background image

NORA ROBERTS

SERCE OCEANU

Tytuł oryginału

Heart of the Sea

Jej oczy błyszczały jak diamenty.

Była niczym królowa tej krainy.

The Black Velvet Band

background image

1

Wieś  Ardmore  przycupnęła  na  południowym  wybrzeżu  Irlandii,  w  hrabstwie 

Waterford.  U  jej  podnóża  rozciągało  się  Morze  Celtyckie.  Biegnąca  zakolami  linia  wody 

obmywała miękki, złocisty piasek plaży.

Miejsce to szczyciło się pięknymi, wyniosłymi klifami porośniętymi dzikimi trawami, 

a  także  górującym  nad  urwiskiem  hotelem.  Wokół  cypla  wiodła  wąska  ścieżka.  Przy 

niewielkim  wysiłku  można  nią  było  odbyć  przyjemny  spacer  -  aż  po  wznoszące  się  na 

szczycie najbliższego wzgórza ruiny kaplicy i studnię świętego Declana.

Widok wart był wspinaczki: niebo zlewało się tutaj z morzem, a w dole rozciągała się 

wieś.  To  uświęcona  ziemia.  Pochowano  w  niej  wielu  zmarłych,  ale  tylko  jeden  grób 

wyróżniał się kamieniem nagrobnym.

Sama  wieś  mogła  się  pochwalić  czystymi,  schludnymi  uliczkami  i  starannie 

pomalowanymi  domami.  Niektóre  zachowały  tradycyjne  dachy  kryte  strzechą.  Nie  brak  tu 

było stromych pagórków i wzgórz. Ze skrzynek na oknach wylewały się bujne kwiaty. Pełno 

kwiatów było też w koszyczkach i doniczkach od frontu i na tyłach domów. Wszystko tu było 

urocze i malownicze. Mieszkańcy wsi nie kryli dumy z przyznanej im już drugi rok z rzędu 

nagrody w konkursie na najlepiej utrzymaną osadę.

Na  szczycie  Tower  Hill  wznosiła  się  okrągła  wieża  z  zachowanym  oryginalnym 

stożkowym  zwieńczeniem,  a  także  ruiny  dwunastowiecznej  świątyni  zbudowanej  na  cześć 

świętego  Declana,  Gdyby  zapytać  tutejszych  ludzi,  powiedzieliby,  że  Declan  przybył  na  te 

tereny trzydzieści lat przed świętym Patrykiem.

Nie przechwalali się, mówili tylko, jak było naprawdę. Jeśli ktoś szczególnie się tym 

interesował,  mógł  tu  znaleźć  rzadkie  przykłady  staroirlandzkich  inskrypcji  wyrytych  na 

płytach nagrobnych, zachowanych wewnątrz ruin świątyni, a także romańskie arkady, które, 

choć zwietrzałe ze starości, pozostawały godnym uwagi obiektem.

Pomimo tej całej dawnej świetności Ardmore pozostała miłą, spokojną wsią z kilkoma 

sklepikami  i  porozrzucanymi  domkami,  zbudowanymi  nieopodal  wspaniałej  piaszczystej 

plaży.

Właśnie  to  połączenie  prastarej  historii  z  prostodusznym  charakterem  i  gościnnością 

tutejszych ludzi zwróciły uwagę Trevora Magee.

Rodzina  Trevora  pochodziła  z  Ardmore  i  z  Old  Parish.  Dokładniej  mówiąc,  jego 

dziadek  urodził  się  w  małym  domku  w  pobliżu  zatoki  Ardmore, tu  także  urodził  się  ojciec 

background image

Trevora, który w pierwszych latach życia wdychał tutejszą wilgotną morską mgiełkę, a także, 

być może, towarzyszył matce w drodze do sklepu lub, uczepiony jej ręki, brodził w płytkiej 

wodzie.

Dziadek  opuścił  rodzinną  wieś  i  kraj,  przenosząc  się  razem  z  żoną  i  synkiem  do 

Ameryki.  I  nigdy  już  tutaj  nie  wrócił,  podobnie  jak  niechętnie  powracał  pamięcią  do  tych 

stron. Od miejsca urodzenia odgradzał go ocean i gorzkie wspomnienia. Rzadko się zdarzało, 

by  Denis  Magee  poświęcał  Irlandii,  Ardmore  i  rodzinie,  którą  tutaj  pozostawił,  więcej  niż 

parę zdawkowych słów.

Mgliste wyobrażenie Trevora o Ardmore nie pozbawione było sentymentu i wybrał to 

miejsce z czysto osobistego powodu.

Stać go było na to.

Podobnie jak dziadek i ojciec, zajmował się budownictwem.

Dziadek,  żeby  zarobić  na  życie,  kładł  cegły,  dorobił  się  też  majątku,  spekulując

nieruchomościami  w  czasie  II  wojny  światowej  i  w  latach,  które  nastąpiły  potem,  aż 

kupowanie  i  sprzedawanie  ich  stało  się  jego  zawodem,  gdy  tymczasem  budowaniem 

zajmowali  się  zatrudniani  przez  niego  ludzie.  Do  trudnych,  mozolnych  początków  stary 

Magee żywił nie większy sentyment niż do rodzinnego kraju. Z tego, co zapamiętał Trevor, 

dziadek nigdy nie okazywał uczuć.

Trevor odziedziczył po nim zapał i dryg do budowania, jak również chłodny rozsądek 

biznesmena.

Wykorzysta to, dodając szczyptę sentymentu, przy wznoszeniu swojego teatru - sceny 

przeznaczonej  do  wykonywania  tradycyjnej  muzyki  -  połączonej  z  istniejącym  tu  już  od 

dawna pubem Gallagherów.

Umowa  z  Gallagherami  została  zawarta,  gdy  Trevor  zajęty  był  finalizowaniem 

pewnych  terminowych  spraw,  żeby  wygospodarować  czas  na  dłuższy  tu  pobyt,  a  wynajęci 

ludzie  wykopali  ziemię  pod  fundamenty.  Teraz  był  już  na  miejscu  i  zamierzał  robić  coś 

więcej, niż tylko podpisywać czeki i na odległość doglądać robót.

Chciał mieć w tym swój osobisty udział.

Nawet  w  maju,  w  tak  umiarkowanym  klimacie  jak  ten,  można  się  nieźle  spocić,  od 

samego rana mieszając beton. Pokrzepiony kubkiem gorącej kawy, ubrany w dżinsową kurtkę 

Trevor  wcześnie  opuścił  wynajęty  na  czas  pobyto  domek.  Teraz,  po  paru  godzinach  pracy, 

kurtka leżała odrzucona na bok, a podkoszulek mokry był od potu.

Dałby sto funtów za jedno zimne piwo.

background image

Pub  znajdował  się  zaledwie  kilka  kroków  od  placu  budowy.  Trevor  wstąpił  tam 

poprzedniego dnia i  zdążył się przekonać, że  w porze lunchu pełno w nim  ludzi. Nie może 

jednak gasić pragnienia zimnym piwem, jeżeli własnym robotnikom zabrania picia alkoholu 

w godzinach pracy.

Rozprostował  kark  i  rozejrzał  się  uważnie.  Betoniarka  wydawała  monotonny, 

nieprzerwany  turkot,  a  ludzie,  żeby  się  porozumieć,  musieli  ją  przekrzykiwać.  Prawdziwa 

muzyka dla ucha. Trevor nigdy nie miał jej dość.

Odziedziczył  to  po  ojcu.  Nauka  od  podstaw  -  już  trzecie  pokolenie  rodziny  Magee 

urzeczywistniało  to  kredo  Denisa  juniora.  Przez  ponad  dziesięć,  a  właściwie  piętnaście  lat, 

jeżeli wliczyć okresy letnie, które w pocie czoła przepracował na budowach, Trevor uczył się 

wszystkiego, co miało związek z budownictwem.

Wiedział dokładnie, co to ból w krzyżu i niemiłosiernie obolałe mięśnie.

Chociaż  obecnie,  w  wieku  trzydziestu  dwóch  lat,  więcej  czasu  spędzał  w  salach 

konferencyjnych  niż  na  rusztowaniu,  nie  stracił  szacunku  dla  znoju  pracy  fizycznej,  wręcz 

przeciwnie - znajdował w niej osobistą satysfakcję.

I nie zamierzał się oszczędzać w Ardmore przy budowie swojego teatru.

Zatrzymał  wzrok  na  drobnej  kobiecie  w  wypłowiałej  czapeczce  i  sfatygowanych 

butach,  krzątającej  się  wokół  i  gestykulującej  żywo,  gdy  szykowała  się  kolejna  porcja 

mokrego  betonu.  Mieszała  piasek  i  żwir,  wymachiwała  szuflą,  dając  znaki  obsługującemu 

betoniarkę,  a  potem  wspólnie  z  innymi  robotnikami  równomiernie  rozprowadzała  i 

wygładzała betonową maź.

Brenna  O'Toole,  pomyślał  Trevor,  zadowolony,  iż  poszedł  za  głosem  instynktu. 

Zatrudnienie jej oraz jej ojca w charakterze kierowników budowy było dobrym posunięciem. 

Nie tylko z uwagi na ich umiejętności budowlane - równie ważna była ich znajomość wsi i jej 

mieszkańców, dzięki czemu robota szła gładko, a zadowoleni ludzie pracowali wydajnie.

Przy takim przedsięwzięciu kontakty międzyludzkie były równie ważne i decydujące, 

co solidny fundament.

Tak, rzeczywiście spisywali się świetnie. Po trzech dniach pobytu w Ardmore Trevor 

nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

Brenna właśnie uporała się z kolejną porcją betonu, kiedy podszedł i wyciągnął do niej 

rękę, żeby pomóc jej zejść z wysokiego fundamentu.

-  Dziękuję.  -  Ściągnęła  szuflę  na  ziemię,  oparła  się  na  niej.  Pomimo  upaćkanych 

butów i wyblakłej czapeczki wyglądała jak wdzięczny chochlik. Miała kremową cerę, a spod 

czapeczki wystawało kilka rudych loków.

background image

- Tim Riley powiada, że jeszcze przez kilka dni nie musimy obawiać się deszczu, a on 

rzadko  się  myli  w  takich  sprawach.  Sądzę  więc,  że  ani  się  pan  obejrzy,  jak  wylejemy  całą 

płytę.

- Musieliście ostro pracować, kiedy mnie tutaj nie było.

- A jak! Kiedy przyszła wiadomość, że możemy zaczynać, natychmiast wzięliśmy się 

do roboty. Będzie pan miał solidny fundament, i to w umówionym terminie, panie Magee.

- Trev.

- Niech będzie, Trev. - Zsunęła do tyłu czapeczkę, podniosła głowę, żeby spojrzeć mu 

w  oczy.  Oceniła,  że  nawet  w  butach,  przy  swoich  stu  sześćdziesięciu  paru  centymetrach 

wzrostu,  jest  od  niego  niższa  o  co  najmniej  trzydzieści  centymetrów.  -  Faceci,  których 

przysłałeś z Ameryki, to świetna ekipa.

- Nie gorsi od tego, który ich wybrał.

Powiedział to głosem pewnym siebie, ale bez przechwałek.

- Czyżbyś nigdy nie zatrudniał kobiet?

Uśmiechnął się, aż pojaśniały mu szare jak torfowy dym oczy.

- Jak najbardziej, ilekroć nadarzy się okazja. Do tego projektu zatrudniłem jednego z 

moich najlepszych cieśli. Jest kobietą i będzie tu w przyszłym tygodniu.

- Cieszę się, bo to, co mówisz, potwierdza opinię, którą usłyszałam o tobie od mojego 

kuzyna  Briana.  Powiedział,  że  zatrudniając  ludzi  kierujesz  się  wyłącznie  ich  przydatnością. 

Odwaliliśmy  kawał  nielichej  roboty  od  rana  -  dodała,  wskazując  głową  na  plac  budowy.  -

Jeszcze przez pewien czas ta cholerna rycząca betoniarka będzie tu musiała nam towarzyszyć. 

Gdy Darcy wróci jutro z wakacji, zwymyśla nas z powodu tego harmidru.

- Tak to już jest na budowie.

- Też tak uważam.

Stali  tak  przez  chwilę  w  milczeniu,  gdy  tymczasem  betoniarka  wypluwała  z  siebie 

ostatni metr betonu.

- Zapraszam cię na lunch - powiedział Trevor.

- Nie mam nic przeciwko temu. - Brenna na migi pokazała ojcu, że ma teraz zamiar 

coś  zjeść.  Mick  odpowiedział  na  to  uśmiechem, pomachał  do  niej  ręką, po  czym wrócił  do 

swojej pracy.

- Jest w siódmym niebie  - skomentowała  Brenna, kiedy poszli, żeby opłukać buty. -

Nic tak nie uszczęśliwia Micka O'Toole'a, jak praca. Im jest jej więcej, tym lepiej.

Brenna parę razy tupnęła nogami, strzepując wodę, po czym ruszyła w stronę, drzwi 

kuchennych.

background image

- Mam nadzieję, że znajdziesz trochę czasu na zwiedzenie okolicy - powiedziała.

-  Mam  takie  plany.  -  Przywiózł  ze  sobą  odpowiednie  materiały,  szczegółowe 

informacje  dotyczące  ciekawostek  turystycznych,  stanu  dróg,  dojazdu  do  głównych  miast. 

Musi  to  wszystko zobaczyć. Już  od ponad roku coś go ciągnęło  w stroną  Irlandii, w stronę 

Ardmore.

- Co nam polecasz na lunch, Shawn? - zapytała Brenna, otwierając drzwi do kuchni.

Od  wielkiego  staroświeckiego  pieca  odwrócił  się  smukły  mężczyzna  o  czarnej, 

zmierzwionej czuprynie, z lekko zamglonymi niebieskimi oczami.

- Dla znawców mamy zupę  ze szpinaku morskiego i sandwicza z pieczenia wołową. 

Witaj, Trevorze, czy ta kobieta nie wzięła cię zbyt ostro do galopu?

- Dzięki niej wszystko przebiega sprawnie i w dobrym tempie.

-  Nie  może  być  inaczej,  skoro  mężczyzna  mojego  życia  pracuje  na  zwolnionych 

obrotach. A propos, Shawn, czy przygotowałeś jeszcze jakąś piosenkę dla Trevora?

-  Byłem  pochłonięty  zaspokajaniem  zachcianek  mojej  młodej  żony.  To  wymagająca 

istota.  -  Mówiąc  to,  wyciągnął  rękę,  ujął  w  dłoń  twarz  Brenny  i  pocałował  ją.  -  A  teraz 

zmykajcie z kuchni. Już i tak z trudem sobie radzę bez Darcy.

- Najdalej jutro będziesz ją miał z powrotem.

- Chyba nie myślisz, że się za nią stęskniłem? Złóż zamówienie u Sinead - powiedział 

do  Trevora.  -  To  dobra  dziewczyna,  a  nasza  Jude  trochę  ją  podszkoliła.  Przydałoby  się  jej 

tylko więcej praktyki.

-  Sinead  jest  przyjaciółką  mojej  siostry,  Mary  Kate  -  oznajmiła  Brenna  Trevorowi, 

popychając  energicznie  drzwi  oddzielające  kuchnię  od  pubu.  -  Dziewczyna  ma  dobry 

charakter,  tyle  że  obecnie  jest  trochę  rozkojarzona.  Marzy  o  wyjściu  za  mąż  za  Billy'ego 

O'Harę.

- A co na to Billy O'Hara?

- Billy nabrał wody w usta. Witaj, Aidanie.

- Witaj, Brenno. - Najstarszy z Gallagherów stał za barem i nalewał piwo. - Chcecie 

zjeść u nas lunch?

- Taki mieliśmy zamiar. Widzę, że masz pełne ręce roboty.

- Jeszcze jak! A wszystko przez te autokary z turystami. - Mrugnął wesoło i wsunął w 

czyjeś wyciągnięte ręce dwa kufle z piwem.

- Może wolisz, żebyśmy zjedli w kuchni?

background image

- Możecie zjeść tutaj, jeśli za bardzo się nie spieszycie. - Zlustrował pub niebieskimi 

oczami, o ton ciemniejszymi niż u brata. - Obsługa jest trochę powolniejsza niż zwykle, ale 

widzę jeszcze jeden, a nawet dwa wolne stoliki.

- Niech zatem szef zadecyduje. - Brenna zwróciła się do Trevora. - Co wybieramy?

- Usiądziemy przy stoliku. - Chciał popatrzeć, jak funkcjonuje firma.

Wokół  huczało  od  rozmów,  powietrze  spowite  było  mgiełką  papierosowego  dymu, 

unosił się drożdżowy zapach piwa. - Zamówisz kufelek? - zapytała Brenna.

- W godzinach pracy nie pijemy. Skrzywiła się.

-  To  by  się  zgadzało  z  tym,  co  mówią  niektórzy.  Powiadają,  że  pod  tym  względem 

jesteś prawdziwym tyranem.

Nie  miał  nic  przeciwko  temu  określeniu.  Oznaczało,  że  panuje  nad  sytuacją.  -  I 

słusznie.

- A zatem pozwolę sobie zauważyć, że narzucenie takiej reguły może się tutaj spotkać 

z  pewnym  oporem.  Wielu  tutejszych  ludzi,  których  zatrudniasz,  wychowało  się  bardziej  na 

guinnessie niż na mleku matki.

- Sam też lubię guinnessa, ale przy pracy lepsze już jest mleko.

- No, no, twardy z ciebie człowiek, Trevorze Magee - powiedziała, śmiejąc się. - A jak 

ci się mieszka w domku na Faerie Hill?

- Bardzo dobrze. Jest wygodny, funkcjonalny, cichy - a widok z okien taki, że aż dech 

zapiera. Takiego szukałem i jestem ci wdzięczny, że mi go udostępniłaś.

- Żaden problem. Należy do rodziny. Odnoszę wrażenie, że Shawn tęskni za tamtejszą 

kuchenką, zwłaszcza że do ukończenia naszego nowego domu jeszcze daleka droga Z trudem 

daje  się  w  nim  mieszkać  -  dodała,  a  był  to  jeden  z  drażliwych  tematów  rozmów  między 

małżonkami  dlatego chcę  zakasać rękawy i  w  ciągu  najbliższych  wolnych  dni  doprowadzić 

kuchnię do stanu względnej używalności. Może w ten sposób poprawię Shawnowi humor.

- Chętnie bym obejrzał wasz dom.

- Naprawdę? - zdziwiła się. - Wspaniale, zapraszam, kiedy tylko zechcesz. Podam ci 

namiary. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tego po tobie.

- A czego się po mnie spodziewałaś?

- Że jesteś bardziej wyrachowany. Nie obrazisz się?

- Nie. A poza tym wszystko zależy od tego, gdzie się znajduję. - Spojrzał przed siebie 

i twarz mu się rozjaśniła na widok podchodzącej do ich stolika żony Aidana. Chciał wstać, ale 

Jude dała mu znak ręką, żeby tego nie robił.

background image

-  Dzięki,  ale  nie  przysiądę  się  do  was.  -  Położyła  dłoń  na  brzuchu  świadczącym  o 

zaawansowanej ciąży. - Witam, jestem Jude Frances i będę was dzisiaj obsługiwać.

-  W  tym  stanie  nie  należy  zbyt  długo  przebywać  na  nogach,  a  zwłaszcza  dźwigać 

ciężkich tac.

Jude, wyjmując notes, westchnęła.

- Tak też mówi Aidan. Przyjdzie czas, kiedy zacznę się oszczędzać, ale na razie Sinead 

niezbyt sobie radzi i muszę jej pomóc.

- Nie przejmuj się, Trevorze. Wyobraź sobie, że w dniu, w którym się urodziłam, moja 

będąca  w  błogosławionym  stanie  matka  kopała  jeszcze  kartofle i  upiekła  je  natychmiast po 

rozwiązaniu. - Na widok zatrwożonego spojrzenia Trevora Brenna zachichotała. - No dobrze, 

może nie upiekła ich tego samego dnia, ale założę się, że zrobiłaby to, gdyby tylko chciała. 

Jeśli  można, Jude, zamówię zupę  i...  szklankę mleka - dodała, uśmiechając się złośliwie  do 

Trevora.

- Dla mnie to samo - powiedział - plus sandwicz.

- Zaraz podam.

-  Jest  silniejsza,  niż  na  to  wygląda  -  stwierdziła  Brenna,  kiedy  Jude  przeszła  do 

następnego  stolika.  -  I  bardziej  uparta.  Teraz,  kiedy  znalazła  cel  w  życiu,  będzie  jeszcze 

intensywniej  pracować,  byle  tylko  dowieść,  że  stać  ją  na  to,  czego  zdaniem  innych  nie 

powinna już robić. Lecz Aidan też wie swoje i nie dopuści, żeby się przepracowała, możesz 

mi wierzyć. Uwielbia ją do szaleństwa.

Tak,  zdążyłem  to  zauważyć.  Wydaje  się,  że  obaj  Gallagherowie  są  bezgranicznie 

oddani swoim kobietom.

-  Spróbowaliby  nie  być!  Dostaliby  od  nich  nauczkę!  -  Rozparła  się  wygodnie, 

ściągnęła czapeczkę, spod której wysypały się rude loki. - Czy to wszystko, co tu zastałeś, nie 

wydaje  ci  się  zbyt  prymitywne,  czy  po  Nowym  Jorku  nie  czujesz  się  dziwnie  na  tym 

odludziu?

Pomyślał o różnych placach budów, na których pracował - sterty błota, żyły wodne, 

nieznośny żar, kradzieże, wandalizm.

-  Ani  trochę.  Ta  wieś  jest  dokładnie  taka,  jakiej  się  spodziewałem  po  przeczytaniu 

sprawozdań Finkle'a.

-  Ach,  prawda.  -  Bardzo  dobrze  zapamiętała  „zwiadowcę”  Trevora.  -  O  nim  chyba 

jednak nie powiesz, że stroni od wielkomiejskich wygód. Ale ty nie jesteś taki... wybredny.

- Jestem bardzo wybredny, aż do przesady. I dlatego w projekcie teatru uwzględniłem 

wiele twoich pomysłów.

background image

-  Co  za  elegancki  i  zręczny  komplement.  -  Nie  mógł  jej  sprawić  większej 

przyjemności.  -  Lubię  nadawać  rzeczom  i  wszystkiemu,  co  mnie  otacza,  bardziej  osobisty 

charakter. Czuję szczególną słabość do Faerie Hill, ale nie byłam pewna, czy spodoba ci się to 

miejsce.  Biorąc  pod  uwagę  poziom  i  styl  twojego  życia,  sądziłam,  że  będziesz  wolał 

zamieszkać w hotelu na klifach, gdzie miałbyś na miejscu restaurację i inne wygody.

- Pokoje hotelowe zawężają horyzont. O wiele ciekawiej jest mieszkać w domu, gdzie 

urodziła się, mieszkała i umarła kobieta, z którą był zaręczony jeden z moich przodków.

-  Stara  Maude  była  wspaniałą  kobietą.  Mądrą  kobietą.  -  Mówiąc  to,  Brenna  nie 

spuszczała  oczu  z  Trevora.  -  Jej  grób  znajduje  się  tuż  powyżej  studni  świętego  Declana  i 

jeszcze teraz odczuwamy tam jej obecność. Ale nie tylko ona przebywała w tym domku.

- Był jeszcze ktoś? Brenna uniosła brwi.

-  Czyżbyś  nie  znał  tej  legendy?  Twój  dziadek  urodził  się  tutaj,  również  twój  ojciec 

stąd  pochodzi,  chociaż  był  jeszcze  dzieckiem,  kiedy  odpłynęli  do  Ameryki.  I  przed  laty 

przyjechał tu w odwiedziny. Żaden z nich nie opowiedział ci nigdy historii o Lady Gwen i o 

królewiczu Carricku?

- Nie. A więc to Lady Gwen straszy w domku? - Widziałeś ją?

-  Nie.  -  Trevor  nie  wychowywał  się  na  legendach  i  mitach,  ale  miał  w  sobie 

dostatecznie dużo irlandzkiej krwi, by od czasu do czasu puścić wodze fantazji. - Czuję tam 

jednak obecność kobiety i wszystko wskazuje na to, że jest prawdziwą damą.

- Nie mylisz się ani trochę.

- Kim była?  Uważam, że skoro dzielę mieszkanie z duchem, powinienem  coś o nim 

wiedzieć.

Brenna odnotowała, że Trevor nie unika tematu, nie okazuje rozbawionego pobłażania 

wobec Irlandczyków i ich legend. Jedynie chłodne zainteresowanie.

- Znowu mnie zaskakujesz. Pozwól, że tylko rzucę na coś okiem. Zaraz wrócę.

Fascynujące, zadumał się Trevor. A więc ma własnego ducha.

Już  dawniej  wyczuwał  pewne  niezwykłe  rzeczy.  W  starych  budynkach,  na 

opuszczonych parcelach, na bezludziu. Na ogół o takich sprawach nie mówi się głośno. Ale 

teraz  znajduje  się  w  innym  miejscu,  w  innych  okolicznościach.  I  zależy  mu  na  tym,  żeby 

dowiedzieć się jak najwięcej.

Interesowało  go  wszystko,  co  miało  związek  z  Ardmore  i  z  tą  okolicą.  Legenda  o 

duchu przyciągnie ludzi w nie mniejszym stopniu niż dobry pub.

background image

Pub  Gallaghera  stanowił  naturalne  przejście  do  jego  teatru.  Stary  belkowany  sufit, 

poczerniały  od  dymu  i  tłuszczu,  harmonizował  z  kremowymi  ścianami,  kamiennym 

paleniskiem, niskimi stolikami i ławami.

Już  sam  bar  z  orzechowego  drewna  prezentował  się  pięknie,  a  Gallagherowie,  co 

zdążył  zauważyć,  polerowali  go  do  połysku.  Spotykało  się  tu  ludzi  w  różnym  wieku,  od 

niemowlęcia na ręku po staruszka, który kiwał się na stołku w rogu baru.

Teraz  było  tu  paru  takich,  których  Trevor,  ze  względu  na  to,  jak  siedzieli,  palili  i 

sączyli piwo, uznał za miejscowych, i jeszcze więcej innych, którzy, sądząc po stojących pod 

stolikami  torbach  na  kamery,  po  rozłożonych  mapach  i  przewodnikach,  mogli  być  tylko 

turystami.

W  rozmowach  mieszały  się  rozmaite  akcenty,  ale  dominował  ten  piękny  zaśpiew, 

który słyszał w głosach swoich dziadków, dopóki jeszcze żyli.

Czy  nigdy  nie  odczuli  potrzeby,  żeby  choć  raz  odwiedzić  Irlandię?  Jakie  gorzkie 

wspomnienia  powstrzymywały  ich  przed  tym?  Dopiero  on  tutaj  wrócił,  żeby  osobiście  to 

wszystko zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie.

Coś sprawiło, że natychmiast rozpoznał Ardmore, ten domek, że z góry wiedział, co 

zobaczy,  kiedy  się  wdrapie  na  klify.  Jakby  nosił  w  pamięci  fotografię  tego  miejsca,  którą 

zrobił ktoś inny i zachował specjalnie dla niego.

W  domu  rodzinnym  nie  przechowywano  zdjęć,  które  mógłby  oglądać.  Jego  ojciec 

dawno temu odbył tylko jedną podróż do Irlandii, ale jego relacje były bardzo ogólnikowe.

Dopiero Finkle przywiózł do Nowego Jorku masę szczegółowych opisów i fotografii. 

Jednak wszystko to Trevor znał już wcześniej.

Dziedzictwo pamięci?

Odziedziczone po ojcu jasnoszare, głęboko osadzone, podłużne oczy to zupełnie inna 

sprawa.  Tak  samo  jak  zmysł  do  interesów,  który  ma  podobno  po  dziadku.  Ale  jak  przez 

pokrewieństwo można przekazać pamięć?

Zastanawiając  się  nad  tym,  nie  przestawał  obserwować  sali.  Kiedy  tak  siedział  w 

roboczym  ubraniu,  z  potarganymi  po  porannej  pracy  włosami,  bardziej  wyglądał  na 

miejscowego niż na turystę. Miał wąską, kościstą twarz wojownika, może uczonego, ale nie 

biznesmena.  Kobieta,  z  którą  miał  się  ożenić,  powiedziała,  że  wygląda,  jakby  został 

wyciosany  z  kamienia  przez  jakiegoś  szalonego  rzeźbiarza.  Ledwo  widoczna  blizna  na 

brodzie  -  rezultat  gradu  fruwających  szyb  podczas  tornado  w  Houston  -  nadawały  jego 

wyglądowi pewnej hardości, nieugiętości.

Twarz Trevora Magee rzadko zdradzała jego prawdziwe uczucia.

background image

Uśmiechnął się przyjaźnie, gdy Brenna razem z Jude wróciła do stolika. Odnotował w 

myśli, że to Brenna przyniosła tacę.

-  Poprosiłam  Jude,  żeby  na  chwilę  przysiadła  się  do  nas  i  opowiedziała  ci  o  Lady 

Gwen - odezwała się Brenna, rozstawiając talerze. - Ona jest seanachais.

Widząc zdziwienie Trevora, Jude potrząsnęła głową.

- To bajarz po gaelicku. Ale ja naprawdę nie zasługuję na takie miano...

- Przecież napisałaś już jedną książkę i piszesz następną. Książka Jude ukaże się pod 

koniec tego lata - wyjaśniła Brenna. - To będzie piękny prezent i postaram się, żebyś jej nie 

przeoczył, kiedy się udasz na zakupy.

- Brenna! - zmitygowała ją Jude.

- Na pewno jej nie przeoczę. I wiem, że te śpiewane liryczne wiersze Shawna to stara 

irlandzka tradycja.

- Ucieszyłby się, że to doceniasz. - Rozpromieniona Brenna wzięła tacę. - Zajmę się 

tym, Jude, natrę też trochę uszu Sinead w twoim imieniu. No, nie krępuj się i zaczynaj. Ja już 

się tego dosyć nasłuchałam.

- Ma tyle energii, że starczyłoby jej dla dwudziestu osób. - Zmęczona Jude sięgnęła po 

filiżankę herbaty.

- Cieszę się, że na nią trafiłem i zatrudniłem przy realizacji tego projektu. A raczej, że 

to ona na mnie trafiła.

-  Powiedziałabym,  że  zasługa  leży  po  obu  stronach,  jako  że  obydwoje  jesteście 

operatywni. - Zawahała się. - Chyba nie uraziłam pana.

-  Ależ  skądże!  Kopie?  Widzę  to  po  pani  oczach  -  dodał.  -  Niedawno  moja  siostra 

urodziła trzecie dziecko.

-  Trzecie?  Czasem  zastanawiam  się,  czy  poradzę  sobie  z  tym  jednym.  Jest  bardzo 

ruchliwe. Będzie jednak musiało jeszcze poczekać około dwóch miesięcy. - Pogłaskała ręką 

brzuch. - Być może nie wie pan, że jeszcze rok temu mieszkałam w Chicago.

Oczywiście, że wiedział, miał przecież szczegółowe sprawozdania.

- Zaplanowałam spędzić tutaj pół roku i pomieszkać w domku, w którym po śmierci 

rodziców mieszkała moja babcia. Odziedziczyła go po swojej kuzynce Maude, która umarła 

na krótko przed moim przyjazdem.

- To właśnie z nią był zaręczony mój stryjeczny dziadek.

-  Tak.  W  dniu,  w  którym  przyjechałam,  potwornie  lało.  Czułam  się  całkiem 

zagubiona. Wszystko mnie denerwowało.

background image

- Przyjechała pani sama do obcego kraju? - Trevor pokręcił głową - To wymaga sporej 

odwagi.

- Tak też powiedział Aidan. Dopiero tutaj dotarło do mnie, jak niewiele o sobie wiem. 

Kiedy  podjechałam  do  małego,  krytego  strzechą  domku,  w  oknie  na  piętrze  zobaczyłam  tę 

kobietę. Miała śliczną, smutną twarz, a Jasnoblond włosy okrywały jej ramiona. Popatrzyła na 

mnie, nasze oczy spotkały się. Wtedy pojawiła się Brenna. Kobietą, którą ujrzałam w oknie, 

była Lady Gwen.

- Duch?

-  No  właśnie.  Czy  to  nie  brzmi  bezsensownie?  A  przecież  mogę  panu  dokładnie 

opowiedzieć, jak wyglądała.

Naszkicowałam  jej  portret.  I  nic  wówczas  nie  wiedziałam  o  krążącej  na  jej  temat 

legendzie.

- Chętnie bym posłuchał.

- Więc ją panu opowiem. - Ponieważ wróciła Brenna, Jude zrobiła krótką przerwę.

Płynny, naturalny rytm opowieści wciągał Trevora. Opowiedziała mu historię młodej 

dziewczyny,  która  mieszkała  niegdyś  w  domku  na  zaczarowanym  wzgórzu.  Matka  zmarła 

przy  jej  urodzeniu.  Dziewczynka,  gdy  podrosła,  opiekowała  się  ojcem,  dbała  o  domek  i  o 

kwiaty wokół niego.

Pod  zielonym  stokiem  wzgórza  wznosił  się  piękny  zaczarowany  pałac,  w  którym 

mieszkał  książę  Carrick.  On  sam  również  był  piękny,  z  falistą  grzywą  kruczoczarnych 

włosów  i  płomiennymi  błękitnymi  oczami.  I  tak  się  złożyło, że  te  oczy  spoczęły  na  pannie 

Gwen, a ona spojrzała na niego.

I zakochali się w sobie bez pamięci - istota zaczarowana i śmiertelna - w nocy, kiedy 

wszyscy  spali,  zabierał  ją  w  podróż  na  swoim  wielkim,  skrzydlatym  rumaku.  Nigdy  nie 

rozmawiali o swojej miłości, ponieważ byli zbyt dumni, by wypowiedzieć te słowa. Pewnej 

nocy,  kiedy  Carrick  pomagał  jej  zsiąść  z  konia,  dojrzał  ich  ojciec  Gwen.  Bojąc  się  o 

przyszłość córki, przyrzekł jej rękę innemu i rozkazał, by go niezwłocznie poślubiła.

Carrick  wzniósł  się  na  swoim  rumaku  do  słońca  i  zebrał  do  srebrnej  torby  jego 

rozpalone promienie. A gdy Gwen wyszła z domku na ich ostatnie spotkanie przed ślubem, 

otworzył  torbę  i  rozrzucił  u  jej  stóp  diamenty,  klejnoty słońca.  Powiedział,  żeby  je  wzięła. 

Obiecał jej nieśmiertelność, życie w bogactwie i w chwale. Ale nawet wtedy nie wspomniał 

ani słowem o miłości.

Więc  mu  odmówiła  i  odwróciła  się  od  niego.  A  diamenty,  które  leżały  na  trawie, 

zamieniły się w kwiaty.

background image

Jeszcze  dwukrotnie  do  niej  powracał.  Kiedy  nosiła  w  łonie  swoje  pierwsze  dziecko, 

wysypał  ze  srebrnej  torby  perły,  łzy  księżyca,  które  dla  niej  zebrał.  Powiedział,  że  są 

wyrazem jego tęsknoty za nią. Ale tęsknota to nie miłość, a ona ślubowała wierność innemu.

Kiedy się odwróciła, perły zamieniły się w kwiaty.

Upłynęło wiele, wiele lat. W tym czasie Gwen wychowała swoje dzieci, pielęgnowała 

męża podczas choroby i pochowała go jako stara już kobieta. W tym samym czasie Carrick 

dumał i  smucił  się w zaczarowanym pałacu. W  końcu po raz ostatni  przemierzył na swoim 

rumaku niebo.

Zanurzył się w morzu, by z jego czeluści wyrwać prezent dla niej. I rozsypał u jej stóp 

lśniące szafiry, które iskrzyły się w trawie. Dowód trwałości uczuć do niej. A gdy w końcu 

wyznał jej swoją miłość, mogła tylko ronić gorzkie łzy, ponieważ jej życie dobiegło końca. 

Powiedziała mu, że jest już za późno, że nigdy nie pragnęła bogactw ani wspaniałych obietnic 

i tylko marzyła, żeby ją kochał, kochał na tyle mocno, aby bez strachu mogła wejść do jego 

świata. A kiedy się odwróciła, by po raz ostatni odejść od niego, kiedy z szafirów zakwitły w 

trawie kwiaty, poczuł się tak zraniony i urażony, iż rzucił na nią zaklęcie. Odtąd nie zazna bez 

niego  spokoju,  nie  zobaczą  się  też  już  więcej,  dopóki  jacyś  zakochani  nie  spotkają  się 

trzykrotnie  i  nie  zaakceptują  siebie,  kładąc  na  szali  swoje  dusze,  przedkładając  miłość  nad 

wszystko inne.

Po  powrocie  do  domku,  w  którym  mieszkała  i  umarła  Gwen,  Trevor  zdumiał  się. 

Trzysta  lat.  Długie  oczekiwanie.  Wysłuchał  legendy,  którą  spokojnym,  charakterystycznym 

dla  bajarzy  głosem, opowiedziała  Jude.  Nie  przerywał  jej.  Nie  wspominał,  że  nie  wiadomo 

skąd zna legendę.

Nie powiedział, że on także mógłby opisać Gwen, włącznie z morską zielenią jej oczu 

i owalem twarzy. Właśnie taka mu się przyśniła.

Zdał sobie sprawę, że omal nie poślubił Sylvii, ponieważ tak bardzo przypominała ten 

wyśniony  portret.  Łagodna,  prostolinijna  kobieta.  Wszystko  mogło  się  między  nimi  dobrze 

ułożyć,  pomyślał  wchodząc  po  schodach,  żeby  zmyć  pod  prysznicem  całodniowy  brud. 

Jeszcze teraz bywał zły, że stało się inaczej. Właściwie pod koniec nic już się między nimi nie 

układało.

Ona wyczuła to pierwsza i w delikatny sposób, zanim jeszcze zorientował się, iż coraz

częściej zerka w stronę drzwi, pozwoliła mu odejść. I to chyba niepokoiło go bardziej niż cała 

reszta.  Nie  zdobył  się  na  to,  by  elegancko  zakończyć  sprawę.  I  chociaż  mu  to  wybaczyła, 

musiało upłynąć sporo czasu, żeby on wybaczył sobie.

background image

Już od progu sypialni poczuł zapach. Subtelny, kobiecy, jak płatki róży świeżo opadłe 

na zroszoną trawę.

- Duch, który się perfumuje - mruknął pod nosem, dziwnie rozbawiony tym faktem. -

No cóż, pewnie jesteś skromna, więc teraz odwróć się. - Rozebrał się i wszedł do łazienki.

Pozostałą  część  dnia  spędził  samotnie,  odwalając  papierkową  robotę,  przeglądając 

faksy na aparacie, który ze sobą przywiózł, wystukując odpowiedzi. Nalał piwa i stał z nim na 

dworze w ostatnich zachodzących promieniach światła, wsłuchując się w pulsującą w uszach 

ciszę, wpatrując się w gwiazdy.

Na  razie  nie  zanosi  się  na  deszcz.  Fundament  wznoszonej  budowli  zdąży  porządnie 

stwardnieć.

Kiedy  się  odwrócił,  żeby  wejść  do  środka,  dostrzegł  jakiś  błysk.  Białosrebrzystą 

smugę na ciemniejącym niebie. Ale gdy spojrzał tam znowu i zmrużył oczy, żeby się lepiej 

przyjrzeć, zobaczył tylko gwiazdy i wschodzącą kwadrę księżyca.

Doszedł  do  wniosku,  że  to  spadająca  gwiazda,  a  nie  żaden  fruwający  koń  z 

zaczarowanym księciem.

Kiedy jednak zamknął na noc drzwi domku, wydało mu się, że słyszy w ciszy urocze 

dźwięki piszczałek i fletów.

background image

2

Darcy Gallagher wymarzyła sobie Paryż. Było cudowne wiosenne popołudnie, a ona 

włóczyła się po nabrzeżu Dzielnicy Łacińskiej, napawała się zapachami kwiatów, mając nad 

głową  bezchmurne,  niebieskie  niebo.  Czuła  w  rękach  ciężar  toreb  z  rzeczami,  które  sobie 

kupiła.

Przez  ten  krótki,  tygodniowy  urlop  używała  w  Paryżu,  ile  dusza  zapragnie.  Mogła 

posiedzieć  bezczynnie  godzinę  czy  dwie  w  kawiarni  na  chodniku,  sączyć  cudowne  wino  i 

obserwować świat, którego centrum właśnie tutaj się znajdowało.

Szykowne,  długonogie  kobiety  i  wodzący  za  nimi  wzrokiem  ciemnoocy  mężczyźni. 

Starsza pani na czerwonym rowerze ze sterczącymi  pionowo z koszyka bagietkami, a także 

schludne, maszerujące w równych rzędach dzieci w przedszkolnych mundurkach.

Wszystko  to  należało  teraz  do  niej,  podobnie  jak  ten  szalony,  nieustanny  zgiełk 

uliczny,  jak  ten  narożny  stragan,  z  którego  aż  wylewały  się  kwiaty.  Nie  potrzebowała 

wjeżdżać na szczyt wieży Eiffla, by mieć Paryż u swoich stóp.

Siedząc  tak,  pijąc  wino  i  jedząc  doskonały  ser,  wsłuchiwała  się  w  odgłosy  miasta. 

Wokół rozbrzmiewała muzyka, gruchały gołębie, z szumem skrzydeł zrywające się do lotu, a 

wszystkiemu towarzyszył nieprzerwany ryk klaksonów, stukanie wysokich, cienkich obcasów 

o chodnik, śmiech zakochanych.

Była  rozanielona  i  szczęśliwa.  Spojrzała  na  niebo.  Ze  wschodu  nadciągały  ciemne, 

gęste  chmury.  Zniknęło  olśniewające  słońce  i  zapadł  nienaturalny  półmrok.  Kiedy  daleki 

pomruk przeszedł w głośne grzmienie, poderwała się na nogi, mimo że ludzie nadal siedzieli, 

gawędzili, przechadzali się, jak gdyby nie usłyszeli ani nie zobaczyli niczego niezwykłego.

Chwyciła  torby  i  zaczęła  uciekać,  szukając  bezpiecznego  miejsca,  jakiegoś 

schronienia. I wtedy grom z nieba, skrzący się na niebiesko, wbił się w ziemię tuż obok jej 

stóp.

Natychmiast się obudziła. Dyszała ciężko, krew dudniła jej w uszach.

Była u siebie, nad pubem. Poczuła ulgę na widok znajomych ścian. A kiedy usiadła i 

zobaczyła ubrania i świecidełka, które nawiozła z Paryża, poczuła się jeszcze lepiej.

No cóż, wróciła do rzeczywistości, ale przynajmniej przywiozła do domu jakieś trofea.

To był cudowny tydzień, najlepszy urodzinowy prezent, jaki mogła sobie ofiarować. 

To  prawda,  że  za  bardzo  poszalała,  uszczuplając  poważnie  swoje  oszczędności,  ale  chyba 

warto uczcić w ten sposób pierwsze ćwierćwiecze swojego życia.

background image

Odrobi  to,  co  wydała.  Teraz,  kiedy  już  zasmakowała  w  podróżach,  zamierzała 

regularnie doświadczać tej przyjemności. W przyszłym roku pojedzie do Rzymu i Florencji. 

A może do Nowego Jorku. Tak czy owak, będzie to jakieś cudowne miejsce. Już od dzisiaj 

zacznie zbierać na fundusz wakacyjny Darcy Gallagher.

Rozpaczliwie  pragnęła  wyrwać się stąd. Zobaczyć  coś, cokolwiek, byle  nie miało  to 

związku z powszedniością jej codziennego życia. Zawsze czuła wewnętrzny niepokój i nawet 

było  jej  z  tym  dobrze.  Ale  ostatnio  chciała  z  byle  powodu  rzucać  się  z  pazurami  na  ludzi, 

których najbardziej kochała.

Dlatego też musiała stąd wyjechać na jakiś czas.

Teraz  szczerze  cieszyła  się  z  powrotu  do  domu  i  nie  mogła  się  już  doczekać,  kiedy 

zobaczy rodzinę, przyjaciół. Nie mogła się doczekać, żeby opowiedzieć im o wszystkim, co 

robiła i widziała podczas tych siedmiu wspaniałych dni, które sobie zafundowała.

Najlepiej więc, jeśli wstanie i zrobi trochę porządku. Było późno, kiedy przyjechała, 

zdążyła tylko pootwierać torby i z zachwytem jeszcze raz spojrzeć na nowe rzeczy. Musi je 

teraz  starannie  poskładać  i  odłożyć  na  bok  prezenty,  które  kupiła.  Nie  należała  do  kobiet, 

które potrafią żyć w bałaganie.

Stęskniła się za rodziną.  Brakowało jej tych ludzi,  gdy w zawrotnym tempie biegała 

po Paryżu. Powinna była to przewidzieć.

Natomiast ani trochę nie rwała się do pracy - do dźwigania tac czy podawania piwa. 

Wolała,  żeby to  ją  obsługiwano.  Niemniej jednak  nie mogła się  doczekać, kiedy zejdzie  na 

dół  i  przekona  się,  jak  pub  radził  sobie  bez  niej.  Nawet  jeżeli  resztę  dnia  będzie  musiała 

spędzić na nogach.

Przeciągnęła się, uniosła ramiona, pokręciła głową, koncentrując się na przyjemności, 

jaką ten ruch sprawia jej ciału.

Dopiero gdy wygrzebała się z łóżka, zorientowała się, że ten łoskot na dworze to nie 

grzmoty.

Przypomniała  sobie,  że  jest  tam  teraz  plac  budowy.  Czyżby  ten  harmider  miał  jej 

odtąd  towarzyszyć  każdego  ranka?  Odnalazła  szlafrok  i  podeszła  do  okna,  żeby  obejrzeć 

zmiany, jakie zaszły podczas jej nieobecności.

Ujrzała góry tłucznia, jakieś wykopy, wielką betonową platformę wyrastającą z dziury 

w  ziemi.  Z  narożnych  słupów  wystawały  grube  metalowe  pręty,  zaś  obracająca  się 

nieustannie ogromna, brzydka maszyna niemiłosiernie hałasowała.

Pracujący tam ludzie, w roboczych ubraniach i upaćkanych buciorach, uwijali się jak 

w ukropie.

background image

Wypatrzyła  Brennę.  Miała  na  głowie  przekrzywioną  czapkę,  a  na  nogach  ubłocone 

długie buty. Patrząc na swoją odwieczną przyjaciółkę, a obecnie bratową, poczuła zalewające 

ją gorące uczucie autentycznej radości.

Było jej wstyd, ponieważ miała świadomość, iż jednym z powodów, dla których tak 

bardzo pragnęła stąd się wyrwać, był ślub Brenny i Shawna, podobnie jak oczekiwane przez 

brata Aidana i jego żonę Jude narodziny dziecka, które nastąpią w końcu lata. Cieszyła się z 

ich  szczęścia,  widząc,  jak  bardzo  do  siebie  pasują,  ale  zarazem  czuła  się  coraz  bardziej 

samotna.

Miała ochotę zapytać ich: a co będzie ze mną? Wiedziała, że to egoistyczna postawa, 

ale nic na to nie mogła poradzić.

Miała  nadzieję,  że  teraz  będzie  lepiej.  Obserwowała  przyjaciółkę,  jak  podchodzi 

energicznym krokiem do jednego z robotników i pomaga mu przy dźwiganiu cementowych 

bloków. Jest w swoim żywiole. Darcy chciała już otworzyć okno, wychylić się i krzyknąć do 

Brenny  na  powitanie,  ale  pomyślała,  że  widok  kobiety  w  szlafroku  mógłby  wybić  z  rytmu 

pracujących ludzi.

Ponieważ  jednak  pomysł  wywołania  drobnego  zamieszania  wydał  jej  się  dość 

interesujący,  postanowiła  wprowadzić  go  w  czyn.  Ledwie  uchyliła  okno,  kiedy  dostrzegła 

przyglądającego się jej mężczyznę.

Zauważyła, że jest wysoki. Zawsze miała szczególną słabość do wysokich mężczyzn. 

Był bez czapki, a wiatr rozwiewał jego włosy. Miał na sobie robocze ubranie, które leżało na 

nim lepiej niż na innych. Niewątpliwie zawdzięczał  to swojej szczupłej sylwetce. Poza tym 

wyglądał na bardzo pewnego siebie, gdy tak przyglądał się jej nie spuszczając wzroku.

Darcy  pomyślała,  że  może  to  być  całkiem  interesująca  rozrywka.  Przystojny,  z 

zuchwałym spojrzeniem.  Jeżeli  potrafi prowadzić przyzwoitą konwersację, chętnie poświęci 

mu trochę czasu. Pod warunkiem, że nie jest żonaty.

Co tam, żonaty czy nie - nikomu nie stanie się krzywda, jeśli sobie trochę poflirtują. 

Nie  zamierzała  posuwać  się  dalej  z  mężczyzną,  który,  wedle  wszelkiego 

prawdopodobieństwa, żyje od jednej dniówki do drugiej.

Więc  uśmiechnęła  się  do  niego.  Po  czym,  dotknąwszy  palcem  warg,  przesłała  mu 

pocałunek. Gdy dostrzegła jego pełen podziwu uśmiech, zniknęła z pola widzenia.

Lubiła utrzymywać mężczyzn w stanie niepewności.

* * *

background image

Co za kobieta! - pomyślał Trevor. Nie zdziwiłby się, gdyby to była Darcy Gallagher, 

której udało się rozruszać kogoś tak oschłego z natury jak Finkle.

Tak, jest bombowa i zamierzał przekonać się o tym z bliska. Był pod wrażeniem tej 

świeżo  przebudzonej  piękności,  o  ciemnych,  zmierzwionych  włosach,  jasnej  cerze  i 

delikatnych rysach. Ani cienia fałszywej skromności. Przyjęła jego wyzwanie, zmierzyła się z 

nim wzrokiem. A beztrosko dmuchnięty pocałunek to dodatkowy punkt na jej korzyść.

Pomyślał, że Darcy Gallagher mogłaby być całkiem interesującym dodatkiem na czas 

jego pobytu w Ardmore.

Uniósł cementowy bloczek i poniósł go tam, gdzie ruchem dyrygowała Brenna.

- Odpowiada ci taka mieszanka? - zapytał, wskazując ruchem głowy koryto ze świeżą 

zaprawą murarską.

- Ma dobrą konsystencję. Naprawdę uwijamy się jak możemy z robotą, ale chyba jest 

tego trochę za dużo, jak na tak niewielki zespół.

- Jeżeli uważasz, że nie pracujemy dość szybko, powiedz, co trzeba zmienić. Zdaje się, 

że twoja przyjaciółka wróciła z wakacji.

- Darcy? - Zaintrygowana wygładziła kielnią zaprawę i podniosła głowę.

- Masa czarnych włosów, sprytny uśmieszek. Fantastyczna.

- To na pewno Darcy.

- Dostrzegłem ją w tym oknie. Jeżeli masz ochotę do niej zajrzeć, żeby się przywitać, 

możesz sobie zrobić przerwę.

-  Jasne,  że  zrobię.  -  Mówiąc  to,  nabrała  kolejną  porcję  zaprawy.  -  Gdybym  jednak 

pokazała  się  jej  w  tym  stanie,  zatrzasnęłaby  przede  mną  drzwi.  Darcy  bardzo  dba  o  swoje 

mieszkanie  i  nie  byłaby  zachwycona,  gdybym  jej  naniosła  tyle  brudu.  Zobaczymy  się  w 

południe.

Szybko  i  zręcznie  położyła  zaprawę,  jak  doświadczony  murarz,  i  wzięła  kolejny 

bloczek.

- Muszę cię ostrzec, Trevorze, że twoi ludzie natychmiast stracą dla niej głowę. Nikt 

nie może przejść obojętnie obok Darcy.

- To już ich sprawa, bylebyśmy się trzymali harmonogramu.

- O harmonogram możesz być spokojny, natomiast Darcy przysporzy im szczęśliwych 

marzeń  i  snów.  A  skoro  jesteśmy  przy  harmonogramie,  sądzę,  że  do  końca  tygodnia 

moglibyśmy  w  tej  części  zamontować  instalacje  hydrauliczne.  Tylko  że  jeszcze  dotąd  nie 

przyjechały zamówione rury. Chcesz, żebym się czegoś dowiedziała na ten temat?

- Nie, sam się tym zaraz zajmę.

background image

-  Liczę  na  ciebie i  mam  nadzieję, że  im  nieźle  popędzisz  kota. Możesz skorzystać z 

telefonu w kuchni pubu. Otworzyłam ją, kiedy przyjechałam rano. Mam w notesie ich numer.

- Ja też go mam. Jeszcze dzisiaj dostaniesz te rury.

-  Nie  wątpię  -  mruknęła  Brenna,  kiedy  wielkimi  krokami  pomaszerował  w  stronę 

kuchennych drzwi.

Kuchnia była nieskazitelnie czysta. Trevor zwracał na to szczególną uwagę, gdy w grę 

wchodził  jego  własny  interes.  Miał  nadzieję,  że  Gallagherowie  nie  posądzą  go  o  to,  że 

oczekuję jakiegoś udziału w pubie, ale patrząc na to z własnego punktu widzenia, ich interes 

miał obecnie wiele wspólnego z jego własnym.

Wygrzebał z kieszeni notes. W Nowym Jorku wszystko załatwiłaby jego  asystentka. 

Dopiero gdyby okazało się to konieczne, przekazałaby sprawę w ręce Trevora.

Zanim  go  połączono  z  właściwym  numerem,  Trevor  zdążył  wypatrzeć  blachę  z 

ciasteczkami.  Będąc  tu  od  paru  dni,  przekonał  się,  jak  smakowite  są  wszystkie  wypieki 

Gallagherów.

Zjadł ciastko z płatków owsianych na miodzie, duże jak pięść, a potem, nie podnosząc 

głosu, zmieszał  z błotem głównego dostawcę. Na  wypadek ewentualnych kolejnych zażaleń 

zanotował jego nazwisko, otrzymał też solenne zapewnienie, że rury dotrą na miejsce jeszcze 

przed południem.

Usatysfakcjonowany  zakończył  rozmowę  i  właśnie  zastanawiał  się,  czy  nie  wziąć 

drugiego  ciastka,  kiedy  usłyszał  na  schodach  kroki.  Oparty  o  kontuar  czekał  na  pierwsze 

spotkanie z Darcy Gallagher.

Była bajeczna, podobnie jak ciasteczka Shawna.

Zatrzymała się na progu schodów, uniosła jedną cienką brew. Miała, tak jak jej bracia, 

niebieskie  oczy  -  idealny  kolor  przy  nieskazitelnie  jasnej  cerze.  Niezwiązane  włosy  w 

czarowny sposób spadały jej do ramion.

Ubrana szykownie,  a  zarazem  prosto,  pasowała  bardziej  do  Madison  Avenue  niż  do 

Ardmore.

- Dzień dobry. Zrobiłeś sobie przerwę na herbatę?

- Na telefon. - Przyglądał się jej, pogryzając ciastko. Jej głos, z irlandzkim akcentem, 

był tak cholernie seksowny jak cała postać.

-  Ja  bez  herbaty  nie  umiałabym  zacząć  dnia.  Muszę  się  rozkręcić.  -  Podchodząc  do 

pieca, obrzuciła go spojrzeniem. - Chcesz popić to ciastko? A może wracasz do pracy?

- Mogę tu jeszcze chwilę zabawić.

background image

- No to masz szczęście, że twój chlebodawca nie jest drobiazgowy. Słyszałam, że ten 

Magee trzyma ster żelazną ręką.

- To prawda.

Darcy  nastawiła  czajnik.  Ten  mężczyzna  zyskiwał  przy  bliższych  oględzinach. 

Spodobały  jej  się  ostre  rysy  jego  twarzy,  niewielka  blizna  na  brodzie.  Była  już  cholernie 

znudzona ugrzecznionymi facetami. Zauważyła, że nie ma obrączki, ale przecież to o niczym 

jeszcze nie świadczy.

- Przeleciałeś przez ocean, żeby pracować przy budowie teatru?

- Zgadza się.

- Daleko od domu. Mam nadzieję, że uda ci się sprowadzić tutaj rodzinę.

- Jeśli masz na myśli żonę, to nie jestem żonaty. - Przełamał ciastko i dał jej połowę.

- Dzięki temu możesz być tam, gdzie chcesz? A czym się konkretnie zajmujesz?

- Wszystkim, czym się da.

No tak, pomyślała, jedząc ciastko. Dość niebezpieczny typ.

- Lubisz zmieniać miejsce pobytu?

- Na razie zamierzam zwiedzić okolicę. - Odczekał, gdy podnosiła dymiący czajnik i 

nalewała do dzbanka wrzątek. - Nie zjadłabyś ze mną kolacji?

Posłała mu przeciągłe spojrzenie i lekko się uśmiechnęła.

-  Chętnie  zjem  coś  dobrego  w  interesującym  towarzystwie.  Ale  dopiero  wróciłam  z 

wakacji  i  nieprędko  będę  miała  wolny  wieczór.  Mój  brat  Aidan  twardo  przestrzega 

regulaminu.

- To może śniadanie? Odstawiła na miejsce czajnik.

- Czemu nie? Za kilka dni, kiedy już się zorganizuję.

- Dobrze.

Była  lekko  zdziwiona,  a  także  trochę  rozczarowana,  że  więcej  już  nie  nalegał. 

Przywykła  do  mężczyzn  błagających  ją  choć  o  odrobinę  uwagi.  Odwróciła  się,  wyjęła  dla 

niego kubek.

- Z której części Ameryki pochodzisz?

- Z Nowego Jorku.

- Z samego Nowego Jorku! - Oczy jej się iskrzyły, kiedy się odwróciła. - Chyba jest 

tam cudownie?

- W pewnym sensie.

-  To  musi  być  najbardziej  ekscytujące  miasto  na  świecie.  -  Wyobrażała  je  sobie  już 

wcześniej i to niezliczoną ilość razy. - Paryż jest jak piękna kobieta - figlarny, zmysłowy. A 

background image

Nowy Jork jak mężczyzna - wymagający i bezwzględny, tak naładowany energią, że trudno 

dotrzymać mu kroku.

Rozbawiony tymi spostrzeżeniami, odstawił kubek.

- Być może, ale gdy mieszka się tam przez całe życie, nie rzuca się to aż tak w oczy. 

Nie  sądzę,  żebyś  uważała  Ardmore  za  cudowne  miejsce.  -  Dostrzegł,  jak  zdumiona  unosi 

brwi. - A przecież to najdoskonalszy zakątek na kuli ziemskiej, gdzie wszystko jest w zasięgu 

ręki, o każdej porze.

- Ciekawe, jak ludzie różnie widzą to, co jest ich chlebem powszednim. - Podała mu 

herbatę.  -  Mam  podejrzenie,  że  człowiek,  który  tak  potrafi  filozofować  przy  herbacie  i 

ciastku, marnuje swój talent, dźwigając cegły.

-  Wezmę  to  pod  uwagę.  Dziękuję  za  herbatę.  -  Ruszył  w  stronę  drzwi,  przechodząc 

obok niej na tyle blisko, by poczuć jej ekscytujący zapach. - Odniosę kubek.

-  Koniecznie  musisz  to  zrobić.  Jeśli  chodzi  o  kuchnię,  Shawn  potrafi  się  doliczyć 

każdej łyżeczki.

-  Podejdź  tak  jeszcze  kiedyś  do  okna  -  powiedział  otwierając  drzwi.  -  Chętnie  na 

ciebie popatrzę.

Kiedy wyszedł, uśmiechnęła się do siebie.

- Ja też z przyjemnością na ciebie popatrzą, panie Nowy Jorku.

Zastanawiając się, co mu odpowiedzieć, kiedy ją zaprosi ponownie, chwyciła dzbanek 

z herbatą, chcąc go zanieść na górę. I właśnie wówczas otworzyły się na oścież drzwi kuchni.

- Wróciłaś!

Brenna  jednym  susem  znalazła  się  w  środku.  Posypały  się  drobne  płatki  suchego 

cementu.

- Trzymaj się z daleka. - Darcy zasłoniła się dzbankiem niczym tarczą. - Brenna, jesteś 

cała brudna od tych cegieł.

- Od cementowych bloczków, jeśli chodzi o ścisłość. Nie obawiaj się, nie zamierzam 

cię ściskać.

- Jeszcze by tego brakowało.

- Ale stęskniłam się za tobą.

- Za bardzo jesteś przejęta swoją nową rolą, żebyś się mogła za mną stęsknić.

-  Stać  mnie  na  jedno  i  na  drugie.  Odżałujesz  jedną  filiżankę?  Mam  tylko  dziesięć 

minut.

- No dobrze, tylko weź jakąś starą gazetę i połóż na krześle, zanim na nim usiądziesz. 

Też się za tobą stęskniłam - przyznała Darcy, sięgając po dwa kubki.

background image

-  Wiedziałam,  że  zatęsknisz.  Nadal  uważam,  że  taki  samodzielny  wyjazd  do  Paryża 

był ryzykowny. No i co, spodobało ci się? - zapytała Brenna, posłusznie rozkładając gazetę. -

Czy było tak, jak sobie wymarzyłaś?

- Jeszcze jak! Wszystko - dźwięki i zapachy, budowle, sklepy i kawiarnie. Mogłabym 

spędzić  miesiąc  na  samym  oglądaniu.  Żeby  jeszcze  nauczyli  się  parzyć  porządną  herbatę... 

Ale  rekompensowałam  to  sobie  winem.  Wszyscy  są  tak  szykownie  ubrani,  jeśli  nawet  nie 

przykładają  do  tego  wagi.  Kupiłam  sobie  parę  cudownych  ciuchów.  Sprzedawczynie 

zachowują się tak, jakby wyświadczały niesłychaną łaskę, biorąc od klientów pieniądze.

- Cieszę się, że miałaś udane wakacje. Wyglądasz na wypoczętą.

-  Wypoczętą?  Przez  tydzień  prawie  nie  spałam.  Ale  jestem...  naładowana  energią  -

doszła  do  wniosku  Darcy.  -  Miałam  zamiar  poleżeć  dziś  dłużej,  ale  ten  hałas  na  zewnątrz 

postawiłby na nogi nawet nieboszczyka.

- Będziesz musiała do tego przywyknąć. Nawet nie wiesz, jak bardzo posunęliśmy się 

naprzód.

- Z mojego okna wygląda to wszystko jak pocięta rowami sterta gruzu.

-  Chcemy  do  końca  tygodnia  zakończyć  prace  przy  fundamentach  i  instalacji 

sanitarnej.  To  dobra  ekipa,  zarówno  ci  z  Nowego  Jorku,  którzy  mają  dużą  wprawę,  jak  i 

ludzie  stąd,  których  zwerbowaliśmy  z  tatusiem.  Magee  nie  toleruje  nierobów.  I  zna  się  na 

budownictwie jak mało kto, trzeba więc być ogromnie uważnym.

- A to oznacza, że jesteś w swoim żywiole.

- Żebyś wiedziała! I chyba powinnam już tam wrócić.

- Zaczekaj. Mam dla ciebie prezent.

- Liczyłam na to.

- Pójdę tylko na górą i ci przyniosę. Nie chcę, żebyś pobrudziła mi podłogę.

- Z tym też się liczyłam - mruknęła Brenna, kiedy Darcy wbiegała na schody.

- Jest  niezapakowany -  zawołała z  góry Darcy.  -  Żeby łatwiej  zmieścił  się w torbie. 

Jude miała rację, namawiając mnie na wzięcie dodatkowej walizki. Ale twój prezent nie zajął 

wiele miejsca.

Zeszła na dół z małą torebką na zakupy.

-  Wybrałam  to  specjalnie  dla  ciebie.  -  Wyjęła  malutki  pakunek  owinięty  w  bibułkę, 

ostrożnie go rozwinęła.

Brenna otworzyła szeroko oczy.

- Shawn będzie tym zachwycony - stwierdziła kategorycznie Darcy.

background image

Krótka,  niemal  przezroczysta  nocna  koszulka  na  wąskich  ramiączkach  mieniła  się 

zielenią.

-  Byłby  kompletnym  jełopem,  gdyby  się  nie  zachwycił  -  stwierdziła  Brenna,  kiedy 

odzyskała głos. - Już się w tym widzę. - Figlarny błysk rozjaśnił jej oczy. - Zdaje się, że i ja 

będę tym zachwycona. To naprawdę jest piękne, Darcy.

- Oddam ci to, kiedy się umyjesz i będziesz już szła do domu.

- Dzięki. - Brenna pocałowała Darcy w policzek, uważając, żeby jej nie pobrudzić. -

Nie obiecuję, że nosząc to, będę myślała wyłącznie o tobie, nie sądzę zresztą, żeby ci na tym 

zależało.

- Na pewno nie.

- Tylko nie pokazuj tego Shawnowi - dodała Brenna i ruszyła energicznie do wyjścia. 

- Zamierzam mu sprawić prawdziwą niespodziankę.

* * *

Powrót do codziennej rutyny okazał się aż nazbyt łatwy. Wprawdzie Shawn odmówił 

sobie przyjemności kłócenia się z  nią, ponieważ przywiozła mu  z Paryża  francuską książkę 

kucharską, ale wszystko inne działo się tak, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżała.

Nie była pewna, czy cieszyć się z tego, czy martwić.

W porze lunchu miała dużo roboty. Do stałych bywalców doszli turyści, przybywający 

całymi grupami na urlop, a także zatrudnieni na budowie ludzie.

O  wpół  do  dwunastej  nie  było  już  ani  jednego  wolnego  stonka.  Dobrze,  że  Aidan 

zatrudnił do pomocy Sinead. Gdyby jeszcze ta mała nie była tak strasznie powolna.

- Panienko! Nie możemy się doczekać, żeby złożyć zamówienie.

Darcy poznała po głosie, że to Anglicy z lepszych sfer. Przybrała najuprzejmiejszy z 

uśmiechów. To był rewir Sinead ale dziewczyna zapadła się gdzieś jak kamień w wodę.

- Już przyjmuję. Czym możemy służyć?

- Weźmiemy to, co poleca szef kuchni, a także po szklaneczce smithwicka.

-  Zaraz podam drinki. -  Zaczęła się przeciskać  w stronę baru,  przyjmując  po drodze 

kolejne  trzy  zamówienia.  Dała  nura  pod  ladę,  krzyknęła  do  Aidana,  zamawiając  napoje,  i 

poszła do kuchni.

Trevor,  który  właśnie  przysiadł  się  do  swoich  ludzi  na  końcu  sali,  stwierdził,  że  to 

idealny punkt do obserwowania piekielnie atrakcyjnej Darcy Gallagher przy pracy.

Po  wyjściu  z  kuchni  Darcy  miała  złe  błyski  w  oczach.  Nie  pozbyła  się  ich  nawet 

wówczas,  gdy  w  najbardziej  czarujący  sposób  gawędziła  z  klientami.  Podawała  napoje  i 

background image

jedzenie,  życząc  klientom  dobrego  apetytu.  Trevor  widział,  jak  jej  bystre,  niebieskie  oczy 

zapłonęły gniewem, gdy pojawiła się Sinead.

No, kochana, pomyślał Trevor, już po tobie.

Dokładnie tak samo i on potraktowałby leniwego pracownika.

Podziwiał  Darcy,  że  potrafiła  opanować  gniew  i  spojrzawszy  tylko  piorunującym 

wzrokiem na nową kelnerkę, kazała jej wracać  do zajęć. Pora lunchu nie była odpowiednią 

chwilą  na  besztanie.  Wyobrażał  już  sobie,  jak  Darcy  natrze  uszu  Sinead  po  skończonej 

zmianie.

- A na co szanowni  panowie mieliby dzisiaj  ochotę?  - Darcy wyjęła  notes, po czym 

zwróciła swoje wspaniałe oczy ku Trevorowi. - Wyglądasz na głodnego.

- Chętnie wezmę danie szefa kuchni - odparł Trevor.

- Popieram twój wybór. Z piwem?

- Z herbatą. Mrożoną.

- Oto jankeska metoda marnotrawienia najdoskonalszej herbaty. Już my się postaramy, 

żebyś się ucywilizował. A co dla panów?

- Przepadam za waszą rybą i chipsami.

Darcy uśmiechnęła się do kościstego mężczyzny o miłej, swojskiej twarzy.

- Mój brat bardzo się z tego ucieszy. A skąd pan pochodzi, jeśli wolno zapytać? Ma 

pan taki ładny akcent.

- Z Georgii, proszę pani. Jestem Donny Brime z Macon w Georgii. Ale nie słyszałem 

nigdy,  by ktoś  mówił  ładniej  od  pani. Ja  również  poproszę  o mrożoną  herbatę,  tak  jak  mój 

szef.

- A ja sądziłam, że płynie w panu irlandzka krew. A dla pana?

-  Wezmę  sztufadę,  frytki,  to  znaczy  chipsy  po  waszemu,  i...  -  Tęgi  mężczyzna  z 

ciemną szczeciną na brodzie zerknął niepewnie na Trevora. - Niech będzie mrożona herbata, 

jak dla wszystkich.

- Zaraz podam napoje.

- Ale piękna sztuka, nigdy takiej nie widziałem - westchnął Donny po odejściu Darcy. 

- Człowiek od razu czuje się mężczyzną prawda, Lou?

Lou podrapał się po brodzie.

- Mam piętnastoletnią córkę i gdybym przyłapał jakiegoś faceta na przyglądaniu się jej 

w taki sposób, w jaki sam spoglądałem na tę kelnerkę, zabiłbym go.

- Czy twoja żona i córka nadal zamierzają tutaj przyjechać? - Zapytał go Trevor.

- Jak tylko Josie skończy szkołę. Czyli gdzieś za dwa tygodnie.

background image

Trevor  oparł  się  wygodnie,  podczas  gdy  jego  towarzysze  wdali  się  w  rozmowę  o 

rodzinach. Na niego nikt nie czekał, nie wypatrywał dnia, kiedy wsiądzie w samolot i znajdzie 

się wśród swoich. Lepiej jest żyć samemu, niż popełnić błąd, którego jakiś czas temu cudem 

uniknął.

Samotne  życie  zapewnia  swobodę,  poruszania  się,  tak  niezbędną  w  jego  pracy. 

Dlatego też, choć matka nalegała, żeby się ustatkował i dał jej wnuki, nie miał wątpliwości, że 

w pojedynkę żyje się znacznie produktywniej.

Zerknął na sąsiedni stolik, przy którym siedziała młoda rodzina. Kobieta, jak mogła, 

starała  się  zabawić  swoją  pociechę,  gdy  tymczasem  ojciec  nerwowo  wycierał  słodki  napój, 

którym wydzierający się smarkacz zachlapał wszystko dookoła.

Darcy przyniosła herbatę. Udawała, że nie słyszy wrzasków dziecka.

- Zaraz otrzymacie wasze dania, a gdybyście chcieli więcej herbaty, dajcie mi znać. -

Wciąż uśmiechnięta, odwróciła się do sąsiedniego stolika, wręczając młodemu ojcu całą masę 

papierowych serwetek, machając jednocześnie ręką na jego przeprosiny.

- Och, nic się nie stało, prawda, chłopcze? - Przykucnęła koło dziecka. - Wytrzemy to, 

dobrze?  Tylko  że  takie  rzeczy  odstraszają  dobre  wróżki.  Gdyby  się  nie  bały,  że  je  znowu 

utopisz w swoich łzach, przyszłyby z powrotem.

- Gdzie one są? - zapytał rozkapryszony malec.

-  Teraz  się  pochowały,  ale  mogłyby  wrócić,  gdyby  wiedziały,  że  nie  zrobisz  im  nic 

złego. Niewykluczone, że kiedy zaśniesz, zatańczą przy twoim łóżeczku. Założę się, że twoja 

siostrzyczka już je ogląda. - Darcy skinęła głową w stronę śpiącego niemowlaka. - I dlatego 

się uśmiecha.

Chłopczyk  zaczął  pociągać  noskiem,  spoglądając  z  zainteresowaniem  na  śpiącą 

siostrę.

background image

3

- Nie uważasz, Sinead, że powinnyśmy wrócić do spraw, o których rozmawiałyśmy, 

gdy przyjmowałam cię do pracy?

W  przerwie,  pod  nieobecność  braci,  Darcy  posadziła  naprzeciwko  siebie  nową 

kelnerkę. To prawda, że pubem zarządza Aidan, a Shawn króluje w kuchni, ale rozumie się 

samo przez się, że w sprawach obsługi głos należy do Darcy.

Sinead poprawiła się na stołku i ściągnęła brwi z wyrazem skupienia na twarzy.

- Mówiłaś, że mam być miła, gdy przyjmuję zamówienia.

- No właśnie - Darcy łyknęła oranżady i  czekała, podczas gdy Sinead rozglądała się 

nerwowo po pubie, jakby go widziała pierwszy raz w życiu. - A co jeszcze zapamiętałaś?

- Aaa...

Chryste Panie, pomyślała Darcy, czy to dziewczynisko wszystko musi robić jak żółw?

- No cóż... - Sinead przygryzła wargę i zaczęła rysować palcem jakieś wzory na stole. 

- Miałam jeszcze uważać, żeby nie mylić dań i napojów i podawać je z uśmiechem klientom.

- A czy pamiętasz, Sinead, jak mówiłam, że należy szybko realizować zamówienia?

- Tak, pamiętam - Sinead wbiła wzrok we własną szklankę. - To wszystko jest takie 

trudne, Darcy, każdy wciąż czegoś chce.

-  Być  może,  ale  ludziom,  którzy  tu  przychodzą,  należy  podać  to,  czego  żądają.  Nie 

zrobisz tego, kryjąc się w toalecie przez połowę zmiany.

- Jude powiedziała, że z czasem się nauczę. - Kiedy Sinead podniosła wreszcie oczy, 

były pełne łez.

- Ze mną ten numer nie przejdzie. - Darcy pochyliła się do przodu. - Łzy działają tylko 

na mężczyzn. A więc słuchaj uważnie. Zgłosiłaś się do mnie z prośbą o pracę i obiecałaś, że 

będziesz solidnie pracować. No i co? Minęły zaledwie trzy tygodnie, a ty już nawalasz. Więc 

pytam cię wprost i czekam na szczerą odpowiedź. Zależy ci na tej pracy?

Sinead otarła oczy. Rozmazała mascarę, którą kupiła za pierwsze zarobione pieniądze. 

Dla  kogoś  taki  widok  mógłby  być  rozbrajający,  ale  Darcy  pomyślała  tylko,  że  dziewczyna 

powinna nauczyć się płakać z większym wdziękiem.

- Tak. Zależy mi na pracy.

-  Skoro  więc  doszłaś  do  takiego  wniosku,  chcę  cię  tu  widzieć  z  powrotem  na 

wieczornej zmianie.

W miejsce łez pojawiło się święte oburzenie.

background image

- Przecież mam wolny wieczór.

- Nie możesz mieć wszystkiego. Przyjdziesz tu, jeżeli zależy ci na pracy. Chcę, żebyś 

się  żywo  ruszała  od  stolika  do  stolika,  od  stolika  do  kuchni  i  z  powrotem.  Jeśli  coś  ci  się 

pomyli albo czegoś nie spamiętasz, przyjdź do mnie, a pomogę ci z tego wybrnąć. Ale...

Przerwała, czekając, aż Sinead podniesie znowu oczy.

- Nie będę tolerowała obijania się. Jeśli musisz iść na siusiu, w porządku, ale ilekroć 

zauważę, że znikasz na zapleczu i nie wychodzisz stamtąd przez pięć minut, potrącę ci funta.

- Ja... mam problem z nerkami.

Darcy roześmiałaby się, gdyby to nie było aż tak żałosne.

-  Nie  wciskaj  mi  kitu,  obie  dobrze  wiemy,  że  to  nieprawda.  Gdybyś  miała  jakieś 

problemy z kanalizacją, dotarłoby to do moich uszu.

Przyciśnięta do ściany Sinead przeszła od przepraszania do dąsów.

- Ale żeby aż funta, Darcy!

- Tak, funta, więc się lepiej zastanów, zanim stracisz pieniądze. - Na dobre imię pubu 

zapracowały  pokolenia.  Nie  możesz  obniżać  naszego  standardu.  Jeśli  nie  chcesz  lub  nie 

możesz pracować, wylatujesz. To twoja druga szansa, Sinead. Trzeciej już nie będzie.

- Aidan nie jest dla mnie taki surowy.

- Ale teraz masz ze mną do czynienia, nie z Aidanem, prawda? Daję ci dwie godziny 

na odpoczynek. Nie spóźnij się, bo uznam to za rezygnację z pracy.

- Będę za dwie godziny. - Wyraźnie niezadowolona Sinead podniosła się z miejsca. -

Potrafię sobie poradzić z tą pracą. To żadna sztuka dźwigać tace. Do tego nie potrzeba głowy.

Darcy uśmiechnęła się do niej promiennie.

- Widzę, że wreszcie do ciebie dotarło.

- Kiedy zaoszczędzę dość pieniędzy, żeby wyjść za Billy'ego, odejdę stąd.

To bardzo ambitne. Ale na razie mamy dzień dzisiejszy. Idź już więc, zanim powiesz 

coś, czego będziesz później żałować.

Darcy  pozostała  na  miejscu  i  nie  zdziwiła  się,  gdy  Sinead  na  odchodnym  trzasnęła 

drzwiami.

- Gdyby choć połowę energii zużywała na pracę, zaoszczędziłybyśmy sobie tej miłej 

pogawędki - powiedziała głośno.

Wzruszyła  ramionami  i  wstała,  żeby  odnieść  szklanki.  W  tym  momencie  od  strony 

kuchni wszedł Trevor. Nawet po całym dniu pracy nie stracił nic ze swego uroku.

- Mamy przerwę - oznajmiła Darcy.

- Drzwi kuchenne były otwarte.

background image

- Jednak teraz nie mogę ci dać ani kufelka.

- Nie przyszedłem na piwo.

- Naprawdę? - Widziała po jego spojrzeniu, czego tu szuka, ale lubiła taką grę. - Więc 

za czym się rozglądasz?

- Kiedy wstałem rano, jeszcze za niczym się nie rozglądałem. - Oparł się o bar. Oboje 

wiedzą o co chodzi,  pomyślał. Łatwiej jest tańczyć, kiedy partnerzy znają kroki. - A potem 

zobaczyłem ciebie.

- Czy nie jesteś aby za gładki w języku, panie Nowy Jork?

- Trev. Skoro jesteś wolna i masz parę godzin, nie spędziłabyś ich ze mną?

- A skąd wiesz, że jestem wolna?

- Wszedłem, kiedy kończyłaś musztrować kelnerkę. Ona nie ma racji i ty o tym wiesz.

- Co masz na myśli?

- Ta praca wymaga głowy, a ty potrafisz zrobić z niej użytek.

Zaskoczył ją. Rzadko który mężczyzna zauważał, że choć jest atrakcyjną kobietą, ma 

też swój rozum.

- A zatem pociąga cię mój rozum?

- Nie. - Tak się uśmiechnął, że aż poczuła miły dreszczyk na plecach. - Pociąga mnie 

opakowanie, a twój rozum mnie interesuje.

- No cóż, lubię szczerych mężczyzn, niezależnie od okoliczności.

Pomyślała,  że  oczywiście  poza  przyjemnym  flirtem  nie  nadaje  się  on  do  niczego 

więcej. I ku swojemu zaskoczeniu poczuła autentyczny żal.

Ponieważ istotnie miała trochę wolnego czasu, powiedziała:

- Możemy pospacerować po plaży. Ale czy aby ty nie musisz być w pracy?

- Mam nienormowany czas pracy.

-  Tobie  to  dobrze.  -  Podeszła  do  lady,  podniosła  barierkę.  -  Może  i  ja  coś  na  tym 

skorzystam.

Zbliżył się do niej tak, że stanęli twarzą w twarz.

- Tylko jedno pytanie.

- Postaram się udzielić na nie odpowiedzi.

- Jak to jest, że nie widzę tu nikogo, kogo musiałbym przedtem zabić? - Pochylił się, 

musnął leciutko ustami jej wargi.

Opuściła barierkę.

background image

- Jestem wybredna - odpowiedziała. Podeszła do drzwi, po czym odwróciła się przez 

ramię,  rzucając  mu  rozbawione  spojrzenie.  -  Jeżeli  się  zdecyduję  na  ponowienie  próby, 

Trevorze z Nowego Jorku, dam ci znać.

- Uczciwie stawiasz sprawę. - Wyszedł z nią na dwór, czekając, aż zamknie drzwi na 

klucz.

Powietrze  pachniało  morzem  i  kwiatami.  To  było  coś,  co  tak  bardzo  lubiła  w 

Ardmore.  Zapachy,  dźwięki,  cudowny  bezkres  wody.  Ileż  możliwości  kryje  w  sobie  to 

niezbadane  morze!  Wcześniej  czy  później  znowu  zderzy  się  z  lądem  i  będzie  to  już  inne 

miejsce, z nowymi ludźmi, odmiennymi sprawami Takie to dzieją się cuda.

I jakie to jednocześnie krzepiące, pomyślała, podnosząc rękę na powitanie, gdy Kathy 

Duffy zawołała do niej z podwórka.

- To twój pierwszy pobyt w Irlandii? - zapytała Darcy, kiedy szli w kierunku plaży.

- Nie, wielokrotnie odwiedzałem Dublin.

-  Jest  jednym  z  moich  ulubionych  miast.  -  Rozejrzała  się  po  plaży  z  grupkami 

turystów.  Zawróciła  i  poszła  w  stronę  klifów.  -  Ma  takie  cudowne  sklepy  i  restauracje. 

Brakuje tego w Ardmore.

- To dlaczego nie zamieszkasz w Dublinie?

-  Tutaj  jest  moja  rodzina...  a  właściwie  jej  część.  Jakiś  czas  temu  nasi  rodzice 

zamieszkali w Bostonie. Co tam Dublin, skoro prawie nic nie widziałam na świecie.

- A co widziałaś?

Popatrzyła  na  niego.  Rzeczywiście  rzadki  okaz.  Większość  znanych  jej  mężczyzn 

wolała mówić o sobie. Niech zatem będzie tak, jak on chce.

- Paryż, mam jeszcze bardzo świeże wrażenia. Znam też Dublin i wiele innych miejsc 

w moim kraju. Ale pub nie ułatwia podróżowania.

Odwróciła się i przez jakiś czas szła z uniesioną ręką, przesłaniając nią oczy.

- Zastanawiam się, jak będą wyglądały obok siebie. Trevor zatrzymał się, spojrzał w tę 

stronę, co ona.

- Teatr i pub?

Tak. Oglądałam rysunki, ale nie potrafię nic z nich zrozumieć. Rodzinie to się podoba, 

a są bardzo wybredni.

- Podobnie jak przedsiębiorstwo Magee'a.

Trudno mi zrozumieć, dlaczego ten człowiek wybrał akurat naszą wioskę. Jude mówi, 

że to po części sprawa sentymentu.

- Tak powiedziała?

background image

- Znasz historię Johnniego Magee i Maude Fitzgerald?

- Słyszałem ją. Byli zaręczeni i mieli się pobrać, ale on poszedł na wojnę i zginął na 

polach Francji.

- A ona nigdy nie wyszła za mąż i żyła samotnie w domku na Faerie Hill aż po kres 

swoich  dni.  Bardzo  długich  dni,  ponieważ  stara  Maude  miała  prawie  sto  jeden  lat,  kiedy 

odeszła.  Matka  jej  chłopaka  -  Johnniego  Magee  -  umarła  ze  smutku  kilka  lat  po  nim.  Nie 

znalazła pocieszenia w swoim mężu, w innych swoich dzieciach ani w religii.

Jakie  to  dziwne,  że  tak  rozmawia  o  własnej  rodzinie  z  kobietą,  którą  ledwie  zna.  A 

jeszcze dziwniejsze, że dowiaduje się od niej więcej niż od kogokolwiek innego.

- Sądzę, że nie ma nic gorszego niż strata dziecka.

- Też tak uważam, ale nie można zapominać o tych, którzy pozostali przy życiu. Nie 

można bez reszty pogrążyć się w żałobie.

- Masz rację. Co się z nimi stało?

- Powiadają, że jej mąż zaczął w końcu pić. A jej trzy córki powychodziły szybko za 

mąż  i  gdzieś  się  porozjeżdżały.  Jej  drugi  syn,  o  jakieś  dziesięć  lat  młodszy  od  Johnniego, 

podobno  zabrał  żonę  i  synka  do  Ameryki,  gdzie  zrobił  fortunę.  Nigdy  tu  nie  wrócił  i  nie 

utrzymywał kontaktu z rodziną, która tutaj została.

Odwróciła się i jeszcze raz popatrzyła na pub.

- Trzeba mieć serce z kamienia, żeby nigdy tu nie przyjechać, choćby jeden raz.

- Taak - mruknął Trevor. - To prawda.

- A teraz Magee chce poświęcić swój czas i pieniądze, przekonać się, co wyrośnie z 

ziarna zasianego w Ardmore.

- Czy widzisz w tym jakiś problem?

-  Nie.  Dobrze  na  tym  wyjdziemy,  podobnie  zresztą  jak  on,  tak  przynajmniej  sądzę. 

Interes  jest  interesem,  a  odrobina  sentymentu  też  nie  zawadzi,  pod  warunkiem,  że  nie 

zaciemnia istoty sprawy.

- Co masz na myśli?

- Zysk.

- Po prostu zysk?

Obróciła się, wskazała ręką na zatokę.

-  Oto  powraca  łódź  Tima  Riley'a.  Wyruszył  przed  świtem.  Rybołówstwo  to  ciężki 

chleb.  Tim  i  rybacy  wypływają  tak  każdego  dnia,  zarzucają  sieci,  zmagają  się  z  pogodą  i 

niszczą sobie kręgosłup. Jak sądzisz, dlaczego to robią?

- Nie wiem, co masz na myśli.

background image

- Kochają tę pracę. - Odrzuciła do tyłu włosy, obserwując unoszącą się na fali łódź. - I 

choć  narzekają  i  przeklinają,  kochają  takie  życie.  A  Tim  dba  o  swoją  łódź  jak  matka  o 

pierworodnego  syna.  Uczciwie  sprzedaje  swój  połów,  wszyscy  wiedzą,  że  Timowi  można 

zaufać. Mamy więc do czynienia z umiłowaniem pracy, tradycji, dbałością o reputację, ale u 

podstaw tego wszystkiego leży zysk. Gdyby nie potrzeba zarobienia na życie, czy nie byłoby 

to tylko hobby?

- Może rzeczywiście pociąga mnie twój rozum. Roześmiała się i znowu zaczęła iść.

- Lubisz swoją pracę?

- Tak, lubię.

- Co cię w niej najbardziej pociąga?

- A co zobaczyłaś, kiedy wyjrzałaś rano przez okno?

- Zobaczyłam ciebie. A oprócz tego potworny bałagan.

- No właśnie. Najbardziej lubię niezabudowane parcele i  stare budynki. Te ogromne 

możliwości, jakie widzę przed sobą, kiedy przystępuję do pracy.

-  Możliwości  -  powiedziała  półgłosem,  spoglądając  na  morze.  -  Rozumiem.  Więc 

lubisz tworzyć coś z niczego.

-  I  to  tak,  żeby  niczego  przy  tym  nie  uszkodzić.  Czy  na  przykład  ma  sens  ścinanie 

drzewa, żeby zastąpić je czymś innym?

- Znowu filozofujesz. - Wiatr rozwiewał mu włosy, a mała blizna świadczyła o innych 

cechach jego natury. - Masz więc świadomość tego, co robisz i kim jesteś?

- Chciałbym, żeby tak było.

Dziwne potrzeby jak na robotnika, pomyślała, ale pociągało ją to. Prawdę mówiąc, w 

tej chwili wszystko w nim ją pociągało.

-  Tutaj,  na  klifach,  powyżej  hotelu,  ludzie  wznosili  niegdyś  wspaniałe  budowle. 

Uległy zniszczeniu, ale pozostała ich dusza. Wyraźnie się to wyczuwa. Musisz znaleźć czas, 

żeby się tam wybrać.

- Zrobię to. Może byłabyś moim przewodnikiem?

- Zastanowię się. - Zawróciła, kierując się w drogę powrotną.

Wziął ją za rękę.

- Chcę się z tobą zobaczyć.

- Wiem. Ale jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania na twój temat. Kiedy kobieta zadaje 

się z obcym przystojnym mężczyzną, musi być bardzo ostrożna.

- Taka kobieta jak ty może położyć trupem wszystkich mężczyzn.

background image

Poirytowana, wyrwała rękę, którą trzymał. - Tylko wtedy, kiedy się sami o to proszą. 

Nie jestem nieczuła.

- Twoja uroda i bystry umysł to piorunująca kombinacja, i z pewnością korzystasz z 

obu tych atutów.

Zastanowiła się, czy jednak nie odejść od niego, ale naprawdę bardzo ją zaintrygował.

- Dziwna konwersacja. Nie wiem, czy cię lubię czy nie, ale niewykluczone, że znajdę 

dla ciebie trochę czasu. Teraz jednak muszę wracać do pracy. Nie powinnam się spóźnić po 

tym, jak udzieliłam reprymendy Sinead.

- Ona cię nie docenia.

- Co takiego?

-  Nie  docenia  -  powtórzył  Trevor,  kiedy  w  drodze  powrotnej  brnęli  przez  piasek.  -

Uważa, że zajmujesz najniższą pozycję w pubie prowadzonym przez twoich braci.

Darcy zmrużyła oczy.

- Tak to widzisz?

- Nie, tak to widzi twoja Sinead. Ale ona jest młoda i niedoświadczona. Nie dostrzega 

twego udziału w prowadzeniu  pubu. Obserwowałem cię dzisiaj.  - Popatrzył na nią. - Nigdy 

nie dajesz się wyprowadzić z równowagi.

- Chcesz mnie wziąć na komplementy... nie tędy droga. Chociaż muszę przyznać, że 

jeszcze nie słyszałam niczego takiego z ust mężczyzny.

- Nie, bo wszyscy oni  mówią ci, że  jesteś najpiękniejszą  kobietą, jaką  kiedykolwiek 

widzieli. Stwierdzanie czegoś tak oczywistego to strata czasu.

Przystanęła,  gdy  doszli  do  ulicy,  przyglądała  mu  się  przez  chwilę,  a  na  końcu  się 

roześmiała.

- Ale z ciebie oryginał, Trevorze z Nowego Jorku. Chyba cię lubię i nie będę miała nic 

przeciwko  przebywaniu  od  czasu  do  czasu  w  twoim  towarzystwie.  Gdybyś  był  jeszcze 

bogaty,  z  miejsca  bym  za  ciebie  wyszła,  żebyś  mnie  utrzymywał  i  dogadzał  mi  do  końca 

życia.

- Czy tego szukasz, Darcy? Zaspokojenia, dogadzania sobie?

-  Dlaczego  nie?  Mam  wielki  apetyt.  Dopóki  nie  spotkam  mężczyzny,  który  będzie 

mógł  spełnić  moje  zachcianki,  sama  o  siebie  zadbam.  -  Wyciągnęła  rękę,  by  dotknąć  jego 

policzka. - Co nie znaczy, że nie mogę teraz zjeść kolacji z kimś innym.

- A zatem mamy jeszcze szczerość i uczciwość.

-  Wtedy,  kiedy  mi  to  odpowiada.  A  ponieważ  odnoszę  wrażenie,  że  szybko 

rozszyfrowałbyś kłamstwo, czy warto zużywać energię?

background image

- Jeszcze i to. - Co?

- Skuteczność, Uważam to za bardzo ekscytującą cechę u kobiety.

- Chryste, ale z  ciebie dziwak.  Ponieważ jednak bawi mnie to, że tak łatwo się mną 

zachwycasz, przyjmuję zaproszenie na śniadanie.

- Jutro?

Zadzwoniła kluczami  w kieszeni,  zastanawiając się, dlaczego ten pomysł wydaje się 

jej taki pociągający.

- O ósmej spotkam się z tobą w restauracji hotelowej.

- Nie zatrzymałem się w hotelu.

- Skoro wynająłeś pokój ze śniadaniem, możemy...

-  A  więc  tu  jesteś,  Darcy.  -  Aidan  podszedł  od  tyłu,  trzymając  już  w  ręku  klucze.  -

Jude sądziła, że wpadniesz do nas z wizytą.

- Miałam czym innym zaprzątniętą głowę.

- Widzę, że poznałeś moją siostrę - powiedział Aidan do Trevora. - Nie wpadłbyś do 

nas na kufelek piwa?

- Muszę teraz popracować. Ja też miałem czymś zaprzątniętą głowę - odparł Trevor, 

zerkając na Darcy. - Ale chętnie skorzystam z zaproszenia innym razem.

- Będziesz zawsze mile widziany. Dzięki twoim ludziom mamy pełne ręce roboty. A 

teraz,  po  powrocie  Darcy,  z  pewnością  ruch  będzie  jeszcze  większy.  -  Mrugnął  okiem  i 

wsadził klucz do zamka. - Wieczorem urządzimy sobie seinsun. Przyjdź, a przekonasz się, co 

będziemy mogli zaoferować tym, którzy przybędą do twojej sali widowiskowej.

- Z góry się na to cieszę.

- Darcy, rozmawiałaś z Sinead?

Nie spuszczając oczu z Trevora, odparła:

- Mam to już za sobą. Zaraz przyjdą i wszystko ci opowiem.

- Dobrze. Do widzenia, Trevorze.

- Do zobaczenia wieczorem.

-  Twoi  ludzie?  -  powiedziała  Darcy,  kiedy  zamknęły  się  drzwi  pubu.  -  Twoja  sala 

widowiskowa?

- Zgadza się.

-  Czyli,  że  to  ty  jesteś  Magee.  -  Odetchnęła  głęboko,  żeby  choć  na  chwilę  się 

uspokoić. - Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?

- Bo nie pytałaś. A poza tym, jaka to różnica?

background image

-  Zasadnicza.  Nie  lubię,  żeby  mnie  wprowadzano  w  błąd  ani  bawiono  się  moim 

kosztem.

Zanim zdążyła otworzyć drzwi, Trevor błyskawicznie położył rękę na klamce.

-  Rozmawialiśmy  zaledwie  parę  razy  -  powiedział.  -  Nie  było  czasu  wszystkiego  ci 

wyjaśnić.

- Widać mamy inne zasady.

-  Może  po  prostu  jesteś  zła,  że  jednak  jestem  bogaty i  że  teraz  będziesz  musiała  za 

mnie wyjść?

Uśmiechnął się rozbrajająco, ale w odpowiedzi otrzymał tylko miażdżące spojrzenie.

-  Nie  uważam,  żeby  to  były  stosowne  żarty.  A  teraz  odejdź  od  drzwi.  Nie  chcę 

publicznych scen.

- Czyżby to była nasza pierwsza kłótnia?

- Nie. - Szarpnięciem udało jej się otworzyć drzwi, - Ostatnia. - Posłyszał jak z drugiej 

strony przekręca klucz w zamku.

-  Nie  sądzę  -  powiedział  rozbawiony.  Idąc  do  samochodu  pomyślał,  że  nadarza  się 

dobra okazja, by przejechać się na klify i obejrzeć ruiny, o których wszyscy mu opowiadają.

Zobaczył  prawdziwą  Irlandię.  Prastarą,  dziką  i  mistyczną.  Zdziwił  się,  że  poza  nim 

nikogo  tu  nie  ma.  Sądził,  że  każdy będzie  chciał  odwiedzić  to  położone wysoko na  klifach 

miejsce z malowniczymi ruinami.

Obszedł  dokoła  pochylone  ze  starości  kamienne  mury  kaplicy, wzniesionej  na  cześć 

świętego  Declana.  Stała  na  pagórkowatym terenie  strzegąc,  jak  mu  się  wydało,  duszy  tych, 

którzy tu spoczęli. Także trzy kamienne krzyże zdawały się stać na warcie, a między nimi, w 

studni, szemrała cicho świeża woda.

Słyszał, że można stąd odbyć ciekawy spacer w stronę cypla, wolał jednak zatrzymać 

się dłużej w tym miejscu.

Stwierdził, że Darcy miała rację mówiąc, że dawne wieki są tu wiecznie żywe.

Powodowany szacunkiem, a może przesądem, że nie należy deptać mogił, cofnął się 

kilka kroków.

Spojrzał w dół i dojrzał kamień nagrobny Maude Fitzgerald.

CZARODZIEJKA

-  Jesteś  więc  -  powiedział  szeptem.  -  Mam  twoje  zdjęcie  z  moim  stryjecznym 

dziadkiem. Ten stary album zachowała moja matka po śmierci dziadka.

Ukucnął,  wzruszony  i  szczerze  zdziwiony  rosnącymi  w  tym  miejscu  kwiatami, 

tworzącymi miękki, barwny kobierzec.

background image

- Musiałaś kochać kwiaty. Ogród wokół twego domku jest prześliczny.

- Maude umiała się obchodzić z roślinami.

Słysząc  ten  głos  Trevor  odwrócił  się  w  stronę  studni.  Stał  tam  dziwnie  ubrany 

mężczyzna,  cały  w  srebrze,  które  połyskiwało  w  słońcu.  Pewnie  wystroił  się  tak  z  okazji 

jakiejś  uroczystości  w  hotelu.  Miał  długie,  opadające  czarne  włosy,  figlarny  uśmiech  i 

niebieskie jak błyskawica oczy.

- Niełatwo cię przestraszyć, prawda? To przemawia na twoją korzyść.

-  Strachliwy  mężczyzna  nie  powinien  tu  przychodzić.  Wspaniałe  miejsce  -  dodał 

Trevor, rozglądając się dokoła.

- I ja je najbardziej lubię. Chyba jesteś tym Magee, który przyjechał z Ameryki, żeby 

zrealizować tu swoje marzenia.

- Mniej więcej. A kim ty jesteś?

- Jestem Carrick, zaczarowany książę. Cieszę się, że mogę cię poznać.

- Hmm.

Rozbawiony ton głosu Trevora sprawił, iż Carrick nastroszył brwi.

- Musiałeś o mnie słyszeć, nawet w tej twojej Ameryce.

- Oczywiście. - Trevor pomyślał, że albo ma do czynienia z wariatem, albo z aktorem, 

który nawet poza sceną grą swoją rolę.

- Tak się składa, że zamieszkałem w domku na wzgórzu.

-  Wiem,  u  licha,  gdzie  się  zatrzymałeś,  i  nie  musisz  do  mnie  mówić  takim 

pobłażliwym tonem. Nie sprowadziłem cię tutaj po to, żebyś się bawił moim kosztem.

- Ty mnie tutaj sprowadziłeś?

-  Och,  ci  śmiertelnicy  -  mruknął  Carrick.  -  Uważają,  że  wszystko,  co  robią,  jest 

wyłącznie ich dziełem. Zapominają o przeznaczeniu.

- Koleś, jeśli już musisz pić od samego rana, to przynajmniej nie stój na słońcu. Mogę 

odprowadzić cię do hotelu.

-  Pić?  Uważasz,  że  jestem  pijany?  -  Carrick  odrzucił  do  tyłu  głowę  i  roześmiał  się 

głośno.  -  Aleś  głupi!  Zaraz  pokażę  ci  coś  takiego,  że  będziesz  musiał  mi  uwierzyć,  bo 

zdążyłem już zauważyć, że jesteś cynikiem.

Oczy mężczyzny pociemniały jak kobalt, końce palców zaczęły mu świecić jak złoto, 

a po chwili w jego rękach pojawiła się przezroczysta jak woda kula. Na jej powierzchni unosił 

się  obraz,  przedstawiający  Trevora  i  Darcy  stojących  razem  na  plaży,  a  za  ich  plecami 

widniało Morze Celtyckie.

background image

- Nie przegap swojego przeznaczenia. Ona ma śliczną twarz, silną wolę i spragnione 

miłości serce. Czy jesteś na tyle sprytny, by zdobyć to, co ofiarowuje ci los?

Poruszył  nadgarstkami,  podrzucił  kulę,  która  pofrunęła  do  Trevora.  Odruchowo 

wyciągnął po nią ręce, poczuł, jak coś zimnego i miękkiego przepływa mu między palcami. 

Po chwila kula pękła jak balon.

- To dopiero diabelska sztuczka - wykrztusił Trevor, po czym spojrzał w stronę studni. 

Znowu był sam i tylko wiatr szumiał w trawach. - Diabelska sztuczka - powtórzył, wpatrując 

się wstrząśnięty w swoje puste dłonie.

background image

4

Przez  całą  noc  prześladowały  go  sny.  Trevor  zawsze  je  miewał,  ale  od  czasu 

zamieszkania w domku na Faerie Hill sny przybrały szczególnie wyrazistą formę.

Dziwny  mężczyzna  jechał  z  cmentarza  na  białym,  skrzydlatym  koniu  ponad 

rozległym, błękitnym morzem.

Również  Trevor  czuł  pod  sobą  potężny  grzbiet  i  silne  mięśnie  mitycznego 

wierzchowca.  Z  oddali  granica  nieba  i  wody  była  tak  wyraźna,  jakby  ktoś  wyrysował  ją 

ostrym ołówkiem wzdłuż linijki.

Woda miała szafirowy kolor, a niebo było szare jak dym.

Koń  zanurzył  się  i  jego  potężne  przednie  kopyta  pruły  powierzchnię,  rozbryzgując 

wodę, którą Trevor wyraźnie widział, a nawet ją czuł w pojedynczych kroplach. Miał słone 

wargi.

A  potem  znalazł  się  w  podwodnym świecie.  Zimnym,  jakże  zimnym,  w  tej  ciemnej 

toni  o  niesamowitej  poświacie.  Migotanie  opalizującego  światła  było  jak  trzepot 

czarodziejskich  skrzydeł,  a  pulsujący  rytm  wody  przypominał  melodię  wygrywaną  na 

piszczałkach.

Coraz niżej i niżej zanurzali się w tym żywiole. Towarzyszyło mu uczucie wzruszenia 

i grozy.

Na miękkim morskim dnie pulsowało niczym serce błękitne wzniesienie. Mężczyzna, 

który przedstawił się jako książę, zanurzył w nim rękę po ramię i Trevor poczuł gładką tkankę 

tej materii na własnej skórze. Zacisnął palce i szarpnął, wyrywając serce oceanu.

Dla  niej,  pomyślał,  zaciskając  je  z  całej  mocy.  Oto  świadectwo  mojej  stałości  i 

wierności. Tylko dla niej.

Kiedy się obudził, nadal miał zaciśniętą dłoń, ale biło tylko jego własne serce.

Jego ręka była pusta, ale czuł jeszcze w niej ładunek energii.

Serce oceanu.

To  niepoważne.  Nie  trzeba  być  znawcą  flory  i  fauny  morskiej,  by  wiedzieć,  że  nie 

istnieje żadna taka migotliwa błękitna materia, że na dnie Morza Celtyckiego nie bije żadne 

serce.  Wszystko  to  tylko  sen,  projekcja  podświadomości.  Pełna  symboli,  których  analiza 

mogłaby mu zająć całe życie, gdyby miał ku temu jakąkolwiek skłonność.

Ale jej nie miał.

background image

Wstał  z  łóżka,  by  udać  się  do  łazienki.  Odruchowo  przeciągnął  ręką  po  włosach. 

Stwierdził, że są wilgotne.

Stanął  jak  wryty,  powoli  opuścił  dłoń  i  wpatrywał  się  w  nią  z  niedowierzaniem. 

Ostrożnie podniósł ją do twarzy i powąchał. Zapach morskiej wody?

Nieubrany, usiadł ponownie  na brzegu łóżka.  Nie uważał się nigdy za  skłonnego do 

koloryzowania i fantazjowania. Prawdę mówiąc, miał się za człowieka, który pewniej stoi na 

ziemi niż inni. Ale jest faktem, że śniło mu się, iż mknie na skrzydlatym koniu przez morze, i 

że obudził się z wilgotnymi od wody morskiej włosami.

Czy jest na to jakieś racjonalne wyjaśnienie?

Wyjaśnienie  wymagało  dodatkowych  informacji.  Nadszedł  czas,  żeby  je  zacząć 

zbierać.

Było  za  wcześnie  na  to,  by  telefonować  do  Nowego  Jorku,  ale  nigdy  nie  jest  za 

wcześnie  na  faks.  Trevor  ubrał  się  i  zasiadł  w  swoim  niewielkim  gabinecie  obok  sypialni. 

Pierwsza wiadomość adresowana była do rodziców.

„Mamo i Tato!

Mam  nadzieję,  że  u  was  wszystko  w  porządku.  Budowa  posuwa  się  zgodnie  z 

harmonogramem,  trzymam  się  też  ściśle  budżetu.  Chociaż  po  kilkudniowej  obserwacji 

doszedłem  do  wniosku,  że  O'Toole'owie  obeszliby  się  beze  mnie,  postanowiłem  tu  zostać, 

przynajmniej na jakiś czas, i nadzorować pracę. To także kwestia kontaktów międzyludzkich. 

Większość  ludzi  sprzyja  projektowi.  Niemniej  jednak  prace  zakłócają  tu  spokój.  Sądzę,  że 

dobrze będzie, jeśli ludzie lepiej mnie poznają i przekonają się, o co mi chodzi.

Zamierzam także rozpocząć reklamę tego miejsca.

Spędzam  miło  czas  na  poznawaniu  najbliższych  okolic.  Jest  tu  tak  pięknie,  jak 

mówiłeś, Tato. Wspominają Cię tutaj czule. Powinniście wziąć urlop i przyjechać tu.

Pub  Gallagherów  odpowiada  waszemu  opisom  i  temu,  co  przeczytałem  w 

sprawozdaniu  Finkle'a  -  dobrze  prowadzony,  miły,  cieszący  się  tu  wielkim  powodzeniem. 

Połączenie go z salą widowiskową było trafnym pomysłem, Tato. Zamierzam pobyć tu dłużej i 

zorientować się, jak to wygląda na co dzień, coś by tu można zmienić albo ulepszyć.

Mamo, byłabyś  zachwycona  domkiem, w  którym  zamieszkałem.  Jest jak  z pocztówki, 

poza tym ma własnego ducha. Ty i ciocia Maggie natychmiast byście stąd uciekły. Na razie 

nie  mogę  was  zabawić  relacjami  z  odwiedzin  istot  nieziemskich,  ale  ponieważ  zamierzam 

zapoznać się bliżej z kolorytem lokalnym, byłbym rad, gdybyście mogły mi dostarczyć jakiejś 

informacji o tej legendzie. Chodzi oczywiście o nieszczęśliwy los kochanków, tutejszą pannę i 

zaczarowanego królewicza.

background image

Zadzwonię przy najbliższej okazji. Całuj , Trev”

Przeczytał  to  jeszcze  raz,  chcąc  się  upewnić,  że  prośba  ma  jak  najbardziej 

niezobowiązujący charakter, po czym przesłał wiadomość rodzicom.

Kolejny faks, skierowany do sekretarki, był bardziej zwięzły i rzeczowy.

„Angelo, proszę , żebyś przekazała mi wszelkie dostępne informacje na temat tutejszej 

lokalnej legendy. Szukaj pod: Carrick, zaczarowany królewicz, Gwen Fitzgerald, Faerie Hill 

Cottage, Old Parish, Waterford. Wiek siedemnasty.

Trevor Mage”

Po  nadaniu  faksu  spojrzał  na  zegarek.  Chociaż  było  już  parę  minut  po  ósmej,  za 

wcześnie  jeszcze,  żeby  sięgnąć  do  kolejnego  źródła.  Dopiero  za  godzinę  złoty  wizytę  Jude 

Gallagher.

Po załatwieniu spraw poczuł gwałtowną potrzebę napicia się kawy. Bardzo brakowało 

mu tu automatu do parzenia kawy z timerem. Zamierzał go kupić przy pierwszej okazji.

Jakie to rozkoszne uczucie budzić się rano, czując zapach parzącej się kawy.

Gdy zszedł na dół, usłyszał głośne pukanie do drzwi. Marząc o tym, by jak najszybciej 

napić się kawy, otworzył drzwi.

I doszedł do wniosku, że istnieje coś jeszcze lepszego od porannej kawy.

Każdy mężczyzna wyrzekłby się do końca życia kawy dla tej zalotnie uśmiechniętej, 

pięknej, niebieskookiej kobiety ubranej w opięty sweterek z dekoltem.

- Dzień dobry. Czy zawsze wyglądasz tak od samego rana?

- A czy ty zaprosisz mnie na śniadanie?

- Na śniadanie?

- Zdaje się, że coś wspomniałeś o tym.

- Słusznie. Zadziwiasz mnie, Darcy. I o to jej chodziło.

- A więc dostanę śniadanie czy nie?

-  Wejdź.  -  Otworzył  szerzej  drzwi.  -  Zobaczymy,  co  da  się  zrobić.  -  Wchodząc  do 

środka, lekko się o niego otarła.

Zerknęła  do  saloniku.  Był  prawie  taki  sam  jak  za  życia  Maude  -  porozstawiane  tu  i 

ówdzie ładne bibeloty, staroświecka narzuta na wypłowiałej sofie.

- Lubisz porządek, prawda? - Odwróciła się. - Cenię to u mężczyzn. A może po prostu 

uważasz, że tak łatwiej jest pracować.

- Tam, gdzie mieszkam, zawsze musi być porządek. - Położył rękę na jej ramieniu, a 

ona  odwróciła  głowę  i  w  najbardziej  naturalny  sposób  zajrzała  mu  w  oczy.  -  Jesteś  taka 

ciepła.

background image

- Czyżbyś się spodziewał czegoś innego? To zbyt banalne.

- Założę się, że nigdy nie jesteś banalna.

-  Tylko  czasami.  Ale  teraz  chcę  dostać  śniadanie.  -  Wyśliznęła  mu  się  spod  ręki  i 

zerknęła na niego przez ramię. - Przygotujesz coś, czy gdzieś pójdziemy?

- Przygotuję.

- Teraz mnie zaskoczyłeś. Człowiek z twoją pozycją zna się na kuchni?!

- Robię słynny na cały świat omlet z cheddarem i pieczarkami.

- Ocenię go, a jestem... niezwykle wybredna. - Udała się w stronę kuchni, podczas gdy 

on, olśniony jej urodą, wziął długi, głęboki oddech, zanim za nią ruszył.

Usiadła  przy  stole  na  środku  kuchni,  położyła  wdzięcznie  rękę  na  oparciu  krzesła, 

sprawiając  wrażenie  kobiety  przywykłej,  by  ją  obsługiwano.  Chociaż  jego  organizm  nie 

potrzebował już zastrzyku energii, przystąpił od razu do parzenia kawy.

-  Kiedy  tak  siedzę  i  patrzę,  jak  sobie  radzisz  z  domowymi  obowiązkami  -  zaczęła 

Darcy  -  zastanawiam  się,  dlaczego,  u  licha,  nie  przerwałeś  mojej  wczorajszej  paplaniny  o 

twojej rodzinie i o przodkach, a do tego okazałeś zainteresowanie informacją, która powinna 

być ci dobrze znana.

- Ponieważ jej nie znałem.

Tak  też  wczoraj  pomyślała.  Nie  wyglądał  na  człowieka,  który  traciłby  czas  zadając 

pytania, na które znał już odpowiedź.

- Jak to możliwe, jeżeli wolno zapytać?

Nie chciał o tym mówić, ale czuł, że winien jest jej wyjaśnienie.

-  Mój  dziadek  miał  bardzo  niewiele  do  powiedzenia  o  swojej  tutejszej  rodzinie,  o 

Ardmore, w ogóle o Irlandii.

Czekając,  aż  zaparzy  się  kawa,  przygotował  wszystko,  co  potrzeba,  do  zrobienia 

omletu.

-  Był  trudnym,  zamkniętym  w  sobie  człowiekiem.  Odnosiłem  wrażenie,  że 

wspomnienia stąd źle na niego działały. Więc nie rozmawiało się na ten temat.

- Rozumiem  - powiedziała Darcy, choć trudno jej  było zrozumieć  rodzinę, która nie 

rozmawia ze sobą szczerze. - Twoja babka również stąd pochodziła.

- Tak. I była mu we wszystkim posłuszna.

- Władczy mężczyźni działają na innych onieśmielająco.

-  Mojego  ojca  też  można  nazwać  władczym  mężczyzną.  Ale  nie  uważam,  żeby  był 

onieśmielający.

background image

-  No  i  wróciłeś  tu,  żeby  się  osobiście  przekonać,  jak  wygląda  to  miejsce,  skąd 

wywodzi się ród Magee.

- Po części.

Uniosła  brwi,  dając  do  zrozumienia,  że  nie  muszą  rozwijać  tematu.  Dotknęli  zbyt 

bolesnego miejsca i choć miała straszną ochotę jeszcze trochę go wybadać, dała na razie temu 

spokój.

- A skoro już tu jesteś, powiedz, co sądzisz o tym domku. Napięcie, które go ogarnęło, 

zelżało trochę. Chwycił kawę, zabierając się jednocześnie za robienie omletu.

- Właśnie wysłałem faks do matki, w którym napisałem, że domek jest jak z obrazka.

- Faks? Czy to właściwy sposób kontaktowania się syna z matką?

- Korzystamy z osiągnięć techniki, gdy zachodzi taka potrzeba. - Przypominając sobie 

o  dobrych  manierach,  również  jej  nalał  kawy.  -  Nie  ma  to  jak  kryty  strzechą  domek  na 

irlandzkiej prowincji i dobra kawa.

- Pominąłeś swoją zjawę. Omal nie upuścił patelni.

- Moją?

-  Mieszkasz  tu,  więc  jest  twoja.  Lady  Gwen  to  tragiczna  postać.  Współczuję  jej  i 

doceniam  romantyczną  stronę  tej  historii,  ale  trudno  mi  jest  zrozumieć  kogoś,  kto  cierpi  z 

miłości przez wieki, nawet po śmierci. Życie jest krótkie i trzeba z niego korzystać.

- Wiesz coś o niej więcej?

- Tyle samo, co każdy w tych stronach. - Z przyjemnością patrzyła na jego sprawne 

ręce zajęte pracą. - Ale Jude dokładnie zbadała ten temat, pisząc swoją książkę. Wiem także, 

że jest parę osób, które ją widziały.

Spojrzał przez ramię z niedowierzaniem. - A ty?

- Taką jak ja duchy wolą omijać z daleka. Może ty ją zobaczysz, gdy będzie się tutaj 

przechadzała.

- Wystarczy mi, że widzę tu ciebie. A co z drugą połową legendy? Tą o Carricku.

- Och, jest mądry i podstępny. Upór i duma sprawiły, że zamknął się w sobie, niemniej 

jednak  ucieka  się  czasami  do  swoich  sztuczek,  wypróbowując  je  na  ludziach.  Czy 

zauważyłeś, że podczas pracy Brenna zakłada swoje pierścionki - zaręczynowy i obrączkę -

na łańcuszek, który nosi na szyi?

-  Widziałem  człowieka,  który  omal  nie  stracił  palca,  zaczepiając  obrączką  o  piłę 

tarczową.  Ona  nie  jest  głupia  i  wie,  co  robi.  -  Wyjął  talerze  i  półmisek  na  jajka.  -  Co 

pierścionki Brenny mają wspólnego z legendą?

background image

- Jej zaręczynowy pierścionek jest z perłą, drugim klejnotem, który Carrick ofiarował 

Gwen - te łzy księżyca, które zebrał do swojej magicznej torby. Carrick dał perłę Shawnowi.

Trevor, żeby nie okazać zdziwienia, odwrócił się w stronę kredensu.

- Facet ma gest.

- Nic o tym nie wiem, ale ofiarował tę perłę przy grobie Maude, a teraz należy ona do 

Brenny. Za pierwszym razem ofiarował diamenty - klejnoty słońca. Zapytaj o to Jude, jeśli cię 

to ciekawi. Po raz trzeci i ostatni ofiarował szafiry. Z samego serca oceanu.

- Serce oceanu. - Przypomniał sobie swój sen i z wielką uwagą jeszcze raz spojrzał na 

własne dłonie.

- Pewnie myślisz, że to taka sobie piękna bajeczka. Podobnie było ze mną, dopóki jej 

bohaterami  nie  stali  się  moi  bliscy.  Wystarczy  wtedy  tylko  jeden  krok,  żeby  zakochani 

przysięgli sobie miłość. - Łyknęła kawy, spoglądając nań znad krawędzi filiżanki. - Wszyscy, 

którzy zamieszkali w domku Maude, przekonali się o tym na własnym przykładzie.

Milczał przez chwilę, przekładając na drugą stronę grzankę.

- Czy uważasz, że i mnie to czeka?

- Oczywiście. Choćbyś był nie wiem jakim realistą, w twoich żyłach płynie irlandzka 

krew.  Ponieważ  wyznaczeni  kandydaci  mają  odczarować  zaklęcie,  ty  będziesz  moim 

wybranym.

Zadumał się, wyjmując masło i dżem.

- Że też taka trzeźwo myśląca kobieta jak ty wierzy w czary.

- Wierzę? - Pochyliła się ku niemu. - Ja je rzucam. Patrząc w jej błyszczące oczy, bez 

wahania uwierzył, że jest czarownicą.

- Czy chcesz, żebym uwierzył w tę historię?

-  Tak,  chcę.  -  Wzięła  na  widelec  dużą  porcję  omletu.  -  Ludzie  wierzą,  że  jeśli  ktoś 

straci tutaj serce, będzie ślubował dozgonną miłość.

-  Jak  Maude.  -  Już  sama  myśl  o  tym  zaniepokoiła  go  bardzo.  -  Dlaczego  mi  to 

mówisz?

-  Właśnie  zastanawiałam  się,  czy  o  to  zapytasz.  Jesteś  atrakcyjnym  mężczyzną  i 

podobasz  mi  się.  Co  więcej,  nie  wstydzą  się  tego  powiedzieć,  że  twoje  bogactwo  także  się 

liczy. A więc skoro wszystko tak się dobrze składa, mogłabym spędzać z tobą więcej czasu.

- Czy to propozycja? Uśmiechnęła się do niego cudownie.

-  Jeszcze  niezupełnie.  Mówię  o  tym,  ponieważ  odnoszę  wrażenie,  że  nie  dajesz  się 

zwodzić pozorom, że żadne udawanie nie ujdzie twojej uwadze. Nie należę do kobiet, które 

się zakochują. Już  próbowałam - powiedziała, a jej promienne oczy posmutniały na chwilę. 

background image

Zaraz  jednak  otrząsnęła  się  i  posmarowała  masłem  grzankę.  -  To  po  prostu  nie  dla  mnie.  I 

może się okazać, że nie potrafimy przyjąć tego, co zgotowało nam przeznaczenie, ale gdyby 

się  okazało,  że  jest  inaczej,  uważam,  że  możemy  dojść  do  porozumienia,  które  nas  oboje 

zadowoli.

Biorąc  pod  uwagę  okoliczności,  doszedł  do  wniosku,  że  nie  zaszkodzi  im  kolejny 

zastrzyk energii. Wstał i dolał kawy do filiżanek.

- Spotykałem się z wieloma ludźmi z racji mojej pracy, poznałem wiele kultur i muszę 

powiedzieć, że jest to najdziwniejsza rozmowa przy śniadaniu, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi 

się prowadzić.

- Wierzę  w przeznaczenie,  Trevorze, w spotkanie  podobnych  sobie ludzi.  - Sięgnęła 

po kolejny kawałek omleta. - A ty?

- Wierzę, że ludzie mogą być do siebie podobni, ale przeznaczenie to już całkiem inna 

sprawa.

- Masz w sobie zbyt dużo irlandzkiej krwi, żeby nie być fatalistą - odpowiedziała.

- Czy taka jest cecha szczególna Irlandczyków?

-  Oczywiście.  Ale  w  mrocznych  przesądach  pozostajemy  sentymentalnymi 

optymistami.  Zaś  co  do  szczerości...  -  Gdy  jedli,  patrzyła  na  niego  rozjarzonymi  oczami.  -

Cóż może być lepszego od dobrze opowiedzianej legendy, jeśli nawet jest przekoloryzowana? 

Wreszcie, skoro szczerość jest czymś, co, jak sądzę, cenisz sobie wysoko, czy jest coś złego 

w  fakcie,  iż  daję  ci  do  zrozumienia,  że  jeśli  się  we  mnie  zakochasz,  nie  będę  miała  nic 

przeciwko temu?

Delektował się resztką kawy. A także swoją rozmówczynią.

- Próbowałem się zakochać. Ale i mnie się nie udało.

Po raz pierwszy zobaczył na jej twarzy współczucie. Dotknęła jego ręki.

- Niemożność potknięcia się jest, jak sądzę, niemniej bolesna niż sam upadek.

Popatrzył na ich złączone ręce.

- Jakże smutna z nas para, Darcy.

- Chyba lepiej wiedzieć wszystko o sobie. Może się zdarzyć, że jakaś piękna kobieta 

wpadnie  ci  w  oko,  a  wtedy  serce  wyskoczy  ci  z  piersi  i  wyląduje  u  jej  stóp.  -  Wzruszyła 

ramionami. - Ale zanim to nastąpi, nie miałabym nic przeciwko temu, żebyś przeznaczył mi 

trochę czasu, a także niewielką sumkę pieniędzy.

- Czyżbyś była tak interesowna?

- Owszem, nie wypieram się tego. - Poklepała go przyjaźnie po ręku, po czym wróciła 

do śniadania. - Nie musiałeś nigdy liczyć się z pieniędzmi, prawda?

background image

- Tak jakoś wyszło.

- Gdybyś jednak musiał zarobić dodatkowo, poświadczę, że przyrządzasz wyśmienity 

omlet. - Podniosła się, odnosząc oba talerze do zlewu. - Cenię sobie dobrą kuchnię, ponieważ 

sama w ogóle nie znam się na gotowaniu.

Podszedł i stanął za nią, przesuwając rękami wzdłuż jej ramion, aż do dłoni.

- Pozmywasz naczynia?

- Nie. Ale może je wytrę.

Pozwoliła,  żeby  ją  odwrócił  ku  sobie.  Kiedy  pochylił  głowę,  nie  bez  pewnego  żalu 

położyła palce na jego wargach, zanim zdążyły sięgnąć po jej usta.

- Oto, co sobie myślę. Każde z nas zna się na uwodzeniu, ale niech to  przynajmniej 

będzie w trochę lepszym stylu.

- Dobrze. Pozwól więc, że zacznę pierwszy. Zaśmiała się niskim głosem.

- Jeszcze jest na to za wcześnie. Odłóżmy tę przygodę na inną chwilę.

Przyciągnął ją odrobinę bliżej.

- Po co czekać? Jesteś fatalistką, a zatem wierzysz w przeznaczenie.

- Sprytnie to wykombinowałeś. Ale ponieważ mam na to ochotę, poczekamy. Mam na 

to wielką ochotę. - Przesunęła palcem po jego wargach i cofnęła się.

- Ja również. - Z rozmysłem znowu podniósł jej rękę do swoich warg.

- Może tu jeszcze wrócę, ale na obecnym etapie pozostawię ci jednak te naczynia. Czy 

odprowadzisz mnie do furtki, jak przystało na prawdziwego dżentelmena?

- Powiedz mi - powiedział, kiedy szli do drzwi - ilu mężczyzn owinęłaś sobie wokół 

palca?

-  Och,  straciłam  rachubę,  ale  żadnemu  to  nie  przeszkadzało.  -  Spojrzała  za  siebie, 

kiedy zaczął dzwonić telefon. - Nie musisz odpowiedzieć?

- Maszyna to za mnie załatwi.

- Automatyczna sekretarka i faks. Zastanawiam się, co by o tym pomyślała Maude. -

Wyszła na zewnątrz, tam, gdzie kwiaty kołysały się na wietrze. - Pasujesz do tego miejsca -

powiedziała,  wpatrując  się  w  niego  przez  chwilę.  -  Wyobrażam  sobie,  że  równie  dobrze 

pasujesz do jakiejś eleganckiej sali konferencyjnej.

Pochylił się, żeby zerwać gałązkę werbeny i wręczyć jej.

- Wróć.

- Sądzę, że jeszcze zawędruję w te strony. - Zatknęła kwiat we włosy i odwróciła się 

ku ogrodowej furtce.

background image

Dopiero teraz przekonał się, dlaczego nie słyszał, kiedy się tu zjawiła. Przyjechała na 

rowerze.

- Darcy, gdybyś zaczekała chwilę, odwiózłbym cię z powrotem.

- Nie ma potrzeby. Miłego dnia, Trevorze Magee. Wsiadła na rower i pomknęła w dół 

ścieżką  pełną  wybojów  i  dziur,  którą  miejscowi  nazywali  drogą.  I  udało  jej  się  przy  tym 

zachować cholernie seksowny wygląd.

* * *

Trevor  pojechał  najpierw  na  budowę,  a  do  domu  Gallagherów  dotarł  dopiero  po 

południu.  Na  jego  pukanie  odpowiedziało  głośne  szczekanie  psa.  Cofnął  się  o  krok,  czując 

respekt przed tym, co podnosi taki harmider.

Szczekanie  ustało  chwilę  przed  tym,  zanim  otworzyły  się  drzwi.  Pies  siedział  teraz 

obok Jude i wywijał szaleńczo ogonem. Trevor nie sądził, że jest on aż tak wielki.

-  Cześć,  Trevor.  Jakże  się  cieszę.  Wejdź,  proszę...  Spojrzał  znacząco  na  psa,  co 

rozśmieszyło Jude.

-  Finn  jest  łagodny  jak  baranek,  zapewniani  cię.  Bardzo  hałasuje,  a  ja  dzięki  temu 

mam  wrażenie,  że  mnie  ochrania.  Przywitaj  się  z  panem  Magee  -  wydała  polecenie,  na  co 

Finn posłusznie podał łapę.

- Wolałbym nie wchodzić mu w drogę. - Trevor bez przekonania uścisnął mu łapę.

- Mogę go zabrać, jeżeli ci przeszkadza.

-  Nie,  nie,  wszystko  w  porządku.  Bardzo  przepraszam  za  najście  w  środku  dnia. 

Liczyłem, że może znajdziesz jakąś wolną chwilę.

-  Mam  wiele  wolnych  chwil.  Wejdź  i  rozgość  się.  Napijesz  się  herbaty?  Jadłeś  już 

lunch? Shawn przysłał wspaniałą zapiekankę.

- Nie, dziękuję. Nie rób sobie kłopotu.

- To żaden kłopot - powiedziała i w tej samej chwili przycisnęła jedną rękę do krzyża, 

a drugą do brzucha.

- Siadaj. - Trevor ujął ją za ramię i poprowadził do saloniku. - Muszę wyznać, że na 

widok dużych psów i ciężarnych kobiet tracę odwagę.

To nie była prawda. Duże psy może i odbierały mu odwagę, ale na widok ciężarnych 

kobiet dziwnie łagodniał.

- Obiecuję, że nie zostaniesz pogryziony. - Usiadła w fotelu, wdzięczna mu za pomoc. 

-  Poprzysięgłam  sobie,  że  do  końca  zachowam  spokój  i  wdzięk.  Jestem  jeszcze  dosyć 

spokojna, ale z wdziękiem pożegnałam się w szóstym miesiącu ciąży.

background image

- Całkiem nieźle sobie radzisz. Czy to będzie chłopczyk, czy dziewczynka?

-  Wolimy,  żeby  to  była  niespodzianka.  -  Kiedy  podszedł,  by  usiąść  w  pobliżu  jej 

fotela, położyła rękę na łbie Finna. - Wybrałam się wczoraj wieczorem na spacer i obejrzałam 

twój plac budowy. Prace posuwają się naprzód.

- W  równym tempie.  Za rok o  tej porze  będziesz  mogła tam  pójść i  wziąć udział  w 

spektaklu.

- Z góry się na to cieszę, nawet nie wiesz, jak bardzo. Musisz mieć wielką satysfakcję, 

gdy twoje wizje zamieniają się w rzeczywistość.

- Czy i ty tego nie robisz? W swoich książkach, oczekując dziecka.

- Czy możesz mi powiedzieć, co tak zaprząta twoje myśli? Zawahał się na chwilę.

- Zapomniałem, że jesteś psychologiem.

-  Wykładałam psychologię.  -  W  ciągu  ostatniego  roku  wyleczyłam się  z  nadmiernej 

nieśmiałości, która nie pozwalała mi mówić tego, co myślę. Ma to swoje wady i zalety. Nie 

zamierzam się naprzykrzać.

-  Przyszedłem  tutaj,  żeby  cię  o  coś  zapytać.  Domyśliłaś  się  tego.  To  nie  jest 

naprzykrzanie się... Intryguje mnie opowieść o Carricku i Gwen.

- Tak? Co chcesz o nich wiedzieć?

- Wierzysz, że istnieją? Że istnieli? - poprawił się.

- Wiem, że istnieją. - Widząc niedowierzanie w jego oczach, zamilkła na chwilę, żeby 

zebrać myśli. - Pochodzimy z różnych stron. Ty z Nowego Jorku, ja z Chicago. Przemądrzałe 

i zadufane w sobie mieszczuchy, które opierają swoje życie na realiach codzienności.

Domyślił się, do czego zmierza, pokiwał głową.

- Ale obecnie jesteśmy gdzie indziej.

-  Tak.  To  miejsce  obecnie  stało  się  moim  domem,  a  także  przemówiło  do  ciebie, 

sprawiło, że chcesz tu budować swoje marzenia. Zaczynamy tutaj rozumieć sprawy, o których 

zapomnieliśmy.

- Rzeczywistość pozostaje rzeczywistością, bez względu na to, w jakiej części świata 

przebywamy.

- Ja też tak myślałam. A skoro nadal tak uważasz, dlaczego martwisz się o Carricka i 

Gwen?

- Interesują mnie. - Widziałeś ją? - Nie.

- A więc jego.

Trevor zawahał się, przypomniał sobie mężczyznę, który pojawił się w pobliżu studni 

świętego Declana.

background image

- Nie wierzę w czarodziejów ani we wróżki.

-  Sądzę,  że  Carrick  wierzy  w  ciebie  -  powiedziała  półgłosem  Jude.  -  Pragnę  ci  coś 

pokazać. - Chciała wstać i Trevor poderwał się na nogi, żeby jej pomóc. - Nie, jeszcze sama 

dam sobie radę. - Wyprostowała się, opierając się rękami o fotel. - Poczekaj chwilkę.

Kiedy  wyszła,  Trevor  usiadł  z  powrotem.  On  i  Finn  przyglądali  się  sobie  z 

zainteresowaniem, aczkolwiek nieufnie.

- Nie zamierzam ukraść zastawy stołowej i proponuję zawieszenie broni.

Finn  podszedł  niepewnym  krokiem,  a  następnie  bezceremonialnie  położył  przednie 

łapy na kolanach Trevora.

-  Chryste!  Teraz  już  wiem,  dlaczego  mój  ojciec  nie  zgodził  się,  żebym  miał 

szczeniaka. Siad!

Finn natychmiast usiadł na podłodze i zaczął lizać rękę Trevora.

- A więc zaprzyjaźniliście się. Trevor spojrzał na Jude. - Jeszcze jak.

- Leżeć, Finn. - Siadając obok Trevora na niskim, wyplatanym ze sznurka leżaku, Jude 

odruchowo  poklepała  psa.  -  Wiesz,  co  to  jest?  -  Otworzyła  dłoń,  w  której  trzymała 

przezroczysty, błyszczący kamień.

-  Wygląda  jak  diament,  ale  biorąc  pod  uwagę  wielkość,  powiedziałbym,  że  jest  to 

bardzo ładnie oszlifowany kawałek szkła.

-  Diament  czystej  wody,  od  osiemnastu  do  dwudziestu  karatów.  Kupiłam  fachową 

książkę, lupę i sprawdziłam. Nie chciałam go zanosić do jubilera. Nie krępuj się - zachęciła 

go - przyjrzyj mu się bliżej.

Trevor wyjął go z jej ręki, podniósł do światła.

- Dlaczego nie chciałaś go zanieść do jubilera?

-  Uznałam,  że  nie  uchodzi,  ponieważ  jest  to  prezent.  W  ubiegłym  roku,  kiedy 

odwiedziłam  grób  kuzynki  Maude,  widziałam,  jak  Carrick  wysypuje  ich  całe  morze  ze 

srebrnej torby,  którą  nosi  przy pasie.  Widziałam,  jak  zamieniają  się  w  kwiaty,  z  wyjątkiem 

tego jednego, który leżał wśród nich i połyskiwał.

Trevor obrócił kamień w ręku i zadumał się.

- Klejnoty słońca.

-  Od  chwili,  kiedy  tam  poszłam,  odmieniło  się  moje  życie.  A  to  jest  symbol  tych 

zmian. I nie ma znaczenia, czy to ładne szkiełko, czy bezcenny klejnot. Ja dostrzegłam w nim 

magię i to otworzyło przede mną inny świat.

- Ja lubię świat, w którym żyję.

- Tylko od ciebie zależy, czy go zmienisz, czy nie. Po co przyjechałeś do Ardmore?

background image

- Żeby budować mój teatr.

To, co zbudujesz, również zależy tylko od ciebie.

background image

5

Trevor  mówił  sobie,  że  chce  spędzić  wieczór  w  pubie  ze  względów  zawodowych. 

Wolał tak uważać, ponieważ z trudem godził się z myślą, iż znalazł się tutaj w dużej mierze 

po  to,  żeby  popatrzeć  na  Darcy.  Nie  jest  zakochanym  smarkaczem,  lecz  poważnym 

biznesmenem. A pub Gallaghera w pewnym sensie ma związek z jego interesami.

Prawie wszystkie stoliki były zajęte - rodziny, pary, grupy turystów pochylały się nad 

kuflami  i  szklanicami,  zajęte  rozmowami.  W  rogu  sali  siedział  młody,  chyba  piętnastoletni 

chłopak  i  grał  rzewną  melodię  na  koncertynie.  W  kominku  palił  się  ogień,  jako  że  pod 

wieczór ochłodziło się i zrobiło wilgotno, a wokół czerwonego płomienia trzaskającego torfu 

przysiadło  trzech  starszych  mężczyzn  o  ogorzałych  od  wiatru  twarzach,  paląc  w  zadumie  i 

przytupując nogami  do taktu.  Obok, na  kolanach  matki,  skakało i  chichotało  dziecko, które 

jeszcze nie miało okazji zdmuchnąć swojej pierwszej świeczki urodzinowej.

Trevor  pomyślał,  że  jego  własna  matka  zachwyciłaby  się  tym  wszystkim.  Carolyn 

Ryan Magee była Irlandką w czwartym pokoleniu, dzieckiem rodziców, których noga nigdy 

nie  stanęła  na  irlandzkiej  ziemi  -  podobnie  jak  wcześniej  nie  zawitali  tutaj  ich  rodzice.  A 

mimo to bardzo ceniła swoje korzenie.

Zrozumiał, że to z jej powodu zapragnął poznać historię rodziny ze strony ojca.

To matka grywała w domu irlandzką muzykę, podczas gdy ojciec, wznosząc oczy do 

nieba, z trudem to tolerował. To ona opowiadała synowi bajki do łóżka o Dobroludkach i o 

pukach - złych duszkach.

I  to  ona  łagodziła  zadrażnienia  pomiędzy  ojcem  i  jego  rodzicami.  Choć  nie  była  w 

stanie  ocieplić  ich  stosunków,  zbudowała  jednak  ten  chwiejny  pomost,  który  umożliwił 

utrzymywanie poprawnych kontaktów.

W rzeczy samej Trevor zastanawiał się, czy zauważyłby dystans między swoim ojcem 

a jego rodzicami, gdyby nie miłość i otwartość wszechobecna we własnym domu.

Nigdy nie spotkał tak oddanych sobie ludzi jak jego rodzice.

Wyobraził  sobie  matkę,  siedzącą  tutaj  tak  jak  on  teraz,  chłonącą  to  wszystko, 

włączającą  się  do  śpiewu,  ucinającą  sobie  rozmówki  z  nieznajomymi.  Myśląc  tak,  uważnie 

rozejrzał się po lokalu, poprzez unoszący się w powietrzu bladoniebieski dym. Najwyraźniej 

brakowało tu wentylacji. Następnie skierował się w stronę baru. Co tu się troszczyć o zdrowie 

klientów, skoro właśnie taka atmosfera najbardziej im odpowiadała.

background image

W krańcu baru zobaczył Brennę, zręcznie nalewającą piwo i pochłoniętą rozmową z 

mężczyzną, który musiał mieć sto lat albo i więcej.

Trevor zajął jedyny wolny taboret i czekał, aż Aidan przekaże szklanki i wyda resztę.

-  Jak  leci?  -  zapytał  Aidan,  dolewając  piwa  do  dwóch  kufli,  które  podstawił  pod 

kraniki.

- Świetnie. Widzę, że masz pełne ręce roboty.

- Jak zawsze,  i tak będzie prawie co wieczór, aż  do zimy. Czym mogę ugasić twoje 

pragnienie?

- Wezmę duże piwo.

-  To  rozumiem.  Jude  mówiła,  że  niepokoją  cię  pewne  sprawy  związane  z  naszym 

kolorytem lokalnym.

- To tylko ciekawość.

-  Ciekawość,  jasne!  -  Po  napełnieniu  dwóch  poprzednich  kufli  Aidan  rozpoczął 

powolny proces nalewania piwa Trevorowi. - Człowiek nie może się oprzeć ciekawości w tej 

sprawie, kiedy zauważa, że sam jest w nią wplątany. Wydawcy Jude uważają, że jej książka 

ściągnie na ten nasz mały zakątek świata duże zainteresowanie. A to znaczy dobry interes dla 

nas obu.

-  Musimy  się  więc  na  to  przygotować.  -  Rozejrzał  się  wokół  i  zauważył,  że  Sinead 

porusza  się  dzisiaj  z  dużo  większą  energią.  Ale  nigdzie  nie  było  widać  Darcy.  -  Będziesz 

potrzebował więcej ludzi do pomocy, Aidanie.

- O tym samym pomyślałem. - Napełnił frytkami koszyk i postawił go na kontuarze. -

Kiedy przyjdzie czas, Darcy pogada z ludźmi.

Jak na zawołanie zza kuchennych drzwi dobiegł głos Darcy, pełen świętego oburzenia 

i pomysłowych przekleństw.

-  Nie  masz  nic  na  swoje  usprawiedliwienie,  ty  dupo  wołowa,  nie  rozumiem  też, 

dlaczego  twierdzisz,  że  masz  głowę  twardą  jak  skała,  skoro  wiem,  że  jest  całkiem  pusta, 

ponieważ jesteś durny jak głąb kapuściany.

Kiedy zaskoczony Trevor nasłuchiwał, Aidan nawet nie przerwał pracy.

-  Trochę  się  zezłościła  ta  nasza  siostrunia,  a  Shawn  robi  wszystko,  żeby  ją 

sprowokować.

- Sekutnica? Ja ci dam sekutnicę, ty zezowata, bezzębna, nędzna kreaturo!

Rozległ  się  głośny  huk,  pisk,  posypały  się  kolejne  przekleństwa  i  już  po  chwili 

zarumieniona  Darcy  wypłynęła  tanecznym krokiem  zza  drzwi,  opierając  na  biodrze  wielką, 

wyładowaną po brzegi tacę.

background image

- Brenna, rondlem do gulaszu rozwaliłam łeb twojemu mężowi. Zupełnie nie pojmuję, 

jak inteligentna kobieta mogła poślubić takiego pawiana.

- Ponieważ robi świetny gulasz. Mam nadzieję, że garnek nie był pełny.

-  Był  pusty.  Dlatego  wydał  taki  ładny  dźwięk.  -  Odrzuciła  głowę  i  prychnęła 

zadowolona z siebie. Poprawiając tacę, odwróciła się ku barierce i dostrzegła Trevora.

Złość, jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, zniknęła z jej twarzy. W gniewnych 

oczach pojawił się wyraźnie zmysłowy odcień.

- No, no, popatrzcie tylko, kto tu się schronił w deszczowy wieczór - mruknęła cicho, 

zbliżając się wolnym krokiem. - Mógłbyś podnieść barierkę, kochanie? Mam zajęte obie ręce.

Przez  ponad  połowę  swojego  życia  balansowała  tacami,  posługując  się  tylko  jedną 

ręką, ale chciała zobaczyć, jak jej pomaga.

- Miło jest, kiedy taki silny i przystojny mężczyzna wybawia z kłopotu słabą kobietę.

-  Uważaj,  Trev,  za  tą  urodziwą  twarzyczką  kryje  się  żmija  -  powiedział  Shawn, 

wychodząc z kuchni, żeby dostarczyć do baru kolejne zamówienie.

- Nie zwracaj uwagi na bełkot tej małpy. - Rzuciła ostre spojrzenie przez ramię. - Nasi 

rodzice, ludzie o miękkich sercach, odkupili go od Cyganów. Zmarnowali w ten sposób dwa 

funty i dziesięć pensów.

Kręcąc biodrami, poszła obsłużyć gości.

- Jeszcze mi za to zapłaci - mruknął Shawn. - Dobry wieczór, Trev. Co byś zjadł?

- Chyba spróbuję gulaszu. Słyszałem, że jest dzisiaj szczególnie dobry.

-  Ano  tak.  -  Uśmiechając  się  ponuro,  Shawn  potarł  guza  na  głowie.  Jego  wzrok 

powędrował w stronę młodego chłopca, który grał teraz jakąś żywszą melodię. - Trafiłeś na 

dobry wieczór. Connor potrafi grać jak anioł.

- Chciałbym też posłuchać twojej gry. - Trevor usadowił się znowu na swoim stołku. -

Ludzie bardzo cię chwalą.

- Potrafię trochę brzdąkać. Tak jak wszyscy Gallagherowie.

-  Muszę  jeszcze  zasięgnąć  opinii  na  temat  twojej  muzyki.  Chcę  się  skontaktować  z 

agentem.

- Och, daj spokój. Zaproponowałeś dobrą cenę za moje piosenki. Ufam, że mnie nie 

oszukasz. Dobrze ci patrzy z oczu.

- Zręczny agent mógłby wycisnąć więcej.

- Nie potrzebuję więcej. - Zerknął na Brennę. - Mam już wystarczająco dużo.

Trevor pokręcił głową i sięgnął po piwo, które postawił przed nim Aidan.

background image

-  Finkle  mówił,  że  nie  masz  głowy  do  biznesu.  Dodam  więc  jeszcze  od  siebie,  że 

przeszedłeś moje najśmielsze oczekiwania. Nie obraź się.

- Ani mi się śni.

Trevor  przyglądał  się  Shawnowi  znad  brzegu  kufla.  -  Finkle  powiedział,  że 

zaszachowaliście go, wspominając o innym inwestorze, właścicielu restauracji z Londynu.

-  Tak  powiedział?  - W  oczach  Shawna  pojawiły  się  figlarne iskierki.  -  Aidanie,  czy 

wiesz coś o restauratorze z Londynu, który byłby zainteresowany połączeniem się z naszym 

pubem?

Aidan zrobił poważną minę.

- O ile dobrze pamiętam, to pan Finkle coś o tym wspominał, chociaż go zapewniłem, 

że nie ma nikogo takiego. Zadaliśmy sobie dużo trudu, żeby go o tym przekonać.

- Tak też myślałem. Bardzo sprytnie.

Usłyszał radosny śmiech Darcy. Gdy odwrócił się, zobaczył, jak głaszcze Connora po 

głowie. Jej oczy świeciły się do niego, kiedy zaczęła śpiewać.

Była  to  szybka  melodia  o  bogatym  brzmieniu.  Znał  ją  z  pubów  Nowego  Jorku  i  od 

matki, kiedy ogarniała ją tęsknota za irlandzką muzyką, nigdy jednak nie słyszał podobnego 

wykonania. Ani takiego głosu, który był jak mocne, dojrzałe wino.

Czytał raport Finkle'a, w którym była wzmianka o głosie Darcy. Trevor nie poświęcił 

temu większej uwagi. Będąc właścicielem studia nagrań wiedział z doświadczenia, jak często 

wynoszone  są  pod  niebiosa  talenty,  niezasługujące  na  nic  więcej,  poza  uprzejmymi 

oklaskami.

Teraz  musiał  jednak  przyznać,  że  należało  bardziej  zaufać  informacjom  swojego 

człowieka.

Kiedy doszła do refrenu, Shawn przyłączył się do śpiewu. Darcy zbliżyła się do baru i 

kładąc niedbale rękę na ramieniu Trevora, zaśpiewała, patrząc na brata.

„Oj matulu moja, już wracam do domu, chociaż chłopaki nie dają spokoju”.

Trevor  pomyślał,  że  takiej  jak  ona  chłopaki  na  pewno  nie  dają  spokoju.  Sam  miał 

wielką ochotę dotknąć jej włosów, przyciągnąć ją do siebie, i rozkoszować się nią.

Z pewnością tysiące mężczyzn zareagowałoby w taki sam sposób.

Po  skończonej  piosence  Darcy  przechyliła  się  przez  kontuar  i  dała  głośnego  całusa 

Shawnowi.

- Kretyn - powiedziała z nieukrywaną miłością.

- Sekutnica.

background image

- Trzy porcje ryby z frytkami, dwa gulasze i dwa kawałki twojego ponczowego ciasta. 

A  teraz  wracaj  do  kuchni,  gdzie  jest  twoje  miejsce.  -  Odwracając  się  do  Aidana,  jakby  od 

niechcenia musnęła ręką ramię Trevora. - Trzy duże guinnessy i harp, szklanka smithwicka i 

dwie cole. Jedna z nich dla Connora, od firmy Pozwolisz? - zapytała Trevora, wypijając łyk 

jego piwa.

- Czy przyjmiesz zamówienie?

- Oczywiście. Nic innego tutaj nie robię.

- Zaśpiewaj jeszcze.

- Może później. - Ustawiła na tacy drinki.

-  Nie,  teraz.  -  Wyjął  z  kieszeni  banknot  dwudziestofuntowy,  ujął  go w  dwa  palce.  -

Tym razem balladę.

Spojrzała na banknot.

- To spory napiwek jak na jedną piosenkę.

- Zapomniałaś, że jestem bogaty?

- O takich rzeczach się nie zapomina. - Sięgnęła po pieniądze, ale on cofnął rękę.

- Najpierw zaśpiewaj.

Postanowiła  nie  zwracać  na  niego  uwagi,  może  nawet  trochę  mu  podokuczać.  Ale 

teraz  chodziło  o  dwadzieścia  funtów,  a  śpiewanie  przychodziło  jej  bez  wysiłku.  Więc 

uśmiechnęła się do niego i zaśpiewała:

„Przybywajcie  wszystkie  dziewice  -  piękne  i  młode.  Wy,  które  jesteście  jak 

ukwiecona  łąka.  Pilnujcie  waszego  ogrodu,  by  żaden  mężczyzna  nie  ukradł  wam  z  niego 

miodu.”

Connor podchwycił melodię, czerwieniąc się trochę, kiedy do niego mrugnęła i podała 

mu  colę.  Obsłużyła  również  innych,  wzdychając,  gdy  śpiewała  o  żalu  z  powodu  utraconej 

niewinności. Ponieważ Trevor za to płacił, patrzyła na niego, powracając do baru. I dla niego 

śpiewała ostatnie strofy.

Gdy  rozbrzmiały  oklaski,  z  zadowolenia  pojaśniały  jej  oczy.  Jarzyły  się,  kiedy 

chwyciła banknot z jego ręki.

-  Jeśli  za  każdą  dasz  dwudziestkę,  zaśpiewam  ci  tyle  piosenek,  ile  zechcesz.  -  Po 

czym, odbierając nalane przez Aidana guinnessy, odeszła, żeby je podać.

- Do licha, zrobię to samo za połowę ceny - zawołał ktoś z głębi sali i przekrzykując 

roześmiany tłum zaczął śpiewać Biddy Mulligan.

-  W  weekend  dajemy  prawdziwy  koncert  -  poinformował  Trevora  Aidan.  -  A  bar 

Gallaghera opłaca orkiestrę.

background image

-  Przyjdę  posłuchać.  -  Obserwował  Darcy,  która  weszła  za  bar  i  kierowała  się  do 

kuchni. - Czy występujecie czasem we trójkę?

-  Shawn,  Darcy  i  ja?  Od  czasu  do  czasu  na  ceili  albo  tutaj  dla  rozrywki.  Parę  razy 

zarobiłem sobie na kolację, kiedy podróżowałem.

- To pewnie ciężki kawałek chleba?

- Zależy od angażu.

Trevor posiedział jeszcze godzinę, delektując się piwem, jedząc ze smakiem gulasz i 

przysłuchując się niezmordowanemu Connorowi, grającemu jedną melodię po drugiej.

Wstał raz, żeby otworzyć drzwi parze ze śpiącym dzieckiem na rękach. Zauważył, że 

lokal  opuszczają  rodziny  i  mężczyźni  o  ogorzałych  twarzach.  Rybacy,  który  przed  świtem 

wypłyną w morze.

Około dziewiątej przestano zamawiać gorące dania, ale kiedy podniósł się do wyjścia,

piwo z kraników lało się strugą.

- Czy uważasz, że pora spać, szefie? - zawołała Brenna.

- Tak. Chyba że zdradzisz mi, jakie to witaminy trzymają cię w tak dobrej formie na 

nogach przez piętnaście godzin pracy.

-  To  nie  witaminy.  -  Pochyliła  się,  żeby  poklepać  powykręcaną  dłoń  starego 

człowieka,  siedzącego  na  tym  samym  stołku  od  wielu  godzin.  -  To  przebywanie  w  pobliżu 

mojej prawdziwej miłości, pana Rileya, dodaje mi energii.

Riley zarechotał.

- Więc podaj nam jeszcze po kufelku, a na dodatek daj mi buziaka, moja kochana.

- Czemu nie, tyle że kufelek kosztuje, ale buziak będzie za darmo.

Wycisnęła go na policzku Rileya i odwróciła się do Trevora.

- Zobaczymy się jutro rano.

-  Chciałbym  na  chwilę  wypożyczyć  twoją  siostrę  -  powiedział  Trevor  do  Aidana  i 

złapał za rękę Darcy, kiedy przechodziła obok niego. - Twoja kolej, żebyś mnie odprowadziła 

do wyjścia.

-  Sądzę,  że  mogę  ci  poświęcić  chwilę.  -  Odstawiła  tacę  i  nie  zwracając  uwagi  na 

niezadowoloną minę Aidana ruszyła ku drzwiom.

Powietrze nasiąknęło wilgocią. Kłęby mgły nadciągały znad morza i rozpełzały się po 

lądzie. Niedaleko słychać było równomierne uderzanie fal o brzeg, a także stłumiony dźwięk 

syreny niewidocznej w mroku łodzi.

-  Jakie  cudowne  jest  to  świeże  powietrze.  -  Darcy  z  rozkoszą  przymknęła  oczy. -

Wieczorem w pubie nie ma czym oddychać.

background image

- Pewnie nie czujesz już nóg.

- Nie przeczę, że przydałby im się solidny masaż.

- Chodź do mnie, a zatroszczę się o nie.

- Kusząca propozycja, ale muszę wrócić do pracy, a potem przespać się.

Podniósł jej dłoń do ust, jak już to kiedyś zrobił.

- Podejdź rano do okna.

Serce mocno jej zabiło. Lubiła zmysłowe doznania. Teraz jednak trzeba było myśleć 

perspektywicznie i umiejętnie rozgrywać swoją partię.

-  Może.  -  Przeciągnęła  koniuszkiem  palca  po  jego  twarzy.  -  Jeśli  tak  się  zdarzy,  że 

pomyślę o tobie.

- Więc postarajmy się, żebyś pomyślała. - Kiedy ją porwał w ramiona, powstrzymała 

go, kładąc mu rękę na piersi.

Miała  przyspieszony  puls  -  podniecało  ją  oczekiwanie  tego,  co  ma  nastąpić.  Dobrze 

czuła się w jego silnych, opasujących ją niczym obręcz ramionach.

Oto i klucz do całej sprawy. Chodzi wyłącznie o przyzwolenie. Jej wybór, jej ruch, jej 

wola. Ważne,  by zawsze  nad tym panować, mieć  władzę nad mężczyzną,  któremu pozwala 

się dotykać.

Wystarczy  sobie  pofolgować,  żeby  zapomnieć,  iż  doznania  zmysłowe,  nawet  te 

najbardziej rozkoszne, są ulotne i zwodnicze.

Stwierdziła, że niewiele ryzykuje. Może go wypróbować i przekonać się, czy będzie 

jej zależało na czymś więcej. Zdjęła rękę z jego piersi, położyła mu ją na karku, po czym, z 

otwartymi oczami, rozchyliła wargi.

Trzeba przyznać, że się nie spieszył, nie rzucił na nią, nie zaczął ustami rozgniatać jej 

warg. Robił to w przyjemny sposób, zdecydowanie, z dużą dozą pewności siebie. Pomyślała, 

że nie jest aż tak niebezpieczny.

I właśnie  wtedy jego dłonie  pobiegły do  góry,  wzdłuż  jej kręgosłupa, wpił  się w jej 

wargi.

Zamroczyło ją na chwilę i już o niczym nie myślała.

Zachowywał się tak, jakby chciał  ją zjeść  żywcem. Uważał, że  tego właśnie kobieta 

oczekuje  od  mężczyzny.  Zachłanności,  podniecenia.  I  dawał  jej  to  wszystko,  co  w  nim 

wrzało. Kiedy po nią sięgnął, spojrzała na niego z lekką ironią.

Zwolnił  więc  i  natychmiast  dojrzał  zmianę  w  jej  oczach,  wyraz  aprobaty,  a  nawet 

rozkoszy. A jednak nie przestawała go badać, jakby go poddawała próbie, złoszcząc go tym 

nawet wówczas, gdy zatopił się w jej smaku. A potem chciał więcej, coraz więcej - i wziął to.

background image

Gdzieś w odległych zakamarkach świadomości poczuł ledwo uchwytną zmianę. Darcy 

jęknęła  cicho.  Teraz  oboje  stali  na  deszczu  z  zamkniętymi  oczami.  Położyła  dłoń  na  jego 

karku,  zanurzyła  ją  w  jego  włosach.  Uniosła  się  i  przywarła  do  niego,  gdy  przyparł  ją  do 

ściany pubu. Ich serca uderzały w jednym rytmie.

Cofnął  się,  musiał  ochłonąć,  złapać  oddech.  Pomyśleć.  Oparta  o  ścianę  Darcy 

westchnęła i otworzyła oczy.

- To było bardzo przyjemne. - Nawet za bardzo, co do tego nie miała wątpliwości. -

Może jeszcze raz to zrobisz?

- Dlaczego nie?

Tym razem ujął w dłonie jej twarz, wczepił się palcami w jej włosy. I czekał z ustami 

pełnymi jej westchnień, gdy tymczasem ich oddech stawał się szybszy i gwałtowniejszy.

- Oboje doprowadzimy się do szaleństwa. Zaśmiała się nerwowo.

-  Też  tak  uważam.  Lepiej  więc  zacznijmy  od  razu.  -  Zmniejszyła  dzielącą  ich 

odległość, chwytając jego dolną wargę zębami, szarpiąc ją lekko i łagodząc językiem zadany 

ból.

-  Niezły  początek  -  wykrztusił  i  wpił  się  w  jej  usta.  Zaczęło  jej  wirować  w  głowie, 

coraz szybciej i szybciej.

Każde  doznanie  odbierała  ze  wzmożoną  intensywnością  -  smak  Trevora,  twarde 

kontury jego ciała, wilgoć ściany na swoich plecach, skrzenie się deszczu na skórze.

Chciała  go  doprowadzić  do  ostateczności,  uczynić  go  słabym,  usłyszeć,  jak  błaga  -

zanim  sama  do  tego  dojdzie.  Wystarczyło,  że  na  chwilką  zatopiła  się  w  pocałunku,  a  w 

rezultacie dała mu więcej, niż zamierzała.

Tymczasem on znowu pierwszy się cofnął. Musiał wybierać - albo wycofa się teraz, 

albo  zaciągnie  ją  do  samochodu  i  powali  na  tylne  siedzenie,  zachowując  się  niczym  jakiś 

smarkacz po szkolnej zabawie. Doprowadziła go do granic wytrzymałości tym pocałunkiem 

na mokrym chodniku przed zatłoczonym pubem.

- Do tego potrzeba większej intymności - stwierdził.

-  Nie  przeczę.  -  Musi  koniecznie  odzyskać  grunt  pod  nogami.  -  Teraz  czeka  nas 

bezsenna  noc,  ale  nie  przejmuję  się  tym.  -  Spokojniejsza,  przeczesała  ręką  włosy, strącając 

krople deszczu. - Czy wiesz, że kiedy ostatni raz całowałam się z jankesem, spałam po tym 

jak niemowlę?

- Czy to miał być komplement?

- Tak. Całowanie się z tobą sprawiło mi przyjemność, o której będę pamiętała aż do 

następnej okazji. A na razie wracam do pubu, ty zaś jedź do domu.

background image

Już chciała odejść, kiedy ją przytrzymał za ramię. Obawiając się, że może mu się nie 

oprzeć i utracić swą przewagę, uśmiechnęła się zalotnie.

-  Zachowuj  się  przyzwoicie,  Trevorze.  Jeśli  zostanę  z  tobą  dłużej,  Aidan  udzieli  mi 

nagany i popsuje mi humor.

- Rezerwuję sobie twój najbliższy wolny wieczór.

- Chętnie go tobie ofiaruję. - Poklepała go przyjaźnie po ręku i weszła do pubu.

* * *

Był poruszony do  głębi,  a  odkrycie  tego  faktu  zdumiało  go i  zdenerwowało. Musiał 

posiedzieć w samochodzie, wsłuchując się w szum deszczu, czekając, aż krew przestanie się 

burzyć,  a  ręce  odzyskają  pewność.  Wiedział,  co  znaczy  pożądać  kobiety.  Zdawał  też  sobie 

sprawę z tego, że takie pragnienie wiąże się z pewnym ryzykiem.

Jednak  uczucie  do  Darcy  Gallagher  różniło  się  od  wszystkiego,  co  zdarzyło  się 

wcześniej.

Ona  jest  inna,  stwierdził,  zerkając  w  stronę  pubu  i  uruchamiając  silnik.  Seksowna, 

egoistyczna,  uwodzicielska.  Znał  takie  kobiety,  ale  żadna  z  nich  nie  była  do  tego  stopnia 

szczera.

Bawiła się nim i nie ukrywała tego. Również za to ją podziwiał! A także za to, iż jest 

tak absolutnie świadoma faktu, że i on uczestniczy w tej grze.

Ciekawe, kto zwycięży i w której rundzie.

Uspokojony,  że  sobie  z  nią  poradzi,  uśmiechnął  się.  Ależ  mu  się  podobała!  Nie 

przypominał  sobie  drugiej  kobiety,  która  by  go  tak  podniecała,  absorbowała  jego  myśli, 

wprawiała w tak dobry nastrój.

Nawet gdyby nie było tego fizycznego zainteresowania, chętnie by się z nią spotykał. 

Jest taka cudowna, prostolinijna. I jak to dobrze, że ich znajomość nie będzie miała żadnych 

dalej idących konsekwencji.

Wszelkie  interesy  Trevor  załatwiał  z  Aidanem  i  nie  zamierzał  tego  zmieniać,  choć 

Darcy była współwłaścicielką pubu.

No i ten głos Darcy! Zamierzał jej w związku z tym coś zaproponować. Był pewny, że 

mu zaufa.

Darcy  zna  wartość  pieniędzy  i  chce  ich  mieć  tyle,  by  żyć  na  wysokiej  stopie,  z 

fasonem. Miał wrażenie, że potrafi jej to zapewnić.

Najważniejszy jest zysk, powiedziała mu w dniu, kiedy wędrowali wzdłuż plaży. Miał 

parę pomysłów, jak mogliby to osiągnąć razem.

background image

Zadowolony, że tak dobrze spędza czas w Irlandii, skręcił w dróżkę do domku.

Wysiadł  z  samochodu,  z  przyzwyczajenia  zamknął  go,  po  czym,  korzystając  z 

reflektorów,  które  zostawił  zapalone,  żeby  wskazywały  mu  drogę  we  mgle,  doszedł  do 

ogrodowej furtki.

Nie  wiedział,  dlaczego  podniósł  głowę  ani  co  go  skłoniło,  żeby  spojrzeć  w  okno. 

Doznał takiego wstrząsu, jakby uderzył w niego piorun.

Najpierw pomyślał o Darcy, o tym, jak stała w oknie swojej sypialni, kiedy ją po raz 

pierwszy  zobaczył.  Wtedy  też  doznał  wstrząsu,  który  wynikał  z  tego,  że  tak  jej  nagle 

zapragnął.

Stojąca  w  oknie  kobieta  była  równie  śliczna.  Włosy  miała  jasne  jak  otaczająca  go 

mgła. Jej oczy - wiedział to, choć było za ciemno, by dojrzeć ich kolor - zniewalały morską 

zielenią.

Ta kobieta nie żyła od trzystu lat.

Otwierając furtkę, nie odrywał od niej wzroku. Zobaczył pojedynczą, błyszczącą łzę, 

która  spłynęła  po  jej  policzku.  Serce  waliło  mu  jak  młotem,  kiedy  szedł  szybkim  krokiem 

ścieżką  pośród  mokrych  kwiatów,  przy  ledwie  słyszalnej  muzyce  tańczących  na  wietrze 

kominowych ozdób. Powietrze było nasycone wilgocią.

Otworzył drzwi.

W  środku  panowała  cisza.  Jedyne  światło,  które  zapalił  przed  wyjściem,  rzucało 

długie  cienie  na  starą,  drewnianą  podłogę.  Zapominając  o  tym,  że  wciąż  trzyma  w  ręku 

klucze,  poszedł  schodami  na  górę.  Znalazłszy się  w  korytarzyku prowadzącym do  sypialni, 

nabrał dużo powietrza w płuca i przekręcił kontakt.

Nie  spodziewał  się,  że  ją  tutaj  zastanie.  Duchy  lepiej  czują  się  w  ciemności.  Kiedy 

rozbłysło światło, zalewając pokój, omal nie gwizdnął ze zdziwienia.

Stała  twarzą  zwrócona  do  niego, z  rękami  założonymi  na  wysokości  talii.  Delikatne 

złociste  włosy opadały jej do ramion, sięgając długiej, szarej sukni.  Łza, lśniąca jak srebro, 

zasychała na jej policzku.

- Dlaczego marnujemy to, co jest wewnątrz nas? Dlaczego musimy tak długo czekać, 

zanim to do nas dotrze?

Ten głos z typowo irlandzkim akcentem zafrapował go bardziej niż sam jej widok.

- Kim... - Oczywiście wiedział, kim ona jest, więc pytanie o to było stratą czasu. - Co 

tutaj robisz?

-  Czekam  już  bardzo  długo.  On  uważa,  że  jesteś  tym  ostatnim  człowiekiem. 

Zastanawiam się, czy ma rację, skoro ty tego nie chcesz, tak bardzo tego nie chcesz.

background image

To  niemożliwe.  Człowiek  nie  może  prowadzić  rozmowy  z  duchem.  Ktoś  chce  mu 

spłatać  figla.  Ruszył  do  przodu,  wyciągnął rękę,  żeby  ująć  ją  za  ramię.  Ręka  nie  napotkała 

żadnego oporu, jakby musnęła powietrze.

Klucze, które Trevor trzymał w zdrętwiałych palcach, upadły z łoskotem na ziemię tuż 

u jej stóp.

- Czy tak trudno uwierzyć w istnienie czegoś, czego nie można dotknąć? - powiedziała 

łagodnym  głosem,  ponieważ  rozumiała,  jak  trudno  jest  zwalczyć  uprzedzenia.  Mogła  mu 

pozwolić, by dotknął ułudy, którą była, ale to by mu nie wystarczyło. - Twoje serce już ci to 

podpowiada. Teraz jeszcze trzeba, by poszedł tą drogą również twój rozum.

- Muszę usiąść. - Nagłym ruchem usiadł na brzegu łóżka. - Śniłaś mi się.

Uśmiechnęła się po raz pierwszy.

- Wiem o tym. O twoim przyjeździe tutaj dawno już postanowiono.

- Przeznaczenie?

- Wiem, że nie lubisz tego słowa. - Potrząsnęła głową. - Ale to właśnie przeznaczenie 

sprawia,  iż  zatrzymujemy  się  w  określonych  punktach  drogi  naszego  życia.  To,  co  robisz 

tutaj, zależy od ciebie. Wybór znajduje się na końcu drogi. Ja dokonałam mojego.

- Czyżby?

- Tak. Postąpiłam zgodnie z tym, co uważałam za słuszne. - W jej melodyjnym głosie 

zabrzmiała  nutka  irytacji.  -  Może  nie  było  to  słuszne,  ale  uważałam,  że  powinnam  tak 

postąpić. Mój mąż był dobrym, łagodnym człowiekiem. Kochaliśmy nasze dzieci.

- Kochałaś Carricka?

-  Tak,  zrozumiałam  to  po  pewnym  czasie.  On  nie  prosił  mnie  o  nic.  To  nie  był  żar 

namiętności, który wkrótce zamienia się w popiół. Później zrozumiałam, że nie miałam racji. 

- Odwróciła się, jakby patrząc przez okno, poprzez szybę, poprzez deszcz. - Nie miałam racji 

- powtórzyła - Czekam teraz samotnie od bardzo dawna, a ogień miłości, jej ból i radość są 

we mnie. Miłość tak łatwo kryje się pod pozorami namiętności, iż często trudno ją rozpoznać.

- Dla większości ludzi namiętność jest czymś naturalniejszym niż miłość.

- A jednak obie one istnieją. Ja bałam się tego ognia, nawet jeśli go bardzo pragnęłam. 

Dlatego nie spojrzałam nigdy na płomienne klejnoty, które na mnie czekały.

Poznałem namiętność, ale nie znam miłości.

- Szukałeś jej po omacku, wierzę jednak, że dojdziesz do celu. Zbliżasz się do końca 

drogi. Wpatruj się uważnie w to, co pragniesz zbudować, i dokonaj właściwego wyboru.

background image

Wiem, co... - Ale ona już znikała. Poderwał się na nogi, wyciągnął rękę. - Zaczekaj! A 

niech to! - Był sam. I choć udało mu się wkrótce uspokoić nerwy, nie pozbył się napięcia i 

rozterki.

Do  diabła,  jak  tu  się  w  tym  rozeznać?  Sny,  magia,  duchy.  Nic  namacalnego  ani 

wiarygodnego, na czym można by się oprzeć.

A jednak uwierzył, i to mu nie dawało spokoju.

background image

6

- Marnie coś dzisiaj wyglądasz.

Trevor wypił kolejny łyk kawy, którą przyniósł ze sobą na plac budowy, i spiorunował 

Brennę wzrokiem.

- Milcz!

Parsknęła śmiechem. Zdążyła się przyzwyczaić do swego szefa i nie traktowała zbyt 

poważnie jego złego humoru. Kiedy tacy jak on zamierzają kąsać, robią to bez uprzedzenia.

- I do tego jeszcze zły. Masz ci los! Może poprosić kogoś, żeby ci wyniósł wygodny 

bujany fotel? Mógłbyś usiąść pod parasolem i uciąć sobie drzemkę.

Wypił kolejny łyk.

- Widziałaś kiedyś pracującą betoniarkę od środka?

- Jesteś w tak kiepskiej formie, że mogłabym cię załatwić jedną ręką. Idź do kuchni, 

wypij spokojnie kawę i uspokój się.

- Przebywanie na budowie podnosi mnie na duchu.

-  Mnie  też.  -  Popatrzyła  na  porozkładany  na  placu  sprzęt  na  ciężkie  maszyny,  na 

dźwigających  ciężką  rurę  ludzi.  -  Dziwne  z  nas  istoty,  nie  sądzisz?  Tata  pracuje  dzisiaj  na 

wsi, naprawia ludziom to i owo, cieszę się więc, że tu jesteś i że chcesz popracować, chociaż 

się dąsasz.

- Nie dąsam się. Nie mam takiego zwyczaju.

-  No  dobrze,  ale  jednak  coś  cię  gryzie.  Znam  to  uczucie,  tyle  że  wolę  to  wtedy  jak 

najszybciej z siebie wyrzucić.

- Wyobrażam sobie, że Shawn ma z tobą ciekawe życie.

- Shawn jest miłością mojego życia, staram się więc, jak mogę, żeby się nie nudził.

- Nuda zabija - mruknął Trevor.

Przytaknęła ruchem głowy. Trevor był dzisiaj bezpośredni, nie trzymał się na dystans. 

Widać uznał ją za osobę godną zaufania.

Ucieszyła się, że mają ten etap za sobą.

- Mam ci do przekazania, że rury do nowej studni i do odprowadzania ścieków dotarły 

do nas dziś rano.

Ruszyła przodem, żeby pokazać Trevorowi stopień zaawansowania prac. Po nocnym 

deszczu  ziemia  zamieniła  się  w  błoto,  a  deszcz  nie  przestawał  padać.  Skapywał  z  daszka 

background image

czapeczki Brenny, gdy pochylała się nad wykopem, połyskiwał na małej srebrnej broszce w 

kształcie wróżki, którą przypięła do niej.

Cieszył ją zapach błota, pracujących ludzi i spalin.

- Jak widzisz, zastosowaliśmy wskazany przez ciebie materiał, wykonaliśmy też dobrą 

robotę. Podczas  ostatniej powodzi  wiosennej namęczyliśmy się  z  tatusiem przy przetykaniu 

odpływu szamba, wolałabym już nie powtarzać tego eksperymentu.

-  To  nam  nie  grozi.  -  Ukucnął  i  ogarnął  wzrokiem  plac  budowy.  Oczyma  duszy 

widział długi, niski, półkolisty budynek, wyłożony kamieniem, wspaniale komponujący się z 

pubem z ciemnymi, nie rzucającymi się w oczy drewnianymi elementami. Wdzięk i prostota, 

tyle że z zastosowaniem najlepszej i najbardziej nowoczesnej technologii.

Przecież to było jego marzenie. Zachowanie i uszanowanie, a nawet wyeksponowanie 

tego,  co  już  jest,  z  zastosowaniem  najnowszych  zdobyczy  myśli  ludzkiej.  Chce  odcisnąć 

piętno  rodziny  Magee  w  miejscu,  z  którego  się  wywodzi.  I  nie  ma  to  nic  wspólnego  z 

dawnymi legendami i pięknymi zjawami.

Zadumał się chwilę, a kiedy się odwrócił, zobaczył czekającą nań cierpliwie Brennę.

- Przepraszam, zamyśliłem się.

Wyglądał na zmieszanego. Brenna zawahała się. Przecież poznała go bliżej zaledwie 

przed paroma dniami.

- Jeśli coś jest nie tak, powiedz mi, żebym mogła to naprawić. Za to mi płacisz. A jeśli 

to jakaś osobista sprawa, chętnie cię wysłucham, o ile tylko zechcesz o tym pomówić.

-  Sądzę,  że  chodzi  o  jedno  i  o  drugie.  Dziękuję  ci,  ale  chciałbym  to  jeszcze 

przemyśleć.

- Mnie myśli się lepiej, kiedy mam zajęte ręce.

- Dobry pomysł. - Wyprostował się. - A zatem bierzmy się do roboty.

* * *

To  była  ciężka  i  brudna  praca.  Mało  kto  uważałby  ją  za  przyjemną.  Błotnisty  teren 

wyłożono wielkimi płytami sklejki, po których można było ciągnąć taczki. Trevor woził więc 

drewno  na  dźwigary  i  krokwie.  Przystanął  pod  plandeką,  gdzie  pracowali  hydraulicy, 

słuchając, jak deszcz równomiernie uderza w płótno. Wypił galon kawy i poczuł, jak powoli 

powraca do życia.

Musiał przyznać Brennie rację. Praca fizyczna odwraca uwagę od nękających myśli, 

przesuwa  je  na  dalszy  plan.  Upora  się  więc  z  rym,  co  jest  do  zrobienia,  a  dopiero  potem 

zastanowi się nad wydarzeniem z ostatniej nocy, spróbuje się do niego ustosunkować.

background image

Przemoczony i zabłocony, ale już w lepszym nastroju, dźwignął kolejną deskę. Ożywił 

się, poczuł nową energię biegnącą od brzucha, przez kręgosłup, aż po kark. I tak jak wczoraj 

wieczorem nie mógł się oprzeć, by nie spojrzeć do góry.

W oknie stała Darcy, obserwowała go poprzez przezroczystą kurtynę deszczu.

Nie  uśmiechnęli  się  do  siebie.  Mieli  takie  wrażenie,  jakby  ich  nagie  ciała  nagle 

zetknęły  się  ze  sobą.  Nie  był  to  już  zdawkowy  flirt  z  tamtego  pierwszego  ranka.  Nic  nie 

pozostało z uwodzicielskiej gry, którą dotąd prowadzili.

Nagły błysk i trawiący ogień. Tak to poczuł, stojąc na zimnym deszczu i wpatrując się 

w kobietę, którą ledwo znał.

Ledwo  znał,  lecz  musi  ją  poznać.  I  nieważne,  jak  szybko  ten  ogień  wygaśnie. 

Zaniepokojony, iż  tak łatwo ulega swoim  pragnieniom,  zarzucił  belkę na  ramię i  poniósł  ją 

cieślom.

Kiedy, nie mogąc się oprzeć, spojrzał za siebie, już jej nie było.

* * *

Zachowywała się, jakby nic się nie stało, jakby nie było tej iskry porozumienia, która 

zapaliła  się  między  nimi.  Gdy  przyszedł  na  lunch,  rzuciła  mu  zdawkowe  spojrzenie  i 

kontynuowała przyjmowanie zamówień.

Godne podziwu i jakże irytujące zachowanie! Jeszcze żadna kobieta nie wzbudziła w 

nim tylu emocji naraz, nie zadając sobie przy tym najmniejszego trudu.

Dzisiaj  w  czasie  lunchu  było  trochę  luźniej.  Pewnie  deszcz  odstraszył  niektórych 

turystów, którzy woleli  pozostać w hotelu. Przez przekorę wybrał stolik  w sektorze Sinead. 

Ciekawe, jaki też ruch wykona Darcy w tej rozgrywce, którą prowadzili.

Darcy  pomyślała,  że  to  z  jego  strony  sprytne  posunięcie.  Co  prawda,  będzie  musiał 

dłużej poczekać, ale jednak wygrał tę partię. Od czego są jednak różne wybiegi, pomyślała, 

zgarniając napiwek ze stołu, który właśnie sprzątała.

- Trochę dziś mokro, prawda? - zawołała z drugiego końca sali.

- Bardzo mokro.

- Pewnie wolałbyś w taki dzień zaszyć się w swoim eleganckim nowojorskim biurze.

Bawiła go ta sytuacja.

- Zawsze czuję się świetnie tam, gdzie jestem. A ty?

- Kiedy tu jestem, myślę tylko o tym, żeby się stąd wynieść, gdy gdzieś wyjeżdżam, 

natychmiast  chcę  tu  wrócić.  Kapryśna  ze  mnie  istota.  -  Wyciągnąwszy  notes,  przeszła  do 

następnego stolika i uśmiechnęła się promiennie. - Czym mogę służyć?

background image

Przyjęła  także  zamówienie  przy  drugim  stoliku  i  przekazała  je  Shawnowi,  zdążyła 

jeszcze podać gościom drinki, nim wreszcie Sinead dotarła do Trevora. Kątem oka dostrzegł 

ironiczny uśmiech Darcy.

- Muszę coś sprawdzić w okolicy, a dzień wydaje się idealny do tego - powiedział. -

Nie chciałabyś się zabawić w mojego przewodnika?

- To miło z twojej strony, że o mnie pomyślałeś, ale mam za mało czasu, żeby się z 

tego solidnie wywiązać.

-  Ja  też  mam  nie  więcej  niż  dwie  godziny.  Co  ty  na  to,  Aidanie?  Mógłbym 

wypożyczyć twoją siostrę między jedną i drugą zmianą?

- Do godziny piątej sama dysponuje swoim czasem.

-  Wypożyczyć?  -  Parsknęła  śmiechem.  -  Nie  sądzę.  Gdybyś  jednak  zamierzał 

zatrudnić  mnie  w  charakterze  przewodnika,  moglibyśmy  wynegocjować  rozsądne 

honorarium, - Pięć funtów za godzinę.

Spojrzała na niego słodko.

- Powiedziałam „rozsądne”. Mogę ci poświęcić mój czas za dziesięć funtów.

- Ale jesteś pazerna.

- A ty dusigrosz - odcięła się i kilku klientów parsknęło śmiechem.

- Niech będzie dziesięć, tylko czy staniesz na wysokości zadania?

- Kochanie? - Zatrzepotała rzęsami. - Jeszcze żaden mężczyzna na mnie nie narzekał.

Ruszyła w  stronę kuchni,  a Trevor pochylił  się nad  zupą,  którą postawiła  przed nim 

Sinead. Takie rozwiązanie w pełni ich zadowalało.

* * *

Musiała  się  trochę  sobą  zająć:  uszminkować  usta,  skropić  perfumami,  uczesać  i 

zmienić  ubranie.  W  końcu  doszła  do  wniosku,  że  zielona  koszula,  czarna  kamizelka  oraz 

spodnie będą najbardziej odpowiednim strojem na przejażdżkę w deszczowy dzień.

Jankesi,  na  ile  ich  znała,  byli  zwariowani  na  punkcie  wycieczek  po  irlandzkich 

drogach, w słońce czy w deszcz, tak jakby nigdy w życiu nie widzieli rozległych, zielonych 

łąk.

Z uwagi na pogodę zebrała do tyłu włosy i zawiązała je czarną wstążką, po czym, nim 

zeszła po schodach, narzuciła na siebie żakiet.

Przyzwyczaiła się, że mężczyźni czekają na nią.

background image

Shawn  pogwizdywał,  porządkując  naczynia.  Zdziwiła  się,  że  Trevor,  wbrew  jej 

oczekiwaniom,  nie  przestępuje  z  nogi  na  nogę  i  nie  popija  w  kuchni  kawy,  która,  jak  się 

wydawało, podtrzymywała go przy życiu.

- Czy Trevor jest w pubie?

- Nie umiem ci powiedzieć. Słyszałem, jak mówił  do Brenny, że musi załatwić parę 

telefonów. To było jeszcze przedtem, zanim poszłaś na górę, żeby się ubrać w ten wyjściowy 

strój.

Ponieważ taka uwaga nie zasługiwała na odpowiedź, Darcy pożeglowała z kuchni do 

pubu, gdzie zastała Aidana, szykującego się do zamknięcia lokalu.

- Wyrzuciłeś Trevora, każąc mu czekać w samochodzie?

- Trevora? Nie, zdaje się, że miał gdzieś zatelefonować. Zatrzęsła się z oburzenia.

- Wyszedł?

- Sądzę, że przyjdzie tutaj. Skoro masz na niego czekać pójdę już sobie, ty zaś zamknij 

lokal. I pamiętaj, żebyś wróciła na czas, Darcy.

- Ale... - Chciała go zatrzymać, ale Aidan był już za drzwiami.

Nigdy na nikogo nie czekała. Nie wróży to niczego dobrego.

Bardziej zaskoczona niż zła odwróciła się, by wrócić do siebie na górę i zapomnieć o 

całej sprawie. Wtedy otworzyły się drzwi i wszedł Trevor.

- W porządku, widzę, że jesteś gotowa. Przepraszam, musiałem zatelefonować. - Stał, 

przytrzymując drzwi i uśmiechając się, jak gdyby nigdy nic. Nie zdziwiło go malujące się na 

jej twarzy zaskoczenie i poirytowanie, spodziewał się tego. Nie wątpił, że każdy mężczyzna, z 

którym kiedykolwiek miała do czynienia, czekał z biciem serca na jej pojawienie się.

Twój ruch, śliczna, pomyślał.

- Cenię sobie mój czas, w przeciwieństwie do ciebie. - Minęła go sztywnym krokiem i 

rzucając mu złe spojrzenie, wyszła na deszcz.

-  Czas  jest  tylko  częścią  problemu.  -  Stał,  osłaniając  ją  przed  deszczem,  kiedy 

zamykała  na  klucz  drzwi  pubu.  -  Każdy  chce  go  mieć.  Mnie  wystarczą  dwie  godziny  bez 

telefonów i odpowiadania na pytania.

- Więc nie zapytam cię o nic.

Poprowadził ją do samochodu, przytrzymał drzwiczki, kiedy wsiadała. I zastanawiając 

się, jak długo Darcy zamierza się dąsać, zajął miejsce kierowcy.

- Pomyślałem, że moglibyśmy się wybrać na północ, dojechać do drogi prowadzącej 

wzdłuż wybrzeża i popatrzeć na morze.

- To ty trzymasz kierownicę i kasę. Wyjechał z zatoczki.

background image

- Panuje opinia, że pogubienie się na drogach Irlandii dodaje uroku tej ziemi.

- Nie sądzę, by ci, którzy jadą w konkretnym celu, znajdowali w tym jakiś urok.

- Na szczęście w tej chwili nie mam przed sobą żadnego konkretnego celu.

Darcy rozsiadła się wygodnie. Samochód był duży i ładny, musiał drogo kosztować. 

Przejechanie  się  nim  w  deszczu  z  przystojnym  mężczyzną  nie  jest  aż  tak  wielkim 

poświęceniem. Tym bardziej, że płaci on jej za ten zaszczyt.

- Odnoszę wrażenie, że z góry planujesz każdy krok.

- Tak się osiąga cel.

-  A  dzisiaj  twoim  celem  jest  obejrzenie  najbliższej  okolicy,  odnotowanie  tego,  co 

mogłoby zainteresować ludzi przybywających do twojego teatru, co mogliby tutaj zwiedzić.

- Tak, to jeden z celów. Innym jest chęć spędzenia z tobą paru godzin.

-  Sprytnie  to  sobie  wymyśliłeś  -  dwie  sprawy  za  jednym  zamachem.  Jadąc  drogą 

dotrzesz  do  Dungarvan.  Droga  wzdłuż  wybrzeża  zaprowadzi  cię  do  Waterford,  a  jadąc  na 

północ znajdziesz się w górach.

- Więc którą trasę wybierasz?

-  Turyści  zatrzymują  się  chętnie  przy  An  Rinn,  między  Ardmore  i  Dungarvan.  To 

mała rybacka wieś, gdzie mówią jeszcze po gaelicku. Niewiele jest tam do zobaczenia, poza 

fantastycznymi  klifami,  ale  turyści  często  tam  zaglądają,  oczarowani  starym  językiem 

stosowanym na co dzień.

- Mówisz po gaelicku?

- Odrobinę, ale nie na tyle, żeby prowadzić konwersację. - Szkoda, że takie rzeczy idą 

w zapomnienie.

-  Masz  do  tego  zbyt  sentymentalny  stosunek.  Przecież  z  angielskim  jest  znacznie 

łatwiej. Kiedy byłam w Paryżu, zawsze znalazł się ktoś, kto na tyle znał angielski, żeby mnie 

zrozumieć. Nie spotkałabym nikogo, kto rozumiałby gaelicki.

- Nie czujesz żadnego sentymentu do tego, co irlandzkie, Darcy?

- A ty masz sentyment do tego, co amerykańskie?

- Nie - powiedział po chwili. - Traktuję to jak coś naturalnego.

-  Masz  więc  odpowiedź.  -  Spojrzała  na  siąpiący  deszcz  i  na  perłową  poświatę  na 

horyzoncie. - Rozjaśnia się. Może zobaczysz tęczę, jeśli takie rzeczy cię bawią.

-  Jeszcze  jak.  Powiedz  osi,  co  najbardziej  lubisz  w  Ardmore  -  Co  tu  lubię?  -  Nie 

przypominała  sobie,  by  kiedykolwiek  zadano  jej  podobne  pytanie.  -  Morze.  Jego  humory, 

zapach,  obecność  w  powietrzu.  Jego  łagodność  i  miękkość  w  pogodny  poranek  i  dziką 

wściekłość w czasie sztormu.

background image

- Jego dźwięk - podpowiedział szeptem Trevor. - Jak bicie serca.

Toż to czysta poezja! Bardziej bym się tego spodziewała po Shawnie niż po tobie.

- Trzeci etap legendy. Klejnoty z serca oceanu.

-  Ano  właśnie.  -  Spodobało  jej  się,  że  pomyślał o  legendzie.  Ostatnio  sama  sporo  o 

niej rozmyślała. - A ona pozwoliła, by zamieniły się w kwiaty, za które nie kupiłaby jednego 

porządnego posiłku dla rodziny. Potrafię zrozumieć jej dumę, ale żeby aż za taką cenę?

- Ty przehandlowałabyś własną dumę za piękne kamienie.

- O nie,  tego bym  nie  zrobiła.  - Spojrzała  na niego  figlarnie.  -  Znalazłabym  sposób, 

żeby zachować jedno i drugie.

Pomyślał, że Darcy byłaby do tego zdolna. Ale dlaczego sprawiło mu to przykrość?

Poprzez  chmury  przebijało  się  słońce,  rozświetlając  wciąż  jeszcze  padający  deszcz. 

Trevor  miał  wrażenie,  że  znaleźli  się  wewnątrz  gładkiej,  opalizującej  muszli.  I  ujrzał  na 

niebie trzy tęcze. Jakby delikatny kwiat rozchylał się płatek po płatku.

Oczarowany, zatrzymał  samochód na środku drogi i wpatrywał się w te trzy barwne 

łuki, pyszniące się na tle bladoniebieskiego nieba.

Darcy wolała jednak patrzeć na niego. Jakby opuścił przyłbicę. Pod nią, pod warstwą 

sztywnej ogłady, dojrzała taką świeżość uczuć, jakiej nigdy się nie spodziewała. Poruszył ją 

sposób,  w  jaki  wpatrywał  się  w  te  urocze  igraszki  światła  i  deszczu,  zachwyciła  ją 

autentyczna radość bijąca z jego oczu.

Kiedy  odwrócił  głową  i  uśmiechnął  się  promiennie,  nie  mogła  się  powstrzymać. 

Przechyliła się ku niemu, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała - szybko i lekko.

To  na  szczęście  -  powiedziała,  zajmując  dawną  pozycję.  -  Zdaje  się,  że  jest  jakaś 

przypowieść na temat tęcz, pocałunków i szczęścia.

-  A  jeśli  nawet  nie  ma,  to  powinna  być.  Przekonamy  się,  dokąd  to  nas  zaprowadzi. 

Mam na myśli tęczę - wyjaśnił, kiedy uniosła brwi. - Bo chyba wystarczająco dobrze wiem, 

dokąd prowadzą pocałunki.

Wjechał w wąską, słabo oznakowaną drogę. Z dala od wybrzeża wzgórza zieleniły się 

w deszczu. Szare kamienne murki i niestrzeżone drzewa przecinały pola, dodając im kolorytu. 

Dostrzegł  chatę,  bardzo  podobną  do  tej  na  Faerie  Hill,  z  kremowymi  ścianami  i  krytym 

strzechą dachem. A także stado owiec, wyglądające jak białe punkciki.

A nad tym wszystkim widniały trzy barwne smugi na jasnym niebie.

Otworzył okienko w dachu i zaśmiał się, kiedy zebrana na szybie woda wlała się do 

środka.  Powiało  świeżością,  cudownie  czystą,  dodającą  czegoś  nieziemskiego  do  zapachu 

skóry Darcy.

background image

A  potem,  gdy  droga  zaczęła  piąć  się  do  góry,  zobaczył  ją.  Matową  i  szarą  na  tle 

perłowego nieba. Z całej konstrukcji zachowały się tylko trzy ściany, czwarta, zamieniona w 

kupę gruzu, leżała na ziemi. Ale to, co pozostało, stało dumne i wyzywające, wzbijało się w 

górę  ponad  zastygłym  w  ciszy  wiejskim  krajobrazem  i  trwało  jak  pomnik  -  upamiętniając 

przelaną krew, dawną potęgę, dalekosiężną wizję.

Zjechał z drogi, zatrzymał samochód.

- Chodźmy popatrzeć.

- Na co? Trevorze, to tylko ruina. W Irlandii znajdziesz ich pełno na każdym kroku. I 

znacznie ciekawsze od tej. Choćby kaplica albo katedra w Ardmore.

- Ale teraz jesteśmy tutaj. - Sięgnął przez nią, żeby otworzyć jej drzwi. - Właśnie takie 

rzeczy przyciągają ludzi.

- Tych, którzy nie mają dość rozumu, by spędzić urlop tam, gdzie mogą mieć piękny 

basen i pięciogwiazdkowe restauracje. - Gderając trochę, wysiadła i poszła za nim. - Pewnie 

to jeden z wielu zamków, splądrowanych przez bandę Cromwella.

Trawa była mokra. Całe szczęście, że włożyła wysokie buty. Uważała na każdy krok, 

żeby nie wejść w pamiątki pozostawione przez owce i krowy.

- Żadnego znaku, żadnej tabliczki, nic. Po prostu tak sobie stoi.

Darcy pokręciła głową, dochodząc do wniosku, iż lepiej się śmiać, niż złościć.

- A czego się spodziewałeś?

Położył tylko rękę na kamieniu i podniósł wzrok.

- Zastanawiam się, ilu też ludzi musiało to budować? Jak długo? Kto kazał wznieść tę 

budowlę i dlaczego?

Wszedł do środka, a Darcy, wczuwając się w jego nastrój nie pozostała w tyle.

Pomiędzy  powalonymi  kamieniami  rosła  wysoka,  ostra  trawa.  Mury,  otwarte  na 

wszelkie  żywioły,  ociekały  wilgocią  po  poprzednich  burzach.  Trevor  wprawnym  okiem 

ocenił architekturę budowli, rozmiary zniszczonego drewnianego belkowania.

- Pewnie tam śmierdzi stęchlizną - skomentowała Darcy. Zrobiło się jaśniej, a ponad 

ich głowami wciąż jeszcze widniały tęcze.

- Gdzie twój romantyzm?

-  Wątpię,  żeby  dawne  kobiety,  które  tylko  gotowały  i  sprzątały  między  kolejnymi 

porodami, widziały w tym coś romantycznego. Ich celem było przetrwanie.

- A zatem osiągnęły swój cel. Budowla przetrwała. Przetrwał naród. Przetrwał kraj. To 

ta magia przyciąga tu ludzi, magia, o której nie myślisz, ponieważ masz to na wyciągnięcie 

ręki.

background image

- To historia, nie magia.

- Jedno i drugie. Dlatego tu przyjechałem.

- Masz wielkie ambicje.

- A dlaczego miałbym poprzestać na małych?

-  Rozumiem,  że  to  sprawa  sentymentu.  A  ponieważ  Wciągnąłeś  w  to  Gallagherów, 

zrobię, co w mojej mocy, żebyś mógł zrealizować swe plany.

- Jest jeszcze coś, o czym chcę z tobą porozmawiać. Ale to już innym razem.

- Dlaczego nie teraz?

- Ponieważ teraz potrzebuję trochę więcej szczęścia. Wziął ją za ręce, splatając palce 

ich dłoni. - W starym zamku, pod potrójną tęczą, to musi być warte aż trzy dzbany szczęścia.

- Chyba pomyliłeś mity. Dzban znajduje się na końcu tęczy.

-  Spróbuję  moich  szans tutaj.  -  Dotknął  ustami  jej warg,  tak  samo  lekko,  jak  ona  to 

przed chwilą zrobiła. Spodobała mu się ta iskierka rozbawienia, którą dostrzegł w jej oczach, 

więc powtórzył to raz jeszcze, z większym uczuciem.

- Słyszałem też, że trzeci raz jest urzekający - powiedział półgłosem i sięgnął znowu 

po jej usta. Szybko, namiętnie. Celowa, nagła zmiana, mająca ich poddać próbie.

Jakby tylko na to czekała. Rozchyliła wargi. Nie poddawała mu się, lecz domagała się 

go  na  równych  prawach.  Złączyli  i  zacisnęli  palce,  wiedząc,  że  nie  opanują  się,  jeśli  je 

rozluźnią i posuną się o krok dalej.

Poczuł bicie jej serca - gwałtowne, podniecające jego pragnienie.

To  niesamowite,  że  może  być  coś  tak  szalonego,  tak  pierwotnego  i  dzikiego. 

Wzbierało w niej, było jak unosząca się podczas sztormu fala szukająca ujścia. O Boże, jakże 

chciała się na niej wznieść, nawet gdyby się miała potłuc i rozbić na końcu.

Kiedy  całował  jej  skronie,  kiedy  zanurzył  twarz  w  jej  włosach,  świeżość  tego  gestu 

poruszyła ją i uczyniła bezsilną. A także obudziła jej czujność.

-  Jeżeli  takie  poczynania  pod  tęczą  przynoszą  szczęście  -  rzekła  Darcy  -  jesteśmy 

zabezpieczeni na całe życie.

Nie  mógł  się  śmiać  ani  odpowiedzieć  na  to  żartem.  Coś  w  nim  wzbierało,  coś 

niezrozumiałego, nie będącego zwyczajnym pożądaniem.

- Ile razy czułaś się w taki sposób?

Zanim odpowiedziała, odsunął ją na tyle, by mogli patrzyć sobie w oczy.

-  Odpowiedz  szczerze.  Ile  razy  czułaś  się  tak  jak  teraz?  Mogła skłamać.  Potrafiłaby 

uczynić to bez zmrużenia oka.

background image

Ale tylko wtedy, gdyby to, co przeżywała nie miało dla niej większego znaczenia. A 

on patrzył jej prosto w oczy, intensywnie, ze zniecierpliwieniem.

- Nie powiem, żebym się tak kiedykolwiek czuła, z wyjątkiem wczorajszego wieczoru.

- Ja też nie - odparł i puścił ją. - Warto by się nad tym zastanowić.

Trevorze, chyba  oboje  wiemy, że  im  gorętszy  jest  płomień,  tym  szybciej  się  spala  -

wygarnęła.

- Być może. - Pomyślał o Gwen, o słowach, które od niej usłyszał. - Przekonamy się o 

tym w miarę upływu czasu.

-  To  prawda.  -  Tak  jakby  oboje  zakładali,  że  nie  potrafią  się  zakochać.  Faktycznie, 

smutna z nich para. - Przekonamy się - zgodziła się. - Tak jak oboje wiemy, że pójdziemy ze 

sobą  do  łóżka,  oraz  że  są  pewne  sprawy,  które  trochę  to  komplikują.  Sprawy  związane  z 

biznesem.

- Biznes nie ma z tym nic wspólnego.

- Nie powinien mieć.  Ale  skoro łączą nas  interesy, w które  jest zaangażowana moja 

rodzina,  powinniśmy  porozmawiać  i,  zanim  wylądujemy  w  łóżku,  wyjaśnić  sobie  pewne 

sprawy. Chcę ciebie, ale stawiam pewne warunki.

- Masz na myśli jakiś cholerny kontrakt?

-  Nic  formalnego,  a  poza  tym  nie  mów  do  mnie  tym  tonem.  Złościsz  się,  bo  nie 

możesz zapanować nad swym uczuciem, czego nie przewidziałeś wcześniej.

Trafiła w sedno sprawy - niech to szlag trafi!

-  A  zatem  uzgodniliśmy,  o  co  nam  chodzi  i  czego  oczekujemy  po  tym  związku,  i 

zgodziliśmy się nie mieszać go z biznesem.

-  Tak,  to  prawda.  I  tak,  jak  powiedziałeś,  jest  coś,  nad  czym  warto  się  zastanowić. 

Może ci się wydaje, że sypiam z każdym, kto się nadarzy. - Kiedy się odwrócił, ciągnęła tym 

samym chłodnym głosem. - Ale tak nie jest. Nie sypiam z każdym. Jestem wybredna, muszę 

czuć coś do mężczyzny, zanim go wezmę do łóżka.

- Darcy, zrozumiałem  to  już  po godzinie spędzonej  w twoim  towarzystwie.  Ja  także 

jestem  wybredny.  -  Podszedł  do  niej.  -  Lubię  cię  i  zaczynam  rozumieć.  A  kiedy  przyjdzie 

pora, pójdziemy do łóżka.

Rozluźniła się, uśmiechnęła.

- Zdaje się, że właśnie odbyliśmy poważną rozmowę. Należy uważać, żeby nie weszło 

to nam w nawyk. A teraz, mówię to z przykrością, musisz mnie odwieźć z powrotem.

- Następnym razem odbędziemy przejażdżkę wzdłuż wybrzeża.

background image

-  Następnym  razem  zabierzesz  mnie  na  kolację  przy  świecach,  zafundujesz  mi 

szampana  i  pocałujesz  mnie  w  rękę,  jak  należy.  -  Kiedy  szli  przez  mokrą  łąkę,  podniosła 

głowę i  rzuciła  ostatnie  spojrzenie na blednące  tęcze.  - Ale  możemy też  odbyć przejażdżkę 

wzdłuż wybrzeża i dotrzeć w to samo miejsce.

To brzmi jak umowa. Weź wolny wieczór.

- Zastanowię się.

background image

7

Powróciła ciepła i sucha pogoda, a niebo i morze nabrały żywszego błękitu. Kwiaty w 

Ardmore  upajały  się  słońcem,  podobnie  jak  jeszcze  niedawno  deszczem.  Okrągła  wieża 

rzucała  długi  i  smukły  cień  na  groby,  których  strzegła.  Wiejący  wysoko  na  klifach  wiatr 

delikatnie marszczył taflę wody w studni świętego Declana.

Psy  uganiały  się  po  polach  za  zającami,  a  śpiewające  nad  ranem  ptaki  zapowiadały 

pogodny dzień.

We wsi ludzie pracowali w podkoszulkach, a ich różowa opalenizna ciemniała. Trevor 

obserwował, jak jego budowla nabiera kształtu.

W  miarę  postępu  prac  przybywało  też  widzów.  Codziennie  o  dziesiątej  przy  placu 

budowy przystawał stary Riley, a był tak punktualny, że można było według niego nastawiać 

zegarek.  Przynosił  składane  krzesełko  i  siadał,  osłaniając  oczy  czapeczką,  mając  pod  ręką 

termos  z  herbatą.  Mógł  tak  siedzieć,  obserwować  i  drzemać  aż  do  pierwszej,  kiedy  to 

wstawał, składał krzesełko i kuśtykał do swojej prawnuczki, która szykowała mu lunch.

Czasem  dosiadł  się  do  niego  któryś  z  przyjaciół  i  grali  wtedy  w  warcaby  albo  w 

remika.

Trevor zaczął go traktować jak maskotkę przynoszącą szczęście budowie.

Od  czasu  do  czasu  przychodziły  tu  dzieci  i  obsiadały  wkoło  krzesełko  Riley'a. 

Wodziły wielkimi oczami za ruchem stalowej belki, gdy, podniesioną do góry, osadzano na 

właściwym miejscu.

Czasami  takiemu  wydarzeniu  towarzyszyły  gromkie  brawa.  -  Praprawnukowie  pana 

Riley'a nie  wyjdą  przed  jego krzesełko  -  powiedziała  Brenna,  kiedy  Trevor  wyraził  obawę, 

czy gapie nie kręcą się zbyt blisko placu budowy.

- Praprawnukowie?

- Riley w zimie skończył sto dwa lata. To długowieczna rodzina, chociaż jego ojciec 

zmarł  w  młodym  wieku,  mając  zaledwie  dziewięćdziesiąt  sześć  lat.  Niech  odpoczywa  w 

spokoju.

- Zabawne. A iluż to on ma tych praprawnuków?

- Zaraz, niech no się zastanowię. Piętnaścioro... nie, szesnaścioro, ponieważ tej zimy 

urodził się jeszcze jeden. Nie wszyscy zresztą mieszkają w tej okolicy.

- Szesnaścioro? Dobry Boże!

background image

- No cóż, sam miał ośmioro dzieci, z czego sześcioro wciąż żyje. Oni zaś mieli prawie 

trzydzieścioro  wnucząt,  no  i  tak  dalej,  aż  trudno  się  doliczyć.  Dwóch  jego  wnuków  i  mąż 

jednej z wnuczek pracują u ciebie.

- Nic dziwnego przy tak licznej rodzinie.

-  Każdej  niedzieli  po  mszy  odwiedza  grób  żony,  Lizzie  Riley.  Byli  małżeństwem 

przez pięćdziesiąt lat. Idzie tam z tym starym krzesełkiem i przez dwie godziny opowiada jej 

wszystkie miejscowe plotki i rodzinne nowinki.

- Dawno zmarła?

- Jakieś dwadzieścia lat temu.

Siedemdziesiąt  lat  wierny  jednej  kobiecie.  Jakie  to  zdumiewające  i  podnoszące  na 

duchu, pomyślał Trevor. Czasami, jak widać, to zdaje egzamin.

- Kochany człowiek z pana Riley'a - dodała Brenna. - Hej, ty tam, Declanie Fitzgerald, 

uważaj, żebyś nie wyrżnął kogoś w głowę dźwigarem.

I Brenna pomaszerowała tam wielkimi krokami, by osobiście pomóc robotnikowi.

Również  Trevor  zamierzał  spędzić  to  popołudnie  na  fizycznej  pracy.  Szum  i  łoskot 

sprężarek mieszał się z nieprzerwanym terkotem betoniarki, wprawiając w zachwyt młodszą 

widownię. Obok dzieci, na krzesełku pan Riley popijał herbatę. Trevor podszedł do niego.

- I co pan o tym sądzi?

Riley popatrzył na mocującą dźwigar Brennę.

-  Sądzę,  że  budujesz  solidnie  i  wiesz,  kogo  zatrudnić.  Mick  O'Toole  i  jego  śliczna 

Brenna znają się na robocie. - Riley skierował wypłowiałe oczy na Trevora. - Podobnie jak ty, 

młody Magee.

- Jeżeli pogoda dopisze, zawiesimy wiechę przed planowanym terminem.

Twarz  Riley'a  zmarszczyła  się  w  uśmiechu.  Przypominała  rozciągnięty  na  skale 

cieniutki biały pergamin.

- I zamieszkasz tam, skąd się wywodzisz, chłopcze. Taka jest kolej rzeczy. Podobny 

jesteś do swego stryjecznego dziadka.

Trevor  pomyślał,  że  kiedyś  to  samo  powiedziała  matka.  Ukucnął,  żeby  Riley  nie 

musiał wyciągać szyi.

- Naprawdę?

- O, tak, znałem go. Przystojny był młodzieniec z Johnniego, z tymi szarymi oczami i 

zniewalającym uśmiechem. Prosty jak trzcina, podobnie jak ty.

- A poza tym, jaki był?

- Spokojny, zrównoważony. Bardzo kochał Maude Fitzgerald.

background image

- I poszedł na wojnę?

Takie to były czasy, wielu młodych poległo w szesnastym roku na polach bitewnych 

Francji.  A  także  i  tutaj,  podczas  naszej  własnej  małej  wojny  o  niepodległość  Irlandii. 

Mężczyźni idą na wojnę, a kobiety czekają i płaczą. - Położył kościstą rękę na głowie jednego 

z siedzących obok dzieci. - Irlandczycy mają świadomość, że to ciągle powraca. Wiedzą też o 

tym ludzie starzy. A ja jestem Irlandczykiem i jestem stary.

- Znał pan też mojego dziadka?

-  Znałem.  -  Riley  usiadł  wygodnie  ze  swoją  herbatą  skrzyżowawszy  chude  nogi.  -

Denis był silniejszy od swojego brata, był  też  bardziej  przewidujący - wolał  patrzeć daleko 

przed  siebie,  niż  dreptać  w  miejscu.  Ardmore  nie  było  dla  niego  odpowiednim  miejscem, 

więc,  gdy nadarzyła się  okazja, bez  namysłu opuścił  nasze strony. Ciekawe,  czy znalazł  to, 

czego wtedy szukał, i czy przyniosło mu to zadowolenie?

-  Nie  wiem  -  odpowiedział  szczerze  Trevor.  -  Nie  sądzę,  żeby  był  szczególnie 

szczęśliwym człowiekiem.

-  Przykro  mi  to  słyszeć,  ponieważ  trudno  być  szczęśliwym,  gdy  inni  nie  zaznali 

szczęścia.  O  ile  pamiętam,  jego  narzeczona  była  spokojną  i  dobrze  wychowaną  panną. 

Nazywała się Mary Clooney, pochodziła z Old Parish i miała z dziesięcioro rodzeństwa, o ile 

mnie pamięć nie zawodzi.

- Ani trochę nie zawodzi. Riley zarechotał.

-  No  popatrz,  jednak  ten  mój  mózg  jeszcze  mi  nieźle  służy.  Tylko  ciało  już  jest  za 

słabe,  żeby  poruszać  się  tak,  jak  za  dawnych  dni.  -  Riley  doszedł  do  wniosku,  że  młody

Magee chce poznać swe korzenie. Dlaczego by nie? - Powiem ci, że twój ojciec był kiedyś 

ładnym  chłopaczkiem.  Widziałem  wiele  razy,  jak  dreptał  drogą,  trzymając  za  rękę  swoją 

mamę.

- Nie chodził z ojcem?

- Może czasami. Denis głównie zajmował się zarabianiem na życie i odkładaniem na 

podróż do Ameryki. Mam nadzieję, że żyło im się tam dostatnio.

- Dziadek chciał budować i dopiął swego.

- A potem miał już tego dosyć. Pamiętam, jak młody Denis, twój ojciec, wrócił tutaj, 

kiedy już był na tyle dorosły, że mógł zapuścić wąsy. - Riley przerwał, by nalać sobie więcej 

herbaty  z  termosu.  -  Wyrósł  na  przystojnego  mężczyznę,  o  miłym  sposobie  bycia,  i 

interesowała się nim niejedna z naszych panienek. - Mrugnął okiem. - Tak samo jak tobą. Ale 

on nie dokonał wówczas wyboru, ponieważ jeszcze  nie nadszedł czas, żeby oderwać się od 

background image

wszystkiego.  Ty  masz  inną  sytuację.  -  Ręką,  w  której  trzymał  filiżankę,  Riley  wskazał  na 

budowę. - Budujesz to, żeby zaznaczyć swoją obecność, prawda?

- Na to wygląda, przynajmniej w tej chwili.

- A tymczasem Johnnie  nie pragnął niczego więcej poza  wiejskim  domkiem i  swoją 

dziewczyną, ale  wojna  mu  to  odebrała. Jego  matka  umarła  niecałe  pięć  lat  po  nim,  na  atak 

serca. Nie wydaje ci się, iż ciągłe życie w cieniu zmarłego brata może być bardzo uciążliwe?

Trevor  znowu  spojrzał  do  góry  i  napotkał  wyblakłe,  przenikliwe  oczy.  Bystry, 

inteligentny starzec. Pomyślał, że jeśli ktoś przekroczył granicę stu lat, nie może być inny.

-  Sądzę,  że  tak,  nawet  jeśli  ucieknie  się  od  tego  na  drugi  kontynent.  To  prawda,  o 

wiele lepiej jest zostać tutaj i zbudować coś własnego. - Pokiwał głową, tym razem z wyraźną 

aprobatą.  -  No  więc,  jak  już  powiedziałem,  przypominasz  nieboszczyka  Johna  Magee. 

Wystarczyło,  że  raz  spojrzał  na  Maude  Fitzgerald,  by  stała  się  jego  miłością.  Wierzysz  w 

dozgonną, romantyczną miłość, młody Magee? Trevor zerknął w kierunku okna Darcy.

- Zdarzają się takie przypadki.

-  Żeby  coś  dostać,  musisz  w  to  wierzyć.  -  Riley  zamrugał  i  podał  swój  kubek 

Trevorowi.  -  Nie  tylko  budowle  z  drewna  i  kamienia  są  tak  trwałe.  -  Ponownie  położył 

zniekształconą dłoń na głowie najbliżej siedzącego dziecka. - Na wieczne czasy.

- Budynki z kamienia potrafią stać przez całe wieki - zauważył Trevor, po czym bez 

zastanowienia  wypił  spory  łyk herbaty.  Zatkało  go,  pociemniało  mu  w  oczach.  -  O  Jezu!  -

Wykrztusił, kiedy mocna, zmieszana z herbatą whiskey paliła mu gardło.

Riley zaśmiał się, a jego pomarszczona twarz zaróżowiła się z radości.

- Cóż jest warta herbata bez naparsteczka irlandzkiej whiskey? Tylko nie opowiadaj, 

że w Ameryce tak rozcieńczyli ci krew, iż nie możesz tego wziąć do ust.

- Jeszcze za wcześnie na picie mocnych trunków.

- A cóż czas ma do tego?

A  więc  ten  człowiek,  stary  jak  Mojżesz,  przez  godzinę  popija  w  równym  rytmie 

zaprawioną  alkoholem  herbatę.  Chcąc  ratować  twarz,  Trevor  wypił  do  dna,  za  co  został 

wynagrodzony szerokim uśmiechem.

-  Równy  z  ciebie  chłop,  Magee.  Równy.  A  skoro  tak,  to  ci  coś  powiem.  Ta  śliczna 

dziewczyna  od  Gallagherów  nie  zadowoli  się  kimś,  kto  nie  ma  gorącej  krwi,  twardego 

kręgosłupa i bystrego umysłu. Uważam, że ty masz to wszystko.

Trevor oddał Riley'owi kubek.

- Jestem tu po to, żeby zbudować mój teatr.

background image

- Jeśli to prawda, to jeszcze ci coś powiem. Nie mieści mi się w głowie, żeby młody 

człowiek marnował swoje życie. - Nalał kolejną filiżankę herbaty. - Będę więc musiał sam się 

z nią ożenić. - Wypił łyk, a w jego oczach pojawiły się wesołe chochliki. - Uwijaj się żwawo, 

chłopie, bo mam niezłe doświadczenie z płcią piękną.

- Zapamiętam to sobie. - Trevor wstał z kucek. - Co robił John Magee, zanim poszedł 

na wojnę?

- Chcesz wiedzieć, jak zarabiał na życie? - Jeżeli nawet Riley'owi wydało się dziwne, 

że  Trevor tego  nie  wie,  nie  dał  nic  po  sobie  poznać.  -  Był  związany z  morzem.  Kochał  je, 

podobnie jak kochał Maude.

Trevor pokiwał głową. - Dziękuję za herbatę - powiedział i powrócił do swojej ekipy.

* * *

Nie poszedł na lunch. Musiał zadzwonić w kilka miejsc, wysłać parę faksów, nie mógł 

więc sobie pozwolić na siedzenie w pubie ani na spędzenie kilku chwil z Darcy. Miał tylko 

nadzieję, że będzie się za nim rozglądała, zastanowi się, dlaczego go nie ma.

W porządku, pomyślał Trevor, wchodząc do domku. Nie zaszkodzi, jeśli Darcy trochę 

się  zdenerwuje.  Tyle  w  niej  beztroskiej  pewności  siebie,  tyle  arogancji.  Tylko  dlaczego,  u 

licha, obie te cechy wydają mu się takie atrakcyjne?

Śmiejąc  się  w  duchu,  udał  się  prosto  do  biura.  Spędził  pół  godziny,  intensywnie 

pracując. Potrafił wyłączyć się z tego, co się wokół działo.

Po załatwieniu wszystkich pilnych spraw i wysłaniu faksów, po odpowiedzeniu na e -

mail  i  nadaniu  swoich  tekstów,  oddał  się  rozmyślaniom  nad  kolejnym  projektem,  który 

zrodził mu się w głowie.

Podniósł  słuchawkę  i  zadzwonił  do  pubu.  Ucieszył  się,  gdy  telefon  odebrał  Aidan. 

Trevor zawsze wolał się zwracać bezpośrednio do kierownika przedsiębiorstwa. Albo, jak w 

tym przypadku, do głowy rodziny.

- Mówi Trev.

- Sądziłem, że o tej porze zobaczę cię przy jednym z moich stolików.

Aidan podniósł  głos, żeby przekrzyczeć panujący w porze lunchu zgiełk, zaś  Trevor 

widział oczyma duszy, jak podczas rozmowy jedną ręką napełnia kufle. Z oddali dobiegł go 

śmiech Darcy.

-  Mam  pewną  sprawę  do  załatwienia.  Chciałbym  zorganizować  spotkanie  z  tobą  i  z 

twoją rodziną.

- Spotkanie? W sprawie teatru?

background image

- Po części. Może znajdziesz wolną godzinę między zmianami?

- Sądzę, że jakoś to zorganizujemy. Dzisiaj?

- Im wcześniej, tym lepiej.

-  Świetnie.  Przyjdź  więc  do  domu.  Przestrzegamy  zasady,  by  wszystkie  rodzinne 

spotkania odbywały się wokół kuchennego stołu.

- Doceniam to. Mógłbyś też poprosić Brennę?

- Oczywiście. A więc do zobaczenia wkrótce.

Wokół  kuchennego  stołu.  Trevor  przypomniał  sobie  własne  spotkania  rodzinne  w 

takim  samym  punkcie  zbornym.  W  dniu  poprzedzającym  pierwsze  pójście  do  szkoły,  w 

przeddzień wyjazdu na obóz baseballowy, przed egzaminem na prawo jazdy i temu podobne. 

Były tam omawiane wydarzenia jego życia, a także z życia jego siostry - co poważniejszych 

kar i kazań dokonywano w majestacie kuchennego stołu.

Dziwne,  ale  po  zerwaniu  zaręczyn  powiedział  o  tym  rodzicom,  kiedy  siedzieli  w 

kuchni. Tam też opowiedział im o swoich planach zbudowania w Ardmore teatru i o zamiarze 

wyjazdu do Irlandii.

Także teraz - przeliczył w myśli nowojorski czas - rodzice najprawdopodobniej są w 

kuchni. Znowu podniósł słuchawkę i zadzwonił do domu.

- Dzień dobry, tu rezydencja Magee.

- Witaj, Rhondo, mówi Trev.

- Pan Trevor - gospodyni Magee nigdy nie nazywała go inaczej, nawet wtedy, kiedy 

go ostrzegała, że sprawi mu lanie. - Podoba się panu w Irlandii?

- Ogromnie. Dostałaś widokówkę?

- Pewnie. Pan wie, jak bardzo je lubię dostawać. Powiedziałam wczoraj Cookowi, że 

pan Trevor nigdy o nich nie zapomina, bo wie, jak bardzo lubię je wkładać do albumu. Czy 

tam jest naprawdę tak zielono, jak na pocztówce?

- Jeszcze zieleniej. Mogłabyś tutaj przyjechać, Rhondo.

- Przecież pan wie, że nie wsiądę do samolotu, o ile ktoś nie przyłoży mi rewolweru 

do  skroni.  Pana  rodzina  właśnie  je  śniadanie.  Będą  uszczęśliwieni,  że  pan  do  nich  dzwoni. 

Proszę  chwilkę  zaczekać.  I  proszę  na  siebie  uważać,  panie  Trevorze,  i  wracać  do  nas,  jak 

tylko pan będzie mógł.

- Na pewno. Dziękuję.

Wyobrażał  sobie,  jak  Rhonda,  szczupła  czarna  kobieta  w  niemiłosiernie 

wykrochmalonym  fartuszku,  biegnie  po  białych  marmurowych  schodach,  mijając  dzieła 

sztuki,  antyki,  kwiaty, na  tyły  eleganckiego  domu  o  elewacji  z  piaskowca.  Nie  skorzysta z 

background image

intercomu,  żeby  zaanonsować  jego  telefon.  Tego  typu  rodzinne  sprawy  można  przekazać 

tylko osobiście.

W  kuchni  pachnie  kawą,  świeżym  chlebem  i  fiołkami,  które  jego  matka  tak  bardzo 

lubi. Ojciec siedzi prawdopodobnie nad gazetą i studiuje rubrykę poświęconą finansom. Zaś 

matka czyta artykuły redakcyjne, irytując się sytuacją na świecie i ludzką głupotą.

I nie ma tam nic z tego nienaturalnego, krępującego spokoju, którego zaznał w domu 

dziadków.  Ojcu  udało  się  jakoś  przed  tym  uciec,  podobnie  jak  jego  własny  ojciec  uciekł  z 

Ardmore. Ale młodszy Denis twardo stał na nogach, dbając o to, co zbudował. - Trev! Jak się 

masz?

- Bardzo dobrze. Prawie tak dobrze, jak ty, sądząc po twoim  głosie. Wiedziałem, że 

złapię was z tatusiem przy śniadaniu.

Taki już mamy zwyczaj. A dzięki tobie jeszcze milej zaczniemy dzień. Opowiedz, co 

teraz widzisz. Jak zawsze prosiła o to samo. Podszedł do okna.

-  Domek  ma  ogród  od  frontu.  Zadziwiająco  ładny,  jak  na  taką  małą  powierzchnię. 

Ten, kto go zaprojektował, wiedział, czego chce. Wygląda jak... ogród dobrej wróżki. Jest tu 

mnóstwo kwiatów, kolorów, zapachów. Dalej są żywopłoty z dzikiej fuksji, czerwonawe na 

zielonym  tle,  wyższe  ode  mnie.  Droga,  wzdłuż  której  rosną,  jest  wąska  jak  tunel  i  pełna 

wybojów. Aż zęby szczękają, gdy się jedzie powyżej pięćdziesiątki. Dalej ciągną się wzgórza, 

niewiarygodnie zielone, schodzące do wsi. Widzę stąd białe domki i schludne uliczki. A także 

dzwonnicę  kościoła,  zaś  trochę  w  bok  okrągłą  wieżę,  którą  chcę  zwiedzić.  Dookoła  jest 

morze. W taki słoneczny dzień jak dziś iskrzy się na niebiesko. Jest naprawdę pięknie.

- Poznaję to po twoim głosie. Sądzę, że jesteś szczęśliwy. - Nie ma powodu, żeby było 

inaczej.

- Od dawna taki nie byłeś. Pozwól, że oddam teraz słuchawkę ojcu, który nie może się 

już tego doczekać. Sądzę, że będziecie chcieli porozmawiać o biznesie.

-  Mamo.  -  Ciągle  myślał  o  tej  rozmowie  ze  starym  człowiekiem,  otoczonym  hordą 

prawnuków. - Stęskniłem się za tobą.

-  Jesteś  taki  kochany.  -  Pociągnęła  nosem.  -  Porozmawiaj  teraz  z  ojcem,  a  ja  sobie 

trochę popłaczę.

-  Płacze,  bo  oderwałeś  ją  od  artykułu  o  broni  palnej.  -  Zabrzmiał  w  słuchawce  głos 

Denisa Magee. - Jak tam twoja praca?

- Wszystko w terminie i w ramach zaplanowanego budżetu.

- To dobra wiadomość. Zamierzasz tam jeszcze zostać?

background image

- Raczej tak. Dobrze by było, gdybyście z mamą, z Doro i jej rodziną zarezerwowali 

sobie wolny tydzień w lecie. Rodzina Magee powinna stawić się w komplecie na pierwszym 

przedstawieniu.

- Powrót do Ardmore. Muszę przyznać, że tego nie planowałem. Sądząc po raportach, 

niewiele tam się zmieniło.

-  Bo  i  nie  było  po  co.  Przyślę  ci  najbardziej  aktualne  dane  dotyczące  projektu,  ale 

dzwonię w innej sprawie. Tato, czy odwiedziłeś kiedykolwiek Faerie Hill Cottage?

Po krótkiej przerwie usłyszał w słuchawce westchnienie.

- Tak. Chciałem poznać kobietę, która była zaręczona z moim stryjem. Może dlatego, 

że ojciec tak rzadko o nim mówił.

- I czego się dowiedziałeś?

- Że John Magee zginął jak bohater, zanim zdążył zakosztować życia.

- A dziadek miał mu to za złe.

- Nie można tego tak jednoznacznie ująć, Trevorze.

- Był twardym człowiekiem.

- To, co czuł w związku z bratem, ze swoją rodziną, zachował dla siebie. Nigdy nie 

próbował poruszyć tego tematu. Bo i po co? I tak bym nigdy nie zrozumiał, co czuł, jakie złe 

wspomnienia zostawił w Irlandii.

- To smutne. Przepraszam, że poruszam ten temat.

-  Nie  masz  za  co.  Jesteś  tam  teraz.  Uważam,  patrząc  na  to  z  perspektywy  lat,  że 

powziął niezłomną decyzję zostania Amerykaninem, wychowania mnie na Amerykanina. To 

tutaj chciał odcisnąć swój ślad. W Nowym Jorku, gdzie mógł być panem samego siebie.

Zimny, twardy człowiek, zajęty bardziej książkami rachunkowymi niż rodziną. Jednak 

Trevor nie widział powodu, by o tym wspominać, ponieważ ojciec znał to wszystko lepiej od 

niego.

- Jakie wrażenie wywarła na tobie Irlandia, kiedy ją odwiedziłeś? - zapytał.

- Nie spodziewałem się, że będę na nią patrzył z takim sentymentem.

- Podobnie jak ja.

- Chciałem tu wrócić, ale zawsze znajdowało się coś ważniejszego. Poza tym jestem 

naprawdę miastowym chłopakiem. Tydzień na wsi i już nie mogę usiedzieć. Ty z matką nigdy 

na to nie narzekaliście. Nie śmiej się, Carolyn, to niegrzecznie.

Trevor jeszcze raz popatrzył za okno.

- Tutaj to prawdziwa wieś.

background image

- Po paru tygodniach spędzonych w chacie, którą wynajmujesz, zacząłbym odchodzić 

od zmysłów.

- Ale byłeś tutaj, widziałeś się z Maude Fitzgerald.

- Tak. Od tego czasu upłynęło już chyba trzydzieści pięć lat. Nie wydała mi się stara, 

ale  pewnie  musiała  mieć  około  siedemdziesięciu  lat.  Była  pełną  wdzięku  kobietą. 

Poczęstowała  mnie  herbatą  i  ciastem.  Pokazała  starą  fotografię  mojego  stryja,  stojącą  w 

brązowej,  skórzanej  ramce.  A  potem  zaprowadziła  mnie  na  jego  grób.  Jest  pochowany  na 

wzgórzu obok ruin i okrągłej wieży.

- Nie byłem tam jeszcze, ale pójdę.

- Nie przypominam sobie dokładnie drogi, którą tam doszliśmy. To wszystko było tak 

dawno  temu.  Ale  i  tak  sporo  zapamiętałem,  ponieważ  wydawało  mi  się  to  wówczas  takie 

dziwne.  Staliśmy  nad  jego  grobem,  a  ona  wzięła  mnie  za  rękę.  Powiedziała,  że  to,  co 

pochodzi  ze  mnie,  wróci  tu  całkiem  odmienione.  Że  będę  dumny.  Pewnie  chodziło  jej  o 

ciebie. Słyszałem od miejscowych ludzi, że miała widzenia... jeżeli wierzysz w takie rzeczy.

- Będąc tutaj, zaczyna się wierzyć w najróżniejsze rzeczy.

-  Pewnej  nocy  wybrałem  się  na  spacer  po  plaży.  Mógłbym  przysiąc,  że  słyszałem 

grające  flety  i  że  widziałem  przelatującego  nad  głową  mężczyznę  na  białym  koniu. 

Oczywiście, byłem przedtem w pubie Gallaghera, gdzie wypiłem parę kufli piwa.

Ojciec się roześmiał, ale Trevor poczuł ciarki na plecach.

- Jak on wyglądał?

- Gallagher?

- Nie, mężczyzna na koniu.

- Pijackie zwidy. No popatrz, a teraz rozbawiłem twoją matkę.

- Chyba pozwolę wam już wrócić do śniadania.

- Baw się dobrze. Napisz przy okazji, Trev, a my będziemy pamiętać o lecie.

- Do widzenia.

Powiesił  słuchawkę,  nie  przestając  spoglądać  przez  okno.  Omamy,  złudzenia, 

rzeczywistość. Nie wydaje się, by w Ardmore istniał między nimi wyraźny podział.

Załatwił  wszystko,  jeszcze  przed  otwarciem  nowojorskiej  giełdy,  po  czym 

powędrował na grób Johna Magee.

Wysoko  w  górze  wiał  wiatr.  Kamienie  nagrobne  przechyliły  się,  rzucając  cienie  na 

zmarłych.  Płyta  Johna  Magee  stała  wyprostowana  jak  żołnierz.  Nagrobek  był  prosty, 

zniszczony przez wiatr i czas, ale napis pozostał czytelny.

JOHN DONALD MAGEE

background image

1898 - 1916

ZA MŁODY, BY UMRZEĆ JAKO ŻOŁNIERZ

-  To  jego  zrozpaczona  matka  kazała  wyryć  ten  napis  -  powiedział  Carrick,  który 

podszedł i stanął obok Trevora. - Według mnie każdy jest zawsze za młody, by umierać jako 

żołnierz.

- Skąd możesz wiedzieć, dlaczego kazała to wyryć?

- Mało jest takich rzeczy, o których bym nie wiedział, a przynajmniej nie domyślał się. 

Wy, śmiertelnicy, stawiacie swoim zmarłym pomniki. Uważam to za interesujący obyczaj. I 

taki specyficznie ludzki. Nagrobki i kwiaty, symbole - czyż nie są tym, co trwa wiecznie? A 

dlaczego ty tutaj przychodzisz, Trevorze Magee, do kogoś, kogo nigdy nie znałeś?

-  Pewnie  łączą  nas  jakieś  więzy  pokrewieństwa.  Zresztą  sam  nie  wiem.  -

Zdezorientowany, odwrócił się, spojrzał Carrickowi prosto w oczy. - Może ty mi to powiesz?

-  Ja?  Masz  w  sobie  znacznie  więcej  z  matki  niż  z  dziadka,  a  zatem  powinieneś  już 

znać  odpowiedź,  nawet  jeśli  twoja  rozcieńczona  jankeska  krew  nie  akceptuje  tego,  z  czym 

przyszło  ci  się  skonfrontować.  Dużo  podróżujesz,  prawda?  Odwiedziłeś  już  więcej miejsc  i 

zobaczyłeś więcej rzeczy niż  większość twoich rówieśników. Czyżbyś w swoich podróżach 

nigdy nie zetknął się z magią?

- Nigdy dotąd nie prowadziłem rozmów z duchami...

-  Rozmawiałeś  z  Gwen?  -  Z  oczu  Carricka  zniknęła  cała  wesołość,  spoglądał 

przenikliwym i surowym wzrokiem. Chwycił Trevora za ramię, a z jego dłoni bił żar. - Co ci 

powiedziała?

- Myślałem, że wiesz... a przynajmniej domyślasz się. Carrick puścił nagle jego ramię, 

odwrócił  się.  Zaczął  się  przechadzać  po  trawie,  pomiędzy  nagrobkami.  Powietrze  wokół 

niego zagęściło się od barw i iskier.

-  Tylko  ona  się  liczy  i  tylko  jej  jednej  nie  jestem  w  stanie  dostrzec  wyraźnie.  Czy 

wiesz,  Magee, co  to  znaczy,  gdy osoba,  której  się  pragnie  z  całego serca  znajduje  się  poza 

twoim zasięgiem?

- Nie.

- Głupio z nią postąpiłem. Zraniłem głęboko jej dumę, Ale ona też popełniła błąd. Ale 

teraz już nie ma znaczenia, kto ponosi większą winę w tym względzie.

Przystanął, a powietrze wokół niego znieruchomiało.

- Co ci powiedziała?

- Mówiła o tobie, o namiętności, o miłości, która trwa. Tęskni za tobą.

Oczy Carricka rozbłysły.

background image

-  Jeżeli  ona...  jeżeli  znowu  będziesz  z  nią  rozmawiał,  powiedz  jej,  że  czekam  i  nie 

pokochałem żadnej od naszego ostatniego spotkania.

Nie  wiadomo  czemu,  taka  prośba  nie  wydawała  się  Trevorowi  ani  trochę  dziwna.  -

Powiem jej.

- Jest piękna, prawda?

- Tak, bardzo.

- Człowiek może się zapomnieć na widok takiej piękności że nie zajrzy do jej serca. 

Tak  było  ze  mną,  i  drogo  mnie  to  kosztowało.  Ty  nie  popełnisz  takiego  błędu.  Dlatego  tu 

jesteś.

- Jestem tutaj, żeby zbudować teatr i poznać swoje korzenie.

Odzyskując humor, Carrick podszedł znowu do Trevora.

-  Dokonasz  jednego  i  drugiego,  a  nawet  jeszcze  więcej.  Twój  spoczywający  tu 

przodek był wspaniałym człowiekiem, trochę o zbyt miękkim sercu jak na żołnierza i na to, 

co  podczas  wojny  ludzie  gotują  innym  ludziom.  Mimo  to  poszedł  na  wojnę  z  poczucia 

obowiązku, zostawiając tu swoją ukochaną.

- Znałeś go?

- Oczywiście. Znałem ich oboje, choć mnie znała tylko Maude. Kiedy ruszał w drogę, 

dała mu talizman, żeby go chronił.

Pstryknął  palcami,  spomiędzy  których  wysunął  się  łańcuszek  z  niedużym  srebrnym 

krążkiem.

- Pewnie chciałaby, żeby należał teraz do ciebie.

Trevor, zbyt ciekawy, żeby zachować ostrożność, wyciągnął rękę i sięgnął po srebrny 

wisiorek.  Był  ciepły,  jakby  noszono  go  na  ciele,  z  ledwo  widocznym  wygrawerowanym 

napisem.

- Co jest tu napisane?

- Po staroirlandzku oznacza to dozgonną miłość. Jednak wojna okazała się silniejsza 

niż  talizman, silniejsza niż miłość. Ten chłopak  marzył o skromnym, zwyczajnym życiu, w 

przeciwieństwie  do  brata,  który  wyjechał  do  Ameryki.  Ojciec  twojego  ojca  chciał  czegoś 

więcej, pracował na to i dopiął swego. Godne podziwu. A czego ty chcesz, Trevorze Magee?

- Budować.

- To też jest godne podziwu. Jak nazwiesz swój teatr?

- Nie myślałem o tym. Dlaczego pytasz?

-  Myślę,  że  wybierzesz  właściwą  nazwę,  ponieważ  jesteś  bardzo  przezornym 

człowiekiem. Dlatego żyjesz samotnie.

background image

Trevor zacisnął palce na talizmanie.

- Lubię być sam.

- Być może, ale najbardziej lubisz mieć zawsze rację.

- To prawda. Muszę iść. Mam spotkanie.

- Przejdę się z tobą kawałek. Mamy piękne lato. Wsłuchaj się w kukanie kukułki. To 

dobra wróżba. Życzę ci szczęścia podczas spotkania z Darcy.

- Dziękuję, jakoś poradzę sobie.

-  Nie  wątpię,  w  przeciwnym  razie  nie  byłbym  w  tak  dobrym  nastroju.  Ona  także 

będzie  chciała  tobą  pokierować.  Wasze  zmagania  wyjdą  sprawie  na  dobre,  a  przy  okazji 

przysporzycie nam niezłej zabawy.

- Nie włączysz mnie do swojego planu.

- To nie jest kwestia planowania. Chodzi o to, co ma być. Carrick przystanął. Widział 

stąd  domek,  jego  kremowe  ściany,  opromieniony  słońcem,  kryty  strzechą  dach, 

rozpościerającą się tęczę kwiatów.

- Kiedyś wyszła mi na spotkanie z bijącym sercem, z błyszczącymi oczami. Miłość i 

strach tak się ze sobą splotły, że nie dało się ich rozdzielić. Ja zaś byłem tak pewny, że olśnię 

ją darami i obietnicami, iż nie uczyniłem niczego takiego, co naprawdę mogłoby się liczyć.

- Nie było drugiej okazji? Carrick uśmiechnął się krzywo.

-  Może  i  byłaby,  gdybym  nie  zwlekał  tak  długo.  A  teraz  musi  dopełnić  się  czas 

oczekiwania. Magee, pokieruj Darcy, zanim ona pokieruje tobą.

- To moje życie - powiedział lakonicznie Trevor. - Moja sprawa. - Zszedł ze wzgórza, 

kierując się w stronę domku. Ale nie mógł się oprzeć, żeby nie spojrzeć za siebie.

Nie zdziwił się, że Carrick zniknął. Pozostało tylko zielone wzgórze i radosne kukanie 

kukułki.

Trevor  powiedział  sobie,  że  czas  przestać  roztkliwiać  się  nad  dawno  zmarłymi 

krewnymi, przestać myśleć o odwiedzinach zaczarowanych królewiczów i pięknych zjaw.

Czekała go ważna sprawa do załatwienia.

Włożył jednak łańcuszek na szyję i ukrył srebrny krążek pod koszulą, by ogrzał jego 

serce.

background image

8

Miejscowa  drużyna  ma  zawsze  przewagę.  Wiedział  o  tym,  wchodząc  do  środka. 

Gallagherowie  są  na  swoim  terenie  -  w  domu,  we  wsi,  w  hrabstwie,  w  całym  tym  ich 

cholernym  kraju.  Jeżeli  nie  znajdzie  sposobu,  by  przenieść  spotkanie  do  Nowego  Jorku, 

pozostanie na przegranej pozycji.

W dodatku mają nad nim przewagę liczebną. Nic na to nie poradzi.

Jednak nawet przy tak niesprzyjającym układzie nie zamierzał się poddać.

Wszelkie 

pytania, 

wątpliwości 

związane 

ostatnimi 

paranormalnymi 

doświadczeniami, należało odłożyć na później. Teraz najważniejszy był biznes.

Kiedy zapukał do drzwi domu Gallagherów, reprezentował przedsiębiorstwo Magee.

Drzwi  otworzyła  Darcy.  Uśmiechała  się  zuchwale,  najwyraźniej  będąc  w  dobrym 

humorze.

- Dobry wieczór, panno Gallagher.

-  Dobry  wieczór,  panie  Magee.  -  Prowokacyjnie,  zamiast  się  cofnąć,  postąpiła  krok 

naprzód. - Nie pocałujesz mnie?

- Później.

Potrząsnęła lekko głową, rozsypując burzę czarnych włosów.

- Później mogę nie mieć nastroju.

- Odzyskasz go, kiedy cię pocałuję.

Nieco wytrącona z równowagi, wzruszyła ramionami. Cofnęła się, żeby go wpuścić.

-  Lubię  pewnych  siebie  mężczyzn.  Reszta  rodziny jest  w  kuchni,  czekają  na  ciebie. 

Czy ma to coś wspólnego z teatrem?

- Częściowo.

Jeszcze bardziej ją zirytował, ale zapanowała nad sobą.

- A także tajemniczych mężczyzn. Kocham się obecnie w takim jednym.

- Który to z kolei?

- Och, od dobrych paru lat już ich nie liczę. Jestem taka kochliwa. A ty który raz się 

zakochałeś?

- Jeszcze nie znalazłem tutaj żadnej odpowiedniej kobiety.

- Jaka szkoda. Oto i on - zaanonsowała Darcy, przerywając burzliwą rozmowę wokół 

stołu.

- Jeśli przeszkadzam...

background image

- Ani trochę. - Aidan wstał i wskazał ręką na Brennę i Shawna, którzy siedzieli patrząc 

na siebie spode łba. - Jeżeli nie pogryzą się oni ze sobą przynajmniej sześć razy w tygodniu, 

jest to objaw nienormalny i trzeba wezwać lekarza.

-  Powiedziałeś,  że  to  ja  decyduję  o  szczegółach  w  domu  -  przypomniała  mężowi 

Brenna.

- Ale ty mówisz o szafkach kuchennych i blatach. A kto, do jasnej cholery, gotuje?

- Niebieski laminat jest bardzo praktyczny.

- Ale marmur jest trwalszy. Wystarczy na dwa ludzkie życia.

- Nas obchodzi tylko jedno, nieprawda, Trevorze? Trevor wolał się nie wtrącać.

- Nie mam żadnego zdania, gdy w grę wchodzi sprzeczka między mężem i żoną.

- To nie jest sprzeczka. - Lekko naburmuszona Brenna usiadła z powrotem i założyła 

ręce. - To zwykła dyskusja. Laminat mogę dostać od razu. A wiesz, ile będzie kłopotu z tym 

cholernym marmurem?

-  Zaczekaj,  a  się  przekonasz.  -  Shawn  pochylił  się  w  jej  stronę  i  delikatnie  ją 

pocałował. - A potem to docenisz.

- No cóż, skoro już rozstrzygnęliśmy ten jakże żywotny i drażliwy problem... - Aidan 

wskazał Trevorowi krzesło. - Czego się napijesz? Piwa czy herbaty?

- Proszę o piwo. - Popatrzył na Jude. - Jak się miewasz?

-  Dobrze.  -  Nie  chciała,  by  wiedział,  że  czuje  się  fatalnie.  -  Nie  jadłeś  dziś  lunchu. 

Może ci przyrządzić sandwicza?

- Dziękuję ci, nie jestem głodny. - Pochylił się, dotknął jej ręki. - Siedź. Jestem wam 

wdzięczny, że znaleźliście czas żeby się ze mną spotkać.

- Nie ma sprawy. - Aidan postawił przed nim piwo i usiadł u szczytu stołu.  - Żaden 

problem. Brenna mówi, że prace przy budowie idą zgodnie z planem. Muszę przyznać, że to 

raczej dziwne, jak na te strony.

- Mam dobrego majstra. - Wzniósł szklanką piwa toast na cześć Brenny i wypił łyk. -

Sądzę, że będziemy gotowi do maja.

-  Dopiero?  -  Na  twarzy  Darcy  malowało  się  zdumienie  i  przerażenie.  -  I  ten  hałas 

będzie nam towarzyszył przez cały rok?

- Jaki hałas? - Kiedy Darcy prychnęła pod nosem, Trevor zwrócił się do pozostałych. -

Na  wiosnę  zamierzam  dać  parę  przedstawień  dla  miejscowych.  Ale  uroczyste  otwarcie 

planuję na trzeci tydzień czerwca.

- W środku lata - skomentowała Darcy.

- Środek lata jest w lipcu.

background image

- Nie znasz pogańskiego kalendarza? Środek lata przypada na dwudziestego drugiego 

czerwca.  Noc  przyjęć  i  wesołych  zabaw.  W  ubiegłym  roku  tego  dnia  Jude  wydała  swoje 

pierwsze ceili, które się świetnie udało, prawda, kochanie?

- W końcowym efekcie. Dlaczego nie przełożysz tego o miesiąc? - zapytała Jude.

-  Chcę  przygotować  program,  zainteresować  dziennikarzy.  Nieoficjalne  otwarcie 

przewiduję na maj. Tylko dla zaproszonych gości.

- Bardzo sprytnie - mruknęła Darcy.

- Na tym między innymi polega moja praca. Chcę wzbudzić zainteresowanie i zrobić 

nam  reklamę  przed  oficjalnym  otwarciem  w  czerwcu.  Będzie  jeszcze  czas,  żeby  zapiąć 

wszystko na ostami guzik.

- Ma to być coś w rodzaju próby generalnej? Przytaknął Darcy skinieniem głowy.

- Tak. Powinniście mi pomóc przy sporządzaniu listy gości z okolic.

- Nic prostszego - rzekł Aidan.

- Chciałbym też, żebyście wystąpili we trójkę. Aidan sięgnął po swoje piwo.

- W pubie?

- Na scenie. Na głównej scenie.

- W teatrze? - Aidan odstawił piwo. - Dlaczego?

- Słyszałem was. Jesteście znakomici.

-  No  cóż,  Trevorze,  bardzo  nam  pochlebiasz.  -  Shawn  sięgnął  po  ciasteczka,  które 

Jude  podała do herbaty. - Ale myśmy się tylko wygłupiali. Nie tego potrzebujesz  w swoim 

teatrze.

- Właśnie  tego szukam.  Zamierzam promować  miejscowe talenty. Nie sądzę,  żebym 

znalazł  coś  bardziej  odpowiedniego  na  pierwsze  przedstawienie  niż  występ  Gallagherów,  z 

wybranymi utworami muzycznymi Shawna Gallaghera.

- O rany! - Shawn aż pobladł. - W pełni sezonu! Nie chciałbym cię pouczać, Trevorze, 

ale ten pomysł jest z całą pewnością chybiony.

- Wcale nie. - Brenna grzmotnęła go pięścią w ramię. - Jest wspaniały. Genialny. Ale 

jak dotąd, kupiłeś tylko trzy jego melodie, Trevorze.

- Ponieważ nic mi więcej nie pokazał.

-  Coś  takiego!  Ty  durniu!  -  Brenna  znowu  walnęła  Shawna,  tym  razem  jeszcze 

mocniej. - Ma ich mnóstwo. Gdybyś przechodził koło naszego domu, mógłbyś na nie zerknąć. 

Wtaszczył fortepian do pokoju, który nam służy za salon. A także swoje skrzypce...

- Daj spokój - mruknął Shawn.

- Jak mogę być spokojna, kiedy...

background image

-  Daj  spokój.  -  Tym  razem  powiedział  ostrzej  i  Brenna  umilkła.  -  Muszę  to  sobie 

przemyśleć. - Wyraźnie  poruszony, z  wypiekami  na twarzy,  przeciągnął  ręką po włosach.  -

Muszę to sobie dobrze przemyśleć. - Gdy żona chciała się wtrącić, spojrzał na nią. - Brenna!

Ale ona nie dała za wygraną.

- Powiem tylko jedno. Masz tak wiele do ofiarowania, Shawn, że nie powinno cię to 

niepokoić. Ubij ze mną interes.

Wzruszył niespokojnie ramionami.

- Jaki interes?

-  Pozwól  mi  wybrać  jeden  utwór,  żebym  go  mogła  pokazać  Trevorowi.  Czy  nie 

miałam szczęśliwej ręki poprzednim razem?

To  prawda.  Nie  przeczę.  Niech  będzie.  Brenna  przyniesie  ci  jutro  jakąś  piosenkę, 

przekonasz się, co jest warta.

- Już z góry się cieszę. - Trevor zawahał się. Problem w tym, że zbytnio polubił tych 

ludzi. - Jednak powinieneś mieć agenta.

-  A  czy  ona  nie  jest  dostatecznie  dobra?  -  odparował  Shawn,  pokazując  palcem  na 

Brennę.  -  Nie  daje  spokoju  w  dzień  i  w  nocy,  analizuje  każde  słowo  w  kontrakcie,  który 

przysłałeś. Zostawmy to lepiej tak, jak jest.

To tylko uprości sprawę. Trevor odłożył ten temat na bok i ponownie zwrócił się do 

Aidana. - Jesteście Gallagherami, a Gallagherowie to Ardmore. Teatr stanie się częścią wsi i 

wszyscy  na  tym skorzystamy.  Obie  sprawy wiążą  się  z  bardzo  prostego  powodu,  ponieważ 

twój  pub  jest  uznanym  ośrodkiem  muzycznym.  Wasz  występ  inaugurujący  otwarcie  teatru 

przyciągnie dziennikarzy. A reklama w prasie to więcej sprzedanych biletów, większe zyski. 

Dla Gallagherów i dla teatru.

- Rozumiem twój punkt widzenia, ale nie widzę w tym Gallagherów. My zajmujemy 

się prowadzeniem pubu.

- A czy wasz występ i nagranie muzyki Shawna nie przyniesie wam jeszcze większej 

sławy?

- Nagranie?

-  Wasza  płyta  będzie  do  kupienia  w  teatrze  -  ciągnął  Trevor.  -  Znamy  się  na  tym. 

Mamy dobrych wykonawców, zajmujemy się promocją, dystrybucją. Do tego potrzebny jest 

profesjonalizm. A wy jesteście do tego stworzeni.

- Nie jesteśmy wykonawcami, jesteśmy szynkarzami.

background image

-  Mylisz  się.  Jesteście  urodzonymi  wykonawcami.  Rozumiem,  że  stawiacie  pub  na 

pierwszym  miejscu.  I nadal  na  to  liczę.  Ale  to  może  być  bardzo  interesująca,  dochodowa  i 

satysfakcjonująca odskocznia.

- Dlaczego tak ci na tym zależy?

To było pierwsze zadane przez Darcy pytanie i Trevor przeniósł całą uwagę na nią.

-  Ponieważ  zależy  mi  na  teatrze  i  chcę  mieć  to,  co  najlepsze,  co  gwarantuje  zysk  -

dodał. - Czy nie o to przede wszystkim chodzi?

Aidan pokiwał głową.

- Zaskoczyłeś nas trochę, potrzebujemy czasu, żeby to przemyśleć i przedyskutować. 

Tak czy inaczej, zgodę musi wyrazić cała nasza piątka. Musimy się najpierw temu przyjrzeć 

w  ogólnych  zarysach,  zanim  przejdziemy  do  szczegółów,  których,  jak  mniemam,  jest  cała 

masa.

-  Rozumiem.  -  Wiedząc,  że  trzeba  się  teraz  wycofać  i  pozwolić,  by  rzucone  ziarno 

dojrzało, Trevor podniósł się z miejsca. - Gdybyście mieli jakieś pytania, wiecie, gdzie mnie 

szukać. Brenna, nie musisz jeszcze wracać na plac budowy.

- Dzięki. Niedługo tam będę. Darcy zatrzymała Aidana.

- Odprowadzę cię - powiedziała do Trevora.

Tyle  myśli  wirowało  jej  w  głowie. Wiedziała,  że  należy  wyłowić  tę  najważniejszą  i 

uchwycić się jej z całej siły.

- Muszę przyznać, że nieźle nas dzisiaj zaskoczyłeś, Trevorze.

-  Zauważyłem,  ale  zastanawiam  się  też,  dlaczego  tak  zareagowaliście.  Jesteście 

muzykalni, macic też swój rozum. Chyba słyszałaś, jak was chwalą.

-  Może  i  słyszałam.  -  Zerknęła  za  siebie,  świadoma  faktu,  że  rodzina  omawia  już 

sprawę.  Najpierw  jednak,  zanim  dołączy  do  nich,  musi  uporządkować  własne  myśli  i 

odczucia. - Nie jesteś człowiekiem impulsywnym, w każdym razie, gdy chodzi o biznes.

- Masz rację.

- Skąd więc nagle ten pomysł?

-  Kiedy  po  raz  pierwszy  usłyszałem  twój  śpiew,  od  razu  zwietrzyłem  dobry  interes. 

Masz głos, który chwyta za serce. To prawdziwy talent.

- Hmm. - Szli wąską ścieżką przecinającą ogród Jude. - I myślisz, że pomysł, z którym 

dzisiaj do nas przyszedłeś, ożywi nasze wzajemne stosunki?

- Jestem tego pewien.

Odwróciła głowę, popatrzyła na niego uważnie przez ramię.

- Taak, chyba masz rację. A ile zamierzać płacić za to ożywienie?

background image

Teraz on się uśmiechnął. Jakby z góry wiedział, że dojdzie do takiej rozmowy.

- Możemy to wynegocjować.

- A jaka będzie dolna granica tych negocjacji?

- Pięć tysięcy za  występ.  I dodatkowe honoraria z nagrań. Uniosła do  góry brwi. Za 

jeden wieczór śpiewania więcej niż za całe tygodnie obsługiwania w pubie.

- Funtów czy dolarów?

- Funtów.

- No cóż, jeśli się tym zainteresujemy, możesz być pewien że Aidan nie zgodzi się na 

tak żałosną kwotę i będzie się targował.

- Spodziewam się tego. Aidan jest człowiekiem interesu. - Patrząc jej w oczy, Trevor 

zbliżył się do niej. - Zaś Shawn jest artystą.

- A kim ja jestem?

- Ucieleśnieniem ambicji. I wszyscy razem tworzycie drużynę nie do pokonania.

- Jak już powiedziałam wcześniej, jesteś bystrym człowiekiem. - Przeniosła spojrzenie 

z  niego na  morze,  gdzie  wolno  i  równomiernie przewalały się  fale.  -  To  prawda, że  jestem 

dość  ambitna.  I  będę  z  tobą  szczera,  Trevorze:  nigdy  bym  nie  wpadła  na  taki  pomysł. 

Śpiewałam zawsze wyłącznie dla własnej przyjemności.

- Taki głos może cię uczynić bogatą. Sławną. A ja chcę ci w tym pomóc.

- Oto propozycja, która całkowicie do mnie przemawia. Roześmiał się serdecznie.

- Lubię cię.

-  I  ty  mi  się  coraz  bardziej  podobasz.  Marzę  o  bogactwie  i  nie  wstydzę  się  tego 

powiedzieć.

Kiwnął głową w stronę domu.

- Więc ich namów.

-  Nie,  nie  zrobię  tego.  Nie  potrafię  zmusić  ich  do  niczego,  co  im  nie  będzie 

odpowiadało. Musi to być jednogłośna decyzja. Tak postępują Gallagherowie.

- A tobie odpowiada ten pomysł?

- Sama jeszcze nie wiem. Muszę tam wracać, żeby włączyć się do dyskusji. Ale...

- Co?

-  Chciałam  cię  o  coś  zapytać,  bo  widzę,  że  jesteś  ekspertem  w  tych  sprawach.  -

Zajrzała mu  w oczy. Chciała najpierw zobaczyć odpowiedź,  zanim ją usłyszy. - Shawn jest 

genialny, prawda? - Tak - odparł Trevor bez wahania.

- Wiedziałam, że tak jest. - Łzy zalśniły w jej błękitnych oczach. - Jestem z niego taka 

dumna. - Łza potoczyła się po jej policzku, pociągnęła nosem. - A niech to!

background image

Zaskoczony Trevor wpatrywał się w nią bezradnie, po czym sięgnął do tylnej kieszeni 

po chusteczkę.

- Masz.

- Czysta?

- Chryste, ależ ty jesteś poplątana, Darcy. Zrobiłabyś to dla niego, prawda?

Wytarła nos. - Co?

- Wystąpiłabyś z Shawnem, gdyby nawet pomysł wydał ci się nie do przyjęcia.

- Że niby mnie samej jest wszystko jedno, tak?

-  Przestań.  -  Ujął  ją  za  ramiona,  zmrużył  oczy.  -  Niezależnie  od  tego,  ile  by  to  cię 

miało kosztować, zrobiłabyś to dla niego.

-  Jest  moim  bratem.  Nie  ma  takiej  rzeczy,  której  bym  dla  niego  nie  zrobiła.  -

Kilkakrotnie odetchnęła głęboko i zwróciła mu chusteczkę. - Ale nie zrobię tego za darmo.

Kiedy  się  odwróciła,  żeby  odejść,  stoczył  ze  sobą  krótką  walkę.  Pragnienie 

przeważyło nad dumą.

- Weź wolny wieczór, Darcy.

Zadrżała, ale zmusiła się do tego, by spojrzeć nań szyderczo.

- Zobaczymy.

Gdy weszła do domu, oparła się plecami o drzwi, zamknęła oczy. Było w nim coś, co 

przyprawiało  ją  o  słabość.  Dziwne  uczucie  w  zestawieniu  z  jego  podniecającymi 

propozycjami i obietnicami.

Miała ochotę tańczyć, choć drżały jej kolana.

I nie umiała znaleźć klucza do swojego serca.

Otworzyła  oczy,  uśmiechnęła  się.  Z  podniesionych  głosów  dochodzących  z  kuchni 

wywnioskowała bez trudu, że jej rodzina także jeszcze nie znalazła klucza.

Idąc  tam,  zatrzymała  się  na  chwilę  przy  drzwiach  salonu  i  popatrzyła  na  stary 

fortepian. Muzyka, na równi z pubem stanowiła część jej życia. Od zawsze. Ale muzyka była 

zawsze  zabawą,  czymś,  co  daje  przyjemność,  nie  pieniądze.  Jedno  z  jej  najwcześniejszych 

wspomnień związane było z tym fortepianem, kiedy siedziała przy nim na kolanach matki, a 

wokół rozbrzmiewała muzyka i śmiech.

Miała dobry, mocny głos. Wiedziała o tym. Ale żeby opierać na nim swoje nadzieje i 

korzystać przy tym z pomocy Trevora Magee...

Rozsądniej  będzie nie wiązać  z  tym żadnych konkretnych  oczekiwań.  W  ten sposób 

uniknie rozczarowania.

Wróciła w samą porę, by usłyszeć pełne oburzenia słowa Brenny.

background image

- Kartofel ma więcej rozumu niż ty, Shawn. Człowiek ofiarowuje ci życiową szansę, a 

ty się zamartwiasz i rozdrabniasz to na kawałki.

- Bo chodzi o całe moje życie, nie rozumiesz tego?

- Sądzę, że mam jednak prawo wyrazić swoją opinię.

- To jest moja muzyka i nawet ty nie wybijesz mi jej z głowy.

-  Zgodziłeś  się  pokazać  mu  jeszcze  jedną  melodię  -  wtrącił  Aidan,  przyjmując  na 

siebie  rolę  rozjemcy.  -  Przekonajmy  się  najpierw,  co  z  tego  wyniknie.  Zaś  co  do  reszty, 

musimy się jeszcze  temu  przyjrzeć pod wszystkimi możliwymi kątami.  - Podniósł  wzrok.  -

Jeszcze nie usłyszeliśmy, co o tym sądzi Darcy.

-  Jeśli  tylko  będzie  miała  okazję  wystąpić  w  świetle  jupiterów  i  zgarnąć  forsę  -

powiedział Shawn - z góry wiadomo, co myśli.

Darcy uśmiechnęła się kwaśno.

-  Ponieważ  nie  jestem  idiotką,  jak  niektórzy  przy  tym  stole,  nie  zgłaszam  żadnych 

zastrzeżeń. Ale... - Zamilkła, a Shawn aż zmrużył oczy. - Myślę jednak, że dla kogoś takiego 

jak Magee sporadyczne interesy nie wchodzą w grę. A nie jestem pewna, czy jesteśmy gotowi 

na to, co on naprawdę zamierza.

- Zależy mu  na  muzyce  Shawna i  na tym, żebyście  ją we  troje zaśpiewali.  - Brenna 

uniosła ręce do góry. - To chyba trzyma się kupy.

- No więc jesteśmy tu we troje - powiedział spokojnie Aidan, patrząc po kolei na ich 

twarze.  -  Każde  z  nas  ma  inne  potrzeby.  Moje  życie  koncentruje  się  wokół  Jude,  dziecka, 

pubu, tego domu.  I nie  zamierzam  tego zmienić.  Shawn ma nowy dom  i  nowe życie, które 

budują z Brenna, a także pub i muzykę. Ale muzyką zajmuje się wtedy, gdy ma na to czas i 

nastrój, i robi to po swojemu. Czy mam rację?

- Masz.

- A Darcy? Myślę, że chodzi tu przede wszystkim o ciebie. I pewnie dobrze czułabyś 

się w tej roli.

- Nie zastanawiałam się nad tym. Dotąd muzyka była naszą prywatną sprawą, czymś, 

czym dzieliliśmy się z rodziną i z przyjaciółmi. Rozumiem, co ma na myśli Brenna, mówiąc, 

że połączenie pubu z teatrem jest ze wszech miar sensowne. Z pewnością nie przyniesiemy 

wstydu naszemu nazwisku. Ale Trevor Magee jest sprytny. I dlatego my musimy być jeszcze 

sprytniejsi.  Musimy  dokładnie  wiedzieć,  w  co  wchodzimy.  Aidan  pokiwał  głową,  po  czym 

zwrócił się do żony.

- Jude Frances, jeszcze ty nie wypowiedziałaś swojego zdania. Masz jakieś pomysły?

background image

- Parę. - Założyła ręce na brzuchu. - Po pierwsze, pomówmy o stronie praktycznej. Nie 

znam  się  zupełnie  na  reklamie i  na  urządzaniu  widowisk,  ale  sądzę,  że  scenariusz,  który  w 

ogólnych  zarysach  przedstawił  Trevor,  jest  prosty  i  sensowny.  I  że  wszyscy  na  tym 

skorzystamy.

-  To  prawda  -  przyznał  Aidan.  -  Ale  jeśli  przeniesiemy  naszą  muzykę  do  teatru,  co 

nam zostanie w pubie?

-  To,  co  było  -  tradycja  i  bardziej  kameralne  występy.  Jeśli  wystąpicie  na  scenie  i 

nagracie  płytę,  ludzie  będą  się  wami  jeszcze  bardziej  interesować.  Każdy,  kto  przyjdzie  na 

piwo, chętnie posłucha waszych piosenek. Zwłaszcza turyści.

- No, no, masz cholerną fantazję - powiedziała półgłosem Darcy.

- Wystarczy posiedzieć w pubie, poobserwować was, żeby się przekonać, jaka jest tu 

miła atmosfera. Trevor to dostrzegł. Dobrze wie, że pub zrobi mu dobrą reklamę. Poza tym... 

uważam, Aidanie, że to nie zmieni niczego, co uważasz za treść swojego życia.

Pocałował ją w rękę.

- Czyż Jude nie jest cudowna? Czy widzieliście kiedyś drugą taką jak ona?

Jude mówiła dalej.

- Shawn. Masz wielki talent, który ukrywasz przed innymi. To dlatego Brenna tak się 

niecierpliwi i złości.

- Trudna sprawa z tym moim mężem. - Brenna ugryzła kawałek biszkoptu i spojrzała 

na Shawna.

- Sądzę - ciągnęła Jude - że gdybyście wystąpili razem i nagrali ten występ, byłby to 

idealny  sposób  zaprezentowania  twojej  muzyki.  Ufasz  im,  a  oni  ciebie  rozumieją.  Czy  nie 

byłoby ci łatwiej zrobić pierwszy krok razem z nimi?

- Kiedy tu wcale nie chodzi o mnie.

- Och, odpowiedz lepiej na pytanie - warknęła Darcy. - Ty tchórzliwy bałwanie.

- Oczywiście, że byłoby łatwiej, ale...

- I pozwól teraz Jude dokończyć. Ponieważ, jak sądzę, za chwilę przejdzie do mnie, a 

ja uwielbiam być ośrodkiem zainteresowania.

- I nie boisz się widowni. - Jude podniosła filiżankę herbaty i wypiła łyk. Nie mogła 

dłużej  usiedzieć  w  jednym  miejscu.  Zaczynał  ją  boleć  krzyż.  -  Aktorstwo  jest  twoją  drugą 

naturą. Będziesz zachwycona sceną, światłami, oklaskami.

- Nasza Darcy jest bardzo próżną kobietą - stwierdził Shawn.

- Nic na to nie poradzę, że jestem najbardziej udana w rodzinie.

- Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek spotkała cię jakaś poważna przykrość?

background image

- Największą przykrością jest to, że muszę patrzeć na ciebie.

Zanim rodzeństwo zdążyło skoczyć sobie do gardła, Aidan podniósł palec do góry.

- Pozwólcie Jude skończyć.

- Już prawie skończyłam. - Zadziwiające, jak szybko zdążyła się dostosować do rytmu 

życia tej rodziny. - Mam wrażenie, że będziesz się dobrze czuła na scenie, występując przed 

publicznością. Poza tym gotowa jesteś zrobić wszystko dla swych braci.

- Zrobię to, żeby sobie sprawić radość.

- W pewnym stopniu - zgodziła się Jude. - Zrobisz to dla Aidana, zaś Aidan dla pubu. 

Zrobisz to  dla Shawna,  a Shawn dla muzyki.  A  na samym końcu zrobisz  to  dla siebie. Dla 

zabawy.

- A czy zabawa nie jest ważnym elementem? - Darcy wstała, chcąc podejść do pieca, 

ale Aidan złapał ją za rękę.

- Powiedz mi, czego tak naprawdę pragniesz, Darcy.

- Chciałabym mieć szansę. Pokiwał głową.

- Zastanówmy się przez kilka dni. Potem jeszcze raz pogadam z Magee i postaram się 

dowiedzieć, jaką niespodziankę kryje w rękawie.

background image

9

Już o świcie szum, warkot i głuche buczenie wyganiały Darcy z łóżka. Na samą myśl 

o tym, że to jeszcze będzie trwało blisko rok, aż żyć się jej odechciewało.

Ponieważ  jednak  samobójstwo  nie  leżało  w  jej  naturze,  nastawiała  głośno  muzykę 

albo po prostu leżała i wyobrażała sobie, że znajduje się w pełnym zgiełku wielkim mieście.

W Nowym Jorku, w Chicago. A cały ten harmider to zgiełk uliczny, zaś ona mieszka 

w ślicznym, wytwornym, dwupoziomowym apartamencie.

Jeśli  nie  zdawało  to  egzaminu,  zmuszała  się  do  wstania,  szła  pod  prysznic  i  klęła 

siarczyście.

Kiedy indziej, gdy miała ku temu nastrój, schodziła na dół, by się trochę porozglądać i 

przyjrzeć  pracy.  A  także  popatrzeć  na  Trevora.  Nie  robiła  tego  codziennie  -  a  raczej  nie 

pozwalała, by ją codziennie widywano. To by było wyzywaniem losu.

Lubiła na niego patrzeć, widzieć, jak zadziera głowę i przygląda się swojemu dziełu. 

Bywały dni, kiedy stał na szczycie budowy z rozwianymi włosami, dyskutując nad czymś z 

Brenna lub Mickiem O'Toolem, z rękami w kieszeniach i rzeczowym wyrazem twarzy.

Kiedy  indziej  pracował  wraz  z  innymi,  stukając  młotkiem,  nosząc  ciężary,  wiercąc 

otwory, rozebrany do  podkoszulka  bez  rękawów,  tak,  że  gdy stał  pod  odpowiednim  kątem, 

mogła zobaczyć wypukłość jego mięśni.

Nigdy jeszcze przyglądanie się mężczyźnie nie sprawiało jej takiej przyjemności.

Nigdy też nie fascynował jej tak widok kogoś wykonującego fizyczną pracę.

Jest wspaniale zbudowany, podziwiała go, stając we framudze okna. I jak sprężyście, 

pewnie się porusza.

Wyobraziła  sobie  -  dlaczego  miałaby  sobie  nie  powyobrażać  -  że  musi  być  równie 

pewny  i  opanowany  w  łóżko.  Opanowanie  czyni  mężczyznę  uważnym  i  dokładnym,  a 

przecież w igraszkach miłosnych takie cechy mają dla kobiety niebagatelne znaczenie.

Jednakże  zastanawiała  się  też,  jakby  to  było,  gdyby  tak  zerwać  z  niego  tę  warstwę 

opanowania. Dziki i szalony stosunek miłosny też byłby nie do pogardzenia.

Przychodziło jej to do głowy za każdym razem, kiedy go widziała. Rano, tak jak teraz, 

w południe, wieczorem.

Czasami  zaglądał  do  pubu,  czasami  nie.  Była  pewna,  że  robi  to  celowo.  Żeby  nie 

wyzywać losu. Oboje prowadzili grę i doskonale o tym wiedzieli.

background image

Ale skłamałaby, mówiąc, że nie lubi tej cechy u niego. Pod każdym względem bardzo 

przypominał ją samą.

Nie  załatwiła  sobie  tego  wolnego  wieczoru.  Zrobiła  to  celowo.  Prawdę  mówiąc, 

chciała, żeby na nią czekał i trwał w niepewności. Ale w ten sposób skazywała też siebie na 

czekanie,  a  towarzyszyło  temu  uczucie  wewnętrznego, rozkosznego  napięcia.  Wiedziała,  że 

gdy razem spędzą wieczór, nie skończy się na kolacji.

Od dawna pragnęła poczuć jego siłę i namiętność, ten nagły ogień w brzuchu, który 

pojawia się tuż przed spełnieniem.

Nie stroniła od seksu, ale żadnego mężczyzny nie chciała dłużej niż przez rok.

Kiedy  Trevor  podniósł  wzrok,  ich  oczy  się  spotkały,  a  ona  poczuła  lekki  dreszcz 

wzdłuż kręgosłupa. Ten człowiek pociągał ją na wszystkie możliwe sposoby. A zatem... pora 

postarać się o ten wolny wieczór.

Uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko, a następnie celowo odeszła od okna. Niech 

sobie myśli, co chce.

Zmęczona, niezdolna stawić czoło długiemu dniu, a nawet się ubrać, zaczęła krążyć po 

pokojach. Nastawiła czajnik na herbatę - raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Było to jej 

pierwsze  samodzielne  mieszkanie.  I  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  iż  tęskni za  towarzystwem 

braci. Nawet za ich bałaganiarstwem.

Zawsze  lubiła  porządek  i  akuratność,  a  jej  pokoje  odzwierciedlały  to  najlepiej. 

Pomalowała ściany na jasnoróżowy kolor. Większość prac wykonał Shawn. Z dawnej sypialni 

zabrała ulubione, oprawione plakaty i reprodukcje. Lilie wodne Moneta i leśną scenkę, które 

znalazła w antykwariacie. Lubiła ich marzycielski nastrój.

Sama zrobiła zasłony, ponieważ dobrze umiała szyć. Jej dziełem były też piętrzące się 

na  sofie  poduszki.  Przecież  każda  praktyczna  kobieta,  która  lubi  ładne  przedmioty,  wie 

dobrze,  że  o  wiele  taniej  jest  kupić  atłas  czy  aksamit  i  poświęcić  trochę  czasu,  zamiast 

wyrzucać pieniądze na gotowe rzeczy.

W ten sposób można zaoszczędzić na pantofle albo na kolczyki.

W  stojącej  na  stole  skarbonce  miała  pełno  monet  z  napiwków.  A  pewnego  dnia 

uzbiera  się  tego  tyle,  że  starczy  na  kolejną  podróż.  Tym  razem  na  jakąś  ekstrawagancką 

wyprawę, gdziekolwiek.

Może  na  tropikalną  wyspę.  Będzie  paradowała  w  skąpym  bikini  i  popijała  coś 

egzotycznego  i  soczystego  prosto  z  wydrążonej  skorupy  kokosu.  Albo  do  Włoch,  żeby 

posiedzieć  na  nagrzanym  słońcem  tarasie  z  widokiem  na  czerwone  dachy  i  wspaniałe 

kościoły.

background image

Albo Nowy Jork, gdzie wędrowałaby Piątą Aleją i przypatrywała się tym wszystkim 

skarbom na sklepowych wystawach - kupując coś od czasu do czasu.

Przyjdzie też taki czas, że nie będzie podróżowała sama.

A  właściwie,  co  za  różnica.  Spędziła  bardzo  udany  tydzień  wyłącznie  we  własnym 

towarzystwie w Paryżu, dlaczego więc nie miałaby się dobrze bawić gdzie indziej.

Na  początek  zaparzyła  herbatę,  obiecując  sobie,  że,  skoro  już  tak  wcześnie  wstała, 

wyciągnie  się  na  sofie  i  obejrzy  jeden  ze  swoich  błyszczących  magazynów,  delektując  się 

spokojem poranka.

Zanim się usadowiła, jej wzrok padł na skrzypce, które miała tu bardziej dla dekoracji 

niż  po  to,  żeby  z  nich  korzystać.  Marszcząc  brwi,  odstawiła  na  bok  filiżankę,  wzięła 

instrument  do  ręki.  Był  stary,  ale  miał  czysty  dźwięk.  Czyżby  to  właśnie  muzyka,  która 

towarzyszyła  jej  przez  całe  życie,  miała  jej  w  końcu  otworzyć  drzwi  do  wielkiego  świata, 

przenieść ją w miejsca, o których śniła, rozwinąć przed nią czerwony dywan, po którym tak 

strasznie chciałaby stąpać.

- Jakie to dziwne - mruknęła. - Nie trzeba daleko sięgać, żeby spełniły się marzenia.

Potarła  kalafonią  smyczek,  oparła  skrzypce  na  ramieniu  i  zagrała  pierwszą  melodię, 

jaka jej przyszła do głowy.

* * *

Spodziewał się, że Darcy zejdzie na dół. Trevor opuścił plac budowy i pod pretekstem, 

że musi zatelefonować, zajrzał do kuchni. Ale jej tu nie zastał.

Wtedy  usłyszał  muzykę  -  łkające,  tęskne  dźwięki  skrzypiec.  Rodzaj  muzyki,  która 

współbrzmi z blaskiem księżyca.

Podążył za nią.

Drzwi  znajdowały  się  na  końcu  schodów,  a  płynąca  stamtąd  muzyka  zdawała  się 

wzbierać, wznosić, jak nadzieja, tocząca się niczym łza.

Nie zapukał nawet.

Zobaczył ją na wpół odwróconą, z  zamkniętymi oczami.  Miała rozpuszczone włosy, 

nieuczesane  jeszcze  po  nocy,  spływające  na  plecy  długiego,  niebieskiego  szlafroka.  Gołą 

stopą wystukiwała rytm.

Na jej widok stracił oddech. Ścisnęło go w gardle, kiedy usłyszał, jak gra. Grała dla 

siebie, a na jej niezwykłej twarzy malowała się czysta radość i przyjemność.

Wszystko,  czego  pragnął,  co  planował,  o  czym  marzył,  skupiło  się  w  tej  jednej 

kobiecie. Był tym dogłębnie wstrząśnięty.

background image

Muzyka poszybowała do góry i zapadła cisza.

Będąc jeszcze w transie, Darcy westchnęła, otworzyła oczy. I zobaczyła go. Serce jej 

zadrżało.  Jeszcze  nie  zdążyła  włożyć  maski,  przybrać  rutynowego  uśmiechu,  kiedy  do  niej 

podszedł.

Nie mogła złapać tchu, jak gdyby jakaś ręka ściskała ją za gardło. Albo za serce. A już 

po chwili poczuła jego usta - gorące, szalone. Wspaniałe.

Opuściła  bezsilnie  ramiona,  jak  gdyby  skrzypce  i  smyczek  stały  się  nagle  okropnie 

ciężkie. Dotykał jej twarzy, jej włosów, przelewając na nią swoje pragnienie i zamieniając je 

w żar.

Wreszcie Trevor poczuł, że Darcy uległa. Był to moment, w którym każdy mężczyzna 

czuje  się  jak  władca.  Jego  wargi,  dłonie  wędrowały  teraz  po  niej,  pieszcząc  ją.  Smakując. 

Kiedy się oderwał, otrząsnęła się, zmusiła do uśmiechu.

- No cóż, miły dziś mamy poranek.

Przyciągnął ją z powrotem i przytulił policzek do jej głowy.

Chciała się cofnąć. Ten uścisk był jeszcze bardziej podniecający niż pocałunek. Wręcz 

trudno było mu się oprzeć.

- Trevor. - Pst.

Z jakiegoś powodu rozśmieszył ją.

-  Czy  nie  jesteś  aby  za  bardzo  władczy?  Napięcie,  które  rozsadzało  mu  czaszkę, 

zmalało.

- I tak mnie nie posłuchasz.

- A powinnam?

Trzymał ją jeszcze przez chwilę, mogąc teraz spokojnie stwierdzić, jak bardzo cienki 

jest jej szlafrok.

- Zamykasz kiedykolwiek te drzwi?

- A powinnam? - Teraz ona cofnęła się o krok. - Nikt tu nie wchodzi, o ile nie mam na 

to ochoty.

- Zapamiętam to sobie. - Uniósł rękę, poprawił jej włosy. - Nie wiedziałem, że umiesz 

grać.

-  Gallaghera  wie  żyją  muzyką.  -  Dotknęła  skrzypiec,  a  następnie  położyła  je  z 

powrotem na stojaku. - Miałam dziś odpowiedni nastrój.

- Co to był za utwór?

- Jedna z melodii Shawna. Nie ma do niej słów.

- I nie są potrzebne. - Zobaczył, że oczy jej zapłonęły z dumy. - Zagraj coś jeszcze.

background image

Wzruszyła tylko ramionami i odłożyła smyczek.

- Nie mam już ochoty. - Sięgnęła po herbatę i spojrzała na niego ostro. - Sądzę też, że 

powinnam zachować moje piosenki dla tych, którzy płacą.

- Podpiszesz kontrakt na nagranie? Solo? Omal nie podskoczyła z radości.

- No cóż, wszystko zależy od warunków umowy. - Czego oczekujesz?

- Tego i  owego.  I jeszcze  wielu innych rzeczy. - Podeszła do sofy, usiadła,  założyła 

nogę  na  nogę.  -  Jestem  samolubną  i  chciwą  istotą  Magee.  Pragnę  luksusu,  swobody  i 

niewolniczego  podziwu.  Nie  zamierzam  się  wymigiwać  od  pracy,  ale  oczekuję  tego 

wszystkiego na koniec dnia.

Zastanawiając się nad jej słowami, usiadł obok na oparciu sofy i badając, jak daleko 

może się posunąć, powędrował końcem palca wzdłuż jej obojczyka, zatrzymując się tuż nad 

wypukłością piersi.

- Mogę ci to dać.

Spiorunowała go wzrokiem, powiało od niej mrożącym krew chłodem.

- Nie wątpię, że możesz. - Jednym szorstkim ruchem zrzuciła jego rękę. - Ale nie taką 

pracę miałam na myśli.

-  W  porządku.  Możemy  więc  oddzielić  jedno  od  drugiego.  W  mgnieniu  oka  lód 

zamienił się w ogień.

- A więc to był tylko taki mały eksperyment? A co byś zrobił, gdybym ci uległa?

-  Nie  potrafię  powiedzieć.  -  Sięgnął  po  filiżankę  i  napił  się  jej  herbaty.  -  Jesteś 

wyjątkowo atrakcyjną kobietą, Darcy. Nie mogłabyś mnie rozczarować. - Kiedy się ruszyła, 

chcąc  się  poderwać,  położył na  jej  ramieniu  rękę,  czując  pod  nią  wibrującą niczym  napięta 

struna wściekłość. - Wynagrodzę ci to.

- Nie jestem na sprzedaż.

- Nie posądzałem cię o to ani przez chwilę. Chcę, żebyś zrozumiała, że seks i biznes 

nie mają tu ze sobą nic wspólnego.

Odprężyła  się,  usiadła  wygodniej,  opanowując  wściekłość,  z  której,  o  czym  dobrze 

wiedziała, nie wyniknęłoby nic dobrego.

-  I  chciałbyś  takiego  samego  zapewnienia  z  mojej  strony.  -  Już  je  otrzymałem.  -

Mogłeś to zrobić w lepszym stylu.

- Masz rację. - Było to chłodne, wyrachowane, w stylu jego dziadka. - Przepraszam -

powiedział szczerze.

- A jakiej płaszczyzny dotyczą te przeprosiny? - Obu.

Odebrała mu swoją herbatę.

background image

- A więc je przyjmuję.

- Muszę wyjechać na parę dni do Londynu. Pojedź ze mną. Osłupiała, ale stała się też 

czujna.

- Chcesz, żebym pojechała z tobą do Londynu? Dlaczego?

- Po pierwsze, ponieważ chcę cię mieć w łóżku.

- To już postanowiliśmy. W Ardmore też są łóżka.

-  W  Ardmore  na  przeszkodzie  stoi  rozkład  naszych  zajęć.  A  po  drugie,  lubię  twoje 

towarzystwo. Byłaś w Londynie?

- Nie.

- Spodoba ci się.

-  Najprawdopodobniej.  -  Sięgnęła  po  herbatę,  żeby  mieć  czas  na  zastanowienie  się. 

Proponował jej coś, czego zawsze pragnęła. Prawdziwą podróż. Obejrzenie  Londynu, ale w 

towarzystwie.

Oczywiście, że oczekuje od niej seksu. Po co udawać skromność, skoro oboje dobrze 

wiedzą, że i tak do tego dojdzie?

- Kiedy się wybierasz?

- Jeszcze nie postanowiłem.

- Muszę porozmawiać z Aidanem i załatwić zastępstwo. Nie będzie tym zachwycony, 

ale spróbuję go podejść.

- Nie wątpię, że ci się uda. Daj mi znać, jakie dni wchodziłyby w rachubę, a ja zajmę 

się resztą.

-  To  mi  się  podoba.  Mężczyzna, który  zajmie  się  resztą.  A  teraz  zmiataj.  -  Wstała  i 

musnęła dłonią jego policzek. - Dosięgnę cię, niech tylko nadarzy się okazja.

Złapał ją za nadgarstek, ścisnął tak mocno, że uniosła brwi.

- Nie pokonasz mnie, Darcy. Nie jestem jak inni.

Stała  w  miejscu,  w  którym  ją  zostawił,  kiedy  wyszedł  i  zamknął  drzwi.  Tak,  to 

prawda,  nie  sposób  się  z  tym  nie  zgodzić.  Nie  był  jak  inni,  których  znała.  Ale  czy 

dowiedzenie się, kim jest i jaki jest będzie interesujące?

* * *

- Przecież miałaś już urlop.

Wolała złapać Aidana w domu niż czekać, aż przyjdzie do pubu. Musiała się spieszyć, 

żeby  zdążyć,  ucieszyła  się  więc,  kiedy  zastała  go  kończącego  śniadanie.  Jego  pierwsza 

odpowiedź była dokładnie taka, jak przypuszczała, i ani trochę jej nie zniechęciła.

background image

-  Tak,  a  do  tego  był  bardzo  udany.  -  Cała  w  skowronkach,  dolała  mu  herbaty. 

Następnie rzuciła pod stół  kawałek  grzanki  Finnowi. - Wiem,  że  nie  powinnam  nadużywać 

twojej  dobroci,  ale  trafia  mi  się  okazja,  której  nie  chciałabym  przegapić.  Sam  wiele 

podróżowałeś, Aidanie.

Przemawiała  do  niego  łagodnym  i  słodkim  głosem.  Mogłaby  żądać,  kląć,  wściekać 

się, była jednak pewna, że tym tonem załatwi to prędzej.

-  Sam  tyle  widziałeś,  byłeś  w  tylu  miejscach.  Wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  się  czegoś 

pragnie i do czegoś wzdycha. Mamy to we krwi.

-  Podobnie  jak  pub,  gdzie  właśnie  zaczyna  się  pełnia  sezonu.  -  Dołożył  na  chleb 

więcej dżemu. Znając procedurę, Finn zaczął służyć, za co Aidan wynagrodził go kawałkiem 

chleba. - Teraz, przed porodem, nie mogę wymagać od Jude, żeby cię zastąpiła.

- Nawet mi to do głowy nie przyszło. Gdybyś dał jej tacę do dźwigania, zdzieliłabym 

cię nią po łbie.

Wiedząc, że mówi to absolutnie szczerze, westchnął tylko głęboko.

- Darcy, liczę na twoją sprawną obsługę.

-  Wiem  o  tym  i  nic  innego  nie  robię  dzień  w  dzień.  Przyuczyłam  Sinead  -  chociaż 

zdarzało  się,  że  miałam  ochotę  walić  jej  głową  o  bar.  Zrobiła  znaczne  postępy  w  ciągu 

ostatnich dwóch tygodni.

- To prawda - powiedział Aidan z zatroskaną miną kontynuując śniadanie.

-  Chcę  poprosić  Betsy  Clooney,  żeby  wyświadczyła  mi  przysługę  i  zastąpiła  mnie 

przez te dwa dni. Pracowała już wcześniej w pubie i ma wprawę.

- Betsy ma dość własnych kłopotów z dzieciakami. A poza tym nie pracowała w pubie 

od dziesięciu lat.

- Niewiele się od tego czasu zmieniło, a założę się, że zrobi to z przyjemnością. Jest 

uczynna i dokładna, Aidanie, wiesz przecież.

- Wiem, ale...

- Jest jeszcze ktoś, kogo możesz przyjąć. Alice Mae zatrudni się chętnie na lato.

- Alice Mae? - Aidan zrobił wielkie oczy. - Przecież ma dopiero piętnaście lat.

-  Kiedy  zaczynaliśmy  pracować,  byliśmy  jeszcze  młodsi,  i  jakoś  nikomu  to  nie 

zaszkodziło.  Brenna  wspomniała,  że  jej  najmłodsza  siostra  chciałaby  zarobić  trochę 

pieniędzy. Jest bystrą dziewczynką i potrafi ciężko pracować. Wezmę Alice na moją zmianę, 

w środku dnia. Zacznę od dzisiaj, żeby ją poduczyć, zanim wyjadę.

- Chryste, jeszcze wczoraj używała pieluszek!

background image

-  Starzejemy  się,  prawda?  -  Wstając,  pocałowała  go  w  policzek.  -  Chciałabym 

pojechać, Aidanie, i dopilnuję, żeby w czasie mojej nieobecności obsługa była na medal.

- Był czas, kiedy w naszym pubie pracowali tylko Gallagherowie.

-  Nie  możemy  stać  w  miejscu.  -  Ponieważ  sama  czuła  odrobinę  żalu  za  minionymi 

laty,  wstała  i  objęła  go  za  szyję.  -  Już  i  tak  dokonaliśmy  wielu  zmian.  Mam  wrażenie,  że 

zaczęło się to wtedy, kiedy mama i tata przenieśli się do Bostonu. Rozrastamy się stopniowo, 

ale nadal pozostajemy Gallagherami.

- Bywają jednak chwile, kiedy się zastanawiam, czy słusznie postępuję.

-  Oczywiście,  że  słusznie  postępujesz.  Działasz  dla  dobra  pubu  i  nas  wszystkich. 

Jestem z ciebie dumna.

Pogłaskał ją po ręce.

- Tylko nie próbuj mydlić mi oczu.

- Nawet o tym nie pomyślałam. - Jeszcze go raz uścisnęła. - Muszę pojechać. Muszę 

zobaczyć świat.

Aidan doskonale wiedział, jak to jest. Znał tę potrzebę wyjechania, zobaczenia czegoś 

innego. Pracował nad sobą pięć lat, żeby na dobre od tego odwyknąć. A ona go prosi o dwa 

dni.

- Powiem prosto z mostu. Nie zachwyca mnie twój pomysł wyjazdu z Magee.

Darcy zrobiła okrągłe oczy, wydęła wargi. A ponieważ do kuchni weszła akurat Jude, 

uznała, że najlepiej zwrócić się do niej.

- Słyszałaś, co on powiedział?

- Nie. A co takiego?

- Aidan zainteresował się nagle moim życiem seksualnym.

- Nic podobnego. Nie powiedziałem ani słowa o seksie. - Zaklął pod nosem. - Tylko 

dałem do zrozumienia...

- Dałeś do zrozumienia! Dobre sobie!

- Chyba wrócę na górę - powiedziała Jude.

- Nie, zostań. - Darcy ruchem ręki wskazała jej krzesło. - Usiądź, ponieważ może to 

być interesujące. Twój mąż daje do zrozumienia, iż jest przeciwny mojemu seksowi z Magee.

- Chryste Panie! - Aidan ukrył twarz w dłoniach. - Pójdę chyba na górę.

-  Co  to,  to  nie.  Napijesz  się  herbaty,  Jude?  -  Nie  czekając  na  odpowiedź,  Darcy 

napełniła  filiżankę.  -  Po  pierwsze,  powinniśmy  ustalić,  czy  twój  mąż,  a  mój  brat  ma  coś 

przeciwko uprawianiu przeze mnie seksu w ogóle, czy tylko w tym szczególnym wypadku. -

Usiadła znowu ze słodkim jak cukierek uśmiechem. - No więc, jak to jest, mój drogi Aidanie?

background image

- Wkurzasz mnie.

- Och, widzę, że ponoszą cię nerwy.

-  Nie  powiedziałem  słowa  o  seksie,  stwierdziłem  tylko,  że  nie  zachwyca  mnie  twój 

pomysł wyjazdu z Magee do Londynu.

- Jedziesz do Londynu? - zapytała Jude i sięgnęła po grzankę.

- Trevor zaproponował, żebym mu towarzyszyła podczas krótkiej podróży służbowej. 

Ale wygląda na to, iż Aidan wolałby, żebym uprawiała seks z Trevorem tutaj, nie tam. Czy 

tak?

-  W  ogóle  nie  chcę,  żebyś  miała  z  nim  stosunki  i  wplątywała  się  w  jakąś  kabałę!  -

krzyknął rozzłoszczony, podczas gdy obie kobiety siedziały spokojnie i spoglądały na niego z 

niedowierzaniem. - A poza tym w ogóle nie chcę o tym wiedzieć.

-  A  zatem  postaram  się  oszczędzić  ci  szczegółów  -  powiedziała  Darcy  chłodnym  i 

spokojnym tonem, co go jeszcze bardziej rozdrażniło.

- Tylko uważaj!

-  Sam  uważaj  -  odcięła  się.  -  Moje  życie  osobiste,  zwłaszcza  w  tej  dziedzinie,  nie 

powinno nikogo obchodzić. Trevor i ja zdajemy sobie sprawę z ewentualnych komplikacji i 

będziemy na tyle ostrożni, żeby nie zrobić żadnego fałszywego kroku.

Wstała, spoglądając na niego lodowatym wzrokiem.

- Idę zadzwonić do matki Brenny i zapytać ją o Alice Mae. Porozmawiam też z Betsy. 

Zanim  wyjadę,  dopnę  wszystko  na  ostatni  guzik.  Życzę  ci  miłego  dnia,  Jude  -  dodała  i 

pocałowała bratową w policzek, a potem wybiegła na dwór.

W kuchni Gallagherów na chwilę zapadła dręcząca cisza.

- No i co na to powiesz? - zapytał Aidan. - Nic.

- Przecież widzę, że chcesz coś powiedzieć.

- Sądzę, że Darcy wyczerpała temat.

- Ach tak! - Oskarżycielskim gestem przeszył palcem powietrze. - Jesteś po jej stronie.

-  Oczywiście.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Podobnie  jak  ty.  Aidan  gwałtownym  ruchem 

odsunął się od stołu i zaczął przemierzać kuchnię tam i z powrotem. Finn wyszedł spod stołu i 

wiernie  dotrzymywał  mu  kroku.  -  Darcy  uważa,  że  sobie  z  tym  poradzi.  Chce  uchodzić  za 

obytą w świecie. A przecież przez całe życie trzymano ją pod kloszem. Nie miała czasu ani 

okazji, żeby poznać życie. Jude odłożyła na bok grzankę.

- Aidan, niektórzy ludzie mają wrodzoną mądrość.

- Nigdy nie spotkała się z takim mężczyzną jak Magee. Jest on dobrym człowiekiem, 

uczciwym, ale zarazem sprytnym. Nie chcę, żeby wykorzystał moją siostrę.

background image

- Tak to właśnie widzisz?

- Nic nie widzę, i w tym cały problem. Ale wiem, że jest przystojny, bogaty i potrafi 

zawrócić jej w głowie. A gdy to się stanie, wiesz, dokąd to ją może zaprowadzić?

- Aidan - powiedziała łagodnie Jude - jak możesz?

- Nie chcę, żeby ją skrzywdził. - A ja tak.

Z wrażenia odebrało mu mowę. Wpatrywał się osłupiałym wzrokiem w żonę.

- Jak możesz mówić coś takiego, jak możesz chcieć, żeby ją skrzywdził?

- Jeśli ją skrzywdzi, to znaczy, że jest dla niej ważny. Aidanie, tak naprawdę jeszcze 

żaden mężczyzna nie był dla niej ważny. Nie chciałbyś, żeby znalazła kogoś, kto będzie dla 

niej ważny?

-  Oczywiście,  że  chcę.  Ale  nie  sądzę,  żeby  to  miał  być  Magee.  -  Zaniepokojony, 

znowu zaczął chodzić po kuchni. Prawie się nie znają, a już wybierają się do Londynu.

- A ja weszłam w deszczowy wieczór do zadymionego pubu, popatrzyłam na ciebie i 

całe moje życie uległo zmianie, choć nawet nie wiedziałam, kim jesteś.

Przestał chodzić. Bezmiar miłości przepełnił jego serce.

- To, co  się nam przydarzyło,  zdarza  się  raz na  milion.  - Usiadł i  ujął jej  ręce. - To 

było przeznaczenie.

- Może jest tak i w tym wypadku? Zmrużył oczy.

- Uważasz, że ma to coś wspólnego z legendą? Że to jej ostatni akt?

- Uważam, że w rodzinie Gallagherów pozostała jeszcze jedna osoba, która nie oddała 

nikomu swego serca. I uważam za wielce interesujący fakt, że Trevor Magee znajduje się w 

Ardmore. Jako pisarka... - Przerwała na chwilę, ponieważ ciągle jeszcze nie mogła uwierzyć, 

że jest pisarką. - Aż trudno uwierzyć w czysty przypadek. Dawne rodzinne koneksje... - Darcy 

jest kuzynką Maude.  A  stryjeczny dziadek  Trevora  był  jedyną  miłością  Maude. Utracili  się 

nawzajem, podobnie jak Gwen i Carrick.

- Widzę, że wyobraźnia bierze nad tobą górę, Jude Frances.

- Czyżby? - Obruszyła się. - Przekonamy się, kto ma rację!

* * *

Okazało się, że Alice Mae już tu jedzie, zaś Betsy była zachwycona propozycją dwóch 

dni pracy. Zadowolona z siebie Darcy przebiegła przez kuchnię i wypadła na dwór tylnymi 

drzwiami.

background image

Znalazła się nagle między szarymi blokami ścian i belkami stropowymi pasażu, który 

zaprojektowano  jako  łącznik  między obydwoma  budynkami.  Na  rusztowaniach  stali  ludzie, 

walili młotkami, świdrowali wiertarkami, nitowali płyty. Czy przekrzyczy ten hałas?

Ktoś włączył radio, a ten skrzek miał być muzyką.

Potężne krokwie łączyły nową budowlę z pubem.

Nieoczekiwanie  poczuła  dumę.  Pub  Gallagherów  jest  korzeniem,  zaś  teatr  konarem 

tego samego drzewa.

Szła ostrożnie, uważając na kable ułożone na surowej podłodze. Wypatrzyła Trevora. 

Stał na platformie rusztowania, na samym końcu, w miejscu, w którym poszerzał się łącznik. 

Miał  na  sobie  pas  z  narzędziami,  a  jakaś  maszyna  elektryczna  buczała  mu  w  ręku.  Był  w 

ciemnych okularach, zapewne dla ochrony przed fruwającymi opiłkami drewna i betonowym 

pyłem, jak i przed ostrym światłem słonecznym.

Przystanęła  pod  nim,  świadoma  tego,  iż  mężczyźni  wlepiają  w  nią  oczy.  Wolnym 

krokiem minął ją Mick O'Toole, dźwigając coś na plecach.

- Rozpraszasz moich robotników, śliczna Darcy.

- Przyszłam tylko na chwilkę. Jak idzie, panie O'Toole?

- On wie, czego chce. I dlatego wszystko gra.

- Czy nie będzie to wspaniałe?

-  Będzie.  To  zaszczyt  dla  Ardmore.  Patrz  pod  nogi,  kochanie.  Można  się  tu  nieźle 

przejechać.

-  Uważam  -  powiedziała  półgłosem.  Najważniejsze,  żeby  się  nie  przejechać  na 

Trevorze Magee.

Kiedy  Mick  poszedł  dalej,  znowu  podniosła  do  góry  głowę  i  zobaczyła,  że  Trevor 

patrzy na nią.

- Mogłabym zamienić słówko, panie Magee? - krzyknęła.

- Czym mogę służyć, panno Gallagher?

Ach  tak,  nie  pofatyguje  się  i  nie  zejdzie  na  dół.  Też  pięknie,  nie  ma  co!  Zgarnęła 

włosy i przerzuciła je przez ramię.

-  Dzisiaj  i  jutro  będę  przyuczała  zatrudnione  czasowo  kelnerki.  Od  czwartku  jestem 

wolna, jeżeli to panu odpowiada.

Poczuł szaloną radość, ale pokiwał jedynie głową.

- A zatem wyjedziemy w czwartek rano. Podjadę po panią o szóstej.

- To bardzo wczesna pora.

- Nie warto marnować czasu.

background image

Przez ułamek sekundy patrzyli sobie w oczy.

- Czyżby?

Odwróciła  się  i  poszła  z  powrotem  do  kuchni.  A  kiedy  zamknęły  się  za  nią  drzwi, 

odtańczyła taniec triumfalny.

background image

10

Po rozważeniu wszystkich za i przeciw Darcy postanowiła być punktualna. Postąpiła 

tak  z  powodów  czysto  egoistycznych.  Chciała  się  nacieszyć  każdą  chwilą  tych  dwóch 

wolnych dni.

Spakowała  niewielki  bagaż,  co  było  nie  lada  wyczynem  i  zajęło  jej  parę  godzin. 

Opróżniła  skarbonkę  -  robiła  to  tylko  w  wyjątkowych  okolicznościach.  Ale  zamierzała 

koniecznie kupić sobie coś wspaniałego dla upamiętnienia tej podróży.

Przez dwa dni harowała jak wół, chcąc mieć gwarancję, że swoje obowiązki w pubie 

przekazuje  w  dobre  ręce.  Zamiast  położyć  się  spać,  zrobiła  sobie  manicure,  pedicure, 

wykonała  też  wszystkie niezbędne  zabiegi  przy twarzy,  żeby  wyglądać  na  tak  zadbaną,  jak 

tylko się da.

Z rozwagą wybrała bieliznę.

Trevor Magee nawet się nie domyśla, co go czeka, kiedy już pozwoli mu się uwieść.

Na myśl o tym poczuła nerwowy skurcz w żołądku. A przecież musi być opanowana, 

chłodna,  światowa.  Nie  miała  zamiaru  zachowywać  się  w  Londynie,  w  łóżku,  jak  prosta 

wieśniaczka. Problem w tym, że Trevor był dokładnie taki, jak go opisał Aidan.

Sprytny. I obyty.

Nieważne, czy miał na sobie robocze ubranie i pocił się razem ze swymi ludźmi. Mógł 

brnąć w błocie, taszcząc materiały budowlane, i nadal, pomimo potu i brudu, zachowywał ten 

blichtr, wynikający z jego pozycji, wykształcenia i bogactwa.

Spotykała  innych  bogatych  mężczyzn.  Prawdę  mówiąc,  nabrała  wprawy  w 

rozpoznawaniu  i  wyłuskiwaniu  z  większej  grupy  tych  żyjących  z  funduszy  powierniczych 

paniczyków, zaglądających tu w przelocie lub spędzających wakacje.

Jednak Trevor nie jest żyjącym z funduszu powierniczego paniczykiem i, jak sądziła, 

nigdy nim nie był. Na swoje bogactwo ciężko zapracował. Zasłużył tym na jej szacunek.

Nigdy nie poznała nikogo takiego jak on. Intrygował ją, a jednocześnie wiedziała, że 

musi się mieć przy nim na baczności.

Tak  silnie  nie  pragnęła  jeszcze  nigdy  żadnego  mężczyzny.  Chciała  poczuć  na  sobie 

jego ręce, jego usta.

W  ciągu  kilku  godzin,  które  przespała  tej  nocy,  śniła  o  nim.  To  był  dziwny  i 

pogmatwany  sen.  Przybył  do  niej  na  skrzydlatym  białym  koniu  i  pofrunęli  razem  ponad 

błękitnym  jak  szafir  morzem,  ponad  zielonymi  łąkami,  w  perłowym  świetle,  w  stronę 

background image

srebrnego pałacu, gdzie drzewa uginały się pod złotymi jabłkami i srebrnymi gruszkami, a od 

muzyki, która rozbrzmiewała w powietrzu, mogło pęknąć serce.

We śnie była w nim zakochana. W sposób, o jaki nigdy się nie podejrzewała, i wcale 

nie była pewna, czy tego chce. Tak do końca, ślepo i radośnie zakochana, że nic innego nie 

miało znaczenia.

Kiedy  frunęli  w  świetle  słońca,  w  świetle  księżyca,  w  zaczarowanym  świetle, 

powiedział jej: „Dam ci wszystko. I jeszcze więcej”.

A  ona,  kiedy  odwróciła  się  w  jego  stronę  i  przyłożyła  policzek  do  jego  policzka, 

odparła: „Chcę tylko ciebie”.

Budząc  się,  zapragnęła  móc  to  jeszcze  kiedykolwiek  poczuć,  doznać  jeszcze  tak 

potężnych emocji. Ale zgubiła to wszystko w snach i mogła się tylko uśmiechnąć do swoich 

fantazji.

Ani ona, ani Trevor nie chcieli fantazji.

Punkt o szóstej zniosła na dół swoją torbę, a serce waliło jej z emocji. Co zobaczy, co 

będzie robiła i czego zakosztuje w ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin?

Ostatni  raz  rzuciła  okiem  na  pub  -  wszystko  w  nim  było  równiutko  poustawiane  i 

wyszorowane.  Betsy  i  Alice  Mae  na  pewno  dadzą  sobie  radę  z  tym,  co  często  robiła  sama 

jedna. Wbiła im do głowy, jak mają postępować, wypisała też wszystko na kartce, na wszelki 

wypadek. Postanowiła aż do powrotu nie myśleć o pubie.

Była punkt szósta.

Wychodząc  zobaczyła  zatrzymujący  się  w  zatoczce  samochód  Trevora.  Idealna 

punktualność. Dobry znak na tę podróż.

Zdziwiła  się,  widząc  go  w  garniturze.  Chyba  włoskim,  stwierdziła,  kiedy  wysiadł, 

żeby wziąć jej bagaż. Niewątpliwie bardzo drogim, ale w dobrym guście. Szary kolor pasował 

do jego oczu, a koszula i krawat były doskonale dobrane.

-  No,  no,  niech  ci  się  przyjrzę.  -  Dotknęła  jego  rękawa,  kiedy  ładował  jej  torbę  do 

bagażnika. - Dlaczego jesteś taki wystrojony, od samego rana?

-  Mam  spotkanie.  -  Zamknął  bagażnik,  obszedł  samochód,  żeby  otworzyć  jej  drzwi. 

Kiedy  przeszła  koło  niego,  poczuł  jej  zapach  i  pomyślał,  że  dobrze  by  było,  gdyby

uczestników tego spotkania szlag trafił.

Zajął miejsce za kierownicą.

- Sądziłam, że człowiek z twoją pozycją sam ustala wszystkie terminy.

- To dodatkowo komplikuje sprawę. Wyjechał z zatoczki.

background image

-  Załatwiłem  samochód  i  kierowcę,  który  po  nas  wyjedzie  na  lotnisko  Heathrow. 

Zabierze cię do domu, żebyś się zainstalowała. Będzie do twojej dyspozycji przez cały dzień, 

gdybyś chciała coś pooglądać lub wybrać się na zakupy.

- Naprawdę? To ładnie z twojej strony.

-  Jutro  będę  miał  więcej  czasu,  ale  dzisiejszy  dzień  jest  wypełniony  po  brzegi.  -

Popatrzył  na  nią.  -  Powinienem  być  wolny  o  szóstej.  Na  ósmą  zarezerwowałem  stolik  w 

restauracji. Czy to ci odpowiada?

- Idealnie.

-  Świetnie.  Sekretarka  przysłała  mi  faks  z  ciekawymi  propozycjami.  Mam  go  w 

teczce. Podczas lotu będziesz mogła rzucić na to okiem i zaplanować swój dzień.

- Świetna myśl, oczywiście, że tak zrobię. Ale również sama dałabym sobie radę.

Przyjrzał się jej uważniej.

Była  ubrana  w  elegancki  żakiet  i  szaroniebieskie  spodnie,  a  do  tego  miała  miękką, 

lekko błyszczącą, jasnoróżową bluzkę. Wyglądała modnie i bardzo kobieco.

- Wcale w to nie wątpię.

Nieoczekiwanie poczuł złość na myśl, że nie będzie na niego czekała, błąkała się bez 

celu, tęskniła za nim.

Czy to  wszystko należy do kontraktu? Przecież  słowo romans również nie pasowało 

do sytuacji. Żadne z nich nie ma skłonności do bujania w obłokach. Wiedzą, czego chcą. W 

takiej sprawie lepiej jest postępować uczciwie i trzymać się z góry ustalonego planu.

A jednak był trochę zły.

Przyjechali na lotnisko w Waterford zgodnie z harmonogramem. I tutaj Darcy po raz 

pierwszy przekonała się, jak człowiek bogaty może górować nad innymi. Ich bagaż zniknął w 

jednej  chwili.  Gdy  przechodzili  przez  strefę  bezpieczeństwa,  słyszała  ze  wszystkich  stron: 

„Prosimy tędy”, „Życzymy dobrej podróży”.

Mając świeżo w pamięci potworny tłok podczas niedawnej wyprawy do Paryża, Darcy 

utwierdziła  się  w  postanowieniu  podróżowania  pierwszą  klasą  albo  nie  podróżowania  w 

ogóle.

Ale całkowicie straciła głowę, gdy Trevor poprowadził ją w kierunku lśniącej niedużej 

maszyny.

- To nasz samolot?

-  Należy  do  firmy  -  odparł,  biorąc  ją  za  ramię,  by  jej  pomóc  wspiąć  się  po  kilku 

stopniach do wejścia. - Dużo podróżuję, wygodniej jest więc mieć własny transport.

Weszła do środka. Omal nie jęknęła z wrażenia.

background image

Przepastne fotele obite były granatową skórą. Między oknami na kremowych ścianach 

wisiały  kryształowe  wazony  w  srebrnych  koszykach.  W  każdym  znajdował  się  bukiet 

świeżych żółtych róż. Na podłodze leżał miękki dywan.

Ubrana  w  mundur  stewardesa  zapytała  z  miłym  uśmiechem,  czy  podać  jej  przed 

startem koktajl z szampana i soku pomarańczowego.

Szampan na śniadanie! Coś takiego! - Bardzo proszę - powiedziała Darcy.

- Dla mnie kawa, Moniko. Chcesz się przejść? - zapytał Trevor Darcy.

- Tak. - Mając nadzieję, że nie wyjdzie na idiotkę, odłożyła torebkę.

- Tu jest kuchenka.

Zajrzała do środka i zobaczyła Monikę, która parzyła już kawę i otwierała szampana. 

W  tym  maleńkim  pomieszczeniu  każdy  centymetr  został  wykorzystany  do  maksimum,  a 

wykonane z nierdzewnej stali blaty lśniły.

- Tam jest kabina pilotów. - Trevor wskazał na pomieszczenie za otwartymi drzwiami. 

Mężczyzna, siedzący przy pulpicie pełnym lampek kontrolnych, zwrócił się w ich stronę.

- Samolot  gotowy do startu,  panie Magee. Dzień  dobry, panno Gallagher.  Będziemy 

mieli dobrą drogę do Heathrow.

- Sam pan prowadzi maszynę? Nie potrzebuje pan drugiego pilota?

- Zwykle wystarcza jedna osoba - odparł. - A poza tym nie potrzebuję drugiego pilota, 

kiedy na pokładzie jest pan Magee.

- Ach tak? Więc ty latasz, Trevorze?

- Od czasu do czasu. Donaldzie, za dziesięć minut połącz się z wieżą.

- Tak jest, proszę pana.

-  Prowadzimy  liczne  interesy  w  Europie  -  powiedział  Trevor,  idąc  z  Darcy  przez 

główną kabinę w stronę ogona. - Używamy tego sprzętu głównie na krótkich trasach.

- A na dłuższych?

-  Mamy  większe  samoloty.  -  Otworzył  drzwi.  W  środku  znajdował  się  gabinet  z 

antycznym  biurkiem,  komputerem,  ekranem  do  oglądania  wideo  oraz  łóżkiem.  Z  boku,  za 

drzwiami, dostrzegła łazienkę.

- Jest tu wszystko niezbędne do wygodnego życia i pracy.

-  Celtic  jest  stosunkowo  młodą  wytwórnią,  ma  sześć  lat,  ale  rozwija  się  i  przynosi 

zyski.

- Aha, więc ta sprawa w Londynie dotyczy też Celtyckich Nagrań?

- Tak, w znacznej mierze. Jeśli czegoś będziesz potrzebowała, wystarczy, że powiesz.

- Jest tu wszystko, co trzeba.

background image

- Świetnie. A zatem ruszajmy.

- Czyżbyśmy jeszcze nie wyruszyli? - powiedziała półgłosem, kiedy wracali na swoje 

miejsca.

Darcy usadowiła się wygodnie, wzięła lśniący kieliszek z drinkiem i zastanowiła się, 

jakie to jeszcze przeżycia ją czekają.

Pilot dotrzymał słowa. Lot był krótki i przyjemny. Jeśli chodzi o Darcy, mogłaby tak 

fruwać godzinami. Powiedziała parę zdawkowych słów, zanim zdała sobie sprawę, że Trevor 

jest  gdzieś  daleko  myślami.  Pewnie  miało  to  związek  z  czekającymi  go  spotkaniami. 

Zostawiła go w spokoju i przejrzała listę propozycji, sporządzoną przez jego asystentkę.

Boże,  jak  chciała  to  wszystko  zobaczyć.  Hyde  Park  i  sklep  Harrodsa,  Buckingham 

Palace,  Chelsea.  Chciała  wtopić  się  w  ruch  uliczny,  chroniąc  się  od  czasu  do  czasu  w 

cienistych parkach.

Heathrow był znacznie większy niż port lotniczy w jej kraju. Nie wierzyła do końca, 

że Trevor kazał sprowadzić limuzynę. Aż ją zatkało i dopiero po chwili zdołała uśmiechnąć 

się do Trevora.

- Podrzucamy cię na spotkanie?

- Nie, to w przeciwnym kierunku. Zobaczymy się wieczorem.

- Powodzenia w pracy. - Już miała skorzystać z wyciągniętej, pomocnej ręki kierowcy 

i  wsiąść  do  limuzyny tak,  jak  to  sobie  przećwiczyła  szybko  w  myśli. Jak  gdyby  przez  całe 

życie nic innego nie robiła.

Ale Trevor ujął ją za ramię, wymówił jej imię, sprawiając, że podniosła głowę i znowu 

spojrzała na niego.

I wtedy uniósł ją do góry tak, że dla utrzymania równowagi musiała się uchwycić jego 

ramion,  gdy  na  jej  usta  przypuszczono  zwycięski  szturm.  Gwałtowna  i  nagła  przemiana  z 

chłodnego, trzeźwo myślącego biznesmena w ognistego kochanka odbyła się tak szybko, tak 

radykalnie.

Poczuła pustkę w głowie, cudowne uczucie bezradności.

Zanim wydała jęk rozkoszy, wypuścił ją z objęć.

- Baw się dobrze - powiedział, zostawiając ją obok dyskretnego, ślepego na wszystko 

kierowcy.

Wsiadła  do  limuzyny  pachnącej  różami  i  skórą.  Nadludzkim  wysiłkiem  woli 

powróciła  do  rzeczywistości,  by  delektować  się  jazdą  w  długim,  bezszmerowym 

samochodzie. Dotknęła palcami skórzanego siedzenia. Gładkiego jak jedwab, w kolorze nieba 

w czasie burzy. Jak jego oczy przed chwilą.

background image

Kierowca,  za  przyciemnioną,  zapewniającą  intymność  szybą,  był  obojętny  na 

wszystko  niczym  głaz.  Pragnąc  zapamiętać  każdy  szczegół,  Darcy  odnotowała  istnienie 

telewizora, kryształowych kieliszków, dyskretnie świecących lampek w suficie i okna u góry. 

Westchnęła, słysząc romantyczną muzykę płynącą z głośników. A kiedy wyprostowała nogi, 

natknęła się na wąskie pudełko, leżące tuż obok niej na siedzeniu.

Opakowane było w złoty papier przewiązany srebrną wstążką. Chwyciła je, po czym 

zerknęła  na  kierowcę.  Światowa  kobieta  nie  rzuca  się  tak  na  prezenty,  przyzwyczajona  do 

nich aż do znudzenia.

Otworzyła małą kopertę.

„Witaj w Londynie. Trev” - przeczytała.

Upewniwszy  się,  że  kierowca  nie  zwraca  na  nią  uwagi,  pociągnęła  za  wstążkę.  Nie 

chciała rozrywać papieru. Pełna oczekiwania zdjęła wstążkę i opakowanie, złożyła starannie i 

schowała do torebki, a następnie, ze wstrzymanym oddechem, otworzyła aksamitne pudełko.

-  O  Matko  Boska!  -  zawołała,  zapominając  o  kierowcy  i  o  tym,  że  jest  światową 

kobietą.

Wyjęła bransoletkę, podniosła do góry, patrząc na błyszczący strumień kamieni. Były 

tu szmaragdy, rubiny i szafiry w oprawie błyszczących jak słońce brylantów.

Nigdy  w  życiu  nie  dotykała  czegoś  równie  pięknego,  finezyjnego  i  tak  obłędnie 

drogiego.  Przecież  nie  może  tego  przyjąć.  A  więc  tylko  przymierzy,  zobaczy,  jak  w  tym 

wygląda. Jak się w tym czuje.

Wyglądała rewelacyjnie i czuła się bosko.

A kiedy poruszyła ręką i zobaczyła, jak bransoletka migocze, kiedy poczuła gładki jak 

jedwab dotyk złota, stwierdziła, że za nic tego nie odda.

Tak  długo  podziwiała  bransoletkę,  że  omal  nie  przegapiła  fantastycznych  widoków, 

towarzyszących przejazdowi przez Londyn.

Zastanawiała  się,  co  najpierw  obejrzeć,  czym  się  zająć?  Ma  na  to  tylko  dwa  dni. 

Rozpakuje się szybko i wyruszy do miasta.

Przyglądając  się  mijanym  placom  i  ulicom  Londynu,  zaczęła  przygotowywać  plan 

zwiedzania. Limuzyna zatrzymała się przed wielkim domem.

Przypomniała sobie, co powiedział Trevor. Ten człowiek mieszka w Nowym Jorku, a 

ma dom w Londynie!

Czy te cuda nigdy się nie skończą?

Kierowca obszedł samochód i pomógł jej wysiąść.

- Wniosę pani bagaż, panno Gallagher. - Dziękuję.

background image

Weszła na ganek otoczony równo przystrzyżonym żywopłotem.

Zanim się zdecydowała, czy zapukać, czy też od razu wejść do środka, otworzyły się 

drzwi. Wysoki, szczupły mężczyzna z grzywą siwych włosów zgiął się przed nią w ukłonie.

-  Dzień  dobry,  panno  Gallagher,  mam  nadzieję,  że  miała  pani  przyjemną  podróż. 

Nazywam się Stiles i jestem kamerdynerem pana Magee. Miło nam panią powitać.

-  Dziękuję.  - Już  chciała mu  podać  rękę, ale  powstrzymała się.  Prawdopodobnie  nie 

postępuje się tak z brytyjskimi kamerdynerami.

- Czy zechce pani obejrzeć swój pokój, a może podać pani coś orzeźwiającego?

- Chętnie obejrzę pokój, jeśli można.

- Oczywiście. Zajmę się pani bagażem. Winthrup zaprowadzi panią na górę.

Winthrup, ubrana tak samo na czarno jak kamerdyner, miała popielate  włosy, prostą 

fryzurę i jasne jak woda oczy, ukryte za grubymi szkłami.

- Dzień dobry, panno Gallagher. Proszę za mną, pomogę się pani zainstalować.

Starając się zachowywać jak najnaturalniej, Darcy przeszła przez foyer ze złocistym, 

błyszczącym  parkietem,  nad  którym  wisiał  majestatyczny  żyrandol  i  zaczęła  wspinać  się 

schodami na górę.

Dom przypominał raczej muzeum - był taki wytworny, cichy i onieśmielający.

Na  ścianach  wisiały  dzieła  sztuki,  ale  nie  odważyła  się  zatrzymać,  żeby  się  im 

przyjrzeć. Same ściany musiały być chyba obite jedwabiem, bo takie były gładkie. Ledwie się 

powstrzymała, żeby ich nie dotknąć.

Winthrup  poprowadziła  ją  korytarzem  wyłożonym  ciemną  boazerią.  Darcy 

zastanawiała się, ile tu może być pokoi, jak są umeblowane, jaki jest widok z okien. Wreszcie 

Winthrup otworzyła przed nią bogato rzeźbione drzwi.

W  pokoju,  który  ujrzała,  stało  łoże  ogromne  jak  jezioro,  z  czterema  balaskami 

wznoszącymi  się  ku  zdobionemu  kasetonami  sufitowi.  Na  błyszczącej  podłodze  leżały 

wspaniałe dywany.

Wszystko  -  komoda,  biurko,  lustra,  stoły  -  było  wypucowane  do  połysku.  Z 

kryształowego wazonu wystrzeliwały dziesiątki białych róż.

Podwiązane  złotymi  chwastami  ciemnozielone  draperie  tworzyły  stylowe  ramy  dla 

błyszczących okien.

Był tu biały, marmurowy kominek, na którym stały kolejne kwiaty, tym razem lilie, w 

tym samym oślepiająco białym kolorze.

Przytulny  wystrój  pokoju,  z  pluszowymi  fotelami,  wypolerowanymi  stolikami, 

zachęcał do tego, by się tutaj rozgościć.

background image

-  Dzienny  pokój  znajduje  się  po  prawej  stronie,  a  łazienka  po  lewej.  -  Winthrup 

założyła chude ręce. - Czy pomóc rozpakować rzeczy od razu, czy też wolałaby pani najpierw 

odpocząć?

-  Ja...  Darcy  zająknęła  się.  -  Prawdę  mówiąc...  nie  będę  odpoczywała,  ale  i  tak 

dziękuję za wszystko.

- Chętnie oprowadzę panią po domu, gdyby tylko pani chciała.

- Naprawdę mogłabym sobie trochę pooglądać?

- Oczywiście. Pan Magee ma nadzieję, że poczuje się pani tutaj jak u siebie w domu. 

Żeby  się  ze  mną  porozumieć,  wystarczy  nacisnąć  dziewiątkę  w  domowym  telefonie,  a  za 

pomocą ósemki połączy się pani ze Stilesem. Może chciałaby się pani odświeżyć?

- Bardzo chętnie. - Panno Winthrup, to jest prześliczny pokój.

Winthrup uśmiechnęła się blado.

- Tak, to prawda.

Darcy weszła do łazienki, oparła się plecami o drzwi i zamknęła oczy. Czuła się, jakby 

brała udział w jakimś przedstawieniu. A może to tylko sen? Nie wszystko tu było realne.

Westchnęła, otworzyła oczy i uśmiechnęła się szeroko na widok łazienki.

Była duża  jak  pokój.  Na  długiej półce  między dwiema  owalnymi umywalkami stały 

kwiaty. Zielone kafelki na podłodze i ścianach sprawiały, że czuła się jak w zaczarowanym 

podwodnym świecie.

Wanna  mogła  z  powodzeniem  zmieścić  trzy  osoby.  W  oddzielnym  pomieszczeniu 

znajdował się prysznic z kilkoma natryskami.

Darcy  dostrzegła  tu  wiele  kryształowych  naczyń  z  pachnącymi  mydłami,  różanymi 

płatkami,  śliczne  flakony  z  olejkami  do  kąpieli,  solami  i  kremami.  Usiadła  na  miękkiej 

ławeczce, przy toaletce przeznaczonej z pewnością dla prawdziwej damy, i uważnie obejrzała 

w lustrze swoją zaróżowioną i rozanieloną twarz.

* * *

W czasie pierwszej i drugiej narady Trevorowi udało się prawie nie myśleć o Darcy.

Jeszcze  raz rzucił  okiem na zegarek.  Ile to  jeszcze  godzin upłynie, zanim  będzie się 

mógł całkowicie jej poświęcić.

- Trev?

- Wybacz, Nigel. Myślałem o czymś innym.

Nigel Kilsey, szef londyńskiej filii Celtyckich Nagrań, miał bystre oko i jeszcze lepszy 

słuch. Poznali się z Trevorem na studiach w Oxfordzie. Gdy przyszedł czas, by jego ukochane 

background image

przedsięwzięcie wypłynęło na międzynarodowe wody, Trevor przekazał ster rządów w godne 

zaufania ręce Nigela.

- Spróbujmy przesunąć Shawna Gallaghera na czoło listy.

- Dobrze. - Nigel usiadł za swoim biurkiem.

Omal nie został adwokatem, tak jak jego ojciec i dziadek - jeszcze dzisiaj wzdrygał się 

na samą myśl o takim losie. Wolał pracę w studio nagrań, jeśli nawet obowiązywał tu żelazny 

rygor, narzucony przez jego starego przyjaciela. I właśnie taka metoda zapewniała zyski.

Swoje obowiązki polegające na uczestniczeniu w przyjęciach, ważnych wydarzeniach, 

na zajmowaniu się uzdolnionymi ludźmi, traktował bardzo poważnie.

-  Prowadzę  z  nim  negocjacje  -  ciągnął  Trevor;  poradziłem  mu,  żeby  zaangażował 

agenta.  -  Widząc  zaskoczenie  Nigela,  Trevor  wyjaśnił:  -  Lubię  go,  Nigel.  I  zamierzam 

uczciwie z nim pertraktować.

- Zawsze pertraktujesz uczciwie, Trev. To tylko ja od czasu do czasu podglądam karty.

-  Instynkt  mi  mówi,  że  trafia  nam  się  cenna  zdobycz,  tylko  nie  trzeba  go  zbytnio 

naciskać.

- Zgadzam się z tobą. Jego utwory są świetne i będą miały wzięcie.

- Jest jeszcze coś. - Tak?

Trevor  wstał  i  zaczął  się  niespokojnie  przechadzać  po  pokoju,  co  było  rzadkim 

widokiem.

-  Pomyślałem  sobie,  że  możesz  mieć  coś  w  zanadrzu,  skoro  wyznaczyłeś  termin 

spotkania w samym środku realizowania innego projektu.

- On ma brata i siostrę. Chcę, żeby na początek we troje nagrali płytę.

Nigel zmarszczył czoło, zabębnił upierścienionymi palcami.

- To musi być nie byle jakie rodzeństwo.

- Żebyś wiedział.

- Łatwiej byłoby wylansować ich w towarzystwie jakiegoś znanego artysty.

- Zrobisz, co będziesz uważał za słuszne. Ja ich słyszałem. Chcę, żebyś przyjechał do 

Ardmore na parę dni. Posłuchasz i jeśli uznasz, że się mylę, porozmawiamy jeszcze raz.

- Ardmore - Nigel skrzywił się i pokręcił złotym kółeczkiem w uchu. - Na Boga, Trev, 

czego może szukać taki mieszczuch jak ja w małej irlandzkiej wiosce rybackiej?

- Gallagherowie mają w sobie coś, ale zanim ruszę sprawę z miejsca, chcę, żebyś to 

zobaczył i sam posłuchał. Potrzebna mi jest obiektywna opinia.

- Czy twoja może być nieobiektywna?

background image

-  Gallagherowie  mają  w  sobie  coś  -  powtórzył  Trevor  -  co  bierze  się  z  atmosfery 

Ardmore. - Mimo woli dotknął palcem srebrnego medalionu, noszonego pod koszulą. - Chcę, 

żebyś przyjechał. Ciekaw jestem twego zdania.

- Ty jesteś szefem. Widzę, że muszę sprawdzić naocznie co też takiego ma w sobie to 

miejsce  i  co  sprawia,  że  chcesz  utopić  tyle  pieniędzy,  czasu  i  wysiłku  w  tak  szaleńcze 

przedsięwzięcie.

-  To  jest  oparty  na  bardzo  solidnych  podstawach  plan  zrobienia  dobrego  interesu. 

Tylko nie parskaj - uprzedził ewentualną reakcję Nigela Trevor.

- Powstrzymam się od tego.

- Świetnie. Mam nowy utwór Shawna Gallaghera. - Trevor wyciągnął z teczki nuty. -

Rzuć na to okiem.

Nigel uśmiechnął się.

-  Wolę  posłuchać  -  powiedział  i  wskazał  ręką  fortepian  po  przeciwnej  stronie 

gabinetu.

- On to opracował na gitarę, skrzypce i flet.

- Potrafię wyrobić sobie zdanie. - Kiedy Trevor podszedł do fortepianu, Nigel zamknął 

oczy. Sam nie umiał zagrać nawet nutki, miał jednak niesamowity słuch muzyczny.

I kiedy Trevor zagrał pierwsze takty, Nigel nadstawił ucha.

Szybkie, żywe, subtelnie zmysłowe. Tak, Trevor ma rację, jak zwykle. Korona mu z 

głowy nie spadnie, jeżeli osobiście spotka się z tym facetem, jeśli nawet oznacza to podróż do 

Irlandii.

Słuchając,  kiwał  do  taktu  głową,  a  gdy  Trevor  zaśpiewał  wierszowany  poemat, 

uśmiechnął się szeroko. Jego przyjaciel miał mocny głos i swobodnie się nim posługiwał. Ale 

do tych słów niezbędny był kobiecy głos.

Przy ostatnim akordzie Nigel otworzył oczy i uśmiechnął się szeroko.

- Ten facet jest geniuszem - oświadczył. - Prosty wiersz, wpleciony w skomplikowaną 

melodię.  Nie  każdy  potrafi  zaśpiewać  i  wyeksponować  to,  co  w  tym  najcenniejsze  i 

oryginalne.

- Nie, ale mam kogoś, kto potrafi. Przyjedź do Ardmore, Nigel.

- Skoro muszę... Sądzę, że dotarliśmy do sedna sprawy.

- Do sedna sprawy. Dlaczego?

- Jako twój stary przyjaciel domyślam się, że coś ci zalazło za skórę. Tylko nie wiem, 

co. Jesteś nerwowy, Trev, a to nie leży w twojej naturze.

- Chodzi o kobietę.

background image

- Chłopie, zawsze chodzi o kobietę.

- Ale nie o taką jak ta. Przywiozłem ją ze sobą.

- Och, teraz mnie zaskoczyłeś. To coś nowego. A kiedy będę mógł na nią popatrzeć?

-  Przyjedź  do  Ardmore  -  powiedział  Trevor  i  ponownie  skierował  rozmowę  na 

interesy.

background image

11

Nie była do końca pewna, jak to rozegrać. Czy czekając na Trevora powinna rozsiąść

się  wśród  przepychu  salonu,  popijając  herbatę  lub  koktajl,  czy  raczej  zachowywać  się 

cokolwiek  nonszalancko,  światowo,  pozostając  w  dziennym  pokoju,  spędzając  czas  z 

książką?

A może powinna gdzieś wyjść?

W  końcu  Darcy  zaczęła  się  przygotowywać  do  wyjścia  na  kolację.  Poświęciła  temu 

bardzo  dużo  czasu,  pławiąc  się  w  luksusie.  Wyleżała  się  w  wannie,  wysmarowała 

cudownymi, pachnącymi kremami, przełożonymi do zabytkowych flakonów.

Lepiej  być  gotową,  doszła  do  wniosku,  nacierając  nogi  jedwabistym  lotionem.  Seks 

będzie  ostatnim  aktem  dzisiejszej  gry.  Trzeba  przyznać,  że  z  jednej  strony  chciała  tego,  z 

drugiej odczuwając jednocześnie pewne zdenerwowanie przed występem.

Tak, postąpi rozsądniej, jeżeli go powita w bardziej wyszukany sposób, ubierając się 

w  skromną  czarną  suknię.  Zejdzie  na  dół,  poprosi  o  koktajl,  a  kiedy  on  przyjdzie,  będzie 

siedziała w tym obezwładniająco poprawnym salonie jak jakaś bogata dama.

Winthrup  prawdopodobnie  poda  małe  kanapeczki  -  zresztą  może  to  obowiązek 

kamerdynera? Nieważne. A ona poczęstuje go jedną z nich, tak jakby robiła to co dzień. Tak, 

tak to powinna zagrać.

Kiedy pachnąca i błyszcząca przeszła z łazienki  do sypialni, do holu wszedł  Trevor. 

Poczuła  nerwowy  skurcz.  Pomyślała,  że  musi  improwizować  i  uśmiechnęła  się 

uwodzicielsko.

- O, witaj! Sądziłam, że to potrwa jeszcze z godzinę albo i więcej.

- Skończyłem wcześniej. - Zamykając za sobą drzwi, nie spuszczał z niej oczu. - Jak 

spędziłaś dzień?

- Cudownie. - Dlaczego czuje się taka obezwładniona? - Mam nadzieję, że i ty jesteś 

zadowolony.

- Taki dzień wart był całej podróży. Podeszła do stolika, gdzie położyła bransoletkę.

- Chciałabym ci za to podziękować. Jest śliczna, ale oboje wiemy, że nie powinnam jej 

przyjąć.

Wziął do ręki bransoletkę i owinął ją wokół jej nadgarstka.

-  I  oboje  wiemy,  że  przyjmiesz.  -  Cichy  szczęk  zameczka  odbił  się  echem  w  jej 

głowie.

background image

- Chyba masz rację. Zawsze staczam ze sobą boje, kiedy muszę się oprzeć czemuś tak 

pięknemu.

- Po co się opierać? - Stanowczym, władczym gestem położył ręce na jej ramionach, a 

potem zsunął je w dół. - W każdym razie ja nie mam takiego zamiaru.

Nie  tak  to  zaplanował.  Wyobrażał  sobie,  że  wszystko  odbędzie  się  w  bardzo 

elegancki,  wyszukany  sposób.  Drinki,  wystawna  kolacja,  która  sprawi  jej  przyjemność, 

powrót do domu, długa gra miłosna.

Ale  oto  stała  przed  nim  w  tym  szlafroku,  ciepła  i  pachnąca  po  kąpieli,  trochę 

niespokojna i czujna.

Po co się opierać?

Zaglądając jej w oczy, rozwiązał pasek szlafroka. W ciemnoniebieskich oczach Darcy 

dostrzegł zapalającą się iskierkę pożądania, usłyszał jej szybki, równy oddech. Pochylając się 

do  jej  ust  wsunął  rękę  pod  cienką  materię  i,  wędrując  palcami  to  w  górę,  to  w  dół,  zaczął 

pieścić jej ciało.

Teraz  -  wyszeptał,  zdumiony  tak  nagłym,  nie  dającym  się  opanować  dreszczem 

podniecenia przy pierwszym kontakcie palców z jej skórą.

- Czemu nie. - Zdając się na instynkt, otoczyła go ramionami.

Nie  zamierzał  się  spieszyć,  chciał  smakować  tę  przyjemność,  przenosząc  się 

stopniowo  w  coraz  to  nowe  rewiry.  Ale  kiedy  tak  szybko  zareagowała  na  jego  pocałunek, 

kiedy przywarła do niego, dał się ponieść żądzy. Tak jakby całe życie czekał na ten właśnie 

smak, na ten dotyk.

Zdarł szlafrok z jej ramion i zaczął je gwałtownie całować.

Wydała  stłumiony  okrzyk  rozkoszy,  a  zarazem  zdumienia.  W  ogniu  namiętności 

zapomniała  o  swych  motywach  i  konsekwencjach.  Domagając  się  więcej,  zdarła  z  niego 

marynarkę, a kiedy padli na łóżko, ściągała z niego krawat.

W pokoju pociemniało, za oknami zapadał zmierzch, a londyński zgiełk uliczny cichł 

stopniowo. Duży zegar w holu uderzył pięć razy. Po chwili w pokoju słychać już było tylko 

jęki i szepty.

Przetoczyła się z nim po puchowej narzucie, zanurzając się w niej, ślizgając się po jej 

miękkiej powierzchni. Walczyła z guzikami jego koszuli, on zaś ściągał z niej szlafrok. Pod 

ciężarem Trevora zapadła się w puch, jakby się zanurzyła w jedwabnym obłoku, a wtedy on 

wziął w usta jej pierś.

background image

Jasny płomień, ostre, przeszywające pragnienie, szalona, przetaczająca się nierównymi 

falami żądza. Wypełniała ją, rozpalała jej krew, wyrwała niekontrolowany krzyk rozkoszy z 

gardła.

- Szybko! Szybko, szybko, szybko! - Musi go mieć w sobie, inaczej umrze. Z trudem 

chwytając oddech, zmagała się z suwakiem jego spodni.

Trevorowi  drżały  palce.  Szum  i  dudnienie  w  głowic  były  jak  tysiąc  potężnych  fal 

uderzających  o  tysiąc  skał.  Każdy  oddech  stanowił  torturę,  zatykał  płuca,  stawał  w  gardle, 

rozrywał serce. Jeszcze chwila, a zginie.

Kiedy wygięła ku niemu biodra, wszedł w nią jednym gwałtownym pchnięciem.

Ich bliźniaczy jęk rozkołysał powietrze, ich oczy się spotkały - odbijając jak w lustrze 

doznany wstrząs. Trwało to chwilę, tyle co uderzenie serca, a zaraz potem spojrzeli na siebie 

osłupieni.

A  potem  był  tylko  ruch  spragnionych  ciał,  chrapliwe,  przyspieszone  oddechy, 

stłumiony krzyk kobiety.

A kiedy jej bezwładne ręce osunęły się na skotłowaną pościel, poczuła, że i on opada 

razem z nią.

Leżała nieruchoma, cudownie zmęczona, a jego wspaniałe ciało wgniatało ją w łóżko. 

Pomyślała, że już wie, jak to jest, kiedy się traci kontrolę.

Ich serca biły zgodnym  rytmem. Dryfując bezwładnie na tym pozłacanym pokładzie 

zaspokojenia, odwróciła głowę i musnęła jego wargi.

Ten jeden gest sprawił, że Trevor otworzył oczy, próbując za wszelką cenę odzyskać 

jasność myślenia. Była pod nim,  miękka jak stopiony  wosk, nie przypominająca niczym tej 

oszalałej  kobiety,  która  go  ponaglała,  żeby  się  spieszył.  Wiedział,  że  wziął  ją  szybko  i 

brutalnie. Jeszcze nigdy nie pragnął tak żadnej kobiety. Jakby od tego zależało jego życie.

To niebezpieczna kobieta, pomyślał. I stwierdził, że mało go to obchodzi. Chciał jej. 

Jeszcze i jeszcze.

- Nie zasypiaj - powiedział szeptem.

-  Nie  zasypiam  -  odparła  cichym,  zachrypłym  głosem.  -  Po  prostu  jestem wspaniale 

odprężona. - Otworzyła oczy i spojrzała na gipsowy ornament sufitu. - I podziwiam widoki.

- Późny osiemnasty wiek.

-  Ciekawe.  -  Przeciągnęła  się  pod  nim  jak  kotka.  -  To  styl  georgiański?  A  może 

rokoko?

Uśmiechnął się na to szeroko i uniósł głowę, by spojrzeć na nią z góry.

background image

- Udzielę ci wyczerpującej lekcji, jeśli chcesz. Ale jeszcze nie teraz... - Znowu zaczął 

się w niej poruszać.

- No, no. - Zadrżał jej głos, oddech stał się szybszy. - Masz końskie zdrowie.

- Gdy nie ma się zdrowia - opuścił głowę i ugryzł ją w wargę - nie ma się nic.

* * *

Dotrzymał słowa i wziął ją na kolację. Francuskie potrawy podawano tak elegancko, 

by zadowolić wszystkich snobów. Podawano wino,  które na języku zamieniało  się w złoto. 

Trevor  pomyślał,  że  pozłacane  lustra,  światło  świec  stojących  w  kryształowych  lichtarzach 

musiało  jej  odpowiadać.  Nikt  z  obecnych  tu  ludzi,  spoglądających  na  olśniewającej  urody 

kobietę  w  gładkiej,  prostej  czarnej  sukience,  nie  skojarzyłby  jej  z  kelnerką  w  jakimś 

irlandzkim pubie.

Darcy potrafiła jak kameleon zmieniać wygląd.

Ale jaka naprawdę jest Darcy Gallagher?

Dopiero przy szampanie poruszył sprawy biznesu.

- Jedno z moich dzisiejszych spotkań dotyczyło ciebie. Podniosła wzrok, przestając na 

chwilę myśleć o tym, czy zjedzenie wszystkiego, co ma na talerzu, nie będzie źle widziane.

- Mnie? Masz na myśli teatr?

- Nie, choć tę sprawę także poruszałem.

Dochodząc  do  wniosku,  że  może  spokojnie  zjeść  połowę  tego  cuda,  nie  wychodząc 

przy tym na kompletną wsiową gęś, nabrała na łyżeczkę kremu i czekolady.

- A w czym jeszcze miałabym uczestniczyć?

-  Chodzi  o  Celtyckie  Nagrania.  -  Odpowiednio  zaakcentował  wypowiadane  słowa. 

Wiedział, że jest kobietą biznesu i bynajmniej nie lekceważył tego.

Skrzywiła się lekko i podniosła kieliszek.

-  Nagranie  muzyki  Shawna  wymaga  decyzji  całej  rodziny.  Przypuszczam,  że 

dojdziemy do porozumienia.

-  Tak  sądzę.  Ale  nie  o  to  mi  chodzi.  Powiedziałem,  że  to  dotyczy  wyłącznie  twojej 

osoby, Darcy.

Poczuła przyspieszony puls, więc znowu odstawiła szampana.

- Wyłącznie, to znaczy jak?

- Chcę mieć twój głos.

- Aha. - Ukryła rozczarowanie. - Czy po to mnie tutaj przywiozłeś, Trevorze?

- Częściowo. Ale nie ma to nic wspólnego z tym, co wydarzyło się wieczorem.

background image

-  Oczywiście,  że  takie  sprawy  należy  rozdzielać,  żeby  uniknąć  bałaganu.  Chyba  nie 

należysz do ludzi, którzy mają zwyczaj polować na klienta w ten sposób?

Odsunął się od niej, a jego spojrzenie stało się zimne jak głaz.

- Nie posługuję się seksem na zasadzie przynęty. To, że jesteśmy kochankami, nie ma 

nic, ale to nic wspólnego z naszymi interesami.

-  Oczywiście,  że  nie.  A  gdybyś  miał  do  wyboru  tylko  jedno  albo  drugie,  co  byś 

wybrał?

- To już by zależało od ciebie - odparł sztywno.

- Rozumiem. - Zmusiła się do uśmiechu. - Dobrze wiedzieć. Przepraszam, ale muszę 

cię na chwilę opuścić.

Chciała pozbierać myśli. Udała się do damskiej toalety, gdzie oparła się o wyłożoną 

kafelkami półkę, żeby złapać oddech.

Czy  coś  jest  z  nią  nie  w  porządku?  Facet  ofiarowuje  jej  jedyną  szansę  w  życiu. 

Dlaczego to tak boli? Dlaczego czuje się z tym nieszczęśliwa?

Okazało  się  nagle,  że  ubzdurała  sobie  jakieś  romantyczne  wyobrażenia  na  temat 

Trevora  Magee.  Że  to  z  miłości  do  niej  postanowił  się  zająć  nią  taką,  jaka  jest,  z  jej 

wszystkimi  licznymi  wadami.  Zająć  się  bez  żadnych  zobowiązań,  żadnych  ubocznych 

korzyści.

Oczywiście,  to  wszystko  jej  wina.  Poruszył  w  niej  coś,  czego  nikt  dotąd  nie  zrobił. 

Zbliżył  się  bardzo,  niebezpiecznie  się  zbliżył  i  dotknął  jakichś  najgłębszych  pokładów  jej 

serca.

Pomyślała,  że  mogłaby  się  w  nim  bez  trudu  zakochać.  Bez  żadnej  z  jego  strony 

zachęty. Tylko co dalej?

Uspokajając się, zerknęła w lustro. Należy spojrzeć prawdzie w oczy. Mężczyzna taki 

jak Trevor nie zwiąże się na stałe z kobietą z jej środowiska. Oczywiście, że ona potrafi się 

dobrze zaprezentować, prowadzić zręcznie grę, ale i tak zawsze pozostanie Darcy Gallagher z 

Ardmore, pracującą w rodzinnym pubie.

Innego mężczyznę mogłaby sobie owinąć wokół palca i postarać się, żeby zapomniał 

o  całym  świecie.  Czy  nie  planowała  tego  od  zawsze?  Czy  nie  marzyła,  że  pewnego  dnia 

spotka wspaniałego, bogatego mężczyznę, na którego rzuci czary, a on ofiaruje jej luksusowe 

życie? Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby się zakochać albo przynajmniej darzyć wielką 

czułością człowieka, który odpowiadałby jej potrzebom. Chciałaby go szanować i cieszyć się 

nim, być mu oddaną i lojalną.

Nie byłoby w tym nic wstydliwego.

background image

Ale Trevor nie należy do mężczyzn, którzy patrzą wyłącznie na ładną buzię. Dał tego 

dowód. Oczekuje od niej zaangażowania, chce, żeby stała się częścią jego biznesu, uważa, że 

wspólny zysk może iść w parze z pociągiem i fascynacją.

W  jej  dotychczasowych  związkach  namiętność  rozpalała  się  wysokim  płomieniem  i 

gasła. Nie trzeba być aż tak romantyczną osobą jak Jude, żeby wiedzieć, że namiętność bez 

miłości ma krótki żywot.

Westchnęła ciężko. A więc lepiej kierować się rozumem i ze wszystkiego, co Trevor 

jej ofiarowuje, wziąć to, co najlepsze, co sprawia jej przyjemność. Wstała, wyprostowała się i 

wyszła z łazienki.

Trevor zamówił kawę i  siedział nad nią rozmyślając. - Nie wiem, czy wyraziłem się 

dość jasno - zaczął, ale Darcy potrząsnęła głową i uśmiechnęła się naturalnie.

-  Owszem,  wyraziłeś  się  jasno.  Ale  potrzebowałam  trochę  czasu,  żeby  to  sobie 

przemyśleć.  -  Sięgnęła  po  łyżeczkę  do  deseru.  -  Po  pierwsze,  powiedz  mi  coś  więcej  o 

Celtyckich Nagraniach. Wspomniałeś w samolocie, że wytwórnia istnieje od sześciu lat.

- Tak. Interesuję się muzyką, zwłaszcza tradycyjną. Moja matka ją uwielbia.

- Naprawdę?

- Jest Irlandką w czwartym pokoleniu. Jest dumna ze swego pochodzenia.

- Więc założyłeś wytwórnię z myślą o niej.

- Nie - odpowiedział i natychmiast się zawahał. - Może w pewnym sensie.

- Uważam, że to urocze. - Aż miała ochotę pogłaskać go po włosach. - Tylko czemu 

się tego wstydzisz?

- Bo to jest biznes.

- Podobnie  jak pub dla naszej  rodziny. Wolałabym mieć  do czynienia z  firmą, która 

jest dla właściciela oczkiem w głowie.

- Bardzo zależy nam na Celtyckich Nagraniach. Podobnie jak na artystach, z którymi 

podpisujemy kontrakt. Główna siedziba firmy znajduje się w Nowym Jorku, ale weszliśmy na 

rynek międzynarodowy i  dlatego również tutaj  mamy biuro.  I zamierzamy otworzyć w tym 

roku kolejne, w Dublinie.

Ciągle  mówi  „my”.  Darcy  nie  podejrzewała  go  o  przesadną  skromność,  chodziło 

raczej o docenianie pracy zespołowej. Znowu pomyślała o pubie.

- O jaki rodzaj umowy chodzi? - zapytała.

- O kontrakt na nagranie.

- Prawdę mówiąc, nie wiem, jakie są tego konsekwencje, nie mam doświadczenia w 

tej  dziedzinie.  -  Przyjrzała  mu  się  uważnie  znad  brzegu  wąskiego  kieliszka  do  szampana.  -

background image

Sądzę  jednak,  że  powinnam  zatrudnić  agenta,  który  w  moim  imieniu  omawiałby  z  tobą  te 

sprawy,  o  ile  się  na  to  zdecyduję.  Szczerze  mówiąc,  Trevorze,  nie  wiem,  czy  zależy  mi  na 

śpiewaniu przed publicznością, ale wysłucham twojej propozycji.

Powinien był na tym poprzestać. Instynkt biznesmena nakazywał mu pokiwać głową i 

przejść do innego tematu. Ale on pochylił się w jej stronę.

- Uczynię cię bogatą.

-  Jestem  w  tym  względzie  bardzo  wymagająca.  -  Nabrała  deseru  na  łyżeczkę  i 

poczęstowała go.

Ujął ją za nadgarstek.

- Będziesz miała wszystko, czego kiedykolwiek chciałaś. I jeszcze dużo, dużo więcej, 

niż ci się kiedykolwiek śniło.

- Czuję już, jak mi cieknie ślinka. Ale nie należę do osób, które skaczą w przepaść z 

zamkniętymi oczami.

Pokiwał głową.

- Nie, nie należysz. Lubię to w tobie. Do licha, lubię w tobie nieomal wszystko.

- Czy mówisz to do potencjalnej klientki, czy do swojej kochanki?

Położył  rękę  na  jej  karku,  przyciągnął  jej  usta  do  swoich,  przedłużając  tak  długo 

pocałunek, że aż ściągnął na nich uwagę kilku osób.

- Czy to teraz jasne?

- Powiedziałabym, że jak kryształ. Może teraz zabrałbyś mnie do domu i pokochał się

ze mną?

- Czemu nie? - powiedział i dał znak kelnerowi.

* * *

Kiedy wstał rano, ona jeszcze spała. Chciał jak najszybciej załatwić resztę służbowych 

spraw i spędzić z nią pozostałą część dnia.

Pomyślał,  ubierając  się,  że  Darcy  powinna  pójść  na  zakupy.  To  jej  sprawi 

przyjemność. Niech  kupuje,  cokolwiek  zechce.  Zabierze  ją  na  herbatę  do  Ritza,  a  potem  w 

domu zjedzą kolację we dwoje.

Czuł się trochę nieswojo, że tak próbuje ją olśnić, pokazać, czym dysponuje, ale nie 

było na to rady.

Chciałby  spędzić  z  nią  jeszcze  kilka  dni,  tydzień.  Gdzieś,  gdzie  byliby  sami,  bez 

żadnych rozrywek, bez myślenia o biznesie.

Ale jeszcze sobie poużywają, zanim ten ich związek z hukiem się rozpadnie.

background image

Wyjął z wazonu białą różę, napisał kilka słów na kartce i położył to na poduszce koło 

niej. Usiadł na brzegu łóżka i wpatrywał się w nią. Co za piękna twarz, taka pogodna we śnie. 

Jakie  wspaniałe  włosy,  zmierzwione  w  nocy  jego  własną  ręką.  Bransoletka,  którą  jej 

ofiarował, błyszczała na jej nadgarstku i wiedział, że poza nią nie ma nic na sobie.

Ale  nie  czuł  w  sobie  żądzy.  Był  to  raczej  przypływ  ciepłych  uczuć.  Nie  przesadzał 

mówiąc,  że  lubi  w  niej  prawie  wszystko.  Była  kobietą,  która  pociąga,  bawi,  stanowi 

wyzwanie, złości i rozśmiesza. Rozumiał jej materialistyczne ciągoty i nie potępiał jej za to.

Ale przez chwilę, przez jedną niemądrą chwilę pomyślał, że dobrze by było, gdyby się 

w nim zakochała nieświadoma jego bankowego salda.

Już  na samym początku  powiedziała mu,  do czego dąży. Chce  mieć pieniądze,  chce 

żyć w luksusie. Chce się związać z odpowiednim mężczyzną i być z nim tak długo, jak długo 

będzie on mógł i chciał zapewnić jej to wszystko.

Nie  zamierzał  dawać  jej  swoich  pieniędzy.  Jeśli  nawet  zdecydował  się  część  ich 

przeznaczyć na wspólne rozrywki.

Pochylił się i musnął ustami jej policzek, po czym pozostawił ją śpiącą.

Obudziła  się  dopiero  godzinę  po  jego  wyjściu  i  przewróciła  leniwie  na  drugi  bok. 

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła otwierając oczy, była róża.

Uśmiechnęła  się,  sięgnęła  po  nią  i  dotknęła  jej  płatków,  a  kiedy usiadła,  zauważyła 

kartkę.

„Będę gotów koło drugiej, podjadę po ciebie. Mam nadzieję, że oddasz mi się na całe 

popołudnie. Trev”.

Z całą pewnością oddała mu się tej nocy. Zadowolona usadowiła się na poduszkach. 

Jakie cudowne przebudzenie. Zadumała się, uderzając lekko pączkiem róży o policzek. Czy 

zejść na dół na śniadanie czy zamówić je na górę i zjeść po królewsku w łóżku?

Ta  druga  możliwość  była  tak  pociągająca,  że  sięgnęła  po  telefon.  Kiedy  nagle 

zadzwonił,  drgnęła  gwałtownie,  po  czym  zaśmiała  się  z  samej  siebie.  Nie  podniosła 

słuchawki.

Wstała z łóżka po szlafrok. Kiedy zawiązywała pasek, rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę.

- Przepraszam, panno Gallagher, ale dzwoni pan Magee. Chciałby z panią mówić.

- Oczywiście, dziękuję. - Darcy znowu sięgnęła po różę i w romantycznym nastroju, 

błogo rozleniwiona, podniosła słuchawkę.

- Witaj, Trevorze. Właśnie przeczytałam twoją karteczkę i będę szczęśliwa, mogąc ci 

się oddać.

background image

- Jestem w drodze do domu.

- W tej chwili? Jeszcze daleko do drugiej.

- Darcy, muszę natychmiast wracać do Ardmore. Mick O'Toole miał wypadek podczas 

pracy.

- Wypadek? - Poderwała się na nogi. - Coś poważnego? Co się stało?

- Spadł z dużej wysokości. Jest w szpitalu. Dopiero przed chwilą dowiedziałem się o 

tym, nie znam wszystkich szczegółów.

- Będę gotowa do wyjazdu, kiedy przyjedziesz. Spiesz się. Nie powiedziała więcej ani 

słowa, odłożyła słuchawkę, wyciągnęła podróżną torbę i zaczęła wrzucać do środka ubrania.

* * *

Powrotna droga okropnie się dłużyła. Darcy modliła się i słuchała relacji Trevora, w 

miarę jak otrzymywał więcej szczegółów na temat wypadku.

-  Był  na  rusztowaniu  -  informował  ją  Trevor.  -  Jeden  z  robotników  potknął  się,  a 

wtedy również Mick stracił równowagę. Kiedy przyjechała karetka, był nieprzytomny.

- Ale żyje. - Tak mocno zacisnęła dłonie, że kłykcie zrobiły się białe.

-  Tak,  Darcy.  -  Wziął  ją  za  ręce.  -  Lekarze  podejrzewają  wstrząs  i  złamanie  kości 

ramienia. Będą musieli zbadać, czy nie ma wewnętrznych obrażeń.

-  Wewnętrzne  obrażenia!  -  Poczuła  nieprzyjemny  skurcz  w  żołądku.  -  To  brzmi 

zawsze tak okropnie, tak tajemniczo. - Kiedy załamał się jej głos, potrząsnęła głową. - Nie, 

nie obawiaj się. Panuję nad sobą.

- Nie wiedziałem, że jest ci tak bliski.

- Jakby był członkiem rodziny. - Łzy napłynęły jej do oczu. - To najlepszy przyjaciel 

mojego ojca. Brenna... oni wszyscy muszą odchodzić od zmysłów. Powinnam tam być.

- Będziesz.

-  Chcę  pojechać  prosto  do  szpitala.  Czy  możesz  załatwić  samochód,  który  by  mnie 

tam zawiózł?

- Oboje tam pojedziemy.

- Myślałam, że wrócisz do pracy. W porządku. Boję się. Tak strasznie się boję.

W  drodze  z  lotniska  wzięła  się  w  garść.  Oczy  miała  teraz  suche,  jej  ręce  leżały 

nieruchomo  na  kolanach.  A  kiedy  dojechali  na  miejsce  i  szli  korytarzem  szpitala,  była  już 

całkowicie opanowana.

- Pani O'Toole!

background image

Mollie  podniosła  głowę  i  wstała  z  ławki,  na  której  siedziała  z  wszystkimi  pięcioma 

córkami.

- Och, Darcy, a więc przyjechałaś, skróciłaś swoją wspaniałą podróż!

- Proszę powiedzieć, co z nim. - Wzięła Mollie za ręce, ścisnęła je mocno, próbując 

nie wysnuwać żadnych wniosków z faktu, że Maureen i Mary Kate płaczą.

- Nabił sobie guza. Robią mu jakieś testy. Wiesz, jaką on ma cholernie twardą głowę, 

więc nie powinnyśmy się o niego niepokoić.

- Oczywiście, że nie. - Uścisnęła zimne dłonie Mollie. - Może napijemy się herbaty? 

Zaraz to zorganizuję. Brenna, pomóż mi.

-  Niech  cię  Bóg  błogosławi,  Darcy,  spadłaś  nam  z  nieba.  Panie  Magee.  -  Mollie 

zdobyła się na drżący uśmiech. - To miło z pańskiej strony, że jest pan tu z nami.

Napotkał  wzrok  Brenny,  kiedy  wstała,  pokiwał  porozumiewawczo  głową  i,  biorąc 

Mollie za rękę, posadził ją z powrotem na krześle.

-  Opowiedz,  co  się  stało  -  powiedziała  Darcy,  gdy już  nikt  nie  mógł  ich  usłyszeć.  -

Czy jest źle?

- Nie widziałam tego dokładnie. Bobby Fitzgerald nie trafił na stopień, kiedy wciągał 

blok na rusztowanie. Tatuś odwrócił się, żeby go złapać, i wtedy obaj stracili równowagę, a 

deski, na których stali, były śliskie po deszczu. Myślę, że lina, na której Bobby wciągał blok, 

uderzyła tatusia i wypadł za barierkę ochronną. Boże! - Zamilkła, przycisnęła ręce do twarzy. 

- Widziałam, jak spadał. Usłyszałam krzyk, odwróciłam się i zobaczyłam, jak uderza o ziemię 

i  leży na  niej  z  krwawiącą głową.  -  Pociągnęła  nosem,  potarła  palcami  oczy.  -  Zatrzymano 

mnie, kiedy chciałam odwrócić go na wznak. Rannego nigdy nie można ruszać, gdy istnieje 

podejrzenie uszkodzenia kręgosłupa. Biedny Bobby... Strasznie to przeżywa.

- Wszystko będzie dobrze. - Darcy objęła Brennę.

- Cieszę się, że tu jesteś. Nie chcę, żeby widziano, jak bardzo jestem przerażona. Mary 

Kate  ma  skłonność  do  histerii,  Maureen  jest  w  ciąży,  a  Alice  Mae  jest  taka  młoda.  Patty 

trzyma się jakoś, Bóg da, że i mama dzielnie to zniesie. Nie mogę jednak powiedzieć im, jak 

to wyglądało, kiedy runął na ziemię, i jak się boję, że już się nigdy nie obudzi.

-  Oczywiście,  że  się  obudzi.  -  Kiedy  Brenna  Wybuchnęła  płaczem,  Darcy  jeszcze 

mocniej ją przygarnęła. - Pewnie już wkrótce pozwolą ci się z nim widzieć, a wtedy od razu 

poczujesz się lepiej.

Ponad  głową  Brenny  Darcy  dostrzegła  idącego  w  ich  stronę  Trevora.  Przystanął, 

położył rękę na jej ramieniu.

- Zajmę się herbatą, a ty zajmij się... swoją rodziną.

background image

-  Dziękuję  ci.  Chodź  obmyć  twarz  -  powiedziała  energicznym  tonem  do  Brenny.  -

Potem napijemy się herbaty i zaczekamy na lekarza.

-  Nic  mi  nie  jest.  -  Brenna  gwałtownym  ruchem  wytarła  twarz.  -  Pobądź  z  mamą. 

Pójdę się umyć i zaraz do was przyjdę.

Po powrocie do poczekalni Darcy usiadła przy Mollie.

- Zaraz będzie herbata.

-  Bardzo  dobrze.  -  Mollie  wyciągnęła  rękę  i  poklepała  ją  po  kolanie.  -  Wspaniały 

człowiek z tego Trevora. Rzucił własne sprawy i wrócił, ponieważ mój Mick jest ranny.

- To oczywiste, że musiał tak postąpić. Mollie pokręciła tylko głową.

- Nie każdy by to zrobił. Przed chwilą powiedział, że pokryje wszystkie koszta. I że 

Mick dostanie pełne wynagrodzenie, nawet gdyby przez jakiś czas nie mógł przychodzić do 

pracy. Ma nadzieję,  że  to  tylko chwilowa przerwa.  - Przerwała  na chwilę,  kiedy zadrżał  jej 

głos. - Powiedział, że na budowie potrzebni są oboje O'Toole'owie.

- Ma oczywiście rację. - Łzy wdzięczności napływały Darcy do oczu. Skąd wiedział, 

co powiedzieć ludziom, których prawie nie zna, jak trafić im do serca?

Kiedy Trevor pojawił się w drzwiach, Darcy podeszła  do niego, ujęła w dłonie jego 

twarz i pocałowała go delikatnie w usta.

- Przyłącz się do rodziny - powiedziała.

W tym momencie do poczekalni wszedł lekarz. - Pani O'Toole.

- Jestem. Co z mężem? - Mollie poderwała się na nogi. - Twardziel z niego. - Lekarz 

uśmiechnął się. - Wyjdzie z tego cały i zdrowy.

- Dzięki Bogu. - Mollie wyciągnęła rękę i uczepiła się ramienia Brenny.

- Doznał wstrząsu mózgu i ma złamane przedramię. Ma też parę ran i stłuczone żebra. 

Przeprowadziliśmy  badania  i  nie  stwierdziliśmy  wewnętrznych  obrażeń.  Chcemy  go 

zatrzymać na kilka dni.

- Czy jest przytomny?

- Tak. Pytał o panią... i żąda kufla piwa.

- Mogę się z nim zobaczyć?

-  Zaprowadzę  panią.  Inni  będą  go  mogli  odwiedzić,  kiedy  zostanie  przeniesiony  na 

salę. Nie wygląda najlepiej z tymi stłuczeniami i zranieniami, więc proszę, niech się pani nie 

przerazi.

- Wychowując piątkę dzieci widziałam mnóstwo stłuczeń i zranień.

- Też prawda.

background image

-  Zaczekajcie  tu  teraz  -  powiedziała,  odwracając  się  do  córek  -  a  ja  pójdę  zobaczyć 

waszego  ojca.  A  kiedy  przyjdzie  wasza  kolej,  nie  życzę  sobie  żadnych  szlochów  i  płaczu. 

Jeśli zajdzie taka potrzeba, wypłaczemy się porządnie po powrocie do domu.

Darcy odczekała, aż Mollie odejdzie z lekarzem, po czym zwróciła się do Brenny.

- W porządku, zastanówmy się teraz, jak mu przemycić półlitrowego guinnessa.

background image

12

- Darcy, moja dziewczynka. Przyszłaś, żeby mnie stąd zabrać, prawda?

Dwadzieścia  cztery  godziny  po  poważnym  upadku  i  lądowaniu  na  głowie  Mick 

O'Toole był zaróżowiony i ożywiony, choć posiniaczony i potłuczony. Darcy przechyliła się 

ponad poręczą łóżka i czule pocałowała go w czoło.

-  Musisz  pobyć  tu  jeszcze  jeden  dzień,  żeby  była  pewność,  że  z  mózgiem  jest 

wszystko w porządku. Ale przyniosłam ci kwiaty.

Jedno  oko  miał  podbite  na  czarno,  na  policzku  widać  było  głębokie  rozcięcie  z 

potrójnym opatrunkiem, również czoło, w które go pocałowała, zostało bardzo pokaleczone.

Wszystko to razem upodobniało go do awanturnika, który zrobił zły użytek z pięści.

Kiedy westchnął ciężko, miała ochotę wziąć go w ramiona i ukołysać.

-  Z  moją  głową  jest  wszystko  w  porządku,  podobnie  jak  z  całą  resztą,  nie  ma  więc 

powodu, żeby trzymać mnie przykutego łańcuchem w szpitalu, prawda?

- Lekarze są innego zdania. Ale przyniosłam ci coś, co cię ucieszy.

- Rzeczywiście, kwiaty są śliczne - powiedział z zawiedzioną miną.

- To prawda, pochodzą prosto z ogrodu Jude. Jednakże reszta pochodzi już skądinąd. -

Darcy  odłożyła  na  bok  kwiaty  i  wyciągnęła  z  torby  plastikową  butelkę.  -  Guinness,  tylko 

ćwiartka, ponieważ nie zdołałam przemycić więcej, ale powinno ci to dobrze zrobić.

- Moja ty księżniczko?

- No pewnie, i oczekuję, że nadal będziesz mnie tak traktował. - Po otwarciu butelki 

podała mu przeszmuglowany towar, a następnie  usiadła obok niego na łóżka.  - Czy czujesz 

się tak dobrze, jak wyglądasz?

- Jestem cały i zdrowy, zapewniam cię. Trochę mnie boli ramię, ale nie warto nawet o 

tym  wspominać.  -  Łyknął  piwa  i  westchnął  z  rozkoszy.  -  Było  mi  przykro,  kiedy  się 

dowiedziałem, że specjalnie dla mnie wracaliście z Londynu. To był niegroźny upadek.

- Przeraziłeś nas wszystkich. - Z czułością zgarnęła mu włosy z czoła. - Jestem pewna, 

że teraz wszystkie twoje panie będą skakały wokół ciebie.

-  Wiem,  że  tu  zaglądały,  zanim  odzyskałem  przytomność.  Jestem  gotów  wrócić  do 

pracy, tylko że Trev nie chce o tym słyszeć. Powiada, że muszę jeszcze odpocząć co najmniej 

przez tydzień. Ton jego głosu stał się przymilny.  - Może mogłabyś zamienić z nim słówko, 

kochanie,  i  powiedzieć  mu,  że  wolę  pracować  zamiast  tu  leżeć.  Ten  człowiek  chętniej 

posłucha tak pięknej kobiety.

background image

-  Nie  zamydlisz  mi  oczu,  mistrzu  Michaelu  O'Toole,  a  tydzień  minie  szybciej,  niż 

myślisz. A teraz odpocznij i nie zaprzątaj sobie głowy pracą Do twojego powrotu nie zbudują 

teatru.

- Nie chcę brać pieniędzy za wylegiwanie się w łóżku.

- Będzie ci płacił, ponieważ stało się to w pracy, a on od tego nie zbiednieje.

-  Może  i  racja.  Dzięki  temu  Mollie  będzie  miała  spokojniejszą  głowę.  -  To  dobry 

człowiek i uczciwy szef, ale ja muszę wiedzieć, że jestem wart tych pieniędzy, które mi płaci.

-  Czyżbyś  nie  dawał  z  siebie  wszystkiego  na  budowie?  A  im  wcześniej 

wyzdrowiejesz,  tym  prędzej  wrócisz  do  pracy.  Aha,  muszę  ci  jeszcze  powiedzieć,  że 

potrzebuję hydraulika.

To jedno wystarczyło, żeby się rozpromienił.

- Jak  mnie tylko stąd wypuszczą,  zajrzę  do ciebie. Ale jeśli  to  bardzo pilne, możesz 

wziąć Brennę.

- Zaczekam z tym na ciebie.

- Dobrze. - Oparł się wygodnie, gdy coś błyszczącego Przyciągnęło jego wzrok. - A co 

to takiego? - Wziął ją za rękę i ujrzał bransoletkę. - Jakieś nowe świecidełko?

- Tak. Dostałam to od Trevora.

- Dał ci to teraz?

- Tak, a ja nie powinnam była tego przyjąć.

- A niby dlaczego?  Wpadłaś mu w oko, kiedy tylko się pojawiłaś. Ten człowiek ma 

świetny gust, a i ty nie mogłaś lepiej trafić.

- To nie jest tak, panie O'Toole. Naszych kontaktów nie traktujemy poważnie.

- Czyżby? - No cóż, jeszcze się przekonamy, co z tego wyniknie, prawda?

* * *

Godzinę  później  do  pokoju  Micka  wszedł  Trevor.  Przyniósł  ze  sobą  pół  litra 

guinnessa, co Mick natychmiast docenił.

- Czymś takim możesz zdobyć moje serce.

-  To  ty  też  się  napijesz?  -  Uśmiechając  się  przekornie,  Trevor  podał  mu  szklankę  i 

usiadł. - Pomyślałem, że pewnie trudno ci tu wyleżeć.

- Jeszcze jak. Gdybyś mi zdobył jakieś portki, wyszedłbym stąd razem z tobą.

- Właśnie rozmawiałem z lekarzem. - Wypuszczą cię jutro rano.

background image

-  No  cóż,  dobre  i  to.  Pomyślałem  sobie,  że  mógłbym od  razu  wrócić  do  pracy.  Bez 

dźwigania  ciężarów  -  dodał  pospiesznie,  czując  na  sobie  ironiczny  wzrok  Trevora.  -  Chcę 

tylko wszystko mieć na oku.

- Za tydzień.

- A niech to jasna cholera! Oszaleję przez tydzień. Czy zdajesz sobie sprawę, jakie to 

poniżające? I jeszcze mam to stadko kur gdaczące nad głową!

- Fantazjujesz.

Mick zaśmiał się krótko i usiadł z piwem w ręku.

- Przed godziną była tu Darcy.

- Ona cię kocha.

- Z wzajemnością. Zauważyłem przypadkowo błyskotkę, którą jej dałeś.

- Pasuje do niej.

-  Jest  taka  wspaniała,  błyszcząca.  Ktoś  zobaczy  ją  i  pomyśli,  że  Darcy  to  jakaś 

puszczalska dziewczyna. A to nieprawda.

- Wiem o tym.

- A ponieważ jej ojciec, mój dobry przyjaciel Patrick Gallagher jest po drugiej stronie 

morza,  powiem,  co  mi  leży  na  sercu.  Nie  igraj  z  tą  dziewczyną,  Trevor.  Ona  nie  jest 

błyskotką, jak ta śliczna bransoletka, którą wyjąłeś z jakiejś szklanej gabloty. Ona ma wielkie 

serce, nawet jeśli tego nie okazuje. I chociaż zbędzie cię żartem, łatwo ją zranić.

- Nie zamierzam jej źle traktować.

- Łatwo uczynić fałszywy krok.

- Postaram się postępować ostrożnie, niezależnie od tego, czego ona oczekuje.

Mick  pokiwał  głową  i  dał  temu  spokój.  Zastanawiał  się  tylko,  czego  oczekuje  sam 

Trevor.

* * *

Co do jednego Mick miał rację. Trevor nie należał do ludzi, którzy potrzebują czyjejś 

rady, a już na pewno nie wtedy, kiedy w grę wchodzi kobieta. Sam wiedział najlepiej, co robi 

z  Darcy.  Oboje  są  dorośli  i  czują  do  siebie  pociąg.  Jeśli  doda  się  do  tego  pewne 

zaangażowanie uczuciowe, co więcej można chcieć od związku tak przelotnego jak ten?

Ale  słowa  Micka  nie  dawały  mu  spokoju  i  towarzyszyły  w  drodze  powrotnej  do 

Ardmore.  Zamiast,  jak  początkowo  zamierzał,  od  razu  udać  się  do  pracy,  skręcił  w  stronę 

Tower  Hill.  Chciał  jeszcze  raz  odwiedzić  grób  swojego  przodka,  a  przy  okazji  spojrzeć  na 

ruiny. Może poświęcić na to pół godziny.

background image

Okrągła wieża górowała nad wsią i była widoczna prawie z każdego miejsca. Często 

przejeżdżał  obok  niej  w  drodze  do  domu,  ale  nigdy  nie  zatrzymał  się,  żeby  obejrzeć  ją 

dokładnie. Gdy teraz wysiadł z samochodu, od razu poczuł silny wiatr.

Przeszedł przez bramę i zobaczył grupę turystów wspinających się na wzgórza, gdzie 

stała  pozbawiona  dachu  budowla,  będąca  kiedyś  kościołem.  Jego  pierwszą  reakcją  była 

niechęć do tych ludzi z kamerami, plecakami i przewodnikami.

I  natychmiast  zganił  sam  siebie.  Przecież  to  ich  zamierzał  przyciągnąć  do  swojego 

teatru. Tak jak i tych, którzy przyjadą na plaże, kiedy zrobi się ciepło.

Dołączył  więc  do  nich,  wdrapując  się  po  stoku  ku  kościołowi,  zatrzymując  się  przy 

romańskich arkadach z płaskorzeźbami zatartymi przez czas i wiatr.

Obok  gruzów  i  grobów  stały  na  straży  dwa  kamienie  ze  staroirlandzkim  i 

inskrypcjami.  Ciekawe,  co  znaczą  te  wyżłobione  w  kamieniu  znaczki?  To  jakby  alfabet 

Morse'a starożytnych, będący drogowskazem dla podróżnych.

Usłyszał kobietę przywołującą dzieci głosem z amerykańskim akcentem. Czy i on tak 

mówi? Tutejsze głosy są śpiewne, a w każdym słowie pobrzmiewa dawna muzyka.

Stara  wieża  zachowała  stożkowy  dach  i  wyglądała  tak,  jakby  i  teraz  była  gotowa 

odeprzeć każdy atak.

Skąd  pochodzili  ci  wszyscy  najeźdźcy?  Rzymianie,  wikingowie,  Sasi,  Normanowie, 

Brytowie? Dlaczego tak ich fascynowała ta wysepka, że prowadzili o nią wojny?

Odwrócił  się,  spojrzał  daleko  przed  siebie  i  pomyślał,  że  znalazł  odpowiedź  na  to 

pytanie.

Położona w dole wieś była śliczna jak z obrazka, z rozległą plażą, której piasek mienił 

się złotem w kapryśnym świetle słońca. Dalej rozpościerało się błękitne morze, połyskujące 

takim samym niespokojnym światłem, spienione przy brzegu.

Wzgórza  ciągnęły  się  w  nieskończoność  -  zielone,  poprzecinane  brązowymi 

ścieżkami. A z tyłu za nimi majaczyły szczyty ciemnych gór.

Nawet w tak krótkim czasie, gdy na nie patrzył, zmieniło się oświetlenie, pojaśniało i 

dostrzegł słońce poprzez chmury płynące nad lądem.

Pachniało trawą przekwitłymi kwiatami i morzem.

Nie miał wątpliwości, że piękno tego kraju ściągało tu obcych przybyszów.

- Ziemia ta wszystkich najeźdźców upodabnia do nas. Trevor obejrzał się, sądząc, że 

słowa te wypowiedział jakiś irlandzki turysta. Zamiast tego ujrzał Carricka.

-  Przyszedłeś  wreszcie.  -  Z  pewnym  zdumieniem  Trevor  spostrzegł,  że  są  sami, 

chociaż jeszcze przed chwilą było tu wiele osób.

background image

- Wolę, żeby mi tu nikt nie przeszkadzał - odparł Carrick.

- Pojawiasz się tak znienacka.

-  Chciałem  porozmawiać  z  tobą.  Jak  tam  twój  teatr?  -  Wszystko  zgodnie  z 

harmonogramem.

- Wy, jankesi, macie bzika na punkcie czasu. Ludzie, którzy tutaj przychodzą, ciągle 

spoglądają na zegarki. Mogliby się nie śpieszyć na wakacjach, ale, jak widać, dla niektórych 

nawyki są jak druga natura.

Z rozwianymi na wietrze włosami Trevor wsunął ręce do kieszeni.

- Chciałeś więc porozmawiać ze mną na temat amerykańskiego nawyku spoglądania 

na zegarek?

- To tylko tak na początek. Jeżeli chcesz znowu odwiedzić grób swojego stryjecznego 

dziadka,  to  chodź  tędy.  Carrick  odwrócił  się  i  poszedł  przodem  w  swoim  mieniącym  się 

srebrem kubraku.

- John Magee - powiedział, kiedy stanęli obaj przy nagrobnym kamieniu. - Ukochany 

syn i brat. Umarł jak żołnierz, z dala od domu.

Trevor poczuł ból w sercu, rodzaj bliżej nieokreślonego żalu.

- Ukochany syn - to nie ulega wątpliwości. Ale ukochany brat?

- Twój dziadek też tu czasem przychodził.

- Czyżby?

-  Tak,  stał  w  miejscu,  w  którym  ty  stoisz,  z  posępną  miną  i  z  mrocznymi  myślami. 

Ponieważ go to dręczyło, zamknął się w sobie.

-  Tak  -  powiedział  półgłosem  Trevor.  -  Mogę  w  to  uwierzyć.  Nie  robił  nic 

spontanicznie.

-  Pod  pewnymi  względami  i  ty  taki  jesteś.  -  Ich  oczy  spotkały  się  znowu.  -  Ale 

ciekawe,  że  twój  dziadek,  stojąc  na  wzgórzu  i  spoglądając  w  dół,  nie  widział  tego,  co  ty 

widzisz. Nie dostrzegał tego jako pięknego miejsca naznaczonego magią, otwartego dla ludzi. 

Za wszelką cenę chciał stąd uciec.

Carrick  jeszcze  raz  popatrzył  uważnie  na  Ardmore.  Czarne  włosy  spływały  mu  na 

plecy niczym peleryna.

- Okaleczony, po utracie części samego siebie,  wyjechał do Ameryki. Gdyby nie to, 

nie stałbyś tu dzisiaj, nie spoglądał w dół i nie widział tego, czego on nie chciał zobaczyć.

- Nie mógł zobaczyć - poprawił go Trevor. - Ale masz rację. Nie byłoby mnie tutaj, 

gdyby nie on. Powiedz mi, kto przez cały ten czas kładzie kwiaty na grobie Johna Magee?

background image

-  Ja.  -  Carrick  wskazał  na  doniczkę  fuksji.  -  Jest  to  jedyna  rzecz,  o  którą  poprosiła 

mnie  Maude.  Nigdy,  ale  to  nigdy  o  nim  nie  zapomniała.  Stałość  uczuć  jest  najpiękniejszą 

cnota was, śmiertelników.

Nie każdy tak uważa. - To prawda, ale nie znają też płynącej z tego radości. Czy twoje 

serce jest stałe, Trevorze Magee?

Trevor podniósł znowu wzrok. - Nie zastanawiałem się nad tym.

-  Spróbujmy  więc  inaczej  sformułować  pytanie.  Zasmakowałeś  w  czarującej  Darcy. 

Czy sądzisz, że możesz zrezygnować z uczty i odejść sobie?

- To, co jest między nami, to nasza prywatna sprawa.

-  Ha,  ha!  Twoja  prywatność  nic  dla  mnie  nie  znaczy.  Od  trzech  stuleci  czekam  na 

ciebie - właśnie na ciebie, jestem tego teraz pewny, na nikogo innego. Jesteś ostatni. Stoisz w 

miejscu,  bojąc  się,  żeby  nie  wyjść  na  głupka,  dumny  jak  twój  dziadek,  podczas  gdy 

wystarczy,  żebyś  sięgnął  po  to,  co  już  zostało  ci  dane.  Krew  ci  się  burzy  na  jej  widok. 

Zamroczyła ci umysł, ale nie chcesz słuchać głosu serca.

- Gorąca krew i zamroczony umysł mają niewiele wspólnego z sercem.

-  Nie  opowiadaj  bzdur!  Czy  pierwszym  krokiem  do  miłości  nie  jest  namiętność,  a 

potem tęsknota? Ty masz za sobą pierwszy etap, wkroczyłeś w drugi, ale jesteś zbyt uparty, 

żeby to przyznać. A ja nie mam czasu, więc ruszaj się żwawo, jankesie.

Pstryknął palcami i zniknął jak rażony piorunem.

* * *

Trevor czuł się podle. Tak jakby nie wystarczyło, że już zirytował go Mick O'Toole, 

udzielając mu porad na temat jego życia prywatnego, musiał się jeszcze wtrącić ktoś, kto w 

ogóle nie powinien istnieć. Obaj żądali, by podjął ostateczną decyzję w sprawie Darcy, ale on 

nie da się przyprzeć do muru.

Jest panem własnego życia, tak samo jak ona.

Żeby to udowodnić, skierował się do kuchennych drzwi pubu.

Shawn zerknął na niego znad szorowanych garnków.

- Cześć, Trevor. Spóźniłeś się na lunch, ale coś ci skombinuję, jeśli jesteś głodny.

- Nie, dzięki. Darcy jest w pubie?

- Dopiero co udała się do swoich komnat. Mam jeszcze potrawkę z ryby, gdybyś... -

Ponieważ Trevor był już na schodach, Shawn dodał: - No cóż, widzę, że nie masz apetytu na 

to, co mógłbym ci podać.

background image

Nie  zapukał.  Wiedział,  że  to  niegrzecznie,  a  nawet  czuł  z  tego  powodu  jakąś 

perwersyjną satysfakcję. To samo poczuł, widząc zdumienie Darcy, która wyszła z sypialni z 

torbą na zakupy.

- A więc zastałem cię w domu.

- Przepraszam, że nie będę cię mogła zabawiać, ale akurat wychodzę do Jude. Chcę jej 

zanieść pluszową owieczkę, którą kupiłam dla dzidziusia.

Bez  słowa  podszedł  do  niej,  chwycił  za  włosy,  pociągnął  do  tyłu  i  zaczął  miażdżyć 

wargami jej usta. Dreszcz emocji stopił się w jedno z pożądaniem, tak jakby rozpalony miecz 

przeszył jej ciało.

Najpierw  próbowała  go  odepchnąć,  potem  przywarła  do  niego  z  całej  siły.  Dopiero 

kiedy nasycił się, odsunął ją od siebie, a jego oczy błyszczały jak stal.

- Czy to ci wystarczy?

Z trudem odzyskała jasność umysłu.

- Jak na pocałunki, było to...

- Nie, do cholery. - Powiedział to tak szorstkim głosem, że aż zmrużyła oczy. - Czy to, 

co czujesz, co ja czuję, wystarcza ci?

- Czyżbyś sądził, że jest inaczej?

- Nie. - Mimo że był zły i z trudem nad sobą panował, ujął jej twarz w obie dłonie.

Darcy pomyślała, że takie kontrolowanie przez mężczyznę jest irytujące. Ale jest też 

wyzwaniem.

-  Obiecuję  ci,  że  będziesz  pierwszym,  który  się  dowie,  gdybym  przestała  się  czuć 

usatysfakcjonowana.

- Świetnie.

- I powiem ci teraz, że nie cierpię, gdy wpada tu ktoś bez zaproszenia i szarpie mnie 

tylko dlatego, że jakaś pchła ugryzła go w tyłek.

Uśmiechnął się i cofnął o krok.

- Punkt dla ciebie. Przepraszam. - Schylił się i podał jej torbę, którą upuściła. - Byłem 

właśnie na Tower Hill, na grobie mojego stryjecznego dziadka.

-  Czyżbyś  się  martwił,  Trevorze,  z  powodu  kogoś,  kto  umarł,  zanim  się  jeszcze 

urodziłeś?

Otworzył usta, żeby temu zaprzeczyć, ale słowo prawdy wymknęło się samo.

- Tak.

Natychmiast złagodniała. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia.

- Usiądź, zrobię ci herbatę.

background image

-  Nie,  dziękuję.  -  Wziął  jej  rękę,  odruchowo  podniósł  do  ust.  Potem  odwrócił  się, 

podszedł niespokojnym krokiem do okna, żeby spojrzeć, jak postępuje praca.

Czy był tutaj intruzem? Czy powrócił tu po to, żeby dokopać się do swoich korzeni?

-  Mój  dziadek  nie  rozmawiał  o  tym  miejscu,  podobnie  jak  oddana  mu  niewolniczo 

babcia. W rezultacie...

- Rozbudziło to twoją ciekawość.

-  Tak.  Od  dawna  zamierzałem  tu  przyjechać.  Parokrotnie  podjąłem  nawet  pewne 

kroki. Jednak tak naprawdę nigdy nie przywiązywałem do tego szczególnego znaczenia. Aż 

nagle wpadł mi do głowy pomysł z teatrem i zacząłem go w myślach budować.

- Czyż nie tak właśnie bywa z  pomysłami?  - Podeszła do niego, również  popatrzyła 

przez okno. - Drzemią, dojrzewają w podświadomości, aż nagle okazuje się, że są już gotowe.

-  Też  tak  uważam.  -  Wziął  ją  za  rękę.  -  Ponieważ  umowa  jest  już  zawarta,  mogę 

powiedzieć, że zapłaciłem więcej za dzierżawę, niż musiałem.

- A więc i ja ci powiem, że zgodzilibyśmy się na mniej. Ale mieliśmy wielką frajdę, 

mogąc się potargować z Finklem.

Trevor roześmiał się serdecznie.

-  Pewnie  również  mój  stryjeczny  dziadek  i  mój  dziadek  przychodzili  do  pubu 

Gallagherów.

- To więcej niż pewne. Czy zastanawiasz się, co by pomyśleli o twoich poczynaniach?

-  Nie  obchodzi  mnie,  co  by  pomyślał  mój  dziadek.  Zorientowała  się,  że  znowu 

dotknęła bolesnego miejsca.

Tym  razem  jednak  postanowiła  zapuścić  sondę,  oczywiście  jak  najdelikatniej.  -  Był 

surowym człowiekiem? Zawahał się.

- Co sądzisz o domu w Londynie? Zaskoczona, potrząsnęła głową.

- Jest bardzo elegancki.

- Pieprzone muzeum.

Nie wiedziała, co na to powiedzieć, tyle było w jego głosie nagromadzonej złości.

- No cóż, przyznam, że i mnie wydał się trochę muzealny, ale jest bardzo ładny.

-  Po  jego  śmierci  rodzice  dali  mi  wolną  rękę  na  dokonanie  pewnych  zmian.  Nie 

zmieniano  tam  nic  od  trzydziestu  lat  Otworzyłem  go  trochę  na  świat,  wygładziłem  ostre 

kanty, a wciąż nosi piętno dziadka. Jest surowy i oficjalny jak on. Tak też został wychowany 

mój ojciec. Surowo, bez miłości.

- To przykre mieć ojca, który nie okazuje miłości.

background image

- Nie miałem nigdy takiego problemu. Jakimś cudem mój ojciec był... jest... troskliwy, 

otwarty,  pełen  humoru.  Ma  wszystkie  cechy,  których  nie  miał  jego  ojciec.  Ale  o  swoim 

dzieciństwie rozmawiał tylko z moją matką.

-  A  ona  z  tobą  -  powiedziała  półgłosem  Darcy  -  ponieważ  wiedziała,  że  chcesz  to 

zrozumieć.

- Chciał założyć rodzinę, prowadzić życie będące przeciwieństwem jego dzieciństwa i 

atmosfery, w której został wychowany, I udało mu się. Rodzice nie rozpuszczali mojej siostry 

i mnie, ale zawsze wiedzieliśmy, że nas kochają.

- Dlatego nie traktowałeś tego jako czegoś, co ci się z góry należało.

- Właśnie. - Odwrócił się do niej. Dziwne, prawdę mówiąc, nie spodziewał się, że go 

zrozumie. - I dlatego nie martwię się, co by pomyślał mój dziadek o tym, co tutaj robię. Ale 

poważnie myślę o tym, jak zareagują moi rodzice, kiedy praca zostanie skończona.

-  Pewnie  będą  z  ciebie  dumni.  Przyczyniasz  się  do  propagowania  irlandzkiej  sztuki, 

zapewniając  równocześnie  pracę  i  zarobki  ludziom.  Wykonujesz  dobrą  robotę,  przynosisz 

zaszczyt ojcu, matce i własnemu dziedzictwu.

Ciężar spadł mu z serca.

-  Dziękuję.  A  więc  ma  to  większe  znaczenie,  niż  przypuszczałem.  Zrozumiałem  to, 

kiedy stałem na wzgórzu i rozmawiałem z Carrickiem.

Darcy drgnęła ręka, którą trzymała na jego plecach. Ujrzał zdumienie na jej twarzy. -

Uważasz, że mam halucynacje?

- Nie. - Zastanowiła się chwilę, po czym pokręciła głową. - Nie, nie uważam. Również 

inni utrzymują, że przydarzyło im się to samo. Jesteśmy tutaj tolerancyjni.

Ponieważ jednak znała legendę, tak ją to wytrąciło z równowagi, że musiała się cofnąć 

o krok i usiąść na oparciu fotela.

- A o czym rozmawialiście?

- O wielu rzeczach. O moim dziadku. O Starej Maude i Johnny'm Magee. O poczuciu 

czasu, o cnotach, teatrze. O tobie.

- O mnie? Dlaczego?

- Prawdopodobnie znasz lepiej ode mnie legendę. Potrzebne są trzy pary, które się w 

sobie zakochają i złożą przysięgę przed ołtarzem.

- Podobno.

- W ostatnim roku twoi dwaj bracia zakochali się i złożyli taką przysięgę.

- Wiem coś o tym, byłam na ich weselach.

background image

-  Ponieważ  jesteś  taka  bystra,  z  pewnością  pomyślałaś,  że  jest  przecież  troje 

Gallagherów. - Podszedł o krok bliżej. - Czemuś tak zbladła?

-  Będę  ci  wdzięczna,  jeśli  postawisz  kropkę  nad  „i”  i  powiesz  wreszcie,  do  czego 

zmierzasz.

- Zgoda, powiem wprost. Upatrzył nas sobie jako tę trzecią i ostatnią parę.

Nagle zrobiło się jej gorąco i duszno, ale on trzymał ją wciąż za ręce i patrzył w oczy.

- Nie sądzę, żeby to się odnosiło do ciebie.

- A do ciebie?

Była zbyt wzburzona, żeby szukać wybiegu.

- Przecież to nie ja prowadzę rozmowy z zaczarowanymi książętami, prawda? Nie, nie 

zależy mi na tym, żeby o moim losie miały decydować tego rodzaju okoliczności.

- Mnie też nie.

Pomyślała,  że  teraz  rozumie,  dlaczego  jej  opowiedział  o  swoim  dziadku.  Żeby  jej 

pokazać, jaki jest zimny, pozbawiony uczuć.

-  A  więc  sama  myśl  o  tym,  że  mogłabym  ci  być  przeznaczona,  wyprowadziła  cię  z 

równowagi, prawda? Sama myśl, że człowiek tak wykształcony i ważny mógłby stracić serce 

dla kelnerki?

Był tak zaskoczony, że nie od razu zdołał jej odpowiedzieć.

- Skąd to, do diabła, wzięłaś?

- Czy można cię winić za to, że taka sugestia popsuła ci humor? Na szczęście dla nas 

nie ma tu mowy o miłości.

Widywał  wcześniej  rozzłoszczone  kobiety, ale  ta  wyglądała tak,  jakby miała  mu  się 

zaraz rzucić do oczu. Żeby uniknąć ewentualnych ciosów, podniósł ręce do góry.

- Po pierwsze to, gdzie pracujesz, nie ma nic wspólnego... Nie jesteś barmanką.

- Podaję drinki w pubie, więc kim jestem, jeśli nie barmanką?

-  Aidan  prowadzi  pub,  Shawn  zajmuje  się  kuchnią,  a  ty  obsługą  -  powiedział 

spokojnie Trevor. - Gdybyś chciała, mogłabyś sama poprowadzić cały ten interes, ale chyba z 

tego nic nie wynika.

-  Tak  się  składa,  że  dla  mnie  wynika  z  tego  coś  bardzo  szczególnego  -  odparła, 

hamując złość.

-  Darcy,  powiedziałem  o  tym,  ponieważ  to  dotyczy  nas  obojga,  ponieważ  jesteśmy 

kochankami i wiemy, na czym stoimy. Oboje nie zamierzamy dać się uwikłać w jakąś starą 

legendę.  -  Znowu  wziął  jej  rękę.  -  Niezależnie  od  tego...  całkowicie  niezależnie  od  tego... 

background image

lubię cię taką, jaka jesteś, i cieszę się, mogąc przebywać z tobą, i pragnę cię tak... jak nigdy 

nie pragnąłem nikogo - zakończył.

Starała się odprężyć, nawet okazać pewne zadowolenie. Ale gdzieś w głębi pozostała 

rana, która już się chyba nigdy nie zagoi.

-  W  porządku.  Niezależnie  od  wszystkiego  czuję  to  samo.  Nie  widzę  żadnego 

problemu. - Błyskając w uśmiechu zębami, wspięła się na palce i mocno go pocałowała, po 

czym wskazała ręką na drzwi.

- A teraz zabieraj się i pozwól, że zajmę się swoimi sprawami.

- Przyjdziesz wieczorem do mnie? Rzuciła mu spojrzenie spod rzęs.

-  Możesz  się  mnie  spodziewać  koło  północy.  Nie  miałabym  nic  przeciwko  temu, 

gdybyś czekał z kieliszkiem wina.

- A więc do wieczora. - Chciał ją jeszcze pocałować, ale zatrzasnęła mu drzwi przed 

nosem.

Darcy trzy razy policzyła do dziesięciu. Oczy miała pełne łez. No więc ma postępować 

tak, jak tego sobie życzy Magee? On nie chce wikłać się w legendę i zakochiwać się.

Darcy  poprzysięgła  sobie,  że  Trevor  będzie  jeszcze  błagał  na  kolanach,  żeby  z  nim 

została. Obiecał jej cały świat i wszystkie jego atrakcje. A ona sama to weźmie. Nauczy tego 

człowieka, że nie należy się wzbraniać przed pokochaniem Darcy Gallagher.

background image

13

Generalnie rzecz biorąc, Trevor był bardzo zadowolony z takiego obrotu spraw. Prace 

na  budowie  postępowały  zgodnie  z  harmonogramem.  Miejscowi  ludzie  okazali  się  bardzo 

pomocni. Nie było dnia, żeby choć parę osób nie zatrzymało się przy placu i nie przyglądało 

się pracy, nie skomentowało tego, co się dzieje, nie opowiedziało takiej czy innej historii o 

swoich krewnych.

Kilkoro z nich okazało się jego kuzynami. Dwóch z nich zatrudnił jako pracowników.

Pod  nieobecność  Micka,  któremu  zalecono  kilkudniową  rekonwalescencję,  Trevor 

spędzał więcej czasu na budowie. Dzięki temu miał mniej czasu, żeby myśleć o Darcy.

Czuł, że i w tej sprawie wszystko zostało wyjaśnione. Oboje byli zbyt rozsądni, żeby 

ulegać legendom.

Niosąc kawę do gabinetu pomyślał, że musi załatwić wiele telefonów, wynegocjować 

parę kontraktów, zamówić materiał. Nie stać go na marnotrawienie czasu i na zastanawianie 

się, co widział albo czego nie widział, w co wierzy, a w co nie wierzy. Obowiązki nie będą 

czekały,  aż  on  rozważy  kwestię,  do  jakiego  stopnia  mit  irlandzki  jest  realny,  a  ile  w  nim 

zmyśleń.

Dotknął medalionu pod koszulą. Był realny, jak najbardziej realny.

Zerknął  na  zegarek  i  pomyślał,  że  o  tej  porze  zastanie  ojca  w  domu.  Wszedł  do 

sypialni i aż podskoczył, parząc rękę kawą.

- Niech to jasna cholera!

- Och, to jeszcze nie powód, żeby kląć - zwróciła mu uwagę Gwen. Siedziała w fotelu 

przy kominku ze związanymi gładko do tyłu włosami, z łagodnym wyrazem twarzy, haftując 

coś na białym materiale. - Posmaruj oparzenie maścią.

-  To  nic  takiego.  Cóż  znaczyło  to  w  porównaniu  z  tym,  że  oglądał  teraz  ducha?  W 

dodatku rozmawiał z nim! - Już prawie zwątpiłem w twoje istnienie.

To zrozumiałe i powinieneś trzymać się tego, co jest dla ciebie najwygodniejsze. Czy 

nie wolałbyś, żebym cię zostawiła w spokoju?

-  Nie  wiem,  co  bym  wolał.  -  Postawił  kawę  na  stole,  odwrócił  fotel  w  jej  stronę  i 

usiadł. Śniłaś mi się kilkakrotnie.

Mówiłem ci o tym. Byłem prawie pewny, że zastanę cię tutaj. Nie ciebie  - poprawił 

się. - Kogoś... realnego. Kobietę.

Jej wzrok, kiedy na niego popatrzyła, był łagodny i pełen zrozumienia.

background image

-  Sądziłeś  zapewne,  że  spotkasz  tę  kobietę,  o  której  śniłeś,  i  że  będzie  ona 

odpowiednia dla ciebie.

- Być może.

- Człowiek może się zakochać w postaci ze snu. Jest to o tyle prostsze, że nie wymaga 

wysiłku,  zabiegów,  nie  niesie  ze  sobą  kłopotów.  Ale  nie  daje  też  prawdziwej  radości.  Ty 

wolisz pracować, prawda? Praca jest częścią ciebie samego.

- Chyba tak.

- Kobiecie, którą spotkałeś, trzeba poświęcić dużo wysiłku, trzeba o nią zabiegać, być 

przygotowanym na kłopoty. Powiedz mi, Trevorze, czy ona również daje ci radość?

- Mówisz o Darcy?

- A o kim innym mogłabym mówić? - Gwen uniosła brwi. - Oczywiście, że mówię o 

Darcy  Gallagher.  O  tej  pięknej  i  skomplikowanej  kobiecie,  mającej  głos  jak...  -  Urwała, 

pokręciła głową i leciutko się roześmiała. - Chciałam powiedzieć, jak anioł, ale mało jest w 

niej anielskości. Ma kobiecy głos, pełny, bogaty i wabiący. Zwabiła cię.

-  Mogłaby  zwabić  umarłego.  Och,  bardzo  przepraszam.  Nie  przejmuj  się.  Tak  sobie 

myślę, Trevorze, że może właśnie jej szukasz?

- Nikogo nie szukam.

- Wszyscy szukamy. A szczęśliwcy znajdują. - Jej ręce znieruchomiały na materiale z 

jaskrawym,  haftowanym  wzorem.  -  Mądrzy  akceptują  to.  Należałam  do  tych  szczęśliwych, 

ale nie byłam mądra. Może mógłbyś się czegoś nauczyć na moich błędach?

- Ja jej nie kocham.

- Może tak, może nie. - Gwen znowu sięgnęła po igłę. - Nie otworzyłeś swojego serca, 

żeby się o tym przekonać. Tak zawzięcie go strzeżesz, Trevorze.

-  Może  dlatego,  że  nie  jestem  zdolny  pokochać  nikogo  w  taki  sposób,  jaki  masz  na 

myśli.

- Nie mów głupstw.

- Skrzywdziłem już jedną kobietę, ponieważ nie potrafiłem jej pokochać.

- A ja uważam, że w tym samym czasie skrzywdziłeś też siebie. Zwątpiłeś w siebie. 

Ale  obiecuję  ci,  że  oboje  nie  tylko  to  przeżyjecie,  ale  wyjdziecie  wzbogaceni  o 

doświadczenie. Gdy tylko przestaniesz traktować swoje serce jak tarczę, znajdziesz to, czego 

szukasz.

- Moje serce nie jest tu najważniejsze. Najważniejszy jest teatr.

-  To  wielka  rzecz  zbudować  coś  tak,  żeby  trwało  przez  lata.  Ten  domek,  choć  taki 

prosty  i  skromny,  istnieje  już  od  bardzo  dawna.  Oczywiście,  nastąpiły  tu  pewne  zmiany, 

background image

dodano  jedno  pomieszczenie,  ale  jego  ogólny  plan  został  zachowany.  Podobnie  jak 

zaczarowana tratwa pod nim, srebrne wieże i błękitna rzeka.

- Wybrałaś domek nad zamkiem?

- Tak, to prawda. Kierowałam się niesłusznymi racjami, ale nie żałuję tego, ponieważ 

miałam  męża  i  dzieci.  Być  może  Carrick  nigdy  nie  zrozumie  tej  części  mojego  serca. 

Doszłam do przekonania, że nie należy tego od niego wymagać. Serca mogą się połączyć, a 

wierni  swoim  uczuciom  ludzie  pozostają  sobą.  Miłość  to  dopuszcza.  Miłość  wszystko 

dopuszcza.

Zobaczył teraz wzór, który wyszywała. Był to srebrny pałac z błyszczącymi wieżami, 

z rzeką błękitną jak szlachetne kamienie, z drzewami uginającymi się pod złotymi owocami. 

A na mostku, spinającym brzegi, znajdowały się dwie postacie, jeszcze nieukończone.

To ona, uświadomił sobie Trevor, wyciągająca ręce do Carricka.

- Czujesz się teraz samotna?

- Czuję w sobie pustkę. - Delikatnie musnęła palcem nitki, którymi haftowała srebrny 

kubrak. - I czekam na niego.

-  Co  z  tobą  będzie,  jeżeli  zaklęcie  nie  zostanie  zdjęte?  Podniosła  znowu  głowę, 

popatrzyła ciemnymi, łagodnymi, spokojnymi oczami.

- Uzbroję się w cierpliwość i będę go oglądała tylko moim sercem.

- Jak długo?

- Dopóki mi go wystarczy. Masz wybór, Trevorze, tak jak ja miałam kiedyś. Musisz 

się tylko zdecydować.

- To nie to samo - powiedział, ale jej już nie było, rozwiała się jak mgła. - To nie to 

samo - powtórzył do pustego pokoju.

Musiało upłynąć trochę czasu, nim podniósł słuchawkę i przystąpił do pracy. Najpierw 

zatelefonował  do  ojca  i  uspokoił  się,  słysząc  jego  głos.  Wtedy  przystąpił  do  rutynowych 

działań,  skontaktował  się  z  Nigelem  w  Londynie  i  z  jego  odpowiednikiem  w  Los  Angeles. 

Zbliżała się północ.  Ponieważ  w Nowym  Jorku  była siódma wieczór,  zadzwonił  do zawsze 

osiągalnego Finkle'a.

Na  biurku  piętrzyły  się  notatki,  pracował  komputer.  Przytrzymując  słuchawkę 

ramieniem,  usłyszał  dźwięk  hamującego  samochodu.  Wyprostował  się,  żeby  wyjrzeć  przez 

okno.

Zobaczył wchodzącą przez furtkę Darcy.

Zapomniał o winie.

background image

Zawahała się, czy zapukać, ale zobaczyła światło w oknie gabinetu. Jeszcze pracuje? Z 

figlarnym błyskiem w oczach otworzyła drzwi.  Pomyślała, że  za  chwilę położy temu kres i 

pomaszerowała prosto na górę.

Zatrzymała się w drzwiach gabinetu. Trevor, ciągle jeszcze rozmawiając przez telefon, 

kiwnął na nią palcem.

A więc nie czekał na nią z bijącym sercem. Nie szkodzi, bardzo szybko doprowadzi go 

do takiego stanu, że będzie jej jadł z ręki.

- Chcę mieć to sprawozdanie na jutro po południu. - Trevor coś sobie zapisał i kiwnął 

głową.  -  Tak,  albo  przyjmą  do  końca  dnia  ofertę  albo  nic  z  tego.  Tak,  chcę  żebyś  to  tak 

przedstawił.  Następna  sprawa.  Nie  satysfakcjonują  mnie  proponowane  ceny  za  projekt 

Dresslera. Powiedz im  wprost, że jeśli nasz dotychczasowy dostawca nie potrafi tego lepiej 

zorganizować, skorzystamy z innych źródeł.

Popatrzył nieobecnym wzrokiem, wypił łyk kawy i zakrztusił się, gdy Darcy rozpięła 

guziki płaszcza.

Nie miała na sobie nic oprócz bransoletki i pantofli na wysokich obcasach.

- Jesteś piękna - wydusił z siebie. - Chryste, jaka jesteś piękna. - Odłożył słuchawkę i 

wstał.

- Rozumiem, że już skończyłeś pracę.

- Skończyłem. Rozejrzała się po pokoju.

- Nie widzę wina.

- Zapomniałem. - Oddychając nierówno, podszedł do niej. - Załatwię to później.

Odchyliła głowę do tyłu, żeby nie odrywać od niego oczu, i zobaczyła to, co chciała 

zobaczyć. Pożądanie, rozognione jak świeża rana.

- Mam straszne pragnienie.

- Później - zdążył tylko powiedzieć i przywarł do niej wargami.

Szybkimi,  mocnymi  ruchami  rąk,  niecierpliwymi  ustami  brał,  co  mu  ofiarowywała. 

Dawał  jej,  co  chciała  A  chciała  jego  desperacji  i  bezsilności,  wyostrzonego  do  granic 

wytrzymałości  pragnienia.  Przyszła  do  niego  naga  i  bezwstydna,  tak  że  wyzwolił  z  siebie 

zwierzęce instynkty.

Oboje nie panowali już nad sobą. Darcy wpadła w sidła, które tak sprytnie zastawiła 

na niego.

Przyparł  ją  do  ściany,  rozkoszując  się  jej  szyją,  wciągając  ostry,  zmysłowy  zapach 

kobiecego  ciała.  Miażdżył  ją  rękami,  wbijał  je  w  nią,  złakniony  wcięć  i  wypukłości, 

kobiecych tajemnic.

background image

Gorąca, wilgotna, pałająca.

Jego palce ślizgały się po  niej, wchodziły w nią,  rozpalając ją coraz  bardziej.  Kiedy 

już drżała, kiedy przetaczała się przez nią fala orgazmu, nie spuszczał z niej oczu. Zdawało 

mu się, że w ich ciemnym, zamglonym błękicie dojrzał błysk triumfu.

Mógł  się  jeszcze  wycofać,  oprzytomnieć  na  tyle,  żeby  wszystko  odbyło  się  bardziej 

delikatnie i finezyjnie, ale ona przywarła jeszcze mocniej, wyginając się, tworząc naprężony 

łuk, oplatając go ramionami, niczym łańcuchami owiniętymi w aksamit.

-  Więcej  -  zamruczała  zadowolona.  -  Daj  mi  więcej  i  bierz  wszystko.  -  Skubnęła 

zębami jego wargę. - Teraz.

A  potem  było  już  tylko  szaleństwo,  gorączkowe,  cudowne.  Darcy  triumfowała,  że 

potrafiła zamienić mężczyznę w bestię. I pozwalała mu na to. Upominała się, łaknęła tego.

Jej  krew  dudniła  równie  mocno  jak  jego,  jej  ręce  były  rozbiegane,  równie 

niecierpliwie jak te, które czuła na sobie.

Rozdarła na nim koszulę i wpiła zęby w jego ramię.

Wzrok  przysłoniła  mu  gęsta,  czerwona  mgła.  Jej  paznokcie  wpiły się  w  jego  plecy. 

Zanurzył się w niej, łakomie chłonąc jej urywany krzyk.

Każde  pchnięcie  było  jak  kolejny  krok  na  cienkiej  linie,  rozpiętej  między  niebem  i 

piekłem.  Obojętnie,  gdzie  spadną,  nic  ich  nie  mogło  powstrzymać.  Wiedząc  o  tym, 

odpychając jej głowę do tyłu, zacisnął rękę w jej włosach, nie spuszczając z niej oczu.

-  Chcę  cię  widzieć  -  powiedział,  z  trudem  łapiąc  oddech.  -  Chcę  widzieć,  że  mnie 

czujesz.

- Nie czuję nic poza tobą, Trevorze.

Osuwając się z liny, pociągnęła go za sobą. A gdy spadali razem, było mu wszystko 

jedno, gdzie wylądują.

Rozpaczliwie chwytał powietrze, byle tylko nie oszaleć. Uciskający ciężar jego ciała 

utrzymywał ją w pozycji pionowej, gdy on sam, dla równowagi, opierał się ręką o ścianę.

Opadła z sił. A on - zbierał w sobie energię, żeby przetransportować ją do łóżka.

- Nie mogę tak stać - wymruczała mu w ramię.

- Wiem. Jeszcze tylko sekundę.

-  Więc  osuńmy  się  na  podłogę.  Nie  czuję  nóg.  Przyprawiasz  mnie  o  zawrót  głowy, 

Trevorze.

Zanurzył twarz w jej włosach.

- Chciałem powiedzieć, że zaniosę cię do łóżka, ale nigdy tego nie robiłem, a poza tym 

mógłbym okazać się niewystarczająco męski.

background image

- Nie obawiaj się.

- No cóż,  w takim  razie... - Wziął  ją pod kolana i  podniósł do góry. Miał potargane 

włosy, szkliste oczy.

Bawiła  się  srebrnym  krążkiem  zawieszonym  na  łańcuszku.  Zamierzała 

niefrasobliwym śmiechem  odpowiedzieć na jego  szeroki  uśmiech, ale nagle  ze  zdumieniem 

stwierdziła, że cos się w niej zmieniło.

- Co się stało? - Zaalarmowany przerażeniem w jej oczach i nagłą bladością jej twarzy, 

podszedł szybciej do łóżka, żeby ją tam posadzić. - Czy sprawiłem ci ból?

- Nie. - O Jezu, mówiłam, że mnie zamroczyło. Mam potworne pragnienie. Straszliwie 

bym się chciała napić tego wina.

- Oczywiście. Siedź i nie ruszaj się. Zaraz wrócę.

Kiedy  wybiegł  z  pokoju,  chwyciła  poduszkę  z  łóżka  i  ze  złością  zaczęła  tłuc  ją 

pięściami.  Niech  to  wszystko  diabli  wezmą,  wpadła  w  utkaną  przez  siebie  sieć.  Miała  go 

oczarować, zaintrygować, zaskoczyć, sprawić, by stał się jej niewolnikiem.

A tymczasem sama się zatraciła i zakochała.

Nie przewidziała, że tak się stanie. Jeszcze raz wyrżnęła pięścią w poduszkę, a kiedy 

poczuła nerwowy skurcz w żołądku, przycisnęła ją do siebie. W jaki sposób owinie sobie tego 

człowieka wokół palca, skoro sama tak mu uległa?

Miała  taki  dobry  plan.  Uciekła  się  do  fortelu,  posłużyła  się  swoimi  powabami, 

wdziękiem, temperamentem, wszystkim, czym dysponowała. A gdyby miała go już w ręku, 

pozwoliłaby mu odejść albo by go zatrzymała. Zależnie od sytuacji.

No cóż. Pan Bóg ją pokarał. Los potrafi płatać figle. Była więcej niż pewna, że potrafi 

na zimno zadecydować, czy zakochać się w nim, czy nie. A okazało się, że nie ma żadnego 

wyboru.

Po raz pierwszy w życiu nie panowała nad swymi uczuciami. Co za potworne uczucie.

Co teraz począć? Co o tym sądzić?

Dopóki był to rodzaj gry, wszystko szło dobrze. Nie przejmowała się zanadto faktem, 

że  mężczyzna  o  manierach  i  ogładzie  Trevora  nie  będzie  traktował  poważnie  takiej 

dziewczyny jak ona. Teraz sprawa przybrała znacznie poważniejszy obrót.

A to było o wiele bardziej denerwujące.

Zaczęła w niej narastać złość. Jeśli tacy jak on sądzą, że mogą ją rzucić tylko dlatego, 

że są bardziej wykształceni, lepiej wychowani i bogaci, to są w wielkim błędzie.

Łajdak!

background image

Jest  w  nim  zakochana,  więc  go  zdobędzie.  Musi  tylko  znaleźć  na  to  jakiś  dobry 

sposób.

Podniosła głowę szykując się do walki, kiedy usłyszała wracającego Trevora. Wzięła 

się w karby, żeby ukryć złość i powitać go uroczym uśmiechem.

- No co, już lepiej? - Podszedł i podał jej kieliszek białego wina.

-  Całkiem  dobrze  -  powiedziała  i  wskazała  ręką  na  łóżko  obok  siebie.  -  Usiądź  tu, 

kochanie, opowiedz mi, jak minął ci dzień.

Powiedziała to tak słodkim głosem, że aż się zdziwił.

-  Najbardziej  ze  wszystkiego  udany  był  koniec  dnia.  Roześmiała  się  i  jej  palce 

powędrowały w górę jego uda.

- A kto mówi, że to koniec?

* * *

Brenna nie była zadowolona z tego, że o dziewiątej rano odrywają ją od pracy. Klęła 

dosadnie, kiedy Darcy ciągnęła ją na wzgórze do domu Gallagherów w siąpiący deszcz, od 

którego tworzyły się kłęby pełznącej mgły.

- Trevor będzie miał rację, jeśli mnie za to wywali.

- Nie wywali. - Darcy mocno trzymała Brennę za ramię. - Chyba należy ci się poranna 

przerwa,  prawda?  Zwłaszcza  że  już  od  wpół  do  siódmej  pracujesz.  Zajmę  ci  tylko 

dwadzieścia minut twojego drogocennego czasu.

- Nie musiałaś mnie po to odrywać od pracy.

- To prywatna sprawa, byłoby mi też trudno wyciągać Jude w taką pogodę.

- Powiedz przynajmniej, o co chodzi.

- Zaraz to zrobię, zdobądź się na odrobinę cierpliwości i poczekaj jeszcze pięć minut. -

Posapując  trochę,  ponieważ  ciągnięcie  opierającej  się  Brenny  na  strome  wzgórze  nie  było 

takie łatwe, Darcy kontynuowała marsz wąską ścieżką między kwiatami Jude.

Nie  zapukała,  a  ponieważ  drzwi  nigdy  nie  były  zamknięte,  wciągnęła  Brennę  do 

środka, gdzie, w zabłoconych butach, ociekające wodą, naniosły błota.

Jude  i  Aidan  jedli  śniadanie,  a  pod  stołem  leżał  wielki  pies  czekający  na  smaczne 

kąski.  W  powietrzu  unosił  się  zapach  grzanek,  herbaty  i  kwiatów.  Darcy  poczuła  coś  w 

rodzaju  zazdrości.  Dlaczego  nigdy  dotąd  nie  pomyślała,  jak  bardzo  miłe  mogą  być  takie 

chwile?

- Dzień dobry - powiedziała Jude, nie zwracając uwagi na ślady błota. - Zjecie z nami 

śniadanie?

background image

- Nie - powiedziała Darcy w momencie, kiedy Brenna wysunęła się do przodu i wzięła 

grzankę. - Nie przyszłyśmy, żeby jeść - ciągnęła, rzucając miażdżące spojrzenie przyjaciółce. 

- Muszę zamienić z tobą słówko, Jude. Na osobności. Wyjdź, Aidanie.

- Nie skończyłem śniadania.

-  Skończysz  je  w  pubie.  -  Przełożyła  bekon  na  grzankę,  zgarnęła  resztkę 

pozostawionego na talerzu jajka i podała mu kanapkę. - Masz. A teraz zmykaj. To jest czysto 

babska sprawa.

-  Cokolwiek  to  jest,  nie  uchodzi  wyganiać  człowieka  z  jego  własnego  domu.  -

Gderając wstał i włożył kurtkę. - Same kłopoty z kobietami. Z wyjątkiem tej jednej - dodał i 

pochylił się, żeby pocałować Jude.

-  Czułości  zostaw  na  później  -  ucięła  Darcy.  -  Brenna  ma  tylko  parę  minut,  jak  się 

domyślasz.

- Lepiej, żebyś już sobie poszedł. - Poddając się, Brenna nalała sobie herbaty. - Jest 

wściekła jak cholera.

- Już idę. Mam nadzieję, że się nie spóźnisz - powiedział do Darcy. Znowu pocałował 

Jude, przeciągając jak najdłużej pocałunek, żeby wyprowadzić z równowagi siostrę.

Strzelił palcami na Finna, który radośnie wyskoczył spod stołu.

-  Chodź  ze  mną,  kolego.  Mężczyźni  nie  są  tutaj  mile  widziani.  -  Wyszedł  dumnym 

krokiem, a pies pobiegł za nim.

- Wyglądasz na zmęczoną - zauważyła Brenna, przyglądając się Jude. - Źle sypiasz?

- Dziecko trochę brykało tej nocy. - Jude pomasowała brzuch. - Nie mogłam spać, ale 

to cudowne uczucie.

-  Powinnaś  spać,  kiedy  dziecko  śpi.  -  Brenna  zdecydowała  się  na  drugą  grzankę  i 

zaczęła smarować ją dżemem. - Ludzie mówią, że należy tak postępować również wówczas, 

gdy dziecko się już urodzi. Sen jest ogromnie ważny. Jak tam lekcje w szkole rodzenia?

- Są fantastyczne. Cudowne. Wspaniałe. Podczas ostatniej...

-  Jeśli  można  -  przerwała  Darcy  -  chciałabym  o  czymś  pomówić.  Mam  nadzieję,  że 

moje dwie najbliższe przyjaciółki też to zainteresuje.

- Oczywiście, że jesteśmy zainteresowane. O co chodzi?

- No więc... - Stwierdziła, że słowa nie chcą jej przejść przez gardło. Chwyciła więc 

herbatę Brenny i wypiła ją do dna mimo protestu przyjaciółki. - Zakochałam się w Trevorze.

-  Jezu  Chryste!  -  Brenna  wyrwała  z  powrotem  swoją  filiżankę.  -  I tylko  po  to  mnie 

tutaj ciągnęłaś?

- Brenna - powiedziała łagodnie Jude, patrząc na Darcy. - Ona mówi poważnie.

background image

-  Że  też  zawsze  musi  zrobić  jakieś  przedstawienie...  -  Brenna  spojrzała  na  Darcy  i 

urwała. - Och,  co  ja widzę.  - Śmiejąc się,  poderwała się  na nogi  i  z  głośnym cmoknięciem 

pocałowała Darcy w usta. - Moje gratulacje.

- Przecież nie wygrałam żadnego losu na loterii. - Darcy opadła na krzesło. - Dlaczego 

stało  to  się  w  ten  sposób?  -  zwróciła  się  do  Jude.  -  Nawet  nie  zdążyłam  się  odpowiednio 

przygotować. Muszę zachować równowagę, żeby nie dostać kopniaka w tyłek od faceta.

-  Sama  dawałaś  im  dotąd  kopniaki  -  zauważyła  Brenna.  -  Widać  zasłużyłaś  na  to 

samo. Lubię go. - Ugryzła wielki kawał grzanki z dżemem. - Uważam, że pasuje do ciebie.

- Dlaczego?

- Poczekaj. - Jude uniosła palec. - Darcy, czy czujesz się z nim szczęśliwa?

-  Skąd  mogę  wiedzieć?  -  Uniosła  ręce  i  odsunęła  się  z  krzesłem  od  stołu.  -  W  tej 

chwili  czuję  zbyt  wiele  różnych  rzeczy,  żeby  wiedzieć.  Och,  oszczędźcie  mi  tych  pełnych 

zadowolenia  uśmieszków  szczęśliwych  mężatek.  Lubię  jego  towarzystwo.  Nie  poznałam 

dotąd  mężczyzny,  z  którym  tak  dobrze  czułabym  się  jak  z  Trevorem.  Wystarczy  mi  samo 

przebywanie w jego towarzystwie. Mogłabym się spotykać z nim nawet bez seksu, a to chyba 

mówi wiele, ponieważ seks z nim jest fantastyczny. Stało się to ostatniej nocy, po tym jak się 

kochaliśmy.  Poczułam  się  jak  ogłuszona,  nie  mogłam  złapać  powietrza,  kręciło  mi  się  w 

głowie. Jeszcze nigdy nie byłam tak wściekła. Dlaczego rozkochał mnie w sobie, nie pytając, 

czy mam na to ochotę, czy jestem gotowa?

- Och, niezły z niego gagatek - powiedziała ze śmiechem Brenna. - Nie masz co się na 

niego złościć.

- Zamknij się. Powinnam była wiedzieć, że staniesz po jego stronie.

- Darcy. - Brenna wzięła ją za rękę. Choć nadal miała wesołe oczy, było w nich tyle 

zrozumienia,  że  złagodziło  to  złość  Darcy.  -  Zawsze  chciałaś  kogoś  takiego  jak  on.  Jest 

przystojny, inteligentny i bogaty.

-  Ale  to  tylko  część  problemu,  prawda?  -  Jude  położyła  rękę  na  ich  złączonych 

dłoniach. - Jest taki, jakiego zawsze chciałaś. Teraz, kiedy go spotkałaś, zastanawiasz się, czy 

taki związek jest możliwy.

- Nie wiedziałam, że to się tak stanie. - Chciało jej się płakać, więc tutaj, w obecności 

przyjaciółek, pozwoliła sobie na to. - Sądziłam, że będzie to dobra zabawa. Ale jest inaczej. 

Zawsze  potrafiłam  rozszyfrować  każdego  człowieka,  a  on  jest  dla  mnie  zagadką.  Trevor  to 

sprytny,  przebiegły  człowiek.  O  Boże,  jak  ja  to  w  nim  kocham.  -  Rozpłakała  się  jeszcze 

bardziej i sięgnęła po serwetkę, żeby wytrzeć twarz.

background image

-  Gdyby  wiedział,  do  jakiego  strasznego  stanu  mnie  doprowadził,  bardzo  by  się 

ucieszył.

- Może masz rację, może nie - dodała Jude. - On żywi do ciebie uczucie. To widać.

-  Może  i  żywi. -  W  tych  słowach  kryła  się  odrobina  goryczy,  której  smak  czuła  na 

języku. - Rozmawiał z Carrickiem.

- Wiedziałam, że tak będzie. - Brenna uderzyła ręką w stół.

- Wiedziałam, że będziesz tą trzecią. Ty też wiedziałaś, prawda, Jude?

-  Bo  to  jest  całkiem  logiczne.  -  Jude  popatrzyła  znowu  na  Darcy.  -  A  ty  widziałaś 

Carricka albo Gwen?

- Podobno żadne z nich nie ma czasu na rozmowy ze mną.

- Wcale nie była pewna, czy czuje z tego powodu ulgę, czy jest zaniepokojona. - Ale 

dla  Magee  znajdują  czas.  Powiedział  mi,  że  Carrick  upatrzył  sobie  nas  dwoje,  dał  mi  też 

wyraźnie  do  zrozumienia,  że  nie  zamierza  ulegać  jakiejś  legendzie.  Nie  oczekuje  ode  mnie 

miłości ani żadnych przyrzeczeń. - Chce mnie - mruknęła, jej oczy pociemniały, zwęziły się, 

zaiskrzyły  -  w  łóżku  i  na  etykiecie  swojej  płyty.  Dogodziłam  mu  w  tym  pierwszym,  mogę 

więc też  pójść mu  na rękę z  tym drugim. Ale jeszcze  się przekona, że  Darcy Gallagher nie 

dostaje się za marne pieniądze. Jude przestraszyła się.

- Co ty kombinujesz?

- Sprawię, że jeszcze będzie się czołgał na brzuchu, zanim z nim skończę.

- Mam nadzieję, że nie przewidujesz spotkania na ubitej ziemi.

-  Skoro  ja  czuję  się  tak  wytrącona  z  równowagi,  przerażona  do  głębi,  niech  i  on 

poczuje to samo, zanim z nim skończę. Kiedy już będzie zaślepiony miłością do mnie, włoży 

mi obrączkę na palec, nim zdąży odzyskać wzrok.

- A potem? - zapytała cicho Jude.

Ciąg dalszy nie był jasny, więc Darcy pominęła pytanie wzruszeniem ramion.

- Reszta jakoś się sama załatwi. Na razie interesuje mnie chwila obecna.

background image

14

Dla Darcy chwila obecna już się zaczęła i nie zamierzała jej marnować. Po powrocie 

do  pubu  udała  się  prosto  do  kuchni.  Zła,  że  jeszcze  nie  ma  Shawna,  zaczęła  parzyć  kawę. 

Podeszła do lustra, zawieszonego na drzwiach i sprawdziła, jak wygląda.

Nalała  kawy  do  kubka,  poklepała  się  po  policzkach,  żeby  nabrały  koloru,  po  czym 

wyszła na dwór, na siąpiący deszcz.

Musiała kluczyć między tłuczonym kamieniem i gruzem. Ucieszyła się, że Trevor nie 

stoi  na  rusztowaniu.  Trudno  byłoby  się  tam  wdrapać  i  wręczyć  mu  kawę.  Przystanęła  na 

chwilę, patrząc do góry na ludzi uwijających się przy drewnianej konstrukcji, która mogła być 

szkieletem  dachu.  Łączył  on  nową  budowlę  z  pubem  Gallaghera  na  zasadzie  integralnej 

całości.

Pomyślała,  że  to  dobry  projekt.  Trevor  spojrzał  na  szkic  Brenny  i  natychmiast  go 

zaakceptował. Jest człowiekiem z wyobraźnią.

Podziwiała go za to. Kolejne jego oblicze, za które go pokochała.

A  jego  stosunek  do  rodziców?  Było  więcej  niż  pewne,  że  darzy  ich  miłością. 

Wzruszała ją ta jego lojalność i słabość zarazem. Czyniła go znacznie bardziej ludzkim.

Łajdak, mógł z niej zrobić kompletną idiotkę, gdyby się w porę nie opamiętała.

Wypatrzyła  miejsca  na  okna  i  drzwi.  Te  kamienne  bloki  zostaną  pokryte 

szlachetniejszym  kamieniem,  który  po  jakimś  czasie  nabierze  takiej  patyny,  że  zatrze  się 

granica pomiędzy nowym i starym murem.

Nastąpi stopienie się tradycji z nowoczesnością. Nie zamierzała dać po sobie poznać, 

jak bardzo jej zależy na tym połączeniu.

Przestąpiła próg jednego z otworów. Także wewnątrz prace były w toku. Beton, który 

wylewano, gdy zobaczyła po raz pierwszy budowę, został już pokryty deskami. Ze ścian i z 

podłogi sterczały rury, kable i surowe deski. Hałasowały świdry.

Dostrzegła  go,  przykucniętego  obok  jednego  z  pracowników,  przyglądającego  się 

wystającej  ze  ściany  rurze.  Pokryty  był  szarym  drobnym  pyłem,  prawdopodobnie  od 

świdrowania kamienia.

Poczekała, aż się odwróci i ją zobaczy.

Dostrzegła zmianę w jego oczach. Ten moment porozumienia był jak niebezpiecznie 

przeskakująca rozżarzona  iskra. Nawet by się nie zdziwiła,  gdyby zobaczyła  wypalony ślad 

na podłodze obok swych stóp.

background image

-  Chciałam  zobaczyć,  jak  tu  jest,  zanim  zacznę  pracować  w  tym  budynku.  -

Uśmiechnęła  się,  wyciągnęła  rękę  z  kubkiem.  -  Pomyślałam,  że  może  zechcesz  napić  się 

kawy.

Ucieszyła się, gdy zobaczyła na jego twarzy podejrzenie.

- Dzięki.

-  Nie  jesteś  zbyt  wylewny.  Zdaje  się,  że  przeszkadzam.  -  Rozejrzała  się  dokoła.  -

Widzę, że praca posuwa się bardzo szybko.

- Mam dobrą ekipę. - Poznał po pierwszym łyku, że to ona zaparzyła kawę. Była dobra 

i  mocna,  ale nie  miała tego  czegoś,  charakterystycznego dla kawy Shawna.  Stał  się jeszcze 

bardziej podejrzliwy. Czego też ona może chcieć?

- Kiedyś, kiedy nie będziesz taki zajęty, może mi pokażesz, jak to ma wyglądać.

- Mogę to zrobić również teraz.

- Tak? To wspaniale.

-  Tutaj  zrobimy  przejście  do  pubu.  Na  razie  nie  będziemy  go  jeszcze  przebijać.  Jak 

widzisz,  budynki  różnią  się  wysokością  poziomów.  Dlatego  zrobiliśmy  ten  pochyły  pasaż. 

Dzięki temu nie zakłócimy proporcji linii dachowej. Dalej pasaż poszerza się.

- Jak otwarty wachlarz.

- Tak. Urządzimy tu dodatkowy hol.

- Co to za rury?

- Tu będą toalety i garderoby. Brenna uważa, że na drzwiach powinny być gaelickie 

napisy, tak  jak  u  was  w  pubie.  Drzwi  mają  być  z  ciemnego, surowego  drewna.  Cała  reszta 

nowoczesna,  lśniąca.  Gołe  podłogi.  Dostosujemy  wszystko  do  tego,  co  już  jest  u  was. 

Delikatne, stonowane kolory, nic jaskrawego, krzykliwego. Postawimy trochę ławek w holu, 

który jednak pozostanie nieduży, intymny. Na ścianach zawiesimy celtyckie dzieła sztuki.

Zobaczył, że wpatruje się w niego zdumionym wzrokiem.

- O co chodzi?

- Sądziłam, że wolisz nowoczesność. - Dlaczego? Po chwili zastanowienia odparła:

- Domyślam się, że w tym przypadku chcesz mieć duachais.

- Co to znaczy?

- To gaelickie słowo na określenie tradycji, szczególnego miejsca, z którego wywodzi 

się człowiek.

- Powtórz to jeszcze.

- Duachais.

- Tak, to jest to.

background image

- To dobry pomysł i bardzo się z tego cieszę.

- Ale jesteś trochę zaskoczona.

- Trochę, chociaż nie powinnam. - A gdzie będzie wejście do teatru?

- Zrobimy podwójne drzwi, po obu stronach budynku. - Machinalnie wziął ją za rękę, 

co natychmiast zauważyli pracujący tu ludzie. - A to jest widownia, trzy sektory, dwa rzędy 

przejść.  Na  dwieście  czterdzieści  osób.  Też  nie  za  duża.  Najważniejsza  jest  scena.  Już 

wyobrażam sobie ciebie na niej.

Nie powiedziała słowa, tylko z uwagą przyglądała się pustej przestrzeni przed sobą.

- Boisz się wystąpić?

-  Daję  występy  przez  całe  życie.  -  W  ten  czy w  inny  sposób,  pomyślała.  -  Nie,  nie 

miewam  tremy.  Jesteś  dumny  z  tego,  czego  dokonałeś,  i  z  tego,  co  robisz.  Zamierzam 

dokonać tego samego. - Nie z tym tutaj przyszła. Chciała go zadziwić, zaskoczyć, poflirtować 

z nim, sprawić, żeby o niej myślał przez cały dzień. Żeby jej stale pragnął. - Podoba mi się 

twój  teatr,  Trevorze,  i  chętnie  w  nim  zaśpiewam  razem  z  braćmi.  A  co  do  reszty...  -

Wzruszyła  ramionami  i  wzięła  od  niego  pusty  kubek.  -  Jeszcze  mnie  nie  przekonałeś  do 

końca. Chcemy wieczorem pomuzykować. Mógłbyś zjeść kolację w pubie i posłuchać nas. A 

potem poszedłbyś do mnie - Tym razem ja naleję ci wina.

Nie  czekając  na  odpowiedź,  pocałowała  go  w  usta.  I  z  obietnicą  na  dalszy  ciąg 

odwróciła się i odeszła.

Otwierając  drzwi  do  kuchni  poczuła  zapach  piekącego  się  ciasta.  Jabłka,  cynamon, 

melasa. Shawn musiał przyjść zaraz po niej i od razu wziął się do pracy. Na kuchni wrzała już 

woda, on zaś szatko wał na desce jarzyny.

Ledwo na nią spojrzał.

- Możesz wpisać do karty kruszonkę z jabłkami na deser, a także meksykańskie chili. 

Usmażymy też świeżą płastugę.

Zamiast  wykonać  jego  polecenia,  podeszła  do  lodówki  i  wyjęła  sobie  butelkę 

imbirowego piwa.

- Co sądzisz o moim głosie? - zapytała brata.

- Wolałbym, żebyś go rzadziej używała.

- Mówię o śpiewaniu, ty zakuta pało.

- Aha, jeśli o to chodzi, to jest kruchy jak najgorszy kieliszek.

Zawahała  się,  czy  nie  rzucić  w  niego  butelką,  ale  musiała  usłyszeć  prawdziwą 

odpowiedź.

- Pytam cię poważnie.

background image

Ponieważ powiedziała to spokojniej, niż się spodziewał, opuścił nóż i spojrzał na nią.

- Masz piękny głos, mocny i czysty. Wiesz o tym sama.

- Nie słyszę siebie tak jak inni.

-  Lubię  słuchać,  kiedy  śpiewasz  moje  piosenki.  Pomyślała,  że  jest  to  najbardziej 

wyczerpująca recenzja.

Popatrzyła na niego ciepło i zamiast rzucić w niego butelką, odstawiła ją i wyściskała 

go mocno.

- Czy to wszystko? - zapytał i pogłaskał ją.

- Co czujesz, Shawn, kiedy sprzedajesz to, co skomponowałeś? Gdy wiesz, że twojej 

muzyki będą słuchać ludzie, których ty nie znasz? Pewnie to wspaniałe uczucie?

- Do pewnego stopnia.

- W głębi duszy zawsze tego pragnąłeś. - Tak.

-  Lubię  śpiewać,  ale  nie  wiążę  z  tym  życiowych  planów.  Robię  to  wówczas,  kiedy 

mam na to ochotę. - Cofnęła się. - Powiedz mi jeszcze, czy to, że sprzedajesz swoją muzykę, 

odbiera ci radość tworzenia?

- Obawiałem się, że tak będzie. Kiedy jednak zasiadam do instrumentu, myślę tylko o 

komponowaniu. - Dał jej prztyczka w brodę. - Co się dzieje, kochanie? Opowiedz mi, co cię 

trapi.

- Trevor chce, żebym nagrała dla niego płytę. Chodzi o kontrakt. A co za tym idzie, o 

karierę. Uważa, że mój głos będzie się podobał.

Shawn mógł jej powiedzieć dziesiątki rzeczy, zażartować, żeby nie wyjść z wprawy. 

Ale  zamiast  tego,  ponieważ  wyczuwał,  że  Darcy  potrzebuje  tego,  powiedział  jej  szczerą 

prawdę.

- Będziesz wspaniała, a my wszyscy będziemy z ciebie szalenie dumni.

- Ale to nie będzie to samo, co śpiewanie w pubie.

-  Zaczniesz  podróżować,  staniesz  się  bogata,  czego  przecież  zawsze  pragnęłaś.  I 

będziesz to zawdzięczała samej sobie, a to jedyny sposób, żebyś się czuła szczęśliwa.

Sięgnęła znowu po imbirowe piwo.

- Coś ty się nagle zrobił taki bystry?

-  Zawsze  byłem  bystry.  Tylko,  że  słyszę  to  od  ciebie  wyłącznie  wtedy,  kiedy  ci 

przyznaję rację.

- Hmm. - Łyknęła piwa, zastanawiając się nad wszystkimi przeszkodami i pułapkami. 

- Wy z Brenną pracujecie, w pewnym sensie, razem. To znaczy, ty komponujesz muzykę, ale 

background image

ona  cię  naciska.  To  ona  namówiła  Trevora,  żeby  posłuchał  twojej  muzyki.  Jest  twoim 

agentem, partnerem czy jak tam chcesz to nazwać.

Shawn chwycił nóż i znowu zaczął szatkować jarzyny.

- Mogę ci tylko powiedzieć, że jest prawdziwym dyktatorem.

Darcy zagryzła wargę.

- Czy to stwarza między wami jakieś problemy?

- Wszystko kończy się dobrze, pod warunkiem, że postawi na swoim. - Kiedy znowu 

podniósł wzrok i zobaczył twarz Darcy, roześmiał się. - No nie, na litość boską, czym ty się 

tak przejmujesz?  Przecież ja tylko żartuję. To prawda, że mnie naciska i  czasem chciałbym 

się zaszyć w mysią dziurę. Ale wiem, że ona we mnie wierzy. I to się liczy, prawie tak samo, 

jak to, że mnie kocha.

Poczuła ból w sercu.

-  Dla  niektórych  taka  wiara  może  być  równie  ważna,  równie  satysfakcjonująca. 

Podobnie  jak początek. Jak  początek - powtórzyła półgłosem. - Nie można  skończyć, jeżeli 

się nie zacznie.

Postanowiła w to wierzyć. Zdjęła z kołka fartuszek i udała się do pubu, pozostawiając 

zdezorientowanego Shawna.

* * *

Zorganizowanie muzykowania w pubie Gallaghera nigdy nie było trudne. Wystarczyło 

słówko  tu,  słówko  tam.  Bo  czy  jest  lepszy  sposób  na  spędzenie  deszczowego  wieczoru  niż 

przy muzyce, przy piwie, wśród przyjaciół?

O ósmej pub pękał już w szwach, a piwo lało się strumieniami z kufli. Brenna stała za 

barem,  gotowa  do  pomocy,  a  Darcy  podała  tyle  porcji  gulaszu,  iż  można  by  nim  wypełnić 

ocean.

Tylko Trevor Magee nie przyszedł jeszcze do pubu.

Darcy, z uroczym uśmiechem podając drinki turystom, zastanawiała się, co się z nim 

dzieje.

Co  z  niego  za  mężczyzna,  jeśli  nie  przyjął  jej  zaproszenia  na  kolację,  na  muzykę  i 

seks? Głaz? Lód? Stal? Cisnęła puste naczynia na kontuar.

-  Uważaj  na  szkło,  Darcy  -  powiedział  Aidan.  -  Z  trudem  nam  go  wystarczy  przy 

dzisiejszym tłumie.

- Chrzanię ich - mruknęła pod nosem. - Dwa duże guinnessy, jeden smitty's, pół harpa 

i dwie brandy, i dwa imbirowe piwa.

background image

-  Proszę  cię,  zanieś  wodę  Jude  i  namów  ją,  by  zjadła  trochę  gulaszu.  Od  wczoraj 

straciła apetyt.

Dla zasady chciała coś odwarknąć, ale nie należało kąsać mężczyzny tak zatroskanego 

o  swoją  żonę.  Udała  się  więc  do  kuchni,  nabrała  chochlą  gulaszu  i  wzięła  koszyczek  z 

chlebem, i z masłem. Zaniosła to, wraz z wodą i szklanką z lodem, do stolika Jude.

-  Masz  to  zjeść  -  powiedziała  i  postawiła przed nią  jedzenie.  -  W  przeciwnym  razie 

Aidan będzie się niepokoił, Shawn poczuje się urażony, a ja po prostu oszaleję.

- Ale ja...

-  Słyszałaś,  co  powiedziałam,  Jude  Frances.  Masz  dbać  o  moją  bratanicę  czy  też 

bratanka, nie chcę, żeby byli głodni.

- Chodzi o to, że... - Rozejrzała się wokół, dała znak Darcy, żeby się pochyliła. - Od 

paru  dni  mam  straszliwy  apetyt  na  lody  -  powiedziała  szeptem.  -  Czekoladowe  lody. 

Wykupiłam wszystkie, jakie były w sklepie.

Darcy parsknęła śmiechem.

- No wiesz, co w tym złego?

-  To  takie  banalne.  Nie  rzucam  się  na  śledzie,  ale  przecież  to  na  jedno  wychodzi. 

Czuję się tak głupio, że nawet wstydziłam się przyznać Aidanowi.

- Popełniłaś zbrodnię, ponoś konsekwencje. - Podsunęła bliżej miseczkę. - Poza tym w 

ten  sposób  nie  nakarmisz  dzidziusia.  Masz  tu  trochę  gulaszu  Shawna,  a  jeżeli  się  dobrze 

spiszesz i zatrzymasz to miejsce dla tego gbura Magee, jutro kupię ci lody.

Jude sięgnęła po łyżkę.

- Mają być czekoladowe. A gbur właśnie wszedł.

- Naprawdę? - Duma nie pozwoliła się jej odwrócić. - O tej porze? Co on dotąd robił? 

- Odruchowo złapała butelkę wody Jude i nalała jej do szklanki.

- Teraz chyba szuka ciebie. O Boże, jak na ciebie patrzy. Jak na swoją własność. Jest z 

nim  jakiś facet - bardzo  elegancki, prosto z  miasta, atrakcyjny. - Wyglądają  na przyjaciół -

ciągnęła. - Tamten położył rękę na ramieniu Trevora, po kumplowsku, drugą pokazuje na bar. 

Ale  Trev  kręci  głową,  wskazując  w  naszą  stronę.  Jego  przyjaciel  dostrzegł  ciebie, 

wytrzeszczył oczy.

- Świetnie to opisujesz.

- Jestem psychologiem i pisarką. Uważam się za o wiele lepszą w opisywaniu ludzi, 

niż w analizowaniu ich postępowania. Dlatego nie mogę się doczekać dzisiejszego koncertu -

ciągnęła, podnosząc na tyle głos, żeby słyszano ją z daleka. - Dobrze, że udało mi się zdobyć 

stolik przed tym najazdem.

background image

-  Posadzilibyśmy  cię  na  krześle  za  barem.  Zjedz  już  ten  gulasz,  zanim  zupełnie 

wystygnie.

- Naprawdę nie mogę... witaj, Trevorze. Przygotowana już na spotkanie z nim Darcy 

odwróciła się z miłym uśmiechem na ustach.

-  Ale  z  ciebie  szczęściarz.  Jude  zdobyła  stolik  i  jestem  pewna,  że  pozwoli  ci  się 

dosiąść.  Taki  tu  dzisiaj  ruch.  -  Następnie  obdarzyła  tym  samym  uśmiechem  mężczyznę 

stojącego obok Trevora i z przyjemnością odnotowała uznanie w jego oczach. - Życzę miłego 

wieczoru.

- Darcy Gallagher, Jude Gallagher, Nigel Kilsey. Mój przyjaciel.

- Trevor nie zdradził się, że zna tu takie piękności. - Najpierw delikatnie pocałował w 

rękę Jude, a następnie Darcy.

-  Twój  przyjaciel  jest  nadzwyczaj  szarmancki,  Trevorze.  Siadajcie.  Czego  się 

napijecie?

- Dla mnie gin z tonikiem - zamówił Nigel.

- Z lodem i z cytryną?

- Tak, proszę.

- Kufelek harpa - poprosił Trevor.

- Zaraz wam podam. Polecam też gulasz, jeśli macie ochotę.

- Nawet jeśli nie macie - mruknęła Jude po odejściu Darcy.

- A więc jest pani amerykańską pisarką która wyszła za mąż za karczmarza. - Nigel, w 

eleganckim czarnym swetrze pod marynarką, zajął miejsce na stołku.

Jude pomyślała, że wygląda jak Cygan na wiejskiej potańcówce.

-  Przyjechałam  tu  i  okazało  się,  że  jestem  pisarką.  Pan  z  Anglii?  -  zapytała, 

rozpoznając jego akcent.

-  Urodzony  i  wychowany  w  Londynie.  Trev  miał  rację,  zachwalając  to  miejsce  -

dodał, rozglądając się dookoła. - Jest jak scenografia filmowa. Cudowne.

- My też tak uważamy.

- Nigel jest zwyczajnym osłem. - Trevor usiadł obok Jude w wąskiej wnęce.

-  Potraktuję  to  jako  komplement.  W  angielskich  pubach,  szczególnie  w  mieście, 

panuje  sztywniejsza  atmosfera  niż  w  pubach  irlandzkich.  Rzadko  też  barmanki  mają  buzie 

gwiazdy filmowej.

Odwrócił się, żeby jeszcze raz popatrzeć na Darcy.

- Chyba się zakochałem.

background image

- Kompletny osioł. Dlaczego nie jesz? - zapytał Trevor Jude. - Czyżby Darcy pomyliła 

się co do dzisiejszego gulaszu?

- Nie. - W poczuciu winy, Jude nabrała kolejną łyżkę. - Jest wspaniały. Tylko że nie 

jestem głodna. Mam ostatnio... mam...

-  Zachcianki?  -  Kiedy  się  zaczerwieniła,  Trevor  roześmiał  się.  -  Moja  siostra,  która 

była trzykrotnie w ciąży, zajadała się figami na śniadanie.

-  Ja  czekoladowymi  lodami.  -  Jude  zerknęła  w  stronę  Aidana.  -  Jeszcze  się  nie 

wyspowiadałam ze wszystkich moich grzechów. Aidan boi się, żeby mi nie ubyło na wadze. -

Położyła rękę na brzuchu. - Tak, jakby to było możliwe!

- Proszę, oto gin z tonikiem i harp. - Darcy zdjęła wszystko z tacy. - Zjecie coś?

- Poprosimy o gulasz - powiedział Trevor, zanim Nigel zdążył zamówić. - Zaśpiewasz 

później?

- Mogłabym. - Mrugnęła szelmowsko okiem i poszła dalej.

- Dlaczego nie pozwoliłeś mi zajrzeć do menu? - zaprotestował Nigel.

-  Musimy  przyjść  z  pomocą  damie.  Będziemy  jedli  to  samo,  każdy  z  nas  weźmie 

trochę gulaszu Jude i uratujemy ją w ten sposób.

- Bóg mi was zesłał - powiedziała Jude z uczuciem i podsunęła Trevorowi koszyczek z 

chlebem.

Ledwo  podano  im  gulasz,  kiedy  rozbrzmiała  muzyka.  Na  początek  tylko  skrzypce  i 

fujarka, na których zagrało dwoje ludzi, stojących przy stole pełnym kufli i szklanic.

Przycichły rozmowy. Darcy uwijała się, zbierając puste naczynia i pełne popielniczki, 

wymieniając  je  na  świeże.  Staruszek  z  akordeonem  uderzył  ją  lekko  po  pupie,  w  taki  sam 

sposób,  w  jaki  dorośli  dają  klapsy  małym  dzieciom,  po  czym,  przytupując,  podchwycił 

melodię i zaczął grać.

-  Ten  ze  skrzypcami  to  Brian  Fitzgerald  -  poinformowała  ich  Jude.  -  Jesteśmy 

kuzynami.  Na  fujarce  gra  młody  Connor,  a  Matt  Magee  -  prawdopodobnie  twój  kuzyn, 

Trevorze  -  na  akordeonie.  Młoda  kobieta  z  gitarą  to  Patty  Riley,  nie  znam  natomiast  tej 

drugiej, ze skrzypcami. Chyba nie jest stąd.

Nigel pokiwał głową i spróbował gulaszu.

- Czy występuje tu wielu muzyków z innych stron?

- Tak. Nasz pub słynie z koncertów. - Popatrzyła na Trevora z wdzięcznością, kiedy 

przełożył do swojej miseczki trochę jej gulaszu. Nigel poszedł w jego ślady. - Z wdzięczności 

dałabym dziecku twoje imię, ale Aidan mógłby nabrać podejrzeń.

- Trudno, takie jest życie. A Shawn jest genialnym kucharzem.

background image

- Sądziłem, że Trev wyolbrzymia kulinarne umiejętności naszego świeżo upieczonego 

artysty - rzekł Nigel. - A przecież powinienem pamiętać, że on się nigdy nie myli.

Najpierw  jego  uwagę  zwrócił  śmiech.  Ciepły,  kobiecy,  seksowny.  Podniósł  wzrok, 

rozejrzał  się  i  zobaczył  Darcy,  trzymającą  rękę  na  ramieniu  staruszka,  wybijającą  rytm 

palcem, podchwytującą melodię.

„Kiedy  wędrowałam  po  słynnych  górach  Kerry,  spotkałam  kapitana  Farrella,  który 

przeliczał pieniądze”.

To była żywa, skoczna piosenka, z wesołym tekstem, niewymagająca mocnego głosu.

Nigel popatrzył na Trevora, pokiwał głową.

- Nie, ty się nigdy nie mylisz.

Potem  grano  reele,  gigi,  walce  i  ballady,  którym  niekiedy  towarzyszył  również  głos 

piosenkarki. Kiedy z kuchni wyszedł w końcu Shawn, Nigel zobaczył po raz pierwszy trójkę 

Gallagherów w komplecie.

- Ale przystojni - powiedział półgłosem, a Jude się rozpromieniła.

- A jak śpiewają - dodała.

Jude  zauważyła, że  Nigel  i  Trevor  wymienili  ze  sobą  porozumiewawcze  spojrzenie. 

Pomyślała,  że  mają  sobie  coś  do  powiedzenia,  czego  nie  zrobią  w  jej  obecności.  Po 

skończonej piosence powiedziała więc do Trevora:

-  Napiję  się  herbaty w  kuchni.  Dziękują  za  towarzystwo i  za  ratunek.  Miło  mi  było

pana poznać, Nigel, życzę udanego pobytu.

Trevor pomógł jej wstać na nogi, za co odruchowo pocałowała go w policzek.

- Dobranoc.

Nigel odczekał, aż Jude odejdzie parę kroków i znajdzie się poza zasięgiem słuchu.

- Trafiłeś na kopalnię złota - powiedział.

-  Może  i  tak,  ale  Aidan  nie  zrezygnuje  z  pubu,  podobnie  jak  Shawn  -  powiedział 

Trevor, pieszcząc w rękach swoje piwo. - Dadzą występ tutaj, tutaj też odbędzie się nagranie. 

Dla rodziny i dla pubu, ale na dłuższą metę... Nie.

- Nie wspomniałeś o Darcy.

- Pracuję nad nią. Nad jej lojalnością wobec tego miejsca, a także wobec braci. Ale ją 

ciągnie  do  bogatego,  wystawnego  życia.  Muszę  przekonać  Darcy,  że  jedno  nie  koliduje  z 

drugim. - Zastukał palcami,  patrząc, jak jeden ze skrzypków daje jej skrzypce w zamian za 

kufel z piwem.

- Z taką twarzą, z takim głosem, może mieć wszystko, co zechce. Posłuchaj, jak gra.

- Wiem o tym. I ona też o tym wie, możesz mi wierzyć.

background image

- Więc nie jest naiwną irlandzką wieśniaczką? Zresztą, jeszcze się nie zdarzyło, żebyś 

źle  trafił.  Podpisz  z  nią  kontrakt,  Trev.  -  Nigel  zapalił  papierosa  i  poprzez  dym  mierzył 

wzrokiem Trevora. - Oczekujesz od niej czegoś więcej?

Zbyt  wiele,  żeby  mieć  z  tego  powodu  dobre  samopoczucie  -  pomyślał  Trevor. 

Stanowczo zbyt wiele.

- Jeszcze się nie zdecydowałem.

- Gdybyś się zdecydował poprzestać na samym biznesie, nie miałbym nic przeciwko... 

-  Urwał,  napotykając  ostre  jak  skalpel  oczy  Trevora.  -  Uważam,  że  możemy  to  po  prostu 

pominąć milczeniem, a ja pójdę do baru i zamówię następny gin z tonikiem.

- Dobry pomysł.

- Tak sądzę. Przecież nigdy nie rzucaliśmy się sobie do gardeł z powodu dziewcząt, 

nie  licząc  pierwszego  semestru  w  Oxfordzie,  kiedy  zresztą  wygrałeś  ze  mną.  -  Nigel  wstał 

kiwnął głową w kierunku szklanki Trevora. - Jeszcze szklaneczkę?

-  Nie,  dzięki.  Chcę  zachować  przytomną  głowę.  A  i  ty  na  tym  skończ,  dobrze? 

Będziesz jechał sam do domu.

- Rozumiem. Zawsze miałeś szczęście, cholerniku. Owszem, również szczęście będzie 

mu potrzebne, żeby odpowiednio nastawić Darcy Gallagher.

* * *

Czekał na nią w pokoju, który nazywała salonikiem. Czekał niecierpliwie. Wszędzie 

wyczuwał  jej  zapach  -  subtelne  przypomnienie,  które  zaostrzało  jego  apetyt.  Nie  chciał 

przypomnienia.  Chciał  jej.  Wszystko  w  jej  pokojach  było  bardzo  kobiece.  Pomysłowe 

poduszki,  które  sama  zrobiła,  rzucone  w  artystycznym  nieładzie  na  sofę.  Wysoki,  wąski 

wazon z długimi, delikatnymi kwiatami o zuchwałych, czerwonych główkach.

Obraz na ścianie przedstawiał rusałkę. Mokre, wijące się, lśniące, kruczoczarne włosy 

okrywały  jej  plecy  i  nagie  piersi,  kiedy,  wygięta  w  triumfalny  łuk,  wynurzała  się  na 

powierzchnię błękitnego morza.

Zadziwiający, zmysłowy i w gruncie rzeczy niewinny obraz.

Każdy,  kto  go  zobaczył,  musiał  zwrócić  uwagę  na  uderzające  podobieństwo  -  w 

zarysie twarzy, w dużych, pełnych wargach.

Czy Darcy pozowała malarzowi? Jeśli tak, chyba udusi tego faceta.

Nie cierpiał w swoich związkach zazdrości ani pragnienia posiadania. Były zabójcze, 

świadczyły o słabości.

background image

Musi niezwłocznie cofnąć się o krok, otrząsnąć się z tego stanu otumanienia, które go 

nie odstępuje, odkąd po raz pierwszy zobaczył ją w oknie.

Wtedy otworzyła drzwi i znowu poczuł się jak zamroczony.

- Czyżbyś odesłał Nigela do domu? - Zamknęła drzwi za sobą, oparła się o nie.

- Znajdzie drogę, jest dorosłym człowiekiem. Przekręciła zamek.

- Mam nadzieję, że nie kazałeś mu na siebie czekać. Podszedł do niej.

- Byłaś na nogach przez cały wieczór.

- To prawda, i dają mi o tym znać.

- Może mógłbym ci jakoś ulżyć? - Podgarnął ją i wziął na ręce.

- Od razu czuję się lepiej - zaśmiała się.

- Najdroższa, jeszcze wszystko przed tobą.

background image

15

- Chcę się napić kawy.

Jakże  człowiek,  który  spał  zaledwie  trzy  godziny,  może  wyżyć  bez  kawy?  Seks 

satysfakcjonuje,  pokarm  dostarcza  paliwa,  miłość  może  podtrzymywać  na  duchu,  ale  bez 

kawy jaki to wszystko ma sens?

Zwłaszcza o wpół do szóstej nad ranem.

Wziął prysznic, ubrał się, ale nie mógł zrobić kroku bez ożywczej kawy.

- Powiedz, gdzie jest kawa? - zapytał Darcy, która wtuliła się w poduszkę.

Odwróciła się leniwie, objęła go za szyję.

- Za wcześnie na kawę.

- Nigdy nie jest za wcześnie ani za późno na kawę. Zawsze jest na nią odpowiednia 

pora. Darcy, błagam, powiedz, gdzie ją trzymasz.

Otworzyła  oczy,  pełne  wspomnień  ostatniej  nocy.  Tylko  to  uratowało  go  przed  jej 

świętym gniewem.

-  Musisz  się  ogolić.  -  Potarła  ręką  jego  policzek.  -  Wyglądasz  jak  dzikus.  Lepiej 

wracaj do łóżka.

Seks  z  piękną  kobietą.  Kawa.  Stanął  przed  jednym  z  najtrudniejszych  życiowych 

wyborów. Jednak należy dać pierwszeństwo rzeczom najważniejszym.

Wsunął rękę pod kołdrę, pod jej ciepłe i gładkie ciało. I wyciągnął ją z łóżka.

- Możesz mi pokazać, gdzie jest?

Dopiero po chwili zorientowała się, że niesie ją do kuchni. - Trevor! Jestem goła jak 

święty  turecki.  -  Naprawdę?  Pomyśl  tylko,  Darcy.  Napijemy  się  kawy  i  cały  świat  będzie 

należał do nas.

-  Obiecanki  cacanki,  a  głupiemu  radość.  -  Wskazała  na  kredens  i  pisnęła,  kiedy 

bezceremonialnie posadził ją gołą pupą na blacie. - Łajdak!

- Nie widzę jej.

-  Mężczyźni  nie  widzą  niczego, co  mają  pod  nosem.  Mrucząc  przekleństwa  pchnęła 

dwie puszki w jego stronę.

- Masz. Gdyby to był wąż, już byś nie żył. Pewnie teraz będziesz chciał, żebym ci ją 

zrobiła.

- Czemu nie?

background image

Gdyby nie był tak cholernie przystojny z tymi błyszczącymi, wilgotnymi od prysznica 

włosami,  z  ciemną,  nieogoloną  twarzą,  z  tymi  cudownymi,  jeszcze  zaspanymi  szarymi 

oczami, wyrżnęłaby go puszką z kawą.

- Och, zejdź mi z drogi. Muszę pójść po szlafrok.

- Dlaczego?

- Nie zwykłam parzyć kawy nago.

- Dlaczego?

Chciało jej się śmiać, jednak zamiast tego otworzyła szerzej oczy.

- Bo jest mi zimno.

-  Rozumiem.  Zaraz  ci  go  podam.  -  Zdjął ją  z  blatu,  pocałował  w  czoło,  a  następnie 

udał się na poszukiwania szlafroka.

Ziewając, Darcy nalała do czajnika wody, wyjęła dzbanek i filtr. Drżała już z zimna, 

kiedy Trevor wrócił ze szlafrokiem.

- Będę ci musiał kupić automat do kawy - zauważył Trevor.

- Nie parzę tak często kawy, żeby było to warte takiego zachodu. Zwykle zaczynam 

swój dzień od filiżanki herbaty.

To jest po prostu... straszne. Tym razem nie mogła się powstrzymać od śmiechu.

- Dobrze wiedzieć, że masz choć jeden słaby punkt. No już. Teraz musimy zaczekać, 

aż  zagotuje  się  czajnik.  -  Sięgnęła  po  kubek.  Wyglądała  tak  ślicznie,  stojąc  na  palcach  z 

odrzuconymi do tyłu zmierzwionymi włosami, że zakręciło mu się w głowie.

Tylko sobie nie wyobrażaj, że zrobię ci śniadanie. Musiał jej dotknąć, tylko dotknąć. 

Otoczył ją ramionami, przywarł wargami do jej szyi i przytulił ją do siebie.

- Jesteś okropna.

Serce  mocno  jej  zabiło.  Jego  gest  był  taki  prosty,  taki  ciepły,  tak  pełen  intymnej 

słodyczy, jakiej nie dostarczyłby nigdy żaden szalony seks. Zacisnęła powieki i musiała się 

bardzo, ale to bardzo wysilić, żeby odzyskać naturalny, lekki ton głosu.

- Co z tobą, czy aby nie jesteś nadmiernie czuły jak na tak wczesną godzinę?

Zwykle  taki  nie  był.  Mógłby  się  tym  zaniepokoić,  gdyby  nie  czuł  się  tak  dobrze, 

trzymając ją w ramionach.

-  Jestem  czuły  dla  każdej  kobiety,  która  robi  mi  kawę.  A  jeśli  jeszcze  poda  mi 

śniadanie, zostaję jej niewolnikiem.

- Kelnerki w Nowym Jorku muszą się bić o twój stolik. - Położyła dłonie na rękach, 

które  ją  obejmowały w  talii.  Przez  krótką  chwilę  zapragnęła, by ta  iluzja  spokojnej  miłości 

trwała wiecznie.

background image

Zdecydował  się  na  grzankę,  jako  że  wyglądało  na  to,  iż  nie  ma  nic  innego  poza 

chlebem,  po  czym,  czekając  aż  się  opiecze,  oparł  się  o  blat,  podczas  gdy  ona  zalewała 

wrzątkiem zmieloną kawę.

- Boże! - Wciągnął głęboko powietrze. - Jak można żyć bez tego zapachu? - Spojrzał 

na nią z politowaniem. - A ty nalałaś sobie herbaty!

- Wy, jankesi, nawet nie wiecie, że ten zapach jest o niebo lepszy niż smak.

- Bluźnisz. O dwa domy od miejsca, gdzie mieszkam, są delikatesy. A kawa, którą tam 

robią, potrafi wycisnąć z oczu człowieka łzy wdzięczności.

-  Brakuje  ci  tego.  -  Ponieważ  zapach  był  naprawdę  kuszący,  wyjęła  też  kubek  dla 

siebie.  -  Kawiarenek,  delikatesów,  tego  zgiełku.  -  Otworzyła  lodówkę,  z  której  wyjęła 

pojemnik ze śmietanką. - Za czym jeszcze tęsknisz w Nowym Jorku?

Z tostera wyskoczyła grzanka.

- Za bajglami.

- Bajglami? - Spojrzała na niego zdumiona. - Taki bogaty człowiek, który może mieć 

wszystko, tęskni za kawą i bajglami?

- W tej chwili gotów jestem zapłacić sto dolarów za świeży bajgiel. Nie ujmując nic 

waszemu pieczonemu na proszku irlandzkiemu chlebowi.

- Zadziwiające.

Zamierzał skwitować to żartem, ale oszołomił go zapach kawy. Uznał, że nie może się 

teraz rozpraszać.

-  Nowy  Jork  ma  więcej  do  ofiarowania  niż  bajgle  i  kawa.  Restauracje,  teatry,  kina, 

galerie  sztuki,  a  dla  materialistów  wszystko,  co  tylko  jest  do  kupienia  na  świecie.  Byłabyś 

zachwycona.

- Ponieważ jestem materialistką?

-  Ponieważ  zawsze  znajdziesz  to,  co  chcesz  znaleźć.  Dziękuję  -  powiedział  z 

wdzięcznością, kiedy podała mu kawę, - To jedno z miejsc, dokąd się udasz, kiedy podpiszesz 

kontrakt z Celtyckimi Nagraniami.

- Dlaczego miałabym jechać do Nowego Jorku?

- Z tego samego powodu, dla którego pojedziesz do Dublina, Londynu, Chicago, Los 

Angeles, Sydney. Koncerty, wywiady, zdjęcia.

-  Jak  możesz  obiecywać  złote  góry,  nie  wiedząc,  czy  wypadnę  dobrze  podczas 

występu?

- Ja już z góry wiem swoje.

background image

-  Prowadzisz  rozliczne  interesy  i  z  pewnością  znasz  się  na  tym.  Ale  ta  dla  ciebie 

zwykła sprawa dotyczy mojej osoby. Powiedzmy, że wezmę twoje słowo za dobrą monetę i 

zdecyduję  się  zmienić  swe  życie.  Mam  wiele  do  stracenia.  -  Nie  zdążył  się  odezwać,  gdy 

podniosła do góry rękę. - Rozumiem, że i ty ponosisz ryzyko. Zainwestujesz we mnie. Ale to 

dla ciebie zwykła sprawa, czyż nie? Inwestujesz, na jednym tracisz, na drugim zyskujesz.

- Rozumiem twój punkt widzenia - powiedział po chwili. - Ubieraj się.

- Słucham?

- Ubieraj  się.  Zdaje  się,  że  znalazłem  sposób,  żeby  cię  choć  w  części  do  tego 

przekonać. - Zerknął na zegar kuchenny. - Tylko się pospiesz się, dobrze?

- Nie brak ci tupetu. Żeby rozkazywać mi tak o szóstej rano!

Już chciał zapytać, co ma do tego wczesna pora, ale doszedł do wniosku, że lepiej jej 

nie denerwować.

-  Przepraszam.  Mogłabyś  pójść  ze  mną?  To  nie  potrwa  długo,  a  może  być  bardzo 

ważne dla ciebie.

-  Sprytnie  wymyśliłeś!  No  cóż,  pójdę,  ponieważ  i  tak  już  wstałam  z  łóżka.  Tylko 

pamiętaj, że nie jestem na twojej liście płac i że nie zatańczę tak, jak mi zagrasz.

Odwróciła się i pomaszerowała do sypialni. A zadowolony Trevor dokończył kawę i 

grzankę.

* * *

Po raz drugi tego ranka Trevor wyrwał kogoś ze snu. W tym przypadku rezultat był 

jeszcze gorszy.

-  Do  jasnej  cholery! -  zawołał  Nigel.  -  Skoro  twoja  pani  wykopała  cię  z  łóżka  o  tej 

nieludzkiej porze, połóż się na sofie. Nie ruszę się stąd i nie podzielę z tobą łóżkiem.

- Nie zamierzam prosić o gościnę, chcę, żebyś wstał z łóżka. Na dole jest Darcy.

Nigel otworzył jedno oko.

- Chcesz się nią podzielić?

- Przypomnij mi później, żebym dał ci w dziób. A teraz wstawaj, ubieraj się i postaraj 

się jakoś wyglądać.

- Nikt nie może dobrze wyglądać o... Jezu, o wpół do siódmej.

- Spieszę się, Nigel. - Trevor odwrócił się i ruszył ku wyjściu. - Daję ci pięć minut.

- Zrób chociaż kawę - zawołał Nigel.

background image

- Tym razem nie licz na mnie - powiedziała stanowczym tonem Darcy, kiedy Trevor 

zszedł ze schodów. Założyła na piersiach ramiona i patrzyła zimnym wzrokiem. W absolutnie 

jednoznaczny sposób dała mu do zrozumienia, iż nie życzy sobie, żeby nią pomiatać.

-  Nic  ci  nie  grozi.  -  Złapał  ją  za  rękę i  pociągnął  w  kierunku  kuchni.  -  Napijesz  się 

herbaty?

- Nie przekupisz mnie. Nie dałeś mi czasu na zrobienie makijażu.

- Wcale go nie potrzebujesz.

- Och, każdy mężczyzna tak gada, uważając to za komplement.

Nastawił kawę i odwrócił się do niej.

-  Jesteś  -  powiedział  z  naciskiem  -  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 

spotkałem. A zdarzyło mi się widywać wiele pięknych kobiet.

Parsknęła śmiechem i usiadła przy stole.

- Pochlebstwem nic nie wskórasz. Podszedł i ujął w dłonie jej twarz.

- Przy tobie zapiera mi dech, Darcy. To fakt.

Zadrżało  jej  serce.  Nie  mogła  temu  zaradzić,  podobnie  jak  nie  mogła  powstrzymać 

wzruszenia, od którego zakręciły się jej w oczach łzy.

- Trevorze - wyszeptała, przyciągnęła go do siebie i przywarła do niego ustami.

I  nastąpiło  nagłe  olśnienie.  To  miłość!  Przez  chwilę,  tyle,  ile  trwa  jedno  uderzenie 

spragnionego serca, czuła jego reakcję, taką samą jak jej.

Przysięgłaby, że słyszy muzykę - harfę, dźwięk fujarek, bicie bębnów.

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam  -  powiedział  oschle  Nigel,  stając  na  progu.  -  Ale 

kazałeś mi się spieszyć.

Olśnienie prysnęło, ulotniło się. Trevor odsunął się do tyłu, obejmując jeszcze rękami 

jej twarz, patrząc jeszcze w jej oczy. Muzyka ucichła.

-  Taak.  -  Coś  odbiło  się  echem  w  jego  głowie,  w  jego  sercu,  ale  nie  umiał  tego 

zatrzymać. Potarł ręką koszulę w miejscu, gdzie na sercu rozgrzał się nagle srebrny krążek.

Z  tyłu  za  nim  zagwizdał  czajnik  -  jeden  długi  krzyk  zawodu.  Trevor  odwrócił  się  i 

wyłączył go z ledwo hamowaną złością, której źródła nie rozumiał.

Dzień dobry, Darcy. - To wszystko jest jak gra na żywych nerwach, pomyślał Nigel, 

ale zachował miły wyraz twarzy. - Czy mogę cię poczęstować kawą, skoro jest już gotowa?

- Dziękuję, ale już piłam. Gdy brutalnie zostałam obudzona przed świtem.

Chcąc jak najlepiej wykorzystać sytuację, Nigel usiadł naprzeciwko niej przy stole.

- Kiedy Trevora coś nachodzi, nikt nie czuje się bezpieczny. Jest jak wielka fala.

- Teraz też?

background image

-  Chryste,  jeszcze  jak.  -  Nigel  zapalił  pierwszego  w  tym  dniu  papierosa.  -  Albo  się 

płynie na niej, albo się tonie. To jedna z jego metod zdobywania czegoś, na czym mu zależy.

- Opowiedz mi o nim więcej.

- Jest uparty, bardzo rzadko się zdarza, żeby zawrócił z raz obranej drogi - ale musi 

być przekonany, że to się na pewno opłaci. Jest bezwzględny, wszyscy o tym zaświadczą. -

Zrobił przerwę, żeby wypuścić dym. - Ale kocha swoją matkę.

- Zamknij się, Nigel - rozkazał Trevor.

- Pod warunkiem, że dostanę kawę.

-  Pozwalasz  mu  się  odzywać  w  ten  sposób?  -  zdziwiła  się  Darcy.  -  On  mnie  także 

kocha. - Nigel uśmiechnął się promiennie do nachmurzonego Trevora. - Kto by mi się oparł?

- I ja lubię cię coraz bardziej - powiedziała Darcy. - A co jeszcze powinnam wiedzieć 

o tym brutalnym osobniku, który kocha swoją matkę?

-  Ma  umysł  jak  klinga  -  jasny  i  ostry.  Jest  lojalny  i  nieustępliwy.  A  zarazem 

wielkoduszny, ale rzadko to okazuje. Działa skutecznie w każdej dziedzinie. A jego sposób 

postępowania z damami jest znany powszechnie.

- To by było na tyle. - Trevor postawił przed Nigelem kawę.

-  Ale  ja  jestem  pewna,  że  on  dopiero  zaczął  mówić  -  zaprotestowała  Darcy.  -  To 

fascynujący temat.

- Znam inny, który powinien cię bardziej zafascynować. Nigel kieruje londyńską filią 

Celtyckich  Nagrań.  Chociaż  w  życiu  prywatnym  potrafi  być  denerwująco  nieznośny,  jest 

bezbłędny w sprawach zawodowych. To profesjonalista.

- Słusznie mówi. - Nigel delektował się kawą. - Święta prawda.

-  Byłeś  wczoraj  w  pubie  i  słyszałeś  śpiew  Darcy  -  bez  mikrofonów,  filtrów, 

orkiestracji, bez próby. Jakie odniosłeś wrażenie?

- Jest bardzo dobra.

-  Nie  negocjujemy  tutaj,  Nigel  -  powiedział  Trevor.  -  Nie  używaj  oklepanych 

zwrotów. Powiedz jej, co myślisz, powiedz to od siebie.

- W porządku. - Nigel strzepnął popiół z papierosa i zaciągnął się dymem. - W moim 

zawodzie zdarza się, że raz na jakiś czas znajdujemy prawdziwy skarb. Rzadki klejnot. Na coś 

takiego  natrafiłem  wczoraj  w  pubie  Gallagherów.  Pragnąłbym  móc  osadzić  ten  klejnot  w 

odpowiedniej oprawie.

-  Pozostawiam  tobie  wyjaśnienie,  czym  może  być  taka  oprawa.  Muszę  się  udać  na 

budowę, jestem już spóźniony. - Trevor sięgnął po swoje kluczyki, które wczoraj wieczorem 

rzucił na stół Nigel. - Zostawię ci samochód.

background image

-  Dziękuję,  ale  wrócę  na  piechotę  -  odparła  Darcy.  -  To  mi  rozjaśni  w  głowie,  tak 

będzie lepiej.

- Jak wolisz. - Schylił się i położył ręce na jej ramionach. - Muszę iść.

-  Nie  ma  sprawy.  Wpadnij  do  pubu  na  lunch,  skoro  musiałeś  się  zadowolić  takim 

marnym śniadaniem. A spacer, mieszczuchu, dobrze ci zrobi.

- Bardzo dziękuję. - Po wyjściu Trevora, Nigel zapytał: - Na pewno nie chcesz kawy, 

Darcy?

- Nie, dziękuję.

Nalał sobie, usiadł i uśmiechnął się.

- No więc...

- Przepraszam, ale chciałam ci zadać pytanie. Czy powiedziałbyś to wszystko, gdybym 

nie spała z Trevorem? Tylko szczerze - dodała, kiedy zamrugał oczami. - Nie powtórzę mu, 

daję ci słowo, ale muszę znać prawdę.

- A zatem  słuchaj. Byłoby mi o wiele prościej powiedzieć to, co właśnie usłyszałaś, 

gdybyś nie spała z Trevorem.

- Nie sypiam z Trevorem dla kontraktu.

- Rozumiem. - Nigel sięgnął po kolejnego papierosa. - A może to ten osobisty związek 

z nim powstrzymuje cię przed wyrażeniem zgody na profesjonalne występy?

-  Nie  wiem.  On  chyba  nie  ma  zwyczaju  utrzymywania  intymnych  związków  z 

artystami, prawda?

Tak, to nie w jego stylu. - Nigel pomyślał, że oto ma przed sobą zakochaną kobietę. -

Nie słyszałem też nigdy, żeby wiązał się z kimś, z kim chce podpisać kontrakt.

- Jeżeli podpiszę kontrakt, czego będziecie ode mnie oczekiwali?

Nigel uśmiechnął się.

-  Och,  Trevor  będzie  chciał  otrzymać  od  ciebie  wszystko.  Była  w  tak  dobrym 

humorze, że parsknęła śmiechem.

- Pytam całkiem poważnie.

-  Będziesz  miała  do  czynienia  z  dyrektorami,  producentami,  muzykami, 

marketingiem, konsultantami, asystentami. Liczy się nie tylko twój głos, ale i oprawa, a każdy 

będzie miał własne pomysły i wymagania, jak ją zaprezentować. Jesteś inteligentną kobietą i 

powinnaś wiedzieć, jak ważną sprawą jest wygląd.

-  A  więc  gdybym  nawet  była  okropnie  brzydka  i  nie  potrafiła  sklecić  dwóch  zdań, 

znaleźlibyście sposób, żeby mnie ukazać w korzystniejszym świetle?

background image

-  Albo  wykorzystalibyśmy  twoje  słabe  punkty.  Byłabyś  zdziwiona,  czego  potrafi 

dokonać  pomysłowa,  zręczna  kampania  reklamowa,  bazująca  na  wadach  swych  klientów. 

Czeka cię ciężka praca. Będziesz zmęczona, zniecierpliwiona, sfrustrowana, zestresowana i... 

jesteś wybuchowa?

- Ja? - Zatrzepotała rzęsami. - Oczywiście, że jestem.

- Dodaj więc do tego awantury już podczas pierwszej sesji nagraniowej.

- Lubię cię, Nigel.

- Z wzajemnością, i dlatego powiem ci coś, na co, gdybym cię nie lubił, nigdy bym 

sobie nie pozwolił. Jeżeli pozostaniesz nadal z Trevorem, zaczną się plotki. I nie zawsze będą 

to  przyjemne  rzeczy.  Usłyszysz  wkrótce,  że  nie  dostałabyś  tego  kontraktu,  gdybyś  nie 

zabawiała  się  z  szefem.  Dadzą  ci  to  odczuć  na  dziesiątki  obrzydliwych  sposobów.  To  nie 

będzie dla ciebie łatwe.

- Ani dla niego.

-  Jemu  nie  dadzą  tego  poznać,  chyba  że  będą  bardzo  głupi.  Oczywiście,  możesz  się 

wypłakać na jego ramieniu.

Poderwała głowę, zapłonęły jej oczy.

- Nigdy nie płaczę na męskim ramieniu.

-  Wierzę  ci  -  powiedział  ze  spokojem.  -  Ale  jeśli  do  tego  dojdzie,  Darcy,  mam 

nadzieję, że skorzystasz z mojego.

* * *

To dobrze, że postanowiła wrócić pieszo do wsi. Gubiła się w myślach. Nie wiedziała, 

ile to potrwa, zanim ich rozdzielą, wezmą na języki, wiedziała tylko, że to się stanie.

Zadawała sobie pytanie, czy dostałaby tę ofertę, gdyby między nią a Trevorem nic nie 

było.  Oczywiście,  że  ją  przyjmie.  To  będzie  wielka  przygoda  jej  życia.  A  jeśli  się  nie 

powiedzie - trudno. Natomiast, jeśli odniesie sukces, czeka ją barwne życie, którego istnienia 

tylko się domyślała.

A wszystko to tylko dlatego, że potrafi śpiewać. Czy to nie zdumiewające?

Praca,  o  której  mówił  Nigel,  nie  przerażała  jej  zbytnio.  Była  przyzwyczajona  do 

harówki. A o podróżach zawsze marzyła.

Będzie miała pieniądze dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół.

Po wszystkich tych rozmyślaniach wracała do punktu wyjścia. Między nią i Trevorem 

istnieje jakaś więź, dla niej o wiele bardziej istotna od wszystkiego, co wydarzyło się dotąd w 

jej życiu.

background image

Miała go w sobie rozkochać.

Złościło ją, że nie wie, czy zrobiła jakieś postępy. Co za nieprzystępny, zamknięty w 

sobie człowiek!

Dlaczego straciła serce dla mężczyzny, którego nie zdołała olśnić? Nie obiecywał jej 

przecież złotych gór jak inni, którzy zresztą nie mieli jej nic innego do zaofiarowania.

Pewnie by się w nim nie zakochała, gdyby postąpił inaczej. Ale jest w nim zakochana, 

więc dlaczego nie mógłby po prostu odwzajemnić tej miłości? Jakże byłoby to cudowne!

Cholernie perwersyjny osobnik.

Czyż  wtedy,  kiedy  ją  pocałował  w  kuchni  w  Faerie  Hill  Cottage,  nie  poczuł,  że  jej 

serce wyrywa się do niego? Och, jakże jest wściekła, że nie potrafiła temu zapobiec.

Tym bardziej  wściekła,  że  gdy  po  raz  pierwszy  zapragnęła  widzieć  u  swojego  boku 

mężczyznę, on nie patrzy na nią z zachwytem.

Należy  coś  z  tym  zrobić.  Ma  na  to  różne  sposoby.  Przygwoździ  go  prędzej  czy 

później.

Będzie bogata, sławna. I wyjdzie za mąż.

Kiedy znalazła się na zakręcie, słońce oślepiło ją jak latarnia morska - ostrym, białym, 

skierowanym  prosto  w  oczy  światłem.  Podniosła  rękę,  żeby  je  zasłonić,  i  przez  zmrużone 

oczy dostrzegła srebrny blask.

- Dzień dobry, Darcy.

Powoli, z bijącym sercem, opuściła rękę. To, co ją oślepiło, wcale nie było słońcem, 

które pozostawało ukryte za warstwą gęstych chmur. To była magia, a mężczyzna stojący na 

skraju drogi jakby stanowił część wystrzelającej ku niebu okrągłej wieży.

- Mówiono mi, że odwiedzasz także świętego Declana.

- Och, bywam tu i tam. Ale ty rzadko zaglądasz na to wzgórze.

- Ja również bywam tu i tam.

Jego oczy poweselały, pojaśniały jak kubrak, który miał na sobie.

- Skoro już oboje tutaj jesteśmy, czy nie zechciałabyś ze mną porozmawiać? - Gdy to 

mówił, otworzyła się metalowa brama, choć nie dotknął jej ręką.

- Mężczyźni są zawsze tacy sami. Czy to zaczarowani, czy śmiertelni, wszyscy lubią 

się popisywać i imponować. - Zadowolona, że zmarszczył czoło, przeszła obok niego i minęła 

bramę. - Już się zastanawiałam, czy kiedykolwiek zechcesz mnie odszukać.

-  Widzę,  że  cię  przeceniałem.  Byłem  przekonany,  że  kobieta  o  twoich  talentach 

zawojuje  każdego  mężczyznę,  którego  sobie  upatrzy.  A  tymczasem  nie  możesz  złowić 

Magee.

background image

-  On  nie  jest  rybą.  A  poza  tym,  kto  mu  tak  wbijał  do  głowy,  że  musi  się  we  mnie 

zakochać? Kto mu się tak naprzykrzał?

-  Za dużo  w  nim  jankeskiej  praktyczności,  a  za  mało  irlandzkiej  romantyczności,  w 

tym  cała  rzecz.  -  Niezadowolony,  ponieważ  Darcy  miała  rację,  że  przeliczył  się  w  swoich 

rachubach, szedł  wielkimi  krokami  po  nierównym  terenie.  -  Nie  rozumiem  tego  człowieka. 

Na twój widok od razu powinna mu się wzburzyć krew. A ty do tego czasu powinnaś już była 

osiągnąć  swój  cel.  -  Przystanął,  przeszywając  ją  na  wylot  ostrym  wzrokiem.  -  Chcesz  go, 

prawda?

- Gdybym nie chciała, nigdy by mnie nie dotknął.

- A czy dotknął tylko twojego ciała? Czy też dotarł do twojego serca?

Odwróciła się, popatrzyła w dół, tam, gdzie rozciągała się wieś.

- Czy twoja magiczna moc nie wystarczy, by zajrzeć w moje serce?

- Chcę to usłyszeć z twoich ust.

- Moje słowa są przeznaczone dla niego, nie dla ciebie. Wypowiem je, kiedy zechcę..

- Wiedziałem, że będę miał z tobą nie lada przeprawę. Zastanawiał się przez chwilę, 

pocierając  brodę.  Następnie,  chytrze  się  uśmiechając,  podniósł  do  góry  ręce.  Powietrze 

zadrżało,  zmarszczyło  się  jak  woda  rozbijająca  się  o  kamień.  Za  nim  utworzyły  się  jakieś 

formy, cienie, które powiększały się, pięły ku górze, nabierały barwy i życia. Łagodny szum 

morza zamienił się w zgiełk, w tysiące nakładających się na siebie dźwięków.

-  Spójrz  teraz  -  nakazał  Carrick,  ale  ona  patrzyła  już  oszołomiona,  z  szeroko 

otwartymi oczami, na budynki, na ulice i ludzi tam, gdzie przed chwilą była jej wieś. - Nowy 

Jork.

-  Matko  Boska!  -  Cofnęła  się  nieco  przerażona,  że  mogłaby  się  znaleźć  w  tym 

wielkim, zatłoczonym, cudownym świecie. - Co za miejsce!

- Możesz to mieć, razem ze wszystkim, co w nim najlepsze. Z tymi sklepami pełnymi 

skarbów.

Wielkie wystawy sklepowe, pełne błyszczących klejnotów, wytwornych ubrań, migały 

przed jej oczyma.

- Z eleganckimi restauracjami.

Białe  obrusy  i  serwetki,  egzotyczne  kwiaty,  migoczące  światło  świec,  wino 

połyskujące w kryształowym kieliszku.

- Z luksusowymi dzielnicami i apartamentami.

Lśniące drewno, puszyste dywany, szerokie okno, wychodzące na ogród, oświetlony 

promieniami zachodzącego słońca.

background image

- To dom Trevora. Może być twój. - Carrick obserwował zdumienie i radość, a także 

pragnienie,  które  malowały  się  na  jej  twarzy.  -  Ma  jeszcze  inne.  Przytulny  dom  w  The

Hamptons, willę nad morzem we Włoszech, rezydencję w Paryżu i w Londynie.

Dom  z  cudownie  białego  drewna  i  połyskującego  szkła,  z  błękitną  wodą  w  pobliżu, 

inny,  jasnożółty,  z  czerwoną  dachówką,  położony  w  załomie  wyniosłego  klifu  nad  innym 

błękitnym morzem, urok starych kamieni i żeliwnych balustrad na ulicach Paryża, i dostojny, 

ceglany  dom,  który  poznała  w  Londynie.  A  wszystkie  mieniły  się  i  migotały,  aż  jej  się  w 

głowie zakręciło.

Potem wszystko zniknęło w oka mgnieniu i zostało tylko Ardmore, przycupnięte pod 

warstwami szarych chmur.

- Możesz mieć to wszystko, są bowiem kobiety, dla których liczy się tylko posiadanie.

-  Nie  mogę  myśleć.  -  Tak  drżały  jej  nogi,  że  usiadła  na  ziemi.  -  Boli  mnie  od  tego 

głowa.

- Czego ty właściwie chcesz? - Przyglądając się jej, Carrick sięgnął po swoją torbę i 

wysypał na ziemię mnóstwo iskrzących się niebieskich kamieni. - Ofiarowałem je Gwen, ale 

odwróciła się od nich, a także ode mnie. Zrobiłabyś to samo?

Pokręciła głową, ale nie po to, żeby zaprzeczyć. - On dał ci klejnoty, które nosisz.

- Ja... - Dotknęła palcami bransoletki. - Tak, ale...

- Spojrzał na ciebie i uznał, że jesteś piękna.

- Wiem o tym. - Oczy zaszły jej łzami. Powiedziała sobie, że to od błysku kamieni, a 

nie  z  powodu  złamanego  serca.  -  Ale  uroda  przemija.  Czy  nie  ma  we  mnie  nic  innego,  co 

może mu się spodobać?

Mogłaby  wieloma  rzeczami  zaintrygować  i  poruszyć  każdego  mężczyznę,  z 

wyjątkiem Trevora.

-  Usłyszał  twój  głos  i  obiecał,  że  będziesz  sławna,  bogata,  w  pewnym  sensie 

nieśmiertelna. Co więcej trzeba? O czym jeszcze marzyłaś?

- Nie wiem. - Chciało jej się płakać. Dlaczego ma ochotę płakać po zobaczeniu  tylu 

cudów?

Wziął jeden kamień i położył go delikatnie na jej dłoni.

- Możesz mu przekazać swoje życzenie. Nie trzy życzenia, jak to bywa w większości 

bajek,  ale  jedno.  Jeśli  pragniesz  fortuny,  będziesz  żyła  w  bogactwie.  Jeśli  urody  -  zawsze 

będziesz  piękna.  Jeśli  sławy  -  świat  wkrótce  cię  pozna.  A  może  miłości?  Wówczas 

mężczyzna, którego pragniesz, na zawsze, po wsze czasy, pozostanie twój.

Cofnął się o kilka kroków, i gdyby jej oczy nie łzawiły, dostrzegłaby w nich prośbę.

background image

-  Dokonaj  dobrego  wyboru,  Darcy,  ponieważ  to,  co  wybierzesz,  będzie  ci 

towarzyszyło do końca życia.

I  odszedł,  a  klejnoty,  poza  tym  jednym,  który  trzymała  w  ręku,  zamieniły  się  w 

kwiaty. Ujrzała, że pokrywają grób i wyryte w kamieniu nazwisko Johna Magee.

Położyła na nim głowę i zaniosła się szlochem.

background image

16

Darcy  chciała  przejść  przez  pub  i  udać  się  prosto  na  górę  żeby  się  doprowadzić  do 

porządku  i  móc  pokazać  ludziom  na  oczy.  Ale  Aidan  już  tam  był  i  inwentaryzował  towar. 

Wystarczyło jedno spojrzenie na nią, żeby odłożył notatnik.

- Co się stało?

- Nic. Nic takiego. Trochę sobie popłakałam.

Ruszyła przed siebie, kiedy zaszedł jej drogę, wziął w ramiona i pocałował we włosy.

- No, kochanie, powiedz mi, o co chodzi. - Najbardziej się bał, że może skrzywdził ją 

Trevor i że będzie musiał zabić faceta, z którym się zaprzyjaźnił.

-  Och,  Aidan,  nie  każ  mi  zaczynać  od  początku.  -  Ale  on  ją  trzymał  i  to  trzymał 

mocno. - Mam podły nastrój.

-  To  prawda,  że  łatwo  ulegasz  nastrojom,  ale  nie  jesteś  beksą.  Z  jakiego  powodu 

płakałaś?

- Z własnego. - Jak dobrze mieć koło siebie kogoś, kto jej nigdy nie zawiódł. - Tyle 

myśli chodzi mi po głowie, wydawało się więc, że może ich trochę ubędzie razem ze łzami.

Uzbroił się w cierpliwość i czekał na najgorsze.

- Magee nie zrobił nic...

- Nie, nic mi nie zrobił. - I na tym częściowo polegał problem. Nie zrobił nic, był taki, 

jakiego  chciała.  -  Aidanie,  powiedz  mi  coś.  Kiedy  podróżowałeś  przez  te  wszystkie  lata, 

oglądałeś tyle rzeczy i tyle miejsc, czyż nie było to wspaniałe?

-  Różnie  bywało,  ale  w  sumie  było  cudownie.  -  Pogłaskał  ją  po  włosach.  -  Pewnie 

chcesz powiedzieć, że włócząc się po świecie pozbyłem się niektórych mrzonek?

-  Ale  wróciłeś.  -  Odsunęła  się,  żeby  spojrzeć  mu  w  oczy.  -  Po  tym  wszystkim,  co 

widziałeś, wróciłeś z powrotem.

Tu  jest  mój  dom.  -  Otarł  kciukiem  łzę  na  jej  policzku.  -  Nie  wiedziałem,  gdzie 

wyląduję.  Wyruszyłem,  żeby  zobaczyć  świat  i  znaleźć  w  nim  swoje  miejsce.  Tymczasem 

przez  cały  czas  moje  miejsce  znajdowało  się  właśnie  tutaj.  Jednak  żeby  wrócić,  musiałem 

wyjechać.

-  Mama  i  tata  jakoś  nie  wracają.  -  Znowu  miała  oczy  pełne  łez,  chociaż  mogłaby 

przysiąc, że  wypłakała  je  do  końca.  -  Niekiedy  tak  bardzo  za  nimi  tęsknię, że  aż  nie  mogę 

wytrzymać. Od czasu do czasu dociera do mnie, że są o tysiące kilometrów stąd, w Bostonie. 

background image

-  Niezadowolona  z  siebie  otarła  łzy.  -  Wiem,  że  będą  obecni  na  weselach,  że  przyjadą 

zobaczyć twoje dziecko, kiedy się urodzi, ale to nie to samo.

- Nie to samo. Ja też za nimi tęsknię. Pokiwała głową, czując pewną ulgę.

- Wiem, że są szczęśliwi i to jest pocieszające. Są tacy dumni z pubu, który zbudowali 

w Bostonie.

-  Mamy  teraz  międzynarodowe  uprawnienia  -  powiedział  Aidan,  co  ją  nieco 

rozweseliło.

- Kolejny pub otworzymy w Turcji, gdziekolwiek. - Westchnęła lekko. - Są szczęśliwi 

w Bostonie. Wiem, że kiedyś tam pojadę i ich zobaczę. Ale też przychodzi mi taka myśl, że 

jeżeli wyjadę, mogę tu już nigdy nie wrócić. Im bardziej pragnę wyjechać, tym bardziej nie 

chcę tracić tego, co mam tutaj.

To  nie  jest  kwestia  utracenia,  ale  zmiany.  A  nie  dowiesz  się,  na  czym  ona  polega, 

dopóki nie wyjedziesz. Od najwcześniejszego dzieciństwa chciałaś gdzieś wyruszyć. Ze mną 

było tak samo. Tylko Shawn zagrzebał się tutaj i nigdy nie miał z tym problemu.

- Czasami chciałabym być taka jak on. - Popatrzyła surowym wzrokiem. - A jeśli mu 

powiesz, że mówię podobne rzeczy, przysięgnę, że jesteś kłamcą.

Roześmiał się, pociągnął ją za włosy.

- No, widzę, że już ci lepiej!

- Jest jeszcze coś. - Wsunęła rękę do kieszeni i namacała kamień, który tam włożyła. -

Muszę  wiedzieć, czy Trevor ma rację, czy powinnam  podpisać ten kontrakt i  pozwolić mu, 

żeby zrobił ze mnie śpiewaczkę.

- Jesteś śpiewaczką.

- To co innego. Wiesz o tym. - Tak. Pytasz mnie o zdanie?

- Chciałabym to rozważyć.

-  Byłabyś  wspaniała.  Nie  mówię  tak  dlatego,  że  jestem  twoim  bratem.  Podróżując 

miałem okazję słyszeć różnych śpiewaków. Twój głos błyszczy, Darcy, jest niezwykły.

-  Potrafiłabym  zaśpiewać  -  powiedziała  spokojnym  tonem.  -  Wierzę,  że  nie 

wygłupiłabym się. I myślę, że polubiłabym to.  Lubię być w centrum uwagi - powiedziała z 

błyskiem w oku.

- Chcesz w ten sposób sprawić sobie przyjemność, prawda?

-  Może.  Trevor  obudził  mnie  rano  i  nakłonił  do  rozmowy  z  tym  przybyszem  z 

Londynu. Powiedział, jaka to ciężka praca.

- Umiesz  pracować. A także  wykręcić się  od obowiązków,  kiedy masz  dość,  co jest 

równie ważne.

background image

Jeszcze jedna sprawa nie dawała jej spokoju.

- Nie musiałabym się wykręcać, gdybyś nie był takim tyranem. A mam wrażenie, że 

Trevor  jest  skrojony  z  tego  samego  materiału.  Będzie  mnie  popędzał  i  popychał,  a  ja  nie 

zawsze to lubię.

- Mówisz tak, jakbyś już podjęła decyzję.

-  Bo  chyba  podjęłam.  -  Odczekała chwilę  i  stwierdziła,  że  nie  czuje już nerwowego 

podniecenia, tylko ulgę. - Jeszcze nie poukładałam sobie wszystkiego do końca i nie jestem 

gotowa, żeby mówić o tym Trevorowi. Wolę go jeszcze trochę potrzymać w niepewności, a 

może nawet zostawić mu to na deser.

- Cała Darcy!

- Kombinowanie to specjalność Gallagherów. Jest coś jeszcze. - Wstrzymując oddech, 

wyjęła z kieszeni kamień, wyciągnęła przed siebie.

Zobaczyła w jego oczach zdumienie, zrozumienie, a wreszcie rezygnację.

- Wiedziałem, że będziesz tą trzecią. Nie chciałem o tym myśleć.

- Dlaczego? Popatrzył jej w oczy.

- Moja dziewczynka - wyszeptał.

Siła miłości była tak gwałtowna, że omal jej nic powaliła.

- Och, Aidanie, przez ciebie znowu się rozpłaczę.

- Nie możemy sobie na to pozwolić. - Żeby mieli czas dojść do siebie, wyjął spod baru 

dwie butelki wody. - A więc poszłaś na grób Maude?

- Nie. Na Tower Hill.  -  Wzięła  wodę i  piła bez końca, czując, że  ma całkiem  suche 

gardło. - Na  grobie Johnniego Magee kwitną teraz  kwiaty. Nic wierzyłam  własnym oczom, 

kiedy zobaczyłam Carricka. Jeszcze dotąd drży mi serce. Przycisnęła do serca dłoń, w której 

trzymała kamień. - To cudowne, prawda? Wygląda na zuchwałego śmiałka, ale ma w oczach 

smutek. Miłość jest taka powikłana.

- Kochasz Trevora?

Ponieważ kamień palił jej serce, opuściła rękę.

- Tak. Ale nie jest tak, jak myślałam. I nie jest to łatwe. Od chwili, kiedy zobaczyłam 

go przez okno, zaszła we mnie zmiana. Zanim się zorientowałam, było już za późno, żeby to 

zatrzymać.

Znał to uczucie aż za dobrze, a także towarzyszące temu emocje.

- A zrobiłabyś to, gdybyś mogła?

- Sądzę,  że  tak.  Zatrzymałabym to  albo zwolniłabym tempo, byle  złapać  oddech. W 

przeciwnym razie ten człowiek szybko mnie usidli. On wszystko robi z premedytacją. Znam 

background image

się  na  tym,  ponieważ  często  stosowałam  tę  metodę.  On  mnie  chce.  -  Dostrzegła  grymas 

Aidana. - Och, nie zachowuj się jak zatroskany braciszek.

- Jestem twoim bratem. Ale mów dalej.

-  To  jest  namiętność,  bez  której  miłość  byłaby  nudna  i  ckliwa.  Ale  jest  też  w  tym 

troska, by to wszystko nie zamieniło się w zwyczajny seks. Wyczuwam w nim chłód, który 

sprawia, że balansujemy na granicy... zaufania.

- Jedno z was musi zrobić krok naprzód.

- Chcę, żeby on go zrobił.

Zaniepokoiło go to, ale i rozbawiło. Darcy otworzyła dłoń, ukazując kamień pulsujący 

niebieskim światłem.

-  Carrick  pokazał  mi  różne,  zadziwiające  rzeczy.  Powiedział,  że  mogę  je  wszystkie 

mieć. Muszę tylko wybrać, co chcę: bogactwo, sławę, miłość czy urodę.

- A czego chcesz?

Wszystkiego!  -  Zaśmiała  się  tak  nienaturalnie,  że  poczuł  ból.  -  Jestem  samolubna, 

pazerna  i  chcę  mieć  to  wszystko  naraz.  Dlaczego  nie  potrafię  się  zadowolić  łatwymi  do 

spełnienia marzeniami?

-  Jesteś  dla  siebie  zbyt  surowa,  mavourneen.  Surowsza  niż  ktokolwiek.  Niektórzy 

ludzie pragną po prostu zwyczajnego życia i spokoju. Ale to nie oznacza, że ci, którzy pragną 

ekscytującego  życia,  stają  się  przez  to  chciwi  i  samolubni.  Chęć  posiadania  nie  oznacza 

rezygnacji z marzeń.

Olśniona, wpatrywała się w niego wielkimi oczami. To jest myśl - wydusiła z siebie. -

Nigdy nie popatrzyłam na to pod tym kątem.

- Zastanów się nad tym. - Musnął palcem kamień, a następnie zamknął go w jej dłoni. 

- I nie spiesz się z wypowiadaniem życzenia.

-  Tak  też  sobie  właśnie  pomyślałam.  -  Wsunęła  kamień  do  kieszeni,  żeby  nie  ulec 

pokusie. - Może Carrickowi pali się grunt pod nogami, ale ja nie zamierzam się spieszyć.

Pocałowała Aidana w oba policzki.

- Bardzo cię potrzebowałam.

* * *

Naprawdę  nie  musi  się  spieszyć.  Rozmowa  z  Aidanem  uspokoiła  ją,  rozproszyła 

niektóre  wątpliwości  i  pozwoliła  cieszyć  się  chwilą  obecną.  Upłynął  tydzień,  a  oni  nie 

poruszyli sprawy ich związku po podpisaniu kontraktu.

background image

Pomyślała, że jako negocjator jest równie sprytny i elastyczny jak ona. Któreś z nich 

w końcu się złamie. Oby nie ona.

Postęp  na  budowie  był  widoczny,  a  każdy  kolejny  etap  okazywał  się  bardziej 

interesujący,  niż  przypuszczała.  Zmiana  dokonywała  się  tuż  za  jej  oknem.  Świadczyła  o 

potędze marzeń, które znaczą więcej niż cegły i zaprawa.

Chciała, by realizowały się marzenia kochanka. Pomyślała, że taka jest natura miłości.

Teraz, kiedy większa część dachu została położona, nie mogła przez okno obserwować 

Trevora. Przebywał najczęściej wewnątrz budynku. Ponieważ harmider był równie potworny 

jak przedtem, rzadko zostawiała otwarte okno i nie słyszała też jego głosu.

Cokolwiek  działo  się  w  środku,  na  zewnątrz  wszystko  przebiegało,  jak  należy,  przy 

biernym udziale przyglądających się ludzi, stojących u stóp tego prostego szarego gmachu.

Wraz z nastaniem lata ludzie ściągnęli na plaże Ardmore, a co za tym idzie - do pubu. 

Darcy  była  zaabsorbowana  pracą,  nie  miała  więc  czasu  na  rozmyślania.  Po  raz  pierwszy 

zaczęło do niej docierać, jak duże znaczenie będzie miał teatr dla ich lokalu.

Do pubu zaglądali nie tylko miejscowi i sąsiedzi, ale i ci, którzy tu przyjeżdżali, żeby 

pooglądać, pozwiedzać.

W porze lunchu rozglądała się po przepełnionych stolikach, wsłuchiwała się w głosy i 

zastanawiała się, jak będzie to wyglądało następnego lata. Ciekawe też, gdzie ona się znajdzie 

do tego czasu.

Po  pracy  większość  wieczorów  spędzała  w  domku  Trevora.  Ilekroć  pozwalała  na  to 

pogoda, chodziła tam pieszo. Polubiła spokój i ciszę, która spływała na świat po północy, a 

także balsamiczne powietrze i nieustanne migotanie gwiazd.

Zanim nie dotarło do niej, iż nie pozostanie tutaj na zawsze, nie ceniła tego tak bardzo.

Najbardziej lubiła, kiedy świecił księżyc, a klify rzucały cienie.

Ilekroć  przechodziła  obok  Tower  Hill,  przystawała  na  chwilę.  Kiedy  wiatr  pędził 

chmury, włócznia wieży zdawała się kołysać, a kamienie nagrobne - stare i nowe - stały u jej 

stóp, nieruchome, milczące.

Na grobie Johnniego Magee wciąż jeszcze kwitły kwiaty. Ale Carrick, o ile to był on, 

postanowił się nie pokazywać.

Dotarła na górę, zostawiając za sobą wąskie uliczki i rzadkie światła Ardmore. Teraz 

zapachniało  polami,  trawą,  wszystkim,  co  tam  rosło.  Po  chwili  cienie  stały  się  jeszcze 

ciemniejsze i było już widać tylko światła w domku na zaczarowanym wzgórzu.

Czekał na nią. A było to coś, pomyślała z rozkosznym drżeniem, co tak bardzo lubiła.

background image

Jak  zawsze  musiała  się  pilnować,  żeby  nie  pognać  do  bramy.  Ledwie  zdążyła 

przekroczyć próg domu, kiedy zawołał:

- Jestem na dole, w kuchni.

Jakie to miłe, wrócić do domu po pracy, kiedy w kuchni jest mężczyzna. Postanowiła 

nie przejmować się faktem, że ta zabawa nie potrwa długo.

Stał  przy  piecu,  co  ją  niepomiernie  zdziwiło.  Umiał  gotować,  co  zademonstrował 

podczas pierwszego śniadania, ale nie należał do tych, którzy chcieliby to robić na co dzień.

- Chcesz trochę zupy? - Zamieszał coś w rondelku, powąchał. - Z puszki, ale pożywne. 

Przez cały wieczór nie odrywałem się od telefonu i zapomniałem o kolacji.

- Nie, dziękuję. Jadłam lasagne Shawna. Gdybyś zadzwonił, przyniosłabym ci trochę.

-  Nie  pomyślałem  o  tym.  -  Odwrócił  się,  żeby  wyjąć  z  kredensu  miseczkę. 

Powstrzymał się, żeby nie porwać Darcy w ramiona. - Jesteś później niż zwykle - powiedział, 

zachowując naturalny ton głosu, kiedy stawiała torbę na kontuarze. - Nie byłem pewny, czy 

uda ci się przyjść.

-  Mieliśmy  większy  ruch  niż  zwykle.  Właściwie  to  już  od  tygodnia  są  tłumy  ludzi. 

Aidan  zaproponował,  żeby  Shawn  wziął  kogoś  do  pomocy  w  kuchni,  ale  on  tak  się  na  to 

obruszył,  jakby  zakwestionowano  jego  męskość.  Ale  się  zrobiło  zamieszanie.  Kiedy 

wychodziłam, jeszcze skakali sobie do oczu.

- Aidan będzie potrzebował kogoś do baru.

-  Na  pewno  ja  mu  tego  nie  powiem,  ponieważ  zareaguje  tak  jak  Shawn.  Nie  mam 

zamiaru oberwać po głowie.

Sięgnęła  po  czajnik,  żeby  nalać  wody,  gdy  tymczasem  Trevor  oparł  się  plecami  o 

kontuar i zajadał zupę.

- Później napiję się z tobą herbaty. Może przyda ci się do tej cienkiej zupki to, co mam 

w torbie.

- Co to jest?

Uśmiechnęła się tylko. Trevor odstawił miseczkę i zajrzał do torby.

- Bajgle?

- Przecież nie możemy cię zagłodzić?  Uradowana jego reakcją, postawiła czajnik na 

kuchni.

- Nie myśl tylko, że je upiekłam. To dzieło Shawna i jestem przekonana, że o wiele 

lepiej na tym wyjdziesz. Pierwszą partię upiekł kilka dni temu, ale nie był z nich zadowolony. 

Dopiero te uznał za dobre, mam więc nadzieję, że i tobie będą smakowały.

background image

Trevor stał  jak  wryty, wpatrując  się  w  nią  wielkimi  oczami,  kiedy zapałała  gaz  pod 

czajnikiem.  To  idiotyczne,  ale  poczuł,  że  nagle  coś  w  nim  drgnęło.  Broniąc  się  przed  tym, 

obrócił wszystko w żart.

- Cały tuzin. Jestem ci więc winien po sto dolarów za sztukę.

Zerknęła na niego zaskoczona, ale natychmiast się uśmiechnęła.

- Sto za sztukę. Zupełnie o tym zapomniałam. Będę się musiała podzielić z Shawnem. 

- Sięgnęła po herbatę. - Nie, tym razem nie obciążę cię kosztami. Chciałabym, żebyś poczuł 

się jak w domu.

- Dziękuję.

Ponieważ  powiedział  to  tak  poważnym  głosem,  ponownie  zerknęła  i  zobaczyła jego 

twarz.  Nie  odrywał  od  niej  pociemniałych  oczu.  Serce  zabiło  jej  mocniej,  co  pokryła 

wzruszeniem ramion.

- Bardzo proszę, to nic takiego.

A więc pomyślała o nim. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile może  znaczyć 

taki mały gest.

Odstawił torbę, podszedł do niej, odwrócił ją ku sobie i dotknął wargami jej ust.

Pocałunek był delikatny, długi i głęboki. Wezbrało w nim to, co przed chwilą w nim 

poruszyła.

Darcy  miała  zamglone  oczy.  Ciemnoniebieska  mgiełka  przykrywała  wszystko,  co 

znajdowało  się  w  polu  widzenia.  Zapadała  się,  tonęła,  nie  chcąc  ugrzęznąć  na  dobre.  -  Nie 

mogę się doczekać, kiedy spróbujesz...

Uciszył ją kolejny pocałunek, zmysłowy i czuły. Drżała tak jak kiedyś. Jednak krew, 

która zawsze w takich sytuacjach pędziła jak szalona, płynęła spokojnie, prawie leniwie.

- Trevor! - wypowiedziała jego imię, które ciągłe krążyło w jej głowie. - Trevor!

Wyłączył palnik i podniósł ją z ziemi.. - Chcę się z tobą kochać.

Kiedy ją niósł, przyciskała wargi do jego szyi. Czuła się jak we śnie. Oto ziściło się jej 

najskrytsze  marzenie.  Poczuła  się...  obsypana  klejnotami,  Kiedy  ją  niósł  po  schodach,  ten 

romantyczny gest przyprawił ją o ból serca. Słyszała w myśli cudowną muzykę, ciche dźwięki 

harfy  i  fletów.  Zatrzymał  się,  popatrzył  na  nią,  a  ona  pomyślała,  że  i  on  musi  to  słyszeć. 

Bowiem w takich chwilach działa magia.

Okna sypialni były pootwierane, a wiatr tańczył  w zasłonach. Napływały tajemnicze 

zapachy nocy. Zza srebrnego pyłu przeświecał księżyc.

Posadził ją na łóżku, następnie poszedł zapalić świece, które stały tu dla ozdoby, nigdy 

nie  używane.  Ich  drżące  płomienie  rzucały  delikatny  cień,  wydzielały  słodkawy  zapach.  Z 

background image

wysokiej butelki na stoliku przy łóżku wziął jeden z kwiatów, które zerwała w ogrodzie koło 

domku. Wręczył go jej.

Potem usiadł obok niej, posadził ją sobie na kolanach. Gdy westchnęła i przytuliła się 

do  niego,  jakby  tylko  na  to  czekała,  pomyślał,  że  przeoczyli  jeden  etap.  Dlaczego  oboje  w 

takim pośpiechu i tak gwałtownie dążyli do osiągnięcia spełnienia?

Teraz zrobią to inaczej.

Kiedy ręką dotknął jej policzka, uniosła do góry twarz i usta, wyszła mu na spotkanie. 

Czas  stanął,  przestał  się  liczyć  w  tym  nowym  dla  nich,  pełnym  nieznanych  bogactw, 

obcowaniu warg. Przelała w nie ukrytą w swoim sercu miłość, bez wstydu i strachu, wciąż z 

niego czerpiąc, jakby było nigdy nie wysychającą studnią.

Było  w  tym  współczucie,  którego  żadne  z  nich  zdawało  się  nie  potrzebować,  była 

czułość, od której oboje się odżegnywali, a także cierpliwość, o której zapomnieli.

Przycisnął do ust jej dłoń. Pomyślał, że ma wspaniałe, jedwabiste w dotyku ręce. Jak 

księżniczka z zamku. Nie, były za silne jak na księżniczkę. Całując każdy jej palec z osobna 

uznał, że są to raczej ręce królowej, umiejącej rządzić swymi poddanymi.

Musnął wargami wewnętrzną stronę jej nadgarstka i poczuł, jak bije jej puls.

Kiedy kładł ją na poduszkach, wiatr rozbrzmiewał muzyką. Podniosła ręce, objęła jego 

twarz.  Zanurzyła  je  we  włosach,  tak  delikatnie,  jak  tylko  można.  Jej  oczy  nie  były  już 

zamglone, ale jasne, pogodne.

- To wieczór magii - powiedziała i pociągnęła go na siebie.

Dotykali się, jakby to był pierwszy raz, jakby nie było nic przedtem, jakby nic innego 

nie miało być potem. Połączenie niewinności z intymnością. Wiedziała, że to jest prawdziwe, 

nawet gdyby miało trwać tylko tę jedną noc, i poddała się jemu.

Przy blasku świec i promieni księżyca dawali sobie siebie.

On  delektował  się  jej  smakiem,  a  ona  wzdychała.  Ona  głaskała  go  i  pieściła,  a  on 

szeptał czułe słówka. Odgłosy rozkoszy splatały się w jeden dźwięk. Bez pośpiechu rozebrali 

się nawzajem i pławili się w magii.

Jego  skóra  była  o  kilka  tonów  ciemniejsza  niż  jej. Czy zauważył  to  wcześniej?  Czy 

zwrócił  uwagę  na  to,  jaka  jest  jedwabista,  jak  namiętność  zabarwia  jej  białą  skórę  na 

delikatnie różowy kolor?

A  jej  smak?  Czy  istnieje  coś  delikatniej  pachnącego?  Pomyślał,  że  mógłby  się  tym 

żywić do końca swoich dni.

A kiedy jego język ślizgał się po niej, a ona zadrżała, nie miał już wątpliwości.

background image

Kiedy ciepło przeszło w żar, kiedy westchnienia przerodziły się w jęki i wypowiadane 

szeptem  słowa,  nie  musiał  się  już  śpieszyć.  Uniosła  się  na  długiej,  miękkiej  fali  i  jej  ciało 

podpłynęło  do  niego.  Czuła  się  bogata  w  doznania,  a  każde  z  nich  świeciło  własnym 

blaskiem.

Miłość uczyniła ją bezinteresowną. Uniosła się nad nim, ześliznęła w dół, a jej wargi 

były gorące i czułe. Muskał ją twardymi rękami, które reagowały drżeniem na jej niespieszne 

ruchy, gładką skórą, która ją zachwycała.

Teraz,  pomyślała,  teraz,  zanim  znowu  wkradnie  się  żądza  i  ukradnie  im  ten  czas. 

Zamknęła jego dłonie w swoich i wzięła go w siebie.

Powoli,  łagodnie i  jedwabiście, z  ponaglaniem, od  którego tylko  mocniej  biło  serce. 

Wypełnił ją, a ona go otoczyła.

Światło migotało na jej skórze, na włosach, w oczach, oczarowując go. Przypomniał 

sobie  rusałkę  z  jej  twarzą,  to  wspaniałe  wygięcie  ciała,  cudownie  zwichrzone  włosy. Teraz 

należała  do  niego,  na  jawie  i  w  fantazji.  Poszedłby  za  nią,  gdyby  go  poprosiła,  w  odmęty 

morza.

Miała  zamknięte  oczy,  odrzuconą  do  tyłu  głowę  i  ciało  wygięte  w  łuk.  Nie  widział 

nigdy  nic  równie  pięknego  jak  w  tej  chwili,  kiedy  się  zatraciła.  Przeszedł  ją  dreszcz,  który 

Trevor poczuł każdą komórką swojego ciała.

Wyszedł  jej  na  spotkanie,  oplótł  ją  ramionami,  zatopił  wargi  w  zagłębieniu  jej  szyi. 

Zapomnieli o wszystkim i zapadli się pod ziemię, aż do samego jej jądra.

* * *

W  ciemności,  owinięta  wokół  niego,  zapadając  w  sen,  Darcy  położyła  rękę  na 

srebrnym medalionie umieszczonym na jego sercu. Pomyślała ze wzruszeniem, że dała mu go 

jego kochająca irlandzka matka.

- Co tu jest napisane? - zapytała, nie mogąc odczytać zatartych słów.

Ale kiedy jej powiedział, że „dozgonna miłość”, jego głos dotarł do niej jak przez sen.

* * *

Kiedy  spali,  śniła  mu  się  błękitna  woda,  ożywiona  promieniem  słońca,  niczym 

świecącymi klejnotami, zwieńczona białymi falami, z których tryskały krople podobne do łez. 

Niżej,  spod  powierzchni,  gdzie  powinna  królować  cisza,  dochodziła  muzyka.  Wspaniałe 

dźwięki, które koiły duszę.

Zszedł  tam,  wypatrując  jej  źródła.  Złoty  piasek  pod  jego  stopami  pokryty  był 

szlachetnymi kamieniami, jakby jakaś hojna, a beztroska ręka rozrzuciła okruszki chleba.

background image

Ku  błękitnemu  światłu  wznosił  się  srebrny  pałac,  jego  wieże  skrzyły  się,  a  w  dole 

rozpościerał się kobierzec kwiatów. Muzyka narastała, uwodziła. Kobiecy głos śpiewał pieśń. 

Śpiew syreny, któremu nie można się oprzeć.

Znalazł  ją  w  pobliżu  pałacu,  siedzącą  na  intensywnie  niebieskim  pagórku,  który 

pulsował jak serce. Siedząc tak śpiewała i uśmiechała się do niego, przywołując go do siebie.

Włosy,  ciemne  jak  mrok  nocy,  spływały  jej  na  ramiona,  pieściły  mleczną  skórę  jej 

piersi. Jej oczy, niebieskie jak pagórek, śmiały się.

Pragnął jej nad życie. Od tego pragnienia zrobiło mu się słabo, a słabości nic cierpiał. 

A jednak nie mógł się powstrzymać i podszedł do niej.

- Darcy.

- A więc przychodzisz po mnie, Trevorze? - W jej głosie słyszał magiczne zaklęcia. -

Co mi ofiarujesz?

- A co chcesz?

I znowu tylko się zaśmiała, potrząsnęła głową.

-  Sam  musisz  to  odgadnąć.  -  Wyciągnęła  rękę,  zachęcając  nieśmiało,  żeby  do  niej 

dołączył.  Na  jej  nadgarstku  rozbłysły  klejnoty, małe  punkciki  rozżarzonego  ognia.  -  Co  mi 

dasz?

Za wszelką cenę nie chciał jej stracić.

-  Więcej  niż  to  -  powiedział,  dotykając  klejnotów  na  jej  nadgarstku.  -  Ile  tylko 

zechcesz, jeśli tego właśnie pragniesz.

Wyciągnęła rękę, odwróciła ją tak, by kamienie rzucały światło.

- Nie powiem, że nie chcę mieć takich rzeczy, ale to nie wystarczy. Co jeszcze możesz 

mi dać?

- Zabiorę cię wszędzie, dokąd tylko zechcesz.

Wydęła na to usta i sięgnęła po złoty grzebień, by nim przeciągnąć po spadających do 

ramion włosach.

- Czy to wszystko? Ogarnęła go złość.

- Uczynię cię bogatą, sławną. Złożę u twych stóp ten cholerny świat.

Ziewnęła.

- Dostaniesz piękne stroje, służbę, domy. Wszyscy będą ci zazdrościć.

- To nie wystarczy. - Tym razem dostrzegł w jej oczach łzy. - Czy nie widzisz, że to 

nie wystarczy?

- Więc co? - Wyciągnął do niej rękę, zamierzał ją podnieść, zmusić do odpowiedzi, ale 

nim jej dotknął, pośliznął się, potknął i zaczął spadać.

background image

Wtedy usłyszał głos Gwen.

- Dopóki się nie dowiesz i nie dasz, nic się nie stanie. Ocknął się ze snu jak człowiek 

bliski  utonięcia  -  z  dudniącym  sercem,  nierównym  oddechem.  Ale  nawet  wtedy  słyszał 

cichnący szept:

- Przyjrzyj się temu, co masz. Daj to, co możesz dać z siebie.

-  Chryste!  -  Wzburzony,  wstał  z  łóżka.  Darcy  westchnęła,  przysunęła  się  bliżej 

ciepłego miejsca, które opuścił, i dalej spała.

Włożył  spodnie  i  zszedł  na  dół.  Trzecia  w  nocy,  stwierdził,  spojrzawszy  na  zegar. 

Wybornie. Sięgnął po butelkę, whiskey i nalał na trzy palce do szklanki.

Do licha, co się z nim dzieje? Zakochał się w niej. Zakochał się przy bajglach.

Dotąd było wszystko w porządku. Trzymał się własnej drogi. Wiedział, jak zapanować 

nad pociągiem fizycznym.

A potem przyniosła mu torbę bułeczek - i wpadł. Potknął się na równej drodze.

Po  Sylvii,  kiedy  zrobił  wszystko,  co  mógł,  żeby  się  zakochać,  kiedy  to  sobie 

zaplanował, rozpisał  na  głosy, a  jednak  poniósł  żałosną  porażkę, był  już  pewny, że  nie  jest 

zdolny do takich uczuć.

Martwiło go to, złościło. Wreszcie stwierdził, że tak będzie lepiej. Jeżeli ma się jakaś 

wadę organiczną, trzeba zająć się czymś innym. Pracą, rodzicami, siostrą. Teatrem.

I to  mu prawie wystarczało. Utwierdził się w tym przekonaniu. Utwierdził  się też w 

tym,  że  może  pragnąć  Darcy,  mieć  Darcy,  troszczyć  się  o  Darcy,  nie  licząc  nigdy  na  nic 

więcej.

Teraz nagle okazało się, że stała się dla niego najważniejsza na świecie.

Czuł radość, ale też i strach, który przypominał mu, że musi być ostrożny. Uważny.

Podszedł  do  tylnych  drzwi,  otworzył  je,  żeby  ochłonąć  i  odetchnąć  wilgotnym 

powietrzem. Żeby się zmierzyć z Darcy, niezbędna była chłodna i trzeźwa głowa.

Powiedziała,  że  to  magia.  Że  tej  nocy  działa  magia.  Uwierzył  w  to,  zaczynał  też 

przyjmować  do  wiadomości,  że  tu  wszędzie  przez  cały  czas  działa  magia.  Może  to 

przeznaczenie, a może łut szczęścia. Musi sobie przemyśleć, czy to szczęście wyjdzie mu na 

dobre, czy na złe. Miłość do Darcy nie będzie prosta. Ale nie szukał przecież nigdy prostych i 

łatwych dróg.

Nie  zamierzał  też  powtarzać  życia  swoich  dziadków  -  ich  chłodnego, 

sformalizowanego małżeństwa, pozbawionego namiętności i radości. Przy Darcy nie grozi mu 

nic takiego jak chłodna formalność.

background image

Chciał jej i  znajdzie  sposób,  żeby ją  zatrzymać.  Nie wątpił  w to.  Musi  tylko  dobrze 

obmyślić, co jej ofiarować, jak i kiedy, tak, żeby nie była w stanie się oprzeć.

Powróciło do niego echo słów ze snu: „Daj tylko to, co możesz dać z siebie”.

Zamknął drzwi. Jak na jedną noc, wystarczy tej magii.

background image

17

Poranek  był  mglisty.  Obudziła  się  w  szarym  świetle  przetaczającej  się  mgły  i  w 

pustym łóżku. Nie było w tym nic nowego. Mgła opadnie, jeśli takie jest jej przeznaczenie. 

Odkąd  zaś  sięga  pamięcią,  Trevor  zawsze  wstawał  przed  świtem.  Jeśli  chodzi  o  pracę,  ten 

człowiek  to  istny  robot.  Zwinęła  się  w  kłębek,  marząc,  żeby  tu  był  i  ją  utulił,  wiedziała 

jednak, że nie zaśnie, gdy jego nie ma, i że będzie się zastanawiała, co on teraz robi. Odkąd 

zostali kochankami, żadne z nich nie wysypiało się dostatecznie. Ale miłość dodawała im sił.

Czuła się cudownie.

Wstała, żeby wyjąć szlafrok z szafy. Miała tu swoje ubrania, a także inne niezbędne 

rzeczy. Przez całe lato mieszkali razem. Jednak żadne z nich nie poruszało tego tematu. Tak 

jak nie mówi się o polityce czy religii.

On miał także trochę rzeczy w pokojach nad pubem. Taka zmiana sposobu życia stała 

się  dla  niej  czymś naturalnym,  choć  wcale tego  nie  planowała. Na  tym właśnie  polegał  ich 

związek.

A  jednak  to,  co  zdarzyło  się  tej  nocy,  było  całkiem  inne.  Weszła  pod  prysznic, 

zamykając  oczy,  odchylając  do  tyłu  głowę.  To  wykraczało  poza  jej  dotychczasowe 

doświadczenia, nie mieściło się w głowie, że między dwojgiem ludzi może się wytworzyć coś 

takiego.

Również on musiał to tak odczuwać. Nie dotykałby jej w taki sposób ani pozwalałby 

się tak pieścić, gdyby nie czuł czegoś równie głębokiego i prawdziwego.

Miłość.  Rozmarzona,  namydliła  mokrą  skórę,  tonąc  w  kłębach  pary.  Zanim  poznała 

Trevora, nie rozumiała tych odczuć.

Nie zdawała sobie sprawy, że taka słabość i uległość wobec kogoś może być piękna. 

Bezpieczna,  ciepła,  cudowna.  Podobnie  jak  świadomość,  że  w  tym  samym  czasie,  w  tym 

łagodnym i czułym świecie, on także odsłonił swoje słabe miejsce.

W  końcu  znalazł  się  mężczyzna,  przed  którym  może  się  otworzyć,  któremu  może 

ofiarować siebie. A także zaufać, kochać i troszczyć się. Spędzą razem życie, udając się tam, 

gdzie ich los rzuci, pomnażając to, co im życie zaoferuje. W zabiegane dni i w spokojne noce, 

w samotności lub w tłumie. Płodząc dzieci, zakładając ognisko domowe.

Odciśnie  swoje  piętno  u  jego  boku,  pootwiera  wszystkie  drzwi,  które  chciała 

przekroczyć.

Okazuje się, że można mieć wszystko. Tylko najpierw trzeba pokochać.

background image

Kiedy  wszedł  do  sypialni,  usłyszał,  jak  Darcy  śpiewa  o  miłości  i  o  tęsknocie. 

Przystanął, podczas gdy jej głos wymykał się zza drzwi, których nie domknęła, oplatał go.

Przez część bezsennej nocy zastanawiał się, co z nią zrobić.

Zapukał  i  otworzył  drzwi.  Owinięta  w  ręcznik  smarowała  się  kremem,  który 

przechowywała  w  małym,  białym  słoiczku.  Pomyślał,  że  pachnie  dojrzałymi  w  słońcu 

morelami, na które zawsze miał apetyt.

Miała mokre, poskręcane włosy, tak jak na obrazie  w jej pokoju. Przypomniał  sobie 

swój sen i poczuł się nieswojo.

- Przyniosłem ci herbatę.

-  Jak  to  miło,  dziękuję.  -  Wzięła  filiżankę,  uśmiechając  się  do  niego.  Miała  jeszcze 

rozmarzone oczy po śpiewaniu. - Pomyślałam, że już poszedłeś do pracy. Cieszę się, że jesteś.

Podeszła bliżej, żeby dotknąć wargami jego ust. Zadrżała na myśl, że mógłby ją wziąć 

znowu do łóżka i kochać się z nią, jak tej nocy.

-  Przyszedłem  na  górę,  żeby  cię  obudzić.  -  Wyszedł  z  łazienki,  zostawiając  otwarte 

drzwi. - Ale byłaś szybsza.

- Co miałeś zamiar robić potem?

Nawet człowiek całkiem nieinteligentny zrozumiałby, że jest to zaproszenie.

- Przespacerować się.

- Spacer?

-  Tak.  -  Przeszedł  przez  pokój  i  usiadł  na  brzegu  łóżka.  Nie  zamierzał  jej  dotykać, 

żeby nie stracić ostrości widzenia, ale to nie oznacza, że nie może popatrzeć na nią, jak się 

ubiera.  -  Zwykle  i  tak  idziesz  do  wsi  pieszo.  Pójdziemy  więc  sobie  na  spacer,  a  potem  cię 

podwiozę.

Jest  zaróżowiona,  ciepła  i  pachnąca  po  prysznicu,  ubrana  tylko  w  ręcznik,  a  ten 

człowiek  chce  się  włóczyć  we  mgle.  Darcy  pomyślała,  że  mniej  pewna  siebie  kobieta 

mogłaby się zastanawiać, czy dokonała dobrego wyboru.

Co nie oznacza, że nie ma prawa czuć się lekko urażona.

- Nie musisz być w pracy? - Gotowa nadąsać się, odwróciła się do szafy.

- Mogę wziąć wolny ranek. Mick wraca do pracy i dopilnuje wszystkiego.

Prawdę  mówiąc,  mógł  się  stąd  urwać  na  parę  dni,  nawet  na  parę  tygodni.  O  wiele 

rozsądniej byłoby wrócić do Nowego Jorku, zająć się sprawami, które na niego czekają, niż 

doglądać ich z tak daleka. Ale popatrzył na wkładającą bieliznę Darcy i wiedział, że nie ruszy 

się nigdzie w najbliższym czasie. W każdym razie nie sam.

- Pan O'Toole powinien jeszcze pozostać w domu. Dojść w pełni do zdrowia.

background image

- Powiedział, że nie mógł się opędzić od nadskakujących mu dzień i noc kobiet.

- A jednak powinien posiedzieć w domu.

-  Spróbujesz  go  przekonać?  Zapraszam  na  budowę.  Ponieważ  ja  sam  nie  miałbym 

serca tego zrobić.

-  No  cóż,  żeby  tylko  się  nie  przepracowywał.  Nie  jest  już  taki  młody.  Jak  każdy 

mężczyzna, będzie się starał robić więcej, niż powinien.

- Uważasz, że mężczyźni lubią się popisywać?

- Oczywiście. - Rzuciła mu przez ramię rozbawione, figlarne spojrzenie. - Nie wiesz o 

tym?

-  Być  może.  Ale  Brenna  jest  odpowiedzialną  osobą,  nie  dopuści,  żeby  się 

przepracował. Z nią nie ma żartów, pilnuje go jak wilczyca swoich małych. Mężczyźni lubią 

być rozpieszczani przez kobiety, chociaż udają, że to ich wprawia w zakłopotanie.

-  Sądzisz,  że  o  tym  nie  wiem,  mając  dwóch  braci.  Zwabię  go  do  kuchni  i 

porozpieszczam trochę, powiem, jaki jest przystojny i silny. - Zapięła guziki koszuli - Lubi, 

kiedy mu się prawi komplementy. - Trzymając na jednym palcu spodnie, z wypuszczoną na 

wierzch  koszulą  odwróciła  się.  -  A  ponieważ  i  ty  jesteś  mężczyzną,  czego  jestem  pewna, 

może chciałbyś tego samego? Mogę nakarmić cię w przytulnej kuchni i  będę ci mówiła, że 

jesteś silny i przystojny.

Kuszenie  Adama  jabłkiem  było  niczym  w  porównaniu  z  uśmiechem  Darcy.  Ale 

istniały sprawy ważne i bardziej ważne.

Dostałem już swoje bajgle. - Uśmiechnął się do niej szeroko. - Były wspaniałe.

- Bardzo jestem z tego zadowolona. - Włożyła spodnie i pantofle. - Pozwól tylko, że 

zrobię coś z włosami i zaraz potem będziemy mogli wyjść.

- A czego brakuje twoim włosom?

- Po pierwsze, są wilgotne.

- Na zewnątrz też jest wilgotno, więc nie ma sprawy. - Zniecierpliwiony, podniósł się 

z łóżka i złapał ją za rękę. - Jeżeli pozwolę ci wejść do łazienki, znikniesz na godzinę.

- Trevor! - Szarpnęła się, próbując uwolnić rękę, podczas gdy on ciągnął ją na dół po 

schodach. - Nie jestem gotowa.

- Wyglądasz pięknie. - W biegu złapał jej kurtkę. - Jak zawsze.

Po  co ten pośpiech?  - Słysząc  komplement postanowiła  jednak pozwolić  mu  działać 

po swojemu.

background image

Między  innymi  na  tym  polega  urok  dawania  i  brania  w  kochającym  się  związku. 

Należy  pozwalać  mężczyznom  stawiać  na  swoim  w  sprawach,  które  nie  mają  większego 

znaczenia.

Na dworze nie było aż tak wilgotno, jak się tego spodziewała. Rzadka mgła wisząca w 

powietrzu  nadawała  przedmiotom  niezwykłe  kształty.  Jaskrawe  kolory  w  ogrodzie  koło 

domku  były  trochę  przytłumione,  a  wzgórza  powyżej  wyglądały  cudownie  tajemniczo. 

Zresztą  dostrzegła  już  kilka  jaśniejszych  miejsc  pomiędzy  chmurami,  kilka  niebieskich 

obiecujących plam na szarym niebie.

Świat pogrążony był w takiej ciszy, jakby prócz nich nie tu nie istniało. Całe ciepło i 

intymność tej nocy spłynęła na nią, kiedy wziął ją za rękę.

Przeszli  przez  pole, zatoczyli koło.  Darcy była zbyt pochłonięta romantycznością  tej 

chwili, by śledzić kierunek marszu. Drzewa, spowite w kłęby mgły, drżały na wietrze, kiedy 

się wspinali. Mokra trawa lizała jej kostki wąziutkimi, zimnymi języczkami. Nie zwracała na 

to uwagi, idąc z ukochanym, który trzymał ją za rękę. Ocknęła się dopiero, widząc klify.

- Dokąd idziemy?

- Do świętego Declana.

Nie wiadomo dlaczego wstrząsnął nią dreszcz.

- Gdybym wiedziała, że idziemy na grób Maude, zaniosłabym jej kwiaty.

- Na jej grobie zawsze są kwiaty.

Zaczarowane kwiaty, posadzone, by rosły z nieznaną śmiertelnikom mocą. W pewnej 

odległości, za coraz bardziej przerzedzającą się mgłą, wznosiły się kamienne ruiny, jakby ich 

oczekiwały. Zadrżała. - Zimno ci?

-  Nie.  Ja...  -  Nie  chciała,  żeby  puścił  jej  rękę  i  otoczył  ją  ramieniem.  -  To  dziwne 

miejsce na odwiedziny w mglisty poranek.

-  Za  wcześnie  na  turystów.  To  wspaniałe  miejsce.  Niesamowity  widok,  gdy  nie  ma 

mgły.

- Za wcześnie na turystów - przyznała mu rację - ale nie na zaczarowane istoty. - Kto 

wie, co kryje się pod kępą trawy czy w cieniu nagrobka? Myślisz, że spotkasz Carricka?

- Nie - powiedział, choć sam zastanawiał się nad tym. - Chciałem tu przyjść z tobą. -

Minęli  studnię  i  krzyże,  weszli  na  teren  pozbawionego  dachu  kościoła,  gdzie  spoczywała 

Maude.  Szorstkie,  nieobrobione  kamienie,  które  znaczyły  miejsca  pochówku,  sterczały  nad 

ziemią, wynurzały się z mgły. Na mogile Maude kwitły prześliczne kwiaty.

- Nie kradną ich.

- Co powiedziałeś?

background image

- Ludzie, którzy tu przychodzą, nie kradną jej kwiatów.

- To chyba normalne.

- Ludzie nie do wszystkiego odnoszą się z szacunkiem.

- To jest święta ziemia.

- Tak. - Trzymając ją wciąż za rękę, pochylił się i pocałował jej wilgotne włosy.

Przeszedł ją dreszcz. Byli sami w takim miejscu, na uświęconej ziemi. W ten poranek, 

gdy odkryli siebie nawzajem. Przyprowadził ją tutaj, na klif górujący nad morzem i wsią, w 

mgłę i w magię.

Żeby jej powiedzieć, że ją kocha. Zamknęła oczy, drżąc lekko z nieziemskiej radości. 

Trudno  sobie  wyobrazić  coś  bardziej  doskonałego.  Potrzebne  mu  było  to  miejsce,  żeby 

otworzyć przed nią serce, poprosić, żeby została jego żoną.

Czy może być coś bardziej romantycznego, bardziej dramatycznego?

- Mgła się podnosi - powiedział półgłosem.

Stojąc  razem  na  wichrowym wzgórzu  obserwowali, jak  stopniowo  rozrywa  się  woal 

mgły,  jak  prześwieca  przez  nią  słońce  o  posrebrzonych  brzegach,  by  zabarwić  powietrze 

perłowym  światłem.  Daleko  w  dole  leżała  wieś. Morze  wynurzyło się  powoli,  jakby  czyjaś 

ręka rozsuwała przejrzystą zasłonę.

Piękno  tego, co zobaczyła  na własne oczy, co usłyszała własnym sercem,  wycisnęło 

łzy.  Aidan  miał  rację.  To  miejsce  pozostanie  na  zawsze  jej  domem,  niezależnie  od  tego, 

dokąd  pojedzie  z  mężczyzną,  który  stoi  obok.  Przepełniała  ją  miłość  do  tego  miejsca,  tak 

jasna, radosna jak promień słońca, który wymiótł mgłę.

- Wspaniały widok - powiedziała. - Jak z bajki. Trudno to sobie wyobrazić będąc na 

dole, zajmując się codziennymi sprawami.

Zatopiona w marzeniach, złożyła głowę na ramieniu Trevora.

-  Zastanawiałam  się  czasem,  dlaczego  Maude  wybrała  to  miejsce  na  ostatni 

spoczynek,  z  dala  od  rodziny  i  od  przyjaciół,  a  przede  wszystkim  od  swojego  Johnniego. 

Znam już odpowiedź. Będąc tu, pozostawała w pobliżu niego.

- Taka miłość  graniczy z cudem. - Pragnął takiej  miłości dla siebie i chciał sprawić, 

żeby tak się stało.

- Miłość zawsze ma w sobie coś z cudu. - Powiedz,  powiedz mi szybko, pomyślała. 

Wtedy odpowiem ci tym samym.

- Tutaj cuda są chyba na porządku dziennym.

Teraz, pomyślała, zastanawiając się, czy nie umrze z nadmiaru szczęścia.

background image

- To wszystko jest bardzo piękne, pełne uroku i dramaturgii. Ale są też inne miejsca na 

świecie, Darcy.

Zdezorientowana,  zmarszczyła  brwi,  by  już  po  chwili  znowu  się  uśmiechnąć. 

Oczywiście  musi  ją  przygotować,  wyjaśnić  jej,  że  jego  praca  polega  w  dużej  mierze  na 

podróżowaniu, zanim poprosi, żeby mu towarzyszyła.

-  Zawsze  chciałam  zobaczyć  inne  miejsca.  -  Pomoże  mu  przetrzeć  drogą.  Następny 

przykład dawania i brania we wspólnym związku, pomyślała, czując niemal zawrót głowy. -

Pojechać, zobaczyć i wrócić. Właśnie ostatnio uświadomiłam sobie, że najbardziej kocham to, 

co mam tutaj.

-  Możesz  zobaczyć  te  wszystkie  inne  miejsca.  -  Odsunął  ją,  trzymając  ręce  na  jej 

ramionach, zaglądając jej w oczy.

Nagła  myśl  podpowiedziała  jej,  że  właśnie  tutaj,  teraz,  wreszcie  zostanie  jej 

ofiarowane pragnienie jej serca. I że mężczyzna, którego pokochała, oświadczy się jej, kiedy 

ma mokre włosy i niepomalowaną twarz.

A niech to!

Roześmiała się. Właśnie taką ją kochał i to było cudowne.

- Och, Trevorze!

- To będzie ciężka, ale ekscytująca praca. Dająca satysfakcję i duże pieniądze.

- Oczywiście, ale... - Rozwiała się romantyczna mgiełka. - Duże pieniądze?

-  Bardzo  duże.  Im  szybciej  podpiszesz  kontrakt,  tym  lepiej.  Ale  musisz  zrobić  ten 

krok, Darcy, podjąć decyzję.

-  Krok.  -  Przyłożyła  rękę  do  skroni,  ponieważ  zakręciło  się  jej  w  głowie,  odwróciła 

się. Jak ma zrobić ten krok, skoro nie czuje gruntu pod nogami? Czy ktokolwiek byłby zdolny 

do tego po takim ciosie?

Zamiast o miłości, o małżeństwie, rozmawia z nią o kontrakcie, o biznesie. Boże, ależ 

z niej idiotka, co też sobie ubrdała, pogrążając się w romantycznych fantazjach i wystawiając 

się na ciosy?

A najgorsze z tego wszystkiego, że on nawet o niczym nie wie.

- Czy przyszliśmy tutaj,  żeby rozmawiać o kontrakcie?  Trevor pomyślał,  że to tylko 

pierwszy krok. Gdy Darcy podpisze kontrakt, zwiąże  się z nim trwale.  A on otworzy przed 

nią  świat,  pokaże  jej  wszystko,  czego  zapragnie.  Gdy  tego  posmakuje,  ofiaruje  jej 

niekończącą się ucztę. Wszystko, co tylko zechce.

background image

-  Zależy  mi  na  tym,  żebyś  miała  to,  czego  szukasz.  Chcę  się  do  tego  przyczynić. 

Celtyckie Nagrania zapoczątkują twoją karierę. Osobiście zamierzam tego dopilnować. Zająć 

się tobą.

Starała  się  przełknąć  gorycz,  ale  utkwiła  jej  w  gardle,  gdy  ponownie  na  niego 

spojrzała.  Wszystko,  co  kiedykolwiek  chciała,  miała  przed  sobą  -  stał  z  rozwianymi  przez 

wiatr  włosami,  a  spojrzenie  miał  tak  chłodne,  że  nie  ośmieliła  się  wyciągnąć  ręki,  żeby  go 

dotknąć.

- Tak właśnie ujął to Nigel. A więc zamierzasz osobiście zająć się mną?

- Zadbam o twoje szczęście. Obiecuję ci.

- A jak sądzisz, ile potrzebuję, żeby się czuć szczęśliwa?

- Tak, na początek? - Wymienił sumę, która przyprawiłaby ją o zawrót głowy, gdyby 

nie było jej tak zimno, tak cholernie zimno.

-  A  ile  z  tego,  jeśli  mogę  zapytać,  przypada  na  mój  talent,  ile  zaś  na  to,  że  z  tobą 

sypiam?

Zapłonęły mu oczy, spojrzał na nią wzrokiem ostrym jak stal.

- Nie płacę kobietom za to, że ze mną śpią.

-  Masz  rację.  -  Kiedy  ból  przedarł  się  wreszcie  przez  warstwę  lodu,  złagodniała.  -

Przepraszam cię, źle  to  ujęłam.  Inni będą  się  wyrażać dosadniej.  Nigel  ostrzegł mnie przed 

tym.

Nie przewidział tego.

- Lepiej, żebyś o tym wiedziała. Jakie to ma znaczenie? Odeszła od niego, wróciła na 

grób Maude, ale nie znalazła pocieszenia w kwiatach ani w magii, ani w śmierci.

-  Tobie  jest  łatwiej,  Trevorze.  Masz  pozycję,  władzę,  nazwisko.  Ja  wejdę  w  to  bez 

tego wszystkiego.

- I właśnie to cię powstrzymuje? - Podszedł do niej, odwrócił ją do siebie. - Boisz się 

zazdrosnych idiotów?

- Nie boję się, nie, ale jestem tego świadoma.

-  Biznes  nie  ma  nic  wspólnego  z  naszym  prywatnym  życiem.  Chcę  pomóc  ci 

wykorzystać twój talent.

- A jeśli to, co jest między nami, zacznie wygasać, jeśli któreś z nas postanowi odejść, 

co wtedy?

Już sama myśl o tym raniła mu serce.

- To się nie odbije na biznesie.

background image

-  Więc  może  powinieneś  to  uwzględnić  w  osobnym  kontrakcie?  -  Powiedziała  to 

ironicznie, brutalnie i była wręcz zdumiona, kiedy pokiwał głową.

- Zgoda.

- Zresztą mniejsza o to. - Oddychając z trudem odeszła, żeby jeszcze raz popatrzeć na 

Ardmore. A więc tak się mają rzeczy na tym świecie. Kontrakty, umowy, negocjacje. Pięknie! 

Z tym też sobie poradzi, musi sobie poradzić.

Niech  tylko  Trevor  spróbuje  od  niej  odejść!  Wtedy  jeszcze  się  przekona,  czym  to 

grozi.

-  Zgoda,  Magee.  Przygotuj  papiery,  zadzwoń  do  radców  prawnych,  zajmij  się 

wszystkim. - Uśmiechnęła się pewna siebie. - Podpiszę je. Będziesz miał mój głos.

Poczuł niewymowną ulgę. Ma ją i potrafi ją zatrzymać.

- Nie będziesz tego żałowała.

-  Nie  mam  takiego  zamiaru.  -  Kiedy  znowu  wziął  ją  za  rękę,  spojrzała  na  niego 

wzrokiem tak ostrym, że mógłby ciąć szkło. - Nie, daj spokój. Nie przypieczętowuję umów 

handlowych pocałunkami.

- Zrozumiałem. - Uroczyście potrząsnął jej dłonią. - Umowa stoi?

- Stoi. - A więc teraz chce mieć kobietę, kochankę. Niech będzie, ostatecznie niech ma 

coś za swoje pieniądze.

Z  premedytacją  podniosła  ręce,  ocierając  się  o  niego  ciałem.  Z  wymuszonym 

uśmiechem  prowokowała  go  i  wycofywała  się,  a  potem  znowu  prowokowała,  aż  poczuła 

rozpaczliwe pragnienie, aż ujrzała jego płonący wzrok, który po chwili zaszedł mgłą.

Rozkoszowali  się sobą nawzajem bez  tej czułości z poprzedniej nocy. To była sama 

namiętność, z jej zachłannością i ogniem.

On jej pragnie, będzie jej pragnął, wciąż będzie jej pragnął. Już  ona o to zadba. Jak 

długo  będzie  miała  tę  moc,  tak  długo  będzie  miała  jego.  I  w  ten  sposób  omota  go  niczym 

czarownica.

- Dotknij mnie. - Oderwała się od jego ust, by zaraz potem zostawić mu ślady zębów 

na szyi. - Przyciśnij mnie mocno.

Nie chciał tego. Ani miejsce, ani czas nie były po temu. Ale bił od niej taki żar, trawił 

go, pozbawiał kontroli nad sobą, rozgrzewał zmysły. Jego ręce, szorstkie i władcze, wypełniły 

się nią.

A  gdy był  bliski  utraty rozumu,  wyrwała  mu  się.  Wiatr  rozwiewał  jej  włosy, słońce 

roziskrzyło jej oczy.

- Później - powiedziała i pogłaskała go po policzku. - To niebezpieczna gra, Darcy.

background image

-  Inaczej  nie  byłoby  w  tym  nic  zabawnego.  Dostaniesz  ode  mnie  to,  czego  chcesz. 

Masz moje słowo, gdy chodzi o biznes, ale widzę, że coś jeszcze chciałbyś.

Był tak wściekły, że nie zawahał się zapytać:

- A czego ty ode mnie chcesz?

Spuściła rzęsy - swoista tarcza, za którą ukryła smutek.

-  Czyż  nie  przyprowadziłeś  mnie  tutaj  dlatego,  że  już  to  sobie  wcześniej 

zaplanowałeś?

- Sądzę, że tak - powiedział półgłosem.

- No więc - uśmiechnęła się - lepiej już wróćmy, nie marnujmy poranka. Bo nigdy nie 

dopiję mojej herbaty. Podzielisz się ze mną bajglami?

Postanowił również udawać dobry humor.

- Niewykluczone, że się podzielę.

Kiedy  odchodzili,  żadne  z  nich  nie  obejrzało  się  za  siebie,  nie  dostrzegli  więc,  jak 

zafalowało i rozstąpiło się powietrze.

-  Durnie  -  mruknął  Carrick,  spoglądając  gniewnie  ze  swojego  miejsca  na  szczycie 

kamiennej  studni.  -  Uparciuchy,  wymóżdżone  tępaki.  Że  też  moje  szczęście  musi  od  nich 

zależeć. Są o krok od szczęścia, a boją się go.

Zeskoczył  ze  studni  i  po  chwili  siedział  ze  skrzyżowanymi  nogami  przy  grobie 

Maude.

-  Powiadam  ci,  moja  stara  przyjaciółko,  że  po  prostu  nie  mogę  zrozumieć  ludzi.  -

Zadumawszy się nad tym, podparł brodę pięścią. - Pogłupieli z tej miłości do siebie i w tym, 

jak  sądzę,  tkwi  problem.  Żadne  z  nich  nie  umie  sobie  poradzić  z  własną  głupotą.  Boją  się 

tego,  ot  co.  Boją  się,  że  przestaną  trzeźwo  myśleć  i  że  owładnie  ich  miłość.  -  Westchnął 

lekko. Po czym sięgnął po jabłko, które nagle się pojawiło. - Powiesz pewnie, że ze mną było 

tak  samo.  Racja.  Magee  obrał  drogę,  jaką  ja  szedłem.  Obiecuje  jej  to,  tamto,  przysięga,  że 

ofiaruje jej cały świat. Nie wejrzałem w głąb mojej Gwen, podobnie i on nie widzi wnętrza 

Darcy. Uważa, że kieruje nim rozsądek podczas gdy to jest zwykły strach. Darcy tak bardzo 

różni się od mojej spokojnej, cichej i skromnej Gwen, jak słońce od księżyca, ale pod jednym 

względem są jednakowe. Chce, żeby ofiarował jej swoje serce. Ale czy mu to powie? Nie, nie 

zrobi tego. Któż odgadnie te kobiety?

Westchnął, zjadł jabłko i popadł w zadumę. Już tracił cierpliwość, chciał rozkazać im, 

by podjęli dalsze kroki. Niech przyznają się, że są zakochani, i sprawa będzie załatwiona.

Ale taka ingerencja ograniczałaby ich wolną wolę, a Carrick uznał, że wpływ świata 

zewnętrznego musi się ograniczyć do minimum.

background image

Zrobił, co mógł. Teraz musi czekać, tak jak czeka już od trzystu lat. Jego los zależał 

od tych dwojga śmiertelników.

Miał już do czynienia z inną parą. Można by sądzić, że nauczył się dostatecznie dużo, 

by  ponaglić  Trevora  i  Darcy.  Tymczasem  jednak  dowiedział  się  tylko  tego,  że  miłość  to 

klejnot o wielu obliczach. Że tkwi w niej jednocześnie  siła i słabość, a także, że dawać lub 

brać można tylko hojną ręką.

Położył  się  na  plecach  w  trawie,  wyobrażając  sobie  ukochaną  twarz  Gwen  na  tle 

chmur.

- Bardzo za tobą tęsknię. Sercem, ciałem i duszą. Dałbym wszystko, co w mojej mocy, 

by znowu cię dotknąć, oddychać tym samym powietrzem, usłyszeć twój głos. Przysięgam ci, 

że  kiedy wreszcie powrócisz  do mnie, złożę ci do stóp  moją miłość. A kwiaty, które z  niej 

zakwitną, nie zwiędną nigdy.

Zamknął oczy i zmęczony czekaniem zapadł w sen.

* * *

Darcy zmęczona  była udawaniem  wesołej, uwodzicielskiej i  dowcipnej.  Postanowiła 

jednak grać do końca.

Kiedy  Trevor  popatrzył  na  nią  mrużąc  oczy,  uprzytomniła  sobie,  iż  przesadziła  w 

swojej gorliwości. Natychmiast więc pożegnała go gorącym pocałunkiem - takim, po którym 

mężczyzna na pewno powróci po więcej.

Dochodziła do drzwi kuchennych, kiedy tuż za nią pojawiła się Brenna.

- Co się stało? - zapytała.

Znały się od urodzenia, potrafiły wyczuwać swoje nastroje.

-  Wejdź  na  górę,  dobrze?  -  zaprosiła  ją  Darcy,  pozbywając  się  natychmiast  całej 

sztucznej wesołości. - Boli mnie głowa. - Tak dudniło jej w skroniach, że natychmiast udała 

się do łazienki po aspiryną. Połknęła ją i popiła wodą.

Spotkały się w lustrze wzrokiem.

- Co on ci zrobił?

Jakże cudownie jest mieć przyjaciółkę, która od razu wie, o kogo chodzi.

-  Ofiarował  mi  fortunę.  Wystarczy  na  to,  żebym  wyruszyła  w  drogę,  w  którą  się 

wybieram.

- I?

- Biorę to. Podpisuję kontrakt na nagrania.

- To wspaniale, Darcy, naprawdę wspaniale, jeśli właśnie tego chcesz.

background image

-  Zawsze  chciałam  mieć  więcej,  niż  miałam,  i  nigdy  nie  byłam  bliższa  osiągnięcia 

celu.  Nie  podpisywałabym  kontraktu,  gdyby  mi  to  nie  odpowiadało.  Nie  straciłam  do  tego 

stopnia głowy, żeby postępować wbrew sobie.

- Więc bardzo się cieszę i z góry jestem z ciebie dumna. - Położyła rękę na ramieniu 

Darcy. - A teraz powiedz, jak on cię skrzywdził.

-  Myślałam,  iż  zamierza  poprosić,  żebym  za  niego  wyszła.  Czekałam  na  słowa,  że 

mnie kocha i pragnie, bym do niego należała. Możesz to sobie wyobrazić?

- Mogę.

-  Widocznie  on  inaczej  to  widzi.  -  Darcy  uchwyciła  się  umywalki  i  głęboko 

odetchnęła. - Nie zamierzam płakać. Nie wyciśnie ze mnie ani jednej łzy.

- Siadaj i opowiedz mi wszystko.

Kiedy  Brenna  wysłuchała  jej  zwierzeń,  wzięła  Darcy  za  rękę  i  przepełniona 

współczuciem, powiedziała:

- Łajdak.

-  Dzięki  ci  za  to.  Jestem  wściekła,  bo  częściowo  sama  sobie  jestem  winna.  Och,  to 

gorzka  pigułka.  Ale  podniosę  się  z  tego,  nie  ma  obawy.  Kto  słyszał,  żeby  snuć  w  deszczu 

romantyczne fantazje, jak jakiś nieopierzony podlotek?

- Dlaczego nie? Kochasz go.

- To prawda. Ale on mi jeszcze za to zapłaci, zanim ze sobą skończymy.

- Co zamierzasz zrobić?

- Schwytać go w pułapkę. Oślepić pożądaniem, zamącić mu w głowie, manipulować 

nim. Znam się na tym.

- Owszem, nie brak ci talentu w tej dziedzinie - ostrożnie przytaknęła Brenna. - Ale 

jeśli obierzesz tę drogę i wygrasz, nie będziesz usatysfakcjonowana.

- Postaram się, żeby mi to wystarczyło. Wiele jest takich związków, które opierają się 

na seksie. Pożądanie i miłość nie są aż tak od siebie odległe.

- Może nie. Kiedy jednak jedna ze stron pożąda, a druga kocha, odległość jest taka, jak 

stąd  do  księżyca.  A  między  tymi  odległymi  punktami  jest  jeszcze  bardzo  wiele  miejsca  na 

zadawanie ran.

-  Nie  można  otrzymać  boleśniejszej  rany  niż  ta,  którą  mi  zadano  dzisiaj  rano  przy 

studni Declana. A jednak przeżyłam.

Podeszła  do  okna.  Pomyślała,  że  po  jego  drugiej  stronie  Trevor  buduje  swoje 

marzenie, ale do spełnienia go potrzebne mu jest coś, co należy do niej. No cóż, ona też może 

zbudować swoje marzenie.

background image

-  Położę  wszystko na  jednej  szali.  Sprawię,  że  będzie  mnie  potrzebował,  Brenno.  A 

potrzeba to coś pośredniego między pożądaniem i kochaniem. Mnie to wystarczy.

Zanim  Brenna  zdołała  odpowiedzieć,  Darcy  potrząsnęła  głową  i  odeszła  od  okna.  -

Muszę spróbować.

- Oczywiście, że tak. - Brenna pomyślała, że sama tak postąpiła. Jak każdy, kto wie, 

czym jest miłość i tęsknota.

-  Tymczasem  jednak  muszę  się  pozbyć  tego  podłego  nastroju.  Wkrótce  pojawi  się 

Shawn. Zaraz tam zejdę i poddam go takim torturom, że humor mi się poprawi.

- W takim razie wracam do pracy i schodzę wam z drogi.

background image

18

Burza wisiała nad wsią, nadciągała z północnego wschodu, by się przyczaić na skraju, 

jak armia przygotowująca się do oblężenia. Porywisty wiatr i ulewny deszcz, stanowiące jej 

czołowy  front,  wygnały  ludzi  z  plaż,  ochładzając  jeszcze  letnie  powietrze.  Niebo  było  tak 

pochmurne i złowieszcze, że nawet miejscowi spoglądali nań z lękiem.

Czy widział ktoś kiedyś tak zabarwione na zielono chmury? Czy poczuł w powietrzu 

smak własnej nicości?

Ci, którzy przez to przeszli, sprawdzali teraz, czy mają odpowiednio dużo świec, lamp 

oliwnych  i  baterii.  Dzieciom  zabroniono  oddalać  się  od  domu.  Zabezpieczono  łodzie  w 

dokach, jak gdyby Ardmore przygotowywało się na nieuchronną batalię.

Ale kiedy drzwi pubu otworzyły się na oścież, twarz Jude promieniała jak słońce.

- Mam ją - powiedziała szeptem, który nie dotarł do Aidana, nalewającego piwo.

Jude  stała  ze  związanymi  do  tyłu  włosami  mokrymi  od  deszczu,  z  zaróżowionymi 

policzkami. Z książką, którą przyciskała do piersi, jak umiłowane dziecko.

Darcy  porzuciła  natychmiast  tacę,  stawiając  ją  bezceremonialnie  na  stoliku,  przy 

którym  czwórka  zbitych  z  tropu  francuskich  studentów  wpatrywała  się  ze  zdumieniem  w 

grzanki, sałatkę z kapusty i chipsy, których nie zamawiali.

- To twoja książka? - Uszczęśliwiona Darcy usiłowała ją wyrwać z objęć Jude.

- Nie, najpierw pokażę ją Aidanowi.

- Oczywiście. Ale zaraz wracaj. Przepuść mnie, Jack, jesteś jak niezdarny niedźwiedź. 

Zejdź z drogi, Sharon, mamy tu sprawę najwyższej wagi.

Torując sobie drogę, Darcy wślizgnęła się pod barierkę, odrzuciła ją do góry, po czym 

wepchnęła Jude za bar.

- Pospiesz się - niecierpliwiła się - umieram z ciekawości.

- Już  dobrze, dobrze. - Jude wstrzymała oddech,  przyciskając tak mocno książkę, że 

słyszała uderzenia własnego serca o okładkę. - Aidanie!

Aidan przyjmował właśnie pieniądze za duże piwo.

- Jude! Witaj, kochanie! Nie znalazłaś wolnego miejsca?

- Ja...

-  Posadzimy  cię  gdzieś  w  przytulnym  miejscu,  ale  wolałbym,  żebyś  była  w  domu, 

zanim zacznie się burza. Dwa duże smithwicksy. Razem trzy funty trzydzieści.

- Aidanie, chcę ci coś pokazać.

background image

- Za chwilę się tobą zajmę, kochanie. Proszę, oto osiemdziesiąt pensów reszty.

Wyprowadzona z równowagi Darcy chwyciła Aidana za ramię.

- Popatrz na nią, ty kretynie!

- O co chodzi? Nie widzisz, że mam klientów, którzy... - Urwał i uśmiechnął się od 

ucha do ucha, kiedy zobaczył, co jego żona tak ściska w ramionach. - Twoja książka!

- Właśnie wyszła. Jeszcze pachnie drukarnią. Jest taka piękna.

- Pozwolisz, że zobaczę?

- Tak. Ja... zamurowało mnie z wrażenia.

-  Jude  Frances  -  powiedział,  a  Darcy  poczuła,  że  wzruszenie  ściska  jej  gardło  -

kocham cię. A teraz pokaż.

Wyjął  delikatnie  książkę  z  jej  ręki  i  z  uwagą  przyjrzał  się  najpierw  tylnej  okładce, 

gdzie widniało zdjęcie Jude.

- Śliczna jest ta moja Jude, ma takie poważne, urocze spojrzenie.

- Och, odwróć ją, Aidanie. - Jude podskakiwałaby z radości, gdyby dziecko nie było 

takie ciężkie. - Ta strona jest nieważna.

-  Dla  mnie  jest  bardzo  ważna.  Każdy,  kto  na  nią  spojrzy,  zobaczy,  jaki  mam  dobry 

smak, jeśli chodzi o wybór żony, - Odwrócił jednak książkę i przeczytał:

KLEJNOTY SŁOŃCA

ORAZ INNE IRLANDZKIE LEGENDY

JUDE FRANCES GALLAGHER

U  góry  znajdował  się  tytuł,  u  dołu  jej  nazwisko,  a  błyszcząca,  kolorowa  ilustracja 

przedstawiała mężczyznę całego w srebrze i kobietę o jasnych włosach, przemierzających na 

skrzydlatym białym koniu błękitne niebo.

- Piękne - wyszeptał. - Jude Frances, to jest piękne.

- Ja też tak sądzę. - Nie zwracała uwagi na łzy, które spływały jej po policzkach. Były 

jak  najbardziej  na  miejscu.  -  Nie  mogę  od  niej  oderwać  oczu,  przestać  jej  dotykać.  Nie 

sądziłam, że aż tyle to dla mnie znaczy.

-  Jestem  z  ciebie  taki  dumny.  -  Pochylił  głowę  i  złożył  pocałunek  na  jej  czole.  -

Musisz mi dać ten egzemplarz, żebym mógł usiąść i przeczytać każde słowo.

- Zacznij od razu, od dedykacji.

Kiedy zaczął czytać, zmieniły mu się oczy, pociemniały. Spojrzał na nią i tym razem 

pocałował ją w usta.

- A ghra, moja miłości - powiedział tylko, kiedy podniósł głowę i przytknął policzek 

do jej włosów.

background image

-  Zabierz  Jude  w  jakieś  zaciszne  miejsce  -  powiedziała  wzruszona  Darcy.  -  Nie 

powinna tak długo stać. Zostań z nią trochę. Ja zajmę się barem.

-  Dzięki.  Posadzę  ją  gdzieś  wygodnie,  dam  jej  herbaty.  -  Kiedy  podawał  książkę 

Darcy, widać było żywe emocje w jego oczach. - Uważaj na nią.

Nie zwracając uwagi na klientów, Darcy otworzyła książkę i przeczytała poświęcony 

Aidanowi tekst.

Aidanowi, który ukazał mi moje własne serce i ofiarował mi swoje.

Wraz z nim przekonałam się, że nie ma magii silniejszej od miłości.

- Mogę to zobaczyć?

Z  oczyma  pełnymi  łez  Darcy  popatrzyła  przez  bar  na  Trevora.  Ponieważ  nie  mogła 

wydobyć głosu, podała mu książkę i natychmiast zaczęła nalewać piwo.

- Piękna dedykacja.

- To książka Jude.

Bez słowa przeszedł na drugą stronę baru, położył książkę w bezpiecznym miejscu, po 

czym wyjął chustkę do nosa.

- Dzięki. - Wytarła nos i oczy.

- Do twarzy ci z takim wzruszeniem.

- To Aidan ma się teraz wzruszać. Na mnie przyjdzie kolej później. To jest naprawdę 

cudowne!  -  Rozpromieniła  się  na  widok  kolejnego  klienta,  który  podszedł  do  baru  złożyć 

zamówienie. - Moja szwagierka jest sławną autorką, a to jest jej książka. - Chwyciła ją z półki 

za plecami. - Już za dwa tygodnie pojawi się w księgarni. Będziesz ją mógł kupić. A teraz, co 

ci podać?

-  Darcy, czy  ty  kiedykolwiek  odbierzesz  te zamówienia, czy też  muszę  sam się  tym 

zająć? - Z kuchni wyłonił się Shawn z wypełnioną po brzegi tacą.

- Popatrz, ty kurzy móżdżku. - Odwróciła się, podtykając mu książkę pod nos.

- To książka Jude! - Z impetem odstawił tacę na bar i wyciągnął po nią rękę.

- Jeśli zostawisz na niej choć jedną kropelkę tłuszczu, możesz pożegnać się z życiem.

- Potrafię uważać. - Wziął książkę, jakby to była delikatna porcelana. - Muszę pokazać 

Brennie - oznajmił i śmignął jak strzała za drzwi.

-  Tam  to  już  na  pewno  ją  uświnią  -  fuknęła  Darcy.  Odwróciła  się  i  z  zaskoczeniem 

ujrzała  Trevora  wydającego  piwo,  które  sam  nalał  z  kranu.  -  Coś  takiego,  okazuje  się,  że 

potrafisz obsługiwać bar.

-  Mogę  się  tym  zająć  do  powrotu  Aidana,  jeśli  chcesz  podać  ludziom  lunch,  zanim 

ostygnie.

background image

- Naprawdę potrafisz nalać guinnessa?

- Dostatecznie się napatrzyłem, jak Aidan to robi.

- Niektórzy przyglądają  się operacji chirurgicznej,  co nie znaczy, że powinno się im 

wręczyć nóż. - Złapała tacę. - Ale jesteśmy wdzięczni za pomoc.

-  Nie  ma  sprawy.  -  Dzięki  temu  miał  okazję  poobserwować  ją  podczas  pracy.  I 

przemyśleć sobie parę spraw.

Przez  parę  ostatnich  dni  demonstrowała  zmienne  nastroje,  raz  będąc  uszczypliwa,  a 

kiedy indziej słodka. Była niestrudzona, energiczna, kapryśna i fascynująca, a równocześnie -

nieczuła.

Coś  się  między  nimi  zepsuło  od  tamtej  wspaniałej  nocy.  Nie  potrafiłby  tego 

precyzyjnie  określić,  wiedział  tylko,  że  coś  się  zmieniło.  Przekonał  się  o  tym,  kiedy 

pochwycił w jej oczach chłodny błysk wyrachowania.

Należała do kobiet, które wcale nie ukrywają tej cechy charakteru. Akceptował to w 

niej,  a  nawet  podziwiał  jej  prostolinijność  i  szczerość. Jednak  ta  Darcy,  którą  przed  chwilą 

zobaczył, nie była wyrachowana, kapryśna, skoncentrowana na sobie. Popłakała się, dumna z 

Jude i swojego brata.

Aż dziwne, że po raz pierwszy zobaczył ją płaczącą - i to z radości.

Kiedy kochała, potrafiła być słaba i podatna na wzruszenie. Zapragnął tej jej słabości. 

A także tej miłości. I zapragnął, żeby uroniła łzy z jego powodu.

Pora, żeby ją bardziej do siebie zachęcić.

Doczekał do końca zmiany, do wyjścia Aidana, który odprowadził Jude.

-  Jest  wykończona.  -  Stojąc  w  drzwiach,  Darcy  obserwowała,  jak  ruszają 

samochodem,  żeby  pokonać  niewielką  odległość  do  domu.  -  Taka  moc  wrażeń.  Mam 

nadzieję, że Aidan ją przekona, żeby położyła się choć na trochę. Ależ ten wiatr szaleje. Nim 

noc zapadnie, rozpęta się burza. Dobrze by było, żebyś pozatykał wszystkie szpary, Magee, 

bo to będzie nie byle jaka zawierucha.

-  I  tak  zamierzałem  wrócić  wkrótce  do  domu.  Mam  sporo  spraw  do  załatwienia. 

Przemokniesz.

-  Dobrze  mi  to  zrobi  po  tym  dzisiejszym  tłumie.  -  Zamknęła  jednak  drzwi  przed 

wiatrem  i  siąpiącym  deszczem,  przekręciła  klucz.  -  Stawiam  dziesięć  funtów  przeciwko 

pięciu, że będziesz dzisiaj pracował przy świecach.

- Nie jestem oszustem, żeby przyjąć taki zakład.

-  Żałuj.  Mogłabym  jeszcze  dorzucić  piątaka.  -  Zaczęła  zgarniać  puste  naczynia.  -

Wieczorem zrobi się tu straszny tłok. Ludzie szukają towarzystwa, kiedy na świecie rozpętuje 

background image

się szaleństwo. Przyjdź, jeśli możesz. Będzie muzyka. Może jakoś uda się wspólnie przetrwać 

ten kataklizm.

- Przyjdę. Możesz mi poświęcić chwilę? Chcę z tobą porozmawiać.

- Wykręciłam sobie rękę. - Z przyjemnością usiadła przy jednym ze stolików, położyła 

nogi na stojącym obok krześle. - W taki dzień jak dzisiaj chciałoby się mieć trzy ręce i dwa 

razy tyle nóg.

- Pewnie już nie możesz się doczekać, kiedy podasz tu ostami kufel?

Skinęła  głową.  -  Kto  by  nie  czekał?  Wolę  być  sama  obsługiwana.  -  Możesz  na  to 

liczyć. - Usiadł naprzeciwko niej. Pomyślał, że przyszła pora, by podnieść stawkę i rozegrać 

kolejną kartę. - Mają mi dzisiaj przesłać faksem szkic twojego kontraktu. Spodziewam się, że 

go zastanę po powrocie do domu. Z podniecenia żołądek podszedł jej do gardła.

- Szybko działacie.

-  Jak  zwykle.  Pewnie  będziesz  chciała przejrzeć kontrakt,  pokazać  go adwokatowi... 

radcy prawnemu - poprawił się. - Gdybyś miała jakieś pytania, wątpliwości, gdybyś chciała 

coś zmienić, przedyskutujemy to sobie.

- Całkiem słusznie.

- Muszę na parę dni wyjechać do Nowego Jorku. Gdyby nie siedziała, nogi ugięłyby 

się pod nią.

- Naprawdę? Nic nie mówiłeś.

- Więc mówię to teraz. - Przecież dopiero co sam podjął tę decyzję. - Jedź ze mną.

- Jechać z tobą do Nowego Jorku?

- Będziesz tam mogła podpisać ostateczną wersję dokumentu. Zrobimy to uroczyście. 

- Chciał, żeby poznała jego rodzinę, zobaczyła jego dom, jego życie. - Sprawa, którą mam do 

załatwienia, nie zajmie wiele czasu. Będę ci więc mógł pokazać miasto. - I dać jej spróbować 

tego, co ma jej do ofiarowania.

Trevor i Nowy Jork. Niesamowity pomysł. Wspólny pobyt w miejscu, które widziała 

w snach. I kolejne iluzje.

- Byłabym najszczęśliwsza na świecie.

- Więc zajmę się przygotowaniami.

- Niestety nie mogę, Trevorze. Nie mogę z tobą pojechać.

- Dlaczego?

-  Jest  pełnia  sezonu.  Sam  widzisz,  że  z  trudem  sobie  radzimy.  Nie  mogę  zostawić 

Aidana i Shawna ani na jeden dzień. To by nie było w porządku.

A niech to! Że też akurat teraz poczuwa się do obowiązku, jest taka rozsądna!

background image

- Znajdź kogoś, kto cię zastąpi. Tylko na kilka dni.

-  To  by  załatwiło  tylko  część  problemu.  Nie  mogę  teraz  wyjechać,  nawet  gdybym 

strasznie chciała. Jude urodzi lada dzień. Potrzebna jest jej rodzina, podobnie jak Aidanowi. 

Jaka byłaby ze mnie siostra, gdybym w takiej chwili wyjechała się zabawiać?

- Sądziłem, że ma przed sobą co najmniej tydzień.

-  Och,  ci  mężczyźni!  -  Zdobyła  się  na  uśmiech.  -  Dzieci  rodzą  się,  kiedy  chcą,  a 

pojawienie się pierwszego dziecka szczególnie trudno przewidzieć. To miło z twojej strony, 

że pomyślałeś o mnie, ale gdybym się zdecydowała, miałabym wyrzuty sumienia.

- Polecimy concordem. Skrócimy maksymalnie czas podróży.

Concorde!  Wstała,  weszła  za  bar  po  imbirowe  piwo.  A  więc  może  lecieć  tym 

odrzutowcem  jak  gwiazda  filmowa.  I  znajdzie  się  na  miejscu  o  godzinę  wcześniej,  niż 

wyleciała.

Boże, tak strasznie by tego chciała. A on wiedział o tym.

- Nie mogę. Bardzo mi przykro.

Miała  rację,  wiedział  o  tym.  Mimo  to  jeszcze  próbował  nalegać.  Chciał  zdobyć 

przewagę.

- Masz rację. Nie jest to odpowiednia pora - stwierdził wreszcie.

- Naprawdę bardzo bym chciała polecieć concordem i zobaczyć Nowy Jork. W innej 

sytuacji pakowałabym już torbę. No więc, kiedy jedziesz?

Jedzie? Przecież nie zamierzał wyjeżdżać bez niej.

-  Najpierw  muszę  dostać  projekt  kontraktu  dla  ciebie,  a  gdybyś  miała  jakieś 

zastrzeżenia, moi ludzi przygotują inną wersję.

- Poinformuj mnie, kiedy już będziesz znał swoje plany. Pożegnam cię, a potem będę 

czekać na twój powrót.

* * *

Stwierdził, że nie jest chętna do współpracy. Tutejsze kobiety nie przestrzegają reguł. 

Zadumał  się  w  swoim  gabinecie.  Zamiast  pracować,  wpatrywał  się  w  noc  wstrząsaną 

porywami burzy.

Dlaczego nie poprosiła,  żeby przełożył podróż  o parę dni?  A nawet o parę  tygodni? 

Byłaby  to  doskonała  okazja,  żeby  pokazać  jej,  że  gotów  jest  pójść  na  ustępstwo,  byle  ją 

uszczęśliwić.

background image

I dlaczego, do jasnej cholery, zaproponował jej to bez zastanowienia? Nawet idiota by 

się domyślił, że nie będzie mogła opuścić domu w tym czasie. Następny dowód, że z miłości 

człowiek głupieje.

Błyskawica rozdarła niebo jednym oślepiającym zygzakiem.

Dlaczego nie gra z nią fair? Należało zaproponować jej wycieczkę do Nowego Jorku. 

Przy  okazji  załatwiłby  interes,  ale  jakże  inaczej  wszystko  by  wyglądało.  No  i  zbytnio  się 

zagalopował, zaczynając całą rozmowę od oznajmienia jej, że wyjeżdża.

Teraz albo pojedzie bez niej, albo będzie się musiał tłumaczyć.

Nienawidził wszelkich usprawiedliwień i tłumaczeń.

Huknął piorun, zagłuszając wiatr i deszcz bębniący w okno.

Kłopot  w  tym,  że  nie  wiedział,  jak  ma  to  rozegrać.  A  przecież  zawsze  znajdował 

sposób  na  rozwiązanie  każdego  problemu.  Ale  teraz  stanął  w  obliczu  innych  przeszkód:  na 

drodze miłości było więcej podstępnych zakrętów, niż przypuszczał.

Nie pierwszy raz ma do czynienia z trudną sytuacją.

Teraz należy pozwolić, by problem dojrzał, a rozwiązanie samo się znajdzie. Powinien 

skoncentrować się na czymś innym.

Zaczął  od  faksów,  które  nadeszły  w  ciągu  dnia.  Ponieważ  znał  już  treść  szkicu 

kontraktu Darcy, od  razu  włożył  go do  plastikowej teczki.  Pomyślał,  że  przynajmniej  w tej 

sprawie  wszystko  jest  jasne.  Była  genialnym  odkryciem  dla  Celtyckich  Nagrań,  które 

wyszkolą ją i zapewnią jej sławę. O to żadne z nich nie musi się martwić.

Pomyślał,  że  rodzice  powinni  usłyszeć  jej  głos  nagrany  na  taśmę.  Zawiezie  ją  do 

Nowego Jorku. Przynajmniej w ten sposób przedstawi ukochaną kobietę rodzinie.

Gdy tylko zrobi porządek na biurku, zabierze jej papiery do pubu, przejrzą je razem, 

odpowie na jej pytania i wątpliwości. Następnie powie Darcy, że chce mieć tę taśmę.

Zadowolony z takiego pomysłu, powrócił do swoich papierków.

Pomyślał,  czy  nie  zejść  na  dół  i  nie  zrobić  sobie  jeszcze  kawy,  a  także  poszukać 

czegoś do jedzenia. Jednak nie chciał jeść sam, co go denerwowało, ponieważ nigdy przedtem 

nie miewał takich problemów. Prawdę mówiąc, miał nawet ochotę rzucić pracę i pojechać do 

pubu, by znaleźć się wśród ludzi. Tam, gdzie jest Darcy.

Zamiast tego, pomimo burzy, uruchomił e - mail. Zdawał sobie sprawę, że należałoby 

wyłączyć komputer, musiał jednak zająć się czymś, co by go powstrzymało przed udaniem się 

do pubu.

Wyobrażał ją sobie, jak zerka na drzwi, zastanawiając się, kiedy się w nich pojawi -

nawet czerpał z tego przekorną satysfakcję.

background image

Zajął  się  najpierw  zawodowymi  sprawami.  Odpowiedział  na  faksy,  wydrukował 

niezbędne materiały i zabezpieczył to, co chciał sobie zachować, po czym przełączył się na 

prywatne dokumenty.

Na widok jednego z nich, od matki, uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu godzin.

Nie odzywasz się, nie piszesz. W każdym razie nie za często. Zdaje się, że udało mi się 

przekona Twojego ojca, by pojechać do Irlandii. Tym razem nie było to aż tak trudne. Tęskni 

za  Tobą  nie  mniej  niż  ja,  sądzę  też,  że  chce  wyrazić  własne  zdanie  w  sprawie  teatru.  Mam 

nadzieję, że prace postępują zgodnie z planem, jestem też pewna, że trzymasz rękę na pulsie.

Ojciec zaczął już przygotowywać się do podróży - nie ma pojęcia, że wiem o tym. Ja 

sama również to robię. I o ile wszystko dobrze pójdzie, przyjedziemy w przyszłym miesiącu. 

Kiedy już wszystko będzie załatwione, dam Ci zna.

Domyślam się, że jesteś bardzo zajęty, ponieważ nigdy nie było inaczej. Mam nadzieję, 

że znajdziesz trochę czasu dla siebie. Zbyt ciężko pracowałeś przed wyjazdem, jakbyś chciał 

się ukarać za Sylvię.

Nie  powiem  więcej  słowa  na  ten  temat,  ponieważ  już  widzę  to  Twoje  poirytowane 

spojrzenie. Nie, skłamałam, powiem jeszcze tylko jedno. Nie bądź wobec ludzi taki krytyczny, 

Trevorze. Bowiem nikt, nawet Ty sam, nie dorówna Twoim wymaganiom.

Na tym kończę. Kocham Cię, Trevorze. Przygotuj się na inwazję.

Mama

Czy  rzeczywiście  ma  takie  poirytowane  spojrzenie?  Przyjrzał  się  mętnemu  odbiciu 

swojej twarzy w szybie i doszedł do wniosku, że nie jest to wykluczone.

Wystukał odpowiedź.

Przyjeżdżaj jak najszybciej, żeby osobiście na mnie ponarzekać. Brakuje mi tego.

Z teatrem wszystko dobrze, choć warto by odpukać, żeby nie zapeszyć. Rozpętuje się 

jaka piekielna burza. Za chwilę będę musiał wyłączyć komputer.

Teatr będzie się nazywał „Duachais”. Sądzę , że znasz to gaelickie słowo, muszę tylko 

sprawdzić  pisownię.  Oznacza korzenie danego miejsca,  jego tradycje.  Pewna  bardzo  bystra 

kobieta uznała, że tak właśnie powinienem nazwać teatr. I miała rację.

Niepotrzebnie się niepokoisz, znajduję czas dla siebie. Zresztą inaczej tutaj się nie da 

żyć. Tyle jest dokoła ciekawych rzeczy.

Jestem  w  trakcie  podpisywania  kontraktu  na  nagrania  z  Darcy  Gallagher.  Ma  ona 

niezwykły talent. Już za rok jej głos, jej nazwisko i twarz będą wszystkim znane.

Jest ambitna, utalentowana, energiczna, żywiołowa, mądra i czarująca. Nie jakaś tam 

zahukana i nieśmiała dziewczyna. Polubisz ją.

background image

Zakochałem się w niej. Czy to dostateczny powód, żebym się czuł jak idiota?

Zatrzymał  się,  wpatrując  w  ostatnią  linijką.  Nie  zamierzał  tego  napisać.  Pokręcił 

głową i zabrał się za kasowanie.

Piorun  wypełnił  pokój  ostrym  niebieskim  światłem.  Trevor  zobaczył  w  dole  okna 

cienki, rozszczepiony wężyk, a zaraz po nim dał się słyszeć ogłuszający huk.

I zgasło światło.

-  Do  jasnej  cholery!  -  Taka  była  jego  pierwsza  myśl,  kiedy  doszedł  do  siebie. 

Uderzenie pioruna prawdopodobnie zniszczyło mu komputer.

Sam jest sobie winien. Dobrze o tym wiedział.

Ponieważ  ekran  był  czarny  jak  otaczający  go  świat,  co  wskazywało  na  to,  że  nie 

działało awaryjne zasilanie, zaklął ponownie i po omacku zaczął szukać latarki, którą położył 

przy komputerze.

Włączył  ją  -  i  nic.  Co  jest,  do  cholery?  Potrząsnął  nią  ze  złością.  Przecież  jeszcze 

przed chwilą świeciła mocno i jasno!

Zły wstał z miejsca, ruszył na ślepo w stronę łóżka, namacał nocny stolik i leżące tam 

zawsze zapałki i świecę.

Kiedy znowu uderzył piorun, podskoczył do góry i wysypał połowę zapałek z pudełka.

-  Weź  się  w  garść  -  mruknął  i  aż  zadrżał  na  dźwięk  własnego,  niosącego  się  w 

ciemnościach głosu. - To nie jest twoja pierwsza burza i  nie po raz pierwszy się zdarza, że 

wysiadło światło.

Ale tym razem było jakoś... inaczej. Miał wrażenie, że ta cała burza jest ukartowana 

przeciwko niemu.

Było to tak idiotyczne, że aż się roześmiał, zapalając równocześnie zapałkę. Poczuł, że 

wreszcie panuje nad sytuacją. Odetchnął z ulgą i sięgnął po świecę.

Wówczas rozległy się kolejne straszliwe grzmoty i zobaczył ją.

- Cierpliwość Carricka się wyczerpała.

Płomień świecy zamrugał, kiedy zadrżała mu  ręka. Dobrze, że jej nie wypuścił i nie 

podpalił domku.

- W czasie burzy ludzie często czują się nieswojo. - Gwen uśmiechnęła się do niego 

łagodnie. -  Nie  ma  się  czego  wstydzić.  On  też  o  tym wie,  możesz  mi  wierzyć, i  daje  w  tej 

chwili upust swojej wściekłości.

Trevor odstawił świecę.

- Trochę przesadza.

background image

- Mój Carrick lubi teatralne gesty. A poza tym on cierpi Trevorze. Oczekiwanie jest 

bardzo męczące, szczególnie wówczas, kiedy już niemal widać jego kres. Czy mogłabym ci 

zadać osobiste pytanie?

Omal  się  nie  roześmiał.  Ta  konwersacja  z  duchem  w  domku,  wokół  którego  biły 

pioruny, była taka dziwna, a jednocześnie tak zwyczajna.

- Proszę bardzo.

- Nie chciałabym cię urazić, ale nie rozumiem, co cię powstrzymuje przed wyznaniem 

miłości kobiecie, którą kochasz. - To nie takie proste, jakby się zdawało.

- Znam twoje zapatrywania. - W głosie Gwen pojawiła się teraz niecierpliwa prośba, 

naleganie,  chociaż  jej  ręce  pozostały  spokojne  i  nieruchome,  złożone  razem  na  wysokości 

talii. - Chciałabym wiedzieć, dlaczego nie chcesz załatwić tego w znacznie prostszy sposób.

-  Jeżeli  się  nie  przygotuje  odpowiedniego  gruntu,  nie  położy  fundamentu,  łatwo  o 

błędy. A najważniejszą sprawą jest to, żeby nie popełniać błędów.

-  Grunt,  fundament...  -  Gwen  zmarszczyła  brwi.  -  A  na  czym  ma  to  polegać  w  tym 

wypadku?

- Chcę pokazać Darcy, co może mieć, jakie życie może prowadzić.

- Masz na myśli te wszystkie wspaniałe rzeczy? Bogactwa i cuda?

- Tak, właśnie tak. Gdy je tylko zobaczy... - urwał przerażony, kiedy zadrżała pod nim 

podłoga. Zanim jednak zrobił krok, Gwen podniosła rękę.

-  Przepraszam  cię  bardzo,  czasami  i  ja  wpadam  w  gniew.  -  Nie  opuszczając  ręki 

zamknęła  oczy  i  kilkakrotnie  odetchnęła  głęboko.  Gdy  znowu  otworzyła  oczy,  były 

pociemniałe  ze  wzburzenia.  -  A  czyż  Carrick  nie  ofiarował  mi  tego  samego?  Klejnoty, 

bogactwo, pałac, nieśmiertelność. Czy nie popełniasz błędu, który kosztował nas tak drogo?

- Darcy nie jest taka jak pani.

-  Och,  Trevorze,  przyjrzyj  się  uważniej.  Jak  to  możliwe,  że  stojąc  na  tym  samym 

gruncie nie dostrzegacie się nawzajem? - Opuściła rękę. - No cóż, tej nocy to się nie dokona. 

A teraz pojedź do wsi. Potrzebują cię tam.

- Czy coś się stało Darcy? - zapytał przerażony.

- Ależ nie, jest zdrowa i cała. Ale potrzebują ciebie. To noc cudów, Trevorze Magee. 

Jedź już i weź w tym udział.

Nie wahał się ani przez chwilę. Ledwo się ulotniła, wybiegł w burzę.

background image

19

Powietrze  było  naelektryzowane.  Deszcz,  niczym  cienkie  igiełki,  smagał  twarz. 

Grudki gradu kładły trawą, masakrowały kwiaty.

Kolejna  błyskawica  rozdarła  niebo,  by  utorować  drogę  grzmotowi,  który  przetoczył 

się z groźnym łoskotem.

Trevor zadyszał się i przemókł, zanim dopadł do samochodu.

Rozum  ostrzegał  go,  że  wyprawa  w  taką  noc  to  zwariowany  pomysł.  O  wiele 

rozsądniej  byłoby  przeczekać  burzę,  zamiast  pchać  się  prosto  w  jej  paszczę.  Mimo  to 

przekręcił kluczyk w stacyjce.

Wiatr siał spustoszenie niczym anioł śmierci, szarpał żywopłotami, a strzępy kwiatów 

i liści fruwały jak oszalałe owady. Światło reflektorów wbijało się w deszcz. Trevor zmagał 

się z kierownicą bowiem w mgnieniu oka droga zamieniła się w grzęzawisko. Kiedy dotarł do 

zakrętu,  niebo  eksplodowało,  kłując  go  w  oczy  jaskrawym  światłem,  a  potem  nastąpił 

ogłuszający grzmot.

Spoza tego wszystkiego słyszał cichy płacz zrozpaczonej kobiety.

Zarzuciło go lekko na zakręcie. W oddali dostrzegł migotanie świateł Ardmore.

Świece  i  lampy.  Doszedł  do  wniosku,  że  muszą  mieć  też  generatory.  Darcy  jest 

bezpieczna w pubie. Nie ma powodu, by pędził jak szaleniec, kiedy nic złego się nie dzieje.

Podświadomie  czuł  jednak,  że  musi  się  śpieszyć.  Wpadł  w  poślizg  na  zakręcie  przy 

Tower Hill i zgasł mu silnik.

-  Co  jest,  do  diabła?  -  Wściekły,  przekręcił  kluczyk,  pompując  niecierpliwie  pedał 

gazu. Bez skutku.

Klnąc, otworzył schowek i chwycił latarkę. Dobrze, że przynajmniej ta działała.

Kiedy wysiadał z samochodu, wiatr omal nie powalił go z nóg. Deszcz chłostał, a grad 

smagał.

Nogi  zapadały  się  Trevorowi  w  błocie,  chociaż  chciał  biec  co  sił.  Kamienie 

nagrobków wystawały jak zęby z sięgającej do kolan warstwy mgły, której nie było nigdzie 

więcej.

Trevor pomyślał z oburzeniem, że to wszystko sprawka Carricka.

Błyskawica zajarzyła się niebiesko nad grobem Johna Magee.

Kwiaty?  Trevor  stanął  jak  wryty,  wpatrując  się  osłupiałym  wzrokiem  w  kobierzec 

kwiatów kwitnących jak tęcza. Podczas gdy zawierucha poszarpała i wbiła w ziemię trawę, te 

background image

delikatne płatki były otwarte i  doskonale piękne.  Wiatr, który go ścinał z nóg, kołysał nimi 

łagodnie, nie dotknął ich też lodowaty jęzor mgły.

Magia,  pomyślał  Trevor  i  spojrzał  w  kierunku  morza,  gdzie  huczały  i  rozbijały  się 

zwieńczone białą pianą potężne ściany fal. Magia nie zawsze bywa pogodna i przyjemna. Tej 

nocy jest pełna gniewu.

Pośliznął się i runął ze wzgórza. Uderzył z całej siły o pień drzewa, które pojawiło się 

tu nie wiadomo skąd. Ból przeszył mu ramię, idąc w zawody z ostrym kłuciem serca. Szedł 

dalej, co jakiś czas tracąc równowagę i staczając się po kamieniach. Gdy znowu znalazł się na 

twardym gruncie zaczął biec, dudniąc nogami po mokrym chodniku. Widział już pub i ciepły, 

zapraszający blask światła w oknie.

Kłuło  go  w  płucach,  skoncentrował  całą  uwagę  na  tym  świetle.  I  wtedy  coś 

przyciągnęło  jego  wzrok.  Spojrzał  do  góry,  spojrzał  w  dół  -  czy  coś  szepcze  na  wietrze? 

Płacz.  W  górnym  oknie  domu  Gallagherów  zobaczył  kobietę.  Błyszczące,  jasne  włosy, 

pociemniałe zielone oczy wpatrujące, się w niego.

Pomyślał, że  to  omam, ponieważ kobieta zniknęła  równie szybko, jak szybko biegła 

jego myśl. Za szybą widać było tylko słabiutkie światło i żadnego ruchu.

Omam, pomyślał znowu. A jednak coś jest nie tak. Zawrócił więc i, przedzierając się 

przez wiatr, dotarł do tamtych drzwi. Popchnął je i otworzył, wpuszczając do środka wiatr i 

deszcz. Jeszcze nie zdążył zawołać, kiedy ujrzał siedzącą na górze schodów Jude. Była blada 

jak papier, miała zmierzwione włosy, a szlafrok mokry od potu.

- Dzięki Bogu! Och, dzięki Bogu! Nie mogę zejść! - Zaszlochała cichutko, obejmując 

rękami brzuch. - Zaraz urodzę.

Stłumił w sobie panikę i pokonując po dwa schody naraz dobiegł do niej, złapał ją za 

rękę.

- Oddychaj głęboko. Patrz na mnie i oddychaj.

- Tak, tak. - Nie odrywała od niego szeroko rozwartych oczu. - Boże, ale to boli!

- Wiem, wiem, kochanie, oddychaj równo.

- Nie spodziewałam się nigdy... To wszystko dzieje się tak szybko. - Kiedy na chwilę 

ustał  ten  cholerny ból  i  kiedy złapała  oddech,  uniosła  rękę, żeby  odgarnąć  do  tyłu  włosy.  -

Wzięłam sobie herbatę do łóżka. Rozmawiałam z Aidanem i powiedziałam, że kładę się spać. 

I nagle to się zaczęło.

- Zawieziemy cię do szpitala. Wszystko będzie dobrze.

- Zawołaj Aidana, jest już za późno. Nie dotrwam. Znowu panika dała o sobie znać, 

ale zdławił ją, zanim zdążyła to zauważyć.

background image

- Taka sprawa zwykle trochę trwa. Jak często masz skurcze?

- Nie wiem. Telefon jest na dole. Chciałam zadzwonić do pubu albo do lekarza, ale nie 

mogłam zejść. Przedtem miałam skurcze co dwie minuty, a teraz znacznie częściej.

Boże!

- Czy wody odeszły?

- Tak. To nie powinno się tak szybko dziać. Wiem to z lekcji, z książek. To powinno 

potrwać parę godzin. Sprowadź Aidana. Proszę, sprowadź... O Boże, znowu się zaczyna.

Uspokajał ją łagodnym głosem, dodawał odwagi, a jednocześnie jego mózg pracował 

na  pełnych  obrotach.  Był  obecny  przy  trzech  porodach  i  wiedział,  że  Jude  ma  rację.  Nie 

dotrwa do szpitala.

- Położę cię do łóżka. Obejmij mnie za szyję. O tak.

- Potrzebuję Aidana. - Chciało jej się płakać, krzyczeć, szlochać.

- Wiem. Zaraz po niego pójdę. Zachowaj spokój, Jude. - Położył ją na łóżku i zapalił 

świece.  To  wszystko,  co  mógł  na  razie  zrobić.  -  Kiedy  nastąpią  kolejne  skurcze,  oddychaj 

głęboko. Zaraz wracam.

-  Wytrzymam.  -  Położyła  głowę  na  poduszkach,  które  jej  przygotował.  Musi 

wytrzymać. Przecież od tego zależy wszystko. - Przez całe wieki kobiety rodziły bez lekarzy i 

szpitali. - Uśmiechnęła się z trudem. - Spiesz się.

Wolał  nie  myśleć,  ile  będzie  musiała  znieść  skurczów  zdana  tylko  na  siebie,  jak 

bardzo jest przerażona, leżąc tam samotnie w łóżku, mając tylko dwie świece za oświetlenie. 

Wolał nie myśleć o najgorszym.

Wypadł  z  powrotem  w  burzę.  Wiatr  zmienił  kierunek  i  wiał  mu  teraz  w  plecy, 

popychając go, jakby i jemu zależało na pośpiechu. Trevorowi zdawało się, że przebiegł już 

parę kilometrów, zanim położył rękę na klamce pubu Gallaghera.

Gdy otworzył drzwi, usłyszał muzykę i śmiech.

Darcy zwróciła się w jego stronę, promieniejąc z radości.

- No, no, patrzcie tylko, kogo nam napędziła burza - zawołała i natychmiast umilkła, 

widząc wyraz jego oczu. - Co się stało? Jesteś ranny?

Pokręcił głową i powiedział do Aidana:

- Chodzi o Jude.

- O Jude? - Trevor jeszcze nigdy nie widział, żeby krew odpłynęła tak szybko z twarzy 

człowieka. - Co się stało? - Aidan odrzucił barierkę i wypadł zza baru.

- Zaczął się poród.

- Dzwoń po lekarza - krzyknął Aidan do Darcy, wybiegając na dwór.

background image

- Już za późno, żeby sprowadzać lekarza, a zresztą telefony i tak nie działają - wyjaśnił 

Trevor.

- Matko Boska! - Darcy w jednej chwili zdławiła w sobie paniczny strach. - Musimy 

się spieszyć. Jack, zajmij się barem. Niech ktoś powiadomi Shawna i Brennę. Tim, sprowadź 

Mollie O'Toole. Ona będzie wiedziała, co należy robić.

Zapominając o kurtce, wypadła na deszcz.

- Jak ją znalazłeś? - Krzyczała, ale jej głos ginął w huku fal rozbijających się o brzeg.

-  Jechałem  do  wsi  i  zobaczyłem,  że  jej  dom  jest  całkiem  ciemny.  Pomyślałem,  że 

pewnie dzieje się coś niedobrego.

- Nie, nie, chodzi mi o to, jak ona się ma. Czy się trzyma?

- Była zupełnie sama, przerażona. - Trevor nie mógł zapomnieć jej wyglądu.

-  Nasza  Jude  Frances  jest  twarda.  Przetrzyma  to.  Musimy  się  tylko  zastanowić,  co 

teraz czynić.

Gdy wbiegli do domu, Darcy zgarnęła przyklejone do twarzy włosy.

- Nie musisz wchodzić na górę. To niezwykły widok dla mężczyzny.

- Idę.

Jude  siedziała  na  łóżku,  dysząc  ciężko,  podczas  gdy  Aidan  ściskał  mocno  jej  ręce. 

Miał nieprzytomny wzrok, ale przemawiał do niej łagodnym, śpiewnym głosem.

- Tak to zwykle bywa, kochanie, wszystko w porządku. Jeszcze tylko trochę.

Opadła na poduszki zlana potem.

- Bóle są coraz silniejsze.

Aidan podniósł się z miejsca, ale nadal mocno trzymał rękę Jude.

-  Mówi,  że  będzie  tutaj  rodzić.  Nie  chce  mnie  słuchać,  że  tutaj  nie  może  urodzić 

dziecka.

-  Dlaczego  nie  może?  -  Pomimo  śmiertelnego  przerażenia  głos  Darcy  zabrzmiał 

wesoło.  Wiedziała,  że  jeśli  Aidan  wpadnie  w  panikę,  cała  sprawa  będzie  przegrana.  -

Znacznie  przyjemniej  jest  rodzić  we  własnym  domu!  Ale  sobie  wybrałaś  noc,  Jude,  na 

wydanie na świat kolejnego Gallaghera. Szaloną noc.

Mówiąc,  stanęła  przy  łóżku,  wytarła  twarz  Jude  skrawkiem  prześcieradła.  Co  robić? 

Co powinna zrobić? Boże, nie może pozbierać myśli. Musi zmusić się do myślenia.

- Jude, chodziłaś na lekcje rodzenia. Może nam podpowiesz, co mamy zrobić, żeby ci 

choć trochę pomóc?

- Nie wiem. To miało być inaczej. Boże, jak mi się chce pić!

- Zaraz ci dam trochę wody.

background image

-  Z  lodem  -  wtrącił  się  Trevor.  -  Aidanie,  usiądź  za  nią  w  łóżku,  żeby  mogła  się 

oprzeć. Będzie jej lepiej w pozycji lekko siedzącej. Trzy razy pomagałem tak mojej siostrze.

Oczywiście wtedy odbywało się to w przytulnej, czystej sali porodowej, w obecności 

szwagra, lekarza i położnej.

-  No  proszę!  -  Darcy  uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Mężczyzna  z  doświadczeniem. 

Akurat to, czego potrzebujemy. Przyniosę ci zimne wilgotne prześcieradła, kochana, a potem 

trochę lodu.

Jude wstrzymała powietrze i uchwyciła się ramienia Darcy. - Już wychodzi!

- Nie, jeszcze nie. Trevor odrzucił prześcieradło. - Widać główkę. - Nie przyj jeszcze, 

Jude. Oddychaj.

- O to chodzi, kochanie - powiedział Aidan. - Chwytaj powietrze. - Objął Jude i zaczął 

okrężnym  ruchem  masować  jej  twardy jak  kamień  brzuch.  -  Trzymaj  się  jeszcze  i  głęboko 

oddychaj, a oszczędzisz sobie trochę bólu.

- Oszczędzę, dobre sobie! - Przy skurczu, który sięgnął zenitu, Jude opadła na plecy, 

uchwyciła  się  jego  włosów,  a  jej  oczy  omal  nie  wyszły  z  orbit  -  Co  ty  o  tym  wiesz,  do 

cholery! Co ty, do jasnej cholery, wiesz, ty draniu.

-  Nie  krępuj  się  powiedziała  Darcy, zastanawiając  się,  jak  głęboko wbijają  się  w  jej 

ramię palce Jude. - Są jeszcze lepsze słowa na jego określenie.

- Idiota, bałwan, pawian. Bydlak! - wrzasnęła Jude, kiedy przygwoździł ją ból.

- Mów wszystko, co chcesz, kochanie - szeptał Aidan, nie przestając jej głaskać. - No, 

widzisz,  już  ci  lepiej.  Żebyś  jeszcze  puściła  moje  włosy  i  zostawiła  mi  te,  których  nie 

wyrwałaś z cebulkami.

- Bierzmy się do pracy - Trevor pomyślał, że z każdą sekundą ubywa czasu. Usłyszał 

rumor  przy  frontowych  drzwiach,  głośny  tupot  nóg  na  schodach,  i  stwierdził  z  ulgą,  że 

przybywa im rąk do pomocy.

Kiedy Shawn i Brenna wpadli do pokoju, zaczął wydawać polecenia.

- Shawn! Napal tutaj. Brenna! Zejdź na dół i przynieś trochę pokruszonego lodu, żeby 

Jude  mogła  go  ssać.  Znajdź  jakieś  dobre,  ostre  nożyczki  i  sznurek.  Darcy!  Postaraj  się  o 

świeże prześcieradła i ręczniki.

Kiedy się rozbiegli, Trevor spojrzał na Jude.

- Zaraz cię obmyję. Moja siostra mówiła, że podczas rozwiązania uspokaja ją muzyka.

- My też będziemy mieć muzykę. Trevor przytaknął ruchem głowy.

background image

- Śpiewaj - nakazał Aidanowi, zanim wyszedł z pokoju. Uwijali się zwinnie i szybko. 

Po  dziesięciu  minutach  ogień  w  kominku  napełniał  pokój  światłem  i  ciepłem.  Na  zewnątrz 

wyła burza, ale tutaj, w tym pokoju, rozbrzmiewał śpiew.

Oparta  o  Aidana  Jude  starała  się  chwytać  powietrze,  które  uchodziło  z  niej  podczas 

skurczów.  Całą  siłą  woli  koncentrowała  się  na  dziecku,  które  postanowiło  właśnie  teraz 

przyjść na świat. W takiej sytuacji nie było już miejsca na wstyd i czuła tylko wdzięczność do 

Trevora, klęczącego u jej stóp, między jej rozstawionymi kolanami.

- Muszę przeć. Muszę.

- Wytrzymaj jeszcze chwilę. Kiedy ci powiem, będziesz musiała się zatrzymać, żebym 

zdołał  odwrócić  dziecko.  -  Przypomniał  sobie  to,  co  kiedyś  widział.  Da  sobie  radę.  -  Przy 

kolejnym skurczu przyj, a kiedy powiem stop, zatrzymaj się i oddychaj. - Wytarł ramieniem 

pot z czoła. Nabrał powietrza w płuca.

- Zaczyna się. Muszę...

-  Przyj!  -  powiedział,  kiedy  błyskawica  rozświetliła  pokój.  I  wtedy,  ku  zaskoczeniu 

Trevora,  dziecko  wystrzeliło  jak  mały,  śliski  pocisk,  prosto  w  jego  ręce,  i  od  razu  zaczęło 

kwilić.

Ogłupiały wpatrywał się w żywą istotkę w swoich rękach.

-  Ale  się  spieszyła.  To  dziewczynka  -  wydusił  z  siebie  i  spojrzał  do  góry.  Napotkał 

wzrok Darcy i zobaczył po raz trzeci, że płacze.

- Jude. - Kołysząc ją Aidan wtulił twarz w jej włosy. - Spójrz na nią. Tylko spójrz. Jest 

piękna.

-  Ja  chcę...  -  Nie  mogąc  więcej  wydusić  słowa,  Jude  wyciągnęła  ramiona.  Kiedy 

Trevor  położył  maleństwo  na  jej  brzuchu,  zaśmiała  się.  - Jest  wspaniała!  Ma  już  włoski. 

Popatrz na nią. Jakie śliczne czarne włoski.

- I silny głos. - Shawn obszedł dookoła łóżko, pochylił się i delikatnie pocałował Jude 

w policzek. - Ma twój nos, Jude Frances.

- Naprawdę? - Odwracając głowę, pocałowała w usta Aidana. - Dziękuję ci.

-  Jak  ją  nazwiemy?  -  Darcy  wykręciła  mokrą  szmatkę  i  otarła  nią  twarz  Jude. 

Najchętniej  padłaby  obok  łóżka  śmiejąc  się  i  płacząc.  Ale  jeszcze  nie  mogła  sobie  na  to 

pozwolić. - No więc, jakie wybierzemy dla niej imię?

- Ailish. - Jude przerwała liczenie paluszków swojej córeczki i spojrzała na Trevora. -

Jak ma na imię twoja mama?

- Moja mama? Carolyn.

background image

-  Więc  będzie  się  nazywać  Ailish  Carolyn  Gallagher.  A  wy  wszyscy  będziecie  jej 

chrzestnymi.

Nikt nie zauważył, kiedy skończyła się burza.

* * *

Trevor  z  trudem  zszedł  po  schodach.  Czuł  się  tak  naładowany  energią,  że  mógłby 

przebiec piętnaście kilometrów, ale zarazem nogi miał jak z waty.

W kuchni nalano mu szklaneczkę whiskey. Wziął ją bez słowa i wypił.

-  Brawo,  ale  wypijemy  jeszcze  jedną -  powiedziała  Brenna,  czyniąca  honory  pani 

domu. - Musimy wznieść toast. Za Ailish Carolyn Gallagher.

Stuknęli  się  szklankami  i  Trevor  wypił  znowu,  zapominając  o  swojej  zwykłej 

przezorności, dostosowując się do panującego nastroju.

- I za tę noc.

- No właśnie. - Shawn klepnął go po plecach. - Niech cię Bóg błogosławi, Trevorze, 

okazałeś się mistrzem.

-  Nie  ujmując  nic  Trevorowi,  za  dzisiejszą  noc  przyznałabym  palmę  pierwszeństwa 

Jude.  Mam  nadzieję,  że  kiedy  przyjdzie  mój  czas,  będę  choć  w  połowie  taka  dzielna  i 

zdecydowana - powiedziała Brenna.

Trevor zauważył, jak wymienili pomiędzy sobą porozumiewawcze spojrzenia.

- Jesteś w ciąży?

-  Właśnie  zakomunikowaliśmy  to  dzisiaj  w  pubie.  I  dlatego  piję  herbatę  zamiast 

whiskey. Ale nie musisz się martwić ponieważ rozwiązania spodziewam się nie wcześniej niż 

w lutym, kiedy już będziemy wykańczać teatr.

- Moje gratulacje - powiedział Trevor. Najpierw stuknął się szklanką z nią, a potem z 

Shawnem. - Tylko nie śpiesz się tak jak twoja bratowa.

- Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Bardzo jej pomogłeś.

- To prawda - przyznał Shawn. - A teraz wracajmy do pubu i obwieśćmy nowinę. Jeśli 

czujesz się na siłach, chodź z nami. Obiecuję, że do końca życia nie zapłacisz pensa za drinki 

w pubie Gallaghera.

Ku zdumieniu Trevora Shawn ujął go za ramiona i ucałował mocno.

- Niech cię Bóg błogosławi. Zmykamy, Brenna. Trevor pozostał sam. Zaśmiał się.

- To jest szczęśliwa noc - powiedziała Darcy, wchodząc do kuchni.

- Shawn pocałował mnie prosto w usta.

background image

-  Cóż,  nie  mogę  być  gorsza  od  mojego  brata.  -  Podeszła  do  niego  i  pocałowała  go 

mocno.  Położyła  rękę  na  jego  policzku,  a  jej  oczy  stały  się  łagodne  i  czułe.  -  Jesteś 

bohaterem. Nie, nie zaprzeczaj. Bez ciebie moglibyśmy coś spartaczyć, wolę nawet o tym nie 

myśleć.

- Zachowałaś zimną krew.

- Miałam ochotę wybiec stamtąd i wyć.

- Ja też.

- Naprawdę? Wyglądałeś na całkiem spokojnego, jakby odbieranie porodów było dla 

ciebie zwykłą sprawą.

- Strasznie się bałem.

- Więc jesteś nawet bardziej niż bohaterem.

- To żadne bohaterstwo. - Teraz mógł się do tego przyznać. - Gdy rodziła moja siostra, 

nie miałem tam nic do roboty. Trzymałem ją za rękę i słuchałem, jak przeklina swojego męża. 

Byli przy tym lekarze, były monitory... - powiedział  i poczuł się zmęczony. - Dopił resztkę 

whiskey. - Tu było  inaczej.  Burza, brak prądu, ten  pośpiech. A jednak poród  odbył się, jak 

należy.

- I my wszyscy byliśmy razem w tym domu. - Dotknęła ręką jego ramienia. Czuję się, 

jakbym uczestniczyła w cudzie. Czy tylko nasza Ailish jest aby zdrowa?

- Wygląda doskonale. Nie martw się.

- Oczywiście. Tak głośno płakała i miała taki apetyt! A Jude wprost promienieje. Więc 

wznieśmy toast za nasz doskonały, maleńki cud.

Popatrzył na butelkę.

- Wzniosłem już dwa, z Brenna i Shawnem.

- A jaka jest twoja norma? - zapytała, sięgając po szklankę.

-  Nieważne.  Nie  ma  o  czym  mówić.  A  więc  za  nasz  cud.  Za  nowo  narodzonego 

Gallaghera.

Podniosła  szklankę  do  ust  i  wypiła  jej  zawartość  jednym  haustem,  tak  że  Trevor 

poczuł się zobowiązany uczynić to samo.

- Przygotuję młodej matce trochę herbaty, a potem posprzątam. Pójdziesz do pubu? -

zapytała.

- Zaczekam tutaj na ciebie.

-  Świetnie.  -  Odwróciła  się,  żeby  nastawić  czajnik,  ale  zobaczyła  gorący  jeszcze 

dzbanek  pod  kapturkiem  z  materiału.  -  Shawn  i  w  tym  zdążył  mnie  ubiec,  nie  tylko  w 

pocałunkach. Posiedź trochę i odpocznij. Odbieranie porodów to wyczerpujące zajęcie.

background image

- Nie musisz mi tego mówić.

Postanowił  udać  się  na  górę,  sprawdzić,  czy  nie  trzeba  w  czymś  pomóc.  Nie  mógł 

usiedzieć na miejscu. Rozsadzała go energia.

Właśnie wtedy usłyszał, że otwierają się drzwi i Darcy wita Mollie O'Toole.

Dzięki  Bogu,  pomyślał  z  ulgą  Trevor,  po  raz  pierwszy  w  życiu  nie  mogąc  się 

doczekać, kiedy przekaże ster w inne ręce. Zaczął szukać kawy, ale w tym momencie wszedł 

Aidan.

- Oto opatrznościowy człowiek.

Tym razem Trevor był już przygotowany na kolejne pocałunki.

- Jak Jude? - zapytał.

-  Jest  rozpromieniona.  Siedzi  w  łóżku,  śliczna  jak  marzenie,  i  popija  herbatę,  gdy 

tymczasem Darcy tuli maleństwo, - Darcy?

- Wykopała mnie z pokoju - powiedział Aidan, wyjmując szklankę. - Powiedziała, że 

mam  tu  zejść  i  jako  świeżo  upieczony  ojciec  nalać  sobie  szklankę,  a  jej  dać  możliwość 

skorzystania z przywileju cioteczki i porozpieszczać trochę dziecko.

- Cioteczki? - Nie był w stanie wyobrazić sobie Darcy w takim charakterze.

- Mollie O'Toole jest okropnie przejęta, chce tu zostać na noc. Zdążyły już  przebrać 

Ailish w nocną koszulkę z koronek. Wygląda... - Oparł się o stół.

-  Chryste!  W  głowie  mi  się  kręci.  Nawet  nie  podejrzewałem,  że  można  tak 

natychmiast pokochać nową żywą istotę. Nie ma jeszcze godziny, a już gotów byłbym umrzeć 

dla  niej.  Kiedy  pomyślę,  że  mógłbym  jej  nie  mieć,  gdyby  los  nie  okazał  się  dla  mnie  taki 

łaskawy... Za tę jedną noc będę twoim dłużnikiem do końca życia.

- Daj spokój.

- Jeżeli pewnego dnia sam zostaniesz szczęśliwym ojcem, przekonasz się wtedy, ile to 

jest warte. Irlandczycy to sentymentalny naród. Napijmy się więc, żebym odzyskał władzę w 

nogach.

Trevor pomyślał, że jeżeli to wznoszenie toastów będzie szło w tym tempie, nie tylko 

straci  władzę  w  nogach,  ale  padnie  na  twarz.  Mimo  to  napił  się  z  Aidanem  za  świeżo 

upieczoną matkę, a potem za dziecko.

Gdy  Darcy  zeszła  na  dół,  widział  już  wszystko  jak  przez  mgłę.  I  czuł  się  z  tym 

doskonale.

-  Zdaje  się,  że  jesteś  na  najlepszej  drodze,  by  zalać  się  w  trupa,  kochanie?  -

powiedziała.

- Nie piję nigdy więcej niż dwa drinki. Później traci się orientację.

background image

- Ale tym razem odstąpiłeś od tej słusznej i żelaznej zasady.

- Nie mogłem odmówić wzniesienia toastu za maleństwo.

- Oczywiście.

-  Wypijemy  znowu  za  zdrowie  dziecka?  -  zapytał  z  taką  błogą  nadzieją,  że 

zachichotała.

- Sądzę, że już czas, żebyśmy się udali do pubu, a potem zobaczymy. Pomogę ci się 

podnieść. Oprzyj się na mnie.

-  Sam  wstanę.  -  Lekko  urażony,  odepchnął  się  od  stołu.  Gdy  tylko  znalazł  się  w 

pozycji  pionowej,  wszystko  zaczęło  wirować wokół  niego.  -  No  proszę.  -  Wyciągnął  przed 

siebie rękę. - Mam się świetnie. Muszę tylko złapać równowagę.

- Daj mi znać, kiedy ci się to uda. - Zerknęła w kierunku butelki. Nie zdawała sobie 

sprawy,  że  aż  tyle  tego  wlali  w  biedaka.  -  Po  wszystkich  twoich  bohaterskich  czynach 

potraktowaliśmy cię zbyt okrutnie. - Delikatnie objęła go ramieniem w pasie. - Pójdziemy i 

zjesz coś gorącego. Jestem pewna, że masz na coś apetyt.

- Na ciebie. Aidan mnie pocałował, teraz twoja kolej.

- Przyjdzie i na to czas.

- Zajrzyjmy jeszcze do dzidziusia. Uwielbiam dzieci. - Próbował zakręcić na schody, 

które mijali, ale poprowadziła go prosto do drzwi.

- Naprawdę? - No, no, co za odkrycie! - Wybierzemy się do niej jutro rano. Ailish śpi 

teraz jak aniołek,  a  Jude  musi  odpocząć. - Udało  jej się otworzyć drzwi  i  wyciągnąć  go na 

dwór.

Świeże powietrze uderzyło w niego jak morska fala, aż się zatoczył.

- Rany, co za noc.

- Uprzedzam, że jeśli stracisz przytomność, zostawię cię tam, gdzie upadniesz. - Ale 

pomimo tej groźby, wzmocniła uścisk.

- Nie stracę przytomności, a nawet się nie przewrócę. Czuję się wspaniale.

Pokazały  się  gwiazdy.  Tysiące  gwiazd  świeciło,  mrugało,  błyszczało  na  czarnym 

niebie. Zupełnie jakby nigdy nie było burzy.

- Słyszysz muzykę z pubu? - Zatrzymał się. - Co to za piosenka? Skądś ją znam. - Po 

czym, ku zdumieniu Darcy, zaczął śpiewać.

Stojąc na wietrze pod gwiazdami dołączyła do niego.

- Zawsze przy tej piosence myślę o tobie - powiedział, gdy skończyli.

background image

-  Biorąc  pod  uwagę  obecne  okoliczności,  potraktuję  to  jako  komplement.  Nie 

wiedziałam, że potrafisz śpiewać, Trevorze Magee, i to takim czystym, mocnym głosem. Ile 

jeszcze niespodzianek kryjesz przede mną?

- Dowiesz się w swoim czasie.

- Liczę na to.

background image

20

Prawie wszystko zlewało się w jedną rozmazaną plamę. Twarze, głosy, ruchy. Stracił 

rachubę wsuwanych mu do rąk kufli piwa, a także poklepywań po plecach. Pamiętał, że go 

bezustannie całowano.

Wiele osób się popłakało. Był śmiertelnie przerażony, że mógł być jedną z nich.

Były też śpiewy - mógłby przysiąc, że wystąpił solo. Tańce - niejasno zapamiętał, że 

obracał się w koło po podłodze z głównym elektrykiem, krzepkim mężczyzną z tatuażem. W 

jakimś momencie wygłosił chyba przemówienie.

Podczas tego chaosu Darcy zaciągnęła go do kuchni i wlała w niego trochę zupy. Albo 

wsadziła mu głowę do talerza, nie pamiętał tego dokładnie.

Zapamiętał natomiast, że mocował się z nią na podłodze, co by nie było takim złym 

pomysłem,  gdyby nie Shawn,  który przebywał  w tym samym czasie  w  kuchni.  I gdyby nie 

przegrał z kobietą, od której znacznie więcej ważył. Chryste! Spił się do obrzydliwości.

Zdarzało  mu  się  dawniej  pić,  przecież  chodził  do  college'u.  Potrafił  wypić  i 

zabalować. Ale tym razem całkiem się urżnął i wcale go nie cieszyła ta mgła przysłaniająca 

szczegóły jego zachowania.

W tym wszystkim była przynajmniej jedna drobna sprawa, którą zapamiętał wyraźnie. 

Czysta jak kryształ z Waterford.

Darcy zaprowadziła go do łóżka, na które się zwalił, śpiewając wciąż, to też pamięta, 

żenująco wulgarną wersję Rosę of Tralee. W trakcie tego zrobił dostatecznie długą przerwę, 

by poinformować Darcy, że córka kuzynki ciotki jego matki została wybrana Różą Chicago 

gdzieś w okolicy 1980 roku.

Kiedy  już  znajdował  się  w  pozycji  horyzontalnej,  złożył  jej  nietypową  lubieżną 

propozycję, po której każda inna kobieta zrzuciłaby go ze schodów.  Lecz Darcy roześmiała 

się tylko, mówiąc,  że  mężczyźni  w tym stanie do niczego się nie nadają i żeby już  poszedł 

spać.

Był jej wielce zobowiązany, gdyż uchroniła go przed niechybną kompromitacją.

Ale teraz był w pełni przytomny, leżał w kompletnych ciemnościach, mając w ustach 

piasek, a w głowie buczące bębny.

Leżał w nadziei, że o wszystkim zapomni.

background image

A kiedy nie spełniło się jego pragnienie, pomyślał, jak dobrze byłoby odpiłować sobie 

głowę,  odłożyć  ją  na  bok,  żeby  mu  nie  przeszkadzała,  i  zasnąć  wreszcie  spokojnie.  Ale  do 

tego potrzebna była cholerna piła.

Dochodząc  do  wniosku,  że  aspiryna  będzie  chyba  rozsądniejszym  rozwiązaniem, 

troszeczkę się uspokoił. Powstrzymując jęk usiadł na łóżku.

Przez  sklejone  powieki  wpatrywał  się  w  świecącą  tarczę  zegara  koło  łóżka.  Trzecia 

czterdzieści pięć. No cóż, odtąd wszystko będzie szło ku lepszemu. Ostrożnie odwrócił głowę 

i zobaczył śpiącą smacznie Darcy.

Do piasku w ustach dołączyło uczucie goryczy. Że też może ona spać spokojnie, kiedy 

obok niej umiera człowiek. Gdzie jej wrażliwość i współczucie? Czy nie ma kaca?

Z wielkim trudem powstrzymał się od dania jej kuksańca za tak marne dotrzymywanie 

mu towarzystwa.

W końcu stanął na nogi, zgrzytając zębami, kiedy zakołysał się pokój. Za nim poszedł 

jego żołądek, buntując się i przyprawiając go o mdłości.

Przysiągł sobie, że już nigdy więcej się nie upije. Nawet gdyby mu przyszło odbierać 

poród trojaczków w czasie tornado. Gdy o tym  wspomniał, miał ochotę się uśmiechnąć, ale 

kuśtykając w stronę łazienki zdobył się jedynie na grymas.

Nie zastanawiając się, zapalił światło, by w tej samej niemal chwili usłyszeć piskliwe 

wycie,  które  okazało  się  być  jego  własnym  przedśmiertnym  wrzaskiem.  Oślepiony,  dopadł 

kontaktu i krzyk przeszedł w cichnący skowyt, kiedy znowu zapadła błogosławiona ciemność.

Stał, opierając się plecami o ścianę, próbując odzyskać oddech.

- Trevor? - usłyszał cichy głos Darcy i poczuł delikatną rękę na ramieniu. - Dobrze się 

czujesz?

-  Po  prostu  wybornie.  A  ty?  -  Słowa  z  trudem  wydobyły  się  z  gardła,  wyłożonego 

gruboziarnistym papierem ściernym.

- Biedaku. Ale gdybyś nie miał kaca po ostatniej nocy, nie byłbyś człowiekiem. Chodź 

do mnie, kochanie, połóż się z powrotem i pozwól Darcy zająć się sobą.

Teraz,  gdy  obudzona  chciała  ulżyć  jego  niedoli,  do  wstrętnej  mieszanki,  która  go 

zwalała z nóg, doszła jeszcze irytacja.

- Ty i ta twoja horda sadystów już się mną zajęliście.

- Och, to było straszne. Bardzo się tego wstydzę.

- Kpisz ze mnie?

- Oczywiście. - Pociągnęła  go za ramię, zaciągnęła z powrotem do sypialni. - Ale to 

nie ma nic do rzeczy. A teraz chodź i usiądź sobie.

background image

Pomyślał,  że  Darcy  zna  się  na  rzeczy.  Ciekawe,  ilu  pijanych  mężczyzn  kładła  do 

łóżka. To była wstrętna myśl, niegodziwa myśl i, chociaż wiedział o tym, nie mógł się od niej 

wyzwolić.

- Masz w tym duże doświadczenie, prawda?

Było  coś  przykrego  w  tonie  jego  głosu,  jakby  chciał  ją  obrazić,  ale  wzruszyła  tylko 

ramionami, kładąc to na karb jego złego samopoczucia.

- Nie da  się prowadzić  pubu, nie mając  od czasu  do czasu do  czynienia z  kimś,  kto 

sobie zanadto pofolguje. Po prostu teraz potrzebna ci jest kuracja.

- Jeśli sądzisz, że wlejesz we mnie więcej whiskey, to chyba upadłaś na głowę.

- Nie, nie, mam coś lepszego od klina. Nie bój się i leż spokojnie. - Poprawiła pod nim 

poduszki, delikatnie i fachowo, niczym pielęgniarka. - To mi zajmie tylko chwilę. Powinnam 

to była przygotować wieczorem, ale nie miałam do tego głowy przy tym całym rozgardiaszu.

- Chcę tylko aspirynę.

- Wiem. - Dotknęła wargami jego obolałej głowy. - Zaraz wracam.

Co  tu  jest  grane?  Dlaczego  jest  taka  miła,  taka  słodka?  Obudził  ją  o  czwartej  nad 

ranem  i  nawarczał  na  nią.  Dlaczego  nie  odwarknęła?  Dlaczego  ona  nie  czuje  żadnych 

dotkliwych skutków wczorajszej uroczystości?

Pełen  podejrzeń  zmusił  się,  żeby  wstać  znowu  i  zaciskając  szczęki  włożył  spodnie. 

Znalazł ją w kuchni, gdy mieszała jakąś miksturę w słoiku.

- Byłaś trzeźwa?

Przerwała  swoje  zajęcie  i  popatrzyła  na  niego.  Wygląda  niechlujnie  i  nieświeżo,  a 

nadal jest przy tym taki przystojny.

- Oczywiście. - Dlaczego?

-  Jeszcze  zanim  poszliśmy  do  pubu,  było  widać  jak  na  dłoni,  że  upijesz  się  za  nas 

oboje.  I  miałeś  do  tego  wszelkie  prawo.  Kochanie,  nie  mógłbyś  usiąść?  Nie  musisz  się 

dodatkowo torturować. Pewnie masz głowę spuchniętą jak bania.

-  Nie  mam  zwyczaju  się  upijać  -  powiedział  z  godnością,  ale  ponieważ  odczuwał 

mdłości, wycofał się do gościnnego pokoju i usiadł na oparciu fotela.

- Nie wątpię. - Wiedziała,  że  dlatego źle  się czuje  i  jest taki drażliwy. -  Ale to  była 

wyjątkowa  noc  i  ty  odegrałeś  w  niej  wielką  rolę.  Od  czasu  wesela  Brenny  i  Shawna,  które 

trwało cały dzień i pół nocy, nie mieliśmy tutaj takiej dobrej zabawy.

Weszła,  w  spływającym  do  stóp  szlafroczku,  niosąc  jakiś  ciemny,  podejrzanie 

wyglądający płyn w szklance.

- Przecież mieliśmy tyle do uczczenia. Jude, dziecko, teatr.

background image

- Teatr?

-  Ochrzciłeś  go.  Och,  zdaje  się,  że  to  piwo  nieźle  rozmiękczyło  ci  mózg,  prawda? 

Ogłosiłeś wszem i wobec nazwę teatru: „Duachais”. Nigdy nie byłam taka dumna, Trevorze. 

Obecni w pubie byli po prostu wniebowzięci. To piękna i dobra nazwa. Wiele znacząca dla 

nas wszystkich.

Dlaczego ogłosił to, kiedy nie był trzeźwy? A gdzie powaga sytuacji?

- To twój pomysł.

-  Podsunęłam  tylko  samo  słowo.  Ty  znalazłeś  dla  niego  właściwe  zastosowanie.  A 

teraz popij tym aspirynę i ani się obejrzysz, kiedy poczujesz się jak nowo narodzony.

- Co to takiego?

- Mikstura Gallaghera, taki napój leczniczy, specjalność naszej rodziny.

Wziął aspirynę z jej wyciągniętej ręki, a potem szklankę. Darcy wyglądała wspaniale -

wypoczęta, z rozpuszczonymi lśniącymi włosami, z błyszczącymi wesołymi oczami, z ustami 

ułożonymi  w  grymas,  który  można  by  nazwać  współczuciem.  Rozpaczliwie  pragnął  złożyć 

obolałą głowę na jej prześlicznych piersiach i spokojnie dokonać żywota.

- To mi się nie podoba.

- Och, daj spokój, w końcu to nie jest aż tak obrzydliwe. Wypił i zmarszczył się.

- Nie podoba mi się ta cała sprawa.

Czuł straszne pragnienie i wypił wszystko do dna.

- Dziękuję. - Szorstkim ruchem włożył jej szklankę do ręki.

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  -  odpowiedziała,  powstrzymując 

zniecierpliwienie.

Pomógł  w  przyjściu  na  świat  jej  bratanicy  i  choćby  z  tego  powodu  będzie  mu 

wdzięczna  przez  całe  życie.  Nazwał  swój  teatr  słowem,  które  mu  podsunęła.  To  zaszczyt, 

którego nie powinna lekceważyć, rzucając się na  niego z pazurami, kiedy jest rozłożony na 

obie łopatki.

Postanowiła mu trochę podogadzać.

- Wiesz, co by ci się teraz przydało? - Gorące śniadanie. I kawa. Zamienię się w twoją 

kochającą matkę i przygotuję ci wszystko.

Idąc  już  w  stronę  kuchni  zatrzymała  się  i  pokręciła  głową.  -  Co  z  moją  pamięcią? 

Zapomniałam, że dzwoniła wczoraj do pubu.

- Moja matka?

- Akurat byłeś na zewnątrz, śpiewając serenady. Shawn z nią rozmawiał. Prosiła tylko, 

żeby ci przekazać wiadomość.

background image

Poderwał się na nogi.

- Jakaś zła wiadomość?

- Nie, skądże. Shawn mówił, że miała bardzo radosny głos - przekazała też gratulacje 

z powodu Ailish. W każdym razie, kazała ci powiedzieć, że nie mogłeś jej sprawić większej 

radości. Masz dzisiaj do niej zadzwonić i opowiedzieć o wszystkim.

- Czym jej sprawiłem taką radość?

- Nie wiem.

Przecież  nie  wysłał  tej  poczty.  Właśnie  kasował  tę  część,  kiedy  zgasło  światło  i 

wysiadł laptop. Niemożliwe, żeby otrzymała wiadomość, której nigdy nie wysłał.

Potarł  twarz  obiema  rękami.  Czy  jeszcze  się  nie  nauczył,  że  sprawy  niemożliwe  są 

tutaj na porządku dziennym?

I co z tego wynika? Z każdą chwilą czuł się coraz większym idiotą.

Kobieta,  która  jest  obok,  uczyniła  go  słabym,  bezwolnym,  głupim.  Był  tym 

zaniepokojony.

Zatrzymał się i zaczął wpatrywać w obraz syreny. Poczuł, jak narasta w nim złość. W 

kim on się zakochał? Kim naprawdę ona jest, do diabła? Ile w niej jest tej syreny, a ile czułej 

kobiety, przygotowującej mu śniadanie? A może to są czary, coś w rodzaju samo spełniającej 

się  magii,  która  go  zbiła  z  tropu  i  wyprowadziła  w  pole,  by  zadowolić  kogoś  innego  -

zaspokoić czyjeś potrzeby.

Może ona mu to powie.

Duachais. Wiedza o swoich korzeniach, tradycji. Darcy posiada wiedzę o tym miejscu. 

Gwen ofiarowano klejnoty pochodzące ze słońca, z księżyca i z morza. I nie przyjęła ich. A 

co odpowiedziała Darcy, kiedy ją zapytał, czy przehandlowałaby swoją dumę za klejnoty?

Że znalazłaby sposób na zachowanie jednego i drugiego.

Pora położyć temu kres.

Zatrzymała  to  malowidło,  prawda?  Zatrzymała,  powiesiła  na  ścianie  po  tym,  jak 

pokazała malarzowi drzwi.

-  Niewiele  mam  tu  do  jedzenia  -  powiedziała  Darcy,  wchodząc  do  pokoju.  -  Zejdę 

więc  na  dół  i  podkradnę  coś  Shawnowi.  Wolisz  bekon  czy  kiełbasę,  a  może  znajdziesz 

miejsce na jedno i drugie?

- Spałaś z nim? - zadał pytanie, zanim zdołał się powstrzymać.

- Co?

-  Z  facetem,  który  to  namalował.  Czy  z  nim  spałaś?  Musiała  minąć  chwila,  zanim 

pozbierała myśli.

background image

- Wystawiasz na próbę moją cierpliwość, Trevorze, a przecież wiesz, że lepiej ze mną 

nie zaczynać. Powiem więc tylko tyle, że to nie twój interes.

Oczywiście, że nie.

- Do diabła z tym. Był w tobie zakochany? Cieszyło cię, że mógł snuć fantazje na twój 

temat, zanim go odprawiłaś?

Nie zrani jej, nie pozwoli mu na to.

- Ładne masz o mnie wyobrażenie. Owszem, miałam mężczyzn i nie będę się z tego 

tłumaczyć. Brałam z życia to, co mi odpowiadało.

Włożył ręce do kieszeni.

- A co ci odpowiada, Darcy?

- Obecnie ty. Ale wygląda na to, że zbliżamy się szybkimi krokami do końca. Zabieraj 

się stąd, Trevorze, zanim któreś z nas powie coś, co uniemożliwi naszą transakcję.

- Transakcję? - Ależ ona jest zimna! Zimna i opanowana, podczas gdy on aż się gotuje 

z wściekłości. - A więc to zawsze była transakcja? Kontrakty, gaże i profity. Chodzi ci tylko o 

dobry interes.

Zbladła, jej niebieskie oczy płonęły.

- Wynoś się! Wynoś się z mojego domu! Nie idę do łóżka z mężczyzną, który uważa 

mnie za kurwę.

Jej słowa były jak policzek. Oprzytomniał, zmieszał się.

- Nigdy mi coś takiego nie przyszło do głowy. Nigdy tak nie myślałem.

-  Czyżby?  Wynoś  się,  ty  bydlaku!  -  Trzęsła  się.  -  A  zanim  wyjdziesz,  posłuchaj 

jeszcze. To Jude namalowała dla mnie, jako prezent urodzinowy.

Odwróciła się błyskawicznie i szybkim krokiem poszła do sypialni.

- Darcy, zaczekaj. Przepraszam. Posłuchaj... - Więcej nie zdołał powiedzieć, gdyż coś 

rozbiło się na kawałki o parę centymetrów od jego głowy. - O Jezu!

- Powiedziałam, wynoś się z mojego domu.

Nie  była  już  blada.  Zarumieniona  z  wściekłości,  zamierzała  się  na  niego  ślicznym 

porcelanowym  puzderkiem.  Zawahał  się,  czy  zrobić  krok  naprzód,  czy  się  wycofać.  To 

wystarczyło, żeby puzderko uderzyło go boleśnie w ramię.

-  Powiedziałem  przepraszam  -  powtórzył,  chwytając  ją  za  ręce,  nim  sięgnęła  po 

następny  pocisk.  -  Zachowałem  się  okropnie,  skandalicznie.  Nie  znajduję  na  to  żadnego 

usprawiedliwienia. Proszę, wysłuchaj mnie.

- Odejdź ode mnie, Trevorze.

- Rzucaj, czym chcesz. Tylko mnie wysłuchaj. Dygotała jak napięty mocno łuk.

background image

- Niby dlaczego?

- Bez powodu. Ale wysłuchaj.

-  Niech  będzie,  ale  nie  chcę,  żebyś  mnie  teraz  dotykał.  Pokiwał  głową  i  puścił  ją. 

Zasłużył sobie na to. Na to i na jeszcze coś gorszego. Ponieważ się bał, że otrzyma od niej to 

gorsze, że Darcy wykreśli go ze swojego życia, gotów był żebrać.

- Nigdy dotąd nie byłem zazdrosny. Uwierz mi, nie lubię tego podobnie jak ty.

- Miałeś przede mną inne kobiety. Czy ci to wytykam?

- Nie. Nie miałem prawa tego mówić. Nie panuję nad uczuciami do ciebie. Nie wiem, 

co robię.

Zaczęło jej walić serce.

- Odkąd się znamy, nie spojrzałam na żadnego mężczyznę. Czy to ci wystarczy?

-  Powinno.  -  Opuścił  rękę.  -  Ale  nie  wystarcza.  -  Doszedł  do  wniosku,  że  musi 

skończyć  z  tym  spekulowaniem,  układaniem  programów.  Pora  zacząć  działać.  -  Pragnę 

czegoś więcej od ciebie i chcę ci ofiarować wszystko, cokolwiek zechcesz.

Szybkie bicie serca przeszło w bolesne kłucie.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Chcę wyłączności na ciebie. Możesz w zamian zażądać, co chcesz. Mam apartament 

w Nowym Jorku. Jeśli ci nie będzie odpowiadał, znajdziemy inny. Mam też wiele domów w 

różnych  krajach.  Jeśli  chcesz,  mogę  kupić  posiadłość  tutaj,  zbudować  dom  wedle  twoich 

zaleceń. Choć czekają nas podróże, zapewne chciałabyś mieć bazę tutaj.

-  Rozumiem  -  powiedziała  spokojnym  głosem,  ze  spuszczonym  wzrokiem.  -  To 

bardzo rozważne z twojej strony. A czy będę także miała wolny dostęp do kont bankowych, 

kart kredytowych, do wszystkiego?

Schowane w kieszeniach ręce zacisnęły mu się w pięści.

- Oczywiście.

Musnęła  palcami  bransoletkę,  której  nie  zdejmowała  od  czasu,  kiedy  ją  po  raz 

pierwszy zapiął na jej ręce. Była piękna, ale polubiła ją tak dlatego, że dostała ją od Trevora.

- A w zamian za to mam być wyłącznie do twojej dyspozycji?

- Można to i tak ująć. Ale ja...

Nawet nie zauważył, kiedy na jego głowie rozbił się wazon Choć ujrzał przed oczami 

gwiazdy, zdążył też zobaczyć jej twarz. Znowu była blada, zawzięta z powodu obrazy, która 

ją spotkała.

-  Ty  nikczemny,  zakłamany  bufonie.  Na  czym  polega  różnica  między  kurwą  a 

metresą, jeśli nie na sposobie płacenia?

background image

- Metresa? - Oszołomiony, dotknął czoła, popatrzył osłupiałym wzrokiem na krew na 

palcach. Po czym odskoczył przed kolejnym naczyniem. - Kto powiedział... Przestań?

- Ty nędzny robaku, ty  kramarzu! - wołała, rzucając w jego kierunku przedmiotami, 

które kolekcjonowała przez lata. - Nie chciałabym cię nawet na srebrnej tacy. Więc zabieraj 

się z tymi swoimi wszystkimi picerskimi domami i wyciągami z banków, ze swoim saldami, 

wsadź je sobie gdzieś, udław się nimi.

Ze  względu  na  łzy  jej  rzuty  nie  były  zbyt  celne,  ale  mimo  to  stanowiły  poważne 

zagrożenie. Trevor przytrzymał lampę, którą zerwała ze ściany, nadepnął na szkło, zaklął.

- Ja nie chcę metresy.

- Idź do diabła! - Porwała małe rzeźbione pudełko i wybiegła.

- Na miłość boską! - Musiał usiąść na łóżku, żeby powyjmować kawałki szkła z nogi. 

Obawiał  się,  że  Darcy  szuka  teraz  noża  albo  jakiegoś  innego  ostrego  narzędzia.  Poderwał 

głowę, kiedy usłyszał trzaśniecie drzwiami.

- Darcy! Niech to wszyscy diabli! - Zerwał się na nogi i pozostawiając ślady krwi na 

podłodze pobiegł za nią.

Że też nie potrafi tego załatwić bardziej subtelnie. Zaklął znowu, kiedy usłyszał łomot 

zatrzaskujących  się  drzwi  pubu.  Chryste,  pewnie  go  zaatakuje  na  dworze?  Każdy  rozsądny 

człowiek uciekałby w przeciwnym kierunku.

Jednak Trevor przemknął przez kuchnię i pognał za nią.

Darcy wyrzuciła w biegu pudełko i ściskała teraz w dłoni kamień, który był w środku. 

Niech diabli wezmą wszystkie jej życzenia. Niech diabli wezmą miłość Trevora. Wrzuci ten 

kamień do morza, razem ze wszystkim, co oznaczał.

Czas  porzucić  wszelkie  nadzieje,  marzenia,  skoro  człowiek,  którego  kocha,  tak  nią 

pogardza.

Biegła z rozwianymi włosami wzdłuż brzegu morza, pod niebem, na którym wkrótce 

pojawi  się  zorza  poranna.  Szum  fal  sprawił,  że  nie  słyszała  własnego  szlochu  ani  wołania 

Trevora.

Potknęła się i upadłaby, gdyby jej nie złapał.

- Darcy, zaczekaj! Nie rób tego! - Kiedy ją obejmował, drżały mu ramiona. Myślał, że 

chciała się rzucić do wody.

Skoczyła  na  niego  jak  dziki  kot,  kopiąc,  drapiąc,  gryząc.  Z  trudem  udało  mu  się 

odciągnąć ją na piasek i unieruchomić.

Stwierdził, że kac jest niczym w porównaniu z bólem, jaki w złości może zadać Darcy 

Gallagher.

background image

- Spokojnie - powiedział zdyszanym głosem. - Tylko spokojnie.

- Zabiję cię przy pierwszej sposobności.

- Nie wątpię. - Spojrzał na nią. Łzy ciurkiem płynęły jej po twarzy, choć oczy płonęły 

wściekłością. Pomyślał, że po raz pierwszy widzi ją płaczącą przez niego.

-  Zasłużyłem  sobie.  Tak  strasznie  to  wszystko  spartaczyłem.  Darcy,  nie  prosiłem 

ciebie, żebyś została moją metresą, co zresztą jest dziwacznym, śmiesznym określeniem, na 

pewno nie pasującym do ciebie. Próbowałem cię poprosić, żebyś za mnie wyszła.

Zatkało ją, jakby wbił łokieć w jej brzuch.

- Co takiego?

- Prosiłem, żebyś za mnie wyszła.

-  Wyszła  za  ciebie?  To  znaczy,  że  mielibyśmy  być  mężem  i  żoną,  z  obrączkami  na 

palcach, dopóki nas śmierć nie rozłączy?

- Właśnie tak. - Odważył się na uśmiech. - Darcy, ja...

- Mógłbyś mnie puścić? To boli.

- Przepraszam. - Pomógł jej wstać. - Gdybym tylko mógł zacząć od początku.

- O nie, zacznijmy od tego, na czym skończyliśmy. Kiedy ofiarowywałeś mi domy i 

konta bankowe. Czy takie właśnie propozycje składasz innym kobietom?

Jej głos był słodki jak cukier, ale każde ziarenko cięło jak brzytwa. - A...

-  Sądzisz,  że  wyjdę  za  ciebie  dla  tego  majątku,  który  możesz  mi  ofiarować?  -

Odepchnęła go od siebie. - Że możesz mnie kupić jak jedną ze swoich firm?

- Przecież powiedziałaś...

-  Nieważne,  co  powiedziałam.  Każdy  kretyn  domyśliłby  się,  że  to  tylko  takie  sobie 

gadanie. Wiesz, co możesz zrobić ze swoimi wspaniałymi domami i wielkimi kontami? Spal 

je. Sama ci w tym chętnie pomogę.

- Dałaś wyraźnie do zrozumienia...

- Nie dałam, ponieważ również dla mnie nie było to całkiem jasne. Ale teraz już jest. 

Wzięłabym cię bez niczego. A teraz nie wezmę.

Odwróciła się i zamachnęła. Instynktownie złapał ją za rękę i siłą rozwarł jej palce.

- Co to takiego?

-  Szafir.  Dostałam  go od Carricka. Powiedział,  że  to  serce morza,  które spełni  moje 

życzenie. Tylko jedno życzenie, zgodne z pragnieniem mojego serca. Ale nie skorzystałam z 

niego i nigdy tego nie zrobię. A wiesz dlaczego?

- Nie. Tylko nie płacz już więcej. Nie zniosę tego.

- Wiesz dlaczego?

background image

- Nie. Nie wiem.

- Chciałam, żebyś mnie pokochał bez tego. Takie było moje życzenie.

Magia!  Ofiarowywał  jej  rzeczy,  podczas  gdy  ona  pragnęła  miłości.  Tak  bardzo,  że 

byłaby zdolna zrezygnować z fortuny, na której, jak sądził, zależało jej najbardziej.

- Przecież pokochałem cię bez tego. Naprawdę. - Wziął rękę Darcy i zacisnął jej palce 

na  kamieniu.  -  Nie  wyrzucaj  go.  Nie  zrywaj  ze  mną  tylko  dlatego,  że  byłem  taki  głupi. 

Pozwól, żebym to naprawił.

- Jestem zmęczona.  - Zamknęła oczy i  zwróciła twarz ku morzu.  - Jestem naprawdę 

bardzo zmęczona.

- Dawno temu - wydawało mu się, że było to przed wiekami - kiedy ci powiedziałem, 

że  nie  potrafię  się  zakochać,  mówiłem  poważnie.  Wierzyłem  w  to.  Nie  zdarzyło  się...  Nie 

poznałem smaku tej magii z nikim innym.

Zapatrzyła się na kamień w swoim ręku.

- Nie posługuję się nią.

-  Nie  musisz.  Sama  jesteś  magią.  Całkiem  się  zmieniłem,  odkąd  ciebie  spotkałem. 

Próbowałem jakoś zapanować nad sobą kontrolować się, skoncentrować. Mówiłem sobie, że 

przyjechałem  tutaj  w  innym  celu.  Wmawiałem  to  sobie.  Teraz  wiem,  że  w  pewnym  sensie 

zawsze cię szukałem, zawsze się za tobą rozglądałem.

- Czy uważasz, że nie potrafię kochać bezinteresownie?

- Uważam, że masz niejedno oblicze. A ilekroć któreś z nich poznaję, coraz bardziej 

cię  kocham.  Chciałem,  żebyś  do  mnie  należała,  i  wierzyłem,  że  łatwiej  cię  zatrzymam, 

ofiarowując ci przedmioty.

- Kiedyś, zanim ciebie spotkałam, chciałam tego - przyznała się uczciwie.

-  A  zatem  to,  czego  chcieliśmy  kiedyś,  przestaje  się  liczyć.  To  prawda,  nie  ma  nic 

ważniejszego ponad ich miłość. Jeżeli jej pragną. Odwróciła się w jego stronę.

- Tak uważasz? - Tak.

- Więc i ja również.

- Chciałbym, żebyś na mnie spojrzała i powiedziała, że mnie kochasz.

Zadrżała na wietrze. Wstrzymując oddech, wpatrywała się w morze. Oto chwila, która 

odmieniła  jej  życie,  w  której  zrealizowały  się  marzenia  i  sny, chwila,  w  której  spełniły  się 

rzucone czary.

- Darcy - usłyszała jego zniecierpliwiony głos. - Czy mam się czołgać u twoich stóp?

Popatrzyła na niego, a w wilgotnych od łez oczach zaczęły się pojawiać wesołe błyski.

- Tak.

background image

Otworzył  usta,  gotów  paść  jej  do  kolan.  Ale  doszedł  do  wniosku,  że  byłaby  to  już 

przesada, po tym wszystkim, co wycierpiał od rana.

- O nie, nie zrobię tego.

Darcy zaśmiała się i rzuciła mu się w ramiona.

-  No  proszę.  Jakiego  to  aroganckiego  łobuza  pokochałam.  -  Przywarła  do  niego 

gorącymi, spragnionymi wargami. - Oto życzenie mojego serca.

- Powiedz to jeden raz - zamruczał, nie odrywając od niej ust. - Nie obrzucając mnie 

wyzwiskami.

- Kocham cię, dokładnie tak samo jak ty mnie. - Cofnęła się. - Och, ale ty krwawisz!

- Doprawdy?

- Zaraz zabandażuję ci głowę, ale chcę, żebyś mnie jeszcze raz poprosił, poprosił tak, 

jak należy. Tutaj, między księżycem, słońcem i morzem, zanim pojawi się poranne światło. 

Bo w tym jest magia, Trevorze, i chcę otrzymać jej część, naszą część.

Czuł  to,  podobnie  jak  ona.  Nie  miał  dla  niej  pierścionka,  żadnego  symbolu,  którym 

przypieczętowałby  tę  chwilę.  I  wtedy  przypomniał  sobie  srebrny  medalion.  Zdjął  go  przez 

głowę i zawiesił jej na szyi.

Przypomniała sobie słowa, które powróciły jak we śnie. „Dozgonna miłość”.

- Oto zaklęcie, obietnica. Wyjdź za mnie, Darcy. Zacznij ze mną życie. Chcę mieć z 

tobą dom, dzieci.

-  Zrobię  to  z  całą przyjemnością.  Tutaj.  -  Wsunęła  mu  kamień  do  ręki.  -  A  to  moje 

zaklęcie. I obietnica.

- Drwisz ze mnie.

-  Nigdy  w  życiu.  -  Musnęła  palcami  jego  policzek.  -  Wzięłabym  cię,  Trevorze, 

niezależnie od tego, czy byłbyś księciem czy nędzarzem. Ale wolę, że masz w sobie więcej z 

księcia.

- Jesteś dla mnie stworzona.

-  To  prawda.  -  Westchnęła,  położyła  głowę  na  jego  ramieniu,  kiedy  ją  przyciągnął 

bliżej. - Słyszysz to?

- Tak, słyszę.

Muzyka, pełna radości, uroczysta. Wysokie tony piszczałek, trąbki.

- Spójrz, Darcy.

Podniosła  głowę.  Kiedy  zza  horyzontu  wyłoniło  się  słońce,  roziskrzając  swoim 

światłem  morze,  zamieniając  niebo  w  gładką,  błyszczącą  konchę  muszli,  ukazał  się  na  nim 

skrzydlaty biały koń.

background image

Na  jego  grzbiecie  jechał  Carrick,  w  srebrnych  szatach,  z  rozwianymi  włosami. 

Trzymał w ramionach swą damę, której zamglone zielone oczy promieniały miłością.

Wznieśli się wyżej, zataczając wielki krąg ponad lśniącymi od rosy zielonymi łąkami. 

Zostawiając za sobą tęczę, która migotała niczym klejnoty.

-  Są  wreszcie  razem  -  wyszeptała  Darcy.  -  Na  zawsze  szczęśliwi.  Czary  przestały 

działać.

-  Te  tak,  ale  co  do  tych  drugich...  -  Znowu  zwrócił  ku  niej  twarz.  -  Właśnie  się

zaczynają. Wytrwasz aż do grobowej deski, Darcy?

- Wytrwam, Trevorze Magee. - Pocałowała go, przypieczętowując dane słowo.

Kiedy mocniej  zajaśniało  słońce, odeszli  od brzegu i  powędrowali  przed  siebie. Pod 

tęczą,  spinającą  łukiem  początek  i  kres  dni,  przy  muzyce,  która  wtórowała  porannym 

dźwiękom.