background image

M

ICHAEL 

M

OORCOCK

 

 

 

 

K

AWALER 

M

IECZY

 

(P

RZEŁOŻYŁ

:

 

R

ADOSŁAW 

K

OT

 

 

SCAN-

DAL

 

background image

WPROWADZENIE

 

 

Były  to  czasy  oceanów  światła  i  czasy  dzikich  bestii  z  brązu  latających  w 

przestworzach, miast unoszących się tuż pod sklepieniem nieba. Stada karmazynowego bydła, 

roślejszego  niż  zamki,  napełniały  porykiwaniem  pastwiska;  młode  i  hałaśliwe  stworzenia 

nawiedzały ponuro toczące swe wody rzeki. Był to czas bogów, których nieustanną obecność 

można  było  dostrzec  we  wszystkim,  co  istniało  na  świecie;  czas  bezrozumnych  krasnali  i 

pozbawionych kształtu stworów, które można  było przywołać  nieostrożną bądź gorączkową 

myślą,  a  które  nie  odchodziły  nie  zadawszy  cierpienia  lub  póki  nie  złożyło  im  się  okrutnej 

ofiary;  czas  magii,  zjaw,  niestałej  przyrody,  zdarzeń  pozornie  niemożliwych,  paradoksów 

mogących wpędzić w szaleństwo; marzeń spełniających się posłusznie i marzeń realizujących 

się na opak; koszmarów sennych raptownie stających się jawą. 

Były to czasy ciekawe i czasy mroczne. Czasy Praw Miecza. Czasy, gdy Vadhaghowie 

i  Nhadraghowie,  odwieczni  wrogowie,  wymierali.  Czas,  kiedy  człowiek,  niewolnik  strachu, 

pojawił  się  na  świecie,  nieświadom,  że  większość  cierpień  i  lęków,  które  go osaczały,  była 

wynikiem nie czego innego, jak tego, że on sam zaistniał. Była to jedna z wielu ironii losu, 

związanych  z  człowiekiem,  który  podówczas  nazywał  swą  rasę  Mabdenami  lub 

Mabdeńczykami. 

Mabdenowie  żyli  krótko,  lecz  mnożyli  się  obficie.  W  ciągu  kilku  stuleci  zdołali 

osiągnąć przewagę na zachodnim kontynencie, na którym to zaczęła się ich ewolucja. Przed 

wyprawianiem się w większej sile ku lądom zamieszkanym przez Vadgaghów i Nhadraghów 

powstrzymywały ich przesądy. Tak trwało to przez parę dalszych stuleci, aż w końcu okrzepli i 

zdobyli się na odwagę. Nie spotkali się z oporem, lecz zaczęli zazdrościć starszym rasom, ich 

liczne kompleksy objawiły się pod postaciami zawiści i agresji. 

Vadhaghowie  i  Nhadraghowie  nie  byli  ostrzeżeni  przed  takim  obrotem  sprawy. 

Panowali  przez  milion  lub  więcej  lat  na  całej  planecie,  a  teraz  ona  zaczęła  się  zmieniać. 

Wiedzieli o istnieniu Mabdenów, lecz nie dostrzegali zbytniej różnicy między nimi a innymi 

dzikimi zwierzętami. Obie rasy nie zapomniały wprawdzie o wzajemnej  nienawiści,  lecz  ich 

przedstawiciele spędzali równocześnie wiele czasu na tworzeniu dzieł sztuki, abstrakcyjnych 

rozważaniach i temu podobnych zajęciach. Rozumni, doświadczeni, nie dopuszczali do siebie 

myśli,  że  cokolwiek  może  się  zmienić.  Z  tego  też  głównie  powodu  ignorowali  zapowiedzi 

kresu swej epoki. 

Między oboma odwiecznymi wrogami nie było już konfliktów, jako że ostatnią bitwę 

background image

stoczyli wiele stuleci temu, lecz nadal nie utrzymywali ze sobą kontaktów. 

Vadhaghowie zamieszkiwali całymi rodzinami odcięte od świata zamki, rozrzucone na 

kontynencie nazywanym przez nich Bro-an-Vadhagh. Nie było między nimi łączności, chęć do 

podróżowania zaś stracili już bardzo dawno. Nhadraghowie żyli w miastach wzniesionych na 

wyspach  wśród  mórz,  na  północny  zachód  od  Bro-an-Vadhaghu.  Również  samotnie,  nie 

interesując się nawet najbliższym rodzeństwem. Obie rasy uważały, że są niezwyciężone. Obie 

się myliły. 

Rozpoczynający swą egzystencję człowiek rozmnażał się i, jak szerzy się zaraza, tak on 

wędrował po całym świecie. 

Zaraza ta powalała stare rasy, gdziekolwiek się na nie natknęła. Człowiek niósł ze sobą 

nie  tylko  śmierć,  lecz  również  strach.  Głównym  celem  jego  starań  było  zostawienie  po 

poprzednikach jedynie ruin i kości. Nie zdając sobie sprawy, był psychiczną hybrydą, a tego 

nawet Wielcy Dawni Bogowie nie byli w stanie objąć swą mądrością. 

I Wielcy Dawni Bogowie poznali, co to strach. 

Człowiek, niewolnik strachu, arogancki w swej ignorancji, kontynuował niszczycielski 

pochód,  pozostając  ślepy  na  skutki  spustoszeń,  powodowanych  przez  jego  małostkowe 

ambicje.  Równocześnie,  mając  upośledzone  zmysły,  nie  podejrzewał  nawet  istnienia  we 

wszechświecie wielu wymiarów, z których każdy był w jakiś sposób związany z innymi. Nie 

był taki,  jak Vadhaghowie czy Nhadraghowie, którzy posiedli sztukę poruszania się  między 

wymiarami siłą woli, poznali Pięć Wymiarów i zrozumieli jednocześnie naturę wielu innych 

wymiarów, w których Ziemia istniała - pojęli ich znaczenie. 

Stąd też wydawało się wielką niesprawiedliwością, że tak szlachetne rasy mają zniknąć 

za  sprawą  istot,  które  nadal  tylko  trochę  różniły  się  od  zwierząt.  Było  to  tak,  jakby  sępy 

zwoływały już swój wiec nad ciałem młodego poety, który mógł tylko przyglądać się, wciąż 

przytomny, jak ptaki zabierają mu jego cudowne życie, którego nigdy nie zrozumieją i nigdy 

nie dowiedzą się, co zniszczyły. 

- Gdyby znali wartość tego, co rabują, gdyby potrafili uzmysłowić sobie, co zabijają  - 

mówi stary Vadhagh w powieści Jedyny kwiat jesieni - wtedy bym nie cierpiał. 

To była niesprawiedliwość. 

Stwarzając człowieka, wszechświat zdradził stare rasy. 

Lecz  niesprawiedliwość  ta  była  zwyczajna  i  logiczna.  Ktoś  może  kochać  i  oceniać 

wszechświat,  ale  wszechświat  ani  nie  kocha,  ani  nie  osądza  nikogo.  Wszechświat  nie  czyni 

różnicy między mnogością stworzeń i obiektów, z których się składa. Wszyscy są równi. Nikt 

nie jest faworyzowany. Wszechświat, wyposażony jedynie w materie i zdolność kreacji, tworzy 

background image

nieustannie trochę tego, trochę tamtego. Nie kontroluje, co stworzył, i sam przez swoje twory 

nie  może  być  kontrolowany  (chociaż  niektórzy  niezmiennie  sądzą  inaczej).  Ci,  którzy 

przeklinają świat, porywają się na coś, co i tak pozostanie nieosiągalne. Ci, którzy zaciskają 

pięści, wznoszą je ku ślepym gwiazdom. 

Lecz  nie  oznacza  to,  że  nie  ma  takich,  którzy  próbują  walczyć  i  dosięgnąć 

nieosiągalnego. 

Takie istoty będą zawsze - czasem obdarzone nieprzeciętną inteligencją - nie mogące 

pogodzić się z bezdusznością wszechświata. 

Książę  Corum  Jhaelen  Irsei  był  właśnie  kimś  takim.  Ostatni  zapewne  z  rasy 

Vadhaghów, znany również jako Książę w Szkarłatnym Płaszczu. 

Ta kronika opowiada właśnie o nim. 

Księga Coruma 

background image

KSIĘGA PIERWSZA

 

w której Książę Corum odkrywa złożoność spraw ziemskich i traci rękę 

background image

Rozdział 1 

W ZAMKU ERORN

 

W  Zamku  Erorn  mieszkała  od  stuleci  rodzina  Księcia  Khlonskeya,  darząca  miłością 

spokojnie przelewające się u północnych ścian zamku morze i łagodną puszczę podchodzącą 

tuż pod jego południowe mury. 

Zamek  Erorn  był  tak  stary,  że  zdawał  się  w  jedno  stopiony  z  wyłaniającymi  się 

majestatycznie z  morza skałami,  na których go wzniesiono. Górowały  nad nim  nadgryzione 

zębem czasu, lecz nadal budzące podziw wieżyczki, kamienie jego murów wygładziła przez 

stulecia woda. Dzielące wnętrza zamku ściany potrafiły zmieniać swój kształt, dostosowując 

się do wyposażenia pokoi, przybierać różne kolory zależnie od kierunku, z którego wiał wiatr. 

Pokoje wypełniały fontanny i kryształy, wygrywające subtelne, złożone fugi, skomponowane 

przez członków rodziny - niektórych żyjących, niektórych dawno już martwych. Były galerie 

zawieszone obrazami na aksamicie, marmurze i szkle, zgromadzone przez przodków Księcia 

Khlonskeya,  z  których  wielu  miało  uzdolnienia  artystyczne.  Były  biblioteki  wypełnione 

manuskryptami  spisanymi  zarówno  przez  Vadhaghów,  jak  i  Nhadraghów.  Gdzie  indziej 

jeszcze  znaleźć  można  było  pokoje,  w  których  stały  posągi;  były  ptaszarnie  i  menażerie, 

obserwatoria, laboratoria, pokoje dziecinne, ogrody, zakątki do medytacji, gabinety lekarskie, 

sale gimnastyczne, kolekcje pamiątek po zmarłych, kuchnie, planetaria, muzea, sale spotkań i 

dyskusji, jak i pokoje bez szczególnego przeznaczenia oraz te, które były na stałe zajmowane 

przez mieszkańców zamku. 

Dwanaście  osób  żyło  teraz  w  zamku,  chociaż  kiedyś  było  ich  tu  pięćset.  Ci,  którzy 

pozostali,  to  sam  Książę  Khlonskey,  mocno  już  wiekowy,  i  o  wiele  młodsza  jego  żona, 

Colotalarna; ich bliźniacze córki Ilastru i Pholhinra; Książę Rhanan, jego brat; Setreda, jego 

bratanica, i Corum, jego syn. Pozostała piątka była domownikami wywodzącymi się z dalszej 

rodziny  księcia.  Wszyscy  posiadali  charakterystyczne  cechy  Vadhaghów;  podłużne,  wąskie 

głowy  o  zupełnie  płaskich  bokach,  uszy  niemal  pozbawione  płatków,  piękne  włosy,  które 

każdy  silniejszy  podmuch  mógł  ponieść  jak  chmurę  ponad  ich  głowami,  wielkie  oczy  o 

kształcie migdałów, z żółtymi źrenicami i purpurowymi tęczówkami, szerokie usta o pełnych 

wargach, złotą skórę nakrapianą jakby szlachetnym różem. Ciała ich były szczupłe i wysokie, 

lecz proporcjonalne. Poruszali się zaś z gracją tak niewymuszoną, że w porównaniu z nią ruchy 

istot ludzkich przypominały raczej nieporadne małpie podskoki. 

Zajmując się głównie oderwanymi od rzeczywistości intelektualnymi kwestiami, które 

dostarczały  im  rozrywki,  nie  utrzymywali  od  ponad  dwustu  lat  kontaktu  z  resztą  ludu 

background image

Vadhaghów. Od ponad trzystu nie widzieli żadnego z Nhadraghów. Ostatnie wieści ze świata 

dotarły do nich przed z górą wiekiem. Raz tylko spotkali przedstawiciela rasy Mabdenów  - 

Książę Opash przywiózł go do Zamku Erorn jako okaz. Książę ten był najbliższym kuzynem 

Księcia  Khlonskeya,  przyrodnikiem  z  zamiłowania.  Mabden  -  a  była  to  samiczka  -  została 

umieszczona w menażerii, gdzie dbano o nią dobrze, lecz żyła tylko trochę ponad pięćdziesiąt 

lat,  a  gdy  rozstała  się  z  tym  światem,  nie  sprowadzono  nowej  na  jej  miejsce.  Od  tamtych 

czasów  Mabdenowie  rozmnożyli  się  oczywiście  i  zamieszkiwali,  jak  się  okazywało,  spore 

tereny  Bro-an-Vadhaghu.  Pojawiły  się  nawet  plotki,  że  niektóre  zamki  Vadhaghów  stały  się 

ofiarami  ich  napaści  zakończonych  wymordowaniem  mieszkańców  i  zniszczeniem  budowli. 

Książę  Khlonskey  niezbyt  dawał  temu  wiarę.  Zresztą  te  przypuszczenia  umiarkowanie 

interesowały jego samego czy jego rodzinę. Było przecież tyle innych rzeczy wartych dyskusji, 

tyle  złożonych  przyczynków  do  rozważań,  przyjemniejszych  zagadnień  ze  stu  i  jednej 

dziedziny. 

 

Skóra Księcia Khlonskeya była prawie mlecznobiała i tak cienka, że arterie i mięśnie 

tuż pod nią były dobrze widoczne. Żył już od tysięcy lat, lecz dopiero niedawno wiek zaczai 

dawać znać o sobie. Kiedy jego słabość zacznie być zauważalna, oczy zaczną zawodzić, wtedy 

zakończy życie tak, jak zwykli to robić Vadhaghowie. Uda się do Komnaty Oparów, położy na 

jedwabnych kołdrach  i poduszkach, by wdychać różne słodko pachnące gazy aż do słodkiej 

śmierci.  Włosy  jego  z  czasem  stały  się  złocisto-brązowe,  a  oczy  wypłowiały  w 

czerwonawopurpurowe z pomarańczowym środkiem. Jego szaty, niegdyś na rosłą postać, były 

teraz zbyt duże, lecz pomimo że wspierał się na lasce z platynowych kutych prętów, między 

które  wetkane  były  pasma  rubinowego  metalu,  postawę  miał  wciąż  dumną,  a  plecy  nie 

przygarbione. 

Któregoś  dnia  odszukał  on  swego  syna,  Księcia  Coruma,  w  komnacie,  gdzie  przy 

użyciu chordofonów i piszczałek tworzyć można było muzykę  - cichą i prostą, którą niemal 

zagłuszyły kroki Khlonskeya, idącego po misternie tkanych dywanach, postukującego laską, 

oddychającego z wysiłkiem. 

Książę  Corum  oderwał  się  od  kompozycji  i  rzucił  swemu  ojcu  spojrzenie  będące 

uprzejmym zapytaniem. 

- Tak, ojcze? 

- Wybacz, przeszkadzam ci, Corumie. 

-  Nic  nie  szkodzi.  Nie  byłem  zresztą  zbyt  zadowolony  z  tego,  co  właśnie 

skomponowałem. - Corum podniósł się z poduszek i narzucił na siebie szkarłatną szatę. 

background image

-  Mój  czas  się  zbliża,  Corumie.  Wkrótce  odwiedzę  Komnatę  Oparów.  Lecz  zanim 

ostatecznie się na to zdecyduję, chciałbym jeszcze zaspokoić pewne moje pragnienie. Będę w 

związku z tym potrzebował twojej pomocy. 

Książę Corum, który kochał  swojego ojca, zawsze z szacunkiem odnosił się do jego 

postanowień. Odpowiedział zatem z niejakim zakłopotaniem: 

- Co mogę zrobić dla ciebie, ojcze? 

- Chciałbym dowiedzieć się czegoś o losach moich krewnych. O Księciu Opashu, który 

włada  Zamkiem  Sarn  na  Wschodzie,  o  Księżnej  Lorim,  z  Zamku  Crachah  na  Południu,  i  o 

Księciu Faguinie z pomocnego Zamku Gal. 

Corum nie krył swojej dezaprobaty. 

- Bardzo dobrze, ojcze, lecz... 

-  Wiem,  co  myślisz,  synu  -  że  mógłbym  się  tego  równie  dobrze  dowiedzieć  innymi 

sposobami. Niezupełnie tak. Z jakiegoś powodu bardzo trudno jest nawiązać kontakt z innymi 

wymiarami. Nawet moje zmysły i wyczucie są bardziej zamglone, niż być powinny. Próbuję, 

jak mogę sięgnąć ich moimi myślami... A fizyczne przedostanie się tam jest chyba zupełnie 

niemożliwe. Być może mój wiek... 

- Nie, ojcze - powiedział Książę Corum - gdyż i ja natknąłem się na podobne trudności. 

Kiedyś całkiem łatwo można było poruszać się samą siłą woli między Pięcioma Wymiarami. Z 

niewielkim  wysiłkiem  można  było  objąć  Dziesięć  Wymiarów,  chociaż,  jak  wiem,  niewielu 

mogło  odwiedzać  je  materialnie.  Teraz  nie  jestem  w  stanie  dokonać  niczego  więcej,  jak 

podejrzeć  czasem  czy  podsłuchać  pozostałe  cztery,  które  tworzą  wraz  z  naszym  spektrum 

przemieszczania się naszej planety w tym cyklu... Nie rozumiem, dlaczego ani w związku z 

czym nastąpiło to osłabienie percepcji zmysłów. 

- Ani ja - przytaknął ojciec. - Lecz czuję, że nie przyniesie nam to niczego dobrego. Coś 

zmienia się w tym świecie, to oczywiste. I to właśnie jest główny powód, dla którego chciałbym 

nawiązać  kontakt  z  moimi  krewnymi  i  dowiedzieć  się  może  czegoś  od  nich,  jeśli  znają 

odpowiedź na pytanie, dlaczego nasze zmysły zostały uwięzione w jednym tylko wymiarze. To 

nie jest normalne, to czyni nas ułomnymi. Czy mamy się stać takimi, jak te bestie znające tylko 

jeden świat, postrzegające tylko jeden wymiar i nie będące nawet w stanie pojąć możliwości 

istnienia innych? Czy może zaczął się nie znany nam proces inwolucji? Czy nasze dzieci nie 

będą umiały skorzystać z naszych doświadczeń i z wolna powrócą do stanu wodnych ssaków, z 

których rozwinęła się niegdyś nasza rasa? Przyznam ci się, synu, że wśród moich myśli zalągł 

się strach. 

Książę Corum nie usiłował oponować ni uspokajać ojca. 

background image

- Czytałem kiedyś o rasie Blandhagna - powiedział w zamyśleniu. - Była to rasa, która 

zamieszkiwała głównie Trzeci Wymiar. Lud bardzo wysoko rozwinięty, lecz coś stało się z ich 

genami. Utracili  błyskotliwość umysłu  i  w ciągu  kilkunastu pokoleń zmienili  się w gatunek 

latających  gadów,  obdarzonych  wprawdzie  wciąż  jeszcze  szczątkową  inteligencją,  lecz  to 

czyniło  je tylko szalonymi. Ostatecznie zniszczyli się wzajemnie. Zastanawiam się, co może 

spowodować proces takiego cofania się ewolucji? 

- O tym mogą mieć pojęcie jedynie Władcy Mieczy - powiedział ojciec. 

-  A  Władcy  Mieczy  nie  istnieją.  Rozumiem,  co  chcesz  powiedzieć.  Odwiedzę  twych 

krewnych,  jak  tego  pragniesz,  i  zaniosę  im  pozdrowienia.  Dowiem  się,  jak  się  miewają,  i 

spytam, czy stwierdzili to samo, co my tutaj, na Zamku Erorn. 

Książę Khlonskey skinął głową. 

- Jeśli nasza percepcja zawodzi i obniża się do poziomu dostępnego Mabdenom, jeśli 

miałoby tak zostać, to nasza rasa straci sens trwania. Dowiedz się także, jeśli będziesz mógł, co 

dzieje się z Nhadraghami - czy i ich zmysły stały się podobnie upośledzone. 

- Nasze rasy są mniej więcej tak samo stare - mruknął Corum. - Zapewne są wrażliwi na 

to co i my. Lecz czy twój kuzyn, Shulag, nie miał o tym nic do powiedzenia, gdy składał ci 

wizytę kilkaset lat temu? 

-  Wówczas  opowiedział  mi  tylko,  jak  Mabdenowie  nadpłynęli  swoimi  statkami  z 

Zachodu  i  napadli  na  archipelag  Nhadraghów,  zabijając  większość  z  nich,  a  resztę  czyniąc 

niewolnikami.  Trudno  uwierzyć,  żeby  Mabdenowie,  na  wpół  zwierzęta,  mniejsza  o  to,  jak 

liczni, byli zdolni pokonać przebiegłych Nhadraghów. 

Książę Corum wydął w zamyśleniu usta. 

- Zapewne ci ostatni stali się zbyt beztroscy i pewni siebie. 

Jego  ojciec  odwrócił  się,  zamierzając  wyjść  z  komnaty.  Platynowo-rubinowa  laska 

postukiwała  lekko  na  materii  pokrywającej  płyty  posadzki,  delikatna  dłoń  obejmowała  jej 

rączkę łagodniej niż zwykle. 

-  Zapatrzenie  w  siebie,  to  jedno  -  powiedział.  -  Lęk  zaś  przed  trudną  do  objęcia 

umysłem  zagładą,  to  drugie.  Obie  te  rzeczy,  oczywiście,  są  zwiastunami  zniszczenia.  Gdy 

wrócisz, może uzyskam odpowiedzi na wszystkie te pytania. Odpowiedzi, które będziemy w 

stanie zrozumieć. Kiedy wyruszysz? 

- Chciałbym skończyć moją symfonię - powiedział Książę Corum. - Zabierze mi to z 

dzień lub niewiele więcej. Wyruszę następnego ranka po dniu, w którym dzieło będzie gotowe. 

Książę Khlonskey skinął starą głową w pełni usatysfakcjonowany. 

- Dziękuję ci, mój synu. 

background image

Gdy poszedł, Książę Corum powrócił do pracy nad muzyką, lecz trudno mu było się 

skoncentrować. Jego wyobraźnia nieustannie wracała do wyprawy, którą zgodził  się podjąć. 

Owładnęły  nim  trudne  do  nazwania  emocje  -  to  musiało  być  podniecenie,  jak  sądził.  Ta 

wyprawa będzie pierwszym w jego życiu krokiem poza okolice Zamku Erorn. 

Spróbował  się  uspokoić,  zapanować  nad  swoją  wyobraźnią,  gdyż  było  wbrew 

zwyczajom jego ludu, by pozwolić emocjom dominować nad rozumem. 

-  To  może  być  pouczające  -  mruknął  do  siebie  -  zobaczyć  resztę  tego  kontynentu. 

Szkoda, że nie zainteresowałem się kiedyś bliżej geografią. Ledwie pamiętam przebieg granic 

Bro-an-Vadhaghu,  o  reszcie  świata  nie  mówiąc.  Będę  musiał  przejrzeć  jakieś  mapy  przed 

drogą,  może  znajdę  w  bibliotece  trochę  wspomnień  i  relacji  podróżników.  Tak,  wyruszam 

jutro, no, może pojutrze... 

Nie  odczuwał  potrzeby  pośpiechu,  nawet  teraz.  Vadhaghowie  byli  długowieczni, 

działali zatem zwykle powoli, zawsze rozważając po wielekroć każdy następny krok, spędzając 

tygodnie  lub  miesiące  na  medytacjach  przed  podjęciem  jakichkolwiek  badań  czy  pracy 

twórczej. 

W końcu jednak zdecydował się przerwać prace nad symfonią, którą zajmował się przez 

kilka  ostatnich  lat.  Może  wróci  do  niej  po  wyprawie...  Może  nie...  Dziwnie  straciło  to  na 

znaczeniu. 

background image

Rozdział 2 

KSIĄŻĘ CORUM WYRUSZA W DROGĘ

 

 

Wczesnym rankiem, kiedy kopyta jego konia ginęły  jeszcze w przyziemnej  mgiełce, 

Książę Corum wyruszył na wyprawę. 

Blade światło zaczynało dopiero wydobywać z mroku zarysy zamku, który, bardziej niż 

kiedykolwiek, wyglądał teraz jak część wielkiej skały, w którą wtopione były jego fundamenty. 

Drzewa przy ścieżce roztapiały się we mgle, niknęły w niej, zielono-czarny krajobraz ozłacały 

z wolna różowawe promienie wschodzącego, odległego jeszcze słońca. Spoza skał, pod grubą 

warstwą oparów, morze szumiało odpływem. 

Strzyżyk  zaczął  śpiewać,  gdy  Corum  podjechał  do  sosen  i  brzóz  zapowiadających 

słodkim zapachem las, odpowiedział mu swym skrzeczeniem gawron i nagle oba ptaki umilkły, 

jakby skonfundowane dźwiękami dobywającymi się z ich gardeł. 

Corum jechał coraz głębiej i dalej przez puszczę, aż w końcu szmer morza ucichł gdzieś 

za jego plecami, a mgła ustąpiła pod rozgrzewającymi promieniami słońca. Pradawna puszcza 

była  mu  znajomym  terenem,  bardzo  ją  przy  tym  lubił  -  to  tutaj  jako  chłopiec  uczył  się 

jeździectwa, tutaj  pobierał  lekcje  sztuki  walki,  którą ojciec  jego  uważał  za  użyteczną,  gdyż 

mogła uczynić ciało zwinnym  i odpornym. Zdarzało się, że spędzał całe dnie  na obserwacji 

zwierząt zamieszkujących ten obszar; delikatnych stworzeń podobnych do konia, o żółtoszarej 

sierści, nie większych jednak od psa i z rogiem wyrastającym z czoła; wspaniale ubarwionych, 

szerokoskrzydłych  ptaków,  które  wzlatywały  wyżej,  niż  sięgało  spojrzenie,  a  gniazda 

budowały  w  opuszczonych  jamach  lisich  i  borsuczych;  wielkich,  lecz  łagodnych  świń  z 

grubym, zmierzwionym futrem, żywiących się mchami, i wiele, wiele innych. 

Książę Corum uświadomił sobie, że żyjąc w zamku tak długo i nie ruszając się z niego 

ani  na  krok,  zapomniał  niemal  o  wszystkich  urokach  puszczy.  Uśmiech  pojawił  się  na  jego 

twarzy, gdy rozejrzał się wokół. Las, pomyślał, przetrwa zawsze. Coś tak pięknego nie może 

zginąć. 

Z jakiegoś jednak powodu ta myśl przywołała melancholię. Pogonił konia. 

Koń nie  miał  nic przeciwko galopowaniu,  jak sobie tego Corum życzył. Zwierzę też 

znało  puszczę  i  cieszyło  się  jej  widokiem.  Był  to  gniadosz  ze  stajni  Vadhaghów,  z 

niebiesko-czarnymi grzywą i ogonem. Ten mocny, wysoki i pełen wdzięku koń niepodobny był 

zupełnie do dzikich, kudłatych koników, które żyły w puszczy. Na okrytym żółtym aksamitem 

grzbiecie dźwigał dwie włócznie, okrągłą tarczę wykonaną z różnej grubości warstw drewna, 

background image

mosiądzu, skór i srebra, długi kościany hak i kołczan z zapasem strzał. W jednej sakwie była 

żywność, w drugiej mapy, mające wskazać drogę i dopomóc w studiowaniu okolicy. 

Sam Książę Corum ubrany był w stożkowaty hełm, nad którego krawędzią wyryto w 

trzech wierszach słowa  - Corum Jhaelen Irsei  - co znaczyło:  Corum, Książę w Szkarłatnym 

Płaszczu. Było zwyczajem ludu Vadhaghów wybierać kolor szaty odróżniający się od innych. 

Nhadraghowie używali w tym celu herbów i sztandarów, nierzadko bardzo złożonych. Płaszcz, 

który Corum miał na sobie, był długi, z szerokimi rękawami, a jego nie rozcięty tył rozpościerał 

się na końskim zadzie. Do płaszcza doszyty był kaptur, dość obszerny, by zarzucać go było 

można  na  hełm.  Całość  zrobiona  została  ze  świetnej  jakości  skóry,  należącej  niegdyś  do 

zwierzęcia, które podobno żyło w jakimś innym wymiarze, zapomnianym teraz nawet przez 

Vadhaghów.  Pod  płaszczem  miał  Corum  podwójną  kolczugę  składającą  się  z  miliona 

cieniutkich ogniw, której warstwa wierzchnia zrobiona była ze srebra, spodnia z mosiądzu. 

Oprócz łuku i lanc Corum zabrał również topór wojenny Vadhaghów. Broń na długim 

stylisku, starannej ręcznej roboty, o delikatnym wzorze, długi i mocny miecz z bezimiennego 

metalu, pochodzący z warsztatu płatnerskiego w jakimś  innym wymiarze  na Ziemi, którego 

jelec i ozdabiającą szczyt rękojeści kulkę wykonano ze srebra i czarnego onyksu. 

Koszula  księcia  była  z  błękitnego  brokatu,  nogawice  zaś  i  buty  z  delikatnie 

wyprawionej skóry, podobnie jak siodło, inkrustowane jeszcze srebrem. 

Spod hełmu wymykały się kosmyki srebrzystych włosów, opadając na młodą jeszcze 

twarz, teraz zamyśloną - po części nad przeszłością, a po części nad przyszłością, gdy próbował 

sobie wyobrazić swoje pierwsze zetknięcie z dawnymi ziemiami jego ludu. 

Jechał  sam,  gdyż  nikt  z  pozostałych  domowników  nie  mógł  oderwać  się  od  swoich 

zajęć. Nie wziął też zaprzęgu, jako że zależało mu na możliwie najszybszym podróżowaniu. 

Najbliższy  z  paru  zamków  miał  osiągnąć  dopiero  za  kilka  dni.  Teraz  usiłował  sobie 

przedstawić, na ile inaczej żyje się w tych miejscach i jacy są ci, którzy je zamieszkują, kto go 

powita?  Może  znajdzie  między  nimi  żonę...  Ojciec  nie  wspomniał  nic  na  ten  temat.  Corum 

jednak zdawał sobie sprawę, że pomyślał uprzednio i o innych możliwych pożytkach płynących 

dla syna z takiej wyprawy. 

Wkrótce opuścił puszczę i wyjechał na rozległą równinę zwaną Broggfythus, na której 

Vadhaghowie i Nhadraghowie spotkali się niegdyś w krwawej i mitycznej już bitwie. 

Była to ostatnia bitwa, jaka miała miejsce między tymi dwoma rasami. W swym szale 

rozciągnęła  się  na  wszystkie  Pięć  Wymiarów.  Nikomu  nie  przyniosła  ani  zwycięstwa,  ani 

klęski, zniszczyła zaś więcej niż dwie trzecie obu ras. Corum słyszał o wielu pustych zamkach, 

do dziś wznoszących się w Bro-an-Vadhagh i o wielu opuszczonych miastach, które niszczały 

background image

na Wyspach Nhadraghów leżących nad morzem oblewającym skały Zamku Erorn. 

Około  południa  znalazł  się  w  centralnej  części  równiny  Broggfythus.  Docierał  do 

miejsca,  które  pamiętał  z  czasów  swych  chłopięcych  wędrówek,  a  które  wytyczało  granicę 

znanych  mu  terenów.  Leżał  tu obrośnięty  trawami  wrak  potężnego  latającego  miasta,  które 

podczas miesięcznej bitwy jego przodków poruszało się między poszczególnymi wymiarami, 

rwąc delikatną  materię dzielącą  jeden wymiar od drugiego, a w końcu legło, miażdżąc sobą 

szeregi zarówno Vadhaghów, jak i Nhadraghów. 

Metal, z którego je wykonano, pochodził  z innego wymiaru  i nawet teraz, po latach, 

poskręcane  blachy  i  rozprysłe  kamienie  zachowały  część  swoich  właściwości.  Ponad 

rumowiskiem tworzyły się miraże, chociaż otaczające je zielsko, janowiec i brzozy wyglądały 

dość realnie i solidnie. 

Przy  innych okazjach, gdy nie  było powodu do pośpiechu, Książę Corum znajdywał 

przyjemność  w  przemieszczaniu  się  z  jednego  wymiaru  do  drugiego,  dla  dokładniejszego 

przyjrzenia się miastu na różne sposoby. Teraz jednak wymagałoby to zbyt dużego wysiłku. 

Wrak miasta nie był obecnie niczym innym, jak tylko przeszkodą, którą należało jak najrychlej 

ominąć,  szukając  ścieżek  i  przejść,  co  i  tak  miało  trwać  długie  godziny,  jako  że  obwód 

rumowiska liczył dwadzieścia mil. 

W końcu  jednak, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a on zostawił za sobą 

świat, który znał, osiągnął skraj równiny. Stąd skierował się na południowy  zachód, w głąb 

lądów, na których pomocą mogła mu być tylko mapa. 

Jechał  nieprzerwanie  przez  trzy  dni,  aż  ostatecznie  koń  zaczął  wykazywać  oznaki 

zmęczenia. Rozbił zatem Corum obóz w małej dolince, przez którą płynął zimny strumień. 

Zjadł  kawałek  jasnego,  pożywnego  chleba  i  usiadł  wygodnie  oparty  o  pień  starego 

dębu. Koń szczypał trawę tuż nad brzegiem strumyka. 

Srebrny  hełm  położył  Corum  obok,  razem  z  toporem  i  mieczem.  Odprężył  się 

oddychając głęboko leśnym powietrzem, kontemplując widok ośnieżonych górskich szczytów, 

wznoszących się błękitnie i szaro na horyzoncie. Był to miły i spokojny kraj. Corum cieszył się, 

że  droga  przywiodła  go  aż  tutaj.  Kiedyś,  jak  słyszał,  zamieszkiwali  go  liczni  dostojnicy 

Vadhaghów, lecz było to zbyt dawno, by został po nich widomy ślad. Pomyślał, że to tak, jakby 

wrośli  w  krajobraz  lub  zostali  przezeń  pochłonięci:  dostrzegał  czasem  dziwnie  uformowane 

skały, przypominające szczątki zamków, zawsze jednak były to tylko skały. Przemknęło mu 

nawet  przez  głowę,  że  skały  te  są  ucieleśnioną  pamięcią  o  czasach,  gdy  panowali  tu 

Vadhaghowie,  lecz  jego  trzeźwy  zwykle  rozum  z  miejsca  odrzucił  coś  tak 

nieprawdopodobnego. Takie fantazje mogą być właściwe poezji, nie intelektowi. 

background image

Uśmiechnął  się  do  swoich  niezbyt  precyzyjnych  myśli  i  ułożył  wygodniej  pod 

drzewem. Za trzy dni powinien  być w  Zamku Crachah, gdzie  mieszka  jego ciotka, Księżna 

Lorim. Spojrzał na konia, który, podwinąwszy nogi, układał się pod drzewami do snu. Corum 

owinął się w swój szkarłatny płaszcz, naciągnął kaptur na głowę i zasnął również. 

background image

Rozdział 3 

HORDA MABDENÓW

 

 

Późnym rankiem  Księcia Coruma obudziły odgłosy, które wyraźnie nie pasowały do 

leśnego otoczenia. Koń usłyszał je również, gdyż wstał i łowił niespokojnie zapachy. 

Corum  zmarszczył  brwi  i  podszedł  do  strumyka,  zaczerpnął  chłodnej  wody,  obmył 

twarz i ręce. Przerwał czynność, zastygł, znowu nasłuchując. Uderzenie. Skrzypienie. Brzęk. 

Wydało mu się, że słyszy głos wołający gdzieś w dolinie, a gdy spojrzał w tamtym kierunku, 

odniósł wrażenie, że coś się poruszyło. 

Zawrócił do obozowiska i pospiesznie nałożył hełm, przypasał miecz, zarzucił na plecy 

topór i osiodłał konia. 

Dźwięki  były  teraz  wyraźniejsze,  a  wraz  z  nimi  coś  zaczęło  się  wkradać  do  głowy 

Coruma,  jakaś  obca  myśl,  której  nie  potrafił  rozpoznać.  Dosiadł  konia  nie  przerywając 

obserwacji. 

Z góry nadciągała fala zwierząt i pojazdów. Niektóre ze stworzeń odziane były w futra, 

żelazo i skóry - Corum domyślił się, że to Mabdenowie. Z tego, co przeczytał o ich zwyczajach, 

pamiętał,  że  rasa  ta  jest  w  przeważającej  części  wędrowna.  Gdy  tylko  wyeksploatuje  jeden 

teren,  rusza  dalej  w  poszukiwaniu  dziko  rosnących  zbóż  i  nowych  stad  zwierzyny.  Mocno 

zdziwiły  go  tarcze,  miecze  i  hełmy  używane  przez  tę  hordę,  przypominające  do  złudzenia 

uzbrojenie Vadhaghów. 

Podeszli  bliżej,  a  Corum  wciąż  obserwował  zachłannie,  tak  jak  kiedyś  podpatrywał 

dzikie zwierzęta - takich jeszcze nie widział. 

Była to duża grupa, jadąca na udekorowanych po barbarzyńsku rydwanach z drewna i 

kutego brązu, ciągnionych przez rozkudłane konie w zmatowiałej uprzęży, malowanej kiedyś 

na  czerwono,  żółto  i  niebiesko.  Za  rydwanami  ciągnęły  wozy  -  niektóre  otwarte,  inne  pod 

plandekami. Corum sądził, że jadą w nich kobiety, gdyż nie dostrzegł ich nigdzie w gromadzie. 

Mabdenowie  mieli  gęste,  brudne  brody,  nisko  zwisające  wąsy,  skołtunione  włosy 

wystawały im spod hełmów. Ryczeli głośno jeden do drugiego podczas marszu, podając sobie z 

ręki  do  ręki  bukłaki  z  winem.  Ze  zdziwieniem  dotarło  do  Coruma,  że  język  ich  ma  wiele 

wspólnego z mową Vadhaghów i Nhadraghów, jest jednak szorstki, pełen naleciałości. Zatem 

Mabdenowie przyswoili sobie bardziej rozwinięty język! 

Powrócił trudny do sprecyzowania niepokój. Corum zawrócił konia w cień drzew, nadal 

patrząc uważnie. 

background image

Teraz widział już dokładnie, dlaczego hełmy i uzbrojenie wydały mu się znajome. 

Były to hełmy i broń Vadhaghów. 

Corum  zmarszczył  brwi.  Czy  zostało  to  wygrzebane  z  ruin  jakiegoś  dawno 

opuszczonego zamku? Czy było częścią darów? Czy też może zostało ukradzione? 

Mabdenowie nosili również oręż własnego wyrobu, kopie rzemiosła Vadhaghów, parę 

tylko  wzorów  zostało  zapożyczonych  od  Nhadraghów.  Ubrania  niektórych  były  ze 

zrabowanego  zapewne  aksamitu  i  płótna,  większa  jednak  część  poowijała  się  w  płaszcze  z 

wilczych skór, kaptury z niedźwiedzich, nogawice i kaftany z foczych, owcze kożuchy, kozie 

czapki, królicze spódniczki, świńskie buty, koszule z wełny lub sarniej skóry. Na ich szyjach 

widniały brązowe, złote i żelazne łańcuchy. Owijali je również wokół rąk i nóg, wplatali nawet 

w tłuste włosy. 

Zaczęli  go  mijać.  Stłumił  kaszel,  wywołany  ich  smrodem,  który  właśnie  do  niego 

doleciał. Wielu było tak pijanych, że niemal wypadali z rydwanów. Wielkie koła skrzypiały, a 

konie ciężko stąpały dalej. Zauważył teraz, że w wozach nie było kobiet, tylko łupy, z których 

wiele pochodziło niewątpliwie ze skarbców Vadhaghów. Pomyłka była wykluczona. 

Tej  oznaki  nie  można  było  zinterpretować  inaczej  -  był  to  oddział  rabusiów  lub 

łupieżców, mordujących dla zdobyczy. Pewności nie miał, trudno mu było jednak pogodzić się 

z myślą, że te zwierzęta stoczyły niedawno bitwę z Vadhaghami i wygrały. 

Mijały go już ostatnie rydwany, gdy zobaczył, że za karawaną szło paru Mabdenów; 

mieli  związane  ręce,  sznury,  na  których  byli  prowadzeni,  służyły  wyraźnie  do  zabawy 

woźnicom z rydwanu. Pociągali za nie, by ujrzeć, jak któryś z więźniów się przewraca. Nie 

mieli wcale broni, prawie w ogóle ubrania, byli wychudzeni, z okrwawionymi stopami, jęczeli 

i krzyczeli coś od czasu do czasu. Odpowiedzią był zwykle śmiech. 

Jeden  potknął  się  i  upadł.  Ciągnięty  po  ziemi,  rozpaczliwie  usiłował  się  podnieść. 

Corum był przerażony. Dlaczego Mabdenowie traktują w ten sposób swoich ziomków? Nawet 

Nhadraghowie, którzy byli bardziej okrutni niż Vadhaghowie, nie wystawiali swych więźniów 

na takie cierpienia. 

- W rzeczy samej, muszą być szczególnie brutalni - powiedział Corum półgłosem. 

Ktoś  z  czoła  karawany  wydał  głośno  jakiś  rozkaz  i  zajechał  rydwanem  nad  brzeg 

rzeczki. Pozostali również zaczęli się zatrzymywać. Najwyraźniej zamierzali tutaj rozbić obóz. 

Z pewną fascynacją obserwował ich nadal, siedząc w siodle, dobrze zasłonięty przez 

drzewa. 

Mabdenowie  zdjęli  koniom  uprząż  i  podprowadzili  je  do  wody.  Z  wozów  ściągnęli 

kociołki i stojaki. Zaczęli rozpalać ogniska. 

background image

Jedli o zachodzie słońca - ich więźniowie jednak, nadal przywiązani, nic nie dostali. 

Gdy uporali się już z posiłkiem, zaczęło się pijaństwo i wkrótce ponad połowa hordy 

leżała rozciągnięta na trawie, tam gdzie kto padł nieprzytomny. Reszta krążyła wokoło, bawiąc 

się pozorowaniem walk, które były jednak coraz dziksze, tak że niejednokrotnie noże i topory 

barwiły się na czerwono, wytaczając nieco krwi. 

Ten  sam  rosły  Mabden,  który  rozkazał  karawanie  się  zatrzymać,  wrzasnął  teraz  na 

walczących  i przepchnął się przez  nich z  bukłakiem w ręce, trącając  ich  i żądając ponurym 

warczeniem przerwania pojedynków. Dwóch nie usłuchało, na co tenże zdjął z pasa brązowy 

topór i opuścił na łeb najbliższego krewkiego osobnika, rozbijając zarówno hełm, jak i głowę. 

Cisza zaległa w obozie i Corum z wysiłkiem zrozumiał słowa przywódcy hordy. 

- Na Psa! Nie chcę więcej żadnych sprzeczek, jak ta tutaj. Po co marnować siły? Ten 

sport lepiej uprawiać z nimi! 

Wskazał toporem na śpiących już więźniów. 

Kilku Mabdenów zaśmiało się przytakując i podniosło się, ruszając przez oświetlony 

mdłym światłem plac ku więźniom. Obudzili ich kopniakami, przecięli liny wiążące nadgarstki 

z rydwanami i zmusili do przejścia na główną część obozowiska. Wojownicy nie będący pod 

wpływem  wina  zgromadzili  się  tworząc  okrąg,  w  środek  którego  zostali  wepchnięci 

więźniowie, rozglądający się trwożliwie po dzikich twarzach. 

Przywódca stanął naprzeciw jeńców. 

- Gdy braliśmy was z waszej wsi, zapewniałem, że my, Denledhyssowie, tylko jednych 

nienawidzimy bardziej niż Shefanhowów. Pamiętacie, o kogo chodziło? 

Któryś  z  więźniów  wymamrotał  coś  ze  wzrokiem  wbitym  w  ziemię.  Przywódca 

Mabdenów zbliżył się do niego i podniósł mu głowę obuchem topora. 

- Tak, dobrze, przyjacielu, nauczyłeś się tego. Powiedz to jeszcze raz. 

Język więźnia był obrzmiały. Popękane wargi poruszyły się jeszcze raz, oczy zwróciły 

ku ciemniejącemu niebu - po policzkach popłynęły mu łzy i krzyknął chropawym głosem w 

wiatr: 

- O tych, którzy liżą dupy Shefanhowów...! 

Wstrząsnął nim dreszcz, potem zaczął krzyczeć. Wódz uśmiechnął się i cofnął topór, po 

czym pchnął jeńca rękojeścią w żołądek, tak że krzyk został ucięty wpół, a Mabden zwinął się 

we dwoje w spazmie bólu. 

Corum  nigdy  nie  doświadczył  takiego  okrucieństwa.  Zamarł  z  przerażenia,  gdy 

zobaczył, że Mabdenowie rozwiązują swoich więźniów, rozciągają ich na ziemi, biorą w ręce 

gałęzie  i  noże,  przypalają  i  okaleczają  swych  ziomków tak,  by  nie  umierając,  zwijali  się  w 

background image

cierpieniu. 

Przywódca śmiał się, patrząc na to, sam nie biorąc udziału w torturowaniu ofiar. 

-  Aaaa,  wasze  duchy  zapamiętają  mnie,  gdy  zmieszają  się  z  potępionymi  demonami 

Shefanhowów  w  Studni  Psa!  -  rechotał.  -  Zapamiętają  Hrabiego  Denledhyssów, 

Glandytha-a-Krae, Mór na Shefanhowów! 

Corumowi trudno było zrozumieć, co miały znaczyć te słowa. Shefanhow mogło być 

zniekształconą  wersją  słowa  „Sefano”  z  języka  Vadhaghów,  które  w  potocznej  mowie 

oznaczało  diabła.  Lecz  kogo  Mabdenowie  nazywali  Denledhyssami?  Było  to  trochę  tylko 

zmienione  „Donledyssowie”  -  mordercy.  Czyżby  byli  dumni  z  tego,  że  są  zabójcami?  Czy 

słowo „Shefanhow” oznaczało w ogóle wroga? I kto jeszcze  był  ich wrogiem prócz  innych 

Mabdenów? 

Corum  potrząsnął  głową  z  zakłopotaniem.  Lepiej  rozumiał  motywy  działania  i 

zachowania  niżej  rozwiniętych  zwierząt  aniżeli  rasy  mabdeńskiej.  Nie  zdołał  opanować 

chorobliwej ciekawości jej zwyczajów i szybko się to na nim zemściło, mącąc mu kompletnie 

w głowie. Nie czekając, zawrócił konia i odjechał w głąb puszczy. 

Jedyne  wyjaśnienie,  jakie  potrafił  obecnie  znaleźć,  było  przypuszczeniem,  że  proces 

ewolucji i inwolucji przebiegał u Mabdenów gwałtowniej niż u innych ras. Możliwe, że ci tutaj 

byli  szaleńcami,  degeneratami,  odpadem  rasy.  To  mogłoby  wyjaśnić,  dlaczego  zwracają  się 

przeciwko swym współplemieńcom, tak jak robią to wściekłe lisy. 

Odczuł potrzebę pośpiechu. Ruszył zatem tak szybko, jak tylko mógł galopować jego 

koń, kierując się ku Zamkowi Crachah. 

Może zamieszkująca w nim Księżna Lorim, będąc bliżej siedzib Mabdenów, wyjaśni 

mu całą sprawę i odpowie na liczniejsze pytania. 

background image

Rozdział 4 

PIĘKNO SKALANE BEZLITOSNĄ PRAWDĄ

 

 

Oprócz  śladów  ognisk  i  rozrzuconych  śmieci  Książę  Corum  nie  spotkał  już  więcej 

znaków Mabdenów. Ze wzgórz okalających Dolinę Crachah nie odszukał wzrokiem sylwetki 

zamku Księżnej Lorim. 

Dolina  zarośnięta  topolami,  wiązami  i  brzozami  wyglądała  spokojnie  w  łagodnym 

świetle wczesnego popołudnia. Lecz zamku nie było! 

Corum wyjął mapę z sakwy i ponownie porównał z nią teren. Zamek powinien wznosić 

się  pośrodku  doliny,  otoczony  przez  sześć  pierścieni  topoli  i  dwa  zewnętrzne  pierścienie 

wiązów. Spojrzał raz jeszcze. 

Drzewa  były  -  tak  topole,  jak  i  wiązy  -  i  rzeczywiście  tworzyły  koncentryczne 

pierścienie. Lecz w centrum, zamiast zamku, kłębił się tylko obłok jakby mgły. 

Nie był to jednak dzień, w którym mgła mogłaby się utrzymać aż do popołudnia. To 

musiał być dym. 

Książę Corum pospiesznie zjechał ze wzgórza. 

Dojechał do pierwszego pierścienia drzew, usiłując dojrzeć coś przez pozostałe. Lecz 

na razie nie widział nic więcej, czuł już jednak zapach dymu. 

Przejechał przez następne pierścienie drzew i teraz już dym szczypał go w oczy, drażnił 

gardło - udało mu się przez niego dojrzeć kilka ciemnych kształtów. 

Minął  ostatnie  topole  -  dym  gryzł  w  płucach,  łzy  w  oczach  dodatkowo  rozmywały 

obraz. Ostre złomy skalne, porozrzucane kamienie, poczerniały od gorąca metal, spalone belki. 

Książę Corum ujrzał ruiny. Bez wątpienia ruiny Zamku Crachah. Ruiny, które jeszcze 

się  tliły.  Ogień  strawił  całkowicie  Zamek  Crachah,  połakomił  się  również  na  jego 

mieszkańców. Podjechawszy bliżej, dostrzegł Corum wyraźnie zwęglone szkielety. 

Wokół  ruin  widniały  ślady  walki:  połamany  rydwan  Mabdenów,  trochę  ich  trupów, 

stara kobieta Vadhaghów rozsiekana na kilkanaście kawałków. 

Już teraz gawrony i kruki gromadziły się wokół, nie zważając na dym. 

Książę  Corum  pojął  z  wolna,  czym  jest  żal.  Odgadywał,  że  to  właśnie  uczucie  go 

ogarniało. 

Zawołał  głośno.  Tylko  raz,  w  nadziei,  że  może  ktoś  przeżył.  Nie  było  odpowiedzi. 

Powoli zawrócił. 

Jechał na Wschód ku Zamkowi Sarn. 

background image

Jechał  niestrudzenie  przez  tydzień.  Poczucie  żalu  nie  opuszczało  go,  dołączyło  zaś 

jeszcze jedno, które Corum rozpoznał jako dreszcz niepokoju. 

 

Zamek  Sarn  stał  pośrodku  gęstej,  starej  puszczy  i  tylko  jedna  droga  prowadziła  do 

niego.  Ta  właśnie,  którą  jechał  zmęczony  książę.  Uciekały  przed  nim  spłoszone  małe 

zwierzęta, uskakując przed kopytami równie zmęczonego konia. Zawieszone chmurami niebo 

zraszało ich deszczem. Nie wznosił się przed nim żaden dym. Gdy Corum podjechał do zamku, 

odkrył,  że  wszystko,  co  mogło  spłonąć,  już  dawno  pochłonął  ogień.  Czarne  kamienie  były 

zimne,  a  kruki  i  gawrony  porzuciły  oczyszczone  dokładnie  kości  i  odleciały  szukać  innego 

żeru. 

Corum po raz pierwszy zapłakał. Zsiadł ze zdrożonego i okrytego pyłem konia, wspiął 

się na rumowisko, przeszedł ponad kośćmi, usiadł i rozejrzał się wokół. 

Siedział tak przez kilka godzin, aż z gardła dobył mu się nowy dla niego dźwięk. Nie 

słyszał go nigdy dotąd i  nie potrafił go nazwać.  Był to wątły głos, którym  nie  był w stanie 

wyrazić tego, co działo się w rozkołatanej duszy. Nie miał nigdy okazji poznać Księcia Opasha, 

chociaż  jego  ojciec  wyrażał  się  o  nim  z  wielkim  szacunkiem.  Nie  znał  ani  rodziny,  ani 

domowników  z  Zamku  Sarn,  lecz  opłakiwał  ich.  W  końcu,  wyczerpany,  wyciągnął  się  na 

pokruszonym kawałku skały i zapadł w czarny sen. 

Deszcz  nadal  padał  na  szkarłatny  płaszcz  Coruma.  Padał  na  ruiny,  obmywał  kości. 

Gniadosz poszukał schronienia pod starymi drzewami. Ułożył się, przez chwilę międlił między 

zębami trawę, przypatrując się swojemu panu  leżącemu nieruchomo twarzą ku ziemi. Potem 

również usnął. 

 

Gdy tylko Corum się obudził i zszedł ku miejscu, gdzie leżał jego koń, zaraz pochłonęły 

go spekulacje i rozważania. Wiedział, że to zniszczenie musiało być dziełem Mabdenów, gdyż 

nie  było zwyczajem Nhadraghów palić zamki  nieprzyjaciół. Na dodatek między obu rasami 

panował od stuleci pokój. Jedni i drudzy zapomnieli już, jak prowadzi się wojnę. 

Przyszło mu do głowy, że Mabdenowie mogli zostać skłonieni do tych napaści przez 

Nhadraghów,  lecz  i  to  nie  pasowało  do  całości.  Obie  rasy  zawsze  przestrzegały  dawnych 

kodeksów działań wojennych. Liczebność zaś Nhadraghów była niewielka i nic nie zmuszało 

ich, by sięgać po nowe terytoria, tak jak Vadhaghowie od dawna nie musieli bronić swoich. 

Twarz naznaczoną zmęczeniem pokrywał kurz i ślady łez. Książę Corum obudził konia, 

dosiadł  go  i  skierował  się  ku  Północy.  Tliła  się  w  nim  wciąż  iskierka  nadziei,  że  hordy 

Mabdenów nawiedziły jedynie Południe i Wschód, że Północ mogła być od nich nadal wolna, 

background image

tak jak wolny był Zachód. 

Następnego  dnia,  gdy  zatrzymał  się,  by  napoić  konia  i  spojrzał  ponad  mokradłami 

porośniętymi ciernistym jałowcem, dostrzegł dym. Dużo dymu. Wziął mapę i sprawdził na niej 

okolicę. Nie było tu żadnego zamku. 

Zawahał  się.  Dym  mógł  pochodzić  z  obozu  Mabdenów.  Jeśli  tak,  to  istniało 

prawdopodobieństwo, że znajdowali się w nim jeńcy Vadhaghów, którym Corum winien był 

udzielić pomocy. Zdecydował się zmienić nieco kierunek jazdy i zbliżyć się do źródła dymu. 

 

Źródeł  było  kilkanaście.  Istotnie,  był  to  obóz  Mabdenów,  lecz  stały  -  przypominał 

mniejsze z osad Nhadraghów. Wzniesiono go jednak o wiele prymitywniejszymi sposobami. 

Zbieranina chat ledwo odstających od ziemi, z kamiennymi ścianami, kominami ułożonymi z 

łupków. To z nich dobywał się dym. 

Wokół osady rozciągały się pola uprawne, obecnie nagie, na przemian z pastwiskami, 

na których pasło się nawet kilka krów. 

Zbliżając się do zabudowań Corum nie czuł żadnego lęku, podobnego do niepokoju, 

który już z daleka wzbudzała w nim karawana Mabdenów. Nie poniechał jednak ostrożności; 

zatrzymał konia sto jardów od pierwszych chat, wypatrując między nimi śladów życia. 

Czekał tak przez godzinę i nie zobaczył nikogo. 

Przybliżył  się.  Był  nie  dalej  niż  pięćdziesiąt  jardów  od  najbliższego  przysadzistego 

budynku. 

Nigdzie nie pojawił się nadal ani jeden Mabden. 

Corum chrząknął. 

Dziecko zaczęło nagle płakać, lecz jego krzyk został natychmiast stłumiony. 

-  Mabdenowie!  -  krzyknął  Corum  głosem  ochrypłym  od  zmęczenia  i  matowym  z 

rozpaczy. - Chcę z wami porozmawiać. Dlaczego nie wyjdziecie ze swoich nor? 

Z najbliższej rudery dobiegł głos. Głos, który wyrażał jednocześnie strach i złość. 

- Nie zrobiliśmy nic złego Shefanhowom. Nigdy. Oni nigdy nie skrzywdzili nas. Lecz 

jeśli  wyjdziemy,  by  z  tobą  rozmawiać,  Denledhyssowie  wrócą  tutaj  i  zabiorą  nam  jeszcze 

więcej  żywności,  zabiją  więcej  ludzi  spośród  nas,  zgwałcą  nasze  kobiety.  Odejdź,  Panie 

Shefanhowów, błagamy cię. Żywność wynieśliśmy ci w sakwie przed drzwi. Weź ją i zostaw 

nas. 

Teraz  Corum  dostrzegł  worek.  Czemu  darowali  mu  to?  Czy  nie  wiedzieli,  że  ich 

ciężkostrawne jedzenie nie nadaje się dla żołądków Vadhaghów? 

- Nie chcę żywności! - odkrzyknął. 

background image

- Zatem czego chcesz, Panie Shefanhowów? Zostały nam już tylko nasze dusze. 

- Nie wiem, co chcesz przez to powiedzieć. Szukam odpowiedzi na parę pytań. 

- Shefanhowie wiedzą wszystko. My nie wiemy nic. 

- Dlaczego obawiacie się Denledhyssów? Dlaczego traktujecie mnie jak wcielone zło? 

Vadhaghowie nigdy przecież was nie skrzywdzili. 

-  To  Denledhyssowie  nazywają  was  Shefanhowami.  A  ponieważ  żyliśmy  dotąd  w 

pokoju  z  twoim  ludem,  Denledhyssowie  postanowili  nas  ukarać.  Mówią,  że  Mabdenowie 

muszą zabijać Shefanhowów - Vadhaghów i Nhadraghów - ponieważ jesteście złem. Mówią, 

że  Mabdenowie  istnieją  na  Ziemi  po  to,  by  zniszczyć  Shefanhowów.  Denledhyssowie  są 

sługami  wielkiego  Hrabiego  Glandyth-a-a-Krae,  którego  wasalem  jest  nasz  wasal,  Król 

Lyr-a--Brode.  Jego  kamienne  miasto  wznosi  się  na  górzystych  terenach  na  północnym 

wschodzie i zwie się Kalenwyr. Czy wiedziałeś o tym wszystkim, Panie Shefanhowów? 

- Tego nie wiedziałem - powiedział powoli Corum, zawracając konia ku drodze. - Lecz 

i teraz, gdy to wiem, nic nie rozumiem. 

Podniósł głos. 

- Żegnajcie, Mabdenowie. Nie będę już wam dłużej dostarczał powodów do strachu... - 

przerwał. - Powiedzcie mi jednak jeszcze jedną rzecz na koniec. 

- O co chodzi? - dobiegł go zdenerwowany głos. 

- Dlaczego jedni Mabdenowie występują przeciwko innym Mabdenom? 

- Nie rozumiem cię, panie. 

-  Widziałem  przedstawicieli  twojej  rasy  zabijających  swych  współplemieńców.  Czy 

jest to coś, co często robicie? 

- Tak, panie. Dość często. Karzemy tych, którzy łamią nasze prawa ku przestrodze tym, 

którzy mogą zamyślać to samo. 

Książę Corum przytaknął. 

- Dziękuję, Mabdenowie. Teraz już odjeżdżam. 

Skierował gniadosza na torfowiska, zostawiając wioskę za sobą. 

Książę  Corum  wiedział  już,  że  potęga  Mabdenów  wzrosła  w  siłę  bardziej,  niż 

ktokolwiek z Vadhaghów mógł przypuszczać. Ich porządek społeczny był prymitywny, władza 

spoczywała  w  rękach  wielu  przywódców  różnej  rangi,  mieli  wiele  stałych  osiedli  różnej 

wielkości. Większa część Bro-an-Vadhaghu zdawała się rządzona przez jednego wodza - Króla 

Lyra-a-Brode. Imię to w pospolitym dialekcie Mabdenów znaczyło mniej więcej tyle co Król 

Wszystkich Ziem. 

Przypomniał sobie teraz plotki mówiące o tym, że te prawie zwierzęta zdobyły zamki 

background image

Vadhaghów, że Wyspy Nhadraghów poddały im się bez reszty. 

Byli więc i tacy Mabdenowie, którzy swe życie w całości poświęcili poszukiwaniom 

przedstawicieli  innych  ras  i  niszczeniu  ich.  Dlaczego?  Dawne  rasy  nie  zagrażały  przecież 

Mabdenom. Bo i jakie zagrożenie mogły stanowić dla ludów tak licznych i dzikich? Wszystko, 

czym dysponowali Vadhaghowie i Nhadraghowie, to była wiedza. Czy to tej wiedzy obawiali 

się Mabdenowie? 

Przez dziesięć dni, dwukrotnie przystając dla nabrania sił, Corum podążał na Pomoc. 

Nie miał już specjalnej nadziei na ujrzenie Zamku Gal nietkniętego, lecz musiał tam dojechać, 

musiał mieć pewność. Gdyby Książę Faguin i jego rodzina jeszcze żyli, powinien ostrzec ich 

przed niebezpieczeństwem. 

Często napotykał osady Mabdenów, zawsze jednak ostrożnie je omijał. Niektóre były 

zbliżone  rozmiarami  do  tej,  którą  widział  jako  pierwszą.  Wiele  jednak  było  większych, 

skupionych wokół ponurych kamiennych wież. Parokrotnie widział przejeżdżające w pobliżu 

uzbrojone bandy i tylko wyczulonym zmysłom Vadhagha zawdzięczał, że to on dostrzegał ich 

pierwszy. 

Raz sytuacja zmusiła go nawet do ewakuowania siebie i konia do sąsiedniego wymiaru, 

by uniknąć konfrontacji z Mabdenami. Był to dla niego wielki wysiłek. Patrzył za nimi, gdy 

minęli go w odległości mniejszej niż stopa, niezdolni kompletnie do dostrzeżenia go. Tak jak 

inni,  których  widział,  i  ci  nie  dosiadali  koni,  lecz  jechali  na  rydwanach  ciągnionych  przez 

skundlone kucyki. Gdy przyjrzał się twarzom naznaczonym śladami chorób, lśniącym od potu i 

brudu, ciałom pokrytym  barbarzyńskimi ozdobami, zastanowił się  nad  ich  mocą  niszczenia. 

Wciąż trudno mu było uwierzyć, by tak bezmyślne, pozbawione rozwiniętych darów umysłu 

bestie mogły doprowadzić do ruiny wielkie zamki Vadhaghów. 

W końcu Książę w Szkarłatnym Płaszczu, Corum, dojechał do stóp wzgórza, na którym 

stał  niegdyś  Zamek  Gal,  i  zobaczył  czarny  dym  kłębiący  się  nad  strzelającymi  wysoko 

płomieniami. Wiedział już, skąd właśnie wracali Mabdenowie, których niedawno mijał, jakim 

to dziełem zniszczenia byli nasyceni. 

Tutaj jednak już na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że oblężenie trwało długo. 

Wściekła walka musiała się toczyć pod murami zamku przez wiele dni. Vadhaghowie z Zamku 

Gal byli o wiele lepiej przygotowani. 

Obudziła się w nim nadzieja, że może znajdzie kogoś z rodaków jedynie rannego, komu 

będzie mógł pomóc. Pogonił konia pod górę. 

Jedyną  żywą  istotą,  jaką  znalazł  w  pobliżu  płonących  ruin,  był  pozostawiony 

najwyraźniej przez towarzyszy skowyczący Mabden. Corum zignorował go. 

background image

Znalazł  zwłoki  trójki  współplemieńców.  Żadne  z  nich  nie  umarło  szybko.  Było  to 

dwóch pozbawionych zbroi rycerzy i dziecko. Dziewczynka około sześciu lat. Corum po kolei 

przenosił zwłoki i rzucał je w ogień, by ten je spopielił. Potem powrócił do konia. 

Ranny  Mabden  zaczął  go  wzywać.  Corum  przystanął  -  to  nie  był  zwykły  akcent 

Mabdenów. 

- Pomóż mi, panie! 

To była płynna mowa Vadhaghów i Nhadraghów. 

Czy  mógł  to  być  Vadhagh,  który  przebrał  się  za  jednego  z  Mabdenów,  aby  uniknąć 

śmierci? Corum zawrócił. Szedł przez ścielący się dym, prowadząc za sobą konia. 

Spojrzał  na Mabdena. Ranny  miał  na sobie obszerny płaszcz z wilka wraz z naszytą 

półkolczugą  z  żelaznych  ogniw  i  hełm  zakrywający  większą  część  twarzy.  Corum  zdołał 

zerwać hełm, odrzucił go na bok i zamarł wstrząśnięty. 

To  nie  był  Mabden.  Nie  był  to  też  Vadhagh.  Zakrwawiona  twarz  należała  do 

Nhadragha: ciemna, ze spłaszczonymi rysami i włosami rosnącymi aż do linii oczu. 

- Pomóż mi, panie - znów odezwał się Nhadragh. - Nie jestem zbyt ciężko ranny. Mogę 

jeszcze służyć. 

- Komu niby, Nhadraghu? - spytał powoli Corum. Oddarł część rękawa rannego i starł 

zakrzepłą krew z jego oczu. Nhadragh mrugnął powiekami, skupiając spojrzenie na Corumie. 

- Komu miałbyś służyć, Nhadraghu? Czy służyłbyś mnie? 

Spojrzenie  rannego  nabrało  ostrości  i  Corum  odczytał  w  nim  coś,  co  bardzo 

przypominało nienawiść. 

- VADHAGH! - warknęła istota. - Żywy Vadhagh! 

- Tak. Żyję. Dlaczego mnie nienawidzisz? 

-  Wszyscy  Nhadraghowie  nienawidzą  Vadhaghów.  Od  wieków  ich  nienawidzili! 

Dlaczego nie jesteś martwy? Ukrywałeś się? 

- Nie pochodzę z Zamku Gal. 

- Miałem zatem rację. To nie był ostatni zamek Vadhaghów  - usiłował się pozbierać, 

sięgnąć po nóż, lecz był na to za słaby. Upadł. 

- Niegdyś Nhadraghowie nie żywili do nas nienawiści - powiedział Corum. - Owszem, 

chcieliście naszych ziem, lecz prowadziliście walkę bez owej nienawiści, podobnie jak i my. 

Nauczyliście się jej dopiero od Mabdenów, nie od swoich przodków. Oni znali honor. Ty już 

nie. Jakim sposobem mogła jedna z dawnych ras pozwolić na to, by Mabdenowie uczynili z niej 

swych niewolników? 

Nhadragh uśmiechnął się kącikami ust. 

background image

- Wszyscy Nhadraghowie, którzy przetrwali, są niewolnikami Mabdenów. I to już od 

dwustu  lat.  Tylko  tak  mogliśmy  przetrwać.  Zachowują  nas  jako  psy,  mające  tropić  tych, 

których oni nazywają Shefanhowami. Złożyliśmy im przysięgę wierności w zamian za życie. 

- Nie mogliście uciec? Są jeszcze inne wymiary. 

-  Dla  nas  zamknięte.  Nasi  historycy  twierdzili,  że  ostatnia  wielka  bitwa  między 

Vadhaghami i Nhadraghami naruszyła równowagę między planami do tego stopnia, że zostały 

one przed nami zamknięte przez bogów... 

-  A więc  i do was zawędrowały przesądy  - zadumał S1ę Corum.  - A  jakie właściwie 

zamiary mają Mabdenowie wobec nas? 

Nhadragh  zaczął  się  śmiać,  śmiech  przeszedł  w  kaszel  i  krew  popłynęła  mu  z  ust, 

ściekając po brodzie. Gdy tylko Corum wytarł mu ją, odezwał się znowu: 

-  Usuną  was,  Vadhaghów.  Oni  niosą  ze  sobą  strach,  poprzedzają  ciemność.  Za  ich 

sprawą niknie piękno, traci na znaczeniu prawda. Świat należy teraz do Mabdenów. Nie mamy 

prawa żyć dalej. Natura się od nas odwróciła. Nie powinno-nas tu być! 

- To ty tak myślisz czy oni? 

- To jest fakt. 

- Powiedziałeś, że sądziłeś, iż to był ostatni z naszych zamków? 

- Nie ja. Ja wyczuwałem, że jest jeszcze jeden. Powiedziałem im to. 

- A oni pojechali go szukać? 

- Tak. 

Corum potrząsnął jego ramionami. 

- Dokąd? 

- Jak to dokąd? Gdzież by indziej, jak nie na Zachód? Corum pobiegł do konia. 

- Poczekaj! - wychrypiał Nhadragh. - Dobij mnie, błagam cię, Vadhaghu! Nie pozwól 

mi cierpieć! 

-  Nie  wiem,  jak  się  zabija.  Nie  umiem  tego  zrobić  -  odpowiedział  Corum  dosiadając 

konia. 

-  Zatem  będziesz  musiał  się  nauczyć,  Vadhaghu. Będziesz  musiał  się  tego  nauczyć  - 

rechotał umierający, gdy Corum ponaglał niecierpliwie konia do galopu. Zjechali ze wzgórza. 

background image

Rozdział 5 

LEKCJA ŻYCIA W ŚWIECIE MABDENÓW

 

 

I oto był Zamek Erorn o wysmukłych wieżach oplecionych przez zachłanne płomienie. 

U  stóp  skały,  na  której  go  wzniesiono,  kłębiły  się  fale,  jakby  morze  chciało  wyrazić  w  ten 

sposób swój gniew, jakby wiatr chciał zaprotestować, jakby piana usiłowała rozpaczliwie zalać 

zwycięskie płomienie. 

Zamek Erorn runął gwałtownie, a brodaci Mabdenowie powitali nagły rozbłysk ognia 

takim śmiechem, że zatrzęsły się złote okucia rydwanów. Patrzyli przy tym triumfalnie na rząd 

ciał leżących przed nimi w półkolu. 

Były to ciała Vadhaghów. 

Cztery kobiety i ośmiu mężczyzn. 

Z  cienia  pod  naturalnym  kamiennym  mostem,  prowadzącym  na  równinę,  Corum 

przelotnie  ujrzał  pokrwawione  twarze  i  rozpoznał  wszystkich:  swego  ojca,  Księcia 

Khlonskeya, matkę Colotalarnę, siostry bliźniaczki Ilastru i Pholhinrę, wuja, Księcia Rhanana, 

bratanicę Setredę i pięciu domowników, kuzynów drugiego i trzeciego stopnia. 

Trzykrotnie Corum przeliczył ciała, a jego chłodny żal przerodził się w furię, podsycaną 

jeszcze  przez  rozlegające  się  wokoło  okrzyki  oprawców,  posługujących  się  prostackim 

dialektem. 

Trzykrotnie  przeliczył,  po  czym  spojrzał  na  Mabdenów,  a  jego  twarz  była  teraz 

rzeczywiście twarzą Shefanhowa. 

Książę Corum odkrył już żal i odkrył strach. Teraz dowiedział się również o istnieniu 

gniewu. 

Od dwóch tygodni  był w drodze, jadąc  niemal  bez przerw z nadzieją, że przybędzie 

przed  Denledhyssami  i  ostrzeże  rodzinę,  zanim  pojawią  się  barbarzyńcy.  I  przybył  o  kilka 

godzin za późno. 

Mabdenowie dali się ponieść arogancji zrodzonej z niewiedzy i zniszczyli tych, których 

duma  powodowana  była  intelektualną  wyższością.  Taka  była  kolej  rzeczy.  Ojciec  Coruma, 

Książę Khlonskey, przyjął, bez wątpienia, spokojnie swą śmierć, zadaną mu przez Mabdenów 

ukradzionym  toporem  Vadhaghów.  W  sercu  Coruma  nie  było  teraz  jednak  miejsca  na 

jakiekolwiek filozoficzne rozważania. 

Oczy Coruma płonęły  furią. Tylko tęczówki pozostały w nich  jasnozłote. Ujął długą 

włócznię,  którą  wiózł  przy  siodle,  i  popędził  zmęczonego  konia  przez  rozświetloną 

background image

płomieniami noc drogą ku Denledhyssom. 

 

Zabójcy rozłożyli się bezładnie na rydwanach, lejąc słodkie wino Vadhaghów na twarze 

i  do  gardeł.  Szum  morza  zagłuszył  całkowicie  odgłos  nadejścia  Coruma  aż  do  chwili,  gdy 

wraził włócznię prosto w twarz wojownika, tak’ że ten ledwo zdążył krzyknąć. 

Corum nauczył się zabijać. 

Uwolnił ostrze włóczni i uderzył kompana zabitego, wbijając metal w jego szyję, gdy 

ten się podnosił. Przekręcił drzewce. 

Corum nauczył się okrucieństwa. 

Inny Denledhyss sięgnął po hak i założył strzałę na cięciwę, lecz Corum cisnął włócznią 

na  tyle  silnie,  że  ta,  trafiając  przebiła  brązowy  napierśnik  i  dosięgła  serca,  wyrzucając 

jednocześnie łucznika z rydwanu. 

Corum sięgnął po drugą włócznię. 

Lecz jego koń już ustawał. Był zmęczony długim galopem i teraz prawie nie reagował 

na polecenia  jeźdźca. Tymczasem woźnice pozostałych rydwanów biciem starali się zmusić 

kucyki do nagłego zwrotu, kierując wielkie skrzypiące pojazdy na Coruma, by runąć na niego 

całą ich masą. 

Strzała przemknęła tuż obok i książę starał się odnaleźć wzrokiem  łucznika. Pogonił 

swego niemal padającego konia i zbliżył się na tyle do wojownika, by wbić włócznię w jego nie 

osłonięte prawe oko, wyszarpując ją na czas dla zablokowania cięcia mieczem, który wzniósł 

kompan trafionego. 

Okuta  metalem  włócznia  zatrzymała  ostrze,  a  Corum,  używając  obu  rąk,  odwrócił 

drzewce, by grubszym końcem wymierzyć w twarz przeciwnika cios tak silny, że ten zwalił się 

z rydwanu. 

Lecz  teraz  już  pozostali  zjeżdżali  ku  niemu  przez  migocące  cienie,  przy  wtórze 

huczących płomieni, które trawiły pozostałości Zamku Erorn. 

Corum rozpoznał tego, który ich prowadził: wył, śmiał się i wywijał nad głową ciężkim 

toporem. 

- Na Psa! Czy naprawdę istnieje Vadhagh, który walczy jak Mabden...? Za późno się 

tego nauczyłeś, przyjacielu! Jesteś ostatnim ze swoich! 

Był to Glandyth-a-Krae - z błyszczącymi oczyma, ustami wykrzywionymi w okrutnym 

grymasie odsłaniającym żółte kły. 

Corum cisnął włócznią. 

Topór  został  błyskawicznie  przerzucony  gdzie  trzeba  i  odrzucił  ją  na  bok,  a  rydwan 

background image

Glandytha nawet nie zwolnił. 

Corum sięgnął po własny topór i czekał. Jednak jego koń nie wytrwał - nogi stworzenia 

ugięły się i zwierzę upadło. 

Pospiesznie uwolnił stopy ze strzemion i ujął topór w obie dłonie. Odskakując w bok i 

do tyłu, gdy rydwan znalazł się tuż przy nim, zamachnął się na Glandytha, lecz odrąbał jedynie 

kawał mosiężnej poręczy pojazdu. 

Ręka  zdrętwiała  mu  od  tego  chybionego  ciosu  i  niemal  wypuścił  topór.  Oddychał 

chrapliwie i lekko się zataczał. Po bokach mijały go w pędzie inne rydwany, aż w końcu jakiś 

miecz  uderzył  w  hełm.  Ogłuszony,  opadł  na  kolano.  Włócznia  trafiła  go  w ramię.  Upadł  w 

poznaczone koleinami błoto. 

Wtedy Corum nauczył się przebiegłości. Zamiast zerwać się od razu, leżał tam, gdzie 

padł, tak długo, aż wszystkie rydwany przejechały. Zanim zdołały zawrócić, zerwał się na nogi. 

Ramię miał obolałe, lecz włócznia nie uszkodziła go. Ruszył na ślepo w ciemność, poszukując 

drogi ucieczki przed barbarzyńcami. 

Jego stopa natrafiła na coś miękkiego - spojrzał pod nogi i ujrzał zwłoki swojej matki. 

Zobaczył też, co z nią zrobiono, zanim umarła, i nie opanował jęku ni łez, które niemal zupełnie 

wypełniły mu oczy. Ujął stylisko topora w lewą rękę, prawą z wysiłkiem dobywając miecza. 

- Glandyth-a-Krae! - zawołał. 

I poznał Corum, czym jest żądza zemsty. 

 

Grunt zatrząsł się pod uderzeniami końskich kopyt, gdy rydwany znów potoczyły się na 

Coruma. Wysoka wieża zamku ogarnięta została nagle płomieniami, które wystrzeliły w górę i 

rozjaśniły noc, oświetlając w ciemnościach postać Glandytha w ponownym ataku. 

Corum stał  nad ciałem swojej  matki. Tu oczekiwał przeciwnika. Pierwszym cięciem 

rozwalił łeb prowadzącego konia, który padając pociągnął za sobą inne. 

Hrabia Glandyth poleciał do przodu, wypadając niemal przez poręcz rydwanu. Woźnice 

dwóch następnych pojazdów usiłowali wstrzymać konie, by nie wpaść na przywódcę. Reszta, 

widząc przed sobą zamieszanie, również zaczęła zwalniać. 

Corum przeszedł po ciałach koni i podniósł miecz nad karkiem Glandytha, cios jednak 

został zatrzymany przez żelazny kołnierz, a wielka, kudłata głowa zwróciła oczy na Coruma. 

Mabden  wyskoczył  z  rydwanu.  To  samo  zrobił  Corum.  Stanął  twarzą  w  twarz  z  mordercą 

swojej rodziny. 

Mierzyli się nawzajem wzrokiem, dysząc jak lisy, gotowi do skoku. 

Pierwszy ruszył Corum, mierząc mieczem w Glandytha--a-Krae i unosząc jednocześnie 

background image

topór. 

Glandyth uskoczył przed mieczem i toporem sparował cios, sam mierząc w pachwinę 

Coruma. Chybił. 

Zaczęli krążyć dokoła. Czarno-złote oczy Coruma utkwione były w szarych Hrabiego 

Glandytha-a-Krae. 

Przez  kilkanaście  minut  tak  się  prężyli  do  skoku,  podczas  gdy  inni  Mabdenowie 

spokojnie  obserwowali  walczących.  Wargi  Glandytha  poruszyły  się,  jakby  chciał  coś 

powiedzieć,  lecz  Corum  zaatakował  znowu  -  tym  razem  wykuty  w  niepamiętnych  czasach 

metal jego miecza przeszedł przez zbroję Glandytha w złączeniu blach na ramieniu i sięgnął 

głębiej.  Glandyth  krzyknął  z  bólu  i  zamachnął  się  toporem,  uderzając  tak  silnie,  że  ramię 

Coruma zesztywniało pod wpływem bólu. Książę upadł. 

-  Tak  -  rzucił  Glandyth  jakby  do  siebie.  -  Tak,  Vadhaghu.  Nie  jest  moim 

przeznaczeniem być zarżniętym przez Shefanhowa. 

Corum zamachnął się toporem. 

Glandyth ponownie odparował cios. 

Topór opadł. 

Tym  razem  broń  została  wytrącona  z  ręki  Coruma,  który  stał  teraz  bez  oręża  przed 

szczerzącym w uśmiechu zęby Mabdenem. 

-  Lecz  jest  moim  przeznaczeniem  zarzynać  Shefanhowów!  -  wykrzywił  radośnie 

mordę. 

Corum jak szalony rzucił się na Glandytha, chcąc wyrwać mu topór. Był jednak zbyt 

wyczerpany, by zrobić to skutecznie. 

Glandyth zawołał do swoich: 

- Na Psa, chłopaki, zostawcie tego demona dla mnie. Nie dobijajcie go. Zabawimy się z 

nim dłużej. Było nie było, to ostatni Vadhagh, z którym będziemy kiedykolwiek mieli okazję 

się zabawić. 

Corum usłyszał ich śmiech. Wyrywał się ku nim, gdy go przytrzymywali. Krzyczał jak 

w gorączce, nie słysząc własnych słów. 

Jakiś  Mabden  zerwał  mu  z  głowy  hełm,  inny  uderzył  rękojeścią  miecza  w  potylicę. 

Ciało Coruma zwiotczało nagle, a on sam pogrążył się w ciemności, która wydała mu się czułą 

przyjaciółką. 

background image

Rozdział

 

6

 

OKALECZENIE CORUMA

 

 

Dwukrotnie słońce wzeszło i zaszło, nim Corum się obudził. Leżał zakuty w łańcuchy 

na wozie Mabdenów. Usiłował podnieść głowę i wyjrzeć przez dziurę w plandece, lecz jedyne, 

co zdołał stwierdzić, to to, że jest dzień. 

Czemu  go  nie  zabili?  Wstrząsnął  nim  dreszcz,  gdy  po  zastanowieniu  doszedł  do 

wniosku, że woleli poczekać, aż się obudzi. Zapewne chcą uczynić jego śmierć powolną i pełną 

cierpienia. 

Zanim jeszcze wyruszył na wyprawę, zanim jeszcze poznał los zamków Vadhaghów i 

nieszczęścia,  które  spadły  na  Bro-an-Vadhagh,  był  kimś  innym  i  wtedy  bez  sprzeciwów 

przyjąłby swój los i umiałby przygotować się na śmierć razem z resztą swego narodu. Lecz to, 

czego ostatnio doświadczył, zostawiło już w nim swój ślad. Nienawidził Mabdenów. Cierpiał 

po stracie najbliższych. Powinien ich pomścić, jeśli tylko zdoła. A to oznaczało, że powinien 

żyć. 

Zamknął oczy, chcąc oszczędzić siły. Był tylko jeden sposób, by uciec Mabdenom  - 

przenieść się do innego wymiaru, gdzie nie mogliby go dostrzec. Lecz to wymagało sporego 

wysiłku i było niezbyt realne, jak długo pozostawał na wozie. 

Od  czasu  do  czasu  dochodziły  go  gardłowe  zawołania  Mabdenów,  lecz  nie  mógł 

dosłyszeć, co mówili. Zasnął. 

 

Ocknął  się.  Coś  zimnego  ściekało  mu  po  twarzy.  Woda.  Otworzył  oczy  i  zobaczył 

stojących  wokoło  Mabdenów.  Został  wyniesiony  z  wozu  i  leżał  teraz  na  ziemi.  W  pobliżu 

płonęły ogniska, nad którymi coś gotowano. Była noc. 

- Shefanhow znów jest z nami! - zawołał Mabden, który wylał na niego wodę. - I chyba 

jest już gotowy... 

Corum  skrzywił  się  z  bólu,  który  sprawiło  mu  poobijane  ciało  przy  próbie  wstania. 

Nadal  krępowały  go  łańcuchy.  Nawet  gdyby  zdołał  zbiec  do  innego  wymiaru,  łańcuchy 

podążyłyby za nim. Bez nich byłoby łatwiej. Na próbę zerknął do sąsiedniego wymiaru, lecz 

spowodowało to taki ból oczu, że zrezygnował. 

Pojawił  się  Glandyth-a-Krae.  Przepchnął  się  między  swoimi  ludźmi.  Blade  oczy 

zmierzyły Coruma z triumfem. Rękę zanurzył w brodzie ujętej w kilkanaście splotów, na które 

ponasadzane były pierścienie ze zdobycznego złota. Schylił się i prawie z czułością postawił 

background image

Coruma na nogi. Łańcuchy i niewygodna pozycja, w której Corum leżał w wozie, przerwały 

dopływ krwi do nóg i teraz odczuwał ich zdrętwienie. Nie mogły utrzymać jego ciężaru. 

- Rodlik! Do mnie, chłopcze! - zawołał Glandyth gdzieś za siebie. 

- Idę, panie! - rudowłosy chłopiec, może czternastoletni, pojawił się w polu widzenia. 

Ubrany był w delikatne aksamity Vadhaghów - zielone i białe, gronostajową czapkę i miękkie 

irchowe buty. Naznaczona pryszczami twarz o jasnej karnacji nie odbierała mu, sporej jak na 

Mabdena, przystojności. Ukląkł przy Glandythcie. 

- Tak, panie? 

- Pomóż Shefanhowowi utrzymać się na nogach, chłopcze. 

Niski  chropawy  głos  Glandytha  nabierał  szczególnego  odcienia,  gdy  zwracał  się  do 

chłopca. 

- Pomóż mu stanąć prosto, Rodlik. 

Rodlik podskoczył i ujął ramię Coruma, dając mu solidne oparcie. Dotyk chłopca był 

zimny i niespokojny. 

Wszyscy wojownicy mabdeńscy patrzyli z oczekiwaniem na Glandytha. Ten niedbale 

zdjął ciężki hełm i wstrząsnął głową rozrzucając poskręcane i przesiąknięte tłuszczem włosy. 

Corum  również  przyglądał  się  Glandythowi.  Lustrował  jego  czerwoną  twarz 

stwierdzając, że wprawdzie w szarych oczach tli  się  iskierka  inteligencji,  lecz wyrażają one 

głównie dumę i zło. 

-  Dlaczego  zabiłeś  wszystkich  Vadhaghów?  -  cicho  spytał  Corum.  Każde  poruszenie 

wargami sprawiało ból. - Dlaczego, Hrabio Krae? 

- Winieneś to wiedzieć. Nie cierpimy waszych czarów. Mierzi nas wasze wywyższanie 

się. Potrzebujemy ziem  i tych wszystkich waszych dóbr, które mogą być dla nas użyteczne. 

Więc was zabijamy. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Poza tym nie zniszczyliśmy wszystkich 

Vadhaghów. Jeszcze nie. Jeden został. 

- Tak - zdobył się Corum na wyzwanie. - Ten, który pomści swoich współplemieńców, 

jeśli tylko zostanie mu po temu dana sposobność. 

- Nie - Glandyth złożył ręce na biodrach. - Nie otrzyma jej. 

- Mówisz, że nie cierpicie naszych czarów. A przecież my nie znaliśmy czarów. To było 

tylko trochę wiedzy, trochę naturalnych darów natury... 

-  Ha!  Widzieliśmy  wasze  zamki,  wasze  urządzenia  służące  złu,  które  w  nich  były. 

Widzieliśmy i ten, który wzięliśmy kilka nocy temu. Pełen czarów! 

Corum zwilżył wargi. 

- Nawet gdybyśmy opanowali takie czary, o jakich mówisz, nie byłby to powód, by nas 

background image

zabijać.  Nie  wyrządziliśmy  wam  nigdy  żadnej  krzywdy.  Pozwoliliśmy  wam  osiedlić  się  na 

naszej ziemi, niczego od was nie żądając, nie powstrzymując was. Sądzę, że nienawidzicie nas, 

ponieważ  żywicie  nienawiść  wobec  czegoś,  co  jest  w  was  samych.  Jesteście  jeszcze  nie  do 

końca ukształtowanymi stworzeniami. 

-  Wiem.  Nazywacie  nas  na  wpół  zwierzętami.  Nie  dbam  o  twoje  zdanie,  Vadhaghu. 

Wiem tylko, że czasy twojej rasy już się skończyły. 

Glandyth splunął na ziemię i machnął ręką na młodzieńca. 

- Niech idzie. 

Corum zachwiał się, lecz nie upadł. Nadal wpatrywał się w Glandytha-a-Krae. 

-  Jesteście  szaleni  -  ty,  Hrabio,  i  twoja  rasa.  Jesteście  jak  choroba,  jak  tocząca  świat 

rakowata narośl. 

Glandyth splunął ponownie, tym razem prosto w twarz Coruma. 

-  Powiedziałem  ci  -  wiem,  co  sądzili  o  nas  Vadhaghowie.  Wiem,  co  sądzili  o  nas 

Nhadraghowie, zanim nie zrobiliśmy z nich naszych psów myśliwskich. Twoja duma niszczy 

cię, Vadhaghu. Nhadraghowie nauczyli się już odrzucać dumę i kilku z nich oszczędziliśmy. 

Uznali  nas  za  swoich  panów.  Lecz  wy,  Vadhaghowie,  nie  umieliście  tego  zrobić.  Gdy 

podeszliśmy pod wasze zamki, zignorowaliście nas. Gdy zażądaliśmy daniny, byliście głusi. 

Gdy  oznajmiliśmy  wam,  że  będziecie  teraz  nam  służyć,  udaliście,  że  nie  rozumiecie. 

Zebraliśmy się więc, by was ukarać. A wy nie stawiliście oporu. Torturowaliśmy was, a wy, w 

waszej dumie, nie chcieliście złożyć nam przysięgi na wierność i zostać naszymi niewolnikami, 

jak  uczynili  to  Nhadraghowie.  Straciliśmy  cierpliwość,  Vadhaghu.  Zdecydowaliśmy,  że  nie 

nadajecie się do tego, by żyć na tej samej ziemi, na której panuje wielki Król Lyr-a-Brode, gdyż 

nie  potrafilibyście  uznać  jego  władzy  i  poddać  się  jej.  Oto  dlaczego  zdecydowaliśmy,  by 

wykończyć was wszystkich. Zasłużyliście sobie na ten los. 

Corum wbił oczy w ziemię. Więc to samozadowolenie doprowadziło Vadhaghów do 

takiego końca. 

Uniósł głowę i ponownie spojrzał na Glandytha. 

-  Mam  jednak  nadzieję, że będę  jeszcze  mógł pokazać wam,  iż ostatni z Vadhaghów 

potrafi zachować się inaczej. 

Glandyth wzruszył ramionami i odwrócił się do swoich ludzi: 

- On chyba nie wie, co naprawdę nam wkrótce pokaże, no nie, chłopaki!? 

Mabdenowie roześmieli się. 

- Przygotować blat! - rozkazał Glandyth. - Chyba czas już zaczynać. 

Zobaczył,  jak  przynoszą  i  ustawiają  szeroką  tablicę  zbitą  z  nierównych,  grubo 

background image

ciosanych  i  poplamionych  zaschłą  krwią  desek.  W  czterech  rogach  przymocowane  były 

odcinki łańcucha. Corum zaczął się domyślać, jakie było przeznaczenie tego sprzętu. 

Dwóch Mabdenów uchwyciło go za ramiona i przycisnęło do blatu. Inny wziął dłuto i 

żelazny  młot.  Corum  został  przyparty  do  desek  opartych  o  pień  drzewa.  Za  pomocą  dłuta 

Mabden zdjął mu łańcuchy, po czym jego ręce i nogi zostały rozciągnięte na boki i w tej pozycji 

na  nowo zakute w łańcuchy tkwiące  w blacie. Corum czuł zapach zastarzałej krwi. Widział 

znaki noży, mieczy i toporów na drewnie. Gdzieniegdzie pozostawiły w nim siady strzały. 

Leżał niczym na klocu rzeźniczym. 

Żądza krwi w oczach Mabdenów narastała. Ich oddechy parowały, nozdrza rozszerzyły 

się.  Czerwone  języki  oblizywały  wąskie  wargi,  na  niektórych  twarzach  pojawiły  się  skąpe 

uśmieszki witające zapowiedź bliskiej zabawy. 

Hrabia  Glandyth  skontrolował,  czy  dobrze  przymocowano  Coruma  do  blatu.  Potem 

stanął przed Vadhaghem, wyciągając zza pasa wąskie ostrze. 

Ostrze zbliżyło się do piersi Coruma. Usłyszał dźwięk rozdzieranej materii  - zdarto z 

niego brokatową koszulę. 

Glandyth-a-Krae pracował powoli, uśmiechając się i od czasu do czasu rysując nożem 

cienką krwawą linię na skórze Vadhagha. W końcu Corum był całkiem nagi. 

Glandyth odstąpił. 

- Teraz - powiedział dysząc - zastanawiasz się z pewnością, co takiego zamierzamy z 

tobą zrobić. 

-  Widziałem  już  innych, których zaszlachtowaliście  - powiedział  Corum.  -  Myślę, że 

wiem, co zamierzacie. 

Glandyth przełożył sztylet do lewej ręki i schował go. Podniósł jednocześnie mały palec 

prawej. 

- Aaa, wiesz... Nie wiesz. Tamci Vadhaghowie umarli szybko, ponieważ było ich wielu 

do  zabicia.  Ty  jesteś  ostatni.  Możemy  poświęcić  ci  sporo  czasu.  Sądzę  zresztą,  że  damy  ci 

szansę. Jeśli będziesz umiał żyć bez oczu, bez języka, bez rąk i stóp, bez genitaliów, wówczas 

puścimy cię wolno. 

Corum wpatrywał się w niego z przerażeniem. Glandyth wybuchnął śmiechem. 

- Widzę, że kupiłeś nasz żart! 

Dał znak swoim ludziom. 

- Przynieście narzędzia. Zaczynamy. 

Na  wprost  niego  ustawiono  wielki  kocioł  wypełniony  rozżarzonym  do  czerwoności 

węglem  drzewnym.  Wystawało  zeń  różnorodne  żelastwo.  Były  to  przyrządy  przeznaczone 

background image

specjalnie do torturowania, jak zauważył Corum. Jaka rasa mogła, tworząc takie rzeczy, nadal 

nazywać się normalną? 

Glandyth-a-Krae wybrał  z kotła długie żelazo i wywinął  nim, sprawdzając rozpalony 

koniec. 

- Zaczniemy od oka i skończymy na oku - powiedział. - Od prawego oka, zapewne. 

Gdyby  Corum  jadł  coś  w  ostatnich  dniach,  z  pewnością  by  zwymiotował.  Ale  i  tak 

poczuł bolesny skurcz żołądka i żółć podeszła mu do ust. 

Nie było już dalszych przygotowań. 

Glandyth zbliżył się do blatu z parującym w zimnym powietrzu nocy żelazem. 

Corum  spróbował  zapomnieć  w  tym  momencie  o  czekających  go  torturach  i 

skoncentrować się na nadnaturalnych umiejętnościach. Pot ściekał po nim - tak ze strachu, jak z 

wysiłku, gdy próbował skontaktować się z innym wymiarem. Umysł jednak był pozbawiony 

jasności,  myśli  chaotyczne.  Przez  chwilę  nałożyły  się  jedynie  obrazy  z  innego  wymiaru  i 

zbliżające się ku jego twarzy wyostrzone żelazo. 

Obraz  przed  nim  zafalował,  lecz  Glandyth  nie  zniknął  -  jego  szare oczy  lśniły  teraz 

nienaturalnym blaskiem. 

Corum szarpnął się w  łańcuchach, chcąc odsunąć głowę. Wtedy Glandyth  lewą ręką 

uchwycił jego włosy, opuszczając jednocześnie narzędzie. 

Corum krzyknął, gdy rozgrzane do czerwoności ostrze dotknęło powieki zamkniętego 

oka.  Ból  wypełnił  twarz,  a  potem  całe  ciało.  Usłyszał  coś,  co  było  jego  własnym  krzykiem 

przemieszanym ze śmiechami i chrapliwym dyszeniem Glandytha... 

Zemdlał. 

 

Wędrował  ulicami  obcego  miasta.  Wysokie  budynki  wzniesiono  niedawno,  lecz 

pokrywały je liszaje i brud. 

Wciąż  czuł  ból,  lecz  odległy,  przytłumiony.  Nie  widział  na  jedno  oko.  Kobiecy  głos 

zawołał go z balkonu. Rozejrzał się. To była jego siostra, Pholhinra. Zobaczyła jego twarz 1 

krzyknęła ze zgrozy. 

Spróbował sięgnąć ręką do ślepego oka, lecz nie mógł. 

Coś  go  trzymało.  Usiłował  uwolnić  lewą  rękę  od  tego  czegoś,  cokolwiek  to  było. 

Ciągnął coraz mocniej, aż poczuł ból nadgarstka. 

Pholhinra  zniknęła,  lecz  Corum  był  teraz  całkowicie  zaabsorbowany  próbami 

uwolnienia  ręki. Z jakiegoś powodu nie mógł się odwrócić i  spojrzeć na to, co go trzymało. 

Może była to paszcza jakiejś bestii?... 

background image

Szarpnął wściekle po raz ostatni i uwolnił ramię. 

Podniósł je do oka, lecz nadal nic nie poczuł. 

Spojrzał na rękę. 

Nie było ręki. Tylko ramię. Kikut. 

Wtedy krzyknął znowu... 

 

Otworzył oczy i zobaczył Mabdena przytrzymującego mu ramię i przykładającego doń 

rozgrzany do białości miecz. Przypalenie rany miało zatamować krwawienie. 

Ucięli mu rękę. 

Glandyth wciąż się śmiał, trzymając w górze dłoń Coruma, pokazując ją innym, a krew 

wciąż kapała z noża, którego użył. 

Teraz Corum wejrzał w sąsiedni wymiar dokładnie. Obrazy znów się nałożyły. Skupił 

całą energię, zrodzoną ze strachu i cierpienia, i znalazł się w innym wymiarze. 

Nie przestał widzieć Mabdenów, lecz ich głosy stały się przytłumione. Usłyszał krzyk 

zaskoczenia - wszyscy wpatrywali się w miejsce, które przed chwilą opuścił. Glandyth obrócił 

się ku niemu, a jego oczy się rozszerzyły. Corum słyszał, jak woła do swych ludzi, by rozbiegli 

się i poszukali Coruma w lesie. 

Blat był pusty, gdy Glandyth i cała banda pobiegli w ciemność, chcąc dopaść ponownie 

więźnia. 

Lecz tak naprawdę był on nadal przykuty do desek, które, podobnie jak Corum, istniały 

w wielu wymiarach. I wciąż czuł ból, i wciąż nie miał prawego oka oraz lewej ręki. 

Mógł odwlekać jeszcze przez jakiś czas dalsze tortury, lecz w końcu siły go opuszczą i 

będzie musiał wrócić do ich wymiaru, a oni niewątpliwie podejmą przerwaną nagle robotę. 

Szarpnął łańcuchy, usiłując posłużyć się kikutem lewej ręki dla uwolnienia pozostałych 

kończyn z kajdanów. 

Wiedział jednak, że to beznadziejne. Odroczył jedynie na krótko swą zagładę. Nigdy 

nie będzie wolny - nigdy nie dopełni zemsty na mordercach swoich bliskich. 

background image

Rozdział 7 

BRUNATNY

 

 

Z  wielkim  wysiłkiem  udawało  mu  się  pozostawać  w  bezpiecznym  wymiarze  i 

niespokojnie wypatrywał powrotu Glandytha i jego hordy. 

Zobaczył jednak jakiś inny kształt, wyłaniający się z puszczy i ostrożnie kroczący ku 

niemu. 

W  pierwszej  chwili  pomyślał,  że  jest  to  wojownik  Mabdenów  ubrany  w  obszerny 

futrzany kaftan, tyle że bez hełmu. Później zdał sobie jednak sprawę, że musi to być zupełnie 

inna istota. 

Stworzenie  rozejrzało  się  po  obozie  Mabdenów  i,  nadal  zachowując  ostrożność, 

podeszło bliżej. Uniosło głowę i wpatrzyło się w Coruma. 

Był zaskoczony. Istota go widziała! W odróżnieniu od Mabdenów i innych pospolitych 

stworzeń miała ów dar. 

Cierpiał tak bardzo, że kontury obrazów zaczęły się powoli rozmywać. Zamknął oko, a 

gdy je otworzył, zagadkowa istota stała tuż obok niego. 

W  ogólnym  zarysie  podobna  była  do  Mabdenów,  tyle  tylko,  że  całkiem  zarośnięta 

sierścią.  Brunatna,  pokryta  bliznami  twarz  sugerowała  wiekowość.  Wśród  spłaszczonych 

rysów  widniały  wielkie,  okrągłe  jak  u  kota  oczy,  szerokie  nozdrza  i  duże,  wypełnione 

pożółkłymi ze starości zębami usta. 

Na twarzy tej malował się wyraz wielkiego żalu. Istota gestem pokazała Corumowi, by 

zszedł, a następnie, wskazując na puszczę, zasugerowała, by poszedł z nią. Potrząsnął głową, 

wskazując na przytrzymujące go łańcuchy. 

Postać w zamyśleniu skłębiła sierść na karku, po czym oddaliła się ku ciemnej puszczy. 

Corum, patrząc w ślad za nią, prawie zapomniał ze zdziwienia o bólu. 

Czy była świadkiem jego tortur? Czy chciała go uwolnić? 

A może to tylko iluzja, tak jak złudzenie miasta, widmo siostry przywołane nieznośnym 

cierpieniem. 

Czuł, jak siły go opuszczają. Jeszcze parę chwil, a wróci tam, gdzie Mabdenowie będą 

mogli go dostrzec. I wiedział, że nie uda mu się ponownie opuścić tamtego wymiaru. 

Wtedy właśnie Brunatny powrócił, prowadząc za sobą coś jeszcze i kierując się prosto 

na Coruma. 

W  pierwszej  chwili  dojrzał  jedynie  przysadzisty  kształt,  kołyszący  się  ponad 

background image

Brunatnym  -  kształt  czegoś,  co  miało  dwanaście  stóp  wysokości  i  było  szerokie  niemal  na 

sześć. Coś, co na podobieństwo rozjuszonej bestii chodziło na dwóch łapach. 

Gdy spojrzał w górę, zobaczył, że to miało twarz. Twarz ciemną, wyrażającą jedynie 

smutek,  skupienie,  przygnębienie.  Reszta  ciała  tego  czegoś,  podobna  w  ogólnym  zarysie  do 

postaci Brunatnego, zdawała się nie odbijać wcale światła. Nie można było dostrzec żadnych 

szczegółów. Niemniej jednak owo coś sięgnęło i uniosło blat tak łagodnie, jak ojciec mógłby 

podnieść dziecko. Razem z Corumem poniosło go w puszczę. 

Niezdolny odróżnić, czy sen to, czy  jawa, Corum zaprzestał wysiłków i powrócił do 

wymiaru, z którego uciekł. Lecz stworzenie o ciemnej twarzy niosło go nadal, z Brunatnym 

przy boku, coraz głębiej w las, oddalając się z wielką chyżością od obozu Mabdenów. 

Corum zemdlał znowu. 

Obudził się w świetle dnia i pierwsze, co zobaczył, to pusty blat, leżący opodal. On sam 

spoczywał na zielonej trawie doliny, którą przepływał strumyk, w pobliżu zaś dojrzał niewielki 

stos orzechów i owoców. Trochę dalej siedział Brunatny i przyglądał się Corumowi. 

Corum spojrzał na swoje prawe ramię. Kikut został czymś posmarowany i ból przestał 

dokuczać. Sięgnął ręką do prawego oczodołu i wyczuł jakąś lepką substancję  - zapewne taki 

sam balsam, jak ten na ramieniu. 

W  pobliskich  lasach  śpiewały  ptaki.  Niebo  było  błękitne  i  gdyby  nie  rany,  mógłby 

pomyśleć, że wydarzenia paru ostatnich tygodni były tylko złym snem. 

Brunatny  wstał  i  przyczłapał  do  niego.  Chrząknął.  Zachowywał  się  nadal  bardzo 

przyjaźnie. Dotknął swego własnego prawego oka, potem swojego lewego nadgarstka. 

- Jak? Boli? - spytał niewyraźnym głosem, z trudem wymawiając głoski. 

- Już nie - odpowiedział Corum. - Dziękuję, Brunatny Człowieku, za pomoc, za ratunek. 

Brunatny  spojrzał  na  niego,  marszcząc  brwi.  Nie  zrozumiał  najwidoczniej  ni  słowa. 

Dopiero po chwili uśmiechnął się, przytaknął i powiedział: 

- Dobrze. 

- Kim jesteś? - spytał Corum. - Kim był ten, którego przyprowadziłeś w nocy? 

Stworzenie postukało się w pierś. 

- Ja Serwde. Ja twój przyjaciel. 

- Serwde - powtórzył Corum, z pewnym trudem wymawiając imię. - Moje imię brzmi 

Corum. A kim było to drugie stworzenie? 

Serwde wymówił imię, które było o wiele trudniejsze do powtórzenia i o wiele bardziej 

złożone niż jego własne. 

- Kim on jest? Nigdy dotąd nie widziałem kogoś takiego. Właściwie to kogoś takiego 

background image

jak ty również dotąd nie widziałem. Skąd pochodzisz? 

Serwde wskazał gdzieś za siebie. 

- Ja żyć tutaj. W puszczy. Puszczy Laahr. Mój pan żyć tutaj. Od wielu, wielu dni - dłużej 

niż Vadhagh - twój lud. 

- A gdzie jest teraz twój pan? - spytał znów Corum. 

- Odszedł. Nie chce, by go widziano. 

Corum  mgliście przypominał sobie pewną  legendę. Mówiła o  istocie żyjącej  jeszcze 

bardziej na zachód niż mieszkańcy Zamku Erorn. W legendzie zwano ją Brunatnym z Laahr. I 

oto legenda ożyła. Nie wspominała jednak nic o tym drugim, którego imienia niepodobna było 

wymówić. 

- Pan mówić: miejsce w pobliżu. Dobrze ci posłuży - powiedział Brunatny. 

- Co to za miejsce, Serwde? 

- Siedziba Mabden. 

- O nie, Serwde - Corum uśmiechnął się boleśnie. - Mabdenowie nie będą dla mnie mili. 

- Ci Mabden odmienni. 

-  Wszyscy  Mabdenowie  są  moimi  wrogami.  Nienawidzą  mnie.  -  Corum  spojrzał  na 

swój kikut. - A ja nienawidzę ich. 

- Ci Mabden dawni. Dobrzy Mabden. 

Corum  wstał  i  zachwiał  się.  Ból  zaczął  mu  dokuczać.  Głowa  zapulsowała,  ramię 

przypomniało  o  sobie.  Wciąż  był  całkiem  nagi,  a  jego  ciało  pokrywały  liczne  zadrapania  i 

ranki; został jednak umyty. 

Z  wolna  zaczynało  do  niego  docierać,  że  został  kaleką.  Uratowany  od 

niewyobrażalnych  cierpień,  które  pragnął  mu  zadać  Glandyth,  nie  był  już  jednak  tym,  kim 

dawniej.  Był  kimś  gorszym.  Jego  twarz  nie  przedstawiała  już  miłego  widoku,  ciało  skalała 

szpetota. 

I ta pokraka była wszystkim, co pozostało po znakomitej rasie Vadhaghów. Usiadł  i 

ciężko załkał. 

Serwde przysiadł obok. Dotknął ramienia Coruma jedną ze swych przypominających 

ręce łap. Pogładził go po głowie, chcąc ulżyć cierpieniu. 

Corum otarł twarz jedyną ręką. 

-  Nie  martw  się,  Serwde.  Muszę  płakać,  gdyż  poza  tym  została  mi  już  tylko  śmierć. 

Płaczę po moim narodzie. Jestem ostatnim z Vadhaghów. Nie ma więcej Vadhaghów... 

- Serwde też. Pan też - powiedział Brunatny z Laahr. - Nie ma więcej takich jak my. 

- Czy to dlatego mnie ratowaliście? 

background image

- Nie. Mabdenowie cię zranili - my pomogliśmy. 

- Czy Mabdenowie kiedykolwiek skrzywdzili was? 

-  Nie.  Ukrywamy  się.  Ich oczy  słabe.  Nie  widzą  nas.  Tak  samo  ukrywamy  się  przed 

Vadhagh. 

- Dlaczego? 

- Mój pan wiedzieć. Jesteśmy bezpieczni. 

-  Vadhaghowie  dobrze  by  zrobili,  gdyby  się  ukryli.  Lecz  Mabdenowie  nadeszli 

niespodziewanie. Nie byliśmy ostrzeżeni. Tak rzadko opuszczaliśmy nasze zamki, tak rzadko 

komunikowaliśmy się ze sobą, że nie byliśmy przygotowani. 

Serwde  zrozumiał  tylko  połowę  z  tego,  co  mówił  Corum,  lecz  słuchał  uprzejmie, 

czekając, aż ten skończy. Potem powiedział: 

- Ty jeść. Owoce dobre. Ty spać. Potem my pójść do siedziby Mabden. 

-  Chcę  zbroję  i  oręż,  Serwde.  Chcę  ubranie.  Chcę  konia.  Chcę  wrócić  tam  i  tropić 

Glandytha tak długo, aż będzie sam. Wtedy go zabiję. Gdy tego dokonam, będę chciał już tylko 

umrzeć. 

Serwde spojrzał smutno na Coruma. 

- Ty zabijać? 

- Tylko Glandytha. On zabił wszystkich moich. 

Serwde potrząsnął głową. 

- Vadhagh tak nie zabijać. 

- Ja tak, Serwde. Jestem ostatnim Vadhaghów. I jestem pierwszym, który nauczył się 

zabijać z nienawiści. Dokonam zemsty na tych, którzy mnie okaleczyli, na tych, którzy zabrali 

mi rodzinę. 

Serwde mruknął przygnębiony. 

- Jedz. Śpij. 

Corum wstał znowu, lecz zaraz poczuł, że jest jeszcze bardzo słaby. 

-  Może  masz  rację,  jeśli  o to  chodzi.  Powinienem  zapewne  odnowić  swoje  siły,  nim 

ruszę dalej. 

Podszedł do stosu orzechów i owoców, i zabrał się do jedzenia. Nie dał rady pochłonąć 

wiele za pierwszym razem. Poczuł senność i ułożył się, ufając, że Serwde obudzi go, gdyby 

zbliżało się jakieś niebezpieczeństwo. 

 

Corum  pozostał  w  dolinie  przez  pięć  dni.  Towarzyszył  mu  Brunatny  z  Laahr.  Miał 

jednak  nadzieję,  że  istota  o  ciemnej  twarzy  pojawi  się  znowu  i  powie  mu  coś  więcej  o 

background image

rodowodzie swoim i Serwdego. Tak się jednak nie stało. 

W końcu rany się zamknęły i zdrowie wróciło mu na tyle, by poczuć się gotowym do 

drogi. Tego ranka zwrócił się do Serwdego: 

- Żegnaj, Brunatny Człowieku z Laahr. Dziękuję, żeś mnie uratował. I twemu panu też 

dziękuję. Odchodzę. 

Corum pozdrowił Serwdego gestem i pomaszerował na górę, kierując się po zboczu na 

wschód. Brunatny pobiegł za nim, powłócząc po swojemu nogami. 

- Corumie! Corumie! Idziesz w złym kierunku! 

-  Wracam tam, gdzie będę  mógł znaleźć  moich wrogów  - odpowiedział Corum.  -  Ta 

droga właśnie tam prowadzi. 

- Mój pan mówić, ja poprowadzić cię tam... - Serwde wskazał na zachód. 

- Tam jest tylko morze, Serwde, najdalszy przylądek tej ziemi. 

- Mój pan mówić - nalegał Serwde. 

-  Jestem  wam  wdzięczny  za  zainteresowanie  mną,  Serwde.  Idę  jednak  tędy.  Muszę 

znaleźć Mabdenów i dopełnić zemsty. 

- Idziesz tędy - Serwde wskazał ponownie i położył łapę na ramieniu Coruma. - Tędy. 

Corum strząsnął łapę. 

- Nie, tędy - wznowił marsz po zboczu. 

Nagle, zupełnie niespodziewanie, coś uderzyło go w tył głowy. Zachwiał się i odwrócił, 

by zobaczyć Serwdego, który trzymał już następny kamień. 

Corum poczuł się oszukany  i  już był gotów zwymyślać Serwdego, gdy przytomność 

znów go opuściła i padł jak długi na trawę. 

Obudził go szum morza. 

W pierwszej chwili nie mógł się zorientować, co się z nim stało. Później pojął, że jest 

niesiony i to twarzą w dół, przewieszony przez ramię Serwdego. Szarpnął się, lecz Brunatny 

był o wiele silniejszy, niż na to wyglądał. Trzymał Coruma mocno. 

Spojrzał w bok, gdzie zielonkawe morze pieniło się na kamieniach. Spojrzał w drugą 

stronę, wykręcając z wysiłkiem głowę, jako że patrzeć mógł tylko jednym okiem. 

Też morze. Był  niesiony wzdłuż wąskiego kawałka  lądu, który wrzynał się w wodę. 

Zobaczył  wyraźnie,  chociaż  jego  głowa  obijała  się  o  plecy  Serwdego  w  takt  kroków,  że 

zostawili już za sobą stały ląd i byli obecnie na mierzei, po której, jak po grobli rzuconej w 

ocean, przebiegała droga. 

Wokoło  czyniły  harmider  morskie  ptaki.  Corum  krzyczał  i  szarpał  się,  lecz  Serwde 

pozostawał  głuchy  na  oskarżenia  i  błagania.  W  końcu  jednak  zatrzymał  się  i  położył  go  na 

background image

ziemi. 

Corum wstał. 

- Serwde, ja... 

Przerwał, patrząc ponad Brunatnym na to, co ujrzał za nim. 

Doszli  już  do  końca  mierzei,  do  wyspy,  która  wyrastała  z  morza  wysoko,  a  na  jej 

szczycie  wznosił  się  zamek  o  architekturze  niepodobnej  do  czegokolwiek,  co  Corum  dotąd 

widział. 

Czyżby to była owa siedziba Mabdenów, o której mówił Serwde? 

Lecz Serwde kierował się już w drogę powrotną. Corum zawołał za nim, lecz Brunatny 

tylko  przyspieszył  kroku.  Spróbował  za  nim  pogonić,  lecz  nie  mógł  dotrzymać  mu  tempa: 

Serwde osiągnął stały ląd, gdy Corum nie przebył jeszcze połowy drogi. Na dodatek ścieżka 

stawała się już nie do przebycia, gdyż zaczął ją zalewać wzbierający przypływ. 

Corum  zatrzymał  się  niezdecydowany,  spoglądając  niepewnie  do  tyłu  na  zamek. 

Niedźwiedzia przysługa Serwdego ściągnęła na niego niebezpieczeństwo. 

Zauważył teraz postaci  jeźdźców na  ścieżce wiodącej z zamku. Byli to wojownicy  - 

ujrzał  odblask  słońca  na  ich  włóczniach  i  napierśnikach.  Niepodobni  do  znanych  mu 

Mabdenów; potrafili dosiadać koni. Również w ich postawie było coś, co bardziej kojarzyło się 

z Vadhaghami niż z Mabdenami. 

Lecz  -  tak  czy  tak  -  byli  to  wrogowie  i  Corum  miał  do  wyboru  stawić  czoło  im  lub 

morzu, starając się dopłynąć z jedną tylko ręką do stałego lądu. 

Podjął  decyzję  i  zaczął  brnąć  z  wysiłkiem  przez  słoną  wodę,  której  zimno  nim 

wstrząsało, nieczuły na krzyki jeźdźców za plecami. 

Zdołał przepłynąć kawałek, zanim trafił na głębszą wodę, a wtedy pochwycił go prąd. 

Walczył z nim, lecz był bez szans. 

Prąd znosił go gwałtownie na otwarte morze. 

background image

Rozdział 8 

MARGRABINA Z ALLOMGLYLU

 

 

Corum  stracił  ostatnio  wiele  krwi,  a  że  nie  miał  dotąd  możliwości  pełnego 

zregenerowania  sił,  nie  trwało  zatem  długo,  aby  prąd  zaczął  nieść  go tam,  gdzie  chciał.  Na 

dodatek zaczął odczuwać skurcze mięśni. 

Domyślał się, że za chwilę zacznie tonąć. 

Wszystko wskazywało na to, że nie było jego przeznaczeniem żyć dalej dla dokonania 

zemsty na tym, który nosił imię Glandytha-a-Krae. 

Woda wdarła się do jego ust i walczył ciężko, by nie dostała się dalej, nadal jeszcze 

szamocząc się na powierzchni i opierając falom. Wtedy właśnie doszedł go krzyk - dolatywał z 

góry i Corum spróbował dostrzec jego źródło. 

-  Nie  ruszaj  się,  Vadhaghu.  Przestraszysz  moje  zwierzątko.  Te  monstra  są  dość 

nerwowe w takich chwilach. 

Teraz  zobaczył  ciemny  kształt  unoszący  się  nad  nim.  Miał  wielkie  skrzydła, 

czterokrotnie większe niż skrzydła najpotężniejszego orła. Nie był to jednak ptak. Nie był to 

również gad, chociaż skrzydła miały wygląd typowo gadzi. Corum rozpoznał to coś: brzydka, 

podobna  do  małpiej  morda  z  białymi  cienkimi  kłami  należała  do  gigantycznego  nietoperza, 

który na dodatek niósł jeźdźca. 

Siedzącym na grzbiecie ssaka jeźdźcem był Mabden - zwinny i nie mający raczej wiele 

wspólnego z wojownikami Glandytha-a-Krae. Zsunął się właśnie nieco z grzbietu zwierzęcia, 

zmuszając jednocześnie nietoperza do obniżenia lotu i wyciągnął rękę do Coruma. 

Corum odruchowo podał ramię - po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że podał to bez 

dłoni. Na jeźdźcu nie zrobiło to wrażenia. Uchwycił ramię tuż przy łokciu i uniósł Coruma, tak 

że ten mógł użyć drugiej ręki, by uchwycić się uprzęży, która przytrzymywała wysokie siodło. 

Ociekające  wodą  ciało  Coruma  zostało  bezceremonialnie  wciągnięte  na  górę  i 

przerzucone tuż przed jeźdźcem, który zawołał chrapliwym głosem coś, co skłoniło nietoperza 

do wyższego lotu i skierowania się ku wyspie i zamkowi. 

Bestia  była  wyraźnie  trudna  do  prowadzenia,  gdyż  jeździec  nie  miał  ani  chwili 

wytchnienia  -  nieustannie  przemawiał  do  niej  w  złożonym  języku,  wprowadzając  poprawki 

kursu. Wyspę osiągnęli jednak szybko i zaczęli krążyć nad zamkiem. 

Corum  nie  mógł  uwierzyć,  by  jego  architektura była  wytworem  kultury  Mabdenów. 

Wieżyczki, parapety z misternymi ozdobami, wybiegi na dachu, balkony pokryte kwiatami  i 

background image

bluszczem,  którym  dodawał  jeszcze  uroku  biały,  błyszczący  w  słońcu  kamień,  użyty  na 

budulec. 

Nietoperz niezgrabnie wylądował, a jeździec zeskoczył szybko, pociągając Coruma za 

sobą. Niemal natychmiast zwierzę było z powrotem w powietrzu - zatoczyło kilka kręgów na 

niebie i skierowało się ku drugiemu krańcowi wyspy. 

- Śpią w jaskiniach - wyjaśnił jeździec. - Używamy ich tylko z wielkiej konieczności. 

Trudno nad nimi panować, jak widziałeś. 

Corum nic nie powiedział. 

Wprawdzie ci Mabdenowie uratowali mu życie i zdawali się zarówno przyjaźni, jak  i 

posiadający swoje zasady i prawa, jednak Corum pamiętał dobrze swe nauki, a uczył się jak 

zwierzę, że Mabdenowie to wrogowie. Rzucił na nich okiem. 

- Dlaczego mnie uratowaliście, Mabdenie? 

Człowiek spojrzał zdziwiony. Otrzepał z kurzu swą tunikę ze szkarłatnego aksamitu i 

poprawił pas z mieczem na biodrach. 

-  Tonąłeś  -  powiedział.  -  Dlaczego  uciekłeś  przed  naszymi  ludźmi,  gdy  po  ciebie 

wyjechali? 

- Skąd wiedzieliście, że przybędę? 

- Margrabina powiedziała, że mamy cię wypatrywać. 

- A kto powiedział Margrabinie? 

- Tego nie wiem. Nie jesteś zbyt wdzięczny, panie. Myślałem, że Vadhaghowie to lud z 

manierami. 

- A ja sądziłem, że Mabdenowie żyją zawiścią i są szaleni - odparł Corum. - Lecz wy... 

- A, mówisz o tych z Południa i ze Wschodu? Ech... Miałeś może z nimi spotkanie? 

Corum dotknął kikutem miejsca po wyłupionym oku. 

- To ich dzieło. 

Młody człowiek pokiwał głową w sposób, który zjednał mu sympatię Coruma. 

-  Właściwie  powinienem  się  domyślić.  Okaleczanie  jest  jedną  z  ich  ulubionych 

rozrywek. Dziwię się, że uciekłeś. 

- Ja też. 

-  To  nic,  panie  -  powiedział  młodzieniec,  rozkładając  ręce  w  wypracowanym  geście 

powitania, wskazując na drzwi wieży. - Czy wejdziesz? 

Corum zawahał się. 

- Zapewniam cię, że nie jesteśmy Mabdenami ze Wschodu. 

- Zapewne - powiedział szorstko Corum. - Lecz jesteście Mabdenami. I jest was wielu. 

background image

Teraz, na dodatek, widzę jeszcze, że są was różne odmiany. I skłonny jestem przypuszczać, że 

macie  ze  sobą,  tak  czy  inaczej,  wiele  wspólnego...  Młody  człowiek  okazał  lekkie 

zniecierpliwienie. 

-  Jak  sobie  życzysz,  panie  Vadhaghów.  Ja  na  przykład  wejdę.  Ufam,  że  podążysz  za 

mną w dogodnej dla siebie chwili. 

Corum  patrzył  za  nim,  jak  wchodzi  w  drzwi  i  znika.  Sam  pozostał  na  dachu, 

przyglądając się nurkującym  i szybującym  na wietrze ptakom. Wstrząsany zimnym wiatrem 

ujął w zdrową rękę kikut lewej. Wiatr był coraz mocniejszy, a on był nagi. Spojrzał w kierunku 

drzwi. 

Stała w nich kobieta. Robiła wrażenie bardzo spokojnej i pełnej rezerwy. Roztaczała 

wokół siebie aurę łagodności. Ciężkie, długie, czarne włosy spływały jej z ramion na sięgającą 

ziemi, bogato wyszywaną i kolorową suknię z brokatu. Uśmiechnęła się do niego. 

- Witaj - powiedziała. - Nazywam się Rhalina. A ty, panie? 

-  Corum  Jhaelen  Irsei  -  odpowiedział.  Jej  uroda  nie  odpowiadała  kanonom  piękna 

Vadhaghów, lecz i tak zrobiła na nim duże wrażenie. - Książę w... 

-  Szkarłatnym  Płaszczu?  -  Była  lekko  rozbawiona.  -  Mówię  starą  mową  Vadhaghów 

równie dobrze jak pospolitym  językiem. Nie  masz potwierdzenia dla swego imienia, Książę 

Corumie. Nie widzę płaszcza. Właściwie to nie widzę... 

Corum odwrócił się. 

- Nie kpij ze mnie, kobieto Mabdenów. Dość już od was wycierpiałem i nie zamierzam 

znosić więcej... 

Podeszła bliżej. 

- Wybacz mi. Ci, którzy to zrobili, nie są nam bliscy, chociaż rasa ta sama. Czy nigdy 

nie słyszałeś o Lywm-an-Eshu? 

Zmarszczył  brwi.  Nazwa  była  znajoma,  oznaczała  jakiś  j,  lecz  nic  nadto  nie  potrafił 

sobie przypomnieć. 

- Lywm-an-Esh to nazwa kraju, skąd przyszli moi ludzie. To bardzo stary naród i żyje w 

Lywm-an-Eshu  od  dawniejszych  czasów  niż  epoka  Wielkich  Bitew  między  Vadhaghami  i 

Nhadraghami, która wstrząsnęła Pięcioma Wymiarami... 

- Wiesz o Pięciu Wymiarach? 

-  Kiedyś  mieliśmy  wśród  siebie  jasnowidzących,  którzy  mogli  tam  sięgnąć.  Ich 

możliwości  nigdy  jednak  nie  mogły  być  porównywane  ze  zdolnościami  Dawnych  Ludów  - 

twojego ludu. 

- Skąd wiesz aż tyle o Vadhaghach? 

background image

- Ciekawość przestała wprawdzie być właściwa Vadhaghom już wiele wieków temu, u 

nas  jednak  nie  wygasła.  Od  czasu  do  czasu  statki  Nhadraghów  rozbijały  się  u  naszych 

wybrzeży i chociaż oni sami szybko potem odchodzili, książki, gobeliny i inne dzieła ich rąk 

zostawały u nas. Nauczyliśmy się czytać te książki, interpretować gobeliny. Wielu było wtedy 

wśród nas ludzi wykształconych. 

- A teraz? 

- Teraz nie wiem. Mało otrzymujemy wieści z naszego kraju. 

- Co? Chociaż jest tak blisko? 

-  To  nie  ten,  Corumie  -  powiedziała,  wskazując  na  wybrzeże.  Pokazała  na  morze.  - 

Tamten  kraj,  Lywm-an-Esh,  lub,  dokładniej  mówiąc,  Księstwo  Bedwilral-nan-Rywm,  w 

którego granicach leżało kiedyś nasze margrabiostwo. 

Książę Corum popatrzył na morze pieniące się na skałach u podstaw wyspy. 

- Wielka była nasza niewiedza - mruknął. - Sądziliśmy, że wiemy prawie wszystko. 

-  Dlaczego  rasa  taka,  jak  Vadhaghowie,  miałaby  się  interesować  sprawami  krain 

Mabdenów? Nasza historia jest krótka i nieporównywalnie uboższa od waszej. 

- Lecz skąd wzięliście się tutaj? Przed czym bronicie swojej ziemi? 

- Przed innymi Mabdenami, Książę Corumie. 

- Takimi jak Glandyth? 

-  Nic  nie  wiem  o  nim.  Mówię  o  Szczepach  Pony.  Zamieszkują  teraz  puszcze  na 

wybrzeżu.  To  barbarzyńcy  stanowiący  groźbę  dla  Lywm-an-Eshu.  Marchia  została 

ustanowiona jako bastion między ich a naszym krajem. 

- A czy morze nie jest wystarczającą zaporą? 

- Morza nie było tutaj, gdy marchia powstała. Kiedyś ten zamek stał pośrodku puszczy, 

całe  mile  od  morza,  które  rozciągało  się  z  północy  na  południe.  Lecz  potem  woda  zaczęła 

pochłaniać ląd. Każdego roku ubywa ziemi. Miasta, wioski i zamki znikały w ciągu tygodni. 

Nawet mieszkańcy centrum kraju wyemigrowali z powrotem w głąb lądu... 

-  I  zostawili  was  tutaj?  Czego  jeszcze  bronicie?  Dlaczego  nie  zostawicie  go  i  nie 

połączycie się ze swoimi? 

Uśmiechnęła  się  i  wzruszyła  ramionami.  Podeszła  do  blanków,  wyjrzała,  śledząc 

przysiadające w dole na skałach ptaki. 

- To mój dom - powiedziała. - Tu są moje wspomnienia. Margrabia zostawił tu wiele po 

sobie. Nie mogę odejść. 

- Margrabia? 

- Hrabia Moidel z Allomglyl. Mój mąż. 

background image

- A... - Corum poczuł coś dziwnego, jakby rozczarowanie. 

Margrabina nadal wpatrywała się w morze. 

-  Nie  żyje.  Zginął  razem  ze  statkiem.  Zabrał  ostatni  i  wyruszył  ku  kontynentowi,  by 

zebrać wiadomości o losie naszego narodu. Wkrótce potem rozszalał się sztorm. Statek nie był 

w pełni sprawny. Zatonął. 

Corum milczał. 

Wiatr zawiał mocniej, tak jakby słowa Margrabiny miały dodatkową moc. Targał jej 

suknię i owijał wokół ciała. Odwróciła się do niego. Było to długie, zamyślone spojrzenie... 

- A teraz, Książę, czy będziesz moim gościem? 

-  Powiedz  mi  jeszcze  jedno, pani. Skąd wiedziałaś, że przybędę? Dlaczego Brunatny 

przyniósł mnie właśnie tutaj? 

- Działał z polecenia swojego pana. 

- A jego pan? 

- Powiedział, że mam cię oczekiwać i dać ci odpocząć, aż twoje ciało i umysł wrócą do 

zdrowia. Zgodziłam się bardziej niż z radością. Nie miewamy zwykłych gości - a już wcale z 

rasy Vadhaghów. 

- Lecz kim jest ta dziwna istota; Brunatny? Widziałem go tylko przelotnie i nie mogłem 

zbyt dokładnie rozpoznać kształtu. Wiem tylko, że był dwukrotnie wyższy ode mnie i miał na 

twarzy wyraz nieskończonego smutku. 

- To on. Przychodzi do zamku nocą, przynosząc chore zwierzęta domowe, które uciekły 

z naszych stajni, i inne. Przypuszczamy, że może być istotą z innego wymiaru, może innego 

czasu, może z wieków wcześniejszych niż epoka Vadhaghów i Nhadraghów. Nie udaje nam się 

wymówić jego imienia, nazywamy go po prostu Gigantem z Laahr. 

Corum uśmiechnął się po raz pierwszy. 

-  Teraz  zaczynam  rozumieć.  Dla  niego  byłem  zapewne  jeszcze  jednym  chorym 

zwierzęciem. A skoro on zawsze przynosił je tutaj... 

-  Możesz  mieć  rację,  Corumie  -  wskazała  na  drzwi.  -  A  jeśli  jesteś  chory,  będziemy 

szczęśliwi, mogąc cię uleczyć... 

Cień przemknął przez twarz Coruma, gdy podążając za nią przekraczał próg wieży. 

- Obawiam się, że nie ma lekarstwa na moją chorobę. To zaraza Mabdenów, na którą 

Vadhaghowie nie znają sposobu. 

- Cóż - powiedziała z wymuszoną swobodą. - Może my, Mabdenowie, coś znajdziemy. 

Poczuł zgorzknienie. Dotknął swego kikuta i oczodołu. 

- A czy Mabdenowie mogą mi wrócić rękę i oko? 

background image

Zatrzymała się na stopniu i odwróciła, rzucając mu zastanawiające szczere spojrzenie. 

- Kto wie? - powiedziała spokojnie. - Może tak. 

background image

Rozdział 9 

O MIŁOŚCI I NIENAWIŚCI

 

 

Zamek Margrabiny był dla Coruma sympatyczny w swej prostocie, chociaż Mabdenom 

niewątpliwie jawił się jako wspaniały. Zaproponowano mu kąpiel, na co przystał, pozwolił się 

też  namaścić  oliwą.  Potem  służący  przynieśli  rzeczy  do  ubrania:  wybrał  brokatową 

ciemnoniebieską koszulę zdobioną błękitem i parę brązowych płóciennych spodni. Wszystko 

pasowało na niego całkiem dobrze. 

-  Należały  do  Margrabiego  -  nieśmiało  powiedziała  służąca  mu  dziewczyna,  nie 

podnosząc na niego oczu. 

Nikt spośród służących nie czuł się przy nim swobodnie. Przypuszczał, że skrępowanie 

wynikało z jego odrażającego wyglądu. 

Pomyślawszy o tym, poprosił dziewczynę: 

- Czy mogłabyś podać mi lustro? 

- Tak, panie - skłoniła głowę i opuściła komnatę. 

Lustro przyniosła jednak Margrabina. Nie wręczyła mu go od razu. 

- Czy widziałeś swoją twarz po tym, jak cię zraniono? - spytała. 

Potrząsnął przecząco głową. 

- Byłeś przystojny? 

- Nie wiem. 

Przyjrzała mu się otwarcie. 

- Tak - powiedziała. - Byłeś przystojny. 

I podała mu lustro. 

Zobaczył twarz obramowaną przez te same złote włosy, lecz twarz już niemłodą. Strach 

i cierpienie zostawiły swoje ślady; głębokie zmarszczki, smutek, zaciśnięte wargi. Jedno oko 

było  złoto-purpurowe  i  to  patrzyło  na  niego  zimno.  Drugi  oczodół  był  brzydką  dziurą, 

zaciągniętą czerwoną cienką tkanką. Na lewym policzku widniała mała blizna, druga była na 

szyi. Twarz wciąż nosiła cechy Vadhagha, lecz należała do istoty, która przeszła więcej, niż 

kiedykolwiek przecierpiał jakikolwiek Vadhagh. Z twarzy anioła została przez noże i żelazo 

Glandytha przemieniona w twarz demona. 

Corum w milczeniu oddał lustro. 

Przesunął zdrową dłonią po bliznach na twarzy i powiedział w zamyśleniu: 

- Jeśli nawet byłem przystojny, to teraz jestem szpetny. 

background image

Wzruszył ramionami. 

- Widziałam rzeczy o wiele gorsze. 

Znów wezbrał w nim gniew, oko zapłonęło. Podnosząc  kikut ku głowie, krzyknął do 

Margrabiny: 

- A ty, pani, zobaczysz jeszcze gorsze, gdy dopadnę i otoczę troską Glandytha-a-Krae! 

Cofnęła się zdumiona, lecz po chwili odzyskała pewność siebie. 

-  Jeśli  nie  wiesz,  czy  byłeś  przystojny,  i  nie  jesteś  próżny,  to  dlaczego  tak  się  tym 

przejmujesz? 

- Potrzebuję obu rąk i pary oczu, by patrzeć na Glandytha, gdy będzie konał. Bez tego 

będę miał tylko połowę przyjemności. 

- To dziecinne podejście. Niegodne Vadhagha. Cóż takiego jeszcze zrobił ci Glandyth? 

Corum  uświadomił  sobie,  że  nie  powiedział  jej  jeszcze  niczego,  a  ona,  żyjąc  w  tak 

odludnym miejscu, odcięta od całego świata, podobnie jak kiedyś Vadhaghowie, nie mogła nic 

wiedzieć. 

- Zgładził wszystkich Vadhaghów - powiedział. - Glandyth zniszczył mój lud i zabiłby 

mnie, gdyby nie twój przyjaciel, Gigant z Laahr. 

- On to zrobił?... -jej głos był niewyraźny. Wiadomość była dla Margrabiny szokiem. 

- Wybił cały mój lud. 

- Dlaczego? Czy wojowaliście z tym Glandythem? 

- Nie wiedzieliśmy nawet o jego istnieniu. Nie przyszło nam do głowy, by wystawiać 

warty  przeciwko  Mabdenom.  Wydawali  się  tylko  zwierzętami,  niezdolnymi  sięgnąć  nas  w 

naszych zamkach. Lecz skruszyli je. Wszyscy Vadhaghowie, prócz mnie, są martwi, podobnie 

jak ci Nhadraghowie, którzy nie chcieli zostać ich uniżonymi niewolnikami. 

- Czy to ci Mabdenowie, których król zwany jest Lyr-a-Brode z Kalenwyr? 

- To oni. 

- Też nie wiedziałam, że stali się tacy potężni. Przypuszczałam, że to Szczepy Pony cię 

porwały  i  zastanawiałam  się  długo,  jak  to  się  stało,  że  zawędrowałeś  sam  tak  daleko  od 

najbliższego zamku Vadhaghów. 

- Jaki to zamek? - Przez chwilę w Corumie kołatała nadzieja, że może są jeszcze jacyś 

żywi Vadhaghowie, mieszkający bardziej na zachód, o których nie słyszał. 

- Nazywany jest Zamkiem Eran, Erin, jakoś tak. 

- Erorn? 

- Tak. To brzmi jak właściwa nazwa. Ponad pięćset mil stąd... 

- Pięćset mil? To aż tak daleko jestem? Gigant z Laahr zaniósł mnie o wiele dalej, niż 

background image

sądziłem.  Zamek,  o  którym  wspomniałaś,  był  naszym  zamkiem,  pani.  Mabdenowie  go 

zniszczyli.  Sporo  czasu  mi  zabierze,  o  wiele  więcej  niż  myślałem,  powrót  i  znalezienie 

Hrabiego Glandytha i jego Denledhyssów. 

Nagle dotarło do niego, jak bardzo jest samotny. Zupełnie tak, jakby trafił do innego 

wymiaru, gdzie wszyscy byliby mu obcy. Nic nie wiedział o tym świecie. O świecie, którym 

rządzili Mabdenowie. Jaka dumna była jego rasa. Jaka była głupia. Gdyby tylko skupili się na 

gromadzeniu wiedzy praktycznej o otaczającym ich świecie, miast zgłębiać abstrakcje... 

Corum opuścił głowę. 

Rhalina zdawała się rozumieć jego rozterki. Dotknęła lekko ramienia zamyślonego. 

- Chodź, Książę Vadhaghów. Musisz coś zjeść. 

Pozwolił  się  zaprowadzić  do  innego  pokoju,  gdzie  nakryto  już  stół  dla  nich  obojga. 

Żywność - głównie owoce i przetworzone jadalne rośliny morskie - bardziej przypadły mu do 

gustu  niż  jakiekolwiek  znane  dotąd  potrawy  Mabdenów.  Poczuł,  że  jest  bardzo  głodny  i 

zmęczony. Jego myśli były rozbiegane i jedynym ich pewnikiem była nienawiść do Glandytha 

i pomsta, którą zamierzał na nim wziąć tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. 

Nie rozmawiali podczas  jedzenia, a Margrabina przypatrywała się  jego twarzy przez 

cały czas, parokrotnie rozchylając usta, by coś powiedzieć, lecz w końcu rezygnowała. 

Pokój, w którym  jedli, był  niewielki, ozdobiony  umiejętnie wyszywanymi, pięknymi 

gobelinami.  Gdy  skończył  jeść,  zaczął  się  im  przyglądać,  lecz  przedstawione  na  tkaninach 

sceny  rozmywały  mu  się  przed  okiem.  Spojrzał  Pytająco  na  Margrabinę,  jej  twarz  jednak 

niczego nie wyrażała. Głowa Coruma zrobiła się ciężka i stracił panowanie nad swoim ciałem. 

Usiłował wymówić jakieś słowa, lecz te nie zabrzmiały. 

Został znarkotyzowany. 

Kobieta zatruła jego jedzenie. 

Raz jeszcze pozwolił Mabdenom, by uczynili go swoją ofiarą. 

Wtulił głowę w ramiona i zapadł w głęboki sen. 

Znowu śnił. 

 

Zobaczył Zamek Erorn takim, jakim go zostawił wyjeżdżając po raz pierwszy. Zobaczył 

mądrą  twarz  swojego  ojca,  który  coś  mówił,  i  usiłował  nadaremnie  dosłyszeć  odpowiedź. 

Zobaczył  swoją  matkę  przy  pracy,  piszącą  swą  ostatnią  rozprawę  matematyczną.  Zobaczył 

swoje siostry, tańczące w takt nowej kompozycji stryja. 

Atmosfera była radosna. 

Lecz nagle dotarło do niego, że wcale nie rozumie sensu ich zajęć. Wydawali mu się 

background image

bardzo obcy i do niczego niepodobni. Byli jak dzieci podczas zabawy, nieświadome, że skrada 

się ku nim dzika bestia. 

Chciał krzyczeć, ostrzec ich, lecz nie miał głosu. 

Zobaczył  ogień  rozprzestrzeniający  się  po  pokojach.  Zobaczył  wojowników 

mabdeńskich wpadających przez nie domknięte bramy, przy których nie czuwali mieszkańcy. 

Rechocząc  radośnie  Mabdenowie  przykładali  płonące  pochodnie  do  mebli  i  wiszących 

jedwabnych ozdób. 

Znów dostrzegł swych bliskich. Zauważyli już ogień i spieszyli zlokalizować jego źródło. 

Jego  ojciec  wszedł  do  pokoju,  gdzie  Glandyth-a-Krae  zrzucał  książki  na  stos,  który 

usypał  już  na  środku  pomieszczenia.  Stary  książę  spojrzał  ze  zdziwieniem,  gdy  Glandyth 

podpalił  książki.  Usta  poruszyły  się,  a  oczy  spojrzały  pytająco  -  w  prawie  uprzejmym 

zdumieniu. 

Glandyth odwrócił się w jego stronę. Zbliżył się podnosząc topór... 

Corum ujrzał  matkę. Dwóch Mabdenów trzymało ją, podczas gdy trzeci  poruszał  się 

rytmicznie w dół i w górę na jej nagim ciele... 

Spróbował wedrzeć się w obraz, lecz coś go przytrzymywało. 

Zobaczył swoje siostry i kuzynkę, które spotkał ten sam los co matkę. I znowu droga ku 

nim była zablokowana przez coś niewidzialnego. 

Szamotał  się, by pokonać barierę, kiedy Mabdenowie podcinali  dziewczętom gardła. 

Ich ciała skręcały się z bólu. Zmarły jak zarżnięte łanie. 

Corum zatkał. 

 

Wciąż łkał jeszcze, lecz leżał teraz na czymś miękkim i ciepłym, jak żywe ludzkie ciało 

i skądś, jakby z bardzo daleka, dochodził go niosący ukojenie głos. 

Dotknięto jego włosów, pogłaskano go, zakołysano nim łagodnie... Był w wygodnym 

łóżku, a głowa spoczywała na piersiach kobiety. 

Spróbował się uwolnić, lecz trzymała go mocno. 

Znów zaczął łkać, tym razem ciszej. Jego ciałem wstrząsnęły silne dreszcze. Po chwili 

zasnął ponownie. 

 

Obudził się z poczuciem gniewu. Czuł, że spał zbyt długo, że musi wstać i zacząć coś 

robić. Uniósł się na wpół z pościeli, po czym opadł znów na poduszkę. 

Z  wolna  docierało  do  niego,  że  czuje  się  dość  wypoczęty.  Po  raz  pierwszy,  odkąd 

wyruszył na wyprawę, czuł się dobrze, był pełen energii. Nawet mrok w jego umyśle zdawał się 

background image

rozpraszać. 

Tak więc Margrabina podała mu narkotyk, lecz jak widział to teraz, miał on go uśpić i 

pomóc zregenerować siły. 

Lecz ile dni spał? 

Podniósł się znowu na łóżku i wyczuł gorąco innego ciała obok siebie. Obrócił głowę i 

ujrzał Rhalinę leżącą z zamkniętymi oczami i słodko spokojną twarzą. 

Przypomniał  sobie  sen.  Przypomniał  ulgę  i  ukojenie,  jakiego  doznał,  gdy  cierpienie 

było już nie do zniesienia. 

Rhalina uspokoiła go. Sięgnął zdrową ręką i musnął jej włosy. Czuł dla niej sympatię 

prawie tak silną, jak kiedyś wobec własnej rodziny. 

Na  wspomnienie  zabitych  cofnął  rękę  od  jej  włosów,  przyglądając  się  zamiast  tego 

krzywo  zabliźnionemu  kikutowi.  Rana  zagoiła  się  już  całkowicie  i  odbijała  od  reszty  ciała 

obręczą bielszej skóry. Ponownie spojrzał na Rhalinę. Jak mogła znieść dzielenie łoża z takim 

kaleką?... 

Gdy tak się jej przyglądał, otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego. 

Uznał, że w uśmiechu tym kryje się litość, co natychmiast go uraziło. Zaraz też chciał 

wstać z łóżka, lecz ręka położona na jego ramieniu powstrzymała go. 

- Zostań ze mną, Corumie. Potrzebuję twojej pociechy. 

Znieruchomiał, wpatrzony w nią wyczekująco. 

- Proszę, Corumie. Sądzę, że cię kochani. 

Zadrżał. 

-  Miłość?  Między  Vadhaghkiem  i  Mabdenką?  Taka  miłość?  -  potrząsnął  głową.  - 

Niemożliwe. Z tego przecież nic nie będzie. 

- Nie będzie dzieci. Wiem. Lecz miłość rodzi też i inne rzeczy... 

- Nie rozumiem. 

- Przykro mi - powiedziała. - Byłam egoistyczna. Usiłuję cię wykorzystać. 

Usiadła na łóżku. 

- Nie spałam z nikim od czasu, gdy straciłam męża. Nie jestem... 

Corum przyglądał się jej. Lustrował jej ciało. Działało na j niego, a nie powinno! Dla 

takich stworzeń podobne emocje nie były naturalne... 

Schylił się i pocałował jej pierś. Objęła jego głowę. Ponownie opadli na prześcieradła, 

kochając się powoli, ucząc się nawzajem swoich ciał, tak jak zdarza się to tylko prawdziwym 

kochankom. 

Po kilku godzinach powiedziała do niego: 

background image

-  Corumie,  jesteś  ostatnim  ze  swojej  rasy.  Ja  mojego  ludu  zapewne  już  nigdy  nie 

zobaczę, jeśli nie liczyć tych kilku, którzy mieszkają ze mną w zaniku. Tu jest spokojnie. Mało 

co zakłóca ten spokój. Czy nie mógłbyś rozważyć możliwości pozostania ze mną, przynajmniej 

na kilka miesięcy? 

- Przysiągłem zemstę za śmierć mojego ludu - przypomniał jej łagodnie i ucałował ją w 

policzek. 

-  Takie  przysięgi  nie  leżą  w  twojej  naturze,  Corumie.  Jesteś  kimś,  kto  woli  raczej 

kochać niż nienawidzić. Jestem pewna. 

- Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Nie uznam, że moje życie ma sens, póki nie zabiję 

Glandytha-a-Krae. To nie jest chęć dyktowana tylko ślepą nienawiścią, jak mogłabyś sądzić. 

Czuję  się  jak  ktoś,  kto  widzi  zarazę  rozprzestrzeniającą  się  w  puszczy.  Można  przecież 

próbować wycinać zarażone rośliny, by inne mogły żyć i rosnąć. Taki jest mój sąd o Glandycie. 

On  przywykł  zabijać.  Teraz,  gdy  zgładził  już  wszystkich  Vadhaghów,  będzie  chciał  zabijać 

dalej, zabijać innych. Jeśli nie znajdzie więcej obcych, zwróci się przeciwko tym, którzy żyją w 

wioskach podległych Lyrowi-a-Brode. Los wskazał mi drogę, dał mi impuls, bym nie ustawał i 

znalazł właściwe rozwiązanie. 

- Lecz dlaczego miałbyś odchodzić już teraz? Wcześniej czy później dojdą nas jakieś 

słuchy o Glandycie. Gdy to się stanie, będziesz mógł wyruszyć wypełnić swą misję. 

Zacisnął usta. 

- Zapewne masz rację. 

- Musisz nauczyć się żyć i działać bez oka i ręki - Powiedziała. - To będzie wymagało 

ćwiczeń, wielu ćwiczeń 1 Praktyki, Corumie. 

- Z pewnością. 

- Zostań więc tutaj, ze mną. 

- W zasadzie mogę się z tym zgodzić. Odłożę podjęcie decyzji na kilka dni. 

I  Corum  nie  podejmował  decyzji  przez  miesiąc.  Po  pełnym  grozy  spotkaniu  z 

wojownikami Mabdenów jego umysł potrzebował spokoju, a to było trudne, gdyż nieustannie 

przypominał sobie o kalectwie, ilekroć próbował odruchowo użyć lewej ręki lub napotykał swe 

odbicie w lustrach. 

Rhalina, jeśli nie była z Corumem, spędzała większość czasu w zamkowej bibliotece, 

lecz Corum nie miał ochoty na lekturę. Wolał chodzić po blankach zamku lub wybierać się w 

czasie odpływu na konne przejażdżki mierzeją (Rhalina obawiała się, że mógłby stać się ofiarą 

któregoś ze Szczepów Pony, czasem zapuszczających się na te tereny). 

W  miarę  jak płynęły te przyjemne dni,  mrok w jego myślach stawał  się coraz mniej 

background image

zauważalny, wciąż jednak istniał. Czasem Corum przystawał w środku jakiejś czynności lub 

zatrzymywał się w marszu, gdy widział jakąś scenę, która przypominała mu jego dom, Zamek 

Erorn. 

Zamek  Margrabiny  zwany  był  po  prostu  Zamkiem  Moidel.  Wzniesiony  został  na 

wyspie zwanej Górą Moidel od imienia rodziny zamieszkującej tu od wieków. Pełno w nim 

było  interesujących  rzeczy.  Były  sale  wypełnione  figurkami  z  porcelany  i  kości  słoniowej, 

pokoje  z  ciekawostkami  wyłowionymi  w  różnych  czasach  z  morza,  komnaty,  w  których 

rozwieszono oręż i takie, gdzie wisiały obrazy przedstawiające sceny z historii Lywm-an-Eshu 

i  sceny  z  legend  i  baśni  ludowych tej krainy. Takie dziwne wyobrażenia  były rzadkie wśród 

Vadhaghów, zwykle racjonalnej rasy, lecz fascynowały Coruma. Odkrył, że wiele opowieści 

dotyczących magicznych krain i niesamowitych bestii było wziętych z rzeczywistości innych 

wymiarów.  Oczywiście  wymiary  jako  takie  przedstawiane  były  fragmentarycznie,  a  twórcy 

legend spekulowali swobodnie wokół tych okruchów prawdy, które posiedli. Bawiło Coruma 

śledzenie w prostych historiach źródeł, z których brały początek, szczególnie przy legendach 

dotyczących  Dawnych  Ras  -  Vadhaghów  i  Nhadraghów.  Przypisywano  im  atrybuty 

nadprzyrodzoności na skalę wręcz niepokojącą. Znalazł również kilka wnikliwych opracowań 

o Mabdenach ze Wschodu, z których to ksiąg dowiedział się o lęku, jaki żywili przed Dawnymi 

Rasami,  zanim  jeszcze  odkryli,  że  i  one  są  śmiertelne  i  że  ich  przedstawiciele  łatwo  mogą 

zostać zabici. Corum pomyślał, że ludobójstwo, które ich opętało, wynikało po części i stąd, że 

znienawidzili Vadhaghów za to, iż ci nie okazali się jasnowidzącymi czarownikami, za których 

uchodzili wśród Mabdenów. 

Te  myśli  jednak  znów  doprowadzały  go  do  wspomnień,  do  żalu,  do  nienawiści  i 

zdarzało się, że Corum popadał w depresje, trwające czasem całe dni, kiedy to nawet miłość 

Rhaliny nie mogła go wtedy pocieszyć. 

Któregoś  dnia,  gdy  oglądał  gobeliny  w  pokoju,  do  którego  zawitał  po  raz  pierwszy, 

uwagę jego zwróciły dość charakterystyczne scenki. Odcyfrował zatem związany z nimi tekst. 

Była  to  legenda  mówiąca  o  przygodach  znanego  bohatera  ludowego  zwanego 

Mag-an-Mag.  Kiedy  wracał  on  z  pewnej  zaczarowanej  krainy,  łódź  jego  została  napadnięta 

przez  piratów.  Ci  zaś  odcięli  Mag-an-Magowi  ramiona  i  nogi,  a  jego  towarzyszowi, 

Jhakor-Neelusowi, głowę i wyrzucili całość za burtę, zachowując jednak głowę, najwyraźniej 

do  zjedzenia.  Po  pewnym  czasie  kadłub  Mag-an-Maga  został  wyrzucony  na  brzeg  jakiejś 

tajemniczej  wyspy,  niedługo  zaś  potem,  na  pobliską  plażę,  przybyło  bezgłowe  ciało 

Jhakor-Neelusa. Oba te ciała zostały znalezione przez służących gospodarza wyspy,  magika, 

który w zamian za obiecane usługi Mag-an-Maga w walce z wrogami przyrzekł, że przywróci 

background image

mu utracone kończyny. Mag-an-Mag zaakceptował to pod warunkiem, że czarownik znajdzie 

również  głowę  dla  Jhakor-Neelusa.  Ten  zgodził  się  i  wyposażył  Jhakor-Neelusa  w  głowę 

żurawia, co zdawało się wszystkich satysfakcjonować. Następnie para gości opuściła wyspę 

razem z darami otrzymanymi od czarownika i wyruszyła walczyć z jego wrogami. 

Corum  nie  mógł  ustalić  pochodzenia  tej  legendy,  odnaleźć  jej  związku  z  wiedzą  i 

historią  własnego  ludu.  Nie  zdawała  się  też  pasować  do  żadnego  innego,  znanego  mu,  a 

prawdopodobnego źródła. 

W pierwszej chwili, pod wpływem legendy, osłabło jego pragnienie odzyskania ręki i 

oka, które stracił, lecz obsesja pozostała. 

Zakłopotany nią, nie mając odwagi ujawnić odczuć tak osobistych i zajęty własnymi 

sprawami, nie powiedział nic Rhalinie o tej legendzie przez kilka tygodni. 

 

Do Zamku Moidel przyszła jesień i razem z ciepłymi jeszcze wiatrami, które ogołociły 

drzewa z liści i wzburzyły morze, odleciało wiele ptaków poszukujących bardziej dogodnego 

klimatu. 

Corum  spędzał  coraz  więcej  czasu  w  pokoju,  gdzie  wisiał  gobelin  przedstawiający 

dzieje Mag-an-Maga i niezwykłego czarownika. Wiedział, że to on go tak przyciąga - legenda 

zdawała  się  wypowiadać  z  jasnością  i  pewnością,  której  I  brakowało  wszystkim  innym 

przekazom, które tu spotykał. | 

Lecz ciągle nie mógł zdobyć się na to, by zwrócić na to uwagę Rhaliny. 

W końcu, jednego z pierwszych dni zimy, ona sama odszukała go właśnie w tym pokoju 

i nie okazała zdziwienia. Wyraziła tylko zaniepokojenie. Tak, jakby od dawna lękała się, że 

Corum, prędzej czy później, odnajdzie ten gobelin. 

- Zdajesz się bardzo interesować zabawnymi przygodami Mag-an-Maga - powiedziała. 

- To tylko baśń. Coś, co ma nas rozerwać. 

- Ta jednak wydaje się odmienna - zauważył Corum. 

Odwrócił się, by na nią spojrzeć. Zacisnęła usta. 

- Tak, Rhalino, ta jest inna - mruknął. - I ty o tym coś wiesz! 

Zaczęła kręcić przecząco głową, lecz nagle zmieniła zamiar. 

-  Znam  tylko  to,  co  mówią  stare  baśnie.  A  stare  baśnie  kłamią,  wiesz  przecież. 

Umilające życie kłamstwa. 

- Gdzieś w tej opowieści tkwi prawda, czuję to. Musisz powiedzieć mi wszystko, co na 

ten temat wiesz. . 

- Wiem więcej, niż mówi gobelin - powiedziała cicho. - Czytałam niedawno książkę, 

background image

która też to  relacjonuje. Pamiętałam, że natknęłam  się na nią  już kilka  lat temu  i obecnie  ją 

odszukałam. Są też całkiem świeże raporty i relacje dotyczące wyspy identycznej z tu opisaną. 

Zgodnie z ową książką wznosi się tam stary zamek. Ostatnią osobą, która wyspę widziała, był 

Emisariusz  Księstwa,  żeglujący  tutaj  z  zaopatrzeniem  i  pozdrowieniami.  To  był  ostatni 

posłaniec, który nas odwiedził... 

- Kiedy? Jak dawno temu? 

- Trzydzieści lat. 

Po tych słowach Rhalina rozpłakała się, potrząsając głową i krztusząc się, gdy usiłowała 

pohamować łzy. 

Objął ją. 

- Rhalino, dlaczego płaczesz? 

-  Płaczę,  Corumie,  bo  to  oznacza,  że  mnie  opuścisz.  Odejdziesz  z  Zamku  Moidel  w 

środku zimy i zaczniesz szukać tej wyspy, by też zapewne zginąć na morzu. Płaczę, ponieważ 

niczego, co kocham, nie udaje mi się utrzymać przy sobie... 

Corum odstąpił o krok. 

- Czy od dawna o tym myślisz? 

- Ta myśl mnie nigdy nie opuszcza. 

- Lecz nie powiedziałaś tego dotąd. 

- Zbyt cię kocham, Corumie. 

- Nie powinnaś mnie kochać, Rhalino. A ja nie powinienem sobie pozwolić na to, by 

kochać ciebie. Chociaż ta wyspa ofiarowuje tylko złudę nadziei, będę musiał jej poszukać. 

- Wiem. 

- A jeśli znajdę czarnoksiężnika, a ten odda mi rękę i oko... 

- Szaleństwo, Corumie. On nie istnieje! 

- Lecz gdyby jednak - i może na dodatek zrobić to, o co go poproszę - wówczas wyruszę 

na poszukiwanie Glandytha-a-Krae i zabiję go. Potem, jeśli będę żywy, wrócę. Lecz Glandyth 

musi umrzeć, gdyż inaczej moje myśli nie staną się pogodne, Rhalino. 

- Nie mamy łodzi pełnomorskiej - powiedziała cicho. 

- Lecz w pieczarach nad zatoką są łodzie, które mogą zapuszczać się na otwarte morze. 

- Tak, lecz oporządzenie którejś z nich zajmie parę miesięcy. 

- Użyczysz mi służących do prac nad łodzią? 

- Tak. 

- Chcę więc zaraz z nimi porozmawiać. 

I Corum zostawił ją, zamykając swoje serce na jej żal, winiąc siebie za to, że pozwolił 

background image

sobie na zakochanie się w kobiecie. 

Ze wszystkimi ludźmi, którzy znali się na szkutnictwie i których zdołał zebrać, zszedł 

wykutymi w skale schodami do pieczar pod zamkiem, mających połączenie z morzem. Leżały 

tam łodzie, wśród których znalazł skiff w stanie lepszym od innych. Odwrócił go do góry dnem 

i obejrzał. 

Rhalina  miała  rację.  Wiele  trzeba  jeszcze  było  zrobić,  zanim  skiff  będzie  mógł 

bezpiecznie spłynąć na wodę. 

Zaczęło się niecierpliwe oczekiwanie, które teraz jednak było łatwiejsze do zniesienia, 

gdyż miało mieć swój kres, miało cel  - nieważne, jak szalony. Corum odczuwał postępującą 

ulgę. 

Wiedział,  że  miłość  Rhaliny  nie  znuży  go  nigdy,  lecz  on  nigdy  nie  pokocha  jej 

całkowicie, jeśli nie ureguluje wszystkich spraw, które nieustannie przypominają mu o swym 

istnieniu. 

Zaszedł do biblioteki i odnalazł wspomnianą książkę. Dowiedział się z niej nazwy owej 

wyspy. 

Svi-an-Fanla-Brool.  Niezbyt  przyjemna  nazwa.  Na  ile  się  orientował,  oznaczało  to 

„Dom Objedzonego Boga”. Co to mogło znaczyć? Przestudiował cały tekst, lecz nie uzyskał 

odpowiedzi. 

Godziny  mijały,  a  on  przepisywał  wskazówki,  przerysowywał  morskie  mapy 

pozostawione przez kapitana statku, który odwiedził Górę Moidel przed trzydziestu laty. Kiedy 

skierował się wreszcie do łóżka, znalazł tam Rhalinę. 

Przyjrzał się jej twarzy. Wyraźnie płakała przed zaśnięciem. 

Wiedział, że teraz na niego przyszła kolej, by dodać jej otuchy. 

Lecz nie to miał w głowie. 

 

Rozebrał się i wśliznął do łóżka, między prześcieradła, jedwabie i futra, starając się jej 

nie przeszkadzać. Poruszyła się. 

- Corumie? 

Nie odpowiedział. 

Poczuł, że jej ciało zadrżało przez moment, lecz nie powiedziała nic więcej. 

Usiadł na łóżku z rozterką w duszy. Kochał ją. A nie powinien jej kochać. Spróbował 

ułożyć się znowu, zasnąć, lecz nie mógł. 

Dotknął jej ramienia. 

- Rhalino? 

background image

- Tak, Corumie? 

Wziął  głęboki  oddech,  który  miał  wyrażać  pragnienie  śmierci  Glandytha  i  już  miał 

powtórzyć, że powróci, gdy zemsta się dokona. 

Zamiast tego powiedział: 

- Sztormy wokół zamku nabierają mocy. Odłożę wyprawę do wiosny. 

Odwróciła się i odnalazła w ciemności jego twarz. 

-  Powinieneś  czynić  tak,  jak  uważasz,  że  musisz.  Litość  niszczy  prawdziwą  miłość, 

Corumie. 

- To nie litość mną powoduje. 

- Zatem może twoje poczucie sprawiedliwości? To także... 

- Wmawiam sobie, że to właśnie moje poczucie sprawiedliwości mnie tu zatrzymuje, 

lecz sam wiem, że jest inaczej. 

- Dlaczego zatem zostajesz? 

- Moje pragnienie odejścia osłabło. 

- Co je osłabiło, Corumie? 

- Coś w zasadzie słabszego we mnie, chociaż teraz zapewne jest mocniejsze. To moja 

miłość do ciebie, Rhalino, która zwyciężyła zamiary natychmiastowej zemsty na Glandycie. To 

jest miłość. To wszystko, co mogę ci powiedzieć. 

A ona zapłakała znowu, lecz tym razem nie z żalu. 

background image

Rozdział 10 

TYSIĄC MIECZY 

 

Zima  ścisnęła  z  całą  mocą.  Wieże  dygotały  pod  uderzeniami  szalejącego  wokoło 

wiatru. Fale rozbijały się o skały Góry Moidel i zdawało się czasem, że wznoszą się wyżej niż 

sam zamek. 

Dni stały się niemal tak samo ciemne jak noce. Rozpalano w kominkach, lecz nie mogło 

to  ogrzać  wyziębionych  wnętrz.  Nieustannie  noszono  grube  wełny,  skóry  i  futra,  przez  co 

ubrani w nie mieszkańcy zamku wyglądali jak niedźwiedzie. 

Lecz  Corum  i  Rhalina,  mężczyzna  i  kobieta  pochodzący  z  różnych  ras,  jakby  nie 

zauważali  szaleństw  zimy.  Czas  spędzali  śpiewając  sobie  nawzajem  pieśni,  pisali  sonety 

mające opisywać w prosty sposób głębie i żar ich miłości. Byli ogarnięci obłędem (o ile to on 

właśnie jest przeciwieństwem poczucia rzeczywistości), lecz był to obłęd miły - słodki obłęd. 

Kiedy  minęły  najgorsze  tygodnie  zimy  i  uspokojone  morze  przelewało  się  ciemne  i 

ponure wokół wyspy; gdy na skałach pod zamkiem spoczywał jeszcze śnieg i niewiele ptaków 

śpiewało na szarym niebie ponad nagimi i odległymi puszczami stałego lądu; gdy daleko wciąż 

było  do  wiosny,  wtedy  to  zostali  dostrzeżeni  obcy  Mabdenowie  wyjeżdżający  spomiędzy 

mrocznych drzew. Było to późnym rankiem - ich oddechy parowały, a konie potykały się na 

oblodzonym gruncie, uprzęże i oręż poszczekiwały. 

Pierwszy zauważył ich Beldan, wychodząc na blanki dla rozprostowania nóg. 

Beldan, młodzieniec, który uratował Coruma, odwrócił się i pospieszył do wieży. Biegł 

schodami w dół, aż natknął się na postać blokującą mu drogę i wyraźnie się z niego śmiejącą. 

- Wychodek jest na górze, nie na dole, Beldanie! 

Beldan złapał oddech i powiedział powoli: 

-  Biegłem  do  twoich  apartamentów,  Książę  Corumie.  Duża  siła.  Widziałem  ich  z 

blanków. 

Twarz Coruma zachmurzyła się, jakby próbował ogarnąć naraz z tuzin myśli. 

- Rozpoznałeś ich? Kim są? 

- Mabdenowie, z pewnością. Myślę, że mogą być wojownikami Szczepów Pony. 

- Ludu, przeciwko któremu ta twierdza została zbudowana? 

- Tak. Lecz oni nie niepokoili nas od stulecia. 

Corum uśmiechnął się sarkastycznie. 

- Zdaje się, że wszyscy popadamy z czasem w beztroskę taką, jaka zgubiła Vadhaghów. 

background image

Czy damy radę obronić ten zamek, Beldanie? 

- O ile to mały oddział, Książę. Szczepy Pony zwykle nie jednoczą się i ich wojownicy 

rzadko poruszają się w grupach większych niż po dwudziestu, trzydziestu. 

- A zatem myślisz, że to mały oddział? 

Beldan potrząsnął głową. 

- Nie, Książę Corumie. Obawiam się, że ten jest spory. 

- Lepiej zatem zaalarmuj wojowników. Co z nietoperzami? 

- Śpią w zimie. Nic ich nie obudzi. 

- A jaka jest wasza normalna taktyka obrony? 

Beldan zagryzł wargi. 

- No? 

- Właściwie to nie ma o czym mówić. Od tak dawna nie musieliśmy się tym zajmować... 

Szczepy Pony ciągle boją się potęgi Lywm-an-Eshu. Od kiedy ląd cofnął się za horyzont, ich 

strach urósł do przesądu. Polegamy na tym strachu. 

- Zrób zatem, co możesz, a ja przyłączę się do was wkrótce, rzucę tylko okiem na ten 

oddział. Może to nie o walkę im chodzi, nie mamy pewności. 

Beldan  pognał  schodami  w  dół,  a  Corum  wyszedł  na  górę  wieży  i  otworzył  drzwi 

prowadzące na blanki. 

Zaczynał się właśnie odpływ  i droga na mierzei  wkrótce miała  być dostępna. Morze 

było  szare  i  zimne,  a  brzeg,  na  którym  rzeczywiście  byli  wojownicy,  wyglądał  bardzo 

niegościnnie. 

Byli to kudłaci ludzie na równie kudłatych konikach, w hełmach z żelaza, i przyłbicach 

z mosiądzu, które kryły ich złe twarze. Nosili płaszcze ze skóry wilków lub z wełny, kolczugi z 

żelaza  i  skórzane  kaftany.  Kraciaste  spodnie  z  niebiesko-czerwono-żółtego  materiału 

przewiązane  były  rzemieniami  od  stóp  do  kolan.  Uzbrojeni  byli  w  topory,  włócznie,  łuki, 

maczugi, a każdy z nich miał przyczepiony do siodła miecz. Wszystkie miecze były nowe, jak 

ocenił Corum, gdyż nawet w mdłym świetle zimowego dnia lśniły jaskrawo. 

Stało ich na plaży kilkanaście szeregów, a nowych wciąż przybywało. 

Corum zdrową ręką zebrał ciaśniej kożuch i z zastanowieniem kopnął jeden z kamieni 

muru wieńczącego blanki, jakby chciał sprawdzić, czy zamek jest solidnie zbudowany. 

Ponownie spojrzał na najeźdźców 

Doliczył się tysiąca. 

Tysiąca wojowników z tysiącem nowo wykutych mieczy. 

Zamarł. 

background image

Tysiąc hełmów z żelaza skierowało się ku Zamkowi Moidel. Tysiąc mosiężnych masek 

spojrzało na Coruma poprzez opadającą wodę, ponad odsłaniającą się już mierzeją. 

Corum zadrżał. W ciszę ponad tłumem wzleciał biały ptak, a jego krzyk zabrzmiał jak 

zwiastun grozy. 

Niski  dźwięk  bębnów  rozległ  się  w  puszczy.  Równo  odmierzane  i  powtarzające  się 

uderzenia odbijały się echem i niosły po wodzie. 

Wydawało się, że ten tysiąc jeźdźców nie przybywa w pokojowych zamiarach. 

Beldan przyłączył się do Coruma. Był blady. 

- Powiadomiłem Margrabinę i zaalarmowałem wojowników. Mamy stu pięćdziesięciu 

ludzi  zdolnych  do  walki.  Margrabina  przegląda  zapiski  męża.  Zostawił  nieco  uwag  o 

najlepszym  sposobie  obrony  zamku,  na  wypadek  takiego  ataku.  Wiedział  widocznie,  jak  się 

wydaje, że Szczepy Pony mogą się pewnego dnia zjednoczyć. 

- Szkoda, że ja tego dotąd nie przeczytałem - powiedział Corum i zaczerpnął mroźnego 

powietrza. - Czy nie ma tu nikogo, kto miałby jakieś świeże doświadczenie wojenne? 

- Nikogo, Książę. 

- Pozostaje nam więc błyskawicznie je zdobyć. 

- Tak. 

Na schodach w wieży rozległy się głosy i ludzie w pełnym uzbrojeniu pojawili się na 

blankach.  Każdy  miał  na  głowie  hełm  zrobiony  ze  skręconej  spiralnie,  różowej  muszli 

gigantycznego rozkolca. Każdy miał łuk i wiele strzał. Każdy panował nad swoim strachem. 

- Będziemy próbowali z nimi paktować - mruknął Corum. - Droga już niedługo będzie 

wolna.  Postaramy  się  przedłużyć  rozmowy  do  czasu,  gdy  znów  zacznie  się  przypływ.  To 

powinno dać nam kilka godzin na przygotowania. 

- Mogą liczyć się z takim podstępem - powiedział Beldan. 

Corum przytaknął i przycisnął policzek kikutem. 

- Z pewnością. Lecz jeśli uda nam się oszukać ich co do naszej liczebności, to może ich 

trochę skonfundujemy. 

Beldan uśmiechnął się sceptycznie, lecz nic nie powiedział. Oczy zalśniły mu dziwnie. 

Corum pomyślał, że tak zapewne według młodzieńca powinna wyglądać gorączka bitewna. 

-  Zobaczę,  co  Margrabina  wyczytała  w  tekstach  męża  -  powiedział  Corum.  -  Zostań 

tutaj i obserwuj. Gdyby się ruszyli, daj mi znać. 

-  Przeklęte  bębny.  -  Beldan  przycisnął  rękę  do  skroni.  -  Sprawiają,  że  mój  mózg 

dygocze. 

- Postaraj się je zignorować. Są właśnie po to, by osłabić naszą chęć walki. 

background image

Corum wszedł do wieży i pobiegł schodami w dół aż na piętro, gdzie on i Rhalina mieli 

swoje apartamenty. 

Siedziała przy stole, na którym rozłożyła manuskrypty. Podniosła głowę, gdy wszedł, i 

spróbowała się uśmiechnąć. 

- Zdaje się, że płacimy teraz cenę za dar miłości. 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- To pomysł typowy dla Mabdenów. Nie rozumiem tego... 

- A ja jestem głupia, używając trywialnego wyrażenia; żałuję jednak, że wybrali akurat 

tę chwilę na atak. Mieli przecież do dyspozycji całe stulecie... 

- Czego dowiedziałaś się z zapisków męża? 

-  Gdzie  są  nasze  najsłabsze  miejsca.  Gdzie  nasze  wały  i  parapety  są  najlepsze  do 

obrony. Rozstawiłam już tam ludzi. Rozpalono też pod kadziami z ołowiem. 

- A to po co? 

- Naprawdę niewiele wiesz o wojnie! Mniej niż ja. Roztopiony ołów będzie się lało na 

głowy intruzów, gdy spróbują sforsować nasze mury. 

Corum otrząsnął się. 

- Czy musimy być tak okrutni? 

-  Nie  jesteśmy  Vadhaghami.  Nie  walczymy  z  Nhadraghami.  Sądzę,  że  po  tych 

Mabdenach oczekiwać można nie mniej okrutnych sposobów walki... 

-  Oczywiście.  Lepiej  rzucę  okiem  na  manuskrypty  Margrabiego.  Widzę,  że  był  to 

człowiek z dobrze rozwiniętym poczuciem rzeczywistości. 

-  Tak  -  odpowiedziała  krótko,  wręczając  mu  arkusz.  -  Różnych  rzeczywistości  i  na 

każdą okazję. 

Po raz pierwszy usłyszał,  jak1 wyraża swoją opinię o  mężu. Popatrzył  na  nią, chcąc 

spytać o coś więcej, lecz machnęła tylko delikatną dłonią. 

- Czytaj szybko. Łatwo odcyfrujesz pismo. Mój mąż wolał pisać w Rozwiniętej Mowie, 

której nauczyliśmy się od Vadhaghów. 

Corum  spojrzał  na  tekst.  Pismo  było  dobrze  wykształcone,  lecz  pozbawione 

indywidualizmu. Widział w nim bezduszną imitację pisma Vadhaghów, niemniej, jak mówiła 

Rhalina, było łatwe do odczytania. 

Do drzwi apartamentu ktoś zapukał. Corum nie przerwał lektury, gdy Rhalina poszła 

otworzyć. Stał w nich żołnierz. 

- Przysłał mnie Beldan, pani. Prosi, by Książę Corum wyszedł do niego na blanki. 

Corum odłożył arkusze manuskryptu. 

background image

- Już idę. Rhalino, czy sprawdzisz, co słychać ze zbroją i orężem dla mnie? 

Przytaknęła. Corum opuścił komnatę. 

 

Mierzeja była już niemal całkowicie ponad powierzchnią wody. Beldan krzyczał coś do 

wojowników na brzegu, wzywając do paktowania. 

Bębny biły powoli, lecz nie ustawały. 

Wojownicy nie odpowiedzieli. 

Beldan zwrócił się do Coruma: 

- Chyba są głusi jak pnie, gdyż inaczej powinni już odpowiedzieć. Jak na barbarzyńców, 

wyglądają na dobrze wyszkolonych. Myślę, że w tym wszystkim tkwi coś jeszcze, co dotąd się 

nie ujawniło. 

Corum miał to samo wrażenie. 

- Dlaczego posłałeś po mnie, Beldanie? 

-  Zobaczyłem  coś  między  drzewami.  Błysk  złota.  Nie  jestem  jednak  pewien.  Oczy 

Vadhaghów  uważane  są  za  bystrzejsze  od  oczu  Mabdenów.  Powiedz  mi,  Książę,  czy 

dostrzegasz cokolwiek. Dokładnie tam - wskazał. 

Corum uśmiechnął się gorzko. 

-  Para  oczu  Mabdena  lepsza  jest  niż  jedno  oko  Vadhagha  -  niemniej  spojrzał  we 

wskazanym  kierunku.  Coś  z  pewnością  skrywało  się  pod  drzewami.  Przeszedł  kawałek,  by 

zmienić kąt widzenia. 

I zorientował się, co to jest. Zdobione złotem koło rydwanu. 

Koło zaczęło się obracać, gdy je obserwował. Z puszczy wyłoniły się konie w zaprzęgu. 

Cztery kudłate konie, większe nieco niż wierzchowce używane przez Szczepy Pony, ciągnące 

masywny rydwan, na którym stał wojownik. 

Corum  rozpoznał  go.  Mabden  dumnej  postawy,  ubrany  w  futra,  skóry  i  żelazo,  w 

skrzydlatym bębnie i z dużą brodą. 

- To jest Hrabia Glandyth-a-Krae, mój wróg - powiedział powoli Corum. 

- Ten, który obciął ci rękę i wyłupił oko? 

Corum przytaknął. 

- Zatem to może on zjednoczył Szczepy Pony, dał im te błyszczące nowe miecze, które 

niosą, i wyuczył dyscypliny, której nie znali. 

- To mogło tak wyglądać. Tak, i to ja zwabiłem ich pod Zamek Moidel, Beldanie. 

Ten wzruszył ramionami. 

- I tak by przyszli. Ty zaś uszczęśliwiłeś naszą Margrabinę. Nigdy dotąd nie widziałem 

background image

jej takiej. 

-  Wy,  Mabdenowie,  zdajecie  się  myśleć,  że  każde  szczęście  musi  zostać  okupione 

nieszczęściem. 

- Chyba tak. 

- Niełatwo zrozumieć Vadhaghom coś takiego. My sądzimy - sądziliśmy - że szczęście 

jest naturalnym stanem istot rozumnych. 

Z  puszczy  wyjechało  jeszcze  dwadzieścia  rydwanów.  Zebrały  się  za  pojazdem 

Glandytha,  tak  że  Hrabia  z  Krae  stanął  w  otoczeniu  milczących  wojowników  swego  ludu, 

Denledhyssów. 

Bębny zamilkły. 

Corum słuchał fal odpływu. Droga na mierzei była już całkowicie przejezdna. 

- Musiał mnie śledzić, podążać moim tropem, aż dowiedział się, gdzie trafiłem, i spędził 

zimę na rekrutacji i ćwiczeniu tych, których tu widzimy - powiedział Corum. 

- Lecz jak odkrył twoje schronienie? - spytał Beldan. 

Jakby  w  odpowiedzi,  szeregi  Szczepów  Pony  rozstąpiły  się  i  Glandyth  wjechał 

rydwanem na mierzeję. Schylił się, podniósł coś z dna rydwanu, uniósł to nad głową i ponad 

końskimi zadami rzucił na drogę. 

Corum rozpoznał to i zamarł. 

Beldan  zesztywniał  i  wyciągnął  rękę,  by  uchwycić  się  kamieni  wieńczących  blanki, 

opuszczając jednocześnie głowę. 

- Czy to Brunatny, Corumie? 

- Tak, to on. 

-  Ta  istota  była  tak  nieszkodliwa,  tak  łagodna  i  miła.  Czyjego  pan  nie  mógł  go 

uratować? Musieli go torturować, by wydobyć informacje dotyczące miejsca twojego pobytu... 

Corum wyprostował plecy. Gdy przemówił, jego głos był cichy i zimny. 

- Powiedziałem niegdyś twojej pani, że Glandyth jest zarazą, którą trzeba powstrzymać. 

Winienem wcześniej go odszukać... 

- Zabiłby cię. 

-  Lecz  nie  zabiłby  Brunatnego  z  Laahr.  Serwde  wciąż  mógłby  służyć  swemu  panu. 

Wydaje mi się, że moim przeznaczeniem jest zginąć, i przez to wszyscy ci, którzy pomagają mi 

przedłużyć  żywot,  są  przeklęci.  Wyjdę  i  sam  będę  walczył  z  Glandythem.  Wtedy  zamek 

ocaleje. 

Beldan przełknął ślinę i powiedział chrapliwie. 

-  Sami  zdecydowaliśmy  się  tobie  pomóc.  Nie  prosiłeś  o  to.  Pozwól  zatem  nam 

background image

decydować. 

- Nie. Jeśli tak będzie, to Margrabina i wszyscy jej ludzie z pewnością zginą. 

- Zginą tak czy inaczej - odpowiedział Beldan. 

- Nie, jeśli Glandyth będzie miał mnie. 

-  Glandyth  musiał  obiecać  Szczepom  Pony  zamek  jako  nagrodę  za  udział  w  tej 

wyprawie - zaznaczył Beldan. - Ich nic nie obchodzisz. Chcą tylko zniszczyć i splądrować to, 

co nienawidzili od wieków. Z pewnością Glandyth byłby rad, mając ciebie, i może by odszedł - 

lecz te tysiąc mieczy zostawiłby tutaj i tak. Musimy walczyć razem, Książę Corumie. Nie ma 

innego wyjścia. 

background image

Rozdział 11 

PRZYWOŁANIE

 

 

Corum wrócił do swej komnaty, gdzie leżały przygotowane dla niego broń i pancerze. 

Zbroja była nietypowa - składała się z napierśnika łączonego z częścią chroniącą plecy, pary 

naramienników i sztywnej spódniczki. Wszystko zostało zrobione z perłowobłękitnych muszli 

stworzenia morskiego, które zamieszkiwało niegdyś wody Zachodu, zwanego anufec. Muszla 

była mocniejsza niż najtwardsze żelazo i lżejsza niż jakakolwiek kolczuga. Wielki, kolczasty 

hełm ze sterczącym czubem,  jak  i  hełmy reszty obsady  Zamku Moidel, wykonano z muszli 

gigantycznego rozkolca. Służący pomogli Corumowi włożyć to wszystko, po czym wręczyli 

mu żelazny pałasz, który był tak dobrze wyważony, że można było nim operować tylko jedną 

ręką. Tarcza, którą przymocowali rzemieniami do kalekiego ramienia Księcia, była pancerzem 

dużego kraba, żyjącego niegdyś, jak mu powiedziano, w okolicach o wiele odleglejszych niż 

Lywm-an-Esh  i  znanych  jako  Kraina  Dalekiego  Morza.  Zbroja  należała  do  nieżyjącego  już 

Margrabiego, który odziedziczył ją po przodkach, a ci z kolei byli w jej posiadaniu już na długo 

przedtem, nim pojawiła się konieczność ustanowienia Marchii. 

Gdy  wszystko  było  gotowe,  zawołał  do  Rhaliny,  lecz  ona,  chociaż  widział  ją  przez 

otwarte drzwi łączące komnaty, nie podniosła oczu znad papierów. Był to ostatni z rękopisów 

Margrabiego i absorbował ją bardziej niż inne. 

Corum wyszedł, by wrócić na blanki. 

Szeregi wojowników nie drgnęły, tylko rydwan Glandytha podjechał mierzeją na pół 

drogi  do  zamku.  Skurczone  i  połamane  ciało  Brunatnego  leżało  nadal  tam,  gdzie  rzucił  je 

Mabden. 

Bęben odezwał się znowu. 

- Dlaczego nie ruszają? - zdumiał się Beldan głosem ciężkim z napięcia. 

- Dwa powody są pewne - odpowiedział Corum. - Mają nadzieję nas przerazić i zabić 

przerażenie w sobie. 

- Boją się nas? 

- Pony zapewne tak. Ostatecznie, jak mi powiedziałeś, żyli w przesądach przez stulecia, 

obawiając  się  czarów  mieszkańców  Lywm-an-Eshu.  Jestem  pewien,  że  oczekują  po  nas 

nadprzyrodzonych metod obrony. 

Corum wskazał gestem w kierunku Glandytha-a-Krae. 

- To jest Mabden, któremu zawdzięczam pierwszą lekcję... 

background image

- Zdaje się nie znać strachu. 

- Mieczy się nie boi. On boi się siebie samego. Ze wszystkich słabości Mabdenów ta jest 

zapewne najbardziej niszcząca. 

Glandyth podniósł odzianą w żelazną rękawicę dłoń. Znów zapadła cisza. 

- Vadhaghu! - dobiegł ich dziki głos. - Czy widzisz, kim jest ten, który przybył odszukać 

cię w tym plugawym zaniku? 

Corum nie odpowiedział. Skryty za blankami obserwował, jak Glandyth lustruje mury 

szukając go. 

- Vadhaghu! Jesteś tam? 

Beldan spojrzał pytająco na Coruma, który nadal milczał. 

- Vadhaghu! Widzisz, że zabiliśmy twojego zaprzyjaźnionego demona! Teraz to samo 

chcemy  zrobić  z tobą  i  z tymi  najnikczemniejszymi  Mabdenami,  którzy  dali  ci  schronienie. 

Vadhaghu! Odezwij się! 

- Musimy przeciągać to, jak długo się da - mruknął Corum do Beldana. - Każda sekunda 

przybliża nas do przypływu, który zaleje drogę. 

- Oni wkrótce uderzą - powiedział Beldan. - Na długo przedtem, nim przypływ powróci. 

- Vadhaghu! Aaaa... Jesteś najbardziej tchórzliwy ze swej tchórzliwej rasy! 

Corum  zobaczył,  jak  Glandyth  odwraca  głowę  ku  swoim  ludziom,  jakby  wydawał 

rozkaz do ataku. Książę wyszedł zza osłony i odezwał się donośnym głosem. 

Jego  mowa,  nawet  w  chłodnym  gniewie,  była  płynną  muzyką  w  porównaniu  z 

chrapliwymi okrzykami Glandytha. 

- Oto jestem, Glandycie-a-Krae, najnikczemniejszy i najnędzniejszy z Mabdenów! 

Zaniepokojony Glandyth odwrócił głowę, a po chwili wybuchnął ochrypłym śmiechem. 

- Nie jestem paskudą! - sięgnął pod futra i wydobył coś, co zwieszało mu się z szyi na 

łańcuszku. - Czy przyjdziesz i odbierzesz to ode mnie? 

Corum poczuł narastającą pasję, gdy rozpoznał, czym zabawiał się Glandyth. Była to 

zmumifikowana ręka Vadhagha, na której palcu nadal tkwił darowany mu kiedyś przez siostrę 

pierścień. 

- I jeszcze to - Glandyth wyjął z futer skórzany mieszek i pomachał nim do Coruma. - 

Zachowałem też twoje oko! 

Corum opanował zawziętość i mdłości: 

- Możesz mieć i resztę, Glandycie, jeśli odeślesz swą bandę i zostawisz Zamek Moidel 

w spokoju! 

Glandyth podniósł głowę ku niebu i zaniósł się śmiechem. 

background image

-  O  nie,  Vadhaghu!  Nie  pozwoliliby  mi  pozbawić  ich  tej  walki  i  nie  odeszliby 

zostawiając zamek nietknięty. Czekali na to przez wiele  miesięcy. Zamierzają wyciąć w pień 

wszystkich  swych  odwiecznych  wrogów,  a  ja  zamierzam  zarżnąć  ciebie.  Planowałem,  że 

spędzę  zimę  komfortowo  na  dworze  u  Lyra-a-Brode.  Zamiast  tego  musiałem  obozować  w 

skórzanych namiotach z tymi oto przyjaciółmi. Myślę szybko z tobą skończyć, Vadhaghu, tyle 

ci obiecuję. Nie będę tracił czasu z taką kaleką padliną jak ty - znów się roześmiał. - I kto teraz 

jest niepełnowartościowym bydlęciem? 

- Nie powinieneś zatem bać się walczyć ze mną sam na sam! - zawołał Corum. - Możesz 

stawić  mi  czoło  na  tej  drodze  i  bez  wątpienia  dasz  radę  zabić  mnie  bardzo  szybko.  Potem 

zostawisz zamek przyjaciołom i wrócisz w swoje strony. 

Glandyth zmarszczył brwi, ciężko namyślając się. 

- Dlaczego chcesz oddać swe życie trochę wcześniej, niż będziesz musiał? 

- Dość mam życia kaleki. Zmęczony jestem strachem przed tobą i twoimi ludźmi. 

Glandyth  nie  był  przekonany.  Corum  usiłował  zyskać  na  czasie  tą  rozmową  i 

propozycją. Nie miało przecież dla Glandytha znaczenia, ile będą musieli się natrudzić Pony ze 

zdobyciem zamku, gdy on już zabije Coruma. 

Ostatecznie przytaknął, rycząc w odpowiedzi: 

- Bardzo dobrze, Vadhaghu, schodź na drogę. Rozkażę moim ludziom, by trzymali się z 

daleka, aż skończymy  naszą-walkę. Jeśli  mnie zabijesz, rydwany odjadą  i pozostawią  bitwę 

innym... 

- W tą część twojej obietnicy nie wierzę - odpowiedział Corum. - Nie jestem tym zresztą 

zbyt zainteresowany. Zejdę. 

Corum  schodził  powoli  po  schodach,  zarabiając  minuty.  Nie  chciał  umrzeć  z  ręki 

Glandytha.  Wiedział  też,  że  gdyby  jakimś  trafem  dał  mu  rade,  ludzie  Hrabiego  szybko 

podskoczą  swemu  panu  z  odsieczą.  Miał  nadzieję  jedynie  na  uzyskanie  kilku  godzin  dla 

obrońców. 

Rhalina spotkała go przed ich apartamentem. 

- Dokąd idziesz, Corumie? 

- Walczyć z Glandythem. I zapewne zginę - powiedział. - Przyjdzie mi umrzeć będąc w 

tobie zakochanym, Rhalino. 

- Corumie! Nie! - jej twarz wyrażała przerażenie. 

- To konieczne, jeśli zamek ma mieć szansę odparcia ataku. 

-  Nie,  Corumie!  Jest  jeszcze  inna  możliwość.  Mój  mąż  wspomina  o  niej  w  swoich 

zapiskach. Ostatnia deska ratunku... 

background image

- Jaka? 

- Nie określa tego jasno. Coś, co przeszło na niego po przodkach. Jakieś przywołanie. 

Czary, Corumie. 

Corum uśmiechnął się smutno. 

-  Nie  ma  czegoś  takiego  jak  czary,  Rhalino.  To,  co  nazywasz  czarami,  to  garść 

strzępków wiedzy Vadhaghów. 

- To nie ma związku z Vadhaghami. To coś zupełnie innego. Przywołanie. 

Spróbował przejść obok niej, lecz uchwyciła jego rękę. 

- Pozwól mi tego spróbować, Corumie! 

Odsunął rękę i z obnażonym mieczem poszedł schodami w dół. 

-  Bardzo  dobrze,  próbuj,  czego  tylko  chcesz.  Nawet  jeśli  masz  rację,  będziesz 

potrzebowała na to czasu i ja go dla ciebie uzyskam. 

Usłyszał jej krzyk bez słów i płacz, lecz zaraz potem znalazł się w holu i szedł już ku 

wielkim wrotom zamku. 

Przestraszony wojownik przepuścił go i Corum stał teraz u szczytu drogi na mierzei. Na 

drugim jej końcu widniała postać Hrabiego Glandytha-a-Krae, który odesłał rydwan i konie. 

Przy Glandycie stał ów gamoniowaty młodzieniec, Rodlik, trzymając topór Hrabiego. 

Glandyth  zmierzwił  włosy  giermka  i  wziął  topór  z  jego  rąk.  Podążył  drogą 

wyszczerzając zęby w wilczym grymasie. 

Corum ruszył mu na spotkanie. 

Morze rozbijało się na skałach mierzei. Czasem za-krzyczał jakiś ptak. Wojownicy z 

obu  stron  milczeli.  Tak  obrońcy,  jak  i  atakujący  śledzili  z  napięciem  tych  dwóch,  którzy 

spotkali się wreszcie pośrodku mierzei i stanęli w odległości dziesięciu stóp od siebie. 

Corum zauważył, że Glandyth schudł nieco, lecz blade, szare oczy lśniły nienaturalnie, 

a czerwona twarz wyglądała równie niezdrowo, jak ostatnim razem. Przed sobą, w obu rękach 

trzymał topór. Osłoniętą hełmem głowę przekrzywił na bok. 

- Na Psa - powiedział. - Stałeś się całkiem paskudny, Vadhaghu. 

- Tworzymy zatem udaną parę, Mabdenie, bo ty nie zmieniłeś się wcale. 

Glandyth zaśmiał się szyderczo. 

- Obwiesiłeś się, jak widzę, pięknymi muszlami, zupełnie jak córka morskiego boga w 

dniu zaręczyn z jakimś rybim mężem. Cóż, możesz stać się ich daniem weselnym, gdy wrzucę 

twe ciało do morza. 

Te ciężkie zniewagi nużyły Coruma. Postąpił krok naprzód i zamierzył się pałaszem na 

Glandytha, który szybko podniósł okuty topór i lekko się zachwiawszy zablokował cięcie na 

background image

wysokości  piersi.  Topór  trzymał  teraz  w  prawej  ręce,  lewą  wyciągając  zza  pasa  długi  nóż. 

Topór zaświszczał spadając na kolana Coruma. 

Książę  podskoczył  i  ostrze  przemknęło  pod  jego  stopami.  Wyprowadził  cios  na 

Glandytha muskając ramię Mabdena, nie czyniąc mu jednak krzywdy. 

Glandyth poczuł coś jednak, bo zaklął i spróbował ponownie tej samej sztuczki. Corum 

podskoczył i topór znów go ominął. Glandyth wykonał krok w tył, opuszczając ciężkie żelazo 

na tarcze z pancerza kraba, która zadźwięczała, lecz nie pękła. Ramię Coruma zdrętwiało od 

nadgarstka do obojczyka. Odpowiedział ciosem z góry, który Glandyth odparował. 

Corum  spróbował  kopnąć  Glandytha  w  nogę  w  nadziei  spowodowania  upadku,  lecz 

Mabden odbiegł kilka kroków, zanim znów przybrał postawę do walki. 

Corum zbliżał się do niego ostrożnie. 

Wtedy Glandyth zakrzyknął: 

- Dość tego. Mamy go już. Łucznicy - strzelajcie! 

Wtedy  dopiero  Corum  zauważył  rydwany,  które  cichcem  zajechały  przed  front 

jeźdźców, i ich woźniców napinających łuki i celujących w jego kierunku. Uniósł tarczę, by 

osłonić się przed ich strzałami. 

Glandyth zbiegał już z grobli. 

Corum został zdradzony. Do przypływu została jeszcze godzina i wyglądało na to, że 

umrze nadaremno. 

Rozległ się inny krzyk, tym razem z zamku, i chmura strzał poleciała w dół. Łucznicy 

Beldana zaczęli pierwsi. 

Strzały Denledhyssów zadzwoniły o tarczę i naramienniki Coruma. Poczuł jednak, że 

coś uderza go tuż nad kolanem, gdzie osłona nie była pełna. Spojrzał w dół. Strzała przeszła na 

wylot  przez  nogę  i  w  połowie  wystawała  teraz  z  wewnętrznej  strony  stawu  kolanowego. 

Wyciągnięcie jej zdrową ręką oznaczało upuszczenie miecza. Rzucił okiem ku brzegowi. 

Tak jak przypuszczał, pierwsi jeźdźcy wjeżdżali na drogę. 

Pokuśtykał wzdłuż mierzei, lecz po przejściu paru kroków | zdał sobie sprawę, że w ten 

sposób nie osiągnie bramy na czas. Szybko przyklęknął na zdrowym kolanie, położył miecz na 

ziemi i odłamał część strzały. 

Podniósł miecz i stanął z powrotem na równe nogi. 

Wojownicy  w  mosiężnych  maskach  galopowali  dwójkami  po  mierzei,  wznosząc  w 

dłoniach lśniące miecze. 

Corum uderzył pierwszego. Cięcie okazało się udane, gdyż wysadziło wroga z siodła. 

Inny jeździec, galopując, spróbował uderzyć Coruma, lecz chybił i koń poniósł go dalej. 

background image

Vadhagh  wdrapał  się  na  siodło  kucyka.  Jego  uprząż  była  prymitywna,  zamiast 

strzemion wisiały dwie skórzane pętle. Znosząc ból, zdołał wsunąć w to stopy i zablokować 

cios  powracającego  jeźdźca.  Inny  Pony  tymczasem  uderzył  zgrzytliwie  w  tarczę.  Konie 

parskały i usiłowały stanąć dęba, lecz droga była tak wąska, że ani Corum, ani pozostali dwaj 

nie mieli dość miejsca na manewry i żaden z nich nie mógł użyć skutecznie miecza. 

Reszta jeźdźców musiała ściągnąć swym wierzchowcom wodze, by nie ześliznąć się z 

drogi  do  morza,  co  dało  łucznikom  Beldana  sposobność,  na  którą  czekali.  Ciemna  kurtyna 

strzał wyleciała z blanków prosto w szeregi Szczepów Pony. Padło więcej koni niż ludzi, lecz 

powiększyło to zamieszanie. 

Corum cofał się powoli. Był prawie przy bramie. Ramię dźwigające tarczę było całkiem 

sparaliżowane, a to, które trzymało miecz, pulsowało bólem - nadal jednak miał dość energii, 

by bronić się przed Mabdenami. 

Glandyth krzyczał coś do barbarzyńców, chcąc zmusić ich do przeformowania szyków i 

odwrotu. Najwidoczniej jego plany ataku zawiodły. Corum znalazł siły, by się uśmiechnąć. Coś 

ostatecznie udało mu się uzyskać. 

Brama  zamku  za  jego  plecami  otwarła  się  gwałtownie  -  stał  tam  Beldan  z 

pięćdziesięcioma łucznikami gotowymi do strzału. 

- Corumie, do środka, szybko! 

Rozumiejąc, o co chodzi Beldanowi, Corum zsunął się z grzbietu kucyka i zgięty wpół 

pobiegł do wrót. Osiągnął je w chwili, gdy pierwsze strzały zaświszczały mu nad głową. Zaraz 

też przekroczył próg i przejście zamknięto. 

Corum oparł się o kolumnę. Czuł, że tak naprawdę to przegrał. Lecz Beldan trącił go w 

ramię. 

- Przypływ nadciąga! Udało się, Corumie! 

Uderzenie  było  dość  silne,  by  zbić  go  z  nóg.  Padając  na  kamienne  płyty  zobaczył 

jeszcze zdumioną twarz Beldana i przez chwilę, nim zemdlał, był nawet rozbawiony sytuacją. 

 

Obudził się w swoim własnym łóżku. Przy stole obok siedziała Rhalina, nadal studiując 

manuskrypty.  Corum  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  jest  istotne,  jak  długo  wytrwał  w  walce  z 

Glandythem. Z jedną ręką i jednym okiem nie na wiele będzie przydatny. 

-  Muszę  mieć  nową  rękę  -  powiedział,  siadając  prosto.  -  Muszę  mieć  nowe  oko, 

Rhalino. 

Rhalina  zdawała  się  tego  nie  słyszeć.  Dopiero  po  chwili  podniosła  głowę.  Miała 

zmęczoną, skoncentrowaną twarz. Nieobecnym głosem powiedziała  „odpoczywaj”  i wróciła 

background image

do lektury. 

Potem rozległo się pukanie do drzwi. Szybkim krokiem wszedł Beldan. Corum zaczął 

gramolić  się  z  łóżka.  Skrzywił  twarz  z  bólu.  Jego  ranna  noga  była  sztywna,  a  całe  ciało 

posiniaczone. 

- Musieli stracić w tym starciu ze trzydziestu ludzi - oznajmił młodzieniec. - Przypływ 

kończy  się  tuż  przed  zachodem  słońca.  Nie  jestem  pewien,  czy  zaatakują  od  razu. 

Powiedziałbym raczej, że zaczekają do rana. 

Corum zmarszczył brwi. 

- To zależy od Glandytha, tak bym to określił. Może uznać, że nie będziemy oczekiwać 

wieczornego ataku i właśnie dlatego podjąć go. Lecz jeśli Pony są tak przesądni jak uważamy, 

to mogą mieć opory przed walką w nocy. Do czasu następnego przypływu lepiej przygotujemy 

się do walki. I rozstawimy warty wokół całego zamku. Jak to się ma do zapisków Margrabiego, 

Rhalino? 

Spojrzała niezbyt przytomnie i powiedziała: 

- Całkiem dobrze. 

Corum zaczął zdejmować zbroję, co wymagało wysiłku i było bolesne. Beldan pomógł 

mu i wyszli na blanki. 

 

Denladhyssowie przegrupowali się na brzegu. Martwi ludzie i konie, podobnie jak ciało 

Brunatnego  z  Laahr,  zostali  zmyci  przez  fale.  Kilka  trupów  kotłowało  się  w  kipieli  pod 

zamkiem. 

Uformowali  taki  sam  szyk,  jak  przedtem.  Zamaskowani  jeźdźcy  ustawili  się  w 

dziesięciu rzędach, za nimi Glandyth, a za Glandythem rydwany. 

Na blankach ogień płonął pod kotłami z bulgoczącym ołowiem. Obok ustawiono małe 

katapulty ze stosami kamieni. O mur oparto dodatkowe strzały i oszczepy. 

Przypływ się kończył. 

Metaliczny  dźwięk  bębna  rozległ  się  znowu.  Gdzieś  daleko  podzwaniała  uprząż. 

Glandyth rozmawiał z jednym z jeźdźców. 

- Sądzę, że zaatakują - powiedział Corum. 

Słońce stało już nisko  i cały  świat zdawał się pogrążać z wolna w  mrocznej, zimnej 

szarości. Przyglądali się, jak woda opada, aż nad drogą zostało jej tylko parę stóp. 

Bicie bębna stało się gwałtowniejsze. Wyjąc i rozchlapując wodę jeźdźcy ruszyli. 

Zaczęła się właściwa bitwa o Zamek Moidel. 

 

background image

Nie  wszyscy  wojownicy  jechali  drogą.  Około  dwóch  trzecich  sił  zostało  na  brzegu. 

Corum domyślił się, o co tu chodziło. 

- Czy wszystkie czułe miejsca zamku są pod strażą? 

- Tak, Książę Corumie. 

-  Dobrze.  Myślę,  że  spróbują  przepłynąć  razem  z  końmi  na  wyspę  i  wdrapać  się  na 

skały,  by  zaatakować  nas  ze  wszystkich  stron.  Gdy  zapadną  ciemności,  będziemy  musieli 

wystrzeliwać regularnie płonące strzały, oświetlając kolejno wszystkie podejścia. 

Jeźdźcy zaatakowali zamek. Kadzie z ołowiem  zostały przechylone, a  ludzie  i konie 

zakwiczeli z bólu, gdy dosięgną! ich wrzący metal. Morze zasyczało i okryło się parą. Kilku 

jeźdźców  przydźwigało  tarany,  zawieszone  między  wierzchowcami.  Mabdenowie  zostali 

szybko zestrzeleni z siodeł, lecz konie gnały dalej. Jeden z taranów doszedł do wrót, wbił się w 

nie i zaklinował w szczątkach. Wojownicy rzucili się, by go wyciągnąć. Nie podołali. Zostali 

oblani falą wrzącego ołowiu. 

-  Poślij  łuczników  do  bramy  -  zakomenderował  Corum.  -  I trzymaj  konie  gotowe  na 

wypadek, gdyby wdarli się do głównego holu. 

Było  prawie  ciemno,  lecz  walka  trwała  nadal.  Niektórzy  barbarzyńcy  harcowali  u 

podstawy  wzgórza.  Corum  dojrzał  następną  formację  ruszającą  z  brzegu  i  płynącą  razem  z 

końmi przez płytkie wody. 

Glandyth  i  jego  rydwany  nie  ruszyli  się  z  miejsca  i  nie  wzięli,  jak  dotąd,  udziału  w 

walce.  Bez  wątpienia  Glandyth  zamierzał  poczekać,  aż  obrońcy  zamku  zostaną  pokonani,  i 

dopiero  potem  przekroczyć  mierzeję.  Nienawiść  Coruma  do  Glandytha  wzrosła  od  czasu 

zdradliwego podstępu, a teraz, gdy widział, jak Hrabia używa przesądnych barbarzyńców do 

swych własnych celów, pomyślał, że jego ocena Glandytha była w pełni słuszna. Glandyth ten 

mógł zasiać zło w każdym, kogo spotkał. 

W zaniku obrońcy umierali od ciosów włócznią i ran zadanych strzałami. Przynajmniej 

pięćdziesięciu z nich już nie żyło lub było ciężko rannych, a pozostała setka rozstawiona była 

na murach. 

Corum  zrobił  szybki  obchód  stanowisk,  zachęcając  ludzi  do  większego  wysiłku. 

Stopiony ołów jednak już się skończył, a strzał i włóczni zaczynało brakować. Niedługo miało 

dojść do walki wręcz. 

Zapadła noc. Płonące strzały ukazywały bandy barbarzyńców wszędzie wokół zamku. 

Na blankach paliły się ogniska sygnałowe. Walka nie ustawała. 

Barbarzyńcy skupili się wokół głównej bramy. Przyniesiono więcej taranów. Odrzwia 

zaczęły z wolna ustępować. Corum zebrał w głównym holu wszystkich ludzi, którzy nie byli 

background image

bezwzględnie  potrzebni  gdzie  indziej.  Tam  dosiedli  koni  i  ustawili  się  w  półokręgu  za 

włócznikami, czekając, aż barbarzyńcy wejdą do środka. 

Coraz  więcej  taranów  biło  w  bramę,  dały  się  też  słyszeć  odgłosy  rąbania  belek 

mieczami i toporami. 

Wyjąc i krzycząc wdzierali się do wnętrza. Ogień odbijał się na mosiężnych maskach, 

czyniąc ich wygląd jeszcze bardziej przerażającym i diabelskim. Kucyki rżały i stawały dęba. 

Obrońcy  mieli  czas  tylko  na  jedną  salwę  z  haków,  potem  łucznicy  wycofali  się, 

otwierając drogę Corumowi i jego konnicy szarżującym na zdezorientowanych barbarzyńców. 

Miecz Coruma uderzył w  maskę wroga i przeszedł przez nią,  miażdżąc twarz. Krew 

trysnęła wysoko, a najbliższa pochodnia zasyczała, gdy dosięgła jej posoka. 

Zapominając o bólu i ranach, Corum operował zręcznie mieczem, zbijając jeźdźców z 

siodeł,  oddzielając  głowy  od  ramion,  kończyny  od  ciał.  Lecz  i  on  zaczął  z  wolna  czuć 

zmęczenie, a jego nie mniej strudzeni ludzie zaczęli ustępować pola wlewającym się do zamku 

nowym falom Pony. 

Byli  już  przyparci  do  schodów  w  głębi  holu.  Tutaj,  na  stopniach  prowadzących  na 

pierwsze piętro, mieli swe stanowiska łucznicy, którzy znów zaczęli szyć do barbarzyńców. Ci 

zaś,  nie  zaabsorbowani  już  całkowicie  walką  z  jeźdźcami  Coruma,  szybko  wyeliminowali 

łuczników za pomocą oszczepów i strzał. 

Corum  rozejrzał  się  wokół  siebie.  Już  tylko  kilkunastu  z  nich  zostało  przy  życiu  i 

walczyło  - tuzin przeciwko ponad pięćdziesięciu barbarzyńcom. Zbliżało się rozstrzygnięcie 

bitwy. W przeciągu chwili on i jego przyjaciele mogli być martwi. 

Zobaczył  Beldana  zbiegającego  ze  schodów.  W  pierwszej  chwili  pomyślał,  że 

przyprowadza posiłki, lecz towarzyszyło mu tylko dwóch wojowników. 

- Corumie! Corumie! 

Corum został przyciśnięty przez dwóch barbarzyńców. Nie mógł odpowiedzieć. 

- Corumie! Gdzie jest Lady Rhalina? 

Corum  poczuł  przypływ  dodatkowych  sił.  Najbliższemu  z  Mabdenów  zaserwował 

śmiertelny cios w czaszkę. Wykopał trupa z siodła, po czym użył zadu konia jako odskoczni i 

znalazł się na schodach. 

- Co? Lady Rhalina jest w niebezpieczeństwie? 

- Nie wiem, Książę. Nie mogę jej nigdzie znaleźć. Obawiam się... 

Corum pognał schodami na górę. 

Dochodzące z dołu odgłosy walki zmieniły się. Zdawało się, jakby wśród barbarzyńców 

pojawiły się odgłosy zaskoczenia i zdezorientowania. Zatrzymał się, spojrzał za siebie. 

background image

Barbarzyńcy wycofywali się w panice. 

Corum  nie  mógł  pojąć,  co  takiego  się  stało.  Nie  miał  jednak  teraz  czasu  na  dalsze 

obserwacje. 

Pobiegł do apartamentów. 

- Rhalino! Rhalino! 

Nikt nie odpowiedział. 

Tu i ówdzie leżały ciała jego wojowników i barbarzyńców, którzy wśliznęli się przez 

słabo bronione okna i balkony. 

Czyżby Rhalina została porwana przez wycieczkę Mabdenów? 

Wtedy z balkonu jej pokoju rozległ się dziwny głos. 

Był  to  śpiew,  niepodobny  jednak  do  niczego,  co  poznał  do  tej  pory.  Zatrzymał  się, 

potem ostrożnie i powoli zbliżył do drzwi balkonu. 

Stała  tam  Rhalina.  To  ona  śpiewała.  Wiatr  targał  jej  odzież,  rozwiewając  ją  wokół 

Margrabiny w niesamowitą, wielokolorową chmurę. Oczy były wpatrzone w dal, a jej gardło 

wibrowało dźwiękiem. 

Była  jak w transie  i  Corum  bał  się odezwać. Tylko obserwował. Nie znał  języka, w 

którym  ułożone  były  słowa  pieśni.  Bez  wątpienia  był  to  starożytny  język  Mabdenów. 

Przyprawiał go o ciarki. 

Nagle  zamilkła  i  zwróciła  się  ku  niemu.  Nie  zauważyła  go  jednak,  tylko,  nadal  w 

transie, przeszła obok i wróciła do pokoju. 

Corum spojrzał w dół ze skarpy. Zobaczył dziwne, zielone światło błyszczące na morzu 

i zbliżające się do lądu. 

Nic  więcej  nie  dojrzał,  usłyszał  za  to  wycia  barbarzyńców,  wycofujących  się  w 

popłochu przez mierzeję i wodą. Naprawdę uciekali! 

Wrócił do komnaty. Rhalina siedziała sztywno na krześle przy stole. Nie usłyszała go, 

gdy  wyszeptał  jej  imię.  Mając  nadzieję,  że  ten  trans  jej  niczym  nie  zagrozi,  a  reszta 

niebezpieczeństwa została na razie zażegnana, Corum opuścił pokój i pobiegł na blanki. 

Beldan już tam był. Szczęka mu opadła, gdy popatrzył na to, co właśnie się działo. 

Od północy okrążał przylądek wielki statek. To on był źródłem dziwnego, zielonego 

światła. Płynął szybko, chociaż nie było wcale wiatru. Barbarzyńcy wskakiwali na konie lub 

uciekali pieszo, mocząc stopy w wodzie, która zaczynała już zakrywać mierzeję. Wyglądali jak 

oszaleli  ze  strachu.  Z  ciemności  na  brzegu  Corum  usłyszał  Glandytha,  przeklinającego 

sojuszników i usiłującego zmusić ich do powrotu. 

Statek  błyszczał  wieloma  drobnymi  ognikami.  Jego  maszty  i  kadłub  wyglądały  jak 

background image

inkrustowane  drogimi  kamieniami.  Corum  zobaczył  wreszcie  to,  co  tak  przeraziło 

barbarzyńców. Załogę. Ciało odpadłe od twarzy, nagie kości. 

Statek zapełniony był trupami. 

- Co to jest, Beldanie? - wyszeptał. - Jakaś łudząca iluzja? 

Beldanowi głos się łamał. 

- Nie sądzę, by to było złudzenie, Książę Corumie. 

- Cóż zatem? 

- Przywołanie. To jest stary statek Margrabiego. Został wydźwignięty na powierzchnię. 

Jego załogę obudzono do czegoś w rodzaju życia... Spójrz... - wskazał na rufę. 

Corum  ujrzał  szkieletopodobną  postać  przyodzianą  w  pancerz  wykonany  z  wielkich 

muszli. W jej oczodołach migotały zielone ogniki, takie same jak te, które określały sylwetkę 

statku. 

- Oto i sam Margrabia. Powrócił, by uratować swój zamek. 

Corum z trudem zmusił się do patrzenia na niecodzienne zjawisko. 

- Zastanawiam się, po co jeszcze przybył... - powiedział. 

background image

Rozdział 12 

PAKT MARGRABIEGO

 

 

Statek dopłynął do mierzei i zatrzymał się. Roztaczał zapach ozonu i zgnilizny. 

- Jeśli to złudzenie - wymamrotał Corum - to bardzo sugestywne. 

Beldan nie odpowiedział. 

Z dali usłyszeli odgłosy przedzierania się barbarzyńców przez puszczę. Krótko potem 

zaskrzypiały rydwany - to Glandyth podążył za sprzymierzeńcami. 

Wszystkie  trupy  były  uzbrojone,  lecz  nie  ruszyły  się,  odwróciły  jedynie  głowy,  jak 

jeden, ku głównej bramie zamku. 

Coruma ogarnęło pełne zdziwienia przerażenie. Zjawiska takie,  jak to, były czymś z 

pełnych przesądów wyobrażeń Mabdenów. Nie mogły istnieć naprawdę. Takie fantazje rodziły 

się  z  bezrozumnego  strachu  i  chorej  wyobraźni.  Były  czymś  z  najprymitywniejszych 

gobelinów, które oglądał w zamku. 

- Co oni teraz zrobią, Beldanie? 

-  Nie  mam  pojęcia  o  czarach,  Książę.  Lady  Rhalina  jest  tu  jedyną,  która  trochę  je 

studiowała.  To  ona  wypowiedziała  formułę  przywołania.  Wiem  tyle  tylko,  że  podobno  jest 

związana jakimś paktem. 

- Paktem? 

Beldan zasapał: 

- Margrabina! 

Corum zobaczył Rhalinę, która, wciąż w transie, szła przez bramę i brnęła, po łydki w 

wodzie, drogą ku statkowi. Głowa zjawy Margrabiego zwróciła się powoli w jej kierunku, a 

zielone ogniki w jego oczodołach rozjarzyły się gwałtowniej. 

- NIE! 

Corum zbiegł z blanków, susami pokonał schody i  przebiegł przez hol, przeskakując 

ponad ciałami poległych. 

- NIE! Rhalino! NIE! 

Dobiegł do drogi na mierzei i zaczął brnąć przez wodę w ślad za nią. Odór umarłych aż 

go zatykał. 

- Rhalino! 

Doszła już prawie do wraku, gdy Corum złapał ją i przytrzymał. 

Zdawała się go nie zauważać, nadal usiłowała dotrzeć do statku. 

background image

- Rhalino! Co to za pakt zawarłaś, by nas uratować? Dlaczego przybył ten okręt? 

Jej głos był zimny, matowy. 

- Połączę się teraz z moim mężem. 

- Nie, Rhalino. Taka umowa nie może być respektowana.  To ohydne. To jest złe. To, 

to... 

Usiłował jej racjonalnie wyjaśnić, że takie rzeczy nie mogą istnieć, że wszyscy stali się 

ofiarami dziwnej halucynacji. 

- Wracaj ze mną, Rhalino. Pozwólmy temu statkowi powrócić w głębiny. 

- Muszę iść z nim. Takie były warunki naszego paktu. 

Chwycił ją kurczowo, starając się zawrócić, lecz wówczas przemówił inny głos. Był to 

głos, który zdawał się dobiegać z pustki; dudnił w jego głowie. Corum zamarł. 

- Ona popłynie z nami, Książę Vadhaghów. Tak musi być. 

Corum spojrzał  w górę. Martwy Margrabia podniósł rękę nakazującym gestem. Jego 

płomienne oczy wpatrywały się głęboko w oko Coruma. 

Książę spróbował uwolnić spojrzenie, przemieścić się do innego wymiaru. W końcu mu 

się udało. 

Lecz nic na tym nie zyskał. Statek był w każdym z Pięciu Wymiarów. Nie można było 

przed nim uciec. 

- Nie pozwolę jej popłynąć z wami - odpowiedział. - Wasza umowa nie była uczciwa. 

Dlaczego ona miałaby umrzeć? 

- Ona nie umrze. Wkrótce się obudzi. 

- Gdzie? Pod falami? 

- To ona ożywiła ten statek. Inaczej nadal leżelibyśmy martwi we wraku na dnie. Z nią 

na pokładzie będziemy żyć. 

- Żyć? Przecież wy nie żyjecie. To nie jest życie, co was porusza... 

- Zawsze to lepsze od śmierci. 

- Śmierć musi być czymś o wiele straszniejszym, niż sobie wyobrażałem. 

-  Dla  nas  tak,  Książę  Vadhaghów.  Jesteśmy  niewolnikami  Shool-an-Jyvana,  gdyż 

zginęliśmy na jego wodach. Teraz zaś pozwól już, byśmy znowu byli razem, moja żona i ja. 

- Nie. - Corum wzmocnił uścisk na ramieniu Rhaliny. - Kto to jest Shool-an-Jyvan? 

- To nasz pan. Żyje na Svi-an-Fanla-Broolu. 

- Domu Objedzonego Boga! 

To tam właśnie Corum pragnął się dostać, zanim jeszcze miłość Rhaliny nie zatrzymała 

go w Zamku Moidel. 

background image

- Teraz pozwól już mojej żonie wejść na pokład. 

- Co ty możesz mi zrobić? Jesteś martwy! Twoja potęga ogranicza się do odstraszania 

barbarzyńców. 

-  Uratowaliśmy  ci  życie.  Daj  teraz  nam  środki  do  życia.  Ona  musi  odejść  z  tym 

statkiem. 

- Martwi są samolubni. 

Trup przytaknął, a zieleń jego oczodołów przybladła nieco. 

- Tak. Martwi są egoistami. 

Corum zobaczył teraz, że i reszta załogi zaczęła się poruszać. Usłyszał odgłosy kroków 

mlaszczących na pokrytym mułem pokładzie. Zaczai się cofać, ciągnąc za sobą Rhalinę. Lecz 

ona nie chciała iść dobrowolnie, a na dodatek Corum prawie dusił się smrodem. Przystanął już 

niemal bez tchu, zwracając się do niej pospiesznie. 

- Rhalino. Wiem, że nigdy go nie kochałaś, nawet żywego. Kochasz mnie. To przecież 

jest silniejsze niż jakikolwiek pakt! 

- Muszę przyłączyć się do mojego męża. 

Martwa załoga zeszła na drogę i zbliżała się ku nim. Corum zostawił  swój  miecz na 

górze. Nie miał broni! 

- Stójcie! - krzyknął. - Martwi nie mają prawa sięgać po żywych! 

Trupy nadchodziły. 

Corum krzyknął do postaci Margrabiego, który ciągle tkwił na rufie. 

- Zatrzymaj ich! Weź mnie zamiast niej! Zawrzyj pakt ze mną! 

- Nie mogę. 

-  Pozwól  mi  więc  żeglować  z  nią!  Co  w  tym  będzie  złego?  Będziesz  miał  dwoje 

żywych, by ogrzewali wasze martwe dusze! 

Margrabia zdawał się nad tym zastanawiać. 

- Dlaczego miałbyś to robić? Żywi nie znajdują zwykle upodobania w martwych. 

- Kocham Rhalinę. To miłość, rozumiesz? 

- Miłość? Martwi nic nie wiedzą o miłości. 

- A chcesz mieć przy sobie swoją żonę... 

- To ona zaproponowała umowę. Shool-an-Jyvan usłyszał ją i wysłał nas. 

Powłócząc nogami, trupy okrążyły ich całkowicie. Ich smród przestał go już tak razić. 

- Popłynę razem z wami. 

Martwy Margrabia skinął głową. 

Corum  i  Rhalina  pozwolili  zaprowadzić  się  na  statek.  Cały  pokryty  był  dennymi 

background image

osadami.  Oplatały  go  świecące  niesamowitym  zielonym  blaskiem  wodorosty.  To,  co 

początkowo przypominało Corumowi klejnoty, było w rzeczywistości kolorowymi pąklami, 

których skupiska gnieździły się w każdym zakamarku. Na wszystkich powierzchniach leżała 

warstwa mułu. 

Margrabia przyglądał się rufie, gdy Corum i Rhalina zostali zaprowadzeni do kabiny. 

Było tam ciemno, choć oko wykol, i śmierdziało zgnilizną. 

Drewno zaskrzypiało i statek ruszył. 

Płynął szybko, lecz bez pomocy wiatru czy innych zrozumiałych środków napędu. 

Żeglował ku Svi-an-Fanla-Brool, wyspie z legend, będącej Domem Objedzonego Boga. 

background image

KSIĘGA DRUGA

 

 

w której Książę Corum otrzymuje dar i zawiera pakt 

background image

Rozdział 1 

AMBITNY CZARNOKSIĘŻNIK

 

 

Płynęli przez noc. Corum czynił wysiłki, by obudzić Rhalinę z transu, lecz bezowocnie. 

Leżała miedzy zbutwiałymi jedwabiami na koi i gapiła się w sufit. Przez bulaj, zbyt mały, by 

próbować przezeń ucieczki, sączyło się blade, zielone światło. ‘Corum chodził po kabinie, nie 

mogąc pojąć niczego z zaistniałych wypadków. 

Była to najwyraźniej kwatera Margrabiego. Ciekawe, gdyby nie było tu Coruma, czy 

Margrabia dzieliłby ją teraz ze swą żoną?... 

Corum wzdrygnął się i przycisnął rękę do czoła. Oszalał chyba lub i jego wprowadzono 

w trans - przecież to nie miało prawa zaistnieć. 

Jako  Vadhagh  był  przygotowany  na  wiele  różnych  zdarzeń  i  sytuacji,  które  dla 

Mabdenów byłyby  niesamowite  i niepojęte. Lecz to  było coś, co sprzeciwiało się całej  jego 

naukowej wiedzy. Jeśli nie oszalał, a wszystko, co widział i czuł, było prawdziwe, to znaczyło, 

że potęga Mabdenów była większa niż wszystko, co osiągnęli Vadhaghowie. Była to jednak 

potęga niezdrowa, patologiczna, zawierająca w sobie kwintesencję zła... 

Corum  był  zmęczony,  lecz  nie  mógł  spać.  Wszystko,  czegokolwiek  dotknął,  swoją 

śliskością  wywoływało  w  nim  mdłości.  Sprawdził  zaniknięcie  drzwi.  Chociaż  drewno  było 

przegniłe, zamek trzymał dziwnie mocno. Tu musiała działać jakaś inna siła. Statek spajało coś 

więcej prócz okuć i smoły. 

Znużenie  nie  pomagało  mu  zebrać  myśli  -  były  splątane  i  pełne  desperacji.  Często 

spoglądał  przez  iluminator,  mając  nadzieję  uzyskać  jakąkolwiek  orientację,  lecz  nie  można 

było dojrzeć nic więcej prócz gwiazd na niebie i fal. 

Po  długim  czuwaniu  zauważył  cienką  szarą  linię  nad  horyzontem,  co  zwiastowało 

zbliżanie się poranka. Statek był statkiem  nocy, mogą więc zniknąć w świetle dnia, a  może 

wtedy on i Rhalina obudzą się w swoich łóżkach... 

Cóż zatem wystraszyło barbarzyńców? Czy może i to było fragmentem snu? A może 

padł bez sił po przejściu bramy, zmęczony walką z Glandythem, i wszystko, co widział, było 

gorączkowym  majaczeniem?  Może  jego  towarzysze  ciągle  walczyli  na  śmierć  i  życie  ze 

Szczepami Pony. Potarł głowę kikutem ręki, zwilżył językiem wargi i raz jeszcze spróbował 

wejrzeć  w  sąsiednie  wymiary.  Lecz  teraz  były  przed  nim  zamknięte.  Chodził  po  kabinie, 

czekając na ranek. 

Nagle dobiegło do niego brzęczenie; zaświdrowało  mu w głowie. Zmarszczył czoło, 

background image

ocierając  twarz.  Brzęczenie  narastało.  Uszy  zaczęły  boleć.  Zęby  zaczęły  rwać.  Natężenie 

dźwięku rosło. 

Jedno  ucho  zatkał  ręką,  drugie  przykrył  ramieniem.  Łzy  napłynęły  mu  do  oka,  w 

oczodole pulsował ból. 

Zataczał się od ściany do ściany przegniłej kabiny, spróbował nawet wyłamać drzwi. 

Lecz zmysły go opuszczały, pole widzenia zasnuwała mgła... 

Stał w mrocznej sali o ścianach z ociosanych kamieni, zakrzywiających się nad jego 

głową, by gdzieś wysoko utworzyć sklepienie. 

Corum zamarł. 

- Czy sądzisz, że śnisz, Corumie? 

- Jestem Książę Corum w Szkarłatnym Płaszczu, ostatni z Vadhaghów. 

-  Tutaj  jedynym  księciem  jestem  ja.  Nie  ma  innych,  bo  na  to  nie  pozwalam.  Jeśli  to 

zrozumiesz, to nie będziemy się gniewać - powiedział łagodny, młodzieńczy głos. 

Corum wzdrygnął się. 

- Tak, sądzę, że śnię. 

-  Jeśli  ten  stan  jest  ci  dostępny,  to  owszem.  Przez  jakiś  czas  byłeś  uwikłany  w  sen 

Mabdenów. Prawa Mabdenów mają nad tobą kontrolę, nawet jeśli ci to ubliża. 

- Gdzie jest statek, który mnie tu przyniósł? Gdzie jest Rhalina? 

- Ten statek nie może żeglować za dnia. Powrócił w głębiny. 

- Rhalina? 

-  Razem  z  nim  oczywiście.  Na  tym  polegała  jej  umowa  -  powiedział  z  uśmiechem 

stojący przed nim młodzieniec. 

- Więc nie żyje? 

- Żyje. 

- Jak może żyć, skoro jest pod powierzchnią oceanu? 

- Żyje. I zawsze będzie. Dodaje nadzwyczajnej otuchy załodze. 

- Kim jesteś? 

- Odgadłeś już chyba moje imię. 

- Shool-an-Jyvan. 

-  Książę  Shool-an-Jyvan.  Pan  Wszystkiego  Co  Martwe  W  Morzu.  To  jeden  z  kilku 

moich tytułów. 

- Oddaj mi Rhalinę. 

- Tak właśnie zamierzam. 

Corum spojrzał na czarownika ze zdumieniem. 

background image

- Co? 

- Nie sądzisz chyba, że trudziłbym się odpowiedzią na tak mizernej wagi wezwanie, jak 

to, które ona wypowiedziała, gdybym nie miał w tym własnego interesu? 

-  Motyw  twego  postępku  jest  jasny.  Sprawia  ci  przyjemność  wpędzanie  jej  w 

przerażenie. 

-  Nonsens.  Czy  byłbym  aż  tak  dziecinny?  Wyrosłem  z  tego.  Widzę  za  to,  że  ty 

zaczynasz posługiwać się kategoriami Mabdenów. Nie jest to wcale takie złe dla ciebie, jeśli 

chcesz przetrwać to wszystko we śnie. 

- To jest sen?... 

- Coś w tym rodzaju. Możesz to też nazwać snem boga. Możesz też powiedzieć sobie, 

że  jest  to  sen,  któremu  bóg  pozwolił  stać  się  rzeczywistością.  Mam  na  myśli  oczywiście 

Kawalera Mieczy, który włada tymi Pięcioma Wymiarami. 

-  Władcy  Mieczy!  Oni  nie  istnieją.  To  przesąd,  wymysł  rozpuszczony  kiedyś  przez 

Vadhaghów i Nhadraghów. 

- Władcy Mieczy istnieją, Corumie. Ostatecznie to jednemu z nich zawdzięczasz swe 

nieszczęścia.  To  Kawaler  Mieczy  zdecydował,  by  Mabdenowie  rośli  w  potęgę  kosztem 

Dawnych Ras. 

- Dlaczego? 

- Bo był wami znudzony. Kto by zresztą nie był! Świat stał się teraz ciekawszy. Z tym, 

jestem pewien, się zgodzisz. 

- Chaos i destrukcja są interesujące? - Corum się zniecierpliwił. - Mówiłeś, że wyrosłeś 

z tak dziecinnych idei. 

Shool-an-Jyvan uśmiechnął się. 

- Ja zapewne tak. Ale czy Kawaler Mieczy? 

- Nie mówisz jasno, Książę Shoolu. 

- No tak. To wada, której nie umiem się pozbyć. Czasem czyni to rozmowę nieco nudną. 

- Jeśli jesteś znudzony, to oddaj mi Rhalinę, a odejdę. 

Shool uśmiechnął się znowu. 

-  Jest  w  mojej  mocy,  by  oddać  ci  ją  i  uwolnić  was.  To  dlatego  pozwoliłem  Panu  z 

Moidel odpowiedzieć na jej wezwanie. Chciałem spotkać się z tobą, Corumie. 

- Nie mogłeś przecież wiedzieć, że przybędę. 

- Tyle to wiedziałem od początku. 

- A dlaczego chciałeś mnie spotkać? 

- Mam ci coś do zaproponowania. Na wypadek zaś, gdybyś chciał odrzucić mój prezent, 

background image

pomyślałem, że dobrze będzie mieć w ręku Lady Rhalinę. 

- Czemu miałbym odrzucić ów dar? 

Shool wzruszył ramionami. 

- Moje dary bywają odrzucane. Ludzie są do mnie uprzedzeni. Natura moich przywołań 

im nie odpowiada. Niewielu ma miłe słowo dla czarnoksiężnika, Corumie. 

Ten spojrzał na niego przez mrok pomieszczenia. ‘ 

-  Gdzie  są  drzwi?  Chcę  osobiście  poszukać  Rhaliny.  Jestem  już  tym  wszystkim 

zmęczony, Książę Shoolu. 

-  Z  pewnością.  Wiele  przeszedłeś.  Myślałeś,  że  twój  własny  słodki  sen  jest 

rzeczywistością, a rzeczywistość brałeś za sen. To szok. Nie ma drzwi. Nie potrzebuję ich. Czy 

nie wysłuchasz mnie do końca? 

- Jeśli zdecydujesz się mówić mniej enigmatycznie... 

- Kiepsko chwytasz, Vadhaghu. Miałem twoją rasę za bardziej inteligentną... 

- Nie jestem już typowym jej przedstawicielem. 

-  To wstyd, że ostatni z rasy  nie reprezentuje  jej  cnót. Niemniej  mam  nadzieję, że  ja 

będę  lepszym  gospodarzem.  Zastosuję  się  do  twoich  życzeń.  Jestem  pradawną  istotą.  Nie 

pochodzę ani z Mabdenów, ani z ludu, który nazywacie Dawnymi Rasami. Pojawiłem się przed 

wami. Należałem do rasy, która uległa niegdyś degeneracji. Sam nie chciałem temu się poddać, 

zająłem się zatem badaniami naukowymi. I one zachowały mój umysł w pełni sprawny. Jak 

widzisz, odkryłem po temu środki. W rzeczy samej jestem czystą myślą. Mogę przenosić się z 

jednego ciała do drugiego i w ten sposób, z pewnym wysiłkiem, jestem nieśmiertelny. Przez 

tysiące  lat  czyniono  starania,  by  mnie  zniszczyć,  lecz  nikomu  się  nie  udało.  Zbyt  wiele 

fatalnych skutków pociągnęłoby to za sobą. Tak zatem istnieję, a ogólnie mówiąc, pozwolono 

mi  żyć  dalej  i  eksperymentować.  Moja  wiedza  wzrosła.  Kontroluję  zarówno  Życie,  jak  i 

Śmierć. Mogę uśmiercać i przywracać do życia. Mogę dawać nieśmiertelność innym, jeśli tak 

postanowię. Dzięki zdolnościom  i wprawie stałem  się w niezbyt długim czasie bogiem. Nie 

najpotężniejszym zapewne, lecz i to w końcu nadejdzie. Rozumiesz teraz, że bóg, który istnieje 

wyłącznie dzięki kosmicznemu trafowi  - Shool rozpostarł ręce  - chce się  mnie pozbyć. Inni 

odmawiają mi boskości. Są zazdrośni. Pragną mej śmierci. Tak zatem widzisz, że mamy sporo 

wspólnego, Corumie. 

- Nie jestem bogiem, Książę Shoolu. Tak naprawdę, to nie wierzyłem dotąd w bogów. 

- Fakt, że nie jesteś bogiem, wynika jasno z twojej tępoty. Lecz nie o to mi chodziło. 

Myślę o tym, że obaj jesteśmy ostatnimi reprezentantami ras, które Kawaler Mieczy postanowił 

zgładzić z jakichś tam powodów. Obaj jesteśmy w jego oczach anachronizmami, które muszą 

background image

zostać usunięte. Tak jak mój lud zastąpiono przez Vadhaghów i Nhadraghów, podobnie twoich 

zastąpiono Mabdenami. Taka sama degeneracja zachodziła w naszych narodach - wybacz, że 

wiążę cię z Nhadraghami. Tak, ja próbowałem się temu opierać, walczyłem. Wybrałem naukę - 

ty  wybrałeś  miecz.  Tobie  pozostawiam  ostateczną  ocenę,  który  z  tych  wyborów  był 

roztropniejszy... 

- Jesteś nieco karłowaty, jak na boga - powiedział Corum, tracąc cierpliwość. - Teraz... 

- Mały jestem tylko chwilowo. Zobaczysz mnie jeszcze w pełni potęgi i łaskawszego, 

gdy tylko osiągnę pozycję znaczącego boga. Czy pozwolisz  mi  mówić dalej, Corumie? Czy 

rozumiesz, że jak dotąd zachowuję się wobec ciebie bardzo życzliwie? 

- Nic, co dotąd zrobiłeś, nie zdaje się potwierdzać tej przyjaźni. 

-  Życzliwości,  powiedziałem,  nie  przyjaźni.  Zapewniam  cię,  Corumie,  mógłbym 

zgładzić cię w dowolnej chwili. I twoją panią też. 

- Zachowywałbym się spokojniej i byłbym cierpliwszy, gdybym wiedział, że zwalniasz 

ją  od tego  przerażającego  paktu,  który  zawarła  i  który  nas  tu  sprowadził,  tak,  bym  mógł  ją 

zobaczyć - mógł się przekonać, że nadal żyje i można ją uratować. 

- Daję ci na to moje słowo. 

- Zabij mnie zatem. 

Książę Shool wstał. Poruszał się w sposób wystudiowany, jak bardzo stary mężczyzna. 

Jego ruchy nie pasowały do młodego ciała i tym wstrętniejszy był jego widok. 

- Jesteś mi winien więcej szacunku, Corumie. 

-  A  to  czemu?  Widziałem  ledwie  kilka  sztuczek  i  usłyszałem  prócz  tego  masę 

pompatycznej gadaniny. 

- Proponuję ci wiele. Ostrzegam cię. Bądź dla mnie milszy. 

- Co mi oferujesz? 

Książę Shool zmrużył oczy. 

- Darowuję ci życie. Mogłem je przecież zabrać. 

- To już mówiłeś. 

- Darowuję ci nową rękę i nowe oko. 

Corum  musiał  zdradzić,  jak  wielkie  wrażenie  zrobiły  na  nim  te  słowa,  gdyż  Książę 

Shool cmoknął. 

-  Darowuję  ci  z  powrotem  tę  samicę  Mabdenów,  którą  darzysz  tak  perwersyjnym 

afektem.  -  Książę  Shool  uniósł  rękę.  -  Dobrze,  dobrze,  wybaczam.  Szanuję  cudze  gusty  i 

przyjemnostki. Daję ci też sposobność wzięcia zemsty na sprawcy twych okaleczeń... 

- Glandycie-a-Krae? 

background image

-  Nie,  nie,  nie!  Kawaler  Mieczy!  Kawaler  Mieczy!  To  on  pozwolił  Mabdenom 

opanować tę ziemię jako jej śmiertelnym władcom w tym wymiarze! 

- A co z Glandythem? Przysiągłem go zmiażdżyć. 

- I ty mnie oskarżasz o małostkowość. Niewielkie są twoje ambicje. Z potęgą, którą ci 

ofiarowuję, możesz zniszczyć dowolną liczbę mabdeńskich hrabiów! 

- Mów dalej... 

- Mów dalej! Mów dalej! Czy to jeszcze nie dosyć? 

-  Nie  powiedziałeś,  na  jakich  zasadach  składasz  owe  oferty.  Ciągle  tylko  pusta 

gadanina. 

- Ach, obrażasz mnie. Mabdenowie się mnie boją! Mabdenowie jękną, gdy pojawię się 

gdzieś materialnie jako wielki bóg! Część z nich umrze z przerażenia, gdy okażę swą potęgę! 

- Zbyt wiele grozy widziałem ostatnio - powiedział Corum. 

- To bez różnicy. Z tobą jest zaś taki kłopot, Vadhaghu, że groza, którą roztaczasz, jest 

grozą  Mabdenów.  Upodobniłeś  się  do  nich,  lecz  nadal  jesteś  Vadhaghiem.  Koszmary 

Mabdenów  przerażają  cię  o  wiele  mniej  niż  ich  samych.  Gdybyś  był  Mabdenem,  miałbym 

łatwiejszą robotę z przekonaniem cię... 

-  Lecz  do  zadania,  o  którym  myślisz,  Mabden  by  się  nie  nadawał  -  powiedział 

zgryźliwie Corum. - Mam rację? 

-  Twój  umysł  się  rozjaśnia.  Dokładnie  tak.  Żaden  Mabden  nie  przeżyłby  tego,  co  ty 

masz przetrwać. Nie jestem pewien, czy nawet Vadhagh... 

- Co to za zadanie? 

-  Kradzież  czegoś,  co  jest  mi  potrzebne,  bym  mógł  zrealizować  swe  ambicje  i  nie 

ustawać w nowych, dalej sięgających. 

- Nie możesz tego ukraść sam? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Jak  mógłbym  opuścić  moją  wyspę?  Zgładziliby  mnie  wtedy  z 

pewnością. 

- Kto taki? 

- Moi rywale, rzecz jasna. Władcy Mieczy i reszta! Tutaj mogę przetrwać, gdyż chronią 

mnie wszystkie moje umiejętności i zaklęcia, które mogą wprawdzie zostać przełamane nawet 

teraz, gdyż nie są jeszcze zbyt silne, lecz strach przed konsekwencjami powstrzymuje ich od 

tego. To mogłoby doprowadzić do rozpadu Pięciu Wymiarów - niszcząc moje czary, Władcy 

Mieczy unicestwiliby sami siebie. Nie, tego złodziejstwa ty musisz dokonać za mnie. Nikt inny, 

w całym wymiarze, nie jest na to dość wytrzymały i odporny - i nikt nie ma takiej motywacji jak 

ty. Jeśli bowiem to zrobisz, oddam ci Rhalinę. I jeśli nadal będziesz tego pragnął, starczy ci siły, 

background image

by zemścić się na Glandycie-a-Krae. Lecz zapewniam cię, całą winę za zaistnienie Glandytha 

ponosi Kawaler Mieczy, i kradnąc mu to coś, będziesz pomszczony. 

- Co takiego mam skraść? 

Shool cmoknął. 

- Jego serce, Corumie. 

- Chcesz, bym zabił boga i zabrał mu jego serce... 

-  Nic  zupełnie  nie  wiesz  o  bogach.  Gdybyś  zabił  Kawalera,  konsekwencje  byłyby 

niewyobrażalne. On nie trzyma swego serca w piersi. Jest lepiej strzeżone. Przechowuje je w 

tym wymiarze, mózg jest ukryty w innym i tak dalej. To go chroni - rozumiesz? 

Corum przytaknął. 

-  Musisz  mi wyjaśnić to później dokładnie. Teraz uwolnij Rhalinę z tego statku, a ja 

spróbuję zrobić to, czego ode mnie chcesz. 

- Jesteś niezwykle uparty, Corumie! 

- Skoro jestem jedynym, który może ci pomóc i uratować twoje ambicje, Książę Shoolu, 

to z pewnością mogę sobie na to pozwolić. 

Młodzieńcze wargi zwinęły się w grymasie upodabniającym Shoola do Mabdena. 

-  Cieszę  się,  że  nie  jesteś  nieśmiertelny,  Corumie.  Twoja  arogancja  zatruje  mi  życie 

najwyżej na kilkaset lat. Bardzo dobrze, pokażę ci Rhalinę. Pokażę ci, że jest bezpieczna, lecz 

nie przeniosę jej. Pozostanie tam, a ty dostaniesz ją, gdy serce Kawalera Mieczy znajdzie się już 

u mnie. 

- Jaki będziesz miał z niego pożytek? 

- Będę mógł się spokojnie targować... 

- Tak, aspiracje to masz może i boskie, lecz metody kramarskie, Panie Shoolu. 

- Książę Shoolu. Twoje obelgi mnie nie dotykają. Teraz... 

 

Shool skrył się za obłokiem mlecznozielonego dymu, który nadpłynął znikąd. W oparze 

zarysowała  się  scena:  Corum  zobaczył  kabinę  statku  zmarłych,  gdzie  trup  Margrabiego 

obejmował  żywe ciało swej żony. Ujrzał, że Rhalina krzyczy ze strachu, lecz niezdolna  jest 

stawić opór. 

-  Powiedziałeś,  że  ona  nie  będzie  cierpiała!  Shoolu!  Obiecywałeś,  że  będzie 

bezpieczna! 

- I jest - w ramionach kochającego męża - rozległ się znikąd urażony głos. 

- Uwolnij ją, Shoolu! 

Scena rozwiała się. Dysząc i drżąc Rhalina stanęła w komnacie bez drzwi. 

background image

- Corum? 

Corum podbiegł do niej i chciał ją objąć, lecz odskoczyła, wzdrygając się. 

-  Czy  to  ty,  Corumie?  Czy  może  jesteś  mirażem?  Zawarłam  pakt  dla  ratowania 

Coruma... 

- Jestem Corum. Teraz z kolei ja zawarłem umowę, by uratować ciebie. 

-  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  to  będzie  takie  obrzydliwe.  Nie  zrozumiałam 

warunków... Chciał... 

- Nawet martwi mają swe przyjemności, Lady Rhalino.  - Stało za nimi antropoidalne 

stworzenie  w  zielonym  płaszczu  i  nogawkach.  Z  przyjemnością  odnotowało  zdziwienie 

Coruma. - Mam kilkanaście ciał, które spożytkowuję. To był, jak sądzę, przodek Nhadraghów. 

Lub którejś z tych ras. 

- Kto to jest, Corumie? - spytała Rhalina. Przytuliła się mocniej do niego, a on objął ją 

uspokajająco. Całe jej ciało drżało, a skóra była dziwnie wilgotna. 

-  To  Shool-an-Jyvan.  Zamierza  zostać  bogiem.  To  on  sprawił,  że  twoje  przywołanie 

spotkało się z odpowiedzią. Zasugerował był, że jeśli załatwię dla niego pewną sprawę, on w 

zamian zadba o twoje bezpieczeństwo, nim nie powrócę. Potem będziemy mogli odejść. 

- Ale czy on?... 

- To nie ty jesteś mi potrzebna, lecz twój kochanek - stwierdził Shool tracąc cierpliwość. 

-  Teraz,  gdy  złamałem  moją  obietnicę  daną  twemu  mężowi,  straciłem  nad  nim  kontrolę.  To 

irytujące. 

- Straciłeś swą władzę nad Margrabią Moidelem? - spytała Rhalina. 

-  Tak,  tak.  Jest  teraz  całkiem  martwy.  Ponowne  ożywienie  go  byłoby  zbyt  dużym 

wysiłkiem. 

- Dzięki, że go uwolniłeś - powiedziała Rhalina. 

- Nie miałem takiego zamiaru. Corum zmusił mnie do tego. Będę musiał znaleźć inny 

statek. - Książę Shool machnął ręką. - Tak czy owak, w morzu jest jeszcze mnóstwo ciał. 

Rhalina zachwiała się. Corum wsparł ją zdrowym ramieniem. 

- Widzisz - powiedział Shool z nutą triumfu w głosie. - Mabdenowie boją się mnie bez 

wyjątków. 

- Będziemy potrzebowali żywności, świeżych ubrań,  łóżek i tym podobnych rzeczy  - 

powiedział Corum, zanim zaczniemy jakąkolwiek dalszą dyskusję z tobą, Shoolu. 

Shool zniknął. 

W chwilę później wielka sala wypełniła się meblami i wszystkim tym, czego zażyczył 

sobie Corum. 

background image

Corum nie miał podstaw wątpić w potęgę Shoola, wątpił jednak w jego zdrowe zmysły. 

Rozebrał  Rhalinę,  umył  ją  i  ułożył  do  łóżka.  Obudziła  się  wtedy  na  chwilę;  jej  oczy  nadal 

wypełniał lęk, lecz uśmiechnęła się do niego. 

- Jesteśmy teraz bezpieczni - powiedział. - Śpij. 

I zasnęła. 

Teraz Corum sam się umył i obejrzał ubranie, które zostało dlań przygotowane. Zagryzł 

wargi, gdy podniósłszy złożone rzeczy, dojrzał pancerz i broń. Były to przedmioty Vadhaghów. 

Był nawet szkarłatny płaszcz, prawie taki sam, jak niegdyś jego własny. 

Pogrążył się w rozważaniach nad zawiłościami swego sojuszu z dziwnym i amoralnym 

czarnoksiężnikiem ze Svi-an-Fanla-Brool. 

background image

Rozdział 2 

OKO BOGA RHYNNA, RĘKA BOGA KWLLA

 

 

W końcu Corum zasnął. 

Po jakimś czasie został jednak gwałtownie poderwany, poczuł, że stoi, i otworzył oczy. 

- Witaj w moim sklepiku - doszedł go głos zza pleców. Odwrócił się. Tym razem stał 

naprzeciw  pięknej  dziewczyny,  lat  około  piętnastu.  Chichot,  który  dobył  się  z  jej  młodego 

gardła, był wręcz nieprzyzwoity. 

Corum rozejrzał się po przestronnym pokoju. Był mroczny i zagracony. Wypełniały go 

wypchane  zwierzęta  i  wszelkie  odmiany  roślin.  Książki  i  manuskrypty  piętrzyły  się  na 

niepewnie  podpartych  regałach.  Były  też  i  kryształy  poszczególnych  kolorów  i  szlifów, 

fragmenty zbroi, wysadzane klejnotami  miecze, przegniłe worki, z których wyciekały cenne 

niewątpliwie,  tak  jak  i  inne  rzeczy,  bezimienne  substancje.  Dojrzał  obrazy  i  rzeźby,  cały 

komplet  instrumentów  i  mierników,  w  tym  i  wagi,  a  to,  co  wydawało  się  zegarami,  było 

wyskalowane w ekscentryczny sposób i w językach, których Corum nie znał. Pod kolumnami 

przemykały żywe zwierzęta, inne kłębiły się po kątach. Miejsce cuchnęło kurzem, pleśnią  i 

śmiercią. 

- Nie miewasz chyba zbyt wielu klientów - powiedział Corum. 

Shool prychnął. 

-  Niewielu  miałbym  ochotę obsłużyć.  Teraz...  -  W  swej  młodej,  dziewczęcej  postaci 

podszedł do skrzyni, przykrytej po części wyświeconą skórą bestii, która za życia musiała być 

wielka  i  groźna.  Odrzucił  skórę  i  wymamrotał  coś  nad  meblem.  Wieko  odskoczyło  przez 

nikogo nie tknięte. Ze środka podniosła się chmura czegoś czarnego, a Shool odskoczył parę 

kroków do tyłu, krzycząc coś w dziwnym  języku. Czarna chmura zniknęła. Shool ostrożnie 

zbliżył się do skrzyni i zajrzał do środka. Cmoknął z zadowolenia - jest! 

Wyciągnął dwie sakwy, jedną mniejszą od drugiej. Szczerząc zęby do Coruma podniósł 

je. 

- Oto dary, które mam dla ciebie... 

- Myślałem, że odtworzysz moją rękę i oko. 

- Niezupełnie. Zamierzam dać ci coś więcej; prezent bardziej użyteczny niż tylko ręka i 

oko. Słyszałeś o Zaginionych Bogach? 

- Nic z tych rzeczy. 

- O Zaginionych Bogach, którzy byli braćmi? Ich imiona brzmiały Lord Rhynn i Lord 

background image

Kwll. Istnieli już o wiele wcześniej, nim ja przyszedłem na świat, niosąc mu mą łaskę. Uwikłali 

się  w  jakiś  spór,  którego  istota  pozostanie  już  nieznana.  Znikli,  dobrowolnie  lub 

niedobrowolnie. Nie wiem. Coś jednak po sobie zostawili - to właśnie. - Znów podniósł sakwy. 

Corum machnął niecierpliwie ręką. Shool oblizał dziewczęcym językiem wargi, jednak 

stare oczy wpatrywały się w Coruma. 

- To, co mam tutaj, należało kiedyś do tych zapalczywych bogów. Słyszałem opowieść, 

że walczyli do upadłego i to właśnie  jest  jedynym śladem  ich  istnienia  - otworzył  mniejszy 

worek. Coś wielkiego wypadło mu na dłoń. Podniósł to, by i Corum mógł dojrzeć wysadzany 

kamieniami,  wielostronnie  szlifowany  przedmiot.  Kamienie  lśniły  ponurymi  kolorami  - 

głęboką czerwienią, błękitem i czernią. 

- To jest piękne - powiedział Corum - lecz... 

-  Poczekaj.  -  Shool  opróżnił  większą  sakwę  na  pokrywę  skrzyni,  która  była  już 

zamknięta. Podniósł ów przedmiot i obrócił go. 

Corumowi  dech  zaparło.  Wydawało  się  to  ciężką  rękawicą  z  miejscem  na  pięć 

wysmukłych  palców  i  kciuk.  Również  i  ten  przedmiot  pokryty  był  dziwnymi,  ciemnymi 

klejnotami. 

-  Ta  rękawica  jest  dla  mnie  bezużyteczna  -  powiedział  Corum.  -  Jest  na  lewą  rękę  z 

sześcioma palcami, a ja mam pięć palców, nie mówiąc już o tym, że nie mam lewej ręki. 

- To nie rękawica. To Ręka Kwlla. Miał cztery, lecz jedną stracił. Podobno odciął mu ją 

brat... 

- Twoje żarty nie trafiają do mnie, czarowniku. Są zbyt upiorne. Znowu marnujesz czas. 

- Lepiej zacznij kupować te, jak je nazwałeś, żarty, Vadhaghu. 

- Nie widzę po temu powodu. 

- Właśnie to są dary. Dla zastąpienia twego utraconego oka daję ci Oko Rhynna. Dla 

zastąpienia utraconej ręki - Rękę Kwlla! 

Corumowi zbierało się na mdłości. 

-  Nie chcę  mieć z nimi  nic wspólnego! Nie chcę resztek po martwych! Myślałem, że 

będziesz mógł przywrócić mi moje własne! Oszukałeś mnie, czarowniku! 

- Nonsens! Nie rozumiesz celu, dla którego masz je posiadać. Dadzą ci większą potęgę, 

niż miał kiedykolwiek ktokolwiek z twojej rasy czy spośród Mabdenów! Oko może widzieć tak 

przestrzeń, jak i czas, a nawet zaglądać tam, gdzie nigdy nie sięga wzrok śmiertelników. A ręka 

-  i  ręka  może  tam  sięgać  w  potrzebie.  Nie  sądzisz  chyba,  że  wysłałbym  cię  do  legowiska 

Kawalera Mieczy bez jakiegoś nadnaturalnego wsparcia? 

- Jakie są granice ich potęgi? 

background image

Dziewczyna będąca Shoolem wzruszyła ramionami. 

- Nie miałem okazji ich wypróbować. 

- Zatem użycie ich może być niebezpieczne? 

- A czemu miałoby być? 

Corum  zamyślił  się.  Czy  powinien  przyjąć  te  napełniające  go  obrzydzeniem  dary  i 

zaryzykować  konsekwencje  wyboru,  by  przetrwać,  zgładzić  Glandytha  i  uratować  Rhalinę? 

Czy też może powinien raczej przygotować się na śmierć i zakończyć szybko całą sprawę? 

-  Pomyśl o wiedzy,  jaką przyniosą ci te dary  -  powiedział Shool.  -  Pomyśl o tym, co 

zobaczysz w podróży. Żaden śmiertelnik nie wkroczył dotąd do domeny  Kawalera Mieczy! 

Możesz znacznie wzbogacić swe wiadomości, Corumie. I pamiętaj - to właśnie Kawaler jest 

ostatecznie odpowiedzialny za twe klęski i śmierć twego ludu... 

Corum zaczerpnął głęboko zatęchłego powietrza. Zebrał myśli. 

- Dobrze. Przyjmuję twoje dary. 

-  Jestem  zaszczycony  -  powiedział  ironicznie  Shool.  Skierował  palec  na  Coruma,  a 

Książę zachwiał się do tyłu i padł pomiędzy kawałki kości. Spróbował się podnieść, lecz opadł 

bezsilnie. 

- Spij, śpij, Corumie - powiedział Shool. 

 

Był znowu w sali, gdzie po raz pierwszy spotkał Shoola. W oczodole czuł ostry ból. 

Podobne cierpienie przynosił mu kikut ręki. Czuł się osłabiony. Spróbował się rozejrzeć, lecz 

wzrok mu się mącił. Usłyszał krzyk. To była Rhalina. 

- Rhalino! Gdzie jesteś! 

- Tu-tutaj, Corumie. Co ci zrobiono? Twoja twarz... ręka... 

Prawą dłonią sięgnął do oka. Pod jego palcami przesunęło się coś gorącego. To było 

oko! Lecz było to oko o odmiennej strukturze i innej wielkości. Wiedział już, że jest to Oko 

Rhynna. Spojrzenie mu się rozjaśniło. 

Zobaczył przerażoną twarz Rhaliny. Siedziała na łóżku i była zbyt przestraszona, by się 

poruszyć. 

Popatrzył na swoją lewą rękę. W proporcjach była podobna do dawnej, miała jednak 

sześć palców i skórę podobną do skrzącej się skóry węża. 

Oszołomiony, starał się pogodzić z tym, co się stało. 

- To są dary Shoola - powtarzał bezmyślnie - to jest Oko Rhynna, a to jest Ręka Kwlla. 

Znów jestem cały, Rhalino! 

- Cały? Jesteś czymś więcej i czymś mniej niż całością. Dlaczego przyjąłeś te okropne 

background image

dary? Są złem. One cię przywiodą do zguby! 

-  Przyjąłem  je,  by  móc  wypełnić  zadanie,  które ma  dla  mnie  Shool,  i  uzyskać  w  ten 

sposób wolność dla nas obojga. Przyjąłem je, by móc odszukać Glandytha i, jeśli to możliwe, 

zabić go za pomocą tej cudzej ręki. Przyjąłem je, gdyż inaczej musiałbym zginąć. 

- Może to właśnie byłoby lepsze dla nas obojga - powiedziała cicho Rhalina. 

background image

Rozdział 3 

POZA PIĘTNASTOMA WYMIARAMI

 

 

- Jaki ja jestem potężny, Corumie! Sam uczyniłem siebie bogiem, a z ciebie zrobiłem 

półboga. Wkrótce trafimy do legend. 

- Ty już jesteś w ich legendach. - Corum odwrócił się, by spojrzeć wprost na Shoola, 

który  pojawił  się  w  pokoju  pod  postacią  niedźwiedziopodobnego  zwierzęcia  odzianego  w 

kraciaste spodnie i misternie przybrany piórami hełm. - Vadhagha zresztą też. 

- Nam poświęcą nowe cykle opowieści, i to już niedługo. To chciałem powiedzieć. Jak 

się czujesz? 

- Odczuwam ból w nadgarstku i głowie. 

- Lecz ani śladu odrzucenia przeszczepu, co? Jestem mistrzem chirurgii! Przeszczep jest 

doskonały, choć był skomplikowany z powodu minimalnego użycia czarów! 

- Niemniej nic nie widzę tym okiem - powiedział Corum. - Nie jestem pewien, czy ono 

funkcjonuje, czarowniku. 

Shool zatarł łapy. 

-  Potrzeba  trochę  czasu,  nim  twój  mózg  dostosuje  się  do  nowego  organu.  Tego  też 

będziesz  potrzebował.  -  Zaprezentował  coś  przypominającego  miniaturową  tarczę  ze 

szlachetnego kamienia, pokrytą lakierem i z przymocowanymi do niej paskami. - To posłuży 

do przykrycia twojego nowego oka. 

- Żebym znów nic nie widział? 

- No, przecież nie zechcesz chyba nieustannie patrzeć w zaświaty rozciągające się poza 

Piętnastoma Planami? 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że to oko widzi wyłącznie tę sferę? 

- Nie. Widzi również i tutaj, lecz nie zawsze w taki sam sposób. 

Corum  ze  zdziwieniem  wpatrzył  się  w  czarownika.  To,  co  się  stało,  sprawiło,  że 

zamrugał. Zupełnie niespodziewanie zobaczył nowym okiem wiele innych obrazów, podczas 

gdy  zwykłe  oko  dostrzegało  nadal  jedynie  Shoola.  Były  to  ciemne  obrazy,  przepływające 

samowolnie, aż w końcu zdołał nad nimi zapanować. 

- Shoolu! Co to za świat? 

- Nie jestem pewien. Niektórzy mówią, że to inne Piętnaście Planów, w których, jak w 

krzywym zwierciadle, odbijają się nasze Plany. To może być takie właśnie miejsce, hm? 

Coś gotowało się, pękało bąblami, pojawiało się i znikało. Przez scenę w górę i w dół 

background image

przepełzały  zwierzęta.  Zwijały  się  płomienie,  lądy  płynęły,  dziwne  bestie  urastały  do 

niesamowitych rozmiarów, by zaraz zmaleć, o ciałach zdających się falować i przeobrażać. 

- Cieszę się, że nie należę do tamtego świata - mruknął Corum. - Szybko Shoolu, daj mi 

opaskę. 

Wziął  ją  z  ręki  czarownika  i  umieścił  na  oku.  Sceny  zniknęły  i  teraz  widział  tylko 

Shoola i Rhalinę - lecz obydwoma oczami. 

- Ach, nie wspomniałem ci o tym, że tarcza chroni przed obrazami z tamtego świata, 

lecz nie zasłania tego. 

- Co widziałeś, Corumie? - cicho spytała Rhalina. 

Pokręcił głową. 

- Nic, co dałoby się tak po prostu opisać. 

Rhalina popatrzyła na Shoola. 

- Chciałabym, by można ci było zwrócić te dary. Takie rzeczy nie są dla śmiertelników. 

Shool skrzywił się. 

- On nie jest już teraz zwykłym śmiertelnikiem. Mówiłem ci, jest półbogiem. 

- A co pomyślą o tym bogowie? 

-  Cóż, niektórzy  będą zapewne zdegustowani, gdy odkryją  nowy status Coruma. Nie 

mam jednak ochoty o tym myśleć. 

- Mówisz o tych sprawach tak lekko - rzuciła cierpko Rhalina. - Jeśli nawet Corum nie 

uświadamia sobie wszystkich konsekwencji tego, co mu uczyniłeś, to ja rozumiem wiele. Są 

prawa,  których  przestrzeganie  jest  obowiązkiem  śmiertelników.  Naruszyłeś  te  prawa  i 

zostaniesz ukarany - tak jak i twoje dzieła zostaną ukarane i zniszczone! 

Shool pokręcił niedźwiedzią głową, nie chcąc tego słuchać. 

- Zapominasz, że panuję nad wielkimi potęgami. Wkrótce moja pozycja będzie na tyle 

mocna, że dowolny  bóg stanie się dla  mnie parweniuszem dość słabym, by pragnąć ze  mną 

pokoju. 

-  Jesteś  szalony  w  swej  zarozumiałości  -  powiedziała.  -  A  jesteś  tylko  śmiertelnym 

czarownikiem. 

- Bądź cicho, pani! Bądź cicho albo zgotuję ci los dużo gorszy niż ten, którego właśnie 

uniknęłaś! Gdyby Corum nie był dla mnie użyteczny, oboje musielibyście teraz zadowalać się 

zupełnie inną formą trwania. Uważaj, co mówisz. Uważaj, co mówisz! 

- Znów marnujesz czas - przerwał Corum. - Chciałbym zrobić to, co nam do zrobienia, 

tak byśmy jak najszybciej mogli z Rhalina opuścić owo miejsce. 

Shool uspokoił się, obrócił i powiedział: 

background image

- Jesteś głupcem, poświęcając temu stworzeniu aż tak wiele. Ona, jak cały jej rodzaj, boi 

się wiedzy, boi się dogłębnej mądrości, nauki, która niesie potęgę. 

- Porozmawiajmy lepiej o sercu Kawalera Mieczy  - powiedział Corum. - Jak mam je 

ukraść? 

- Chodź - zakomenderował Shool. 

Stali  w  ogrodzie  wśród  monstrualnych  kwiatów  wydzielających  odurzająco  słodki 

zapach. Ponad nimi, na niebie, czerwieniło się słońce. Liście roślin były ciemne, prawie czarne. 

Szeleściły. 

Shool powrócił do swej wcześniejszej postaci młodzieńca ubranego w luźną błękitną 

szatę. Poprowadził Coruma ścieżką. 

- Ten ogród jest uprawiany od tysiącleci. Rośnie w nim wiele rzadkich roślin. Zajmują 

większość terenu wyspy i służą pożytecznym celom. To spokojne miejsce na odpoczynek, a nie 

chcianym gościom trudno znaleźć przezeń przejście. 

- Dlaczego wyspa nosi nazwę Domu Objedzonego Boga? 

-  Ja  ją  tak  nazwałem  -  po  istocie,  po  której  ją  odziedziczyłem.  Kiedyś,  rozumiesz, 

panował tu inny bóg i wszystko go przerażało. Szukając bezpiecznego miejsca, gdzie mógłbym 

kontynuować me studia, znalazłem tę wyspę. Lecz doszło do mnie, że zamieszkuje ją pewien 

strachliwy bóg, więc naturalnie byłem ostrożny. Miałem wówczas tylko cząstkę mojej obecnej 

mądrości, przeżywszy zaledwie kilka stuleci, wiedziałem zatem, że nie będę miał dość siły, by 

go zgładzić. 

Wielka orchidea wysunęła się i trąciła nową rękę Coruma. Odsunął ją. 

- Jak zatem zapanowałeś nad wyspą? 

-  Usłyszałem  też,  że  bóg  ten  jada  dzieci.  Przodkowie  tych,  których  zwiesz 

Nhadraghami, poświęcali mu jedno dziennie. Ponieważ mam sporo pieniędzy, przyszło mi do 

głowy, by zakupić wielką liczbę dzieci, pożywić go nimi równocześnie i zobaczyć, co z tego 

wyniknie. 

- I co wynikło? 

- Pożarł je i popadł w odrętwienie z przejedzenia. 

- A ty podkradłeś się i zabiłeś go! 

-  Nic  z  tych  rzeczy.  Porwałem  go  i  uwięziłem.  Jest  wciąż  w  którymś  ze  swoich 

własnych lochów, chociaż nie jest już tak doskonałą istotą, jaką był kiedyś, gdy osiedliłem się 

w jego pałacu. Był tylko małym bogiem, rzecz jasna, lecz był i krewnym Kawalera Mieczy. To 

jest jeszcze jeden powód, dla którego Kawaler czy ktokolwiek inny nie martwi mnie zbytnio, 

dopóki Pliproth jest moim więźniem. 

background image

- Zniszczyć wyspę oznaczałoby jednocześnie zniszczyć i bratanka? 

- Dokładnie tak. 

-  I  to  jest  jeszcze  jeden  dodatkowy  powód,  dla  którego  musisz  zatrudnić  mnie  dla 

załatwienia tego kawałka złodziejskiej roboty. Obawiasz się, że gdybyś gdzieś się wypuścił, 

mogliby cię dopaść. 

-  Obawiać  się?  Wcale  nie.  Lecz  zwykłem  zachowywać  rozsądny  margines 

bezpieczeństwa. Dzięki temu wciąż istnieję. 

- Gdzie znajduje się serce Kawalera Mieczy? 

- No, poza Tysiącmilową Rafą, o której zapewne słyszałeś. 

- Zdaje mi się, że było coś o niej w Starej Geografii. Leży na północy, prawda? - Corum 

odplątał winorośl ze swojej nogi. 

- Owszem. 

- To wszystko, co możesz mi powiedzieć? 

-  Za  Tysiącmilową  Rafą  jest  miejsce  zwane  Urde,  które  czasem  jest  lądem,  czasem 

morzem. Za nim rozciąga się pustynia zwana Dhroonhazat. Za pustynią są Krainy Płomieni, 

gdzie  panuje  Oorese,  Niewidoma  Królowa.  A  dalej  leżą  Lodowe  Pustkowia,  gdzie  wędruje 

Brikling. 

Corum zatrzymał się, żeby zdjąć z twarzy lepki liść. Wydawało się, że ma on drobne, 

czerwone usta, które Coruma całowały. 

- A za tym wszystkim? - spytał ironicznie. 

- Cóż, za tym wszystkim jest domena Kawalera Mieczy. 

- A te wszystkie niesamowite lądy, w którym wymiarze są usytuowane? 

-  We  wszystkich  pięciu,  na  które  ma  wpływ  Kawaler  Mieczy.  Twoja  zdolność  do 

przemieszczania się miedzy wymiarami na nic się tutaj nie przyda, czego zresztą żałuję. 

-  Nie  jestem pewien, czy  nadal to potrafię. Jeśli  mówisz prawdę, to  Kawaler Mieczy 

odebrał Vadhaghom tę umiejętność. 

- Spokojna głowa. Twoja siła jest w sam raz. - Shool poklepał nową dłoń Coruma. 

Ręka była posłuszna teraz jak zwyczajna kończyna. Z ciekawości Corum użył jej, by 

podnieść  opaskę  zasłaniającą  nowe,  jakby  wysadzane  klejnotami  oko.  Wzdrygnął  się  i 

natychmiast opuścił osłonę. 

- Co zobaczyłeś? - spytał Shool. 

- Jakieś miejsce. 

- Tyle tylko? 

- Ląd, nad którym płonęło czarne słońce. Światło dochodziło od spodu, z gruntu, lecz 

background image

promienie czarnego słońca je tłumiły. Przede mną stały cztery czarne postacie. Spojrzałem na 

ich twarze i... - Corum zwilżył wargi. - Nie mogłem patrzeć dłużej. 

-  Docieramy  do  tylu  wymiarów  -  zadumał  się  Shool.  -  Do  tylu  okropieństw.  One 

istnieją, chociaż czasem trafiamy jedynie na ich ślad, we snach na przykład. Niemniej ty musisz 

nauczyć  się  znosić  takie  oblicza  i  wszystko  inne,  co  zobaczysz  swoim  nowym  okiem,  jeśli 

chcesz wykorzystywać w pełni posiadaną potęgę. 

-  Niepokoi  mnie to, niepokoi  mnie sama wiedza o tej ciemności. To, że złe wymiary 

istnieją, że wokół czai się tyle monstrualnych stworzeń, oddzielonych ode mnie tylko cienką 

astralną barierą. 

- Nauczyłem się żyć z tą wiedzą -  i używać tego, co jej zawdzięczam. W ciągu kilku 

tysiącleci można znaleźć zastosowanie dla niemal wszystkiego. 

Corum odwinął pnącze, które zaczęło oplatać go w pasie. 

- Twój ogród wydaje się aż nazbyt przyjacielski. 

-  Są  uczuciowe.  To  moi  jedyni  przyjaciele.  Lecz  to  ciekawe,  że  polubiły  ciebie. 

Zwykłem oceniać obcych na podstawie reakcji moich roślin. Oczywiście są głodne, biedactwa. 

Muszę zwabić w najbliższym czasie parę statków na wyspę. Potrzebujemy mięsa. Te zabiegi 

ogrodnicze pozwalają mi zapomnieć o moich zwykłych obowiązkach. 

- Nadal nie opisałeś mi dokładnie, jak będę mógł odnaleźć Kawalera Mieczy. 

- Masz rację. Kawaler mieszka w pałacu na szczycie góry, która znajduje się zarówno w 

centrum tej planety, jak i Pięciu Wymiarów. Na samym szczycie najwyższej wieży tego pałacu 

jest miejsce, gdzie trzyma swoje serce. Jest, jak wiem, dobrze strzeżone. 

- I to jest już wszystko, co wiesz? A co możesz powiedzieć o naturze tej siły, która je 

chroni? 

- Zatrudniam ciebie, Corumie, ponieważ masz więcej rozumu, o jotę więcej odporności 

o i ułamek więcej wyobraźni, szczyptę więcej wytrwałości niż Mabdenowie. Zdaję się na ciebie 

z rozpoznaniem, na czym polega jego osłona. Niemniej możesz polegać na jednej wiadomości. 

- To znaczy, Panie Shoolu? 

- Książę Shoolu. Możesz być pewien tego, że Kawaler nie oczekuje żadnego ataku ze 

strony  istoty  śmiertelnej,  takiej  jak  ty.  Podobnie  jak  Vadhaghowie,  tak  i  Władcy  Mieczy 

spoczęli  na  laurach.  Wszyscy  rozwijamy  się,  wszyscy  upadamy  -  Shool  zachichotał.  -  A 

wymiary się wciąż zmieniają, no nie? 

- A ty, gdy osiągniesz szczyt, nie upadniesz? 

- Bez wątpienia - w ciągu kilku tysiącleci. Kto wie? Mogę przecież wydzwignąć się tak 

wysoko, że uda mi się kontrolować w całości wiele wszechświatów. Mogę stać się pierwszym 

background image

naprawdę wszechpotężnym, wszechwładnym i wszechmocnym bogiem. Och, jakie rozgrywki 

mógłbym wtedy prowadzić! 

-  Za  mało  studiowaliśmy  kiedyś  mistycyzm  i  metafizykę  -  przerwał  Corum.  -  Lecz 

rozumiem, że wszyscy bogowie są wszechpotężni i wszechwładni. 

- Tylko do pewnego stopnia. Niektórzy bogowie - panteon Mabdenów na przykład: Pies 

i Rogaty Niedźwiedź - są mniej lub bardziej wszechmocni w sprawach dotyczących Mabdenów 

i  mogą,  jeśli  zechcą,  kontrolować  ich  całkiem  sprawnie.  Ten  zaś  z  kolei  wie  o  większości 

spraw, o których można wiedzieć, z wyjątkiem tego, co dzieje się na mojej dobrze chronionej 

wyspie. To Epoka Bogów, Corumie, niestety. Jest ich wielu. Małych i dużych. Tłoczą się we 

wszechświecie. Kiedyś tak nie było. Mogło też bywać i tak, że wszechświat radził sobie bez 

nich. 

- Tak też sądziłem. 

-  I  to  może  przeminąć.  To  myśl  -  Shool  podrapał  się  po  głowie  -  kreuje  bogów,  a 

bogowie  kreują  myśl.  Muszą  być  okresy,  kiedy  myśl,  która  bywa  czasami  przeceniana,  nie 

istnieje. Jej istnienie lub nieistnienie nie obchodzi, koniec końców, wszechświata. Lecz jeśli 

zdobędę  odpowiednią  potęgę,  sprawię,  że  wszechświat  się  tym  zainteresuje!  -  Oczy  Shoola 

zalśniły. - Będę mógł dyktować naturze warunki, zmieniać wszelkie reguły! Jesteś roztropny, 

Corumie; mądrze czynisz wspierając mnie. 

Corum  wykręcił  głowę  do  tyłu,  gdy  coś  bardzo  podobnego  do  gigantycznego 

fiołkoworóżowego tulipana, tyle że z zębami, złapało go podstępnie. 

- Wątpię, Shoolu. Lecz i tak nie mam wyboru. 

-  Zaiste.  Nie  masz.  Czy  też  jest  raczej  ograniczony.  Moją  ambicją  jest  nie  być 

zmuszanym do dokonywania wyborów na większą skalę i trzymam się tego, Corumie. 

- Tak - przytaknął Corum ironicznie. - Wszyscy jesteśmy śmiertelni. 

- Mów za siebie. 

background image

KSIĘGA TRZECIA

 

 

w której Książę Corum dokonuje tego, co jest zarówno niemożliwe, jak i niepożądane 

background image

Rozdział 1 

WĘDRUJĄCY BÓG 

 

Rozstanie Coruma z Rhaliną przed wyruszeniem  w drogę nie  było  łatwe. Oboje byli 

bardzo zdenerwowani. W jej oczach nie było miłości, jedynie troska o niego i lek o los obojga. 

Niepokoiło to Coruma, lecz nic nie mógł poradzić. 

Shool  dał  mu  łódź  o  oryginalnej  sylwetce  i  Corum  odbił  od  brzegu.  Teraz  we 

wszystkich kierunkach wokół niego rozciągało się morze. Płynął na północ, który to kierunek 

wskazywał mu magnetyt. Ku Tysiącmilowej Rafie. 

Corum wiedział, że zgodnie z kryteriami Vadhagha był szaleńcem. Według kryteriów 

Mabdenów za to, jak przypuszczał, wystarczająco już odstawa! od normalności. A poza tym, 

koniec końców, był to świat Mabdenów. Jeśli chciał przetrwać, musiał nauczyć się akceptować 

typowy brak reguł i traktować to jako normę. A powodów, dla których chciał przetrwać, było 

wiele - jednym z nich, i to wcale istotnym, była Rhalina. Był ostatnim z Vadhaghów, chociaż 

nadal  niezbyt  mógł  w  to  uwierzyć.  Potęga  takiego  czarownika  jak  Shool  mogła  być 

kontrolowana przez inne potęgi, które miały również wpływ i na naturę czasu. Wymiary mogły 

być  wstrzymywane  w  swym  rozwoju,  może  nawet  nie  było  wykluczone  zmienianie  w  nich 

kierunku biegu wydarzeń. 

Wszystko  to,  co  miało  miejsce  w  ciągu  ostatniego  roku,  mogło  jeszcze  wyglądać 

zupełnie inaczej, niejedno zapewne dałoby się usunąć, zmienić, odwrócić. 

Corum zamierzał żyć i żyjąc uczyć się. 

A  jeśli  nauczy  się  dość,  może  starczy  mu  siły  i  wiedzy,  by  spełnić  swe  najgorętsze 

pragnienie i oddać znów świat Vadhaghom, a Vadhaghów światu. 

Uważał, że tak byłoby najsprawiedliwiej. 

 

Łódź  była  z  kutego  metalu  pokrytego  wieloma  wypukłymi  i  niesymetrycznymi 

zdobieniami.  Roztaczała  wokół  siebie  lekką  poświatę,  dającą  nie  tylko  jasność,  ale  i  trochę 

ciepła, co nie było bez znaczenia, jako że żegluga miała być długa. Na maszcie wisiał jeden 

kwadratowy żagiel, przesycony dziwną substancją, dzięki której też świecił i łapał właściwy 

wiatr. Książę siedział w łodzi opatulony w swój szkarłatny płaszcz, ekwipunek położył obok, 

hełm zostawił na głowie. Podwójna kolczuga okrywała go od brody po kolana. Od czasu do 

czasu  podnosił  zawieszony  na  strunie  magnetyt.  Kamień  miał  kształt  strzały,  której  grot 

wskazywał zawsze na północ. 

background image

Wiele myślał o Rhalinie i uczuciu, którym ją darzył. Takie doznania nie zdarzały się 

nigdy przedtem między Vadhaghami i Mabdenami. Jego własny lud uznałby to za degenerację, 

wielu Mabdenów stwierdziłoby zapewne, że podobna miłość zrodzona w człowieku może być 

tylko  jego  złudzeniem.  Był  jednak  zaangażowany  bardziej  niż  kiedykolwiek  i  wobec 

jakiejkolwiek przedstawicielki Vadhaghów i wiedział, że Rhalina była mu równa inteligencją. 

Trudne  do  zrozumienia  były  dla  niego  jej  nastroje  -  jej  napomknienia  o  groźbie  klęski,  jej 

przesadne lęki. 

Lecz  Rhalina  znała  ten  świat  lepiej  od  niego.  Mogła  mieć  rację,  poddając  się  takim 

myślom. Jego nauka nie była wszak jeszcze ukończona. 

Trzecią  noc  Corum  przespał  z  nową  ręką  zaciśniętą  na  rumplu,  a  rano  obudziło  go 

świecące w oczy słońce. 

Przed nim leżała Tysiącmilowa Rafa. 

Rozciągała  się  od  krańca  do  krańca  przez  cały  horyzont  i  zdawało  się,  że  między 

ostrymi złomami skał nie było żadnej luki. Wyrastała niewzruszona z burzącego się wokół niej 

morza. 

Shool  ostrzegał  go,  że  niewielu  w  dziejach  znalazło  przejście  przez  rafę  i  teraz 

zrozumiał dlaczego. Rafa była jednolitym blokiem. Wyglądała, jakby jej pochodzenie nie było 

naturalne, łatwiej już było przyjąć, że ktoś lub coś ustawiło ją tutaj jako zaporę przed intruzami. 

Mógł to zrobić Kawaler Mieczy. 

Corum  postanowił  żeglować  wzdłuż  rafy,  na  wschód,  z  nadzieją,  że  znajdzie  jednak 

gdzieś miejsce nadające się do lądowania i będzie mógł przeciągnąć łódź lądem na wody leżące 

za barierą. 

Płynął tak przez następne cztery dni, nie śpiąc wcale, a rafa nie odsłoniła przed nim ani 

przejścia, ani miejsca do lądowania. 

Wokół ścieliła się lekka mgła zabarwiona przez słońce na różowo, a Corum używając 

magnetytu  i  wsłuchując  się  w  odgłosy  przyboju  trzymał  się  z  dala  od  rafy.  Wyciągnął 

wyrysowane  na  skórze  mapy  i  spróbował  ustalić  swoją  pozycję.  Mapy  były  prymitywne  i 

zapewne już nieaktualne, lecz były to najlepsze mapy, jakie miał Shool. Zbliżał się do wąskiego 

przesmyku między rafą a stałym lądem oznaczonym na mapach jako Khoolcrach. 

Shool nie potrafił powiedzieć mu wiele o tej ziemi, prócz wskazówki, że gdzieś tutaj 

powinna żyć rasa zwana Ragha-da-Kheta. 

Przeglądał mapy w świetle łodzi, mając wciąż nadzieję znaleźć na nich jakąś lukę w 

barierze. 

Wtedy właśnie, zupełnie niespodziewanie, łódź zaczęła się kołysać i podskakiwać na 

background image

nieoczekiwanie  zrodzonej  fali.  Corum  rozejrzał  się,  szukając  przyczyny  tak  gwałtownego 

wzburzenia się  morza. W oddali grzmiał przybój, lecz o wiele bliżej  usłyszał  inny dźwięk  i 

spojrzał w kierunku, z którego dochodził. 

Z  południa  dolatywało  miarowe  chlapanie  i  pluskanie  -  odgłosy,  które  towarzyszą 

zwykle brodzeniu w nurcie strumienia. Czy mogło to być jakieś morskie zwierzę? Mabdenowie 

lękali się wielu takich potworów. Corum chwycił się kurczowo burty, usiłując równocześnie 

utrzymać łódź z dala od skał, lecz fale nie tam go niosły. 

Źródło dźwięku się przybliżyło. 

Corum uniósł swój długi, mocny miecz, szykując się na starcie z nieznanym. 

Potem  dojrzał  to  coś  we  mgle.  Wysokie,  jakby  pękate  -  w  zarysie  przypominające 

człowieka. Ciągnęło coś za sobą. Sieć rybacka! Czyżby te wody były aż tak płytkie? Corum 

wychylił się za burtę i opuścił ostrzem w dół miecz w fale, lecz nie wyczuł dna. Mogło zatem 

być pod nim dowolnie głęboko. Zdał sobie też sprawę z tego, że mgła go zwiodła. Postać nadal 

była dość daleko, lecz należała do giganta - o wiele większego niż Gigant z Laahr. To dlatego 

wzbudzała aż tak wielkie fale kołyszące silnie łodzią. 

Corum chciał zawołać, poprosić tę gigantyczną istotę, by odeszła, zanim zatopi drogę, 

lecz  rozmyślił  się  po  zastanowieniu.  Istoty  takie,  jak  ta,  można  było  podejrzewać  o  gorsze 

zdanie o śmiertelnikach, niż miał je Gigant z Laahr. 

Teraz,  wciąż  osłonięty  mgłą,  gigant  zmienił  kierunek  marszu  nie  przerywając 

poławiania. Brnął ciężko przez wodę za rufą łodzi Coruma. 

Prąd odepchnął łódź od Tyciącmilowej Rafy, kierując ją prawie dokładnie na wschód i 

Corum nie mógł zrobić nic, by temu zaradzić. Walczył z rumplem i żaglem, lecz bez skutku. 

Zupełnie jakby porwała go jakaś rzeka gnająca w przepaść. Gigant wzbudził nurt, z którym nie 

dało się walczyć. 

Nie było innego wyjścia, jak tylko pozwolić łodzi, by niosła go tam, gdzie sama chciała. 

Gigant  już  dawno  skrył  się  we  mgle,  kierując  się  ku  Tysiącmilowej  Rafie,  gdzie  zapewne 

mieszkał. 

Mała łódź gnała jak rekin polujący na zdobycz, aż nagle przebiła się przez mgłę. 

Corum zobaczył wybrzeże. Wysoki klif zbliżał się gwałtownie. 

background image

Rozdział 2 

TEMGOL-LEP

 

 

Corum  nie  ustawał  w  rozpaczliwych  staraniach,  by  zawrócić  łódź  od  brzegu.  Jego 

sześciopalca ręka ściskała rumpel, a druga szarpała się z żaglem. 

Nagle  rozległ  się  zgrzyt,  drżenie  przebiegło  przez  łódź,  która  przechyliła  się 

niebezpiecznie.  Corum  schwycił  oręż  i  zdołał  go  w ten  sposób  ocalić,  gdyż  łódź  rychło  się 

przewróciła  i  została  uniesiona  przez  wodę.  Zakrztusił  się,  gdy  fala  wdarła  mu  się  do  ust. 

Poczuł, że szoruje ciałem po kamykach  na dnie. Spróbował stanąć, gdy tylko woda zaczęła 

ustępować  wartkim  nurtem.  Zobaczył  skałę  i  schwycił  się  jej,  wyławiając  drugą  ręką  łuk  i 

kołczan ze strzałami, które już za chwilę mogły pogrążyć się w falach. 

Morze cofało się. Spojrzał za siebie stwierdzając, że wywrócona łódź odeszła wraz z 

nim.  Puścił  się  skały  i  stanął  pewniej  na  nogach,  zapiął  pas  wokół  bioder,  poprawił  hełm. 

Poczuł gorzki smak przegranej. 

Przeszedł  kilka  kroków  plażą  i  usiadł  pod  wysokim,  ciemnym  urwiskiem.  Był 

rozbitkiem na obcym brzegu. Cel jego wyprawy znajdował się po drugiej stronie cieśniny. 

O nic  nie dbał w tej chwili. Myśli o  miłości, nienawiści, zemście zniknęły. Czuł, że 

zostawił  je  wszystkie  za  sobą,  w  świecie  marzeń,  którym  była  teraz  dla  niego 

Svi-an-Fanla-Brool. Jedyne, co przypominało mu o tym świecie, to sześciopalca ręka i skrzące 

się oko. 

Wspomniawszy o oku i doświadczeniach z nim, wzdrygnął się i dotknął opaski ręką. 

Wiedział  już  teraz,  że  przyjmując  dary  Shoola,  zaakceptował  równocześnie  logikę 

świata czarodzieja. Nie było od tego ucieczki. 

Westchnął, wstał i spojrzał na klif. Był on nie do zdobycia. Ruszył po kamykach wzdłuż 

niego w poszukiwaniu miejsca, gdzie wspinaczka miałaby szansę. Chciał ujrzeć z góry ląd, na 

którym się znalazł. 

Włożył  rękawicę,  którą  dał  mu  Shool  dla  ochrony  nowej  dłoni.  Pamiętał  jego 

ostrzeżenia o potędze kończyny. Wciąż wierzył w nie tylko połowicznie, lecz chcąc nie chcąc 

musiał przyjąć je za prawdziwe. 

Posuwał  się  naprzód  przez  ponad  godzinę,  maszerując  mozolnie,  aż  obszedł  cypel  i 

ujrzał zatokę, brzegi której opadały łagodnie ku morzu i mogły z łatwością posłużyć za drogę w 

głąb lądu. Zaczynał się przypływ i plaża miała wkrótce zostać zalana. Zaczął biec. 

Osiągnął  podnóże  zbocza  i  zatrzymał  się,  dysząc.  Zdążył  na  czas  i  był  bezpieczny. 

background image

Morze zakryło już większą część plaży. Wspiął się na górę i zobaczył miasto. 

Było to miasto utworzone z budynków i minaretów lśniących bielą w słońcu, chociaż po 

dokładniejszym  przyjrzeniu  się  Corum  stwierdził,  że  wieże  i  domy  nie  były  białe,  lecz 

wielokolorowe za sprawą pokrywającej je mozaiki. Nie widział nigdy dotąd czegoś podobnego. 

Zastanawiał się, czy ominąć miasto, czy podejść doń. Jeśli mieszkańcy byli przyjaźnie 

nastawieni  do obcych,  wówczas  może  zyskałby  ich  pomoc  -  potrzebował  nowej  łodzi.  Jeśli 

jednak byli to Mabdenowie, trzeba było liczyć się z wrogością. 

Sądził,  że  mogło  to  być  miasto,  ludu  Rhaga-da-Kheta  wzmiankowanego  na  jego 

mapach.  Odruchowo  sięgnął  po  torbę,  lecz  mapy  przepadły  wraz  z  łodzią  i  magnetytem. 

Rozpacz powróciła. 

Ominął miasto z daleka. 

Nie  przeszedł  jednak  nawet  mili,  gdy  dogoniła  go  dziwaczna  jazda  -  wojownicy 

siedzący  na  cętkowanych  bestiach  o  długich  szyjach,  z  kręconymi  rogami  i  wąsami  jak  u 

jaszczurki.  Ich  wrzecionowate  łapy  poruszały  się  dość  szybko,  toteż  wkrótce  Corum  mógł 

dostrzec,  że  wojownicy  również  byli  bardzo  wysocy  i  niezwykle  szczupli,  z  małymi, 

zaokrąglonymi głowami i kolistymi oczami. Nie byli to Mabdenowie, lecz nie przypominali 

również żadnej innej rasy, o której by słyszał. 

Zatrzymał się i czekał. Nie mógł zrobić nic innego, nie wiedząc, jakie jest nastawienie 

nadjeżdżających. 

Otoczyli go szybko, spoglądając nań z góry wielkimi, przenikliwymi oczami. Ich nosy i 

usta również były zaokrąglone, a wyraz twarzy przypominał nieustanne zdziwienie. 

-  Olanja  ko?  -  powiedział  jeden,  noszący  dziwaczny  płaszcz  i  kaptur  z  jaskrawymi 

piórami; w ręku miał maczugę zrobioną na kształt pazura gigantycznego ptaka. - Olanja ko, 

drajer? 

Używając  Prostej  Mowy  Vadhaghów  i  Nhadraghów,  która  była  podobna  do  języka 

Mabdenów, Corum odpowiedział: 

- Nie rozumiem waszego języka. 

Istota w płaszczu z piór przechyliła głowę na bok i zamknęła usta. Pozostali wojownicy, 

wszyscy ubrani i uzbrojeni podobnie, chociaż nie tak szykownie, zamruczeli między sobą. 

Corum pokazał mniej więcej na południe. 

- Przyszedłem stamtąd - przez morze. 

Teraz  używał  Średniej  Mowy,  którą  mówili  Vadhaghowie  i  Nhadraghowie,  lecz  nie 

Mabdenowie. 

Jeździec  pochylił  się  naprzód,  jakby  dźwięk  wydał  mu  się  znajomy,  lecz  potem 

background image

potrząsnął głową, nie rozumiejąc ni słowa. 

- Olanja ko? 

Corum też potrząsnął głową. Wojownik spojrzał z zakłopotaniem i podrapał się lekko 

po policzku. Corum nie wiedział, czy miało to coś oznaczać, a jeśli, to co. 

Przywódca wskazał na jednego z podwładnych. 

- Mor naffa! 

Wyznaczony zeskoczył ze swego wierzchowca i szerokim gestem wskazał Corumowi, 

żeby wspiął się na grzbiet długoszyjej bestii. 

Z pewnymi trudnościami zdołał Corum wdrapać się na wąskie siodło, czując się w nim 

strasznie niewygodnie. 

- Hoj! - Dowódca wskazał na swych wojowników i zawrócił oddział ku miastu. - Hoj, 

ala! 

Bestie pobiegły, zostawiając jednego z wojowników, który zwolnił miejsce w siodle dla 

Coruma. 

 

Miasto  było  otoczone  wysokim  murem  ozdobionym  geometrycznymi  figurami. 

Wjechali  przez  wysoką,  wąską  bramę,  minęli  szereg  ścian,  zaplanowanych  zapewne  jako 

prosty labirynt, i podążyli szeroką aleją pełną kwitnących drzew ku pałacowi wznoszącemu się 

pośrodku miasta. 

Wszyscy  zsiedli  pod  bramami  pałacu,  gdzie  służący,  równie  wysocy  i  szczupli  jak 

wojownicy, z takimi samymi zdziwionymi, krągłymi twarzami, przejęli wierzchowce. Corum 

został  poprowadzony  przez  bramy,  schodami  w  górę;  ponad  sto  stopni  dzieliło  go  od 

wewnętrznych pomieszczeń. Zdobienie ścian pałacu było mniej barwne niż na murach miasta. 

Przeważało złoto, biel i błękit. Rękodzieło było wprawdzie nieco barbarzyńskie, lecz wrażenie 

robiło wspaniałe i Corum podziwiał je bez reszty. 

Przeszli  pokoje  i  dotarli  na  wewnętrzny  dziedziniec,  otoczony  okrążającymi  go 

ścieżkami spacerowymi, z fontanną pośrodku. 

Pod  markizą  stało  duże  krzesło  z  wysokim  oparciem.  Wykonane  było  ze  złota,  a 

zdobienia  podkreślono  rubinami.  Wojownicy  eskortujący  Coruma  zatrzymali  się  jak  na 

komendę, i prawie natychmiast z głębi budynku pojawiła się istota wprawiająca w zdumienie 

wplecionymi we włosy piórami, zdobiącymi  i tak bujną  fryzurę. Szeroki płaszcz, również z 

wieloma wspaniałymi piórami i spódniczka ze złotej tkaniny dopełniały reszty. Zajęła miejsce 

na tronie. Był to władca miasta. 

Dowódca wojowników i monarcha porozmawiali krótko w swoim języku, podczas gdy 

background image

Corum  czekał  cierpliwie,  nie  chcąc  ryzykować  jakiegokolwiek  gestu,  który  mógłby  zostać 

zinterpretowany jako wrogi. 

W końcu obaj skończyli. Monarcha odwrócił się do Coruma. Znał chyba kilka różnych 

języków,  gdyż  po  paru  próbach  Corum  dosłyszał,  jak  mówi  z  obcym  akcentem,  lecz 

zrozumiale: 

- Czy jesteś z rasy Mabdenów? 

Była to stara mowa Nhadraghów, której Corum uczył się w dzieciństwie. 

- Nie jestem - odpowiedział z wahaniem. 

- Lecz nie jesteś Nhedregh. 

- Nie... nie jestem... „Nhedregh”. Znasz ten lud? 

- Dwóch spośród nich żyło między nami kilka wieków temu. Z jakiej rasy jesteś? 

- Vadhaghów. 

Król zagryzł wargi i cmoknął. 

- Wrogowie, tak... wrogowie Nhedregh? 

- Już nie. 

- Już nie? - zdumiał się król. 

-  Wszyscy  Vadhaghowie  prócz  mnie  zginęli  -  wyjaśnił  Corum.  -  A  to,  co  zostało  z 

Nhadraghów, poszło w niewolę Mabdenów. 

- Mabdenowie do barbarzyńcy. 

- Tak, lecz potężni barbarzyńcy. 

Król pokiwał głową. 

- To zostało przewidziane. - Przyjrzał się Corumowi bliżej. - A dlaczego ty żyjesz? 

- Wybrałem życie. 

- Żaden wybór nie jest twój, gdy Arioch decyduje. 

- Kto to jest Arioch? 

- Bóg. 

- Jaki bóg? 

- Bóg, który rządzi naszym przeznaczeniem. Książę Mieczy Arioch. 

- Kawaler Mieczy? 

- Tak, sądzę, że pod tym tytułem znany jest na dalekim południu. 

Król wydawał się mocno zaniepokojony. Zwilżył wargi. 

- Jestem Król Temgol-Lep. To moje miasto, Arkę - zatoczył szeroki hak szczupłą ręką. 

- A to mój naród, Ragha-da-Kheta. Kraina zwana jest Khoolcrach. My też wkrótce umrzemy. 

- A to niby dlaczego? 

background image

- To jest czas Mabdenów. Tak postanowił Arioch. - Król zgarbił swe wąskie ramiona. - 

Arioch postanowił. Wkrótce przyjdą tu Mabdenowie i nas wybiją. 

- Oczywiście będziecie z nimi walczyć. 

-  Oczywiście  nie.  To  jest  czas  Mabdenów.  Tak  rozkazuje  Arioch.  Ragha-da-Khetom 

pozwolił  i  tak  żyć  dłużej,  gdyż  jesteśmy  jemu  posłuszni;  gdyż  nie  stawiamy  oporu.  Lecz 

wkrótce umrzemy. 

Corum potrząsnął głową. 

- Czy nie sądzisz, że Arioch jest niesprawiedliwy, skazując was na ten los? 

- Arioch decyduje. 

Corum odniósł wrażenie, że ci  ludzie  nie zawsze byli takimi  fatalistami. Może  i oni 

ulegli procesowi degeneracji, spowodowanemu przez Kawalera Mieczy. 

- Czemu Arioch miałby niszczyć tyle piękna i mądrości, które widzę tu u was? 

- Arioch decyduje. 

Król Temgol-Lep wydawał się bardziej przystającym do planów Kawalera Mieczy niż 

ktokolwiek inny. Ostatecznie, żyjąc tak blisko jego domeny, mogli go nawet widywać. 

- Czy Arioch sam wam to oznajmił? 

- Przemawia do nas przez najmędrszych. 

- I najmędrsi pewni są woli Ariocha? 

- Są pewni. 

Corum westchnął. 

- Cóż, ja zamierzam przeciwstawić się jego planom. Dla mnie są nie do przyjęcia! 

Król Temgol-Lep przymknął powieki  i zadrżał  lekko. Wojownicy popatrzyli  na nich 

podejrzliwie. Najwyraźniej zorientowali się, że król jest niezadowolony. 

- Nie chcę już więcej rozmawiać na temat Ariocha - powiedział król. - Musimy jednak, 

jako że jesteś naszym gościem, zadbać o ciebie. Wypijesz ze mną trochę wina. 

-  Wina  nieco  wypiję.  Dziękuję.  -  Corum  wolałby  zacząć  od  jedzenia,  lecz  nie  chciał 

urazić  Ragha-da-Khetów.  Ostrożność  była  dyktowana  również  i  tym,  że  mogliby  przecież 

wyposażyć go w łódź, której potrzebował. ‘ 

Król  przemówił  do  kilku  służących,  którzy  czekali  w  cieniu,  przy  drzwiach  pałacu. 

Weszli do środka. 

Wkrótce wrócili z tacami, na których stały wysokie, smukłe puchary i złoty dzban. Król 

wziął  dzban  w  swoje  ręce  i  ustawiwszy  go  na  kolanie,  uroczyście  nalał  wina  do  jednego  z 

pucharów i wręczył go Corumowi. 

Corum wyciągnął lewą rękę, by przyjąć naczynie. 

background image

Ręka zadrżała. 

Corum spróbował ją opanować, lecz odtrąciła puchar. Król spojrzał wstrząśnięty i coś 

powiedział. 

Ręka wyciągnęła się dalej i zacisnęła swoje sześć palców na gardle króla. 

Temgol-Lep zacharczał  i  zaczął się szarpać. Corum usiłował oderwać od niego Rękę 

Kwlla, lecz palce zacisnęły się mocno. Czuł, że pozbawia króla życia. 

Corum krzyknął o pomoc, zanim  jeszcze zdał  sobie sprawę, że dla wojowników był 

kimś, kto z własnej inicjatywy zaatakował króla. Wyciągnął miecz i zatoczył nim koło, gdy 

ruszono  na  niego  z  osobliwie  rzeźbionymi  maczugami.  Wojownicy  wyraźnie  nie  byli 

przyzwyczajeni  do  walki,  gdyż  ich  poczynania  były  powolne  i  pozbawione  należytej 

koordynacji. 

Nagle  jego  ręka  puściła  Króla  Temgol-Lepa  -  Corum  zobaczył,  że  monarcha  jest 

martwy. 

Jego  nowa  ręka  zamordowała  niegroźną,  łagodną  i  niewinną  istotę.  Zaprzepaściła 

szansę na otrzymanie pomocy od Ragha-da-Khetów. Może nawet skazała Coruma na śmierć, 

gdyż wojowników przybywało w zastraszającym tempie. 

Stojąc nad ciałem króla zadawał skuteczne ciosy, odcinając ręce i nogi, ścinając głowy. 

Zewsząd tryskała krew. 

Wtedy, nagle, okazało się, że nie ma już żywych wojowników. Stał na zasłanym ciałami 

dziedzińcu, pod prażącymi promieniami słońca. Patrząc na ciała, uniósł Rękę Kwlla i splunął 

na nią. 

- Rhalina miała rację, pomiocie złego! Zrobiłaś ze mnie mordercę! 

Lecz ręka znów należała do niego i nie wykazywała śladu własnego życia. Była zwykłą 

ręką. 

Oprócz pluskania wody w fontannie na dziedzińcu panowała cisza. 

Corum obejrzał się na martwego króla i zadrżał. Uniósł miecz. Może przecież odciąć 

Rękę Kwlla. Lepiej już być kaleką niż niewolnikiem czegoś takiego! 

Wtedy jednak stracił grunt pod nogami, gdyż coś wyrżnęło go w plecy i upadł na grzbiet 

usiłującej złapać go w swe pazury bestii. 

background image

Rozdział 3 

MROCZNE SPRAWY

 

 

Corum zobaczył nad sobą jasne niebo. Kamienne płyty, na których leżał, odpłynęły w 

dół,  a  on  sam  pogrążył  się  w  ciemności  razem  z  bestią,  która  panowała  w  studni  nad 

podwórcem. Przygotował się do obrony przed nią, lecz zniknęła. Tylko gdzieś po kątach słyszał 

jej warczenie. 

Warczenie umilkło i na chwilę zapanowała cisza. 

Corum czekał. 

Usłyszał człapanie. Zobaczył ognik. Ognik urósł w płomień. Światła dostarczał knot 

zanurzony w glinianym naczyniu pełnym oliwy. 

Naczynie  trzymała  brudna  łapa,  należąca  do  kudłatej  istoty,  której  oczy  pełne  były 

złości. 

- Kim jesteś? - spytał Corum. 

Kreatura zaczłapała znowu i ustawiła prymitywną lampę w niszy muru. Corum dojrzał, 

że komnata wyścielona była brudną słomą. Był w niej dzban i talerz, a w głębi widniały ciężkie, 

żelazne drzwi. Miejsce cuchnęło ludzkimi ekskrementami. 

- Rozumiesz mnie? - Corum mówił wciąż w języku Nhadraghów. 

- Przestań bełkotać - powiedziała kreatura, jakby nie oczekiwała, że Corum ją zrozumie. 

Mówiła w Prostej Mowie. - Niedługo będziesz podobny do mnie. 

Corum  nie  odpowiedział.  Schował  miecz  do  pochwy  i  obszedł  celę,  uważnie  ją 

oglądając.  Wydawało  się,  że  nie  ma  stąd  drogi  ucieczki.  Nad  sobą  usłyszał  kroki.  Całkiem 

wyraźnie słyszał głosy Ragha-da-Khetów chodzących po kamieniach dziedzińca. Nawoływali 

się bliscy histerii. 

Kreatura uniosła głowę i nasłuchiwała. 

- Coś się tam wydarzyło - zamruczała, wpatrując się w Coruma, i dodała pod nosem: - 

Zabiłeś tego lichego, małego tchórza, co? Hm, cóż, nie mam ci tego za złe, jako mojemu tutaj 

kompanowi. Chociaż zapewne niedługo tu zostaniesz. Ciekaw jestem, jak cię zgładzą... 

Corum  też  nasłuchiwał  w  milczeniu,  wciąż  nie  ujawniając,  że  rozumie  słowa 

gospodarza. Słyszał, jak odciągano ciała. Coraz więcej głosów pojawiało się i oddalało. 

- Są teraz w rozterce - zachichotała kreatura. - Dobrzy są tylko w zabijaniu podstępnym. 

Co ci próbowali zrobić, przyjacielu? Otruć cię? Zwykle w ten właśnie sposób pozbywają się 

tych, których się boją. 

background image

Trucizna? Corum zamarł. Czy wino było zatrute? Spojrzał na rękę. Czy wiedziała? Czy 

była jego strażnikiem? 

Postanowił przerwać milczenie. 

- Kim jesteś? - spytał w Prostej Mowie. 

Stworzenie zaczęło się śmiać. 

- Więc mnie rozumiesz! Dobrze, jesteś zatem odtąd moim gościem. Sadzę jednak, że 

najpierw  powinieneś  odpowiedzieć  na  moje  pytania.  Wyglądasz  mi  na  Vadhagha,  chociaż 

przecież Vadhaghowie dawno już wymarli. Nazwij swój lud, przyjacielu. 

- Jestem Corum Jhaelen Irsei, Książę w Szkarłatnym Płaszczu. Ostatni z Vadhaghów. 

-  Hanafax  z  Pengrade.  To  ja.  Trochę  żołnierz,  czasem  kapłan  lub  odkrywca  nowych 

ziem.  A  bywa  też,  że  i  taki  łach,  jakiego  teraz  widzisz.  Pochodzę  z  krainy  zwanej 

Lywm-an-Esh, lądu daleko na zachód stąd. 

- Znam Lywm-an-Esh. Byłem gościem Margrabiny ze Wschodu. 

-  Co?  Więc  Marchia  nadal  istnieje?  Słyszałem,  że  już  dawno  temu  zalały  ją  wody 

postępującego morza! 

- Zniszczenie grozi mu dopiero teraz. Szczepy Pony... 

- Na Urleha! Szczepy Pony! To coś z zamierzchłej historii! 

- Jak znalazłeś się tak daleko od swego kraju, Sir Hanafaksie? 

- To długa opowieść, Książę Corumie. Arioch  -  jak jest on tutaj zwany  -  nie obdarza 

uśmiechem ludu Lywm-an-Eshu. Oczekuje, że wszyscy Mabdenowie będą robić to, co on chce 

-  a  głównie,  że  zajmą  się  eliminacją  wszystkich  starszych  ras,  takich  jak  twoja.  Jak  bez 

wątpienia  wiesz,  rasy  te  nigdy  nas  n  i  o  skrzywdziły.  Lecz  Urleh  jest  wasalem  o  innym 

charakterze - jest bóstwem posłusznym Kawalerowi Mieczy. To jemu właśnie służyłem jako 

kapłan. No i, jak się wydaje, Arioch stracił w pewnym momencie cierpliwość i rozkazał ludowi 

Lywm-an-Eshu  przedsięwziąć  krucjatę  przeciwko  żyjącemu  daleko  na  zachód  morskiemu 

narodowi. Liczy on  nie więcej  niż pięćdziesięciu przedstawicieli  mieszkających w zamkach 

zbudowanych  z  koralowca.  Zwani  są  Shalafenami.  Urleh  przekazał  mi  rozkaz  Ariocha. 

Zdecydowałem się uznać ten rozkaz za fałszywy, pochodzący od jakiejś innej, nieprzyjaznej 

Urlehowi istoty. I wtedy moje szczęście, które nigdy nie było dla mnie łaskawe, opuściło mnie. 

Zdarzyło  się  morderstwo. Zostałem obwiniony  i  ratowałem się ucieczką, kradnąc  statek. Po 

wielu dziwnych przygodach znalazłem się w końcu wśród tych świergoczących ludzi, którzy 

tak  cierpliwie  czekają,  aż  przyjdzie  Arioch  i  ich  zje.  Zaproponowali  mi  wino,  a  gdy 

odmówiłem, pochwycili mnie i umieścili tutaj, gdzie jestem nie dłużej niż kilka miesięcy. 

- Co z tobą zrobią? 

background image

-  Nie  potrafię  powiedzieć.  Mam  nadzieję,  że  w  końcu  sam  umrę.  Są  ludem 

zdezorientowanym, głupim i pozbawionym przywództwa, lecz nie są okrutni. Odkąd rozrósł 

się w nich strach przed Ariochem, nie odważają się uczynić niczego, co mogłoby go obrazić. 

Mają nadzieję, że dzięki temu pozwoli im jeszcze żyć przez parę lat. 

- A czy nie domyślasz się, jakie zamiary mogą mieć wobec mnie? Ostatecznie zabiłem 

ich króla. 

-  Właśnie  się  nad  tym  zastanawiam.  Trucizna  zawiodła.  Zapewne  nie  odważą  się 

zastosować wobec ciebie przemocy. Poczekamy, zobaczymy. 

- Mam pewną misję do spełnienia - powiedział mu Corum. - Nie mogę pozwolić sobie 

na oczekiwanie. 

Hanafax uśmiechnął się szeroko. 

- Obawiam się, że będziesz musiał, przyjacielu. Jestem też po trosze czarownikiem, jak 

ci  chyba  powiedziałem.  Znam  kilka  sztuczek,  lecz  żadna  z  nich  nie  działa  tutaj.  Nie  wiem 

czemu. A jeśli czary nie mogą nas wesprzeć, to co zatem? 

Corum podniósł swą obcą rękę i wpatrzył się w nią w zamyśleniu. 

Potem spojrzał na zarośniętą twarz współwięźnia. 

- Czy słyszałeś kiedykolwiek o Ręce Kwlla? 

Hanafax zamarł. 

- Tak... zdaje mi się, że tak. Raz słyszałem o takim bogu, jednym z dwóch braci, między 

którymi wybuchła jakaś sprzeczka... To legenda, oczywiście, jak wiele innych... 

Corum podniósł przed jego oczy lewą rękę. 

-  To  właśnie  jest  Ręka  Kwlla.  Dał  mi  ją  pewien  czarownik,  razem  z  okiem.  Okiem 

Rhynna. A obie te rzeczy mają, jak mi powiedziano, wielką moc. 

- Nie wiesz na pewno? 

- Nie miałem okazji ich wypróbować. 

Hanafax jakby się zaniepokoił. 

- To są moce zbyt duże jak na śmiertelnika. Obawiam się, że konsekwencje ich użycia 

mogą być trudne do przewidzenia... 

-  Nie  sądzę,  abym  miał  jakiś  wybór.  Podjąłem  już  decyzję.  Wezmę  potęgi  podległe 

Ręce i Oku! 

- Ufam, że wspomnisz im, iż jestem po twojej stronie, Książę Corumie. 

Corum  odpiął  rękawicę  i  zsunął  ją  z  sześciopalcej  dłoni.  Drżał  z  napięcia.  Potem 

przesunął opaskę na czoło. 

Zaczął  dostrzegać  kształty  z  mrocznych  planów. Znów  zobaczył  pejzaż,  nad  którym 

background image

świeciło czarne słońce. Znów zobaczył cztery zakapturzone postacie. 

Tym razem spojrzał w ich twarze. 

Krzyknął. 

Lecz nie umiał podać powodu swego strachu. 

Spojrzał znów. 

Ręka Kwlla wyciągnęła się w kierunku zakapturzonej czwórki. Ich głowy drgnęły, gdy 

ujrzeli rękę. Ich straszne oczy zdawały się wysączać z jego ciała całe ciepło, pozbawiać jego 

duszę całej witalności. Lecz nie odwracał spojrzenia. 

Ręka skinęła. 

Ciemne postacie ruszyły ku Corumowi. 

Usłyszał, jak Hanafax mówi: 

- Nic nie widzę! Co przywołujesz? Co widzisz? Corum zignorował go. Był mokry od 

potu i całe ciało, prócz Ręki Kwlla, drżało. 

Cztery postacie wyjęły spod płaszczy pokaźne kosy. 

Corum poruszył spierzchniętymi wargami. 

- Tutaj. Chodźcie do tego wymiaru. Bądźcie mi posłuszni. 

Podeszli  bliżej  i  zdawali  się  teraz  przechodzić  przez  falującą  zasłonę  mgły.  Potem 

Hanafax krzyknął ze strachu i obrzydzenia. 

- Bogowie! To są potwory ze Studni Psa! Shefanhowowie! - skoczył za Coruma. - Nie 

dopuść ich do mnie, Vadhaghu! AAAA! 

Z dziwnie zniekształconych ust dobiegły go tubalne głosy: 

- Panie, wypełnimy twoją wolę. Wypełnimy wolę Kwlla. 

- Zniszczcie te drzwi! - rozkazał Corum. 

- Czy otrzymamy nagrodę, panie? 

- Jaka to nagroda? 

- Jedno życie dla każdego z nas, panie. 

Corum zadrżał. 

- Dobrze, będziecie mieli nagrodę. 

Kosy  uniosły  się,  a  cztery  istoty,  które  bez  wątpienia  były  prawdziwymi 

Shefanhowami, zagłębiły się w wąskie przejście. 

- Mój latawiec - mruknął Hanafax do Coruma. - Możemy nim uciec. 

- Latawiec? 

- Tak. Może latać i zabrać nas obu. 

Shefanhowowie szli dalej. Biła od nich moc, która mroziła przez skórę. 

background image

Weszli kilka stopni pod górę i kolejne drzwi wyleciały pod ciosami kos. Pojawiło się 

światło dnia. 

Znaleźli się na głównym dziedzińcu pałacu. 

Zewsząd  zbiegali  się  wojownicy.  Tym  razem  wydawali  się  pozbawieni  wątpliwości, 

czy zabić Coruma i Hanafaxa. Lecz zatrzymali się, dojrzawszy czterech zakapturzonych. 

- Oto są wasze nagrody - powiedział Corum. - Weźcie tylu, ilu chcecie, i wracajcie tam, 

skąd przyszliście. 

Kosy zalśniły w słońcu. Ragha-da-Khetowie rzucili się z krzykiem do ucieczki. 

Wrzaski były coraz głośniejsze. 

Czterech  zachichotało.  Potem  ryknęło.  Zaczęli  naśladować okrzyki  swych  ofiar,  gdy 

kosy poszły w ruch, a głowy jęły spadać z karków. 

Bliscy mdłości Corum i Hanafax pobiegli korytarzami pałacu. Hanafax prowadził i w 

końcu zatrzymali się przed jakimiś drzwiami. 

Krzyki  rozlegały  się  teraz  wszędzie  dookoła,  najgłośniej  hałasowała  jednak 

przerażająca czwórka. 

Hanafax wyłamał drzwi. W środku było ciemno. Zaczął szperać po pokoju. 

- Tutaj mieszkałem, gdy byłem jeszcze ich gościem. Zanim nie uznali, że obrażam ich 

Ariocha. Przyszedłem tu razem z latawcem. Teraz... 

Corum zobaczył żołnierzy biegnących korytarzem w ich kierunku. 

-  Odszukaj go szybko  -  rzucił w zakurzoną ciemność  i skoczył zablokować przejście 

mieczem. 

Tykowate  istoty  przystanęły  i  spojrzały  na  żelazo.  Uniosły  swe  maczugi  w  kształcie 

ptasich pazurów i powoli ruszyły na Coruma. 

Miecz Corum zrobił wypad  i rozciął wojownikowi gardło. Upadł plącząc swe ręce  i 

nogi. Innego trafił w oko. 

Krzyki  zamierały.  Czterej  sprzymierzeńcy  Coruma  wracali  do  swego  planu  z 

nagrodami wybranymi z ludu Ragha-da-Kheta. 

Za plecami Coruma Hanafax targał zakurzoną plątaninę jedwabiu i drewnianych listew. 

-  Mam  go,  Książę  Corumie.  Daj  mi  jeszcze  chwilę  czasu  na  przypomnienie  sobie 

odpowiedniego zaklęcia. 

Zamiast  ulec  przerażeniu  po  śmierci  towarzyszy,  Ragha--da-Kheta  zabierali  się  do 

walki na serio. Wykorzystując po części poległych jako osłonę, Corum nie ustawał w zabijaniu. 

Hanafax wykrzykiwał coś w obcym języku. Corum poczuł wzmagający się wiatr, który 

zatargał  jego  szkarłatnym  płaszczem.  Coś  uchwyciło  go  od  tym,  a  po  chwili  uniosło  w 

background image

powietrze ponad głowami wojowników i skierowało korytarzem w otwartą przestrzeń. 

Niespokojnie spojrzał w dół. 

Pod nim przemykało miasto. 

Hanafax wciągnął go do pudła z żółtego i zielonego jedwabiu. Corum miał wrażenie, że 

zaraz spadnie, lecz latawiec trzymał się powietrza. 

Obdarta i rozczochrana postać za nim szczerzyła zęby w uśmiechu. 

- Tak zatem wola Ariocha może zostać złamana - powiedział Corum. 

-  O  ile  i  w  tym  nie  jesteśmy  jego  instrumentami  -  powiedział  Hanafax  i  przestał  się 

uśmiechać. 

background image

Rozdział 4 

W KRAINACH PŁOMIENI

 

 

Corum przywykł z wolna do unoszenia się w powietrzu, lecz nadal nie było mu zbyt 

wygodnie w kolorowym pudle. Hanafax mamrotał coś do siebie, ścinając włosy i bokobrody, 

aż  w  końcu  wyłoniła  się  spod  nich  przystojna,  młoda  twarz.  Z  manifestacyjnym  spokojem 

wyrzucił  swe  łachmany  i włożył czystą kamizelkę oraz parę nogawic, które miał ze sobą  w 

tobołku. 

- Czuję się po tysiąckroć odrodzony. Dzięki ci, Książę Corumie, że odwiedziłeś miasto 

Arkę, zanim jeszcze zupełnie zdziadziałem! 

Corum  stwierdził,  że  Hanafax  nie  zwykł  zbyt  długo  pozostawać  w  jednym  nastroju, 

niemniej z natury był wyraźnie pogodnego usposobienia. 

- Dokąd ta latająca rzecz nas niesie, Hanafaksie? 

- Z tym jest mały problem - powiedział Hanafax. - To dlatego znalazłem się w kłopotach 

większych, niż ich szukałem. Nie mogę nim sterować. Leci tam, gdzie sam zechce. 

Byli akurat nad morzem. 

Corum  przytrzymał  się  listew  i  wbił  oczy  w  przestrzeń  przed  sobą,  a  Hanafax 

zaintonował  pieśń,  której  słowa  nie  oszczędzały  niczego,  ani  Ariocha,  ani  boga  Psa,  ani 

Wschodniego Ludu Mabden. 

Corum dojrzał coś pod nimi i powiedział oschle: 

- Radziłbym ci przestać złorzeczyć Ariochowi. Zdaje się, że lecimy nad Tysiącmilową 

Rafą. O ile wiem, jego domena leży gdzieś niedaleko stąd. 

- To daleko, chociaż... Mam nadzieję, że latawiec wkrótce posadzi nas na ziemi. 

Osiągnęli brzeg. Corum wytężał wzrok, by go rozpoznać. Chwilami wydawał się wodą 

- jak wielkie wewnętrzne morze - a chwilami woda znikała całkowicie i widać było tylko suchy 

grunt. Kotłowało się tak nieustannie. 

- Hanafaksie, czy to jest Urde? 

-  Sądzę,  że  jest  to  chyba  miejsce  zwane  Urde.  Przynajmniej  na  to  wygląda.  Niestała 

materia stworzona przez Władców Chaosu. 

- Władców Chaosu? Nie słyszałem dotąd tego określenia. 

-  Nie  słyszałeś?  No  cóż, to  ich  wola  rządzi  tobą.  Arioch  jest  jednym  z  nich.  Dawno 

temu,  w  wielkiej  wojnie  między  siłami  Ładu  a  Chaosu,  Chaos  wygrał  i  zaczął  rządzić  w 

Piętnastu Planach oraz, o ile mi wiadomo, także w wielu innych leżących poza nimi. Niektórzy 

background image

mówią,  że  Ład  został  definitywnie  pobity  i  wszyscy  jego  bogowie  zniknęli.  Mówią  też,  że 

Kosmiczna Równowaga została zakłócona zbyt silnie - Chaos przeważył - przez to właśnie tyle 

rzeczy zdarza się na świecie samowolnie. Mówi się, że kiedyś świat był okrągły, nie płaski jak 

talerz. Przyznaję, że zapewne trudno jest sobie to wyobrazić. 

- Parę legend Vadhaghów mówi, że naprawdę był kiedyś okrągły. t 

- Tak. Vadhaghowie zaczęli się rozwijać na krótko przedtem, nim Ład został wygnany. 

Oto dlaczego Władcy Mieczy nienawidzą Dawnych Ras aż tak bardzo. Nie są one ich dziełem, 

lecz  Wielkim Bogom  nie wolno  ingerować wprost w sprawy śmiertelników, toteż muszą to 

robić głównie rękami Mabdenów... 

- I to jest prawda? 

- To jedna z prawd, zawsze można ją odrzucić. - Hanafax wzruszył ramionami. - Znam 

też inne wersje tej samej opowieści. Lecz skłonny jestem wierzyć wspomnianej. 

- Ci wielcy bogowie - mówisz o Władcach Mieczy? 

-  Tak.  O  Władcach  Mieczy  i  innych.  Potem  są  jeszcze  Wielcy  Dawni  Bogowie,  dla 

których wszystkie miriady wymiarów Ziemi są tylko drobnym fragmentem większej mozaiki - 

znów  wzruszył  ramionami.  -  Takiej  kosmologii  nauczono  mnie,  gdy  byłem  kapłanem.  Nie 

mogę zaręczyć, że to prawda. 

Corum zamarł. Spojrzał w dół, gdzie przepływało teraz niegościnne pustkowie. Była to 

pustynia zwana Droonhazat, żółtobrązowa i wyraźnie bezwodna. Zrządzeniem losu dotarł w 

pobliże domeny Kawalera Mieczy szybciej, niż oczekiwał. 

A może nie był to tylko ślepy traf? 

Upał  narastał,  skutkiem  czego  piasek  poniżej  błyszczał  i  migotał.  Hanafax  zwilżył 

wargi. 

- Zbliżamy się niebezpiecznie do Krain Płomieni, Książę Corumie. Spójrz. 

Na horyzoncie Corum dojrzał wąską, drgającą Unię czerwonego światła. Niebo nad nią 

zabarwiało się purpurą. Z przerażeniem stwierdził, że pędzą wprost na ścianę płomieni, która 

rozciągała się w obu kierunkach, jak tylko daleko mógł dojrzeć. 

- Hanafaksie, spłoniemy żywcem - powiedział cicho. 

- Możliwe. 

- Nie ma sposobu, by zawrócić twój latawiec? 

-  Kiedyś  jeszcze  próbowałem.  Nie  po  raz  pierwszy  unosi  mnie  z  jednego 

niebezpieczeństwa w inne, gorsze... 

Ściana płomieni była już tak blisko, że Corum czuł jej żar bijący prosto w twarz. Słyszał 

huk i trzask ognia, który zdawał się żywić samym powietrzem. 

background image

- Takie rzeczy są przeciw naturze! - wykrztusił. 

- A czy nie na tym właśnie polegają czary? - powiedział Hanafax. - To robota Władcy 

Chaosu. Zakłócanie naturalnego porządku jest ostatecznie dla niego przyjemnością. 

- Ach, te czary. Dręczą mi umysł. Nie mogę znaleźć w nich logiki. 

-  Ponieważ  jej  nie  posiadają.  Są  doskonale  samowolne.  Władcy  Chaosu  są  wrogami 

Logiki,  manipulują  Prawdą,  są  Kreacjonistami  Piękna.  Zdziwiłbym  się,  gdyby  stworzyli 

Krainy Płomieni, nie mając na względzie również i estetycznych smaczków. Piękno - wiecznie 

zmieniające się piękno - oto po co żyją. 

- Złe piękno. 

- Sądzę, że notacje takie, jak „dobro” czy „zło” nie istnieją dla Władców Chaosu. 

- Wolałbym, żeby istniały. - Corum otarł rękawem pot z czoła. 

- I żeby zniszczyli całe piękno, które stworzyli? 

Corum  rzucił  Hanafaxowi  chłodne  spojrzenie.  Czy  Mabden  był  po  stronie  Kawalera 

Mieczy?  Czy  może  jego  kompan  w  rzeczywistości  wciągnął  go  w  pułapkę  swym 

towarzystwem? 

- Są jeszcze inne, doskonalsze rodzaje piękna, Sir Hanafaksie. 

- Owszem. 

Wszędzie  pod  nimi  wyły  wyciągające  się  ku  latawcowi  płomienie.  Ogarnął  ich  prąd 

wznoszący,  lecz  jedwab  zaczął  się  tlić.  Corum  był  pewien,  że  wkrótce  zostaną  pochłonięci 

przez ogień, że wpadną w czeluść tego pieca. 

Lecz na razie byli jeszcze ponad nim i nagle zobaczyli drugi kraniec muru płomieni. W 

samą porę, gdyż Corum czuł się w swej zbroi jak żółw przypiekany we własnej skorupie. 

Kawałek latawca odpadł płonąc. 

Hanafax,  którego twarz  była  już  cała  czerwona  i  ciało  opływało  potem,  chwycił  się 

listwy i wykrztusił: 

- Trzymaj się szkieletu, Książę Corumie! Łap się za wsporniki! 

Corum  schwycił  przebiegający  pod  nim  dźwigar,  gdy  płonący  jedwab  został 

gwałtownie zerwany z ramy i poleciał trzepocząc w ogień. Latawiec przechylił się i groziło mu, 

że  podąży  w  ślad  za  jedwabiem.  Gwałtownie  tracił  wysokość.  Corum  zakrztusił  się,  gdy 

rozpalone powietrze wdarło się do jego płuc. Prawa ręka pokryła się oparzeniami, chociaż lewa 

zdawała się zupełnie niewrażliwa na żar. 

Latawiec zachwiał się i zaczął spadać. 

Corumem miotało we wszystkie strony podczas tego szalonego opadania, lecz zdołał 

utrzymać się na listwie. Potem rozległ się trzask, potężny huk i Książę znalazł się pomiędzy 

background image

szczątkami latawca na szarym obsydianie, za sobą mając mur płomieni. 

Podniósł swe posiniaczone ciało. Wciąż było nieznośnie gorąco, a płomienie furczały w 

niepokojącej bliskości, wznosząc się na sto i więcej stóp w górę. Przetopiona skała, na której 

przystanął,  była  zielona  i  lśniła  odbijając  blask  ognia,  drżąc  lekko  pod  stopami.  Niedaleko 

płynęła leniwie rzeka lawy, na której powierzchni tańczyło nieco płomieni. Gdziekolwiek by 

spojrzał, widział tę samą lśniącą skalę, te same czerwone rzeki ognia. Obejrzał latawiec. Był 

całkiem bezużyteczny. Wśród połamanych listew leżał Hanafax i klął. 

-  Cóż  -  wstał  i  kopnął  osmaloną  ramę.  -  Już  nigdy  nie  poniesiesz  mnie  w  żadne 

niebezpieczeństwo! 

- Tak, tylko tego nam potrzeba - zauważył Corum. - To teraz może być ostatnie, jakie 

kiedykolwiek spotkamy. 

Hanafax podniósł z wraku swój pas z mieczem i zapiął go. Odnalazł przypalony płaszcz 

i zarzucił na ramiona. 

- Tak, zdaje się, że masz rację, Książę. Głupio skończyć w takim miejscu, co? 

- Jeśliby przejmować się niektórymi legendami Mabdenów - powiedział Corum - to już 

dawno  powinien  być  z  nami  koniec,  a  najpóźniej  tutaj  właśnie  winien  być  nasz  grób.  Czy 

niektóre piekła Mabdenów nie mają być właśnie wiecznie płonącym ogniem? 

Hanafax parsknął. 

- Może na Wschodzie. Cóż, nie możemy wrócić. Musimy chyba zatem iść naprzód. 

- Słyszałem, że dalej na północ leżą Lodowe Pustkowia - powiedział Corum. - Chociaż 

dlaczego nie topnieją, będąc tak blisko Krain Płomieni, to nie mam pojęcia. 

- Bez wątpienia jeszcze jedna sztuczka Władców Chaosu. 

- Niewątpliwie. 

Ruszyli  w  drogę  po  nierównych,  parzących  im  stopy  przy  każdym  kroku  skałach, 

oddalając się od ściany płomieni. Przeskakując co rusz ponad strumykami lawy, poruszali się 

tak powoli i tak krętą drogą, że już wkrótce musieli zatrzymać się, by odpocząć. Spojrzeli na 

odległe już płomienie, otarli twarze, wymienili odważne spojrzenia. Męczyło ich pragnienie, a 

głosy mieli ochrypłe. 

- Wydaje mi się, że jesteśmy zgubieni, Książę Corumie. 

Corum  przytaknął  zmęczonym  gestem.  Spojrzał  w  górę.  Ponad  nimi  jak  ogniste 

sklepienie gotowały się czerwone chmury. Wydawało się, że cały świat płonie. 

- Nie znasz zaklęcia przywołującego deszcz, Sir Hanafaksie? 

- Żałuję, ale nie. Kapłani nie zajmują się takimi prymitywnymi sztuczkami... 

-  Niemniej  są  to  użyteczne  sztuczki.  Ale  czarowników  cieszą  tylko  rzeczy  naprawdę 

background image

spektakularne... 

-  W  rzeczy  samej  -  przytaknął  Hanafax.  -  A  co  z twoimi  potęgami?  Czy  nie  możesz 

przywołać skądkolwiek jakiegoś wsparcia, choćby i z piekła mieli przychodzić twoi 

- Obawiam się, że ten sojusz może się przydać tylko w walce. A skąd przychodzą, nie 

mam pojęcia. Wydaje mi się, że czarownik, który wyposażył mnie w tę rękę i oko, sam nie miał 

o tym pojęcia. Dla niego to był eksperyment. 

- Nie wiem jak ty, ale ja zauważyłem, że słońce nie zachodzi nad Krainami Płomieni. 

Nie możemy oczekiwać nadejścia nocy, by nas uratowała. 

Corum  już  miał  odpowiedzieć,  gdy  zobaczył  jakieś  poruszenie  na  wzniesieniu  z 

czarnego obsydianu, całkiem niedaleko od nich. - Cicho, Sir Hanafaksie... 

Hanafax spojrzał przez zadymione gorące powietrze. 

- Co to jest? 

I wtedy się pokazali. 

Było  ich  około  dwudziestu,  dosiadali  zwierząt,  których  ciała  pokryte  były  cienką 

łuskowatą skórą, przypominającą blachę zbroi. Miały cztery krótkie łapy, rozszczepione stopy, 

splątane  rogi  wyrastały  im  koło  pysków,  małe  czerwone  oczka  wpatrywały  się  uważnie. 

Jeźdźcy byli od stóp do głów okryci czerwonymi ubiorami z jakiegoś lśniącego materiału, który 

pokrywał nawet ich twarze i dłonie. Za broń służyły im długie, haczykowate lance. 

W milczeniu otoczyli Coruma i Hanafaxa. 

Przez kilka długich chwil zalegała cisza, aż w końcu jeden z jeźdźców przemówił: 

- Co robicie w Krainach Płomieni, obcy? 

- Nie jesteśmy tu z własnego wyboru - odpowiedział Corum. - Przypadek skierował nas 

do waszego kraju. Jesteśmy pokojowo nastawieni. 

- Nie jesteście. Nosicie miecze. 

-  Nie  wiedzieliśmy,  że  ktoś  zamieszkuje  te  ziemie  -  powiedział  Hanafax.  -  Szukamy 

pomocy. Pragniemy stąd odejść. 

- Nikt nie może bezpiecznie opuścić Krain Płomieni. Nikt nie uniknie przy tym zagłady. 

- Głos był donośny i smutny. - Jest tylko jedno wyjście, które prowadzi przez Paszczę Lwa. 

- Czy nie moglibyśmy... 

Jeźdźcy zbliżyli się. Corum i Hanafax dobyli miecze. 

- Cóż, Książę Corumie, przyjdzie nam chyba umrzeć. 

Corum wykrzywił twarz. Zsunął opaskę z oka. Przez chwilę pole widzenia oka było 

zamglone,  lecz  po  chwili  znów  ujrzał  zaświaty.  Zawahał  się  przez  moment,  czy  nie  lepiej 

byłoby  umrzeć  w  rąk  mieszkańców  Krain  Płomieni,  lecz  już  widział  grotę,  w  której  stały 

background image

zamarłe w bezruchu wysokie postacie. 

Zaszokowany Corum rozpoznał w nich poległych wojowników Ragha-da-Khetów. Ich 

rany już nie krwawiły, oczy były szkliste, ubrania i zbroje rozerwane, broń w dłoniach. Ruszyli 

ku niemu, gdy tylko ręka wykonała gest przywołania. 

- Nie! To też są twoi wrogowie! - krzyknął Corum. 

Z ust martwego Króla Temgol-Lepa doszedł szept: 

- Służymy ci, panie. Czy dasz nam nagrodę? 

Corum opanował się. Z wolna przytaknął. 

- Tak, możecie ją sobie wziąć. 

Długonodzy  i  długoręcy  wojownicy  zwrócili  się  ku  jeźdźcom  z  Krain  Płomieni. 

Zwierzęta zacharczały i spróbowały się wycofać, lecz zostały zmuszone do pozostania przez 

jeźdźców. Ragha-da-Khetów było piętnastu. Zbiwszy się w grupki po dwóch, po trzech, unieśli 

maczugi i rzucili się na jeźdźców. 

Haczykowate lance zostały ciśnięte na wroga. Wiele trafiło, lecz nie zrobiły na rannych 

wrażenia. Zaczęli ściągać szarpiących się jeźdźców z siodeł. 

Corum patrzył, blady na twarzy. Wiedział już, że wtrąca wojowników z Krain Płomieni 

do tego samego piekła, z którego wezwał Ragha-da-Khetów. Jego wcześniejsza akcja wysłała 

Ragha-da-Khetów do tego piekła uprzednio. 

Na  lśniącej  skale  otoczonej  rzekami  czerwonego,  płynnego  kamienia  trwała  walka 

widm. Pazuropodobne maczugi zrywały z wojowników płaszcze, odsłaniając dziwnie znajome 

Corumowi twarze. 

- Stójcie! - krzyknął Corum. - Stójcie! Starczy! Nie zabijajcie więcej! 

Temgol-Lep podniósł na Coruma swe szkliste oczy. Martwy król miał włócznię wbitą 

na wylot w ciało, lecz zdawał się tego nie zauważać. Jego wargi poruszyły się. 

- Oni są naszą nagrodą, panie. Nie możemy przestać. 

- Ale to Vadhaghowie! Są tacy, jak ja! To mój lud! 

Hanafax położył rękę na ramieniu Coruma. 

- Już wszyscy są martwi, Książę Corumie. 

Łkając,  Corum  przypadł  do  ciał,  przyjrzał  się  twarzom.  Mieli  takie  same  podłużne 

głowy, takie same wielkie oczy o kształcie migdałów, takie same spłaszczone uszy. 

- Skąd wzięli się tutaj Vadhaghowie? - mruknął Hanafax. 

Temgol-Lep  odciągał  właśnie  na  bok  jedno  z  ciał,  wspomagany  przez  dwóch 

podwładnych. Łuskowate bestie rozproszyły się, niektóre usiłowały nierozważnie przejść przez 

rzeki lawy. 

background image

Okiem  Rhynna  Corum  zobaczył,  że  Ragha-da-Khetowie  zaciągnęli  ciała  do  swojej 

jaskini. Przeszły go ciarki i nasunął opaskę z powrotem. Oprócz kilku sztuk oręża, szczątków 

zbroi  i  strojów  oraz  znikających  już  wierzchowców,  nic  nie  pozostało  po  Vadhaghach  w 

Krainach Płomieni. 

-  Zgładziłem  swój  własny  lud!  -  krzyczał  Corum.  -  Skazałem  ich  na  przerażającą 

egzystencję w piekle! 

-  Czary  zazwyczaj  raptownie  wymykają  się  spod  kontroli  czarownika  -  powiedział 

cicho Hanafax. - To niezależna potęga, już mówiłem. 

Corum obrócił się ku Hanafaxowi. 

- Przestań mleć ozorem, Mabdenie! Czy nie rozumiesz, co zrobiłem? 

Hanafax trzeźwo przytaknął. 

- Rozumiem. Lecz stało się. Uratowaliśmy życie. 

-  Teraz do  moich  zbrodni  dodałem  bratobójstwo.  -  Corum  upadł  na  kolana,  rzucając 

miecz na skałę. Jego ciałem wstrząsnął szloch. 

- Kto płacze? 

Głos był smutny, kobiecy. 

- Kto płacze po Cirla-an-Venl, Krajach, Gdzie Teraz Rosną Płomienie? Kto wspomina 

ich słodkie łąki i wzgórza bez skazy? 

Corum podniósł głowę i wstał. Hanafax wpatrywał się już w zjawisko na skale ponad 

nimi. 

- Kto tu płacze? 

Kobieta była stara. Jej twarz była piękna, ponura i pomarszczona. Siwe włosy spływały, 

skręcając  się,  na  czerwony  płaszcz,  taki  sam  jak  te,  które  nosili  wojownicy.  Siedziała  na 

podobnej, rogatej bestii. Była kobietą Vadhaghów, bardzo kruchą. Tam, gdzie powinny być jej 

oczy, widniały białe blizny cienkiej tkanki. 

- Jestem Corum Jhaelen Irsei, pani. Co się stało, że nie widzisz? 

-  Sama  wybrałam  ślepotę.  Wolałam  to  niż  widok  mojej  ziemi  dotkniętej  klęską. 

Wyłupiłam sobie oczy. Jestem Oorese, Królowa Cirla-an-Venl i mam dwudziestu poddanych. 

Corum poczuł suchość w gardle. 

- Zgładziłem twoich ludzi, pani. Oto czemu płaczę. 

Jej twarz nie drgnęła. 

- Byliśmy i tak skazani na zagładę - powiedziała. - Lepiej, że już nie żyją. Dziękuję ci, 

Obcy, za uwolnienie ich. Może zadbasz i o moje wytchnienie. Żyję tylko o tyle, o ile istnieje 

pamięć o Cirla-an-Venl - przerwała. - Dlaczego używasz imienia VYedragha? 

background image

-  Jestem  z  Vadhaghów,  czy  Vedraghów,  jak  ty  ich  nazywasz;  jestem  z  kraju  na 

południu. 

- Więc Vedraghowie poszli na południe. Czy miłe są ich krainy? 

- Są bardzo miłe. 

- A twój lud, czy jest szczęśliwy, Książę w Szkarłatnym Płaszczu? 

- Oni nie żyją, Królowo Oorese. 

- Wszyscy? Wszyscy prócz ciebie? 

- I prócz ciebie, moja Królowo. 

Uśmiech pojawił się na jej ustach. 

-  Powiedział,  że  wszyscy  zginiemy,  gdziekolwiek  byśmy  się  schronili,  do 

któregokolwiek wymiaru byśmy umknęli. Było jednak i inne proroctwo - że kiedy umrzemy, 

wtedy zginie i on. Zignorował to, jak pamiętam. 

- Kto tak powiedział, pani? 

-  Kawaler  Mieczy.  Książę  Chaosu,  Arioch.  To  on  odziedziczył  Pięć  Wymiarów  w 

pradawnej  bitwie  między  Ładem  a  Chaosem.  To  on,  przybywszy  tutaj,  zażyczył  sobie,  by 

gładka  skała  zakryła  nasze  piękne  wzgórza,  by  wrząca  lawa  płynęła  w  naszych  spokojnych 

potokach,  by  płomienie  rosły  tam,  gdzie  była  zielona  puszcza.  Książę  Arioch  uczynił  to 

proroctwo. Lecz Lord Arkyn, zanim odszedł na wygnanie, wypowiedział to drugie. 

- Lord Arkyn? 

-  Władca  Ładu,  który  rządził  tu,  zanim  nie  przyszedł  Arioch.  Powiedział,  że 

wyniszczenie starych ras sprowadzi na uzurpatora klęskę i zniweczy jego moc nad Pięcioma 

Wymiarami. 

- Życzenie miłe memu uchu - mruknął Hanafax. - Wątpię jednak, żeby było prawdziwe. 

- Zapewne może być tak, że sami się oszukujemy kłamstwami o szczęśliwszych czasach 

i możesz mieć rację ty, który mówisz z akcentem Mabdenów. Lecz nie zaznałeś tego, co my, 

gdyż jesteś jednym z dzieci Ariocha. 

Hanafax wyprostował się. 

- Jego dziećmi to może jesteśmy, Królowo Oorese, lecz jego niewolnikami na pewno 

nie. Dotarłem tutaj, gdyż złamałem wolę Ariocha. 

Ponownie uśmiechnęła się na swój smutny sposób. 

- Niektórzy mówią, że zagłada Vedraghów była ich własnym dziełem, gdyż walcząc z 

Nhadraghami naruszyli porządek rzeczy ustalony przez Lorda Arkyna. 

- Bogowie są mściwi - rzucił Hanafax. 

- Lecz ja też jestem mściwa, Panie Mabdenów - powiedziała Królowa. 

background image

- Chodzi o to, że zabiliśmy twoich poddanych? 

Machnęła wiekową ręką okazując brak zainteresowania tym problemem. 

-  Nie.  Oni  was  zaatakowali.  Wy  się  broniliście.  Było,  jak  było.  Mówię  o  Księciu 

Ariochu i jego zachciance, która kwitnącą krainę obróciła wniwecz, w martwy ląd wiecznych 

płomieni. 

- Chciałabyś zatem zemścić się na nim? - spytał Corum. 

-  Kiedyś  były  nas  setki.  Jednego  po  drugim  wysyłałam  w  Paszczę  Lwa,  by  zgładził 

Kawalera Mieczy. Nikt tego nie dokonał. Żaden nie wrócił. 

-  Co to  jest Paszcza Lwa?  -  spytał Hanafax.  - Słyszeliśmy, że  jest to  jedyna  możliwa 

droga opuszczenia Krain Płomieni. 

- Tak, lecz nie opuszczenia. Ci, którzy przeszli nawet przez Paszczę Lwa, nie przetrwali 

tego, co spotkali za nią. Tam właśnie stoi pałac Księcia Ariocha. 

- I nikt nie da sobie z nim rady? 

- Może jakiś wielki bohater... - Niewidoma królowa zwróciła twarz ku niebu. - Tylko 

wielki bohater, Książę. 

- Niegdyś Vadhaghowie nie wierzyli w takie bohaterstwo - powiedział gorzko Corum. 

Przytaknęła. 

-  Pamiętam,  lecz  wtedy  takiej  wiary  nie  potrzebowali.  Corum  milczał  przez  chwilę. 

Potem powiedział: 

- Gdzie jest ta Paszcza Lwa, Królowo? 

- Poprowadzę cię do niej, Książę Corumie. 

background image

Rozdział 5 

PRZEZ PASZCZĘ LWA

 

 

Królowa  dała  im  wody  z  baryłki,  która  przypięta  była  do  siodła,  i  wezwała  dwa  z 

wałęsających się po okolicy wierzchowców. Corum  i Hanafax dosiedli  ich, chwycili cugle  i 

podążyli  za  nią  po  czarnym  i  zielonym  obsydianie,  między  płytami  którego  płynęły  rzeki 

płomieni. 

Wprawdzie niewidoma, lecz prowadziła zwierzę pewnie, opowiadając bez wytchnienia, 

gdzie co było, co rosło niegdyś w miejscach, które mijali, tak jakby pamiętała każdy kwiat i 

drzewo owej zaginionej krainy. 

Po przebyciu znacznej drogi zatrzymała się i wskazała prosto przed siebie. 

- Co tam widzicie? 

Corum wbił wzrok w kłębiące się dymy. 

- Wygląda jak wielka skała... 

- Podjedziemy bliżej - powiedziała. 

Gdy  podjechali,  Corum  ujrzał  dokładnie,  co  to  jest.  W  rzeczy  samej,  była  to 

gigantyczna skała. Skała z gładkiego  i  lśniącego kamienia, który  błyszczał  jak czyste złoto. 

Była  tak  ukształtowana,  by  dokładnie,  do  ostatniego  detalu,  odtwarzać  łeb  wielkiego  lwa  z 

rozwartą w ryku, uzębioną paszczą. 

- Bogowie! Kto popełnił coś takiego? - mruknął Hanafax. 

- To dzieło Ariocha - powiedziała Królowa. - Kiedyś wznosiło się tutaj nasze spokojne 

miasto. Teraz żyjemy - żyliśmy - w jaskiniach pod ziemią, gdzie biją źródła i gdzie jest nieco 

chłodniej. 

Corum wpatrywał się w nienaturalnej wielkości głowę lwa. Potem spojrzał na Królową 

Oorese. 

- Ile masz lat, Królowo? 

- Nie wiem. Czas nie istnieje w Krainach Płomieni. Może z dziesięć tysięcy... 

 

Daleko przed nimi tańczyła inna ściana płomieni. Corum zwrócił na to uwagę. 

-  Jesteśmy  otoczeni  przez  płomienie  ze  wszystkich  stron  -  powiedziała  Królowa.  - 

Kiedy Arioch je stworzył, wielu rzuciło się w ich otchłań, woląc to od widoku spustoszenia. W 

ten sposób zginął mój mąż, moi bracia i wszystkie moje siostry. 

Corum  spostrzegł,  że  Hanafax  był  teraz  jakby  mniej  rozmowny.  Głowę  miał 

background image

opuszczoną i obejmował ją co pewien czas, wyraźnie zakłopotany. 

- Co jest, przyjacielu? 

- Nic, Książę Corumie. Ból głowy. Bez wątpienia od gorąca. 

Nagle doszedł ich pojedynczy, zawodzący dźwięk. Hana-fax podniósł głowę, szeroko 

otwierając oczy, w których odbijało się pytanie. 

- Co to jest? 

- Lew śpiewa - powiedziała Królowa. - Wie, że się zbliżamy. 

Nagle z gardła Hanafaxa dobył się podobny głos, tak jakby jeden pies naśladował wycie 

drugiego. 

-  Hanafaksie,  przyjacielu!  -  Corum  podjechał  wierzchowcem  blisko  rumaka 

towarzysza. - Co ci dolega? 

Hanafax patrzył na niego nieprzytomnie. 

- Nic, mówiłem ci, gorąco... 

Jego twarz wykrzywiła się. 

- Aaaa! Boli! Nie będę! Nie będę! 

Corum zwrócił się do Królowej. 

- Nie wiesz, czy zdarzało się coś takiego wcześniej? 

Zamarła, zamyślona raczej niż nasłuchująca Hanafaxa. 

- Nie - powiedziała w końcu. - Chociaż... 

- Ariochu! Już nie będę! - Hanafax zaczął dyszeć, z wyraźnym trudem łapiąc powietrze. 

Wtedy obca ręka Coruma podniosła się z siodła, gdzie dotąd przytrzymywała cugle. 

Usiłował  ją  opanować,  lecz  zmierzała  prostu  ku  twarzy  Hanafaxa,  prostując  palce. 

Palce  te  zagłębiły  się  w  oczy  Mabdena.  Wepchnęły  się  głęboko,  sięgając  mózgu.  Hanafax 

krzyczał. 

- Nie, Corumie, proszę... Dam temu radę... aaaaa! 

Ręka Kwlla rozluźniła się, jej palce ociekały krwią i mózgiem Hanafaxa. Pozbawione 

życia ciało Mabdena spadło z siodła. 

- Co się dzieje?! - zawołała Królowa Oorese. 

Corum wpatrywał się w zbrukaną rękę, ponownie spokojną i posłuszną. 

- To nic - wymamrotał. - Zabiłem mojego przyjaciela. 

Gwałtownie podniósł głowę. 

Ponad  nim,  na  wzgórzu,  majaczyła  postać,  która  go  obserwowała.  Potem  nadpłynął 

dym, zakrywając to miejsce, i nie zobaczył już nic więcej. 

-  Domyślasz  się  już  zatem  tego,  czego  ja  się  domyśliłam  Książę  w  Szkarłatnym 

background image

Płaszczu. 

- Niczego się nie domyślam. Zabiłem przyjaciela. Tyle wiem. Pomagał mi. Wskazywał 

mi... - Corum przełkną z wysiłkiem. 

- To był tylko Mabden, Książę Corumie. Tylko Mabden, sługa Ariocha. 

- Nienawidził Ariocha! 

-  Lecz  Arioch  odnalazł  go  i  opanował.  Mógł  próbował  nas  zabić.  Dobrze  zrobiłeś 

uśmiercając go. Mógł cię zdradzić, Książę. Corum popatrzył na nią przekrwionymi oczami. 

- Powinienem pozwolić mu to zrobić. Dlaczego ja żyję? 

- Ponieważ jesteś Vedraghiem. Ostatnim Vedraghiem, który może pomścić swoją rasę. 

- A niech znika nie pomszczona! Zbyt wiele zbrodni dokonało się już w imię tej zemsty! 

Zbyt wielu nieszczęśników spotkał okrutny los! Czy imię Vadhaghów będzie wspominane z 

miłością, czy też cedzone z nienawiścią? 

-  Już  wymienia  się  je  z  nienawiścią.  Arioch  o  to  zadbał.  Oto  Paszcza  Lwa.  Żegnaj, 

Książę w Szkarłatnym Płaszczu! - I Królowa Oorese popędziła swą bestię do galopu, znikając 

za wielką skałą, kierując się na szeroką ścianę płomieni za nią. 

Corum wiedział, co zamierzała uczynić. 

 

Spojrzał na ciało Hanafaxa. Serdeczny przyjaciel nie miał się już nigdy uśmiechnąć, a 

jego dusza była teraz bez wątpienia poddawana zachciankom Ariocha. 

Znów był sam. 

Nagle drgnął. 

Dziwny, zawodzący dźwięk ponownie dobył się z Paszczy Lwa. Zdawał się go wzywać. 

Wzruszył ramionami. Jakie to może mieć znaczenie, czy zginie teraz, czy może później? Tyle 

tylko, że jeśli zginie, to nikt już przez niego nie ucierpi. 

Powoli ruszył w kierunku Paszczy Lwa. Im bliżej podjeżdżał, tym szybciej się poruszał, 

tak że w końcu z rozgłośnym krzykiem przemknął przez rozwarte szczęki w ciemną pustkę za 

nimi! 

 

Bestia  potknęła  się,  zgubiła  krok,  upadła.  Corum  został  gładko  wyrzucony  z  siodła. 

Podniósł się i zaczął po omacku szukać cugli. Lecz zwierzę zawróciło i uciekało galopem ku 

światłu dnia migoczącemu czerwono i żółto w otworze wejścia. 

Umysł Coruma zamarł na chwilę i Książę też ruszył ku wejściu. Potem przypomniał 

sobie martwą twarz Hanafaxa i zawrócił w głęboką ciemność. 

Maszerował dość długo. W Paszczy Lwa było chłodno i zaczął zastanawiać się, czy to, 

background image

co przekazała mu Królowa Oorese, nie było tylko przesądną opowieścią, gdyż wnętrze skały 

zdawało się jedynie wielką jaskinią. 

Wtedy dobiegły go szmery. 

Wydało  mu  się,  że  widzi  śledzące  go oczy.  Oskarżycielskie?  Nie,  po  prostu  wrogie. 

Wydobył miecz. Zatrzymał się, rozglądając wokoło. Zrobił następny krok do przodu. 

Był  w  wirującej  pustce.  Wokół  niego  rozbłyskiwał}  kolory,  coś  zawodziło,  śmiech 

wypełniał mu głowę. Spróbował zrobić następny krok. 

Stał na kryształowej płycie, w której, pod jego stopami uwięzione były miliony istot - 

Vadhaghów,  Nhadraghów  Mabdenów,  Ragha-da-Khetów  i  wielu  innych,  których  ni< 

rozpoznawał.  Byli  mężczyźni,  kobiety,  wszyscy  mieli  otwarto  oczy,  twarze  przyciskali  do 

kryształu, wszyscy wyciąga! ręce, jakby szukali oparcia. Wszyscy się w niego wpatrywali 

Spróbował rozkruszyć kryształ mieczem, lecz nie zrobi nawet rysy. 

Poszedł dalej. 

Zobaczył Pięć Wymiarów, jeden nakładający się na drugi tak jak wyobrażał je sobie w 

dzieciństwie i jak widzieli to jego przodkowie. Był w komnacie, w puszczy, dolinie, ni polu, 

znów w innej puszczy. Usiłował zakotwiczyć się w jednym konkretnym wymiarze, lecz został 

powstrzymany 

Coś  rozwrzeszczanego  podeszło  od  tyłu  i  zaczęło  dziobać  jego  ciało.  Odegnał  to 

mieczem. Zniknęło. 

Szedł po lodowym moście, który topniał. Zębate paszcze czyhały na niego poniżej. Lód 

pękał. Corum tracił oparcie Spadł. 

Spadł w wir wrzącej materii, która formowała kryształy i zaraz je niszczyła. Zobaczył 

całe miasta powoływane do istnienia i następnie burzone. Zobaczył istoty, niektóre piękne, inne 

odstręczająco  brzydkie.  Zobaczył  rzeczy,  które  mógłby  pokochać,  i  inne,  zmuszające  go  do 

krzyku i wzbudzające nienawiść. 

I znów był w ciemności wielkiej jaskini, gdzie coś chichotało i uskakiwało spod jego 

stóp. 

Corum  pojął,  że  każdy,  kto  nie  doświadczył  tyle  grozy,  ile  jemu  się  dotąd  zdarzyło 

przeżyć, musiałby tutaj oszaleć. Otrzymał od Shoola coś jeszcze, prócz Ręki i Oka. Otrzymał 

zdolność stawiania czoła najgorszym zdarzeniom i zjawiskom, będąc na ich skutki naprawdę 

odpornym. 

A to, pomyślał, oznacza również, że coś stracił... 

Zrobił następny krok. 

Stał po kolana w śliskiej substancji bez kształtu, która żyła. Zaczęła go wsysać. Uderzył 

background image

mieczem. Był już w niej po pas. Ciężko łapał powietrze, naprężył mięśnie i uwolnił się z niej. 

Stał  u  stóp  budowli  z  lodu,  a  za  nim  milion  mutacji  Coruma.  Był  tam  i  niewinny,  i 

wesoły sprzed nadejścia Mabdenów, był skrzywiony z lśniącym okiem i morderczą ręką, był 

umierający... 

Następny krok. 

Zalewała go krew. Usiłował znaleźć grunt pod nogami. Głowy czterech zakapturzonych 

postaci wyrosły przed nim i rzuciły mu się zębami do twarzy. Instynkt kazał mu się cofać, lecz 

popłynął im naprzeciw. 

Stał  w  tunelu  ze  srebra  i  złota.  Na  jego  końcu  widniały  drzwi,  zza  których  słyszał 

odgłosy krzątaniny. 

Miecz w rękę - naprzód! 

Dziwny, rozpaczliwy śmiech wypełniał rozległą galerię, na której się znalazł. 

Wiedział, że dotarł do Dworu Kawalera Mieczy. 

background image

Rozdział 6 

BOSCY BIESIADNICY

 

 

Corum poczuł się przytłoczony przestronnością sali. Swe kłopoty, pragnienia, minione 

lęki i starania, emocje ujrzał skarlałymi i pozbawionymi znaczenia. Jego nastrój potęgowało nie 

spełnione oczekiwanie, że Arioch stawi mu czoło zaraz za drzwiami swego pałacu. 

Lecz  wkroczenie  Coruma  pozostało  zupełnie  nie  zauważone.  Z  galerii  ponad  nim 

dobiegał  śmiech  -  walczyły  tam  dwa  pokryte  łuską  demony,  z  długimi  rogami  i  jeszcze 

dłuższymi ogonami. Walcząc zaśmiewały się, chociaż oba zdawały się o włos od śmierci. 

Na tej walce była skupiona bez reszty uwaga Ariocha. 

Kawaler  Mieczy  -  Książę  Chaosu  -  leżał  na  stercie  nieczystości  i  żłopał  coś  bardzo 

smrodliwego z brudnego kielicha. Był chorobliwie otyły; całe ciało trzęsło się w rytm śmiechu. 

Leżał  nagi, a szczegółami  budowy przypominał  Mabdena. Na jego ciele, szczególnie wokół 

miednicy, widniały strupy i wrzody. Twarz była brzydka i nalana, a jego zęby, gdy otworzył 

usta, wyglądały na zepsute. 

Corum nigdy nie rozpoznałby w nim boga, gdyby nie jego rozmiary, gdyż Arioch był 

wielki jak zamek, a miecz, symbol jego potęgi, gdyby postawić go na sztorc, sięgałby wyżej niż 

najwyższa wieża Zamku Erorn. 

Ściany sali zbudowane  były z nieprzeliczonych czarnych cegieł  i  sięgały wysoko ku 

odległemu  sklepieniu  zakrytemu  przez  tłusty  dym.  Wnętrza  tych  cegieł  były  wydrążone  i 

zajmowali je przeważnie Mabdenowie w różnym wieku. Corum zobaczył, że większość z nich 

była naga. Zajmowali się kopulacją, walką, torturowaniem się nawzajem. Gdzie indziej były 

uwięzione  odmienne  stworzenia,  w  większości  łuskowate,  podobne  nieco  do  Shefanhowów 

walczących na galerii, tyle że mniejsze. 

Miecz Ariocha był czarny jak smoła i pokryty wieloma zdobieniami szczególnej roboty. 

Pracowali przy nim Mabdenowie. Klęczeli i polerowali zdobienia, inni z kolei wspięli się na 

jelec i myli go lub też, siedząc okrakiem na rękojeści, naprawiali złoty drut, który ją spowijał. 

Pozostali też mieli zajęcie. Jak wszy pełzali i biegali po olbrzymim cielsku boga, rwąc 

skórę zębami, pożywiając się jego krwią i ciałem. Arioch zdawał się pozostawać obojętny na 

całą tę działalność. Nadal interesował się wyłącznie śmiertelną walką na galerii powyżej. 

I to miał być ten wszechpotężny Arioch, żyjący jak pijany chłop w chlewie? Byłażby to 

ta  właśnie  przepełniona  złem  istota,  która  wymazywała  całe  narody,  która  wypowiedziała 

wendetę wszystkim rasom wzrosłym na Ziemi przed jej nadejściem? 

background image

Śmiech  Ariocha wstrząsnął podłogą. Niektórzy z pasożytujących Mabdenów odpadli 

od  jego  ciała.  Paru  bez  szwanku,  inni  leżeli  z  przetrąconymi  karkami  lub  połamanymi 

kończynami,  niezdolni  do  ruchu.  Ich  kompani  nie  zwracali  uwagi  na  te  nieszczęścia,  nie 

przerywając wędrówki po ciele boga, oddzierając od niego zębami małe skrawki. 

Włosy Ariocha były długie i gładkie. Również i tutaj Mabdenowie buszowali i walczyli 

o  skrawki  żywności  przyczepione  do  kosmyków.  Wszędzie  na  ciele  boga  kłębili  się 

Mabdenowie, polując na kąski i gryzy lub chociaż tylko skrawki ciała. 

Oba demony padły. Jeden z nich był martwy, drugi prawie martwy, lecz wciąż zanosił 

się szalonym śmiechem. Śmiech ustał. 

Arioch poklepał się i podrapał po brzuchu, zabijając ponad tuzin Mabdenów. Przyjrzał 

się  krwawym  śladom  pozostałym  na  jego  dłoni  i  machinalnie  wytarł  ją  o  włosy.  Żywi 

Mabdenowie natychmiast rzucili się na resztki i pożarli je. 

Potem  z  ust  boga  dobiegło  sapnięcie,  a  brudny  boży  palec  rozmiarów  sporej  topoli 

zaczął dłubać w nosie. 

Corum  zobaczył,  że  pod  galeriami  otwierają  się  przejścia,  za  którymi  wznoszą  się 

kręcone  schody.  Nie  miał  jednak  pojęcia,  gdzie  może  być  najwyższa  wieża  pałacu.  Cicho 

stawiając stopy, ruszył na obchód sali. 

Uszy  Ariocha  wychwyciły  ten  dźwięk  i  bóg  został  zaalarmowany.  Podniósł  głowę  i 

zlustrował podłogę. Wielkie oczy skupiły uwagę na Corumie, a monstrualna łapa wyciągnęła 

się, by go ująć. 

Corum dobył  miecz, podniósł go i ciął  łapsko, lecz Arioch roześmiał się  i przysunął 

sobie Vadhagha bliżej. 

- Co to jest? - zahuczał głos. - Żaden z moich. Żaden z moich. 

Corum nadal usiłował walczyć z łapą, lecz nawet głębokie rany nie robiły na  Ariochu 

wrażenia. Zza jego ramion, spoza uszu, spomiędzy przetłuszczonych włosów, oczy Mabdenów 

przyglądały się Corumowi ze strachem i ciekawością. 

- Żaden z moich - znów zagrzmiał Arioch. - To jego. To jego. 

- Czyj?! - krzyknął Corum, wciąż się szamocząc. 

-  Tego,  po  którym  odziedziczyłem  ten  zamek.  To  był  uparty  gość.  Arkyn.  Arkyn  od 

Ładu.  To  jeden  z  jego.  Myślałem,  że  już  ich  nie  ma.  Nie  mogę  pilnować  wszystkich 

stworzonek, które nie są mojego wyrobu. Nigdy nie rozumiem, o co im chodzi... 

- Ariochu! Zniszczyłeś cały mój lud! 

- Aaaa... To dobrze. Wszystkich, mówisz? Dobrze. Czy po to przyszedłeś, by przekazać 

mi tę wiadomość? Dlaczego nie usłyszałem jej wcześniej od moich żyjątek? 

background image

- Puść mnie! - wrzasnął Corum. 

Arioch otworzył rękę i Corum odskoczył swobodny, łapiąc powietrze. Nie-oczekiwał, 

że Arioch spełni to żądanie. 

A potem pojął całą niesprawiedliwość losu. Arioch nie żywił złości wobec Vadhaghów. 

Obchodzili go mniej niż pasożytujący na nim Mobdenowie. On tylko, tak jak zwykł to robić 

malarz  przed  przystąpieniem  do  nowego  dzieła,  ścierał  ze  swej  palety  stare  kolory.  Całe 

cierpienie i wszystkie nieszczęścia, których zaznał Corum i jego pobratymcy, były wynikiem 

kaprysu beztroskiego boga, co przypadkiem tylko zwrócił uwagę na Świat, który otrzymał, by 

nad nim panować. 

Nagle Arioch zniknął. 

Na jego miejscu stała inna istota. 

Zniknęli też wszyscy Mabdenowie. 

Ta nowa postać była urodziwa i patrzyła na Coruma zimno i z dumą. Ubrana w czerń i 

srebro, z miniaturową wersją czarnego miecza przy boku. Jej gesty były kpiarskie. Uśmiechała 

się. Była kwintesencją zła. 

- Kim jesteś? - rzucił Corum. 

-  Książę  Arioch,  twój  władca.  Jestem  Lordem  Piekieł,  Szlachcicem  z  Królestwa 

Chaosu, Kawalerem Mieczy. Jestem twoim wrogiem. 

- Więc to ty jesteś moim wrogiem... Tamta postać nie była twoją prawdziwą? 

- Mogę być taki, jakim ty zażyczysz sobie mnie widzieć, Książę Corumie. Co w tym 

kontekście znaczy „prawdziwa”? Mogę być taki, jakim być postanowię lub jakim wybierzesz 

mnie ty, jeśli masz na to ochotę. Nazwij mnie złym, a przywdzieję złą postać, nazwij dobrym - 

.a przybiorę kształt, który wyrażać będzie samo dobro. Nie dbam o to. Chcę jedynie istnieć w 

spokoju, jak możesz się przekonać. Spędzać dobrze mój czas. A jeśli chcesz tu odegrać jakąś 

sztukę własnego pomysłu, też w niej zagram, aż nie zacznie mnie to nudzić. 

- Tylko na tyle starcza ci ambicji? 

-  Co?  Co?  Na  tyle?  Nie,  nie  sądzę.  Nie  wtedy  przynajmniej,  gdy  toczyłem  walkę  z 

Władcami Ładu, którzy przede mną rządzili tymi wymiarami. Lecz to ja wygrałem i zasłużyłem 

sobie na to, co posiadam. Czy nie tego samego pragną wszystkie żywe stworzenia? 

- Zapewne tak - przytaknął Corum. 

- Właśnie - uśmiechnął się Arioch. - I co teraz, Mały Corumie z Vadhaghów? Musisz 

zostać wkrótce zgładzony, wiesz o tym. Po prostu i dla mojego świętego spokoju. Dobrze się 

sprawiłeś,  docierając  do  tego  dworu.  Ugoszczę  cię  w  nagrodę,  a  potem  w  jakiejś  chwili, 

strzepnę. Wiesz już dlaczego. 

background image

Corum popatrzył groźnie. 

- Nie zostanę „strzepnięty”, Książę. Czemu miałbym...? 

Arioch podniósł rękę do swej pięknej twarzy i ziewnął. 

- A czemu nie? Co mogę zrobić, by cię rozerwać? 

Corum zawahał się. Potem powiedział: 

- Czy pokażesz mi cały swój zamek? Tak wielkiego dotąd nie widziałem. 

Arioch podniósł brwi. 

- Tylko tyle...? 

- Na razie. 

Arioch uśmiechnął się. 

- Bardzo dobrze. Wprawdzie sam dotąd całego nie obejrzałem, lecz chodź. 

Położył delikatną rękę na ramieniu Coruma i poprowadził go przez drzwi. 

Podczas gdy szli galerią o ścianach z błyszczącego marmuru, Arioch przemawiał do 

Coruma całkiem rozsądnie niskim hipnotyzującym głosem: 

- Widzisz, Corumie, przyjacielu. Te Piętnaście Wymiarów pogrążone było w stagnacji. 

Co robili Vadhaghowie i reszta? Nic. Mieliście wielkie opory przed ruszeniem się ze swoich 

zamków  i  miast.  Przyroda  -  rok  za  rokiem  -  rodziła  maki  i  stokrotki.  Władcy  Praw  byli 

zadowoleni i przekonani, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nic się nie działo. Ja, mój 

brat Mabelrode i moja siostra Xiombarg wnieśliśmy do tego świata sporo życia... 

- Kim oni są? 

-  Sądzę,  że  znasz  ich  jako  Króla  Mieczy  i  Królową  Mieczy.  Każde  z  nich  włada 

pozostałymi Pięcioma Wymiarami. Wygraliśmy je nie tak dawno temu od Władców Ładu. 

- I zaczęliście niszczenie wszystkiego, co słuszne i mądre. 

- Jeśli Ty tak twierdzisz, śmiertelniku. 

Corum  zamilkł.  Jego  zdolność  rozumowania  słabła  pod  wpływem  głosu  Ariocha. 

Odwrócił się. 

- Sądzę, że mnie okłamujesz, Książę. Twoją ambicją musi być coś więcej niż tylko to. 

-  Sprawa  punktu  widzenia,  Corumie.  Kierujemy  się  swymi  kaprysami.  Teraz  zaś 

jesteśmy potężni i nie możesz nas sięgnąć. Czemu mielibyśmy być mściwi? 

-  Zostaniecie  zatem  zniszczeni,  tak  jak  stało  się  to  z  Vadhaghami.  Z  tych  samych 

powodów. 

Arioch wzruszył ramionami. 

- Może. 

- Masz potężnego wroga w osobie Shoola ze Svi-an-Fanla-Brool! Chyba winieneś się 

background image

go obawiać. 

- Znasz zatem Shoola - Arioch zaśmiał się melodyjnie. - Biedny Shool. Oczernia nas i 

knuje spiski. Jest zabawny, prawda? 

- Jest jedynie zabawny? - nie dowierzał Corum. 

- Tak - jedynie zabawny. 

- Twierdzi, że nienawidzisz go, ponieważ jest prawie tak potężny jak ty sam. 

- Niczego nie nienawidzę. 

- Nie wierzę ci, Ariochu. 

- Jak śmiertelnik może nie wierzyć bogu? 

Szli teraz po spiralnej rampie, która wyglądała jak zbudowana wyłącznie ze światła. 

Arioch zatrzymał się. 

- Sądzę, że zbadamy inną część pałacu. Ta droga prowadzi jedynie do wieży. 

Przed  nimi  Corum  ujrzał  drzwi,  na  których  pulsował  znak:  osiem  strzał 

rozmieszczonych wokół koła. 

- Co to za znak, Ariochu? 

- Nic takiego. Herb Chaosu. 

- A co znajduje się za tymi drzwiami? 

-  Tylko  wieża  -  Arioch  zniecierpliwił  się.  -  Chodź,  jest  tu  jeszcze  wiele  innych 

interesujących zakątków. 

Corum poszedł za nim niechętnie. Pomyślał, że właśnie widział miejsce, gdzie Arioch 

przechowuje swoje serce. 

Przez  kilka  następnych  godzin  chodzili  po  pałacu,  podziwiając  jego  cuda.  Wszystko 

tutaj było lekkie i piękne, ani śladu ponurości. Dało to Corumowi nieco do myślenia i jasne się 

stało, że Arioch go oszukuje. 

Wrócili do holu. 

Ludzkie  wszy  zniknęły.  Zniknął  też  brud.  Na  środku  sali  stał  nakryty  stół,  a  na  nim 

różne potrawy i wino. Arioch zaprosił Coruma gestem. 

- Czy zjesz ze mną obiad, Książę Corumie? 

Corum skrzywił się ironicznie. 

- Zanim mnie zgładzisz? 

Arioch zaśmiał się. 

-  Jeśli  chcesz  pożyć  jeszcze  przez  chwilę,  nie  mam  obiekcji.  Wiesz,  że  nie  możesz 

opuścić mojego pałacu. A póki twoja naiwność mnie bawi, po cóż miałbym cię zabijać? 

- I nie boisz się mnie? 

background image

- Ani trochę. 

- Nie boisz się tego, co reprezentuję? 

- A co takiego reprezentujesz? 

- Sprawiedliwość. 

Arioch znów się roześmiał. 

- Myślisz w ograniczony sposób. Nie ma czegoś podobnego! 

- Żyłem już, gdy rządzili tutaj Władcy Ładu. 

-  Wszystko  może  istnieć  tylko  przez  krótką  chwilę  -  nawet  sprawiedliwość.  Lecz 

prawdziwym stanem wszechświata jest anarchia. Tragedia śmiertelników polega na tym, że nie 

potrafią tego zaakceptować. 

Corum nie znalazł odpowiedzi. Usiadł przy stole i zabrał się do jedzenia. Arioch nie jadł 

razem z nim, siadł jedynie po przeciwnej stronie stołu i nalał sobie wina. Corum przestał jeść. 

Arioch uśmiechnął się. 

- Bez obawy. Nie jest zatrute. Po co miałbym uciekać się do takich chwytów? 

Corum kontynuował posiłek, a gdy skończył, powiedział: 

- Chciałbym teraz odpocząć, jeśli posiadam przywileje gościa. 

- Ach - Arioch zdawał się być zakłopotany. - Tak, dobrze, śpij zatem. 

Machnął ręką i Corum upadł twarzą na stół. 

Zasnął. 

background image

Rozdział 7 

ZGUBA WŁADCY MIECZY

 

 

Corum  wyprostował  się  i  zmusił  do  otwarcia  oczu.  Stołu  nie  było,  podobnie  jak 

Ariocha. Przestronny hol pogrążony był w ciemności, rozświetlanej jedynie bladym blaskiem 

dobywającym się z paru przejść i korytarzy. 

Wstał.  Czy  śnił?  Czy  też  może  snem  było  to  wszystko,  co  zdarzyło  się  wcześniej? 

Zaiste, zjawiska wokół niego miały cechy snu, który raptownie stał się jawą. Lecz taka była 

teraz rzeczywistość świata i wiedział o tym, odkąd porzucił szaleństwo życia w Zamku Erorn. 

Lecz gdzie poszedł Arioch? Wypuścił się w świat z jakąś misją? Sądził niewątpliwie, że 

Corum  pozostanie  dłużej  pod  wpływem  jego  sugestii.  Ostatecznie,  to  dlatego  zapragnął 

zgładzić wszystkich Vadhaghów, że nie rozumiał ich i nie był w stanie przewidzieć tego, co 

zrobią, nie mógł kontrolować ich umysłów tak, jak robił to z Mobdenami. 

Corum zdał sobie nagle sprawę, że ma teraz sposobność, może jedyną, by spróbować 

dostać  się  do  miejsca,  gdzie  Arioch  trzyma  serce.  Potem  mógłby  uciec,  o  ile  Arioch  wciąż 

będzie daleko, wrócić do Shoola i uwolnić Rhalinę. Zemsta już nim nie kierowała. Wszystko, 

czego pragnął, to zakończyć te przygody, osiąść bezpiecznie w starym zamku nad morzem  i 

zażywać spokoju z ukochaną kobietą. 

Przebiegł  przez  posadzki  holu,  potem  schodami  na  galerie,  aż  znalazł  się  na  rampie 

zrobionej  jakby  jedynie ze światła. Światło to teraz wyraźnie osłabło,  lecz wysoko w górze 

widniały drzwi z pulsującym pomarańczowym znakiem  - ośmioma strzałami rozchodzącymi 

się promieniście - herbem Chaosu. 

Biegł po spiralnej rampie ciężko oddychając. Dotarł wyżej, niż wznosił się jakikolwiek 

inny punkt pałacu. Znalazł się pod drzwiami górującymi nad nim. Zatrzymał się i spojrzał na 

nie zdziwiony; nie zrozumiał, że jest u celu. 

Potężny  herb  pulsował  tak,  jak  żywe  serce,  kąpiąc  twarz,  ciało  i  zbroję  Coruma  w 

czerwonozłotym  świetle.  Popchnął  drzwi,  lecz  równie  dobrze  mógłby  popychać  płytę 

sarkofagu. Ani drgnęły. 

Potrzebował wsparcia. Przyjrzał się lewej ręce - Ręce Kwlla. Czy mógł wezwać pomoc 

z mrocznych zaświatów? Nie, bez „nagrody”, którą musiałby im ofiarować, było to na nic. 

Lecz wtedy ręka sama zwinęła się w pięść, rozbłyskując blaskiem tak silnym, że Corum 

został przezeń oślepiony. Wyciągnął obcą dłoń przed siebie tak daleko, jak tylko mógł i osłonił 

drugim ramieniem oczy. Poczuł, że Ręka Kwlla wykonuje zamach i uderza w potężne drzwi. 

background image

Usłyszał jakby dźwięk dzwonu, a następnie trzask, jakby ziemia się rozstąpiła. Po chwili ręka 

spoczywała już spokojnie przy jego boku. Otworzył oczy i ujrzał, że w drzwiach pojawiła się 

szczelina. Był to nieduży otwór wybity w dolnej  ich części, w prawym rogu, wystarczający 

jednak, by Corum mógł się przez niego przecisnąć. 

- Raz wsparłaś mnie tak, jak tego chciałem - mruknął do ręki. Przyklęknął i przecisnął 

się przez szczelinę. 

Zaczynała  się  za  nią  następna  rampa,  wiodąca  nad  przepaścią  iskrzącej  się  pustki. 

Powietrze  wypełniały  dziwne  dźwięki,  opowiadające  o  groźbie,  pięknie,  śmierci,  wiecznym 

życiu, strachu, spokoju. Corum dobył miecza, lecz szybko zdał sobie sprawę, że tutaj jest on 

bezużyteczny. Wstał i znowu zaczął wspinaczkę. 

Zerwał się wiatr i jego szkarłatny płaszcz zaczął łopotać. Chłodne podmuchy mroziły 

go,  gorące  przypalały  skórę.  Wszędzie  wokoło  widział  twarze,  wiele  z  nich  jawiło  mu  się 

znajomymi. Niektóre duże, inne nieskończenie drobne. Oczy wpatrywały się w niego. Wargi 

wykrzywiały.  Napływały  i  milkły  żałosne  jęki.  Mroczna  chmura,  która  go  pochłonęła, 

rozbrzmiewała mu w uszach świergotem dzwonków. Jakiś głos wołał go po imieniu, odbijając 

się nie kończącym echem. Otoczyła go tęcza, wkroczył w nią, a ona rozświetliła całe jego ciało 

kolorami. Niestrudzenie wędrował pod górę. 

Doszedł do platformy wieńczącej rampę, lecz wiszącej bez oparcia nad pustką. Nic pod 

nią nie było. 

Na platformie było podium. Na podium stał cokół, a na cokole leżało coś, co pulsowało 

i promieniowało wokoło światłem. 

Uchwyceni  przez  nie,  zastygli  uzbrojeni  Mabdenowie.  Ich  ciała  były  nieruchome, 

wszyscy  wyciągnęli  ręce  sięgając  po  źródło  promieni.  Ich  oczy  jednak  poruszyły  się,  gdy 

ujrzeli  Coruma  podchodzącego  do  podium.  W  oczach  tych  malowało  się  cierpienie  i 

ostrzeżenie. 

Corum zatrzymał się. 

Obiekt  na  cokole  był  ciemnoniebieski,  całkiem  mały,  i  lśnił  jak  klejnot  wycięty  na 

kształt serca. Z każdym uderzeniem wystrzeliwały z niego wiązki światła. 

To mogło być tylko serce Ariocha. 

Arioch zabezpieczył się, jak widać było po zmarłych wojownikach. 

Corum podszedł trochę bliżej. Promień światła padł na jego policzek. Poczuł oparzenie. 

Zadrżał. 

Jeszcze trochę bliżej. Dwa następne promienie dosięgły jego ciała. Wzdrygnął się, lecz 

nie znieruchomiał. Jeszcze dwa kroki i promienie zaczęły bombardować całą jego głowę i ciało, 

background image

lecz wrażenie, które wywoływały, było nawet przyjemne. Wyciągnął prawą rękę, by uchwycić 

serce, lecz lewa była szybsza, i, wiedziona instynktem, Ręka Kwlla chwyciła serce Ariocha. 

-  Świat zdaje się pełen kawałków bogów  - mruknął Corum. Odwrócił się  i ujrzał, że 

wojownicy mabdeńscy nie byli już nieruchomi. Rozcierali twarze, chowali miecze do pochew. 

Corum zagadnął najbliższego. 

- Dlaczego szukałeś serca Ariocha? 

-  Nie  miałem  wyboru.  Wysłał  mnie  czarownik,  proponując  mi  życie  w  zamian  za 

wykradnięcie serca z Pałacu Ariocha. 

- Czy to był Shool? 

- Tak. Shool. Książę Shool. 

Corum spojrzał na pozostałych. Wszyscy przytakiwali. 

- Shool mnie przysłał! 

- I mnie! 

- I mnie też - powiedział następny. - Nie zdawałem sobie sprawy, nie miałem pojęcia, że 

własna moc Shoola jest niewielka. To Arioch daje mu potęgę, a Shool myśli, że to jego własna. 

Ariocha to bawi - lubi mieć przeciwnika, z którym może się droczyć. Wszystko, co Arioch robi, 

jest inspirowane jedynie przez nudę. A teraz ty masz jego serce. Nie oczekiwał zapewne, że gra 

wymknie mu się z rąk. 

- Tak - zgodził się Corum. - Tylko brak uwagi i niedbałość Ariocha pozwoliły mi tu się 

dostać. Wracam teraz. Muszę odnaleźć wyjście z pałacu, zanim on się zorientuje, co zaszło. 

- Możemy iść z tobą? - spytali Mabdenowie. 

Corum przytaknął. 

- Chodźmy. Szybko! 

Pobiegli rampą w dół. 

W połowie drogi jeden z Mabdenów krzyknął, zamłócił rękami w powietrzu, zatoczył 

się na krawędź rampy i spadł powoli w iskrzącą się otchłań. 

Przyśpieszyli kroku, aż dobiegli do szczeliny w drzwiach i przepełzli przez nią jeden po 

drugim. 

Schodzili teraz po rampie ze światła. Szli przez galerię lśniącego marmuru, schodami w 

dół do ciemnego holu. 

Corum poszukał wzrokiem srebrnych drzwi, którymi wszedł do pałacu. Zrobił potem 

jedno pełne okrążenie i nogi zdążyły go rozboleć, nim zorientował się, że drzwi zniknęły. 

Nagle sala była pełna życia, światła i tłustej postaci, którą Corum widział już wcześniej, 

a  która  śmiała  się,  leżąc  na  podłodze  wśród  brudu,  z  pasożytującymi  Mabdenami 

background image

wyglądającymi spod ramion, z uszu, z pępka. 

- Cha, cha! Widzisz, Corumie, jaki jestem miły! Pozwoliłem ci prawie na wszystko, na 

co miałeś ochotę. Lecz nie mogę ci, Corumie, pozwolić, byś wziął je z sobą. Bez serca moje 

rządy tutaj nie mogłyby trwać dalej. Myślę, że przywrócę je ciału. 

Corumowi opadły ręce. 

- Zwiódł nas - powiedział do przerażonych towarzyszących mu Mabdenów. Lecz jeden 

z nich powiedział: 

- On cię wykorzystał, Vadhaghu. Sam nigdy by nie mógł dosięgnąć serca. Wiedziałeś o 

tym? 

Arioch roześmiał się, a jego brzuch zatrząsł się, zrzucając Mabdenów na podłogę. 

- Tak! To prawda! Zrobiłeś mi przysługę, Książ? Corumie. Serce każdego z Władców 

Mieczy  przechowywane  jest  w  miejscu  dlań  niedostępnym  pod  groźbą  zagłady,  tak,  by 

pozostali mogli być pewni, że poprzestanie na rządzeniu tylko swoją domeną i nie ruszy, by 

podbić inne. W ten sposób żaden z nas nie może uzurpować sobie praw dc własności rywala. 

Lecz ty, Corumie, ze swą pradawną krwią, ze swoimi unikalnymi już cechami, byłeś zdolny do 

tego, co nawet dla mnie było nieosiągalne. Mam teraz moje serce i będę mógł rozciągnąć moją 

domenę na każde tereny, których zapragnę. 

- Pomogłem ci zatem - powiedział gorzko Corum - mimo że chciałem ci zaszkodzić... 

Śmiech Ariocha wypełnił hol. 

- Dokładnie tak. Dobry żart, nie? A teraz daj mi moje serce, mały Vadhaghu. 

Corum przycisnął plecy do ściany i wydobył żelazo. Stał tak z sercem Ariocha w lewej 

ręce i z mieczem w prawej. 

- Prędzej umrę, Ariochu. 

- Jak sobie życzysz. 

Monstrualna  ręka  sięgnęła  ku  Corumowi.  Ciął  ją  -  Arioch  zaniósł  się  śmiechem  i 

zgarnął  z  podłogi  dwóch  wojowników  Mabden.  Krzyczeli  i  wyrywali  się,  gdy  niósł  ich  do 

swych oślinionych ust pełnych poczerniałych zębów. Potem wrzucił ich do paszczęki, a Corum 

usłyszał trzask pękających kości. Arioch przełknął i wypluł miecz. Potem zwrócił spojrzenie z 

powrotem na Coruma. 

Corum uskoczył za kolumnę. Ręka Ariocha podążała za nim, szukając uparcie. Corum 

uciekł. 

Sala znów rozbrzmiała śmiechem. Wesołość boga udzieliła się szczebioczącym głosom 

pasożytujących Mabdenów. Kolumna runęła, gdy Arioch uderzył ją, chcąc wymacać Coruma. 

Corum popędził przez hol, przeskakując ponad płaszczącymi się ciałami Mabdenów, 

background image

którzy odpadli od korpulentnego boga. 

Wtedy Arioch dojrzał go, schwycił, a jego śmiech ucichł. 

- Oddaj mi teraz moje serce. 

Corum złapał powietrze  i uwolnił  sobie ręce z uścisku  miękkiego ciała. Wielka ręka 

była gorąca i brudna, paznokcie połamane. 

- Oddaj mi moje serce, maleństwo! 

-  Nie!  -  Corum  wbił  miecz  głęboko  w  kciuk,  lecz  bóg  nie  zwrócił  na  to  uwagi. 

Mabdenowie  czepiali  się  włosów  na  jego  piersi  i  obserwowali  Vadhagha,  krzywiąc  się  i 

szczerząc obojętnie zęby. 

Żebra  Coruma  bliskie  były  pęknięcia,  lecz  nadal  nie  chciał  puścić  serca  Ariocha, 

ściskanego w lewej ręce. 

- Mniejsza z tym - powiedział Arioch, zwalniając nieco uchwyt. - Mogę cię wchłonąć 

razem z sercem. 

Bóg  wzniósł  rękę  w  kierunku  swoich  ust.  Oddech  z  otwartej  gęby  owiał  Coruma 

smrodem tak mocnym, aż Vadhagh się zakrztusił, nadal jednak kłuł i ciął. Arioch rozciągnął 

gigantyczne  wargi.  Wszystko,  co  Corum  widział,  to  były  usta,  chropawe  nozdrza,  potężne 

oczy. Gęba otworzyła się szerzej,  by go połknąć. Ciął górną wargę, wpatrzony w czerwoną 

czeluść gardła boga. 

Wtedy ruszyła do działania jego obca, lewa ręka i ścisnęła serce Ariocha. Własna siła 

Coruma nie mogłaby tego uczynić, lecz raz jeszcze Ręka Kwlla okazała swą dziwną potęgę. 

Ściskała serce coraz mocniej. 

Śmiech Ariocha umilkł. Duże oczy rozszerzyły się i wypełnił je inny wyraz. Ryk dobył 

się z gardła. 

Ręka Kwlla wzmacniała uścisk. 

Arioch wrzasnął. 

Serce  zaczęło  rozpadać  się  w  ręce.  Promienie  czerwonawego  i  niebieskiego  światła 

wytrysnęły spomiędzy palców Coruma. Ból objął całe ramię. 

Rozległ się wysoki, gwiżdżący dźwięk. 

Arioch zajęczał. Jego uścisk wokół Coruma osłabł. Zatoczył się do tyłu. 

- Nie, śmiertelniku. Nie... - głos był pełen trwogi. - Proszę, śmiertelniku, możemy... 

Corum zobaczył, że spasiona postać boga zaczyna rozmywać się w powietrzu. Ręka, 

która go trzymała, traciła kształt. 

A  potem  Corum  spadł  na  podłogę  i  połamane  kawałki  serca  Ariocha  rozsypały  się. 

Opadł z hukiem, spróbował się podnieść. Zobaczył, że to, co zostało z Ariocha, rozpływa się w 

background image

powietrzu. Usłyszał ponury łoskot, i zanim stracił przytomność, zdążył jeszcze usłyszeć ostatni 

szept Ariocha: 

-  Corumie  z  Vadhaghów.  Wygrałeś.  Władcy  Mieczy  są  zgubieni  i  przegrani  na 

zawsze... 

background image

Rozdział 8 

PRZERWA W ZMAGANIACH

 

 

Corum zobaczył mijającą go procesję. 

Istoty, setki różnych ras, maszerowały, jechały lub były niesione, a on wiedział, że widzi 

wszystkie rasy śmiertelników, które istniały, odkąd Ład i  Chaos rozpoczęły swe zmagania  o 

dominację nad niezliczonymi planami Ziemi. 

W  dali  ujrzał,  wzniesione  jeden  obok  drugiego,  sztandary  Ładu  i  Chaosu  -  herbem 

jednej  było  osiem  promieniście  rozbiegających  się  strzał,  znakiem  drugiego  -jedna  prosta 

strzała. Ponad tym wszystkim wisiała wielka waga o doskonałym balansie. Na każdej z szalek 

ustawione były istoty nieśmiertelne. Zobaczył Ariocha i Władców Chaosu na jednej i Władców 

Ładu na drugiej. Usłyszał przemawiający do niego glos: 

-  Tak  oto  winno  być.  Ani  Ład,  ani  Chaos  nie  mogą  dominować  nad  losami 

śmiertelników. Musi być równowaga. 

Corum krzyknął: 

- Lecz nie ma równowagi! Wszystkim rządzi Chaos! 

Głos odpowiedział: 

-  Czasem to  zawodzi. Potrzebna jest  korekta. Na tym polega zadanie śmiertelników  - 

przywracać równowagę. 

- Jak ja mogę tego dokonać? 

-  Już zacząłeś swe dzieło. Musisz doprowadzić je do końca. Możesz zginąć, zanim to 

uczynisz, lecz wtedy zadanie przejmą inni. 

- Nie chcę tego! Nie uniosę takiego brzemienia! 

- MUSISZ! 

Pochód maszerował dalej, nie widząc Coruma, nie dostrzegając kołyszących się szalek 

ni Kosmicznej Wagi, wznoszącej się nad nimi. 

 

Corum był zawieszony w chmurnej przestrzeni, a jego serce było spokojne. W oparach 

zaczęły pojawiać się kształty i po chwili był znowu w sali Ariocha. Szukał miecza, lecz broni 

nie było. 

-  Zwrócę  ci  twój  miecz,  nim  odejdziesz,  Książę  Corumie  z  Vadhaghów.  -  Głos  był 

czysty i zrównoważony. 

Corum odwrócił się. Gwałtownie wciągnął powietrze. 

background image

- Gigant z Laahr! 

Smutna, mądra twarz uśmiechnęła się do niego. 

-  Tak zwano mnie  na wygnaniu. Lecz  nie  jestem  już  banitą  i  możesz zwracać  się do 

mnie moim prawdziwym imieniem. Jestem Lord Arkyn i to jest mój pałac. Arioch odszedł. Bez 

serca  nie  może  w  tym  wymiarze  przyjmować  cielesnego  kształtu.  Bez  ciała  zaś  nie  może 

rozwinąć swej potęgi. Teraz ja tu rządzę, jak kiedyś. 

Substancja istoty była wciąż mglistym cieniem, chociaż już nie tak bezkształtnym, jak 

przedtem. Lord Arkyn uśmiechnął się. 

-  Potrwa trochę,  nim  wrócę  do  dawnej  postaci.  I tak  pozostawałem  w  tym  wymiarze 

tylko wielkim wysiłkiem woli. Nie wiedziałem, ratując cię, Corumie, że będziesz tym, który 

przywróci mnie światu. Dziękuję ci. 

- To ja dziękuję, mój panie. 

- Dobro rodzi dobro - powiedział Lord Arkyn. - Zło rodzi zło. 

Corum uśmiechnął się. 

- Czasami tak, mój panie. 

Lord Arkyn zachichotał cicho. 

- Tak, masz rację, czasami. Cóż, śmiertelniku, muszę odesłać cię do twojego wymiaru. 

- Mój panie...? 

- Tak, Książę w Szkarłatnym Płaszczu? 

- Lordzie Arkyn, wiesz, dlaczego wstąpiłem na tę drogę. Szukam ocalałych z mojej rasy 

Vadhaghów. Powiedz mi, czy naprawdę wszyscy prócz mnie zginęli? 

Lord Arkyn opuścił głowę. 

- Wszyscy prócz ciebie. 

- Nie możesz przywrócić ich do życia? 

- Vadhaghowie zawsze byli tymi śmiertelnikami, których kochałem najbardziej. Lecz 

nie mam dość siły, by odwrócić cały cykl czasu. Jesteś ostatnim z Vadhaghów. I jeszcze...  - 

Lord Arkyn przerwał. - Lecz może jeszcze nadejść chwila, że Vadhaghowie wrócą. Niczego 

jednak nie widzę wyraźnie i nie mogę powiedzieć nic więcej. 

Corum przytaknął. 

- Cóż, muszę być zadowolony i z tego. A co z Shoolem? Czy Rhalina jest bezpieczna? 

-  Sądzę,  że  tak.  Moje  zmysły  nie  są  jeszcze  dość  ostre,  by  widzieć  wszystko,  co  się 

dzieje. Shool był wytworem Chaosu i jest przez to jeszcze trudniejszy do obserwacji. Obawiam 

się jednak, że Rhalina może być w niebezpieczeństwie, chociaż potęga Shoola minęła razem ze 

zniknięciem Ariocha. 

background image

- Wyślij mnie więc, błagam cię, na Svi-an-Fanla-Brool. Kocham Margrabinę. 

- Twoja zdolność do kochania czyni cię silnym, Książę Corumie. 

- A zdolność do nienawiści? 

- Ona ukierunkowuje twoją siłę. 

Lord Arkyn zadrżał, jakby było to coś, co pozostawało poza jego sferą pojmowania. 

- Jesteś smutny w chwili triumfu, Lordzie Arkyn? Czy też może zawsze jesteś smutny? 

Władca Ładu spojrzał na Coruma niemal ze zdziwieniem. 

- Przypuszczam, że zawsze jestem nieco smutny. Płaczę po Vadhaghach, tak jak i ty. 

Rozpaczam po tym, którego zabił twój wróg, Glandyth-a-Krae, a którego ty zwałeś Brunatnym. 

-  To  było  dobre  stworzenie.  Czy  Glandyth  nadal  sieje  śmierć  i  zniszczenie  w 

Bro-an-Vadhaghu? 

- Tak. Sądzę, że jeszcze go spotkasz. 

- A wtedy zabiję go. 

- Możliwe. 

Lord Arkyn zniknął. Pałac zniknął. 

Z  mieczem  w ręku Corum stał przed niskimi, wypaczonymi drzwiami wiodącymi do 

domostwa Shoola. Za nim, w ogrodzie, rośliny wyciągały się ku górze, by pić deszcz, który 

padał z bladego nieba. 

Dziwna cisza wisiała nad ciemnym i prostym w kształtach budynkiem, lecz Corum bez 

wahania wbiegł do środka i podążył ekscentrycznie udekorowanymi korytarzami. 

-  Rhalino! Rhalino!  -  Wnętrze prymitywnej  budowli tłumiło  jego głos niezależnie od 

tego, jak głośno krzyczał. 

- Rhalino! 

Biegł przez mroczne pokoje, aż usłyszał zawodzący głos, który natychmiast rozpoznał. 

Shool! 

- Shoolu! Gdzie jesteś? 

-  Książę  Shoolu.  Powinienem  być  tytułowany  zgodnie  z  moją  właściwą  rangą,  która 

zostanie mi jeszcze przywrócona. Kpisz ze mnie teraz, gdy moi wrogowie mnie pobili. 

Corum wszedł do pokoju, gdzie był Shool. Rozpoznał jedynie oczy. Reszta była czymś 

uschniętym, zmalałym, leżącym na łóżku i niezdolnym do ruchu. 

Shool zaskamlał. 

- I ty też przyszedłeś znęcać się nade mną teraz, gdy jestem zwyciężony. Tak to zwykle 

jest z wielkimi, gdy upadną. 

- Wyrosłeś niegdyś jedynie dzięki specyficznemu poczuciu humoru Ariocha. 

background image

-  Cicho!  Nie  pozwolę  się  oszukiwać.  Arioch  zemścił  się  na  mnie,  gdyż  byłem 

potężniejszy niż on. 

- Otrzymałeś, nic o tym nie wiedząc, cząstkę jego mocy. Nie ma już Ariocha w Pięciu 

Wymiarach,  Shoolu.  Wprawiłeś  w  ruch  maszynę,  która  ostatecznie  go  zniszczyła.  Chciałeś 

jego serca, by uczynić go swym niewolnikiem. Wysłałeś już przedtem wielu Mabdenów, by je 

ukradli.  Oni  przegrali.  Nie  powinieneś  wysyłać  mnie,  Shoolu,  gdyż  ja  nie  zawiodłem,  co 

zaowocowało również i twoją niemocą. 

Shool pociągnął nosem i pokiwał zmizerowaną głową. 

- Gdzie jest Rhalina, Shoolu? Jeśli coś jej się stało... 

- Coś jej się stało? - Potężny śmiech wyrwał się z wynędzniałych ust. - Ja miałbym ją 

skrzywdzić? To ona usidliła mnie. Zabierz ją stąd jak najprędzej. Wiem, że chce mnie otruć. 

- Gdzie jest? 

- Dałem ci dary.. Nową rękę i oko. Byłbyś nadal kaleką, gdybym nie był dla ciebie tak 

dobry. Lecz wiem, że zapomnisz o mojej wspaniałomyślności. Będziesz... 

- Twoje „dary” omal nie okaleczyły mi duszy! Gdzie jest Rhalina? 

- Obiecaj, że nic mi nie zrobisz, jeśli ci powiem! 

-  Dlaczego  miałbym  chcieć  zranić  tak  wzruszającą  istotę  jak  ty,  Shoolu?  A  teraz 

powiedz mi. 

- Na końcu przejścia są schody. Na ich szczycie jest pokój. Chciałem zrobić z niej swoją 

żonę, wiesz. To byłoby cudowne, być żoną boga. Nieśmiertelną. Ale ona... 

- Zamierzałeś mnie zdradzić? 

- Bóg może robić, co mu się podoba. 

Corum  wyszedł  z  pokoju,  pobiegł  przejściem  i  niewysokimi  schodami  w  górę, 

uderzając jelcem miecza w drzwi. 

- Rhalino! 

Zza drzwi dobiegł zmęczony głos: 

- A więc wróciła ci moc, Shoolu. Nie oszukasz mnie już udając Coruma. Choćby i on 

był martwy, nie oddam się innemu, zwłaszcza... 

- Rhalino! To naprawdę ja, Corum. Shool jest bez siły. Kawaler Mieczy został wygnany 

z tego wymiaru, a razem z nim odeszły czary Shoola. 

- Naprawdę? 

- Otwórz drzwi. 

Rygle  zostały  ostrożnie  odsunięte  i  w  drzwiach  stanęła  Rhalina.  Zmęczona,  gdyż 

niewątpliwie wiele przecierpiała, lecz niemniej piękna. Popatrzyła głęboko w oczy Coruma, a 

background image

jej twarz wyrażała ulgę. Zemdlała. 

Corum zniósł ją, przeszedł przez korytarz. Zatrzymał się przy pokoju Shoola. 

Niegdysiejszy czarownik zniknął. 

Podejrzewając podstęp, pospieszył do głównych drzwi. 

W  deszcz,  ścieżką  między  kołyszącymi  się  roślinami,  spieszył  Shool.  Jego  stareńkie 

nogi ledwo mogły go unieść. 

Zebrawszy dość odwagi rzucił w tył spojrzenie, a ujrzawszy Coruma, aż skurczył się ze 

strachu. Zanurkował w krzaki. 

Rozległo się mlaskanie. Syk. Jęk. 

Żołądek podszedł Corumowi do gardła. Rośliny Shoola posilały się po raz ostatni. 

Ostrożnie przeniósł Rhalinę ścieżką, szarpiąc się z winoroślą i kwiatami, które chciały 

ich pochwycić i ucałować, aż w końcu dobrnęli do brzegu. 

Była tam uwięziona łódź, mały skif, który przy ostrożnym żeglowaniu mógł zanieść ich 

z powrotem do Zaniku Moidel. 

Morze  wygładzał  szary,  nieustannie  padający  deszcz.  Na  horyzoncie  niebo  zaczęło 

jaśnieć. 

Corum ułożył Rhalinę w łodzi i wziął kurs ku Górze Moidel. 

Obudziła  się  w  kilka  godzin  później.  Spojrzała  na  niego,  uśmiechnęła  się  słodko  i 

znowu zasnęła. 

Blisko zmierzchu, gdy łódź płynęła pewnie ku domowi, wstała i usiadła obok niego. 

Owinął ją swoim szkarłatnym płaszczem, nic nie mówiąc. 

Gdy wzeszedł księżyc, pochyliła się i pocałowała go w policzek. 

- Nie miałam nadziei... - zaczęła. Przez kilka chwil płakała, aż ją uspokoił. - Corumie - 

powiedziała po chwili -jak to wszystko w ogóle się udało... 

A  on  zaczął  opowieść  o  wszystkim,  co  go  spotkało.  Opowiedział  jej  o 

Ragha-da-Khetach, o magicznym latawcu, o Krainach Płomieni, o Ariochu i o Arkynie. 

Powiedział jej wszystko, prócz’ dwóch rzeczy. 

Nie wspomniał, jak on - czy raczej Ręka Kwlla zamordowała Króla Temgol-Lepa, który 

chciał go otruć, ani o jej rodaku Hanafaksie, który próbował mu pomóc. 

Gdy skończył, jej czoło rozchmurzyło się i westchnęła ze szczęścia. 

- Mamy więc w końcu pokój. Konflikt się skończył. 

- Tak, pokój. Na niedługi czas - jeśli będziemy mieli szczęście. 

Zaczęło wschodzić słońce. Skorygował kurs. 

- Nie opuścisz mnie już? Panuje teraz Ład i... 

background image

-  Panuje  tylko  w  tym  wymiarze.  Władcy  Chaosu  nie  będą  uszczęśliwieni  tym,  że 

ściągnąłem  zagładę  na  jednego  z  nich.  A  Lord  Arkyn  wie,  że  wiele  jeszcze  musi  zostać 

zrobione, zanim Ład opanuje znów niezachwianie Piętnaście Wymiarów. Glandyth-a-Krae zaś 

da jeszcze znać o sobie. 

- Nie będziesz już szukał na nim zemsty? 

- Już nie. Był jedynie narzędziem Ariocha. Za to on nie zapomni o swej nienawiści do 

mnie. 

Niebo oczyściło się. Było błękitne i złote. Wiał ciepły wiatr. 

- Corumie, czy zatem nigdy nie mamy zaznać spokoju? 

- Kiedyś uzyskamy go zapewne. Lecz będzie to zawsze tylko przerwa w zmaganiach. 

Cieszmy się zatem tą przerwą, jak tylko potrafimy. Przynajmniej tyle wygraliśmy. 

- Tak - rozpogodziła się. - A pokój i miłość, które trzeba wywalczyć, są więcej warte niż 

takie, które się po prostu dostaje. 

Objął ją ramieniem. 

Słońce  było  już  wysoko.  Jego  promienie  dotykały  lśniącej  ręki  i  takiegoż  oka. 

Sprawiały, że ich przypominające klejnoty okrycie płonęło jaśniej i żywiej od ognia. 

Lecz Rahlina tego nie zauważyła. Zasnęła znów w ramionach Coruma. 

Góra Moidel znalazła się w polu widzenia. Jej zielone zbocza były obmywane przez 

spokojne błękitne morze, a słońce wydobywało biel kamieni zamku. Był przypływ i mierzeja 

skryła się pod wodą. 

Corum  spojrzał  na  uśpioną  twarz  Rhaliny.  Uśmiechnął  się  i  łagodnie  pogładził  jej 

włosy. 

Zobaczył puszczę stałego lądu. Nic już stamtąd nie groziło. 

Zapatrzył się w bezchmurne niebo. 

Miał nadzieję, że przerwa w zmaganiach będzie długa.