background image

Zygmunt Zonik

PROJEKT „U”

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1976

Okładkę projektował: Witold Chmielewski

Redaktor: Wanda Stefanowska

Redaktor techniczny: Jolanta Michałowska

background image

PROLOG

W szarym, posępnym budynku Zarządu Wojskowego (Truppenamt) na Herdenbergstrasse 10, niedaleko 

kanału Landwehr, zamierał powoli ruch. Zapadł wczesny zmierzch. W jednym ze skrzydeł gmachu, na 
pierwszym piętrze, w kilku sąsiadujących ze sobą wąskich, okratowanych oknach świeciło się uporczywie.

Mieścił się tutaj Zarząd Uzbrojenia Wojsk Lądowych. Jego szef, generał prof. dr Karl Emil Becker, 

siedząc za ogromnym ciemnym biurkiem szybko przebiegł wzrokiem treść obszernego pisma, które nadeszło 
ostatnią  pocztą  z Bendlerstrasse.  Nim dobrnął do końca, zniecierpliwienie  odbiło się  na jego szerokiej, 
gładko ogolonej twarzy. Rozpoczął lekturę od początku, tym razem wolniej, ważąc w myśli każde słowo. 
List   był   zaadresowany   do   Ministerstwa   Wojny,   mieszczącego   się   w   kompleksie   biurowców   przy 
Bendlerstrasse 6. Stamtąd przekazano mu go, trochę według kompetencji, a jeszcze bardziej na wyczucie — 
sprawa była bowiem niecodzienna, można powiedzieć nietypowa.

„Pozwalamy sobie zwrócić uwagę na najnowsze osiągnięcie w fizyce jądrowej, które naszym zdaniem 

umożliwi produkcję materiału wybuchowego wielokrotnie potężniejszego niż środki konwencjonalne...”

Wysłużony Prusak, żołnierz-naukowiec, z niedowierzaniem taksował obiecującą zapowiedz, tkwiącą w 

tych   dziwnych,   zaskakujących   słowach.   Był   wybitnym   specjalistą-artylerzystą,   wykładowcą   balistyki   i 
przedmiotu „materiały wybuchowe” na Akademii Sztabu Generalnego — i niewielkie miał pojęcie o fizyce 
atomowej. Znał rozmaite materiały wybuchowe, podlegał mu nawet doświadczalny ośrodek Wehrmachtu w 
Kummersdorfie   pod   Berlinem,   gdzie   przeprowadzono   doświadczenia   z   samolotem   bez   pilota  Fi-76 
(późniejsza  V-1) i pierwsze badania nad budową rakiety dalekiego zasięgu, prototyp  A-1, ale to, o czym 
pisali ci dwaj młodzi naukowcy, nie przemawiało do jego wyobraźni.

—   Zapaleńcy  —  mruknął   z   pobłażliwą   ironią.  —   Chyba   niewiele   wiedzą   o  naszych   znakomitych 

substancjach   wybuchowych.   Cała   chemia   pracuje   na   rzecz   wojska,   składnice   i   magazyny   są   pełne. 
Zgromadzone zapasy wystarczą na wiele miesięcy.

Jednak list, który został nadany w Hamburgu i trafił do niego tak okrężną drogą, był rzeczywistością i 

należało się do iego treści ustosunkować. No i ta fizyka jądrowa, nigdy nic nie wiadomo.

Becker   postanowił,   że   następnego   dnia   skontaktuje   się   ze   swoim   starym   przyjacielem,   generałem 

pułkownikiem Friedrichem Frommem, dowódcą armii zapasowej Wojsk Lądowych, i momentalnie poczuł 
ulgę, jakby mu spadł z serca wielki ciężar. „Fritz to mądry chłop i lubi nowości, na pewno zainteresuje się tą 
sprawą”.

Zerknął na zakończenie listu, na podpisy.... Profesor doktor Paul Harteck. Asystent, doktor habilitowany 

Wilhelm Groth. Fizykochemicy jądrowi z hamburskiego uniwersytetu. Nie wgłębiając się zbytnio w treść ich 
wywodów, zrozumiał, że zawierają one syntetyczny opis uzyskanego laboratoryjnie 17 grudnia 1938 roku 
rozszczepienia jądra uranu. Odkrycia dokonał znany profesor radiochemik Otto Hann, współpracujący z 
doktorem Fritzem Strassmanem  — naukowcy cenieni w kołach NSDAP z racji pełnego oddania ruchowi 
hitlerowskiemu. „Atom uranu, bombardowany neutronami, rozleciał się dosłownie na części” — pisali nie 
bez entuzjazmu autorzy listu, przytaczając wiele szczegółów i danych liczbowych.

Po chwilowym zakłopotaniu, które go powtórnie ogarnęło, generał odetchnął z ulgą. Miał w swoim 

sztabie fizyka jądrowego.

Podniósł słuchawkę telefonu.
— Z majorem doktorem Diebnerem! — rzucił sucho dyżurnemu adiutantowi.

Nie   minęły   cztery   tygodnie,   a   wojskowe   centrum   doświadczeń   nad   pociskami   rakietowymi   i 

materiałami  wybuchowymi   w   Kummersdorf-Gottow   wzbogaciło   się   o   specjalne   laboratorium   do   badań 
naukowych   nad   uranem.   Kurt   Diebner,   rzeczoznawca   Wehrmachtu,   miał   nie   lada   głowę   na   karku. 
Aczkolwiek wyczuł z pisma młodych  i przedsiębiorczych naukowców z Hamburga ogromną szansę dla 
armii, nie poprzestał na ogólnym wrażeniu. Jego pierwszą reakcje na list Hartecka było zasięgnięcie zdania u 
słynnego fizyka, profesora H. Geigera, jednego z twórców licznika Geigera-Müllera. Opinia tegoż brzmiała: 
„Zdecydowanie — tak!”

Dowództwo Sił Zbrojnych natychmiast przyznało fundusze na finansowanie prac nad wyzwoleniem 

energii jądrowej. Badania rozpoczęto w ośrodku armii, pod osobistym kierownictwem Diebnera.

Było lato 1939 roku. Nad Europą gęstniały chmury, zanosiło się na wielką konfrontację sił.

background image

PIERWSZE OSTRZEŻENIE — PIERWSZE NIEPOKOJE

Profesor Fryderyk Joliot-Curie od pewnego czasu ze wzrastającą uwagą śledził postępy niemieckich 

uczonych w dziedzinie tak żywo go interesującej. Największy francuski fizyk atomowy, odkrywca sztucznej 
radioaktywności,   laureat   nagrody  Nobla,   dyrektor   laboratorium  chemii  jądrowej   w  słynnym   Collége   de 
France, miał po dojściu Hitlera do władzy utrudniony nieco kontakt ze swoimi kolegami po fachu po drugiej 
stronie Renu. Ale istniała przecież prasa fachowa, ten międzynarodowy kod uczonych. On również, razem z 
żoną, Ireną Curie, córką wielkiej Polki, Marii Curie-Skłodowskiej, pracował nad rozbiciem jądra atomu, i — 
trzeba to podkreślić  — oboje byli bardzo bliscy sukcesu. Joliot, studiując uważnie artykuł opublikowany 
przez Hahna i Strassmanna w czasopiśmie  „Naturwissenschaften”, pojął nagle, że zainteresowanie się tą 
sprawą przez hitlerowskie kierownictwo jest jedynie kwestią czasu. „Bardzo krótkiego czasu, jeżeli ta banda 
gangsterów nie jest bandą głupców.”

Zgodził   się   więc   bez   dyskusji,   kiedy   francuskie   władze   wojskowe   zaproponowały   mu   objęcie 

stanowiska   kierownika   pierwszego   sektora   Instytutu   Badań   Wojskowych.   Pełnił   tę   swoją   drugą   rolę 
zakonspirowany jako Jean Leblanc, artylerzysta, kapitan rezerwy.

Już   na   początku   1939   roku   złożył   ministrowi   Uzbrojenia   Armii,   Raolowi   Dautry,   obszerne 

memorandum, w którym zasygnalizował, iż istnieje możliwość skonstruowania nowego rodzaju bomby o 
znacznie silniejszym działaniu  aniżeli wszystkie  istniejące  dotychczas. W sposób lapidarny wyjaśnił, że 
podstawowym   produktem   umożliwiającym   wydzielenie   ogromnej   ilości   energii   jest   uran,   najcięższy 
pierwiastek występujący w przyrodzie. Jego jądro idealnie nadaje się do rozszczepienia. Podkreślił, że już na 
początku lat trzydziestych Enrico Fermi, wybitny fizyk włoski, wysunął tezę o możliwości wytworzenia 
promieniotwórczych   izotopów   uranu   przez   bombardowanie   ich   neutronami.  Proces   ten   miałby  przebieg 
następujący.   Jeżeli   metaliczny  uran   lub   któryś   z   jego   związków   włoży  się   do   ciężkiej   wody,   wówczas 
wprowadzony   z   zewnątrz   neutron,   elementarna   cząstka   materii,   rozszczepi   jakieś   jądro   atomu   uranu, 
wyzwalając z niego dwa lub trzy neutrony. Te z kolei będą rozszczepiać dalsze jądra, a w procesie tym ze 
straszliwą prędkością będzie powstawać energia.

—  A   co   to  jest   ta   pańska   ciężka   woda?  —  zapytał   minister   w  czasie   rozmowy,   na   którą   wezwał 

uczonego po zapoznaniu się z jego pismem.

— To izotop wody, znany w chemii jako tlenek deuteru o wzorze D

2

O. Sam deuter to inaczej ciężki 

wodór  — wyjaśnił uprzejmie Joliot.  — Jeżeli przeprowadzi się rozkład stu tysięcy litrów wody na tlen i 
wodór, ostatni litr pozostałości zawierać będzie aż 99 procent ciężkiej wody. Z niemieckich radiochemików 
najdalej posunął się w tych pracach profesor Harteck z Hamburga.

Uczony określił jeszcze bardziej szczegółowo rolę, jaka przypadła w tym niezwykłe skomplikowanym 

procesie   ciężkiej   wodzie.   Umieszczenie   w   niej   źródła   neutronów   powoduje   wzrost   oddziaływania   tych 
ostatnich na jądra uranu. Szybkie neutrony emitowane przez ich źródło, jakim jest najczęściej cyklotron, 
ulegają w ciężkiej wodzie spowolnieniu, czyli moderacji, w rezultacie zderzeń z atomami wodoru. Wówczas 
są   łatwiej   pochłaniane   przez   jądra   bombardowanego   pierwiastka,   co   niepomiernie   przyspiesza   reakcję 
łańcuchową.

— Naturalny uran bombardowany neutronami staje się radioaktywny, a w trakcie zachodzącego procesu 

wytwarza się substancja promieniotwórcza. Dlatego działanie takiej bomby będzie podwójne: wyzwolona 
energia zmiecie wszystko z powierzchni ziemi na przestrzeni kilku kilometrów, a każdy znajdujący się tam 
żywy organizm zostanie śmiertelnie, a co najmniej niebezpiecznie napromieniowany  — zakończył swoją 
krótką relację profesor Joliot.

Minister dość sceptycznie odniósł się do możliwości wyprodukowania bomby atomowej w paryskim 

laboratorium  „kapitana   Leblanca”.   Ale  że   był   człowiekiem   przewidującym   i   nie   chciał   popełnić   błędu 
niedopatrzenia  —   zwłaszcza   że   wkrótce   Francja   znalazła   się   w   stanie   wojny  z   Niemcami  —   zaprosił 
powtórnie uczonego na rozmowę do swego bezpiecznego, pilnie strzeżonego gabinetu. Miało to miejsce w 
ostatnich dniach października 1939 roku.

— Czy nie uważa pan, profesorze, że Francja jest całkowicie bezpieczna za linią Maginota? — Minister 

sam nie miał co do tego cienia wątpliwości. — Po co nam jakaś fantastyczna, hm, nierealna, zresztą, bomba?

Odpowiedź   gościa   wprawiła   go   w   zakłopotanie.   Okazało   się,   że   Joliot   wcale   nie   ma   zamiaru 

konstruować bomby, a jego pragnieniem jest wykorzystanie energii atomowej dla rozwoju ludzkości.

— Nie chciałbym, aby wynalazek o sile niszczącej, jakiej dotąd świat nie widział, dostał się w ręce 

niepowołanych, nieodpowiednich kół...

Dautry uniósł brwi, oczekując na dalsze wynurzenia swego rozmówcy.
— Krótko mówiąc, boję się, że taką bombę mogą wyprodukować Niemcy — mówiąc to „Leblanc” był 

śmiertelnie   poważny.  —   Wiem,  że   ich   uczeni   pracują   nad   wykorzystaniem   możliwości,   jakie   stwarza 

background image

rozbicie   jądra   uranu.   No,   my   także...  —   dodał   szybko,   kiedy   dygnitarz   uśmiechnął   się   prawie 
niedostrzegalnie.  — Oto moja idée fixe, panie generale: nie dopuścić do tego, przeszkadzać niemieckim 
uczonym i nazistom. Temu dziełu chcę poświęcić najbliższe lata mojego życia.

W gabinecie zaległa wymowna cisza.
— Zacznę od tego, że będę informował świat o grożącym mu niebezpieczeństwie — przerwał milczenie 

młody profesor  — Zna pan, ministrze, mój kwietniowy artykuł w  „Nature”? Był on pierwszym, ale nie 
będzie   ostatnim...   Muszę   obierać   wszystkie   wiadomości   na   temat   postępu   prac   boszów.   Postaram   się 
pociągnąć ich za język. Jak pan myśli, od czego są międzynarodowe sympozja naukowe. Oczywiście, w tej 
sytuacji, jedynie w krajach neutralnych.

Przewodniczący Komitetu Badań Naukowych Obrony Powietrznej brytyjskiego Ministerstwa Wojny, sir 

Henry Tizard, należał do ludzi obdarzonych wyjątkowym darem przewidywania. Kiedy przejrzał francuski 
miesięcznik  „Nature”  z   datą   22   kwietnia   1939   roku,   w   którym   opublikowano   list   otwarty   paryskich 
naukowców,   zatytułowany  „wyzwalanie   się   neutronów   w   jądrowej   eksplozji   uranu”,   potwierdzający 
definitywnie   możliwość   uzyskania   energii   z   jądra   atomowego,   natychmiast   podjął   energiczne   kroki   w 
miarodajnych sferach gospodarczych i na Downing Street. Zajęcie Czechosłowacji przez kohorty Hitlera 
wyzwoliło go z resztek złudzeń co do „pokojowych” intencji dyktatora Trzeciej Rzeszy. Tizard był zdania, 
że Wielka Brytania musi uniemożliwić Niemcom zdobycie większych zasobów uranu. Sam był fizykiem i 
orientował się, czym może zaskoczyć świat ciągła reakcja łańcuchowa.

— Jest to proces rozchodzący się lawinowo po całej masie uranu — tłumaczył na tajnych konferencjach 

z udziałem wtajemniczonych — każdy akt rozszczepienia oprócz wyzwolenia energii pociąga za sobą dalszy 
rozpad   uranu.   Proces   zachodzi   błyskawicznie,   trwa   zaledwie   kilka   sekund.   Do   tych   właśnie   wniosków 
dochodzi   Joliot,   dżentelmeni!   A   on   oparł   się   nie   tylko   na   własnym   dorobku   naukowym,   ale   i   na 
doświadczeniach niemieckich profesorów. Tych zwłaszcza, którzy pozostali w hitlerowskiej Rzeszy.

Sir Henry nie był tak naiwny, by sądzić, że, Fryderyk Joliot przypadkowo, albo żeby błysnąć przed 

światem nauki,   ogłosił   drukiem przebieg  eksperymentu,   dokonanego   w  pierwszej   połowie   marca,  który 
stanowił powtórzenie doświadczenia Hahna. Nie, to była akcja z góry zaplanowana przez upartego Francuza, 
akcja   mająca   na   celu   demaskowanie   postępów,   osiągniętych   przez   Niemców   w   tej   dziedzinie.   Paryski 
uczony chciał przestrzec  świat ukazując, jakie mu  zagraża  niebezpieczeństwo z chwilą, gdy przywódcy 
Rzeszy poważnie zainteresują się tym szokującym odkryciem.

Publikacja w pewnym stopniu spełniła zamierzony cel. Na Wyspach Brytyjskich powiało niepokojem. 

Londyńska   prasa   popularna   drukowała   sensacyjne   artykuły   o   nieograniczonych   możliwościach   nowej 
superbomby. Nakłady dzienników i czasopism podskoczyły niesłychanie. Co do kół oficjalnych, te również 
przeżywały chwile niepokoju.

Korzystając z tej atmosfery Tizard w ciągu zaledwie kilku dni doprowadził do spotkania z prezesem 

Belgijskiej Union Minière. Niestety, nie udało mu się zastrzec dla Wielkiej Brytanii wyłącznego prawa do 
zakupu rud uranowych importowanych z Konga belgijskiego. Ktoś tam gdzieś pożałował dewiz, ktoś inny 
nie docenił sytuacji. Mimo to przy rozstaniu Anglik ostrzegł szefa koncernu:

— Pańska firma dysponuje materiałem, który, przechwycony przez wroga, może przynieść zgubę obu 

naszym krajom. Raczy pan wziąć to pod uwagę!

Tymczasem po pierwszym zaskoczeniu rewelacjami nadchodzącymi z kontynentu rząd brytyjski zdołał 

ochłonąć, a sam Winston Churchill wręcz twierdził, że „niemieckie gadanie o superbombie należy uznać za 
czcze   przechwałki”.   Tizard   zwrócił   delikatnie   uwagę   premierowi,   że   to   nie   Niemcy  „gadają   o   bombie 
atomowej”, ale francuscy i angielscy uczeni komentują osiągnięcia niemieckich naukowców. Churchill nie 
słuchał go. Choć na pierwszy rzut oka zapowiedź pojawienia się nowej broni „o ogromnej sile niszczącej” 
może   wyglądać   groźnie,   jednak  —   argumentował  —   nie   ma   obaw,   by   odkrycie   doprowadziło   do 
praktycznych wyników przed upływem kilku lat.

Nie uspokoiło to jednak profesora Tizarda i grupy ludzi zajmujących się wywiadem naukowym. Sir 

Henry, nie znajdujący na razie poparcia w rządzie, nawiązał ścisłe kontakty z Intelligence Service.

Nie rezygnował również Joliot-Curie. Postanowił on poprzez Deuxième Bureau dotrzeć do wojskowego 

wywiadu Anglików, by tam poszukać sprzymierzeńców.

W chwili wybuchu wojny Niemcy były jedynym mocarstwem, mającym w ramach Wehrmachtu urząd 

zajmujący się wyłącznie badaniami jądrowymi dla celów ściśle wojskowych. Dążąc do uzyskania przewagi 
nad każdym z przeciwników, którzy mieli kolejno paść ofiarą ich agresji, zatroszczyli się o to, aby i na tym 
polu nie pozostać w tyle.

background image

BITWA O CIĘŻKĄ WODĘ

8 września 1939 roku doktor Erich Bagge, młody uczony z instytutu fizyki teoretycznej w Lipsku, 

kierowanego przez laureata nagrody Nobla, profesora doktora Wernhera Heisenberga, z ciekawością obracał 
w   ręku   żółtą   kopertę.   Kiedy  ją   rozciął,   znalazł   lakonicznie   sformułowane   zaproszenie   do   Ministerstwa 
Wojny w dniu 16 września.  Nie był  tym wcale  zaskoczony.  Od tygodnia trwała  wojna,  führer  wzywał 
wszystkich Niemców do wzmożonych wysiłków na rzecz walczącej armii. Każdy obywatel Rzeszy stawał 
się w gruncie rzeczy żołnierzem. On, naukowiec, nie mógł i nie chciał stać na uboczu wielkich wydarzeń.

Identyczne   zaproszenia   wysłano   zresztą   do   kilkunastu   wybitnych   fizyków   i   chemików   jądrowych. 

Znaleźli się wśród nich profesorowie: Hann, Bothe, Heisenberg i Geiger.

Profesor Harteck na widok urzędowej przesyłki poczuł ciepłą falę krwi napływającą do głowy. Tknęło 

go   przeczucie,   że   ten   niepozornie   wyglądający   list   zawiera   coś,   co   przesądzi   o   całym   jego   życiu. 
Przewidywał zmianę w swojej dość monotonnej egzystencji naukowca-badacza i wykładowcy. Jego kipiąca 
energią natura domagała się bardziej dynamicznych czynów. Właśnie dlatego gorliwie popierał wszystkie 
zmiany w Niemczech, które zapoczątkował Hitler.

Przeczucie go nie myliło. W przełomowych dniach, kiedy Rzesza ruszyła na podbój Europy, wzywało 

go   Ministerstwo   Wojny.   Bez   wahania   gotów   był   spełnić   każde   żądanie   kierowników   tego   resortu   i 
natychmiast udał się do dziekanatu w celu załatwienia delegacji służbowej.

W tym samym czasie Diebner, zaufany partii i SS, z właściwym mu talentem organizatora zabrał się do 

przygotowania   narady,   która,   jego   zdaniem,   miała   pchnąć   na   nowe   tory   badania   jądrowe   dla   celów 
wojskowych.

Obrady toczyły się w Zarządzie Uzbrojenia Wojsk Lądowych i miały dość burzliwy przebieg. Przede 

wszystkim dostało  się Hahnowi za to, że opublikował  wszystkie  fazy swojego odkrycia  w czasopiśmie 
„Naturwissenschaften” z 6 stycznia 1939 roku. Był to artykuł, w którym dwaj uczeni przeprowadzili niezbity 
dowód, że jądro uranu „pękło na kawałki”.

Hahn tłumaczył się, że nie istnieje dotąd w Rzeszy zakaz ogłaszania drukiem prac z zakresu fizyki 

jądrowej.

— Za granicą kierowano się tymi samymi zasadami  — wyjaśniał uczony.  — Wybitna sława, włoski 

fizyk atomowy, laureat nagrody Nobla, Enrico Fermi, jeszcze w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym 
roku opisał w prasie swoje doświadczenia nad wytworzeniem sztucznych promieniotwórczych izotopów 
najcięższych   znanych   pierwiastków   przez   bombardowanie   ich   neutronami,   odkrytymi   na   początku   lat 
trzydziestych przez angielskiego profesora Chadwicka. Eksperymentowali również w Paryżu z jądrem helu i 
uranu   Fryderyk   Joliot   i  Irena   Curie.   A   ostatni   artykuł   w  „Nature”   stanowi   także   potwierdzenie   zasady 
jawności w tej dziedzinie.

Fachowcy z wywiadu wojskowego i służby bezpieczeństwa SS zdawali się pojmować te wywody, ale 

nie mogli się z nimi solidaryzować. Zwłaszcza że, jak nie omieszkali podać zebranym do wiadomości, ich 
agenci donieśli o rozpoczęciu za granicą badań nad uranem.

—- Nie stałoby się to faktem, przynajmniej jeszcze nie teraz, gdyby nie ten nieszczęsny artykuł, który 

ujawnił   epokowe   odkrycie   uczonych   Wielkich   Niemiec  —   gromił   Hahna   fizyk   z   Ministerstwa   Wojny, 
będący na usługach Abwehry, doktor H. Basche.

Kiedy  padły  te   słowa,   Hahn,   lękając   się   konsekwencji,   zataił,   że   o   swoich   odkryciach   rozmawiał 

zupełnie szczerze z profesorem Nielsem Bohrem, słynnym duńskim fizykiem, laureatem nagrody Nobla, 
zagorzałym przeciwnikiem Hitlera. Wkrótce po tamtej rozmowie Bohr wyjechał na kilkumiesięczny pobyt 
do Stanów Zjednoczonych, a wraz z nim powędrowała tajemnica. Jest prawie pewne, że Niels podzielił się 
tymi rewelacjami z uczonymi amerykańskimi, a może nawet z władzami wojskowymi USA.

— Joliot rozbębnił po całym świecie o stanie naszych prac. Teraz wszyscy będą nam patrzeć na palce. 

Nie   muszę   chyba   w  tym  gronie   przypominać,   że   rozpoczęliśmy  wielkie   dzieło   przebudowy  Europy  na 
drodze orężnej i wszystko,  co służy bezpieczeństwu i przyszłym sukcesom Rzeszy,  jest i będzie objęte 
tajemnicą!

Te słowa wypowiedział milczący i trzymający się nieco na uboczu osobnik.
Hahn opuścił nisko głowę. Gdyby podniósł wzrok, w oczach kilku oficerów oraz tych, którzy zachowali 

incognito, bez trudu wyczytałby przyganę. Rzucił ukradkowe spojrzenie i schwytał współczujący wzrok 
swojego przyjaciela Heisenberga.

Podczas narady zadecydowano, że badania jądrowe będą stanowiły tajemnicę państwową i zakazano 

ogłaszania drukiem jakichkolwiek informacji o niemieckich doświadczeniach nad przyszłą budową stosu 
uranowego. Powołano do życia Grupę Fizyki Jądrowej, podporządkowując ją  — ku radości Hartecka  — 
Ministerstwu Wojny.

background image

Oficjalny   cel   jej   działalności,   dla   zakonspirowania   rzeczywistych   kierunków   prac,   określono   jako 

„poszukiwanie nowych źródeł energii dla silników R (rakietowych)”. Na czele grupy stanął Kurt Diebner.

Jednocześnie Ministerstwo Wojny przejęło świetnie wyposażony Instytut Fizyki im. cesarza Wilhelma 

w Dahlem, na przedmieściu Berlina, i przeznaczyło go na specjalny ośrodek dla Grupy Badawczej Fizyki 
Jądrowej. Wszyscy naukowcy zaangażowani w prace nad tym tajnym dziełem — z wyjątkiem ośrodków w 
Lipsku i Hamburgu — zostali przeniesieni tutaj służbowo, by pracować pod jednym dachem. Pozostałych 
zobowiązano do ścisłej współpracy z Centrum.

Gwiazdami pierwszej wielkości w Dahlem byli Hahn i Heisenberg. Ten ostatni, mianowany dyrektorem 

Instytutu Fizyki, mieszkał nadal w Lipsku, a do Berlina dojeżdżał co tydzień, na dzień lub dwa, podobnie jak 
Harteck z Hamburga.

W lipcu 1940 roku na terenie Instytutu Biologii i Badań nad Wirusami — znajdował się obok Instytutu 

Fizyki  — rozpoczęto budowę niewielkiego drewnianego pomieszczenia. W umyślnie niepozornym baraku 
mieściło   się   laboratorium,   gdzie   miał   być   zbudowany   pierwszy   niemiecki   stos   uranowy.   Pracownię 
oznaczono kryptonimem „Virushaus” dla odstraszenia niepożądanych gości.

Zadanie zdobycia odpowiednich zapasów ciężkiej wody powierzono Paulowi Harteckowi, który jako 

jedyny z Niemców przeprowadził już szereg doświadczeń z deuterem w laboratorium Cavendicha. Tam 
nawet wyprodukował odrobinę ciężkiej wody, stosując metodę własnego pomysłu.

Z chwilą wybuchu wojny tylko jedna firma na świecie produkowała ciężką wodę na skalę przemysłową, 

zresztą jako produkt uboczny przy wytwarzaniu wodoru metodą elektrolityczną, i Harteck musiał się liczyć z 
tym faktem. Był to zakład Norsk-Hydro w fabryce w Vemork w pobliżu Rjukan (południowa Norwegia). 
Budynek elektrolizy stał na tym samym występie urwiska skalnego, na którym znajdowała się elektrownia, 
korzystająca z energii wodnej ogromnego wodospadu Rjukan-Foss.

W   końcu   1939   roku   produkcja   ciężkiej   wody   w   Vemork   wynosiła   10   kg   miesięcznie.   Harteck   i 

Heisenberg   zadawali   sobie   pytanie,   czy   Norwegowie   zechcą   powiększyć   produkcję,   by   sprostać 
niemieckiemu zapotrzebowaniu.

Ruchliwy uczony z Hamburga pierwszy wpadł na pomysł, aby użyć ciężkiej wody jako moderatora w 

reaktorze uranowym. W czymś w rodzaju pieca uran musiałby zostać wymieszany z jakąś substancją, która 
by redukowała prędkość neutronów, uwalnianych w procesie rozszczepiania i uniemożliwiała wchłonięcie 
ich przez jądra atomu. Taką materią jest właśnie ciężka woda.

Był jednak z tym związany ogromny kłopot: do reaktora uranowego potrzeba było kilku ton tego trudno 

osiągalnego produktu.

Harteck   nie   miał   innego   wyjścia,   jak   spowodować,  aby  władze   jego  kraju  wszczęły  pertraktacje  z 

Norwegami.

Tymczasem Joliot-Curie również nie tracił czasu. Działał na własną rękę, poprzez znajomego oficera II 

Oddziału Sztabu Generalnego. Profesor z góry przewidywał, jaką rolę odegra w atomowej kontrofensywie 
ciężka woda i że hitlerowcy prędzej czy później będą chcieli zagarnąć jej zapas.

Ci, istotnie, pospieszyli się. Paul Harteck dwoił się i troił, aby przełamać piętrzące się przeszkody i 

wykonać   powierzone   mu   zadanie.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   rozpoczyna   się   wyścig   o   uzyskanie   palmy 
pierwszeństwa   w   wykorzystaniu   energii   jądrowej   dla   celów   wojskowych.   Nie   przerażała   go   wizja 
ogromnych spustoszeń, które mogła spowodować nowa broń. Wręcz przeciwnie, jako Niemiec całkowicie 
solidaryzujący  się   z   hitlerowskim   planem   podboju   i   ujarzmienia   co   najmniej   połowy   Europy  szczerze 
pragnął,   by   jak   najszybciej   znalazła   się   ona   w   rękach   Wehrmachtu.   Etykę   naukowca,   który   powinien 
sprzeciwić się wykorzystaniu rezultatów swej pracy dla fizycznego unicestwiania ludzi, uznawał za wymysł 
tchórzy, niegodny postawy obywatela Wielkich Niemiec.

Tak  się osobliwie  złożyło, że tego samego dnia generalny dyrektor  Norsk-Hydro  Company przyjął 

pewnego francuskiego przedstawiciela handlowego oraz wysłannika IG-Farbenindustrie. Pertraktowano w 
sprawie zakupu ciężkiej wody.

Dyrektor Axel Aubert nie cierpiał hitlerowców, natomiast sympatyzował z Francją, i stąd plenipotent 

niemieckiego koncernu chemicznego odjechał z kwitkiem.

Niemcy   jednak   nie   rezygnowali   z   zakupu   i   co   jakiś   czas   ponawiali   oferty.   Zaintrygowani   tym 

Norwegowie postanowili dociec, do czego Trzeciej Rzeszy potrzebne są tak wielkie ilości ciężkiej wody. 
Niedoszli kontrahenci wykręcali się od udzielenia jasnej odpowiedzi i to dawało najwięcej do myślenia. 
Utwierdzony w swoim oporze zarząd firmy konsekwentnie odrzucał propozycje Niemców, argumentując, że 
zakład nie jest w stanie zrealizować tak wielkiego zamówienia. Opiewało ono na 2000 kg, z dodatkową 
porcją 110 kg każdego miesiąca.

background image

Dyrektora Norsk-Hydro dziwiło trochę, że Francuzi, którzy okazali ogromne zainteresowanie ciężką 

wodą, zwlekają z konkretną  transakcją. Mimo to czekał  cierpliwie. Wiedział, że ten zakup prędzej czy 
później zostanie dokonany.

Nie omylił się, mimo iż nie mógł wiedzieć, że jeszcze w ostatnich dniach października, w niespełna dwa 

miesiące po wybuchu wojny, Joliot złożył wizytę ministrowi Dautry i tym razem nie miał już szczególnych 
trudności z przekonaniem generała o konieczności wykupienia przez Francję całego zapasu ciężkiej wody z 
Vemork, opiewającego aktualnie na 130 litrów.

W tym czasie pogląd francuskiego uczonego na temat bomby atomowej uległ pewnej zmianie. Doszedł 

on do wniosku, że posiadanie tej straszliwej broni przez Francję mogłoby powstrzymać Hitlera od użycia 
takowej, gdyby również Niemcom udało się ją wyprodukować.

— Wyprzedzimy Trzecią Rzeszę w imię interesów ludzkości! — zapewniał gorąco ministra uzbrojenia.
Niezbędne   30   mln.   franków   zostało   wyasygnowane.   Rząd   francuski   wysłał   do   Oslo   porucznika   z 

Deuxième Bureau, Jacques Alliera, i pewną ważną osobistość z banku, który kontrolował Norsk-Hydro. 
Francuzi odwoływali się do rozsądku politycznego naczelnego dyrektora, ale właściwie było to zbędne.

W   kilka   dni   później   została   podpisana   umowa.   Aubert   oświadczył   przy  tej   okazji,   że   zakład   nie 

przyjmie   pieniędzy  za   przedmiot   transakcji,   jeżeli   przyczyni   się   on   do   zwycięstwa   Francji,   która   od  3 
września 1939 roku była w stanie wojny z Niemcami.

Dyrekcja Norsk-Hydro Company oddała do dyspozycji Francji nie 130, a 185 litrów ciężkiej wody, i to 

gratis, na czas trwania wojny. Za następne dostawy miały być uiszczane opłaty, przy czym poinformowano 
francuskich wysłanników, że jeżeli zajdzie potrzeba, zakład może zwiększyć produkcję dziesięciokrotnie.

8 marca 1940 roku pierwszy transport ciężkiej wody wyruszył z Rjukan, by w dwa dni później trafić do 

Oslo.   Zbiorniki   umieszczono   w   pewnej   willi,   położonej   w   sąsiedztwie...   niemieckiej   ambasady.   Nawet 
rezydenci Abwehry nie mieli pojęcia, że obok, w przylegającej posesji, znalazł się ładunek, za który daliby 
wiele.

Wkrótce   ciężką   wodę   przewieziono   do   Szkocji,   skąd   16   marca   została   przetransportowana   do 

laboratorium profesora Joliot w Collège de France. Asystenci profesora, Szwajcar Hans von Halban i Polak 
Leon Kowarski, oraz sam Fryderyk Joliot przystąpili natychmiast do pracy.

W kwietniu Niemcy zajęli Danię i Norwegię. Specjaliści hitlerowscy i gestapo popędzili do Rjukan 

zagarnąć ciężką wodę. Spotkało ich gorzkie rozczarowanie. W zakładzie Norsk-Hydro znaleźli zaledwie 
kilka litrów cennego dla nich produktu.

10   maja   hitlerowcy   wkroczyli   do   Francji.   Ciężka   woda   rozpoczęła   drugą   fazę   swej   wędrówki. 

Początkowo   ładunek   został   ukryty   w   miasteczku   Riom,   departament   Puy-de-Dôme,   w   miejscowym 
więzieniu. Na kilka dni przed podpisaniem przez Pétaina kapitulacji Francji grupa profesora Joliot otrzymała 
rozkaz przewiezienia ciężkiej wody do Anglii. Wyłoniła się jednak nieprzewidziana przeszkoda. Dyrektor 
więzienia   w   Riom   oświadczył,   że   wyda   depozyt   jedynie   na   pisemne   polecenie   Ministerstwa 
Sprawiedliwości. Dopiero gwałtowny napór niemieckich wojsk wpłynął na zmianę jego stanowiska. Teraz, z 
pomocą więźniów, ciężka woda została przewieziona 400 km na południe od Paryża, do Clermond-Ferrand 
w   Owernii,   gdzie   w   średniowieczu   Piotr   Pustelnik   nawoływał   do   pierwszej   wyprawy  krzyżowej.   Tutaj 
depozyt   pod   kryptonimem   „Produkt   Z”   został   złożony   w   oddziale   Banku   Francji,   a   Joliot   wraz   z 
współpracownikami zaczął urządzać w willi „Clair-Logis” laboratorium zastępcze do kontynuowania badań 
nad rozbiciem atomu.

11 czerwca Niemcy wkroczyli do Paryża, a w nocy z 16 na 17 Fryderyk Joliot-Curie naradzał się z 

asystentami nad nowo wytworzoną sytuacją. Profesor zadecydował, że pozostanie we Francji, a Halban i 
Kowarski   zawiozą   ciężką   wodę   na   Wyspy  Brytyjskie.   Załadowali   zbiorniki   na   wojskową   ciężarówkę   i 
ruszyli za nią osobowym autem Halbana. Samochód wojskowy torował im drogę w powodzi uciekinierów. 
17 czerwca przed północą dotarli do Bordeaux. Natychmiast przeniesiono ładunek na pokład brytyjskiego 
parowca „Broompark”. Nazajutrz statek podniósł kotwicę. W zatoce Royan omal nie wpadł na minę. 21 
czerwca wpłynął do portu Southampton.

Hitlerowcy nie zostawili wielkiego uczonego w spokoju, ale też nie mieli podstaw do aresztowania go. 

Na gestapo padały pytania w rodzaju: „Czy wie pan, jakim statkiem odpłynęli pańscy współpracownicy?” W 
dniu, w którym „Broompark” wychodził w morze, opuściły port w Bordeaux jeszcze dwie jednostki. Zostały 
one zatopione przez Luftwaffe, ale hitlerowcy nie wiedzieli, na której z nich znajduje się Halban, Kowarski i 
cenne zbiorniki. Joliot utwierdził Niemców w przekonaniu, że jego asystenci znajdowali się na jednej z 
zatopionych   jednostek.   Podał   nawet   ich   nazwy,   nie   wspominając   o   istnieniu   parowca  „Broompark”. 
Uspokojeni jego zeznaniem hitlerowcy do końca wojny nie znali prawdy. Przesłuchanie uczonego zostało 

background image

zakończone.

NIE TYLKO TRZECIA RZESZA

Niemiecki trust mózgów pracował na pełnych obrotach. W czerwcu 1940 roku w Heidelbergu profesor 

Bothe badał przydatność grafitu jako moderatora w stosie uranowym, a w Lipsku Heisenberg i jego asystenci 
sprawdzali, na prośbę Hartecka, te same wskaźniki dla ciężkiej wody. W Berlinie fizycy pod kierunkiem 
profesora   Carla   Friedricha   von   Weizsäckera,   syna   hitlerowskiego   wiceministra   spraw   zagranicznych, 
przeprowadzili obliczenia i ustalili, że do zbudowania stosu lub reaktora, zgodnie z ideą Hartecka, trzeba 
około dwóch ton tlenku uranu i pół tony ciężkiej wody.

Diebner zasugerował Ministerstwu Wojny, aby zawarło tajną umowę z firmą Auer, która natychmiast po 

zajęciu Czechosłowacji przystąpiła do eksploatacji tamtejszej kopalni uranu. Nowy szef Zarządu Uzbrojenia 
Wojsk Lądowych, generał pułkownik Wilhelm Leeb, zaakceptował tę propozycję.

Wkrótce   powstał   w   Oranienburgu   zakład   produkcji   oczyszczonego   tlenku   uranu.   W   pierwszych 

tygodniach 1940 roku laboratorium „Virushaus” dysponowało już czystym, najcięższym metalem na świecie.

Paul   Harteck   był   szybki.   Jeszcze   nie   zakończyły  się   działania   wojenne   w  Polsce,   a   on   już  —   25 

września — wysłał list do jednego z dyrektorów IG-Farben z prośbą o przekazanie mu uranu, znajdującego 
się   w   dyspozycji   tego   koncernu.   Płonął   z   niecierpliwości   i   nie   chciał   czekać   na   dostawy   z   zapasów 
zgromadzonych przez Ministerstwo Wojny. Już po kilku dniach otrzymał przesyłkę, w której znajdowało się 
100 gramów uranu. W jego hamburskim laboratorium oczekiwała niemal gotowa aparatura do rozdzielania 
izotopów.

Tego samego dnia, kiedy Harteck wystosował pismo do IG-Farben, Heisenberg projektował aparaturę 

do doświadczalnego wyznaczania liczby neutronów uwalnianych przy rozszczepianiu.

26 września jadąc na tajną konferencję do Zarządu Uzbrojenia Wojsk Lądowych obaj uczeni mieli już 

projekt   wykorzystania   uranu   i   konstrukcji   reaktora.   6   grudnia   1939   roku   Heisenberg   wysłał   raport   do 
Ministerstwa Wojny, w którym wykazał, jak wielkie postępy poczynili Niemcy w ciągu dwóch zaledwie 
miesięcy,   które   minęły  od   chwili   rozpoczęcia   prac.   Sugerował,   że   odkryte   przez   Hanna   i   Strassmanna 
zjawisko rozszczepienia uranu może być wykorzystane do produkcji energii na wielką skalę. Jego zdaniem, 
uran wykorzystany w reaktorze powinien być wzbogacony izotopem U-235, gdyż tylko w ten sposób będzie 
można uzyskać materiał wybuchowy znacznie potężniejszy od znanych dotychczas.

Do wytworzenia energii, argumentował, wystarczy nawet zwykły niewzbogaeony uran, jeśli użyje się 

go łącznie z substancją nie pochłaniającą neutronów. Wyraził też pogląd, że najwłaściwszymi materiałami 
mogą być ciężka woda i grafit o bardzo wysokiej czystości.

Przy   sposobności   profesor   ostrzegł,   że   reaktor   będzie   potężnym   źródłem   wysoce   szkodliwego 

promieniowania neutronowego i promieniowania gamma, a więc należy pomyśleć o specjalnej konstrukcji 
zabezpieczającej przed tymi falami.

W kwietniu 1940 roku Ministerstwo Wojny dysponowało 150-kilogramowym zasobem uranu, a jego 

zapas w czerwcu miał dojść do jednej tony. Heisenberg i Harteck, konstruktorzy stosu uranowego, zgłosili 
zapotrzebowanie   na   500   do   1000   kilogramów   tlenku   uranu   każdy.   Otrzymali   go,   na   razie   w   znacznie 
mniejszych ilościach, w ostatnim tygodniu maja.

Prace   nad   zbudowaniem   stosu   posuwały   się   szybko   naprzód.   Ponadto   Diebner   gotował   się   do 

skonstruowania drugiego stosu uranowego w ośrodku na poligonie wojskowym w Gottow, a młodzi uczeni z 
zespołu Heisenberga rozpoczęli budowę trzeciego stosu w Lipsku.

Podobną rolę, jaka na starym kontynencie przypadła Fryderykowi Joliot-Curie, w Ameryce odegrał 

profesor   Enrico   Fermi.  17  marca   1939   roku   konferował   w   Ministerstwie   Obrony  na   temat  możliwości 
wywołania   reakcji   łańcuchowej   i   ostrzegał   amerykańskie   czynniki   oficjalne   przed   niebezpieczeństwem 
uzyskania przez Trzecią Rzeszę broni jądrowej.

Władze   Stanów   Zjednoczonych   początkowo   odniosły  się   do   jego   ostrzeżenia   obojętnie.   Hitler   był 

daleko i wyglądało na to, że uda się zachować neutralność. Nastroje izolacjonizmu i nieinterwencji w „wojnę 
europejską”   były  w   Stanach   dość   silne.   Zresztą   zarysowany  przez   słynnego   fizyka   obraz   monstrualnej 
groźby atomowej wydawał się graniczyć z fantazją.

Wówczas niezmordowany Fermi poprosił o pomoc Alberta Einsteina. 2 sierpnia wystosował list do 

prezydenta Roosevelta, podpisany przez Einsteina, w którym uczeni informowali najwyższego dostojnika i 
szefa rządu federalnego o możliwości skonstruowania bomby zdolnej do zmiecenia z powierzchni ziemi 

background image

całych miast. Wspomnieli również o tym, gdzie znajdują się najbogatsze złoża uranu.

Prezydent   nie   pozostał   głuchy  na   głos   przestrogi.   Powołał   specjalny  Komitet   Doradczy  do   Spraw 

Uranu, który już w listopadzie zlecił rządowi udzielenie dotacji oraz dostarczenie 4 ton grafitu i 50 ton 
tlenku uranu na cele doświadczalne. Jednak rząd nie przyznał żądanych środków i zainteresowanie tą sprawą 
w USA przygasło.

Einstein   był   człowiekiem   upartym   i   nie   zniechęcał   się   łatwo.   7   marca   1940   roku   wystosował   do 

Roosevelta drugi list, w którym pisał:

„Od   chwili   wybuchu   wojny   zainteresowanie   uranem   w   Trzeciej   Rzeszy   wyraźnie   wzrosło. 

Dowiedziałem się właśnie, że w największej tajemnicy prowadzi się tam prace badawcze. Wciągnięto do 
nich następny z instytutów imienia cesarza Wilhelma, mianowicie Instytut Fizyki. Został on objęty nadzorem 
rządowym   i   grupa   fizyków   pod   kierunkiem  C.   F.   von  Weizsäckera   prowadzi   tam  badania   nad   uranem 
wspólnie z Instytutem Chemii. Poprzedniego dyrektora urlopowano jakoby na czas wojny”.

Tak się złożyło, że poprzedni dyrektor Instytutu Chemii w Dahlem został dymisjowany i wyjechał do 

Ameryki. Na konferencji prasowej potwierdził on, że w Niemczech trwają intensywne badania nad uranem.

To poskutkowało. W kilka dni później w „New York Times” ukazał się obszerny artykuł, utrzymany w 

tonie   przesadnie   alarmistycznym,   z   którego   wypływał   jeden   wniosek:   wszyscy   fizycy,   chemicy   i 
inżynierowie w Niemczech otrzymali rozkaz porzucenia wszelkich innych prac badawczych i poświęcenia 
się wyłącznie i bez reszty doświadczeniom nad stosem uranowym.

W   tym   samym   czasie,   kiedy  Fermi   ostrzegał   Amerykę   przed   możliwością   wyprodukowania   przez 

Niemców   nowej   broni,   wieści   o   zastanawiających   postępach   niemieckich   uczonych   w   pracach   nad 
wykorzystaniem energii atomowej dotarły na Wyspy   Brytyjskie. Tutaj badania nad uranem prowadzili w 
ścisłej współpracy z Ministerstwem Lotnictwa uczeni z Imperial College, stosując jako moderatory zwykłą 
wodę i parafinę. W Wielkiej Brytanii kontynuowali również badania profesorowie niemieccy,  którzy na 
krótko   przed   wybuchem   wojny   opuścili   kraj.   Doszli   oni   do   niezmiernie   interesujących   wniosków. 
Stwierdzili,   że   wzbogacenie   uranu   izotopem   U-235   jest   posunięciem   błędnym.   Ich   zdaniem,   należy 
spróbować wydzielić pewną ilość czystego uranu 235 — ilość większą od „masy krytycznej” — a taka bryła 
eksploduje sama i to z ogromną gwałtownością.

Zredagowali dwa krótkie memoriały. W pierwszym omówili konstrukcję „superbomby” zawierającej 5 

kg czystego uranu 235 (jej wybuch równałby się wybuchowi kilku tysięcy ton dynamitu), w drugim opisali 
pokrótce   strategiczne   zalety   i   wady   bomby   uranowej.   Twierdzili,   że   Trzecia   Rzesza   jest   w   stadium 
opracowania   takiej   broni.  „Realnie   biorąc,   nie   ma   zabezpieczenia   przed   bombą   atomową  —   pisali.   — 
Jedynie posiadanie takiej broni przez aliantów może powstrzymać przeciwnika od jej użycia”.

Wszystko przemawiało za natychmiastowym rozpoczęciem prac nad nową bronią. Mimo to brytyjski 

komitet rządowy, powołany do zbadania „możliwości wyprodukowania bomb atomowych w trakcie obecnej 
wojny”, trawił czas na dyskusjach.

Nie zamąciło również angielskiego błogostanu przybycie do Londynu agenta francuskiego II Oddziału, 

Jacques Alliera. I mimo że Francuz odtworzył dokładnie wszystkie przedsięwzięcia Niemców mające na 
celu zdobycie ciężkiej  wody oraz dostarczył listę niemieckich fizyków i chemików jądrowych  z Grupy 
Badawczej Fizyki Jądrowej, sprawa nie ruszyła z martwego punktu. Tizard, który swego czasu przestrzegał 
Belgów   przed   wspólnym   wrogiem,   teraz   też   nie   zdołał   doprowadzić   do  zakupu   przez   Wielką   Brytanię 
belgijskiego uranu.

Tymczasem Niemcy zajęli Belgię i w czerwcu 1940 roku zagarnęli zapasy uranu. W ciągu następnych 

lat wywieźli 3500 ton związków tego metalu, który zmagazynowano w pomieszczeniach starych kopalni soli 
w Stassfurcie.

Jednocześnie władze hitlerowskie postawiły twardy warunek firmie Norsk-Hydro: zwiększyć produkcję 

ciężkiej wody do 1500 kg rocznie.

Dopiero teraz sceptyczni Anglicy zaczęli zastanawiać się, jakie byłyby skutki wybuchu niemieckiej 

bomby uranowej w samym środku Londynu.

Fizycy niemieccy byli gotowi do „zmasowanego  ataku” na jądro atomu, ale brakowało im jeszcze 

cyklotronu. Budowa tego wielkiego urządzenia do „rozbijania atomów” była niezmiernie kosztowna, więc 
zwrócono   się   o   dotację   do   marszałka   Rzeszy,   Hermanna   Göringa,   i   do   Ministerstwa   Poczty,   które 
dysponowało wyjątkowo bogatym działem badań naukowych.

Perspektywy wyzwolenia energii atomowej, nakreślone przez najwybitniejszych specjalistów, wywarły 

background image

wrażenie   zarówno   na   kierującym   gospodarką   Rzeszy   Göringu,   jak   i   na   ministrze   poczty   Wilhelmie 
Ohnesorge. Ten ostatni natychmiast postarał się o audiencję u Hitlera. Było to pod koniec 1940 roku.

— Mein Führer! Możemy mieć coś, co zaskoczy cały świat...  — I poinformował kanclerza o swoich 

rozmowach z przedstawicielami Zarządu Uzbrojenia i Grupy Badawczej Fizyki Jądrowej.

Spotkał   go   jednak   zawód   i   rozczarowanie.   Hitler   po   świeżym   zwycięstwie   nad   Francją   i   fiasku 

ofensywy powietrznej przeciwko Wielkiej Brytanii myślał już o rozpętaniu wojny na wschodzie. Większą 
uwagę przywiązywał do intensywnego rozwoju wojsk lądowych i lotnictwa, które już wkrótce miały się 
zmierzyć   z   Armią   Radziecką,   a   nie   do   doświadczeń   jądrowych,   nie   rokujących   szybkiego   osiągnięcia 
pożądanych   rezultatów.   Zmienił   stanowisko   znacznie   później,   kiedy   Rzesza   wyczerpana   wojną   ze 
Związkiem Radzieckim zaczęła się staczać na skraj katastrofy.

Na razie, przypominając sobie wizytę Ohnesorge, wpadał w dobry humor.
— Wszyscy ministrowie głowią się, jak wygrać wojnę, a tu przychodzi minister poczty, przynosząc 

gotowe rozwiązanie — pokpiwał.

Uparty „postminister” nie zamierzał jednak rezygnować. Spodziewał się, że własnymi siłami przygotuje 

Hitlerowi   cenny  prezent.   Rozpoczął   budowę  cyklotronu   ze   środków   swojego   resortu.   Pracami  kierował 
młody fizyk Manfred von Ardenne, który wynalazł metodę uzyskania izotopu z uranu zwykłego, by przejść z 
czasem do konstrukcji stosu jądrowego.

W tej sytuacji Niemcy mogli liczyć tylko na cyklotron paryski. Ale w tych rachubach nie przewidzieli, 

jak się zachowa druga strona. Francuzi z Fryderykiem Joliot-Curie na czele...

Tymczasem   francuski   uczony   zebrał   naukowców   i   innych   pracowników   swojego   laboratorium   w 

College de France.

— Wojna będzie prowadzona nowymi metodami — zwrócił się do zgromadzonych. — Nie wiemy, jak 

długo ona potrwa, pięć, dziesięć czy czterdzieści lat, ale wprowadzanie tych nowych metod zaczyna się już 
dziś. Wojna, którą mam na myśli, jest twardsza od tej, którą prowadzą umundurowani żołnierze, i wymaga 
cierpliwości i samozaparcia. Zaufajcie mi, proszę.

Profesor   wyjaśnił   również   swoim  najbliższym   współpracownikom,   jak   bardzo   zależy  Niemcom   na 

zdobyciu informacji na temat francuskich osiągnięć naukowych. Ostrzegł, że będą namawiali do współpracy, 
że będą chcieli zdobyć francuską aparaturę.

Nie omylił się ani o jotę. Wkrótce po zajęciu Paryża, pod koniec czerwca 1940 roku, w laboratorium 

Fryderyka Joliot zjawił się doktor Kurt Diebner w towarzystwie innego uczonego niemieckiego. Intruzi 
pożądliwym okiem taksowali prawie wykończony cyklotron amerykańskiej konstrukcji. Diebner wymógł na 
Joliocie obietnicę uruchomienia przyrządu, ale nawet do głowy mu nie przyszło, że Francuz będzie ociągał 
się z wykonaniem polecenia. Mimo to niemieccy uczeni zdołali odtworzyć znaczną część pracy zespołu 
francuskich fizyków jądrowych.

Już w lipcu 1940 roku w dziedzinie badań jądrowych Niemcy znalazły się na alarmująco wysuniętej 

pozycji. Miały wystarczające ilości związków uranu, cyklotron, liczną i doborową kadrę fizyków, chemików 
i inżynierów, a wreszcie najpotężniejszy przemysł chemiczny świata. Miały wreszcie ogromną pomoc w 
postaci... fachowej prasy Stanów Zjednoczonych, w której, zwłaszcza w czasopiśmie  „Physical Revue”, 
publikowano niezmiernie ważne prace na temat badań nad metodami prowadzącymi do uzyskania reakcji 
łańcuchowej i nad procesem wzbogacenia uranu. W piśmie tym podano również sposób otrzymania plutonu 
z uranu. Ogłoszenie tych rewelacji wywołało poważne zaniepokojenie w Anglii. Władze brytyjskie wysłały 
nawet do rządu USA notę protestacyjną, w której zwrócono uwagę, że publikowane materiały mogą być 
wykorzystane przez Niemców.

Dzięki wielkiemu cyklotronowi w Berkeley w Kalifornii badania amerykańskich uczonych posuwały 

się   szybko   naprzód.   Zaalarmowana   doniesieniami  o  stanie   prac   w   berlińskim  „Virushaus”   Rada   Badań 
Naukowych   Obrony  Narodowej   zainicjowała   ambitny  program.   Nawiązana   została   ścisła   współpraca   z 
fizykami jądrowymi Wielkiej Brytanii, skoordynowano wysiłki.

Brytyjski Komitet Rządowy — MAUD, powołany specjalnie do spraw energii jądrowej przy resorcie 

produkcji   lotniczej,   definitywnie   orzekł,   że   istnieje   możliwość   wyprodukowania   bomby   uranowej   i   że 
Niemcy poczyniły wiele starań, by zapewnić sobie ciężką wodę.

Wprowadzono w meritum sprawy Churchilla, donosząc mu o  „niezwykłym materiale wybuchowym, 

milion   razy  potężniejszym   od   znanych   dotychczas”.   Spoważniał,   kiedy  udowodniono   mu,   że   pierwsze 
bomby atomowe mogą zostać wyprodukowane w ciągu najbliższych dwóch lat. A już zupełnie przekonało 

background image

premiera proste porównanie: jeden samolot mógłby zrzucić bombę ważącą zaledwie tonę, której wybuch 
byłby równy eksplozji 2000 ton INT (trójnitrotoluenu).

— Niemcy mają wystarczające zapasy uranu — powiedział niedwuznacznie profesor F. A. Lindemann, 

późniejszy lord Cherwell, doradca naukowy Churchilla.  — Byłoby niewybaczalne, gdybyśmy dali się im 
wyprzedzić. Odnieśliby wtedy totalne zwycięstwo.

Z   miejsca   zwołano   posiedzenie   doradczego   komitetu   naukowego   gabinetu   wojennego.   Premier   i 

Komitet Sztabów mianował kierownika programu badań w randze ministra. Otworzono wreszcie państwową 
kasę.

Z tropu ciężkiej wody Anglicy już nie zeszli, a wiódł on do fabryki pod Rjukan. Wyczulono agentów 

wywiadu na najmniejsze wzmianki o zakładzie wytwarzającym tlenek deuteru. Wkrótce zaczęły nadchodzić 
raporty. Zwłaszcza te, które przebyły drogę z Norwegii i świadczyły o zwiększeniu produkcji ciężkiej wody, 
wyczuliły wywiad brytyjski i pobudziły do podjęcia energicznych kroków.

Czy Niemcom uda się wyprodukować bombę atomową wcześniej? — zadawano sobie pytanie w kołach 

wtajemniczonych. Sprawę ciężkiej wody złożono w ręce dwóch agentów Secret Service: kapitana Eryka 
Welsha i porucznika Michaela Perrin, oraz pracownika wywiadu naukowego lotnictwa, majora R. V. Jonesa. 
Współpracowali   oni   ściśle   z   szefem   norweskiej   sekcji   do   spraw   specjalnych   zadań   wywiadowczo-
dywersyjnych, pułkownikiem Wilsonem, pseudonim „Jack”.

Któregoś dnia pracownicy Secret Service otrzymali zastanawiającą informację. Agent z Trondheim, z 

okupowanej przez hitlerowców Norwegii, wyraźnie przestrzegał przed zlekceważeniem niebezpieczeństwa. 
„Pamiętajcie, krew jest gęściejsza od wody, choćby ciężkiej” — pisał w zakończeniu.

Początkowo nie bardzo wiedziano,  co  autor telegramu chciał  powiedzieć.  Zażądano  więc  od niego 

dodatkowych   informacji,   szczególnie   na   temat   obecnej   produkcji   Norsk-Hydro.   Odpowiedź   nadeszła 
natychmiast, ale nie zadowoliła Anglików. Autor depeszy przejawiał niezwykłą wstrzemięźliwość. Obawiał 
się, że to, co ma do powiedzenia aliantom, mogłoby przeniknąć do niepowołanych uszu.

Wkrótce   trójka   pracowników   brytyjskiego   wywiadu   miała   okazję   zetknąć   się   z   owym   agentem 

osobiście.   Był   nim   chemik,   profesor   Leif   Tronstad,   który   zbiegł   do   Anglii.   Tutaj   został   członkiem 
kierownictwa   norweskich   sił   zbrojnych,   szefem   IV   Oddziału   w   Londynie   w   stopniu   majora, 
odpowiedzialnym za wywiad i dywersję.

Było wczesne lato 1941 roku. Wywiad aliantów doniósł do centrali w Londynie, że Niemcy wykazują 

zwiększone zainteresowanie portugalskimi rudami uranu i że jedna z tamtejszych kopalni zaczęła dostarczać 
im ten surowiec. Inna informacja mówiła, że  „Hunowie”, jak nazywali hitlerowców Anglosasi, zamówili 
większą liczbę „dmuchawic”, niezbędnych do wzbogacenia uranu metodą dyfuzji gazowej. W tym samym 
czasie   uchodźcy  z   Niemiec   na   życzenie   brytyjskiego   wywiadu   przygotowali   listę   fizyków   i   chemików 
jądrowych, którzy zdecydowali się zostać w kraju i pracować dla reżimu Hitlera. Wymieniono szesnastu 
uczonych,   którzy   znaleźli   się   pod   stałą   obserwacją   agentów.   Zainteresowano   się   ich   trybem   życia, 
analizowano wszelkie wzmianki w niemieckiej prasie naukowo-technicznej.

Od września 1941 roku uczeni z „Virushaus” i specjaliści wojskowi uznali, iż wkrótce osiągną swój cel. 

Gotowe były projekty trzech stosów uranowych: Diebnera w Gottow, Heisenberga w „Virushaus” i w Lipsku 
oraz Ardenne'a w Ministerstwie Poczty. Najbardziej liczono na laureata Nobla.

Ruchliwy   Harteck,   obok   swoich   rozlicznych   zajęć,   próbował   również   zbudować   stos   atomowy   w 

Hamburgu. Ściśle mówiąc, jego dziełem była pierwsza w Niemczech próba z reaktorem, przeprowadzona 
jeszcze w sierpniu 1940 roku. Grupa Hartecka użyła do tego celu 185 kg tlenku uranu i 15 ton kwasu 
węglowego. Eksperyment nie udał się. W miesiąc później zespół berliński Heisenberga dokonał następnej 
próby. Potem profesor Bothe przeprowadził eksperyment w Heidelbergu. Użyto 4432 kg tlenku uranu i 435 
kg wody, które umieszczono w cylindrze o pojemności 992 litrów.

W   Instytucie  Fizyki   im.  cesarza  Wilhelma   opracowano  następującą   wersję  reaktora:   w  cylindrze  o 

wymiarach 1,40 m wysokości i 1,40 m średnicy ułożono 16 siedmiocentymetrowyeh warstw tlenku uranu i 
16 warstw parafiny (2,1 cm grubości), które oddzielono od siebie blachą aluminiową. W Instytucie Fizyki w 
Lipsku   rozpoczęła   się   z   początkiem   1941   roku   seria   eksperymentów   z   warstwami   sferycznymi:   2   cm 
parafiny i 7,5 cm tlenku uranu. Jednocześnie w połowie tego roku w Instytucie Zarządu Uzbrojenia Wojsk 
Lądowych w Gottow zaczęły się próby ze stosem atomowym, w którym użyto uranu w kształcie kostek — 
łącznie 25 ton tlenku uranu i 4,4 tony parafiny. Kostki uranowe ułożono w skrzyni parafinowej o grubości 
ścianek 2 cm.

Później zamiast parafiny zaczęto używać innych moderatorów, mianowicie grafitu i ciężkiej wody.
Postępy prac grupy naukowców hitlerowskich były już znaczne, ale do końcowego rezultatu wiodła 

background image

jeszcze   daleka   droga.   Badania   jądrowe   pozostawały  w   cieniu   totalnych   wysiłków   gospodarki   wojennej 
Rzeszy, która mobilizowała wszystkie środki dla utrzymania i dalszego rozkręcenia produkcji zbrojeniowej. 
Skończył się czas  „blietzkriegów”. Na wschodzie — wbrew hałaśliwej propagandzie trąbiącej o samych 
sukcesach  —   impet   uderzenia   Wehrmachtu   malał,   aby   utknąć   całkowicie   pod   Moskwą,   gdzie   wojska 
hitlerowskie poniosły druzgocącą klęskę, pierwszą w tej wojnie. Niemcy przeżyły potężny szok.

W  grudniu 1941 roku Stany Zjednoczone  przystąpiły do wojny z Niemcami. W USA natychmiast 

wstrzymano wszelkie nie służące celom wojskowym badania nad wykorzystaniem uranu i skoncentrowano 
wysiłki na produkcji bomby uranowej. Mocarstwo spod „gwiaździstego sztandaru” zdwoiło wysiłki, by jak 
najszybciej   otrzymać   jądrowy   materiał   wybuchowy.   Zgromadzono   potrzebne   środki   finansowe   i 
materiałowe, skoordynowano prace wszystkich grup naukowców, wprowadzono ścisłą kooperację między 
zakładami przemysłowymi i ośrodkami doświadczalnymi.

Wkrótce posunięcia te zaczęły przynosić obiecujące rezultaty.

W lutym 1942 roku w Instytucie Fizyki w Berlinie odbyła się trzydniowa konferencja o dwojakim 

charakterze. W pierwszym dniu obrad zapoznano dygnitarzy z Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych i SS z 
perspektywami   wyprodukowania   bomby   atomowej,   dwa   następne   poświęcono   skomplikowanej 
problematyce naukowej.

Wśród   licznych   przemówień   i   deklaracji,   aż   nadto   świadczących   o   przywiązaniu   wybranych 

naukowców   do   przywódców   hitlerowskiego   reżimu,   szczególne   zainteresowanie   wzbudził   referat 
Heisenberga, który w prosty sposób starał się wyjaśnić, jak można uzyskać energię z rozszczepienia uranu.

— Energia wyzwolona w trakcie procesu rozszczepienia jądra atomu jest około sto milionów razy 

większa od energii chemicznej tego samego paliwa — tłumaczył laureat Nobla. — Jednak przeprowadzenie 
reakcji łańcuchowej jest możliwe jedynie wówczas, gdy liczba neutronów uwalnianych przy rozszczepianiu 
będzie   większa   od  liczby  neutronów   pochłanianych.   I   dlatego   naturalny  uran   nie   nadaje   się   na   paliwo 
atomowe, panowie. Do tego celu potrzebny jest uran 235, a jeszcze lepiej czysty izotop U-235. Wtedy liczba 
neutronów wzrośnie w bardzo krótkim czasie i cała energia rozszczepienia uranu, to jest piętnaście bilionów 
kalorii na tonę, wyzwoli się w ułamku sekundy. Jak widać, czysty uran-235 jest materiałem wybuchowym o 
trudnej do wyobrażenia sile niszczącej. Należy jednak uświadomić sobie, panowie, że wytworzenie tego 
materiału jest sprawą niezwykle skomplikowaną. My jednak nie zrażamy się trudnościami i większą część 
pracy wykonywanej przez naszą grupę dla Zarządu Uzbrojenia Armii poświęcamy temu zagadnieniu.

Potem uczony przystąpił do omówienia zasad budowy, funkcji i zastosowania reaktora atomowego. W 

czasie   gdy  Heisenberg   wygłaszał   swój   referat,   w   innej   sali   rozpoczynały  się   równoległe   obrady.   Przy 
sprawdzaniu przepustek wchodzących na salę uczestników jeden z nich przedstawił się jako „Herr Eckart”.

—   Zostałem   upoważniony   przez   profesora   Heisenberga   do   uczestnictwa   w   tej   konferencji  — 

oświadczył.

— Proszę mi wybaczyć, ale mamy zwyczaj sprawdzać każdą osobę. Narada nosi charakter ściśle tajny 

— wyjaśnił uprzejmym tonem stojący przy wejściu fizykochemik, doktor Berkei, zarazem agent SD.  — 
Drobnostka, tylko porozumiem się z moimi przełożonymi.

Z najbliższego telefonu zadzwonił do Diebnera. Ten wyraził zdziwienie, które z miejsca przerodziło się 

w niepokój.

— Trzeba zatrzymać tę osobę — rzucił niecierpliwie do słuchawki. — Jeżeli zajdzie potrzeba, użyjcie 

siły! Musimy ustalić jego tożsamość.

Zanim   jednak   Berkei   wrócił   na   swoje   miejsce,   nieznajomy   zniknął.   Kiedy   zaś   okazało   się,   że 

Heisenberg nie upoważniał  nikogo do udziału w konferencji, Diebner natychmiast kazał połączyć  się z 
Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Rzeszy. Tam, nie bawiąc się w dociekania, postawiono sprawę jasno: 
rzekomy „Herr Eckart” to zapewne brytyjski agent. Werdykt był zgoła groteskowy, ale kto odważyłby się 
dyskutować z fachowcami od łamania kości spod znaku trupich czaszek. Zarządzono nawet jakiś pościg, 
który nie dał oczywiście żadnego rezultatu. Rzekomy agent jakby zapadł się pod ziemię.

Paul Harteck dwoił się i troił. Szczególnie leżała mu na sercu sprawa zdobycia większych ilości ciężkiej 

wody. Jeszcze pod koniec stycznia przeprowadził rozmowę z naczelnym inżynierem Vemork, podczas której 
zapadła decyzja o podjęciu produkcji ciężkiej wody w dwóch innych, obok Vemork, zakładach elektrolizy 
należących do Norsk-Hydro. Hamburczyk nalegał, aby każdy z nich dostarczył przynajmniej 1 tonę rocznie 
tego cennego produktu. Na lutowej naradzie tuzów hitlerowskich wygłosił referat na ten właśnie temat. On 
też był głównym rzecznikiem budowy zakładu w Leuna, a w kwietniu sfinalizował rozmowy na ten temat z 
dyrekcją koncernu IG-Farben.

background image

Jednego   z   ostatnich   dni   kwietnia   1942   roku   generał   pułkownik   Friedrich   Fromm,   dowódca   armii 

zapasowej, a zarazem nowy szef Zarządu Uzbrojenia Wojsk Lądowych, zatelefonował do Alberta Speera, 
ministra Uzbrojenia i Produkcji Wojennej, proponując mu spotkanie.

— U Horchera dają niezłe obiady. Zamówiłem już dyskretny gabinet na dwie osoby. Zgoda?
Minister, ulubieniec Hitlera, zwany przez niektórych  „architektem diabła”, pojął w lot, że przyjaciel 

chce mu przekazać jakąś bardzo ważną i poufną wiadomość, skoro zachowuje aż takie środki ostrożności. 
Odparł więc, że z przyjemnością skorzysta z zaproszenia.

Przy  deserze,   kiedy  już   opowiedzieli   sobie   ostatnie   ploteczki   i   obgadali   złośliwie   ostatni   mundur 

Göringa jako Wielkiego Łowczego Rzeszy, stary służbista ściszył głos i wyraził pogląd, że jego zdaniem 
Niemcy tylko wtedy będą mieć szansę wygrania wojny, gdy wynajdą broń o zupełnie nowym działaniu. 
Poprosił przy tym, aby przyjaciel zachował w tajemnicy to, co usłyszy.

Speer pomyślał, że generał wie znacznie więcej na ten temat. Rzecz była intrygująca. Pytania cisnęły się 

ministrowi na usta, ale milczał, nie chcąc płoszyć zdyscyplinowanego żołnierza. Czekał, aż ten zacznie 
mówić sam.

Przy kawie jego ciekawość została zaspokojona. Fromm wyznał, że ma kontakty z pewnym kręgiem 

uczonych, którzy są na tropie broni, mogącej zniszczyć całe miasta.

— Powinniśmy porozmawiać z tymi ludźmi, nie uważasz, Albercie? Tobie nie trzeba tłumaczyć, jak 

tym rzeźnikom z otoczenia Adolfa, że nauka to potęga. Zwłaszcza fizyka i chemia. Chciałbym, abyś pomógł 
tym zapaleńcom. Masz niemałe możliwości. Trzymasz w ręku cały przemysł wojenny i masz dostęp do 
führera i Göringa. Proponuję, żebyśmy ich odwiedzili razem, we dwójkę. Tu, w Berlinie. Instytut Fizyki i 
Instytut Chemii. Zrobione? Różni wiele tym dzielnym ludziom naobiecywali, ale wiem, że sprawa może 
utknąć w martwym punkcie, jeżeli ty nie weźmiesz jej w swoje ręce.

4   czerwca   1942   roku   odbyła   się   narada   czołówki   Grupy  Badawczej   Fizyki   Jądrowej   z   ministrem 

Speerem.   Dygnitarzowi   towarzyszyli   jego   doradcy   techniczni,   naukowców   reprezentowali:   Heisenberg, 
Hahn, Harteck i Diebner. W obradach wziął również udział prezes koncernu Vereinigte Stahlwerke, Vogler, 
oraz generałowie Fromm, Leeb, feldmarszałek lotnictwa Erhard Milch i admirał Witzell.

Referat wygłosił profesor Heisenberg. Poinformował zebranych o pracach nad rozbiciem atomu oraz 

wynalezieniu maszyny uranowej i cyklotronu, uskarżał się, że kompetentne ministerstwa zaniedbują badania 
jądrowe i podniósł sprawę braku środków finansowych i materiałów.

Uznał w końcu, że dla „dobra sprawy” powinien użyć mocniejszego argumentu.
— Ameryka zapewne już dziś ma nad nami przewagę, panowie — oświadczył wśród grobowej ciszy. 

— A to może być brzemienne w konsekwencje.

Pierwszy przerwał milczenie Speer.
— W jaki sposób można wykorzystać fizykę jądrową do budowy bomby atomowej, profesorze?
Uczony odparł,  że  teoretycznie  nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,   gorzej   jest  natomiast z  opanowaniem 

warunków technicznych, umożliwiających uzyskanie energii jądrowej. Wymaga to jeszcze znacznego czasu 
z zastrzeżeniem, że grupa otrzyma niezwłocznie wszelką pomoc, jakiej zażąda.

— A jak wielka musiałaby być bomba jądrowa, żeby zniszczyć duże miasto?  — padło pytanie z ust 

feldmarszałka.

— Wielkości ananasa — odparł Heisenberg, choć sam w to nie wierzył.
Na twarzach wojskowych odbiło się zdumienie.
— Ile czasu trzeba na jej wyprodukowanie? — zapytał Leeb.
— Kilkunastu miesięcy. Ale... — wszystkie głowy zwróciły się w stronę udzielającego odpowiedzi — 

powtarzam, potrzebne są ogromne środki, którymi w tej chwili nie dysponujemy.

Milch był wyraźnie zawiedziony.
— To ja już wolę V-1 i V-2, nad którymi prace są bardzo zaawansowane — oświadczył wyniośle.
Wyobraźnia   Speera   sięgała   znacznie   dalej.   Jak   inni   kierownicy  Rzeszy  panicznie   bał   się   klęski,   a 

wiedział, że może ona nastąpić, jeśli runie prowadzona przez niego gospodarka wojenna. Nie kwestionował 
opinii Milcha, ale podzielając punkt widzenia naukowców — ludzi docenianych przez partię hitlerowską — 
zaaprobował budowę dużego schronu podziemnego, w którym miał być umieszczony największy reaktor 
atomowy. Wyasygnował również odpowiednie kwoty na konstrukcję cyklotronu.

— Możecie dostać każdą sumę, jakiej zażądacie — powiedział bez cienia ironii.
23 czerwca minister-architekt odbył rozmowę z Hitlerem, podczas której poinformował go o stanie prac 

w dziedzinie energii jądrowej.

Nim upłynęło kilka tygodni, Niemcy mieli na ukończeniu pierwszy stos atomowy w „Virushaus”. Nie 

udało się jednak osiągnąć w nim stanu podkrytycznego — wstępu do reakcji łańcuchowej.

background image

Harteck zacierał ręce i poruszał żwawo krótko przystrzyżonym wąsikiem, który nadawał mu pewne 

podobieństwo do jego führera. Oto sam marszałek Rzeszy,  Göring, określił niemiecki Projekt  „U” jako 
„przedmiot tak palącego nas wszystkich zainteresowania”. Teraz już nawet najwyższe władze  „Wielkich 
Niemiec”   postanowiły  zmobilizować   naukę   do   pracy  dla   ostatecznego   zwycięstwa.   Na  chytry  wniosek 
Speera   Radę   Badań   Naukowych   podporządkowano   bezpośrednio   Göringowi,   odpowiedzialnemu   za 
czteroletni plan gospodarczy. „Gruby Hermann” kierował również Radą do Spraw Obrony Rzeszy, w skład 
której wchodziło 21 ministrów, generałów i dygnitarzy partyjnych. Speer liczył na to, że komasacja tych 
funkcji w ręku „pierwszego po Bogu” pchnie naprzód całe „przedsięwzięcie atomowe”.

Jednakże   najsprawniejsza   nawet   reorganizacja   nie   zastąpi   sprawy   priorytetów,   rozumował   rzutki 

Harteck.   Budować   reaktor   oczywiście   trzeba.   Będzie   on   praktycznym   sprawdzianem   naszych 
dotychczasowych osiągnięć teoretycznych i zapowiedzią końcowego sukcesu. Ale jednocześnie powinno się 
kontynuować doświadczenia nad metodą wzbogacenia uranu, co jest niezbędne do spotęgowania reakcji 
łańcuchowej, i wreszcie precyzyjnie zaprojektować funkcjonowanie poszczególnych elementów urządzeń i 
procesów, jakie zajdą w reaktorze. Dopiero po tym przejdziemy do produkcji materiału wybuchowego.

Obdarzony zaufaniem partyjnych bonzów Harteck — sam zresztą zagorzały hitlerowiec z legitymacją 

NSDAP w kieszeni — spełniał rolę motoru napędowego i koordynatora różnorodnych prac wieloosobowego 
zespołu   wybranych   naukowców.   Często   po  prostu   beształ   swych   podwładnych   za   dostrzeganą   niekiedy 
ślamazarność   lub   brak   wiary  w   powodzenie   eksperymentu.   Zdawał   sobie   sprawę   z   rosnących   kosztów 
podjętego   przedsięwzięcia,   toteż  —   pamiętając   o   obietnicy   samego   Speera  —   zalecał   stopniowanie 
wysuwanych żądań.

— Nie trzeba od razu domagać się ogromnych sum, gdyż ktoś może je zakwestionować — tłumaczył 

kolegom po fachu.  — Kompetentnych ludzi trzeba powoli przyzwyczajać do wydatków i przekonać, że 
muszą one wzrastać w miarę postępu prac. Racja jest po naszej stronie. Broń, którą przygotowujemy, może 
mieć   rozstrzygające   znaczenie   w   prowadzonej   wojnie.   Stawka   jest   już   zbyt   wysoka   i   nie   wolno   nam 
przegrać.   Gdyby   do   tego   doszło...  —   nie   kończył,   ponieważ   sama   myśl   o   klęsce   paraliżowała   go 
wewnętrznie. Nie tylko zresztą jego.

W kolejnym piśmie, skierowanym 26 czerwca do Ministerstwa Wojny, Harteck, żądając pieniędzy na 

dalsze   finansowanie   prac,   ujawnił   rezultaty   swoich   odkryć   i   zaproponował   reaktor   z   zawartością 
metalicznego   uranu   wzbogacanego   w   uran-235.   Rozwiązanie   to   umożliwiało   produkcję   energii  — 
konkretnie materiałów wybuchowych  — przy stosunkowo mniejszych ilościach tego pierwiastka, jak też i 
znacznie zmniejszonym zużyciu ciężkiej wody. Wyraził przypuszczenie, że Amerykanie zastosują tę samą 
metodę.

Teraz Projekt „U” wystartował w tempie iście priorytetowym.

AKCJA NA VEMORK

Według przewidywań Hartecka i Heisenberga do wywołania w stosie reakcji łańcuchowej trzeba by 

było użyć 5 ton ciężkiej wody. Tymczasem do końca 1942 roku zakład elektrolizy w Vemork dostarczył 
Niemcom zaledwie  800 kg. Harteck. zażądał skontrolowania postępów prac w firmie Norsk-Hydro i w 
Leuna. Po długich rozmowach uzyskano zapewnienie Norwegów, że w najbliższym czasie będą dostarczali 
130 kg ciężkiej wody miesięcznie, a później, po rozpoczęciu produkcji w budujących się zakładach, dostawy 
wzrosną.

Nie zadowoliło to twórców stosu atomowego, ale dawało nadzieje, że w przyszłości sytuacja ulegnie 

radykalnej   poprawie.   Była   przecież   jeszcze   Leuna,   a   poza   tym   postanowiono   wykorzystać   wielką 
hydroelektrownię w Merano (Tyrol), wyposażoną w szereg potężnych elektrolizerów.

Major Tronstad z uwagą wpatrywał się w stojącego przed nim człowieka o krępej sylwetce i szczerych 

oczach, którego przyprowadził do niego norweski agent SOE *. Pokręcił z podziwem głową. Obaj oni, wraz 
z   małą   grupą   uciekinierów,   porwali   statek   żeglugi   przybrzeżnej   w   jednym   z   portów   Norwegii   i 
przyprowadzili go do Aberdeen w Szkocji.

Profesor ważył w myślach śmiały plan. Jego gość, Einar Skinnarland, pochodził z Rjukan. Gdyby udało 

mu   się   szybko   wrócić   do   kraju,   jego   nieobecność   mogłaby   być   nie   zauważona.   Zaopatrzy   się   go   w 
radiostację krótkofalową „Nelly”...

*   SOE,   Special   Operations   Executive,   Dowództwo   Operacji   Specjalnych  —   organ   wywiadu   brytyjskiego 

zajmujący się działalnością dywersyjno-sabotażową w Rzeszy i krajach przez nią okupowanych.

background image

Młody norweski patriota zgodził się bez chwili wahania. Nie marzył o niczym innym, jak o walce z 

Niemcami.

Przeprowadzono szybkie przeszkolenie ochotnika i wczesnym rankiem 29 marca 1942 roku zrzucono 

go ze spadochronem w pobliżu rodzinnego miasta. Jego nieobecność w Norwegii trwała 11 dni. Nikt nie 
zwrócił na to uwagi.

Wkrótce Skinnarland zawiadomił Londyn, że udało mu się nawiązać kontakt z kilkoma technikami z 

firmy Norsk-Hydro, a nawet z naczelnym inżynierem Jomarem Brunem. Był to ten sam, na którego stawiali 
Niemcy, a wobec których udawał on lojalnego.

Na żądanie radiowe SOE Brun zdobył fotografie i schematy zakładu, zwłaszcza elektrolizerni. Podał też 

sporo   szczegółów,   dotyczących   hitlerowskich   planów   zwiększenia   produkcji   ciężkiej   wody.   Mikrofilmy 
dokumentów, ukryte w tubkach pasty do zębów, przeszmuglowańo via Szwecja do Anglii, gdzie trafiły do 
rąk Tronstada.

Sytuacja stała się jasna. W lipcu brytyjski gabinet wojenny zażądał od sztabu wojskowego zniszczenia 

fabryki w Vemork.

Postanowiono zrzucić ze spadochronami grupę przygotowawczą z doświadczonym radiotelegrafistą w 

celu założenia bazy wypadowej na nie zamieszkałym płaskowyżu Hardanger, 50 kilometrów na północny 
zachód od Rjukan. W drugiej fazie przewidywano lądowanie kilkudziesięcioosobowego oddziału sapejrów z 
wojsk spadochronowych w pobliżu jeziora Mösvatn, które obok rzeki Rjukan-Foss zasilało turbiny zakładów 
w   Vemork.   Do  przewiezienia   żołnierzy  miano   użyć   szybowców   transportowych.   Zakładano,   że   oddział 
wmaszeruje w pełnym umundurowaniu do fabryki, wysadzi ją w powietrze, a po wykonaniu zadania postara 
się zbiec do neutralnej Szwecji.

18 października przystąpiono do realizowania planu „Operacji Freshman”. Od samego początku grupę 

dywersyjną prześladował pech. Czterej Norwegowie zrzuceni ze spadochronami na płaskowyżu Hardanger 
musieli walczyć z gwałtowną zamiecią śnieżną i dopiero 6 listopada dotarli do bazy wypadowej w Sandvatn. 
W trzy dni później udało im się nawiązać łączność radiową z Londynem. Ich informacje zgasiły wojownicze 
zamiary sztabu   brytyjskiego:   w  pobliżu  Vemork  stacjonował  silny  garnizon  niemiecki,   a  wokół  fabryki 
ustawiono zasieki.

Tymczasem na  rozkaz  kierownictwa  wywiadu  brytyjskiego naczelny inżynier  zakładów  w Vemork, 

Brun, zbiegł wraz z żoną do Anglii. Zabrał ze sobą mnóstwo dokumentów i plany urządzeń fabryki. Teraz 
konferowali z nim bez przerwy: Tronstad, Welsh, Jones i Perrin, uzyskując dodatkowe informacje na temat 
interesującego ich zakładu.

W tym czasie przystąpiono do realizowania drugiej fazy operacji. Wieczorem 19 listopada 34 saperów 

na dwóch szybowcach typu  Hors, holowanych przez bombowce Halifax, wystartowało z lotniska Wick w 
Szkocji. Rozpoczął się dramat źle przygotowanej akcji, której ponurych szczegółów nie poznamy do końca. 
Kiedy   samoloty   wraz   z   holowanymi   szybowcami   znalazły   się   nad   południową   Norwegią,   nastąpiła 
katastrofa. 50 kilometrów od Stavanger wskutek oblodzenia pękła lina holownicza i jeden z szybowców 
runął na ziemię. Dziesięciu saperów ocalało, ale Niemcy wkrótce ich wytropili  i schwytali. Drugą parę 
samolot—szybowiec   spotkał   podobny   los.   Nieco   dalej,   również   w   południowej   Norwegii,   wskutek 
ograniczonej widoczności maszyna rozbiła się o zbocze góry. Oddział niemiecki wziął do niewoli czternastu 
ocalałych z katastrofy ludzi w brytyjskich mundurach bez naramienników i innych dystynkcji.

To,   co   wydobyto   ze   szczątków   szybowca,   zaalarmowało   hitlerowską   służbę   bezpieczeństwa.   Obok 

prowiantu, plecaków, namiotów, nart, nadajników radiowych oraz karabinów i pistoletów maszynowych 
znaleziono duże ilości materiałów wybuchowych. Posłany na miejsce wypadku oficer Abwehry stwierdził, 
że celem wyprawy była akcja dywersyjna.

Jaka akcja? Co miało być wysadzone w powietrze przez Anglików? To pytanie postawiło sobie dopiero 

gestapo.   Nie   zastanowiło   się   nad   tym   dowództwo   wojskowe   w   Egersund.   Czternastu   Brytyjczyków 
uznanych za dywersantów rozstrzelano natychmiast.

Wywołało  to wściekłość nie tylko  brigadeführera Rediessa, szefa  gestapo w Norwegii,  ale również 

gruppenführera Heinricha Müllera z centrali berlińskiej. Gubernator wojskowy w Norwegii, generał von 
Falkenhorst,   wydał   natychmiast   rozkaz,   aby   w   przyszłości   wszystkich   domniemanych   dywersantów 
przekazywać władzom bezpieczeństwa, by mogli zostać przesłuchani przez wywiad wojskowy i gestapo.

Tak też stało się w wypadku rozbitków ocalałych z katastrofy pierwszego tandemu. Hitlerowcy musieli 

wydusić z nich pewne informacje, skoro oddział niemieckiej policji otoczył rejon, w którym miały lądować 
szybowce, a namiestnik Rzeszy w Norwegii, Terboven, i generał Falkenhorst osobiście udali się do Vemork, 
by przeprowadzić inspekcję fabryki. Garnizon w Rjukan wzmocniono i rozpoczęto prace nad zaminowaniem 
terenów wokół zakładu ciężkiej wody.

W tym samym czasie za oceanem działy się niezwykłe rzeczy. Jeszcze na przełomie lat 1941/1942 

background image

zespół   naukowców   pod   kierunkiem   profesora   Fermi   zbudował   w   Chicago   kilka   stosów   atomowych. 
Wystarczyło   teraz   zastosować   materiał   rozszczepialny   o   większej   czystości,   by   powstała   reakcja 
łańcuchowa.   17   czerwca   1942   roku   powiadomiono   Roosevelta,   że   „w   sprzyjających   warunkach   można 
będzie wyprodukować broń atomową w takim czasie, by wpłynęła na wynik toczącej się wojny”. W kilka 
miesięcy   później   rozpoczęto   prace   nad   budową   doświadczalnego   reaktora   atomowego.   Przedsięwzięcie 
zakonspirowano pod kryptonimem Projekt „Manhattan”.

Od grudnia 1942 roku szanse przeciwników z obydwu stron Atlantyku wyrównały się. Amerykanie w 

stosunkowo krótkim czasie zdołali nadrobić opóźnienie, jakie mieli w stosunku do Trzeciej Rzeszy w latach 
1940—1941.

Ale jedyną na świecie fabryką ciężkiej wody dysponowali Niemcy.
Jak to się stało, że Amerykanie zbudowali stos uranowy stanu podkrytycznego nie dysponując zapasem 

ciężkiej   wody?   Otóż   grupa   Fermiego   wpadła   na   pomysł,   aby  użyć   jako   moderatora   grafitu.   Tańszego, 
lżejszego i bardziej dostępnego od ciężkiej wody. Efekty przeszły wszelkie oczekiwania.

Grono naukowców hitlerowskich nie doszło do takich wniosków, szukając innej drogi. Przyczyna tkwiła 

w rozbieżnych opiniach osób, uchodzących za autorytety w fizyce jądrowej.

Paul Harteck jeszcze latem 1939 roku zastanawiał się nad konstrukcją reaktora uranowego. Kiedy jego 

bliski współpracownik, doktor Süss, rzucił myśl, żeby jako moderatora użyć ciężkiej wody, profesor był 
zaskoczony.   Dotychczas,   podobnie   jak   Heisenberg,   uważał,   że   materiałem   służącym   do   spowalniania 
neutronów  może  być   grafit  o bardzo  wysokiej   czystości.   Ciężką  wodę uważał  za  materiał  zastępczy,   o 
mniejszej   wartości.   W   czerwcu   1940   roku   profesor   Bothe   na   prośbę   Hartecka   i   Heisenberga   zmierzył 
doświadczalnie  przydatność grafitu i stwierdził, że „...grafit o wyższej czystości i lepszej jednorodności, niż 
ten, którym dysponował, mógłby od biedy nadawać się na moderator”. Z kolei berlińscy teoretycy wyliczyli, 
że „otoczenie stosu  reflektorem grafitowym, który odbijałby w kierunku stosu neutrony wydostające się z 
powierzchni, pozwoliłoby na dalsze zmniejszenie jego rozmiarów”.

Tymczasem   po   kilku   tygodniach   Bothe   doniósł   Heisenbergowj,   iż   część   jego   rozważań   na   temat 

zastosowania grafitu jest błędna. Heisenberg, analizując to opracowanie szczegółowo, doszedł w ślad za jego 
autorem do niesłusznego wniosku, że grafit jest mniej odpowiednim materiałem na moderator, niż się na 
początku wydawało.

Jako rzekomo bezkonkurencyjna pozostała ciężka woda.

Od tragedii pod Stawanger upłynęło kilka tygodni. Z realizacją akcji dywersyjnej w Norsk-Hydro trzeba 

było   poczekać   do   następnej   pełni   księżyca.   Czterej   komandosi,   ukryci   na   wyżynie   Hardanger,   którym 
Londyn drogą radiową przekazał wiadomość o zagładzie oddziału saperów, odczuli to jako ciężki cios.

Z nieudanej operacji sztab aliancki wyciągnął jeden zasadniczy wniosek: dywersji w zakładzie Norsk-

Hydro   może   dokonać   jedynie   grupa   komandosów-Norwegów,   znających   okolicę.   Zorganizowania   akcji 
podjęła   się   norweska   sekcja   SOE.   Postanowiono   wykorzystać   niezwykle   cenne   informacje   naczelnego 
inżyniera   Bruna,   który   wspomniał   o   istnieniu   tunelu   dla   kabli   i   rur.   Tym   tunelem   można   wejść 
niepostrzeżenie do zakładu w Vemork.

Rząd wojenny Anglii wyraził zgodę na przeprowadzenie sabotażu. Na dowódcę sześcioosobowej ekipy 

dywersantów wyznaczono  porucznika  Joachima  Rönneberga. Wszyscy członkowie  grupy  — oznaczonej 
kryptonimem „Gunnerside” — byli  świetnymi narciarzami, przeszkolonymi już wcześniej w operowaniu 
rozmaitymi materiałami wybuchowymi.

Opracowano następujący plan akcji. Oddział miał być zrzucony ze spadochronami nad skalistą wyżyną 

Hardanger, połączyć się z oczekującą grupą przygotowawczą i wysadzić w powietrze instalacje zakładu 
produkcji   ciężkiej   wody.   Po   wykonaniu   zadania   trzej   dywersanci   mieli   pozostać   w   kraju,   by   założyć 
organizację ruchu oporu, pozostali winni przedostać się do Szwecji.

23 stycznia  1943 roku,  w nocy,  członkowie  grupy dywersyjnej  byli już na lotnisku.  Przed startem 

przeprowadzili jeszcze krótką rozmowę z Tronstadem i Wilsonem. Profesor poinformował ich o tragicznym 
losie członków poprzedniej wyprawy i uprzedził, że nie mają żadnej szansy ocalenia, jeżeli wpadną w ręce 
Niemców. Dlatego każdy z nich został zaopatrzony w śmiertelną dawkę cyjankali.

— Chociaż, być może, nie zdajecie sobie sprawy ze znaczenia swej misji, to jednak pamięć o niej 

będzie żyć wieki w historii Norwegii — zakończył wzruszony profesor.

Czteromotorowy bombowiec z sześcioma spadochroniarzami na pokładzie krążył przez dwie godziny 

nad skalistą wyżyną Hardanger. Ponieważ nie dostrzeżono świateł sygnalizacyjnych, oznaczających miejsce 
zrzutu, maszyna skierowała się w drogę powrotną do Szkocji.

Zrzut odłożono do następnej pełni księżyca.

background image

16   lutego,   podczas   rzęsistego   deszczu,   szóstka   śmiałków   pakowała   się   powtórnie   do   wielkiego 

Halifaxa. O północy maszyna  znalazła się nad ustaloną strefą zrzutu. Sześć spadochronów zawisło nad 
powierzchnią zamarzniętego jeziora, w samym środku wyżyny Hardanger.

To dzikie pustkowie, którego jedyną roślinność stanowiły jałowce, a jedyne żyjące stworzenia to stada 

reniferów, szalejącą zamiecią powitało skoczków. Wiatr siekł twarze śniegiem i lodem.

Przez   całą   noc   spadochroniarze   zakopywali   swoje   zasoby,   biały   puch   zatarł   najmniejszy   ślad   ich 

lądowania.

Wichura   ścichła   dopiero   po   dwóch   dniach   i   wtedy   ruszyli   w   dalszą   drogę.   Objuczeni 

trzydziestokilogramowymi plecakami, ciągnąc dwie pary sanek, posuwali się wolno na południowy zachód, 
na   spotkanie   grupy  przygotowawczej,   która   czekała   przyczajona   w   pobliżu   Sandvata,   w   odległości   30 
kilometrów od Rjukan.

Po połączeniu się oddziałów przystąpiono natychmiast do omówienia akcji na Vemork. Sprawa nie była 

prosta i nastroje pogarszały się z każdą chwilą. Jak dojść do fabryki? Czy można wspiąć się na półkę skalną, 
na   której   zbudowano   zakład?   Na   te   pytania   trzeba   było   znaleźć   jednoznaczną   odpowiedź.   A   zdania 
uczestników „narady” były podzielone. Jedni twierdzili, że zbocze wąwozu jest niedostępne i nie uda się go 
pokonać, inni starali się udowodnić, że jest możliwość pokonania tej skalnej ściany.

Ale co dalej? Wiedzieli, że zakładów pilnuje piętnastoosobowy oddział Wehrmachtu, ulokowany w 

baraku   między   halą   turbin   i   elektrolizernią.   Poza   tym   dwa   posterunki   strzegły   wąskiego   mostku 
przerzuconego przez wąwóz. Zmiana warty następowała co dwie godziny. W nocy terenu fabryki pilnowało 
dwóch strażników, a dwaj strzegli głównej bramy i rur doprowadzających wodę do turbin. Wszystkie wejścia 
do   zakładu   ciężkiej   wody   były   na   stałe   zamknięte,   z   wyjątkiem   drzwi   wychodzących   na   dziedziniec 
fabryczny.   W   razie   alarmu   do  Vemork  wyruszały  trzy  patrole   z   pobliskiej   miejscowości   Vaer,   a   drogę 
oświetlano reflektorami.

Była to twierdza nie do sforsowania, pułapka dla kogoś, komu udałoby się przeniknąć do środka. Jak w 

tych warunkach wysadzić w powietrze zakład elektrolizy?

Zasępiły się twarze dziesięciu komandosów.
W  czasie  kiedy alianci   przygotowywali  wyprawę   na  Vemork, uczeni  niemieccy i  amerykańscy nie 

ustawali w swym wyścigu do celu, którym miało  być wyprodukowanie materiału jądrowego do bomby 
atomowej. W USA prezydent Roosevelt przekonał Kongres o konieczności przyznania czterystu milionów 
dolarów na wyprodukowanie uranu-235 poprzez rozdzielenie izotopów tego pierwiastka. W szybkim tempie 
budowano wielkie zakłady w Oak Ridge w stanie Tennessee.

Ohnesorge, który dowiedział się o tych zamierzeniach, bez chwili namysłu pospieszył do Himmlera z 

prośbą   o   wyjednanie   mu   pilnej   audiencji   u   wodza.   Reichsführer   SS   i   policji   domyślił   się   źródła   tych 
informacji. Wiedział, że minister poczt i telekomunikacji ma wybornych specjalistów, którzy włączają się w 
transatlantyckie   kierunkowe   połączenia   radiotelefoniczne   i   rejestrują   tysiące   rozmów   prowadzonych   na 
najwyższych szczeblach. W ten sposób znano na przykład treść wielu rozmów telefonicznych Churchilla. W 
rezultacie  — fakt zgoła niewiarygodny — minister poczty miał nieporównanie lepsze rozeznanie o stanie 
prac amerykańskich uczonych aniżeli aparaty wywiadu Canarisa i Schellenberga.

Amerykanom postępy niemieckich fizykochemików także spędzały sen z powiek. Nie spodziewając się 

w tym okresie większych rewelacji po wywiadzie wojskowym, uczeni tamtejsi własnymi kanałami, poprzez 
kolegów po fachu z Anglii i Szwajcarii, usiłowali poznać tajemnice niemieckie.

Niepokój   i   starania   te   były   poniekąd   uzasadnione.   Wśród   naukowców-Niemców,   emigrantów 

zgrupowanych w ośrodku chicagowskim, panowało zdanie, że Rzesza będzie dysponowała bombą uranową 
już w grudniu 1944 roku.

Tymczasem dokładnie  na dwa lata przed tym terminem-prognozą  w Niemczech nastąpiło  poważne 

wydarzenie, wydarzenie o tajnym charakterze, jak zresztą wszystko, co dotyczyło badań jądrowych. Albert 
Speer przekonał Hitlera, aby ten przyznał pracom nad energią atomową najwyższy priorytet. W tym okresie 
wojny nawet tajna broń V-1 i V-2 nie cieszyły się takim statusem.

W piątek 26 lutego 1943 roku ośmiu komandosów norweskich ruszyło ku Rjukan. O zmroku dotarli do 

opuszczonej chaty, stojącej w lesie porastającym wzgórze na północ od tej miejscowości. Do Vemork było 
stąd zaledwie siedem kilometrów. Chwilami słyszeli nawet cichy pomruk hydroelektrowni.

Zwiadowca,   znający  doskonale   teren,   przyniósł   im   kolejne   niepokojące   wiadomości.   Straże   wokół 

fabryki zostały wzmocnione, na dachach ustawiono karabiny maszynowe i reflektory, a dojścia do zakładu 
zaminowano. Nie zniechęciło to dywersantów. Rozkaz musiał być wykonany.

W   sobotę   przystąpili   do   wykonania   ostatniego   etapu   akcji.   Uzbrojeni,   z   zapasem   plastykowych 

background image

ładunków wybuchowych, przemierzali las pieszo lub posuwali się na nartach, aż wreszcie w świetle księżyca 
dostrzegli   płaskie,   pokryte   śniegiem   dachy   głównych   budynków   fabrycznych.   Znajdowały   się   one   po 
przeciwnej stronie wąwozu, na występie skalnym, znacznie poniżej miejsca, do którego dotarli.

Była godzina dziesiąta wieczór, w Vemork popołudniowa zmiana kończyła pracę, kiedy ośmiu żołnierzy 

zsuwało się w dół stromego zbocza. W pewnej chwili zatrzymali się, zdjęli białe ochronne ubrania, ukryli 
narty, plecaki i żywność. Mieli teraz na sobie mundury armii brytyjskiej. Kieszenie napełnili amunicją i 
granatami, wzięli broń, ładunki wybuchowe, a także liny i nożyce do cięcia blachy, i ruszyli w dalszą drogę.

Przeszli   w   bród   płytką   rzeczkę,   płynącą   dnem   wąwozu,   i   zaczęli   z   trudem   wspinać   się   na 

dwustumetrową   ścianę   skalną   ku   występowi,   na   którym   stała   fabryka.   W   milczeniu   pomagali   jeden 
drugiemu   w   wyszukiwaniu   bezpiecznego   miejsca   dla   oparcia   nóg   i   uchwytu   dla   rąk.   Kiedy  stanęli   na 
najwyższej części półki, byli kompletnie wyczerpani.

Rönneberg ogarnął wzrokiem kilkusetmetrową przestrzeń, dzielącą ich od zakładu. Wiedział, że było to 

pole minowe. Całą prawie szerokość półki zajmował tor kolei łączącej Vemork z Rjukan i dalej z przystanią 
promu na jeziorze Tinnsjö. Na lewo od toru znajdowała się mała stacja transformatorowa.

— Tam, za nią, ukryjemy się na czas zmiany warty — rzucił szeptem rozkaz.
Minęła północ. Grupa ubezpieczeniowa, dowodzona przez porucznika Haukelida, powoli zbliżała się do 

ogrodzenia   okalającego   zakład.   Kryjąc   się   za   nierównościami   gruntu   dotarli   do   bramy   w   ogrodzeniu, 
przecięli   nożycami   zamykający  ją   łańcuch   i   wcisnęli   się   na   dziedziniec.   Otoczyli   barak   z   żołnierzami 
niemieckimi   i   kontrolowali   obydwa   posterunki.   Teraz   tkwili   w   ukryciu,   trzymając   palce   na   spustach 
odbezpieczonej broni maszynowej.

Za grupą ubezpieczeniową posuwała się grupa uderzeniowa pod dowództwem Rönneberga. Szła ona do 

budynku elektrolizy. Komandosi odnaleźli skryte wejście w tunelu kablowym i wczołgali się do wnętrza.

W zakładzie, gdzie sączyła się ciężka woda, pracował tylko jeden człowiek, norweski majster. Jego 

zaskoczenie było kompletne.

— Bądź cicho, a nic ci się nie stanie — ostrzegł go dowódca grupy.
W  milczeniu  zabrali  się  do zakładania  ładunków wybuchowych pod każdą  z 18 stalowych komór. 

Ładunki połączyli lontem detonującym, którego koniec przymocowali do lontu prochowego, opóźniającego 
moment wybuchu.

Uwinęli się sprawnie i szybko. Kilka minut po pierwszej wszystko było gotowe.
— Uciekaj na wyższe piętro! — rozkazał porucznik zdumionemu i zaniepokojonemu robotnikowi.
Zapalili lonty i rzucili się do ucieczki. Znajdowali się zaledwie dwadzieścia kroków od budynku, gdy 

silny wybuch rozdarł ciszę nocną. Wtopili się w ciemność i natychmiast rozpłynęli się w niej.

Obie   grupy   wycofywały   się   wzdłuż   linii   kolejowej,   kiedy   zawyła   syrena   alarmowa.   Po   chwili 

zawtórowały jej dalsze. Komandosi zsunęli się po skałach na dno jaru. Pędzili prosto przed siebie, a nad nimi 
błyskały latarki pogoni. Pościg jednak nie zbliżał się. Ale był taki moment w czasie ich ucieczki, kiedy 
wydawało się, że nie ujdą pogoni. Kiedy zaalarmowany dyrektor Norsk-Hydro dojeżdżał samochodem do 
Vemork,   z   wąwozu  wynurzyła   się   grupa   mężczyzn,   którzy  przekroczyli  drogę   i   pobrnęli   dalej   w   górę. 
Zaaferowany, nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi.

Dotarli do bazy nad jeziorem Skryken, a stąd pięciu z nich ruszyło w czterystukilometrową drogę ku 

granicy szwedzkiej, a pozostali przeszli do konspiracji w Norwegii.

Wszyscy otrzymali wysokie odznaczenia.

Główny inżynier zakładu w Vemork robił przegląd zniszczeń. Dno każdej z komór zostało wyrwane i 

bezcenna ciecz spłynęła do studzienki ściekowej. Niemal pół tony ciężkiej wody, na którą tak niecierpliwie 
czekał profesor Harteck, zniknęło bezpowrotnie.

Generał Rediess donosił swoim władzom w Berlinie:
„W nocy z 27 na 28 lutego 1943 r. około godziny 1.15 eksplozja ładunków wybuchowych zniszczyła 

instalację o dużym znaczeniu dla gospodarki wojennej.”

Co do generała Falkenhorsta, ten ocenił akcję jako  „najlepiej zorganizowaną, jaką zdarzyło mu się 

kiedykolwiek widzieć”.

Prasa londyńska zamieściła doniesienia ze Sztokholmu o wysadzeniu w powietrze fabryki w Vemork. 

Przedstawiono   to   wydarzenie   jako  „jedną   z   najważniejszych   i   najbardziej   udanych   operacji 
przeprowadzonych przez alianckich komandosów w ciągu tej wojny”.

„Times”   pisał:  „Komandosom   udało   się   zniszczyć   instalacje   do   produkcji   ciężkiej   wody,   mającej 

prawdopodobnie zastosowanie w przemyśle wojennym”.

Inny dziennik komentował:  „Uczeni wiążą z ciężką wodą nadzieje na wyprodukowanie nowej tajnej 

background image

broni, mianowicie środka wybuchowego o niesłychanej sile”.

Istotnie, udany atak na Vemork był dużym sukcesem aliantów. Odbudowa zniszczonych instalacji trwała 

kilka miesięcy.

Kiedy  Churchillowi   przekazano   specjalnie   przygotowane   sprawozdanie   z   tej   akcji,   dopisał   na   nim 

własnoręcznie:

„Jaką nagrodę można dać tym bohaterskim ludziom?”

Kilkumiesięczna przerwa w produkcji zakładu w Vemork spowodowała pierwsze poważne trudności w 

realizacji Projektu  „U”. Cios był celny. Poczynając od lutego 1943 roku produkcja ciężkiej wody w tym 
zakładzie miała wzrosnąć do 200 kilogramów miesięcznie, a potem zwiększać się systematycznie. Dopiero 
teraz Paul Harteck zdał sobie sprawę, jak niebezpieczne było uzależnienie powodzenia badań i doświadczeń 
atomowych od Norwegii. Uczonego zapewniano do tej pory,  że Vemork jest całkowicie pewny i że po 
rozbudowie  tamtejsza produkcja   dojdzie   do czterech  ton  ciężkiej   wody  rocznie.   Teraz   przyszło  gorzkie 
rozczarowanie.

Harteck nie opuścił jednak rąk. Zaproponował, by niezależnie od odbudowy zakładu pod Rjukan „wodę 

wzbogaconą” produkować we Włoszech i w samych Niemczech. Wiosną wybrał się nawet do zakładów w 
Merano i w Cotrone, by załatwić tę sprawę. Jego zabiegi, aby Göring zaakceptował przynajmniej sumę 2 
mln.   marek   na   prace   związane   ze   zdobyciem   odpowiednich   ilości   ciężkiej   wody,   zostały   uwieńczone 
powodzeniem.

Kiedy zakład w Vemork został przywrócony do dawnego stanu, kiedy uruchomiono w Norwegii dwa 

nowe zakłady, w których sączyła się do zbiorników ciężka woda, i montowano ostatnie urządzenia w Leuna, 
Harteck odetchnął z ulgą: ciężkiej wody nie powinno zabraknąć...

Przeżywał   natomiast   nowe   zmartwienie.   Wbrew   utartym   poglądom   o   rzekomej   doskonałości 

niemieckiej organizacji, okazało się, że naukowcy dopuszczeni do badań jądrowych, kierując się osobistymi 
uprzedzeniami   i   zwykłą   zawiścią,   nie   potrafili   znaleźć   wspólnego   języka,   a   nawet   zaczęli   ze   sobą 
konkurować.   Heisenberg  zlekceważył   stos   atomowy  Diebnera   w  Gottow,   obaj   zaś  —  dosyć   oryginalne 
rozwiązanie   stosu   Ardennego.   Akademia   Badań   Lotniczych   z   kolei,   ku   ich   zdumieniu,   opublikowała 
obszerny raport, ilustrowany zdjęciami i rysunkami najnowszej niemieckiej aparatury do badań jądrowych. 
Rozpętała się od razu burza i sam Speer, przerażony tym bałaganem, polecił zniszczyć cały nakład.

Nad   wszystkim   dominowała   atmosfera   podejrzliwości   i   tajnych   donosów.   Harteck   nie   stronił   od 

agentów służby bezpieczeństwa, przekazując im wiele poufnych informacji, ale i jemu patrzono na ręce. W 
lecie 1943 roku dyrektor Instytutu Fizyki w Hamburgu złożył na niego donos do SD i niewiele brakowało, 
żeby on  — gorliwy rzecznik interesów hitlerowskiej partii — stracił stanowisko. Te i podobne przykłady 
świadczyły, że w światku naukowców III Rzeszy panowały zwyczaje drapieżników z dżungli.

Kiedy w pierwszych dniach kwietnia 1943 roku poinformowano poufnie Churchilla, że brytyjscy uczeni 

opracowali   nową   metodę   wytwarzania   ciężkiej   wody,   znacznie   tańszą   od   dotychczasowej,   premier 
natychmiast zwołał naradę. Zaproszono zaledwie kilka osób.

— Jeżeli nam się to udało, to i Niemcy mogli wpaść na ten sam pomysł —- zauważył. Po czym zwrócił 

się do Cherwella: -— Chciałbym, żeby pomówił pan z szefem sztabu lotnictwa. Jego ludzie powinni ustalić, 
czy Niemcy nie wybudowali jakiejś dużej fabryki produkującej ciężką wodę. Wywiad RAF na pewno potrafi 
wykryć tak wielkie instalacje.

Poza tym polecił, by zainteresować tą sprawą Intelligence Service. Na koniec poinformował, że jeszcze 

w tym tygodniu spotka się z kierownikami obu wywiadów.

Nikt nie zadawał pytań. Intencje premiera były jasne. Jeżeli Niemcy taki zakład wybudowali, pośle się 

bombowce...

Kiedy   w   dwa   dni   później,   13   kwietnia,   odbyło   się   zapowiedziane   spotkanie   Churchilla   z 

przedstawicielami tajnych służb, powiadomiono premiera, że wywiady podjęły już niezbędne kroki.

Od wiosny 1943 roku z systematyczną zaciętością nasilały się bombardowania różnych obiektów w 

Rzeszy. Intrygujące było to, że wiele z tych nalotów szło jakby tropem instalacji, związanych z kompleksem 
Projektu „U”. Coraz to jakieś laboratorium, w którym prowadzono badania jądrowe, ulegało zniszczeniu lub 
musiało   być   ewakuowane.   Szczególnie   ucierpiały  urządzenia   w   miastach   leżących   w   zachodniej   części 
kraju.

background image

Wkrótce ten sam los spotkał pracownie w Hamburgu i w Berlinie. Przez cały sierpień i wrzesień trwała 

przeprowadzka   części   zakładów   Instytutu   Fizyki   z   Berlina-Dahlem   do   miasteczka   Hechingen   w 
południowych Niemczech.

Zimą   znów   bombardowania   nasiliły  się   i   wtedy  Instytut   opustoszał.   Na   miejscu   pozostała   jedynie 

kilkuosobowa załoga oraz Heisenberg i Bothe, którzy w gorączkowym pośpiechu przygotowywali wielki 
stos atomowy w bunkrze „Virushaus”.

Ewakuacje częściowo zdezorganizowały prace nad budową reaktora i zmusiły uczonych do częstych 

podróży z jednego końca Niemiec w drugi. Mimo to nie przerywano badań. Harteck, Heisenberg, Diebner i 
inni zapomnieli, jak wygląda normalny sen.

Pod   koniec   1943   roku   pomyślne   wyniki   zespołu   badawczo-konstruktorskiego,   który  pracował   nad 

najkorzystniejszym układem elementów stosu krytycznego, zapowiadały, że zbudowanie reaktora nastąpi w 
ciągu najbliższych miesięcy. Otóż w sierpniu tegoż roku zespół prof. Bothe ustalił optymalne wymiary siatki 
dla   układu   uran  —  ciężka   woda.   Po  wielokrotnym   eksperymentalnym   mierzeniu   strumienia   neutronów 
uczeni orzekli definitywnie, i jak się potem okazało bezbłędnie, że najkorzystniejszym układem w reaktorze 
jest przedzielenie jednocentymetrowych warstw metalicznego uranu dwudziestocentymetrowymi warstwami 
ciężkiej wody.

Zdumiewające, że dokładnie taki sam wynik osiągnęli w tym samym miesiącu 1943 roku amerykańscy 

fizycy. Identyczne też okazały się obliczenia dotyczące ilości niezbędnej dla reakcji łańcuchowej ciężkiej 
wody dokonane po obu stronach Atlantyku.

Znacznie później, już po zajęciu Niemiec przez wojska aliantów, eksperci jądrowi z USA, zapoznawszy 

się z materiałami zagarniętymi przez misję ,,Alsos”, z całą odpowiedzialnością oświadczą, że ich niemieccy 
rywale   doszli   do   tych   samych   rezultatów   co   oni,   a  „poszczególne   osiągnięcia   wykazują   zdumiewające 
podobieństwo”.

Anglicy   byli   przekonani,   że   udana   operacja   grupy  „Gunnerside”   w   Vemork   wywoła   co   najmniej 

dwuletnią zwłokę w hitlerowskich pracach nad bombą atomową i praktycznie wyłączy Niemcy z rywalizacji 
o pierwszeństwo w osiągnięciu tej strasznej broni. Kiedy jednak wywiad doniósł, że już w cztery miesiące 
po   ataku   komandosów   zakład   pod   Rjukan   zdołał   wyprodukować   200   kg   ciężkiej   wody,   zrzedły  miny 
wtajemniczonych nad Tamizą.

Wiadomość o szybkim odbudowaniu zakładów przez Niemców dotarła do szefa sztabu armii USA, 

generała Marshalla. Po krótkiej naradzie Amerykanie podjęli decyzję przeprowadzenia nalotu na fabrykę w 
Vemork. Odpowiedni rozkaz otrzymał dowódca 8 armii lotniczej, stacjonującej w Wielkiej Brytanii.

16   listopada   przed   świtem   3   grupa  Latających   Fortec  wystartowała   do   lotu   bojowego.   Atak   miał 

nastąpić o 11.30.

Lot na pułapie  4000 metrów  przebiegał gładko, nie napotkano żadnych  myśliwców Luftwaffe. Ale 

kiedy   eskadry   osiągnęły   wybrzeże   Norwegii,   niemiecka   artyleria   przeciwlotnicza   przywitała   je 
nieoczekiwanie silnym i precyzyjnym ogniem. Kilka samolotów zostało trafionych, ich załogi ratowały się 
wyskakując ze spadochronami w morze.

Pierwsza seria bomb runęła na Vemork tuż przed 11.30. W ciągu pół godziny 140 „fortec” atakowało 

fabrykę, a w południe 15 innych uderzyło na Rjukan.

Zrzucono 800 bomb, ale zaledwie kilkanaście padło na najbardziej istotne obiekty. Tylko dwie z nich 

dosięgły elektrolizerni.

Właściwy zakład „końcowego wzbogacenia”, gdzie znajdowała się ciężka woda, pozostał nietknięty.
Mimo to nalot, wprawdzie pośrednio, ale spełnił swój cel. Göring zarządził przeniesienie urządzeń oraz 

przetransportowanie zapasu ciężkiej wody do Niemiec. Zlikwidowano nie tylko zakład w Vemork, ale i w 
Saheim. Rząd niemiecki przeznaczył blisko milion marek na przyspieszenie budowy fabryki ciężkiej wody 
w Leuna. Zawarto umowę z IG-Farben, w której koncern zobowiązał się wybudować zakład i dostarczyć 1,5 
tony ciężkiej wody rocznie. Budowie obiektu przyznano najwyższy priorytet.

ZATOPIONY PROM

Przetransportowanie ciężkiej wody z Norwegii do Niemiec zaplanowano na koniec stycznia 1944 roku. 

Ładunek okazał się pokaźny i niezwykłe cenny. Czternaście ton cieczy, spuszczonej z urządzeń zakładów 
elektrolizy Vemork i Saheim, zawierało 614 kilogramów gotowego produktu, a pozostała ilość wymagała 
jeszcze   kontynuacji   procesu   wzbogacania,   ale   po   jego   zakończeniu   wystarczyłaby   całkowicie   do 

background image

wytworzenia reakcji łańcuchowej w reaktorze.

Przesyłkę otoczono troskliwą opieką i rozpoczęto staranne przygotowania, mające na celu bezpieczne 

dostarczenie jej do kraju. Specjalna jednostka Wehrmachtu miała czuwać nad ładunkiem, a niezależnie od 
tego szef Zarządu Uzbrojenia Wojsk Lądowych, generał Fromm, wysłał na miejsce swoich zaufanych ludzi.

Starania o zapewnienie odpowiedniej liczby samochodów ciężarowych, mających przewieźć cysterny 

do   portu,   zwróciły   uwagę   agentów   wywiadu   brytyjskiego.   Pod   koniec   miesiąca   Londyn   powiadomił 
radiooperatora SOE w Rjukan, Einara Skinnarlanda, o zamierzonej akcji hitlerowców.

Radiotelegrafista, mający swoją siatkę szpiegowską, już po kilku dniach zameldował przełożonym, że 

transport ma wyruszyć do Niemiec w ciągu najbliższego tygodnia. „Jeśli norweska podziemna organizacja 
ma w tej sprawie cokolwiek przedsięwziąć — wystukiwał alfabetem Morse'a — musi natychmiast otrzymać 
instrukcje”.

Zwołano   błyskawicznie   posiedzenie   gabinetu   wojennego   pod   przewodnictwem   samego   Churchilla, 

podczas którego polecono dowództwu SOE, aby opracowało plan zniszczenia całego zapasu ciężkiej wody.

I znowu zwrócono się do norweskiej sekcji operacyjnej sztabu. Ta drogą radiową przekazała do kraju 

rozkaz: „Zniszczyć!”

Wykonanie   zadania   powierzono   porucznikowi   Haukelidowi   i   radiotelegrafiście   Skinnarlandowi. 

Pierwszy z nich, uczestnik słynnego ataku na Vemork, już od roku kierował organizacją norweskiej armii 
podziemnej w Telemarku. Drugi był owym spadochroniarzem zrzuconym na teren kraju, który od początku 
utrzymywał łączność z Anglią. Obaj, choć dzieliła ich odległość stu kilometrów, utrzymywali ze sobą ścisły 
kontakt.

9   lutego   Skinnarland   depeszował   do   Londynu,   że   zniszczenie   ładunku   na   terenie   fabryki   jest 

niemożliwe. Można podjąć próbę osiągnięcia tego celu, kiedy ciężka woda będzie już w drodze. Jeszcze tego 
samego dnia wieczorem otrzymał zezwolenie na przeprowadzenie operacji.

Rozpoczęła się cicha walka między Niemcami i grupą patriotów norweskich. Pierwsi usiłowali okryć 

szczelną tajemnicą przygotowania do niezwykłego transportu, drudzy pragnęli wedrzeć się poza tę osłonę. 
Od dokładnego rozpoznania zależało powodzenie akcji.

Cennych informacji grupie dywersyjnej dostarczył naczelny inżynier zakładu w Vemork. Do spisku 

wciągnięto również kierownika transportu firmy.

Jednak   niemal   w   ostatniej   chwili   Niemcy   zmienili   plany.   Zrezygnowali   z   przewiezienia   ładunku 

samochodami. Beczki z ciężką wodą postanowiono załadować na wagony kolejowe i dostarczyć do Mael, a 
stamtąd promem przez jezioro Tinn do Tinnoset. Dalszy etap drogi wiódł do portu Heröya. Tutaj zamierzano 
przenieść cysterny na statek udający się do jednego z portów niemieckich.

Po szczegółowym rozważeniu różnych wariantów grupa dywersyjna postanowiła zniszczyć ładunek na 

jeziorze. Było ono tak głębokie, że zatonięcie promu nie dawało żadnej szansy wydobycia cystern z dna.

— Musimy zrobić wyrwę w dnie promu dokładnie trzy kwadranse po wypłynięciu statku z przystani na 

jeziorze Tinn —- wydawał ostatnie dyspozycje Haukelid. — Wówczas tratwa znajdzie się w miejscu, gdzie 
woda sięga głębokości czterystu metrów, i niech mnie szlag trafi, jeżeli uda się stamtąd wydobyć chociaż 
jedną bekę.

„Zdobyto”   zapalniki,   a   dostateczna   liczba   grubych   lasek   plastyku   znajdowała   się   w   zasobach 

zrzuconych przez RAF jeszcze poprzedniej jesieni. Z przeróbką budzika na mechanizm zegarowy także nie 
było trudności.

Tymczasem Niemcy sposobili się do swojej zakamuflowanej operacji. Do Rjukan przesunięto pierwszą 

kompanię 7 pułku dywizji Waffen SS — „Nordland”. Na osobisty rozkaz Himmlera 6 eskadra 7 specjalnej 
grupy Luftwaffe, latająca na samolotach Fieseler „Storch”, przeniosła się na polowe lądowisko w pobliżu 
Vemork   i   była   postawiona   w   stan   gotowości   bojowej.   Do   konwojowania   ciężkiej   wody   wyznaczono 
specjalny oddział piechoty Wehrmachtu.

19 lutego wieczorem ciężka woda była gotowa do swojej ostatniej drogi. W tym samym czasie ruszyła 

samochodem norweska grupa bojowa ku przystani w Mael.

Na prom wszedł Haukelid z dwoma towarzyszami. Udało im się zmylić czujność norweskiej załogi. 

Jeden z dywersantów został na straży, dwaj spuścili się w dół. Na dziobie promu, od spodu, Haukelid założył 
ładunek wybuchowy, kiszkę z plastyku z dwoma lontami detonującymi u każdego końca, związał lonty ze 
sobą   i   przymocował   je   do   żeber   tratwy.   Tutaj   już   wcześniej   umieścił   dwa   komplety   mechanizmów 
zegarowych i baterii.

Teraz   mógł   przystąpić   do   najbardziej   niebezpiecznej   czynności  —   połączenia   mechanizmów 

zegarowych z lontami.

Skończyli robotę o czwartej rano. Potem jeden z nich udał się do Skinnarlanda, by ten powiadomił 

Londyn o wykonaniu zadania. Pozostali członkowie grupy dywersyjnej ruszyli do Oslo, stąd zaś do Szwecji.

background image

20 lutego o godzinie 8.00 pociąg z ciężką wodą opuścił Rjukan. Po obu stronach trasy, poczynając od 

Vemork, strzegły go dwa rzędy gęsto rozstawionych straży. W dwie godziny później lokomotywa, sapiąc i 
prychając, wjeżdżała na prom  „Hydro”. Ten ruszył na południe. Po 40 minutach nastąpił wybuch i dziób 
statku zaczął pogrążać się w wodzie. Wagony stoczyły się z promu. Cały zapas ciężkiej wody z wyjątkiem 
czterech beczek, poszedł na dno.

Jesienią   1943   roku   amerykańskie   dowództwo   wojskowe   powołało   do   życia   misję  „Alsos”,   której 

zadaniem było zbadanie tajników niemieckich badań atomowych. Na jej czele stanął podpułkownik Boris T. 
Pash   z   wydziału   G-2   (wywiad   wojsk   lądowych).   Grupa   rozpoczęła   działalność   od   penetracji   Włoch, 
podążając w ślad za armiami aliantów.

Jak   wielką   wagę   przywiązywało   dowództwo   Sił   Zbrojnych   USA   do   powodzenia   tej   misji,   może 

świadczyć fakt,  że  w skład  pierwszej   grupy  „włoskiej”   weszli   przedstawiciele  Departamentów  Wojny i 
Marynarki, Urzędu Naukowych Badań i Rozwoju, 4 agentów OSS (Office of Strategic Services  — Urząd 
Służb Strategicznych) i 4 tłumaczy.

Równolegle OSS, wprowadzony w istotę Projektu  „Manhattan” — taki kryptonim nosił amerykański 

program wyprodukowania bomby uranowej — wysunął myśl podjęcia wspólnie z Intelligence Service akcji 
wywiadowczej. Anglicy wyrazili zgodę, ale bardzo prędko doszli do smutnego wniosku, że oto zbliża się 
koniec brytyjskiego monopolu w wywiadzie atomowym.

Amerykanie z miejsca przejęli inicjatywę. Ich łącznik, major Horace T. Calvert, mocno usadowił się w 

kierownictwie   wywiadu   naukowego   w   Londynie.   W   krótkim   czasie   sporządził   listę   50   czołowych 
niemieckich fizyków jądrowych i rozpoczął systematyczne poszukiwania śladów ich działalności.

Fachowcy z USA nie lekceważyli fizyków jądrowych III Rzeszy, słusznie zakładając, że ich postęp w 

dziedzinie   badań   teoretycznych   może   być   znaczny.   Oczywiście   trudno   było   przypuszczać,   aby  Niemcy 
mogli   ich   wyprzedzić  —   wskazywała   na   to   chociażby   dysproporcja   zaplecza   naukowo-technicznego, 
nakładów   finansowych   i   diametralnie   różnych   warunków   pracy  —   ale   jak   w   każdej   rywalizacji   istniał 
margines   ryzyka.   Obawiano   się   zwłaszcza,   że   wróg   może   wytworzyć   duże   ilości   materiałów 
promieniotwórczych   i   użyć   ich   w   zwykłych   bombach  lotniczych.   Reaktor   na   ciężką   wodę  —   o   czym 
wiedzieli   —   pozwalał   na   takie   rozwiązanie.   Jedna   bomba   tego   typu   mogła   skazić   produktami 
promieniotwórczymi   obszar   około   5   kilometrów   kwadratowych.   Naiwnością   byłoby   sądzić,   że   nawet 
kilkadziesiąt takich ładunków, gdyby rzeczywiście Niemcy zdołali je wyprodukować i przenieść do celu, 
rozstrzygnie wojnę na ich korzyść, ale samego niebezpieczeństwa skażeń nikt nie kwestionował.

Z   początkiem   1944   roku   brytyjskie   sfery   rządowe   nie   traktowały   już   poważnie   atomowego 

niebezpieczeństwa ze strony Trzeciej Rzeszy. Przywódcy Anglii byli przekonani, że Stany Zjednoczone na 
pewno zwyciężą w tym wyścigu. Amerykanie nie byli tego tak pewni. Dlatego, kiedy brytyjski wywiad 
atomowy   ustabilizował   się   na   zdobytych   pozycjach,  oni   zaczęli   dopiero   z   całym   rozmachem   rozwijać 
skrzydła.

Była   jeszcze   inna   przyczyna   nagle   obudzonej   aktywności   wywiadowczej.   Ale   tej   tajna   służba 

amerykańska nie mogła wyjawić nikomu. Nawet najbliższym sprzymierzeńcom — Anglikom.

O KROK OD REAKCJI ŁAŃCUCHOWEJ

Chociaż   niektórym   z   uczestników   zmagań   o   niemiecką   broń   jądrową   zaczynało   brakować   już 

cierpliwości, czemu trudno się dziwić, nikt nie załamywał rąk. Jeden tylko Hahn stęknął kiedyś ponuro: 
„Zaczynam powoli mieć tego wszystkiego dość”. Zdarzyło się to wtedy, gdy przeciągła syrena obwieściła 
kolejny alarm lotniczy. Profesor w ostatniej chwili zdołał dotrzeć do „Virushaus” i zejść do schronu, który 
nawet na stałych bywalcach wywierał ogromne wrażenie.

Bunkier był wyposażony znakomicie. Jego najważniejszy akcent stanowiła kolista studnia w podłodze, 

nad którą znajdował się ruchomy dźwig. System wentylacyjny, specjalny zespół pomp oraz aparatura do 
odkażania   wody   należały   do   najnowocześniejszych   osiągnięć   techniki   w   tej   dziedzinie.   Zbiorniki   do 
przechowywania   ciężkiej   wody   stały   w   osobnym   pomieszczeniu.   Urządzenia   klimatyzacyjne   usuwały 
gazowe   substancje   radioaktywne   ze   wszystkich   pomieszczeń.   Zdalnie   sterowane   urządzenia   do 
manipulowania paliwem uranowym oraz podwójne okienka wypełnione wodą umożliwiające wgląd do hali, 
w   której   znajdował   się   reaktor,   eliminowały  niebezpieczeństwo   napromieniowania.   Szczelne,   podwójne 
drzwi stalowe oddzielały główną salę od innych pracowni, w których mieściło się wyposażenie do obróbki 
uranu i analizy ciężkiej wody.

background image

W głównej hali uderzała przybysza plątanina rur doprowadzających wodę i kabli elektrycznych, które 

zbiegały  się   pośrodku   pomieszczenia   i   wchodziły  do   szaroczarnego   sześcianu.   Na   jednej   z   rur   wisiały 
aparaty pomiarowe, przypominające woltomierze i tarcze zegarowe. Niektóre z przewodów kończyły się 
dźwigniami z czarnego ebonitu.

Oczywiście, rury doprowadzały wodę chłodzącą do reaktora, „zegary” mierzyły intensywność działania 

neutronów   i   promieni   gamma,   a   ogromny   sześcienny   zbiornik   zawierał   kilka   ton   ciężkiej   wody   z 
metalicznym uranem. Cały był otoczony płaszczem grafitowym.

Nasilające   się   z   dnia   na   dzień   bombardowania   Berlina   zaniepokoiły   poważnie   grupę  uczonych, 

zwłaszcza Heisenberga i Hartecka, choć ten częściej przebywał w Hamburgu niż w stolicy.

Nie zamierzali jednak kapitulować. Prace nad budową reaktora trwały, mimo iż sytuacja stawała się 

coraz trudniejsza. 15 lutego 1944 roku, podczas powtórnego nalotu na Berlin został trafiony bombą gmach 
Instytutu  Chemii w Dahlem, gdzie zespół Hahna kończył badania nad reakcją łańcuchową. Akcelerator 
wprawdzie ocalał, ale postanowiono ewakuować całą grupę do miasteczka Hechingen, dokąd został już 
wcześniej przeniesiony Instytut Fizyki. Za przeprowadzką opowiedział się Diebner oraz profesor Gerlach. 
Najstarszy   z   grupy,   Hahn,   bez   słowa   zaczął   wydawać   stosowne   polecenia.   Berlin   działał   na   niego 
deprymująco, z trudem mógł skupić się nad swoimi analizami.

Harteck zaaferowany sprawą ciężkiej wody i rozdzielenia izotopów uranu dwoił się i troił. IG-Farben 

nie był w stanie zbudować instalacji końcowego wzbogacania według metody stosowanej w Vemork, a 
zakłady  w   Merano   i   elektrolizernie   niemieckie   mogły  wyprodukować  najwyżej   pół   tony  ciężkiej   wody 
rocznie.

Ponaglany przez zwierzchników Harteck, sam zresztą dostrzegając, że „tysiącletnia” Rzesza trzeszczy 

w   posadach,   przyspieszył   cykl   badań   nad   nową   metodą   wytwarzania   na   większą   skalę   wody  ciężkiej. 
Wymagała ona wprawdzie znacznych ilości energii elektrycznej i wodoru o bardzo wysokiej czystości, ale 
pożądaną   ciecz   można   było   otrzymać   z   produktów   ubocznych   istniejących   zakładów   chemicznych.   W 
obawie przed agentami obcego wywiadu Harteck nie sugerował na razie żadnej konkretnej fabryki. Domagał 
się   też   szybkiego   zbudowania   nowego   zakładu,   specjalizującego   się   w   produkcji   ciężkiej   wody   oraz 
przystosowania fabryki w Leuna do metody opartej na destylacji ciekłego wodoru.

Starania zostały uwieńczone sukcesem. Göring i Speer wyasygnowali na ten cel sumę 2,5 mln. marek. 

Roboty ruszyły żwawo, ale ciężka woda mogła spłynąć do pojemników dopiero pod koniec 1945 roku.

Na razie niemieccy uczeni mieli do dyspozycji zaledwie 3 tony tego produktu.
Grupa trzech panów  „H”: Hahn, Heisenberg, Harteck, nie traciła równowagi ducha, gdyż w końcu 

wydarzyła się rzecz wielka  — odkryli metodę wzbogacania uranu w izotop U-235. Teraz już można było 
uruchomić stos uranowy.

— Wkrótce uda nam się wyprodukować większą ilość wzbogaconego uranu, co spowoduje znaczne 

zmniejszenie zapotrzebowania na ciężką wodę — zapewniał najmłodszy z tej trójki.

Ale angielskie samoloty nie dawały spokoju stolicy Rzeszy. Każdej nocy rozlegało się wycie syren 

alarmowych i, mimo iż naukowcy zamykali się w schronie laboratorium i pracowali nad dokończeniem 
budowy reaktora, ułożenie stosu krytycznego przewlekało się.

Kierownictwo Trzeciej Rzeszy wyrażało swoje głębokie niezadowolenie z tego stanu rzeczy. Hitler 

zrozumiał,  że   bez   energii   atomowej   nie   spełni   swego  ostatniego  „marzenia”:   zbombardowania   Nowego 
Jorku. Inne z jego pragnień, zrównanie z ziemią Londynu za pomocą V-1 i V-2, wydawało mu się już bliskie 
realizacji.

Po   wylądowaniu   aliantów   w   Normandii   amerykańska   tajna   misja  „Alsos”   ze   zdwojoną   energią 

przystąpiła   do   działania.   Grupę   wywiadu   atomowego,   na   czele   której   stanął   wybitny  fizyk   jądrowy  dr 
Samuel A. Goudsmith, wzmocniono młodymi naukowcami. Kierownictwo wojskowe zatrzymał płk Pash. 
Szefom  „Alsosu” wręczono listę niemieckich uczonych  — fizyków i chemików jądrowych  — oraz spis 
fabryk i laboratoriów związanych  z energią nuklearną. Oba dokumenty sporządził amerykański wywiad 
naukowy w Londynie i Pentagonie. Zainteresowania swe Anglosasi rozciągnęli również na profesora Joliot i 
jego współpracowników.

Obiektem zainteresowań i „szabru” stali się nie tylko uczeni, ale również wszelkie laboratoria fizyczne, 

firmy   produkujące   metale   o   wysokiej   czystości,   pewne   rodzaje   aparatury   uważanej   za   niezbędną   w 
badaniach jądrowych i przy rozdzielaniu izotopów oraz firmy prowadzące handel uranem i torem. Misja 
otrzymała też zadanie zbadania, gdzie się podziały belgijskie zasoby rudy uranowej.

Już 24 sierpnia, zaledwie w kilka godzin po kapitulacji niemieckiego garnizonu w Paryżu, członkowie 

misji po uprzednim przeszukaniu wakacyjnych rezydencji Fryderyka Joliot, dotarli pod jego następny adres, 

background image

do willi na przedmieściu stolicy. Nie zastali profesora w domu, więc Pash i Calvert udali się do laboratorium 
w Collége de France. 27 sierpnia w Paryżu znalazł się Goudsmith, który natychmiast kazał się zawieźć do 
Joliota. W dwa dni później francuski uczony został przewieziony do Londynu, gdzie prowadzili z nim długie 
rozmowy  pracujący  w   wywiadzie   specjaliści   amerykańscy  i   angielscy.   Francuz   wskazał   nazwiska   tych 
niemieckich fizyków, którzy zajmowali się uruchomieniem paryskiego cyklotronu. Napomknął, że Niemcy 
zapewniali go, iż cyklotron wykorzystywany jest do badań nie mających nic wspólnego z celami wojennymi.

— Moim zdaniem Niemcom daleko jeszcze do stworzenia bomby atomowej — starał się uspokoić 

Anglosasów. Natomiast na pytanie o jego własne prace w dziedzinie jądrowej dawał wymijające odpowiedzi.

Podczas półrocznego pobytu „Alsosu” we Francji misja zebrała sporo ciekawego materiału. Szczególnie 

pieczołowicie gromadzono jednak nazwiska i adresy. Szykowano się do łowów na ludzi, dokumenty i sprzęt. 
Wojska alianckie musiały tylko przekroczyć Ren.

9 września oddział Pasha dotarł do Brukseli, gdzie ustalił, które firmy niemieckie wykupiły tutejsze 

zasoby związków uranu — łącznie ponad 1000 ton.

Teraz członkowie misji  „Alsos” zaniepokoili się poważnie. Niepokój ich wzrósł gwałtownie, kiedy w 

zakładach Philipsa w Holandii dowiedzieli się o zakupie przez Radę Badań Naukowych Rzeszy wielkich 
ilości aparatury elektronicznej, a gdy przejrzawszy dokumenty stwierdzili, że filia niemieckiej firmy Auera 
w Paryżu zagarnęła cały francuski zapas toru, który można stosować zamiast uranu, ogarnęła ich panika.

Informacje napływające do wywiadów alianckich sugerowały coraz wyraźniej, że w wyniku ciężkich 

nalotów bombowych na Berlin, których ofiarą padły między innymi niektóre obiekty Instytutu im. cesarza 
Wilhelma  — były to, nawiasem mówiąc, wieści przesadzone  — centrum niemieckich doświadczeń nad 
energią   atomową   przeniesiono   gdzie   indziej.   Ale   dokąd?   Na   to   pytanie   trzeba   było   odpowiedzieć   jak 
najprędzej.   Zaniepokojenie   anglosaskich   speców   wzrosło,   gdy   pracownicy   Intelligence   Service   zdobyli 
wypowiedź pewnego szwajcarskiego fizyka jądrowego o prohitlerowskich sympatiach, z której wynikało, że 
Niemcy przygotowują nową broń o niesłychanej sile niszczącej.

I to stwierdzenie było również trochę przesadzone. Niemieccy uczeni nie tylko nie przeszli jeszcze do 

fazy produkcji energii atomowej, ale nawet nie zdołali uzyskać stanu krytycznego w reaktorze, czyli reakcji 
łańcuchowej, która mogła nastąpić dopiero wówczas, gdy współczynnik zwiększenia liczby neutronów był 
większy od 1.

Tymczasem  agentom  brytyjskim  udało   się   skłonić   owego   uczonego   szwajcarskiego   do  przekazania 

dokładniejszych informacji i wtedy to padła nazwa miasteczka Bissingen, gdzie w starej walcowni miały być 
prowadzone doświadczenia jądrowe.

Kapitan Welsh doznał nagłego olśnienia. Sięgnął do szafy pancernej z najbardziej tajnymi aktami i 

spośród   innych   dokumentów   wyjął   list   pewnego   angielskiego   lotnika,   przebywającego   w   niemieckiej 
niewoli. Korespondencją była z października 1943 roku i nosiła stempel poczty w Hechingen. Ustalono, że 
miasto dzieliła od osady Bissingen odległość pięciu kilometrów. Kapitan powiadomił o swoim odkryciu 
majora Calverta, a ten nie omieszkał przekazać tej sensacyjnej wiadomości kierownictwu „Alsosu”. Również 
i wywiad amerykański mógł się poszczycić pewnym odkryciem  — jeden ze stacjonujących w Szwajcarii 
agentów doniósł, że w rejonie Hechingen widziano profesora Heisenberga. To był już jakiś trop.

Punkt ciężkości lotniczego rozpoznania fotograficznego postanowiono przenieść na okręg Hechingen.
Szef alianckiego rozpoznania powietrznego dostał natychmiast zadanie wykonania szczegółowych zdjęć 

tamtejszych zakładów przemysłowych. Poza tym rozpoczęto fotografowanie z lotu ptaka niemal wszystkich 
zakładów   przemysłowych   rozrzuconych   na   terenie   Rzeszy.   Amerykańscy   i   angielscy   piloci,   którzy 
wykonywali to zadanie, nie otrzymywali żadnych bliższych danych ani wyjaśnień. Chodziło o to, aby w 
razie strącenia samolotu załoga nie przekazała wrogowi wskazówek o celu tych poszukiwań.

Na   wykonanych   przez   lotników   jesienią   1944   roku   zdjęciach   zaobserwowano   jakieś   obiekty 

przemysłowe   o   nie   sprecyzowanym   bliżej   przeznaczeniu  —   magazyny,  świeżo   założone   linie   kolejki 
wąskotorowej,   nowe   przewody   wysokiego   napięcia,   a   także   powstające   obozy   prawdopodobnie   dla 
robotników przywiezionych na przymusowe roboty.

Po   dokładnej   analizie   fotogramów   rejonu   leżącego   na   południe   od   Stuttgartu,   właśnie   w   okolicy 

Hechingen,   odkryto   budowane   pospiesznie   trzy   podobne   do   siebie   fabryki.   Fakt   ten,   powiązany   z 
doniesieniami o pobycie tam Heisenberga, obudził żywe zainteresowanie nawet samego Churchilla.

Nie było wątpliwości! Niemcy przerażeni bombami lecącymi na Berlin postanowili przenieść jeden ze 

swoich głównych ośrodków jądrowych na południe Rzeszy.

W połączonych sztabach amerykańskim i brytyjskim zastanawiano się nad tym, czy dokonać nalotu i 

zniszczyć   budujące   się   zakłady   hitlerowskie,   czy   poczekać   na   dokładniejsze   informacje.   W   końcu 
postanowiono zrezygnować na razie z bombardowania i dokonać dzieła zniszczenia dopiero wtedy, gdy 
budowa  będzie   na   ukończeniu.  Obawiano   się  bowiem,   że   po pierwszych  nalotach  Niemcy  przenieśliby 

background image

wszystkie urządzenia do zakładów podziemnych i tuneli, jakich służba budowlana SS dorobiła się już sporo 
kosztem krwi, potu i życia tysięcy robotników wywiezionych na przymusowe roboty i więźniów obozów 
koncentracyjnych.

Jeszcze w czerwcu, zaledwie kilka dni po desancie pod Caen, kierownictwo Grupy Badawczej Fizyki 

jądrowej   uznało,   że   nadszedł   czas,   by  przenieść   berliński   reaktor   na   południe   Rzeszy.   Wybór   padł   na 
średniowieczną wioskę Haigerloch, położoną o 15 kilometrów na zachód od Hechingen, gdzie już od paru 
miesięcy   budowano   nowe   centrum   badań   jądrowych.   Ono   to   właśnie   zostało   sfotografowane   przez 
angielskiego lotnika.

W   Haigerloch   istniała   wykuta   w   skale   ogromna   piwnica,   używana   dotąd   jako   dojrzewalnia   win. 

Zarekwirowano ją wraz z sąsiadującą oberżą „Pod Łabędziem” na potrzeby Projektu „U”. Natychmiast też 
przystąpiono do prac nad powiększeniem jaskini i jej adaptacją do nowych potrzeb. Powstające laboratorium 
otrzymało kryptonimową nazwę „Speleologiczna Grupa Badawcza”.

Opracowano   też   plan   stopniowego   przenoszenia   w   okolice   Stuttgartu   poszczególnych   zakładów   i 

pracowni, związanych z badaniami jądrowymi. Przeprowadził się już tu na stałe Otto Hahn. Zamierzano 
skoncentrować   w   wytypowanym   rejonie   wszystkie   placówki   fizykochemii   atomowej,   które   dotychczas 
rozrzucone   były   na   terenie   całej   Rzeszy.   Ze   względów   bezpieczeństwa   nie   lokowano   tych   komórek 
badawczych i laboratoryjno-konstrukcyjnych w jednym miejscu, ale porozmieszczano je w różnych wsiach i 
miasteczkach  wokół  Stuttgartu.  Przestrzegano  też  ściśle  zasad  konspiracji.  Jeden  z  modeli   ultrawirówki 
został umieszczony w „Fabryce Mebli Vollmera”, a pomieszczenie, w którym znalazł miejsce inny prototyp, 
nazwano  „Angorafarm”  (farma  królicza).

Göring, przeczuwając zbliżającą się klęskę, okazywał coraz większe zainteresowanie nowym centrum i 

zapewnił sztab naukowców, że otrzymają wszystko, czego im tylko potrzeba. Strach przed zbliżającym się 
dniem rozrachunku za zbrodnie „Tysiącletniej Rzeszy” kazał mu chwytać się każdej deski ratunku.

28 lipca nowy cios dotknął twórców Projektu „U”. Zakład syntezy amoniaku IG-Farben w Leuna, ten, w 

którym jako produkt uboczny miała sączyć się niemiecka ciężka woda, został zbombardowany.

Tego  samego dnia Speer zakomunikował Hitlerowi, że ten  „nieszczęśliwy fakt będzie miał  zgubne 

konsekwencje”.

Tymczasem Harteck, Diebner i szef niemieckiego projektu bomby uranowej,  Gerlach, spędzili  cały 

dzień w Leuna, naradzając się z grupą inżynierów i techników nad odbudową zrujnowanej fabryki. Nie była 
to   decyzja   łatwa.   Podczas   bombardowania   uległ   całkowitemu   rozbiciu   zakład   pilotujący,   w   którym 
zastosowano metodę Hartecka-Süssa.

Szefowie potężnego koncernu niechętnie prowadzili pertraktacje. Zdali sobie bowiem sprawę, że ich 

zakłady stały się obiektem nalotu tylko i wyłącznie  ze względu na ciężką wodę. Mieli przecież poufną 
umowę z Anglią i Stanami, których finansiści zainwestowali ogromne sumy w niemieckie fabryki syntezy 
amoniaku — że te zostaną oszczędzone przez lotnictwo. Tymczasem...

Rozmowy utknęły w martwym punkcie.
Kiedy Armia  Radziecka  wraz  z  oddziałami  ludowego  Wojska  Polskiego  kończyła  letnią  ofensywę, 

stabilizując przejściowo front na linii Wisły, a Eisenhower i Montgomery nieco przyspieszyli rajd w głąb 
Francji, hitlerowscy bonzowie z Berlina zwrócili trwożny wzrok ku swoim naukowcom, spodziewając się, że 
ich wysiłek oddali widmo klęski.

Raptem   przypomniano   sobie   słowa   jednego   z   profesorów,   który   w   1943   roku   zwracał   uwagę   na 

niepokojący fakt powoływania pod broń rokujących duże nadzieje naukowców. Wyraził się on wtedy, że trzy 
tysiące   żołnierzy  mniej   na   froncie   nie   osłabi   armii   niemieckiej,   ale   trzy  tysiące   fizyków   więcej   może 
zdecydować o losach wojny. Niektórzy bardziej odważni luminarze nauki zasypywali ministrów, generałów, 
admirałów i gauleiterów wnioskami o wyreklamowanie tego czy innego uczonego od służby wojskowej. 
Przeważnie ze skutkiem negatywnym.

18 grudnia 1943 roku Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych zgodziło się wreszcie zwolnić z czynnej 

służby 5000 naukowców. W lipcu następnego roku Himmler zarządził dalsze zwolnienie uczonych od służby 
wojskowej. Realizował tę linię konsekwentnie i przy każdej okazji. W liście do generała SS Jüttnera tak 
pisał:  „Słyszałem,   że   istnieje   projekt   objęcia   obecnym   poborem  (akcja   poborowa   SE-IV)   14  600  ludzi 
spośród personelu zatrudnionego przy pracach naukowych dla potrzeb wojennych.

Żądam natychmiastowego zaprzestania poboru w sektorze naukowych badań wojskowych, ponieważ 

rozbijanie naszej nauki uważam za szaleństwo.”

W połowie sierpnia 1944 roku Göring polecił zorganizować Grupę Badań Wojskowych. Była to kolejna 

próba   jeszcze   głębszego   związania   różnych   dziedzin   nauki   z   potrzebami   sił   zbrojnych,   całkowitego 
podporządkowania jej militarystycznym celom III Rzeszy. Nie trzeba dodawać, że w Niemczech naukowcy 
od wielu lat oddawali swą wiedzę, ambicje i zapał interesom Wehrmachtu jako narzędzia agresji. Decyzja 

background image

Göringa porządkowała właściwie tylko sprawy kadrowe, ponieważ w ślad za nią 3 września reichsleiter 
NSDAP,   Bormann,   wydał   poufny  okólnik,   na   mocy  którego   wszyscy  naukowcy  mieli   być   zwolnieni   z 
wszelkiego rodzaju służb pomocniczych. Od tej pory zamierzano ich wykorzystać zgodnie z kwalifikacjami i 
doświadczeniem praktycznym.

Przysłowie powiada, że tonący chwyta się brzytwy. Tak też należy ocenić próbę ratowania katastrofalnej 

sytuacji,   podjętą   przez   Berlin.   Położenie   na   frontach   i   ciągłe   bombardowanie   całego   obszaru   Rzeszy 
wpływały hamująco na przebieg badań jądrowych. Ryk syren alarmowych ciągle dezorganizował wszelkie 
prace. I tak na przykład w połowie września 1944 roku samoloty RAF ponownie zbombardowały Frankfurt 
nad Menem, a zakład oczyszczania uranu  „Degussa” spłonął doszczętnie. Urządzenia i pozostały jeszcze 
surowiec wywieziono wprawdzie w dobrym stanie do Rheinsbergu i do Grünau, gdzie uruchomiono drugi 
zakład produkujący metaliczny uran z tlenków, ale zanim podjął on produkcję, na wschodzie rozpoczęła się 
ofensywa Armii Radzieckiej i fabrykę trzeba było ponownie przenosić. Wyposażenie i surowiec załadowano 
na ciężarówki i wysłano do nowego ośrodka atomowego w miasteczku Stadtilm, dokąd zresztą nie dotarły.

Do Stadtilm ewakuowano również laboratorium Zarządu Uzbrojenia Armii z Gottow—Kummersdorf, 

Tutaj   w   piwnicy   budynku   szkolnego   zaczęto   rekonstruować   reaktor.   Jego   rdzeń   miał   być   otoczony 
cegiełkami  z   grafitu  —   Diebner   okazał   się   przezorniejszym   od   profesorów   Bothe   i   Heisenberga   i   nie 
zdyskwalifikował grafitu jako moderatora  — oraz blokami tlenku uranu, którego 10 ton spoczywało w 
magazynach.

W końcu listopada jednostki amerykańskie zajęły Sztrasburg. Manewr okrążający przeprowadzono tak 

błyskawicznie, że zaledwie paru osobom udało się wymknąć z kotła.

Do akcji wkroczyła grupa „Alsos”. W jednym ze skrzydeł miejscowego szpitala odkryto laboratorium 

fizyki  jądrowej. Ludzie w białych fartuchach, których  w pierwszej  chwili wzięto za personel  szpitalny, 
okazali się fizykami. Goudsmit polecił wsadzić ich do ciężarówki i zawieźć do obozu.

Pojmani zachowywali  się butnie,  odmawiali  udzielania jakichkolwiek  wyjaśnień. Było ich siedmiu, 

wśród nich pewien wybitny uczony, lecz żadnego z nich nie udało się skłonić do mówienia.

Misja   spenetrowała   także   uniwersytet,   w   którym   prowadził   prace   badawcze   zespół   profesora   von 

Weizsäckera.   Naukowcy   opuścili   miasto   wcześniej,   ale   na   podstawie   pozostawionych   materiałów 
pracownicy wywiadu mogli sobie wyrobić zdanie na temat postępu prac niemieckich „kolegów po fachu”. W 
aktach  znaleziono  między innymi  pocztówkę   od  profesora  Bothe,  który  skarżył się  na  zbyt   ślamazarną 
produkcję płyt uranowych. Był też list ze wzmianką o pracach Hartecka i Grotha nad ultrawirówką oraz 
pismo Grotha, w którym była mowa o sześciofluorku uranu. W koszu od śmieci znaleziono szczątki listu 
Weizsäckera do Heisenberga, w którym młody naukowiec ostro krytykował obliczenia swego mistrza, lecz w 
końcu   pismo   podarł   i   wyrzucił.   List   ten   był   pisany   w   tym   samym   czasie,   kiedy   współpracownik 
Weizsäckera, doktor Vögler, zwracał uwagę Gerlachowi na niezadowalający postęp prac Heisenberga nad 
jego berlińskim stosem atomowym.

— Niemieccy uczeni nie przestrzegali  zbyt  ściśle  tajemnicy służbowej  w sprawach  atomowych  — 

stwierdził ze szczerym zdziwieniem szef  „Alsosu”. Zwłaszcza zaszokowało go jawne podawanie adresów 
wszystkich ważniejszych instytutów. Świadczyło to, że Abwehra i Służba Bezpieczeństwa SS, po pierwszej 
fali  czujności,   potem już,   biorąc  przykład   ze   swoich  przywódców,  niezbyt  interesowały się   programem 
badań naukowych i uczonymi.

Goudsmit pokiwał głową, przyglądając się blankietom listów opatrzonych nagłówkiem:  „Rada Badań 

Naukowych Rzeszy, Pełnomocnik Marszałka Rzeszy do Spraw Fizyki Jądrowej prof. dr W. Gerlach”. Pod 
spodem widniał pełny berliński adres i numer telefonu.

Dopiero tego samego dnia, kiedy oddział „Alsosu” wkroczył do Sztrasburga, Göring wydał polecenie, 

aby zaprzestano używać tak niedyskretnych nagłówków. Ale było już za późno. Misja wywiadu G-2 znała 
już dokładne adresy większości instytutów, ośrodków i fabryk, które ją interesowały.

Tajny  raport   Goudsmita   powędrował   specjalną   pocztą   lotniczą   do  ośrodka   wywiadu   naukowego  w 

Stanach   Zjednoczonych.   Na   podstawie   skąpych   materiałów   wysuwał   on   błędny   wniosek,   że   Niemcy 
zmierzali   raczej   w   kierunku   uzyskania   energii   jądrowej   do  celów   przemysłowych.   Nie   negując   z   kolei 
możliwości wyprodukowania bomby atomowej zbyt pochopnie uznał, iż jej użycie mogłoby się zakończyć 
katastrofą wojsk alianckich. Ten punkt widzenia dominował ziesztą w poglądach wielu innych naukowców, 
którzy  —   nie   znając   głębiej   mechanizmu   działań   zbrojnych,   zasad   planowania   operacyjnego   i 
kompleksowych związków frontu z zapleczem — dostrzegali jedynie w wąskim zakresie swej specjalności 
skutki wybuchu jądrowego.

Niemieccy uczeni i konstruktorzy z uporem kontynuowali swoje dzieło. Nadal sądzili, że uda się im 

background image

zbudować   krytyczny,   stos   uranowy   przed   końcem   wojny.   Przeprowadzone   tuż   przed   świętami   Bożego 
Narodzenia doświadczenia w reaktorze w podziemiach w Dahlem potwierdziły ten optymizm. Kiedy w 
połowie   stycznia   1945   roku   Armia   Radziecka   rozpoczęła   ofensywę,   w   Berlinie   kończono   już   prace 
poprzedzające ostateczną próbę wywołania masowej reakcji łańcuchowej. Wszystko było przygotowane do 
tego doniosłego momentu.

Tymczasem   szybki   postęp   wojsk   radzieckich   zmusił   kierownictwo   do   przewiezienia   reaktora   do 

Haigerloch. 30 stycznia po południu polecono rozebrać nadzieję „Virushaus” — stos atomowy Heisenberga.

Już wkrótce miało się okazać, że przeniesienie reaktora do Haigerloch było przedwczesne, a właściwie 

zupełnie zbędne. Schron-bunkier na terenie Instytutu w Berlinie pozostał do końca nietknięty przez bomby.

31 stycznia, wieczorem, kilka ciężarówek załadowanych uranem, ciężką wodą i  aparaturą ruszyło w 

drogę. Transport zatrzymał się w Stadtilm i dopiero 23 lutego ładunek dotarł na miejsce przeznaczenia. Przez 
czternaście dni dwa zespoły niemieckich uczonych wiodły spór o zlokalizowanie reaktora, by wrócić do 
pierwotnych koncepcji do Haigerloch. Centrum kierownicze Projektu „U” pozostało w Stadtilm.

Można   było   wreszcie   przejść   do   rekonstrukcji   berlińskiego   stosu   B-VIII.   Z   początkiem   marca 

przystąpiono do zrealizowania reakcji łańcuchowej.

Osiągnięto,   co   prawda,   ten   cel,   reakcja   wystąpiła,   ale   nie   uzyskano   nieskończonego   mnożenia 

neutronów. Do tego potrzebne były większe ilości ciężkiej wody i uranu. Ponieważ jednak materiały te były 
na miejscu, kwestia otrzymania stałej energii jądrowej była już sprawą dni. Zespół Heisenberga oświadczył, 
że skoryguje swój błąd w najbliższym doświadczeniu.

I  rzeczywiście  dotrzymał   słowa.  W   kotle  aluminiowym  o wymiarach   1,64   m  wysokości   i  1,24   na 

średnicy umieszczono 664 kostki uranu połączone łańcuchami (40 łańcuchów po 9 i 38 po 8 kostek). Siatkę 
uranową podtrzymywała jednocentymetrowa warstwa magnezu (32 kg) spoczywająca na żelaznym ruszcie o 
wadze 75 kg, umocowanym w odległości 40 cm od górnej krawędzi kotła. Całość znajdowała się w drugim, 
większym kotle aluminiowym w formie sześcianu. Wolną przestrzeń wypełniano blokami grafitu 50X10X5 
mm.

Przebywający w tym czasie w Berlinie profesor Gerlach, ostatni pełnomocnik Göringa do spraw fizyki 

jądrowej, nie mógł uwierzyć w otrzymaną wiadomość. Depesza nadana na poczcie w Hechingen donosiła, że 
reaktor w Haigerloch jest bliski osiągnięcia stanu krytycznego.

—   Eureka!   —   wykrzyknął   radośnie   i   wykręcił   numer   telefoniczny   swojego   przyjaciela   doktora 

Rossbauda, redaktora periodyku  „Naturwissenschaften”. Nie wyjaśniając mu, o co chodzi, zaprosił go do 
siebie na najbliższy wieczór.

—   Die   Maschine   geht!   *   —   powitał   gościa   w   progu.  —   Reaktor   działa!   A   nie   mówiłem   ci, 

niedowiarku?!

Wiadomość oszołomiła doktora Rossbauda.
— Wyniki pomiarów są zgodne z teorią  — kontynuował podniecony gospodarz.  — Możemy sobie 

pogratulować,   to   jest   ogromny   sukces   naszych   naukowców.   Wyprzedziliśmy   wszystkich  —   dodał 
rozpromieniony, chociaż nie mógł wiedzieć, jak daleko posunęły się badania w innych krajach.

— Gdzie to się stało, Walther?
— Pod Hechingen... — profesor urwał nagle.
Rossbaud zdążył już ochłonąć z pierwszego wrażenia.
— Od doświadczalnego potwierdzenia teorii do jej praktycznego zastosowania jest jeszcze daleka droga 

— zaczął ostrożnie, chcąc pociągnąć szefa niemieckiej fizyki jądrowej za język.  — Wiesz przecież, ile 
trzeba czasu, żeby na podstawie sprawdzonej teorii opracować metodę przemysłową...

Gerlach zdawał się nie słuchać. Miał przed oczyma zarys konstrukcji stosu uranowego w Haigerloch: 

wielka betonowa studnia wypełniona wodą, na jej dnie zbiornik zawierający ciężką wodę, osłanianą od 
środka szczelną pokrywą grafitu — nazywało się to reflektorem grafitowym — w to wpuszczony zbiornik 
wewnętrzny, wypełniony kostkami uranowymi, także otulonymi grafitem, ale z zewnątrz. Do centrum stosu 
wprowadza się źródło neutronów. Wszystko w ściśle ustalonych objętościach i we właściwych odstępach 
czasu...

Profesor był pełen optymizmu. Zaczął snuć plany na najbliższe tygodnie, mówił o ewakuacji ośrodka 

atomowego do alpejskiej „reduty führera”.

Uczeni są podobni trochę do artystów, trochę do dzieci, pomyślał Rossbaud. Opanowani przez ideę 

ignorują rzeczywistość.

* Maszyna działa.

background image

— Dzięki Bogu, jest już za późno... — wyrwało mu się nie po „narodowosocjalistycznemu”. Przyjaciel 

spojrzał na niego oburzony.

Gerlach nie mógł wiedzieć, że Rossbaud nie wierzył już w to, aby Niemcom udało się jako pierwszym 

wyprodukować bombę atomową. Redaktor naukowego periodyku już zmienił front  —  jak wielu innych 
hitlerowców, przewidując rychły koniec III Rzeszy, zatroszczył się o swoją przyszłość i znalazł chętnych 
opiekunów w wywiadzie amerykańskim. On właśnie przekazał niedawnym przeciwnikom wiadomość, do 
jakich celów miała służyć Niemcom norweska ciężka woda. Ostatnio zdołał nawet poinformować ich  — 
poprzez   członków   norweskiego   ruchu   oporu  —   o   przeniesieniu   reaktora   w   inne   miejsce.   Dokąd,   tego 
dotychczas nie wiedział.

A teraz ta cenna informacja znalazła się w jego posiadaniu  — stos uranowy uruchomiono gdzieś w 

okolicy Hechingen.

— Mądry rząd wiedziałby, jak w obecnej rozpaczliwej sytuacji Niemiec wykorzystać to osiągnięcie — 

ciągnął swoje wywody Gerlach.  — Niestety, mamy rząd, któremu zawsze brakowało rozsądku i poczucia 
odpowiedzialności.

Rossbaud w milczeniu słuchał wywodów Gerlacha. Wiedział już wszystko i zaczynał się niecierpliwić. 

Chciał jak najprędzej pożegnać gospodarza i przekazać  zdobyte  informacje aliantom. Wykorzystał  więc 
pierwszą dłuższą przerwę w rozmowie i zaczął zbierać się do wyjścia.

Wkrótce   wiadomość   o   odkryciu   Rossbauda   dotarła   do   komórki   wywiadu   naukowego   aliantów   w 

Londynie,  skąd przekazano ją generałowi  Grovesowi. Szef Projektu  „Manhattan” poinformował z  kolei 
dowództwo oddziału ,,Alsos”.

Doktor   Rossbaud   potrafił   zachować   dwie   twarze.   Do   końca   wojny   tkwił   w   środowisku   twórców 

Projektu „U” i roztrząsał z nimi różne problemy badań jądrowych. Nikt nie podejrzewał jego — człowieka 
wyniesionego   na   wysoki   fotel   z   racji   zasług   dla   ruchu   hitlerowskiego  —   o   współpracę   z   wywiadem 
amerykańskim. On zaś, przebiegły lis, dbający o własną skórę, domyślał się nie bez ironii, że na pewno nie 
jest wyjątkiem w tym dobranym towarzystwie...

Jeszcze   w   czasie   penetrowania   przez   misję  „Alsos”   paryskich   laboratoriów   natknięto   się   na   akta 

biurowe   doktora   Eugena   Ihwe,   pełnomocnika   Rzeszy   do   spraw   metali   rzadkich   we   Francji.   Wśród 
pozostawionych   przez   niego   dokumentów,   których   nie   zdążył   zniszczyć,   zaskoczony   niespodziewaną 
kapitulacją   garnizonu   Paryża,   znaleziono   list,   z   którego   wynikało,   że   Hechingen   stanowiło  „obszar 
zamknięty”.

Hechingen!   Ta   nazwa   powtarzała   się   teraz   z   jakąś   zastanawiającą   regularnością.   Natychmiast 

wznowiono loty rozpoznawcze.

Podpułkownikowi   lotnictwa,   temu   samemu,   który   kierował   akcją   rozpoznania   powietrznego 

hitlerowskiej   broni  V,   opisano   przypuszczalny   wygląd   zakładów,   przeznaczonych   do   produkcji   broni 
atomowej.

— Do produkcji atomowego materiału wybuchowego niezbędne są duże ilości energii elektrycznej i 

wody — wyjaśnił lotnikowi Jones — Fabryka musiałaby rzucić się w oczy.

Niezależnie   od   tego   podstawowego   zadania   major   zażądał   dokładnego   sfotografowania   w   różnych 

porach   doby   pewnego   budynku   znajdującego   się   w   okolicy   Stuttgartu,   do   którego,   jak   przypuszczał, 
przenieśli się fizykochemicy jądrowi z Berlina.

Pod koniec listopada na biurku Jonesa znalazły się zdjęcia, przedstawiające pewną liczbę zakładów 

przemysłowych wybudowanych ostatnio w okolicach Hechingen. Najbardziej jednak zaniepokoiły majora 
nowe bocznice kolejowe, linie wysokiego napięcia i zmierzające w tym kierunku liczne transporty.

Kiedy fotografie dotarły do generała Grovesa, ten wykrzyknął:
— Czyżby to był początek niemieckiego Oak Kidge?
Szef Projektu „Manhattan” był bliski prawdy: pod koniec wojny Niemcy rzeczywiście przystąpili już do 

budowy kompleksu obiektów z zamiarem rozwinięcia produkcji ładunków jądrowych. Oczywiście sama 
budowa zakładów niczego jeszcze nie przesądzała. Nadal bowiem nie udawało im się opracować konstrukcji 
bomby atomowej ani programu jej użycia. Całą budowlę sfotografowaną metr po metrze lotnictwo aliantów 
mogło teraz doszczętnie zniszczyć w jednym zmasowanym ataku.

Wkrótce po rozmowie z Rossbaudem Gerlach opuścił Berlin i udał się do Hechingen i Haigerloch. Tam 

spotkał się z Hahnem i Heisenbergiem, który zapoznał go z planami na najbliższe dni. Profesor postanowił 
przeprowadzić   jeszcze   jedno,   ostatnie   już,   doświadczenie   z   ciężką   wodą  i   uranem  oraz   przeanalizować 

background image

gruntownie wyniki „konkurencyjnego” stosu. Doktor Wirtz, prawa ręka Heisenberga, zauważył bowiem, że 
wielkość strumienia neutronów na zewnątrz reflektora wskazuje, iż grafit byłby jednak znacznie lepszym 
moderatorem, niż wynikało to z obliczeń profesora Bothe dokonanych w 1941 roku.

Heisenberg przyjął tę uwagę z ponurą twarzą. Wiedział, że na zastosowanie grafitu do kolejnych badań 

jest już za późno. Zbliżał się nieuchronnie nie tylko kres ich wieloletnich prac, ale w ogóle hitlerowskiej 
Rzeszy.

Rankiem 8 kwietnia w Stadtilm przed domem, w którym mieścił się ośrodek atomowy, zatrzymała się 

jednostka SS. Jej dowódca zwrócił się do Diebnera:

— Na rozkaz führera wszyscy wtajemniczeni mają być ewakuowani na południe, a ci, którzy odmówią, 

zostaną rozstrzelani.

Cały  zasób   uranu   i   ciężkiej   wody  oraz   wszystkie   urządzenia   załadowano   pospiesznie   na   kilka   aut 

ciężarowych i ruszono w drogę.

Oddziały 3 armii pancernej generała Pattona były już bardzo blisko.

„WIELKIE POLOWANIE”

W końcu lutego 1945 roku misja „Alsos” wkroczyła na teren Niemiec. Teraz była to już rozgałęziona 

specjalistyczna   organizacja,   składająca   się   z   kilku   oddziałów.   W   ich   skład   wchodziło   28   oficerów,   19 
uczonych, 19 agentów wywiadu wojskowego, 43 podoficerów i żołnierzy oraz 5 urzędników cywilnych. 
Pierwsze   informacje,   jakie   dotarły  do   pracowników   misji,   dotyczyły  zakładów   Auera   w   Oranienburgu. 
Zwrócono baczną uwagę na ten obiekt i poproszono o współpracę agentów Intelligence Service, którzy już 
wcześniej interesowali się fabryką Auera.

Zakład ten leżał w przyszłej radzieckiej strefie okupacyjnej — alianci wiedzieli, że Berlin zajmie Armia 

Radziecka.   Ponieważ   nie   mieli   najmniejszej   szansy   zdobycia   bezcennych   metali   z   podberlińskiej 
miejscowości, generał Leslie Groves, szef Projektu  „Manhattan”, zaproponował szefowi sztabu US Army 
zniszczenie   zakładu   atakiem   z   powietrza.   612   latających   fortec   8   armii   powietrznej   przeprowadziło 
zmasowany nalot na zakłady Auera, zamieniając kombinat w zwały gruzu. Na cel zrzucono 1506 ton bomb 
burzących   i   178   ton   zapalających.   Prawdziwą   przyczynę   bombardowania   zatrzymano   w   tajemnicy 
wykonując   jednoczesny   ciężki   atak   bombowy   na   pobliskie   Zossen,   gdzie   znajdowało   się   dowództwo 
niemieckich  Wojsk   Lądowych,   oraz   na   koszary  SS,   aby  rzekomo  umożliwić  ucieczkę   więźniom  obozu 
koncentracyjnego Sachsenhausen. Wyjaśnienie to było mocno naciągnięte, gdyż Armia Radziecka jeszcze 
nie   ruszyła  do   ostatniej   ofensywy  i   więźniów,   nawet   gdyby  mieli   otwartą   bramę,   Niemcy  schwytaliby 
natychmiast.

30 czerwca,  podążając  w ślad  za  armią, eksperci  z  „Alsosu”  zajęli  Instytut   Fizyki   w Heidelbergu. 

Znajdujący się tutaj profesor Bothe pokazał Goudsmitowi nowy cyklotron. Odmówił jednak jakichkolwiek 
informacji na temat badań wojskowych.

12 kwietnia oddział „Alsosu” mógł swobodnie wjechać do Stadtilm. To, co członkowie misji zastali w 

miasteczku, zaskoczyło ich zupełnie. Sterty cennych dokumentów, elementy stosu uranowego, aparatura, 
liczniki... W ręce pułkownika Pasha trafił również pomocnik Diebnera, doktor Berkei.

Tego samego dnia profesor otrzymał przez kuriera notatkę tej treści:

Stadtilm 12 kwietnia 1945

Sam! Alsos uderza znowu! — Pash. Po trzech godzinach akcji nie ma wątpliwości, że natrafiliśmy na 

żyłę złota. Diebner razem z osobami pracującymi w tej grupie (z wyjątkiem jednej) i z materiałami (tajne  
akta itp.) został w niedzielę (8 kwietnia) wywieziony przez gestapo w nieznanym kierunku.

Mamy jednak:
doktora Berkei, który od początku brał udział w pracach i gotów wszystko powiedzieć (wie też sporo o  

Hechingen), stosy wiele mówiących dokumentów, elementy maszyny U (to jest stosu uranowego) i sporo 
aparatury.

Myślę, że powinieneś znaleźć się tu jak najprędzej i Mike Perrin też. Z pewnością poznamy założenia  

całego projektu, a na południu uzupełnimy tylko szczegóły techniczne.

Do zobaczenia wkrótce

Fred

W marcu 1945 roku amerykański Sztab Generalny zmierzał do utworzenia specjalnego korpusu, w 

skład którego miały wejść dwie dywizje pancerne i jedna powietrznodesantowa. Zadaniem tej jednostki 

background image

byłoby opanowanie regionu Hechingen, zanim dotrą tam oddziały generała Lattre de Tasigny.

Przebieg   działań   wojennych   na   froncie   zachodnim   wpłynął   jednak   na   zmianę   tego   planu. 

Niespodziewany rozkład dywizji i pułków Wehrmachtu pozwalał przypuszczać, że zadanie zabezpieczenia 
strefy niemieckich badań jądrowych może być wykonane znacznie mniejszymi siłami.

Zapadła decyzja, że dokona tego „Alsos”, któremu przydzieli się odpowiedni oddział wojska. Dowódca 

największej z grup misji, pułkownik Pash, otrzymał do dyspozycji wzmocnioną kompanię 1279 batalionu 
saperów, z którą 24 kwietnia dotarł do Hechingen. Amerykanie sprytnie wykorzystali fakt, że broniące tego 
miasta oddziały niemieckie zajęte były walką z nacierającymi czołówkami francuskimi.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę, że część aparatury badawczej i niektórzy niemieccy uczeni mogli 

znaleźć schronienie w legendarnej już „twierdzy alpejskiej” Hitlera, dowództwo alianckie zastanawiało się 
nad sposobem opanowania tamtego rejonu Alp Bawarskich.

17 kwietnia odkryto w Celle zakład produkcji ultrawirówek Hartecka-Grotha, przetransportowany z 

Hamburga.   Kiedy  doktora   Grotha   przewieziono   do   Londynu   i   zaczęto   przesłuchiwać,   przekonał   się   ze 
zdumieniem, że oficerowie wywiadu brytyjskiego więcej wiedzieli o niemieckim programie jądrowym niż 
on sam.

Do   opanowania   okolicy   Hechingen   i   Haigerloch   zarówno  „Alsos”,   jak   i   angielski   wywiad 

przygotowywały   się   długo   i   starannie.   Początkowo   zamierzano   zrzucić   w   ten   rejon   duży   oddział 
spadochroniarzy, konferowano nawet na ten temat z generałem Bedell Smithem.

W końcu w Heidelbergu doszło do spotkania głównych przedstawicieli „łowców ludzi i dokumentów”. 

Z Londynu przybyli Welsh, Jones i Perrin,  „Alsos” reprezentowali Goudsmit i Pash, Waszyngton przysłał 
dodatkowo pułkownika Lansdale, szefa służby bezpieczeństwa Projektu „Manhattan”.

— Teraz, panowie, sprawdzimy, kogo możemy znaleźć w tych stronach — Goudsmit przejechał palcem 

po mapie sztabowej, po czym pstryknął w listę niemieckich uczonych, z której już kilkanaście nazwisk 
skreślono.

— Jestem pewien,  że spotkamy tam większość z nich, a przynajmniej najważniejszych  — dorzucił 

Pash.

— Zatem szczęśliwych łowów...
Podstawową trudność w rozwinięciu  „nagonki” stanowił fakt, że okolice Stuttgartu i Freiburga, gdzie 

Niemcy ostatnio skoncentrowali badania atomowe, miały być okupowane przez armię francuską. W rejonie 
tym nie było wojsk amerykańskich.

Mimo oficjalnego sojuszu i deklaracji współpracy między sztabowcami wyższego szczebla obu stron 

dochodziło   już   wówczas   do   pewnych   nieporozumień   i   tarć.   Amerykanie   wręcz   obawiali   się   silnych 
wpływów francuskiej lewicy, które mogły oddziaływać na wojsko. Spoglądając w przyszłość  — z punktu 
widzenia własnych interesów mocarstwowych  — nie chcieli, aby jakiekolwiek informacje o niemieckich 
badaniach jądrowych przeniknęły do fachowców radzieckich, którzy według ich przewidywań mogli w tej 
sprawie porozumieć się z Francuzami.

Kierując   się   tymi   obawami,   a   raczej   brakiem   lojalności   wobec   głównego   partnera   koalicji 

antyhitlerowskiej,   Związku   Radzieckiego,   zamierzali   jak   najszybciej,   jeszcze   przed   wkroczeniem  wojsk 
francuskich,   opanować   tereny   na   południu   Niemiec   i   w   tajemnicy   przejąć   wszystkie   pozostawione 
dokumenty oraz aparaturę służącą do badań jądrowych. Rzecznikiem tej koncepcji był sam Churchill i jego 
głos zaważył na odprawie szefów Połączonych Sztabów, kiedy ustalano zadania dla generałów Pattona i 
Adamsa, dowódców amerykańskiej 3 i 7 armii polowej. Miały one głębokim manewrem oskrzydlającym 
zamknąć kleszcze na południe od Stuttgartu, blokując szczelnie wszystkie drogi ucieczki z gigantycznego 
kotła. Dzięki masie wojsk pancernych i zmotoryzowanych, a zwłaszcza biernej postawie Niemców, którzy 
na froncie zachodnim nie przejawiali inicjatywy zaczepnej, operacja rokowała pełne powodzenie.

Młody fizyk atomowy i kapitan służb technicznych 7 US Army, Georg Stanton, już w połowie kwietnia 

nabrał przekonania, że zanosi się na akcję przekraczającą wszystko to, co do tej pory zdziałał „Alsos”, do 
którego   został   ostatnio   przydzielony.   Cieszyło   go   to   niepomiernie,   gdyż,   pomijając   zamiłowanie   do 
niezwykłych przygód i tajnych misji, znudził się setnie. W Reims, gdzie przebywał ostatnio w charakterze 
„naukowego oficera łącznikowego”, nie widział dla siebie żadnego pola do działania.

Wiedział oczywiście, że należy teraz do organizacji nadzorującej Projekt „Manhattan”, mający na celu 

planowanie materiałów zastępczych, ale do bliższych szczegółów nie miał dostępu. Nie mógł na przykład 
wiedzieć,   że   w   skład   głównej   kwatery   sztabu   naukowców   w   Chicago,   nazywanej   w   tajnych   aktach 
,,Metalurgical Laboratory”, wchodzili profesorowie Arthur Compton, Enrico Fermi, Filip Oppenheimer i że 
kierowali oni całą produkcją energii jądrowej w Hanford (stan Waszyngton), w Oak Ridge (Tennessee  — 

background image

inaczej laboratorium Clinton) i w Los Alamos (Nowy Meksyk). Nie wiedział również, że odpowiedni sprzęt 
na ich zamówienie dostarczał koncern Du Pont de Nemours.

Ale  nawet  gdyby generał  Groves  wtajemniczył zdolnego  kapitana  w najtajniejsze  sprawy struktury 

organizacyjnej, niewiele by to obeszło żądnego czynu oficera. Już bardziej zainteresowało go powierzone 
mu zadanie zabezpieczenia niemieckiej aparatury atomowej.

Ucieszył się więc ogromnie, kiedy 20 kwietnia został przydzielony do grupy specjalnej, która miała 

odszukać i zarekwirować urządzenia wywiezione przez hitlerowców z Berlina i ukryte gdzieś w okolicach 
Hechingen.

Stanton   z   miejsca   przystąpił   do   dzieła.   Wydał   polecenie   trzem   młodszym   kolegom,   fizykom   z 

kalifornijskiego   Instytutu   Technologii,   aby   natychmiast   pakowali   swoje   rzeczy,   i   na   czele   tej 
zaimprowizowanej  „brygady”   udał   się   na   lotnisko.   Specjalny  samolot   wojskowy  przerzucił   fizyków   do 
Heilbronn, skąd zgodnie z tajnym rozkazem mieli zgłosić się w sztabie generała Adamsa, stacjonującym w 
rejonie Schwabisch Gmünd.

Późnym wieczorem 21 kwietnia kapitan meldował się u dowódcy 7 armii. Wręczył mu osobisty rozkaz 

głównodowodzącego Ekspedycyjnych Sił Alianckich, generała D. Eisenhowera, który dotyczył wspomnianej 
już operacji okrążającej.

Stanton wyczuł, iż generał Adams nie był zadowolony, że otrzymał rozkaz za pośrednictwem oficera tak 

niskiej rangi, i to w dodatku przydzielonego do służby technicznej. Nie miał jednak wyboru, rozkaz jest 
rozkazem. Zaprosił więc fizyka do sąsiedniego pokoju, w którym, jak się okazało, urzędował szef sztabu 
armii. Panował tu ruch i gwar. Dyżurni oficerowie przyjmowali depesze radiowe i bezpośrednie meldunki 
dowódców poszczególnych dywizji i korpusów armijnych. Na ścianie wisiała ogromnych rozmiarów mapa 
Niemiec, upstrzona gwoździkami z różnokolorowymi główkami. Żółte oznaczały aktualne pozycje jednostek 
7 armii i biegły wzdłuż linii Ludwigsburg-—Crailsheim—Norymberga—Bayreuth.

Tymczasem   ośrodki   wymienione   w   rozkazie   przywiezionym   przez   Stantona,   czyli   Hechingen   i 

Haigerloch, znajdowały się na północ od Neckaru, w niewielkiej odległości od miasta uniwersyteckiego 
Tybinga. Bliżej znajdowała się francuska 1 armia, operująca w pobliżu Stuttgartu.

Co za szczęście, że Francuzi nie mają pojęcia o tym, co mogliby znaleźć w tamtych stronach, pomyślał 

młody kapitan.

W pewnej chwili wszedł adiutant i podał kartkę Adamsowi.
— Padł Stuttgart, a w Ulm nastąpiło połączenie wojsk francuskich z amerykańskimi — czytał głośno 

generał.  — Hechingen i Haigerloch znalazły się w kotle i niemieccy naukowcy nie mogli się wymknąć. 
Chyba żeby zapadli się pod ziemię...

— Teraz najważniejsze, panie generale, to pospieszyć się i zabezpieczyć aparaturę atomową, aby nie 

uległa zniszczeniu podczas walk... lub nie została umyślnie zdewastowana  — kapitan mówił te słowa w 
wielkim pośpiechu.

Generał spojrzał na podenerwowanego oficera.
— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy — przyrzekł.
Następnego dnia wczesnym rankiem grupa Stantona z eskortą lekkich czołgów i pułku zmotoryzowanej 

piechoty   ruszyła   w   drogę.   Pierwsze   kilometry   przebyli   bez   żadnych   przeszkód.   Armia   hitlerowska 
znajdowała się już w stanie rozkładu, żołnierze Wehrmachtu dobrowolnie oddawali się do niewoli.

W pobliżu Hechingen zaczęły się jednak kłopoty. Grupa Stantona natknęła się na barykadę na drodze, a 

kiedy  żołnierze   zabrali   się   do   usuwania   przeszkód,   przeważnie   wielkich   pni   drzew,   przywitał   ich   grad 
pocisków. Amerykańskie czołgi przemówiły ogniem dział i karabinów. Po godzinie zasadzkę zlikwidowano. 
Wzięto do niewoli hitlerowskich jeńców i wtedy okazało się, że byli to młodzi chłopcy z „Hitlerjugend”.

Hechingen   zajęto   o   13.00,   nie   napotykając   na   opór   wroga.   Wkrótce   nadjechał   ze   swoim   sztabem 

pułkownik Pash, któremu Stanton złożył wyczerpujący meldunek.

23 kwietnia oddział specjalny oddany pod komendę pułkownika Pasha nie czekając na nadejście wojsk 

francuskich zajął Haigerloch. Członkowie misji dotarli do piwnicy pod ogromną skarpą, wyłamali drzwi i 
weszli do pomieszczenia, w którym znajdował się reaktor. Aparatura atomowa była nietknięta. Amerykanie 
stwierdzili,   że   mieściła   się   ona   w   tak   solidnym   schronie,   że   nawet   kilkudziesięciotonowa   bomba   nie 
sforsowałaby tej przeszkody.  Oglądali z ciekawością, zwłaszcza fizycy jądrowi, wielki stalowy sześcian 
obłożony   grafitem.   Wypytywali   jednego   z   niemieckich   uczonych,   którego   przywieźli   ze   sobą,   jak 
funkcjonował reaktor, ale ten dawał wymijające odpowiedzi.

Jeszcze tego samego dnia rozebrano szczątki stosu atomowego. Uran i ciężka woda zniknęły przed 

nadejściem jankesów. Zostały skrzętnie ukryte przez Niemców.

Misja „Alsos” opuściła miasteczko, a saperzy wysadzili jaskinię w powietrze.
Tymczasem do Hechingen wkroczyły już oddziały francuskie. Pułkownik Pash musiał się spieszyć. Nie 

background image

mógł   dopuścić   do   tego,   żeby   Francuzi   dotarli   do   laboratorium   i   zorientowali   się,   jakie   badania   tutaj 
prowadzono, musiał zapobiec wywiezieniu przez Francuzów personelu i sprzętu ośrodka badawczego.

Zaczęto   więc   w   pośpiechu,   ale   gruntownie   przetrząsać   pomieszczenia   laboratoryjne   i   prywatne 

mieszkania naukowców. Znaleziono dwa różne prototypy urządzenia do rozdzielania izotopów uranu i ujęto 
kilku   fizyków   jądrowych.   Wśród   nich   byli   Weizsäcker   i   Bagge.   Podczas   przesłuchiwania   naukowców 
Goudsmit podstępnie wyłudził ujawnienie skrytki, w której umieszczono uran i ciężką wodę.

Grupa Amerykanów i Anglików ponownie udała się do Haigerloch. We wskazanym przez Niemców 

schowku, w piwnicy starego młyna, znaleziono 2000 litrów ciężkiej wody, a w niej kilkadziesiąt kostek 
uranu, z których każda ważyła około 50 funtów. Odkryto również ogromny zapas grafitu. W polu za wsią 
wykopano   kilkaset   kostek   uranowych.   Członkowie   misji   zapakowali   natychmiast   próbki   materiałów   i 
wysłali je do sztabu w Reims. Teraz już spokojnie ładowano zdobycz na ciężarówki, by przewieźć ją do 
Paryża, a stamtąd do Stanów.

Pułkownik Pash nie przerywał swej gorączkowej działalności. Tyle jeszcze było do zrobienia. Jeden z 

kierowanych   przez   niego   oddziałów   dotarł   do   laboratorium   Instytutu   Chemii   w   Tailfingen,   gdzie 
odnaleziono  profesora  Hahna.   Stary chemik,  zupełnie  zrezygnowany,   bez   większych  ceregieli   przekazał 
tajne raporty i dokumentację. Wraz z fizykiem von Lauem przewieziono go do Hechingen.

Wczesnym   rankiem   27   kwietnia   misja  „Alsos”   opuściła   te   strony,   zabierając   ze   sobą   niemieckich 

uczonych. Droga wiodła do Heidelbergu, gdzie przesłuchiwano fizyków jądrowych. Tymczasem agent z 
grupy Pasha ujął Gerlacha w jego laboratorium uniwersytetu w Monachium. Znaleziono tam resztę uranu i 
ciężkiej wody. Wkrótce schwytano też Diebnera, ale ten odmówił wszelkich zeznań.

Tuż po odjeździe Amerykanów zjawił się w Hechingen Joliot-Curie. Na usilne prośby, by przekazano 

mu   cały   zapas   uranu,   niemieccy   fizycy,   mniejsze  „płotki”,   których   nie   zabrał  „Alsos”,   z   przekorą 
pomieszaną   z   żałością   wręczyli   uczonemu   bryłkę   metalu   wielkości   kostki   cukru,   pozostałą   po 
przeprowadzonych analizach laboratoryjnych. Profesor nie krył swego rozczarowania.

EPILOG

W   ciągu   zaledwie   kilku   miesięcy   prawie   wszyscy   niemieccy   naukowcy,   którzy   uczestniczyli   w 

realizacji   Projektu  „U”,   zostali   internowani   w   Stanach   Zjednoczonych   i   Wielkiej   Brytanii.   Najdłużej 
przebywał na wolności, posługując się fałszywymi dokumentami, profesor Paul Harteck, ale i jego w końcu 
rozpoznali dwaj agenci z grupy „Alsos”. Przerzucony niezwłocznie drogą lotniczą za ocean do Farm Hall w 
pobliżu Huntigton, ze zdumieniem spotkał swoich kolegów, którzy teraz odcięci od świata zewnętrznego 
mieli   dosyć   czasu,   aby   zastanowić   się   nad   fiaskiem   tak   uporczywie   prowadzonych   badań   jądrowych. 
Hitlerowska III Rzesza i na tym polu, mimo pewnych osiągnięć cząstkowych przedwcześnie uznawanych za 
„przełomowe” w stylu goebbelsowskiej propagandy, poniosła całkowitą klęskę.

Nie   ulega   wątpliwości,   że   wobec   zbliżającej   się   katastrofy,   spowodowanej   zwłaszcza   potężnymi 

ciosami Armii Radzieckiej na froncie wschodnim, Niemcy użyliby tej broni, podobnie jak uczynili to z 
pociskami  V-1  i  V-2.   Zbrodniarz   nie   cofa   się   przed   niczym,   jeśli   oczekuje   go  zasłużona   kara,   a   przed 
przywódcami faszystowskiej Rzeszy — winnymi zbrodni najcięższej, masowego ludobójstwa — wyłaniała 
się nieodwołalnie ta perspektywa. Położenie Niemiec w schyłkowym okresie wojny było już jednak tak 
mocno zachwiane, że nawet nowa broń o niezwykłej sile rażenia nie mogłaby ich uratować ani tym bardziej 
przyczynić się do zmiany sytuacji na żadnym z frontów.

Na szczęście do tego nie doszło i  — jak wynika z ujawnionych po wojnie materiałów oraz opinii 

ekspertów,   odrzucających   sensacyjne   wymysły   rozgorączkowanych   dziennikarzy  —   nie   mogło   dojść. 
Spoglądając kompleksowo na całokształt prowadzonych przez hitlerowców prac, na osiągnięte rezultaty i 
liczne potknięcia, topniejące zasoby surowcowe i coraz bardziej malejące możliwości zaplecza techniczno-
produkcyjnego, nasuwa się oczywisty wniosek, że droga do uzyskania sprawnego ładunku jądrowego w 
postaci   bomby   była   jeszcze   daleka.   Pojedynczy   egzemplarz,   nawet   gdyby   zdołali   go   przygotować   i 
wypróbować, narażając się na ogromne ryzyko z powodu braku odpowiedniego poligonu i zdradzając w ten 
sposób fakt posiadania  nowej broni, mógł  co najwyżej potwierdzić  teoretyczne przewidywania skutków 
eksplozji jądrowej. Przy ówczesnym poziomie techniki, pamiętając o postępującym chaosie w hitlerowskim 
przemyśle   zbrojeniowym   i   dezorganizacji   transportu,   nadzieja   na   szybkie   uruchomienie  produkcji   kilku 
kolejnych  egzemplarzy  — warto podkreślić: zaledwie kilku, a nie serii — była po prostu utopią. Niewiele 
mogłaby   tu   zdziałać   gorliwość   naukowców,   posłusznie   i   bez   reszty   deklarujących   swe   poparcie   dla 
faszystowskiego reżimu.

Sama bomba nie stanowiła jeszcze groźnego instrumentu oddziaływania w prowadzonej wojnie. Wraz z 

background image

nią wyłaniał się problem środków przenoszenia do celu, a pod tym względem Niemcy pozostawali daleko w 
tyle za aliantami. Wykorzystanie pocisku rakietowego  V-2  jako nosiciela można uznać za fantazję. Inne 
warianty   pocisków   pozostawały  ciągle   w   sferze   odległych   projektów.   Nikt   wówczas   nie   wiedział,   jak 
zachowa się ładunek jądrowy w skali dużych  przyspieszeń, występujących przy starcie rakiety,  a wiele 
przemawiało za tym, że eksplozja nastąpi w kilka sekund po jej odpaleniu. Zbadanie tego zjawiska łączyło 
się z potrzebą dokonania żmudnych i czasochłonnych studiów, których nie przewidywano w Projekcie „U”. 
Był to kolejny próg trudności, podważających możliwość szybkiego zastosowania pocisków rakietowych do 
przenoszenia głowic atomowych, a czas nie stał w miejscu.

Na przełomie 1944—45 roku również Luftwaffe nie dysponowała odpowiednim typem samolotu, który 

mógłby spełnić tę rolę. Reklamowany głośno bombowiec He-177 „Greif” rozwijał za małą prędkość i zbyt 
łatwo padał łupem myśliwców. Budowany w wielkiej tajemnicy czterosilnikowy Me-264  znajdował się w 
stadium  prototypu   i  ciągłe   ponaglenia   Göringa   nie   przyspieszyły  prac   rozwojowych.   Roztaczanej   przez 
Niemców   wizji   użycia   tych   samolotów   do   bombardowania   Nowego   Jorku   i   innych   większych   miast 
amerykańskich   nie   można   traktować   poważnie.   Hitlerowskie   spekulacje   obalała   ponadto   zdecydowana 
przewaga liczbowa i jakościowa lotnictwa radzieckiego na wschodzie i alianckiego na zachodzie. Obszar 
powietrzny w strefie obu frontów był  tak czujnie kontrolowany,  że żaden intruz nie zdołałby bezkarnie 
przeniknąć na głębokie zaplecze, a właśnie cele tam położone miały być obiektem ataku.

Nie   wydaje   się   prawdopodobne,   aby   jakąś   rolę   w   hitlerowskich   planach   mogły   odegrać   okręty 

podwodne. Po przegranej bitwie o Atlantyk Kriegsmarine została całkowicie zepchnięta do defensywy i 
samotne rajdy U-bootów, jeszcze nie tak dawno grasujących z dala od swoich baz, należały już do historii.

Tak oto wyglądała rzeczywistość, konfrontacja awanturniczych nadziei grupki szaleńców z realnymi 

warunkami, których w żaden sposób nie dało się wymanewrować.

Wiele przyczyn złożyło się na to, że Europa uniknęła jeszcze jednej tragedii i w żadnym z jej krajów 

widoku wiosennego słońca nie przesłonił grzyb eksplozji atomowej. Czas pokoju rozpoczął się jednak pod 
złym znakiem. Z winy zachodnich polityków i militarystów w koalicji antyhitlerowskiej wystąpiły pierwsze 
oznaki rozpadu. Miejsce sojuszu i wzajemnego porozumienia zaczęły zajmować niebezpieczne aspiracje 
określonych kół w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, roszczących sobie pretensje do spełniania 
wiodącej roli w świecie i narzucania warunków innym państwom wbrew ich narodowym interesom.

Właśnie w okresie kiełkowania  tych prądów na Dalekim Wschodzie, gdzie jeszcze  trwała wojna z 

Japonią, do której zgodnie z sojuszniczymi zobowiązaniami przystąpił Związek Radziecki, dwa wybuchy o 
nie znanej dotąd sile rażenia oznajmiły światu początek atomowej ery. Ofiarą ataku padły miasta Hiroszima i 
Nagasaki, zmiecione z powierzchni ziemi i spalone na popiół razem z tysiącami mieszkańców.

Żadne względy wojskowe nie przemawiały za potrzebą zrzucenia tych bomb. Japonia po klęsce Armii 

Kwantuńskiej,   rozgromionej   przez   oddziały   radzieckie,   była   bliska   kapitulacji.   Amerykanie,   którzy 
zdystansowali wysiłki Niemców na rzecz wyprodukowania ładunków jądrowych, dysponując sprawnymi 
środkami przenoszenia — samolotami dalekiego zasięgu typu B-29, chcieli w ten sposób udowodnić światu, 
że   do   swego   arsenału   wprowadzili   broń   niszczącą   wszystko.   Atomowe   bomby   miały   się   odtąd   stać 
instrumentem szantażu w dialogu z przeciwnikami politycznymi. Militaryści z USA już wkrótce musieli 
przełknąć gorzką pigułkę.  W trosce o bezpieczeństwo własne i swoich sojuszników Związek Radziecki 
przyspieszył własne prace badawcze i złamał monopol atomowy mocarstwa zza oceanu, ale to już zupełnie 
inna historia.