co tu pisze?
Wiązka dziwnych słów wydobyła się z ust Lucasa, liryczne i 

zaskakująco znajome. Czekała na wyjaśnienie.

- Tu pisze "Mandat jest wszystkim"
- Co to jest Mandat?
- Pierwszy Mandat. Ciężko to wyjaśnić po angielsku. W pierwotnym 

języku jest takie słowo, He. Oznacza ono 'my', 'nas', ale oznacza również 
cywilizację, najlepszych z nas, najlepszych z naszego rodzaju. Mandat to 
'fałsz musi przetrwać'.

To nic nie wyjaśniało.
- To wszystko?
- To wszystko. W tym świecie, przy tych okolicznościach, ludzie, 

wśród których żyjesz, to He. My istniejemy by upewnić się, że wy 
przetrwacie. Kiedy nie będziemy już potrzebni, wyginiemy jaki wiele 
podgatunków przed nami.

Im więcej wyjaśniał tym mniej rozumiała. Na razie musiała zebrać te 

szczątki informacji i mieć nadzieję, że wszystko w końcu nabierze sensu.

Lucas szedł dalej, po szerokiej ścieżce z gładkich kamieni. Karina 

rzuciła się za nim. Szli obok siebie po ścieżce i przez most. Ogrody 
zagrzebane były w kątach budynków, tu i tam, formując małe obszary do 
siedzenia. Po lewej dwie kobiety siedziały na ławce, rozmawiały o czymś. 
Wyglądały tak normalnie. Obie nosiły dżinsy; starsza miała bluzkę w 
kwiaty, białe na niebieskim; młodsza nosiła znajomą żółtą bluzę - Karina 
oglądała ją w J.C. Penney w zeszłym tygodniu.

Zeszły tydzień. Wieczność temu.
Kobiety zobaczyły Lucasa. Ich twarze przybrały pewnego napięcia, 

jakby próbowały utrzymać spokój. Następnie zlustrowały ją. Karina 
napotkała ich spojrzenia i zobaczyła w nich litość. Nagle opanowała ją 
wściekłość. Gdyby Lucas teraz złapał ją za gardło, one nie ruszyły by 
palcem by jej pomóc. Siedziałyby tam i patrzyły jak ją dusi na śmierć i 
współczułyby jej. Uniosła podbródek i wpatrywała się w plecy Lucasa. 
Nie, dziękuję. Nie potrzebowała niczyjej litości.

Wróciły do niej słowa Henry'ego. Lucasa najbardziej się boją.
- Boją się ciebie. - powiedziała.
- Jestem tutaj specjalistą od bezpieczeństwa; Mam prawo osądzać. - 

powiedział. - Mogę zabić kogokolwiek w bazie w każdym momencie bez 

background image

jakichkolwiek konsekwencji.

- Ochraniasz ich, a w zamian otrzymujesz tylko strasz. Dlaczego 

ciągle to robisz?

Lucas ciągle szedł.
- Ponieważ wszyscy muszą mieć cel. Mandat mówi mi, że to co robię 

jest słuszne i muszę to robić ponieważ jestem największy i najsilniejszy, 
moim obowiązkiem jest stawanie pomiędzy ludźmi i niebezpieczeństwem. 
Zrobiłbym to dla ciebie.

Zrobiłby. Wierzyła mu.
- Lucas...
- Tak?
Chciała powiedzieć mu, że jeśli kiedykolwiek ochroni ją albo Emily, 

nie bałaby się go więcej. Chciała mu powiedzieć, że nie musi zadawać się 
z ludźmi kurczącymi się przed nim ze strachu, ale w środku racjonalny 
głos ostrzegał ją, że traciła kontakt z rzeczywistością. Planem jest 
ucieczka. Planem nie może być zakochanie się w Lucasie i być jedyną 
osobą, która go pociesza.

Patrzył na nią.
- Mąci mi się w głowie. - powiedziała mu. - Więc to tak naprawdę 

nic nie znaczy.

Kiwnął głową.
- Okay.
- Zegnij ramię w łokciu.
Zrobił to. Karina sięgnęła. Co ja robię? Położyła dłoń na jego 

przedramieniu i uniosła podbródek. Dwie kobiety na ławce gapiły się na 
nich z otwartymi ustami.

- Teraz idziemy. - wymamrotała, unikając patrzenia na niego.
- Możemy to zrobić. - zgodził się. Zaczęli iść w dół chodnika. Jego 

ręka była twarda jak skała pod jej palcami. Kilka chwil później i gęstą 
zielenią rododendronów ukrywających ich przed spojrzeniami kobiet.

- Dlaczego? - spytał.
Ponieważ zatraciła się, dlatego.
- Czy skrzywdziłbyś te kobiety?
- Nie, chyba że próbowałyby skrzywdzić kogoś innego.
- Więc one nie są w niebezpieczeństwie i wiedzą o tym, ale nadal 

robią duże przedstawienie gdy przechodzisz, zajmując się swoimi 
sprawami.

- To nadal nie odpowiada na moje pytanie. - powiedział.
- Możemy o tym nie mówić?

background image

Nic nie powiedział. Po prostu szli dalej. To było surrealistyczne, 

zastanawiała się Karina. Piękne kwiaty, Emily miała oswojonego 
niedźwiedzio-psa, a ona i Lucas przechadzali się ramię przy ramieniu.

- Jestem zmęczona. - powiedziała Emily.
Karina pochyliła się i podniosła ją. Przez ten wysiłek prawie straciła 

równowagę Najwyraźniej jest słabsza niż myślała. Cedric powąchał jej 
stopy.

- Pozwól jej na nim pojeździć. - zaoferował Lucas.
- Co?
- Pozwól jej na nim pojeździć. On nie będzie miał nic przeciwko.
- Chcę pojeździć! - Emily wiła się w jej ramionach.
Karina zlustrowała nieździedzio-psa. Był prawie tak duży jak kucyk. 

Ostrożnie posadziła Emily na jego grzbiecie.

- Trzymaj się jego futra. - powiedział Lucas. Emily wbiła palce w 

brązową grzywę Cedrica i pobiegli.

Wyszli zza stojaka z rododendronami. Lucas odsunął się na bok, 

odsłaniając okrągły placyk wybrukowany ciemnymi czerwonymi 
kamieniami. Posąg z brązu stał na jego środku, nagi mężczyzna, mięśnie 
wyrzeźbione z wyraźną precyzją. Olbrzymie skrzydła wyrastały z jego 
ramion. Anioł, ale nie ogrodowy amorek czy jakaś żałobna cmentarna 
statua. Anioł pochylał się do przodu, jedno ramię miał wyciągnięte, 
mięśnie miał naprężone. Skrzydła wystawały w górę i na zewnątrz, nagie, 
jakby były zrobione z ostrych kości. Idealna twarz anioła wpatrywała się w 
dystans, spojrzenie miał skupione. Wszystko w nim mówiło furia i potęga. 
To było drapieżne stworzenie mające właśnie zabić swoją ofiarę. 
Metalowe litery składały się na napis z boku posągu "A. Rodin".

Karina zerknęła na Lucasa.
- A. Rodin? Rzeźbiarz, który stworzył Myśliciela?
Lucas wzruszył ramionami.
- Tak mówił, ale nie zdziwiłbym się gdyby podpisał się nad 

prawdziwym podpisem rzeźbiarza. Jest wystarczająco próżny. - Co? On 
kto? Przypatrzyła się posągowi. Och, Boże.

Anioł miał twarz Arthura. To musiało być symboliczne - nie widziała 

skrzydeł na plecach Arthura kiedy oferował jej herbatę.

- Ale Rodin zmarł na początku poprzedniego wieku. - Lucas okrążył 

posąg i szedł dalej. - Lucas!

Odwrócił się i spojrzał na nią zza ramienia, jasne oczy pod czarnymi 

brwiami wyglądały jak odłamki lodu.

- Arthur jest Witherem. Podgatunkiem 21. Oni długo żyją.

background image

- Jak długo?
- Wystarczająco by poznać Rodina. Chodź.
Chciała dostać szału. Chciała krzyczeć i kopać nogami w panice 

ponieważ właśnie tam, w zimnym brązie, był ostatni dowód na to, że to nie 
był koszmar. Zamiast tego Karina zamachała na Cedrica, który był przed 
nią, i weszli głębiej w ogród.

Lucas skręcił w lewo, ścieżką prowadzącą do sekcji budynku, 

skonstruowanego prawie z Japońskim stylem. Poza białym dachem, 
mogłaby to być część pawilonu herbacianego. Starsza kobieta czekała na 
ganku, sterta ubrań leżała obok niej.

Byli dwadzieścia stóp od ganku gdy syreny rozdarły ciszę na strzępy.

background image

Rozdział 7

Karina ściągnęła Emily z niedźwiedzio-psa i trzymała ją w 

ramionach.

- Trzymaj się blisko. - warknął Lucas gdy odwrócił się i pobiegł w 

górę ścieżki. Podążyła za nim starając się nie przewrócić. przebiegli przez 
most, który pokonali w drodze do środka.

- Co się dzieje, Mamusiu?
- Nie wiem, kochanie. Trzymaj się mocno.
Emily była bardzo ciężka. Karina nigdy nie pamiętała, żeby ona była 

tak ciężka. To było tak, jakby cała siła odeszła z jej ramion.

Pokonali ogród i wydostali się na otwartą przestrzeń pomiędzy 

dwoma iglicami, Lucas był przed nią, a ona, bez tchu, kilka jardów za nim. 
Grupa ludzi stała przy iglicach, w miejscu gdzie droga staczała się ze 
wzgórza. Znajoma twarz patrzyła na nią bezlitosnymi błękitnymi oczami. 
Arthur. Złota grzywa Daniela pojawiła się na widoku. Uśmiechał się do 
niej, szalonym, dzikim uśmiechem, który miał zbyt dużo wesołości. Na 
peryferiach kilka jardów dalej, Henry stał z zamkniętymi oczami, napięty, 
jego twarz unosiła się do nieba. Młoda dziewczyna, ledwie nastolatka, 
stała obok niego w identycznej pozie. Na prawo starsza, ciemnoskóra 
kobieta i kolejny mężczyzna, wysoki i chudy, imitował ich.

- Miło, że do nas dołączyliście. - powiedział Arthur.
Lucas podszedł i stanął obok niego.
Głośny dźwięk doszedł z oddali, głęboki, tubalny, jakby ktoś grał 

background image

syreną przeciwmgielną jak trąbką.

Dziewczyna u boku Henry'ego nabrała ostro powietrza i upadła na 

kolana, robiła nierówne, bolesne wdechy. Oczy Henry'ego gwałtownie się 
otwarły. Wysunął rękę i zacisnął dłoń w pięść. 

- Och nie, mowy nie ma. - desperacki krzyk czystego bólu doszedł do 

nich z oddali.

Henry uśmiechnął się. Jego twarz rozświetliła się z złośliwej radości, 

tak szokującej, że Karina cofnęła się o krok. Wpatrywał się w dal.

- Nie jest tak zabawnie gdy mierzysz się z kimś swojego wzrostu?
Krzyk ciągle rozbrzmiewał mocniej i wyżej, zamierając na ułamek 

sekundy, którą potrzeba by istota nabrała łyk powietrza.

Za Henrym, dziewczyna, która upadła, otworzyła oczy i wstała. 

Starsza para obudziła się z ich transu.

Henry obrócił pięść i szarpnął ją, jakby rozrywał coś na pół. Krzyk 

ucichł.

- Dziękuję. - powiedziała dziewczyna.
- Nic się nie stało. Następnym razem pamiętaj o osłonie. - Henry 

odwrócił się do Arthura. - Mają dwieście civs, pięćdziesiąt świń, dwa 
ciężkie baterie artylerii polowej, sześć oddziałów po dwadzieścia pięć 
mężczyzn każda i siedem Zaginaczy Umysłów. Minus jeden.

Zabił wrogiego Zaginacza Umysłów, zdała sobie sprawę Karina. 

Miły, nieśmiały Henry zmiażdżył go, ale najpierw kazał cierpieć.

- Zbyt wielu. - ktoś wymamrotał.
- To przesada. - powiedział Daniel.
- Tam jest też przynajmniej jeden Demon. - powiedział Henry.
Lucas roześmiał się gorzkim, pewnym siebie śmiechem.
Mają Demona takiego jak Lucas. Lucas będzie z nim walczył. 

Widziała to w jego twarzy. Nie chciała by zginął. Coś wspinało się  na 
grzbiet wzgórza w oddali i rozlało się po prerii. Karina zmrużyła oczy. Co 
do diabła...

Twarz Arthura pozostała pogodna.
- Rozpocząć natychmiastową ewakuację bazy.
Ciemnowłosa kobieta po lewej stronie Kariny podała jej lornetkę.
- Masz. Wygląda na to, że nie będzie mi potrzebna. 
- Dziękuję. - Karina postawiła Emily na ziemię i wzięła lornetkę. - 

Zostań ze mną, kochanie. - Kobieta odwróciła się i pobiegła z powrotem 
do ogrodu. Chwilę później alarm rozbrzmiał ponownie, ale tym razem w 
krótkich sygnałach.

Ludzie odłączyli się od grupy i kierowali się w głąb bazy. Teraz była 

background image

jej szansa. Gdyby wymknęła się i przeszła przez bramę, mogłaby uciec. 
Nikt jej nie znajdzie w zamieszaniu...

- Pani Karino. - rozbrzmiał głos Arthura. Odwróciła się żeby na niego 

spojrzeć.

Spojrzenie jego niebieskich oczu wwiercało się w nią.
- Nie oddalaj się. Musimy zaczekać aż ewakuacja będzie 

zakończona. Lucas może potrzebować twoich usług.

Jego głos był łagodny, ale oczy nie pozostawiały wątpliwości - 

wiedział o czym myślała i ucieczka była daremna.

Arthur odwrócił się i spojrzał prosto przed siebie. Ona też spojrzała, 

unosząc do oczu lornetkę. Przed jej oczami ukazały się góry. Opuściła 
lornetkę...

Ludzie szli po wzgórzu. Po prawej mężczyzna w średnim wieku w 

brudnych spodniach khaki i podartej niebieskiej koszuli w paski. Obok 
niego szedł ciemnoskóry mężczyzna w dżinsach, który pomagał trzeciemu 
iść. Po lewej Kobieta w biznesowych ubraniach szła, potykając się 
Lornetka uchwyciła jej twarz. Jej rysy, pokryte skorupą brudu i kurzu, 
wykrzywiały się w skrajnym przerażeniu.

Karina ostro wciągnęła powietrze. Rudowłosa nastolatka podążała za 

kobietą. Jej postrzępiona spódnica widziała bezwładnie wokół jej chudych 
nóg, okrytych potarganymi pończochami. Drżała, idąc, i Karina zdała 
sobie sprawę, że szlochała.

Karina oderwała lornetkę od twarzy.
- Tam są ludzie!
- To jeńcy. - powiedział Lucas. - Ludzie, których Ordynatorzy 

pochwycili tu i tam, zaginieni. Świnie zaganiają ich na siatkę. Jest 
zaprojektowana żeby zatrzymać mocne pociski, ale jeśli wystarczająco ciał 
uderzy w tym samym czasie, siatka zostanie przeciążona i pęknie.

Wspomnienia ptaka, który uderzył w ten czerwony blask, pojawiły 

się przed jej oczami.

- Oni zginą!
- O to chodzi. - powiedział Daniel. - Próbują przedostać się zanim 

zdążymy zdetonować system.

- Nie mogą użyć jakiegoś czołgu albo pojazdu?
- Siatka by je usmażyła. - powiedział ponuro Lucas. - Biomasa jest 

do tego najlepsza. - ludzie po prawej rzucili się do ucieczki. Karina uniosła 
lornetkę.

Stworzenie poruszyło się na wzgórzu. Olbrzymie i brązowe, 

wyglądał jak siedmiostopowy dzik, który poruszał się zbyt szybko na 

background image

zadziwiająco długich i chudych łapach. Świnia zatrzymała się. Jej długa, 
krokodyla paszcza otwarła się, ukazując kły długie jak jej palce, otwarła 
się tak szeroko, że prawie podzieliła głowę świni na pół. Zachrypnięty ryk 
rozszedł się po okolicy. Daeodon.

Ludzie przed stworzeniem rozproszyli się jak płotki, biegli po 

wyboistej ziemi w kierunku sieci, blondwłosy mężczyzna w białym 
bezrękawniku prowadził. Daeodon znowu ryknął i ruszył w pościg.

Po lewej, druga świnia wspięła się na wzgórze, wysyłają kolejną 

grupę więźniów na siatkę. Starszy mężczyzna w podartej flanelowej 
koszuli potknął się i upadł, rozciągając się na ziemi. Świnia ruszyła na 
niego. Długa paszcza zniżyła się. Rozległ się wrzask, wibrował czystym 
terrorem mężczyzny, który wiedział, że jego życie się kończy, i nagle 
ucichł.

Po prawej, blondyn najpierw głową w siatkę i szarpnął się, złapany w 

głęboko karminowym blasku. Jego ciało wygięło się konwulsyjnie, nogi i 
ręce młóciły jakby został porażony prądem. Mężczyzna za nim próbował 
zwolnić, ale jego rozmach zaniósł go prosto w czerwony blask, zatrząsł się 
w podobnym ataku.

Karina odwróciła się do Lucasa.
- Nie możecie czegoś zrobić? Czegokolwiek? Oni umierają!
- Możemy dać im szybką śmierć gdy już się przedostaną. - 

powiedział Lucas. - Ale...

- Lucas ma rację. - powiedział Arthur. - Oszczędzimy im bólu.
Powietrze wokół Arthura zaczęło się mienić. Ludzie zaczęli się 

cofać. Pochylił głowę i stanął bardzo nieruchomo. Na prerii, więźniowie 
próbowali gwałtownie skręcić przed czerwonym blaskim, ale świnie 
prowadziły ich do przodu. Jedno ciało za drugim uderzało w sieć. Karina 
odwróciła Emily.

- Nie patrz, kochanie.
- Co oni robią?
Kłam, powiedziała sobie. Kłam. Ale słowa wydobyły się z jej usta 

same z siebie.

- Oni umierają, Emily.
- Dlaczego?
- Ponieważ źli ludzie ich zabijają.
- Czy źli ludzie dopadną nas?
- Nie, malutka. - powiedział Henry. - Arthur i Lucas zabiją ich.
Czerwony blask uginał się pod wagą zbyt wielu ciał, a coraz więcej 

ludzi nadchodziło z prerii, prowadzone przez daeodony jak owce. Arthur 

background image

nie poruszył się. Jego oczy wpatrywały się w dal, gdzieś bardzo daleko.

- Jak długo do detonacji? - spytał Lucas.
Henry zamknął oczy i znowu je otworzył.
- Trzy minuty.
Lucas obrócił głową na prawo i lewo, rozciągając szyję.
Z jasnym błyskiem sieć pękła pod ciężarem ciał. Ludzie wpadli w 

szczelinę, przewracali się o siebie, upadali na podłogę. Cztery olbrzymie 
świnie, które kierowały ludźmi, wpadły przez dziurę, miażdżąc ciała pod 
racicami. Daeodony rzuciły się w dół wzniesienia.

Lucas burknął. Jego skóra zdawała się oddzielać od jego kości w 

grubych płatach. Krwawa mgła wypełniła powietrze. Karina zagapiła się, 
niezdolna oderwać spojrzenia. Kości gięły się, więzła obracały, a bestia 
ruszyła do przodu. Była większa niż pamiętała. W jej wspomnieniach, 
zmienił się w ciemny, bezkształtny cień, ale tutaj, w świetle dnia, 
zobaczyła każde wybrzuszenie przerażających mięśni, każdy kieł, każdy 
pazur w kształcie sierpa, każdy czarny włos na jego grzbiecie.

Strach przelał się po niej, rozpalając każdy nerw.
Bestia odwróciła głowę. Zielone oczy Lucasa spojrzały na nią z 

ohydnej twarzy.

Nie drgnij, powiedziała sobie. Właśnie miał zamiar dla nich walczyć. 

Może zzginąć w następnych kilku chwilach. Nie chciała by poszedł tam, 
myśląc, że czuła wstręt do tego, czym był. Jakiekolwiek wady miał Lucas, 
on miał właśnie stanąć pomiędzy świniami a jej córką. Zasługuje na coś 
lepszego niż ślepy strach, który pokazały dwie kobiety w ogrodzie. 
Spojrzała mu w oczy. Patrzyli na siebie.

- Powodzenia. - powiedziała.
Daeodony ryknęły, biegnąć po wzgórzu.
Bestia, która była Lucasem, kiwnęła do niej głową, skoczyła i 

walnęła w pierwszą świnię. Jego pazury przecięły szyję daeodona i padł. 
Lucas uciekł przed rozwartą szczęką i skoczył na drugiego daeodona, wbił 
pazury w brązowe futro i wyrwał kawał kręgosłupa.

Trzecia świnia zatrzymała się, niepewna. Czwarta obróciła się, 

obeszła rzeź i zaszarżowała w górę wzgórza, wbijając mocno racice w 
twardą ziemię.

Karina przytuliła Emily mocniej. Instynkty kazały jej uciekać, ale 

nikt wokół niej się nie ruszał.

Dwadzieścia jardów. Piętnaście. Dziesięć.
Daniel przeszedł do przodu i zacisnął pięści. Z suchym trzaskiem, 

kości w przednich łapach świni pękły. Białe kości przecięły mięśnie i 

background image

skórę. Świnia kwiknęła, upadła na bok i stoczyła się ze wzgórza. Lucas 
wstał znad ciała trzeciej świni, przeskoczył ciało daeodona i zmiażdżył jej 
czaszkę jednym brutalnym uderzeniem.

- Jesteśmy w opowiadaniu, Mamusiu?
Karina spojrzała w duże, brązowe oczy Emily. Chciałabym. 

Chciałabym żeby to był tylko sen. Sięgnęła głęboko w siebie, przez strach, 
niepokój i niedowierzanie, i gdy się odezwała, jej głos był spokojny i 
pewny siebie.

- Wszystko będzie dobrze, kochanie. Nic nam się nie stanie.
Na wzgórzu pojawiło się więcej daeodonów, biegły w stronę bazy; 

było ich tak wielu, że nie mogła ich policzyć. Prowadziła je olbrzymia 
bestia. Wyglądała jak Lucas, poza rudawym futrem. Ruda bestia biegła 
sprintem, powiększała dystans pomiędzy sobą a masą daeodonów, 
poruszała się potężnymi skokami, które szybko pokonywały prerię.

Lucas przeszedł dwa kroki w górę wzniesienia i ustawił gigantyczne 

łapy.

Bestia spadała na nich jak grom, pędziła jak kula armatnia. Skoczyła 

i przeleciała nas masą wijących się ludzkich ciał.

Lucas skoczył. Dwa potwory zderzyły się w powietrzu i Karina zdała 

sobie sprawę, że Lucas był wyraźnie mniejszy. Potoczyli się po wzgórzu, 
warczeli i szarpali się jak dwa masywne, zdziczałe koty. Większa bestia 
rozorała bok Lucasa. Krew zmoczyła ziemię w gorącym rozprysku. Karina 
odwróciła się do Daniela.

- Pomóż mu!
- Nie mogę, - warknął. - potrzebuję wyraźnego celu.
Bestie szamotały się i kłapały szczękami, gryząc i rozrywając w 

tornadzie pazurów i zębów.

Znowu rozbrzmiał alarm, tym razem jeden długi dźwięk, a później 

krótki. Daniel odwrócił się do starszej kobiety, stojącej obok niego. Była 
niska i pulchna, miała wyszukany węzeł na głowie złożony z malutkich 
koralików. Szary garnitur był nieskazitelny, makijaż idealny. Wyglądała 
jak sekretarka albo recepcjonistka w ekskluzywnej firmie.

- Rozrywaj. - powiedział Daniel. - Teraz.
Kobieta wyciągnęła nóż z kieszeni spodni, podciągnęła rękaw i 

rozcięła skórę. Wylała się krew. Ból musiał być potworny ponieważ zgięła 
się w pół, trzymając się za rękę.

U podnóża wzgórza, większa bestia rzuciła Lucasa na bok. 

Przeleciał, obrócił się w powietrzu i wylądował na czterech łapach. Krew 
wylewała się z jego boków. Dwa stworzenia zmierzyli się i zderzyli 

background image

ponownie.

Kobieta się wyprostowała. Blade zielone światło wybuchnęło z jej 

brzucha, przemieniając w cienkie wstęgi światła. Wstęgi rozszerzyły się, 
rozbłysły i rozdzieliły puste powietrze na pół. Pojawiło się koło o średnicy 
siedmiu stóp, wypełnione było ciemnością.
 

Więc tak wyglądało międzywymiarowe rozdarcie. Arthur uniósł 

głowę.

Ziemia zatrzęsła się pod jego stopami. Maleńkie kamyki 

podskakiwały. Wibracje zatrzęsły podeszwami butów Kariny.

- Lucas! Zakończ to! - krzyknął Daniel. - Zakończ teraz!
Rudawa bestia skoczyła, uderzając ogromną łapą, pazury wyglądały 

jak sztylety. Lucas okręcił się i przetoczył na bok nieludzko szybko. 
Wielka bestia wylądowała na ziemi. W chwili gdy jego łapy dotknęły 
ziemi, Lucas przetoczył się na grzbiet. Olbrzymie zęby zabłysły i wgryzł 
się w szyję rywala. Stworzenie wrzasnęło, kopało i próbowało się 
odtoczyć. Dwie bestie upadły na ziemię.

Karina wstrzymała oddech.
Czarna bestia wstała powoli.
Wypuściła powietrze.
Lucas spojrzał na ciało pokonanego przeciwnika jakby nie były nie 

był pewien gdzie był ani co tam robił. Za nim, uwięzieni, złapani 
pomiędzy nim a morzem świń, dźwigali się na nogi.

Wibracje pod powierzchnią ziemi wzmocniły się, uderzając w stopy 

Kariny jak podziemny młot. Maleńkie czerwone iskry pojawiły się wokół 
Arthura.

- Szybko. - szepnął Henry obok niej. Jego spojrzenie skierowane 

było na Lucasa, jego głos niskim, uporczywym szeptem, prawie rozkazem. 
- Szybko. - Lucas drgnął. Jego głowa skierowała się na nich .Zobaczył ich 
i szybko wspiął się pod górę

Iskry wokół Arthura poruszały się szybciej. Stopy Arthura uniosły się 

w powietrze. Wzniósł się trzy stopy nad ziemię, jego ciało było napięte, 
patrzył na prerię rozciągającą się przed nim. Och, Boże.

Bestia dotarła do wierzchołka wzgórza, stoczyła się w chorej 

rewolcie ciała, i znowu powstała, jako Lucas, krwawiący i drżący. Zatrząsł 
się przechylił, a Karina złapała go. Przez chwilę cały jego ciężar opierał 
się o nią. Spojrzała w jego oczy i zobaczyła ból. A wtedy Daniel zdjął go z 
niej i poprowadził w stronę rozdarcia.

W oddali syreny rozbrzmiewały szaleńczo. Daeodony zbliżały się. 

Karina wzięła Emily w ramiona.

background image

Henry objął ją ramieniem.
- Musimy iść. Nie chcesz tego oglądać.
Pośpieszyli do rozdarcia. Spojrzała przez ramię, jakby przyciągana 

niewidzialną siłą. Iskry strzelające z ramion Arthura zatrzymały się. Przez 
ułamek oddechu unosiły się nieruchomo, następnie mrugnęły, a później 
wybuchły olśniewającym blaskiem. Czerwień promieniowała z ramion 
Arthura w bliźniaczych strumieniach, łączyła się z ciałem białością i 
pomarańczem, rozwijała się w dwa potężne skrzydła zrobione ze światła.

- Chodź. - Henry pociągnął ją w stronę rozdarcia. Wyłaniała się przed 

nimi, ciemna i przerażająca, dziura w samej rzeczywistości.

Czerwone błyskawice błysnęły. Pierwszy rząd jeńców padł na 

kolana. Ogień zaczął wylewać się w ich oczu i ust, jakby spalali się od 
środka. Ich twarze zmieniły się w popiół. Drugi rząd podążył za 
pierwszym, później kolejny i kolejny... Strumienie płomieni rozlał się na 
ziemię. Całe wzgórze zatrzęsło się jakby złapane w chwyt potężnego 
trzęsienia ziemi.

Och, drogi Boże. Więc to robi Wither...
- Teraz! - warknął Henry.
Karina wzięła głęboki wdech, przytuliła Emily, i weszła w ciemność.
To było jak bycie pod wodą. Jakby chodzenie przez zalany tunel 

krystalicznie czystego płynu wypełnionego światłem słonecznym. Jej ciało 
było bardzo lekkie, prawie wcale nie ważyło. Trwało to całe życie, albo 
jedną chwilę - Karina nie wiedziała - następnie weszła na beżowy dywan.

Przez sekundę bała się ruszać, bała się robić cokolwiek, a następnie 

przypomniała sobie jak się oddycha. Powietrze smakowało słodko.

Emily spojrzała na nią, mrugnęła.
- Nic ci nie jest? - Karina szepnęła, jej głos był napięty. 
Emily poruszyła się.
- Wiem!
- Co wiesz, Emily?
- Mamo, wiem, wiem! Jestem Odważną Księżniczką. Jak w 

komiksie. - Karina wypuściła wstrzymywany oddech i objęła ją. Z 
jakiegoś powodu chciało jej się płakać.

Stali w holu. Wokół niej stali ludzie, zarówno mężczyźni i kobiety. 

Przed nią szklana ściana oddzielała salę konferencyjną, długi czarny stół i 
pasujące do niego krzesła; a za tym okno, od podłogi do sufitu, oferowało 
widok miasta wieczorną porą, rozświetlonego elektrycznymi światłami. 
Musieli być na dwudziestym piętrze.

Uciekli.

background image

W jej umyśle ciała nadal płonęły, wymiotując ogniem i popiołem. 

Czym do diabła był Arthur? Czym byli oni wszyscy?

- Nie powinniśmy tu być. - powiedział Henry obok niej, jego głos 

wibrował niepokojem. - Coś jest nie w porządku.

Kobieta za nią prychnęła. 
- Pieprzony Rozprówacz wysadził nas w złej bazie.
Cichy głuchy odgłos kazał jej się odwrócić. Lucas upadł na dywan, a 

Daniel próbował go podnieść. Oczy Lucasa były zamknięte. Wyglądał 
bardzo blado, jego skóra miała prawie zielonkawy odcień.

Postawiła Emily i klękła przy nim, przesuwając dłonią po jego czole. 

Jego skóra była zimna, prawie lepka. Krew krzepła na jego klatce 
piersiowej, a duży fioletowy siniak plamił prawą stronę jego brzucha. 
Wyglądał jakby umierał. Ciężki metaliczny zapach wydobywał się z niego, 
tak gęsty, że prawie się dusiła. Nie był tylko głodny jej krwi. Umierał z 
głodu i był pełen bólu.

- Co się dzieje?
- Za dużo jadu. - powiedział Daniel. - Nie powinien był przejść na 

wariant ataku tak szybko po ostatniej walce.

Arthur wyszedł na dywan z pustego powietrza.
- Nic mu nie będzie.
Grymas skrzywił twarz Daniela, rozciągając jego bliznę. Wyglądał 

jak wściekły pies. 

- Powinniśmy byli się ewakuować wczoraj. Przeciążyłeś go. Wiesz, 

że potrzebuje przynajmniej dwóch tygodni pomiędzy przejściami, ale i tak 
liczyłeś, że znowu uratuje twój tyłek, ponieważ wiedziałeś, że to zrobi. 
Spójrz na niego. Spójrz na niego, Arthurze. Umiera od jadu.

Arthur zerknął na linię horyzontu.
- Nie teraz, Danielu. Gdzie jest Rozprówacz?
- Jesteś pieprzonym dupkiem!
Henry zamknął oczy i znowu je otworzył.
- Ona nie jest w budynku.
- Daniel przestań histeryzować i przeszukaj budynek...
- Pieprz się!
- Zamkniecie się wy dwoje? - powiedział Lucas. Jego oczy nadal 

były zamknięte. Złapał go dreszcz. Wygiął plecy, pięty wbijał w dywan, 
ramiona miał sztywne, masywne ciało naprężało się z bólu.

Idioci. Karina objęła ramionami Lucasa, starając się go trzymać, ale 

było to jak próba utrzymania byka.

- Potrzebujemy czegoś do jego ust. Zgrzyta zębami.

background image

- Skarbiec, teraz. - warknął Arthur. - Podnieście go.
Ludzie zaroili się wokół Lucasa, odpychając ją. Zaatakował, 

doznawał konwulsji i odrzucał mężczyzn na bok jak szmaciane lalki. 
Podciągnęli Lucasa w górę i ciągnęli go przez korytarz. Arthur zgiął się, 
chwycił ją za łokieć i podciągnął na nogi.

- Chodź z nami.
- Moja córka...
Palce Arthura zacisnęły się na jej ramieniu jak imadło. Pociągnął ją 

przez korytarz, za grupą ludzi niosącą Lucasa. Emily pobiegła za nią.

- Mamusiu!
Karina szarpnęła się.
- Puść mnie! Straszysz ją!
- Chcesz, żeby twoja córka żyła? - spytał Arthur.
- Tak! 
Łajdak.
- Więc rób jak każę.
Byli prawie na końcu tunelu. Coś otworzyło się z ciężkim 

metalicznym dźwiękiem. Karina zauważyła otwarte olbrzymie drzwi 
skarbca. Ludzie niosący Lucasa weszli do środka i rozdzielili się, Karina 
zobaczyła pokój. Był pusty, a światło dochodziło z białych 
fluorescencyjnych lamp i odbijało się od metalowych ścian i podłogi.

Wsadzą ją do skarbca razem z nim. Lucas tak bardzo cierpiał, miał 

konwulsje. Potrzebował jej krwi i rozerwie ją na strzępy żeby ją dostać. 
Jeśli przejdzie przez ten próg, zginie.

- Mamusiu!
Zaparła się piętami.
- Emily!
Henry podniósł Emily.
- Już dobrze, malutka.
- Zgodziła się na kontrakt. - powiedział Arthur. - Czas go wypełnić. 

Wchodź tam i rób co trzeba żeby utrzymać go przy życiu.

Jeśli tam nie wejdzie, oni ją wrzucą. Słyszała to w głosie Arthura. 

Karina wyszarpnęła ramię z jego dłoni.

- Zajmij się moim dzieckiem, Henry. 
- Zaopiekuję. - obiecał.
Karina wzięła głęboki wdech i weszła do środka.
- Żadnych gwałtownych ruchów. - zawołał Henry. Drzwi się za nią 

zamknęły.

background image

Rozdział 8

Lucas zwinął się w kłębek na podłodze. Ból szorował wnętrze jego 

kręgosłupa jakby ktoś drapał jego kręgi drucianą szczotką. To rozciągało 
się przez jego wiązadła; rozlewało się na stawy, koniuszki palców, pod 
językiem. Czuł to w zębach. To rozcierało go jak ziarna pszenicy 
pomiędzy kamieniami młyna.

Jego uszy wychwyciły dźwięk zbliżających się kroków.
Zmusił się do otworzenia oczu.
Karina klęknęła przy nim. Wdychał jej zapach i poczuł iskrę 

głębokiego, wściekłego głodu wewnątrz siebie. Przyciągała go jak 
magnes. Jego ciało błagało o jej krew i zakończenie bólu. Wszarpywanie 
się w nią byłoby rozkoszą.

Podwinęła rękaw. Jej usta były zaciśnięte.
Musiał się teraz odezwać. To bolało i był zmęczony, ale zdołał.
- Nie.
- Arthur powiedział, że musisz się pożywić.
- Arthur jest chorym popieprzeńcem. Mówiłem ci już.
- Mogę cię wyczuć. - powiedziała. - Musisz jeść.
- Jeśli teraz się pożywię, zginiesz.
- Jeśli tego nie zrobisz, to ty zginiesz, a później oni zabiją Emily.
Ach. Przez sekundę myślał, że współczuła mu, ale nie.
- Nikt nie dotknie Emily. A ja nie umieram. Tylko cierpię.
- Wyglądasz okropnie. - słyszał delikatną nutę w jej głosie. Pomimo 

background image

wszystko, trochę się o niego troszczyła. Weźmie to. Było to więcej niż 
zazwyczaj dostaje od wszystkich. 

Nie cofnęła się kiedy się zmienił. Jej kolana drżały, ale nie drgnęła. Z 

tego powodu był wdzięczny.

Karina otarła brud z jego twarzy, jej oczy były miłe, głos łagodny. 
- Lucas, nie bądź idiotą. Pożyw się Poczujesz się lepiej.
- Ból nie jest śmiertelny. Minie. Niedługo będziesz potrzebowała 

całej swojej krwi. - odsunęła się.

- Co to znaczy?
- Masz gorączkę?
- Tak.
- Zmęczona?
- Tak. Lucas, co się ze mną dzieje?
Prawie powiedział jej prawdę.
- Już ci mówiłem, reagujesz na jad.
Ból wypalił się głęboko w podstawę jego kręgosłupa. Lucas zmusił 

się do odwrócenia, próbując inaczej się ułożyć, i eksplodowało w 
oślepiająco białe, otępiające opary, skręcające jego kończynami. Było to 
jakby gwiazda uderzyła go w twarz. Stracił przytomność.

Kiedy się obudził, jej zapach był wszędzie. Głód obudził się w nim, 

żądając. Lucas zacisnął zęby i poczuł delikatny dotyk na policzku. 
Otworzył oczy. Siedziała przy nim, jej plecy opierały się o ścianę.

- Jak długo byłem nieprzytomny?
- Minutę, może dwie.
- Postaraj się odmierzyć następny raz. Muszę wiedzieć czy robią się 

krótsze.

- Czy mogę jeszcze coś zrobić?
Ból przetoczył się na niego.
- Mów do mnie.
- O czym?
- Nigdy mi nie mówiłaś dokładnie dlaczego Emily gromadzi 

jedzenie.

Westchnęła i odsunęła brązowy kosmyk z jego twarzy.
- To się wydarzyło po śmierci Jonathana.
- Twój mąż?
- Tak. Nie chcę o tym rozmawiać.
- Dlaczego?
Spojrzała mu w oczu.
- Bo wtedy będziesz o mnie coś wiedział.

background image

- A to było by źle? - spytał Lucas.
- Tak.
Teraz jeszcze bardziej chciał wiedzieć.
- Czy boli bycie bestią? - spytała.
- Nie. Przemiana jest bardziej jak bycie superbohaterem. Jestem 

szybszy, silniejszy. Wszystko jest wyraźniejsze. Mogę spuścić się ze 
smyczy. Ale jad mojego wariantu ataku jest toksyczny dla ludzkiego 
wariantu. Zmienianie się w człowieka jest suką.

Mniejszy dreszcz zatrząsł jego nogami. Lucas jęknął i zamknął oczy, 

starając się siłą woli oddalić ból.

- Jak długo będziemy tu zamknięci?
- Aż mi przejdzie. Godziny. Arthur próbuje zapewnić mi 

bezpieczeństwo. Jestem atutem, rzadkim i trudnym do zastąpienia. Nie 
powinniśmy byli tutaj przyjść, do tego budynku. - słowa wypowiadał 
powoli. - Ta baza nie jest zabezpieczona. Wynajmujemy pięć pięter. Nie 
posiadamy całego budynku na własność i nie kontrolujemy do niego 
dostęp.

Karina pochyliła się patrząc mu głębiej w oczy. Malutkie czerwone 

rozetki znaczyły jej skórę na policzkach i czole. Jej własna transformacja 
zaczynała się. Cholera. Miał nadzieję, że będzie miała jeszcze jeden dzień. 
Nie chciał by tu przechodziła przemianę, w skarbcu, bez medycznej 
pomocy, bez Henryka, który by ją uspokajał. Może umrzeć, a on chciał by 
żyła. Musiał się szybko wyleczyć.

Lecz się, wypełnił swój umysł. Lecz się.
Ból eksplodował w białych falach i ciągnął go za sobą.
Kiedy światła przygasły usłyszał jej głos, łagodny, spokojny, ciepły. 

Jak siedzenie w gorącej wannie, moczące jego wyczerpane ciało podczas 
gdy ona unosiła się w pobliżu.

- ... poznaliśmy się w collegu. Jonathan był przystojny. Zabawny. 

Jego ojciec był prezesem w firmie Drivers. To duża ubezpieczeniowa 
firma na południowym wschodzie. Brian jest bardzo przedsiębiorczy, 
bardzo świadomy swojego wyglądy. Garnitury Brooks Brothers, drogi 
zegarek, nowe BMW co kilka lat. On i Lynda mieli Jonathana kiedy byli 
dużo starsi, po czterdziestce. Jonathan nie mógł robić nic złego. Był ich 
Złotym Chłopcem. Dobry w sporcie, dobry w nauce. Był czarujący i 
lekkoduch. Idealny syn.

Oparła głowę o ścianę. Przysunął się do niej i oparł głowę o jej 

kostkę. Pozwoliła mu na to. Z tego miejsca mógł widzieć jej twarz. Mógł 
dotknąć jej dłoni. Lucas zamknął oczy i pozwolił sobie zanurzyć się w jej 

background image

głos.

- Wszystko szło po myśli Jonathana. Kiedy byłam mała często 

oglądałam bajkę. Dwie myszy w laboratorium, jedna bardzo mądra, druga 
była tępakiem. Więc każdej nocy tępak, Pinkym pytał się mądrej myszy "I 
co my dzisiaj będziemy robić, Mózgu?" A Mózg mówił "Spróbujemy 
opanować świat!" Pinky robił się podekscytowany. Widzisz, Mózg mówił 
poważnie. On chciał przejąć panowanie nad światem. Ale dla Pinkiego to 
była tylko wielka gra. Taki właśnie był Jonathan. Świat był jednym 
wielkim placem zabaw i każdego dnia grał i próbował go opanować. W 
niektóre dni był lekkoatletą, w inne studentem. Kiedy się poznaliśmy, 
kończył MBA a ja kończyłam dyplom z księgowości. Moi rodzice zmarli 
w wypadku samochodowym kiedy byłam w ostatniej klasie liceum. 
Kończyłam osiemnaście lat kiedy zginęli.

- Przykro mi. - powiedział Lucas poważnie.
- Dziękuję. Zostawili mi wystarczająco pieniędzy bym przeszła przez 

college i musiała pracować na wyżywienie. Zanim zginęli, chciałam zająć 
się historią sztuki. - roześmiała się trochę, gorzkim, cichym dźwiękiem. - 
Chciałam być rzeczoznawcą sztuki. Wiesz, osoba która bada przedmioty 
wystawione na aukcję i do muzeów by określić ich autentyczność. Zawsze 
myślałam, że byłoby to przyjemne. Ale wtedy byłam sama, więc zamiast 
tego poszłam na księgowość. Wydawała się... rozsądna. Starałam się być 
rozsądna. Mieć jakąś strukturę. A wtedy Jonathan pojawił się w moim 
życiu jak kometa. Sprawiał, że wszystko było pasjonujące. Sprawiał, że 
wszystko było zabawne. Jego rodzice byli zawsze formalni w stosunku do 
mnie. Nie sądzę by rozumieli dlaczego mnie lubił, ale Jonathan wybrał 
mnie, a on nie popełniał błędów.

Bardzo mocno chciał zamordować Jonathana.
- Na początku było wspaniale. Koneksje ojca Jonathana zapewniły 

mu pozycję w prywatnej akcyjnej firmie. W ciągu dnia bawił się w 
biznesmena, a w nocy bawił się w męża. A później narodziła się Emily. 
Cóż, widziałeś ją.

- Jest ładna. - powiedział Lucas.
- To prawda. Jonathan kochał ją. To była dla niego kolejna gra: bycie 

tatą. Często pokazywał ją jak rasowego szczeniaka. - znowu westchnęła. - 
Powinnam to przewidzieć. Tak czy inaczej, wszystko szło świetnie przez 
kilka lat, a później nadszedł krach ekonomiczny. Nagle już nie było 
zabawnie.

- Przyjęcie się skończyło. - zgadywał Lucas.
- Tak. Jonathan musiał zacząć pracować na życie i zarabiać, albo 

background image

firma pozbyłaby się go. Ja też pracowałam i radziliśmy sobie dobrze, ale 
musieliśmy zwracać uwagę na nasze wydatki, a Jonathan nie chciał 
zawracać sobie głowę szczegółami. Zazwyczaj prowadziliśmy najgłupsze 
rozmowy. On nie rozumiał dlaczego nie możemy wydać trzydzieści 
kawałków na członkostwo w country clubie. To jakby jego mózg nie trawił 
pojęcia budżet. To znaczy, on miał dyplom z zarządzania, na miłość boską. 
- uniosła zbyt mocno głos i Karina zamilkła.

- I co się dalej działo? - ponaglał.
- W końcu postanowił, że zmęczył się bawieniem z nami. Zaczął 

wysyłać mi takie długie chaotyczne e-maile o tym jak czuł się skrępowany 
i nieszczęśliwy i o tym jak musi na nowo się odnaleźć. Chciał żyć pełnią 
życia, powiedział. Znaleźć przyjemność w życiu. Na początku byłam 
zaniepokojona, następnie myślałam, że mnie zdradza, ale nie robił tego. To 
nie było tak, że byliśmy na granicy bankructwa. My po prostu nie 
mogliśmy robić już ekscytujących rzeczy, jak zamawianie szampana dla 
całego baru. Zaoferowałam przeprowadzkę; nie chciał tego. Żadne 
rozwiązanie, które proponowałam nie było wystarczająco dobre. 
Torturował mnie w ten sposób przez cztery miesiące. Na końcu już się 
nawet nie przejmowałam. Być może mogłam walczyć mocniej, ale 
pamiętam jak jedna z moich przyjaciółek zadzwoniła i powiedziała, że 
widziała Jonathana na przyjęciu biurowym beze mnie, i wiesz co 
pomyślałam?

Zamilkła. Jej ciemne oczy były duże na jej ładnej twarz.
- Pomyślałam "Dobrze. Może pozna kogoś i będę mogła się z nim 

rozwieść." To okropne myśleć tak o swoim mężu. Wtedy już wiedziałam, 
że małżeństwo jest skończone. Zmierzaliśmy w dół zbocza, poza tym, że 
była jeszcze Emily. Jak wyjaśnić czterolatce, że Tatuś zdecydował, że już 
jej nie chce ponieważ musi odnaleźć siebie? Więc porozmawiałam z jego 
rodzicami. Myślałam, że może oni wbiją mu trochę sensu do głowy. 

Lucas skrzywił się.
- Mówiłaś, że on nie robił nic źle.
- Tak, to głupie, ale byłam zdesperowana. Zadzwonili do niego by 

porozmawiać od serca. Jonathan wziął mnie na kolację pod koniec 
tygodnia. Wiedziałam, że coś jest nie tak; ale nie wiedziałam co. To nie 
była randka. Powiedział mi, że złożył wniosek o rozwód. Nie miał 
problemu z płaceniem alimentów, a ja mogłam zachować wszystkie prawa 
rodzicielskie.

Cień przeszedł przez jej twarzy. Nagle wydawała się bardzo mała.
- Byliśmy w samochodzie, jechaliśmy odebrać Emily od opiekunki. 

background image

Kłóciliśmy się o jego hojność względem moich "rodzicielskich praw". - jej 
głos ociekał goryczą. - Chciał odejść i już nie wracać. Nalegałam, że 
Emily potrzebuje ojca i on nie mógł tak po prostu odejść. Był wściekły. 
Powiedział mi, że wszyscy mają prawo być szczęśliwi. Chciał uwolnić się 
ode mnie i Emily, ale nie chciał być przez to osądzany. A następnie, nagle 
stracił przytomność. To było tak, jakby ktoś pstryknął przycisk. 
Wjechaliśmy na przeciwny pas. Pamiętam reflektory. Obudziłam się w 
szpitalu.

Zamilkła.
- Dostał udaru. - powiedziała w końcu Karina bezbarwnym głosem. - 

Miał dysplazję włóknisto-mięśniową. Nikt o tym nie wiedział. Był zdrowy 
jak koń, grał w racquetball, a później po prostu umarł. Ja byłam przez jakiś 
czas na granicy śmierci, ale odbiłam się. Byłam w szpitalu przez dwa 
tygodnie. Emily musiała zostać z jego rodzicami. Oni jej nie karmili.

- Co?
- Brian, ojciec Jonathana, zawsze jada poza domem. Kiedy Jonathan 

zmarł, zaczął spędzał całe dnie w country clubie. Mówił, że to jego sposób 
radzenia sobie z tym. Lynda miała ponad siedemdziesiąt lat. Była 
dotknięta demencją. Wszystko co robiła, to jadła cukierki całe dnie, ale nie 
dawała żadnych Emily - to zniszczyłoby jej zęby. Zapominała dawać 
Emily lunch, a kiedy pamiętała ją karmić, albo próbowała gotować i 
przypalała to, dawała Emily jedzenie, które było tak długo w lodówce, że 
nie było tylko spleśniałe, ale zaczynało kwitnąć.

Płakała, ale nie z litości tylko z gniewu. Nie było łez, ale słyszał je w 

głowie Kariny, ukryte za bezbarwnym głosem.

- Mieli wystawioną miskę z orzechami i Emily powiedziała mi, że 

udawała sen, a później wymykała się żeby je ukraść. Kiedy wyszłam ze 
szpitala, ona była sześć funtów (*3 kg) lżejsza. Ledwie w ogóle coś 
ważyła. Więc teraz wiesz dlaczego gromadzi jedzenie. Była przerażona, jej 
ojciec właśnie umarł, mama leży w szpitalu, a jej właśni dziadkowie nie 
karmili jej. Powiedziałam Ąrthurowi, że ona nie ma nikogo poza mną. Tak 
właśnie jest. Nie jesteśmy mile widziane w tamtym domu. Oni obwiniają 
mnie i Emily za udar Jonathana. Tak utrudniałyśmy mu życie, że musiał 
umrzeć żeby się od nas uwolnić.

Czerwone rozetki na jej twarz ciemniały. Karina dotknęła dłonią 

czoła i spojrzała na nią. Jej oczy się rozszerzyły. Potarła jego przedramię.

- Czy to kolejna reakcja na jad?
- Mmhh-hhm. - powiedział Lucas.
- Opowiedziałam ci moją historię. Teraz opowiedz mi swoją. Tak 

background image

będzie sprawiedliwie.

- A co chcesz wiedzieć? - spytał, zastanawiając się co myślałaby 

gdyby spojrzała w głąb jego umysły i zobaczyła jak dusi jej męża.

- Kim jesteś? Wy wszyscy. Kim tak naprawdę jesteście? Chcę 

wiedzieć co się ze mną dzieje.

Lucas westchnął.

Powiedziała mu za dużo, zdecydowała Karina. Pomimo że chciała 

żeby to była łapówka, zapłata za informację jakie przetrzymuje, 
przynajmniej część niej opowiedziała mu o tym ponieważ leżał przy niej 
posiniaczony, pobity, pokrwawiony i cierpiący. Potrzebował rozproszenia i 
miała dla niego wystarczająco współczucia by dać mu je. Ale nie chciała 
otwierać swojego serca. To się po prostu stało. Cierpiał i chociaż chciała 
złagodzić jego cierpienie, nie chciał się pożywić ponieważ nie chciał jej 
zranić. Nie chciał wymienić swojego bólu na jej. Przynajmniej mogła 
mówić i odwracać jego uwagę.

Karina sięgnęła i dotknęła jego dłoni. Uchwycił jej dłoń. Lucas 

zerknął na nią, zaskoczony. Mieli to teraz wspólne - oboje traktowali 
każdy przejaw dobroci z podejrzliwością. Ona już nie oczekiwała dobroci, 
chyba że od niego. Ale była outsiderką. On nie.

- Tu nas nie obserwują przestraszone kobiety. - powiedział jej.
- To nigdy nie było dla nich. To było dla ciebie.
Prawie się rozpłakała i nie wiedziała dlaczego. To przez stres, 

powiedziała sobie. Trauma patrzenia jak setki ludzi ginie jednocześnie. I 
gorączką, która bez przerwy wzrasta. Jej oddech wydawał się gorący przy 
wydychaniu. Jej skóra była sucha i napięta. A teraz obręcze czerwonych 
kropek pojawiły się na jej ramionach.

Nigdy nie opowiedziała całej historii jej małżeństwa komukolwiek. 

To przez gorączkę. Oczywiście, że tak.

Lucas patrzył na nią. Leżąc w taki sposób, nawet pobity, wyglądał 

ogromnie. Jeśli tydzień temu ktoś powiedziałby jej, że będzie zamknięta w 
skarbcu z nagim, zakrwawionym mężczyzną, który próbował ze 
wszystkich sił nie pożreć jej żeby powstrzymać ból, zadzwoniłaby pod 911 
i zgłosiła szaleńca w amoku.

- Opowiem ci historię. - powiedział Lucas. Jego głos był zaprawiony 

znużeniem. - Możesz w to uwierzyć albo nie. To może być prawda, albo 
tylko opowieść. Twój wybór.

- Okay.

background image

Lucas zamknął oczy.
- Przypuśćmy, że istnieje cywilizacja. Potężny kraj. Zawładnął całym 

dostępnym terytorium, ale ono wie, że musi się rozwijać. Musi rozrastać 
się, albo zginie i przepadnie. Cywilizacja wysyła kolonistów by zbadali 
nowe terytoria. Znaleźli oni żyzne ziemię i zasiedlili je. Kiedy odnieśli 
sukces, pozwolili by wiedza o potężnej cywilizacji przepadła. Małe 
kolonie rosły i rozwijały się same, a kiedy rozrosły się wystarczająco, 
odkryły ponownie cywilizację matkę i odmłodzili ją ich wyjątkowymi 
osiągnięciami.

Zerknął na nią.
- Okay. - powiedziała Karina. - Widzę jak mogło się to wydarzyć.
- Przypuśćmy, że została odnaleziona nowa wyspa do kolonizacji. 

Wyspa z obfitym ekosystemem i wspaniałymi zasobami. Cywilizacja 
robiła to wiele razy wcześniej i stworzyli protokół. Statki kolonizacyjne i 
osadnicy stworzyli trzynaście małych osad, Domów, jeden dla każdego 
statku.

- Genetycznie wszyscy koloniści należeli do Bazowego Obciążenia. 

To bardzo stabilna rasa ludzi, długo żyjących, odpornych na choroby, 
uzbrojona w nadrzędny mechanizm reperacyjny w DNA, który 
przeciwdziałał mutacjom. By z powodzeniem skolonizować nowe 
środowisko gatunek musi się przystosować do niego. By ułatwić tą 
adaptację, większość kolonistów była wystawiona na czynnik hamujący 
ich odbudowę komórkową i DNA, i stali się bezbronni wobec rodzimych 
wirusów.

- Rozmyślnie osłabili swoich ludzi? Jaki to ma sens?
- Oni nie chcieli tylko koloni. - powiedział Lucas. - Oni chcieli 

wyjątkowej koloni, idealnie zharmonizowanej z nową wyspą. W ten 
sposób cywilizacja nie dopuszczała do zastoju. Koloniści chcieli eksplozji 
mutacji w przyszłych generacjach, i potrzebowali krótszego życia i 
szybszej dojrzałości płciowej by przekazać nowe zmiany potomkom. To 
dlatego naukowcy eksperymentują na myszach: szybko się rozmnażają i 
nie żyją długo. Im szybciej mija życie tym szybciej dojrzewają płciowo. 
Ale to również sprowadza negatywne antropologiczne konsekwencje: 
niedojrzałość, niezdolność przekazywania wiedzy, utrata etyki i kultury, i 
tak dalej. Te konsekwencje były uważane za dopuszczalne. Kolonia 
musiała rozwinąć się sama, bez wiedzy o pochodzeniu. Im szybciej ludzie 
zapomną skąd przybyli, tym lepiej. Mała grupa kolonistów pozostała przy 
Bazowym Obciążeniu dla kontrolnych celów. Żyli w osadach, Domach, i 
monitorowali to wszystko. Nadążasz?

background image

Tak jakby.
- Mów dalej.
- Mutacje rozkwitały. Nastąpił sukces tuzina podgatunków 

człowieka. Niektóre podgatunki rozwinęły wariacje, ludzie z podobnymi 
mocami czy fizjologią. Podgatunek 29 pokazał wszystkie adaptacje 
potrzebne do przetrwania, ale cała ósemka tego typu była  wrażliwa na 
ciepło i miała niepokojąco niską płodność. Podgatunek 44, typ 3, 
wyprodukował wyjątkowych Zaginaczy Umysłów, którzy mieli skłonności 
do obłędu.

- Tym właśnie jest Henry?
Lucas przytaknął.
- Nie mówimy o wyspach, prawda?
- Niektórzy mówią wyspy. - powiedział Lucas. - Niektórzy planety. 

To tylko opowieść. 

Opowieść, jasne. 
- Kosmici. - wpatrywała się w niego.
- Czy chcesz mi powiedzieć, że wszyscy jesteśmy kosmitami?
Lucas westchnął.
- Możesz tak powiedzieć. Możesz również powiedzieć, że gdy 

planeta wykształci nas i zmieni nasze DNA, stajemy się rodzimymi jak 
każdy inny.

- A co z podgatunkiem 30? - co z tobą?
Oczy Lucasa skupiły się na niej.
- Podgatunek 30, typy 1 do 5, inaczej znane jako Demony. Jadowite, 

mięsożerne, drapieżne warianty człowieka z umiejętnością do drastycznej 
zmiany morfologii. Byli potężni, agresywni, terytorialni i zdominowali 
swój punkt pochodzenia na kilka set lat, polowali w małych grupach, ale 
ten podgatunek nie był zdolny do zbyt długiego życia. Byli okaleczeni 
ponieważ ich ciała nie mogły produkować zestawu małych cząsteczek 
potrzebnych do ich przetrwania, więc musieli kanibalizować na innych 
ludziach by je zdobyć.

- Kanibalizować?
- W tym momencie różne podgatunki człowieka miały tylko 

szczątkowy język i żadnych wspomnień o tym skąd pochodzą. - 
powiedział Lucas. - Żadnej etyki, żadnych morałów, niczego. Zakładali 
społeczeństwa, a prawem było "moc jest dobrem". Jeśli potrzebuję twojej 
krwi, a w moim wychowaniu czy doświadczeniu nie ma nic co mówiłoby, 
że nie powinienem, dlaczego miałbym cię nie zabić i zjeść twojego mięsa? 
Miły facet jest pojęciem współczesnym.

background image

Mówił poważnie. Naprawdę mówił poważnie.
- Mam kontynuować? - spytał.
- Tak.
- To trwało przez setki lat. Małe pozostałości kieszeni Bazy 

Obciążeniowej, pierwotnych osadników, trzymanych jako grupa kontrolna, 
drobiazgowo dokumentowała wszystko z ich Domów. Nie interweniowali. 
Oni tylko katalogowali to, co następowało.

- Następnie nagle Podgatunek 48 wszedł na scenę. Rozprówacze 

mieli śmiertelną skłonność do raka, ale również zdolność do rozrywania 
dziur w rzeczywistości, mieli dostęp do wymiarowych fragmentów. To 
była nowa umiejętność, nieznana kolonistom, i nikt nie wiedział co z tym 
zrobić. Niektóre Domy wzięły dzieci Rozprówaczy i wychowały je w ich 
osadach by je studiować.

- Mutacja rozkwitała i rozkwitała, aż jeden podgatunek pojawił się 

jako najlepiej przystosowany. Radził sobie w prawie każdym klimacie. 
Reprodukował się szybko, pokazywał mentalne zdolności i demonstrował 
przyzwoitą naprawdę DNA. Na około sześć tysięcy planetarnych cykli, 
podgatunek 61 został uznany za realny. Koloniści wykonali swoją robotę: 
stworzyli typ człowieka z podstawową zdolnością do przetrwania i 
prosperowania. Teraz natura musiała przejąć obowiązki. Cała pomoc dla 
innych obciążeń ustała, jak dyktował Pierwszy Mandat, fałsz musi 
przetrwać. Podgatunek 61 stał się He. Wszyscy inni musieli zginąć by 
zrobić miejsce.

- Podgatunek 61. Ludzie. - zgadła Karina. - My.
- Nie. - powiedział Lucas. - Oni. Twoi sąsiedzi, twoi przyjaciele. Ale 

nie ty.

Gorączka był teraz tak wysoka, że zamarzała i topniała w tym 

samym czasie. 

- Powiedziałeś oni, nie ja. Co masz na myśli, dlaczego nie ja?
- Zmierzam do tego. Inne podgatunki wymierały, podczas gdy 

Podgatunek 61 rozrastał się i brał w posiadanie wyspę.

- Planetę. - Karina nie potrzebowała by ją niańczył. 
- Planetę. - zgodził się. - Miasta koloni zaczęły stopniowo 

rozpowszechniać ich technologię. Pozwalali sobie zniknąć. Ale istniało 
naruszenie protokołu w jednym z miast, a rezultatem Podgatunek 29, tez z 
problemami z ciepłem, odkrył skąd pochodzą.

- Co masz na myśli?
Lucas westchnął.
- Mam na myśli to, że naukowcy w Macierzystym Domu spieprzyli. 

background image

Podgatunek 29 wyprodukował kilka wyjątkowo mądrych dzieci. Nagła 
eksplozja dzieci z inteligencją na poziomie geniuszu była rzadka i dziwna, 
więc idioci myśleli, że dobrym pomysłem będzie dogłębniejsze ich 
zbadanie. Wydobyli te dzieci i wychowali je w Macierzy z pełną wiedzą o 
ich historii. Cóż, dzieci dorosły i zdecydowały, że nie chcą powoli przejść 
w zapomnienie gdy jakaś inna rada ludzi przejmie panowanie.

-  To był cichy stan zamachu. Do czasu jego odkrycia, Obciążenie 29 

i ich uwięziony personel genetycznie poprawili ich braki. Teraz nie mają 
problemu z ciepłością i rozmnażają się jak króliki. Zdecydowali, że są 
bardziej wartościowi niż Obciążenie 61. Oni, a nie ludzie, byli He. 
Dokonano pomyłki i zdecydowali, że powinna zostać poprawiona. 
Zarządzili przejęcie władzy nad Ziemię.

Teraz to miało sens.
- Stali się Ordynatorami?
- Tak. 
- Więc to tyle? Oni próbowali nas zabić przez tysiące lat?
- Mniej więcej. Wszczęli wojnę, używając pierwotnej technologii 

kolonistów. Inne miasta sprzeciwiły się im, ale tamtym momencie byli 
słabi, i w procesie wymierania, więc wybrali ludzi z różnych obciążeń z 
potencjałem bojowym. Ordynatorzy byli rozbici i mogli zostać starci z 
powierzchni, tylko że nabyli Rozprówaczy i zaczęli przeskakiwać przez 
wymiarowe fragmenty. Ostatecznie my również.

- Obciążenie 61, ludzie He, rozmnażali się zbyt szybko, ich liczba 

stawała się zbyt wielka. Zobaczyli nas i zaczęli formować religie i folklor. 
Musieliśmy zniknąć.

- Więc to tak. - powiedziała Karina.
Kiwnął głową.
- Ludzie jak ja utrzymywali Ordynatorów w ryzach przez ponad 

trzydzieści tysięcy lat. Okazjonalnie przedzierali się z nową bronią. 
Czasami to wirus, który niszczy zapasy żywności. Czasami to zaraza 
morowa. Czasami znajdują sposoby by zagrać klimatem. Problem jest taki, 
że Ordynatorzy rozmnażają się szybciej niż my, są lepiej zorganizowani, a 
ich praca łatwiejsza: łatwiej jest niszczyć coś niż ochraniać.

- Było trzynaście Domów, jeden dla każdego miejsca osiedlenia. Oni 

mieli jeden dom, Dom Macierzysty. Jest ich pomiędzy jedyną, a dwoma 
setkami tysięcy. My jesteśmy żołnierzami pozostałymi z dwunastu 
Domów. Jest nas może z pięćdziesiąt tysięcy. Krzyżujemy się i rodzimy 
dzieci z dziwnymi mocami zamiast umierać jak powinniśmy. To jest 
planeta gdzie wszystko poszło złą drogą. Ludzkość zbliżała się coraz 

background image

bardziej do międzynarodowych lotów, Ordynatorzy stają się zdesperowani 
ponieważ gdy połączymy się z rdzenną cywilizacją, dla nich będzie 
oznaczać to koniec. Porzucili pierwotny mandat i zostaną wytępieni. 
Atakują z wszystkim co mają, a my przegrywamy.

Wpatrywała się w niego.
- A gdzie jest w tym wszystkim moje miejsce?
Wziął ją za rękę i delikatnie ścisnął.
- Wiesz ile ludzi zginęło?
- Ponieważ ich własny jak otruł ich? - powiedziała Karina.
- To. Ale również dlatego, że koloniści zrobili jakieś przewidywania. 

Zostało zdecydowane, że jeśli pozwolono nam istnieć, zniszczymy inne 
podgatunki, a później wymrzemy zanim osiągniemy poziom medycznego 
doświadczenia pozwalającego na naprawienie naszego defektu. Otruli nas, 
starli nas prawie całkowicie z powierzchni. Mieli rację - nawet teraz 
syntetyczne zastępstwo jest tylko opatrunkiem. Widzisz, gdybyśmy mogli 
przezwyciężyć to upośledzenie, pozwoliliby nas wymordować wszystkich 
innych, ale problemem jest to, że tylko jeden bardzo specyficzny 
podgatunek produkuje hormony, których potrzebujemy. Bazowe 
Obciążenie. Dawcy. Ci, którzy dali początek nam wszystkim.

Wyszarpnęła rękę.
- masz na myśli to, że jestem potomkiem pierwotnych kolonistów?
- Tak.
- To niemożliwe.
- A jednak. Twój typ ma niezwykle stabilny genom.
- Ale moi rodzice byli normalnymi ludźmi!
- Mogli nie wiedzieć kim są. Może tylko jedno z nich było dawcą. 

Dawca i Podgatunek 61 będzie produkować potomstwo dawców.

- A co z tym? - wyciągnęła ręce pokryte mocną czerwienią. - 

Wyjaśnij to!

Lucas usiadł.
- Kiedy się na tobie pożywiam, czynnik mutujący przedostaje się do 

twojego krwiobiegu. U normalnych ludzi czynnik mutujący stał się słaby z 
biegiem czasu. Ale ja jestem nosicielem prawie pełnej dawki i dałem ją 
tobie w czasie pożywiania. Zmieniasz się.

- W co?!
- Nie wiem. Nie wiem co jest w twoim DNA poza genem dawców. 

Czynnik mutujący jest czynnikiem hamującym. Uwolni hamulce w twoim 
ciele, powstrzyma naprawcze DNA i pozwoli ci rozwinąć się w coś, co już 
jest w twoim genotypie, nabyte na przestrzeni wieków krzyżowania z 

background image

różnymi podgatunkami ludzi, ale stłumione. Możesz stać się 
Podgatunkiem 61, ale wątpię w to. Jest szansa, że staniesz się jedną z 
naszych podgatunków.

Zabrali jej wolność, jej dom i godność, a teraz zabierają jej ciało.
- Nie! Nie, nie robię tego! Nie chcę! Słyszysz mnie? - Karina szybko 

wstała. Zdołała zrobić dwa kroki. Ból wystrzelił z jej kości. Krzyknęła. 
Świat stał się czerwony i upadła na podłogę.

Bolało. Bolało bardziej niż jakikolwiek ból,  który pamiętała. Na 

początku błagała, następnie modliła się, później krzyczała i jęczała, 
zamykając mocno oczy, otwierając je, zerkając na twarz Lucasa przy 
ostrym świetle skarbca, i zanurzając się głębiej w ból. Gdyby tylko mogła 
zemdleć i skończyć z tym, ale nie, za każdym razem gdy próbowała, on ją 
przywracał do miejsca bólu.

- No dalej, zostań ze mną. Nie zasypiaj. Otrząśnij się.
- Zostaw mnie. - warknęła.

 

- Stracisz przytomność, zginiesz. No dalej. Zostań ze mną.
- Nienawidzę cię! Ty mi to zrobiłeś!
- Właśnie tak. - warknął na nią Lucas. - Nienawidź mnie. Walcz ze 

mną. Nie zasypiaj. Umiesz, Emily zostanie sama. Nie chcesz zostawić 
swojej córki z dupkiem takim jak ja. - ona tylko chciała żeby ta tortura się 
skończyła.

Kolejny atak agonii zakołysał nią. Kiedy się skończyły, była tak 

zmęczona, że ledwie oddychała.

- Ta starsza kobieta... - wyszeptała Karina. Zmuszając słowa do 

wyjścia było jak połykanie szkła. - Czy ona musiała to robić?

- Tak.
- Czy ją też porwałeś?
- Nie. - Lucas przysunął ją bliżej, przytulając ją do siebie. - Ona była 

jednym z nas. Jej rodzina była dawcami Daryon.

- Czy ona też cierpiała?
- Tak.
Oczy Lucasa były tak ciemne, że wydawały się prawie brązowe.
- Opowiedz mi o niej. - nie była pewna dlaczego chciała wiedzieć, 

ale chciała. 

- Ona była bardzo mądra. Wyglądała pięknie. Pełna gracji, delikatna, 

elegancka.

- W takim razie, nie jak ja? - nikt nie nazwałby jej delikatnej. Albo 

eleganckiej, jeśli o to chodzi.

- Nie jak ty. - powiedział jej cicho.

background image

Agonia spalała ją w wyniszczających spazmach.
- Dlaczego to brzmi jak komplement?
- Ponieważ ona tylko wyglądała pięknie. W naszym świecie nikt nie 

ma tego luksusu robienia niczego. - powiedział. - Kazdy ma jakąś funkcję. 
Ktoś nadzoruje kopalnie. Ktoś nadzoruje towary i finanse. Rodzina Galatei 
miała tylko jedną funkcję: dostarczać Bazowego Obciążenia Domowi. Dla 
tego mieli schronienie, jedzenie i ochronę. Galatea nie przepracowała nawt 
dnia w swoim życiu.

- Musi być miło. - szepnęła Karina.
- Ona tak nie myślała. Chciała czynnika mutującego.
- Chciała tego? Dlaczego?
- Potęga. - powiedział Lucas. - Myślała, że stanie się czymś bardziej 

cenionym niż dawca i uwolni się ode mnie. Jej ojciec był moim pierwszym 
dawcą. Ona nie miała być nim, ale on zginął i musiała zająć jego miejsce. 
Myślała, że jestem zwierzęciem. Była przekonana, że gdy raz się pożywię, 
ona stanie się Rozprówaczem i użyje tego by się ode mnie uwolnić.

- Czym ona się stała?
- Elektrykiem. Wyczuwa elektryczne prądy. To nie jest rzadki 

podgatunek. Z tego pochodzi wielu techników.

- Uh-oh. - zdołała wypowiedzieć Karina. Jej wargi były tak suche, 

ale tu nie było wody. - Niech zgadnę: to twoja wina, prawda?

Kiwnął głową.
- To była wina wszystkich. Zwykle krzyczała i wygrażała pięściami, 

później chciała się pieprzyć i kazała mi o to błagać. Byłem młody i głupi. 
Ona była starsza, mądrzejsza i piękna. - Karina uniosła ręę i dotknęła jego 
mizernej twarzy.

- Kochałeś ją.
- Tak. A ja byłem tak głupi, myślałem, że to wystarczy. Dlatego 

pozwoliłem by trwało to tak długo. Raz mi powiedziała, że my, Dom, 
ukradliśmy jej życie. Chciała przechadzać się ulicami Londynu, odwiedzić 
Tate Modern (*muzeum), iść na koncert do Royal Albert Hall. 
Zaoferowałem, że ją tam zabiorę. Powiedziała mi, że to nie będzie to 
samo. Moja obecność zatruje jej Londyn.

- Brzmi czarująco. - zdołała wypowiedzieć Karina.
- Jestem czym jestem. - powiedział Lucas. - Żadnych iluzji. Życie ze 

mną jest trudne, ale ona zrobiła z niego prawdziwe piekło dla mnie i dla 
niej. To nie ja zacząłem seks, ale jak to skończyłem. Radziłem sobie z tym 
przez cztery lata i kiedy skończyłem dwadzieścia dwa, zdecydowałem, że 
mam dość. Przeszedłem na syntetyk i powiedziałem Arthurowi żeby 

background image

znalazł jej inne miejsce. Przeniósł ją do technicznej załogi. Próbowała 
dźgnąć mnie nożem kiedy się dowiedziała. Galatea nigdy nie lubiła 
brudzić sobie rąk. Trzy miesiące później, podczas ataku, zniknęła. 
Następnym razem gdy Henry wyczuł jej obecność, natknęliśmy się na 
Ordynatorów.

- Zdradziła cię.
- Tak, zdradziła. - Lucas przesunął ją ostrożnie. - A teraz znasz całą 

historię.

- Tęsknisz za nią? - spytała.
Spojrzał jej w twarz.
- Skąd wiedz?
- Ja tęsknię za moim mężem. - szepnęła. - Wiesz, nie winię cię.
- Za co?
- Za wszystko. Za motel, za pożywianie, za to. - Karina próbowała 

przełknąć ból, ale pozostał. Nie przeżyje. Czuła śmierć czającą się w 
pobliżu. - Lucas, nie jesteś złą osobą. Nie masz pojęcia jak straszny jesteś, 
ale jesteś miły i cierpliwy. Gdyby wszystko było inaczej... To musi się 
zacząć właściwie... A my po prostu nie możemy ponieważ ja nigdy nie 
będę czyś więcej niż niewolnikiem, zawsze będziesz mnie posiadał. Proszę 
zajmij się dla mnie Emily. Nie pozwól by ktoś ją skrzywdził. Ona jest 
wspaniałym dzieckiem.

Nie odpowiedział. Po prostu ja trzymał.
Karina powoli się budziła. W jej ciele ból ustępował stopniowo, jak 

odpływ, walczący o każdy krok w tył.

Otworzyła oczy i zobaczyła szyję Lucasa. Jej twarz była w niej 

zanurzona. Klęczał na podłodze, patrząc w górę. Była owinięta w jego 
ramiona. Głos jej się trząsł.

- Dlaczego mnie trzymasz?
Lucas odwrócił się by na nią spojrzeć. Jego twarz była zbyt blisko 

jej.

- Nie chciałem byś umarła sama na podłodze. 
Mówiła różne rzecz. Głupie, głupie rzeczy. Może to był sen. Jego 

oczy zapewniły ją, że nie był. 

- Proszę postaw mnie.
Powoli ją puścił. Karina osunęła się na kolana i usiadła niezdarnie na 

podłodze. Jej nogi lekko drżały. Czuła się lekka, tak lekka i zziębnięta.

- Czy moja przemiana się skończyła.
- Tak. - powiedział.
Przeżyła.

background image

- Nie czuję się inaczej.
- Zmiana nie zawsze jest oczywista. Coś ją zapoczątkuje wcześniej 

czy później. - znowu patrzył w górę. Też tam spojrzała i zauważyła 
monitor na suficie. Pokazywał pusty korytarz. Mężczyzna w ciemnych 
ubraniach przebiegł po korytarzu, trzymał karabin maszynowy, i ukrył się 
za ścianą.

- Zostaliśmy zaatakowani. - powiedział Lucas. Jego głos był 

spokojny, prawie swobodny.

- Jak to możliwe? - Emily. Henry ją ma. Jeśli są atakowani, jej córka 

będzie w niebezpieczeństwie.

Więcej ludzi przeszło po ekranie.
- Rozprówaczka musiała być wtyczką Ordynatorów. - powiedział 

Lucas. - Powinniśmy byli wyjść na ranchu w Montanie - to nasza trasa 
ewakuacyjna z tamtej bazy. Zamiast tego jesteśmy w Detroit. Ten budynek 
jest prawie opuszczony; tylko trzy dolne piętra i pięć górnych - te są nasze 
- są zajęte. Bloki na przestrzeni jednej mili wokół tego budynku są 
praktycznie opuszczone. Jesteśmy tu łatwym celem.

- Dlaczego Arthur nie ewakuował nas?
- Nie wiem. - powiedział Arthur. - Ordynatorzy prawdopodobnie 

zagrodzili wyjścia. Wylądowaliśmy w pułapce. - jego twarz była ponura. - 
Naszą jedyną szansą jest zostanie tutaj.

Nie. Nie, musiała iść znaleźć Emily.
- Dlaczego?
- Jestem na granicy swoich limitów. Normalnie byłbyś uśpiony na 

następne dwa do trzech dni aż moje ciało poradzi sobie z jadem. Ledwie 
mogłem cię trzymać. Najprawdopodobniej Arthur posłał po posiłki. 
Skarbiec jest solidny i musi zostać otwarty od wewnątrz. Zajmie im kilka 
godzin przedostanie się przez drzwi, więc raczej nie będą się nami 
przejmować tak od razy. Do czasu gdy się tym zajmą, mogą przybyć 
posiłki. Nasz najlepszą szansą jest zostanie tutaj i przeczekanie. 
Prawdopodobnie i tak zginiemy, ale tutaj mamy większe szanse. 
Zwłaszcza jeśli będziemy cicho.

- Musisz mnie wypuścić.
Spojrzał na nią, starając się zdecydować czy zwariowała. Musiała go 

przekonać, że nie zwariowała.

- Henry ma Emily. - powiedziała. - Ona gdzieś tam jest. - tam w 

opuszczonym budynku pełnym ludzi z bronią i Bóg raczy wiedzieć z 
jakimi dziwnymi mocami. Lucas przyglądał się jej przez długą chwilę.

- Muszę ją znaleźć, Lucas. Nie musisz iść ze mną. Wszystko o co 

background image

proszę to pomoc przy otwarciu drzwi ponieważ ja nie wiem jak to zrobić. 
Sama ją znajdę.

Lucas spojrzał na drzwi. Jeśli otworzą skarbiec wyjdzie z nich jako 

martwy facet. Stała przed nim, jej oczy były duże i pełne niepokoju. Ona 
tylko chciała odzyskać swoją córkę i nie rozumiała jak był wyczerpany ani 
ilu wrogom staną naprzeciw.

Wszyscy umierają, zreflektował Lucas. Był samolubnym draniem 

całe swoje życie. Jeśli wyjdzie przez te drzwi i zginie pomagając znaleźć 
jej dziecko, przynajmniej umrze robiąc coś wartościowego, nie będzie jak 
tchórz chował się w skarbcu, czekając aż go zastrzelą. 

A ona nie może wyjść stąd sama. Zginie w ciągu minuty.
Westchnął, wstał i podszedł do ściany. Karina zacisnęła dłonie. Nie 

umiała wyczytać niczego z jego twarzy. Dotknął ściany i jej część 
otworzyła się, odkrywając klawiaturę i mały głośnik. Jego palce bawiły się 
przyciskami.

- Kuzynie? - powiedział cicho Lucas.
Cichy syk statyczny wypłynął ze ściany, następnie rozbrzmiał głos 

Henry'ego.

- Lucas. Czerwony, szary, siedem, przyszpilony.
Lucas skrzywił się.
- Czy dziewczynka jest z tobą?
- Tak. Czarny.
- Jak źle?
- Przeżyję.
- Nie ruszaj się. Idę do ciebie.
- To niemądre. - powiedział Henry.
Lucas wsunął panel na swoje miejsce.
- Jest dwa piętra pod nami. Został postrzelony. Emily nic nie jest; 

trzyma ją w bezpiecznym miejscu. Nie może się ruszyć ponieważ jest zbyt 
niebezpiecznie i jest osłonięty, przez co trudniej go znaleźć, ale w końcu 
go znajdą. W chwili gdy wyjdziemy ze skarbca musimy walczyć o 
przetrwanie. Pamiętasz jak próbowałaś zranić mnie nożem?

- Tak.
- Znajdź w sobie tą kobietę i bądź nią.
Nie miał pojęcia tak ciężko pracowała by ukryć tą kobietę i jak 

gotowa była ją wypuścić.

- Nie ruszaj się. - Lucas podszedł do drzwi skarbca, wcisnął 

kombinację na małej klawiaturze i przekręcił kołem na środku drzwi. Coś 
trzasnęło w drzwiach. Lucas przesunął się i stanął z boku. Z cichym 

background image

sykiem drzwi otworzyły się i Karina patrzyła się prosto w człowieka z 
bronią.

- Ręce do góry!
Nie ruszyła się.
Lufa karabinu skierowana była na nią, czarna i duża, jak otwór 

armaty.

- Powiedziałem ręce w górę!
Lucas kiwnął do niej głową. Podniosła ręce.
- Podgatunek? - Zażądał mężczyzna.
- Jestem dawcą. - powiedziała.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się.
- Wstawaj i podejdź do mnie. - Lucas potrząsnął głową.
- Nie mogę. - powiedziała Karina, utrzymując monotonny głos. - 

Jestem chora. Nie mogę chodzić.

Mężczyzna wszedł do skarbca, jeden krok na raz, ostrożnie, broń 

ciągle miał skierowaną na nią. Zrobił trzy kroki. Lucas zaatakował, 
poruszał się tak szybko, że ledwie to zauważyła. Jego dłonie zamknęły się 
na szyi mężczyzny. Kości pękły i mężczyzna upadł bezwładnie na 
podłogę.

Tydzień wcześniej krzyczała by. Teraz tylko wstała i podbiegła do 

ciała.

Lucas zatoczył się, oparł o ścianę i podciągnął się w górę. Nie 

żartował. Naprawdę był na granicy wyczerpania.

Kucnęła przy ciele i zaczęła przeszukiwać kieszenie mężczyzny.
- Mogę zrobić to sama.
- Tak, tak. - podniósł karabin mężczyzny i podał go jej. - Tutaj jest 

zabezpieczenie. - pstryknął mały przycisk. - Wyceluj i pociągnij za spust. 
Twój instynkt będzie kazał ci ciągle go zaciskać. Nie rób tego. Policz do 
trzech w głowie i puść spust. Krótkie wybuchy.

Karina wzięła broń i uniosła ją. Była ciężka jak cementowy blok. 
- Zdajesz sobie sprawę, że mogę cię tym zabić. - nie chciała tego 

mówić. Samo wyszło z jej ust.

- Tak. - odwrócił się do niej plecami i wyszedł ze skarbca. Para 

dżinsów i bluza leżały przy drzwiach. Lucas ubrał się i zaczął iść przez 
korytarz. Podążyła za nim. Poruszał się jak kot, bezszelestnie na bosych 
stopach.

Doszli do końca korytarza. Lucas oparł się o ścianę, zerknął za róg i 

spojrzał na nią.

- Wyceluj i pociągnij za spust. - szepnął. 

background image

- Policz do trzech. - szepnęła. On kiwnął głową.
Na końcu tego korytarza byli ludzie. Ludzie, których będzie musiała 

zabić. Oni albo my. Zabij albo zostań zabitym.

Wzięła głęboki wdech, weszła w korytarz i pociągnęła za spust. Broń 

wypluwała grzmoty. Kule wbijały się w cztery odległe cienie. Myślała, że 
będzie krew, ale nie. Oni tylko drgali i upadali, krzycząc. Wbijała kule w 
ciała przez kolejny długi oddech i puściła. Lucas stanął obok niej.

To był test, zdała sobie sprawę. Musiał wiedzieć czy może na niej 

polegać. Cóż, może. Zabije wszystkich żeby dostać się do Emily.

- Co się stało z puszczaniem na trzy?
- Było ich czterech. - powiedziała. - Filmy i książki mówiły jej, że 

powinna teraz wymiotować, ale nie czuła się źle. W ustach miała sucho. To 
prawdopodobnie uderzy w nią później, ale teraz liczyła się tylko Emily. - 
Zdecydowała się wziąć dwie dodatkowe sekundy.

* * * *

Karina podążyła za Lucasem przez ciemne korytarze tak szybko jak 

umiała. Wyciskała wszystko co miała ze swojego wyczerpanego ciała. 
Teraz gdy pierwszy napływ adrenaliny wyczerpał się, napadło ją znużenie. 
Ona nie szła, ciągnęła siebie do przodu, strzelała kiedy Lucas strzelał, 
stawała kiedy Lucast stawał. Liczył się tylko następny krok, zaciskała zęby 
i zdołała robić kolejny i kolejny.

Dotarli do małych drzwi. Lucas wcisnął kod do zamka, drzwi 

otworzyły się i weszli na cementowy podest. Lucas wcisnął przycisk i 
małe kwadratowe światło w kącie zmieniło się w czerwone.

- Odpoczniemy. - powiedział. - Dwie minuty.
Karina opadła na cement, a on rozłożył się obok niej. Brudna 

podłoga była jak niebo.

- Dlaczego mi pomagasz?
Jego głos był cichym pomrukiem.
- Ponieważ cię lubię. I twoją małą dziewczynkę.
Zamknęła oczy, czując jak zimno z cementu przenika do jej 

pośladków. To nie to. Lucas rekompensował za grzechy ze swojej 
przeszłości, ale to też nie to. Znała właściwą odpowiedź. Mogła wyczytać 
to z jego wyczerpanej twarzy. Chciał ją uratować ponieważ chciał żeby 
przestała wzdrygać się gdy na niego patrzyła.

- Dziękuję - powiedziała mu. - Dziękuję, że mi pomagasz.

background image

- Czas ruszać. - wstał.
Krzyknęła gdy podciągała się w górę z podłogi i podążyła za nim w 

dół po schodach. Ogarnęło ją dziwne uczucie, prawie jakby jakieś 
wewnętrzne sprężyny naprężyły się w niej i błagały o uwolnienie. 
Potknęła się i to zniknęło.

Jedno piętro. Jeden podest. Byli w połowie drogi w dół kolejnego 

piętra gdy drzwi pod nimi zaczęły się otwierać.

Lodowata obecność uchwyciła się jej umysłu i mocno ścisnęła. To ją 

odłączyło, uwięziło. Nie mogła się ruszyć; nie mogła się odezwać. Czas 
zwolnił.

Drzwi otwierały się szerzej i szerzej. Zobaczyła wnętrze; zobaczyła 

uzbrojonych ludzi wylewających się na podest. Wiedziała, że musi 
wystrzelić. Zamiast tego stała tam, odcięta od swojego ciała.

A wtedy Lucas pchnął ją na bok i zalał podest kulami.
Obecność chwyciła jej umysł i ścisnęła. Nie mogła nawet krzyknąć.
Pomarańczowe iskry wydobyły się z broni Lucasa. Przestał działać.
Więcej ludzi pojawiło się na podeście nad martwymi ciałami. Lucas 

skoczył na atakujących. Rzucił jednego na bok, roztrzaskując czaszkę 
mężczyzny o cement jak orzecha. Mężczyzna zsunął się na podłogę, 
pozostawiając czerwoną plamę na ścianie. Lucas rozerwał gardło kobiety 
dłonią, walnął kolejnego mężczyznę, który zleciał ze schodów, i  zadrżał 
gdy pistolet zawarczał. Czerwony rozprysk wystrzelił z boku Lucasa. 
Rzucił się do przody i przełamał strzelca jak gałązkę, i dał nura przez 
drzwi.

Dźwięki ucichły. Była całkowicie odcięta od swojego ciała. Tylko 

wzrok działał.

Lucas pojawił się w drzwiach, zakrwawiony, z szaleństwem w 

oczach. Musiał szarpnąć ją w górę ponieważ zmienił się obraz przed 
oczami i nagle był dokładnie nad nią. Warknął coś, wściekły. Świat 
zatrząsł się. Zbliżył się. Jego usta zamknęły się na jej. Nic nie poczuła. 
Odsunął się i kołysał w tył i w przód, znowu krzyczał.

Henry, wyczytała z jego ust. Henry.
Znowu ją pocałował i zakołysał się, jego twarz drgała w górę i w dół. 

Jego dłonie pchnęły jej klatkę piersiową. Widziała jak mięśnie na jego 
rękach napinają się, ale nic nie czuła. Czerwona plama na jego bluzie 
rozrastała się. Czy on przeprowadzał resuscytację? Czy ona umierała?

Henry.
Lód pokruszył się. Usłyszała krzyk kobiety w oddali, gdzieś 

niemożliwie daleko. Ciepło ją zalało. Coś drgnęło w jej umyśle i zobaczyła 

background image

promienne światło, jasne i cudowne.

Usłyszała jak głos Henry'ego mówi w jej umyśle Ona odeszła. Nie 

będzie cię już martwić. Jesteś wolna. Oddychaj, Karino. Oddychaj.

Świat znowu biegł normalnym rytmem, sprowadził ją z powrotem do 

jej ciała. Znowu wszystko czuła: ból, twardość stopnia pod nią, i rytmiczne 
pchnięcia dłoni Lucasa o jej klatkę piersiową. Sapnęła. Podciągnął ją do 
góry, w jego ramiona.

- Atak Zaginacza Umysłów. - powiedział jej. - W górę. Musimy iść.
Zapach gorącego metalu unoszący się od Lucasa był tak gęsty, że 

prawie się dusiła. On nie tylko cierpiał. Musiał być bliski śmierci. Jeśli on 
umrze, ona będzie wolna, ale w tym momencie nie obchodziło ją to. 
Chciała żeby przeżył.

- Zostałeś postrzelony.
- Musimy się ruszać. - powiedział jej i podciągnął ją na nogi. - 

Szybciej!

Pociągnął ją w dół schodów, przez drzwi i wzdłórz wąskiego 

korytarza. Przebiegli przez rząd wąskich biur. Lucas walnął w drzwi 
głową, a one rozwaliły się i ukazały mały pokój konferencyjny. Henry 
leżał w kącie, jego plecy oparte były o ścianę, która była lustrem od 
podłogi po sufit. Jego pęknięte okulary leżały skrzywione na jego 
pomazanej krwią twarzy. Emily leżała zwinięta w zgięciu jego ramienia.

Karina pokonała pokój w desperackim sprincie i opadła na kolana.
- Czy nic jej nie jest?
- Nic. - powiedział cicho Henry. - Obudziła się na chwilę gdy 

musiałem ci pomóc, ale teraz znowu śpi.

Karina objęła ją, tuląc ostrożnie małe ciało Emily. W końcu.
Lucas przesunął stół do drzwi i opadł obok nich.
- Widzę, że ty też krwawisz, kuzynie. - uśmiechnął się Henry. - Miło, 

że do mnie dołączyłeś.

- Gdzie są inni? - warknął Lucas.
- Nie wiem. Uderzyli w nas dwie minuty po tym jak weszliście do 

skarbca. To był zorganizowany atak. Przyszli przygotowani. Siedemnaste 
piętro padło w ciągu dziesięciu minut. Wycofywaliśmy się, kiedy zostałem 
odcięty. Założyłem osłonę prawie natychmiast. Nasi ludzie możliwe, że się 
ewakuowali.

- Bez nas? - Karina wpatrywała się w nich.
- Arthur prawdopodobnie myślał, że się pożywiłem. - powiedział 

Lucas. - Twoja krew dałaby mi wystarczające pobudzenie żeby albo dostać 
się do Henry'ego i wydostać się stąd, albo ukryć się.

background image

- Otaczali nas. - powiedział Henry. - Jaki jest plan?
- My idziemy. One zostają. - powiedział Lucas.
- Ach. - kiwnął głową henry. - Tak właśnie myślałem.
- O czym wy mówicie? - Karina przytuliła mocniej Emily.
- otworzymy te drzwi. - powiedział Lucas. - Henry i ja wyjdziemy. 

Henry upewni się, że oni skoncentrują się na nas, a ja upewnię się, że będą 
zajęci. Podążą za nami. Ty poczekacie tutaj przez trzy minuty, następnie 
weźmiesz Emily, wyjdziesz na korytarz i skręcisz w prawo. Dojdziesz do 
rozwidlenia. Znowu skręcisz w prawo. Dojdziesz do schodów. Strzelaj do 
każdego, kogo zobaczysz. Następnie wyniesiesz się stąd tak szybko jak 
będziesz umiała. Jeśli zdołasz wyjść z budynku, Arthur nie będzie od razu 
cię szukał, skoro ja będę martwy, tak od razu nie będzie potrzebował 
dawcy. Nie używaj kart kredytowych, nie zostawał dwa razy w tym 
samym miejscu...

- Zabiją was! - nie, w ten sposób to się nie odbędzie. Sprężyny 

napięte w niej zadrżały, naprężając się.

- Tu nigdy nie chodziło o moje przetrwanie. - powiedział Lucas. - 

Umarłem kiedy otworzyłem ten skarbiec. 

- On ma rację. - powiedział Henry.
Boże, wkurzał ją.
- Nie. - potrząsnęła głową, starając się trzymać gniew na uwięzi. - 

Razem pójdziemy do schodów i wywalczymy naszą drogę w dół. Razem. - 
Lucas chwycił ją i szarpnięciem, przysunął do siebie.

- Zrobisz jak ci kazano.
- Nie. - powiedziała, wtrącając się w jego warknięcie. - Nie zrobię. 

Pójdziemy razem. - napięcie w niej budowało się. 

- To nie demokracja!
- Lucas, nie mogę dźwigać Emily i strzelać w tym samym czasie. 

Ledwie utrzymuję tą głupią broń dwoma rękoma. Myślisz, że jestem 
Rambo? To samobójstwo dla mnie, Emily i dla was.

- Ma rację. - powiedział Henry.
- Widzisz? Zabiją mnie i twoje poświęcenie pójdzie na marne. Nie 

chcę, żebyś umierał za nic. Nie chcę żebyś w ogóle umierał.

- Dlaczego, do diabła, nie?
- Ponieważ przejmuję się tym czy będziesz żył czy nie! Mój Boże, 

jesteś kretynem! Razem wywalczymy naszą drogę w dół. W ten sposób 
mamy większą szansę.

Potrząsnął nią.
- Próbuję uratować twoją córkę, idiotko! Robię to od dawna i mówię 

background image

ci, że jeśli tam wyjdziemy, wszyscy zginiemy.

- Ma rację. - powiedział Henry.
Karina odetchnęła. Liczyło się tylko życie Emily.
- W takim razie wypij moją krew i wynieś ją stąd.
- Musiał być całkowicie cię osuszyć. Jestem ledwie przytomny!
- Zrób to. - powiedziała mu wściekle Karina. - Masz najlepszą szansę 

wydostania się stąd z żywą Emily. Osusz mnie.

- Nie! - warknął.
- Zrób to, Lucas!
- To miłe. - powiedział Henry. - Ale Ordynatorzy nadchodzą.
- Osusz mnie, albo razem idziemy do schodów. - powiedziała Karina.
- Nie, zrobimy to po mojemu.
- Twoim sposobem ja zginę, ty zginiesz i Emily zginie!
- Nie ma czasu. - powiedział spokojnie Henry. - Stracicie okazję. 

Wszyscy zaraz zginiemy. Ale pozwólcie pochwycić się żywcem. 
Pożałujecie tego.

Tylna ściana sali konferencyjnej zadrżała. Pęknięcia pojawiły się na 

drewnie. Roztrzaskało się i rozlało na nich wodospad drzazg. Ludzie stali 
za nią, ludzie z automatycznymi pistoletami i czarnymi hełmami 
ochraniającymi ich twarze. Przed nimi stał wysoki mężczyzna z jasnymi 
włosami aż do pasa, powoli opuścił ręce, uśmiechając się. Spojrzała w 
jego twarz i zobaczyła w niej własną śmierć.

To uderzyło w nią jak cios pięścią. Emily, ona, Lucas, Henry - cała 

czwórka miała zaraz umrzeć.

Za nic. Zginąć bez powodu.
Lucas gwałtownie wstał, starając się ją ochronić.
Nie. Nie, to się nie zdarzy. Była zmęczona i przestraszona, i 

wkurzona, i ma dość tego gówna. Pieprzyć ich wszystkich.

Napięta sprężyna wewnątrz niej puściła. Ognista moc rozlała się po 

niej w cudownej kaskadzie. Czas wszystko naprawić. Uśmiech zszedł z 
twarzy blond Ordynatora. Otworzył usta. Moc wylała się z niej, w górę, 
ponad jej ramionami w bliźniaczych strumieniach. Spojrzała mu prosto w 
oczy i powiedziała.

- Giń!
Jego twarz srała się zielona, jakby oprószona szmaragdowym 

proszkiem. Zgiął się i upadł na podłogę. Spojrzała na mężczyzn za nim i 
zaczęli upadać jak szmaciane lalki.

Dwie kolejne grupy wyszły z lewej. Odwróciła się, spojrzała na nich 

i patrzyła jak umierając w półkroku.

background image

- Ktoś jeszcze? - zawołała. Jej głos odbijał się echem w budynku. - 

Czy ktoś jeszcze chce trochę? Ponieważ mam tego pod dostatkiem!

Nikt nie odpowiedział. Wymaszerowała ma korytarz, wyszła za róg i 

zobaczyła korytarz pełen ludzi. Gińcie.

Upadli jak jeden.
Oni chcieli wytępić ludzkość. Wypowiedzieli wojnę. Dobra. Jeśli 

Ordynatorzy chcą wojny, zapozna ich z jedną.

Karina odwróciła się. Lucas się na nią gapił, jego usta były otwarte. 

Obok niego stał henry, mrugał jakby miał nadzieję, że gdy ponownie 
otworzy oczy, zobaczy coś innego.

Karina spojrzała nad nimi i zobaczyła własne odbicie w lustrzanej 

ścianie. Bliźniacze strumienie zielonych błyskawic rozciągały się z jej 
ramion w dwa promieniujące, zielone skrzydła. Takie same jak czerwone 
Arthura.

- Wither. - powiedział Henry cichym głosem, nadal mrugając. - Ona 

jest Witherem.

Wspomnienia o płonących twarzach pojawiły się przed jej oczami i 

odsunęła je od  siebie. Dobra. Była Witherem i nikt nie będzie jej już 
rozkazywać.

Lucas zamknął usta. Jego spojrzenie spotkało jej i zobaczyła w jego 

oczach dumę i wyzwanie.

- Zrób to szybko. - powiedział.
Oczekiwał, że ona go zabije.
Po tym wszystkim co mu powiedziała, on oczekiwał, że go zabije.
Karina zbliżyła się. Jej skrzydła z błyskawic płonęły wokół nich.
- Nie martw się. - powiedziała mu. - Jestem największa i najsilniejsza 

i ochronię cię. Wychodzimy stąd. - Henry przestał mrugać.

Zejście po schodach zajęło im czterdzieści pięć minut. Karina 

wdychała noce powietrze. Śmierdział gryzącym dymem i gnijącymi 
śmiechami, ale ona się tym nie przejmowała.

Za nią budynek wznosił się jak ponura wieża. Teraz należał do 

śmierci. Przeszła przez każdy korytarz i sprawdziła każdy pokój, podczas 
gdy Henry i Lucas czekali i krwawili na schodach. Nie wiedziała ile ludzi 
zabiła, ale musiało ich być tuziny. Sprawdzała ich twarze i upewniała się, 
że są martwi. Wszyscy wyglądali tak samo: rysy stopione, a 
szmaragdowozielony proszek plamił ich twarze. A teraz, w końcu, 
skończyła.

Jej skrzydła zniknęły, jej moc wyczerpała się. Powoli wracała 

rzeczywistość, w kawałkach i strzępach.

background image

Obok niej poruszył się Lucas.
- Jeśli chcesz zniknąć, teraz będzie odpowiedni czas. Zabiłaś ich 

ponieważ nie byli przygotowani. Dom Daryona będzie. Nie wiem jaki 
masz plan, ale wiem gdy już Arthur zda sobie sprawę czym jesteś, zrobi 
wszystko by zatrzymać cię w Domu. Jesteś zbyt potężna by puścić cię 
wolno. Zabije cię jeśli odmówisz i nie wiem czy dam radę go 
powstrzymać.

- On ma rację. - powiedział henry. - to niepokojące jak często to 

powtarzam. Wither, Podgatunek 21, ma kilka typów. Ty jesteś typem 4. 
Arthur jest typem 7. Jest bardziej potężny i ma większe doświadczenie. 
Przy najlepszych warunkach nie dałabyś mu rady, a minie dużo czasu 
zanim odzyskasz swoje rezerwy i będziesz mogła robić coś na tak wielką 
skalę jak dzisiaj. Czasami zajmuje to lata. Nie wspominając, że będziemy 
musieli z tobą walczyć, jeśli będziesz chciała zabić Arthura.

Karina spojrzała na Lucasa.
- Jeśli odejdę, jak będziesz się pożywiał?
- Syntetykami. - powiedział. - One łagodzą.
Jego całe ciało było napięte, jak sprężyny naciągnięte zbyt mocno. 

Nie chciał żeby odchodziła.

- Dlaczego? - spytała.
- Tego chcesz. - powiedział. - Wolności. Jeszcze jeden dzień albo 

więcej. Są twoje. Weź je. 

Henry chrząknął.
- Ordynatorzy... - Lucas spojrzał na niego. Henry zamknął usta ze 

stukiem.

Karina spojrzała w twarz Lucasa.
- Czy nie obiecałeś mi, że znajdziesz mnie jeśli ucieknę?
- Obiecałem. Obiecuję, że zajmie ni bardzo dużo czasu odnalezienie 

cię. Teraz idź. - zawahała się. Emily poruszyła się w ramionach Lucasa, 
budząc się.

Lucas ją znajdzie - widziała pewność w jego oczach. Jeśli da radę ją 

znaleźć, Ordynatorzy również, a oni będą mieli większą motywację. I 
nawet jeśli ucieknie, zawsze będzie żyła w biegu, ukrywając się przed 
wszystkimi i bojąc się każdego cienia. Nie miała wątpliwości, że Emily 
była dawcą. Miała obowiązki względem jej dziecka - musiała nauczyć 
Emily jak się obronić albo kiedy zostaną odnalezienie, Emily będzie 
nieprzygotowana, tak jak ona była.

Karina spojrzała na miasto. Tam leżała wolność. Dwanaście godzin 

wcześniej, Karina Tucker wzięła by ją bez mrugnięcia okiem. Ale już nie 

background image

była tą Kariną Tucker. Nic już nie będzie takie samo. Była przepaść 
dzieląca dawną ją od nowej jej, i była wypełniona ciałami Ordynatorów. 
Zbyt wiele się wydarzyło. To ją zmieniło i nie było odwrotu.

Kobieta, która tylko kilka dni temu wiozła czwórkę dzieci na szkolną 

wycieczkę, była martwa. Była miłą dziewczyną, uprzejmą i trochę naiwną 
ponieważ myślała, że wie czym jest tragedia. Tamta kobieta miała małe, 
bezpieczne, wygodne życie. Karina tęskniła za nią i poświęciła chwilę by 
opłakiwać ją. Bolało opuszczenie tamtego życia. Ale i tak je zrzuciła, ale 
nie jak motyl wydobywający się z kokonu. Bardziej jak wąż zrzucający 
skórę. A ta nowa Karina ryzykowała. Była silniejsza, mocniejsza i bardziej 
potężna. Trwała wojna i ona weźmie w niej udział.

A nawet jeśli stchórzy i spróbuje odejść, wspomnienia Lucasa 

powstrzymają ją od odejścia zbyt daleko. Miała więcej wspólnego z 
mężczyzną, który zmieniał się w potwora, niż miała z Jill i jej ciągłymi 
zmartwieniami nas pasami bezpieczeństwa. Nie mogła go teraz zostawić, 
w miejscu gdzie wszyscy się go boją, gdzie Arthur będzie używał go nie 
zważając na życie Lucasa, gdzie jego brat ciągle sprzeczał się i walczył z 
nim. Ona miała Emily. Lucas nie miał nikogo i bardzo ją pragnął. A ona 
pragnęła jego. Dobrze czy źle, już się nie przejmowała. To była jej decyzja 
i podjęła ją.

- Zdecyduj. - powiedział jej Lucas. - Nie możemy ty zostać na 

wieczność.

Pozostało tylko jedno pytanie. Karina wzięła głęboki wdech, 

zmniejszyła dystans pomiędzy nią a Lucasem. Uniosła twarz i spojrzała w 
jego zielone oczy, i pocałowała go.

Przez chwilę stał nieruchomo, a następnie oddał pocałunek, jego usta 

były gorliwe i głodne jej. Gdy się rozdzielili, Henry gapił się na nich.

- Mam mętlik w głowie. - powiedział Henry.
- Cóż, nie mogę pozwolić byście wrócili sami. - powiedziała Karina. 

- Pobici i smutni. Arthur może was zabić, albo Daniel zburzy dom, albo 
Henry zatruje wszystkich swoim gotowaniem. - Emily otworzyła oczy.

- Mamusiu!
- Cześć, kochanie.
- Gdzie jesteśmy?
- W Detroit. Musieliśmy się tu na trochę zatrzymać, ale Lucas i 

Henry zabierają nas teraz do ich domu.

Muszą istnieć słowa opisujące wyraz twarzy Lucasa, ale nie znała 

ich. On również prawdopodobnie ich nie znał. Wyglądał jakby nie był 
pewien czy być zaskoczonym, odczuwać ulgę, być szczęśliwym, czy złym.

background image

- Chyba trzy przecznice stąd jest bar szybkiej obsługi. - powiedział 

Henry. - Możemy tam iść, użyć ich telefonu i wypić kawę podczas gdy 
będziemy czekać na transport. Przydałaby mi się kawa.

- Dasz radę? - spytał Lucas.
- Jeśli stracę przytomność, zostawcie mnie po prostu na ulicy.
Lucas wsunął rękę pod ramię Henry'ego.
- Dziękuję.
Zaczęli iść w dół ulicy.
- Już mnie nie posiadasz. - powiedziała cicho Karina.
- Dobra. - powiedział Lucas.
- I będę miała własny pokój.
- Dobra.
- A jeśli będziesz chciał się pożywić, poprosisz mnie. Ładnie. - 

zatrzymał się i spiorunował ją wzrokiem. - Ładnie. - powiedziała mu.

- Dobra.
- Ale żarty na bok, nadal będziesz gotować, prawda? - spytał Henry. - 

Mówiłaś...

- Tak, zdecydowanie będę gotować.
- Och, dobrze. - powiedział Henry. - Bałem się, że przestaniesz i 

znowu będziemy musieli jeść to, co ugotuje Lucas.

- Dobrze gotuję. - powiedział Lucas.
Przed nimi, znajomy żółtoczerwony znak wyrósł na rogu.
- Czy my tam idziemy, Mamusiu? - Emily wskazała na znak.
- Tak.
- Czy mamy pieniądze na lody?
- Mam dwadzieścia dolarów. - powiedział Henry. - Są trochę 

zakrwawione, ale i tak je wezmą.

- Wezmą je. - powiedział ponuro Lucas.
Karina wyobraziła sobie Lucasa, trochę zakrwawionego i trochę 

wkurzonego, łamiącego ladę McDonalda na pół. Przy odrobinie szczęścia 
nie dojdzie do tego.

- Nie martw się, kochanie. Dostaniesz takie lody, jakie chcesz. - 

Karina zerknęła na łupinę wieżowca. Przez sekundę myślała, że zobaczyła 
samą siebie machającą na pożegnanie. Jej nowe ja uśmiechnęło się. 
Ludzie, który znają starą Karinę osądzaliby ją gdyby wiedzieli, ale to nie 
miało znaczenia. Teraz dokonywała własne wybory.

Położyła dłoń na ręce Lucasa. Zgiął ją w łokciu, pozwalając jej 

palcom odpoczywać na jego umięśnionym przedramieniu, i szli ramię przy 
ramieniu w noc.

background image

Koniec.

background image