background image

 

 

 

Stomma Ludwik 

 

Nasza różna Europa 

background image

                                                        Opracowanie graficzne: 

Janusz Barecki 

Korekta: 

Dobrosława Pańkowska 

Copyright © Ludwik Stomma, Warszawa 2012 

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012 

ISBN 978-83-244-0254-0 

Wydawnictwo ISKRY 

ul. Smolna 11,00-375 Warszawa iskry@iskry.com.pl www.iskrycom.pl 

Skład wersji elektronicznej: 

Virtualo Sp. z o.o. 

background image

Spis treści 

966 

1039 

1195 

1241 

1314 

1410 

1429 

1492 

1538 

1572 

1655 

1752 

1795 

background image

 

Pierwszą datą w tym swoistym kalendarzu dziejowym jest rok 966, ostatnią 1795. To 

lata  Polski  niepodległej  i obecnej  na  mapach  Europy.  Pozostałe  daty  są  całkowicie 

przypadkowe i, słowo honoru, wyciągnięte na chybił trafił. O cóż chodziło? Można tę książkę 

czytać jako zbiór historycznych anegdot (mam nadzieję, że takowych nie zabraknie), ale także 

jako  propozycję  spojrzenia  na  kontynent  naszych  przodków,  francuskich,  duńskich,  czy 

hiszpańskich... etc. Były to światy niekiedy bliskie, czasami tak odległe, że porównać się ich 

nawet  nie  da.  Jak  miały  się  na  przykład  drewniane  budowle  Piastów  do  harmonijnych, 

kamiennych  kolumnad  mauretańskich  w Kordobie  lub  Grenadzie?  Jakiż  procent  Polaków 

zainteresuje abstrakcyjny system metryczny, skoro w salonach mowa tylko o ogrodach, które 

wybudował Szczęsny Potocki dla swojej Zofii, a i temat samej utraty niepodległości obchodzi 

nieznaczną  część  społeczeństwa.  Czy  ktokolwiek  zdał  sobie  sprawę  w Rzeczypospolitej,  że 

oto  Anglia zaczyna panować nad  morzami? Jakże to wszystko było dalekie od świadomości 

panów szlachty, dla których problemem najwyższej rangi był spór Radziwiłła z Lubomirskim, 

gdzie  w końcu  obaj  okazali  się  nieistniejącymi  śnieżynkami  w zamieci  globu.  Zresztą 

wyobraźnia  wielkich  panów  włoskich  walczących  o panowanie  nad  lokalnymi  miastami 

i o tron  papieski  nie  sięgała  dużo  dalej.  Cóż  ich  mogły  obchodzić  perypetie  królów 

szwedzkich czy duńskich, tym bardziej jacyś Jagiellonowie. Jakże mało zrozumiały wydawać 

się  może  fakt,  że  Henryk  Walezjusz  ucieka  dzikimi  lasami  z Wawelu,  gdyż  korona  polska 

ciąży  mu  nie  tylko  przez  pacta  conventa,  ale  przez  to  również,  co  uznaje  za  ciemnotę 

i nietolerancję dworu, potępienie dla  jego seksualnych upodobań  i przyzwyczajeń.  Historycy 

i literaci polscy od Juliusza Słowackiego po Jarosława Marka Rymkiewicza nie chcieli wziąć 

pod  uwagę,  że  w pierwszej  przynajmniej  fazie  sprawa  Samuela  Zborowskiego  nie  ma 

żadnych  ideologicznych  odniesień.  Dla  króla  Henryka  sam  fakt  wywołania  tumultu  na  jego 

zamku  nie  mógł  być  zmazany  inaczej  niż  szafotem  i toporem.  Do  tego  nie  dogadzały  mu 

zimne komnaty zamokłe wznoszącą się znad Wisły przenikliwą wilgocią. 

W początkach  XIX  wieku  samych  państw  niemieckich,  międzynarodowo  uznanych, 

mamy  kilkanaście.  Nie  czują  się  one  bynajmniej  związane  wspólnotą  języka  i mitycznego 

pochodzenia.  Książę,  przejściowo,  Palatynatu  i Bawarii  nienawidzi  KarolaFryderyka 

z Badenii, zaś obu ich nie znosi Fryderyk III, książę Furstenburgu. Wojny napoleońskie noszą 

w większości  podręczników  wszystkich  kontynentów  miano  „wojen  europejskich”.  Przyszłe 

wojny „światowe”, nie umniejszając w niczym amerykańskich zmagań na Corregidor, Peleliu, 

Guadalcanal i Okinawie czy też międzynarodowych, w tym polskich, wojsk Montgomery’ego 

background image

w północnej Afryce, zaczynały się i ostatecznie decydowały w Europie. Historia nie zapomni 

nigdy,  jak  nieludzkie,  straszliwe  i krwawe  były  te  drgawki  historii.  Miasta  padały  w gruzy, 

wyniszczano  narody,  nikt  już  nie  liczył  hektolitrów  krwi.  We  wspomnieniach  Guy  Sajera 

(Zapomniany  żołnierz,  Gdańsk  2003)  mamy  taki  opis:  wydobywający  się  z błota  niemiecki 

snajper  widzi  wygrzebującego  się  z sąsiedniego  leja  czerwonoarmistę.  Patrzą  na  siebie  i nie 

chce  się  już  im  strzelać.  Niemniej  jednak  życie  obu  zależy  od  tego,  kto  szybciej  naciśnie 

cyngiel,  choć  nikt  tu  nikogo  nie  nienawidzi.  Trzeba  było  jeszcze  kilkudziesięciu  lat,  żeby 

otrząsnąć  się  z błota  i zdać  sobie  sprawę,  że  od  Poznania  do  Berlina  rzut  beretem,  który 

pasuje zarówno na poznański, jak i berliński łeb. 

Antoni  Gołubiew  w Bolesławie  Chrobrym  opisuje  dzieje  rodów  nieraz  sobie 

nieżyczliwych,  zawierających  perfidne  i nieszczere,  koniunkturalne  porozumienia.  Woda 

z roztopionego śniegu wpadała w wąskie potoczki, te z kolei w strumienie, potem półrzeczki, 

wreszcie rzeki płynące dumnie do morza. Taki  był podług Gołubiewa początek Polski,  takie 

jest  na  pewno  powstanie  Europy.  Ileż  krwi  spłynęło,  mieszając  się  z wodą  strumieni,  zanim 

możemy  powiedzieć:  Tak,  to  my  zbudowaliśmy  krypty  katedry  w Quedlinburgu,  Wersal, 

Kreml i Rzym. Raz byliśmy w szarym ogonie Europy, niekiedy na jej czele. Nie ma to jednak 

najmniejszego  znaczenia.  Bo  oto  jest  nareszcie  Europa,  a my  w niej,  chociaż  jakie  trudne 

i bolesne  były  dzieje...  Chcę  wierzyć,  iż  nareszcie  ten  wiersz  Antoniego  Słonimskiego 

znajdzie się we wszystkich podręcznikach od Polski, po Niemcy i Portugalię: 

Ten, co o własnym kraju zapomina 

Na  wieść,  jak  krwią  opływa  naród  czeski,  Bratem  się  czuje  Jugosłowianina, 

Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski. 

Z matką żydowską nad podbite syny 

Schyla  się,  ręce  załamując  żalem,  Gdy  Moskal  pada  -  czuje  się  Moskalem, 

Z Ukraincami płacze Ukrainy 

Ten, który wszystkim serce swe otwiera, Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem 

- Gdy naród grecki z głodu umiera, Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem. 

A tymczasem działy się krwawe dzieje. Dosyć, mamy już prawo do nadziei. 

background image

966 

W 1840  roku  Théophile  Gautier,  pisarz  postromantyczny,  za  namową  przyjaciół 

wybrał  się  do  odległej  i egzotycznej  Hiszpanii.  Weźmy  pod  uwagę  warunki  epoki.  Podróż 

dyliżansem  z Paryża  do  granicznej  Bayonne  trwała  cały  tydzień.  Do  Kordoby  zawitał  po 

miesiącu.  Oniemiały  stanął  przed  katedrą,  która  nosiła  to  miano  z uzurpacji  chrześcijańskiej 

tylko.  W rzeczywistości  był to Wielki Meczet La Mezquita.  „Wrażenie,  jakiego się doznaje, 

wchodząc  do  tego  starodawnego  sanktuarium  islamu,  jest  trudne  do  określenia  i nie  ma  nic 

wspólnego  z wrażeniami  łączącymi  się  zazwyczaj  z architekturą:  jesteście  raczej  skłonni 

pomyśleć,  że  idziecie  sklepionym  lasem  niż  środkiem  budowli;  w jakąkolwiek  stronę  się 

obrócić,  oko  błądzi  po  alejach  kolumn,  krzyżujących  się  i biegnących  w nieskończoność, 

niczym szpalery  marmurowej roślinności, co bujnie wystrzeliła z ziemi;  tajemniczy półmrok 

owego  lasu  utwierdza  jeszcze  to  złudzenie.  Meczet  ma  dziewiętnaście  naw  wzdłuż, 

trzydzieści  sześć  wszerz;  ale  rozpiętość  arkad  poprzecznych  jest  znacznie  mniejsza.  Każda 

nawa  jest  zbudowana  z dwóch  rzędów  łuków  umieszczonych  jeden  nad  drugim;  niektóre 

krzyżują  się  i przeplatają  jak  wstążki,  co  daje  najosobliwszy  efekt.  Kolumny,  wszystkie 

z jednej  bryły,  mają  zaledwie  dziesięć  do  dwunastu  stóp  wysokości,  nie  licząc 

korynckoarabskich  kapiteli,  wykwintnych,  mocnych,  przypominających  raczej  palmę 

afrykańską  niż  akant  grecki.  Te  kolumny  są  z rzadkiego  marmuru,  z porfiru,  z jaspisu, 

z zielonego  i fioletowego  okruchowca  oraz  innych  cennych  materiałów.  (...)  W czasach 

kalifów osiemset srebrnych  lamp napełnionych aromatyczną oliwą rozwidniało długie  nawy, 

rzucając lśnienia na porfir  i gładki jaspis kolumn, zawieszając iskrę na złoconych gwiazdach 

sufitów i wydobywając z cienia kryształowe mozaiki i wersety Koranu wplecione w arabeski 

i kwiaty. Wśród tych lamp były dzwony z Santiago de Compostela,  łup Maurów; odwrócone 

i zawieszone  u sklepienia  na  srebrnych  łańcuchach,  oświetlały  świątynię  Allacha  i jego 

proroka, zdumione, że z dzwonów katolickich stały się lampami muzułmańskimi. Spojrzenie 

mogło  wówczas  biec  swobodnie  przez  długie  kolumnady  aż  do  kwitnących  drzew 

pomarańczowych  i bijących  w górę  fontann  dziedzińca,  widocznych  w strumieniu  światła, 

które stawało się jeszcze bardziej olśniewające przez kontrast z półmrokiem wnętrza” (Teofil 

Gautier, Podróż do Hiszpanii, Warszawa 1979). 

Budowie meczetu w Kordobie, ukończonej w roku 966, patronował kalif AlHakam II 

alMustansir.  Jego  realna  władza  sięgała  daleko  poza  granice  kalifatu  Kordoby.  To  on, 

muzułmanin,  rozstrzygał  spory  między  katolickimi  królami  hiszpańskich  prowincji.  Dzięki 

AlMaqqariemu  wiemy  na  przykład,  jak  przyjął  udającego  się  doń  z prośbą  o pomoc  króla 

Leonu,  Ordono  IV  zwanego  Złym  (cytuję  za  Claudio  SanchezAlbornoz,  L’Espagne 

background image

musulmane,  Paris  1973):  „Po  dwóch  dniach  pobytu  we  wspaniale  umeblowanym  pałacu  [w 

Medinaceli -  L.S.], który  mu dano na kwaterę, uzyskał Ordono pozwolenie  na udanie się do 

Madïnat azZahra, gdzie kalif udzieli mu audiencji. Ubrał się w suknię z białego jedwabiu, co 

było  hołdem  dla  koloru  flag  Umajjadów,  założył  czepek  zdobny  najszlachetniejszymi 

kamieniami.  Sprawujący  najwyższe  stanowiska  spośród  chrześcijan  w Andaluzji  -  sędzia 

Walïd ibn Khayzorân z Kordoby i arcybiskup Toledo Obayd Allah ibn Qâsim przybyli pilnie, 

by zaznajomić go z regułami etykiety przestrzeganymi  na dworze kordobańskim,  w której to 

kwestii był kalif bardzo wymagający. (...) We drzwiach, na znak szacunku, zdjął król Ordono 

czepek  i zrzucił  płaszcz.  Na  polecenie  mistrza  ceremonii  oddał  teraz  parę  kroków  przed 

siebie, tak że zobaczyć już mógł kalifa zasiadającego w towarzystwie swych braci, szwagrów, 

wezyrów i ważnych urzędników dworskich. Ruszył tedy naprzód, przyklękając co chwila, aż 

znalazł się u stóp kalifa. Ten podał mu rękę do ucałowania, po czym wskazał miejsce, około 

piętnaście  stóp  od  tronu,  gdzie  może  usiąść  na  ławie  pokrytej  złotogłowiem.  Wszyscy 

panowie hiszpańscy, po przejściu tego samego ceremoniału i ucałowawszy dłoń kalifa, zajęli 

miejsce przy swoim królu, gdzie czekał na nich także Walïd ibn Khayzorân mający służyć za 

tłumacza. (...) 

Po  dłuższej  chwili  ciszy  kalif  uśmiechnął  się  i powiedział  do  króla:  «Raduj  się,  iż 

przybyłeś  tutaj,  wierząc  w naszą  łaskę.  Będzie  ci  ona  dana  w stopniu  większym  nawet,  niż 

mogłeś  się  tego  spodziewać».  Gdy  usłyszał  to  Ordono,  radość  zabłysła  na  jego  twarzy. 

Podniósł się, potem padł na kolana i ucałował dywan, który wiódł do tronu. «Jestem - rzekł - 

Panie,  Twoim,  który  jesteś  obrońcą  wszystkich  wierzących  w jednego  Boga,  niewolnikiem. 

Zdaję  się  na  Twoją  wspaniałomyślność  i cnotę,  powierzam  Ci  siebie  i swoich  ludzi.  Zrobię 

wszystko,  czegokolwiek  sobie  zażyczysz  i służyć  Ci  będę  szczerze  i lojalnie».  Kalif 

skwitował  wszystko  krótkim  stwierdzeniem,  iż  przyjmuje  oświadczenie  króla  Leonu  do 

wiadomości.  Odjechał  Ordono  Zły  z nadzieją  w sercu  przez  wielkie,  murowane  miasto, 

zamieszkałe  przez  piętnaście  tysięcy  rodzin,  z którego  bogactwem  porównać  mógłby  się 

ewentualnie  jedynie  Konstantynopol.  Domy  tonęły  w ogrodach  nawadnianych  wodą  z gór, 

sprowadzaną  dzięki  wierconym  w skałach  tunelikom,  kamiennym,  rynnom  i akweduktom, 

istnym,  do dzisiaj  niedoścignionym arcydziełom  myśli  inżynieryjnej.  Dopiero gdy wrócił do 

swojego surowego, choć kamiennie obwarowanego Leon, napadły go wątpliwości. Zdał sobie 

boleśnie  sprawę,  że  przy  takiej  dysproporcji  cywilizacyjnej  jest  tylko  marionetką 

w kalifowych  rękach.  I nie  mylił  się  tym  razem.  Wielcy  tego  świata,  to  jedno  nigdy  nie 

zmieniło się w dziejach, dotrzymują zobowiązań tylko wtedy, kiedy jest im to wygodne. Dla 

słabych  traktaty  są  tylko  kawałkiem  papieru  na  podpałkę.  I tak  oczywiście  było.  Już  rok 

background image

później,  poparty  przez  tegoż  samego,  łaskawego  AlHakama  II  alMustansir,  obalił  go  kuzyn 

(syn  Ramiro  II)  Sancho  I Gruby,  którego  z kolei  zastąpił  w roku  966  Ramiro  III,  potem 

Bermudo II,  Alfons V,  Bermudo III” - wszyscy  z nienawistnej  mu  linii  Ramiro II. Ale są to 

już  zbędne  szczegóły  relacjonujące  litylko  kaprysy  kordobańskich  kalifów.  Zapamiętajmy 

wszakże  formułę  Ordonera:  „Panie,  który  jesteś  obrońcą  wszystkich  wierzących  w jednego 

Boga”.  Zapamiętajmy  także  katolickiego  arcybiskupa  Toledo,  Obayda  Allaha  ibn  Qâsima. 

Zapamiętajmy  kordobańskie  synagogi.  Nigdy  już  potem,  przez  omal  tysiąclecie,  nie  spotkał 

się świat z taką religijną tolerancją, czy dzisiejszymi mówiąc słowami - ekumenizmem. Mogli 

kalifowie zmieniać królów na szachownicy konfliktów rozdrobnionych państewek Hiszpanii, 

ich poddanym zostawiali jednak pełną wolność religijną i światopoglądową. 

W tymże roku 966, w którym Al Hakam II godzi się na objęcie władzy przez Ramira 

III,  w odległej  Danii  przyjmuje  chrzest  rządzący  tam  od  dwudziestu  sześciu  już  lat  król 

Harald  I Sinozęby.  Jest  to  władca  potężny,  dysponujący  flotą  panującą  bez  trudu  nad 

Bałtykiem,  cieśninami  wiodącymi  na  Morze  Północne  i kilkudziesięcioma  kamiennymi 

zamkami. Politykę prowadzi perfekcyjnie cyniczną. W tym samym roku, w którym przyjmuje 

chrzest, łączy się sojuszem z jarlem Hakonem z Lade, który jest, jak piszą P.G. Foote i D.M. 

Wilson  (Wikingowie,  Warszawa  1975),  „silnym  poplecznikiem  kultów  pogańskich”.  Cóż 

z tego,  skoro  przy  pomocy  Duńczyków  pokona  on  norweskiego  Haralda  Szary  Płaszcz 

i eksterminuje  jego  otoczenie,  stając  się  panem  Norwegii  jako  wicekról  duński.  Harald 

Sinozęby  nie  ma  oczywiście  najmniejszej  ochoty  nastręczania  sobie  kłopotów  i nawracania 

nowych norweskich poddanych. Toteż bez skrupułów rekrutuje pogan do swojej armii, która 

wkrótce  staje  się  jedyną  siłą  w tej  części  Europy  mogącą  stawić  czoło  cesarstwu,  o czym 

gorzko przekona się  Otton II.  Lubuje się Harald  Sinozęby w dokonaniach  monumentalnych. 

W Jutlandii wznosi pomnik ku czci swoich rodziców Gorma i Thyri. „Ten ogromny, na wpół 

piramidalny  głaz  z szarego  granitu  z czerwonymi  żyłkami  stoi  na  królewskim  cmentarzu 

w Jelling.  Ma  on  około  2,5  m  wysokości  i wykuty  na  jednej  z płaszczyzn  długi  napis 

runiczny, który mówi o okolicznościach jego ozdobienia. Pozostałe dwie płaszczyzny pokryte 

są  płaskorzeźbami,  z których  jedna  przedstawia  postać  Chrystusa  na  krzyżu,  wyrzeźbioną 

w niezwykle  wystylizowany  sposób,  druga  zaś  ukazuje  raczej  niezgrabnego  i formalnie 

potraktowanego lwa w splotach węża. (...) Kamień z Jelling jest nie tylko ważnym przejawem 

stylu Mammen. Jego znaczenie polega również na tym, że był prawdopodobnie inspiratorem 

znacznej  ilości  skandynawskich  rzeźb  w kamieniu.  Według  zabytku  z Jelling  można  ustalić 

czas  trwania  stylu  Mammen,  musiał  on  bowiem  być  już  rozwinięty,  kiedy  rzeźbiono  głazy 

w latach osiemdziesiątych dziesiątego wieku. 

background image

Określenie daty osiągnięcia dojrzałości tego stylu na połowę wieku X wydaje się więc 

przekonywające.  W takim  wypadku  styl  Mammen  został  bezpośrednio  zastąpiony  przez  styl 

Ringerike,  który  pojawił  się  na  początku  XI  wieku”.  Dziesiąty  wiek  i mowa  już 

o zmieniających  się  stylach  w rzeźbie  i architekturze?  Nic  w tym  dziwnego.  Za  Haraldem 

Sinozębym  stoi  wszakże  parowiekowa  tradycja  wikingów,  odkrywców  Islandii,  Grenlandii, 

a zapewne  i Ameryki.  Ich  duńska  część  miała  już  w VIII  wieku  do  swojej  dyspozycji 

imponujące, murowane bazy w Trelleborgu, Fyrkacie etc. Kościoły w Aarhus czy Ribe, gdzie 

działał benedyktyn święty Ansgar, powstały już w latach pięćdziesiątych dziewiątego wieku. 

Żadnego porównania z polskim księciem Mieszkiem I. Wprawdzie przyjął on chrzest 

w tym  samym  966  roku  co  Harald  Sinozęby,  a rok  ten  jest  jednocześnie  umowną  datą 

początków  państwowości  polskiej,  ale  de  facto  wychynął  właśnie  z nadwarciańskich  kniei. 

Skończyłem  niedawno  lekturę  książki  Teresy  i Ryszarda  Kiersnowskich  Życie  codzienne  na 

Pomorzu  wczesnośredniowiecznym,  wiek  XXII  (Warszawa  1970).  Jest  w tym  tytule  zawarte 

swoiste  świadectwo  polskiej  świadomości  dziejów.  W roku  2009  byłem  recenzentem  pracy 

doktorskiej  Polki  Moniki  Siamy,  przedstawionej  na  Uniwersytecie  Grenoble  III.  Rozprawa 

pod tytułem Mitologia chrześcijańska w Polsce  wczesnego średniowiecza. Przykład świętego 

Wojciecha  była rzeczywiście znakomita.  Z wielką przyjemnością,  oprócz najwyższych ocen, 

uchwaliliśmy  dla  autorki  specjalne  wyróżnienie  i wniosek  o publikację  jej  doktoratu. 

Wątpliwości  wzbudził  tylko  tytuł,  co  zresztą  dotyczyłoby  również  książki  Kiersnowskich, 

gdyby  obie  miały  być  tłumaczone  na  Zachodzie.  „Wczesne  średniowiecze”  to  bowiem  dla 

Francuza,  Niemca,  Hiszpana  czy  Włocha  wieki  V  do  IX,  potem  mamy  już  do  czynienia  ze 

średniowieczem, jak go zwał, tak zwał, „środkowym”, „właściwym”, „dojrzałym”. To, co dla 

Polaka  jest  początkiem,  dla  nich  jest  ciągiem  dalszym.  Dopiero  w tym  momencie  zmierzyć 

można  dobitnie  i dosadnie,  co  jest  niesłychanie  ważne,  choć  nie  zawsze  wystarczająco 

postrzegane, opóźnienie kultury polskiej na arenie europejskiej. Kordoba kalifa AlHakama II 

wyprzedzała  ją  o cztery  wieki  przynajmniej,  Dania  Haralda  Sinozębego  o dwa  lub  półtora 

wieku.  Harald  zdążył  jeszcze  wskoczyć  do  wagonu  historii  drugiej  klasy,  państwo  Mieszka 

w ostatniej  chwili  do  odjeżdżającej  przyczepy.  To  jednak  też  był  ogromny  sukces  zarówno 

Danii  i Polski,  jak  i papiestwa  udzielającego  konsekwentnie  pomocy  dla  pracy  misyjnej 

w Europie północnej i północnowschodniej. Niestety, chrzest dwóch mających coraz większe 

znaczenie  państw  nie  mógł  ucieszyć  papieża  Jana  XIII (Jana  z Narni).  Ten  kluczowy  akurat 

i symboliczny  rok  spędził  on  bowiem,  zamknięty  przez  buntowników  z najbliższego 

otoczenia,  w zimnym,  więziennym  lochu.  O co  poszło?  Jan  XIII  należał  do  idealistów 

biorących dosłownie  literę prawa kościelnego  i tak zwanego objawienia.  Ledwo włożył tiarę 

background image

na  głowę,  już  kazał  pościć  w Wielki  Post  i wszystkie  święta,  wtrącał  się  w życie  rodzinne 

wyznawców,  przywoływał  mityczne  „prawo  naturalne”,  potępiał,  nakazywał,  wyklinał. 

Spowodowało  to  spontaniczny  bunt  społeczeństwa,  które  wprawdzie  uczęszczało  na  msze, 

płaciło  Rzymowi  dziesięciny,  opłacało  kosztowne  procesje,  chciało  jednak  mieć  prawo  do 

spokojnego  życia  podług  reguł  może  nieuświęconych,  zgodnych  za  to  ze  zdrowym 

rozsądkiem. Z pomocą pośpieszył i uwolnił papieża z kazamatów cesarz Otton I. Oczywiście 

w imię prymatu ojca świętego,  prawowierności  i czterech ewangelii. Tyle,  że w polityce  jest 

zawsze  coś  za  coś.  Od  roku  966  aż  do  końca  pontyfikatu  w 972  stał  się  papież  Jan  XIII, 

a później  również  jego  następca  Benedykt  VI,  marionetką  w rękach  cesarza  Ottona.  Jednak 

nie na długo. Kiedy tylko umrze potężny protektor, Benedykt VI zostanie obalony, uwięziony 

w Zamku  Świętego  Anioła,  a wreszcie  uduszony  na  rozkaz  swojego  następcy,  początkowo 

antypapieża,  Bonifacego VII,  który zdążył  już otruć innego swojego rywala Jana XIV. Sam, 

w logicznym  ciągu  dziejów,  jak  pisze  Rudolf  Fischer  Wollpert  (Leksykon  papieży,  Kraków 

1990),  został  zamordowany  rok  po  śmierci  Jana  XIV.  „Ściągnął  na  siebie  nienawiść 

wszystkich,  również  swoich  krewnych;  jego  zwłoki  przebito  włóczniami,  wleczono  przez 

ulice  miasta  i porzucono  na  rynku”.  Zaiste  nie  była  najbezpieczniejsza  na  przełomie  X  i XI 

wieku  ta  eklezjastyczna  rzymska  i duchowna  posada.  W świecie  opisywanym  dziś  chętnie 

jako uległy wobec Kościoła i wierzący bezkrytycznie w jego doktrynę, w rzeczywistości jaką 

taką  wierność  dogmatom  i autorytetowi  Rzymu  wymuszać  musiały  najemne  miecze.  Nie 

podważa  to  w niczym  słuszności  działań  Mieszka  I czy  Haralda  Sinozębego,  gdyż  cesarska 

potęga okazała się militarnie i cywilizacyjnie silniejsza od wszelkich konkurencyjnych opcji. 

Stanęli  więc  po  prostu,  w czym  nie  ma  żadnej  metafizyki,  na  barykadzie  po  stronie 

zwycięzców. Tym bardziej że jedyny potencjalny konkurent - cesarstwo wschodniorzymskie, 

czy  jak  kto  woli  Bizancjum  -  osłabione  nieustannymi,  wewnętrznymi  walkami  o władzę, 

zaczyna coraz bardziej zasklepiać się w sobie. Po śmierci Romana II (syna Konstantyna VII) 

rządy przywłaszczył sobie w 963 roku naczelny dowódca wojsk Nicefor Fokas. Teoretycznie 

miał  on  respektować  prawa  synów  Romana  -  Konstantyna  i Bazylego,  w rzeczywistości 

jednak  nie  miał  najmniejszej  ochoty  dzielić  się  władzą.  W ciągu  paru  lat  potrafił  tak 

skorumpować  aparat  administracyjny,  że  kiedy  został  zamordowany,  na  tron,  zamiast 

prawowitych  pretendentów,  wstąpił  jego  siostrzeniec  Jan  Tzimiskes.  Dopiero  przedwczesna, 

naturalna  zresztą  śmierć  Jana  utorowała  drogę  do  władzy  prawowitemu  spadkobiercy, 

Bazylemu II Bułgarobójcy,  który rządził później  przez czterdzieści dziewięć  lat, co daje  mu 

miejsce  w trzydziestce  najdłużej  panujących  władców  europejskich  wszech  czasów.  Sam 

przydomek  świadczy,  iż  był  on  cesarzem  ekspansywnym,  mającym  imperialną  wizję 

background image

Bizancjum. Był to już jednak łabędzi śpiew cesarstwa. Od chwili jego śmierci, pomimo kilku 

jeszcze  sporadycznych  zrywów,  stan  posiadania  Bizancjum  zaczyna  się  kurczyć,  słabnie  też 

jego promieniowanie kulturalne.  Historyk przekonuje się raz jeszcze,  że tysiące wspaniałych 

budowli,  biblioteki,  uczelnie,  które,  gdyby  je  oglądali  Mieszko  I czy  Harald  Sinozęby, 

przyprawiłyby  ich  o zawrót  głowy,  nie  mówiąc  o niemożliwości  zrozumienia  języka 

przerastających ich o wiek bizantyjskich intelektualistów, nie miały żadnego znaczenia wobec 

siły  pięści,  czyli  w tym  przypadku  rzymskogermańskiego  miecza.  Nawet  to  racjonalne 

wydawałoby  się  przekonanie,  że  cywilizacje  wyższe  asymilują  niższe,  okazuje  się  nagle 

zupełnie złudne. 

Słabnące cesarstwo wschodnie szuka rozpaczliwie sojuszników. Znajduje ich na Rusi 

kijowskiej,  która  właśnie,  podobnie  jak  Polska  Mieszka  I,  w tym  samym  czasie  wkracza 

energicznie  na  karty  historii.  W latach  964-965  władca  Kijowa  Świętosław  prowadzi 

zwycięskie  wojny  z żydowską  ludnością  Chazarii,  wypierając  swych  przeciwników  z ziem 

nadwołżańskich  i częściowo  znad  górnego  Donu.  Bardzo  skomplikowane  są  te 

żydowskochazarskie  dzieje.  Pisze  Lew  Gumilow  (Od  Rusi  do  Rosji,  Warszawa  2004): 

„Zdawałoby  się,  że  powinno  nastąpić  wymieszanie  się  Chazarów  z Żydami.  Ale  nic  z tego. 

(...) Za Żydów uważano wszystkie dzieci Żydówek, niezależnie od tego, kim byli ich ojcowie. 

Chazarowie zaś, jak wszystkie narody eurazjatyckie, ród wywodzili od ojca. Te różne tradycje 

nie  pozwalały  na  wymieszanie  się  dwóch  narodów  (etnosów),  różnica  zaś  między  nimi 

polegała na tym, że dzieci Chazarek  i dzieci Żydówek były inaczej uczone. Nauczyciel rabin 

nie  przyjmował  do  szkoły  dziecka,  jeżeli  nie  było  ono  Żydem,  to  znaczy  jeżeli  jego  matka 

była Chazarką lub kobietą Pieczyngów. Ojciec uczył takie dziecko sam, ale oczywiście gorzej 

niż uczono w chedrze.  Tak utrwaliły  się dwa różne stereotypy zachowań.  Właśnie ta różnica 

określiła różne losy dwóch narodów: Żydów i Chazarów”. Ten nieco antysemicki wywód (ale 

jak widać rosyjski antysemityzm ma ponadtysiącletnią tradycję) poddany został ostrej krytyce 

przez  wielu  historyków.  Faktem  jest  bowiem,  że  wspólną  religią  Chazarów  i Żydów  był 

judaizm,  a pierwsze dokumenty chazarskiego piśmiennictwa,  pochodzące z połowy X wieku 

listy  króla  Józefa  do  emira  Kordoby  Abd  arRahmana  III,  napisane  są  w języku  i alfabecie 

hebrajskim.  Można  więc,  przypuszczają  przeciwnicy  Gumilowa,  poczytywać  Żydów 

i Chazarów za jedność. Dodajemy do tego tych, którzy Żydów wschodnioeuropejskich zgoła 

od Chazarów wywodzą,  czy też aktualne roszczenia spokrewnionych z Chazarami  Balkarów 

do  uznania  ich  za  pełnoprawnych  Izraelitów,  by  przekonać  się,  iż  niemałe  jest  w tej  materii 

rzeczy pomieszanie. W każdym razie pierwszy raz usłyszała Zachodnia Europa o Rusach jako 

pogromcach Żydów i w niektórych krajach zgoła się to spodobało. Akurat o Bizantyjczykach 

background image

nie  można  tego  powiedzieć.  Utrzymywali  oni  z ŻydamiChazarami  dobre  stosunki  handlowe 

i wręcz czuli się ich protektorami. W polityce nie ma jednak sentymentów. Skoro Świętosław 

wyszedł  ze  zmagań  zwycięsko,  z nim  trzeba  się  było  układać.  W 966  przybywa  więc  do 

Kijowa  konstantynopolski  wysłannik  Kalokir.  Skłania  on  Rusów  do  podpisania  sojuszu,  na 

mocy  którego  mają  uderzyć  na  zagrażające  cesarstwu  carstwo  bułgarskie.  Umowy 

dotrzymano. Rusowie lądują w ujściu Dunaju, rozbijają armię cara bułgarskiego Piotra, biorą 

do niewoli, kastrują i odsyłają do Konstantynopola jego synów, opanowują całą Bułgarię. Nie 

będziemy  się  zatrzymywać  nad  efemerycznymi  skutkami  geopolitycznymi  tych  wydarzeń. 

Spowodowały one jednak to, czego ich uczestnicy nie mogli wtedy jeszcze przewidzieć. Oto 

zwycięska  Ruś  znalazła  się  pod  wpływem  kulturalnym  i religijnym  Bizancjum.  Granice  się 

zmieniają,  duch  pozostanie.  Za  dwadzieścia  lat  Kijów  przyjmie  chrzest  w rycie  wschodnim. 

Dokonuje  się  posiew  pod  nieunikniony  później  konflikt  katolicyzmu  i prawosławia, 

a w konsekwencji późniejszych waśni Polski i Rosji. 

background image

1039 

Nie taki to wielki problem włożyć mniej więcej historycznych muszkieterów w czasy 

Ludwików  XIII  i XIV  albo  pana  Wołodyjowskiego,  Kmicica,  czy  Skrzetuskiego  w polski 

XVII  wiek,  jak  to  zrobili  odpowiednio  Aleksander  Dumas  i Henryk  Sienkiewicz. 

Dokumentów  co  niemiara,  sama  historia  układa  scenariusz.  Cóż  jednak  zrobić,  kiedy  nie 

wiadomo  nic.  Na  takie  pisanie  porwał  się,  acz  tylko  częściowo,  Józef  Ignacy  Kraszewski. 

Niestety,  nie  starczyło  i jemu  inwencji,  żeby  zamalować  białą  plamę  historii  polskiej.  Piszą 

tymczasem  Mariusz  Trąba  i Lech  Bielski  (Poczet  królów  i książąt  polskich,  BielskoBiała 

2003):  „Początek  panowania  w Polsce  Kazimierza  nazywanego  w następnych  wiekach 

Odnowicielem, a w starszej literaturze również Mnichem, należy do najbardziej zagadkowych 

okresów w dziejach średniowiecznej Polski”. Sekunduje im Andrzej Nowak (Kronika Polski

Kraków  1998):  Następuje  „zamęt  w kraju,  który  wobec  zagadkowego  przedstawienia 

w źródłach,  historycy  starają  się  wyjaśnić,  stawiając  różne  hipotezy”.  Podobnego  zdania  są 

Benedykt  Zientara  i Gerard  Labuda.  Najczęściej  mówi  się  o ”reakcji  pogańskiej”  połączonej 

z powstaniem  ludowym  (antyfeudalnym?).  Wydaje  się,  że  ów  ruch  najsilniejszy  był 

w Wielkopolsce,  miał  też  miejsce  w Małopolsce,  ominął  natomiast  Mazowsze  trzymane 

twardą  ręką  przez  cześnika  Mieszka  II  Miecława  albo  Masława.  Z ruchem  ludowym,  to  też 

spekulacje,  połączyć  się  miał  ruch  możnowładców  skierowany  przeciw  Kazimierzowi 

nieumiejącemu  zapewnić  bezpieczeństwa  ich  włościom.  Nic  tu  nie  jest  pewne.  W każdym 

razie prawowity władca zmuszony jest do ucieczki z kraju. Podobno po jego rejteradzie rządy 

objął na krótko (cóż za temat dla powieści historycznej)  jego przyrodni brat Bolesław zwany 

Zapomnianym.  Nie  ma  żadnych  wiarygodnych  dowodów  na  samo  jego  istnienie.  Nie 

przeszkadza to tradycji dziejowej kultywować jego pamięci jako męczennika zamordowanego 

przez  zdrajców  lub  poległego  w walce  z Czechami.  W tej  historii  udokumentowany  i realny 

jest  tylko  najazd  z południa.  Książę  czeski  Brzetysław,  zaznajomiony  z chaosem 

w dziedzinach  Piastów,  postanawia  wyciągnąć  kasztany  z ognia  palącego  ziemię  sąsiadów. 

Wydawałoby  się,  iż  okazja  jest  wyjątkowa  i nieprzynosząca  ryzyka.  Wojowie  Brzetysława 

bez żadnego trudu docierają do Gniezna, rabując relikwie świętego Wojciecha, a dla większej 

pewności również kości jego brata Radzima, pierwszego arcybiskupa gnieźnieńskiego i pięciu 

polskich  eremitów  męczenników  (Benedykt  Zientara,  Poczet  królów  i książąt  polskich

Warszawa  1980).  Puszczają  kraj  z dymem,  uprowadzają  tysiące  niewolników,  obsadzają 

swoimi załogami grody na Śląsku.  Triumf Brzetysława  jest jednak równie spektakularny,  co 

iluzoryczny.  Król  Niemiec  Henryk  III,  już  za  siedem  lat  cesarz,  nie  ma  najmniejszego 

zamiaru  akceptować  faktu,  żeby  mu  jakieś  książątko  wybiegało  przed  szereg.  Cała  logika 

background image

władzy  cesarstwa  opiera  się  na  zachowywaniu  równowagi  między  wasalami.  Chwila 

największych  wiktorii  Brzetysława  jest  więc  również  chwilą  początku  odrodzenia 

piastowskiej  Polski.  W zaistniałej  sytuacji,  po  surowym  skarceniu  Czechów,  co  odbiera  im 

skutecznie  ochotę  do  podbojów,  jest  łaskaw  Henryk  III  przypomnieć  sobie  nieszczęśliwego 

wygnańca.  Daje  mu  do  dyspozycji  pięciuset  rycerzy  i nakazuje  przywrócić  porządek  na 

wschodzie.  Nie  jest  to  byle  jakie  wsparcie  zbrojne.  W bitwach  owego  kresu  brało  z reguły 

udział po kilkuset najwyżej rycerzy z obu stron. Z łopotem niemieckich flag wraca Kazimierz 

Odnowiciel  w 1039  roku  na  piastowskie  ziemie.  Dla  Henryka  III  nie  jest  to  wcale  łatwa 

decyzja.  Już  w IX  wieku,  jako  pozostałość  marchii  Karola  Wielkiego,  powstało  bowiem  na 

północnozachodnich  granicach  cesarstwa  hrabstwo  Holandii.  Gwoli  ścisłości  sama  nazwa 

Holandia,  albo  od  Holtland  -  kraj  lasów,  albo  Onland  -  kraj  podmokły  i płaski,  pojawiła  się 

dopiero w początkach XII wieku (Jan Balicki,  Maria Bogucka, Historia Holandii, Warszawa 

1989,  z poprawkami  Fernanda  Braudela).  Holender,  czy  jeszcze  nie  Holender,  Teodoryk  IV 

zawiązuje  wielką  koalicję  lotaryńskoflandryjską  i rzucają  przeciw  Henrykowi.  Jednocześnie 

w Rzymie  następują  wydarzenia  również  dla  Henryka  w znacznej  mierze  niekorzystne  - 

w wyjaśnieniu  wszystkich  ich  aspektów  gubią  się  nawet  najprzenikliwsi  historycy. 

W największym  uproszczeniu:  Potężna  rodzina  Tusculum  wymusza  na  gremium 

kardynalskim  mianowanie  głową  Kościoła  osiemnastoletniego  bratanka  dwóch  poprzednich 

papieży  Teofilakta  z Tusculum,  który  przyjął  imię  Benedykta  IX.  Rudolf  FisherWollpert 

napisze,  iż  „był  to  jeden  z najbardziej  niegodnych  papieży  tego  okresu.  Rzymianie  gardzili 

nim  za  jego  rozwiązłość  i występność.  Stąd  kilkakrotnie  musiał  opuszczać  Rzym”.  Inną 

jednak sprawą  jest ocena  moralna,  inną polityka.  Do Rzymu bowiem ciągle powracał.  Teraz 

następuje 

już 

kompletna 

łamigłówka. 

Oddajmy 

raz 

jeszcze 

głos 

Rudolfowi 

FisherWollpertowi,  który  może  nam  jej  nie  wyjaśni,  ale  przynajmniej  poda  elementy  do 

rozwiązania zagadki:  „Kiedy w 1044  papież ponownie zmuszony  był uciekać, antypapieżem 

wybrano  Sylwestra  III,  który  jednak  został  ponownie  przez  Benedykta  usunięty.  W 1045 

Benedykt  odprzedał  za  tysiąc  funtów  srebra  godność  papieską  Janowi  Gracjanowi  [którego 

był  ojcem  chrzestnym  -  L.S.];  Jan  Gracjan  wstąpił  na  tron  papieski  jako  Grzegorz  VI.  Tak 

więc  w tym  samym  czasie  rządzili  w Rzymie  [jak  zobaczymy  w następnych  rozdziałach  ta 

wielość następców Piotrowych nie była niczym nadzwyczajnym, jednak, na miłość Boską, nie 

w jednym  mieście!  -  L.S.]  aż  trzej  papieże:  jeden  u świętego  Piotra,  drugi  w Santa  Maria 

Maggiore,  trzeci  zaś  na  Lateranie.  Na  wniosek  cesarza  Henryka  III  w 1046  wszyscy  trzej 

zostali pozbawieni urzędu papieskiego. Sylwester  mógł pozostać w Rzymie,  Grzegorz został 

deportowany  do  Kolonii,  zaś  nowo  wybrany  papież  Klemens  II  zmarł  już  9  października 

background image

1047.  Po  jego  śmierci  papieżem  został  ponownie  Benedykt  IX,  ale  16  lipca  1048  został 

ostatecznie zmuszony udać się na wygnanie”. Dlaczego poddany atakom z północy, niepewny 

sytuacji  na  południu,  decyduje  się  Henryk  III,  co  mogłoby  się  wydawać  absurdalne,  na 

konsekwentne i długotrwałe wspomaganie polskiego książątka? 

Być  może  odpowiedzi  szukać  należy  w Paryżu,  gdzie  właśnie  król  Francji  Henryk 

I poślubia  Annę,  córkę  księcia  Kijowa Jarosława Mądrego.  W pierwszej chwili wydawać  by 

się  mogło,  że  to  jakiś  absurd  zupełny.  Kijów  od  Paryża  dzieli,  licząc  ówczesnymi  drogami, 

około  sześciu  tysięcy  kilometrów,  co oznacza,  że  na  wieść  ze  stolicy  do  stolicy  trzeba  było 

czekać  dwa  miesiące,  zakładając  jeszcze,  iż  kurier  nie  będzie  przechwycony  po  drodze.  Co 

ma  w owych  czasach  Kijów  do  Paryża?!  Jednak  coś  ma.  Wobec  chaosu  w Polsce  Jarosław 

może  mieć  wszelkie  szanse  stanąć  lada  chwila  na  wschodnich  granicach  Rzeszy.  Francuzi 

podchodzą  pod  brzegi  Renu.  O południu  i północy  była  już  mowa.  W historiozofii  polskiej 

dominuje  całkowicie  chronologicznie  ograniczona,  a więc  historycznie  bałamutna,  teoria 

o nieszczęsnym,  geopolitycznym  położeniu  Rzeczypospolitej  między  Niemcami  a Rosją. 

W połowie XI wieku Henryk III odczuwał to zupełnie inaczej. Z jednej strony rosnąca w siłę 

i odwołująca  się,  tak  samo  jak  on,  do  tradycji  Karola  Wielkiego  Francja,  z drugiej 

nieobliczalne  prawosławie,  przy  czym  należy  pamiętać,  że  Jarosław  spowinowacony  jest 

z królami  Norwegii  i Szwecji,  których  zamiary  są  zagadką,  pewne  jest  jednak,  że  w razie 

czego  nie  omieszkają  sięgnąć  po  czyjeś  kasztany  z ognia.  W tej  sytuacji  stworzenie  na 

wschodzie polskiego przedmurza wydaje się niezwykle istotne. 

Kazimierz sprawia się znakomicie, może aż za bardzo jak na kalkulacje Henryka. Nie 

chodzi  tylko  o to,  że  pokonuje  przeciwników,  zdobywa  Kraków,  gdzie  wkrótce  przenosi 

stolicę,  ale  staje  się  też  mimowolną  przyczyną  przemian  społecznych.  Hufce  niemieckie  po 

wykonaniu zadania wracają w swoje strony. Odnowiciel potrzebuje jednak siły zbrojnej. Stąd 

pomysł,  żeby  co  możniejszym  wojom,  nawet  jeżeli  walczyli  przedtem  przeciw  niemu, 

nadawać  ziemie,  z których  czerpać  będą  zyski  w zamian  za  służbę  wojenną  na  wezwanie 

z góry.  „Rozpoczął  się  w ten  sposób  proces  tworzenia  stanu  rycerskiego,  który  z czasem 

decydować  zacznie  o kształcie  politycznym  państwa”.  To  jednak  nastąpi  później.  Na  razie 

zyskuje  Kazimierz  Odnowiciel  wojskowe  zaplecze,  co  wcale  nie  musiało  być  elementem 

programu Henryka III.  Można ująć też sprawę szerzej. To wtedy Polska z bytu plemiennego 

przeradza się w kraj  feudalny.  Feudalizm oznacza zaś piramidę władzy.  Na szczycie zasiada 

król (książę), poniżej rycerze (później szlachta) i kler, niżej słudzy szlachty i kleru - poborcy 

podatkowi,  kupcy, karczmarze,  piwowarzy,  giermkowie,  odpowiednicy  naszych dzisiejszych 

służb  specjalnych,  bogatsi  mieszczanie...  Na  samym  dnie  odczłowieczeni  chłopi,  biedota 

background image

grodzka  i tak  zwani  ludzie  z gościńca  -  w większości  przypadków  nieudaczni  mieszczanie 

i zbiegli  chłopi.  Od  tego  czasu,  przez  wiele  wieków,  wbrew  Karolowi  Marksowi  i jakże 

bliskim mu (choć na pewno by zaprzeczyli)  liberałom, niewiele się zmieniło. Myszy pracują 

na szczury, które  udają,  że  liczą się z siedzącymi  nad  nimi kotami wybranymi przez  myszy, 

nad  szczytami  latają  zaś  orły  (w  zależności  od  kraju  białe,  czarne,  dwugłowe  etc.)  i Michał 

Archanioł,  zapewniający  górność,  chmurność  i alibi.  Wszystko  oczywiście  inaczej  się 

nazywa,  ale  na  jedno  wychodzi.  W tym  sensie  można  bezsprzecznie  powiedzieć,  że 

Kazimierz  Odnowiciel  stworzył  nowoczesne  państwo.  Jest  nieco  krępujące,  że  stało  się  tak 

dzięki  niemieckiemu  władcy,  nie  musimy  o tym  jednak  pisać  w podręcznikach  ani  tym 

bardziej  przypominać  dzieciom,  skąd  wywodzą  się  takie  słowa,  jak:  rycerz,  pancerz, 

burmistrz,  krużganek,  alkierz,  lufcik,  tum,  tarcza,  herb,  szlachta,  szmalec,  sznur,  szlaban, 

marszałek. Nie ma powodów, by poczuwać się do wdzięczności, gdyż w najszerszym zakresie 

Henryk III osiągnął dzięki Kazimierzowi Odnowicielowi swoje cele. Polska stała się rubieżą 

zabezpieczającą Niemcy od wschodu. A był ku temu najwyższy czas. W latach tych sprawuje 

bowiem władzę w Kijowie Jarosław Mądry. Nie na darmo nadała mu historia ten przydomek! 

Jak  pisze  Władysław  A.  Serczyk  (Historia  Ukrainy,  Wrocław  1990):  „Kijów  otaczał 

szczególną  troską.  Początkowo  wzniósł  w nim  tylko  drewnianą  cerkiew  pod  wezwaniem 

świętej  Zofii,  lecz  później,  po  pokonaniu  przeciwników  jedności  państwa  i odsunięcia 

niebezpieczeństwa grożącego z zewnątrz, rozpoczął rozbudowę miasta zakrojoną na szeroką, 

niespotykaną  dotąd  skalę.  Kompleks  budowli  powstałych  w Kijowie,  poczynając  od  1037, 

nazywa  się  dzisiaj  tradycyjnie  «Grodem  Jarosława».  Zbudowano  wówczas  między  innymi 

murowany  sobór  Sofijski,  bogato  zdobiony  i wyposażony  w cenne  dzieła  ówczesnych 

malarzy  -  «ikonopisców».  Do  chwili  obecnej  zachowała  się  wspaniała,  odrestaurowana 

w ostatnich  latach  mozaika  w centralnej  części  soboru  oraz  freski  zajmujące  powierzchnię 

niemal 3000 metrów kwadratowych. Cerkiew miała pięć naw, a nad nią wyrastało trzynaście 

pozłacanych kopuł. (...) W tym czasie powstały też cerkwie świętego Jerzego i świętej Ireny, 

patronów  władcy  i jego  żony  (Jarosławowi  przy  chrzcie  nadano  imię  Jerzy);  nowe  mury 

obronne  ze  słynną  Złotą  Bramą  -  głównym  wjazdem  do  miasta.  W Kijowie  ustanowiona 

została  metropolia”.  Budowano  też  i wspomagano  budowę  innych  miast,  przede  wszystkim 

Perejesławia.  Na  dworze  Jarosława  istniały  trzy  stronnictwa  (vide  cytowany  już  Lew 

Gumilow,  Od  Rusi  do  Rosji):  prozachodnie,  w czym  zawierała  się  fascynacja,  ale  również 

marzenie  o ekspansji  w tym  kierunku;  probizantyjskie  i nacjonalistyczne,  uważające,  że  Ruś 

może  stawić  czoło  wszystkim  „obcym”.  Na  razie  przyszło  jednak  Jarosławowi  walczyć 

z południowymi  sąsiadami  -  Pieczyngami,  koczowniczym  ludem  tureckim,  którego  hordy 

background image

wdarły  się  do  Kijowa.  Wsparty  przez  Waregów  i nowogrodzian,  po  niezwykle  krwawej 

bitwie,  ostatkiem  sił  Jarosław  zwyciężył.  „Za  to  klęska  Pieczyngów  -  pisze  Gumilow  -  była 

całkowita i plemię to więcej już nie niepokoiło Rusi”. Sukces ten umocnił przede wszystkim 

nacjonalistów.  Na  południu  zagrożenie  minęło,  na  zachodzie  sytuacja  była  nie  do  końca 

wyjaśniona,  na  wschodzie  nomadzi  nadal  zbyt  silni.  Siłą  rzeczy  ekspansja  ruska  skierowała 

się  na  północ.  Jeżeli  nie  militarna,  to  w każdym  razie  ideologiczna.  W swojej  znakomitej 

pracy Wzrost  potęgi Moskwy (Kraków 2000) cytuje Henryk Paszkiewicz Jarosława Mądrego 

aż  na  dwudziestu  stronach.  Możemy  łatwo  dojść  do  przekornego  wniosku,  że  o ile  bez 

Jarosława  Mądrego  nie  byłoby  silnej,  a może  nawet  potężnej  Rusi  Kijowskiej,  to  bez  niej 

z kolei  nie  byłoby  Księstwa Moskiewskiego, a w dalszej konsekwencji  Rosji. To prawda,  że 

musiały  jeszcze  minąć  wieki.  Ziarno  jednak  zostało  już  zasiane.  O dziwo,  myśl  okazuje  się 

czasem ważniejsza od miecza. 

Podobnie poniekąd było we Włoszech. Jak możemy się domyślać, Henryk III nie miał 

nic  przeciwko  międzypapieskim  waśniom,  a wszelkie  konflikty  na  południowej  flance  jego 

włości  były  mu  jak  najbardziej  na  rękę.  Toteż  z satysfakcją  przyjmuje  fakt,  iż  na 

południowych wybrzeżach Półwyspu Apenińskiego panoszyć się zaczynają Normanowie. Jest 

to  lud  skandynawski,  potomkowie  wikingów  z rogami  na  hełmach,  osiadły  również  (stąd 

Normandia)  na  ziemiach  dolnej  Sekwany,  w tych  czasach  mówiący  już  po  frankijsku 

i rządzący  się  podług  kontynentalnych  instytucji.  Nie  zmienia  to  wiele  ich  łupieżczych 

tradycji  -  wojska  wypadające  z ich  długich  łodzi  dają  się  nieźle  we  znaki  całej  zachodniej 

Europie.  Tym  razem  wyprawiają  się  na  Morze  Śródziemne.  Mauretańskie  kalifaty 

południowohiszpańskie  są  dla  nich  jeszcze  za  silne.  Władcy  Andaluzji  dysponują  przy  tym 

zgromadzoną  w Kadyksie  i Tarifie  solidną,  jakbyśmy  to  dzisiaj  nazwali,  strażą  przybrzeżną. 

Za  to  Neapol,  obawiający  się  Rzymu  i trzymający  wojska  na  północy  królestwa,  jest  celem 

wymarzonym.  Już  w 1029  roku  podrzędny  wódz  normandzki  Rainulf  I Drengot  wdziera  się 

na  półwysep  i opanowuje  tereny,  które  zostają  mu  tchórzliwie  przyznane  wraz  z tytułem 

hrabiego  d’Aversy.  Świeżo  ochrzczony  Norman  ma  dość  sprytu,  żeby  zrozumieć,  iż  nie 

utrzyma się na zdobytych ziemiach bez politycznej przynajmniej pomocy z zewnątrz. Ogłasza 

się  więc  natychmiast  niezłomnym  stronnikiem  cesarstwa  niemieckiego.  Wystarczy  spojrzeć 

na  mapę,  żeby  zrozumieć  cały  cynizm  dzikiego  zdobywcy.  Od  monarchii  Konrada  II, 

a później  Henryka  III,  dzielą  go  setki  kilometrów  i różne  włoskie  księstwa  oraz  państwo 

kościelne  przede  wszystkim.  Tymczasem  jest  więc  sam  sobie  sterem,  żeglarzem  i okrętem. 

Wydaje  się,  że  nic  nie  może  już  powstrzymać  Normanów.  Padają  Kapua  i Solerno.  Na 

zdobyte  ziemie  przybywają  setki  Normanów  złaknionych  nowych  poddanych  i własności. 

background image

Apetyty rosną w miarę jedzenia. Przybyły w 1039 Tankred z Hauteville ma dwunastu synów, 

z których  każdemu,  a sobie  również,  chciałby  zagwarantować  odpowiednią  działkę,  zamki, 

tytuły  i ziemie.  Nie  darzy  on  rzecz  jasna,  któregoż  ojca  na  to  stać,  wszystkich  synów 

jednakową  sympatią.  Trzej,  Robert,  Roger  i Wilhelm,  wydają  mu  się  najgodniejszymi 

spadkobiercami.  Im  też  powierza  gros  swoich  sił  zbrojnych.  Nie  są  one  byle  jakie,  gdyż  do 

włoskich  brzegów  przybijają  coraz  to  nowe  łodzie  pełne  wojowników  spragnionych  łupów, 

wiecznej  wiosny  i wymarzonych,  namiętnych  kobiet.  W tym  momencie  zaczyna  się  jednak 

niepokoić  Henryk  III.  Owszem,  chętnym  okiem  widział  dywersję  na  południu,  ale  nie 

powstanie  tam  konkurencyjnego  i niebezpiecznego  nowego  państwa.  Nie  angażując  się  do 

końca,  pozwala  więc  papieżowi  zorganizować  antynormandzką  ligę,  w której  skład  wejdą 

Longobardzi,  mieszkańcy  regionu  Apulii,  a nawet  zwerbowane  za  słoną  opłatą  (Henryk  nie 

dał  oczywiście  ani  grosza)  ochotnicze  oddziały  bizantyjskie.  Jak  pisze  Józef  Andrzej 

Gierowski:  „Nie  doszło  jednak  do  współdziałania  papieża  i cesarza  bizantyjskiego. 

Uniemożliwiła je schizma wschodnia patriarchy Konstantynopola, Michała Cerulariusza. Siły 

papieskie okazały się za słabe do wywalczenia zwycięstwa. W 1053 roku pod Civitą w Apulii 

Robert  Guiscard  [pierwszy  z synkówfaworytów  Tankreda  z Hauteville  -  L.S.]  rozbił 

zaciągnięte  przez  papieża  wojsko.  Sam  papież  znalazł  się  w niewoli  i choć  był  traktowany 

z ironicznym  szacunkiem,  dopiero  po  kilku  miesiącach  zdołał  się  z niej  wydostać. 

Zwycięstwo  to,  a także  przybierający  na  sile  spór  między  cesarstwem  a papiestwem 

zapewniły Normanom swobodę dalszych poczynań. Aby uzyskać  pomoc Normanów,  papież 

Mikołaj II nadał Robertowi wszystkie zdobyte przez  niego ziemie  jako  lenna.  Porozumienie 

to,  zwane  konkordatem  z Melifi,  zawierało  wprawdzie  uznanie  najwyższej  zwierzchności 

papieża  nad  południowymi  Włochami,  zarazem  jednak  tworzyło  prawną  podstawę  władzy 

Normanów.  Dzięki  oparciu  w Rzymie  Robert  nie  zważał  na  pretensje  władców 

longobardzkich  i kontynuował podbój ziem  należących do Bizancjum.  Ukoronowaniem tych 

sukcesów  stało  się  zdobycie  Bari.  Po  sześciu  wiekach  skończyło  się  panowanie  greckie 

w południowych Włoszech”. 

Oto  jakie  figle  płata  historia.  Kiedy  długie  łodzie  Normanów  mijały  terytoria 

mauretańskie,  a w Cieśninie  Gibraltarskiej  mogli  nawet  widzieć  dumne  pałace  i meczety 

muzułmanów,  nie  wiedzieli  nic  o rozpoczynającej  się  tam  wojnie  domowej.  Za  chwilę  już 

kalifat kordobański rozpaść się miał na sześć małych królestw, z których każde z osobna było 

beznadziejnie  słabe  militarnie  i finansowo.  Współcześni  nazwali  je  taifas,  co  oznacza 

zgrupowanie,  klan.  W dzisiejszej  polszczyźnie  dałoby  się  zapewne  przetłumaczyć  jako: 

majątki  partii  kanapowej.  Żadne  z tych  taifas  nie  przetrwało  dłużej  niż  sześćdziesiąt  lat. 

background image

Najbliższa  powodzenia  była  zapewne  rodzina  Banu  Abbad,  która  po  opanowaniu  Badajoz 

przejściowo zdobyła nawet Toledo, jednak spotkała się w tym mieście z żywiołowym oporem 

ludności  nie  tyle  wiernej  swoim  uciekającym  kalifom,  ile  przywilejom  przedtem  przez  nich 

nadanym, które napastnicy usiłowali zmienić lub unieważnić. Walki wokół Badajoz osłabiały 

Andaluzję, w której władcy Sewilli w zależności od koniunktury i intryg dworskich popierali 

kolejne  taifas,  ale  na  pewno  nie  Banu  Abbadów,  którzy  mogliby  stać  się  niebezpieczną 

konkurencją.  Niemniej  jednak  ciągłe  angażowanie  się  w walki  sąsiedzkie  kosztowało  ich 

ogromne sumy i ogałacało z wojska. Gdyby to wiedzieli Normanowie... Toż skarby Kordoby 

i Sewilli były co najmniej równoważne nieosiągalnym na razie perłom Bizancjum. 

Czy jednak naprawdę nie wiedzieli? Dialektyka chrześcijańska,  jak zresztą większość 

ideologii, jest skonstruowana specyficznie. Większymi wrogami od tych, którzy tworzą nową 

koncepcję,  są  rewizjoniści  starający  się  rozmyć  prawdziwą  doktrynę.  Lepszy  jest 

mahometański  pies  niewierny  niż  swój  heretyk,  podobnie  jak  dla  stalinowca  lepszy  był 

białogwardzista  niż  trockista.  Nic  więc  dziwnego,  że  podszepty  większości  władców 

rzymskokatolickiej Europy sugerowały ataki na schizmatyków przede wszystkim. 

Jest to czas, kiedy - początkowo we Francji - pojawiają się pierwsze promienie gotyku 

(stąd jego średniowieczna nazwa „opus francigenum”). Pamiętam wielogodzinne dyskusje ze 

studentami  ASP  w Warszawie,  którzy  widzieli  w nim  techniczną  realizację  postępu 

budownictwa i architektury. Otóż nic z tych rzeczy. Gotyk to przede wszystkim wyraz nowej 

ideologii.  Pisze Lech  Kalinowski,  iż  „urzeczywistniał  ideał pałacu cesarskiego, podczas gdy 

masywna  budowla  romańska  -  feudalnego  zamku”.  To  tylko  pół  prawdy.  Po  wypchnięciu 

Greków  na  wschód  chrześcijaństwo  zachodnie,  jeszcze  grubo  przed  krucjatami,  wchodzi 

w swój  okres  triumfalistyczny  i strzelisty.  Łuki  okien  pną  się  ku  górze  niczym  strzały 

wskazujące  obłoki  i Niebieskie  Jaruzalem.  Witraże  i wielkie  rozety  rozrzucały  po  wnętrzach 

migotanie  cudownych  kolorów,  które  spotkamy  w życiu  pozagrobowym.  Miałem  szczęście 

zwiedzać  katedrę  w Auxerre  (o  wiele  późniejszą,  ale  nie  ma  to  akurat  znaczenia) 

z Jacques’em  Le  Goffem,  który  tłumaczył,  jak  bogato  i pstrokato  wymalowane  były  ściany 

świątyni.  Zdarły  farbę  późniejsze  pokolenia  chcące  widzieć  wszędzie  diabła  i złowrogą 

pokusę.  Dopiero  barok  pozwolił  sobie  wymalować  niebo  gwiaździste  w kościele  Mariackim 

w Krakowie  i dodać  kiczowate  ołtarzyki.  Barw  już  jednak  zabrakło.  Któżby  poważył  się  na 

pomalowanie ścian katedry na żółto, pomarańczowo lub niebiesko. Zdobył się na to cudowną 

rozetą  w katedrze  w Reims  tylko  Żyd  Chagall.  Jednak  i ona  została  umieszczona  z tyłu  za 

głównym ołtarzem. 

Zresztą  pojawienie  się  gotyku  nie  jest  sprawą  zrozumiałą  i możliwą  do 

background image

zaakceptowania  dla  wielu  prawowiernych.  Około  1039  opatem  pustelników  kamedulskich 

w Fonte  Avelleno  zostaje  Piotr  z Rawenny.  Stosunkowo  młodo  -  ma  trzydzieści  dwa  lata. 

Bardzo  ciekawa  to  postać.  Jeżeli  wierzyć  hagiografom  został  porzucony  przez  matkę 

niemogącą  wychować  swych  kilkunastu  dzieci.  Dopiero  na  interwencję  sąsiadów  zostaje 

przyjęty z powrotem do rodzinnego domu,  gdzie  od malucha zostaje świnopasem. Lituje się 

nad  nim  jeden  ze  starszych  braci  -  Damian.  Na  ile  może,  stara  się  go  uczyć,  ale  przede 

wszystkim  uświadamia  mu,  że  ma  w życiu  tylko  dwie  drogi:  wojsko  albo  stan  duchowy. 

Wdzięczny  brat,  wstępując  do  kamedułów,  przyjmuje  jego  imię.  Będzie  odtąd  Piotrem 

Damianem.  W zakonie  daje  się  od  razu  poznać  -  trudne  dzieciństwo  nie  mogło  być  bez 

znaczenia  -  jako  nieubłagany  pogromca  wyrodnych  matek,  swobody  seksualnej,  symonii 

i rozpusty  Rzymu.  Wkrótce  awansowany  na  biskupa  Ostii  i kardynała,  otoczony  aurą 

świętości,  wychowuje  dalszych  świętych.  Jednym  z nich  jest  Dominik  Opancerzony 

(Dominicus  Loricatus),  który  dowiedziawszy  się,  że  jego ojciec  nabył  za  pieniądze  godność 

kapłańską,  w pokucie  nosił  przez  całe  życie  założoną  na  nagie  ciało  metalową  kolczugę, 

kaleczącą  go  przy  każdym  ruchu  -  stąd  przydomek.  Zmarł  w 1060,  na  dwanaście  lat  przed 

swoim  wychowawcą,  któremu  pozostał  do  końca  wierny  i wdzięczny.  Czyż  można  się 

spodziewać, iż takich ludzi nie gorszyły kolory i fanaberie gotyku? Mówiąc zaś o fanaberiach, 

nie  jesteśmy  bynajmniej  gołosłowni.  Znakomity  antropolog  francuski  (notabene  mąż  córki 

wielkiego  polskiego  poety  Juliana  Przybosia)  Claude  Gaignebet  (Artprofane  et  religion 

populaire  au  moyen  âge,  Paris  1985)  pokazał,  iż  artyści  XIXIII  wieku  korzystali  często 

z wolności  twórczej  przyznanej  im  przez  nowy  styl  w sposób  na  pewno  niezgodny 

z intencjami  mecenasów.  Tam,  gdzie  nie  sięgał  wzrok  surowych  biskupów,  za  fryzami, 

wieżami, niewidoczne z dołu, umieszczali rzeźby pogańskie i bez mała pornograficzne. Są to 

niekiedy arcydzieła sztuki, których wykonanie wymagało tygodni i miesięcy pracy w ukryciu. 

Po  co?  Wydaje  się,  że  odpowiedź  jest  tylko  jedna.  Nie  ma  sposobu  zatrzymania  ludzkiego 

pędu  do  wolności.  Rzeźbiarz  uderzający  dłutem  na  złość  wszystkim,  ryzykujący  wiele, 

a sygnujący  swoje  prace  dziwnym  kodem,  którego  nikt  do  dzisiaj  nie  rozpoznał,  nie  miał 

żadnych  szans,  żeby  przypuszczać,  że  za  siedemset  lat  Claude  Gaignebet  i JeanDominique 

Lajoux wdrapią się na dach i zobaczą jego ukrytą perełkę. Nie ustalą jego imienia i siłą rzeczy 

nie  nadadzą  mu  rozgłosu.  A po  cóż  rozgłos  umarłym?  Kiedy  konie  niemieckiej  jazdy 

Kazimierza  Odnowiciela  tratowały  polską  ziemię,  gdzieś  we  francuskiej  wiosce  siedział 

francuski  rzeźbiarz  i odnajdował  gładkość  pośladków  swojego  kochanka.  Jedno  i drugie  ku 

czci Najświętszej Maryi Panny. Nie ma w tym cienia bluźnierstwa. Tylko historia. 

background image

1195 

W 1195 przyszedł na świat w Lizbonie Ferdynand Bullone, późniejszy święty Antoni 

Padewski.  Wbrew  przydomkowi  nie  był  Włochem,  ale  Portugalczykiem.  Jak  każde 

chrześcijańskie  dziecko  wie,  jest  patronem  od  rzeczy  zagubionych.  Stare  porzekadło 

z Mazowsza, które odnotowaliśmy koło Liwia na Mazowszu, mówi: 

Gdyś się zgubił byle czego, Pomódl się do Antoniego. 

(zanotował Mirosław Kanownik) 

Z kolei Julian Krzyżanowski podaje (Nowa księga przysłów i wyrażeń przysłowiowych 

polskich, Warszawa 1969) między innymi: 

Święty Antoni od zguby broni. 

Albo: 

Święty Antoni, chwała twoja! 

Niech się znajdzie zguba moja. 

I jeszcze: 

Święty Antoni! Dopomóż odszukać koni! 

Jest  w tym  niemała  hagiograficzna  zagadka.  W żadnej  relacji  nic  nie  łączy  bowiem 

Antoniego  z jakimikolwiek  zgubami,  przepadłościami  czy  cudownymi  odnalezieniami.  Już 

w piętnastym roku życia, będąc prawiczkiem, co w jego wieku nie zdarzało się w tych latach 

zbyt często,  wstąpił do klasztoru  kanoników regularnych świętego Augustyna koło Lizbony, 

skąd po dwóch  latach nowicjatu, jako wyjątkowo zdolnego ucznia,  wysłano go do klasztoru 

w Coimbrze  na  wyższe  studia  teologiczne.  Tu  również  był  prymusem.  Wtedy  też  kapituła 

zdecydowała, że jest gotów do ewangelizacji muzułmanów w Maroku. Rzecz nie okazała się 

prosta. Czując zewsząd sprzeciw, opuszczony przez najbliższych, uważających, iż płomienne 

kazania i przykład osobisty wystarczą, kiedy nie dano mu żadnej możliwości ekumenistycznej 

negocjacji,  Antoni  rezygnuje.  Zgorzkniały,  chory  bardziej  psychicznie  niż  fizycznie,  chowa 

się  w pustelni  na  parę  trudnych  lat.  Wyszedłszy,  staje  się  kaznodzieją  uznawanym 

i opłacanym  przez  uniwersytet  w Montpellier  i Tuluzie.  Ogromna  większość  jego  kazań 

(wykładów?)  nie  dotrwała  do  naszych  wieków.  Ze  szczątków  wiemy,  iż  głosił  przekonanie 

o możliwości tolerancji i porozumienia między religiami. Krótko mówiąc, nie nadawał się na 

swoje czasy. Bardzo szybko zostaje odwołany ze stanowiska kaznodziei i odesłany doLe Puy 

w poniżającej funkcji gwardiana, potem, co było jednak awansem, kustosza w Limoges. Daje 

mu  to  szansę  organizowania  akcji  charytatywnych  wspomagających  nie  tylko  ślepo 

wierzących. Po śmierci stał się przedmiotem rozgrywki między nie tyle mającymi przeciwne 

racje teologiczne, ile tymi, którzy walczyli o ludowe poparcie. Być może też fraza Grzegorza 

background image

IX,  że  „zawsze  poszukiwał  najważniejszego”,  spowodowała  wiarę  w jego  orędownictwo 

w kwestiach ołówków odłożonych  nie tam,  gdzie należy. Trzeba  było  jeszcze siedmiuset lat 

(sic!), aby Pius XII ogłosił go „doktorem Kościoła”. Papieżowi nie chodziło w najmniejszym 

stopniu  o jego  doktrynę,  a tylko  o głęboki  kult  ludowy,  któremu  nie  należy  się  sprzeciwić. 

„Posągi  świętego  Antoniego  -  piszą  Donald  Attwater  i Catherine  R.  John  (Dykcjonarz 

świętych,  Wrocław 1997)  -  przedstawiające go jako łagodnego młodzieńca,  trzymającego na 

ręku  Dzieciątko  Jezus  oraz  lilie,  nie  oddają  mu  często  pełnej  sprawiedliwości.  Był  to  silny 

i odważny  człowiek,  bezlitosny  wobec  ciemiężycieli  bezbronnych,  rozwiązłego  kleru 

i heretyków”.  Z biegiem  lat  oprócz  rzeczy  zagubionych  jego  patronat  objął  również  bydło 

narażone  na  zarazę  i problemy  rodzinne  (Encyklopedia  katolicka,  1.1,  Lublin  1973). 

W bliższych  nam  czasach  propagowania  kultu  św.  Antoniego  podjęła  się  prasa  katolicka. 

Wystarczy  wymienić  tylko  tygodnik  „Głos  Świętego  Antoniego  z Padwy”  (Lwów 

1896-1914),  „Chleb  Ubogich  Świętego  Antoniego  Padewskiego”  (Poznań  1895-1923)  czy 

„Posłaniec Świętego Antoniego z Padwy” (Lwów 1910-1939). Sam Ferdynand Bullone byłby 

tym  ogromnie  zdziwiony.  Z jego  pism,  jeśli  można  wierzyć  kopiom  i późniejszym 

komentarzom,  wynika,  że  był  wrogiem  wszelkiej,  poza  metafizycznopapieską,  centralizacji 

władzy,  która  w jego  pojęciu  nie  mogła  ulżyć  biednym  i prześladowanym.  Bardzo  skromnie 

zakreślał  swoje  oddziaływanie.  Stajemy  wobec  koncepcji,  co  do  której  historycy  do  dzisiaj 

nie mogą się pogodzić. Czy Bolesław Krzywousty naraził kraj na szwank, dzieląc go między 

synów,  czy  wręcz  przeciwnie,  umożliwił  mu  postęp  i skuteczną  pogoń  za  uciekającą 

cywilizacją  zachodnią?  My,  dzieci  Internetu,  musimy  sobie  uświadomić,  że  apele  książąt 

rozbrzmiewały  pod  sklepieniami  ich  komnat,  a dalej  wynosili  je  już  gońcy  w miarę  sił 

własnych i wydolności konia. Realna władza książąt roku 1195 nie sięgała i sięgać nie mogła 

dalej niż poza stukilometrowy krąg, założywszy optymistycznie, iż nie komplikowały sytuacji 

góry,  szerokie  rzeki,  bagna  i puszcze,  zawężające  siłę  rozkazów,  zarządzeń  i odległych, 

choćby  najbardziej  racjonalnych  pomysłów  i wskazań.  Tylko  na  pobliskich  ziemiach  mógł 

władca dokonywać realnych przemian. I w tym miał święty Antoni względną rację. 

W Polsce  dominuje  na  razie  inna  koncepcja  polityczna.  5  maja  1194  umiera 

w Krakowie Kazimierz zwany Sprawiedliwym. Tak określały go kroniki pisane wtedy bodaj 

bez  wyjątku  przez  duchownych,  ze  względu  na  niebywałe  przywileje,  jakie  ze  szkodą  dla 

państwa  przyznał  klerowi  -  między  innymi  zrzekł  się  na  rzecz  Kościoła  „ius  spolii”,  czyli 

prawa  księcia  do  ruchomości  po  zmarłych  dostojnikach  episkopatu.  Na  wieść  o śmierci 

braciszka  Mieszko  III  Stary,  zapewniwszy  sobie  współdziałanie  książąt  śląskich,  rusza  na 

Kraków. Nad rzeczką Mozgawą koło Jędrzejowa następuje bitwa w dwóch odsłonach, której 

background image

scenariusz  świadczy  tragicznie  o umiejętnościach  taktycznych  dowódców  obu  stron.  13 

września  1195  główne  siły  Mieszka  ścierają  się  z oddziałami  wojewody  krakowskiego 

Mikołaja,  wspomaganego  przez  jazdę  księcia  włodzimierskiego  Romana.  W walce  ginie 

Bolesław,  syn  Mieszka  Starego,  a on  sam,  poważnie  ranny,  zarządza  odwrót.  Ledwo  kurz 

opadł  i pozbierano  rannych  z pobojowiska,  przybywa  na  pole  spóźniony  Mieszko  Plątonogi 

i natyka  się  na  równie  niepunktualne  zastępy  kasztelana  sandomierskiego  Goworka, 

wychowawcy  synów  Kazimierza  Sprawiedliwego.  Kolejne  starcie,  zupełnie  zbędne,  gdyż 

wszystko zdecydowało się już wcześniej, przynosi tylko wzięcie Goworka w niewolę, co jest 

dla  obu  Mieszków,  Starego  i Plątonogiego,  jakimś  finansowym  pocieszeniem.  Ich  plany 

polityczne  legły  bowiem  definitywnie  w gruzach.  Regencja  w Krakowie  zostaje  utrzymana, 

a dawne  włości  piastowskie  podzielone  są  nadal  na  trzy  części:  małopolskomazowiecką 

synów  Kazimierza  Sprawiedliwego,  wielkopolską  Mieszka  III  i śląską  potomków 

Władysława II Wygnańca. W przyszłości domeny te ulegać będą dalszemu rozdrobnieniu. Za 

kilkanaście  lat  będzie  już  na  ziemiach  piastowskich  jedenaście  udzielnych  księstw,  potem 

jeszcze więcej. Nie ma w tym żadnej specyfiki polskiej. Francja za panowania współczesnego 

Kazimierzowi Sprawiedliwemu  i Mieszkowi Staremu Filipa I jest archipelagiem posiadłości, 

których seniorzy czasem uznają władzę centralną, czasami zaś lekceważą  ją do tego stopnia, 

że nie są nawet skłonni przyjąć królewskich posłów. Ponadto wszyscy biją się ze wszystkimi 

i ze  wszystkimi  układają  w trwające  miesiącami  czy  nawet  tylko  tygodniami  sojusze.  Na 

będącym przedłużeniem polityki rynku matrymonialnym panuje zamęt totalny. Księżniczka X 

może  być siostrą  Y,  ale kuzyn Y poślubił właśnie Z,  której brat W jest akurat związany z X 

poprzez  pokrewieństwo  z V,  mającego  jednak  popleczników  u U.  Tłumaczę  zawsze  moim 

studentom, że nie ma nic wspanialszego dla miłośników krzyżówek czy sudoku, jak ten okres 

historii  Francji.  Kto  z kim,  a kim  jest  ten  ktoś,  kto  zaś  ktosia  kuzynem.  Już  rozrysowanie 

takiego  schematu  graniczy  z cudem.  Trzeba  zaś  dodać,  iż  niektóre  związki  nie  dają  się 

wyjaśnić bezpośrednio. V nie poślubia T z powodu jej posagu, ale ze względu na to, iż podług 

uporczywych wieści  Y  jest nieuleczalnie chory, a w przypadku  jego śmierci X będzie  mogła 

się wmieszać w egzekucję jego testamentu. W 1987 Thierry Le Hête wydał pomnikową pracę 

Les  Capétiens,  w której  na  dwustu  dwudziestu  stronach  i ponad  stu  tablicach  stara  się 

wyjaśnić  pokrewieństwa  różnych  linii  Kapetyngów.  Wielki  angielskofrancuski  antropolog 

kultury  Julien  PittRivers  powiedział,  że  oto  mamy  punkt  wyjścia.  Trzeba  poddać  analizie 

dzieło Le Hêtea i wtedy może, powoli, zaczniemy rozumieć zasady myśli politycznej tamtych 

czasów.  Można  mu wierzyć,  gdyż  był PittRivers  arystokratą skoligaconym z Plantagenetami 

i spokrewnionym  ze  Stuartami,  mającym  ambicje  umieścić  się  w puzzlach  angielskich 

background image

struktur pokrewieństwa, co zabrało mu ostatnie lata życia. Książka nie zdążyła się już ukazać, 

ale materiały nie mogły przecież zniknąć. Mam nadzieję, że ktoś je odnajdzie i wyda. Znając 

bowiem niesłychaną inteligencję PittRiversa i jego pickwickowski humor, wiem, że będzie to 

lektura  wspaniała.  Taka  zaś  ulica  de  l’Université  w Paryżu  aż  do  Boulevard  de  la  Tour 

Maubourg,  nie  licząc  przecięcia  z esplanadą  Invalides,  wydaje  się  nudna  i szara.  Wystarczy 

tylko, a tego nie ma już w przewodnikach, mieć możliwość przekroczenia wysokich jej bram. 

Za  nimi  pojawiają  się  ogrody,  fontanny,  oszklone  pawilony.  W jednym  z nich  żył  i umarł 

PittRivers,  autor  Anthropologie  de  l’honneur  (Paris  1977),  książki,  którą  może  należałoby 

wpisać na listę obowiązkowych lektur co najmniej tym, którzy udzielają się publicznie. 

Wróćmy  jednak  do  roku  1195.  Te  wszystkie  książątka  szukające  odpowiednich 

ożenków  na  matrymonialnej  szachownicy,  wykrwawiające  się  w sąsiedzkich  walkach,  mają 

swoje niemałe ambicje.  Jakiegoś nieistniejącego zresztą,  paryskiego budżetu centralnego nie 

byłoby  nigdy  stać  na  ich  zaspokojenie.  Tutaj  jednak  każde  książątko  chce  mieć  katedrę 

piękniejszą  niż  u kuzyna,  zamek  większy  niż  teściowej.  I budują  je.  Znajdują  lepszych  czy 

gorszych architektów (wtedy nie było jeszcze takiego słowa - mówiło się: budowniczy), mają 

mniej  lub  więcej  pieniędzy,  ale  ciągną  te  wieże  ku  niebu,  a zamki  zdobią  basztami 

i wykuszami.  Mieszkałem  przez  dziesięć  lat  w wiosce  SâacysurMarne  dokładnie  na  granicy 

ÎledeFrance  i Szampanii.  Na  zakupy  jeździliśmy  z Basią  najczęściej  do  supermarketu 

w ChâteauThierry, dwadzieścia kilometrów na wschód. Na tym drobnym odcinku mijaliśmy, 

zblazowani,  trzy  kościółki  romańskie  i dwa  wczesnogotyckie.  Wszystkie  wybudowane 

zostały  na  przełomie  XII  i XIII  wieku  przez  pociotków  i dalszych  krewnych  książąt 

Szampanii.  Przewodniki  nawet  ich  nie  wzmiankują,  bo  trudno  wymienić  wszystkie  mrówki 

w mrowisku.  Podobnie  jest  w Niemczech,  Hiszpanii,  Anglii,  a w odpowiednich  proporcjach 

także  w ubogiej  Polsce.  Fundacje  z tego  okresu  (moja  droga  po  zakupy  przeniesiona  nad 

Wisłę  byłaby  obowiązkowym  szlakiem  turystycznym)  zawdzięczamy  również  regionalnym 

władcom o zapomnianych imionach. 

W Rzymie,  w roku  1195,  panuje  Celestyn  III  (Giacinto  Bobone).  Postać  o tyle 

niebywała,  że  papieżem  został  wybrany  w wieku  lat  85,  co  nawet  jak  na  dzisiejsze  kryteria 

jest  niezwykłe.  Wbrew  wszelkim  oczekiwaniom  okazał  się  staruszkiem  energicznym 

i zdecydowanym.  Podczas  siedmioletniego  pontyfikatu  zdążył  zagrać  na  nosie  wszystkim 

oczekującym  na  jego  rychły  zgon  biskupom,  czyniąc  z kurii  papieskiej  jedyny  prawny 

ośrodek 

w kwestiach 

teologicznych, 

liturgicznych, 

a także 

w wymiarze 

politycznoekonomicznym.  Jego  rozgrywka  z cesarzem  niemieckim  Henrykiem  VI 

Hohenstaufem  uchodzi  nie  bez  racji  za  dyplomatyczny  majstersztyk.  Najpierw  go  koronuje, 

background image

ale  za  cenę  podjęcia  nowej  krucjaty,  potem,  robiąc  wszystko,  by  się  ona  nie  powiodła, 

dyskontuje wszelkie iluzoryczne sukcesy krzyżowców. Wreszcie, po śmierci cesarza, otula się 

czarną  żałobą  i gotów  jest  przygarnąć  pod  swoje  władanie  osierocone  po  nim  owieczki. 

Jedynie  czasu  brakuje.  Starość  ma  swoje  prawa.  Umiera  pięć  miesięcy  po  cesarzu  i ryby 

uciekają z sieci. Jego następca Innocenty III (Lotar, hrabia Segni), obrany w wieku 38 lat, nic 

bowiem  nie  zrozumiał  z subtelnych  intryg  poprzednika.  Jest  to  papież  terrorysta  (słowo  jest 

mocne,  ale  nawet  wydany  przez  katolicki  Znak  Leksykon  papieży,  Kraków  1990,  mówi 

o terrorze  w jego  metodach  sprawowania  władzy),  nieuznający  żadnych  odchyleń  od 

oficjalnej,  czyli  również  narzucanej  przez  siebie,  doktryny.  Biada  odchyleńcom.  Koniec 

wszelkich  kompromisów,  a tym  bardziej  jakiejkolwiek  dyplomatycznej  gierki,  w której 

czasami  ręka  rękę  myje.  Zarówno  w Niemczech,  jak  i Anglii  narzuca  swoją  wolę  groźbami 

ekskomuniki  czy  wezwania  wiernych  do  buntu.  W 1215,  pewny  przewagi,  zwołuje  sobór 

powszechny, zwany IV laterańskim. Co warto z niego zapamiętać, to przestrzegany do dzisiaj 

przez  wiernych  obowiązek  spowiedzi  w okresie  wielkanocnym.  Wszystkie  polityczne 

ustalenia  soboru  legły  za  to  w gruzach  w ciągu  paru  następnych  lat. Proklamowana  krucjata 

zakończyła  się  beznadziejnym  niepowodzeniem,  Kościół  wschodni  sprzeciwił  się  zbliżeniu 

z zachodnim,  i tylko  jeszcze  bardziej  się  od  niego  oddalił,  wyrzekł  się  również  Kościół 

„ubóstwa proklamowanego siłą”. Trzeba jednak przyznać Innocentemu III, że w tym ostatnim 

względzie zostawił sobie furtkę otwartą. 

Jako wentyl bezpieczeństwa zatwierdza bowiem istnienie głoszącego ubóstwo zakonu 

świętego  Franciszka  z Asyżu.  Linia  między  „ubóstwem  proklamowanym  siłą”  a ”ubóstwem 

dobrowolnym”  jest  w uczonych  interpretacjach  nieskończenie  cieniutka.  Czy  na  przykład 

nacisk  psychiczny:  skoro  jesteś  sługą  bożym,  winieneś  zrezygnować  z luksusów,  jest  już 

przejawem  terroru?  Albo  odwrotnie,  czy  afiszowanie  się  ubóstwem  nie  staje  się  przejawem 

próżności  i narzędziem  w zabieganiu  o władzę?  Wydaje  się,  iż  w przypadku  Franciszka 

z Asyżu  można  tych  dyskusji  zaniechać.  Był  to  po  prostu  człowiek  obdarzony  autentyczną 

i absolutną empatią - rodzą się niekiedy tacy, choć być może za rzadko. Nie jest to też kwestią 

hagiografii,  gdyż  nawet  nieżyczliwe  mu  źródła  świadczą  na  jego  dobro.  Jeżeli  takie 

opowieści, jak o ”bracie wilku”, złożymy do szuflady kiczu, faktem pozostanie, iż pochodząc 

z bogatej  rodziny  kupieckiej  Bernardone,  zrezygnował  ze  wszystkiego,  żeby  móc  współżyć 

z wyrzutkami  społeczeństwa  i przywracać  im  nadzieję.  Wydaje  się,  że  niedocenione 

i zakłamane zostały  jego stosunki ze świętą Klarą. Oczywiście,  nie  było tam żadnego seksu. 

Franciszek  jednak  rozumie  jej  uczucia  i w ramach  celibatu,  który  stanowi  element  jego 

najgłębszych  przekonań  (nie  jako  wierność  nakazom,  ale  osobiste  wyrzeczenie),  robi 

background image

wszystko,  co  może,  by  jej  ulżyć.  Biskup  Karol  Radoński  pisze,  że  Klara  swój  klasztor 

„opuściła  raz  tylko,  żeby  pomodlić  się  wspólnie  ze  świętym  Franciszkiem  i spożyć  z nim 

wspólny posiłek”. Intuicja i znajomość osobowości Franciszka mówią nam, że takich spotkań 

było  na  pewno  więcej.  Jeżeli  był  bowiem  Franciszek  od  dziecka  przepełniony  empatią,  to 

dlaczego kochającej go kobiety miałoby to akurat nie dotyczyć... 

W 1195 ma Franciszek zaledwie kilkanaście lat. W tym samym czasie rozpoczyna się 

kariera  Dominika  Guzmana,  starszego  odeń  o lat  dwanaście  hiszpańskiego  arystokraty  ze 

znamienitego  rodu  kastylijskiego,  spowinowaconego  z królami.  Obaj  najszczersi  katolicy, 

lecz jednocześnie ogień i woda. Współczucie to zapewne najodleglejsza Dominikowi słabość 

umysłu  i serca.  Powołane  przez  niego  zgromadzenie  ma  słowem,  choć  miecz  go  też  nie 

brzydził,  przyganiać  na  słuszną  drogę  zbłąkane  owieczki,  uległe  niestosownym  zachętom 

odchyleńców  i słabeuszy.  Gdziekolwiek  będzie  się  palił  stos,  gdzie  trzeba  będzie  uciszyć 

przeciwnika, tam znajdziemy zawsze dominikański habit. Nie darmo legenda wywodzi nazwę 

zakonu nie od imienia założyciela, ale zbitki „Domini canes” - „Psy Pańskie”. Albowiem pies 

słucha tylko właściciela,  a kiedy trzeba,  zagryzie na śmierć.  Tak oto na przełomie XII i XIII 

wieku  wykształciły  się  dwie  tradycje  chrześcijańskie  -  bosych  franciszkanów 

wspomagających  pokrzywdzonych  i pysznych  dominikanów,  przywołujących  do  porządku 

tych,  którzy  ośmieliliby  się  mieć  swoje  zdanie.  Taka  jest  jednak  ironia  historii,  pozwólmy 

sobie  na  parowiekową  antycypację,  iż  w naszych  czasach  role  się  kompletnie  odwróciły. 

Zapatrzeni  w prymitywną  i obrzędową  religijność  ludową  franciszkanie  (co  im  się  pomyliło 

z maluczkimi  i nieszczęśliwymi)  są dzisiaj w ariergardzie kościelnych przemian.  Przeciwnie, 

wyintelektualizowani  dominikanie  popierają  reformy  i są  obok  części  jezuitów  nadzieją 

wierzącego  laikatu  i zgryzotą  dla  konserwatywnych  papieży.  Dla  tej  przemiany  trzeba  było 

jednak  kilkuset  lat  i w niczym  to  nie  umniejsza  ani  łagodnej  wielkości  świętego  Franciszka 

z Asyżu, ani grozy otaczającej patrona inkwizycji, świętego Dominika Guzmana. 

W 1195  powraca  Robin  Hood  do  lasu  Sherwood.  Jeżeli  istniał  naprawdę,  a jego 

legenda  ma  realne  podstawy,  jest  to  całkowicie  logiczne.  Przypomnijmy  bowiem  ciąg 

zdarzeń.  Urodzony  około  1160  w drobnoszlacheckiej  rodzinie,  w Locksley  w hrabstwie 

Nottingham,  miał  młody  Robin  złamać  prawo  zabraniające  polować  w lasach  królewskich. 

Skazany  za  to  zaocznie  na  karę  śmierci,  ucieka  w niedostępne  bory  i rozpoczyna  wojnę 

partyzancką  przeciw  szeryfowi  Nottingham  i wszystkim  administratorom  króla  Jana  bez 

Ziemi,  który  narzuca  swoje  bezwzględne  i wyniszczające  kraj  rządy,  korzystając  ze 

spowodowanej  wojną  krzyżową,  a potem  zdradzieckim  uwięzieniem,  nieobecności  w kraju 

jego prawowitego władcy Ryszarda Lwie Serce. Kogóż nie gromadzi Robin Hood u swojego 

background image

boku?  Są  tu  i brat  Tuck  z zakonu  franciszkanów  (jakże  szybko  roznosi  się  po  świecie  idea 

z Asyżu),  i wielki  mocarz,  kulturysta,  zwany  przekornie  Małym  Jankiem  (Little  John), 

i uroczy  minstrel  AllenaDale,  czy  wreszcie  ukochana  wodza,  Marion  (Maid  Marian), 

występująca  zawsze  w męskim  stroju.  Niezrównany  łucznik  Robin  Hood ośmiela  się  nawet, 

w przebraniu, stawić na zawody organizowane przez jego śmiertelnych wrogów i zgarnąć  im 

sprzed  nosa  nagrodę.  Jakże  to  romantyczne  i piękne.  Nie  dziwi  nikogo,  iż  w postać  Robin 

Hooda  wcielali  się  na  ekranie  i Errol  Flynn  (1938),  i Sean  Connery  (1976),  i Kevin  Costner 

(1991),  nie  wspominając  nawet  o Richardzie  Greenie  czy  Richardzie  Toddzie.  Ale  nawet 

wierząc  mitom,  ciąg  dalszy  był  mniej  szczęśliwy.  Król  Ryszard  Lwie  Serce  winien  był 

w podzięce  za  zasługi  mianować  Robin  Hooda  lordem  Huntingdon  i uznać  za  bohatera. 

O czym  Robin  nie  wie,  Jego  Wysokość  ma  zupełnie  inne  plany.  Cóż  go  obchodzą  biedacy 

z hrabstwa  Nottingham,  gdy  ma  się  zamiary  bez  mała  imperialne.  Ledwo  odzyskawszy  tron 

angielski,  rusza  Ryszard  na  podbój  Normandii.  Źle  wybrał  termin.  Pisze  Régine  Pernoud 

(Ryszard  Lwie  Serce,  Warszawa  1994):  „Rok  1195  nawiedził  niebywały  nieurodzaj,  który 

dotknął  też  «tłustą»  Normandię.  Ryszard  musiał  sprowadzać  zaopatrzenie  z Anglii 

w ilościach,  które  przekraczały  możliwości  produkcyjne  ludności”.  Władców  nie  obchodzi 

nigdy,  że  poddani  nie  mogą  nastarczyć  ich  wielkim  planom.  Tutaj  rodzi  się  też  morał 

opowieści  o Robin  Hoodzie,  wracającego  w bory,  gdzie  umrze  zdradzony  przez  paskudną 

czarownicę. 

Nawet  jeżeli  legenda  Robin  Hooda  jest  iluzorycznym  scenariuszem,  a Kwiatki 

świętego  Franciszka  są  sentymentalnym  kiczem,  coś  się  wtedy  w Europie  stało.  Do  Polski 

dotrze to dopiero za osiem wieków, ale we Francji, w Anglii, w Niemczech chamy pracujące 

na  roli,  mające  tylko  strzec  pańskich  dóbr,  podnoszą  głowę.  Bezczelnie  uznają  się  za  ludzi, 

gorzej, za obywateli. Pieśni o Robin Hoodzie nie są tylko sensacyjnozabawnymi anegdotami 

o przygodach chłopca z lasu. Wyrażają dążenie prostaków z lekceważonych dotąd warstw, by 

mieć swoje słowo do powiedzenia, by brać udział w procesie historycznym. To wtedy właśnie 

zaczyna Polska, a może i większość wschodniej Europy, wysiadać z pociągu dziejów. Zdajmy 

sobie  sprawę,  bo  tego  nie  piętnują  należycie  podręczniki  historii  naszych  szkół,  iż  na 

przełomie  XII  i XIII  wieku  chłop  staje  się  w Anglii  czy  Niemczech  może  niższej  kategorii, 

ale  jednak  współobywatelem.  Wracającemu  do  lasu  Robin  Hoodowi  i to  jeszcze  nie 

wystarcza. On uważa, że Little John ma prawo być równy dziedzicom (A lyttel geste of Robyn 

Hode,  London  1510).  Jakaż  przepaść  dzieli  go  od  rodzącej  się  właśnie  szlachty  polskiej, 

przekonanej, iż nawet anatomicznie różni się od chłopstwa. 

Jedno  warto  jeszcze  podkreślić  w legendzie  (?)  o Robin  Hoodzie.  Występuje  on 

background image

przeciwko  Janowi  bez  Ziemi,  gdyż  uważa  go  za  uzurpatora  wykorzystującego  niecnie 

nieobecność  prawdziwego  suzerena.  Kiedy  Ryszard  Lwie  Serce  powraca,  a sytuacja 

poddanych  w niczym  się  nie  polepsza,  wręcz  przeciwnie,  Robin  wraca  w knieje,  ale  z jego 

programu,  jeśli  tak  to  można  nazwać,  nikną  wszelkie  akcenty  antymonarchiczne.  Teraz 

wspomaga biedotę tylko przeciw niesprawiedliwym administratorom, którzy, rzecz to pewna, 

nie  rozumieją  prawdziwych  intencji  pomazańca  bożego,  a przypuszczalnie  cynicznie  je 

wypaczają.  Jest  w tym  przedziwna  dialektyka,  którą  może  najlepiej  widać  na  przełomie  XII 

i XIII  wieku.  Byle  hrabiątka  francuskie  napadają  na  włości  swojego  króla,  mordują  jego 

poddanych,  grabią  i niszczą.  Jednocześnie  jednak  uznają  jego  autorytet,  wierzą 

w cudotwórczą moc i do głowy by im nie przyszło porywać się na majestat. Kiedy wieczorem 

26  marca  1199  (podług  innych  źródeł  6  kwietnia)  znamienity  kusznik  Bertrand  z Gourdon 

zabił  Ryszarda  Lwie  Serce,  pomimo  próśb  umierającego,  żeby  Bertranda  oszczędzić,  gdyż 

spełniał  swój  rycerski  obowiązek,  powieszono  zabójcę  nago  na  przydrożnym  drzewie,  za 

pełną  zgodą  Francuzów.  Nie  jest  bowiem  prawem  zwykłych  śmiertelników  porywać  się  na 

życie tych, których zamiarów na prostackim padole nikt nie ogarnie, a z pewnością były one 

słuszne  i dobre  dla  świata.  Warto  to  podkreślić,  gdyż  wiara  w boskość  majestatu  zanikała 

powoli.  Chronologicznie  najpierw  we  Włoszech,  później  w Anglii,  Niemczech,  Polsce. 

Niechaj więc nas nie dziwi, że ogromna większość populacji rosyjskiej jeszcze w XIX wieku 

wierzyła w dobrego batiuszkęcara i złych urzędników wypaczających jego zbawcze idee. Nie 

ma w tym żadnej wschodniej specyfiki ani tym bardziej tematu do prześmiewczej kpiny. 

Rok  1195,  gdybyśmy  odważyli  się  na  podsumowanie,  był  czasem  chaosu  przede 

wszystkim.  O historii  Szwecji  pisze  na  przykład  Ingwar  Andersson:  „W  następnych 

dziesięcioleciach,  począwszy od 1196 r.,  w toku ciągłych wojen domowych zmieniali się  na 

tronie  członkowie  rodu  Scerkowego  i rodu  Erika”.  To  samo  wrażenie  odnosimy,  patrząc  na 

bratobójcze  walki  piastowskich  książąt,  nieustanne  walki  wzajemne  we  Włoszech,  Francji, 

w Niemczech...  Jednocześnie  jednak  wtedy  właśnie  tworzyć  się  zaczyna  prawdziwa  Europa. 

Kontynent  tysiąca  poglądów,  gdzie  rodzi  się  przekonanie,  iż  święty  Franciszek  może  mieć 

zupełnie inne poglądy niż święty Dominik, Robin Hood niż prefekt z Nottingham, a Mieszko 

Plątonogi  niż  Kazimierz  Sprawiedliwy.  Pod  powiewającymi  na  wietrze  proporcami 

zbuntowanych książątek z Anjou czy Charante barwiła się w słońcu ta sama myśl. Jest tysiąc 

projektów na przyszłość.  Oprócz tego jest wszakże Francja  i to wszystko, co z tego wynika: 

język,  wino,  sery,  tradycja,  to,  czego  zdradzić  się  nie  da.  Nie  chcemy  tego  władcy,  ale 

jednocześnie on zapewnia nam ciągłość ojczyzny i instytucji. 

Robin  Hood,  wróciwszy  do  lasów  Sherwood,  musiał  o tym  myśleć.  Tak  oto  kiełkuje 

background image

zalążek europejskiej demokracji. Polega ona na razie na tym, że wolno mieć różne zdania, nie 

zgadzać się w niczym, błotem obrzucać nawzajem. Jest jednak coś ważniejszego. Nawet jeśli 

to coś nie jest jeszcze do końca jasne. 

background image

1241 

Co  wiemy  o sławetnym  i nieszczęsnym  starciu  Polaków  z Tatarami,  którzy  zapędzili 

się aż w okolice Wrocławia, a może i dalej - na Łużyce? Wydaje się, że najcelniej odpowiada 

na to pytanie Jerzy Maroń (Legnica 1241, Warszawa 1996): 

odbyło się 9 kwietnia 1241 r.; 

miejscem  walki  były  okolice  Legnicy;  starcie  było  zacięte  (1000-2000  chrześcijan 

przeciw kilku tysiącom Mongołów i ich sprzymierzeńców); 

nie znamy szczegółów, wiemy jedynie, że rycerstwo polskie rzuciło się do ucieczki; 

Henryk Pobożny dostał się do niewoli i poniósł w niej śmierć; w walce zginął również 

Bolesław zwany Szepiółką; oprócz rycerstwa Henryka  brali w niej udział templariusze  i być 

może joannici. Obecność Krzyżaków jest raczej wykluczona. 

Niby to mało, a jednak bardzo dużo. Pozwala bowiem zdać sobie sprawę z dwóch co 

najmniej  rzeczy.  Po  pierwsze,  czemu,  mając  otwartą  drogę,  nie  ruszyli  Mongołowie  dalej 

przed siebie. Część historyków prawi tu o waśniach dynastycznych w dalekiej Azji, w których 

chcieli  wziąć  udział.  Bardzo  to  mało  przekonujące.  W końcu  wiosny  1241  sprawy 

dynastyczne w Mongolii  były  już rozstrzygnięte  i powrót wysłanych  na zachód wojsk,  który 

skądinąd  potrwać  by  musiał  parę  miesięcy,  w tym  względzie  nie  był  do  niczego  przydatny. 

Dużo  bardziej  ludzki  i zrozumiały  staje  się  wtedy  najprostszy  argument  o utraceniu  przez 

Mongołów  elementarnej  motywacji.  Kiedy  w marcu  1241  przybywają  pod  Kraków,  zastają 

drewniane  miasto opuszczone,  wyludnione  i częściowo  zniszczone.  Nie  są  przygotowani  do 

walk  oblężniczych,  więc  murowanego  kościoła  świętego  Andrzeja,  gdzie  zgromadziła  się 

zamożniejsza część mieszkańców, nie udaje im się zdobyć. Kubek w kubek ta sama sytuacja 

powtarza  się,  podług  Długosza,  pod  Wrocławiem  gdzie  miasto  zostało  przezornie  spalone 

przez mieszkańców grodu, „żeby Tatarzy nie mogli zawładnąć jego domami i chlubić się jego 

spaleniem  albo  urządzić  tam  postoju.  Tatarzy  zaś  zastawszy  miasto  spalone  i ogołocone 

zarówno  z ludzi,  jak  i z jakiegokolwiek  majątku,  oblegają  zamek  wrocławski.  Jeszcze  przez 

kilka dni przeciągają oblężenie nie usiłując go zdobyć.  Brat Czesław (...) modlitwą ze  łzami 

wzniesioną do Boga odparł oblężenie”. Mniejsza z tym, czy relacja Długosza jest prawdziwa. 

Według  wielu  historyków  Tatarzy  zgoła  nie  dotarli  pod  Wrocław.  Nawet  nieprawda  oddaje 

wszakże  niekiedy  rzeczywistość.  Cóż  mogli  znaleźć  Tatarzy  w Legnicy,  której  nawet  nie 

usiłowali  opanować?  Drewniane  zgliszcza,  podstarzały  jasyr,  bo  młodsi  uciekli,  a którego 

mieli  już  w bród  i więcej  nie  można  było  nadzorować?  Nie  umniejszając  znaczenia  Legnicy 

z owych  lat,  czym  miała  zainteresować  niedawnych  zdobywców  kapiących  złotem  Bagdadu 

czy  Damaszku?  W całej  rozciągłości  widzimy  przepaść  cywilizacyjną  między  siermiężną 

background image

Europą XIII wieku i krajami z baśni tysiąca i jednej nocy, które w opisie realiów zmyśleniem 

do końca nie były. 

Po drugie, Polacy pod Legnicą przegrali nie tylko militarnie, ale także propagandowo. 

Trzynaste  stulecie  to  wiek  świętych.  Żyją  wtedy,  żeby  ograniczyć  się  do  pięciu  tylko 

pierwszych  liter  alfabetu:  św.  Adelajda  -  belgijska  cysterka;  św.  Agnieszka  -  siostra  św. 

Klary,  tej  od  św.  Franciszka  z Asyżu;  błogosławiona  Agnieszka  z Pragi  -  córka  króla 

czeskiego,  Przemysława  I;  błogosławiony  Amata;  Andrzej  Cacioli  -  franciszkanin; 

wojowniczy pielgrzym Antoni Manzi; dominikanin Bartłomiej Braganza - błogosławiony jak 

poprzedni;  papież  Benedykt  XI  -  późniejszy  święty;  święta  Blanka  -  słynna  z urody  córka 

króla  Kastylii  i matka  świętego  Ludwika  IX,  suzerena  Francji;  błogosławiony  Bonawentura 

Buonaccorsi  siejący  zamęt  w polityce  włoskiej,  ale  zawsze  wierny  papiestwu;  święty 

Bonifacy  z Lozanny  i błogosławiony  Bonifacy  z Sabaudii;  święta  Bronisława,  która  widząc 

zbliżających  się  do  Krakowa  Tatarów,  schowała  mniszki  w lesie  i uchroniła  od  azjatyckich 

bezeceństw; błogosławiona Cecylia; święty papież Celestyn V, który uciekł z Rzymu, ale i tak 

ukatrupił  go  jego  następca  Bonifacy  VIII,  wbijając  mu  gwóźdź  w potylicę,  przy  czym  nie 

Bonifacego,  ale  Celestyna  jako  tchórza  i słabeusza  umieści  w swoim  piekle  Dante; 

błogosławiona  Diana  d’Andalo  -  dominikanka  na  złość  rodzicom;  Dominik  z Pirenejów  - 

ofiara  wypadku  w górach;  święty  Edmund  Rich  -  student  z Oksfordu  i oponent  Henryka  III, 

który  mu  wszakże  żadnej  krzywdy  nie  zrobił;  Elżbieta  Dobra  -  stygmatyczka  z klasztoru 

w Reute;  Ewa  z Liége,  która  wyjednała  podobno wprowadzenie  do  kalendarza  liturgicznego 

uroczystości Bożego Ciała; błogosławiony Ewangelista (to imię, nie tytuł) oraz, w obrębie tej 

samej  litery  „E”,  co  najmniej  kilkudziesięciu  zmarłych  za  wiarę  w walce  z poganami. 

Niestety,  nie  ma  na tej  liście  naszego nieszczęsnego Henryka Pobożnego, chociaż wiadomo, 

że po wzięciu do niewoli pohańcy ucięli mu głowę i niedbale zakonserwowaną pokazywali na 

postrach  i przestrogę  książętom  czeskim  i węgierskim,  którzy  ważyliby  się  stawić  im  opór. 

Status  męczennika  przyznają  mu  po  czterech  wiekach  tylko  Jan  z Trzciany  w Katalogu 

świętych  i błogosławionych  obojej  płci  męczenników  i wyznawców,  panien  i pań  miasta 

Krakowa,  wydanym  najprzypuszczalniej  w roku  1609  w Krakowie,  i zamojski  Kalendarz 

świętych,  błogosławionych  i świętobliwie  żyjących  Polaków,  W.X.  Litewskiego  i prowincji 

inszych ze znaczniejszymi dziejami  przez XII  miesięcy na co dzień zebrany z 1746. Wszelkie 

akta  rzymskie  od  końca  X  wieku  obowiązujące  w tym  względzie  milczą  o śląskim  księciu 

i jego  męczeństwie  za  wiarę,  czego  doprawdy  nie  da  się  rzecznikom  książąt  polskich 

darować,  a byli  tacy,  mnisi  przede  wszystkim.  Dla  prawowitości  dynastii  posiadanie 

w lineażu  świętego  było  rękojmią  prawomocności  i sakralizacji  władzy.  Pamiętajmy,  że 

background image

drzewa  genealogiczne  tworzono  wtedy  w krajach  chrześcijańskich,  jak  zresztą  do  dzisiaj 

w Polsce,  wyłącznie  w linii  męskiej  rodu.  Fakt,  że  Henryk  Pobożny  był  synem  świętej 

Jadwigi  z Meranu  (co  prawda,  jej  kult  wprowadzono  dopiero  w 1267  roku),  nie  miał 

większego znaczenia. Gdyby go jednak uznano za świętego męczennika, dynastia uzyskałaby 

namaszczenie  i prymat.  Jedno  jest  pewne,  ktoś  spowodował,  iż  nimb  świętości  ominął 

potomków  bohatera  i męczennika.  Czy  spowodowały  to  zawiść,  zaniedbanie,  czy 

geopolityka,  w tym  historycy  nie  są  do  dzisiaj  zgodni.  Nie  patrzmy  na  historię  nazbyt 

racjonalnym, kartezjańskim okiem. Następcy Ludwika IX, Filip III Śmiały i Filip IV Piękny, 

negocjowali z papiestwem świętość swojego przodka złotem i naciskami politycznymi nie do 

odrzucenia.  Papież  mógł  się  bronić,  iż  procedura  kanonizacyjna  wymaga  czasu,  świadków, 

procesu...  Nie  miało  to  najmniejszego  znaczenia.  Po  trwającym  trzy  miesiące  procesie 

beatyfikacyjnym  Ludwik  IX  został  świętym  już  dwadzieścia  siedem  lat  po  śmierci, 

uświetniając  dynastię  Kapetyngów.  O uczynione  przezeń  cuda,  niezbędne  do  kanonizacji, 

było w tamtej epoce jeszcze łatwiej niż dzisiaj. W momencie kanonizacji zaliczył już zmarły 

władca kilkanaście wskrzeszeń, kilkaset niebywałych uleczeń, obronę północnej Francji przed 

powodzią  i południowej  przed  suszą.  Pewien  bezzębny  żebrak  proszący  o możliwość 

zjedzenia  przeżutego  przez  króla  mięsa  odzyskał  natychmiast  szczękę  i mógł  się  podzielić 

z suzerenem  całym  kawałkiem  krwistego  befsztyka.  Kiedy  przyszła  mu  na  to ochota,  siadał 

Ludwik  IX  pod  dębem  i wydawał  wyroki  w sprawach  skłóconych  ze  sobą  poddanych.  Były 

one  zawsze  sprawiedliwe,  co  jest  tym  bardziej  prawdopodobne,  że  nie  znamy  ich  treści. 

Całował  „trędowatych”  przyprowadzanych  przez  usłużnych  dworzan,  a w Wielki  Czwartek 

mył  nogi  ubogim,  wyczyszczone,  jak  to  i dzisiaj  w Polsce,  uperfumowane  przedtem  przez 

dwudziestu specjalistów. Nie ma się zresztą czemu dziwić, gdyż -  jak pisze de Luzenac „pot 

szlachcica  ma  w sobie  powonienie  dziczyzny,  krwi  nieprzyjacielskiej  i dostojnych  niewiast, 

które  obłapywał”,  natomiast  pot  prostaka  -  nawozu,  brudu  i obrzydliwych  wycieków 

wiejskich dziwek, którym obce są jakiekolwiek ablucje. 

Był  rzeczywiście  Ludwik  IX  królem,  jak  to  zwykło  się  mówić,  wysoce 

kontrowersyjnym. Do dzisiaj znajduje też surowych krytyków jak Jean de Beer (Saint Louis

Paris  1994),  próbujących  w ocenie  wyważyć  wszystkie  za  i przeciw  (Jean  Richard,  Saint 

Louis,  Paris  1983)  czy  mało  krytycznych  hagiografów,  jak  Jacques  Le  Goff  (Saint  Louis

Paris 1996). Jest zapewne zrozumiałe,  iż tylko ta ostatnia książka przetłumaczona została na 

język  polski  (Święty  Ludwik,  Warszawa  2001). Wynika  to  nie  tylko  z polskich  powiązań  Le 

Goffa, ile z nadwiślańskiego przekonania, żeby świętości nie szargać. 

Król  Ludwik  IX  był  rówieśnikiem  Henryka  Pobożnego,  tym  się  jednak  od  niego 

background image

zasadniczo  różnił,  że  o ile  Henryk  bronił  się  rozpaczliwie  przed  niewiernymi,  to  Ludwik 

szukał  ich  po  całym  znanym  mu  świecie,  żeby  mieczem  i torturą  przywołać  ich  do 

litościwych  prawd  chrześcijańskich.  Udawało  mu  się  to  średnio.  Kolejne  krucjaty 

antymuzułmańskie  kończyły  się  kompromitującymi  porażkami,  godzącymi  też  poniekąd 

w honor  króla,  kiedy  to  wykupywał  się  z rąk  egipskich,  pozostawiając  w nich  swoich 

najwierniejszych  towarzyszy  broni  i nie  dbając  wcale,  że  może  jeden  na  dwudziestu  z nich 

wróci kiedykolwiek do słodkiej Francji. Los zemścił się na nim, gdyż w końcu umarł sam na 

cholerę w islamskich włościach, których podbić nie zdołał, pozbawiony na razie uroczystych 

mszy  i wrzasku  płaczek,  jak  przedtem  jego  rycerze,  których  wiódł  na  fanatycznie 

beznadziejne wyprawy. 

O wiele  lepiej  udawało  mu  się  w krucjatach  wewnętrznych,  wiedzionych  przeciw 

katarom  zwanym  też  albigensami,  zamieszkującymi  w południowozachodniej  Francji, 

najgęściej od okolic Tuluzy po Pireneje. Tutaj jednak zatrzymajmy się na chwilę. 

Pisze  Zbigniew  Herbert  (Barbarzyńca  w ogrodzie,  Warszawa  1973):  „Jedynym 

zachowanym  dziełem  teologicznym  katarów  jest  Liber  de  duobus  principiis,  pochodzący 

z końa  XIII  wieku.  Tekst  daleki  jest  od  scholastycznej  solidności  wykładu  ujętego 

w rygorystyczne rozdziały i paragrafy. Zawiera ważną doktrynalnie i najbardziej interesującą 

filozoficznie  część  o wolnej  woli,  a także  kosmologię  i polemiki.  Te  ostatnie  świadczą,  że 

kataryzm  nie  był  prądem  jednolitym,  ale  rozpadł  się  na  szkoły  i co  najmniej  dwa  skrzydła 

dualistów umiarkowanych i bezwzględnych. Autor traktatu (uczeni domyślają się, że był nim 

Włoch, Jan z Lugio) stoi na stanowisku absolutyzmu bezwzględnego, przyjmującego, że Zło 

jest  tak  samo  wieczne  jak  Dobro,  ontologicznie  mówiąc  byt  i nicość  pojęte  także  jako  siły 

kosmiczne, istniały zawsze. Wszelako, trzeba to podkreślić, polemiki katarów miały charakter 

sporów w rodzinie i oponenci rezygnowali z morderczej broni anatemy. 

Wreszcie Rytuał katarów - traktat liturgiczny, który dotarł do nas w dwóch wersjach: 

tzw.  lyońskiej w langue doc  i florenckiej po  łacinie.  Historycy religii  nie zawsze poświęcają 

należytą  uwagę  sprawom  rytuału,  a przecież  w nim  właśnie,  a nie  w koncepcjach 

teologicznych  najwyraźniej  odczytać  można  stopień  spirytualizacji  badanej  religii.  Otóż 

liturgia  katarów  przykuwa  swoją  ogromną  surowością  i prostotą.  Odrzucali  większość 

sakramentów,  np.  małżeństwo,  co  było  konsekwencją  ich  negatywnego  stosunku  do  spraw 

cielesnych.  Dopuszczali  jednak  coś,  co  nazwalibyśmy  ślubem  cywilnym,  i stąd  w rejestrach 

inkwizytorów  pojawia  się  często  słowo  «amasia»,  czyli  konkubina  (w  odniesieniu  do  żony 

katara).  (...)  Fernand  Niel  postawił  śmiałą,  ale  prawdopodobną  tezę,  że  katarowie  nie  byli 

heretykami,  ale  twórcami  nowej  religii,  całkowicie  odmiennej  od  rzymskiego  katolicyzmu. 

background image

Jeżeli  przyjmiemy  to  założenie,  wyprawa  krzyżowa  przeciw  albigensom  staje  w nowym 

świetle, a racje moralne krzyżowców muszą ulec poważnemu zakwestionowaniu”. 

Herbert powiedział  już wiele.  W dyskusjach  międzykatarskich,  w przeciwieństwie do 

kościoła rzymskokatolickiego, „rezygnowano z morderczej broni anatemy”. Nie dodał jednak, 

iż  rezygnowano  z niej  również  w stosunku  do  niewierzących,  śmieszków,  ludzi  wątpiących, 

agnostyków,  ateistów,  innowierców,  chcących  układać  życie  na  swoją  modłę,  że  było  to  na 

swój  sposób  pierwsze  społeczeństwo  wolności.  Ale  na  szczęście  w pewnym  momencie 

otrząsa się z dominujących dogmatów: „Można zatem śmiało mówić,  iż na południu obecnej 

Francji  istniała  cywilizacja  odrębna  i wyprawa  krzyżowa  przeciw  albigensom  była  starciem 

dwu kultur. Klęska, która spotkała księstwo Tuluzy,  jest jedną z katastrof takich,  jak zagłada 

cywilizacji kreteńskiej czy Majów”. 

Zimny  logik  powie  nam,  że  skoro  tak  się  stało,  stać  się  musiało.  Na  ile  jestem 

wykładowcą  i na  ile obowiązuje  mnie uznawanie faktów jako obiektywnie zaszłych, których 

się nie ocenia, a tylko opisuje, na tyle powinienem zamknąć paszczę. Tymczasem nie zawsze, 

dlatego  zapewne  nie  będę  do  końca  rzetelnym  naukowcem,  nie  jestem  w stanie  utrzymać 

szkiełka  w oku.  W 1978  roku  prowadziłem  badania  w Szczebrzeszynie.  Jest  to  jedno 

z najpiękniejszych miasteczek w Polsce. Zachowało się w stanie, przynajmniej do roku 1980, 

będącym  jakby  skamieliną  przedwojennej  Polski  wschodniej.  Przy  rynku  ciasne  żydowskie 

kamieniczki, w lessowych wąwozach zapadłe domki chłopskie,  gdzie  jezdnia,  jeśli  można  ją 

tak  nazwać,  sięga  na  wysokość  okien;  w górze,  nad  rozkwieconymi  na  wiosnę  cudownymi 

sadami,  szlacheckie  dworki  lub  usiłujące  je  naśladować  dorobkiewiczowskie  półwille,  piąta 

woda  po  arystokratycznym  kisielu.  Na  lewej  stronie  wzgórza,  patrząc  od  strony  szosy 

przejazdowej, zapominany parczek będący niegdyś żydowskim cmentarzem. Wśród niewielu 

pozostałych  jeszcze powalonych nagrobków walają się tam zużyte prezerwatywy,  butelki po 

piwie, kawałki zabrudzonych gazet. Czujemy się w świecie archeologii, neolitu. Ten zwalony 

nagrobek  na  prawo  miał  zapewne  kiedyś  jakieś  napisy,  które  dzisiaj  zasmarowane  i starte 

deszczem  nie  znaczą  już  nic.  Cywilizacja,  o której  mieszkańcy  i turyści  ze  szczętem 

zapomnieli.  To  samo  udało  się  dokonać  Ludwikowi  IX  (nie  na  darmo  jest  świętym)  ze 

światem  katarów.  Gdzieniegdzie  jakieś  ruiny,  legenda  o ukrytych  skarbach...  Do  tej  chwili 

jestem  całkowicie  zgodny  z Herbertem.  Wspomniał  on  wszakże,  iż  katarzy  „rezygnowali 

z morderczej  broni  anatemy”.  Cóż  to  znaczy?  Iż  nie  narzucali  swych  poglądów  innym  i nie 

zniewalali  ich do swoich religijnych praw. Z perspektywy wieków to właśnie była  może  ich 

największa  przewina.  „Wielkie  religie”  zniosą  wszystko  z wyjątkiem  tolerancji.  I do  dzisiaj 

przecież łatwiej zaakceptować innych niż takich, którzy innym pozwalają być innymi. Nie na 

background image

darmo  jeszcze  w XIX  wieku  prawo  amerykańskie  traktowało  surowiej  wyzwoleńca  albo 

białego  filantropa,  który  zezwolił  dozorowanym  przez  siebie  niewolnikom  uczyć  się  czytać 

i pisać,  niż  samych  z ich  winy  zanalfabetyzowanych.  Otóż  dzięki  katarskiej  tolerancji  przez 

chwilę  rozkwitała  w Langwedocji,  obok  zamkniętych  środowisk  wyznawców,  kultura 

przewyższająca swobodę czasów rzymskich złotego wieku Marka Aureliusza. Tutaj rodzi się 

przesłanie trubadurów, amour courtois, przyzwolenie na studia zaprzeczające doktrynom... Na 

to  właśnie  święty  Ludwik,  którego  mniej  obchodzą  same  heretyckie  mrzonki,  pozwolić  nie 

może.  Tak  oto  ze  świątyń,  szkół,  zamków  Langwedocji  powstaje  kirkut  w Szczebrzeszynie. 

Okrucieństwo  osiąga  swoje  szczyty.  Nawet  prawowierna,  katolicka  gawiedź  ma  już  dość 

oglądania  płonących  stosów,  krwi  płynącej  po  ścięciu  kolejnej  setki  głów.  Widowisko  staje 

się  najpierw  nudne,  potem  również  przerażające.  W pewnym  momencie  rycerze  Ludwika 

zauważają z rozczarowaniem i głębokim poczuciem niedocenienia, że przy kolejnej egzekucji 

jest  już  tylko  garstka  widzów  (Michel  Roquebert,  L’Epopée  cathare,  Paris  1989).  Jest  to 

ciężki  cios  nie  tylko  w ideologię,  ile  najprzyziemniej  w świecie  w kieszeń  królewską.  Przy 

szafocie  stały  bowiem  zawsze  stragany,  kramy,  podesty  dla  błaznów  rozśmieszających 

uroczystość  i sprzedających  okolicznościowe  pamiątki.  Państwo  czerpało  z tego  pięćdziesiąt 

procent,  a z ubrań  i biżuterii  skazanych  nawet  i osiemdziesiąt.  Niejaki  Jean  Ferrier, 

spełniający  wszelkie  finansowe  obowiązki  wobec  prewota,  wzbogacił  się  w tym  czasie 

o osiem winnic, kupując nieruchomości spalonych, gdyż już nikt inny objęty grozą nie chciał 

wejść w ich posiadanie. 

Na  wiele  mu  się  to  nie  przydało,  gdyż  nikt,  w tym  duchowni  katoliccy,  nie  chciał 

kupować jego trunków. Ale może zmienił znak na korku? 

Cóż miał w tej sytuacji robić Ludwik IX? Pamiętajmy o tym, z czego fanatycy rzadko 

zdają  sobie  sprawę,  że  mordowanie  też  kosztuje.  Trzeba  opłacać  katów,  strażników 

więziennych,  mistrzów  tortur.  Bo  za  budowanie,  a potem  rozbieranie  rusztowań  szafotów 

rzemieślnicy  też  biorą  swój  udział.  Kosztuje  także  drewno  na  stosy  i oleje,  którymi  je 

zraszano,  żeby  błysnęły  płomieniami  nawet  w niepogodę.  Bez  porównania  droższe  od 

wynajmowania tysięcy donosicieli jest opłacenie rycerzy, którzy mając nawet najsłuszniejsze 

przekonania,  nie  ruszą  się  przecież  walczyć  z heretykami  bez  swoich  taborów,  giermków, 

przybocznych  kurew,  nadzorców  pędzonych  z tyłu  stad  wołów;  niewiasty  rycerzy  też  nie 

mają  najmniejszego  zamiaru  pozostawać  w domu  i wysłuchiwać  opowieści  o urokach 

czarnobrewych  branek.  Niestety,  nieubłagany  miecz  spadający  na  karki  mylniewierców  ma 

swoją  cenę  w złocie.  Wtedy  zaś  nie  ma  innego  sposobu,  niż  podnosić  podatki.  To  zaś  nie 

wszystkim  musi  się  podobać.  Rewolta  Hugona  z Lusignan  w lipcu  1241  jest  tego 

background image

pojedynczym  tylko  przypadkiem.  Ludwik  IX  stłumił  ją  względnie  szybko,  wykorzystując 

skomplikowany system pokrewieństw i wynikających z niego sprzecznych interesów (Jacques 

Le Goff, Święty Ludwik), musiał już jednak wtedy zrozumieć, że siedzi na beczce prochu. Na 

szczęście dla niego, co w niczym nie poprawiło losu katarów, jedynie odwlekło ich ostateczną 

zagładę  o kilkanaście  lat,  znalazł  jeszcze  pretekst  do  kolejnej,  ostatecznej  krucjaty 

antymuzułmańskiej,  najgłupszej  i najbardziej  beznadziejnej,  w czym  nawet  skrajnie 

ortodoksyjnie  chrześcijańscy  historycy  są  zgodni,  skierowanej  na  Tunis,  czyli  kilka  tysięcy 

kilometrów od  Jerozolimy.  Zmarł  podczas  niej  na  dżumę,  a może  cholerę,  dzięki  czemu  nie 

musiał się przed światem rozliczać, gdyż męczeńska aureola zabłysła nad jego głową bardzo 

szybko  po  śmierci.  Kanonizował  go  papież  Bonifacy  VIII  (Benedetto  Gaetani)  w wyniku 

złożonych pertraktacji  z wnukiem Ludwika,  Filipem IV  Pięknym,  na których Rzym  niemało 

skorzystał.  Hagiografia  Ludwika  IX  była  od  początku  majstersztykiem  propagandy.  O jej 

uprawianiu,  jak  to  już  wspominałem,  poddani  Henryka  Pobożnego  nie  mieli  zielonego 

pojęcia.  Biskup  Karol  Mieczysław  Radoński,  w latach  1939-1945  duszpasterz  emigracji 

polskiej  w Londynie,  sufragan  poznański  i biskup  wrocławski,  w swoim  koronnym  dziele 

Święci  i błogosławieni  kościoła  katolickiego  pisze,  że  jest  Ludwik  IX  „jako  domniemany 

tercjarz  franciszkański patronem III  zakonu”.  Jeżeli  nawet Jego Ekscelencja  ma wątpliwości 

co  do  elementarnych  faktów  z życia  mojego  patrona,  mogłoby  to  właściwie  wystarczyć  za 

komentarz.  Cóż  dopiero  mówić,  jeżeli  jezuiccy  bolandyści  z Belgii,  Societas  Bollendiana, 

wydawcy  „Analecta  Bollendiana”,  pisma  uchodzącego  za  absolutny  autorytet  w dziejach 

świętych,  każde  niemal  zdanie  dotyczące  niezwykłych  i cudownych  cnót  króla  Francji 

poprzedzają  komentarzami:  „przypuszczalnie”,  „jak  podaje  tradycja  ludowa”,  „nie  jest 

nieprawdopodobne”,  „podług  niektórych  źródeł”...  Dodajmy  przy  tym,  że  pisanych  źródeł 

dotyczących  lat  panowania  Ludwika  bynajmniej  nie  brakuje.  Rzeczywiście  jednak  tylko 

nieliczne z nich,  i z reguły postkanonizacyjne, opowiadają,  jak to siadał pod dębem, spotykał 

tam  wieśniaków,  karmił  ich  żołędziami,  głosił  sprawiedliwe  wyroki,  głaskał  po  niewinnych 

główkach jasnowłose dzieci i żaden Tatarzyn mu w tym nie przeszkodził. 

Innym  świętym  władcą  współczesnym  Henrykowi  Pobożnemu  był  skądinąd  kuzyn 

Ludwika  IX,  Ferdynand  III,  król  Kastylii,  którą  zjednoczył  z Leon.  Panowanie  (1217-1252) 

wypełniły  mu  nieustanne  walki  z Maurami,  w których  mógł  się  pochwalić  niemałymi 

sukcesami,  zdobywając  w 1236  cudowną  Kordobę,  a w 1248,  co  było  celem  i ambicją  jego 

życia,  również Sewillę,  którą okrążał strategicznie,  zdobywając okoliczne  miasta  i odcinając 

linie zaopatrzenia już od roku 1241. Rzadko zaiste w całych dziejach Europy, aż po dzisiejsze 

dni, można znaleźć ślad akcji militarnej zaplanowanej na tak wiele lat i prowadzonej z równie 

background image

żelazną konsekwencją. Nie załamywały Ferdynanda żadne lokalne porażki ani też nie dał się 

ponieść  niewczesnemu  triumfalizmowi  po  niespodziewanych,  wyprzedzających  wstępne 

plany  sukcesach.  Jak  pająk  oplątał  powoli  stolicę  Almohadów  siecią  fortyfikacji 

i podporządkowanych  swojej  władzy  terenów,  zdobytych  lub  przekupionych  miasteczek. 

Kiedy  wreszcie  stanął  pod  miastem,  jego  flota  panowała  całkowicie  nad  Gwadalkiwirem 

będącym najważniejszym szlakiem łączącym Sewillę z Trianą; pobliskie Carmone i Alcala de 

Guadaira  trzymał  w żelaznych  rękach  wielki  mistrz  zakonu  świętego  Jakuba,  Pelay  Correa. 

Miasto mogło się rozpaczliwie  bronić  i rzeczywiście stawiało opór długo,  ale wszystko było 

i tak  przesądzone.  Osamotnionym  i pozbawionym  wszelkiej  możliwości  odsieczy  obrońcom 

nie pozostawało nic poza kapitulacją. 

O ile jako wódz i strateg okazał się Ferdynand III gwiazdą pierwszej wielkości, o tyle, 

co  odbierze  mu  tytuł  wielkiego  władcy  w licznych,  jeżeli  nie  wszystkich  innych  sprawach, 

zaślepiał go podsycany przez wszechobecnych mnichów bezrozumny fanatyzm. Na podbitych 

ziemiach większość stanowili  muzułmanie.  Tymczasem władze  narzucone przez Ferdynanda 

dążyły  od  pierwszej  chwili  do  bezwzględnej  chrystianizacji  (za  to  został  świętym) 

i kastelanizacji wszystkich poddanych z najniższymi warstwami włącznie. Stawiający czynny 

opór  szli  od  razu  pod  miecz,  podejrzewanych  o bierny  sprzeciw,  jak  na  przykład 

mieszkańców miasta Jaén, bezlitośnie wypędzono, a ich majątki, w tym nawet meble, odzież 

czy zwierzęta domowe, rozdawano spędzanym z północy osadnikom. Tych wreszcie, którym 

nic  prócz  inności  nie  można  było  zarzucić,  a nawet  przechodzących  w panice  na  zwycięską 

wiarę, odsuwano od wszelkich urzędów, spychając na sam dół hierarchii społecznej. Wkrótce 

tak  zwanych  mudejarów  spotkać  można  było  już  tylko  na  wsi,  pozbawionych  przeważnie 

ziemi i bydła. 

Spowodowało  to  sromotny  upadek  gospodarczy  względnie  bogatej  dotąd  prowincji. 

Trzeba  będzie  wieków,  żeby  powróciła  ona  do  jakiejkolwiek  ekonomicznej  równowagi, 

zapewnionej  zresztą  nie  przez  stabilizację  wewnętrzną,  ale  napływ  amerykańskiego  złota 

w XVI wieku. 

Nie  ma  jednak  nigdy  dni  bez  nadziei.  W tym  samym  czasie,  kiedy  ortodoksja 

katolicka  osiąga  swoje  konwulsyjne  szczyty,  w roku  1241  rodzi  się  we  Włoszech  Cenni  di 

Pepo,  znany  pod  imieniem  Cimabue.  Jego  mozaiki  z katedry  w Pizie  czy  freski  z Asyżu 

stanowią  przełom  w malarstwie.  Postacie  uzyskują  psychiczny  wymiar,  wyrywają  się  poza 

tradycyjne schematy. Dante napisał o nim: 

I sądził Cimabue, że promieni 

Sławy malarskiej jego nic nie zaćmi, Lecz przyszedł Giotto i wnet go zacieni... 

background image

Miał rację Dante, ale bez Cimabuego nie byłoby Giotta, a bez Giotta renesansu. 

background image

1314 

Wyspa  Żydowska  (Île  aux  Juifs)  na  Sekwanie  była  jedną  z dwóch  wysepek 

przedłużających  jakby  Île  de  la  Cité,  będącą  rzymskim  zarodkiem  Paryża.  W XVIII  wieku 

nabył  ją  markiz  Achille de Harlay  i kazał zasypać kanał dzielący obie wyspy. Była to praca 

trudna,  a przede  wszystkim  wysoce  kosztowna.  Nie  obeszło  się  więc  bez  pożyczek 

z królewskiego  skarbu.  Żeby  odwdzięczyć  się  za  nie,  a przy  okazji  zmniejszyć 

oprocentowanie  spłat,  nadał  sprytny  markiz  placowi  powstałemu  na  połączeniu  wysp,  nie 

nazbyt  nachalne  (to  mogłoby  zirytować  Ludwika  XIV),  jednocześnie  świadczące  o jego 

wierności  monarchii,  miano  Place  Dauphine,  czyli  Plac  Następcy  Tronu.  Jest  to  dzisiaj 

miejsce  erotycznych  spotkań.  Spragnieni  przygody  kochankowie  płci  wszelakiej  krążą  po 

placu  samochodami  (uwaga!  -  tylko  po  zmierzchu),  a kiedy  zobaczą  sygnał  świateł, 

zatrzymują się i po chwili omawiają kontrakt. Nie przychodzi im nawet do głowy, że znajdują 

się  sto  metrów  od  miejsca,  gdzie  18  marca  1314  zapłonął  stos,  na  którym  spaleni  zostali 

wielki  mistrz  templariuszy  Jacques  de  Molay  i jego  najbliższy  zaufany  Hugues  de  Pairaud. 

Przedtem unicestwiano tu mniej czy bardziej anonimowych Żydów - stąd nazwa wyspy, ale to 

nie przeszło do katolickiej historii. 

Tragedia  templariuszy  była,  jak  uznaje  większość  historyków  (Albert  Ollivier,  Les 

Templiers, Bourges 1958; Malcolm Barber, Templariusze,  Warszawa 2000; Régine Pernoud, 

Templariusze,  Gdańsk  1995),  wynikiem  bezlitosnej  walki  o władzę.  W przeciwieństwie  do 

joanitów,  czy  Krzyżaków,  templariusze  ewakuowali  się  z Ziemi  Świętej  w nienaruszonej, 

zdyscyplinowanej hierarchii wojennej, unosząc ze sobą łupy, których wartości do dzisiaj nikt 

nie  zdołał  ocenić,  stąd  też  tysiące  niewiarygodnych  opowieści  o ich  skarbie,  żywiące 

amatorów  sensacyjnych  powieści  i narażających  na  bolesne  straty  poszukiwaczy  złota. 

Faktem  jest  jednak,  że  wycofujący  się  do  Francji  i innych  państw  templariusze  stanowili 

militarną  i finansową  potęgę.  Jak  pisze  Zbigniew  Herbert  (Barbarzyńca  w ogrodzie):  „W 

stolicy Francji otoczona murem dzielnica templariuszy była prawdziwym miastem w mieście 

z odrębną  jurysdykcją,  administracją  i prawem  azylu”.  I dodaje  dalej,  iż  kiedy  na  początku 

1306  wybuchają  rozruchy  w Paryżu,  „zagrożony  król  ucieka  wraz  z rodziną  do  warowni 

templariuszy,  owej  słynnej  Tour  du  Temple,  gdzie  przeżywa  upokarzające  oblężenie 

motłochu. Co prawda kilka dni później przywódcy buntu wisieli na bramach Paryża, ale smak 

klęski był gorzki. 

Nic bowiem bardziej nie upokarza monarchy, jak poczucie wdzięczności”. Ogromnie 

to  małostkowa  i apolityczna  interpretacja  wydarzeń.  Nie  o wdzięczność  tu  bowiem  chodzi. 

Filip Piękny, oglądając z bliska potęgę templariuszy, zdał sobie po prostu ostatecznie sprawę, 

background image

iż  jeśli  ma  być  władcą,  a nie  współwładcą  Francji  zależnym  od  obcej  siły,  musi  skruszyć 

potęgę  zakonu.  Akcja  policyjna,  która  się  potem  rozgrywa,  nie  ma  sobie  bodaj  równych 

w całej  historii  Europy.  Rozkazy  aresztowania  templariuszy  we  wszystkich  ich  zamkach 

i siedliskach  we  Francji  wydane  zostają  kilkuset  prewotom  (prefektom),  rycerzom  i całej 

policji  Wilhelma  de  Nogaret,  jakbyśmy  dzisiaj  powiedzieli  -  ministra  spraw  wewnętrznych. 

I nikt,  nikt,  nie  puszcza  pary  z gęby!  Nie  ma  żadnego  przecieku.  Świadczy  to  o jednej 

z dwóch  możliwości.  Albo  templariusze  byli  tak  znienawidzeni,  że  nikt  nie  miał  ochoty  im 

pomóc, albo służby króla Francji były mu tak wierne i przekonane o słuszności jego działań, 

że  nawet  myśl  o zdradzie  nie  postała  im  w głowach.  Osobiście  przekonany  jestem  o tym 

drugim.  Jakkolwiek  była  potężna  organizacja  templariuszy,  została  całkowicie  zaskoczona 

i unicestwiona  w ciągu  kilkudziesięciu  godzin.  Wzięci  na  tortury  przedstawiciele  zakonu 

przyznają  się  oczywiście  do  wszystkiego:  stosunków  homoseksualnych  -  co  akurat  jest 

prawdopodobne,  kultu  diabła,  bluźnierczego  karykaturowania  liturgii  katolickiej,  plwania  na 

hostię  i co  tylko  można  jeszcze  wymyślić.  Templariusz  Hugues  de  Rion  zeznaje,  iż  „rudą 

mniszkę,  kurwę  franciszkanów”  gwałcił  na  sześć  sposobów  -  po  dwa  na  „wszystkie  jej 

dziury”. 

Znając  metody  de  Nogareta,  wiemy,  że  każdy  przyznałby  się  do  wszystkiego.  Ale 

protokół został sporządzony. Wina jest pewna i kara musi być konsekwentna. Kupa chrustu za 

chwilę  zostanie  zapalona.  Na  stosie,  przywiązani  do  drewnianych  słupów,  wielki  mistrz 

templariuszy Jacques de Molay i jego najbliższy doradca Hugues de Pairnaud wiedzą już, że 

nie będzie żadnej litości. Kat rzuca płomień na drewno. 

Pisze  Maurice  Druon  (Król  z żelaza,  Kraków  1972,  pierwszy  tom  z cyklu  „Królowie 

przeklęci”) i choć jest to powieść, oddaje ducha chwili: „Nagle głos wielkiego mistrza przebił 

się przez ognistą zasłonę i, jakby skierowany do każdego z osobna, uderzał każdego w twarz. 

Podobnie jak przed NotreDame Jakub de Molay z przerażającą siłą krzyczał. 

- Hańba!  Hańba!  Patrzcie,  jak  giną  niewinni.  Hańba  na  was  wszystkich!  Bóg  was 

osądzi. 

Płomień  go  chłosnął.  Spalił  brodę,  zwęglił  w jednej  chwili  papierową  mitrę  i objął 

białe włosy. 

Tłum przerażony zamilkł. Miał wrażenie, że palą szalonego proroka. 

Z twarzy w ogniu straszliwy głos wołał: 

- Papieżu  Klemensie!...  Rycerzu  Wilhelmie!...  Królu  Filipie!...  zanim  rok  minie, 

powołuję was przed sąd Boży po sprawiedliwą karę. Przeklęci! Przeklęci! Wszyscy przeklęci 

po trzynaste pokolenie waszego rodu! 

background image

Płomienie wdarły się w usta wielkiego mistrza, zdusiły w nich ostatni krzyk. Później, 

przez czas, który zdawał się nie mieć końca, walczył ze śmiercią. 

Wreszcie zgiął się w pół. Sznur pękł, a on zapadł się w palenisko. Widziano jego dłoń, 

wzniesioną wśród płomieni. Tak trwała, zanim sczerniała doszczętnie. 

Tłum  tkwił  w miejscu,  zaskoczony  i przerażony,  głucho  pomrukiwał.  Zwalił  się  nań 

cały  ciężar  nocy  i grozy;  wstrząsnął  nim  trzask  dogorywających  polan.  Ciemności  ogarniały 

dogasający stos”. 

Ile  jest  w tym  prawdy,  nie  dowiemy  się  już  nigdy.  Odnotować  jednak  trzeba,  iż 

o przekleństwie  Jacques’  a de  Molay  wspominają  wszystkie  relacje  z epoki.  Nie  miałoby  to 

większego  znaczenia,  gdyby  nie  splot  przypadków.  Oto  20  kwietnia,  miesiąc  i dwa  dni  po 

egzekucji  wielkiego  mistrza,  umiera  w Awinionie  papież  Klemens  V  (Bertrand  de  Got), 

dziesięć  dni  później  gaśnie  w podejrzanych  okolicznościach  Wilhelm  de  Nogaret,  a 29 

listopada tego samego roku król Filip IV Piękny. Jakby tego było mało, cudzołożne praktyki 

synowych  królewskich  skomplikują  kwestie  następstwa  na  tronie  i już  za  kilkanaście  lat 

spowodują nie tylko koniec dynastii, ale także początek stuletniej wojny z Anglią. Musiało to 

głęboko  poruszyć  średniowieczną  wyobraźnię.  Stąd  setki  legend  o czarach  templariuszy,  ich 

ukrytych skarbach i mrocznych tajemnicach, które stały się manną dla współczesnych pisarzy 

czy pseudohistoryków  i zapewne przynosić będą pieniądze spryciarzom przez długie  jeszcze 

lata. 

Odejście  Klemensa  V  spowodowało  długotrwały  kryzys  Kościoła  katolickiego.  Dość 

wspomnieć,  że  konklawe  po  jego  śmierci  trwało  dwa  lata  i trzy  miesiące.  Wybrano 

ostatecznie „przejściowego papieża”, Francuza Jacques’a d’Euése,  kardynała Ostii,  który nie 

miałby  żadnych  szans,  gdyby  nie  wiek  siedemdziesięciu  dwóch  lat,  będący  w czternastym 

stuleciu  znakiem  zgrzybiałości  ostatecznej,  dającej  gwarancję  śmierci  w najbliższych 

miesiącach, w czasie których wszystkie frakcje miały nadzieję przygotować się skutecznie do 

następnego zwarcia.  Jan XXII, takie  imię przybrał  nowo wybrany papież,  sprawił  im  jednak 

przykrego  figla.  Dożył,  co  było  rzeczą  zupełnie  niesłychaną  w owych  czasach,  lat 

dziewięćdziesięciu  i zdążył  jeszcze  niemało  zamieszać  w polityce  europejskiej.  W historii 

Kościoła zapisał się tym przede wszystkim, że kanonizował świętego Tomasza z Akwinu, co 

oznaczało  w praktyce  uznanie  na  następne  wieki  i grosso  modo  do  dzisiaj  tomizmu  za 

oficjalną i uświęconą filozofię wiernych Panu. 

W tym  samym  roku,  w którym  płonęli  templariusze,  co  miało  być  dla  ludu 

ostatecznym  przykładem,  kto tu  rządzi  i czyje  słowo  jest  rozkazem,  gdyż  za  nim  stoi  miecz 

i stos,  w Wenecji  Euganejskiej  przychodzi  na  świat  Bartolo  de  Sassoferrato.  Daremnie  by 

background image

szukać  śladu  po  nim  w większości  współczesnych  kronik,  w Encyclopaedia  Britannica  czy 

Wielkiej  Encyklopedii  Powszechnej  PWN.  Józef  Andrzej  Gierowski  (Historia  Włoch

Wrocław  1985)  też  pisze  o nim  krótko:  „uważał,  że  państwo  jest  panem  swych  środków, 

organizmem  nieuznającym  żadnej  zwierzchności.  Było  to  nowe  rozumienie  państwa  jako 

państwa  prawnego,  w którym  jedynym  kryterium  sprawiedliwości  winny  być  prawa 

obowiązujące wszystkich”. 

Przełóżmy  to  na  język  życia  codziennego.  Sassoferrato  uważał,  iż  ludzi  odróżnia 

majątek, pozycja, wielkość rodu, „zdolność udziału w życiu państwa”. Jest więc normalne, że 

jest  pan  i ma  swoich  lokai,  jest  bogacz  i są  jego  służalcy.  Wszelako  pan  i lokaj,  bogacz 

i sługa,  ba,  nawet  najuboższy  z rybaków  w lagunie,  podlegają  tym  samym  kodeksom. 

„Wrzawa  nie  ma  tu  nic  do  czynienia”  -  pisze  Sassoferrato.  Cóż  to  oznacza,  bo  jednak 

wszystkiego nie  mógł  jednoznacznie dopowiedzieć.  Otóż tyle,  że  jeśli pan zabije  lokaja,  jest 

to  taka  sama  zbrodnia,  jak  zabicie  lokaja  przez  pana.  Rządzić  zaś  wolno  tym  tylko,  którzy 

uznają  niepodzielne  prawo.  Jakąż  furorę  zrobi  za  pół  tysiąclecia  Alexis  de  Tocqueville,  do 

którego  odwołują  się  do  dziś  politycy  wszelkich  orientacji.  Tymczasem  nie  powiedział  on 

wiele  więcej  niż  jego  zapomniany  poprzednik.  Czytając  Sassoferrata,  dostajemy  mętliku 

w myślącej  chronologicznie  głowie.  Więc  już  wtedy  ktoś  to  wszystko  sformułował?  Za 

wcześnie. Czas nie był jeszcze ku temu. Dlatego popadł w zapomnienie. 

W Polsce  w tym  okresie  Władysław  Łokietek  zawładnął  lwią  częścią  Wielkopolski. 

Kim  jest  ów  sprytny  karzeł  -  historycy  są  zgodni,  iż  przydomek  jest  aluzją  do  jego 

maleńkiego  wzrostu.  Był  dzieckiem  trzeciego  syna  Konrada  Mazowieckiego,  Kazimierza, 

czyli  prawnukiem  Kazimierza  II  Sprawiedliwego,  po  matce  spokrewniony  z władcami 

ruskimi. Genealogicznie takich jak on pretendentów do krakowskiego tronu jest na pęczki. On 

jeden wie wszakże,  a na tym  niekiedy opiera się wielkość, czego naprawdę chce.  Bitwa pod 

Kleckiem  nad  Jeziorem  Gruchowskim  (nie  mylić  z Kleckiem,  gdzie  w 1656  Szwedzi  pobili 

Lubomirskiego)  otwiera  mu  drogę  do  Poznania  opanowanego  przez  nienawidzących  go 

Głogowczyków.  Jest politykiem wielkiej  miary.  Nie  śpieszy  się  nigdy.  „W Pyzdrach -  pisze 

Edmund Długopolski (Władysław Łokietek na tle swoich czasów, Wrocław 1950) - znalazł się 

Łokietek 19 sierpnia 1314 roku i za zgodą towarzyszących mu baronów nadał miastu nagrodę 

za  jednomyślnie  okazaną  mu  wierność  i stałość  pewne  posiadłości.  (...)  Wkrótce  potem  31 

sierpnia  1314  roku  wystawił  Łokietek  miastu  Kaliszowi  generalne  zatwierdzenie 

przywilejów.  Takie  generalne  zatwierdzenie  przywilejów  wystawiano  zwykle  po  objęciu 

rządów”. Tych rządów Łokietek  jeszcze wprawdzie  nie sprawuje,  ale  jako wyrafinowanemu 

politykowi nie przeszkadza mu to w kładzeniu podpisów i proklamowaniu obietnic. Z Kalisza 

background image

rusza  do  Poznania,  gdzie  poprzedzają  go  już  wieści,  a o to  właśnie  chodziło,  o jego 

wspaniałomyślności  i hojności  w nagradzaniu  zwolenników.  Cóż  mogą  mu  przeciwstawić 

Głogowczycy  sprawujący  realne  rządy,  skrępowani  koniecznościami  budżetu  i tysiącem 

innych  układów.  Władysław  wkracza  do  Poznania  i tak  zaczyna  się  proces  jednoczenia 

Polski. 

Dokładnie  przeciwnie  dzieje  się  na  Wyspach  Brytyjskich  czy  w Niemczech. 

W Szkocji  od  wielu  lat  stacjonują  wojska  angielskie  kontrolujące  w pełni  sytuację  na 

nizinach,  a częściowo  nawet  i w górskich  ostępach.  W tej  sytuacji  samozwańczą  koronację 

Roberta  Bruce’a  na  króla  Szkocji  przyjmuje  Londyn  z całkowitym  lekceważeniem.  „W 

ceremonii  intronizacji  -  pisze  Stefan  Zabieglik  (Historia  Szkocji,  Gdańsk  2000)  - 

uczestniczyła  grupka  osób.  Byli  wśród  nich  biskupi  St.  Andrews,  z Glasgow  i Moray,  oraz 

opat miejscowego [Scone - L.S.] klasztoru. Przybyli także dwaj earlowie oraz księżna Izabela 

of  Buchan,  reprezentująca  brata,  earla  Fife,  znajdującego  się  w rękach  Anglików.  W jego 

zastępstwie włożyła ona na głowę Roberta Bruce’a złotą opaskę, mającą stanowić namiastkę 

korony  królów  szkockich”.  Co  było  potem,  opowiada  bodaj  najlepiej  film  Mela  Gibsona 

z nim samym w roli głównej, a właściwie wszystko mówi już sam jego tytuł: Waleczne serce

Roberta  nie  było  początkowo  stać  na  walną  konfrontację  z Anglikami.  Szarpał  ich 

w podjazdowych  potyczkach  pod  Glenn  Troll,  Kilmanrock,  za  każdym  razem  odbierając 

najeźdźcom  kolejną  piędź  ojczystej  ziemi.  Wreszcie  w rękach  Anglików  pozostały  już  tylko 

pojedyncze  zamki.  W odsiecz  im  ruszył  król  Edward  II  na  czele  armii  liczącej  dwadzieścia 

tysięcy  ludzi,  a więc  siły,  jakiej  Robert  w żadnym  przypadku  nie  mógł  zgromadzić. 

I rzeczywiście, wojska szkockie, które 24 czerwca 1314 zastępują Anglikom drogę niedaleko 

Bannockburn,  składają  się  zaledwie  z siedmiu  tysięcy  zbrojnych.  Przewadze  liczebnej 

przeciwstawiają  Szkoci  lepsze  dowodzenie,  a przede  wszystkim  straceńczą  zaciekłość 

i pogardę  śmierci,  która  okryje  ich  legendą.  Robert  zwycięża.  Od  tej  chwili  uznanie 

niepodległości  Szkocji  jest  już  tylko  kwestią  czasu.  „Bitwa  na  polach  Bannockburn  - 

komentuje  Zabieglik  -  przeszła  do  historii  Szkocji  jako  największe  zwycięstwo  w dziejach 

tego kraju nasuwające skojarzenie z polskim Grunwaldem. W 1964 roku królowa Elżbieta II 

[jak  dziwnie  plotą  się  dzieje  -  L.S.]  odsłoniła  tu  wielki  posąg  Roberta  I na  koniu.  Szkocka 

Partia  Narodowa  organizuje  w tym  miejscu  coroczne  manifestacje  patriotyczne”.  Żeby 

skończyć  z wątkiem  filmowym,  dodajmy,  że  finansuje  je  w pewnym  stopniu  szkocki 

nacjonalista,  aktor Sean Connery -  James Bond pośród rozlicznych  jego ról.  We  francuskim 

Dictionnaire du cinéma Jeana Tularda (Paris 1996) figuruje on jako „aktor angielski”. Wielki 

Robert I Bruce musi przewracać się w grobie! 

background image

W Niemczech (Świętym Cesarstwie Rzymskim) po niespodziewanej śmierci Henryka 

VII  elektorzy  nie  mogą  osiągnąć  zgody  w kwestii  wyboru  nowego  cesarza.  W październiku 

1314  dochodzi  do  podwójnej  elekcji.  Część  książąt  obwołuje  władcą  Ludwika  IV 

Wittelsbacha,  księcia  bawarskiego,  inna  część  -  Fryderyka  Pięknego,  syna  Albrechta  Iz 

dynastii  Habsburgów.  Żadne  próby  mediacji  nie  przynoszą  skutku.  W tej  sytuacji  dochodzi 

oczywiście  do  wojny  domowej.  Teoretycznie  potężni  Habsburgowie  mają  w niej  miażdżącą 

przewagę.  Postawić  mogą  pod  broń około  dziesięciokrotnie  więcej  rycerzy  niż  przeciwnicy. 

Mają też o wiele bardziej rozgałęzione układy dynastyczne, co zaowocować powinno pomocą 

papiestwa  i państw  ościennych.  Nie  wszystko  jednak,  co  na  papierze  wydawałoby  się 

oczywiste,  przekłada  się  na  rzeczywistość.  W nieumiarkowanej  dumie  zapomnieli 

Habsburgowie,  że  mają  rozsianych  po  całych  Niemczech  drobnych,  ale  zaciekłych 

przeciwników.  Takich  Szwajcarów  na  przykład.  Któż  by  się  przejmował  jakimiś  góralami? 

Nawet  jeśli  pojawia  się  wśród  nich  legenda  (tu  historia  daje  do  wyboru:  legendarny 

przywódca czy legendarna postać po prostu), niejaki Wilhelm Tell (JeanFrançois, Guillaume 

Tell,  Paris  1988).  Tymczasem  ci  nieokrzesani  hodowcy  owiec  już  za  parę  lat  w bitwie  pod 

Mühladorfem  zadadzą  Habsburgom  bolesną  klęskę.  Nie  ma  wymiaru  decydującego 

o czymkolwiek, ale wzmocni pozycję Wittelsbachów. Wrzenie w Cesarstwie i rozpadanie się 

Niemiec na coraz więcej skłóconych księstw, udzielnych miast i państewek jest wodą na młyn 

Łokietka.  Zachodnią  flankę  ma  tym  bardziej  bezpieczną,  im  więcej  wśród  „rzymskich” 

baronów waśni i podjazdów. Najbardziej mógłby jednak podziękować Szwajcarom. Rzecz to 

zabawna,  przeglądając  tytuły  obronionych  na  uniwersytetach  polskich  historycznych  prac 

magisterskich  i doktorskich,  nie  znalazłem  ani  jednej  na  temat:  Szwajcaria  a Polska 

w początkach  XIV  wieku  -  a nie  jest  to  przecież  żadna  kpina,  nic  wspólnego  ze  słoniem 

mieszającym się w sprawy narodowe. Gdyby nie duch Wilhelma Tella miałby może Łokietek 

wielokroć  trudniejsze  przed  sobą  zadanie.  Tym  bardziej  że  na  ścianie  wschodniej  dzieją  się 

rzeczy  wysoce  dla  Polski  niepokojące.  Oto  pod  rządami  Daniela,  syna  Aleksandra 

I Newskiego,  i jego  syna  Jurija  potargana  podziałami  Ruś  zaczyna  przeistaczać  się  w Rosję. 

Lew  Gumilow  (Od  Rusi  do  Rosji)  uważa  to  za  moment  decydujący.  My  może 

poczekalibyśmy  jeszcze  do  rządów  Iwana  I Kality,  ale  nie  ma  to  większego  znaczenia. 

W miejsce  bezsilnych  ksiąstewek  ruskich  około  1314  powstaje  plus  minus  zjednoczone 

państwo  rosyjskie.  Książę  twerski  Michał  przyjmuje  tytuł  Wielkiego  Księcia  Wszechrusi. 

Uznaje jego wielkość Ludwik Bazylow (Historia Rosji, t. I, Warszawa 1983): „Książę Michał 

był  wybitną  indywidualnością,  musiał  działać  w sposób  zdecydowany,  odznaczał  się 

szerokimi  horyzontami  politycznymi.  Już  choćby  przyjęcie  tytułu  Wielkiego  Księcia 

background image

Wszechrusi  dowodzi,  że  z jego  zamierzeniami  politycznymi  musiały  się  łączyć  tendencje 

zjednoczeniowe.  Nie  można  też  pominąć  zasług  w krzewieniu  piśmiennictwa;  dzięki  niemu 

Twer  stał  się  jednym  z głównych  ośrodków  latopisarstwa  ruskiego  i malarstwa 

miniaturowego”.  Uwiecznił  go  też  w Królu  Duchu  Juliusz  Słowacki,  jest  on  tam  czwartym 

wcieleniem  metafizycznym po Popielu,  Mieszku  i Bolesławie Śmiałym.  Cóż z tego, że ginie 

stracony  w 1318  roku.  Jego  morderca,  Jurij,  nie  ma  innego  wyjścia  niż  przyjąć  przesłanie, 

nawet  jeśli  do  jego  zrealizowania  jeszcze  długa  realna  droga.  Tak oto  buduje  się  w Europie 

nowa  zupełnie  koniunktura.  Francja  w dynastycznym  impasie,  podzielona  Brytania, 

ubezwłasnowolnione  papiestwo,  chaos  w Niemczech.  Rosja  dopiero  in  statu  nascendi. 

Zwykło  się  potem  pisać,  iż  w 1918  Polska  stanęła  wobec  tak  sprzyjających  warunków 

geopolitycznych,  jakich  nie  było  nigdy  dotąd.  Nieprawda,  były  również  w roku  1314 

i z największym  uznaniem  przyznać  trzeba,  iż  mały  książę  kujawski  Władysław  Łokietek 

umiał  je  genialnie  wykorzystać.  Dlatego  też  na  jakieś  anegdotyczne  porażki  z Krzyżakami, 

jak  pod  Płowcami  w 1331,  mógł  patrzeć  z filozoficznym  spokojem.  Mechanizm  historii 

pracował dla niego. Chociaż później niejednokrotnie miał dać dowody swoim ograniczeniom 

i małostkowości, nic to nie zmieni. Dzieje wyniosły go do wielkości. 

background image

1410 

17  maja  1410  wybrany  zostaje  papież  Jan  XXIII  (Baldassare  Cossa).  Hubert  Stadler 

(Leksykon papieży i soborów, Warszawa 1992) pisze o nim, że był antypapieżem. Jest to błąd. 

Był to okres tak zwanej schizmy zachodniej, rościli sobie wtedy prawo do tiary już dwaj inni 

papieże:  Benedykt  XIII  w Awinionie  i Grzegorz  XII  w Rzymie.  Ten  pierwszy  po  śmierci 

obranego  w Rzymie  Innocentego  VII  zwrócił  się  do  kardynałów  z dość  bezczelną  supliką, 

żeby  wstrzymali  się  z wyborem  nowego  władcy  Kościoła  aż  do  chwili,  kiedy  nie  zostaną 

załatwione spory francuskowatykańskie, co oznaczałoby zakończenie schizmy. Było jasne, że 

widzi  się  sam  na  stolicy  Piotrowej.  Nie  został  jednak  wysłuchany  i 30  lipca  1406 

kardynałowie  proklamują  ojcem  świętym  Angelo  Correre  z Wenecji,  który  przyjmuje  imię 

Grzegorza  XII.  Nowy  elekt  oświadcza  od  razu,  iż  gotów  jest  ustąpić,  jeżeli  to  samo  zrobi 

Benedykt.  Ten,  ufny  w pomoc  francuską,  nie  ma  jednak  w najmniejszym  stopniu  takiego 

zamiaru.  Dochodzi  do  zaciekłej  walki  obu  pretendentów,  która  pogrąża  Kościół 

w ostatecznym  chaosie.  Kto tu jest papieżem, a kto  antypapieżem trudno dociec teologicznie 

i prawnie.  W tej  sytuacji  „Kardynałowie  z obu  obozów  -  pisze  Rudolf  FischerWollpert 

(Leksykon  papieży,  Kraków  1990)  -  uzgodnili  w czerwcu  1408  zwołanie  soboru 

powszechnego,  który  miał  się  zebrać  w lutym  1409.  Uzgodniono  też,  że  miejscem  obrad 

soboru  będzie  Piza,  nie  wiedziano  wszakże,  czy  w ogóle  zostanie  podjęta  jakaś  uchwała 

soboru.  Głównym  zadaniem  soboru  była  rozprawa  z Grzegorzem  XII  i Benedyktem  XIII”. 

Obu papieży wezwano do stawienia się przed zgromadzeniem  soborowym  i 5  czerwca 1409 

zdetronizowano  jako  notorycznych  schizmatyków,  heretyków  i wiarołomców.  26  czerwca 

wybrano nowego papieża  Aleksandra  V.  Ponieważ obaj papieże  nie zamierzali ustąpić,  było 

więc w tych czasach aż trzech „ojców świętych”.  To ostatnie zdanie  jest niesłuszne, a nawet 

wręcz  heretyckie.  Skoro  bowiem  sobór  odwołał  Benedykta  XIII  i Grzegorza  XII,  tylko 

Aleksander poparty przez miażdżącą większość kardynałów, a także wiernych,  był papieżem 

prawowitym  i mającym  kanoniczne  prawo  do  tiary.  Inna  sprawa,  czy  była  to  elekcja 

szczęśliwa. Franciszkanin Piotr Philargies di Candiabył na pewno jednym z najwybitniejszych 

teologów  i najświątobliwszych  mężów  swojej  epoki.  Cóż  z tego,  skoro  miał  już 

siedemdziesiąt  lat,  co  na  owe  czasy  było  wiekiem  więcej  niż  starczym,  był  schorowany 

i pozbawiony  energii.  Jego  pontyfikat  potrwał  więc  tylko  niecały  rok  (zmarł  3  maja  1410 

w Bolonii),  przez  który  nie  zdołał  wykonać  żadnego  ważniejszego  politycznego  ruchu.  Jego 

następcą,  a więc  powtórzmy  -  jedynym  prawowitym  zwierzchnikiem  Kościoła  -  został  Jan 

XXIII.  Stajemy  tu  przed  zagadką,  jakich  zresztą  niemało  w dziejach  Watykanu.  Oto  cztery 

i pół  wieku  później  „przejściowy  papież”,  jak  określała  go  prasa  po  ogłoszeniu  wyniku 

background image

konklawe,  Giuseppe  Roncalli  przybiera  także  imię  Jana  XXIII.  To  jakby  po  Ludwiku  XIV 

nastąpił znowu Ludwik XIV. Istnieją trzy interpretacje tego faktu. Pierwsza,  jak chce Hubert 

Stadler,  niedająca  się  jednak  utrzymać,  iż  był  piętnastowieczny  Jan  XXIII  (na  jakiej 

zasadzie?!)  antypapieżem.  Przeczą  temu  nie  tylko  prawo  kanoniczne  i teologia,  ale  również 

znamienny fakt, że po zdetronizowanym Grzegorzu XII nikt nie przejął jego numeru i obrany 

w 1572  kolejny  Grzegorz,  ten  od  reformy  kalendarza,  był  logicznie  trzynastym.  Jeżeli 

z Benedyktem  XIII  rzecz  miała  się  inaczej,  to  tylko  dlatego,  iż  w XVII  wieku  panowała 

generalna  linia  odrzucania  papieży  awiniońskich  podległych  „babilońskiej  niewoli”.  Podług 

wersji  drugiej,  głoszonej  przez  Lazzariniego,  chodziłoby,  co  znając  nieubłaganą  ścisłość 

suchych  palców  mnących  rzymskie  dokumenty,  możemy  od  razu  między  bajki  włożyć, 

o prostą  pomyłkę  oficjalistów.  Pozostaje  propozycja  trzecia:  oto  obrany  na  papieża  Roncalli 

zdecydował  od  razu,  jak  poprzedni  Jan  XXIII,  zwołać  sobór  powszechny,  akcentujący 

reformy  wewnętrzne  i problem  zjednoczenia  Kościoła.  Czuł  się  więc  niejako  wyrazicielem 

myśli  i zamiarów  przedwcześnie  zmarłego  Baldassare  Cossy,  jego  metafizycznym 

przedłużeniem. Warto o tej niepewności pamiętać, by zdać sobie sprawę, ile czai się w historii 

kwestii enigmatycznych, nad którymi z lenistwa tylko przechodzimy do porządku dziennego. 

Wróćmy  jednak  z powrotem  do  czasów  pierwszego  z Janów  XXIII.  Rozdarcie 

papiestwa  i wstrząsające  nim  coraz  ostrzejsze  kłótnie  wewnętrzne  były  niemałym 

błogosławieństwem dla króla Władysława Jagiełły i jego polityki. W sporze między niedawno 

ochrzczonym  Litwinem  i arcychrześcijańskim  Zakonem  Szpitala  Najświętszej  Marii  Panny 

Domu  Niemieckiego  w Jerozolimie  (taka  była  oficjalna  nazwa  Krzyżaków),  mającym 

wysokie i rozgałęzione koneksje w Europie Zachodniej, szanse, żeby papież miał uznać racje 

polskie, były zupełnie znikome. Jan XXIII obrany został 17 maja 1410, niecałe dwa miesiące 

przed bitwą pod Grunwaldem,  i oczywiście  na  stosunki polskokrzyżackie  nie  mógł  już  mieć 

najmniejszego  wpływu.  Po  jego  abdykacji  29  maja  1415  rozpoczyna  się  tak  zwany  czas 

sediswakancji  i trwa  niemal  dwa  i pół  lata.  Skomplikowany  termin  pochodzi  z włoskiego 

„sede  vacante”,  czyli  „tron  niezajęty”.  Zna  dzisiaj  to  pojęcie  każdy  filatelista,  gdyż  znaczki 

wydane przez  Watykan w takim  na ogół krótkim  okresie,  z tym  właśnie podpisem, uzyskują 

nieraz  niebotyczne  ceny.  Ale  to  też  odległa  antycypacja.  Na  razie,  11  lipca  1417,  wybrany 

zostaje papieżem  niechlubnej pamięci  morderca  Jana Husa -  Marcin V (1417-1431). Jest on 

Polakom,  najłagodniej  mówiąc,  zdecydowanie  nieżyczliwy  i chętnie  nadstawia  ucha 

niemieckiemu dominikanowi Janowi Falkenbergowi, który nie tylko wzywa do akcji przeciw 

Jagielle,  ale  posuwa  się  nawet  do  stwierdzenia,  iż  „Polska  jako  naród  jest  obrazą  Boga 

i istnieć  nie  może”.  Na  szczęście  i on,  i jego  następca  Eugeniusz  IV  (1431-1447)  muszą 

background image

zmagać  się  z kolejnymi  antypapieżami:  Klemensem  VIII  (1423-1429)  i Feliksem  V 

(14391449).  Oto  czterdzieści  darowanych  lat,  podczas  których  Kraków  może  mieszać 

w Watykanie, a nie Watykan jednostronnie narzucać swoją wolę Krakowowi. To jedna z tych 

wielkich koniunktur, które zdarzyły się nam w dziejach. Jak później w latach 1918 czy 1989. 

Trzeba przyznać, że Władysław Jagiełło umiał ją w dużym stopniu wykorzystać. Już w 1409, 

chociaż  bezpośrednio  niby  nic  nie  nagli,  rozpoczynaj  ą  się  przygotowania  do  wielkiej 

rozprawy.  W dzisiejszych  czasach  zmobilizowanie  kilkudziesięciu  tysięcy  żołnierzy  wydaje 

się  sprawą  względnie  prostą.  Nie  podówczas.  Przygotowania  zaczynają  wielkie  łowy. 

Upolowaną  zwierzynę  dostarczyć  trzeba  w miejsca,  gdzie  będzie  solona  (a  sól  trzeba 

dowieźć),  rozmieszczona  w wybranych  składach  i dostarczona  później  na  miejsce,  z którego 

ruszą  tabory.  Tutaj  nie  może  być  żadnej  improwizacji.  Leszek  Kołakowski  w Kluczu 

niebieskim  (Warszawa  1964)  pisze  o wypowiedzeniu  wojny:  „Obyczaj  ten  jest  dziwaczny 

i zawiera sprzeczność wewnętrzną, albowiem wypowiedzieć komuś wojnę to oznajmić mu, że 

pragnie  się  go  zniszczyć;  jednakże  w ten  sposób  ostrzega  się  przeciwnika  i ułatwia  obronę 

przed  zniszczeniem,  czyli  zaczyna  się  czynność  niszczenia  od  stawienia  samemu  sobie 

przeszkód.  Dlatego,  jeśli  samo  rozpoczęcie  wojny  może  uchodzić  za  akt  wrogości,  to 

wypowiedzenie  wojny  jest  przejawem  nie  tyle  kurtuazji,  ale  przyjaźni;  jest  donosem  na 

samego  siebie  złożonym  w ręce  wroga,  a więc  aktem  monstrualnej  zgoła  niekonsekwencji. 

Nic dziwnego, że z postępem cywilizacji i wzrostem nawyków myślenia logicznego zwyczaj 

ten  całkowicie  obumarł”.  Doceniając  i zachwycając  się  paradoksalnym  humorem 

Kołakowskiego,  trudno  mu  przyznać  rację,  przynajmniej  jeśli  chodzi  o wojny  sprzed  XX 

wieku.  Wielkie  łowy  zarządzane  przez  Jagiełłę,  huk  w kuźniach  kujących  miecze  i groty 

włóczni,  masowe rekwizycje płodów rolnych na użytek armii nie mogły ujść niczyjej uwagi. 

Nie  trzeba  było  żadnych  krzyżackich  szpiegów.  I odwrotnie.  Wielki  mistrz  Ulryk  von 

Jungingen  przystąpił  do  identycznych  i równie  niemożliwych  do  ukrycia  przygotowań. 

Dotyczy  to  również  sił  koniecznych  do  zgromadzenia  przez  obie  strony,  a także 

w przybliżeniu terenu starcia.  Śmieszne akty wypowiadania wojny  były w tej sytuacji czczą, 

obyczajową formalnością. Jedyną, drugorzędną jednak w końcu, zagadką stawało się pytanie, 

na  ile  konflikty  międzypapieskie  ograniczą  napływ  pod  chorągwie  krzyżackie  ochotników 

zachodnioeuropejskich, uważających się za spadkobierców honoru krzyżowców. 

A jednak Władysław Jagiełło i tutaj umiał zaskoczyć przeciwników. Czy wynikało to 

z jego  wnikliwej  kalkulacji 

strategicznoantropologicznej,  czy  z pogańskolitewskich 

przyzwyczajeń  -  nie  ma  najmniejszego  znaczenia.  Pisałem  o bitwie  pod  Grunwaldem 

wielokrotnie.  Spotkałem  się  po  połowie  z gratulacjami  i oburzeniem,  a nawet  inwektywami 

background image

(Bronisław Wildstein, Buszujący w historii,  „Rzeczpospolita” 6/7  listopada 1993). Nie da się 

jednak zaprzeczyć,  tu pozwolę się odwołać do najpełniejszego dzieła o bitwie grunwaldzkiej 

Stefana  M.  Kuczyńskiego  (Wielka  wojna  z Zakonem  Krzyżackim  w latach  1409-1411),  że 

wyborowe  rycerstwo  zachodnie,  zmierzające  już  powoli  w obyczajowości  i wyobcowaniu 

z realności  do  legendy  Don  Kichote’a  z La  Manchy,  co  wspaniale  uchwycił  Henryk 

Sienkiewicz  w postaci  deLaroche’a,  natknęła  się  15  lipca  1410  na  zastępy  hołdujące 

skuteczności  ponad  tradycję.  Zamiast  szarży  ustawionej  „w  płot”  żelaznej  jazdy  polskiej 

nastąpił  najpierw  atak  na  szyki  krzyżackie  lekkiej  jazdy  litewskiej,  która,  choć  spędzona 

z pola,  wykryła  jednak  wszystkie  krzyżackie  zasadzki  i unieszkodliwiła  łuczników 

dysponujących ograniczoną liczbą pocisków. Potem przez krótką chwilę było tak, jak tradycja 

przykazywała.  Starli  się  rycerze  z rycerzami,  godni  z godnymi.  Nie  trwało  to  długo,  bo  oto 

przeciw  odwodom  zakonnym  wychodzą  z zarośli  zbrojne  w oszczepy,  rohatyny  i siekiery, 

odziane  byle  jak  oddziały  chłopskie.  Pisze  o nich  Sienkiewicz,  całkowicie  w tym  względzie 

wierny  Długoszowi:  „By  zaść  iść  krokiem  równym  i nie  łamać  szeregów,  poczęli  wszyscy 

razem powtarzać: - Zdro - waś - Ma - ry - jo - Łas - kiś - peł - na - Pan - z To - bą! I szli jak 

powódź...”.  To  z ich  rąk  zginął  Ulryk  von  Jungingen,  rycerz,  który  drzazgę  z krzyża 

Chrystusowego nosił w ryngrafie i rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, że wojna rycerską jest 

sprawą,  więc  nie  biorą  w niej  udziału,  przynajmniej  na  polu  bitwy,  kobiety,  księża,  Żydzi 

i chłopi.  Przyjęcie  za  Długoszem  tezy  o śmierci  wielkiego  mistrza  Ulryka  von  Jungingena 

z rąk  chłopskich  wywołało  ongiś  szczególną  wściekłość  moich  oponentów.  Wspierają  ją 

jednak zarówno S. Inglot (Historia  społeczna i gospodarcza średniowiecza,  Wrocław 1949), 

jak  i Stefan M.  Kuczyński:  „Chłopi,  którzy gdyby nawet wzięli wroga do niewoli,  okupu by 

za  niego  nie  dostali,  a nadto,  pomni  na  krzywdy  krzyżackie  zadane  ich  wioskom  i ziemiom, 

żywili  do  Zakonu  zrozumiałą  nienawiść  -  jeńców  nie  brali.  Należy  więc  przypuszczać,  że 

wielki  mistrz  i walczący  w pobliżu  jego  osoby  dostojnicy  Zakonu  zginęli  pod  ciosami 

piechoty ludowej, a nie z rąk rycerzy. Jest bowiem wprost nieprawdopodobne, aby szlachcic, 

o ile już nie wziął wielkiego mistrza do niewoli (co uczyniłby na pewno), nie pochwaliłby się 

jego  śmiercią  przed  otoczeniem,  zyskując  sławę  i rozgłos.  Milczenie  źródeł  zarówno 

krzyżackich,  jak  i polskich  co  do  osoby  zabójcy  wielkiego  mistrza  jest  dla  nas  najlepszym 

dowodem, że Ulryk von Jungingen padł w walce z chłopami, niezdającymi sobie może nawet 

sprawy,  kim  jest  wspaniały  rycerz  na  białym  koniu,  który  ranny  w czoło  i pierś  poległ  na 

pobojowisku,  jak  tylu  innych  Krzyżaków,  dla  których  masa  chłopów  nie  miała  żadnych 

względów”. 

Dodajmy  od  razu,  iż  fakty  wskazujące  na  odrzucenie  przez  Władysława  Jagiełłę 

background image

w trakcie wojny z Zakonem wielu „uświęconych” reguł kodeksu rycerskiego nie przemawiają 

w niczym na jego niekorzyść. Okazał się po prostu... nowocześniejszy. 

Nie  tylko  rozszyfrował  perfekcyjnie  słabości  taktyki  polegającej  na  frontalnych  lub 

skrzydłowych  uderzeniach  zmasowanej  ciężkiej  jazdy,  ale  umiał  też  przeciwstawić  jej 

sprawny  system  (Andrzej  Nadolski,  Grunwald  1410,  Warszawa  2003)  współdziałania 

piechoty, lekkiej i ciężkiej kawalerii. W przeciwieństwie do sakralnej niemal średniowiecznej 

zasady,  której  wierny  pozostał  Ulryk  von  Jungingen,  wymagającej,  żeby  wódz  prowadził 

swoje  wojska  w pierwszym  szeregu,  wycofał  się  na  bok,  aby  mieć  przez  cały  czas  jasny 

przegląd  sytuacji 

i decydować  o kolejnych  posunięciach,  rozumiejąc, 

iż  śmierć 

rozkazodawcy, co się też stronie krzyżackiej stało, wprowadzi chaos i zwątpienie. Wziął pod 

uwagę  i lipcowy  upał.  Kiedy  rycerze  zakonni  pocili  i słabli  w rozpalonych  zbrojach  na 

otwartym 

polu, 

Jagiełłowe 

ciężkie 

chorągwie 

oczekiwały 

sygnału 

do 

ataku 

w błogosławionym  leśnym  cieniu,  aby  w decydującym  momencie  być  świeższe  i bardziej 

wypoczęte. Dodajmy do tego ów drobny fakt, że rycerstwo ustawiające się do szarży oddalało 

już giermków i pozbywało się wszelkich obciążeń mogących przeszkodzić w galopie. Innymi 

słowy,  oczekujący  aż  Jagiełło  skończy  słuchania  trzeciej  mszy,  będącej  -  pozwolę  sobie 

przypuszczać  -  nie  tyle  wynikiem  pobożności,  ile  fizjologicznego  wyrachowania,  umierali 

z pragnienia.  Chwyt  ten  stosowali  od  dawna  Tatarzy,  zmuszający  przeciwników 

pozorowanymi  atakami  do  ciągłej  gotowości,  niedający  im  możliwości  odpoczynku  lub 

pożywienia się przed konfrontacją. Żar lejący się z nieba na grunwaldzkie łąki tylko ten efekt 

wzmocnił.  Nie  było  w nim  nic  nowego  dla  litewskiego  księcia,  który  poznał  od  dawna 

azjatyckie  metody  walki,  stanowił  natomiast  kompletną  i oburzającą  niespodziankę  dla 

wychowanych  na  rycerskich  romansach,  nieskazitelnych  zachodnich  paniczów.  Tak  nie 

postępowali  przecież  ani  król  Artur,  ani  Lancelot  z Jeziora.  Jest  wielkim  złudzeniem,  które 

wpaja się żakom do głowy na wszelkich poziomach nauczania,  iż ludzkość wyciąga wnioski 

z doświadczeń i nowe doktryny wciela w użyteczną praktykę. Profesor (sic!) Maciej Giertych 

jest do dzisiaj przekonany,  iż świat powstał sześć tysięcy  lat temu,  a smok wawelski  nie był 

legendą,  lecz  dinozaurem.  Rzecz  jasna,  wielu  się  z tego  śmieje,  inni  jednak  rzecz  szczerze 

wyznają.  Tak  samo  było  i z bitwą  pod  Grunwaldem,  której  opisy,  w tym  także  relacje 

naocznych  świadków,  dotarły  do  najodleglejszych  zakątków  Europy.  Czy  jednak  porażka 

Krzyżaków, a większość panów zachodnich królestw miała w ich szeregach jeśli nie dzieci, to 

co  najmniej  krewnych  albo  powinowatych,  jest  wynikiem  błędów  naszego  myślenia  czy  też 

diabelskiej  interwencji  i pogańskiego  spisku.  Cyniczni  Anglicy  optują,  jak  przeważnie,  za 

interpretacją racjonalną. Romantyczni Francuzi (Kartezjusz urodzi się dopiero za dwa wieki) 

background image

uważają Grunwald za wypadek przy pracy. 

2 listopada 1410, kiedy wypadki w odległej Polsce były już znane, a raporty piętrzyły 

się  po  stołach,  zbiera  się  w Bicêtre  zgromadzenie  książąt  francuskich,  żeby  radzić  między 

innymi o zjednoczeniu sił i przyjęciu taktyki pokonania Anglików. Na scenie wewnętrznej ma 

to  doniosłe  skutki.  Już  cztery  lata  później  skłócone  stronnictwa  Armaniaków 

i Burgundczyków  zawierają  antyangielski  sojusz.  Od tej  chwili  decydujące  starcie  jest tylko 

kwestią  czasu.  Dochodzi  do  niego  25  października  1415  na  zachwaszczonych  polach  pod 

Azincourt,  parę  kilometrów  na  północnyzachód  od  SaintPol.  Nikt  nie  piśnie  nawet 

o doświadczeniach  z odległych  Mazur.  Francuzi  byli  ponadtrzykrotnie  liczniejsi,  przez  co 

bardziej  dumni  i pewni  zwycięstwa.  Było  to  jednak  po  części  powtórzenie  Grunwaldu. 

Mające  zdecydować  o wyniku  uderzenie  ciężkiej  jazdy  francuskiej  z flanki  -  dokładnie  to 

samo, co wymyślił pięć lat przedtem Ulryk von Jungingen - załamało się na liniach piechoty 

angielskiej złożonej przede wszystkim z łuczników, ale także pozbieranej naprędce gawiedzi 

taborowej.  Nie  było upału, były za to deszcz  i błoto, w którym grzęzły konie ciężkiej  jazdy. 

Wystarczyły  trzy  godziny,  żeby  wspaniała,  barwna  herbami  i proporcami  jazda  Karola  VI 

zaczęła  pierzchać,  tratując  własną  pozostawioną  na  tyłach  piechotę.  To  prawda,  że 

w decydujących  momentach  bitwy  kazał  dowodzący  bezpośrednio  walką  konetabl  Charles 

d’Albert spieszyć swoich rycerzy, ale decyzja ta tylko przyspieszyła klęskę. Czym innym jest 

bowiem  na  rozmokłej  ziemi  chyży  piechur  pomykający  w lekkim,  skórzanym  kaftanie, 

a czym  innym  rycerz  w zbroi  grzęznący  co  krok  i niezdolny  nawet  do  wykonania  zwrotu. 

Jeden  książę  Brabantu  ominął  grzęzawiska,  ale  na  nic  się  to  zdało.  Jego  uderzenie  trafiło 

w próżnię,  a nie  mając  wsparcia,  zawrócił  na  widok  pierwszej  grupy  angielskich  łuczników. 

Jeżeli nawet uznamy, że podawana w kronikach liczba dziesięciu tysięcy zabitych Francuzów 

może wydawać się zawyżona, to w każdym razie polityczne efekty angielskiego triumfu były 

piorunujące. Sojusze ich przeciwników rozpadły się jak domki z kart. Król Anglii, Henryk V, 

mógł  znowu  rządzić  i dzielić,  jak  tylko  przyszła  mu  na  to  chęć.  Czyż  mógł  przewidzieć,  że 

gdzieś  w jakiejś  nieznanej  wiosce  Domrèmy,  w zakolach  Mozeli,  obchodzi  właśnie  swoje 

trzecie  urodziny  jakaś  dziewczynka,  Joanna,  z chłopskiej  rodziny  Darc  (aktualna  ortografia 

d’Arc  datuje  się  z czasów  po  nobilitacji).  Na  razie  Joaśka  pasała  gęsi  i ubijała  masło,  czym 

zajmowały się wiejskie dzieci w Lotaryngii po ukończeniu dwóch i pół roku. I oto ona już za 

kilkanaście  lat  miała  zmienić  świat.  Cóż  na  to,  mniejsza  o angielskich  królów,  którzy  do 

końca nic nie zrozumieli, wyznawcy determinizmu w historii? 

W roku  1408  kolejna,  łupieżcza  wyprawa  tatarska  pustoszy  Księstwo  Moskiewskie. 

Drewniany  klasztor  TroickoSiergiejewski  spalony  zostaje  do  fundamentów.  Ten  sam,  który 

background image

oparł się kiedyś wojskom Mamaja, obrócony zostaje teraz w popioły. Są jednak ludzie, którzy 

postanawiają  nie  poddać  się  rzekomemu  fatalizmowi  dziejów.  Ledwo  znikli  za  horyzontem 

mongolscy  jeźdźcy,  a już  -  i doprawdy  nie  ma  w tym  przesady  -  wierny  uczeń  świętego 

Sergiusza  z Radoneża  (1315-1392),  leciwy  mnich  Nikon  zwołuje  okoliczną  ludność 

i wędrownych  mnichów,  żeby przystąpili z nim do odbudowy  monasteru. Tym razem  ma on 

być murowany, żeby łatwo nie poddał się płomieniom, które symbolizować mają, ale w jakże 

innym sensie, dźwigające się ku niebu kopuły. Nikon widzi swój zamiar w wielkiej skali. Do 

wykonania  malowideł  ściennych  i ikonostasu  zaprasza  więc  znanych  już  wtedy  i cenionych 

w księstwie  Andrieja  Rublowa  i jego  współpracownika  Daniła  Czornego.  Owi  mają  już 

oczywiście  od  dawna  inne,  wysoko  płatne  zamówienia,  z którymi  Nikon  konkurować  nie 

może.  Nie  wiemy,  jakich  użył  argumentów,  czym  przekonał  i przebłagał.  W każdym  razie 

w połowie 1409 Rublow i Czornyj przybywają do klasztoru i ruszają do dzieła. Dzieła, które 

przynajmniej w przypadku Rublowa okaże się jednym z tych cudownych i jakże nielicznych, 

wobec których nikt nie może przejść obojętnie i zaprzeczyć, że na duszy nie stało mu się lżej. 

Znamy  wszyscy  opowieść,  jak  do  Abrahama  przybyli  trzej  cudzoziemcy,  zwiastujący  mu 

nowinę, iż mimo starego wieku urodzi mu się syn. Nie nam wnikać, czy byli to aniołowie, czy 

prefiguracja  Trójcy  Świętej,  bo  takie  są  dzisiaj  teologiczne  kontrowersje.  Nieważny  jest  też 

jakikolwiek  aspekt  filozoficzny.  Mamy  oto  przed  sobą trzy  postacie  smutne  i zadumane,  ale 

też pełne niesłychanego spokoju i słodyczy. Każda patrzy w inną stronę, co sprawia wrażenie, 

jakby  patrzyły  wszędzie  i docierały  do  wszelkich  obszarów  naszego  mózgu  (kiedyś  mówiło 

się - serca). Postać centralna (aniołkobieta, ale do końca nie wiemy, czy jest to kobieta) oparła 

dwa palce na stole i jakby nimi pukała w blat. To jest ten sygnał: ucisz się braciszku, przecież 

wiem  od  ciebie  nieskończenie  więcej  i lepiej.  Andriej  Tarkowski  w filmie  Rublow  (1966) 

pokazał  piętnastowiecznych  muzyków,  którzy  wysyłają  pod  niebiosa  statek  powietrzny. 

Machina  wali  się  w przepaść.  Rzecz  jasna  złudzenie  rozbija  się  i ginie.  To  mogłaby  być 

ostateczna  synteza  malarstwa  Rublowa  -  a jednak  tak  nie  jest.  W kolejnej  scenie  zwycięski 

Tatar  wjeżdża  do  klasztoru  i,  depcząc  leżące  już  na  ziemi  ikony,  zachwyca  się  swoim 

sofizmatem o Niepokalanym Poczęciu. „Skoro ona matką była, to jakże mogła być dziewicą”. 

Tarkowski  nie  maluje  skośnookiego  watażki  w mrocznych  barwach.  Rozumie  doskonale,  że 

spotkał  się  on  z czymś,  co  przerastajego  racjonalizm.  Ma  rację,  jeśli  przyjąć  kolokwialny 

banał,  iż  2+2=4.  Tyle  że  ludzkość  to  nie  tylko  logika.  Być  może,  pozwólmy  sobie  na  taką 

nieprawdopodobną  hipotezę,  że  ów  bej  wiedział  wszystko  o Crécy,  Grunwaldzie, 

antycypował  Azincourt.  Miał  argumentów  powyżej  kołczana.  Aż  nagle  staje  przed  Trójcą 

Rublowa.  I wszystko  przestaje  być  oczywiste.  Pisze  Michaił  Ałpatow  (Rublow,  Warszawa 

background image

1975):  „Termin  «symbolika» nie wystarcza dla zrozumienia Rublowa  i różnic dzielących go 

od  średniowiecznego  Zachodu.  Tam,  aż  do  renesansu,  panował  język  alegorii,  każdy 

przedmiot  miał  utajony  sens:  pies  oznaczał  wierność,  owca  -  niewinność,  goździk  - 

małżeństwo,  lew  -  Chrystusa,  jednorożec  -  Madonnę,  kościotrup  -  śmierć,  i tak  dalej. 

U Rublowa  można znaleźć elementy alegorii,  najważniejszą  jednak rolę gra  u niego symbol. 

Przedstawienie odtwarza nie tylko określony przedmiot, ale przydaje mu drugi, szerszy sens, 

który  odsłania  się  w trakcie  oglądania  obrazu.  Symbol  nie  jest tak ograniczony  jak  alegoria; 

czasem bywa mniej od niej jasny,  może jednak zawierać rozleglejsze znaczenia, prowadzące 

do rozumienia istoty rzeczy. W alegorii większy udział ma rozum; w symbolu - wyobraźnia”. 

Jest  zapewne  herezją  napisać,  iż  przedłużeniem  tej  tradycji  wyobraźni  jest 

w literaturze  rosyjskiej...  nie  Raskolnikow,  ale  właśnie  jego  oponent,  sędzia  śledczy  Piotr 

Piotrowicz,  zakładający,  iż  nie  ma  kija  samego  w sobie.  „Kij  ma  dwa  końce”.  -  Ile  końców 

ma  w takim  razie  pół  kija?  -  odpowiedziałby  mu  wtedy  racjonalista.  Nie  zbiłoby  to  Piotra 

Piotrowicza z pantałyku. - Również dwa... Tyle że poprzedni kij ma ich już teraz cztery, a to 

znaczy,  że  wszystkie  cztery  trzeba  dogłębnie  rozpatrzyć.  Oczywiście  połówki  można  łamać 

na kolejne kawałki, aż dojdziemy wreszcie do absurdu i zwątpienia we wszystko i cokolwiek. 

Wbrew  pozorom  to  właśnie  wyniosły  Tatar  jest  tutaj  przedstawicielem  myśli 

zachodnioeuropejskiej. Naprzeciw ma ową uwielbioną przez Lwa Gumilowa wizję,  iż trzeba 

czuć,  a niekoniecznie rozumieć.  Pisze Dostojewski o Raskolnikowie: „Wszystko, nawet jego 

zbrodnia,  nawet  wyrok  i zesłanie  wydawało  mu  się  teraz  jak  gdyby  faktem  zewnętrznym, 

który bodajże nie jemu się przytrafił. Zresztą nie mógł na niczym się skupić; a i nie umiałby 

teraz nic rozstrzygnąć świadomie -  c z u ł t y l k o [podkr.  L.S.].  Zamiast dialektyki przyszło 

życie  i w świadomości  musiało  się  wypracować  coś  zupełnie  innego”.  Uzupełnia  to 

znakomicie  Władimir  Wysocki  słowami:  „Poszli  na  dno  kak  podwodnaja  łodka”.  Końce 

kawałków  kija  są  wszakże  i tu,  i tam,  pod  niebiosami  i w głębinach.  Dopiero  w tym 

kontekście  zrozumieć  można  wielkość  trzech  zadumanych,  smutnych,  a jednocześnie 

litujących się nad nami aniołów Rublowa. A pamiętajmy, że był to sam początek piętnastego 

wieku.  Nikomu  nie  przychodziło  jeszcze  do  głowy,  że  z każdej  drzazgi  kija  można 

wykrzesać, co tylko ludzkość zechce. 

background image

1429 

W roku  1429  (przypuszczalnie)  umiera  Andriej  Rublow.  Młode  lata  spędził 

w klasztorze  TroickoSiergiejewskim.  Później  był  mnichem  w klasztorze  Andronikowskim, 

w którym  zapoznał  się  z malarstwem  Teofana  Greka.  Będzie  tym  jego  uczniem,  który 

przerośnie  mistrza.  Wsławią  go  wspaniałe  freski  w soborze  Uspieńskim  (Koimesis)  we 

Włodzimierzu,  przede  wszystkim  jednak  Święta  Trójca  namalowana  dla  soboru  Ławry 

TroickoSiergiejewskiej. Nawiązuje ona do relacji z Księgi Rodzaju, o tym, jak Jahwe objawił 

się  Abrahamowi  w postaci  trzech  aniołów.  „Abraham  spojrzawszy  dostrzegł  trzech  ludzi 

naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył do wyjścia z namiotu na ich spotkanie. A oddawszy 

im pokłon do ziemi, rzekł:  «O Panie,  jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać twego sługi! 

Przyniosę  trochę  wody,  wy  zaś  raczcie  obmyć  sobie  nogi,  a potem  odpocznijcie  pod 

drzewami.  Ja  zaś  pójdę  wziąć  nieco  chleba,  abyście  się  pokrzepili,  zanim  pójdziecie  dalej, 

skoro  przechodzicie  koło  sługi  waszego».  A oni  mu  rzekli:  «Uczyń  tak,  jak  powiedziałeś». 

Abraham poszedł więc śpiesznie do namiotu Sary i rzekł: «Prędko zaczyń ciasto z trzech miar 

najczystszej mąki i zrób podpłomyki». Potem Abraham podążył do trzody i wybrawszy tłuste 

i piękne cielę dał je słudze, aby ten szybko je przyrządził. Po czym wziąwszy twaróg, mleko 

i przyrządzone  cielę,  postawił  je  przed  nimi,  a gdy  oni  jedli,  stał  przed  nimi  pod  drzewem”. 

Na obrazie Rublowa aniołowie są najwyraźniej pojedzeniu. Stoi przed nimi już tylko puchar 

czerwonego  wina.  Zamilkli  i pogrążyli  się  w zadumie.  Są  jednocześnie  aniołami,  bogami 

i ludźmi. Porządek ziemski miesza się z niebiańskim. 

6 marca 1429 we francuskim Chinon porządki te mieszają się już nie na obrazie, ale, 

co  do  dzisiaj  uniemożliwia  nam  właściwie  pełne  zrozumienie  zdarzeń,  w skandalicznej 

rzeczywistości. Tego dnia, pisze arogancko Georges Bordonove (Jeanne d’Arc et la guerre de 

cent ans, Paris 1994), „zdecydowały się  losy  Francji  i nikt temu  nie  może zaprzeczyć”.  Nikt 

też nie zaprzecza, co nie zmienia faktu, że pojąć tego zdarzenia niełatwo. Tego dnia bowiem 

przybywa  z lotaryńskiego  Domrémy  na  dwór  Karola  VII,  zakompleksionego,  niepewnego 

swojego  pochodzenia  i praw  do  tronu,  nawiedzona  chłopka  (nobilitowana  zostanie  dopiero 

w grudniu  1429)  Joanna  d’Arc.  Ma  rzekomo  słyszeć  głosy,  które  każą  Karolowi  uwierzyć 

w siebie,  koronować  się  w Reims  i bić  Anglików.  Nazbyt  to  proste,  żeby  mogło  być 

prawdziwe.  Król  wystawia  ją  więc  na  pierwszą  próbę.  Chowa  się  między  dworzanami, 

zdejmuje  wszelkie  insygnia  władzy.  Dziewczyna  odnajduje  go  jednak  bez  najmniejszego 

zawahania. Raoul de Gaucourt zeznaje: „Byłem w Chinon, kiedy Dziewica przybyła, i byłem 

tam,  i widziałem  ją,  kiedy stanęła przed Jego Królewską Wysokością,  pokornie  i z prostotą - 

taka  uboga,  mała  pastereczka.  Słyszałem  słowa,  jakie  wypowiedziała  do  Delfina:  «Bardzo 

background image

sławny  Panie  Delfinie,  przybyłam  tu,  wysłana  przez  Boga,  żeby  przynieść  ratunek  tobie, 

a także Królestwu Francji»„. Zaś brat Jean Pâquerel uzupełnia: „Król na jej widok zapytał ją 

o imię;  odpowiedziała:  «Łaskawy  Delfinie,  na  imię  mi  Joanna  Dziewica,  a Król  Niebios 

nakazuje,  przeze mnie,  żebyś został ukoronowany i namaszczony w Reims  i został Dowódcą 

Króla  Niebios,  który  jest  Królem  Francji».  Po  kilku  pytaniach  zadanych  przez  króla  Joanna 

odezwała  się  znowu:  «Powiadam  ci,  od  Pana,  że  jesteś  prawdziwym  dziedzicem  Francji 

i synem  Króla...»„.  Nieco  później  prosić  zaczęła  Karola  VII,  by  zebrał  wojska  i ruszył  na 

odsiecz  otoczonego  przez  Anglików  Orleanu.  Wrażenie  zrobiła  ogromne.  Niekoniecznie 

jednak pozytywne. Jesteśmy w epoce wiary w diabła i czary. Niektórzy zapytują się więc, kto 

naprawdę przemawia przez dziewczynę. Karol zwołuje radę królewską. Okazuje się, o dziwo, 

że  zwolennicy  Joanny  to  przede  wszystkim  tak  zwani  kapitanowie  -  zawodowi  rycerze,  ale 

jednocześnie  bandyci  i łupieżcy  tolerowani  z militarnej  konieczności.  Marceli  Defourneaux 

(Życie codzienne w czasach Joanny d’Arc, 

Warszawa  1963)  cytuje  znamienny  wyrok  ułaskawiający,  jaki  wydaje  Karol  VII 

w sprawie  jednego  z tych  kapitanów:  „Rzeczony  suplikant  od  najmłodszych  lat  służył  nam 

w wojnie  i należał  do  wielu  wypraw  i armii,  służył  w wielu  miejscach  i miejscowościach, 

wojując z naszymi wrogami Anglikami i innymi nieprzyjaciółmi. I przez czas, kiedy bywał na 

wymienionych wojnach,  nie  miał od nas żadnego żołdu,  zasług ani  nagród,  chyba że  bardzo 

niewiele,  i dla  rzeczonej  przyczyny  był  jak  gdyby  zmuszony  walczyć,  żyć  z naszych 

nieprzyjaciół  i poddanych  i grabić,  rabować, łupić i brać okup na wszelkie sposoby od ludzi, 

których  mógł znaleźć  i spotkać w kraju,  czy byli  to  duchowni, szlachta,  mieszczanie,  kupcy, 

czy  inni;  a także  chodził  po  targach  i jarmarkach,  aby  łupić  i pobierać  okup;  zabierał 

i uprowadzał  bydło  ludzi  poczciwych,  część  też  zjadał  i dawał  do  zjedzenia,  a na  pozostałą 

część nakładał okup, sprzedawał i dzielił jako łup i czynił, co mu się podobało. I wiele razy ze 

zbrojnymi napadał warowne kościoły i inne miejsca obronne, zagarniał tych, co tam siedzieli; 

i wielu  naszych poddanych  brał w niewolę,  i nakładał  na  nich okup pieniężny,  i brał daniny, 

i czynił  bardzo  złe  rzeczy,  zbrodnie,  przestępstwa,  jak  to  ludzie  zbrojni  czynić  zwykli, 

i których nie zdołałoby się w niniejszych pismach należycie wypowiedzieć i wyrazić”. „Jak to 

ludzie  zbrojni  czynić  zwykli”,  czyż  więc  można  ich  karać?  I teraz  oto  tacy  właśnie  ludzie 

zbrojni,  budzący  postrach  w całym  kraju,  stają  murem  za  Joanną.  Karola  VII  to  właściwie 

urządza. Orlean uchodził za i tak już stracony. Jeżeli więc jest jakaś szansa i ci rycerze chcą ją 

wykorzystać pod rozkazami tej dziwnej kobiety, to niech ruszają. Nawet lepiej pozbyć się ich 

i tej kłopotliwej Joanny z dworu i spokojnie zastanowić nad dalszymi posunięciami. Co stało 

się  dalej,  wiemy  wszyscy.  29  kwietnia  1429  Joanna  w towarzystwie  Dunoisa  i Le  Hira, 

background image

mających  nawet  pośród  kapitanów  najstraszliwszą  opinię,  a teraz  wpatrzonych  wiernie 

w młodą wieśniaczkę,  wjeżdża do Orleanu.  W ciągu następnych dni  jeden po drugim padają 

angielskie bastiony, a 18 czerwca pod pobliskim Patay rozgromione zostają angielskie posiłki. 

Nie obyło się i tym razem bez dziwnego zdarzenia, bo miejsce ukrycia się w lesie, pragnących 

zaskoczyć  Francuzów  wojsk  angielskich,  zdradził  uciekający  jeleń  o wspaniałym  porożu... 

Może  już  Joanna  d’Arc,  zwana  teraz  Dziewicą  Orleańską,  poprowadzić  króla  na  uroczystą 

koronację do Reims.  Nie korzysta z dworskich splendorów, chociaż Karol,  wprawdzie  nadal 

nieufny,  decyduje  się  ją  nobilitować  wraz  z całą  rodziną.  Wraca  między  swoich  żołnierzy 

walczyć  dalej  z Anglikami.  A oni  wiernie  i kornie  podążają  za  jej  dziwacznym  sztandarem. 

Oni  też  jedyni,  gdy  wpadnie  w ręce  nieprzyjaciół,  będą  beznadziejnie  starali  się  nieść  jej 

pomoc. Po jej śmierci na stosie w Rouen powrócą do swoich zajęć. Le Hire i Dunois staną na 

czele  zbrojnych  band,  nieróżniących  się  zresztą  specjalnie  od  „regularnych”  oddziałów 

królewskich.  „Z  warowni,  które  udało  im  się  opanować,  szerzą  postrach  na  ziemiach 

okolicznych i opuszczają jedną prowincję już spustoszoną po to tylko, aby rzucić się na inną, 

jeszcze  nietkniętą.  W ówczesnych  dokumentach  z tragiczną  monotonią  powraca  wyliczanie 

tych samych zbrodni  i gwałtów: spalone  i złupione  miasta,  zniewolone kobiety  i dziewczęta, 

chłopi  torturowani  aż  do  chwili,  gdy  zdradzą  kryjówkę,  gdzie  schowali  pieniądze,  kupcy 

zatrzymywani  z towarem,  mieszczanie  więzieni  i skazywani  na  śmierć,  jeśli  ich  rodziny  nie 

mogą zapłacić okupu”. Jeden z najbliższych towarzyszy broni Joanny Gilles de Rais (Michel 

Hérubel,  Gilles  de  Rais,  Warszawa  1987;  Jacques  Heers,  Gilles  de  Rais,  Paris  1994;  Matei 

Cazacu,  Gilles  de  Rais,  Paris  2005  etc.),  rycerz,  który  rujnując  się,  wyprawił  w Orleanie 

wielkie  święto  upamiętniające  jej  zwycięstwo,  zajmuje  się  teraz  porywaniem  młodych 

chłopców, zarzynaniem ich i gwałceniem umierających. Mówi się o kilkuset ofiarach. Dopóki 

toczy się wojna,  a potrwa ona jeszcze dwadzieścia trzy  lata,  większość z nich  może czuć się 

całkowicie bezkarna. Gille de Rais zostanie wprawdzie stracony w październiku 1440, ale już 

La  Hire  umrze  w 1442  we  własnym  łóżku  z powodu  przeziębienia,  Dunois  powróci  do  łask 

królewskich  i po  śmierci  w 1468  pochowany  zostanie  ze  wszystkimi  honorami  w kościele 

NotreDame w Cléry. Groźny Poton de Xaintrailles zostanie nawet marszałkiem Francji.  Król 

Karol VII umrze 22 lipca 1461 w MehunsurYèvre, piętnaście kilometrów od Bourges, miasta, 

które było jego przymusową stolicą, zanim nie spotkał Joanny. Jego syn i następca Ludwik XI 

uważany  jest  za  zjednoczyciela  Francji.  Wykorzystał  do  tego  umiejętnie  rycerzy  łupieżców, 

którzy posłużyli  mu do sterroryzowania wielkich  feudałów,  kosztem których zapewnił sobie 

ich  współpracę.  Płacił  im  za  służbę,  przekształcając  stopniowo  w zaciężną  armię.  Nie  miał 

przy  tym  większych  zastrzeżeń,  jeśli  prywatnie  łupili  nadal  na  lewo  i prawo.  W tradycji 

background image

ludowej  pozostał  Ludwik  krwiopijcą  i istnym  potworem.  Zarzucano  mu  nawet  zażywanie 

odmładzających  kąpieli  w krwi  mordowanych  specjalnie  w tym  celu  nieletnich  wieśniaczek, 

umiłowanie  tortur,  zmuszanie  poddanych  do  bezpłatnych  dostaw  dla  swojego  wojska  etc. 

Owo  grabienie  żywności  było  akurat  zupełną  prawdą.  Król  miał  dokładnie  tyle  samo 

skrupułów,  co jego okrutni żołnierze.  Ci ostatni  nie rozumieli  jednak,  że pracuj ą  na własną 

zgubę.  W kraju  ogarniętym  chaosem  regionalnej  władzy  panów  i półpanków  lekceważących 

wszelką  zwierzchność,  kraju  miotanym  wojnami  między  książętami  i wojenkami  między 

pomniejszymi  wasalami,  mogli  sobie  rzeczywiście  na  wszystko  pozwolić.  W kraju  z silną 

władzą  centralną,  zjednoczonym  i uznającym  wyroki  monarchy,  stawali  się  przeżytkiem, 

tracili  rację  bytu.  I oczywiście  Ludwik  XI,  gdy  tylko  spotężniał  i napełnił  skarbiec,  co 

pozwalało  mu  płacić  zawodowej  i zmuszonej  do  dyscypliny  armii,  nie  omieszkał  wziąć  ich 

w karby.  Kto  chciał,  szedł  do  nowego,  królewskiego  wojska.  Kto  grasował  nadal,  zostawał 

unicestwiony. Wkrótce czasy Le Hire’a czy Gilles’a de Rais odeszły w daleką przeszłość. To, 

że  kiedyś  wspomagali  Joannę  d’Arc,  spowodowało,  iż  historia  obeszła  się  z nimi  łaskawie. 

Ich legenda nie do końca jest czarna, choć mogłaby taka zostać bez wątpienia. 

W Polsce wojowników takich jakLe Hire nigdy nie było. Wpłynęły na to przynajmniej 

trzy  okoliczności.  Po  pierwsze,  kraj  od  czasów  Kazimierza  Wielkiego  i jego  następcy 

Ludwika  Węgierskiego,  który  energicznie  rozprawił  się  z bandytyzmem  na  drogach,  stał  się 

względnie  stabilny,  nie  wstrząsają  nim  wojny  wewnętrzne,  pozycja  króla  jest  mocna,  a po 

późniejszym zwycięstwie grunwaldzkim otoczona nawet pewną aureolą. Po drugie, rycerskim 

przykładem dla Polaków  i Litwinów są przede wszystkim  Krzyżacy,  którzy przy wszystkich 

swoich  grzeszkach  wyolbrzymionych  przez  Henryka  Sienkiewicza  dbają  o rycerski  obyczaj 

w jego surowym i honorowym wydaniu. Po trzecie wreszcie, rycerz polski zaczyna być już po 

trosze  szlachcicemziemianinem.  Służy  władcy  pomocą  zbrojną,  niekiedy  bogaci  się  na 

wojnie,  ale  w większości  przypadków  nie  jest  to  już  jego  zasadnicze  źródło  utrzymania. 

Czuwanie nad własnymi ziemiami odstręcza go od dłuższych wypraw wojennych (pamiętamy 

to z oblężenia Malborka w 1410), a już na pewno od wojaczki permanentnej. 

Jest  rok  1430.  Joanna  d’Arc  próbuje  zdobyć  Paryż,  walczy  pod  Compiègne,  gdzie 

dostaje się do niewoli. W tym samym czasie sędziwy już wielce, jak na ludzi żyjących w XV 

wieku, siedemdziesięcioośmioletni Władysław Jagiełło przybywa do Jedlni. Jest to obszerny, 

należący  do  monarchy  dwór  myśliwski  położony  dwanaście  kilometrów  na  wschód  od 

Radomia, w okolicy zamieszkałej przez ludność trudniącą się przede wszystkim bartnictwem. 

Tutaj,  w głębi  lasów,  w spokoju  i ciszy  radzić  ma  z panami  polskimi  o kwestiach 

prawnoustrojowych  państwa.  Rozmowy  kończą  się  porażką  króla  zmuszonego  do  nadania 

background image

szlachcie  przywileju  Neminem  captivabimus,  zapewniającego  jej  nietykalność  osobistą. 

Nazwa  statutu  bierze  się  od  jego  pierwszych  słów:  „Nikogo  nie  uwięzimy  bez  wyroku 

sądowego”.  Oznaczało  to,  że  z wyjątkiem  przyłapania  delikwenta  na  gorącym  uczynku  nie 

można szlachcica aresztować czy poszkodować w mieniu bez uprzedniego wyroku sądowego. 

Dzisiaj  wydawać  nam  się  to  może  dosyć  naturalne  (acz  istnieje  w całej  Europie  instytucja 

aresztu prewencyjnego), jednak w XV wieku było potężnym ciosem dla władzy królewskiej. 

Ludwik  XI  nigdy  nie  zjednoczyłby  Francji,  gdyby  odebrano  mu  możliwość  więzienia 

i karania  przeciwników  bez  żadnych  sądów,  a tylko  na  podstawie  jego  własnej  woli. 

W zamian szlachta zapewniła Jagielle następstwo tronu najstarszego syna sędziwego władcy, 

zastrzegając  wszakże,  że  w przyszłości  uznawać  będzie  za  króla  tego  z królewiczów,  który 

wyda się jej „sposobniejszy”. Paweł Jasienica (Polska Jagiellonów, Warszawa 1963) zauważa 

słusznie,  że  „Tron  królewski  stawał  się  tym  samym  w zasadzie  obieralny”.  W każdym  razie 

odchodzono  od  zasady,  że  pierwszy  potomek  monarchy  jest  królem  z racji  samego  tylko 

urodzenia. Jak widać, ustrój państwowy Polski ewoluuje w zupełnie przeciwnym kierunku niż 

francuski.  Obsesyjne  niemal  naleganie  Joanny  d’Arc,  żeby  Karol  VII  koronował  się 

i namaścił  świętymi  olejami  w Reims,  miało  przypomnieć  Francuzom,  że  król  jest  władcą 

z bożej  łaski  i niepodważalnego wyroku boskiego. Z tego faktu wynika też prawo ferowania 

niezawisłych  wyroków  oraz  władza  nad  życiem  i śmiercią  poddanych.  Już  wkrótce  Ludwik 

XI  pokaże,  co  to  znaczy  w praktyce.  W Polsce  odwrotnie,  władza  królewska  ograniczana 

w coraz to nowych dziedzinach traci powoli majestat i możliwości wykonawcze. Konstytuuje 

się  natomiast  porządek,  jak  byśmy  to  dzisiaj  powiedzieli,  coraz  bardziej  kolegialny.  Jest  to 

jednak w Europie okolic roku 1429 trend wyjątkowy. Dominuje tendencja umacniania władzy 

centralnej wszelkimi sposobami. 

Tak  się  dzieje  na  przykład  w Portugalii.  Król  Jan  I,  nazwany  później  Wielkim, 

w konfrontacji z rosnącą w siłę ziemiańską arystokracją szachuje  ją  metodą administracyjną, 

obsadzając  kluczowe  stanowiska  w państwie  swoimi  krewnymi.  Pierworodnego  Edwarda 

zaprasza  do  współwładzy,  żeby  po  swojej  śmierci  zapewnić  ciągłość  dynastyczną  metodą 

faktów  dokonanych.  Drugiego  syna,  Piotra,  wyposaża  w księstwo  Coimbry,  trzeciego, 

Henryka,  w księstwo  Viseu,  dodając  mu  wkrótce  funkcję  wielkiego  mistrza  bogatego 

i potężnego Zakonu Rycerzy Chrystusa. Czwarty - Jan, zostaje mistrzem zakonu rycerskiego 

Santiago,  piąty  -  Ferdynand,  zakonu  Avis,  który  ongiś  przyczynił  się  do  wstąpienia  na  tron 

ojca.  Jedyna  ślubna  córka,  Izabela,  wydana  zostaje  w 1429  za  księcia  Burgundii  Filipa 

Dobrego,  sojusznika  Anglików  we  Francji  (to  jego  ludzie  ujęli  Joannę  d’Arc),  co  jest 

parantelą  podnoszącą  prestiż  rodziny.  Pomimo  wzlotów  i upadków,  jakich  nigdy  w polityce 

background image

nie  brakuje,  ciągłość  dynastii  Avis  zapewniono  na  następnych  dwieście  lat,  a i następna 

dynastia,  Bragança,  która  dotrwa  aż  do  roku  1853,  wywodzić  się  będzie  w prostej  linii  od 

Jana Wielkiego. 

Spośród  synów  Jana  I największą  sławę  i najpocześniejsze  miejsce  w historii  zyskał, 

choć  nigdy  nie  był  królem,  Henryk,  książe  Viseu  (1394-1460), obdarzony  przez  potomnych 

przydomkiem  Żeglarza,  choć  osobiście  żadnego  rejsu  w życiu  nie  odbył.  Przydomek  ów 

zyskał  jednak  nie  bez  kozery.  W 1429,  skoro  przyjęliśmy  ten  rok  jako  punkt  odniesienia, 

polityka  wszystkich  właściwie  władców  europejskich  skoncentrowana  jest  na  kwestiach 

doraźnych,  wewnętrznych  lub  bezpośrednio  przygranicznych.  Trwa  wojna  stuletnia, 

absorbująca całkowicie Francję, Anglię i Burgundię, kompletny chaos w Hiszpanii umożliwia 

trwanie  skarłowaciałego  i bezsilnego  kalifatu  Grenady,  polityka  zagraniczna  Władysława 

Jagiełły koncentruje się na sprawach litewskich i krzyżackich, nawet potężny cesarz Zygmunt 

Luksemburski  zajęty  jest  przede  wszystkim,  bardziej  nawet  niż  zagrożeniem  tureckim, 

rozprawą z czeskimi husytami, czyli kwestią lokalną. W tym samym czasie portugalski książę 

widzi świat ogromny. Wie, że na południe od znanych krajów islamu rozciągają się nieznane 

ziemie.  W 1427  jeden  z jego  szyprów,  Diogo  de Silves,  zboczywszy  skądinąd  przypadkowo 

z przewidzianej  trasy,  odkrywa  wyspy  Archipelagu  Azorskiego.  Ile  jeszcze  jest  podobnych 

wysp,  co  kryje  ląd  południowy?  Pytania  te  związane  są  z chęcią  zysku,  toż  obiła  się 

wszystkim  o uszy  legenda,  że  gdzieś  tam,  na  południu,  płynie  rzeka  złota,  rio  del  oro,  ale 

przede  wszystkim  dominuje  ciekawość  intelektualna.  Kiedy  doradcy  chcą  zainteresować 

księcia  kwestiami  interwencji  w sprawy  kastylijskie,  możliwościami  ubiegania  się  o dobra 

w Estramadurze,  oddala  ich  pogardliwie  z kwitkiem.  Jest  jednym  z pierwszych 

Europejczyków, który rozumie, a może przeczuwa, że jego kontynent to tylko mały fragment 

wielkiego  świata otwierającego  niepojęte  możliwości.  Około  1429 opracowany  więc  zostaje 

na  dworze  Henryka  Żeglarza  program  konsekwentnych,  ale  też  ograniczonych  eksploracji. 

Jeden  po  drugim  wyruszają  statki  na  południe.  Głównym  celem  tych  wypraw  jest  poznanie 

zachodniego  wybrzeża  afrykańskiego.  Stanowi  to  wyzwanie  nie  lada.  Jak  pisze  A.H.  de 

Oliveira Marques (Historia Portugalii, Warszawa 1987): „Za przylądkiem Nao rozciągały się 

puste  i niebezpieczne  obszary,  niczym  nieprzyciągające  wzroku,  prócz  urwistych  skał 

nadbrzeżnych  i piaszczystych  wydm.  Grzmot  fal  bijących  o skały  słyszalny  jest 

z wielomilowej  odległości.  Kiedy  wieją  zachodnie  wiatry,  wysokość  fal  może  przekroczyć 

piętnaście  metrów.  Od  października  do  kwietnia  częste  są  okresy  gęstej  mgły.  Dla 

średniowiecznego  żeglarza,  który  nasłuchał  się  fantastycznych  opowiadań  o Morzu 

Ciemności  (Mare  Tenebra  rum)  i krańcu  ziemi  (Finis  Terrae),  to  zdradliwe  i pustynne 

background image

wybrzeże oznaczało  bez wątpienia kres  możliwości żeglugi.  Długi cypel przylądka  Bojador, 

wychodzący głęboko w morze, wyraźnie wskazywał ową ostateczną granicę. Któż ośmieliłby 

się  ją przekroczyć? Gil Eanes wysłany przez Henryka Żeglarza  był  wystarczająco odważny, 

aby dokonać tego czynu. Jeśli przekazy z tego okresu nie kłamią, to żeglarz ów aż piętnaście 

razy  [w  tym  trzy  razy  w jednym  tylko  roku  1429  -  L.S.]  próbował  dokonać  tego  wyczynu 

i piętnaście  razy  mu  się  nie  powiodło.  W 1434  roku  Gil  Eanes  opłynął  w końcu  słynny 

przylądek  i popłynął  kilka  mil  dalej.  Na  dowód  tego  przywiózł  ze  sobą  kilka  dzikich  róż 

zerwanych za cyplem Bojador”. Był to przełom w historii odkryć geograficznych. Odtąd mila 

po mili posuwali się Portugalczycy naprzód. Wszystkie następne wielkie odkrycia, z wyprawą 

Kolumba włącznie,  wyrastają z tego wydarzenia,  z tej wyprawy w nieznane,  zorganizowanej 

właściwie  tylko  dla  zaspokojenia  ludzkiej  ciekawości  przełamującej  strach  i mit,  wieńczącej 

zaś śmiały upór księcia i marynarza. W tym samym miesiącu i roku, czerwcu 1434, kiedy Gil 

Eanes  przedarł  się  za  przylądek  Bojador,  zmarł  w Polsce  w Gródku  Jagiellońskim  król 

Władysław  Jagiełło.  Legenda  mówi,  że  przeziębił  się,  wyszedłszy  w chłodną  noc,  żeby 

słuchać słowików. 

background image

1492 

„Rok 1647 był to dziwny rok - pisze Henryk Sienkiewicz -  w którym rozmaite znaki 

na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. 

Współcześni  kronikarze  wspominają,  iż  z wiosną  szarańcza  w niesłychanej  ilości 

wyroiła  się  z Dzikich  Pól  i zniszczyła  zasiewy  i trawy,  co  było  przepowiednią  napadów 

tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się 

na  niebie.  W Warszawie  widywano  też  nad  miastem  mogiłę  i krzyż  ognisty  w obłokach; 

odprawiano  więc  posty  i dawano  jałmużny,  gdyż  niektórzy  twierdzili,  że  zaraza  spadnie  na 

kraj  i wygubi  rodzaj  ludzki”.  Wszystko  to,  żeby  wytłumaczyć  nadciągające  już  powstanie 

Chmielnickiego. Przykro powiedzieć, ale nawet po półtora wieku nie nadążyliśmy za patosem 

wieszczych  znaków.  Pod  koniec  1491  w samej  Hiszpanii  widziano  osiemnaście  komet, 

w Osasunie  urodziło  się  cielę  z czterema  głowami,  w Sewilli  zaś  dzięki  modlitwie 

i samobiczowaniu czternaście dziewcząt odzyskało dziewictwo, pomimo uprzednich igraszek 

z diabłami  na wzgórzach w okolicy Jerez de  la  Frontera.  I oczywiście cielę z Osasuny  miało 

rację. Rok 1492 (a nie 1647) rzeczywiście był rokiem niezwykłym. 

2  stycznia  1492  pada  Grenada,  ostatnie  miejsce  oporu  muzułmanów  w Zachodniej 

Europie. W ręce współrządzących „królów katolickich” Ferdynanda V i Izabeli dostają się nie 

tylko Alhambra, będąca podówczas największym może cudem świata, ale także niezmierzone 

bogactwa jej skarbców, bibliotek, magazynów. 

Krzysztof  Kolumb  ma  ruletkowe  wręcz  szczęście,  że  w tym  właśnie  momencie 

przybywa  na  dwór  hiszpański.  Ferdynand  w najmniejszym  stopniu  nie  interesuje  się  jego 

dziwacznym  projektem  dopłynięcia  do  Indii  z drugiej  strony,  podobnie  jak  przedtem 

genueńczycy  mający  przed  oczyma  tylko  perspektywę  panowania  nad  Morzem 

Śródziemnym. Portugalczycy znaleźli już szlak wokół Afryki, więc po co im następny. Jedna 

Izabela  (Joseph  Pérez,  Isabelle  et  Ferdinand,  Paris  1988)  myśli  inaczej.  Kiedy  czytamy  jej 

znakomicie udokumentowane biografie Domingueza Ortiza czy Angela Ferrari, nie sposób się 

oprzeć wrażeniu, czy jest to nam sympatyczne, czy nie całkiem, że jest to pierwsza w dziejach 

zdecydowana  na  wszystko  bizneswoman.  Ferdynand  jest  zachwycony  zjednoczeniem 

(względnym)  Półwyspu  Iberyjskiego  i pozyskanymi  łupami.  To  mu  całkowicie  wystarcza. 

Izabela  patrzy  nieporównywalnie  dalej.  Hiszpania,  nawet  zjednoczona,  leży  dalej 

w zaścianku,  za  Pirenejami.  Złoto  w skarbcach  nie  znaczy  nic,  jeżeli  nie  zostanie 

zainwestowane.  I wtedy właśnie pojawia się  Kolumb.  Ferdynand  nawet nie chce się spotkać 

ze  zdyskwalifikowanym  przez  Portugalczyków  awanturnikiem.  W końcu  portugalscy 

nawigatorzy wiedzą o morzach więcej niż ktokolwiek, a już na pewno więcej od bezczelnego 

background image

genuańskiego nieudacznika.  Izabela  jest przeciwnego zdania.  Opłacenie paru  statków, mając 

w dyspozycji  majątek  zyskany  po  zdobyciu  Grenady,  nie  robi  większych  dziur  w budżecie. 

Do  tego  ten  facet,  który  ma  taką  siłę  przekonywania,  że  nie  boi  się  solennych,  jakże  wiele 

mogących  i ponurych,  konserwatywnych  urzędników  wokół  stołu  obrad,  zaczyna  budzić  jej 

przekorne  zainteresowanie.  W tym  momencie  rodzi  się  właśnie  opowieść  o jajku  Kolumba. 

Jeśli  jesteś  taki  mądry  -  miał  ironicznie  rzec  jeden  z trzech  uczestniczących  w radzie 

inkwizytorów  -  to  ustaw  to  jajko  tak,  żeby  stało  na  sztorc,  a nie  upadło.  Nie  dowiemy  się 

nigdy, czy Krzysztof Kolumb wymyślił to rozwiązanie, czy też miał już ostatecznie dość tych 

suchych  i przemądrzałych  ministerskich  twarzy.  Dość,  że  trzasnął  jajkiem  w blat.  Żółtko 

i białko  rozpryskały  się  po  bezcennym  mahoniowym  stole.  Czerep  skorupki  stał  jednak  na 

sztorc.  Nie  wiadomo,  jaki  dałby  wynik  ten  akt  arogancji,  czy  też  nieprawdopodobnej 

bezczelności, gdyby królowa Izabela nie roześmiała się szczerze. Nie pomogły nawet protesty 

arcybiskupa Toledo, który krzyczał (i miał obiektywnie rację), że sztuczki z jajkiem mają się 

nijak  do  wielkich  decyzji  politycznych.  Ale  to  jeszcze  bardziej  ubawiło  królową.  „Widzę  - 

zwróciła się do Kolumba -  że nie  masz żadnych wątpliwości  i nikt ci nie stanie w drodze do 

celu.  Dostaniesz  więc  te  okręty,  o które  prosisz”.  Od  tej  chwili  figura  „jajko  Kolumba”  ma 

w tradycji  zachodniej  dwa  znaczenia:  pierwsze,  porównywalne  z węzłem  gordyjskim,  to 

proste rozwiązanie pozornie niewykonalnego zadania; drugie, wyjść ponad czas skostniałych 

wyobrażeń,  pokazać,  że  być  może  świat  jest  inny,  niż  o tym  czytamy  w suchych  opisach 

ortodoksów czepiających się przeszłości. Historycznie nie ma to jednak żadnego znaczenia. 2 

sierpnia 1492 trzy statki flotylli Kolumba: flagowy „Santa Maria”, „Niña” i ”Pinta” wyruszają 

w kierunku  Wysp  Kanaryjskich.  Tam  zaopatrują  się  w słodką  wodę,  żywność  i amunicję. 

O tym  momencie,  kiedy  Kolumb  wyrusza  z Las  Palmas,  pisze  Samuel  Eliot  Morison 

(Krzysztof  Kolumb,  Warszawa  1963):  „«Santa  Maria»  po  raz  ostatni  podniosła  kotwicę 

w Starym  Świecie.  Pozostało  tylko  minąć  jedną  wysepkę  -  wyniosłe  Ferro,  inaczej  Hierro. 

Dzięki  łagodnej  pogodzie  Ferro  oraz  najwyższy  szczyt  Teneryfy,  wysoki  na  12 000  stóp, 

widoczne  były  aż  do  9  października,  wszelako  pod  wieczór  tego  dnia  zniknął  wszelki  ślad 

ziemi: trzy statki znalazły się na nieznanym oceanie. Kolumb podał osobiście kurs: 

- Na zachód, ani trochę ku północy, ani trochę na południe!”. 

Kilka  miesięcy  wcześniej,  dokładnie  w dniu,  kiedy  Kolumb  zdobył  swój  patent  na 

podbój  Nowego Świata,  umierał  we  Florencji  Wawrzyniec  I Wspaniały  z rodu  Medyceuszy. 

Véronique Prat pisze,  że bez niego nie byłoby renesansu („Figaro Magazine” 2 października 

2010). Jest w tym na pewno duża przesada. Wszelako był on tylko sponsorem, żeby użyć tego 

brzydkiego  wyrazu,  który  jednak  wyznacza  stosunki  między  opłacającym  i opłacanymi, 

background image

w tym przypadku  między  nim a Leonardem da Vinci,  Sandrem Botticellim czy Verrocchiem 

(Ivan  Cloulas,  Wawrzyniec  Wspaniały,  Warszawa  1988).  W tych  samych  dniach,  kiedy 

umiera  wielki  mecenas,  kończy  swoje  życie  we  Florencji  Piero  della  Francesca.  Czytamy 

w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej:  „Na tle włoskiej sztuki quattrocenta malarstwo Piera 

della  Francesca  zajmowało  osobną  pozycję.  Niezwykłe  nowatorstwo  formy  wyrażające  się 

w doskonałym  opanowaniu  perspektywy  linearnej  i malarskiej,  wprowadzeniem  efektów 

światła  dziennego  (światłocień,  odkrycie  barwnych  refleksów  rzucanych  przez  przedmioty) 

łączy się w jego dziełach ze swoistym monumentalizmem, atmosferą ponadczasowej powagi 

oraz  wewnętrzną  siłą  wyrazu”.  W swojej  epoce  i jeszcze  przez  długie  lata  później  nie  był 

Piero della Francesca (wyjątkiem był Wawrzyniec Wspaniały) zrozumiany i doceniony. Rację 

ma Waldemar Łysiak, kiedy pisze (Malarstwo białego człowieka, t. II, Warszawa 1997): „Cóż 

powodowało tą wielowiekową ślepotę ekspertów? Zbytnia nowoczesność Piera.  Trzeba było 

XIX  wieku,  z jego  reformą  malarską,  by  zauważyć  Piera,  i trzeba  było  XX  wieku,  by 

uklęknąć  przed  Pierem.  W naszym  stuleciu  od  postimpresjonistów  i Bauhausu,  aż  do 

modernizmu  i postmodernizmu  -  wszyscy  zdejmują  czapki,  biją  brawo  i śpiewają  chwałę 

Umbryjczyka”. Umierając, Piero della Francesca nie słyszał o żadnym Krzysztofie Kolumbie, 

podobnie  jak  ów  nie  miał  pojęcia  o malarstwie  Piera.  Całkowicie  niezależnie  od  siebie 

otwierali światu nowe horyzonty. 

Majtek  z ”Santa  Marii”  nie  krzyknął  jeszcze  „Ziemia!”.  Ba,  okręty  Kolumba  nie 

ruszyły  jeszcze  w nieznane  na  zachód,  kiedy  zmarł  w Grodnie  7  czerwca  1492  Kazimierz 

Jagiellończyk, król Polski, młodszy syn Władysława Jagiełły i Zofii Holszańskiej. Zasiadał na 

tronie  wawelskim  ponad  pięćdziesiąt  lat,  a jest  pomimo  obfitej  bibliografii  (polecałbym 

w szczególności książkę Marii Boguckiej Kazimierz Jagiellończyk,  Warszawa 1981)  jednym 

z najmniej  znanych  władców  kraju.  Nie  bez  kozery.  W czasach,  gdy  dzierżył  polskie  berło, 

we  Francji  sprawował  władzę  Ludwik  XI.  Nie  ma  chyba  dwóch  większych  przeciwieństw 

charakterów  i sposobów  pojmowania  gry  politycznej.  Kazimierz  wierzył  jeszcze  (ani 

o Kolumbie, ani Pierze della Francesca nie słyszał) w święte układy dynastyczne. To na nich 

chciał się oprzeć, by zapewnić panowanie Jagiellonów w Europie ŚrodkowoWschodniej aż za 

Dunaj.  Ludwik  XI  przeciwnie  -  nie  wierzył  w żadną  lojalność  wynikającą  z więzów 

rodzinnych, czy to szwagier, teść, czy pociotek. Podstawą jego taktyki, nienowej wprawdzie, 

bo  przejętej  od  Filipa  Macedońskiego,  ale  doprowadzonej  do  doskonałości,  była  zasada 

„divide  et  impera”  (Paul  Murray  Kendall,  Ludwik  XI,  Warszawa  1976).  Nie  można  nikomu 

dać  przewagi  nad  przeciwnikiem  na  tyle  decydującej,  iżby  zwaśnione  strony  nie  musiały 

zwracać  się  do  króla  jako  ostatecznego  jurora.  Łaskawy  władca  rozsądzi  zaś  spór 

background image

sprawiedliwie,  ze...  swoją  oczywiście  korzyścią.  W ten  sposób,  skłócając  jednych  przeciw 

drugim,  intrygując,  osłabiając  natychmiast  tych,  którzy  okazywali  się  silniejsi,  a popierając 

chwilowo  słabszych,  czyli  siłą  rzeczy  zależnych,  stworzył  Ludwik  XI  nowoczesne  państwo 

francuskie, czemu nie zaprzecza nawet ogromnie mało mu życzliwy Pierre Champion (Louis 

XI,  Paris  1927).  W tym  samym  czasie  Kazimierz  Jagiellończyk  poprzez  kolejne  przywileje 

dla  szlachty  robił  wszystko,  żeby  zachwiać  równowagę  stanów.  Ukoronowaniem  tego 

krótkowzrocznego  postępowania  był  wyrok  skazujący  na  haniebną  egzekucję  czołówkę 

mieszczańskich  władz  Krakowa  za  śmierć  (w  dużej  mierze  zasłużoną,  a z którą  w każdym 

razie  rajcy  nie  mieli  nic  wspólnego)  szlacheckiego  warchoła  Jana  Tęczyńskiego.  Nieważne 

w tej  chwili  (co  odbijać  się  będzie  czkawką  po  wiekach),  że  upodlił  Kazimierz  cały  stan 

miejski. Ważniejsze, że od tego momentu nie miał już żadnego wyboru. Mariusz Trąba i Lech 

Bielski  (Poczet  królów  i książąt  polskich,  BielskoBiała  2003)  piszą:  Kazimierz  „cieszył  się 

niewątpliwym  autorytetem.  Stąd  też  brak  pod  koniec  życia  króla  znaczącej  opozycji  wobec 

jego rządów w Koronie”. 

Poddanych  przerażały  cynizm  i przewrotność  Ludwika  XI,  toteż  w legendach 

ludowych,  które  jeszcze  w końcu  XIX  wieku  zapisywał  Paul  Sébillot,  pojawia  się  jako 

wampir,  człowiek  bez  czci  i wiary,  lubujący  się  w kąpielach  we  krwi  młodych  dziewic. 

Jednocześnie  stworzył  potęgę.  „Był  prekursorem  i jednym  z budowniczych  współczesnej 

cywilizacji” - pisze Jean Favrier. Czy aż cywilizacji - to kwestia do dyskusji, ale współczesnej 

Francji  na  pewno.  Kazimierz  Jagiellończyk  był  rzeczywiście  popularny  i powszechnie  przez 

szlachtę  lubiany.  Państwo  jednak  wewnętrznie  osłabił,  władzę  centralną  umniejszył  i oddał 

w pacht magnatom. Szukał kompromisów tam, gdzie Ludwik XI zastanawiał się co najwyżej, 

jaka  trucizna  dla  wrogów  będzie  bardziej  skuteczna.  Przy  tym  wszystkim  stopa  życiowa 

podniosła  się  we  Francji  Ludwika  XI  w niebywałej  dotąd  mierze,  sądy  królewskie 

zaprowadziły ład prawny w kraju, armia z bandy rzezimieszków rabujących co popadnie stała 

się zorganizowaną, zdyscyplinowaną siłą działającą na rozkaz i podporządkowaną całkowicie 

woli majestatu, ujednolicone podatki ciążyły nad najpotężniejszymi nawet wasalami. Takie są 

paradoksy  historii  -  niczego  podobnego  nie  mógł  Kazimierz  Jagiellończyk  zapisać  na  swoje 

konto. 

Portugalia  przeżywa  w tym  czasie  swoje  złote  lata.  Nie  przypadkiem  król  Jan  II 

Doskonały  (1481-1495)  -  tak  go  właśnie  nazwano,  po  nim  nastąpi  Manuel  I Szczęśliwy  - 

odprawił Kolumba z kwitkiem. Na co mu był potrzebny jakiś awanturnik z Genui, skoro jego 

statki  panowały  nad  morzami  i docierały  do  zakątków,  o jakich  nie  śniło  się  przeszłym 

wiekom.  W 1487  Bartolomeu  Dias  wyrusza  w podróż  wzdłuż  zachodnich  wybrzeży  Afryki. 

background image

W sierpniu 1487 straszliwa wichura uderza w statki i znosi je dużo dalej na południe, niż było 

to  choć  przez  chwilę  przewidywane.  Przybijają  wreszcie  do  brzegu  w miejscu,  które 

wyczerpana  załoga,  ledwo  uniknąwszy  śmierci,  nazywa  gniewnie  Cabo  Tormanteso  - 

Przylądek  Burz.  Pogoda  poprawia  się  jednak.  Po  paru  rejsach  na  wschód  zdaje  sobie  Dias 

sprawę, że dotarł do krańców Afryki. Po jej opłynięciu otwiera się już prosta droga do Indii. 

Zmieniają się nastroje, a z nimi i nazwa przypadkowego portu. Już nie jest Przylądkiem Burz, 

ale  Cabo  de  Boa  Esperança  -  Przylądkiem  Dobrej  Nadziei.  W 1488  wraca  Dias  do  Lizbony 

i przedstawia  Janowi  Doskonałemu  szczegółowy  raport.  Szlak  do  Indii  wydaje  się 

odnaleziony. Cóż liczy się teraz tym bardziej Kolumb? Nawet kiedy rozchodzą się wieści, że 

dotarł  do  Indii,  płynąc  na  wschód,  nikogo  to  specjalnie  nie  interesuje.  Myśmy  już  znaleźli 

swoją  drogę  ubezpieczaną  przez  zakładane  na  brzegach  Afryki  faktorie,  więc  po  cóż  jakieś 

nowe,  niewczesne  eksperymenty.  Jest  to  czas  kąpania  się  w błogiej  szczęśliwości.  Dochody 

z handlu  i zdobyczy  na  odkrywanych  nowych  ziemiach  zapewniają  Portugalczykom,  i to 

również warstwom średnim, poziom życia znacznie wyższy od tego, który  mają  mieszkańcy 

wyniszczonej  wojnami  Hiszpanii,  Francji  czy  państewek  zachodnich  Włoch.  W tej  sytuacji 

szlachta  podporządkowuje  się  królewskiej  polityce  centralizacyjnej,  coraz  częściej  porzuca 

swoje  rodowe  ziemie,  przenosząc  się  do  miast,  a najczęściej  na  dwór  królewski.  Władca 

popiera  owych  „moradias”,  którzy  tworzą  wkrótce  swoistą  warstwę  urzędniczą,  niegardzącą 

(w przeciwieństwie do szlachty polskiej) handlem, drobną wytwórczością, bankierstwem etc. 

Rzecz  bodaj  wyjątkowa  w ówczesnej  Europie  -  władza  prowadzi  też  zakrojoną  na  szeroką 

skalę  politykę  społeczną.  W 1492  zbudowany  zostaje  w Lizbonie  Szpital  Wszystkich 

Świętych  przeznaczony  dla  pacjentów  wszelkiej  proweniencji  klasowej,  a nawet  niekiedy 

(sic!) przywożonych z Afryki czarnych niewolników. Wkrótce potem powstaje „ufundowane 

pod  protektoratem  królowejwdowy  Leonory,  siostry  Manuela  I,  bractwo  pod  wezwaniem 

Matki  Boskiej  Miłosiernej.  Celem  jego  było  spełniać  dzieła  dobroczynne  w całym  kraju, 

w tym  fundować  nowe  szpitale.  Dotacje  prywatne  [przede  wszystkim  wzbogaconych 

„moradias”,  dla  których  była  to  kwestia  prestiżu  -  L.S.]  i królewskie  szybko  powiększały 

fundusze  bractwa  tak,  iż  tzw.  Misericordias  rozwinęły  szeroką  działalność  dobroczynną, 

skuteczną  i rozgałęzioną”  (A.H.  de  Oliveira  Marques,  Historia  Portugalii,  t.  I,  Warszawa 

1987).  Rzecz  porównywalna  tylko  z niektórymi  inicjatywami  florenckimi  czy  sieneńskimi. 

Dobrobyt  i harmonia  życia  usypiają.  Manuel  I nosił,  jak  pamiętamy,  przydomek  Szczęśliwy 

i taki  mógł  się  zapewne  czuć  na  tle  innych  monarchów  epoki.  Nie  zauważył,  jak  w tym 

samym czasie Hiszpania, Holandia, Anglia budowały swoje floty, jak rosła w potęgę Francja. 

Kiedy  doszło  do  konfrontacji,  było  już  za  późno.  Czasy  dynastii  Avis  pozostaną  w wielkiej 

background image

narodowej legendzie. 

Nigdy  potem  Portugalia  nie  zbliży  się  już  do  potęgi  i sytości,  jakie  jej  zapewnili 

królowie z tego rodu. 

Wkraczanie  Europy  do  nowej  epoki,  bo  to  właśnie  symbolizuje  słusznie  czy 

niesłusznie  rok  1492,  nie  przebiegało  bez  dramatycznych  oporów.  W roku  1491  opatem 

klasztoru Świętego Marcina we Florencji zostaje Girolamo Savonarola. Nie jest to nominacja 

przypadkowa. Fanatyczny dominikanin wsławił się już potępianiem wszelkich bezeceństw na 

czele  z bezbożnym,  ośmielającym  się  ukazywać  nagość,  malarstwem  renesansu, 

rozwiązłością  obyczajów  mieszczan  i szlachty,  obnoszących  się  nawet  ze  swoimi 

kochankami,  wiarą  w świecką  naukę  porywającą  się  na  wyjaśnianie  tajemnic  natury  etc. 

Głównymi bohaterami jego namiętnych oskarżeń są przede wszystkim mecenas nowej sztuki 

Wawrzyniec Wspaniały i papież Innocenty VIII utrzymujący przyjazne stosunki z rzymskimi 

humanistami  oraz  rodem  Medyceuszy.  Nie  przeszkadzał  mu  nawet  fakt,  że  to  właśnie 

Innocenty  w bulli  z 1484  usprawiedliwiał  palenie  czarownic  na  stosach  i pozwalał 

dominikanom na przejmowanie ich mienia. Sam fakt niepotępienia przezeń idei „diabelskich 

mędrków” był dla bezkompromisowego mnicha wystarczający. „W okresie postu 1492 roku - 

pisze  Adam  Ostrowski  (Savonarola,  Warszawa  1974)  -  Savonarola  wygłosił  wiele  kazań 

w kościele  San  Lorenzo.  (...)  Nabrał  śmiałości  i pewności  siebie,  z ogromnym  zapałem 

występował  przeciwko  złym  obyczajom,  zbytkownym  strojom  kobiet,  grze  w karty  i kości, 

w ogóle przeciwko wszystkiemu, co uważał za niegodziwe. Mówił np.: «Jeżeli w tych dniach 

(tj.  w poście)  zobaczycie  grających  w karty,  to  nie  wierzcie,  że  są  to  chrześcijanie.  To  są 

ludzie  gorsi  od  niewierzących,  to  wysłannicy  diabła,  którzy  celebrują  swoje  święta.  To 

bluźniercy, oszczercy spotwarzający innych, warchoły wstrętne Bogu, zbójcy pełni wszelkiej 

niegodziwości. (...) Ten, kto będzie grał, będzie przeklęty, tak samo jak ten, który zezwala na 

grę.  Unikajcie  rozmów  z nimi,  gdyż  przeklęty  będzie  ojciec,  który  gra  w obecności  syna, 

przeklęta  matka,  która  gra  w obecności  córki.  Przeklęte  będzie  twoje  zboże,  twoje  szczątki, 

przeklęty  owoc  żywota  twojego  i twojej  ziemi,  trzody  twoich  wołów  i owiec.  Przeklęty 

będziesz  idąc  i powracając»„.  Żeby  lepiej  wiedzieć,  kto  przekracza  wyznaczone  przez  niego 

normy  i móc  grzeszników  po  nazwisku  piętnować  z ambony,  zorganizował  Savonarola 

swoistą  policję,  opartą  przede  wszystkim  na  dzieciach,  które  musiały  donosić  na  rodziców 

pod  grozą  niedopuszczenia  do  sakramentów  świętych  i mąk  piekielnych,  w których 

odmalowywaniu  był  dominikanin  niezrównanym  mistrzem.  Oprócz  przestróg  głosił 

i proroctwa.  Dwa  najważniejsze  z nich  to  oczywiście  kara  Boża,  która  spaść  musi  na 

Wawrzyńca  Wspaniałego  i papieża.  I oto  rzeczywiście  z nocy  z 8  na  9  kwietnia  umiera 

background image

Medyceusz,  a trzy  miesiące  po  nim,  15  lipca  1492,  Innocenty  VIII.  Savonarola  jest  obecny 

przy  łożu śmierci  Wawrzyńca,  ale zajadły do końca nie udziela  mu ostatniego namaszczenia 

(Norbert  Hugedé,  Savonarola  i Florentyńczycy,  Warszawa  1988).  Grozi  też  karami 

piekielnymi  każdemu,  kto  ośmieliłby  się  rozgrzeszyć  zmarłego  papieża.  Te  sakramentalne 

sankcje mają jednak drugorzędne znaczenie. Dla zwolenników mnicha ważne jest to tylko, że 

nieomylnie  sprawdziły  się  jego  proroctwa.  Udowodnił,  iż  jest  jasnowidzącym  i świętym. 

Teraz  już  bez  wahania  pójdą  za  nim  jak  w dym  na  najcięższe  próby.  Savonarola  zaś  nie 

powiedział bynajmniej ostatniego słowa. Śmierć wrogów to dla niego dopiero początek. Wraz 

z nimi  sczeznąć  musi  wszystko,  co  reprezentowali,  pochwalali  i popierali.  Świat  musi 

porzucić  najostatniejsze  echo  ich  idei.  To  kwestia  walki  nieba  z nieczystością,  w której  nie 

można  cofnąć  się  przed  niczym.  Dziecięca  policja  dostarczała  mu  wszelkich  niezbędnych 

informacji  o rozpuście  rodziców.  By  jej  zapobiec,  zapłonęły  we  Florencji  stosy  „palenia 

marności”.  Na  placu  Signorii  rozpalono  wielki  ogień,  do  którego  rzucano  szachy,  kostki 

domina, 

wytworne  suknie, 

pachnidła, 

zabawki, 

instrumenty 

muzyczne, 

książki 

„zdegenerowanych  humanistów”,  maski  karnawałowe,  peruki...  Szczególnie  odrażająca  jest 

prostytucja  malarzy,  takich  jak  Fra  Bartolomeo,  Lorenzo  di  Credi,  Mariotto  Albertinelli  czy 

Sandro  Botticelli,  którzy  rzucają  w płomienie  własne  obrazy  (przeważnie  pobrali  już  za  nie 

wynagrodzenie).  „Na  stosie  znalazło  się  też  -  pisze  Ostrowski  -  sporo  bezcennych 

manuskryptów,  w tym  jeden  Petrarki  bogato  ozdabiany  złotem  i pięknymi  miniaturami, 

a także  równie  wspaniałe  egzemplarze  utworów  Boccaccia.  To  «bruciamento  della  vanita» 

odbywało  się  w atmosferze  najwyższego  podniecenia:  fanatyczny  tłum  śpiewał  Te  Deum”. 

Nie  zaskoczy  nas  oczywiście  fakt,  iż  przez  następne  wieki  dominikanie  domagać  się  będą 

rehabilitacji  i kanonizacji  (sic!)  Savonaroli  skazanego  ostatecznie  na  żądanie  papieża 

Aleksandra VI. Jest w tym jakaś tragiczna logika dziejów. Jedni tworzą dzieła, inni je niszczą. 

Wątła  jest  i bynajmniej  nie  zawsze  racjonalna  pociecha,  że  czasami  ci  pierwsi  wygrywają. 

„Nie  można  by  więc  powiedzieć  o Savonaroli  -  pisze  Adam  Ostrowski  -  że  jego  było  «za 

grobem zwycięstwo». Jeżeli jednak pamięć przeora z San Marco przetrwała wieki i jest nadal 

żywa,  a wśród  pewnej  części  katolickiej  społeczności  wręcz  święta,  to”.  No  właśnie  -  co? 

Savonarola  przegrał,  gdyż  Piero  della  Francesca,  Krzysztof  Kolumb  czy  Leonardo  da  Vinci 

okazali  się  w tym  momencie  bardziej  przekonywający.  Gdzie  jednak  leży  gwarancja,  że  tak 

będzie  za  każdym  razem?  Wiek  XX  i inne  stosy,  na  których  płonęły  książki,  potem  ludzie, 

dowiódł  dobitnie,  że  jej  nie  ma.  Jeszcze  raz  Europie  się  po  prostu  udało.  Dzisiaj,  w Polsce 

przynajmniej, nie byłoby to już takie pewne. 

W tym  samym  czasie  w odległym  Meksyku  do  władzy  dochodzi  aztecki  przywódca 

background image

Ahuizotla  i w 1492  rozpoczyna  ekspansję  na  terytoria  Zapoteków  (mieszkańców  dzisiejszej 

Gwatemali 

i stanu  Chiapas) 

i sprzymierzonych  z nimi  plemion.  Jest  to  wojna 

niewiarygodnego  okrucieństwa  (Tadeusz  Łepkowski,  Historia  Meksyku,  Wrocław  1986). 

Jeńcy tysiącami składani są w krwawej ofierze bogowi Huitzilopochtlowi w sposób mrożący 

krew  w żyłach  z wydzieraniem  serc  żywcem  włącznie  (Hugh  Thomas,  Podbój  Meksyku

Katowice  1998).  Dla  Azteków  nie  istnieje  pojęcie  gwałtu  w stosunku  do  innych  ludów. 

Zdobyte kobiety są więc przydzielane wojownikom,  lub  ich grupie,  i ostatecznie przeważnie 

mordowane.  Czyż  można  się  dziwić,  iż  brutalny  przybłęda  z Hiszpanii  Hernán  Cortés 

znajdzie  za  chwilę  poparcie  Zapoteków  i innych  plemion  w podboju  królestwa  Meksyku? 

Dopiero  po  czasie  przekonają  się  jego  efemeryczni  sojusznicy,  że  ich  dobro  w niczym 

zwycięzcy  nie  obchodziło.  Czy  byli  naiwni  i głupi?  -  Może  tak,  ale  cóż  w takim  razie 

powiedzieć  o florenckich  mieszczanach  śpiewających  Te  Deum  nad  zwęglającymi  się 

rękopisami Petrarki. Rok 1492 „był to dziwny rok”. Wprawdzie Ameryka została odkryta, ale 

wolałbym  jednak  lata  spokojniejsze  i większym  napełnione  szacunkiem  dla  prostego 

człowieka. A tego i Kazimierz Jagiellończyk w najmniejszej mierze nie miał. 

background image

1538 

Wiosną  1538  umarł,  przypuszczalnie  w Staufen,  doktor  Johannes  Faust,  alchemik, 

astrolog,  philosophus  philosophorum  i czarnoksiężnik.  Jeżeli  wielkość  człowieka  mierzyć 

pamięcią  o nim,  to  zaliczyć  go  trzeba  pomiędzy  najznamienitszych.  Pisali  o nim,  czy  też 

czerpali natchnienie z legendy jego życia, między innymi: 

Johann Spiesz, Historia von Dr. Johann Fausten... 1587 

Christopher Marlowe, Tragical History of Doctor Faustus, 1601 

Carl Kirchner, Disquisitio historica de Fausto praestigiatore vulgo von Doctor Faust

1683 

Friedrich Müller, Faust’s Leben, 1778 

Aleksander Puszkin, Faust, 1826 

Christian Dietrich Grabbe, Don Juan und Faust, 1829 

Johann Wolfgang Goethe, Faust, 1832 

Nikolaus Lenau, Faust, 1840 

Paul Valéry, Mon Faust, 1945 

Thomas Mann, Doktor Faustus, 1947 

Poświęcono mu liczne opery i symfonie, jak choćby: 

Ignaz Walter, Doktor Faust, 1800 (singspil) 

Franz Schubert, Gretchen am Spinnrade, 1814 (pieśń) 

Ludwig Spohr, Faust, 1816 (opera) 

Richard Wagner, Faust, 1832 (opera) 

Ferenc Liszt, Eine Faust Symphonie, 1857 (symfonia) 

Hector Berlioz, La Damnation de Faust, 1864 (opera) 

Florimond Hervé, Le petit Faust, 1862 (opera buffo) 

Charles Gounod, Faust, 1864 (opera) 

Arigo Boito, Mefistofeles, 1867 (opera) 

Anton Rubinstein, Faust Syphonie, op. 48, 1880 (symfonia) 

Feruccio Busoni, Doctor Faust, 1925 (opera). 

Cóż było tak fascynującego w Fauście, jednym z licznych czarnoksiężników pierwszej 

połowy XVI wieku? Fakt, że zaprzedał duszę diabłu? Wielu to zrobiło. U nas na przykład pan 

Twardowski, „Polski Faust” jak go nazywa Aleksander Brückner (Encyklopedia staropolska

Warszawa  1939,  t.  II),  jednak  w przeciwieństwie  do  pierwowzoru  postać  niehistoryczna. 

Diabli,  którzy  go  zgodnie  z umową  porwali,  musieli  porzucić  naszego  bohatera,  gdy  zaczął 

odmawiać  godzinki  do  Najświętszej  Maryi  Panny.  Spadł  albo  na  rynek  w Wiślicy,  albo  też 

background image

znalazł  się  na  Księżycu  zawieszony  między  niebem  a ziemią.  Jest  to  dość  standardowe 

zakończenie  legendy,  pokrywające  się  z rzeczywistością  dziejową.  Istotnie,  wszyscy 

proklamujący swoje związki  z szatanem,  jeśli  nie zginęli  na stosie,  nawracali się w pewnym 

momencie  i przy  pomocy  egzorcystów  zrywali  nieczysty  kontrakt.  Tutaj  właśnie  Johannes 

Faust  jest  wyjątkiem.  Źródła  potwierdzają,  iż  podczas  pobytu  w Erfurcie  usiłował  go 

sprowadzić ze złej drogi franciszkanin, doktor Klinge, kaznodzieja miejscowej kolegiaty. On 

też  zapisał  odpowiedź  Fausta:  „Okryło  by  mnie  to  sromotą  i hańbą,  gdyby  można  było  mi 

zarzucić,  że  sprzeniewierzyłem  się  mojemu  zobowiązaniu  i mojej  pieczęci,  które  wszak 

wystawiłem krwią własną, tym bardziej że diabeł ze swej strony dotrzymał uczciwie tego, co 

mi  przyrzekł,  i do  czego  się  zobowiązał”.  Cóż  takiego  dał  diabeł  Faustowi?  Wiadomo,  że 

nigdy  się  nie  dorobił,  żył  w półbiedzie,  zdany  na  datki  słuchających  jego  opowieści,  nie 

cieszył  się  dobrym  zdrowiem  ani  powodzeniem  u kobiet.  Wyjaśniał  to  Faust  wielokrotnie. 

Mefistofeles  podarował  mu  wolność  samodzielnego  myślenia,  wyzwolił  z lęku  przed 

dogmatami,  ekskomunikami,  nienawistnikami. Pozwolił rozumowi wyjść z klatki. Przesłanie 

jest  uniwersalne,  pochodząc  jednak  od  szatana,  może  stać  się  swoistym  podsumowaniem 

epoki,  w której 

humanizm 

i wzloty 

sztuki  współistnieją  z procesami  czarownic 

i podnoszącym znów głowę  fanatyzmem religijnym. Słynna  jest formuła,  którą  podsumował 

Johan  Huizinga  późne  średniowiecze:  „Zapach  krwi  i róż”.  O czasach  Fausta  chciałoby  się 

powiedzieć: „Rozum i diabeł”. 

W lutym  1538  zawiązana  zostaje  pod  auspicjami  cesarza  Karola  V  Święta  Liga,  do 

której prócz inspiratora  wchodzą: Rzym,  Wenecja  i Ferdynand,  król Austrii,  Czech  i Węgier 

(za  osiemnaście  lat  zostanie  cesarzem  rzymskoniemieckim).  Celem  jest  zorganizowanie 

krucjaty  antytureckiej  i odbicie  Konstantynopola.  Fanatycznego  zapału  nie  brakuje,  kiedy 

jednak  przychodzi  co  do  czego,  Liga  okazuje  się  mało  spójna,  a przez  to  niezdecydowana. 

Działania wojenne kończą się  na zdobyciu dalmackiej twierdzy  Castelnuovo,  która  mogłaby 

być punktem wyjścia do większej ofensywy. Mogłaby, gdyby podrażnieni Turcy nie przeszli 

w 1539  do  kontrataku  i nie  zlikwidowali  chrześcijańskiej  enklawy,  co  kosztowało  Karola  V 

utratę  czterech  tysięcy  hiszpańskich  żołnierzy.  Wielkie  zamiary  spaliły  na  panewce. 

Pośrednio  antytureckie  działania  podjęła  także  Polska,  uderzając  w 1538  na  Mołdawię  siłą 

18 000  wojska  pod  dowództwem  hetmana  wielkiego  koronnego  Jana  Tarnowskiego. 

Oficjalnie był to odwet za napad hospodara mołdawskiego Petryły, który nad Seretem zniósł 

parę polskich chorągwi pogranicznych. Rzeczywistym celem było jednak podporządkowanie 

ważnej strategicznie Mołdawii, zanim nie usadowią się w niej Turcy. Petryła walki nie podjął, 

opłacając się Polakom Pokuciem. Był to dla nich sukces taktyczny przy jednoczesnej porażce 

background image

strategicznej, korzystając bowiem z zamieszania, nad resztą terytorium rozciągnęli protektorat 

Turcy.  Bezpośrednio  mierzyć  się  z nimi  nie  mieli  Polacy  ani  sił,  ani  zamiaru.  Wielokroć 

potężniejsza  Liga  Święta  miała,  jak  pamiętamy  zamiary,  ale  sił  też  jej  nie  starczyło.  Nic 

w tym dziwnego. Turcja przeżywa bowiem w tym czasie apogeum swojej świetności. 

Rządy  w Imperium  Osmańskim  sprawuje  sułtan  Sulejman  II  (1520-1566),  któremu 

tradycja całkowicie słusznie przyznała przydomek Wspaniałego. Konstantynopol jest za jego 

panowania 

największym 

i najbogatszym 

miastem 

w Europie. 

Dodajmy 

także: 

najnowocześniejszym. Jak pisze André Clot (Soliman le Magnifique, Paris 1983), „osiąga już 

kształt współczesnej metropolii” dzięki śmiałym poczynaniom urbanistycznym. Wszyscy jego 

mieszkańcy,  co  dotyczy  zresztą  pozostałych  poddanych  Sulejmana,  mają  równe  prawa 

w dziedzinie  wykonywania  swoich  zawodów.  „Ze  względu  na  preferencje  nieTurków  lub 

niechęć  muzułmanów  do  wykonywania  niektórych  prac,  jedni  lub  drudzy  są  liczniejsi 

w poszczególnych  grupach  zawodowych.  Żydzi  zajmują  się  przede  wszystkim  handlem 

winem,  niewolnikami  i kosztownościami.  W ich  rękach  jest  też  znaczna  część  rynku 

finansowego. Grecy poświęcają się budowie statków, handlowi zbożem  i futrami.  Wielu  jest 

wśród nich  marynarzy.  Wenecjanie koncentrują się na towarach  luksusowych od odzieży po 

meble.  Genueńczycy  wraz  z Żydami  monopolizują  wymianę  pieniędzy  i handel  cennymi 

kruszcami”.  W armii  osmańskiej  znajdujemy  specjalistów  niemieckich  i węgierskich.  Kupcy 

francuscy  uzyskują  prawo  osiedlania  się  we  wszystkich  miastach  imperium,  mając 

zapewnioną  pełną  swobodę  religijną,  jurysdykcyjnie  podlegając  nie  sędziom  tureckim, 

a swojemu  konsulowi.  Wszelkie  zdobycze  nauki  i techniki  europejskiej  natychmiast  trafiają 

nad Bosfor, gdzie najczęściej znajdują owocne i często pionierskie zastosowanie. „Armaty nie 

mają wyznania ani ojczyzny” - powiedział dowódca floty sułtańskiej Khaïr elDin Barbarossa, 

sam  zresztą  z pochodzenia  Sycylijczyk,  syn  pirata,  dla  którego  korsarstwo  było  bodaj 

jedynym wyznacznikiem tożsamości. W tym tyglu narodowości niemożliwe staje się ustalenie 

nawet  rodowodu  ukochanej  żony  Sulejmana,  słynnej  Roksolany,  uważanej  za  Włoszkę, 

Francuzkę,  Rosjankę,  a także  Polkę  z Rohatyna  na  Podolu.  Ktokolwiek  chce  pracować  dla 

dobra Imperium znajduje opiekę i protekcję urzędników wielkiego sułtana. 

O przeszłość  także  nie  będzie  pytany.  Nic  dziwnego,  że  viribus  unitis  Turków 

i nienękanych  ideologicznie  mieszkańców  podbitych  krajów  i imigrantów  staje  się  Turcja 

pierwszą  potęgą  Europy  niemuszącą  się  obawiać  Habsburgów  i ich  koalicjantów.  Zresztą, 

jako  że  z silnym  każdy  się  liczy,  znajduje  wkrótce  i chrześcijańskich  sojuszników  z Francją 

Franciszka  I na  czele.  W ten  sposób  dyplomacja  sułtańska  oddaliła  definitywnie  widmo 

skierowanej  przeciw  sobie  krucjaty  i skłóciła  skutecznie  północno  -  i zachodnioeuropejskich 

background image

władców.  Sulejman  był  nie  tylko  niezrównanym  administratorem  i dyplomatą,  wielkim 

zdobywcą  (podbił  kolejno,  bagatela,  między  innymi:  Serbię,  Rodos,  południowe  Węgry, 

Azerbejdżan, część Gruzji, Irak z Bagdadem, Jemen, Tunis, Trypolitanię, Algier), ale również 

prawodawcą 

(kodeks 

Kanunname

oraz 

szczodrym 

mecenasem 

artystów. 

Sam 

z powodzeniem  parał  się  poezją.  Używa  się,  również  w mowie  potocznej,  pojęć:  „człowiek 

renesansowy”,  „renesansowy  władca”,  dla  podkreślenia  wielości  zainteresowań  i talentów. 

Spośród  renesansowych  władców,  toż  jesteśmy  w roku  1538,  tym  najbardziej 

„renesansowym” był bez wątpienia właśnie Sulejman II Wspaniały. 

Miał jednak, wielkie to były lata historii Europy, nie byle jakich rywali. W roku 1538 

na tronach zasiadają: w Anglii - Henryk VIII, we Francji - Franciszek I, w Szwecji - Gustaw 

I,  w Portugalii  -  Jan  III,  w Polsce  -  Zygmunt  I Stary.  Cesarzem  jest  Karol  V,  papieżem  - 

Paweł  III  (Alessandro  Farnese).  Zaiste,  trudno  znaleźć  inne  lata,  które  widziałyby 

jednocześnie 

władanie 

tak 

wybitnych 

i wielkich 

indywidualności, 

odciskających 

nieprzemijające piętno na swoich domenach. Choć parę słów o każdym. 

Henryk  VIII  Tudor  (panowanie  1509-1547)  znany  jest  szerokiej  publiczności  jako 

mąż sześciu żon, trzech Katarzyn, dwóch Ann i Joanny; dwie z nich kazał ściąć (Annę Boleyn 

i Katarzynę  Howard),  z dwiema  się  rozwiódł.  Jego  perypetie  matrymonialne  upamiętniło 

kilkanaście  filmów  i seriali  telewizyjnych.  Bardziej  zorientowani  pamiętają,  że  zrzucił  on 

zwierzchnictwo Rzymu i stworzył na wyspie narodowy kościół anglikański. Rodak Henryka, 

Albert  Frederick  Pollard  (Henryk  VIII,  Warszawa  1979),  tak  podsumował  jego  rządy: 

„Obrócił  na własną korzyść tak bolączki  i przywary swego ludu, jak  jego energię narodową. 

Budował  wielkość  Anglii  i nie  szczędził  mozolnych  wysiłków,  ale  trudom  tym  nie 

przyświecały cele moralne. Jego zamiary były samolubne; królestwo musiało być potężne, bo 

on musiał być wielki. Miał lwią siłę i używał jej jak lew”. Samolubnie czy nie, potęgę Anglii 

zbudował.  Był  pierwszym  władcą  Albionu,  który  (jajko  Kolumba)  zrozumiał,  co  wynika 

z elementarnego faktu, że Anglia leży na wyspie. Jeżeli będzie panować na morzach, to tylko 

Szkoci  lub  zamieszki  wewnętrzne  mogą  jej  sprawić  kłopoty.  Szkotów  pokonał,  opozycję 

uśmierzył.  Z determinacją,  nie zważając  na koszta,  budował  flotę.  Od jego też czasów aż po 

dzień  dzisiejszy  nikt  nie  zagroził  Anglii  w jej  włościach.  Natomiast  niedługo  już  okręty 

brytyjskie  zawiozą  żołnierzy  na  dalekie  lądy,  tworząc  potężne  imperium.  Na  słynnym 

portrecie  pędzla  mistrza  Hansa  Holbeina  młodszego  z roku  1538  widzimy  Henryka  VIII  już 

z czasów,  kiedy  roztył  się  tak,  że  nogi  omal  nie  mogły  go  unieść.  Zmuszony  przez  to  do 

przebywania  przez  większość  czasu  w Windsorze,  zapragnął  uczynić  go  pięknym.  Kiedy 

dworzanie  skarżyli  się  na  maniery  i erotyczne  ekscesy  Holbeina,  odpowiadał:  „Więcej  wart 

background image

jeden Holbein niż nawet stu lordów”. 

O Franciszku  I pisze  Marc  Fumaroli  z Akademii  Francuskiej  („Figaro  Magazine”  25 

lipca  2009):  „Nienasycony,  zmysłowy,  nieprzebranej  energii,  był  wielką  postacią  epoki 

renesansu.  To nie przypadek,  iż Pantagruel  był  jego współczesnym.  Wojny,  sztukę  i kobiety 

kochał  nad  wszelką  miarę.  Ogrom  jego  dzieła  pozwala  zapomnieć  o porażkach.  To  on 

zbudował prestiż  Francji”.  Porażki  były przede wszystkim wojennej  natury. Dzieło? -  Niech 

zaświadczą  o nim  turyści  zachwycający  się  zamkami  w dolinie  Loary.  Chambord,  Blois. 

Oprócz  tego  Fontainebleau,  Chantilly,  SaintGervais,  SaintEtienneduMont,  paryski  Hôtel  de 

Ville.  Setki  zamków,  pałaców,  kościołów.  Sprowadza  nad  Sekwanę  Leonarda  da  Vinci, 

Benvenuta  Celliniego,  Giovanniego  Batistę  Rossa,  Lucę  Penniego,  Sebastiana  Serliego, 

a także  dzieła  Rafaela,  Michała  Anioła,  Tycjana.  Wkrótce  Paryż  odbiera  Rzymowi  dumne 

miano  „stolicy  sztuki”.  Nie  to  jest  jednak  najważniejsze.  Nadal  uważam  za  ważne,  co 

napisałem  we  Wzlotach  i upadkach  królów  Francji:  „Jeżeli  jest  dziś  Franciszek  jednym 

z najpopularniejszych  władców  Francji,  to  nie  z powodu  efemerycznych  sukcesów 

politycznych.  Kultura  francuska  czuje  w nim  jednego  z najistotniejszych  swoich  twórców. 

Tego, który z radości życia uczynił społeczny obowiązek; który zepchnął śmierć  i cierpienie 

na  wstydliwy  margines,  który  nauczył  rozprawiać  o rozkoszach  podniebienia,  ulotnych 

smaczkach literackich,  miłosnych ciekawostkach, byle tylko nie wyrwało się żenujące słowo 

skargi  lub  gniewu.  (...)  Dopóki  istnieją  na  świecie  ból,  śmierć  i męka,  istnieć  będzie  także 

pokusa  zapomnienia  o nich.  I dopóty  jarzyć  się  będą  kolorowymi  światłami  późno  w noc 

kawiarnie Paryża. I z krajów cierpiących za miliony przybywać będą nad Sekwanę spragnieni 

odpoczynku przepalonego uniesieniami ducha i kropli słonecznego wina”. Być może przesadą 

byłoby  powiedzieć,  że  Franciszek  I ukształtował  francuski  charakter  narodowy,  na  pewno 

jednak stworzył jego model, który obowiązuje do dzisiaj w stereotypach od Władywostoku po 

San  Francisco.  Dodajmy  jeszcze,  że  był  ciekawy  smaków.  To  dzięki  jego  zachciankom 

sprowadzać zaczęto do Europy na wielką skalę egzotyczne frykasy: arabskie morele, orzeszki 

ziemne  czy  dziwaczne  „tomatl”,  które  znamy  dzisiaj  pod  imieniem  pomidorów.  Wdzięczna 

musi  mu  być  Holandia,  on  pierwszy  bowiem  zasadził  na  kwietnikach  w Blois  niebywałe 

i nieprawdopodobne tulipany. 

Do  Gustawa  I (1523-1560)  ma  wielki  historyk  szwedzki  Lars  Olof  Larsson  (Gustaw 

Waza.  Ojciec  państwa  szwedzkiego  czy  tyran?  Warszawa  2009)  wiele  zastrzeżeń,  o czym 

świadczy już podtytuł jego pracy. Bezlitośnie krytyczny podsumowuje jego panowanie: „Jeśli 

posłużymy  się  miarą  dopasowaną  do  reguł  makiawelizmu,  Gustaw  okaże  się  władcą 

skutecznym.  Osiągnął  cele,  które  sobie  wyznaczył  -  «wyzwolenie»  Szwecji  [spod  dyktatu 

background image

kościoła  katolickiego  -  L.S.],  wzmocnienie  państwa  i sprawowanie  kontroli  nad  swym 

wizerunkiem patriarchalnego budowniczego państwa i ojca narodu. Cel uświęca środki! Jeżeli 

natomiast  zastosujemy  wzorzec  moralny,  który  był  elementem  postrzegania  świata  przez 

świętego Augustyna,  albo wzorzec bardziej  legalistyczny, który  nabrał ostatecznego kształtu 

w okresie  późnego  średniowiecza,  to  w tym  kontekście  Gustaw  jawi  się  nam  jako 

despotyczny uzurpator”. Jednocześnie przyznać  jednak  musi,  iż:  „Obraz króla Gustawa  jako 

słynnego  «bohatera  wolności»,  surowego  «twórcy  państwa»  czy  też  patriarchalnego  «ojca 

narodu»  nigdy  właściwie  nie  został  zakwestionowany  przez  historyków  -  nawet  przez 

nastawionych  lewicowo  «królożerców»,  którzy  odnosili  się  negatywnie  do  wszystkich 

sprawujących władzę absolutną królów szwedzkich”. Jest tego niebagatelna przyczyna. Przed 

panowaniem Gustawa jest Szwecja zimnym, skalistym, biednym i słabo zaludnionym krajem 

na  północnych  antypodach  Europy.  Wraz  z Gustawem  wkracza  do  europejskiego  teatru 

dziejowego i grać w nim zaraz zacznie coraz bardziej znaczące role. Jeszcze parę lat i władzę 

obejmą  Karol  IX,  Gustaw  II  Adolf,  którzy  sprawią,  że  kopyta  koni  szwedzkich  rajtarów 

zagrzmią  na  południowoniemieckich  brukach,  Karol  X  Gustaw,  który  podbije  Polskę,  Karol 

XI i XII. 

Wprowadził  bowiem  Gustaw  do  parlamentu,  o czym  nie  śniło  się  jeszcze  władcom 

Rzeczypospolitej,  Francji  czy  Hiszpanii,  przedstawicieli  mieszczan  i chłopów.  Zbudował 

naród  szwedzki!  „System  podatkowy  został  uporządkowany  we  wszystkich  szczegółach”  - 

dorzuca  Ingvar  Andersson.  „Król  nadzorował  wszystko  osobiście,  prowadził  zyskowny 

handel  daninami  w naturze:  wołami,  owsem  i zbożem;  handel  ten  zabezpieczał  dopływ 

towarów  do  poszczególnych  dzielnic.  W ten  sposób  mógł  zapobiegać  lokalnym  brakom 

artykułów spożywczych  i nie dopuszczać do głodu, likwidując dzięki temu  jedną z przyczyn 

niezadowolenia,  które  zazwyczaj  znajdowały  swój  wyraz  w zamieszkach.  W miarę 

postępującej  konfiskaty  majątku  kościelnego  i dochodów  kościelnych  zmniejszył  ucisk 

podatkowy.  Władza  królewska  rozszerzała  się,  wzrastała  centralizacja,  rozbudowywało  się 

i umacniało nowoczesne państwo”. 

Poprzednicy Jana III (1521-1557) na portugalskim tronie, to Jan I Wielki (1385-1433), 

Jan  II  Doskonały  (1481-1495),  Manuel  I Szczęśliwy  (1495-1521).  Jakiegoż  przydomka 

mógłby  jeszcze  oczekiwać?  A przecież  nie  byłoby  przesady,  gdyby  połączył  wszystkie  trzy. 

Za jego panowania zyski Portugalii z handlu towarami korzennymi sięgają miliona cruzados, 

więcej  niż  budżet  papiestwa.  Dochodzą  do  tego  metale  kolorowe  na  czele  z miedzią,  nie 

złotem  (475 000  cruzados),  wyroby  z trzciny  cukrowej  (250 000  cruzados),  barwniki, 

niewolnicy,  drewno  etc.  Portugalia  utwierdza  skutecznie  swoje  panowanie  na  terenie 

background image

dzisiejszej Brazylii, w Kongu, Gwinei i Maroku. Rozkwitają faktorie portugalskie w Indiach, 

na  Molukach,  Azorach  i Wyspach  Zielonego  Przylądka.  Warto  przy  tym  zaznaczyć,  że 

Portugalczycy, w przeciwieństwie do Hiszpanów, odnosili się do mieszkańców poznawanych 

i podbijanych krajów z reguły przyjaźnie, bez (jak na XVI wiek) rasistowskich odruchów, co 

również było zupełną nowością. 

Nigdy  przedtem  ani  później  polski  dwór  królewski  nie  osiągnął  takiej  wspaniałości, 

nie stał  się tak promieniującym centrum kulturalnym,  jak za panowania Zygmunta I Starego 

(1506-1548). Skupiają się na nim między innymi Maciej z Miechowa, Piotr Tomicki, Andrzej 

Krzycki,  Andrzej  Zebrzydowski,  Jan  Dantyszek.  Szeroko  komentowane  są  dzieła  Mikołaja 

Reja,  który  króla  wprawdzie  nie  lubi  i W krótkiej  rozprawie  między  Panem,  Wójtem 

a Plebanem  atakuje  jego  politykę,  ale  to  przecież  za  jego  panowania  nadaje  polszczyźnie 

rangę  języka  literackiego.  To  także  za  panowania  Zygmunta  Starego  ukazuje  się  De 

revolutionibus  orbium  coelestium  Mikołaja  Kopernika.  Błaznem  jest  Stańczyk,  włoscy 

specjaliści, żeby wspomnieć tylko Bartolomeo Berrecciego, wznoszą budowle, które stają się 

perłami  architektury  renesansowej,  królowa  Bona  Sforza  d’Aragona  sprowadza  do  Polski 

„włoszczyznę”,  czyli  popularyzuje  spożywanie  wielu  nieznanych  do  tej  pory  nad  Wisłą 

warzyw.  To  wreszcie  za  Zygmunta  Starego,  co  jest  osiągnięciem  trwałym,  pojawia  się 

w Polsce  gorzałka  i stąd  dopiero  przewędruje  do  Moskwy.  Pojęcie  „zygmuntowskie  czasy” 

połączyło niejako panowanie Zygmunta Starego i jego syna Zygmunta Augusta (1548-1572). 

Ten  drugi  przyszedł  już  jednak  poniekąd  na  gotowe.  W 1538  ukazał  się  drukiem  pierwszy 

w języku  polskim  podręcznik  arytmetyki  -  Algorithmus,  to  jest  nauka  liczby  pióra  księdza 

Tomasza Kłosa. 

Nadwornym  malarzem  papieża  Pawła  III  (pontyfikat  1534-1549)  był  niejaki 

Michelangelo Buonarroti, który na pontyfikalne zlecenie kończy ozdabianie freskami Kaplicy 

Sykstyńskiej  i kontynuuje  budowę  Bazyliki  świętego  Piotra.  Miał  Paweł  III,  co  łączyło  go 

z tradycją  poprzedników,  czwórkę  dzieci.  Że  zaś  dbał  o rodzinę,  dwóch  wnuków,  jednego 

w wieku  czternastu  lat,  drugiego  na  szesnaste  urodziny,  uczynił  kardynałami.  Jednocześnie 

był jednak człowiekiem twardym i ortodoksą. Zwołanie soboru trydenckiego i prześladowanie 

protestantów  było  w oczach  jego  następców  wystarczającą  zasługą,  by  wybaczono  mu 

grzeszki nepotyzmu. 

O Karolu V, cesarzu (1519-1556), od 1516 królu hiszpańskim pod imieniem Karola I, 

mówiono, że w jego imperium słońce nigdy nie zachodzi. Nie było w tym przesady. Panował 

bowiem  nad  nieomal  połową  Europy  oraz  posiadłościami  hiszpańskimi  obejmującymi  trzy 

czwarte  Ameryki  Południowej  i Amerykę  Środkową  z Meksykiem  i Karaibami.  Właśnie  28 

background image

kwietnia 1538 stacza Hernando Pizarro krwawą bitwę pod Las Salinas w Peru, która  niemal 

na  trzy  wieki  wybija  z głowy  osadnikom  w Nowym  Świecie  mrzonki  o nieposłuszeństwie 

wobec Madrytu. 

Zostawiając zaś na chwilę wielkich tego świata na boku, wspomnijmy też, że w 1538 

Guidobaldo,  książę  Urbino,  syn  Francesca  Marii  della  Rovere  (zmarłego  w tymże  1538), 

gwarantuje republice San Marino protekcję  i obronę  jej  niepodległości. Słowa dotrzymał on, 

jak również jego następcy. Najjaśniejsza Republika San Marino (La Serenissima Repubblica) 

istnieje  do  dzisiaj.  Ma  61,6  kilometrów  kwadratowych  powierzchni  i około  30 000 

mieszkańców.  W 1992  została  członkiem  ONZ,  a od  1988  jest  krajem  członkowskim  Rady 

Europy. Utrzymuje stosunki dyplomatyczne i konsularne z 56 krajami na świecie, co oznacza, 

że około 1% ludności zatrudniony jest w dyplomacji. W dzisiejszych Chinach oznaczałoby to 

10 milionów dyplomatów. 

background image

1572 

7 października 1571 rozgrywa się wiekopomna bitwa morska pod Lepanto. Flotą Ligi 

Świętej,  w skład  której  wchodzą  Hiszpania,  Państwo  Kościelne,  Wenecja,  Malta  i liczne 

księstwa włoskie, dowodzi Jan Habsburg, znany też jako don Juan Austriacki,  nieślubny syn 

cesarza  Karola  V  i Barbary  Blomberg.  Ma  do  dyspozycji  237  okrętów  (w  tym  207  galer) 

niosących  na  swoich  pokładach  30 000  żołnierzy  i 1815  dział.  Płynąca  mu  naprzeciw  flota 

turecka pod Alim Paszą dysponuje porównywalną liczbą statków i żołnierzy, wyposażona jest 

jednak tylko w 750 dział. Ten właśnie element okazuje się decydujący. Zanim jeszcze Turcy 

zdołali przedrzeć się do abordażu, wielkie weneckie galeasy zdruzgotały ogniem dział niemal 

jedną  trzecią  tureckich  galer.  W bezpośrednim  starciu  janczarzy  walczyli  bohatersko,  nie 

mogli  już  jednak  zniwelować  przewagi  liczebnej,  a także  technicznej  przeciwnika  -  tylko 

2500  Turków  wyposażonych  było  w arkebuzy.  O zmierz  chu  na  dnie  Morza  Śródziemnego 

spoczywało ponad 120 okrętów, w tym 107 tureckich galer. Zginęło 8000 żołnierzy tureckich 

i 7500 chrześcijańskich. Wioślarzy, czyli więźniówgalerników, nikt oczywiście nie liczył. Ali 

Pasza  popełnił  samobójstwo.  Po  stronie  chrześcijańskiej  pośród  lekko  rannych  znalazł  się 

niejaki  Miguel  de  Cervantes  y  Saavedra,  który  w następnych  latach  weźmie  jeszcze  udział 

w wyprawie  na  Tunis  i dostanie  się  do  muzułmańskiej  niewoli.  Już  za  trzydzieści  lat  zda 

raport  z postrzegania  swoich  towarzyszy  w wojaczce  w arcydziele  będącym  zarazem 

przenośnią,  fikcją  i traktatem  filozoficznym,  ale  przecież  także  i świadectwem  swoich 

czasów, pod tytułem Don Kichote z La Manchy. 

Zwycięstwo  pod  Lepanto  budzi  w katolickiej  Europie  ogromny  entuzjazm  i podsyca 

kontrreformacyjne  nastroje.  Skoro  zagrożenie  muzułmańskie  zostało  zażegnane,  a tak  się 

podówczas  wszystkim  wydaje,  bać  się  już  nie  musimy  Goga  i Magoga,  czas  zabrać  się  do 

porządków na własnym podwórku. „Na pohybel protestantom!” - takie jest hasło dnia. Wielu 

historyków  wykaże  po  latach,  że  we  wzajemnych,  międzychrześcijańskich  pogromach 

i rzeziach  nie chodziło  nigdy do końca o sprawy  teologiczne.  Najczęściej  fanatyzm religijny 

umożliwiał  po  prostu,  czy  też  prowokował,  podpalenie  lontu  do  beczki,  w której  prochem 

były sprzeczne interesy społeczne, ekonomiczne, polityczne, dynastyczne, żądza władzy kleru 

obu  stron  etc.  Wydarzenia  paryskie  z nocy  24  na  25  sierpnia  1572,  wsławionej  pod  nazwą 

nocy  świętego  Bartłomieja,  mogłyby  potwierdzać  ich  tezy.  Dlaczego  nazwę  im  nadano  od 

świętego Bartłomieja (24 sierpnia), a nie świętego Ludwika, króla Francji (25 sierpnia)? Toż 

wszystko  zaczęło  się  tuż  po  zmierzchu  dnia  świętego  Bartłomieja,  a noc  w sierpniu  zapada 

późno, trwało za to przez cały dzień świętego Ludwika  i aż do następnego rana.  Odpowiedź 

wydaje się prosta: święty Bartłomiej apostoł był męczennikiem - został podług legendy odarty 

background image

ze  skóry  w Mezopotamii  z rozkazu  króla  Astiagesa.  Dopiero  w związku  ze  świętym 

apostołemmęczennikiem 

rzecz 

nabiera 

wymiaru 

sprawiedliwości 

i dziejowego 

zadośćuczynienia.  Kościół,  Matka  nasza,  kiedy  miał  w tym  interes,  wolał  zawsze  podnieść 

wydarzenia  do  rangi  patetycznych,  natchnionych  przez  Ducha  Świętego,  niż  przyznać,  iż 

instygował zwykłe rzezie i skrytobójstwa. Któż zaś zrozumie to i wykorzysta lepiej niż cynicy 

wszelkiego  rodzaju  ukryci  pod  duchowną  sukienką?  Noc  świętego  Bartłomieja  jest  tego 

klinicznym  przykładem.  Na  dworze  królewskim  rywalizują  od  dawna  dwie  frakcje  - 

Gwizjuszy  (katolików)  popieranych  przez  matkę  króla  Karola  IX  i protestantów, 

zwolenników  admirała  Gasparda  de  Coligny,  związanych  bardziej  z samym  młodocianym 

monarchą.  Dochodzi  do  starcia.  Rozfanatyzowane  tłumy  paryskiego  pospólstwa  pod 

przywództwem  wytrawnych  i popularnych,  legitymujących  się  rozkazem  królewskim, 

podżegaczy  -  Gwizjusza,  księcia  Karola  d’Aumale  i Henryka  d’Anjou,  rozpoczynają  ślepą 

i bezlitosną  masakrę  protestantów.  Orgia  morderstw,  grabieży  i gwałtu  trwa  całą  dobę. 

Kobiety i dzieci idą pod nóż na równi ze zbrojnymi innowiercami. Zwłoki spływają Sekwaną. 

Odór krwi uderza do głów. Karol IX usadawia się w oknie Luwru i strzela do przechodniów. 

„Tuez  les,  mais tuez les tous pourqu’il  n’en reste pas un pour mele raprocher” (Zabijcie  ich, 

zabijcie ich wszystkich, żeby nie został ani jeden, który mógłby mi to wypomnieć) - woła do 

przybiegających  po  rozkazy  żołdaków.  Parę  godzin  później  nad  splugawionymi  szczątkami 

admirała  de  Coligny  ma  król  rzekomo  wypowiedzieć  inną  jeszcze,  równie  wątpliwą 

sentencję:  „Le  corps  d’un  ennemi  mort  sent toujours  bien”  (Martwe  ciało  nieprzyjaciela  ma 

zawsze przyjemny zapach). Zmierzch 25 sierpnia 1572 zastaje na ulicach kałuże krwi, chaos 

połamanych  sprzętów  i lepki  swąd  pożarów.  Gdzieniegdzie,  powalone  mozołem  zabijania 

i czerwonym  winem,  walają  się  trudne  do  rozróżnienia  od ofiar  ciała  morderców.  Smród  co 

najmniej dwóch tysięcy trupów staje się nie do zniesienia. Klęska hugonotów jest straszliwa. 

Fanatycy katoliccy triumfują. 

To  uproszczony  obraz  zdarzenia.  W rzeczywistości  nie  wszystko  odbyło  się  akurat 

tak. Cała akcja była bowiem zaplanowana jako pucz par excellence polityczny, eksterminacja 

przeciwnego  stronnictwa.  Oczywiście  posłużono  się  hasłami  religijnymi.  Wykorzystanie  do 

ataku  motłochu  przyniosło  organizatorom  mordu  właściwie  więcej  strat  niż  korzyści. 

W działania wdarł się bowiem spontaniczny bezład, który umożliwił ucieczkę wielu aliantom 

Colgny’ego  z groźnym  Gabrielem  de  Montgomerym  na  czele.  Co  gorsza,  rozbestwione 

pospólstwo  cięło  nie  tylko  protestantów,  ale  i szczególnie  znienawidzonych  mieszczan  jak 

najbardziej  katolicko  prawowiernych.  Do  głosu  doszły  też  całkowicie  partykularne  interesy. 

Kroniki  odnotowały,  że  dwaj  znani  paryscy  modnisie:  Annibal  de  Coconas  i Bussy 

background image

d’Amboise,  obaj  w długach  po  uszy,  wykorzystali  okazję,  żeby  wyrżnąć  wszystkich  swoich 

wierzycieli  bez  względu  na  ich  religijne  i patriotyczne  zapatrywania.  Jeżeli  dodamy  do tego 

zniszczenia w mieście, którego infrastruktura nie jest przecież ani katolicka, ani protestancka, 

a także  zmobilizowanie  przeciwników  do  nieuniknionej  zemsty,  okaże  się,  że  bilans  strat 

i zysków był dla fakcji Gwizjuszy co najmniej niejednoznaczny.  Ale taka była już reguła we 

wszystkich podobnych „religijnych” zamieszkach. Piszemy o nich w liczbie mnogiej, gdyż na 

mniejszą  skalę  oglądało  je  w latach  1572-1573  co  najmniej  kilkanaście  europejskich  miast. 

Ba,  nawet  w odległej  Limie  dominikanie  nie  odmówili  sobie  rozprawy  z przeciwnikami, 

oskarżając ich o herezję i rozpalając stosy, nie zważając na fakt, iż siły hiszpańskie w mieście 

były  jeszcze  tak  szczupłe,  iż  należało  dbać  o każdego  chrześcijańskiego  rycerza.  Jest 

ciekawostką,  że  śmierć  na  tym  peruwiańskim  ruszcie  poniósł  też  Francuz,  Mathieu  Salade. 

Był  wprawdzie  wzorowym  katolikiem,  ale  mógłby  przecież  zechcieć  sprowadzać  do  Peru 

swoich  rodaków,  równie  chciwych  złota  jak  Hiszpanie.  Profilaktycznie  uznano  go  więc  za 

odstępcę  od  wiary.  Dobra  wymordowanych  przejął  oczywiście  zakon  kaznodziejski.  Wolno 

przypuszczać, iż Indianie z niemałą satysfakcją przyglądali się, jak ich ciemięzcy unicestwiają 

się wzajemnie. 

Na  tym  tle  możemy  być  dumni  ze  szlachty  i ówczesnej  cywilizacji  polskiej.  „Tak 

zakwitnęła Polska, iż żaden naród pod światem wolności i swobód więtszych nie ma nad nas” 

- pisał anonimowy autor po śmierci Zygmunta Augusta (7 lipca 1572). I rzeczywiście, już pół 

roku później zebrana na sejmie konwokacyjnym szlachta uchwala dokument, który przejdzie 

do historii pod nazwą „aktu konfederacji warszawskiej”. Czytamy w nim między innymi: „A 

iż  w Rzeczypospolitej  naszej  jest  niezgoda  niemała  w sprawie  religii  chrześcijańskiej, 

zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi rozterka jaka szkodliwa nie wszczęła, 

którą po innych królestwach jaśnie widzimy, obiecujemy to sobie spólnie za nas i potomków 

naszych na wieczne  czasy pod rygorem przysięgi, wiarą,  poczciwością  i sumieniem  naszym, 

iż którzy jesteśmy dissidentes de religione [różni relgią], pokój między sobą zachować, a dla 

różnej  wiary  i odmiany  w kościelech  krwie  nie  przelewać  ani  się  penować  konfiskatą  dóbr, 

poczciwością,  więzieniem  i wygnaniem  i zwierzchności  żadnej  ani  urzędowi  do  takowego 

progressu żadnym sposobem nie pomagać”. Słusznie pisał Paweł Jasienica w Rzeczpospolitej 

obojga  narodów  (t.  I,  Warszawa  1982),  iż  „twórcy  konfederacji  warszawskiej  naprawdę 

«jaśnie»  widzieli  co  się  dzieje  «po  innych  królestwach».  Że  zaś  widzieli  «jaśnie»,  można 

śmiało  przyjąć,  że  głosowali  nie  tylko  za  tolerancją  religijną,  ale  również,  a może  nawet 

przede  wszystkim,  za  stabilnością  państwa  i ładem  społecznym”.  W kwestii  ich  zachowania 

nie  jest  jednak  Rzeczpospolita  wyjątkiem.  W Turcji  Selim  II  (1566  -  1574),  nazywany 

background image

brzydko Pijakiem, co świadczy o jego niezbyt rygorystycznym pojmowaniu islamu, ani przez 

chwilę  nie  mści  się  na  giaurach  za  Lepanto.  Jak  za  czasów  jego  wielkiego  ojca  Sulejmana 

Wspaniałego  dobrobyt  kraju  budują  zachęceni  do  przyjazdu  i dysponujący  pełną  swobodą 

religijną  i obyczajową  Włosi,  Grecy,  Dalmatyńczycy,  Niemcy,  Żydzimarani  etc.  Niektórzy 

z nich  osiągają  nawet  wysokie  pozycje  w urzędowej  hierarchii  państwa  osmańskiego. 

Szwecja z początkiem panowania Jana III Wazy (1568-1592) wkracza w swój złoty wiek. Jak 

pisze  Ingvar  Andersson  (Historia  Szwecji,  Warszawa  1967):  „Wyrosła  i zdobywała 

doświadczenie  nowa  generacja  najprzedniejszych  rodów:  Brahe,  Bielke,  Banér,  Sparre, 

Leijonhufvud.  Młodzi  arystokraci  odbywali  pielgrzymki  po  całej  Europie  -  w domu, 

w Szwecji,  prowadzili  czasem  korespondencję  po  włosku.  (...)  Studiowali  teologię,  prawo 

cywilne  i państwowe;  mieli  oczy  otwarte  na  współczesne  problemy  polityczne”.  W Anglii 

pod  panowaniem  Elżbiety  I (1558-1603)  i w znacznej  mierze  dzięki  jej  autorytetowi, 

z początkiem lat siedemdziesiątych anglikanizm okrzepł już na tyle, że waśnie religijne, poza 

pojedynczymi  niepokojami  wywoływanymi  przez  purytanów  i pogrobowców  rzymskich 

fanatyków,  stały  się  praktycznie  bezprzedmiotowe.  Trudno  zaś  nie  zgodzić  się  z Alfredem 

Leslie Rowsem (Anglia w epoce elżbietańskiej, t. I, Warszawa 1976), iż: „Kościół anglikański 

był  tak  charakterystycznie  angielski,  że  na  kontynencie  znajdował  bardzo  niewielkie 

zrozumienie. 

O katolikach  i purytanach,  którzy  mieli  swe  związki  z Europą,  wiedziano oczywiście 

więcej. Kościół anglikański uważano za historyczne nieporozumienie. Ale on właśnie wyraża 

charakter  społeczeństwa  angielskiego,  które tak trudno,  a zarazem  tak  warto  zrozumieć.  Był 

zwolennikiem złotego środka - większej wszechstronności, tolerancji, wyrozumiałości. Mniej 

w nim  było  prześladowań  niż  w Rzymie  i u purytanów,  gdy  ci  mieli  okazję  pokazać,  co 

potrafią.  Był  bardziej  łagodny  i pogodny”.  Dodajmy  od  razu,  iż  egzekucja  Marii  Stuart  nie 

miała nic wspólnego z jej katolicką dewocją, zaś antycypując - Armia Zbawienia jest „armią” 

tylko w przenośni, bo nikogo jeszcze nie zabiło fałszowanie sopranem psalmów na ulicach. 

Ten  względnie  przejrzysty  podział  Europy  na  kraje  szarpane  religijnymi 

i parareligijnymi  konfliktami  oraz  umiarkowanej  tolerancji  i względnego,  racjonalnego 

spokoju,  zakłócają dwa państwa,  na dwóch przeciwnych krańcach kontynentu, przeżywające 

dramatyczne  wstrząsy  tym  razem  z teologią  niemającymi  nic  do  rzeczy.  Są  to  Portugalia 

i Rosja. 

W Portugalii  w 1557  roku obejmuje  rządy  czternastoletni  Sebastian,  wnuk  wielkiego 

Manuela  I Szczęśliwego  (14951521).  Przez  pierwsze  lata  panowania  władza  niewiele  go 

obchodzi.  Snuje  miraże  o nowych  wyprawach  krzyżowych,  unicestwieniu  islamu,  chce 

background image

mianować  Chrystusa  (skąd  my  to  znamy?)  królem  Portugalii.  Ciesząca  się  w całym  kraju 

nabożnym  poważaniem  babka,  Katarzyna,  powstrzymuje  jak  może  jego  niewczesne  zapały. 

Kiedy  jednak  około  1571  roku  sześćdziesięciopięcioletnia,  na  owe  czasy  staruszka,  zaczyna 

podupadać  na  zdrowiu  (umrze  w 1578),  nic  już  nie  może  powstrzymać  samozwańczego 

zbawiciela świata. Począwszy od 1572 zaciąga wszędzie nieprawdopodobne pożyczki.  Jeden 

tylko  Konrad  Rott  z Augsburga  awansował  mu  400 000  cruzados,  co  przewyższało  stan 

posiadania skarbca królewskiego, nie tylko na znaczny procent, ale dodatkowo w zamian za 

trzyletni  monopol  na  handel  pieprzem,  który  jest  w tych  czasach  swoistą  monetą  wymienną 

w obrotach  wewnątrzeuropejskich.  Cóż  mogą  jednak  obchodzić  stęchłe  finanse  człowieka, 

który widzi przed sobą cel ogromny, chce święty krzyż postawić na arabskiej ziemi.  Kolejne 

wyprawy króla Sebastiana kończą się jednak nieodmiennie klęskami. Ginie w ostatniej z nich, 

w 1578,  pod  KasrelKebir  w Maroku,  a wraz  z nim  unicestwiona  zostaje  cała  armia 

portugalska.  Królestwo  bez  armii,  skarbu,  władzy  znika  na  następnych  sześćdziesiąt  lat 

z mapy  Europy,  stając  się  jedną  z pozbawionych  znaczenia  prowincji  Hiszpanii.  Potęga 

państwa  panującego  nad  połową  Ameryki  Południowej,  zajmującego  pierwsze  miejsce 

w eksploracji ekonomicznej Dalekiego Wschodu, mnożącego faktorie na wybrzeżach Afryki, 

nie  oparła  się  snom  o potędze  większym,  niż  na  to  zezwalała  elementarna  kalkulacja 

geopolityczna.  Starający  się,  acz  nieśmiało,  bronić  pamięci  króla  Sebastiana  historycy 

portugalscy piszą, jak na przykład Vittorino Magalhäes Godinho, że „był to piękny sen”. Nie 

dopowiadają  jednak,  że  politykę  tworzy  się  na  jawie.  Gdyby  nie  panowanie  Sebastiana,  jest 

bardzo prawdopodobne,  że nie tylko Brazylia byłaby dzisiaj enklawą portugalską w Nowym 

Świecie. 

W Moskwie  w 1572  car  Iwan  IV  zniósł  opryczninę.  Pojęcie  to  oznacza  system 

sprawowania  władzy  administracyjnej  i wojskowej,  pozostało  jednak  w pamięci  przede 

wszystkim  jako  nazwa  swoistej  represyjnej  policji  cara.  Wsławiła  się  ona  bezprzykładnym 

okrucieństwem.  Jak  pisze  Władysław  A.  Serczyk  (Iwan  Groźny,  Wrocław  1977):  „Represje 

zniszczyły  cały  dwór,  nieodwołalnie  podporządkowały  rody  bojarskie  woli  i rozkazom 

monarchy  moskiewskiego,  przeobraziły  kraj,  posiały  strach  i niepewność  dnia  jutrzejszego. 

Program likwidacji dawnych porządków wykonywany był systematycznie, a car uwalniał się 

od swoich dawnych, aktualnych czy tylko potencjalnych przeciwników z pedanterią budzącą 

powszechne  przerażenie”.  Najsłynniejszym  może  przykładem  ich  działań  była  pacyfikacja 

Nowogrodu. Posłuchajmy raz jeszcze Władysława A. Serczyka: „Gdyby nie obsadzenie przez 

wojsko  moskiewskie  wszystkich  dróg  i ścieżek  wychodzących  z miasta  oraz  krwawej  rzezi 

prawie  półtoratysięcznej  rzeszy  zakonników  dokonanej  w poprzednim  dniu,  nic  nie 

background image

wskazywałoby  na  rzeczywiste  zamiary  cara  modlącego  się  obecnie  wraz  z innymi 

uczestnikami  nabożeństwa.  Po  uroczystościach  w cerkwi  Pimen  podejmował  przybyłych 

obiadem.  Car  jadł wolno, jakby zastanawiając się nad kolejnymi decyzjami. Nagle krzyknął. 

Stanowiło  to  sygnał  dla  dworzan  i wojska,  które  ruszyło  do  miasta  grabiąc  domy,  cerkwie 

i kramy oraz wywlekając mieszkańców na ulice. Pimena aresztowano. (...) Iwan opuścił dom 

arcybiskupa,  udając  się  do  swojej  siedziby,  gdzie  rozpoczął  «sądzenie»  przywlekanych  do 

niego  nowogrodzian.  Więźniów  torturowano,  przypalano  ogniem,  oblewano  specjalnie 

spreparowanym płynem i podpalano, a następnie wiązano za ręce i nogi, przyczepiano do sań 

i wleczono  do  mostu,  skąd  zrzucano  do  przerębli  w rzece.  Niemowlęta  przywiązywano  do 

matek  i także  wrzucano  do  wody.  Pośrodku  rzeki  uwijały  się  łodzie  obsadzone  przez 

strzelców  czuwających  nad  tym,  by  nikt  nie  zdołał  się  uratować.  Gdy  umiejący  pływać 

wychylali  głowy  z lodowatego  nurtu  celem  zaczerpnięcia  powietrza,  czekały  na  nich 

rohatyny,  spisy  i topory  spychające  ich  pod  lód,  rozbijające  głowy,  odrąbujące  palce 

rozpaczliwie  szukające  zbawczego  uchwytu.  Mijały  godziny,  potem  dnie  i tygodnie.  Car 

srożył  się  cały  miesiąc.  Wołchowem  spływały  okrwawione  trupy.  W większości 

nowogrodzkich  domów  nie  było  nawet  komu  przywdziać  żałoby,  gdyż  zginęli  wszyscy  ich 

mieszkańcy.  Nie  wystarczyło  to  monarsze.  Uzbrojone  oddziały  strzeleckie  grasowały  po 

okolicy,  rabując  i grabiąc.  Codziennie  ginęło  po  kilkaset  osób.  Trudno  dzisiaj  ustalić  liczbę 

pomordowanych.  Ostrożne  szacunki  pozwalają  przypuszczać,  że  w wyniku  krwawej 

pacyfikacji Nowogrodu zginęło 25 000 - 40 000 ludzi”. 

I oto  car  znosi  opryczninę.  Nadzieja  budzi  się  w całym  kraju.  Są  to  jednak  tylko 

pozory.  Represje  nie  ustają,  a nawet  przybierają  na  sile.  Tyle  że,  co  może  być  jakąś  gorzką 

satysfakcją  dla  bliskich  ofiar,  tym  razem  pod  nóż  idą  również  oprycznicy.  Za  porażki 

w walkach  z Tatarami  utopiony  zostaje  Wasyl  RostowskiTiemkin  -  poprzednio  uśmiercił  on 

kilkudziesięciu  przedstawicieli  swojego  własnego  rodu,  stąd  więc  przypuszczenie,  że  za 

zasługi  przyznano  mu  prawo  do  tak  łagodnego  sposobu  zejścia  ze  świata.  Iwan  Jakowlew 

i jego krewni zostają zabatożeni na śmierć. Inni po torturach zostają powieszeni,  inni jeszcze 

otruci  przez  nadwornego  lekarza  cara  tak  zwaną  powolną  trucizną,  powodującą  długą  mękę 

przed nieuniknioną śmiercią. Przez stepy idzie wieść: dobry car, kiedy tylko zorientował się, 

kto  winny  jest  zbrodniom,  najsurowiej  łotrów  pokarał.  Ten  mit  dobrego  cara  otoczonego 

złymi urzędnikami stanie się niedługo wiodącym przesłaniem tradycji rosyjskiej i przetrwa aż 

po czasy Józefa Stalina. 

Zrodzić  się  może  pytanie:  jak  to  się  stało,  że  ten  straszliwy  i krwawy  moskiewski 

władca  był  całkowicie  na  serio  brany  pod  uwagę  jako  kandydat  na  króla  Rzeczypospolitej 

background image

Obojga  Narodów  w 1572.  Jest  to  klasyczne  przeniesienie  naszej  współczesnej  wizji  świata 

parę  wieków  wstecz,  gdzie  nie  ma  ona  nic  do  czynienia,  nie  wyjaśnia  niczego.  Rzezie 

zarządzane przez cara Iwana IV  Groźnego były  nocami  świętego Bartłomieja do którejś tam 

potęgi. Podobnie noc świętego Bartłomieja była ileś tam razy krwawsza niż porachunki na tle 

religijnym w niemieckich miastach. Są to jednak różnice ilościowe, a nie jakościowe. W roku 

1572  cena  życia  ludzkiego  nie  jest  jeszcze  wysoka.  Okrucieństwo  nie  hańbi,  a wręcz 

odwrotnie,  jest  niekiedy  chwalone,  często  pożądane.  Tortury  są  we  wszystkich  krajach 

Europy  najnormalniejszym  elementem  przewodu  sądowego.  Wymyślność  dokonywanych 

publicznie  kar  wywołuje  dreszcze  u współczesnego  człowieka.  Wschód  Europy  specjalizuje 

się  przede  wszystkim  we  wbijaniu  na  pal,  Zachód  lubi  spuszczać  skazańca  powoli  do 

wrzącego oleju lub obdzierać ze skóry. Jednych i drugich łączy palenie na stosach złowrogich 

czarownic. 

Rok  1572  pozwolił  historykom  polskim  nadać  ojczyźnie  samochwalcze  miano 

„państwa bez stosów”. I dla okresu kilkudziesięciu lat po 1572 jest ono nawet bliskie prawdy, 

co wyróżnia nas na tle innych państw europejskich tego czasu. To jednak tylko krótka cezura. 

Pisze  Brian  P.  Levack  (Polowanie  na  czarownice  w Europie  wczesnonowożytnej,  Wrocław 

1991): „Krajem środkowowschodniej Europy, w którym procesy czarownic osiągnęły wysoką 

liczbę,  była  Polska.  Z powodu  niekompletnych  protokołów  sądowych  trudno  z dużym 

stopniem  prawdopodobieństwa  określić,  ile  odbywało  sie  rozpraw  sądowych  i egzekucji. 

Baranowski [prof. Bohdan Baranowski - autor licznych prac z zakresu obyczajowości polskiej 

w XVIIXVIII  w.,  Levack  odwołuje  się  od  jego  studium  Procesy  czarownic  w Polsce,  Łódź 

1952  -  L.S.]  uważa,  iż  liczba  10 000  wykonanych  wyroków  śmierci  jest  zbyt  wysoka,  lecz 

gdyby nawet przyjąć jej połowę, to byłaby ona większa niż liczba egzekucji wykonanych na 

Wyspach  Brytyjskich  (przewyższających  Polskę  pod  względem  liczby  mieszkańców)  oraz 

w krajach  skandynawskich  łącznie.  Polsce  nie  przysługuje  zatem  status  peryferyjnego 

i niechętnego  uczestnika  europejskiego  polowania  na  czarownice.  Była  jednak  uczestnikiem 

spóźnionym”.  Skutki przesłania konfederacji warszawskiej  nie uratowały Rzeczpospolitej od 

stosów,  a tylko  przesunęły  w czasie  ich  rozpalenie.  W 1572  walka  z czarownicami  była  już 

w Europie  Zachodniej  w pełnym  toku.  Przewodziły  jej  ziemie  Świętego  Cesarstwa 

Rzymskiego, Francja i Szwajcaria. Przybrała takie rozmiary, iż poza kwestiami teologicznymi 

i prawnymi  procesów  czarownic  zaczęto  rozważać  także  ich  reperkusje  ekonomiczne. 

Specjalnie  powołany  w tym  celu  w 1572  przez  Karola  IX  „administrator”  Jean  Durbuy 

przedstawić  miał  propozycje  takiego  podziału  dóbr  pozostałych  po  unicestwionych 

czarownicach,  żeby  nie  ucierpiał  na  tym  skarb  królewski.  Jak  widać,  polowania  na 

background image

czarownice  wyszły  już  z wczesnego  okresu,  kiedy  ofiarą  łowców  padały  przede  wszystkim 

stare,  zdziwaczałe  wieśniaczki,  których  dobytkiem  władca  by  się  w żadnej  mierze  nie 

zainteresował.  Wprawdzie  oskarżenie  o czary  osoby  należącej  do  warstwy  szlacheckiej 

uchodzi nadal za absolutny wyjątek, ale coraz częściej stają przed sądami mieszczanie, w tym 

i ci  z najbogatszych  warstw  kupieckich  czy  rzemieślniczych.  W sumie  spalonych  zostaje  na 

stosach  w całej  Europie  około  200 000  (niektórzy  historycy  zaniżają  tę  liczbę  do  150 000) 

czarownic  i nieproporcjonalnie  mniejsza  liczba  czarowników.  Jeżeli  porównamy  teraz 

sytuację demograficzną Europy roku 1572 mającej  niecałe 80 000 000  mieszkańców i naszej 

współczesnej,  początków  XXI  wieku,  okaże  się  że  owe  150 000-200 000  zamordowanych 

odpowiadałoby dzisiaj liczbie około dwóch milionów. Istny holocaust. Czyż można się w tej 

sytuacji  dziwić,  że  jeśli  nawet  wyczyny  Iwana  IV  wyrastały  nieco  ponad  przyjętą  normę,  to 

nie na tyle wszakże, by go zdecydowanie potępić. Nie zrobili tego najwięksi humaniści epoki, 

czegóż moglibyśmy więc wymagać od zgromadzonej  na podwarszawskich błoniach polskiej 

szlachty? 

Wspomnijmy wreszcie,  że w 1572  wydane zostają w Lizbonie Luzjady Luísa Vaz de 

Camöesa, epopeja ku chwale wielkich odkrywców dalekich lądów. Jej głównym tematem jest 

odkrycie  Indii  przez  Vasco  da  Gamę,  mieści  się  w niej  jednak  także  cała  historia  Portugalii 

i po części Europy, znajdzie się też miejsce na interwencje bogów antycznych i romantyczne 

dzieje Ines de Castro. Jest to wspaniała Odyseja XVI wieku, przepełniona wiarą, że poznanie 

nowych światów otworzy przed Europą nowe perspektywy i ukróci konflikty,  jakże znikome 

wobec  wielkości  przygody.  Tak  samo  myślał  kosmonauta  Armstrong,  lądując  cztery  wieki 

później na Księżycu. 

background image

1655 

Pielgrzymi,  turyści  i gapie,  przybywający  na  plac  Świętego  Piotra  w Rzymie,  kiedy 

upał dopieka w lecie,  a deszcz siecze  jesienią  i wczesną wiosną,  chronią  się pod obejmującą 

jego  obszar,  niczym  ręce  rozpostarte,  by  im  pomóc,  harmonijną  kolumnadą.  Jej  projekt 

przedstawił w 1655 papieżowi Aleksandrowi VII Giovanni Lorenzo Bernini. Tak się spodobał 

głowie  Kościoła,  że  inżynierowie  i robotnicy  zagrożeni  ekskomuniką  (sic!)  w przypadku 

opieszałości  ukończyli  ją  już  w ciągu  niecałych  siedmiu  lat.  Nie  wystarczyło  to  jednak  ojcu 

świętemu,  który  popędzał  budowniczych,  a jednocześnie  stale  obniżał  im  wynagrodzenia. 

W konsekwencji,  gdy  murarze  strajkowali  kilkanaście  razy  (słowo  strajk  jeszcze  wtedy  nie 

istniało  -  gromadzili  się  na  placu  budowy  i krzyczeli,  że  pójdą  do  domu,  tego  dnia 

rzeczywiście nie brudząc rąk zaprawą), obrażony Bernini wyniósł się do Francji. Był to tylko 

częściowo  dobry  wybór,  gdyż  Ludwik  XIV  obejrzawszy  jego  plan  przebudowy  Luwru  miał 

łaskawość kategorycznie odmówić,  jednocześnie  jednak przyznając architektowi dożywotnią 

pensję równą dochodom przeciętnego markiza. Bernini zrozumiał od razu, iż pryncypialność 

do niczego tu nie prowadzi i na złość papieżowi wyrzeźbił popiersie Ludwika XIV - widnieje 

ono do dzisiaj we wszystkich podręcznikach opowiadających o jego panowaniu. Działo się to 

zaś  w momencie  szczytowego  napięcia  politycznego  między  wyrzeźbionym  a papieżem. 

Aleksander VII nie miał jednak wyjścia. Były to czasy, kiedy posiadłości katolickie kurczyły 

się z dnia na dzień na korzyść protestantów. Katolicki Ludwik XIV, mimo że wróg - właśnie 

zajął  posiadłości  papieskie  w Awinionie  -  był  jednak  summa  summarum  ideologicznym 

sojusznikiem. Tym cenniejszy jest zaś sojusznik, im więcej za niego trzeba zapłacić. Takie są 

nieubłagane zasady polityki. Nie zrozumieli tego do dzisiaj dyplomaci polscy, tej zasady był 

wszakże  w pełni  świadomy  papież  Aleksander  VII,  wspierając  niejednokrotnie  finansowo 

polityczne działania Francji. 

Natomiast gdy w tymże 1655 roku protestancka Szwecja uderza na katolicką Polskę, 

„Papież wezwał książąt chrześcijańskich do niesienia pomocy Rzeczypospolitej i sam udzielił 

jej  znacznych  suspendiów  na  obronę  kraju  zmagającego  się  z potopem  szwedzkim  (Rudolf 

FischerWollpert,  Leksykon  papieży,  Kraków  1990).  Tyle,  iż  owe  „suspendia”,  na  które 

„sprzedał  wiele  sreber  kościelnych”,  nie  wystarczyłyby  nawet  na  wystawienie  jednego 

regimentu  rajtarów.  Władców  świata  nie  musi  koniecznie  interesować,  co  się  dzieje  na 

antypodach. 

Szwedzi podchodzą tymczasem do granic Rzeczypospolitej. Na linii Noteci, tam gdzie 

wpływa  do  niej  Gwda,  zastępują  im  drogę  oddziały  polskie.  Nie  ma  bitwy.  Na  podstawie 

spisanego  naprędce  porozumienia  Szwedzi  wchodzą  do  Wielkopolski.  Podług  Henryka 

background image

Sienkiewicza była to podła zdrada i nikczemność. Nikt jednak w ówczesnej Rzeczypospolitej 

nie  odbierał  tego  w taki  sposób.  Znaczna  część  szlachty  wolała  za  suzerena  dumnego 

zdobywcę  Karola  Gustawa  niż  tchórzliwego  i bezsilnego  Jana  Kazimierza.  Skoro  król  jest 

obieralny,  możemy  sobie  obrać  lepszego.  Zresztą  żaden  z kapitulantów  spod  Ujścia  czy 

„zdrajców”  w innych  prowincjach  Obojga  Narodów  nie  spotkał  się  ze  strony  swoich 

współczesnych z potępieniem odstępstwa. Przeciwnie, ci przeniewiercy obrastali w zaszczyty 

po  ponownym  dojściu  do  władzy  Jana  Kazimierza,  a niektórym,  jak  Bogusławowi 

Radziwiłłowi,  marzyła  się  nawet  korona  królewska,  na  którą  w odpowiednich  warunkach 

politycznych  miał całkiem realne  szanse.  Janusz  Radziwiłł  jest postacią stanowiącą problem 

odrębny.  Zakładając,  że  Rzeczpospolita  przegrała  z kretesem  w 1655  -  poddały  się 

i Warszawa,  i Kraków  -  postanowił  ocalić  swoje  księstwo.  Jestem  skłonny  sądzić,  że  nie 

kierował  jego  decyzją  ani  brak  lojalności  wobec  Rzeczypospolitej,  co  mu  wyrzuca 

Sienkiewicz,  ani  sentymenty  litewskie,  które  podnoszą  dzisiaj  historycy  wileńscy 

i kowieńscy. Niedawno spustoszyła Wilno  moskiewska rajza,  a wojska rosyjskie po rozbiciu 

oddziałów  książęcych  napotykały  tylko  regionalny  opór  panów  Kmicicopodobnych.  Istnieli 

oni  rzeczywiście.  Prowadzić  mogli  jednak  tylko  walkę  podjazdową,  która  z definicji  jest 

defensywna.  Oddając  się  pod  opiekę  szwedzką,  ratował  więc  Janusz  Radziwiłł  nie  tylko 

swoje  majątki,  ale  i możliwość  jakiego takiego  przeżycia  swoich  poddanych.  Z litewskością 

nie  ma  to  wiele  wspólnego.  Henryk  Sienkiewicz  nie  zadał  sobie  trudu  postawienia  się 

w dramatycznej sytuacji księcia Radziwiłła. Kogo i w jakiej mierze uchronił, komu dał szansę 

przeżyć, na ile ocalił Litwę od ostatecznej klęski i nędzy, nie musi być brane pod uwagę przez 

pisarza budującego uproszczony,  czarnobiały obraz konfrontacji. O ileż  bardziej obiektywny 

jest  w ocenie  tej  sytuacji  Szwed  Peter  Englund  (Niezwyciężony,  Gdańsk  2004),  pisząc  po 

prostu  o realiach  ówczesnej  wojny.  W gruncie  rzeczy  mieszkańcom  miast,  miasteczek  i wsi 

było  całkiem  obojętne,  czy  rabuj  ą,  gwałcą  ich  kobiety,  niszczą  chałupy  wojska  Jana 

Kazimierza,  czy  Karola  Gustawa.  Jedne  i drugie  musiały  się  wyżywić,  zaspokoić  potrzeby 

seksualne,  wrzucić  do  kies  zdobyczny  grosz,  gdyż  obie  armie  miały  z wypłacaniem  żołdu 

narastające  kłopoty.  Na  dobrą  sprawę  jedni  i drudzy  nie  mogli  w sposób  przystępny  dla 

ciemnej  ludności  wytłumaczyć  swoich  racji.  W tym  impasie  swoistym  wyjściem  z sytuacji 

staje  się  rzeczywiście  obrona  Częstochowy,  a precyzyjniej  klasztoru  jasnogórskiego. 

Zaatakowanie  klasztoru,  który  nie  miał  żadnego  znaczenia  strategicznego,  było  ze  strony 

generała Müllera całkowitym idiotyzmem. Tłumaczyć go może tylko nadzieja na łatwe łupy. 

„Obroną  klasztoru  -  pisze  Peter  Englund  -  nie  dowodził  ani  szlachcic,  ani  żołnierz,  tylko 

przeor  paulinów,  ojciec  Augustyn  Kordecki.  Ten  dzielny  mnich  z tonsurą  na  głowie,  który 

background image

niedawno złożył wizytę w szwedzkim obozie pod Krakowem, aby zapewnić Karola Gustawa 

o swym podporządkowaniu się szwedzkiej władzy, wykazał się taką mieszanką oportunizmu, 

odwagi i pomysłowości,  jaka potrzebna była w danych warunkach. Pod Częstochową armaty 

grały  tylko  od  czasu  do  czasu,  wiele  godzin  spędzano  natomiast  na  negocjacjach.  Kordecki 

wykorzystał  w nich  całą  swą  wiedzę  scholastyczną,  a była  ona  niemała  (np.  czy 

w dokumencie nie jest napisane, że zajęte przez Szwedów ma być «miasto», a nie «klasztor»? 

Czy  możliwe  jest  złożenie  przysięgi  komuś,  kto  nie  został  wcześniej  zaprzysiężony  przez 

prymasa Polski? Czy możliwe byłoby uzyskanie osobistego potwierdzenia Karola Gustawa?). 

(...) Tak oto mijały szare  listopadowe dni. Szwedzi kopali rowy, tunele minowe i przyglądali 

się,  jak  ich  kule  odbijają  się  od  murów  twierdzy.  Polacy  odpowiadali  ogniem  na  ogień 

i dokonywali  nocnych  wypadów  na  szwedzkie  pozycje.  Straty  polskie  były  niewielkie, 

zarówno w ludziach, jak i sprzęcie. Gorzej wiodło się Szwedom, ponieważ polscy kanonierzy 

z łatwością  kierowali  ogień  wprost  na  szwedzkie  okopy  i stanowiska  baterii.  (...)  Oddział 

Müllera nie został jednak zwyciężony, tylko opuścił Częstochowę na rozkaz króla. W sztabie 

armii  szwedzkiej  zaczęto  wątpić,  czy  zaatakowanie  najważniejszej  polskiej  świętości  było 

słuszną  decyzją.  Nawet  Wrzesowicz  [u  Sienkiewicza  Wrzeszczowicz,  w rzeczywistości  Jan 

Weinhard,  hrabia  Wrzesowicz  -  L.S.],  który  sam  był  katolikiem  i w przeszłości  składał  dary 

na rzecz klasztoru, wystosował pełen niepokoju  list do Karola Gustawa, w którym ostrzegał, 

że oblężenie Jasnej Góry jest politycznym błędem -«uderzacie w polską duszę, dlatego należy 

je  przerwać».  I król,  i Wittenberg  -  ten  drugi  powalony  w Krakowie  złośliwym  atakiem 

podagry  -  zgodzili  się  z tą  argumentacją  i wystosowali  rozkaz  do  Müllera,  aby 

podporządkował  się  tej  decyzji.  Generał  zgodził  się,  choć  niechętnie.  Mleko  się  już  jednak 

rozlało”. 

Rozlało  się  przy  okazji  po  całej  polskiej  historii.  W szkicu  Pan  Kmicic  na  Jasnej 

Górze pisze Antoni Gołubiew: „W sztuce wyrażał te dni barok - bujny, przesadny, rozpasany, 

lubujący  się  w geście,  witalny,  nieznający  umiaru  i niepodległy  dyscyplinie,  najlepiej 

wypowiadający  się  w ekstremach,  pełen  kontrastów,  światła  i cienia,  zmysłowej  naoczności 

i tajemnicy  mroku,  namiętny  i patetyczny.  Wszystko  było  wtedy  przesadne,  nasycone 

dążeniem do wyżycia się, jaskrawe w dobru i złu... W Polsce ta epoka wyrażała się w sposób 

wyjątkowo  pełny,  odpowiadała  impulsywnemu  i skłonnemu  do  przesady  charakterowi 

narodu.  (...)  Kultura  intelektualna,  tak  wysoka  w okresie  «złotego  wieku»,  zaczęła  już 

wyraźnie  podupadać.  Przychodzą  czasy  wojen  i klęsk,  zamieszki  wewnętrzne,  rokosze 

i konfederacje,  wolne  elekcje  i liberum  veto,  przesadny  lęk  przed  absolutum  dominium 

i strzeżenie  «źrenicy  wolności»,  rosnąca  nietolerancja  wobec  dysydentów.  «Równy 

background image

wojewodzie»  szlachcic  przestaje  się  czuć  odpowiedzialny  za  cokolwiek  poza  własnym 

zaściankiem  i zwadą  z Jaworskim  o gruszki.  Również  religijność  ówczesna  jest  religijnością 

tych  właśnie  ludzi  -  i w przecięciu  powszechnym  nie  da  się  od  kultury  epoki  oderwać.  Jest 

taka,  jaką  ją  Sienkiewicz  opisał:  gorąca,  emocjonalna,  porywcza,  ale  niekonsekwentna, 

niesięgająca  głęboko  w życie,  antyintelektualna,  ciasna  i ekskluzywna”.  Tak  też  już  zostało. 

Wkrótce Jan Kazimierz złoży we Lwowie śluby mianujące Matkę Boską królową Polski. Nie 

jest  pierwszy.  To  samo  zrobili  już  i władcy  Bawarii  i Francji.  Tylko  że  w ich  przypadku, 

w krajach  jednolitych  religijnie  (Bawaria)  czy  mających  upodlić  protestantów  (Francja), 

mogło to dawać jakiś taktycznosymboliczny profit. W Rzeczypospolitej Obojga Narodów był 

to  gwóźdź  do  trumny.  Ten  akt  ideologiczny  uderzał  nie  tylko  w szwedzkich  protestantów. 

Również w prawosławnych. 

Jedna Matka Boża, Druga Matka Boża, Na tę naszą wyjął Polak 

Ostrzonego noża... 

Tak  śpiewano wtedy na ruskich ziemiach. Byli tacy w Warszawie  i Krakowie,  którzy 

to rozumieli. Do dzisiaj jednak pozostali w mniejszości, uznając przewagę silniejszego, czyli 

swoistą  we  wszystkich  kolejnych  Rzeczpospolitych  dwuwładzę  głównych  instytucji 

państwowych, katolickich i kościelnych. 

W kwietniu  tego  samego  roku  wygłasza  Ludwik  XIV  w Paryżu  słynne  zdanie: 

„Państwo to  ja”.  Dzieje się to  w momencie,  w którym decyduje się ostatecznie zerwać więzi 

z uległą,  dosyć  nieśmiałą,  ale  tolerancyjną  markizą  Françoise  d’Aubigné  de  Maintenon 

i zastąpić ją młodszą o siedem lat, mającą, jak podówczas mawiano, a czego jednak nijak nie 

potwierdzają  portrety,  „najpiękniejsze  piersi  w kraju”,  fanatyczną  katoliczką,  również 

markizą, Françoise Athénais de Rochechouart de Montespan. Nowa kochanka miała tragiczny 

wpływ na dzieje Francji, nie ulega wątpliwości. Nie zmienia to jednak kwestii, że podlegając 

jej  nienawistnym  podszeptom  i szczuciu  na  protestantów,  nigdy  jednak  Ludwik  XIV  nie 

zgodził  się  na  możliwość  jakiegokolwiek  mieszania  się  episkopatu  katolickiego  w swoje 

decyzje.  „Państwo  to  ja”  nie  było  jedynie  sloganem  i próżną  przechwałką.  Z dzisiejszego 

punktu  widzenia  moglibyśmy  powiedzieć,  iż  jego  absolutyzm  był  skrajnie  egoistyczny. 

Księża  bardzo  się  na  to  skarżyli,  ale  jednocześnie  z bojaźnią  podziwiali  władcę.  Zwalczania 

heretyków  nie  uważał  bowiem  Ludwik  XIV  w najmniejszym  stopniu  za  jednoznaczne 

z oddawaniem ziem i przywilejów odebranych innowiercom ich teologicznym przeciwnikom. 

Słynne dragonady, czyli oddawanie we władanie królewskim rycerzom protestanckich wiosek 

i miast,  gdzie  mogli  grabić,  gwałcić  i pustoszyć  do  woli  aż  do  momentu  apostazji 

mieszkańców,  nie  miały  nic  wspólnego  z wiernością  Kościołowi.  Czterdzieści  procent 

background image

z łupów  dragonów  zdzierało  państwo.  Katolikom  oddawano  tylko  wyludnione  i ograbione 

poprotestanckie  kirchy.  Po  śmierci  Mazariniego  -  pisze  Pierre  Gaxotte  (Ludwik  XIV

Warszawa 1984) - „spotkał król arcybiskupa Rouen, który przewodniczył zgromadzeniu kleru 

[dzisiaj powiedzielibyśmy: był przewodniczącym rady episkopatu - L.S.], a ten zapytał go: 

- Wasza  Królewska  Mość  poleciła  mi  zwracać  się  we  wszystkich  sprawach  do  pana 

kardynała. Opuścił on już ten świat; do kogo mamy się teraz zwracać? 

- Do mnie, księże arcybiskupie”. 

Ludwik  XIV  ułożył  sobie  i zapisał  swoisty  dekalog,  acz  ostatecznie  liczył  on  tylko 

osiem przykazań. Jedno z nich w największym skrócie brzmiało: „Biskupi mają być pokorni, 

wypełniać  swoje  pasterskie  obowiązki  i nie  żyć  w zbytku.  Muszą  rozumieć,  że  państwo  jest 

siłą  nadrzędną  i ode  mnie  tylko  mogą  oczekiwać  łask.  Tyczy  się  to  wszystkich 

możnowładców, świeckich również. Nikt z nich niech nie śmie podważać autorytetu mojego, 

czyli państwa”. 

Pisze  Pierre  Baxotte,  prześliczna  to  refleksja,  że  noszenie  przez  Ludwika  XIV 

monumentalnych peruk było „jedynym wielkim zwycięstwem baroku we Francji”. Sekunduje 

mu Ernest Lavisse (Louis XIV, t. II, Paris 1978): „Nawet podczas antyprotestanckich działań 

nie  zaraził  się  król  fanatyczną  mentalnością  baroku  i kontrreformacji”.  Zaś  Vincent  Cronin 

(Ludwik XIV, Warszawa 2001) dodaje: „Ludwik często nawoływał protestantów do przyjęcia 

«religii  króla».  Wielokrotnie  prosił  Colberta,  by  próbował  nakłonić  osiadłych  we  Francji 

rzemieślników  do  przejścia  na  katolicyzm.  Do  protestantów  nie  żywił  jednak  niechęci: 

Turenne, faworyzowany przez niego generał, był protestantem. (...) Nie ulega wątpliwości, że 

w głębi  serca  nie  wierzył  w skuteczność  łatwego zmieniania  poglądów  ludzi”.  Jedno  można 

powiedzieć z pewnością. Dragonady miały miejsce tam, gdzie dotychczasowi heretycy mogli 

znaleźć  pomoc  w ościennych  krajach  i nieść  żagiew  wojny  domowej.  Zasada  działań,  choć 

niekiedy  niesłusznych,  była  zawsze  racją  stanu  państwa,  tak  jak  ją  sobie  wyobrażał  król, 

a nigdy  teologią.  Stąd  też  państwo  Jana  Kazimierza,  owego  człowieka  baroku  -  jak  go 

słusznie definiuje Antoni Gołubiew - zmierza do nieubłaganego upadku, zaś Francja Ludwika 

XIV staje się największą potęgą europejską, acz bez intryg i chorobliwej dewocji Madame de 

Maintenon mogłaby się stać jeszcze większa. 

Henryk Sienkiewicz, opisując starcie na Dnieprze i zdradę Krzeczowskiego, a później 

bitwę  pod  Konstantynowem,  pisze  o wspaniałych,  zaciężnych  formacjach  niemieckich, 

„lwach  wojny  trzydziestoletniej”.  Mniejsza  z tym,  że  byli  to  żołnierze  jak  na  prawa  epoki 

mocno  już podstarzali.  Dlaczego  jednak zapisywali się do polskich chorągwi, gdzie wypłata 

była często wątpliwa, a już niemal zawsze spóźniona i mizernej wysokości? Rajtar niemiecki 

background image

mógł sobie za żołd polski kupić miesięcznie najchuderlawszą szkapę i dwie murwy (jedna na 

dwa  tygodnie).  Pozostawały  oczywiście  łupy.  Dlaczego  więc  zaciągali  się  w Polsce?  Bo 

państwa niemieckiego po prostu nie było, a setek państewek i miast dawnej  Rzeszy  nie  było 

stać  na  utrzymanie  nawet  najskromniejszych  regularnie  opłacanych  sił  zbrojnych.  Jest  to 

może  chwila  do  zadumy  dla  tych  wszystkich,  którzy  twierdzą,  że  tragiczna  geopolityka 

rzuciła  Rzeczpospolitą  na  wieki  w straszliwe  kleszcze  Niemiec  i Rosji.  Ta  ostatnia  rośnie 

w tym  czasie  rzeczywiście  w siłę.  Car  Aleksiej  Michajłowicz  miał  nadzieję  na  zjednoczenie 

wszystkich  prawosławnych  chrześcijan  w jedną  „owczarnię”.  „Tą  «wspólną  owczarnią»  - 

pisze Andrzej Andrusiewicz (Carowie i cesarze Rosji, Warszawa 2001) - była Wielka Rosja. 

W wyniku ugody perejasławskiej (1654) udaje mu się nawet zhołdować Ukrainę”. Bardziej na 

papierze  niż  w rzeczywistości.  Kiedy  rok  później  Polska  znajduje  się  na  dnie  upadku 

i Bogusław  Radziwiłł  tłumaczy  Kmicicowi,  iż  jest  ona  postawem  czerwonego  sukna, 

z którego każdy stara się wyszarpać jak najwięcej, Rosja, czego nie zmienią późniejsze wojny 

polskomoskiewskie, nie stara się nawet na wyrwanie własnego łachmana. Nie pozwala jej na 

to ani tatarskie zagrożenie z południa, ani niepewny układ z Kozakami, ani poczucie niższości 

militarnej  wobec  Szwedów,  ani  wreszcie  sytuacja  wewnętrzna.  Rosja  bowiem  -  pisze 

Andruszkiewicz  -  „przeżywała  unikalny  okres  swoich  dziejów  -  triumfu  «państwa 

cerkiewnego»  nad  «państwem  świeckim».  Car  Aleksy  publicznie  brał  na  siebie 

odpowiedzialność  przed  Bogiem  za  grzechy  swoich  poprzedników.  Cerkiew  stopniowo 

zapewniała  sobie  hegemonię  nad  władzą  świecką”.  Miała  zaś  zupełnie  inne  interesy  niż 

unowocześnianie  i cementowanie  siły  państwa.  Działo  się  więc  w Moskwie,  na  poziomie 

intelektualnym,  to  samo  mniej  więcej,  co  w Warszawie.  Dopiero  Piotr  I Wielki  zmienił 

wszystko.  Takiego  władcy  jednak  Polska  nie  chciała  mieć,  a nawet  gdyby  miała, 

uniemożliwiłaby  mu  jakiekolwiek  działania,  by  potem  skarżyć  się  na  geopolitykę,  wizję 

absolutyzmu i szczycić chrystusową męką. 

W Anglii, w 1655, władza Oliviera Cromwella dobiega końca. Rozwiązuje parlament, 

który skądinąd sam powołał, co równa się jawnie już dyktatorskim rządom, opartym tylko na 

sile  wojska.  Po  jego  bliskiej  śmierci  syn  Richard  nie  zdoła  zapewnić  sukcesji  i władza 

królewska  zostanie  przywrócona.  Z reform  instytucjonalnopolitycznych  Lorda  Protektora 

pozostanie  niewiele.  Natomiast  -  pisze  George  Macaulay  Trevelyan  (Historia  Anglii

Warszawa  1963)  -  „Jest  to  doprawdy  godne  uwagi,  jak  wiele  z purytańskiej,  a co  najmniej 

głęboko protestanckiej myśli i praktyki [których wyrazicielem był Cromwell - L.S.] przeżyło 

polityczny i kościelny upadek sekt purytańskich. Odmawianie wspólnych modlitw w rodzinie 

i czytanie Biblii  stało się  narodowym zwyczajem  dla większości wierzących osób świeckich 

background image

bez względu na to, czy to byli anglikanie, czy dysydenci. Purytańskie piętno odcisnęło się na 

charakterze  Anglika  (...)  nawet  za  Restauracji,  kiedy  sama  nazwa  purytanina  stanowiła  już 

zarzut  i obelgę,  kiedy  więzienia  przepełnione  były  nieszkodliwymi  kwakrami  i baptystami, 

purytańska  idea  niedzieli,  jako  dnia  przeznaczonego  jedynie  na  odpoczynek  i rozmyślania 

religijne,  w dalszym  ciągu  utrzymywała  się  u Anglików”.  Przypomnijmy  tylko,  wybiegając 

daleko  naprzód,  jak  podczas  Igrzysk  Olimpijskich  w Paryżu  (1924)  faworyt  Brytyjczyków, 

Eric  Lindell,  odmówił  startu  w biegu  na  100  metrów,  gdyż  eliminacje  wypadły  w niedzielę. 

Opowiada o tym wspaniały film Hugha Hudsona z muzyką Vangelisa Rydwany ognia (Oskar 

w 1981  dla  najlepszego  filmu  zagranicznego).  Tłumaczy  to  także,  dlaczego  do  dzisiaj 

w niemal każdym angielskim czy amerykańskim hotelu znajdziemy Biblię w szufladzie szafki 

przy łóżku. 

W 1655  Anglicy,  a właściwie  angielscy  piraci,  zdobywają  Jamajkę,  co  nie  ma  nic 

wspólnego  z polityką  Oliviera  Cromwella,  który  o takim  tworze  w ogóle  nie  słyszał.  Od  tej 

chwili  rum  stanie  się  ostatecznie  rytualnym  i mitycznym  trunkiem  floty  brytyjskiej.  Nie  na 

długo  jednak.  Już  osiemdziesiąt  pięć  lat  później  admirał  Edward  Vernon  dekretem  z 12 

sierpnia  1740  nakazuje  swoim  marynarzom  mieszać  rum  z wodą  w proporcji  pół  na  pół. 

Edward  Vernon  jest  wręcz  klinicznym  przykładem  nieudacznika.  Pod  Pondichéery,  na 

wybrzeżach  Indii,  jego  dumna  flota  nie  jest  w stanie  pokonać  Francuzów  dysponujących 

jednym  liniowcem,  fregatą  i kilkoma  żaglowcami  tubylców.  Niepowodzenia  na  falach  walki 

usiłuje  sobie  powetować,  wydając  setki  zarządzeń  mających  podnieść  mo  rale 

i reprezentacyjność salonową wilków morskich. Ci jednak nie mają dla kostycznego admirała 

zrozumienia  ani  szacunku.  Narzucony  im  sikacz  określają  mianem  „grog”,  co  jest 

pogardliwym określeniem przestylizowanego i zdobnego do śmieszności oficerskiego trencza. 

Upadek  Jamajki  jest  jednak,  z czego  w tamtych  czasach  nikt  jeszcze  nie  zdaje  sobie 

sprawy,  równoznaczny  ze  zmierzchem  potęgi  Hiszpanii.  Już  późną  jesienią  1655 

wypływający z baz na wyspie Anglicy zatapiają kolejno trzy floty hiszpańskie, wiozące złoto 

do  metropolii.  Droga  morska  do  Meksyku  i Ameryki  Środkowej  zostaje  Hiszpanom 

praktycznie  odcięta,  przynosi  to  jednak  Londynowi  mniejsze  korzyści  niż  współczesnym 

poszukiwaczom skarbów. 

Jest to rok, w którym nikt w Europie, oprócz Francji,  mimo błyskotliwych zwycięstw 

niczego w gruncie rzeczy  nie zyskuje.  Nie  należy  jednak  nigdy popadać w łatwy pesymizm. 

Teza zawsze przynosi za sobą antytezę. Już w szczytowym okresie baroku pisze Jan Andrzej 

Morsztyn  Nadgrobek  kusiowi  [kuś  to  po  staropolsku  penis  -  L.S.],  wersy,  których  nie 

powstydziłby się Giovanni Boccaccio ani radykalniejsi od niego obyczajowo poeci renesansu: 

background image

Bez  niego  żadnej  nie  masz  z białogłową  zgody,  Bez  niego  i w małżeństwie  nie  pytaj 

wygody; 

On dwie różne osoby w jedno ciało łączy, Gdy go tak ciasno wepchną, że się z niego 

sączy,  Albo tym gwoździem obie tak sklamrują rzyci, Że  by  szwabskiej  miedzy  nie  nikt nie 

podewlekł nici; 

On  wstydliwe  z rozrywką  przedziewcza  prawice,  On  mieni  wdzięczne  panny 

w niewiasty  na  nice,  A choć  krew  pierwszym  razem  odniesie  na  broni,  Żadna  się  z nim 

częstego potkania nie chroni 

I sama się na taki sztych narazić spieszy,  Sama się z swej przegranej  i krwawych ran 

cieszy. 

(...) 

On się na żadną przepaść nic nie wzdraga ani 

Smrodliwej jak Kurcyjusz poważa otchłani; 

Nurka takiego nie masz, bo że w tyle czuje 

Dwa pęcherze, wskoczy tam, gdzie i nie zgruntuje. 

Rycerz to znamienity, a kędy wymierzy, Sztychem kole, czasem też i płaza uderzy. 

(...) 

I lubo  podeń  wbity  nieprzyjaciel  krzyczy,  Nic  miłosierdzia  nie  ma,  wełna  drży  na 

piczy. 

I dalej: 

Nie mógł znieść krzyku Jowisz i myśląc, jako by 

Umniejszyć krajom ziemskim gwałtownej żałoby, Przeniósł cię na fimament, skąd na 

świat szeroki 

Miłosny dajesz  aspekt, jebliwe wyroki, Gdzieś za dyszel usadzon u wozu Boota, Boś 

nie najgorzej świadom, jak wjeżdżać we wrota; 

A stąd  cię  posadzono  wysoko  przy  Smoku,  Żebyś  się  nie  piął  Pannie  niebieskiej  do 

kroku, Inaczej, jeślibyście siedli blisko siebie, Wnet by była i kurwa, i bękarci w niebie. 

Morsztyn  pisze  tu oczywiście  o...  gwiazdozbiorach.  Zapewniało  mu  to  alibi,  chociaż 

wszyscy  byli  w pełni  świadomi  skrajnie  bluźnierczego  charakteru  wiersza.  Lubo  protestant, 

zrobił  Jan  Andrzej  Morsztyn  niemałą  karierę  na  dworze  Jana  Kazimierza,  osiągając 

w ostatnim  roku  jego  panowania  wysoką  godność  podskarbiego  wielkiego  koronnego. 

Przypomnijmy,  że  Jan  Kazimierz  był  wychowanym  przez  jezuitów  dewotem,  który  obwołał 

Matkę  Boską  królową  Polski.  W tym  samym  czasie  jeden  z jego  najwyższych  urzędników 

pisał  o kroczu  Panny  niebieskiej.  Żebyśmy  już  nie  mieli  żadnej  wątpliwości,  to  w litanii  do 

background image

Najświętszej Maryi Panny (potwierdzonej przez Sykstusa V w 1587) mówi się o Maryi  jako 

o ”Pannie” (sześć razy), a także „Bramie niebieskiej”. U Morsztyna mamy „Pannę niebieską” 

i kusia świadomego, „jak wjeżdżać we wrota”. Barok osiąga być może swoje szczyty w 1655 

roku, ale ze szczytów można już tylko schodzić do innych krain. 

background image

1752 

Król August III Sas był gorącym katolikiem, dlatego też, w myśl piątego przykazania 

dekalogu,  rozkazy  zabijania  ludzi  wydawał  dość  niechętnie.  Nadrabiał  to,  strzelając  do 

zwierząt.  Wiedziano  o tym  powszechnie,  toteż  chcący  pozyskać  łaski  pańskie  dwoili  się 

wtedy  i troili.  „Zwożono  z odległych  okolic  wielkie  liczby  schwytanego  zwierza,  ogradzano 

pusty  plac,  wysadzano  krzakami  i ze  specjalnie  przygotowanych  platform  urządzano 

strzelanie do pędzących alejkami tego sztucznego lasu zwierząt. Trudno dziś nazwać taką rzeź 

polowaniem” (Jacek Staszewski, August III Sas, Wrocław 1989). Kiedy brakowało pieniędzy 

na  podobne  zbytki,  ograniczano  się  do  wyrzucania  padliny  pod okna  Pałacu  Saskiego,  skąd 

mógł władca celować do zwabionych smrodem bezdomnych psów. 

W pobliżu  stacji  kolejowej  Białowieża  Pałac,  po  przeciwnej  stronie  od  parku 

botanicznego,  znajdują  się  dziś  jeszcze  dwa  duże  stawy.  Na  grobli  między  nimi  obejrzeć 

można obelisk upamiętniający łowy Augusta III w 1752 roku. Byle gdzie takich monumentów 

nie stawiano. Tym razem jednak miał tu król powalić, niestety źródła kłócą się w dokładnych 

danych,  około  kilkudziesięciu  dzików,  jeleni,  saren,  nie  wspominając  o spędzonym  przez 

kilkusetosobową  nagonkę  pomniejszym  drobiazgu  zwierzęcym.  Z braku  możliwości 

transportowych nie udało się zabrać całego łupu do Warszawy. Po części skorzystało na tym 

miejscowe  chłopstwo.  Większość  zgniła.  W późniejszych  europejskich  dziejach  zapewne 

przewyższali  Augusta  III  tylko  król  Francji  Ludwik  XVI  i generalissimus  Francisco 

Bahamonde  Franco,  który  podczas  jednego  tylko  polowania  23  listopada  1954  wystrzelił 

sześć  tysięcy  (sic!)  nabojów  (Andrée  Bachoud,  Franco,  Warszawa  2000).  Czyż  na  podium 

europejskiego  myślistwa  miał się  August III  przejmować takimi drobiazgami  jak narastająca 

anarchia  i kolejne  bezsilne sejmy?  Jeden z nich - ordynaryjny, sześcioniedzielny,  rozpoczęty 

2 października 1752 - zerwano niedługo po powrocie władcy z Białowieży. Żaden dokument 

nie  wskazuje,  żeby  go  to,  zajętego  rozwieszaniem  w pałacu  najefektowniejszych  poroży 

jelenich,  w najmniejszym  stopniu  obeszło.  Zresztą  czy  warto  było  przejmować  się  takimi 

przyziemnymi  sprawami?  W tym  samym  czasie  ksiądz  Marek  Jandołowicz,  późniejszy 

„bohater” konfederacji barskiej, tymi słowami dziękował za gościnę: 

„Pokój  Chrystusów,  miłość  Jego,  zdrowie  doskonałe,  straż  Aniołów  Świętych, 

uszczęśliwienie  dobrej  doli  i Boskie  tobie,  Franciszkowi,  domowi,  domownikom,  dobrom, 

sumom,  dzierżawom,  dorobkom,  polom,  rolom,  pasiekom,  stajniom,  oborom  etc.,  etc.,  etc., 

daje i dawać nie przestanie z ołtarzowych ofiar błogosławieństwo. 

Wszelkim  zaś  chorobom,  zarazom,  powietrzom,  upadkom,  przypadkom,  szkodom, 

szkodliwościom  etc.,  etc.,  krwią  Jezusową  SUROWY  ORDYNANS  daje:  won,  precz,  na 

background image

ustęp każę i przymuszam” (Roman Kaleta, Sensacje z dawnych lat, Wrocław 1974). 

August  III  był  równie  przekonany,  iż  surowy  ordynans  oddali  od  Rzeczypospolitej 

wszelkie kłopoty  i troski. Opierał się  na pewnych przesłankach, gdyż  modlił  się bywało  i po 

parę  godzin  dziennie,  zachowując  przy  tym  w kwestiach  nieprzyzwoitych  przykładną 

wstrzemięźliwość.  Jak  pisze  Staszewski,  codziennie  brał  udział  w sumie  o godzinie 

jedenastej.  „Pilnie  przestrzegał  udziału  w uroczystościach  kościelnych.  W Wielki  Czwartek 

obmywał nogi starcom przysłanym przez warszawskie parafie. Fryderyk Krystian [królewicz 

-  L.S.]  dostawał  listy z nazwiskami,  wiekiem  i parafią,  z których owi starcy pochodzili.  Byli 

to często istotnie wiekowi ludzie,  nierzadko więcej niż stuletni [??? - L.S.]. Po tej ceremonii 

król  gościł  starców  posiłkiem,  osobiście  im  usługując,  a na  koniec  obdarowywał  niewielką 

sumą  pieniędzy.  Nabożeństwa  w Wielkim  Tygodniu  były  przede  wszystkim  wspaniałymi 

koncertami  ściągającymi  tłumy,  także  niekatolików.  Zespół  i soliści  dworscy  wykonywali 

utwory zwykle na tę okazję komponowane. 

W Zielone  Świątki  1759  r.  król  przez  dwie  godziny  klęczał  bez  przerwy  na  gołej 

posadzce, nabawiając się tak dotkliwej boleści w prawej nodze, że potem leżał przez dwa dni 

w łóżku  i nie pokazywał  się publicznie”.  Panowie,  którzy przyprowadzali  mu wtedy do  łoża 

najpiękniejsze  szlachcianki,  mogące  pomóc  na  niemoc,  a przynajmniej  ogrzać  zmęczone 

monarsze ciało, nie tylko odprawiani byli z kwitkiem, ale tracili monarsze łaski. Uznawał ich 

August  III  za  bezczelnych  rajfurów,  którzy  chcieliby  zaszkodzić  jego  zbawieniu,  i czasami 

brutalnie  pozbawiał  łask.  Nie  ma  w dokumentach  najmniejszego  świadectwa,  iż  wdowcem 

nawet będąc, pozwolił sobie August III na najmniejszą swawolę. 

Zupełnie inaczej, czyli wprost czarnobiało, całkowicie na odwrót, działo się wówczas 

na  dworze  francuskim.  Oznajmiono  oto,  że  ma  Ludwik  XV  posiąść  za  żonę  niejaką  Marię 

Leszczyńską z dalekiej Polski. W gruncie rzeczy  żaden zysk  i parantela.  Kiedy  jednak wieść 

o tym dociera do Francji, najbieglejsze i najponętniejsze damy dworu delegowane zostają do 

piętnastoletniego króla, żeby nauczyć go wszelkich technik, które przyszłej małżonce sprawią 

satysfakcję  i dzięki  temu  zapewnią  Francji  oczekiwanego  potomka.  Ochota,  z jaką  Ludwik 

XV  zabrał  się  do  dzieła,  może  z góry  wykluczyć  wszelkie  pogłoski  (a  było  takich  wiele) 

o jego domniemanym młodzieńczym homoseksualizmie. 

Cóż  powiedzieć  o samej  Marii?  Mogłaby  być  podręcznikowym  przykładem,  jak 

w dziejach  zmieniają  się  nie  tylko  alianse  i doktryny,  ale  również  poczucia  estetyczne.  Ta 

prześliczna  dziewczyna  była  jeszcze  w kategoriach  XVIII  wieku  nazbyt  „okrągłogłowa  ‘  - 

piękności  winny  były  wtedy  posiadać  czaszki  cienkie  i owalne,  cerę  buzi  miała 

niedostatecznie  białą,  a już  co  najmniej  niestosownie  rumianą,  jakby  była  wychłostana 

background image

chłopskim  wiatrem,  rzęsy  rzadkie  i znamionujące  pospolitość  pucołowate  policzki.  Nawet 

w okresie  międzywojennym  gdzie  jej  byłoby  do  Ordonki  czy  innych  gwiazd  kabaretów. 

Patrzę  na  portret  Marii  pędzla  JeanaMarca  Nattiera  i zachwycam  się  jej  łagodną  urodą.  Pod 

rękę  włożył  jej  malarz  księgę,  która  podług  inspicjów  zapewne  nigdy  nie  istniała.  Zrobił  to 

tylko  po  to,  żeby  pokazać  jej  rękę  jakby  z ażuru  wyciętą.  Byłaby  dzisiaj  Julią  Roberts. 

Dzisiaj... ale rzeczy się dzieją w XVIII wieku. 

Ludwik  XV,  lśniąc  w salonach,  zrobił  z tej  piękności  utrzymywanej  jak  najdalej  od 

wielkich  imprez  swoistą  maszynkę  do  rodzenia.  Dawało  mu  to  podwójne  alibi.  Z jednej 

strony robił co mógł, żeby zapewnić królestwu spadkobiercę, z drugiej ukazywał niemożność 

estetyczną  i medyczną  obcowania  z nieustannie  opuchłą,  wiecznie  ciężarną  babą.  Pani  de 

Pompadour,  którą  wziął  sobie  w 1752  za  oficjalną  partnerkę,  była  wprawdzie  klasyczną 

pięknością  podług  wszelkich  wymagań  epoki,  ale  też,  co  widać  na  pochlebnych  dla  niej 

portretach  François  Bouchera,  zimna  i wyniosła,  a wiemy  skądinąd,  że  także  -  co  rzadko 

przyciąga  mężczyzn  jakiejkolwiek  epoki  -  znacznie  od  nich  mądrzejsza.  Rozumiała  też 

doskonale,  że  jest  dla  Ludwika  XV  świecidełkiem  na  pokaz,  doradczynią  niekiedy,  nigdy 

jednak  seksualnym  szaleństwem  (Margaret  Closard,  Madame  de  Pompadour,  Warszawa 

2002;  Leo  Belmont,  Markiza  de  Pompadour,  Warszawa  1991).  Doskonale  zdawała  sobie 

z tego  sprawę  i zamiast,  jak  katoliczka  Leszczyńska,  rozpaczać  i histeryzować,  wręcz 

odwrotnie - urządzała przyjacielowi domy schadzek w Marly,  Fontaineblau, de la Meute czy 

Choisy  (Georges  Bordanove,  Louis  XV,  Paris  1982).  W tych  wykwintnych  burdelikach 

wymieniano pensjonarki, jeżeli król nie zarządził inaczej, co parę miesięcy, żeby dać władcy 

nowe  ciała,  a przede  wszystkim,  w czym  się  lubował,  nieskalane.  Zwalnianym  panienkom 

gwarantowano odpowiednie wynagrodzenie, a co ważniejsze, dokładano wszelkich starań, by 

wydać  je  za  kwiat  francuskiej  szlachty.  Fascynujące  jest  dzieło  Josepha  Valynseele’a 

i Christophe’a  Bruna,  Les  bâtards  de  Louis  XV  et  leur  descendance  (Nieślubne  dzieci 

Ludwika XV i ich potomstwo, Paris 1992), z którego dowiadujemy się, ile to wielkich rodów 

francuskich  wzięło  początek od  ulicznic,  bo takich  było  najwięcej  wśród  sprowadzanych  do 

królewskich lupanarów. Są tu markizowie, ministrowie, uczeni, generałowie, opaci i biskupi. 

Niektórzy,  wzbogaciwszy  się,  pożyczali  potem  pieniądze  Ludwikowi  XVI.  Oto  jak  można 

połączyć  liberalizm  obyczajowy  i finansowy.  Trzeba  było  mieć  zresztą  tylko  dobry  pomysł. 

Syn  Ludwika  XV  i niejakiej  panny  Morphy  (albo  Morphise)  Louis  Charles  de  Beaufrachet 

d’Ayat  dostał  wysoką  premię  pieniężną  za  to,  że  podczas  egzekucji  Ludwika  XVI  kazał 

doboszom  zagłuszyć  jego  ostatnie  słowa  („Wybaczam  swoim  nieprzyjaciołom”  -  to 

oczywiście  apokryf).  Dla  równowagi  złożył  głowę  po  gilotyną  syn  Ludwika  z Mme 

background image

d’Obkricht,  znanej  bardziej  jako  markiza  de  Vernouillet.  Z częściową  tylko  niedyskrecją 

pozwólmy  sobie  napomknąć,  iż  potomków  Ludwika  XV  w liniach  męskich  czy  żeńskich 

znajdziemy  i wśród  dzisiejszych  znamienitych  francuskich  polityków.  Prawdziwą  miłością 

króla  była  chyba  jednak tylko  Madame  du  Barry,  w rzeczywistości  Jeanne  Bécu  -  nieślubne 

dziecko  krawcowej,  sprzedane  przez  nią  do  „domu  panien  lekkich  obyczajów”  pod 

przybranym nazwiskiem Lange. Tam odnajduje ją jeden z zaufanych rajfurów dworskich. Tak 

oto  rozpoczyna  się  bajka  o Kopciuszku.  Zakochany  król,  żeby  uniknąć  chamskich  kpin 

z ”niskiego nazwiska”, każe ją poślubić, platonicznie rzecz jasna, księciu Guillaume de Barry. 

Następuje sytuacja paradoksalna. Nowo powołana księżna jest dobrym duchem Ludwika XV. 

Nikt jak ona nie rozumie nędzy paryskiej ulicy i nie podpowiada władcy konieczności reform. 

Jednocześnie  jednak  monarcha  żyjący  jawnie  z dziewczyną  publiczną  traci  autorytet.  To 

właśnie dlatego, oprócz szlachty oczywiście, zwracają się przeciw niej ci, których broniła. Po 

śmierci  Ludwika  XV  zostaje  natychmiast  wypędzona  z Luwru,  dla  arystokracji  jest  tylko 

proletariuszką  i uzurpatorką. Rewolucja francuska, która wkrótce nastąpi, nie  jest łaskawsza. 

Dla niej z kolei  jest królewską nałożnicą,  której się tylko śmierć należy. Było w stylu epoki, 

wręcz  regułą,  żeby  wstępując  na  śliskie  stopnie  wiodące  na  podest  gilotyny,  zaimponować 

gapiom  odwagą,  a tym  bardziej  udanym  bonmotem.  Isabelle  Bricard  (Leksykon  śmierci 

wielkich  ludzi,  Warszawa  1998)  zgromadziła  kilkadziesiąt  takich  sentencji  spod  gilotyny. 

Nieszczęsna  du  Barry  wyłamała  się  z tej  heroicznej  mody.  Z katowskiego  wózka  wyciągała 

do  tłumu  ręce,  błagając  o litość  i powołując  się  na  swoje  niskie  pochodzenie.  Ostatnie  jej 

słowa na szafocie brzmiały: „Panie kacie, jeszcze chwilę, jeszcze chwileczkę”. Nie przyznano 

jej tej zwłoki, gdyż wobec taśmowej dekapitacji po prostu nie było na to czasu. 

Cesarzowa  Elżbieta  w Rosji  (1741-1762),  nieślubna  córka  Piotra  Wielkiego 

i inflanckiej  chłopki  Marty  Skowrońskiej  (po  przyjęciu  prawosławia  Katarzyny 

Aleksiejewny), nie znosiła polowań i jak wskazuje korespondencja, darzyła Augusta III Sasa 

najgłębszą  pogardą.  Co  do  obyczajów  francuskich  jej  postawa  była  już  bardziej 

zróżnicowana. Za swój obowiązek uważała uzdrowienie  moralne społeczeństwa rosyjskiego. 

Kiedy  doniesiono  jej  o znajdującym  się  w Petersburgu  luksusowym  burdelu,  natychmiast 

„wydała  polecenie  ministrowi  gabinetu  Demidowowi,  aby  odszukał  właścicielkę  domu  A. 

Falker  (pseudonim  «Drezdensza»)  i z całym towarzystwem umieścił w twierdzy pod strażą”. 

Schwytano  ponad  pięćdziesiąt  „stręczycielek  i jawnogrzesznic”.  1  września  1750  roku 

Elżbieta przekazała do głównej kancelarii policyjnej polecenie, aby „wszcząć działania w celu 

wyłapania  wszystkich  odrzuconych  kobiet  i dziewcząt”.  Zajęcie  się  tą  sprawą  poleciła 

oddzielnej  komisji,  na  której  czele  stanął  Demidow.  „Komisja  ta  tylko  w latach  1750-1751 

background image

rozpatrzyła  dwieście  spraw  dotyczących  domów  starców,  prostytucji,  gwałtów, 

stręczycielstwa,  pozamałżeńskich  związków  i zdrad  małżeńskich”  (Dynastia  Romanowów, 

praca zbiorowa pod redakcją Achmeda Iskenderowa, Warszawa 1993). W roku 1752 ujęto już 

około trzystu prostytutek, z których większość skierowano do klasztorów i domów poprawy. 

Jednocześnie  jednak  cesarzowa  zezwoliła  na  otwieranie  domowych  teatrzyków,  w których 

repertuar,  jako  że  występowały  w domowych  zaciszach,  cenzura  już  nie  ingerowała. 

Sprowadzano zespoły  z Włoch  i Francji, których tancerki nie  miały przesadnych oporów, by 

występować w negliżu, potem zaś i bez niego, za odpowiednim rzecz jasna wynagrodzeniem. 

Taka działalność artystyczna była tajemnicą poliszynela. Dla władczyni nie były to już jednak 

panienki  lekkiego  prowadzenia,  ale  tancerki.  Do tych  miała  zaś  serdeczną  słabość  i nie  była 

skłonna  wyrządzić  im  w czymkolwiek  krzywdy.  Sama  bowiem  czuła  się  też  tancerką. 

Znamienity  i precyzyjny  do  bólu  historyk  rosyjski  Wiktor  Naumow  pisze,  że  była  najlepszą 

tancerką  w Petersburgu.  Można  by  twierdzić,  że  dał  się  zwieść  pochlebnym  artykułom 

żurnalistycznych  pieczeniarzy  epoki,  gdyby  nie  identyczne  świadectwa  zagranicznych 

koneserów (Camille Pascal, Le goût du roi, Paris  2006). W polityce nie zdobyła się Elżbieta 

nigdy na minimum konsekwencji. Zniosła de facto karę śmierci, jednocześnie jednak zgadzała 

się na tortury  i karanie batem czy  łamanie kości, co najczęściej kończyło się zgonem ofiary. 

Wydała tysiące rozporządzeń,  ale dopilnowanie  ich wdrożenia zazwyczaj  nudziło  ją  na tyle, 

iż  przechodziła  niekiedy  do  porządku  dziennego  nad  najjaskrawszym  nawet  ich  łamaniem. 

Jeśli  zaś  jeszcze  szykował  się  gdzieś  wystawny  bal,  wypędzała  ministrów  i wzywała  damy 

dworu biegłe w układaniu fałd jej tanecznej sukni, resztę zostawiając na później. 

Jej  krańcowym  przeciwieństwem  na  wielu  płaszczyznach  był  król  Prus  Fryderyk 

Wielki  (1740-1786).  Dieudonné  Thiébeault  zachwyca  się  pedantyzmem  władcy.  Nawet 

książki  w jego  bibliotece  podzielone  były  na  cztery  kategorie:  do  przeczytania,  ponownego 

dogłębnego  przeczytania,  przeczytania  pobieżnego  i ewentualnego.  Organizując  armię, 

wchodził  też  w najdrobniejsze  szczegóły,  które  teoretycznie  zainteresować  powinny  co 

najwyżej  pośledniego  intendenta.  Powodowało  to  czasami  kłopoty  nie  do  przezwyciężenia. 

Lubił król wojaków rosłych  i postawnych.  Z drugiej  jednak strony  im osobnik większy, tym 

obszerniejszego  potrzebuje  odzienia.  Na  umundurowanie  miał  jednak  Fryderyk  ściśle,  jak 

zawsze,  wyliczoną  ilość pieniędzy.  W związku z tym  „mundury dla żołnierzy pruskich szyto 

oszczędnie,  zużywając  możliwie  jak  najmniej  materiału.  W rezultacie  bluzy  były  tak  ciasne, 

że trudno było je dopiąć. Mundury kurczyły się pod wpływem wilgoci i ograniczały krążenie 

krwi, wywołując ból. Na początku wojny siedmioletniej Fryderyk doszedł do wniosku, że nie 

stać go na zaopatrzenie swojej wielkiej armii w płaszcze, i podczas zimy żołnierze zamarzali” 

background image

(Geoffrey  Regan,  Błędy  militarne,  Warszawa  1992).  Dodać  do tego  należy,  że  jakiekolwiek 

rozkazy  królewskie,  a już  tym  bardziej  budżet,  nie  podlegały  żadnej  krytyce,  o korektach 

nawet nie wspominając. 

Podobnie  było  na  polach  bitewnych.  Niejednokrotnie  ponawiane  przez  króla  ataki, 

mimo błagań generałów, by tego nie czynić, kosztowały bezsensownie życie tysięcy pruskich 

żołnierzy.  Życie  ludzkie  nie  było  bowiem  akurat  tym,  z czym  w jakiejkolwiek  mierze 

Fryderyk  by się  liczył,  zakładając,  iż drakoński system kar  i tak zmusi żołdactwo do choćby 

samobójczego  posłuszeństwa  (Stanisław  Salmonowicz,  Fryderyk  Wielki,  Wrocław  1996). 

O rannych zresztą również nie dbano. Cytuje Regan ze wspomnień lekarza, uczestnika bitwy 

pod Torgau  (1760): „Szpitale są tak brudne  i tak cuchnące,  że żołnierze  mają uczucie,  jakby 

byli  już  na  tamtym  świecie,  gdy  tylko  przekraczają  ich  progi.  Nie  ma  się  czemu  dziwić,  że 

w kraju  pruskim  jest  tak  mało  inwalidów,  mimo  tak  wielu  i tak  krwawych  wojen. 

Dowiedziałem się z wiarygodnych źródeł, że dyrektorzy szpitali i chirurdzy dostali polecenie, 

aby  nie przeszkadzać w umieraniu tym,  którzy po wyjściu ze szpitala nie rokują powrotu do 

służby  wojskowej.  (...)  Moim  zdaniem  głównym  powodem  tak  dużej  w tej  chwili  dezercji 

żołnierzy  jest obawa,  że  w razie  choroby  będą  pogrzebani  żywcem  w jakimś  przepełnionym 

szpitalu”.  Rzeczywiście,  pomimo  przerażających  i odstraszających  kar  i rozpaczy  króla, 

największym  problemem  armii  pruskiej  była  dezercja.  „W  latach  1756-1763  przybrała  ona 

niespotykane  rozmiary.  Najbardziej  prestiżowy  pułk  w armii  Fryderyka  Wielkiego  stracił  na 

skutek  dezercji  trzech  oficerów,  93  podoficerów  oraz  1525  żołnierzy.  130  popełniło 

samobójstwo,  a 29  zostało  rozstrzelanych”.  Żal  monarchy  był  tym  większy,  że  w jakiś 

perwersyjny  sposób  kochał  on  swoje  oddziały.  Tym,  którzy  przeżyli,  rozdawał  obficie  złote 

zegarki  i uściski.  Casanova  utrzymywał  wręcz,  „że  Fryderyk  był  biernym  homoseksualistą”. 

Cytować  miał  z upodobaniem  zdanie  Bartolomea  de  Las  Casasa,  iż  „natura  stworzyła  dwa 

piece  i od  czasu  do  czasu  można  być  zbyt  zaaferowanym,  ażeby  użyć  tego  prawidłowego” 

(Giles  MacDonogh,  Fryderyk  Wielki,  Warszawa  2008).  W polityce  miał  Fryderyk  szczęście 

niesłychane. Kiedy wojna z Rosją jest już ostatecznie przegrana, umiera caryca Elżbieta, a jej 

następca,  germanofilski  półidiota  Piotr  III,  wycofuje  wojska  z Prus  i rezygnuje  z wszelkich 

owoców  zwycięstwa.  Jest  to  tak  zwany  cud  domu  brandenburskiego,  na  który  do  ostatnich 

chwil  niemal  dwieście  lat  później  liczył  Adolf  Hitler.  Nie  było  w tym  nijakiej  zasługi 

Fryderyka.  Przedtem  przegrał  i spaprał  wszystko,  co  tylko  było  do  spaprania  i przegrania. 

Dlaczego  więc  Michael  Lee  Lanning  umieszcza  go  w swojej  książce  100  największych 

wodzów  wszech  czasów  (Warszawa  1998)  na  jedenastym  miejscu,  przed  Hannibalem, 

Scypionem Afrykańskim czy Piotrem Wielkim, pozostanie już tylko słodką tajemnicą nieuka, 

background image

który  Waszyngtona  przenosi  nad  Aleksandra  Wielkiego,  Cezara  czy  Napoleona.  Prawdziwy 

cud  domu  brandenburskiego  na  tym  właśnie  polega,  że  oto  ów  mierny  polityk,  słaby 

dowódca, niewydarzony filozof, chybiony kompozytor i nieudolny literat przeszedł do historii 

nie  tylko  pod  przydomkiem  Wielki,  ale  też  jako  całkowicie  realny  demiurg  militaryzacji 

państwa  pruskiego  i ujęcia  go  we  wszechobecne  biurokratyczne  karby.  Można  sądzić,  że 

z takiej oceny tylko by się cieszył. Jego marzeniem był bowiem świat na kształt naoliwionego 

zegarka, w którym jeden trybik porusza następne, a żaden nie ośmieli się wygiąć albo pęknąć. 

Chwilowo okazywało się to jeszcze niemożliwe. Zawsze jednak można dopełznąć do ideału... 

W Danii,  w pierwszej  połowie  XVIII  wieku,  szerzy  się  pietyzm  (z  łaciny  „pietas”  - 

pobożność,  sprawiedliwość).  Ruch  ten,  którego  liderami  w Niemczech  w drugiej  połowie 

XVII wieku, po straszliwych doświadczeniach wojny trzydziestoletniej, byli August Francke 

i Filip  Jacob  Spener,  głosił  rezygnację  z wojen  religijnych,  pojednanie  przez  przyjaźń 

i wzajemną  tolerancję,  naśladowanie  Chrystusa  w życiu  codziennym.  Miłe  złego  początki. 

Kiedy  ruch  dociera  do  Danii,  ma  już  zdecydowanie  odbiegający  od  początkowych  założeń 

charakter rygorystycznoreligijny, toteż od początku budzi niechęć kościoła luterańskiego. Cóż 

z tego,  skoro  znajduje  od  razu  wpływowych  zwolenników  czy  wręcz  entuzjastów  z królem 

Christianem  VI  (1730-1746)  na  czele.  Mianuje  on  swoim  kapelanem  fanatyka  pietyzmu 

pastora Johannesa Batholomaeusa Bluhme  i obsadza jego zwolennikami wszystkie kluczowe 

stanowiska  w kościele  duńskim.  Zaczyna  się  omal  niewinnie.  Na  wzór  katolickiego 

bierzmowania  wprowadzona  zostaje  konfirmacja,  której  uzyskanie  warunkowane  jest 

zdaniem surowego egzaminu z wykształcenia religijnego i wiedzy biblijnej przede wszystkim. 

Bez  konfirmacji  nie  ma  mowy  o osiągnięciu  jakiegokolwiek  stanowiska  nie  tylko 

administracyjnego,  ale  nawet  marynarskiego  czy  wojskowego.  Dyskryminuje  to 

niepiśmiennych  mieszkańców  kraju  i prowadzi  do  niekończących  się  nadużyć.  Wkrótce 

zaostrzone  zostają  przepisy  o zachowywaniu  odpoczynku  niedzielnego,  wprowadzane  są 

coraz  surowsze  kary  za  nieuczęszczanie  na  mszę  niedzielną,  co  pociąga  za  sobą  falę 

zawistnego  donosicielstwa.  Jak  piszą  Władysław  Czapliński  i Karol  Górski  (Historia  Danii

Wrocław 1965): „Za rządów pietysty Christiana VI zdołał on nawet narzucić swój styl życia 

znacznej  części  społeczeństwa.  Przybyły  tu  w latach  trzydziestych  Francuz  Plelo  [Louis 

Robert  de  Brehan  de  Plelo,  ambasador  Ludwika  XV  -  L.S.]  pisał  do  swego  przyjaciela: 

«Wyobraź sobie dwór bez blasku, dworzan bez obyczajów dworskich,  miasto bez rozrywek, 

młodzież bez życia, cały naród bez radości... to jest Kopenhaga, to jest naród duński»„. Teza 

zazwyczaj  przynosi  jednak  antytezę.  Po  śmierci  Christiana  VI  obejmuje  tron  jego  syn 

Fryderyk  V  (1746-1766),  który  dość  się  nacierpiał  ojcowskich  rygorów.  Tryb  dworskiego 

background image

i narodowego życia zmienia się bardzo szybko, co ostatecznie ułatwia śmierć pastora Bluhme 

w 1753,  od  paru  lat  już  zniedołężniałego  i pozbawionego  wszelkich  wpływów.  Kopenhaga 

wzoruje  się  teraz  na  Paryżu  młodego  Ludwika  XV.  Zabawom  i balom  nie  ma  końca. 

Skandaliczne  miłostki  stają  się  niemal  szlacheckim  obowiązkiem.  Sam  zaspany  władca 

pozwala  sobie  lekceważyć  niedzielne  nabożeństwa,  cóż  więc  dopiero  mówić  o poddanych? 

Czapliński i Górski piszą: „Stosunkowo krótkotrwały okres pietyzmu zostawił jednak pewien 

ślad  w życiu  duńskim.  Na  podłożu  stworzonym  przez  surową  moralność  pietystyczną  oraz 

poważne  pojmowanie  sprawy  religii  wyrosły  potem  takie  prądy  jak  grundtvigianizm, 

rozwinęła  się  surowa  religijność  [?  -  L.S.]  Kierkegaarda.  Pietyzm  w pewnym  stopniu 

przyczynił  się  też  do  rozwoju  oświaty  w Danii”.  Być  może.  Trudno  polemizować  z dwoma 

tak  wielkimi  autorytetami,  choć  historycy  duńscy  są  przeważnie  odmiennego  zdania.  Jeżeli 

jednak tak było, to cóż dopiero mówić o wesołych czasach Fryderyka V? Toż nie bez kozery 

Kopenhaga  stała  się  w następnych  wiekach  miejscem  rozrywki  dla  milionów  turystów,  aw 

latach siedemdziesiątych XX wieku nawet europejską stolicą porno. 

Król  Anglii,  Jerzy  II  (1727-1760),  acz  niedoceniany,  przeszedł  do  historii  swojej 

ojczyzny  jako  władcazdobywca.  Jest  w tym  wiele  prawdy.  To  dzięki  działaniom  jego  wojsk 

mógł potem Jerzy III zapewnić de facto dominację brytyjską w Ameryce Północnej i Indiach. 

Prócz  militarnych  zapędów  miał  w sobie  jednak  duszę  antropologa.  Zdobywane  lądy 

interesowały go nie tylko jako nowe źródła eksploatacji, ale także (sto lat przed powstaniem 

tzw.  naukowej  etnologii)  pod  kątem  ich  swoistości  cywilizacyjnych.  Kazał  zwozić  do 

Londynu  wszelkie  dziwa  naturalne  i kulturalne,  a na  ich  przechowanie,  jak  również 

wyjątkowo  cennych  księgozbiorów,  założył  w 1753  British  Museum.  Na  początku ten  zbiór 

wszystkiego  ze  wszystkim  zwalany  był  do  piwnic  i bocznych  komnat  pałacu  Montague 

House.  Potem,  z wolna,  nastąpiła  klasyfikacja  zbiorów.  Dopiero  dwadzieścia  lat  po  śmierci 

Jerzego II rozróżniono w British Museum twory ludzkie od skamielin naturalnych, a te drugie 

przeniesiono do Natural History Museum w South Kensington. Nie zmienia to faktu, że pasja 

Jerzego II bardzo przyśpieszyła rozwój nauk, a zwłaszcza fizycznej i kulturowej antropologii. 

Złościło to  niebywale króla Szwecji  Adolfa Fryderyka (1751-1771) czującego się,  co 

gorsza,  nuworyszem  na  tronie  -  był  tylko  prawnukiem  Marii  Magdaleny,  siostry  Karola  X, 

który  był  też  zaledwie  księciem  Kleeburga.  Żeby  dać  godną  odpowiedź,  znalazł  sobie 

i natychmiast  obdarzył  wszelkimi  honorami  zapominanego  dotychczas  profesora  z Uppsali 

i dyrektora tamtejszego ogrodu botanicznego - Karola Linneusza. Był to człowiek wyjątkowo 

mało  przyjemnego  charakteru,  ostentacyjnie  lekceważący  autorytety,  w tym  królewski! 

Przypuszcza  się,  że  był  biseksualistą.  Do  historii  nauki  przeszedł  jako  twórca  binominalnej 

background image

nomenklatury  organizmów,  czyli  systemowego  ich  krzyżowania  się.  W najordynarniejszym, 

a jednocześnie  najprostszym  tłumaczeniu  polega  to  na  tym,  iż  jeśli  królik  zada  się 

z dzięciołem,  wynik  będzie  zerowy  albo  też  embrion  obumiera.  Dlatego  królik  nie  kopuluje 

z dzięciołem.  Jest  to  oczywiście  przykład  skrajny.  Sikorki  bogatki  nie  ubiegają  się  przecież 

o względy  panów  sikorów  modrych,  gdyż  szkoda  czasu  i atłasu.  Jeżeli  dzisiaj  czytamy 

w atlasie  ornitologicznym:  „Kruk  -  Corvus  corax  L.”,  wiedzmy,  że  w tym  „L”  właśnie 

o Linneusza  chodzi.  Podobnie  czapla  siwa  (Ardenaea  cinarea  L.)  czy  orzeł  przedni  (Aguila 

chrysaetos  L.)  i tysiące  innych  -  on  je  wyodrębnił,  opisał  i nazwał.  Pisze  Ingvar  Andersson 

o Linneuszowskim  rytuale  (Historia  Szwecji,  Warszawa  1967):  Jego  badawcze  wyprawy 

„odbywały się w pewnym określonym porządku (...) celem ich było zwiedzenie ośmiu miejsc 

w okolicy  miasta.  W tym  czasie  miał  on  nie  mniej  niż  dwustu,  czy  trzystu  uczniów,  którzy 

wyruszali  z nim  na  pola,  wszyscy  ubrani  byli  w lekkie  płócienne  ubranie  i zaopatrzeni 

w odpowiednie  przybory  do  zbierania  roślin  i owadów  [oraz  obserwowania  ptaków 

i drobnych ssaków -  L.S.]. Podczas każdej wycieczki wyznaczano kilka  miejsc odpoczynku, 

w których zbierali się rozproszeni studenci. Tam też odbywały się wykłady o najważniejszych 

rzeczach,  które  znaleźli.  Gdy  młodzież  spędziła  dzień,  od  rana  do  wieczora  w polu, 

następował  powrót  do  miasta.  W drodze  powrotnej  nauczyciele  ich  szli  na  czele,  a za  nimi 

w grupie  młodzież  aż  do  Gmachu  Przyrodniczego,  gdzie  wielokrotny  okrzyk  «Niech  żyje 

Linneusz»  zamykał  przyjemności  dnia.  Ta  wesołość,  ochota  i zapał  młodzieży  do  słuchania 

mistrza pociągał uczonych cudzoziemców nie mniej jak Szwedów, żeby brać w tym udział”. 

Takie  jest  do  dzisiaj  marzenie  wszystkich  wykładowców.  Od  czasu  do  czasu  król  wysyłał 

gońca  do  Linneusza  z zapytaniem,  czy  odkrył  nową  roślinę  lub  ptaka.  Z reguły  padała 

odpowiedź  potwierdzająca,  król  nakazywał  natychmiast  poinformować  o fakcie  wszystkich 

akredytowanych  w Sztokholmie  ambasadorów  czy  ich  to  obchodziło,  czy  nie.  W 1751  (co 

poczytuje  się  za  przełomową  datę  w dziejach  cywilizacji)  Denis  Diderot  i Jean  d’Alembert 

zaczęli  wydawać  w Paryżu  pomnikowe  dzieło  oświeceniowego  racjonalizmu  -  Wielką 

encyklopedię  francuską.  Uwzględniała  ona  naukowe  ustalenia  Linneusza.  Rozmawiając 

kiedyś  z profesor  Barbarą  Skargą,  specjalistką  od  filozofii  oświecenia,  zapytałem,  czy 

rzeczywiście  ta  epoka  zaczyna  się  od  Woltera  i d’Alemberta,  czy  też od  momentu  początku 

procesu, w którym poddani, patrząc na swoich władców, ośmielili  się uznawać,  że nie rodzą 

się  zdeterminowani  do  surowo  zdefiniowanych  pozycji  w społeczeństwie,  a wręcz 

przeciwnie,  mogą  sobie  pozwolić  na  własne  zainteresowania  i przyjemności.  „Nie  należy 

mylić  dwóch  porządków,  jakby  były  ze  sobą  związane  -  odpowiedziała  pani  profesor  - 

spekulacji  filozoficznej  i praktyki  społecznej.  To  jednak  nie  ta  pierwsza,  ale  przede 

background image

wszystkim  ta  druga  doprowadziła  do  rewolucji  francuskiej  ze  wszystkimi  jej 

konsekwencjami”.  Przyjmując  takie  założenie,  doszlibyśmy  pewnie  do  wniosku,  że  o ile 

idiotyczne  jest  hasło:  „Jedz,  pij  i popuszczaj  pasa”, to  już  zasady,  że  wszyscy  mamy  prawo 

równie  dobrze  jeść,  pić  i popuszczać,  jak  skubnąć  tylko  coś  od  czasu  do  czasu  i nie  pić,  są 

głęboko wywrotowe. Naruszają bowiem poddańczą strukturę. 

background image

1795 

W 1795  znika  Rzeczpospolita  Polska  z mapy  Europy.  Ostateczna  konwencja 

w sprawie trzeciego rozbioru podpisana została przez Austrię, Prusy i Rosję 24 października. 

Mało  kto  to  zauważył  w Europie,  a i w samej  Rzeczypospolitej  po  upadku  powstania 

kościuszkowskiego  sprawa  narodowa  uważana  była  przez  większość  świadomych  obywateli 

za  przegraną,  rok  1795  i przymusowa  abdykacja  Stanisława  Augusta  Poniatowskiego  (25 

listopada)  nie  wywołały  większych  emocji.  Najaktywniejsza  była  jeszcze  emigracja, 

kościuszkowskie  niedobitki  (Jan  Dembowski,  Franciszek  Dmochowski,  Dionizy  Mniewski 

etc.)  powołują  już  22  sierpnia  Deputację  Polską  mającą  na  celu  organizowanie  walki 

o niepodległość  Rzeczypospolitej,  licząc  na  pomoc  Francji.  Trudno  zaiste  w tych  czasach 

o pomysł bardziej fantastyczny i nieżyciowy. Niejaki Napoleon Bonaparte ma już wprawdzie 

dwadzieścia  sześć  lat  i niedługo  (5  października)  mianowany  zostanie  dowódcą  armii 

wewnętrznej,  ale:  po  pierwsze,  Polacy  nie  mają  z nim  żadnego  kontaktu;  po  drugie,  rządzi 

w Paryżu  bezsilny  i skorumpowany  Dyrektoriat,  opędzający  się  na  lewo  od  jakobinów,  na 

prawo od rojalistów i wystarczająco zajęty lizaniem ran po dopiero zakończonym terrorze, by 

zajmować się sprawami znad odległej Wisły. Przypomnijmy, że ledwie rok minął od śmierci 

Robespierre’a,  a Trybunał  Rewolucyjny  rozwiązany  został  ledwie  31  maja.  Na  kim  zresztą 

mieliby się oprzeć spiskowcy w kraju? 

W 1795  rozpoczynają  się  prace  nad  założonym  przez  Stanisława  Szczęsnego 

Potockiego na humańskich stepach cudownym parkiemogrodem ku czci i na użytek jego żony 

Zofii,  primo  voto  Wittowej.  Jak  nazywała  się  przedtem  (niektóre  źródła  podają  nazwisko 

CeliceCavone, co jest wysoce wątpliwe), nie ma najmniejszego znaczenia. Jako panienka nie 

najcięższych obyczajów nosiła imię Dudu i pod takim odkupił ją od matkirajfurki poseł polski 

w Konstantynopolu  -  Karol  BoscampLasopolski.  Transakcja  odbyła  się  bez  zbędnych 

ceremonii. Boscamp kazał się dziewczynie rozebrać do naga, obmacał ją dokładnie, po czym 

dopiero  uznawszy,  że  może  mu  być  użyteczna  jako  wabik  i szpieg  w dyplomatycznych 

przetargach,  otworzył,  nie  swoją  zresztą,  ale  państwową,  kiesę.  Nie  znaczy  to  oczywiście, 

żeby  sam  miał  zrezygnować  z wdzięków  nowo  pozyskanej  pracownicy.  Nie  docenił  jednak 

ani  jej seksualnych talentów, sprytu,  ani psychologicznych uzdolnień.  Pomimo to,  ponieważ 

pieniądze zostały już wydane, zatrzymał ją w polskiej misji. Od tej chwili zaczyna się historia 

godna  powieści  (w  tym  wymiarze  częściowo  wykorzystana  przez  Jerzego  Łojka  -  Dzieje 

pięknej  Bitynki,  Warszawa  1982)  lub  filmowej  epopei.  Pisze  Łojek  o Dudu  (Zofii,  tak 

nazywał  Greczynkę,  choć  i jej  narodowość  nie  jest  do  końca  wiadoma):  „Czy  Zofia  była 

naprawdę  istotą  tak  uderzająco  urodziwą,  że  zasłużyła  na  miano  najpiękniejszej  kobiety 

background image

Europy,  którym  już w kilka  lat później  ją określano?  Zachowane do dzisiaj portrety ukazują 

nam  kobietę  bez  wątpienia  wznoszącą  się  ponad przeciętność,  brunetkę o wielkich  czarnych 

oczach, daleką jednak od jakiegoś absolutnego i olśniewającego ideału urody, dzięki któremu 

stanowić  by  mogła  ponadczasowy  model  piękna.  Gdzie  więc  kryło  się  to  źródło  fascynacji 

współczesnych  urodą  Zofii?  Wydaje  się,  że  obdarzona  była  w wyjątkowym  nasileniu  tą 

psychiczną  emanacją  kobiecości,  którą  wiek  XX  nazwał  seksapilem.  Uroda  jej  była  żywa 

i dynamiczna,  bynajmniej  nie  posągowa;  oddziaływała  nie  tyle  swoją  strukturą  fizyczną,  ile 

raczej  umiejętnym,  czy  podświadomym,  eksponowaniem  tych  cech  całej  osobowości,  które 

w oczach  mężczyzny  były  najbardziej  atrakcyjne”.  Boscamp,  który,  jak  pamiętamy,  wiązał 

z nałożnicą  nie  tylko  erotyczne  plany,  „postanowił  jej  dać  początki  systematycznego 

wykształcenia  i w tym  celu  zatrudnił  specjalnego  preceptora,  młodego  człowieka,  dobrze 

obeznanego  z literaturą  francuską,  podobno  byłego  zakonnika,  który  sprzykrzył  sobie  regułę 

franciszkanów, wystąpił z klasztoru i ożenił się, a teraz pędził w Stambule próżniaczy żywot, 

zarabiając od czasu do czasu małe sumy na zlecenie europejskich ambasad. Zaczęły się więc 

lekcje,  z których  Dudu  nad  podziw  wiele  umiała  skorzystać”.  Skorzystałaby  zapewne  dużo 

więcej,  gdyby  były  franciszkanin  nie  postanowił  zrealizować  z uczennicą  tych  wszystkich 

szalonych  marzeń,  które  przeżywał  ongiś  w klasztornej  celi,  a których  mieszczańska  żona 

ambasadora  nie  rozumiała,  a co  więcej,  uważała  za  niegodne  i perwersyjne.  Coś  tam 

zobaczyła  przez  dziurkę  od  klucza,  coś  dopowiedziały  służące...  W każdym  razie  podniosła 

taki  wrzask,  że  wobec  porozumiewawczych  spojrzeń  kolegów  dyplomatów  i ich 

„niewinnych”  aluzji  nie  mógł  Boscamp  pozostać  obojętny.  Nie  tylko  oddalił  natychmiast 

preceptora, ale wyjeżdżając ze Stambułu, postanowił pozostawić Zofię  jej  losowi za  niezbyt 

wygórowaną  odpłatą.  Jak  pisze  Łojek:  „Nadszedł  wreszcie  dzień  rozstania  Zofii 

z Boscampem  -  24  kwietnia  1778  roku.  Dudu  szlochała  rozpaczliwie,  a potem  patrzyła 

pewnie długo za orszakiem Boscampa”. 

Na  opuszczoną  utrzymankę  miało  oczywiście  chętkę  niemało  pracowników  polskiej 

ambasady.  Żaden  z nich,  o czym  Dudu  przekonała  się  natychmiast,  nie  traktował  jej  jednak 

inaczej  niż porzuconej nałożnicy. Co gorsze, acz nieubłaganie  logiczne,  nikt nie był skłonny 

zapewnić je apanaży i pozycji na miarę jej wymagań. W tej sytuacji dziewczyna decyduje się 

na odnalezienie swojego protektora. Wyrusza w podróż i po tysięcznych przygodach, które ze 

swadą  opowiada  Łojek,  dociera  do  Kamieńca  Podolskiego.  Boscamp  chciałby  za  wszelką 

cenę  uniknąć  jej  przyjazdu,  podejmuje  więc  w tym  celu  nawet  odpowiednie  kroki  i byłby 

dopiął swego, gdyby nie niespodziewana okoliczność. 

Dowódcą twierdzy  kamienieckiej  jest  w tym  czasie  świeżo  nobilitowany,  a więc  tym 

background image

bardziej  neoficko  ambitny,  generał  Jan  Witt.  Nie  jest  to  postać  sympatyczna.  Mały,  gruby, 

„odrażającej  brzydoty”,  znany  był  powszechnie  jako  karierowicz,  intrygant,  okrutnik 

i człowiek pozbawiony wszelkich skrupułów,  gdy chodzi o pozycję  i pieniądze. Zofia wpada 

mu  natychmiast  w oko.  Postanawia  ją  zdobyć,  lecz  nie  znając  jej  przeszłości,  daje  sobie 

wmówić  nie  tylko  dziewictwo  (sic!)  wybranki,  jej  arystokratyczne  pochodzenie,  ale 

i kilkanaście podobnych andronów. Mocna głupotą zalotnika Zofia kryguje się, nie dopuszcza 

do  zbytnich  poufałości,  stawia  warunki  za  warunkami,  które  w sumie  sprowadzają  się  do 

prastarej  zasady  sprytnych  kokot:  „U  nas,  proszę  pana,  małżeństwo  lub  nic”.  Stary  Witt  się 

waha,  jego  syn  Józef  (też  ponoć  niespecjalnej  postury)  ma  jednak  mniej  skrupułów,  a może 

i gorętszą krew. 14 lipca 1779 odbywa się w Zienkowicach pod Kamieńcem półtajny, ale nie 

mniej  przez  to  uroczysty,  kościelny  ślub.  Dudu  staje  się  teraz  szlachcianką,  synową 

i spadkobierczynią  generała  i komendanta  jednej  z najpotężniejszych  kresowych  twierdz 

Rzeczypospolitej. 

Pomińmy  milczeniem,  co  zdarzyło  się  w Kamieńcu  Podolskim,  gdy  zaprezentował 

syn ojcu swoją sakramentalną żonę. Przeskoczmy też następnych dziesięć lat, kiedy młodemu 

Wittowi  rozrastało  się  poroże,  Zofia  pozyskiwała  zaś  coraz  cenniejsze  znajomości.  W 1790, 

a może  już  rok  wcześniej,  zakochał  się  w niej  sam  przywódca  konfederacji  targowickiej, 

książę  Stanisław  Szczęsny  Potocki.  Mniejsza  o arcyhaniebną  rolę,  jaką  odegrał  w dziejach 

Polski.  Gdy  chodzi  o matrymonia,  są  to  sprawy  drugorzędne  -  cóż  zresztą  mogły  obchodzić 

DuduZofię  polityczne  tragedie  Rzeczypospolitej?  W 1791  romans  Potockiego  jest  już 

powszechnie  znany.  Katolickie  „panowanie  nad  sumieniami”  narzuca  jednak  owieczkom 

nieubłagane reguły, których sednem jest, iż wszystko wolno, byle tylko pozostało to w cieniu 

kruchty. Romans Zofii z Potockim wymknął się bezczelnie tej zasadzie. Rozpowiadano o nim 

(zamiast o utracie  niepodległości)  w każdej  przydrożnej  knajpie.  Wobec  ambicji  Szczęsnego 

Potockiego było to nie do zniesienia. W porywie sentymentów (to zapewne jedyny, ale ładny 

element  jego  biografii)  zdecydował  się  na  rozwód.  Żona  stawiała  mu  wygórowane  warunki. 

Było to jednak niczym wobec wymagań  Witta, który poczuł (jego Zofia  miała w tym  akurat 

najmniejsze znaczenie), że manna spada z nieba. Sytuacja skomplikowała się nieco, gdy Zofia 

powiła  niespodziewanie  potomka,  który  podług  powszechnej  opinii  (nie  istniało  wtedy 

jeszcze  DNA)  musiałby  być  zrodzony  przez  niewiadomego  ojca.  Jest  majstersztykiem 

dialektyki kościelnej uznanie, że dziecko jest Szczęsnego, a jednocześnie ślubne, gdyż proces 

był  w toku  i nie  zapadła  ostateczna  decyzja.  Wobec  wielkiego  sępa  Potockiego  Witt  jest 

oczywiście  nieopierzonym  wróbelkiem.  Doskonale  zdaje  sobie  jednak  sprawę,  ile  może 

zyskać  na  kościelnym  unieważnieniu  małżeństwa,  które  wymaga  JEGO  zeznania,  iż  nie 

background image

naruszył dziewictwa Zofii (cóż mu przeszkadza, że w takim razie ich syn byłby bękartem) lub 

też,  że  brał  ją  siłą  wbrew  jej  woli  i błaganiom.  Lektura  rzeczonego  aktu  rozwodu  jest 

spiżowym  pomnikiem  hipokryzji  kościelnej  sprawiedliwości.  Na  cóż  się  jednak  uskarżać, 

skoro  ostatecznie  wszyscy  byli  zadowoleni.  Kościół  przede  wszystkim.  Ewentualne, 

lakoniczne oświadczenia podatkowe musiałby składać tylko pod zaborem pruskim Witt, który 

z dnia  na dzień stał się  możnowładcą. Żona Potockiego odziedziczyła dobra  pozwalające  jej 

teraz  szukać  nawet  najbogatszej  i najlepiej  usytuowanej  partii  w Europie,  ewentualnie 

dokonać dni, pławiąc się w luksusie. Cóż dopiero wspominać o salonach, mających nareszcie 

temat  ileż  ciekawszy  od  faktu,  że  Prusacy  spacerują  po  Warszawie.  Były  to  zresztą  czasy, 

kiedy  obca  okupacja  nie  naruszała  właściwie  porządku  szlacheckich  dni  i przyzwyczajeń. 

Szczęsny  zadbał  przy  tym,  żeby  coraz  nowe  wieści  elektryzowały  kraj.  Park,  który  od  1795 

budował  dla  ukochanej,  przerosnąć  miał  rozmachem  ogrody  wersalskie,  pruskie  marzenia 

i japońskie  subtelności.  Pisze  Jerzy  Łojek:  „Była  to  fantazja  doprawdy  magnacka,  której 

realizacja  kosztowała  podobno  tylko  w ciągu  dziewięciu  lat  (1796-1805)  aż  piętnaście 

milionów złotych polskich [w przybliżeniu około 900 milionów dzisiejszych dolarów - L.S.]. 

Tysiącami  spędzano  pod  Humań  chłopów  pańszczyźnianych  z furami  i łopatami;  marmury, 

posągi,  maszyny  hydrauliczne  zamawiał  Ludwik  Metzell  (1764-1848)  -  inżynier  i kapitan 

artylerii, syn kochanki szwagra Szczęsnego Potockiego w krajach zachodniej Europy; rzadkie 

okazy  drzew  i najróżniejsze  sadzonki  roślin  niespotykanych  na  Ukrainie  sprowadzano 

z Turcji.  W ciągu  czterech  lat  gotowa  była  najważniejsza  część  parku  z dwoma  sztucznymi 

stawami,  górnym  i dolnym.  Różnica  poziomów  obu  stawów  wynosiła  23  m;  oryginalna 

konstrukcja  hydrauliczna,  zaprojektowana  przez  Metzlla,  doprowadzała  strumień  wody  do 

fontanny na stawie dolnym z minimalnymi stratami energii; dzięki temu fontanna tryskała na 

wysokość  20  m.  Udana  architektura  przestrzenna,  kaskady,  sztuczne  groty,  bujna 

i malowniczo  rozmieszczona  roślinność,  stanowiły  główną  atrakcję  tego  parku,  który  dzisiaj 

jeszcze uchodzi za najpiękniejszy w całej Europie”. „Wstęp do niego - zaznaczał Julian Ursyn 

Niemcewicz  -  pilnie  jest  strzeżony  i poza  służbą  tylko  wysoko  urodzonym  otwarty”. 

Przekonałem  się  o tym  dobitnie,  kiedy  dwa  wieki  później,  kręcąc  film  o Ukrainie,  chciałem 

zahaczyć  o Sofiówkę.  Było  to  teraz  miejsce  wypoczynku  najwyższych  miejscowych 

dziennikarzy, od których postronnym wara. Nie wiem jak z urządzeniami wewnętrznymi, ale 

duch społeczny przetrwał. Sama Zofia WittowaPotocka nie cieszyła się Sofiówką zbyt długo. 

Zmarła w Berlinie 24 listopada 1822. Pochowana chciała być w ”swoim” Tulczynie. Pruskie 

przepisy  sanitarne nie zezwalały  jednak  na wywóz zwłok poza granicę.  W tej sytuacji  „ciało 

Zofii  zabalsamowano,  ubrano  strojnie,  do  ręki  włożono  wachlarz  i bukiet,  i odmłodzoną 

background image

blanszami  i różem  umieszczono  w karecie,  w której  odbyła  podróż  aż  do  Tulczyna, 

awizowana na granicy jako osoba żyjąca”. W ten sposób powieść sentymentalna zmieniła się 

w tragifarsę,  co  znowu  przystawało  w jakiś  sposób  do  ówczesnych  czasów  jej  przybranej 

ojczyzny,  której  zresztą  na  mapie  nie  było.  Później  przeszły  przez  Ukrainę  powstania, 

rewolucje, wojny światowe, wichury, w których rozsypał się w pył zewłok pięknej Greczynki, 

a z nim pamięć o tym, czym żyły elity polskie w 1795 roku. 

W czasie, kiedy Polacy zachwycali się ogrodami koło Humania, francuski Dyrektoriat, 

o którego „zasługach” już wspominaliśmy, postanowił odcisnąć jednak swój ślad na dziejach 

ludzkości. Było nim wprowadzenie 7 kwietnia 1795 systemu metrycznego, mającego na celu 

ujednolicenie  kompletnie  chaotycznego  dotąd  w zależności  od  kraju,  czy  nawet  prowincji, 

sposobu  określania  odległości,  a przy  okazji  i wagi  przedmiotów.  Nie  śmiem  tu  odwoływać 

się  do  genialnej  i tłumaczonej  na  wszystkie  bodaj  języki  pracy  Witolda  Kuli  Miary  i ludzie 

(Warszawa  1970).  Wystarczy  jednak  spojrzeć  do  Vademecum  do  badań  historii  XIX  i XX 

wieku  Ireneusza  Ihnatowicza,  żeby  zdać  sobie  sprawę,  jakie  problemy  napotykali  nasi 

przodkowie.  Nie  chodzi  już  nawet  o to,  że  kupując  materiał  na  płaszcz,  moglibyśmy  go 

targować  na  łokcie,  stopy,  ćwierci,  dłonie  czy  palce,  to  w końcu  tylko  kwestia  pieniędzy. 

Dajmy się jednak ponieść wyobraźni: Długa podróż. Konie pryskają parą i odmawiają jazdy. 

Sanie  stają  w przenikliwym  zimnie,  od  którego  futro  jest  tylko  prowizoryczną  ochroną.  Aż 

nagle z lasu wychodzi chłop (cham w ówczesnej terminologii). - Ile tu jeszcze do Zofiówki? - 

A bo ja wiem -  odpowiada wieśniak -  po prusku byłaby  jedna  mila,  po rusku około siedmiu 

wiorst, po austriacku coś z połowę tych pruskich mil. 

Oczywiście  takiego  wykształconego  chłopa  nigdy  koło  Tulczyna  nie  było,  podobnie 

jak  wynalezionych  dwieście  lat  później  kalkulatorów.  Szlacheccy  państwo  zamarzli  więc 

w trojce,  a wiosną  wilki  dojadły,  oblizując  się,  ich  żałosne  resztki,  i wszelki  ślad  po 

podróżnych  zaginął.  Francuscy  uczeni  postanowili  więc  rzecz  raz  na  zawsze  uregulować. 

Stworzyć metryczny system miar, dla wszystkich jednakowy i zrozumiały. Greckie „metron” 

oznacza  właśnie  miarę,  rozmiar  -  w sferze  nazewnictwa  nie  byli  więc  nazbyt  oryginalni. 

Chcąc  oprzeć  się  na  czynnikach  obiektywnych,  astronom  Jean  Baptiste  Joseph  Delambre, 

wspomagany przez P.F.A. Méchaina (po starannych pomiarach łuku południka paryskiego od 

Dunkierki  do  Barcelony),  uznał,  że  metrem,  czyli  praktyczną  miarą  dla  wszystkich  do 

przyjęcia,  opierającą  się  na  właściwościach  kuli  ziemskiej,  niebudzącą  więc  żadnych 

politycznych albo historycznych skojarzeń i nieobciążoną nawet homocentryzmem, może być 

0,0000001 czwartej części południka ziemskiego. Dodajmy od razu, iż niedługo już złośliwy 

matematyk  niemiecki  Friedrich  Wilhelm  Bessel  skorygował  Francuzów  i na  skutek  jego 

background image

badań  przyjęto  w 1889  definicję,  iż  (słuchajcie  wszyscy  uczniowie  uznający  nauczycieli 

matematyki za niepoprawnych nudziarzy!)  „metr jest odległością  między osiami dwóch kres 

na  nowym  wzorcu  uznanym  przez  I Generalną  Konferencję  Miar  26  września  1889  za 

międzynarodowy  prototyp  metra,  gdy  wzorzec  ten  znajduje  się  w temperaturze  0  stopni 

Celsjusza  (przy  ciśnieniu  normalnym  760  mm  Hg)  i spoczywa  na  dwóch  rolkach  o średnicy 

nie  mniejszej  od  10  mm,  rozstawionych  symetrycznie  w odległości  od  siebie  równej  571 

mm”. Wróćmy jednak do Delambre’a, który także stworzył wzorzec metra w postaci pręta ze 

stopu  irydium  i platyny,  zwany  dzisiaj  „wzorcem  muzealnym”,  o nim  bowiem  czytamy 

w podręcznikach  szkolnych,  iż  spoczywa  w Muzeum  Miar  i Wag  w Sèvres  pod  Paryżem. 

Problem w tym, iż żadnego takiego zabytku znaleźć w Sèvres nie sposób. Pewien znamienity 

matematyk, gdy żaliłem się na ową rażącą nieprawdę wpajaną polskim, i nie tylko, dziatkom, 

napisał  do  mnie,  iż  na  skutek  licznych  przeprowadzek  pręt  istnieje,  tyle  że  schowany  jest 

gdzie  indziej.  Pech  w tym,  że  on  go  także  na  oczy  nie  widział...  Już  na  podstawie  ustaleń 

Francuzów  przyjęło  system  metryczny  (jakby  był  on  niedoskonały)  osiemnaście  państw: 

Argentyna,  AustroWęgry,  Belgia,  Brazylia,  Dania,  Francja,  Hiszpania,  Niemcy,  Peru, 

Portugalia,  Rosja,  Szwajcaria,  Szwecja,  Norwegia,  Turcja,  USA  (uznając  metr  jako  jedną 

z kilku państwowych miar), Wenezuela i Włochy. Polska dołączyła do nich oficjalnie w 1919. 

Nie miało to jednak żadnego praktycznego znaczenia, skoro wcześniej uznali zasadę wszyscy 

trzej  zaborcy.  Do  roku  1965  dołączyło  do  świata  metrycznego  dalszych  dwadzieścia  pięć 

państw.  Dzisiaj,  chociaż  nie  wszędzie  ma  rangę  konstytucyjnego,  system  metryczny 

uznawany  jest  na  całym  globie,  przede  wszystkim  w dziedzinie  farmacji  i w badaniach 

naukowych. Oczywiście wprowadzenie nowego systemu miar i wag nie obyło się bez oporów 

i sprzeciwu.  Do  dzisiaj  też  statki  przebywają  na  morzu  odległości  mierzone  w milach 

i kablach,  a rozwijają  szybkość  tylu  a tylu  węzłów  (mil  na  godzinę),  co  było  i pozostało  (na 

razie) ukłonem wobec panującej ongiś na oceanach Wielkiej Brytanii (mila morska angielska 

=  1853,18  m).  Nigdzie  jednak  o system  metryczny  nie  polała  się  krew,  jak  to  było 

w przypadku  reformy  kalendarzowej  papieża  Grzegorza  XIII.  Nie  ma  takiej  teorii 

antropologicznej,  która  uznawałaby  większe  znaczenie  dla  ludzi  czasu  niż  przestrzeni.  Skąd 

więc  ta  zgodność,  i to  w przypadku  reformy  proponowanej  przez  rewolucyjną  Francję, 

wychylającą dopiero głowę z mroków terroru? Odpowiedź wydaje się jedna. Nie, Europa nie 

zaczyna  się  jeszcze  jednoczyć.  Na  to  potrzebne  będą  jeszcze,  nie  licząc  pomniejszych,  trzy 

wojny:  europejska  (napoleońska)  i dwie  światowe.  Kontynent  zaczyna  się  już  jednak 

ujednolicać.  Kiełkuje  nieuchronny  proces  zaniku  egzotyki,  acz  jeszcze  nie,  na  to  trzeba 

pokoleń,  nienawiści,  mitycznych  uprzedzeń  i atawistycznej  wzajemnej  pogardy.  Torujący 

background image

sobie mozolnie drogę wspólny i marginalnie tylko kwestionowany ideowo system metryczny 

jest tego jedynie drobnym  symbolem,  acz  może ważniejszym,  niż to  się nam dzisiaj wydaje. 

Oto  uczeni  zaczynają  wymieniać  doświadczenia  bez  przeliczeń  podług  skomplikowanych 

tabel  i znajdują  w świecie  natury,  czy  astronomii,  wspólne  odniesienia.  Triumfuje  Linneusz, 

którego  definicje,  na  przykład  u ptaków  oparte  między  innymi  na  długości  lotek,  zostają 

powszechnie  uznane.  Upodabniają  się  maszyny  do tego  stopnia,  że  niedługo  pojęcie  „części 

wymiennych”  osiągać  zaczyna  międzynarodowy  wymiar.  Jednocześnie  -  to  akurat  nie  ma 

wiele  wspólnego  z miarami  i wagami,  acz  farmaceuci  i chirurdzy  temu  przeczą  -  następuje 

w Europie, na co wpływają między innymi progresja higieny, rozwój rolnictwa czy laicyzacja 

odrzucająca,  nawet  w Hiszpanii  i Irlandii,  kult  dziewictwa  i eremityzmu...  gwałtowna 

eksplozja  demograficzna  połączona  z wydłużeniem  się  życia  ludzkiego.  Nie  równoważą  jej 

nawet straty  „mięsa armatniego” na polach bitew. Historia nie zawsze  jest  logiczna,  ale tym 

razem  nie  udaje  jej  się  uniknąć  bilansu:  im  więcej  homo  sapiens,  tym  więcej  trzeba  izb, 

odzieży,  butów,  nawet  przestrzeni  do  poruszania  się  między  izbami,  czyli  ulic.  Większe 

wioski  przeradzają  się  w miasteczka,  miasteczka  w miasta,  miasta  zaś  ogniskujące  skupiska 

rzemiosła ewolujące w coś,  co nazwalibyśmy dzisiaj przemysłem -  zmieniają się w molochy 

wciągające przybyszów do obsługiwania tego nowego fenomenu. Nowo przybyli orientują się 

wkrótce, porównując ceny koszul na rynku, ich ilość i popyt na nie, jak robieni są codziennie 

w konia,  i oczywiście  chcieliby  te  koszule  sprzedawać  sami,  co  byłoby  oczywiście  słuszne, 

gdyby  mieli  dystrybutorów  i dysponowali  sklepami.  Na  to  trzeba  jednak  pieniędzy,  których 

nie  wystarcza  im  z szycia.  W ten  sposób  koło  się  zmyka.  Koło  ekonomiczne,  i być  może 

realne,  na  pewno  jednak  nie  społecznoemocjonalne.  Rewolucja  francuska  była  potężnym 

ruchem  antyfeudalnym,  ale  to  dopiero  w pierwszych  dziesiątkach  lat  dziewiętnastego  wieku 

widzimy  narodziny  rewindykacji  robotniczych,  czy,  jakbyśmy  dzisiaj  powiedzieli, 

chłoporobotniczych.  Plebs  paryski,  jeszcze  kilkanaście  lat  temu  uważający  się  za  pariasów 

państwa,  widzi  nagle  nadciągające  coraz  liczniej  rzesze  bezdomnych  prowincjuszy, 

chwytających  się  prac,  którymi  pogardziłby  najsentymentalniejszy  jakobin.  Wszystko 

zaczyna  zmieniać  sens.  Robespierreowi  kładącemu  głowę  pod  gilotynę  nie  przyszłoby  na 

myśl,  że  już  za  dwa  pokolenia  będzie  on  dla  nowej  populacji  przedmieść  i północnych 

dzielnic Paryża drobnomieszczańskim adwokatem z Arras, a nie kimś spośród nich. To wtedy 

dopiero,  a nie  podczas  rewolucji  francuskiej,  kształtuje  się  podział  na  „lewicę”  i ”prawicę” 

w dzisiejszym  rozumieniu  tych  określeń,  który  na  początku  XXI  wieku,  na  naszych  oczach, 

powoli  zanika.  Jakże  ciekawa  byłaby  literacka  konfrontacja  Dantona  i Gavroche’a 

przynoszącego mu list od Kozety. Możemy przysiąc, że Danton kazałby śmieciucha wyrzucić 

background image

za drzwi i dać rózgi za niebywałą bezczelność. Jednak te nowe podziały społeczne zaczęły się 

utrwalać  i piętrzyć  we  wszystkich  społeczeństwach  europejskich,  w których,  powtórzmy, 

spadkobiercy  jakobinów  niewiele  mieli  wspólnego  z kolegami  Gavroche’a.  Przeczytajcie 

biografię rewolucjonistów krakowskich z roku 1846 i już znać będziecie wyniki ich zmagań. 

Podobne  i nieuniknione  w przypadku  Wiosny  Ludów.  A jednak  ta  ostatnia,  doprowadzająca 

gdzieniegdzie  do  zaciekłych  starć,  gdzie  indziej  biernego  lub  tylko  intelektualnego  protestu, 

ogarnęła  niemal  cały  kontynent.  Potwierdza  to  tylko  ogólną  tendencję.  Najpierw 

poszczególne grupy społeczne,  już ponad granicami, ujednolicają się wewnątrz, znajdując po 

nieskończonych  sporach  swój  rzekomo  wspólny  interes,  o który  należy  walczyć,  potem 

szukają  antagonistycznych  kwestii  w innych  grupach.  Tak  powstaje  nowe  społeczeństwo 

klasowe, dzisiaj już może nieaktualne, ale determinujące następnych sto pięćdziesiąt lat. Stary 

świat  zareaguje  na  to  konwulsyjnymi  drgawkami  sprzeciwu,  nacjonalizmami,  pancerzami 

tanków.  Pójdą  w gruzy  miasta,  wyniszczone  zostaną  narody,  krew  popłynie  po  kartach 

dziejów.  Odwrotu  już  jednak  nie  będzie.  Mały  skrawek  świata,  jakim  jest  Europa,  będzie 

musiał  przypomnieć  sobie  w końcu,  ile  kosztowały  go  podziały,  niezrozumienie 

asynchronicznego  niekiedy  rozwoju,  na  któryzamiast  chęci  skorzystania  z niego  - 

odpowiedzią były chęć zniszczenia, fanatyzm religijny i miecz. Żyjemy nareszcie w czasach, 

kiedy,  z jednej  strony,  pojechać  możemy  z Psiej  Wólki  do  Tuluzy  bez  żagwi  w dłoni, 

z drugiej,  przekraczać  granice  bez  strażników  wywracających  nasze  tobołki  w poszukiwaniu 

zakazanego,  z trzeciej,  przekonując  się,  że  z tymi  tuluzańczykami  można  porozmawiać 

o wszystkim  i o niczym,  dokładnie  tak,  choć  pewnie  na  inne  tematy,  jak  z sąsiadem  zza 

miedzy.  Oczywiście  nie  każdy  ma  pieniądze,  żeby  wybrać  się  do  Tuluzy.  Jestem  ostatnim, 

który  wierzyłby  w cudowny  postęp  w dziejach.  Wszelako  pewnych  rzeczy  już  się  na 

szczęście  odwrócić  nie  da.  Po  to  tylko  kroiłem  tę  Europę  na  kawałki,  żeby  przekonać 

każdego,  który  da  się  przekonać,  że  równie  ważne  są  mazowieckie,  turyńskie  i toskańskie 

łany. To samo ziarno się z nich sypie, a potem tylko pytanie, co z nim zrobimy. Zakalec jest 

zaś  naszą  winą,  a nie  Krzyżaków  z 1410  roku.  Nowa  Europa  jest  też  naszą  niepowtarzalną 

szansą.  Inaczej  musiałbym  pisać  tę  książkę  od  początku.  Byłaby  taka  sama,  tylko  w poincie 

tragiczna. 

background image