background image

Kochane pieniądze dajcie rodzice 

Sławomir Zagórski 
2009-05-20 
 

Do którego momentu pomagać finansowo własnym dzieciom? Niektórzy moi 
koledzy dawno przestali je wspierać. Inni, mimo że dzieci mają trzydziestkę, nadal 
to robią 

 
Zbliża się lato 2002 r. Nasi synowie (wtedy 21- i 18-letni) pertraktują z nami w kwestii wakacji. 
Słyszymy, że fantastycznie tania i niezwykle atrakcyjna jest Ameryka Południowa. Tłumaczymy, 
że to nie mogą być tanie wakacje. - Najdroższy będzie przelot, na miejscu nie wydaje się niemal 

nic, zresztą jedziemy do najtańszego kraju - Boliwii - przekonują dzieci. Akceptujemy kosztorys. 
Bilety lotnicze kupione, klamka zapada.  

 
Boliwia trochę rozczarowała, a synowie ostatecznie wylądowali w droższym Peru, co odczuliśmy, 

dosyłając kolejne pieniądze ("Kochane pieniążki przyślijcie rodzice"). Nie protestowaliśmy, bo 
pamiętam, jak sam przed laty biegałem na pocztę w Zakopanem, dokąd zmartwiona mama 
dosyłała rozchodzące się złotówki.  

 

Na początku września młodszy (niezwykle wychudzony) syn ściąga do Warszawy, w tym roku 
szkolnym czeka go matura. Ale starszy przysyła zza oceanu rozpaczliwy list. Jest tak pięknie, on 
ma jeszcze miesiąc wakacji i skoro siedzi już tak daleko, szkoda byłoby nie skorzystać i nie 
zwiedzić jeszcze Brazylii i Argentyny.  

 
Wysyłamy pieniądze. Za jakiś czas syn pisze, że Rio wspaniałe i że chyba nikt w tym mieście nie 
pracuje. Jeszcze bardziej zachwyca go Buenos Aires. - Muszę tu wrócić na studia - oświadcza.  
 

Efekt tych szalonych wakacji? Wydaliśmy znacznie więcej, niż sądziliśmy, ale... za półtora roku 
sami lądujemy w Buenos Aires, bo syn postawił na swoim. Przez rok starał się o stypendium i w 
końcu jakoś je wydobył od borykających się z kryzysem Argentyńczyków. Spędziliśmy w 
Argentynie i Chile jedne z najwspanialszych wakacji dzięki temu, że wcześniej wsparliśmy 
finansowo dziecko.  
 
A zatem jak to jest? Powinniśmy finansowo pomagać dorosłym dzieciom? Sprawiać im 
mieszkania (naturalnie jeśli nas na to stać) i oddawać samochody? Płacić za dentystkę, prosząc, 
żeby tylko chcieli do niej pójść? A do tego dawać jeszcze na narty i na Argentyny?  

 
Sądzę, że - tak jak ze wszystkim - sensowny jest tu umiar, a poza tym wszystko zależy od 
indywidualnej sytuacji. Po pierwsze, żeby pomagać, trzeba mieć na to środki. Na pewno nie 
należy sobie odejmować od ust, byle dziecku było miło i przyjemnie. Ponadto jednemu warto 

pomagać, bo go to nie rozleniwi, a fantastycznie na czymś skorzysta. A innemu zdecydowanie 
lepiej zrobi, jeśli będzie musiał zawalczyć o coś sam.  
 
Pamiętam np., że w kwestii nart wymyśliliśmy, że lepiej więcej zainwestować w kursy na 
pomocnika instruktora, bo potem nie dość, że nie będziemy musieli płacić, to jeszcze dzieci 
dorobią sobie, ucząc innych (fakt, że nie bardzo się do tego dorabiania rwały i dziś niezbyt 

chętnie na narty jeżdżą, czego zresztą od dawna już im nie finansujemy).  
 

Wakacje i narty to jednak wydatki szczególne, a co z tymi prozaicznymi?  
 
Często uważa się, że granicą rodzicielskiej pomocy jest moment skończenia studiów. Załóżmy, że 
dziecko na razie mieszka z nami i studiuje, zaliczając, jak Pan Bóg przykazał, kolejne lata nauki. 
To dość naturalne, że nadal je żywimy i ubieramy, ale czy musimy jeszcze płacić za piwo, kino i 

background image

atrakcje? Mam wrażenie, że nie. Trochę to pewnie zależy od tego, do jakiego stopnia rozpuszczali 
nas nasi rodzice (mnie bardzo), a przede wszystkim znów od tego, czy nas na to stać. Czuję 
jednak, że nawet tym uczącym się dzieciom przyda się, jeśli na własne przyjemności zarobią. 
Będą bardziej cenić ciężej zdobyte pieniądze.  

 
Trochę teoretyzuję, gdyż nasze dzieci opuściły gniazdo bardzo wcześnie. Starszy syn po powrocie 
z Argentyny, a młodszy zaraz po maturze, gdyż wyjechał na studia za granicę.  

 
Starszy wynajął mieszkanie na spółkę ze znajomymi i z rozmów zorientowaliśmy się, że niemal 
wszyscy rodzice jego przyjaciół kupili im jakieś lokum. To zmobilizowało nas do podobnego 
kroku i - na szczęście wyprzedzając ogromną zwyżkę cen - kupiliśmy mu nieduże mieszkanie w 

Warszawie. Głównie za nasze pieniądze zostało ono odremontowane i od tego czasu dziecko 

przeszło na własny rachunek. O, przepraszam, przelewamy mu nadal na konto szczątkowe 300 
zł.  
 

Syn skończył studia i intensywnie pracuje, choć rzadko jest to działalność zarobkowa, raczej 

wciąż rozwijająca młodego artystę. Jako grafik byłby naturalnie rad, gdybyśmy mu sfinansowali 
drogą podyplomową szkołę w Ameryce, ale dziś niespecjalnie nas na to stać, a on zdaje sobie z 
tego sprawę i nawet o tym nie wspomina.  

 
Z młodszym synem sprawy od początku potoczyły się inaczej - od dawna siedzi za granicą i o ile z 

początku miał tam dobre stypendia, potem prosił o większą pomoc. Było to i dla nas, i dla niego 
stresujące.  

 
Jego z każdym rokiem coraz bardziej uwierało korzystanie z naszych pieniędzy, a my z wielu 
względów woleliśmy, żeby studiował w Polsce. Życie za granicą było wyraźnie droższe, pod 
koniec studiów nawet za średniej jakości uczelnię trzeba było płacić, więc czekaliśmy, kiedy się 
to już wreszcie skończy. Ale wtedy zaczął się światowy kryzys i spore kłopoty z pracą.  
 

Ostatecznie młodszemu dziecku (dziś ma 25 lat) nadal trochę pomagamy, choć to zdecydowanie 
za mała suma, by sam utrzymał się za granicą. Jeśli chce tam nadal mieszkać, musi - choćby 
dorywczo - pracować. Chcielibyśmy, by się dalej uczył, ale on na razie nie wie, czego i gdzie, a my 
nie wiemy, na co nas będzie stać.  

 
Często zastanawiam się, czy nasza pomoc była i jest za mała, a może za duża? Niektórzy nasi 
przyjaciele zakręcili na dobre kurek z pieniędzmi, gdy dzieci pokończyły 22-24 lata i 

wyprowadziły się z domu. Inni pomagają, mimo że ich latorośle są już po trzydziestce. Jedni 
twierdzą, że rozpuszczaliśmy naszych synów, inni - że warto inwestować w nich jak najdłużej.  
 
Z pewnością inwestycja w dzieci, a przede wszystkim w ich edukację, jest jedną z najlepszych, 

jakie można w życiu uczynić. Dobrze jednak, by uczyły się przy okazji, że pieniądze nie biorą się 
znikąd, i wiedziały, jak nimi gospodarować. Sądzę, że warto ustalić miesięczne stypendium i 
przekraczać je tylko w wyjątkowych sytuacjach.  
 

To truizm, ale po to, by obie strony czuły się w miarę komfortowo, warto o pomaganiu 
rozmawiać. Podstawą jest tu dobry kontakt z dzieckiem i to, żeby ono chciało o swoich 
potrzebach mówić, a my otwarcie mu komunikować, w zaspokojeniu jakich potrzeb możemy czy 
chcemy partycypować, a jakich nie.  
Jeśli to możliwe, czasem jednak warto zasponsorować coś wyskokowego. Gdybyśmy kiedyś na to 
nie poszli, prawdopodobnie nie zobaczyłbym nigdy ani Buenos Aires, ani Patagonii, ani Torres 

del Paine.