background image

 

 

Tomasz Pacyński 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Nic osobistego 

 
 
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 

© Tomasz Pacyński 

 

www.fantastykapolska.pl

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0. Polska. 

background image

 

 

Sir Roger z Mons kuląc się pod przenikliwymi podmuchami niosącego mokry śnieg wiatru 

zastanawiał  się  ponuro.  Zastanawiał  się,  jak  długo  jeszcze  powinien  stać  pod  zamkniętą  na 
głucho bramą. 

Wyniosłe ceglane mury  lśniły wilgocią. Płatki  śniegu miotane wiatrem  topniały  w błocie. 

Zawodzący  wicher  szarpał  wilczą  szubę  rycerza,  łopotał  płachtami  okrywającymi  wozy  ze 
sprzętem. Kołysał wisielcami na przydrożnej szubienicy, nie pozwalając wypasionym krukom 
na spokojne kontynuowanie posiłku. 

Przecież nie zacznę łomotać do bramy, pomyślał rycerz ze złością, czując przenikające do 

szpiku kości zimno. Nie uchodzi, nie honor. Herolda trzeba, żeby otrąbił. Zaklął pod nosem. 
Herolda musiał zostawić po drodze, w odległej wsi, po tym, jak ów nieostrożny człek napił 
się miejscowego piwa. 

Rycerz przypuszczał, iż herold wciąż jeszcze skręca się w boleściach. W każdym razie gdy 

rankiem odjeżdżali wszystko na to wskazywało. Został jeno róg, cóż z tego jednak, kiedy nikt 
ze  zbrojnych  nie  potrafił  na  nim  zatrąbić.  Podczas  prób  wydobywali  jedynie  ciche, 
aczkolwiek mocno obscenicznie brzmiące odgłosy. 

Wiatr  z  lekka  zmienił  kierunek.  Wiało  teraz  prosto  od  szubienicy.  Sir  Roger  skrzywił  się 

jeszcze  bardziej.  Nie,  żeby  miał  cokolwiek  przeciw  surowemu  traktowaniu  poddanych.  Ale 
tak pod samymi murami... 

Po  raz  kolejny  pożałował,  że  w  ogóle  podjął  tę  wyprawę.  Po  raz  pierwszy  udał  się  na 

odległe  kresy  cywilizacji.  Niektórzy  twierdzili  zresztą,  iż  kraj  ów  leży  poza  jakimikolwiek 
kresami. Po tygodniu podróży rycerz zaczął przyznawać im rację. Po dwóch tygodniach był  
o tym przekonany. 

Przepaściste, ciemne i ponure lasy, gdzieniegdzie lśniące ciemnymi wodami jeziora. Zwierz 

srogi w lasach. Gościńce podłe. Wioski... Nie, o wioskach lepiej nie wspominać... 

Podczas  drogi,  męczonego  zgagą  po  pieczonej  rzepie,  stanowiącej  tu  podstawę  jadłospisu 

rycerza ogarniały coraz większe wątpliwości. Owszem, kraj dziki i niezbadany, srogie bestie 
muszą kryć się w niedostępnych komyszach. Smoki, jakich za Zachodzie nikt już od wieków 
nie widział. Co z tego, skoro rzemiosło było ty najwidoczniej na bardzo niskim poziomie. 

Ledwie  widoczny  na  blankach  knecht  wysmarkał  się  z  odgłosem,  który  dobiegł  wyraźnie 

mimo  świstu  wiatru.  Był  to  jedyny  przejaw  aktywności  knechta  od  dłuższego  czasu.  Na 
nawoływania  nie  reagował  zupełnie,  spoglądając  w  dół  tępym  wzrokiem.  Wyglądał  jak 
mokra, obleczona w pancerz kukła. 

Rycerz popatrzył w tył, na swych zbrojnych skulonych obok wozów. Zaklął po raz kolejny, 

nie wiedzieć już który. 

Nie takiego powitania oczekiwał. Wiózł glejty do wszystkich załóg zakonnych, wiózł list do 

samego  komtura.  Nie  spodziewał  się  wprawdzie  powitania  z  fanfarami,  ale  to,  co  zobaczył 
przeszło wszelkie oczekiwania. 

Gdy tylko ukazał się na drodze prowadzącej do zamku, gdy zza zakrętu wyjechali zbrojni 

na  blankach  muru  wszczął  się  ruch.  Brona  opadła  ze  zgrzytem  i  hukiem,  zadźwięczały 
łańcuchy podnoszące most.  I to  wszystko.  Na blankach muru został tylko ten jeden knecht, 
sprawiający wrażenie głuchego i ślepego zarazem. W każdym razie nie zwracał uwagi na nic, 
na nawoływania, przekleństwa. 

Zaczynało się ściemniać. 
Śnieg gęstniał. Płatki spadające na ziemię nie topniały już, zaczynały pokrywać ją białym, 

coraz grubszym całunem. Przyjdzie wracać do miasta. Miasta, zaklął rycerz pod nosem. 

Ortelsburg. Paskudna mieścina na paskudnym zadupiu. Zamek, kilka domków, gospoda. Na 

myśl, że zapewne przyjdzie tam stanąć rycerz aż się wstrząsnął. Zdążył już nazbierać złych 
doświadczeń.  Pchły  jak  myszy,  myszy  jak  szczury,  szczury  jak  koty...  Ciekawe,  jakie  tu  są 
smoki... Pomyje zwane piwem i pieczona rzepa. 

– Co mnie tu skusiło... – mruknął pod nosem. 

background image

 

 

Wiedział dobrze, co. Smoki były coraz rzadsze. A żyć z czegoś trzeba. Nie miał żadnych 

doświadczeń  w  innych  sposobach  zarobkowania.  Nie  walczył  na  turniejach.  Sama  myśl  
o  uprawie  rodowych  dóbr,  o  hodowli  owiec  przyprawiała  go  o  mdłości.  Trudno  zresztą 
byłoby, kmiecie rozpierzchli się, gdy nie poświęcał im uwagi. Trudno zresztą doglądać dóbr, 
gdy człowiek cały czas w rozjazdach. Zarządca go okradał w sposób jawny. Gdy go powiesił, 
nie szukał już następnego. 

Cały  rok  szukał  okazji.  Pieniądze  z  ostatniej  nagrody  topniały,  nie  było  po  co  wracać  do 

zamku. A smoków ani na lekarstwo. 

Skuszony  opowieściami  ruszył  na  wschód.  Ale  tam  też  nie  było  lepiej.  Wprawdzie  sława 

pozwalała przeżyć, każdy z rycerstwa uważał za zaszczyt gościć słynnego pogromcę smoków, 
ale co z tego. Trudno przecież żyć z opowieści, jak jaki minstrel czy inny wierszokleta. Nie 
uchodzi. 

Tak, sytuacja nie była najlepsza. 
– Zawsze można wrócić do... – mruknął rycerz pod nosem i splunął. 
Zaczynam gadać sam ze sobą, pomyślał ze złością. I to jeszcze takie głupoty. 
Nie ma co, zdecydował, trzeba ruszać. Może nikogo nie ma w zamku, poza załogą, może 

ruszyli  na  wyprawę.  Durne  knechty  boją  się  wpuścić,  rozkazów  pewnie  nie  mają.  Trzeba 
ruszać, co będę tak stał... 

Spojrzał po raz ostatni w górę, na ledwie widoczne już w mroku i padającym coraz gęściej 

śniegu  mury.  Prawie  nic  nie  widział,  śnieg  sypał  się  do  oczu.  Przetarł  rękawicą  zaśnieżone 
brwi. 

Knecht zniknął. Za to podniesionego mostu dały się słyszeć niewyraźne okrzyki, brzmiące 

jak przekleństwa. 

Ze  szczękiem  zardzewiałych  łańcuchów  i  skrzypieniem  kołowrotu  most  począł  zwolna 

opadać. 
 

*** 

 

Na  zamkowym  podwórcu  było  zaciszniej.  Nie  dochodziły  tu  podmuchy  wiatru,  płatki 

śniegu wirowały spokojnie rozświetlane trzymanymi przez knechtów pochodniami. Sir Roger 
po  raz  kolejny  przetarł  oczy,  mając  nadzieję,  iż  czyni  to  tego  dnia  po  raz  ostatni.  W  krąg 
migotliwego  blasku  wszedł  wysoki  mężczyzna  w  łosiowym,  naznaczonym  odciskami  od 
zbroi kubraku. Skłonił się dwornie. 

Sir  Roger  zeskakując  z  konia  miał  mocno  mieszane  uczucia.  Radość  z  ujrzenia  znajomej 

twarzy w tym koszmarnym zakątku. Złość na tego, który go do tej wyprawy namówił. 

Arnold von Egger, zwany Czarnym Eggerem, świecki rycerz w służbie krzyżackiej skłonił 

się jeszcze raz. Na młodej, szerokiej twarzy malowało się poczucie winy. 

– Wybaczcie, panie...  –  zaczął  nie patrząc  gościowi w oczy.  – Wybaczcie, zaniedbałem... 

Wiem, nie czas na tłumaczenia, ale kto się spodziewał w taki czas... 

Sir Roger machnął tylko ręką. Perspektywa znalezienia się w ciepłej izbie, garnca grzanego 

wina,  ciepłej  strawy  odegnała  złość,  która  wzbierała  w  nim  podczas  długiego  oczekiwania 
pod murami. 

– Nie szkodzi – wymamrotał łaskawie, czując, że cała twarz zdrętwiała z zimna. 
– Nie szkodzi  –  powtórzył już wyraźniej.  –Wiem, czas wojenny u was, tu, na posterunku  

u kresów, na rubieży... 

Istotnie,  wiedział,  iż  mimo  formalnego  pokoju  wojna  tli  się  wciąż  na  pograniczu. 

Ostrzegano go po drodze przed bandami grasantów, przybywających z ościennego królestwa 
by  pogan  przeciwko  Zakonowi  wspierać.  Ostrzegano  przed  samymi  poganami,  utajonymi 
wśród  miejscowego  ludu,  poganami  krwi  chrześcijańskiej  chciwymi,  wciąż  odprawiającymi 
swe obrzędy wszeteczne. 

background image

 

 

Rycerz  uwierzył  w  ostrzeżenia.  Uwierzył  tym  bardziej,  że  ostrzegający  go  młynarz  sam 

miał gębę zdeklarowanego poganina, który dopiero co zakończył wszeteczny obrzęd i nawet 
nie umył po tym rąk. 

Arnold von Egger speszył się jeszcze bardziej. Pokręcił głową. 
–  Komtur  zapewne  przeciw  pogaństwu  pociągnął?  –  spytał  sir  Roger  nie  spostrzegłszy 

dziwnego  zachowania  młodego  rycerza.  –  Plugastwo  tępić,  na  chwałę  Bożej  Rodzicielki, 
którą na chorągwiach i w sercu nosicie? 

– Amen! – odparł machinalnie Arnold. – To jest, nie... To znaczy, tak, i w sercu.... 
Zaplątał się beznadziejnie. Sir Roger poklepał go krzepiąco po ramieniu. 
– Nie, komtur jest, w swojej komnacie... – wydusił z siebie młody rycerz po krótkiej chwili. 

–  Wiecie,  panie,  to  taka  głupia  sprawa  wyszła,  aż  wstyd  powiadać...  Ale  tego,  pozwólcie, 
panie, do izby, ziąb srogi... 

Ziąb istotnie był srogi, lecz sir Roger zaciekawił się. 
–  Ależ  mówcie,  panie.  I  tak  zaczekać  muszę,  aż  konia  do  stajen  odprowadzą,  cenny  to 

rumak,  jakiego  w  całym  chrześcijańskim  świecie  nie  znajdziesz.  Dopilnować  trza,  czy 
stajenny zadbać potrafi... 

– Potrafi, potrafi – zapewnił młody rycerz skwapliwie. – Sam baczenie będę miał, możecie 

być spokojni. Zachodźcie do izby. 

Wyraźnie unikał wzroku sir Rogera, zaostrzając tylko jego ciekawość. 
– No dobrze... – mruknął wreszcie von Egger, widząc, że gość nie rusza się z miejsca. – Już 

powiem. 

Jednak milczał jeszcze chwilę, zanim w końcu zaczął. 
– Bo widzicie, panie, komtur w zamku  jest, jeno w izbie się swojej  zamknął.  Kazał  most 

podnieść i mówić, że go nie ma. Bo to wszystko przez knechtów głupich... 

Zaciął się znowu. 
– Co przez knechtów? – spytał sir Roger już ostrzej. Arnold von Egger wyprężył się słysząc 

ten  ton.  Rycerz  uśmiechnął  się  nieznacznie.  Sława  największego  pogromcy  smoków  miała 
swoje  dobre  strony.  W  hierarchii  stał  nieskończenie  wyżej  od  młodego,  choć  dzielnego  
i prawego Arnolda, dobijającego się już swej własnej sławy pogromcy pogan. 

–  Bo  wiecie,  głupi  knecht  pomylił  się.  –  wypalił  von  Egger  nie  patrząc  na  sir  Rogera.  – 

Myślał, że to ten Mazur, co tu cały czas przyjeżdża. 

–  I  co?  –  spytał  z  niedowierzaniem  sir  Roger.  –  Przed  jednym  Mazurem  kazał  bramę 

podnosić? Co, myślał może, że zamek będzie zdobywać? 

– Nie znacie, go, panie... – pokręcił głową von Egger. – Znaczy, tego Mazura, nie komtura... 

On  tu  cały  czas  przyjeżdża,  po  córkę.  Co  to  ją  na  zamku  trzymamy,  zbójom  na  gościńcu 
odjąwszy. To straszny człek, panie... Bardzo straszny... 

Sir  Roger  skrzywił  się.  Walka  z  pogaństwem  swoją  drogą,  pogranicze,  rubieże,  pełzająca 

wojna. Ale żeby dziewkę w niewoli trzymać, nawet córkę śmiertelnego wroga... Nie rycerski 
to uczynek, pomyślał z dezaprobatą. Nie przystoi rycerzowi prawemu nawet słuchać o tym. 
Dziwne obyczaje tu panują, widać i oni, heroldzi cywilizacji pogaństwem i zdradą na wskroś 
przesiąkli.  Spojrzał  wyniośle  na  młodego  rycerza,  aż  ten  skulił  się  pod  tym  miażdżącym 
spojrzeniem. 

– To nie tak, panie, jak myślicie – wyjąkał, spuściwszy wzrok. – My byśmy ją oddali, nawet 

zaraz. Kłopot jeno i zgryzota. Cięgiem jeno po nocach na gęśliczkach gra, śpiewa, spać nie 
daje. A w dzień szkudna taka, tego nie zje, to niedobre... Zaraz byśmy ją oddali... 

– To czemu nie oddajecie? – warknął sir Roger ze złością. – Okupu chcecie? 
– Jakiego okupu? – von Egger wybałuszył oczy. – Toż komtur sam by zapłacił, by ją ojciec 

zabrał. Wszyscy bracia rycerze by dołożyli! Ino nie da się... 

– Jak to się nie da? 

background image

 

 

–  Ano,  ojciec,  jak  ją  zobaczył,  pieklić  się  srodze  począł  od  razu.  Żeśmy  ją  zamienili, 

niedojdę mu chcemy oddawać. Nijak nie chciał słuchać, że taka od początku była. Powiedział, 
że takiej nie weźmie i już. Zezłościł się i knechtów jeno poszczerbił, szkód narobił. 

– Może istowo nie tę zbójom odjęliście? – zastanowił się rycerz. – Albo i zły ją odmienił? 
– Gdzie tam! – parsknął Arnold ze złością. – Od początku taka była! Toż ona znana na całą 

okolicę, a wierzcie mi, panie, nie z mądrości! Z urody, po prawdzie, też nie... Próbowalim... 

Arnold  przerwał  na  chwilę.  Z  wieży  poprzez  szum  wiatru  dobiegł  tęskny,  acz  mało 

harmonijny  śpiew.  Sir  Roger  wzdrygnął  się,  Arnold  splunął.  Konie  zaczęły  się  szarpać  
u koniowiązu, z szubienicy za murem wzbiły się spłoszone kruki. 

– Sami słyszycie... – Arnold pokręcił głową zrezygnowany. – Próbowalim... Wiecie, panie, 

komtur  próbował  przyuczyć,  choć  by  obyczajów  nabrała.  Służkę  zakonną  przydał  do 
towarzystwa  i  nauki.  Ale  gdzie  tam!  Jak  była  głupia,  tak  i  jest.  A  służka  chce  przejść  do 
zakonu kontemplacyjnego, tam, gdzie milczenie ślubują. 

Za murami, gdzieś daleko w obskurnym miasteczku poczęły wyć psy. 
– Prowadźcie, panie, do izby – zdecydował sir Roger. Ciężka jest misja prawych rycerzy na 

pograniczu. 
 

*** 

 

W wielkiej zamkowej sali wiało chłodem, mimo ognia buzującego na olbrzymim palenisku. 

Długi stół był pusty, dopiero teraz służba poczynała się krzątać. 

Rycerz  ciężko  opadł  na  ławę.  Dopiero  teraz  z  całą  siłą  poczuł  zmęczenie,  dopiero  teraz 

uświadomił sobie jak jest przemarznięty i głodny. 

–  Wybaczcie,  panie  –  z  zażenowaniem  odezwał  się  von  Egger,  gdy  wydał  już  rozkazy 

służącym.  – Komtur nie będzie nam  towarzyszył.  Tłumaczył,  że niezdrów. Może to  zresztą 
lepiej... 

Arnold przygryzł wargi, jakby wymknęło mu się coś niepotrzebnego. Sir Roger nie zwrócił 

na  to  uwagi,  pochłonięty  widokiem  wnoszonych  do  sali  mis  z  dymiącym  mięsiwem  
i parujących dzbanów, z których unosił się korzenny aromat. 

–  Będę  czynił  wam  honory  –  powiedział  Arnold.  –  Musicie,  panie,  zrozumieć...  Tu 

pogranicze, rycerze zakonni z podjazdu wrócili, strudzeni wielce... 

Zabójca  smoków  machnął  łaskawie  ręką.  Nie  pora  zwracać  uwagę  na  honory.  Po  tylu 

dniach na solonym mięsie i pieczonej rzepie... 

Urwał potężny kawał razowego chleba, sięgnął do misy. I zamarł ze zdziwienie, widząc jak 

młody rycerz dobywa miecza. 

Arnold chwycił pieczony udziec, zamachnął się. Uciął plaster mięsa, usłużył sir Rogerowi. 
Ależ  upadek  obyczajów,  pomyślał  rycerz.  No  cóż,  wysepka  cywilizacji  otoczona 

pogaństwem... 

Widząc jego wzrok Arnold poczerwieniał. 
–  Wybaczcie  –  sumitował  się  po  raz  kolejny.  –  Mieczów  ci  u  nas  dostatek,  ale  tasaków 

zbrakło.  Widzicie,  było  u  nas  niedawno  poselstwo,  od  księżnej  mazowieckiej.  I  taki  jeden 
wszystkie  tasaki  w  trąbkę  poskręcał,  myślał,  że  to  kogoś  bawi.  Chełpił  się,  marne  u  was 
żelazo,  mówił,  niewiela  nim  dokażecie.  Może  i  niewiela,  a  tymczasem  nie  ma  czym  mięsa 
rąbać. 

Czymkolwiek  rąbana,  pieczeń  była  niezła.  Zwłaszcza  po  takiej  drodze.  Po  kilku  kubkach 

grzanego wina sir Roger zaczął dochodzić do siebie. 

–  Wiecie,  sir  Rogerze...  –  zaczął  rycerz  Arnold  niepewnie.  –  Jest  jeszcze  jedna  sprawa... 

Dostaliście, widzę, mój list... 

Zabójca smoków skinął głową, nie mogąc mówić z pełnymi ustami. Przełknął z wysiłkiem. 

background image

 

 

– Dostałem – odparł zaniepokojony. – Wszystko mi skryba odczytał. Czyż nie jest tak, jak 

napisaliście? 

–  Ależ  na  pewno!  –  zapewnił  von  Egger  pospiesznie.  –  To  znaczy,  o  ile  skryba  dobrze 

zapisał... – zatroskał się. 

Otarł jasne wąsy. 
– Jest tylko jeden mały... A właściwie to nie ma... 
Sir  Roger  z  trudem  powstrzymał  się,  by  nie  zerwać  się  z  ławy.  Opanował  się,  takie 

zachowanie nie przystoi rycerzowi. 

– Nie ma smoka?! – okrzyku jednak nie powstrzymał. Po takiej drodze! Po poniewierce na 

kiepskich  gościńcach,  wśród  ludu  do  zwierza  bardziej  podobnego.  Po  noclegach  
w zapchlonych gospodach, po pieczonej rzepie... 

Arnold wbił wzrok w stół, nerwowo kreślił esy floresy palcem zamoczonym w winie. 
– Ależ, co wy, panie... – mruknął cicho. – Jest smok, niejeden. Dużo ich tutaj. Ino nagrody 

nijakiej nie ma... 

Sir Roger już nie pytał. Cała droga na nic. Nie miał najmniejszej ochoty na darmowe łowy 

na potwora. 

Był  zbyt  zmęczony,  by  chociaż  zakląć.  Zbyt  zmęczony,  by  zastanawiać  się  nad  swym 

niewesołym położeniem. Jutro będzie czas, by się martwić. 

Swoją  drogą,  pomyślał,  ten  gołowąs  ma  szczęście.  Szczęście,  że  nie  poluję  na  ludzi.  

Z przyjemnością wytrzaskałbym go po gębie rękawicą, wyzwał na udeptaną ziemię. 

Wymamrotał pod nosem przekleństwo. 
– Wybaczcie, panie... – Arnold von Egger znów zaczął przepraszać, jak to czynił od samego 

początku. – Pomyślałem sobie, że dla samej sławy potwora ubijecie, takiego, jakiego u was ze 
świecą szukać. Że szczęśliwi będziecie, mogąc bestię srogą pokarać, lud od terroru uwolnić... 

A  pies  z  ludem  tańcował,  prawie  na  głos  pomyślał  sir  Roger.  Co  mnie  obchodzi  lud, 

chudoba,  nawet  dziewice.  Jedyne,  czego  potrzebuję,  to  pieniądze.  A  tu,  okazuje  się,  nic  
z tego. 

Sława dzielnego zabójcy smoków to dobra rzecz. Ale oznacza też duże wydatki. Trzeba żyć 

na poziomie. 

– Panie? – z ponurego zamyślenia wyrwał rycerza natarczywy głos. Arnold wpatrywał się 

weń z napięciem. 

– Czego? – mruknął sir Roger niezbyt uprzejmie. 
–  Bo  wiecie,  panie,  jest  jeszcze  jedna  sprawa...  –  von  Egger  swoim  zwyczajem  patrzył  

w  ziemię.  –  Komturowi  nie  lza  mówić,  po  coście  przyjechali...  Bo  wiecie,  on  myśli,  że 
przeciw pogaństwu ruszycie... 

Dobre  sobie!  Co  on  tu  nagadał,  z  rozpaczą  pomyślał  sir  Roger.  Jeszcze  tego  brakowało, 

przeciw  pogaństwu!  Cholera,  jakbym  chciał  przeciw  pogaństwu,  to  w  Palestynie  ich  ile 
chcesz. A klimat lepszy. 

Sam dolał sobie wina, uprzedzając usłużnego Arnolda. Pociągnął wystygły już nieco napój. 
Trzeba się spokojnie zastanowić. Miesiąc już straciłem, zima za pasem. Trzeba stąd ruszać 

czym  prędzej,  żeby  tu  do  wiosny  nie  ugrzęznąć.  Wstrząsnął  się  na  samą  myśl  o  spędzeniu 
zimy w Ortelsburgu. Chyba z samych nudów wyruszyłby przeciw poganom. Dobrze, wracać, 
tylko co dalej? 

–  Smoków  tu  dużo,  pod  samym  bokiem  –  Arnold  niezrażony  brakiem  okazywanego 

zainteresowania  ciągnął  swój monolog.  – Szkody  czynią okrutne. Co prawda nie nam,  jeno 
wioski  pustoszą,  bydło  porywają.  Nawet  to  dobrze,  bo  te  wioski  to  ostoja  pogaństwa.  
W ogóle, dziwny to kraj... 

Z kolei Arnold otrząsnął się z obrzydzeniem. 
– Smoki, poganie, kłobuki – ciągnął, popiwszy wina. – Takie, wiecie, złe duchy, jak zmokła 

kura wyglądające. Strzygi po lasach, utopce w jeziorach. Powiadam wam, pogaństwo to nic, 

background image

 

 

nawet  najazdy  Mazurów  zza  granicy.  Tu  nie  tylko  rycerzy  zbrojnych  trzeba,  ty  trzeba 
specjalistów,  nie  przymierzając,  jak  wy...  Albo  i  czarnoksiężnika.  Ale  cóż,  komtur  nawet 
słuchać  nie  chce.  On  tylko  pogan  widzi.  Wszystko  inne  do  niego  nie  dociera,  nawet  jak 
skrzaty  nocą  po  zamku  harcują.  Myszy,  mówi...  A  widzieliście,  żeby  myszy  szczały  do 
mleka? 

Sir Roger wzruszył ramionami. Starał się nie pijać mleka, niewiele go to więc obchodziło. 
– Nie widzieliście! – powiedział triumfalnie młody rycerz nie doczekawszy się odpowiedzi. 

– Co ja zresztą mówię, skrzaty! Tu w co drugim zagajniku złe siedzi, ślepia wytrzeszcza. Jeno 
komtur tego nie widzi, pogan ino... Ot, będzie ze dwie niedziele, smok nad samym zamkiem 
przeleciał. Krowę w pazurach niósł, żywą jeszcze. Tumult się wszczął, knechci z kusz poczęli 
szyć. Postrach w mieście. A komtur popatrzył w górę, głową pokiwał. Duże te bociany w tym 
roku,  powiada.  Nie  dociera,  mówię,  nie  dociera...  Hier  ist  Krieg,  powiada,  obowiązków 
pilnować, nie za smokami ganiać. Dlatego nagrody nijakiej nie ma... 

– Mieszczanie nic nie dają? – spytał sir Roger bez większej nadziei. – Cechy? 
Arnold von Egger pokręcił smutno głową. 
– Ano, nie dają. Kraj wojną wyniszczony, biedny. Wioski wrogie, a miastu potwory się nie 

naprzykrzają. 

–  A  cechy?  –  nalegał  rycerz.  –  Choćby  po  to,  by  łeb  wypchany  na  ścianie  powiesić, 

splendoru dodać. 

– Cechy też nie dają... – von Egger rozwiewał kolejne nadzieje. – Z tej przyczyny, że nie 

masz w mieście cechów. Dziura to prawa, powiadam wam, panie. Na zamku rzemieślników 
mamy, płatnerzy... W mieście szewców kilku, bednarz, i to wszystko. To jest... 

Tak, wiem, dopowiedział w myśli rycerz. To jest pogranicze. Pociągnął z kubka mocno już 

wystygłe wino, pogrążając się w niewesołych rozmyślaniach. 
 

*** 

 

Długo  nie  mógł  zasnąć.  Przewracał  się  z  boku  na  bok  na  twardym  posłaniu  w  surowo 

urządzonej  komnacie.  Trzeba  przyznać,  że  zakonni  rycerze  nienawykli  byli  do  luksusów. 
Może też srogi komtur, zahartowany nieustanną wojną nie pozwalał im zgnuśnieć. 

Cały  zamek  nosił  piętno  surowości  obyczajów  i  ascezy.  Począwszy  od  wielkiej  sali, 

noszącej jeszcze widome ślady gniewu srogiego Mazura po ostatniej wizycie w sprawie córki, 
aż  do  tej  komnaty.  Wyścielona  grochowiną  prycza,  toporny  zydel  stanowiły  całe 
umeblowanie.  Nawet  wierny  giermek  musiał  zadowolić  się  wiązką  słomy  przykrytą 
płaszczem na kamiennej posadzce. 

Zza  okiennic  dobiegały  dźwięki  gęśliczek  i  monotonny  śpiew.  W  oddali  wtórowały  psy. 

Giermek chrapał, przewracając się z chrzęstem na swym słomianym posłaniu. 

Sir  Roger  rozmyślał  z  wytężeniem.  Sytuacja  była  nieciekawa,  chociaż  już  pod  koniec 

wieczerzy  usłyszał  od  Arnolda  coś,  co  dało  pewną  nadzieję.  Nie  było  nagrody  za  smoka. 
Nagrody  z  góry  wyznaczonej.  I  nie  było  co  na  nią  liczyć  w  państwie  krzyżackim.  Ale  na 
południu, na Mazowszu... Jak mógł wywnioskować ze słów von Eggera panowały tam nieco 
inne obyczaje, bardziej przypominające te, do których przywykł. Można ubić bestię, zawieźć 
tam łeb, potargować się. Nie musi od razu mówić, że smoka ubił za granicą. 

Arnold  wprawdzie  mówił,  że  lud  tam  dziki,  w  dodatku  poganom  sprzyjający.  Ale  też 

opowiadał  o  dwornych  obyczajach  na  ciechanowskim  zamku,  o  turniejach,  gonitwach, 
pięknych damach. O goszczących zachodnich rycerzach. Coś mówiło sir Rogerowi, że będzie 
tam lepiej niż tu, w tym zamku, gdzie czuło się nastrój oblężonej twierdzy. 

Pozostawał  tylko  jeden  problem.  Trzeba  zabić  smoka.  Właściwie  problemy  były  dwa.  Po 

pierwsze, jak zdążył się zorientować z opowiadań, smoki były tu wyjątkowo okazałe i groźne. 

background image

 

 

Przypuszczał, że to z powodu srogiego klimatu, a być może dlatego, że nikt ich tu jak dotąd 
nie tępił. 

Drugi  problem  był  gorszy.  Rzemiosło  było  tu  bardzo  słabo  rozwinięte.  Mógł  się  sam 

przekonać,  widząc  wyjątkowo  źle  uszyte  ciżmy,  które  nosili  służący.  W  dodatku  brak 
nagrody. Nie ma co liczyć na przedsiębiorczego szewczyka znęconego wizją awansu. 

Smoka trzeba zabić samemu. 
No  cóż,  nie  pierwszy  raz,  pomyślał  melancholijnie  zdmuchując  kaganek.  Nie  był 

zachwycony, ostatecznie było to bardzo dawno. Jednak nie było wyjścia. 

Gdy zasypiał, pomyślał jeszcze, że komtur jest wyjątkowo skąpy. Nie miał wprawdzie córki 

na wydaniu, zawsze jednak mógł zaoferować dzielnemu szewczykowi za żonę swą mazurską 
brankę. 
 

*** 

 

Ranek wstał ciemny, bardziej zimowy niż jesienny. Gdy rycerz wyszedł na podwórzec śnieg 

pokrywał bruk cienką, lecz nie topniejącą warstwą. Sir Roger przeciągnął się, rozprostowując 
kości obolałe po niewygodnym posłaniu. 

Zamek  był  okazały.  Wysokie,  potężne  mury  z  czerwonej  cegły,  masywne  wieże.  Potężne 

budynki spichrzy i arsenałów. 

Most  był  opuszczony.  Przed  bramą  stał  wóz,  dwóch  żydowskich  kupców  zamaszyście 

gestykulując kłóciło się ze strzegącym bramy knechtem. Knecht dłubał spokojnie w nosie nie 
zwracając uwagi na coraz natarczywsze głosy i gesty. 

Rycerz  postanowił  zajrzeć  do  stajni,  jak  też  zajęto  się  jego  bojowym  wierzchowcem. 

Wprawdzie młody Arnold obiecał wszystkiego dopilnować, ale zawsze warto sprawdzić. Koń 
wart  był  majątek,  zaś  w  obecnej  sytuacji  był  niewątpliwie  najcenniejszą  częścią  dobytku 
rycerza. 

Rycerz ruszył w kierunku stajni. 
–  Herr  Roger!  –  usłyszał  za  sobą.  Odwrócił  się,  by  z  szacunkiem  pokłonić  się  rycerzowi  

i zakonnikowi. 

Komtur odkłonił się niedbale, nie zatrzymując się nawet. Czerwona twarz buchała złością, 

nie  licującą  z  powagą  zakonnej  osoby.  Nie  bacząc  na  powagę  sir  Rogera,  na  sławę  znaną  
w całym chrześcijańskim świecie stanął tuż przed nim. 

Mimo  wczesnej  pory  komtur  miał  na  sobie  pełny  pancerz,  okryty  białym,  przekreślonym 

krzyżem płaszczem. Brakowało jedynie hełmu, spod okrywającej głowę misiurki wymykały 
się rude kosmyki. Komtur był wściekły. 

Sir  Roger  skłonił  się  raz  jeszcze,  nieco  chłodniej.  Ostatecznie  był  gościem,  nie  chciał 

uchybiać  obyczajom.  Twarz  komtura  poczerwieniała  jeszcze  bardziej.  Rycerz  chciał 
wypowiedzieć słowa powitania, nie zdążył jednak. 

–  Tu  przedmurze  chrześcijaństwa,  verstanden?  –  wykrzyknął  komtur  łamaną 

francuszczyzną. – Tu walczyć z pogany! Nie ze strzyga, nie z Teufel! Znaczy, z Teufel też, ale 
po naszemu! Pracą i modlitwą, czasem tylko mieczem przez łeb! Nie sława, jeno obowiązek! 

Komtur aż się zachłysnął. Knechci i sługi starali się zniknąć z pola widzenia. Korzystając  

z przerwy sir Roger wpadł mu w słowo. 

– Smok, szlachetny komturze, Bogu przeciwną bestią jest – zaczął pojednawczo. Nie miał 

problemów  z  językiem,  poznał  tutejszą  mowę  podczas  rocznych  bez  mała  wędrówek  po 
niemieckich księstwach. 

– Przeto uczynkiem dobrym na miarę rycerską jest pokonać go, moce piekielne upokorzyć. 

Co na pożytek Zakonu całego... 

Urwał, widząc jak komtur wybałusza oczy ze złością. 

background image

 

 

–  Himmelherrgott!  –  zgrzytnął  zębami  prawy  i  święty  rycerz  Maryi  Panny.  –  Hier  ist 

ordnung! Tu nie ma żaden szmok! Keine szmok! 

Knecht  wykłócający  się  z  żydowskimi  kupcami  zniknął  z  załomku  murów.  Kupcy 

pozbawieni słuchacza zamilkli, zaintrygowani znajomym słowem. 

–  Shmock?  –  spytał  jeden  unosząc  brwi.  Drugi  pociągnął  go  za  rękaw  chałata.  Pierwszy 

spojrzał na komtura, po czym obaj skwapliwie poszli za przykładem knechta. 

– Keine szmok, keine Geld! 
Przyczyna niechęci komtura do wiary w smoki stała się jasna. 
– Szlachetny komturze  – zaczął  znów rycerz, widząc, że twarz komtura zaczyna sinieć.  – 

Nie oczekuję ja doczesnej nagrody. Pełnię swoją misję ile sił starcza, by świat od plugastwa 
zbawiać,  w  imię  Boże  i  Świętego  Jerzego,  któregom  na  patrona  swych  poczynań  i  wzór 
niedościgły przyjął. Tak i teraz bez trwogi na bestię wyruszę nie mieszkając... 

Komtur  przybrał  znów  nieco  zdrowszy  odcień.  Być  może  krew  zaleje  go  jeszcze  nie tym 

razem. 

–  Skoroś  nie  dla  zysku  a  czczej  sławy  przybył...  –  zaczął  łagodniejszym  głosem.  – 

Wprawdzie  nie  smok  naszym  głównym  jest  wrogiem,  jeno  poganie  i  przeklęte  Mazury,  że  
o  Żmudzinach  już  nie  wspomnę,  ale  skoro  przybyłeś...  I  nagrody  nie  oczekujesz...  Witaj 
przeto w naszym zamku, gościem bądź, póki w bój nie wyruszysz... 

Sir Roger odetchnął nieznacznie. Jego przemowa, najlepsza od lat odniosła skutek. Komtur 

sięgnął do boku. 

– Klnę się... – sapnął  wydobywając miecz.  – Klnę się na tę rękojeść, iż pomocy w twym 

zbożnym dziele... 

Z wieży dobiegły pierwsze tony gęśli. 
–  Herr  Jesus!  –  wrzasnął  komtur,  wzywając  imienia  Zbawiciela  swego  jak  najbardziej 

nadaremno,  śpiew  bowiem  nie  ucichł.  Zamachnął  się  i  cisnął  mieczem  w  stronę  ciemnego 
okienka,  z  którego  dobywała  się  melodia.  Oręż  z  brzękiem  uderzył  o  mur,  odbił  się 
nieszkodliwie. 

Komtur zgarbił się, przycisnął dłonie do głowy jakby w obawie, by nie pękła. Ruszył przed 

siebie  mamrocząc  coś  pod  nosem.  Sir  Roger  posłuchał  chwilę  tęsknych  tonów,  po  czym 
pospiesznie podążył za nim. 
 

*** 

 

Grube mury chroniły nieco, zwłaszcza gdy zawarto wierzeje. Komtur opadł na ławę. 
– Słyszycie, panie? – spytał z rezygnacją. – Ona tak cały dzień... A i w nocy potrafi. 
Rycerz przytaknął. Mimo, iż spędził w zamku tylko jedną noc zdążył już sam się przekonać. 
– Smoki, mówicie, zabijacie... – komtur zamyślił się. – Wiem, sława was wyprzedza, nawet 

tu  słyszeliśmy  o  was.  Chwalebna  to  rzecz,  chwalebna,  piekłu  na  pohybel  stwory  diabelskie 
niszczyć. Ale wiecie, u nas gorsze plagi... 

Popatrzył chytrze na rycerza. 
–  Nie  mówię,  smoka  roztratować,  wielka  to  rzecz.  Ale  tutaj,  skoro  przybyliście,  możecie 

inaczej się Bożej sprawie przysłużyć... 

Sir Roger słuchał przez uprzejmość, domyślając się już, co usłyszy. 
– Tu pogaństwo wrogiem  jest głównym,  i  źli  sąsiedzi.  Ot, jest taki, niedaleko, na grodzie 

Pupy osiadły. Kat męża i niewiasty, przez niego całe pogranicze krwią spływa. Nie, nie, nie 
mówię, że rady mu nie damy, ale skoro już jesteście, to może najpierw spróbujecie... 

Rycerz stanowczo pokręcił głową. 
–  Żałuję,  cny  komturze  –  odparł.  –  Rad  bym  wielce  pomóc  wam,  alem  śluby  poczynił. 

Zabraniają mi one z ludźmi walczyć, póki ostatni smok oddechem swym ziemię plugawi... 

Komtur posmutniał wyraźnie. 

background image

 

 

– Jeden wyjątek śluby mi dozwalają, honoru swego bronić – ciągnął rycerz. 
–  A,  to  nie  ma  problemu!  –  ożywił  się  komtur.  –  Powiedzcie  jeno,  że  ode  mnie 

przybywacie, zaraz wam w gębę napluje. Wtedy honoru bronić możecie. 

–  Żałuję,  może  innym  razem  –  uciął  dalsze  namowy  sir  Roger.–  Smok  mym  jest 

przeznaczeniem. 

Zapadło milczenie. Dopiero gdy słudzy przynieśli garnce piwa komtur odezwał się. 
– A kiedyż to na smoka zamierzacie ruszyć? – spytał. 
Zabójca smoków otarł pianę z ust. 
–  Nie  wcześniej  niż  w  dwie  niedziele.  Teren  obcy,  ludzi  rozpytać  trza,  bestii  plugawe 

obyczaje poznać. 

Plotkę po mieście puścić, dodał w duchu. Popatrzył nieznacznie na służących, stojących pod 

ścianą sali. Zobaczył, że nadstawiają uszu. 

– Bo wiecie, szlachetny komturze, smok bestią straszliwą jest, ale czasem głupią. Jako ten 

funt hufnali. Zdarza się, że tak się w swej pazerności zapamięta, iż nie tylko rycerz, ale człek 
prosty  zdoła  go  pokonać...  Ha,  wiele  znam  przypadków,  gdy  bestię  srogą  prosty  szewczyk 
albo i inny pachoł poraził, do sławy i zaszczytów dochodząc. 

Jeden z pachołków postąpił do przodu, nie chcąc uronić słowa. 
– Sposobem też można, jako to dzielny szewczyk kiedyś uczynił – ciągnął rycerz udając, iż 

nie  dostrzega  zainteresowania.  –  Podstępem  bestię  struć.  Ale  nawet  i  z  orężem  dzielne 
pachołki  nieraz  stawały,  sławę  zdobywając,  do  rycerskiego  stanu  się  wynosząc.  Książęce 
córki za żony pojmując. 

Komtur kręcił z powątpiewaniem głową. 
–  Ten  nasz  głupi  nie  jest  –  mruknął.  –  Szkody  straszne  czyni.  Wioski  spustoszył,  nawet 

tabory potrafi atakować. 

Rycerz  zdziwił  się  srodze.  Nie  spotkał  jeszcze  takiego  potwora,  co  ryzykowałby  atak  na 

chronione  tabory.  Owszem,  wioskę  spustoszyć,  bydło  pożreć,  nawet  dziewicę.  Widać 
wygłodzone bestie w tym wyniszczonym wojną kraju. 

Znów  poczuł  przypływ  zwątpienia.  Z  tego  co  słyszał,  wszystkie  smoki,  które  w  życiu 

napotkał były niczym w porównaniu z miejscowymi. 

–  Wiecie,  panie,  tak  myślę...  –  komtur  ściągnął  misiurkę,  w  zamyśleniu  podrapał  się  po 

rudej, przetykanej siwizną spotniałej czuprynie. – Tak myślę, że i wam trudno z bestią będzie. 
Co tu mówić o szewczykach czy innej hołocie. Toż kiedyś kompania knechtów smokowi nie 
zdzierżyła, srodze ich poszczerbił. Nie mam mowy, żaden szewczyk, żaden podstęp się nie 
zda, jeno wy, panie, wasza sława... 

A  niech  cię,  zaklął  w  duchu  rycerz.  Dzięki  za  dobre  słowo.  Spostrzegł,  jak  pachołkowie 

usuwają  się  cichaczem.  No  nic,  pomyślał,  jeszcze  mamy  czas,  może  ziarno  zakiełkuje. 
Zbrojni w karczmie też swoje opowiedzą. Szewcy tutaj marni, ale może któryś się skusi. Nie, 
żeby od razu smoka zabił, ale może odciągnie uwagę, łatwiej będzie. 

Nieco podniesiony na duchu rycerz zajął się piwem. 

 

*** 

 

Smok  unosił  się  wysoko,  niesiony  prądami  powietrza  na  rozpostartych  nieruchomo 

skrzydłach.  Wysoko,  patrząc  z  ziemi  można  było  wziąć  go  za  dużego  ptaka.  Jego  ostry, 
smoczy wzrok pozwalał z tej wysokości dostrzec wszystkie szczegóły na ziemi. 

Był bestią groźną i złośliwą, dufną w swą siłę i przebiegłość. Od lat grasował w tej okolicy, 

sprzyjała temu wojna i  panujący chaos. Nikt  go nie ścigał, nikt nie próbował ubić w jamie. 
Ludzie bronili się tylko, i to tylko wtedy, gdy atakował ich bezpośrednio. Na rabunki bydła 
nawet nie reagowali, traktując je jak dopust Boży. 

background image

 

 

Tu  nie  było  błędnych  rycerzy,  szukających  sławy  w  łowach  na  smoki.  Nie  było 

zawodowych  zabójców.  Smok  przypominał  sobie,  jak  to  w  latach  młodości  musiał  sypiać 
czujnie, nasłuchując, czy nie zbliża się żądny chwały rycerz. Tak było w kraju, który dawno 
opuścił. 

Tutaj,  w  tych  lasach,  w  bezkresnej  puszczy  zwanej  przez  ludzi  Wildniss  znalazł  to,  czego 

szukał.  Tu  miał  wszystko,  czego  chciał.  Obfitość  pożywienia,  ludzki  strach  i  odrazę. 
Zwłaszcza z tej odrazy był szczególnie kontent. 

Jego orli wzrok dostrzegł  na dole ruch. Wąskim traktem wśród bagien poruszał  się tabor. 

Zniżył nieco lot by się lepiej przyjrzeć. 

Kilka  zaprzężonych  w  woły  wozów,  eskortowanych  przez  zbrojnych.  Wozy  ciężko 

wyładowane, pewnie wiozą ziarno. Zawahał się. Nic mu po ziarnie. 

Z drugiej strony... Z drugiej strony warto ludziom przypomnieć, kto rządzi w tych lasach. 

Niewiele myśląc, co zresztą jest u smoków normalne, ruszył do ataku. Rycząc pikował prosto 
na tabor, widząc rozbiegające się ludzkie figurki. 

Nie spodziewał się przeciwdziałania, nie przy zaskoczeniu.  Istotnie, na jego spotkanie nie 

wzbiły się bełty. 

Nad  ziemią  wyrównał  i  pomknął  wzdłuż  traktu.  W  jednym  nalocie  mógł  zaledwie 

dwukrotnie ziać ogniem, toteż gdy minął kolumnę zakręcił w ostrym podciąganym zakręcie, 
nabierając  wysokości.  Rzucił  okiem  na  kolumnę,  na  trzy  płonące  wozy,  na  osmalone 
poskręcane  z  żaru  ludzkie  sylwetki.  Trzeba  jeszcze  raz,  postanowił,  skręcając  ostrzej, 
uważając, by przy utracie szybkości nie zwalić się w skręcie na ziemię. Znów zapikował. 

Okazało  się,  że  paru  knechtów  było  odważniejszych,  albo  po  prostu  nie  mieli  tyle 

wyobraźni.  Gorączkowo  kręcąc  korbami  kusz  zdążyli  je  napiąć.  Gdy  wyrównywał  lot  nad 
kolumną powitały go bełty. 

Poczuł  trafienia,  na  szczęście  pociski  przebiły  tylko  błonę  skrzydeł.  Trafienia,  oraz  to,  że 

oślepiał go dym spowodowały, że udało się zapalić tylko jeden z dwu pozostałych wozów. 

Opuścił  się  tuż  nad  korony  drzew  by  uniknąć  ostrzału  podczas  odchodzenia  od  celu. 

Trafione skrzydło drgało nieco, nie czuł jednak bólu. Takie trafienie było niczym, nawet po 
ugodzeniu w bardziej żywotne części byłby zdolny powrócić do pieczary. 

Dla  pewności  trzymał  się  nisko,  omijając  machinalnie  przeszkody  terenowe.  Taki  lot  był 

najbezpieczniejszy. 

Znów pokazał, kto jest panem tych uroczysk. Nikt nie ośmieli się zakłócać mu spokoju. 

 

*** 

 

Zasiane ziarno plotki wschodziło. Miejscy rzemieślnicy, marni, bo marni, szeptali po kątach 

o nadarzającej się okazji. Nagle okazało się, że w małej mieścinie na krańcu świata jest wielki 
popyt na smołę, siarkę, saletrę i skóry owcze. Rycerz, gdy mu o tym doniesiono, uśmiechnął 
się pod wąsem. Wprawdzie od wieków już smoki nie nabierały się na faszerowane owce, ale 
widać  sprawy  szły  w  dobrym  kierunku.  Hołota  szukała  sposobów.  Tylko  patrzeć,  jak  ktoś, 
komu  nie  starczy  cierpliwości  i  środków  na  zakup  niecodziennych  ingrediencji  ruszy  na 
smoka osobiście. 

Wschodzące  kiełki  rzemieślniczych  nadziei  jak  mróz  zwarzyła  wiadomość  o  ataku  na 

konwój. Sir Roger, gdy mu o nim doniesiono zaklął szpetnie. Bestia była bardziej agresywna, 
niż to sobie wyobrażał. Nastroje wśród rzemieślników opadły. 

Na szczęście tylko na chwilę. 

 

*** 

 

background image

 

 

Tym  razem  nie  można  było  liczyć  na  zwykłe  szczęście.  Toteż  przed  wyruszeniem  prócz 

kuszy sprawdził pieczołowicie miecz. Podociągał rzemienie uprzęży, naoliwił przyłbicę. 

Tym razem może przyjdzie samemu stanąć naprzeciw bestii. Tak, jak kiedyś, dawno temu, 

pomyślał, przyglądając się, jak kapelan zamkowy błogosławi go znakiem krzyża. A, co tam, 
jakoś to będzie.... 

Gdy  przejechał  dobrą  milę  przez  przepastne  lasy  począł  powoli  zmieniać  zdanie.  Gdy  za 

zakrętem  drogi  zniknęły  wyniosłe  zamkowe  mury,  nad  głową  zamknął  się  dach  ciemnych, 
świerkowych gałęzi rycerz poczuł ogarniające go zwątpienie. 

Zaczął zastanawiać się, czy dobrze uczynił, ruszając samopas. Bez czeladzi, bez ciężkiego 

sprzętu, który woził ze sobą. 

Jak dotąd tak się składało, że sprzęt nie przydał się ani razu. Nigdy nie musiał organizować 

obławy, nie musiał oblegać bestii w jej barłogu. Wyruszał sam, co w końcu stało się częścią 
jego  legendy,  jego  znakiem.  Zbrojni  czekali,  popijając  piwo  i  wielce  sobie  chwaląc  takie 
postępowanie. 

Musiał ruszać sam. Nie mógł pozwolić sobie na świadków swych dokonań. 
Ciężki sprzęt zgromadził już dawno, na wszelki wypadek. Część odkupił prawie za bezcen 

od  wdowy  po  rycerzu,  który  podczas  obławy  na  całkiem  niewielkiego  gryfa  potknął  się  
w  najgorszym  dla  siebie  momencie.  Nie  to  zresztą  było  najgorsze,  iż  potknął  się,  ścigany 
przez  potwora.  Gorsze  było,  że  zaraz  próbował  powstać.  Trafił  go  bełt  przeznaczony  dla 
gryfa. 

Sprzęt  był  zacny.  Były  plecione  z  grubych  sznurów  sieci,  do  chwytania  potworów  jak 

tłustych karasi. Były odporne na smoczy ogień zbroje i specjalne pancerze dla koni, ciężkie 
zresztą i nieporęczne, niechętnie używane przez wytrawnych łowców. Cóż z tego bowiem, że 
można przetrzymać atak płomieni, gdy nie sposób było uchylić się przed ciosem ogona? Tak 
czyniła większość smoków, najpierw ziały, a potem dla pewności na odlew ogonem. 

Była  też  niewielka  balista,  strzelająca  monstrualnymi,  okutymi  żelazem  strzałami.  Takie 

strzały przebijały bez problemów smoka na wylot, nawet te nieliczne bestie z warstwowym 
pancerzem.  Miała  jednak  istotną  wadę,  była  bardzo  ciężka  i  nieporęczna,  trudno  było  nią 
manewrować w terenie. 

Sir  Roger  dokupił  kiedyś  od  sławnego  alchemika  i  czarodzieja  magiczne  bełty, 

przeznaczone specjalnie na smoki. Bełty owe naprowadzały się same na cel, alchemik stawiał 
na to swą cała reputację. Do tej pory rycerz ich nie użył, słyszał bowiem opowieści, że pociski 
potrafiły się naprowadzać równie dobrze na inne przypadkowe cele w okolicy, jak to konie, 
psy lub podwładnych. Wyglądały jednak bardzo profesjonalnie, robiły wielkie wrażenie gdy 
pokazywał je przed wyprawą. 

Teraz, jadąc podobną do ciemnego tunelu wśród przepastnych lasów rycerz zastanawiał się 

ponuro,  czy  dobrze  uczynił.  Czy  nie  lepiej  byłoby  tym  razem  ruszyć  całą  potencją, 
zorganizować  obławę,  podciągnąć  ciężki  sprzęt.  Dać  wreszcie  rozleniwionej  świcie  zarobić 
na chleb. 

Po kilku dniach przymrozków szła odwilż. Z gałęzi wyniosłych drzew kapała wilgoć, zimna 

mgła osiadała na odzieniu. Śnieg jeszcze nie topniał. 

Nie  topniał.  I  na  wąskim  trakcie  widać  było  odciśnięte  wyraźnie  ślady.  Ktoś  jechał  tędy 

całkiem niedawno, jechał kierując się wprost na smoczy barłóg. 

Rycerz  zwolnił,  pochylił  się  w  kulbace  przyglądając  śladom.  Jeden  jeździec,  śpieszył  się 

wyraźnie.  Na  twarzy  ocienionej  zwilgotniałym  od  mgły  kapturem  pojawił  się  nieznaczny 
uśmiech. A więc jednak! 

Wyprostował  się,  ruszył  teraz  wolniej,  ostrożniej,  nasłuchując  uważnie.  Nieznajomy 

wyprzedzał go znacznie, świadczyły o tym rozmazujące się już, nadtajałe ślady. Jak dobrze 
pójdzie, powinien dojechać już po wszystkim. 

background image

 

 

Legowisko potwora było coraz bliżej. Nadstawiał ucha, chcąc usłyszeć zawczasu ryki, łopot 

skrzydeł,  trzask  tratowanych  zarośli.  Ale  jeszcze  nie.  Z  lasu  dobiegł  tylko  szyderczy, 
przypominający pianie koguta chichot kłobuka. 
 

*** 

 

Przez gęsty młodnik przedzierał się ostrożnie, przeklinając pod nosem uderzające w twarz 

kłujące  gałęzie,  uchylając  się  przed  spadającą  za  odrzucony  na  plecy  kaptur  nie  stopniałą 
jeszcze  okiścią.  Dochodzące  z  coraz  mniejszej  odległości  odgłosy  walki  już  ucichły.  Po 
ostatnim  głuchym  "puff",  oznaczającym  niechybnie  erupcję  ognia  ze  smoczej  gardzieli,  po 
ostatnim  bolesnym  ryku  zakończonym  głuchym  łomotem,  od  którego  zadrżała  ziemi, 
wszystko zamilkło. Słychać było tylko z dala skrzeczenie przerażonej sójki. 

Na  skraju  młodnika  rycerz  pochylił  się,  ostrożnie  odgarnął  zasłaniające  widok  gałęzie. 

Spojrzał na podmokłą, pokrytą stratowanym śniegiem i błotem polanę. Znów uśmiechnął się 
pod wąsem. 

Wszystko odbyło się tak, jak zawsze. Tak, jak powinno się odbyć. 
Nad olbrzymim, pół polanki zda się zawalającym nieruchomym cielskiem stał oddychając 

chrapliwie  pleczysty  osiłek  w  skórzanym  kubraku  bez  rękawów.  W  chłodnym  powietrzu 
parował  cały  z  wysiłku  jak  koń  po  wyczerpującym  biegu.  W  opuszczonej,  powęźlonej 
muskułami ręce trzymał wielką, okutą pałę, zbroczoną na końcu czarną krwią posoką. Na ten 
widok sir Roger skrzywił się. Pała, a więc trofeum popsute, musiał rozbić smokowi łeb. 

Rozpostarte bezwładnie na ziemi błoniaste skrzydło jeszcze lekko drgało. 
Rycerz  sięgnął  po  bełt,  by  załadować  napiętą  kuszę.  Wiedział,  że  przedzieranie  się  przez 

gąszcz z naładowaną bronią to proszenie się o nieszczęście. Starannie ułożył pocisk w rowku 
kuszy. Uniósł broń. 

I zaraz opuścił. Poczuł, jak coś nieprzyjemnie ostrego napiera na łopatkę, prawie przebijając 

łosiowy kubrak. 

Sir Roger nie miał zwyczaju dyskutować z faktami, zwłaszcza nieprzyjemnymi. Ostrożnie 

położył kuszę przed sobą, trzymając palce z daleka od spustu. Uniósł dłonie, nie próbując się 
odwracać, stał spokojnie, bez ruchu. 

Tak dać się podejść, prawie splunął ze złości. Nic nie usłyszeć, nie obejrzeć się za siebie. 
Nacisk  zelżał.  Rycerz  odwrócił  się  powoli,  dbając,  by  uniesione  ręce  były  cały  czas 

widoczne. 

Coś  nieprzyjemnie  ostrego  okazało  się  ostrzem  sulicy,  które  teraz  znalazło  się  pod 

podbródkiem rycerza. Na jej drugim końcu zobaczył równie pleczystego draba jak ten, co stał 
z  pałą  nad  pokonanym  smokiem.  Drab  wpatrywał  się  w  rycerza  bezczelnym  spojrzeniem,  
w równym stopniu pełnym nienawiści co wrodzonej tępoty. 

Trzeba spróbować, pomyślał rycerz. Cholera, i tak pewnie nie zrozumie... Spojrzał wyniośle 

na draba, z wyglądu ucznia szewskiego z małymi szansami na wyzwolenie. 

– Zabieraj to, sierściuchu! – zaczął lodowatym tonem. Wiedział, że chama najlepiej od razu 

z  góry.  Znam  ja  was,  skurwysyny,  pomyślał,  znam,  jak...  Skrzywił  się  na  niezamierzoną 
ironię. Jednocześnie spróbował odsunąć godzący prosto w grdykę grot. 

Grot ani drgnął, człowiek trzymający drzewce nie zmienił wyrazu twarzy. Wynikało z tego 

kilka ważnych wniosków. Drab był głuchy, albo nie rozumiał. Ale był silny, bardzo silny. 

–  Na  szlachcica  się  porywasz!  –  wrzasnął  rycerz  już  z  mniejszym  przekonaniem.  –  Nie 

ujdzie ci to.... 

Z boku zatrzeszczały gałęzie. Ktoś przedzierał się przez młodnik. Ten nie szedł cicho, robił 

tyle  hałasu,  że  słychać  go  było  z  daleka.  Rycerz  usiłował  dojrzeć,  nie  tracąc  jednocześnie  
z oczu zagrażającego wciąż ostrza. Zrobił przy tym straszliwego zeza. 

background image

 

 

Z  gąszczu  wyszedł  drugi  rzemieślnik.  Starszy,  postawny  mężczyzna  z  posiwiałymi, 

obwisłymi wąsami. Nieco przygarbiony od wieloletniego ślęczenia nad kopytem. Uśmiechał 
się złośliwie i złowrogo. 

Kurwa, o co tu chodzi, prawie na głos jęknął sir Roger. Przecież nie o rabunek. Zbój, psia 

jego mać, na traktach napada, tam jego miejsce przyrodzone. Nie lezie za człowiekiem pod 
smocze legowisko... 

–  Rycerza  oprymujecie!  –  spróbował  jeszcze  raz.  –  Chamy  bure!  Na  szubienicę  za  to! 

Ćwiartowanie! A potem rozwłóczenie! Żeby człeka wyższego stanu... 

Stary tylko pokręcił głową uśmiechając się ironicznie. Widać zrozumiał. 
–  Uspokójcie  się,  panie  rycerzu  –  podszedł  bliżej.  –  Nie  uchodzi,  by  słynny  sir  Roger  

z Mons... 

Pochylił  twarz,  zionąc  rycerzowi  prosto  w  nos  piwem  i  niewątpliwie  czosnkiem.  Rycerz 

usiłował się odsunąć, jednak nacisk ostrza na skórę nie pozwolił na to. 

Z  tyłu  zatrzeszczały  łamane  gałęzie.  Ktoś  jeszcze  przedzierał  się  przez  zarośla,  czyniąc 

jeszcze więcej hałasu. 

Stary wyszczerzył popsute zęby. 
–  Uspokójcie  się,  panie  szlachcic  –  zasyczał  jadowicie.  –  Uspokójcie  się,  szlachetny  sir 

Rogerze! A może wcale nie Rogerze? Może wcale nie sir? 

Krew odbiegła z twarzy rycerza. Poczuł, jak mięknął mu nogi. 
– Skąd, kurwa, wiesz?! – wypalił bez zastanowienia, zanim zdążył ugryźć się w język. 
Z tyłu ktoś sapnął, jakby krztusząc się śmiechem. 
– Ode mnie! – usłyszał za sobą głęboki, kulturalny głos. 
Rycerz odwrócił się, jakby ostrze sulicy dźgnęło go w tyłek. 
Na  pysku  smoka  trudno  rozpoznać  uczucia.  Jednak  widząc  przed  sobą  smoczą  gębę  sir 

Roger mógłby przysiąc, że smok jest szczerze ubawiony. 
 

*** 

 

–  Ode  mnie  –  powtórzył  potwór,  z  ukontentowaniem  machnął  ogonem  obalając  kilka 

młodych sosenek i przy okazji osiłka z pałką, stojącego opodal. – O, przepraszam... – dodał, 
widząc, jak osiłek zbiera się z ziemi wypluwając śnieg i igliwie. 

Z  zamętem  w  głowie  rycerz  spojrzał  tylko  na  starego  szewca.  Ten  tylko  skinął  głową 

przygryzając z zadowoleniem siwego wąsa. 

– Dogadaliśmy się – dodał smok swym głębokim głosem. Gdyby zamknąć oczy możnaby 

przysiąc,  że  przemawia  gruby,  jowialny  szlachcic.  Nawet  akcent  był  odpowiedni,  bez 
typowego dla smoków chrapliwego przydechu, bez połykania końcówek wyrazów. 

– Dogadaliście się? – prawie szeptem, z niedowierzaniem zwrócił się rycerz do starego.  – 

Dogadaliście się? Ze smokiem?! 

– A wierę, ze smokiem! Bo bestyja to wprawdzie plugawa i piekielna... 
Smok chrząknął znacząco, buchając niewielkim obłoczkiem dymu. Stary zastrzygł uszami  

i nieco spuścił z tonu. 

– Tego, co to ja mówiłem... Ano w porównaniu z nim to jesteście kurwi syn, panie, he, he, 

rycerzu... Dogadalim się. Powiedział nam, co z ciebie za sukinsyn, co z naszymi kamratami 
robisz. Powiedział nam, ktoś ty, chamie bury, jako to sam na nas mówiłeś, lepszy nie będąc. 
Tfu! 

Stary strzyknął śliną na buty rycerza, celnie zresztą. Sir Roger pobladł jeszcze bardziej. 
– A ty? – spytał cicho. – Skąd wiesz? 
Smok popatrzył uważnie. 
–  Rzekłbym,  że  w  twojej  obecnej  sytuacji  to  wszystko  jedno,  czy  się  dowiesz,  czy  nie  – 

zaczął z namysłem. – Ale nie, nie będę taki. Otóż młodym smoczęciem będąc... 

background image

 

 

Przysiadł wygodniej na tylnych łapach. 
–  Młodym  smoczęciem  będąc,  ze  stryjcem  swym  przed  jamą  się  siedziałem,  nie  wadząc 

nikomu, kości dogryzając. I zjawił się ten, no wiesz Roger. Prawdziwy. Bez dania racji na nas 
uderzył, wyzwawszy wprzódy od... Nie, nawet nie będę powtarzał. Przyznaję, pola ustąpiłem, 
stryjca w opresji zostawiając. Poradziłby sobie, gdyby nie ty... 

Rycerz  przymknął  oczy.  Owszem,  poradziłby  sobie.  Gdyby  nie  młody  czeladnik  szewski, 

co  w  poszukiwaniu  losu  odmiany  pociągnął  chyłkiem  za  zabójcą  smoków.  Wspomniał 
powalonego  ciosem  ogona  rycerza,  hełm  strącony  z  zakrwawionej  głowy.  Jego  przerażone 
oczy,  rękę  macającą  rozpaczliwie  w  poszukiwaniu  rękojeści  wytrąconego  ciosem  miecza. 
Pamiętał, jak nie bacząc na nic wyskoczył z zarośli, porwał oręż, ciął na odlew we wznoszącą 
się nad nim, łabędzi wygiętą szyję, na końcu której kołysał się potworny łeb szczerzący kły. 

Pamiętał,  jak  cielsko  zwaliło  się  z  łomotem.  Jak  cucił  rycerza,  jak  podtrzymywał  go, 

wstrząsanego torsjami. Jak padł na kolana... 

– Widziałem, jak padłeś przed nim na kolana – dodał smok, obserwując uważnie poruszoną 

wspomnieniem twarz. – Jak błagałeś, by swym giermkiem pozwolił zostać, buty niemalże mu 
całowałeś. 

Sir Roger, czy jak mu tam, nie był już blady. Poczerwieniał na samo wspomnienie. 
–  Słyszałem,  jak  ci  powiedział,  żebyś,  excusez  le  mot,  spierdalał...  –  wydawało  się,  że  

w głosie potwora zabrzmiało coś na kształt współczucia. 

Ten dzień, kiedy po raz pierwszy zabił smoka. Kiedy słuchając wzgardliwych słów o tym, 

jak  to  cham  chamem,  zobaczył  zamiast  wykrzywionej  szyderczo,  jeszcze  zakrwawionej 
twarzy  czerwoną  mgłę  przesłaniająca  wszystko.  Kiedy  poczuł  w  dłoni  wciąż  ściskaną 
kurczowo rękojeść miecza. Rycerz też ją spostrzegł. Kazał oddać miecz, by chamska dłoń nie 
brukała szlacheckiej broni. Dostał ją z powrotem, natychmiast. Prosto w gardło. 

– Zastanawiałem się, jak ci się udało. – ciągnął smok. – odjechałeś w jego zbroi... 
–  Dosyć  gadania,  smoku  plugawy  –  wyrwał  się  stary.  –  dogadalim  się,  to  przetrąć  mu 

kulasy, jak było ustalone, a mu go już sprawim... 

– Cisza, chamy bure! – huknął smok, aż echo zagrzmiało po lesie. – Teraz ja mówię! 
Chamy bure istotnie się uciszyły, cofnęły się nawet nieco. 
Jak się udało, pomyślał człowiek zwany sir Rogerem. Sam się nieraz nad tym zastanawiał. 

Gdy stał wtedy nad trupem rycerza był pełen rozpaczy. Nic nie wyszło ze służby u możnego, 
dzielnego pana. Teraz czekała w najlepszym wypadku szubienica. Nie zastanawiał się wiele, 
gdy obdzierał zwłoki ze zbroi. Chciał tylko uciec jak najdalej. Jednak gdy ochłonął... 

Gdy  ochłonął,  zaczął  myśleć.  I  postanowił  zaryzykować.  Wiedział  wiele  o  smokach,  

o  rycerzach.  Od  lat  czekał  na  swą  okazję,  święcie  wierzył,  że  będzie  kimś  więcej,  niż 
pieprzonym szewcem. Od lat marzył. 

Wiedział  sporo.  Zjawił  się  w  zamku,  cisnął  smoczy  łeb  komesowi  pod  nogi.  Zgarnął 

nagrodę,  opuszczoną  cały  czas  przyłbicę  tłumacząc  ślubami  srogimi,  co  dwie  niedziele  po 
zabiciu bestii zakazują twarz odsłaniać. Wszyscy uwierzyli, bo dlaczego nie? 

Z  początku  zamierzał  odjechać  w  dal,  ciesząc  się  pieniędzmi.  Potem  jednak  postanowił 

kontynuować  grę.  Wiedział,  że  sir  Roger  był  błędnym  rycerzem,  od  lat  bawiącym  poza 
domem. Był w jego wieku, podobny nawet trochę. Zaryzykował. 

Wszystko poszło dobrze. Nawet zaniedbywana od lat żona nic nie podejrzewała, gdy zjawił 

się  na  rodowym  zamku.  Broda  i  długie  włosy  (znowu  śluby!),  blizna,  której  dorobił  się 
jeszcze w warsztacie,  gdy  majster przeciągnął  go pocięglem po  grzbiecie, a on rozbił sobie 
twarz o kopyto. Wszystko to odsuwało podejrzenia. Tylko żona, całkiem niezła zresztą, była 
mile zaskoczona sprawnością w alkowie. 

Wszelkie  pytania  zbywał  opowiadając  o  pamięci  szwankującej  nieco  po  wrednym  ciosie 

smoczego ogona w potylicę. 

Udało się... Udawało się... Do czasu, jak widać. 

background image

 

 

– I co teraz? – spytał smoka. Z chamami nie chciał rozmawiać. – Dogadaliście się, mówisz. 

Może mnie więc oświecisz. 

Był zrezygnowany. Smokowi może by się odjął, ale nie tym... 
– Znam ja was, skurwysyny – mruknął pod nosem. – Znam jak siebie samego... 
–  Co  tam  mruczysz?  –  zainteresował  się  smok  uprzejmie.  –  Nieważne  zresztą.  Otóż 

wyjaśnię ci. Mam ci przetrącić kulasy, jako rzekł ten dobry człek. Potem cię sprawią. Ja zaś 
oddalę się i wszystko zostanie po staremu, tak jak było, zanim cię tu przyniosło... 

Dogadali  się  ze  smokiem,  niebywałe,  pomyślał  rycerz.  Wciąż  uważał  się  za  rycerza, 

zapracował na to. Może nie? 

– To nic osobistego – zapewnił smok. – Nie chodzi o zemstę, w każdym razie nie mnie. Ty 

burasom  owszem,  zemścić się chcą za konfratrów, zawzięte to  takie. Ja nie chcę się mścić, 
nawet za stryja. Należało mu się, bijał mnie zawsze, kąski najlepsze zabierał, owieczki, mnie 
tylko  dziewice  zostawiał.  A  one,  jak  wiesz,  nienajlepsze,  niezależnie  od  tego,  jak  się  ich 
używa... 

Smok zaśmiał się, puszczając obłoczki dymu. 
– Ja chcę tylko spokoju. Ma zostać po staremu. I nie potrzeba nam tutaj różnych błędnych 

czy obłędnych, nieważne, prawdziwych, czy fałszywych... Jak oni  cię sprawią, odstraszy to 
innych, wierz mi... 

Dogadali się ze smokiem... 
– Dogadaliśmy się – smok popatrzył po zadowolonych gębach szacownych rzemieślników. 

– Wieść o tym, jak sobie poczynałeś, szeroko się niesie. Widziano cię nie raz, nie myśl sobie, 
zdarzali się świadkowie, byłeś nieostrożny. Teraz ci dobrzy ludzie są na ciebie naprawdę źli. 
Chcą pomścić kamratów. Taka, widzisz, szewska solidarność... 

Dobrzy  ludzie  dobywali  zza  cholew  dobrze  wywecowanych  noży,  spoglądając  ze 

zniecierpliwieniem na gadatliwego smoka. Oczekiwali wypełnienia jego części umowy. 

Dogadali się ze smokiem... 

 

*** 

 

– Umowa jest umową – smok pokiwał łbem, aż zakołysały się zwisające ośle uszy. – Trzeba 

się wywiązać... 

Uniósł ogon, machnął nim parę razy, aż zaświszczało. Osiłek z sulicą odsunął się nieco. 
– Dogadaliśmy się – smok mówił spokojnie, nabierając rozmachu. – A zatem... 
Rycerz  przymknął  oczy.  Nie  było  sensu  uciekać,  mając  przed  sobą  smoka,  za  sobą  draba  

z dzidą. Szkoda, kurwa... To była jedyna refleksja, na jaką się zdobył. 

– ...a zatem padnij! 
Padł  na  ziemię,  wiedząc  od  razu,  kogo  dotyczą  te  słowa.  Nad  nim  z  hukiem  rozcinanego 

powietrza  przewalił  się  potężny  ogon.  Tępe  uderzenia  świadczyły  jasno,  że  trafił.  Ktoś 
kwiknął dziko, kwik ucichł, przechodząc w odgłosy rozdzierania. Ktoś zacharczał, zagulgotał, 
niedługo zresztą. Wszystko ucichło. 

W  promieniu  zasięgu  ogona  młode  sosenki  były  powalone.  Gdy  rycerz  przetarł  zalepione 

mokrym  śniegiem  oczy  dojrzał  dwa  nieruchome,  pogruchotane  ciała,  plamiące  zryty  śnieg 
parującą krwią. Trzecie... Trudno było powiedzieć, gdzie znajdowało się trzecie. Na pierwszy 
rzut oka wszędzie. 

Smok wypluł coś spomiędzy zębów. 
– Tfu – z niesmakiem wykrzywił i tak odrażający pysk. – Czym oni te skóry garbują? Cały 

tym przesiąkł... 

Dogadali  się  ze  smokiem,  pomyślał  rycerz  z  przekąsem.  Tylko  że  smoki  nigdy  nie 

dotrzymują układów. 
 

background image

 

 

*** 

 

– I co teraz? – spytał rycerz. – Uczciwa walka, jeden na jednego? 
Smoczy łeb zakolebał się w geście przeczenia. 
– Nie – odparła bestia po chwili. – Pójdziemy każdy w swoją stronę. Ty wrócisz tam, skąd 

przybyłeś, i nigdy tu nie wrócisz. Ja zostanę... 

Na  pysku  wykwitło  coś  na  kształt  uśmiechu.  Rycerz  odwrócił  się.  Nawet  bez  uśmiechu 

smok wyglądał wystarczająco wstrętnie. 

Rycerz spoglądał z zastanowieniem, ważąc coś w umyśle. Smok zrozumiał. 
–  Nie  bój  się,  nie  powiem.  Chodziło  mi  tylko  o  to,  żebyś  się  stąd  wyniósł.  Mnie  tam  za 

jedno, czy  ty szlachcic,  czy nie.  Zresztą... Kto ma konia, miecz, zbroję, zamek to  szlachcic. 
Kto ma gówno, to cham. Ty masz zbroję i wszystko inne. Toś szlachcic... 

Pokręcił łbem z dezaprobatą. 
– Mnie tam za jedno – powtórzył. – To tylko u was, ludzi, wszystko tak popieprzone. U nas, 

smoków, to wszyscy równi... No, może za wyjątkiem tej bagiennej hołoty... 

Sir  Roger,  uprawniony  do  tego  miana  z  racji  posiadania  wszystkich  koniecznych 

akcesoriów milczał. 

– Nie powiem, obiecuję – zapewnił smok. – Pod warunkiem że zabierzesz dupę w troki i nie 

pokażesz się tu więcej. Co robisz gdzie indziej, to mnie nie interesuje. To co, układ stoi? 

Rycerz schylił się, podjął z ziemi porzuconą, okutą żelazem pałę. Zważył ją w dłoni. Dobra, 

ciężka. 

Smok przyglądał się z niepokojem. 
– Nie, przyjacielu – powiedział z wolna rycerz. – Niestety nie stoi... 
Stanął w pozycji bojowej. 
– To nic osobistego – dodał, widząc jak smok nadyma się groźnie. – Ja po prostu potrzebuję 

gotówki. Cholernie potrzebuję... Nie mogę wracać z niczym. Potrzebny mi twój łeb... 

Smok  zrozumiał.  Ryknął  gniewnie,  wspiął  się  na  tylnych  łapach.  Ryk  zagłuszył  ostatnie 

słowa rycerza. 

– To naprawdę nic osobistego... 
Rycerz Roger, zabójca smoków stanął do drugiej w życiu uczciwej walki. 
No, może niezupełnie uczciwej... 

 

*** 

 

Po tej stronie granicy wszystko wyglądało tak samo. Takie same przepastne, mroczne lasy, 

kiepskie gościńce. Może tylko lud wyglądał odrobinę bardziej dziko. 

Posoka  ze zwisającego  u  kulbaki  smoczego  łba  plamił  czaprak  konia.  Dziko  wyglądający 

lud patrzył z podziwem, gdy rycerz przejeżdżał przez puszczańskie osady. 

Smoki  nigdy  się  niczego  nie  nauczą.  Zawsze  oczekują  szlachetnego  pojedynku,  idioty 

rycerza  szarżującego  z  kopią,  by  mogły  go  zwalić  z  siodła  jednym  ognistym  oddechem. 
Oczekują  kwiecistej  tyrady,  wyzwań  i  wyzwisk,  podczas  której  mogą  zdzielić  tokującego 
szlachcica ogonem  po  goleniach. Oczekują wiekopomnej walki, którą bardowie będą mogli 
wysławiać w balladach. 

Stąd  sukcesy  szewczyków,  rzeźników  i  chłopów,  którzy  nad  szlachetną  sztukę  walki 

przedkładają  skuteczność  i  zwykłe  chamstwo.  Stąd  sukcesy  chłopów,  którzy  na  smoka  idą 
hurmem, grzebiąc potem potrzaskany kłonicami, pokłuty widłami zewłok gdzieś w opłotkach 
obok  poborców  podatkowych.  Zaiste,  reputacja  smoków  przewyższa  ich  rzeczywistą 
sprawność. Na szczęście mało kto o tym wie. 

Smocza  szyja,  długa,  wyniosła,  znakomita  jest  do  ataku,  gdy  smok  uderza  sztychem,  jak 

czapla  rybę.  Zupełnie  nie  jest  odporna  na  zdradliwy  cios  z  boku  ciężką  pałą.  Może  to  

background image

 

 

i  nieładnie,  trochę  tak,  jakby  na  turnieju  rycerskim,  w  szrankach,  po  wytwornym  salucie 
nagim ostrzem kopnąć znienacka przeciwnika w jaja. 

Może to i nieładnie. Ale skutecznie. 
Sir Roger z Mons, zabójca smoków, rycerz prawy i dzielny wesoło pogwizdując zdążał w 

stronę Ciechanowa. 
 

 

 

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0. Polska.